background image

SUZANNAH DAVIS 

Najpiękniejszy prezent 

  

Tytuł oryginału: 

A Christmas Cowboy 

Przekład: 

Krystyna Kozubal 

 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Czy to  możliwe,  żeby  matkę  wsadzono do  więzienia  za porwanie własnego 

syna? 

Marisa  Rourke  westchnęła  ciężko.  Przestała  wreszcie  męczyć  się  z 

zapałkami,  które  w  żaden  sposób  nie  chciały  podpalić  ułożonej  w  kominku  sterty 
drewna.  Podeszła  do  kanapy  i  z  czułością  popatrzyła  na  śpiące  dziecko.  Światło 
naftowej lampy oświetlało główkę pięcioletniego chłopca. Marisa pogłaskała go po 
jasnych  włoskach  i  pomyślała,  jaki  to  szczęśliwy  los  sprawił,  że  jej  adoptowany 
synek jest do niej jednak trochę podobny. 

Chłopczyk  spał  spokojnie,  przykryty  stertą  wełnianych  koców.  Tak  bardzo 

go  kochała.  Nicky  należał  do  niej  i  nikt  na  świecie  nie  miał  prawa  odebrać  jej 
dziecka.  Chyba  tylko  mróz.  Na  dworze  szalała  zamieć.  Wichura  zerwała  linie 
wysokiego napięcia, a na domiar złego Marisie nie udało się uruchomić domowego 
generatora  prądu.  Przestronna,  dwupiętrowa  willa  bardziej  przypominała  teraz 
igloo  niż  cywilizowany  amerykański  dom.  Na  szczęście  pięcioletniemu  chłopcu 
bardzo  się  to  wszystko  podobało.  Za  to  Marisie  –  ani  trochę.  Jeszcze  przed 
tygodniem  prowadziła  zupełnie  spokojne  i  przyjemne  życie.  Jej  mąż,  bogaty 
przemysłowiec,  zginął  przed  trzema  laty  w  wypadku  samochodowym,  a  mimo  to 
Marisa  jakoś  sobie  radziła.  Jej  kariera  aktorska  rozwinęła  się  nadspodziewanie 
dobrze.  Dinah  Dillman,  bohaterka  najczęściej  oglądanego  serialu  telewizyjnego 
„Rodzina”,  w  którą  wcieliła  się  Marisa,  była  prawdopodobnie  najpopularniejszą 
postacią  w  Ameryce.  Poza  tym  aktorka  pełniła  funkcję  rzecznika  Fundacji  na 
Rzecz  Adopcji  i  wszystko  to  godziła  z  obowiązkami  samotnej  matki.  Świat  był 
piękny,  a  ludzie  dobrzy,  dopóki  nie  pojawił  się  między  nimi  pewien  dziennikarz: 
Marcus Craig „Mack” Mahoney. 

Właściwie nie pojawił się, ale powrócił po dziesięciu latach nieobecności w 

ż

yciu Marisy i zarzucił jej publicznie, przed kamerami telewizji, że jest zamieszana 

w  skandaliczną  aferę,  bowiem  skorzystała  z  możliwości  nielegalnej  adopcji, 
załatwionej przez doktora Franco Morrisa. 

Znów  musiała  uciekać.  I  znów  przez  Mahoneya.  Przeraziła  się.  Jakaś  Elsie 

Powers  z  Luizjany  twierdziła,  że  doktor  Morris  podstępnie  wykradł  jej  nowo 
narodzonego synka, którego teraz chciała odzyskać. Tym synkiem miał być Nicky. 

Marisa  nie  dopuszczała  do  siebie  myśli  o  tym,  że  ktoś  mógłby  jej  zabrać 

ukochane, choć tylko adoptowane dziecko. Dlatego właśnie w pośpiechu wyjechała 

background image

z  Los  Angeles.  Wsiadła  wraz  z  synkiem  w  samochód  swojej gosposi,  żeby  żaden 
reporter, żaden łowca sensacji nie mógł jej wyśledzić. Nikomu nic nie powiedziała. 
Ani policji, ani adwokatowi, ani nawet swojej agentce. Jak ranne zwierzę pognała 
do  tej  samej  górskiej  kryjówki,  która  udzieliła  jej  schronienia,  gdy  poprzednim 
razem Mack Mahoney dał się Marisie we znaki. 

Za oknami szalała wichura. Marisa poprawiła wełnianą chustę, która zsunęła 

się jej z ramion, i ponownie zabrała się do rozpalania ognia. Poprzez wycie wiatru 
przebił  się  jakiś  dźwięk.  Marisa  nasłuchiwała  przez  chwilę.  Bała  się,  że  może 
zgłodniałe  wilki  zdążyły  ją  tu  wyśledzić  i  otoczyły  zwartym  kołem  jej  górską 
kryjówkę. 

Co  za  bzdury,  skarciła  się  w  myślach.  Oczywiście,  że  żaden  wilk  nie 

dostanie się do domu. Ani mnie, ani Nicky'emu nic nie grozi. Oprócz zamarznięcia, 
jeśli nie uda mi się rozpalić ognia. 

Teraz  usłyszała  wyraźnie.  Ktoś  stał  na  ganku  i  z  całych  sił  walił  pięścią  w 

drzwi.  Serce  podskoczyło  jej  do  gardła,  jednak  szybko  się  opanowała.  Wzięła 
pogrzebacz  i  poszła  sprawdzić,  co  dzieje  się  na  zewnątrz.  Wiedziała,  że  żadne 
zwierzę  nie  odważyłoby  się  dobijać  w  ten  sposób  do  ludzkiej  siedziby.  Zresztą 
poprzez  wycie  wichru  dotarł  do  niej  dźwięk  bardzo  przypominający  głos 
człowieka. 

– Otwórz mi, wreszcie, Mariso – usłyszała krzyk mężczyzny. – Zamarznę tu 

na kość. 

Marisa zamarła. Ten głos poznałaby nawet na końcu świata. To był Mack.  

 

 

Mack był zziębnięty i wściekły jak wszyscy diabli. Prawie 1 kilometr szedł 

przez szalejącą zamieć od zaspy, w której utknął jego dżip. Raz jeszcze z całej siły 
uderzył  pięścią  w  drzwi.  Wreszcie  się  uchyliły.  Niewiele.  Tyle  tylko,  żeby  mógł 
usłyszeć głos Marisy. 

– Odejdź stąd! – zawołała. 

Zanim  zdążyła na  powrót  zatrzasnąć drzwi, Mack  wsunął  w  szparę potężne 

ramię i po chwili był już w holu. Tu przynajmniej nie wiało. Czuł się jak zdobywca 
Mount  Everestu,  dopóki  nie  zobaczył  pogrzebacza,  który  Marisa  z  całej  siły 
ś

ciskała w dłoni. 

background image

– Co ty wyprawiasz? – Zręczny unik uratował mu życie. 

– Wynoś się stąd! – krzyknęła Marisa. 

– Oszalałaś? 

–  Nie  na  tyle,  żeby  znosić  twoją  obecność  pod  moim  dachem  –  syczała, 

patrząc  na  przybysza  spojrzeniem  lodowatym  jak  szalejąca  na  dworze  zamieć.  – 
Masz stąd natychmiast wyjść. 

– W taką śnieżycę? – zapytał Mack. Trochę się przestraszył, że Marisa może 

nie zmienić zdania i rzeczywiście kazać mu nocować na dworze. 

–  Nic  mnie  nie  obchodzi  śnieżyca.  Możesz  sobie  zamarznąć  na  sopel. 

Ostrzegam cię… – Kurczowo zacisnęła palce na uchwycie pogrzebacza. 

Mack  nie  mógł  się  powstrzymać  od  śmiechu.  Wtedy  poczuł  na  ramieniu 

uderzenie.  Nie  wahał  się  ani  minuty.  Chwycił  Marisę  za  rękę  i  przycisnął  ją  do 
ś

ciany. 

–  Rzuć  ten  pogrzebacz!  –  rozkazał  przez  zaciśnięte  zęby.  Ramię  bardzo  go 

bolało, chociaż gruba puchowa kurtka zamortyzowała siłę uderzenia. 

–  Nikt  cię  tu  nie  zapraszał,  Mahoney.  –  Marisa  wcale  nie  miała  zamiaru 

pozbyć się uzbrojenia. – Wynoś się! 

– Nie po to dotarłem aż tutaj, żeby zamarznąć pod drzwiami twojego domu. 

–  Mocniej  ścisnął  trzymającą  pogrzebacz  delikatną  dłoń.  –  No  już,  odłóż  to 
wreszcie. 

Marisa  krzyknęła  z  bólu.  Ciężki  pogrzebacz  z  łoskotem  spadł  na  kamienną 

podłogę. 

– Ty potworze – jęknęła. 

–  Wszyscy  tak  mnie  nazywają  –  Mack  pokazał  w  uśmiechu  białe  zęby. 

Poczuł  słodki  zapach  perfum  i  woń  rozgrzanego  ciała  Marisy,  a  zaraz  potem 
ogarniające  go  pożądanie  i…  nieopisaną  wściekłość  na  samego  siebie.  –  Uważaj, 
moja droga. Jeszcze raz spróbujesz mnie uderzyć, a nie przebaczę ci tak łatwo. 

–  Po  co  przyjechałeś?  –  zapytała,  a  wyraz  jej  twarzy  dobitnie  świadczył  o 

tym, co Marisa myśli o natręctwie Macka. 

– Należałoby raczej ciebie o to zapytać. 

– Ja… – Spuściła oczy. – Przyjechałam odpocząć. 

background image

– Wygląda mi to raczej na ucieczkę. – Mack skrzywił się. Puścił ją i otrzepał 

z  kurtki  topniejący  śnieg.  –  Znowu?  Niczego  się  nie  nauczyłaś.  Jak  tylko  coś  się 
dzieje, ty natychmiast uciekasz. 

Mam rację, pomyślał, patrząc na niepewny wyraz twarzy Marisy. Na pewno 

mam rację. Dobrze wie, o czym mówię, i chyba trochę się wstydzi. 

Rozejrzał  się  po  ogromnym  domu  z  drewna  i  kamieni.  Solidne  meble, 

porozmieszczane  na  ścianach  indiańskie  trofea  i  surowość  tego  wnętrza  zupełnie 
nie pasowały do delikatnej, drobnej Marisy. 

–  A  więc  to  tutaj  schroniłaś  się  dziesięć  lat  temu  –  powiedział  Mack.  – 

Niezłe miejsce. W sam raz dla biednej bogatej dziewczynki. 

–  Daruj  sobie,  Mahoney.  –  Obrzuciła  go  nienawistnym  spojrzeniem.  –  Jak 

mnie tu znalazłeś? 

–  Powiedzmy,  że  miałem  przeczucie.  Nie  trzeba  mieć  doktoratu  z 

kryminalistyki,  żeby  wpaść  na  pomysł,  że  schowałaś  się  w  domu  swego 
ukochanego wuja Paula. 

– A mimo to wtedy nie przyszło ci to do głowy. 

–  Bo  nawet  nie  próbowałem  myśleć  –  wycedził  powoli,  jakby  chciał 

podkreślić  każde  słowo.  Po  tylu  latach  wreszcie  mógł  oświadczyć  Marisie,  że  jej 
odejście nie zrobiło na nim żadnego wrażenia, a po jej zniknięciu po prostu zaczął 
ż

yć  samotnie  i  zupełnie  niczego  nie  żałował…  No  cóż,  nie  musi  wiedzieć,  że  to 

wszystko było najzwyklejszym kłamstwem. 

–  Czy  Paul  też  z  tobą  przyjechał?  –  zapytał  Mack,  zdejmując  rękawice  i 

kurtkę.  Zapamiętał  Paula  Willisa  jako  uroczego  gawędziarza,  który  napisał 
mnóstwo książek podróżniczych. Paul był ojcem chrzestnym Marisy i właściwie jej 
jedynym  opiekunem,  bo  rodzice  dziewczyny  większą  część  życia  spędzali  na 
jachcie, nie troszcząc się zbytnio o wychowanie swej dorastającej córki.  

– Nie. Paul jest teraz w Indiach. 

– Szkoda. Miło byłoby znów się z nim spotkać. 

–  Daruj  sobie  te  towarzyskie  pogawędki  –  żachnęła  się  Marisa,  rozcierając 

obolałą rękę. – Powiedz lepiej, po co naprawdę przyjechałeś. 

– Chyba coś mi się od ciebie należy. 

– Wypchaj się, Mahoney. Nie mam wobec ciebie żadnych zobowiązań. 

background image

– Mylisz się. Jesteś mi winna sprawozdanie z ostatnich dziesięciu lat, ale nie 

chcę ci się narzucać i zadowolę się szczerą rozmową o sprawie doktora Morrisa. 

– Nie ma żadnej „sprawy”. Cała ta historia istnieje wyłącznie w twojej chorej 

wyobraźni. 

– Może najpierw umówmy się co do jednego. Tym razem nie dam się zbyć 

byle czym. 

– Nie rozumiem. – Marisa spuściła wzrok. 

– Daję ci szansę. Możesz opowiedzieć wszystkim swoją wersję tej paskudnej 

historii.  Tylko  dlatego  podążyłem  za  tobą  na  koniec  świata.  Wiesz  przecież,  że 
rasowy  dziennikarz  nie  przepuści  takiej  okazji  –  uśmiechnął  się  do  niej 
porozumiewawczo.  –  Zresztą  ta  sprawa  z  handlem  niemowlętami  bardzo  mi  się 
przyda. Mam zamiar podpisać kontrakt z Independent News Network. Nie mogłem 
sobie pozwolić na utratę życiowej szansy. Tym razem musiałem cię znaleźć. 

– Ach, więc o to ci chodzi? Jak zwykle myślisz tylko o sobie, ty… – Marisa 

rzuciła się na niego z pięściami. 

Mack chwycił ją za ręce i mocno je ścisnął. 

– Co się z tobą dzieje, kobieto? – zapytał szczerze zadziwiony. 

– Nie udawaj, że nie wiesz – oburzyła się, zupełnie pozbawiona możliwości 

jakiegokolwiek  działania.  –  Mam  patrzeć  spokojnie,  jak  dla  własnej  kariery 
rujnujesz życie niewinnego dziecka? Ty niewrażliwy, podły egoisto! Zostaw nas w 
spokoju, ty bestio. 

–  Nie  zostawię  –  odrzekł  Mack,  spoglądając  z  góry  na  bezsilną  Marisę.  – 

Zawsze kończę to, co zacząłem. Czyżbyś już zapomniała? 

– Niech cię diabli wezmą! 

– Przykro mi, ale nawet diabłom się to nie uda. – Mack głośno się roześmiał. 

–  Nie  widzisz,  że  za  oknami  szaleje  zamieć?  Nawet  diabły  nie  wybierają  się  na 
spacer w taką pogodę. Obawiam się, że jesteśmy na siebie skazani. Przynajmniej na 
jakiś czas. 

– Boże! Tylko nie to! – zawołała przerażona Marisa. 

–  Nie  rozumiem.  –  Mack  jedną  ręką  trzymał  jej  dłonie,  podczas  gdy  drugą 

głaskał  ją  po  policzku.  –  O  ile  mnie  pamięć  nie  myli.  to  kiedyś  bardzo  lubiliśmy 
być razem. 

background image

– Ty… 

–  Niczego  nie  pamiętasz,  księżniczko?  –  Pochylił  się  nad  nią,  niemal 

muskając wargami jej usta. – Ja wciąż pamiętam, jak jęczałaś w moich ramionach, 
co czułem, kiedy byliśmy blisko siebie… 

– Przestań, Mack – poprosiła czerwona jak piwonia Marisa. 

– Jak widzisz, ja nie zapomniałem. – Mocno ją do siebie przytulił. 

– Mamusiu! 

Mack  odskoczył  od  niej  jak  oparzony.  Marisa  podbiegła  do  jasnowłosego 

chłopczyka. Uklękła i mocno przytuliła do siebie dziecko. 

–  Przepraszam,  Nicky.  Obudziłam  cię,  kochanie?  Nie  bój  się,  wszystko 

będzie dobrze. 

Nicky tymczasem ze zdumieniem przyglądał się Mackowi. 

– Znalazłaś mi kowboja, mamusiu? – zapytał w końcu. 

–  Niestety,  nie,  kolego  –  pospieszył  z  odpowiedzią  Mack.  –  Nie  jestem 

kowbojem. Mieszkam w New Jersey. 

– To dlaczego nosisz kowbojskie buty? – chłopiec nie dawał za wygraną. 

–  One  są  do  niczego.  –  Mack  spojrzał  z  niesmakiem  na  swoje  znoszone 

obuwie. – Nogi mi zmarzły na kość. 

– To kara za wścibianie nosa w nie swoje sprawy. – Marisa wciąż tuliła do 

siebie chłopczyka, jakby bała się, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo. – Jest 
zimno, synku. Wskakuj pod kołderkę. 

–  Racja  –  zawtórował  jej  Mack.  –  Zimno  tu  jak  na  lodowcu.  Dlaczego  nie 

napaliłaś w kominku? 

Marisa  nie  raczyła  odpowiedzieć.  Zaniosła  synka  do  łóżka  i  okryła  go 

kołderką. 

Mack odłożył pogrzebacz na miejsce. Jedno spojrzenie na stertę nadpalonych 

zapałek  w  kominku  wyjaśniło  mu,  dlaczego  w  pokoju  panuje  takie  przenikliwe 
zimno. 

– Dobrze, że wpadłem – mruknął. – Przyda ci się pomocnik. 

background image

– Ty na pewno do niczego mi się nie przydasz – odrzekła. 

– Stare przysłowie pszczół mówi, że potrzebujący nie może sobie wybierać 

ofiarodawcy, księżniczko. 

– Nie nazywaj mnie tak! 

Mack  wzruszył  ramionami.  Usiadł  na  ławce  przy  kominku,  zdjął  buty  i 

ociekające wodą skarpetki. Nicky nie spuszczał z niego zaspanych oczu. 

– Mamusiu, jak ten kowboj ma na imię? – zapytał. 

– Judasz – odparła bez namysłu Marisa – Śpij już, kochanie. 

– Śmieszne imię – mruknął Nicky. – Pierwszy raz widzę kowboja, który ma 

na imię Judasz. 

– Mam na imię Mack – oświadczył Mahoney, rozcierając zmarznięte stopy. 

– Twoja mamusia naczytała się złych scenariuszy i teraz wszystko jej się miesza w 
głowie. 

–  Ten  pan  jest  dziennikarzem,  synku.  Rzadko  liczy  się  ze  słowami,  więc 

proszę, żebyś mówił do niego: „proszę pana”. 

–  A  niech  cię  diabli  porwą  –  rozzłościł  się  Mack.  –  Chyba  nie  będziemy 

sobie dokuczać przez całą noc. Proponuję rozejm. 

–  Mnie  to  odpowiada.  Naprawdę  nie  mam  z  tobą  o  czym  rozmawiać. 

Byłabym  jednak  wdzięczna,  gdybyś  zechciał  trochę  nad  sobą  panować  i  nie 
przeklinać przy dziecku. 

Nicky  tymczasem  spał  już,  zwinięty  w  kłębek  na  swoim  posłaniu.  Marisa 

otuliła  go  szczelnie  jeszcze  jednym  kocem.  Teraz  mogła  znów  zająć  się 
rozniecaniem ognia w kominku. Dwie kolejne zapałki dołączyły do sterty innych, a 
ognia jak nie było, tak nie było. 

– Niech to szlag trafi! – zdenerwowała się. 

– Nie przeklinaj – przypomniał jej Mack i wyciągnął rękę po zapałki. – Daj, 

ja to zrobię. 

–  Sama  sobie  poradzę!  –  Marisa  za  nic  nie  chciała  oddać  mu  pudełka  z 

zapałkami. 

–  Przecież  widzę,  jak  sobie  radzisz.  –  Popatrzył  znacząco  na  zużyte  bez 

efektu  zapałki.  –  Posłuchaj,  moja  droga.  Jestem  zmęczony,  zmarznięty  i  bardzo 

background image

głodny. Radzę ci się ze mną nie kłócić, bo nie ręczę za siebie. 

–  Dobrze.  –  Groźba  najwyraźniej  poskutkowała,  bo  Marisa  oddała  mu 

zapałki.  –  Możesz  rozpalić  ogień.  Ale  nie  zapominaj,  że  wszystkie  te  cierpienia 
znosisz na własne życzenie. Nikt cię tu nie zapraszał. 

–  Taki  drobiazg  jak  brak  zaproszenia  nigdy  nie  stanowił  dla  mnie 

przeszkody. 

Mack  ułożył  od  nowa  bezładnie  wrzucone  do  kominka  szczapy,  podłożył 

pod  nie  kawałek  gazety  i  zapalił  zapałkę.  Marisa  wpatrywała  się  w  maleńki 
płomyczek, który najpierw polizał zmięty papier, potem wspiął się na drewienka i 
po chwili zmienił się w jaskrawy płomień. Na jej twarzy znać było ślady zmęczenia 
i stresu, w jakim od kilku dni żyła. Mack musiał się bardzo starać, żeby nie okazać 
jej współczucia. 

– Kiedy wysiadło światło? – zapytał. 

–  Około  południa.  Telefon  też  nie  działa  i  nie  udało  mi  się  uruchomić 

generatora prądu. 

–  Nic  dziwnego,  że  tak  tu  zimno.  –  Mack  grzał  przy  ogniu  bose  stopy.  – 

Kiedy przyjechałaś? 

– Parę dni temu. 

– Pewnie było ci ciężko. Sama z dzieckiem… 

–  A  co  to?  Przesłuchanie?  –  Marisa  wreszcie  oderwała  oczy  od 

hipnotyzującego ją płomienia.  

– Ależ ty jesteś podejrzliwa, kobieto! W porządku. Cofam pytanie. 

–  Tego  steku  kłamstw,  które  wymyśliłeś  o  moim  mężu  i  synu,  nie  da  się 

cofnąć. – Marisa tak mocno zacisnęła pięści, że aż palce jej zbielały. – I ty najlepiej 
o tym wiesz, Mahoney. Nie licz na to, że zgotuję ci tu gorące powitanie. O niczym 
innym nie marzę, tylko o tym, żebyś jak najprędzej się stąd wyniósł. 

–  Tak  tylko  mówisz,  dziecinko.  Wiem,  że  masz  dobre  serduszko  i  nie 

wypędzisz  mnie  z  domu  w  zawieruchę.  –  Uśmiechnął  się  do  niej  przewrotnie.  – 
Zresztą ja nie dałbym się wypędzić. 

– Nawet parszywego psa nie wypędziłabym na taką pogodę – odwzajemniła 

mu  się  słodkim  uśmiechem.  –  Ale  z  tobą  sprawa  ma  się  zupełnie  inaczej.  Więc 
lepiej  nie  kuś  losu  i  przestań  mi  dogryzać.  A  jutro  skoro  świt  masz  się  stąd 

background image

wynieść. Jasne? 

–  Jasne  –  powiedział  bez  przekonania.  Doskonale  wiedział,  że  to 

potwierdzenie absolutnie do niczego go nie zobowiązuje. 

Marisa także o tym wiedziała, a jednak trochę mniej się denerwowała. Może 

uwierzyła,  że  Mack  naprawdę  wkrótce  opuści  jej  dom?  A  może  tylko  się 
oszukiwała, tak samo jak kiedyś oszukała jego? 

–  Będę  spała  z  synem  –  powiedziała.  –  Znajdź  sobie  jakieś  miejsce  do 

wypoczynku, a przede wszystkim nie wchodź mi w drogę. 

–  Właśnie  zacząłem  się  odmrażać.  Zostanę  przy  kominku.  –  Przysunął  do 

paleniska dwa ogromne fotele i zestawił je ze sobą siedzeniami. 

–  Przyniosę  ci  jakiś  koc  –  zaproponowała  Marisa,  chociaż  w  pierwszym 

odruchu chciała nawet zabronić gościowi jakichkolwiek przemeblowań w domu. 

– I kanapkę – zaryzykował Mack. – A może jeszcze jakieś suche skarpety? 

Marisa  wściekłym  spojrzeniem  obrzuciła  najpierw  jego  bose  stopy,  potem 

nogi, a wreszcie spojrzała mu prosto w oczy. To co w nich zobaczyła, wprawiło ją 
w zakłopotanie. 

– Zobaczę, co się da zrobić – powiedziała, odwracając się do Macka plecami. 

– Dziękuję. – Wreszcie mógł sobie pozwolić na zwycięski uśmiech. Przecież 

i tak go nie widziała. 

Marisa  pogłaskała  śpiącego  syna  po  główce.  Spojrzała  na  Macka 

podejrzliwie,  ale  najwidoczniej  doszła  do  wniosku,  że  z  jego  strony  nie  grozi 
chłopcu żadne niebezpieczeństwo, bo wzięła ze stołu latarkę i wyszła z pokoju. 

Mack  już  się  nie  uśmiechał.  Samo  patrzenie  na  Marisę  przyprawiało  go  o 

dreszcze.  Oznaczało  to  dokładnie  tyle,  że  był  wciąż  wrażliwy  na  urok  tej 
trzydziestoletniej  kobiety.  Tak  samo  jak  wówczas,  gdy  nie  mógł  się  oprzeć 
przepięknej studentce dziennikarstwa, którą panna Rourke była przed dziesięcioma 
laty. Na jego szczęście tym razem Marisa wydała mu otwartą wojnę i nie musiał się 
obawiać nieodpowiedzialnych reakcji własnego organizmu. 

Mack  zresztą  nie  miał  do  niej  żalu  o  sposób,  w  jaki  go  potraktowała.  Jemu 

samemu  nie  podobała  się  forma  rozmowy,  jaką  Jackie  Horton  przeprowadziła  z 
Marisą  przed  kamerami  telewizji.  Jackie  i  Tom  Powell,  który  był  przez  wiele  lat 
producentem  programów  Macka,  nalegali  na  przygwożdżenie  aktorki  w 

background image

krzyżowym  ogniu  pytań.  Zamiast  wywiadu  wyszło  z  tego  prokuratorskie 
przesłuchanie. 

„Fabryka dzieci dla bogaczy…” 

„Policja  aresztowała  dziś  wziętego  lekarza  z  Bel  Air,  doktora  Franco 

Morrisa…” 

„Powiedz mi, Mariso, czy to prawda, że doktor Morris pomógł tobie i twemu 

byłemu mężowi adoptować dziecko?” 

„Mamy  tu  kopie  prowadzonej  przez  doktora  Morrisa  dokumentacji.  O, 

proszę: nazwiska, daty, nawet ceny…” 

„Wszystko to kłamstwo! Mój adwokat może to potwierdzić!” 

Mack  skrzywił  się  na  wspomnienie  tamtego  niesmacznego  programu.  Nic 

dziwnego,  że  Marisa  tak  strasznie  krzyczała,  ale  Tom  twierdził,  że  było  to 
potrzebne dla dobra sprawy, że i tylko w ten sposób szerokie rzesze społeczeństwa 
mogły  się  dowiedzieć  o  przestępczym  procederze,  że  to  jedyna  metoda,  i  aby 
ujawnić, czym jest ta i podobne jej podejrzane kliniki. Doktor Morris i tak już zbyt 
długo  unikał  kary.  Zresztą  dla  rasowego  dziennikarza  zawsze  najważniejsze  jest 
wykonanie  zadania.  Reszta  naprawdę  nie  ma  znaczenia.  Toteż  Mack  z  zapałem 
zabrał  się  do  pracy.  Każde  jego  odkrycie  zbliżało  doktora-oszusta  do  bram 
więzienia. A  związek  znanej gwiazdy  filmowej (Mackowi niedobrze  się  robiło na 
takie  określenie  bohaterki  mydlanych  oper)  z  całą  tą  sprawą  dawał  pewność,  że 
prasa,  radio  i telewizja  zainteresują  się przestępcza  działalnością doktora Morrisa. 
Sprawa kontraktu Macka także miała tu duże znaczenie… 

Nie jestem przecież bez serca, pomyślał Mack. Dzieciak jest całkiem fajny i 

Marisa  bardzo  go  kocha.  To  widać  na  pierwszy  rzut  oka.  No  i  co  z  tego?  Marisa 
musi  ponieść  konsekwencje  tego,  co  ona  i  jej  mąż  zrobili  w  przeszłości.  To  nie 
ulega kwestii. Jestem pewien, że jest zamieszana w sprawę doktora Morrisa. Mam 
nosa. Co sobie ta kobieta w ogóle wyobraża? Że uda jej się z tego wywinąć? I to 
bez szwanku? 

Mack zdjął koszulę i powiesił ją na oparciu fotela. Wpatrywał się w buzujący 

na  kominku  ogień.  Miał  już  za  sobą  mnóstwo  reporterskich  doświadczeń 
praktycznie  na  całej  kuli  ziemskiej.  Zetknął  się  z  morderstwami,  akcjami 
terrorystów,  rewolucją  i  raz  nawet  przeżył  trzęsienie  ziemi.  Tym  razem  jednak 
stanął  przed  naprawdę  trudnym  zadaniem.  Tym  trudniejszym,  że  stare 
wspomnienia  właściwie  w  każdej  chwili  mogły  go  zepchnąć  z  prostej  drogi,  jaką 
powinien  kroczyć  odkrywca  prawdy.  Intuicja  podpowiadała  mu,  że  dla  Marisy 

background image

wspomnienia sprzed dziesięciu lat także jeszcze nie całkiem umarły. Zauważył, jak 
drżała,  kiedy  jej  dotknął,  i  czuł,  że  tamto,  co  ich  wówczas  łączyło,  wciąż  jeszcze 
ż

yje  pomiędzy  nimi.  Nie  miał  zamiaru  rozdmuchiwać  nowego  płomienia  z 

dogasających iskierek. Życie nauczyło go, czego można od niego oczekiwać, a na 
co w żadnym wypadku liczyć nie należy. Ale uważał, że Marisa jest mu coś winna. 
Musiałby  być  aniołem  albo  kamieniem,  gdyby  nie  chciał  skorzystać  z  sytuacji,  w 
jakiej  się  znalazł.  Cieszył  się  na  samą  myśl  o  tym,  że  Marisa  wreszcie  zapłaci, 
chociaż małą cząstkę, za to, co mu przed laty zrobiła. 

Grzał  się  przy  kominku,  ubrany  tylko  w  ciepłą  bieliznę.  Był  naprawdę 

zmęczony.  Dwudniowa  jazda  samochodem  w  paskudną  pogodę  i  wędrówka  w 
szalejącej  śnieżnej  zamieci  dały  mu  się  porządnie  we  znaki,  a  bijące  od  kominka 
ciepło sprawiło, że Mackowi zachciało się spać. 

–  Proszę,  tylko  to  mogłam  ci…  –  słowa  uwięzły  Marisie  w  gardle.  Była 

oburzona. 

–  Daj  spokój,  księżniczko.  –  Mack  przeciągnął  się  jak  rozespany  kocur.  – 

Przecież nie raz widziałaś mnie bez spodni. 

– Nie chciałabym powtarzać tamtego doświadczenia – warknęła, rzucając na 

fotel  zwinięty  koc,  parę  skarpet  i  papierowy  talerz  z  leżącą  na  nim  kanapką.  – 
Obawiam  się  jednak,  że  po  tobie  nie  można  się  spodziewać  nawet  przyzwoitego 
zachowania. 

–  Przemokłem  do  suchej  nitki.  Miałem  spać  w  mokrym  ubraniu?  Mógłbym 

zachorować i umrzeć. 

– Może nie byłoby to wcale najgorsze rozwiązanie – syknęła. Zrzuciła buty i 

położyła się na kanapie obok śpiącego synka. 

–  A  wiesz  –  zaczął  Mack,  jakby  prowadził  towarzyską  pogawędkę.  Owinął 

się  kocem  i  wciągnął  na  nogi  suche  skarpety.  –  Powinniśmy  spać  razem.  Byłoby 
nam wszystkim znacznie cieplej. 

– Możesz sobie o tym pomarzyć, Mahoney. – Chociaż koce tłumiły głos. to i 

tak  dało  się  w  nim  usłyszeć  lekkie  zdenerwowanie.  –  Zamknij  się  wreszcie  i 
pozwól mi spać. 

Mack wyciągnął się na fotelach i sięgnął po kanapkę. Pewnie, że mogę sobie 

pomarzyć, myślał. Gdyby ona znała moje pragnienia… 

Dopiero kiedy nasycił pierwszy głód, dokładniej przyjrzał się temu, co miał 

na  talerzu.  Szynka,  ser,  musztarda  i  ani  odrobiny  majonezu.  Mack  nie  cierpiał 

background image

majonezu, a Marisa o tym nie zapomniała. 

Pamiętała,  pomyślał  z  ciężkim  sercem.  Może  tak  samo  dokładnie  jak  ja? 

Może  ją  także  dręczyły  bolesne  wspomnienia?  Tak  nam  było  dobrze  razem. 
Przynajmniej mnie się zdawało, że było nam dobrze. Czy to możliwe, że ona choć 
trochę żałuje swojej decyzji? 

Mack  szczelnie  owinął  się  kocem.  Tańczące  na  kominku  płomienie  rzucały 

migotliwe  światło  na  pokój  i  na  posłanie  Marisy.  Oddychała  równo,  ale  Mack 
wiedział, że ona nie śpi. 

– Mariso? – odezwał się ledwo słyszalnym szeptem. 

– Czego chcesz? 

– Powiedz mi, co było między nami nie tak. 

Bardzo  długo  nie  było  odpowiedzi.  Mack  nabrał  przekonania,  że  już jej  się 

nie doczeka. 

– A czy to ważne? – usłyszał w końcu. 

Nie  umiał  jednym  słowem  odpowiedzieć  na  to  pytanie,  chociaż  był 

absolutnie  pewien,  że  to  ważne.  To  właśnie  była  najważniejsza  sprawa  w  całym 
jego życiu. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Marisie  śniła  się  plaża,  gorące  słońce  i  mężczyzna  o  zielonych  oczach… 

Obudziła  się  uśmiechnięta  i  przeciągnęła  się.  Miała  wrażenie,  że  jest  jeszcze  na 
plaży  z  tamtym  mężczyzną,  ale  po  chwili  sen  rozwiał  się,  a  ona  z  ciężkim 
westchnieniem usiadła na posłaniu. 

Zamarła z przerażenia, kiedy zdała sobie sprawę, że nie ma obok niej synka. 

Jak oparzona wyskoczyła z łóżka i rozejrzała się po pokoju. Na kominku buzował 
ogień,  a  z  kuchni  dobiegał  piskliwy  głos  dziecka,  które  zawzięcie  o  czymś 
rozprawiało. 

– Mamusia robi lepsze. 

–  Naprawdę?  Trudno.  Mamusia  śpi  jak  suseł,  więc  ja  się  muszę  tobą  zająć. 

Spróbuj, może to ci będzie smakowało. 

Marisa  z  wrażenia  przestała  oddychać.  Ubrany  tylko  w  spodnie  Mack 

Mahoney  siedział  przy  kuchennym  stole.  Nie  widział  jej,  za  to  ona  mogła 
podziwiać  jego  muskularne  ramiona.  Niemal  czuła  pod  palcami  delikatną  jak 
aksamit, opaloną na brąz skórę. 

Wicher  wył  za  oknem,  ołowiane  chmury  snuły  się  tuż  nad  ziemią,  ale  w 

domu było prawie ciepło. Dzięki Mackowi. Zrobiło jej się głupio, gdy pomyślała, 
ż

e  jej  nieproszony  gość  przez  całą  noc  dokładał  drew  do  ognia,  podczas  gdy  ona 

spała sobie w najlepsze. Jeszcze gorzej się poczuła, kiedy wreszcie dotarło do niej, 
ż

e  obciągnięte  dżinsami  szczupłe  uda  Macka  wbrew  jej  woli  działają  na  nią  w 

sposób niezwykle podniecający. 

– Czy ty na pewno nie jesteś kowbojem? – zaszczebiotał Nicky, pakując do 

buzi grzankę z dżemem. 

Marisa  musiała  się  uśmiechnąć.  Mack  nasypał  kawy  do  ekspresu,  po  czym 

zapalił palnik gazowego piecyka. Miał trochę za długie włosy. Zawsze zapominał o 
wizycie u fryzjera. 

–  Bardzo  mi  przykro,  kolego  –  odrzekł  Mack.  –  Nie  odróżniłbym  nawet 

końskiego łba od zadu. 

–  Tak  właśnie  myślałem  –  westchnął  smutno  Nicky,  ale  zaraz  znów 

poweselał.  –  To  może  jesteś  tym  nowym  tatusiem,  o  którego  prosiłem  w  liście 

background image

ś

więtego Mikołaja? 

– Nicky! – zawołała Marisa. Odrobinę za późno ugryzła się w język. 

Czerwona  jak  burak  weszła  do  kuchni.  Dopiero  wtedy  zobaczyła,  że  na 

ramieniu Macka pojawił się ogromny, fioletowy siniak. Pogrzebacz, nawet w ręku 
słabej kobiety, okazał się niebezpiecznym narzędziem. 

–  Tak  mi  przykro,  Mack  –  powiedziała  i  odruchowo  pogłaskała  stłuczone 

ramię, chcąc w ten sposób przeprosić go za zadany ból. 

Mack  zadrżał.  Chwycił  Marisę  za  rękę  i  zacisnął  zęby.  Przez  chwilę  w 

pokoju panowało wrogie milczenie. 

– Nie rób tego więcej, księżniczko – ostrzegł ją, patrząc spode łba. – Chyba 

ż

e nie boisz się konsekwencji. 

Marisa  miała  ochotę  zapaść  się  pod  ziemię.  Przytrzymujące  jej  rękę  palce 

Macka paliły jak ognista obręcz. Nie wiedziała, czy ostrzegał ją przed ponownym 
użyciem  pogrzebacza,  czy  też  może  złote  iskry  w  jego  oczach  oznaczały  coś 
zupełnie innego.  Czyżby poczuł taki  sam  dreszcz, jaki  przeszył  Marisę, gdy  tylko 
musnęła nagie ramię Macka? Na wszelki wypadek uwolniła się z uścisku i nawet o 
krok się cofnęła. 

–  Nie.  Oczywiście,  że  nie.  To  znaczy…  –  dodała  bez  związku  i  bez 

najmniejszego  sensu.  Dopiero  po  chwili  udało  jej  się  opanować  wzburzenie.  – 
Więcej  cię  już  nie  dotknę.  Obiecuję.  Powinieneś  przyłożyć  lód  na  to  stłuczenie. 
Albo lepiej kompres. Na pewno mam coś w apteczce… 

Czar  prysnął.  Mack  znów  był  tylko  przystojnym,  bardzo  pewnym  siebie 

mężczyzną. Wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć, że wszystko, co Marisa 
widziała i czuła, było jedynie wytworem jej chorej wyobraźni. 

– Nie przejmuj się, księżniczko – powiedział. – Miałem już gorsze rany. 

– Tak, tak. Wiem. 

Dreszcz  przeszedł  jej  po  plecach  na  wspomnienie  niebezpieczeństwa,  na 

jakie  narażał  się  Mack,  pracując  jako  dziennikarz.  Nie  mogła  nie  zauważyć  jego 
telewizyjnych  reportaży  z  różnych  zapalnych  punktów  świata.  Nie  znaczyło  to, 
oczywiście,  że  specjalnie  włączała  telewizor,  żeby  zobaczyć  Macka  Mahoneya, 
ż

eby  wiedzieć,  gdzie  jest  i  co  robi.  Po  prostu  za  każdym  razem,  kiedy  w  jakimś 

państwie  zanosiło  się  na  przewrót  czy  wydarzyła  się  katastrofa  albo  dokonała 
niesprawiedliwość,  o  której  należało  powiedzieć  całemu  światu,  telewidzowie 

background image

niezmiennie  otrzymywali  najświeższe  wiadomości  właśnie  od  Mahoneya.  Mack 
nigdy  nie  dbał  o  takie  błahostki,  jak  bezpieczeństwo  osobiste,  zwłaszcza  wtedy, 
gdy w grę wchodziła naprawdę ciekawa sprawa. 

–  Po prostu nie  rób tego  nigdy  więcej  –  rzekł  zupełnie obojętnym  tonem,  a 

potem odwrócił się do stojącego na gazowym palniku ekspresu. – Kawa za chwilę 
będzie gotowa. 

–  Tak.  Dzięki.  –  Marisa  usiadła  przy  stole  obok  Nicky'ego.  Dopiero  teraz 

pocałowała go na dzień dobry. Na szczęście malec nie zauważył nic niezwykłego w 
całej tej historii. Uznał widocznie, że mama zawsze tak wita gości w tym górskim, 
oddalonym od ludzi domku. – Jak ci leci, kolego? 

– Dzisiaj mów do mnie Teks. Dobrze, mamusiu? 

– Dobrze, Teks. – Uśmiechnęła się, przypomniawszy sobie, że mały ostatnio 

zupełnie oszalał na punkcie kowbojów, Dzikiego Zachodu i wszystkiego, co się z 
tym wiąże. – Jak ci się spało? Posłanie nie było za twarde? 

–  Nie.  –  Nicky  uśmiechnął  się  uszczęśliwiony,  że  pozwalają  mu  odgrywać 

rolę  teksańskiego  kowboja.  –  Ja  i  Mack  wstaliśmy,  jak  tylko  koguty  zapiały. 
Prawda, Mack? 

Mack mruknął coś, czego w żaden sposób nie dało się zrozumieć. 

– To jest pan Mahoney, Teks – poprawiła synka Marisa. 

–  Daj  spokój  –  odezwał  się  Mack.  –  Obejdziemy  się  bez  zbędnych 

formalności. Mam rację, Teks? 

– Pewnie, że masz, Mack. 

Marisa  nie  miała  okazji  się  sprzeciwić,  bo  Mack  postawił  przed  nią  kubek 

czarnej jak smoła kawy. Dokładnie takiej, jaką lubiła. Niby drobiazg, a jednak. Na 
chwilę zapomniała o wrogości, jaką darzyła nieproszonego gościa. 

Zastanowiło ją to, co Nicky powiedział o „nowym tatusiu”. Nie wiedziała, że 

małemu tak bardzo brakuje mężczyzny. Samotna matka nie ma lekkiego życia, ale 
od  śmierci  męża  stawała  na  głowie,  żeby  chłopcu  na  niczym  nie  zbywało. 
Tymczasem  okazało  się,  że  wszystkiego  dać  mu  nie  może.  Nie  chciała  jednak 
dopuścić  do  tego,  aby  jej  synek  przywiązał  się  do  gruboskórnego,  wścibskiego 
reportera,  który na  dodatek  uparł  się,  żeby  zniszczyć  życie  Marisy  i  Nicky'ego  za 
jednym  zamachem.  Doszła  do  wniosku,  że  musi  się  jak  najprędzej  pozbyć 
nieproszonego gościa. Im szybciej to zrobi, tym lepiej dla wszystkich. 

background image

Popijała kawę, ale wciąż ukradkiem spoglądała na nagi tors Macka, na jego 

umięśniony,  plaski  brzuch.  Miał  trzydzieści  siedem  lat,  a  wyglądał  dokładnie  tak 
samo, jak dziesięć lat temu. 

– Pewnie chciałbyś jak najwcześniej wyruszyć… – zaczęła. 

–  Czy  ty  się  nigdy  nie  poddajesz,  księżniczko?  –  Mack  uśmiechnął  się  do 

niej. 

–  Chyba  jasno  ci  powiedziałam…  –  Marisa  znów  była  napięta  jak  struna  i 

gotowa do walki. 

–  Facet  przepowiadający  pogodę  też  niczego  nie  ukrywał  –  przerwał  jej 

Mack. Popukał palcem w stojące na stole małe radio tranzystorowe. – Na szczęście 
Paul  ma  tu  wszystko,  czego  człowiekowi  potrzeba.  No,  a  teraz  wreszcie  musimy 
spojrzeć prawdzie w oczy. 

– Co chcesz przez to powiedzieć? – Marisa zacisnęła palce na kubku z kawą. 

– W radiu bez przerwy nadają ostrzeżenia dla kierowców. Nie ma ani jednej 

przejezdnej  drogi.  Nie  można  ani  wjechać  w  górskie  regiony,  ani  się  z  nich 
wydostać. Podobno potrwa to jeszcze co najmniej trzy do czterech dni. Może nawet 
do Bożego Narodzenia. 

– O raju! Śnieg na gwiazdkę? – zawołał uradowany Nicky. – Nigdy w życiu 

nie  widziałem  śniegu  na  Boże  Narodzenie!  Czy  Mikołaj  zmieści  się  do  naszego 
kominka? Idę sprawdzić! 

Zerwał  się  z  krzesła  i  popędził  do  pokoju.  Za  to  Marisa  była  załamana. 

Pułapka  się  zatrzasnęła,  a  w  niej  ona,  Nicky  i  Mack  Mahoney  ze  swoimi 
oskarżeniami,  z  pytaniami,  na  które  nie  ma  odpowiedzi,  ze  spojrzeniami,  które 
doprowadzały ją do obłędu. I to ma być Boże Narodzenie? Nie rozumiała, dlaczego 
właśnie ją musiało spotkać aż tyle przykrości naraz. 

–  Nie  zostanę  tu  z  tobą  ani  chwili  dłużej  –  zawołała.  –  Jeśli  ty  nie 

wyjedziesz, to ja to zrobię. 

– Nie wygłupiaj się. Nie ujechałabyś nawet metra w tej zamieci. 

–  Może  mi  się  uda  –  upierała się  Marisa, choć  sama  najlepiej wiedziała,  że 

zachowuje się idiotycznie. – A nawet jeśli ugrzęznę w zaspie, to przynajmniej nie 
będę tam skazana na twoje towarzystwo. 

– Gdybyś była sama, pewnie byś zaryzykowała i może nawet udałoby ci się 

background image

skręcić  kark,  co  zresztą  wcale  by  mnie  nie  zmartwiło.  Ale  dziecka  na  pewno  nie 
narazisz na niebezpieczeństwo.  

– To prawda – przyznała Marisa, nagle oklapła jak przekłuty balonik. 

– Tak właśnie myślałem. 

Mack  był  bardzo  zadowolony  z  siebie  i  Marisa  zapragnęła  zetrzeć  mu  z 

twarzy  ten  złośliwy  uśmiech  zwycięzcy.  Wiedziała,  niestety,  że  przemoc 
doprowadzi ją najwyżej do ślepego zaułka, więc żeby zająć czymś ręce, zacisnęła 
dłonie  na  kubku  i  podniosła  go  do  ust.  Kawa  była  gorzka  i  bardzo  mocna. 
Dziewczyna aż się zakrztusiła. 

– Za mocna? – zapytał Mack. 

– Wszystko, co ma związek z tobą, jest dla mnie za mocne. 

–  Przebywanie  w  jednym  pokoju  ze  mną  musi  być  dla  ciebie  trudne  do 

zniesienia. 

Rozumiem,  że  nie  mam  wyjścia,  pomyślała  Marisa,  zaciskając  zęby  w 

bezsilnej złości. Ale nikt mnie nie zmusi, żebym polubiła tę koszmarną sytuację. I 
nie odpowiem  temu  facetowi na  żadne  z  jego  głupich pytań. Nie  ma  mowy,  żeby 
jakieś  dawno  pogrzebane  uczucia  odebrały  mi  rozum.  Prawda  jest  taka,  że 
zmuszona jestem przez kilka dni żyć pod jednym dachem z człowiekiem, który stał 
się  moim  śmiertelnym  wrogiem.  Muszę  zachowywać  się  chłodno,  ale  w  sposób 
cywilizowany.  Trzeba  przeczekać  zamieć  i  uważać,  żeby  Mack  Mahoney  nie 
znalazł  niczego,  co  mógłby  potem  wykorzystać  w  tym  swoim  wstrętnym 
programie. Przecież kiedyś w końcu się znudzi i poszuka sobie innej ofiary. 

–  Wdarłeś  się  do  tego  domu  bez  zaproszenia,  Mahoney,  więc  musisz, 

niestety,  zarobić  na  swoje  utrzymanie  –  powiedziała  stanowczo  Marisa.  –  Po 
pierwsze, ubierz się wreszcie. Po drugie, przynieś drewno na opał i parę kubełków 
ś

niegu.  Muszę  go  rozpuścić,  żeby  mieć  wodę  do  mycia.  Na  wypadek,  gdybym 

wyraziła się niejasno, dodam, że nie ma tu miejsca dla darmozjadów. 

– Zgoda. – Mack spojrzał na nią zaciekawiony. – Ja na pewno nie zaniedbam 

swoich obowiązków. Chciałbym tylko zapytać, czy najpierw dostanę śniadanie, czy 
też mam walczyć ze śnieżycą o suchym pysku? 

– Co chcesz zjeść? 

–  Czy  mógłbym  prosić  o  zupę  mleczną?  –  zapytał,  uśmiechając  się 

przymilnie. 

background image

Marisa  postawiła  na  stole  talerz  z  płatkami  owsianymi.  Dwa  rodzynki 

udawały  oczy  na  okrągłej  powierzchni  przypominającej  buzię,  a  z  galaretki 
powstały uśmiechnięte usta. 

–  Jesteś  większy  ode  mnie  –  tłumaczył  Mackowi  Nicky  –  dlatego  musisz 

więcej jeść. 

Chłopiec wpatrywał się w Macka z takim zachwytem, że ten ostatni nie miał 

serca  przyznać,  że  nienawidzi  owsianki.  Nawet  najpiękniej  ozdobionej.  Z  ponurą 
miną podwinął mankiety koszuli i wziął do ręki łyżkę. Powiedział sobie w duchu, 
ż

e  to,  co  postawiła  przed  nim  Marisa,  na  pewno  nie  będzie  gorsze  od  potrawy  z 

koziego mleka, jaką częstowali go Beduini. 

Marisa,  już  umyta  i  uczesana,  ale  wciąż  jeszcze  w  tym  samym  dresie  i 

swetrze, w którym spała, postawiła drugi talerz przed Nickym. 

– Jedz – powiedziała, głaszcząc chłopca po jasnej główce. 

– Kowboje muszą mieć dużo siły. 

Mack  już  poprzedniego  dnia  zauważył  serdeczne  stosunki,  jakie  łączyły 

matkę  i  syna.  To,  co  widział,  nijak  nie  pasowało  do  opowiadań  o  Marisie, 
krążących  w  dziennikarskim  światku.  Mówiono  o  niej,  że  wynajęła 
wykwalifikowaną  opiekunkę  do  dziecka  i  widywała  się  z  chłopcem  tylko  przy 
okazji prezentowania go zaproszonym na przyjęcia gościom. Tymczasem ci dwoje 
porozumiewali  się  bez  słów,  połączeni  miłością,  jakiej  nie  da  się  osiągnąć  bez 
codziennych osobistych i bardzo serdecznych kontaktów. 

Mack  wiedział,  oczywiście,  że  Marisa  ma  kogoś,  kto  pomaga  jej  doglądać 

Nicky'ego.  Pani,  która  prowadziła  dom  i  była  jednocześnie  niańką  chłopca, 
nazywała się Gwen Olsen. Mack rozmawiał z nią, kiedy pojechał do Beverly Hills, 
ż

eby  zaproponować  Marisie  opowiedzenie  przed  kamerami  jej  własnej  wersji 

wydarzeń, związanych z adopcją chłopca. To właśnie Gwen powiedziała Mackowi, 
ż

e pani wyjechała nie wiadomo dokąd i że zostawiła tylko krótką wiadomość, żeby 

jej nie szukać. Mack jednak postanowił odnaleźć Marisę i pewnie dlatego teraz za 
karę  musi  zjeść  cały  talerz  owsianki.  Na  szczęście  nie  była  aż  tak  zła,  jak  się 
spodziewał. 

– Dobra, co nie? – uśmiechnął się Nicky znad swojego talerza. 

Mack  zjadł  jeszcze  jedną  łyżkę  mlecznej  zupy,  po  czym  uznał,  że  chłopiec 

ma rację. Teraz już pałaszowali ją obaj, aż im się uszy trzęsły. 

Może gdyby mojej mamie przyszło na myśl tworzyć z rodzynków i galaretki 

background image

uśmiechnięte twarze na talerzach z owsianką, nie wyrósłbym na zabijakę, pomyślał 
Mack. 

Niestety,  Vivian  Mahoney  zbyt  była  udręczona  przez  życie,  żeby  zawracać 

sobie  głowę  takimi  drobiazgami,  jak  ładnie  podane  jedzenie  czy  rozmowa  z 
wychowywanym przez ulicę synem. Mąż ją porzucił i biedna kobieta sprzątała po 
domach,  czym  ledwie  zarabiała  na  utrzymanie.  Umarła,  kiedy  Mack  miał 
siedemnaście lat. Właściwie nic od życia nie dostała. To raczej życie wyssało ją ze 
szczętem.  Trenerowi  z  dzielnicowego  klubu  dla  chłopców  i  zajęciom  w  sekcji 
bokserskiej zawdzięczał Mack to, że nie wyrósł na chuligana. Obcy ludzie pomogli 
mu  dostać  stypendium  w  Princeton,  ale  oprócz  tego  Mack  dorabiał  sobie 
korektami. 

Marisa skończyła jeść owsiankę i teraz przekładała w kredensie jakieś puszki 

i  puszeczki.  Bez  makijażu,  z  włosami  związanymi  w  koński  ogon,  w  niczym  nie 
przypominała  znanej  aktorki,  ulubienicy  milionów  Amerykanów.  Mimo  to  była 
piękna  i  pełna  dziewczęcego  uroku  wiek.  Mack  zastanawia!  się  przez  chwilę  nad 
tym, co widział milioner Victor Latimore, kiedy patrzył-na swoją żonę. 

–  Wiesz,  Nicky,  chyba  odgrzejemy  gulasz  nad  ogniem  w  kominku  – 

powiedziała do syna. – Masz ochotę? 

– No pewnie! Czy mogę ci pomóc, mamusiu? 

–  Oczywiście,  kochanie  –  zgodziła  się,  wyciągając  z  kredensu  żeliwny 

kociołek. 

– Gdzie się nauczyłaś gotować? – zapytał Mack, odsuwając od siebie talerz 

po  owsiance.  –  Nie  wiedziałem,  że  bogate  i  sławne  kobiety  zajmują  się  takimi 
przyziemnymi sprawami. 

– Nie wiesz jeszcze bardzo wielu rzeczy. 

– Ale się dowiem. – Mack nie mógł znieść, kiedy zarzucano mu brak wiedzy 

lub fachowości. – Teraz idę po drewno. 

Na dworze szalała zamieć. Nawet na odległość wyciągniętej ręki trudno było 

cokolwiek  zobaczyć.  Mimo  to  Mackowi  udało  się  przynieść  z  drewutni  kilka 
naręczy drewna opałowego i ułożyć je w stertę na werandzie, tuż przy wejściu do 
domu.  Obok  kominka  położył  tylko  tyle  polan,  ile  spodziewali  się  spalić  do 
wieczora. 

Drewutnia  była  dobrze  zaopatrzona.  Mack  obawiał  się  jednak,  że  jeśli 

pogoda nie zmieni się do świąt i jeśli do tej pory nie włączą prądu, to będzie musiał 

background image

wziąć  siekierę  i  wyciąć  kilka  rosnących  najbliżej  domu  drzew.  Wcale  mu  się  ta 
perspektywa nie uśmiechała. 

– Nie ruszaj się, skunksie! – wołanie dobiegło z fortu zbudowanego z foteli i 

poduszek.  Wystawała  stamtąd  głowa  małego  kowboja  w  dużym  kapeluszu  i  dwa 
sześciostrzałowe pistolety. 

– Nie strzelaj, Teks. Ja nie jestem bandytą. 

– Wszyscy tak mówią. Rączki do góry, kolego. 

–  Nic  z  tego,  kurczaku.  –  Mack  uśmiechnął  się  i  rzucił  naręcze  drew  obok 

kominka. 

– Nie jestem kurczakiem, tylko kowbojem – obraził się Nicky. 

– Nigdy bym nie zgadł. – Mack rozpiął kurtkę, przykucnął przed kominkiem 

i dołożył do ognia dwa potężne polana. 

–  Bang!  Bang!  Zastrzeliłem  cię!  –  zawołał  Nicky,  ale  nie  był  z  siebie 

zadowolony. – Gdybym miał konia, od razu byś się domyślił, że jestem kowbojem 
– westchnął rozżalony. – Może Mikołaj podaruje mi konia? Jak myślisz? 

– Nie mam pojęcia. Powiedz mi lepiej, gdzie jest mama? Na górze? 

– Nie. Mama wyszła. Kazała mi tu zostać. Powiesz mi, co to znaczy „bronić 

fortu”? 

– Co ona znów wymyśliła? – zaniepokoił się Mack. Wyobraził sobie Marisę 

na  kość  zamarzniętą  w  śnieżnej  zaspie.  Najpierw  go  to  rozśmieszyło,  potem 
zastanowiło, a na koniec przestraszyło. – Wyszła? Dokąd wyszła? Co ona sobie, u 
diabła, wyobraża? 

– Sprawdzić gen… gena… 

– Generator? 

– No. Ciesz się, że mama nie słyszy, jak brzydko mówisz. Postawiłaby cię do 

kąta. 

–  Kiedy  się  z  nią  policzę,  to  nawet  siedzieć  nie  będzie  mogła!  –  mruczał 

Mack,  zapinając  kurtkę.  –  Głupia  baba!  Co  ona  sobie  wyobraża?  –  Był  już  w 
połowie drogi do wyjścia, kiedy przypomniał sobie o Nickym. – Siedź i nie ruszaj 
się stąd, dopóki nie wrócę – polecił chłopcu. – To rozkaz szeryfa, Teks. 

– Tak jest. – Nicky był uszczęśliwiony. – A mogę być twoim zastępcą? 

background image

– Już jesteś, chłopcze. 

– Od razu wiedziałem, że jesteś kowbojem! – zawołał malec. 

Podmuch  wiatru  uderzył  Macka  w  twarz.  Mocno  trzymając  się  poręczy, 

zszedł po schodach ganku i z nisko opuszczoną głową przebijał się przez zamieć do 
pobliskiego  garażu,  połączonego  z  szopą.  Ciągnące  się  między  domem  a  szopą 
przewody elektryczne wskazywały miejsce, w którym znajdował się generator. W 
pogodny dzień byłoby widać jak na dłoni ośnieżone szczyty Sierra Nevada. Teraz 
jednak cały świat owinął się szarym kocem zawieruchy i nawet ślady stóp Marisy 
stawały się coraz słabiej widoczne. 

Wiatr  szarpał  Macka  za  ramiona,  a  ostre  kawałki  lodu  kaleczyły  mu  twarz. 

Delikatną  Marisę  wichura  bez  trudu  mogła  przewrócić  i  zepchnąć  gdzieś  w 
przepaść.  Dlaczego  jest  taka  niemądra,  pomyślał.  Nie  rozumie,  że  ryzykując  tę 
wyprawę, jednocześnie naraża na niebezpieczeństwo dzieciaka? 

– Co ty tu, do jasnej cholery, robisz? – zawołał Mack, wpadając do szopy, w 

której stał generator. 

Marisa  aż  podskoczyła.  Latarka,  którą  oświetlała  generator,  wypadła  jej  z 

dłoni. Niewielkie pomieszczenie natychmiast pogrążyło się w zupełnej ciemności. 

– Zobacz, co narobiłeś! – zawołała. 

Padła na kolana i jak ślepiec po omacku zaczęła szukać wokół siebie latarki. 

Kiedy tylko ją znalazła, zerwała się na równe nogi i skierowała snop światła prosto 
w oczy Macka. 

– Przynajmniej zamknij za sobą drzwi! – poleciła. 

W  puchowej  kurtce,  włóczkowej  czapce  i  rękawiczkach  wyglądała  jak 

panienka, a nie jak dobiegająca trzydziestki, dojrzała kobieta. 

Mack  z  całej  siły  kopnął  drzwi.  Niestety,  nie  wyładował  na  nich  całej 

gotującej się w nim złości. 

– Co ty tu robisz, do diabła? – warknął. 

– Jeszcze raz sprawdzam to urządzenie. – Spojrzała na niego wyzywająco. – 

Masz coś przeciwko temu? 

– Pewnie, że mam! – Podszedł do niej, chwycił za ramiona i z całej siły nią 

potrząsnął. – Od tej chwili nie waż się wystawiać za drzwi tego swojego ślicznego 
noska, dopóki mnie o tym nie uprzedzisz. Jasne? 

background image

– Nie możesz mi niczego nakazać, Mahoney. 

– Uważaj, żeby ta twoja przeklęta duma nie napytała ci biedy. Z taką pogodą 

nie ma żartów. 

– Ja nie żartuję, tylko chcę nam wszystkim pomóc. 

–  Jeśli  chcesz  pomóc,  rób  to  z  głową.  Chyba  że  te  bzdury,  którymi 

codziennie karmisz widzów, zupełnie zlasowały ci mózg. 

– Swoje uwagi o mojej pracy zachowaj dla siebie – żachnęła się Marisa. 

– A, właśnie, zapomniałem cię o coś zapytać. Kiedy ostatnim razem miałem 

nieszczęście  włączyć  telewizor  w  czasie  tego  wspaniałego  filmu,  ty  i  ten  ładny 
chłopiec  odgrywaliście  scenę  łóżkową.  Powiedz  mi,  czy  często  „pracujesz”  bez 
ubrania? 

– Kochany Mack. Jak zwykle brutalny i bezkompromisowy. 

– Płacą mi za to, żebym zadawał trudne pytania – zakpił. 

– Jeśli już koniecznie musisz wiedzieć, to ci powiem, że ja i Erick nigdy nie 

byliśmy razem nago… przed kamerą. – Marisa uśmiechnęła się widząc, jak Mack 
przetrawia  tę  ostatnią  część  informacji.  Po  chwili  wskazała  palcem  generator.  – 
Może użyłbyś swojej energii do uruchomienia tej maszyny. 

Mack zacisnął zęby, spojrzał ponuro na Marisę i pociągnął za linkę startera. 

Generator  ani  myślał  się  włączyć.  Mack  nie  poddał  się  od  razu.  Dopiero  po 
dziesięciu minutach. 

–  Nie  da  rady  –  powiedział  zrezygnowany.  –  Trzeba  by  go  rozebrać,  może 

przeczyścić gaźnik… 

– Trudno – westchnęła Marisa. – Musimy radzić sobie bez prądu. 

– Księżniczka nie jest do tego przyzwyczajona, co? 

Marisa patrzyła  na  niego  przez  chwilę, potem  z całych  sił  cisnęła  w  Macka 

latarką  i  wybiegła  na  dwór.  Mackowi  nic  się  nie  stało,  bo  zdążył  się  uchylić,  ale 
rozzłościł  się  i  pognał  za  uciekinierką.  Dopadł  ją  w  dwóch  susach.  Wciągnął  do 
garażu, nie zwracając najmniejszej uwagi na jej gwałtowne protesty. 

– Puść mnie! – wołała, przekrzykując nawet wyjącą na dworze wichurę. 

– Siadaj. – Mack popchnął ją na stertę kartonowych pudełek. – I zamknij się 

wreszcie. Musimy sobie parę spraw wyjaśnić. 

background image

–  Niedobrze  mi  się  robi  na  twój  widok!  Rozumiesz?  Nie  mogę  na  ciebie 

patrzeć! 

– Rozumiem. Ja także bardzo cię lubię. 

W garażu był zimno jak w psiarni, ale przynajmniej nie wiało. Na ścianach 

wisiało kilka pokoleń narzędzi oraz przyborów ogrodniczych. Stało tam także szare 
auto  typu  sedan,  którym  Marisa  przyjechała  tutaj  z  Los  Angeles.  Ten  samochód 
przypomniał Mackowi, po co znalazł się na tym odludziu. 

– Czy powiesz mi, co łączy ciebie i twojego męża z doktorem Morrisem? 

– Nic mnie z nim nie łączy! – krzyknęła Marisa. – Już to mówiłam! Po raz 

pierwszy  usłyszałam  o  nim  podczas  programu  tej  całej  Jackie  Horton.  Adopcję 
Nicky'ego  załatwiała  Kancelaria  Adwokacka  Latimore'ów,  a  więc  była  to  jak 
najbardziej legalna operacja, wścibski reporterze. 

– To dlaczego uciekłaś? – zapytał cicho Mack. 

– Wcale nie uciekłam… – głos jej się załamał. 

– Chciałaś uciec z chłopcem dalej niż do Sierra Nevada, mam rację? Dokąd 

byś go zabrała? Do Kanady? A może na którąś z greckich wysp? 

–  To  tylko  twoje  domysły,  Mahoney  –  zaprzeczyła  Marisa.  –  Nie  masz 

ż

adnych dowodów, a szanujący się dziennikarz nie stworzy skandalu z powietrza. 

Dawniej przynajmniej tej zasady surowo przestrzegałeś. 

– Przypuszczam, że zrobiłabyś wszystko, żeby ochronić chłopca. 

– A jak myślisz? Przecież Nicky jest moim synem. 

– Myślę, że istnieje na świecie matka, która go urodziła. Jej także należą się 

jakieś wyjaśnienia. 

–  Bardzo  współczuję  tym  wszystkim  kobietom,  które  wykorzystał  doktor 

Morris.  Ale  nie  zapominaj,  że  istnieje  także  druga  strona  medalu.  Czy  w  ogóle 
przyszło ci do głowy, że niszczysz rodziny i rujnujesz życie wielu ludziom? 

– My tylko szukamy prawdy i domagamy się sprawiedliwości. To naprawdę 

nie jest skomplikowane. 

– Owszem, jest! – Marisa zerwała się na równe nogi. – Dlaczego ty zawsze 

widzisz  świat  w  dwóch  kolorach,  Mahoney?  Dla  ciebie  wszystko  jest  albo  białe, 
albo czarne. Zupełnie ignorujesz wszystkie odcienie szarości. 

background image

– Ja chcę tylko, żeby zaprzestano handlu niemowlętami. 

–  Jakim  kosztem?  –  wykrzyknęła  bliska  histerii  Marisa.  –  Naprawdę 

uważasz, że cel zawsze uświęca środki? 

–  Jeśli to  zapobiegnie  wykorzystywaniu  niewinnych kobiet.  Pomyśl  tylko o 

matce tego chłopca… 

– Ja jestem jego matką! I niczemu nie jestem winna! Nie zasłużyłam sobie na 

to potworne zamieszanie, jakie wprowadziłeś w nasze życie! Czy ten twój cholerny 
„temat” tak ci zasłania świat, że poza nim niczego już nie widzisz? 

– Fakty świadczą o czymś zupełnie innym. Kiedyś w końcu będziesz musiała 

stawić im czoło. 

– Już ci mówiłam, że znasz nieprawdziwe fakty! – Marisa zaczęła go okładać 

pięściami. – A „ten chłopiec” ma na imię Nicholas! 

–  Tak  jak  najpopularniejszy  święty?  –  zapytał  spokojnie  Mack.  –  Właśnie 

coś  sobie  przypomniałem.  Chyba  będziesz  miała  kłopoty.  On  myśli,  że  święty 
Mikołaj przyniesie mu konia pod choinkę. 

–  Konia  pod  choinkę?  –  Marisa  natychmiast  się  uspokoiła.  –  Mój  Boże! 

Zostały tylko… cztery dni! Nie damy rady wyjechać stąd przed gwiazdką – Marisa 
była autentycznie przerażona. 

Mack skinięciem głowy potwierdził jej przypuszczenia. 

–  Wszystkie  prezenty  zostały  w  domu  –  rozpaczała  Marisa.  –  Kupiłam 

wszystko,  o  co  prosił.  A  teraz  nawet  nie  mogę  pojechać  do  sklepu!  Nie 
przypuszczałam…  Nawet  mi  do  głowy  nie  przyszło…  –  Zupełnie  znękana  znów 
usiadła na pudełkach. O mało się nie rozpłakała. – Nie, tylko nie to! 

– Hej, nie rób mi tego. – Mack poczuł dziwny ucisk w sercu. 

– To jeszcze dziecko. – Ogromna łza spłynęła po policzku Marisy. – Będzie 

strasznie rozczarowany. Jak ja mu to wytłumaczę? 

– Coś wymyślisz – mruknął ponuro Mack. 

– Wszystko przez ciebie! Gdybyś nie rozpętał tego piekła, Nicky byłby teraz 

bezpieczny  w  swoim  domu,  spałby  we  własnym  łóżeczku  i  w  swoim  pokoju 
czekałby na świąteczny poranek. Nigdy ci tego nie zapomnę, Mahoney! 

–  Mariso… –  Mack  nagle  znalazł  się  przy  niej.  Ujął  w  obie ręce  zapłakaną 

background image

twarz dziewczyny i nachylił się nad nią tak, że prawie dotykał czołem jej włosów. 
– O mój Boże! Ty sama ciągle jeszcze jesteś dzieckiem. 

– Dlaczego? Bo umiem marzyć? Tak? – Spojrzała na niego żałośnie. – Jesteś 

zbyt  cyniczny,  żeby  pojąć,  że  marzenia  są  w  życiu  najważniejsze.  Szczególnie 
ś

wiąteczne marzenia małych chłopców. 

Jak  żywy  stanął  Mackowi  przed  oczami  obraz  ciemnowłosego  chłopczyka, 

jakim on sam był wiele lat temu. Malec przyklejał nos do sklepowej szyby, za którą 
pyszniła  się  piękna,  czerwona  koparka.  Oczy  sześciolatka  aż  wychodziły  z  orbit. 
To  było  wspanialsze  niż  dinozaur,  piękniejsze  niż  wóz  strażacki  i  o  niebo  lepsze 
niż szare kapcie szkolne, które były jedynym prezentem, jaki Mack dostał na tamto 
odległe Boże Narodzenie. 

– Nieprawda – powiedział z trudem. 

– I co ja teraz zrobię? – Łzy jak groch popłynęły z oczu Marisy. 

– Przestań, proszę cię. – Mack pocałował ją w czoło, potem w słony od łez 

policzek. Mruczał jakieś pocieszające słowa bez sensu. 

Nie mógł się opanować. Musiał sprawdzić, czy ona wciąż pachnie miodem i 

goździkami. Delikatnie pocałował Marisę w usta. 

Była  jeszcze  cudowniejsza  niż  kiedyś.  Zapomniał  o  bożym  świecie,  o 

przeszłości,  o  zimnie…  Całował  ją  coraz  mocniej,  z  coraz  większym 
zapamiętaniem, a ona odwzajemniała pocałunek. Pieścili się samymi tylko ustami, 
aż wreszcie oderwali się od siebie, ale dopiero wtedy, kiedy oboje zupełnie stracili 
dech w piersiach. Mack odsunął się od niej, a ona, jakby nie dowierzając temu, co 
się przed chwilą stało, dotykała palcem warg. 

– Nie należało tego robić – wyszeptała. 

– Nie należało. – Mack też był oszołomiony. 

Oboje  milczeli  przez  długą  chwilę.  Wreszcie  Marisa  wstała,  otrzepała 

spodnie z nie istniejącego pyłu i skierowała się do drzwi. 

– Muszę wracać do Nicky'ego – powiedziała cicho. 

– Zaczekaj – poprosił Mack. – Wiesz, chodzi o te święta. .. Myślałem już o 

tym. 

– Tak? – Zatrzymała się. 

background image

–  Jesteśmy  rozsądnymi,  inteligentnymi  i  obdarzonymi  wyobraźnią  ludźmi. 

Na  pewno  uda  nam  się  gdzieś  tutaj  znaleźć  parę  skarbów,  które  ucieszyłyby 
twojego  małego  kowboja.  Oczywiście  do  czasu,  kiedy  będziesz  mu  mogła  coś 
kupić w prawdziwym sklepie. 

– A co tu można wymyślić? 

– Bo ja wiem… – Mack rozejrzał się po ścianach garażu i zaraz ściągnął coś, 

co  już  wcześniej  wpadło  mu  w  oko.  –  Na  przykład  sanki.  Wyklepię  płozy, 
pomaluję…  Pewnie  jest  tu  jakaś  farba.  Czy  można  wymyślić  lepszy  prezent  na 
pierwsze Boże Narodzenie wśród śniegów? 

– Zrobiłbyś to? Naprawdę? 

– No pewnie. Ty chyba umiesz szyć. Może wykombinujesz coś, co by mu się 

spodobało? 

Marisa stała przy drzwiach garażu i intensywnie myślała. 

– Masz rację – powiedziała wreszcie. – Ja też coś mogę zrobić. 

–  No  widzisz?  –  ucieszył  się  Mack.  –  Zetniemy  choinkę.  Uprażymy  sobie 

kukurydzę. Będzie jak w książkach o traperach. 

– Jest to jakieś rozwiązanie. – Marisa uśmiechnęła się, wyobraziwszy sobie 

to, o czym mówił Mack. – Tyle że chyba nie bardzo pasuje do twoich planów. Skąd 
ta nagła zmiana, Mahoney? A może to podstęp? 

Mack  sam  był  zaskoczony swoim  pomysłem.  Naprawdę czuł  się  częściowo 

odpowiedzialny  za  to,  że  zepsuł  Nicky'emu  gwiazdkę,  ale  wspomnienie  o 
czerwonej koparce przeważyło szalę. 

–  Żaden  podstęp,  tylko  takie  świąteczne  zawieszenie  broni.  Dla  dobra 

dziecka. 

Marisa  przyglądała  mu  się  z  niedowierzaniem,  ale  i  z  nadzieją  zarazem. 

Widocznie spodobało jej się to, co zobaczyła w twarzy Macka, bo bez słowa podała 
mu  dłoń.  Mack  natychmiast  zacisnął  na  niej  palce.  Osłaniając  Marisę  własnym 
ciałem, przeprowadził ją przez szalejącą zamieć do domu. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Mack, najedzony jak bąk i trochę zmęczony noszeniem drewna, rozłożył się 

wygodnie na kanapie. Patrzył, jak matka i syn siedzą po turecku przed kominkiem, 
i  czuł  nie  znany  dotąd  spokój.  Jasne  głowy  Marisy  i  Nicky'ego  pochylały  się  nad 
stertą  kolorowych  łańcuchów  z  papieru.  Świąteczne  zawieszenie  broni,  które 
zaledwie  godzinę  temu  zaproponował,  natychmiast  wprowadzono  w  życie.  Mack 
nie wiedział tylko, jak długo potrwa spokój i miły, rodzinny nastrój. 

– Będziemy mieli taką choinkę jak pierwsi pionierzy, prawda, mamusiu? 

–  Zdecydowanie  tak,  skarbie.  Najbardziej  lubię  ozdoby  choinkowe,  które 

sama robię. Możemy jeszcze powiesić na choince ciasteczka. Sami je upieczemy. 

– Mack, czy naprawdę pójdziemy do lasu po choinkę? 

– No pewnie, Teks. 

– Kiedy? Teraz? – Chłopczyk podskoczył z radości i w mgnieniu oka znalazł 

się obok Macka. 

– Może poczekajmy, aż wiatr się trochę uspokoi – roześmiał się Mack. – Ja 

dopiero zacząłem się rozgrzewać. 

– Mamusia powiedziała, że jesteś bardzo dobrym drwalem. 

–  To  miło,  że  twoja  mamusia  ma  o  mnie  takie  dobre  zdanie.  –  Spojrzał  na 

pochyloną  nad  łańcuchem  Marisę,  a  ona  zadrżała,  jakby  poczuła  to  spojrzenie  na 
swoich plecach. 

–  Najpierw  musimy  wszystko  przygotować,  a  dopiero  potem  można  iść  po 

choinkę. – Podniosła się z podłogi z naręczem kolorowych łańcuchów. – Powieszę 
je teraz na ścianie i zabierzemy się do pieczenia ciastek. 

– Czy Mack może nam pomóc? 

Marisa namyślała się przez chwilę, a potem spojrzała na Macka i wzruszyła 

ramionami. 

– No pewnie – powiedziała. – Jeśli chce… 

–  Piekłeś  już  kiedyś  ciastka?  –  zapytał  Nicky,  gdy  tylko  matka  zniknęła  w 

kuchni. 

background image

–  Nie  przypominam  sobie  –  odrzekł  Mack.  Dobrze  pamiętał,  że  dla  jego 

matki pieczenie ciastek nie było sprawą najważniejszą. 

– Nie przejmuj się – pocieszył go chłopczyk, kładąc rączkę na muskularnym 

ramieniu Macka. – To nie jest trudne. Zresztą ja ci pomogę. 

Dobre serduszko dziecka poruszyło w Maćku coś, o czym myślał, że dawno 

już zanikło. Nic dziwnego, że Marisa jest z niego taka dumna, pomyślał. 

– Dzięki, kolego. – Pogłaskał chłopca po głowie. – Trzymam cię za słowo. 

–  Mack…  –  Nicky  najwyraźniej  chciał  coś  powiedzieć,  ale  nie  był  pewien, 

czy może sobie na to pozwolić. 

– Co cię gryzie, kowboju? – zapytał Mack, przytulając malca do siebie. 

– Mamusia mi powiedziała, że nie możemy stąd wyjechać, bo na drodze są 

okropne  zaspy.  Ona  mówi,  że  nie  wiadomo  nawet,  czy  święty  Mikołaj  nas  tutaj 
znajdzie.  Ja  to  wszystko  rozumiem  i  wcale  się nie przejmuję, bo  jestem już  duży, 
ale… ale… 

– Ale co? 

–  Nie  zabrałem  z  domu  tego  prezentu,  który  kupowałem  razem  z  Gwen,  i 

teraz nie mam nic dla mamusi – dokończył Nicky. 

– Ona na pewno się o to nie pogniewa. 

– Ale ja muszę jej dać jakiś prezent. Muszę! 

–  No  cóż.  –  Mack  posadził  sobie  chłopca  na  kolanach.  –  Wobec  tego  coś 

wymyślimy. 

–  Myślałem  i  myślałem  i  nic  nie  wymyśliłem  –  poskarżył  się  Nicky.  –  To 

znaczy  wymyśliłem.  Chciałem  zrobić  pudełko,  żeby  mamusia  mogła  w  nim 
trzymać różne rzeczy, ale ona nie pozwala mi ruszać młotka. 

–  Bardzo  mądra  mamusia  –  mruknął  Mack.  Zbolała  mina  dziecka  sprawiła, 

ż

e  musiał  natychmiast  zaproponować  chłopcu  jakiś  inny  prezent.  –  Tak  sobie 

myślę… Powiedz mi, czy mamusia wciąż lubi nosić różne śmieszne klipsy? 

– No pewnie. A skąd ty o tym wiesz? 

– Jak by ci to powiedzieć… – Mack nieco się zmieszał. – Twoja mamusia i 

ja byliśmy kiedyś przyjaciółmi. Kiedy ją pierwszy raz zobaczyłem, miała w uszach 
takie zabawne klipsy, które wyglądały jak ogromne komety. 

background image

– Teraz ma nawet takie z wężem. Mówię ci, są fajowe. 

–  No,  to  mamy  problem  z  głowy.  –  Mack  spojrzał  w  pełne  wyczekiwania 

oczy  dziecka.  –  Widziałem  w  garażu  kawałek  porządnego  drutu.  Z  tego  drutu 
zrobimy  zapięcia,  a  potem  przymocujemy  do  nich  coś  śmiesznego.  Może  jakieś 
piórka albo malutkie szyszeczki. Zobaczysz, jak się ucieszy z naszej niespodzianki. 

– No, nie wiem. – Nicky wcale nie był przekonany. 

–  Ale  ja  wiem.  Na  pewno  się  jej  spodobają.  Przecież  to  będzie  prezent  od 

ciebie. 

Chłopiec  w  końcu  zaakceptował  jego  pomysł.  Od  razu  też  usadowił  się 

wygodnie na kolanach Macka i zaczął mu opowiadać, jakie rzeczy nadawałyby się 
do  ozdoby  planowanych  klipsów.  Mack  prawie  tego  nie  słyszał.  Obudziły  się 
wspomnienia, w których bez reszty się zagłębił. 

W tamte cudowne dni ich zaczarowanym pałacem była plaża. Wylegiwali się 

na  słońcu,  pod  sobą  czuli  ostry,  gorący  piasek,  lekki  wiaterek  chłodził  rozgrzane 
ciała,  a  nad  głowami  pokrzykiwały  mewy.  Mack  śmiał  się  na  cały  głos  z 
wydumanych żalów Marisy. 

– Nienawidzę swoich ust – skarżyła się. 

– A ja je kocham. 

– Są za duże. 

– Są w sam raz. 

– Mam za mały nos. 

– Masz prześliczny nosek. 

– A oczy… 

– Co ci się nie podoba w twoich cudownych oczach? 

– Mają taki spłowiały, niebieski kolor. 

–  Ty  chyba  najzwyczajniej  w  świecie  dopominasz  się  o  komplementy.  Łap 

to! 

Rzucił  w  nią  pudełkiem  i  ułożył  się  obok  niej  na  ręczniku.  Zakrył  oczy 

ramieniem,  jakby  chciał  pokazać,  że  zupełnie  nie  interesuje  go  to,  co  ona  zrobi  z 
zawartością  pudełka…  Tak  naprawdę  aż  go  skręcało  z  ciekawości,  czy  Marisie 

background image

spodoba się prezent. 

– Co to? – zapytała, strzepując z siebie ziarenka piasku. 

– Otwórz i zobacz. 

–  Och,  Mack!  Są  śliczne!  –  usłyszał  to,  czego  się  spodziewał:  okrzyk 

zachwytu. 

Niby  od  niechcenia  rzucił  okiem  na  parę  klipsów,  wykonanych  z 

boliwijskich  pesos,  które  pozostały  mu  w  kieszeni  po  ostatniej  zagranicznej 
podróży. Dopiero potem popatrzył na Marisę. Była naprawdę szczęśliwa. 

– Coś ci chyba byłem winien – powiedział Mack z udaną obojętnością. – To 

przeze mnie zgubiłaś wtedy tamten klips. 

Marisa  zaczerwieniła  się  na  wspomnienie  miłosnych  uniesień,  podczas 

których straciła klips i coś jeszcze na dodatek. 

Mack przeszukał wnętrze swego starego buicka, ale klipsa nie znalazł. 

– Nie tylko ty zawiniłeś – pocieszała go Marisa. – Zresztą ja je bez przerwy 

gubię. 

–  Cieszę  się,  że  ci  się  podobają.  –  Mack  oparł  się  na  łokciu.  Aż  dech  mu 

zaparło  na  widok  cudownie  zgrabnego  dziewczęcego  ciała,  odzianego  w  bardzo 
skąpe bikini. – Chociaż to naprawdę drobiazg… 

Marisa  położyła  mu  palec  na  ustach.  Dla  niej  te  klipsy  były  cenniejsze  od 

klejnotów.  Wiedziała,  że  Mack  odczuwa  przy  niej  kompleks  niższości.  Ona 
pochodziła  z  bogatej  rodziny,  a  jego  matka  była  zwykłą,  porzuconą  przez  męża 
służącą. Zachowywał się swobodnie i bezceremonialnie, ale w głębi serca obawiał 
się, że ta dziewczyna z dobrego domu dostrzeże w nim pewne niedostatki i wkrótce 
zrozumie,  jak  wielki  błąd  popełniła,  zakochując  się  w  chłopaku,  którego 
wychowała ulica.  Nie  doceniał  Marisy.  Nie  miał pojęcia, jak dobrze go  rozumie  i 
jak bardzo pragnie zatrzeć wszystkie istniejące pomiędzy nimi różnice. 

–  Te  klipsy  są  cudowne.  Choćby  dlatego,  że  to  prezent  od  ciebie.  – 

Pocałowała go mocno. – Bardzo ci dziękuję. 

– Nie musisz ich nosić na przyjęciach i… 

–  Przestaniesz  wreszcie?  Naprawdę  są  śliczne!  –  Roześmiała  się  głośno. 

Wiedziała,  że  pensja  początkującego  reportera  nie  pozwala  Mackowi  na  dawanie 
kosztownych  podarunków.  –  Tylko  nieokrzesane  gbury  krytykują  swoje  własne 

background image

prezenty. 

–  Ja  jestem  nieokrzesanym  gburem?  –  Mack  schwycił  Marisę  za  ręce  i 

przewrócił  ją  na  ręcznik.  –  W  moich  stronach,  panienko,  takie  słowa  uważane  są 
powszechnie za obraźliwe. 

– Nie będziesz chyba takim okrutnikiem – szepnęła, spuszczając powieki. 

– Tak sądzisz? 

– Tak sądzę. – Przyciągnęła go do siebie. 

A potem Mack ją całował i pieścił, uczył wszystkiego o sobie i o niej samej, 

przede  wszystkim  zaś  tego,  co  to  znaczy  kochać  mężczyznę.  Spoceni  i  zmęczeni 
snuli wspaniałe plany. 

W  gorące  kalifornijskie  noce  szeptali  sobie  do  ucha  sekrety.  Byli  wówczas 

tak bardzo spragnieni siebie, tak szaleńczo w sobie zakochani… 

– Daj, wezmę go. Mack? Mack! 

Słodki głos Marisy wyrwał go z zamyślenia. W jej błękitnych oczach dojrzał 

przeszłość, teraźniejszość i tamte marzenia. Bardzo się zmieszał. Dopiero po chwili 
na  dobre  wrócił  do  rzeczywistości.  Marisa  pochylała  się  nad  nim,  ale  to  nie  do 
niego wyciągała ręce, ale do syna, smacznie śpiącego na kolanach Macka. 

– Zostaw go – poprosił Mack. – On mi w niczym nie przeszkadza. 

– Położę go do łóżka. – Marisa mówiła cicho, ale w jej głosie słychać było 

obawę. – Widzę przecież, że jest ci niewygodnie. 

Nachyliła się nad synkiem, a jej włosy musnęły policzek Macka. Jego ciało 

natychmiast  odpowiedziało  gwałtownym  pożądaniem  na  cudowny,  kwiatowy 
zapach, ale Marisy już przy nim nie było. Układała Nicky'ego na kanapie, okrywała 
go ciepłym kocem, żeby chłopczyk mógł się porządnie wyspać. 

Mack  wstał.  Ukucnął  przed  kominkiem  i  pogrzebaczem  uporządkował 

nadpalone  kawałki  drewna.  Musiał  się  czymś  zająć,  byleby  tylko  nie  myśleć  o 
Marisie i o tym, z jaką łatwością wciąż wzbudzała w nim pożądanie. Poza tym był 
zły  na  siebie  za  to,  że  tak  głupio  dał  się  ponieść  wspomnieniom.  Usiłował  sam 
siebie  przekonać,  że  tamte  chwile  sprzed  lat  tylko  dlatego  wydają  mu  się  takie 
cudowne,  że  je  sobie  wyidealizował.  Jakby  zapomniał,  że  rano  pocałował  Marisę 
naprawdę  i  że  ten  pocałunek  zaćmił  wszystkie  wspomnienia,  jakie  zachował  w 
pamięci. 

background image

Marisa jest niebezpieczną kobietą, myślał zapatrzony w tańczące płomienie. 

Nawet  na chwilę nie  wolno  mi  o  tym  zapomnieć. Raz już  dostałem  nauczkę i  nie 
mam zamiaru znów się sparzyć. Nie będę ryzykował kariery zawodowej. Żeby nie 
wiem  co,  muszę  doprowadzić do  końca  sprawę doktora  Morrisa.  Ta  kobieta  mnie 
się  boi,  chociaż  kiedyś  tak  wiele  nas  łączyło.  A  skoro  się  boi,  to  znaczy,  że  coś 
przede mną ukrywa. Prędzej czy później i tak się dowiem, co to takiego. 

 

 

 

Dopiero  na  drugi  dzień  po  południu  wiatr  ustał  na  tyle,  że  można  się  było 

wybrać do lasu po choinkę. Marisa miała nerwy tak napięte, że chciało jej się wyć z 
rozpaczy.  Dopiero  teraz  zrozumiała,  dlaczego  ludzie  cierpią  na  klaustrofobię. 
Zatrzymała  się  na  ścieżce  wydeptanej  w  śniegu  przez  wielkie  buty  Macka. 
Wciągnęła  głęboko  w  płuca  mroźne  powietrze.  Nad  odległymi  szczytami  płynęły 
ołowiane  chmury.  Niebezpiecznie  zbliżały  się  do  górskiego  schronienia  Marisy, 
zapowiadając  opady  śniegu  i  silny  wiatr.  Z  czułością  popatrzyła  na  swego  synka, 
podążającego  w  ślad  za  Mackiem  w  stronę  kępy  dorodnych  świerków.  Pomyślała 
sobie, że ten krótki spacer pomoże jej się nieco rozluźnić. Może wreszcie spokojnie 
prześpi  noc,  zamiast  nasłuchiwać  w  ciemnościach  równego  oddechu  śpiącego  nie 
opodal  mężczyzny.  Ułożył  swój  materac  pomiędzy  kanapą  a  kominkiem  i  gdyby 
tylko  chciała,  mogłaby  dotknąć  Macka,  nie  podnosząc  się  nawet  z  posłania.  Na 
szczęście  nie  zrobiła  tego.  A  nawet  gdyby  chciała,  to  i  tak  nie  mogła  sobie 
pozwolić  na  uleganie  podobnym  pokusom.  Szczególnie  po  tamtym  pocałunku  w 
garażu. 

Zaczerwienione  od  mrozu  policzki  Marisy  poczerwieniały  jeszcze  bardziej 

na  wspomnienie  gorących  ust  Macka  na  jej  wargach.  Wystarczyło,  żeby  jej 
dotknął,  a  znów  dała  mu  się  zauroczyć.  Na  tak  wielką  śmieszność  nie  chciała  się 
narazić. Zdecydowanie wolała, kiedy Mack odnosił się do niej z otwartą wrogością. 
Wtedy  przynajmniej  bez  trudu  przychodziło  jej  zachowanie  dystansu.  Ogłoszone 
na  czas  świąt  zawieszenie  broni  sprawiło,  że  oboje  niebezpiecznie  się  do  siebie 
zbliżyli. Marisa wynajdowała sobie najróżniejsze zajęcia domowe, a nawet uszyła z 
jakiejś  starej  skarpetki  Paula  końską  głowę  na.  gwiazdkowy  prezent  dla  syna,  ale 
ż

adna,  najcięższa  nawet  praca  nie  mogła  zmienić  faktów.  A  fakty  dla  obojga  w 

krótkim czasie stały się oczywiste. Marisę wciąż ciągnęło do Macka tak samo, jak 
jego  do  niej.  Obawiała  się,  że  jeśli  ulegnie  swemu  dawnemu  kochankowi,  to  tym 
samym na zawsze straci Nicky'ego. Syn był dla niej stokroć ważniejszy niż Mack 
Mahoney. 

background image

– Mamusiu! – wołał Nicky. – Chodź do nas! Znaleźliśmy choinkę. 

Marisa podążyła przetartym przez Macka śladem. Od razu zobaczyła stojący 

z brzegu mały, przepiękny świerczek. 

– Jest bardzo ładny i akurat w sam raz – ucieszyła się. 

– Nie ten – zaprotestował Nicky. – Tamten. 

– Co pani o tym sądzi, wasza wysokość? – zapytał Mack, wskazując siekierą 

znacznie większy okaz. 

–  Czy  wy  naprawdę  poszaleliście?  –  Na  chwilę  zaniemówiła  z  wrażenia.  – 

Ten świerk ma chyba ze trzy metry! 

Mack  obuchem  siekiery  postukał  w  pień,  żeby  oczyścić  go  ze  śniegu,  po 

czym  odciął  rosnące  tuż  przy  ziemi  gałęzie  drzewa.  Uśmiechał  się  do  Marisy,  a 
ponieważ  od  kilku  dni  się  nie  golił,  wyglądał  jak  pirat,  który  szczerzy  zęby  do 
swojej ofiary. 

– Moim zdaniem ma prawie cztery – powiedział. 

– Wykluczone! 

– Mamusiu, pozwól… – błagał Nicky. 

– Przecież on nawet przez drzwi nie przejdzie. Zresztą mamy za mało ozdób 

jak na taką ogromną choinkę. Weźmiemy tę małą… 

–  Ja  chcę  to  duże  drzewo.  –  Nicky  ściągnął  usta,  jakby  za  chwilę  miał  się 

rozpłakać. 

– Chyba cię przegłosowaliśmy, księżniczko. 

–  Ze  wszystkich  idiotycznych…  –  Marisa  przerwała  w  pół  zdania. 

Zrozumiała, że tym razem na pewno przegra. – Róbcie, jak chcecie. Ale niech wam 
się nie wydaje, że pomogę wam zaciągnąć tego olbrzyma do domu. 

–  Wcale  na  to  nie  liczyliśmy  –  odrzekł  uradowany  Mack,  zabierając  się  do 

pracy. – To męska robota, prawda, Teks? Ona się na tym nie zna. 

– No jasne! – potwierdził zachwycony chłopiec. 

–  Rozumiem.  –  Marisa  pokiwała  głową.  –  Teraz  mierzy  się  męskość 

wielkością ściętego drzewa? To takie typowe dla ciebie, Mahoney. Nie chciałabym 
jednak, żeby Nicky'emu zaimponowały twoje dość kontrowersyjne zasady. 

background image

–  Ty  jedna  na  całym  świecie  potrafisz  traktować  każdy  drobiazg  jako 

pretekst do feministycznej agitacji – westchnął Mack. – Teraz się odsuń, dobrze? 

Marisa  przyciągnęła  do  siebie  Nicky'ego.  Odeszli  na  bezpieczną  odległość. 

Pierwsze  uderzenie  siekiery  w  zmarznięty  pień  drzewa  zabrzmiało  jak  wystrzał. 
Następne  uderzenie  rozsypało  wokoło  drewniane  drzazgi  i  napełniło  powietrze 
zapachem świeżej żywicy. Chociaż Marisa była wściekła na Macka, nie mogła nie 
podziwiać jego siły i wprawy, z jaką zabierał się do ścinania drzewa. 

Na chwilę zapomniała o tym, że minęło dziesięć lat od tamtego dnia, kiedy 

to  podziwiała  pracę  mięśni  Macka,  woskującego  karoserię  swego  starego 
samochodu.  Wspomnienie  to  było  tak  żywe,  że  wywołało  skrywane  przez  łata 
uczucia  i  przyprawiło  Marisę  o  drżenie.  Pamiętała  wszystko  tak  dokładnie,  jakby 
wydarzyło  się  to  wczoraj.  Najpierw  zwróciła jej uwagę  powierzchowność  Macka. 
Dopiero  później  odnalazła  w  nim  coś  znacznie  ważniejszego.  Podziwiała  go  za 
wspaniałe  poczucie  humoru,  za  bystrość  umysłu  i  upór  w  dążeniu  do  celu,  jakim 
wówczas  było  zdobycie  najwyższej  pozycji  wśród  przedstawicieli  uprawianego 
przez niego zawodu.  Pod  maską  pewnego  siebie,  mocnego  człowieka ukrywał  się 
samotny i delikatny mężczyzna o duszy małego chłopca. Za to właśnie Marisa go 
pokochała.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  była  komuś  potrzebna  i  to  jej  sprawiało 
przyjemność.  Wówczas  wydawało  się  jej,  że  niczego  więcej  do  szczęścia  nie 
potrzebuje. 

– Pada-a-a-a! 

Radosny okrzyk synka wyrwał Marisę z zamyślenia. Chłopiec wyrwał się z 

objęć  matki  i  podbiegł  do  Macka,  który  znalazł  w  koronie  drzewa  opuszczone 
ptasie  gniazdo,  a  teraz  przyklęknął,  chcąc  je  pokazać  Nicky'emu.  Rozmawiali  o 
czymś przyciszonymi głosami, od czasu do czasu spoglądając na Marisę, a potem 
znów pochylali się nad gniazdem. Na koniec Mack włożył coś do kieszeni. Wstał, 
wziął  w  obie  ręce  pień  ogromnego  drzewa  i  ruszył  w  stronę  domu.  Nicky, 
oczywiście, zawzięcie mu pomagał. 

Marisa podążyła śladem wleczonego po śniegu drzewa. Powoli budziła się w 

jej sercu zazdrość o przyjaźń, łączącą chłopca z Mackiem. Obawiała się także, jak 
Nicky  zniesie  nieuchronne  przecież  rozstanie.  Jeśli  zbytnio  się  przy  wiąże  do 
wędrującego po świecie reportera, to świąteczna przygoda chłopca skończy się tak 
samo,  jak  przed  dziesięcioma  laty  skończyła  się  jej  własna  miłość  do  Macka. 
Złamanym sercem. 

– Wiesz co, kolego? – Mack zauważył, że Nicky ciężko dyszy ze zmęczenia 

i ledwo za nim nadąża. – Wydaje mi się, że twoja mama nie bardzo sobie radzi z 

background image

tymi zaspami. Ja sam pociągnę choinkę, a ty pomóż mamie. 

– Okropnie się zmęczyłam – westchęła Marisa, szczęśliwa, że Mack pomógł 

chłopcu  wybrnąć  z  trudnej  dla  niego  sytuacji.  –  Pomóż  mi,  Nicky  Bardzo  cię 
proszę. Zobacz, śnieg znów zaczyna sypać. 

Nicky nie miał pewności, czy dorośli przypadkiem nie żartują sobie z niego. 

Był jednak zbyt zmęczony, żeby zaprotestować. 

– My, kowboje musimy dbać o swoje kobiety – tłumaczył chłopcu Mack. – 

Czyżbyś o tym zapomniał, Teks? 

– Nie zapomniałem – Nicky pozwolił matce wziąć się za rękę. 

Z nieba spadały pierwsze ogromne płatki śniegu. Byli całkiem blisko domu, 

kiedy Nicky wypatrzył coś na pobliskim drzewie. 

– Mamusiu, popatrz! – zawołał. Wyrwał rączkę z matczynej dłoni i podbiegł 

do drzewa. – Tu jest jeszcze jedno gniazdo! 

–  Wracaj  natychmiast,  Nicholasie  Latimore!  –  zawołała  Marisa.  Była 

zziębnięta,  zmęczona  i  chciała  jak  najszybciej  znaleźć  się  pod  dachem.  Nagle 
straciła z oczu czerwoną kurteczkę chłopca. – Nicky! – zawołała przerażona. 

Brnęła  przez  wielkie  zaspy  w  stronę  drzewa,  za  którym  zniknął  jej  synek. 

Kątem  oka  dostrzegła,  że  Mack  zostawił  świerk  i  w  mgnieniu  oka  znalazł  się  tuż 
przy  niej.  Wtem  ziemia  usunęła  jej  się  spod  nóg,  a  sekundę  później  Marisa  już 
siedziała na śniegu, tuż obok leżącego z buzią w zaspie synka. Chwyciła chłopca za 
kurtkę, postawiła go na nogi i jak szalona zaczęła otrzepywać dziecko ze śniegu. 

Mack  ją  z  kolei  chwycił  za  kołnierz  i  wyciągnął  oboje  z  powrotem  na 

ś

cieżkę. Klął przy tym jak dorożkarz. 

– Aleś mnie przestraszyła! – zawołał. – Co ty, do cholery, wyprawiasz? 

– Nie wrzeszcz na mnie! – Marisa z całej siły przytuliła do siebie dziecko. – 

Nic ci się nie stało, kochanie? 

–  Nic  mi  nie jest,  mamusiu. –  Mały otarł  mokrą buzię  rękawiczką. – Tylko 

najadłem  się  trochę  śniegu.  Zobacz,  co  znalazłem!  –  Pokazał  matce  małe,  czarne 
piórko. 

– Pamiętaj, Nicky. Nigdy więcej tego nie rób. – Marisa trzymała obie dłonie 

na  ramionach  chłopca.  –  Nie  wolno  ci  schodzić  ze  ścieżki.  Mogło  ci  się  stać  coś 
złego. Obiecaj mi, że będziesz uważał! 

background image

– Obiecuję. – Niebieskie oczy dziecka zrobiły się okrągłe jak spodki. 

–  Nie  strasz  go  –  szepnął  Mack  do  ucha  Marisy.  Najpierw  postawił  na 

ś

cieżce Nicky'ego, a potem pomógł wstać Marisie. 

–  Tam  w  dole  płynie  strumień.  –  Marisa  tak  się  trzęsła,  że  ledwie  mogła 

ustać na nogach. 

– Skąd wiesz? 

– Byłam tu… przedtem. 

– Dziesięć lat temu? – zapytał obojętnie Mack. 

–  Tak.  –  Odwróciła  głowę,  żeby  nie  widzieć  pełnego  wyrzutu  spojrzenia 

Macka. A więc nie wybaczył mi i pewnie nigdy nie wybaczy, pomyślała. Sama nie 
wiedziała,  czy  drży  ze  strachu  o  synka,  czy  też  ma  to  jakiś  związek  z  przeżytym 
dziesięć lat wcześniej załamaniem. – Gdyby Nicky tam spadł… 

– Ale nie spadł, więc daj sobie spokój. Nic złego sienie stało. 

– Jak na światowca, niewiele wiesz o życiu, Mahoney. – Marisa spojrzała na 

niego ze smutkiem. – Chodź, Nicky. Wracamy do domu. 

Wzięła chłopca za rękę i pociągnęła go w stronę chatki. Nawet nie obejrzała 

się na Macka, pozostawiając go samego z ogromnym świerkiem. Miała nadzieję, że 
może zsunie się w przepaść i raz na zawsze zniknie z jej życia. 

Niestety,  jej  nadzieje  się  nie  spełniły.  Mack  nie  tylko  szczęśliwie  dotarł  z 

drzewem  do  domu,  ale  jeszcze  zbudował  ogromny  stojak  do  ustawienia 
monstrualnej choinki. Zdążył wstawić świerk do salonu, zanim wichura rozszalała 
się z nową siłą. Marisa rozpogodziła się nieco, kiedy okazało się, że leśny olbrzym 
nie tylko zmieścił się w domu, ale jeszcze bardzo ładnie wygląda. 

– To najpiękniejsza choinka, jaką miałem w życiu – zachwycał się Nicky. – 

Możemy ją już ubrać? Możemy? 

Marisa  oczywiście  przystała  na  prośbę  syna.  Mimo  że  nie  była  entuzjastką 

wstawienia do domu wielkiego świerku, a prognozy radiowe zapowiadały śnieżycę 
przez  następnych  kilka  dni,  to  i  tak  tego  wieczora  wszyscy  troje,  nie  wyłączając 
pani domu, świetnie się bawili. 

Przy  świetle  gazowej  lampy  zawieszali  na  choince  długie  łańcuchy  z 

kolorowego  papieru  i  sznury  prażonej  kukurydzy.  Kiedy  zgłodnieli,  upiekli  sobie 
nad ogniem kiełbaski. Potem znów wieszali na gałązkach upieczone przez Marisę 

background image

ciasteczka.  Mack  z  Nickym  nie  omieszkali  przy  tym  podkradać  słodkich 
wypieków, racząc się nimi na deser. 

Mimo  tylu  starań  ogromny  świerk  wciąż  wydawał  się  nagi.  Marisie 

przypomniało się, że w kuchennej szufladzie leży rolka folii aluminiowej. Owinęła 
nią powycinane z kartonu gwiazdki, kwiatki, ptaszki i półksiężyce, a Mack zawiesił 
to  wszystko  na  gałęziach.  Drzewko  ozdobiły  także  lśniące  jabłka  i  pomarańcze. 
Mack  przyniósł  z  garażu  sporą  ilość  sznurka  sizalowego.  Skręcił  go  w 
przypominającą  lasso  girlandę,  która  także  zawisła  na  choince,  sprawiając 
Nicky'emu  niewypowiedzianą  radość.  W  komódce  z  bielizną stołową  znalazło  się 
trochę  barwnych  chusteczek,  które  zawiązali  na  gałązkach,  a  stojak  przykryli 
narzutą z kolorowych łatek. 

Marisa jakby zupełnie zapomniała o swojej niechęci do Macka. Śmiała się z 

jego żartów i błazeństw, cieszyła się, kiedy podnosił do góry piszczącego z radości 
Nicky'ego, żeby chłopiec mógł sam powiesić ozdoby na wyższych gałęziach. Czuła 
się  niemal  tak  dobrze,  jakby  wszyscy  troje  stanowili  szczęśliwą  rodzinę.  Była 
nawet gotowa udawać, że tak jest naprawdę. Przynajmniej tak długo, jak długo na 
ś

wiecie szalała zamieć. 

Udawała  także,  że  nie  zauważa,  jak  Mack  od  czasu  do  czasu  dotyka  jej 

ramienia  albo  chociaż  dłoni,  ani  jak  od  tych  dotknięć  kręci  jej  się  w  głowie.  A 
kiedy  ich  oczy  spotkały  się  na  chwilę  ponad  szalejącym  ze  szczęścia  Nickym, 
oboje  uśmiechnęli  się  do siebie, zadowoleni, że  tak niewielkim kosztem  udało im 
się  sprawić  dziecku  wielką  radość.  Po  chwili  dopiero  oczy  Macka  pociemniały  i 
Marisa ujrzała w nich coś, co przeraziło ją i… zmusiło do odwrócenia głowy. 

Nie  wolno,  mi  igrać  z  ogniem,  pomyślała,  odsuwając  od  siebie  pokusę.  To 

zbyt niebezpieczne. Nie tylko dla mnie, ale i dla mojego synka. 

–  Ale  śliczna  choinka!  –  wołał  Nicky,  który  tymczasem  zdążył  się  już 

wdrapać  na  oparcie  kanapy.  Wyczerpujący  dzień  dał  się  chłopcu  we  znaki.  Oczy 
dziecka same zamykały się ze zmęczenia. 

– Całkiem niezła – zgodził się Mack. – Założę się, że żaden z tych sławnych 

dekoratorów  z  Hollywood,  których  zatrudnia  twoja  mama,  nie  wymyśliłby  nic 
lepszego. Brakuje nam tylko gwiazdy na czubek. 

–  Oto  i  ona.  –  Marisa  podała  mu  wielką  gwiazdę,  zrobioną  z  resztek 

aluminiowej folii. Nawet nie zwróciła uwagi na kąśliwą uwagę o dekoratorach. 

– No to ją zawieś na choince. 

background image

–  Nie  ma  mowy!  –  odmówiła  kategorycznie  Marisa.  –  Nie  mam  zamiaru 

wspinać się na drzewo. 

–  Pode  mną  ten  taboret  na  pewno  się  załamie.  –  Mack  wskazał  krzesełko, 

którego Marisa używała zamiast drabinki. 

– Ojej, mamo, przecież dasz radę – wtrącił się Nicky. –Nie bądź tchórzliwym 

kojotem. 

– Przytrzymam cię – zaofiarował się Mack. 

Marisa miała na końcu języka przypomnienie, że raz już się na nim zawiodła. 

Nie powiedziała tego, ale taka myśl widocznie odbiła się w wyrazie jej twarzy, bo 
Mack przestał się uśmiechać. 

– Dobrze – zgodziła się. – Ale jeśli skręcę sobie kark, to 

wrócę tu z zaświatów i obu was będę straszyć do końca życia. 

Straszyłaś  mnie  przez  dziesięć  lat,  pomyślał  Mack.  Podał  Marisie  rękę  i 

pomógł  jej  wejść  na  krzesło.  Serce  biło  mu  jak  szalone,  ale  dziękował  Bogu,  że 
chociaż ręce mu sienie trzęsą. 

– To zupełna głupota – powiedziała Marisa, patrząc na niego z góry. – Tyle 

pracy wkładamy w strojenie choinki, której i tak nikt nie zobaczy. 

O,  tak.  Kompletna  głupota,  zgodził  się  w  duchu  Mack,  boleśnie  świadom 

ciepła jej małej dłoni i delikatnego zapachu perfum. 

– Przecież robimy to dla Nicky'ego. Zapomniałaś? – przypomniał jej, starając 

się mówić obojętnym tonem. – On jest tu teraz najważniejszy. A zresztą, już prawie 
skończyliśmy.  Nie  wiem  jak  ciebie,  ale  mnie  ostatnie  dwa  dni  solidnie  zmęczyły. 
Chciałbym wreszcie trochę odpocząć. 

–  Mam  nadzieję,  że  najpierw  się  ogolisz.  –  Marisa  natychmiast  przywołała 

go  do  porządku.  Jego  i  siebie  za  jednym  zamachem.  Cóż  to  za  głupie  pragnienie, 
chcieć pogłaskać go po tej ledwo odrosłej brodzie. 

–  Czy  już  wyglądam  jak  człowiek  śniegu?  –  Mack  przeciągnął  dłonią  po 

policzku i roześmiał się głośno. – Chyba rzeczywiście trochę się zaniedbałem. 

Wyglądasz  bardzo  atrakcyjnie,  pomyślała  Marisa  i  sama  się  tej  myśli 

przeraziła.  W  Hollywood  mężczyźni,  którzy  nie  mieli  bzika  na  punkcie  swego 
wyglądu,  praktycznie  nie  istnieli.  Tymczasem  woń  potu  strudzonego  mężczyzny, 
zmieszana  z  zupełnie  unikalnym  zapachem  Macka  Mahoneya,  uderzyła  jej  do 

background image

głowy bardziej niż najdroższa nawet woda kolońska. 

–  Może  zdołałabyś  wygrzebać  dla  mnie  jakąś  czystą  koszulę?  –  zapytał 

Mack. – Służący zapomniał spakować mi walizki. 

–  Nieproszeni  goście  muszą  się  zadowolić  tym,  co  dostaną  –  odrzekła 

lodowatym  tonem,  choć  powstrzymanie  się  od  uśmiechu  kosztowało  ją  wiele 
wysiłku. – Mam nadzieję, że o tym nie zapomniałeś. 

– Czy słowo „gościnność” nie obiło ci się przypadkiem o uszy? 

– Owszem, obiło. Ale nie ma ono żadnego związku ż tobą. Zresztą nieważne. 

Wuj  Paul  na  pewno  ma  w  szafie  coś,  co  będziesz  mógł  na  siebie  włożyć. 
Poszukam,  jak  tylko  uporam  się  z  tą  gwiazdą.  –  Z  obawą  spojrzała  w  górę  na 
bardzo  oddalony  od  jej  ręki  wierzchołek  choinki.  –  O  ile  oczywiście  uda  mi  się 
przeżyć. 

–  Oprzyj  się  na  moich  plecach  –  polecił  jej  Mack.  Podparł  obiema  dłońmi 

obciągnięte  dżinsami  pośladki  Marisy  i  natychmiast  tego  pożałował.  Jaką  mi  to 
sprawia przyjemność, pomyślał. 

– Nie mogę… – Marisa wyciągnęła ręce najwyżej, jak mogła. 

Dlaczego jego dotyk sprawia mi taką przyjemność? pomyślała. 

– Na pewno ci się uda, mamusiu! – synek nie omieszkał dodać jej odwagi. 

Jeszcze  chwila  i  gwiazda  szczęśliwie  zawisła  na  samym  czubku  drzewa. 

Marisa ucieszyła się, że może wreszcie zejść na dół i uwolnić się z niepokojącego 
uścisku Macka. 

–  Spadam!  –  zawołała,  straciwszy  na  moment  równowagę.  Krzesełko 

usunęło się jej spod nóg, ale Mack na szczęście zdążył ją złapać. 

– Nie bój się, księżniczko. Już cię mam – mruczał, trzymając ją na rękach i 

tuląc z całej siły do piersi. 

Dłoń  Macka  zupełnie  przypadkiem  dostała  się  pod  luźny  sweter  Marisy  i 

spoczęła dokładnie w tym miejscu, w którym czuć było bicie jej serca. Zatrzepotało 
jak  oszalałe,  kiedy  oboje  spojrzeli  sobie  w  oczy.  Nie  mogła  oderwać  od  Macka 
wzroku. Zupełnie jakby ją zahipnotyzował. 

Bardzo  powoli  zsunęła  się  na  podłogę,  torturując  i  siebie,  i  jego  tym 

przypadkowym  przecież  ocieraniem  się  ciał.  Ale  dłoń  Macka  nie  zmieniła 
położenia i dotykała teraz miękkiej piersi Marisy. 

background image

O mój Boże! jęknęła w duchu, zawstydzona żądzą, jaka ją ogarnęła. Ja wciąż 

go pragnę. 

A niech to szlag trafi! myślał w tym samym czasie Mack, aż do bólu opętany 

pożądaniem. Jak to możliwe, że wciąż jej pragnę? 

– Nic ci się nie stało, mamusiu? Jesteś taka czerwona… 

– Nie… – wyjąkała Marisa. – Nic mi nie jest, synku. Odsunęła się od Macka 

i ciężko padła na kanapę, na której siedział Nicky. 

–  Masz  gorączkę?  –  Chłopczyk  przyłożył  rączkę  do  czoła  matki  gestem, 

jakim ona robiła to miliony razy. – Musisz natychmiast iść do łóżka – powiedział 
stanowczo. 

– A cóż ty możesz o tym wiedzieć, kolego? – mruknął pod nosem Mack. 

Marisa znów się zaczerwieniła. Tym razem jednak ze złości. 

–  Pakuj  się  pod  kołdrę,  synku.  –  Z trudem  uśmiechnęła  się  do  zdumionego 

chłopca. – Już dawno powinieneś spać. 

– Ale ty się też zaraz położysz, dobrze, mamusiu? – prosił Nicky, posłusznie 

kładąc się na posłaniu. 

–  Jeszcze  nie  teraz.  Najpierw  muszę  dać  Mackowi  czystą  koszulę  – 

powiedziała. I uwiązać go na łańcuchu, dodała w myślach. 

Pocałowała  Nicky'ego  w  czoło,  a  Mackowi  rzuciła  spojrzenie  tak  jadowite, 

ż

e dałoby się z niego wyprodukować tonę surowicy. 

Z lampą gazową w ręku poszła na górę. Drżała ze złości i z czegoś jeszcze, 

czego nie umiała, a może nie chciała, nazwać. 

Grzebała  w  szafie  Paula,  z  wściekłością  rzucała  na  podłogę  różne  części 

garderoby,  mrucząc  przy  tym  obelgi  nie  wiadomo  pod  czyim  adresem.  Uspokoiła 
się  trochę,  trafiwszy  na  ozdobioną  frędzlami,  zamszową  kamizelkę,  pozostałość 
jeszcze z lat sześćdziesiątych. Przyszło jej do głowy, że ta staroć na pewno spodoba 
się Nicky'emu. Poza tym będzie doskonale pasowała do kowbojskiego pasa i konia 
na  patyku,  które  już  przygotowała.  Odłożyła  kamizelkę  na  bok,  a  resztę 
wyrzuconych  z  szafy  rzeczy  podniosła  i…  krzyknęła  na  widok  wchodzącego  do 
zimnej sypialni Macka. 

–  Mam  dość  tego  twojego  ciągłego  znikania,  księżniczko  –  powiedział, 

zamykając za sobą otwarte dotąd drzwi. 

background image

– Taki już twój los, Mahoney. Łap – rzuciła mu trzymane w rękach ubrania. 

– Weź to i doprowadź się do jakiego takiego stanu. Jeśli to w ogóle możliwe. Idę 
spać. 

Ubrania z powrotem znalazły się na podłodze, bo Mack nawet nie próbował 

ich złapać. 

–  Chcę  z  tobą  pogadać.  –  Przytrzymał  Marisę,  która  chciała  go  wyminąć  i 

wyjść z pokoju. 

– O czym? Nie mamy sobie nic do powiedzenia. 

– Myślę, że jednak nie masz racji. W końcu jeszcze parę minut temu całkiem 

nieźle nam się rozmawiało. 

– Sam wszystko zepsułeś – uśmiechnęła się smutno. 

–  Cala  Marisa.  Znów  szukasz  sobie  chłopca  do  bicia.  Uwielbiasz  być 

primadonną. – Przyciągnął ją do siebie. Pochylił się nad nią tak, że prawie dotykał 
ustami jej twarzy. 

– Nie uwierzę, jeśli mi powiesz, że się tego nie spodziewałaś. 

– Owszem, spodziewałam się. Wcale się nie zmieniłeś. 

– Ty także nie, a to nam znacznie ułatwi sytuację. 

– Jaką znów sytuację? – zapytała Marisa, chociaż obawiała się, że doskonale 

wie, o czym Mack mówił. 

–  Jesteś  mi  winna  wyjaśnienia.  –  W  migotliwym  świetle  gazowej  lampy 

twarz  Macka  wyglądała  tak,  jakby  wykuto  ją  w  kamieniu.  –  Dziesięć  lat  temu 
odeszłaś  ode  mnie  bez  słowa.  To  było  dawno.  Dziś  chcę  ci  zadać  kilka  pytań  i 
jestem zdecydowany wydobyć z ciebie odpowiedzi. Taką czy inną metodą. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

– Nie jestem ci nic winna, Mahoney! 

–  Ciekawe,  jak  do  tego  doszłaś.  –  Mack  ani  myślał  jej  puścić.  – 

Mieszkaliśmy  razem!  Nigdy  się  nie  zastanawiałaś,  co  sobie  pomyślałem,  kiedy 
wróciłem do domu i nie zastałem ani ciebie, ani twoich rzeczy, ani nawet żadnego 
listu?  Niczego.  O  przeprosinach  już  nie  wspomnę.  Czy  w  tej  szkole  dla  dobrze 
urodzonych panienek, do której cię posyłano, nie uczono dobrych manier? 

– Przepraszam. – Marisa odważyła się na niego spojrzeć. – Nie chodziłam na 

wykłady o tym, jak elegancko zakończyć romans. 

– Do diabła, Mariso! Złamałaś mi serce! Może powiesz mi chociaż, dlaczego 

to zrobiłaś. 

– Dlaczego? Dlaczego? Teraz dopiero widzę, że miałam rację! Nigdy nawet 

nie spróbowałeś mnie poznać. 

–  Owszem,  próbowałem.  Na  zewnątrz  i  od  środka,  kochanie.  Znam 

wszystkie słodkie zakamarki twego ciała. 

– Bzdura! – Marisa wreszcie mu się wyrwała. – Dobrze! Sam tego chciałeś! 

Powiem ci, dlaczego musiałam odejść, chociaż to i tak niczego nie zmieni. Ty mnie 
do tego zmusiłeś. Nie chciałeś mnie słuchać wtedy i teraz pewnie też nie zniesiesz 
prawdy. 

– Co ty za głupstwa pleciesz? 

–  To  nie  głupstwa,  Mahoney!  Przyznaję,  że  od  ciebie  uciekłam,  ale  to  ty 

mnie do tego doprowadziłeś. 

– O mój Boże! – Mack załamał ręce. – Mogłem się spodziewać, że wszystko 

na mnie zwalisz. Typowo kobieca metoda. 

–  Widzisz,  znów  zaczynasz.  Nawet  nie  próbujesz  zrozumieć,  co  do  ciebie 

mówię. Niestety, z mojego punktu widzenia tak to wygląda, Mahoney. Twierdziłeś, 
ż

e mnie kochasz, ale wszystko, co dla mnie było ważne, ty uznawałeś za nieistotne 

bzdury. 

– Co, na przykład? 

–  Na  przykład  zapuszczanie  korzeni  czy  doskonalenie  zawodowe.  Moje, 

background image

oczywiście. 

– Chodzi ci o rolę gwiazdy z mydlanych oper? Ja chciałem dla ciebie czegoś 

lepszego!  Na  litość  boską,  kobieto!  –  wykrzyknął  zdesperowany.  –  Byłaś 
najzdolniejszą 

dziennikarką 

na 

całym 

Zachodnim 

Wybrzeżu. 

Rzuciłaś 

dziennikarstwo dla jakichś głupot. 

– To nie były głupoty, tylko szansa stworzenia czegoś dla siebie. 

–  Naprawdę  nie  rozumiesz,  że  miałaś  talent?  Mogłaś  tak  wiele  zdziałać!  – 

zawołał Mack pełen oburzenia. – Należałabyś do mojego zespołu, dokonalibyśmy 
razem wielkich rzeczy, stworzylibyśmy coś trwałego. 

– To było twoje marzenie, Mack, a nie moje – powiedziała cicho Marisa. 

– Ale… 

Marisa  niecierpliwym  gestem  odsunęła  z  czoła  złote  pasmo  włosów,  które 

wysunęło się spod ściągającej koński ogon gumki. 

– Daj spokój – przerwała Mackowi. – Sam to wszystko zacząłeś, więc teraz 

musisz mnie wysłuchać. 

–  Dobrze.  Słucham  cię  –  rzekł,  choć  zachowanie  spokoju  kosztowało  go 

bardzo wiele. 

Marisie za to zbierało się na płacz, ale postanowiła sobie, że się nie rozbeczy. 

Usiadła na starym dębowym kufrze i oparła się plecami o framugę okna. Było jej 
okropnie zimno. 

– Nie wiesz, od czego zacząć, co? – zapytał ironicznie Mack. – Najlepiej od 

ś

lubu z Victorem Latimore'em. 

– Victora w to nie mieszaj. On nie miał nic wspólnego z tym, co się między 

nami wydarzyło. 

– Dobrze wiedzieć. 

–  Cały  kłopot  polega  na  tym,  że  ty  nic  nie  rozumiesz,  Mahoney.  –  Marisa 

zacisnęła pięści w bezsilnej złości. – Zawsze byłeś zbyt zajęty zbawianiem świata, 
ż

eby zauważyć, że ja także chcę stworzyć coś wartościowego. Sama. Bez niczyjej 

pomocy. 

– Och, przepraszam – kpił Mack. – Nie zauważyłem tej notatki w prasie, w 

której uznano graną przez ciebie Dinah Dillman za nowe wcielenie Matki Teresy. 

background image

–  No  właśnie.  Te  twoje  kpiny.  Doskonale  potrafisz  dawać  innym  do 

zrozumienia,  że  zupełnie  nic  nie  znaczą.  Jesteś  światowym  ekspertem  od 
wgniatania ludzi obcasem w ziemię. 

– Nigdy nie twierdziłem, że odkrywanie prawdy jest operacją bezbolesną. – 

Mack wzruszył ramionami. 

–  Nie  musisz  mi  tego  mówić.  Ja  lepiej  niż  ktokolwiek  na  świecie  wiem,  że 

nie  zawahasz  się  skrzywdzić  człowieka  w  imię  tej  twojej  wątpliwej  „prawdy”. 
Zobacz, co zrobiłeś Nicky'emu i mnie! Czy chociaż przez chwilę pomyślałeś o tym, 
jak  ja  się  czuję,  kiedy  tak  brutalnie  potępiasz  moje  aktorstwo?  Jestem  dobrą 
aktorką!  Dostarczanie  ludziom  rozrywki  sprawia  mi  przyjemność,  daje  mi 
satysfakcję zawodową i osobistą. 

– Ale zobacz, co odrzuciłaś… 

– Niczego nie odrzuciłam! Najzwyczajniej w świecie dokonałam wyboru. 

– To prawda. Wolałaś żyć beze mnie. 

– To była najtrudniejsza decyzja w moim życiu – powiedziała Marisa ledwie 

dosłyszalnym szeptem. – A ty mówisz o tym tak, jakby chodziło o zjedzenie bułki 
z masłem. 

– A cóż w tym trudnego? – Mack zaśmiał się ponuro. – Zapakować kostium 

kąpielowy, oddać klucz i hop, pod skrzydła mamusi i tatusia. 

– Wiesz dobrze, że to nieprawda. Moi rodzice byli ostatnimi ludźmi, których 

miałam  ochotę  oglądać.  A  nawet  gdyby,  to  spotkanie  z  nimi  i  tak  nie  miałoby 
najmniejszego sensu. Nigdy mnie nie potrzebowali, nie mówiąc już o tym, żeby mi 
w  czymkolwiek  pomogli.  Nie  mieli  ochoty  marnować  czasu  i  energii  dla  swojej 
jedynej  latorośli.  Żeglowanie  i  upijanie  się  do  nieprzytomności  we  wszystkich 
możliwych  i  niemożliwych  portach  świata  było o  niebo  ciekawsze. Po  co  miałam 
się z nimi spotykać? Wolałam przyjechać tutaj. – Dopiero teraz głos jej się załamał. 
– Bardzo długo trwało, zanim wyzwoliłam się spod twojego uroku. 

– Ach, tak. – Mack wciąż miał na twarzy ten obrzydliwy, kpiący uśmieszek. 

– I dlatego uważasz, że powinienem się poczuć głupio? 

–  Oczekujesz  przeprosin?  Proszę  bardzo.  Przepraszam  cię,  Mack.  Źle 

postąpiłam,  uciekając  od  ciebie  w  takim  pośpiechu.  Na  swoje  usprawiedliwienie 
mam  tylko  tyle,  że  byłam  wtedy  bardzo  młoda,  niedoświadczona  i  bardzo,  ale  to 
bardzo nieszczęśliwa. Wówczas wydawało mi się, że nie mam innego wyjścia. 

background image

– Jeszcze jedna wymówka – zakpił Mack. 

– O czymś chyba zapomniałeś. Sam jasno dałeś mi do zrozumienia, iż masz 

przed  sobą  wytknięty  cel  i  że  na  drodze  do  tego  celu  nie  ma  miejsca  na 
kompromisy  ani  na  poświęcenie.  Ty  chciałeś  prowadzić  życie  wagabundy,  a  ja 
takiego życia nienawidziłam, bo całe moje dzieciństwo upłynęło na włóczęgach po 
ś

wiecie. Nigdy nie wiedziałam ani kim jestem, ani skąd pochodzę. – Marisa wciąż 

jeszcze  próbowała  znaleźć  zrozumienie  dla  swoich  racji,  choć  coraz  słabiej 
wierzyła  w  powodzenie.  –  Poznałam  gorycz  wędrownego  życia  i  nie  chciałam 
takiego  losu  ani  dla  siebie,  ani  tym  bardziej  dla  swoich  dzieci.  Nie  ukrywałam 
przed  tobą,  że  chciałam  mieć  dzieci!  Tłumaczyłam  ci  to  wszystko  setki  razy.  Nie 
pamiętasz? 

–  Coś  pewnie  pamiętam.  –  Machnął  ręką,  jakby  odganiał  się  od  natrętnej 

muchy. 

–  No  właśnie! –  Marisa  znów  się  rozzłościła. –  To  wszystko było  dla  mnie 

najważniejsze na świecie, a ty nawet nie pamiętasz! 

–  Pamiętam,  jak  dobrze  nam  było  razem,  jak  nie  mogliśmy  się  od  siebie 

oderwać… 

– Ty wstrętny egoisto! – krzyknęła. – Wszystkie łzy, które po tobie wylałam, 

to było tylko marnowanie cennego płynu ustrojowego. 

–  I  wspaniałe  ćwiczenie  w  roli  królowej  mydlanych  oper.  Mam  rację, 

księżniczko? – Mack pokazał w uśmiechu cały garnitur białych zębów. 

–  Wiesz,  jaki  jest  twój  największy  problem,  Mahoney?  –  Twarz  Marisy 

zarumieniła  się,  a  dłonie  zacisnęły  się  w  pięści  z  bezsilnej  złości.  –  Nie  możesz 
znieść  tego,  że  dorosłam,  że  przestałam  wielbić  w  tobie  genialnego  reportera,  tę 
twoją skórzaną kurtkę i ciemne okulary. Nie mogłeś się pogodzić z myślą, że chcę 
na  równi  z  tobą  decydować  o  naszej  wspólnej  przyszłości.  Wolałeś,  żebym  na 
zawsze została twoją wielbicielką. 

– Wcale nie! 

– Czyżby? Teraz już możesz się do tego przyznać, Mahoney, bo ja wreszcie 

wiem,  o  co  ci  chodziło  wtedy  i  o  co  ci  chodzi  teraz.  Kiedy  od  ciebie  odeszłam, 
cierpiałeś nie ty, ale twoja męska duma. 

– Nie masz zielonego pojęcia, co wtedy czułem. 

– Pewnie odetchnąłeś z ulgą – roześmiała się gorzko Marisa. – Kiedy tylko 

background image

przestałam oddawać ci boską cześć, zaczęłam  samodzielnie myśleć i zapragnęłam 
zostać  twoją  współpracownicą,  od  razu  zrozumiałam,  że  ty  mnie  wcale  nie 
kochasz.  Uwielbiałeś  mnie  taką,  jaką  sobie  wymyśliłeś,  ale  mnie  prawdziwej  nie 
kochałeś. Nie znałeś mnie i wcale nie chciałeś poznać. 

– Jak możesz coś takiego mówić? – Mack podszedł do niej. Był zły i urażony 

do głębi. – Ja cię naprawdę kochałem! 

–  Być  może  kochałeś  tę  kobietę,  którą  chciałeś  żebym  się  stała  –  mówiła 

Marisa ze  smutkiem w  głosie.  –  Ale kiedy na  mnie  patrzyłeś, nie  mnie  widziałeś, 
tylko  samego  siebie.  Na  pewno  kochałeś  swoje  odbicie,  które  widziałeś  w  moich 
oczach. Ale mnie wcale nie znałeś, więc jakże mogłeś mnie kochać, Mack? 

–  Czy  to  w  swoim  serialu  nauczyłaś  się  tych  wszystkich  psychologicznych 

bzdur? To bardzo przekonywające… dla stada gęsi. 

– Masz bardzo silną osobowość, Mack. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak 

bardzo. Pożerałeś mnie żywcem. – Marisa zamrugała powiekami, chcąc za wszelką 
cenę powstrzymać napływające do oczu łzy. – Wiele razy usiłowałam powiedzieć 
ci, co naprawdę czuję, ale ty albo się ze mnie śmiałeś, albo kochałeś się ze mną tak 
długo,  aż  zapominałam  o  bożym  świecie.  To  była  kpina,  a  nie  związek  dwojga 
dorosłych ludzi. 

– Mnie ten związek odpowiadał. 

–  Ty  wciąż  niczego  nie  rozumiesz.  –  Obojętność  Macka,  mimo  upływu  lat, 

bardzo  ją  zabolała.  –  Moje  śmieszne  marzenia  były  tak  samo  ważne,  jak  twoje 
wielkie  plany.  Niestety,  nie  mogliśmy  się  porozumieć.  Zawsze  powtarzałeś: 
wszystko albo nic. W końcu byłam już tak zrozpaczona, że mogłam albo uciec od 
ciebie, albo stracić wszystko. Nawet własną osobowość. 

Mack milczał przez chwilę, a potem podniósł ręce i zaczął głośno bić brawo. 

– Wspaniałe przedstawienie – zawołał. 

Równie  dobrze  mógłby  uderzyć  Marisę  w  twarz.  Najpierw  nie  mogła  się 

nawet  poruszyć,  tak  bardzo  była  zdumiona.  Dopiero  po  chwili  rozpłakała  się, 
wyrzuciła  z siebie ukrywany  przez  wiele  lat  ból i  rozpacz. Zerwała  się z  miejsca, 
chciała  uciec  z  tego  pokoju  i  nigdy  już  nie  oglądać  tego  wstrętnego  człowieka. 
Zupełnie zapomniała, że to on właśnie odgradzał ją od drzwi. 

– O, nie! Tym razem ci się nie uda. – Mack zatrzymał ją i prawie przygniótł 

do ściany. – Nie uciekniesz ode mnie, dopóki nie poznam całej prawdy. 

background image

– Nawet gdybym ci tę prawdę powtarzała setki razy, to i tak byś jej nie pojął! 

– chlipała Marisa, waląc w Macka pięściami. 

– Mylisz się, księżniczko. Pracuję w zawodzie związanym z poszukiwaniem 

prawdy tak długo, że na kilometr wyczuwam fałsz i kłamstwo. Dlaczego nie chcesz 
mi wprost powiedzieć, że odeszłaś, bo przestałaś mnie kochać? Przynajmniej w tej 
jednej sprawie zdobądź się na uczciwość. 

– Uczciwość, szczerość, to na nic się nie zda, jeśli człowiek ma do czynienia 

z  tobą.  Nie  potrafisz  uwierzyć  nawet  swoim  własnym  uczuciom.  Puść  mnie 
wreszcie! 

–  No,  mów  –  nie  ustępował  Mack.  –  Powiedz,  że  przestało  ci  na  mnie 

zależeć. Zniosę to jak mężczyzna. Czy już wtedy miałaś kogoś innego? Czy to był 
Latimore? 

–  Niee!  –  krzyknęła  mu  prosto  w  twarz.  –  Victora  poznałam  dwa  lata 

później! 

–  No  więc  o  co  chodziło?  Przeszkadzały  ci  brudne  paznokcie  człowieka 

pracy?  A  może  to,  że  nie  miałem  odpowiedniej  dla  twoich  potrzeb  pozycji 
społecznej?  Na  pewno  pamiętasz  jeszcze  choćby  jeden  powód,  dla  którego 
odwróciłaś się plecami od najlepszego prezentu, jaki od życia dostałaś. 

–  Nie  pamiętam  tylko,  żebyś  kiedykolwiek  pozwolił  sobie  na  rozmyślne 

okrucieństwo – odrzekła drżącym głosem. 

– Byłem zbyt zaślepiony, żeby zauważyć, jaka z ciebie okropna egoistka. 

– To nieprawda… 

–  Nie  musisz  zaprzeczać.  Spotkanie  z  porzuconym  kochankiem  zepsuło  ci 

pewnie  własne  wysokie  mniemanie  o  sobie,  a  ulubienica  całej  Ameryki  nie  może 
sobie z tym poradzić. Przyznaj, że mam rację! 

Marisa nie mogła tego dłużej wytrzymać. Chciała się znaleźć jak najdalej od 

Macka.  Nie  miała  sił  znosić  dłużej  tych  wszystkich  upokorzeń  i  grzebania  w 
krwawiących ranach. 

– Tak! To prawda! – zawołała zdesperowana. – Wszystko… 

– Ależ z ciebie tchórz. – Mack nachylił się nad Marisą. – Wtedy nie miałaś 

odwagi spojrzeć mi w oczy i teraz też się boisz. 

Zanim  zdołała  cokolwiek  pomyśleć,  zbliżył  wargi  do  jej  ust.  Dopiero  teraz 

background image

dotarło  do  Marisy,  że  wyrządziła  temu  mężczyźnie  większą  krzywdę,  niż  sobie 
wyobrażała. Była tak zaszokowana tym odkryciem, że zaprzestała walki, zgodziła 
się  na  ten  odwet,  na  to  nieszkodliwe  przecież  zadośćuczynienie,  które  po  krótkiej 
chwili  jej  także  zaczęło  sprawiać  przyjemność.  Oczy  Marisy  znów  zwilgotniały. 
Tym  razem  jednak  z  żalu  za  straconymi  latami.  Straconymi,  bo  pozbawionymi 
bliskości ukochanego mężczyzny. 

Zawstydzony  Mack  wreszcie  się  od  niej  odsunął.  Oddychał  z  trudem  i 

wyglądał tak, jakby czegoś bardzo żałował. 

Bezwiednie przyciągnęła go do siebie. 

– Pocałuj mnie, Mack – mruknęła, szukając wargami jego ust. 

Macka nie trzeba było prosić. Porwał Marisę w ramiona i całował tak mocno, 

jakby chciał w ten sposób nadrobić wszystkie minione lata. 

Marisie  nogi odmówiły  posłuszeństwa.  Musiała  z  całej  siły  chwycić Macka 

za szyję,  żeby tylko nie  upaść. Zupełnie  się  zapomniała. Tuliła  się do niego, a on 
coraz mocniej ją do siebie przyciskał. Wreszcie, spragnieni powietrza, oderwali od 
siebie  usta,  ale  ich  ciała  rozdzielić  się  nie  chciały.  Nie  zważając  na  przejmujący 
chłód,  dotykali  się i  pieścili,  aż  w  końcu Mack  zaniósł  Marisę  na  stojące  w  kącie 
pokoju wielkie łoże. Dopiero teraz oprzytomniała. 

– Nie, Mack – jęknęła. – Tak nie można. 

–  Naprawdę?  –  Mack  był  bardziej  rozbawiony  niż  zdziwiony.  –  Mało 

brakowało, a dałbym się nabrać… 

– Och, nie. Zrozum… Byłoby cudownie, ale… To nie jest najlepszy pomysł. 

– Wciąż mnie pragniesz. Tylko nie próbuj zaprzeczać. 

– Popatrzył jej prosto w oczy. – Uwielbiałaś to… 

– Obawiam się, że w tej sprawie nic się nie zmieniło. 

–  Marisa  zaczerwieniła  się,  ale  odepchnęła  od  siebie  niecierpliwe  dłonie 

Macka. 

– Co, wobec tego, proponujesz? – zapytał. 

–  Nic.  –  Pokręciła  głową  tak  gwałtownie,  że  złoty  koński ogon  całkiem  się 

rozsypał.  –  Wtedy  potrzebowałam  czegoś  więcej  niż  seksu  i  teraz  także  sam  seks 
mi nie wystarczy. 

background image

–  Może  jednak…  –  Wpatrzony  w  półnagie  ciało  Marisy  Mack  próbował 

pertraktować. 

– Na jak długo? Jedną noc? Może nawet na całą dobę… – szeptała rozżalona. 

– Na mój gust to zbyt ryzykowne przedsięwzięcie. Nie jestem masochistką. 

Mack  milczał  przez  chwilę,  jakby  podejmował  jakąś  decyzję.  Z  trudem 

odwrócił oczy od Marisy i wreszcie stanął obok łóżka. 

– Ja także nie jestem masochistą – powiedział cicho. 

Dopiero  teraz,  kiedy  Macka  już  przy  niej  nie  było,  Marisa  poczuła 

przeszywający,  dotkliwy  chłód.  Wstała  i  poprawiła  ubranie.  Sweter  leżał  na 
podłodze pod oknem. Szybko wciągnęła go na siebie, ale wcale nie zrobiło jej się 
od tego cieplej. 

Mack  stał  przy  oknie.  Obiema  rękami  opierał  się  o  framugę,  a  czołem 

dotykał zamarzniętej szyby. 

–  Przepraszam  –  mruknął,  kiedy  wreszcie  pozbierał  się  na  tyle,  że  mógł 

wydobyć z siebie głos. – To moja wina. 

Niezupełnie, przyznała w duchu Marisa, porządkując łóżko, żeby żaden ślad 

nie śmiał przypomnieć jej o tym, co się tu przed chwilą wydarzyło. 

–  Nic  nie  szkodzi  –  powiedziała  głośno  z  udaną  obojętnością.  –  Śnieżyca 

zawsze doprowadza ludzi do obłędu. 

– Śnieżyca nie ma z tym nic wspólnego. – Mack odwrócił się od okna. – Nie 

chciałem cię skrzywdzić. 

– Słucham? – Marisa  musnęła palcami pogryzione przez Macka wargi. Siłą 

stłumiona pasja nie całkiem jeszcze ją opuściła. – Nie, to nic takiego. 

– Umyję się i przebiorę – westchnął Mack. 

Zatrzymał się tylko po to, żeby podnieść z podłogi stertę ubrań, które Marisa 

rzuciła tam całe wieki temu. 

– Zagrzałam ci wodę do mycia. 

–  Niepotrzebnie  –  uśmiechnął  się  do  niej  z  przymusem.  –  Przyda  mi  się 

zimny prysznic. To twoja wina. Rozumiesz? 

Marisa głośno się roześmiała. Nie mogła się powstrzymać. 

background image

– Miło słyszeć, że wciąż jeszcze się śmiejesz – powiedział Mack. 

– Wszyscy wiedzą, że czasami to robię. 

–  Mamy  o  czym  myśleć.  –  Nieznacznym  skinięciem  głowy  dał  jej  do 

zrozumienia, że chodzi mu zarówno o kłótnię, jak i o to, co nastąpiło po niej. 

– Mamy – zgodziła się Marisa i zapłoniła się jak mała dziewczynka. 

– Zdecydowałaś już, co chcesz zrobić z Nickym? 

To  nieoczekiwane  pytanie  przypomniało  Marisie,  dlaczego  Mack  znalazł  ją 

na tym odludziu. Nie dla odwetu, nawet nie z powodu chęci wyjaśnienia, dlaczego 
go  opuściła,  tylko  w  pogoni  za  sensacją.  Nie  mogła  sobie  darować,  że  o  tym 
zapomniała. 

– Oczywiście, że tak. – Dumnie podniosła do góry głowę. – Będę go kochać, 

wychowywać i chronić. 

– Nie jesteś już jedyną osobą w jego życiu. 

– Ale jedyną, która się liczy. 

– Będziesz musiała stawić czoło… 

–  Nie  ucz  mnie,  jak  mam  przeżyć  własne  życie,  ani  tym  bardziej,  w  jaki 

sposób chronić moje dziecko! Ani ja, ani Nicky nikomu nic złego nie zrobiliśmy. – 
Mimo  ciepłego  swetra  Marisa  znów  poczuła  przenikliwe  zimno.  –  Dlaczego 
niewinni mają ponosić karę? 

– Nikt nie chce cię karać, Mariso. 

– I ty mi to mówisz! 

– Liczy się tylko prawda i ja tę prawdę odnajdę. W ten czy w inny sposób, to 

bez  różnicy.  Zamknięcie  tej  hurtowni  dzieci,  którą  prowadzi  doktor  Morris,  jest 
ważniejsze niż czyjekolwiek sprawy osobiste. 

–  Wycofaj  się,  Mack  –  ostrzegła  go.  –  Niezależnie  od  tego,  co  się  tobie 

wydaje,  to  nie  jest  twoja  sprawa.  Nie  pozwolę  ci  nas  prześladować.  Jesteś  tu 
zaledwie tolerowany. Radzę ci o tym nie zapominać. 

– Muszę wykonać zadanie. 

–  Naszym  kosztem?  Chyba  jednak  nie  jesteś  takim  uczciwym  facetem,  za 

jakiego się podajesz. 

background image

– Czarnym charakterem też nie jestem – zaprotestował Mack. 

– No cóż, panie Mahoney. – Marisa patrzyła na niego smutnym wzrokiem. – 

To akurat jest sprawą dyskusyjną. 

 

 

 

Mack rzucił naręcze drewna na podłogę w sieni. Piętrzyła się tam już spora 

sterta  polan i uznał,  że  na  noc zupełnie  im  wystarczy.  Osłonięty  od  wiatru  ścianą 
domu, odruchowo sprawdził kieszenie kurtki. Miał w nich notes, długopis, klucze, 
portfel i różne elektroniczne drobiazgi, bez których szanujący się reporter nawet na 
krok nie rusza się z domu. Ale papierosów nie miał. Dopiero po chwili dotarło do 
niego,  co  robi.  Zaklął  szpetnie.  Palenie  rzucił  trzy  lata  temu.  Po  raz  pierwszy  od 
tego czasu szukał papierosa. Oto dowód, do jakiego stanu doprowadziła go Marisa. 

Wbił  ręce  w  kieszenie  kurtki  i wpatrywał się  w ciemność.  Wiatr  wciąż  wył 

jak  potępieniec,  ale  śnieg nie padał już tak  gęsto.  Wychodzenie  na  mróz zaraz po 
kąpieli było  czystą głupotą,  ale Mack potrzebował  samotności.  Marisa  wprawdzie 
nie  zwracała  na  niego  uwagi,  przygotowując  nędzne  namiastki  prezentów 
gwiazdkowych dla Nicky'ego. Ale jednak kręciła się, istniała obok niego, nie dając 
mu szansy dojścia do siebie. Dlatego właśnie zdecydował się wyjść z chaty. 

Co  za  uparta  baba!  myślał  ze  złością.  A  przecież  mimo  wszystko  nadal 

dobrze byłoby nam w łóżku. To jasne jak słońce. 

Właściwie winienem jej wdzięczność za to, że mnie odepchnęła. Na pewno 

niepotrzebny  mi  teraz  romans.  Na  dodatek  z  bohaterką  mojego  szokującego 
wywiadu. Ale z drugiej strony… Ona wciąż coś do mnie czuje, a ja… No cóż, na 
pewno jest nad czym się zastanawiać. To jej głupie gadanie, że odeszła ode mnie, 
bo  jej  nie  rozumiałem…  Musiała  coś  wymyślić,  żeby  się  przed  sobą 
usprawiedliwić. Żywcem ją pożerałem! 

A  to  dobre!  Przecież  umiem  się  porozumieć  z  ludźmi.  W  końcu  to  mój 

zawód.  Chciałem  dla  niej  lepszego  losu  niż  godne  pożałowania  życie  aktorki… 
Chociaż z drugiej strony zrobiła karierę, o jakiej inne mogą tylko marzyć. Czyżby 
rzeczywiście  bolało  mnie  to,  że  wszystko,  co  osiągnęła,  dokonało  się  bez  mojej 
pomocy?  Czyżby  naprawdę  tak  zaślepiały  mnie  moje  własne  ambicje,  że  nie 
widziałem, nie mówiąc już o popieraniu tego, czego ona pragnęła? 

Mack  na  siłę  odsunął  od  siebie  te  niewygodne  pytania.  Stanowczo  wolał 

background image

zastanowić  się nad  tym,  co  też  robi  w  tej  chwili jego  producent, Tom  Powell.  Na 
pewno nie  spędzi  świąt  w  rodzinnej  atmosferze.  Tego  Mack był  zupełnie pewien. 
Po  opuszczeniu  kilku  kolejnych  żon  Tom  żył  samotnie  i  całkowicie  poświęcił  się 
pracy.  W  tej  chwili  pewnie  siedział  w  studiu  i  po  raz  setny  przeglądał  materiał 
filmowy,  dotyczący  sprawy  doktora  Morrisa.  Nie  mógł  się  już  doczekać  powrotu 
swego reportera, którego posłał w ślad za Marisą Rourke. Gwiazda oper mydlanych 
zamieszana  w  sprawę  nielegalnej  adopcji!  To  sensacja,  skandal,  jaki  trafia  się  raz 
na sto lat. 

Tak,  Mack  uśmiechnął  się  do  siebie,  dobrana  z  nas  para,  ja  i  Tom.  Ten 

kontrakt z INN pozwoli mi wreszcie stać się niezależnym finansowo. 

Mackowi  w  końcu  zrobiło  się  zimno.  Otrzepał  nogi  ze  śniegu  i  wszedł  do 

domu. Nicky spał spokojnie na kanapie, ale Marisy nigdzie nie było. Na podeście 
schodów ćmiło przytłumione światło, co oznaczało, że pani domu jest w sypialni i 
pewnie szykuje tam jakąś niespodziankę dla synka. 

Mackowi udało się rano popracować trochę nad starymi sankami. Odczyścił 

je,  wyszorował  drucianą  szczotką  i  pomalował  czerwoną  farbą.  Rezultat  tych 
zabiegów  zadziwił  nawet  samego  wykonawcę.  Jeśli  tylko  ociepli  się  na  tyle,  że 
farba wyschnie, Nicky dostanie prezent. 

Mack  wyobraził  sobie,  jak  się  malec  ucieszy,  i  uśmiechnął  się  do  siebie. 

Pomyślał,  że  te  sanki  będą  prawie  tak  wspaniałe,  jak  jego  wymarzona  czerwona 
koparka. 

Zdjął  kurtkę  i  położył  ją  na  krześle.  Z  czułością  popatrzył  na  jasną  główkę 

ś

piącego  dziecka,  a  po  chwili  zastanowienia  wyniósł  kurtkę  do  sieni.  Wolał  nie 

ryzykować pozostawiania jej w zasięgu rączek wścibskiego malca. Jutro zajmiemy 
się tymi klipsami, pomyślał Mack. Nicky nie będzie miał czasu szperać po kątach. 

Dołożył  drew  do  kominka.  Uznał,  że  nie  ma  już  nic  więcej  do  roboty  i 

powodu, aby wciąż pętać się po domu. Raz jeszcze spojrzał podejrzliwie na światło 
padające z sypialni. Wzruszył ramionami i położył się na materacu, który umieścił 
w pobliżu kominka. 

Zasypiał  już,  kiedy  przeraźliwy  krzyk  Nicky'ego  poderwał  go  na  nogi.  W 

pierwszej  chwili  Mack  nie  mógł  się  zorientować,  gdzie  jest  i  co  się  z  nim  dzieje. 
Wydawało  mu  się,  że  znajduje  się  w  Bejrucie  pod  ostrzałem,  wśród  bezradnego 
krzyku kobiet i dzieci. Oprzytomniał, zobaczywszy Nicky'ego, który rzucał się na 
posianiu  w  przerażającym,  dziecięcym  śnie.  W  jednej  chwili  znalazł  się  przy 
kanapie i porwał chłopca w objęcia. 

background image

– Coś złego ci się przyśniło, kolego? Już dobrze, dobrze. 

–  Pies  –  chlipał  Nicky.  Zarzucił  Mackowi  rączki  na  szyję  i  przytulił  się  do 

niego  całą  siłą  dziecięcego  strachu.  Serduszko  biło  mu  tak  gwałtownie,  że  aż 
uderzało o żebra Macka. – Taki okropny pies z wielkimi zębami… 

– Nie bój się. To tylko sen. – Mack głaskał chłopczyka po główce. 

– Nie pozwól, żeby mnie ugryzł! 

–  Nic  się  nie  martw.  Wyrzucimy  stąd  tego  potwora.  Głowa  do  góry, 

zastępco. Szeryf Mack zaraz zrobi z nim porządek. 

– Obiecujesz? 

–  Słowo  kowboja.  –  Mack  pocałował  jasną  główkę  malca  i  mocno  go  do 

siebie przytulił. 

Dopiero  kiedy  podniósł  głowę,  zobaczył  Marisę.  Jak  oniemiała  stała  na 

podeście  schodów.  Wpatrywała  się  w  niego  wzrokiem  pełnym  zdumienia.  Mack 
dopiero teraz zrozumiał, że ta przepiękna istota nie jest już tamtą dziewczyną, którą 
znał przed laty. Była silniejsza, bardziej pewna siebie. Dojrzałość i macierzyństwo 
zahartowały  ją,  nadały  jej  życiu  głębię  i  motywację,  których  brakowało  tamtej,  o 
dziesięć lat młodszej Marisie. 

Gdybym był mądrzejszy i miał więcej szczęścia, mógłbym ją poślubić, a to 

dziecko pewnie byłoby moje, pomyślał smutno Mack. Patrzyłbym, jak młodziutka 
dziewczyna wyrasta na pewną siebie, atrakcyjną kobietę. Mógłbym nadawać formę 
zachodzącym w niej zmianom. 

Wreszcie  zrozumiał,  jak  wiele  stracił.  Opuścił  go  hodowany  przez  lata 

gniew, a jego miejsce zajął żal. 

– Nic mi nie jest – mruczał Nicky, trąc rączkami zapłakaną buzię. – Ja wiem, 

ż

e kowboje nie płaczą. 

– Czasami płaczą, kolego – wyszeptał Mack. – Czasami płaczą. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Wigilia  Bożego  Narodzenia  zapowiadała  się  wspaniale.  Marisa  wstała  o 

wschodzie  słońca.  Jego  promienie  wydobyły  ze  śniegu  diamentowe  blaski, 
powietrze było przejrzyste, a niebo tak błękitne, aż oczy bolały od patrzenia. I, co 
najważniejsze, wokoło panowała cisza. Po wielu dniach opętańczego wycia wichru 
na świecie wreszcie zapanował spokój. Przynajmniej na dworze. 

Marisa  uznała  za  ironię  losu  fakt,  że  świat  zewnętrzny  uciszył  się  właśnie 

wtedy, kiedy w niej nawałnica rozszalała się z wielką siłą. Wzięła ekspres do kawy. 
Wciąż  miała  przed  oczami  widok  Macka,  który  tak  czule  pocieszał  jej  synka. 
Nicky'emu  nawet  przez  myśl  nie  przeszło,  że  może  w  tym  być  coś 
nadzwyczajnego, i szybko wrócił do dziecięcej krainy kolorowych snów. Marisa za 
to  wcale  nie  mogła  zasnąć.  Myślała  o  Maćku  i  o  tym,  czy  aby  na  pewno  zna  go 
dobrze, czy go przypadkiem nie krzywdzi niesprawiedliwą oceną. 

Czyżbym go źle osądziła? pytała samą siebie. Może pod tą twardą powłoką 

dałoby  się  znaleźć  ciepło  i  serdeczność,  tylko  ja  nie  umiałam  szukać?  Może 
mogłoby  się  między  nami  wszystko  ułożyć.  Gdyby  nie  ta  cała  sprawa  doktora 
Morrisa… 

–  Zachwycasz  się  tym  dzbankiem,  czy  masz  zamiar  zrobić  w  nim  kawę?  – 

zapytał Mack. Stał oparty o framugę drzwi. W starej koszuli Paula i w za szerokich 
spodniach  od  dresu  wyglądał  jak  nieokrzesany  dzikus.  Wpatrywał  się  w  Marisę 
zaspanymi  oczami,  a  ona  pomyślała,  że  jest  tak  nieprawdopodobnie  męski,  tak 
pełen seksu, że aż… 

Odwróciła się do niego plecami i wreszcie nalała do ekspresu wodę z butelki. 

–  Co  się  stało,  że  od  rana  masz  taki  paskudny  nastrój?  –  zapytała,  udając 

obojętność. – Ach, zapomniałam. To przecież u ciebie stan normalny. 

–  Wiesz  co,  księżniczko  –  wbrew  oczekiwaniom  Marisy  Mack  parsknął 

ś

miechem. – Podoba mi się ta zmiana w tobie. Nie dajesz sobie dmuchać w kaszę.  

Marisa postawiła ekspres na gazowym palniku. Westchnęła i ciężko. 

– Nie kłóćmy się, Mack – poprosiła. – Idą święta, świeci słońce, a poza tym 

obiecałeś mi zawieszenie broni. 

–  To  był  komplement,  skarbie  –  powiedział  Mack.  Podszedł  do  Marisy  i 

background image

położył dłonie na jej ramionach. 

– Trudno było się tego domyślić – odparła.  

–  Wiem.  Jestem  tajemniczym  mężczyzną.  Zwłaszcza  wówczas,  zanim 

wypiję pierwszą poranną kawę. 

– Idiota – powiedziała Marisa bardziej pieszczotliwie niż obraźliwie. 

– Naprawdę tak myślisz? – Mack puścił jej ramiona i uśmiechnął się do niej 

najpiękniej, jak umiał. – A ja coś wiem!  

– Co takiego? Że moja mamusia bardziej kochała mnie niż twoja ciebie? 

– Ponieważ wiem coś o naszych matkach, idę o zakład, że tak właśnie było. 

–  Mack  już  się  nie  uśmiechał.  –  Ale  nie  o  to  mi  chodziło.  Popatrz.  –  Wyciągnął 
rękę i nacisnął włącznik światła. Kuchnia rozjaśniła się blaskiem żarówek. 

– Włączyli prąd! – zawołała uszczęśliwiona Marisa. – Kiedy? 

– Pewnie w nocy. 

– Będzie ciepła woda! Wreszcie się porządnie wykąpię! – Marisa tańczyła z 

radości. – Włączę ogrzewanie, a ty spróbuj znaleźć główny zawór wodociągu. Nie 
wiesz, jak długo musi się podgrzewać woda? 

– Widzę, że wbrew pozorom wcale nie lubisz pionierskiego życia. 

–  Przecież  dobrze  sobie  radziłam  –  zaprotestowała.  –  To,  że  wolę 

udogodnienia… 

–  No  właśnie  –  Mack  przerwał  tę  tyradę,  delikatnie  muskając  policzek 

Marisy. – Bardzo dobrze sobie radziłaś. 

Jego dotyk napawał ją lękiem. Jak oparzona odskoczyła od Macka. Chwyciła 

słuchawkę  telefonu,  udając,  że  sprawdza,  czy  przywrócono  także  połączenie  ze 
ś

wiatem.  Dopiero  kiedy  stwierdziła,  że  telefon  wciąż  milczy,  zdała  sobie  sprawę, 

jak bardzo bała się tego, że został naprawiony. 

– Ale telefon jest głuchy – powiedziała już spokojnie. 

– Czy tego chcesz, czy nie, nie możesz się tu na zawsze ukryć. 

– Ja się nie ukrywam, tylko wyjechałam na urlop. Czy drogi są przejezdne? 

– Moim zdaniem jeszcze przez parę dni nie da się jeździć w górach. Chyba 

background image

ż

e zaraz przyjdzie odwilż. 

– A więc nie możemy stąd wyjechać? 

– Na razie nie. 

–  Chyba  trzeba podejść  do tego  filozoficznie  i,  broń  Boże, nie denerwować 

się. 

– Tak, tak. Właśnie widzę, jak bardzo jesteś spokojna. 

– Mamusiu! Mamusiu, zobacz! – Nicky wpadł do kuchni jak tajfun. Chwycił 

Marisę za rękę i pociągnął ją do pokoju z kominkiem. – Zobacz, są bajki! 

Marisie  ulżyło.  Pozwoliła  Nicky'emu  poprowadzić  się  do  pokoju  i  w 

skupieniu  wpatrywała  się  razem  z  nim  w  ekran  telewizora,  oglądając  ukochane 
bajki chłopca. 

Kilka minut później Mack przyniósł dwa kubki gorącej kawy. 

– Dzięki – powiedziała Marisa. 

Dlaczego ten człowiek wciąż musi mnie zaskakiwać? pomyślała. 

–  Nie  ma  za  co.  Hej,  kolego,  zostaw  na  chwilę  ten  program  –  poprosił 

Nicky'ego, który właśnie szukał pilotem swej ulubionej stacji. 

– Ale to dziennik – jęknął chłopiec, marszcząc z dezaprobatą nosek. 

– Zaraz będziesz mógł oglądać swoje bajki – zapewnił go Mack. – Chcę się 

tylko zorientować, co się dzieje na świecie. 

Nicky  podniósł  oczy  do  nieba,  zniecierpliwiony  niezrozumiałymi 

dziwactwami dorosłych, ale posłusznie nie zmienił programu. Marisa obserwowała 
twarz Macka, słuchającego informacji o machinacjach polityków, o niepokojach w 
różnych częściach świata i tym podobnych sprawach. 

To  jego  życie,  pomyślała.  Od  razu  widać,  jak  bardzo  mu  tego  wszystkiego 

brakuje. Nie może się już doczekać, kiedy wkroczy w wir wydarzeń. Bez wątpienia 
jest jednym z najlepszych reporterów, w każdej chwili gotowym wyjechać na drugi 
koniec  świata.  Nic  a  nic  się  nie  zmienił.  I  to,  że  oboje  mamy  zupełnie  różne 
wymagania wobec życia, także się nie zmieniło. Ani na chwilę nie wolno mi o tym 
zapomnieć. 

– Spójrz, mamusiu! – zawołał Nicky. – Ciocia Carlene! 

background image

Marisa  popatrzyła  w  telewizor.  Jakiś  reporter  podstawiał  mikrofon  jej 

agentce.  Carlene  Mendez  coś  mówiła,  ale  słychać  było  tylko  głos  spikera: 
Wiadomości kulturalne. Rzeczniczka sławnej aktorki, Marisy Rourke, oświadczyła, 
że  odtwórczyni  głównej  roli  w  popularnym  serialu  „Rodzina”  spędza  wakacje  na 
łonie rodziny i nie może udzielić wywiadu w związku ze sprawą doktora Franco…
” 

– Zmień kanał, Nicky – poleciła Marisa. 

– Mogę zmienić, Mack? 

– Możesz, kolego. 

Nicky ochoczo wykonał polecenie. Znalazł kanał, którego szukał, i usiadł po 

turecku  przed  telewizorem,  żeby  obejrzeć  nie  wiadomo  po  raz  który  powtarzaną 
bajkę o Bożym Narodzeniu w wiosce Smerfów. 

– Mówiłem ci przecież, że świat nie zniknie na twoje życzenie – powiedział 

półgłosem Mack. – Może przestałabyś wreszcie wyręczać się innymi. Skorzystaj z 
mojej propozycji i sama zacznij mówić. 

Marisę  nagle  strasznie  rozbolała  głowa.  Przycisnęła  ręce  do  czoła.  Patrzyła 

na  piętrzącą  się  na  kanapie  stertę  koców,  na  ogromną,  udekorowaną  domowym 
sposobem choinkę i wydawało jej się, że widzi je po raz pierwszy w życiu. W tej 
jednej  chwili  zwaliło  się  na  nią  wszystko  to,  o  czym  usiłowała  nie  myśleć  przez 
kilka ostatnich dni. 

Wdzięczna była Carlene za to, że ta ukrywała fakt ich ucieczki, choć Marisa 

zniknęła bez śladu, nie zawiadamiając o wyjeździe swej agentki. Niepokoiła się o 
to,  co  dzieje  się  z  zespołem  „Rodziny”.  Zostawiła  ich  wszystkich  na  lodzie. 
Producenci  i  autorzy  tekstów  poradzą  sobie  z  jej  nieobecnością  zaledwie  przez 
kilka odcinków. Najwyżej miesiąc. Dłużej nie będą czekać, a wtedy Marisa może 
stracić pracę i nawet kontrakt jej nie uratuje. Ale najgorszy ze wszystkich obaw był 
strach o to, że ktoś mógłby jej odebrać to, co miała w życiu najcenniejszego: syna. 

Mack  ma  rację,  myślała  Marisa.  Jestem  tchórzem.  Boję  się  konfrontacji, 

wolę  obejść  jakoś  tę  paskudną  sytuację,  aniżeli  stawić  czoło  rzeczywistości. 
Zawsze  w  ten  sposób  omijałam  burzliwe  awantury  w  domu  rodzinnym,  a 
wyuczonych  w  dzieciństwie  odruchów  nie  można  się  tak  łatwo  pozbyć.  Nie,  tym 
razem nie stchórzę. 

Mack  odgadł,  że  chciałam  wyjechać  z  kraju.  Mam  przecież  przyjaciół  w 

Montrealu i znajomych, którzy mają duży dom w Monaco. Jest mnóstwo sposobów 
na  to,  żeby  na  jakiś  czas  zniknąć  z  oczu  ciekawskim.  Nawet  jeśli  się  jest  sławną 

background image

gwiazdą  filmową.  Zrobię  wszystko,  żeby  chronić  moje  dziecko!  Rzucę  pracę, 
zrezygnuję ze sławy, pojadę na drugi koniec świata. 

Ale czy to byłoby dobre dla Nicky'ego? Czy lepiej wywieźć go z miejsca, w 

którym  wzrastał,  zabrać  mu  wszystko,  co  znał  i  kochał,  czy  też  ryzykować,  że, 
powołując  się  na  jakieś  chore  „poczucie  sprawiedliwości”,  oddadzą  moje  dziecko 
tej kobiecie, która go urodziła? Nawet cała armia najlepiej opłaconych adwokatów 
nie  zagwarantuje  mi,  że  nie  dojdzie  do  takiego  nieszczęścia.  Jeśli  stracę  syna,  to 
moje życie przestanie mieć sens. Jemu też będzie ciężko. Dzieci wprawdzie łatwo 
się przystosowują, ale jeśli odbiorą Nicky'ego jedynej matce, jaką znał, ta tragedia 
jemu także może złamać życie. 

Marisa  podeszła  do  choinki.  Pogłaskała  papierowy  łańcuch,  który 

poprzedniego  dnia  zrobiła  razem  z  synem.  Wiedziała,  że  wreszcie  trzeba  będzie 
podjąć jakąś decyzję. Dopóki jednak była w górach, odcięta od świata, nie musiała 
się spieszyć. Miała nadzieję, że czas pozwoli jej wybrać najlepsze rozwiązanie dla 
Nicky'ego  i  dla  wszystkich,  których  ta  sprawa  dotyczy.  Niestety,  zamieć  się 
skończyła  i  czasu  było  coraz  mniej.  Skoro  Mack  ją  znalazł,  to  inni  reporterzy  w 
poszukiwaniu  sensacji  także  mogą  trafić  do  jej  kryjówki.  Jedno  wiedziała  na 
pewno: nie uda jej się uniknąć konfrontacji ze wścibskim światem. 

– Czy źle się czujesz, Mariso? 

Podniosła głowę. Mack stał przy niej, a na jego twarzy malował się niepokój. 

Patrzył na nią ze współczuciem i Marisa zupełnie zapomniała, iż to przez niego ma 
teraz kłopoty i że jeszcze niedawno była na niego wściekła. 

A może uda mi się zmienić wroga w sprzymierzeńca? pomyślała z nadzieją. 

On już polubił chłopca. Jeśli zrozumie, ile Nicky dla mnie znaczy, może zgodzi się 
nie  niepokoić  mnie  na  tak  długo,  aż  zdążę  wszystko  przemyśleć  i  zyskam  trochę 
czasu. Mack jest przecież rozsądnym człowiekiem. 

–  Nic  mi  nie  jest  –  uśmiechnęła  się  z  przymusem.  –  A  co  do  twojej 

propozycji, to… Muszę się nad tym zastanowić. 

– Rozumiem. – Mack skinął głową. Nie bardzo wierzył, że Marisa przestanie 

się  ukrywać,  ale  samo  to,  że  obiecała  przemyśleć  jego  słowa,  było  ogromnym 
sukcesem. 

– Właśnie przypomniałam sobie jeszcze jeden powód, dla którego cieszę się, 

ż

e włączyli światło – powiedziała Marisa. 

Za  jej  plecami  Nicky  pokładał  się  ze  śmiechu,  słuchając  pyszałkowatej 

background image

przemowy Ważniaka. 

– Masz na myśli coś jeszcze oprócz gorącej kąpieli i oglądania kreskówek? 

– Owszem. – Marisa głośno się roześmiała. – Jesteś głodny? 

– No pewnie. Jak zwykle zresztą. 

–  To  chodź  do  kuchni.  Włączymy  maszynkę  do  gofrów  i  zobaczymy,  co  z 

tego wyniknie. 

Marisa  nakarmiła  swoich  mężczyzn  górą  gofrów,  polanych  litrami  soku,  a 

potem  przyglądała  się  z  daleka,  jak  w  tajemnicy  przed  nią  majstrowali  coś  przy 
stole w kuchni. Zaaferowana mina Nicky'ego i jego gwałtowne protesty za każdym 
razem,  kiedy  matka  zbliżała  się  do  stołu,  przekonały  Marisę,  że  obaj  panowie 
szykowali jakiś prezent dla niej. 

Marisie zrobiło się ciepło na sercu na widok Macka, poświęcającego czas na 

zajęcia  z  małym  chłopcem.  Zmywała  naczynia,  porządkowała  kuchnię  i  udawała, 
ż

e nie słyszy konspiracyjnych szeptów i chichotów za swoimi plecami, chociaż tak 

naprawdę  podsłuchiwała  i  podglądała  z  ogromnym  zainteresowaniem  i  jeszcze 
większą radością. 

Mack odniósł na miejsce materac, który przez kilka ostatnich dni służył mu 

za posłanie, więc Marisa mogła wreszcie uporządkować pokój. Bolały ją plecy od 
spania z Nickym na twardej kanapie i cieszyła się, że wreszcie wyśpi się wygodnie 
we własnym łóżku. Zresztą zamknięcie Nicky'ego na noc w jego sypialni ułatwi jej 
przygotowanie prezentów od świętego Mikołaja. 

Marisa  zeszła  na  dół.  Udała,  że  nie  widzi  małej,  zapakowanej  w  papier 

paczuszki z wypisanym swoim imieniem, która podczas jej nieobecności pojawiła 
się  pod  choinką.  Jednakże  tajemnicze  miny  Nicky'ego  i  Macka  zmusiły  ją  do 
uśmiechu. 

Nicky  był  jeszcze  w  tym  wieku,  w  którym  dzieci  potrafią  się  cieszyć 

najmniejszymi nawet drobiazgami. Dlatego nie obawiała się już, że przygotowane 
domowym  sposobem  prezenty  rozczarują  chłopca.  Nabrała  tej  pewności,  kiedy 
Mack  pokazał  jej,  do  jakiej  świetności  udało  mu  się  doprowadzić  stare, zapyziałe 
sanki. Teraz już wiedziała, że piąte w życiu Nicky'ego Boże Narodzenie na zawsze 
pozostanie w pamięci chłopca jako absolutnie wyjątkowe i cudowne. Jednego tylko 
bała się panicznie: żeby nie było to ich ostatnie wspólne Boże Narodzenie. 

Resztę przedpołudnia spędzili wszyscy troje, grając w domino i w Czarnego 

Piotrusia  oraz  omawiając  przysmaki,  jakie  chcieliby  zobaczyć  na  świątecznym 

background image

stole.  Niestety,  nie  mieli  w  lodówce  tradycyjnego  indyka,  toteż  musieli  się 
zadowolić  wymyślaniem  znacznie  prostszych  potraw.  Potem  zdecydowali,  że 
trzeba się trochę przewietrzyć. 

Na  dworze  było  zimno,  ale  po  wielu  dniach  z  wiszącymi  nad  głową 

ołowianymi chmurami miło było znów poczuć na twarzy ciepłe promienie słońca. 

Z pomocą Macka Nicky ulepił „największego bałwana na całym świecie”, a 

potem razem z  mamą przyniósł drewno na opał, które Mack złożył na werandzie. 
W nagrodę za dobrze wykonaną pracę Marisa pokazała synkowi, jak się robi orły, i 
chwilę  później  nie  było  już  wokół  domu  ani  kawałka  nie  rozdeptanego  śniegu. 
Wreszcie Marisa uznała, że czas wracać do domu. 

–  Chodź,  Nicky.  Twoja  biedna  mama  zamarzła  na  kość.  –  Otrzepała  się  ze 

ś

niegu i weszła na werandę. 

– Jeszcze nie – marudził Nicky, który, jak wszystkie dzieci świata, niechętnie 

przerywał zabawę. – Ulepię tylko jeszcze jednego bałwana. 

– Nie psuj nam zabawy, mamusiu – przekomarzał się z nią Mack. 

– Jutro też jest dzień. – Marisa widziała, że Nicky jest zmęczony i śpiący, ale 

wiedziała  także,  iż  jest  uparty  i  że  trudno  zmusić  go  do  czegoś,  na  co  nie  ma 
ochoty.  Wymyśliła  więc  nowy  podstęp.  –  Wiesz,  synku,  zupełnie  zapomniałam. 
Nie  powiesiliśmy  jeszcze  twojej  skarpety.  Mikołaj  przyjdzie  w  nocy  i  nie  będzie 
miał w co włożyć prezentów. 

– O rany! – chłopiec bardzo się przestraszył. 

– Grasz nieuczciwie, co, mamusiu? – szepnął jej do ucha Mack. 

– Bardzo uczciwie – odgryzła się Marisa. – No, chodź już, Nicky. 

–  Ale  zawiesimy  taką  wielką  skarpetę,  dobrze,  mamusiu?  Największą,  jaką 

mamy! 

–  Może  Mack  pożyczy  ci  swoją.  –  Marisa  wzięła  synka  za  rękę  i 

poprowadziła go do domu. – On jest duży i ma ogromne stopy. 

– W moich stronach takie słowa uważane są za obraźliwe – mruknął Mack. 

Marisa poczuła na plecach uderzenie śniegowej kuli. Odwróciła się do swego 

prześladowcy. 

– O, ty podstępny kojocie! – zawołała. – Strzelasz w plecy? – A masz! 

background image

Mack  uchylił  się,  a  zaraz  potem  trafił  drugą  śnieżką  w  brzuch  Marisy. 

Chwilę  później  przed  domem  rozgorzała  prawdziwa  bitwa,  w  której  Nicky 
oczywiście  także  wziął  udział,  obdzielając  dorosłych  równymi  porcjami  białych 
pocisków. 

Marisa  chowała  się  za  drzewa  i  krzaki,  śmiejąc  się  przy  tym  tak  głośno,  aż 

dech  w  piersiach  jej  zapierało.  Mack  już  miał  ją  schwytać,  kiedy  dobrze 
wycelowana przez Nicky'ego kula trafiła go w kark i zimne kawałki śniegu wpadły 
Mackowi za kołnierz. 

–  Zdrajco!  –  wrzasnął  Mack,  a  uśmiech  miał  szeroki  jak  i  cały  Teksas.  – 

Lepiej uważaj… 

– Łap go, Nicky! – zawołała Marisa, zasypując wielkiego mężczyznę gradem 

ś

nieżek. 

Mack zasłaniał się obiema rękami i już, już zdawało się, że zaraz się podda, 

kiedy nagle wydał z siebie okropny ryk, rzucił się na Marisę i oboje wylądowali w 
sypkim śniegu. Uszczęśliwiony Nicky chichotał i podskakiwał, klaszcząc w ręce. 

– Ty zwariowany borsuku! – śmiała się Marisa. 

– Jak się pani będzie brzydko wyrażać, to zamknę panią w chlewiku – groził 

Mack, dusząc się ze śmiechu. 

–  Sadysta.  –  Marisa  uśmiechała  się  do  niego,  mrużąc  oczy  przed 

oślepiającym blaskiem słońca. 

– Czarownica – szeptał Mack. 

– Niegrzeczny chłopak – odparowała, jakby zapraszała go do całkiem innej 

zabawy. 

–  Dzika  kotka.  –  Uśmiechy  się  skończyły.  Mack  przywarł  ustami  do  warg 

Marisy.  

Ciepły  oddech  Macka  rozgrzał  jej  zziębniętą  twarz.  Krew  zawrzała  w  jej 

ż

yłach, a serce biło tak szybko jak nigdy przedtem. 

Mack przestał ją całować. Odsunął się powoli. Inny mężczyzna, pięcioletni, 

ukląkł obok Marisy. 

– Mack! – Zaczerwieniona buzia Nicky'ego wyrażała zdumienie. – Dlaczego 

całujesz moją mamusię?  

background image

– Bo lubię – odrzekł Mack, patrząc Marisie prosto w oczy. 

– Aha – westchnął Nicky. 

– Lepiej się odwróć, bo chcę to powtórzyć. 

Zanim  Marisa  zdążyła  zaprotestować,  zrobił  to,  co  powiedział.  Całował  ją 

tak mocno, że omal jej nie udusił i nie połamał żeber. Chwilę później podniósł siei 
pomógł  jej  wstać.  Otrzepał  ją  ze  śniegu,  poprawił  czapkę,  która  prawie  całkiem 
zsunęła się jej z głowy. 

– Ach, teraz już rozumiem! – rozpromienił się Nicky. – Najpierw się biliśmy, 

a teraz musimy się pocałować na zgodę! 

– No właśnie – potwierdził Mack domysły dziecka. 

– Ja tam nikogo nie będę całował – skrzywił się mały. 

–  Pewnie  mi  nie  uwierzysz,  kowboju  –  Mack  spojrzał  na  chłopca  i 

uśmiechnął się do niego – ale nie zawsze będziesz miał ochotę całować wyłącznie 
swojego konia. 

– Chodź, Nicky. – Marisa wzięła synka za rękę. – Trzeba się trochę ogrzać. 

– I powiesić skarpetę! 

–  No  właśnie.  –  Marisa  popatrzyła  na  Macka.  Stał  w  szerokim  rozkroku,  z 

rękami wbitymi w kieszenie kurtki. Nie spuszczał z niej oka. – Idziesz z nami? 

– Chyba zejdę zobaczyć, co z moim samochodem. 

– Nie wiem, czy to dobry pomysł – Marisa zmarszczyła czoło. 

– Pewnie nie – mruknął Mack. – Ale biorąc pod uwagę okoliczności, tylko to 

jest bezpieczne. 

–  Ach,  tak.  –  Ta  jawna  deklaracja  poruszyła  Marisę  do  głębi.  –  No,  cóż, 

wobec tego uważaj na siebie. 

– Czyżbyś się o mnie martwiła, księżniczko? – zakpił Mack. – Jeszcze mi to 

zawróci w głowie. 

–  Nie  ma  powodu,  Mahoney  –  odrzekła,  prowadząc  Nicky'ego  do  domu.  – 

Nie chciałabym tylko wyciągać z zaspy mojego palacza. Dlatego proszę cię, żebyś 
nie ryzykował. 

background image

– Tak jest, proszę pani. – Mack zasalutował i ruszył w dół. 

– Pamiętaj, że wcześnie robi się ciemno – zawołała za nin Marisa. 

– Idź do domu! – krzyknął Mack. – Na pewno wrócę. 

Marisa wsadziła Nicky'ego do wanny z ciepłą wodą, a sama próbowała jakoś 

odzyskać równowagę. Bardziej niż wy powiedziane przez Macka słowa poruszył ją 
ich  podtekst.  Nie  wiedziała,  czy  to,  co  im  się  przed  chwilą  przydarzyło,  byłe 
efektem  przymusowego  zamknięcia  w  odciętym  od  świata  domu  Paula,  czy  też 
może  początkiem  czegoś  wspaniałego.  Mieli  tyle  wspólnych  wspomnień.  Może 
naprawdę dałoby się naprawić wszystko, co zepsuli? 

Ale przecież ja tego wcale nie chcę, myślała zrozpaczona. Tamto jest już za 

nami  i  my  także  nie  jesteśmy  tymi  samym  ludźmi,  jakimi  byliśmy  dziesięć  lat 
temu.  A  może  oboje do  rośliśmy? Może teraz  moglibyśmy  stworzyć  razem  trwał; 
związek? Jednego jestem pewna: pragniemy siebie tak samo jak wtedy. 

Z  trudem  udało  jej  się  nakłonić  Nicky'ego,  żeby  zechciał  się  godzinkę 

zdrzemnąć. Stanęło na tym, że położyła się obol synka w jego nowym łóżeczku ze 
ś

wieżutką pościelą i opowiadała o tym, skąd się wzięło Boże Narodzenie i dlaczego 

to  święto  jest  dla  wszystkich  ważne.  Opowiadanie  o  aniołach  pasterzach  i  o 
dzieciątku leżącym w żłobie wkrótce uśpiła chłopca. Marisa cichutko wyszła z jego 
pokoju. Chciała wreszcie zrealizować marzenie o gorącej kąpieli. 

Od  razu  lepiej  się  poczuła,  kiedy  znalazła  się  w  pachnącej  ciepłej  pianie. 

Myślała przy tym o Maćku i o tym, jak by to było cudownie, gdyby… 

Przecież i bez romansu z Mackiem Mahoneyem mam dość kłopotów, zeźliła 

się  w  końcu  na  samą  siebie.  Mam  zapomnieć  o  tym,  dlaczego  się  tu  oboje 
znaleźliśmy?  Przestać  myśleć  o  ca  tym  świecie  tylko  dlatego,  że  Mack  wciąż  tak 
fantastycznie całuje? Te moje kaprysy! Zachciało mi się, żeby mnie ktoś przytulił, 
ż

eby  choć  na  chwilę  można  się  było  oprzeć  na  mocnym,  męskim  ramieniu.  I  do 

czego  mi  to  potrzebne?  Wszystko,  co  w  życiu  osiągnęłam,  zdobyłam  bez 
czyjejkolwiek pomocy, tłumaczyła sobie, wychodząc z wanny. 

Ubrała się w czyste dżinsy i kaszmirowy sweter w kolorze brzoskwini. Ani 

przez chwilę nie przestała analizować stanu swojej duszy. Wiedziała, że od nikogo 
nie jest  zależna  i  nikogo  nie  potrzebuje. Nie rozumiała  tylko,  dlaczego  wciąż  stoi 
przy oknie i z niecierpliwością wypatruje powrotu Macka. 

Zeszła  na  dół,  usiadła  przy  kominku  i  w  jego  cieple  suszyła  mokre,  lśniące 

włosy.  Były  już  prawie  suche,  kiedy  Mack  wreszcie  się  pojawił.  Policzki  miał 

background image

rumiane  od  mrozu  i  wysiłku,  a  twarz  zamyśloną,  jakby  rozważał  jakąś  sprawę  o 
fundamentalnym  znaczeniu.  Uśmiechnął  się  na  widok  otoczonej  chmurą  jasnych 
włosów twarzy Marisy. 

Nie  mogła  się  ruszyć  z  miejsca.  Bezradnie  patrzyła,  jak  Mack  się  do  niej 

zbliża, czuła jego zimne dłonie w swoich włosach… 

– Mój Boże, ależ ty jesteś piękna – westchnął Mack i znowu ją pocałował. 

– Nie rób tego więcej, Mahoney – powiedziała po chwili. Słowa były ostre i 

stanowcze, za to głos zdyszany i trochę za bardzo drżący. 

– Podobało ci się, co? – zapytał cicho, głaszcząc ją po policzku. 

–  Aż  za  bardzo  –  przyznała,  szczerze  zmartwiona.  –  Nie  możemy  jednak 

ulegać emocjom. 

– Zawsze mi powtarzałaś, że nie mam za grosz rozsądku. – Mack roześmiał 

się. 

– Choć raz spróbuj mi udowodnić, że tak nie jest, dobrze? – poprosiła. – Co z 

twoim dżipem? 

–  Tkwi  w  zaspie.  –  Mack  grzał  dłonie  przy  kominku.  –  Jeśli  taka  pogoda 

utrzyma  się  do  jutra,  to  spróbuję  go  odkopać.  Może  uda  mi  się  przyprowadzić 
samochód pod sam dom. 

–  Jasne.  –  Marisa  przygryzła  wargę.  Zrozumiała,  że  jeśli  Mackowi  uda  się 

ruszyć auto, to będzie to pierwszy zwiastun nieuchronnego pożegnania. Tak zwany 
„urlop” miał się zakończyć wcześniej, niż się tego spodziewała. – Pewnie zmarzłeś. 
Zrobić ci coś ciepłego do picia? 

– Oj, tak – zawołał Mack i poszedł za Marisą do kuchni. – A co to takiego? – 

zdziwił się, zauważywszy na kuchennym stole paczuszkę, którą Nicky tak starannie 
owijał  rano  papierem.  Teraz  pudełko  było  otwarte  i  puste.  –  A  to  półdiablę! 
Myślałem, że udało mi się wyperswadować mu te piórka! 

– Jakie znowu piórka? – zaniepokoiła się Marisa. 

– Jak by ci to powiedzieć, księżniczko? – Mack zrobił tajemniczą minę. – O 

nic nie pytaj. Chyba nie chcesz zepsuć chłopcu niespodzianki? 

– Pewnie, że nie – zaśmiała się Marisa. Postawiła na gazie czajnik z wodą i 

wyjęła z kredensu pudełko czekolady w proszku. – Bardzo ci jestem wdzięczna za 
to, że mu pomogłeś. 

background image

– To ja jemu powinienem być wdzięczny. – Mack był trochę zakłopotany. – 

Poczułem  się,  jakbym  był  w  krainie  czarów.  Wiesz,  nie  miałem  pojęcia,  że 
patrzenie na świat oczami dziecka może być takie wspaniałe. Ja sam już nie mogę 
się doczekać wizyty świętego Mikołaja. 

–  Wobec  tego  bardzo  się  cieszę,  że  tu  przyjechałeś  i  że  spędzisz  te  święta 

razem z nami – powiedziała szczerze wzruszona Marisa. 

– Ja też. – Stali naprzeciwko siebie, patrzyli sobie w oczy i oboje bardzo byli 

czymś  zawstydzeni.  Oboje  też  drgnęli,  kiedy  woda  się  zagotowała  i  czajnik 
zagwizdał.  Marisa  pospiesznie  nalała  wody  do  kubka,  rozmieszała  czekoladę/i 
podała kubek Mackowi. 

–  Pójdę  zobaczyć,  co  ten  twój  łobuziak  wyprawia  z  prezentem  dla  swojej 

mamy. 

– On jeszcze śpi. 

– W wigilię Bożego Narodzenia? Czy on w ogóle jest Amerykaninem? 

– No dobrze. – Marisa głośno się roześmiała. – Jeśli tak uważasz, to idź go 

obudzić. Zresztą i tak już długo śpi. Wieczorem za nic nie da się położyć do łóżka. 

–  W  porządku,  załatwione.  –  Mack  wyszedł  z  kuchni,  trzymając  w  ręku 

kubek gorącej czekolady. 

– Na kolację ugotuję zupę, dobrze? – zawołała za nim Marisa. 

– Dobrze. Zrób to, z czym jest najmniej kłopotu. 

Otwieranie  puszek,  rzecz  jasna,  nie  jest  najtrudniejszym  zadaniem,  jakie 

czeka człowieka na tej ziemi. W kilka chwil Marisa przygotowała zupę jarzynową 
z  koncentratu  i  postawiła  garnek  na  najmniejszym  płomieniu.  Mocowała  się  z 
puszką krakersów, kiedy Mack znów pojawił się w kuchni. 

–  Mam  nadzieję,  że  Nicky  nie  był  dla  ciebie  nieuprzejmy…  –  zaczęła 

Marisa, ale wyraz twarzy Macka sprawił, że słowa uwięzły jej w gardle. – Co się 
stało? 

– Nicky'ego nie ma w sypialni. 

–  Co  takiego?  –  Puszka  upadła  na  podłogę,  ale  Marisa  nawet  tego  nie 

zauważyła. – Musi tam być! 

– Tylko nie wpadaj w panikę. – Mack chwycił ją za ramię. – Na pewno jest 

background image

gdzieś w pobliżu. 

–  No,  oczywiście!  Masz  rację.  Nicky!  Chodź  tu  w  tej  chwili!  Zawsze 

mówiłam, że ten chłopak… – Marisa zajrzała do sieni i spostrzegła pusty wieszak. 
Minęła cała minuta, zanim na dobre dotarło do niej to, co zobaczyła. Buty i kurtka 
Nicky'ego zniknęły. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

– W garażu go nie ma. 

– A przy generatorze? 

– Też nie. 

Ciepło  ubrana  Marisa  drżała,  jakby  przenikało  ją  dotkliwe  zimno.  Zakryła 

usta dłonią, żeby nie krzyczeć z bezsilnej rozpaczy. 

Ś

nieg wokół domu był tak zdeptany, że nawet najlepszemu tropicielowi nie 

udałoby się odszukać śladów małego chłopca. 

– O Boże! Gdzie on może być? – łkała Marisa. – Nicky! 

– Nie mógł odejść daleko – pocieszał ją Mack. – Na pewno go znajdziemy. 

–  A  jeśli  wpadł  w  jakąś  głęboką  zaspę  i  nigdy  go  już  nie  odszukamy?  A 

może  zsunął  się  do  strumienia?  Mój  Boże!  Przecież  w  lesie  są  wilki.  To  twoja 
wina! – krzyczała histerycznie. – To przez ciebie tu przyjechaliśmy! Gdyby nie ty, 
Nicky byłby teraz bezpieczny w swoim domu! 

– Uspokój się, proszę… 

– Jak mam się uspokoić, kiedy mój syn zginął w tym okropnym lesie! Jak ja 

mogłam  do  tego  dopuścić?  Dlaczego  myślałam  o  tobie,  zamiast  opiekować  się 
dzieckiem! O mój Boże! Nigdy sobie tego nie wybaczę! 

– Dosyć! – Mack chwycił Marisę za ramiona i potrząsnął nią z całej siły. – 

Uspokój  się!  Albo  się  opanujesz i pomożesz  mi  go  szukać, albo  wracaj do domu. 
Nie będę tracić czasu na pocieszanie rozhisteryzowanej baby. Zrozumiałaś? 

Ostre  słowa  Macka  podziałały  jak  zimny  prysznic.  Marisa  natychmiast 

wzięła się w garść. 

– Zrozumiałam. 

–  Świetnie.  Twój  synek  jest  trochę  bardziej  samodzielny,  niż  powinien  być 

przeciętny  pięciolatek.  Moim  zdaniem,  wybrał  się  na  poszukiwanie  drugiego 
piórka, które było mu potrzebne do klipsów. Chciał ci je podarować na gwiazdkę. 

– Myślisz, że poszedł do zagajnika odnaleźć ptasie gniazdo? 

background image

– Tak mi się wydaje. 

Prawie biegli ścieżką przetartą w śniegu. Krzyczeli i nawoływali w nadziei, 

ż

e może Nicky ich usłyszy i odezwie się, zanim zdołają go zobaczyć. W lesie było 

prawie  ciemno  i  znacznie  chłodniej  niż  na  otwartej  przestrzeni.  Nawet  gdyby 
natrafili na ślad chłopca, to i tak mogliby go nie zauważyć. Dotarli do zagajnika, w 
którym  poprzedniego  dnia  Mack  wyciął  drzewo,  ale  tam  także  nie  znaleźli 
Nicky'ego. 

– O Boże! Gdzie on jest? – jęknęła Marisa. Gardło miała zdarte od krzyku, 

mimo to zawołała raz jeszcze. – Nicky! 

–  Mógłbym  przysiąc…  –  Mack  krążył  pomiędzy  drzewami,  szukając 

najmniejszego choćby śladu. Minę miał ponurą jak gradowa chmura. 

– Wracajmy. Jeszcze raz przeszukamy teren wokół domu. Będziemy musieli 

ś

ciągnąć  pomoc…  –  Marisie  głos  uwiązł  w  gardle,  kiedy  w  pełni  zdała  sobie 

sprawę  z  ogromu  grożącego  dziecku  niebezpieczeństwa.  Telefon  nie  działał,  a  w 
samochodzie Gwen, którym tu przyjechali, nie było telefonu komórkowego. Jedyna 
nadzieja  w  Maćku.  Będzie  musiał  odkopać  swego  dżipa  i  pojechać  po  pomoc  do 
najbliższego  miasteczka.  Ale  nawet  gdyby  udało  się  zawiadomić  i  przywieźć  na 
miejsce  drużynę  ratowniczą,  to  i  tak  nie  wiadomo,  czy  mały  chłopiec  zdołałby 
przetrwać noc w tak niskiej temperaturze. – Tak się boję, Mack. Co robić? 

– Znalazłem! – zawołał Mack. Stał pod ogromnym świerkiem i wypatrywał 

czegoś na ziemi. – Nicky na pewno tu był. Wygląda mi na to, że dzieciak wdrapał 
się  na  drzewo,  a  potem,  chcąc  wrócić  do  domu,  ruszył  w  złym  kierunku. –  Mack 
pokazał oniemiałej Marisie odciśnięty w śniegu ślad małych bucików. – Widzisz? 
Szedł tędy. 

– Dzięki Bogu! 

–  Zaraz  się  ściemni…  –  Mack  pogrzebał  w  kieszeniach  kurtki  i  wyciągnął 

stamtąd  małą  kieszonkową  latarkę.  –  Nie  wiem,  dlaczego  wcześniej  o  tym  nie 
pomyślałem – mruknął. Szedł przodem, torując Marisie drogę pomiędzy gałęziami, 
ani na chwilę nie spuszczając wątłego światła latarki ze śladów chłopca. 

–  Ależ  z  niego  twardy  zawodnik  –  mruczał  pod  nosem.  –  Powinien  się  już 

wreszcie zmęczyć… 

– Zaczekaj, Mack. – Marisa pociągnęła go za rękaw 

– Co… 

background image

–  Ciii!  –  Zatrzymała  się  i  uważnie  nasłuchiwała.  Zwyczajem  wszystkich 

matek  świata  natychmiast  rozpoznała  głoś  swego  dziecka.  Wyminęła  Macka  i  ze 
łzami  w  oczach  pognała  prosto  przed  siebie.  –  Nicky!  –  wołała.  –  Nie  ruszaj  się, 
synku! Już do ciebie idziemy! 

– Mariso, stój! – Mack pobiegł za nią, oświetlając latarki drogę. Na wszelki 

wypadek złapał ją za kurtkę. – Uważaj! 

Ale  Marisa  sama  się  zatrzymała  przed  rozciągającą  się  uje  stóp  czarną 

czeluścią.  Nie  wiedziała,  czy  ma  przed  sobą  półmetrowy  uskok,  czy  też 
kilometrową przepaść. Zamarła z przerażenia. 

– Nicky! Gdzie jesteś? Odezwij się, synku! 

– Tu jestem, mamusiu – zapiszczał z dołu dziecięcy głosik. 

Mack  oświetlił  latarką  czeluść.  Tak  długo  szukał,  aż  wreszcie  promień 

ś

wiatła  natrafił  na  jasną  główkę  chłopca.  Zbocze  opadało  pod  kątem  czterdziestu 

stopni.  Nicky  siedział  jakieś  dwa  metry  poniżej  poziomu,  na  którym  stali  Mack  i 
Marisa.  Kaptur  kurtki  zaczepił  mu  się  o  wystające  z  ziemi  nagie  korzenie  drzew. 
Dna rozpadliny nie dało się zobaczyć. Nie wiadomo było nawet, czy ona w ogóle 
ma jakieś dno. 

– Wyciągnijcie mnie stąd – pisnął Nicky, zwracając głowę w stronę światła. 

Na jego buzi widać było ślady łez. 

– Już po ciebie idę, kolego – powiedział Macki – Tylko się nie ruszaj. 

– Mack… – Marisa trzęsła się ze strachu. 

–  Weź  to.  –  Wcisnął  jej  w  rękę  latarkę  i  zrzucił  z  siebie  kurtkę.  Najpierw 

dokładnie obejrzał zbocze, a potem bez słowa zdjął z szyi Marisy szalik i zawiązał 
go sobie na przegubie. Miał nadzieję, że szalik i jego metr dziewięćdziesiąt wzrostu 
wystarczą, żeby dosięgnąć chłopca. – To będzie nasza lina ratunkowa. Trzymaj za 
drugi koniec, dobrze? Spróbuję się podczołgać do Nicky'ego. 

– Dobrze – wyszeptała Marisa. –Tylko uważaj. 

– Drobiazg. – Mack przerzucił nogi poza krawędź zbocza i powoli zsunął się 

na dół. 

Marisa uklękła na śniegu. Jedną ręką oświetlała latarką zbocze, a w drugiej z 

całej siły ściskała szalik. 

– Nie ruszaj się, synku – poprosiła. – Mack zaraz cię stamtąd wyciągnie. 

background image

– Dobrze, mamusiu. Zabłądziłem, wiesz. Naprawdę nie chciałem, ale zrobiło 

się ciemno. Bardzo jesteś na mnie zła? 

– Później o tym porozmawiamy, kochanie. 

Ostrożnie,  chwytając  się  korzeni,  Mack  podsunął  się  blisko  Nicky'ego. 

Marisa leżała teraz na brzuchu. Wyciągała ręce najdalej, jak mogła, przedłużając w 
ten sposób króciutką linę ratunkową. 

– Rób dokładnie to, co Mack ci każe, dobrze, synku? 

– Dobrze, mamusiu. 

–  Już  jestem,  kowboju.  –  Mack  stanął  na  grubym,  wystającym  z  ziemi 

korzeniu.  Jedną  ręką  chwycił  chłopca  wpół,  a  drugą  wyplątał  uwięzioną  w 
plątaninie korzeni kurtkę Nicky'ego. – Wspinaj się na górę. Ja pójdę za tobą. 

–  Dobra.  –  Nicky  z  wysuniętym  na  wierzch  językiem  na  czworakach 

wdrapywał  się  pod  górę.  Mack  popychał  go,  pomagając  zziębniętemu  dziecku 
przebyć tę ogromną jak na jego możliwości przestrzeń. 

Marisa wzięła latarkę w zęby. Wysunęła wolną rękę najdalej, jak mogła, aż 

wreszcie  udało  jej  się  chwycić  w  garść  kurteczkę  Nicky'ego.  Wyciągnęła  go  na 
ś

cieżkę  z  siłą,  której  sama  się  po  sobie  nie  spodziewała,  i  posadziła  chłopca  na 

ś

niegu. 

– Ale było fajnie! Wiesz, mamusiu… 

Marisa wyjęła z ust latarkę i położyła ją obok Nicky'ego. 

– Zamilcz, młody człowieku, i nie waż mi się ruszyć – powiedziała do niego 

tonem  tak  ostrym,  że  mały  przyjrzał  się  jej  szczerze  zdziwiony.  Ale  polecenie 
wykonał. 

Marisa  raz  jeszcze  nachyliła  się  nad  przepaścią.  W  słabym  świetle  latarki 

niewiele było widać. 

– Tu jestem, Mack – zawołała. – Daj mi rękę. 

–  Nie  trzeba.  Sam  sobie  poradzę.  –  Podciągnął  się,  ale  noga,  ku  wielkiemu 

zdziwieniu Macka, zsunęła się po śliskiej powierzchni. 

– Mack! – krzyknęła przerażona Marisa, wychylając się najdalej, jak mogła. 

– Złap mnie za rękę! 

Podciągnął  się  na  rękach,  na  kolanach.  Już  tylko  centymetry  dzieliły  go  od 

background image

wyciągniętej  dłoni  dziewczyny.  Ich  palce  musnęły  się,  rozdzieliły,  a  w  końcu 
zwarły  w  mocnym  uścisku.  Z  pomocą  Marisy  Mack  wydostał  się  ze  szczeliny. 
Położył się na śniegu i dyszał ciężko. 

– Dzięki – wysapał. 

Dopiero  teraz  Marisa  chwyciła  w  ramiona  Nicky'ego  i  z  całej  siły  go  do 

siebie  przytuliła.  Wszyscy  troje  odpoczywali  chwilę.  Mack  kichnął,  a  Marisa 
natychmiast zaczęła gderać. 

–  Boże  wielki,  co  my  tu  właściwie  robimy?  Po  co  to  siedzieć  w  śniegu  jak 

stado  pingwinów?  Oddaj  mi  szalik,  Mack.  I  włóż  kurtkę,  zanim  się  przeziębisz. 
Czy nic cię nie boli, synku? Stopki i paluszki w porządku? 

– W porządku, mamusiu. Tylko strasznie chce mi się jeść. 

Teraz  Marisa  przejęła  dowodzenie.  W  kilka  chwil  postawiła  całe 

towarzystwo na nogi. Mack wziął Nicky'ego na barana i podążył w stronę domu za 
Marisą, która oświetlała im drogę. 

– Też sobie wymyśliłeś wigilijną wycieczkę, kowboju – odezwał się Mack. 

–  Zabłądziłem  –  przyznał  chłopiec,  kurczowo  trzymając  się  swego 

ogromnego wierzchowca. 

– Najważniejsze, że nie panikowałeś. To ci się chwali. 

– Przecież mamusia powiedziała mi, co robić, kiedy się zabłądzi. 

– Ciekawe, nic o tym nie wiem – wtrąciła się Marisa. 

– Zapomniałaś? – obruszył się Nicky. – Tak jak w tym twoim opowiadaniu. 

Gwiazda mnie prowadziła. 

 

 

 

– Pewnie teraz Mikołaj do mnie nie przyjdzie – westchnął Nicky. 

Mack  wycierał  wyjętego  z  ciepłej  kąpieli  malca.  W  łazience  było  wciąż 

duszno od pary. 

–  A  to  dlaczego,  kowboju?  –  zapytał  także  wymyty  i  jeszcze  nie  ubrany 

background image

Mack. 

– Bo byłem dzisiaj niegrzeczny – westchnął chłopiec. 

–  Mamusia  bardzo  się  o  ciebie  bała  –  stwierdził  Mack.  Pomógł  dziecku 

włożyć ciepłą piżamkę. – Widzisz, Nicky, nawet kowbojom nie wolno zapominać 
o ludziach, którzy ich kochają. 

– Tak, wiem. Pewnie jest na mnie wściekła, co? 

–  Wściekła  nie  jest.  –  Mack  ubrał  się  w  dres,  po  czym  uczesał  i  siebie,  i 

Nicky'ego.  –  Ale  musisz  zawsze  dobrze  się  zastanowić,  zanim  zrobisz  coś,  co 
mogłoby sprawić innym przykrość. 

Po  tych  słowach  poczuł  się  nieswojo.  On  sam  przecież  także  sprawił 

przykrość Marisie. Nawet więcej niż przykrość. 

– Czasami się o tym zapomina, prawda, Mack? 

–  To  fakt.  A  czasem  znowu  wydaje  nam  się,  że  to,  co  robimy,  jest  rzeczą 

konieczną. O ile wiem, ty też nie chciałeś nikomu sprawiać kłopotu. Zależało ci na 
tym, żeby klipsy mamy były najpiękniejsze na całym świecie. Powiedz mi, czy ta 
przygoda czegoś cię nauczyła? 

– Nauczyła. Teraz już wiem, że jeśli wyjdę z domu bez pozwolenia, to może 

się to źle skończyć. 

–  Całe  szczęście,  że  nikomu  nic  złego  się  nie  stało.  A  ponieważ  już  wiesz, 

czego  nie  wolno  ci  więcej  robić,  to  mama  pewnie  też  się  przestanie  gniewać. 
Zwłaszcza jeśli jeszcze raz ją przeprosisz. 

– Przeproszę ją nawet sto razy! 

–  Raz  wystarczy.  –  Mack  uśmiechnął  się.  –  A  teraz  zapakujemy  ten  jej 

prezent i położymy go z powrotem pod choinką. Założę się, że Mikołaj jednak do 
ciebie przyjdzie. 

– Tak myślisz? 

– No pewnie. A teraz idziemy na kolację. Jestem głodny jak wilk. 

–  Ja  też  –  przyznał  chłopiec,  spoglądając  przy  tym  tęsknym  wzrokiem  na 

ogromne skarpety Macka. 

–  W  końcu  nie  powiesiłeś  skarpety,  co,  kowboju?  –  domyślił  się  Mack.  – 

Chcesz pożyczyć jedną ode mnie? 

background image

– Tak. – Nicky ochoczo skinął główką. – One są takie wielkie! 

–  Dobrze.  –  Mack  wręczył  chłopcu  skarpetę  z  czerwonym  paskiem.  – 

Najpierw ją zawiesimy, a potem pójdziemy coś zjeść. 

Kiedy zaczęli się spierać, czy należy powieść skarpetę na gwoździu, czy też 

może wystarczy pinezka, w pokoju pojawiła się Marisa. 

–  Co  wy  wyprawiacie?  –  zapytała,  patrząc  podejrzliwie  na  Macka,  który 

jedną nogę miał bosą. 

–  Tutaj  ją  powieszę,  mamusiu!  –  Uszczęśliwiony  Nicky  stał  przy  kominku, 

trzymając w ręku skarpetę. – Mack powiedział, że mogę. Ale może Mikołaj wcale 
w tym roku nie przyjdzie. Jeśli zabłądzi… 

– Przyjdzie, przyjdzie – zapewnił chłopca Mack.  

Marisa tak  jakoś  dziwnie na niego popatrzyła,  a potem  podeszła do  synka i 

pomogła mu umocować skarpetę na drewnianym obramowaniu kominka. 

– Nie martw się – powiedziała. – Na pewno nas znajdzie. W końcu mieszka 

na  biegunie  północnym,  więc  taka  odrobina  śniegu  z  całą  pewnością  mu  nie 
przeszkodzi. 

–  Tak  cię  kocham,  mamusiu!  –  Nicky  zarzucił  Marisie  rączki  na  szyję  i 

mocno  się  do  niej  przytulił.  –  Bardzo  mi  przykro.  Naprawdę  nie  chciałem  cię 
przestraszyć. 

Ach, ty mały komediancie! pomyślał Mack, widząc, jak Marisa rozpływa się 

ze szczęścia od pocałunków chłopca. Przytuliła synka, a potem usiadła na kanapie, 
posadziła go sobie na kolanach i o czymś z nim szeptem rozmawiała. 

Nicky'emu jego przygoda w najmniejszym nawet stopniu nie zaszkodziła, za 

to  Marisę  przeżycia  ostatnich  kilku  godzin  wiele  kosztowały.  Było  to  po  niej 
widać,  mimo  że  nie  chciała  dać  poznać  po  sobie,  jak  bardzo  bała  się  o  swoje 
dziecko.  Oczy  miała  podkrążone,  a  twarz  smutną,  mimo  że  uśmiechała  się  do 
synka.  Mack  pomyślał  ze  współczuciem,  że  wychowywanie  dziecka  to  ciężka  i 
wyczerpująca  praca.  Potem  przypomniał  sobie,  jak  Nicky  się  do  niego przytulił, i 
zaraz  przyszło  mu  na  myśl,  że  za  tę  ciężką  pracę  otrzymuje  się  jednak  godziwą 
zapłatę. 

Na  kolację  była  zupa  jarzynowa  z  krakersami,  a  na  deser  –  budyń 

czekoladowy. Potem Mack pomógł Nicky'emu zapakować klipsy, dołożył drew do 
kominka,  a  w  końcu  znalazł  w  telewizji  stację,  na  której  nadawano  kolędy. 

background image

Wreszcie rozparł się wygodnie w fotelu i słuchał, jak Marisa czyta synkowi bajkę. 
Jej  cichy  głos  i  emocjonujące  przeżycia  całego  dnia  sprawiły,  że  Nicky  wkrótce 
zasnął w objęciach matki. 

–  Trzeba  by  tego  małego  kowboja  położyć  do  łóżka  –  powiedział  Mack, 

podchodząc do siedzącej na kanapie pary. – Zaniosę go na górę. 

Ku  jego  ogromnemu  zdziwieniu  Marisa  nie  zaprotestowała,  kiedy  wziął 

Nicky'ego na ręce. Tyle tylko, że poszła za nim do największej sypialni gościnnej, 
którą chłopiec sam sobie wybrał. 

– Mamusiu – mruknął jeszcze Nicky, gdy Mack układał go w wielkim łożu, 

stanowczo  za  dużym  dla  takiego  małego  chłopczyka.  –  Czy  mogę  jutro  wstać 
bardzo wcześnie? Taki jestem ciekaw, co mi przyniesie Mikołaj… 

–  Możesz  wstać,  jak  tylko  się  obudzisz,  kochanie.  –  Marisa  pocałowała 

dziecko w czoło. – Dobranoc, mój skarbie. 

–  Dobranoc.  –  Mały  zwinął  się  w  kłębek  pod  ciepłą  kołderką.  –  Wesołych 

ś

wiąt, Mack. 

– Wesołych świąt, kolego. – Mack popatrzył na Marisę, ona na niego i oboje 

w  tej  samej chwili  się  do  siebie uśmiechnęli. Mack poczuł  się tak  szczęśliwy, jak 
chyba nigdy dotąd, 

– O której zwykle przychodzi święty Mikołaj? – zapytał, kiedy schodzili ze 

schodów. – Bardzo bym chciał zobaczyć minę Nicky'ego. 

– Mały jest zmęczony. Nie zdziwię się, jeśli pośpi nawet do szóstej. A może 

nie. W zeszłym roku obudził się o wpół do trzeciej w nocy. 

– Niemożliwe! 

– Z nim nigdy nic nie wiadomo. Na wszelki wypadek zawsze kładę prezenty 

pod choinkę, jak tylko położę go spać. 

– Ty tu rządzisz, mamusiu. Idę po sanki. 

Marisa upchnęła w zawieszonej nad kominkiem skarpecie wszystko, co tylko 

udało się tam zmieścił, a resztę rzeczy ułożyła pod choinką. Czerwone sanki bardzo 
jej się spodobały. Mack pamiętał nawet o tym, żeby przymocować do nich solidną 
nylonową linkę. 

–  Ależ  one  piękne!  –  zawołała.  –  Bardzo  ci  dziękuję.  Nicky  będzie 

zachwycony. 

background image

– Tak myślisz? 

– Na pewno! Postaw je tutaj, pod choinką. 

Mack  ustawił  sanki  dokładnie  w  tym  miejscu,  które  mu  Marisa  wskazała. 

Podziwiał,  jak  pięknie  wyeksponowała  końską  głowę  na  patyku  i  wspaniały  pas 
kowbojski,  z  jakiego  każdy  mały  chłopiec  byłby  dumny.  Pomiędzy  nimi  ułożyła 
wypchaną do granic możliwości skarpetę, udekorowaną czerwoną chusteczką. 

– Prezentuje się nieźle – stwierdziła, spoglądając raz jeszcze na piętrzącą się 

pod choinką stertę. 

–  Mam  nadzieję,  że  Nicky  nie  wymarzył  sobie  czegoś,  czego  tu  akurat 

brakuje. Pamiętam… Kiedyś tak bardzo chciałem dostać koparkę… 

–  Będzie  taki  uszczęśliwiony,  że  nawet  mu  do  głowy  nie  przyjdzie,  żeby 

jeszcze o czymś myśleć. Poza tym w skarpecie jest takie małe pudełko, a w środku 
talon  na  zabawki.  Mikołaj  zafundował  mojemu  synkowi  wycieczkę  do  sklepu  z 
zabawkami. Po zakupy bez żadnych ograniczeń! 

– Bardzo sprytne – pochwalił Mack. 

–  Jak  się  ma  dziecko,  trzeba  także  mieć  pomysły  –  odrzekła  radośnie,  ale 

głos jej się załamał, a dłonie zadrżały. – Boże mój! Mogłam go przecież stracić. 

–  Przecież  nic  złego  się  nie  stało.  Uśmiechnij  się.  Jutro  Boże  Narodzenie. 

Cały dzień będziecie razem… 

– Boję się o następne Boże Narodzenie. Mogą mi go przecież zabrać. 

Po  raz  pierwszy  w  życiu  Mack  poczuł  się  winowajcą.  To  on  był 

odpowiedzialny  za  rozpętanie  burzy,  która  mogła  doprowadzić  do  oddania 
Nicky'ego jego  naturalnej  matce,  zupełnie  obcej dla  chłopca osobie.  Jeszcze kilka 
dni  temu  Mack  zignorowałby  tę  myśl.  Stwierdziłby  co  najwyżej,  że 
sprawiedliwości  stało  się  zadość,  i  prędko  o  całej  sprawie  zapomniał,  ale  tego 
wieczora myśli gryzły go jak pchły. 

– Naprawdę nie wiem, co powiedzieć. – Zwiesił głowę. 

– Może lepiej nic nie mów, tylko słuchaj. Chciałabym cię przeprosić. 

– Za co? 

–  Dziś  po  południu,  kiedy  Nicky  się  zgubił,  nagadałam  ci  mnóstwo 

paskudnych  rzeczy.  Chcę,  żebyś  wiedział,  że  ja  tak  nie  myślę  i  bardzo  cię 

background image

przepraszam. – Zagryzła wargi. – Tak ogromnie się bałam, Mack. Bogu dzięki, że z 
nami jesteś. Sama na pewno nie znalazłabym Nicky'ego, a nawet gdyby, to i tak nie 
dałabym rady go wyciągnąć. 

–  Na  pewno  byś  sobie  poradziła  –  zaoponował  Mack.  –  Obserwuję  cię  już 

kilka  dni.  Wiem,  że  jesteś  zdolna  do  wszystkiego  i  nic  nie  może  ci  stanąć  na 
drodze. 

–  Cieszę  się,  że  nie  musiałam  sobie  radzić  sama.  Bardzo  wiele  dla  mnie 

zrobiłeś. Nigdy ci tego nie zapomnę. Dziękuję, że jesteś. 

– To naprawdę nic wielkiego – protestował zawstydzony Mack. 

– Dla mnie to bardzo ważne. – Usta jej zadrżały, a po policzkach potoczyły 

się  dwie  ogromne  łzy.  –  Nie  masz  pojęcia,  jak  to  jest,  kiedy  człowiekowi  wydaje 
się, że stracił kogoś, kogo kochał ponad własne życie. 

–  To  akurat  wiem  bardzo  dobrze.  –  Mack  z  trudem  wydobywał  z  siebie 

słowa. – Przecież straciłem ciebie. Zapomniałaś? 

Oboje  milczeli  przez  chwilę,  aż  w  końcu  Marisa  rzuciła  mu  się  na  szyję. 

Tulili się do siebie i całowali bez opamiętania. 

– Przepraszam, Mack – chlipała Marisa. – Tak mi przykro. 

–  Daj  spokój.  –  Mack  sam  poczuł  w  kącikach  oczu  zdradziecką  wilgoć.  – 

Bardzo cię proszę, przestań. 

–  Przepraszam,  przepraszam  –  powtarzała  w  kółko.  –Wiem,  że  cię 

skrzywdziłam, ale ja także cierpiałam. 

–  Zapomnijmy  o  dawnych  dziejach.  Oboje  byliśmy  zbyt  młodzi  i  zbyt 

niecierpliwi, żeby wiedzieć, ile naprawdę dla siebie znaczymy. 

Mack całował Marisę, czuł cudowny zapach jej włosów i drżenie wtulonego 

w niego ciała… 

– Zabijesz mnie kiedyś, dziewczyno – westchnął. 

– No to gińmy razem. 

– Jestem taki wygłodniały, że resztkami się nie zadowolę – ostrzegł ją Mack. 

– Zresztą… Nie jestem przygotowany. 

– Nie martw się. Nic złego się nie stanie – zapewniła go. 

background image

– Wolałbym nie ryzykować. 

–  Tak  bardzo  cię  pragnę  –  szepnęła  Marisa.  –  Tak  bardzo  chcę,  żebyśmy 

znów  byli  razem.  Och,  Mack…  Tyle  lat  na  ciebie  czekałam!  Strasznie  się 
stęskniłam… 

To szczere wyznanie uwolniło Macka od wszelkich skrupułów, sprawiło, że 

bez  namysłu  poddał  się  długo  tłumionej  pasji.  Marisa  także  nie  pozostała  mu 
dłużna.  Zwarli  się  w  namiętnym  uścisku,  w  długim  i  słodkim  pocałunku.  Włosy 
Marisy  okrywały  ich  oboje  jak  delikatna,  złota  peleryna.  Ta  dziewczyna  była  dla 
Macka  całym  światem.  Tylko  o  niej  myślał,  tylko  jej  pragnął  przez  całe  dziesięć 
pustych i pozbawionych sensu lat. 

Kochali  się  jak  szaleni,  tańczyli  w  odwiecznym,  starym  jak  świat  rytmie, 

tulili  się,  ściskali  i  byli  szczęśliwi.  W  ostatnim  przebłysku  świadomości  Mack 
pomyślał,  że  gdyby  w  tej  chwili  rozstąpiła  się  ziemia  i  na  zawsze  go  pochłonęła, 
zginąłby jako człowiek szczęśliwy. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

– Jeśli się stąd zaraz nie wyniesiemy, to święty Mikołaj dostanie zawału. 

– Mhm – mruknął Mack, ale nawet palcem nie kiwnął. 

– Zaziębisz się. – Marisa tkliwie głaskała nagie, mokre od potu plecy Macka. 

– Mam poważniejsze zmartwienia na głowie. 

– Na przykład jakie? 

– Na przykład takie, jak to zrobić, żeby zdążyć cię zanieść do łóżka, zanim 

znowu zacznę się z tobą kochać. 

Marisie  ze  szczęścia  odebrało  głos.  Zresztą  i  tak  zabrakłoby  jej  stów  na 

opisanie  tego,  jak  wspaniale  się  czuła  w  ramionach  ukochanego  mężczyzny, 
którego  ani  na  chwilę  nie  przestała  kochać  i  którego  będzie  darzyć  miłością  do 
końca  życia.  Wreszcie  zrozumiała,  skąd  wzięła  się  ich  wzajemna  wrogość. 
Podświadomie  czuła,  że  wobec  Macka  Mahoneya  jest  bezbronna  jak  nowo 
narodzone dziecko, że jeśli nie odgrodzi się od niego solidnym murem nienawiści, 
to  ich  spotkanie  po  latach  znowu  skończy  się  w  łóżku.  Zapieranie  się  miłości  do 
tego człowieka, bezmiaru czułości, jaką owijała każdą myśl o nim, było tak samo 
rozsądne, jak zapieranie się samej siebie. A przecież przez dziesięć lat tego właśnie 
usiłowała dokonać. Nawet jej związek z legalnie poślubionym mężem zabarwiony 
był żalem i tęsknotą za Mackiem. 

No  cóż,  nie  da  się  cofnąć  czasu,  myślała  Marisa.  Dziesięć  lat  temu  oboje 

popełniliśmy mnóstwo błędów. Byłam wtedy młodą, niedoświadczoną dziewczyną. 
Teraz  jestem  zupełnie  inna.  Stałam  się  kobietą,  zahartowaną  przez  upływ  czasu  i 
przeciwności  losu.  Wiem  już,  jak  walczyć  o  to,  czego  naprawdę  chcę.  I  wiem 
także,  czego  chcę.  Nade  wszystko  na  świecie  pragnę  spędzić  resztę  życia  z 
mężczyzną,  którego  kocham.  Na  pewno  jest  na  to  jakiś  sposób  i  ja  ten  sposób 
znajdę. To będzie moje świąteczne postanowienie, umówiła się sama ze sobą. 

– Zimno ci? – zapytał Mack, bo poczuł, że Marisa zadrżała. 

–  Wprost  przeciwnie  –  wyszeptała,  a  zaraz  potem  pocałowała  go  w  usta. 

Uwielbiała to i nigdy nie miała dosyć. 

– Dokąd nas to zaprowadzi? – zapytał, kiedy oderwali się od siebie. 

background image

Marisa  doskonale  wiedziała,  do  jakiego  stadium  chciałaby  doprowadzić  ich 

związek,  dlatego  pytanie  Macka  bardzo  ją  zabolało.  Wysunęła  się  z  jego  objęć,  a 
Mack  jej  na  to  pozwolił.  Zupełnie  bezwstydna  w  swej  nagości,  oświetlona 
pomarańczowozłotym blaskiem ognia z kominka, zebrała z podłogi ubranie. 

– Nie wiedziałam, że jesteś podszyty tchórzem, Mahoney. 

–  Ano  jestem  –  przyznał  Mack,  wciągając  na  siebie  spodnie od  dresu. –  Są 

rzeczy, których boję się bardziej niż ognia piekielnego. 

Takiego  wyznania  Marisa  mogła  się  spodziewać  od  wszystkich,  ale  nie  od 

Macka Mahoneya. Ucieszyła się, bo w głębi duszy czuła, że jest to jego pierwszy 
krok na właściwej drodze. 

–  Jak  mnie  lepiej  poznasz,  przekonasz  się,  że  nie  jestem  taka  straszna  – 

uśmiechnęła się do niego. 

Odwróciła  się  na  pięcie  i  ruszyła  schodami  na  górę.  Usiłowała  wyobrazić 

sobie, co też widzi teraz Mack. Wiedziała, że jest pociągająca, uwodzicielska i że 
ma w sobie niezwykłą moc. 

Wcale nie była zdziwiona, kiedy Mack wszedł do jej pokoju. Za to Mackowi 

nie  udało  się  ukryć  zdumienia.  Marisa  czekała  na  niego,  siedząc  po  turecku  na 
zasłanym świeżą pościelą łóżku. 

– W samą porę – pochwaliła go. 

Omal  nie  wybuchnęła  śmiechem  na  widok  rumieńca  na  twarzy  tego 

doświadczonego mężczyzny. 

– Nie igraj z ogniem, kobieto – mruknął Mack. 

– Wcale się nie boję – odrzekła. – Zamknij drzwi na klucz, dobrze? 

 

 

 

– Był już? 

– No pewnie! Pospiesz się! – wołał Nicky. 

Mack  wreszcie  się  obudził.  Wyciągnął  rękę,  żeby  przytulić  leżącą  obok 

niego kobietę. Łóżko było puste. Trochę go zaskoczyło, że nie znalazł Marisy tam, 

background image

gdzie  być  powinna,  ale  zaraz  uśmiechnął  się,  przypomniawszy  sobie  wydarzenia 
minionej  nocy.  Zamiast  Marisy  przytulił  do  siebie  jej  poduszkę  i  wdychał  słodki 
zapach perfum. Znów poczuł pragnienie. 

– Zejdź na dół, kochanie. Zaraz do ciebie przyjdziemy – powiedziała Marisa 

przez drzwi. 

Potem Mack usłyszał na schodach tupot nóżek, a za chwilę poczuł na swoich 

ramionach dłonie Marisy. 

– Wstawaj, śpiochu. Mikołaj już był. 

Złapał ją wpół i rzucił na łóżko. 

–  Gdyby  się  ludzie  dowiedzieli,  jaki  z  ciebie  pieszczoch,  Mahoney,  twoja 

reputacja bardzo by wówczas ucierpiała – roześmiała się Marisa. 

– Spróbuj się wygadać – postraszył ją. 

– Twoje sekrety są dla mnie święte. – Oczy jej się śmiały. – Pod warunkiem, 

ż

e zrobisz wszystko, co ci każę. 

– Chyba nie bardzo podoba mi się ten pomysł. 

–  Mogłabym  wymyślić  coś,  co  na  pewno  ci  się  spodoba.  –  Spojrzała 

znacząco  na  usta  Macka.  –  Ale  nie  teraz.  Nicky  na  nas  czeka.  Musimy  obejrzeć 
prezenty. 

– Ja już dostałem prezent. 

–  Ja  też  –  powiedziała  cicho  Marisa  i  czule  pocałowała  Macka  w  czoło.  – 

Tylko  Nicky  jeszcze  niczego  nie  dostał.  No,  chodź,  guzdrało!  Mówiłeś,  że 
chciałbyś to zobaczyć. 

Odepchnęła go lekko, wstała i poprawiła szlafroczek. 

– Na pewno nie opuszczę takiego widowiska. – Mack usiadł na brzegu łóżka 

i ziewnął. – A w ogóle, to która godzina? 

–  Prawie  wpół  do  szóstej.  –  Roześmiała  się,  słysząc  jego  głuchy  jęk. 

Podeszła do drzwi, ale jeszcze raz się do niego odwróciła. – Ja już idę. Wolałabym, 
ż

eby Nicky nie domyślił się, że spałeś w moim pokoju. Mógłby to źle zrozumieć… 

Mack  wiedział,  iż  Marisa  ma  rację,  że  muszą  narzucić  sobie  pewne 

ograniczenia. Ich związek nie mógł w żaden sposób wpłynąć na życie niewinnego 
dziecka. 

background image

– Oczywiście – zgodził się. – Przyjdę za chwilę. 

Mack  ubierz  się  szybko,  bijąc  się  jednocześnie  z  własnymi  myślami.  Na 

razie  jeszcze  nie  miał  ochoty  roztrząsać  motywów  swego  postępowania  ani 
zastanawiać się nad tym, co może mu przynieść najbliższa przyszłość. Po tym, jak 
namiętnie  kochali  się  w  nocy,  łatwo  mógł  poznać,  że  zarówno  on,  jak  i  Marisa 
musieli rozładować napięcie, jakie narosło w ciągu kilku ostatnich dni, jeśli nie w 
ciągu  ostatnich  dziesięciu  lat.  Pasowali  do  siebie  idealnie.  Mack  nie  wiedział 
jeszcze  tylko,  czego  naprawdę  oczekiwała  od  niego  Marisa.  Nic  dziwnego.  Nie 
wiedział nawet,  czego on  sam  chce,  poza tym,  żeby  znów jak  najszybciej  mieć  ją 
przy sobie. 

Ochlapał twarz i ręce zimną wodą. Spojrzał prosto w oczy odbijającemu się 

w lustrze facetowi. 

Nie chodzi tylko o wspaniały seks, pomyślał. Tego jestem absolutnie pewien. 

Nie wiem, jak ułożą się między nami sprawy zasadnicze. A może jutro rano oboje 
stwierdzimy, że przyśnił nam się wspaniały, erotyczny, świąteczny sen? 

Jak oparzony wyskoczył z łazienki i zbiegł po schodach na dół. Zupełnie nie 

miał pojęcia, co myśleć o całej tej sytuacji, ale przynajmniej raz w życiu pozwolił 
sobie  pozostawić  wszystkie  głupie  pytania  bez  odpowiedzi.  Pragnął  mieć  choć 
jeden dzień-niespodziankę, dzień pełen radości i szczęścia. Nie był głupcem, żeby 
zrezygnować z tego wspaniałego daru, jaki dostał od życia. 

–  Chodź  tu,  Mack!  Zobacz,  co  mi  przyniósł  święty  Mikołaj!  – 

Uszczęśliwiony Nicky podbiegł do schodów, złapał Macka za rękę i pociągnął go 
w stronę choinki. – Koniecznie musisz to zobaczyć! 

–  O,  rany,  kowboju!  Dlaczego  tak  się  cieszysz?  Czyżby  dzisiaj  było  Boże 

Narodzenie? 

–  Pewnie,  że  tak!  –  Nicky  usiadł  na  sankach,  a  linkę  chwycił  tak,  jakby 

trzymał w dłoniach lejce. – Popatrz! Najprawdziwsze na świecie sanki! W dodatku 
czerwone! Marzyłem o czymś takim. Nie wiem, skąd Mikołaj się o tym dowiedział. 

– On ma swoje sposoby – uśmiechnął się Mack. Był uszczęśliwiony i dumny 

z tego, że chłopcu spodobały się sanki, które w końcu były jego dziełem, a już na 
pewno jego pomysłem. Usiadł obok Marisy, objął ją, a ona przysunęła się do niego. 
Właściwie nawet przytuliła. 

–  Czy  mogę  je  zaraz  wypróbować?  –  zapytał  błagalnie  Nicky,  który  ani 

myślał rozstawać się ze swoimi czerwonymi sankami. – Proszę. 

background image

– Przecież jeszcze nie rozwidniło się na dobre – zaprotestowała Marisa. 

– Ale mamusiu… 

–  Posłuchaj,  kolego  –  wtrącił  się  Mack.  –  Zjemy  śniadanie,  a  potem 

pokażemy twojej mamie, co potrafimy. Pasuje? 

– Pasuje! Obiecujesz? 

– No pewnie. Zobaczmy, co tam jeszcze dostałeś. 

– Koń! Patrzcie! – Nicky zeskoczył z sanek, dosiadł konia z patyka i zaczął 

galopować po pokoju. 

– Ognisty rumak – pochwalił Mack. – Szybki jak błyskawica. 

– No! Nazwę go Błyskawica, dobrze? Zobacz, zobacz! – Nicky chwycił pas i 

podbiegł  z  nim  do  matki.  –  Popatrz,  mamusiu!  Taki  sam,  jak  mają  kowboje. 
Pomożesz mi go nałożyć? 

– Oczywiście, kochanie. – Marisa zapięła kowbojski pas na piżamie chłopca. 

– Wspaniale wyglądasz, Teks. 

– Naprzód, Błyskawico! – Nicky jeszcze raz okrążył pokój. 

–  On  naprawdę  bardzo  się  cieszy.  –  Mack  uśmiechnął  się,  uszczęśliwiony 

radością chłopca. 

–  Ty  pewnie  nie  miałeś  tego  wszystkiego,  kiedy  byłeś  mały  –  raczej 

stwierdziła, niż zapytała Marisa. 

–  Czasy  były  ciężkie  –  westchnął  Mack.  –  Nie  musisz  się  nade  mną 

rozczulać. Moja matka robiła wszystko, co mogła, aby mnie wychować. 

–  Przecież  wiem.  Ale  człowiek,  nawet  mały,  obdarzony  taką  bogatą 

wyobraźnią jak twoja, potrzebuje do życia czegoś więcej niż tylko chleba. 

– Czego, na przykład? 

–  Bajek,  marzeń,  śmiechu  i  czułości.  –  Popukała  palcem  w  czoło  Macka.  – 

To jest właściwa strawa dla twojego umysłu, Mahoney. 

–  Coś  mi  się  wydaje,  że  za  to,  o  czym  teraz  marzę,  oboje  poszlibyśmy  do 

więzienia. 

– Beznadziejny przypadek! – roześmiała się Marisa. Pocałowała go i wstała z 

background image

kanapy. – Napijemy się kawy, a Nicky przez ten czas opróżni tę ogromną skarpetę. 

– Niezły pomysł. – Mack przeciągnął się, aż kości mu zatrzeszczały. 

Przyglądał  się  Marisie.  Na  jej  twarzy  i  szyi  widniały  ślady  pocałunków  i 

zaczerwienienia,  pozostawione  na  delikatnej  skórze  przez  jego  niezbyt  dokładnie 
ogoloną  brodę.  Czuł  prymitywną  radość  z  tego  powodu.  Jego  własność  została 
ostemplowana.  Każdy  mógł  się  dowiedzieć,  do  kogo  należy.  Marisa  zapewne 
zorientowała się, o czym on myśli, bo zaczerwieniła się jak mała dziewczynka. 

– Zaparzę kawę – powiedziała, wychodząc z pokoju. 

Może sobie stosować te wszystkie damskie chwyty, pomyślał zadowolony z 

siebie Mack. Ale i tak wiem, że reaguje na mnie dokładnie tak samo, jak ja na nią. 

–  Patrz,  Mack!  –  Nicky  podniósł  do  góry  wypchaną  skarpetę,  po  czym 

wytrząsnął jej zawartość na kanapę. – Mikołaj włożył do niej pełno prezentów! 

Podziwiali  razem  kolorowe  kredki i  blok  rysunkowy,  cukierki  i  czekoladki. 

Nicky  natychmiast  zabrał  się  do  rysowania.  Kiedy  już  zapełnił  mnóstwo  kartek 
kowbojami  i  końmi,  które  z  niewiadomych  przyczyn  bardzo  przypominały 
dinozaury, wdrapał się mamie na kolana. 

– Mamusiu, może otworzymy teraz wasze prezenty? – zaproponował. 

– Lepiej poczekajmy z tym do obiadu – powiedziała Marisa, choć doskonale 

wiedziała, że nie ma mowy, aby Nicky tak długo wytrzymał. 

– Oj, mamo! 

– No dobrze, dobrze. – Popchnęła go leciutko w stronę choinki. – Przynieś je 

tutaj. 

–  Dobra!  –  Nicky  w  mgnieniu  oka  przyniósł  im  kilka  przedziwnie 

zapakowanych paczuszek. – Najpierw twój, mamusiu. Otwórz ten ode mnie! 

Mack i Marisa popatrzyli po sobie. To właśnie tego prezentu Nicky omal nie 

przypłacił  życiem.  Marisa  powoli  odwinęła  folię,  a  potem  wydała  z  siebie  nie 
udawany okrzyk zachwytu. 

–  To  najpiękniejsze  klipsy  na  świecie!  –  Z  całej  siły  przytuliła  do  siebie 

synka. 

– Zrobiliśmy je razem z Mackiem – pochwalił się Nicky. 

– Bardzo jesteś zdolny, kochanie. Obaj z Mackiem powinniście się zatrudnić 

background image

u jubilera. Naprawdę są śliczne! 

– Nałóż je – rozkazał Nicky. 

Marisa  zrobiła,  jak  sobie  jej  syn  życzył,  a  potem  pokręciła  głową,  żeby 

pokazać  swoim  mężczyznom,  jak pięknie prezentuje  się  w ruchu  wykonana przez 
nich biżuteria. 

– Wyglądam jak dzikuska. Ale fajnie! 

–  A  ja  mam  ochotę  zawyć  jak  Tarzan.  –  Mack  puścił  do  niej  oko  i  Marisa 

znowu się zarumieniła. 

–  Daj  jej  teraz  swój  prezent  –  ponaglał  Macka  Nicky.  Podał  mu  małe 

zawiniątko. – No, daj jej. 

–  Wesołych  świąt  –  powiedział  Mack,  wręczając  Marisie  paczuszkę.  Tym 

razem był absolutnie pewien efektu. 

– Dziękuję. – Otworzyła paczuszkę i oniemiała. 

Wzięła do ręki drugą parę klipsów, zrobionych z malutkich monet. Spojrzała 

na Macka, a on w lot pojął, że przypomniała sobie tamten podarunek sprzed lat. 

–  Mam  już  podobne  klipsy  i  bardzo  je  lubię  –  powiedziała.  –  Jakie  to 

monety? Norweskie? 

– Szwedzkie korony. Zawieruszyły mi się w kieszeni. 

–  Jesteście  niezastąpieni.  Ty  i  twoja  kurtka  z  kieszeniami.  –  Marisie  głos 

lekko zadrżał. – Bardzo ci dziękuję. Za to, że pamiętałeś… 

– Nie mógłbym zapomnieć. – Pogłaskał ją po policzku. 

– Mack! Jeszcze jeden! – Nicky rzucił w niego płaskim zawiniątkiem. – Sam 

to zrobiłem. 

– Dziękuję. – Mack wyłuskał z papieru wyciętą z folii aluminiowej gwiazdę, 

na której widniał napis: „Szeryf Mack”. 

– Mamusia mi pokazała, jak to się pisze, ale napis sam zrobiłem – pochwalił 

się  Nicky.  –  Przypnij  ją.  Mamusia  mówi,  że  każdy  porządny  człowiek  powinien 
nosić gwiazdę. 

–  Zaraz  ją  przypnę  –  głos  Macka  zadrżał  niepokojąco.  Nie  chciał,  aby 

wiedziano, jak bardzo się wzruszył. Przypiął więc tylko gwiazdę do bluzy dresu, a 

background image

potem przytulił do siebie Nicky'ego. – Dzięki, kolego. A tu masz prezent ode mnie. 

–  To?  –  Nicky  odwinął  paczuszkę  i  wyjął  z  niej  kostkę  czegoś  prawie 

przezroczystego. – Co to jest? 

– Ach te dzieci z Południowej Kalifornii! – Mack pokręcił głową z udanym 

obrzydzeniem. – To jest wosk. Jak natrzesz nim płozy swoich sanek, to zmienią się 
w rakietę. 

– Naprawdę? Ale fajnie. Możemy je wypróbować? 

– Później, kochanie. Mam tu jeszcze jeden prezent dla ciebie. 

– To od ciebie, mamusiu? 

– Ode mnie. A ten daj, proszę, Mackowi. 

Nicky  podał  Mackowi  paczuszkę,  po  czym  zajął  się  rozpakowywaniem 

własnego  prezentu.  W  pudełku  znajdowała  się  taśma  do  mierzenia,  drewniany 
klocek, zestaw różnorodnych gwoździ i najprawdziwszy na świecie młotek. 

– Ale pamiętaj, żebyś wbijał gwoździe tylko w ten klocek – pouczała Marisa 

uczepionego jej szyi, uszczęśliwionego ponad wszelką miarę synka. – Wuj Paul nie 
byłby zadowolony, gdyby wszystkie jego meble zostały ponabijane gwoździami. 

– Masz to jak w banku! To najcudowniejsza gwiazdka, jaką miałem w życiu! 

– zawołał chłopiec i, nie zwlekając, zajął się zabawą w stolarza. 

–  Widzę,  że  lubisz  niebezpieczeństwo,  księżniczko  –  powiedział  Mack,  z 

powątpiewaniem przyglądając się Nicky'emu. 

– Nic złego się nie stanie – pocieszyła go Marisa. – O ile oczywiście będzie 

przestrzegał pewnych zasad. 

–  Jako  zawodowy  łamacz  reguł  radzę  ci,  żebyś  nie  ufała  zbytnio  pamięci 

Nicky'ego. 

– Na pewno o tym nie zapomnę. A ty nie otworzysz swojego prezentu? 

–  Mam  nadzieję,  że  to  jakieś  pouczające  dzieło  –  zakpił  Mack,  wyczuwszy 

pod papierem kształt książki. 

Rozerwał  opakowanie.  Wewnątrz  znalazł  pięknie  ilustrowany  tomik… 

wierszyków dla dzieci. 

– Och, bardzo ci dziękuję. 

background image

– To ulubione wierszyki Nicky'ego. Na pewno ci się spodobają. 

– Wydaje mi się, że jestem trochę za stary na ten rodzaj literatury. 

– Po doświadczeniach ostatniej nocy mogę osobiście zaświadczyć, że daleko 

ci jeszcze do starości. – Marisa spoglądała na niego filuternie. – Masz wprawdzie 
lekką tendencję do zbyt poważnego traktowania świata, ale to drobiazg. 

– Bardzo ci dziękuję – wyjąkał Mack. Minę miał kwaśną jak ocet. 

– Daj spokój, Mahoney – roześmiała się Marisa. – Powinieneś choć od czasu 

do czasu trochę się rozluźnić. Nie można przez całe życie walczyć ze smokami. 

Przysunęła się do niego bliziutko, uniosła głowę do góry, a on, nie czekając 

na nową zachętę, pocałował ją tak mocno, że obojgu zabrakło tchu. 

–  Masz  całkowitą  rację  –  powiedział  Mack,  dysząc  ciężko  jak  po  długim 

biegu.  –  Czy  mamy  może  jakieś  szanse  na  odbycie  tej  rozmowy  w  mniej 
uczęszczanym miejscu? 

–  Może  i  mamy.  –  Marisa  bawiła  się  przypiętą  do  bluzy  Macka  gwiazdą 

szeryfa. – Jak położę Nicky'ego spać. 

– A ile razy dziennie kładziesz go spać? – mruknął Mack do jej ucha. 

– Stanowczo za rzadko – odrzekła czerwona jak piwonia Marisa. 

 

 

 

– Jesteś pewien, że nic mu się nie stanie? 

– Jestem pewien. 

– Jest za mały… 

–  Kiedyś  musisz  pozwolić  pisklęciu  pofrunąć,  księżniczko.  Nie  chciałabyś 

przecież wychować syna na niezdarę? 

–  Naprawdę  nie  wiem…  –  Marisa  nerwowo  skubała  rękawiczki.  –  No 

dobrze… Mam nadzieję, że wiesz, co robisz. 

– Nie martw się. Nic mu nie grozi – Mack dał znak Nicky'emu, który siedział 

na  swoich  czerwonych  sankach na  szczycie niezbyt  wysokiego  pagórka.  –  Dobra, 

background image

kolego! Zjeżdżaj! 

Stojącej  u  stóp  pagórka  Marisie  wydawał  się  on  co  najmniej  tak  wielki  jak 

Mount  Everest.  Mimo  że  słońce  grzało  mocno,  drżała,  patrząc  na  swoje  dziecko, 
przygotowujące się do pierwszego w życiu, samodzielnego zjazdu na sankach. 

– Odepchnij się, tak jak ci pokazywałem – wołał do chłopca Mack. – Nie bój 

się! Na pewno ci się uda. 

Nicky pomachał mu ręką, odepchnął się i zjechał z górki, krzycząc przy tym 

z  radości  całą  mocą  pięcioletniego  gardziołka,  po  czym  zatrzymał  sanki  tuż  obok 
matki. 

–  Udało  mi  się!  Udało!  –  Zeskoczył  z  sanek  i  odtańczył  tryumfalny  taniec, 

zakończony w matczynych ramionach. 

– Naprawdę ci się udało! – Marisa była uszczęśliwiona i nareszcie wolna od 

nieprzezwyciężonego strachu. – Byłeś wspaniały! 

– A nie mówiłem? – Mack uśmiechnął się z wyższością. 

Jest  taki  dumny, jakby był  jego  ojcem,  pomyślała  niechcący Marisa  i nagle 

zrobiło jej się żal tych lat, które spędzili z dala od siebie, i dzieci, które przez ten 
czas  mogłyby  się  im  urodzić.  Szybko  jednak  doszła  do  wniosku,  że  zamiast 
ż

ałować  tego,  czego  i  tak  nie  da  się  zmienić,  będzie  się  raczej  cieszyła  tym 

ś

wiątecznym  dniem,  który  przecież  jeszcze  się  nie  zakończył.  Patrzyła,  jak  Mack 

udziela Nicky'emu kolejnych wskazówek, a serce jej wzbierało miłością i nadzieją. 
Wiedziała,  że  nie  zachowywałby  się  w  ten  sposób,  gdyby  szczerze  nie  polubił  jej 
synka. Miała nadzieję, że chłopiec naprawdę stał się dla Macka kimś ważnym i że 
może czeka ich jeszcze wiele szczęśliwych wspólnych świąt. 

–  Ten  dzieciak  ma  prawdziwy  talent  –  zachwycał  się  Mack,  patrząc,  jak 

Nicky  wciąga  sanki  pod  górę.  –  Cóż  za  instynkt!  Zauważyłaś,  że  ślady  sanek  są 
głębokie? Słońce przygrzało i śnieg zaczął topnieć. 

Marisa dopiero teraz zwróciła uwagę na coraz głośniejsze kapanie. Spadające 

z gałęzi drzew krople ogłaszały światu podzwonne dla spokoju ukrywającej się w 
górach  Marisy.  Chcąc,  nie  chcąc  musiała  pogodzić  się  z  tym,  że  wkrótce 
rzeczywistość zapuka do drzwi jej górskiego domu. 

– Teraz chyba uda ci się uruchomić dżipa – powiedziała, z trudem poruszając 

wyschniętymi nagle wargami. 

Mack spojrzał na nią, jakby nie bardzo rozumiał, o czym Marisa mówi. 

background image

–  To  nic  pilnego.  –  Wzruszył  ramionami  i  odwrócił  się  do  małej  figurki  w 

czerwonej kurtce, niestrudzenie pokonującej wzniesienie. 

–  Zgłodniałam  przez  to  całe  zjeżdżanie  –  zakomunikowała  Marisa, 

uszczęśliwiona  i  na  chwilę  uwolniona  od  najgorszego  ze  strachów.  –  Pójdę 
przygotować świąteczny obiad. 

– Zwariowałaś? Chcesz zostawić swoje maleństwo pod moją opieką? 

–  Widzę,  że  kontakt z  dorosłym  mężczyzną  bardzo  dobrze  mu  zrobił.  Poza 

tym mam do ciebie zaufanie – roześmiała się na widok zdziwionej miny Macka. – 
Zawołam, kiedy uczta będzie gotowa. Przygotujcie się na niespodziankę. 

Obaj panowie wrócili zziajani, z zaczerwienionymi od mrozu policzkami, ale 

uszczęśliwieni. 

– Pizza? – zapytał Mack, wdychając napływające z kuchni aromaty. 

–  A czemu  by  nie?  –  pyszniła  się  Marisa.  –  W  końcu  nikt  nam  nie  zabroni 

wprowadzenia nowej świątecznej tradycji. 

– Ale fajnie! – cieszył się Nicky. – Bardzo lubię pizzę. 

– Najlepsza pizza świata dla księcia ze Wzgórza Złamanego Serca. – Marisa 

niskim  ukłonem  zaprosiła  obu  panów  do  stołu.  –  I  przebój  sezonu  dla  jego 
poddanych. 

– Z czym będzie ta pizza? – zapytał Mack. – Z wędzonym łososiem? 

– Nie przesadzaj. Zapominasz, że musiałam improwizować. 

– Jak to zjem, będziesz musiała znaleźć mi jakieś lekarstwo na żołądek. 

– I kto to mówi? Facet, który rozmawiał z szalonym mordercą, celującym do 

niego  z  pistoletu?  Reporter,  który  dopadł  jednego  z  tych  okrutnych  dyktatorów 
arabskich w jego bunkrze? 

– Widzę, że interesujesz się moją pracą – powiedział Mack, a na jego twarzy 

pojawił się uśmiech. 

–  Czasami  coś  tam  obijało  mi  się  o  uszy.  –  Marisa  zaczerwieniła  się  jak 

piwonia. – Zabierajcie się do jedzenia, bo pizza ostygnie, a zimna na pewno będzie 
niejadalna. 

Mack  tym  razem  darował  sobie  komentowanie  niczym  nie  uzasadnionej 

zmiany  tematu  i  wbrew  wcześniejszym  protestom  rzucił  się  na  zaimprowizowaną 

background image

pizzę jak zgłodniały wilk. Zanim skończyli jedzenie, Nicky, zmęczony przeżyciami 
ś

wiątecznego poranka, zaczął ziewać. 

–  Połóż  go  spać,  a  ja  przez  ten  czas  pozmywam  –  zaproponował  Mack, 

odsuwając od siebie pusty talerz. 

–  Chcesz  zmywać?  Ty?  –  zdziwiła  się  Marisa.  –  Naprawdę  potrafisz  ująć 

kobietę. Jak nikt na świecie. 

– Przynajmniej próbuję – powiedział, a szeptem dodał: – Pospiesz się. 

Marisie  serce  podskoczyło  do  gardła.  Nie  rozumiała,  jak  to  się  dzieje,  że 

jedno  spojrzenie  Macka  potrafi  ją,  dojrzałą  przecież  kobietę,  przyprawiać  o 
rumieniec, o drżenie serca… Poczucie winy wobec synka sprawiło, że zamiast się 
spieszyć,  przeczytała  mu  jeszcze  bajkę  i  wyszła  z  pokoju  dopiero  wtedy,  kiedy 
Nicky na dobre zasnął. 

Zdziwiła  się  nieprzyjemnie,  gdy  nie  zastała  Macka  ani  w  pokoju 

kominkowym, ani w wysprzątanej kuchni. Gwałtowność jej własnej reakcji bardzo 
ją zirytowała. 

Jeszcze  chwila  i  znów  stanę  się  jego  niewolnicą,  pomyślała.  Tylko  co  ja 

mogę? Jak mam się przeciwstawić miłości i pożądaniu? Zupełnie nie umiem sobie 
z tym poradzić. 

– Gdzie byłeś? – zapytała trochę za ostro, gdy Mack chwilę później wszedł 

do domu. 

– Musiałem coś sprawdzić – odparł, zdejmując kurtkę. – A co? Stęskniłaś się 

za mną? 

–  Mogłeś  przynajmniej  coś  powiedzieć…  –  przerwała,  kiedy  zdała  sobie 

sprawę, że gdera jak nudna żona. – Przepraszam, Mack. Głupio wyszło. 

– To mój błąd. – Mack położył ręce na jej ramionach i delikatnie pocałował 

ją w ucho. – Wybaczysz mi? Spragniona kobieta nie powinna czekać. 

– Za dużo sobie wyobrażasz, Mahoney – powiedziała, chociaż topniała mu w 

rękach jak lód pod dotknięciem promieni słońca. – Może ja tylko chciałam z tobą 
porozmawiać? 

– Aha. A może przeniosą wieżę Eiffla nad wodospad Idaho. 

– Wszystko możliwe – mruknęła Marisa, przymykając oczy. 

background image

– No to rozmawiaj – wyszeptał Mack. Rozpiął jej bluzkę i pieścił nabrzmiałe 

piersi. – Jeśli ci się uda – dodał, namiętnie całując usta Marisy. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

–  Wiesz,  Nicky  ma  absolutną  rację  –  powiedział  Mack,  przyglądając  się 

zanurzonej w pianie Marisie. – To najwspanialsze Boże Narodzenie w moim życiu. 
Przyznaj się. Naprawdę o mnie myślałaś? 

– Kiedy? 

–  No,  wtedy.  Kiedy  Nicky  się  zgubił.  –  Była  trzecia  nad  ranem.  Mack 

obudził  się  w  łóżku  sam,  więc  wybrał  się  ni  poszukiwanie  Marisy.  Znalazł  ją  w 
wannie i uznał, że dla takiego widoku warto było wstać. 

–  Ach,  to…  –  Marisa  wyjęła  nogę  z  pienistej  kąpieli  i  oglądała  ją  z  takim 

zainteresowaniem, jakby po raz pierwszy w życiu widziała podobne zjawisko. – No 
cóż, muszę przyznać, że byłam troszkę roztargniona. 

– Z mojego powodu? 

– Co ci jest, Mahoney? – zakpiła. – Domagasz się komplementów? Tyle razy 

się  od  tamtej  pory  kochaliśmy,  że  chyba  powinieneś  już  znać  odpowiedź  na  to 
pytanie. 

– Jak człowieka spotyka takie szczęście, to natychmiast musi się zastanowić, 

czy owo szczęście trwać będzie zawsze, czy też zaraz się skończy. – Mack ukląkł 
obok  wanny.  Zanurzył  dłoń,  a  potem  polewał  wodą  nie  przykryte  pianą  piersi 
Marisy. 

– Masz ochotę? – zapytała szeptem. – To wciąga ja narkotyk. 

– Zgadzam się z tobą. 

– Można zapomnieć, że coś takiego nie będzie trwać wiecznie. 

– Mówisz tak, jak gdybyś był tego absolutnie pewien. 

– Chodziło mi o okoliczności. – Mokrymi palcami głaskał szyję Marisy. 

– Takie, w jakich my się znaleźliśmy? 

– Tak. 

– I o to, kim jesteśmy? I o nasze zupełnie różne pomysły na życie? 

– To, niestety, też trzeba brać pod uwagę. 

background image

– Jak myślisz? Co się z nami stanie? 

– Nie mam pojęcia. – Mack zwiesił głowę. 

–  Biedny  Mack.  Fakty  tak  ci  przesłaniają  świat,  że  spoza  nich  nie  widać 

marzeń. 

– Ostatnie dni były dla mnie jednym wielkim sennym marzeniem. Ale święta 

się  skończyły.  Jutro  pewnie  odśnieżą  drogi  i  trzeba  będzie  wrócić  do 
rzeczywistości. 

– Oczywiście. Nigdy nie twierdziłam, że do tego nie dojdzie. 

–  Powiedziałaś  to  tak  spokojnie,  jakby  nie  miało  to  dla  ciebie  żadnego 

znaczenia – zdziwił się Mack. Przestraszył się, że dla Marisy ich zimowa przygoda 
była mniej ważna aniżeli dla niego. 

– Dziwisz się? – Wstała i popatrzyła z czułością na klęczącego obok wanny 

Macka. – A przecież nie ma w tym nic dziwnego, Mahoney. Otóż ja znam fakty, o 
których istnieniu ty nawet nie masz pojęcia. 

– Jakie, na przykład? – Mack także wstał. 

–  To,  co  łączy  nas  w  łóżku,  jest  tak  piękne  i  wyjątkowe,  że  po  prostu  nie 

może być powierzchowne. – Położyła mokrą dłoń na piersi Macka. 

– Tyle to i ja wiem. 

–  Dwoje  myślących  ludzi  wszystko  potrafi  zorganizować.  Pod  warunkiem, 

oczywiście, że oboje naprawdę tego chcą. 

– To także wiem. Przynajmniej teoretycznie. 

– No dobrze, cwaniaku. A czy wiesz, że się w tobie zakochałam? 

– No cóż – wydusił Mack. – Tę możliwość też już rozważałem. 

–  Kłamczuch.  –  Marisa  pochyliła  się  i  pocałowała  go  dokładnie  w  tym 

miejscu,  gdzie  biło  jego  serce.  –  Założę  się,  że  nie  zastanawiałeś'  się  nad  tym. 
Bałeś' się wniosków. Za to ja wszystko dokładnie przemyślałam i wiem na pewno, 
ż

e bardzo cię kocham. Nigdy nie przestałam cię kochać – mówiła, nie przestając go 

całować. – Do szaleństwa. Na zawsze. 

– Nie wiem, co mam powiedzieć… – Mack był zarówno przestraszony, jak i 

uszczęśliwiony. 

background image

–  Zamknij  się,  Mahoney  –  przerwała  mu,  składając  kolejny  pocałunek  na 

jego wargach. – Bo wszystko popsujesz. Jeśli naprawdę coś między nami kiełkuje, 
to pozwól temu urosnąć. Nie podlewaj maleństwa trującym jadem realizmu. Potem 
zastanowimy się, co z tym fantem zrobić. 

Mack  zupełnie  oniemiał.  Bliskość  nagiej kobiety,  jej  szczerość  sprawiły,  że 

nie  miał  sił  opierać  się  dłużej.  Wszedł  do  wanny  i  mocno  przytulił  Marisę  do 
siebie. Tak jak stał, w spodniach od dresu, usiadł w pełnej wody wannie i posadził 
ją sobie na kolanach. 

–  Jesteś  kompletnym  wariatem,  wiesz?  –  śmiała  się  Marisa,  zajęta 

zdejmowaniem jego nasiąkniętych wodą spodni. 

–  Skoro  ty  kochasz  wariata,  to  mnie  moje  szaleństwo  zupełnie  nie 

przeszkadza. 

 

 

 

– Czy moja mamusia jest teraz twoją narzeczoną? 

– Nicky! – Marisa o mało nie udławiła się sokiem pomarańczowym. 

–  Znów  cię  całował.  Widziałem.  –  Nicky  puścił  do  Macka  oko,  jak 

mężczyzna do mężczyzny. – No to jak? Jest czy nie jest? 

–  No  wiesz,  chyba  można  by  to  tak  nazwać.  –  Jak  na  nieustraszonego, 

doświadczonego  reportera,  który  przywykł  z  zimną  krwią,  stawiać  czoło 
najtrudniejszym sytuacjo, Mack był bardzo roztrzęsiony. 

–  Jeden  mój  kolega  mówi,  że  to  jest  właśnie  to,  co  robią  mamusie  i 

tatusiowie –  perorował  Nicky, nie  zwracając  uwagi  na  czerwoną  ze  wstydu  twarz 
matki. – Czy to prawda, Mack? 

– No… raczej tak. – Mackowi nie udało się opanować uśmiechu. 

– To jak, czy teraz już będziesz moim tatusiem? 

– Uspokój się, Nicky. – Marisa w końcu odzyskała głos. – To nie są sprawy, 

jakimi  powinni  się  zajmować  mali  chłopcy.  Przeproś  Macka  i  idź  umyć  zęby. 
Potem możesz pooglądać bajki. Ale tylko przez pół godziny. 

– Powiedz, mamusiu. Będzie? 

background image

– Nicholas! – ostrzegła do Marisa. 

–  Dobrze,  już dobrze. –  Chłopczyk zsunął  się  z krzesła i  wyszedł z kuchni, 

mrucząc  pod  nosem  coś  o  dorosłych,  którzy  najważniejsze  pytania  zawsze 
pozostawiają bez odpowiedzi. Marisa włożyła do zlewu zebrane ze stołu naczynia, 
ale nawet ich nie spłukała. 

– Przepraszam cię – wyjąkała, chowając twarz w dłoniach. 

Mack podszedł do niej, objął i mocno do siebie przytulił. 

–  Muszę  przyznać,  że  po  raz  pierwszy  w  życiu  dostałem  nosie  od 

pięcioletniego człowieka. Nie jest to wcale przyjemne. 

– Tak mi wstyd! 

– Nicky zachował się po rycersku. 

–  Jemu  nie  chodzi  o mnie.  Mógłbyś  mnie  całować do końca  świata  i  wcale 

by się tym nie przejął… 

– Skoro tak mówisz, to spróbuję. – Delikatnie pocałował ją w szyję. 

–  On  pragnie  mieć  ojca.  Przepraszam  cię,  ale  naprawdę  nic  na  to  nie  mogę 

poradzić. 

– A nie przyszło ci do głowy, że nie masz mnie za co przepraszać? – zapytał 

cicho. 

– Naprawdę? – Odwróciła się do niego pełna nadziei. 

–  Sam  się  nad  tym  zastanawiałem.  –  Pogłaskał  Marisę  po  policzku.  – 

Miałbym  z  tego  nieliche  korzyści.  Jesteśmy  chyba  dość  rozsądni,  żeby  jakoś 
pogodzić naszą  pracę  zawodową  z  życiem  rodzinnym.  Tylko  że ja,  jak wiesz,  nie 
mam wiele do zaofiarowania. Może lepiej zastanów się jeszcze… 

– Przez dziesięć lat się zastanawiam. 

– No właśnie. – Znów ją pocałował. – Tym razem powinno nam się udać. 

– Kocham cię, Mack – wyszeptała przez łzy, tuląc się do niego z całej siły. 

Chociaż  tego  nie  powiedział,  Marisa  była  pewna,  że  jemu  także  na  niej 

zależy. Wiedziała, że żaden mężczyzna na świecie nie potrafiłby okazać podobnej 
czułości  kobiecie,  która  jest  mu  zupełnie  obojętna.  Obserwowała  też  bliższą  z 
każdym  dniem  zażyłość  pomiędzy  Mackiem  i  Nickym.  To,  że  Mack  przyznał  się 

background image

do rozważań o wspólnym życiu rodzinnym, było z jego strony ogromnym krokiem 
naprzód. Marisa czuła, że jeśli tylko okaże cierpliwość, to wreszcie usłyszy słowa, 
których tak bardzo jej brakowało. Na razie była po prostu szczęśliwa. 

– Wiedziałam – powiedziała, tuląc się do Macka – że kiedy zobaczysz, czym 

dla mnie jest Nicky, to zrozumiesz i pomożesz mi. 

– W czym ci mam pomóc? 

–  Uchronić  mojego  synka  przed  aferą  związaną  z  doktorem  Morrisem.  – 

Marisa otarła wierzchem dłoni zwilgotniałe oczy. – Nie możesz się teraz zajmować 
tamtą sprawą. Wierzę, że nie zrobisz niczego kosztem Nicky'ego. 

– Mariso. – Mack odsunął ją od siebie. – Tego nie mogę ci obiecać. 

–  Coś  ty  powiedział?  –  Trudno  jej  było  zrozumieć  słowa  Macka.  –  Jak 

mogłeś  w  ogóle  pomyśleć  coś  podobnego?  Jak  to  możliwe,  że  jesteś  taki  czuły  i 
opiekuńczy  dla  mnie  i  mojego  syna,  a  mimo  to  zamierzasz  kontynuować  coś,  co 
nam obojgu wyrządzi niewyobrażalną krzywdę? 

– Taka jest moja praca. Nie mogę jej mieszać z życiem prywatnym. 

–  Własnym  uszom  nie  wierzę!  –  Marisa  uwolniła  się  z  uścisku.  –  Po  tym 

wszystkim. 

– A więc dlatego to zrobiłaś! Tego się właśnie obawiałem. 

– Nie rozumiem, o co ci chodzi. 

– Nie udawaj. To nie w twoim stylu, Mariso. 

– Czego mam nie udawać? Możesz mi wytłumaczyć? 

–  Czy  dlatego  poszłaś  ze  mną  do  łóżka?  –  Mack  uśmiechnął  się  gorzko.  – 

Sama mi powiedziałaś, że dla swojego dziecka zrobisz wszystko. Powinienem był 
się  domyślić,  że  nie  rzucasz  słów  na  wiatr.  Nie  miałem  jednak  pojęcia,  do  jakich 
poświęceń zdolna jest matczyna miłość. 

–  To  jakaś  bzdura!  Chyba  powiedziałeś  to  złośliwie.  Wiesz  przecież,  co  do 

ciebie czuję… 

–  Wiem,  że  masz  talent,  jesteś  aktorką  i  zrozpaczoną  matką.  A  tonący 

brzytwy się chwyta. 

–  Ty  chyba  sam  nie  wiesz,  co  wygadujesz!  Zawsze  twierdziłeś,  że  moje 

aktorstwo nie jest warte złamanego grosza, a teraz nagle uważasz mnie za gwiazdę? 

background image

Zastanów  się,  Mahoney.  Zawsze  byłam  wobec  ciebie  uczciwa  i  taka  pozostałam. 
Nawet głupiec by się na tym poznał! 

–  Rozumiem  oczywiście,  że  było  ci  przyjemnie.  Dałaś  się  ponieść 

wspomnieniom…  Na  pewno przyszła  ci do  głowy  myśl  o  tym,  że  pójście  ze  mną 
do łóżka to najlepszy  sposób  nakłonienia mnie  do  współpracy.  Przecież  ani przez 
chwilę  nie  ukrywałem  przed  tobą,  że  wciąż  mnie  podniecasz.  Chciałaś  mnie 
przekonać, żebym ukręcił łeb całej sprawie, powiedział moim szefom, że nie udało 
mi się ciebie odnaleźć, i abym pomógł ci w ogóle uciec z kraju. 

–  Może  w  pierwszej  chwili  rzeczywiście  o  czymś  takim  pomyślałam  – 

przyznała  Marisa  po  chwili  zastanowienia.  –  Ale  powinieneś  wiedzieć,  że  nigdy 
bym  cię  w  ten  sposób  nie  wykorzystała.  Nawet  gdybym  istotnie  tak  rozpaczliwie 
potrzebowała twojej pomocy, to od myślenia o podobnej metodzie do jej realizacji 
wciąż jeszcze pozostaje daleka droga. 

–  Nie  uważasz,  że  przedstawiona  przez  ciebie  argumentacja  jest  bardzo 

przekonująca? Dla ciebie! 

–  Przestań  mnie  obrażać  –  wycedziła  Marisa  przez  zaciśnięte  zęby.  – 

Sądziłam,  że  udało  nam  się  w  końcu  osiągnąć  pewien  stopień  porozumienia. 
Widzę, że znów się pomyliłam. 

–  Nie  wiem,  czy  się  pomyliłaś,  czy  nie.  Jedno  natomiast  wiem  na  pewno. 

Jeśli  zdecydujemy  się  pozostać  razem,  będziesz  musiała  mi  zaufać  i  pozwolić 
poprowadzić sprawę doktora Morrisa w taki sposób, jaki ja uznam za właściwy. 

– Bardzo dużo ode mnie wymagasz. Obawiam się, że zbyt wiele. 

– Wobec tego nie mamy ze sobą aż tyle wspólnego, jak nam się wydawało – 

westchnął Mack. – Świąteczne sny i tanie błyskotki tracą blask w świetle zwykłego 
dnia. 

– O, nie. Na pewno nie masz racji! – Marisę dotkliwie zabolały jego słowa. – 

Chyba że… Chyba że wszystko, co mówisz, wynika ze strachu. 

– A czegóż miałbym się bać? 

–  Przekonania  się  o  tym,  iż  twój  czarno-biały  świat  ma  także  odcienie 

szarości i że w tych obszarach nie mają zastosowania reguły Mahoneya. 

–  Powtarzaj  to  sobie,  skarbie,  jak  najczęściej.  –  Mack  uśmiechnął  się 

krzywo. – Może pewnego dnia sama w to uwierzysz. Ja idę po dżipa. 

background image

– Wszystko jasne, Mahoney. Tobie wolno zadawać trudne pytania, ale mnie 

takiego prawa odmawiasz. I kto tu ucieka, co? 

–  Daj  spokój,  Mariso.  Ja  po  prostu  chcę  przyprowadzić  swój  samochód. 

Ciekaw  jestem  tylko,  czy  po  powrocie  jeszcze  cię  tu  zastanę.  –  Wyszedł, 
trzasnąwszy  drzwiami,  a  Marisa  stała  oniemiała,  kompletnie  zaskoczona 
nieoczekiwanym rozwojem wydarzeń. 

Czy  to  możliwe,  że  Mack  jest  taki  tępy?  myślała  zrozpaczona.  Nie 

rozumiem,  jak  on  może  w  jednym  zdaniu  niemal  się  oświadczyć,  a  zaraz  w 
następnym wypierać się wszystkiego, co się przez ostatnie dwa dni pomiędzy nami 
wydarzyło.  To  wariat.  Zupełnie  niepoczytalny  facet.  Maniak,  który  tylko  po  to 
ż

yje,  żeby  dręczyć  każdego,  kto  spróbuje  się  do  niego  zbliżyć.  A  mimo  to  ja  go 

kocham! Kocham go z całego serca. Nie wiem, jak mam go o tym przekonać. Jak 
mu  wytłumaczyć,  że  jego  wątpliwości  i  wszystkie  te  oskarżenia  są  całkowicie 
bezpodstawne? Nawet nie mam się kogo poradzić. 

Marisa  podniosła  słuchawkę  telefonu.  Sama  nie  wiedziała,  czyj  numer 

chciałaby  wykręcić.  Zresztą  nie  było  to  wcale  ważne,  bo  telefon  i  tak  milczał. 
Rzuciła  słuchawkę  na  widełki.  Teraz  już  naprawdę  znikąd  nie  mogła  oczekiwać 
pomocy.  Musiała  sama  poradzić  sobie  ze  swoim  problemem  i  znaleźć  jakieś 
rozwiązanie. 

Weszła do pokoju. W mdłym świetle poranka ogromny świerk nie wyglądał 

tak imponująco jak poprzedniego dnia. Nie spełnił pokładanych w nim nadziei ani 
ż

yczeń, których tyle wypowiedziano przed i w czasie Bożego Narodzenia. Marisa 

zdjęła z gałęzi jedną serwetkę, potem drugą, trzecią… 

No  cóż,  święta  mamy  za  sobą,  westchnęła.  Trzeba  rozebrać  tę  choinkę  i 

wreszcie  stąd  wyjechać.  Nawet  nie  wiem,  dokąd.  Zresztą  nie  jest  to  teraz 
najważniejsze. Przed wyjazdem musimy uporządkować dom. 

– Nicky – powiedziała do oglądającego kreskówki chłopca. – Chodź, synku, 

pomożesz mamusi. 

– Kiedy wróci Mack? 

– Nie wiem, kochanie. Pewnie niedługo. 

Marisa  i  Nicky  całe  przedpołudnie  poświęcili  na  rozbieranie  choinki  i 

sprzątanie domu. Pozostałe ze świąt ciasteczka dali ptakom, ale na wyrzucenie do 
ś

mieci papierowych ozdób Marisa po prostu nie mogła się zdobyć. Zapakowała je 

w  kartonowe  pudełko  tak  troskliwie,  jakby  to  były  najstarsze  na  świecie  okazy 

background image

kruchej  chińskiej  porcelany.  Potem  przejrzała  zawartość  kredensu  i  spisała  na 
kartce, co trzeba kupić, żeby uzupełnić nadwątlone zapasy. 

–  Mamusiu…  –  zaczął  Nicky,  któremu  przypadło  w  udziale  składanie 

wypranych i wysuszonych ręczników. – To, co powiedziałem przy śniadaniu… No, 
wiesz… Czy on jest na mnie zły? Ale chyba nie wyjedzie bez pożegnania, co? 

– Oczywiście, że nie! – Marisa odłożyła długopis i przytuliła synka do siebie. 

–  Myślę,  że  wygrzebanie  dżipa  z  zaspy  sprawiło  mu  więcej  kłopotu,  niż  się 
spodziewał.  Na  pewno  wkrótce  wróci.  A  jeśli  nie,  to  ubierzemy  się  i  pójdziemy 
sprawdzić, czy nie trzeba mu pomóc. 

– Dobrze. Czy jak Mack wróci, to pozwolisz nam ulepić bałwana? 

– Posłuchaj, synku. – Marisa nachmurzyła się. Od początku obawiała się, że 

Nicky zbytnio się do Macka przywiąże i, jak się okazało, miała rację. – Mack nie 
był  zły  z  powodu  twoich  pytań,  ale  jedno  musisz  zrozumieć.  Znamy  go  bardzo 
któtko i nie wolno nam angażować go w nasze sprawy. 

– Ale ty go lubisz, prawda, mamusiu? 

–  Tak.  Bardzo  go  lubię  –  przyznała.  –  Cieszę  się,  że  zaprzyjaźniłeś  się  z 

Mackiem. Tylko proszę cię, nie licz na nic więcej. Przynajmniej jeszcze nie teraz, 
kochanie. Jeśli mnie nie posłuchasz, będziesz potem bardzo smutny. 

– Czy tobie też będzie smutno? – zapytał chłopiec, przytulając jasną główkę 

do matczynej ręki. 

– Tak, mnie też będzie smutno – odrzekła Marisa, z trudem wydobywając z 

siebie słowa. – Niedługo stąd wyjdziemy, synku. Musimy poczekać. Czas pokaże, 
co z tego wszystkiego wyniknie. 

– Wracamy do domu? – ucieszył się chłopiec. – pokażę Gwen, co dostałem 

od Mikołaja. 

–  Już  niedługo,  skarbie.  Ja  też  się  za  nią  stęskniłam,  ale  nie  zdecydowałam 

jeszcze,  dokąd  pojedziemy.  Może  zrobimy  sobie  bardzo  długie  wakacje. 
Chciałbyś? 

– Dobrze, mamusiu. – Błękitne oczka z ufnością wpatrywały się w Marisę. – 

A czy będę mógł zabrać ze sobą sanki? 

– Oczywiście. Nawet gdybyśmy je mieli umocować na dachu samochodu! 

– Dobra – ucieszył się Nicky. – To ja pójdę sobie porysować. 

background image

– Dobrze, kochanie. Dziękuję ci za pomoc. 

Nicky  zniknął  w  dużym  pokoju,  a  Marisa  sporządziła  kompletną  listę 

zakupów.  Ogromna  ilość  drobnych  czynności,  które  należało  wykonać  przed 
opuszczeniem domu wuja Paula, na jakiś czas oderwała jej myśli od Macka. Za to 
niewinne pytania synka ponownie wprowadziły ją w stan nerwowego napięcia. 

Nastawiła wodę na herbatę, usiadła na krześle i próbowała logicznie myśleć. 

Jestem  w  końcu  rozsądną  kobietą,  tłumaczyła  sobie.  To  znaczy,  będę 

rozsądna, jeśli uda mi się myśleć o tym wszystkim bez emocji. Może rzeczywiście 
za dużo od Macka wymagam? Może nie powinnam żądać, żeby z mojego powodu 
zamknął  sprawę  doktora  Morrisa?  Gdyby  pozwolił  na  taką  niesprawiedliwość,  to 
pewnie ja sama w końcu przestałabym go szanować. Jeśli Mack uzna jakiś temat za 
ważny,  to  drąży  go  do  końca.  Do  głowy  mu  nie  przyjdzie,  że  igra  z 
niebezpieczeństwem, że sprawia przykrość ludziom i krzywdzi samego siebie. Tyle 
o nim wiem na pewno i za to go kocham. Nie mogę wymagać, aby dla mnie i dla 
Nicky'ego  zmienił  siebie  i  swój  sposób  postępowania.  A  jednak  tego  właśnie  od 
Macka zażądałam. Chciałam ułatwić sobie życie, choć wiem, że to niemożliwe. 

Wstała, zalała wrzątkiem torebkę herbaty i znów się zamyśliła. 

Kiedy  rozsądny  człowiek  znajdzie  się  w  trudnej  sytuacji,  usiłuje  szukać 

kompromisu, wytłumaczyła sobie. Więc ja też spróbuję poszukać. Najpierw fakty. 
Kocham Macka, to po pierwsze, i chcę, żeby ze mną został, to po drugie. Nie, nie. 
Po  pierwsze,  muszę  chronić  Nicky'ego.  W  każdym  razie  Mack  obiecał 
przeprowadzić ze mną wywiad w taki sposób, żeby widzowie poznali moją wersję 
tej  historii.  To  nie  jest  takie  straszne.  Nie  pierwszy  raz  prasa,  radio  i  telewizja 
wyżywają  się  na  mnie.  Ale  za  to  po  raz  pierwszy  prowadzący  ze  mną  wywiad 
dziennikarz  będzie  moim  sprzymierzeńcem.  Prawda  jest  taka,  że  ja  i  Nicky  także 
padliśmy  ofiarą  doktora  Morrisa.  Bardzo  mi  się  przyda  poparcie  wzruszonych 
widzów. 

Czy  temu  podołam?  Czy  aby  na  pewno  się  nie  załamię?  To  przecież 

ryzykowna gra. Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy pojechali do Monaco. Tam 
Nicky'emu  nie  zagrożą  żadne  kruczki  prawne  cwanych  adwokatów.  Nie  jestem 
biedna. Możemy zostać w Europie tak długo, jak długo będzie trzeba. Nawet jeśli 
zrujnuję sobie przez to karierę. Niestety, Mack ma rację. Uciekanie od problemów 
nie  jest  żadnym  rozwiązaniem.  Wreszcie  się  tego  nauczyłam,  choć  przyswojenie 
sobie tej wiedzy zajęło mi całe dziesięć lat. 

Marisa  małymi  łykami  popijała  gorącą  herbatę.  Dojrzewała  do  podjęcia 

ż

yciowej decyzji. 

background image

Jeśli  naprawdę  kocham  Macka,  to  muszę  mu  zaufać,  postanowiła  w  końcu. 

Muszę  uwierzyć,  że  bezpiecznie  przeprowadzi  mnie  i  Nicky'ego  przez  rafy  i 
dotrzemy  do  najspokojniejszego  z  istniejących  na  świecie  portów.  Boję  się 
strasznie,  ale  jeśli  on  mnie  nie  opuści,  jeśli  będzie  mnie  kochał,  to  nie  ma  takiej 
rzeczy,  z  którą  bym  sobie  nie  poradziła.  Pozostało  mi  tylko  przekonać  o  tym 
Macka. 

Chwilę później usłyszała wycie terenowego samochodu. Podbiegła do okna. 

Mack zaparkował wiśniowego dżipa tuż przy wjeździe do garażu. 

Marisa  sprawdziła,  co  robi  Nicky.  Ponieważ  wciąż  był  zajęty  rysowaniem, 

ubrała się i wyszła przed dom. Chciała jak najszybciej powiadomić Macka o swojej 
decyzji. Modliła się tylko, żeby zechciał wysłuchać i zrozumieć jej racje. 

Ś

nieg  topniał.  Gdzieniegdzie  widać  już  było  gołą  ziemię.  Nawet  samochód 

Gwen  ze  zwykłymi,  letnimi  oponami  bez  trudu  mógł  pokonać  górskie  drogi  i 
dowieźć ich bezpiecznie da domu. 

A  może  Mack  zechce  tu  jeszcze  kilka  dni  zostać?  pomyślała  Marisa  i 

zaczerwieniła  się  na  myśl  o  kolejnej  nie  przespanej  nocy.  Może  będzie  chciał 
porozmawiać ze mną, zaplanować strategię? 

Zasapana dobiegła wreszcie do dżipa. Wokoło nie było nikogo. 

– Mack? – zawołała. 

Brama  do  garażu  była  zamknięta  i  nic  nie  wskazywało  na  to,  żeby 

ktokolwiek  wchodził  do  środka  w  ciągu  kilku  ostatnich  dni.  Otaczający  dom  las 
także  był  cichy.  Marisa  rozglądała  się  na  prawo  i  lewo.  Pomyślała  już,  że  Mack 
wszedł niepostrzeżenie do domu, gdy ona obserwowała Nicky'ego, kiedy usłyszała 
głos.  Przyduszony  i  niewyraźny,  ale  na  pewno  był  to  glos  Macka.  Marisa  nie 
wiedziała, czy zdziwaczał i mówi do siebie, czy też wciąż tak się na nią wścieka, że 
klnie  na  osobności.  Zaciekawiona  i  trochę  zdenerwowana  poszła  w  kierunku,  z 
którego ten głos dochodził. 

– Przecież ci mówię. Dlaczego mnie nie słuchasz, Tom? – Mack opierał się 

plecami  o  ścianę  garażu.  Jedną  ręką  wymachiwał  w  stronę  kępy  drzew,  a  drugą 
przytrzymywał  przy  uchu  maleńki telefon  komórkowy.  Najwyraźniej  gorączkowo 
coś  komuś  tłumaczył.  –  Nic  mnie  nie  obchodzi,  co  powie  dyrekcja!  Już  ci 
mówiłem, że przeprowadzę z Marisą Rourke wywiad w taki sposób, jaki ja uznam 
za  właściwy.  Dostaną  to,  na  czym  im  zależy,  ale  dopiero  wtedy,  kiedy  wszystko 
będzie gotowe. Ani sekundy wcześniej. Jasne? 

background image

Myśli jak błyskawice przelatywały przez głowę oniemiałej Marisy. Dopiero 

po chwili zrozumiała, co się naprawdę obok niej dzieje. Ten zakłamany, zdradliwy 
łowca  sensacji  przez  cały  czas  był  w  kontakcie  ze  swoją  obrzydliwą  stacją 
telewizyjną! 

Zanim  zdążyła  pomyśleć, już  znalazła  się  obok  Macka.  Wyrwała  mu  z  ręki 

telefon i rzuciła go daleko, w porastające zbocze zarośla. 

– Co jest, do cholery? – Mack odwrócił się do niej. 

– Jak mogłeś!? – Marisa czuła się zdradzona i oszukana. 

– To nie to, co myślisz – powiedział spokojnie Mack, choć policzki nagle mu 

poczerwieniały. 

– Myślę, że jesteś najwstrętniejszym typem reportera, jaki chodzi po świecie, 

i  strzelasz  bez  ostrzeżenia  do  wszystkich,  którzy  staną  ci  na  drodze  –  mówiła 
Marisa zimnym głosem. – Łowca tanich sensacji o naturze grzechotnika! 

– Mariso, dosyć! 

–  Mam  do  ciebie  prośbę,  Mahoney.  –  Oczy  Marisy  ciskały  błyskawice.  – 

Wynoś się stąd. Natychmiast. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

–  Nic  a  nic  się  nie  zmieniłaś.  Kiedy  tylko  znajdziesz  się  trudnej  sytuacji, 

zaraz podwijasz ogon pod siebie i uciekasz. 

Marisa  podniosła  głowę  znad  walizki,  do  której  pakowała  ranka  Nicky'ego. 

Mack stał w drzwiach sypialni jej syna. 

Kurtkę  miał  rozpiętą,  a  na  kolanach  dżinsów  widać  było  mokre  plamy. 

Musiał włożyć trochę wysiłku w odnalezienie telefonu komórkowego, który znów 
trzymał w dłoni. 

– Jeszcze tu jesteś, Mahoney? – zapytała Marisa. – Radzę ci milczeć. 

Starannie  złożyła  kolejną  piżamkę  Nicky'ego  i  wpakowała  ją  do  walizki. 

Doskonale  wiedziała,  czuła,  że  Mack  ani  na  chwilę  nie  spuszcza  z  niej  oka.  Całą 
siłą woli zmusiła się do opanowania. Nie chciała, żeby zauważył, jak trzęsą jej się 
ręce albo, co gorsza, jak płacze. 

– Może pozwolisz mi wytłumaczyć – powiedział Mack tak cicho, że ledwie 

go usłyszała. 

– Jest tylko jedna rzecz, jaką powinieneś zrobić, Mahoney. Wynieś z domu 

tę przeklętą choinkę. Najlepiej ją spal. 

– Posłuchaj, Mariso… 

–  Ponieważ  nie  masz  ze  sobą  żadnego  bagażu,  chyba  zdążysz  się  stąd 

wynieść w ciągu godziny. Ten hotel zaraz zamykają. 

– Uspokój się, do jasnej cholery! – Mack wszedł do pokoju i położył telefon 

na łóżku Nicky'eg'o. – Trochę zbyt pochopnie wyciągasz wnioski. 

–  Ja  tylko  naśladuję  ciebie.  Ty  także  lepiej  ode  mnie  wiedziałeś,  dlaczego 

poszłam  z  tobą  do  łóżka  –  odrzekła  Marisa  z  furią  w  głosie.  –  Zgodnie  z  twoją 
teorią,  gotowa  jestem  zrobić  wszystko,  żeby  ratować  swego  syna.  Zdecydowałam 
się nawet na prostytucję i kłamałam mówiąc, że cię kocham. 

– Przecież tak właśnie było. 

–  Nigdy  cię  nie  okłamałam!  Chociaż  właściwie  nawet  nie  powinnam  ci 

odpowiadać! Nie zasługujesz na to! Przespałeś się z gwiazdą filmową tylko po to, 
ż

eby skłonić ją do zwierzeń i dostać wreszcie swój wymarzony kontrakt. 

background image

– Wykręcasz kota ogonem. 

–  Tak  ci  się  wydaje?  Chcesz  powiedzieć,  że  tych  kilka  dni  spędzonych  w 

moim  domu  nie  pomogło  ci  w  naświetleniu  tematu?  Że  nie  zdobyłeś  żadnych 
pikantnych  szczegółów  do  swego  programu?  Ciekawa  jestem,  czy  powiesz 
telewidzom, jakie pieszczoty najbardziej… 

– Mariso! – zawołał Mack. – Przestań już! Bardzo cię proszę. 

– Zachowaj tę swoją pozę wzniosłego idealisty na lepszą okazję, Mahoney! 

Mam  dosyć  ciebie  i  twoich  zasad!  Poświęcisz  wszystko,  w  co  wierzysz  i  co 
kochasz,  w  imię  wysokiego  wskaźnika  oglądalności!  I  kto  z  nas  niżej  upadł, 
Mahoney? Mnie nie musisz na to pytanie odpowiadać. 

– Przysięgam ci, że nie przekazywałem Tomowi żadnych informacji. 

–  Rozmawiałeś  z  Tomem  Powellem?  Z  twoim  producentem?  Teraz  już  się 

nie dziwię, że nie chciałeś mi pomóc. Przez cały czas byłeś z nim w kontakcie! 

– Częściowo. 

– Co to znaczy „częściowo”? – Marisa wrzuciła resztę rzeczy Nicky'ego jak 

popadło do walizki i zatrzasnęła wieko. 

–  To  znaczy,  że  opowiadałem  mu  różne  głupoty,  naprowadzałem  go  na 

fałszywy trop, żeby choć trochę zyskać na czasie. Sam chcę zdecydować o tym, jak 
zostanie zaprezentowany ten temat… 

– Tak samo jak zdecydowałeś o kształcie tamtego programu Jackie Horton. 

–  Posłuchasz  mnie  wreszcie,  kobieto?  –  wybuchnął  Mack.  Chwycił  Marisę 

za  ramiona  i  gwałtownie  nią  potrząsnął.  –  Tamta  rozmowa  potoczyła  się  inaczej, 
niż  przewidywałem.  Właśnie  dlatego  trzymałem  Toma  na  dystans  od  tej  sprawy. 
Chciałem najpierw sprawdzić, co się pomiędzy nami wydarzyło. 

–  Bardzo  elegancko  mnie  okłamujesz.  –  Marisa  czuła,  że  za  chwilę  się 

rozpłacze.  –  I  pomyśleć,  że  zdecydowałam  się  udzielić  ci  wywiadu.  Byłam  taka 
pewna, że zachowasz się uczciwie wobec mnie i Nicky'ego. Ależ ze mnie idiotka! 

– Naprawdę? Udzielisz mi wywiadu? 

– Tak – odrzekła z goryczą. Uwolniła się z uścisku i odsunęła się od Macka. 

– Skoro cię kocham, to muszę przyjąć cię takim, jaki jesteś. Nie mogę oczekiwać 
od  ciebie,  że  zrezygnujesz  z  ważnego  tematu  tylko  dlatego,  że  jego  kontynuacja 
może  zrobić  nieodwracalną  krzywdę  mnie  i  mojemu  synowi!  Postanowiłam,  że 

background image

dowiesz się prawdy! 

– Co to za prawda? 

– Miałeś rację – zaczęła Marisa. – Pięć lat temu państwo Latimore zapłacili 

doktorowi  Franco  Morrisowi  niebotyczną  sumę  za  dostarczenie  białego 
niemowlęcia płci męskiej. 

–  A  więc  kłamałaś,  kiedy  przysięgałaś,  że  jesteś  niewinna  –  stwierdził 

ponuro Mack. 

–  Akurat  ty,  który  tak  mnie  zawiodłeś,  nie  masz  prawa  robić  mi  z  tego 

powodu wyrzutów. Gdyby chodziło o moje dziecko, okłamałabym samego Boga. 

– Tak naprawdę, to nie jest twoje dziecko. 

–  Nicky  jest  moim  synem  –  wyszeptała  Marisa  pobladłymi  wargami. 

Chwyciła się za serce, jakby bała się, że ono za chwilę pęknie. – Ja nie wiedziałam 
o tym, co Victor zrobił. 

– Kolejne kłamstwa w niczym ci nie pomogą – zirytował się Mack. 

–  Ja  nie  kłamię,  Mahoney!  To  Victor  załatwiał  adopcję.  Nazwisko  doktora 

Morrisa  usłyszałam  po  raz  pierwszy  w  czasie  tamtego  koszmarnego  programu 
Jackie Horton. 

– Więc skąd się dowiedziałaś? 

–  Po  tym,  jak  ta  jakaś  Elsie  z  Luizjany  oświadczyła,  że  to  ona  urodziła 

Nicky'ego,  przeszukałam  rzeczy  Victora,  które  od  wypadku  leżały  zapakowane  w 
walizce. Niczego nie znalazłam. Nawet przede mną to ukrył. Wszystkie dokumenty 
i kwity przykleił taśmą pod blatem biurka w swoim gabinecie. – Marisa usiadła na 
łóżku. 

– I wtedy uciekłaś w góry? 

– Nie miałam innego wyjścia. Nie wiedziałam, co zrobił Victor, ale uczynił 

to z mojego powodu. 

– Nie rozumiem. 

–  Nie  kochałam  go.  –  Marisa  popatrzyła  na  Macka.  –  Ani  na  chwilę  nie 

mogłam zapomnieć o tobie. 

– Och, moja kochana… – Mack przykucnął obok łóżka i wziął ją za ręce. 

background image

–  Byłam  bardzo  samotna,  a  Victor  się  o  mnie  troszczył.  –  Marisa  zacisnęła 

palce  na  dłoni  Macka.  –  Musisz  to  zrozumieć.  Victor  był  dobrym  człowiekiem  i 
naprawdę  mi  na  nim  zależało.  Miałam  nadzieję,  że  to  wystarczy.  Niestety,  on 
doskonale wiedział, że jest we mnie jakaś cząstka, do której nigdy nie będzie miał 
dostępu, bo należy do kogoś innego. Do ciebie. Bardzo go to gryzło. 

– Nie możesz obwiniać siebie za to, co czuł twój mąż. 

– Próbowałam zrozumieć jego zazdrość i chęć posiadania mnie na własność. 

–  Gorące  łzy  Marisy  zrosiły  złączone  dłonie  jej  i  Macka.  –  Mój  mąż  uważał,  że 
gdybyśmy  mieli  dziecko,  to  połączyłaby  nas  więź,  której  przedtem  w  naszym 
małżeństwie  nie  było.  Przez  wiele  lat  nic  z  tego  nie  wychodziło,  a  kiedy  okazało 
się,  że  to  on  ma  kłopoty,  o  mało  nie  oszalał.  Postanowiliśmy  adoptować  dziecko. 
Dobrze  wiesz,  że  w  normalnym  trybie  bardzo  długo  trzeba  czekać  na  adopcję. 
Victor nie miał czasu. Dlatego skontaktował się z doktorem Morrisem. 

– Chciał ci sprawić dziecko, którego sam dać ci nie mógł. 

– Tak.  Oboje marzyliśmy  o  dziecku.  Jakoś  nigdy  nie  przyszło mi  do głowy 

zapytać,  jakim  cudem  załatwił  to  tak  błyskawicznie.  Victor  zawsze  wszystko 
załatwiał  sprawnie  i  szybko,  więc  chyba  po  prostu  nie  widziałam  w  tej  sprawie 
niczego nadzwyczajnego. 

– Wszystko jest łatwe, jeśli ma się dość pieniędzy. 

– Nie osądzaj go zbyt surowo – poprosiła Marisa. – Zrobił to tylko dlatego, 

ż

e  bał  się  mnie  stracić.  Chociaż  tak  naprawdę  nigdy  mnie  nie  zdobył.  Kiedy 

wreszcie to zrozumiał… Wsiadł do samochodu i stoczył się w przepaść. 

–  Nie,  Mariso.  –  Mack  usiadł  obok  niej  na  łóżku  i  mocno  przytulił  ją  do 

siebie. – To nie może być prawda. 

–  A  jednak.  Pokłóciliśmy  się…  –  Oparta  na  ramieniu  Macka  Marisa  cicho 

chlipała. 

– I ty od trzech lat tak strasznie się dręczysz? Nie wolno ci tego robić. To był 

zwykły wypadek. 

–  Gdybym  potrafiła  zdobyć  się  wobec  niego  na  uczciwość,  gdybym  nie 

ukrywała swoich prawdziwych uczuć, może jakoś by sobie z tym poradził. Wtedy 
może nie zdecydowałby się na łamanie prawa, a ja nie bałabym się, że odbiorą mi 
Nicky'ego. 

– To jeszcze nie zostało przesądzone. 

background image

Marisa wytarła oczy. Wstała i podeszła do okna. Widać było, że każdy ruch, 

każde wypowiedziane słowo przychodzi jej z trudem. 

– To co Victor zrobił, to co my zrobiliśmy, było błędem. Nie chcę udawać, 

ż

e jest inaczej. Nicky jest dla mnie wszystkim, chociaż nigdy naprawdę nie należał 

do mnie, tak samo jak ja nigdy nie należałam do Victora. 

–  Wobec  tego  pytanie,  które  ci  zadałem,  kiedy  tu  przyjechałem,  pozostaje 

aktualne – odezwał się Mack po chwili milczenia. – Co teraz zrobisz? 

–  Czy  to  pytanie  reportera?  –  Marisa  powoli  odwróciła  się  od  okna.  –  Czy 

może mężczyzny, który dziś rano prawie mi się oświadczył? 

– Sam nie wiem. 

Marisę  znów  ogarnęła  paniczna  chęć  ucieczki,  niemożliwa  do  opanowania 

potrzeba  unikania  bólu.  Jednak  udało  jej  się  zapanować  nad  sobą.  W  ciągu 
ostatnich kilku dni wielokrotnie stawała twarzą w twarz z prześladującymi ją od lat 
wspomnieniami  i  uczuciami,  które  składały  się  na  jej  osobowość  i  tworzyły  jej 
ż

ycie.  Starczyło  jej  sił  na  tę  podróż  w  głąb  samej  siebie.  Wyszła  stamtąd  cała, 

zdrowa i chyba odrobinę silniejsza. 

–  Nie  mogę  cię  zatrzymać  –  mówił  do  niej  Mack.  –  Ale  chcę,  żebyś 

zrozumiała, że wywiezienie Nicky'ego z Ameryki nie tylko nie rozwiąże problemu, 
ale  może  jeszcze  pogorszyć  sprawę.  Mogliby  cię  nawet  oskarżyć  o  porwanie 
dziecka. Listy gończe roześlą po całym świecie. 

– To już do mnie dotarło. 

–  A  mimo  to  chcesz  zaryzykować?  –  pytał  Mack,  opacznie  rozumiejąc 

zacięty wyraz twarzy Marisy. 

– Wracamy do domu. 

– Co takiego? 

– Wracam do Los Angeles. Będę walczyć. – Hardo podniosła do góry głowę. 

–  Zatrudnię  najlepszych  prawników  świata  i  będę  walczyć  o  swoje  dziecko, 
chociaż  wiem,  ile  ryzykuję.  Nie  chcę  skazywać  Nicky'ego  na  życie  banity.  Teraz 
wiem,  że  choćby  się uciekło  na  koniec świata, to  są sprawy,  od  których  uciec  się 
nie da, bo są w nas i wcześniej czy później i tak nas dogonią. 

–  Dobrze,  księżniczko.  –  Mack  uśmiechnął  się  do  niej  pełen  podziwu.  – 

Bardzo dobrze. 

background image

– Tobie też by się taka lekcja przydała. 

– Mnie? – zdziwił się Mack. 

–  Tyle  lat  wędrujesz  po  świecie,  nigdzie  nie  zagrzejesz  miejsca,  zawsze  w 

podróży… Jeszcze nie zrozumiałeś, że ty także uciekasz? 

– Taką mam pracę… 

– Boisz się, Mahoney! A może choć raz w życiu oświetliłbyś kagankiem tej 

swojej  brutalnej  uczciwości  własne  serce?  Już  dość  sobie  nakłamaliśmy. 
Przynajmniej w tej jednej sprawie zasłużyliśmy na szczerość. Ciągle mnie kochasz 
i to jest fakt. Nigdzie się przed nim nie schowasz. 

– Wydawało mi się, że wiesz, co do ciebie czuję. 

–  A skąd  mam  to  wiedzieć? –  zapytała rozżalona  Marisa.  –  Wiem,  że  mnie 

pragniesz. Sądzę, że raczej mi nie ufasz i to z mojej winy. Nie mogę cię zapewnić, 
ż

e  nigdy  więcej  cię  nie  skrzywdzę.  Podobnej  przysięgi  trudno  dochować.  Ale  na 

pewno  mogę  ci  obiecać,  że  zrobię  wszystko,  co  w  ludzkiej  mocy,  żeby  cię  nigdy 
nie zawieść i żeby nie mieć przed tobą żadnych tajemnic. A kiedy znów pojedziesz 
na  drugi  koniec  świata,  będę  miała  dość  sił,  żeby  na  ciebie  czekać,  bo  wiem,  że 
wrócisz do mnie, kiedy tylko czas ci na to pozwoli. 

–  A  pustka,  a  samotność?  Zapomniałaś  o  tym?  Co  będzie,  jeśli  ci  to 

zbrzydnie i znów ode mnie uciekniesz? 

–  Tamta  dwudziestoletnia  dziewczyna,  którą  kiedyś  byłam,  pewnie  by  tak 

zrobiła.  Ale  ja  dorosłam,  Mack.  Nie  chcę,  żebyś  się  dla  mnie  zmieniał,  a  to 
oznacza,  że  rozumiem  już,  jak  ważna  jest  dla  ciebie  twoja  praca.  Żądam  jednak 
takiego samego zrozumienia dla siebie. Chociaż myślę, że ty boisz się, iż ja zabiorę 
ci duszę, jeśli zbyt mocno zaangażujesz się w związek ze mną. 

– Przecież wiesz, jak bardzo chcę być z tobą. 

–  Może  i  tak,  tylko  że  nigdy  nie  oddajesz  mi  siebie  całego,  zawsze 

zatrzymujesz jakąś cząstkę dla siebie. Czy naprawdę tego nie dostrzegasz? Robisz 
dokładnie  to  samo,  co  ja  zrobiłam  Victorowi.  Ja  wiem,  jaką  cenę  musiał  za  to 
zapłacić.  Kocham  cię,  Mack,  ale  połowa  to  dla  mnie  za  mało.  Chcę  cię  mieć 
całego. 

– No cóż – odezwał się Mack po bardzo długiej chwili milczenia. – Wobec 

tego chyba powiedzieliśmy sobie już wszystko. 

background image

Nadzieja, jaką  Marisa  na nowo w  sobie  rozbudziła,  zgasła jak  zdmuchnięty 

nagle  płomień  świecy.  Jak  ślepiec  podeszła  do  łóżka  i  wzięła  stamtąd  walizkę 
Nicky'ego. 

– Gdybyś kiedyś zmienił zdanie, to wiesz, gdzie mnie znaleźć – powiedziała 

dumna z tego, że udało jej się opanować zdradzieckie drżenie głosu. 

– Nie chciałem, żeby nasze sprawy tak się potoczyły – zapewniał ją Mack. – 

Nie zostawię cię na pożarcie tym wilkom z Los Angeles. 

– Wciąż zależy ci na wywiadzie? 

– Mam w nosie wywiad! – zawołał Mack. – To ja zacząłem drążyć ten temat 

i mam wpływ na to, w jaki sposób sprawa zostanie zakończona. Mogę ci ułatwić… 

–  Nie,  Mack.  –  Marisa  dotknęła  jego  ramienia.  –  Nie  trzeba.  Sama  muszę 

sobie z tym poradzić. 

–  Gdybyś  czegoś  potrzebowała…  –  Mack  patrzył  na  nią  zupełnie 

zrozpaczony.  Potem  jakby  coś  w  nim  pękło.  Chwycił  ją  w  ramiona  i  całował  tak 
rozpaczliwie, jak ona jego. 

– Och, Mack… – szepnęła Marisa, dotykając palcem warg, które on dopiero 

co całował. 

– Wyniosę tę choinkę – powiedział. 

– Mamusiu, mamusiu! – Nicky bez ostrzeżenia wpadł do pokoju. Stanął jak 

wryty, kiedy wyczuł, że pomiędzy dorosłymi zaszło coś dziwnego. – Co się stało? 

–  Nic takiego,  skarbie. –  Marisa pogłaskała  chłopca po  głowie. Zmusiła  się 

do uśmiechu. – Właśnie pożegnałam się z Mackiem. 

– To on nie jedzie z nami? – zapytał rozczarowany Nicky. 

– Nie teraz, kolego – odezwał się Mack dziwnie grubym głosem. 

– Więc kiedy? – Chłopczyk nie dał się zbyć byle czym. 

–  Chciałeś  coś  ode  mnie,  synku?  –  zapytała  Marisa,  zmieniając  niezbyt 

szczęśliwie wybrany temat. 

– A, tak. Zupełnie zapomniałem. Garnek się pali! 

–  O,  mój  Boże!  –  zawołała  Marisa.  –  Nasz  obiad!  Może  jeszcze  da  się  coś 

uratować! 

background image

–  Daj  spokój,  księżniczko  –  powiedział  Mack.  –  To  jedna  z  tych  rzeczy, 

których nawet nie warto ratować. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

„Tylko ciebie kochałam”. 

„Nie pleć bzdur!” 

„Więc idź, jeśli chcesz. Wtedy oboje nie będziemy mieli nic”. 

Przebrzmiały gniewne słowa skłóconych kochanków, obraz zniknął z ekranu. 

Przystojny  mężczyzna  prowadzący  uroczystość  wręczania  nagród  podszedł  do 
mikrofonu. 

–  Nagrodę  „Daytime  Digest”  dla  najlepszej  aktorki  otrzymuje…  –  szelest 

rozdzieranej koperty, przewracanych kartek – Marisa Rourke! 

Publiczność  nagrodziła  werdykt  gromkimi  oklaskami,  a  orkiestra  zagrała 

motyw przewodni z serialu „Rodzina”. 

Siedząca  na  widowni  Marisa  ukryła  twarz  w  dłoniach.  Nie  posiadała  się  ze 

szczęścia i… ze zdumienia. Jednak kiedy wstała, na jej twarzy pojawił się radosny, 
doskonale  wyćwiczony  uśmiech.  Siedzący  obok  Marisy  Paul  Willis  zerwał  się  na 
równe  nogi  i  gorąco  wycałował  swoją  siostrzenicę,  a  potem  popchnął  ją  lekko  w 
kierunku sceny. 

–  Pokaż  im,  co  potrafisz  –  szepnął.  Jego  siwe  włosy  lśniły  w  świetle 

odprowadzających Marisę reflektorów. 

Marisa ostrożnie wchodziła po schodach. Serce waliło jej głośno jak bęben z 

wojskowej orkiestry. Musiała bardzo uważać na białą, powłóczystą suknię, w którą 
ubrała  się  na  tę galę.  W  duchu  przeklinała  siebie  i  Carlene,  która  namówiła  ją  na 
udział w transmitowanej na żywo z Hollywood uroczystości przyznawania nagród. 

Był koniec stycznia, a mimo to od chwili powrotu do domu Marisa nie mogła 

się  opędzić  od  dziennikarzy.  Kiedy  matka  Nicky'ego  wystąpiła  przeciwko  niej  do 
sądu, stali się jeszcze bardziej natarczywi. W prasie, radiu i telewizji zaroiło się od 
plotek  i  przypuszczeń.  Podano  do  publicznej  wiadomości  wyniki  badań  DNA, 
które  jednoznacznie  wskazywały,  że  to  Elsie  Powers  urodziła  Nicky'ego.  Marisa 
chciała  przeczekać  tę  burzę,  schować  się  przed  ludźmi  do  czasu,  gdy  adwokaci, 
urząd  do  spraw  adopcji  i  sąd  zadecydują  o  przyszłości  jej  syna.  Ale  Carlene  była 
innego zdania. 

– Kiedyś mi za to podziękujesz – tłumaczyła Marisie. – Znajdujesz się teraz 

background image

w centrum uwagi tłumów. Jeśli ty nie zapanujesz nad sytuacją, to zrobią to inni… 

Kane Morgan, znany aktor i reżyser prowadzący hollywoodzką uroczystość, 

był przyjacielem Marisy. Czekał na nią u stóp schodów i jak królową poprowadził 
na  scenę. Wiwatująca  publiczność  powstawała  z  krzeseł.  Kane  wcisnął Marisie  w 
ręce lśniącą statuetkę, a potem pocałował przyjaciółkę w oba policzki. 

– Trzymaj się, gwiazdo – szepnął jej do ucha. 

– Dzięki, Kane – uśmiechnęła się Marisa. 

Wiedziała,  że  słowa Kane'a  dotyczą nie tylko  złotej  statuetki, którą dopiero 

co odebrała z jego rąk. Całe środowisko aktorskie znało niełatwą sytuację osobistą 
Marisy. 

–  Dziękuję  –  z  trudem  wydobyła  z  siebie  głos.  Na  szczęście  mogła  teraz 

zaczekać, aż publiczność się uciszy i z powrotem zajmie swoje miejsca. – Bardzo 
wam  wszystkim  dziękuję.  Chciałabym  także  podziękować  redakcji  „Daytime 
Digest”  oraz  widzom,  dzięki  którym  spotkał  mnie  ten  zaszczyt.  Rola  Dinah 
Dillman  sprawia  mi  wiele  radości.  Jestem  dumna,  ale  jednocześnie  trochę 
zakłopotana  z  powodu  tego,  że  tylu  ludzi  polubiło  moją  bohaterkę.  Jest  jeszcze 
wiele osób, którym chcę złożyć podziękowania. Przede wszystkim Eric… 

Marisa  wymieniała  po  kolei  nazwiska  aktorów,  autorów  i  realizatorów 

serialu. Jednocześnie przyglądała się widowni i napawała sukcesem. Marzyła o tej 
nagrodzie  od  lat.  Był  to  symbol  wyniesienia,  najwyższej  pozycji  zawodowej. 
Tymczasem  okazało  się,  że  złota  statuetka  nie  jest  talizmanem.  Jakże  miała  się 
Marisa  cieszyć  sukcesem,  kiedy  straciła  ukochanego  mężczyznę,  a  teraz  jeszcze 
groziła jej utrata syna? 

Od dnia wyjazdu z górskiej chatki ani nie widziała Macka, ani nawet z nim 

nie  rozmawiała.  Wmawiała  sobie,  że  tak  właśnie  jest  najlepiej.  Żadnych  scen, 
ż

adnego  podsycania  nadziei…  Trochę  się  tylko  dziwiła,  bo  Mack  nikomu  nie 

powiedział  o  jej  ucieczce.  Właściwie  winna  mu  była  wdzięczność,  ale  zamiast 
wdzięczności  czuła  ból  i  żal.  Tęskniła  za  Mackiem  bardziej,  niż  się  tego 
spodziewała.  Pragnęła  uciec  i  nie  pozwolić  się  skrzywdzić,  ale  wiedziała,  że  nie 
jest to już możliwe. Wkrótce miał zapaść wyrok stanowiący, czy przeprowadzona 
przez Victora i doktora Morrisa adpocja zostanie cofnięta, czy też Nicky pozostanie 
na  zawsze  synem  Marisy.  Na  razie  jednak  chłopiec  bardzo  jej  potrzebował  i  nie 
mogła sobie pozwolić na żadne słabości. 

–  …a  więc  jeszcze  raz  wszystkim  wam  dziękuję  –  zakończyła  swoje 

wystąpienie.  Już  odwróciła  się  od  mikrofonu,  ale  o  czymś  sobie  przypomniała. 

background image

Posłała w kierunku kamer całusa. – A to dla mojego syna, który siedzi teraz przed 
telewizorem.  Możesz  już  iść  spać,  mój  skarbie.  Mamusia  wygrała!  –  Siedzący  na 
widowni  ludzie  roześmiali  się  i  znów  zaczęli  klaskać.  Pomachała  im  na 
pożegnanie. – Raz jeszcze wam dziękuję. 

Znów  zabrzmiała  muzyka.  Marisa  z  wdzięcznością  przyjęła  ramię  Kane'a, 

który dwornie odprowadził ją na obowiązkowe spotkanie z dziennikarzami. 

– Przykro mi, ale musisz coś powiedzieć tym hienom – szepnął jej do ucha, 

współczująco ściskając dłoń Marisy. 

– Jestem gotowa na wszystko. Jak zwykle. 

– Jeśli mógłbym coś dla ciebie zrobić, w czymkolwiek ci pomóc… 

–  Będę  ci  wdzięczna,  jeśli  zechcesz  nakręcić  dla  mnie  szczęśliwe 

zakończenie serialu – głos jej trochę drżał. 

–  Dużo  bym  dał,  żeby  tak  można  było  to  wszystko  załatwić  –  westchnął 

Kane. 

– Wiem, że mam przy sobie przyjaciół. To bardzo wiele. – Marisa uścisnęła 

mu rękę. – Dzięki, Kane. 

–  Trzymaj  się  –  szepnął,  pomagając  Marisie  wejść  na  małe  podium, 

ustawione w sali dla dziennikarzy. 

Reporterzy i kamerzyści otoczyli podium jak wygłodniałe wilki. 

– Jak się pani czuje? – zapytał ktoś. 

– Cudownie. Jestem zaszczycona. – Marisa przyciskała do piersi figurkę. – I 

bardzo zaskoczona. Naprawdę nie spodziewałam się… 

–  Mówi  się  o  propozycji,  jaką  złożył  pani  producent  pewnego  serialu 

komediowego. Czy zrezygnuje pani z roli w „Rodzinie”? 

–  Pochlebia  mi,  że  łączy  się  moje  nazwisko  z  tym  ambitnym 

przedsięwzięciem,  ale  praca  na  planie  „Rodziny”  daje  mi  satysfakcję  i  sprawia 
przyjemność. Nie mam powodu, żeby rezygnować… 

– Pani Rourke – zawołał jakiś reporter – co nam pani powie o Elsie Powers, 

która twierdzi, że to ona urodziła pani syna? Czy słyszała pani, że ma wystąpić w 
programie Jackie Horton? 

– Jak chłopiec radzi sobie z tą trudną sytuacją? – zapytał inny dziennikarz. – 

background image

Co mu pani powiedziała? 

– Czy spodziewa się pani długiego procesu? Czy w razie przegranej wniesie 

pani apelację? Aż do Sądu Najwyższego? 

–  A  co  na  to  Fundacja  na  Rzecz  Adopcji?  –  zapytała  jakaś  blondynka  w 

okularach. – Czy to prawda, że nie jest już pani ich rzecznikiem? 

Marisa  zebrała  się  na  odwagę.  Walka  o  odzyskanie  miłości  Macka 

zahartowała ją w ciężkich bojach, nauczyła, że jedna przegrana bitwa to jeszcze nie 
całkowita  klęska.  Nawet  przegrywać  trzeba  z  wdziękiem,  co  nie  jest  szczególnie 
trudne, kiedy jest się zdolną aktorką. 

–  Bardzo  państwa  przepraszam  –  uśmiechnęła  się  do  otaczających  ją 

dziennikarzy – ale w chwili obecnej toczy się w tej sprawie śledztwo. Nie wolno mi 
udzielać informacji na ten temat. 

Teraz  ona  panowała  nad  sytuacją.  Była  serdeczna,  spokojna  i  w  żadnym 

wypadku nie zamierzała uciekać. Zmieniła tylko niewygodny dla siebie temat. 

–  Pewnie  nie  wiecie  o  tym,  że  w  następnym  odcinku  pojawi  się  wątek 

szpiegowski  –  mówiła  głosem  słodkim  jak  miód  z  melasą.  –  Dinah  spotka  swoją 
dawną miłość… 

 

 

 

Mack  nacisnął  guzik.  Z  ekranu  telewizora  zniknął  jazgot  jeszcze  jednej 

bezsensownej gali, a z nim ta banda głupców i nieuleczalnych bezmózgowców, za 
jakich  Mack  uważał  wszystkich  ludzi  show  biznesu.  Wcale  nie  miał  zamiaru 
oglądać  transmisji  z  Hollywood.  Bo  i  po  co?  Szukał  tylko  czegoś  ciekawego  na 
wszystkich kanałach i przez przypadek zobaczył na ekranie znajomą twarz. 

– Może byś wreszcie przestał sam siebie oszukiwać, Mahoney – mruknął. 

Poprawił  poduszkę  i  spróbował  zasnąć.  Za  sześć  godzin  miał  odlecieć  do 

Madrytu.  Niestety,  wciąż  miał  przed  oczami  postać  Marisy.  Była  piękna  i  pełna 
seksu.  Biała,  lśniąca  suknia,  nagie  ramiona  koloru  kości  słoniowej,  burza  złotych 
włosów, w których chciałoby się zanurzyć palce… Dopiero teraz na dobre dotarło 
do niego, że Marisa jest dla niego tak samo daleka i nieosiągalna jak Kasjopea. 

Scena  z  ekranu  telewizora  wciąż  od  nowa  przewijała  się  w  głowie  Macka. 

background image

Eleganckie,  krótkie  przemówienie  Marisy,  przylegający  do  dobrze  znanych 
kształtów biały materiał jej sukni, ten przystojny aktor, który wręczał jej statuetkę, 
a potem pocałował Marisę i jeszcze ją obejmował! I to przy ludziach! W publicznej 
telewizji! 

Mack zrzucił z siebie koc. Za oknem sypał śnieg, ale on pocił się, jakby miał 

wysoką gorączkę. Zaklął, zapalił światło, a potem papierosa. Gorzkokwaśny smak 
dymu doskonale pasował do jego nastroju. Odkąd wyjechał z Kalifornii i dopuścił 
do tego, że Marisa po raz drugi od niego odeszła, nic mu się nie udawało. 

Kogo  ja  oszukuję?  myślał.  Odeszła,  bo  jestem  nieczułym,  wyrachowanym 

osłem. Dziesięć lat minęło, a ja ani trochę się nie zmieniłem. Jestem delikatny jak 
czołg. Równie dobrze mógłbym jej dać pałką po głowie. 

Poniewczasie,  kiedy  już  rozstał  się  z  Marisą,  próbował  jej  trochę  pomóc. 

Tom  Powell  mało  nie  oszalał,  kiedy  dowiedział  się,  że  Mack  nie  będzie 
kontynuował  sensacyjnego  tematu  Marisy  Rourke  i  jej  nielegalnie  adoptowanego 
dziecka. 

–  Chcesz  mi  wmówić,  że  wyjechała  na  wakacje?  Masz  mnie  za  głupka?  – 

Bliski zawału Tom rwał resztki włosów z głowy. – To była twoja życiowa szansa! 
Nie  myśl,  że  będę  cię  ratował,  kiedy  INN  dowie  się,  że  nie  chcesz  dla  nich 
pracować. 

– O mnie się nie martw – odrzekł mu wtedy Mack. 

Stosunki  z  jego  wieloletnim  producentem  bardzo  się  od  tamtej  pory 

zaostrzyły. Odsunięto Macka od sprawy handlującego dziećmi doktora Morrisa, nie 
dostał kontraktu z INN, na który tak bardzo liczył. Ale najbardziej zadziwił go fakt, 
ż

e  wszystko  to  razem  niewiele  go  obeszło.  Nie  mógł  natomiast  zapomnieć  buzi 

Nicky'ego, przyciśniętej do szyby samochodu, którym razem z matką odjeżdżał do 
domu.  Smutny  uśmiech  chłopca,  rozpaczliwe  wymachiwanie  małej  rączki 
prześladowały Macka i we dnie i w nocy. Dopiero niedawno zrozumiał, że pogoń 
za nie istniejącymi ideałami i odrzucanie niedoskonałej miłości skazuje człowieka 
na samotność i pustkę. 

Papieros sparzył Mackowi palec. Zdusił w popielniczce tlący się niedopałek, 

ubrał  się  i  spakował  neseser.  Przesunął  palcem  po  zrobionej  ze  srebrzystej  folii 
gwiazdce.  Już  ponad  miesiąc  podróżowała  między  bielizną  i  koszulami, 
pognieciona, z prawie zatartym napisem, ale Mack nie mógł się zdobyć na to, żeby 
wyrzucić do kosza tę ostatnią rzecz, która łączyła go z Marisą i jej synem. 

Spojrzał  na  swoje  odbicie  w  lustrze.  Reportaż,  który  miał  nakręcić  w 

background image

Hiszpanii, nie był wcale trudny, ale na samą myśl o tej podróży Mackowi robiło się 
niedobrze. 

Niewiele  pozostało  z  pełnego  entuzjazmu  i  poświęcenia  reportera-idealisty, 

jakim jeszcze niedawno byłem, pomyślał. Kiedy i gdzie to zgubiłem? Jak doszło do 
tego, że drążenie tematu za wszelką cenę, po to tylko, żeby udowodnić światu, że 
nie  ma  rzeczy  niemożliwych,  stało  się  bardziej  istotne  niż  sam  temat?  Nawet  nie 
zauważyłem,  kiedy  sprawy  stały  się  dla  mnie  ważniejsze  niż  ludzie,  których  one 
dotyczyły.  Tak,  chyba  właśnie  na  tym  polegał  mój  błąd.  Ludzkie  niedole, 
straszliwe  cierpienia  i  wszystkie  okropności,  których  byłem  świadkiem, 
spowodowały  w  moim  mózgu  krótkie  spięcie.  Włączył  się  mechanizm  obronny, 
znieczulenie, bez którego pewnie już dawno bym oszalał. Cały problem w tym, że 
kiedy  wyłączyły  się  emocje,  przestałem  także  dostrzegać  najważniejszy  wątek 
każdego  z  podejmowanych  przeze  mnie  tematów:  straciłem  z  oczu  człowieka. 
Moje  ślepe  parcie  naprzód,  siła  przebicia  za  wszelką  cenę,  zmieniły  mnie  w 
potwora,  w  narzędzie  niszczące  niewinnych  ludzi.  A  najgorsze  w  tym  wszystkim 
jest to, że nie mam już odwagi nie tylko kochać, ale i być kochanym. Po raz drugi 
pozwoliłem  odejść  ukochanej,  jedynej  liczącej  się  dla  mnie  na  świecie  kobiecie. 
Tym razem mi nie wybaczy. 

Mack  przyjrzał  się  krytycznie  własnemu  odbiciu  w  lustrze.  Wreszcie 

zrozumiał, że jeśli w ogóle chce coś naprawić, to nie zostało mu na to zbyt wiele 
czasu.  Rozmyślania  o  własnej  podłości  bolały  go  wprawdzie,  ale  były  mu 
potrzebne.  Kilku  świątecznym  dniom  spędzonym  w  towarzystwie  Marisy 
zawdzięczał, że w ogóle zdobył się na takie spojrzenie w głąb siebie, chociaż to, co 
tam zobaczył, wcale mu się nie spodobało. 

Marisa  walczyła  z  połową  świata  o  swoje  ukochane  dziecko.  To  Mack, 

przynajmniej  częściowo,  zmusił  ją,  by  stanęła  na  tym  ringu,  a  potem  odszedł, 
zostawiając ją zupełnie samą. Przynajmniej to jedno mógł zaraz zmienić. Wiedział, 
jak załatwić pewne sprawy, gdzie szukać odpowiedzi na niektóre pytania i tylko on 
mógł napisać zakończenie, którego nikt się nie spodziewał. 

Zrobię  to,  postanowił.  Zrobię  to  dla  Marisy  i  dla  Nicky'ego.  Dla  siebie 

zresztą też. Madryt nie ucieknie. 

 

 

 

Pokój, w którym można się było spokojnie naradzić, był mały. Pachniało w 

background image

nim pastą do podłogi i potem. Poza ścianami tego pomieszczenia, znajdującego się 
w  budynku  Sądu  Okręgowego  Los  Angeles,  toczył  się  zwykły  dzień  wymiaru 
sprawiedliwości. W pokoju siedziała Marisa. Wycierała spocone dłonie o spódnicę 
i  uważnie  przysłuchiwała  się  temu,  jak  jej  drobna,  ciemnowłosa  agentka,  Carlene 
Mendez spiera się z adwokatem Korporacji Latimore. 

– To rozbój na prostej drodze! – gorączkowała się Carlene. – Czy naprawdę 

nie może pan czegoś z tym zrobić, panie Windham? Można by ją przecież oskarżyć 
o wymuszenie. 

– Bardzo panią proszę, panno Mendez… – Michael Windham otarł spocone 

czoło  precyzyjnie  złożoną  chusteczką.  Podał  Marisie  jakieś  papiery.  –  To  są 
warunki pani Powers. Gotowi są je uzgodnić, zanim jeszcze odbędzie się rozprawa.  

Marisa  wzięła do  ręki dokument.  Przeglądała go,  nie rozumiejąc  jednak  ani 

słowa. 

– Co tam jest napisane? – zapytała w końcu. 

–  Głównie  to,  o  czym  już  rozmawialiśmy.  Dziecko,  Nicholas  Victor 

Latimore  alias  Elwin  Andrew  Powers  zostanie  wam  oddane  pod  wspólną  opiekę. 
Zostaną ustalone szczegółowe terminy wizyt, wakacji i tym podobnych. Określi się 
także czas potrzebny Nicholasowi do poznania pani Powers. Jest również paragraf, 
mówiący o odszkodowaniu, jakie musisz wypłacić dziecku za straty moralne… 

– Straty moralne! – zawołała oburzona Carlene. – Ciekawe, dlaczego ta cała 

Powers nie żąda odszkodowania od doktora Morrisa? To przecież on ją oszukał, on 
wyłudził od niej dziecko. I to on powinien płacić, a nie Marisa! 

–  Zapewne  zapomniała  pani  o  tym,  że  doktor  Morris ogłosił  bankructwo.  – 

Windham  zdjął  okulary  i  starannie  przetarł  je  chusteczką.  –  Przez  najbliższych 
dziesięć albo może i dwadzieścia lat będzie korzystał z obowiązkowego minimum 
socjalnego, jakie państwo gwarantuje wszystkim pensjonariuszom więzień. 

– Mimo to nie rozumiem… 

– Carlene – powiedziała cicho Marisa i przyjaciółka momentalnie zamilkła. – 

Nie  chodzi  o  pieniądze.  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  pani  Powers  jest  uczciwą 
kobietą,  ale  nie  ma  zbyt  wiele  pieniędzy.  Mogę  jej  dać  tyle,  ile  tylko  zechce. 
Przecież musi za coś wychowywać Nicky'ego. 

– Przepraszam – mruknęła Carlene, siadając na krześle obok Marisy. – Ale to 

takie niesprawiedliwe! 

background image

–  Doświadczenie  nauczyło  mnie,  że  życie  rzadko  bywa  sprawiedliwe  – 

powiedział adwokat. 

– Co mi radzisz, Michael? – zapytała Marisa. 

–  Biorąc  pod  uwagę orzeczenie, jakie  w podobnej  sprawie  wydano  ostatnio 

w Michigan, dopuszczenie do procesu przed sądem mogłoby się okazać błędem. 

– Chcesz powiedzieć, że mogliby mi odebrać Nicky'ego na zawsze? 

– Istnieje taka możliwość, ponieważ warunki adopcji były nieco… niejasne. 

Wiem,  że  to  dla  ciebie  bolesne,  tym  bardziej  że  w  niczym  nie  zawiniłaś,  ale  w 
podobnych  sprawach  sądy  zazwyczaj  biorą  w  obronę  naturalnych  rodziców. 
Adopcja zapewne zostałaby unieważniona. 

– Rozumiem… 

– To tylko przypuszczenie, prawda? – wtrąciła się Carlene. – Nie powiedział 

pan przecież, że taki będzie na pewno finał rozprawy. Jeśli boi się pan stawać w tej 
sprawie przed sądem, znajdziemy kogoś, kto się nie przestraszy! 

– Zapewniam panią, panno Mendez… 

– Powiedz pani Powers, że zgadzam się na jej warunki.  

Windham i Carlene zaskoczeni patrzyli na Marisę. 

– Jesteś pewna? – zapytał adwokat. 

– Nie możesz tego zrobić! Nicky… 

– Przede wszystkim o Nicky'ego mi chodzi – powiedziała cicho Marisa, choć 

ból,  jaki  odczuwała,  wydawał  się  nie  do  zniesienia.  –  Wierzcie  mi,  nie  mogę 
myśleć spokojnie o tym, że muszę oddać swoje dziecko innej kobiecie. Choćby to 
nawet była jego biologiczna matka, która kocha go tak samo, jak ja. Ale nie chcę 
ryzykować,  że  odbiorą  mi  wszelkie  prawa  do  Nicky'ego.  Wiem,  że  to  nie  jest 
idealne  rozwiązanie.  Szczerze  mówiąc,  uważam  tę  sytuację  za  koszmarną. 
Ponieważ jednak nie mogę uciec od rzeczywistości, spróbuję zrobić to, co uważam 
za  słuszne  i  radzić  sobie  najlepiej,  jak  potrafię.  Nicky  jest  jeszcze  mały. 
Przyzwyczai się. Oboje się przyzwyczaimy. Nie mamy przecież innego wyjścia. 

– Chcesz poddać się bez walki? – Carlene nie dowierzała własnym uszom. 

– Już ci mówiłam, że nie jest to najgorsze rozwiązanie. Zrobię wszystko co 

w  mojej mocy, żeby Nicky jak najmniej cierpiał. Już teraz jest zdezorientowany i 

background image

bardzo przestraszony. Gdyby kazano mu z dnia na dzień zamieszkać z obcą osobą i 
być  z  nią  przez  cały  czas…  –  Marisa  siłą  powstrzymywała  napływające  do  oczu 
łzy. – Nie mogę go na to narażać. Jeśli zgodzę się na propozycję pani Powers, będę 
mogła mu pomóc i przynajmniej czasami trochę z nim pobyć. 

–  Wobec  tego  proponuję,  żebyśmy  zawiadomili  sędzinę  o  twojej  decyzji.  – 

Windham schował dokumenty do teczki. 

Marisa, zupełnie odrętwiała, wyszła z adwokatem na korytarz, gdzie czekały 

już  na  nią  kamery  telewizyjne  i  tłum  reporterów,  z  których  każdy  starał  się 
podetknąć  jej  pod  nos  mikrofon.  Była  to  dla  Marisy  nieopisana  udręka.  Nawet  w 
takiej  chwili,  w  obliczu  utraty  ukochanego  syna,  nie  pozwolono  jej  cierpieć  w 
samotności. 

Do sali sądowej weszła z westchnieniem ulgi, jakby to była cicha przystań, a 

nie  miejsce,  w  którym  za  chwilę  miało  się  odbyć  posiedzenie  decydujące  o  jej 
ż

yciu.  Niedługo  jednak  cieszyła  się  spokojem.  Na  drugim  końcu  sali  zauważyła 

znajomą  twarz  ciemnowłosego  mężczyzny.  Radość  z  pojawienia  się  Macka  na 
chwilę  wyrwała  ją  z  odrętwienia.  Wpatrywała  się  w  niego  uszczęśliwiona.  Nie 
widziała nikogo i niczego nie słyszała. Myślała tylko o tym, że Mack się wreszcie 
pojawił.  Przyszedł  właśnie  wtedy,  kiedy  tak  bardzo  go  potrzebowała.  Nie  opuścił 
jej w nieszczęściu. Pomoże jej, będzie ją kochał.. 

Mack  powiedział  coś  do  siedzącej  obok  niego  kobiety  ubranej  w  prosty, 

czarny kostium. Słuchała go bardzo uważnie, jakby chciała zapamiętać sobie każde 
jego słowo. 

Wszystkie nadzieje Marisy w jednej chwili obróciły się w proch. To nie dla 

mnie  tu  przyszedł,  ale  dla  swojego  przeklętego  tematu,  pomyślała  zrozpaczona. 
Zupełnie  zapomniałam,  że  za  chwilę  rozegra  się  w  tej  sali  ostatni  akt  sensacyjnej 
historii  o  hurtowni  dzieci  doktora  Morrisa.  Mack  Mahoney  dostał  się  nawet  na 
zamkniętą  rozprawę.  Cóż,  taki  drobiazg  jak  zakaz  wpuszczania  dziennikarzy  na 
salę sądową jego powstrzymać nie mógł. 

Pozbawiona  złudzeń,  obolała  Marisa  zupełnie  się  załamała.  Postanowiła 

jednak,  że  nie  da  poznać  po  sobie,  jak  bardzo  jest  nieszczęśliwa.  Z  dumnie 
podniesioną  do  góry  głową  przeszła  obok  Macka.  Udała,  że  nie  widzi,  kiedy 
podniósł się z miejsca i skinął jej głową na powitanie. 

Marisa  usiadła  przy  stoliku  obok  Windhama.  Drżące  dłonie  złożyła  na 

kolanach.  Wpatrywała  się  w  pusty  jeszcze  stół  sędziowski,  jakby  nie  istniało  na 
ś

wiecie nic ważniejszego od liczenia desek w boazerii. Zauważyła jednak, kiedy na 

salę  weszła  Elsie  Powers  w  towarzystwie  swego  adwokata  i  jeszcze  jednego 

background image

mężczyzny, który zachowywał się tak, jakby był bardzo bliskim przyjacielem pani 
Powers. 

Marisa  przyglądała  się  ukradkiem  kobiecie,  która  urodziła  Nicky'ego.  Elsie 

Powers  była  sympatyczną  blondynką.  Mogła  mieć  około  dwudziestu  kilku  lat. 
Towarzyszący  jej  mężczyzna  wyglądał  tak,  jakby  całe  życie  zajmował  się 
wyłącznie  surfingiem.  Miał długie,  spłowiałe  od słońca włosy,  a  koszula  i  krawat 
krępowały go jak gorset. 

Ci  ludzie  będą  teraz  częścią  życia  Nicky'ego,  pomyślała  Marisa.  Na  chwilę 

zamknęła  oczy,  prosząc  Boga,  aby  dał  jej  siły  na  godne  przejście  przez  cały  ten 
koszmar.  Najwyższym  wysiłkiem  woli  powstrzymała  się,  żeby  się  nie  odwrócić  i 
nie szukać oparcia w siedzącym za jej plecami Maćku. 

Windham  naradził  się  z  adwokatem  strony  przeciwnej,  a  potem  obaj 

tłumaczyli  coś  Elsie  i  jej  przyjacielowi.  Skinienia  głowy  i  zadowolone  miny 
potwierdziły zgodę na przyjęcie wynegocjowanych warunków. I właśnie wtedy do 
sali  obrad  wszedł  woźny,  oznajmiając  zebranym,  że  sąd  idzie.  Odziana  w  czarną 
togę  sędzina  Margaret  Lassiter  usiadła  w  fotelu,  a  woźny  odczytał  z  wokandy 
numer sprawy. Jako pierwszy głos zabrał Windham. 

– Wysoki Sądzie, pełnomocnicy obu stron pragnęliby przekazać Wysokiemu 

Sądowi opinie swoich klientów. 

Za  przyzwoleniem  sędziny  obaj  adwokaci  podeszli  do  stołu  sędziowskiego. 

Przyciszone  głosy  informowały  o  osiągniętym  dopiero  co  porozumieniu  i  o 
zamiarze obu stron odstąpienia od rozprawy sądowej. 

Stało się, pomyślała Marisa. Od dziś już nic w moim życiu nie będzie takie 

samo. 

Nagle ponad mruczeniem prawników rozległ się donośny kobiecy głos. 

– Proszę Wysokiego Sądu, czy ja także mogę podejść? 

Marisa odwróciła się w kierunku, z którego ten głos dobiegł. Towarzysząca 

Mackowi  kobieta  w  czarnej  garsonce  powoli  zbliżała  się  do  stołu  sędziowskiego. 
Wszyscy  obecni  na  sali,  z  wyjątkiem  Macka  Mahoneya,  przyglądali  jej  się  z 
zainteresowaniem. 

– Kim pani jest? – zapytała sędzina, spoglądając surowo na intruza. 

–  Porucznik  Gillian  Kennedy,  Komenda  Policji  w  Lafayette  w  Luizjanie, 

wysoki  sądzie.  Mam  nakaz  aresztowania  i  ekstradycji  Elsie  Suzette  Powers.  Jest 

background image

ona oskarżona o to, że, zwolniona z aresztu za kaucją, nie stawiła się na rozprawę 
oraz o handel dziećmi. 

W  sali  sądowej  zawrzało.  Marisa  słyszała  wysoki  głos  Carlene,  wściekłe 

wrzaski  Elsie  i  stanowcze  protesty  jej  adwokata.  Nie  wiedziała,  co  ma  o  tym 
wszystkim  myśleć.  Popatrzyła  na  Macka,  a  on  tylko  się  uśmiechnął.  Miłość  i 
tęsknota wezbrały w sercu Marisy jak fala powodziowa. 

–  Pani  Kennedy  –  powiedziała  sędzina,  stukając  młotkiem  w  stół  dla 

uciszenia zebranych. – Proszę naświetlić sądowi szczegóły sprawy. 

– Zgodnie  z orzecznictwem  stanu,  w którym  mieszka  pani  Powers,  jest ona 

zbiegiem, Wysoki Sądzie – powiedziała policjantka. – Jestem w posiadaniu zeznań 
zaprzysiężonych  świadków,  którzy  oświadczyli,  że  pani  Powers  sprzedała  nie 
jedno,  ale  dwoje  dzieci.  Jedno,  o  które  toczy  się  sprawa  przed  wysokim  sądem, 
oraz drugie, za którego sprzedaż miała być sądzona w Luizjanie. 

W sali sądowej znów zawrzało. Elsie miotała przekleństwa, a towarzyszący 

mężczyzna wtórował jej donośnie. Sędzina z furią waliła młotkiem w blat stołu. 

– Proszę obie strony do mojego gabinetu – zawołała. – Natychmiast! 

 

 

 

–  Już  po  wszystkim.  –  Michael  Windham  potrząsał  ręką  wciąż  jeszcze 

odrętwiałej Marisy. 

– Nie mogę w to uwierzyć. 

Adwokat  otarł  czoło  chusteczką,  po  czym  wyprowadził  Marisę  z  gabinetu 

sędziny Lassiter. 

–  Słyszałaś  przecież,  co  powiedziała  sędzina  –  mówił  Windham.  –  Sprawa 

została oddalona. Powers jest w areszcie, a prokurator okręgowy zamknął toczące 
się  w Kalifornii  śledztwo.  Z  tego,  co powiedziała  ta policjantka,  wynika,  że  Elsie 
zostanie  w  Luizjanie  postawiona  przed  sądem.  Grozi  jej  parę  lat  więzienia.  I, 
oczywiście,  na  zawsze  straciła  prawa  rodzicielskie  do  Nicholasa.  Nie  ma  także 
najmniejszych  wątpliwości,  że  zespół  do  spraw  adopcji  pozwoli  ci  zatrzymać 
dziecko. 

– Mogę się ubiegać o legalną, zgodną z prawem adopcję? 

background image

–  Zgadza  się.  Natychmiast  się  do  tego  weźmiemy.  Tym  razem  nie  będzie 

ż

adnych problemów. Gratuluję, Mariso. 

–  A  więc  to  prawda?  –  Jak  spod  ziemi  wyrosła  obok  nich  Carlene. 

Serdecznie uścisnęła Marisę. – Opowiedz mi wszystko! 

Ponad  ramieniem  przyjaciółki  Marisa  dostrzegła  stojącego  przy  drzwiach 

mężczyznę. Wyrwała się z uścisku Carlene. 

– Michael ci opowie – powiedziała. 

Szła przez pokój, jakby poruszała się pod wodospadem. Zresztą wszystko, co 

się tego przedpołudnia wydarzyło, wydawało się jej zupełnie nierealne. Wszystko, 
oprócz spojrzenia Macka, które jak magnes ciągnęło Marisę do niego. 

–  Wszystko  dobre,  co  się  dobrze  kończy.  Mam  rację,  księżniczko?  – 

uśmiechnął się do niej. 

– Ty to zrobiłeś – powiedziała Marisa. 

– Ja? – Mack wsadził ręce do kieszeni spodni, jakby się bał, że pozostawione 

na wolności zechcą wyciągnąć się do Marisy. – Ja zupełnie nic nie… 

– Mój adwokat opowiedział mi wszystko, co mówiła porucznik Kennedy. To 

ty  grzebałeś  się  w  przeszłości  Elsie  Powers.  Ty  sprawdziłeś,  kim  jest  naprawdę  i 
kim  jest  jej  narzeczony.  Ty  ustaliłeś,  na  jakich  warunkach  sprzedała  doktorowi 
Morrisowi swoje dziecko. Potem, kiedy z programu Jackie Horton dowiedziała się, 
ż

e  to  ja  jestem  tą  znaną  aktorką,  o  której  mówił  jej  doktor  Morris,  postanowiła 

wykorzystać Nicky'ego do przejęcia majątku Latimore'ów. 

– Daj spokój. Ja tylko trochę powęszyłem. W końcu to mój zawód. 

– Tak, wiem. 

Powiedz,  błagała  w  duchu,  że  to  coś  więcej.  Że  nie  tylko  zawodowa 

solidność kazała ci grzebać w przeszłości Elsie. 

– Teraz już sama dasz sobie radę – rzekł Mack trochę nieswoim głosem. 

–  Dzięki  tobie.  –  Drżącymi  palcami  dotknęła  jego  ręki.  Nie  mogła  się 

powstrzymać. – Nie wiem, jak ci się odwdzięczę. 

– Niczego mi nie zawdzięczasz – głos Macka stał się nienaturalnie gruby. – 

Dobrze,  że  choć  tyle  mogłem  zrobić  po  tym…  Do  diabła!  Nie  miałem  żadnych 
gwarancji,  że  w  ogóle  coś  znajdę.  Musiałem  poznać  jednak  całą  prawdę.  To  mój 

background image

obowiązek. 

– Udało ci się. Wciąż jeszcze nie mogę w to uwierzyć. 

–  Sama  mówiłaś,  że  temat  jest  dla  mnie  najważniejszy.  –  Mack  wzruszył 

ramionami i uśmiechnął się dziwnie niepewnie jak na pewnego siebie reportera. – 
Taka dramatyczna historia jest dla mnie właściwie bezcenna. 

–  No,  tak…  Rozumiem  –  wyjąkała  Marisa.  Zupełnie  zapomniałam  o  tym 

jego  przeklętym  temacie,  pomyślała.  Ależ  ja  jestem  głupia.  –  Mimo  to  bardzo  ci 
dziękuję. 

–  Mack.  –  Gillian  Kennedy,  która  dopiero  co  wyszła  z  gabinetu  sędziny, 

wyciągnęła do niego rękę. – Muszę cię pożegnać. Dzięki za pomoc. 

– Nie ma za co, Gillian. – Uścisnęli sobie dłonie. – Szczęśliwej podróży. 

–  Cieszę  się,  że  wszystko  dobrze  się  skończyło,  pani  Rourke  –  Gillian 

zwróciła się do Marisy. – Kiedy babraliśmy się w sprawie tej całej Elsie, nie było 
dnia, żeby Mack nie piał pochwalnych hymnów na cześć pani i Nicky'ego. 

– Dziękuję pani za wszystko, poruczniku. 

–  Ma  pani  fantastycznego  sprzymierzeńca  –  powiedziała  Gillian.  –  Życzę 

powodzenia. Do zobaczenia. 

Pomachała im ręką i spiesznie wyszła. 

– Niegłupia babka – pochwalił ją Mack. – I genialna policjantka. 

– Widać, że zależy jej na ludziach. 

– To prawda. 

– Tak samo jak tobie. 

–  Chyba  masz  rację.  Na  chwilę  o  tym  zapomniałem,  ale  od  teraz  nigdy 

więcej coś podobnego mi się nie zdarzy. 

– Jestem tego pewna. – Marisa uśmiechnęła się do niego. 

– No, czas na mnie. – Mack znacząco spojrzał na zegarek. 

–  Dokąd  tym  razem?  –  wyszeptała  Marisa.  Zrobiło  jej  się  ciężko  na  sercu. 

Tak ciężko, że nawet oddychanie przyszło jej z trudem. 

– Do Madrytu. I tak jestem już kilka dni spóźniony. 

background image

– Ach, zapomniałam. Jesteś na kontrakcie w INN? 

– Nie. Dałem sobie z nimi spokój. 

–  Zrezygnowali  z  ciebie,  bo  nic  im  o  mnie  nie  powiedziałeś.  –  Z  wyrazu 

twarzy  Macka  odgadła,  że  trafiła  w  dziesiątkę.  –  No  cóż.  Raz  jeszcze  bardzo  ci 
dziękuję. Powodzenia. 

–  Do  widzenia,  księżniczko.  –  Mack nie  wytrzymał.  Wziął  twarz  Marisy  w 

obie  dłonie  i  złożył  delikatny  pocałunek  na  jej  ustach.  –  Pozdrów  ode  mnie 
Nicky'ego. 

Pogłaskał Marisę po policzku, a potem odwrócił się na pięcie i wyszedł. 

Oniemiała  Marisa  patrzyła,  jak  przechodzi  przez  oszklone  drzwi  i  idzie 

długim  sądowym  korytarzem.  Zauważyła  także,  że  Windham  i  Cariene  wciąż 
jeszcze ze sobą rozmawiają, że sekretarka przerwała pisanie i przygląda jej się znad 
maszyny. Wszystko widziała i słyszała wszystko, ale poruszyć się nie mogła. 

On  odchodzi,  myślała  zrozpaczona.  Jak  mógł  mi  coś  takiego  zrobić?  Jak 

mógł zrobić to nam? Dlaczego ucieka przed szczęściem? Znów… 

Nagle  coś  w  niej  pękło.  Jak  burza  wybiegła  z  sekretariatu.  Odepchnęła 

czyhające  na  nią  kamery,  mikrofony  i  pognała  za  Mackiem.  Dopadła  go  przy 
windzie. Złapała za rękę. 

–  Sam  mu  to  powiedz,  tchórzu!  –  krzyknęła  prosto  w  zdziwioną  twarz 

Macka. 

–  Uważaj,  Mariso  –  ostrzegł  ją  Mack,  widząc  zbliżający  się  do  nich  tabun 

dziennikarzy. – Nie teraz i nie tutaj. 

– Jeśli nie teraz, to kiedy? Jeśli nie tutaj, to gdzie? 

Mack  wił  się  w  świetle  reflektorów,  wśród  pracujących  kamer  i 

podetkniętych  pod  twarz  mikrofonów.  Pytania  świstały  w  powietrzu  jak 
ś

miercionośne kule. 

– Czy wygłosi pani jakieś oświadczenie, pani Rourkc? 

– Powiedz, Mack, o co tu chodzi? 

– Czy to prawda, że Elsie Powers idzie do więzienia? 

– Pani Rourke, czy ci ludzie chcieli wyłudzić od pani pieniądze? 

background image

– Ile by im pani zapłaciła za swoje dziecko? 

– Co panią łączy z Mahoneyem? 

Mack  własnym  ciałem  osłonił  Marisę  przed  atakującą  hordą.  Jak  oszalały 

naciskał guzik windy, powtarzając przez cały czas: 

– Przyjeżdżaj już wreszcie! No przyjedź! 

–  Co  ci  jest?  –  Marisa  nie  mogła  powstrzymać  się  od  śmiechu.  – 

Temperatura za wysoka? Najwyższy czas, żebyś sam spróbował, jak smakuje twoje 
ulubione  lekarstwo.  Proszę  państwa!  Mack  Mahoney  chciałby  złożyć 
oświadczenie… 

– Na miłość boską! Nie teraz, księżniczko! 

–  Owszem,  teraz! –  Marisa  była  zdecydowana  na  wszystko.  Tak  bardzo  się 

bała,  że  straci  ostatnią  okazję.  –  Żebyś  się  nie  ważył  ode  mnie  odchodzić, 
Mahoney. Jeśli to zrobisz, to obojgu nam nie pozostanie nic… 

Winda  nareszcie  przyjechała.  Mack  wepchnął  Marisę  do  środka  i 

błyskawicznie wcisnął guzik zamykający drzwi. Żaden reporter nie zdążył wsiąść. 

– Co ty wyprawiasz? – jęknął Mack. – Tego nie było w scenariuszu. 

– Pewnie, że nie było, głupcze! – Marisa o mało się nie rozpłakała. Nacisnęła 

guzik  „stop”  i  winda  posłusznie  zatrzymała  się  pomiędzy  piętrami.  Marisa  oparła 
się  plecami  o  ścianę  kabiny.  –  Sama  to  wymyśliłam.  Dlatego  jest  takie  cholernie 
prawdziwe. 

– Co ty wygadujesz? 

– Dobrze słyszałeś, kowboju. Tak właśnie czuję. – Dwie łzy stoczyły się po 

jej  policzkach.  –  Zawsze  tylko  ciebie  kochałam  i  nigdy  nikogo  innego  nie 
pokocham. 

– Mariso. – Mack zamknął oczy, jakby przeszył go dotkliwy ból. 

–  Uratowałeś  mnie  i  mojego  syna.  Już  za  to  samo  oddałabym  ci  życie.  Ale 

jest  jeszcze  coś  więcej.  –  Podeszła  do  Macka  i  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  – 
Popatrz  na  mnie,  Mahoney.  I  posłuchaj.  Nicky  cię  potrzebuje.  Ja  także. 
Przyjmujemy twoje warunki. Nawet najcięższe. Tylko nie wyrzucaj nas ze swojego 
ż

ycia. Błagam! 

– Nie mam siły z tym walczyć. – Mack mocno przytulił Marisę. 

background image

–  Więc  nie  walcz.  Stworzę  ci  dom,  do  którego  będziesz  wracał.  Możesz 

sobie jechać nawet na biegun północny. Obiecuję, że zawsze będę na ciebie czekać. 

– Lubisz cierpieć, co? – wyszeptał Mack, wpatrując się w zalaną łzami twarz 

Marisy. 

– Zaryzykuję – uśmiechnęła się do niego. – Jesteś tego wart. 

Mack wyglądał na wstrząśniętego. Widać było, jak walczy ze sobą. 

– Mój Boże, ależ ja cię kocham – wyrwało mu się z głębi duszy. 

– Wiem – wyszeptała Marisa, przytulając się do niego. 

Całowali  się  tak,  jakby  przez  całą  wieczność  tęsknili  za  tym  pocałunkiem. 

Tulili  się  do  siebie,  przełamywali  wszelkie  niewidzialne  bariery,  jakie  jeszcze 
przed  chwilą  dzieliły  ich  od  siebie.  Długo  dzwonił  dzwonek  zainstalowanego  w 
windzie telefonu, zanim w ogóle go usłyszeli. 

–  Chyba  nas  namierzyli  –  mruknął  Mack,  ani  na  chwilę  nie  wypuszczając 

Marisy z uścisku. 

– Nie zwracaj na nich uwagi. Trzeba umieć sobie radzić z tymi namolnymi 

facetami z prasy – wyszeptała, ledwie odrywając wargi od ust Macka. 

– Już ci powiedziałem, że jesteś lekkomyślna. Teraz jeszcze dodam: szalona. 

– Chcesz się przekonać, co to znaczy szalona? – roześmiała się Marisa. – No 

to jak, Mahoney? Ożenisz się ze mną? 

– Czy twoja oferta zostanie zaaprobowana także przez Nicky'ego? 

– Jasne! 

– No to załatwiłaś sobie ten kontrakt, młoda damo. Mam nadzieję, że wiesz, 

w co się pakujesz. 

– Chyba się domyślam – roześmiała się uszczęśliwiona. 

– A jeżeli nie uda mi się… – zaczął zaniepokojony Mack. 

–  Poradzimy  sobie.  Zawarliśmy  przecież  umowę.  Żadnego  uciekania, 

ż

adnego chowania się po kątach. Dzień po dniu oboje będziemy się uczyć miłości. 

– To na pewno mi się uda. – Mocno ją do siebie przytulił. 

– Świetnie. – Marisa podniosła słuchawkę telefonu, który dzwonił jak najęty, 

background image

ale  nie  odezwała  się,  tylko  pozwoliła  mikrofonowi  dyndać  na  skręconym  kablu. 
Potem nacisnęła guzik najwyższego piętra. 

– Dokąd jedziemy? – zapytał rozbawiony Mack. 

–  To  będzie  najwspanialsza  podróż  w  twoim  życiu,  Mahoney.  –  Marisa 

uśmiechnęła się promiennie i z całych sił przytuliła się do ukochanego. 

background image

EPILOG 

 

Nad  Malibu  wstawał  świąteczny  poranek.  Obładowany  prezentami  Mack 

cichutko  wszedł  do  położonego  nad  brzegiem  oceanu  domu.  Wraz  z  Marisą 
znaleźli ten dom wkrótce po swoim ślubie. Od razu go pokochali. Zaraz też się do 
niego  wprowadzili.  Nie  chcieli  zaczynać  nowego  życia  w  cieniu  starych 
wspomnień. 

– Tatuś! 

Zanim  zdążył  zamknąć  za  sobą  drzwi,  jasnowłose,  sześcioletnie  tornado 

omal nie zwaliło go z nóg. W samą porę zdążył rzucić prezenty. Wziął chłopca na 
ręce, przytulił do siebie, a potem podniósł go wysoko, do sufitu. 

– Sie masz, kolego! Wesołych świąt! Dasz mi buzi? 

Nicky uściskał Macka i przytulił się do jego nie ogolonego policzka. 

– A wiesz? Mikołaj już przyszedł! 

– Fajnie. – Mack trochę się zasmucił. – Co ci przyniósł? 

– Jeszcze nie wiem. 

– Czekaliśmy na ciebie. 

Dopiero  teraz  Mack  zauważył  stojącą  na  schodach  żonę.  Ubrana  w  leciutki 

peniuar,  z  rozpuszczonymi  na  ramionach  jasnymi  włosami  wyglądała  jak 
niebiańskie zjawisko. 

– Nie musieliście czekać. 

Marisa  podeszła,  żeby  się  przywitać.  Mack  postawił  Nicky'ego  z powrotem 

na podłodze. 

– Dajże spokój – powiedziała. – Wiedzieliśmy przecież, że zdążysz. Jak było 

w Meksyku? 

– Gorąco, brudno i bardzo biednie. 

–  Zrobiłeś  fantastyczny  reportaż  o  trzęsieniu  ziemi.  Jeśli  ten  wywiad  z 

ofiarami  nie  otworzy  ludziom  serc  i  książeczek  czekowych,  to…  To  znaczy,  że 
duch Bożego Narodzenia nie istnieje. 

background image

– Dziękuję ci za pochlebstwo. – Mack uśmiechnął się do niej. 

Nicky wziął Macka za rękę i pociągnął za sobą na oszkloną werandę, z której 

widać  było  Pacyfik.  Na  honorowym  miejscu  stała  tam  choinka  ozdobiona 
papierowymi łańcuchami i kowbojskimi chustkami. 

– Chodź, tatusiu – powiedział Nicky. – Zobaczymy, co przyniósł Mikołaj. 

Chwilę  potem  Mack  siedział  wygodnie  na  miękkiej  kanapie.  W  jednej  ręce 

trzymał kubek z czarną jak smoła kawą, a drugą ręką obejmował Marisę. Radosne 
okrzyki uszczęśliwionego dziecka, podziwiającego nowiutki rower, zestaw postaci 
z  ulubionej  bajki  i  wspaniałego  stetsona  mieszały  się  z  buczeniem  amatorskiej 
kamery i płynącymi z głośników kolędami. 

W  ciągu  poprzedzających  to  Boże  Narodzenie  jedenastu  miesięcy  nie  było 

ani  jednego  dnia,  w  którym  Mack  nie  dziękowałby  Bogu  za  szczęście,  jakie  go 
spotkało.  Błogosławił  tę  upartą,  ukochaną  kobietę  za  to,  że  miała  dość  odwagi, 
ż

eby go zdobyć i stworzyć im wszystkim cudowny dom. Nie chciał nawet myśleć o 

tym,  jak  wyglądałoby  jego  życie  bez  Marisy  i  Nicky'ego.  Tylko  dzięki  rodzinie 
udawało  mu  się  znosić  trudy  reporterskiej  pracy,  a  gorycz  rozstania  zawsze 
osładzała mu perspektywa powrotu do domu. 

Uśmiechnął  się  do  siebie,  kiedy  pomyślał,  że  tych  rozstań  nie  będzie  już 

wiele. Temu  wszystkiemu,  co  zrobił  w  sprawie  doktora  Morrisa,  a  także ostatnim 
reportażom z Ukrainy i z Południowej Afryki zawdzięczał propozycję, jaką złożył 
mu przedstawiciel INN. Mack miał zostać ich korespondentem. Warunki kontraktu 
były  twarde,  ale  dawały  możliwość  wyboru  pracy,  co  było  dla  Macka  bardzo 
ważne.  Marisa  także  dużo  pracowała.  Gdyby  zdecydowała  się  przyjąć  rolę  w 
nowym  serialu,  spędzałaby  w  studiu  prawie  cały  dzień.  Dlatego  też  Mack 
postanowił  dać  jej  i  Nicky'emu  w  prezencie  trochę  więcej  swojej  obecności  w 
domu. 

– Zmęczony jesteś, co, Mahoney? – Marisa oparła głowę na ramieniu Macka. 

– Nic nie mówisz… 

– Bo myślę sobie, ile się zmieniło w ciągu zaledwie jednego roku. 

– Żałujesz? 

–  Kpisz  ze  mnie?  Ani  trochę!  Dzisiejszy  dzień  jest  wart  krocie.  Nie  licząc 

wszystkich poprzednich dni. 

– Dobrze, bo bałam się, że masz mi za złe… 

background image

–  Nawet  tak  nie  myśl!  –  Mack  uśmiechnął  się  do  niej,  a  potem  spojrzał  na 

ś

cianę,  na  której  wisiało  powiększone  zdjęcie  z  gazety,  przedstawiające  Macka  i 

Marisę wtulonych w siebie, wychodzących z windy. 

– Mamusiu! – Nicky usadowił się pomiędzy nimi na kanapie. – Czy w tym 

roku też będzie na obiad pizza? 

– Oczywiście, skarbie. To już tradycja. 

– I pojedziemy z wujkiem Paulem w góry? Będziemy robić orły na śniegu i 

zjeżdżać na sankach? Dobrze, tatusiu? 

– W Nowy Rok – obiecał Mack. – Masz moje słowo, kolego. 

– Fajowo – ucieszył się chłopiec. – Mamusiu, czy mogę teraz dać tatusiowi 

prezent? 

–  Niezły  pomysł  –  odrzekła  Marisa  tak  obojętnie,  że  Mack  od  razu  zaczął 

podejrzewać jakiś podstęp. 

– Dobra! – Nicky wyciągnął spod choinki ogromną paczkę. – Masz, tatusiu. 

To dla ciebie. Możesz otworzyć. 

– Myślisz, że powinienem? Może lepiej zaczekam. 

– Nie! Teraz otwórz – niecierpliwił się Nicky. 

Przekomarzając się z chłopcem, Mack odwiązał czerwoną wstążkę, odwinął 

papier. Zamarł, kiedy otworzył pudełko. 

– O mój Boże – wyszeptał. 

–  Fajna,  nie?  –  dopytywał  się  Nicky.  Podskakiwał,  ani  na  chwilę  nie  mógł 

usiedzieć spokojnie. – Pomagałem mamusi wybierać. Nie bój się. Możesz ją wyjąć. 

Mack  wyciągnął  z  pudełka  najpiękniejszą  czerwoną  koparkę,  jaką  w  życiu 

widział. Nie mógł wydobyć z siebie głosu. Skąd ona wiedziała? myślał. 

– Lepiej późno, niż wcale, prawda Mack? – zapytała cicho Marisa. – Nas to 

też dotyczy. 

– Nie wiem, co mam powiedzieć. 

– Dla dziennikarza to katastrofa – zażartowała. – Możesz powiedzieć, dajmy 

na to: „kocham cię”. 

background image

– Przecież wiesz. 

– Tak, wiem – uśmiechnęła się do niego. 

– Tam jeszcze coś jest – nie wytrzymał Nicky. – Otwórz łyżkę, tatku! 

–  Już  otwieram.  –  Mack  pogłaskał  chłopca  po  głowie.  –  Zaraz  zobaczymy, 

co jeszcze wymyśliliście. 

Podniósł  dźwigienkę,  otwierającą  łyżkę  koparki.  Na  dywan  wypadły  dwa 

puchate kłębuszki. Mack podniósł je i po raz drugi w ciągu kilku minut zaniemówił 
z wrażenia. Wiedział, że to głupie. Przecież mężczyzna nie powinien się wzruszać 
na  widok  maleńkich,  zrobionych  szydełkiem  buciczków,  ale  cóż  miał  na  to 
poradzić… 

– Dzidziuś? – wyjąkał wreszcie. 

– Takie rzeczy czasami się zdarzają, Mahoney. Szczególnie gdy… – Marisa 

przerwała, zauważywszy wpatrzone w siebie oczka syna. – Potem ci powiem. 

–  Będę  miał  braciszka  albo  siostrzyczkę  –  tłumaczył  Mackowi  bardzo 

przejęty  swoją  rolą  chłopiec.  –  Cieszysz  się?  Bo  my  z  mamusią  bardzo  się 
cieszymy. 

– Tak, synku. Ja też bardzo się cieszę. – Mack bał się trochę, czy jego serce 

wytrzyma  ten  nadmiar  szczęścia.  –  Jeśli  tylko  twoja  mamusia  zechce  do  mnie 
przyjść, to pokażę jej, jak bardzo. 

Nicky mruknął coś o dorosłych, którzy zawsze mają jakieś głupie pomysły. 

Wolał  zająć  się  swoimi  gwiazdkowymi  prezentami,  niż  wysłuchiwać  podobnych 
bzdur. 

– Czy wiesz, że jesteś najwspanialszym świątecznym prezentem na świecie? 

– wyszeptał Mack, sadzając sobie Marisę na kolanach. – Kocham cię. 

– Wesołych świąt, Mack. – Czule pogłaskała go po policzku. 

Nicky  zostawił  na  chwilę  swój  rower.  Przyglądał  się,  jak  nowy  tatuś  całuje 

jego jedyną mamusię. Nie wyglądało to nawet najgorzej. Szczerze mówiąc, dawało 
chłopcu  poczucie  bezpieczeństwa.  Pomyślał  sobie,  że  najpiękniejsze  prezenty  nie 
mieszczą się w żadnym pudełku. 

– Dziękuję, święty Mikołaju – szepnął, uśmiechając się tajemniczo.