background image
background image

NORA ROBERTS

PASJA ŻYCIA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Osobiście  wszystkiego  dopilnuję,  postanowiła.  Każdy  drobiazg  będzie  dokładnie  taki,  jak  to

sobie wymarzyłam. Marzenia jednak się spełniają.

Nie  miała  zamiaru  zadowolić  się  czymś,  co  nie  będzie  dokładnie  takie,  jak  być  powinno.

Uważała to za niepotrzebną stratę czasu. Kate Kimball nie uzna​wała strat.

Miała  dwadzieścia  pięć  lat  i  więcej  doświadczeń  życiowych  aniżeli  większość  ludzi  na

starość.  Kiedy  inne  młode  panienki  chichotały  na  widok  chłopców  i  zamartwiały  się  wymaganiami
aktualnej mody, ona jeździła do Paryża i Bonn, nosząc piękne kostiumy i robiąc oszałamiające rzeczy.

Tańczyła na królewskich dworach, jadała z książętami, piła szampana w Białym Domu, płakała

z radości i ze zmęczenia w moskiewskim teatrze Bolszoj. Zawsze przy tym odczuwała wdzięczność
dla  rodziców  i  całej  swej  wielkiej  rodziny,  która  popierała  jej  wszystkie  życiowe  zamierzenia.  To
im zawdzięczała wszystko, co osiągnęła.

Jak daleko sięgała pamięcią, zawsze marzyła o tańcu. Jej brat Brandon twierdził, że taniec stał

się jej obsesją. Kate musiała przyznać, że Brandon doskonale to określił. Uważała, że obsesja to nic
złego. Oczy​wiście pod warunkiem, że obsesja jest twórcza i że nie pozostawia się jej przypadkowi.

Kate  ciężko  pracowała  nad  swoją  obsesją.  Poświęciła  baletowi  dwadzieścia  lat  ćwiczeń,

nauki, radości i bólu.

Nie  tylko  ona  się  poświęcała,  jej  rodzice  także.  Kate  wiedziała,  że  niełatwo  im  przyszło

pozwolić  swej  najmłodszej  córeczce  wyjechać  do  szkoły  baletowej  w  Nowym  Jorku.  A  jednak
pozwolili, a potem we wszystkim jej pomagali i zawsze podtrzymywali na duchu.

To  prawda,  że  ryzyko  nie  było  wielkie.  Wprawdzie  Kate  opuściła  spokojne  miasteczko  w

Wirginii Zachodniej i wyjechała do wielkiego miasta, ale w tym wielkim mieście także otaczała ją
troskliwa opieka rodziny. Ale nawet gdyby nie mieli tam żadnej rodzi​ny, rodzice i tak pozwoliliby jej
wyjechać. Przecież ją kochali i mieli do niej zaufanie.

Ciężko pracowała, ćwiczyła i tańczyła. Gdy przyjęto ją do zespołu Davidova i po raz pierwszy

wystą​piła na scenie, cała rodzina w komplecie zasiadła na widowni.

Przez sześć lat Kate była zawodową tancerką. Poznała światła sceny i czar muzyki pokonujący

największą  nawet  tremę.  Podróżowała  po  całym  świecie,  wcieliła  się  w  Giselle,  Aurorę,  Julię  i
wiele innych postaci. Żadna chwila z tych sześciu lat nie została zmarnowana.

background image

Dlaczego  więc  zdecydowała  się  zrezygnować  z  dalszej  kariery,  porzucić  scenę?  Najpierw

sarna nie bardzo wiedziała, a potem zrozumiała, że pragnie wrócić do domu.

Chciała  zacząć  żyć,  żyć  naprawdę.  Uwielbiała  taniec,  lecz  nagle  zdała  sobie  sprawę,  że

pochłonął  wszystkie  inne  aspekty  jej  osobowości.  Lekcje,  próby,  przedstawienia,  podróże,  prasa  i
telewizja. Wielki świat, całkiem nieprawdziwy.

Tak  więc  zapragnęła  normalnego  życia,  zachciało  jej  się  domu.  Poczuła  też,  że  powinna  dać

światu  coś  w  zamian  za  całą  radość,  jakiej  doświadczyła.  Postanowiła  założyć  szkołę  tańca.  O  to,
czy  będzie  miała  uczniów,  nie  bała  się  ani  trochę.  Nazywała  się  Kimball,  a  w  jej  mieście  to
nazwisko znaczyło bardzo dużo dla tych wszystkich, których interesował taniec.

Wkrótce, obiecywała sobie, już wkrótce sama szkoła też zacznie coś znaczyć. Na pewno będę

miała kogo uczyć.

Obróciła  się  na  pięcie,  rozejrzała  po  wielkiej,  dudniącej  echem  sali.  Tak,  nadszedł  czas  na

nowe  marzenia.  Nowa  obsesja  Kate  nosiła  nazwę:  Szkoła  Tańca  Kate  Kimball.  Miała  się  stać
nowym wyzwaniem i dać takie samo spełnienie jak praca na scenie.

Kate podparła się pod boki i oglądała ponure szare ściany. Wiedziała, że wkrótce znów będą

białe.  Czysta  przestrzeń,  na  której  zawisną  fotografie  tych  największych.  Nuriejew,  Fontayne,
Barysznikow, Davidov, Bannion.

Wzdłuż dwóch długich ścian bocznych umocuje się drążki, a za nimi olbrzymie lustra. To nie

próżność, lecz konieczność. Tancerz musi widzieć każdy, nawet najdrobniejszy ruch, każdy łuk, każde
wygięcie  ciała.  Ono  czuje,  co  robi,  ale  trzeba  widzieć,  by  doprowadzić  ruch  do  perfekcji.  To
właściwie  nie  lustro,  tylko  okno,  pomyślała  Kate.  Okno,  przez  które  się  wygląda,  żeby  zobaczyć
taniec.

Stary  strop  trzeba  naprawić  albo  wymienić.  Nie  wiedziała  jeszcze,  co  będzie  najlepsze.

Ogrzewanie...  Roztarta  zziębnięte  dłonie.  Tak,  ogrzewanie  na  pewno  trzeba  wymienić,  podłogi
wycyklinować  i  wypolerować.  Potem  jeszcze  tylko  oświetlenie,  kanalizacja...  Trzeba  będzie
przejrzeć instalację elektryczną.

Pomyślała  z  miłością  o  dziadku.  Zanim  przeszedł  na  emeryturę,  choć  właściwie  jeszcze  nie

całkiem, był świetnym stolarzem, toteż Kate wiedziała co nieco o tym, jak się przeprowadza remont
kapitalny. Posta​nowiła dowiedzieć się więcej, wypytywać o wszyst​ko, zrozumieć.

Zamknęła oczy i wyobraziła sobie, jak to będzie. Zgięła się w głębokim ukłonie, wyprostowała

i jeszcze raz się skłoniła. Spinka się poluzowała, wysunęło się spod niej kilka pasemek upiętych w
kok  czarnych  grubych  włosów.  Gdyby  je  rozpuścić,  sięgałyby  do  pasa.  Kate  lubiła  ten  swój
romantyczny, trochę dziki wygląd, ale tylko na scenie.

Miała ciemną cerę, tak jak jej matka, i wystające kości policzkowe, a szare oczy i podbródek

odziedziczyła po ojcu. Ta niezwykła kombinacja składała się na obraz tajemniczej Cyganki, syreny,
królewny  z  bajki.  Mężczyźni  widzieli  w  Kate  tylko  delikatność  formy,  uważali  ją  za  subtelną

background image

romantyczkę.  Nikt  nie  spodziewał  się  po  niej  silnej  woli,  nadludzkiej  wytrwałości  ani  stalowych
mięśni.

- Kiedyś zastygniesz w tej pozycji i do końca ży​cia będziesz musiała skakać jak żaba.

Kate wyskoczyła w górę, otworzyła oczy.

-  Brandon!  -  zawołała.  Przebiegła  przez  wielką  salę  i  rzuciła  mu  się  na  szyję.  -  Skąd  się  tu

wziąłeś? Na długo przyjechałeś?

Brat  był  od  niej  zaledwie  o  dwa  lata  starszy.  Ta  całkiem  przypadkowa  różnica  w  datach

urodzenia  sprawiła,  że  ciągle  ją  dręczył,  kiedy  oboje  byli  jeszcze  mali.  Zupełnie  inaczej  niż
Frederica, ich wspólna przyrodnia siostra. Była od nich o wiele starsza, ale nigdy nie wynosiła się z
tego powodu, nigdy im nie dokuczała. A jednak to Brandon był największą miło​ścią Kate.

- Na które pytanie mam odpowiedzieć najpierw? - Śmiejąc się, odsunął ją od siebie. - Jesteś

strasznie chuda.

- A ty gruby. - Pocałowała go z głośnym cmoknięciem. - Rodzice nic mi nie mówili, że masz

przy​jechać do domu.

-  Nie  wiedzieli.  Ale  usłyszałem,  że  zamierzasz  się  tu  osiedlić,  więc  pomyślałem  sobie,  że

trzeba  cię  mieć  na  oku.  -  Rozejrzał  się  po  wielkim,  brudnym  pokoju,  zwrócił  oczy  ku  niebu.  -
Niestety, spóźniłem się.

- Tu będzie cudownie, zobaczysz.

- Być może. Na razie jest strasznie. - Objął ją ramieniem. - A więc królowa tańca chce zostać

na​uczycielką.

- Będę świetną nauczycielką. Dlaczego nie jesteś w Portoryko?

- Nie można grać w piłkę przez dwanaście miesię​cy w roku.

- Brandon! - przywołała go do porządku.

- Paskudny ślizg na drugą bazę. Naciągnąłem ścięgno.

- Czy to bardzo źle wygląda? Byłeś u lekarza? A może...

- Dajże spokój, Katie. To nic wielkiego. Przez kilka miesięcy będę na liście kontuzjowanych.

Wrócę do formy, nim zaczną się wiosenne treningi, ale do wiosny będę miał sporo wolnego czasu.
Pokręcę się tu trochę i zmienię twoje życie w prawdziwe piekło.

-  No  tak,  to  rzeczywiście  zrekompensuje  ci  utracone  mecze.  Chodź,  pokażę  ci  dom  -

powiedziała. I popatrzę sobie, jak chodzisz, pomyślała. - Moje mieszkanie będzie na górze.

background image

-  Z  wyglądu  tego  sufitu  wnioskuję,  że  twoje  mieszkanie  w  każdej  chwili  może  się  znaleźć  na

dole.

- Nie jest taki słaby, jak ci się zdaje. - Machnęła ręką, jakby odpędzała natrętną muchę. - Jest

tylko brzydki, ale to przejściowe. Mam wielkie plany.

- Zawsze masz jakieś plany, i wszystkie wielkie.

Poszedł z nią, lekko utykając na lewą nogę. Przeszli przez wielką salę i weszli do małego holu,

w którym opadał tynk, ukazując gołą ścianę z cegieł. Skrzypiące schody zaprowadziły ich na piętro
zamieszkane  w  tej  chwili  przez  myszy,  pająki  i  inne  robactwo,  o  którym  Brandon  nie  chciał  nawet
myśleć.

- Kate, ten dom...

- Ma charakter i mocne mury - dokończyła sta​nowczo. - Zbudowano go przed wojną domową.

-  A  nie  w  epoce  kamienia  łupanego?  -  Brandon  lubił  rzeczy  znajdujące  się  w  należytym

porządku.  Jak  na  przykład  boisko  do  baseballu.  -  Masz  pojęcie,  ile  cię  będzie  kosztowało
doprowadzenie tego miejsca do stanu używalności?

- Mam pojęcie. A dokładnie się dowiem, kiedy będę rozmawiać z przedsiębiorcą budowlanym.

Ten dom jest mój, Brand! Pamiętasz, jak chodziliśmy tędy z Freddie, kiedy byliśmy mali?

- Jasne. Był tutaj bar, potem jakiś warsztat czy coś w tym rodzaju, potem.

-  Tu  było  wiele  rzeczy  -  przerwała  mu  Kate.  -  Zaczęło  się  w  dziewiętnastym  wieku  od

gospody.  Nikt  tego  domu  specjalnie  nie  szanował,  ale  ja  zawsze  chciałam  tutaj  mieszkać.
Wyobrażałam sobie, że wy​glądam przez te wspaniałe wysokie okna, biegam po pokojach...

Zaczerwieniła się, jej oczy stały się ciemne, prawie czarne. Był to widomy znak, że zaparła się

i nie po​puści.

- Marzenia ośmioletniej dziewczynki nie mogą zmusić dorosłej kobiety do kupowania ruiny.

- Masz rację. Wcale nie musiałam kupować tego domu. To zbieg okoliczności. Kiedy wiosną

przyjechałam odwiedzić rodziców, zobaczyłam, że dom wystawiono na sprzedaż. Od tamtej pory po
prostu nie mogłam go zapomnieć. Nawet w Nowym Jorku wciąż o nim myślałam.

Chodziła  po  pokoju.  Widziała  go  takim,  jakim  będzie  za  kilka  miesięcy.  Widziała  lśniące

parkiety, czy​ste, mocne ściany.

- Naprawdę masz pokręcone w głowie. Kate wzruszyła ramionami.

-  Teraz  jest  mój.  Wiedziałam  o  tym,  kiedy  tylko  weszłam  do  środka.  Czy  ty  nigdy  nie  czułeś

czegoś podobnego?

background image

Pewnie, że czuł. Poczuł to, kiedy po raz pierwszy wszedł na boisko. Zapewne gdyby wtedy z

kimś na ten temat porozmawiał, usłyszałby, że wszyscy chłopcy marzą o zawodowej grze w baseball,
ale tylko nielicznym się udaje, więc lepiej zająć się czymś bardziej realnym. Ale nikt z jego rodziny
nigdy mu nic takiego nie powiedział. Ani rodzice, ani nikt inny nigdy nie namawiał go do rezygnacji z
marzeń. Tak samo jak nie żądano od Kate, by wyrzekła się baletu.

- Chyba czułem - przyznał się Brandon. - Problem w tym, że to wszystko dzieje się zbyt prędko.

Przyzwyczaiłem się, że ty działasz powoli i z namy​słem.

-  To  się  nie  zmieniło.  -  Uśmiechnęła  się  do  niego.  -  Kiedy  postanowiłam  odejść  z  baletu,

wiedziałam,  że  będę  uczyć  tańca.  Wiedziałam,  że  właśnie  w  tym  domu  chcę  założyć  szkołę.  Moją
własną szkołę. Ale przede wszystkim chciałam wrócić do domu.

- W porządku. - Przytulił ją, pocałował w czoło.

- Wobec tego tak się stanie. Ale na razie lepiej stąd chodźmy. Zimno tu jak w psiarni.

- Nowe ogrzewanie jest pierwszą pozycją na liście moich inwestycji.

Brandon raz jeszcze rozejrzał się po wielkim, straszliwie zrujnowanym domu.

- To chyba bardzo długa Usta - mruknął.

Szli  ulicą,  po  której  hulał  grudniowy  wiatr.  Kate  czuła  w  powietrzu  śnieg,  a  właściwie

delikatną  zapowiedź  opadów  śniegu.  Wystawy  sklepowe  już  były  przystrojone  świątecznie.
Wszędzie  było  pełno  mikołajów  o  czerwonych  policzkach,  kolorowych  żarówek,  fruwających
reniferów i śniegowych bałwa​nów.

Ale  najlepszy  z  najlepszych  był  -  jak  zwykle  -  sklep  z  zabawkami.  W  witrynie  stały

miniaturowe  saneczki,  olbrzymie  pluszowe  miśki  w  śmiesznych  czapkach,  lalki  wystrojone  jak  na
bal,  lśniące  czerwone  ciężarówki  i  pałace  z  drewnianych  klocków.  Wspaniały  bałagan,  jak  przy
każdej dobrej zabawie.

Kate i Brandon weszli do środka, rozdzwoniły się wesołe dzwoneczki.

Klienci przechadzali się po sklepie, jakiś brzdąc wściekle walił w ksylofon. Annie Maynard,

sprze​dawczyni, właśnie pakowała do pudełka wielkiego pluszowego psa.

- To jedna z moich ulubionych zabawek - mówiła do klientki. - Na pewno bardzo się dziecku

spodoba.

Przewiązała pakunek czerwonym sznureczkiem, spojrzała znad okularów na nowo przybyłych i

aż pisnęła z radości.

- Brandon! Tasz! Zobacz, kto przyszedł. Chodź, daj mi buzi, moje ty kochanie.

Brandon wszedł za ladę, pocałował ją w policzek. Annie chwyciła się za serce.

background image

- Od dwudziestu pięciu lat jestem mężatką - powiedziała do klientki - ale ten chłopiec zawsze

spra​wia, że znów czuję się jak panienka. Wesołych świąt. Zaczekaj, pójdę po twoją matkę.

-  Ja  po  nią  pójdę.  -  Kate  uśmiechnęła  się.  -  Brandon  niech  lepiej  zostanie  tutaj.  Będzie  mógł

sobie z tobą poflirtować.

- Dobrze. - Annie puściła do niej oko. - Nie spiesz się za bardzo.

Brandon  czaruje  kobiety,  odkąd  skończył  pięć  lat,  myślała  z  rozrzewnieniem  Kate.  A  raczej

odkąd się urodził, poprawiła się w myślach, wędrując pomiędzy półkami pełnymi zabawek. I wcale
nie  dlatego,  że  jest  zabójczo  przystojny.  W  każdym  razie  nie  tylko  z  tego  powodu.  I  nie  tylko  z
powodu czaru, jaki wokół siebie roztacza, kiedy ma dobry humor.

Kate  już  dawno  doszła  do  wniosku,  że  wszystkiemu  winne  są  feromony.  Niektórzy  mężczyźni

nie mu​szą nic robić, a kobiety i tak za nimi szaleją. Nie wszystkie, ale zdecydowana większość.

Kate  należała  do  mniejszości.  Mężczyzna  musiał  mieć  w  sobie  coś  więcej  niż  tylko  wygląd,

czar  i  seksapil,  żeby  się  nim  zainteresowała.  Może  dlatego,  że  znała  wielu  takich,  na  których  miło
było popatrzeć...

i na tym koniec. Nie mieli nic prócz pięknej powłoki. Jak sklepowe manekiny.

Weszła do działu z samochodzikami i oniemiała.

Stojący  tam  mężczyzna  na  pewno  nie  był  manekinem.  Owszem,  był  przystojny,  ale  bardzo

męski.  Idealne  uosobienie  męskości.  Sto  osiemdziesiąt  pięć  centymetrów  wzrostu  w  przepięknym
opakowaniu, po​myślała Kate.

Była tancerką, toteż jak mało kto potrafiła ocenić wspaniałe ciało. Ciało tego człowieka, który

właśnie w tej chwili oglądał rzędy miniaturowych pojazdów, było opakowane w spłowiałe dżinsy,
flanelową ko​szulę i starą dżinsową kurtkę, stanowczo za lekką jak na tę porę roku.

Jego  buty  wyglądały  na  bardzo  solidne  i  bardzo  stare.  Kate  nigdy  przedtem  nie  przyszło  do

głowy, że znoszone buty mogą być pociągające.

No  i  te  włosy:  ciemne  z  jasnymi  pasemkami,  okalające  szczupłą  twarz  o  ostrych  konturach,

pełne  usta...  Sprawiały  wrażenie,  jakby  to  była  jedyna  miękka  część  jego  ciała.  Nos  miał  prosty  i
długi, pod​bródek kanciasty, a oczy...

Właściwie nie mogła dostrzec jego oczu, nawet ich koloru, bo widok zasłaniały jej rzęsy. Ale

wyobraziła sobie, że są niebieskie.

Sięgnął po jedną z zabawek i wtedy Kate zwróciła uwagę na jego dłonie. Duże, szerokie, silne.

Zaczęła sobie wyobrażać, całkiem niewinnie, oczywiście...

No i potknęła się.

background image

Łoskot spadających autek obudził ją z rozmarzenia i sprawił, że nieznajomy się odwrócił, Oczy

miał zie​lone, intensywnie zielone.

- Ale się narobiło... - Uśmiechnęła się do niego i śmiejąc się z samej siebie, przykucnęła, by

pozbie​rać autka. - Mam nadzieję, że nikt nie jest ranny.

- Na szczęście mamy karetkę pogotowia. Na wszelki wypadek. - Przykucnął obok Kate, wziął

do ręki lśniący białym lakierem model ambulansu.

-  Dziękuję.  Jeśli  zdążymy  to  posprzątać,  zanim  zjawią  się  tutaj  gliny,  to  może  nie  wlepią  mi

mandatu i skończy się tylko na ostrzeżeniu. - Pomyślała, że ten mężczyzna nie tylko świetnie wygląda,
ale także bardzo dobrze pachnie. Drewnianymi wiórami i jeszcze czymś. Mężczyzną! Specjalnie tak
się ustawiła, żeby musiał ją trącić kolanem. - Często tu przychodzisz?

-  No.  -  Spojrzał  na  nią  uważnie.  Od  razu  zauważyła  w  jego  oczach  błysk  zainteresowania.  -

Chłopcy nigdy nie wyrastają ze swoich zabawek.

- Podobno. A ty czym lubisz się bawić?

Zdziwił  się.  Nieczęsto  się  zdarza  spotkać  taką  piękną,  bezpośrednią  kobietę.  Zwłaszcza  w

sklepie z zabawkami. Mało brakowało, a zacząłby się jąkać, a potem zrobiłby coś, czego nie robił od
lat: powiedziałby coś, zanim by pomyślał.

- Zależy, w co się bawię. A ty w co się bawisz? Roześmiała się, odgarnęła kosmyk włosów z

czoła.

- Och, ja lubię różne gry. Zwłaszcza te, w których wygrywam.

Chciała wstać, ale on zrobił to szybciej. Wyprostował te swoje długie nogi, wyciągnął do niej

rękę. Kate uchwyciła się jej. Dłoń była twarda i silna. Taka, jaka powinna być dłoń mężczyzny.

- Jeszcze raz dziękuję. Mam na imię Kate.

- Brody. - Podał jej mały niebieski samochodzik. - Chcesz kupić auto?

-  Nie  dzisiaj.  Tak  sobie  oglądam  wszystko.  Może  coś  mi  wpadnie  w  oko...  -  Znów  się

uśmiechnęła.

Brody  z  największym  trudem  powstrzymał  się  od  gwizdania.  Kobiety  czasami  go  podrywały,

ale nigdy tak jawnie. On zresztą nie zwracał na nie uwagi. Nie był z kobietą od... No cóż, stanowczo
za długo.

- Kate. - Oparł się o półkę. Pomyślał, że to nawet zabawne, gdy ciało tak szybko przypomina

sobie od​powiednie ruchy, jakby nigdy tego rytuału nie przery​wało. - Może byśmy...

-  Katie!  Nie  wiedziałam,  że  przyszłaś.  -  Natasza  Kimball  szybko  szła  przez  sklep.  Niosła

olbrzymią zabawkę: samochód z gruszką do cementu.

background image

- Mam dla ciebie niespodziankę - oznajmiła Kate.

-  Uwielbiam  niespodzianki,  ale  najpierw  obowiązki.  Proszę,  Brody,  tak  jak  obiecałam.

Przywieźli to w poniedziałek i odłożyłam dla ciebie.

-  Fantastyczna.  -  Dwuznaczny  uśmieszek  ustąpił  miejsca  uśmiechowi  zadowolenia.  -

Rewelacyjna. Jack zwariuje z radości.

-  Ta  firma  robi  zabawki  z  wielką  dbałością  o  szczegóły.  Tym  autem  będzie  się  bawił  przez

kilka  lat,  a  nie  tylko  przez  pierwszy  tydzień  po  Gwiazdce.  Widzę,  że  już  poznałeś  moją  córkę.  -
Natasza przytu​liła do siebie Kate.

Brody oderwał wzrok od samochodu.

- To jest pani córka?

A więc to jest ta tancerka, pomyślał. Dlaczego od razu się nie domyśliłem? Przecież to widać.

-  Poznaliśmy  się  przed  chwilą.  Przy  okazji  niewielkiego  wypadku  samochodowego.  -  Kate

wciąż się uśmiechała. Na pewno tylko jej się zdawało, że poczuła chłód. - Jack to twój siostrzeniec?

- To mój syn.

- Ach, tak. - W wyobraźni zrobiła wielki krok do tyłu.

Ależ  ten  facet  jest  bezczelny,  pomyślała.  Ma  żonę,  a  mimo  to  śmie  ze  mną  flirtować!  Bo  to

przecież nie ma żadnego znaczenia, kto pierwszy zaczął. Ja nie mam męża, więc mi wolno.

- Na pewno bardzo mu się spodoba - powiedziała, tym razem chłodno. Odwróciła się do matki.

- Ma​mo...

-  Wiesz,  Kate,  opowiedziałam  Brody'emu  o  twoich  planach.  Pomyślałam  sobie,  że  mógłby

rzucić okiem na ten twój dom.

- Po co?

-  Brody  ma  firmę  budowlaną  i  doskonale  zna  się  na  stolarce.  To  właśnie  on  w  zeszłym  roku

wyremontował gabinet twojego ojca. I obiecał przyjrzeć się mojej kuchni. Moja córka zawsze musi
mieć wszystko, co najlepsze - wyjaśniła Brody'emu Natasza. Oczy jej się śmiały. - Więc oczywiście
pomyślałam o tobie.

- Jestem bardzo zobowiązany.

-  Niepotrzebnie.  Polecam  jej  ciebie,  ponieważ  wiem,  że  robisz  bardzo  dobrą  robotę  za

rozsądną  cenę.  -  Uścisnęła  jego  rękę.  -  Oboje  ze  Spence'em  będziemy  ci  bardzo  wdzięczni,  jeśli
zechcesz się tym zając.

background image

-  Po  co  ten  pośpiech,  mamo?  Ale,  ale,  czy  wiesz,  że  znalazłam  w  tym  starym  domu  coś

dziwnego? Jest przy wejściu i czaruje Annie.

- Co takiego? Brandon? Dlaczego mi nie powie​działaś?

Natasza wybiegła z działu motoryzacyjnego.

- Miło cię było poznać - powiedziała Kate.

- Mnie także. Jak będziesz chciała mi pokazać ten budynek, to do mnie zadzwoń.

-  Oczywiście.  -  Ustawiła  na  półce  mały  samochodzik,  który  od  niego  dostała.  -  Twojemu

synowi na pewno spodoba się ta betoniarka. Czy to twoje jedyne dziecko?

- Tak. Mam tylko Jacka.

-  Na  pewno  oboje  z  żoną  poświęcacie  mu  bardzo  dużo  czasu.  Ja  też  nie  mam  go  zbyt  wiele.

Przepra​szam, ale...

- Matka Jacka zmarła cztery lata temu. Ale ja rzeczywiście poświęcam mu wiele czasu. Uważaj

na zakrętach, Kate. - Wpakował sobie pod ramię pudeł​ko z betoniarką i odszedł.

- Ale się narobiło - mruknęła Kate. - Strasznie się wygłupiłam.

Zdaniem  Brody'ego  największą  zaletą  posiadania  własnego  przedsiębiorstwa  była

niezależność.  Prowadzenie  firmy  nie  raz  przysparzało  mu  bólu  głowy:  sterty  dokumentów,
odpowiedzialność,  szukanie  zamówień.  Ale  niezależność,  zwłaszcza  możliwość  dowolnego
dysponowania czasem, rekompensowała wszystkie niedogodności.

Przez ostatnie sześć lat Brody miał tylko jeden priorytet. Na imię mu było Jack.

Schował  betoniarkę  do  furgonetki  i  pojechał  do  klienta  sprawdzić,  jak  postępują  roboty

remontowe.  Potem  jeszcze  zadzwonił  do  dostawcy,  by  mu  przypomnieć,  jakich  materiałów  będzie
koniecznie  potrzebował  na  jutro,  zawiózł  potencjalnemu  klientowi  orientacyjny  kosztorys  remontu
łazienki i wrócił do domu.

W  poniedziałki,  środy  i  piątki  przyjeżdżał  do  domu  przed  szkolnym  autobusem.  We  wtorki  i

czwartki  oraz  w  razie  nieprzewidzianych  komplikacji  Jacka  dostarczano  do  państwa  Skully,  gdzie
spędzał popołudnie na zabawie ze swym najlepszym przyjacielem Rodem. Oczywiście pod bacznym
okiem Beth Skully, matki Roda.

Brody  był  bardzo  wdzięczny  Beth  i  Jerry'emu  Skullym.  Ich  dom  stał  się  miejscem,  w  którym

Jack mógł bezpiecznie i szczęśliwie spędzać czas, gdy nie miał się kto nim zająć we własnym domu.
W  ciągu  tych  dziesięciu  miesięcy,  jakie  minęły  od  ich  powrotu  do  Shepherdstown,  Brody  niemal
codziennie myślał o tym, jak spokojnie żyje się w małym mieście.

Miał  trzydzieści  lat  i  wciąż  nie  mógł  się  nadziwić  tamtemu  młodemu  mężczyźnie,  który

background image

zaledwie dziesięć lat temu uciekał z tego miasteczka tak szybko aż się za nim kurzyło.

No  i  chwała  Bogu,  pomyślał,  skręcając  w  ulicę  przy  której  stał  jego  dom.  Gdybym  stąd  nie

wyjechał  gdybym  nie  chciał  tak  bardzo  zostawić  swego  śladu  gdzieś  indziej,  nigdy  bym  się  nie
nauczył tego wszystkiego, co umiem, nigdy nie poznałbym życia tak jak je poznałem. Nie spotkałbym
Connie i nie miałbym Jacka.

Jego życie zatoczyło pełne koło. Prawie pełne ,bo jeszcze nie pogodził się całkiem z rodzicami,

choć i w tej sprawie zrobił już pewne postępy, A raczej zrobił je Jack. Ojciec Brody'ego nadal miał
żal do syna, ale nie potrafił się oprzeć wnukowi.

Brody  patrzył  na  las  rosnący  po  obu  stronach  szosy  Z  ołowianego  nieba  powoli  spłynęło  na

ziemię kilka płatków śniegu.

Dobrze, że wróciłem, pomyślał. To dobre miejsce na wychowywanie chłopca. Lepiej dla nas

obu  że  wyjechaliśmy  z  dużego  miasta,  że  zaczęliśmy  wszystko  od  nowa  tutaj,  gdzie  mamy  rodzinę.
Jack  ma  tu  babcię  i  dziadka.  Są  całkiem  zwyczajni,  ale  kochają  go  za  to,  jaki  jest,  widzą  w  nim
małego chłopca a nie pamiątkę po nieodżałowanej stracie.

Skręcił  w  swoją  uliczkę,  zawrócił,  wyłączył  silnik Autobus  nadjedzie  za  chwilę,  wyskoczy  z

niego  Jack  podbiegnie  do  furgonetki  i  wdrapie  się  do  kabiny.  Od  razu  zacznie  opowiadać  o
wszystkim, co mu się przy​darzyło tego dnia w szkole.

Szkoda,  że  ja  mu  nie  mogę  opowiedzieć  o  wszystkim,  co  mnie  spotkało,  pomyślał  nieco

ubawiony Brody.

Przecież nie może powiedzieć sześcioletniemu synowi, że po raz pierwszy od wielu lat jakaś

kobieta  zrobiła  na  nim  wrażenie.  I  to  nie  byle  jakie.  Musi  sobie  sam  z  tym  poradzić,  sam  musi  się
zastanowić, co z tym fantem zrobić.

Naprawdę długo obywał się bez kobiet. Zresztą co w tym złego, że znów zaczął o nich myśleć,

że znów jedną z nich zauważył? Zwłaszcza że ta kobieta nie krępowała się zrobić pierwszego kroku.

Czemu by nie, myślał. Krótki taniec godowy, kilka cywilizowanych randek, a potem już nieco

mniej cywilizowany seks. Każdy dostałby to, czego chce, i nikt by na tym nie ucierpiał. Mruknął coś
pod nosem, roztarł zesztywniały kark. Dobrze wiedział, że nigdy nie jest tak idealnie, że zawsze ktoś
traci, może nawet cierpi.

A  jednak  zaryzykowałby,  gdyby  nie  chodziło  o  Kate  Kimball,  ukochaną  córeczkę  Nataszy  i

Spence'a Kimballów. Już raz popełnił ten błąd i nie zamierzał go powtarzać.

Dużo wiedział o Kate. Primabalerina, ulubienica wyższych sfer, jedna z najjaśniejszych gwiazd

na firmamencie nowojorskiego światka artystycznego. A Brody wolałby dać sobie wyrwać wszystkie
zęby  za  jednym  zamachem,  niż  oglądać  przedstawienie  baletowe.  Dość  miał  ukulturalniania,  jakie
musiał przejść podczas trwania swego krótkiego małżeń​stwa.

Connie była wyjątkową kobietą. Naturalna minio otaczającej ją pompatyczności. A jednak było

background image

mu  ciężko.  Nie  wiedział,  jak  długo  jeszcze  chciałoby  im  się  wspólnie  wyrąbywać  drogę  przez  tę
towarzyską dżunglę.

Bardzo  kochał  Connie,  lecz  życie  z  nią  nauczyło  go,  że  łatwiej  się  żyje,  gdy  żyje  się  wśród

swoich, a jeszcze łatwiej, gdy mężczyzna unika wszelkich po​ważnych związków z kobietami.

Dobrze się stało, że nam przerwano, nim zdążyłem zaprosić Kate Kimball na randkę, pomyślał.

Wielki  żółty  autobus  zatrzymał  się  z  jękiem  hamulców,  włączył  światła  awaryjne.  Kierowca

zasalutował żartobliwie. Brody oddał salut i patrzył, jak jego domowa błyskawica wystrzeliwuje z
autobusu.

Jack był niedużym chłopcem, lecz uwagę przykuwały jego wielkie stopy, jakby na wyrost. Miał

roześmianą okrągłą buzię, zielone oczy, takie same jak Brody, i niewinny uśmiech małego dziecka. A
kiedy  ściągał  czerwoną  narciarską  czapeczkę,  a  robił  to,  kiedy  tylko  mógł,  wyskakiwała  spod  niej
burza bar​dzo jasnych włosków.

Był  już  prawie  przy  samochodzie  ojca,  gdy  nagle  zwolnił  biegu,  odchylił  głowę  do  tyłu  i

próbował schwytać na język jeden z leniwie spadających z nie​ba płatków śniegu.

Brody  patrzył  na  syna,  czuł,  jak  serce  wzbiera  mu  miłością.  Ta  miłość  była  w  jego  życiu

najważniejsza, ona zajmowała mu najwięcej czasu. Nie chciał tego zmieniać.

Drzwi furgonetki otworzyły się gwałtownie i już po chwili roześmiany chłopczyk wdrapywał

się  na  siedzenie  obok  kierowcy.  Przywodził  na  myśl  rozradowanego  szczeniaka  o  zbyt  wielkich
łapach.

- Cześć, tato! Śnieg! Może napada dwa metry i nie będzie lekcji, i ulepimy w ogródku milion

bałwanów, i pójdziemy na sanki. - Rozpierająca go radość życia nie pozwalała ani chwili usiedzieć
spokojnie na miej​scu. - Pójdziemy?

-  Jak  tylko  napada  dwa  metry  śniegu,  natychmiast  zaczniemy  lepić  pierwszego  z  miliona

bałwanów.

- Słowo?

-  Słowo  honoru  -  odparł  Brody.  Dotychczas  nigdy  nie  złamał  danego  synowi  słowa  i  miał

nadzieję, że tak będzie zawsze.

- Fajnie. Wiesz co?

- Co takiego? - Brody włączył silnik, jechał po​woli w stronę domu.

-  Do  Gwiazdki  zostało  tylko  piętnaście  dni,  a  pani  Hawkins  powiedziała,  że  jutro  będzie  już

tylko czter​naście, a czternaście dni to dwa tygodnie.

- To chyba znaczy, że jeśli od piętnastu odejmie​my jeden, to zostanie czternaście.

background image

- Naprawdę? - Jack aż oczy otworzył ze zdumienia, ale nie chciał się tym teraz zajmować. Miał

ważniejsze  sprawy  na  głowie.  -  Za  dwa  tygodnie  jest  Gwiazdka,  a  babcia  mówi,  że  czas  szybko
ucieka, więc właściwie Gwiazdka jest już teraz.

- Właściwie tak.

Brody  zatrzymał  auto  przed  starym  dwupiętrowym  domem.  Wiedział,  że  przyjdzie  dzień,  gdy

cały  dom  zostanie  wyremontowany,  ale  na  razie  jest  jaki  jest.  Najważniejsze,  że  daje  się  w  nim
mieszkać.

- Jeśli właściwie już jest Gwiazdka, to może mógłbym dzisiaj dostać prezent.

- Bo ja wiem... - Brody udawał, że się zastanawia. - Całkiem nieźle to sobie wymyśliłeś, ale

nie dostaniesz dziś prezentu. Musisz poczekać do Gwiazdki.

- Ojej.

- Ojej - powtórzył Brody tym samym żałosnym tonem, a potem się roześmiał i porwał synka na

ręce. - Ale jeśli dasz mi buzi, to zrobię na kolację Wspania​łą Magiczną Pizzę O'Connellów.

- Fajnie! - Jack przytulił się do ojca, pocałował go w policzek.

Brody'emu już nic więcej do szczęścia nie brako​wało.

ROZDZIAŁ DRUGI

- Denerwujesz się? - Spencer Kimball przyglądał się, jak córka nalewa kawę do filiżanki.

Wyglądała jak zwykle świetnie. Burzę czarnych włosów zaczesała w koński ogon, który sięgał

do po​łowy pleców. Ciemnoszare spodnie i żakiet doskonale na niej leżały.

Była bardzo piękna. I dorosła. Spence nie rozumiał, dlaczego tak mu ciężko na sercu za każdym

razem, kiedy zdaje sobie sprawę, że jego dzieci są już dorosłe.

- Dlaczego miałabym się denerwować? Chcesz je​szcze trochę kawy, tato?

-  Tak,  proszę.  -  Podsunął  swój  kubek.  -  Dlaczego?  -  powtórzył.  -  To  ważny  dzień  w  twoim

życiu. Za kilka godzin staniesz się właścicielką domu. Zaczniesz doświadczać wszystkich radości i
smutków, jakie się z tym wiążą.

-  Nie  mogę  się  doczekać.  -  Kate  usiadła  przy  stole  i  zaczęła  dłubać  w  rogaliku,  który  sobie

przygotowa​ła. - Dokładnie sobie to wszystko przemyślałam.

- Jak zwykle.

-  Aha.  Może  nie  powinnam  angażować  w  tę  inwestycję  tak  dużej  części  oszczędności,  ale

background image

widzisz,  tatku,  ja  dość  mocno  stoję  na  nogach  i  nie  planuję  kłopotów  finansowych.  Co  najmniej  na
trzy najbliż​sze lata.

-  Wiem.  -  Spence  przyglądał  się  córce.  -  Masz  smykałkę  do  interesów.  Zupełnie  jak  twoja

matka.

- A  po  tobie  odziedziczyłam  dar  nauczania.  W  Nowym  Jorku  czasami  dawałam  lekcje  tańca.

Całkiem nieźle sobie radziłam. - Dolała do kawy troszkę śmietanki. - Ale swoją szkołę będę miała
tutaj.

Kate odłożyła na talerz rogalik i wzięła do ręki kubek z kawą.

-  Nazwisko  Kimball  jest  w  naszym  mieście  szanowane,  a  ja  jestem  bardzo  znana  w  świecie

tańca. Dwadzieścia lat ciężkiej pracy nie poszło na marne.

- Na pewno masz rację.

Westchnęła. Ojca nie można było oszukać. Znał ją na wylot. Był dla niej opoką, zawsze mogła

się na nim oprzeć.

- No dobrze, bardzo się denerwuję - przyznała. - Wiesz, jak to jest, kiedy człowiek czuje jakby

łasko​tanie w żołądku?

- Wiem.

- Ostatni raz tak się denerwowałam, kiedy po raz pierwszy w życiu miałam zatańczyć solo na

prawdzi​wej scenie.

- To dlatego, że od tamtej pory nigdy nie wątpiłaś w swój talent. Teraz wchodzisz na nieznany

teren,  kochanie.  -  Położył  dłoń  na  jej  dłoni.  -  Masz  prawo  się  denerwować.  Prawdę  mówiąc,
niepokoiłbym się, gdyby było odwrotnie.

- Niepokoisz się też, że popełniam wielki błąd.

- Nie, to nie żaden błąd. - Lekko uścisnął jej dłoń. - Jeszcze tego nie wiesz, więc ci powiem, że

ojcowie też się czasem czegoś boją. Ja na przykład trochę się boję, że za kilka miesięcy zatęsknisz za
występami,  że  zacznie  ci  brakować  zespołu  i  stylu  życia,  do  jakiego  przywykłaś.  Jakaś  część  mnie
wolałaby  więc,  żebyś  jeszcze  trochę  zaczekała  z  decyzją  o  porzuceniu  sceny.  Za  to  druga  część
bardzo się cieszy, że wróciłaś do domu.

- Możesz się uspokoić. Jeśli na coś się decyduję, nie rezygnuję z byle powodu.

- Wiem.

Właśnie to najbardziej martwiło Spence'a, ale nie zamierzał mówić o tym córce.

Ugryzła rogalik, uśmiechnęła się lekko. Wiedziała, jak zmienić niewygodny temat.

background image

- Powiedz, jak chcecie przebudować kuchnię - poprosiła.

Ojciec westchnął, jego przystojna twarz nieco po​bladła.

-  Ja  się  do  tego  nie  wtrącam.  -  W  panice  rozejrzał  się  po  kuchni,  przeczesał  palcami  lekko

siwiejące włosy. - Twoja matka uparła się, żeby wszystko tutaj zmienić. To nowe, tamto nowe. A ten
Brody O'Connell jeszcze jej przytakuje i podsuwa nowe pomysły. Czy tej kuchni czegoś brakuje?

- Może chodzi o to, że od ponad dwudziestu lat nic się w niej nie zmieniło.

- No i co z tego? Komu to przeszkadza? Kuchnia jest w porządku. Wygodna i w ogóle... Ale ten

musiał jej pokazać katalogi.

Uśmiechnęła się, słysząc żal w głosie ojca. Jakby mówił o zdradzie serdecznego przyjaciela.

- Podły drań - powiedziała ze zrozumieniem.

- Planują jakieś łuki, wielkie okna. Przecież mamy okno. - Wskazał palcem okno nad zlewem. -

Nic mu nie brakuje. Można sobie przez nie wyglądać, ile dusza zapragnie. Moim zdaniem ten chłopak
uwiódł moją żonę perspektywą marmurowych blatów i dębo​wych szafek.

-  Dębowe  szafki,  powiadasz.  Rzeczywiście,  bardzo  seksowne.  -  Kate  się  roześmiała,  oparła

łokcie na stole. - Opowiedz mi o tym O'Connellu, tatku.

-  Jest  świetnym  fachowcem.  Ale  to  wcale  nie  oznacza,  że  może  tu  przyjść,  kiedy  mu  się

spodoba, i demolować moją kuchnię.

- Dawno tutaj mieszka?

-  Wychował  się  w  tym  mieście.  Jego  ojciec  ma  firmę  hydrauliczną,  Ace's  Plumbing.  Może

obiło ci się o uszy? Brody wyjechał stąd, kiedy skończył dwadzieścia lat. Mieszkał w Waszyngtonie,
pracował w budownictwie.

Po dobroci nic mi nie powie, pomyślała Kate. Trzeba go trochę przycisnąć, inaczej niczego się

nie do​wiem.

- Podobno ma synka.

- No. Mały Jack to prawdziwe żywe srebro. Żona Brody'ego umarła kilka lat temu. Chyba rak.

Mam wrażenie, że wrócił, bo chciał, żeby mały miał rodzinę. Osiedlił się tu mniej więcej rok temu,
założył firmę. Ma bardzo dobrą opinię. Na pewno zrobi ci remont tak jak trzeba.

Kate pomyślała, że chciałaby zobaczyć Brody'ego w pasie na narzędzia. Ciekawe, jak też on w

tym wy​gląda. Mogłaby pójść o zakład, że fantastycznie.

Po  wszystkim.  Żołądek  jeszcze  się  nie  uspokoił,  lecz  Kate  już  była  właścicielką  wielkiego,

pięknego i zrujnowanego domu w niewielkim miasteczku uniwersyteckim Shepherdstown w Wirginii

background image

Zachodniej.

Budynek  znajdował  się  o  kilka  kroków  od  jej  rodzinnego  domu,  od  sklepu  z  zabawkami  jej

matki,  od  uniwersytetu,  w  którym  uczył  jej  ojciec.  Kate  była  otoczona  rodziną,  przyjaciółmi  i
sąsiadami.

Trochę  się  przeraziła.  Wcześniej  wcale  o  tym  nie  myślała.  Wszyscy  mnie  tu  znają.  Wszyscy

będą  obserwować,  czy  mi  się  powiedzie,  czy  będę  miała  trudności,  a  może  całkiem  się  rozłożę.
Dlaczego nie zakładam szkoły gdzieś w Utah czy Nowym Meksyku? Gdzieś, gdzie nikt mnie nie zna,
gdzie nikt niczego po mnie nie oczekuje?

Wiedziała,  że  to  idiotyczne.  Postanowiła  otworzyć  szkołę  właśnie  tutaj,  bo  tu  był  jej  dom.

Chciała być w domu i wróciła do domu. Koniec i kropka.

Nie będzie żadnego rozkładania się, postanowiła.

Zatrzymała samochód przed swoim własnym, do​piero co kupionym domem.

Wiedziała,  że  odniesie  sukces.  Choćby  dlatego,  że  sama  zadba  o  każdy  szczegół.  Wszystko

będzie robić systematycznie i po kolei, tak jak dotąd. I będzie harować jak wół, żeby dopiąć swego.
Tak jak dotąd.

Na pewno nie zawiedzie rodziców. Nikogo nie za​wiedzie.

Najważniejsze, że dom jest mój, pomyślała. No i troszeczkę banku, ale to się kiedyś zmieni.

Weszła po schodach, po swoich własnych schodach, przemierzyła niewielki, nieco zapadnięty

ganek i otworzyła drzwi do swej przyszłości.

Śmierdziało kurzem i pajęczynami.

To  przejściowe,  pomyślała,  stawiając  torbę  na  brudnej  podłodze.  Już  wkrótce  wszystko  tutaj

zacznie się zmieniać. Niedługo będzie śmierdziało pyłem z rozbijanych tynków, potem cementem, a
wreszcie świeżą farbą.

Trzeba się tylko rozejrzeć za jakąś porządną firmą.

Szła  przez  wielki  pokój.  Specjalnie  mocno  stawiała  nogi.  Chciała  usłyszeć  echo  swoich

kroków  w  tej  pięknej,  bardzo  akustycznej  sali.  Dopiero  po  chwili  zauważyła  stojący  na  środku
pokoju radiomagneto​fon. Podbiegła do niego, zdjęła przyklejoną do niego kartkę.

Uśmiechnęła się. Rozpoznała charakter pisma matki.

Rozerwała kopertę, wyciągnęła kartkę, na której widniała tancerka stojąca przy drążku.

„Gratulujemy ci, Katie! A to mały prezencik na nowe mieszkanie. Żebyś zawsze mogła słuchać

mu​zyki.

background image

Całusy od mamy, taty i Brandona”.

- Kochani! - zawołała wzruszona do głębi serca. - Zawsze można na was liczyć.

Przykucnęła,  włączyła  magnetofon.  Usłyszała  znajome  dźwięki.  To  była  jedna  z  pierwszych

kompozy​cji jej ojca, ulubiona melodia Kate.

Dobrze pamiętała, jak była dumna i jaka przejęta, kiedy po raz pierwszy tańczyła ten utwór na

nowojor​skiej scenie. Kimball tańcząca do muzyki Kimballa.

Zdjęła płaszcz, zrzuciła pantofle.

Najpierw  powoli  wyciągnęła  się  w  górę,  jak  tylko  mogła  najwyżej.  Napięte  mięśnie  drżały,

lecz  trzymały  ją  w  tej  pozycji.  Ugięła  kolano,  zaczęła  się  obracać.  Najpierw  powoli,  potem  coraz
szybciej. I seria pirue​tów. Niezbyt szybkich.

Sunęła wokół obskurnej sali, powtarzała świetnie znane ruchy. Muzyka wypełniała przestrzeń,

kierowała ruchami tancerki. Kiedy zmieniła się z nastrojowej na pełną pasji, kroki Kate też stały się
szybsze, bar​dziej agresywne. Arabeska, potrójny piruet i ballottes.

Wypełniała  ją  radość  tańca,  radość  muzyki.  Gumka  spinająca  koński  ogon  zsunęła  się  z

włosów,  ale  Kate  nawet  tego  nie  zauważyła. Grande  jęte. I  jeszcze  raz.  I  jeszcze.  Można  by  tak
fruwać całą wieczność. Jeśli potrafi się latać.

Utwór kończył się radośnie, szybkimi obrotami fouette. A potem bezruch.

Kate zastygła jak rzeźba. Z jedną ręką wzniesioną do góry, drugą wygiętą do tyłu.

- Powinienem cię teraz obrzucić różami, ale nie​stety, nie przyniosłem.

I  tak  była  zdyszana,  ale  to  nagłe  wtargnięcie  obcego  człowieka  przyprawiło  ją  niemal  o

palpitację.  Przycisnęła  dłonią  serce,  które  dudniło  oszalałym  rytmem,  i  dysząc  ciężko,  patrzyła  na
Brody'ego.

Stał  w  otwartych  drzwiach  z  rękami  w  kieszeniach.  Przy  nim  na  podłodze  stała  skrzynka  z

narzę​dziami.

-  Jesteś  mi  winien  róże  -  powiedziała  z  niemałym  trudem.  -  Najbardziej  lubię  czerwone.

Śmiertelnie mnie wystraszyłeś.

- Przepraszam. Nie zamknęłaś drzwi i chyba nie usłyszałaś, jak pukałem.

Na pewno by nie usłyszała, pomyślał, więc naprawdę nie ma znaczenia, że nie przyszło mi do

głowy, żeby zapukać.

Kiedy zajrzał przez okno i zobaczył tańczącą Kate, w ogóle przestał myśleć. Po prostu wszedł

do  środka.  Kobieta,  która  tak  wygląda,  która  się  tak  porusza,  potrafi  zawrócić  w  głowie  każdemu

background image

mężczyźnie. Przypuszczał, że Kate doskonale o tym wie.

-  Nic  nie  szkodzi.  -  Odwróciła  się,  wyłączyła  magnetofon.  -  Właśnie  położyłam  kamień

węgielny pod nową szkołę. Chociaż wygląda to znacznie lepiej, kiedy tańczy się w kostiumie, przy
odpowiednim oświetleniu...

Poprawiła  potargane  włosy.  Nie  mogła  odżałować,  że  oszalałego  serca  nie  da  się  tak  łatwo

opanować.

- W czym mogę pomóc?

Podszedł do niej. Po drodze pochylił się, żeby pod​nieść leżącą na podłodze gumkę.

- Zgubiłaś.

- Dzięki. - Wsunęła gumkę do kieszeni.

Brody  wolałby,  żeby  związała  włosy.  I  tak  niezwykle  na  niego  działała.  Była  zarumieniona,

potargana i... stanowczo za blisko.

- Odnoszę wrażenie, że się mnie nie spodziewałaś.

-  Nie  spodziewałam  się,  ale  lubię  niespodzianki.  Zwłaszcza  gdy  ta  niespodzianka  ma  takie

piękne zielone oczy, dodała w myślach.

- Twoja matka prosiła, żebym wpadł i rzucił okiem na ten dom.

- Ach, więc to jeszcze jeden prezent na nowe mie​szkanie.

- Nie rozumiem.

- Nieważne.

Pochyliła głowę. Tancerze znają się na mowie ciała, więc nie miała kłopotu z rozszyfrowaniem

Brody'ego. Był sztywny, jakby się czegoś bał, jakby spodziewał się ataku. I bardzo uważał, żeby się
do niej zanadto nie zbliżyć.

- Czy ty się mnie boisz, czy tylko cię irytuję?

- Nie znam cię na tyle dobrze, żeby się ciebie bać, ani nawet na tyle, żeby się irytować.

- Chciałbyś to zmienić?

- Posłuchaj... - zaczął, choć nie bardzo wiedział, co miałby powiedzieć potem.

-  Nie  złość  się.  -  Kate  machnęła  ręką.  Nawet  nie  wiedziała,  że  wybawiła  go  z  krępującej

sytuacji. Tylko pożałowała, że Brody jest taki staroświecki. Ona wolała mówić o wszystkim wprost,

background image

on  widocznie  miał  na  ten  temat  inne  zdanie.  -  Uważam,  że  jesteś  bardzo  atrakcyjny.  Odniosłam
wrażenie, że ja też ci się spodobałam. Przynajmniej z początku. Widocznie się pomyliłam.

- Zawsze zaczepiasz obcych w sklepie z zabaw​kami?

Szybko zamrugała powiekami. Sprawił jej przy​krość i bardzo zdenerwował.

- No cóż... - Wzruszyła ramionami.

-  Przepraszam.  -  Wyciągnął  obie  ręce.  Był  z  siebie  bardzo  niezadowolony.  -  Paskudnie  się

zachowałem.  Chyba  rzeczywiście  trochę  mnie  irytujesz.  Ale  to  nie  twoja  wina.  Wyszedłem  z
wprawy,  zwłaszcza  jeśli  chodzi  o...  agresywne  kobiety.  Powiedzmy,  że  w  tej  chwili  nie  jestem  do
wzięcia.

- To dla mnie straszny cios - zakpiła Kate. - Już wybrałam sobie obrączkę. Mam nadzieję, że

jakoś to przeżyję.

- Na pewno. - Brody się uśmiechnął.

Kate  pomyślała,  że  ma  bardzo  miły  uśmiech.  Szkoda,  że  tak  rzadko  z  niego  korzysta.

Przynajmniej w jej obecności.

-  No  dobrze,  sprawy  osobiste  mamy  za  sobą  -  powiedziała  -  więc  możemy  przejść  do

interesów. Co myślisz o tym wnętrzu?

Brody  wreszcie  się  uspokoił.  To  był  temat,  na  którym  się  znał.  Znowu  poczuł  pod  nogami

twardy grunt.

-  Fantastyczny  stary  dom.  Ma  charakter,  mocne  fundamenty  i  solidną  konstrukcję.  Przetrwa

wieki.

Zniecierpliwienie,  które  jeszcze  przed  chwilą  odczuwała,  prysło  jak  bańka  mydlana.  Zrobiło

jej się ciepło koło serca.

- No właśnie - powiedziała uradowana. - Teraz cię kocham.

Brody  nie  posiadał  się  ze  zdumienia.  Na  wszelki  wypadek  nawet  się  cofnął  i  w  tej  samej

chwili usły​szał śmiech Kate.

-  Rany!  Ty  rzeczywiście  wyszedłeś  z  wprawy.  Nie  rzucę  ci  się  zaraz  w  ramiona,  choć  nie

ukrywam,  że  mam  na  to  wielką  ochotę.  Powiedziałam  to  tylko  dlatego,  że  jesteś  pierwszą  osobą,
która  myśli  o  tym  domu  dokładnie  to  samo  co  ja.  Dotąd  wszyscy  uważali,  że  skoro  pakuję  tyle
pieniędzy w taką ruinę, to znaczy, że mi rozum odjęło.

- To dobra inwestycja - przyznał. - Oczywiście jeśli dobrze się do tego zabrać.

- A nie mógłbyś mi powiedzieć, jak się do tego zabrać, żeby było dobrze?

background image

- Przede wszystkim sprawdziłbym centralne ogrzewanie. Zimno tu jak w psiarni.

- Już to słyszałam. - Kate uśmiechnęła się. - Ogrzewanie jest w piwnicy. Może rzuciłbyś na nie

okiem?

Zeszła z nim na dół. Brody nie spodziewał się tego po niej. Nie krzyknęła na widok uciekającej

w  popłochu  myszy,  nawet  się  nie  wzdrygnęła,  widząc  wylinkę  węża,  który  zapewne  kiedyś  w  jej
piwnicy pożywiał się myszami. A przecież powinna. Przynajmniej Bro​dy tak uważał.

Z  jego  doświadczenia  wynikało,  że  kobiety  -  zwłaszcza  piękne  kobiety  -  nienawidzą

wszystkiego, co pełza i ma więcej niż cztery nogi. Ale Kate tylko zmarszczyła nos, wyjęła z kieszeni
żakietu mały note​sik i coś sobie w nim zapisała.

Do piwnicy wpadało niewiele światła, powietrze było gęste i stojące, podłoga z ubitej ziemi, a

bardzo stary kocioł centralnego ogrzewania do niczego się nie nadawał.

Brody jej to powiedział, a potem wyjaśnił, jakie ma możliwości, przedstawił wszystkie wady i

zalety różnych systemów ogrzewania: elektrycznego, gazowego i olejowego. Mówił o wydajności, o
kosztach in​westycji i kosztach eksploatacji.

Uważał,  że  równie  dobrze  mógłby  mówić  do  niej  po  grecku,  więc  zaproponował,  że  przyśle

katalogi jej ojcu.

- Mój tata jest kompozytorem - przypomniała mu bardzo grzecznie Kate. - Dlaczego myślisz, że

zrozu​mie to wszystko lepiej niż ja? Bo jest mężczyzną?

Brody namyślał się chwilę.

- Tak - powiedział w końcu. - Tak właśnie uwa​żam.

- Źle uważasz. Możesz te katalogi przysłać bezpośrednio do mnie, chociaż po twoim wykładzie

już teraz skłaniam się bardziej do ogrzewania na parę. Mam wrażenie, że jest prostsze w obsłudze.
Poza  tym  w  tym  przypadku  będzie  tańsze,  bo  wszystkie  rury  i  grzejniki  już  są  zainstalowane.
Chciałabym,  żeby  ten  dom  nadawał  się  do  mieszkania  i  był  atrakcyjny,  ale  jednocześnie  chcę
zachować jak najwięcej z jego oryginalnego charakteru. Poza tym jest tu dodatkowe źródło ciepła, z
którego  będzie  można  skorzystać  w  razie  potrzeby.  Trzeba  tylko  przejrzeć  te  wszystkie  kominki,
ponaprawiać...

Mówiła to lodowatym tonem, ale Brody'emu to wcale nie przeszkadzało. Zwłaszcza że mówiła

roz​sądnie.

- Ty tu jesteś szefem - powiedział.

- No właśnie.

- Masz pajęczynę we włosach, szefie.

background image

-  Ty  też.  Trzeba  oczyścić  tę  piwnicę  i  wylać  cement.  Taka  ziemna  podłoga  jest  wprawdzie

bardzo  oryginalna,  ale  całkowicie  niepraktyczna.  Trzeba  się  pozbyć  stąd  tych  gryzoni  i  wszystkich
innych  żywych  stworzeń.  I  zainstalować  lepsze  oświetlenie.  Jak  się  to  wszystko  zrobi,  będzie  tu
można urządzić jakiś składzik.

- Dobrze. - Brody wyjął notes i ołówek, zapisał sobie wszystkie polecenia Kate.

Ona tymczasem wyszła z piwnicy. Brody pośpie​szył za nią.

- Te schody nie muszą być ładne - mówiła, idąc na górę - ale muszą być bezpieczne.

- Będą bezpieczne. Wszystko zgodnie z przepisa​mi. Ja inaczej nie pracuję.

- Dobrze wiedzieć. Teraz pokażę ci, co bym chcia​ła zrobić na parterze.

Jasno wyłożyła mu swe potrzeby, ze szczegółami. Brody słuchał jej z uznaniem. Nie chciała po

prostu  wybebeszyć  całego  budynku,  tylko  wykorzystać  wszystkie  jego  dziwaczności,  zachować
wiekowy czar.

Chciała  przebudować  kuchnię.  Kuchnia  miała  być  mniejsza,  a  pozostałą  po  niej  przestrzeń

należało za​mienić na gabinet.

Pomieszczenia,  które  z  biegiem  lat  zmieniały  swoje  przeznaczenie  i  z  eleganckich  sypialni,

jakimi  były  z  początku,  przeistoczyły  się  w  magazyny,  miały  się  stać  garderobami.  Trzeba  było
wybudować blaty, za​montować lustra, a wnęki obudować szafami.

- Trochę to wszystko zbyt wyszukane jak na szko​łę baletową w małym mieście.

-  To  nie  jest  wyszukane,  tylko  zwyczajne.  Takie  powinno  być.  A  jeśli  chodzi  o  te  dwie

łazienki... - Zatrzymała się przy drzwiach umieszczonych jedne obok drugich.

- Jeśli chcesz je powiększyć i przebudować, to najlepiej zlikwidować dzielącą je ścianę.

- Tancerze nie są tak bardzo wstydliwi jak inni ludzie, ale koedukacyjna łazienka to już byłaby

prze​sada.

-  Koedukacyjna?  -  Brody  spojrzał  na  nią  znad  notatnika.  -  Chcesz  uczyć  tańca  chłopców?  -

Uśmiech​nął się z niedowierzaniem. - Co oni tu będą robili?

-  Nie  słyszałeś  o  Barysznikowie?  O  Davidovie?  -  Kate  była  przyzwyczajona  do  takich

idiotycznych  uwag,  więc  i  tym  razem  zupełnie  się  nie  przejęła.  -  Każdy  dobry  tancerz  jest
nieporównywalnie silniejszy i bardziej wytrzymały niż jakikolwiek mężczyzna uprawiający typowo
męski sport.

- Sportowcy nie noszą spódniczek.

Kate westchnęła. Skoro zdecydowała się na założenie szkoły baletowej w małym miasteczku,

background image

musiała się liczyć z takim postawami.

- Może się zdziwisz, ale tancerze wcale nie są zniewieściali. Moim pierwszym kochankiem był

pierwszy tancerz. Jeździł harleyem, a  grande  jęte skakał  wyżej  niż  Michael  Jordan  skacze  podczas
meczu. No, ale Jordan nie nosi rajstop. Tylko śmieszne maj​teczki.

- Spodenki - poprawił ją Brody. - Spodenki do koszykówki.

- Sam widzisz, że chodzi tylko o strój - stwierdziła i zaraz wróciła do porzuconego na chwilę

tematu.

-  Muszą  być  dwie  łazienki.  Nowe  kabiny  prysznicowe,  nowe  umywalki,  nowe  podłogi.  W

każdej łazience jedna umywalka ma być umieszczona tak nisko, żeby mogło z niej korzystać dziecko.
Białe wykoń​czenia. Ma być czysto i bez ostrych krawędzi.

- Wiem, o co chodzi.

-  Zostało  jeszcze  piętro.  -  Pokazała  wiodące  na  górę  schody,  które  znajdowały  się  na  końcu

korytarza.

- Tam urządzę sobie mieszkanie.

- Chcesz mieszkać nad szkołą?

-  Owszem.  Chcę  tutaj  mieszkać,  oddychać,  jeść  i  pracować.  Bez  tego  nie  da  się  zmienić

pomysłu w fakt dokonany. Chodź, pokażę ci, jak ma wyglądać mieszkanie.

Brody  musiał  przyznać,  że  miała  świetne  pomysły.  Projekt  mieszkania,  jaki  mu  przedstawiła,

był bez zarzutu.

Życzyła sobie zachować i odrestaurować oryginalne gzymsy i stolarkę. Powiedziała nawet, że

ten, kto zamalował wspaniały stary dąb białą farbą, powinien być publicznie rozerwany końmi.

Brody był tego samego zdania. Ręce go świerzbiły. Chciał własnoręcznie przykrawać drewno,

by uzupełnić braki, pokryć je patyną, żeby upodobniło się do oryginału. Nie mógł się doczekać, kiedy
zacznie cyklinować podłogi.

Chodząc  za  Kate  po  pomieszczeniach  na  piętrze,  czuł,  jak  narasta  w  nim  dobrze  znane

oczekiwanie. Pragnął odcisnąć swoje piętno na czymś, co przetrwa pokolenia.

Kiedyś  po  prostu  pracował  na  godziny,  wyłącznie  po  to,  żeby  zarobić  pieniądze.  Duma  i

odpowiedzial​ność za wykonaną pracę przyszły znacznie później.

Pomyślał,  że  kształt  tego  domu  zależy  od  niego.  Bardzo  chciał  jak  najszybciej  zabrać  się  do

roboty, by także i tutaj pozostawić po sobie ślad. Mimo że musiałby wtedy mieć do czynienia z Kate,
musiałby znosić irytującą reakcję swego ciała na bliskość tej kobiety.

background image

Ponownie  skupili  się  na  przebudowie  łazienki.  Stara  żeliwna  wanna  miała  zostać.  Beżową

umywalkę wiszącą na ścianie należało zamienić na białą stojącą na postumencie.

Kate  równie  dokładnie  wiedziała,  jak  powinna  wyglądać  kuchnia,  lecz  tym  razem  Brody

postanowił wtrącić swoje trzy grosze.

- Czy naprawdę zamierzasz tu gotować, czy tylko podgrzewać gotowe potrawy?

- Oczywiście, że będę gotować. Wiem, jak to się robi.

- Wobec tego musisz mieć porządne miejsce do pracy. Powinnaś tak to wszystko urządzić, żeby

przestrzeń w kuchni była dostosowana do kolejności prac. Dobrze by było zaczynać od okna. Dlatego
radziłbym ci przenieść zlew pod okno. Lodówkę można postawić tam, a kuchenkę tutaj. W ten sposób
przechodzisz  kolejno  od  jednej  czynności  do  drugiej,  zamiast  miotać  się  po  całej  kuchni.  Nie  ma
sensu marnować prze​strzeni i jeszcze wysilać się bez potrzeby.

- Tak, ale tutaj...

- Tu można zrobić spiżarnię - przerwał. Oczami wyobraźni widział, jak powinno wyglądać to

wnętrze.

- Będziesz miała długi blat. Tutaj go poszerzymy.

- Wyjął miarkę, zmierzył odcinek ściany. - Tak. Idealnie. Tutaj blat się poszerzy i w ten sposób

powstanie  miejsce  do  jedzenia.  Dzięki  temu  zamiast  pustej  przestrzeni  będziesz  miała  miejsce  do
pracy i miejsce do siedzenia.

- Chciałam tu wstawić stół.

- Jeśli postawisz stół, będziesz musiała go omijać i zawsze będzie ci za ciasno.

- Może masz rację.

A  przecież  myślała  o  kuchennym  stole  jeszcze  tego  ranka,  kiedy  jadła  śniadanie  w

towarzystwie ojca. O takim samym stole, przy jakim siadywała z całą rodziną niezliczoną ilość razy.

Sentymentalne, pomyślała rozsądnie. I w tym przypadku chyba rzeczywiście mało praktyczne.

- Zrobię ci szkic - kusił Brody. - Będziesz się mogła nad tym spokojnie zastanowić.

- Dobrze. Zresztą na kuchnię mamy jeszcze czas. W tej chwili najważniejszy jest parter.

-  Potrzebuję  kilku  dni,  żeby  to  wszystko  policzyć  i  zrobić  kosztorys,  ale  już  teraz  mogę  ci

powiedzieć, że suma będzie sześciocyfrowa, a prace potrwają około czterech miesięcy.

Kate  właściwie  spodziewała  się  tego,  ale  co  innego  spodziewać  się,  a  co  innego  usłyszeć  to

samo z ust fachowca. Tak czy siak, przeżyła lekki wstrząs.

background image

-  Narysuj  mi  to  wszystko,  policz,  zrób  to,  co  zwykle  robisz.  Gdybym  zdecydowała  się

powierzyć ten remont tobie, to kiedy mógłbyś rozpocząć prace?

-  Zdobycie  zezwolenia  nie  zajmie  dużo  czasu.  Materiały  mogę  zamówić  natychmiast.  Chyba

mógł​bym zacząć pierwszego dnia nowego roku.

-  Lejesz  mi  miód  na  serce.  Jeśli  powierzę  ci  remont,  chciałabym,  żebyś  zaczął  natychmiast.

Przygo​tuj mi, proszę, kosztorys.

Zostawiła go samego, żeby mógł sobie spokojnie wszystko pomierzyć i policzyć, a sama zeszła

na dół. Chciała postać trochę na swoim własnym ganku.

Słyszała  przytłumione  odgłosy  ruchu  ulicznego  dochodzące  z  głównej  ulicy  miasta,  która

przechodziła  zaledwie  jedną  przecznicę  od  jej  domu.  Czuła  zapach  dymu  z  jakiegoś  komina.  Pełen
dziur i pagórków trawnik przed domem był zarośnięty więdnącymi chwastami.

Po  drugiej  stronie  wąskiej  uliczki  stał  jeszcze  jeden  dom  z  czerwonej  cegły,  w  którym

urządzono miesz​kania. Dom był stary, bardzo czysty i nadzwyczajnie cichy o tej porze.

Kolejne  sto  tysięcy,  pomyślała  Kate.  No  cóż,  jakoś  sobie  poradzę.  Na  szczęście  przez  kilka

ostatnich lat nie wydawałam pieniędzy na żadne ekstrawagancje.

Chyba  rzeczywiście  odziedziczyła  po  matce  zmysł  do  interesów.  Korzystnie  inwestowała

oszczędności, a na wszelki wypadek ulokowała co nieco w fundu​szu powierniczym.

Miała  jeszcze  jedną  tajną  broń:  zawsze  mogła  wystąpić  gościnnie  ze  swoim  nowojorskim

zespołem. Roztropnie zostawiła sobie tę furtkę.

Doszła  do  wniosku,  że  gdy  remont  się  zacznie,  to  właściwie  nie  będzie  miała  nic  do  roboty.

Mogłaby wtedy trochę potańczyć. Nie tylko ze względów fi​nansowych.

Nie była przyzwyczajona do lenistwa, do braku zajęcia. A na to się zanosiło.

Mogę  pojechać  do  Nowego  Jorku,  zamieszkać  u  dziadków.  Mogę  ćwiczyć,  występować  i  co

jakiś czas wracać do domu. Tak, to naprawdę całkiem nie​złe rozwiązanie.

Ale nie teraz. Jeszcze nie teraz. Najpierw muszę zobaczyć, jak to wszystko rusza z miejsca, jak

moje plany zaczynają się urzeczywistniać.

- Kate? - Brody wyszedł z domu, przyniósł jej porzucony na podłodze płaszcz. - Jest zimno.

-  Troszeczkę.  Miałam  nadzieję,  że  wreszcie  spadnie  śnieg.  Wczoraj  już  nawet  troszkę

popadało.

- Może sobie padać, byle nie było go więcej niż dwa metry.

- Dlaczego?

background image

- A tak.

Zarzucił  jej  płaszcz  na  ramiona,  odruchowo  podniósł  jej  włosy,  żeby  nie  zostały  pod

płaszczem.

Ależ ich dużo, pomyślał zdenerwowany. Długie, gęste i takie mięciutkie. Odwróciła się, a on

jeszcze  trzymał  w  dłoni  te  jej  włosy.  Nie  zdążył  ich  puścić,  kiedy  spojrzała  mu  prosto  w  oczy. A
więc jednak jest zainteresowany, pomyślała bardzo za​dowolona.

- Może pójdziemy na kawę? Tu za rogiem jest taka mała knajpka - zaproponowała.

Chciała go sprawdzić. Siebie zresztą też.

- Moglibyśmy porozmawiać o... tej kuchni. Zajęła wszystkie jego myśli, zatkała płuca i zrobiła

coś strasznego z jego męskością.

- Znowu zaczynasz - mruknął.

- Oczywiście. - Uśmiechnęła się leniwie, prowo​kacyjnie.

- Zdaje mi się, że nigdy nie widziałem ładniejszej kobiety od ciebie.

- To tylko dobry dar losu, ale dziękuję. Mnie najbardziej podobają się twoje usta. Nie mogę się

na nie dość napatrzeć.

W gardle mu zaschło, jakby od tygodnia wędrował po Saharze. Zastanawiał się, co się Stało z

kobietami przez ten czas, kiedy on zajmował się wychowaniem syna.

Od kiedy to kobiety uwodzą mężczyzn, myślał. W dodatku na ganku, i to w samo południe.

Grudniowy wiatr powiał mu chłodem w twarz, a mimo to krew krążąca w żyłach była gorętsza

niż zwykle.

- Posłuchaj...

Ujął ją za ręce, jakby się chciał upewnić, że zanadto się do niego nie zbliży. Płaszcz zsunął się

z jej ramion. Pod cienkim materiałem żakietu Brody poczuł twarde mięśnie.

-  Słucham.  -  Znów  patrzyła  mu  prosto  w  oczy.  Pomyślała,  że  jest  bardzo  męski  i  bardzo

wystraszo​ny. - Podobasz mi się, to wszystko.

Ma  zupełnie  szare  oczy,  pomyślał  Brody.  Tajemnicze  jak  mgła.  Musiałbym  tylko  pochylić

głowę, albo... Tak, jeszcze lepiej! Przyciągnąć ją do siebie, zmusić, żeby stanęła na palcach. To by
wystarczyło.

Jego usta znalazłyby się na tych jej gorących war​gach wygiętych w pewnym siebie uśmiechu.

background image

- Już ci mówiłem, że nie jestem zainteresowany.

- Owszem - stwierdziła spokojnie. - Kłamałeś. Interesujesz się mną. Nawet bardzo.

Rozbawiona odsunęła się od niego.

-  Interesujesz  się,  chociaż  bardzo  tego  nie  chcesz  -  dodała,  jakby  zrobiła  epokowe  odkrycie,

jakby on sam tego nie wiedział.

- Na jedno wychodzi.

Puścił  ją,  schylił  się  po  swoją  skrzynkę  z  narzędziami.  Ręce  mu  drżały.  Strasznie  go  to

irytowało.

-  Nie  zgadzam  się,  ale  nie  będę  nalegać.  Mam  ochotę  spotkać  się  z  tobą  prywatnie.  Czas  i

miejsce pozostawiam do twojego uznania. Oczywiście, jeśli w ogóle uznasz za stosowne się ze mną
spotkać  w  tym  charakterze.  No  i  mam  nadzieję,  że  będziemy  razem  pracować.  Oboje  podobnie
myślimy o tym starym do​mu. Poza tym spodobało mi się wiele twoich pomy​słów.

Był  wzburzony  i  rozgrzany  do  czerwoności,  a  jednak  zdołał  zachować  spokój.  Przynajmniej

pozornie.

- Jesteś niesamowita, Kate.

-  Oczywiście.  -  Ani  trochę  się  nie  zmieszała.  Zresztą  Brody  wcale  się  tego  po  niej  nie

spodziewał. - I nie mam zamiaru przepraszać za to, że jestem jaka jestem. Czekam na kosztorys i te
obiecane  katalogi.  Jeśli  będziesz  chciał  jeszcze  coś  zmierzyć  czy  sprawdzić,  to  wiesz,  gdzie  mnie
szukać.

- Tak, wiem. - Odwrócił się na pięcie, nawet na nianie spojrzał.

Popatrzyła,  jak  Brody  schodzi  po  schodkach  i  wsiada  do  furgonetki.  Pewnie  by  się  zdziwił,

gdyby  wiedział,  że  zadrżała,  gdy  odjechał.  Jeszcze  bardziej  by  się  zdziwił,  gdyby  widział,  jak  ona
siada na schod​kach ganku.

Wcale  nie  czuła  grudniowego  zimna.  Chciała  je  poczuć,  nie  mogła  się  doczekać,  kiedy

wreszcie ochłodzi jej rozgrzane ciało. I kiedy wreszcie uspokoi się jej żołądek, w którym znów czuła
to dziwne łasko​tanie.

Myślała  o  Brodym  O'Connellu.  Myślała  o  tym,  jakie  to  dziwne  i  fascynujące,  że  mężczyzna,

którego widziała zaledwie drugi raz w życiu, zrobił na niej tak wielkie wrażenie.

Kate  była  bardzo  wybredna.  Ten  kochanek,  o  którym  opowiedziała  Brody'emu,  był  jednym  z

trzech mężczyzn, na których zależało jej na tyle, że wpuściła ich nie tylko do swojego życia, ale także
do swego łóżka.

Ale  Brody'ego  chciała  mieć  w  łóżku  już,  zaledwie  po  dwóch  spotkaniach.  Właściwie  po

background image

jednym, poprawiła się w myślach. To drugie tylko wzmocniło pożądanie, tę gwałtowną potrzebę, na
którą wcale nie była przygotowana.

Trzeba  zrobić  jedyną  rozsądną  i  praktyczną  rzecz,  jaka  jest  w  tej  chwili  do  zrobienia,

postanowiła.  Muszę  się  uspokoić,  zacząć  myśleć  logicznie,  a  potem  zastanowię  się,  w  jaki  sposób
najskuteczniej zaciąg​nąć go do łóżka.

ROZDZIAŁ TRZECI

Jack  starannie  wpisywał  do  zeszytu  kolejne  litery  alfabetu.  Siedział  przy  dużym  biurku  w

pokoju, który obaj z ojcem nazywali gabinetem. Tata też pracował, tylko inaczej.

Chłopiec  uznał,  że  papier  milimetrowy,  linijki  i  ekierki  są  znacznie  bardziej  interesujące  niż

litery.  Na  szczęście  tata  obiecał,  że  kiedy  upora  się  z  alfabetem,  też  dostanie  papier  i  będzie  mógł
rysować.

Jack  dobrze  wiedział,  co  narysuje:  ogromny  dom,  taki  sam  jak  ich  własny.  I  wielką  stodołę,

taką samą jak ta, w której mieści się warsztat tatusia. I do tego dużo śniegu. Całe dwa metry śniegu, a
na tym śniegu miliony bałwanów. I psa. Koniecznie trzeba naryso​wać psa.

Dziadek i babcia mieli psa. Nazywał się Buddy, był stary, ale i tak można się było z nim bawić.

Niestety, Buddy mieszkał u babci. Jack wiedział, że kiedyś i on będzie miał psa, swojego własnego
psa. Nazwie go Mike. Mike będzie biegał za piłkami i spał razem z Jackiem w jednym łóżku.

Tatuś obiecał, że przyniesie mu psa, jak tylko Jack będzie na tyle duży, żeby wziąć na siebie

odpowie​dzialność za żywe stworzenie. A więc choćby jutro.

Jack podniósł głowę znad zeszytu i uważnie przyjrzał się ojcu. Chciał spytać, czy już stał się

wystarczająco  odpowiedzialny,  żeby  dostać  psa,  ale  uznał,  że  to  nie  jest  właściwa  pora.  Tata  miał
taką  minę,  jakby  był  zły,  chociaż  tak  naprawdę  wcale  się  nie  złościł.  Zawsze  robił  taki  grymas
podczas pracy. Gdyby Jack odezwał się do taty w takiej chwili, z pewnością usły​szałby: „Nie teraz”.

Ale pisanie liter jest strasznie nudne. Jack wolałby rysować dom albo bawić się ciężarówkami,

albo chociaż zagrać w jakąś grę komputerową. Albo przynajmniej wyjrzeć przez okno i sprawdzić,
czy przypad​kiem nie spadł już śnieg.

Kopnął biurko, pokręcił się na krześle, znów mach​nął nogą.

- Nie kop biurka, Jack.

- Czy muszę przepisać cały alfabet?

- Tak.

- Dlaczego?

background image

- Dlatego.

- Przepisałem do P.

- Jeśli nie przepiszesz reszty, to nie będziesz mógł powiedzieć żadnego słowa zawierającego

litery, które opuściłeś.

- Ale tato...

- Nie możesz powiedzieć „tato”.

Jack westchnął ciężko, wpisał do zeszytu kolejne trzy litery i znów podniósł głowę.

- Tato.

- Tak?

- Tato, tato, tato, tato!

Brody popatrzył na syna i uśmiechnął się.

- Spryciarz z ciebie - powiedział.

- Umiem napisać tata i Jack. Brody spojrzał na synka, zwinął pięść.

- A wiesz, jak się pisze figa z makiem? - spytał.

- Nie wiem. Czy to jest z majonezem? Fantastyczny dzieciak, pomyślał z dumą Brody.

- Jak to się stało, że jesteś taki mądry?

- Babcia mówi, że mam to po tobie. Mogę zobaczyć, co rysujesz? Mówiłeś, że to dla tej pani,

która tańczy. Czy ją też narysowałeś?

- Tak, narysowałem to dla tej pani, która tańczy, ale nie możesz zobaczyć, póki nie dokończysz

swojej pracy.

Brody wcale nie był lepszy od syna. Też miał ochotę rzucić pracę i pobawić się z Jackiem, ale

gdyby  to  zrobił,  kto  nauczyłby  chłopca  odpowiedzialności?  Najlepszy  sposób  nauczenia  dziecka
odpowiedzialno​ści to wykazanie jej samemu. Co do tego Brody nie miał wątpliwości.

- Co się stanie, jeśli nie dokończysz tego, co za​cząłeś?

- Nic - odparł Jack, zwracając oczy ku niebu. Nie rozumiał, dlaczego jego mądry tata nie wie

takiej prostej rzeczy.

- No właśnie.

background image

Jack  się  zasępił,  z  ciężkim  westchnieniem  zabrał  się  za  wpisywanie  kolejnych  liter.  Nie

widział, że ojciec się uśmiechnął. Boże, co to za dzieciak, pomyślał z miłością Brody. Bardzo chciał
przytulić  synka  i  aż  do  wieczora  robić  wyłącznie  to,  co  sobie  zażyczy  ten  wielki  cud,  który  tak
niespodziewanie  pojawił  się  w  jego  życiu.  I  niech  diabli  porwą  pracę  i  odpowiedzialność  i
wszystkie przeklęte obowiązki dobrego ojca.

Czy  mój  ojciec  kiedykolwiek  patrzył  na  mnie  w  taki  sposób,  czy  się  o  mnie  martwił,  czy

zastanawiał  się,  co  ze  mnie  wyrośnie,  myślał  Brody.  Pewnie  tak.  Nigdy  tego  nie  okazywał,  ale
pewnie trochę myślał o mnie.

Bob  O'Connell,  ojciec  Brody'ego,  nigdy  nie  bawił  się  ze  swoim  synem,  nie  tracił  czasu  na

idiotyczne  rozmowy.  Całymi  dniami  ciężko  pracował,  po  powrocie  z  pracy  zjadał  obiad,  a  potem
oglądał telewizję. Zresztą niedługo, bo musiał się wcześnie położyć, żeby skoro świt znowu iść do
pracy.

Od  syna  wymagał,  by  wypełniał  swoje  obowiązki,  nie  pakował  się  w  kłopoty  i  -  co

najważniejsze  -  żeby  wykonywał  polecenia  bez  zadawania  zbędnych  pytań.  Oczekiwał  także,  że
Brody będzie we wszystkim naśladował ojca.

Brody wiedział, że zawiódł swego ojca na wszyst​kich frontach. A ojciec zawiódł jego.

Dlatego  właśnie  nie  zamierzał  żądać  i  oczekiwać  od  swego  syna  tego  wszystkiego,  czego  od

niego żądano i czego się po nim spodziewano.

- Zet! Zet, zet, zet! - Jack podniósł w górę zeszyt, powiewał nim jak flagą. - Skończyłem!

- Pokaż.

Chłopiec  podsunął  ojcu  zeszyt.  Litery  nie  były  ani  kształtne,  ani  porządnie  napisane,  ale  były

wszystkie.

- Dobra robota - pochwalił Brody. - Chcesz pa​pier do rysowania?

- A  nie  mogę  pomóc  ci  w  twoich  rysunkach?  -  Jack  już  zapomniał  o  swoich  planach.  To,  co

robi  tatuś,  na  pewno  jest  sto  razy  ciekawsze  od  wszystkiego,  co  mógłby  sobie  wymyślić  mały
chłopiec.

- Możesz - zgodził się.

Wiedział, że przez tę pomoc będzie musiał popracować dodatkową godzinę, kiedy już położy

Jacka spać, ale nie potrafił odmówić.

-  Popatrz  -  powiedział,  sadzając  sobie  chłopca  na  kolanach.  -  Narysowałem  tu  mieszkanie,

które będzie się znajdowało nad szkołą.

- Dlaczego oni noszą takie śmieszne stroje, kiedy tańczą?

background image

- Nie mam pojęcia. A ty skąd wiesz, że do tańca wkłada się śmieszne stroje?

-  Widziałem  na  filmie  rysunkowym.  Tam  były  takie  słonie  w  śmiesznych  spódniczkach.

Tańczyły na paluszkach. Czy prawdziwe słonie mają palce?

-  Mają  -  odrzekł  Brody,  choć  wcale  nie  był  tego  pewien.  No  ale  przecież  istnieją  pomoce

naukowe,  przypomniał  sobie.  -  Potem  obejrzymy  słonia  w  twojej  książce,  sprawdzimy,  czy
rzeczywiście ma palce. A teraz weź ołówek i narysuj prostą linię. O, tutaj.

Ojciec i syn pracowali razem. Głowa przy głowie. Duża dłoń prowadziła małą łapkę.

Kiedy Jack zaczął ziewać, Brody przerzucił go sobie przez ramię i wstał.

- Nie jestem śpiący - protestował chłopczyk, choć oczy same mu się zamykały.

- Kiedy się obudzisz, do Gwiazdki zostanie już tylko pięć dni.

- I wtedy dostanę prezent?

Brody się uśmiechnął. Sześciolatek, nawet nieprzytomny ze zmęczenia, wciąż dopominał się o

coraz to nowe atrakcje.

Zatrzymali się na chwilę przy choince. Brody kołysał usypiającego synka jak kiedyś, kiedy Jack

był jeszcze bardzo mały i nie mógł w nocy spać.

Ich choinka była śliczna. Różnobarwne ozdoby pokrywały każde wolne miejsce, bombki lśniły

odbijają​cym się w nich blaskiem kolorowych lampek.

Na szczycie choinki pysznił się uśmiechnięty Mi​kołaj, Jack wciąż jeszcze wierzył w Mikołaja.

Ciekawe, czy za rok o tej porze też jeszcze będzie w niego wierzył, pomyślał Brody.

Zaniósł śpiącego syna do sypialni i położył go do łóżka. Potem zszedł do kuchni i zaparzył cały

dzba​nek kawy.

Patrzył  w  okno,  sącząc  powoli  mocny  czarny  napój.  Kiedy  Jack  spał,  dom  zdawał  się

nienaturalnie  cichy.  Kiedyś  Jack  strasznie  hałasował,  wprowadzał  nieopisany  zamęt.  Brody'emu
zdawało  się,  że  już  nigdy  nie  zazna  spokoju.  Teraz,  gdy  w  domu  panowała  idealna  cisza,  bardzo
brakowało mu tamtego hałasu.

Wychowywanie dziecka to mozolna praca, pomy​ślał.

Teraz  miał  nowy  problem:  niepokój.  Nie  pamiętał,  od  jak  dawna  nie  odczuwał  takiego

niepokoju.  Wychowywał  dziecko,  prowadził  firmę,  zdobywał  dla  niej  zamówienia,  a  potem  je
wykonywał. Nic dziwne​go, że na nic więcej nie miał czasu.

Nadal nie mam czasu, pomyślał. Wypił jeszcze jeden łyk kawy, szybko przeszedł przez kuchnię.

background image

W samym tylko domu jest tyle pracy, że nie zabraknie mi zajęcia do końca życia, myślał. Trzeba było
kupić mniejszy dom, i nie tak bardzo zaniedbany. Coś bar​dziej praktycznego.

Te same rady słyszał od swego ojca, nim jeszcze wpłacił zadatek. Ale Brody nie chciał słuchać

rad. Zakochał się w tym starym domu od pierwszego wej​rzenia, Jack zresztą też.

No  i  jakoś  sobie  poradziłem,  przypomniał  sobie,  rozglądając  się  po  pięknej  kuchni.  Sam

własnoręcznie  zrobił  drewniane  szafki  z  oszklonymi  drzwiczkami,  sam  układał  marmurowe  blaty.
Naprawdę miał powód do dumy.

Jednak najważniejsza jest praca zarobkowa, dlatego pokoje muszą cierpliwie czekać na swoją

kolej. Oprócz sypialni Jacka, oczywiście. Ta już od dawna była całkowicie wykończona.

Do Gwiazdki musi uporać się z jednym zleceniem. Na szczęście wszystko szło według planu i

Brody był pewien, że nie zawali terminu. Najgorsze, że razem z Gwiazdką wielkimi krokami zbliżają
się ferie. Właściwie Brody już powinien się umówić z jakąś opiekunką, ale Jack tak bardzo nie lubił
tych opiekunek...

Beth Skully chętnie weźmie go do siebie. Przynajmniej na większą część ferii, myślał Brody.

Nie, to będzie nadużywanie uprzejmości. W wyjątkowych sytuacjach, to co innego. Ale ferie nie są
przecież niczym wyjątkowym.

W  ostateczności  mógłby  poprosić  matkę  o  opiekę  nad  Jackiem,  ale  tego  wolał  nie  robić.  Za

każdym razem, kiedy musiał korzystać z jej pomocy, czuł się tak, jakby poniósł sromotną klęskę.

Jakoś sobie poradzę, postanowił. Będę zabierał Jacka ze sobą do pracy, a od czasu do czasu

pozwolę mu spędzić dzień z Rodem. A jeśli już naprawdę nie będę miał co z nim zrobić, wtedy poślę
go na parę godzin do babci.

Zorganizowanie opieki nad Jackiem było w tej chwili najważniejszym problemem, lecz to nie

ten problem uwierał Brody'ego jak ziarnko piasku w bucie, nie on nie pozwalał mu spokojnie myśleć.
Proble​mem tym była Kate Kimball.

Nie miał dla niej czasu i wcale jej nie potrzebował. Bzdura, skarcił się w myślach. Mam dla

niej  czas  i  bardzo  jej  potrzebuję,  tylko  nie  chcę  się  do  tego  przyznać.  Nawet  przed  sobą,  a  to  już
czysta głupota.

Nie  pamiętał,  żeby  kiedyś  pragnął  kobiety  aż  tak  bardzo.  Wszystko  przez  to,  że  dawno  nie

zadawał się z kobietami. I jeszcze przez to, że Kate Kimball tak otwarcie go prowokowała. No i że
była niewyobra​żalnie piękna.

Sęk w tym, że Brody nie był dzieckiem. Nie rzucał się na piękne zabawki, nie myśląc o tym, ile

trzeba będzie za nie zapłacić. Nie miał prawa robić tego, co chciał i kiedy chciał. Zresztą na czymś
takim wcale mu nie zależy.

Bzdura, pomyślał znowu. Gdybym skorzystał z jej zaproszenia, na pewno nie pociągnęłoby to

za  sobą  żadnych  konsekwencji,  ani  natychmiastowych,  ani  bardziej  odległych  w  czasie.  Oboje

background image

jesteśmy dorośli, wiemy, jak się obchodzić z takimi rzeczami. Zaraz jednak doszedł do wniosku, że
takie myślenie do ni​czego dobrego go nie doprowadzi. Co najwyżej napę​dzi mu nowych kłopotów.

Zrobię, co do mnie należy, postanowił. Przeprowadzę ten remont, zarobię pieniądze i będę się

od niej trzymał z daleka.

Kate ucieszyła się, że Brody tak szybko przygotował obiecane projekty. Nawet nie bardzo się

zdziwiła na widok małego chłopca, którego ze sobą przypro​wadził.

- Cześć, przystojniaku - przywitała malca.

- Mam na imię Jack.

- Niech będzie. Jack Przystojniak. Wchodźcie do środka.

- Chciałem tylko podrzucić rysunki i kosztorys - powiedział Brody.

Podał jej papiery, ale ani na chwilę nie puścił rączki Jacka.

- Masz tam też moją wizytówkę. Skontaktuj się ze mną jeśli będziesz chciała o coś zapytać albo

poroz​mawiać o projektach czy o kwotach.

- Lepiej od razu rzućmy na to okiem. Zaoszczędzimy sobie czasu i fatygi. Chyba nigdzie się nie

spieszycie. - Uśmiechnęła się do Jacka. - Strasznie dziś zimno. Tak zimno, że koniecznie trzeba się
napić gorącej czekolady.

- I z galaretką owocową?

- W tym domu nie podaje się gorącej czekolady bez galaretki.

Wyciągnęła  rękę  i  Jack  natychmiast  podał  jej  swoją  małą  łapkę.  Nie  oglądając  się  na

Brody'ego, weszli do domu.

- Poczekaj, ja...

-  Daj  spokój,  człowieku.  Bądź  kolegą.  W  której  jesteś  klasie,  Przystojniaku?  -  Przykucnęła  i

rozpięła małemu kurteczkę. - W ósmej? Może w dziewiątej?

- Nie. - Chłopczyk zachichotał. - W pierwszej.

- Nie żartujesz?

Jack poważnie pokręcił główką.

- Co za zbieg okoliczności! Akurat dziś mamy promocję dla pierwszoklasistów. Możesz sobie

wy​brać, czy wolisz ciasteczka z cukrem, z czekoladą czy z masłem orzechowym.

background image

- A czy mógłbym dostać wszystkiego po trochu?

- Jack...

- No, wreszcie jakiś mężczyzna, który ma podobne upodobania jak ja - oznajmiła Kate, wciąż

nie zwracając najmniejszej uwagi na Brody'ego.

Wyprostowała się, podała Brody'emu kurteczkę Jacka, jego czapkę i rękawiczki, po czym znów

wzię​ła chłopczyka za rękę i razem pomaszerowali do ku​chni.

- Czy to pani jest tą panią, która tańczy? Kate się roześmiała.

- Tak, to ja. - Spojrzała na Brody'ego. Mam cię, pomyślała. - Kuchnia jest tam.

- Wiem, gdzie jest kuchnia - warknął Brody.

- Tatuś się złości - oznajmił Jack.

- Zauważyłam. Za karę nie dostanie żadnego cia​steczka.

- Dorośli mogą się czasem zezłościć - tłumaczył ojca Jack - tylko nie mogą mówić brzydkich

słów.

- Jack! - Brody próbował przywołać synka do po​rządku.

- Ale tatuś czasami mówi brzydkie słowa - szeptał konspiracyjnie malec. Niewiele sobie robił

z napo​mnień ojca. - A raz, kiedy przytłukł sobie palec, powiedział wszystkie brzydkie słowa naraz.

-  Naprawdę?  -  Kate  podsunęła  mu  krzesło.  Była  kompletnie  zauroczona  chłopcem.  -  W

porządku alfabetycznym, czy jak popadnie?

-  Jak  popadnie.  Niektóre  nawet  powtórzył  kilka  razy.  -  Jack  uśmiechnął  się  do  niej.  -  Mogę

dostać trzy galaretki?

- Oczywiście. Powieś kurtki na tamtym wieszaku, Brody.

Posłała mu uroczy uśmiech, po czym zabrała się do przygotowywania czekolady.

- Nie chcielibyśmy zabierać ci czasu - zaczął.

-  Mam  mnóstwo  czasu.  Mama  jest  zawalona  robotą.  Nawet  ja  od  rana  przez  kilka  godzin

pomagałam  w  sklepie.  Brandon  wziął  popołudniową  zmianę.  To  jest  rękawica  mojego  brata  -
wyjaśniła Jackowi, który jeszcze przed chwilą sięgał po rękawicę, ale teraz cofnął łapkę, jakby się
oparzył.

- Ja tylko patrzyłem.

background image

-  Możesz  jej  dotknąć,  jeśli  chcesz.  Brandon  nie  będzie  miał  nic  przeciwko  temu.  Lubisz

baseball?

-  Już  nawet  trochę  grałem  -  pochwalił  się  Jack.  -  A  jak  będę  starszy,  zacznę  grać  w  Lidze

Dzieci.

- Brandon też kiedyś grał w Lidze Dzieci. Teraz gra w prawdziwej dorosłej lidze. Na trzeciej

bazie w drużynie L.A. Kings.

- Naprawdę? - Oczy Jacka zrobiły się wielkie ze zdziwienia.

- Naprawdę. - Kate podała uszczęśliwionemu chłopcu rękawicę. - Może ty też kiedyś będziesz

grał w prawdziwej lidze.

- Rany, tato! Zobacz, to jest rękawica prawdziwe​go gracza!

- No. - Brody musiał się poddać. Nie mógł odciągać synka od osoby, która potrafiła zapewnić

małemu  takie  emocje.  -  Odlotowa.  -  Potargał  czuprynę  Jacka,  uśmiechnął  się  do  Kate.  -  Czy  ja  też
mógłbym dostać trzy galaretki?

- Oczywiście.

Kate nalała do kubków czekoladę, wyłożyła ciasteczka i galaretki na talerzyk. Myślała o Jacku.

Uważała,  że  to  prawdziwy  skarb.  W  ogóle  miała  słabość  do  dzieci,  zwłaszcza  do  takich,  które  jej
ojciec określał mianem żywego srebra. Jack był właśnie taki.

- Proszę pani...

- Mów do mnie Kate - poprosiła, stawiając przed Jackiem kubek pełen pachnącej czekolady. -

Tylko uważaj. Jest naprawdę gorąca.

- Dobrze. Kate, dlaczego nosicie takie śmieszne ubrania do tańca? Pytałem tatę, ale on nie wie.

Brody jęknął cicho. Udawał, że nie obchodzi go nic prócz talerza z ciasteczkami.

Kate postawiła na stole dwa pozostałe kubki z go​rącą czekoladą i usiadła.

- My nazywamy te stroje kostiumami - wyjaśniła. - Pomagają nam opowiedzieć historię, którą

tań​czymy.

- Nie można tańczyć historii. Historie opowiada się słowami.

- To jest podobne do odpowiadania słowami, tylko zamiast słów używa się ruchów i muzyki. O

czym myślisz, kiedy słyszysz melodię „Jingle Bells”, graną bez słów?

- O Gwiazdce. Do Gwiazdki zostało jeszcze tylko pięć dni.

background image

- No właśnie. A gdybyś miał zatańczyć w takt tej melodii, twoje ruchy byłyby szybkie i wesołe.

Przypominałyby ci śnieg i jazdę na sankach. Ale gdyby to była „Cicha noc”, poruszałbyś się powoli i
majesta​tycznie.

- Jak w kościele.

- Właśnie - pochwaliła Kate, zachwycona bystrością Jacka. - Przyjdź kiedyś do mojej szkoły,

to ci pokażę, jak się tańczy różne historie.

- Czy mój tata będzie budował twoją szkołę?

- Zobaczymy.

Otworzyła teczkę. Nawet nie spojrzała na koszto​rys. Zaczęła od rysunków.

Brody nigdy dotąd nie miał takiego klienta. Wszy​scy zawsze zaczynali od pieniędzy.

Jack jadł ciasteczka, popijał czekoladą, za to Kate nawet nie spojrzała na swój kubek. Projekty

Brody'ego pochłonęły ją bez reszty. Potem zaczęła zadawać py​tania.

Brody  musiał  przysunąć  się  do  niej,  razem  z  nią  patrzeć  na  szkice,  żeby  móc  udzielić

właściwych od​powiedzi.

Pachniała lepiej niż wszystkie ciastka świata.

- Co to jest?

- Rozsuwane drzwi. Dzięki nim oszczędza się sporo miejsca. A ten korytarz jest bardzo wąski.

Drugie  takie  są  tutaj,  prowadzą  do  twojego  gabinetu.  Potrzebujesz  spokoju,  ale  nie  musisz  za  ten
spokój płacić zbyt dużą przestrzenią.

- Podoba mi się to. - Odwróciła głowę. Ich twarze były blisko, patrzyli sobie w oczy. - Bardzo

mi się podoba.

- Ja pomagałem tatusiowi rysować - obwieścił z dumą Jack.

- Świetnie to zrobiłeś - pochwaliła Kate i znów pochyliła się nad szkicami.

Bardzo  dokładnie  oglądała  każdy  rysunek.  Zastanawiała  się  nad  zaproponowanymi  przez

Brody'ego zmianami i albo od razu je odrzucała, albo odkładała decyzję na później, kiedy dobrze się
nad wszystkim zastanowi.

Wielkie  wrażenie  wywarła  na  niej  staranność  wykonania  rysunków.  Szkice  były  czytelne,

profesjonal​nie wykonane. Architekt z dyplomem nie zrobiłby tego lepiej.

Przestudiowawszy projekty, sięgnęła po kosztorys. Był przejrzysty i zrozumiały, lecz kwota, na

jaką opiewał, przyprawiła Kate o zawrót głowy.

background image

-  Wiesz  co,  Przystojniaku?  -  powiedziała,  odsuwając  na  bok  papiery.  -  Ty  i  twój  tata

zostaliście za​trudnieni.

Jack wydał okrzyk radości, a ponieważ nikt mu tego nie zabronił, wziął sobie z talerza jeszcze

jedno ciasteczko.

Brody  nie  zdawał  sobie  sprawy  z  tego,  że  przez  dłuższą  chwilę  wstrzymywał  oddech.  Mało

brakowało,  a  odetchnąłby  głośno  z  ulgą,  ale  się  opanował.  Może  teraz  nie  tylko  podreperować
rodzinny budżet, ale nawet postawić firmę na nogi. To był jego pierwszy naprawdę duży kontrakt w
Wirginii Zachodniej.

Remont tego budynku da jego ludziom zajęcie na całą zimę, najtrudniejszy okres dla wszystkich

firm  budowlanych.  Nie  trzeba  będzie  redukować  załogi  ani  zmniejszać  liczby  godzin  pracy.  Ale
najważniejsze ze wszystkiego było to, że Brody bardzo chciał zająć się tym budynkiem.

Sztuka polega na tym, żeby zajmować się wyłącz​nie budynkiem, a nie jego właścicielką.

- Bardzo się cieszę, że będę mógł przeprowadzić ten remont - powiedział.

- Przypomnę ci to, kiedy zaczniesz narzekać, że doprowadzam cię do szału.

- Od tego zaczęłaś. Masz długopis?

Kate  uśmiechnęła  się,  wstała  od  stołu  i  odsunęła  jedną  z  jego  szuflad.  Wyjęła  długopis,

pochyliła się nad stołem i podpisała umowę, opatrując ją aktualną datą.

-  Twoja  kolej  -  powiedziała,  podając  Brody'emu  długopis.  Potem  wzięła  długopis  od  ojca  i

spojrzała wymownie na syna. - Jack?

- Co? - Buzię miał całą w okruszkach. Szybko przełknął resztkę ciastka. - To znaczy - poprawił

się, widząc niezadowoloną minę ojca - chciałem powie​dzieć „słucham”.

- Potrafisz się podpisać?

-  Tylko  drukowanymi  literami.  Znam  już  cały  alfabet.  Umiem  napisać  „Jack”  i  „tata”  i

wszystkie inne słowa.

- Doskonale. Wobec tego podejdź tu i też się podpisz. Pomagałeś tatusiowi rysować, prawda?

Chcesz, żebym cię przyjęła do pracy, czy nie?

- Jasne! - Chłopczyk był zachwycony. Zeskoczył z krzesełka. Okruszki, które miał na kolanach,

spadły na podłogę.

Jack  wziął  długopis,  wystawił  język  i  bardzo  starannie  wykaligrafował  swoje  imię  pod

podpisem ojca.

- Patrz, tatusiu! To ja.

background image

- Widzę.

Brody naprawdę się wzruszył. Nie miał pojęcia, jak się zachować. Kate trafiła go w najczulszy

punkt.

- Idź umyć ręce, Jack - powiedział na wszelki wypadek.

- Nie są brudne.

- Powiedziałem, że masz umyć ręce.

-  Łazienka  jest  w  tamtym  korytarzu  -  wyjaśniła  cicho  Kate.  -  Najpierw  będą  jedne  drzwi,  a

drugie to już łazienka. Po stronie tej ręki, którą napisałeś swoje imię.

Jack mruknął coś pod nosem, ale już bez dalszych protestów wyszedł z kuchni.

- Jesteś dla niego bardzo dobra - zaczął Brody. - Dziękuję ci, że pozwoliłaś mu uczestniczyć w

tym przedsięwzięciu.

-  To  nie  moja  zasługa.  -  Kate  wzruszyła  ramionami.  -  On  już  w  tym  uczestniczy.  I  nie  myśl

sobie, że to jakiś podstęp.

- Ja tylko powiedziałem, że jesteś dla niego bardzo dobra.

-  Tak  powiedziałeś,  ale  pomyślałeś  co  innego.  Uważasz,  że  sprytnie  to  rozegrałam,  żeby  cię

łatwiej  podejść.  Bardzo  się  pomyliłeś  -  prychnęła.  -  Owszem,  chciałabym  się  z  tobą  przespać  i
zrobię wszystko, żeby dopiąć swego. Wszystko prócz wyko​rzystywania twojego syna.

Zebrała ze stołu puste kubki. Chciała się odwrócić, lecz Brody położył dłoń na jej ramieniu.

- Masz rację - rzekł skruszony. - Tak właśnie po​myślałem. Przepraszam cię za to.

-  W  porządku  -  mruknęła  wcale  nie  przekonana.  Ścisnął  mocniej  jej  ramię,  zaczekał,  aż

odwróci się do niego twarzą.

- Naprawdę cię przepraszam, Kate.

-  W  porządku  -  powtórzyła.  Dopiero  teraz  rzeczywiście  uwierzyła  w  szczerość  jego

przeprosin.  -  Tym  razem  naprawdę.  Twój  Jack  jest  wspaniały.  Trudno  się  w  nim  nie  zakochać  od
pierwszego wejrzenia.

- Sam jestem w nim zakochany.

- On w tobie też. To widać gołym okiem. A ja lubię dzieci i podziwiam kochających rodziców.

Dzięki Jackowi stałeś się dla mnie bardziej atrakcyjny.

- Nie mam zamiaru iść z tobą do łóżka. - Już nie ściskał jej ramienia. Jego dłoń zsunęła się w

background image

dół po jej ręce.

- Owszem, tak twierdzisz... - Uśmiechnęła się do niego.

- Nie chcę sobie utrudniać życia ani komplikować pracy. Nie mogę sobie pozwolić...

Chciał  powiedzieć  coś  bardzo  ważnego,  coś  okropnie  stanowczego,  lecz  Kate  dotknęła  jego

piersi, przesunęła dłonie na ramiona.

- Jeszcze nie zacząłeś pracy - mruknęła, przysu​wając usta do warg Brody'ego.

Przysunął się do niej. Usta Kate były ciepłe, zachę​cające. Brody'emu zakręciło się w głowie.

Zamierzał ją od siebie odsunąć. Naprawdę tak sobie postanowił. Na pewno potrafiłby trzymać

ją od siebie na odległość wyciągniętej ręki. Wystarczyło chcieć.

Kate  nie  potrafiła  mu  się  oprzeć.  Zresztą  nie  miała  takiego  zamiaru.  Brody  całował  jak

marzenie, jakby nic innego w życiu nie robił. Usta miał miękkie i gorące, dłonie twarde i silne. Czy
w mężczyźnie może być jeszcze coś bardziej pociągającego niż siła? Siła mięśni i siła serca?

- Cudowne - szepnęła, wsuwając palce we włosy Brody'ego. - Może byśmy to powtórzyli?

Bardzo tego pragnął. Najlepiej natychmiast. Niestety, jego mały synek chlapał się w pobliskiej

ła​zience.

- Nie mogę.

- Możesz. Przed chwilą się przekonałam.

- Do diabła! - Wreszcie odsunął ją od siebie na odległość wyciągniętej ręki. - Ależ ty potrafisz

czło​wieka otumanić!

- Nie aż tak bardzo, jak bym chciała. Ale to dopie​ro początek.

Puścił ją. Tak było najbezpieczniej. Na wszelki wypadek jeszcze się od niej odsunął.

-  Wiesz,  że  wiele  czasu  minęło,  odkąd...  -  Przez  chwilę  szukał  właściwego  słowa.  -  Odkąd

bawiłem się w tę grę.

-  Przypomnisz  sobie,  wszystko  sobie  przypomnisz.  Najlepiej  zacząć  od  razu.  Może

wybralibyśmy się na kolację?

- Umyłem z obu stron - oznajmił Jack, wbiegając do kuchni. - Czy mogę wziąć jeszcze jedno

ciastko?

-  Nie  -  powiedział  prędko  Brody,  nie  patrząc  na  synka.  Nie  mógł  oderwać  oczu  od  Kate.  -

Podziękuj i idziemy. I tak za długo siedzieliśmy.

background image

- Dziękuję, Kate.

- Cała przyjemność po mojej stronie, Przystojnia​ku. Przyjdź do mnie jeszcze kiedyś, dobrze?

- Dobrze. - Uśmiechał się do niej, gdy ojciec pomagał mu włożyć kurteczkę. - A będziesz miała

gorą​cą czekoladę?

- Na pewno.

Odprowadziła ich do drzwi, a potem stała w progu i patrzyła, jak wsiadają do samochodu. Jack

entuzja​stycznie machał rączką, za to Brody nawet na nią nie spojrzał.

Odjechali.

Ostrożny z niego człowiek, pomyślała Kate. No cóż, trudno mieć do niego o to pretensje. Ja też

była​bym ostrożna, gdybym miała taki skarb, takie żywe srebro.

Teraz, gdy poznała syna, jeszcze bardziej zaintere​sowała się ojcem.

Tylko po co ja się tak spieszę, pomyślała. Muszę zwolnić tempo, musimy się lepiej poznać. Co

się od​wlecze, to nie uciecze. W końcu ani on, ani ja nigdzie się nie wybieramy.

ROZDZIAŁ CZWARTY

- Trzęsienia ziemi - powiedziała Kate.

- Burze śnieżne - wyliczał Brandon.

- Smog.

- Zaspy. Od lat tak się sprzeczali: co jest lepsze: wschodnie czy zachodnie wybrzeże Stanów.

Ta sprzeczka była jednak trochę inna. Miała pomóc Kate zapomnieć o tym, że brat wkrótce wyjedzie.

Przez  całe  święta  ani  razu  nie  pomyślała  o  niczym  nieprzyjemnym.  Najpierw  były

przygotowania i mnóstwo pracy, potem cudowna rodzinna atmosfera... Nie było czasu na smutki. Ale
święta minęły, zbliżał się sylwester.

Freddie,  przyrodnia  siostra  Kate  i  Brandona,  wróciła  do  Nowego  Jorku  z  mężem  Nickiem  i

dwójką udanych dzieci. Teraz miał wyjechać Brandon.

Kate  spojrzała  w  głąb  ulicy.  Z  daleka  dostrzegła  ciężarówki  i  krzątających  się  wokół  nich

robotników. Samochody stały przed jej własnym prawie całkiem zrujnowanym domem.

Brody nie traci czasu, pomyślała uradowana.

-  Sprawdzimy,  co  się  tam  dzieje?  -  spytała  brata  i  nie  czekając  na  odpowiedź,  przyspieszyła

background image

kroku.

Brandon podreptał za nią. Też był ciekaw, jak postępują prace. Na podwórzu kręcili się jacyś

ludzie, stały taczki, narzędzia i wielkie pojemniki.

Kate  ostrożnie  zajrzała  do  piwnicy  swego  domu.  Było  tam  jasno  jak  w  słoneczny  dzień.

Zapuszczona  piwnica  wyglądała  jak  stanowisko  archeologiczne  w  pierwszych  dniach  prac
wykopaliskowych.

Brody  ładował  śmieci  na  taczkę.  Obok  niego  przykucnął  Jack.  On  także  małą  łopatką  zbierał

śmieci do kubełka.

Jack pierwszy ją zauważył. Podskoczył jak piłecz​ka, zatańczył z radości.

- Porządkujemy piwnicę - pochwalił się. - Tatuś obiecał mi za to całego dolara. I pozwoli mi

wylewać cement. A na Gwiazdkę dostałem ciężarówkę. Poka​zać ci?

- No pewnie.

Chciała zejść jeszcze niżej, lecz Brody zatarasował jej drogę.

- Nie powinnaś się tu kręcić - powiedział.

- Dlaczego? To moja piwnica.

- Nie jesteś odpowiednio ubrana - odparł bez na​mysłu.

- Rzeczywiście. - Kate spojrzała na swoje eleganckie pantofelki. - Mimo to muszę teraz z tobą

po​rozmawiać.

- Proszę bardzo. Chodź, Jack! - zawołał do synka. - Zarządzam krótką przerwę.

Wyszedł na dwór. Jack gramolił się tuż za nim.

- To jest mój brat Brandon - powiedziała Kate.

- Brand, poznaj Brody'ego O'Connella i jego syna Jacka.

-  Witaj.  -  Brody  podniósł  rękę  do  góry.  Wolał  nie  podawać  nikomu  ubrudzonej  dłoni.  -

Widziałem, jak grasz. Jest na co popatrzeć.

- Dzięki.

- Grasz w baseballa? - Jack patrzył na Brandona z podziwem.

- No. - Brandon przykucnął przed chłopcem. - Lubisz tę grę?

- Pewnie. Kate pokazała mi twoją rękawicę. Ja mam taką samą, tylko trochę mniejszą. Kij też

background image

mam i w ogóle wszystko co trzeba.

Ponieważ Brandon zajął się Jackiem, Kate mogła spokojnie porozmawiać z Brodym.

- Nie spodziewałam się, że tak szybko za​czniesz...

-  Chciałem  skorzystać  z  ładnej  pogody.  Boję  się,  że  to  nie  potrwa  długo,  ale  chyba  zdążę

oczyścić piwnicę i wylać cement, nim znowu chwyci mróz.

- Doskonale - ucieszyła się Kate i zaraz zaczęła z innej beczki. - Jak minęły święta?

-  Świetnie.  -  Brody  się  odsunął,  żeby  zrobić  miejsce  robotnikowi,  który  wywoził  z  piwnicy

kolejną taczkę śmieci. - A tobie?

-  Fantastycznie.  Widzę,  że  powiększyłeś  swoją  brygadę.  Rozumiem,  że  tego  dolara  dziennie

dopi​szesz do mojego rachunku - zażartowała.

- Nic podobnego. Sam to pokryję. Zrozum, w szkole są teraz ferie i biorę go z sobą - tłumaczył

się Brody. - Jack umie się zachować na budowie, a ludziom jego obecność nie przeszkadza, więc...

- Ojej, aleś ty przewrażliwiony - przerwała mu Kate. - Ja tylko żartowałam.

-  Przepraszam  -  zreflektował  się.  -  Niektórzy  klienci  nie  lubią,  kiedy  zabieram  Jacka  na

budowę.

- Mnie to nie przeszkadza.

- Hej, Brody! - zawołał Brandon. - Obejdziesz się przez jakiś czas bez tego faceta?

Brody podniósł głowę. Brudna łapka Jacka tkwiła ufnie w dużej dłoni Brandona.

-  Bo  ja  wiem...  -  Brody  udawał,  że  się  zastanawia,  choć  ani  myślał  powierzać  synka  opiece

jakiegoś obcego faceta.

- Musimy na chwilę wpaść do domu - tłumaczył Brandon. - Przywiozę małego z powrotem, jak

będę jechał na lotnisko. Za jakieś pół godziny.

- Tatusiu, pozwól mi z nim iść. Proszę.

- Ja...

- Mój brat to skończony idiota - powiedziała Kate - ale odpowiedzialny idiota.

To  ja  jestem  idiotą,  pomyślał  Brody.  Zawsze  umieram  ze  strachu,  kiedy  Jack  choć  na  chwilę

znika mi z oczu. Ten facet nie jest obcy, jest bratem Kate, a skoro ona mówi, że jest odpowiedzialny,
to napra​wdę nie mam się o co bać.

background image

- Dobra, idź - zgodził się. - Tylko najpierw umyj ręce.

- Zaczekaj na mnie - poprosił Brandona Jack. - Zaraz wracam.

Pognał do stojącego nieopodal wiadra z wodą, błyskawicznie zanurzył w nim dłonie, otrzepał

krople wody i już był z powrotem przy swoim nowym przy​jacielu.

-  Gotów?  No  to  idziemy.  -  Brandon  wziął  chłopca  za  prawie  czystą  i  mokrą  rączkę,

zasalutował Brody'emu i odszedł.

- Do widzenia, tatusiu! - zawołał Jack. - Niedłu​go wrócę.

- Twój brat ma jakiś problem z nogą? - spytał Brody, patrząc w ślad za odchodzącymi.

- Naciągnął sobie mięsień podczas gry. No cóż, nie będę cię dłużej zatrzymywać.

Uśmiechała się, dopóki nie okrążyła domu. Potem usiadła na frontowych schodach i serdecznie

się roz​płakała. Wiedziała, że to strasznie głupie, ale było jej żal rozstawać się z bratem.

Gdy dziesięć minut później Brody szedł po coś do furgonetki, Kate wciąż jeszcze siedziała na

schod​kach. Łzy już prawie obeschły, tylko na rzęsach lśniły jeszcze pojedyncze kropelki.

- Co się stało?

- Nic.

- Płakałaś.

- No to co? - Wzruszyła ramionami, pociągnęła nosem.

Chciał  ją  tak  zostawić.  Powinien  wziąć...  No  tak,  ale  właśnie  zapomniał,  po  co  właściwie

szedł do samochodu. Kłopot w tym, że nigdy nie potrafił przejść obojętnie obok kogoś, kto płacze.
Zwłaszcza kiedy tym kimś była piękna kobieta. Westchnął zrezygnowany i usiadł na schodkach obok
Kate.

- Dlaczego płakałaś?

- Nie chcę, żeby Brandon wyjeżdżał. Nie musiałabym się z nim rozstawać, gdyby się nie uparł

miesz​kać w tej głupiej Kalifornii.

Ach, więc chodzi o brata, pomyślał z ulgą Brody i sięgnął do kieszeni, widząc, że po policzku

Kate spłynęła jeszcze jedna łza.

- Tam ma pracę - powiedział, pragnąc ją pocie​szyć, i podał jej chusteczkę.

- Wybacz, ale nie chce mi się teraz myśleć logicznie. - Wzięła od niego chustkę, wytarła oczy i

nos. - Dzięki.

background image

- Drobiazg.

- Masz rodzeństwo?

- Nie.

-  A  chciałbyś  mieć?  Tanio  sprzedam.  -  Westchnęła,  oparła  się  plecami  o  wyższy  stopień.  -

Moja  siostra  mieszka  w  Nowym  Jorku,  Brandon  w  Los  Angeles,  a  ja  w  Wirginii.  Nie
przypuszczałam, że kiedyś tak się od siebie oddalimy.

- Co z tego, że daleko mieszkacie? Przecież jeste​ście sobie bardzo bliscy.

Kate spojrzała na niego nieco zdumiona. Od razu przestała płakać.

-  Masz  rację.  Masz  świętą  rację.  Jak  dobrze,  że  to  powiedziałeś.  -  Oddała  mu  chusteczkę.  -

Porozma​wiaj ze mrą jeszcze trochę, dopóki mi nie odejdą te głupie myśli. Opowiedz, jak spędziliście
święta.

-  Jack  obudził  mnie  o  piątej  rano.  -  Brody  uśmiechnął  się  na  wspomnienie  świątecznego

poranka.  -  Skakał  z  radości  prawie  do  sufitu.  Już  się  bałem,  że  trzeba  go  będzie  stamtąd
zeskrobywać.

- A jak tam świąteczny obiad?

- Tak sobie. - Brody przestał się uśmiechać. - Byliśmy u moich rodziców. Mieszkamy w tym

samym mieście, ale wcale nie jesteśmy sobie bliscy.

- Szkoda.

- Bardzo kochają Jacka, a to najważniejsze.

Po co ja jej o tym opowiadam, pomyślał zły na siebie. Pewnie dlatego, że tak bardzo mnie to

boli. Mój ojciec neguje wszystko, co dla mnie ważne, za​wsze o wszystko ma do mnie pretensje.

- Muszę wracać do pracy - wstał - bo szef mi obetnie pensję.

- Brody... - zaczęła Kate.

Widziała, że jest zakłopotany. Chciała go jakoś podnieść na duchu, ale nie bardzo wiedziała,

co i jak powiedzieć.

Chwilę później wrócili Brandon z Jackiem i już nie można było mówić o niczym tylko o tym,

co intereso​wało Jacka.

-  Tatusiu!  -  wołał,  nim  jeszcze  odpiął  przytrzymujący  go  w  fotelu  pas.  -  Brand  dał  mi  swoją

rękawi​cę! I jeszcze piłkę ze swoim podpisem.

background image

Brody przykucnął i złapał pędzącego do niego synka.

-  Pokaż.  -  Obejrzał  rękawicę  i  piłkę,  jeszcze  ciepłe  od  uścisku  rączek  Jacka.  -  Rzeczywiście

fanta​styczne. Musisz je teraz bardzo szanować.

-  Będę  szanował.  Obiecuję.  Dzięki,  Brand!  Strasznie  ci  dziękuję.  Możemy  to  pokazać

chłopakom, ta​tusiu?

- Oczywiście. - Brody wziął Jacka na ręce. - Dziękuję - powiedział do Brandona.

- Nie ma za co. Cała przyjemność po mojej stro​nie. Pamiętaj, Jack. Uważnie obserwuj piłkę.

- Nie zapomnę - obiecał chłopczyk. - Do widzenia.

-  Szczęśliwej  podróży  -  dodał  Brody  i  zaniósł  Jacka  na  drugą  stronę  domu,  żeby  mały  mógł

pochwalić się brygadzie swoimi skarbami.

Kate pochyliła się przy otwartym oknie samocho​du. Brandona.

- Wielkie dzięki, braciszku - powiedziała. - Chy​ba jednak jesteś mądrzejszy, niż myślałam.

- Ten Jack to strasznie fajny dzieciak. - Brandon lekko uszczypnął siostrę w policzek. - Widzę,

że masz oko na jego tatusia.

-  Mam  oboje  oczu  na  jego  tatusia.  -  Kate  roześmiała  się.  Pochyliła  się  i  pocałowała  brata.  -

Jedź sobie do tej swojej Kalifornii, tylko uważaj na siebie.

- A ty się dobrze zachowuj.

- Nie licz na to.

-  Nie  Uczę.  -  Brandon  roześmiał  się,  włączył  silnik.  -  Tak  tylko  powiedziałem.  Trzymaj  się,

Katie.

Kate odsunęła się od krawężnika, pomachała mu ręką.

- Wysokich lotów - mruknęła, bo i tak nie mógł jej już usłyszeć.

Natasza  zwykle  spędzała  sylwestra  w  kuchni.  Przygotowywała  przyjęcie,  jakie  tradycyjnie

wyda​wała w pierwszym dniu nowego roku dla rodziny, przyjaciół i dla sąsiadów.

- Brand mógł wyjechać dopiero po Nowym Roku - mówiła rozżalona Kate.

- Nie mógłby, kochanie. - Natasza przykręciła gaz pod brzoskwiniami, z których przyrządzała

kisiel.

-  Już  zapomniałaś,  jak  to  jest?  Rok  temu  ty  też  byłaś  daleko  stąd.  Miałaś  swoje  życie,  swoją

background image

pracę.

- Pamiętam - westchnęła Kate, starannie rozwałkowując ciasto - ale muszę się jeszcze trochę

posmucić. Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo tęsknię za tym idiotą.

- Wyobrażam sobie - zapewniła ją matka. - Ja też za nim tęsknię. Tak samo jak kiedyś tęskniłam

za tobą.

Natasza  pomyślała  o  nie  tak  znowu  odległych  czasach,  kiedy  to  dzieci  plątały  się  jej  pod

nogami,  gdy  przygotowywała  smakołyki  na  noworoczne  przyjęcie.  Miała  przez  nie  mnóstwo
dodatkowej roboty, bo ciąg​le trzeba było wycierać coś, co się rozlało lub spadło na podłogę.

Wtedy marzyła, żeby dzieci wreszcie podrosły, żeby zamiast przeszkadzać, choć czasem trochę

jej  pomogły.  Tamte  marzenia  spełniły  się  nadspodziewanie  szybko  i  teraz  Nataszy  było  smutno.
Tęskniła za daw​nymi czasami, kiedy dom rozbrzmiewał dziecięcym śmiechem.

-  Masz  jakiś  problem,  Katie?  -  spytała,  zaniepokojona  nadąsaną  miną  córki.  -  Pewnie  nie

wiesz,  co  robić  z  wolnym  czasem.  Nie  martw  się,  remont  wkrótce  się  skończy  i  zaczniesz
organizować tę swoją szkołę. Nie będziesz wiedziała, w co najpierw ręce włożyć.

-  Nie  martwię  się  -  mruknęła  Kate.  -  Robię  plany. Ale  matka  nie  dała  się  nabrać.  Za  dobrze

znała swoje dzieci. Nalała herbatę do dwóch filiżanek, po​stawiła je na stole.

- Siadaj - powiedziała. - Musimy porozmawiać.

- Mamo, ja...

-  Siadaj  -  powtórzyła  Natasza  tonem  nie  znoszącym  sprzeciwu.  -  Przecież  widzę,  że  coś  cię

gryzie.

-  Rzeczywiście  gryzie  -  przyznała  Kate.  Zrezygnowana  usiadła  naprzeciwko  matki.  -  Chociaż

sama nie bardzo wiem co.

- Więc spróbujmy to ustalić. Jesteśmy do siebie podobne, Katie. Zawsze wszystko planujemy,

żeby broń Boże nie stracić panowania nad sytuacją. Ale to nie zawsze się udaje, kochanie.

- Zauważyłam - westchnęła Kate.

- Kiedy tu przyjechałam, kiedy postanowiłam otworzyć sklep - opowiadała Natasza - było mi

naprawdę bardzo ciężko. Myślisz, że łatwo mi przyszło rozstać się z rodzicami? Po tym wszystkim,
co razem przeszliśmy? A jednak wyjechałam, poznałam twoje​go ojca... Tego akurat nie planowałam.

- Przeznaczenie - mruknęła Kate.

-  No  właśnie.  -  Natasza  uśmiechnęła  się.  -  Zastanawiamy  się,  rozważamy,  planujemy  i

zapominamy o przeznaczeniu. A to ono kieruje naszym losem. Nie przyszło ci do głowy, że to właśnie
przeznaczenie sprowadziło cię z powrotem do domu?

background image

- Gniewasz się, że wróciłam? Że zrezygnowałam z kariery?

- Zwariowałaś?

-  Mamo...  -  Kate  szukała  właściwych  słów.  Kręciła  filiżanką  w  kółko,  jakby  mogło  jej  to  w

czymś pomóc. - Wiem, ile oboje z tatą poświęciliście...

- Bzdury gadasz! - zirytowała się Natasza. - Nigdy nie mówiłam o poświęceniu w odniesieniu

do  swoich  dzieci.  Wszystko,  co  robiłam,  robiłam  dlatego,  że  tak  chciałam.  To  nie  jest  żadne
poświęcenie!

-  Wiem,  ale...  Widzisz,  chodzi  mi  o  to,  że  ty  i  tata  strasznie  dużo  dla  mnie  zrobiliście.

Pomagaliście mi na wszystkie sposoby, kiedy postanowiłam, że będę tańczyć.

- Już ci mówiłam...

- Pozwól mi skończyć, mamo. - Tym razem Kate nie pozwoliła jej dojść do głosu. - Ja ciągle o

tym myślę. Te wszystkie lekcje, kostiumy, baletki, ciągłe wyjazdy. Wiem, że mieliście wobec mnie
jakieś  plany,  a  jednak  pozwoliliście  mi  na  to,  na  czym  mi  najbardziej  zależało.  Dlatego  chciałam,
żebyście mogli być ze mnie dumni.

- Co też ci chodzi po głowie - obruszyła się Nata​sza. - Oczywiście, że jesteśmy z ciebie dumni.

-  Wiem,  wiem.  Kiedy  tańczyłam,  a  wy  siedzieliście  na  widowni...  Czułam  to,  chociaż  nawet

was nie widziałam. A ja porzuciłam to wszystko, co was ko​sztowało tyle wyrzeczeń.

-  Nie  porzuciłaś,  tylko...  Bo  ja  wiem?  Może  po  prostu  wyrosłaś?  Ale  my  wciąż  jesteśmy  z

ciebie dumni. Jesteśmy dumni z człowieka, jakiego udało nam się wychować.

Kate miała w oczach łzy. Nie chciała ich, same napłynęły.

- Bałam się, że będziecie niezadowoleni, że zre​zygnowałam z baletu, żeby uczyć.

- Czy chcesz być dobrą nauczycielką?

- Bardzo chcę.

-  A  więc  będziesz,  a  my  będziemy  dumni  z  nauczycielki,  tak  jak  kiedyś  szczyciliśmy  się

baletnicą.  A  tymczasem,  pomiędzy  baletnicą  a  nauczycielką,  jesteśmy  dumni  z  ciebie,  z  tego,  że
wiesz, czego chcesz, i że umiesz to osiągnąć. Jesteśmy dumni z tego, że jesteś prześliczną i rozumną
młodą kobietą o dobrym sercu.

-  Och!  -  Kate  zamrugała  oczami,  by  pozbyć  się  łez,  które  zawisły  na  jej  długich  rzęsach.  -

Naprawdę nie wiem, co się ze mną ostatnio dzieje. Stałam się strasznym mazgajem.

-  W  twoim  życiu  nastały  wielkie  zmiany.  Poza  tym  masz  za  dużo  czasu  na  myślenie  i

zamartwianie  się.  Nawet  nie  spotykasz  się  z  przyjaciółmi.  Może  poszłabyś  dziś  na  jakieś  przyjęcie

background image

albo wybrała się gdzieś z jakimś przystojnym młodzieńcem? Nie powinnaś w sylwestra siedzieć w
domu i pomagać ma​mie w kuchni.

- Lubię pomagać mamie.

-  Kate.  -  Natasza  dobrze  znała  swoje  dzieci  i  trudno  ją  było  oszukać.  Właściwie  było  to

niemożliwe.

-  Chciałam  pójść  dzisiaj  na  jakiś  bal,  ale  widzisz..  .  -  Kate  wiedziała,  że  nie  ma  wyjścia,  że

musi  powiedzieć  prawdę,  choć  to  wcale  nie  było  łatwe.  -  Większość  moich  przyjaciół  ma  rodziny
albo przynajmniej kogoś do pary. Tylko ja jestem sama. Właściwie całkiem mi z tym dobrze... Wiesz,
o co mi cho​dzi?

- Wiem, tylko nie rozumiem, dlaczego ci z tym dobrze.

- Dlatego, że jest ktoś, kto mi się bardzo podoba.

- No, wreszcie mówisz do rzeczy - ucieszyła się Natasza. - Co to za jeden?

- Brody O'Cornell.

-  Rozumiem  -  rzekła  z  namysłem  Natasza,  nie  patrząc  na  córkę.  -  To  bardzo  atrakcyjny

mężczyzna. Bardzo atrakcyjny - powtórzyła. - Bardzo go lubię.

- Ale chyba nie po to kazałaś mu zająć się moim remontem, żeby nas do siebie zbliżyć?

- Nie. Ale gdybym o tym pomyślała, to bym tak zrobiła. No więc idź na jakiś bal z Brodym.

- On się mnie boi.

- Co ty opowiadasz? - Natasza prychnęła jak kotka.

- No dobrze, powiedzmy, że czuje się przy mnie nieswojo. Chyba trochę za ostro się do niego

od razu zabrałam.

-  Ty?  -  Natasza  zrobiła  wielkie  oczy,  choć  tak  naprawdę  wcale  nie  była  zaskoczona.  -  Moja

mała nieśmiała córeczka?

- Nie udawaj! - Kate roześmiała się. - Wiesz, że jak czegoś bardzo chcę, to muszę postawić na

swoim. Z Brodym było tak samo. Zobaczyłam go w sklepie z zabawkami, kiedy kupował betoniarkę
dla Jacka. Zaczęliśmy flirtować, a potem...

- W sklepie z zabawkami - mruknęła znacząco Natasza.

Ona  i  Spence  także  poznali  się  w  sklepie  z  zabawkami,  tylko  że  on  kupował  wtedy  lalkę  dla

swojej córeczki. Teraz Freddie była dorosłą kobietą, miała własną rodzinę...

background image

A więc jednak opatrzność, pomyślała Natasza. Znowu coś, czego się nie da przewidzieć.

- Kiedy się zorientowałam, że kupuje zabawkę dla syna, pomyślałam, że jest żonaty - ciągnęła

Kate.

- Wściekłam się, że żonaty facet ośmielił się ze mną flirtować.

- Nic dziwnego, że się zdenerwowałaś. - Natasza uśmiechała się zadowolona. Sprawa wygląda

coraz lepiej.

-  Potem  dowiedziałam  się,  że  jest  wolny,  i  znów  wszystko  było  jak  trzeba.  On  też  się  mną

interesuje - mruknęła Kate, spuściwszy oczy. - Tylko jest upar​ty jak osioł.

- Raczej bardzo samotny.

- Zauważyłam. - Kate znów spojrzała na matkę.

- Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego przede mną ucieka. Może to zwykły odludek... Tacy też

się zda​rzają.

-  Wobec  mnie  jest  bardzo  miły,  ale  chyba  rzeczywiście  nie  przepada  za  towarzystwem.

Zaprosiłam go na jutrzejsze przyjęcie, a on się wykręcił. Może tobie uda się go przekonać? - Natasza
wstała. Musiała się brać do roboty. - Mam pomysł. Pojedziesz do niego wieczorem, zawieziesz rybę
w galarecie i namówisz go, żeby jutro do nas przyszedł.

-  Mam  iść  bez  zaproszenia  do  domu  samotnego  mężczyzny?  W  sylwestra?  -  Kate  udawała

zgorszo​ną, ale uśmiechała się od ucha do ucha. - Doskonały pomysł! Dzięki, mamo.

- No to upiekłam dwie pieczenie przy jednym og​niu - zażartowała Natasza. - Chata wolna, więc

ja i twój tata też będziemy mogli spokojnie powitać No​wy Rok.

Brody siedział przed telewizorem z puszką piwa w ręce. Właściwie nie siedział, tylko leżał, a

obok niego spał Jack.

W pokoju, który nazywali salonem, panował nieopisany bałagan, w telewizji wyświetlano film

o przy​byszach z kosmosu, którzy wyglądali jak gigantyczne gałki oczne.

Brody uwielbiał takie filmy.

Za  kilka  godzin  zamierzał  przełączyć  kanał.  Chciał  obejrzeć  transmisję  z  powitania  nowego

roku na Ti​mes Square, Jack też chciał to zobaczyć. Twierdził, że na pewno nie zaśnie przed północą.

Trzeba  przyznać,  że  mały  robił  wszystko,  co  w  ludzkiej  mocy,  żeby  dotrzymać  słowa.  Z

wyjątkiem podpierania powiek zapałkami. Mimo wysiłków Jack w końcu jednak zasnął i spał teraz
smacznie, posapując z cicha.

Brody  postanowił  obudzić  go  pięć  minut  przed  północą,  żeby  chłopczyk  zobaczył,  jak  Nowy

background image

Rok  obejmuje  świat  w  posiadanie.  Teraz  sączył  piwo  i  śledził  poczynania  wielkiego  oka
prześladującego Bogu ducha winnych ludzi.

Omal  nie  podskoczył,  kiedy  usłyszał  pukanie  do  drzwi.  Nikogo  się  nie  spodziewał,  więc

równie  dobrze  mogło  to  być  wielkie  oko  z  innej  planety,  które  właśnie  wylądowało  na  jego
podwórku. Na pewno oko, pomyślał Brody. Wszyscy znajomi świętują teraz nadejście nowego roku.
Albo oko, albo ktoś zabłądził w tutejszych zaspach.

Ostrożnie  ułożył  Jacka  na  kanapie.  Jakoś  udało  mu  się  przejść  pomiędzy  rozrzuconymi  na

podło​dze zabawkami tak ostrożnie, że niczego nie rozde​ptał.

Okazało się, że nie wszyscy świętują. W każdym razie Kate Kimball na pewno nie obchodziła

sylwe​stra, bo to właśnie ona stanęła w progu domu Bro​dy'ego o tej niecodziennej porze.

- Cześć - powiedziała. - Miałam nadzieję, że za​stanę cię w domu. A to od mojej mamy.

Podała mu starannie opakowaną miskę sporych rozmiarów.

-  Od  twojej  mamy?  -  Brody  wziął  od  niej  prezent.  Wielkie  oko  z  kosmosu  mniej  by  go  teraz

zdziwiło niż ta wizyta i ten tajemniczy dar.

-  Miała  nadzieję,  że  zaszczycisz  swoją  obecnością  jej  noworoczne  przyjęcie.  Zrobiłeś  jej

wielką przy​krość, wykręcając się brakiem czasu.

- Wcale nie powiedziałem, że nie mam czasu - tłumaczył się Brody.

Nijak  nie  mógł  sobie  przypomnieć,  jakiego  wykrętu  użył  tym  razem.  Pamiętał  tylko,  że

wymyślił coś na poczekaniu, więc nic dziwnego, że nic nie pamiętał.

-  Mama  przysyła  ci  rybę  w  galarecie  -  wyjaśniła  Kate.  -  To  na  zachętę.  Ma  nadzieję,  że  jak

spróbujesz, to zmienisz zdanie i zdecydujesz się nas odwiedzić. Będzie mnóstwo dzieci, więc Jack
też nie będzie się nudził. Czy on już śpi? Bo jeśli nie, to bym się z nim przywitała.

Prześliznęła się obok niego i weszła do domu. Brody był zbyt zaskoczony, żeby ją zatrzymać.

Pośpieszył za nią do wielkiego salonu, w którym panował jeszcze większy bałagan. Po drodze jedną
ręką zbierał porozrzucane zabawki. W drugiej ciągle trzymał miskę.

-  Daj  sobie  spokój.  -  Kate  machnęła  ręką.  -  Wiem,  jak  wygląda  dom,  w  którym  są  dzieci.

Nawet sobie nie wyobrażasz, co działo się w naszym domu, kiedy ja i Brandon byliśmy mali. Co za
wspaniała choinka!

Brody  nie  podzielał  jej  entuzjazmu.  Drzewko  wyglądało,  jakby  je  dekorowały  pijane  elfy.  W

niczym nie przypominało starannie przybranej przepięknymi bombkami choinki Kimballów.

-  My  też  kiedyś  mieliśmy  taką.  Freddie,  Brand  i  ja  ubłagaliśmy  mamę,  żeby  nam  pozwoliła

samodziel​nie ubrać choinkę. Narobiliśmy bałaganu, ale było fajnie!

background image

Na kominku płonął ogień. Kate podeszła ogrzać ręce.

Ponad  godzinę  poświęciła  przed  przyjściem  tutaj  na  ubieranie,  dzięki  czemu  wyglądała  w  tej

chwili  tak,  jakby  włożyła  na  siebie  pierwszą  rzecz,  która  jej  wpadła  w  ręce.  Sweterek  w  kolorze
ciemnej  purpury  był  niedbale  wsunięty  w  szare  spodnie,  w  uszach  lśniły  maleńkie  złote  kolczyki,
rozpuszczone włosy się​gały aż do pasa.

-  Rewelacyjny  dom  -  stwierdziła.  -  I  tak  tu  cicho.  Jack  ma  mnóstwo  miejsca  do  biegania.

Musisz mu sprawić psa.

- Wciąż mnie o to męczy - wyznał Brody. Słuchał jej, patrzył na nią i zastanawiał się, co ma z

nią po​cząć. - Podziękuj mamie za rybę.

-  Sam  jej  podziękuj.  -  Kate  się  odwróciła.  Wtedy  zobaczyła  Jacka.  Spał  z  buzią  wtuloną  w

kanapę,  jedna  ręka  zwisała  mu  na  podłogę.  Podeszła  do  chłopca,  ułożyła  jego  rączkę  na  kanapie,
otuliła go kocem.

- Pewnie bardzo chciał wytrzymać do północy i padł z wyczerpania - powiedziała, patrząc na

dziec​ko z czułością.

- Właśnie - bąknął Brody.

Był  bardzo  zmieszany,  rozczochrany  i  apetyczny.  Stał  pośrodku  wielkiego,  zarzuconego

zabawkami pokoju z miską ryby w jednej ręce i betoniarką Jacka w drugiej.

-  Mój  ulubiony  film  -  stwierdziła  Kate,  zerknąwszy  na  ekran.  -  Zwłaszcza  lubię  ten  moment,

kiedy otwierają się drzwi i widać pełno tych wielkich oczu i czułek. Może byś mi zaproponował coś
do picia?

- Mam tylko piwo.

- Strasznie kaloryczne, ale niech będzie. - Podeszła do Brody'ego, wzięła od niego nieszczęsną

miskę z rybą. - Gdzie jest kuchnia?

Nie umiał odpowiedzieć na to proste pytanie. Mowę mu odjęło. Kate pachniała cudownie i on

zupełnie nie mógł teraz myśleć o niczym innym.

- Nieważne, sama znajdę - powiedziała. - Tobie też przynieść piwo?

- Nie ja...

Co się ze mną dzieje, pomyślał. Położył pozbierane wcześniej zabawki na podłodze i ruszył w

ślad za Kate.

- Przyszłaś trochę nie w porę - zaczął.

- Boże, co za stropy! Sam je robiłeś?

background image

- No. Posłuchaj...

Zaklął pod nosem. Kate udawała, że nic nie słyszy, nic nie widzi i zupełnie nic nie rozumie.

- O rany! - westchnęła na widok marmurowych blatów, dębowych mebli i małego paleniska z

kamie​ni. I wcale jej nie przeszkadzało, że w tej wielkiej ślicznej kuchni panuje nieopisany bałagan.

Pijane  elfy  ubierające  choinkę  okazały  się  całkiem  nieszkodliwe  w  porównaniu  z

wojowniczymi małpa​mi, które stoczyły walkę na śmierć i życie w kuchni.

- Przepraszam za ten bałagan - usprawiedliwiał się Brody. - Rzadko bywa tu aż tak źle.

- Masz prawo robić co chcesz w swojej własnej kuchni, więc przestań przepraszać. Gdzie jest

piwo? W lodówce?

- W lodówce. Dlaczego nie jesteś na przyjęciu?

- Jestem, tylko się spóźniłam. - Wyjęła piwo, po​ciągnęła nosem. - Czuję prażoną kukurydzę.

- Nie wiem, czy jeszcze coś zostało.

- No to mam za swoje. Trzeba się było nie spóźniać. Kto późno przychodzi, sam sobie szkodzi.

- Oparła się o blat, wypiła łyk piwa. - Może byśmy usiedli na kanapie i obejrzeli do końca ten film?

- Tak. To znaczy... Nie.

- Nie będziemy siedzieć na kanapie, czy nie bę​dziemy oglądać filmu?

Kpiła z niego w żywe oczy. Brody powinien się wściec albo przynajmniej obrazić, tymczasem

on był podniecony.

- Dlaczego ciągle się koło mnie kręcisz? - spytał.

- Bo mi się tak podoba. - Patrzyła na niego wyzy​wająco.

Podszedł  do  niej,  wyjął  jej  z  rąk  butelkę  z  piwem,  odstawił  na  blat.  Potem  pochylił  się  i

pocałował Kate. Ostrożnie, jakby się bał, że mu się od tego rozpadnie.

- Tatusiu? Gdzie jesteś?

-  O  Boże!  -  Brody  odskoczył  od  Kate  jak  oparzony.  W  progu  stał  Jack,  przecierał  piąstkami

zaspane oczy.

- Co robisz, tatusiu?

- Nic - powiedział Brody.

To nicnierobienie w towarzystwie Kate kiedyś w końcu mnie zabije, pomyślał.

background image

- Twój tatuś chciał mnie pocałować.

- Kate! - Brody powiedział to takim samym tonem, jakim zwykle zwracał uwagę Jackowi, gdy

mały źle się zachował.

- Bujasz. - Jack przyglądał się im podejrzliwie. Jasne włoski sterczały mu na wszystkie strony,

policz​ki były zaróżowione od snu. - Mój tatuś nie całuje się ,z dziewczynami.

- Naprawdę? - Brody chciał się cofnąć, ale Kate przytrzymała go za koszulę. - A dlaczego?

-  Bo  to  są  dziewczyny.  -  Jack  wzruszył  ramionami.  Nie  rozumiał,  jak  ktoś  może  nie  znać  tak

oczywi​stej prawdy. - Całowanie dziewczyn jest obrzydliwe.

- Co ty tam wiesz! - Kate puściła ojca, pokiwała palcem na syna. - Chodź no tu, kolego.

- Po co?

- Żebym cię mogła pocałować.

- Nie chcę! - Jack trochę się przestraszył. - Fuj!

- Dobra. - Kate zdjęła płaszcz, rzuciła go Brody'emu. - Sam tego chciałeś, kolego.

Udała, że chce złapać malca, choć tak naprawdę dała mu dość czasu na ucieczkę. Ganiała się z

Jackiem przez kilka minut i ani razu nie nadepnęła na żadną zabawkę. Jack piszczał, wołał o ratunek i
bawił się w najlepsze.

Wreszcie go dopadła, rzuciła na kanapę. Jack, śmiejąc się, błagał o litość.

- A teraz kara. - Kate pocałowała chłopca w oba policzki, cmokając przy tym głośno dla efektu.

- Powiedz „mniam” - zażądała.

- Nigdy! - Jack śmiał się jak szalony. Był w siód​mym niebie.

- Powiedz „mniam, mniam”, bo nie przestanę - zagroziła.

- Mniam, mniam! - wołał Jack, skręcając się ze śmiechu. - Mniam, mniam.

- Wygrałam! - ucieszyła się Kate.

Jack  wdrapał  się  jej  na  kolana.  Nie  była  taka  miękka  jak  babcia  ani  twarda  jak  tatuś.  Była

całkiem inna.

- Zostaniesz z nami do północy? - dopytywał się Jack. - O północy przyjdzie Nowy Rok.

-  Bardzo  bym  chciała.  -  Kate  spojrzała  wymownie  na  Brody'ego.  -  Nie  wiem  tylko,  czy  twój

tata się na to zgodzi.

background image

Gdyby Jack spał, Brody kazałby jej się wynosić, ale w tej sytuacji...

- Oczywiście, że się zgadzam - odrzekł i w tej samej chwili poczuł, że on też bardzo chce, by

Kate z nimi została.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Frederica  Kimball  LeBeck  wciągnęła  Kate  do  sypialni  i  dokładnie  zamknęła  drzwi.  Musiały

choć przez chwilę spokojnie porozmawiać.

- Teraz mi wszystko opowiedz - poprosiła.

- Jak sobie życzysz. - Kate wzruszyła ramionami. - Wszystko zaczęło się od wielkiego wybuchu

w kos​mosie.

-  Strasznie  śmieszne.  Masz  opowiadać  o  Brodym.  Mama  mi  mówiła,  że  już  go  złapałaś  w

swoje sidła.

- To nie królik, żeby go łapać w sidła. Ale przy​stojny, nie?

- Ekstra - zgodziła się Freddie.

- Jest wdowcem i samotnie wychowuje fanta​stycznego chłopczyka. Chyba zauważyłaś Jacka?

-  Trudno  go  nie  zauważyć.  Od  razu  zaprzyjaźnił  się  z  Maxem.  -  Freddie  mówiła  o  swoim

własnym sześcioletnim synku. - Teraz grają razem w gry wi​deo.

- No i dobrze. Brody będzie mógł wreszcie pogadać z ludźmi. Stanowczo za rzadko pozwala

sobie na rozrywki.

- Dziś mu ich nie zabraknie. - Freddie się roześmiała. - Dziadek i wujek Misza już się za niego

zabrali.  Namówili  go,  żeby  im  pokazał  ten  twój  dom.  Muszą  sobie  nad  nim  po  swojemu
powydziwiać.

- Nieźle się zaczyna - mruknęła Kate.

- No dobra, ale mów o Brodym. Czy to tylko hor​mony, czy może coś więcej ?

-  Zaczęło  się  od  hormonów.  Moje  mają  kota  na  punkcie  dużych,  silnych  mężczyzn.  Ale  tu

chodzi o coś więcej - ciągnęła Kate. - On mi się wydaje taki... Bo ja wiem... Po prostu sympatyczny
facet. Solidny, odpowiedzialny, kochający. I bardzo nie​śmiały, a to takie słodkie.

- Więc postanowiłaś wziąć sobie tego cukierka - stwierdziła Freddie.

- No właśnie. Wzięłabym i nikomu nie stałaby się żadna krzywda, gdyby nie... Kiedy widzę go

z Ja​ckiem, to aż mnie ściska w środku. Znasz to uczucie?

background image

-  Znam.  -  Freddie  poznała  to  ściskanie,  kiedy  miała  trzynaście  lat.  Zawsze  ją  tak  ściskało  w

środku, kiedy znalazła się blisko Nicka. Tego samego Nicka, który już od kilku lat był jej mężem. -
Zakochałaś się w nim?

- Jeszcze nie wiem. Wiem, że mi się podoba i że mam na niego straszną ochotę. No i lubię z

nim  rozmawiać.  Wczoraj  w  nocy  oglądaliśmy  razem  końcówkę  tego  filmu  o  kosmitach  w  kształcie
wielkich oczu.

- Mój ulubiony kosmiczny horror!

-  Mój  też.  Widzę,  że  rozumiesz,  o  co  mi  chodzi.  Mam  na  niego  ochotę,  a  jednocześnie  lubię

siedzieć razem z nim przed telewizorem i oglądać sobie stary film. Z Brodym jest tak zwyczajnie, tak
bardzo  spokojnie.  -  Kate  się  zamyśliła,  a  po  chwili  mówiła  dalej.  -  Z  innymi  facetami  zawsze
musiałam  gdzieś  chodzić.  Na  tańce,  na  przyjęcia,  na  wernisaże,  do  muzeum  albo  jeszcze  gdzie
indziej. Nigdy nie można było posiedzieć spokojnie w domu i po prostu nic nie robić. A ja już chyba
do tego dojrzałam.

- Małe miasteczko, szkoła tańca, romans ze stola​rzem. To do ciebie pasuje, Katie.

- Mnie też się tak wydaje. - Kate była zadowolona z tej oceny. - To po prostu do mnie pasuje.

Jurij Stanislaski, potężny mężczyzna z burzą siwych włosów, stał w samym środku sali, która w

nie​dalekiej przyszłości miała być salą baletową.

- Dużo przestrzeni - pochwalił. - Moja wnuczka ceni przestrzeń. Mocny fundament. - Podszedł

do ściany, uderzył w nią pięścią. - Solidna konstrukcja.

Michaił, najstarszy syn Jurija, stał przy oknie.

-  Ten  dom  do  niej  pasuje  -  stwierdził.  -  Nie  mogła  wybrać  lepiej.  Te  wielkie  okna...  Ludzie

przechodzą ulicą, zaglądają w okna, widzą tancerzy i reklama gotowa. Moja siostrzenica ma głowę
na karku.

Na  schodach  słychać  było  czyjeś  kroki.  Brody  nie  miał  pojęcia,  ile  dzieciaków  przyszło  tu

razem z nimi. Większość z nich zapewne należała do Miszy, choć Brody nie potrafił ani ich policzyć,
ani tym bardziej uważać na to, co robią.

Nigdy nie miał takiej dużej rodziny, toteż z największym trudem nadążał za tym, co działo się

tego  dnia  w  domu  Kimballów.  Choć  właściwie  raczej  się  w  tym  gubił.  Nie  miał  pojęcia,  że  na
świecie są jeszcze takie wielkie, zżyte i kochające się rodziny.

- Tato! Chodź na górę. Muszę ci coś pokazać. Co to za fantastyczny stary dom!

- Mój syn Griff - pochwalił się Misza. - Uwielbia starocie.

-  No  to  idziemy  na  górę.  -  Jurij  klepnął  Brody'ego  w  plecy  z  siłą  zdolną  przewrócić  słonia,

jednak Brody zdołał utrzymać się na nogach. - Zobaczymy, co trzeba zrobić z tym wspaniałym starym

background image

domem, żeby moja wnuczka była szczęśliwa. Piękna ta moja Katie, co nie?

- Owszem - przytaknął ostrożnie Brody. Bardzo się bał, z każdą chwilą coraz bardziej.

Brody zamierzał wstąpić na chwilę do Kimballów, grzecznie podziękować Nataszy za pamięć i

jak naj​szybciej opuścić przyjęcie.

Ale  przyjęcie  nie  chciało  opuścić  jego.  Wciągnęło  go,  a  raczej  wchłonęło.  Nie  przypominał

sobie, żeby kiedykolwiek przedtem widział aż tylu ludzi zebranych w jednym miejscu. Tym bardziej
że większość z nich była ze sobą w jakiś sposób skoligacona.

Jego własna rodzina składała się właściwie tylko z niego, Jacka i jego dziadków. Oprócz tego

Brody  miał  trzy  ciotki,  trzech  wujków  i  sześcioro  kuzynów  mieszkających  w  różnych  zakątkach
południowych  stanów.  Nigdy  jeszcze  nie  widział  ich  wszystkich  naraz  w  jednym  miejscu.  Dlatego
sama  liczebność  Stanislaskich  przyprawiała  go  o  zawrót  głowy.  Nie  potrafił  pojąć,  jak  oni  mogą
spamiętać, kto jest kim i co porabia.

Byli hałaśliwi, porywczy, urodziwi i wszędzie ich było pełno. Ciągle o coś pytali, opowiadali

jakieś  historie  i  co  chwilę  się  kłócili.  Siedział  u  nich  prawie  do  ósmej  wieczorem,  a  mimo  to  nie
miał okazji zamienić nawet dwóch zdań z Kate.

Zaciągnięto  go  do  domu,  który  miał  remontować,  wypytano  o  wszystkie  plany.  Był

wystarczająco inte​ligentny, by zauważyć, że nie chodzi tylko o plany dotyczące remontu.

Rodzina Kate najwyraźniej go sprawdzała. Dokładnie to samo zrobiła kiedyś rodzina Connie,

chociaż bez tego serdecznego humoru, jakim tryskali krewni Kate. Ale i wtedy, i teraz chodziło o to
samo: czy aby ten facet jest dość dobry dla naszej królewny?

W przypadku Connie stanowczo i nieodwołalnie zdecydowano, że nie tylko nie jest dość dobry,

ale wręcz najgorszy z możliwych. Stanislascy chyba je​szcze się nie zdecydowali.

Robił,  co  mógł,  by  im  pokazać  -  oczywiście  taktownie  -  że  nie  ma  zamiaru  wykradać  ich

ukochanej baletnicy, ale oni i tak prześwietlali go na wszystkie strony, choć trzeba przyznać, że robili
to  pogodnie  i  niezbyt  nachalnie.  Oczywiście  jeśli  nie  liczyć  tego,  że  bezceremonialnie  oglądali  go
sobie od stóp do głów.

Po  tym  doświadczeniu  Brody  postanowił  nigdy  z  nikim  się  nie  wiązać.  Był  szczęśliwy  w

swojej samotności i nie zmieniłby tego stanu za żadne skarby świata.

Przyjęcie  wreszcie  się  skończyło.  Dzięki  Bogu  święta  też  już  minęły,  skończyły  się  szkolne

ferie. Brody mógł zabrać się do pracy.

Przez cały tydzień zrywał tapety, sprzątał, wyburzał ściany i sprawdzał rury. Przez cały tydzień

Kate nawet nie przeszła obok swojego domu.

Co  rano,  kiedy  przyjeżdżał  na  budowę,  wyobrażał  sobie,  jak  Kate  nadchodzi  ulicą,  by

sprawdzić  postęp  robót.  Co  wieczór,  kiedy  pakował  narzędzia  do  ciężarówki,  zastanawiał  się,

background image

dlaczego nie przyszła i co mu tym razem szykuje.

Najwyraźniej  była  zajęta  innymi  sprawami.  Pewnie  nie  zależało  jej  na  tym  domu  tak  bardzo,

jak twierdziła. I Brodym też nie interesowała się aż tak bardzo, jak mu się zdawało.

Dobrze  zrobiłem,  że  nie  wdałem  się  z  nią  w  żaden  flirt,  myślał.  Pewnie  baluje  po  całych

nocach  z  jakimś  przystojnym  nowojorczykiem.  Wcale  bym  się  nie  zdziwił,  gdyby  się  okazało,  że
szuka kupca na ten swój wymarzony dom. Pewnie nie może się doczekać, kiedy znów wyfrunie z tego
naszego zapyziałego miasteczka, z tej dziury zabitej dechami.

Wytrzymał siedem dni, a ósmego do niej poszedł, choć właściwie nie wiedział po co.

Chciała osobiście doglądać remontu, życzyła sobie, żebym uzgadniał z nią wszystkie szczegóły,

a  skoro  nie  pojawiała  się  na  budowie,  to  ja  muszę  z  tym  wszystkim  przyjść  do  niej,  Tak  sobie
tłumaczył.

Zastukał  do  drzwi,  ale  nikt  mu  nie  otworzył;  w  domu  panowała  martwa  cisza.  Zadzwonił.

Nadal nic się nie działo, ale on nie odchodził. Przechadzał się po ganku tam i z powrotem, nie bardzo
wiedząc, co ze sobą począć.

Dobrze wiedział, że wcale nie chodzi mu o budowę. W tej sprawie wszystko było uzgodnione

do najdrobniejszych szczegółów. A to, co Kate robi i z kim jest, nie powinno go obchodzić. Przecież
postanowił z nikim się nie wiązać, był szczęśliwy w swojej samo​tności.

To  było  tydzień  temu.  Teraz  sprawy  wyglądały  zupełnie  inaczej.  Kiedy  to  sobie  uświadomił,

ode​tchnął głęboko i już miał odejść, gdy drzwi nagle się otworzyły.

W progu stanęła Kate, rozespana, nie bardzo przytomna. Wyglądała jak osoba, którą dopiero co

wyrwa​no z głębokiego snu i która wcale nie zamierza się jeszcze budzić.

A  więc  miałem  rację,  przemknęło  mu  przez  myśl.  Baluje  po  całych  nocach,  a  w  dzień  to

wszystko od​sypia.

- Brody? Skąd się tu wziąłeś?

-  Przyszedłem  -  burknął.  -  Przepraszam,  że  cię  obudziłem.  W  końcu  jest  dopiero  czwarta  po

połu​dniu.

Była zbyt zaspana, żeby zrozumieć złośliwość, więc się do niego uśmiechnęła.

-  Dobrze,  że  mnie  obudziłeś  -  powiedziała.  -  Gdybym  spała  więcej  niż  godzinę,  w  nocy  nie

mogłabym zmrużyć oka. Wejdź, proszę. Nie wiem jak ty, ale ja się muszę napić kawy.

Nie  oglądając  się  za  siebie,  poszła  do  kuchni.  Usłyszała  za  plecami  trzaśniecie  drzwi,  więc

była pewna, że Brody idzie za nią.

-  Przyjechałam  parę  godzin  temu  -  mówiła,  nastawiając  ekspres.  Żeby  pozbyć  się  bólu

background image

zmęczonych  mięśni,  odruchowo  stanęła  w  pierwszej  pozycji  baletowej.  -  Jak  się  posuwa  mój
remont?

- Czy twoje zainteresowanie różnymi sprawami zawsze jest takie krótkotrwałe?

- Nie rozumiem. - Trzecia pozycja. Stanąć na pal​cach, wyjąć z szafki kubki.

- Przez cały tydzień ani razu nie pokazałaś się na budowie.

- Musiałam wyjechać. Wezwano mnie do Nowe​go Jorku.

- Jakieś kłopoty w rodzinie? - zaniepokoił się Brody. Od razu przestał się złościć.

- Nie, u nich wszystko w porządku. - Kate wyprostowała się, syknęła. - Czy mógłbyś... Tu na

ple​cach...

Próbowała dosięgnąć obolałego mięśnia pomiędzy łopatkami.

-  Przygnieć  tu  kciukiem,  dobrze?  Trochę  niżej.  -  Kierowała  palcami  Brody'ego.  -  Jeszcze

mocniej.  Oj,  dobrze  -  westchnęła,  po  czym  odchyliła  głowę  do  tyłu  i  zamknęła  oczy.  -  O,  tak.  Nie
puszczaj.

- A niech to wszyscy diabli! - zawołał Brody. Podniecony do granic wytrzymałości zabrał rękę,

odwrócił Kate twarzą do siebie, oparł ją o blat i zaczął całować. Jej zaspane jeszcze ciało przeszył
dreszcz.  Pożądanie  wyparło  dominujące  jeszcze  przed  chwilą  zmęczenie,  wszystkie  bóle
przeciążo​nych mięśni.

Pragnienie i irytacja walczyły w nim o lepsze od chwili, gdy ujrzał Kate półprzytomną, jeszcze

ciepłą  od  snu.  Teraz  pękły  w  nim  wszystkie  tamy,  runęły  wszystkie  mury,  połamały  się  starannie
ustawiane za​pory. Brał pełnymi garściami to, czego dotąd zabra​niał sobie nawet pragnąć.

Gdy wreszcie się od niej oderwał, obojgu brakowało tchu. W milczeniu patrzyli na siebie: on z

dłońmi w jej bujnych włosach, ona z palcami wbitymi w jego ramiona.

Zaraz  jednak  ich  usta  znów  się  połączyły.  Dłonie  Kate  wdarły  się  pod  jego  koszulę,  palce

Brody'ego szukały szczęścia pod jej sweterkiem.

- Zaparzyłaś kawę, Katie?

Spencer  Kimball  stanął  w  progu  jak  wryty.  Jego  maleńka  córeczka  oplotła  się  jak  bluszcz

wokół jakie​goś stolarza. Spencer patrzył na to wszystko, widział, ale zupełnie nic nie rozumiał.

Brody  i  Kate  odskoczyli  od  siebie  jak  oparzeni.  A  potem,  przez  długie  jak  wieczność  pięć

sekund, nikt się nie odzywał ani nawet nie poruszył.

- Ja... - Spencer nic innego nie potrafił wymyślić. - Muszę... Idę do pracowni.

background image

Odwrócił się i prędko wyszedł z kuchni.

-  O  Boże!  -  Brody  przesunął  palcami  po  włosach,  potem  zacisnął  dłonie  w  pięści.  -  Daj  mi

jakiś pisto​let! Zastrzelę się i będzie po kłopocie.

-  Nie  mamy  w  domu  broni.  -  Kate  musiała  się  przytrzymać  blatu,  bo  kuchnia  wciąż  jeszcze

kręciła jej się przed oczami. - Poza tym naprawdę nic się nie stało. Mój tata wie, że ja czasami całuję
się z mężczy​znami.

-  Nie  zamierzałem  poprzestać  na  całowaniu  -  mruknął  Brody.  -  Gdyby  nie  twój  ojciec,

zrobiłbym to tutaj, w waszej kuchni.

-  Na  pewno  nie  sam  -  zapewniła  go  Kate.  -  Nie  mogę  odżałować,  że  tata  nie  ma  dziś

popołudniowych zajęć.

Brody  odwrócił  się,  wyjął  z  kredensu  szklankę  i  napełnił  ją  zimną  wodą  z  kranu.  Właściwie

powinien wylać ją sobie na głowę, ale zadowolił się wypiciem wody jednym haustem. Trochę minio
wszystko ochło​nął.

- Nigdy by do tego nie doszło, gdybyś mnie nie wkurzyła.

- Ja cię wkurzyłam? - zdziwiła się Kate. Miała ochotę przygładzić te jego włosy, które przed

chwilą potargała. - Czym, jeśli wolno spytać?

- Najpierw kazałaś się dotykać, a potem zaczęłaś jęczeć.

Kate  zrezygnowała  z  kawy.  Musi  się  napić  czegoś  mocniejszego.  Z  impetem  otworzyła

lodówkę, wyjęła butelkę białego wina.

- Jęczałam, bo najpierw bardzo bolały mnie mięśnie, a potem się rozluźniły. Nie wyobrażasz

sobie, jaka to ulga, kiedy wreszcie przestaje boleć. Podaj mi te przeklęte kieliszki - warknęła - bo
teraz ja jestem wkurzona.

-  Ty?  -  zdumiał  się,  ale  otworzył  szafkę,  wyjął  z  niej  dwa  kieliszki  i  podał  je  Kate.  - A  to

dlaczego? Przez cały tydzień włóczysz się po Nowym Jorku i nikomu nawet nie piśniesz słówkiem,
gdzie się podziewasz.

- Moi rodzice wiedzieli, gdzie jestem i co robię.

-  Nalała  wina  do  kieliszków,  z  głośnym  stuknięciem  postawiła  butelkę  na  stole.  -  Nie

uprzedziłeś mnie, że muszę uzgadniać z tobą swoje plany.

-  Zaangażowałaś  mnie  do  przeprowadzenia  remontu,  tak?  Bardzo  skomplikowanego

kapitalnego  remontu.  Zgadza  się?  Stanowczo  oświadczyłaś,  że  chcesz  na  bieżąco  śledzić  postępy
prac, a w ciągu tego tygodnia, kiedy ty sobie gdzieś zniknęłaś, my zrobili​śmy bardzo duże postępy.

- Nic na to nie poradzę. - Kate napiła się wina. Bardzo się starała nie stracić panowania nad

background image

sobą.

-  Gdybyś  naprawdę  miał  jakiś  problem,  moi  rodzice  w  każdej  chwili  by  cię  ze  mną

skontaktowali. Trzeba było ich o to poprosić.

Brody wpadł w panikę. Był pewien, że istnieje jakiś powód, dla którego nie skontaktował się z

Kate za pośrednictwem jej rodziców. A nawet jeśli nie istniał, trzeba go było natychmiast wymyślić.
Natychmiast!

-  Zazwyczaj  nie  przyjmuję  zamówień  od  dzieci.  Moi  klienci  to  dorośli  ludzie.  Jeśli  muszą

wyjechać, zostawiają mi jakiś numer kontaktowy. Nikt nigdy nie żądał ode mnie, żebym kontaktował
się z nim przez rodziców.

-  Bardzo  to  naciągane  -  stwierdziła,  choć  w  głębi  ducha  musiała  mu  przyznać  rację.  -  Na

przyszłość zapamiętaj sobie, że jeśli nie będziesz się mógł skontaktować ze mną, masz konsultować
decyzje z moimi rodzicami.

- W porządku. - Brody wpakował ręce w kiesze​nie. - Po prostu świetnie.

- Przede wszystkim rozsądnie.

Kate  wzruszyła  ramionami.  Już  dawno  stwierdziła,  że  ta  wymiana  zdań  jest  idiotyczna.  Nie

miała nic przeciwko solidnej kłótni, ale śmieszności nienawi​dziła.

-  Teraz  ci  powiem,  dlaczego  musiałam  pojechać  do  Nowego  Jorku.  Kiedy  odchodziłam  z

zespołu,  dałam  dyrektorowi  słowo,  że  jeśli  będę  potrzebna  i  jeśli  to  będzie  możliwe,  przyjadę  na
zawołanie.  Ja  zawsze  dotrzymuję  słowa.  Kilka  tancerek  zachorowało  na  grypę.  Primabaleriny  też.
Tańczymy  mimo  kontuzji,  tańczymy  nawet  wtedy,  kiedy  jesteśmy  chorzy,  ale  czasami  człowiek  po
prostu  nie  może  się  ruszyć,  a  co  dopiero  wyjść  na  scenę.  Dałam  szefowi  cały  tydzień,  osiem
przedstawień. Przez ten czas chore wyzdrowia​ły, a znów inne ścięła grypa.

Kate oparła się o blat, żeby odciążyć nogi.

-  Z  tym  partnerem,  którego  teraz  dostałam,  tańczyłam  po  raz  pierwszy  w  życiu,  a  to  oznacza

długie  i  bardzo  wyczerpujące  próby.  Prawie  trzy  miesiące  nie  wychodziłam  na  scenę,  więc  rano
musiałam  jeszcze  chodzić  na  lekcje.  Dlatego  nie  miałam  ani  czasu,  ani  energii,  żeby  zajmować  się
remontem,  który,  jak  mi  się  zdawało,  powierzyłam  fachowcowi.  Nie  przyszło  mi  do  głowy,  że
będziesz potrzebował konsultacji we wstępnej fazie. Zwłaszcza że przecież wszystko uzgodniliśmy.

- Pożycz mi nóż.

- Po co?

- Skoro nie masz pod ręką pistoletu, to poderżnę sobie gardło. Najlepiej nożem.

-  Nie  możesz  z  tym  zaczekać,  aż  wrócisz  do  domu?  -  Kate  piła  wino  i  popatrywała  na

Brody'ego znad kieliszka. - Mama nie cierpi krwi na podłodze. Zwłaszcza w kuchni.

background image

-  A  tata  raczej  nie  jest  zachwycony,  kiedy  jego  córka  migdali  się  z  facetami.  Zwłaszcza  w

kuchni.

- Nie mam pojęcia. Nigdy o tym nie rozmawiali​śmy.

- Naprawdę nie chciałem, żeby to tak wyszło.

- Czyżby? - Podała mu kieliszek z winem. - A jak to sobie wyobrażałeś?

- Nie wiem, ale na pewno nie tak. - Wziął kieliszek, spróbował wina. - Sama widzisz, jak to

się wszystko gmatwa i komplikuje. Praca, ja, ty. I seks.

- Nie przejmuj się. Jestem mistrzynią w organiza​cji pracy.

Roześmiał  się  i  zaczął  chodzić  po  kuchni  tam  i  z  powrotem.  Na  wszelki  wypadek  ręce  nadal

trzy​mał w kieszeniach. Bał się, że jeśli je wyjmie, nie potrafi nad nimi zapanować.

- Strasznie dużo rzeczy w życiu schrzaniłem - powiedział. - Z moją żoną i z Jackiem. Nie chcę

tego powtarzać. Zrozum, Jack ma dopiero sześć łat. Jestem dla niego wszystkim, a on jest dla mnie
najważniejszy na świecie.

- Właśnie za to tak bardzo cię lubię.

- Nie rozumiem. - Przyglądał się jej uważnie.

- Wobec tego musisz znaleźć trochę czasu na prze​myślenie tego problemu.

- A nie lepiej wynająć pokój w hotelu i udawać, że żadnego problemu nie ma?

Zdziwił się. Myślał, że Kate się wścieknie, ale ona się roześmiała.

- To też jest jakieś rozwiązanie - powiedziała.

- Wobec tego... - Spojrzał na ścienny zegar, pokręcił głową. - Dziś już nie mam czasu, muszę

ode​brać Jacka. Przyjdź jutro na budowę, dobrze? W po​rze lunchu. Pokażę ci, co już zrobiliśmy.

- Przyjdę - obiecała. - Chcesz mnie pocałować na pożegnanie?

-  Lepiej  nie.  -  Zdecydowanie  pokręcił  głową.  -  Twój  tata  może  jednak  mieć  w  domu  jakiś

pistolet, tylko zapomniał ci o tym powiedzieć.

Spencer  Kimball  nie  miał  pistoletu.  Kiedy  Kate  weszła  do  jego  gabinetu,  właśnie  studiował

plan zajęć na nowy semestr. Kate nie mogła wiedzieć, że już dziesięć minut wpatruje się w tę samą
stroniczkę.

Podeszła do niego, postawiła na biurku filiżankę z kawą, i objęła go za szyję.

background image

- Jak się masz, tatku?

- Nie najgorzej. Dzięki za kawę.

Otarła się policzkiem o szorstki policzek ojca.

- Brody się boi, że go zastrzelisz.

- Nie mam broni.

-  To  samo  mu  powiedziałam.  Powiedziałam  mu  też,  że  mój  tata  wie,  że  czasami  całuję  się  z

mężczy​znami. Ale ty tego nie wiedziałeś, prawda?

- Co innego wiedzieć, a co innego zobaczyć to na własne oczy. On cię dotykał... Dotykał mojej

córecz​ki!

- A twoja córeczka dotykała jego. - Kate usiadła ojcu na kolanach.

-  Nasza  kuchnia  raczej  nie  jest  odpowiednim  miejscem  do...  -  Spencer  się  zająknął.  Nie

wiedział, jak ma to określić. Żadne ze znanych mu słów nie pasowało do tej sytuacji, nie mogło się
odnosić do jego córeczki.

-  Masz  rację  -  stwierdziła  Kate.  -  W  kuchni  powinno  się  gotować  i  jeść  posiłki.  No,  może

jeszcze pić kawę albo rozmawiać. Ja w każdym razie nigdy nie widziałam, żebyście z mamą całowali
się w kuchni. Byłabym wstrząśnięta, gdybym zobaczyła coś ta​kiego.

Spencer miał ochotę się uśmiechnąć, ale się po​wstrzymał.

- Zamilcz, z łaski swojej - mruknął.

- Ilekroć wchodziłam do kuchni i zdawało mi się, że ty i mama się całujecie - Kate ani myślała

podporządkować  się  woli  ojca  -  to  okazywało  się,  że  tylko  ćwiczyliście  sposoby  udzielania
pierwszej pomocy. Przezorny zawsze ubezpieczony.

- Uważaj, bo zaraz tobie będzie trzeba udzielić pierwszej pomocy - pogroził jej ojciec.

-  W  porządku,  ale  najpierw  muszę  cię  o  coś  zapytać.  Czy  Brody  ci  się  podoba?  Jako

mężczyzna?

-  Oczywiście,  że  mi  się  podoba. Ale  to  jeszcze  nie  znaczy,  że  mam  skakać  z  radości,  kiedy

wchodzę do kuchni i widzę... to co zobaczyłem.

- Następnym razem pójdziemy do hotelu.

- Och, Kate! - jęknął Spencer.

- Nigdy nie musiałam przed wami niczego ukrywać. Ani przed tobą, ani przed mamą. Teraz też

background image

nie zamierzam ukrywać, że czuję coś do Brody'ego. Nie wiem jeszcze dokładnie, co to takiego, ale
mam wra​żenie, że moje czyny odzwierciedlają te uczucia.

-  Twoje  czyny  zawsze  odzwierciedlały  uczucia.  Z  żelazną  konsekwencją.  A  co  z  jego

uczuciami?

- On sam jeszcze nie wie. Będziemy musieli to sprawdzić.

-  Jak  to,  nie  wie?  -  Ciemne  oczy  Spencera,  takie  same  jak  oczy  Kate,  mocno  pociemniały.  -

Niech on się lepiej prędko zdecyduje, bo inaczej...

- Co inaczej? Pobijesz go? A pozwolisz popa​trzeć?

- Naprawdę będzie ci trzeba udzielić pierwszej pomocy - westchnął Spencer.

- Kocham cię, tatku. - Kate pocałowała ojca w policzek. - Zapomniałeś, że ty też przez wiele

lat sam wychowywałeś dziecko? Dobrze wiesz, jak to jest, kiedy się kocha dziecko, kiedy człowiek
nie ma na świecie nic prócz niego.

Moja Freddie, pomyślała wzruszony Spencer. Mo​ja pierwsza córeczka. Teraz sama ma dzieci.

- Tak, wiem - westchnął.

- No widzisz? Nie mogę nie kochać w nim tego, co tak bardzo kocham w tobie.

- A ja nie mogę się z tobą nie zgodzić. - Przytulił ją, pogłaskał po głowie, jakby naprawdę była

małą dziewczynką. - Powiedz Brody'emu, że mimo wszystko nie kupię pistoletu. Na razie...

Następnego  dnia  Kate  poszła  na  budowę,  a  potem  już  codziennie  tam  chodziła.  Zawsze

przynosiła ze sobą kanapki, ciasto i kawę. Nie tylko dla Brody'ego, ale także dla całej brygady.

Dzięki  tym  poczęstunkom  robotnicy  nie  marudzili,  kiedy  zasypywała  ich  pytaniami  albo

zarządzała  niespodziewane  zmiany  planów.  Brody  starał  się  tak  układać  swój  dzień,  żeby  móc
spędzić z Kate jak najwięcej czasu. Zabierał ją na spacer albo na kawę do pobliskiego barku.

Jego  pracownicy  puszczali  do  siebie  oko,  kiedy  z  nią  wychodził,  ale  Brody  się  tym  nie

przejmował.  Jednak  gdy  zdarzyło  mu  się  przyłapać  któregoś  z  nich  na  gapieniu  się  na  Kate,
wystarczyło jedno groźne spojrzenie, by delikwent w pośpiechu szukał sobie zajęcia w zupełnie innej
części domu.

Kate przychodziła na budowę ubrana jak modelka, ale wszędzie wtykała nos, nie bała się kurzu

ani brudu, jakby była zwykłym robotnikiem. I nigdy nie za​dawała głupich pytań.

Któregoś  dnia  zawzięcie  dyskutowała  z  jednym  z  jego  ludzi  na  temat  baseballu,  a  godzinę

później rozmawiała z kimś przez telefon komórkowy. Po francusku!

Brody  po  prostu  nie  mógł  o  niej  nie  myśleć  i  nie  potrafił  przestać  na  nią  patrzeć.  Jak  teraz,

background image

kiedy ta​necznym krokiem wchodziła do sali baletowej.

Miała  na  sobie  szare  leginsy  i  długi  niebieski  sweterek  z  miękkiej  dzianiny.  Upięte  do  góry

włosy od​słaniały nagi kark. Naprawdę trudno było oderwać od niej oczy.

W  domu  panowało  miłe  ciepło.  Nowy  system  centralnego  ogrzewania  działał  bez  zarzutu,

tynkowanie  było  prawie  skończone  i  tego  dnia  Brody  przyniósł  pierwsze  kawałki  drewna,  które
miały uzupełnić braki w oryginalnej stolarce.

- Tynki są świetnie położone - pochwaliła Kate.

- Aż żałuję, że całą tę ścianę trzeba będzie pokryć lustrami.

- Lustra już zamówiłem. Przywiozą je w połowie lutego.

Wzięła  od  niego  kawałek  obrobionego  drewna.  Idealnie  pasował  do  ubytku  w  ozdobnej

poręczy schodów.

- To jest piękne, Brody. Zupełnie jak oryginał.

-  Oddała  mu  drewniany  element.  -  Wszystkie  prace  idą  zgodnie  z  planem.  To  bardzo  dobrze.

Niestety w sprawach osobistych masz znaczne opóźnienie.

- Tę budowę zaczynam od fundamentów, a przy nich nie można się spieszyć.

- To zależy, co się chce na nich wybudować. - Położyła mu dłoń na ramieniu. - Umówmy się na

rand​kę, dobrze?

- Przecież wczoraj poszliśmy na kawę - wykręcał się Brody.

- Mam na myśli prawdziwą randkę dorosłych ludzi stanu wolnego. Kolacja, potem kino. Może

tego nie wiesz, ale niektóre restauracje zamyka się dopiero nad ranem.

-  Coś  o  tym  słyszałem  -  mruknął.  Zaraz  jednak  przypomniał  sobie  swoje  koło  ratunkowe.  -

Chętnie bym się z tobą spotkał, ale Jack...

- To dzielne dziecko. Na pewno nie umrze ze strachu, jeśli się dowie, że chcesz gdzieś wyjść

wie​czorem, a on w tym czasie zostanie w domu z opie​kunką. A może zawieziesz go do babci?

- Tak, ale...

-  Piątek  wieczorem.  -  Kate  nie  dała  mu  dojść  do  głosu.  -  Kolacja.  Ja  rezerwuję  stolik,  ty

przyjeżdżasz po mnie o siódmej. A w sobotę po południu spotkamy się wszyscy troje: ty, ja i Jack.
Wybierzemy się do kina. Wpadnę po was o pierwszej. Umowa stoi?

- To nie jest takie proste. Trzeba się umówić z opiekunką, a Jack.

background image

Przerwał, bo drzwi się otworzyły.

-  Tata!  -  Jack  wpadł  do  pokoju  jak  bomba.  -  Zobaczyliśmy  twoją  ciężarówkę  i  pani  Skully

powiedziała,  że  możemy  się  zatrzymać.  Cześć,  Kate.  -  Chłopczyk  rzucił  plecak  na  podłogę,
uśmiechnął się promiennie. - Słyszysz, jakie echo? Cześć, Kate!

Roześmiała się i porwała chłopca na ręce, nim Bro​dy zdążył się do niego zbliżyć.

- Cześć, przystojniaku. No jak, pocałujesz mnie?

- Nie! - zawołał malec, choć miał nadzieję, że Kate mimo wszystko go pocałuje.

- Na tym właśnie polega problem z mężczyznami w twojej rodzinie - rzekła i postawiła go na

ziemi.

W tej chwili do wielkiej sali weszła kobieta z dwój​ką dzieci.

-  Zobaczyłam  twoje  auto,  Brody  -  powiedziała.  -  Pomyślałam  sobie,  że  zostawię  ci  Jacka,

żebyś nie musiał po niego specjalnie przyjeżdżać. Ale jak jeszcze masz robotę, to powiedz. Zabiorę
go do siebie...

- Nie, niech zostanie. Dzięki, że go przywiozłaś. Poznajcie się może. Kate, to jest Beth Skully.

Beth, poznaj Kate Kimball.

-  W  pewnym  sensie  już  się  znamy.  Rod,  nie  biegaj.  Pewnie  mnie  nie  pamiętasz  -  mówiła  do

Kate,  jakby  ani  na  chwilę  nie  przerwały  rozmowy.  -  Moja  siostra  JoBeth  przyjaźniła  się  z  twoją
siostrą Freddie.

- JoBeth? Oczywiście, że ją pamiętam. Co się z nią dzieje?

- Mieszka z rodziną w Michigan. Jest pielęgniarką. Nie masz mi za złe, że tak bez zaproszenia

wpadłam  tu  z  całą  swoją  gromadką?  Strasznie  jestem  ciekawa,  jak  chcesz  przebudować  ten  stary
dom.

- Mamo! - Jasnowłosa dziewczynka z wielkimi oczami pociągnęła matkę za rękaw.

- Za chwilę, Carrie.

- Wszystko ci pokażę - zaproponowała Kate. - Jeśli oczywiście masz trochę czasu.

-  Dzisiaj  nie  mogę.  Jesteśmy  w  biegu.  Jak  człowiek  ma  dzieci,  to  musi  pracować  na  kilku

etatach. W tej chwili jestem kierowcą szkolnego autobusu. Kiedy otwierasz swoją szkołę tańca?

-  Myślę,  że  już  w  kwietniu  przyjmę  pierwszych  uczniów.  -  Spojrzała  na  Carrie.  W  wielkich

oczach dziewczynki dostrzegła nadzieję. - Chciałabyś zostać baletnicą, Carrie?

- Bardzo! - Mała aż westchnęła z przejęcia.

background image

- Baletnice to ciamajdy - prychnął jej brat.

- Mamo! - Carrie omal się nie rozpłakała.

- Uspokój się, Rod. Przepraszam cię za tego małe​go potwora, Kate.

- Nie musisz przepraszać. Sama sobie z nim poradzę. Ciamajdy, powiadasz? - zwróciła się do

Roda.

- Jasne. - Chłopiec był bardzo zadowolony z siebie. - Noszą śmieszne spódniczki i kręcą się w

kółko.

Rod stanął na palcach, zrobił kilka malutkich kroczków, a jego siostra na dobre się rozpłakała.

Ale zanim Beth zdążyła zareagować, odezwała się Kate:

- Ciekawe, która ciamajda potrafi zrobić coś ta​kiego.

Wykonała  klasyczny  stojący  szpagat:  podniosła  do  góry  wyprostowaną  jak  struna  nogę,  palce

jej stopy wskazywały sufit. Boże wielki, pomyślał Brody, bo nic innego nie przyszło mu do głowy.

- To nic trudnego - ucieszył się Rod.

Złapał się za kostkę, spróbował podnieść nogę do góry, ale stracił równowagę i jak niepyszny

usiadł na podłodze.

-  No  widzisz?  To  wcale  nie  jest  proste  -  powiedziała  do  niego  Beth,  jednocześnie  tuląc  do

siebie Carrie. - Czy to nie boli? - zwróciła się do Kate.

- Nie. Pod warunkiem, że się o tym nie myśli.

- Kate opuściła nogę. - Ile masz lat, Carrie?

- Pięć. Potrafię dosięgnąć do podłogi. Na prostych nogach - pochwaliła się Carrie.

Pięć,  pomyślała  Kate.  Kości  jeszcze  miękkie,  ciało  może  się  nauczyć  poruszania  wbrew

prawom natury.

-  Jeśli  mama  ci  pozwoli,  to  na  wiosnę  możesz  zacząć  naukę.  Pokażesz  swojemu  bratu,  że

ciamajdy nie nadają się do baletu.

Puściła oko do Carrie, płynnie wygięła się w mo​stek, wyrzuciła obie nogi w górę. Przez chwilę

stała na rękach, po czym równie swobodnie stanęła z po​wrotem na nogach.

- Ekstra - szepnął Rod do Jacka. - Jak ona to ro​bi?

Brody milczał. Nie mógł oderwać oczu od Kate.

background image

-  Tylko  prawdziwi  siłacze  mogą  tańczyć  w  balecie  -  mówiła  Kate,  spoglądając  znacząco  na

Roda.

-  Wielu  zawodowych  piłkarzy  przychodzi  na  lekcje  tańca.  Ćwiczenia  baletowe  pomagają  im

poruszać się zwinnie po boisku.

- Bujasz - stwierdził Rod.

- Wcale nie. - Kate ani myślała się obrażać. - Przyjdź kiedyś ze swoją siostrą na zajęcia, to ci

po​każę.

- No to mam teraz o czym myśleć. - Beth roześmiała się i wzięła Roda za rękę. - Chodź, ty mój

senny koszmarze.

Brody już się otrząsnął. W każdym razie przestał wpatrywać się w Kate jak sroka w gnat.

- Dzięki za opiekę nad Jackiem, Beth - powie​dział.

- Nie ma za co. Wiesz, że zawsze chętnie widzę go u siebie.

- Naprawdę? - Kate natychmiast zwietrzyła okazję.

- Jasne, to... - Beth spojrzała na Kate, potem na Brody'ego, i uśmiechnęła się domyślnie. No no,

pomyślała.  Najwyższy  czas,  żeby  ten  facet  znów  zaczął  dostrzegać  kobiety.  -  Jack  to  wspaniały
dzieciak  -  dokończyła.  -  Już  dawno  chciałam  go  zaprosić  do  nas  na  wystawną  kolację  z
hamburgerami.

- Takie imprezy najlepiej robić w piątki - stwier​dziła Kate z miną niewiniątka.

- Naprawdę nie wiem - jąkał się Brody. - Ja...

- Oczywiście, że wiesz - przerwała mu Beth. - Piątek to świetny dzień. Pamiętaj, Jack. Liczymy

na ciebie. Przyjedziesz do nas prosto ze szkoły i zostaniesz na kolacji. Możesz nawet zostać na noc. -
Puściła  oko  do  Kate.  -  Tylko  poproś  tatusia,  żeby  ci  zapakował  czyste  ubranko  na  rano.  Do
zobaczenia, Kate.

- Do zobaczenia. - Kate była w siódmym niebie. - Dzięki za wszystko.

- Będę spał u Roda, będę spał u Roda! - cieszył się Jack. - Strasznie cię kocham, tatusiu!

- No. - Kate przesunęła palcem po torsie Brody'ego i roześmiała się, widząc jego wystraszoną

minę. - To mamy problem z głowy.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

To  był  najprawdziwszy  feralny  piątek.  Jednego  z  członków  brygady  zmogła  grypa.

background image

Najwyraźniej  pożegnała  Nowy  Jork  i  postanowiła  pohasać  na  prowincji.  Około  południa  Brody
musiał odesłać do domu drugiego robotnika, bo słaniał się na nogach.

Dwóch 

pozostałych 

członków 

czteroosobowej 

brygady 

zajmowało 

się 

pracami

wykończeniowymi  w  Maryland,  wobec  czego  Brody  musiał  sobie  radzić  sam.  Ustawił  ściankę
gipsową  oddzielającą  gabinet  Kate  od  szkolnej  kuchni  i  wycyklinował  podłogi  w  obu  tych
pomieszczeniach.

Przeżył,  bo  nie  bał  się  ciężkiej  pracy,  za  to  bał  się  swojego  ojca.  Może  nie  tyle  ojca,  co

pozostawania z nim sam na sam w niewielkim pomieszczeniu.

Tymczasem  z  powodu  przeklętej  nowojorskiej  grypy  dwaj  panowie  O'Connell  pozostali

całkiem sami na placu budowy. To było dla Brody'ego po prostu nie do zniesienia. Niby każdy z nich
miał swoje zajęcie, nie musieli nawet na siebie patrzeć, a jednak żaden z nich nie potrafił zapomnieć
o istnieniu drugiego.

Jak się rozpadną, to je poskręca drutem, ale nie wyrzuci, pomyślał Brody spoglądając na stare,

setki razy naprawiane buty ojca.

„Jeśli  ja  czegoś  nie  potrzebuję,  to  i  ty  się  bez  tego  obejdziesz”  -  to  była  dewiza  starego

O'Connella. De​wiza tak irytująca, że Brody wstrząsnął się na samo jej wspomnienie.

- Wyłącz ten cholerny jazgot - zażądał Bob. - Jak można pracować przy takim łomocie!

Brody się nie odezwał, ale wyłączył radio. Ojcu nigdy nie podobała się muzyka, jakiej słuchał

jego syn. Zawsze nazywał ją jazgotem.

Bob  mruczał  coś  pod  nosem,  dopasowując  kolanko  do  umywalki.  Właśnie  dlatego  Brody

włączył muzy​kę. Nie chciał słyszeć tego mamrotania.

- Co za kretyński pomysł, żeby spaskudzić taką piękną kuchnię - marudził Bob. - Strata czasu i

atła​su. Wielki mi gabinet. Chce uczyć bachory chodzenia na palcach i od razu potrzebny jej gabinet.

Brody właśnie przycinał płytę, która miała oddzielać kuchnię od gabinetu Kate. Nie mógł tego

odłożyć  na  później.  Musiał  ustawić  tę  ściankę  teraz,  bo  tak  wynikało  z  harmonogramu  robót.  Nie
mógł przewidzieć, że ludzie mu się pochorują i że sam będzie musiał znosić marudzenie swego ojca.
Przyciął  płytę  do  potrzebnych  rozmiarów  i  przeklinał  własną  głupotę,  bo  chyba  tylko  z  głupoty
zaproponował  Bobowi  wykonanie  robót  hydraulicznych  w  domu  Kate.  Gdyby  był  choć  trochę
mądrzejszy, zatrudniłby innego hydraulika.

-  Mnie  nic  do  tego  -  powiedział  Brody,  wbijając  w  ściankę  działową  pierwszy  gwóźdź.  -

Klient płaci i wymaga.

-  Kimballowie  mają  forsy  jak  lodu,  ale  po  co  zaraz  wyrzucać  ją  w  błoto?  Trzeba  było

powiedzieć tej pan​nicy, że dzielenie kuchni to idiotyzm.

Brody wbił kolejny gwóźdź. Powtarzał sobie w myślach, że ma milczeć, że nie wolno mu się

background image

odzy​wać, ale słowa same wypłynęły mu z ust.

-  To  bardzo  rozsądna  decyzja  -  stwierdził.  -  Tu  była  kiedyś  oberża,  więc  nic  dziwnego,  że

zbudowano  dużą  kuchnię.  Teraz  będzie  tu  szkoła  baletowa.  Tancerzom  duża  kuchnia  na  nic  się  nie
przyda.

- Szkoła baletowa! - prychnął z obrzydzeniem Bob. - Nie minie miesiąc, jak nie będzie śladu

po tej całej szkole baletowej. I jak ona potem sprzeda taki dom podzielony na maleńkie pokoiki? I te
umywalki w łazience! Niziutkie, w sam raz dla małych dzieci. Po co komu takie fanaberie?

- Jak się uczy dzieci, to trzeba mieć pomieszcze​nia przystosowane do wzrostu dzieci.

- Dzieci uczy się w szkole. O ile dobrze pamię​tam, mamy tu chyba jakąś szkołę.

- Mamy - zgodził się Brody. - O ile dobrze pa​miętam, to nie uczą w niej tańca.

Starszy pan nie mógł znieść tonu wyższości, jakim mówił do niego jego własny syn. On także

powtarzał sobie, że ma się nie odzywać, ale - tak jak i Brody'emu - słowa same mu się wyrywały.

- Nie możesz naciągać klientów, chłopcze - powiedział. - To ty się znasz na budownictwie, a

nie oni. Musisz im doradzić, co jest dobre, a co całkiem bez sensu.

- Oczywiście dobre jest to, co tobie się podoba - odgryzł się Brody.

Bob  wyczołgał  się  spod  zlewu.  Spłowiała  niebieska  czapka  przekrzywiła  mu  się  na  głowie.

Kiedyś  był  bardzo  przystojnym  mężczyzną,  ale  to  było  dawno.  Teraz  miał  głębokie  zmarszczki,
wyglądał staro. Tyl​ko zielone oczy, takie same jak oczy Brody'ego, pło​nęły w szarej zaciętej twarzy.

- Uważaj, co mówisz, chłopcze.

- Tobie też by się przydało uważać - odciął się Brody.

Potwornie rozbolała go głowa. Ze złości. Ten ból także odziedziczył po ojcu.

Bob  rzucił  klucz,  zerwał  się  na  równe  nogi.  Był  wysoki,  szczupły,  muskularny  i  mimo

sześćdziesięciu lat wciąż jeszcze bardzo sprawny.

- Jak będziesz miał moje lata, jak tyle lat co ja przepracujesz w tym interesie, wtedy będziesz

sobie mógł mówić, co ci ślina na język przyniesie.

-  Daj  spokój.  -  Brody  zmierzył  drugi  kawałek  płyty,  zaczął  go  przycinać.  -  Powtarzasz  mi  to

samo, odkąd skończyłem osiem lat. Nawet nie zauważyłeś, że ja też już jestem dorosły. A żeby było
śmieszniej,  teraz  ty  pracujesz  u  mnie,  a  nie  ja  u  ciebie.  To  ja  podpisałem  kontrakt.  Podpisałem
kontrakt,  bo  mój,  rozumiesz,  mój  projekt  spodobał  się  klientowi.  Dlatego  ten  remont  zostanie
przeprowadzony pod moje dy​ktando. Klient płaci i wymaga - powtórzył. - Dopóki panna Kimball jest
zadowolona, nie mamy o czym dyskutować.

background image

- Podobno bardzo się starasz, żeby była zadowolo​na. Nie tylko z twojej pracy.

Wcale nie chciał tego powiedzieć, ale słowa same mu się wymknęły i teraz było za późno, żeby

je cof​nąć. Jasny gwint, pomyślał wściekły Bob. Ten chło​pak świętego wyprowadziłby z równowagi.

Brody  zacisnął  palce  na  nożu.  Przez  chwilę,  a  chwila  ta  trwała  bardzo  długo,  miał  ochotę

zmasa​krować zaciętą, nieustępliwą twarz własnego ojca.

-  To,  co  mnie  łączy  z  Kate  Kimball,  to  wyłącznie  moja  sprawa  -  wycedził  przez  zaciśnięte

zęby.

- Tak ci się tylko wydaje. Zapomniałeś, że ja też mieszkam w tym mieście? Twoja matka także.

Dlatego obchodzi mnie, co ludzie gadają o moim synu. Zadajesz się z jakąś bogatą lafiryndą i guzik
cię ob​chodzi, co ludzie na to powiedzą. Nawet o dziecku zapomniałeś.

- Nie waż się mieszać w to mojego syna!

-  Muszę  myśleć  o  moim  wnuku,  skoro  rodzony  ojciec  o  nim  zapomina.  Mieszkałeś  w  dużym

mieście, mogłeś sobie wyczyniać hocki - klocki. Ale teraz wszystko wygląda inaczej. Nie pozwolę,
żebyś mi przynosił wstyd w moim własnym mieście. Ani mnie, ani małemu.

Ja wyczyniałem hocki - klocki, pomyślał z goryczą Brody. Latałem do lekarzy, do specjalistów,

do  szpitali,  a  potem  dwoiłem  się  i  troiłem,  żeby  zastąpić  matkę  dwuletniemu  brzdącowi  i
jednocześnie nie umrzeć j' z głodu. y' - Nic o mnie nie wiesz - syknął. - Nie masz pojęcia ani o tym,
co się ze mną działo, ani nawet o tym, co teraz robię. Ty nawet nie wiesz, kim jestem.

Postanowił trzymać ręce przy sobie, ale żeby wytrwać w tym postanowieniu, musiał je czymś

zająć. Zaczął więc przecinać płytę w miejscu, które wcześ​niej oznaczył.

- Za to zawsze potrafiłeś znaleźć we mnie jakąś wadę - ciągnął, nie patrząc na ojca - wywlec ją

na wierzch i rzucić mi ją w twarz.

- Gdybym rzucał mocniej, może nie skończyłbyś jako samotny ojciec.

Brody'emu drgnęła ręka. Ześliznęła się z płyty, ostry jak brzytwa nóż przejechał po dłoni.

Bob  syknął,  jakby  to  on  się  zranił,  i  wyciągnął  z  kieszeni  chustkę.  Przestraszył  się,  ale  nie

potrafił się zdobyć na nic innego, jak tylko jeszcze jedną krytycz​ną uwagę.

- Powinieneś bardziej uważać, chłopcze.

- Odczep się ode mnie! - Ściskając krwawiącą rękę, Brody cofał się przed ojcem. Bał się, że

nerwy mu puszczą. Bał się, że zrobi coś strasznego. - Zabieraj swoje narzędzia i wynoś się z mojej
budowy!

- Zawiozę cię do szpitala. Trzeba założyć szwy.

background image

-  Wynoś  się!  Nie  słyszałeś,  co  powiedziałem?  Zwalniam  cię!  -  Przyspieszone  bicie  serca

sprawiało, że z otwartej rany płynęło więcej krwi niż powinno. - Pakuj się i wynocha!

Bob pośpiesznie wrzucał narzędzia do swojej skrzynki. Wstyd i wściekłość walczyły w nim ze

sobą o lepsze.

- Od tej chwili nie mamy ze sobą o czym gadać! - zawołał, po czym wziął skrzynkę i wyszedł.

- Nigdy nie mieliśmy o czym gadać - mruknął Brody do znikających za drzwiami pleców ojca.

Postanowiła  dać  mu  porządną  nauczkę.  Oczywiście  jeśli  w  ogóle  się  zjawi.  Musi  się

przyzwyczaić, że jeśli umawia się na siódmą, to ma być o siódmej, a nie o wpół do ósmej.

Bardzo  żałowała,  że  namówiła  rodziców  na  wyjście  z  domu.  Tylko  przez  to,  przez  własną

głupotę, nie miała się teraz komu pożalić.

Chodziła  tam  i  z  powrotem  po  pokoju.  Co  chwila  zerkała  na  telefon.  Nie,  nie  będę  znów  do

niego dzwo​nić, myślała.

Dzwoniła  dziesięć  minut  temu,  ale  odezwał  się  tylko  irytujący  głos  automatycznej  sekretarki.

Kate wolała nie zostawiać wiadomości na taśmie.

Pewnie że miała Brody'emu coś do powiedzenia. Nawet bardzo dużo, jednak wolała to zrobić

osobiście. Zadała sobie tyle trudu, by zorganizować ten wieczór. Wybrała restaurację, prawie dwie
godziny poświęciła na toaletę, i wszystko na marne. Z każdą chwilą była coraz bardziej wściekła.

Postanowiła  zadzwonić  do  restauracji,  odwołać  rezerwację.  Nie  zamierzam  iść  na  kolację  z

facetem, który nie potrafi przyjść punktualnie o umówionej godzinie!

Podeszła  do  telefonu  i  w  tej  samej  chwili  zadzwonił  dzwonek  u  drzwi.  Wyprostowała  plecy,

podniosła głowę najwyżej jak mogła i majestatycznym krokiem poszła otworzyć.

- Przepraszam za spóźnienie. Coś mi wypadło. Wiem, że należało zadzwonić, ale...

Przygotowana  zawczasu  reprymenda  zamarła  jej  na  ustach.  Wystarczyło  jedno  spojrzenie  na

Brody'ego,  by  się  domyślić,  że  to  nie  brak  dobrego  wychowania  go  zatrzymał,  lecz  jakieś
nieszczęście. Był blady jak świeżo pobielona ściana.

- Czy coś się stało Jackowi?

- Nie, z nim wszystko w porządku. Przepraszam cię, Kate. Może odłożymy to wyjście na inny

dzień.

Dopiero teraz zauważyła, że miał obandażowaną rękę. Chwyciła go za nadgarstek.

- Co ci się stało?

background image

- Nic takiego. Naprawdę głupstwo. Tylko kilka szwów, ale strasznie powoli to wszystko szło.

Dlatego się spóźniłem.

- Bardzo boli?

- Prawie wcale. Naprawdę to nic wielkiego.

A  jednak  było  to  coś  wielkiego,  i  wcale  nie  szło  o  fizyczny  ból.  Kate  świetnie  się  znała  na

takich spra​wach.

- Jedź do domu - powiedziała. - Przyjadę do cie​bie za pół godziny.

- Nie trzeba. Ja...

-  Przywiozę  kolację  -  przerwała  mu  tonem  nie  znoszącym  sprzeciwu.  -  Do  restauracji

pójdziemy in​nym razem.

- Naprawdę nie trzeba.

- Brody. - Kate patrzyła mu prosto w oczy. Ty mój biedaku, dodała w myślach. - Jedź do domu

i czekaj na mnie. No już! - ponagliła, bo stał jak wrośnięty w ziemię. - Ruszaj się.

Nie czekając na dalsze protesty, zamknęła mu drzwi przed nosem.

Była punktualna jak śmierć. Jak zwykle zresztą. Ledwo otworzył drzwi, przeleciała obok niego

jak burza. Burza z wielkim koszem.

-  Dostaniesz  befsztyk  -  oznajmiła.  -  Masz  szczęście,  że  w  naszej  lodówce  zawsze  są  jakieś

zapasy.

Poszła  prosto  do  kuchni.  Postawiła  kosz  na  stole,  zdjęła  płaszcz  i  zabrała  się  do

rozpakowywania wi​ktuałów.

- Dasz radę otworzyć wino? - zapytała.

- No pewnie. - Wzruszył ramionami. - Jeszcze nie umarłem.

Wziął od niej płaszcz i powiesił na wieszaku. Pomyślał, że ten elegancki, pachnący płaszczyk

zupełnie  nie  pasuje  do  tego  pomieszczenia.  Zwłaszcza  że  wisiał  obok  starej  kurtki,  którą  Brody
wkładał wyłącznie na budowę.

Sama  Kate  także  tu  nie  pasowała.  Nie  pasowała  do  jego  skromnego  domu,  nie  pasowała  do

pustelniczego życia.

- Masz. - Podała mu butelkę i korkociąg. - Skoro nie umarłeś, to otwieraj.

- Dlaczego ty to wszystko robisz, Kate?

background image

-  Bo  cię  lubię.  -  Włożyła  do  zlewu  dwa  duże  ziemniaki,  opłukała  je  i  zaczęła  obierać.  -  I

jeszcze dlatego, że wyglądasz, jakbyś był bardzo głodny.

Muzyka,  trzeba  stworzyć  nastrój.  Tak  długo  szukał  w  radiu  odpowiedniej  stacji,  aż  znalazł

muzykę kla​syczną. Przypuszczał, że Kate właśnie taką lubi.

Wyciągnął z kredensu świąteczny serwis, którego prawie nigdy nie używał, ustawił talerze na

stole w ja​dalni. On i Jack jadali tam wyłącznie najbardziej uro​czyste świąteczne posiłki.

Miał  nawet  w  domu  jakieś  świece.  Nic  nadzwyczajnego,  zwykłe  świece  na  wypadek  gdyby

wyłączono  prąd.  Ale  nie  miał  świeczników.  Zastanawiał  się  nawet,  czy  nie  przykleić  świec
bezpośrednio do stołu. W końcu jednak doszedł do wniosku, że wyglądałyby żałośnie.

Trzeba się obejść bez świec.

- W ogóle nie kupujesz warzyw - stwierdziła Kate, gdy wrócił do kuchni.

-  Kupuję,  ale  tylko  gotowe  sałatki.  Wystarczy  je  wrzucić  do  miski,  zalać  jakimś  sosem  i  po

krzyku.

- Koszmarne lenistwo - powiedziała takim to​nem, że musiał się uśmiechnąć.

- Nie lenistwo, tylko zmysł praktyczny. Nie lubię tracić czasu.

-  Spryciarz  -  mruknęła.  -  Jesteś  ranny,  więc  ci  daruję.  Siadaj  i  odpocznij,  a  ja  tymczasem

zrobię obiad. Mógłbyś też zadzwonić do Jacka. Sprawdzisz, czy u niego nadal wszystko w porządku.

- Nie miałem pojęcia, że to aż tak widać.

- Ja wszystko widzę. Lepiej żebyś już zaczaj się do tego przyzwyczajać. - Puściła do niego oko.

- Powiedz Jackowi, że go pozdrawiam i że jutro się zoba​czymy.

- Naprawdę chcesz nas zabrać do kina?

- Naprawdę. Wiesz, ja czasami robię coś, na co nie mam ochoty, ale nigdy nie zgłaszam się do

tego na ochotnika. To też sobie zapamiętaj. A teraz zadzwoń do dziecka. Za piętnaście minut podaję
obiad.

Lubiła krzątać się w kuchni, a zajmowanie się Brodym sprawiało jej szczególną przyjemność.

Odczekała  spokojnie,  aż  zaczął  jeść,  aż  nalał  sobie  drugi  kieliszek  wina.  Dopiero  wtedy  się

odezwała.

- Teraz mi powiedz, jak to się stało - poprosiła.

-  Miałem  zły  dzień  -  burknął  i  zaraz  zmienił  temat.  -  Jak  ty  gotujesz  ziemniaki,  że  są  takie

smaczne?

background image

-  Sekret  ukraińskiej  kuchni  -  wyjaśniła  z  przesadnie  obcym  akcentem.  -  Gdybym  ci  go

wyjawiła, mu​siałbyś zginąć.

- Wobec tego nie chcę wiedzieć. - Brody się uśmiechnął. - Ukraiński też znasz? Parę dni temu

słyszałem, jak rozmawiałaś z kimś po francusku.

- Owszem, znam ukraiński. O tyle, o ile. Za to angielski znam bardzo dobrze. Możesz ze mną

roz​mawiać w swoim ojczystym języku. Opowiedz, co się zdarzyło w tym twoim złym dniu?

- Dwóch ludzi mi się rozchorowało. - Wzruszył ramionami. - Twoja baletowa grypa pojawiła

się  w  Wirginii  Zachodniej.  Reszta  brygady  pracowała  dzisiaj  gdzie  indziej,  więc  zostałem  bez
pomocników. No i z tego wszystkiego pomyliłem swoją rękę ze ścianką gipsową, zakrwawiłem cały
dom,  wylałem  z  roboty  swojego  ojca,  a  na  koniec  spędziłem  parę  godzin,  czekając,  aż  mnie
pozszywają.

- Pokłóciłeś się z ojcem? - Położyła dłoń na zdro​wej dłoni Brody'ego. - To przykre.

- Raczej normalne. Jakoś nie potrafimy się ze sobą dogadać. Zawsze tak było.

- A jednak dałeś mu pracę.

- Jest bardzo dobrym hydraulikiem.

- Brody... - Kate nie dała się zbyć byle czym.

- Owszem, dałem mu pracę, ale to był błąd. Można z nim wytrzymać tylko pod warunkiem, że

w po​bliżu są jeszcze jacyś inni ludzie, ale kiedy jesteśmy tylko my dwaj...

Machnął ręką.

-  Lepiej  nie  mówić.  On  uważa,  że  byłem,  jestem  i  zawsze  będę  nieudacznikiem.  Źle  pracuję,

fatalnie układam sobie życie i zamiast pilnować własnego no​sa, uganiam się za bogatą panienką.

- Przeze mnie pokłóciłeś się z ojcem - stwierdziła spokojnie Kate.

-  Nic  podobnego  -  zaprotestował.  -  I  tak  bym  się  z  nim  pokłócił.  Zawsze  tak  było.  Nawet

pretekstu nie potrzebujemy.

- Naprawdę paskudna sprawa - westchnęła. - On jest teraz pewnie tak samo zły i rozgoryczony,

jak  i  ty.  Ty  nie  wiesz,  jak  z  nim  rozmawiać,  a  on  nie  umie  rozmawiać  z  tobą.  Mam  nadzieję,  że  w
końcu się pogodzicie. Cokolwiek byś o nim myślał, to przecież jest twój ojciec.

- Wątpię, czy się pogodzimy. Moja rodzina jest zupełnie inna niż twoja.

- Niewiele jest rodzin podobnych do mojej, ale twoja właśnie do takich należy. Mam na myśli

rodzinę,  jaką  stworzyłeś  Jackowi.  Może  twój  ojciec  też  to  widzi  i  zastanawia  się,  dlaczego  on  nie
potrafił tak zaprzyjaźnić się ze swoim synem.

background image

- Zawsze byłem nieudacznikiem.

- Bzdura. Ty się dopiero rozwijałeś.

-  Niech  ci  będzie,  ale  i  tak  szło  mi  nie  najlepiej.  Nie  mogłem  się  doczekać,  kiedy  skończę

szkołę, kie​dy wreszcie będę pełnoletni. Chciałem stąd uciec. Wiesz, co zrobiłem w swoje osiemnaste
urodziny?  Spakowałem  się  i  pojechałem  do  Waszyngtonu.  Miałem  przy  sobie  pięćset  dolarów  i
zupełnie nic nie umiałem. Ale najważniejsze wtedy było, że znajdo​wałem się daleko od domu.

- Jednak jakoś stanąłeś na nogi.

- To przyszło potem. Przez pierwsze trzy lata żyłem z dnia na dzień. Pracowałem na budowach,

a  zarobione  pieniądze  wydawałem  na  piwo  i  na  panienki.  -  Uśmiechnął  się,  puścił  oko  do  Kate.  -
Któregoś  dnia  odkryłem,  że  mam  dwadzieścia  jeden  lat  i  wciąż  jestem  beztroskim  głupcem.  Wtedy
poznałem Connie. Pracowałem w firmie, która robiła remont w domu jej rodziców. Zakochałem się
od  pierwszego  wejrzenia  i  zaczęliśmy  się  spotykać.  Do  dziś  nie  mam  pojęcia,  co  ona  we  mnie
widziała. Miała bogatych rodziców, kończyła studia... Miała pieniądze, klasę, wykształcenie i styl, a
mnie bardzo niewiele różniło od klo​szarda.

- Widocznie ona tak nie uważała.

-  Na  pewno  masz  rację  -  zgodził  się.  -  Connie  była  pierwszym  człowiekiem,  który  mi

powiedział, że mam charakter. Nikt nigdy we mnie nie wierzył... Ona zmusiła mnie, żebym uwierzył
w siebie. Dzięki niej przestałem być nieudacznikiem, wreszcie zacząłem dorastać. Pewnie nie masz
ochoty tego słu​chać - zreflektował się. - Powiedz, jeśli cię nudzę.

-  Mam  ochotę  słuchać  i  wcale  mnie  nie  nudzisz.  -  Dolała  mu  wina  do  kieliszka.  Nie  chciała,

żeby przerywał. - Czy to ona pomogła ci założyć firmę?

- To przyszło później. - Brody zdał sobie sprawę, że nigdy dotąd nikomu o tym wszystkim nie

opowiadał.  Ani  swoim  rodzicom,  ani  przyjaciołom,  ani  nawet  Jackowi.  -  Miałem  jakie  takie
wyczucie  budowlane,  twardy  kręgosłup,  a  robota  paliła  mi  się  w  rękach.  Kiedy  to  wszystko
zrozumiałem, kiedy zacząłem to wykorzystywać, od razu wszystko się zmieniło. Na lepsze. Udało mi
się nawet polubić samego siebie.

- Nic dziwnego. Nabrałeś do siebie szacunku.

-  No  właśnie.  -  Trafiła  w  dziesiątkę,  pomyślał.  Czy  ona  nigdy  nie  pudłuje?  -  Nabrałem

szacunku,  ale  wciąż  byłem  tylko  zdolnym  robotnikiem,  a  nie  lekarzem,  adwokatem  czy  finansistą.
Rodzice Connie mnie nie akceptowali, delikatnie mówiąc...

-  Nie  znali  się  na  ludziach.  -  Kate  bawiła  się  swoimi  ziemniakami.  Bardziej  ją  interesowała

opowieść Brody'ego niż jedzenie. - Za to Connie się na tobie poznała.

- Nie było jej łatwo, ale jakoś sobie poradziła. Pojechała do Georgetown studiować prawo. Ja

całymi dniami pracowałem, a wieczorami chodziłem do szkoły. Uczyłem się zarządzania. Zaczęliśmy
snuć  plany,  za  kilka  lat  zamierzaliśmy  się  pobrać.  Ona  miała  zrobić  dyplom,  a  ja  założyć  firmę.  I

background image

nagle oka​zało się, że Connie jest w ciąży.

Brody wpatrywał się w swój kieliszek, jakby to była szklana kula, w której widać przeszłość.

- Oboje chcieliśmy tego dziecka. Z początku ona chciała bardziej niż ja, bo mnie to wszystko

wydawało się zupełnie nierzeczywiste. W każdym razie pobraliśmy się. Connie kontynuowała studia,
a  ja  wziąłem  jeszcze  dwie  dodatkowe  prace.  Jej  rodzice  się  wściekli.  Wyrzekli  się  jej.  Connie
bardzo to prze​żyła.

Kate nie bardzo mogła sobie to wyobrazić. Jej rodzina zawsze stała po jej stronie, choćby nie

wiado​mo jak narozrabiała.

- Skoro tak, to znaczy, że na nią nie zasłużyli.

- Masz świętą rację - westchnął Brody. - Im gorzej było, tym bardziej byliśmy zawzięci. Jakoś

udało  nam  się  przetrwać.  Chyba  z  tysiąc  razy  myślałem  o  tym,  żeby  odejść,  żeby  ją  od  siebie
uwolnić. Connie mogłaby wrócić do rodziców i wszystkim byłoby lżej.

- Ale nie odszedłeś. Wytrwałeś.

-  Connie  mnie  kochała  -  powiedział  zwyczajnie.  -  Byłem  przy  niej,  kiedy  rodził  się  Jack.

Pewnie mi nie uwierzysz, ale chciałem być wtedy na drugim końcu świata. Gdziekolwiek, byleby jak
najdalej  od  tamtego  pokoju. Ale  Connie  prosiła,  żebym  przy  niej  został,  więc  udawałem,  że  ja  też
tego chcę. Marzyłem, żeby to się wreszcie skończyło, bo to zbyt straszne, bo człowiek nie powinien
aż  tak  cierpieć.  Aż  wreszcie  zjawił  się  Jack:  maleńka  wrzeszcząca  istotka.  Od  razu  wszystko  się
zmieniło.  Nie  miałem  pojęcia,  że  można  tak  bardzo  kogoś  pokochać.  W  jednej  chwili,  w  jednym
momencie pokochać tak, żeby stał się całym światem. To oni zrobili ze mnie mężczyznę, wtedy, w tej
sali porodowej. Connie i Jack mnie stworzyli.

Po policzkach Kate płynęły łzy. Nie mogła ich powstrzymać. Nawet nie próbowała.

- Przepraszam. - Brody podniósł ręce, ale zaraz je opuścił, jakby utracił siły. - Nie wiem, co

mnie na​padło.

-  Nie.  -  Kate  pokręciła  głową.  Nie  mogła  powiedzieć  nic  innego.  Nawet  to  krótkie  słowo

wydobyło jej się z gardła z największym trudem.

Ty  kretynie,  pomyślała  wzruszona.  Przez  ciebie  się  zakochałam.  W  tobie.  No  i  co  ja  teraz

zrobię?

- Poczekaj - poprosiła.

Wstała i pobiegła do łazienki. Musiała się uspo​koić, musiała jakoś się opanować.

Brody  także  wstał.  Chodził  po  pokoju  tam  i  z  powrotem  jak  tygrys  w  klatce.  Gdyby  tego  nie

robił, musiałby chyba walić głową o ścianę.

background image

Ależ ze mnie idiota, myślał. Poświęciła mi tyle czasu, przygotowała domowy obiad i pewnie

chciała, żeby było choć trochę romantycznie. A ja jej opowiadam o swoich kłopotach. Przeze mnie
się rozpłakała! Był pewien, że teraz Kate zechce jak najszybciej wrócić do domu, więc zabrał się za
sprzątanie ze stołu. Nie chciał jej zatrzymywać.

- Przepraszam - powiedział, usłyszawszy za plecami jej kroki. - Jestem kompletnym idiotą. Nie

miałem prawa opowiadać ci tego wszystkiego. To moje piekło i nikomu nic do tego. Idź już sobie, a
ja tu...

Urwał, bo Kate oplotła go ramionami, przytuliła głowę do jego pleców.

-  Mam  w  żyłach  słowiańską  krew.  My  jesteśmy  sentymentalni,  lubimy  sobie  popłakać.  Czy

wiesz,  że  moi  dziadkowie  uciekli  ze  Związku  Radzieckiego,  kiedy  moja  mama  była  małą
dziewczynką? Tylko ciocia Rachel urodziła się w Ameryce. Dziadek i babcia przeszli pieszo przez
góry z trójką małych dzieci. Dotarli aż na Węgry. Przez zieloną granicę, ma się rozumieć.

- Nic o tym nie wiedziałem. Odwrócił się do niej ostrożnie.

- Cierpieli chłód, głód i bardzo się bali. A kiedy przyjechali do Ameryki, byli biedni jak myszy

kościelne  i  strasznie  samotni.  Nie  znali  ani  języka,  ani  tutejszych  obyczajów. A  jednak  tak  bardzo
chcieli zapewnić dzieciom lepsze życie, że walczyli o to ze wszystkich sił. Walczyli i wywalczyli. Z
tysiąc razy słyszałam tę historię, ale zawsze przy tym płaczę. I zawsze jestem z nich dumna.

- Po co mi to wszystko mówisz?

- Odwaga przybiera różne formy, Brody. Jest siła mięśni i jest siła serca. Jeśli złożysz razem

obie  te  siły,  możesz  dokonać  wszystkiego.  Wzruszyłam  się,  bo  tobie  też  się  udało.  Tak  samo  jak
moim dziadkom.

-  Dziękuję.  -  Także  był  wzruszony.  Nie  przypuszczał,  że  ten  straszny  dzień  tak  cudownie  się

skończy.

Kate postanowiła, że najwyższy czas zmienić na​strój.

- Pozmywamy naczynia, a potem ze mną zatańczysz - powiedziała. - Sposób, w jaki mężczyzna

tańczy, dużo mi o nim mówi. Nie wiem, jak to się stało, że jeszcze cię nie sprawdziłam.

- Zatańczmy zaraz - poprosił, wyjmując jej z ręki talerz.

- Nie potrafię. Może to jakaś wada genetyczna, ale gdybym zostawiła te naczynia w zlewie, nie

mogła​bym przestać o nich myśleć.

- Jesteś taka dziecinna.

Wziął ją za ręce, wyprowadził z kuchni.

-  Nie.  Jestem  zorganizowana.  Dobrze  zorganizowani  ludzie  mają  więcej  sukcesów  i  mniej

background image

kłopotów.

- Szła za Brodym, ale co chwila oglądała się za siebie.

- To potrwa tylko chwilę.

- Potem też potrwa tylko chwilę.

Brody prawie zapomniał, jak się uwodzi kobiety, ale na szczęście nie całkiem.

- Mam pomysł. Ty włączysz muzykę, a ja przez ten czas pozmywam.

-  Naczynia  nigdzie  nie  uciekną.  -  Roześmiał  się  i  nie  puszczając  jej  ani  na  chwilę,  włączył

magneto​fon.

Z  głośnika  popłynęły  słodkie  dźwięki.  Powolny,  namiętny  rytm,  który  burzył  krew.  Kate

wreszcie przestała myśleć o zmywaniu. Przytuliła się do Bro​dy'ego i poruszała w takt muzyki.

- Masz wyczucie rytmu - pochwaliła.

- Sama powiedziałaś, że niektórych rzeczy się nie zapomina.

Okręcił ją, odepchnął od siebie, ale nie puścił ani na chwilę. Roześmiała się. Straciła oddech,

kiedy znów ją okręcił, a potem mocno do siebie przytulił.

- Nieźle sobie radzisz.

Próbowała żartować, choć czuła, że coraz trudniej jej się myśli. Nie przypuszczała, że Brody

tak świetnie tańczy. Gdyby nie był takim dobrym tancerzem, nie wytrąciłby jej z równowagi i nadal
panowałaby nad sytuacją. I nad sobą.

Stanowczo za dużo niespodzianek jak na jeden wieczór, pomyślała.

Jej  włosy  bajecznie  pachniały.  Już  prawie  zapomniał,  jakie  tajemnicze  i  pociągające  bywają

kobiety.  Kształt,  miękkość,  zapach.  Prawie  zapomniał,  jak  to  jest,  kiedy  ma  się  przy  sobie  kobietę,
zapomniał co się wtedy myśli, co się czuje. Musnął wargami jej włosy, odnalazł usta Kate.

Westchnęła, wtuliła się w niego mięciutko, jak szmaciana lalka.

Melodia  się  skończyła,  zaczęła  się  następna,  a  oni  wciąż  stali  złączeni,  kołysząc  się  w  takt

muzyki.

- Muszę już iść - szepnęła Kate.

- Dlaczego?

- Muszę - powtórzyła. Pogłaskała go po policzku. - Dzisiaj potrzebowałeś przyjaciela.

background image

-  Masz  rację.  -  Opuścił  ręce,  ich  palce  się  złączyły.  -  Naprawdę  potrzebowałem  przyjaciela,

ale i tak bardzo cię pragnę, Kate. Zostań ze mną.

Pocałował ją. Bardzo delikatnie.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Ściany  w  jego  pokoju  pozostały  nie  wykończone.  W  rogu,  na  odwróconym  do  góry  dnem

wiadrze, leżał zwój kabla. W oknach nie było zasłon, a szafa nie miała drzwi.

Wspaniały  dębowy  parkiet  pokrywała  gruba  warstwa  zastarzałego  brudu.  Trzeba  go  było

zeszlifować i polakierować, jednak na to także wciąż brakowało czasu.

Stare  żelazne  łóżko  kupił  kiedyś  na  wyprzedaży,  ale  nigdy  jakoś  nie  pomyślał  o  porządnej

pościeli ani tym bardziej o narzucie.

Dopiero teraz zauważył, jaki zapyziały jest ten po​kój, który nazywał swoją sypialnią.

A przecież Kate przywykła do zupełnie innego standardu.

- Nie jest to Tadż Mahal - westchnął.

-  Jeszcze  jedno  dzieło  w  trakcie  tworzenia.  -  Rozejrzała  się  po  starym  pomieszczeniu.  -  Ma

charakter. Kiedyś będzie tu bardzo pięknie.

-  Ciągle  odkładam  skończenie  tego  pokoju  na  później  -  tłumaczył  się.  -  Najpierw  musiałem

zrobić  sypialnię  Jacka,  a  potem  uznałem,  że  lepiej  zająć  się  kuchnią  i  pokojami  na  dole.  Tutaj
przychodzę tylko na noc.

Kate  zadrżała.  Uświadomiła  sobie,  że  jest  pierwszą  kobietą,  jaką  przyprowadził  do  swojej

sypialni i do swojego łóżka.

- Wyobrażam sobie, jak to będzie wyglądało, kiedy skończysz remont - mówiła, podchodząc do

Bro​dy'ego. - Palisz czasami w tym kominku?

-  Oczywiście.  Bardzo  dobrze  ciągnie.  Chciałem  umieścić  w  nim  wkład,  żeby  dawał  więcej

ciepła, ale...

Co ja wygaduję, dziwił się. Opowiadam o ogrzewaniu, o wkładach do kominka, zamiast zająć

się tą piękną kobietą, która trafiła mi się jak ślepej kurze ziarno.

- Nie byłby już taki piękny - dokończyła za niego, po czym, jak gdyby nigdy nic, zabrała się za

rozpina​nie koszuli Brody'ego.

- No właśnie. Mam napalić w kominku?

background image

- Później. Teraz nie ma sensu. Wyprodukujemy dość ciepła na własne potrzeby. Na pewno nie

zmarz​niemy.

- Kate... - Zacisnął palce wokół jej nadgarstka. Trochę się nawet zdziwił, że żar bijący od jego

dłoni  nie  wypalił  znaku  na  jej  skórze.  -  Jeśli  będę  trochę  niezdarny,  to  z  powodu  ręki.  Nie
pogniewasz się?

A więc on też jest zdenerwowany, pomyślała.

- Mężczyzna, który ma takie zdolne ręce, nie powinien mieć kłopotów ze zwykłym suwakiem,

choć​by nie wiem jak był pokaleczony.

Odwróciła się do niego plecami, uniosła do góry włosy.

- Spróbuj.

Brody ostrożnie rozsunął zamek. Odsłonięta szyja, nagie ramię bardzo go podniecały. Nie mógł

się oprzeć..

Całowali  się  powoli  i  równie  powoli  dłonie  Brody'ego  wędrowały  po  skórze  Kate.  Włosy,

policzki, szyja...

Nie spodziewała się po nim tyle czułości.

- Setki razy wyobrażałem sobie, że cię dotykam - westchnął. - Omal od tego nie oszalałem.

- Za to teraz ty doprowadzasz mnie do szaleństwa.

-  Zdjęła  z  niego  flanelową  koszulę,  zaczęła  ściągać  ciepłą  podkoszulkę,  którą  miał  pod

spodem.

Ale Brody nie zamierzał się spieszyć. Podniósł jej dłonie do ust, całował po kolei wszystkie

palce. Krew pulsowała coraz szybciej...

Zsunął  z  ramion  Kate  sukienkę,  patrzył,  jak  ześlizguje  się  na  podłogę.  Kate  była  szczupła  i

wiotka. Nikt by nie pomyślał, że pod tą delikatną alabastrową skó​rą kryją się mocne mięśnie.

Wstrzymała  oddech,  gdy  przesunął  palcami  po  obrębie  jej  stanika,  a  potem  wsunął  je  do

środka, jakby starał się zapamiętać kształt.

-  Dużo  myślałem  o  twoich  nogach  -  mówił,  głaszcząc  nagą  skórę  nad  pończochą.  -  Ciekaw

byłem, jak wyglądają nogi primabaleriny.

-  Teraz  już  nie  musisz  sobie  wyobrażać.  Tylko,  błagam,  nie  patrz  na  stopy.  Tancerki  mają

bardzo brzydkie stopy.

-  Mocne  -  poprawił  ją.  -  Mnie  bardzo  podnieca  siła.  Potem  cię  poproszę,  żebyś  mi  pokazała

background image

parę sztu​czek, tak jak ostatnio Rodowi. Aż mnie zatkało.

- Proszę bardzo. - Roześmiała się, ściągnęła mu koszulę i dotknęła jego twardego torsu. - Znam

jesz​cze lepsze numery.

Brody wziął ją na ręce i zaniósł na łóżko. Gdyby to był taniec, nazwałaby go walcem. Powolne

kroki  w  spokojnym  rytmie,  długi,  głęboki  pocałunek...  To  jest  ktoś,  kogo  się  chce  przytulić,
pomyślała Kate, obejmując Brody'ego. Przytulać w nieskończoność.

Jego usta znalazły się na jej piersi. Kate jęknęła z rozkoszy, a powolny walc zmienił się nagle

w ogni​ste tango.

Brody'emu  kręciło  się  w  głowie.  Od  jej  zapachu,  od  miękkości,  od  dźwięków.  Czuł  się  jak

pijany. Prag​nął dotykać, pragnął posmakować każdego skrawka jej ciała.

Poruszali się jednym rytmem, ich ciała były mokre od potu, serca biły jak oszalałe. Wezbrana

fala porwa​ła ich oboje, połączyli się całkowicie.

Leżała  bezwładna  jak  stopiony  wosk.  Nie  otwierała  oczu.  Cieszyła  się  bliskością  Brody'ego,

czuła jego mocno bijące serce, domyślała się, że przeżywa chwi​le takiego samego spełnienia jak ona.

A  więc  jednak  do  siebie  pasujemy,  myślała  uszczęśliwiona.  Jak  dobrze,  że  się  w  nim

zakochałam! Chociaż... To coś więcej niż zakochanie. To jest miłość! Prawdziwa, najprawdziwsza.

Odetchnęła głęboko. Postanowiła nie myśleć, tylko cieszyć się chwilą. I Brodym.

To  on  sprawił,  że  czuła  się  jak  nigdy  dotąd,  on  obudził  w  niej  nieznane  uczucia,  wywołał

niewiary​godne doznania.

Przeznaczenie, pomyślała. Właściwie od początku to wiedziałam, odkąd zobaczyłam go wtedy

w skle​pie. Znalazłam go i nie zamierzam nikomu oddać. Za nic na świecie!

- Jak na kogoś, kto rzekomo wyszedł z wprawy, jesteś w wyjątkowo dobrej formie - szepnęła,

głasz​cząc go po plecach.

Podejrzewał,  że  nie  została  mu  w  mózgu  ani  jedna  żywa  komórka,  no  bo  gdyby  została,  to

przecież mu​siałaby działać.

Udało  mu  się  jęknąć.  Kate  bardzo  ta  odpowiedź  rozbawiła.  Roześmiała  się,  oplotła  go

ramionami. Miał jeszcze tyle siły, żeby odwrócić głowę. Twarz zaplątała mu się we włosy Kate.

To przeznaczenie, pomyślał. Lepiej już być nie może.

- Obudź mnie, jak zacznę chrapać - poprosił.

- Ani mi się śni.

background image

-  Żartowałem.  -  Podniósł  głowę,  uniósł  się  na  łokciach,  wyzwolił  ją  spod  swego  ciężaru.  -

Uwielbiam na ciebie patrzeć.

-  Ja  też,  Na  ciebie.  -  Bawiła  się  jego  włosami.  Nie  były  ani  jasne,  ani  brązowe,  ale  ta

mieszanka kolorów bardzo jej się podobała. Co najmniej tak samo jak właściciel.

-  Czy  wiesz,  że  kiedy  tylko  cię  zobaczyłam,  zaczęłam  marzyć  o  tym,  żeby  zaciągnąć  cię  do

łóżka? - Podniosła głowę, delikatnie ugryzła go w ucho. - Już pierwszego dnia straciłam dla ciebie
głowę. To u mnie nie jest normalne.

-  Ja  miałem  podobne  reakcje.  Byłem  już  niemal  przekonany,  że  pewne  części  mojego  ciała

dawno umarły, ale ty je wskrzesiłaś. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił.

- Nic. - Uśmiechnęła się. - Najważniejsze, że mi się udało. W końcu zaciągnęłam cię do łóżka.

- Dziękuję. - Brody ją pocałował. - A skoro już tu jesteśmy, skoro jesteśmy razem w łóżku...

Kate chciała się roześmiać, ale poczuła, że on znów twardnieje, że zaczyna się w niej poruszać.

- Muszę nadrobić stracony czas - szepnął, jakby się usprawiedliwiał.

Doszedł do wniosku, że to wcale nie jest łatwo, kiedy ma się jednocześnie romans i dziecko.

Po  tamtej  cudownej  nocy  wszystko  jeszcze  bardziej  się  skomplikowało.  W  każdym  razie  coraz
trudniej mu było godzić potrzeby mężczyzny z obowiązkami ojca.

Był  bardzo  zadowolony,  że  Kate  lubi  Jacka  i  lubi  się  nim  zajmować.  Nigdy  nie  robiła

Brody'emu wy​rzutów, że poświęcał synkowi dużo czasu.

Prawdę mówiąc, gdyby nie zaakceptowała Jacka i płynących z jego obecności ograniczeń, ich

związek nie potrwałby długo. Ani związek fizyczny, ani żaden inny.

Po  namyśle  doszedł  do  wniosku,  że  to  jego  pierwszy  w  życiu  romans.  Swojego  związku  z

Connie nigdy za romans nie uważał. W dwudziestym pierwszym roku życia nie miewa się romansów.
W tym wieku można się tylko kochać, miłością szczerą, prawdziwą i żadną inną.

Muszę pamiętać, powtarzał sobie w myślach, żeby nie idealizować tego, co zaszło między mną

a Kate. Lubimy się, pragniemy i dobrze nam ze sobą. I tak ma zostać. Niczego więcej do szczęścia
nam nie po​trzeba.

Musiał  także  pamiętać,  że  przede  wszystkim  jest  ojcem.  Ojcem  i  matką  sześcioletniego

chłopczyka. Brody jeszcze nigdy nie słyszał o tym, żeby jakaś młoda, piękna i utalentowana kobieta
chciała się związać z mężczyzną samotnie wychowującym małe dziecko.

Nie zamierzał żądać od Kate podobnego poświęcenia. I tak dostał od życia więcej niż mógł się

spodziewać.  Od  życia  i  od  Kate.  Tłumaczył  sobie,  że  jest  już  dorosły,  że  ma  prawo  do  romansu  z
dorosłą i wolną kobietą. A romans nie musi zaraz odmieniać człowiekowi całego życia, nie musi się
przekształcać w żaden trwały związek.

background image

Dlatego  nawet  nie  pomyślał  o  tym,  by  cokolwiek  zmieniać  w  swoim  życiu.  No,  może  z

wyjątkiem wy​stroju sypialni.

Przyjrzał  się  z  uznaniem  wnętrzu,  które  miało  się  stać  gabinetem  Kate.  Musiał  przyznać,  że

zrobił je bardzo ładnie. Było eleganckie i z klasą, tak jak jego właścicielka, która nie wiadomo gdzie
się teraz podziewa.

Nagle uświadomił sobie, że lubi wiedzieć, gdzie jest Kate i co w danej chwili robi. Chciał ją

mieć  zawsze  pod  ręką.  Na  wypadek  gdyby  udało  mu  się  wykroić  jakąś  wolną  godzinę,  nim  trzeba
będzie wró​cić do domu i razem z Jackiem robić gazetkę ścienną o dinozaurach.

Seks,  stolarka  i  pierwsza  klasa,  pomyślał  nieco  rozbawiony.  Nigdy  nie  wiadomo,  co  się

człowiekowi w życiu przytrafi.

- Na pewno mu się spodoba. - Kate oglądała ru​chomą szczękę plastikowego drapieżnika.

-  Dinozaury  zawsze  się  podobają.  - Annie  poprzestawiała  zabawki,  chociaż  wcale  nie  trzeba

było tego robić, i spojrzała na Kate. - Ten Jack O'Connell to strasznie fajny dzieciak.

- No.

- Jego ojciec też nie jest najgorszy.

- Pewnie. Obaj są strasznie fajni. Oczywiście, nadal się spotykamy. Bo rozumiem, że tego się

chciałaś dowiedzieć.

- Ja nic takiego nie powiedziałam - zarzekała się Annie. - Nigdy nie wtykam nosa w nie swoje

sprawy.

- Nie wtykasz - zgodziła się Kate. - Ty go wściubiasz. I za to właśnie cię kocham. No dobra,

lecę. Jeszcze tylko zobaczę się z mamą.

- Zapakować ci tego gada?

- Nie. Jak zapakujesz, to będzie prezent, a mnie chodzi o to, żeby go podrzucić przy okazji jako

model na lekcję o dinozaurach.

- Ty umiesz człowieka podejść, Katie. Pewnie, że umiem, pomyślała Kate. A przede wszystkim

wiem, czego chcę, i umiem znaleźć spo​sób, żeby to osiągnąć.

Minęły dwa tygodnie, odkąd po raz pierwszy kochała się z Brodym. Od tamtej pory spędzili ze

sobą tylko jeden wieczór i kilka pojedynczych godzin, a Kate chciała znacznie więcej. Nie tylko od
Brody'ego, ale i od Jacka.

W tej drugiej sprawie też już sporo zrobiła. Zabrała Jacka do kina, kilka razy poszła razem z

nim  i  jego  ojcem  na  hamburgera,  a  w  pierwszą  sobotę  po  tym,  jak  spadł  porządny  śnieg,  wszyscy
troje stoczyli pra​wdziwą bitwę na śnieżne kule.

background image

Kate  zastukała  do  gabinetu  matki,  uchyliła  drzwi,  zajrzała  do  środka.  Natasza  siedziała  przy

biurku i rozmawiała przez telefon. Gestem zaprosiła córkę do środka.

- Tak, tak, dziękuję. Wobec tego czekam na dosta​wę w przyszłym tygodniu.

Wystukała coś na klawiaturze komputera, odłożyła słuchawkę i westchnęła.

-  W  samą  porę  -  powiedziała.  -  Muszę  się  napić  herbaty  i  porozmawiać  o  czymś,  co  nie  ma

związku z lalkami.

- Cieszę się, że mogę ci w tym pomóc. Mogę na​wet zaparzyć herbatę.

Kate postawiła dinozaura na biurku, poszła nastawić wodę na herbatę. Natasza przyjrzała się

najpierw zabawce, a dopiero potem córce.

- Dla Jacka - raczej stwierdziła niż zapytała.

- No. Uczą się teraz o dinozaurach. Pomyślałam, że mały dostanie parę dodatkowych punktów

za tego stwora. No i pewnie się ucieszy.

- To bardzo miły chłopczyk.

-  Też  tak  uważam.  -  Kate  nalała  herbatę  do  filiżanek.  -  Brody  świetnie  go  wychowuje,  ale

materiał do wychowania też ma wspaniały.

- Owszem. Chociaż niełatwo jest samotnie wy​chowywać dziecko. Zwłaszcza mężczyźnie.

- Nie pozwolę mu samemu skończyć tej roboty.

-  Kate  postawiła  filiżanki  na  biurku,  usiadła.  -  Kocham  Brody'ego,  mamusiu,  i  mam  zamiar

zostać jego żoną.

- Och, Kate! - Natasza zerwała się z miejsca i przytuliła córkę. Łzy pociekły jej po policzkach.

-  Cudowna  wiadomość,  córeńko!  Nie  masz  pojęcia,  jak  bardzo  się  cieszę.  Moja  mała

dziewczynka wycho​dzi za mąż!

Przykucnęła przy Kate, pocałowała ją mocno w oba policzki.

-  Będziesz  najpiękniejszą  panną  młodą  na  całym  świecie.  Czy  już  ustaliliście  datę?  Musimy

wszystko dokładnie zaplanować. Zobaczysz, jak się tatuś ucie​szy z tej wiadomości.

- Zaczekaj, nie tak szybko.

Kate roześmiała się, chwyciła matkę za rękę.

-  Nie  ustaliliśmy  żadnej  daty,  bo  Brody  jeszcze  nie  wie,  że  powinien  poprosić  mnie  o  rękę.

background image

Muszę go dopiero do tego przekonać.

- Ale...

-  Brody  jest  mimo  wszystko  bardzo  staroświecki  i  na  pewno  oświadczy  się  jak  należy.

Oczywiście we właściwym czasie. Trzeba go tylko lekko popchnąć w odpowiednim kierunku. A jak
już się oświadczy, wtedy wszystko sobie zaplanujemy.

Natasza się wyprostowała. Widać było, że jest roz​czarowana i może nawet trochę zmartwiona.

- Brody nie jest rzeczą, Katie. Nie możesz go przestawiać ani popychać, jak ci się podoba.

- Wcale tak o nim nie myślę, mamusiu. Ale chyba sama przyznasz, że każdy związek zmierza w

jakimś kierunku. A więc muszę popracować nad tym, żeby rozwijał się we właściwym.

- Kochanie. - Natasza wróciła na swoje miejsce za biurkiem. - Podziwiam twoją logikę, zmysł

pra​ktyczny i upór, z jakim dążysz do celu, ale miłość, małżeństwo czy rodzina nie zawsze opierają się
na logice. Prawdę mówiąc, bardzo rzadko opierają się na logice.

- Ja go kocham, mamo - rzekła dobitnie Kate. Nataszy znów łzy napłynęły do oczu.

-  Wiem,  córeńko.  Widzę.  Jeśli  naprawdę  go  chcesz,  to  ja  też  chcę,  żebyś  została  jego  żoną,

ale...

-  Chcę  zostać  mamą  Jacka  -  przerwała  jej  Kate.  Ona  także  była  wzruszona.  -  Nie  miałam

pojęcia,  że  zapragnę  tego  tak  bardzo.  Najpierw  uważałam,  tak  jak  ty,  że  to  bardzo  miły  chłopczyk.
Lubiłam go, ale wiesz, że ja lubię wszystkie dzieci. A teraz się w nim zakochałam, mamusiu. Jestem
po uszy zakochana w Jacku. W nim i w jego tatusiu.

Natasza wzięła do ręki dinozaura. Przyglądała mu się i uśmiechała coraz szerzej.

-  Wiem,  jak  to  jest,  kiedy  się  pokocha  cudze  dziecko,  kogoś,  kto  wkracza  w  nasze  życie  już

uformowany  i  od  razu  całkiem  je  odmienia.  Nie  wątpię,  że  będziesz  go  kochała,  jakby  był  twoim
własnym sy​nem.

- Więc dlaczego się zmartwiłaś?

- Bo jesteś moją córeczką - wyjaśniła Natasza, stawiając zabawkę z powrotem na biurku. - Nie

chcę, żebyś cierpiała. Jesteś gotowa otworzyć dla nich serce, oddać im swoje życie, ale to jeszcze
nie znaczy, że oni tego chcą.

-  Brody'emu  na  mnie  zależy.  -  Tego  była  pewna,  a  jednak  trochę  się  zmartwiła.  -  Tylko  jest

bardzo ostrożny.

- To dobry człowiek, Katie, i nie wątpię, że mu zależy, ale nie wiem, czy on cię kocha.

- Ja też tego nie wiem. - Kate westchnęła i wstała z krzesła. - A nawet jeśli mnie kocha, to na

background image

pewno jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy. Dlatego muszę być cierpliwa i jednocześnie stanowcza.
Staram się zachowywać rozsądnie, ale bardzo cierpię, mamusiu. Już cierpię i nawet ty nic na to nie
poradzisz.

-  Moja  maleńka.  -  Natasza  przyciągnęła  Kate  do  siebie,  posadziła  ją  sobie  na  kolanach  i

przytuliła jak małą dziewczynkę. - Z miłością tak to już jest. Nie da się jej uporządkować, nie można
jej zamknąć w żad​nych ramach. Nawet tobie się to nie uda.

- A jednak spróbuję. - Kate uśmiechnęła się przez łzy, pocałowała matkę w policzek. - Zrobię

tak, że będzie dobrze. Zobaczysz.

Ciężko jej było nie przyjeżdżać na budowę. Z dziesięć razy już była w drodze i z dziesięć razy

zdołała przekonać samą siebie, by jednak nie iść, nie sprawdzać, jak postępują prace. I nie widzieć
się z Brodym.

Ułatwiła sobie to zadanie, dając anons do gazety o rozpoczęciu zapisów do nowej szkoły tańca.

Prawie cały dzień przesiedziała przy telefonie, rozmawiając z rodzicami swoich przyszłych uczniów
i uczennic.

Szkoła  Kate  miała  rozpocząć  działalność  w  kwietniu,  ale  już  teraz  zgłosiło  się  sześcioro

chętnych.  W  przyszłym  tygodniu  w  lokalnej  gazecie  miał  się  ukazać  artykuł  o  szkole.  Kate  była
pewna, że artykuł spowoduje jeszcze większe zainteresowanie i przy​sporzy jej kolejnych uczniów.

Jadąc  do  Brody'ego,  bo  po  południu  pozwoliła  sobie  w  końcu  na  tę  przyjemność,  myślała  o

nowym  etapie  swej  zawodowej  kariery.  Życzyłaby  sobie,  żeby  jej  życie  osobiste  nadążało  za
zmianami w życiu zawodowym. W nim także musiała otworzyć nowy rozdział.

Brody stanął w progu bosy, pachnący świecowymi kredkami.

-  Przepraszam,  że  wpadłam  bez  uprzedzenia  -  powiedziała  Kate  -  ale  przyniosłam  coś  dla

Jacka.

-  Fajnie,  że  przyszłaś.  -  Odsunął  się,  żeby  ją  wpuścić  do  środka.  -  Może  byś  nam  pomogła?

Tylko uprzedzam, że jest straszny bałagan.

- Przygotowanie gazetki ściennej rzadko kiedy obywa się bez bałaganu.

Zaskoczyła go. Jakim cudem pamiętała o gazetce? Przecież tylko raz czy dwa o tym wspomniał.

No, może jeszcze trochę ponarzekał, ale na pewno nie bardzo.

Jack klęczał na taborecie przy kuchennym stole. Na stole leżał wielki karton, a na nim widniało

coś, co bardzo przypominało wielką świnię namalowaną przez Salvadora Dali.

Było tam także kilka otwartych książek z podobiznami dinozaurów, ilustracje wydrukowane z

kompu​tera i całe mnóstwo plastikowych zabawek, kredek i flamastrów.

Kate chciała podejść do stołu, ale but przykleił się jej do podłogi.

background image

- Mieliśmy mały wypadek z klejem - pośpieszył z wyjaśnieniami Brody. - Zdawało mi się, że

wszyst​ko starłem, ale chyba jednak coś przegapiłem.

- Cześć, Kate! - zawołał Jack, podskakując na swoim taborecie. - Rysuję dinozaura.

- Widzę. Tylko nie wiem, jaki to gatunek. Nie znam się na dinozaurach.

- Sta - geo - zaurus. Widzisz? Jest narysowany w tej książce. Nie za bardzo mi wyszedł.

- Ale za to ślicznie go pokolorowałeś - pochwaliła Kate.

- No. - Jack był bardzo dumny z siebie. - Tatuś mówi, że nie można wychodzić za linię, kiedy

się koloruje. Dlatego narysowaliśmy takie grube linie.

- Bardzo rozsądnie. - Kate pochyliła się nad sto​łem, żeby przyjrzeć się rysunkowi.

U  góry  kartonu  widniały  delikatnie  narysowane  ołówkiem  linijki,  w  które  Jack  koślawymi

literami wpisał tytuł: „Parada dinozaurów”.

Nazwa  była  trafna,  bo  dinozaury  na  obrazku  maszerowały  gęsiego,  choć  nie  całkiem  w  linii

prostej.

- Świetnie ci idzie - stwierdziła Kate. - Chyba niepotrzebnie przywiozłam ci dodatkową pomoc

na​ukową. Sięgnęła do torby.

- T - Rex! - wrzasnął uszczęśliwiony Jack. - Tatusiu, patrz! To groźny drapieżnik. Wszyscy się

go boją, bo on wszystkich zjada.

- Rzeczywiście bardzo groźny. - Brody uśmiechnął się.

-  Czy  będę  mógł  go  zabrać  do  szkoły?  Bo  zobacz,  on  rusza  łapami  i  nogami,  i  w  ogóle.  I

pyskiem też rusza. Mogę?

-  Tatuś  na  pewno  ci  pozwoli  -  wtrąciła  Kate.  -  To  przecież  pomoc  naukowa  na  lekcję  o

dinozaurach. A  tu  masz  jeszcze  o  nich  książeczkę.  Opisano  w  niej  dokładnie,  jak  i  kiedy  żyły  T  -
Rexy i jak wszystkich zjadały.

- Oczywiście, że możesz go wziąć do szkoły - zgodził się Brody. - Ale najpierw powinieneś

podzię​kować Kate.

-  Dziękuję!  -  Jack  zmusił  dinozaura,  by  przemaszerował  po  gazetce.  -  Bardzo  dziękuję.  Jest

strasznie fajny.

-  Cieszę  się,  że  ci  się  podoba.  -  Kate  uśmiechnęła  się.  -  A  nie  zasłużyłam  przypadkiem  na

buziaka?

Jack roześmiał się, zakrył buzię rączkami.

background image

- Nie.

-  Trudno.  -  Kate  westchnęła  komicznie.  -  Skoro  ty  nie  chcesz,  to  muszę  pocałować  twojego

tatusia.

Odwróciła się i nim Brody zdążył zareagować, wy​cisnęła na jego ustach soczysty pocałunek.

A  przecież  jak  ognia  unikał  całowania  jej  w  obecności  Jacka.  Nawet  jej  nie  dotykał,  kiedy

chłopczyk  był  w  pobliżu.  Kate  uznała,  że  najwyższy  czas  z  tym  skończyć.  Dlatego  nie  tylko
pocałowała Brody'ego, ale jeszcze się do niego przytuliła.

Jack zakrył buzię rączkami. Śmiał się cichutko, ale uważnie obserwował, co robią dorośli.

Zachowywali  się  zupełnie  tak  samo  jak  rodzice  Roda.  Chyba  przez  to  w  kuchni  zrobiło  się

jakby cieplej, jakby trochę jaśniej. Właśnie tak, jak kiedy zza chmur wyjrzy słońce. A przecież był
już wieczór i słońce w żaden sposób nie mogło zaświecić, nawet gdyby bardzo chciało.

- No dobrze, zrobiłam już, co do mnie należało - oznajmiła Kate, puszczając Brody'ego, który

stał jak wrośnięty w ziemię. - Muszę lecieć.

-  Nie  możesz  zostać?  Pomożesz  nam  rysować  dinozaury.  Tatuś  obiecał,  że  na  kolację  będą

hamburgery - kusił Jack.

- Bardzo bym chciała, ale naprawdę nie mogę. Za pół godziny mam bardzo ważne spotkanie.

Specjalnie się umówiła. Bała się, że da się skusić namowom i zostanie. A ta wizyta miała być

krótka i konkretna. Oczywiście, jeśli ma przynieść zamie​rzony efekt.

-  Pod  koniec  tygodnia  znów  wybierzemy  się  do  kina  -  obiecała.  -  Jeśli  przedtem  odrobisz

wszystkie lekcje.

- Odrobię. Słowo honoru.

- Do jutra, Brody. Nie odprowadzaj mnie, sama trafię do drzwi. Macie jeszcze kupę roboty z

tymi dinozaurami.

- Dzięki, że wpadłaś - mruknął jeszcze Brody, choć już usłyszał stuknięcie zamykających się za

nią drzwi.

- Tatusiu!

- Tak?

- Czy ty lubisz całować Kate?

- No...Widzisz...

background image

Zaczyna się, pomyślał przerażony Brody. Jack przyglądał mu się uważnie, więc musiał jakoś to

wyjaśnić. Usiadł przy stole obok synka.

-  Trochę  trudno  to  wytłumaczyć  -  mówił  -  ale  kiedy  będziesz  starszy...  Starsi  chłopcy  lubią

całować dziewczyny.

- Ale tylko ładne?

- Właściwie tak. Całuje się tylko takie dziewczy​ny, które się lubi.

- A my lubimy Kate, prawda?

- Jasne, że lubimy.

Brody  odetchnął  z  ulgą.  Był  bardzo  zadowolony,  że  ominęła  go  trudna  męska  rozmowa.  Na

szczęście Jack nie interesował się jeszcze sprawami seksu.

- Tatusiu?

- No?

- Czy ty się ożenisz z Kate?

- Czy ja... - Brody przeraził się nie na żarty. - Skąd ci to przyszło do głowy, synku?

-  Sam  mówiłeś,  że  ją  lubisz.  Lubisz  ją  całować  i  nie  masz  żony  -  wyliczał  Jack.  -  Rodzice

Roda... Wiesz, oni też czasami się całują.

- Nie trzeba być małżeństwem, żeby się całować. - Boże, co ja wygaduję! - Małżeństwo to nie

zabawa,  Jack.  Ludzie  muszą  się  najpierw  dobrze  poznać,  doskonale  rozumieć  i  bardzo  polubić,  a
dopiero potem mogą zostać mężem i żoną.

- Przecież ty znasz Kate i chyba ją lubisz. Brody czuł spływającą mu wzdłuż kręgosłupa strużkę

potu.

-  Jasne,  że  ją  lubię  -  odparł.  -  Pewnie  że  tak.  Ale  ja  znam  bardzo  wielu  ludzi.  Niektórych

bardzo lubię, ale się z nimi nie żenię. Żeby wziąć z kimś ślub, trze​ba go najpierw pokochać.

- To ty nie kochasz Kate?

Brody  otworzył  usta,  zamknął.  Pomyślał,  że  znacznie  trudniej  jest  oszukać  syna  niż  samego

siebie.

Jeśli nie chciał skłamać, powinien powiedzieć, że nie wie. Nigdy przedtem nie zastanawiał się

nad tym, co czuje do Kate Kimball.

- To nie jest takie proste, synku.

background image

- Dlaczego?

Brody  uznał,  że  z  dwojga  złego  wolałby  jednak  rozmawiać  z  synem  o  seksie,  ale  przecież

musiał mu to wszystko jakoś wytłumaczyć. Postanowił zacząć od samego początku.

- Kochałem twoją mamę - powiedział. - Wiesz o tym, prawda?

-  Aha.  Moja  mama  była  bardzo  ładna.  Tak  samo  jak  Kate.  I  troszczyliście  się  o  siebie

nawzajem  i  o  mnie  też. Ale  mamusia  poszła  do  nieba.  Dlaczego  musiała  iść  do  nieba?  Dlaczego  z
nami nie została?

- Nie miała nic do powiedzenia, chociaż bardzo nie chciała nas zostawiać. Ale mamusia poszła

do  nieba,  a  my  zostaliśmy  całkiem  sami  na  świecie,  ale  jakoś  sobie  bez  niej  poradziliśmy.  Chyba
dobrze nam było razem, co?

- Jasne. Jesteśmy zgraną paczką, ty i ja.

-  No  właśnie.  -  Brody  wyciągnął  rękę,  żeby  Jack  mógł  przybić  piątkę.  -  Teraz  nasza  zgrana

paczka musi się zająć dinozaurami.

Jack  wziął  do  ręki  kredkę.  Jeszcze  tylko  raz  spojrzał  na  ojca.  Wiedział,  że  stanowili  zgraną

paczkę, bardzo się z tego cieszył, ale przyjemnie mu się zrobiło, kiedy pomyślał, że mogliby przyjąć
do swojej paczki Kate.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Prace  remontowe  zbliżały  się  ku  końcowi.  Pozostało  jeszcze  wyposażenie  obu  kuchni,

kosmetyczne pra​ce wykończeniowe w mieszkaniu nad szkołą i upo​rządkowanie terenu wokół domu.

Brody  montował  szafki  w  dużej  kuchni  na  górze.  Był  sam,  nie  musiał  się  spieszyć.  Miał

mnóstwo czasu na dumanie.

To  będzie  przepiękne  mieszkanie,  pomyślał.  Idealne  dla  jednej  osoby  albo  dla  bezdzietnego

małżeń​stwa. Ale dla rodziny byłoby trochę za ciasne.

„Czy ty się ożenisz z Kate?” Ni stąd, ni zowąd przypomniało mu się pytanie Jacka.

Nadal nie miał pojęcia, dlaczego synek go o to spytał, skąd to nagłe zainteresowanie sprawami

dorosłych. Przez to jedno głupie pytanie życie Brody'ego bardzo się skomplikowało. Całkiem utracił
spokój ducha.

Nawet  mi  nie  przyszła  do  głowy  myśl  o  małżeństwie,  przekonywał  sam  siebie.  Nawet  na

myślenie o małżeństwie nie mogę sobie pozwolić. Przede wszystkim muszę myśleć o dziecku, o tym,
co będzie jadło i w co się ubierze, a firma dopiero staje na nogi. Nasz stary dom też czeka na moje
ręce. Nie mam czasu! Nie mam ani czasu, ani sił, ani ochoty na kolejne komplikacje. Tyle spraw na
głowie, tyle kłopotów. Nie ma sensu mieszać do tego wszystkiego jeszcze kogoś. Zwłaszcza kogoś,

background image

kto przywykł do luksusu i łatwego życia.

Raz już był w podobnej sytuacji. Nie żałował tego, uchowaj Boże. Nie żałował, choć musiał

przyznać,  że  wtedy  też  pora  była  nieodpowiednia  i  zupełnie  nieodpowiednia  kobieta.  Jego
nierozważna decyzja skom​plikowała życie tylu osobom, że aż trudno by je było policzyć.

Powtarzanie  własnych  błędów  to  czysta  głupota,  przekonywał  się.  Po  co  szukać  nowych

kłopotów, jeśli starych wciąż jest pod dostatkiem.

I  skąd  pewność,  że  Kate  by  mnie  chciała?  Ona  nawet  nie  pomyślała  o  małżeństwie.  Po  co

miałaby  się  wiązać  z  ciężko  pracującym  samotnym  ojcem,  skoro  na  świecie  aż  się  roi  od
przystojnych  i  bogatych  facetów  bez  zobowiązań?  Zresztą  ona  ma  swoje  plany,  swoje  sprawy.
Choćby tę szkołę.

Nie ma mowy, żeby mnie chciała, pomyślał.

Ale zaraz przypomniał sobie Connie. Ona też była bogata i dobrze wykształcona, a jednak go

pokochała. Oboje byli w sobie do szaleństwa zakochani.

Byliśmy  młodzi  i  głupi,  pomyślał  z  żalem.  A  teraz  jestem  dorosły.  Kate  też.  Jesteśmy

rozsądnymi  ludźmi,  którzy  lubią  ze  sobą  przebywać.  W  tym  wieku  szaleństwo  z  miłości  już
człowiekowi nie grozi. Na szczęście.

Ktoś dotknął jego ramienia i Brody aż podskoczył.

Był tak bardzo pogrążony w myślach, że nawet nie usłyszał, jak ten ktoś wszedł do kuchni.

- Coś ty taki nerwowy, O'Connell? - zaśmiał się Jerry Skully.

Jerry  był  ojcem  Roda,  kolegą  z  lat  dziecinnych  Brody'ego.  Jerry  dawno  przekroczył

trzydziestkę, mi​mo to zachował młodzieńczy wygląd i dobroduszny uśmiech.

- Nie słyszałem, jak wszedłeś - usprawiedliwiał się Brody.

-  Niemożliwe.  Wołałem  cię  parę  razy.  -  Jerry  podparł  się  pod  boki  i  przechadzał  po  kuchni.

Brody pomyślał, że jeśli facet w krawacie i garniturze znajdzie się na budowie, od razu wygląda jak
jakiś ważniak.

- Szukasz pracy? - spytał. - Mam tu jeden wolny młotek.

- Bardzo śmieszne - mruknął Jerry.

Koledzy  zawsze  tak  sobie  z  niego  żartowali.  Jerry  był  świetnym  matematykiem  i  duszą

towarzystwa, ale bez dokładnej instrukcji nie umiał nawet wkręcić ża​rówki.

- Zrobiłeś wreszcie te półki w pralni? - spytał Brody, jakby nie znał odpowiedzi.

background image

- Nie zrobiłem, ale są zrobione. Beth powiedziała, że to krasnoludki. - Popatrzył na Brody'ego.

- Ty oczywiście nie masz z tym nic wspólnego?

- Nie zatrudniam krasnoludków. - Brody wzruszył ramionami. - Ich związek zawodowy stawia

ta​kie warunki, że mogą wykończyć każdego przedsię​biorcę.

- A ja myślałem, że to twoje krasnoludki. Mam u nich dług wdzięczności. Gdyby nie one, Beth

nadal suszyłaby mi głowę o te półki.

Znali się jak dwa łyse konie i rozumieli się w pół słowa. Jerry dowiedział się, kto go wyręczył

w pracy, a Brody odebrał stosowne podziękowanie. Sprawa została definitywnie załatwiona.

-  Ty  to  naprawdę  jesteś  złota  rączka  -  chwalił  przyjaciela  Jerry.  -  Zrobiłeś  z  tej  rudery

prawdziwy  pałac.  Nasza  Carrie  o  niczym  innym  nie  mówi,  tylko  o  tej  szkole  baletowej.  Chyba  w
końcu trzeba ją bę​dzie posłać na lekcje tańca. Podobno mają się zacząć w przyszłym miesiącu.

-  Ja  na  pewno  skończę  swoją  robotę  najdalej  za  dwa  tygodnie.  W  domu  trzeba  jeszcze

wykończyć to i owo i uporządkować teren wokół budynku, ale parter jest już gotowy. - Brody zabrał
się  za  ustawianie  szafek.  -  A  swoją  drogą  ciekaw  jestem,  co  ty  tu  robisz  w  samym  środku  dnia.
Wylali cię z roboty, czy co?

-  Spokojna  głowa.  Nie  wylali  i  jeszcze  długo  nie  wyleją.  -  Jerry  się  roześmiał.  -  Miałem

spotkanie  wmieście.  Skończyło  się  wcześniej,  niż  planowałem,  więc  wpadłem  zobaczyć,  jak  sobie
poradziłeś z tym starym domem. Może o tym nie wiesz, ale na razie jest własnością naszego banku.
Przynajmniej częś​ciowo.

- Dlatego właśnie klientka wybrała najlepszą firmę budowlaną w mieście - oświadczył Brody,

uśmie​chając się szeroko.

- Podobno ty i ta baletnica dość regularnie ze sobą tańcujecie.

-  Plotki,  plotki  i  jeszcze  raz  plotki  -  westchnął  zabawnie  Brody.  -  Gdyby  nie  te  plotki,

wszystkie małe miasteczka umarłyby z nudów na długo przed wojną secesyjną.

-  Ona  jest  naprawdę  śliczna,  ta  twoja  Kate.  -  Jerry  przyglądał  się,  jak  Brody  dopasowuje  do

siebie dwie szarki.

- Nie „moja Kate”, tylko po prostu Kate - warknął Brody. - Przynajmniej ty mógłbyś się mnie

nie cze​piać.

- Dobra, dobra. Nie wściekaj się. Widziałeś ty kiedyś prawdziwy balet?

- Nie - burknął wciąż jeszcze nadąsany Brody.

- A ja widziałem - pochwalił się Jerry. - Moja młodsza siostra... Pamiętasz Tiffany?

- Pamiętam. - Brody skinął głową.

background image

-  Tiffany  przez  kilka  lat  chodziła  na  lekcje  tańca.  Raz  nawet  tańczyła  w  „Dziadku  do

orzechów”.  Rodzice  zabrali  mnie  na  przedstawienie.  Były  tam  takie  fajne  wielkie  myszy,  walki  na
miecze  i  ogromna  choinka  -  wspominał  Jerry.  -  Poza  tym  nic  ciekawego.  Tancerze  podskakiwali  i
kręcili się w kółko. Nudy na pudy. Chyba wszystkie balety są do siebie podobne.

- Pewnie tak.

-  Tiffany  tydzień  temu  wróciła  do  domu.  Ostatnio  przez  kilka  lat  mieszkała  w  Kentucky,  ale

nareszcie  rozwiodła  się  z  tym  kretynem,  za  którego  wyszła  za  mąż.  Chce  pomieszkać  z  rodzicami
przez jakiś czas, dopóki nie stanie na nogach.

- Jasne - mruknął Brody.

Położył  poziomnicę  na  obu  szafkach,  zadowolony  skinął  głową.  Zajął  się  robotą  i  wcale  nie

słuchał pa​planiny przyjaciela.

-  Pomyślałem  sobie,  że  skoro  znów  zacząłeś  się  umawiać  z  kobietami,  to  może  byś  ją  gdzieś

zabrał. Do kina albo na kolację. Niech się dziewczyna trochę rozerwie.

- No. - Brody montował już trzecią szafkę.

-  Dobrze  by  jej  to  zrobiło.  Wiesz,  ona  ostatnio  dużo  przeszła,  ta  moja  siostra.  Niechby  się

przekona​ła, że są jeszcze na świecie faceci, którzy potrafią przyzwoicie obchodzić się z kobietami.

- Tak, tak - potakiwał Brody, nie bardzo wiedząc, o co chodzi.

- Wiesz, że ona się w tobie kiedyś kochała? No to jak? Zadzwonisz do niej?

-  Oczywiście  -  odparł  machinalnie  Brody  i  dopiero  wtedy  oprzytomniał.  -  Do  kogo  mam

za​dzwonić?

- O Boże, Brody! Do mojej siostry. Masz do niej zadzwonić i zaprosić ją do kina. Przecież o

tym właś​nie rozmawiamy.

- Naprawdę? Nie przypominam sobie.

- Przestań się zgrywać, O'Connell. Sam powie​działeś...

- Ja nic nie mówiłem - protestował Brody. Pomyślał, że musi uważniej słuchać, co ludzie do

niego  mówią,  jeśli  nie  chce  sobie  napytać  biedy.  Jednak  najpierw  musiał  odkręcić  to,  co  już  się
namotało.

- Nie mogę się umówić z twoją siostrą - tłumaczył - ponieważ spotykam się z Kate.

- No i co z tego? Przecież nie jesteście małżeń​stwem. Nawet nie mieszkacie razem.

Brody nie zamierzał umawiać się ani z Tiffany, ani w ogóle z żadną inną kobietą. Oczywiście z

background image

wyjąt​kiem Kate. Jednakże nie potrafił powiedzieć tego Jerry'emu prosto z mostu.

- Widzisz, Jerry, ja wcale nie zacząłem się uma​wiać z kobietami.

- Przecież spotykasz się z tą baletnicą.

- Nie spotykam się. To znaczy...

Szukając odpowiedniego słowa, spojrzał za siebie i zobaczył stojącą w progu Kate.

-  Dobrze,  że  jesteś,  Kate  -  powiedział  zadowolony,  że  już  nie  musi  się  tłumaczyć.  Skąd  miał

wiedzieć, że właśnie dostał się z deszczu pod rynnę?

- Cześć. - Ton jej głosu nie wróżył nic dobrego.

- Widzę, że wam przeszkadzam.

Jerry  natychmiast  wyczuł,  co  się  święci.  Zrobił  niewinną  minę  i  nagle  zaczął  się  bardzo

spieszyć.

- Cześć, Kate - powiedział, ostentacyjnie spoglądając na zegarek. - O rany! Nie wiedziałem, że

to już tak późno! Muszę lecieć. Zadzwonię do ciebie, Brody. Do zobaczenia.

- To był Jerry - mruknął Brody, gdy na drewnia​nych schodach ucichły kroki przyjaciela.

- Tak, wiem.

- Dzisiaj zamontuję ci szafki w kuchni - ciągnął, jakby naprawdę nie czuł wiszącej w powietrzu

burzy. - Bukowe drewno pięknie tu wygląda. Jutro zabierze​my się za garderobę.

- Świetnie - syknęła Kate.

Wciąż nie wiedział, co się święci, gdy tymczasem Kate ostatkiem sił trzymała nerwy na wodzy.

Nie zamierzała się dłużej męczyć. Postanowiła spuścić je z uwięzi, pozwolić, by rzuciły się wrogowi
do gardła.

- A więc nie spotykamy się, tak? My tylko... - Urwała, podeszła do Brody'ego. - Ciekawe, co

mu chciałeś powiedzieć? Że tylko ze sobą sypiamy?

-  Jerry  mnie  zaskoczył  -  tłumaczył  się  Brody.  -  Byłem  zajęty  robotą,  nie  słuchałem  jego

gadania.

- A jak już usłyszałeś, to bałeś się powiedzieć, że coś nas łączy! A może ty się mnie wstydzisz?

- Niczego się nie wstydzę - prychnął Brody. - A już na pewno nie ciebie.

- Ciekawostka - znęcała się nad nim Kate. - To po co to całe kręcenie?

background image

- Jak się podsłuchuje cudze rozmowy, to trzeba się liczyć z różnymi przykrościami - odparował

Brody. - I wielka szkoda, że nie słyszałaś wszystkiego. Jerry mnie prosił, żebym umówił się z jego
siostrą do kina, a ja mu tłumaczyłem, dlaczego nie jest to możliwe.

-  Po  pierwsze:  nie  podsłuchiwałam.  -  Kate  była  taka  wściekła,  że  mogłaby  mu  w  tej  chwili

wydrapać  oczy.  -  To  mój  dom  i  mam  prawo  po  nim  chodzić.  Po  drugie:  zamiast  tłumaczyć  się
Jerry'emu, mogłeś mu po prostu odmówić.

- Nie mogłem.

- A  więc  jednak  umiesz  powiedzieć  „nie”!  No  to  teraz  ja  ci  coś  powiem  -  mówiła,  wbijając

palec  w  tors  Brody'ego.  -  Sypiam  z  tobą,  bo  ja  tak  chcę.  Nie  idę  do  łóżka  z  każdym,  kto  ma  na  to
ochotę.

- Czy ja powiedziałem, że jest inaczej?

-  Jeśli  jestem  z  jakimś  facetem,  to  jestem  tylko  z  nim  i  z  żadnym  innym.  Jasne?  I  od  niego

wymagam tego samego. Od ciebie też! Jeśli ci to nie odpowiada, wystarczy powiedzieć.

- Janie...

-  I  nie  myśl  sobie  -  ciągnęła,  nie  zwracając  uwagi  na  jego  protesty  -  że  możesz  się  mną

zasłaniać, kiedy nie chce ci się oddać przysługi przyjacielowi. Ja sobie tego nie życzę! Masz prawo
zadzwonić  do  siostry  Jerry'ego  albo  do  kogokolwiek  innego.  Ja  na  pewno  nie  będę  miała  nic
przeciwko temu.

-  Czego  się  czepiasz,  kobieto?  -  zdenerwował  się  Brody.  -  Wściekasz  się,  bo  odmówiłem

Jerry'emu, czy dlatego, że mu nie odmówiłem?

Kate  zacisnęła  pięści.  Miała  ochotę  go  znokautować,  ale  przecież  damy  tak  nie  postępują. A

ona była damą w każdym calu.

-  Kretyn  -  warknęła.  Odwróciła  się  na  pięcie  i  wyszła,  rzuciwszy  jakąś  obelgę  w  obcym

języku.

Godzinę  później  wszystkie  szafki  były  na  swoich  miejscach,  ale  Brody  wciąż  nie  mógł  się

uspokoić.

Chyba ze sto razy analizował całą kłótnię z Kate. Teraz już wiedział, co należało powiedzieć i

jakich słów użyć. Obiecał sobie, że powie jej to wszystko przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Na pewno nie będę jej błagał o przebaczenie, myślał. Ja nic złego nie zrobiłem, a ona nazwała

mnie  kretynem. Ale  zaraz  pomyślał  sobie,  że  gdyby  naprawdę  uważała  go  za  kretyna,  to  raczej  nie
marnowałaby dla niego takiej masy czasu. Na koniec uznał, że żaden człowiek nie potrafi zrozumieć
kobiety, więc jeśli chce mieć święty spokój, to nie powinien się z nimi zadawać.

Odwrócił się, żeby schować narzędzia do skrzynki, i omal nie wpadł na Spencera Kimballa.

background image

- Co was dziś opętało - mruknął. - Ciągniecie tu wszyscy jak pszczoły do miodu. Muszę chyba

powie​sić zakaz wstępu. Zwłaszcza zakaz wstępu dla kobiet.

Spencer znał Brody'ego od jakiegoś czasu, ale po raz pierwszy widział go w takim stanie.

- Myślałem, że ty nigdy się nie denerwujesz - zauważył. - Chyba nie ja jeden przeszkadzam ci

dzisiaj w pracy.

-  Delikatnie  mówiąc  -  mruknął  Brody.  -  Pół  miasta  przewaliło  się  dziś  przez  tę  kuchnię,  i

wszyscy z pretensjami. Gdyby to było większe miasto, już dawno bym zwariował.

- Ja nie mam żadnych pretensji - uspokoił go Spencer.

- A  więc  pewnie  chodzi  o  waszą  kuchnię  -  domyślił  się  Brody.  -  Najdalej  za  dwa  tygodnie

możemy zaczynać.

-  Kuchnia  to  specjalność  mojej  żony.  Ja  się  do  tego  nie  mieszam.  Przyszedłem  zobaczyć,  jak

postępują roboty w szkole baletowej. Muszę przyznać, że pora​dziłeś sobie po mistrzowsku.

- Nie mogę narzekać - burknął Brody, ale zaraz tego pożałował. - Przepraszam. Mam zły dzień.

- To jakaś epidemia? - spytał Spencer. Już wiedział, dlaczego jego córka była w takim podłym

nastroju.  -  Kate  też  jest  zła  jak  osa.  Ustawia  meble  w  swoim  gabinecie  z  takim  impetem,  że  chyba
jutro trzeba będzie zamawiać nowe.

- Nie wiedziałem, że jeszcze tu jest - rzekł Brody z udaną obojętnością.

- Z tego, jak mnie oboje potraktowaliście, wnoszę, żeście się pokłócili - stwierdził bez emocji

Spencer.

- Nie pokłóciliśmy się - wybuchnął Brody. - To ona na mnie napadła. Bez żadnego powodu.

Tak  ci  się  tylko  wydaje  -  stwierdził  spokojnie  Spencer.  -  W  naszej  rodzinie  kobiety  zawsze

znajdą powód, żeby na człowieka napaść, zwłaszcza jeśli ten człowiek jest mężczyzną.

- Z babami zawsze są kłopoty.

- Ale bez bab też ciężko - zauważył filozoficznie Spencer.

-  Ja  całkiem  nieźle  sobie  radzę.  Obaj  z  Jackiem  świetnie  sobie  radzimy.  -  Popatrzył  na

Spencera.  Widać  było,  że  jest  przybity.  -  Co  one  takiego  mają  w  sobie,  te  kobiety?  Wszystko  tak
zagmatwają, że człowiek czuje się jak idiota.

- Synu, mężczyźni od pokoleń próbują rozgryźć ten problem. Jak dotąd żadnemu się nie udało.

Brody się roześmiał. Nie spodziewał się, że w ojcu Kate znajdzie bratnią duszę.

background image

-  Wobec  tego  pewnie  nie  da  się  tego  zrobić  -  skonstatował.  -  Zresztą  teraz  to  i  tak  nie  ma

znaczenia. Rzuciła mnie.

-  Dałeś  się  rzucić?  -  Spencer  z  niedowierzaniem  pokręcił  głową.  -  Nie  wyglądasz  mi  na

człowieka, który rezygnuje przy pierwszej trudności.

-  To  nie  jest  pierwsza  trudność  związana  z  pańską  córką.  Ale  mam  nadzieję,  że  ostatnia  -

powiedział Brody i ugryzł się w język.

Spencer jednak wcale się nie obraził. Podobał mu się ten chłopak i choć nie lubił się wtrącać

w cudze sprawy, tym razem postanowił podjąć się mediacji.

- Mam wrażenie, żeś jej nadepnął na odcisk - zaczął ostrożnie. - W takiej sytuacji moja córka

naj​pierw robi awanturę, a potem traktuje człowieka jak powietrze.

- Może rzeczywiście nadepnąłem jej na odcisk - przyznał Brody - ale na pewno niechcący. A

ona  nie  pozwoliła  mi  dojść  do  głosu,  nie  pozwoliła  sobie  nic  wytłumaczyć,  tylko  nazwała  mnie
kretynem i jeszcze dołożyła coś w tym swoim dziwnym języku.

-  Sklęła  cię  po  ukraińsku?  -  Spence  się  ucieszył,  choć  starał  się  tego  nie  okazać.  -  No  to

musiała być strasznie wkurzona.

- Nie zrozumiałem z tego ani słowa, ale melodia wcale mi się nie podobała - skarżył się Brody.

-  Pewnie  życzyła  ci,  żebyś  się  smażył  na  rożnie  w  ogniu  piekielnym.  Jej  matka  bardzo  lubi

używać tego przekleństwa. - Nagle Spencer spoważniał. - Przepraszam, Brody, ale muszę cię o coś
spytać. Powiedz mi, chłopcze, czy darzysz moją córkę uczu​ciem?

- Ja... No, jakby to powiedzieć... - Brody'emu zwilgotniały dłonie. - Proszę pana...

-  Mów  mi  Spence,  dobrze?  Tak  będzie  łatwiej.  Wiem,  że  to  trudne  pytanie  i  właściwie  nie

moja spra​wa, a jednak chciałbym usłyszeć odpowiedź.

-  Dobra,  powiem  -  obiecał  Brody  -  ale  odsuń  się  od  mojej  skrzynki.  Mam  tam  sporo  ostrych

narzędzi.

- Słowo honoru, że nic złego ci nie zrobię - zapewnił go Spence i na dowód swej dobrej woli

nie tylko odsunął się od skrzynki, ale jeszcze schował ręce do kieszeni.

-  Owszem,  darzę  Kate  uczuciem  -  zaczął  wciąż  jeszcze  niezbyt  pewny  siebie  Brody.  -  Sam

dokładnie  nie  wiem,  co  to  za  uczucie,  ale  jestem  pewien,  że  istnieje.  Przysięgam,  że  tego  nie
chciałem! Wiem, że nie mam prawa, ale... Tak jakoś samo wyszło.

-  Dlaczego  uważasz,  że  nie  masz  prawa  darzyć  mojej  córki  uczuciem?  -  zainteresował  się

Spencer.

-  To  chyba  oczywiste.  Jestem  samotnym  ojcem.  Wprawdzie  zapewniłem  swojemu  synowi

background image

przyzwoity poziom życia, ale nie jest to poziom, do jakiego przywykła Kate. I na pewno nie taki, na
jaki ją stać.

-  Musiałeś  chyba  przejść  niezłe  piekło,  chłopcze  -  stwierdził  Spencer,  przyglądając  się

badawczo Brody'emu.

- Przepraszam, nie bardzo rozumiem.

-  Nasza  rodzina  trochę  się  różni  od  typowych  amerykańskich  rodzin.  We  wszystko  się

wtrącamy,  jesteśmy  nadopiekuńczy  i  doprowadzamy  się  nawzajem  do  szału,  ale  szanujemy  decyzje
naszych dzieci i pomagamy im realizować” marzenia. Nie możesz przykładać do wszystkich tej samej
miary.

Spencer zamilkł, by po chwili dodać:

- Ale o tym potem. Mówiłeś, że żywisz jakieś uczucia do Kate. Skoro tak, to pozwól, że dam ci

pewną  radę.  Od  ciebie  zależy,  czy  z  niej  skorzystasz,  czy  nie.  Nie  rezygnuj,  Brody.  Spróbuj
porozmawiać z Kate. Gdybyś nic dla niej nie znaczył, to nie zrobi​łaby ci awantury.

Spencer  uznał,  że  dał  Brody'emu  dostatecznie  dużo  materiału  do  własnych  przemyśleń.  Był

najwyższy czas zmienić temat, rozejrzał się więc po wciąż nie gotowej kuchni.

- A więc to mnie czeka - westchnął smętnie. - I tobie się wydaje, że masz problemy.

Wyszedł, a Brody długo jeszcze stał i bezmyślnie patrzył w okno.

Ten facet każe mi się kłócić z własną córką, pomy​ślał. Co za porąbana rodzina!

Rodzice Brody'ego nigdy się nie kłócili. Głównie dlatego, że ojciec ustalał zasady, a matka się

do nich stosowała. Przynajmniej tak to wyglądało.

Brody i Connie także nigdy poważnie się nie pokłócili. Oczywiście, bywały nieporozumienia,

jednak zawsze rozwiązywali je bez awantur. Rozmawiali, starali się przekonać siebie nawzajem albo
udawali,  że  problem  nie  istnieje.  Na  całym  świecie  nie  mieli  nikogo  oprócz  siebie,  więc  jakże
mogliby się kłócić?

Brody przekonał się na własnej skórze, że brak opanowania przynosi mu same kłopoty. Dlatego

nauczył  się  panować  nad  sobą,  używać  rozumu  i  trzymać  nerwy  na  wodzy.  Przeważnie  mu  się  to
udawało, chociaż nie zawsze i nie do końca. Choćby niedawno, kiedy mimo wszystko nie wytrzymał i
jednak pokłó​cił się z ojcem.

Może  rzeczywiście  nie  należy  mierzyć  wszystkich  jedną  miarą,  pomyślał.  Tak  czy  siak,  na

pewno muszę coś zrobić. Nie mogę tego tak zostawić.

Najpierw  sprawdził,  jak  idzie  praca.  Wszystko,  co  zaplanował  na  ten  dzień,  było  już  prawie

skończone, więc z czystym sercem teraz mógł puścić ludzi do domu.

background image

Chciał porozmawiać z Kate bez świadków.

Trafiła  młotkiem  dokładnie  w  łepek  gwoździa.  Uśmiechnęła  się,  zadowolona.  Nie  tylko  ta

podła świ​nia Brody umie posługiwać się narzędziami.

Od dwóch godzin metodycznie urządzała swój gabinet. Meble stały tam, gdzie miały stać, półki

i  szuflady  zapełniła  dokładnie  tymi  przedmiotami,  jakie  miały  się  tam  znajdować.  Na  ścianie
powiesiła kilim w nieco spłowiałe róże, który kupiła w sklepie z antykami. Doskonale pasował do
jasnych ścian i wygod​nych stylowych krzeseł.

Powiesiła  kolejną  z  wybranych  przez  siebie  fotografii.  Wszystkie  były  czarno  -  białe  i

oprawione w jednakowe proste ramki. Cofnęła się, spojrzała na ścianę i z uznaniem skinęła głową.

Tancerki  przy  drążku,  na  próbie,  na  scenie,  za  kulisami.  Uczennice  na  pokazie,  dziewczynki

sznurujące pointy. Spocone, roześmiane, utykające ze zmęczenia, w locie... Wszystkie aspekty świata
baletu.

Kate  chciała,  żeby  te  zdjęcia  codziennie  jej  przypominały,  czego  dokonała  i  czego  jeszcze

dokona.

Wzięła  w  dwa  palce  gwóźdź,  przyłożyła  go  do  zaznaczonego  miejsca,  uderzyła  młotkiem.

Znów tra​fiła.

Dobijając gwóźdź kilkoma lżejszymi uderzeniami, myślała o tym, czego na pewno nigdy już nie

zrobi: nie będzie tracić czasu na Brody'ego O'Connella.

Skurczybyk!

Niech się przymila do Tiffany!

Doskonale  ją  pamiętała.  Tiffany  Skully  chodziła  do  tego  samego  gimnazjum  co  Kate,  tylko  o

klasę wyżej. Rozchichotana mocno umalowana blondynka z wiel​kim biustem.

No  i  dobrze,  myślała  wściekła  Kate.  Niech  ten  kretyn  się  z  nią  umawia.  Mnie  to  już  nie

obchodzi. Skoń​czyłam z nim raz na zawsze!

-  Szkoda,  że  mnie  nie  uprzedziłaś,  że  chcesz  całą  tę  ścianę  pokryć  obrazkami  -  odezwał  się

Brody. - Tyle się nad nią napracowałem, a teraz i tak nikt nie zauważy, jaka jest równiutka.

Kate zawiesiła fotografię na zaplanowanym miej​scu, wzięła następny gwóźdź.

- Praca ma być wykonana starannie - stwierdziła, nawet na niego nie patrząc. - Niezależnie od

tego,  czy  ktoś  ją  będzie  podziwiał,  czy  nie.  Zapłaciłam  za  tę  ścianę  i  mogę  z  nią  zrobić,  co  mi  się
żywnie podoba.

- Jasne. Jak chcesz, możesz ją sobie całą podziur​kować.

background image

Zdjęcia wyglądały fantastycznie, ale Brody nie za​mierzał tego głośno mówić.

Na wszystkich była Kate. Jako dziecko, jako młoda dziewczyna i jako dorosła kobieta. Omal

się nie uśmiechnął, kiedy zobaczył zdjęcie, na którym siedziała po turecku i waliła młotkiem w swoje
buty do tańca.

- Zdawało mi się, że to służy do tańczenia - powiedział jakby od niechcenia, wskazując palcem

zdję​cie, które go rozbawiło.

- Pointy najpierw trzeba połamać - rzekła z taką wyższością, jakby mówiła o rzeczy oczywistej,

której  po  prostu  wstyd  nie  wiedzieć.  -  Wybacz,  ale  nie  mam  czasu  z  tobą  w  tej  chwili  rozmawiać.
Urządzam gabi​net. Jutro mam tu dwa ważne spotkania.

-  Do  jutra  masz  jeszcze  mnóstwo  czasu.  Gabinet  już  wyglądał  doskonale,  no  ale  Kate  była

perfekcjonistką Nie uznawała w swoim otoczeniu ni​czego, co nie było idealne.

- Skoro nie pojmujesz aluzji, to powiem ci wprost. - Z całej siły walnęła w gwóźdź. - Nie mam

ochoty z tobą rozmawiać. Zresztą nie płacę ci za pogaduszki.

- Nie stosuj chwytów poniżej pasa. - Brody podszedł do Kate, wyjął jej z ręki młotek. - Moja

praca dla ciebie nie ma nic wspólnego z całą resztą.

Oczywiście  miał  rację.  Kate  się  zawstydziła.  Nie  miała  prawa  o  tym  zapominać,  choć  nie

chciała się do tego przyznać.

- Prywatny rozdział tej historii został zamknięty - oświadczyła bardzo oficjalnym tonem.

- Tak ci się tylko wydaje. - Brody zasunął za sobą drzwi.

- Co to ma znaczyć?

- Muszę mieć chwilę spokoju, a tu ciągle kręcą się jacyś ludzie.

- Natychmiast otwórz te drzwi! I wyjdź. A potem idź do diabła.

- Zamknij się i usiądź. - Tym razem nie dał się zastraszyć.

- Słucham? - Kate sądziła, że się przesłyszała.

Brody  odłożył  młotek.  Na  wszelki  wypadek  położył  go  daleko,  poza  zasięgiem  Kate.  Potem

podszedł do niej i pchnął ją na krzesło.

- Siadaj i słuchaj - rozkazał.

Chciała wstać, ale pchnął ją z powrotem na krzesło. Tak się zdziwiła, że zapomniała języka w

gębie. Po raz pierwszy w życiu nie zrobiła awantury komuś, kto tak paskudnie ją potraktował.

background image

- No dobrze, udowodniłeś, że jesteś duży i silny - rzekła, odzyskawszy mowę. - Nie musisz już

udo​wadniać, że jesteś głupi.

- A ty nie musisz udowadniać, że jesteś rozpuszczona jak dziadowski bicz, bo to powszechnie

wiadome.  Jak  jeszcze  raz  spróbujesz  wstać,  nim  skończę  -  pogroził  -  to  przywiążę  cię  do  krzesła.
Przysięgam.

- No wiesz... - zaczęła.

- Teraz ja mówię - przypomniał Brody.

Tak na nią spojrzał, że mimo wszystko wolała za​milknąć. Przynajmniej na razie.

-  Kończę  remontować  twój  dom  -  mówił,  jakby  tego  nie  wiedziała.  -  Właśnie  montowałem

szafki w kuchni, kiedy przypałętał się Jerry. Jest moim przyjacielem. On i jego żona wiele zrobili dla
mnie i dla mojego syna. Nie wyobrażasz sobie nawet, ile im zawdzięczam.

-  Rozumiem  -  prychnęła.  -  Musisz  spłacić  dług  wdzięczności.  Dlatego  umawiasz  się  z  jego

siostrą.

-  Zamknij  się,  z  łaski  swojej.  Nie  umawiam  się  z  jego  siostrą.  Jerry  sobie  gadał,  a  ja

montowałem te szafki. Nie słuchałem, co mówi.

Chodził tam i z powrotem po pokoju.

- Zaskoczył mnie - wyjaśnił. - Nie chciałem się umawiać z jego siostrą, ale nie chciałem mu

tego  powiedzieć  wprost.  On  i  Tiffany  są  ze  sobą  bardzo  zżyci.  Jerry  się  o  nią  martwi,  tak  mi  się
zdaje, a do mnie ma zaufanie. Nie mogłem mu powiedzieć, że jego siostra nic mnie nie obchodzi.

- Owszem, mogłeś - parsknęła Kate. - Chociaż nie tylko o to mi chodziło.

- No więc o co ci chodziło? Teraz już możesz mówić - pozwolił łaskawie.

-  Zachowywałeś  się  tak,  jakby  nas  nic  nie  łączyło.  Nic  oprócz  seksu.  A  mnie  sam  seks  nie

wystarczy. Od swojego partnera oczekuję lojalności, wierności i szacunku. Facet, z którym sypiam,
powinien umieć powiedzieć swojemu przyjacielowi, że mu na mnie za​leży.

-  Do  diabła,  Kate!  Od  czterech  lat  żyję  jak  pustelnik.  Nawet  dłużej.  Myślałem,  że  potrafisz

zrozumieć...

- Źle myślałeś - przerwała mu w pół słowa.

- Boże, ależ ty jesteś nieznośna - westchnął Brody. - Odkąd poznałem Connie, nie spotykałem

się z żadną kobietą. Dopiero teraz wszystko się zmieniło. Jestem z tobą. Z tobą i z nikim innym. Mogę
to powiedzieć nie tylko Jerry'emu, ale każdemu, kogo to zainteresuje. Zależy mi na tobie, tylko że nie
umiem o tym mówić. Jeżeli chcesz, to się nauczę. Dla ciebie nawet tego się nauczę.

background image

- Rób, jak uważasz, a teraz daj mi spokój.

- Gdybym mógł dać ci spokój, nie byłoby mnie tutaj i nie chciałbym cię udusić.

- Obraziłeś mnie! To ciebie należałoby udusić.

- Nie będę cię sto razy przepraszał. - Pociągnął ją do drzwi.

- Sto razy? Nie słyszałam żadnych przeprosin! Co ty wyprawiasz? Nie szarp mnie!

Brody bez słowa wyprowadził ją z gabinetu i ciąg​nął dalej korytarzem, aż do wyjścia.

- Puść mnie natychmiast! Puść, bo pożałujesz! Zatkało ją, kiedy Brody przerzucił ją sobie przez

ramię i otworzył drzwi na ulicę.

- Zwariowałeś? - Była zbyt zdumiona, by z nim walczyć. Tylko odgarnęła włosy zakrywające

jej twarz. Widziała, że wyniósł ją na ganek, zniósł ze schodów... - Zupełnie ci odbiło?

- Owszem. Inaczej bym się z tobą nie zadawał.

Z  budynku  po  drugiej  stronie  ulicy  wyszła  jakaś  kobieta.  Była  jedynym  przechodniem,  więc

Brody właśnie do niej się zwrócił. Oczywiście Kate nadal dyndała mu na plecach.

- Przepraszam panią - zaczął.

- Słucham? - Trochę zdziwiona kobieta spojrzała na niego i jego ładunek.

-  To  jest  Kate.  Ja  mam  na  imię  Brody.  Chciałbym,  żeby  pani  wiedziała,  że  Kate  jest  moją

dziewczyną i że bardzo mi na niej zależy.

- Boże wielki - szepnęła Kate. Pozwoliła, żeby włosy opadły na dół, żeby szczelnie zasłoniły

jej twarz.

- Rozumiem. No cóż... - Kobieta się uśmiechnę​ła. - Bardzo się cieszę.

-  Dziękuję  pani.  -  Brody  zdjął  Kate  z  ramienia  i  postawił  ją  przed  sobą.  -  Mam  tak  chodzić

dalej, czy już jesteś zadowolona?

Nie mogła wydobyć z siebie głosu. Miała wrażenie, że wszystkie słowa, jakie należałoby w tej

chwili  powiedzieć,  uwięzły  jej  w  gardle  i  w  żaden  sposób  nie  zdołają  się  stamtąd  wydostać.  A
przecież nie mogła tak stać na środku ulicy jak ten słup soli.

Obróciła się na pięcie i co sił w nogach uciekła do domu.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Brody dogonił ją, nim zdążyła zatrzasnąć mu drzwi przed nosem. Zresztą nawet gdyby zdążyła,

background image

i tak by go nie powstrzymała. Rozkręcił się, rozsmakował w awanturze i nie zamierzał ustępować.

- Zaczekaj na mnie, skarbie.

- Nie nazywaj mnie skarbem! - wrzasnęła Kate. - Najlepiej w ogóle się do mnie nie odzywaj!

Jesteś  ordynarnym  oprychem.  Jak  mogłeś  mnie  tak  potraktować?  Jak  śmiałeś  mnie  tak  zawstydzać
przed obcymi ludźmi?

-  Zawstydzać?  -  kpił  Brody.  -  Ja  tylko  powiedziałem  naszej  sąsiadce,  że  jesteś  moją

dziewczyną i że mi na tobie zależy. Czyżbyś się mnie wstydziła?

- Nie, ale... - Teraz ona nie mogła znaleźć słów. Cofała się, a Brody szedł krok w krok za nią.

To także wprawiło ją w zdumienie. Nie to, że zapędził ją w kozi róg, ale że ona mu na to pozwoliła.
Nigdy  w  życiu  nie  cofała  się  przed  konfrontacją,  nigdy  nie  uciekała  przed  mężczyzną.  Aż  do  tej
chwili.

- Co ty wyprawiasz?

- Nic takiego. - Patrzył jej prosto w oczy. - Nareszcie jestem sobą. Zaraz się przekonamy, czy

taki też ci się spodobam.

- Jeśli ci się zdaje, że możesz...

Urwała,  bo  wziął  ją  za  ręce,  podniósł  do  góry  i  zmusił,  by  stanęła  na  palcach.  Pocałował  ją

bardzo mocno. Kate cofnęła głowę w niemym proteście, ale on się tym nie przejmował.

- Nie podoba ci się? - spytał cicho.

- Brody... - Tylko tyle zdążyła powiedzieć, nim znów zaczął ją całować.

Nie  mogła  myśleć.  Wiedziała  na  pewno,  że  nie  powinna  się  tak  zachowywać,  że  trzeba

wreszcie coś z tym zrobić, ale nie miała siły ani... ochoty.

- Mam zabrać ręce? - Jego dłonie przesuwały się po jej plecach. Były stanowcze i zaborcze. -

Musisz się zdecydować. Natychmiast.

-  Nie!  -  :  Chwyciła  go  za  włosy,  przyciągnęła  jego  usta  do  swoich.  Nie  wiedziała,  kto  kogo

pociągnął  na  podłogę,  nie  wiadomo,  czyje  ręce  z  większą  niecierpliwością  zdzierały  ubranie.
Wiedziała  tylko  tyle,  że  pragnie  tego  groźnego  brutala  tak  samo  namiętnie,  jak  przedtem  pragnęła
łagodnego, cierpliwego kochanka.

Brody już zapomniał, jak to jest, kiedy się aż tak pragnie, kiedy się w ten sposób bierze. Bez

ograni​czeń i bez żadnych barier.

Kiedy ją puścił, była bezwładna jak szmaciana lalka. Leżeli obok siebie na podłodze, bez sił,

zaspoko​jeni, przesyceni.

background image

Kate czuła się fantastycznie. Nigdy w życiu nie przeżyła nic podobnego. Brody patrzył na nią i

na walające się po pokoju ubrania.

- Podarłem ci bluzkę - mruknął. - Ale nie zamie​rzam cię przepraszać.

- Wcale nie chcę, żebyś mnie przepraszał - po​wiedziała, nie otwierając oczu.

-  Twoje  szczęście.  Gdybyś  chciała  przeprosin,  musiałbym  cię  znów  wynieść  na  dwór,  tym

razem nagą, i poszukać jeszcze jakichś sąsiadów. A tak to nawet pożyczę ci swoją koszulę. Znaj moje
dobre serce.

- Czy my jeszcze się na siebie gniewamy?

- Ja już skończyłem, więc to zależy od ciebie. Spojrzała na niego. Chciała coś powiedzieć, ale

tylko pokręciła głową.

- No, mów - zachęcał ją. - Powiedzmy sobie wszystko i wreszcie będzie spokój.

- Sprawiłeś mi przykrość - oznajmiła.

- Wiem. - Brody narzucił swoją koszulę na ramio​na Kate. - I za to cię przepraszam.

- Co się z nami dzieje, Brody?

- Nic nadzwyczajnego. Chyba wreszcie zaczyna​my się poznawać.

- Tak, na pewno masz rację - westchnęła cicho.

- Ja wcale się nie wstydzę tego, co jest między nami, Kate - tłumaczył jej Brody. - Nie wstydzę

się, tylko jeszcze nie bardzo wiem, co z tym zrobić.

- Rozumiem - stwierdziła, wkładając na siebie flanelową koszulę Brody'ego.

A  jednak  nie  sprawiło  jej  przyjemności  to,  co  usłyszała.  Kate  już  dawno  wiedziała,  że  go

kocha, a Brody jeszcze się zastanawiał, tak jakby było nad czym. No cóż, widocznie nie każdy jest
taki szybki jak ja, pomy​ślała i zaraz jej ulżyło.

- Przepraszam cię za kretyna - powiedziała, uśmiechając się słabo. - Wcale tak nie myślałam.

- Strasznie jestem ciekaw, co jeszcze o mnie po​wiedziałaś.

- Nie Ucz na to, że ci powiem. - Wreszcie się roześmiała.

- Nie to nie, bez łaski. Kupię sobie rozmówki ukraińskie.

- Nic ci z tego nie przyjdzie. Tego, co najlepsze, nie znajdziesz w żadnym słowniku.

- I tak sobie jakiś kupię. - Wstał z podłogi, pomógł Kate się podnieść. - Przepraszam cię, ale

background image

muszę jechać po Jacka.

Włosy  miał  w  nieładzie,  był  nagi  do  pasa. A  do  tego  wszystkiego  miał  synka,  którego  trzeba

odebrać z przystanku szkolnego autobusu.

Kate doznała olśnienia. A więc w tym tkwi pra​wdziwy problem!

- Dlatego jeszcze nie wiesz, co zrobić z naszym związkiem - powiedziała. - Nie bardzo wiesz,

jak pogodzić potrzeby mężczyzny z obowiązkami ojca.

-  Chyba  rzeczywiście  o  to  chodzi  -  przyznał.  -  Zrozum,  Kate,  nie  miałem  nikogo  od...  -

Przyczesał  dłonią  włosy,  co  jednak  niewiele  im  pomogło.  -  Connie  bardzo  długo  chorowała...
Jackowi od początku życie nie układało się najlepiej. Obaj mieliśmy trudny początek. Muszę sobie z
tym wszystkim jakoś po​radzić.

-  Świetnie  sobie  poradziłeś.  Razem  też  sobie  poradzimy.  Pod  warunkiem,  że  oboje  będziemy

tego chcieli.

- Ja chcę.

- To w porządku. - Kate od razu lepiej się poczu​ła. - A teraz jedź po Jacka.

Czas  pędził  jak  oszalały.  Wielkimi  krokami  zbliżała  się  przerwa  semestralna,  a  przecież

dopiero co były ferie świąteczne.

Rodzina  Skully  wybierała  się  do  Disneylandu.  Dla  Brody'ego  oznaczało  to  mnóstwo  nowych

proble​mów z Jackiem.

Chłopiec błagał, płakał i histeryzował, chcąc wymusić na ojcu wyjazd do bajkowego świata.

Brody cierpliwie tłumaczył synkowi, dlaczego nie jest to możliwe i dlaczego nie mogą teraz nigdzie
jechać. Do Jacka nie docierały żadne argumenty.

Chodził  nadąsany,  a  Brody'ego  gryzło  sumienie.  Tym  bardziej  że  w  czasie  wolnym  od  zajęć

szkolnych musiał synka zbierać na budowę.

- Ty mi nigdy na nic nie pozwalasz - marudził Jack.

Zabawki,  które  zabrał  z  domu,  już  dawno  przestały  go  interesować.  Zwykle  lubił  jeździć  z

ojcem na budowy, ale nie teraz, kiedy jego najlepszy przyjaciel bawił się w Disneylandzie. Jack po
raz pierwszy w swoim krótkim życiu zauważył, że świat wcale nie jest sprawiedliwy.

Ojciec  nie  zwracał  na  niego  uwagi.  Układał  spokojnie  glazurę,  jakby  w  ogóle  nie  słyszał

narzekań synka.

- Dlaczego nie mogę pojechać do babci? - torturo​wał biednego ojca.

- Tłumaczyłem ci, że babcia jest teraz zajęta, ale za parę godzin po ciebie przyjedzie.

background image

- Nie chcę tu siedzieć - dąsał się Jack. - Nudzę się. To okropne, że ja muszę tu siedzieć i się

nudzić, kiedy wszyscy moi koledzy się bawią. Ja nigdy nie mam nic do roboty.

-  Za  to  ja  mam.  Muszę  wykonać  pracę  w  określonym  terminie,  rozumiesz?  -  Brody  odłożył

kielnię.

- Muszę zarabiać na chleb.

Brody nie wiedział, jak to się stało, że użył tych samych słów, jakimi ojciec zwykł przemawiać

do niego.

-  Nie  mogę  tak  po  prostu  stąd  odejść  -  dodał.  -  Ty  też  nie.  A  jeżeli  zaraz  nie  przestaniesz

marudzić, to rzeczywiście nigdy nigdzie nie pojedziesz.

-  Dziadek  i  babcia  zabiorą  mnie  do  Disneylandu  -  odgryzł  się  Jack.  - A  ciebie  zostawimy  w

domu.

-  No  i  dobrze  -  prychnął  Brody,  dotknięty  do  żywego  tym  dziecięcym  paplaniem.  -  Wreszcie

będę miał trochę spokoju.

- Ja chcę do babci! - krzyczał Jack. - Chcę do domu! Nie lubię cię!

Na tę scenę weszła Kate. Wdziała płaczącego ze złości chłopca, słyszała jego słowa. Spojrzała

na wy​męczoną, zrozpaczoną twarz Brody'ego, należącego na podłodze Jacka, i wkroczyła do akcji.

- Co ci jest, przystojniaku?

- Ja chcę do Disneylandu - wyjąkał malec. Brody chciał skończyć to przedstawienie, ale Kate

przykucnęła przy Jacku, oddzielając sobą ojca od syna.

- Ja też - przyznała, gładząc rozhisteryzowane dziecko po główce. - Kto by nie chciał pojechać

do Disneylandu?

- Tata nie chce - chlipnął Jack.

-  Nawet  nie  wiesz,  jak  bardzo  się  mylisz,  kochanie.  Wszyscy  tatusiowie  marzą  o  zwiedzaniu

Disneylandu.  Właśnie  dlatego  tak  im  ciężko.  Oni  nie  mogą  robić  tego,  czego  pragną,  bo  muszą
pracować.

- Poradzę sobie, Kate - wtrącił się Brody.

- Czy ja mówię, że sobie nie poradzisz? - mruknęła. Wzięła chłopca na ręce, wstała. - Jesteś

zmęczony,  skarbie.  Za  długo  siedzisz  na  budowie.  Pojedziemy  na  trochę  do  mnie,  a  tatuś  przez  ten
czas spokojnie skończy.

- Za parę godzin przyjedzie po niego moja mama. - Brody wyciągnął ręce po chłopca, ale Jack

skulił się, oplótł się jak wąż wokół Kate. Brody'emu omal nie pękło serce.

background image

Kate  zapragnęła  przysunąć  się  do  niego,  wcisnąć  Jacka  pomiędzy  siebie  i  udręczonego  ojca,

wiedziała  jednak,  że  teraz  nie  pora  na  takie  gesty.  W  tej  chwili  Jack  musiał  być  daleko  od  swego
tatusia.

- Czy mogę zabrać go do siebie? - spytała. Zdrzemnąłby się, dodała bezgłośnie. - Zadzwonię

do twojej mamy i powiem, żeby nie przyjeżdżała tutaj, tylko od razu do mnie.

- Ja chcę pojechać z Kate - szlochał wtulony w jej ramię Jack.

- Jak chcesz, to jedź - warknął Brody.

Był zirytowany, miał wyrzuty sumienia i taką samą minę jak jego rozkapryszony synek.

Usiadł  ciężko  na  odwróconym  do  góry  dnem  wiadrze.  Nawet  na  nich  nie  spojrzał.  Słyszał

tylko, jak Jack wydmuchuje nos i jak opowiada Kate, że tatuś na niego nakrzyczał.

-  Wiem,  kochanie  -  mówiła  Kate,  całując  mokry  od  łez  policzek  malca.  - Ale  ty  też  na  niego

krzycza​łeś. Na pewno tatusiowi jest teraz tak samo smutno jak i tobie.

-  Na  pewno  nie.  -  Jack  westchnął  ciężko,  oparł  główkę  na  ramieniu  Kate.  -  On  mnie  nie

zabierze do Disneylandu, tak jak tata Roda.

- Niestety nie, mój skarbie. To wszystko przeze mnie.

- Przez ciebie? - zdziwił się malec.

- Obawiam się, że tak. Wiesz, że twój tatuś remon​tuje mój dom, prawda?

- No. - Jack pokiwał jasną główką.

-  Tatuś  obiecał  mi,  że  skończy  pracę  w  określonym  terminie. A  ponieważ  twój  tatuś  obiecał

mnie,  to  ja  też  coś  komuś  obiecałam,  i  teraz  ci  ludzie  na  mnie  liczą.  Jeśli  twój  tatuś  nie  dotrzyma
słowa, to i ja nie będę mogła dotrzymać swojego, a to nie byłoby ład​nie, prawda?

- Nie, ale może chociaż ten jeden raz.

- Czy tatuś dotrzymuje słowa, kiedy ci coś obieca?

- Tak. - Jack spuścił głowę.

-  Nie  smuć  się,  przystojniaku.  Pojedziemy  do  mnie,  przeczytam  ci  bajkę.  To  będzie  bajka  o

chłopcu, który też miał na imię Jack. O Jacku i wielkiej fasoli.

- A dostanę ciasteczko?

- Oczywiście.

background image

Uściskała go serdecznie. Tak bardzo go kochała.

Jack zasnął, nim bajkowy Jack zamienił swoją kro​wę na czarodziejskie fasolki.

Biedny maluch, pomyślała Kate, otulając go kocykiem Z całego serca współczuła Brody'emu.

Niby wiedziała, że bycie ojcem to nie tylko siłowanie się na podłodze i granie w piłkę na podwórku,
ale  także  łzy,  złe  humory,  niezadowolenie  i  ciężka  praca  wychowawcza.  A  jednak  co  innego
wiedzieć,  a  zupełnie  co  innego  zobaczyć  na  własne  oczy. A  najgorzej,  że  sama  musiała  odmówić
dziecku, któremu chciałaby nie​ba przychylić.

- Kocham cię, przystojniaku. - Pochyliła się i pocałowała chłopca w czółko. - I twojego tatusia

też. Mam nadzieję, że prędko się namyśli, bo ja nie chcę już dłużej czekać. Chcę mieć was obu, i to
szybko.

Zadzwonił telefon. Kate chwyciła słuchawkę, nim zdążył zadzwonić drugi raz.

- Halo? - Uśmiechnęła się, usłyszawszy znajomy głos. Trzymając przy uchu słuchawkę, wyszła

z  pokoju.  Nie  chciała,  żeby  Jack  się  obudził.  -  Davidov!  Co  się  stało,  że  mistrz  zaszczyca  mnie
rozmową?

Poprawiła  makijaż,  wyszczotkowała  włosy.  Wiedziała,  że  głupio  się  zachowuje,  ale  to  było

silniejsze od niej. Za chwilę miała poznać rodziców Brody'ego. A ponieważ postanowiła zostać ich
synową, chciała zrobić jak najlepsze wrażenie.

Jack  obudził  się  wypoczęty.  Biegał  po  ogrodzie,  stoczył  z  Kate  walkę  na  miecze  i  wygrał

wyścig  samochodowy  zakończony  wspaniałym  karambolem.  A  po  zabawie  dostał  solidny
podwieczorek.

- Tatuś jest na mnie wściekły - stwierdził, zjadł​szy ostatnie ciasteczko.

- Na pewno nie jest tak źle - pocieszyła go Kate. - Myślę, że jest mu smutno, bo nie może ci dać

tego,  czego  tak  bardzo  pragniesz.  Rodzice  zawsze  chcą  dać  swoim  dzieciom  to,  co  im  sprawia
radość, tylko że czasami po prostu nie mogą.

Doskonale pamiętała swoje własne dziecięce histerie i fochy. Zawsze potem było jej przykro i

gryzło ją sumienie. Tak samo jak teraz Jacka.

- A nie mogą, bo czasem to coś nie jest dobre dla dziecka, albo pora nie jest odpowiednia. A

zdarza się też, że po prostu nie mogą. Kiedy dziecko płacze, wrzeszczy i tupie nogami, to człowiek
przez chwilę rzeczywiście jest wściekły. Ale przede wszystkim bardzo smutny.

- Ja nie chciałem - szepnął Jack. Usteczka mu drżały, wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać.

- Wiem, kochanie. Przeprosisz tatusia i obaj zaraz poczujecie się lepiej. Zobaczysz.

- Czy twój tatuś krzyczał kiedyś na ciebie?

background image

- Owszem. - Kate się roześmiała. - Bardzo się wtedy na niego wściekałam, ale potem zwykle

docho​dziłam do wniosku, że sobie na to zasłużyłam.

- Czy ja też sobie zasłużyłem?

-  Niestety,  tak.  Przecież  wiesz,  że  twój  tatuś  cię  kocha.  Chciałby  ci  dać  wszystko,  czego

zapragniesz, ale nie zawsze może.

-  No.  -  Jack  pokiwał  główką  z  poważną  miną.  Ładna  jest,  pomyślał.  Ładna  i  miła.  Umie  się

bawić  i  czytać  bajki.  Nawet  lubię,  jak  mnie  całuje.  I  tak  fajnie  się  śmieje,  kiedy  udaję,  że  tego  nie
lubię. Tatuś też lubi ją całować. Powiedział, że lubi, a on nigdy nie kłamie.

Może ożeniłaby się z moim tatą? Tata mówi, że nie będzie chciała, ale jak ją ładnie poproszę...

Jak się zgodzi, to będzie żoną mojego tatusia i moją mamą. Zamieszkamy razem w naszym domu, a
kiedyś może pojedziemy do Disneylandu. Razem. Ja, Kate i mój tatuś.

- Nad czym tak rozmyślasz, przystojniaku?

- Zastanawiam się, czy...

- Jest twoja babcia! - Kate zerwała się, usłyszawszy dzwonek u drzwi. - Potem mi opowiesz, o

czym myślałeś. Tylko nie zapomnij!

Pobiegła  otworzyć.  Denerwowała  się.  Wzięła  głęboki  oddech  i  dopiero  po  tym  otworzyła

drzwi pań​stwu O'Connell.

- Cieszę się, że państwo przyjechali - powiedziała, zapraszając ich do środka. - Jack właśnie

kończy podwieczorek.

-  To  bardzo  miło,  że  się  pani  nim  zajęła.  -  Mary  O'Connell  weszła  pierwsza,  dyskretnie

rozejrzała  się  po  domu.  Ona  też  bardzo  starannie  się  tego  dnia  malowała,  choć  mąż  ostro  ją  za  to
skrytykował.

-  Zajmowanie  się  Jackiem  to  czysta  przyjemność.  Jest  wspaniałym  dzieckiem.  Proszę  do

środka. Czy mogę zaproponować państwu kawę?

- Nie będziemy robić kłopotu - odezwał się Bob.

- Ależ to żaden kłopot. Chyba że się państwo śpieszą.

- Musimy... - Bob urwał, dostawszy od żony dys​kretnego kuksańca.

-  Bardzo  chętnie  napijemy  się  kawy  -  powiedziała  pani  O'Connell.  -  Dziękujemy  za

zaproszenie.

-  Brody  będzie  przerabiał  też  naszą  kuchnię  -  mówiła  Kate,  prowadząc  za  sobą  gości.  -

Rodzice są zachwyceni remontem, jaki przeprowadził w moim domu.

background image

-  Mój  syn  jest  bardzo  zdolny  -  rzekła  z  dumą  pani  O'Connell.  Na  wszelki  wypadek  rzuciła

mężowi ostrzegawcze spojrzenie.

- Z mojej rudery zrobił prawdziwy pałac. Jack, zobacz, kogo ci przyprowadziłam.

- Cześć - powiedział Jack, nie ruszając się od sto​łu. - Bawiłem się z Kate.

Jaki  ojciec,  taki  syn,  pomyślał  ponuro  Bob,  choć  serce,  jak  zwykle,  wyrywało  mu  się  do

wnuka.

-  Kate  ma  zabawki  -  opowiadał  Jack.  -  Jej  mama  ma  cały  sklep  z  zabawkami.  Obiecała,  że

zabierze mnie tam w moje urodziny i będę sobie mógł wybrać, co będę chciał.

- To bardzo miło z jej strony. - Pani O'Connell przyglądała się Kate z namysłem.

Patrzyła,  jak  Kate  ustawia  na  stole  zastawę.  Odpowiednio  do  okazji,  bez  niepotrzebnej

przesady. I nie wytarła rozlanego przez Jacka kakao, tylko podała mu ściereczkę, żeby mógł sam po
sobie posprzątać.

Byłaby  z  niej  dobra  matka,  pomyślała  pani  O'Connell  z  uznaniem.  Ten  mój  słodki  okruszek

zasługuje na prawdziwą mamusię. No i na żonę pewnie też by się nadawała. Jest bardzo ładna...

- Całe miasto o niczym innym nie mówi, tylko o nowej szkole tańca - zaczęła pani O'Connell.

Za​czerwieniła się, gdy jej mąż prychnął z dezaprobatą. - Chyba nie może się pani doczekać otwarcia.

- Rzeczywiście, nie mogę. Mam już kilka uczennic. Za parę tygodni zaczynamy. Jeśli zna pani

kogoś, kto byłby zainteresowany, to będę wdzięczna za życz​liwe słowo.

- Shepherdstown to nie Nowy Jork - mruknął Bob, sięgając po cukiernicę.

- Oczywiście - zgodziła się Kate, choć usłyszała ukrytą w głosie Boba O'Connella przyganę. -

Bardzo  dobrze  mieszkało  mi  się  w  Nowym  Jorku  i  świetnie  pracowało.  Mam  tam  rodzinę,  więc
oczywiście  było  mi  łatwiej.  Uwielbiam  podróże,  nowe  miejsca  i  cieszę  się,  że  mogłam  tańczyć  na
największych scenach świata. Ale tu jest mój dom i tu chcę się osiedlić na stałe. Naprawdę uważa
pan, że w naszym mieście nie ma miejsca na szkołę baletową?

- Nie znam się na tym. - Bob wzruszył lekcewa​żąco ramionami.

-  A  ja  się  znam.  I  uważam,  że  porządna  szkoła  tańca  bardzo  nam  się  przyda.  Wprawdzie

Shepherdstown  to  małe  miasto  -  mówiła  Kate,  niespiesznie  popijając  kawę  -  ale  mamy  tu  przecież
uniwersytet. A uniwersytet przyciąga różnych ludzi ze wszystkich stron kraju.

- Czy mogę wziąć ciasteczko? - spytał Jack.

- Poproszę o ciasteczko - poprawiła chłopca babcia.

- Poproszę o ciasteczko - powtórzył posłusznie malec.

background image

Kate wstała, chcąc podać chłopcu o co prosił. Spojrzała w okno i zobaczyła Brody'ego. Dawał

jej jakieś znaki, robił śmieszne miny, więc przeprosiła i poszła mu otworzyć drzwi.

- Co to za wygłupy? - spytała.

- Nic takiego. - Szybko wszedł do sieni i staran​nie zaniknął za sobą drzwi.

Kate zaprowadziła go do kuchni.

-  Próbowałem  się  do  was  dodzwonić  -  powiedział  Brody,  przywitawszy  się  z  rodzicami.  -

Chciałem was uprzedzić, ale pewnie już byliście w drodze.

- Mieliśmy być po chłopca o trzeciej - mruknął Bob - więc przyjechaliśmy o trzeciej.

-  No  tak.  My  tymczasem  zmieniliśmy  plany.  -  Brody  spojrzał  na  Jacka,  który  siedział  ze

spuszczoną głową. - Dobrze ci było u Kate, synku?

Jack powoli skinął główką, ostrożnie zerknął na ojca. W jego oczach znów pojawiły się łzy.

-  Przepraszam,  że  byłem  niegrzeczny,  tatusiu.  Przepraszam!  Nie  chciałem  ci  sprawić

przykrości.

Brody przykucnął przy chłopcu, przytulił go do siebie.

- Przykro mi, że nie mogę cię zabrać do Disney​landu. I przepraszam, że na ciebie nakrzyczałem.

- Już się na mnie nie gniewasz?

- Nie. Wcale się nie gniewam.

- Kate powiedziała, że nie będziesz się gniewał.

- Jackowi momentalnie obeschły łzy.

- Miała rację. - Brody wziął synka na ręce, przy​tulił go, a potem postawił na podłodze.

- Będę mógł wrócić z tobą do pracy? Będę grzecz​ny. Obiecuję.

- Jasne, że byś mógł, tylko że ja już dziś nie wra​cam do pracy.

-  Jak  się  kończy  pracę  w  połowie  dnia,  nie  można  powiedzieć  o  sobie,  że  się  solidnie

pracowało - sko​mentował Bob O'Connell.

-  Owszem  -  Brody  rzucił  ojcu  gniewne  spojrzenie  -  ale  jeśli  czasami  nie  zrobi  się  przerwy,

żeby pobyć ze swoim synem, to nie można powiedzieć o sobie, że jest się dobrym ojcem.

-  Może  nie  byłem  dobrym  ojcem,  ale  za  to  ty  nigdy  nie  chodziłeś  głodny  -  warknął  Bob,

zrywając się od stołu.

background image

- Masz rację, tylko że ja chcę dać Jackowi trochę więcej niż pełny żołądek. Mam coś dla ciebie

-  rzekł  do  chłopca,  któremu  znów  zaczynała  się  trząść  bródka,  jak  zwykle,  kiedy  tata  i  dziadek  się
kłócili. - Wprawdzie nie jest to wycieczka do Disneylandu, ale mam nadzieję, że też ci się spodoba.

- Coś mi przyniosłeś? - Jack ciągnął ojca za kie​szeń. - Samochód? A może ciężarówkę?

- Nigdy nie zgadniesz. I wcale nie schowałem te​go do kieszeni. Jest na ganku.

- Mogę zobaczyć? Mogę? Mogę? - Nie czekając na odpowiedź, chłopiec już biegł do drzwi, już

naci​skał klamkę.

A kiedy stanął w progu, kiedy spojrzał w dół, a potem w górę na ojca, w tej jednej cudownej

chwili Brody dostał od życia wszystko, co naprawdę ma jakąś wartość.

- Piesek! Prawdziwy piesek! - Jack porwał na ręce mały czarny kłębuszek, który usiłował się

wdrapać na jego nogę. - To dla mnie? Naprawdę dla mnie?

-  Mam  wrażenie,  że  chciałby  cię  zatrzymać  -  stwierdził  Brody,  patrząc,  jak  psiak  radośnie

merda króciutkim ogonkiem, jak popiskuje i liże Jacka po twarzy.

- Patrz, babciu! Mam pieska! Nazwę go Mike. Zawsze chciałem mieć pieska i żeby się nazywał

Mike.

-  Śliczny.  -  Babci  piesek  też  się  spodobał.  -  Ma  grube  łapki.  Niedługo  będzie  większy  od

ciebie. Mu​sisz o niego bardzo dbać, Jack.

- Będę o niego dbał. Obiecuję. Zobacz, Kate. Po​patrz tylko! Mam pieska!

- Jest śliczny. - Kate nie mogła się powstrzymać. Przyklękła przy Jacku, a jego nowy przyjaciel

natych​miast serdecznie oblizał jej policzek. - Taki mięciutki. I taki słodki.

-  Każdy  chłopiec  powinien  mieć  psa  -  odezwał  się  Bob,  który  wciąż  jeszcze  był  pod

wrażeniem prztyczka, jakiego dał mu jego własny syn. - Ale kto się będzie nim zajmował, kiedy Jack
będzie  w  szkole,  a  ty  na  budowie?  Ty  nigdy  nie  pomyślisz,  tylko  od  razu  robisz,  co  ci  strzeli  do
głowy. Nigdy się nie zastanawiasz nad konsekwencjami.

- Bob. - Przerażona Mary dotknęła mężowskiego ramienia.

- Mam duże podwórko - odparł Brody. - Ogrodzone. Poza tym zazwyczaj pracuję w domach, w

których  są  psy.  Mike  będzie  chodził  ze  mną  do  pracy,  póki  nie  podrośnie  na  tyle,  żeby  mógł  sam
zostawać w domu.

-  Kupiłeś  tego  psa  dla  Jacka,  czy  dla  siebie?  Zdaje  mi  się,  że  chciałeś  uspokoić  swoje

sumienie.  Nie  możesz  chłopcu  zapewnić  takich  ferii,  jakie  ma  jego  przyjaciel,  więc  zamiast  tego
kupiłeś mu pieska.

- Ja już nie chcę do Disneylandu. - Jackowi znów zbierało się na płacz. - Chcę zostać w domu.

background image

Z tatusiem i z Mikiem.

- Wyjdź z pieskiem na spacer, Jack. - Kate zdobyła się na uśmiech, wyprowadziła chłopca do

przedpokoju. - Pieski bardzo lubią biegać po ogrodzie, prawie tak samo jak mali chłopcy. Musicie
się ze sobą poznać i zaprzyjaźnić. Ale najpierw włóż kurtkę.

Brody zmilczał. Wytrzymał, póki Kate nie pomogła się Jackowi ubrać, póki nie wystawiła go

na dwór i nie zamknęła za nim drzwi. Dopiero potem wybuch​nął.

- Nie twój zasmarkany interes, dlaczego kupuję swojemu synowi psa - syknął - ale ci powiem,

że  wybrałem  tego  szczeniaczka  trzy  tygodnie  temu.  Musiałem  tylko  trochę  poczekać,  aż  podrośnie  i
będzie  go  można  zabrać  od  matki.  Jack  miał  go  dostać  na  Wielkanoc,  tyle  że  właśnie  dziś
potrzebował jakiejś pociechy.

- Jak chcesz go nauczyć, żeby cię szanował, jeśli dajesz mu prezenty za każdym razem, kiedy ci

napyskuje?

- Ty całe życie uczyłeś mnie szacunku do siebie i co ci z tego przyszło?

- Przestańcie. - Mary załamała ręce. - To nie jest miejsce na takie...

-  Nie  będziesz  mi  dyktować,  co  i  kiedy  mam  mówić  -  warknął  Bob.  -  Trzeba  cię  było  bić

mocniej i częściej - zwrócił się do syna. - Ty zawsze wszystko robiłeś po swojemu. Nigdy nie było z
ciebie  pożytku,  tylko  same  kłopoty.  Teraz  też  bez  przerwy  pakujesz  się  w  jakieś  tarapaty,  dobijasz
swoją matkę. Miałeś mleko pod dziobem, jak uciekłeś do miasta, żeby sobie zmarnować życie.

- Nie uciekłem do żadnego miasta. Uciekłem od ciebie.

Głowa Boba odskoczyła do tyłu, jakby został spoliczkowany. Zrobił się biały jak płótno.

- A jednak wróciłeś! Muszę przyznać, że jakoś wiążesz koniec z końcem, za to nigdy nie masz

czasu dla dziecka. Ciągle przesiaduje u obcych ludzi, żebyś ty mógł zarabiać na chleb. Całe miasto
plotkuje o tym, jak zabawiasz się z panienkami, kiedy twój syn śpi w sąsiednim pokoju.

-  Tym  razem  pan  przesadził.  -  Gdyby  Kate  nie  była  taka  wściekła,  pewnie  by  zauważyła,  że

znów stanęła pomiędzy ojcem i synem, którzy w każdej chwili mogli sobie skoczyć do oczu. - Tak się
składa, że Brody nie zabawia się z żadnymi panienkami, tylko ze mną. I chociaż to naprawdę nic pana
nie  powinno  obchodzić,  to  powiem  panu,  że  nigdy  się  ze  mną  nie  zabawiał,  kiedy  Jack  spał  w
sąsiednim pokoju.

Bob zaniemówił. Wiedział, jak postępować z własnym synem, potrafił krótko trzymać żonę, ale

w tej chwili zapomniał języka w gębie.

-  Jeśli  nie  wie  pan,  że  Brody  raczej  dałby  sobie  uciąć  rękę  niż  w  jakikolwiek  sposób

skrzywdzić tego chłopca - syczała Kate jak podrażniona żmija - to jest pan nie tylko ślepy, ale i głupi.
Powinien się pan wstydzić! Nie ma pan prawa odzywać się w ten sposób do Brody'ego. Wspaniale
pokierował swoim życiem i świetnie wychowuje syna. Ale pan nigdy mu tego nie powie, bo pana na

background image

to po prostu nie stać.

- Na próżno strzępisz język - odezwał się Brody.

- Zamknij się! - Kate spojrzała na niego, jakby go chciała zabić wzrokiem. - Ty też masz sporo

na  sumieniu.  Nie  masz  prawa  odzywać  się  w  ten  sposób  do  swego  ojca.  Nie  wolno  ci  go  tak
traktować, i to w obecności własnego syna. Nie widzisz, że Jack się boi, że cierpi, kiedy wy dwaj
skaczecie sobie do oczu?

Cofnęła się, obrzuciła ich wściekłym spojrzeniem.

- Obaj razem wzięci macie mniej rozumu niż średnio zdolna małpa. Idę na dwór pobawić się z

Jackiem,  a  wy  sobie  róbcie  co  chcecie.  Jeśli  o  mnie  chodzi,  możecie  się  nawet  pozabijać.
Przynajmniej wreszcie będzie święty spokój.

Z impetem wypadła do ogrodu.

Jeszcze gotowała się ze złości, kiedy kilka minut później dołączył do niej Brody.

Usiadł  obok  niej  na  schodkach,  w  milczeniu  patrzył,  jak  Jack  biega  po  podwórku  ze  swoim

nowym przyjacielem, jak próbuje go nauczyć, by przynosił piłeczkę.

- Przepraszam, że zrobiłem awanturę w twoim do​mu - powiedział w końcu.

- Mój dom był świadkiem niejednej awantury i mam nadzieję, że jeszcze niejedną wytrzyma.

- No tak, ale nie powinniśmy się kłócić w obecno​ści Jacka.

Kate milczała.

-  Ze  mną  i  moim  ojcem  tak  już  jest  -  mówił  Brody.  -  Zawsze  tak  było.  Nawet  ty  tego  nie

zmienisz.

-  Zawsze  tak  było,  więc  już  zawsze  musi  tak  być?  Jeśli  człowiek  może  zmienić  jeden  aspekt

swojego życia, to może także zmienić każdy inny. Musisz tylko spróbować.

- Działamy sobie na nerwy, to wszystko. Na dobrą sprawę wcale nie powinniśmy się do siebie

zbliżać.

Nie  chcę,  żeby  Jack  miał  do  mnie  żal,  kiedy  dorośnie.  Pewnie  dlatego  jestem  wobec  niego

trochę nadopiekuńcza.

- Przestań się wreszcie o wszystko obwiniać. - Kate znów się zdenerwowała. - Nie widzisz, że

Jack jest szczęśliwym, wspaniałym dzieckiem?

- Widzę. - Brody się uśmiechnął.

background image

Jack zaśmiewał się do rozpuku. Tarzał się w trawie, podczas gdy psiak usiłował się na niego

wdrapać.

- Chyba wiesz, że jesteś dobrym ojcem. Włożyłeś dużo pracy i wysiłku w wychowanie Jacka i

nawet  tego  nie  zauważyłeś.  Wszystko  dlatego,  że  go  kochasz  -  tłumaczyła  mu  Kate.  -  Kochasz  go
bezwarunkowo. Ale  znacznie  trudniej  być  dobrym  synem.  Trzeba  w  to  włożyć  mnóstwo  wysiłku  i
znacznie  więcej  pracy.  Dlatego  człowiekowi  łatwiej  przychodzi  kochać  swoje  dziecko  niż  swoich
rodziców.

- Mój ojciec mnie nie kocha.

- Bzdury gadasz. On kocha ciebie, a ty jego, tylko nie chcecie się do tego przyznać. Gdybyście

się nie kochali, nie moglibyście się tak głęboko ranić.

Brody wzruszył ramionami. Ona nic nie rozumie, pomyślał. No bo niby skąd ma rozumieć?

- Pierwszy raz w życiu widziałem, jak mój ojciec oniemiał. Po prostu go zatkało. Chyba nigdy

żadna kobieta tak go nie potraktowała. Ja już się do tego przyzwyczaiłem.

Ale Kate nie tylko rozumiała; miała na ten temat jeszcze coś do powiedzenia.

- Przy pierwszej okazji przeprosisz swoją matkę zażądała. - Chyba że chcesz mieć ze mną do

czy​nienia.

-  Dobrze,  dobrze  -  zgodził  się  potulnie  Brody.  -  Czy  mogę  się  przedtem  trochę  pobawić  z

psem?

- Możesz - zgodziła się łaskawie.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Kate  wszystko  dokładnie  zaplanowała,  wszystko  przewidziała,  starannie  wybrała  najlepszy

moment. Jack nocował u dziadków, a Brody był wykończony po wyjątkowo intensywnych igraszkach
miłosnych.

- Mam coś dla ciebie - oznajmiła.

-  Jeszcze  coś?  -  zdziwił  się.  -  Dostałem  obiad,  wino  i  piękną  kobietę.  Czego  można  chcieć

więcej?

- Zaraz się dowiesz. - Kate się roześmiała, szyb​ciutko wstała z łóżka.

Nie mógł od niej oderwać oczu. Uwielbiał patrzeć, jak się poruszała, zwłaszcza gdy chodziła

naga po jego sypialni.

Ten pokój też wreszcie wykończył. Pracował po nocach, byleby tylko doprowadzić go do stanu

background image

używalności.  Skoro  -  zrządzeniem  opatrzności  -  ostatnio  służył  mu  nie  tylko  do  spania,  musiał
wyglądać przy​zwoicie.

Ściany  zostały  otynkowane  i  pomalowane  na  ciemnoniebieski  kolor,  bo  Kate  lubiła

zdecydowane barwy.

Brody  liczył  na  to,  że  wkrótce  i  podłoga  doczeka  się  cyklinowania.  Zasłony  i  reszta

drobiazgów musia​ły jeszcze trochę poczekać.

Ale  i  tak  lubił  patrzeć,  jak  Kate  chodzi  po  tym  pokoju.  Lubił  czuć  jej  obecność.  Kiedyś

zostawiła  kolczyki  na  toaletce.  Dziwnie  miło  zrobiło  mu  się  koło  serca,  kiedy  zobaczył  je  tam
następnego ranka. To było takie zwyczajne i bardzo sympatyczne. A on już prawie zapomniał, jak to
jest...

W pokoju było chłodno, więc Kate włożyła koszulę Brody'ego i poszła po swoją torebkę.

- Uwielbiam patrzeć, jak chodzisz w samej koszu​li - powiedział. - Muszę ci chyba kilka kupić.

- Będę ci bardzo wdzięczna. - Przysiadła na łóżku, rzuciła kopertę na nagi tors Brody'ego. - To

dla ciebie.

- Dla mnie?

Usiadł i rozerwał kopertę. Zdumiał się, gdy zoba​czył dwa bilety lotnicze.

- Co to jest?

- Bilety do Nowego Jorku i z powrotem. Dla cie​bie i dla Jacka. Na przyszły piątek.

- Dlaczego? - Brody patrzył nieufnie na bilety, potem spojrzał na Kate.

- Ponieważ bardzo chcę, żebyście pojechali. Byłeś kiedyś w Nowym Jorku?

- Nie, ale...

- Tym lepiej. Nie będziesz się nudził.

- Ale...

-  Parę  dni  temu  zadzwonił  do  mnie  maestro.  -  Kate  nie  pozwoliła  mu  dojść  do  głosu.  -  W

przyszłą  sobotę  dają  specjalne  przedstawienie.  Tylko  jedno,  na  cele  dobroczynne.  Fragmenty
rozmaitych  baletów  w  wykonaniu  różnych  artystów.  Davidov  dawno  mnie  prosił,  żebym  wzięła  w
tym udział. Nie zgodziłam się, bo mam teraz tyle spraw na głowie...

- Dlaczego zmieniłaś decyzję? - Brody był bardzo podejrzliwy.

- Tancerka, która miała wykonać pas de deux. z „Czerwonej Róży”, ma kontuzję. Niby nic, ale

background image

dziewczyna co najmniej przez dwa tygodnie nie wyjdzie na scenę. Dlatego maestro poprosił mnie o
zastępstwo.

- Ale co my z tym mamy wspólnego? - chciał wiedzieć Brody. - Ani ja, ani Jack nie zatańczymy

w balecie.

-  Na  pewno  nic  złego  wam  się  nie  stanie,  jeśli  jakiś  zobaczycie.  -  Kate  się  roześmiała.  -

Davidov  namówił  mnie,  żebym  zatańczyła  jeszcze  fragment  z  „Don  Kichota”,  więc  będziecie  mieli
jaki taki przegląd moich możliwości. Muszę dojść do formy przed przedstawieniem, więc wyjadę we
wtorek.

Brody'emu zrobiło się trochę nieprzyjemnie na samą myśl o tym, że Kate znów nie będzie. Na

szczęście to tylko trzy dni, pomyślał. W piątek się zobaczymy.

Lecz zaraz przypomniał sobie, że przecież nie może jechać za nią do Nowego Jorku, nie może

przyjąć od niej takiego drogiego prezentu. I na pewno nie wytrzyma na przedstawieniu.

- Nie mogę tak po prostu wziąć Jacka i pojechać do Nowego Jorku - zaprotestował.

- Dlaczego?

- Dzieciak nie może bez powodu opuszczać szko​ły. No i nie mamy z kim zostawić Mike'a.

- Żaden problem. - Wzruszyła ramionami. - Wyjedziecie w piątek po lekcjach. Akurat zdążycie

do Nowego Jorku na kolację. Zamieszkamy u mojej siostry. W sobotę rano obejrzycie sobie miasto, a
wieczorem  pójdziecie  na  przedstawienie.  W  niedzielę  znów  pójdziemy  zwiedzać  miasto,  zjemy
obiad u moich dziadków i wrócimy wieczornym samolotem. W poniedziałek rano wszyscy będziemy
z powrotem w pracy i w szkole.

- Ale...

- A Mike'a - Kate nie pozwoliła sobie przerwać - zabierzecie ze sobą.

- Mam taszczyć psa do Nowego Jorku?

- A co w tym złego? Moi siostrzeńcy będą za​chwyceni.

Brody widział, jak pułapka się zamyka.

-  Tacy  zwyczajni  ludzie  jak  ja  nie  latają  na  weekend  do  Nowego  Jorku.  -  Mimo  wszystko

spróbował walczyć, jakoś wydostać się z potrzasku.

-  Bzdury  gadasz.  -  Kate  go  pocałowała.  Miała  w  zanadrzu  jeszcze  jeden  argument,

najmocniejszy.  Specjalnie  schowała  go  na  sam  koniec.  -  Pomyśl,  jaką  frajdę  sprawisz  Jackowi.
Zobaczy Nowy Jork i odpłaci koledze pięknym za nadobne. Rod ciągle gada o Disneylandzie, no to
teraz  Jack  też  będzie  się  mógł  czymś  pochwalić.  Wyobraź  sobie,  jaką  minę  zrobi  Rod,  kiedy  się
dowie, że Jack był w miejscu, w któ​rym zginął King Kong.

background image

Trafiła celnie. Brody miał ochotę wyć.

- Nie zrozum mnie źle - spróbował jeszcze raz, choć przecież wiedział, że przegra z kretesem. -

Ja naprawdę nie przepadam za baletem.

- Jesteś pewien? - Kate zatrzepotała rzęsami. - Ile przedstawień widziałeś?

- Żadnego - mruknął Brody.

- No to skąd wiesz, że nie lubisz baletu?

- Publicznej egzekucji też nie oglądałem, a jednak mam przeczucie, że by mi się nie spodobała.

- Ależ ty jesteś uparty - westchnęła. - Spójrz na to z innej strony. Pokażesz Jackowi Nowy Jork,

dasz mu dwa dni wielkiej radości. To wszystko w zamian za dwie godziny śmiertelnej nudy. Zdaje
mi się, że to niewygórowana cena.

- O wszystkim pomyślałaś. - Brody pokręcił gło​wą, popatrzył na bilety.

- Raczej tak. No to jak będzie? Przyjedziecie?

- Jack oszaleje ze szczęścia, jak się dowie, że po​leci samolotem.

Jack  rzeczywiście  szalał  z  radości.  W  piątek  po  południu,  gdy  jechali  na  lotnisko,  omal  nie

wyskoczył ze skóry.

- Tatusiu, spytaj, czy Mike może lecieć z nami. Nie chcę, żeby był sam. Będzie się bał.

- Nie wolno zabierać psów do kabiny pasażerskiej, ale nie bój się, na pewno nic złego mu się

nie  stanie.  Ma  swoje  zabawki  i  wcale  nie  będzie  sam.  W  przedziale  dla  psów  polecą  razem  z  nim
jeszcze dwa inne psy.

- No tak. - Jack łatwo dał się przekonać. Przyglądał się chciwie wszystkiemu, co działo się na

lotnisku, po drodze do samolotu i w samym samolocie.

Stewardesa  natychmiast  się  zorientowała,  że  to  pierwszy  lot  chłopca.  Zaprowadziła  go  do

kabiny pilotów i dała mu plastikowe skrzydła. Nim samolot uniósł się w powietrze, Jack postanowił,
że kiedy do​rośnie, też zostanie pilotem.

Przez całą godzinę zasypywał ojca pytaniami. Siedział przyklejony do szyby, co zresztą wcale

nie przeszkadzało mu w mówieniu. Brody był wykończony, a Jack w siódmym niebie. Jeszcze nigdy
w życiu nie miał takiej uciechy.

Brody  trochę  się  bał,  czy  wytrzyma  całe  dwa  dni  w  towarzystwie  licznej  rodziny  Kate.  I  do

tego jesz​cze to przedstawienie!

Weekend w Nowym Jorku, balet, pomyślał. Powinienem teraz siedzieć w domu i cyklinować

background image

podłogi. Roboty jest tyle, że nie wiadomo, w co najpierw ręce włożyć, a ja się tymczasem włóczę po
świecie jak jakiś bogacz.

Doszedł do wniosku, że wszystkiemu jest winna Kate. To ona zmieniła całe jego życie. Jego i

Jacka. Dopiero teraz Brody naprawdę się przestraszył. Nie​stety, było już za późno, żeby się wycofać.

Wyszedł  do  sali  przylotów  z  podręcznym  bagażem  w  jednej  ręce,  z  łapką  Jacka  mocno

wciśniętą  w  drugą.  Postanowił  przede  wszystkim  zachować  spokój.  W  końcu  to  tylko  dwa  dni,
powtarzał sobie w duchu. Nie takie rzeczy wytrzymałem.

Szukał wzrokiem Kate, ale nigdzie jej nie było.

Tylko  jakiś  wysoki  blondyn  gwałtownie  machał  do  niego  ręką.  Brody  nijak  nie  mógł  sobie

przypomnieć, jak ten człowiek ma na imię.

- Jestem Nick LeBeck, szwagier Kate. - Blondyn wybawił go z kłopotu. - Zamelinujecie się u

nas, chłopaki. Kate miała was odebrać, ale zrobili jej do​datkową próbę.

- Dzięki, że po nas przyjechałeś - mruknął Brody.

- Naprawdę nie ma za co. - Nick się uśmiechnął i pochylił, żeby uścisnąć dłoń Jacka. - Cieszę

się,  że  do  nas  przyjechałeś.  Max  nie  może  się  doczekać,  kiedy  cię  zobaczy.  Poznaliście  się  na
noworocznym przyjęciu, pamiętasz?

- No. Kate mówiła, że będziemy u was spać przez dwie noce.

- Jasne. I będzie też uroczysty obiad. Lubisz zupę z rybich łebków?

Oczy Jacka zrobiły się wielkie z przerażenia. Po​woli pokręcił głową.

- My też nie lubimy. - Nick się roześmiał. - Dla​tego nigdy nie gotujemy tego paskudztwa.

Okazało się, że pobyt w obcym mieście u obcych ludzi, których prawie nie znał, nie był aż tak

bardzo krępujący, jak się Brody spodziewał.

Jack z marszu podjął zawartą jakiś czas temu znajomość z Maxem, jakby rozstali się nie dalej

niż go​dzinę temu. Mike podbił wszystkie serca.

Niestety, przy okazji nasikał na dywan. Pewnie ze zdenerwowania i nadmiaru wrażeń.

- Naprawdę bardzo przepraszam. W domu już te​go nie robi - tłumaczył psiaka Brody.

- Nic się nie stało. - Freddie wręczyła Brody'emu ścierkę. - U nas ciągle coś się wylewa. Już

dawno przestaliśmy się tym przejmować i tobie radzę zrobić to samo.

Brody posłuchał jej rady. Z przyjemnością i wielkim zainteresowaniem patrzył, jak Jack radzi

sobie w rodzinie, jak układa swe stosunki z dziećmi LeBecków. Bardzo ładnie się bawił z trzyletnią

background image

Kelsey. Zachowywał się tak, jakby był jej prawdziwym starszym bratem.

Nick  zabrał  gościa  do  pokoju  muzycznego.  Stało  tam  stare,  solidnie  podniszczone  pianino,

które Nick dostał ponad dziesięć lat temu, i kilka wygodnych foteli. Na półkach umieszczono posążki
Tony'ego  przyznawane  w  nagrodę  za  wybitne  osiągnięcia  artystyczne  oraz  mnóstwo  płyt
kompaktowych. Ściany były wyłożone dźwiękochłonną korkową tapetą, panował błogi spokój. Jakby
w sąsiednim pokoju nie szalały żadne dzieci.

- Napijesz się piwa? - spytał Nick, otwierając lo​dówkę schowaną w szafce.

- Z przyjemnością - odparł Brody.

- Podróżowanie z dziećmi to prawdziwy koszmar. - Nick otworzył butelki. - Wypijmy za to, że

choć przez dziesięć minut nie będziemy słyszeć naszych kochanych dzieci.

- Odkąd w piątek przywiozłem Jacka ze szkoły, ani na chwilę nie przestał mówić. Pobił dziś

wszelkie rekordy.

- Dobrze, że nie lecieliście przez Atlantyk.. Dziesięć godzin z dwójką dzieci. - Nick zadrżał na

wspomnienie  tego  przeżycia.  -  Nie,  lepiej  o  tym  nie  wspominać,  bo  potem  obaj  będziemy  mieli
ko​szmarne sny.

- Świetnie mieszkacie - stwierdził Brody, rozsiadając się w fotelu. - Myślałem, że w Nowym

Jorku są tylko małe mieszkania, których okna wychodzą na drapacze chmur.

-  Kiedyś  mieszkaliśmy  w  takim  miejscu.  Nad  barem  mojego  brata.  Fantastyczny  bar  -  dodał

Nick gwoli sprawiedliwości - i mieszkanie też całkiem nie​złe, ale nie było tam miejsca na dzieci.

Stuknęły drzwi, do cichego wnętrza wdarły się przytłumione, wesołe głosy.

- Wróciła nasza primabalerina - domyślił się Nick.

Po chwili do pokoju muzycznego weszła Kate.

-  Przepraszam  za  spóźnienie  -  powiedziała.  Cmoknęła  Nicka  w  policzek,  pocałowała

Brody'ego.  -  I  przepraszam,  że  nie  odebrałam  was  z  lotniska.  Davidov  ma  swój  dobry  dzień.  Ten
facet może czło​wieka wykończyć. Nick, bądź tak dobry i nalej mi kieliszek wina.

- Już się robi. - Nick zerwał się z fotela, usadził na nim Kate.

-  Przy  okazji  powiedz  Freddie,  że  zaraz  do  nich  wrócę,  tylko  muszę  chwilę  odsapnąć  -

poprosiła.

- Nie gadaj tyle - ofuknął ją szwagier. - Siadaj i daj wypocząć tym swoim bezcennym stopom.

- O niczym innym nie marzę. - Kate zdjęła panto​fle i westchnęła z ulgą.

background image

Brody  oniemiał.  Krzyknął,  ukląkł  przy  Kate  i  ostrożnie  ujął  w  dłonie  jej  stopę.  Owiniętą

banda​żem, prawie zmasakrowaną. Druga była w takim sa​mym stanie.

- Coś ty ze sobą zrobiła?

- Nic wielkiego. - Wzruszyła ramionami. - Mia​łam próbę.

- Tańczyłaś na krwawiących stopach?

- Czasami trzeba i tak. U Davidova to się często zdarza.

- A nie można by go zastrzelić?

-  W  każdym  razie  warto  spróbować  -  mruknęła  Kate,  układając  się  w  fotelu  i  przymykając

oczy. - Balet nie jest dla mazgajów, mój drogi. Obolałe i krwawiące stopy to cecha charakterystyczna
wszy​stkich tancerzy. Ale nie martw się. Do wesela się zagoi.

- Na pewno. Nie wiem tylko, jak ty jutro zatań​czysz na czymś takim.

- Wspaniale - odparła. - Jak zwykle zresztą.

- Wątpię - mruknął Brody, ale nie powiedział nic więcej, bo właśnie wrócił Nick z kieliszkiem

i butelką czerwonego wina.

- Brody uważa, że trzeba zastrzelić Davidova - powiedziała Kate. - A ty co o tym sądzisz?

-  Jestem  za.  -  Nick  spojrzał  na  jej  pokiereszowane  stopy.  -  Strasznie  to  wygląda.  Mam  ci

przynieść lodu?

- Na razie nie. Potem się tym zajmę. Teraz nie mam siły.

- Zajmiesz się tym natychmiast! - Nie pytając jej o zdanie, Brody podniósł Kate z fotela, wziął

ją na ręce.

- Daj spokój, Brody - broniła się Kate. - To napra​wdę nic wielkiego.

- Zamknij się - warknął i wyniósł ją z pokoju.

- Facet jest ugotowany - powiedział do siebie Nick.

Freddie przez cały wieczór o niczym innym nie myślała i prawie o niczym innym nie mówiła.

- Jakie to romantyczne - westchnęła. - Zaniósł ją do łazienki, wsadził do wanny i cały czas przy

niej siedział. Szkoda, że nie widziałeś jego miny!

- Widziałem. - Nick machnął ręką. - Mówiłem ci, że facet jest ugotowany.

- A jak on na nią patrzy - rozczuliła się Freddie. - Zwłaszcza wtedy, kiedy myśli, że nikt tego

background image

nie widzi.

- Ja też na ciebie patrzę - oburzył się Nick.

- Ale nie tak - prychnęła Freddie.

- Uważasz, że nie jestem romantyczny?

- Już nie. - Freddie doskonale się bawiła. Zaczęła szczotkować włosy, ale Nick porwał ją na

ręce. Nawet krzyknąć nie zdążyła, bo zaniknął jej usta pocałunkiem.

- Brakuje ci romantyzmu, skarbie? - spytał. - Proszę bardzo. Będzie romantycznie.

Kate była wykończona, ale teraz, kiedy Brody spał zaledwie o parę metrów od niej, nie mogła

sobie znaleźć miejsca. Bardzo go pragnęła. Wiedziała, że nie odważy się do niej przyjść, więc ona
musiała iść do niego.

Narzuciła  szlafrok  i  wyszła  ze  swojego  pokoju.  Po  drodze  zajrzała  jeszcze  do  dzieci.  Cała

trójka spała kamiennym snem. Nawet pies posapywał, kompletnie wykończony.

Ostrożnie  otworzyła  drzwi  pokoju  Brody'ego.  Skrzypnęły  cichutko.  Brody  stał  przy  oknie

półnago, zgrabny jak grecki bóg. Kate zamknęła drzwi, ostroż​nie przekręciła zamek.

Szlafrok,  który  miała  na  sobie,  kupiła  poprzedniego  dnia.  Miała  godzinę  przerwy,  więc

wyskoczyła  do  miasta  i  pod  wpływem  impulsu  zrobiła  ten  idiotyczny  sprawunek.  Nie  wiedziała,
dlacze​go to zrobiła. Nie potrzebowała jedwabnego szlaf​roczka.

Dopiero  teraz,  kiedy  zobaczyła  wyraz  twarzy  Brody'ego,  kiedy  usłyszał  szelest  jedwabiu,

pomyślała, że warto było zaszaleć.

-  Dobrze,  że  jesteś  -  szepnął,  przytulając  ją  do  siebie.  -  Właśnie  sobie  myślałem,  jaki  to

koszmar  mieć  cię  tak  blisko  i  nie  móc  cię  nawet  dotknąć.  Bałem  się,  że  przez  całą  noc  nie  zmrużę
oka.

- Teraz już możesz mnie dotykać. A o spaniu na razie nie ma mowy.

Nie mógł uwierzyć, że jeszcze nie tak dawno nie chciał się poddać jej urokowi, że walczył z

nią  i  z  własnym  pożądaniem.  Kate  była  spełnieniem  jego  najskrytszych  marzeń,  realizacją
najśmielszych snów.

Cała w jedwabiach i ruchomych cieniach, a przy tym rzeczywista, tak bardzo prawdziwa.

Zsunął  z  jej  ramion  jedwabny  szlafrok.  Pod  spodem  nie  było  nic  prócz  jej  cudownego,

sprężystego ciała.

Była dla niego całym światem. Brody nie umiał sobie wyobrazić, jak wyglądałoby jego życie,

gdyby  mu  nagle  zabrakło  tej  cudnej  kobiety,  tego  niezawodnego,  mądrego  przyjaciela.  Nareszcie

background image

zrozumiał. Wreszcie odważył się do tego przyznać. Na razie tylko przed sobą.

- Co się stało? - Przesunęła dłonią po jego wło​sach.

- Nic takiego. - Pocałował ją. Postanowił natych​miast przestać myśleć.

Przez  okna  wlewały  się  do  pokoju  światła  wielkiego  miasta,  stłumione  odgłosy  ulicznego

ruchu. Ale to się nie liczyło. Ważna była tylko Kate.

Obudził  się,  chciał  ją  do  siebie  przytulić,  ale  Kate  nie  było.  Leżał  sam  w  pustym  łóżku,  w

pokoju, do którego już zaczęło przenikać światło poranka.

Kate stała przy oknie i przewiązywała paskiem szlafrok.

- Co się stało? - spytał półprzytomny.

-  Przepraszam,  nie  chciałam  cię  obudzić  -  szepnęła.  Na  palcach  podeszła  do  łóżka  i

pocałowała go delikatnie. - Muszę iść. Mam lekcję.

- Dajesz lekcje tańca w samym środku nocy?

- Nie daję, tylko biorę, i nie w nocy, tylko rano. Dochodzi szósta.

Starał  się  myśleć  logicznie,  lecz  umysł  nie  bardzo  chciał  pracować  po  niespełna  czterech

godzinach snu.

- Ty bierzesz lekcje? Po co? Przecież chyba umiesz tańczyć.

- Umiem.

- To po co ci lekcje? W dodatku o szóstej rano?

-  Muszę  się  uczyć,  bo  jestem  tancerką,  a  tancerze  uczą  się  do  końca  życia.  A  na  pewno  do

końca  kariery.  Mam  lekcję  o  siódmej  rano,  ponieważ  o  jedenastej  jest  próba  kostiumowa. A  teraz
śpij.

Myślała, że Brody coś powie, ale się nie odezwał.

- No - powiedziała do siebie - przynajmniej jed​no polecenie wykonał bez szemrania.

-  Na  pewno  możemy  tam  wejść?  -  Brody  miał  wątpliwości,  czy  ktokolwiek  przy  zdrowych

zmysłach wpuści do teatru brygadę złożoną z trójki dorosłych, trójki dzieci i jednego wielorasowego
szcze​niaka.

- Jasne - odparła Freddie. - Kate wszystko zała​twiła.

Nie przekonała go, ale Brody nie zamierzał się spierać. Już wiedział, że siostrom Kimball nie

background image

warto się sprzeciwiać. Zwłaszcza jeśli się spało tylko pięć godzin.

Dzieci wstały przed siódmą. Narobiły tyle hałasu, że obudziły chyba cały Manhattan. A gdyby

ktoś  cierpiał  na  chroniczną  głuchotę  i  nie  zareagował  na  wrzaski  dzieci,  na  pewno  usłyszałby
przeraźliwe, radosne poszczekiwanie Mike'a.

Zaraz po śniadaniu wybrali się na wycieczkę po mieście. Na piechotę! Zwiedzili Empire State

Building i znajdujący się tam sklep z upominkami. Poszli na Times Square i zajrzeli do tamtejszego
sklepu z upominkami. Widzieli Grand Central Station. I sklep z upominkami także.

Po  tych  doświadczeniach  Brody  doszedł  do  wniosku,  że  obejrzenie  próby  kostiumowej  w

teatrze nie jest takim złym pomysłem. W teatrach zwykle stoją fotele i nie ma sklepów z upominkami.

- Buzie na kłódkę - ostrzegł dzieciaki Nick - bo inaczej nas stąd wyrzucą. Ciebie też to dotyczy,

fu​trzaku - dodał, drapiąc za uchem Mike'a.

Siedząca za wysokim kontuarem kobieta spojrzała na nich znad okularów w drucianej oprawie.

-  Dawno  pani  nie  widziałam,  pani  Kimball  -  powiedziała.  -  Pana,  panie  LeBeck,  jeszcze

dłużej. Wi​dzę, że przyprowadziliście swoją gromadkę.

- Kate uprzedziła? - upewniła się Freddie.

- Owszem. Czy któreś z tych dzieci zna może ro​syjski?

- Nie.

- Dobrze się składa, bo Davidov jest dziś w wyjątkowej formie. Reska zostawcie tutaj. Gdyby

ten nieborak przypadkiem źle się zachował na widowni, to maestro mógłby go zjeść żywcem. Tutaj
przynajmniej będzie bezpieczny. Jak ten wasz psiak się wabi?

- To mój piesek - pochwalił się Jack. - Nazywa się Mike.

- Zaopiekuję się twoim pieskiem - zapewniła po​rtierka.

Jack niezbyt chętnie oddał Mike'a w obce ręce.

- Ale jakby płakał, to niech pani po mnie przyjdzie - poprosił.

- Na pewno przyjdę - obiecała portierka. Wrzaski Davidova rozlegały się w całym teatrze.

-  Ominiemy  kulisy  i  wejdziemy  na  widownię  przez  foyer  -  oznajmiła  Freddie.  -  Tak  będzie

bez​pieczniej.

- Czy on naprawdę zjada pieski? - spytał szeptem Jack.

- Nie. - Brody wziął synka za rękę. - Ta pani żartowała.

background image

Mam nadzieję, dodał w myślach. Być może nie jadał psów, ale na tancerzach używał sobie ile

wle​zie.

Davidov dramatycznym gestem przeciął ręką po​wietrze, uciszył orkiestrę.

-  Ty  i  ty!  -  Wskazującym  palcem  dziobał  parę  tancerzy  spoconych  jak  myszy  kościelne.  -

Wynoście  się!  Won  z  mojej  sceny!  Pod  prysznic!  Wrócić  za  godzinę!  Może  wtedy  będziecie  się
poruszać jak tan​cerze. Kimball i Blackstone! - wrzasnął. - Do mnie!

Chodził  tam  i  z  powrotem  po  wielkiej  scenie:  szczupły  starszy  pan  z  burzą  siwych  włosów.

Twarz miał zimną jak zastygła maska.

- Boję się - szepnął Jack.

- Cii. - Brody usiadł w fotelu, posadził sobie syn​ka na kolanach.

W rzędzie przed nimi siedziała samotnie jakaś ko​bieta.

Wtem na scenę wyszła Kate.

- Spójrz, tatusiu - szeptał Jack - to Kate.

- Tak, widzę. Bądź cicho.

Włosy  miała  rozpuszczone,  lśniący  czerwony  kostium.  Od  talii  do  kolan  spływała  cieniutka

spódniczka  z  czerwonego  szyfonu.  Kate  podparła  się  pod  boki,  przeszła  przez  scenę,  stanęła  przed
Davidovem.

- Wygoniłeś mnie ze sceny. Nigdy więcej tego nie rób.

- Wyganiam cię i wołam, a tobie nic do tego. Ja jestem od rządzenia, a ty od tańczenia. Ty! -

Pokiwał palcem na wysokiego mężczyznę w białym kostiumie, który wyszedł na scenę razem z Kate.
- Odsuń się. Zaczekaj. „Czerwona Róża” - powiedział do orkiestry. - Pierwsze solo. Kimball. Jesteś
Carlotta - zwrócił się do Kate - więc bądź Carlotta, do cholery. Światło!

Kate  wciągnęła  powietrze,  zajęła  pozycję.  Lewa  noga  z  tyłu,  stopa  odwrócona,  prosta  jak

linijka,  ramiona  lekko  uniesione,  wygięte  w  miękkie  łuki,  głowa  buntowniczo  wzniesiona  w  górę.
Pojedynczy re​flektor oświetlał ją jak pochodnia.

Odezwała się muzyka. Kate zaczęła tańczyć.

To  był  bardzo  trudny  układ.  Ruchy  Kate  były  szybkie  jak  błyskawice,  stopy  fruwały  w

powietrzu.

Urwała gwałtownie, zatrzymała się dokładnie w tym samym miejscu i w tej samej pozycji, od

jakiej rozpoczęła.

background image

Przytrzymując dłońmi mocno bijące z wysiłku serce, spojrzała wyzywająco na Davidova, bez

słowa zakręciła się w piruecie i zniknęła ze sceny.

Brody  nigdy  w  życiu  nie  widział  nic  podobnego.  Nie  miał  pojęcia,  że  człowiek  może  się  tak

przemie​nić. To były prawdziwe czary. Wciąż jeszcze o tym myślał, gdy Kate znów sfrunęła na scenę.

Teraz  tańczyła  z  partnerem,  z  tym  mężczyzną  w  białym  kostiumie.  Brody  nie  widział

drobniutkich  kroczków,  pozwalających  tancerzom  utrzymać  równowagę,  nie  widział  drżących  z
wysiłku mięśni, tylko prędkość, bajeczną płynność ruchów. Z tej bajki wyrwał go niespodziewanie
ostry wrzask.

- Stop! Stop! Stop! - Davidov machał rękami jak wiatrak. - Co to jest? Co to ma znaczyć? Nie

ma  w  was  ani  kropli  krwi.  Nie  macie  ani  trochę  pasji!  Nie  jesteście  w  parku  na  niedzielnym
spacerku! Gdzie ogień? Nie widzę ognia!

- Ja ci zaraz dam ogień. - Kate zrobiła piruet, w jednej chwili znalazła się przy Davidovie.

- Zatańczysz ze mną. - Chwycił ją w talii. - Po​każ mi, co potrafisz.

Podniósł ją do góry. Kate klęła na czym świat stoi, jak błyskawica zeskoczyła na ziemię, choć

muzyka  grała  w  tej  chwili  tylko  w  jej  uszach.  Davidov  złapał  ją,  obrócił  w  potrójnym  piruecie,
opuścił  niziutko,  aż  dotknęła  głową  desek  sceny.  Jeden  gwałtowny  ruch  i  znów  znalazła  się  na
pointach. Jej oczy lśniły niebez​piecznie.

- Teraz dobrze. Powtórz. Tylko nie przestawaj się złościć.

- Nienawidzę cię!

-  Nie  mnie.  Jego!  -  Davidov  wskazał  tancerza  w  białym  kostiumie.  Machnął  ręką,  zagrała

muzyka.

- Czego on od niej chce? - spytał głośno Brody. Z tego wszystkiego zapomniał, gdzie jest i że

powi​nien siedzieć cicho. - Krwi?

Siedząca przed nim kobieta odwróciła się do Brody'ego.

- No właśnie - powiedziała z uśmiechem. - Z nim tak zawsze. To trudny człowiek.

- Tatuś mówi, że trzeba go zastrzelić - pośpieszył z informacją Jack.

-  Nie  tylko  twój  tata  tak  uważa.  -  Kobieta  się  roześmiała,  choć  na  scenie  wciąż  tańczono  i

przeklinano.

- Jest bardzo surowy, zwłaszcza dla najlepszych. Wiem coś o tym, bo sama z nim tańczyłam.

- Na panią też wrzeszczał?

background image

-  Oczywiście.  On  na  mnie,  a  ja  na  niego.  Dzięki  temu  coraz  lepiej  tańczyłam.  Ale  zawsze

okropnie mnie złościł.

- I co mu pani zrobiła? - Jack był bardzo ciekaw.

- Dała mu pani w nos?

- Nie. Wyszłam za niego za mąż. - Uśmiechnęła się ciepło do Brody'ego. - Nazywam się Ruth

Bannion. A pan pewnie jest tym przyjacielem Kate.

- Przepraszam - zreflektował się Brody. - Nie po​winienem mówić w ten sposób o pani mężu.

-  Nic  się  nie  stało.  -  Kobieta  znów  się  śmiała.  -  Davidov  wyzwala  w  człowieku  najgorsze

uczucia.  W  ten  sposób  zmusza  tancerzy,  żeby  dali  z  siebie  wszystko.  Uwielbia  Kate.  Nie  może
odżałować, że opuściła zespół. - Ruth popatrzyła na scenę. - Niech pan tylko na nią popatrzy. Będzie
pan wiedział, dla​czego.

- Dosyć! - Davidov wrzasnął tak głośno, że słychać go było nie tylko w całym teatrze, ale i na

sąsied​niej ulicy. - Odpocznijcie. Mam nadzieję, że wieczo​rem będziecie mieli więcej energii.

Krew dudniła w uszach Kate, stopy bolały potwornie, ale zostało jej jeszcze trochę energii na

krótki  występ  wokalny.  Sklęła  Davidova  po  ukraińsku,  więc  Brody  nic  z  tego  nie  zrozumiał.  Prócz
tego, że Kate przeklina swojego kata.

-  Myślisz,  że  jak  klniesz  po  ukraińsku,  to  ja  nie  rozumiem,  bo  jestem  Rosjaninem  -  rzekł

Davidov, gdy skończyła. - Dawno się tak nie pomyliłaś, moja złota. Powiedziałaś, że mam świńskie
serce.

- Mówiłam o świńskim ryju - warknęła i zeszła ze sceny.

Nie widziała, że Davidov patrzy na nią z lekkim uśmiechem na ustach i błyskiem w oczach.

- A nie mówiłam? - Ruth znowu się uśmiechnęła. - On ją uwielbia.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Miała  na  sobie  krótki  czerwony  szlafroczek  i  pełny  sceniczny  makijaż,  włosy  upięte  w

wymyślny kok, tak samo jak podczas drugiego wykonywanego przez nią tańca.

Publiczność zwariowała na jej punkcie. Brody też.

Właśnie  przyszedł,  by  jej  to  powiedzieć,  i  znalazł  ją  w  objęciach  starego  Rosjanina.  Tego

samego, którego przed południem tak paskudnie zwymyślała.

Brody miał ochotę zabić ich oboje, nie wiedział tylko, od kogo zacząć.

background image

- Przepraszam - mruknął.

-  Brody!  -  zawołała  rozpromieniona  Kate.  Wyciągnęła  do  niego  rękę,  lecz  Davidov  jej  nie

puścił. Ostrym spojrzeniem otaksował Brody'ego.

- Czy to jest ten twój stolarz? Ten, który chce mnie zastrzelić? Teraz ma jeszcze jeden powód.

Nie po​doba mu się, że cię całuję.

- Nie podoba mi się, że on cię całuje - potwierdził Brody.

- Nie wygłupiaj się. Przecież to Davidov.

-  Wiem.  -  Brody  zamknął  za  sobą  drzwi  garderoby.  Nie  chciał,  by  wszyscy  widzieli,  jak

morduje sławnego tancerza. - Poznałem jego żonę.

- Mówiła mi o tym. - Davidov po raz pierwszy zwrócił się do Brody'ego, jakby dopiero teraz

uznał w nim człowieka. - Polubiła cię. I twojego chłopacz​ka też.

Davidov ucałował włosy Kate. Uwielbiał patrzeć, jak Brody się wścieka.

-  Moja  żona  wie,  że  jestem  tutaj  -  ciągnął.  -  Ona  wie,  że  muszę  wycałować  tę  naszą

dziewuszkę.  -  Wziął  Kate  za  ręce.  -  Była  cudowna.  Rewelacyjna!  Nigdy  jej  nie  wybaczę,  że  mnie
zostawiła.

- Jestem taka szczęśliwa! - zawołała Kate.

-  Szczęśliwa!  -  prychnął  Davidov.  -  Nie  obchodzi  mnie,  czy  jesteś  szczęśliwa,  bylebyś

tańczyła. To opinia twojego szefa. A jako przyjaciel - z westchnieniem ucałował jej dłonie - cieszę
się, że masz to, czego chciałaś.

- Jak się pan od niej odsunie, to ja też będę szczęś​liwy - oświadczył Brody.

- Zazdrość to brzydkie uczucie - rzekła Kate, marszcząc nos. - A w tym przypadku zupełnie nie

na miejscu.

- Morderstwo też nie jest piękne, ale przynajmniej pasuje do sytuacji.

- Zaraz sobie pójdę - obiecał Davidov - ale jeszcze coś jej powiem. Nikt nie potrafi zatańczyć

Carlot​ty tak jak ty, Kate. Jesteś najlepsza i bardzo mi ciebie brakuje.

- A niech to! - mruknęła Kate i wierzchem dłoni otarła łzy.

- Więc jeśli nie będziesz bardzo, ale to bardzo szczęśliwa - ciągnął wielki tancerz - to zabiorę

cię z tej twojej Wirginii. Siłą. - Ujął jej twarz w obie dłonie i spytał po rosyjsku: - Czy chcesz tego
męż​czyzny?

Da. - Skinęła głową.

background image

- To dobrze. - Westchnął, pocałował ją w czoło.

- Kocham swoją żonę - zwrócił się do Brody'ego.

- Poznałeś ją, to chyba rozumiesz. Jest moim najwię​kszym skarbem. Katiusza też jest skarbem.

- Ale moim skarbem - syknął Brody, choć właści​wie już nie był wściekły.

-  Racja  -  zgodził  się  Davidov.  -  Gdyby  jakiś  obcy  facet  całował  mój  skarb,  to  bym  mu  nogi

połamał. No, ale ja jestem Rosjaninem.

- Ja zwykle zaczynam od łamania rąk - wyjaśnił Brody. - No, ale ja jestem Irlandczykiem.

-  Podobasz  mi  się!  -  Davidov  się  roześmiał  i  klepnął  Brody'ego  po  plecach.  -  Tak  trzymaj,

chłopcze.

- Czy on nie jest cudowny? - spytała Kate, gdy drzwi garderoby zamknęły się za baletmistrzem.

- Parę godzin temu go nienawidziłaś.

- Ach! - Kate machnęła ręką, usiadła przed lu​strem i zaczęła zmywać charakteryzację. - To było

na próbie. Na próbach zawsze go nienawidzę.

- A po przedstawieniu go całujesz?

- Tylko wtedy, kiedy bardzo dobrze mi poszło. To potwór i geniusz w jednej osobie. Po prostu

Davidov - powiedziała, jakby to wszystko wyjaśniało. - Nie byłabym taką tancerką, może nawet nie
byłabym taką kobietą jaką jestem, gdybym z nim nie pracowała.

Bardzo  wiele  nas  łączy,  ale  nie  seks.  Tego  nigdy  miedzy  nami  nie  było.  On  uwielbia  swoją

żonę.

- A więc to tylko na niby?

- Oczywiście. - Kate się roześmiała. - Piłkarze też się obściskują, kiedy któryś strzeli gola.

- No dobra, niech ci będzie. - Brody wreszcie się uspokoił.

- Pięknie tańczyłam, prawda? - Kate natychmiast zmieniła temat. - Podobało ci się?

-  Byłaś  niesamowita.  Nigdy  w  życiu  nie  widziałem  nic  podobnego.  Nie  przypuszczałem,  że

człowiek może się poruszać tak jak ty.

- Jestem taka szczęśliwa! - Zerwała się z taboretu, podbiegła do Brody'ego, zarzuciła mu ręce

na szyję. - Chciałam, żeby ci się podobało. Strasznie chciałam, żebyś polubił balet.

- No i ci się udało - zapewnił ją Brody. - Uwiel​biam balety, w których ty tańczysz.

background image

-  Tak  się  cieszę!  Wiesz,  że  cała  moja  rodzina  była  dziś  na  widowni?  Nawet  rodzice

przyjechali.  No  i  oczywiście  babcia  z  dziadkiem,  wszystkie  ciotki,  wujkowie  i  kuzyni. A  Brandon
przysłał kwiaty.

Wzięła z pojemnika chusteczki, wytarła nos, usiad​ła z powrotem przed lustrem.

- Bardzo się denerwowałam - ciągnęła. - Bałam się, że zrobi mi się słabo, ale kiedy usłyszałam

muzykę...  Wiesz,  wtedy  człowiek  przestaje  myśleć,  przestaje  nawet  widzieć  i  słyszeć,  tylko  czuje.
Czuje mu​zykę i już nic poza nią nie jest ważne.

W garderobie było pełno kwiatów, przeważnie róż.

Co najmniej kilka setek. A Kate była nieziemsko szczęśliwa.

Jak ona mogła to wszystko zostawić, zastanawiał się Brody. Dlaczego wybrała nudne życie w

małym miasteczku?

Już miał ją o to zapytać, gdy drzwi otworzyły się z łoskotem i do garderoby wdarła się hurmem

cała wielka rodzina.

Na niedzielnym obiedzie u dziadków Kate była tak samo w swoim żywiole jak poprzedniego

dnia na scenie. Miała na sobie znoszone dżinsy i luźny sweter i była w tym stroju tak samo swobodna
jak poprzed​niego dnia w pięknym kostiumie, w blasku reflekto​rów.

To  chyba  czary,  myślał  Brody,  usiłując  jakoś  połączyć  ze  sobą  te  dwie  różne  osoby.

Postanowił  się  nad  tym  zastanowić  później.  Teraz  musiał  się  skupić  na  tym,  co  działo  się  wokół
niego, żeby się całkiem nie pogubić.

W  starym  domu  na  Brooklynie  zebrało  się  mnóstwo  ludzi.  Aż  cud,  że  dla  nich  wszystkich

starczyło tlenu.

Pod  jedną  ze  ścian  stało  pianino.  Różne  palce  wygrywały  na  nim  najróżniejsze  melodie:  od

rocka  poczynając,  a  na  Bachu  kończąc.  W  powietrzu  unosiły  się  napływające  z  kuchni  smakowite
zapachy, wino lało się strumieniami i nikt nie siedział ani nie stał w jednym miejscu dłużej niż pięć
minut.

Jack pławił się w tej rodzinnej atmosferze. Razem z Maxem leżeli plackiem na starym dywanie

i bawili się samochodami.

To  teraz,  bo  przedtem  Jack  siedział  na  kolanach  Jurija.  Rozmawiali  o  czymś  z  powagą  i

opychali  się  cukierkami.  Między  kolanami  Jurija  a  zabawą  w  samochody  chłopiec  biegał  po
schodach  na  złamanie  karku.  Oczywiście  nie  sam,  tylko  z  watahą  równie  jak  on  rozwrzeszczanych
dzieci.

Brody doszedł do wniosku, że powinien zwrócić baczniejszą uwagę na swego syna.

- Nic mu nie będzie - odezwała się czarnowłosa piękność o typowych dla rodziny Stanislaskich

background image

rysach,  która  usiadła  obok  Brody'ego  na  kanapie.  -  Jestem  Rachel,  ciotka  Kate.  Niełatwo  nas
wszystkich spamiętać, co?

- Strasznie was dużo - odparł wymijająco.

W  końcu  przypomniał  sobie,  kim  była  Rachel.  Oprócz  tego,  że  była  ciotką  Kate,  matką  jej

siostry,  była  też  adwokatem  i  żoną  właściciela  baru.  A  właściciel  baru  to  przybrany  brat  Nicka.
Proste jak konstruk​cja gwoździa.

Naprawdę trudno ich wszystkich spamiętać, pomyślał trochę rozbawiony, a trochę przerażony

Brody.

-  Nie  martw  się.  Kiedyś  w  końcu  się  połapiesz  -  pocieszyła  go  Rachel.  -  To  mój  mąż.  -

Pokazała mu wysokiego mężczyznę trzymającego za gardło ciemnowłosego chłopca. - Właśnie dusi
naszego  syna  Gideona  i  jednocześnie  rozmawia  z  Sydney  (to  ten  piękny  rudzielec,  ona  jest  żoną
mojego brata Miszy) i z Laurel, najmłodszą córką Sydney i Miszy. Misza stoi tam. Kłóci się z moim
najmłodszym bratem Alexem. Bess, żona Alexa (to ten drugi rudzielec z krzywym nosem) rozmawia
ze  swoją  córką  Carmen  i  z  małą  Kelsey  Nicka  i  Freddie.  Ten  przystojny  młody  człowiek,  który
właśnie  wychodzi  z  kuchni,  to  Griff,  najstarszy  syn  Miszy.  Pewnie  wycyganił  od  babci  coś  do
jedzenia. Jego babcia, a moja mama, ma na imię Nadia. Zrozumiałeś wszystko?

- Nie całkiem - przyznał Brody.

-  Trzeba  na  to  trochę  czasu.  -  Rachel  się  roześmiała,  poklepała  Brody'ego  po  kolanie.  -

Pamiętaj,  że  to  jeszcze  nie  wszyscy,  ale  na  razie  niczym  się  nie  przejmuj.  Twój  syn  świetnie  się
bawi, a ty nie masz nic do picia. Co ci dać? Wino?

- Tak, bardzo proszę.

- Siedź, ja przyniosę. - Powstrzymała go gestem dłoni.

Ledwie odeszła, obok Brody'ego usiadł Griff i zaczęli rozmawiać o stolarce. Przynajmniej na

tym Bro​dy dobrze się znał.

Kate przedarła się przez tłum, podała Brody'emu kieliszek wina, przysiadła na oparciu kanapy.

- Wszystko w porządku? - zapytała.

- W porządku - zapewnił ją Brody. - Stosuję starą harcerską zasadę: jak się zgubisz, to siedź na

miejscu,  nigdzie  się  nie  ruszaj,  a  na  pewno  w  końcu  ktoś  cię  znajdzie.  Przychodzą  tu  różni  ludzie,
przysiadają się, zagadują i odchodzą. Dzięki temu mniej więcej wiem, kto jest kim.

Gdy to mówił, przysiadł się do nich Alex.

- Ja i Bess chcielibyśmy dobudować kilka pokoi do naszego podmiejskiego domku - zaczął.

- Widzisz? - Brody zwrócił się do Kate, po czym spojrzał na Alexa. - Macie już jakiś pomysł?

background image

Kate  zostawiła  go  z Alexem  i  poszła  do  kuchni,  gdzie  jej  matka  przyrządzała  ogromną  michę

sałaty. Nadia stała przy kuchni i nadzorowała Adama,, naj​młodszego syna Miszy, który mieszał coś w
wielkim garnku.

- Potrzebujecie jeszcze kogoś do pomocy?

-  W  mojej  kuchni  zawsze  jest  za  dużo  pomocników  -  stwierdziła  Nadia.  Była  całkiem  siwa,

pomarszczona,  ale  oczy  jej  błyszczały  jak  u  młodej  dziewczyny.  Poklepała  Adama  po  ramieniu.  -
Dobrze się spisałeś, dziecko. Możesz już iść.

- Kiedy będzie obiad, babciu? - chciał wiedzieć Adam. - Umieram z głodu.

- Zaraz podaję. Powiedz swoim braciom, siostrom i kuzynom, że trzeba nakrywać do stołu.

- Dobra! - Adam wypadł z pokoju, wykrzykując rozkazy.

- Bardzo chce być ważny - stwierdziła z uśmie​chem Nadia.

-  Oni  wszyscy  chcą  być  ważni,  mamusiu.  -  Natasza  się  roześmiała.  -  Jak  sobie  radzi  Brody,

Katie?

- Rozmawia z wujkiem Alexem. - Kate pochyliła się nad garnkiem i pociągnęła nosem. - Czy

on nie jest cudny, babciu?

- Sos? - Nadia udała zdziwienie.

- Nie sos, tylko Brody - wyjaśniła Kate takim tonem, jakby naprawdę uwierzyła, że babcia nie

wie, o co ją pytają.

- Ten twój mężczyzna? - upewniła się Nadia. - Dobrze mu z oczu patrzy. I świetnie wychował

syna. Masz dobry gust, Katiusza.

- Miałam znakomitych nauczycieli. - Kate pocałowała babcię w policzek. - Dziękuję ci, że go

zapro​siłaś.

- Pomóż nakrywać do stołu - rzekła wzruszona Nadia. - Twoi mężczyźni gotowi są pomyśleć,

że nie dostaną nic do jedzenia.

-  Wkrótce  się  przekonają,  jak  bardzo  się  pomylili.  Kate  pocałowała  matkę  w  policzek  i

wybiegła z kuchni.

- Niedługo będziemy tańczyć na jej weselu - westchnęła Nadia w zadumie. - Czy ty lubisz tego

czło​wieka?

- Oczywiście. - Natasza miała łzy w oczach. - To dobry chłopiec. Katie jest z nim szczęśliwa.

Wiesz,  mamo,  gdybym  mogła  jej  wybrać  męża,  to  pewnie  wybrałabym  Brody'ego.  Och,  mamo!  -
Natasza szyb​ko wytarła oczy. - Tak bym chciała, żeby moja có​reczka była szczęśliwa!

background image

-  Wiem,  kochanie.  -  Nadia  podała  Nataszy  jeden  róg  swojego  fartucha,  a  drugim  sama

wycierała oczy.

Kate miała roboty po same uszy. Nie mogła się doczekać, kiedy szkoła otworzy swe podwoje

dla pierwszych uczniów.

Remont  był  prawie  skończony.  Stary  dom  w  niczym  nie  przypominał  rudery,  jaka  tu  stała

jeszcze  dwa  miesiące  temu.  Podłogi  lśniły,  ściany  błyszczały  od  luster,  gabinet  Kate  był  starannie
urządzony, szat​nie wyposażone...

A  godzinę  temu  zawieszono  szyld.  SZKOŁA  TAŃCA  KATE  KIMBALL  Kate  stała  na

chodniku,  patrzyła  oczarowana  na  swój  dom,  na  widniejący  nad  wejściem  napis. A  więc  marzenia
jednak się spełniają, pomyślała. Wystarczy tylko mocno wierzyć i ciężko pracować.

- Przepraszam panią.

- Tak, słucham? - Kate odwróciła się i zastygła w bezruchu.

Kobieta,  która  do  niej  podeszła,  była  tą  samą  osobą,  której  Brody  przedstawił  ją  jako  swoją

dziewczynę.  Wtedy,  kiedy  tak  strasznie  się  pokłócili,  aż  zdawało  się,  że  wszystko  między  nimi
skończone. Teraz Kate bardzo się zawstydziła, ale zrobiła dobrą minę do złej gry.

- Dzień dobry. - Kobieta była tak samo zakłopota​na jak Kate. - Nazywam się Marjorie Rowan.

- Kate Kimball - przedstawiła się Kate.

-  Tak,  wiem.  Właściwie  znam  też  pani  chłopaka.  Jego  firma  robi  drobne  naprawy  w  naszym

budynku.

- Rozumiem - rzekła Kate, choć nadal nie wie​działa, o co tej kobiecie chodzi.

- Kilka dni temu wpadło mi w ręce ogłoszenie - ciągnęła pani Rowan. - Znalazłam je w sklepie

pani matki. Moja córka ma dopiero osiem lat, ale bardzo by chciała chodzić na lekcje tańca.

Kate  odetchnęła  z  ulgą.  Nie  będę  się  musiała  tłumaczyć  z  tamtej  awantury,  pomyślała

uradowana.

-  To  się  dobrze  składa  -  powiedziała.  -  W  przyszłym  tygodniu  zaczynamy  zajęcia.  Może

chciałaby pani obejrzeć moją szkołę?

- Prawdę mówiąc, już parę razy zaglądałyśmy przez okno. Mam nadzieję, że się pani o to nie

gniewa.

- Oczywiście, że nie.

-  Mówiłam  mojej  Audrey,  że  się  zastanowię,  ale  chyba  jej  pozwolę.  Chciałabym,  żeby

spróbowała swoich sił.

background image

- Proszę, wejdźmy do środka. Opowie mi pani o Audrey.

- Dziękuję. - Kobieta weszła na ganek. Teraz była już znacznie spokojniejsza. - A wie pani, że

ja też kiedyś chciałam się uczyć tańca? Niestety, moi rodzice nie mogli sobie pozwolić na prywatne
lekcje.

- Więc może teraz wzięłaby pani kilka lekcji?

- Teraz? - Pani Rowan się roześmiała. - Jestem za stara na baletnicę.

- Ćwiczenia baletowe rozwijają całe ciało, poprawiają elastyczność wszystkich mięśni. Na to

nigdy nie jest za późno - przekonywała ją Kate. - Zresztą pani ma świetną figurę.

-  Staram  się,  jak  mogę.  -  Pani  Rowan  rozejrzała  się  po  wielkiej  sali  i  uśmiechnęła  z

rozmarzeniem  na  widok  luster,  drążków,  zdobiących  ściany  plakatów.  -  Nawet  gdybym  bardzo
chciała, nie mogłabym sobie pozwolić dla lekcje dla nas obu.

- O tym także możemy porozmawiać. Zapraszam panią do gabinetu.

Godzinę  później  Kate  biegła  na  górę.  Musiała  się  z  kimś  podzielić  dobrą  nowiną.  Na

powiernika  wybrała  sobie  Brody'ego.  Zyskała  dwie  nowe  uczennice  i  stworzyła  pierwszą  grupę
rodzinną. Za jednym za​machem.

Przechodziła właśnie przez niewielki salonik i na​gle zatrzymała się w pół kroku. Rozejrzała się

zdu​miona. Salonik był całkowicie wykończony, a ona dopiero teraz to zauważyła.

W  kuchni  także  wszystko  było  na  swoim  miejscu,  lśniło  czystością  i  pachniało  świeżością.

Szafki czeka​ły, by je zapełnić, parapet aż się prosił o kwiaty w do​niczkach.

Mieszkanie jest gotowe, można się wprowadzić choćby zaraz. Kate weszła do sypialni.

Brody  klęczał  na  podłodze  i  mocował  okucia  do  komódki,  a  Jack  siedział  po  turecku  z

wystawionym językiem i starannie dopasowywał śrubokręt do rowka w śrubie mocującej gniazdko w
ścianie. Pomię​dzy nimi pochrapywał zadowolony Mike.

- Uwielbiam obserwować mężczyzn przy pracy - oznajmiła Kate. - Witaj, przystojniaku.

- Pomagam tatusiowi - pochwalił się Jack. - Nie mogłem dzisiaj iść do Roda, bo on i Carrie

pojechali do dentysty. Ja już byłem. Nie mam żadnych dziur.

- Fajnie. Wiesz, Brody, tak byłam zajęta tym, co się dzieje na dole, że nawet nie zauważyłam,

ile zrobiłeś na górze. Piękne jest to mieszkanie. O takim marzyłam.

- Brakuje jeszcze paru drobiazgów, ale poza tym prawie gotowe.

Mieszkanie  rzeczywiście  było  bardzo  ładne,  lecz  Brody  wcale  nie  był  zadowolony,  tylko

przygnębiony.

background image

- Ślicznie tu. - Kate przykucnęła, bo Mike koniecznie chciał się z nią przywitać. - Przed chwilą

przyjęłam  do  szkoły  dwie  nowe  uczennice.  Gdyby  jeszcze  udało  mi  się  gdzieś  znaleźć  ze  dwóch
przystojnych facetów, którzy chcieliby ze mną to uczcić, to naprawdę nic więcej by mi do szczęścia
nie brakowało.

- My możemy! - zawołał Jack.

- Zapomniałeś, że jutro idziesz do szkoły? - Oj​ciec prędko przywołał go do porządku.

-  Chodziło  mi  o  skromną  wczesną  kolację  -  Kate  przyszła  chłopcu  z  pomocą.  -  Hamburger  z

frytkami i może lody...

-  Do  McDonalda!  -  Jack  w  lot  pojął,  o  co  jej  chodzi,  i  z  radości  wskoczył  ojcu  na  plecy.  -

Tatusiu, pójdziemy?

Znów mnie przyparli do muru, pomyślał Brody. I co ja mam z nimi zrobić?

- Głupio by było rezygnować z zaproszenia - mruknął.

-  To  znaczy  że  się  zgadza!  Tatuś  się  zgodził!  -  Jack  podbiegł  do  Kate,  objął  ją  za  nogi.  -

Możemy już iść?

- Muszę tu jeszcze coś skończyć. - Brody odgar​nął włosy z czoła i spojrzał na Kate.

Ostatnio  często  to  robił.  To  znaczy  często  na  nią  patrzył  zupełnie  inaczej  niż  przedtem.  Nie

bardzo wiedziała, jak to rozumieć, i znów poczuła nieprzy​jemne łaskotanie w żołądku.

- Za godzinę będę gotów - obiecał Brody. - Za​czekacie?

-  Oczywiście.  -  Kate  się  roześmiała.  -  Czy  mogę  ci  porwać  pomocnika?  Chcę  się  pochwalić

ma​mie. Pójdziemy pieszo, żeby Mike mógł trochę po​biegać.

- O wszystkim pomyślałaś - mruknął Brody. Właściwie powinien się już do tego przyzwyczaić.

- Jack? Tylko żadnego wdzięczenia się.

- Chodzi mu o to, żebym cię nie prosił o żadne zabawki - wyjaśnił Jack.

- Przecież ty nigdy o nic nie prosisz - stwierdziła Kate. - Wzięła Jacka za rączkę, gwizdnęła na

Mike'a. - Za godzinę będziemy z powrotem - powiedziała do Brody'ego.

Muszę  podjąć  jakąś  decyzję,  pomyślał  Brody,  gdy  tylko  został  sam.  I  to  szybko.  Fatalnie  się

stało, że zakochałem się w Kate, ale z Jackiem jest jeszcze gorzej. Mały dostał kręćka na jej punkcie.
Można  oczywiście  zaryzykować  parę  siniaków,  można  nawet  zaryzykować  złamane  serce,  ale  nie
wolno kłaść na szali szczęścia własnego dziecka.

Nie ma wyjścia, jak tylko usiąść i spokojnie porozmawiać z Kate o tym, co się z nimi działo,

co z tego wynika i co z tym fantem zrobić. Musi także porozmawiać z Jackiem, dowiedzieć się, co

background image

chłopiec myśli, co czuje.

Najpierw Jack, postanowił. Trochę się bał, że Jack widzi w Kate tylko świetnego kumpla, że

do głowy mu nie przyszło, by mogła na stałe zostać w jego życiu.

Przecież dotąd zawsze byli sami: Brody i Jack. Ostatnio doszedł jeszcze Mike, ale on w końcu

też jest mężczyzną.

Kątem oka zauważył jakiś ruch. Gwałtownie pod​niósł głowę.

- Gdyby nie ten łomot - odezwał się Bob O'Connell, ruchem głowy wskazując grające radio - to

bym cię nie zaskoczył.

- Lubię słuchać muzyki przy pracy - mruknął Brody, ale radio wyłączył. - Potrzebujesz czegoś?

Obserwowali się nieufnie. Od czasu pamiętnej kłótni w kuchni Kimballów ani razu ze sobą nie

rozmawiali.

- Muszę ci coś powiedzieć - stwierdził Bob.

- Mów - zgodził się Brody.

- Starałem się, jak mogłem - zaczął Bob. - Naprawdę bardzo się starałem. Może trochę za ostro

cię traktowałem, ale ty zawsze byłeś narwany. Trzeba ci było mocnej ręki. A ja musiałem utrzymać
rodzinę.  Robiłem  to,  jak  umiałem  najlepiej.  Nie  znam  innego  sposobu.  Pewnie  uważasz,  że  nie
poświęcałem ci dość czasu...

Urwał,  włożył  ręce  do  kieszeni.  Zerknął  na  syna,  ale  Brody  się  nie  odezwał,  nawet  nie

poruszył. Był tak zdumiony, że niemal całkiem zdrętwiał.

-  Może  to  i  racja  -  ciągnął  Bob.  -  Nie  umiałem  postępować  z  tobą  tak,  jak  ty  z  Jackiem...

Zresztą, ty nie byłeś taki fajny jak Jack. Ten dzieciak najlepiej o tobie świadczy. Pewnie powinienem
ci to wcześniej powiedzieć, ale... No, to teraz mówię.

Brody wciąż milczał. Był kompletnie ogłupiały.

- Wiesz co - powiedział wreszcie. - Chyba nigdy w życiu tak długo do mnie nie przemawiałeś.

- Skończyłem. - Twarz Boba zastygła. Odwrócił się i chciał wyjść.

-  Tato!  -  zawołał  za  nim  Brody.  -  Dziękuję.  Bob  odetchnął.  Niemal  było  słychać,  jak  ciężki

kamień spada mu z serca.

- Wobec tego skończę, co zacząłem - powiedział. - Nie powinienem na ciebie naskakiwać. Na

pewno nie przy chłopcu i nie przy tej twojej... Nie przy dziewczynie Kimballów. Twoja matka zmyła
mi za to głowę.

background image

- Mama? - Brody nie wierzył własnym uszom.

- No. - Bob spuścił oczy, lekko kopnął framugę drzwi. - Nieczęsto to robi, ale jak już zacznie,

to człowiekowi żyć się odechciewa. Prawie się do mnie nie odzywa. Mówi, że jej narobiłem wstydu.

- To samo usłyszałem od Kate. - Brody się uśmiech​nął. - Ona też mnie nieźle obsztorcowała.

-  Wcale  mi  się  nie  podobało,  że  tak  na  mnie  napadła,  ta  twoja  Kate,  ale  muszę  przyznać,  że

dziew​czyna ma charakter. Ona cię utrzyma w ryzach.

- Sam się potrafię utrzymać w ryzach - mruknął Brody.

Ale  Bob  miał  jeszcze  coś  do  powiedzenia.  Coś,  co  już  dawno  powinien  był  synowi

powiedzieć, tylko jakoś się nie składało.

- Dobrze zrobiłeś ten remont - pochwalił. - Jak na stolarza.

Po raz pierwszy od bardzo dawna Brody mógł się szczerze uśmiechnąć do własnego ojca.

- Ty też dobrze pracujesz - przyznał. - Jak na hy​draulika.

- To dlaczego mnie wyrzuciłeś?

- Bo mnie wkurzyłeś.

- Jak będziesz tak zwalniał każdego, kto cię wkurzy, to nigdy nie zmontujesz brygady. Jak tam

ręka?

- W porządku. - Podniósł dłoń, kilka razy zgiął i rozprostował palce.

-  No  to  może  wybrałbyś  tą  ręką  numer  telefonu  -  zaproponował  Bob.  -  Zadzwoń  do  matki,

powiedz, żeśmy się dogadali. Taka jest na mnie wściekła, że nie uwierzy, jak ja jej to powiem.

- Zadzwonię - obiecał Brody. - Niedługo będę remontował kuchnię u Kimballów i potrzebuję

hydrau​lika. Co ty na to?

Bobowi drgnęły usta, jakby chciał się uśmiechnąć.

- Mogę spróbować - powiedział.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Podczas gdy ojciec i syn po raz pierwszy w życiu ze sobą rozmawiali, Kate maszerowała po

ulicy z Ja​ckiem.

- Nie wdzięczyłem się, prawda? - dopytywał się.

background image

- Ani troszeczkę - zapewniła go. - Ja i mama musiałyśmy cię długo namawiać, żebyś zechciał

przyjąć od nas ten samolot. Właściwie można nawet powie​dzieć, żeśmy ci go wmusiły.

- Powiesz to tatusiowi?

- Jasne, ale pod warunkiem, że pozwolisz mu się pobawić. Tatuś na pewno będzie chciał, bo to

bardzo ładny samolot.

- Taki sam jak ten, którym lecieliśmy do Nowego Jorku i z powrotem. - Jack podniósł samolot,

okręcił go w powietrzu. - Ale było fajnie! Wysłałem wszystkim kartki z podziękowaniem. Podobała
ci się twoja? Sam ją zrobiłem.

-  Strasznie  mi  się  podobała.  -  Kate  poklepała  się  po  kieszeni,  do  której  schowała  starannie

wykonaną  kartkę  z  podziękowaniem.  -  Bardzo  to  ładnie  z  twojej  strony,  że  podziękowałeś  w  ten
sposób mnie, Freddie, Nickowi i moim dziadkom. Zachowałeś się jak pra​wdziwy dżentelmen.

- Dziadek Jurij powiedział, że mogę jeszcze kiedyś do nich przyjechać. Nawet zostać u nich na

noc.

- A chciałbyś?

- No. Dziadek Jurij rusza uszami.

- Wiem.

- Kate?

- Tak?

Pochyliła się, żeby wyplątać Mike'a ze smyczy. Kiedy podniosła głowę, zauważyła, że Jack się

jej przygląda. Tak jakoś poważnie, jakby się nad czymś zastanawiał.

- O co chodzi, przystojniaku? - spytała troszkę zaniepokojona.

- Czy możemy... usiąść na murku? Muszę z tobą porozmawiać.

-  Skoro  naprawdę  musimy  porozmawiać,  to  rzeczywiście  lepiej  zrobić  to  na  siedząco  -

zgodziła się Kate.

Usadowiła  Jacka  na  murku  otaczającym  trawnik,  podała  mu  Mike'a,  a  potem  sama  zajęła

miejsce obok nich.

- O czym chciałeś porozmawiać?

-  Zastanawiałem  się...  -  Urwał.  Już  dawno  omówił  tę  kwestię  z  Maxem,  tym  swoim

przyjacielem  z  Nowego  Jorku.  Rozmawiał  też  z  Rodem,  swoim  najlepszym  przyjacielem  stąd.
Powiedział  im  wszystko  w  wielkiej  tajemnicy,  a  oni  stwierdzili,  że  Jack  ma  rację.  Tylko  dlatego

background image

odważył  się  na  tę  rozmowę  z  Kate.  -  Lubisz  mojego  tatę,  prawda?  -  spytał  ze  śmiertelnie  poważną
miną.

- Nawet bardzo - odparta Kate.

- I dzieci też lubisz? Na przykład mnie?

- Lubię dzieci. Zwłaszcza ciebie. - Przytuliła go do siebie.

- Ja i tata też cię lubimy. Bardzo cię lubimy. Dlatego się zastanawiałem... - Spojrzał na nią tak

jakoś bezradnie, a potem zapytał: - Ożenisz się z nami?

- Och, Jack! - Kate była tak przejęta, że nawet go nie poprawiła.

-  Będziesz  mieszkać  z  nami  w  naszym  domu.  Tatuś  bardzo  dobrze  go  wyre...  No  wiesz,

naprawił. Mamy duże podwórko i w ogóle. Tata obiecał, że założymy ogród. Rano byśmy razem jedli
śniadanie,  a  potem  byś  sobie  jechała  do  tej  swojej  szkoły. A  wieczorem  byś  do  nas  wracała.  To
wcale nie jest daleko.

Oszołomiona Kate przytuliła policzek do głowy Jacka.

- Tata jest całkiem fajny - przekonywał ją Jack. - Prawie nigdy nie krzyczy. I nie ma już żony,

bo ona musiała iść do nieba. Wiesz, to była moja mamusia. Tatuś mówi, że ona wcale nie chciała iść
do nieba, ale musiała.

- Wiem, kochanie. - Kate miała mokre oczy.

- Tatuś się chyba boi, że jak ty będziesz jego żoną, to też będziesz musiała iść do nieba. Rod tak

powie​dział. Ale ty nigdzie nie pójdziesz, prawda?

-  Nie  pójdę  -  zapewniła  go  Kate.  Z  trudem  opanowała  łzy,  ujęła  w  obie  dłonie  twarzyczkę

chłopca. - Zamierzam tu zostać bardzo długo. Czy rozmawiałeś już o tym ze swoim tatą?

-  Nie.  Max  powiedział,  że  najpierw  trzeba  zapytać  dziewczynę.  Chłopiec  musi  spytać

dziewczynę. Ja i tata kupimy ci pierścionek, bo dziewczyny muszą mieć pierścionek. Pozwolę ci się
całować  i  będę  grzeczny.  Ty  i  tata  możecie  mieć  dzieci  jak  wszyscy  ludzie,  którzy  się  ożenią.
Wolałbym  braciszka,  ale  jak  będzie  siostra,  to  też  w  porządku.  Będziemy  się  wszyscy  kochać  i  w
ogóle. No to jak? Ożenisz się z nami?

W  najśmielszych  marzeniach  nie  wyobrażała  sobie,  że  zostanie  poproszona  o  rękę  przez

sześciolet​niego chłopca. To było wzruszające, niezwykłe prze​życie.

- Coś ci powiem, Jack - szepnęła mu do ucha - . ale to tajemnica. Ja już cię kocham.

- Naprawdę?

-  Naprawdę.  I  twojego  tatę  też.  Przemyślę  sobie  to  wszystko,  co  mi  powiedziałeś,  i  ty  też

background image

jeszcze raz dobrze się zastanów. Bo nie wiem, czy wiesz, ale jeśli zostanę żoną twojego tatusia, to
tego samego dnia stanę się twoją mamusią. Wtedy ty też będziesz mój. Na zawsze.

- Wiem. - Jack poważnie skinął główką. - Ja chcę, żebyś była moją mamą. No to jak? Zgadzasz

się?

- Muszę się jeszcze zastanowić. - Kate pocałowa​ła go w czółko, zeskoczyła z murku.

- Czy długo się będziesz zastanawiać?

- Niedługo - obiecała. Wyciągnęła ręce do Jacka i przytuliła go do siebie, nim postawiła go z

powrotem na chodniku.

-  Tylko  na  razie  nikomu  o  tym  nie  mów  -  poprosiła.  -  Nawet  tatusiowi.  Niech  to  na  razie

zostanie naszą tajemnicą.

Zastanawiała  się  prawie  całą  dobę.  Oczywiście  nie  nad  tym,  czy  przyjąć  propozycję  Jacka,

tylko nad tym, jak to wszystko załatwić z jego ojcem.

Najpierw chciała zaprosić Brody'ego na romantyczną kolację we dwoje, ale szybko doszła do

wniosku, że nie jest to dobry pomysł. Gdyby oświadczyła mu się w miejscu publicznym, nie mogłaby
go w razie potrzeby należycie przyprzeć do muru. Potem przy​szło jej do głowy, by zaczekać do piątku
i urządzić tę romantyczną kolację u Brody'ego. Świece, wino, na​strojowa muzyka...

Ten pomysł także odrzuciła. Jack na pewno nie utrzymałby sekretu aż do piątku, a gdyby nawet,

to Kate sama by się wygadała.

Trochę  żałowała,  że  wszystko  nie  odbędzie  się  tak  jak  powinno,  jak  sobie  wymarzyła.  Nie

będzie blasku księżyca ani muzyki, Brody nie będzie jej patrzył w oczy, nie powie, że ją kocha, i nie
poprosi, żeby ona też go kochała, żeby została z nim na całe życie.

Trudno, pomyślała, trzeba grać tak, jak przeciwnik pozwala. A ten jest trudny jak sam diabeł.

Na szczę​ście ma cudownego synka, który nie powinien za długo czekać.

Wobec tego Kate postanowiła nie zwlekać dłużej i załatwić tę sprawę natychmiast.

Brody właśnie kończył remont, który bardzo ich do siebie zbliżył, więc równie dobrze mogła

mu się oświadczyć w mieszkaniu, które - w pewnym sensie oczywiście - razem stworzyli. Naprawdę
trudno o lepszy moment, pomyślała, coraz bardziej przeko​nana o swojej racji.

Prędziutko  wbiegła  na  górę,  ale  Brody'ego  tam  nie  było.  Na  dole  także  go  nie  znalazła.  Była

zła.

- Gdzie ty się, do diabła, podziewasz?

Zaraz jednak przypomniała sobie, że właśnie o tej godzinie przyjeżdża szkolny autobus i że tego

dnia  Brody  sam  odbiera  Jacka  z  przystanku.  Pognała  do  drzwi.  W  biegu  zerknęła  na  zegarek.  Musi

background image

zdążyć przed przyjazdem autobusu!

- Pali się, czy co? - Spencer złapał ją, gdy zeska​kiwała z ostatniego stopnia.

- Przepraszam, tatku. Strasznie się spieszę. Muszę dogonić Brody'ego.

- Coś się stało?

- Nie, nic. - Pocałowała ojca w policzek i pobieg​ła dalej. - Muszę mu się oświadczyć.

Kate  była  młodsza,  dużo  szybsza,  ale  przeżyty  przed  chwilą  szok  dodał  sił  biednemu  ojcu.

Dopadł drzwi, nim Kate zdążyła je otworzyć.

- Coś ty powiedziała?!

- Muszę oświadczyć się Brody'emu - powtórzyła. - Już się zdecydowałam.

- Katie, czy ty...

- Kocham go, tatku. - Nie chciała słuchać ojca. - Jacka też kocham. Przepraszam, ale nie mam

teraz czasu na wyjaśnienia. I nie bój się. Wszystko będzie dobrze.

Spencer spojrzał córce prosto w oczy i już wie​dział, że nic nie wskóra.

- Powodzenia... - mruknął, patrząc, jak Kate zni​ka za zakrętem.

Brody  skręcił  w  swą  uliczkę  i  spojrzał  na  zegarek.  Do  przyjazdu  autobusu  zostało  jeszcze  z

dziesięć mi​nut. Za bardzo się pospieszyłem, pomyślał. Trzeba będzie poczekać.

Wysiadł  z  samochodu,  wypuścił  Mike'a.  Psiak  biegał  jak  oszalały  po  zieleniących  się  już

trawnikach.

Wiosna  zaczęła  się  na  dobre.  Na  drzewach  pokazały  się  pierwsze  liście,  rozkwitły  pierwsze

wiosenne kwiaty. I powietrze też było jakieś inne. Pomyślał, że tak musi pachnieć nadzieja. Wkrótce
zrobi się ciepło, będzie można rozwiesić hamak na podwórku, ustawić bujany fotel na ganku. Jack i
Mike  będą  się  bawić  na  dworze,  tarzać  po  trawie  w  długie  letnie  wieczory,  a  ja  będę  siedział  i
patrzył. Siądę sobie na ganku ra​zem z Kate...

Już nie umiał wyobrażać sobie bez niej życia. Zapragnął teraz, zaraz, natychmiast, a najpóźniej

jutro rano oświadczyć się jej, powiedzieć, że ją kocha, błagać, żeby ona też go kochała i żeby została
z nim na zawsze. Z nim i z Jackiem.

No  właśnie,  Jack.  Tylko  ze  względu  na  niego  Brody  nie  mógł  zrobić  tego,  czego  tak  bardzo

pragnął. Musiał się dobrze zastanowić, dokładnie wszystko przemyśleć i koniecznie zapytać Jacka o
zdanie. Do​piero potem może odbyć rozmowę z Kate.

Obawiał się, że nie będzie to rozmowa łatwa. W końcu miał żądać od pięknej, utalentowanej i

background image

niezależnej  kobiety,  by  wyrzekła  się  wielkiego  świata,  by  została  w  małym  miasteczku  z  biednym
przedsiębior​cą budowlanym i jego małym synkiem.

A  jeśli  Kate  jeszcze  nie  dojrzała  do  małżeństwa?  -  zaniepokoił  się.  Ma  teraz  huk  roboty  z  tą

swoją  szkołą,  a  ja  chcę  jej  zwalić  na  głowę  nowe  obowiązki.  Brody  patrzył  na  swoją  ziemię,  na
stojący na wzgórzu dom, który sprawiał wrażenie, jakby na coś czekał.

Trudno,  nie  mam  wyboru,  pomyślał.  Nie  mogę  dłużej  czekać,  także  ze  względu  na  Jacka.  Im

wcześniej zacznie się przyzwyczajać do nowej sytuacji, tym lepiej dla wszystkich.

Postanowił  najpierw  porozmawiać  z  Jackiem.  Chłopiec  uwielbiał  Kate,  więc  nawet  jeśli

będzie się trochę obawiał zmian, jakie nastąpią po ślubie, prędko da się przekonać, że nic złego mu
nie grozi. Porozma​wiam z nim dziś po kolacji, postanowił. Naprawdę nie mogę dłużej czekać.

Postanowił,  że  kiedy  rozmówi  się  z  Jackiem,  kiedy  wszystko  sobie  wyjaśnią,  wtedy  dopiero

zastanowi się, co powiedzieć Kate, jak ją przekonać do swoich planów.

Wyjął listy ze skrzynki i właśnie je przeglądał, kie​dy zatrzymało się przy nim auto Kate.

- Cześć. - Wrzucił listy do kabiny swojej furgo​netki. - Nie spodziewałem się ciebie dzisiaj.

Kate  wysiadła  z  samochodu,  podniosła  z  ziemi  patyk,  który  przyniósł  jej  Mike,  i  rzuciła  go

daleko.

- Chciałam z tobą porozmawiać w szkole, ale już cię nie było - powiedziała.

- Coś się stało?

- Nie, nic. - Podeszła do niego, położyła mu ręce na piersiach. Zawsze kiedy tak robiła, serce

Bro​dy'ego zaczynało bid jak oszalałe. - Prócz tego, że nie pocałowałeś mnie na pożegnanie.

- Drzwi do gabinetu były zamknięte. Myślałem, że jesteś zajęta.

-  Więc  teraz  mnie  pocałuj.  -  Musnęła  ustami  jego  usta.  Zdziwiła  się,  kiedy  pocałował  ją

delikatnie i za​raz się odsunął. - Nie tak.

- Zaraz przyjedzie autobus.

-  No  i  co  z  tego?  -  Kate  przytuliła  się  do  niego.  Tym  razem  Brody  nie  zdołał  się  opanować.

Przytu​lił ją i gorąco pocałował.

- Teraz lepiej. - Wreszcie była zadowolona. - Już wiosna. Czy wiesz, co robią wiosną młodzi

mężczyź​ni? Oczywiście poza kopaniem piłki.

- Zajmują się uprawą roli - odparł bez namysłu Brody.

Kate się roześmiała, zarzuciła mu ręce na szyję.

background image

- A może wiesz, czym na wiosnę zajmują się młode kobiety? Czym wiosną zajmuje się twoja

ulubiona młoda kobieta?

- Przyjechałaś, żeby mi o tym opowiedzieć?

-  No  właśnie.  Brody...  -  Zawahała  się,  ale  zaraz  znów  nabrała  pewności  siebie.  Przecież

wiedziała, co ma zrobić, wiedziała, że wszystko dobrze się skończy. - Ożeń się ze mną.

Zamarł. W głowie mu się kręciło, szumiało w uszach. Uznał, że musiał się przesłyszeć. No bo

to przecież niemożliwe, by Kate mu się oświadczała właśnie wtedy, kiedy on się zastanawia, jak by
ją tu zmusić do małżeństwa.

- Co tak na mnie patrzysz, jakbym cię zdzieliła między oczy? Myślisz, że to przyjemne?

-  Skąd  ten  pomysł?  -  spytał  ostrożnie.  -  Zwykle  to  mężczyzna  prosi  kobietę  o  rękę,  a  nie  na

odwrót.

Pomyślał, że być może wszystko to tylko mu się przyśniło, ale Kate wyglądała bardzo realnie.

Gwałtowne bicie jego własnego serca także nie mogło być złudzeniem. Poza tym w marzeniach to on
jej się oświadczał, a nie ona jemu.

- Przesądy. - Kate machnęła ręką. - U nas będzie inaczej.

- Ale dlaczego...

- Zaraz ci wytłumaczę. - Nie pozwoliła mu dojść do słowa. - Po pierwsze: od kilku miesięcy

regularnie się spotykamy. Po drugie: nie jesteśmy dziećmi. Po trzecie: lubimy się, szanujemy i dobrze
nam razem. Jaki z tego wniosek?

- Ja...

Ale  Kate  go  nie  słuchała.  To  nie  było  prawdziwe  pytanie,  tylko  pytanie  retoryczne.  Sama

musiała na nie odpowiedzieć.

- Najwyższy czas pomyśleć o małżeństwie.

- Dobra - zgodził się. - Możemy pomyśleć.

- A więc...

- Zacznijmy od ciebie. - Tym razem to on nie dopuścił jej do głosu. - Teraz możesz jeszcze w

każ​dej chwili wrócić na scenę, wyjechać do Nowego Jorku czy gdziekolwiek indziej.

- Nie mogę - odparła spokojnie. - Mam w tym mieście swoją szkołę. Postanowiłam ją założyć,

za​nim cię poznałam.

-  Kate,  ja  cię  widziałem  na  scenie  -  przekonywał  ją  wbrew  sobie.  -  Jesteś  wyjątkowa.

background image

Nauczanie nigdy nie da ci tego, co może dać ci scena.

- Oczywiście, że nie. Kształcenie młodych tancerzy to dla mnie nowe doświadczenie. Właśnie

tego chcę teraz od życia. Widzisz, ja nie należę do osób, które łatwo podejmują decyzje. Wiedziałam,
co  robię,  kiedy  postanowiłam  opuścić  zespół.  Wiedziałam,  na  co  się  porywam  i  co  za  sobą
zostawiam. Jeśli tego nie wiesz, to znaczy, że wcale mnie nie znasz.

- Ja muszę brać pod uwagę znacznie więcej niż tylko karierę zawodową i plany życiowe, twoje

czy nawet swoje własne. Muszę myśleć o Jacku. Cokolwiek zrobię, odbije się na nim. To, czego nie
zrobię, też.

- Przecież wiem. - Wzruszyła ramionami, jakby to był nic nie znaczący drobiazg.

Nie chciał, by traktowano Jacka jak nieistotną rzecz. Nikomu by na to nie pozwolił. Nawet jej.

-  On  cię  lubi  -  tłumaczył  -  ale  tylko  ze  mną  czuje  się  bezpiecznie.  Musi  wiedzieć,  że  zawsze

może na mnie polegać. Zrozum, Kate! Jack nie ma nikogo oprócz mnie. Miał zaledwie kilka miesięcy,
kiedy Connie zachorowała. Lekarze, terapia, szpitale... Matka nie mogła się nim zajmować, a potem...
nasz świat się rozpadł. Starałem się, jak mogłem, żeby Jack za bardzo tego nie odczuł. Myślę, że mi
się udało, ale wciąż muszę bardzo uważać.

- Przecież wiem. - Kate ukradkiem ocierała łzy. - Jesteś wspaniałym ojcem. Naprawdę bardzo

cię za to szanuję.

Patrzył na nią zdumiony. Do głowy mu nie przyszło, że można szanować kogoś tylko za to, że

jest  dobrym  ojcem.  Oczywiście  cieszył  się,  że  Kate  go  szanuje,  ale  wolałby,  żeby  prócz  tego  choć
trochę go kochała.

-  Dobrze,  że  mnie  rozumiesz  -  powiedział.  -  Jack  jest  jeszcze  bardzo  mały.  Taka  zmiana,

zmiana całego naszego dotychczasowego życia, może być dla niego wielkim szokiem. Trzeba go do
tego odpowiednio przygotować.

- On jest przygotowany. Lepiej niż ty - mruknęła Kate, ale jej nie słyszał.

-  Nie  mogę  mu  tak  po  prostu  powiedzieć,  że  się  żenię  -  ciągnął.  -  Muszę  z  nim  najpierw

porozma​wiać. Ty zresztą też. On musi wiedzieć, że może Uczyć na ciebie tak samo jak na mnie.

-  Na  litość  boską,  czy  ty  mnie  masz  za  idiotkę?  Naprawdę  uważasz,  że  o  tym  wszystkim  nie

pomyślałam? - Kate miała serdecznie dosyć tego tłumaczenia rzeczy oczywistych. - Nie byłoby mnie
tutaj,  gdyby  nie  Jack.  To  on  mnie  poprosił,  żebym  wyszła  za  ciebie  za  mąż.  Właściwie  to  prosił,
żebym się z wami ożeni​ła, ale to przecież na jedno wychodzi.

Brody popatrzył na zaczerwienioną ze złości buzię Kate, a potem usiadł ciężko na powalonym

pniaku.

- Coś ty powiedziała? - wyszeptał.

background image

-  Czy  ja  mówię  po  ukraińsku?!  Jack  mi  się  wczoraj  oświadczył!  Poprosił,  żebym  się  z  wami

ożeniła.

- Ale...

- Trudno sobie wyobrazić piękniejsze oświadczyny. - Kate go nie słuchała. - Tylko dlatego do

ciebie  przyszłam.  Wiem,  że  na  ciebie  w  tej  kwestii  nie  można  Uczyć,  a  dziecko  nie  może  dłużej
czekać.

- A więc ty to robisz dla Jacka?

-  Posłuchaj  mnie,  ty  idioto.  -  Stanęła  tuż  przed  nim,  jakby  miała  nadzieję,  że  dzięki  temu  jej

słowa  lepiej  do  niego  dotrą.  -  Bardzo  kocham  twojego  syna,  ale  na  pewno  nie  poślubiłabym  jego
skretyniałego ojca, gdybym tego naprawdę nie chciała. Jack uważa, że ty i ja do siebie pasujemy, a ja
się z nim w pełni zgadzam. Tylko ty niczego nie widzisz, niczego nie rozumiesz.

Nie  nadążam,  pomyślał  zrozpaczony  Brody.  Nie  tylko  za  tą  wariatką,  ale  nawet  za  swoim

własnym dzieckiem.

- Czy ty naprawdę nic nie widzisz? - pastwiła się nad nim Kate. - Zrobiłam już wszystko, co w

ludzkiej  mocy,  żeby  ci  pokazać,  jak  bardzo  cię  kocham.  Jeszcze  tylko  nie  namalowałam  sobie
serduszka na czole.

- Ja...

-  Milcz,  z  łaski  swojej.  Teraz  ja  mówię.  -  Spojrzała  na  niego  tak,  że  Brody'emu  natychmiast

przeszła  ochota  do  mówienia.  -  Nie  wiesz  przypadkiem,  dlaczego  nie  odebrałam  swoich  mebli  z
magazynu,  dlaczego  nie  sprowadziłam  ich  do  tego  ślicznego  mieszkanka,  które  mi  zbudowałeś?
Mądre kobiety tak nie postępują. Chyba że zmienią zdanie i zechcą zamiesz​kać gdzie indziej.

- Myślałem, że chcesz...

Spojrzała na niego tak ostro, że zamilkł.

-  Nie  wiesz  czasem,  z  jakiego  powodu  poświęcam  każdą  wolną  chwilę  tobie  i  Jackowi?

Dlaczego  depczę  swoją  godność  osobistą  i  sama  ci  się  oświadczam?  Nie  robiłabym  tego
wszystkiego, gdybym cię nie ko​chała. Ty żałosny kretynie!

Odwróciła się i pobiegła do samochodu, płacząc ze złości i upokorzenia.

-  Nie  waż  się  wsiadać  do  tego  samochodu!  -  zawołał  za  nią  Brody.  -  Jeszcze  z  tobą  nie

skończyłem.

- Nie mam ochoty z tobą rozmawiać - burknęła, ale zatrzymała się z ręką na klamce.

- Nie musisz - warknął. - Siadaj! - Wskazał jej pniak, z którego sam przed chwilą wstał.

background image

- Nie chcę siedzieć.

- Kate...

Zrezygnowana podeszła do pniaka.

- Dobra, siedzę. Zadowolony?

-  Może  być.  -  Łaskawie  skinął  głową.  - Ale  się  nie  odzywaj.  Chcę,  żebyś  wiedziała,  że  nie

zamierzam się żenić tylko po to, żeby Jack miał matkę. A jak baba nie zechce zostać jego matką, to też
się z nią nie ożenię, choćby nie wiem, jak mi się podobała. Czy to jasne?

- Jasne. - Kate skinęła głową, pociągnęła nosem.

- Tylko mi tu nie płacz - ostrzegł. - Wiem, że jesteś wściekła, ale postaraj się nie płakać.

- Nie zamierzam marnować na ciebie ani jednej łzy - warknęła.

Brody  wyjął  z  kieszeni  chustkę,  rzucił  jej  na  kolana.  Nie  tknęła  jego  chustki,  otarła  łzy

wierzchem dłoni.

-  Wyobraź  sobie,  że  tu  stoi  skrzynka.  -  Wskazał  na  ziemię  u  jej  stóp.  -  Do  tej  skrzynki

wkładamy wszystko to, cośmy dotąd powiedzieli. A teraz zamykam wieko. No już. Możemy zacząć tę
rozmowę od początku, tylko tym razem tak jak trzeba.

- Jeśli o mnie chodzi, to możesz zabić to swoje wieko gwoździami, a skrzynkę rzucić w ogień -

burk​nęła Kate.

- Postanowiłem porozmawiać o nas z Jackiem - mówił, nie zważając na jej wściekłe tukanie. -

Chciałem to zrobić dziś wieczorem. Miałem nadzieję, że spodoba mu się mój pomysł. W końcu znam
swojego syna, chociaż nie tak dobrze, jak mi się zdawało. Nie miałem pojęcia, że za moimi plecami
oświadczył się mojej dziewczynie.

- Twojej dziewczynie?

-  Milcz  -  polecił  jej,  ale  całkiem  spokojnie.  -  Gdybyś  na  mnie  nie  napadła,  gdybyś  mi  dała

dojść do głosu, to bym ci to wcześniej powiedział.

- Ja..

-  Nic  nie  mów  -  poprosił  łagodnie.  Podszedł  do  niej,  ujął  ją  pod  brodę.  -  Kocham  cię  -

powiedział, patrząc jej w oczy. - Zanim tu przyjechałaś, zastanawiałem się, jak mam cię przekonać,
żebyś zechciała zostać moją żoną.

- Dobry Boże - westchnęła. - Czy ta skrzynka jest aby dobrze zamknięta?

- Bardzo dobrze. Nic się z niej nie wydostanie.

background image

- To dobrze. - Kamień spadł  jej  z  serca.  -  Wobec  tego  zacznij  jeszcze  raz.  Najlepiej  od  tego

momentu, kiedy powiedziałeś, że mnie kochasz.

- Kocham cię, Kate. Zakochałem się w tobie od pierwszego wejrzenia, tylko zdawało mi się, że

ty nie jesteś dla mnie. Miałem nadzieję, że mi przejdzie, ale było coraz gorzej. Miałem powody, żeby
się przed tobą bronić, żeby się bronić przed tym głupim uczuciem. Teraz nie mogę sobie żadnego z
nich przypo​mnieć, ale zapewniam cię, że były poważne.

- Jak mogłeś tak myśleć, Brody? - Kate pokręciła głową. - Ja jestem dla ciebie, a ty dla mnie.

Jesteśmy dla siebie stworzeni. Nie rozumiesz?

-  Teraz  już  rozumiem.  -  Patrzył  na  nią  z  czułością.  -  Kiedy  zobaczyłem,  jak  tańczyłaś,

przestałem się bronić. Zakochałem się bez pamięci.

- Kocham cię, Brody - szepnęła Kate.

- Nic nie mów. Teraz moja kolej. - Podniósł ją z pniaka. - Widzisz tamten dom na wzgórzu?

- Tak.

-  Kiedyś  będzie  piękny,  ale  trzeba  nad  nim  jeszcze  trochę  popracować.  Ten  psiak  uganiający

się za swoim ogonem jest już prawie przyuczony do życia w domu, a za chwilę przyjedzie tu mój syn.
Chcę,  żebyś  dzieliła  ze  mną  to  wszystko,  co  już  mam,  i  żebyś  czasami  pozwoliła  mi  zajrzeć  do  tej
swojej szkoły. Lubię patrzeć, jak tańczysz, i chciałbym mieć z tobą dzieci. Mam wrażenie, że nieźle
sobie radzę z dziećmi. A latem będziemy siadywać razem w ogrodzie. Ogrodu też jeszcze nie ma, ale
możemy go zrobić. Razem. Zgadzasz się?

- Czy to znaczy... - Kate miała łzy w oczach.

-  Jesteś  niecierpliwa.  -  Brody  się  uśmiechnął.  -  To  też  mi  się  w  tobie  podoba.  Zostań  moją

żoną, Kate - poprosił. - Zostań moją żoną i mamą mojego syna.

Nie  odpowiedziała,  bo  nie  mogła  wydobyć  z  siebie  głosu,  ale  mogła  się  przytulić  do

Brody'ego, mogła go pocałować. Włożyła w ten pocałunek całe swoje serce.

- Jestem taka szczęśliwa - szepnęła.

- Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby usłyszeć odpowiedź. Koniecznie twierdzącą.

Kate  zaczęła  coś  mówić,  ale  ostry  pisk  hamulców  szkolnego  autobusu  zagłuszył  jej  słowa.

Odwróciła  się,  wciąż  przytulona  do  Brody'ego,  i  patrzyła,  jak  Jack  wypada  z  autobusu,  jak  Mike
biegnie do niego, jak skacze do góry z radości.

- Ja mu powiem, dobrze? - poprosiła cicho. - Wi​taj, przystojniaku!

- Cześć. - Chłopczyk dostrzegł łzy na jej policzkach, spojrzał zmartwiony na ojca. - Nakrzyczał

na ciebie?

background image

-  Nic  podobnego  -  zaprzeczyła.  -  Ludzie  czasami  płaczą  z  wielkiego  szczęścia.  Ja  teraz  też

jestem bar​dzo szczęśliwa. Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy wczoraj?

Chłopiec przygryzł wargę, zerknął niepewnie na ojca.

- Pamiętam - mruknął.

- To dobrze, bo już się zastanowiłam i mam coś do powiedzenia. I tobie, i twojemu tatusiowi. -

Nie pu​szczając Brody'ego, drugą ręką dotknęła policzka je​go synka. - Tak.

- Naprawdę? - Jack omal nie wyskoczył ze skóry.

- Naprawdę.

- Tatusiu! Wiesz co?

- Nie mam pojęcia.

- Kate się z nami ożeni!

EPILOG

- Tatusiu? Długo jeszcze?

- Tylko kilka minut. Poczekaj, poprawię ci krawat.

Brody  posadził  synka  na  krześle,  podciągnął  elegancki  czarny  krawacik  zdobiący  gors

śnieżnobiałej koszulki, musnął palcem pączek czerwonej róży we​tknięty w butonierkę.

- Ręce mi się spociły - powiedział ze śmiechem.

-  Denerwujesz  się?  -  zdziwił  się  Jack.  -  Dziadek  mówił,  że  niektórzy  mężczyźni  strasznie  się

boją ślubu.

- Ja się nie boję. Kocham Kate i chcę się z nią ożenić.

Brody  cofnął  się  o  krok,  obejrzał  sobie  synka.  W  czarnym  garniturze  chłopczyk  wyglądał

naprawdę imponująco.

- Świetnie wyglądasz, synku - pochwalił.

-  Ty  też.  -  Jack  nie  był  ojcu  dłużny.  -  Obaj  jesteśmy  przystojni.  Babcia  tak  powiedziała.  I

płakała. Max mówi, że dziewczyny zawsze płaczą na ślubach. Wiesz dlaczego?

- Nie wiem, ale potem zapytamy o to jakąś dziew​czynę.

Obrócił Jacka i razem stanęli przed lustrem.

background image

- To nasz wielki dzień, synku - powiedział Brody.

- Od dzisiaj wszyscy troje będziemy jedną rodziną.

- Będę miał mamusię i jeszcze jednych dziadków, ciocie, wujków, kuzynów i w ogóle.

- Tak, kochanie.

- A potem będzie przyjęcie i tort, a po przyjęciu ty i Kate pojedziecie w podróż poślubną. Rod

mówi, że podróż poślubna jest po to, żeby można się było cało​wać.

- Codziennie będziemy do ciebie dzwonić, Jack - zapewnił go Brody. Rewelacji Roda wolał

nie ko​mentować. - I przyślemy ci kartkę.

Bardzo  się  denerwował,  że  nie  może  zabrać  Jacka  ze  sobą,  ale  malec  wcale  się  tym  nie

przejmował.

- A jak wrócicie, to będziemy mieszkać wszyscy razem - paplał Jack. - Max powiedział, że jak

wróci​cie z tej podróży, to będziecie mieli dziecko. To pra​wda?

O rany, pomyślał Brody. Znów się zaczyna!

- Trzeba o to spytać Kate - odparł wymijająco.

- Teraz już mogę mówić do niej „mamo”, prawda?

- Prawda. Czy wiesz, że ona cię bardzo kocha, Jack?

-  Wiem.  -  Chłopiec  zwrócił  oczy  do  nieba.  Nie  rozumiał,  dlaczego  tatuś  wciąż  musi  mu

przypominać o sprawach oczywistych. - Przecież dlatego się z na​mi żeni.

Brody nie zdążył poprawić synka, bo do pokoju wszedł Brandon.

- Gotowi? - spytał od progu.

- Jasne! - zawołał podekscytowany Jack. - Chodź tatusiu, no chodź. Idziemy się ożenić.

Kate podała rękę Spencerowi.

- Jesteś piękna. - Wzruszony ojciec podniósł jej dłoń do ust. - Moja mała dziewczynka.

- Przestań, bo znów się rozpłaczę - poprosiła Kate.

- Dopiero doprowadziłam się do porządku po rozmowie z mamą. Jestem taka szczęśliwa, tatku,

ale nie mogę iść do ślubu z czerwonymi oczami.

- Kocham cię, Katie. Trzymaj się, dziecinko.

background image

-  Już  w  porządku.  -  Odetchnęła,  usłyszawszy  muzykę.  Lęk  gdzieś  się  ulotnił.  Została  tylko

muzyka i to wszystko, co trzeba z nią zrobić. Zupełnie tak samo jak na scenie.

Ojciec  wprowadził  ją  do  kościoła.  Biała  suknia  pieniła  się  falbanami,  welon  lśnił  jak

pajęczyna błysz​cząca kroplami rosy. Kate była piękna i szczęśliwa.

- Spójrz na nich, tatku - szepnęła ojcu do ucha.

- Są cudowni!

Muzyka prowadziła ją do ołtarza, nogi niosły pew​nie we właściwym kierunku.

-  Kocham  cię,  Kate.  -  Brody  podniósł  jej  dłoń  do  ust,  tak  samo  jak  przedtem  jej  ojciec.  -

Zobaczysz, że będziemy szczęśliwi.

-  Ładnie  wyglądasz.  -  Jack  całkiem  się  zapomniał  i  zaczął  podskakiwać  jak  piłeczka.  Jego

głosik sły​chać było w całym kościele. - Naprawdę ślicznie wy​glądasz, mamo.

- Kocham cię, Jack - powiedziała Kate. Pochyliła się, pocałowała go w policzek. - Teraz już

jesteś mój. Na zawszeTy też - zwróciła się do Brody'ego.

Oddała siostrze ślubny bukiet, wolną już dłonią wzięła Jacka za rękę.

I poślubiła ich obu.