background image

NORA ROBERTS 

PASJA ŻYCIA 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Osobiście wszystkiego dopilnuję, postanowiła. Każdy drobiazg będzie dokładnie taki, 

jak to sobie wymarzyłam. Marzenia jednak się spełniają. 

Nie  miała  zamiaru  zadowolić  się  czymś,  co  nie  będzie  dokładnie  takie,  jak  być 

powinno. Uważała to za niepotrzebną stratę czasu. Kate Kimball nie uznawała strat. 

Miała dwadzieścia pięć lat i więcej doświadczeń życiowych aniżeli większość ludzi na 

starość.  Kiedy  inne  młode  panienki  chichotały  na  widok  chłopców  i  zamartwiały  się 

wymaganiami  aktualnej  mody,  ona  jeździła  do  Paryża  i  Bonn,  nosząc  piękne  kostiumy  i 

robiąc oszałamiające rzeczy. 

Tańczyła  na  królewskich  dworach,  jadała  z  książętami,  piła  szampana  w  Białym 

Domu,  płakała  z  radości  i  ze  zmęczenia  w  moskiewskim  teatrze  Bolszoj.  Zawsze  przy  tym 

odczuwała  wdzięczność  dla  rodziców  i  całej  swej  wielkiej  rodziny,  która  popierała  jej 

wszystkie życiowe zamierzenia. To im zawdzięczała wszystko, co osiągnęła. 

Jak  daleko  sięgała  pamięcią,  zawsze  marzyła  o  tańcu.  Jej  brat  Brandon  twierdził,  że 

taniec stał się jej obsesją. Kate musiała przyznać, że Brandon doskonale to określił. Uważała, 

ż

e  obsesja  to  nic  złego.  Oczywiście  pod  warunkiem,  że  obsesja  jest  twórcza  i  że  nie 

pozostawia się jej przypadkowi. 

Kate  ciężko  pracowała  nad  swoją  obsesją.  Poświęciła  baletowi  dwadzieścia  lat 

ć

wiczeń, nauki, radości i bólu. 

Nie  tylko  ona  się  poświęcała,  jej  rodzice  także.  Kate  wiedziała,  że  niełatwo  im 

przyszło pozwolić swej najmłodszej córeczce wyjechać do szkoły baletowej w Nowym Jorku. 

A jednak pozwolili, a potem we wszystkim jej pomagali i zawsze podtrzymywali na duchu. 

To  prawda,  że  ryzyko  nie  było  wielkie.  Wprawdzie  Kate  opuściła  spokojne 

miasteczko  w  Wirginii  Zachodniej  i  wyjechała  do  wielkiego  miasta,  ale  w  tym  wielkim 

mieście  także  otaczała  ją  troskliwa  opieka  rodziny.  Ale  nawet  gdyby  nie  mieli  tam  żadnej 

rodziny, rodzice i tak pozwoliliby jej wyjechać. Przecież ją kochali i mieli do niej zaufanie. 

Ciężko pracowała, ćwiczyła i tańczyła. Gdy przyjęto ją do zespołu Davidova i po raz 

pierwszy wystąpiła na scenie, cała rodzina w komplecie zasiadła na widowni. 

Przez  sześć  lat  Kate  była  zawodową  tancerką.  Poznała  światła  sceny  i  czar  muzyki 

pokonujący  największą  nawet  tremę.  Podróżowała  po  całym  świecie,  wcieliła  się  w  Giselle, 

Aurorę, Julię i wiele innych postaci. Żadna chwila z tych sześciu lat nie została zmarnowana. 

background image

Dlaczego  więc  zdecydowała  się  zrezygnować  z  dalszej  kariery,  porzucić  scenę? 

Najpierw sarna nie bardzo wiedziała, a potem zrozumiała, że pragnie wrócić do domu. 

Chciała  zacząć  żyć,  żyć  naprawdę.  Uwielbiała  taniec,  lecz  nagle  zdała  sobie  sprawę, 

ż

e pochłonął wszystkie inne aspekty jej osobowości. Lekcje, próby, przedstawienia, podróże, 

prasa i telewizja. Wielki świat, całkiem nieprawdziwy. 

Tak  więc  zapragnęła  normalnego  życia,  zachciało  jej  się  domu.  Poczuła  też,  że 

powinna  dać  światu  coś  w  zamian  za  całą  radość,  jakiej  doświadczyła.  Postanowiła  założyć 

szkołę tańca. O to, czy będzie miała uczniów, nie bała się ani trochę. Nazywała się Kimball, a 

w  jej  mieście  to  nazwisko  znaczyło  bardzo  dużo  dla  tych  wszystkich,  których  interesował 

taniec. 

Wkrótce,  obiecywała  sobie,  już  wkrótce  sama  szkoła  też  zacznie  coś  znaczyć.  Na 

pewno będę miała kogo uczyć. 

Obróciła się na pięcie, rozejrzała po wielkiej, dudniącej echem sali. Tak, nadszedł czas 

na nowe marzenia. Nowa obsesja Kate nosiła nazwę: Szkoła Tańca Kate Kimball. Miała się 

stać nowym wyzwaniem i dać takie samo spełnienie jak praca na scenie. 

Kate  podparła  się  pod  boki  i  oglądała  ponure  szare  ściany.  Wiedziała,  że  wkrótce 

znów  będą  białe.  Czysta  przestrzeń,  na  której  zawisną  fotografie  tych  największych. 

Nuriejew, Fontayne, Barysznikow, Davidov, Bannion. 

Wzdłuż dwóch długich ścian bocznych umocuje się drążki, a za nimi olbrzymie lustra. 

To nie próżność, lecz konieczność. Tancerz musi widzieć każdy, nawet najdrobniejszy  ruch, 

każdy łuk, każde wygięcie ciała. Ono czuje, co robi, ale trzeba widzieć, by doprowadzić ruch 

do  perfekcji.  To  właściwie  nie  lustro,  tylko  okno,  pomyślała  Kate.  Okno,  przez  które  się 

wygląda, żeby zobaczyć taniec. 

Stary strop trzeba naprawić albo wymienić. Nie wiedziała jeszcze, co będzie najlepsze. 

Ogrzewanie...  Roztarta  zziębnięte  dłonie.  Tak,  ogrzewanie  na  pewno  trzeba  wymienić, 

podłogi wycyklinować i wypolerować. Potem jeszcze tylko oświetlenie, kanalizacja... Trzeba 

będzie przejrzeć instalację elektryczną. 

Pomyślała  z  miłością  o  dziadku.  Zanim  przeszedł  na  emeryturę,  choć  właściwie 

jeszcze  nie  całkiem,  był  świetnym  stolarzem,  toteż  Kate  wiedziała  co  nieco  o  tym,  jak  się 

przeprowadza remont kapitalny. Postanowiła dowiedzieć się więcej, wypytywać o wszystko, 

zrozumieć. 

Zamknęła  oczy  i  wyobraziła  sobie,  jak  to  będzie.  Zgięła  się  w  głębokim  ukłonie, 

wyprostowała i jeszcze raz się skłoniła. Spinka się poluzowała, wysunęło się spod niej kilka 

background image

pasemek upiętych w kok czarnych  grubych włosów. Gdyby je rozpuścić, sięgałyby do pasa. 

Kate lubiła ten swój romantyczny, trochę dziki wygląd, ale tylko na scenie. 

Miała  ciemną  cerę,  tak  jak  jej  matka,  i  wystające  kości  policzkowe,  a  szare  oczy  i 

podbródek odziedziczyła po ojcu. Ta niezwykła kombinacja składała się na obraz tajemniczej 

Cyganki,  syreny,  królewny  z  bajki.  Mężczyźni  widzieli  w  Kate  tylko  delikatność  formy, 

uważali  ją  za  subtelną  romantyczkę.  Nikt  nie  spodziewał  się  po  niej  silnej  woli,  nadludzkiej 

wytrwałości ani stalowych mięśni. 

- Kiedyś zastygniesz w tej pozycji i do końca życia będziesz musiała skakać jak żaba. 

Kate wyskoczyła w górę, otworzyła oczy. 

-  Brandon!  -  zawołała.  Przebiegła  przez  wielką  salę  i  rzuciła  mu  się  na  szyję.  -  Skąd 

się tu wziąłeś? Na długo przyjechałeś? 

Brat  był  od  niej  zaledwie  o  dwa  lata  starszy.  Ta  całkiem  przypadkowa  różnica  w 

datach  urodzenia  sprawiła,  że  ciągle  ją  dręczył,  kiedy  oboje  byli  jeszcze  mali.  Zupełnie 

inaczej niż Frederica, ich wspólna przyrodnia siostra. Była od nich o wiele starsza, ale nigdy 

nie wynosiła się z tego powodu, nigdy im nie dokuczała. A jednak to Brandon był największą 

miłością Kate. 

- Na które pytanie mam odpowiedzieć najpierw? - Śmiejąc się, odsunął ją od siebie. - 

Jesteś strasznie chuda. 

- A ty gruby. - Pocałowała go z głośnym cmoknięciem. - Rodzice nic mi nie mówili, 

ż

e masz przyjechać do domu. 

- Nie wiedzieli. Ale usłyszałem, że zamierzasz się tu osiedlić, więc pomyślałem sobie, 

ż

e  trzeba  cię  mieć  na  oku.  -  Rozejrzał  się  po  wielkim,  brudnym  pokoju,  zwrócił  oczy  ku 

niebu. - Niestety, spóźniłem się. 

- Tu będzie cudownie, zobaczysz. 

- Być może. Na razie jest strasznie. - Objął ją ramieniem. - A więc królowa tańca chce 

zostać nauczycielką. 

- Będę świetną nauczycielką. Dlaczego nie jesteś w Portoryko? 

- Nie można grać w piłkę przez dwanaście miesięcy w roku. 

- Brandon! - przywołała go do porządku. 

- Paskudny ślizg na drugą bazę. Naciągnąłem ścięgno. 

- Czy to bardzo źle wygląda? Byłeś u lekarza? A może... 

-  Dajże  spokój,  Katie.  To  nic  wielkiego.  Przez  kilka  miesięcy  będę  na  liście 

kontuzjowanych. Wrócę do formy, nim zaczną się wiosenne treningi, ale do wiosny będę miał 

sporo wolnego czasu. Pokręcę się tu trochę i zmienię twoje życie w prawdziwe piekło. 

background image

- No tak, to rzeczywiście zrekompensuje  ci utracone mecze. Chodź, pokażę ci dom - 

powiedziała. I popatrzę sobie, jak chodzisz, pomyślała. - Moje mieszkanie będzie na górze. 

-  Z  wyglądu  tego  sufitu  wnioskuję,  że  twoje  mieszkanie  w  każdej  chwili  może  się 

znaleźć na dole. 

-  Nie  jest  taki  słaby,  jak  ci  się  zdaje.  -  Machnęła  ręką,  jakby  odpędzała  natrętną 

muchę. - Jest tylko brzydki, ale to przejściowe. Mam wielkie plany. 

- Zawsze masz jakieś plany, i wszystkie wielkie. 

Poszedł  z  nią,  lekko  utykając  na  lewą  nogę.  Przeszli  przez  wielką  salę  i  weszli  do 

małego  holu,  w  którym  opadał  tynk,  ukazując  gołą  ścianę  z  cegieł.  Skrzypiące  schody 

zaprowadziły ich na piętro zamieszkane w tej  chwili przez myszy, pająki i inne robactwo, o 

którym Brandon nie chciał nawet myśleć. 

- Kate, ten dom... 

- Ma charakter i mocne mury - dokończyła stanowczo. - Zbudowano go przed wojną 

domową. 

-  A  nie  w  epoce  kamienia  łupanego?  -  Brandon  lubił  rzeczy  znajdujące  się  w 

należytym  porządku.  Jak  na  przykład  boisko  do  baseballu.  -  Masz  pojęcie,  ile  cię  będzie 

kosztowało doprowadzenie tego miejsca do stanu używalności? 

-  Mam  pojęcie.  A  dokładnie  się  dowiem,  kiedy  będę  rozmawiać  z  przedsiębiorcą 

budowlanym.  Ten  dom  jest  mój,  Brand!  Pamiętasz,  jak  chodziliśmy  tędy  z  Freddie,  kiedy 

byliśmy mali? 

- Jasne. Był tutaj bar, potem jakiś warsztat czy coś w tym rodzaju, potem. 

- Tu było wiele rzeczy - przerwała mu Kate. - Zaczęło się w dziewiętnastym wieku od 

gospody.  Nikt  tego  domu  specjalnie  nie  szanował,  ale  ja  zawsze  chciałam  tutaj  mieszkać. 

Wyobrażałam sobie, że wyglądam przez te wspaniałe wysokie okna, biegam po pokojach... 

Zaczerwieniła  się,  jej  oczy  stały  się  ciemne,  prawie  czarne.  Był  to  widomy  znak,  że 

zaparła się i nie popuści. 

- Marzenia ośmioletniej dziewczynki nie mogą zmusić dorosłej kobiety do kupowania 

ruiny. 

- Masz rację. Wcale nie musiałam kupować tego domu. To zbieg okoliczności. Kiedy 

wiosną przyjechałam odwiedzić rodziców, zobaczyłam, że dom wystawiono na sprzedaż. Od 

tamtej  pory  po  prostu  nie  mogłam  go  zapomnieć.  Nawet  w  Nowym  Jorku  wciąż  o  nim 

myślałam. 

Chodziła  po  pokoju.  Widziała  go  takim,  jakim  będzie  za  kilka  miesięcy.  Widziała 

lśniące parkiety, czyste, mocne ściany. 

background image

- Naprawdę masz pokręcone w głowie. Kate wzruszyła ramionami. 

- Teraz jest mój. Wiedziałam o tym, kiedy tylko weszłam do środka. Czy ty nigdy nie 

czułeś czegoś podobnego? 

Pewnie, że czuł. Poczuł to, kiedy po raz pierwszy  wszedł na boisko. Zapewne  gdyby 

wtedy z kimś na ten temat porozmawiał, usłyszałby, że wszyscy chłopcy marzą o zawodowej 

grze w baseball, ale tylko nielicznym się udaje, więc lepiej zająć się czymś bardziej realnym. 

Ale nikt z jego rodziny nigdy mu nic takiego nie powiedział. Ani rodzice, ani nikt inny nigdy 

nie namawiał go do rezygnacji z marzeń. Tak samo jak nie żądano od Kate, by wyrzekła się 

baletu. 

-  Chyba  czułem  -  przyznał  się  Brandon.  -  Problem  w  tym,  że  to  wszystko  dzieje  się 

zbyt prędko. Przyzwyczaiłem się, że ty działasz powoli i z namysłem. 

-  To  się  nie  zmieniło.  -  Uśmiechnęła  się  do  niego.  -  Kiedy  postanowiłam  odejść  z 

baletu, wiedziałam, że będę uczyć tańca. Wiedziałam, że właśnie w tym  domu chcę założyć 

szkołę. Moją własną szkołę. Ale przede wszystkim chciałam wrócić do domu. 

- W porządku. - Przytulił ją, pocałował w czoło. 

- Wobec tego tak się stanie. Ale na razie lepiej stąd chodźmy. Zimno tu jak w psiarni. 

- Nowe ogrzewanie jest pierwszą pozycją na liście moich inwestycji. 

Brandon raz jeszcze rozejrzał się po wielkim, straszliwie zrujnowanym domu. 

- To chyba bardzo długa Usta - mruknął. 

Szli ulicą, po której hulał grudniowy wiatr. Kate czuła w powietrzu śnieg, a właściwie 

delikatną  zapowiedź  opadów  śniegu.  Wystawy  sklepowe  już  były  przystrojone  świątecznie. 

Wszędzie było pełno mikołajów o czerwonych policzkach, kolorowych żarówek, fruwających 

reniferów i śniegowych bałwanów. 

Ale  najlepszy  z  najlepszych  był  -  jak  zwykle  -  sklep  z  zabawkami.  W  witrynie  stały 

miniaturowe  saneczki,  olbrzymie  pluszowe  miśki  w  śmiesznych  czapkach,  lalki  wystrojone 

jak na bal, lśniące czerwone ciężarówki i pałace z drewnianych klocków. Wspaniały bałagan, 

jak przy każdej dobrej zabawie. 

Kate i Brandon weszli do środka, rozdzwoniły się wesołe dzwoneczki. 

Klienci  przechadzali  się  po  sklepie,  jakiś  brzdąc  wściekle  walił  w  ksylofon.  Annie 

Maynard, sprzedawczyni, właśnie pakowała do pudełka wielkiego pluszowego psa. 

- To jedna z moich ulubionych zabawek - mówiła do klientki. - Na pewno bardzo się 

dziecku spodoba. 

Przewiązała  pakunek  czerwonym  sznureczkiem,  spojrzała  znad  okularów  na  nowo 

przybyłych i aż pisnęła z radości. 

background image

- Brandon! Tasz! Zobacz, kto przyszedł. Chodź, daj mi buzi, moje ty kochanie. 

Brandon wszedł za ladę, pocałował ją w policzek. Annie chwyciła się za serce. 

- Od dwudziestu pięciu lat jestem mężatką - powiedziała do klientki - ale ten chłopiec 

zawsze  sprawia,  że  znów  czuję  się  jak  panienka.  Wesołych  świąt.  Zaczekaj,  pójdę  po  twoją 

matkę. 

- Ja po nią pójdę. - Kate uśmiechnęła się. - Brandon niech lepiej zostanie tutaj. Będzie 

mógł sobie z tobą poflirtować. 

- Dobrze. - Annie puściła do niej oko. - Nie spiesz się za bardzo. 

Brandon czaruje kobiety, odkąd skończył pięć lat, myślała z rozrzewnieniem Kate. A 

raczej  odkąd  się  urodził,  poprawiła  się  w  myślach,  wędrując  pomiędzy  półkami  pełnymi 

zabawek.  I  wcale  nie  dlatego,  że  jest  zabójczo  przystojny.  W  każdym  razie  nie  tylko  z  tego 

powodu. I nie tylko z powodu czaru, jaki wokół siebie roztacza, kiedy ma dobry humor. 

Kate  już  dawno  doszła  do  wniosku,  że  wszystkiemu  winne  są  feromony.  Niektórzy 

mężczyźni  nie  muszą  nic  robić,  a  kobiety  i  tak  za  nimi  szaleją.  Nie  wszystkie,  ale 

zdecydowana większość. 

Kate  należała  do  mniejszości.  Mężczyzna  musiał  mieć  w  sobie  coś  więcej  niż  tylko 

wygląd, czar i seksapil, żeby się nim zainteresowała. Może dlatego, że znała wielu takich, na 

których miło było popatrzeć... 

i na tym koniec. Nie mieli nic prócz pięknej powłoki. Jak sklepowe manekiny. 

Weszła do działu z samochodzikami i oniemiała. 

Stojący  tam  mężczyzna  na  pewno  nie  był  manekinem.  Owszem,  był  przystojny,  ale 

bardzo  męski.  Idealne  uosobienie  męskości.  Sto  osiemdziesiąt  pięć  centymetrów  wzrostu  w 

przepięknym opakowaniu, pomyślała Kate. 

Była  tancerką,  toteż  jak  mało  kto  potrafiła  ocenić  wspaniałe  ciało.  Ciało  tego 

człowieka,  który  właśnie  w  tej  chwili  oglądał  rzędy  miniaturowych  pojazdów,  było 

opakowane  w  spłowiałe  dżinsy,  flanelową  koszulę  i  starą  dżinsową  kurtkę,  stanowczo  za 

lekką jak na tę porę roku. 

Jego  buty  wyglądały  na  bardzo  solidne  i  bardzo  stare.  Kate  nigdy  przedtem  nie 

przyszło do głowy, że znoszone buty mogą być pociągające. 

No  i  te  włosy:  ciemne  z  jasnymi  pasemkami,  okalające  szczupłą  twarz  o  ostrych 

konturach,  pełne  usta...  Sprawiały  wrażenie,  jakby  to  była  jedyna  miękka  część  jego  ciała. 

Nos miał prosty i długi, podbródek kanciasty, a oczy... 

Właściwie  nie  mogła  dostrzec  jego  oczu,  nawet  ich  koloru,  bo  widok  zasłaniały  jej 

rzęsy. Ale wyobraziła sobie, że są niebieskie. 

background image

Sięgnął  po  jedną  z  zabawek  i  wtedy  Kate  zwróciła  uwagę  na  jego  dłonie.  Duże, 

szerokie, silne. Zaczęła sobie wyobrażać, całkiem niewinnie, oczywiście... 

No i potknęła się. 

Łoskot  spadających  autek  obudził  ją  z  rozmarzenia  i  sprawił,  że  nieznajomy  się 

odwrócił, Oczy miał zielone, intensywnie zielone. 

-  Ale  się  narobiło...  -  Uśmiechnęła  się  do  niego  i  śmiejąc  się  z  samej  siebie, 

przykucnęła, by pozbierać autka. - Mam nadzieję, że nikt nie jest ranny. 

-  Na  szczęście  mamy  karetkę  pogotowia.  Na  wszelki  wypadek.  -  Przykucnął  obok 

Kate, wziął do ręki lśniący białym lakierem model ambulansu. 

-  Dziękuję.  Jeśli  zdążymy  to  posprzątać,  zanim  zjawią  się  tutaj  gliny,  to  może  nie 

wlepią  mi  mandatu  i  skończy  się  tylko  na  ostrzeżeniu.  -  Pomyślała,  że  ten  mężczyzna  nie 

tylko  świetnie  wygląda,  ale  także  bardzo  dobrze  pachnie.  Drewnianymi  wiórami  i  jeszcze 

czymś.  Mężczyzną!  Specjalnie  tak  się  ustawiła,  żeby  musiał  ją  trącić  kolanem.  -  Często  tu 

przychodzisz? 

-  No.  -  Spojrzał  na  nią  uważnie.  Od  razu  zauważyła  w  jego  oczach  błysk 

zainteresowania. - Chłopcy nigdy nie wyrastają ze swoich zabawek. 

- Podobno. A ty czym lubisz się bawić? 

Zdziwił  się.  Nieczęsto  się  zdarza  spotkać  taką  piękną,  bezpośrednią  kobietę. 

Zwłaszcza  w  sklepie  z  zabawkami.  Mało  brakowało,  a  zacząłby  się  jąkać,  a  potem  zrobiłby 

coś, czego nie robił od lat: powiedziałby coś, zanim by pomyślał. 

-  Zależy,  w  co  się  bawię.  A  ty  w  co  się  bawisz?  Roześmiała  się,  odgarnęła  kosmyk 

włosów z czoła. 

- Och, ja lubię różne gry. Zwłaszcza te, w których wygrywam. 

Chciała wstać, ale on zrobił to szybciej. Wyprostował te swoje długie nogi, wyciągnął 

do  niej  rękę.  Kate  uchwyciła  się  jej.  Dłoń  była  twarda  i  silna.  Taka,  jaka  powinna  być  dłoń 

mężczyzny. 

- Jeszcze raz dziękuję. Mam na imię Kate. 

- Brody. - Podał jej mały niebieski samochodzik. - Chcesz kupić auto? 

- Nie dzisiaj. Tak sobie oglądam wszystko. Może coś mi wpadnie w oko... - Znów się 

uśmiechnęła. 

Brody  z  największym  trudem  powstrzymał  się  od  gwizdania.  Kobiety  czasami  go 

podrywały, ale nigdy tak jawnie. On zresztą nie zwracał na nie uwagi. Nie był z kobietą od... 

No cóż, stanowczo za długo. 

background image

-  Kate.  -  Oparł  się  o  półkę.  Pomyślał,  że  to  nawet  zabawne,  gdy  ciało  tak  szybko 

przypomina  sobie  odpowiednie  ruchy,  jakby  nigdy  tego  rytuału  nie  przerywało.  -  Może 

byśmy... 

-  Katie!  Nie  wiedziałam,  że  przyszłaś.  -  Natasza  Kimball  szybko  szła  przez  sklep. 

Niosła olbrzymią zabawkę: samochód z gruszką do cementu. 

- Mam dla ciebie niespodziankę - oznajmiła Kate. 

- Uwielbiam niespodzianki, ale najpierw obowiązki. Proszę, Brody, tak jak obiecałam. 

Przywieźli to w poniedziałek i odłożyłam dla ciebie. 

-  Fantastyczna.  -  Dwuznaczny  uśmieszek  ustąpił  miejsca  uśmiechowi  zadowolenia.  - 

Rewelacyjna. Jack zwariuje z radości. 

- Ta firma robi zabawki z wielką dbałością o szczegóły. Tym autem będzie się bawił 

przez kilka lat, a nie tylko przez pierwszy tydzień po Gwiazdce. Widzę, że już poznałeś moją 

córkę. - Natasza przytuliła do siebie Kate. 

Brody oderwał wzrok od samochodu. 

- To jest pani córka? 

A więc to jest ta tancerka, pomyślał. Dlaczego od razu się nie domyśliłem? Przecież to 

widać. 

- Poznaliśmy się przed chwilą. Przy okazji niewielkiego wypadku samochodowego. - 

Kate wciąż się uśmiechała. Na pewno tylko jej się zdawało, że poczuła chłód. - Jack to twój 

siostrzeniec? 

- To mój syn. 

- Ach, tak. - W wyobraźni zrobiła wielki krok do tyłu. 

Ależ ten facet jest bezczelny, pomyślała. Ma żonę, a mimo to śmie ze mną flirtować! 

Bo  to  przecież  nie  ma  żadnego  znaczenia,  kto  pierwszy  zaczął.  Ja  nie  mam  męża,  więc  mi 

wolno. 

- Na pewno bardzo mu się spodoba - powiedziała, tym razem chłodno. Odwróciła się 

do matki. - Mamo... 

-  Wiesz,  Kate,  opowiedziałam  Brody'emu  o  twoich  planach.  Pomyślałam  sobie,  że 

mógłby rzucić okiem na ten twój dom. 

- Po co? 

- Brody ma firmę budowlaną i doskonale zna się na stolarce. To właśnie on w zeszłym 

roku  wyremontował  gabinet  twojego  ojca.  I  obiecał  przyjrzeć  się  mojej  kuchni.  Moja  córka 

zawsze musi mieć wszystko, co najlepsze - wyjaśniła Brody'emu Natasza. Oczy jej się śmiały. 

- Więc oczywiście pomyślałam o tobie. 

background image

- Jestem bardzo zobowiązany. 

- Niepotrzebnie. Polecam jej ciebie, ponieważ wiem, że robisz bardzo dobrą robotę za 

rozsądną  cenę.  -  Uścisnęła  jego  rękę.  -  Oboje  ze  Spence'em  będziemy  ci  bardzo  wdzięczni, 

jeśli zechcesz się tym zając. 

-  Po  co  ten  pośpiech,  mamo?  Ale,  ale,  czy  wiesz,  że  znalazłam  w  tym  starym  domu 

coś dziwnego? Jest przy wejściu i czaruje Annie. 

- Co takiego? Brandon? Dlaczego mi nie powiedziałaś? 

Natasza wybiegła z działu motoryzacyjnego. 

- Miło cię było poznać - powiedziała Kate. 

- Mnie także. Jak będziesz chciała mi pokazać ten budynek, to do mnie zadzwoń. 

-  Oczywiście.  -  Ustawiła  na  półce  mały  samochodzik,  który  od  niego  dostała.  - 

Twojemu synowi na pewno spodoba się ta betoniarka. Czy to twoje jedyne dziecko? 

- Tak. Mam tylko Jacka. 

- Na pewno oboje z żoną poświęcacie mu bardzo dużo czasu. Ja też nie mam go zbyt 

wiele. Przepraszam, ale... 

-  Matka  Jacka  zmarła  cztery  lata  temu.  Ale  ja  rzeczywiście  poświęcam  mu  wiele 

czasu.  Uważaj  na  zakrętach,  Kate.  -  Wpakował  sobie  pod  ramię  pudełko  z  betoniarką  i 

odszedł. 

- Ale się narobiło - mruknęła Kate. - Strasznie się wygłupiłam. 

Zdaniem  Brody'ego  największą  zaletą  posiadania  własnego  przedsiębiorstwa  była 

niezależność.  Prowadzenie  firmy  nie  raz  przysparzało  mu  bólu  głowy:  sterty  dokumentów, 

odpowiedzialność,  szukanie  zamówień.  Ale  niezależność,  zwłaszcza  możliwość  dowolnego 

dysponowania czasem, rekompensowała wszystkie niedogodności. 

Przez ostatnie sześć lat Brody miał tylko jeden priorytet. Na imię mu było Jack. 

Schował  betoniarkę  do  furgonetki  i  pojechał  do  klienta  sprawdzić,  jak  postępują 

roboty  remontowe.  Potem  jeszcze  zadzwonił  do  dostawcy,  by  mu  przypomnieć,  jakich 

materiałów  będzie  koniecznie  potrzebował  na  jutro,  zawiózł  potencjalnemu  klientowi 

orientacyjny kosztorys remontu łazienki i wrócił do domu. 

W  poniedziałki,  środy  i  piątki  przyjeżdżał  do  domu  przed  szkolnym  autobusem.  We 

wtorki i czwartki oraz w razie nieprzewidzianych komplikacji Jacka dostarczano do państwa 

Skully,  gdzie  spędzał  popołudnie  na  zabawie  ze  swym  najlepszym  przyjacielem  Rodem. 

Oczywiście pod bacznym okiem Beth Skully, matki Roda. 

Brody był bardzo wdzięczny Beth i Jerry'emu Skullym. Ich dom stał się miejscem, w 

którym Jack mógł bezpiecznie i szczęśliwie spędzać czas, gdy nie miał się kto nim zająć we 

background image

własnym  domu.  W  ciągu  tych  dziesięciu  miesięcy,  jakie  minęły  od  ich  powrotu  do 

Shepherdstown,  Brody  niemal  codziennie  myślał  o  tym,  jak  spokojnie  żyje  się  w  małym 

mieście. 

Miał  trzydzieści  lat  i  wciąż  nie  mógł  się  nadziwić  tamtemu  młodemu  mężczyźnie, 

który zaledwie dziesięć lat temu uciekał z tego miasteczka tak szybko aż się za nim kurzyło. 

No  i  chwała  Bogu,  pomyślał,  skręcając  w  ulicę  przy  której  stał  jego  dom.  Gdybym 

stąd  nie  wyjechał  gdybym  nie  chciał  tak  bardzo  zostawić  swego  śladu  gdzieś  indziej,  nigdy 

bym  się  nie  nauczył  tego  wszystkiego,  co  umiem,  nigdy  nie  poznałbym  życia  tak  jak  je 

poznałem. Nie spotkałbym Connie i nie miałbym Jacka. 

Jego  życie  zatoczyło  pełne  koło.  Prawie  pełne  ,bo  jeszcze  nie  pogodził  się  całkiem  z 

rodzicami,  choć  i  w  tej  sprawie  zrobił  już  pewne  postępy,  A  raczej  zrobił  je  Jack.  Ojciec 

Brody'ego nadal miał żal do syna, ale nie potrafił się oprzeć wnukowi. 

Brody  patrzył  na  las  rosnący  po  obu  stronach  szosy  Z  ołowianego  nieba  powoli 

spłynęło na ziemię kilka płatków śniegu. 

Dobrze, że wróciłem, pomyślał. To dobre miejsce na wychowywanie chłopca. Lepiej 

dla  nas  obu  że  wyjechaliśmy  z  dużego  miasta,  że  zaczęliśmy  wszystko  od  nowa  tutaj,  gdzie 

mamy rodzinę. Jack ma tu babcię i dziadka. Są całkiem zwyczajni, ale kochają go za to, jaki 

jest, widzą w nim małego chłopca a nie pamiątkę po nieodżałowanej stracie. 

Skręcił  w  swoją  uliczkę,  zawrócił,  wyłączył  silnik  Autobus  nadjedzie  za  chwilę, 

wyskoczy  z  niego  Jack  podbiegnie  do  furgonetki  i  wdrapie  się  do  kabiny.  Od  razu  zacznie 

opowiadać o wszystkim, co mu się przydarzyło tego dnia w szkole. 

Szkoda,  że  ja  mu  nie  mogę  opowiedzieć  o  wszystkim,  co  mnie  spotkało,  pomyślał 

nieco ubawiony Brody. 

Przecież nie może powiedzieć sześcioletniemu synowi, że po raz pierwszy od wielu lat 

jakaś kobieta zrobiła na nim wrażenie. I to nie byle jakie. Musi sobie sam z tym poradzić, sam 

musi się zastanowić, co z tym fantem zrobić. 

Naprawdę długo obywał się bez kobiet. Zresztą co w tym złego, że znów zaczął o nich 

myśleć,  że  znów  jedną  z  nich  zauważył?  Zwłaszcza  że  ta  kobieta  nie  krępowała  się  zrobić 

pierwszego kroku. 

Czemu  by  nie,  myślał.  Krótki  taniec  godowy,  kilka  cywilizowanych  randek,  a  potem 

już  nieco  mniej  cywilizowany  seks.  Każdy  dostałby  to,  czego  chce,  i  nikt  by  na  tym  nie 

ucierpiał.  Mruknął  coś  pod  nosem,  roztarł  zesztywniały  kark.  Dobrze  wiedział,  że  nigdy  nie 

jest tak idealnie, że zawsze ktoś traci, może nawet cierpi. 

background image

A  jednak  zaryzykowałby,  gdyby  nie  chodziło  o  Kate  Kimball,  ukochaną  córeczkę 

Nataszy i Spence'a Kimballów. Już raz popełnił ten błąd i nie zamierzał go powtarzać. 

Dużo  wiedział  o  Kate.  Primabalerina,  ulubienica  wyższych  sfer,  jedna  z 

najjaśniejszych  gwiazd  na  firmamencie  nowojorskiego  światka  artystycznego.  A  Brody 

wolałby dać sobie wyrwać wszystkie zęby za jednym zamachem, niż oglądać przedstawienie 

baletowe.  Dość  miał  ukulturalniania,  jakie  musiał  przejść  podczas  trwania  swego  krótkiego 

małżeństwa. 

Connie  była  wyjątkową  kobietą.  Naturalna  minio  otaczającej  ją  pompatyczności.  A 

jednak było mu ciężko. Nie wiedział, jak długo jeszcze chciałoby im się wspólnie wyrąbywać 

drogę przez tę towarzyską dżunglę. 

Bardzo kochał Connie, lecz życie z nią nauczyło go, że łatwiej się żyje,  gdy żyje się 

wśród  swoich,  a  jeszcze  łatwiej,  gdy  mężczyzna  unika  wszelkich  poważnych  związków  z 

kobietami. 

Dobrze się stało, że nam przerwano, nim zdążyłem zaprosić Kate Kimball na randkę, 

pomyślał. 

Wielki  żółty  autobus  zatrzymał  się  z  jękiem  hamulców,  włączył  światła  awaryjne. 

Kierowca zasalutował żartobliwie. Brody oddał salut i patrzył, jak jego domowa błyskawica 

wystrzeliwuje z autobusu. 

Jack  był  niedużym  chłopcem,  lecz  uwagę  przykuwały  jego  wielkie  stopy,  jakby  na 

wyrost.  Miał  roześmianą  okrągłą  buzię,  zielone  oczy,  takie  same  jak  Brody,  i  niewinny 

uśmiech  małego  dziecka.  A  kiedy  ściągał  czerwoną  narciarską  czapeczkę,  a  robił  to,  kiedy 

tylko mógł, wyskakiwała spod niej burza bardzo jasnych włosków. 

Był  już  prawie  przy  samochodzie  ojca,  gdy  nagle  zwolnił  biegu,  odchylił  głowę  do 

tyłu i próbował schwytać na język jeden z leniwie spadających z nieba płatków śniegu. 

Brody  patrzył  na  syna,  czuł,  jak  serce  wzbiera  mu  miłością.  Ta  miłość  była  w  jego 

ż

yciu najważniejsza, ona zajmowała mu najwięcej czasu. Nie chciał tego zmieniać. 

Drzwi  furgonetki  otworzyły  się  gwałtownie  i  już  po  chwili  roześmiany  chłopczyk 

wdrapywał się na siedzenie obok kierowcy. Przywodził na myśl rozradowanego szczeniaka o 

zbyt wielkich łapach. 

- Cześć, tato! Śnieg! Może napada dwa metry i nie będzie lekcji, i ulepimy w ogródku 

milion  bałwanów,  i  pójdziemy  na  sanki.  -  Rozpierająca  go  radość  życia  nie  pozwalała  ani 

chwili usiedzieć spokojnie na miejscu. - Pójdziemy? 

-  Jak  tylko  napada  dwa  metry  śniegu,  natychmiast  zaczniemy  lepić  pierwszego  z 

miliona bałwanów. 

background image

- Słowo? 

- Słowo honoru - odparł Brody. Dotychczas nigdy  nie złamał danego synowi słowa i 

miał nadzieję, że tak będzie zawsze. 

- Fajnie. Wiesz co? 

- Co takiego? - Brody włączył silnik, jechał powoli w stronę domu. 

-  Do  Gwiazdki  zostało  tylko  piętnaście  dni,  a  pani  Hawkins  powiedziała,  że  jutro 

będzie już tylko czternaście, a czternaście dni to dwa tygodnie. 

- To chyba znaczy, że jeśli od piętnastu odejmiemy jeden, to zostanie czternaście. 

-  Naprawdę?  -  Jack  aż  oczy  otworzył  ze  zdumienia,  ale  nie  chciał  się  tym  teraz 

zajmować.  Miał  ważniejsze  sprawy  na  głowie.  -  Za  dwa  tygodnie  jest  Gwiazdka,  a  babcia 

mówi, że czas szybko ucieka, więc właściwie Gwiazdka jest już teraz. 

- Właściwie tak. 

Brody  zatrzymał  auto  przed  starym  dwupiętrowym  domem.  Wiedział,  że  przyjdzie 

dzień,  gdy  cały  dom  zostanie  wyremontowany,  ale  na  razie  jest  jaki  jest.  Najważniejsze,  że 

daje się w nim mieszkać. 

- Jeśli właściwie już jest Gwiazdka, to może mógłbym dzisiaj dostać prezent. 

-  Bo  ja  wiem...  -  Brody  udawał,  że  się  zastanawia.  -  Całkiem  nieźle  to  sobie 

wymyśliłeś, ale nie dostaniesz dziś prezentu. Musisz poczekać do Gwiazdki. 

- Ojej. 

- Ojej - powtórzył Brody tym samym żałosnym tonem, a potem się roześmiał i porwał 

synka  na  ręce.  -  Ale  jeśli  dasz  mi  buzi,  to  zrobię  na  kolację  Wspaniałą  Magiczną  Pizzę 

O'Connellów. 

- Fajnie! - Jack przytulił się do ojca, pocałował go w policzek. 

Brody'emu już nic więcej do szczęścia nie brakowało. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

-  Denerwujesz  się?  -  Spencer  Kimball  przyglądał  się,  jak  córka  nalewa  kawę  do 

filiżanki. 

Wyglądała  jak  zwykle  świetnie.  Burzę  czarnych  włosów  zaczesała  w  koński  ogon, 

który sięgał do połowy pleców. Ciemnoszare spodnie i żakiet doskonale na niej leżały. 

Była bardzo piękna. I dorosła. Spence nie rozumiał, dlaczego tak mu ciężko na sercu 

za każdym razem, kiedy zdaje sobie sprawę, że jego dzieci są już dorosłe. 

- Dlaczego miałabym się denerwować? Chcesz jeszcze trochę kawy, tato? 

-  Tak,  proszę.  -  Podsunął  swój  kubek.  -  Dlaczego?  -  powtórzył.  -  To  ważny  dzień  w 

twoim  życiu.  Za  kilka  godzin  staniesz  się  właścicielką  domu.  Zaczniesz  doświadczać 

wszystkich radości i smutków, jakie się z tym wiążą. 

- Nie mogę się doczekać. - Kate usiadła przy stole i zaczęła dłubać w rogaliku, który 

sobie przygotowała. - Dokładnie sobie to wszystko przemyślałam. 

- Jak zwykle. 

- Aha. Może nie powinnam angażować w tę inwestycję tak dużej części oszczędności, 

ale  widzisz,  tatku,  ja  dość  mocno  stoję  na  nogach  i  nie  planuję  kłopotów  finansowych.  Co 

najmniej na trzy najbliższe lata. 

-  Wiem.  -  Spence  przyglądał  się  córce.  -  Masz  smykałkę  do  interesów.  Zupełnie  jak 

twoja matka. 

- A po tobie odziedziczyłam dar nauczania. W Nowym Jorku czasami dawałam lekcje 

tańca. Całkiem nieźle sobie radziłam. - Dolała do kawy troszkę śmietanki. - Ale swoją szkołę 

będę miała tutaj. 

Kate odłożyła na talerz rogalik i wzięła do ręki kubek z kawą. 

-  Nazwisko  Kimball  jest  w  naszym  mieście  szanowane,  a  ja  jestem  bardzo  znana  w 

ś

wiecie tańca. Dwadzieścia lat ciężkiej pracy nie poszło na marne. 

- Na pewno masz rację. 

Westchnęła.  Ojca  nie  można  było  oszukać.  Znał  ją  na  wylot.  Był  dla  niej  opoką, 

zawsze mogła się na nim oprzeć. 

-  No  dobrze,  bardzo  się  denerwuję  -  przyznała.  -  Wiesz,  jak  to  jest,  kiedy  człowiek 

czuje jakby łaskotanie w żołądku? 

- Wiem. 

background image

- Ostatni raz tak się denerwowałam, kiedy po raz pierwszy w życiu miałam zatańczyć 

solo na prawdziwej scenie. 

- To dlatego, że od tamtej pory nigdy nie wątpiłaś w swój talent. Teraz wchodzisz na 

nieznany teren, kochanie. - Położył dłoń na jej dłoni. - Masz prawo się denerwować. Prawdę 

mówiąc, niepokoiłbym się, gdyby było odwrotnie. 

- Niepokoisz się też, że popełniam wielki błąd. 

-  Nie,  to  nie  żaden  błąd.  -  Lekko  uścisnął  jej  dłoń.  -  Jeszcze  tego  nie  wiesz,  więc  ci 

powiem,  że  ojcowie  też  się  czasem  czegoś  boją.  Ja  na  przykład  trochę  się  boję,  że  za  kilka 

miesięcy  zatęsknisz  za  występami,  że  zacznie  ci  brakować  zespołu  i  stylu  życia,  do  jakiego 

przywykłaś.  Jakaś  część  mnie  wolałaby  więc,  żebyś  jeszcze  trochę  zaczekała  z  decyzją  o 

porzuceniu sceny. Za to druga część bardzo się cieszy, że wróciłaś do domu. 

- Możesz się uspokoić. Jeśli na coś się decyduję, nie rezygnuję z byle powodu. 

- Wiem. 

Właśnie to najbardziej martwiło Spence'a, ale nie zamierzał mówić o tym córce. 

Ugryzła rogalik, uśmiechnęła się lekko. Wiedziała, jak zmienić niewygodny temat. 

- Powiedz, jak chcecie przebudować kuchnię - poprosiła. 

Ojciec westchnął, jego przystojna twarz nieco pobladła. 

-  Ja  się  do  tego  nie  wtrącam.  -  W  panice  rozejrzał  się  po  kuchni,  przeczesał  palcami 

lekko  siwiejące  włosy.  -  Twoja  matka  uparła  się,  żeby  wszystko  tutaj  zmienić.  To  nowe, 

tamto nowe. A ten Brody O'Connell jeszcze jej przytakuje i podsuwa nowe pomysły. Czy tej 

kuchni czegoś brakuje? 

- Może chodzi o to, że od ponad dwudziestu lat nic się w niej nie zmieniło. 

-  No  i  co  z  tego?  Komu  to  przeszkadza?  Kuchnia  jest  w  porządku.  Wygodna  i  w 

ogóle... Ale ten musiał jej pokazać katalogi. 

Uśmiechnęła  się,  słysząc  żal  w  głosie  ojca.  Jakby  mówił  o  zdradzie  serdecznego 

przyjaciela. 

- Podły drań - powiedziała ze zrozumieniem. 

- Planują jakieś łuki, wielkie okna. Przecież mamy okno. - Wskazał palcem okno nad 

zlewem.  -  Nic  mu  nie  brakuje.  Można  sobie  przez  nie  wyglądać,  ile  dusza  zapragnie.  Moim 

zdaniem  ten  chłopak  uwiódł  moją  żonę  perspektywą  marmurowych  blatów  i  dębowych 

szafek. 

-  Dębowe  szafki,  powiadasz.  Rzeczywiście,  bardzo  seksowne.  -  Kate  się  roześmiała, 

oparła łokcie na stole. - Opowiedz mi o tym O'Connellu, tatku. 

background image

- Jest świetnym fachowcem. Ale to wcale nie oznacza, że może tu przyjść, kiedy mu 

się spodoba, i demolować moją kuchnię. 

- Dawno tutaj mieszka? 

-  Wychował  się  w  tym  mieście.  Jego  ojciec  ma  firmę  hydrauliczną,  Ace's  Plumbing. 

Może obiło ci się o uszy? Brody wyjechał stąd, kiedy skończył dwadzieścia lat. Mieszkał w 

Waszyngtonie, pracował w budownictwie. 

Po  dobroci  nic  mi  nie  powie,  pomyślała  Kate.  Trzeba  go  trochę  przycisnąć,  inaczej 

niczego się nie dowiem. 

- Podobno ma synka. 

-  No.  Mały  Jack  to  prawdziwe  żywe  srebro.  Żona  Brody'ego  umarła  kilka  lat  temu. 

Chyba rak. Mam wrażenie, że wrócił, bo chciał, żeby mały miał rodzinę. Osiedlił się tu mniej 

więcej  rok  temu,  założył  firmę.  Ma  bardzo  dobrą  opinię.  Na  pewno  zrobi  ci  remont  tak  jak 

trzeba. 

Kate pomyślała, że chciałaby zobaczyć Brody'ego w pasie na narzędzia. Ciekawe, jak 

też on w tym wygląda. Mogłaby pójść o zakład, że fantastycznie. 

Po  wszystkim.  Żołądek  jeszcze  się  nie  uspokoił,  lecz  Kate  już  była  właścicielką 

wielkiego,  pięknego  i  zrujnowanego  domu  w  niewielkim  miasteczku  uniwersyteckim 

Shepherdstown w Wirginii Zachodniej. 

Budynek  znajdował  się  o  kilka  kroków  od  jej  rodzinnego  domu,  od  sklepu  z 

zabawkami jej matki, od uniwersytetu, w którym uczył jej ojciec. Kate była otoczona rodziną, 

przyjaciółmi i sąsiadami. 

Trochę  się  przeraziła.  Wcześniej  wcale  o  tym  nie  myślała.  Wszyscy  mnie  tu  znają. 

Wszyscy będą obserwować, czy mi się powiedzie, czy będę miała trudności, a może całkiem 

się  rozłożę.  Dlaczego  nie  zakładam  szkoły  gdzieś  w  Utah  czy  Nowym  Meksyku?  Gdzieś, 

gdzie nikt mnie nie zna, gdzie nikt niczego po mnie nie oczekuje? 

Wiedziała,  że  to  idiotyczne.  Postanowiła  otworzyć  szkołę  właśnie  tutaj,  bo  tu  był  jej 

dom. Chciała być w domu i wróciła do domu. Koniec i kropka. 

Nie będzie żadnego rozkładania się, postanowiła. 

Zatrzymała samochód przed swoim własnym, dopiero co kupionym domem. 

Wiedziała,  że  odniesie  sukces.  Choćby  dlatego,  że  sama  zadba  o  każdy  szczegół. 

Wszystko  będzie  robić  systematycznie  i  po  kolei,  tak  jak  dotąd.  I  będzie  harować  jak  wół, 

ż

eby dopiąć swego. Tak jak dotąd. 

Na pewno nie zawiedzie rodziców. Nikogo nie zawiedzie. 

background image

Najważniejsze,  że  dom  jest  mój,  pomyślała.  No  i  troszeczkę  banku,  ale  to  się  kiedyś 

zmieni. 

Weszła  po  schodach,  po  swoich  własnych  schodach,  przemierzyła  niewielki,  nieco 

zapadnięty ganek i otworzyła drzwi do swej przyszłości. 

Ś

mierdziało kurzem i pajęczynami. 

To  przejściowe,  pomyślała,  stawiając  torbę  na  brudnej  podłodze.  Już  wkrótce 

wszystko  tutaj  zacznie  się  zmieniać.  Niedługo  będzie  śmierdziało  pyłem  z  rozbijanych 

tynków, potem cementem, a wreszcie świeżą farbą. 

Trzeba się tylko rozejrzeć za jakąś porządną firmą. 

Szła  przez  wielki  pokój.  Specjalnie  mocno  stawiała  nogi.  Chciała  usłyszeć  echo 

swoich  kroków  w  tej  pięknej,  bardzo  akustycznej  sali.  Dopiero  po  chwili  zauważyła  stojący 

na środku pokoju radiomagnetofon. Podbiegła do niego, zdjęła przyklejoną do niego kartkę. 

Uśmiechnęła się. Rozpoznała charakter pisma matki. 

Rozerwała  kopertę,  wyciągnęła  kartkę,  na  której  widniała  tancerka  stojąca  przy 

drążku. 

„Gratulujemy  ci,  Katie!  A  to  mały  prezencik  na  nowe  mieszkanie.  Żebyś  zawsze 

mogła słuchać muzyki. 

Całusy od mamy, taty i Brandona”. 

- Kochani! - zawołała wzruszona do głębi serca. - Zawsze można na was liczyć. 

Przykucnęła,  włączyła  magnetofon.  Usłyszała  znajome  dźwięki.  To  była  jedna  z 

pierwszych kompozycji jej ojca, ulubiona melodia Kate. 

Dobrze pamiętała, jak była dumna i jaka przejęta, kiedy po raz pierwszy tańczyła ten 

utwór na nowojorskiej scenie. Kimball tańcząca do muzyki Kimballa. 

Zdjęła płaszcz, zrzuciła pantofle. 

Najpierw  powoli  wyciągnęła  się  w  górę,  jak  tylko  mogła  najwyżej.  Napięte  mięśnie 

drżały,  lecz  trzymały  ją  w  tej  pozycji.  Ugięła  kolano,  zaczęła  się  obracać.  Najpierw  powoli, 

potem coraz szybciej. I seria piruetów. Niezbyt szybkich. 

Sunęła  wokół  obskurnej  sali,  powtarzała  świetnie  znane  ruchy.  Muzyka  wypełniała 

przestrzeń, kierowała ruchami tancerki. Kiedy zmieniła się z nastrojowej na pełną pasji, kroki 

Kate też stały się szybsze, bardziej agresywne. Arabeska, potrójny piruet i ballottes. 

Wypełniała ją radość tańca, radość muzyki. Gumka spinająca koński ogon zsunęła się 

z włosów, ale Kate nawet tego nie zauważyła. Grande jęte. I jeszcze raz. I jeszcze. Można by 

tak fruwać całą wieczność. Jeśli potrafi się latać. 

Utwór kończył się radośnie, szybkimi obrotami fouette. A potem bezruch. 

background image

Kate zastygła jak rzeźba. Z jedną ręką wzniesioną do góry, drugą wygiętą do tyłu. 

- Powinienem cię teraz obrzucić różami, ale niestety, nie przyniosłem. 

I tak była zdyszana, ale to nagłe wtargnięcie obcego człowieka przyprawiło ją niemal 

o  palpitację.  Przycisnęła  dłonią  serce,  które  dudniło  oszalałym  rytmem,  i  dysząc  ciężko, 

patrzyła na Brody'ego. 

Stał  w  otwartych  drzwiach  z  rękami  w  kieszeniach.  Przy  nim  na  podłodze  stała 

skrzynka z narzędziami. 

-  Jesteś  mi  winien  róże  -  powiedziała  z  niemałym  trudem.  -  Najbardziej  lubię 

czerwone. Śmiertelnie mnie wystraszyłeś. 

- Przepraszam. Nie zamknęłaś drzwi i chyba nie usłyszałaś, jak pukałem. 

Na  pewno  by  nie  usłyszała,  pomyślał,  więc  naprawdę  nie  ma  znaczenia,  że  nie 

przyszło mi do głowy, żeby zapukać. 

Kiedy zajrzał przez okno i zobaczył tańczącą Kate, w ogóle przestał myśleć. Po prostu 

wszedł  do  środka.  Kobieta,  która  tak  wygląda,  która  się  tak  porusza,  potrafi  zawrócić  w 

głowie każdemu mężczyźnie. Przypuszczał, że Kate doskonale o tym wie. 

-  Nic  nie  szkodzi.  -  Odwróciła  się,  wyłączyła  magnetofon.  -  Właśnie  położyłam 

kamień  węgielny  pod  nową  szkołę.  Chociaż  wygląda  to  znacznie  lepiej,  kiedy  tańczy  się  w 

kostiumie, przy odpowiednim oświetleniu... 

Poprawiła  potargane  włosy.  Nie  mogła  odżałować,  że  oszalałego  serca  nie  da  się  tak 

łatwo opanować. 

- W czym mogę pomóc? 

Podszedł do niej. Po drodze pochylił się, żeby podnieść leżącą na podłodze gumkę. 

- Zgubiłaś. 

- Dzięki. - Wsunęła gumkę do kieszeni. 

Brody  wolałby,  żeby  związała  włosy.  I  tak  niezwykle  na  niego  działała.  Była 

zarumieniona, potargana i... stanowczo za blisko. 

- Odnoszę wrażenie, że się mnie nie spodziewałaś. 

- Nie spodziewałam się,  ale lubię niespodzianki. Zwłaszcza  gdy ta niespodzianka ma 

takie piękne zielone oczy, dodała w myślach. 

- Twoja matka prosiła, żebym wpadł i rzucił okiem na ten dom. 

- Ach, więc to jeszcze jeden prezent na nowe mieszkanie. 

- Nie rozumiem. 

- Nieważne. 

background image

Pochyliła  głowę.  Tancerze  znają  się  na  mowie  ciała,  więc  nie  miała  kłopotu  z 

rozszyfrowaniem Brody'ego. Był sztywny, jakby się czegoś bał, jakby spodziewał się ataku. I 

bardzo uważał, żeby się do niej zanadto nie zbliżyć. 

- Czy ty się mnie boisz, czy tylko cię irytuję? 

- Nie znam cię na tyle dobrze, żeby się ciebie bać, ani nawet na tyle, żeby się irytować. 

- Chciałbyś to zmienić? 

- Posłuchaj... - zaczął, choć nie bardzo wiedział, co miałby powiedzieć potem. 

-  Nie  złość  się.  -  Kate  machnęła  ręką.  Nawet  nie  wiedziała,  że  wybawiła  go  z 

krępującej sytuacji. Tylko pożałowała, że  Brody  jest taki staroświecki. Ona wolała mówić o 

wszystkim  wprost,  on  widocznie  miał  na  ten  temat  inne  zdanie.  -  Uważam,  że  jesteś  bardzo 

atrakcyjny.  Odniosłam  wrażenie,  że  ja  też  ci  się  spodobałam.  Przynajmniej  z  początku. 

Widocznie się pomyliłam. 

- Zawsze zaczepiasz obcych w sklepie z zabawkami? 

Szybko zamrugała powiekami. Sprawił jej przykrość i bardzo zdenerwował. 

- No cóż... - Wzruszyła ramionami. 

- Przepraszam. - Wyciągnął obie ręce. Był z siebie bardzo niezadowolony. - Paskudnie 

się  zachowałem.  Chyba  rzeczywiście  trochę  mnie  irytujesz.  Ale  to  nie  twoja  wina. 

Wyszedłem  z  wprawy,  zwłaszcza  jeśli  chodzi  o...  agresywne  kobiety.  Powiedzmy,  że  w  tej 

chwili nie jestem do wzięcia. 

-  To  dla  mnie  straszny  cios  -  zakpiła  Kate.  -  Już  wybrałam  sobie  obrączkę.  Mam 

nadzieję, że jakoś to przeżyję. 

- Na pewno. - Brody się uśmiechnął. 

Kate pomyślała, że ma bardzo miły uśmiech. Szkoda, że tak rzadko z niego korzysta. 

Przynajmniej w jej obecności. 

- No dobrze, sprawy osobiste mamy za sobą - powiedziała - więc możemy przejść do 

interesów. Co myślisz o tym wnętrzu? 

Brody  wreszcie  się  uspokoił.  To  był  temat,  na  którym  się  znał.  Znowu  poczuł  pod 

nogami twardy grunt. 

-  Fantastyczny  stary  dom.  Ma  charakter,  mocne  fundamenty  i  solidną  konstrukcję. 

Przetrwa wieki. 

Zniecierpliwienie,  które  jeszcze  przed  chwilą  odczuwała,  prysło  jak  bańka  mydlana. 

Zrobiło jej się ciepło koło serca. 

- No właśnie - powiedziała uradowana. - Teraz cię kocham. 

background image

Brody  nie  posiadał  się  ze  zdumienia.  Na  wszelki  wypadek  nawet  się  cofnął  i  w  tej 

samej chwili usłyszał śmiech Kate. 

- Rany! Ty rzeczywiście wyszedłeś z wprawy. Nie rzucę ci się zaraz w ramiona, choć 

nie ukrywam, że mam na to wielką ochotę. Powiedziałam to tylko dlatego, że jesteś pierwszą 

osobą,  która  myśli  o  tym  domu  dokładnie  to  samo  co  ja.  Dotąd  wszyscy  uważali,  że  skoro 

pakuję tyle pieniędzy w taką ruinę, to znaczy, że mi rozum odjęło. 

- To dobra inwestycja - przyznał. - Oczywiście jeśli dobrze się do tego zabrać. 

- A nie mógłbyś mi powiedzieć, jak się do tego zabrać, żeby było dobrze? 

- Przede wszystkim sprawdziłbym centralne ogrzewanie. Zimno tu jak w psiarni. 

-  Już  to  słyszałam.  -  Kate  uśmiechnęła  się.  -  Ogrzewanie  jest  w  piwnicy.  Może 

rzuciłbyś na nie okiem? 

Zeszła  z  nim  na  dół.  Brody  nie  spodziewał  się  tego  po  niej.  Nie  krzyknęła  na  widok 

uciekającej  w  popłochu  myszy,  nawet  się  nie  wzdrygnęła,  widząc  wylinkę  węża,  który 

zapewne kiedyś w jej piwnicy pożywiał się myszami. A przecież powinna. Przynajmniej Bro-

dy tak uważał. 

Z  jego  doświadczenia  wynikało,  że  kobiety  -  zwłaszcza  piękne  kobiety  -  nienawidzą 

wszystkiego, co pełza i ma więcej niż cztery nogi. Ale Kate tylko zmarszczyła nos, wyjęła z 

kieszeni żakietu mały notesik i coś sobie w nim zapisała. 

Do piwnicy wpadało niewiele światła, powietrze było gęste i stojące, podłoga z ubitej 

ziemi, a bardzo stary kocioł centralnego ogrzewania do niczego się nie nadawał. 

Brody jej to powiedział, a potem wyjaśnił, jakie ma możliwości, przedstawił wszystkie 

wady i zalety różnych systemów ogrzewania: elektrycznego, gazowego i olejowego. Mówił o 

wydajności, o kosztach inwestycji i kosztach eksploatacji. 

Uważał,  że  równie  dobrze  mógłby  mówić  do  niej  po  grecku,  więc  zaproponował,  że 

przyśle katalogi jej ojcu. 

-  Mój  tata  jest  kompozytorem  -  przypomniała  mu  bardzo  grzecznie  Kate.  -  Dlaczego 

myślisz, że zrozumie to wszystko lepiej niż ja? Bo jest mężczyzną? 

Brody namyślał się chwilę. 

- Tak - powiedział w końcu. - Tak właśnie uważam. 

- Źle uważasz. Możesz te katalogi przysłać bezpośrednio do mnie, chociaż po twoim 

wykładzie  już  teraz  skłaniam  się  bardziej  do  ogrzewania  na  parę.  Mam  wrażenie,  że  jest 

prostsze w obsłudze. Poza tym w tym przypadku będzie tańsze, bo wszystkie rury i grzejniki 

już są zainstalowane. Chciałabym, żeby ten dom nadawał się do mieszkania i był atrakcyjny, 

ale jednocześnie chcę zachować jak najwięcej z jego oryginalnego charakteru. Poza tym jest 

background image

tu  dodatkowe  źródło  ciepła,  z  którego  będzie  można  skorzystać  w  razie  potrzeby.  Trzeba 

tylko przejrzeć te wszystkie kominki, ponaprawiać... 

Mówiła to lodowatym tonem, ale Brody'emu to wcale nie przeszkadzało. Zwłaszcza że 

mówiła rozsądnie. 

- Ty tu jesteś szefem - powiedział. 

- No właśnie. 

- Masz pajęczynę we włosach, szefie. 

-  Ty  też.  Trzeba  oczyścić  tę  piwnicę  i  wylać  cement.  Taka  ziemna  podłoga  jest 

wprawdzie  bardzo  oryginalna,  ale  całkowicie  niepraktyczna.  Trzeba  się  pozbyć  stąd  tych 

gryzoni  i  wszystkich  innych  żywych  stworzeń.  I  zainstalować  lepsze  oświetlenie.  Jak  się  to 

wszystko zrobi, będzie tu można urządzić jakiś składzik. 

- Dobrze. - Brody wyjął notes i ołówek, zapisał sobie wszystkie polecenia Kate. 

Ona tymczasem wyszła z piwnicy. Brody pośpieszył za nią. 

- Te schody nie muszą być ładne - mówiła, idąc na górę - ale muszą być bezpieczne. 

- Będą bezpieczne. Wszystko zgodnie z przepisami. Ja inaczej nie pracuję. 

- Dobrze wiedzieć. Teraz pokażę ci, co bym chciała zrobić na parterze. 

Jasno wyłożyła mu swe potrzeby, ze szczegółami. Brody słuchał jej z uznaniem. Nie 

chciała  po  prostu  wybebeszyć  całego  budynku,  tylko  wykorzystać  wszystkie  jego 

dziwaczności, zachować wiekowy czar. 

Chciała  przebudować  kuchnię.  Kuchnia  miała  być  mniejsza,  a  pozostałą  po  niej 

przestrzeń należało zamienić na gabinet. 

Pomieszczenia,  które  z  biegiem  lat  zmieniały  swoje  przeznaczenie  i  z  eleganckich 

sypialni, jakimi były z początku, przeistoczyły się w magazyny, miały się stać  garderobami. 

Trzeba było wybudować blaty, zamontować lustra, a wnęki obudować szafami. 

- Trochę to wszystko zbyt wyszukane jak na szkołę baletową w małym mieście. 

- To nie jest wyszukane, tylko zwyczajne. Takie powinno być. A jeśli chodzi o te dwie 

łazienki... - Zatrzymała się przy drzwiach umieszczonych jedne obok drugich. 

-  Jeśli  chcesz  je  powiększyć  i  przebudować,  to  najlepiej  zlikwidować  dzielącą  je 

ś

cianę. 

-  Tancerze  nie  są  tak  bardzo  wstydliwi  jak  inni  ludzie,  ale  koedukacyjna  łazienka  to 

już byłaby przesada. 

-  Koedukacyjna?  -  Brody  spojrzał  na  nią  znad  notatnika.  -  Chcesz  uczyć  tańca 

chłopców? - Uśmiechnął się z niedowierzaniem. - Co oni tu będą robili? 

background image

- Nie słyszałeś o Barysznikowie? O Davidovie? - Kate była przyzwyczajona do takich 

idiotycznych  uwag,  więc  i  tym  razem  zupełnie  się  nie  przejęła.  -  Każdy  dobry  tancerz  jest 

nieporównywalnie  silniejszy  i  bardziej  wytrzymały  niż  jakikolwiek  mężczyzna  uprawiający 

typowo męski sport. 

- Sportowcy nie noszą spódniczek. 

Kate  westchnęła.  Skoro  zdecydowała  się  na  założenie  szkoły  baletowej  w  małym 

miasteczku, musiała się liczyć z takim postawami. 

-  Może  się  zdziwisz,  ale  tancerze  wcale  nie  są  zniewieściali.  Moim  pierwszym 

kochankiem był pierwszy  tancerz. Jeździł harleyem, a grande jęte skakał wyżej niż Michael 

Jordan skacze podczas meczu. No, ale Jordan nie nosi rajstop. Tylko śmieszne majteczki. 

- Spodenki - poprawił ją Brody. - Spodenki do koszykówki. 

- Sam widzisz, że chodzi tylko o strój - stwierdziła i zaraz wróciła do porzuconego na 

chwilę tematu. 

-  Muszą  być  dwie  łazienki.  Nowe  kabiny  prysznicowe,  nowe  umywalki,  nowe 

podłogi.  W  każdej  łazience  jedna  umywalka  ma  być  umieszczona  tak  nisko,  żeby  mogło  z 

niej korzystać dziecko. Białe wykończenia. Ma być czysto i bez ostrych krawędzi. 

- Wiem, o co chodzi. 

- Zostało jeszcze piętro. - Pokazała wiodące na  górę schody, które znajdowały się na 

końcu korytarza. 

- Tam urządzę sobie mieszkanie. 

- Chcesz mieszkać nad szkołą? 

-  Owszem.  Chcę  tutaj  mieszkać,  oddychać,  jeść  i  pracować.  Bez  tego  nie  da  się 

zmienić pomysłu w fakt dokonany. Chodź, pokażę ci, jak ma wyglądać mieszkanie. 

Brody  musiał  przyznać,  że  miała  świetne  pomysły.  Projekt  mieszkania,  jaki  mu 

przedstawiła, był bez zarzutu. 

Ż

yczyła  sobie  zachować  i  odrestaurować  oryginalne  gzymsy  i  stolarkę.  Powiedziała 

nawet,  że  ten,  kto  zamalował  wspaniały  stary  dąb  białą  farbą,  powinien  być  publicznie 

rozerwany końmi. 

Brody był tego samego zdania. Ręce go świerzbiły. Chciał własnoręcznie przykrawać 

drewno, by uzupełnić braki, pokryć je patyną, żeby upodobniło się do oryginału. Nie mógł się 

doczekać, kiedy zacznie cyklinować podłogi. 

Chodząc za Kate po pomieszczeniach na piętrze, czuł, jak narasta w nim dobrze znane 

oczekiwanie. Pragnął odcisnąć swoje piętno na czymś, co przetrwa pokolenia. 

background image

Kiedyś  po  prostu  pracował  na  godziny,  wyłącznie  po  to,  żeby  zarobić  pieniądze. 

Duma i odpowiedzialność za wykonaną pracę przyszły znacznie później. 

Pomyślał, że kształt tego domu zależy od niego. Bardzo chciał jak najszybciej zabrać 

się  do  roboty,  by  także  i  tutaj  pozostawić  po  sobie  ślad.  Mimo  że  musiałby  wtedy  mieć  do 

czynienia z Kate, musiałby znosić irytującą reakcję swego ciała na bliskość tej kobiety. 

Ponownie  skupili  się  na  przebudowie  łazienki.  Stara  żeliwna  wanna  miała  zostać. 

Beżową umywalkę wiszącą na ścianie należało zamienić na białą stojącą na postumencie. 

Kate  równie  dokładnie  wiedziała,  jak  powinna  wyglądać  kuchnia,  lecz  tym  razem 

Brody postanowił wtrącić swoje trzy grosze. 

- Czy naprawdę zamierzasz tu gotować, czy tylko podgrzewać gotowe potrawy? 

- Oczywiście, że będę gotować. Wiem, jak to się robi. 

-  Wobec  tego  musisz  mieć  porządne  miejsce  do  pracy.  Powinnaś  tak  to  wszystko 

urządzić,  żeby  przestrzeń  w  kuchni  była  dostosowana  do  kolejności  prac.  Dobrze  by  było 

zaczynać od okna. Dlatego radziłbym ci przenieść zlew pod okno. Lodówkę można postawić 

tam,  a  kuchenkę  tutaj.  W  ten  sposób  przechodzisz  kolejno  od  jednej  czynności  do  drugiej, 

zamiast miotać się po całej kuchni. Nie ma sensu marnować przestrzeni i jeszcze wysilać się 

bez potrzeby. 

- Tak, ale tutaj... 

-  Tu  można  zrobić  spiżarnię  -  przerwał.  Oczami  wyobraźni  widział,  jak  powinno 

wyglądać to wnętrze. 

- Będziesz miała długi blat. Tutaj go poszerzymy. 

-  Wyjął  miarkę,  zmierzył  odcinek  ściany.  -  Tak.  Idealnie.  Tutaj  blat  się  poszerzy  i  w 

ten  sposób  powstanie  miejsce  do  jedzenia.  Dzięki  temu  zamiast  pustej  przestrzeni  będziesz 

miała miejsce do pracy i miejsce do siedzenia. 

- Chciałam tu wstawić stół. 

- Jeśli postawisz stół, będziesz musiała go omijać i zawsze będzie ci za ciasno. 

- Może masz rację. 

A  przecież  myślała  o  kuchennym  stole  jeszcze  tego  ranka,  kiedy  jadła  śniadanie  w 

towarzystwie  ojca.  O  takim  samym  stole,  przy  jakim  siadywała  z  całą  rodziną  niezliczoną 

ilość razy. 

Sentymentalne,  pomyślała  rozsądnie.  I  w  tym  przypadku  chyba  rzeczywiście  mało 

praktyczne. 

- Zrobię ci szkic - kusił Brody. - Będziesz się mogła nad tym spokojnie zastanowić. 

background image

-  Dobrze.  Zresztą  na  kuchnię  mamy  jeszcze  czas.  W  tej  chwili  najważniejszy  jest 

parter. 

-  Potrzebuję  kilku  dni,  żeby  to  wszystko  policzyć  i  zrobić  kosztorys,  ale  już  teraz 

mogę  ci  powiedzieć,  że  suma  będzie  sześciocyfrowa,  a  prace  potrwają  około  czterech 

miesięcy. 

Kate  właściwie  spodziewała  się  tego,  ale  co  innego  spodziewać  się,  a  co  innego 

usłyszeć to samo z ust fachowca. Tak czy siak, przeżyła lekki wstrząs. 

- Narysuj mi to wszystko, policz, zrób to, co zwykle robisz. Gdybym zdecydowała się 

powierzyć ten remont tobie, to kiedy mógłbyś rozpocząć prace? 

- Zdobycie zezwolenia nie zajmie dużo czasu. Materiały mogę zamówić natychmiast. 

Chyba mógłbym zacząć pierwszego dnia nowego roku. 

-  Lejesz  mi  miód  na  serce.  Jeśli  powierzę  ci  remont,  chciałabym,  żebyś  zaczął 

natychmiast. Przygotuj mi, proszę, kosztorys. 

Zostawiła  go  samego,  żeby  mógł  sobie  spokojnie  wszystko  pomierzyć  i  policzyć,  a 

sama zeszła na dół. Chciała postać trochę na swoim własnym ganku. 

Słyszała  przytłumione  odgłosy  ruchu  ulicznego  dochodzące  z  głównej  ulicy  miasta, 

która  przechodziła  zaledwie  jedną  przecznicę  od  jej  domu.  Czuła  zapach  dymu  z  jakiegoś 

komina. Pełen dziur i pagórków trawnik przed domem był zarośnięty więdnącymi chwastami. 

Po drugiej stronie wąskiej uliczki stał jeszcze jeden dom z czerwonej cegły, w którym 

urządzono mieszkania. Dom był stary, bardzo czysty i nadzwyczajnie cichy o tej porze. 

Kolejne sto tysięcy, pomyślała Kate. No cóż, jakoś sobie poradzę. Na szczęście przez 

kilka ostatnich lat nie wydawałam pieniędzy na żadne ekstrawagancje. 

Chyba  rzeczywiście  odziedziczyła  po  matce  zmysł  do  interesów.  Korzystnie 

inwestowała  oszczędności,  a  na  wszelki  wypadek  ulokowała  co  nieco  w  funduszu 

powierniczym. 

Miała  jeszcze  jedną  tajną  broń:  zawsze  mogła  wystąpić  gościnnie  ze  swoim 

nowojorskim zespołem. Roztropnie zostawiła sobie tę furtkę. 

Doszła  do  wniosku,  że  gdy  remont  się  zacznie,  to  właściwie  nie  będzie  miała  nic  do 

roboty. Mogłaby wtedy trochę potańczyć. Nie tylko ze względów finansowych. 

Nie była przyzwyczajona do lenistwa, do braku zajęcia. A na to się zanosiło. 

Mogę  pojechać  do  Nowego  Jorku,  zamieszkać  u  dziadków.  Mogę  ćwiczyć, 

występować i co jakiś czas wracać do domu. Tak, to naprawdę całkiem niezłe rozwiązanie. 

Ale  nie  teraz.  Jeszcze  nie  teraz.  Najpierw  muszę  zobaczyć,  jak  to  wszystko  rusza  z 

miejsca, jak moje plany zaczynają się urzeczywistniać. 

background image

- Kate? - Brody wyszedł z domu, przyniósł jej porzucony na podłodze płaszcz. - Jest 

zimno. 

- Troszeczkę. Miałam nadzieję, że wreszcie spadnie śnieg. Wczoraj już nawet troszkę 

popadało. 

- Może sobie padać, byle nie było go więcej niż dwa metry. 

- Dlaczego? 

- A tak. 

Zarzucił  jej  płaszcz  na  ramiona,  odruchowo  podniósł  jej  włosy,  żeby  nie  zostały  pod 

płaszczem. 

Ależ  ich  dużo,  pomyślał  zdenerwowany.  Długie,  gęste  i  takie  mięciutkie.  Odwróciła 

się,  a  on  jeszcze  trzymał  w  dłoni  te  jej  włosy.  Nie  zdążył  ich  puścić,  kiedy  spojrzała  mu 

prosto w oczy. A więc jednak jest zainteresowany, pomyślała bardzo zadowolona. 

- Może pójdziemy na kawę? Tu za rogiem jest taka mała knajpka - zaproponowała. 

Chciała go sprawdzić. Siebie zresztą też. 

- Moglibyśmy porozmawiać o... tej kuchni. Zajęła wszystkie jego myśli, zatkała płuca 

i zrobiła coś strasznego z jego męskością. 

- Znowu zaczynasz - mruknął. 

- Oczywiście. - Uśmiechnęła się leniwie, prowokacyjnie. 

- Zdaje mi się, że nigdy nie widziałem ładniejszej kobiety od ciebie. 

- To tylko dobry dar losu, ale dziękuję. Mnie najbardziej podobają się twoje usta. Nie 

mogę się na nie dość napatrzeć. 

W gardle mu zaschło, jakby od tygodnia wędrował po Saharze. Zastanawiał się, co się 

Stało z kobietami przez ten czas, kiedy on zajmował się wychowaniem syna. 

Od  kiedy  to  kobiety  uwodzą  mężczyzn,  myślał.  W  dodatku  na  ganku,  i  to  w  samo 

południe. 

Grudniowy wiatr powiał mu chłodem w twarz, a mimo to krew krążąca w żyłach była 

gorętsza niż zwykle. 

- Posłuchaj... 

Ujął ją za ręce, jakby się chciał upewnić, że zanadto się do niego nie zbliży. Płaszcz 

zsunął się z jej ramion. Pod cienkim materiałem żakietu Brody poczuł twarde mięśnie. 

-  Słucham.  -  Znów  patrzyła  mu  prosto  w  oczy.  Pomyślała,  że  jest  bardzo  męski  i 

bardzo wystraszony. - Podobasz mi się, to wszystko. 

background image

Ma  zupełnie  szare  oczy,  pomyślał  Brody.  Tajemnicze  jak  mgła.  Musiałbym  tylko 

pochylić głowę, albo... Tak, jeszcze lepiej! Przyciągnąć ją do siebie, zmusić, żeby stanęła na 

palcach. To by wystarczyło. 

Jego  usta  znalazłyby  się  na  tych  jej  gorących  wargach  wygiętych  w  pewnym  siebie 

uśmiechu. 

- Już ci mówiłem, że nie jestem zainteresowany. 

- Owszem - stwierdziła spokojnie. - Kłamałeś. Interesujesz się mną. Nawet bardzo. 

Rozbawiona odsunęła się od niego. 

-  Interesujesz  się,  chociaż  bardzo  tego  nie  chcesz  -  dodała,  jakby  zrobiła  epokowe 

odkrycie, jakby on sam tego nie wiedział. 

- Na jedno wychodzi. 

Puścił ją, schylił się po swoją skrzynkę z narzędziami. Ręce mu drżały. Strasznie go to 

irytowało. 

-  Nie  zgadzam  się,  ale  nie  będę  nalegać.  Mam  ochotę  spotkać  się  z  tobą  prywatnie. 

Czas  i  miejsce  pozostawiam  do  twojego  uznania.  Oczywiście,  jeśli  w  ogóle  uznasz  za 

stosowne  się  ze  mną  spotkać  w  tym  charakterze.  No  i  mam  nadzieję,  że  będziemy  razem 

pracować.  Oboje  podobnie  myślimy  o  tym  starym  domu.  Poza  tym  spodobało  mi  się  wiele 

twoich pomysłów. 

Był  wzburzony  i  rozgrzany  do  czerwoności,  a  jednak  zdołał  zachować  spokój. 

Przynajmniej pozornie. 

- Jesteś niesamowita, Kate. 

- Oczywiście. - Ani trochę się nie zmieszała. Zresztą Brody wcale się tego po niej nie 

spodziewał.  -  I  nie  mam  zamiaru  przepraszać  za  to,  że  jestem  jaka  jestem.  Czekam  na 

kosztorys i te obiecane katalogi. Jeśli będziesz chciał jeszcze coś zmierzyć czy sprawdzić, to 

wiesz, gdzie mnie szukać. 

- Tak, wiem. - Odwrócił się na pięcie, nawet na nianie spojrzał. 

Popatrzyła,  jak  Brody  schodzi  po  schodkach  i  wsiada  do  furgonetki.  Pewnie  by  się 

zdziwił,  gdyby  wiedział,  że  zadrżała,  gdy  odjechał.  Jeszcze  bardziej  by  się  zdziwił,  gdyby 

widział, jak ona siada na schodkach ganku. 

Wcale nie czuła grudniowego zimna. Chciała je poczuć, nie mogła się doczekać, kiedy 

wreszcie  ochłodzi  jej  rozgrzane  ciało.  I  kiedy  wreszcie  uspokoi  się  jej  żołądek,  w  którym 

znów czuła to dziwne łaskotanie. 

Myślała  o  Brodym  O'Connellu.  Myślała  o  tym,  jakie  to  dziwne  i  fascynujące,  że 

mężczyzna, którego widziała zaledwie drugi raz w życiu, zrobił na niej tak wielkie wrażenie. 

background image

Kate  była  bardzo  wybredna.  Ten  kochanek,  o  którym  opowiedziała  Brody'emu,  był 

jednym  z  trzech  mężczyzn,  na  których  zależało  jej  na  tyle,  że  wpuściła  ich  nie  tylko  do 

swojego życia, ale także do swego łóżka. 

Ale Brody'ego chciała mieć w łóżku już, zaledwie po dwóch spotkaniach. Właściwie 

po  jednym,  poprawiła  się  w  myślach.  To  drugie  tylko  wzmocniło  pożądanie,  tę  gwałtowną 

potrzebę, na którą wcale nie była przygotowana. 

Trzeba zrobić jedyną rozsądną i praktyczną rzecz, jaka jest w tej chwili do zrobienia, 

postanowiła.  Muszę  się  uspokoić,  zacząć  myśleć  logicznie,  a  potem  zastanowię  się,  w  jaki 

sposób najskuteczniej zaciągnąć go do łóżka. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Jack starannie wpisywał do zeszytu kolejne litery alfabetu. Siedział przy dużym biurku 

w pokoju, który obaj z ojcem nazywali gabinetem. Tata też pracował, tylko inaczej. 

Chłopiec  uznał,  że  papier  milimetrowy,  linijki  i  ekierki  są  znacznie  bardziej 

interesujące niż litery. Na szczęście tata obiecał, że kiedy upora się z alfabetem, też dostanie 

papier i będzie mógł rysować. 

Jack  dobrze  wiedział,  co  narysuje:  ogromny  dom,  taki  sam  jak  ich  własny.  I  wielką 

stodołę, taką samą jak ta, w której mieści się warsztat tatusia. I do tego dużo śniegu. Całe dwa 

metry śniegu, a na tym śniegu miliony bałwanów. I psa. Koniecznie trzeba narysować psa. 

Dziadek i babcia mieli psa. Nazywał się Buddy,  był stary, ale i tak można się było z 

nim bawić. Niestety, Buddy mieszkał u babci. Jack wiedział, że kiedyś i on będzie miał psa, 

swojego  własnego  psa.  Nazwie  go  Mike.  Mike  będzie  biegał  za  piłkami  i  spał  razem  z 

Jackiem w jednym łóżku. 

Tatuś obiecał, że przyniesie mu psa, jak tylko Jack będzie na tyle duży, żeby wziąć na 

siebie odpowiedzialność za żywe stworzenie. A więc choćby jutro. 

Jack podniósł głowę znad zeszytu i uważnie przyjrzał się ojcu. Chciał spytać, czy już 

stał  się  wystarczająco  odpowiedzialny,  żeby  dostać  psa,  ale  uznał,  że  to  nie  jest  właściwa 

pora. Tata miał taką minę, jakby był zły, chociaż tak naprawdę wcale się nie złościł. Zawsze 

robił taki grymas podczas pracy. Gdyby Jack odezwał się do taty w takiej chwili, z pewnością 

usłyszałby: „Nie teraz”. 

Ale  pisanie  liter  jest  strasznie  nudne.  Jack  wolałby  rysować  dom  albo  bawić  się 

ciężarówkami,  albo  chociaż  zagrać  w  jakąś  grę  komputerową.  Albo  przynajmniej  wyjrzeć 

przez okno i sprawdzić, czy przypadkiem nie spadł już śnieg. 

Kopnął biurko, pokręcił się na krześle, znów machnął nogą. 

- Nie kop biurka, Jack. 

- Czy muszę przepisać cały alfabet? 

- Tak. 

- Dlaczego? 

- Dlatego. 

- Przepisałem do P. 

-  Jeśli  nie  przepiszesz  reszty,  to  nie  będziesz  mógł  powiedzieć  żadnego  słowa 

zawierającego litery, które opuściłeś. 

background image

- Ale tato... 

- Nie możesz powiedzieć „tato”. 

Jack westchnął ciężko, wpisał do zeszytu kolejne trzy litery i znów podniósł głowę. 

- Tato. 

- Tak? 

- Tato, tato, tato, tato! 

Brody popatrzył na syna i uśmiechnął się. 

- Spryciarz z ciebie - powiedział. 

- Umiem napisać tata i Jack. Brody spojrzał na synka, zwinął pięść. 

- A wiesz, jak się pisze figa z makiem? - spytał. 

- Nie wiem. Czy to jest z majonezem? Fantastyczny dzieciak, pomyślał z dumą Brody. 

- Jak to się stało, że jesteś taki mądry? 

- Babcia mówi, że mam to po tobie. Mogę zobaczyć, co rysujesz? Mówiłeś, że to dla 

tej pani, która tańczy. Czy ją też narysowałeś? 

-  Tak,  narysowałem  to  dla  tej  pani,  która  tańczy,  ale  nie  możesz  zobaczyć,  póki  nie 

dokończysz swojej pracy. 

Brody  wcale  nie  był  lepszy  od  syna.  Też  miał  ochotę  rzucić  pracę  i  pobawić  się  z 

Jackiem,  ale  gdyby  to  zrobił,  kto  nauczyłby  chłopca  odpowiedzialności?  Najlepszy  sposób 

nauczenia  dziecka  odpowiedzialności  to  wykazanie  jej  samemu.  Co  do  tego  Brody  nie  miał 

wątpliwości. 

- Co się stanie, jeśli nie dokończysz tego, co zacząłeś? 

- Nic - odparł Jack, zwracając oczy ku niebu. Nie rozumiał, dlaczego jego mądry tata 

nie wie takiej prostej rzeczy. 

- No właśnie. 

Jack  się  zasępił,  z  ciężkim  westchnieniem  zabrał  się  za  wpisywanie  kolejnych  liter. 

Nie  widział,  że  ojciec  się  uśmiechnął.  Boże,  co  to  za  dzieciak,  pomyślał  z  miłością  Brody. 

Bardzo  chciał  przytulić  synka  i  aż  do  wieczora  robić  wyłącznie  to,  co  sobie  zażyczy  ten 

wielki cud, który tak niespodziewanie pojawił się w jego życiu.  I niech diabli porwą pracę i 

odpowiedzialność i wszystkie przeklęte obowiązki dobrego ojca. 

Czy mój ojciec kiedykolwiek patrzył na mnie w taki sposób, czy się o mnie martwił, 

czy  zastanawiał  się,  co  ze  mnie  wyrośnie,  myślał  Brody.  Pewnie  tak.  Nigdy  tego  nie 

okazywał, ale pewnie trochę myślał o mnie. 

Bob O'Connell, ojciec Brody'ego, nigdy nie bawił się ze swoim synem, nie tracił czasu 

na idiotyczne rozmowy. Całymi dniami ciężko pracował, po powrocie z pracy zjadał obiad, a 

background image

potem  oglądał  telewizję.  Zresztą  niedługo,  bo  musiał  się  wcześnie  położyć,  żeby  skoro  świt 

znowu iść do pracy. 

Od  syna  wymagał,  by  wypełniał  swoje  obowiązki,  nie  pakował  się  w  kłopoty  i  -  co 

najważniejsze - żeby wykonywał polecenia bez zadawania zbędnych pytań. Oczekiwał także, 

ż

e Brody będzie we wszystkim naśladował ojca. 

Brody wiedział, że zawiódł swego ojca na wszystkich frontach. A ojciec zawiódł jego. 

Dlatego  właśnie  nie  zamierzał  żądać  i  oczekiwać  od  swego  syna  tego  wszystkiego, 

czego od niego żądano i czego się po nim spodziewano. 

-  Zet!  Zet,  zet,  zet!  -  Jack  podniósł  w  górę  zeszyt,  powiewał  nim  jak  flagą.  - 

Skończyłem! 

- Pokaż. 

Chłopiec  podsunął  ojcu  zeszyt.  Litery  nie  były  ani  kształtne,  ani  porządnie  napisane, 

ale były wszystkie. 

- Dobra robota - pochwalił Brody. - Chcesz papier do rysowania? 

- A nie mogę pomóc ci w twoich rysunkach? - Jack już zapomniał o swoich planach. 

To,  co  robi  tatuś,  na  pewno  jest  sto  razy  ciekawsze  od  wszystkiego,  co  mógłby  sobie 

wymyślić mały chłopiec. 

- Możesz - zgodził się. 

Wiedział, że przez tę pomoc będzie musiał popracować dodatkową godzinę, kiedy już 

położy Jacka spać, ale nie potrafił odmówić. 

-  Popatrz  -  powiedział,  sadzając  sobie  chłopca  na  kolanach.  -  Narysowałem  tu 

mieszkanie, które będzie się znajdowało nad szkołą. 

- Dlaczego oni noszą takie śmieszne stroje, kiedy tańczą? 

- Nie mam pojęcia. A ty skąd wiesz, że do tańca wkłada się śmieszne stroje? 

-  Widziałem  na  filmie  rysunkowym.  Tam  były  takie  słonie  w  śmiesznych 

spódniczkach. Tańczyły na paluszkach. Czy prawdziwe słonie mają palce? 

-  Mają  -  odrzekł  Brody,  choć  wcale  nie  był  tego  pewien.  No  ale  przecież  istnieją 

pomoce  naukowe,  przypomniał  sobie.  -  Potem  obejrzymy  słonia  w  twojej  książce, 

sprawdzimy, czy rzeczywiście ma palce. A teraz weź ołówek i narysuj prostą linię. O, tutaj. 

Ojciec i syn pracowali razem. Głowa przy głowie. Duża dłoń prowadziła małą łapkę. 

Kiedy Jack zaczął ziewać, Brody przerzucił go sobie przez ramię i wstał. 

- Nie jestem śpiący - protestował chłopczyk, choć oczy same mu się zamykały. 

- Kiedy się obudzisz, do Gwiazdki zostanie już tylko pięć dni. 

- I wtedy dostanę prezent? 

background image

Brody  się  uśmiechnął.  Sześciolatek,  nawet  nieprzytomny  ze  zmęczenia,  wciąż 

dopominał się o coraz to nowe atrakcje. 

Zatrzymali się na chwilę przy choince. Brody kołysał usypiającego synka jak kiedyś, 

kiedy Jack był jeszcze bardzo mały i nie mógł w nocy spać. 

Ich  choinka  była  śliczna.  Różnobarwne  ozdoby  pokrywały  każde  wolne  miejsce, 

bombki lśniły odbijającym się w nich blaskiem kolorowych lampek. 

Na  szczycie  choinki  pysznił  się  uśmiechnięty  Mikołaj,  Jack  wciąż  jeszcze  wierzył  w 

Mikołaja. 

Ciekawe, czy za rok o tej porze też jeszcze będzie w niego wierzył, pomyślał Brody. 

Zaniósł  śpiącego  syna  do  sypialni  i  położył  go  do  łóżka.  Potem  zszedł  do  kuchni  i 

zaparzył cały dzbanek kawy. 

Patrzył w okno, sącząc powoli mocny czarny napój. Kiedy Jack spał, dom zdawał się 

nienaturalnie  cichy.  Kiedyś  Jack  strasznie  hałasował,  wprowadzał  nieopisany  zamęt. 

Brody'emu zdawało się, że już nigdy nie zazna spokoju. Teraz, gdy w domu panowała idealna 

cisza, bardzo brakowało mu tamtego hałasu. 

Wychowywanie dziecka to mozolna praca, pomyślał. 

Teraz miał nowy problem: niepokój. Nie pamiętał, od jak dawna nie odczuwał takiego 

niepokoju. Wychowywał dziecko, prowadził firmę, zdobywał dla niej zamówienia, a potem je 

wykonywał. Nic dziwnego, że na nic więcej nie miał czasu. 

Nadal  nie  mam  czasu,  pomyślał.  Wypił  jeszcze  jeden  łyk  kawy,  szybko  przeszedł 

przez  kuchnię.  W  samym  tylko  domu  jest  tyle  pracy,  że  nie  zabraknie  mi  zajęcia  do  końca 

ż

ycia,  myślał.  Trzeba  było  kupić  mniejszy  dom,  i  nie  tak  bardzo  zaniedbany.  Coś  bardziej 

praktycznego. 

Te same rady słyszał od swego ojca, nim jeszcze wpłacił zadatek. Ale Brody nie chciał 

słuchać rad. Zakochał się w tym starym domu od pierwszego wejrzenia, Jack zresztą też. 

No  i  jakoś  sobie  poradziłem,  przypomniał  sobie,  rozglądając  się  po  pięknej  kuchni. 

Sam  własnoręcznie  zrobił  drewniane  szafki  z  oszklonymi  drzwiczkami,  sam  układał 

marmurowe blaty. Naprawdę miał powód do dumy. 

Jednak  najważniejsza  jest  praca  zarobkowa,  dlatego  pokoje  muszą  cierpliwie  czekać 

na  swoją  kolej.  Oprócz  sypialni  Jacka,  oczywiście.  Ta  już  od  dawna  była  całkowicie 

wykończona. 

Do Gwiazdki musi uporać się z jednym zleceniem. Na szczęście wszystko szło według 

planu i Brody był pewien, że nie zawali terminu. Najgorsze, że razem z Gwiazdką wielkimi 

background image

krokami zbliżają się ferie. Właściwie Brody już powinien się umówić z jakąś opiekunką, ale 

Jack tak bardzo nie lubił tych opiekunek... 

Beth Skully chętnie weźmie go do siebie. Przynajmniej na większą część ferii, myślał 

Brody.  Nie,  to  będzie  nadużywanie  uprzejmości.  W  wyjątkowych  sytuacjach,  to  co  innego. 

Ale ferie nie są przecież niczym wyjątkowym. 

W  ostateczności  mógłby  poprosić  matkę  o  opiekę  nad  Jackiem,  ale  tego  wolał  nie 

robić.  Za  każdym  razem,  kiedy  musiał  korzystać  z  jej  pomocy,  czuł  się  tak,  jakby  poniósł 

sromotną klęskę. 

Jakoś sobie poradzę, postanowił. Będę zabierał Jacka ze sobą do pracy, a od czasu do 

czasu  pozwolę  mu  spędzić  dzień  z  Rodem.  A  jeśli  już  naprawdę  nie  będę  miał  co  z  nim 

zrobić, wtedy poślę go na parę godzin do babci. 

Zorganizowanie  opieki  nad  Jackiem  było  w  tej  chwili  najważniejszym  problemem, 

lecz to nie ten problem uwierał Brody'ego jak ziarnko piasku w bucie, nie on nie pozwalał mu 

spokojnie myśleć. Problemem tym była Kate Kimball. 

Nie  miał  dla  niej  czasu  i  wcale  jej  nie  potrzebował.  Bzdura,  skarcił  się  w  myślach. 

Mam dla niej czas i bardzo jej potrzebuję, tylko nie chcę się do tego przyznać. Nawet przed 

sobą, a to już czysta głupota. 

Nie pamiętał, żeby kiedyś pragnął kobiety aż tak bardzo. Wszystko przez to, że dawno 

nie  zadawał  się  z  kobietami.  I  jeszcze  przez  to,  że  Kate  Kimball  tak  otwarcie  go 

prowokowała. No i że była niewyobrażalnie piękna. 

Sęk w tym, że Brody nie był dzieckiem. Nie rzucał się na piękne zabawki, nie myśląc 

o tym, ile trzeba będzie  za nie zapłacić. Nie miał prawa robić tego, co chciał i kiedy chciał. 

Zresztą na czymś takim wcale mu nie zależy. 

Bzdura,  pomyślał  znowu.  Gdybym  skorzystał  z  jej  zaproszenia,  na  pewno  nie 

pociągnęłoby  to  za  sobą  żadnych  konsekwencji,  ani  natychmiastowych,  ani  bardziej 

odległych  w  czasie.  Oboje  jesteśmy  dorośli,  wiemy,  jak  się  obchodzić  z  takimi  rzeczami. 

Zaraz jednak doszedł do wniosku, że takie myślenie do niczego dobrego go nie doprowadzi. 

Co najwyżej napędzi mu nowych kłopotów. 

Zrobię, co do mnie należy, postanowił. Przeprowadzę ten remont, zarobię pieniądze i 

będę się od niej trzymał z daleka. 

Kate  ucieszyła  się,  że  Brody  tak  szybko  przygotował  obiecane  projekty.  Nawet  nie 

bardzo się zdziwiła na widok małego chłopca, którego ze sobą przyprowadził. 

- Cześć, przystojniaku - przywitała malca. 

- Mam na imię Jack. 

background image

- Niech będzie. Jack Przystojniak. Wchodźcie do środka. 

- Chciałem tylko podrzucić rysunki i kosztorys - powiedział Brody. 

Podał jej papiery, ale ani na chwilę nie puścił rączki Jacka. 

-  Masz  tam  też  moją  wizytówkę.  Skontaktuj  się  ze  mną  jeśli  będziesz  chciała  o  coś 

zapytać albo porozmawiać o projektach czy o kwotach. 

-  Lepiej  od  razu  rzućmy  na  to  okiem.  Zaoszczędzimy  sobie  czasu  i  fatygi.  Chyba 

nigdzie się nie spieszycie. - Uśmiechnęła się do Jacka. - Strasznie dziś zimno. Tak zimno, że 

koniecznie trzeba się napić gorącej czekolady. 

- I z galaretką owocową? 

- W tym domu nie podaje się gorącej czekolady bez galaretki. 

Wyciągnęła rękę i Jack natychmiast podał jej swoją małą łapkę. Nie oglądając się na 

Brody'ego, weszli do domu. 

- Poczekaj, ja... 

-  Daj  spokój,  człowieku.  Bądź  kolegą.  W  której  jesteś  klasie,  Przystojniaku?  - 

Przykucnęła i rozpięła małemu kurteczkę. - W ósmej? Może w dziewiątej? 

- Nie. - Chłopczyk zachichotał. - W pierwszej. 

- Nie żartujesz? 

Jack poważnie pokręcił główką. 

-  Co  za  zbieg  okoliczności!  Akurat  dziś  mamy  promocję  dla  pierwszoklasistów. 

Możesz  sobie  wybrać,  czy  wolisz  ciasteczka  z  cukrem,  z  czekoladą  czy  z  masłem 

orzechowym. 

- A czy mógłbym dostać wszystkiego po trochu? 

- Jack... 

-  No,  wreszcie  jakiś  mężczyzna,  który  ma  podobne  upodobania  jak  ja  -  oznajmiła 

Kate, wciąż nie zwracając najmniejszej uwagi na Brody'ego. 

Wyprostowała  się,  podała  Brody'emu  kurteczkę  Jacka,  jego  czapkę  i  rękawiczki,  po 

czym znów wzięła chłopczyka za rękę i razem pomaszerowali do kuchni. 

- Czy to pani jest tą panią, która tańczy? Kate się roześmiała. 

- Tak, to ja. - Spojrzała na Brody'ego. Mam cię, pomyślała. - Kuchnia jest tam. 

- Wiem, gdzie jest kuchnia - warknął Brody. 

- Tatuś się złości - oznajmił Jack. 

- Zauważyłam. Za karę nie dostanie żadnego ciasteczka. 

-  Dorośli  mogą  się  czasem  zezłościć  -  tłumaczył  ojca  Jack  -  tylko  nie  mogą  mówić 

brzydkich słów. 

background image

- Jack! - Brody próbował przywołać synka do porządku. 

-  Ale  tatuś  czasami  mówi  brzydkie  słowa  -  szeptał  konspiracyjnie  malec.  Niewiele 

sobie  robił  z  napomnień  ojca.  -  A  raz,  kiedy  przytłukł  sobie  palec,  powiedział  wszystkie 

brzydkie słowa naraz. 

-  Naprawdę?  -  Kate  podsunęła  mu  krzesło.  Była  kompletnie  zauroczona  chłopcem.  - 

W porządku alfabetycznym, czy jak popadnie? 

- Jak popadnie. Niektóre nawet powtórzył kilka razy. - Jack uśmiechnął się do niej. - 

Mogę dostać trzy galaretki? 

- Oczywiście. Powieś kurtki na tamtym wieszaku, Brody. 

Posłała mu uroczy uśmiech, po czym zabrała się do przygotowywania czekolady. 

- Nie chcielibyśmy zabierać ci czasu - zaczął. 

-  Mam  mnóstwo  czasu.  Mama  jest  zawalona  robotą.  Nawet  ja  od  rana  przez  kilka 

godzin pomagałam w sklepie. Brandon wziął popołudniową zmianę. To jest rękawica mojego 

brata  -  wyjaśniła  Jackowi,  który  jeszcze  przed  chwilą  sięgał  po  rękawicę,  ale  teraz  cofnął 

łapkę, jakby się oparzył. 

- Ja tylko patrzyłem. 

-  Możesz  jej  dotknąć,  jeśli  chcesz.  Brandon  nie  będzie  miał  nic  przeciwko  temu. 

Lubisz baseball? 

-  Już  nawet  trochę  grałem  -  pochwalił  się  Jack.  -  A  jak  będę  starszy,  zacznę  grać  w 

Lidze Dzieci. 

- Brandon też kiedyś grał w Lidze Dzieci. Teraz gra w prawdziwej dorosłej lidze. Na 

trzeciej bazie w drużynie L.A. Kings. 

- Naprawdę? - Oczy Jacka zrobiły się wielkie ze zdziwienia. 

- Naprawdę. - Kate podała uszczęśliwionemu chłopcu rękawicę. - Może ty też kiedyś 

będziesz grał w prawdziwej lidze. 

- Rany, tato! Zobacz, to jest rękawica prawdziwego gracza! 

-  No.  -  Brody  musiał  się  poddać.  Nie  mógł  odciągać  synka  od  osoby,  która  potrafiła 

zapewnić  małemu  takie  emocje.  -  Odlotowa.  -  Potargał  czuprynę  Jacka,  uśmiechnął  się  do 

Kate. - Czy ja też mógłbym dostać trzy galaretki? 

- Oczywiście. 

Kate nalała do kubków czekoladę, wyłożyła ciasteczka i galaretki na talerzyk. Myślała 

o  Jacku.  Uważała,  że  to  prawdziwy  skarb.  W  ogóle  miała  słabość  do  dzieci,  zwłaszcza  do 

takich, które jej ojciec określał mianem żywego srebra. Jack był właśnie taki. 

- Proszę pani... 

background image

-  Mów  do  mnie  Kate  -  poprosiła,  stawiając  przed  Jackiem  kubek  pełen  pachnącej 

czekolady. - Tylko uważaj. Jest naprawdę gorąca. 

- Dobrze. Kate, dlaczego nosicie takie śmieszne ubrania do tańca? Pytałem tatę, ale on 

nie wie. 

Brody jęknął cicho. Udawał, że nie obchodzi go nic prócz talerza z ciasteczkami. 

Kate postawiła na stole dwa pozostałe kubki z gorącą czekoladą i usiadła. 

-  My  nazywamy  te  stroje  kostiumami  -  wyjaśniła.  -  Pomagają  nam  opowiedzieć 

historię, którą tańczymy. 

- Nie można tańczyć historii. Historie opowiada się słowami. 

- To jest podobne do odpowiadania słowami, tylko zamiast słów używa  się ruchów i 

muzyki. O czym myślisz, kiedy słyszysz melodię „Jingle Bells”, graną bez słów? 

- O Gwiazdce. Do Gwiazdki zostało jeszcze tylko pięć dni. 

- No właśnie. A gdybyś miał zatańczyć w takt tej melodii, twoje ruchy byłyby szybkie 

i  wesołe.  Przypominałyby  ci  śnieg  i  jazdę  na  sankach.  Ale  gdyby  to  była  „Cicha  noc”, 

poruszałbyś się powoli i majestatycznie. 

- Jak w kościele. 

- Właśnie - pochwaliła Kate, zachwycona bystrością Jacka. - Przyjdź kiedyś do mojej 

szkoły, to ci pokażę, jak się tańczy różne historie. 

- Czy mój tata będzie budował twoją szkołę? 

- Zobaczymy. 

Otworzyła teczkę. Nawet nie spojrzała na kosztorys. Zaczęła od rysunków. 

Brody nigdy dotąd nie miał takiego klienta. Wszyscy zawsze zaczynali od pieniędzy. 

Jack jadł ciasteczka, popijał czekoladą, za to Kate nawet nie spojrzała na swój kubek. 

Projekty Brody'ego pochłonęły ją bez reszty. Potem zaczęła zadawać pytania. 

Brody musiał przysunąć się do niej, razem z nią patrzeć na szkice, żeby móc udzielić 

właściwych odpowiedzi. 

Pachniała lepiej niż wszystkie ciastka świata. 

- Co to jest? 

-  Rozsuwane  drzwi.  Dzięki  nim  oszczędza  się  sporo  miejsca.  A  ten  korytarz  jest 

bardzo wąski. Drugie takie są tutaj, prowadzą do twojego gabinetu. Potrzebujesz spokoju, ale 

nie musisz za ten spokój płacić zbyt dużą przestrzenią. 

- Podoba mi się to. - Odwróciła głowę. Ich twarze były blisko, patrzyli sobie w oczy. - 

Bardzo mi się podoba. 

- Ja pomagałem tatusiowi rysować - obwieścił z dumą Jack. 

background image

- Świetnie to zrobiłeś - pochwaliła Kate i znów pochyliła się nad szkicami. 

Bardzo  dokładnie  oglądała  każdy  rysunek.  Zastanawiała  się  nad  zaproponowanymi 

przez  Brody'ego  zmianami  i  albo  od  razu  je  odrzucała,  albo  odkładała  decyzję  na  później, 

kiedy dobrze się nad wszystkim zastanowi. 

Wielkie  wrażenie  wywarła  na  niej  staranność  wykonania  rysunków.  Szkice  były 

czytelne, profesjonalnie wykonane. Architekt z dyplomem nie zrobiłby tego lepiej. 

Przestudiowawszy projekty, sięgnęła po kosztorys. Był przejrzysty i zrozumiały, lecz 

kwota, na jaką opiewał, przyprawiła Kate o zawrót głowy. 

- Wiesz co, Przystojniaku? - powiedziała, odsuwając na bok papiery. - Ty  i twój tata 

zostaliście zatrudnieni. 

Jack wydał okrzyk radości, a ponieważ nikt mu tego nie zabronił, wziął sobie z talerza 

jeszcze jedno ciasteczko. 

Brody nie zdawał sobie sprawy z tego, że przez dłuższą chwilę wstrzymywał oddech. 

Mało  brakowało,  a  odetchnąłby  głośno  z  ulgą,  ale  się  opanował.  Może  teraz  nie  tylko 

podreperować  rodzinny  budżet,  ale  nawet  postawić  firmę  na  nogi.  To  był  jego  pierwszy 

naprawdę duży kontrakt w Wirginii Zachodniej. 

Remont tego budynku da jego ludziom zajęcie na całą zimę, najtrudniejszy okres dla 

wszystkich  firm  budowlanych.  Nie  trzeba  będzie  redukować  załogi  ani  zmniejszać  liczby 

godzin pracy. Ale najważniejsze ze wszystkiego było to, że Brody bardzo chciał zająć się tym 

budynkiem. 

Sztuka  polega  na  tym,  żeby  zajmować  się  wyłącznie  budynkiem,  a  nie  jego 

właścicielką. 

- Bardzo się cieszę, że będę mógł przeprowadzić ten remont - powiedział. 

- Przypomnę ci to, kiedy zaczniesz narzekać, że doprowadzam cię do szału. 

- Od tego zaczęłaś. Masz długopis? 

Kate  uśmiechnęła  się,  wstała  od  stołu  i  odsunęła  jedną  z  jego  szuflad.  Wyjęła 

długopis, pochyliła się nad stołem i podpisała umowę, opatrując ją aktualną datą. 

-  Twoja  kolej  -  powiedziała,  podając  Brody'emu  długopis.  Potem  wzięła  długopis  od 

ojca i spojrzała wymownie na syna. - Jack? 

- Co? - Buzię miał całą w okruszkach. Szybko przełknął resztkę ciastka. - To znaczy - 

poprawił się, widząc niezadowoloną minę ojca - chciałem powiedzieć „słucham”. 

- Potrafisz się podpisać? 

- Tylko drukowanymi literami. Znam już cały alfabet. Umiem napisać „Jack” i „tata” i 

wszystkie inne słowa. 

background image

- Doskonale. Wobec tego podejdź tu i też się podpisz. Pomagałeś tatusiowi rysować, 

prawda? Chcesz, żebym cię przyjęła do pracy, czy nie? 

- Jasne! - Chłopczyk był zachwycony. Zeskoczył z krzesełka. Okruszki, które miał na 

kolanach, spadły na podłogę. 

Jack wziął długopis, wystawił język i bardzo starannie wykaligrafował swoje imię pod 

podpisem ojca. 

- Patrz, tatusiu! To ja. 

- Widzę. 

Brody  naprawdę  się  wzruszył.  Nie  miał  pojęcia,  jak  się  zachować.  Kate  trafiła  go  w 

najczulszy punkt. 

- Idź umyć ręce, Jack - powiedział na wszelki wypadek. 

- Nie są brudne. 

- Powiedziałem, że masz umyć ręce. 

-  Łazienka  jest  w  tamtym  korytarzu  -  wyjaśniła  cicho  Kate.  -  Najpierw  będą  jedne 

drzwi, a drugie to już łazienka. Po stronie tej ręki, którą napisałeś swoje imię. 

Jack mruknął coś pod nosem, ale już bez dalszych protestów wyszedł z kuchni. 

-  Jesteś  dla  niego  bardzo  dobra  -  zaczął  Brody.  -  Dziękuję  ci,  że  pozwoliłaś  mu 

uczestniczyć w tym przedsięwzięciu. 

- To nie moja zasługa. - Kate wzruszyła ramionami. - On już w tym uczestniczy. I nie 

myśl sobie, że to jakiś podstęp. 

- Ja tylko powiedziałem, że jesteś dla niego bardzo dobra. 

-  Tak  powiedziałeś,  ale  pomyślałeś  co  innego.  Uważasz,  że  sprytnie  to  rozegrałam, 

ż

eby cię łatwiej podejść. Bardzo się pomyliłeś - prychnęła. - Owszem, chciałabym się z tobą 

przespać  i  zrobię  wszystko,  żeby  dopiąć  swego.  Wszystko  prócz  wykorzystywania  twojego 

syna. 

Zebrała  ze  stołu  puste  kubki.  Chciała  się  odwrócić,  lecz  Brody  położył  dłoń  na  jej 

ramieniu. 

- Masz rację - rzekł skruszony. - Tak właśnie pomyślałem. Przepraszam cię za to. 

- W porządku - mruknęła wcale nie przekonana.  Ścisnął mocniej jej ramię, zaczekał, 

aż odwróci się do niego twarzą. 

- Naprawdę cię przepraszam, Kate. 

-  W  porządku  -  powtórzyła.  Dopiero  teraz  rzeczywiście  uwierzyła  w  szczerość  jego 

przeprosin. - Tym razem naprawdę. Twój Jack jest wspaniały. Trudno się w nim nie zakochać 

od pierwszego wejrzenia. 

background image

- Sam jestem w nim zakochany. 

- On w tobie też. To widać gołym okiem. A ja lubię dzieci i podziwiam kochających 

rodziców. Dzięki Jackowi stałeś się dla mnie bardziej atrakcyjny. 

-  Nie  mam  zamiaru  iść  z  tobą  do  łóżka.  -  Już  nie  ściskał  jej  ramienia.  Jego  dłoń 

zsunęła się w dół po jej ręce. 

- Owszem, tak twierdzisz... - Uśmiechnęła się do niego. 

- Nie chcę sobie utrudniać życia ani komplikować pracy. Nie mogę sobie pozwolić... 

Chciał powiedzieć coś bardzo ważnego, coś okropnie stanowczego, lecz Kate dotknęła 

jego piersi, przesunęła dłonie na ramiona. 

- Jeszcze nie zacząłeś pracy - mruknęła, przysuwając usta do warg Brody'ego. 

Przysunął się do niej.  Usta Kate były  ciepłe, zachęcające.  Brody'emu zakręciło się w 

głowie. 

Zamierzał ją od siebie odsunąć. Naprawdę tak sobie postanowił. Na pewno potrafiłby 

trzymać ją od siebie na odległość wyciągniętej ręki. Wystarczyło chcieć. 

Kate nie potrafiła mu się oprzeć. Zresztą nie miała takiego zamiaru. Brody całował jak 

marzenie,  jakby  nic  innego  w  życiu  nie  robił.  Usta  miał  miękkie  i  gorące,  dłonie  twarde  i 

silne. Czy w mężczyźnie może być jeszcze coś bardziej pociągającego niż siła? Siła mięśni i 

siła serca? 

-  Cudowne  -  szepnęła,  wsuwając  palce  we  włosy  Brody'ego.  -  Może  byśmy  to 

powtórzyli? 

Bardzo  tego  pragnął.  Najlepiej  natychmiast.  Niestety,  jego  mały  synek  chlapał  się  w 

pobliskiej łazience. 

- Nie mogę. 

- Możesz. Przed chwilą się przekonałam. 

- Do diabła! - Wreszcie odsunął ją od siebie na odległość wyciągniętej ręki. - Ależ ty 

potrafisz człowieka otumanić! 

- Nie aż tak bardzo, jak bym chciała. Ale to dopiero początek. 

Puścił ją. Tak było najbezpieczniej. Na wszelki wypadek jeszcze się od niej odsunął. 

-  Wiesz,  że  wiele  czasu  minęło,  odkąd...  -  Przez  chwilę  szukał  właściwego  słowa.  - 

Odkąd bawiłem się w tę grę. 

-  Przypomnisz  sobie,  wszystko  sobie  przypomnisz.  Najlepiej  zacząć  od  razu.  Może 

wybralibyśmy się na kolację? 

- Umyłem z obu stron - oznajmił Jack, wbiegając do kuchni. - Czy mogę wziąć jeszcze 

jedno ciastko? 

background image

-  Nie  -  powiedział  prędko  Brody,  nie  patrząc  na  synka.  Nie  mógł  oderwać  oczu  od 

Kate. - Podziękuj i idziemy. I tak za długo siedzieliśmy. 

- Dziękuję, Kate. 

-  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie,  Przystojniaku.  Przyjdź  do  mnie  jeszcze  kiedyś, 

dobrze? 

-  Dobrze.  -  Uśmiechał  się  do  niej,  gdy  ojciec  pomagał  mu  włożyć  kurteczkę.  -  A 

będziesz miała gorącą czekoladę? 

- Na pewno. 

Odprowadziła  ich  do  drzwi,  a  potem  stała  w  progu  i  patrzyła,  jak  wsiadają  do 

samochodu. Jack entuzjastycznie machał rączką, za to Brody nawet na nią nie spojrzał. 

Odjechali. 

Ostrożny  z  niego  człowiek,  pomyślała  Kate.  No  cóż,  trudno  mieć  do  niego  o  to 

pretensje. Ja też byłabym ostrożna, gdybym miała taki skarb, takie żywe srebro. 

Teraz, gdy poznała syna, jeszcze bardziej zainteresowała się ojcem. 

Tylko  po  co  ja  się  tak  spieszę,  pomyślała.  Muszę  zwolnić  tempo,  musimy  się  lepiej 

poznać. Co się odwlecze, to nie uciecze. W końcu ani on, ani ja nigdzie się nie wybieramy. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

- Trzęsienia ziemi - powiedziała Kate. 

- Burze śnieżne - wyliczał Brandon. 

- Smog. 

-  Zaspy.  Od lat tak się sprzeczali: co jest lepsze: wschodnie  czy zachodnie wybrzeże 

Stanów. Ta sprzeczka była jednak trochę inna.  Miała pomóc Kate zapomnieć o tym, że brat 

wkrótce wyjedzie. 

Przez  całe  święta  ani  razu  nie  pomyślała  o  niczym  nieprzyjemnym.  Najpierw  były 

przygotowania  i  mnóstwo  pracy,  potem  cudowna  rodzinna  atmosfera...  Nie  było  czasu  na 

smutki. Ale święta minęły, zbliżał się sylwester. 

Freddie,  przyrodnia  siostra  Kate  i  Brandona,  wróciła  do  Nowego  Jorku  z  mężem 

Nickiem i dwójką udanych dzieci. Teraz miał wyjechać Brandon. 

Kate spojrzała  w  głąb ulicy.  Z daleka dostrzegła  ciężarówki i krzątających się wokół 

nich robotników. Samochody stały przed jej własnym prawie całkiem zrujnowanym domem. 

Brody nie traci czasu, pomyślała uradowana. 

-  Sprawdzimy,  co  się  tam  dzieje?  -  spytała  brata  i  nie  czekając  na  odpowiedź, 

przyspieszyła kroku. 

Brandon  podreptał  za  nią.  Też  był  ciekaw,  jak  postępują  prace.  Na  podwórzu  kręcili 

się jacyś ludzie, stały taczki, narzędzia i wielkie pojemniki. 

Kate  ostrożnie  zajrzała  do  piwnicy  swego  domu.  Było  tam  jasno  jak  w  słoneczny 

dzień.  Zapuszczona  piwnica  wyglądała  jak  stanowisko  archeologiczne  w  pierwszych  dniach 

prac wykopaliskowych. 

Brody ładował śmieci na taczkę. Obok niego przykucnął Jack. On także małą łopatką 

zbierał śmieci do kubełka. 

Jack pierwszy ją zauważył. Podskoczył jak piłeczka, zatańczył z radości. 

-  Porządkujemy  piwnicę  -  pochwalił  się.  -  Tatuś  obiecał  mi  za  to  całego  dolara.  I 

pozwoli mi wylewać cement. A na Gwiazdkę dostałem ciężarówkę. Pokazać ci? 

- No pewnie. 

Chciała zejść jeszcze niżej, lecz Brody zatarasował jej drogę. 

- Nie powinnaś się tu kręcić - powiedział. 

- Dlaczego? To moja piwnica. 

- Nie jesteś odpowiednio ubrana - odparł bez namysłu. 

background image

-  Rzeczywiście.  -  Kate  spojrzała  na  swoje  eleganckie  pantofelki.  -  Mimo  to  muszę 

teraz z tobą porozmawiać. 

- Proszę bardzo. Chodź, Jack! - zawołał do synka. - Zarządzam krótką przerwę. 

Wyszedł na dwór. Jack gramolił się tuż za nim. 

- To jest mój brat Brandon - powiedziała Kate. 

- Brand, poznaj Brody'ego O'Connella i jego syna Jacka. 

- Witaj. - Brody podniósł rękę do góry. Wolał nie podawać nikomu ubrudzonej dłoni. - 

Widziałem, jak grasz. Jest na co popatrzeć. 

- Dzięki. 

- Grasz w baseballa? - Jack patrzył na Brandona z podziwem. 

- No. - Brandon przykucnął przed chłopcem. - Lubisz tę grę? 

- Pewnie. Kate pokazała mi twoją rękawicę. Ja mam taką samą, tylko trochę mniejszą. 

Kij też mam i w ogóle wszystko co trzeba. 

Ponieważ Brandon zajął się Jackiem, Kate mogła spokojnie porozmawiać z Brodym. 

- Nie spodziewałam się, że tak szybko zaczniesz... 

-  Chciałem  skorzystać  z  ładnej  pogody.  Boję  się,  że  to  nie  potrwa  długo,  ale  chyba 

zdążę oczyścić piwnicę i wylać cement, nim znowu chwyci mróz. 

- Doskonale - ucieszyła się Kate i zaraz zaczęła z innej beczki. - Jak minęły święta? 

-  Świetnie.  -  Brody  się  odsunął,  żeby  zrobić  miejsce  robotnikowi,  który  wywoził  z 

piwnicy kolejną taczkę śmieci. - A tobie? 

-  Fantastycznie.  Widzę,  że  powiększyłeś  swoją  brygadę.  Rozumiem,  że  tego  dolara 

dziennie dopiszesz do mojego rachunku - zażartowała. 

- Nic podobnego. Sam to pokryję. Zrozum, w szkole są teraz ferie i biorę go z sobą - 

tłumaczył  się  Brody.  -  Jack  umie  się  zachować  na  budowie,  a  ludziom  jego  obecność  nie 

przeszkadza, więc... 

- Ojej, aleś ty przewrażliwiony - przerwała mu Kate. - Ja tylko żartowałam. 

-  Przepraszam  -  zreflektował  się.  -  Niektórzy  klienci  nie  lubią,  kiedy  zabieram  Jacka 

na budowę. 

- Mnie to nie przeszkadza. 

- Hej, Brody! - zawołał Brandon. - Obejdziesz się przez jakiś czas bez tego faceta? 

Brody podniósł głowę. Brudna łapka Jacka tkwiła ufnie w dużej dłoni Brandona. 

-  Bo  ja  wiem...  -  Brody  udawał,  że  się  zastanawia,  choć  ani  myślał  powierzać  synka 

opiece jakiegoś obcego faceta. 

background image

-  Musimy  na  chwilę  wpaść  do  domu  -  tłumaczył  Brandon.  -  Przywiozę  małego  z 

powrotem, jak będę jechał na lotnisko. Za jakieś pół godziny. 

- Tatusiu, pozwól mi z nim iść. Proszę. 

- Ja... 

- Mój brat to skończony idiota - powiedziała Kate - ale odpowiedzialny idiota. 

To ja jestem idiotą, pomyślał Brody. Zawsze umieram ze strachu, kiedy Jack choć na 

chwilę znika mi z oczu. Ten facet nie jest obcy, jest bratem Kate, a skoro ona mówi, że jest 

odpowiedzialny, to naprawdę nie mam się o co bać. 

- Dobra, idź - zgodził się. - Tylko najpierw umyj ręce. 

- Zaczekaj na mnie - poprosił Brandona Jack. - Zaraz wracam. 

Pognał do stojącego nieopodal wiadra z wodą, błyskawicznie zanurzył w nim dłonie, 

otrzepał krople wody i już był z powrotem przy swoim nowym przyjacielu. 

-  Gotów?  No  to  idziemy.  -  Brandon  wziął  chłopca  za  prawie  czystą  i  mokrą  rączkę, 

zasalutował Brody'emu i odszedł. 

- Do widzenia, tatusiu! - zawołał Jack. - Niedługo wrócę. 

- Twój brat ma jakiś problem z nogą? - spytał Brody, patrząc w ślad za odchodzącymi. 

- Naciągnął sobie mięsień podczas gry. No cóż, nie będę cię dłużej zatrzymywać. 

Uśmiechała  się,  dopóki  nie  okrążyła  domu.  Potem  usiadła  na  frontowych  schodach  i 

serdecznie  się  rozpłakała.  Wiedziała,  że  to  strasznie  głupie,  ale  było  jej  żal  rozstawać  się  z 

bratem. 

Gdy  dziesięć  minut  później  Brody  szedł  po  coś  do  furgonetki,  Kate  wciąż  jeszcze 

siedziała na schodkach. Łzy już prawie obeschły, tylko na rzęsach lśniły  jeszcze pojedyncze 

kropelki. 

- Co się stało? 

- Nic. 

- Płakałaś. 

- No to co? - Wzruszyła ramionami, pociągnęła nosem. 

Chciał  ją  tak  zostawić.  Powinien  wziąć...  No  tak,  ale  właśnie  zapomniał,  po  co 

właściwie  szedł  do  samochodu.  Kłopot  w  tym,  że  nigdy  nie  potrafił  przejść  obojętnie  obok 

kogoś, kto płacze. Zwłaszcza kiedy tym kimś była piękna kobieta. Westchnął zrezygnowany i 

usiadł na schodkach obok Kate. 

- Dlaczego płakałaś? 

- Nie chcę, żeby Brandon wyjeżdżał. Nie musiałabym się z nim rozstawać, gdyby się 

nie uparł mieszkać w tej głupiej Kalifornii. 

background image

Ach, więc chodzi o brata, pomyślał z ulgą Brody i sięgnął do kieszeni, widząc, że po 

policzku Kate spłynęła jeszcze jedna łza. 

- Tam ma pracę - powiedział, pragnąc ją pocieszyć, i podał jej chusteczkę. 

-  Wybacz,  ale  nie  chce  mi  się  teraz  myśleć  logicznie.  -  Wzięła  od  niego  chustkę, 

wytarła oczy i nos. - Dzięki. 

- Drobiazg. 

- Masz rodzeństwo? 

- Nie. 

-  A  chciałbyś  mieć?  Tanio  sprzedam.  -  Westchnęła,  oparła  się  plecami  o  wyższy 

stopień.  -  Moja  siostra  mieszka  w  Nowym  Jorku,  Brandon  w  Los  Angeles,  a  ja  w  Wirginii. 

Nie przypuszczałam, że kiedyś tak się od siebie oddalimy. 

- Co z tego, że daleko mieszkacie? Przecież jesteście sobie bardzo bliscy. 

Kate spojrzała na niego nieco zdumiona. Od razu przestała płakać. 

-  Masz  rację.  Masz  świętą  rację.  Jak  dobrze,  że  to  powiedziałeś.  -  Oddała  mu 

chusteczkę.  -  Porozmawiaj  ze  mrą  jeszcze  trochę,  dopóki  mi  nie  odejdą  te  głupie  myśli. 

Opowiedz, jak spędziliście święta. 

-  Jack  obudził  mnie  o  piątej  rano.  -  Brody  uśmiechnął  się  na  wspomnienie 

ś

wiątecznego poranka. - Skakał z radości prawie do sufitu. Już się bałem, że trzeba go będzie 

stamtąd zeskrobywać. 

- A jak tam świąteczny obiad? 

- Tak sobie. - Brody przestał się uśmiechać. - Byliśmy u moich rodziców. Mieszkamy 

w tym samym mieście, ale wcale nie jesteśmy sobie bliscy. 

- Szkoda. 

- Bardzo kochają Jacka, a to najważniejsze. 

Po co ja jej o tym opowiadam, pomyślał zły na siebie. Pewnie dlatego, że tak bardzo 

mnie to boli. Mój ojciec neguje wszystko, co dla mnie ważne, zawsze o wszystko ma do mnie 

pretensje. 

- Muszę wracać do pracy - wstał - bo szef mi obetnie pensję. 

- Brody... - zaczęła Kate. 

Widziała,  że  jest  zakłopotany.  Chciała  go  jakoś  podnieść  na  duchu,  ale  nie  bardzo 

wiedziała, co i jak powiedzieć. 

Chwilę później wrócili Brandon z Jackiem i już nie można było mówić o niczym tylko 

o tym, co interesowało Jacka. 

background image

- Tatusiu! - wołał, nim jeszcze odpiął przytrzymujący go w fotelu pas. - Brand dał mi 

swoją rękawicę! I jeszcze piłkę ze swoim podpisem. 

Brody przykucnął i złapał pędzącego do niego synka. 

-  Pokaż.  -  Obejrzał  rękawicę  i  piłkę,  jeszcze  ciepłe  od  uścisku  rączek  Jacka.  - 

Rzeczywiście fantastyczne. Musisz je teraz bardzo szanować. 

- Będę szanował. Obiecuję. Dzięki, Brand! Strasznie ci dziękuję. Możemy to pokazać 

chłopakom, tatusiu? 

- Oczywiście. - Brody wziął Jacka na ręce. - Dziękuję - powiedział do Brandona. 

- Nie ma za co. Cała przyjemność po mojej stronie. Pamiętaj, Jack. Uważnie obserwuj 

piłkę. 

- Nie zapomnę - obiecał chłopczyk. - Do widzenia. 

- Szczęśliwej podróży - dodał Brody i zaniósł Jacka na drugą stronę domu, żeby mały 

mógł pochwalić się brygadzie swoimi skarbami. 

Kate pochyliła się przy otwartym oknie samochodu. Brandona. 

-  Wielkie  dzięki,  braciszku  -  powiedziała.  -  Chyba  jednak  jesteś  mądrzejszy,  niż 

myślałam. 

- Ten Jack to strasznie fajny dzieciak. - Brandon lekko uszczypnął siostrę w policzek. - 

Widzę, że masz oko na jego tatusia. 

-  Mam  oboje  oczu  na  jego  tatusia.  -  Kate  roześmiała  się.  Pochyliła  się  i  pocałowała 

brata. - Jedź sobie do tej swojej Kalifornii, tylko uważaj na siebie. 

- A ty się dobrze zachowuj. 

- Nie licz na to. 

-  Nie  Uczę.  -  Brandon  roześmiał  się,  włączył  silnik.  -  Tak  tylko  powiedziałem. 

Trzymaj się, Katie. 

Kate odsunęła się od krawężnika, pomachała mu ręką. 

- Wysokich lotów - mruknęła, bo i tak nie mógł jej już usłyszeć. 

Natasza  zwykle  spędzała  sylwestra  w  kuchni.  Przygotowywała  przyjęcie,  jakie 

tradycyjnie wydawała w pierwszym dniu nowego roku dla rodziny, przyjaciół i dla sąsiadów. 

- Brand mógł wyjechać dopiero po Nowym Roku - mówiła rozżalona Kate. 

-  Nie  mógłby,  kochanie.  -  Natasza  przykręciła  gaz  pod  brzoskwiniami,  z  których 

przyrządzała kisiel. 

- Już zapomniałaś, jak to jest? Rok temu ty też byłaś daleko stąd. Miałaś swoje życie, 

swoją pracę. 

background image

- Pamiętam - westchnęła Kate, starannie rozwałkowując ciasto - ale muszę się jeszcze 

trochę posmucić. Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo tęsknię za tym idiotą. 

- Wyobrażam sobie - zapewniła ją matka. - Ja też za nim tęsknię. Tak samo jak kiedyś 

tęskniłam za tobą. 

Natasza  pomyślała  o  nie  tak  znowu  odległych  czasach,  kiedy  to  dzieci  plątały  się  jej 

pod  nogami,  gdy  przygotowywała  smakołyki  na  noworoczne  przyjęcie.  Miała  przez  nie 

mnóstwo dodatkowej roboty, bo ciągle trzeba było wycierać coś, co się rozlało lub spadło na 

podłogę. 

Wtedy  marzyła,  żeby  dzieci  wreszcie  podrosły,  żeby  zamiast  przeszkadzać,  choć 

czasem  trochę  jej  pomogły.  Tamte  marzenia  spełniły  się  nadspodziewanie  szybko  i  teraz 

Nataszy  było  smutno.  Tęskniła  za  dawnymi  czasami,  kiedy  dom  rozbrzmiewał  dziecięcym 

ś

miechem. 

- Masz jakiś problem, Katie? - spytała, zaniepokojona nadąsaną miną córki. - Pewnie 

nie wiesz, co robić z wolnym czasem. Nie martw się, remont wkrótce się skończy i zaczniesz 

organizować tę swoją szkołę. Nie będziesz wiedziała, w co najpierw ręce włożyć. 

-  Nie  martwię  się  -  mruknęła  Kate.  -  Robię  plany.  Ale  matka  nie  dała  się  nabrać.  Za 

dobrze znała swoje dzieci. Nalała herbatę do dwóch filiżanek, postawiła je na stole. 

- Siadaj - powiedziała. - Musimy porozmawiać. 

- Mamo, ja... 

-  Siadaj  -  powtórzyła  Natasza  tonem  nie  znoszącym  sprzeciwu.  -  Przecież  widzę,  że 

coś cię gryzie. 

-  Rzeczywiście  gryzie  -  przyznała  Kate.  Zrezygnowana  usiadła  naprzeciwko  matki.  - 

Chociaż sama nie bardzo wiem co. 

-  Więc  spróbujmy  to  ustalić.  Jesteśmy  do  siebie  podobne,  Katie.  Zawsze  wszystko 

planujemy, żeby broń  Boże nie stracić panowania nad sytuacją. Ale to nie zawsze się udaje, 

kochanie. 

- Zauważyłam - westchnęła Kate. 

- Kiedy tu przyjechałam, kiedy postanowiłam otworzyć sklep - opowiadała Natasza - 

było mi naprawdę bardzo ciężko. Myślisz, że łatwo mi przyszło rozstać się z rodzicami? Po 

tym wszystkim, co razem przeszliśmy? A jednak wyjechałam, poznałam twojego ojca... Tego 

akurat nie planowałam. 

- Przeznaczenie - mruknęła Kate. 

background image

- No właśnie. - Natasza uśmiechnęła się. - Zastanawiamy się, rozważamy, planujemy i 

zapominamy o przeznaczeniu. A to ono kieruje naszym losem. Nie przyszło ci do głowy, że 

to właśnie przeznaczenie sprowadziło cię z powrotem do domu? 

- Gniewasz się, że wróciłam? Że zrezygnowałam z kariery? 

- Zwariowałaś? 

- Mamo... - Kate szukała właściwych słów. Kręciła filiżanką w kółko, jakby mogło jej 

to w czymś pomóc. - Wiem, ile oboje z tatą poświęciliście... 

-  Bzdury  gadasz!  -  zirytowała  się  Natasza.  -  Nigdy  nie  mówiłam  o  poświęceniu  w 

odniesieniu do swoich dzieci. Wszystko, co robiłam, robiłam dlatego, że tak chciałam. To nie 

jest żadne poświęcenie! 

- Wiem, ale... Widzisz, chodzi mi o to, że ty i tata strasznie dużo dla mnie zrobiliście. 

Pomagaliście mi na wszystkie sposoby, kiedy postanowiłam, że będę tańczyć. 

- Już ci mówiłam... 

- Pozwól mi skończyć, mamo. - Tym razem Kate nie pozwoliła jej dojść do głosu. - Ja 

ciągle  o  tym  myślę.  Te  wszystkie  lekcje,  kostiumy,  baletki,  ciągłe  wyjazdy.  Wiem,  że 

mieliście  wobec  mnie  jakieś  plany,  a  jednak  pozwoliliście  mi  na to,  na  czym  mi  najbardziej 

zależało. Dlatego chciałam, żebyście mogli być ze mnie dumni. 

-  Co  też  ci  chodzi  po  głowie  -  obruszyła  się  Natasza.  -  Oczywiście,  że  jesteśmy  z 

ciebie dumni. 

- Wiem, wiem. Kiedy tańczyłam, a wy siedzieliście na widowni... Czułam to, chociaż 

nawet was nie widziałam. A ja porzuciłam to wszystko, co was kosztowało tyle wyrzeczeń. 

-  Nie  porzuciłaś,  tylko...  Bo  ja  wiem?  Może  po  prostu  wyrosłaś?  Ale  my  wciąż 

jesteśmy z ciebie dumni. Jesteśmy dumni z człowieka, jakiego udało nam się wychować. 

Kate miała w oczach łzy. Nie chciała ich, same napłynęły. 

- Bałam się, że będziecie niezadowoleni, że zrezygnowałam z baletu, żeby uczyć. 

- Czy chcesz być dobrą nauczycielką? 

- Bardzo chcę. 

- A więc będziesz, a my będziemy dumni z nauczycielki, tak jak kiedyś szczyciliśmy 

się  baletnicą.  A  tymczasem,  pomiędzy  baletnicą  a  nauczycielką,  jesteśmy  dumni  z  ciebie,  z 

tego,  że  wiesz,  czego  chcesz,  i  że  umiesz  to  osiągnąć.  Jesteśmy  dumni  z  tego,  że  jesteś 

prześliczną i rozumną młodą kobietą o dobrym sercu. 

-  Och!  -  Kate  zamrugała  oczami,  by  pozbyć  się  łez,  które  zawisły  na  jej  długich 

rzęsach. - Naprawdę nie wiem, co się ze mną ostatnio dzieje. Stałam się strasznym mazgajem. 

background image

- W twoim życiu nastały wielkie zmiany. Poza tym masz za dużo czasu na myślenie i 

zamartwianie  się.  Nawet  nie  spotykasz  się  z  przyjaciółmi.  Może  poszłabyś  dziś  na  jakieś 

przyjęcie  albo  wybrała  się  gdzieś  z  jakimś  przystojnym  młodzieńcem?  Nie  powinnaś  w 

sylwestra siedzieć w domu i pomagać mamie w kuchni. 

- Lubię pomagać mamie. 

- Kate. - Natasza dobrze znała swoje dzieci i trudno ją było oszukać. Właściwie było 

to niemożliwe. 

-  Chciałam  pójść  dzisiaj  na  jakiś  bal,  ale  widzisz..  .  -  Kate  wiedziała,  że  nie  ma 

wyjścia,  że  musi  powiedzieć  prawdę,  choć  to  wcale  nie  było  łatwe.  -  Większość  moich 

przyjaciół  ma  rodziny  albo  przynajmniej  kogoś  do  pary.  Tylko  ja  jestem  sama.  Właściwie 

całkiem mi z tym dobrze... Wiesz, o co mi chodzi? 

- Wiem, tylko nie rozumiem, dlaczego ci z tym dobrze. 

- Dlatego, że jest ktoś, kto mi się bardzo podoba. 

- No, wreszcie mówisz do rzeczy - ucieszyła się Natasza. - Co to za jeden? 

- Brody O'Cornell. 

-  Rozumiem  -  rzekła  z  namysłem  Natasza,  nie  patrząc  na  córkę.  -  To  bardzo 

atrakcyjny mężczyzna. Bardzo atrakcyjny - powtórzyła. - Bardzo go lubię. 

-  Ale  chyba  nie  po  to  kazałaś  mu  zająć  się  moim  remontem,  żeby  nas  do  siebie 

zbliżyć? 

-  Nie.  Ale  gdybym  o  tym  pomyślała,  to  bym  tak  zrobiła.  No  więc  idź  na  jakiś  bal  z 

Brodym. 

- On się mnie boi. 

- Co ty opowiadasz? - Natasza prychnęła jak kotka. 

- No dobrze, powiedzmy, że czuje się przy mnie nieswojo. Chyba trochę  za ostro się 

do niego od razu zabrałam. 

- Ty? - Natasza zrobiła wielkie oczy, choć tak naprawdę wcale nie była zaskoczona. - 

Moja mała nieśmiała córeczka? 

-  Nie  udawaj!  -  Kate  roześmiała  się.  -  Wiesz,  że  jak  czegoś  bardzo  chcę,  to  muszę 

postawić na swoim. Z Brodym było tak samo. Zobaczyłam go w sklepie z zabawkami, kiedy 

kupował betoniarkę dla Jacka. Zaczęliśmy flirtować, a potem... 

- W sklepie z zabawkami - mruknęła znacząco Natasza. 

Ona  i  Spence  także  poznali  się  w  sklepie  z  zabawkami,  tylko  że  on  kupował  wtedy 

lalkę dla swojej córeczki. Teraz Freddie była dorosłą kobietą, miała własną rodzinę... 

background image

A  więc  jednak  opatrzność,  pomyślała  Natasza.  Znowu  coś,  czego  się  nie  da 

przewidzieć. 

- Kiedy się zorientowałam, że kupuje zabawkę dla syna, pomyślałam, że jest żonaty - 

ciągnęła Kate. 

- Wściekłam się, że żonaty facet ośmielił się ze mną flirtować. 

- Nic dziwnego, że się zdenerwowałaś. - Natasza uśmiechała się zadowolona. Sprawa 

wygląda coraz lepiej. 

- Potem dowiedziałam się, że jest wolny, i znów wszystko było jak trzeba. On też się 

mną interesuje - mruknęła Kate, spuściwszy oczy. - Tylko jest uparty jak osioł. 

- Raczej bardzo samotny. 

- Zauważyłam. - Kate znów spojrzała na matkę. 

- Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego przede mną ucieka. Może to zwykły odludek... 

Tacy też się zdarzają. 

-  Wobec  mnie  jest  bardzo  miły,  ale  chyba  rzeczywiście  nie  przepada  za 

towarzystwem.  Zaprosiłam go na jutrzejsze przyjęcie,  a on się wykręcił.  Może tobie uda się 

go  przekonać?  -  Natasza  wstała.  Musiała  się  brać  do  roboty.  -  Mam  pomysł.  Pojedziesz  do 

niego wieczorem, zawieziesz rybę w galarecie i namówisz go, żeby jutro do nas przyszedł. 

-  Mam  iść  bez  zaproszenia  do  domu  samotnego  mężczyzny?  W  sylwestra?  -  Kate 

udawała zgorszoną, ale uśmiechała się od ucha do ucha. - Doskonały pomysł! Dzięki, mamo. 

-  No  to  upiekłam  dwie  pieczenie  przy  jednym  ogniu  -  zażartowała  Natasza.  -  Chata 

wolna, więc ja i twój tata też będziemy mogli spokojnie powitać Nowy Rok. 

Brody siedział przed telewizorem z puszką piwa w ręce. Właściwie nie siedział, tylko 

leżał, a obok niego spał Jack. 

W  pokoju,  który  nazywali  salonem,  panował  nieopisany  bałagan,  w  telewizji 

wyświetlano film o przybyszach z kosmosu, którzy wyglądali jak gigantyczne gałki oczne. 

Brody uwielbiał takie filmy. 

Za  kilka  godzin  zamierzał  przełączyć  kanał.  Chciał  obejrzeć  transmisję  z  powitania 

nowego roku na Times Square, Jack też chciał to zobaczyć. Twierdził, że na pewno nie zaśnie 

przed północą. 

Trzeba przyznać, że mały robił wszystko, co w ludzkiej mocy, żeby dotrzymać słowa. 

Z  wyjątkiem  podpierania  powiek  zapałkami.  Mimo  wysiłków  Jack  w  końcu  jednak  zasnął  i 

spał teraz smacznie, posapując z cicha. 

background image

Brody postanowił obudzić go pięć minut przed północą, żeby chłopczyk zobaczył, jak 

Nowy  Rok  obejmuje  świat  w  posiadanie.  Teraz  sączył  piwo  i  śledził  poczynania  wielkiego 

oka prześladującego Bogu ducha winnych ludzi. 

Omal  nie  podskoczył,  kiedy  usłyszał  pukanie  do  drzwi.  Nikogo  się  nie  spodziewał, 

więc równie dobrze mogło to być wielkie oko z innej planety, które właśnie wylądowało na 

jego  podwórku.  Na  pewno  oko,  pomyślał  Brody.  Wszyscy  znajomi  świętują  teraz  nadejście 

nowego roku. Albo oko, albo ktoś zabłądził w tutejszych zaspach. 

Ostrożnie ułożył Jacka na kanapie. Jakoś udało mu się przejść pomiędzy rozrzuconymi 

na podłodze zabawkami tak ostrożnie, że niczego nie rozdeptał. 

Okazało  się,  że  nie  wszyscy  świętują.  W  każdym  razie  Kate  Kimball  na  pewno  nie 

obchodziła sylwestra, bo to właśnie ona stanęła w progu domu Brody'ego o tej niecodziennej 

porze. 

-  Cześć  -  powiedziała.  -  Miałam  nadzieję,  że  zastanę  cię  w  domu.  A  to  od  mojej 

mamy. 

Podała mu starannie opakowaną miskę sporych rozmiarów. 

- Od twojej mamy? - Brody wziął od niej prezent. Wielkie oko z kosmosu mniej by go 

teraz zdziwiło niż ta wizyta i ten tajemniczy dar. 

- Miała nadzieję, że zaszczycisz swoją obecnością jej noworoczne przyjęcie. Zrobiłeś 

jej wielką przykrość, wykręcając się brakiem czasu. 

- Wcale nie powiedziałem, że nie mam czasu - tłumaczył się Brody. 

Nijak  nie  mógł  sobie  przypomnieć,  jakiego  wykrętu  użył  tym  razem.  Pamiętał  tylko, 

ż

e wymyślił coś na poczekaniu, więc nic dziwnego, że nic nie pamiętał. 

- Mama przysyła ci rybę w galarecie - wyjaśniła Kate. - To na zachętę. Ma nadzieję, że 

jak  spróbujesz,  to  zmienisz zdanie  i  zdecydujesz  się  nas  odwiedzić.  Będzie  mnóstwo  dzieci, 

więc Jack też nie będzie się nudził. Czy on już śpi? Bo jeśli nie, to bym się z nim przywitała. 

Prześliznęła  się  obok  niego  i  weszła  do  domu.  Brody  był  zbyt  zaskoczony,  żeby  ją 

zatrzymać.  Pośpieszył  za  nią  do  wielkiego  salonu,  w  którym  panował  jeszcze  większy 

bałagan. Po drodze jedną ręką zbierał porozrzucane zabawki. W drugiej ciągle trzymał miskę. 

-  Daj  sobie  spokój.  -  Kate  machnęła  ręką.  -  Wiem,  jak  wygląda  dom,  w  którym  są 

dzieci.  Nawet  sobie  nie  wyobrażasz,  co  działo  się  w  naszym  domu,  kiedy  ja  i  Brandon 

byliśmy mali. Co za wspaniała choinka! 

Brody  nie  podzielał  jej  entuzjazmu.  Drzewko  wyglądało,  jakby  je  dekorowały  pijane 

elfy.  W  niczym  nie  przypominało  starannie  przybranej  przepięknymi  bombkami  choinki 

Kimballów. 

background image

-  My  też  kiedyś  mieliśmy  taką.  Freddie,  Brand  i  ja  ubłagaliśmy  mamę,  żeby  nam 

pozwoliła samodzielnie ubrać choinkę. Narobiliśmy bałaganu, ale było fajnie! 

Na kominku płonął ogień. Kate podeszła ogrzać ręce. 

Ponad  godzinę  poświęciła  przed  przyjściem  tutaj  na  ubieranie,  dzięki  czemu 

wyglądała w tej chwili tak, jakby włożyła na siebie pierwszą rzecz, która jej wpadła w ręce. 

Sweterek w kolorze ciemnej purpury był niedbale wsunięty w szare spodnie, w uszach lśniły 

maleńkie złote kolczyki, rozpuszczone włosy sięgały aż do pasa. 

-  Rewelacyjny  dom  -  stwierdziła.  -  I  tak  tu  cicho.  Jack  ma  mnóstwo  miejsca  do 

biegania. Musisz mu sprawić psa. 

- Wciąż mnie o to męczy - wyznał Brody. Słuchał jej, patrzył na nią i zastanawiał się, 

co ma z nią począć. - Podziękuj mamie za rybę. 

-  Sam  jej  podziękuj.  -  Kate  się  odwróciła.  Wtedy  zobaczyła  Jacka.  Spał  z  buzią 

wtuloną  w  kanapę,  jedna  ręka  zwisała  mu  na  podłogę.  Podeszła  do  chłopca,  ułożyła  jego 

rączkę na kanapie, otuliła go kocem. 

-  Pewnie  bardzo  chciał  wytrzymać  do  północy  i  padł  z  wyczerpania  -  powiedziała, 

patrząc na dziecko z czułością. 

- Właśnie - bąknął Brody. 

Był  bardzo  zmieszany,  rozczochrany  i  apetyczny.  Stał  pośrodku  wielkiego, 

zarzuconego zabawkami pokoju z miską ryby w jednej ręce i betoniarką Jacka w drugiej. 

-  Mój  ulubiony  film  -  stwierdziła  Kate,  zerknąwszy  na  ekran.  -  Zwłaszcza  lubię  ten 

moment,  kiedy  otwierają  się  drzwi  i  widać  pełno  tych  wielkich  oczu  i  czułek.  Może  byś  mi 

zaproponował coś do picia? 

- Mam tylko piwo. 

-  Strasznie  kaloryczne,  ale  niech  będzie.  -  Podeszła  do  Brody'ego,  wzięła  od  niego 

nieszczęsną miskę z rybą. - Gdzie jest kuchnia? 

Nie  umiał  odpowiedzieć  na  to  proste  pytanie.  Mowę  mu  odjęło.  Kate  pachniała 

cudownie i on zupełnie nie mógł teraz myśleć o niczym innym. 

- Nieważne, sama znajdę - powiedziała. - Tobie też przynieść piwo? 

- Nie ja... 

Co się ze mną dzieje, pomyślał. Położył pozbierane wcześniej zabawki na podłodze i 

ruszył w ślad za Kate. 

- Przyszłaś trochę nie w porę - zaczął. 

- Boże, co za stropy! Sam je robiłeś? 

- No. Posłuchaj... 

background image

Zaklął  pod  nosem.  Kate  udawała,  że  nic  nie  słyszy,  nic  nie  widzi  i  zupełnie  nic  nie 

rozumie. 

-  O  rany!  -  westchnęła  na  widok  marmurowych  blatów,  dębowych  mebli  i  małego 

paleniska  z  kamieni.  I  wcale  jej  nie  przeszkadzało,  że  w  tej  wielkiej  ślicznej  kuchni  panuje 

nieopisany bałagan. 

Pijane  elfy  ubierające  choinkę  okazały  się  całkiem  nieszkodliwe  w  porównaniu  z 

wojowniczymi małpami, które stoczyły walkę na śmierć i życie w kuchni. 

-  Przepraszam  za  ten  bałagan  -  usprawiedliwiał  się  Brody.  -  Rzadko  bywa  tu  aż  tak 

ź

le. 

-  Masz  prawo  robić  co  chcesz  w  swojej  własnej  kuchni,  więc  przestań  przepraszać. 

Gdzie jest piwo? W lodówce? 

- W lodówce. Dlaczego nie jesteś na przyjęciu? 

-  Jestem,  tylko  się  spóźniłam.  -  Wyjęła  piwo,  pociągnęła  nosem.  -  Czuję  prażoną 

kukurydzę. 

- Nie wiem, czy jeszcze coś zostało. 

- No to mam za swoje. Trzeba się było nie spóźniać. Kto późno przychodzi, sam sobie 

szkodzi. - Oparła się o blat, wypiła łyk piwa. - Może byśmy usiedli na kanapie i obejrzeli do 

końca ten film? 

- Tak. To znaczy... Nie. 

- Nie będziemy siedzieć na kanapie, czy nie będziemy oglądać filmu? 

Kpiła  z  niego  w  żywe  oczy.  Brody  powinien  się  wściec  albo  przynajmniej  obrazić, 

tymczasem on był podniecony. 

- Dlaczego ciągle się koło mnie kręcisz? - spytał. 

- Bo mi się tak podoba. - Patrzyła na niego wyzywająco. 

Podszedł do niej, wyjął jej z rąk butelkę z piwem, odstawił na blat. Potem pochylił się 

i pocałował Kate. Ostrożnie, jakby się bał, że mu się od tego rozpadnie. 

- Tatusiu? Gdzie jesteś? 

-  O  Boże!  -  Brody  odskoczył  od  Kate  jak  oparzony.  W  progu  stał  Jack,  przecierał 

piąstkami zaspane oczy. 

- Co robisz, tatusiu? 

- Nic - powiedział Brody. 

To nicnierobienie w towarzystwie Kate kiedyś w końcu mnie zabije, pomyślał. 

- Twój tatuś chciał mnie pocałować. 

background image

-  Kate!  -  Brody  powiedział  to  takim  samym  tonem,  jakim  zwykle  zwracał  uwagę 

Jackowi, gdy mały źle się zachował. 

-  Bujasz.  -  Jack  przyglądał  się  im  podejrzliwie.  Jasne  włoski  sterczały  mu  na 

wszystkie  strony,  policzki  były  zaróżowione  od  snu.  -  Mój  tatuś  nie  całuje  się  ,z 

dziewczynami. 

-  Naprawdę?  -  Brody  chciał  się  cofnąć,  ale  Kate  przytrzymała  go  za  koszulę.  -  A 

dlaczego? 

-  Bo  to  są  dziewczyny.  -  Jack  wzruszył  ramionami.  Nie  rozumiał,  jak  ktoś  może  nie 

znać tak oczywistej prawdy. - Całowanie dziewczyn jest obrzydliwe. 

-  Co  ty  tam  wiesz!  -  Kate  puściła  ojca,  pokiwała  palcem  na  syna.  -  Chodź  no  tu, 

kolego. 

- Po co? 

- Żebym cię mogła pocałować. 

- Nie chcę! - Jack trochę się przestraszył. - Fuj! 

- Dobra. - Kate zdjęła płaszcz, rzuciła go Brody'emu. - Sam tego chciałeś, kolego. 

Udała,  że  chce  złapać  malca,  choć  tak  naprawdę  dała  mu  dość  czasu  na  ucieczkę. 

Ganiała  się  z  Jackiem  przez  kilka  minut  i  ani  razu  nie  nadepnęła  na  żadną  zabawkę.  Jack 

piszczał, wołał o ratunek i bawił się w najlepsze. 

Wreszcie go dopadła, rzuciła na kanapę. Jack, śmiejąc się, błagał o litość. 

- A teraz kara. - Kate pocałowała chłopca w oba policzki, cmokając przy tym głośno 

dla efektu. - Powiedz „mniam” - zażądała. 

- Nigdy! - Jack śmiał się jak szalony. Był w siódmym niebie. 

- Powiedz „mniam, mniam”, bo nie przestanę - zagroziła. 

- Mniam, mniam! - wołał Jack, skręcając się ze śmiechu. - Mniam, mniam. 

- Wygrałam! - ucieszyła się Kate. 

Jack wdrapał się jej na kolana. Nie była taka miękka jak babcia ani twarda jak tatuś. 

Była całkiem inna. 

-  Zostaniesz  z  nami  do  północy?  -  dopytywał  się  Jack.  -  O  północy  przyjdzie  Nowy 

Rok. 

-  Bardzo  bym  chciała.  -  Kate  spojrzała  wymownie  na  Brody'ego.  -  Nie  wiem  tylko, 

czy twój tata się na to zgodzi. 

Gdyby Jack spał, Brody kazałby jej się wynosić, ale w tej sytuacji... 

- Oczywiście, że się zgadzam - odrzekł i w tej samej chwili poczuł, że on też bardzo 

chce, by Kate z nimi została. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Frederica  Kimball  LeBeck  wciągnęła  Kate  do  sypialni  i  dokładnie  zamknęła  drzwi. 

Musiały choć przez chwilę spokojnie porozmawiać. 

- Teraz mi wszystko opowiedz - poprosiła. 

- Jak sobie życzysz. - Kate wzruszyła ramionami. - Wszystko zaczęło się od wielkiego 

wybuchu w kosmosie. 

-  Strasznie  śmieszne.  Masz  opowiadać  o  Brodym.  Mama  mi  mówiła,  że  już  go 

złapałaś w swoje sidła. 

- To nie królik, żeby go łapać w sidła. Ale przystojny, nie? 

- Ekstra - zgodziła się Freddie. 

- Jest wdowcem i samotnie wychowuje fantastycznego chłopczyka. Chyba zauważyłaś 

Jacka? 

-  Trudno  go  nie  zauważyć.  Od  razu  zaprzyjaźnił  się  z  Maxem.  -  Freddie  mówiła  o 

swoim własnym sześcioletnim synku. - Teraz grają razem w gry wideo. 

-  No  i  dobrze.  Brody  będzie  mógł  wreszcie  pogadać  z  ludźmi.  Stanowczo  za  rzadko 

pozwala sobie na rozrywki. 

- Dziś mu ich nie zabraknie. - Freddie się roześmiała. - Dziadek i wujek Misza już się 

za  niego  zabrali.  Namówili  go,  żeby  im  pokazał  ten  twój  dom.  Muszą  sobie  nad  nim  po 

swojemu powydziwiać. 

- Nieźle się zaczyna - mruknęła Kate. 

- No dobra, ale mów o Brodym. Czy to tylko hormony, czy może coś więcej ? 

-  Zaczęło  się  od  hormonów.  Moje  mają  kota  na  punkcie  dużych,  silnych  mężczyzn. 

Ale tu chodzi o coś więcej - ciągnęła Kate. - On mi się wydaje taki... Bo ja wiem... Po prostu 

sympatyczny  facet.  Solidny,  odpowiedzialny,  kochający.  I  bardzo  nieśmiały,  a  to  takie 

słodkie. 

- Więc postanowiłaś wziąć sobie tego cukierka - stwierdziła Freddie. 

- No właśnie. Wzięłabym i nikomu nie stałaby się żadna krzywda, gdyby nie... Kiedy 

widzę go z Jackiem, to aż mnie ściska w środku. Znasz to uczucie? 

-  Znam.  -  Freddie  poznała  to  ściskanie,  kiedy  miała  trzynaście  lat.  Zawsze  ją  tak 

ś

ciskało w środku, kiedy znalazła się blisko Nicka. Tego samego Nicka, który już od kilku lat 

był jej mężem. - Zakochałaś się w nim? 

background image

- Jeszcze nie wiem. Wiem, że mi się podoba i że mam na niego straszną ochotę. No i 

lubię  z  nim  rozmawiać.  Wczoraj  w  nocy  oglądaliśmy  razem  końcówkę  tego  filmu  o 

kosmitach w kształcie wielkich oczu. 

- Mój ulubiony kosmiczny horror! 

- Mój też. Widzę, że rozumiesz, o co mi chodzi. Mam na niego ochotę, a jednocześnie 

lubię  siedzieć  razem  z  nim  przed  telewizorem  i  oglądać  sobie  stary  film.  Z  Brodym  jest  tak 

zwyczajnie, tak bardzo spokojnie. - Kate się zamyśliła, a po chwili mówiła dalej. - Z innymi 

facetami zawsze musiałam gdzieś chodzić. Na tańce, na przyjęcia, na wernisaże, do muzeum 

albo jeszcze gdzie indziej. Nigdy nie można było posiedzieć spokojnie w domu i po prostu nic 

nie robić. A ja już chyba do tego dojrzałam. 

- Małe miasteczko, szkoła tańca, romans ze stolarzem. To do ciebie pasuje, Katie. 

- Mnie też się tak wydaje. - Kate była zadowolona z tej oceny. - To po prostu do mnie 

pasuje. 

Jurij  Stanislaski,  potężny  mężczyzna  z  burzą  siwych  włosów,  stał  w  samym  środku 

sali, która w niedalekiej przyszłości miała być salą baletową. 

- Dużo przestrzeni - pochwalił. - Moja wnuczka ceni przestrzeń. Mocny fundament. - 

Podszedł do ściany, uderzył w nią pięścią. - Solidna konstrukcja. 

Michaił, najstarszy syn Jurija, stał przy oknie. 

-  Ten  dom  do  niej  pasuje  -  stwierdził.  -  Nie  mogła  wybrać  lepiej.  Te  wielkie  okna... 

Ludzie  przechodzą  ulicą,  zaglądają  w  okna,  widzą  tancerzy  i  reklama  gotowa.  Moja 

siostrzenica ma głowę na karku. 

Na  schodach  słychać  było  czyjeś  kroki.  Brody  nie  miał  pojęcia,  ile  dzieciaków 

przyszło  tu  razem  z  nimi.  Większość  z  nich  zapewne  należała  do  Miszy,  choć  Brody  nie 

potrafił ani ich policzyć, ani tym bardziej uważać na to, co robią. 

Nigdy  nie  miał  takiej  dużej  rodziny,  toteż  z  największym  trudem  nadążał  za  tym,  co 

działo  się  tego  dnia  w  domu  Kimballów.  Choć  właściwie  raczej  się  w  tym  gubił.  Nie  miał 

pojęcia, że na świecie są jeszcze takie wielkie, zżyte i kochające się rodziny. 

- Tato! Chodź na górę. Muszę ci coś pokazać. Co to za fantastyczny stary dom! 

- Mój syn Griff - pochwalił się Misza. - Uwielbia starocie. 

-  No  to  idziemy  na  górę.  -  Jurij  klepnął  Brody'ego  w  plecy  z  siłą  zdolną  przewrócić 

słonia,  jednak  Brody  zdołał  utrzymać  się  na  nogach.  -  Zobaczymy,  co  trzeba  zrobić  z  tym 

wspaniałym  starym  domem,  żeby  moja  wnuczka  była  szczęśliwa.  Piękna  ta  moja  Katie,  co 

nie? 

- Owszem - przytaknął ostrożnie Brody. Bardzo się bał, z każdą chwilą coraz bardziej. 

background image

Brody zamierzał wstąpić na chwilę do Kimballów, grzecznie podziękować Nataszy za 

pamięć i jak najszybciej opuścić przyjęcie. 

Ale  przyjęcie  nie  chciało  opuścić  jego.  Wciągnęło  go,  a  raczej  wchłonęło.  Nie 

przypominał  sobie,  żeby  kiedykolwiek  przedtem  widział  aż  tylu  ludzi  zebranych  w  jednym 

miejscu. Tym bardziej że większość z nich była ze sobą w jakiś sposób skoligacona. 

Jego  własna  rodzina  składała  się  właściwie  tylko  z  niego,  Jacka  i  jego  dziadków. 

Oprócz  tego  Brody  miał  trzy  ciotki,  trzech  wujków  i  sześcioro  kuzynów  mieszkających  w 

różnych zakątkach południowych stanów. Nigdy  jeszcze nie widział ich  wszystkich naraz w 

jednym miejscu. Dlatego sama liczebność Stanislaskich przyprawiała go o zawrót głowy. Nie 

potrafił pojąć, jak oni mogą spamiętać, kto jest kim i co porabia. 

Byli  hałaśliwi,  porywczy,  urodziwi  i  wszędzie  ich  było  pełno.  Ciągle  o  coś  pytali, 

opowiadali jakieś historie i co chwilę się kłócili. Siedział u nich prawie do ósmej wieczorem, 

a mimo to nie miał okazji zamienić nawet dwóch zdań z Kate. 

Zaciągnięto  go  do  domu,  który  miał  remontować,  wypytano  o  wszystkie  plany.  Był 

wystarczająco inteligentny, by zauważyć, że nie chodzi tylko o plany dotyczące remontu. 

Rodzina Kate najwyraźniej go sprawdzała. Dokładnie to samo zrobiła kiedyś rodzina 

Connie,  chociaż  bez  tego  serdecznego  humoru,  jakim  tryskali  krewni  Kate.  Ale  i  wtedy,  i 

teraz chodziło o to samo: czy aby ten facet jest dość dobry dla naszej królewny? 

W  przypadku  Connie  stanowczo  i  nieodwołalnie  zdecydowano,  że  nie  tylko  nie  jest 

dość dobry, ale wręcz najgorszy z możliwych. Stanislascy chyba jeszcze się nie zdecydowali. 

Robił, co mógł, by im pokazać - oczywiście taktownie - że nie ma zamiaru wykradać 

ich  ukochanej  baletnicy,  ale  oni  i  tak  prześwietlali  go  na  wszystkie  strony,  choć  trzeba 

przyznać,  że  robili  to  pogodnie  i  niezbyt  nachalnie.  Oczywiście  jeśli  nie  liczyć  tego,  że 

bezceremonialnie oglądali go sobie od stóp do głów. 

Po tym doświadczeniu Brody postanowił nigdy z nikim się nie wiązać. Był szczęśliwy 

w swojej samotności i nie zmieniłby tego stanu za żadne skarby świata. 

Przyjęcie  wreszcie  się  skończyło.  Dzięki  Bogu  święta  też  już  minęły,  skończyły  się 

szkolne ferie. Brody mógł zabrać się do pracy. 

Przez  cały  tydzień  zrywał  tapety,  sprzątał,  wyburzał  ściany  i  sprawdzał  rury.  Przez 

cały tydzień Kate nawet nie przeszła obok swojego domu. 

Co rano, kiedy przyjeżdżał na budowę, wyobrażał sobie, jak Kate nadchodzi ulicą, by 

sprawdzić postęp robót. Co wieczór, kiedy pakował narzędzia do ciężarówki, zastanawiał się, 

dlaczego nie przyszła i co mu tym razem szykuje. 

background image

Najwyraźniej była zajęta innymi sprawami. Pewnie nie zależało jej na tym domu tak 

bardzo, jak twierdziła. I Brodym też nie interesowała się aż tak bardzo, jak mu się zdawało. 

Dobrze  zrobiłem,  że  nie  wdałem  się  z  nią  w  żaden  flirt,  myślał.  Pewnie  baluje  po 

całych nocach z jakimś przystojnym nowojorczykiem. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby się 

okazało, że szuka kupca na ten swój wymarzony dom. Pewnie nie może się doczekać, kiedy 

znów wyfrunie z tego naszego zapyziałego miasteczka, z tej dziury zabitej dechami. 

Wytrzymał siedem dni, a ósmego do niej poszedł, choć właściwie nie wiedział po co. 

Chciała osobiście doglądać remontu, życzyła sobie, żebym uzgadniał z nią wszystkie 

szczegóły, a skoro nie pojawiała się na budowie, to ja muszę z tym wszystkim przyjść do niej, 

Tak sobie tłumaczył. 

Zastukał  do  drzwi,  ale  nikt  mu  nie  otworzył;  w  domu  panowała  martwa  cisza. 

Zadzwonił.  Nadal  nic  się  nie  działo,  ale  on  nie  odchodził.  Przechadzał  się  po  ganku  tam  i  z 

powrotem, nie bardzo wiedząc, co ze sobą począć. 

Dobrze  wiedział,  że  wcale  nie  chodzi  mu  o  budowę.  W  tej  sprawie  wszystko  było 

uzgodnione do najdrobniejszych szczegółów. A to, co Kate robi i z kim jest, nie powinno go 

obchodzić. Przecież postanowił z nikim się nie wiązać, był szczęśliwy w swojej samotności. 

To  było  tydzień  temu.  Teraz  sprawy  wyglądały  zupełnie  inaczej.  Kiedy  to  sobie 

uświadomił, odetchnął głęboko i już miał odejść, gdy drzwi nagle się otworzyły. 

W  progu  stanęła  Kate,  rozespana,  nie  bardzo  przytomna.  Wyglądała  jak  osoba,  którą 

dopiero co wyrwano z głębokiego snu i która wcale nie zamierza się jeszcze budzić. 

A więc miałem rację, przemknęło mu przez myśl. Baluje po całych nocach, a w dzień 

to wszystko odsypia. 

- Brody? Skąd się tu wziąłeś? 

-  Przyszedłem  -  burknął.  -  Przepraszam,  że  cię  obudziłem.  W  końcu  jest  dopiero 

czwarta po południu. 

Była zbyt zaspana, żeby zrozumieć złośliwość, więc się do niego uśmiechnęła. 

-  Dobrze,  że  mnie  obudziłeś  -  powiedziała.  -  Gdybym  spała  więcej  niż  godzinę,  w 

nocy  nie  mogłabym  zmrużyć  oka.  Wejdź,  proszę.  Nie  wiem  jak  ty,  ale  ja  się  muszę  napić 

kawy. 

Nie oglądając się za siebie, poszła do kuchni. Usłyszała za plecami trzaśniecie drzwi, 

więc była pewna, że Brody idzie za nią. 

- Przyjechałam parę godzin temu - mówiła, nastawiając ekspres. Żeby pozbyć się bólu 

zmęczonych mięśni, odruchowo stanęła w pierwszej pozycji baletowej. - Jak się posuwa mój 

remont? 

background image

- Czy twoje zainteresowanie różnymi sprawami zawsze jest takie krótkotrwałe? 

- Nie rozumiem. - Trzecia pozycja. Stanąć na palcach, wyjąć z szafki kubki. 

- Przez cały tydzień ani razu nie pokazałaś się na budowie. 

- Musiałam wyjechać. Wezwano mnie do Nowego Jorku. 

- Jakieś kłopoty w rodzinie? - zaniepokoił się Brody. Od razu przestał się złościć. 

- Nie, u nich wszystko w porządku. - Kate wyprostowała się, syknęła. - Czy mógłbyś... 

Tu na plecach... 

Próbowała dosięgnąć obolałego mięśnia pomiędzy łopatkami. 

-  Przygnieć  tu  kciukiem,  dobrze?  Trochę  niżej.  -  Kierowała  palcami  Brody'ego.  - 

Jeszcze mocniej. Oj, dobrze - westchnęła, po czym odchyliła głowę do tyłu i zamknęła oczy. - 

O, tak. Nie puszczaj. 

-  A  niech  to  wszyscy  diabli!  -  zawołał  Brody.  Podniecony  do  granic  wytrzymałości 

zabrał  rękę,  odwrócił  Kate  twarzą  do  siebie,  oparł  ją  o  blat  i  zaczął  całować.  Jej  zaspane 

jeszcze  ciało  przeszył  dreszcz.  Pożądanie  wyparło  dominujące  jeszcze  przed  chwilą 

zmęczenie, wszystkie bóle przeciążonych mięśni. 

Pragnienie  i  irytacja  walczyły  w  nim  o  lepsze  od  chwili,  gdy  ujrzał  Kate 

półprzytomną,  jeszcze  ciepłą  od  snu.  Teraz  pękły  w  nim  wszystkie  tamy,  runęły  wszystkie 

mury, połamały się starannie ustawiane zapory. Brał pełnymi garściami to, czego dotąd zabra-

niał sobie nawet pragnąć. 

Gdy  wreszcie  się  od  niej  oderwał,  obojgu  brakowało  tchu.  W  milczeniu  patrzyli  na 

siebie: on z dłońmi w jej bujnych włosach, ona z palcami wbitymi w jego ramiona. 

Zaraz  jednak  ich  usta  znów  się  połączyły.  Dłonie  Kate  wdarły  się  pod  jego  koszulę, 

palce Brody'ego szukały szczęścia pod jej sweterkiem. 

- Zaparzyłaś kawę, Katie? 

Spencer  Kimball  stanął  w  progu  jak  wryty.  Jego  maleńka  córeczka  oplotła  się  jak 

bluszcz wokół jakiegoś stolarza. Spencer patrzył na to wszystko, widział, ale zupełnie nic nie 

rozumiał. 

Brody i Kate odskoczyli od siebie jak oparzeni. A potem, przez długie jak wieczność 

pięć sekund, nikt się nie odzywał ani nawet nie poruszył. 

- Ja... - Spencer nic innego nie potrafił wymyślić. - Muszę... Idę do pracowni. 

Odwrócił się i prędko wyszedł z kuchni. 

-  O  Boże!  -  Brody  przesunął  palcami  po  włosach,  potem  zacisnął  dłonie  w  pięści.  - 

Daj mi jakiś pistolet! Zastrzelę się i będzie po kłopocie. 

background image

-  Nie  mamy  w  domu  broni.  -  Kate  musiała  się  przytrzymać  blatu,  bo  kuchnia  wciąż 

jeszcze kręciła jej się przed oczami. - Poza tym naprawdę nic się nie stało. Mój tata wie, że ja 

czasami całuję się z mężczyznami. 

- Nie zamierzałem poprzestać na całowaniu - mruknął Brody. - Gdyby nie twój ojciec, 

zrobiłbym to tutaj, w waszej kuchni. 

- Na pewno nie sam - zapewniła go Kate. - Nie mogę odżałować, że tata nie ma dziś 

popołudniowych zajęć. 

Brody  odwrócił  się,  wyjął  z  kredensu  szklankę  i  napełnił  ją  zimną  wodą  z  kranu. 

Właściwie  powinien  wylać  ją  sobie  na  głowę,  ale  zadowolił  się  wypiciem  wody  jednym 

haustem. Trochę minio wszystko ochłonął. 

- Nigdy by do tego nie doszło, gdybyś mnie nie wkurzyła. 

- Ja cię wkurzyłam? - zdziwiła się Kate. Miała ochotę przygładzić te jego włosy, które 

przed chwilą potargała. - Czym, jeśli wolno spytać? 

- Najpierw kazałaś się dotykać, a potem zaczęłaś jęczeć. 

Kate  zrezygnowała  z  kawy.  Musi  się  napić  czegoś  mocniejszego.  Z  impetem 

otworzyła lodówkę, wyjęła butelkę białego wina. 

-  Jęczałam,  bo  najpierw  bardzo  bolały  mnie  mięśnie,  a  potem  się  rozluźniły.  Nie 

wyobrażasz sobie, jaka to ulga, kiedy wreszcie przestaje boleć. Podaj mi te przeklęte kieliszki 

- warknęła - bo teraz ja jestem wkurzona. 

- Ty? - zdumiał się, ale otworzył szafkę, wyjął z niej dwa kieliszki i podał je Kate. - A 

to  dlaczego?  Przez  cały  tydzień  włóczysz  się  po  Nowym  Jorku  i  nikomu  nawet  nie  piśniesz 

słówkiem, gdzie się podziewasz. 

- Moi rodzice wiedzieli, gdzie jestem i co robię. 

- Nalała wina do kieliszków, z głośnym stuknięciem postawiła butelkę na stole. - Nie 

uprzedziłeś mnie, że muszę uzgadniać z tobą swoje plany. 

-  Zaangażowałaś  mnie  do  przeprowadzenia  remontu,  tak?  Bardzo  skomplikowanego 

kapitalnego  remontu.  Zgadza  się?  Stanowczo  oświadczyłaś,  że  chcesz  na  bieżąco  śledzić 

postępy prac, a w ciągu tego tygodnia, kiedy ty sobie gdzieś zniknęłaś, my zrobiliśmy bardzo 

duże postępy. 

-  Nic  na  to  nie  poradzę.  -  Kate  napiła  się  wina.  Bardzo  się  starała  nie  stracić 

panowania nad sobą. 

-  Gdybyś  naprawdę  miał  jakiś  problem,  moi  rodzice  w  każdej  chwili  by  cię  ze  mną 

skontaktowali. Trzeba było ich o to poprosić. 

background image

Brody  wpadł  w  panikę.  Był  pewien,  że  istnieje  jakiś  powód,  dla  którego  nie 

skontaktował  się  z  Kate  za  pośrednictwem  jej  rodziców.  A  nawet  jeśli  nie  istniał,  trzeba  go 

było natychmiast wymyślić. Natychmiast! 

-  Zazwyczaj  nie  przyjmuję  zamówień  od  dzieci.  Moi  klienci  to  dorośli  ludzie.  Jeśli 

muszą  wyjechać,  zostawiają  mi  jakiś  numer  kontaktowy.  Nikt  nigdy  nie  żądał  ode  mnie, 

ż

ebym kontaktował się z nim przez rodziców. 

- Bardzo to naciągane - stwierdziła, choć w głębi ducha musiała mu przyznać rację. - 

Na  przyszłość  zapamiętaj  sobie,  że  jeśli  nie  będziesz  się  mógł  skontaktować  ze  mną,  masz 

konsultować decyzje z moimi rodzicami. 

- W porządku. - Brody wpakował ręce w kieszenie. - Po prostu świetnie. 

- Przede wszystkim rozsądnie. 

Kate  wzruszyła  ramionami.  Już  dawno  stwierdziła,  że  ta  wymiana  zdań  jest 

idiotyczna. Nie miała nic przeciwko solidnej kłótni, ale śmieszności nienawidziła. 

-  Teraz  ci  powiem,  dlaczego  musiałam  pojechać  do  Nowego  Jorku.  Kiedy 

odchodziłam  z  zespołu,  dałam  dyrektorowi  słowo,  że  jeśli  będę  potrzebna  i  jeśli  to  będzie 

możliwe, przyjadę na zawołanie. Ja zawsze dotrzymuję słowa. Kilka tancerek zachorowało na 

grypę.  Primabaleriny  też.  Tańczymy  mimo  kontuzji,  tańczymy  nawet  wtedy,  kiedy  jesteśmy 

chorzy,  ale  czasami  człowiek  po  prostu  nie  może  się  ruszyć,  a  co  dopiero  wyjść  na  scenę. 

Dałam szefowi cały tydzień, osiem przedstawień. Przez ten czas chore wyzdrowiały, a znów 

inne ścięła grypa. 

Kate oparła się o blat, żeby odciążyć nogi. 

-  Z  tym  partnerem,  którego  teraz  dostałam,  tańczyłam  po  raz  pierwszy  w  życiu,  a  to 

oznacza długie i bardzo wyczerpujące próby. Prawie trzy miesiące nie wychodziłam na scenę, 

więc  rano  musiałam  jeszcze  chodzić  na  lekcje.  Dlatego  nie  miałam  ani  czasu,  ani  energii, 

ż

eby zajmować się remontem, który, jak mi się zdawało, powierzyłam fachowcowi. Nie przy-

szło  mi  do  głowy,  że  będziesz  potrzebował  konsultacji  we  wstępnej  fazie.  Zwłaszcza  że 

przecież wszystko uzgodniliśmy. 

- Pożycz mi nóż. 

- Po co? 

- Skoro nie masz pod ręką pistoletu, to poderżnę sobie gardło. Najlepiej nożem. 

- Nie możesz z tym zaczekać, aż wrócisz do domu? - Kate piła wino i popatrywała na 

Brody'ego znad kieliszka. - Mama nie cierpi krwi na podłodze. Zwłaszcza w kuchni. 

-  A  tata  raczej  nie  jest  zachwycony,  kiedy  jego  córka  migdali  się  z  facetami. 

Zwłaszcza w kuchni. 

background image

- Nie mam pojęcia. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. 

- Naprawdę nie chciałem, żeby to tak wyszło. 

- Czyżby? - Podała mu kieliszek z winem. - A jak to sobie wyobrażałeś? 

- Nie wiem, ale na pewno nie tak. - Wziął kieliszek, spróbował wina. - Sama widzisz, 

jak to się wszystko gmatwa i komplikuje. Praca, ja, ty. I seks. 

- Nie przejmuj się. Jestem mistrzynią w organizacji pracy. 

Roześmiał się i zaczął chodzić po kuchni tam i z powrotem. Na wszelki wypadek ręce 

nadal trzymał w kieszeniach. Bał się, że jeśli je wyjmie, nie potrafi nad nimi zapanować. 

- Strasznie dużo rzeczy w życiu schrzaniłem - powiedział. - Z moją żoną i z Jackiem. 

Nie chcę tego powtarzać. Zrozum, Jack ma dopiero sześć łat. Jestem dla niego wszystkim, a 

on jest dla mnie najważniejszy na świecie. 

- Właśnie za to tak bardzo cię lubię. 

- Nie rozumiem. - Przyglądał się jej uważnie. 

- Wobec tego musisz znaleźć trochę czasu na przemyślenie tego problemu. 

- A nie lepiej wynająć pokój w hotelu i udawać, że żadnego problemu nie ma? 

Zdziwił się. Myślał, że Kate się wścieknie, ale ona się roześmiała. 

- To też jest jakieś rozwiązanie - powiedziała. 

- Wobec tego... - Spojrzał na ścienny zegar, pokręcił głową. - Dziś już nie mam czasu, 

muszę  odebrać  Jacka.  Przyjdź  jutro  na  budowę,  dobrze?  W  porze  lunchu.  Pokażę  ci,  co  już 

zrobiliśmy. 

- Przyjdę - obiecała. - Chcesz mnie pocałować na pożegnanie? 

-  Lepiej nie.  -  Zdecydowanie pokręcił  głową.  -  Twój tata może jednak  mieć w domu 

jakiś pistolet, tylko zapomniał ci o tym powiedzieć. 

Spencer  Kimball  nie  miał  pistoletu.  Kiedy  Kate  weszła  do  jego  gabinetu,  właśnie 

studiował  plan  zajęć  na  nowy  semestr.  Kate  nie  mogła  wiedzieć,  że  już  dziesięć  minut 

wpatruje się w tę samą stroniczkę. 

Podeszła do niego, postawiła na biurku filiżankę z kawą, i objęła go za szyję. 

- Jak się masz, tatku? 

- Nie najgorzej. Dzięki za kawę. 

Otarła się policzkiem o szorstki policzek ojca. 

- Brody się boi, że go zastrzelisz. 

- Nie mam broni. 

- To samo mu powiedziałam. Powiedziałam mu też, że mój tata wie, że czasami całuję 

się z mężczyznami. Ale ty tego nie wiedziałeś, prawda? 

background image

-  Co  innego  wiedzieć,  a  co  innego  zobaczyć  to  na  własne  oczy.  On  cię  dotykał... 

Dotykał mojej córeczki! 

- A twoja córeczka dotykała jego. - Kate usiadła ojcu na kolanach. 

-  Nasza  kuchnia  raczej  nie  jest  odpowiednim  miejscem  do...  -  Spencer  się  zająknął. 

Nie wiedział, jak ma to określić. Żadne ze znanych mu słów nie pasowało do tej sytuacji, nie 

mogło się odnosić do jego córeczki. 

-  Masz  rację  -  stwierdziła  Kate.  -  W  kuchni  powinno  się  gotować  i  jeść  posiłki.  No, 

może jeszcze pić kawę albo rozmawiać. Ja w każdym razie nigdy nie  widziałam, żebyście z 

mamą całowali się w kuchni. Byłabym wstrząśnięta, gdybym zobaczyła coś takiego. 

Spencer miał ochotę się uśmiechnąć, ale się powstrzymał. 

- Zamilcz, z łaski swojej - mruknął. 

- Ilekroć wchodziłam do kuchni i zdawało mi się, że ty i mama się całujecie - Kate ani 

myślała  podporządkować  się  woli  ojca  -  to  okazywało  się,  że  tylko  ćwiczyliście  sposoby 

udzielania pierwszej pomocy. Przezorny zawsze ubezpieczony. 

- Uważaj, bo zaraz tobie będzie trzeba udzielić pierwszej pomocy - pogroził jej ojciec. 

- W porządku, ale najpierw muszę cię o coś zapytać. Czy  Brody ci się podoba? Jako 

mężczyzna? 

- Oczywiście, że mi się podoba. Ale to jeszcze nie znaczy, że mam skakać z radości, 

kiedy wchodzę do kuchni i widzę... to co zobaczyłem. 

- Następnym razem pójdziemy do hotelu. 

- Och, Kate! - jęknął Spencer. 

- Nigdy nie musiałam przed wami niczego ukrywać. Ani przed tobą, ani przed mamą. 

Teraz też nie zamierzam ukrywać, że czuję coś do Brody'ego. Nie wiem jeszcze dokładnie, co 

to takiego, ale mam wrażenie, że moje czyny odzwierciedlają te uczucia. 

- Twoje czyny zawsze odzwierciedlały uczucia. Z żelazną konsekwencją. A co z jego 

uczuciami? 

- On sam jeszcze nie wie. Będziemy musieli to sprawdzić. 

-  Jak  to,  nie  wie?  -  Ciemne  oczy  Spencera,  takie  same  jak  oczy  Kate,  mocno 

pociemniały. - Niech on się lepiej prędko zdecyduje, bo inaczej... 

- Co inaczej? Pobijesz go? A pozwolisz popatrzeć? 

- Naprawdę będzie ci trzeba udzielić pierwszej pomocy - westchnął Spencer. 

- Kocham cię, tatku. - Kate pocałowała ojca w policzek. - Zapomniałeś, że ty też przez 

wiele  lat  sam  wychowywałeś  dziecko?  Dobrze  wiesz,  jak  to  jest,  kiedy  się  kocha  dziecko, 

kiedy człowiek nie ma na świecie nic prócz niego. 

background image

Moja  Freddie,  pomyślała  wzruszony  Spencer.  Moja  pierwsza  córeczka.  Teraz  sama 

ma dzieci. 

- Tak, wiem - westchnął. 

- No widzisz? Nie mogę nie kochać w nim tego, co tak bardzo kocham w tobie. 

-  A  ja  nie  mogę  się  z  tobą  nie  zgodzić.  -  Przytulił  ją,  pogłaskał  po  głowie,  jakby 

naprawdę  była  małą  dziewczynką.  -  Powiedz  Brody'emu,  że  mimo  wszystko  nie  kupię 

pistoletu. Na razie... 

Następnego  dnia  Kate  poszła  na  budowę,  a  potem  już  codziennie  tam  chodziła. 

Zawsze przynosiła ze sobą kanapki, ciasto i kawę. Nie tylko dla Brody'ego, ale także dla całej 

brygady. 

Dzięki  tym  poczęstunkom  robotnicy  nie  marudzili,  kiedy  zasypywała  ich  pytaniami 

albo zarządzała niespodziewane zmiany planów. Brody starał się tak układać swój dzień, żeby 

móc  spędzić  z  Kate  jak  najwięcej  czasu.  Zabierał  ją  na  spacer  albo  na  kawę  do  pobliskiego 

barku. 

Jego pracownicy puszczali do siebie oko, kiedy z nią wychodził, ale Brody się tym nie 

przejmował. Jednak gdy zdarzyło mu się przyłapać któregoś z nich na  gapieniu się na Kate, 

wystarczyło  jedno  groźne  spojrzenie,  by  delikwent  w  pośpiechu  szukał  sobie  zajęcia  w 

zupełnie innej części domu. 

Kate przychodziła na budowę ubrana jak modelka, ale wszędzie wtykała nos, nie bała 

się kurzu ani brudu, jakby była zwykłym robotnikiem. I nigdy nie zadawała głupich pytań. 

Któregoś  dnia  zawzięcie  dyskutowała  z  jednym  z  jego  ludzi  na  temat  baseballu,  a 

godzinę później rozmawiała z kimś przez telefon komórkowy. Po francusku! 

Brody po prostu nie mógł o niej nie myśleć i nie potrafił przestać na nią patrzeć. Jak 

teraz, kiedy tanecznym krokiem wchodziła do sali baletowej. 

Miała na sobie szare leginsy i długi niebieski sweterek z miękkiej dzianiny. Upięte do 

góry włosy odsłaniały nagi kark. Naprawdę trudno było oderwać od niej oczy. 

W  domu  panowało  miłe  ciepło.  Nowy  system  centralnego  ogrzewania  działał  bez 

zarzutu,  tynkowanie  było  prawie  skończone  i  tego  dnia  Brody  przyniósł  pierwsze  kawałki 

drewna, które miały uzupełnić braki w oryginalnej stolarce. 

- Tynki są świetnie położone - pochwaliła Kate. 

- Aż żałuję, że całą tę ścianę trzeba będzie pokryć lustrami. 

- Lustra już zamówiłem. Przywiozą je w połowie lutego. 

Wzięła  od  niego  kawałek  obrobionego  drewna.  Idealnie  pasował  do  ubytku  w 

ozdobnej poręczy schodów. 

background image

- To jest piękne, Brody. Zupełnie jak oryginał. 

- Oddała mu drewniany element. - Wszystkie prace idą zgodnie z planem. To bardzo 

dobrze. Niestety w sprawach osobistych masz znaczne opóźnienie. 

- Tę budowę zaczynam od fundamentów, a przy nich nie można się spieszyć. 

-  To  zależy,  co  się  chce  na  nich  wybudować.  -  Położyła  mu  dłoń  na  ramieniu.  - 

Umówmy się na randkę, dobrze? 

- Przecież wczoraj poszliśmy na kawę - wykręcał się Brody. 

-  Mam  na  myśli  prawdziwą  randkę  dorosłych  ludzi  stanu  wolnego.  Kolacja,  potem 

kino. Może tego nie wiesz, ale niektóre restauracje zamyka się dopiero nad ranem. 

-  Coś  o  tym  słyszałem  -  mruknął.  Zaraz  jednak  przypomniał  sobie  swoje  koło 

ratunkowe. - Chętnie bym się z tobą spotkał, ale Jack... 

- To dzielne dziecko. Na pewno nie umrze ze strachu, jeśli się dowie, że chcesz gdzieś 

wyjść wieczorem, a on w tym czasie zostanie w domu z opiekunką. A może zawieziesz go do 

babci? 

- Tak, ale... 

- Piątek wieczorem. - Kate nie dała mu dojść do głosu. - Kolacja. Ja rezerwuję stolik, 

ty przyjeżdżasz po mnie o siódmej. A w sobotę po południu spotkamy się wszyscy troje: ty, ja 

i Jack. Wybierzemy się do kina. Wpadnę po was o pierwszej. Umowa stoi? 

- To nie jest takie proste. Trzeba się umówić z opiekunką, a Jack. 

Przerwał, bo drzwi się otworzyły. 

-  Tata!  -  Jack  wpadł  do  pokoju  jak  bomba.  -  Zobaczyliśmy  twoją  ciężarówkę  i  pani 

Skully  powiedziała,  że  możemy  się  zatrzymać.  Cześć,  Kate.  -  Chłopczyk  rzucił  plecak  na 

podłogę, uśmiechnął się promiennie. - Słyszysz, jakie echo? Cześć, Kate! 

Roześmiała się i porwała chłopca na ręce, nim Brody zdążył się do niego zbliżyć. 

- Cześć, przystojniaku. No jak, pocałujesz mnie? 

- Nie! - zawołał malec, choć miał nadzieję, że Kate mimo wszystko go pocałuje. 

-  Na  tym  właśnie  polega  problem  z  mężczyznami  w  twojej  rodzinie  -  rzekła  i 

postawiła go na ziemi. 

W tej chwili do wielkiej sali weszła kobieta z dwójką dzieci. 

-  Zobaczyłam  twoje  auto,  Brody  -  powiedziała.  -  Pomyślałam  sobie,  że  zostawię  ci 

Jacka,  żebyś  nie  musiał  po  niego  specjalnie  przyjeżdżać.  Ale  jak  jeszcze  masz  robotę,  to 

powiedz. Zabiorę go do siebie... 

- Nie, niech zostanie. Dzięki, że go przywiozłaś. Poznajcie się może. Kate, to jest Beth 

Skully. Beth, poznaj Kate Kimball. 

background image

-  W  pewnym  sensie  już  się  znamy.  Rod,  nie  biegaj.  Pewnie  mnie  nie  pamiętasz  - 

mówiła  do  Kate,  jakby  ani  na  chwilę  nie  przerwały  rozmowy.  -  Moja  siostra  JoBeth 

przyjaźniła się z twoją siostrą Freddie. 

- JoBeth? Oczywiście, że ją pamiętam. Co się z nią dzieje? 

-  Mieszka  z  rodziną  w  Michigan.  Jest  pielęgniarką.  Nie  masz  mi  za  złe,  że  tak  bez 

zaproszenia  wpadłam  tu  z  całą  swoją  gromadką?  Strasznie  jestem  ciekawa,  jak  chcesz 

przebudować ten stary dom. 

- Mamo! - Jasnowłosa dziewczynka z wielkimi oczami pociągnęła matkę za rękaw. 

- Za chwilę, Carrie. 

- Wszystko ci pokażę - zaproponowała Kate. - Jeśli oczywiście masz trochę czasu. 

-  Dzisiaj  nie  mogę.  Jesteśmy  w  biegu.  Jak  człowiek  ma  dzieci,  to  musi  pracować  na 

kilku  etatach.  W  tej  chwili  jestem  kierowcą  szkolnego  autobusu.  Kiedy  otwierasz  swoją 

szkołę tańca? 

-  Myślę,  że  już  w  kwietniu  przyjmę  pierwszych  uczniów.  -  Spojrzała  na  Carrie.  W 

wielkich oczach dziewczynki dostrzegła nadzieję. - Chciałabyś zostać baletnicą, Carrie? 

- Bardzo! - Mała aż westchnęła z przejęcia. 

- Baletnice to ciamajdy - prychnął jej brat. 

- Mamo! - Carrie omal się nie rozpłakała. 

- Uspokój się, Rod. Przepraszam cię za tego małego potwora, Kate. 

-  Nie  musisz  przepraszać.  Sama  sobie  z  nim  poradzę.  Ciamajdy,  powiadasz?  - 

zwróciła się do Roda. 

-  Jasne.  -  Chłopiec  był  bardzo  zadowolony  z  siebie.  -  Noszą  śmieszne  spódniczki  i 

kręcą się w kółko. 

Rod  stanął  na  palcach,  zrobił  kilka  malutkich  kroczków,  a  jego  siostra  na  dobre  się 

rozpłakała. 

Ale zanim Beth zdążyła zareagować, odezwała się Kate: 

- Ciekawe, która ciamajda potrafi zrobić coś takiego. 

Wykonała  klasyczny  stojący  szpagat:  podniosła  do  góry  wyprostowaną  jak  struna 

nogę,  palce  jej  stopy  wskazywały  sufit.  Boże  wielki,  pomyślał  Brody,  bo  nic  innego  nie 

przyszło mu do głowy. 

- To nic trudnego - ucieszył się Rod. 

Złapał  się  za  kostkę,  spróbował  podnieść  nogę  do  góry,  ale  stracił  równowagę  i  jak 

niepyszny usiadł na podłodze. 

background image

- No widzisz? To wcale nie jest proste - powiedziała do niego Beth, jednocześnie tuląc 

do siebie Carrie. - Czy to nie boli? - zwróciła się do Kate. 

- Nie. Pod warunkiem, że się o tym nie myśli. 

- Kate opuściła nogę. - Ile masz lat, Carrie? 

- Pięć. Potrafię dosięgnąć do podłogi. Na prostych nogach - pochwaliła się Carrie. 

Pięć,  pomyślała  Kate.  Kości  jeszcze  miękkie,  ciało  może  się  nauczyć  poruszania 

wbrew prawom natury. 

- Jeśli mama ci pozwoli, to na wiosnę możesz zacząć naukę. Pokażesz swojemu bratu, 

ż

e ciamajdy nie nadają się do baletu. 

Puściła  oko  do  Carrie,  płynnie  wygięła  się  w  mostek,  wyrzuciła  obie  nogi  w  górę. 

Przez chwilę stała na rękach, po czym równie swobodnie stanęła z powrotem na nogach. 

- Ekstra - szepnął Rod do Jacka. - Jak ona to robi? 

Brody milczał. Nie mógł oderwać oczu od Kate. 

-  Tylko  prawdziwi  siłacze  mogą  tańczyć  w  balecie  -  mówiła  Kate,  spoglądając 

znacząco na Roda. 

-  Wielu  zawodowych  piłkarzy  przychodzi  na  lekcje  tańca.  Ćwiczenia  baletowe 

pomagają im poruszać się zwinnie po boisku. 

- Bujasz - stwierdził Rod. 

-  Wcale  nie.  -  Kate  ani  myślała  się  obrażać.  -  Przyjdź  kiedyś  ze  swoją  siostrą  na 

zajęcia, to ci pokażę. 

-  No  to  mam  teraz  o  czym  myśleć.  -  Beth  roześmiała  się  i  wzięła  Roda  za  rękę.  - 

Chodź, ty mój senny koszmarze. 

Brody  już  się  otrząsnął.  W  każdym  razie  przestał  wpatrywać  się  w  Kate  jak  sroka  w 

gnat. 

- Dzięki za opiekę nad Jackiem, Beth - powiedział. 

- Nie ma za co. Wiesz, że zawsze chętnie widzę go u siebie. 

- Naprawdę? - Kate natychmiast zwietrzyła okazję. 

-  Jasne,  to...  -  Beth  spojrzała  na  Kate,  potem  na  Brody'ego,  i  uśmiechnęła  się 

domyślnie.  No  no,  pomyślała.  Najwyższy  czas,  żeby  ten  facet  znów  zaczął  dostrzegać 

kobiety. - Jack to wspaniały dzieciak - dokończyła. - Już dawno chciałam go zaprosić do nas 

na wystawną kolację z hamburgerami. 

- Takie imprezy najlepiej robić w piątki - stwierdziła Kate z miną niewiniątka. 

- Naprawdę nie wiem - jąkał się Brody. - Ja... 

background image

- Oczywiście, że wiesz - przerwała mu Beth. - Piątek to świetny dzień. Pamiętaj, Jack. 

Liczymy  na  ciebie.  Przyjedziesz  do  nas  prosto  ze  szkoły  i  zostaniesz  na  kolacji.  Możesz 

nawet zostać na noc. - Puściła oko do Kate. - Tylko poproś tatusia, żeby ci zapakował czyste 

ubranko na rano. Do zobaczenia, Kate. 

- Do zobaczenia. - Kate była w siódmym niebie. - Dzięki za wszystko. 

-  Będę  spał  u  Roda,  będę  spał  u  Roda!  -  cieszył  się  Jack.  -  Strasznie  cię  kocham, 

tatusiu! 

-  No.  -  Kate  przesunęła  palcem  po  torsie  Brody'ego  i  roześmiała  się,  widząc  jego 

wystraszoną minę. - To mamy problem z głowy. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

To  był  najprawdziwszy  feralny  piątek.  Jednego  z  członków  brygady  zmogła  grypa. 

Najwyraźniej  pożegnała  Nowy  Jork  i  postanowiła  pohasać  na  prowincji.  Około  południa 

Brody musiał odesłać do domu drugiego robotnika, bo słaniał się na nogach. 

Dwóch  pozostałych  członków  czteroosobowej  brygady  zajmowało  się  pracami 

wykończeniowymi  w  Maryland,  wobec  czego  Brody  musiał  sobie  radzić  sam.  Ustawił 

ś

ciankę gipsową oddzielającą gabinet Kate od szkolnej kuchni i wycyklinował podłogi w obu 

tych pomieszczeniach. 

Przeżył, bo nie bał się ciężkiej pracy, za to bał się swojego ojca. Może nie tyle ojca, co 

pozostawania z nim sam na sam w niewielkim pomieszczeniu. 

Tymczasem  z  powodu  przeklętej  nowojorskiej  grypy  dwaj  panowie  O'Connell 

pozostali całkiem sami na placu budowy. To było dla Brody'ego po prostu nie do zniesienia. 

Niby każdy z nich miał swoje zajęcie, nie musieli nawet na siebie patrzeć, a jednak żaden z 

nich nie potrafił zapomnieć o istnieniu drugiego. 

Jak się rozpadną, to je poskręca drutem, ale nie wyrzuci, pomyślał Brody spoglądając 

na stare, setki razy naprawiane buty ojca. 

„Jeśli ja czegoś nie potrzebuję, to i ty się bez tego obejdziesz” - to była dewiza starego 

O'Connella. Dewiza tak irytująca, że Brody wstrząsnął się na samo jej wspomnienie. 

-  Wyłącz  ten  cholerny  jazgot  -  zażądał  Bob.  -  Jak  można  pracować  przy  takim 

łomocie! 

Brody się nie odezwał, ale wyłączył radio. Ojcu nigdy nie podobała się muzyka, jakiej 

słuchał jego syn. Zawsze nazywał ją jazgotem. 

Bob  mruczał  coś  pod  nosem,  dopasowując  kolanko  do  umywalki.  Właśnie  dlatego 

Brody włączył muzykę. Nie chciał słyszeć tego mamrotania. 

-  Co  za  kretyński  pomysł,  żeby  spaskudzić  taką  piękną  kuchnię  -  marudził  Bob.  - 

Strata czasu i atłasu. Wielki mi gabinet. Chce uczyć bachory chodzenia na palcach i od razu 

potrzebny jej gabinet. 

Brody  właśnie  przycinał  płytę,  która  miała  oddzielać  kuchnię  od  gabinetu  Kate.  Nie 

mógł  tego  odłożyć  na  później.  Musiał  ustawić  tę  ściankę  teraz,  bo  tak  wynikało  z 

harmonogramu  robót.  Nie  mógł  przewidzieć,  że  ludzie  mu  się  pochorują  i  że  sam  będzie 

musiał znosić marudzenie swego ojca. Przyciął płytę do potrzebnych rozmiarów i przeklinał 

własną  głupotę,  bo  chyba  tylko  z  głupoty  zaproponował  Bobowi  wykonanie  robót 

background image

hydraulicznych  w  domu  Kate.  Gdyby  był  choć  trochę  mądrzejszy,  zatrudniłby  innego 

hydraulika. 

- Mnie nic do tego - powiedział Brody, wbijając w ściankę działową pierwszy gwóźdź. 

- Klient płaci i wymaga. 

- Kimballowie mają forsy jak lodu, ale po co zaraz wyrzucać ją w błoto? Trzeba było 

powiedzieć tej pannicy, że dzielenie kuchni to idiotyzm. 

Brody wbił kolejny gwóźdź. Powtarzał sobie w myślach, że ma milczeć, że nie wolno 

mu się odzywać, ale słowa same wypłynęły mu z ust. 

- To bardzo rozsądna decyzja - stwierdził. - Tu była kiedyś oberża, więc nic dziwnego, 

ż

e  zbudowano  dużą  kuchnię.  Teraz  będzie  tu  szkoła  baletowa.  Tancerzom  duża  kuchnia  na 

nic się nie przyda. 

- Szkoła baletowa! - prychnął z obrzydzeniem Bob. - Nie minie miesiąc, jak nie będzie 

ś

ladu po tej całej szkole baletowej. I jak ona potem sprzeda taki dom podzielony na maleńkie 

pokoiki? I te umywalki w łazience! Niziutkie, w sam raz dla małych dzieci. Po co komu takie 

fanaberie? 

- Jak się uczy dzieci, to trzeba mieć pomieszczenia przystosowane do wzrostu dzieci. 

- Dzieci uczy się w szkole. O ile dobrze pamiętam, mamy tu chyba jakąś szkołę. 

- Mamy - zgodził się Brody. - O ile dobrze pamiętam, to nie uczą w niej tańca. 

Starszy pan nie mógł znieść tonu wyższości, jakim mówił do niego jego  własny syn. 

On także powtarzał sobie, że ma się nie odzywać, ale - tak jak i Brody'emu - słowa same mu 

się wyrywały. 

-  Nie  możesz  naciągać  klientów,  chłopcze  -  powiedział.  -  To  ty  się  znasz  na 

budownictwie, a nie oni. Musisz im doradzić, co jest dobre, a co całkiem bez sensu. 

- Oczywiście dobre jest to, co tobie się podoba - odgryzł się Brody. 

Bob  wyczołgał  się  spod  zlewu.  Spłowiała  niebieska  czapka  przekrzywiła  mu  się  na 

głowie.  Kiedyś  był  bardzo  przystojnym  mężczyzną,  ale  to  było  dawno.  Teraz  miał  głębokie 

zmarszczki,  wyglądał  staro.  Tylko  zielone  oczy,  takie  same  jak  oczy  Brody'ego,  płonęły  w 

szarej zaciętej twarzy. 

- Uważaj, co mówisz, chłopcze. 

- Tobie też by się przydało uważać - odciął się Brody. 

Potwornie rozbolała go głowa. Ze złości. Ten ból także odziedziczył po ojcu. 

Bob rzucił klucz, zerwał się na równe nogi. Był wysoki, szczupły, muskularny i mimo 

sześćdziesięciu lat wciąż jeszcze bardzo sprawny. 

background image

-  Jak  będziesz  miał moje  lata,  jak  tyle  lat  co  ja  przepracujesz  w  tym  interesie,  wtedy 

będziesz sobie mógł mówić, co ci ślina na język przyniesie. 

- Daj spokój. - Brody zmierzył drugi kawałek płyty, zaczął go przycinać. - Powtarzasz 

mi to samo, odkąd skończyłem osiem lat. Nawet nie zauważyłeś, że ja też już jestem dorosły. 

A  żeby  było  śmieszniej,  teraz  ty  pracujesz  u  mnie,  a  nie  ja  u  ciebie.  To  ja  podpisałem 

kontrakt.  Podpisałem  kontrakt,  bo  mój,  rozumiesz,  mój  projekt  spodobał  się  klientowi. 

Dlatego  ten  remont  zostanie  przeprowadzony  pod  moje  dyktando.  Klient  płaci  i  wymaga  - 

powtórzył. - Dopóki panna Kimball jest zadowolona, nie mamy o czym dyskutować. 

- Podobno bardzo się starasz, żeby była zadowolona. Nie tylko z twojej pracy. 

Wcale  nie  chciał  tego  powiedzieć,  ale  słowa  same  mu  się  wymknęły  i  teraz  było  za 

późno,  żeby  je  cofnąć.  Jasny  gwint,  pomyślał  wściekły  Bob.  Ten  chłopak  świętego 

wyprowadziłby z równowagi. 

Brody  zacisnął  palce  na  nożu.  Przez  chwilę,  a  chwila  ta  trwała  bardzo  długo,  miał 

ochotę zmasakrować zaciętą, nieustępliwą twarz własnego ojca. 

-  To,  co  mnie  łączy  z  Kate  Kimball,  to  wyłącznie  moja  sprawa  -  wycedził  przez 

zaciśnięte zęby. 

-  Tak  ci  się  tylko  wydaje.  Zapomniałeś,  że  ja  też  mieszkam  w  tym  mieście?  Twoja 

matka  także.  Dlatego  obchodzi  mnie,  co  ludzie  gadają  o  moim  synu.  Zadajesz  się  z  jakąś 

bogatą  lafiryndą  i  guzik  cię  obchodzi,  co  ludzie  na  to  powiedzą.  Nawet  o  dziecku 

zapomniałeś. 

- Nie waż się mieszać w to mojego syna! 

- Muszę myśleć o moim wnuku, skoro rodzony ojciec o nim zapomina. Mieszkałeś w 

dużym mieście, mogłeś sobie wyczyniać hocki - klocki. Ale teraz wszystko wygląda inaczej. 

Nie pozwolę, żebyś mi przynosił wstyd w moim własnym mieście. Ani mnie, ani małemu. 

Ja  wyczyniałem  hocki  -  klocki,  pomyślał  z  goryczą  Brody.  Latałem  do  lekarzy,  do 

specjalistów,  do  szpitali,  a  potem  dwoiłem  się  i  troiłem,  żeby  zastąpić  matkę  dwuletniemu 

brzdącowi i jednocześnie nie umrzeć j' z głodu. y' - Nic o mnie nie wiesz - syknął. - Nie masz 

pojęcia ani o tym, co się ze mną działo, ani nawet o tym, co teraz robię. Ty nawet nie wiesz, 

kim jestem. 

Postanowił trzymać ręce przy sobie, ale żeby wytrwać w tym postanowieniu, musiał je 

czymś zająć. Zaczął więc przecinać płytę w miejscu, które wcześniej oznaczył. 

- Za to zawsze potrafiłeś znaleźć we mnie jakąś wadę - ciągnął, nie patrząc na ojca - 

wywlec ją na wierzch i rzucić mi ją w twarz. 

- Gdybym rzucał mocniej, może nie skończyłbyś jako samotny ojciec. 

background image

Brody'emu  drgnęła  ręka.  Ześliznęła  się  z  płyty,  ostry  jak  brzytwa  nóż  przejechał  po 

dłoni. 

Bob syknął, jakby to on się zranił, i wyciągnął z kieszeni chustkę. Przestraszył się, ale 

nie potrafił się zdobyć na nic innego, jak tylko jeszcze jedną krytyczną uwagę. 

- Powinieneś bardziej uważać, chłopcze. 

- Odczep się ode mnie! - Ściskając krwawiącą rękę, Brody cofał się przed ojcem. Bał 

się, że nerwy mu puszczą. Bał się, że zrobi coś strasznego. - Zabieraj swoje narzędzia i wynoś 

się z mojej budowy! 

- Zawiozę cię do szpitala. Trzeba założyć szwy. 

-  Wynoś  się!  Nie  słyszałeś,  co  powiedziałem?  Zwalniam  cię!  -  Przyspieszone  bicie 

serca sprawiało, że z otwartej rany płynęło więcej krwi niż powinno. - Pakuj się i wynocha! 

Bob pośpiesznie wrzucał narzędzia do swojej skrzynki. Wstyd i wściekłość walczyły 

w nim ze sobą o lepsze. 

- Od tej chwili nie mamy ze sobą o czym gadać! - zawołał, po czym wziął skrzynkę i 

wyszedł. 

-  Nigdy  nie  mieliśmy  o  czym  gadać  -  mruknął  Brody  do  znikających  za  drzwiami 

pleców ojca. 

Postanowiła  dać  mu  porządną  nauczkę.  Oczywiście  jeśli  w  ogóle  się  zjawi.  Musi  się 

przyzwyczaić, że jeśli umawia się na siódmą, to ma być o siódmej, a nie o wpół do ósmej. 

Bardzo  żałowała,  że  namówiła  rodziców  na  wyjście  z  domu.  Tylko  przez  to,  przez 

własną głupotę, nie miała się teraz komu pożalić. 

Chodziła  tam  i  z  powrotem  po  pokoju.  Co  chwila  zerkała  na  telefon.  Nie,  nie  będę 

znów do niego dzwonić, myślała. 

Dzwoniła  dziesięć  minut  temu,  ale  odezwał  się  tylko  irytujący  głos  automatycznej 

sekretarki. Kate wolała nie zostawiać wiadomości na taśmie. 

Pewnie że miała Brody'emu coś do powiedzenia. Nawet bardzo dużo, jednak wolała to 

zrobić osobiście. Zadała sobie tyle trudu, by zorganizować ten wieczór. Wybrała restaurację, 

prawie dwie  godziny poświęciła na toaletę, i wszystko na marne.  Z każdą chwilą była coraz 

bardziej wściekła. 

Postanowiła  zadzwonić  do  restauracji,  odwołać  rezerwację.  Nie  zamierzam  iść  na 

kolację z facetem, który nie potrafi przyjść punktualnie o umówionej godzinie! 

Podeszła do telefonu i w tej samej chwili zadzwonił dzwonek u drzwi. Wyprostowała 

plecy, podniosła głowę najwyżej jak mogła i majestatycznym krokiem poszła otworzyć. 

- Przepraszam za spóźnienie. Coś mi wypadło. Wiem, że należało zadzwonić, ale... 

background image

Przygotowana  zawczasu  reprymenda  zamarła  jej  na  ustach.  Wystarczyło  jedno 

spojrzenie na Brody'ego, by się domyślić, że to nie brak dobrego wychowania go zatrzymał, 

lecz jakieś nieszczęście. Był blady jak świeżo pobielona ściana. 

- Czy coś się stało Jackowi? 

- Nie, z nim wszystko w porządku. Przepraszam cię, Kate. Może odłożymy to wyjście 

na inny dzień. 

Dopiero teraz zauważyła, że miał obandażowaną rękę. Chwyciła go za nadgarstek. 

- Co ci się stało? 

-  Nic  takiego.  Naprawdę  głupstwo.  Tylko  kilka  szwów,  ale  strasznie  powoli  to 

wszystko szło. Dlatego się spóźniłem. 

- Bardzo boli? 

- Prawie wcale. Naprawdę to nic wielkiego. 

A jednak było to coś wielkiego, i wcale nie szło o fizyczny ból. Kate świetnie się znała 

na takich sprawach. 

- Jedź do domu - powiedziała. - Przyjadę do ciebie za pół godziny. 

- Nie trzeba. Ja... 

- Przywiozę kolację - przerwała mu tonem nie znoszącym sprzeciwu. - Do restauracji 

pójdziemy innym razem. 

- Naprawdę nie trzeba. 

- Brody. - Kate patrzyła mu prosto w oczy. Ty mój biedaku, dodała w myślach. - Jedź 

do domu i czekaj na mnie. No już! - ponagliła, bo stał jak wrośnięty w ziemię. - Ruszaj się. 

Nie czekając na dalsze protesty, zamknęła mu drzwi przed nosem. 

Była  punktualna  jak  śmierć.  Jak  zwykle  zresztą.  Ledwo  otworzył  drzwi,  przeleciała 

obok niego jak burza. Burza z wielkim koszem. 

-  Dostaniesz  befsztyk  -  oznajmiła.  -  Masz  szczęście,  że  w  naszej  lodówce  zawsze  są 

jakieś zapasy. 

Poszła  prosto  do  kuchni.  Postawiła  kosz  na  stole,  zdjęła  płaszcz  i  zabrała  się  do 

rozpakowywania wiktuałów. 

- Dasz radę otworzyć wino? - zapytała. 

- No pewnie. - Wzruszył ramionami. - Jeszcze nie umarłem. 

Wziął  od  niej  płaszcz  i  powiesił  na  wieszaku.  Pomyślał,  że  ten  elegancki,  pachnący 

płaszczyk zupełnie nie pasuje do tego pomieszczenia. Zwłaszcza że wisiał obok starej kurtki, 

którą Brody wkładał wyłącznie na budowę. 

background image

Sama  Kate  także  tu  nie  pasowała.  Nie  pasowała  do  jego  skromnego  domu,  nie 

pasowała do pustelniczego życia. 

- Masz. - Podała mu butelkę i korkociąg. - Skoro nie umarłeś, to otwieraj. 

- Dlaczego ty to wszystko robisz, Kate? 

- Bo cię lubię. - Włożyła do zlewu dwa duże ziemniaki, opłukała je i zaczęła obierać. - 

I jeszcze dlatego, że wyglądasz, jakbyś był bardzo głodny. 

Muzyka,  trzeba  stworzyć  nastrój.  Tak  długo  szukał  w  radiu  odpowiedniej  stacji,  aż 

znalazł muzykę klasyczną. Przypuszczał, że Kate właśnie taką lubi. 

Wyciągnął  z  kredensu  świąteczny  serwis,  którego  prawie  nigdy  nie  używał,  ustawił 

talerze  na  stole  w  jadalni.  On  i  Jack  jadali  tam  wyłącznie  najbardziej  uroczyste  świąteczne 

posiłki. 

Miał  nawet  w  domu  jakieś  świece.  Nic  nadzwyczajnego,  zwykłe  świece  na  wypadek 

gdyby  wyłączono  prąd.  Ale  nie  miał  świeczników.  Zastanawiał  się  nawet,  czy  nie  przykleić 

ś

wiec bezpośrednio do stołu. W końcu jednak doszedł do wniosku, że wyglądałyby żałośnie. 

Trzeba się obejść bez świec. 

- W ogóle nie kupujesz warzyw - stwierdziła Kate, gdy wrócił do kuchni. 

- Kupuję, ale tylko gotowe sałatki. Wystarczy je wrzucić do miski, zalać jakimś sosem 

i po krzyku. 

- Koszmarne lenistwo - powiedziała takim tonem, że musiał się uśmiechnąć. 

- Nie lenistwo, tylko zmysł praktyczny. Nie lubię tracić czasu. 

-  Spryciarz  -  mruknęła.  -  Jesteś  ranny,  więc  ci  daruję.  Siadaj  i  odpocznij,  a  ja 

tymczasem  zrobię  obiad.  Mógłbyś  też  zadzwonić  do  Jacka.  Sprawdzisz,  czy  u  niego  nadal 

wszystko w porządku. 

- Nie miałem pojęcia, że to aż tak widać. 

- Ja wszystko widzę. Lepiej żebyś już zaczaj się do tego przyzwyczajać. - Puściła do 

niego oko. - Powiedz Jackowi, że go pozdrawiam i że jutro się zobaczymy. 

- Naprawdę chcesz nas zabrać do kina? 

-  Naprawdę.  Wiesz,  ja  czasami  robię  coś,  na  co  nie  mam  ochoty,  ale  nigdy  nie 

zgłaszam się do tego na ochotnika. To też sobie zapamiętaj. A teraz zadzwoń do dziecka. Za 

piętnaście minut podaję obiad. 

Lubiła  krzątać  się  w  kuchni,  a  zajmowanie  się  Brodym  sprawiało  jej  szczególną 

przyjemność. 

Odczekała  spokojnie,  aż  zaczął  jeść,  aż  nalał  sobie  drugi  kieliszek  wina.  Dopiero 

wtedy się odezwała. 

background image

- Teraz mi powiedz, jak to się stało - poprosiła. 

- Miałem zły dzień - burknął i zaraz zmienił temat. - Jak ty gotujesz ziemniaki, że są 

takie smaczne? 

- Sekret ukraińskiej kuchni - wyjaśniła z przesadnie obcym akcentem. - Gdybym ci go 

wyjawiła, musiałbyś zginąć. 

- Wobec tego nie chcę wiedzieć. - Brody się uśmiechnął. - Ukraiński też znasz? Parę 

dni temu słyszałem, jak rozmawiałaś z kimś po francusku. 

- Owszem, znam ukraiński. O tyle, o ile. Za to angielski znam bardzo dobrze. Możesz 

ze mną rozmawiać w swoim ojczystym języku. Opowiedz, co się zdarzyło w tym twoim złym 

dniu? 

-  Dwóch  ludzi  mi  się  rozchorowało.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Twoja  baletowa  grypa 

pojawiła  się  w  Wirginii  Zachodniej.  Reszta  brygady  pracowała  dzisiaj  gdzie  indziej,  więc 

zostałem  bez  pomocników.  No  i  z  tego  wszystkiego  pomyliłem  swoją  rękę  ze  ścianką 

gipsową, zakrwawiłem cały dom, wylałem z roboty swojego ojca, a na koniec spędziłem parę 

godzin, czekając, aż mnie pozszywają. 

- Pokłóciłeś się z ojcem? - Położyła dłoń na zdrowej dłoni Brody'ego. - To przykre. 

- Raczej normalne. Jakoś nie potrafimy się ze sobą dogadać. Zawsze tak było. 

- A jednak dałeś mu pracę. 

- Jest bardzo dobrym hydraulikiem. 

- Brody... - Kate nie dała się zbyć byle czym. 

-  Owszem,  dałem  mu  pracę,  ale  to  był  błąd.  Można  z  nim  wytrzymać  tylko  pod 

warunkiem, że w pobliżu są jeszcze jacyś inni ludzie, ale kiedy jesteśmy tylko my dwaj... 

Machnął ręką. 

-  Lepiej  nie  mówić.  On  uważa,  że  byłem,  jestem  i  zawsze  będę  nieudacznikiem.  Źle 

pracuję,  fatalnie  układam  sobie  życie  i  zamiast  pilnować  własnego  nosa,  uganiam  się  za 

bogatą panienką. 

- Przeze mnie pokłóciłeś się z ojcem - stwierdziła spokojnie Kate. 

-  Nic  podobnego  -  zaprotestował.  -  I  tak  bym  się  z  nim  pokłócił.  Zawsze  tak  było. 

Nawet pretekstu nie potrzebujemy. 

-  Naprawdę  paskudna  sprawa  -  westchnęła.  -  On  jest  teraz  pewnie  tak  samo  zły  i 

rozgoryczony, jak i ty. Ty nie wiesz, jak z nim rozmawiać, a on nie umie rozmawiać z tobą. 

Mam nadzieję, że w końcu się pogodzicie. Cokolwiek byś o nim myślał, to przecież jest twój 

ojciec. 

- Wątpię, czy się pogodzimy. Moja rodzina jest zupełnie inna niż twoja. 

background image

- Niewiele jest rodzin podobnych do mojej, ale twoja właśnie do takich należy. Mam 

na  myśli  rodzinę,  jaką  stworzyłeś  Jackowi.  Może  twój  ojciec  też  to  widzi  i  zastanawia  się, 

dlaczego on nie potrafił tak zaprzyjaźnić się ze swoim synem. 

- Zawsze byłem nieudacznikiem. 

- Bzdura. Ty się dopiero rozwijałeś. 

-  Niech  ci  będzie,  ale  i  tak  szło  mi  nie  najlepiej.  Nie  mogłem  się  doczekać,  kiedy 

skończę  szkołę,  kiedy  wreszcie  będę  pełnoletni.  Chciałem  stąd  uciec.  Wiesz,  co  zrobiłem  w 

swoje  osiemnaste  urodziny?  Spakowałem  się  i  pojechałem  do  Waszyngtonu.  Miałem  przy 

sobie  pięćset  dolarów  i  zupełnie  nic  nie  umiałem.  Ale  najważniejsze  wtedy  było,  że  znajdo-

wałem się daleko od domu. 

- Jednak jakoś stanąłeś na nogi. 

- To przyszło potem. Przez pierwsze trzy lata żyłem z dnia na dzień. Pracowałem na 

budowach, a zarobione pieniądze wydawałem na piwo i na panienki. - Uśmiechnął się, puścił 

oko  do  Kate.  -  Któregoś  dnia  odkryłem,  że  mam  dwadzieścia  jeden  lat  i  wciąż  jestem 

beztroskim głupcem. Wtedy  poznałem Connie. Pracowałem w firmie, która robiła remont  w 

domu  jej  rodziców.  Zakochałem  się  od  pierwszego  wejrzenia  i  zaczęliśmy  się  spotykać.  Do 

dziś nie mam pojęcia, co ona we mnie widziała. Miała bogatych rodziców, kończyła studia... 

Miała pieniądze, klasę, wykształcenie i styl, a mnie bardzo niewiele różniło od kloszarda. 

- Widocznie ona tak nie uważała. 

- Na pewno masz rację - zgodził się. - Connie była pierwszym człowiekiem, który mi 

powiedział,  że  mam  charakter.  Nikt  nigdy  we  mnie  nie  wierzył...  Ona  zmusiła  mnie,  żebym 

uwierzył  w  siebie.  Dzięki  niej  przestałem  być  nieudacznikiem,  wreszcie  zacząłem  dorastać. 

Pewnie nie masz ochoty tego słuchać - zreflektował się. - Powiedz, jeśli cię nudzę. 

-  Mam  ochotę  słuchać  i  wcale  mnie  nie  nudzisz.  -  Dolała  mu  wina  do  kieliszka.  Nie 

chciała, żeby przerywał. - Czy to ona pomogła ci założyć firmę? 

-  To  przyszło  później.  -  Brody  zdał  sobie  sprawę,  że  nigdy  dotąd  nikomu  o  tym 

wszystkim  nie  opowiadał.  Ani  swoim  rodzicom,  ani  przyjaciołom,  ani  nawet  Jackowi.  - 

Miałem  jakie  takie  wyczucie  budowlane,  twardy  kręgosłup,  a  robota  paliła  mi  się  w  rękach. 

Kiedy  to  wszystko  zrozumiałem,  kiedy  zacząłem  to  wykorzystywać,  od  razu  wszystko  się 

zmieniło. Na lepsze. Udało mi się nawet polubić samego siebie. 

- Nic dziwnego. Nabrałeś do siebie szacunku. 

- No właśnie. - Trafiła w dziesiątkę, pomyślał. Czy ona nigdy nie pudłuje? - Nabrałem 

szacunku,  ale  wciąż  byłem  tylko  zdolnym  robotnikiem,  a  nie  lekarzem,  adwokatem  czy 

finansistą. Rodzice Connie mnie nie akceptowali, delikatnie mówiąc... 

background image

-  Nie  znali  się  na  ludziach.  -  Kate  bawiła  się  swoimi  ziemniakami.  Bardziej  ją 

interesowała opowieść Brody'ego niż jedzenie. - Za to Connie się na tobie poznała. 

-  Nie  było  jej  łatwo,  ale  jakoś  sobie  poradziła.  Pojechała  do  Georgetown  studiować 

prawo.  Ja  całymi  dniami  pracowałem,  a  wieczorami  chodziłem  do  szkoły.  Uczyłem  się 

zarządzania. Zaczęliśmy snuć plany, za kilka lat zamierzaliśmy się pobrać. Ona miała zrobić 

dyplom, a ja założyć firmę. I nagle okazało się, że Connie jest w ciąży. 

Brody  wpatrywał  się  w  swój  kieliszek,  jakby  to  była  szklana  kula,  w  której  widać 

przeszłość. 

-  Oboje  chcieliśmy  tego  dziecka.  Z  początku  ona  chciała  bardziej  niż  ja,  bo  mnie  to 

wszystko  wydawało  się  zupełnie  nierzeczywiste.  W  każdym  razie  pobraliśmy  się.  Connie 

kontynuowała  studia,  a  ja  wziąłem  jeszcze  dwie  dodatkowe  prace.  Jej  rodzice  się  wściekli. 

Wyrzekli się jej. Connie bardzo to przeżyła. 

Kate  nie  bardzo  mogła  sobie  to  wyobrazić.  Jej  rodzina  zawsze  stała  po  jej  stronie, 

choćby nie wiadomo jak narozrabiała. 

- Skoro tak, to znaczy, że na nią nie zasłużyli. 

-  Masz  świętą  rację  -  westchnął  Brody.  -  Im  gorzej  było,  tym  bardziej  byliśmy 

zawzięci. Jakoś udało nam się przetrwać. Chyba z tysiąc  razy myślałem o tym, żeby odejść, 

ż

eby ją od siebie uwolnić. Connie mogłaby wrócić do rodziców i wszystkim byłoby lżej. 

- Ale nie odszedłeś. Wytrwałeś. 

-  Connie  mnie  kochała  -  powiedział  zwyczajnie.  -  Byłem  przy  niej,  kiedy  rodził  się 

Jack.  Pewnie  mi  nie  uwierzysz,  ale  chciałem  być  wtedy  na  drugim  końcu  świata. 

Gdziekolwiek,  byleby  jak  najdalej  od  tamtego  pokoju.  Ale  Connie  prosiła,  żebym  przy  niej 

został, więc udawałem, że ja też tego chcę. Marzyłem, żeby to się wreszcie skończyło, bo to 

zbyt straszne, bo człowiek nie powinien aż tak cierpieć. Aż wreszcie zjawił się Jack: maleńka 

wrzeszcząca istotka. Od razu wszystko się zmieniło. Nie miałem pojęcia, że można tak bardzo 

kogoś  pokochać.  W  jednej  chwili,  w  jednym  momencie  pokochać  tak,  żeby  stał  się  całym 

ś

wiatem. To oni zrobili ze mnie mężczyznę, wtedy, w tej sali porodowej. Connie i Jack mnie 

stworzyli. 

Po policzkach Kate płynęły łzy. Nie mogła ich powstrzymać. Nawet nie próbowała. 

-  Przepraszam.  -  Brody  podniósł  ręce,  ale  zaraz  je  opuścił,  jakby  utracił  siły.  -  Nie 

wiem, co mnie napadło. 

-  Nie.  -  Kate  pokręciła  głową.  Nie  mogła  powiedzieć  nic  innego.  Nawet  to  krótkie 

słowo wydobyło jej się z gardła z największym trudem. 

background image

Ty  kretynie,  pomyślała  wzruszona.  Przez  ciebie  się  zakochałam.  W  tobie.  No  i  co  ja 

teraz zrobię? 

- Poczekaj - poprosiła. 

Wstała i pobiegła do łazienki. Musiała się uspokoić, musiała jakoś się opanować. 

Brody  także  wstał.  Chodził  po  pokoju  tam  i  z  powrotem  jak  tygrys  w  klatce.  Gdyby 

tego nie robił, musiałby chyba walić głową o ścianę. 

Ależ ze mnie idiota, myślał. Poświęciła mi tyle czasu, przygotowała domowy obiad i 

pewnie chciała, żeby było choć trochę romantycznie. A ja jej opowiadam o swoich kłopotach. 

Przeze mnie się rozpłakała! Był pewien, że teraz Kate zechce jak najszybciej wrócić do domu, 

więc zabrał się za sprzątanie ze stołu. Nie chciał jej zatrzymywać. 

-  Przepraszam  -  powiedział,  usłyszawszy  za  plecami  jej  kroki.  -  Jestem  kompletnym 

idiotą.  Nie  miałem  prawa  opowiadać  ci  tego  wszystkiego.  To  moje  piekło  i  nikomu  nic  do 

tego. Idź już sobie, a ja tu... 

Urwał, bo Kate oplotła go ramionami, przytuliła głowę do jego pleców. 

- Mam w żyłach słowiańską krew. My jesteśmy sentymentalni, lubimy sobie popłakać. 

Czy wiesz, że moi dziadkowie uciekli ze Związku Radzieckiego, kiedy moja mama była małą 

dziewczynką? Tylko ciocia Rachel urodziła się w Ameryce. Dziadek i babcia przeszli pieszo 

przez  góry  z  trójką  małych  dzieci.  Dotarli  aż  na  Węgry.  Przez  zieloną  granicę,  ma  się 

rozumieć. 

- Nic o tym nie wiedziałem. Odwrócił się do niej ostrożnie. 

- Cierpieli chłód,  głód i  bardzo się bali. A kiedy  przyjechali do Ameryki, byli biedni 

jak  myszy  kościelne  i  strasznie  samotni.  Nie  znali  ani  języka,  ani  tutejszych  obyczajów.  A 

jednak tak bardzo chcieli zapewnić dzieciom lepsze życie, że walczyli o to ze wszystkich sił. 

Walczyli  i  wywalczyli.  Z  tysiąc  razy  słyszałam  tę  historię,  ale  zawsze  przy  tym  płaczę.  I 

zawsze jestem z nich dumna. 

- Po co mi to wszystko mówisz? 

- Odwaga przybiera różne formy, Brody. Jest siła mięśni i jest siła serca. Jeśli złożysz 

razem obie te siły, możesz dokonać wszystkiego. Wzruszyłam się, bo tobie też się udało. Tak 

samo jak moim dziadkom. 

-  Dziękuję.  -  Także  był  wzruszony.  Nie  przypuszczał,  że  ten  straszny  dzień  tak 

cudownie się skończy. 

Kate postanowiła, że najwyższy czas zmienić nastrój. 

background image

-  Pozmywamy  naczynia,  a  potem  ze  mną  zatańczysz  -  powiedziała.  -  Sposób,  w  jaki 

mężczyzna  tańczy,  dużo  mi  o  nim  mówi.  Nie  wiem,  jak  to  się  stało,  że  jeszcze  cię  nie 

sprawdziłam. 

- Zatańczmy zaraz - poprosił, wyjmując jej z ręki talerz. 

-  Nie  potrafię.  Może  to  jakaś  wada  genetyczna,  ale  gdybym  zostawiła  te  naczynia  w 

zlewie, nie mogłabym przestać o nich myśleć. 

- Jesteś taka dziecinna. 

Wziął ją za ręce, wyprowadził z kuchni. 

-  Nie.  Jestem  zorganizowana.  Dobrze  zorganizowani  ludzie  mają  więcej  sukcesów  i 

mniej kłopotów. 

- Szła za Brodym, ale co chwila oglądała się za siebie. 

- To potrwa tylko chwilę. 

- Potem też potrwa tylko chwilę. 

Brody prawie zapomniał, jak się uwodzi kobiety, ale na szczęście nie całkiem. 

- Mam pomysł. Ty włączysz muzykę, a ja przez ten czas pozmywam. 

-  Naczynia  nigdzie  nie  uciekną.  -  Roześmiał  się  i  nie  puszczając  jej  ani  na  chwilę, 

włączył magnetofon. 

Z  głośnika  popłynęły  słodkie  dźwięki.  Powolny,  namiętny  rytm,  który  burzył  krew. 

Kate  wreszcie  przestała  myśleć  o  zmywaniu.  Przytuliła  się  do  Brody'ego  i  poruszała  w  takt 

muzyki. 

- Masz wyczucie rytmu - pochwaliła. 

- Sama powiedziałaś, że niektórych rzeczy się nie zapomina. 

Okręcił ją, odepchnął od siebie, ale nie puścił ani na chwilę. Roześmiała się. Straciła 

oddech, kiedy znów ją okręcił, a potem mocno do siebie przytulił. 

- Nieźle sobie radzisz. 

Próbowała żartować, choć czuła, że coraz trudniej jej się myśli. Nie przypuszczała, że 

Brody  tak  świetnie  tańczy.  Gdyby  nie  był  takim  dobrym  tancerzem,  nie  wytrąciłby  jej  z 

równowagi i nadal panowałaby nad sytuacją. I nad sobą. 

Stanowczo za dużo niespodzianek jak na jeden wieczór, pomyślała. 

Jej  włosy  bajecznie  pachniały.  Już  prawie  zapomniał,  jakie  tajemnicze  i  pociągające 

bywają kobiety. Kształt,  miękkość, zapach. Prawie zapomniał, jak to jest,  kiedy ma się przy 

sobie  kobietę,  zapomniał  co  się  wtedy  myśli,  co  się  czuje.  Musnął  wargami  jej  włosy, 

odnalazł usta Kate. 

Westchnęła, wtuliła się w niego mięciutko, jak szmaciana lalka. 

background image

Melodia się skończyła, zaczęła się następna, a oni wciąż stali złączeni, kołysząc się w 

takt muzyki. 

- Muszę już iść - szepnęła Kate. 

- Dlaczego? 

- Muszę - powtórzyła. Pogłaskała go po policzku. - Dzisiaj potrzebowałeś przyjaciela. 

-  Masz  rację.  -  Opuścił  ręce,  ich  palce  się  złączyły.  -  Naprawdę  potrzebowałem 

przyjaciela, ale i tak bardzo cię pragnę, Kate. Zostań ze mną. 

Pocałował ją. Bardzo delikatnie. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Ś

ciany  w  jego  pokoju  pozostały  nie  wykończone.  W  rogu,  na  odwróconym  do  góry 

dnem wiadrze, leżał zwój kabla. W oknach nie było zasłon, a szafa nie miała drzwi. 

Wspaniały  dębowy  parkiet  pokrywała  gruba  warstwa  zastarzałego  brudu.  Trzeba  go 

było zeszlifować i polakierować, jednak na to także wciąż brakowało czasu. 

Stare  żelazne  łóżko  kupił  kiedyś  na  wyprzedaży,  ale  nigdy  jakoś  nie  pomyślał  o 

porządnej pościeli ani tym bardziej o narzucie. 

Dopiero teraz zauważył, jaki zapyziały jest ten pokój, który nazywał swoją sypialnią. 

A przecież Kate przywykła do zupełnie innego standardu. 

- Nie jest to Tadż Mahal - westchnął. 

- Jeszcze jedno dzieło w trakcie tworzenia. - Rozejrzała się po starym pomieszczeniu. - 

Ma charakter. Kiedyś będzie tu bardzo pięknie. 

-  Ciągle  odkładam  skończenie  tego  pokoju  na  później  -  tłumaczył  się.  -  Najpierw 

musiałem zrobić sypialnię Jacka, a potem uznałem, że lepiej zająć się kuchnią i pokojami na 

dole. Tutaj przychodzę tylko na noc. 

Kate  zadrżała.  Uświadomiła  sobie,  że  jest  pierwszą  kobietą,  jaką  przyprowadził  do 

swojej sypialni i do swojego łóżka. 

-  Wyobrażam  sobie,  jak  to  będzie  wyglądało,  kiedy  skończysz  remont  -  mówiła, 

podchodząc do Brody'ego. - Palisz czasami w tym kominku? 

-  Oczywiście.  Bardzo  dobrze  ciągnie.  Chciałem  umieścić  w  nim  wkład,  żeby  dawał 

więcej ciepła, ale... 

Co  ja  wygaduję,  dziwił  się.  Opowiadam  o  ogrzewaniu,  o  wkładach  do  kominka, 

zamiast zająć się tą piękną kobietą, która trafiła mi się jak ślepej kurze ziarno. 

-  Nie  byłby  już  taki  piękny  -  dokończyła  za  niego,  po  czym,  jak  gdyby  nigdy  nic, 

zabrała się za rozpinanie koszuli Brody'ego. 

- No właśnie. Mam napalić w kominku? 

-  Później.  Teraz  nie  ma  sensu.  Wyprodukujemy  dość  ciepła  na  własne  potrzeby.  Na 

pewno nie zmarzniemy. 

- Kate... - Zacisnął palce wokół jej nadgarstka. Trochę się nawet zdziwił, że żar bijący 

od jego dłoni nie wypalił znaku na jej skórze. - Jeśli będę trochę niezdarny, to z powodu ręki. 

Nie pogniewasz się? 

A więc on też jest zdenerwowany, pomyślała. 

background image

-  Mężczyzna,  który  ma  takie  zdolne  ręce,  nie  powinien  mieć  kłopotów  ze  zwykłym 

suwakiem, choćby nie wiem jak był pokaleczony. 

Odwróciła się do niego plecami, uniosła do góry włosy. 

- Spróbuj. 

Brody ostrożnie rozsunął zamek. Odsłonięta szyja, nagie ramię bardzo go podniecały. 

Nie mógł się oprzeć.. 

Całowali  się  powoli  i  równie  powoli  dłonie  Brody'ego  wędrowały  po  skórze  Kate. 

Włosy, policzki, szyja... 

Nie spodziewała się po nim tyle czułości. 

-  Setki  razy  wyobrażałem  sobie,  że  cię  dotykam  -  westchnął.  -  Omal  od  tego  nie 

oszalałem. 

- Za to teraz ty doprowadzasz mnie do szaleństwa. 

- Zdjęła z niego flanelową koszulę, zaczęła ściągać ciepłą podkoszulkę, którą miał pod 

spodem. 

Ale  Brody  nie  zamierzał  się  spieszyć.  Podniósł  jej  dłonie  do  ust,  całował  po  kolei 

wszystkie palce. Krew pulsowała coraz szybciej... 

Zsunął  z  ramion  Kate  sukienkę,  patrzył,  jak  ześlizguje  się  na  podłogę.  Kate  była 

szczupła  i  wiotka.  Nikt  by  nie  pomyślał,  że  pod  tą  delikatną  alabastrową  skórą  kryją  się 

mocne mięśnie. 

Wstrzymała oddech, gdy przesunął palcami po obrębie jej stanika, a potem wsunął je 

do środka, jakby starał się zapamiętać kształt. 

-  Dużo  myślałem  o  twoich  nogach  -  mówił,  głaszcząc  nagą  skórę  nad  pończochą.  - 

Ciekaw byłem, jak wyglądają nogi primabaleriny. 

-  Teraz  już  nie  musisz  sobie  wyobrażać.  Tylko,  błagam,  nie  patrz  na  stopy.  Tancerki 

mają bardzo brzydkie stopy. 

-  Mocne  -  poprawił  ją.  -  Mnie  bardzo  podnieca  siła.  Potem  cię  poproszę,  żebyś  mi 

pokazała parę sztuczek, tak jak ostatnio Rodowi. Aż mnie zatkało. 

-  Proszę  bardzo.  -  Roześmiała  się,  ściągnęła  mu  koszulę  i  dotknęła  jego  twardego 

torsu. - Znam jeszcze lepsze numery. 

Brody wziął ją na ręce i zaniósł na łóżko. Gdyby to był taniec, nazwałaby go walcem. 

Powolne  kroki  w  spokojnym  rytmie,  długi,  głęboki  pocałunek...  To  jest  ktoś,  kogo  się  chce 

przytulić, pomyślała Kate, obejmując Brody'ego. Przytulać w nieskończoność. 

Jego usta znalazły się na jej piersi. Kate jęknęła  z rozkoszy, a powolny  walc zmienił 

się nagle w ogniste tango. 

background image

Brody'emu kręciło się w głowie. Od jej zapachu, od miękkości, od dźwięków. Czuł się 

jak pijany. Pragnął dotykać, pragnął posmakować każdego skrawka jej ciała. 

Poruszali  się  jednym  rytmem,  ich  ciała  były  mokre  od  potu,  serca  biły  jak  oszalałe. 

Wezbrana fala porwała ich oboje, połączyli się całkowicie. 

Leżała  bezwładna  jak  stopiony  wosk.  Nie  otwierała  oczu.  Cieszyła  się  bliskością 

Brody'ego, czuła jego mocno bijące serce, domyślała się, że przeżywa chwile takiego samego 

spełnienia jak ona. 

A więc jednak do siebie pasujemy, myślała uszczęśliwiona. Jak dobrze, że się w nim 

zakochałam!  Chociaż...  To  coś  więcej  niż  zakochanie.  To  jest  miłość!  Prawdziwa, 

najprawdziwsza. 

Odetchnęła głęboko. Postanowiła nie myśleć, tylko cieszyć się chwilą. I Brodym. 

To  on  sprawił,  że  czuła  się  jak  nigdy  dotąd,  on  obudził  w  niej  nieznane  uczucia, 

wywołał niewiarygodne doznania. 

Przeznaczenie,  pomyślała.  Właściwie  od  początku  to  wiedziałam,  odkąd  zobaczyłam 

go wtedy w sklepie. Znalazłam go i nie zamierzam nikomu oddać. Za nic na świecie! 

- Jak na kogoś, kto rzekomo wyszedł z  wprawy, jesteś w wyjątkowo dobrej formie - 

szepnęła, głaszcząc go po plecach. 

Podejrzewał,  że  nie  została  mu  w  mózgu  ani  jedna  żywa  komórka,  no  bo  gdyby 

została, to przecież musiałaby działać. 

Udało mu się jęknąć. Kate bardzo ta odpowiedź rozbawiła. Roześmiała się, oplotła go 

ramionami.  Miał  jeszcze  tyle  siły,  żeby  odwrócić  głowę.  Twarz  zaplątała  mu  się  we  włosy 

Kate. 

To przeznaczenie, pomyślał. Lepiej już być nie może. 

- Obudź mnie, jak zacznę chrapać - poprosił. 

- Ani mi się śni. 

-  Żartowałem.  -  Podniósł  głowę,  uniósł  się  na  łokciach,  wyzwolił  ją  spod  swego 

ciężaru. - Uwielbiam na ciebie patrzeć. 

- Ja też, Na ciebie. - Bawiła się jego włosami. Nie były ani jasne, ani brązowe, ale ta 

mieszanka kolorów bardzo jej się podobała. Co najmniej tak samo jak właściciel. 

- Czy wiesz, że kiedy tylko cię zobaczyłam, zaczęłam marzyć o tym, żeby zaciągnąć 

cię  do  łóżka?  -  Podniosła  głowę,  delikatnie  ugryzła  go  w  ucho.  -  Już  pierwszego  dnia 

straciłam dla ciebie głowę. To u mnie nie jest normalne. 

- Ja miałem podobne reakcje. Byłem już niemal przekonany, że pewne części mojego 

ciała dawno umarły, ale ty je wskrzesiłaś. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił. 

background image

- Nic. - Uśmiechnęła się. - Najważniejsze, że mi się udało. W końcu zaciągnęłam cię 

do łóżka. 

- Dziękuję. - Brody ją pocałował. - A skoro już tu jesteśmy, skoro jesteśmy razem w 

łóżku... 

Kate chciała się roześmiać, ale poczuła, że on znów twardnieje, że zaczyna się w niej 

poruszać. 

- Muszę nadrobić stracony czas - szepnął, jakby się usprawiedliwiał. 

Doszedł  do  wniosku,  że  to  wcale  nie  jest  łatwo,  kiedy  ma  się  jednocześnie  romans  i 

dziecko. Po tamtej cudownej nocy wszystko jeszcze bardziej się skomplikowało. W każdym 

razie coraz trudniej mu było godzić potrzeby mężczyzny z obowiązkami ojca. 

Był bardzo zadowolony, że Kate lubi Jacka i lubi się nim zajmować. Nigdy nie robiła 

Brody'emu wyrzutów, że poświęcał synkowi dużo czasu. 

Prawdę  mówiąc,  gdyby  nie  zaakceptowała  Jacka  i  płynących  z  jego  obecności 

ograniczeń, ich związek nie potrwałby długo. Ani związek fizyczny, ani żaden inny. 

Po  namyśle  doszedł  do  wniosku,  że  to  jego  pierwszy  w  życiu  romans.  Swojego 

związku  z  Connie  nigdy  za  romans  nie  uważał.  W  dwudziestym  pierwszym  roku  życia  nie 

miewa  się  romansów.  W  tym  wieku  można  się  tylko  kochać,  miłością  szczerą,  prawdziwą  i 

ż

adną inną. 

Muszę  pamiętać,  powtarzał  sobie  w  myślach,  żeby  nie  idealizować  tego,  co  zaszło 

między mną a Kate.  Lubimy się, pragniemy i dobrze nam ze sobą.  I tak ma zostać. Niczego 

więcej do szczęścia nam nie potrzeba. 

Musiał  także  pamiętać,  że  przede  wszystkim  jest  ojcem.  Ojcem  i  matką 

sześcioletniego chłopczyka. Brody jeszcze nigdy nie słyszał o tym, żeby jakaś młoda, piękna i 

utalentowana  kobieta  chciała  się  związać  z  mężczyzną  samotnie  wychowującym  małe 

dziecko. 

Nie zamierzał żądać od Kate podobnego poświęcenia. I tak dostał od życia więcej niż 

mógł się spodziewać. Od życia i od Kate. Tłumaczył sobie, że jest już dorosły, że ma prawo 

do  romansu  z  dorosłą  i  wolną  kobietą.  A  romans  nie  musi  zaraz  odmieniać  człowiekowi 

całego życia, nie musi się przekształcać w żaden trwały związek. 

Dlatego nawet nie pomyślał o tym, by cokolwiek zmieniać w swoim życiu. No, może 

z wyjątkiem wystroju sypialni. 

Przyjrzał  się  z  uznaniem  wnętrzu,  które  miało  się  stać  gabinetem  Kate.  Musiał 

przyznać, że zrobił je bardzo ładnie. Było eleganckie i z klasą, tak jak jego właścicielka, która 

nie wiadomo gdzie się teraz podziewa. 

background image

Nagle  uświadomił  sobie,  że  lubi  wiedzieć,  gdzie  jest  Kate  i  co  w  danej  chwili  robi. 

Chciał  ją  mieć  zawsze  pod  ręką.  Na  wypadek  gdyby  udało  mu  się  wykroić  jakąś  wolną 

godzinę,  nim  trzeba  będzie  wrócić  do  domu  i  razem  z  Jackiem  robić  gazetkę  ścienną  o 

dinozaurach. 

Seks,  stolarka  i  pierwsza  klasa,  pomyślał  nieco  rozbawiony.  Nigdy  nie  wiadomo,  co 

się człowiekowi w życiu przytrafi. 

-  Na  pewno  mu  się  spodoba.  -  Kate  oglądała  ruchomą  szczękę  plastikowego 

drapieżnika. 

- Dinozaury zawsze się podobają. - Annie poprzestawiała zabawki, chociaż wcale nie 

trzeba było tego robić, i spojrzała na Kate. - Ten Jack O'Connell to strasznie fajny dzieciak. 

- No. 

- Jego ojciec też nie jest najgorszy. 

- Pewnie. Obaj są strasznie fajni. Oczywiście, nadal się spotykamy. Bo rozumiem, że 

tego się chciałaś dowiedzieć. 

- Ja nic takiego nie powiedziałam - zarzekała się  Annie. - Nigdy nie wtykam nosa w 

nie swoje sprawy. 

- Nie wtykasz - zgodziła się Kate. - Ty go wściubiasz. I za to właśnie cię kocham. No 

dobra, lecę. Jeszcze tylko zobaczę się z mamą. 

- Zapakować ci tego gada? 

-  Nie.  Jak zapakujesz,  to  będzie  prezent,  a mnie chodzi  o to, żeby  go  podrzucić  przy 

okazji jako model na lekcję o dinozaurach. 

-  Ty  umiesz  człowieka  podejść,  Katie.  Pewnie,  że  umiem,  pomyślała  Kate.  A  przede 

wszystkim wiem, czego chcę, i umiem znaleźć sposób, żeby to osiągnąć. 

Minęły  dwa  tygodnie,  odkąd  po  raz  pierwszy  kochała  się  z  Brodym.  Od  tamtej  pory 

spędzili  ze  sobą  tylko  jeden  wieczór  i  kilka  pojedynczych  godzin,  a  Kate  chciała  znacznie 

więcej. Nie tylko od Brody'ego, ale i od Jacka. 

W  tej  drugiej  sprawie  też  już  sporo  zrobiła.  Zabrała  Jacka  do  kina,  kilka  razy  poszła 

razem  z  nim  i  jego  ojcem  na  hamburgera,  a  w  pierwszą  sobotę  po  tym,  jak  spadł  porządny 

ś

nieg, wszyscy troje stoczyli prawdziwą bitwę na śnieżne kule. 

Kate zastukała do gabinetu matki, uchyliła drzwi, zajrzała do środka. Natasza siedziała 

przy biurku i rozmawiała przez telefon. Gestem zaprosiła córkę do środka. 

- Tak, tak, dziękuję. Wobec tego czekam na dostawę w przyszłym tygodniu. 

Wystukała coś na klawiaturze komputera, odłożyła słuchawkę i westchnęła. 

background image

-  W  samą  porę  -  powiedziała.  -  Muszę  się  napić  herbaty  i  porozmawiać  o  czymś,  co 

nie ma związku z lalkami. 

- Cieszę się, że mogę ci w tym pomóc. Mogę nawet zaparzyć herbatę. 

Kate  postawiła  dinozaura  na  biurku,  poszła  nastawić  wodę  na  herbatę.  Natasza 

przyjrzała się najpierw zabawce, a dopiero potem córce. 

- Dla Jacka - raczej stwierdziła niż zapytała. 

- No. Uczą się teraz o dinozaurach. Pomyślałam, że mały dostanie parę dodatkowych 

punktów za tego stwora. No i pewnie się ucieszy. 

- To bardzo miły chłopczyk. 

- Też tak uważam. - Kate nalała herbatę do filiżanek. - Brody świetnie go wychowuje, 

ale materiał do wychowania też ma wspaniały. 

-  Owszem.  Chociaż  niełatwo  jest  samotnie  wychowywać  dziecko.  Zwłaszcza 

mężczyźnie. 

- Nie pozwolę mu samemu skończyć tej roboty. 

-  Kate  postawiła  filiżanki  na  biurku,  usiadła.  -  Kocham  Brody'ego,  mamusiu,  i  mam 

zamiar zostać jego żoną. 

-  Och,  Kate!  -  Natasza  zerwała  się  z  miejsca  i  przytuliła  córkę.  Łzy  pociekły  jej  po 

policzkach. 

- Cudowna wiadomość, córeńko! Nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę. Moja mała 

dziewczynka wychodzi za mąż! 

Przykucnęła przy Kate, pocałowała ją mocno w oba policzki. 

-  Będziesz  najpiękniejszą  panną  młodą  na  całym  świecie.  Czy  już  ustaliliście  datę? 

Musimy wszystko dokładnie zaplanować. Zobaczysz, jak się tatuś ucieszy z tej wiadomości. 

- Zaczekaj, nie tak szybko. 

Kate roześmiała się, chwyciła matkę za rękę. 

- Nie ustaliliśmy żadnej daty, bo Brody jeszcze nie wie, że powinien poprosić mnie o 

rękę. Muszę go dopiero do tego przekonać. 

- Ale... 

- Brody jest mimo wszystko bardzo staroświecki i na pewno oświadczy się jak należy. 

Oczywiście we właściwym czasie. Trzeba go tylko lekko popchnąć w odpowiednim kierunku. 

A jak już się oświadczy, wtedy wszystko sobie zaplanujemy. 

Natasza  się  wyprostowała.  Widać  było,  że  jest  rozczarowana  i  może  nawet  trochę 

zmartwiona. 

background image

-  Brody  nie  jest  rzeczą,  Katie.  Nie  możesz  go  przestawiać  ani  popychać,  jak  ci  się 

podoba. 

- Wcale tak o nim nie myślę, mamusiu. Ale chyba sama przyznasz, że każdy związek 

zmierza  w  jakimś  kierunku.  A  więc  muszę  popracować  nad  tym,  żeby  rozwijał  się  we 

właściwym. 

-  Kochanie.  -  Natasza  wróciła  na  swoje  miejsce  za  biurkiem.  -  Podziwiam  twoją 

logikę, zmysł praktyczny i upór, z jakim dążysz do celu, ale miłość, małżeństwo czy rodzina 

nie zawsze opierają się na logice. Prawdę mówiąc, bardzo rzadko opierają się na logice. 

- Ja go kocham, mamo - rzekła dobitnie Kate. Nataszy znów łzy napłynęły do oczu. 

- Wiem, córeńko. Widzę. Jeśli naprawdę go chcesz, to ja też chcę, żebyś została jego 

ż

oną, ale... 

-  Chcę  zostać  mamą  Jacka  -  przerwała  jej  Kate.  Ona  także  była  wzruszona.  -  Nie 

miałam  pojęcia,  że  zapragnę  tego  tak  bardzo.  Najpierw  uważałam,  tak  jak  ty,  że  to  bardzo 

miły  chłopczyk.  Lubiłam  go,  ale  wiesz,  że  ja  lubię  wszystkie  dzieci.  A  teraz  się  w  nim 

zakochałam, mamusiu. Jestem po uszy zakochana w Jacku. W nim i w jego tatusiu. 

Natasza wzięła do ręki dinozaura. Przyglądała mu się i uśmiechała coraz szerzej. 

-  Wiem,  jak  to  jest,  kiedy  się  pokocha  cudze  dziecko,  kogoś,  kto  wkracza  w  nasze 

ż

ycie  już  uformowany  i  od  razu  całkiem  je  odmienia.  Nie  wątpię,  że  będziesz  go  kochała, 

jakby był twoim własnym synem. 

- Więc dlaczego się zmartwiłaś? 

-  Bo  jesteś  moją  córeczką  -  wyjaśniła  Natasza,  stawiając  zabawkę  z  powrotem  na 

biurku.  -  Nie  chcę,  żebyś  cierpiała.  Jesteś  gotowa  otworzyć  dla  nich  serce,  oddać  im  swoje 

ż

ycie, ale to jeszcze nie znaczy, że oni tego chcą. 

-  Brody'emu  na  mnie  zależy.  -  Tego  była  pewna,  a  jednak  trochę  się  zmartwiła.  - 

Tylko jest bardzo ostrożny. 

- To dobry człowiek, Katie, i nie wątpię, że mu zależy, ale nie wiem, czy on cię kocha. 

-  Ja  też  tego  nie  wiem.  -  Kate  westchnęła  i  wstała  z  krzesła.  -  A  nawet  jeśli  mnie 

kocha,  to  na  pewno  jeszcze  nie  zdaje  sobie  z  tego  sprawy.  Dlatego  muszę  być  cierpliwa  i 

jednocześnie stanowcza. Staram się zachowywać rozsądnie, ale bardzo cierpię, mamusiu. Już 

cierpię i nawet ty nic na to nie poradzisz. 

- Moja maleńka. - Natasza przyciągnęła Kate do siebie, posadziła ją sobie na kolanach 

i przytuliła jak małą dziewczynkę. -  Z miłością tak to już jest. Nie da się jej uporządkować, 

nie można jej zamknąć w żadnych ramach. Nawet tobie się to nie uda. 

background image

- A jednak spróbuję. - Kate uśmiechnęła się przez łzy, pocałowała matkę w policzek. - 

Zrobię tak, że będzie dobrze. Zobaczysz. 

Ciężko  jej  było  nie  przyjeżdżać  na  budowę.  Z  dziesięć  razy  już  była  w  drodze  i  z 

dziesięć razy zdołała przekonać samą siebie, by jednak nie iść, nie sprawdzać, jak postępują 

prace. I nie widzieć się z Brodym. 

Ułatwiła  sobie  to  zadanie,  dając  anons  do  gazety  o  rozpoczęciu  zapisów  do  nowej 

szkoły tańca. Prawie cały dzień przesiedziała przy telefonie, rozmawiając z rodzicami swoich 

przyszłych uczniów i uczennic. 

Szkoła  Kate  miała  rozpocząć  działalność  w  kwietniu,  ale  już  teraz  zgłosiło  się 

sześcioro  chętnych.  W  przyszłym  tygodniu  w  lokalnej  gazecie  miał  się  ukazać  artykuł  o 

szkole. Kate była pewna, że artykuł spowoduje jeszcze większe zainteresowanie i przysporzy 

jej kolejnych uczniów. 

Jadąc  do  Brody'ego,  bo  po  południu  pozwoliła  sobie  w  końcu  na  tę  przyjemność, 

myślała  o  nowym  etapie  swej  zawodowej  kariery.  Życzyłaby  sobie,  żeby  jej  życie  osobiste 

nadążało za zmianami w życiu zawodowym. W nim także musiała otworzyć nowy rozdział. 

Brody stanął w progu bosy, pachnący świecowymi kredkami. 

- Przepraszam, że wpadłam bez uprzedzenia - powiedziała Kate - ale przyniosłam coś 

dla Jacka. 

-  Fajnie,  że  przyszłaś.  -  Odsunął  się,  żeby  ją  wpuścić  do  środka.  -  Może  byś  nam 

pomogła? Tylko uprzedzam, że jest straszny bałagan. 

- Przygotowanie gazetki ściennej rzadko kiedy obywa się bez bałaganu. 

Zaskoczyła  go.  Jakim  cudem  pamiętała  o  gazetce?  Przecież  tylko  raz  czy  dwa  o  tym 

wspomniał. No, może jeszcze trochę ponarzekał, ale na pewno nie bardzo. 

Jack klęczał na taborecie przy kuchennym stole. Na stole leżał wielki karton, a na nim 

widniało coś, co bardzo przypominało wielką świnię namalowaną przez Salvadora Dali. 

Było  tam  także  kilka  otwartych  książek  z  podobiznami  dinozaurów,  ilustracje 

wydrukowane z komputera i całe mnóstwo plastikowych zabawek, kredek i flamastrów. 

Kate chciała podejść do stołu, ale but przykleił się jej do podłogi. 

- Mieliśmy mały wypadek z klejem - pośpieszył z wyjaśnieniami Brody. - Zdawało mi 

się, że wszystko starłem, ale chyba jednak coś przegapiłem. 

- Cześć, Kate! - zawołał Jack, podskakując na swoim taborecie. - Rysuję dinozaura. 

- Widzę. Tylko nie wiem, jaki to gatunek. Nie znam się na dinozaurach. 

-  Sta  -  geo  -  zaurus.  Widzisz?  Jest  narysowany  w  tej  książce.  Nie  za  bardzo  mi 

wyszedł. 

background image

- Ale za to ślicznie go pokolorowałeś - pochwaliła Kate. 

-  No.  -  Jack  był  bardzo  dumny  z  siebie.  -  Tatuś  mówi,  że  nie  można  wychodzić  za 

linię, kiedy się koloruje. Dlatego narysowaliśmy takie grube linie. 

- Bardzo rozsądnie. - Kate pochyliła się nad stołem, żeby przyjrzeć się rysunkowi. 

U  góry  kartonu  widniały  delikatnie  narysowane  ołówkiem  linijki,  w  które  Jack 

koślawymi literami wpisał tytuł: „Parada dinozaurów”. 

Nazwa była trafna, bo dinozaury na obrazku maszerowały gęsiego, choć nie całkiem w 

linii prostej. 

-  Świetnie  ci  idzie  -  stwierdziła  Kate.  -  Chyba  niepotrzebnie  przywiozłam  ci 

dodatkową pomoc naukową. Sięgnęła do torby. 

-  T  -  Rex!  -  wrzasnął  uszczęśliwiony  Jack.  -  Tatusiu,  patrz!  To  groźny  drapieżnik. 

Wszyscy się go boją, bo on wszystkich zjada. 

- Rzeczywiście bardzo groźny. - Brody uśmiechnął się. 

- Czy będę mógł go zabrać do szkoły? Bo zobacz, on rusza łapami i nogami, i w ogóle. 

I pyskiem też rusza. Mogę? 

- Tatuś na pewno ci pozwoli - wtrąciła Kate. - To przecież pomoc naukowa na lekcję o 

dinozaurach. A tu masz jeszcze o nich książeczkę. Opisano w niej dokładnie, jak i kiedy żyły 

T - Rexy i jak wszystkich zjadały. 

-  Oczywiście,  że  możesz  go  wziąć  do  szkoły  -  zgodził  się  Brody.  -  Ale  najpierw 

powinieneś podziękować Kate. 

- Dziękuję! - Jack zmusił dinozaura, by przemaszerował po gazetce. - Bardzo dziękuję. 

Jest strasznie fajny. 

- Cieszę się, że ci się podoba. - Kate uśmiechnęła się. - A nie zasłużyłam przypadkiem 

na buziaka? 

Jack roześmiał się, zakrył buzię rączkami. 

- Nie. 

-  Trudno.  -  Kate  westchnęła  komicznie.  -  Skoro  ty  nie  chcesz,  to  muszę  pocałować 

twojego tatusia. 

Odwróciła  się  i  nim  Brody  zdążył  zareagować,  wycisnęła  na  jego  ustach  soczysty 

pocałunek. 

A  przecież  jak  ognia  unikał  całowania  jej  w  obecności  Jacka.  Nawet  jej  nie  dotykał, 

kiedy chłopczyk był w pobliżu. Kate uznała, że najwyższy czas z tym skończyć. Dlatego nie 

tylko pocałowała Brody'ego, ale jeszcze się do niego przytuliła. 

background image

Jack  zakrył  buzię  rączkami.  Śmiał  się  cichutko,  ale  uważnie  obserwował,  co  robią 

dorośli. 

Zachowywali  się  zupełnie  tak  samo  jak  rodzice  Roda.  Chyba  przez  to  w  kuchni 

zrobiło  się  jakby  cieplej,  jakby  trochę  jaśniej.  Właśnie  tak,  jak  kiedy  zza  chmur  wyjrzy 

słońce. A przecież był już wieczór i słońce w żaden sposób nie mogło zaświecić, nawet gdyby 

bardzo chciało. 

-  No  dobrze,  zrobiłam  już,  co  do  mnie  należało  -  oznajmiła  Kate,  puszczając 

Brody'ego, który stał jak wrośnięty w ziemię. - Muszę lecieć. 

- Nie możesz zostać? Pomożesz nam rysować dinozaury. Tatuś obiecał, że na kolację 

będą hamburgery - kusił Jack. 

-  Bardzo  bym  chciała,  ale  naprawdę  nie  mogę.  Za  pół  godziny  mam  bardzo  ważne 

spotkanie. 

Specjalnie  się  umówiła.  Bała  się,  że  da  się  skusić  namowom  i  zostanie.  A  ta  wizyta 

miała być krótka i konkretna. Oczywiście, jeśli ma przynieść zamierzony efekt. 

-  Pod  koniec  tygodnia  znów  wybierzemy  się  do  kina  -  obiecała.  -  Jeśli  przedtem 

odrobisz wszystkie lekcje. 

- Odrobię. Słowo honoru. 

-  Do  jutra,  Brody.  Nie  odprowadzaj  mnie,  sama  trafię  do  drzwi.  Macie  jeszcze  kupę 

roboty z tymi dinozaurami. 

-  Dzięki,  że  wpadłaś  -  mruknął  jeszcze  Brody,  choć  już  usłyszał  stuknięcie 

zamykających się za nią drzwi. 

- Tatusiu! 

- Tak? 

- Czy ty lubisz całować Kate? 

- No...Widzisz... 

Zaczyna  się,  pomyślał  przerażony  Brody.  Jack  przyglądał  mu  się  uważnie,  więc 

musiał jakoś to wyjaśnić. Usiadł przy stole obok synka. 

- Trochę trudno to wytłumaczyć - mówił - ale kiedy będziesz starszy... Starsi chłopcy 

lubią całować dziewczyny. 

- Ale tylko ładne? 

- Właściwie tak. Całuje się tylko takie dziewczyny, które się lubi. 

- A my lubimy Kate, prawda? 

- Jasne, że lubimy. 

background image

Brody  odetchnął  z  ulgą.  Był  bardzo  zadowolony,  że  ominęła  go  trudna  męska 

rozmowa. Na szczęście Jack nie interesował się jeszcze sprawami seksu. 

- Tatusiu? 

- No? 

- Czy ty się ożenisz z Kate? 

- Czy ja... - Brody przeraził się nie na żarty. - Skąd ci to przyszło do głowy, synku? 

-  Sam  mówiłeś,  że  ją  lubisz.  Lubisz  ją  całować  i  nie  masz  żony  -  wyliczał  Jack.  - 

Rodzice Roda... Wiesz, oni też czasami się całują. 

-  Nie  trzeba  być  małżeństwem,  żeby  się  całować.  -  Boże,  co  ja  wygaduję!  - 

Małżeństwo  to  nie  zabawa,  Jack.  Ludzie  muszą  się  najpierw  dobrze  poznać,  doskonale 

rozumieć i bardzo polubić, a dopiero potem mogą zostać mężem i żoną. 

-  Przecież  ty  znasz  Kate  i  chyba  ją  lubisz.  Brody  czuł  spływającą  mu  wzdłuż 

kręgosłupa strużkę potu. 

-  Jasne,  że  ją  lubię  -  odparł.  -  Pewnie  że  tak.  Ale  ja  znam  bardzo  wielu  ludzi. 

Niektórych bardzo lubię, ale się z nimi nie żenię. Żeby wziąć z kimś ślub, trzeba go najpierw 

pokochać. 

- To ty nie kochasz Kate? 

Brody  otworzył  usta,  zamknął.  Pomyślał,  że  znacznie  trudniej  jest  oszukać  syna  niż 

samego siebie. 

Jeśli  nie  chciał  skłamać,  powinien  powiedzieć,  że  nie  wie.  Nigdy  przedtem  nie 

zastanawiał się nad tym, co czuje do Kate Kimball. 

- To nie jest takie proste, synku. 

- Dlaczego? 

Brody  uznał,  że  z  dwojga  złego  wolałby  jednak  rozmawiać  z  synem  o  seksie,  ale 

przecież musiał mu to wszystko jakoś wytłumaczyć. Postanowił zacząć od samego początku. 

- Kochałem twoją mamę - powiedział. - Wiesz o tym, prawda? 

- Aha. Moja mama była bardzo ładna. Tak samo jak Kate. I troszczyliście się o siebie 

nawzajem  i  o  mnie  też.  Ale  mamusia  poszła  do  nieba.  Dlaczego  musiała  iść  do  nieba? 

Dlaczego z nami nie została? 

-  Nie  miała  nic  do  powiedzenia,  chociaż  bardzo  nie  chciała  nas  zostawiać.  Ale 

mamusia poszła do nieba, a my zostaliśmy całkiem sami na świecie, ale jakoś sobie bez niej 

poradziliśmy. Chyba dobrze nam było razem, co? 

- Jasne. Jesteśmy zgraną paczką, ty i ja. 

background image

-  No  właśnie.  -  Brody  wyciągnął  rękę,  żeby  Jack  mógł  przybić  piątkę.  -  Teraz  nasza 

zgrana paczka musi się zająć dinozaurami. 

Jack  wziął  do  ręki  kredkę.  Jeszcze  tylko  raz  spojrzał  na  ojca.  Wiedział,  że  stanowili 

zgraną  paczkę,  bardzo  się  z  tego  cieszył,  ale  przyjemnie  mu  się  zrobiło,  kiedy  pomyślał,  że 

mogliby przyjąć do swojej paczki Kate. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Prace remontowe zbliżały się ku końcowi. Pozostało jeszcze wyposażenie obu kuchni, 

kosmetyczne prace wykończeniowe w mieszkaniu nad szkołą i uporządkowanie terenu wokół 

domu. 

Brody  montował  szafki  w  dużej  kuchni  na  górze.  Był  sam,  nie  musiał  się  spieszyć. 

Miał mnóstwo czasu na dumanie. 

To  będzie  przepiękne  mieszkanie,  pomyślał.  Idealne  dla  jednej  osoby  albo  dla 

bezdzietnego małżeństwa. Ale dla rodziny byłoby trochę za ciasne. 

„Czy ty się ożenisz z Kate?” Ni stąd, ni zowąd przypomniało mu się pytanie Jacka. 

Nadal nie miał pojęcia,  dlaczego synek  go o to spytał, skąd to nagłe zainteresowanie 

sprawami  dorosłych.  Przez  to  jedno  głupie  pytanie  życie  Brody'ego  bardzo  się 

skomplikowało. Całkiem utracił spokój ducha. 

Nawet mi nie przyszła do głowy myśl o małżeństwie, przekonywał sam siebie. Nawet 

na  myślenie  o  małżeństwie  nie  mogę  sobie  pozwolić.  Przede  wszystkim  muszę  myśleć  o 

dziecku, o tym,  co będzie jadło i w co się ubierze, a firma dopiero staje  na nogi. Nasz stary 

dom  też  czeka  na  moje  ręce.  Nie  mam  czasu!  Nie  mam  ani  czasu,  ani  sił,  ani  ochoty  na 

kolejne  komplikacje.  Tyle  spraw  na  głowie,  tyle  kłopotów.  Nie  ma  sensu  mieszać  do  tego 

wszystkiego jeszcze kogoś. Zwłaszcza kogoś, kto przywykł do luksusu i łatwego życia. 

Raz już był w podobnej sytuacji. Nie żałował tego, uchowaj Boże. Nie żałował, choć 

musiał przyznać, że wtedy też pora była nieodpowiednia i zupełnie nieodpowiednia kobieta. 

Jego  nierozważna  decyzja  skomplikowała  życie  tylu  osobom,  że  aż  trudno  by  je  było 

policzyć. 

Powtarzanie  własnych  błędów  to  czysta  głupota,  przekonywał  się.  Po  co  szukać 

nowych kłopotów, jeśli starych wciąż jest pod dostatkiem. 

I skąd pewność, że Kate by mnie chciała? Ona nawet nie pomyślała o małżeństwie. Po 

co miałaby się wiązać z ciężko pracującym samotnym ojcem, skoro na świecie aż się roi od 

przystojnych i bogatych facetów bez zobowiązań? Zresztą ona ma swoje plany, swoje sprawy. 

Choćby tę szkołę. 

Nie ma mowy, żeby mnie chciała, pomyślał. 

Ale  zaraz  przypomniał  sobie  Connie.  Ona  też  była  bogata  i  dobrze  wykształcona,  a 

jednak go pokochała. Oboje byli w sobie do szaleństwa zakochani. 

background image

Byliśmy młodzi i głupi, pomyślał z żalem. A teraz jestem dorosły. Kate też. Jesteśmy 

rozsądnymi ludźmi, którzy lubią ze sobą przebywać. W tym  wieku szaleństwo z miłości już 

człowiekowi nie grozi. Na szczęście. 

Ktoś dotknął jego ramienia i Brody aż podskoczył. 

Był  tak  bardzo  pogrążony  w  myślach,  że  nawet  nie  usłyszał,  jak  ten  ktoś  wszedł  do 

kuchni. 

- Coś ty taki nerwowy, O'Connell? - zaśmiał się Jerry Skully. 

Jerry  był  ojcem  Roda,  kolegą  z  lat  dziecinnych  Brody'ego.  Jerry  dawno  przekroczył 

trzydziestkę, mimo to zachował młodzieńczy wygląd i dobroduszny uśmiech. 

- Nie słyszałem, jak wszedłeś - usprawiedliwiał się Brody. 

-  Niemożliwe.  Wołałem  cię  parę  razy.  -  Jerry  podparł  się  pod  boki  i  przechadzał  po 

kuchni.  Brody  pomyślał,  że  jeśli  facet  w  krawacie  i  garniturze  znajdzie  się  na  budowie,  od 

razu wygląda jak jakiś ważniak. 

- Szukasz pracy? - spytał. - Mam tu jeden wolny młotek. 

- Bardzo śmieszne - mruknął Jerry. 

Koledzy  zawsze  tak  sobie  z  niego  żartowali.  Jerry  był  świetnym  matematykiem  i 

duszą towarzystwa, ale bez dokładnej instrukcji nie umiał nawet wkręcić żarówki. 

- Zrobiłeś wreszcie te półki w pralni? - spytał Brody, jakby nie znał odpowiedzi. 

-  Nie  zrobiłem,  ale  są  zrobione.  Beth  powiedziała,  że  to  krasnoludki.  -  Popatrzył  na 

Brody'ego. - Ty oczywiście nie masz z tym nic wspólnego? 

-  Nie  zatrudniam  krasnoludków.  -  Brody  wzruszył  ramionami.  -  Ich  związek 

zawodowy stawia takie warunki, że mogą wykończyć każdego przedsiębiorcę. 

- A ja myślałem, że to twoje krasnoludki. Mam u nich dług wdzięczności. Gdyby nie 

one, Beth nadal suszyłaby mi głowę o te półki. 

Znali się jak dwa łyse konie i rozumieli się w pół słowa. Jerry dowiedział się, kto go 

wyręczył  w  pracy,  a  Brody  odebrał  stosowne  podziękowanie.  Sprawa  została  definitywnie 

załatwiona. 

- Ty to naprawdę jesteś złota rączka - chwalił przyjaciela Jerry. - Zrobiłeś z tej rudery 

prawdziwy  pałac.  Nasza  Carrie  o  niczym  innym  nie  mówi,  tylko  o  tej  szkole  baletowej. 

Chyba w końcu trzeba ją będzie posłać na lekcje tańca. Podobno mają się zacząć w przyszłym 

miesiącu. 

- Ja na pewno skończę swoją robotę najdalej za dwa tygodnie. W domu trzeba jeszcze 

wykończyć to i owo i uporządkować teren wokół budynku, ale parter jest już gotowy. - Brody 

background image

zabrał  się  za  ustawianie  szafek.  -  A  swoją  drogą  ciekaw  jestem,  co  ty  tu  robisz  w  samym 

ś

rodku dnia. Wylali cię z roboty, czy co? 

-  Spokojna  głowa.  Nie  wylali  i  jeszcze  długo  nie  wyleją.  -  Jerry  się  roześmiał.  - 

Miałem  spotkanie  wmieście.  Skończyło  się  wcześniej,  niż  planowałem,  więc  wpadłem 

zobaczyć, jak sobie poradziłeś z tym starym domem. Może o tym nie wiesz, ale na razie jest 

własnością naszego banku. Przynajmniej częściowo. 

- Dlatego właśnie klientka wybrała najlepszą firmę budowlaną w mieście - oświadczył 

Brody, uśmiechając się szeroko. 

- Podobno ty i ta baletnica dość regularnie ze sobą tańcujecie. 

- Plotki, plotki i jeszcze raz plotki - westchnął zabawnie Brody. - Gdyby nie te plotki, 

wszystkie małe miasteczka umarłyby z nudów na długo przed wojną secesyjną. 

-  Ona  jest  naprawdę  śliczna,  ta  twoja  Kate.  -  Jerry  przyglądał  się,  jak  Brody 

dopasowuje do siebie dwie szarki. 

- Nie „moja Kate”, tylko po prostu Kate - warknął Brody. - Przynajmniej ty mógłbyś 

się mnie nie czepiać. 

- Dobra, dobra. Nie wściekaj się. Widziałeś ty kiedyś prawdziwy balet? 

- Nie - burknął wciąż jeszcze nadąsany Brody. 

- A ja widziałem - pochwalił się Jerry. - Moja młodsza siostra... Pamiętasz Tiffany? 

- Pamiętam. - Brody skinął głową. 

- Tiffany przez kilka lat chodziła na lekcje tańca. Raz nawet tańczyła w „Dziadku do 

orzechów”.  Rodzice  zabrali  mnie  na  przedstawienie.  Były  tam  takie  fajne  wielkie  myszy, 

walki na miecze i ogromna choinka - wspominał Jerry. - Poza tym nic ciekawego. Tancerze 

podskakiwali  i  kręcili  się  w  kółko.  Nudy  na  pudy.  Chyba  wszystkie  balety  są  do  siebie 

podobne. 

- Pewnie tak. 

-  Tiffany  tydzień  temu  wróciła  do  domu.  Ostatnio  przez  kilka  lat  mieszkała  w 

Kentucky,  ale  nareszcie  rozwiodła  się  z  tym  kretynem,  za  którego  wyszła  za  mąż.  Chce 

pomieszkać z rodzicami przez jakiś czas, dopóki nie stanie na nogach. 

- Jasne - mruknął Brody. 

Położył  poziomnicę  na  obu  szafkach,  zadowolony  skinął  głową.  Zajął  się  robotą  i 

wcale nie słuchał paplaniny przyjaciela. 

- Pomyślałem sobie, że skoro znów zacząłeś się umawiać z kobietami, to może byś ją 

gdzieś zabrał. Do kina albo na kolację. Niech się dziewczyna trochę rozerwie. 

- No. - Brody montował już trzecią szafkę. 

background image

- Dobrze by jej to zrobiło. Wiesz, ona ostatnio dużo przeszła, ta moja siostra. Niechby 

się  przekonała,  że  są  jeszcze  na  świecie  faceci,  którzy  potrafią  przyzwoicie  obchodzić  się  z 

kobietami. 

- Tak, tak - potakiwał Brody, nie bardzo wiedząc, o co chodzi. 

- Wiesz, że ona się w tobie kiedyś kochała? No to jak? Zadzwonisz do niej? 

-  Oczywiście  -  odparł  machinalnie  Brody  i  dopiero  wtedy  oprzytomniał.  -  Do  kogo 

mam zadzwonić? 

-  O  Boże,  Brody!  Do  mojej  siostry.  Masz  do  niej  zadzwonić  i  zaprosić  ją  do  kina. 

Przecież o tym właśnie rozmawiamy. 

- Naprawdę? Nie przypominam sobie. 

- Przestań się zgrywać, O'Connell. Sam powiedziałeś... 

-  Ja  nic  nie  mówiłem  -  protestował  Brody.  Pomyślał,  że  musi  uważniej  słuchać,  co 

ludzie  do  niego  mówią,  jeśli  nie  chce  sobie  napytać  biedy.  Jednak  najpierw  musiał  odkręcić 

to, co już się namotało. 

- Nie mogę się umówić z twoją siostrą - tłumaczył - ponieważ spotykam się z Kate. 

- No i co z tego? Przecież nie jesteście małżeństwem. Nawet nie mieszkacie razem. 

Brody  nie  zamierzał  umawiać  się  ani  z  Tiffany,  ani  w  ogóle  z  żadną  inną  kobietą. 

Oczywiście  z  wyjątkiem  Kate.  Jednakże  nie  potrafił  powiedzieć  tego  Jerry'emu  prosto  z 

mostu. 

- Widzisz, Jerry, ja wcale nie zacząłem się umawiać z kobietami. 

- Przecież spotykasz się z tą baletnicą. 

- Nie spotykam się. To znaczy... 

Szukając odpowiedniego słowa, spojrzał za siebie i zobaczył stojącą w progu Kate. 

-  Dobrze,  że  jesteś,  Kate  -  powiedział  zadowolony,  że  już  nie  musi  się  tłumaczyć. 

Skąd miał wiedzieć, że właśnie dostał się z deszczu pod rynnę? 

- Cześć. - Ton jej głosu nie wróżył nic dobrego. 

- Widzę, że wam przeszkadzam. 

Jerry  natychmiast  wyczuł,  co  się  święci.  Zrobił  niewinną  minę  i  nagle  zaczął  się 

bardzo spieszyć. 

-  Cześć,  Kate  -  powiedział,  ostentacyjnie  spoglądając  na  zegarek.  -  O  rany!  Nie 

wiedziałem, że to już tak późno! Muszę lecieć. Zadzwonię do ciebie, Brody. Do zobaczenia. 

-  To  był  Jerry  -  mruknął  Brody,  gdy  na  drewnianych  schodach  ucichły  kroki 

przyjaciela. 

- Tak, wiem. 

background image

- Dzisiaj zamontuję ci szafki w kuchni - ciągnął, jakby naprawdę nie czuł wiszącej w 

powietrzu burzy. - Bukowe drewno pięknie tu wygląda. Jutro zabierzemy się za garderobę. 

- Świetnie - syknęła Kate. 

Wciąż nie wiedział, co się święci, gdy tymczasem Kate ostatkiem sił trzymała nerwy 

na  wodzy.  Nie  zamierzała  się  dłużej  męczyć.  Postanowiła  spuścić  je  z  uwięzi,  pozwolić,  by 

rzuciły się wrogowi do gardła. 

-  A  więc  nie  spotykamy  się,  tak?  My  tylko...  -  Urwała,  podeszła  do  Brody'ego.  - 

Ciekawe, co mu chciałeś powiedzieć? Że tylko ze sobą sypiamy? 

-  Jerry  mnie  zaskoczył  -  tłumaczył  się  Brody.  -  Byłem  zajęty  robotą,  nie  słuchałem 

jego gadania. 

- A jak już usłyszałeś, to bałeś się powiedzieć, że coś nas łączy! A może ty się mnie 

wstydzisz? 

- Niczego się nie wstydzę - prychnął Brody. - A już na pewno nie ciebie. 

- Ciekawostka - znęcała się nad nim Kate. - To po co to całe kręcenie? 

- Jak się podsłuchuje  cudze rozmowy, to trzeba  się liczyć z różnymi przykrościami - 

odparował  Brody.  -  I  wielka  szkoda,  że  nie  słyszałaś  wszystkiego.  Jerry  mnie  prosił,  żebym 

umówił się z jego siostrą do kina, a ja mu tłumaczyłem, dlaczego nie jest to możliwe. 

-  Po  pierwsze:  nie  podsłuchiwałam.  -  Kate  była  taka  wściekła,  że  mogłaby  mu  w  tej 

chwili  wydrapać  oczy.  -  To  mój  dom  i  mam  prawo  po  nim  chodzić.  Po  drugie:  zamiast 

tłumaczyć się Jerry'emu, mogłeś mu po prostu odmówić. 

- Nie mogłem. 

-  A  więc  jednak  umiesz  powiedzieć  „nie”!  No  to  teraz  ja  ci  coś  powiem  -  mówiła, 

wbijając palec w tors Brody'ego. - Sypiam z tobą, bo ja tak chcę. Nie idę do łóżka z każdym, 

kto ma na to ochotę. 

- Czy ja powiedziałem, że jest inaczej? 

- Jeśli jestem z jakimś facetem, to jestem tylko z nim i z żadnym innym. Jasne? I od 

niego wymagam tego samego. Od ciebie też! Jeśli ci to nie odpowiada, wystarczy powiedzieć. 

- Janie... 

- I nie myśl sobie - ciągnęła, nie zwracając uwagi na jego protesty - że możesz się mną 

zasłaniać, kiedy nie chce ci się oddać przysługi przyjacielowi. Ja sobie tego nie życzę! Masz 

prawo  zadzwonić  do  siostry  Jerry'ego  albo  do  kogokolwiek  innego.  Ja  na  pewno  nie  będę 

miała nic przeciwko temu. 

-  Czego  się  czepiasz,  kobieto?  -  zdenerwował  się  Brody.  -  Wściekasz  się,  bo 

odmówiłem Jerry'emu, czy dlatego, że mu nie odmówiłem? 

background image

Kate  zacisnęła  pięści.  Miała  ochotę  go  znokautować,  ale  przecież  damy  tak  nie 

postępują. A ona była damą w każdym calu. 

-  Kretyn  -  warknęła.  Odwróciła  się  na  pięcie  i  wyszła,  rzuciwszy  jakąś  obelgę  w 

obcym języku. 

Godzinę później wszystkie szafki były na swoich miejscach, ale Brody wciąż nie mógł 

się uspokoić. 

Chyba  ze  sto  razy  analizował  całą  kłótnię  z  Kate.  Teraz  już  wiedział,  co  należało 

powiedzieć  i  jakich  słów  użyć.  Obiecał  sobie,  że  powie  jej  to  wszystko  przy  pierwszej 

nadarzającej się okazji. 

Na pewno nie będę jej błagał o przebaczenie, myślał. Ja nic złego nie zrobiłem, a ona 

nazwała  mnie  kretynem.  Ale  zaraz  pomyślał  sobie,  że  gdyby  naprawdę  uważała  go  za 

kretyna,  to  raczej  nie  marnowałaby  dla  niego  takiej  masy  czasu.  Na  koniec  uznał,  że  żaden 

człowiek nie potrafi zrozumieć kobiety, więc jeśli chce mieć święty spokój, to nie powinien 

się z nimi zadawać. 

Odwrócił  się,  żeby  schować  narzędzia  do  skrzynki,  i  omal  nie  wpadł  na  Spencera 

Kimballa. 

-  Co  was  dziś  opętało  -  mruknął.  -  Ciągniecie  tu  wszyscy  jak  pszczoły  do  miodu. 

Muszę chyba powiesić zakaz wstępu. Zwłaszcza zakaz wstępu dla kobiet. 

Spencer  znał  Brody'ego  od  jakiegoś  czasu,  ale  po  raz  pierwszy  widział  go  w  takim 

stanie. 

-  Myślałem,  że  ty  nigdy  się  nie  denerwujesz  -  zauważył.  -  Chyba  nie  ja  jeden 

przeszkadzam ci dzisiaj w pracy. 

-  Delikatnie  mówiąc  -  mruknął  Brody.  -  Pół  miasta  przewaliło  się  dziś  przez  tę 

kuchnię, i wszyscy z pretensjami. Gdyby to było większe miasto, już dawno bym zwariował. 

- Ja nie mam żadnych pretensji - uspokoił go Spencer. 

-  A  więc  pewnie  chodzi  o  waszą  kuchnię  -  domyślił  się  Brody.  -  Najdalej  za  dwa 

tygodnie możemy zaczynać. 

-  Kuchnia  to  specjalność  mojej  żony.  Ja  się  do  tego  nie  mieszam.  Przyszedłem 

zobaczyć,  jak  postępują  roboty  w  szkole  baletowej.  Muszę  przyznać,  że  poradziłeś  sobie  po 

mistrzowsku. 

- Nie mogę narzekać - burknął Brody, ale zaraz tego pożałował. - Przepraszam. Mam 

zły dzień. 

background image

- To jakaś epidemia? - spytał Spencer. Już wiedział, dlaczego jego córka była w takim 

podłym  nastroju.  -  Kate  też  jest  zła  jak  osa.  Ustawia  meble  w  swoim  gabinecie  z  takim 

impetem, że chyba jutro trzeba będzie zamawiać nowe. 

- Nie wiedziałem, że jeszcze tu jest - rzekł Brody z udaną obojętnością. 

- Z tego, jak mnie oboje potraktowaliście, wnoszę, żeście się pokłócili - stwierdził bez 

emocji Spencer. 

-  Nie  pokłóciliśmy  się  -  wybuchnął  Brody.  -  To  ona  na  mnie  napadła.  Bez  żadnego 

powodu. 

Tak  ci  się  tylko  wydaje  -  stwierdził  spokojnie  Spencer.  -  W  naszej  rodzinie  kobiety 

zawsze  znajdą  powód,  żeby  na  człowieka  napaść,  zwłaszcza  jeśli  ten  człowiek  jest 

mężczyzną. 

- Z babami zawsze są kłopoty. 

- Ale bez bab też ciężko - zauważył filozoficznie Spencer. 

- Ja całkiem nieźle sobie radzę. Obaj z Jackiem świetnie sobie radzimy. - Popatrzył na 

Spencera. Widać było, że jest przybity. - Co one takiego mają w sobie, te kobiety? Wszystko 

tak zagmatwają, że człowiek czuje się jak idiota. 

-  Synu,  mężczyźni  od  pokoleń  próbują  rozgryźć  ten  problem.  Jak  dotąd  żadnemu  się 

nie udało. 

Brody się roześmiał. Nie spodziewał się, że w ojcu Kate znajdzie bratnią duszę. 

- Wobec tego pewnie nie da się tego zrobić - skonstatował. - Zresztą teraz to i tak nie 

ma znaczenia. Rzuciła mnie. 

- Dałeś się rzucić? - Spencer z niedowierzaniem  pokręcił  głową. -  Nie wyglądasz mi 

na człowieka, który rezygnuje przy pierwszej trudności. 

-  To  nie  jest  pierwsza  trudność  związana  z  pańską  córką.  Ale  mam  nadzieję,  że 

ostatnia - powiedział Brody i ugryzł się w język. 

Spencer jednak wcale się nie obraził. Podobał mu się ten chłopak i choć nie lubił się 

wtrącać w cudze sprawy, tym razem postanowił podjąć się mediacji. 

-  Mam  wrażenie,  żeś  jej  nadepnął  na  odcisk  -  zaczął  ostrożnie.  -  W  takiej  sytuacji 

moja córka najpierw robi awanturę, a potem traktuje człowieka jak powietrze. 

-  Może  rzeczywiście  nadepnąłem  jej  na  odcisk  -  przyznał  Brody  -  ale  na  pewno 

niechcący. A ona nie pozwoliła mi dojść do głosu, nie pozwoliła sobie nic wytłumaczyć, tylko 

nazwała mnie kretynem i jeszcze dołożyła coś w tym swoim dziwnym języku. 

- Sklęła cię po ukraińsku? - Spence się ucieszył, choć starał się tego nie okazać. - No 

to musiała być strasznie wkurzona. 

background image

- Nie zrozumiałem z tego ani słowa, ale melodia wcale mi się nie podobała - skarżył 

się Brody. 

- Pewnie życzyła ci, żebyś się smażył na rożnie w ogniu piekielnym. Jej matka bardzo 

lubi używać tego przekleństwa. - Nagle Spencer spoważniał. - Przepraszam, Brody, ale muszę 

cię o coś spytać. Powiedz mi, chłopcze, czy darzysz moją córkę uczuciem? 

- Ja... No, jakby to powiedzieć... - Brody'emu zwilgotniały dłonie. - Proszę pana... 

- Mów mi Spence, dobrze? Tak będzie łatwiej. Wiem, że to trudne pytanie i właściwie 

nie moja sprawa, a jednak chciałbym usłyszeć odpowiedź. 

- Dobra, powiem - obiecał Brody - ale odsuń się  od mojej skrzynki. Mam tam sporo 

ostrych narzędzi. 

-  Słowo  honoru,  że  nic  złego  ci  nie  zrobię  -  zapewnił  go  Spence  i  na  dowód  swej 

dobrej woli nie tylko odsunął się od skrzynki, ale jeszcze schował ręce do kieszeni. 

- Owszem, darzę Kate uczuciem - zaczął wciąż jeszcze niezbyt pewny siebie Brody. - 

Sam dokładnie nie wiem, co to za uczucie, ale jestem pewien, że istnieje. Przysięgam, że tego 

nie chciałem! Wiem, że nie mam prawa, ale... Tak jakoś samo wyszło. 

- Dlaczego uważasz, że nie masz prawa darzyć mojej córki uczuciem? - zainteresował 

się Spencer. 

-  To  chyba  oczywiste.  Jestem  samotnym  ojcem.  Wprawdzie  zapewniłem  swojemu 

synowi  przyzwoity  poziom  życia,  ale  nie  jest  to  poziom,  do  jakiego  przywykła  Kate.  I  na 

pewno nie taki, na jaki ją stać. 

- Musiałeś chyba przejść niezłe piekło, chłopcze - stwierdził Spencer, przyglądając się 

badawczo Brody'emu. 

- Przepraszam, nie bardzo rozumiem. 

- Nasza rodzina trochę się różni od typowych amerykańskich rodzin. We wszystko się 

wtrącamy,  jesteśmy  nadopiekuńczy  i  doprowadzamy  się  nawzajem  do  szału,  ale  szanujemy 

decyzje  naszych  dzieci  i  pomagamy  im  realizować”  marzenia.  Nie  możesz  przykładać  do 

wszystkich tej samej miary. 

Spencer zamilkł, by po chwili dodać: 

- Ale o tym potem. Mówiłeś, że żywisz jakieś uczucia do Kate. Skoro tak, to pozwól, 

ż

e dam ci pewną radę. Od ciebie zależy, czy z niej skorzystasz, czy nie. Nie rezygnuj, Brody. 

Spróbuj porozmawiać z Kate. Gdybyś nic dla niej nie znaczył, to nie zrobiłaby ci awantury. 

Spencer  uznał,  że  dał  Brody'emu  dostatecznie  dużo  materiału  do  własnych 

przemyśleń.  Był  najwyższy  czas  zmienić  temat,  rozejrzał  się  więc  po  wciąż  nie  gotowej 

kuchni. 

background image

- A więc to mnie czeka - westchnął smętnie. - I tobie się wydaje, że masz problemy. 

Wyszedł, a Brody długo jeszcze stał i bezmyślnie patrzył w okno. 

Ten facet każe mi się kłócić z własną córką, pomyślał. Co za porąbana rodzina! 

Rodzice  Brody'ego  nigdy  się  nie  kłócili.  Głównie  dlatego,  że  ojciec  ustalał  zasady,  a 

matka się do nich stosowała. Przynajmniej tak to wyglądało. 

Brody  i  Connie  także  nigdy  poważnie  się  nie  pokłócili.  Oczywiście,  bywały 

nieporozumienia,  jednak  zawsze  rozwiązywali  je  bez  awantur.  Rozmawiali,  starali  się 

przekonać siebie nawzajem albo udawali, że problem nie istnieje. Na całym świecie nie mieli 

nikogo oprócz siebie, więc jakże mogliby się kłócić? 

Brody  przekonał  się  na  własnej  skórze,  że  brak  opanowania  przynosi  mu  same 

kłopoty. Dlatego nauczył się panować nad sobą, używać rozumu i trzymać nerwy na wodzy. 

Przeważnie mu się to udawało, chociaż nie zawsze i nie do końca. Choćby niedawno, kiedy 

mimo wszystko nie wytrzymał i jednak pokłócił się z ojcem. 

Może  rzeczywiście  nie  należy  mierzyć  wszystkich  jedną  miarą,  pomyślał.  Tak  czy 

siak, na pewno muszę coś zrobić. Nie mogę tego tak zostawić. 

Najpierw  sprawdził,  jak  idzie  praca.  Wszystko,  co  zaplanował  na  ten  dzień,  było  już 

prawie skończone, więc z czystym sercem teraz mógł puścić ludzi do domu. 

Chciał porozmawiać z Kate bez świadków. 

Trafiła  młotkiem  dokładnie  w  łepek  gwoździa.  Uśmiechnęła  się,  zadowolona.  Nie 

tylko ta podła świnia Brody umie posługiwać się narzędziami. 

Od dwóch godzin metodycznie urządzała swój gabinet. Meble stały tam, gdzie miały 

stać, półki i szuflady zapełniła dokładnie tymi przedmiotami, jakie miały się tam znajdować. 

Na  ścianie  powiesiła  kilim  w  nieco  spłowiałe  róże,  który  kupiła  w  sklepie  z  antykami. 

Doskonale pasował do jasnych ścian i wygodnych stylowych krzeseł. 

Powiesiła kolejną z wybranych przez siebie fotografii. Wszystkie były czarno - białe i 

oprawione  w  jednakowe  proste  ramki.  Cofnęła  się,  spojrzała  na  ścianę  i  z  uznaniem  skinęła 

głową. 

Tancerki  przy  drążku,  na  próbie,  na  scenie,  za  kulisami.  Uczennice  na  pokazie, 

dziewczynki  sznurujące  pointy.  Spocone,  roześmiane,  utykające  ze  zmęczenia,  w  locie... 

Wszystkie aspekty świata baletu. 

Kate  chciała,  żeby  te  zdjęcia  codziennie  jej  przypominały,  czego  dokonała  i  czego 

jeszcze dokona. 

Wzięła  w  dwa  palce  gwóźdź,  przyłożyła  go  do  zaznaczonego  miejsca,  uderzyła 

młotkiem. Znów trafiła. 

background image

Dobijając  gwóźdź  kilkoma  lżejszymi  uderzeniami,  myślała  o  tym,  czego  na  pewno 

nigdy już nie zrobi: nie będzie tracić czasu na Brody'ego O'Connella. 

Skurczybyk! 

Niech się przymila do Tiffany! 

Doskonale ją pamiętała. Tiffany Skully chodziła do tego samego gimnazjum co Kate, 

tylko o klasę wyżej. Rozchichotana mocno umalowana blondynka z wielkim biustem. 

No  i  dobrze,  myślała  wściekła  Kate.  Niech  ten  kretyn  się  z  nią  umawia.  Mnie  to  już 

nie obchodzi. Skończyłam z nim raz na zawsze! 

-  Szkoda,  że  mnie  nie  uprzedziłaś,  że  chcesz  całą  tę  ścianę  pokryć  obrazkami  - 

odezwał się Brody. - Tyle się nad nią napracowałem, a teraz i tak nikt nie zauważy, jaka jest 

równiutka. 

Kate zawiesiła fotografię na zaplanowanym miejscu, wzięła następny gwóźdź. 

-  Praca  ma  być  wykonana  starannie  -  stwierdziła,  nawet  na  niego  nie  patrząc.  - 

Niezależnie od tego, czy ktoś ją będzie podziwiał, czy nie. Zapłaciłam za tę ścianę i mogę z 

nią zrobić, co mi się żywnie podoba. 

- Jasne. Jak chcesz, możesz ją sobie całą podziurkować. 

Zdjęcia wyglądały fantastycznie, ale Brody nie zamierzał tego głośno mówić. 

Na wszystkich była Kate. Jako dziecko, jako młoda dziewczyna i jako dorosła kobieta. 

Omal  się  nie  uśmiechnął,  kiedy  zobaczył  zdjęcie,  na  którym  siedziała  po  turecku  i  waliła 

młotkiem w swoje buty do tańca. 

-  Zdawało  mi  się,  że  to  służy  do  tańczenia  -  powiedział  jakby  od  niechcenia, 

wskazując palcem zdjęcie, które go rozbawiło. 

-  Pointy  najpierw  trzeba  połamać  -  rzekła  z  taką  wyższością,  jakby  mówiła  o  rzeczy 

oczywistej,  której  po  prostu  wstyd  nie  wiedzieć.  -  Wybacz,  ale  nie  mam  czasu  z  tobą  w  tej 

chwili rozmawiać. Urządzam gabinet. Jutro mam tu dwa ważne spotkania. 

- Do jutra masz jeszcze mnóstwo czasu. Gabinet już wyglądał doskonale, no ale Kate 

była perfekcjonistką Nie uznawała w swoim otoczeniu niczego, co nie było idealne. 

- Skoro nie pojmujesz aluzji, to powiem ci wprost. - Z całej siły walnęła w gwóźdź. - 

Nie mam ochoty z tobą rozmawiać. Zresztą nie płacę ci za pogaduszki. 

- Nie stosuj chwytów poniżej pasa. - Brody podszedł do Kate, wyjął jej z ręki młotek. 

- Moja praca dla ciebie nie ma nic wspólnego z całą resztą. 

Oczywiście miał rację. Kate się zawstydziła. Nie miała prawa o tym zapominać, choć 

nie chciała się do tego przyznać. 

background image

-  Prywatny  rozdział  tej  historii  został  zamknięty  -  oświadczyła  bardzo  oficjalnym 

tonem. 

- Tak ci się tylko wydaje. - Brody zasunął za sobą drzwi. 

- Co to ma znaczyć? 

- Muszę mieć chwilę spokoju, a tu ciągle kręcą się jacyś ludzie. 

- Natychmiast otwórz te drzwi! I wyjdź. A potem idź do diabła. 

- Zamknij się i usiądź. - Tym razem nie dał się zastraszyć. 

- Słucham? - Kate sądziła, że się przesłyszała. 

Brody odłożył młotek. Na wszelki wypadek położył go daleko, poza zasięgiem Kate. 

Potem podszedł do niej i pchnął ją na krzesło. 

- Siadaj i słuchaj - rozkazał. 

Chciała wstać, ale pchnął ją z powrotem na krzesło. Tak się zdziwiła, że  zapomniała 

języka  w  gębie.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  nie  zrobiła  awantury  komuś,  kto  tak  paskudnie  ją 

potraktował. 

-  No  dobrze,  udowodniłeś,  że  jesteś  duży  i  silny  -  rzekła,  odzyskawszy  mowę.  -  Nie 

musisz już udowadniać, że jesteś głupi. 

-  A  ty  nie  musisz  udowadniać,  że  jesteś  rozpuszczona  jak  dziadowski  bicz,  bo  to 

powszechnie  wiadome.  Jak  jeszcze  raz  spróbujesz  wstać,  nim  skończę  -  pogroził  -  to 

przywiążę cię do krzesła. Przysięgam. 

- No wiesz... - zaczęła. 

- Teraz ja mówię - przypomniał Brody. 

Tak na nią spojrzał, że mimo wszystko wolała zamilknąć. Przynajmniej na razie. 

-  Kończę  remontować  twój  dom  -  mówił,  jakby  tego  nie  wiedziała.  -  Właśnie 

montowałem szafki w kuchni, kiedy przypałętał się Jerry. Jest moim przyjacielem. On i jego 

ż

ona  wiele  zrobili  dla  mnie  i  dla  mojego  syna.  Nie  wyobrażasz  sobie  nawet,  ile  im 

zawdzięczam. 

- Rozumiem - prychnęła. - Musisz spłacić dług wdzięczności. Dlatego umawiasz się z 

jego siostrą. 

-  Zamknij się, z łaski swojej. Nie umawiam się z jego siostrą. Jerry sobie gadał, a ja 

montowałem te szafki. Nie słuchałem, co mówi. 

Chodził tam i z powrotem po pokoju. 

-  Zaskoczył  mnie  -  wyjaśnił.  -  Nie  chciałem  się  umawiać  z  jego  siostrą,  ale  nie 

chciałem  mu  tego  powiedzieć  wprost.  On  i  Tiffany  są  ze  sobą  bardzo  zżyci.  Jerry  się  o  nią 

background image

martwi, tak mi się zdaje, a do mnie ma zaufanie. Nie mogłem mu powiedzieć, że jego siostra 

nic mnie nie obchodzi. 

- Owszem, mogłeś - parsknęła Kate. - Chociaż nie tylko o to mi chodziło. 

- No więc o co ci chodziło? Teraz już możesz mówić - pozwolił łaskawie. 

- Zachowywałeś się tak, jakby nas nic nie łączyło. Nic oprócz seksu. A mnie sam seks 

nie  wystarczy.  Od  swojego  partnera  oczekuję  lojalności,  wierności  i  szacunku.  Facet,  z 

którym sypiam, powinien umieć powiedzieć swojemu przyjacielowi, że mu na mnie zależy. 

-  Do  diabła,  Kate!  Od  czterech  lat  żyję  jak  pustelnik.  Nawet  dłużej.  Myślałem,  że 

potrafisz zrozumieć... 

- Źle myślałeś - przerwała mu w pół słowa. 

-  Boże,  ależ  ty  jesteś  nieznośna  -  westchnął  Brody.  -  Odkąd  poznałem  Connie,  nie 

spotykałem się z żadną kobietą. Dopiero teraz wszystko się zmieniło. Jestem z tobą. Z tobą i z 

nikim  innym.  Mogę  to  powiedzieć  nie  tylko  Jerry'emu,  ale  każdemu,  kogo  to  zainteresuje. 

Zależy mi na tobie, tylko że nie umiem o tym mówić. Jeżeli chcesz, to się nauczę. Dla ciebie 

nawet tego się nauczę. 

- Rób, jak uważasz, a teraz daj mi spokój. 

- Gdybym mógł dać ci spokój, nie byłoby mnie tutaj i nie chciałbym cię udusić. 

- Obraziłeś mnie! To ciebie należałoby udusić. 

- Nie będę cię sto razy przepraszał. - Pociągnął ją do drzwi. 

- Sto razy? Nie słyszałam żadnych przeprosin! Co ty wyprawiasz? Nie szarp mnie! 

Brody bez słowa wyprowadził ją z gabinetu i ciągnął dalej korytarzem, aż do wyjścia. 

-  Puść  mnie  natychmiast!  Puść,  bo  pożałujesz!  Zatkało  ją,  kiedy  Brody  przerzucił  ją 

sobie przez ramię i otworzył drzwi na ulicę. 

-  Zwariowałeś?  -  Była  zbyt  zdumiona,  by  z  nim  walczyć.  Tylko  odgarnęła  włosy 

zakrywające  jej  twarz.  Widziała,  że  wyniósł  ją  na  ganek,  zniósł  ze  schodów...  -  Zupełnie  ci 

odbiło? 

- Owszem. Inaczej bym się z tobą nie zadawał. 

Z budynku po drugiej stronie ulicy wyszła jakaś kobieta. Była jedynym przechodniem, 

więc Brody właśnie do niej się zwrócił. Oczywiście Kate nadal dyndała mu na plecach. 

- Przepraszam panią - zaczął. 

- Słucham? - Trochę zdziwiona kobieta spojrzała na niego i jego ładunek. 

-  To  jest  Kate.  Ja  mam  na  imię  Brody.  Chciałbym,  żeby  pani  wiedziała,  że  Kate  jest 

moją dziewczyną i że bardzo mi na niej zależy. 

background image

-  Boże  wielki  -  szepnęła  Kate.  Pozwoliła,  żeby  włosy  opadły  na  dół,  żeby  szczelnie 

zasłoniły jej twarz. 

- Rozumiem. No cóż... - Kobieta się uśmiechnęła. - Bardzo się cieszę. 

-  Dziękuję  pani.  -  Brody  zdjął  Kate  z  ramienia  i  postawił  ją  przed  sobą.  -  Mam  tak 

chodzić dalej, czy już jesteś zadowolona? 

Nie  mogła  wydobyć  z  siebie  głosu.  Miała  wrażenie,  że  wszystkie  słowa,  jakie 

należałoby  w  tej  chwili  powiedzieć,  uwięzły  jej  w  gardle  i  w  żaden  sposób  nie  zdołają  się 

stamtąd wydostać. A przecież nie mogła tak stać na środku ulicy jak ten słup soli. 

Obróciła się na pięcie i co sił w nogach uciekła do domu. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Brody dogonił ją, nim zdążyła zatrzasnąć mu drzwi przed nosem. Zresztą nawet gdyby 

zdążyła,  i  tak  by  go  nie  powstrzymała.  Rozkręcił  się,  rozsmakował  w  awanturze  i  nie 

zamierzał ustępować. 

- Zaczekaj na mnie, skarbie. 

-  Nie  nazywaj  mnie  skarbem!  -  wrzasnęła  Kate.  -  Najlepiej  w  ogóle  się  do  mnie  nie 

odzywaj! Jesteś ordynarnym oprychem. Jak mogłeś mnie tak potraktować? Jak śmiałeś mnie 

tak zawstydzać przed obcymi ludźmi? 

-  Zawstydzać?  -  kpił  Brody.  -  Ja  tylko  powiedziałem  naszej  sąsiadce,  że  jesteś  moją 

dziewczyną i że mi na tobie zależy. Czyżbyś się mnie wstydziła? 

- Nie, ale... - Teraz ona nie mogła znaleźć słów. Cofała się, a Brody szedł krok w krok 

za nią. To także wprawiło ją w zdumienie. Nie to, że zapędził ją w kozi róg, ale że ona mu na 

to  pozwoliła.  Nigdy  w  życiu  nie  cofała  się  przed  konfrontacją,  nigdy  nie  uciekała  przed 

mężczyzną. Aż do tej chwili. 

- Co ty wyprawiasz? 

-  Nic  takiego.  -  Patrzył  jej  prosto  w  oczy.  -  Nareszcie  jestem  sobą.  Zaraz  się 

przekonamy, czy taki też ci się spodobam. 

- Jeśli ci się zdaje, że możesz... 

Urwała,  bo  wziął  ją  za  ręce,  podniósł  do  góry  i  zmusił,  by  stanęła  na  palcach. 

Pocałował  ją  bardzo  mocno.  Kate  cofnęła  głowę  w  niemym  proteście,  ale  on  się  tym  nie 

przejmował. 

- Nie podoba ci się? - spytał cicho. 

- Brody... - Tylko tyle zdążyła powiedzieć, nim znów zaczął ją całować. 

Nie mogła myśleć. Wiedziała na pewno, że nie powinna się tak zachowywać, że trzeba 

wreszcie coś z tym zrobić, ale nie miała siły ani... ochoty. 

-  Mam  zabrać  ręce?  -  Jego  dłonie  przesuwały  się  po  jej  plecach.  Były  stanowcze  i 

zaborcze. - Musisz się zdecydować. Natychmiast. 

- Nie! - : Chwyciła go za włosy, przyciągnęła jego usta do swoich. Nie wiedziała, kto 

kogo  pociągnął  na  podłogę,  nie  wiadomo,  czyje  ręce  z  większą  niecierpliwością  zdzierały 

ubranie.  Wiedziała  tylko  tyle,  że  pragnie  tego  groźnego  brutala  tak  samo  namiętnie,  jak 

przedtem pragnęła łagodnego, cierpliwego kochanka. 

background image

Brody  już  zapomniał,  jak  to  jest,  kiedy  się  aż  tak  pragnie,  kiedy  się  w  ten  sposób 

bierze. Bez ograniczeń i bez żadnych barier. 

Kiedy ją puścił, była bezwładna jak szmaciana lalka. Leżeli obok siebie na podłodze, 

bez sił, zaspokojeni, przesyceni. 

Kate czuła się fantastycznie. Nigdy w życiu nie przeżyła nic podobnego. Brody patrzył 

na nią i na walające się po pokoju ubrania. 

- Podarłem ci bluzkę - mruknął. - Ale nie zamierzam cię przepraszać. 

- Wcale nie chcę, żebyś mnie przepraszał - powiedziała, nie otwierając oczu. 

- Twoje szczęście. Gdybyś chciała przeprosin, musiałbym cię znów wynieść na dwór, 

tym  razem  nagą,  i  poszukać  jeszcze  jakichś  sąsiadów.  A  tak  to  nawet  pożyczę  ci  swoją 

koszulę. Znaj moje dobre serce. 

- Czy my jeszcze się na siebie gniewamy? 

-  Ja  już  skończyłem,  więc  to  zależy  od  ciebie.  Spojrzała  na  niego.  Chciała  coś 

powiedzieć, ale tylko pokręciła głową. 

- No, mów - zachęcał ją. - Powiedzmy sobie wszystko i wreszcie będzie spokój. 

- Sprawiłeś mi przykrość - oznajmiła. 

- Wiem. - Brody narzucił swoją koszulę na ramiona Kate. - I za to cię przepraszam. 

- Co się z nami dzieje, Brody? 

- Nic nadzwyczajnego. Chyba wreszcie zaczynamy się poznawać. 

- Tak, na pewno masz rację - westchnęła cicho. 

- Ja wcale się nie wstydzę tego, co jest między nami, Kate - tłumaczył jej Brody. - Nie 

wstydzę się, tylko jeszcze nie bardzo wiem, co z tym zrobić. 

- Rozumiem - stwierdziła, wkładając na siebie flanelową koszulę Brody'ego. 

A jednak nie sprawiło jej przyjemności to, co usłyszała. Kate już dawno wiedziała, że 

go  kocha,  a  Brody  jeszcze  się zastanawiał,  tak  jakby  było  nad  czym.  No  cóż,  widocznie  nie 

każdy jest taki szybki jak ja, pomyślała i zaraz jej ulżyło. 

-  Przepraszam  cię  za  kretyna  -  powiedziała,  uśmiechając  się  słabo.  -  Wcale  tak  nie 

myślałam. 

- Strasznie jestem ciekaw, co jeszcze o mnie powiedziałaś. 

- Nie Ucz na to, że ci powiem. - Wreszcie się roześmiała. 

- Nie to nie, bez łaski. Kupię sobie rozmówki ukraińskie. 

- Nic ci z tego nie przyjdzie. Tego, co najlepsze, nie znajdziesz w żadnym słowniku. 

- I tak sobie jakiś kupię. - Wstał z podłogi, pomógł Kate się podnieść. - Przepraszam 

cię, ale muszę jechać po Jacka. 

background image

Włosy miał w nieładzie, był nagi do pasa. A do tego wszystkiego miał synka, którego 

trzeba odebrać z przystanku szkolnego autobusu. 

Kate doznała olśnienia. A więc w tym tkwi prawdziwy problem! 

- Dlatego jeszcze nie wiesz, co zrobić z naszym związkiem - powiedziała. - Nie bardzo 

wiesz, jak pogodzić potrzeby mężczyzny z obowiązkami ojca. 

- Chyba rzeczywiście o to chodzi - przyznał. - Zrozum, Kate, nie miałem nikogo od... - 

Przyczesał dłonią włosy, co jednak niewiele im pomogło. - Connie bardzo długo chorowała... 

Jackowi od początku życie nie układało się najlepiej. Obaj mieliśmy trudny początek. Muszę 

sobie z tym wszystkim jakoś poradzić. 

-  Świetnie  sobie  poradziłeś.  Razem  też  sobie  poradzimy.  Pod  warunkiem,  że  oboje 

będziemy tego chcieli. 

- Ja chcę. 

- To w porządku. - Kate od razu lepiej się poczuła. - A teraz jedź po Jacka. 

Czas  pędził  jak  oszalały.  Wielkimi  krokami  zbliżała  się  przerwa  semestralna,  a 

przecież dopiero co były ferie świąteczne. 

Rodzina  Skully  wybierała  się  do  Disneylandu.  Dla  Brody'ego  oznaczało  to  mnóstwo 

nowych problemów z Jackiem. 

Chłopiec błagał, płakał i histeryzował, chcąc wymusić na ojcu wyjazd do bajkowego 

ś

wiata. Brody cierpliwie tłumaczył synkowi, dlaczego nie jest to możliwe i dlaczego nie mogą 

teraz nigdzie jechać. Do Jacka nie docierały żadne argumenty. 

Chodził nadąsany, a Brody'ego gryzło sumienie. Tym bardziej że w czasie wolnym od 

zajęć szkolnych musiał synka zbierać na budowę. 

- Ty mi nigdy na nic nie pozwalasz - marudził Jack. 

Zabawki,  które  zabrał  z  domu,  już  dawno  przestały  go  interesować.  Zwykle  lubił 

jeździć  z  ojcem  na  budowy,  ale  nie  teraz,  kiedy  jego  najlepszy  przyjaciel  bawił  się  w 

Disneylandzie. Jack po raz pierwszy w swoim krótkim życiu zauważył, że świat wcale nie jest 

sprawiedliwy. 

Ojciec  nie  zwracał  na  niego  uwagi.  Układał  spokojnie  glazurę,  jakby  w  ogóle  nie 

słyszał narzekań synka. 

- Dlaczego nie mogę pojechać do babci? - torturował biednego ojca. 

- Tłumaczyłem ci, że babcia jest teraz zajęta, ale za parę godzin po ciebie przyjedzie. 

- Nie chcę tu siedzieć - dąsał się Jack. - Nudzę się. To okropne, że ja muszę tu siedzieć 

i się nudzić, kiedy wszyscy moi koledzy się bawią. Ja nigdy nie mam nic do roboty. 

background image

-  Za  to  ja  mam.  Muszę  wykonać  pracę  w  określonym  terminie,  rozumiesz?  -  Brody 

odłożył kielnię. 

- Muszę zarabiać na chleb. 

Brody  nie  wiedział,  jak  to  się  stało,  że  użył  tych  samych  słów,  jakimi  ojciec  zwykł 

przemawiać do niego. 

-  Nie  mogę  tak  po  prostu  stąd  odejść  -  dodał.  -  Ty  też  nie.  A  jeżeli  zaraz  nie 

przestaniesz marudzić, to rzeczywiście nigdy nigdzie nie pojedziesz. 

-  Dziadek  i  babcia  zabiorą  mnie  do  Disneylandu  -  odgryzł  się  Jack.  -  A  ciebie 

zostawimy w domu. 

-  No  i  dobrze  -  prychnął  Brody,  dotknięty  do  żywego  tym  dziecięcym  paplaniem.  - 

Wreszcie będę miał trochę spokoju. 

- Ja chcę do babci! - krzyczał Jack. - Chcę do domu! Nie lubię cię! 

Na  tę  scenę  weszła  Kate.  Wdziała  płaczącego  ze  złości  chłopca,  słyszała  jego  słowa. 

Spojrzała  na  wymęczoną,  zrozpaczoną  twarz  Brody'ego,  należącego  na  podłodze  Jacka,  i 

wkroczyła do akcji. 

- Co ci jest, przystojniaku? 

-  Ja  chcę  do  Disneylandu  -  wyjąkał  malec.  Brody  chciał  skończyć  to  przedstawienie, 

ale Kate przykucnęła przy Jacku, oddzielając sobą ojca od syna. 

- Ja też - przyznała, gładząc rozhisteryzowane dziecko po główce. - Kto by nie chciał 

pojechać do Disneylandu? 

- Tata nie chce - chlipnął Jack. 

-  Nawet  nie  wiesz,  jak  bardzo  się  mylisz,  kochanie.  Wszyscy  tatusiowie  marzą  o 

zwiedzaniu  Disneylandu.  Właśnie  dlatego  tak  im  ciężko.  Oni  nie  mogą  robić  tego,  czego 

pragną, bo muszą pracować. 

- Poradzę sobie, Kate - wtrącił się Brody. 

- Czy ja mówię, że sobie nie poradzisz? - mruknęła. Wzięła chłopca na ręce, wstała. - 

Jesteś  zmęczony,  skarbie.  Za  długo  siedzisz  na  budowie.  Pojedziemy  na  trochę  do  mnie,  a 

tatuś przez ten czas spokojnie skończy. 

- Za parę godzin przyjedzie po niego moja mama. - Brody wyciągnął ręce po chłopca, 

ale Jack skulił się, oplótł się jak wąż wokół Kate. Brody'emu omal nie pękło serce. 

Kate zapragnęła przysunąć się do niego, wcisnąć Jacka pomiędzy siebie i udręczonego 

ojca, wiedziała jednak, że teraz nie pora na takie gesty. W tej chwili Jack musiał być daleko 

od swego tatusia. 

background image

-  Czy  mogę  zabrać  go  do  siebie?  -  spytała.  Zdrzemnąłby  się,  dodała  bezgłośnie.  - 

Zadzwonię do twojej mamy i powiem, żeby nie przyjeżdżała tutaj, tylko od razu do mnie. 

- Ja chcę pojechać z Kate - szlochał wtulony w jej ramię Jack. 

- Jak chcesz, to jedź - warknął Brody. 

Był  zirytowany,  miał  wyrzuty  sumienia  i  taką  samą  minę  jak  jego  rozkapryszony 

synek. 

Usiadł  ciężko  na  odwróconym  do  góry  dnem  wiadrze.  Nawet  na  nich  nie  spojrzał. 

Słyszał tylko, jak Jack wydmuchuje nos i jak opowiada Kate, że tatuś na niego nakrzyczał. 

- Wiem, kochanie - mówiła Kate, całując mokry od łez policzek malca. - Ale ty też na 

niego krzyczałeś. Na pewno tatusiowi jest teraz tak samo smutno jak i tobie. 

-  Na  pewno  nie.  -  Jack  westchnął  ciężko,  oparł  główkę  na  ramieniu  Kate.  -  On  mnie 

nie zabierze do Disneylandu, tak jak tata Roda. 

- Niestety nie, mój skarbie. To wszystko przeze mnie. 

- Przez ciebie? - zdziwił się malec. 

- Obawiam się, że tak. Wiesz, że twój tatuś remontuje mój dom, prawda? 

- No. - Jack pokiwał jasną główką. 

-  Tatuś  obiecał  mi,  że  skończy  pracę  w  określonym  terminie.  A  ponieważ  twój  tatuś 

obiecał mnie, to ja też coś komuś obiecałam, i teraz ci ludzie na mnie liczą. Jeśli twój tatuś nie 

dotrzyma słowa, to i ja nie będę mogła dotrzymać swojego, a to nie byłoby ładnie, prawda? 

- Nie, ale może chociaż ten jeden raz. 

- Czy tatuś dotrzymuje słowa, kiedy ci coś obieca? 

- Tak. - Jack spuścił głowę. 

-  Nie  smuć  się,  przystojniaku.  Pojedziemy  do  mnie,  przeczytam  ci  bajkę.  To  będzie 

bajka o chłopcu, który też miał na imię Jack. O Jacku i wielkiej fasoli. 

- A dostanę ciasteczko? 

- Oczywiście. 

Uściskała go serdecznie. Tak bardzo go kochała. 

Jack zasnął, nim bajkowy Jack zamienił swoją krowę na czarodziejskie fasolki. 

Biedny  maluch,  pomyślała  Kate,  otulając  go  kocykiem  Z  całego  serca  współczuła 

Brody'emu. Niby wiedziała, że bycie ojcem to nie tylko siłowanie się na podłodze i granie w 

piłkę na podwórku, ale także łzy, złe humory, niezadowolenie i ciężka praca wychowawcza. 

A jednak co innego wiedzieć, a zupełnie co innego zobaczyć na własne oczy. A najgorzej, że 

sama musiała odmówić dziecku, któremu chciałaby nieba przychylić. 

background image

-  Kocham  cię,  przystojniaku.  -  Pochyliła  się  i  pocałowała  chłopca  w  czółko.  -  I 

twojego  tatusia  też.  Mam  nadzieję,  że  prędko  się  namyśli,  bo  ja  nie  chcę  już  dłużej  czekać. 

Chcę mieć was obu, i to szybko. 

Zadzwonił telefon. Kate chwyciła słuchawkę, nim zdążył zadzwonić drugi raz. 

-  Halo?  -  Uśmiechnęła  się,  usłyszawszy  znajomy  głos.  Trzymając  przy  uchu 

słuchawkę,  wyszła  z  pokoju.  Nie  chciała,  żeby  Jack  się  obudził.  -  Davidov!  Co  się  stało,  że 

mistrz zaszczyca mnie rozmową? 

Poprawiła makijaż, wyszczotkowała włosy. Wiedziała, że głupio się zachowuje, ale to 

było silniejsze od niej. Za chwilę miała poznać rodziców Brody'ego. A ponieważ postanowiła 

zostać ich synową, chciała zrobić jak najlepsze wrażenie. 

Jack  obudził  się  wypoczęty.  Biegał  po  ogrodzie,  stoczył  z  Kate  walkę  na  miecze  i 

wygrał  wyścig  samochodowy  zakończony  wspaniałym  karambolem.  A  po  zabawie  dostał 

solidny podwieczorek. 

- Tatuś jest na mnie wściekły - stwierdził, zjadłszy ostatnie ciasteczko. 

- Na pewno nie jest tak  źle - pocieszyła  go Kate. - Myślę, że jest mu smutno, bo nie 

może ci dać tego, czego tak bardzo pragniesz. Rodzice zawsze chcą dać swoim dzieciom to, 

co im sprawia radość, tylko że czasami po prostu nie mogą. 

Doskonale  pamiętała  swoje  własne  dziecięce  histerie  i  fochy.  Zawsze  potem  było  jej 

przykro i gryzło ją sumienie. Tak samo jak teraz Jacka. 

-  A  nie  mogą,  bo  czasem  to  coś  nie  jest  dobre  dla  dziecka,  albo  pora  nie  jest 

odpowiednia.  A  zdarza  się  też,  że  po  prostu  nie  mogą.  Kiedy  dziecko  płacze,  wrzeszczy  i 

tupie  nogami,  to  człowiek  przez  chwilę  rzeczywiście  jest  wściekły.  Ale  przede  wszystkim 

bardzo smutny. 

- Ja nie chciałem - szepnął Jack. Usteczka mu drżały, wyglądał, jakby zaraz miał się 

rozpłakać. 

- Wiem, kochanie. Przeprosisz tatusia i obaj zaraz poczujecie się lepiej. Zobaczysz. 

- Czy twój tatuś krzyczał kiedyś na ciebie? 

- Owszem. - Kate się roześmiała. - Bardzo się wtedy na niego wściekałam, ale potem 

zwykle dochodziłam do wniosku, że sobie na to zasłużyłam. 

- Czy ja też sobie zasłużyłem? 

-  Niestety,  tak.  Przecież  wiesz,  że  twój  tatuś  cię  kocha.  Chciałby  ci  dać  wszystko, 

czego zapragniesz, ale nie zawsze może. 

background image

-  No.  -  Jack  pokiwał  główką  z  poważną  miną.  Ładna  jest,  pomyślał.  Ładna  i  miła. 

Umie  się  bawić  i  czytać  bajki.  Nawet  lubię,  jak  mnie  całuje.  I  tak  fajnie  się  śmieje,  kiedy 

udaję, że tego nie lubię. Tatuś też lubi ją całować. Powiedział, że lubi, a on nigdy nie kłamie. 

Może  ożeniłaby  się  z  moim  tatą?  Tata  mówi,  że  nie  będzie  chciała,  ale  jak  ją  ładnie 

poproszę... Jak się zgodzi, to będzie żoną mojego tatusia i moją mamą. Zamieszkamy razem 

w naszym domu, a kiedyś może pojedziemy do Disneylandu. Razem. Ja, Kate i mój tatuś. 

- Nad czym tak rozmyślasz, przystojniaku? 

- Zastanawiam się, czy... 

-  Jest  twoja  babcia!  -  Kate  zerwała  się,  usłyszawszy  dzwonek  u  drzwi.  -  Potem  mi 

opowiesz, o czym myślałeś. Tylko nie zapomnij! 

Pobiegła  otworzyć.  Denerwowała  się.  Wzięła  głęboki  oddech  i  dopiero  po  tym 

otworzyła drzwi państwu O'Connell. 

-  Cieszę  się,  że  państwo  przyjechali  -  powiedziała,  zapraszając  ich  do  środka.  -  Jack 

właśnie kończy podwieczorek. 

-  To  bardzo  miło,  że  się  pani  nim  zajęła.  -  Mary  O'Connell  weszła  pierwsza, 

dyskretnie rozejrzała się po domu. Ona też bardzo starannie się tego dnia malowała, choć mąż 

ostro ją za to skrytykował. 

- Zajmowanie się Jackiem to czysta przyjemność. Jest wspaniałym dzieckiem. Proszę 

do środka. Czy mogę zaproponować państwu kawę? 

- Nie będziemy robić kłopotu - odezwał się Bob. 

- Ależ to żaden kłopot. Chyba że się państwo śpieszą. 

- Musimy... - Bob urwał, dostawszy od żony dyskretnego kuksańca. 

-  Bardzo  chętnie  napijemy  się  kawy  -  powiedziała  pani  O'Connell.  -  Dziękujemy  za 

zaproszenie. 

- Brody będzie przerabiał też naszą kuchnię - mówiła Kate, prowadząc za sobą gości. - 

Rodzice są zachwyceni remontem, jaki przeprowadził w moim domu. 

-  Mój  syn  jest  bardzo  zdolny  -  rzekła  z  dumą  pani  O'Connell.  Na  wszelki  wypadek 

rzuciła mężowi ostrzegawcze spojrzenie. 

- Z mojej rudery zrobił prawdziwy pałac. Jack, zobacz, kogo ci przyprowadziłam. 

- Cześć - powiedział Jack, nie ruszając się od stołu. - Bawiłem się z Kate. 

Jaki ojciec, taki syn, pomyślał ponuro Bob, choć serce, jak zwykle, wyrywało mu się 

do wnuka. 

-  Kate  ma  zabawki  -  opowiadał  Jack.  -  Jej  mama  ma  cały  sklep  z  zabawkami. 

Obiecała, że zabierze mnie tam w moje urodziny i będę sobie mógł wybrać, co będę chciał. 

background image

- To bardzo miło z jej strony. - Pani O'Connell przyglądała się Kate z namysłem. 

Patrzyła, jak Kate ustawia na stole zastawę. Odpowiednio do okazji, bez niepotrzebnej 

przesady. I nie wytarła rozlanego przez Jacka kakao, tylko podała mu ściereczkę, żeby mógł 

sam po sobie posprzątać. 

Byłaby  z  niej  dobra  matka,  pomyślała  pani  O'Connell  z  uznaniem.  Ten  mój  słodki 

okruszek  zasługuje  na  prawdziwą  mamusię.  No  i  na  żonę  pewnie  też  by  się  nadawała.  Jest 

bardzo ładna... 

-  Całe  miasto  o  niczym  innym  nie  mówi,  tylko  o  nowej  szkole  tańca  -  zaczęła  pani 

O'Connell. Zaczerwieniła się, gdy jej mąż prychnął z dezaprobatą. - Chyba nie może się pani 

doczekać otwarcia. 

- Rzeczywiście, nie mogę. Mam już kilka uczennic. Za parę tygodni zaczynamy. Jeśli 

zna pani kogoś, kto byłby zainteresowany, to będę wdzięczna za życzliwe słowo. 

- Shepherdstown to nie Nowy Jork - mruknął Bob, sięgając po cukiernicę. 

-  Oczywiście  -  zgodziła  się  Kate,  choć  usłyszała  ukrytą  w  głosie  Boba  O'Connella 

przyganę. - Bardzo dobrze mieszkało mi się w Nowym Jorku i świetnie pracowało. Mam tam 

rodzinę, więc oczywiście było mi łatwiej. Uwielbiam podróże, nowe miejsca i cieszę się, że 

mogłam tańczyć na największych scenach świata. Ale tu jest mój dom i tu chcę się osiedlić na 

stałe. Naprawdę uważa pan, że w naszym mieście nie ma miejsca na szkołę baletową? 

- Nie znam się na tym. - Bob wzruszył lekceważąco ramionami. 

-  A  ja  się  znam.  I  uważam,  że  porządna  szkoła  tańca  bardzo  nam  się  przyda. 

Wprawdzie Shepherdstown to małe miasto - mówiła Kate, niespiesznie  popijając kawę  - ale 

mamy  tu  przecież  uniwersytet.  A  uniwersytet  przyciąga  różnych  ludzi  ze  wszystkich  stron 

kraju. 

- Czy mogę wziąć ciasteczko? - spytał Jack. 

- Poproszę o ciasteczko - poprawiła chłopca babcia. 

- Poproszę o ciasteczko - powtórzył posłusznie malec. 

Kate  wstała,  chcąc  podać  chłopcu  o  co  prosił.  Spojrzała  w  okno  i  zobaczyła 

Brody'ego.  Dawał  jej  jakieś  znaki,  robił  śmieszne  miny,  więc  przeprosiła  i  poszła  mu 

otworzyć drzwi. 

- Co to za wygłupy? - spytała. 

- Nic takiego. - Szybko wszedł do sieni i starannie zaniknął za sobą drzwi. 

Kate zaprowadziła go do kuchni. 

-  Próbowałem  się  do  was  dodzwonić  -  powiedział  Brody,  przywitawszy  się  z 

rodzicami. - Chciałem was uprzedzić, ale pewnie już byliście w drodze. 

background image

- Mieliśmy być po chłopca o trzeciej - mruknął Bob - więc przyjechaliśmy o trzeciej. 

- No tak. My tymczasem zmieniliśmy plany. - Brody spojrzał na Jacka, który siedział 

ze spuszczoną głową. - Dobrze ci było u Kate, synku? 

Jack  powoli  skinął  główką,  ostrożnie  zerknął  na  ojca.  W  jego  oczach  znów  pojawiły 

się łzy. 

-  Przepraszam,  że  byłem  niegrzeczny,  tatusiu.  Przepraszam!  Nie  chciałem  ci  sprawić 

przykrości. 

Brody przykucnął przy chłopcu, przytulił go do siebie. 

-  Przykro  mi,  że  nie  mogę  cię  zabrać  do  Disneylandu.  I  przepraszam,  że  na  ciebie 

nakrzyczałem. 

- Już się na mnie nie gniewasz? 

- Nie. Wcale się nie gniewam. 

- Kate powiedziała, że nie będziesz się gniewał. 

- Jackowi momentalnie obeschły łzy. 

- Miała rację. - Brody wziął synka na ręce, przytulił go, a potem postawił na podłodze. 

- Będę mógł wrócić z tobą do pracy? Będę grzeczny. Obiecuję. 

- Jasne, że byś mógł, tylko że ja już dziś nie wracam do pracy. 

- Jak się kończy pracę w połowie dnia, nie można powiedzieć o sobie, że się solidnie 

pracowało - skomentował Bob O'Connell. 

-  Owszem  -  Brody  rzucił  ojcu  gniewne  spojrzenie  -  ale  jeśli  czasami  nie  zrobi  się 

przerwy, żeby pobyć ze  swoim synem, to nie można powiedzieć o sobie, że jest się dobrym 

ojcem. 

-  Może  nie  byłem  dobrym  ojcem,  ale  za  to  ty  nigdy  nie  chodziłeś  głodny  -  warknął 

Bob, zrywając się od stołu. 

- Masz rację, tylko że ja chcę dać Jackowi trochę więcej niż pełny żołądek. Mam coś 

dla  ciebie  -  rzekł  do  chłopca,  któremu  znów  zaczynała  się  trząść  bródka,  jak  zwykle,  kiedy 

tata  i  dziadek  się  kłócili.  -  Wprawdzie  nie  jest  to  wycieczka  do  Disneylandu,  ale  mam 

nadzieję, że też ci się spodoba. 

-  Coś  mi  przyniosłeś?  -  Jack  ciągnął  ojca  za  kieszeń.  -  Samochód?  A  może 

ciężarówkę? 

- Nigdy nie zgadniesz. I wcale nie schowałem tego do kieszeni. Jest na ganku. 

- Mogę zobaczyć? Mogę? Mogę? - Nie czekając na odpowiedź, chłopiec już biegł do 

drzwi, już naciskał klamkę. 

background image

A  kiedy  stanął  w  progu,  kiedy  spojrzał  w  dół,  a  potem  w  górę  na  ojca,  w  tej  jednej 

cudownej chwili Brody dostał od życia wszystko, co naprawdę ma jakąś wartość. 

-  Piesek!  Prawdziwy  piesek!  -  Jack  porwał  na  ręce  mały  czarny  kłębuszek,  który 

usiłował się wdrapać na jego nogę. - To dla mnie? Naprawdę dla mnie? 

-  Mam  wrażenie,  że  chciałby  cię  zatrzymać  -  stwierdził  Brody,  patrząc,  jak  psiak 

radośnie merda króciutkim ogonkiem, jak popiskuje i liże Jacka po twarzy. 

- Patrz, babciu! Mam pieska! Nazwę go Mike. Zawsze chciałem mieć pieska i żeby się 

nazywał Mike. 

- Śliczny. - Babci piesek też się spodobał. - Ma grube łapki. Niedługo będzie większy 

od ciebie. Musisz o niego bardzo dbać, Jack. 

- Będę o niego dbał. Obiecuję. Zobacz, Kate. Popatrz tylko! Mam pieska! 

- Jest śliczny. - Kate nie mogła się powstrzymać. Przyklękła przy Jacku, a jego nowy 

przyjaciel natychmiast serdecznie oblizał jej policzek. - Taki mięciutki. I taki słodki. 

-  Każdy  chłopiec  powinien  mieć  psa  -  odezwał  się  Bob,  który  wciąż  jeszcze  był  pod 

wrażeniem  prztyczka,  jakiego  dał  mu  jego  własny  syn.  -  Ale  kto  się  będzie  nim  zajmował, 

kiedy Jack będzie w szkole, a ty na budowie? Ty nigdy nie pomyślisz, tylko od razu robisz, co 

ci strzeli do głowy. Nigdy się nie zastanawiasz nad konsekwencjami. 

- Bob. - Przerażona Mary dotknęła mężowskiego ramienia. 

-  Mam  duże  podwórko  -  odparł  Brody.  -  Ogrodzone.  Poza  tym  zazwyczaj  pracuję  w 

domach, w których są psy. Mike będzie chodził ze mną do pracy, póki nie podrośnie na tyle, 

ż

eby mógł sam zostawać w domu. 

- Kupiłeś tego psa dla Jacka, czy dla siebie? Zdaje mi się, że chciałeś uspokoić swoje 

sumienie.  Nie  możesz  chłopcu  zapewnić  takich  ferii,  jakie  ma  jego  przyjaciel,  więc  zamiast 

tego kupiłeś mu pieska. 

- Ja już nie chcę do Disneylandu. - Jackowi znów zbierało się na płacz. - Chcę zostać 

w domu. Z tatusiem i z Mikiem. 

-  Wyjdź  z  pieskiem  na  spacer,  Jack.  -  Kate  zdobyła  się  na  uśmiech,  wyprowadziła 

chłopca do przedpokoju. - Pieski bardzo lubią biegać po ogrodzie, prawie tak samo jak mali 

chłopcy. Musicie się ze sobą poznać i zaprzyjaźnić. Ale najpierw włóż kurtkę. 

Brody  zmilczał.  Wytrzymał,  póki  Kate  nie  pomogła  się  Jackowi  ubrać,  póki  nie 

wystawiła go na dwór i nie zamknęła za nim drzwi. Dopiero potem wybuchnął. 

- Nie twój zasmarkany interes, dlaczego kupuję swojemu synowi psa - syknął - ale ci 

powiem,  że  wybrałem  tego  szczeniaczka  trzy  tygodnie  temu.  Musiałem  tylko  trochę 

background image

poczekać,  aż  podrośnie  i  będzie  go  można  zabrać  od  matki.  Jack  miał  go  dostać  na 

Wielkanoc, tyle że właśnie dziś potrzebował jakiejś pociechy. 

-  Jak  chcesz  go  nauczyć,  żeby  cię  szanował,  jeśli  dajesz  mu  prezenty  za  każdym 

razem, kiedy ci napyskuje? 

- Ty całe życie uczyłeś mnie szacunku do siebie i co ci z tego przyszło? 

- Przestańcie. - Mary załamała ręce. - To nie jest miejsce na takie... 

- Nie będziesz mi dyktować, co i kiedy mam mówić - warknął Bob. - Trzeba cię było 

bić mocniej i częściej - zwrócił się do syna. - Ty zawsze wszystko robiłeś po swojemu. Nigdy 

nie  było  z  ciebie  pożytku,  tylko  same  kłopoty.  Teraz  też  bez  przerwy  pakujesz  się  w  jakieś 

tarapaty,  dobijasz  swoją  matkę.  Miałeś  mleko  pod  dziobem,  jak  uciekłeś  do  miasta,  żeby 

sobie zmarnować życie. 

- Nie uciekłem do żadnego miasta. Uciekłem od ciebie. 

Głowa  Boba  odskoczyła  do  tyłu,  jakby  został  spoliczkowany.  Zrobił  się  biały  jak 

płótno. 

- A jednak wróciłeś! Muszę przyznać, że jakoś wiążesz koniec z końcem, za to nigdy 

nie  masz  czasu  dla  dziecka.  Ciągle  przesiaduje  u  obcych  ludzi,  żebyś  ty  mógł  zarabiać  na 

chleb.  Całe  miasto  plotkuje  o  tym,  jak  zabawiasz  się  z  panienkami,  kiedy  twój  syn  śpi  w 

sąsiednim pokoju. 

-  Tym  razem  pan  przesadził.  -  Gdyby  Kate  nie  była  taka  wściekła,  pewnie  by 

zauważyła,  że  znów  stanęła  pomiędzy  ojcem  i  synem,  którzy  w  każdej  chwili  mogli  sobie 

skoczyć do oczu. - Tak się składa, że Brody nie zabawia się z żadnymi panienkami, tylko ze 

mną. I chociaż to naprawdę nic pana nie powinno obchodzić, to powiem panu, że nigdy się ze 

mną nie zabawiał, kiedy Jack spał w sąsiednim pokoju. 

Bob zaniemówił. Wiedział, jak postępować z własnym synem, potrafił krótko trzymać 

ż

onę, ale w tej chwili zapomniał języka w gębie. 

- Jeśli nie wie pan, że Brody  raczej dałby sobie  uciąć  rękę niż w jakikolwiek sposób 

skrzywdzić tego chłopca - syczała Kate jak podrażniona żmija - to jest pan nie tylko ślepy, ale 

i  głupi.  Powinien  się  pan  wstydzić!  Nie  ma  pan  prawa  odzywać  się  w  ten  sposób  do 

Brody'ego. Wspaniale pokierował swoim życiem i świetnie wychowuje syna. Ale pan nigdy 

mu tego nie powie, bo pana na to po prostu nie stać. 

- Na próżno strzępisz język - odezwał się Brody. 

-  Zamknij  się!  -  Kate  spojrzała  na  niego,  jakby  go  chciała  zabić  wzrokiem.  -  Ty  też 

masz  sporo  na  sumieniu.  Nie  masz  prawa  odzywać  się  w  ten  sposób  do  swego  ojca.  Nie 

background image

wolno ci go tak traktować, i to w obecności własnego syna. Nie widzisz, że Jack się boi, że 

cierpi, kiedy wy dwaj skaczecie sobie do oczu? 

Cofnęła się, obrzuciła ich wściekłym spojrzeniem. 

-  Obaj  razem  wzięci  macie  mniej  rozumu  niż  średnio  zdolna  małpa.  Idę  na  dwór 

pobawić się z Jackiem, a wy sobie róbcie co chcecie. Jeśli o mnie chodzi, możecie się nawet 

pozabijać. Przynajmniej wreszcie będzie święty spokój. 

Z impetem wypadła do ogrodu. 

Jeszcze gotowała się ze złości, kiedy kilka minut później dołączył do niej Brody. 

Usiadł  obok  niej  na  schodkach,  w  milczeniu  patrzył,  jak  Jack  biega  po  podwórku  ze 

swoim nowym przyjacielem, jak próbuje go nauczyć, by przynosił piłeczkę. 

- Przepraszam, że zrobiłem awanturę w twoim domu - powiedział w końcu. 

-  Mój  dom  był  świadkiem  niejednej  awantury  i  mam  nadzieję,  że  jeszcze  niejedną 

wytrzyma. 

- No tak, ale nie powinniśmy się kłócić w obecności Jacka. 

Kate milczała. 

- Ze mną i moim ojcem tak już jest - mówił Brody. - Zawsze tak było. Nawet ty tego 

nie zmienisz. 

- Zawsze tak było, więc już zawsze musi tak być? Jeśli człowiek może zmienić jeden 

aspekt swojego życia, to może także zmienić każdy inny. Musisz tylko spróbować. 

- Działamy sobie na nerwy, to wszystko. Na dobrą sprawę wcale nie powinniśmy się 

do siebie zbliżać. 

Nie  chcę,  żeby  Jack  miał  do  mnie  żal,  kiedy  dorośnie.  Pewnie  dlatego  jestem  wobec 

niego trochę nadopiekuńcza. 

-  Przestań  się  wreszcie  o  wszystko  obwiniać.  -  Kate  znów  się  zdenerwowała.  -  Nie 

widzisz, że Jack jest szczęśliwym, wspaniałym dzieckiem? 

- Widzę. - Brody się uśmiechnął. 

Jack zaśmiewał się do rozpuku. Tarzał się w trawie, podczas gdy psiak usiłował się na 

niego wdrapać. 

- Chyba wiesz, że jesteś dobrym ojcem. Włożyłeś dużo pracy i wysiłku w wychowanie 

Jacka i nawet tego nie zauważyłeś. Wszystko dlatego, że go kochasz - tłumaczyła mu Kate. - 

Kochasz  go  bezwarunkowo.  Ale  znacznie  trudniej  być  dobrym  synem.  Trzeba  w  to  włożyć 

mnóstwo  wysiłku  i  znacznie  więcej  pracy.  Dlatego  człowiekowi  łatwiej  przychodzi  kochać 

swoje dziecko niż swoich rodziców. 

- Mój ojciec mnie nie kocha. 

background image

-  Bzdury  gadasz.  On  kocha  ciebie,  a  ty  jego,  tylko  nie  chcecie  się  do  tego  przyznać. 

Gdybyście się nie kochali, nie moglibyście się tak głęboko ranić. 

Brody  wzruszył  ramionami.  Ona  nic  nie  rozumie,  pomyślał.  No  bo  niby  skąd  ma 

rozumieć? 

-  Pierwszy  raz  w  życiu  widziałem,  jak  mój  ojciec  oniemiał.  Po  prostu  go  zatkało. 

Chyba nigdy żadna kobieta tak go nie potraktowała. Ja już się do tego przyzwyczaiłem. 

Ale Kate nie tylko rozumiała; miała na ten temat jeszcze coś do powiedzenia. 

- Przy pierwszej okazji przeprosisz swoją matkę zażądała. - Chyba że chcesz mieć ze 

mną do czynienia. 

-  Dobrze,  dobrze  -  zgodził  się  potulnie  Brody.  -  Czy  mogę  się  przedtem  trochę 

pobawić z psem? 

- Możesz - zgodziła się łaskawie. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Kate  wszystko  dokładnie  zaplanowała,  wszystko  przewidziała,  starannie  wybrała 

najlepszy  moment.  Jack  nocował  u  dziadków,  a  Brody  był  wykończony  po  wyjątkowo 

intensywnych igraszkach miłosnych. 

- Mam coś dla ciebie - oznajmiła. 

-  Jeszcze  coś?  -  zdziwił  się.  -  Dostałem  obiad,  wino  i  piękną  kobietę.  Czego  można 

chcieć więcej? 

- Zaraz się dowiesz. - Kate się roześmiała, szybciutko wstała z łóżka. 

Nie  mógł  od  niej  oderwać  oczu.  Uwielbiał  patrzeć,  jak  się  poruszała,  zwłaszcza  gdy 

chodziła naga po jego sypialni. 

Ten pokój też wreszcie wykończył. Pracował po nocach, byleby tylko doprowadzić go 

do  stanu  używalności.  Skoro  -  zrządzeniem  opatrzności  -  ostatnio  służył  mu  nie  tylko  do 

spania, musiał wyglądać przyzwoicie. 

Ś

ciany  zostały  otynkowane  i  pomalowane  na  ciemnoniebieski  kolor,  bo  Kate  lubiła 

zdecydowane barwy. 

Brody  liczył  na  to,  że  wkrótce  i  podłoga  doczeka  się  cyklinowania.  Zasłony  i  reszta 

drobiazgów musiały jeszcze trochę poczekać. 

Ale i tak lubił patrzeć, jak Kate chodzi po tym pokoju. Lubił czuć jej obecność. Kiedyś 

zostawiła kolczyki na toaletce. Dziwnie miło zrobiło mu się koło serca, kiedy zobaczył je tam 

następnego  ranka.  To  było  takie  zwyczajne  i  bardzo  sympatyczne.  A  on  już  prawie 

zapomniał, jak to jest... 

W  pokoju  było  chłodno,  więc  Kate  włożyła  koszulę  Brody'ego  i  poszła  po  swoją 

torebkę. 

-  Uwielbiam  patrzeć,  jak  chodzisz  w  samej  koszuli  -  powiedział.  -  Muszę  ci  chyba 

kilka kupić. 

-  Będę  ci  bardzo  wdzięczna.  -  Przysiadła  na  łóżku,  rzuciła  kopertę  na  nagi  tors 

Brody'ego. - To dla ciebie. 

- Dla mnie? 

Usiadł i rozerwał kopertę. Zdumiał się, gdy zobaczył dwa bilety lotnicze. 

- Co to jest? 

- Bilety do Nowego Jorku i z powrotem. Dla ciebie i dla Jacka. Na przyszły piątek. 

- Dlaczego? - Brody patrzył nieufnie na bilety, potem spojrzał na Kate. 

background image

- Ponieważ bardzo chcę, żebyście pojechali. Byłeś kiedyś w Nowym Jorku? 

- Nie, ale... 

- Tym lepiej. Nie będziesz się nudził. 

- Ale... 

- Parę dni temu zadzwonił do mnie maestro. - Kate nie pozwoliła mu dojść do głosu. - 

W  przyszłą  sobotę  dają  specjalne  przedstawienie.  Tylko  jedno,  na  cele  dobroczynne. 

Fragmenty rozmaitych baletów w wykonaniu różnych artystów. Davidov dawno mnie prosił, 

ż

ebym wzięła w tym udział. Nie zgodziłam się, bo mam teraz tyle spraw na głowie... 

- Dlaczego zmieniłaś decyzję? - Brody był bardzo podejrzliwy. 

-  Tancerka,  która  miała  wykonać  pas  de  deux.  z  „Czerwonej  Róży”,  ma  kontuzję. 

Niby  nic,  ale  dziewczyna  co  najmniej  przez  dwa  tygodnie  nie  wyjdzie  na  scenę.  Dlatego 

maestro poprosił mnie o zastępstwo. 

- Ale co my z tym mamy wspólnego? - chciał wiedzieć Brody. - Ani ja, ani Jack nie 

zatańczymy w balecie. 

- Na pewno nic złego wam się nie stanie, jeśli jakiś zobaczycie. - Kate się roześmiała. 

-  Davidov  namówił  mnie,  żebym  zatańczyła  jeszcze  fragment  z  „Don  Kichota”,  więc 

będziecie  mieli  jaki  taki  przegląd  moich  możliwości.  Muszę  dojść  do  formy  przed  przed-

stawieniem, więc wyjadę we wtorek. 

Brody'emu  zrobiło  się  trochę  nieprzyjemnie  na  samą  myśl  o  tym,  że  Kate  znów  nie 

będzie. Na szczęście to tylko trzy dni, pomyślał. W piątek się zobaczymy. 

Lecz zaraz przypomniał  sobie, że przecież nie może jechać za nią do Nowego Jorku, 

nie  może  przyjąć  od  niej  takiego  drogiego  prezentu.  I  na  pewno  nie  wytrzyma  na 

przedstawieniu. 

- Nie mogę tak po prostu wziąć Jacka i pojechać do Nowego Jorku - zaprotestował. 

- Dlaczego? 

-  Dzieciak  nie  może  bez  powodu  opuszczać  szkoły.  No  i  nie  mamy  z  kim  zostawić 

Mike'a. 

- Żaden problem. - Wzruszyła ramionami. - Wyjedziecie w piątek po lekcjach. Akurat 

zdążycie  do  Nowego  Jorku  na  kolację.  Zamieszkamy  u  mojej  siostry.  W  sobotę  rano 

obejrzycie  sobie  miasto,  a  wieczorem  pójdziecie  na  przedstawienie.  W  niedzielę  znów 

pójdziemy  zwiedzać  miasto,  zjemy  obiad  u  moich  dziadków  i  wrócimy  wieczornym 

samolotem. W poniedziałek rano wszyscy będziemy z powrotem w pracy i w szkole. 

- Ale... 

- A Mike'a - Kate nie pozwoliła sobie przerwać - zabierzecie ze sobą. 

background image

- Mam taszczyć psa do Nowego Jorku? 

- A co w tym złego? Moi siostrzeńcy będą zachwyceni. 

Brody widział, jak pułapka się zamyka. 

-  Tacy  zwyczajni  ludzie  jak  ja  nie  latają  na  weekend  do  Nowego  Jorku.  -  Mimo 

wszystko spróbował walczyć, jakoś wydostać się z potrzasku. 

-  Bzdury  gadasz.  -  Kate  go  pocałowała.  Miała  w  zanadrzu  jeszcze  jeden  argument, 

najmocniejszy.  Specjalnie  schowała  go  na  sam  koniec.  -  Pomyśl,  jaką  frajdę  sprawisz 

Jackowi.  Zobaczy  Nowy  Jork  i  odpłaci  koledze  pięknym  za  nadobne.  Rod  ciągle  gada  o 

Disneylandzie,  no  to  teraz  Jack  też  będzie  się  mógł  czymś  pochwalić.  Wyobraź  sobie,  jaką 

minę zrobi Rod, kiedy się dowie, że Jack był w miejscu, w którym zginął King Kong. 

Trafiła celnie. Brody miał ochotę wyć. 

-  Nie  zrozum  mnie  źle  -  spróbował  jeszcze  raz,  choć  przecież  wiedział,  że  przegra  z 

kretesem. - Ja naprawdę nie przepadam za baletem. 

- Jesteś pewien? - Kate zatrzepotała rzęsami. - Ile przedstawień widziałeś? 

- Żadnego - mruknął Brody. 

- No to skąd wiesz, że nie lubisz baletu? 

-  Publicznej  egzekucji  też  nie  oglądałem,  a  jednak  mam  przeczucie,  że  by  mi  się  nie 

spodobała. 

-  Ależ  ty  jesteś  uparty  -  westchnęła.  -  Spójrz  na  to  z  innej  strony.  Pokażesz  Jackowi 

Nowy  Jork,  dasz  mu  dwa  dni  wielkiej  radości.  To  wszystko  w  zamian  za  dwie  godziny 

ś

miertelnej nudy. Zdaje mi się, że to niewygórowana cena. 

- O wszystkim pomyślałaś. - Brody pokręcił głową, popatrzył na bilety. 

- Raczej tak. No to jak będzie? Przyjedziecie? 

- Jack oszaleje ze szczęścia, jak się dowie, że poleci samolotem. 

Jack rzeczywiście szalał z radości. W piątek po południu, gdy jechali na lotnisko, omal 

nie wyskoczył ze skóry. 

- Tatusiu, spytaj, czy Mike może lecieć z nami. Nie chcę, żeby był sam. Będzie się bał. 

- Nie wolno zabierać psów do kabiny pasażerskiej, ale nie bój się, na pewno nic złego 

mu się nie stanie. Ma swoje zabawki i wcale nie będzie sam. W przedziale dla psów polecą 

razem z nim jeszcze dwa inne psy. 

-  No  tak.  -  Jack  łatwo  dał  się  przekonać.  Przyglądał  się  chciwie  wszystkiemu,  co 

działo się na lotnisku, po drodze do samolotu i w samym samolocie. 

background image

Stewardesa natychmiast się zorientowała, że to pierwszy lot chłopca. Zaprowadziła go 

do kabiny pilotów i dała mu plastikowe skrzydła. Nim samolot uniósł się w powietrze, Jack 

postanowił, że kiedy dorośnie, też zostanie pilotem. 

Przez  całą  godzinę  zasypywał  ojca  pytaniami.  Siedział  przyklejony  do  szyby,  co 

zresztą wcale nie przeszkadzało mu w mówieniu. Brody był wykończony, a Jack w siódmym 

niebie. Jeszcze nigdy w życiu nie miał takiej uciechy. 

Brody trochę się bał, czy wytrzyma całe dwa dni w towarzystwie licznej rodziny Kate. 

I do tego jeszcze to przedstawienie! 

Weekend  w  Nowym  Jorku,  balet,  pomyślał.  Powinienem  teraz  siedzieć  w  domu  i 

cyklinować  podłogi.  Roboty  jest  tyle,  że  nie  wiadomo,  w  co  najpierw  ręce  włożyć,  a  ja  się 

tymczasem włóczę po świecie jak jakiś bogacz. 

Doszedł  do  wniosku,  że  wszystkiemu  jest  winna  Kate.  To  ona  zmieniła  całe  jego 

ż

ycie.  Jego  i  Jacka.  Dopiero  teraz  Brody  naprawdę  się  przestraszył.  Niestety,  było  już  za 

późno, żeby się wycofać. 

Wyszedł do sali przylotów z podręcznym bagażem w jednej ręce, z łapką Jacka mocno 

wciśniętą  w  drugą.  Postanowił  przede  wszystkim  zachować  spokój.  W  końcu  to  tylko  dwa 

dni, powtarzał sobie w duchu. Nie takie rzeczy wytrzymałem. 

Szukał wzrokiem Kate, ale nigdzie jej nie było. 

Tylko jakiś wysoki blondyn gwałtownie machał do niego ręką. Brody nijak nie mógł 

sobie przypomnieć, jak ten człowiek ma na imię. 

-  Jestem  Nick  LeBeck,  szwagier  Kate.  -  Blondyn  wybawił  go  z  kłopotu.  - 

Zamelinujecie się u nas, chłopaki. Kate miała was odebrać, ale zrobili jej dodatkową próbę. 

- Dzięki, że po nas przyjechałeś - mruknął Brody. 

- Naprawdę nie ma za co. - Nick się uśmiechnął i pochylił, żeby uścisnąć dłoń Jacka. - 

Cieszę się, że do nas przyjechałeś. Max nie może się doczekać, kiedy cię zobaczy. Poznaliście 

się na noworocznym przyjęciu, pamiętasz? 

- No. Kate mówiła, że będziemy u was spać przez dwie noce. 

- Jasne. I będzie też uroczysty obiad. Lubisz zupę z rybich łebków? 

Oczy Jacka zrobiły się wielkie z przerażenia. Powoli pokręcił głową. 

-  My  też  nie  lubimy.  -  Nick  się  roześmiał.  -  Dlatego  nigdy  nie  gotujemy  tego 

paskudztwa. 

Okazało  się,  że  pobyt  w  obcym  mieście  u  obcych  ludzi,  których  prawie  nie  znał,  nie 

był aż tak bardzo krępujący, jak się Brody spodziewał. 

background image

Jack z marszu podjął zawartą jakiś czas temu znajomość z Maxem, jakby rozstali się 

nie dalej niż godzinę temu. Mike podbił wszystkie serca. 

Niestety, przy okazji nasikał na dywan. Pewnie ze zdenerwowania i nadmiaru wrażeń. 

- Naprawdę bardzo przepraszam. W domu już tego nie robi - tłumaczył psiaka Brody. 

-  Nic  się  nie  stało.  -  Freddie  wręczyła  Brody'emu  ścierkę.  -  U  nas  ciągle  coś  się 

wylewa. Już dawno przestaliśmy się tym przejmować i tobie radzę zrobić to samo. 

Brody  posłuchał  jej  rady.  Z  przyjemnością  i  wielkim  zainteresowaniem  patrzył,  jak 

Jack radzi sobie w rodzinie, jak układa swe stosunki z dziećmi LeBecków. Bardzo ładnie się 

bawił z trzyletnią Kelsey. Zachowywał się tak, jakby był jej prawdziwym starszym bratem. 

Nick  zabrał  gościa  do  pokoju  muzycznego.  Stało  tam  stare,  solidnie  podniszczone 

pianino,  które  Nick  dostał  ponad  dziesięć  lat  temu,  i  kilka  wygodnych  foteli.  Na  półkach 

umieszczono  posążki  Tony'ego  przyznawane  w  nagrodę  za  wybitne  osiągnięcia  artystyczne 

oraz  mnóstwo  płyt  kompaktowych.  Ściany  były  wyłożone  dźwiękochłonną  korkową  tapetą, 

panował błogi spokój. Jakby w sąsiednim pokoju nie szalały żadne dzieci. 

- Napijesz się piwa? - spytał Nick, otwierając lodówkę schowaną w szafce. 

- Z przyjemnością - odparł Brody. 

- Podróżowanie z dziećmi to prawdziwy koszmar. - Nick otworzył butelki. - Wypijmy 

za to, że choć przez dziesięć minut nie będziemy słyszeć naszych kochanych dzieci. 

-  Odkąd  w  piątek  przywiozłem  Jacka  ze  szkoły,  ani  na  chwilę  nie  przestał  mówić. 

Pobił dziś wszelkie rekordy. 

-  Dobrze,  że  nie  lecieliście  przez  Atlantyk..  Dziesięć  godzin  z  dwójką  dzieci.  -  Nick 

zadrżał  na  wspomnienie  tego  przeżycia.  -  Nie,  lepiej  o  tym  nie  wspominać,  bo  potem  obaj 

będziemy mieli koszmarne sny. 

-  Świetnie  mieszkacie  -  stwierdził  Brody,  rozsiadając  się  w  fotelu.  -  Myślałem,  że  w 

Nowym Jorku są tylko małe mieszkania, których okna wychodzą na drapacze chmur. 

- Kiedyś mieszkaliśmy w takim miejscu. Nad barem mojego brata. Fantastyczny bar - 

dodał Nick gwoli sprawiedliwości - i mieszkanie też całkiem niezłe, ale nie było tam miejsca 

na dzieci. 

Stuknęły drzwi, do cichego wnętrza wdarły się przytłumione, wesołe głosy. 

- Wróciła nasza primabalerina - domyślił się Nick. 

Po chwili do pokoju muzycznego weszła Kate. 

-  Przepraszam  za  spóźnienie  -  powiedziała.  Cmoknęła  Nicka  w  policzek,  pocałowała 

Brody'ego. - I przepraszam, że nie odebrałam was z lotniska. Davidov ma swój dobry dzień. 

Ten facet może człowieka wykończyć. Nick, bądź tak dobry i nalej mi kieliszek wina. 

background image

- Już się robi. - Nick zerwał się z fotela, usadził na nim Kate. 

- Przy okazji powiedz Freddie, że zaraz do nich wrócę, tylko muszę chwilę odsapnąć - 

poprosiła. 

- Nie gadaj tyle - ofuknął ją szwagier. - Siadaj i daj wypocząć tym swoim bezcennym 

stopom. 

- O niczym innym nie marzę. - Kate zdjęła pantofle i westchnęła z ulgą. 

Brody  oniemiał.  Krzyknął,  ukląkł  przy  Kate  i  ostrożnie  ujął  w  dłonie  jej  stopę. 

Owiniętą bandażem, prawie zmasakrowaną. Druga była w takim samym stanie. 

- Coś ty ze sobą zrobiła? 

- Nic wielkiego. - Wzruszyła ramionami. - Miałam próbę. 

- Tańczyłaś na krwawiących stopach? 

- Czasami trzeba i tak. U Davidova to się często zdarza. 

- A nie można by go zastrzelić? 

-  W  każdym  razie  warto  spróbować  -  mruknęła  Kate,  układając  się  w  fotelu  i 

przymykając  oczy.  -  Balet  nie  jest  dla  mazgajów,  mój  drogi.  Obolałe  i  krwawiące  stopy  to 

cecha charakterystyczna wszystkich tancerzy. Ale nie martw się. Do wesela się zagoi. 

- Na pewno. Nie wiem tylko, jak ty jutro zatańczysz na czymś takim. 

- Wspaniale - odparła. - Jak zwykle zresztą. 

-  Wątpię  -  mruknął  Brody,  ale  nie  powiedział  nic  więcej,  bo  właśnie  wrócił  Nick  z 

kieliszkiem i butelką czerwonego wina. 

-  Brody  uważa,  że  trzeba  zastrzelić  Davidova  -  powiedziała  Kate.  -  A  ty  co  o  tym 

sądzisz? 

- Jestem za. - Nick spojrzał na jej pokiereszowane stopy. - Strasznie to wygląda. Mam 

ci przynieść lodu? 

- Na razie nie. Potem się tym zajmę. Teraz nie mam siły. 

-  Zajmiesz  się  tym  natychmiast!  -  Nie  pytając  jej  o  zdanie,  Brody  podniósł  Kate  z 

fotela, wziął ją na ręce. 

- Daj spokój, Brody - broniła się Kate. - To naprawdę nic wielkiego. 

- Zamknij się - warknął i wyniósł ją z pokoju. 

- Facet jest ugotowany - powiedział do siebie Nick. 

Freddie przez cały wieczór o niczym innym nie myślała i prawie o niczym innym nie 

mówiła. 

- Jakie to romantyczne - westchnęła. - Zaniósł ją do łazienki, wsadził do wanny i cały 

czas przy niej siedział. Szkoda, że nie widziałeś jego miny! 

background image

- Widziałem. - Nick machnął ręką. - Mówiłem ci, że facet jest ugotowany. 

-  A  jak  on  na  nią  patrzy  -  rozczuliła  się  Freddie.  -  Zwłaszcza  wtedy,  kiedy  myśli,  że 

nikt tego nie widzi. 

- Ja też na ciebie patrzę - oburzył się Nick. 

- Ale nie tak - prychnęła Freddie. 

- Uważasz, że nie jestem romantyczny? 

- Już nie. - Freddie doskonale się bawiła. Zaczęła szczotkować włosy, ale Nick porwał 

ją na ręce. Nawet krzyknąć nie zdążyła, bo zaniknął jej usta pocałunkiem. 

- Brakuje ci romantyzmu, skarbie? - spytał. - Proszę bardzo. Będzie romantycznie. 

Kate  była  wykończona,  ale  teraz,  kiedy  Brody  spał  zaledwie  o  parę  metrów  od  niej, 

nie  mogła  sobie  znaleźć  miejsca.  Bardzo  go  pragnęła.  Wiedziała,  że  nie  odważy  się  do  niej 

przyjść, więc ona musiała iść do niego. 

Narzuciła  szlafrok  i  wyszła  ze  swojego  pokoju.  Po  drodze zajrzała  jeszcze  do  dzieci. 

Cała trójka spała kamiennym snem. Nawet pies posapywał, kompletnie wykończony. 

Ostrożnie  otworzyła  drzwi  pokoju  Brody'ego.  Skrzypnęły  cichutko.  Brody  stał  przy 

oknie półnago, zgrabny jak grecki bóg. Kate zamknęła drzwi, ostrożnie przekręciła zamek. 

Szlafrok,  który  miała  na  sobie,  kupiła  poprzedniego  dnia.  Miała  godzinę  przerwy, 

więc  wyskoczyła  do  miasta  i  pod  wpływem  impulsu  zrobiła  ten  idiotyczny  sprawunek.  Nie 

wiedziała, dlaczego to zrobiła. Nie potrzebowała jedwabnego szlafroczka. 

Dopiero  teraz,  kiedy  zobaczyła  wyraz  twarzy  Brody'ego,  kiedy  usłyszał  szelest 

jedwabiu, pomyślała, że warto było zaszaleć. 

- Dobrze, że jesteś - szepnął, przytulając ją do siebie. - Właśnie sobie myślałem, jaki 

to koszmar mieć cię tak blisko i nie móc cię nawet dotknąć. Bałem się, że przez całą noc nie 

zmrużę oka. 

- Teraz już możesz mnie dotykać. A o spaniu na razie nie ma mowy. 

Nie  mógł  uwierzyć,  że  jeszcze  nie  tak  dawno  nie  chciał  się  poddać  jej  urokowi,  że 

walczył  z  nią  i  z  własnym  pożądaniem.  Kate  była  spełnieniem  jego  najskrytszych  marzeń, 

realizacją najśmielszych snów. 

Cała  w  jedwabiach  i  ruchomych  cieniach,  a  przy  tym  rzeczywista,  tak  bardzo 

prawdziwa. 

Zsunął z jej ramion jedwabny szlafrok. Pod spodem nie było nic prócz jej cudownego, 

sprężystego ciała. 

Była  dla  niego  całym  światem.  Brody  nie  umiał  sobie  wyobrazić,  jak  wyglądałoby 

jego  życie,  gdyby  mu  nagle  zabrakło  tej  cudnej  kobiety,  tego  niezawodnego,  mądrego 

background image

przyjaciela.  Nareszcie  zrozumiał.  Wreszcie  odważył  się  do  tego  przyznać.  Na  razie  tylko 

przed sobą. 

- Co się stało? - Przesunęła dłonią po jego włosach. 

- Nic takiego. - Pocałował ją. Postanowił natychmiast przestać myśleć. 

Przez  okna  wlewały  się  do  pokoju  światła  wielkiego  miasta,  stłumione  odgłosy 

ulicznego ruchu. Ale to się nie liczyło. Ważna była tylko Kate. 

Obudził  się,  chciał  ją  do  siebie  przytulić,  ale  Kate  nie  było.  Leżał  sam  w  pustym 

łóżku, w pokoju, do którego już zaczęło przenikać światło poranka. 

Kate stała przy oknie i przewiązywała paskiem szlafrok. 

- Co się stało? - spytał półprzytomny. 

-  Przepraszam,  nie  chciałam  cię  obudzić  -  szepnęła.  Na  palcach  podeszła  do  łóżka  i 

pocałowała go delikatnie. - Muszę iść. Mam lekcję. 

- Dajesz lekcje tańca w samym środku nocy? 

- Nie daję, tylko biorę, i nie w nocy, tylko rano. Dochodzi szósta. 

Starał  się  myśleć  logicznie,  lecz  umysł  nie  bardzo  chciał  pracować  po  niespełna 

czterech godzinach snu. 

- Ty bierzesz lekcje? Po co? Przecież chyba umiesz tańczyć. 

- Umiem. 

- To po co ci lekcje? W dodatku o szóstej rano? 

- Muszę się uczyć, bo jestem tancerką, a tancerze uczą się do końca życia. A na pewno 

do końca kariery. Mam lekcję o siódmej rano, ponieważ o jedenastej jest próba kostiumowa. 

A teraz śpij. 

Myślała, że Brody coś powie, ale się nie odezwał. 

- No - powiedziała do siebie - przynajmniej jedno polecenie wykonał bez szemrania. 

-  Na  pewno  możemy  tam  wejść?  -  Brody  miał  wątpliwości,  czy  ktokolwiek  przy 

zdrowych  zmysłach  wpuści  do  teatru  brygadę  złożoną  z  trójki  dorosłych,  trójki  dzieci  i 

jednego wielorasowego szczeniaka. 

- Jasne - odparła Freddie. - Kate wszystko załatwiła. 

Nie  przekonała  go,  ale  Brody  nie  zamierzał  się  spierać.  Już  wiedział,  że  siostrom 

Kimball nie warto się sprzeciwiać. Zwłaszcza jeśli się spało tylko pięć godzin. 

Dzieci wstały przed siódmą. Narobiły tyle hałasu, że obudziły chyba cały Manhattan. 

A  gdyby  ktoś  cierpiał  na  chroniczną  głuchotę  i  nie  zareagował  na  wrzaski  dzieci,  na  pewno 

usłyszałby przeraźliwe, radosne poszczekiwanie Mike'a. 

background image

Zaraz  po  śniadaniu  wybrali  się  na  wycieczkę  po  mieście.  Na  piechotę!  Zwiedzili 

Empire  State  Building  i  znajdujący  się  tam  sklep  z  upominkami.  Poszli  na  Times  Square  i 

zajrzeli  do  tamtejszego  sklepu  z  upominkami.  Widzieli  Grand  Central  Station.  I  sklep  z 

upominkami także. 

Po  tych  doświadczeniach  Brody  doszedł  do  wniosku,  że  obejrzenie  próby 

kostiumowej w teatrze nie jest takim złym pomysłem. W teatrach zwykle stoją fotele i nie ma 

sklepów z upominkami. 

- Buzie na kłódkę - ostrzegł dzieciaki Nick - bo inaczej nas stąd wyrzucą. Ciebie też to 

dotyczy, futrzaku - dodał, drapiąc za uchem Mike'a. 

Siedząca za wysokim kontuarem kobieta spojrzała na nich znad okularów w drucianej 

oprawie. 

-  Dawno  pani  nie  widziałam,  pani  Kimball  -  powiedziała.  -  Pana,  panie  LeBeck, 

jeszcze dłużej. Widzę, że przyprowadziliście swoją gromadkę. 

- Kate uprzedziła? - upewniła się Freddie. 

- Owszem. Czy któreś z tych dzieci zna może rosyjski? 

- Nie. 

- Dobrze się składa, bo Davidov jest dziś w wyjątkowej formie. Reska zostawcie tutaj. 

Gdyby  ten  nieborak  przypadkiem  źle  się  zachował  na  widowni,  to  maestro  mógłby  go  zjeść 

ż

ywcem. Tutaj przynajmniej będzie bezpieczny. Jak ten wasz psiak się wabi? 

- To mój piesek - pochwalił się Jack. - Nazywa się Mike. 

- Zaopiekuję się twoim pieskiem - zapewniła portierka. 

Jack niezbyt chętnie oddał Mike'a w obce ręce. 

- Ale jakby płakał, to niech pani po mnie przyjdzie - poprosił. 

-  Na  pewno  przyjdę  -  obiecała  portierka.  Wrzaski  Davidova  rozlegały  się  w  całym 

teatrze. 

-  Ominiemy  kulisy  i  wejdziemy  na  widownię  przez  foyer  -  oznajmiła  Freddie.  -  Tak 

będzie bezpieczniej. 

- Czy on naprawdę zjada pieski? - spytał szeptem Jack. 

- Nie. - Brody wziął synka za rękę. - Ta pani żartowała. 

Mam nadzieję, dodał w myślach. Być może nie jadał psów, ale na tancerzach używał 

sobie ile wlezie. 

Davidov dramatycznym gestem przeciął ręką powietrze, uciszył orkiestrę. 

background image

-  Ty  i  ty!  -  Wskazującym  palcem  dziobał  parę  tancerzy  spoconych  jak  myszy 

kościelne.  -  Wynoście  się!  Won  z  mojej  sceny!  Pod  prysznic!  Wrócić  za  godzinę!  Może 

wtedy będziecie się poruszać jak tancerze. Kimball i Blackstone! - wrzasnął. - Do mnie! 

Chodził  tam  i  z  powrotem  po  wielkiej  scenie:  szczupły  starszy  pan  z  burzą  siwych 

włosów. Twarz miał zimną jak zastygła maska. 

- Boję się - szepnął Jack. 

- Cii. - Brody usiadł w fotelu, posadził sobie synka na kolanach. 

W rzędzie przed nimi siedziała samotnie jakaś kobieta. 

Wtem na scenę wyszła Kate. 

- Spójrz, tatusiu - szeptał Jack - to Kate. 

- Tak, widzę. Bądź cicho. 

Włosy  miała  rozpuszczone,  lśniący  czerwony  kostium.  Od  talii  do  kolan  spływała 

cieniutka spódniczka z czerwonego szyfonu. Kate podparła się pod boki, przeszła przez scenę, 

stanęła przed Davidovem. 

- Wygoniłeś mnie ze sceny. Nigdy więcej tego nie rób. 

- Wyganiam cię i wołam, a tobie nic do tego. Ja jestem od rządzenia, a ty od tańczenia. 

Ty! - Pokiwał palcem na wysokiego mężczyznę w białym kostiumie, który wyszedł na scenę 

razem z Kate. - Odsuń się. Zaczekaj. „Czerwona Róża” - powiedział do orkiestry. - Pierwsze 

solo. Kimball. Jesteś Carlotta - zwrócił się do Kate - więc bądź Carlotta, do cholery. Światło! 

Kate wciągnęła powietrze, zajęła pozycję. Lewa noga z tyłu, stopa odwrócona, prosta 

jak linijka, ramiona lekko uniesione, wygięte w miękkie łuki, głowa buntowniczo wzniesiona 

w górę. Pojedynczy reflektor oświetlał ją jak pochodnia. 

Odezwała się muzyka. Kate zaczęła tańczyć. 

To był bardzo trudny układ. Ruchy Kate były szybkie jak błyskawice, stopy fruwały w 

powietrzu. 

Urwała  gwałtownie,  zatrzymała  się  dokładnie  w  tym  samym  miejscu  i  w  tej  samej 

pozycji, od jakiej rozpoczęła. 

Przytrzymując  dłońmi  mocno  bijące  z  wysiłku  serce,  spojrzała  wyzywająco  na 

Davidova, bez słowa zakręciła się w piruecie i zniknęła ze sceny. 

Brody nigdy w życiu nie widział nic podobnego. Nie miał pojęcia, że człowiek może 

się  tak  przemienić.  To  były  prawdziwe  czary.  Wciąż  jeszcze  o  tym  myślał,  gdy  Kate  znów 

sfrunęła na scenę. 

Teraz tańczyła z partnerem, z tym mężczyzną w białym kostiumie. Brody nie widział 

drobniutkich  kroczków,  pozwalających  tancerzom  utrzymać  równowagę,  nie  widział 

background image

drżących z wysiłku mięśni, tylko prędkość, bajeczną płynność ruchów. Z tej bajki wyrwał go 

niespodziewanie ostry wrzask. 

-  Stop!  Stop!  Stop!  -  Davidov  machał  rękami  jak  wiatrak.  -  Co  to  jest?  Co  to  ma 

znaczyć? Nie ma w was ani kropli krwi. Nie macie ani trochę pasji! Nie jesteście w parku na 

niedzielnym spacerku! Gdzie ogień? Nie widzę ognia! 

-  Ja  ci  zaraz  dam  ogień.  -  Kate  zrobiła  piruet,  w  jednej  chwili  znalazła  się  przy 

Davidovie. 

- Zatańczysz ze mną. - Chwycił ją w talii. - Pokaż mi, co potrafisz. 

Podniósł  ją  do  góry.  Kate  klęła  na  czym  świat  stoi,  jak  błyskawica  zeskoczyła  na 

ziemię,  choć  muzyka  grała  w  tej  chwili  tylko  w  jej  uszach.  Davidov  złapał  ją,  obrócił  w 

potrójnym piruecie, opuścił niziutko, aż dotknęła głową desek sceny. Jeden gwałtowny ruch i 

znów znalazła się na pointach. Jej oczy lśniły niebezpiecznie. 

- Teraz dobrze. Powtórz. Tylko nie przestawaj się złościć. 

- Nienawidzę cię! 

-  Nie  mnie.  Jego!  -  Davidov  wskazał  tancerza  w  białym  kostiumie.  Machnął  ręką, 

zagrała muzyka. 

- Czego on od niej chce? - spytał głośno Brody. Z tego wszystkiego zapomniał, gdzie 

jest i że powinien siedzieć cicho. - Krwi? 

Siedząca przed nim kobieta odwróciła się do Brody'ego. 

- No właśnie - powiedziała z uśmiechem. - Z nim tak zawsze. To trudny człowiek. 

- Tatuś mówi, że trzeba go zastrzelić - pośpieszył z informacją Jack. 

-  Nie  tylko  twój  tata  tak  uważa.  -  Kobieta  się  roześmiała,  choć  na  scenie  wciąż 

tańczono i przeklinano. 

-  Jest  bardzo  surowy,  zwłaszcza  dla  najlepszych.  Wiem  coś  o  tym,  bo  sama  z  nim 

tańczyłam. 

- Na panią też wrzeszczał? 

-  Oczywiście.  On  na  mnie,  a  ja  na  niego.  Dzięki  temu  coraz  lepiej  tańczyłam.  Ale 

zawsze okropnie mnie złościł. 

- I co mu pani zrobiła? - Jack był bardzo ciekaw. 

- Dała mu pani w nos? 

- Nie. Wyszłam za niego za mąż. - Uśmiechnęła się ciepło do Brody'ego. - Nazywam 

się Ruth Bannion. A pan pewnie jest tym przyjacielem Kate. 

- Przepraszam - zreflektował się Brody. - Nie powinienem mówić w ten sposób o pani 

mężu. 

background image

-  Nic  się  nie  stało.  -  Kobieta  znów  się  śmiała.  -  Davidov  wyzwala  w  człowieku 

najgorsze  uczucia.  W  ten  sposób  zmusza  tancerzy,  żeby  dali  z  siebie  wszystko.  Uwielbia 

Kate. Nie może odżałować, że opuściła zespół. - Ruth popatrzyła na scenę. - Niech pan tylko 

na nią popatrzy. Będzie pan wiedział, dlaczego. 

- Dosyć! - Davidov wrzasnął tak głośno, że słychać go było nie tylko w całym teatrze, 

ale i na sąsiedniej ulicy. - Odpocznijcie. Mam nadzieję, że wieczorem będziecie mieli więcej 

energii. 

Krew  dudniła  w  uszach  Kate,  stopy  bolały  potwornie,  ale  zostało  jej  jeszcze  trochę 

energii na krótki występ wokalny. Sklęła Davidova po ukraińsku, więc Brody nic z tego nie 

zrozumiał. Prócz tego, że Kate przeklina swojego kata. 

-  Myślisz,  że  jak  klniesz  po  ukraińsku,  to  ja  nie  rozumiem,  bo  jestem  Rosjaninem  - 

rzekł  Davidov,  gdy  skończyła.  -  Dawno  się  tak  nie  pomyliłaś,  moja  złota.  Powiedziałaś,  że 

mam świńskie serce. 

- Mówiłam o świńskim ryju - warknęła i zeszła ze sceny. 

Nie  widziała,  że  Davidov  patrzy  na  nią  z  lekkim  uśmiechem  na  ustach  i  błyskiem  w 

oczach. 

- A nie mówiłam? - Ruth znowu się uśmiechnęła. - On ją uwielbia. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Miała na sobie krótki czerwony szlafroczek i pełny sceniczny makijaż, włosy upięte w 

wymyślny kok, tak samo jak podczas drugiego wykonywanego przez nią tańca. 

Publiczność zwariowała na jej punkcie. Brody też. 

Właśnie  przyszedł,  by  jej  to  powiedzieć,  i  znalazł  ją  w  objęciach  starego  Rosjanina. 

Tego samego, którego przed południem tak paskudnie zwymyślała. 

Brody miał ochotę zabić ich oboje, nie wiedział tylko, od kogo zacząć. 

- Przepraszam - mruknął. 

- Brody! - zawołała rozpromieniona Kate. Wyciągnęła do niego rękę, lecz Davidov jej 

nie puścił. Ostrym spojrzeniem otaksował Brody'ego. 

- Czy to jest ten twój stolarz? Ten, który chce mnie zastrzelić? Teraz ma jeszcze jeden 

powód. Nie podoba mu się, że cię całuję. 

- Nie podoba mi się, że on cię całuje - potwierdził Brody. 

- Nie wygłupiaj się. Przecież to Davidov. 

-  Wiem.  -  Brody  zamknął  za  sobą  drzwi  garderoby.  Nie  chciał,  by  wszyscy  widzieli, 

jak morduje sławnego tancerza. - Poznałem jego żonę. 

-  Mówiła  mi  o  tym.  -  Davidov  po  raz  pierwszy  zwrócił  się  do  Brody'ego,  jakby 

dopiero teraz uznał w nim człowieka. - Polubiła cię. I twojego chłopaczka też. 

Davidov ucałował włosy Kate. Uwielbiał patrzeć, jak Brody się wścieka. 

-  Moja  żona  wie,  że  jestem  tutaj  -  ciągnął.  -  Ona  wie,  że  muszę  wycałować  tę  naszą 

dziewuszkę. - Wziął Kate za ręce. - Była cudowna. Rewelacyjna! Nigdy jej nie wybaczę, że 

mnie zostawiła. 

- Jestem taka szczęśliwa! - zawołała Kate. 

- Szczęśliwa! - prychnął Davidov. - Nie obchodzi mnie, czy jesteś szczęśliwa, bylebyś 

tańczyła. To opinia twojego szefa. A jako przyjaciel - z westchnieniem ucałował jej dłonie - 

cieszę się, że masz to, czego chciałaś. 

- Jak się pan od niej odsunie, to ja też będę szczęśliwy - oświadczył Brody. 

-  Zazdrość  to  brzydkie  uczucie  -  rzekła  Kate,  marszcząc  nos.  -  A  w  tym  przypadku 

zupełnie nie na miejscu. 

- Morderstwo też nie jest piękne, ale przynajmniej pasuje do sytuacji. 

-  Zaraz  sobie  pójdę  -  obiecał  Davidov  -  ale  jeszcze  coś  jej  powiem.  Nikt  nie  potrafi 

zatańczyć Carlotty tak jak ty, Kate. Jesteś najlepsza i bardzo mi ciebie brakuje. 

background image

- A niech to! - mruknęła Kate i wierzchem dłoni otarła łzy. 

- Więc jeśli nie będziesz bardzo, ale to bardzo szczęśliwa - ciągnął wielki tancerz - to 

zabiorę cię z tej twojej Wirginii. Siłą. - Ujął jej twarz w obie dłonie i spytał po rosyjsku: - Czy 

chcesz tego mężczyzny? 

Da. - Skinęła głową. 

- To dobrze. - Westchnął, pocałował ją w czoło. 

- Kocham swoją żonę - zwrócił się do Brody'ego. 

- Poznałeś ją, to chyba rozumiesz. Jest moim największym skarbem. Katiusza też jest 

skarbem. 

- Ale moim skarbem - syknął Brody, choć właściwie już nie był wściekły. 

- Racja - zgodził się Davidov. - Gdyby jakiś obcy facet całował mój skarb, to bym mu 

nogi połamał. No, ale ja jestem Rosjaninem. 

-  Ja  zwykle  zaczynam  od  łamania  rąk  -  wyjaśnił  Brody.  -  No,  ale  ja  jestem 

Irlandczykiem. 

-  Podobasz  mi  się!  -  Davidov  się  roześmiał  i  klepnął  Brody'ego  po  plecach.  -  Tak 

trzymaj, chłopcze. 

-  Czy  on  nie  jest  cudowny?  -  spytała  Kate,  gdy  drzwi  garderoby  zamknęły  się  za 

baletmistrzem. 

- Parę godzin temu go nienawidziłaś. 

- Ach! - Kate machnęła ręką, usiadła przed lustrem i zaczęła zmywać charakteryzację. 

- To było na próbie. Na próbach zawsze go nienawidzę. 

- A po przedstawieniu go całujesz? 

- Tylko wtedy, kiedy bardzo dobrze mi poszło. To potwór i geniusz w jednej osobie. 

Po prostu Davidov - powiedziała, jakby to wszystko wyjaśniało. - Nie byłabym taką tancerką, 

może nawet nie byłabym taką kobietą jaką jestem, gdybym z nim nie pracowała. 

Bardzo wiele nas łączy,  ale nie seks. Tego nigdy miedzy nami nie było.  On uwielbia 

swoją żonę. 

- A więc to tylko na niby? 

- Oczywiście. - Kate się roześmiała. - Piłkarze też się obściskują, kiedy któryś strzeli 

gola. 

- No dobra, niech ci będzie. - Brody wreszcie się uspokoił. 

- Pięknie tańczyłam, prawda? - Kate natychmiast zmieniła temat. - Podobało ci się? 

-  Byłaś  niesamowita.  Nigdy  w  życiu  nie  widziałem  nic  podobnego.  Nie 

przypuszczałem, że człowiek może się poruszać tak jak ty. 

background image

- Jestem taka szczęśliwa! - Zerwała się z taboretu, podbiegła do Brody'ego, zarzuciła 

mu ręce na szyję. - Chciałam, żeby ci się podobało. Strasznie chciałam, żebyś polubił balet. 

- No i ci się udało - zapewnił ją Brody. - Uwielbiam balety, w których ty tańczysz. 

-  Tak  się  cieszę!  Wiesz,  że  cała  moja  rodzina  była  dziś  na  widowni?  Nawet  rodzice 

przyjechali.  No  i  oczywiście  babcia  z  dziadkiem,  wszystkie  ciotki,  wujkowie  i  kuzyni.  A 

Brandon przysłał kwiaty. 

Wzięła z pojemnika chusteczki, wytarła nos, usiadła z powrotem przed lustrem. 

-  Bardzo  się  denerwowałam  -  ciągnęła.  -  Bałam  się,  że  zrobi  mi  się  słabo,  ale  kiedy 

usłyszałam  muzykę...  Wiesz,  wtedy  człowiek  przestaje  myśleć,  przestaje  nawet  widzieć  i 

słyszeć, tylko czuje. Czuje muzykę i już nic poza nią nie jest ważne. 

W garderobie było pełno kwiatów, przeważnie róż. 

Co najmniej kilka setek. A Kate była nieziemsko szczęśliwa. 

Jak ona mogła to wszystko zostawić, zastanawiał się Brody. Dlaczego wybrała nudne 

ż

ycie w małym miasteczku? 

Już miał ją o to zapytać, gdy drzwi otworzyły się z łoskotem i do garderoby wdarła się 

hurmem cała wielka rodzina. 

Na  niedzielnym  obiedzie  u  dziadków  Kate  była  tak  samo  w  swoim  żywiole  jak 

poprzedniego  dnia  na  scenie.  Miała  na  sobie  znoszone  dżinsy  i  luźny  sweter  i  była  w  tym 

stroju tak samo swobodna jak poprzedniego dnia w pięknym kostiumie, w blasku reflektorów. 

To  chyba  czary,  myślał  Brody,  usiłując  jakoś  połączyć  ze  sobą  te  dwie  różne  osoby. 

Postanowił  się  nad  tym  zastanowić  później.  Teraz  musiał  się  skupić  na  tym,  co  działo  się 

wokół niego, żeby się całkiem nie pogubić. 

W  starym  domu  na  Brooklynie  zebrało  się  mnóstwo  ludzi.  Aż  cud,  że  dla  nich 

wszystkich starczyło tlenu. 

Pod  jedną  ze  ścian  stało  pianino.  Różne  palce  wygrywały  na  nim  najróżniejsze 

melodie:  od  rocka  poczynając,  a  na  Bachu  kończąc.  W  powietrzu  unosiły  się  napływające  z 

kuchni  smakowite  zapachy,  wino  lało  się  strumieniami  i  nikt  nie  siedział  ani  nie  stał  w 

jednym miejscu dłużej niż pięć minut. 

Jack pławił się w tej rodzinnej atmosferze. Razem z Maxem leżeli plackiem na starym 

dywanie i bawili się samochodami. 

To teraz, bo przedtem Jack siedział na kolanach Jurija. Rozmawiali o czymś z powagą 

i opychali się cukierkami. Między kolanami Jurija a zabawą w samochody chłopiec biegał po 

schodach  na  złamanie  karku.  Oczywiście  nie  sam,  tylko  z  watahą  równie  jak  on 

rozwrzeszczanych dzieci. 

background image

Brody doszedł do wniosku, że powinien zwrócić baczniejszą uwagę na swego syna. 

-  Nic  mu  nie  będzie  -  odezwała  się  czarnowłosa  piękność  o  typowych  dla  rodziny 

Stanislaskich rysach, która usiadła obok Brody'ego na kanapie. - Jestem Rachel, ciotka Kate. 

Niełatwo nas wszystkich spamiętać, co? 

- Strasznie was dużo - odparł wymijająco. 

W  końcu  przypomniał  sobie,  kim  była  Rachel.  Oprócz  tego,  że  była  ciotką  Kate, 

matką jej siostry, była też adwokatem i żoną właściciela baru. A właściciel baru to przybrany 

brat Nicka. Proste jak konstrukcja gwoździa. 

Naprawdę  trudno  ich  wszystkich  spamiętać,  pomyślał  trochę  rozbawiony,  a  trochę 

przerażony Brody. 

- Nie martw się. Kiedyś w końcu się połapiesz - pocieszyła go Rachel. - To mój mąż. - 

Pokazała  mu  wysokiego  mężczyznę  trzymającego  za  gardło  ciemnowłosego  chłopca.  - 

Właśnie  dusi  naszego  syna  Gideona  i  jednocześnie  rozmawia  z  Sydney  (to  ten  piękny 

rudzielec,  ona  jest  żoną  mojego  brata  Miszy)  i  z  Laurel,  najmłodszą  córką  Sydney  i  Miszy. 

Misza  stoi  tam.  Kłóci  się  z  moim  najmłodszym  bratem  Alexem.  Bess,  żona  Alexa  (to  ten 

drugi rudzielec z krzywym nosem) rozmawia ze swoją córką Carmen i z małą Kelsey Nicka i 

Freddie.  Ten  przystojny  młody  człowiek,  który  właśnie  wychodzi  z  kuchni,  to  Griff, 

najstarszy syn Miszy. Pewnie wycyganił od babci coś do jedzenia. Jego babcia, a moja mama, 

ma na imię Nadia. Zrozumiałeś wszystko? 

- Nie całkiem - przyznał Brody. 

- Trzeba na to trochę czasu. - Rachel się roześmiała, poklepała Brody'ego po kolanie. - 

Pamiętaj, że to jeszcze nie wszyscy, ale na razie niczym się nie przejmuj. Twój syn świetnie 

się bawi, a ty nie masz nic do picia. Co ci dać? Wino? 

- Tak, bardzo proszę. 

- Siedź, ja przyniosę. - Powstrzymała go gestem dłoni. 

Ledwie  odeszła,  obok  Brody'ego  usiadł  Griff  i  zaczęli  rozmawiać  o  stolarce. 

Przynajmniej na tym Brody dobrze się znał. 

Kate przedarła się przez tłum, podała Brody'emu kieliszek wina, przysiadła na oparciu 

kanapy. 

- Wszystko w porządku? - zapytała. 

- W porządku - zapewnił ją Brody. - Stosuję starą harcerską zasadę: jak się zgubisz, to 

siedź na miejscu, nigdzie się nie ruszaj, a na pewno w końcu ktoś cię znajdzie. Przychodzą tu 

różni  ludzie,  przysiadają  się,  zagadują  i  odchodzą.  Dzięki  temu  mniej  więcej  wiem,  kto  jest 

kim. 

background image

Gdy to mówił, przysiadł się do nich Alex. 

-  Ja  i  Bess  chcielibyśmy  dobudować  kilka  pokoi  do  naszego  podmiejskiego  domku  - 

zaczął. 

- Widzisz? - Brody zwrócił się do Kate, po czym spojrzał na Alexa. - Macie już jakiś 

pomysł? 

Kate zostawiła go z Alexem i poszła do kuchni, gdzie jej matka przyrządzała ogromną 

michę sałaty. Nadia stała przy kuchni i nadzorowała Adama,, najmłodszego syna Miszy, który 

mieszał coś w wielkim garnku. 

- Potrzebujecie jeszcze kogoś do pomocy? 

- W mojej kuchni zawsze jest za dużo pomocników - stwierdziła Nadia. Była całkiem 

siwa,  pomarszczona,  ale  oczy  jej  błyszczały  jak  u  młodej  dziewczyny.  Poklepała  Adama  po 

ramieniu. - Dobrze się spisałeś, dziecko. Możesz już iść. 

- Kiedy będzie obiad, babciu? - chciał wiedzieć Adam. - Umieram z głodu. 

- Zaraz podaję. Powiedz swoim braciom, siostrom i kuzynom, że trzeba nakrywać do 

stołu. 

- Dobra! - Adam wypadł z pokoju, wykrzykując rozkazy. 

- Bardzo chce być ważny - stwierdziła z uśmiechem Nadia. 

-  Oni  wszyscy  chcą  być  ważni,  mamusiu.  -  Natasza  się  roześmiała.  -  Jak  sobie  radzi 

Brody, Katie? 

-  Rozmawia  z  wujkiem  Alexem.  -  Kate  pochyliła  się  nad  garnkiem  i  pociągnęła 

nosem. - Czy on nie jest cudny, babciu? 

- Sos? - Nadia udała zdziwienie. 

-  Nie  sos,  tylko  Brody  -  wyjaśniła  Kate  takim  tonem,  jakby  naprawdę  uwierzyła,  że 

babcia nie wie, o co ją pytają. 

-  Ten  twój  mężczyzna?  -  upewniła  się  Nadia.  -  Dobrze  mu  z  oczu  patrzy.  I  świetnie 

wychował syna. Masz dobry gust, Katiusza. 

-  Miałam  znakomitych  nauczycieli.  -  Kate  pocałowała  babcię  w  policzek.  -  Dziękuję 

ci, że go zaprosiłaś. 

-  Pomóż  nakrywać  do  stołu  -  rzekła  wzruszona  Nadia.  -  Twoi  mężczyźni  gotowi  są 

pomyśleć, że nie dostaną nic do jedzenia. 

- Wkrótce się przekonają, jak bardzo się pomylili. Kate pocałowała matkę w policzek i 

wybiegła z kuchni. 

-  Niedługo  będziemy  tańczyć  na  jej  weselu  -  westchnęła  Nadia  w  zadumie.  -  Czy  ty 

lubisz tego człowieka? 

background image

-  Oczywiście.  -  Natasza  miała  łzy  w  oczach.  -  To  dobry  chłopiec.  Katie  jest  z  nim 

szczęśliwa.  Wiesz,  mamo,  gdybym  mogła  jej  wybrać  męża,  to  pewnie  wybrałabym 

Brody'ego.  Och,  mamo!  -  Natasza  szybko  wytarła  oczy.  -  Tak  bym  chciała,  żeby  moja  có-

reczka była szczęśliwa! 

- Wiem, kochanie. - Nadia podała Nataszy jeden róg swojego fartucha, a drugim sama 

wycierała oczy. 

Kate  miała  roboty  po  same  uszy.  Nie  mogła  się  doczekać,  kiedy  szkoła  otworzy  swe 

podwoje dla pierwszych uczniów. 

Remont  był  prawie  skończony.  Stary  dom  w  niczym  nie  przypominał  rudery,  jaka  tu 

stała jeszcze dwa miesiące temu. Podłogi lśniły, ściany błyszczały od luster, gabinet Kate był 

starannie urządzony, szatnie wyposażone... 

A  godzinę  temu  zawieszono  szyld.  SZKOŁA  TAŃCA  KATE  KIMBALL  Kate  stała 

na  chodniku,  patrzyła  oczarowana  na  swój  dom,  na  widniejący  nad  wejściem  napis.  A  więc 

marzenia jednak się spełniają, pomyślała. Wystarczy tylko mocno wierzyć i ciężko pracować. 

- Przepraszam panią. 

- Tak, słucham? - Kate odwróciła się i zastygła w bezruchu. 

Kobieta, która do niej podeszła, była tą samą osobą, której Brody przedstawił ją jako 

swoją  dziewczynę.  Wtedy,  kiedy  tak  strasznie  się  pokłócili,  aż  zdawało  się,  że  wszystko 

między  nimi  skończone.  Teraz  Kate  bardzo  się  zawstydziła,  ale  zrobiła  dobrą  minę  do  złej 

gry. 

- Dzień dobry. - Kobieta była tak samo zakłopotana jak Kate. - Nazywam się Marjorie 

Rowan. 

- Kate Kimball - przedstawiła się Kate. 

-  Tak,  wiem.  Właściwie  znam  też  pani  chłopaka.  Jego  firma  robi  drobne  naprawy  w 

naszym budynku. 

- Rozumiem - rzekła Kate, choć nadal nie wiedziała, o co tej kobiecie chodzi. 

- Kilka dni temu wpadło mi w ręce ogłoszenie - ciągnęła pani Rowan. - Znalazłam je 

w  sklepie  pani  matki.  Moja  córka  ma  dopiero  osiem  lat,  ale  bardzo  by  chciała  chodzić  na 

lekcje tańca. 

Kate odetchnęła z ulgą. Nie będę się musiała tłumaczyć z tamtej awantury, pomyślała 

uradowana. 

-  To  się  dobrze  składa  -  powiedziała.  -  W  przyszłym  tygodniu  zaczynamy  zajęcia. 

Może chciałaby pani obejrzeć moją szkołę? 

background image

- Prawdę mówiąc, już parę razy zaglądałyśmy przez okno. Mam nadzieję, że się pani o 

to nie gniewa. 

- Oczywiście, że nie. 

- Mówiłam mojej Audrey, że się zastanowię, ale chyba jej pozwolę. Chciałabym, żeby 

spróbowała swoich sił. 

- Proszę, wejdźmy do środka. Opowie mi pani o Audrey. 

- Dziękuję. - Kobieta weszła na ganek. Teraz była już znacznie spokojniejsza. - A wie 

pani,  że  ja  też  kiedyś  chciałam  się  uczyć  tańca?  Niestety,  moi  rodzice  nie  mogli  sobie 

pozwolić na prywatne lekcje. 

- Więc może teraz wzięłaby pani kilka lekcji? 

- Teraz? - Pani Rowan się roześmiała. - Jestem za stara na baletnicę. 

- Ćwiczenia baletowe rozwijają całe ciało, poprawiają elastyczność wszystkich mięśni. 

Na to nigdy nie jest za późno - przekonywała ją Kate. - Zresztą pani ma świetną figurę. 

-  Staram  się,  jak  mogę.  -  Pani  Rowan  rozejrzała  się  po  wielkiej  sali  i  uśmiechnęła  z 

rozmarzeniem  na  widok  luster,  drążków,  zdobiących  ściany  plakatów.  -  Nawet  gdybym 

bardzo chciała, nie mogłabym sobie pozwolić dla lekcje dla nas obu. 

- O tym także możemy porozmawiać. Zapraszam panią do gabinetu. 

Godzinę później Kate biegła na górę. Musiała się z kimś podzielić dobrą nowiną. Na 

powiernika  wybrała  sobie  Brody'ego.  Zyskała  dwie  nowe  uczennice  i  stworzyła  pierwszą 

grupę rodzinną. Za jednym zamachem. 

Przechodziła  właśnie  przez  niewielki  salonik  i  nagle  zatrzymała  się  w  pół  kroku. 

Rozejrzała  się  zdumiona.  Salonik  był  całkowicie  wykończony,  a  ona  dopiero  teraz  to 

zauważyła. 

W  kuchni  także  wszystko  było  na  swoim  miejscu,  lśniło  czystością  i  pachniało 

ś

wieżością. Szafki czekały, by je zapełnić, parapet aż się prosił o kwiaty w doniczkach. 

Mieszkanie  jest  gotowe,  można  się  wprowadzić  choćby  zaraz.  Kate  weszła  do 

sypialni. 

Brody klęczał na podłodze i mocował okucia do komódki, a Jack siedział po turecku z 

wystawionym  językiem  i  starannie  dopasowywał  śrubokręt  do  rowka  w  śrubie  mocującej 

gniazdko w ścianie. Pomiędzy nimi pochrapywał zadowolony Mike. 

-  Uwielbiam  obserwować  mężczyzn  przy  pracy  -  oznajmiła  Kate.  -  Witaj, 

przystojniaku. 

- Pomagam tatusiowi - pochwalił się Jack. - Nie mogłem dzisiaj iść do Roda, bo on i 

Carrie pojechali do dentysty. Ja już byłem. Nie mam żadnych dziur. 

background image

-  Fajnie.  Wiesz,  Brody,  tak  byłam  zajęta  tym,  co  się  dzieje  na  dole,  że  nawet  nie 

zauważyłam, ile zrobiłeś na górze. Piękne jest to mieszkanie. O takim marzyłam. 

- Brakuje jeszcze paru drobiazgów, ale poza tym prawie gotowe. 

Mieszkanie  rzeczywiście  było  bardzo  ładne,  lecz  Brody  wcale  nie  był  zadowolony, 

tylko przygnębiony. 

-  Ślicznie  tu.  -  Kate  przykucnęła,  bo  Mike  koniecznie  chciał  się  z  nią  przywitać.  - 

Przed chwilą przyjęłam do szkoły dwie nowe uczennice. Gdyby jeszcze udało mi się  gdzieś 

znaleźć  ze  dwóch  przystojnych  facetów,  którzy  chcieliby  ze  mną  to  uczcić,  to  naprawdę  nic 

więcej by mi do szczęścia nie brakowało. 

- My możemy! - zawołał Jack. 

- Zapomniałeś, że jutro idziesz do szkoły? - Ojciec prędko przywołał go do porządku. 

-  Chodziło  mi  o  skromną  wczesną  kolację  -  Kate  przyszła  chłopcu  z  pomocą.  - 

Hamburger z frytkami i może lody... 

-  Do  McDonalda!  -  Jack  w  lot  pojął,  o  co  jej  chodzi,  i  z  radości  wskoczył  ojcu  na 

plecy. - Tatusiu, pójdziemy? 

Znów mnie przyparli do muru, pomyślał Brody. I co ja mam z nimi zrobić? 

- Głupio by było rezygnować z zaproszenia - mruknął. 

- To znaczy że się zgadza! Tatuś się zgodził! - Jack podbiegł do Kate, objął ją za nogi. 

- Możemy już iść? 

- Muszę tu jeszcze coś skończyć. - Brody odgarnął włosy z czoła i spojrzał na Kate. 

Ostatnio często to robił. To znaczy często na nią patrzył zupełnie inaczej niż przedtem. 

Nie bardzo wiedziała, jak to rozumieć, i znów poczuła nieprzyjemne łaskotanie w żołądku. 

- Za godzinę będę gotów - obiecał Brody. - Zaczekacie? 

-  Oczywiście.  -  Kate  się  roześmiała.  -  Czy  mogę  ci  porwać  pomocnika?  Chcę  się 

pochwalić mamie. Pójdziemy pieszo, żeby Mike mógł trochę pobiegać. 

-  O  wszystkim  pomyślałaś  -  mruknął  Brody.  Właściwie  powinien  się  już  do  tego 

przyzwyczaić. - Jack? Tylko żadnego wdzięczenia się. 

- Chodzi mu o to, żebym cię nie prosił o żadne zabawki - wyjaśnił Jack. 

-  Przecież  ty  nigdy  o  nic  nie  prosisz  -  stwierdziła  Kate.  -  Wzięła  Jacka  za  rączkę, 

gwizdnęła na Mike'a. - Za godzinę będziemy z powrotem - powiedziała do Brody'ego. 

Muszę  podjąć  jakąś  decyzję,  pomyślał  Brody,  gdy  tylko  został  sam.  I  to  szybko. 

Fatalnie  się  stało,  że  zakochałem  się  w  Kate,  ale  z  Jackiem  jest  jeszcze  gorzej.  Mały  dostał 

kręćka  na  jej  punkcie.  Można  oczywiście  zaryzykować  parę  siniaków,  można  nawet 

zaryzykować złamane serce, ale nie wolno kłaść na szali szczęścia własnego dziecka. 

background image

Nie ma wyjścia, jak tylko usiąść i spokojnie porozmawiać z Kate o tym, co się z nimi 

działo,  co  z  tego  wynika  i  co  z  tym  fantem  zrobić.  Musi  także  porozmawiać  z  Jackiem, 

dowiedzieć się, co chłopiec myśli, co czuje. 

Najpierw  Jack,  postanowił.  Trochę  się  bał,  że  Jack  widzi  w  Kate  tylko  świetnego 

kumpla, że do głowy mu nie przyszło, by mogła na stałe zostać w jego życiu. 

Przecież dotąd zawsze byli sami: Brody i Jack. Ostatnio doszedł jeszcze Mike, ale on 

w końcu też jest mężczyzną. 

Kątem oka zauważył jakiś ruch. Gwałtownie podniósł głowę. 

- Gdyby nie ten łomot - odezwał się Bob O'Connell, ruchem głowy wskazując grające 

radio - to bym cię nie zaskoczył. 

-  Lubię  słuchać  muzyki  przy  pracy  -  mruknął  Brody,  ale  radio  wyłączył.  - 

Potrzebujesz czegoś? 

Obserwowali się nieufnie. Od czasu pamiętnej kłótni w kuchni Kimballów ani razu ze 

sobą nie rozmawiali. 

- Muszę ci coś powiedzieć - stwierdził Bob. 

- Mów - zgodził się Brody. 

- Starałem się, jak mogłem - zaczął Bob. - Naprawdę bardzo się starałem. Może trochę 

za  ostro  cię  traktowałem,  ale  ty  zawsze  byłeś  narwany.  Trzeba  ci  było  mocnej  ręki.  A  ja 

musiałem  utrzymać  rodzinę.  Robiłem  to,  jak  umiałem  najlepiej.  Nie  znam  innego  sposobu. 

Pewnie uważasz, że nie poświęcałem ci dość czasu... 

Urwał, włożył ręce do kieszeni. Zerknął na syna, ale Brody się nie odezwał, nawet nie 

poruszył. Był tak zdumiony, że niemal całkiem zdrętwiał. 

-  Może  to  i  racja  -  ciągnął  Bob.  -  Nie  umiałem  postępować  z  tobą  tak,  jak  ty  z 

Jackiem...  Zresztą,  ty  nie  byłeś  taki  fajny  jak  Jack.  Ten  dzieciak  najlepiej  o  tobie  świadczy. 

Pewnie powinienem ci to wcześniej powiedzieć, ale... No, to teraz mówię. 

Brody wciąż milczał. Był kompletnie ogłupiały. 

-  Wiesz  co  -  powiedział  wreszcie.  -  Chyba  nigdy  w  życiu  tak  długo  do  mnie  nie 

przemawiałeś. 

- Skończyłem. - Twarz Boba zastygła. Odwrócił się i chciał wyjść. 

- Tato! - zawołał za nim Brody. - Dziękuję. Bob odetchnął. Niemal było słychać, jak 

ciężki kamień spada mu z serca. 

-  Wobec  tego  skończę,  co  zacząłem  -  powiedział.  -  Nie  powinienem  na  ciebie 

naskakiwać.  Na  pewno  nie  przy  chłopcu  i  nie  przy  tej  twojej...  Nie  przy  dziewczynie 

Kimballów. Twoja matka zmyła mi za to głowę. 

background image

- Mama? - Brody nie wierzył własnym uszom. 

- No. - Bob spuścił oczy, lekko kopnął framugę drzwi. - Nieczęsto to robi, ale jak już 

zacznie,  to  człowiekowi  żyć  się  odechciewa.  Prawie  się  do  mnie  nie  odzywa.  Mówi,  że  jej 

narobiłem wstydu. 

-  To  samo  usłyszałem  od  Kate.  -  Brody  się  uśmiechnął.  -  Ona  też  mnie  nieźle 

obsztorcowała. 

-  Wcale  mi  się  nie  podobało,  że  tak  na  mnie  napadła,  ta  twoja  Kate,  ale  muszę 

przyznać, że dziewczyna ma charakter. Ona cię utrzyma w ryzach. 

- Sam się potrafię utrzymać w ryzach - mruknął Brody. 

Ale  Bob  miał  jeszcze  coś  do  powiedzenia.  Coś,  co  już  dawno  powinien  był  synowi 

powiedzieć, tylko jakoś się nie składało. 

- Dobrze zrobiłeś ten remont - pochwalił. - Jak na stolarza. 

Po  raz  pierwszy  od  bardzo  dawna  Brody  mógł  się  szczerze  uśmiechnąć  do  własnego 

ojca. 

- Ty też dobrze pracujesz - przyznał. - Jak na hydraulika. 

- To dlaczego mnie wyrzuciłeś? 

- Bo mnie wkurzyłeś. 

- Jak będziesz tak zwalniał każdego, kto cię wkurzy, to nigdy nie zmontujesz brygady. 

Jak tam ręka? 

- W porządku. - Podniósł dłoń, kilka razy zgiął i rozprostował palce. 

-  No  to  może  wybrałbyś  tą  ręką  numer  telefonu  -  zaproponował  Bob.  -  Zadzwoń  do 

matki, powiedz, żeśmy się dogadali. Taka jest na mnie wściekła, że nie uwierzy, jak ja jej to 

powiem. 

-  Zadzwonię  -  obiecał  Brody.  -  Niedługo  będę  remontował  kuchnię  u  Kimballów  i 

potrzebuję hydraulika. Co ty na to? 

Bobowi drgnęły usta, jakby chciał się uśmiechnąć. 

- Mogę spróbować - powiedział. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Podczas  gdy  ojciec  i  syn  po  raz  pierwszy  w  życiu  ze  sobą  rozmawiali,  Kate 

maszerowała po ulicy z Jackiem. 

- Nie wdzięczyłem się, prawda? - dopytywał się. 

- Ani troszeczkę - zapewniła go. - Ja i mama musiałyśmy cię długo namawiać, żebyś 

zechciał  przyjąć  od  nas  ten  samolot.  Właściwie  można  nawet  powiedzieć,  żeśmy  ci  go 

wmusiły. 

- Powiesz to tatusiowi? 

-  Jasne,  ale  pod  warunkiem,  że  pozwolisz  mu  się  pobawić.  Tatuś  na  pewno  będzie 

chciał, bo to bardzo ładny samolot. 

- Taki sam jak ten, którym lecieliśmy do Nowego Jorku i z powrotem. - Jack podniósł 

samolot,  okręcił  go  w  powietrzu.  -  Ale  było  fajnie!  Wysłałem  wszystkim  kartki  z 

podziękowaniem. Podobała ci się twoja? Sam ją zrobiłem. 

-  Strasznie  mi  się  podobała.  -  Kate  poklepała  się  po  kieszeni,  do  której  schowała 

starannie  wykonaną  kartkę  z  podziękowaniem.  -  Bardzo  to  ładnie  z  twojej  strony,  że 

podziękowałeś  w  ten  sposób  mnie,  Freddie,  Nickowi  i  moim  dziadkom.  Zachowałeś  się  jak 

prawdziwy dżentelmen. 

- Dziadek Jurij powiedział, że mogę jeszcze kiedyś do nich przyjechać. Nawet zostać 

u nich na noc. 

- A chciałbyś? 

- No. Dziadek Jurij rusza uszami. 

- Wiem. 

- Kate? 

- Tak? 

Pochyliła się, żeby wyplątać Mike'a ze smyczy. Kiedy podniosła głowę, zauważyła, że 

Jack się jej przygląda. Tak jakoś poważnie, jakby się nad czymś zastanawiał. 

- O co chodzi, przystojniaku? - spytała troszkę zaniepokojona. 

- Czy możemy... usiąść na murku? Muszę z tobą porozmawiać. 

- Skoro naprawdę musimy porozmawiać, to rzeczywiście lepiej zrobić to na siedząco - 

zgodziła się Kate. 

Usadowiła  Jacka  na  murku  otaczającym  trawnik,  podała  mu  Mike'a,  a  potem  sama 

zajęła miejsce obok nich. 

background image

- O czym chciałeś porozmawiać? 

-  Zastanawiałem  się...  -  Urwał.  Już  dawno  omówił  tę  kwestię  z  Maxem,  tym  swoim 

przyjacielem z Nowego Jorku. Rozmawiał też z Rodem, swoim najlepszym przyjacielem stąd. 

Powiedział  im  wszystko  w  wielkiej  tajemnicy,  a  oni  stwierdzili,  że  Jack  ma  rację.  Tylko 

dlatego odważył się na tę rozmowę z Kate. - Lubisz mojego tatę, prawda? - spytał ze śmier-

telnie poważną miną. 

- Nawet bardzo - odparta Kate. 

- I dzieci też lubisz? Na przykład mnie? 

- Lubię dzieci. Zwłaszcza ciebie. - Przytuliła go do siebie. 

- Ja i tata też cię lubimy. Bardzo cię lubimy. Dlatego się zastanawiałem... - Spojrzał na 

nią tak jakoś bezradnie, a potem zapytał: - Ożenisz się z nami? 

- Och, Jack! - Kate była tak przejęta, że nawet go nie poprawiła. 

-  Będziesz  mieszkać  z  nami  w  naszym  domu.  Tatuś  bardzo  dobrze  go  wyre...  No 

wiesz,  naprawił.  Mamy  duże  podwórko  i  w  ogóle.  Tata  obiecał,  że  założymy  ogród.  Rano 

byśmy  razem  jedli  śniadanie,  a  potem  byś  sobie  jechała  do  tej  swojej  szkoły.  A  wieczorem 

byś do nas wracała. To wcale nie jest daleko. 

Oszołomiona Kate przytuliła policzek do głowy Jacka. 

- Tata jest całkiem fajny - przekonywał ją Jack. - Prawie nigdy nie krzyczy. I nie ma 

już  żony,  bo  ona  musiała  iść  do  nieba.  Wiesz,  to  była  moja  mamusia.  Tatuś  mówi,  że  ona 

wcale nie chciała iść do nieba, ale musiała. 

- Wiem, kochanie. - Kate miała mokre oczy. 

-  Tatuś  się  chyba  boi,  że  jak  ty  będziesz  jego  żoną,  to  też  będziesz  musiała  iść  do 

nieba. Rod tak powiedział. Ale ty nigdzie nie pójdziesz, prawda? 

-  Nie  pójdę  -  zapewniła  go  Kate.  Z  trudem  opanowała  łzy,  ujęła  w  obie  dłonie 

twarzyczkę  chłopca.  -  Zamierzam  tu  zostać  bardzo  długo.  Czy  rozmawiałeś  już  o  tym  ze 

swoim tatą? 

- Nie. Max powiedział, że najpierw trzeba zapytać dziewczynę. Chłopiec musi spytać 

dziewczynę. Ja i tata kupimy ci pierścionek, bo dziewczyny muszą mieć pierścionek. Pozwolę 

ci się całować i będę grzeczny. Ty i tata możecie mieć dzieci jak wszyscy ludzie, którzy się 

ożenią. Wolałbym braciszka, ale jak będzie siostra, to też w porządku. Będziemy się wszyscy 

kochać i w ogóle. No to jak? Ożenisz się z nami? 

W  najśmielszych  marzeniach  nie  wyobrażała  sobie,  że  zostanie  poproszona  o  rękę 

przez sześcioletniego chłopca. To było wzruszające, niezwykłe przeżycie. 

- Coś ci powiem, Jack - szepnęła mu do ucha - . ale to tajemnica. Ja już cię kocham. 

background image

- Naprawdę? 

- Naprawdę. I twojego tatę też. Przemyślę sobie to wszystko, co mi powiedziałeś, i ty 

też jeszcze raz dobrze się zastanów.  Bo nie wiem, czy  wiesz, ale jeśli zostanę żoną twojego 

tatusia, to tego samego dnia stanę się twoją mamusią. Wtedy ty też będziesz mój. Na zawsze. 

- Wiem. - Jack poważnie skinął główką. - Ja chcę, żebyś była moją mamą. No to jak? 

Zgadzasz się? 

- Muszę się jeszcze zastanowić. - Kate pocałowała go w czółko, zeskoczyła z murku. 

- Czy długo się będziesz zastanawiać? 

-  Niedługo  -  obiecała.  Wyciągnęła  ręce  do  Jacka  i  przytuliła  go  do  siebie,  nim 

postawiła go z powrotem na chodniku. 

-  Tylko  na  razie  nikomu  o  tym  nie  mów  -  poprosiła.  -  Nawet  tatusiowi.  Niech  to  na 

razie zostanie naszą tajemnicą. 

Zastanawiała  się  prawie  całą  dobę.  Oczywiście  nie  nad  tym,  czy  przyjąć  propozycję 

Jacka, tylko nad tym, jak to wszystko załatwić z jego ojcem. 

Najpierw  chciała  zaprosić  Brody'ego  na  romantyczną  kolację  we  dwoje,  ale  szybko 

doszła  do  wniosku,  że  nie  jest  to  dobry  pomysł.  Gdyby  oświadczyła  mu  się  w  miejscu 

publicznym, nie mogłaby  go w razie potrzeby należycie przyprzeć do muru. Potem przyszło 

jej do głowy, by zaczekać do piątku i urządzić tę romantyczną kolację u Brody'ego. Świece, 

wino, nastrojowa muzyka... 

Ten  pomysł  także  odrzuciła.  Jack  na  pewno  nie  utrzymałby  sekretu  aż  do  piątku,  a 

gdyby nawet, to Kate sama by się wygadała. 

Trochę żałowała, że wszystko nie odbędzie się tak jak powinno, jak sobie wymarzyła. 

Nie będzie blasku księżyca ani muzyki, Brody nie będzie jej patrzył w oczy, nie powie, że ją 

kocha, i nie poprosi, żeby ona też go kochała, żeby została z nim na całe życie. 

Trudno, pomyślała, trzeba grać tak, jak przeciwnik pozwala. A ten jest trudny jak sam 

diabeł. Na szczęście ma cudownego synka, który nie powinien za długo czekać. 

Wobec tego Kate postanowiła nie zwlekać dłużej i załatwić tę sprawę natychmiast. 

Brody właśnie kończył remont, który bardzo ich do siebie zbliżył, więc równie dobrze 

mogła  mu  się  oświadczyć  w  mieszkaniu,  które  -  w  pewnym  sensie  oczywiście  -  razem 

stworzyli. Naprawdę trudno o lepszy moment, pomyślała, coraz bardziej przekonana o swojej 

racji. 

Prędziutko wbiegła na górę, ale Brody'ego tam nie było. Na dole także go nie znalazła. 

Była zła. 

- Gdzie ty się, do diabła, podziewasz? 

background image

Zaraz  jednak  przypomniała  sobie,  że  właśnie  o  tej  godzinie  przyjeżdża  szkolny 

autobus  i  że  tego  dnia  Brody  sam  odbiera  Jacka  z  przystanku.  Pognała  do  drzwi.  W  biegu 

zerknęła na zegarek. Musi zdążyć przed przyjazdem autobusu! 

- Pali się, czy co? - Spencer złapał ją, gdy zeskakiwała z ostatniego stopnia. 

- Przepraszam, tatku. Strasznie się spieszę. Muszę dogonić Brody'ego. 

- Coś się stało? 

- Nie, nic. - Pocałowała ojca w policzek i pobiegła dalej. - Muszę mu się oświadczyć. 

Kate była młodsza, dużo szybsza, ale przeżyty przed chwilą szok dodał sił biednemu 

ojcu. Dopadł drzwi, nim Kate zdążyła je otworzyć. 

- Coś ty powiedziała?! 

- Muszę oświadczyć się Brody'emu - powtórzyła. - Już się zdecydowałam. 

- Katie, czy ty... 

- Kocham go, tatku. - Nie chciała słuchać ojca. - Jacka też kocham. Przepraszam, ale 

nie mam teraz czasu na wyjaśnienia. I nie bój się. Wszystko będzie dobrze. 

Spencer spojrzał córce prosto w oczy i już wiedział, że nic nie wskóra. 

- Powodzenia... - mruknął, patrząc, jak Kate znika za zakrętem. 

Brody  skręcił  w  swą  uliczkę  i  spojrzał  na  zegarek.  Do  przyjazdu  autobusu  zostało 

jeszcze z dziesięć minut. Za bardzo się pospieszyłem, pomyślał. Trzeba będzie poczekać. 

Wysiadł z samochodu, wypuścił Mike'a. Psiak biegał jak oszalały po zieleniących się 

już trawnikach. 

Wiosna  zaczęła  się  na  dobre.  Na  drzewach  pokazały  się  pierwsze  liście,  rozkwitły 

pierwsze  wiosenne  kwiaty.  I  powietrze  też  było  jakieś  inne.  Pomyślał,  że  tak  musi  pachnieć 

nadzieja.  Wkrótce  zrobi  się  ciepło,  będzie  można  rozwiesić  hamak  na  podwórku,  ustawić 

bujany fotel na ganku. Jack i Mike będą się bawić na dworze, tarzać po trawie w długie letnie 

wieczory, a ja będę siedział i patrzył. Siądę sobie na ganku razem z Kate... 

Już  nie  umiał  wyobrażać  sobie  bez  niej  życia.  Zapragnął  teraz,  zaraz,  natychmiast,  a 

najpóźniej  jutro  rano  oświadczyć  się  jej,  powiedzieć,  że  ją  kocha,  błagać,  żeby  ona  też  go 

kochała i żeby została z nim na zawsze. Z nim i z Jackiem. 

No właśnie, Jack. Tylko ze względu na niego Brody nie mógł zrobić tego, czego tak 

bardzo  pragnął.  Musiał  się  dobrze  zastanowić,  dokładnie  wszystko  przemyśleć  i  koniecznie 

zapytać Jacka o zdanie. Dopiero potem może odbyć rozmowę z Kate. 

Obawiał  się,  że  nie  będzie  to  rozmowa  łatwa.  W  końcu  miał  żądać  od  pięknej, 

utalentowanej  i  niezależnej  kobiety,  by  wyrzekła  się  wielkiego  świata,  by  została  w  małym 

miasteczku z biednym przedsiębiorcą budowlanym i jego małym synkiem. 

background image

A  jeśli  Kate  jeszcze  nie  dojrzała  do  małżeństwa?  -  zaniepokoił  się.  Ma  teraz  huk 

roboty  z  tą  swoją  szkołą,  a  ja  chcę  jej  zwalić  na  głowę  nowe  obowiązki.  Brody  patrzył  na 

swoją ziemię, na stojący na wzgórzu dom, który sprawiał wrażenie, jakby na coś czekał. 

Trudno,  nie  mam  wyboru,  pomyślał.  Nie  mogę  dłużej  czekać,  także  ze  względu  na 

Jacka. Im wcześniej zacznie się przyzwyczajać do nowej sytuacji, tym lepiej dla wszystkich. 

Postanowił  najpierw  porozmawiać  z  Jackiem.  Chłopiec  uwielbiał  Kate,  więc  nawet 

jeśli będzie się trochę obawiał zmian, jakie nastąpią po ślubie, prędko da się przekonać, że nic 

złego  mu  nie  grozi.  Porozmawiam  z  nim  dziś  po  kolacji,  postanowił.  Naprawdę  nie  mogę 

dłużej czekać. 

Postanowił,  że  kiedy  rozmówi  się  z  Jackiem,  kiedy  wszystko  sobie  wyjaśnią,  wtedy 

dopiero zastanowi się, co powiedzieć Kate, jak ją przekonać do swoich planów. 

Wyjął  listy  ze  skrzynki  i  właśnie  je  przeglądał,  kiedy  zatrzymało  się  przy  nim  auto 

Kate. 

-  Cześć.  -  Wrzucił  listy  do  kabiny  swojej  furgonetki.  -  Nie  spodziewałem  się  ciebie 

dzisiaj. 

Kate  wysiadła  z  samochodu,  podniosła  z  ziemi  patyk,  który  przyniósł  jej  Mike,  i 

rzuciła go daleko. 

- Chciałam z tobą porozmawiać w szkole, ale już cię nie było - powiedziała. 

- Coś się stało? 

-  Nie,  nic.  -  Podeszła  do  niego,  położyła  mu  ręce  na  piersiach.  Zawsze  kiedy  tak 

robiła, serce Brody'ego zaczynało bid jak oszalałe. - Prócz tego, że nie pocałowałeś mnie na 

pożegnanie. 

- Drzwi do gabinetu były zamknięte. Myślałem, że jesteś zajęta. 

- Więc teraz mnie pocałuj. - Musnęła ustami jego usta. Zdziwiła się, kiedy pocałował 

ją delikatnie i zaraz się odsunął. - Nie tak. 

- Zaraz przyjedzie autobus. 

-  No  i  co  z  tego?  -  Kate  przytuliła  się  do  niego.  Tym  razem  Brody  nie  zdołał  się 

opanować. Przytulił ją i gorąco pocałował. 

- Teraz lepiej. - Wreszcie była zadowolona. - Już wiosna. Czy wiesz, co robią wiosną 

młodzi mężczyźni? Oczywiście poza kopaniem piłki. 

- Zajmują się uprawą roli - odparł bez namysłu Brody. 

Kate się roześmiała, zarzuciła mu ręce na szyję. 

-  A  może  wiesz,  czym  na  wiosnę  zajmują  się  młode  kobiety?  Czym  wiosną  zajmuje 

się twoja ulubiona młoda kobieta? 

background image

- Przyjechałaś, żeby mi o tym opowiedzieć? 

-  No  właśnie.  Brody...  -  Zawahała  się,  ale  zaraz  znów  nabrała  pewności  siebie. 

Przecież  wiedziała,  co  ma  zrobić,  wiedziała,  że  wszystko  dobrze  się  skończy.  -  Ożeń  się  ze 

mną. 

Zamarł.  W  głowie  mu  się  kręciło,  szumiało  w  uszach.  Uznał,  że  musiał  się 

przesłyszeć. No bo to przecież niemożliwe, by Kate mu się oświadczała właśnie wtedy, kiedy 

on się zastanawia, jak by ją tu zmusić do małżeństwa. 

-  Co  tak  na  mnie  patrzysz,  jakbym  cię  zdzieliła  między  oczy?  Myślisz,  że  to 

przyjemne? 

- Skąd ten pomysł? - spytał ostrożnie. - Zwykle to mężczyzna prosi kobietę o rękę, a 

nie na odwrót. 

Pomyślał, że być może wszystko to tylko mu się przyśniło, ale Kate wyglądała bardzo 

realnie. Gwałtowne bicie jego własnego serca także nie mogło być złudzeniem. Poza tym  w 

marzeniach to on jej się oświadczał, a nie ona jemu. 

- Przesądy. - Kate machnęła ręką. - U nas będzie inaczej. 

- Ale dlaczego... 

-  Zaraz  ci  wytłumaczę.  -  Nie  pozwoliła  mu  dojść  do  słowa.  -  Po  pierwsze:  od  kilku 

miesięcy  regularnie  się  spotykamy.  Po  drugie:  nie  jesteśmy  dziećmi.  Po  trzecie:  lubimy  się, 

szanujemy i dobrze nam razem. Jaki z tego wniosek? 

- Ja... 

Ale  Kate  go  nie  słuchała.  To  nie  było  prawdziwe  pytanie,  tylko  pytanie  retoryczne. 

Sama musiała na nie odpowiedzieć. 

- Najwyższy czas pomyśleć o małżeństwie. 

- Dobra - zgodził się. - Możemy pomyśleć. 

- A więc... 

-  Zacznijmy  od  ciebie.  -  Tym  razem  to  on  nie  dopuścił  jej  do  głosu.  -  Teraz  możesz 

jeszcze  w  każdej  chwili  wrócić  na  scenę,  wyjechać  do  Nowego  Jorku  czy  gdziekolwiek 

indziej. 

- Nie mogę - odparła spokojnie. - Mam w tym mieście swoją szkołę. Postanowiłam ją 

założyć, zanim cię poznałam. 

- Kate, ja cię widziałem na scenie - przekonywał ją wbrew sobie. - Jesteś wyjątkowa. 

Nauczanie nigdy nie da ci tego, co może dać ci scena. 

- Oczywiście, że nie. Kształcenie młodych tancerzy to dla mnie nowe doświadczenie. 

Właśnie  tego  chcę  teraz  od  życia.  Widzisz,  ja  nie  należę  do  osób,  które  łatwo  podejmują 

background image

decyzje.  Wiedziałam,  co  robię,  kiedy  postanowiłam  opuścić  zespół.  Wiedziałam,  na  co  się 

porywam i co za sobą zostawiam. Jeśli tego nie wiesz, to znaczy, że wcale mnie nie znasz. 

-  Ja  muszę  brać  pod  uwagę  znacznie  więcej  niż  tylko  karierę  zawodową  i  plany 

ż

yciowe, twoje czy nawet swoje własne. Muszę myśleć o Jacku. Cokolwiek zrobię, odbije się 

na nim. To, czego nie zrobię, też. 

- Przecież wiem. - Wzruszyła ramionami, jakby to był nic nie znaczący drobiazg. 

Nie  chciał,  by  traktowano  Jacka  jak  nieistotną  rzecz.  Nikomu  by  na  to  nie  pozwolił. 

Nawet jej. 

- On cię lubi - tłumaczył - ale tylko ze mną czuje się bezpiecznie. Musi wiedzieć, że 

zawsze  może  na  mnie  polegać.  Zrozum,  Kate!  Jack  nie  ma  nikogo  oprócz  mnie.  Miał 

zaledwie  kilka  miesięcy,  kiedy  Connie  zachorowała.  Lekarze,  terapia,  szpitale...  Matka  nie 

mogła  się  nim  zajmować,  a  potem...  nasz  świat  się  rozpadł.  Starałem  się,  jak  mogłem,  żeby 

Jack za bardzo tego nie odczuł. Myślę, że mi się udało, ale wciąż muszę bardzo uważać. 

- Przecież wiem. - Kate ukradkiem ocierała łzy. - Jesteś wspaniałym ojcem. Naprawdę 

bardzo cię za to szanuję. 

Patrzył na nią zdumiony. Do głowy mu nie przyszło, że można szanować kogoś tylko 

za  to,  że  jest  dobrym  ojcem.  Oczywiście  cieszył  się,  że  Kate  go  szanuje,  ale  wolałby,  żeby 

prócz tego choć trochę go kochała. 

-  Dobrze,  że  mnie  rozumiesz  -  powiedział.  -  Jack  jest  jeszcze  bardzo  mały.  Taka 

zmiana,  zmiana  całego  naszego  dotychczasowego  życia,  może  być  dla  niego  wielkim 

szokiem. Trzeba go do tego odpowiednio przygotować. 

- On jest przygotowany. Lepiej niż ty - mruknęła Kate, ale jej nie słyszał. 

-  Nie  mogę  mu  tak  po  prostu  powiedzieć,  że  się  żenię  -  ciągnął.  -  Muszę  z  nim 

najpierw porozmawiać. Ty zresztą też. On musi wiedzieć, że może Uczyć na ciebie tak samo 

jak na mnie. 

-  Na  litość  boską,  czy  ty  mnie  masz  za  idiotkę?  Naprawdę  uważasz,  że  o  tym 

wszystkim  nie  pomyślałam?  -  Kate  miała  serdecznie  dosyć  tego  tłumaczenia  rzeczy 

oczywistych. - Nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie Jack. To on mnie poprosił, żebym wyszła za 

ciebie  za  mąż.  Właściwie  to  prosił,  żebym  się  z  wami  ożeniła,  ale  to  przecież  na  jedno 

wychodzi. 

Brody  popatrzył  na  zaczerwienioną  ze  złości  buzię  Kate,  a  potem  usiadł  ciężko  na 

powalonym pniaku. 

- Coś ty powiedziała? - wyszeptał. 

background image

- Czy ja mówię po ukraińsku?! Jack mi się wczoraj oświadczył! Poprosił, żebym się z 

wami ożeniła. 

- Ale... 

-  Trudno  sobie  wyobrazić  piękniejsze  oświadczyny.  -  Kate  go  nie  słuchała.  -  Tylko 

dlatego do ciebie przyszłam. Wiem, że na ciebie w tej kwestii nie można Uczyć, a dziecko nie 

może dłużej czekać. 

- A więc ty to robisz dla Jacka? 

-  Posłuchaj  mnie,  ty  idioto.  -  Stanęła  tuż  przed  nim,  jakby  miała  nadzieję,  że  dzięki 

temu  jej  słowa  lepiej  do  niego  dotrą.  -  Bardzo  kocham  twojego  syna,  ale  na  pewno  nie 

poślubiłabym jego skretyniałego ojca, gdybym tego naprawdę nie chciała. Jack uważa, że ty i 

ja do siebie pasujemy, a ja się z nim w pełni zgadzam. Tylko ty niczego nie widzisz, niczego 

nie rozumiesz. 

Nie  nadążam,  pomyślał  zrozpaczony  Brody.  Nie  tylko  za  tą  wariatką,  ale  nawet  za 

swoim własnym dzieckiem. 

-  Czy  ty  naprawdę  nic  nie  widzisz?  -  pastwiła  się  nad  nim  Kate.  -  Zrobiłam  już 

wszystko,  co  w  ludzkiej  mocy,  żeby  ci  pokazać,  jak  bardzo  cię  kocham.  Jeszcze  tylko  nie 

namalowałam sobie serduszka na czole. 

- Ja... 

-  Milcz,  z  łaski  swojej.  Teraz  ja  mówię.  -  Spojrzała  na  niego  tak,  że  Brody'emu 

natychmiast przeszła ochota do mówienia. - Nie wiesz przypadkiem, dlaczego nie odebrałam 

swoich  mebli  z  magazynu,  dlaczego  nie  sprowadziłam  ich  do  tego  ślicznego  mieszkanka, 

które  mi  zbudowałeś?  Mądre  kobiety  tak  nie  postępują.  Chyba  że  zmienią  zdanie  i  zechcą 

zamieszkać gdzie indziej. 

- Myślałem, że chcesz... 

Spojrzała na niego tak ostro, że zamilkł. 

-  Nie  wiesz  czasem,  z  jakiego  powodu  poświęcam  każdą  wolną  chwilę  tobie  i 

Jackowi? Dlaczego depczę swoją godność osobistą i sama ci się oświadczam? Nie robiłabym 

tego wszystkiego, gdybym cię nie kochała. Ty żałosny kretynie! 

Odwróciła się i pobiegła do samochodu, płacząc ze złości i upokorzenia. 

- Nie waż się wsiadać do tego samochodu! - zawołał za nią Brody. - Jeszcze z tobą nie 

skończyłem. 

- Nie mam ochoty z tobą rozmawiać - burknęła, ale zatrzymała się z ręką na klamce. 

-  Nie  musisz  -  warknął.  -  Siadaj!  -  Wskazał  jej  pniak,  z  którego  sam  przed  chwilą 

wstał. 

background image

- Nie chcę siedzieć. 

- Kate... 

Zrezygnowana podeszła do pniaka. 

- Dobra, siedzę. Zadowolony? 

- Może być. - Łaskawie skinął głową. - Ale się nie odzywaj. Chcę, żebyś wiedziała, że 

nie zamierzam się żenić tylko po to, żeby Jack miał matkę. A jak baba nie zechce zostać jego 

matką, to też się z nią nie ożenię, choćby nie wiem, jak mi się podobała. Czy to jasne? 

- Jasne. - Kate skinęła głową, pociągnęła nosem. 

-  Tylko  mi  tu  nie  płacz  -  ostrzegł.  -  Wiem,  że  jesteś  wściekła,  ale  postaraj  się  nie 

płakać. 

- Nie zamierzam marnować na ciebie ani jednej łzy - warknęła. 

Brody wyjął z kieszeni chustkę, rzucił jej na kolana. Nie tknęła jego chustki, otarła łzy 

wierzchem dłoni. 

- Wyobraź sobie, że tu stoi skrzynka. - Wskazał na ziemię u jej stóp. - Do tej skrzynki 

wkładamy wszystko to, cośmy dotąd powiedzieli. A teraz zamykam wieko. No już. Możemy 

zacząć tę rozmowę od początku, tylko tym razem tak jak trzeba. 

- Jeśli o mnie chodzi, to możesz zabić to swoje wieko gwoździami, a skrzynkę rzucić 

w ogień - burknęła Kate. 

-  Postanowiłem  porozmawiać  o  nas  z  Jackiem  -  mówił,  nie  zważając  na  jej  wściekłe 

tukanie.  -  Chciałem  to  zrobić  dziś  wieczorem.  Miałem  nadzieję,  że  spodoba  mu  się  mój 

pomysł. W końcu znam swojego syna, chociaż nie tak dobrze, jak mi się zdawało. Nie miałem 

pojęcia, że za moimi plecami oświadczył się mojej dziewczynie. 

- Twojej dziewczynie? 

- Milcz - polecił jej, ale całkiem spokojnie. - Gdybyś na mnie nie napadła, gdybyś mi 

dała dojść do głosu, to bym ci to wcześniej powiedział. 

- Ja.. 

- Nic nie mów - poprosił łagodnie. Podszedł do niej, ujął ją pod brodę. - Kocham cię - 

powiedział,  patrząc  jej  w  oczy.  -  Zanim  tu  przyjechałaś,  zastanawiałem  się,  jak  mam  cię 

przekonać, żebyś zechciała zostać moją żoną. 

- Dobry Boże - westchnęła. - Czy ta skrzynka jest aby dobrze zamknięta? 

- Bardzo dobrze. Nic się z niej nie wydostanie. 

- To dobrze. - Kamień spadł jej z serca. - Wobec tego zacznij jeszcze raz. Najlepiej od 

tego momentu, kiedy powiedziałeś, że mnie kochasz. 

background image

- Kocham cię, Kate. Zakochałem się w tobie od pierwszego wejrzenia, tylko zdawało 

mi  się,  że  ty  nie  jesteś  dla  mnie.  Miałem  nadzieję,  że  mi  przejdzie,  ale  było  coraz  gorzej. 

Miałem  powody,  żeby  się  przed  tobą  bronić,  żeby  się  bronić  przed  tym  głupim  uczuciem. 

Teraz nie mogę sobie żadnego z nich przypomnieć, ale zapewniam cię, że były poważne. 

- Jak mogłeś tak myśleć, Brody? - Kate pokręciła głową. - Ja jestem dla ciebie, a ty dla 

mnie. Jesteśmy dla siebie stworzeni. Nie rozumiesz? 

- Teraz już rozumiem. - Patrzył na nią z czułością. - Kiedy zobaczyłem, jak tańczyłaś, 

przestałem się bronić. Zakochałem się bez pamięci. 

- Kocham cię, Brody - szepnęła Kate. 

-  Nic  nie  mów.  Teraz  moja  kolej.  -  Podniósł  ją  z  pniaka.  -  Widzisz  tamten  dom  na 

wzgórzu? 

- Tak. 

-  Kiedyś  będzie  piękny,  ale  trzeba  nad  nim  jeszcze  trochę  popracować.  Ten  psiak 

uganiający  się  za  swoim  ogonem  jest  już  prawie  przyuczony  do  życia  w  domu,  a  za  chwilę 

przyjedzie tu mój syn. Chcę, żebyś dzieliła ze mną to wszystko, co już mam, i żebyś czasami 

pozwoliła  mi  zajrzeć  do  tej  swojej  szkoły.  Lubię  patrzeć,  jak  tańczysz,  i  chciałbym  mieć  z 

tobą  dzieci.  Mam  wrażenie,  że  nieźle  sobie  radzę  z  dziećmi.  A  latem  będziemy  siadywać 

razem w ogrodzie. Ogrodu też jeszcze nie ma, ale możemy go zrobić. Razem. Zgadzasz się? 

- Czy to znaczy... - Kate miała łzy w oczach. 

- Jesteś niecierpliwa. - Brody się uśmiechnął. - To też mi się w tobie podoba. Zostań 

moją żoną, Kate - poprosił. - Zostań moją żoną i mamą mojego syna. 

Nie  odpowiedziała,  bo  nie  mogła  wydobyć  z  siebie  głosu,  ale  mogła  się  przytulić  do 

Brody'ego, mogła go pocałować. Włożyła w ten pocałunek całe swoje serce. 

- Jestem taka szczęśliwa - szepnęła. 

- Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby usłyszeć odpowiedź. Koniecznie twierdzącą. 

Kate  zaczęła  coś  mówić,  ale  ostry  pisk  hamulców  szkolnego  autobusu  zagłuszył  jej 

słowa. Odwróciła się, wciąż przytulona do Brody'ego, i patrzyła, jak Jack wypada z autobusu, 

jak Mike biegnie do niego, jak skacze do góry z radości. 

- Ja mu powiem, dobrze? - poprosiła cicho. - Witaj, przystojniaku! 

-  Cześć.  -  Chłopczyk  dostrzegł  łzy  na  jej  policzkach,  spojrzał  zmartwiony  na  ojca.  - 

Nakrzyczał na ciebie? 

- Nic podobnego - zaprzeczyła. - Ludzie czasami płaczą z wielkiego szczęścia. Ja teraz 

też jestem bardzo szczęśliwa. Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy wczoraj? 

Chłopiec przygryzł wargę, zerknął niepewnie na ojca. 

background image

- Pamiętam - mruknął. 

-  To  dobrze,  bo  już  się  zastanowiłam  i  mam  coś  do  powiedzenia.  I  tobie,  i  twojemu 

tatusiowi. - Nie puszczając Brody'ego, drugą ręką dotknęła policzka jego synka. - Tak. 

- Naprawdę? - Jack omal nie wyskoczył ze skóry. 

- Naprawdę. 

- Tatusiu! Wiesz co? 

- Nie mam pojęcia. 

- Kate się z nami ożeni! 

background image

EPILOG 

- Tatusiu? Długo jeszcze? 

- Tylko kilka minut. Poczekaj, poprawię ci krawat. 

Brody posadził synka na krześle, podciągnął elegancki czarny krawacik zdobiący gors 

ś

nieżnobiałej koszulki, musnął palcem pączek czerwonej róży wetknięty w butonierkę. 

- Ręce mi się spociły - powiedział ze śmiechem. 

-  Denerwujesz  się?  -  zdziwił  się  Jack.  -  Dziadek  mówił,  że  niektórzy  mężczyźni 

strasznie się boją ślubu. 

- Ja się nie boję. Kocham Kate i chcę się z nią ożenić. 

Brody  cofnął  się  o  krok,  obejrzał  sobie  synka.  W  czarnym  garniturze  chłopczyk 

wyglądał naprawdę imponująco. 

- Świetnie wyglądasz, synku - pochwalił. 

-  Ty  też.  -  Jack  nie  był  ojcu  dłużny.  -  Obaj  jesteśmy  przystojni.  Babcia  tak 

powiedziała. I płakała. Max mówi, że dziewczyny zawsze płaczą na ślubach. Wiesz dlaczego? 

- Nie wiem, ale potem zapytamy o to jakąś dziewczynę. 

Obrócił Jacka i razem stanęli przed lustrem. 

- To nasz wielki dzień, synku - powiedział Brody. 

- Od dzisiaj wszyscy troje będziemy jedną rodziną. 

- Będę miał mamusię i jeszcze jednych dziadków, ciocie, wujków, kuzynów i w ogóle. 

- Tak, kochanie. 

-  A  potem  będzie  przyjęcie  i  tort,  a  po  przyjęciu  ty  i  Kate  pojedziecie  w  podróż 

poślubną. Rod mówi, że podróż poślubna jest po to, żeby można się było całować. 

- Codziennie będziemy do ciebie dzwonić, Jack - zapewnił go Brody. Rewelacji Roda 

wolał nie komentować. - I przyślemy ci kartkę. 

Bardzo się denerwował, że nie może zabrać Jacka ze sobą, ale malec wcale się tym nie 

przejmował. 

-  A  jak  wrócicie,  to  będziemy  mieszkać  wszyscy  razem  -  paplał  Jack.  -  Max 

powiedział, że jak wrócicie z tej podróży, to będziecie mieli dziecko. To prawda? 

O rany, pomyślał Brody. Znów się zaczyna! 

- Trzeba o to spytać Kate - odparł wymijająco. 

- Teraz już mogę mówić do niej „mamo”, prawda? 

- Prawda. Czy wiesz, że ona cię bardzo kocha, Jack? 

background image

-  Wiem.  -  Chłopiec  zwrócił  oczy  do  nieba.  Nie  rozumiał,  dlaczego  tatuś  wciąż  musi 

mu przypominać o sprawach oczywistych. - Przecież dlatego się z nami żeni. 

Brody nie zdążył poprawić synka, bo do pokoju wszedł Brandon. 

- Gotowi? - spytał od progu. 

-  Jasne!  -  zawołał  podekscytowany  Jack.  -  Chodź  tatusiu,  no  chodź.  Idziemy  się 

ożenić. 

Kate podała rękę Spencerowi. 

-  Jesteś  piękna.  -  Wzruszony  ojciec  podniósł  jej  dłoń  do  ust.  -  Moja  mała 

dziewczynka. 

- Przestań, bo znów się rozpłaczę - poprosiła Kate. 

-  Dopiero  doprowadziłam  się  do  porządku  po  rozmowie  z  mamą.  Jestem  taka 

szczęśliwa, tatku, ale nie mogę iść do ślubu z czerwonymi oczami. 

- Kocham cię, Katie. Trzymaj się, dziecinko. 

- Już w porządku. - Odetchnęła, usłyszawszy muzykę.  Lęk gdzieś się ulotnił. Została 

tylko muzyka i to wszystko, co trzeba z nią zrobić. Zupełnie tak samo jak na scenie. 

Ojciec  wprowadził  ją  do  kościoła.  Biała  suknia  pieniła  się  falbanami,  welon  lśnił  jak 

pajęczyna błyszcząca kroplami rosy. Kate była piękna i szczęśliwa. 

- Spójrz na nich, tatku - szepnęła ojcu do ucha. 

- Są cudowni! 

Muzyka prowadziła ją do ołtarza, nogi niosły pewnie we właściwym kierunku. 

- Kocham cię, Kate. - Brody podniósł jej dłoń do ust, tak samo jak przedtem jej ojciec. 

- Zobaczysz, że będziemy szczęśliwi. 

- Ładnie wyglądasz. - Jack całkiem się zapomniał i zaczął podskakiwać jak piłeczka. 

Jego głosik słychać było w całym kościele. - Naprawdę ślicznie wyglądasz, mamo. 

-  Kocham  cię,  Jack  -  powiedziała  Kate.  Pochyliła  się,  pocałowała  go  w  policzek.  - 

Teraz już jesteś mój. Na zawszeTy też - zwróciła się do Brody'ego. 

Oddała siostrze ślubny bukiet, wolną już dłonią wzięła Jacka za rękę. 

I poślubiła ich obu.