background image

LILIANA FABISIŃSKA 

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO 

Bezsennik 

czyli  

O czym dziewczyny rozmawiają nocą 

background image

ROZDZIAŁ 1 

CZTERY GOSPODYNIE 

Zuzia  została  gospodynią  klasy!  Przewodniczącą!  Marta  Mądra  co  prawda  nie 

domagała się od nas takich wyborów, powiedziała nawet, że znamy się za mało, że może w 

drugim semestrze wybierzemy swoich reprezentantów... 

- A może nigdy? - uśmiechnął się Krzysiek Więcek. 

- Może  nigdy  -  przytaknęła  nasza  wychowawczyni  całkiem  poważnie.  -  Ja  nie 

potrzebuję żadnego gospodarza klasy, żadnego „ciała przedstawicielskiego”. Każdy powinien 

przychodzić do mnie sam ze swoim problemem. 

- A jeśli to problem zbiorowy? - zapytała Julka cichutko i całkiem sensownie. 

- Możecie  ciągnąć  zapałki  -  odpowiedziała  Marta  Mądra,  tak  samo  cichutko  i  po 

bardzo  długiej  chwili  zastanowienia.  -  Jest  mi  wszystko  jedno,  kto  mi  o  tym  powie.  Chcę 

rozmawiać o problemach całej klasy z całą klasą. Na godzinach wychowawczych, a w pilnych 

przypadkach choćby na korytarzu. Ale tak, żeby każdy mógł zabrać głos! 

Bardzo mi się podobało to, co powiedziała. To naprawdę brzmiało mądrze! Pasowało 

do  jej  nazwiska.  Ale  nie  pasowało  ani  trochę  do  tego,  jak  nasza  klasa  wyobrażała  sobie 

klasowe życie. 

- Nie  może  istnieć  klasa  bez  gospodarza!  -  zaczął  Więcek,  gdy  tylko  dzwonek 

wywołał Martę Mądrą z klasy. 

- Klasa  musi  mieć  przewodniczącego,  a  przewodniczący  dwóch  zastępców,  na 

wypadek  jego  choroby  -  zgodziła  się  z  nim  śliczna  Monika  Frankowska.  Nieoficjalną  miss 

naszej klasy została już pierwszego dnia, wszyscy chłopcy wpatrywali się w nią jak w obraz. 

Może teraz chciała dostać jeszcze jeden zaszczytny tytuł? Korona miss na głowie, a na piersi, 

wyjątkowo obfitej jak na trzynastolatkę (chociaż Emma twierdzi, że ona wypycha stanik watą 

albo  chusteczkami!)  -  identyfikator,  plastikowy,  kolorowy,  ze  zdjęciem  i  napisem:  „Monika 

Frankowska,  przewodnicząca  I  a”!  Tylko  że  przewodnicząca  powinna  chyba  się  troszczyć  o 

klasę  trochę  bardziej  niż  o  zawartość  kosmetyczki?  Monika,  niestety,  nie  spełnia  tego 

kryterium. 

- Potrzebujemy 

przewodniczącego 

przytaknął 

Mateusz, 

nasz 

barczysty 

przystojniaczek. 

No tak, mister klasy I a musi trzymać stronę miss tej samej klasy! Ale poparli ich też 

inni.  Rafał,  Marek,  Beata,  Ewelina...  Czy  naprawdę  do  nikogo  nie  trafiły  argumenty  Marty 

background image

Mądrej? 

- Słuchajcie,  naprawdę  lepiej  jest  być  w  grupie,  w  której  każdy  ma  prawo  głosu,  niż 

wyznaczać  jedną  jedyną  osobę,  która  będzie  za  nas  mówić  -  malutka  Zuzka  stanęła  przy 

drzwiach  i  usiłowała  przekrzyczeć  dwadzieścia  siedem  dyskutujących  osób.  I  cały  wrzask 

dobiegający  z  korytarza.  Był  w  końcu  sam  środek  dużej  przerwy.  -  W  grupie  jesteśmy 

silniejsi niż pojedynczo. 

- Zuzka  Zawadzka  na  przewodniczącą!  -  zaczął  nagle  skandować  Krzysiek  Więcek, 

nasz klasowy klaun. - Zuzka będzie najlepsza! 

- On ma rację - powiedział zamyślony Mateusz, a wszystkie dziewczyny zamilkły jak 

na  komendę,  wpatrując  się  w  jego  idealnie  wykrojone,  pełne  wargi  i  wielkie  brązowe  oczy. 

Miał po swojej stronie przynajmniej połowę klasy. Żeńską. 

- Ma  rację?  -  zdziwiła  się  śliczna  Monika,  trochę  zasmucona.  Ona  naprawdę  chciała 

być nie tylko miss I a, ale i przewodniczącą! Zupełnie nie rozumiałam, po co... 

- Krzysiek  ma  rację  -  powtórzył  Mateusz.  -  Zuzia  nadaje  się  idealnie.  Jest  rozsądna, 

ma duszę społecznika... 

- Kogo? - Monika wyraźnie miała tego dnia problemy ze zrozumieniem najprostszych 

zdań.  Pewnie  myślała  już  o  tym,  gdzie  przypiąć  identyfikator,  żeby  nie  zasłonił  jej  dekoltu. 

Mateusz natomiast był nie tylko piękny, ale i inteligentny. 

- Zuzia  Zawadzka  nas  nie  wykiwa  -  powiedział  pewny  swojej  racji.  -  Ona  będzie 

zawsze  walczyć  o  dobro  klasy,  taka  już  jest.  Nadaje  się  idealnie.  No,  a  poza  tym...  no, 

wiecie... ona jest córką nauczycielki. 

- Jakie  to  ma  znaczenie?  -  zaczerwieniła  się  Zuzka.  Nie  znosi,  gdy  zamiast  małej, 

wesołej i energicznej brunetki widzi się w niej córkę fizyczki z naszego gimnazjum. Chociaż 

jest przecież jej córką. Nawet ja zrozumiałam, o co chodzi Mateuszowi i musiałam się z nim 

zgodzić. 

- Umiesz  postępować  z  nauczycielami  -  szepnęłam  jej  jak  najciszej.  -  I  możesz  w 

domu  czegoś  się  dowiedzieć,  wyciągnąć  z  mamy  jakieś  informacje...  Jaką  karę  planuje  rada 

pedagogiczna za wagary w dniu wagarowicza albo czego nie lubi Marta Mądra... Taka mama 

może się przydać. 

Przypomniała  mi  się  wiadomość  od  dyrektora  szkoły.  Pierwszego  września  Edwin 

Rożen  mówił  do  mamy  Zuzki,  ale  my  to  podsłuchałyśmy,  całkiem  przypadkiem,  na 

automatycznej sekretarce, w jej domu. Właśnie dlatego, że jej mama uczy w naszej szkole. Ta 

wiadomość  jeszcze  nam  się  nie  przydała...  właściwie  nie.  Ale  kto  wie,  co  jeszcze  może 

usłyszeć  Zuzia  przez  te  trzy  lata?  Jako  przewodnicząca  klasy  będzie  musiała  się  z  nami 

background image

podzielić  swoją  wiedzą. To  znaczy  nie  tylko  ze  mną,  Julką  i  Emmą...  nam  przecież  i  tak  by 

powiedziała.  Jesteśmy  Siostrzanym  Sekretnym  Bractwem  Zeta,  nie  mamy  przed  sobą 

tajemnic!  Ale  teraz  będzie  musiała  takie  wiadomości  zdradzić  całej  klasie.  Nawet  Moniczce 

Pustej  Główce  i  Krzyśkowi  Klaunowi.  Tak,  oni  wiedzieli,  co  robią.  Chcieli  mieć  Zuzkę  po 

swojej stronie, mogła się im przydać jak nikt inny. Taką przewodniczącą  można sobie tylko 

wymarzyć. 

- Ale ja... - Zuzia chyba nie wiedziała, co odpowiedzieć. - Ja... Ja sobie nie dam rady... 

- Dasz  sobie  radę  -  powiedziałam  stanowczo.  Gdyby  nie  chciała,  nie 

przekonywałabym  jej.  Gdyby  uważała,  że  to  głupi  pomysł,  uszanowałabym  jej  decyzję.  W 

końcu nie każdy marzy o tym, żeby być gospodarzem klasy. Ale Zuzka wcale nie uważała, że 

to  idiotyczna  propozycja.  Ona  po  prostu  się  bała,  że  kogoś  zawiedzie,  że  nie  spełni 

oczekiwań. Że sobie nie da rady, jak powiedziała. 

- Dasz  sobie  radę  -  powtórzyła  Julka  jak  moje  echo  i  wyszła  krok  do  przodu,  stając 

koło Zuzki. 

- Dasz  sobie  radę  -  kolejny,  najbardziej  zdecydowany  głos,  tym  razem  Emmy. 

Należała  do  naszego  bractwa  najkrócej,  ale  była  równie  wspaniałą  przyjaciółką  jak  Zuzia  i 

Julka. Czasami aż nie mogłam uwierzyć, że przyszła do naszej klasy prawie trzy tygodnie po 

rozpoczęciu roku... 

- Kurcze, ja nie chcę...  Nie bez was - szepnęła  Zuzia, a jej rumiane policzki stały się 

nagłe  przeraźliwie  białe.  Myślałyśmy,  że  nikt  jej  nie  słyszy,  prawie  nie  wydawała  z  siebie 

dźwięku,  ten  szept  był  taki  cichutki...  A  jednak  Mateusz  usłyszał  każde  słowo.  I  po  raz 

kolejny  udowodnił,  że  jest  nie  tylko  najprzystojniejszym,  ale  też  najfajniejszym  i 

najmądrzejszym  chłopakiem  w  naszej  klasie.  Od  razu  zrozumiał,  co  się  dzieje.  Znał  Zuzię  i 

domyślił się, że ona może się uprzeć, a wtedy z przecieków z nauczycielskiego domu nici. 

- A  kto  mówi,  że  masz  się  tym  gospodarzeniem  zajmować  sama?  -  uśmiechnął  się 

słodko, ale nie do Zuzki, lecz do dziewczyn stojących pod ścianą: Eweliny, Moniki, Karoliny, 

Anki  i  Renaty.  Chciał  je  mieć  po  swojej  stronie.  Zatrzepotał  rzęsami,  stanowczo  za  długimi 

jak  na  faceta,  i  powiedział:  -  Przewodniczący  klasy  musi  mieć  zastępców.  Zwykle  dwóch, 

przynajmniej tak jest w  I  b.  I  w  I c chyba też, Ale u nas może być trzech zastępców, Marta 

Mądra na pewno się zgodzi. I cała klasa też, prawda? 

Powiódł  wzrokiem  po  sali.  Oczywiście  nikt  nie  zaprotestował.  Nikt  nigdy  nie 

sprzeciwia  się  Mateuszowi.  Przemknęła  mi  przez  głowę  myśl,  że  to  on  powinien  być 

gospodarzem klasy, a nie Zuzka. Ale oczywiście nie powiedziałam tego głośno. 

- A może byśmy głosowali? - Monika Frankowska była najwyraźniej zawiedziona, że 

background image

nikt nie zgłosił jej kandydatury. - Trzech zastępców to chyba przesada! 

- Ja  naprawdę  nie  muszę...  -  zaczęłam,  ale  Mateusz  uciszył  mnie  jednym  krótkim 

gestem. 

- Można  wyznaczyć  kogokolwiek  -  uśmiechnął  się.  -  Mnie,  Monikę,  Rafała  albo 

nikogo.  To  nie  ma  znaczenia.  Bo  wszyscy  wiemy,  że  Zuzia  będzie  szukać  pomocy  i  rady  u 

was  trzech.  Bo  się  przyjaźnicie.  Do  was  zadzwoni,  gdy  będzie  chora,  do  was  przyjdzie  z 

trudną sprawa.. Więc po co tworzyć fikcję i wyznaczać kogoś innego? 

Trudno było się z nim nie zgodzić. Nawet Monika nie powiedziała już ani słowa. 

- W  takim  razie  jutro  powiadomimy  Mądrą  o  całej  sprawie  -  zarządził  Mateusz,  nie 

pytając  nawet,  czy  się  zgadzamy.  No  bo  przecież  się  zgadzałyśmy.  Skoro  Zuzia  chciała  być 

przewodniczącą,  nie  mogłyśmy  jej  odmówić.  Musiałyśmy  stać  za  nią  murem.  W  końcu  od 

tego ma się przyjaciółki. 

- Cztery  gospodynie?  -  roześmiała  się  nasza  wychowawczyni.  -  Dziewczyny  w 

ubraniach w pingwinki? 

Zaczerwieniłyśmy się, wspominając pierwszą noc roku szkolnego. Najbardziej szaloną 

noc  naszego  życia.  To  właśnie  po  tej  nocy  Zuzka,  Julka  i  ja  ubrałyśmy  się  w  dziecięce 

ś

mieszne  ciuchy,  które  Zuzia  dostała  od  dziadków.  I  rozbawiłyśmy  do  łez  całą  klasę, 

wchodząc w nich na godzinę wychowawczą. Każda z nas miała zdjęcie, zrobione przez Zuzię, 

a raczej przez jej aparat z samowyzwalaczem. Gdyby nie ono, chyba nie uwierzyłybyśmy, że 

mogłyśmy się ubrać aż tak idiotycznie! 

- Ja  nic  nie  wiem  o  żadnych  pingwinkach  -  powiedziała  Emma,  zdziwiona.  Widziała 

to zdjęcie nieraz, ale pewnie go nie skojarzyła. Wtedy przecież w ogóle nie było jej w Polsce. 

I nie przypuszczała, że będzie chodzić do naszej klasy. I należeć do Bractwa Zeta... 

- No  dobrze,  skoro  tak  zdecydowaliście,  to  akceptuję  wasz  wybór  -  Marta  Mądra 

chyba  wciąż  nie  była  przekonana  do  idei  gospodarza  klasy.  A  tym  bardziej  czterech 

gospodarzy. Czy raczej gospodyń... 

background image

ROZDZIAŁ 2 

EWAKUACJA 

Tydzień później okazało się, że nawet cztery gospodynie to za mało. 

- Potrzebny  jest  jeszcze  skarbnik,  dowiedziałam  się  tego  na  radzie  pedagogicznej  - 

powiedziała  nasza  wychowawczyni.  -  Przewodniczącego  klasy  może  właściwie  nie  być,  ale 

skarbnik być musi i już. Bez dyskusji. Tak sobie życzy pan dyrektor Rożen. 

Skoro tak sobie życzy... Marta Mądra chciała, żeby jedna z nas, nie Zuzka oczywiście, 

ale  jedna  z  jej  zastępczyń,  czyli  ja,  Julka  lub  Emma,  zrzekła  się  stanowiska  i  została 

skarbniczką. 

- Nie  potrzeba  aż  trzech  wiceprzewodniczących,  prawdę  mówiąc  -  uśmiechnęła  się, 

oczekując  naszej  decyzji.  A  my  popatrzyłyśmy  na  siebie  bezradnie.  Na  razie,  przez  ten 

tydzień,  żadna  z  nas  nie  miała  nic  do  roboty.  Żadna  niczym  się  nie  wykazała,  nawet  Zuzia. 

Nie  było  ani  jednej  sprawy  do  załatwienia,  ani  jednego  problemu...  Spokojne,  prawie  nudne 

klasowe życie. Jak więc miałyśmy stwierdzić, która najmniej się nadaje na wicegospodynię, a 

najbardziej  na  skarbniczkę?  Skarbniczka  powinna  się  chyba  zajmować  pieniędzmi,  tak 

przynajmniej wynika z nazwy... A to wcale mi się nie podobało. Nie miałam ochoty nosić w 

torbie cudzych pieniędzy, liczyć ich, sprawdzać, czy nie brakuje ani złotówki, poganiać tych, 

którzy  jeszcze  się  nie  złożyli  na  wycieczkę  albo  wyjście  do  kina.  Kto  wie,  może  nawet 

musiałabym  wykładać  za  niektórych  z  własnej  kieszeni?  Tak  robiła  Iza  u  mnie  w 

podstawówce.  Dla  niej  nie  stanowiło  to  problemu,  zawsze  miała  w  tej  kieszeni  mnóstwo 

drobnych. I grubszych też. Jej rodzice pracowali w agencji reklamowej, siedzieli tam od świtu 

do nocy,  ale pieniędzy chyba im nie brakowało. A nawet jeśli tak się zdarzało, to na pewno 

nie  brakowało  ich  Izie.  Z  tygodniówki  mogła  kupić  bilety  dla  całej  klasy.  Ale  ja...  Ja 

naprawdę nie miałam z czego! 

- Nie chcę być skarbnikiem - powiedziałam, spuszczając głowę. 

- Ja  też  nie  -  powiedziała  Julka,  chociaż  ona  akurat  mogłaby  nie  tylko  wyłożyć  za 

nasze  bilety,  ale  nawet  je  zafundować.  I  całej  I  b  też.  -  Nie  chcę  mieć  nic  wspólnego  z 

pieniędzmi  -  mruknęła,  zagryzając  wargi.  Nie  znosiła  swojego  bogactwa,  ukrywała  je  przed 

nami  tak  starannie,  że  nic  nie  podejrzewałyśmy  przez  długie  trzy  tygodnie.  Dopiero  Emma 

otworzyła nam oczy. 

Teraz oczy i moje, i Julki, i Zuzki były utkwione właśnie w Emmie. Może się zgodzi? 

Jej  mamie  powodzi  się  jeszcze  gorzej  niż  moim  rodzicom,  ale  może  to  jej  nie  przeszkadza? 

background image

Skoro  nie  ma  własnych  pieniędzy,  być  może  będzie  lubiła  przynajmniej  nosić  przy  sobie 

cudze? 

- A kto to jest skarbnik? - spytała nasza pół - Angielka, jak najciszej. Ale oczywiście i 

tak  usłyszała  ją  większość  klasy.  A  ci,  którzy  nie  usłyszeli,  dowiedzieli  się  zaraz  potem  od 

tych siedzących z przodu. I już po chwili dwadzieścia cztery głowy trzęsły się ze śmiechu. 

A nawet dwadzieścia pięć, bo Marta Mądra też uznała niewiedzę Emmy za niezwykle 

zabawną. Na szczęście szybko się opanowała. 

- Emma mieszkała przez całe życie w Wielkiej Brytanii - powiedziała, tłumiąc chichot 

i  przypominając  sobie,  że  jest  wychowawczynią.  -  Nie  ma  nic  śmiesznego  w  tym,  że  nie 

rozumie  niektórych  słów...  -  po  czym  znów  ukryła  głowę  w  ramionach,  usiłując  ukryć 

rozbawienie. 

Było  mi  za  nią  wstyd!  Nie  powinno  się  powierzać  takim  ludziom  wychowawstwa! 

Najpierw ją trzeba by trochę wychować i nauczyć kilku zasad! 

- Przepraszam...  -  na  szczęście  było  jej  przynajmniej  głupio.  Spojrzała  na  poważną 

twarz  Zuzi,  potem  na  Julkę  i  na  mnie,  tak  samo  poważne  i  skupione,  i  powtórzyła:  - 

Przepraszam, zachowałam się idiotycznie. 

Wybaczyłam jej od razu! Skoro umie się przyznać do pomyłki, do błędu, to chyba nie 

jest z nią tak źle? W końcu to jej pierwszy rok w szkole, nic dziwnego, że czasami sobie nie 

radzi...  Uśmiechnęłam  się,  chcąc  dodać  jej  odwagi.  Chciałam,  żeby  wiedziała,  że  jej  nie 

potępiamy. Już nie. 

- Ale  sprawa  skarbnika  wciąż  jest  nierozwiązana  -  westchnęła  mądra  Marta  Mądra  i 

rozejrzała się po klasie. 

- Ja jestem dobra z matematyki - podniosła się z krzesła Karolina. 

Aż  przeszedł  mnie  dreszcz.  Ona  dobra  z  matematyki?  Ostatnio,  odpowiadając  przy 

tablicy, nie umiała nawet pomnożyć siedmiu przez cztery! Czy ona żartuje?! 

Nie, nie żartowała. W dodatku poparła ją natychmiast Monika Frankowska. 

- Karolka jest świetna z matmy i robi bardzo dobre notatki - powiedziała, starając się z 

całej  siły,  by  jej  wypowiedź  brzmiała  jak  najbardziej  inteligentnie.  -  Będzie  świetnym 

skarbnikiem. 

- Skoro  tak...  -  nasza  wychowawczyni  chyba  powątpiewała  w  tę  świetność  Karoliny. 

Zajrzała  nawet  ukradkiem  do  dziennika.  Ale  przecież  nie  było  innych  chętnych.  My  trzy 

zdecydowanie wolałyśmy zostać zastępczyniami Zuzki niż w nieskończoność liczyć monety. 

Skoro  Karolinę  to  bawi,  proszę  bardzo,  niech  liczy.  Niech  notuje,  zbiera  składki,  upomina 

tych, którzy nie płacą w terminie... Mogłam jej tylko życzyć wszystkiego najlepszego w tym 

background image

niewdzięcznym zadaniu! 

- Chyba nie wie, jaki kłopot sobie bierze na głowę - powiedziała Zuzia bardzo cichym 

i  pełnym  współczucia  szeptem.  A  potem,  jeszcze  ciszej, zaczęła  tłumaczyć  Emmie,  kim  jest 

skarbnik. 

Trzy dni później Marta Mądra, chyba nieco przygnębiona, powiedziała: 

- Niedługo  zabraknie  mi  osób  w  klasie  do  obsadzania  stanowisk.  Dyrektor  kazał 

wyznaczyć dwoje uczniów do kontaktów z biblioteką. Tak zwanego łącznika i jego zastępcę. 

- A co ma robić taki łącznik? - zainteresowała się Zuzia, lekko ubawiona. Jej w końcu 

jako jedynej nie groziło, że zostanie w to wrobiona. 

- Właśnie nikt mi nie umie tego wytłumaczyć... - westchnęła nasza wychowawczyni. - 

To  jakiś  nowy  pomysł,  ktoś  go  podpatrzył  w  innej  szkole.  Nie  wiem,  czy  nie  twoja  mama, 

Zuziu. Pracowała przedtem w jakimś liceum, prawda? 

Zuzka  poczerwieniała  jak  pomidor  na  krzaku  mojej  babci.  Mogłam  sobie  bez 

problemu wyobrazić, co powie mamie po powrocie do domu. Albo jeszcze przed powrotem, 

na dużej przerwie. Na pewno nie będzie to nic przyjemnego... 

- Podejrzewam,  że  chodzi  o  zapisy  na  najbardziej  oblegane  lektury  i  robienie  listy 

tych, którzy nie oddają książek w terminie - mówiła Marta Mądra, nieco zrezygnowana. - Do 

tego potrzebny jest łącznik. Co tu dużo mówić, to będzie osoba do czarnej roboty... Przynaj-

mniej tak mi się wydaje... 

- To  może  Julka  Ździebełko?  Ona  tak  lubi  książki,  będzie  szczęśliwa,  mając  z  nimi 

kontakt - podsunęła Karolina, świeżo upieczona skarbniczka, głosem słodkim jak miód. Przez 

moment nawet dałam się na tę słodycz nabrać. Do chwili, gdy spojrzałam jej w oczy: wcale 

nie  były  miłe  i  słodkie.  Były  zimne  jak  bryłki  lodu.  Jak  dwa  stalowe  noże!  Po  prostu  z 

premedytacją  chciała  wrobić  Julkę  w  coś  nieprzyjemnego.  W  czarną  robotę,  jak  to  nazwała 

nasza  wychowawczyni.  Zawsze  nabijała  się  z  tego,  że  Julka  pisze  wiersze,  że  dziwnie  się 

ubiera...  Teraz  miała  okazję  zrobić  jej  przykrość,  przynajmniej  tak  jej  się  wydawało.  I  nie 

zawahała się ani przez pół sekundy. 

- Sama  pani  powiedziała,  że  trzy  zastępczynie  przewodniczącej  to  za  dużo  -  ciągnęła 

Karolina. - A Julka naprawdę lubi książki... 

Marta  Mądra  spojrzała  na  Julkę  niepewnie.  Chyba  myślała,  podobnie  jak  ja,  że  to 

zupełnie  co  innego  lubić  książki,  a  co  innego  biegać  do  biblioteki  z  listą  tych,  którzy  je 

przetrzymują. To przecież nie ma nic wspólnego z miłością do literatury! 

- Jeśli  mogę  zabrać  głos  we  własnej  sprawie...  -  zaczęła  Julka,  odgarniając  z  twarzy 

długie, jasne włosy. 

background image

Nigdy nie dowiedziałam się, co chciała powiedzieć. Nikt się nie dowiedział. Nie udało 

się  jej  dokończyć  zdania,  nagle  bowiem  całą  klasą  wstrząsnął  straszliwy  dźwięk.  Przeciągłe 

wycie,  jednostajne  i  przerażające.  Wszyscy  natychmiast  zapomnieli  o  sprawie  łącznika  z 

biblioteką i jego zastępcy. 

- Alarm! - poderwała się zza biurka nasza wychowawczyni. - Alarm... ale jaki? Pożar? 

Skażenie  biologiczne?  Miałam  szkolenie,  miałam  dwa  szkolenia,  każdy  dźwięk  coś  znaczy! 

Zdałam  egzamin,  dostałam  stempelek...  A  teraz  nic  nie  pamiętam!  Jak  mogę  nie  pamiętać?! 

Skażę was na śmierć w męczarniach przez swoją głupotę! 

- Niech  się  pani  uspokoi  -  Zuzia  podeszła  do  Marty  Mądrej,  chciała  złapać  ją  za 

ramiona, ale były za wysoko. Musiałaby chyba stanąć na palcach... Złapała ją więc za biodra i 

mocno  potrząsnęła  nią  w  prawo  i  w  lewo.  -  Alarm  to  alarm.  Najważniejsze,  że  wiemy,  że 

dzieje  się  coś  złego.  Możemy  się  więc  schować  pod  ławki  albo  uciec  ze  szkoły.  Nie  ma 

innego wyjścia. Może przegłosujemy, które rozwiązanie jest lepsze? 

- Nie  znasz  tego  sygnału?  -  oczy  Julki  zrobiły  się  okrągłe  ze  zdumienia.  -  I  pani  też 

nie?  Nikt?  Naprawdę?  Przecież  to  alarm  typu  P.  Prawdopodobnie  wzywa  nas  do  ewakuacji. 

Musimy  opuścić  budynek.  Na  pewno  nie  chodzi  o  alarm  powietrzny,  to  byłby  dźwięk 

modulowany, a nie ciągły. A alarm o skażeniach to sygnał przerywany. To musi być zwykły 

alarm  typu  P.  Może  informować  o  zagrożeniu  środowiska  i  kilkunastu innych  rzeczach.  Nie 

wiadomo, czy nie doszło do skażenia terenu, na wszelki wypadek powinniśmy przykryć usta 

wilgotnymi  chusteczkami.  Ale  nie  będziemy  teraz  szli  do  łazienki  ich  moczyć,  to  zbyt 

niebezpieczne.  Podnieście  po  prostu  bluzki,  o  tak,  i  zakryjcie  usta.  Albo  rękawem,  tak  jak 

Mateusz.  I  szybko,  biegniemy  przed  siebie.  Do  schodów  koło  pokoju  nauczycielskiego, 

tamtędy będzie najbliżej. Szybko i cicho, jeden za drugim, bez odstępów, blisko siebie... 

Byłam  w  szoku.  Nie  z  powodu  alarmu  ani  nawet  domniemanego  skażenia 

chemicznego.  Byłam  w  szoku,  patrząc  na  Julkę.  Poetka  unosząca  się  nad  ziemią, 

nieprzytomna, pół dziewczyna, pół anioł, ze skrzydłami schowanymi pod błękitną sukienką, a 

tu nagle rozstawia całą klasę po kątach i przeprowadza najsprawniejszą ewakuację w dziejach 

naszego  gimnazjum!  I  nawet  mówi  normalnie,  nie  jak  poetka,  co  nie  zdarza  jej  się  często... 

Ona nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać! 

Nasza klasa wybiegła na boisko pierwsza. Innym wyjście z szoku i zrozumienie, co się 

właściwie  stało  i  do  czego  wzywa  ten  świdrujący  alarm,  zajęło  znacznie  więcej  czasu. 

Dopiero po kwadransie pod szkołą zrobiło się tłoczno, a dyrektor Rożen sprawdzał nerwowo, 

czy  nikogo  nie  brakuje.  Nie  szło  mu  to  najlepiej,  kazał  nam  w  nieskończoność  odliczać  od 

prawej do lewej, chociaż wcale nie wiedział, jaki wynik byłby prawidłowy, to znaczy, ilu nas 

background image

powinno  na  tym  boisku  być.  Nawet  Marta  Mądra  nie  wiedziała,  czy  jesteśmy  w  komplecie, 

nie  zdążyła  sprawdzić  listy,  tylko  wyleciała  na  dzień  dobry  z  tym  łącznikiem.  No  i  teraz 

miotała się, pytając, czy Krzysiek Więcek był w szkole i gdzieś znikł w czasie ewakuacji, czy 

po prostu nie było go od rana. Nikt jej nie odpowiadał, chyba po to, żeby jej nie denerwować. 

Bo  przecież  dobrze  pamiętaliśmy,  że  był.  Nawet  rzucił  chyba  jakiś  głupi  żart  w  czasie 

dyskusji o wyznaczeniu łącznika, jak to Krzysiek. Tylko jakie to teraz mogło mieć znaczenie? 

Policja  i  tak  nie  wpuściłaby  nas  do  szkoły,  żebyśmy  go  poszukali.  Policjanci  obstawili 

wszystkie  wejścia,  zachowywali  się  tak,  jakby  lada  chwila  w  drzwiach  pokoju 

nauczycielskiego  miał  stanąć  Osama  bin  Laden.  Osobiście  wątpiłam  w  to,  że  ukrywa  się 

akurat w naszym gimnazjum, ale skoro się upierali... 

- Ktoś  zadzwonił  do  sekretariatu  z  informacją,  że  w  szkole  jest  bomba  -  powiedział 

Edwin  Rożen  ponuro,  kiedy  nareszcie  udało  mu  się  ustawić  nas  w  miarę  równo  na  płycie 

boiska.  -  Jeśli  to  fałszywy  alarm,  sprawca  zostanie  bardzo  surowo  ukarany.  I  każdy,  kto  go 

będzie krył. 

background image

ROZDZIAŁ 3 

KUBIŚCI ALBO WIENIEC 

Oczywiście był to fałszywy alarm. 

- Myślałam,  że  ta  głupia  moda  na  dzwonienie  do  szkoły  i  mówienie,  że  podłożono 

bombę, już minęła - westchnęła mama Zuzi, gdy poszłyśmy wszystkie do małego mieszkanka 

państwa Zawadzkich zaraz po lekcjach, a raczej po tym, co lekcjami miało być, a zamieniło 

się  w  trzy  godziny  spędzone  na  boisku.  A  potem rozpromieniła  się  i  powiedziała:  -  Ale  wy, 

dziewczynki, spisałyście się znakomicie. Martusia wszystko mi opowiedziała. 

Martusia?! Nie sądziłyśmy, że ktoś może tak mówić o naszej wychowawczyni. 

- Martusia twierdzi, że doskonale się sprawdziłyście w roli przewodniczących klasy - 

uśmiechała  się  pani  Zawadzka.  Zuzia  i  Julka  aż  się  zaróżowiły  z  zadowolenia.  Obie 

faktycznie  świetnie  sobie  poradziły.  Ale  ja  i  Emma...  My  naprawdę  nawet  nie  ruszyłyśmy 

palcem.  Nikomu  nie  pomogłyśmy,  nikogo  nie  uspokoiłyśmy.  Wcale  nie  zasłużyłyśmy  na 

pochwały! 

- Ciekawe, kto to zrobił - powiedziałam, chcąc zmienić temat. 

- Ktoś,  kto  nie  chciał,  żeby  były  normalni...  normalne  lekcje  -  domyślała  się  Emma, 

podobnie  jak  ja  zainteresowana  zmianą  tematu.  Udało  się.  Mama  Zuzi  natychmiast 

zapomniała o pochwałach i westchnęła: 

- To  właśnie  jest  bez  sensu.  Od  razu  sprawdziliśmy  z  Edwinem...  to  znaczy  z  panem 

dyrektorem, on ostatnio przeszedł ze wszystkimi nauczycielami na ty... Sprawdziliśmy, która 

klasa miała klasówkę albo jakąś wielką pracę domową do oddania... No i... 

- No  i?  -  wszystkie  cztery  wpatrywałyśmy  się  w  nią  w  napięciu.  Czy  naprawdę 

musiała robić takie długie przerwy między wyrazami?! 

- ...No  i  w  żadnej  klasie  nie  było  sprawdzianu  ani  odpytywania  z  dużej  partii 

materiału,  ani  jakiejś  budzącej  grozę  pracy  domowej,  ani  nawet  lektury  do  przeczytania  na 

dziś... Nic, co by uzasadniało taki alarm. 

Zatkało  nas  kompletnie.  Nikt  nie  miał  interesu  w  tej  ewakuacji?  Nikt  nic  na  tym  nie 

zyskał? Po co więc ryzykował? 

- Zwyczajny wygłup - stwierdziła mama Zuzi i wyszła z kuchni. Gdy tylko zamknęły 

się za nią drzwi, Emma powiedziała zamyślona: 

- Jest tylko jedna osoba, której to pomogło. Julka... 

- Julka? - nie rozumiałam. - A co może mieć do tego Julka? 

background image

- No nie chciała być tą... tą złączką. 

- Łącznikiem!  -  poprawiłam  ją  odruchowo,  a  potem  wybuchnęłam  nerwowym, 

niekontrolowanym śmiechem. - Chyba nie sądzisz, że Julka sama zadzwoniła na policję? 

- Mogła wysłać SMS - a - Emma chyba naprawdę wierzyła w to, co mówiła. - Sięgnąć 

do torby po mobile phone... po komórkę... kiedy zaczęła się ta sprawa z łącznikiem... 

- Nie  mam  komórki  -  Julka  na  szczęście  się  na  nią  nie  obraziła.  To  brzmiało  zbyt 

absurdalnie, by w ogóle można było się nad tym zastanawiać. 

- Ja tylko tak... - Emma chyba zrozumiała nareszcie, że wygaduje głupoty. - Że jednak 

ktoś miał powód... 

- Przecież  i  tak  jutro  mnie  wrobią  w  bycie  tym  łącznikiem  -  wzruszyła  ramionami 

Julka. - Nawet pięć bomb im nie przeszkodzi. 

Nie  miała  jednak  racji.  Następnego  dnia  nikt  już  nie  pamiętał  ani  o  tym,  że 

powinniśmy wybrać łącznika i zastępcę, ani nawet o fałszywym alarmie. Pojawiła się bowiem 

nowa sprawa: Dzień Nauczyciela. 

- Zebrałam już pieniądze od wszystkich oprócz was - oznajmiła triumfalnie Karolina, 

gdy weszłyśmy do klasy. 

- My nic nie wiedziałyśmy - zaprotestowałam. - Nikt nam nie powiedział. 

- Wszyscy  wiedzieli,  tylko  wy  cztery  nie?  -  usta  Karoliny  rozciągnęły  się  w  kpiący, 

nieprzyjemny uśmiech. - Dziwne, bardzo dziwne... 

- To po ile się składamy? - zapytała Zuzia, by uciąć tę rozmowę. 

- Po trzydzieści złotych - odezwała się Monika zza pleców przyjaciółki. 

- Trzydzieści? - zdziwiła się Emma. - To nie za dużo? 

- Za dużo? Dla ciebie? - roześmiała się Karolina. - Ciuchy masz prosto z Paryża, u nas 

w żadnym sklepie takich nie ma, a na kwiaty dla nauczycieli żałujesz? Sknera! Wszyscy już 

dali. 

- My też damy - powiedziała Julka. - Ale jutro. Zaskoczyłaś nas, nie mamy przy sobie 

pieniędzy. 

- Biedactwo,  ty  na  pewno  nie  masz  -  nie  mogłam  słuchać,  w  jaki  sposób  Karolina 

kpiła z wszystkich. Czy naprawdę nikogo nie uważała za równego sobie? - I jutro pewnie też 

nie będziesz miała. Chyba że przyjaciółki się na ciebie zrzucą. 

No tak, wszyscy w klasie wciąż uważali Julkę za biedną. Jej dziwaczne ciuchy, buty 

wyglądające  na  robione  własnoręcznie,  sznurkowe  torby,  zeszyty  w  okładkach  z  szarego 

papieru...  Tylko  my  trzy  znałyśmy  prawdę:  jej  rodzice  mogliby  kupić  całą  tę  szkołę,  gdyby 

tylko Julka ich poprosiła. Ale ona nie zamierzała ich o nic prosić. Toczyła z nimi nieustanną 

background image

wojnę i miała im za złe to całe bogactwo. Wciąż nie wiedziałyśmy za bardzo dlaczego. A ją 

ten temat strasznie denerwował, więc nie wypytywałyśmy. 

Następnego  dnia  oczywiście  wpłaciłyśmy  Karolinie  po  trzydzieści  złotych.  Ale  to 

wcale nie zaniknęło sprawy. Raczej otworzyło ją na dobre. 

- A teraz wykażcie się wy, panie przewodniczące - uśmiechnęła się nasza czarnowłosa 

skarbniczka i podała Zuzce woreczek z pieniędzmi. - Zobaczymy, co kupicie. Pewnie zwykłe 

kwiatki, które zwiędną po dwóch dniach. Co innego mogłybyście wymyślić? 

- Nie  kupimy  kwiatków...  Przynajmniej  nie  Marcie  Mądrej  -  powiedziała  Zuzia.  - 

Mojej  mamie  zawsze  w  Dniu  Nauczyciela  i  na  zakończenie  roku,  i  na  imieniny  brakuje 

wazonów. Nie wie, co ma robić z tymi kwiatami. Musimy wymyślić coś innego. 

- To  wymyślcie  -  Karolina  potrząsnęła  lokami  i  posłała  nam  jeszcze  jeden  kpiący 

uśmiech. - Co cztery głowy, to nie jedna, jak to mówią. Na pewno się popiszecie. 

- Ustalimy  to  z  całą  klasą  -  zapewniła  ją  Julka.  -  Pomyślimy  wszyscy,  dwadzieścia 

osiem głów to przecież więcej niż cztery, na pewno wpadniemy na jakiś dobry pomysł. 

Poprosiłyśmy, żeby wszyscy zostali po ostatniej lekcji, dosłownie na pięć minut. Żeby 

porozmawiać, zdecydować, co moglibyśmy kupić... Tylko że połowa klasy nie miała zamiaru 

poświęcić nam pięciu minut. Spieszyli się i już. 

- To może jutro? - zapytała Emma, widząc wychodzących chłopaków. 

- Jutro też nie możemy - rzucił przez ramię Rafał i zatrzasnął za sobą drzwi. No cóż, 

skoro tak... 

- Ty też nie zostajesz? - zdziwiłam się, widząc, że Karolina pakuje torbę i zmierza do 

wyjścia. 

- Ja  swoje  zadanie  wypełniłam.  Zebrałam  pieniądze,  nie  brakuje  ani  złotówki.  Teraz 

czas  na  was  -  oświadczyła  lodowato  i  wyszła.  A  za  nią,  oczywiście,  Monika.  Jak  cień, 

standardowo. 

Z każdą sekundą w klasie było coraz mniej osób Przez okropną długą chwilę miałam 

wrażenie,  że  wyjdą  wszyscy  oprócz  nas.  Ale  na  szczęście  nie.  Został  Mateusz.  Piękny  i  w 

dodatku  szlachetny!  Postanowił  nas  wesprzeć,  pewnie  zrobiło  mu  się  nas  żal.  Gdy 

dziewczyny, te, które jeszcze nie zdążyły spakować toreb, zobaczyły, że ideał męskiej urody 

zamierza  spędzić  z  nami  pięć  dodatkowych  minut,  natychmiast  zmieniły  plany.  Zamiast  po-

biec za śliczną Moniką Frankowską, której zwykle towarzyszyły jak orszak królewski, zostały 

w klasie. W nadziei na jedno spojrzenie Mateusza spod półprzymkniętych długich rzęs były 

gotowe siedzieć nawet pól dnia. Niestety, rozczarowały się... Bo Mateusz cały czas patrzył na 

nas. Wyłącznie na nas. Zresztą nie tylko patrzył, ale też podsuwał różne ciekawe pomysły. 

background image

- Może  kupimy  jej  książkę?  -  powiedział.  -  Jakąś  piękną  książkę.  Mówiła  kiedyś,  że 

uwielbia malarstwo. Chyba kubistów, pamiętacie? Kupmy jej album... 

- Świetny pomysł - ucieszyłam się. 

- Wyjątkowo  durny  pomysł  -  powiedziała  Edyta,  wydymając  usta.  -  W  mojej 

podstawówce  na  koniec  roku,  to  znaczy  szóstej  klasy,  kiedy  odchodziliśmy,  rodzice 

zdecydowali, że kupią wychowawczyni album.  Wybierali  go  chyba przez tydzień i w końcu 

kupili.  Gigantyczny  i  strasznie  drogi...  Ze  zdjęciami  z  Australii.  Wiedzieliśmy,  że  nasza 

wychowawczyni zawsze chciała tam jechać. A ona tylko rozerwała papier, zobaczyła, co jest 

w środku, i powiedziała: „Proszę to zabrać”. 

- Miała już taki? - zgadywała Emma. 

- Nie... po prostu nie lubiła tego fotografa. Była kiedyś na wystawie jego zdjęć, coś jej 

się nie spodobało... No i nie chciała  albumu z jego zdjęciami. Nawet  go  nie obejrzała, tylko 

kazała nam zabrać.  Nie  zabraliśmy, więc rzuciła tę książkę ze złością pod biurko. Ależ nam 

było przykro! 

- Upokorzyła was, zachowała się niegodziwie - powiedziała Julka, bledsza niż zwykle. 

-  Biedne  dzieci,  wyobrażam  sobie,  jak  się  czuliście.  Ofiarowaliście  jej  swe  serca,  a  ona  te 

serca podeptała. 

Brrr,  aż  mnie  przeszedł  dreszcz  od  tej  metafory!  No,  ale  Edyta  miała  rację.  Marta 

Mądra  mogła  już  mieć  taki  album,  mogła  nie  lubić  tego  akurat  konkretnego  kubisty...  Na 

pewno  nie  okazałaby  nam  swojego  niezadowolenia,  nie  zachowałaby  się  tak  okropnie  jak 

wychowawczyni  Edyty,  byłam  tego  pewna...  Ale  powinniśmy  dać  jej  coś,  co  ucieszyłoby  ją 

na pewno, a nie tylko być może. 

- W takim razie kubiści odpadają - westchnęła Zuzia, myśląc podobnie jak ja. 

- Dzień Nauczyciela to nie jest żadna wielka okazja - powiedział zamyślony Mateusz. 

- Nie ma co się przejmować... aż tak przejmować. Wystarczy przecież jakiś drobiazg. 

- Czyli co? - zapytał Paweł. 

- Czyli... czyli nie wiem - roześmiał się Mateusz. - Może jednak kwiaty? 

- Będzie  miała  mnóstwo  kwiatów,  zabraknie  jej  wazonów,  tak  jak  zawsze  brakuje 

mojej mamie - potrząsnęła głową Zuzia. 

- W  takim  razie  kwiaty  nie  do  wazonu  -  głos  Mateusza  nie  brzmiał  zbyt  pewnie.  - 

Może w doniczce. Jak myślicie? 

- A jeśli mieszka w maleńkiej kawalerce i nie ma miejsca nawet na dodatkową szpilkę, 

nie mówiąc o doniczce? - Zuzia była jak zwykle praktyczna i rozsądna. No tak, jeszcze jedna 

doniczka  w  mieszkaniu,  w  którym  trudno  się  ruszyć,  to  nie  najszczęśliwszy  pomysł.  Zuzia 

background image

chyba  coś  o  tym  wiedziała,  w  jej  mieszkaniu  było  bardzo  mało  miejsca  i  bardzo  dużo 

doniczek. 

- Mogłaby  trzymać  ten  kwiatek  w  szkole,  na  parapecie,  gdyby  nie  miała  miejsca  w 

domu - Edycie spodobał się pomysł z doniczką. - Bo jeśli nie bukiet i nie doniczka, to co? 

- To  może  wieniec?  -  powiedział  Krzysiek  Więcek.  Wszyscy  zapomnieliśmy  o  jego 

istnieniu, nie zauważyliśmy nawet, że siedzi pod ścianą i przysłuchuje się dyskusji. 

- Oj, Krzychu... - Mateusz usiłował uciszyć naszego klauna. 

- No co? Wieniec zły? Można go powiesić na drzwiach, widziałem taki u sąsiadów na 

Boże Narodzenie, z gałązek choinki... 

- Do Bożego Narodzenia zostało jeszcze sporo czasu - powiedziała Zuzia  i podniosła 

się z miejsca. Było jasne, że tego dnia już nic nie wymyślimy. 

background image

ROZDZIAŁ 4 

MAŁE KRYMINALISTKI 

Kolejne  dni  nie  rozwiązały  problemu  Dnia  Nauczyciela.  Większość  klasy  starała  się 

coś wymyślić, ale szło nam to bardzo opornie. Wszystkie pomysły na prezent dla Mądrej były 

kiepskie,  oklepane,  głupie...  W  dodatku  powstał  nagle  wrogi  obóz,  zgromadzony  wokół 

Karoliny  i  Moniki.  Grupka  pięciu  czy  sześciu  dziewczyn  stanowczo  odmawiała  udziału  w 

jakichkolwiek dyskusjach i nie dzieliła się z nami żadnymi pomysłami, czekając, co zrobimy, 

i chichocząc za naszymi plecami. 

- Liczą na to, że zrobimy coś głupiego - powiedziała ponuro Zuzia, gdy siedziałyśmy 

w  piątek  po  lekcjach  u  niej  w  mieszkaniu,  nad  pękatymi  kubkami  pełnymi  herbaty  z 

malinami. - Czekają na naszą porażkę. 

Miała  rację,  wszystkie  to  wiedziałyśmy.  Jednak  nie  ta  wroga  grupka  zgromadzona 

wokół Moniki i Karoliny była najgorsza. Milczenie i niechęć dawały się jakoś znieść. Ale jak 

miałyśmy  poradzić  sobie  z  wulkanem  pomysłów,  jakim  okazał  się  Krzysiek  Więcek?  Po 

tamtym  wystąpieniu  z  wieńcem  zaproponował  nam  jeszcze,  żebyśmy  kupili  Marcie  Mądrej 

butelkę  koniaku  („bo  na  pewno  po  lekcjach  z  taką  okropną  klasą  musi  się  napić  czegoś 

mocniejszego”),  kota  („bo  w  tym  wieku  można  już  chyba  powiedzieć,  że  jest  starą  panną,  a 

więc na pewno chciałaby się do kogoś przytulić”), tenisówki („bo te buty na szpilce są chyba 

wyjątkowo  niewygodne”)  i  z  piętnaście  innych  równie  absurdalnych  rzeczy.  Na  domiar  za 

każdym  razem  był  przekonany,  że  wymyślił  coś  niesamowicie  fajnego  i  zupełnie  nie  dawał 

sobie wytłumaczyć, że to naprawdę nie jest dobra propozycja. 

- Kurczę,  raz  przyszedł  nawet  wieczorem  do  mnie  do  domu,  żeby  zapytać,  dlaczego 

odrzuciłyśmy  pomysł  z  kupieniem  Mądrej  zegara  z  kukułką  -  Zuzia  miała  go  serdecznie 

dosyć. - Przecież zegar bardzo by się jej przydał, bo zawsze spóźnia się na pierwszą lekcję. 

- A do mnie dzwonił, chyba o północy, żeby zapytać, co sądzę o peruce - roześmiałam 

się, wspominając zaspaną mamę. Była przekonana, że suczka pani Magdy z osiedla Chopina 

właśnie zaczęła rodzić. Ale nie, szczeniaki urodziły się cztery dni później, bez jej pomocy. Za 

to pomocy ciemną nocą wyraźnie potrzebował Krzysiek. 

- Peruce?  -  Emma  chyba  miała  wrażenie,  że  znowu  czegoś  nie  rozumie  po  polsku.  - 

Peruce, takiej z włosów? 

- Z  włosów  -  przytaknęłam.  -  Krzysiek  uznał,  że  gdyby  Mądra,  zamiast  rano  czesać 

swoje  długie  włosy,  po  prostu  wsadzała  na  głowę  perukę,  tak  jak  czapkę,  to  mogłaby  spać 

background image

pięć minut dłużej. A przecież każdy chce spać pięć minut dłużej! 

- Coś w tym jest - pokiwały głowami moje przyjaciółki, wszystkie trochę zasmucone. 

Nigdy nie sądziłyśmy, że taka błahostka jak kwiaty na Dzień Nauczyciela może sprawić tyle 

kłopotów. I że to właśnie my cztery będziemy musiały zdecydować, co ostatecznie kupić. Że 

będziemy odpowiedzialne przed całą klasą. 

- Dzień  Nauczyciela  już  we  wtorek  -  uśmiechnęła  się  smętnie  Julka.  -  Jeszcze  cztery 

dni i będzie po sprawie. 

- Jeszcze  trzy  dni  i  będzie  po  nas  -  przypomniałam  jej  bezlitośnie.  -  W  poniedziałek 

przecież wygłaszamy referat. Czeka nas pracowity weekend. 

- Zambia?  -  Marta  Mądra  uniosła  wyskubane  w  cienkie  kreseczki  brwi.  -  Prawdę 

mówiąc, spodziewałam się, że wszyscy wybierzecie kraje Unii Europejskiej. 

- A  widziała  pani  kraj  na  Z  w  Unii  Europejskiej?  -  zdenerwowała  się  Zuzia.  -  Myśli 

pani,  że  nie  wolałybyśmy  pisać  o  Włoszech  albo  Portugalii?  Przecież  to  był  pani  pomysł  z 

tymi nazwiskami. Miałyśmy do wyboru tylko Z, Ź i Ż. Kiedy doszła do nas Emma, ze swoim 

cudownym, łatwym A, miałyśmy już zebrane materiały... 

- No  i  nie  byłyśmy  pewne,  czy  jej  dojście  do  naszej  grupy  cokolwiek  zmienia  - 

wtrąciłam się. - Skoro przydzielono nam już wcześniej kraj na Z... Więc postanowiłyśmy nie 

wymieniać naszej Zambii na nic innego. Już ją nawet polubiłyśmy. 

- Nie pomyślałam, że Z to taka trudna litera - spuściła wzrok nasza wychowawczyni, 

czerwona jak burak. - Zupełnie o tym nie pomyślałam. Przykro mi, dziewczynki. Powinnyście 

do  mnie  przyjść,  powiedzieć  mi,  że  macie  trudności...  Coś  byśmy  wymyśliły...  Zamieniły-

byśmy państwo na miasto... 

- Też  się  nad  tym  zastanawiałyśmy  -  uśmiechnęła  się  Julka.  -  Ale  uznałyśmy,  że  to 

byłoby  pójście  na  łatwiznę.  A  skoro  przeznaczenie  kazało  nam  pisać  o  kraju  na  Z, 

postanowiłyśmy przyjąć ten wyrok losu z godnością. I stawić mu czoło. 

Ktoś z tyłu klasy zachichotał, wciąż nieprzyzwyczajony do słownictwa naszej poetki. 

- No dobrze, skoro jesteście przygotowane... - Marta Mądra jąkała się i czerwieniła. - 

Nie  wiem,  jakim  cudem  zgromadziłyście  informacje  o  kraju,  o  którego  istnieniu  pół  klasy 

pewnie  nie  ma  nawet  pojęcia...  ale  skoro  macie  coś  do  powiedzenia,  to  zaczynajcie  swoją 

prezentację. 

Wyszłyśmy  na  środek,  stając  tuż  przy  biurku  naszej  wychowawczyni.  Poczułam,  że 

drżą  mi  łydki.  Nigdy  jeszcze  nie  przemawiałam  przed  tyloma  osobami!  Odpowiedź  przy 

tablicy  to  zupełnie  coś  innego  niż  taka  prezentacja.  W  dodatku,  o  czym  nie  wiedziała  nasza 

klasa, od tego, jak wypadniemy, zależało przecież, czy będziemy miały szansę w konkursie. 

background image

Konkursie, w którym nagrodą jest wycieczka. Konkursie, o którym mówił Edwin Rożen, nasz 

dyrektor... Mówił do mamy Zuzi, w tajemnicy, i my wcale nie powinnyśmy tego słyszeć. Ale 

słyszałyśmy.  I bardzo chciałyśmy wygrać ten konkurs, i wyjechać razem za granicę. A więc 

musiałyśmy  sprawić,  że  wszyscy,  łącznie  z  Martą  Mądrą,  pokochają  egzotyczną,  biedną 

Zambię, tak jak my. 

- Zambia  leży  w  Afryce  -  zaczęła  niepewnie  Emma,  a  ja  posłałam  jej  najbardziej 

krzepiący uśmiech, jaki potrafiłam przywołać na zestresowaną twarz. 

Byłam  z  niej  naprawdę  dumna.  W  ciągu  miesiąca  udało  jej  się  niemal  całko  wicie, 

pozbyć tego dziwnego angielskiego akcentu! No i napracowała się przy referacie, czy raczej 

prezentacji, chyba najbardziej z nas wszystkich. Należało jej się to, żeby wystąpiła pierwsza. 

Zresztą ja - prawdę mówiąc - wcale nie miałam ochoty się odzywać, w tej całkowitej ciszy, na 

ś

rodku  klasy.  Gdybym  stała  tam  sama,  pewnie  bym  uciekła.  No,  ale  byłyśmy  we  cztery. 

Bractwo  Zeta  w  komplecie.  Na  pewno  jakoś  sobie  poradzimy.  Jak  zawsze,  kiedy  jesteśmy 

razem. 

- Jak widzicie, to państwo nie ma dostępu do morza - Emma rozwinęła właśnie wielką 

mapę Afryki i wyciągnęła rękę, żeby pokazać kraje, z którymi sąsiaduje Zambia. 

Zanim  jednak  zdążyła  dotknąć  konturów  Tanzanii  czy  Angoli,  drzwi  do  klasy 

otworzyły się z hukiem i do środka wpadła wysoka, jasnowłosa kobieta, ubrana w prześliczną 

garsonkę,  mieniącą  się  wszystkimi  odcieniami  czerwieni.  Nigdy  przedtem  nie  widziałam 

podobnego materiału! 

- Nazywam się Adams, jestem matką Emmy - powiedziała, wyraźnie zdenerwowana. - 

Chciałam ją zabrać do domu. 

- Emma akurat zaczęła prezentację referatu - wyjąkała Marta Mądra. Chyba ten dzień 

nie zaczął się dla niej zbyt dobrze, wciąż ktoś wyprowadzał ją z równowagi. Najpierw my - 

tym,  że  nie  znalazłyśmy  kraju  na  Z  w  Unii  Europejskiej,  teraz  pani  Adams  -  groźną  miną  i 

zdecydowanym tonem. 

- Zabieram Emmę - powtórzyła jeszcze bardziej stanowczo i zaczęła ciągnąć córkę w 

stronę drzwi, zrzucając przy tym mapę rozwieszoną kilka chwil wcześniej. 

- Czy  coś  się  stało?  -  zapytała  nasza  wychowawczyni.  -  Emma  ma  jakąś  wizytę 

lekarską? Jakieś sprawy rodzinne? Kiedy wróci? 

- Emma  nie  wróci  -  pani  Adams  otarła  pot  z  czoła  i  zaczęła  wyrzucać  z  siebie  potok 

słów:  -  Zabieram  ją  z  tej  szkoły.  To  niemożliwe, do  czego  tu  dochodzi.  Tak  się  cieszyła,  że 

znalazła nowe przyjaciółki, z takim zapałem zabrała się do nauki. A teraz co? Jakieś groźby, 

pocięty  plecak...  To  mają  być  przyjaciółki?  Przenoszę  ją  do  innej  szkoły.  Byłam  już  w 

background image

sekretariacie, zabrałam jej dokumenty. Nie pozwolę, by moje dziecko było tak poniżane. 

- Ale...  -  chciałam  coś  powiedzieć.  Zaprotestować.  Chciałam  wyjaśnić.  Pani  Adams 

nie dała mi jednak dojść do słowa. 

- Okularnica,  czyli  Żaba,  tak?  -  wycelowała  we  mnie  pomalowany  na  purpurowo 

szpiczasty  paznokieć.  -  Ty  lepiej  już  nic  nie  mów,  jeśli  nie  chcesz,  żeby  cię  natychmiast 

wyrzucono z tej szkoły. Spryciary, udawałyście przyjaciółki, podstępnie zdobyłyście zaufanie 

mojej  córki,  a  teraz  okradłyście  ją  i  pocięłyście  jej  plecak!  Dyrektor  Rożen  dowie  się  o 

wszystkim jeszcze dzisiaj, wasze dni w tej klasie są policzone.  Lepiej od  razu zacznijcie się 

pakować! Małe kryminalistki, a nie przyjaciółki!!! 

- To nie one! Nie one!!! - Emma wyrwała się mamie już niemal w drzwiach i zaczęła 

jej  coś  szybko  wyjaśniać.  Oczywiście  po  angielsku,  więc  niewiele  rozumiałyśmy.  Stałyśmy 

na środku, niepewne, czy wracać na miejsce, czy może dalej opowiadać o Zambii, udając, że 

nic się nie stało i że nie słyszymy nerwowych szeptów Emmy i pani Adams. Marta Mądra też 

chyba nie wiedziała, czy powinna kontynuować lekcję. Siedziała przy biurku, bawiąc się bez 

słowa swoim długim końskim ogonem. 

O  co  chodzi?  -  napisała  Zuzia  na  odwrocie  kartki,  którą  położyła  na  samym  brzegu 

biurka  Mądrej.  Kartki  z  notatkami  na  temat  bogactw  naturalnych  Zambii.  A  raczej  ubóstw 

naturalnych, bo za wiele minerałów, owoców i warzyw Zambijczycy nie mieli do dyspozycji. 

O co chodzi??? - Zuzka podkreśliła swoje słowa zamaszystą kreską, po czym dopisała 

jeszcze dwa znaki zapytania. 

Zbliżyłam  się  do  biurka  wychowawczyni  i  w  odpowiedzi  narysowałam  na  tej  samej 

kartce znak zapytania. Pięć razy większy niż te Zuzi. Skąd miałam wiedzieć, o co chodzi w tej 

sprawie z Emmą? Jakaś kradzież, pocięty plecak... Czyżby nasza rudowłosa przyjaciółka coś 

przed nami ukrywała? 

Nagle  otworzyła  mi  się  w  głowie  malutka  klapka.  Znowu  pochyliłam  się  nad 

biurkiem, złapałam długopis i napisałam na podsuniętej mi przez Zuzię kartce: 

Zauważyłaś, że ona wyszła po pierwszej lekcji? Po WF? I wróciła spóźniona, inaczej 

ubrana i bez torby! Coś musiało się stać, ale nie zdążyła nam powiedzieć. 

Może  Julka  coś  wie?  -  dopisała  Zuzia  swoimi  drobnymi,  kanciastymi  literkami.  - 

Siedzą razem, może coś jej powiedziała? 

Podsunęłam kartkę Julce poprawiającej mapę zrzuconą przez mamę Emmy. 

Nic nie wiem - napisała nasza przyjaciółka poetka niedbałym, okrągłym pismem. 

A więc Emma nie powiedziała nikomu, co się stało. Nikomu... tylko mamie.  I mama 

od razu przybiegła do szkoły. Ale dlaczego uznała, że to my skrzywdziłyśmy jej córkę?! 

background image

- To nie one, mówię ci! One by czegoś takiego nie zrobiły! - Emma przeszła z szeptu 

w nagły krzyk. I z angielskiego na polski. 

A  jej  mama  roześmiała  się  nieprzyjemnie,  po  czym  podała  córce  dużą,  złożoną 

nierówno na kilka części kartkę. 

- Przecież masz tu czarno na białym, że to one. Nie możesz zaprzeczać faktom. 

Emma patrzyła bez słowa na pomięty papier. 

- Nie widziałaś tego liściku? - zapytała pani Adams. - Był na dnie torby... Chciałam ci 

ją pozszywać i go znalazłam. Myślałam, że widziałaś... 

- Nie widziałam - Emma przełknęła łzy i spuściła głowę. 

Nie wytrzymałam. Musiałam zobaczyć, co jest tam napisane. Musiałam, choćby pani 

Adams miała mnie uderzyć! Podeszłam do Emmy, a ona podała mi kartkę. 

- Po  co  jej  to  dałaś?  -  zdenerwowała  się  jej  mama.  -  To  dowód  rzeczowy,  zaraz  go 

zniszczy. Te małe kryminalistki są zdolne do wszystkiego! 

- To nie jest pismo żadnej z nas - powiedziałam, czując, że cała się trzęsę. - Pozwoli 

pani, że przeczytam to na  głos? Ktoś chciał wrobić mnie, Julkę i  Zuzię.  I  napisał: „Przestań 

się stroić, angielska małpko. Zacznij się ubierać jak my i mówić jak my albo potniemy ci coś 

więcej  niż  tę  śliczną  torebeczkę  i  spodenki”.  A  pod  spodem  są  trzy  podpisy:  Żaba,  Zuza  i 

Julka. Emma, przecież wiesz, że nigdy byśmy czegoś takiego nie napisały! 

- Wiem - powiedziała Emma, ale jej głos nie brzmiał zbyt pewnie. - Wiem... 

- Dokończycie  prezentację  kiedy  indziej  -  Marta  Mądra  nareszcie  odzyskała  głos  i 

postanowiła  coś  zrobić!  -  Właściwie  jeszcze  jej  nie  zaczęłyście,  nie  będzie  problemu.  .. 

Opowiecie  nam  o  Zambii  na  następnej  lekcji.  A  teraz  wszyscy  wyjdźcie  na  korytarz,  muszę 

porozmawiać z panią Adams. Idźcie... Ty, Emma, też. Tylko bądźcie cicho, w innych klasach 

trwają  lekcje...  Albo  nie,  zostańcie  tutaj,  a  my  porozmawiamy  w  pokoju  nauczycielskim... 

Nie,  pokój  jest  zajęty,  odbywa  się  przecież  szkolenie  BHP...  a  więc  jednak  zostaniemy  w 

klasie. A wy idźcie na korytarz. No, idźcie już! Wszyscy! 

background image

ROZDZIAŁ 5 

RÓŻOWE SŁONIE 

Kto mógł zrobić coś takiego? - powtarzałyśmy to pytanie przez całą, wyjątkowo długą 

przerwę  i  dwie  następne  lekcje.  I  przez  całą  drogę  autobusem  do  domu  Julki.  Miałyśmy 

przygotować  u  niej  prezent  dla  Marty  Mądrej  i  kwiaty  dla  pozostałych  nauczycieli. 

Uznałyśmy,  że  do  robienia  bukietów  potrzebujemy  dużo  miejsca.  A  u  Julki  było  go  chyba 

najwięcej. 

- Nie będę z wami robić flowers... bukietów, idę do domu - Emma wciąż połykała łzy. 

- Nie wiem, czy w ogóle będę jeszcze chodzić do tej szkoły. Moja mama... 

- Twoja  mama  obiecała,  że  cię  nie  zabierze  -  przypomniałam  jej.  -  Nie  wiem,  jak 

Marta  Mądra  ją  przekonała,  ale  to  zrobiła.  Twoja  mama  obiecała,  że  zostaniesz  w  naszej 

klasie. Uwierzyła Mądrej. 

- Ale ona nie wie... nikt nie wie, kto to zrobił - westchnęła Emma, wsiadając jednak z 

nami do autobusu. A więc będziemy robiły bukiety we cztery! Całe szczęście! 

- Dlaczego  nie  powiedziałaś  nam  od  razu,  nie  zawołałaś  nas,  tylko  pobiegłaś  do 

domu? - zapytała Zuzia. A potem odpowiedziała sobie sama: - Ja też bym pobiegła, zamiast 

chodzić po całej szkole zapłakana, w zniszczonych spodniach i z pociętą torbą. 

- Ale  dlaczego  potem,  na  lekcji,  nic  nie  powiedziałaś?  Ani  słowa?  -  dopytywała  się 

Julka. 

- Nie chciałam was denerwować... nie przed referatem... Chciałam powiedzieć potem, 

jak już opowiemy o Zambii. Chciałam, żebyśmy dobrze upadły. 

- Wypadły!  -  poprawiłyśmy  ją  chórem  i  roześmiałyśmy  się,  nareszcie!  Ta  ciężka 

atmosfera  trochę  nam  wszystkim  ciążyła  przez  ostatnie  godziny.  Najpierw  napięcie  przed 

prezentacja na środku klasy, potem sprawa ze spodniami i torbą Emmy... Dobrze było znowu 

się śmiać, beztrosko i radośnie, na środku autobusu. 

Niestety, śmiały się tylko trzy z nas. 

- Nigdy  nie  będę  mówiła  po  polsku  tak  dobrze  jak  wy  -  powiedziała  Emma,  ciągle 

smutna. - Nigdy! Zawsze będę miała okropny akcent i będę zakręcać słowa. 

- Przekręcać  -  powiedziałam  odruchowo,  zanim  zrozumiałam,  że  w  tym  akurat 

momencie powinnam to sobie darować. 

- No  widzisz!  -  Emmie  po  policzkach  znów  zaczęły  płynąć  łzy.  -  Widzisz,  nigdy  nie 

będę taka jak wy. Taka polska. 

background image

- Będziesz - powiedziałyśmy, ale chyba nam nie uwierzyła. 

Resztę  drogi  przejechałyśmy  w  milczeniu.  Każdy  temat  mógł  przecież  wywołać 

kolejną fontannę łez. Emma naprawdę była w kiepskim nastroju. 

- Dlaczego ktoś mnie tak strasznie nie lubi? - wzdychała tylko co jakiś czas. 

- Dlaczego ktoś nie lubi nas wszystkich? - dodawała Zuzia, zamyślona. - Podpisał się 

za mnie, Żabę i Julkę pod tym okropnym listem. Chciał nas skłócić. Ale dlaczego? 

Powtarzałyśmy  to  pytanie,  idąc  od  przystanku  do  domu  Julki.  I  oczywiście  nie 

umiałyśmy odpowiedzieć. Żadne wyjaśnienie nie wydawało się prawdopodobne. 

- Zaparzymy  herbatę,  może  wtedy  coś  nam  przyjdzie  do  głowy  -  powiedziała  Julka, 

chcąc nas podnieść na duchu. - Przy herbacie zawsze lepiej się myśli. Jeżeli u mnie w domu 

jest jakaś normalna herbata... 

Nie  miałam  pojęcia,  co  ma  na  myśli.  Jak  to:  normalnej  nie  ma,  a  nienormalna  jest? 

Czyli jaka? Słona? Maślana? Jaka może być nienormalna herbata? I dlaczego pani Ździebełko 

miałaby kupować właśnie taką zamiast zwykłych czarnych, suszonych listków? 

Gdy  jednak  weszłyśmy  do  domu  Julki,  a  nawet  jeszcze  wcześniej  -  gdy  tylko 

weszłyśmy  na  osiedle,  na  którym  mieszkała  -  wszystkie  zapomniałyśmy  o  nienormalnej 

herbacie,  Dniu  Nauczyciela,  pociętej  torbie  Emmy  i  liściku  podpisanym  naszymi  imionami, 

znalezionym  na  dnie  tej  torby.  Bo  takiego  osiedla  nie  widziała  nigdy  w  życiu  żadna  z  nas. 

Nawet  Emma,  która  mieszkała  przez  czternaście  lat  w  domu,  do  którego  przychodził 

regularnie ogrodnik. 

- Kurczę, co to jest? - Zuzia stanęła jak wryta na widok biało - czerwonego szlabanu, 

który wyrósł nagle na naszej drodze. - Granica państwa? Takie szlabany są chyba na granicy? 

- Strzeżone osiedle - domyśliłam się. - Brama ze strażnikiem, tak? 

- Tak - Julka pokiwała głową, gotowa chyba zapaść się pod ziemię. Ona naprawdę nie 

lubiła  swojego  bogactwa  i  strasznie  się  go  wstydziła.  A  my  naprawdę  nie  mogłyśmy  nic 

poradzić na to, że okropnie jej zazdrościłyśmy. 

Szlaban  jak  na  granicy  polsko  -  rosyjskiej,  strażnik  w  niesamowitym  uniformie, 

salutujący  Julce  uniżenie,  a  nawet  to,  że  tuż  za  bramą  rosło  drzewo,  które  wyglądało  jak 

baobab, nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak na Zuzce. Ale kiedy zobaczyłam, że wśród 

trawników między domami szemrzą strumyki, w których pływają wielkie, czerwone ryby, po 

prostu  mnie  zatkało.  Co  to  za  osiedle?!  Czy  zbudowano  je  wyłącznie  dla  ludzi  z  listy  stu 

najbogatszych Polaków, o której mówiła Emma? Rodzice Julki byli na tej liście mniej więcej 

w  połowie...  Ich  sąsiedzi  pewnie  też  nie  spadali  poniżej  sześćdziesiątego  miejsca.  Inaczej 

chyba nie byłoby ich stać na mieszkanie wśród czerwonych ryb. 

background image

- A ogrodzenia? - Zuzka zwróciła uwagę na fakt, o którym ja w ogóle nie pomyślałam. 

- Tu nie ma ogrodzeń między domami? 

- Ogrodzenia szpecą - westchnęła Julka, chyba nie podzielając tego zdania. 

- Szpecą, ale jednak się przydają... chyba... - Zuzia była naprawdę zdziwiona. 

- Pewnie,  że  się  przydają  -  Julka  najwyraźniej  miała  dość.  -  Nawet  nie  wiesz,  jak 

chciałabym  mieć  ogrodzenie!  No,  ale  nie  wolno!  Żyjemy  wśród  ludzi  na  poziomie  i  nie 

musimy nic ukrywać przed sąsiadami, tak twierdzi administrator osiedla.  Wszyscy podpisali 

zobowiązanie,  że  się  nie  ogrodzą.  Więc  siedzę  z  książką  na  tarasie,  a  na  moim  trawniku 

szaleją  psy  sąsiadki.  Psy  na  poziomie,  oczywiście!  Ich  kupy  też  są  na  poziomie,  tylko 

rozmazują się całkiem jak normalne. Żadnej różnicy... 

- Chcesz, żebyśmy ci współczuły? - roześmiała się Zuzia. - Mogłabym sprzątać kupy 

od rana do nocy, żeby tylko tu mieszkać. 

- Ja też - powiedziałam. 

- I ja! - dołączyła się Emma, nareszcie chociaż odrobinkę rozpogodzona. 

- Nie  wiecie,  co  mówicie  -  Julka  naprawdę  była  przekonana,  że  ma  pecha!  -  Jak  ja 

wam zazdroszczę... Ech, nie ma co mówić. Gdy wejdziecie do środka, same zrozumiecie. 

I zrozumiałyśmy. Wie do końca, ale trochę na pewno... To był dom, w którym można 

spokojnie  przyjąć  George'a  Busha.  Co  tam  Busha,  Bush  to  nieokrzesany  kowboj...  W  tym 

domu czułaby się świetnie sama królowa angielska! Chociaż  angielska może nie, ona chyba 

woli  antyki...  Ale  hiszpańska  i  szwedzka...  Wszystkie  królowe  świata!  A  do  tego  kilku 

królów, szejk arabski... i Bill Gates! Prawie wszyscy bogacze i arystokraci świata czuliby się 

tu  jak  u  siebie  w  domu.  Zwłaszcza  ci  z  oryginalnym  gustem.  Ale  żadna  trzynasto  -  ani 

czternastolatka nie mogła być w takim miejscu szczęśliwa. Zrozumiałyśmy to od razu. 

Przedpokój  lśnił  lustrami  -  widziałam  siebie  w  siedmiu  czy  ośmiu  osobach  naraz. 

Szok!  Nawet  na  suficie  było  lustro,  w  którym  -  gdy  tylko  spojrzałam  w  górę  -  odbijały  się 

moje okulary. Myślałam, że już nic więcej nas w tym domu nie zaskoczy, ale przede mną był 

jeszcze salon. Ze stołem chyba na dwadzieścia osób. Blat zrobiono też z lustra, czyżby jakaś 

obsesja?  Ale  nie  blat  mnie  zszokował,  tylko  nogi.  Jeśli  tak  to  można  nazwać.  Monstrualne 

lustro wspierało się na czterech równie monstrualnych różowych słoniach. 

- Marmur  sprowadzany  z  końca  świata  za  jakieś  kosmiczne  pieniądze  -  westchnęła 

Julka, widząc, że wszystkie trzy wpatrujemy się w gigantyczne słonie z mieszanką zachwytu i 

przerażenia.  -  Wiecie,  ilu  ludzi  można  by  nakarmić  za  te  słonie?  Pewnie  z  pół  Zambii.  Ale 

moi  rodzice  powtarzają,  że  po  to  się  męczą  i  harują  od  świtu  do  nocy,  żeby  spełniać  swoje 

zachcianki.  Tylko  dlaczego  mają  zachciankę,  żeby  postawić  na  środku  pokoju  te  ohydztwa, 

background image

zamiast wesprzeć ubogich? 

- Pewnie  myślą,  że  ubodzy  są  sobie  sami  winni  -  powiedziała  Emma.  -  Mój  tata 

zawsze to powtarzał. 

- Mój  też  -  Julka  machnęła  ręką  i  zmieniła  temat:  -  Obiecywałam  herbatę,  no  to 

poszukajmy... 

I  zaprowadziła  nas  do  kuchni.  Lustra  na  suficie  i  różowe  słonie  monstrualnych 

rozmiarów  były  niczym  w  porównaniu  z  kuchnią!  Dopiero  tu  przekonałam  się,  czym  są 

zachcianki  bogatych  ludzi.  Sama  lodówka  wyglądała  tak,  jakby  przechowywano  w  niej 

zapasy  dla  całej  ludności  Zambii.  Była  gigantyczna.  Nie  miałam  pojęcia,  że  ktoś  w  ogóle 

produkuje takie lodówki! 

- Jak wy sięgacie do najwyższych półek? - zapytała Zuzia. Nawet szok na widok tych 

niezwykłych sprzętów nie pozbawił jej praktycznego podejścia do wszystkiego, na co patrzy. 

- Mamy specjalne schodki... Robione na obstalunek - wyjaśniła Julka. 

- Na obstalunek? - zapytała Emma niepewnie. Byłam jej wdzięczna! Ja też nie znałam 

tego słowa, a przecież wychowywałam się w Polsce. I pewnie powinnam je znać. 

- Na zamówienie - wyjaśniła Julka. - Moi rodzice wszystko robią na obstalunek, to ich 

ulubione  słowo.  Lodówkę  też  zamówili...  To  chyba  jedyni  ludzie  na  świecie,  którym  nie 

odpowiadała  żadna  lodówka  ze  sklepu.  Ani  jedna!  Wyprodukowano  więc  w  Niemczech 

jedyny  egzemplarz,  dokładnie  taki,  jak  chcieli.  Sterowany  pilotem,  z  zamrażalnikiem  w 

połowie  wysokości,  ani  za  wysoko,  ani  za  nisko,  tak  by  nie  trzeba  się  było  schylać  ani 

wspinać na palce. Bo tata lubi lody, ale nie znosi ruchu. I ze specjalną szufladą na pięćdziesiąt 

jajek, bo tata je codziennie trzy na śniadanie i pięć na kolację. 

- Cholesterol!  -  westchnęłam.  Wyszła  ze  mnie  wnuczka  i  prawnuczka  lekarzy. 

Wyobraziłam sobie jego żyły, posklejane i pełne przewężeń. Aż zrobiło mi się słabo. 

- Właśnie  nie...  Cholesterol  ma  świetny  -  powiedziała  Julka,  sama  wyraźnie 

zadziwiona.  -  Nikt  nie  wie,  jak  on  to  robi.  Je  najbardziej  niezdrowe  potrawy  świata.  Tłuste, 

ciężkostrawne, bez witamin... A wyniki badań ma znakomite. 

Nie  umiałyśmy  nic  na  to  odpowiedzieć.  Widać  szczęście  sprzyja  bogatym...  Moja 

babcia, która żywi się przede wszystkim pomidorami, twarożkiem i ziołami uprawianymi na 

parapecie,  całe  życie  walczy  z  wysokim  poziomem  cholesterolu  we  krwi.  A  taki  pan 

Ź

dziebełko nie ma najmniejszego problemu! 

- Mówiłam,  że  nie  będzie  żadnej  normalnej  herbaty  -  westchnęła  Julka,  otwierając 

szafkę równie szokującą jak lodówka. Całkiem okrągłą i zrobioną ze stali, w której można się 

było przejrzeć. W tym domu wyraźnie panowała lustrzana mania! 

background image

- Tu  jest  mnóstwo  herbaty  -  powiedziała  Zuzia,  wsuwając  się  pod  ramię  Julce  i 

zaglądając do szafki. - Jak w sklepie... 

- To spróbuj znaleźć coś normalnego - nasza poetka odeszła, zostawiając Zuzię sam na 

sam z pudełeczkami i woreczkami wypełniającymi trzy półki. Przynajmniej chwilowo sam na 

sam, bo już po kilku sekundach i ja, i Emma pojawiłyśmy się obok, pomagając jej w poszuki-

waniach. 

- Kwiat Indii - przeczytała Zuzka z etykietki. - I co, to niesmaczne? 

- Powąchaj - podpowiedziała Julka. Wyraźnie zaczynała się dobrze bawić! 

I powąchałyśmy. Wszystkie oprócz Zuzki. 

- Śmierdzi! - złapała się za nos Emma. 

- Fu! - powtórzyłam jej ruch, odsuwając się od szafki. 

- Pachnie zgniłymi wodorostami - uściśliła Zuzia, szybko zamykając puszkę. 

- A  to?  -  Emma  wyjęła  woreczek  z  różowego  materiału,  wyglądający  bardzo 

zachęcająco.  Przyczepiona  do  niego  złotym  sznureczkiem  karteczka  informowała,  że  w 

ś

rodku jest „Noc nad Sewillą”. 

- Hiszpańska  herbata?  -  zdziwiła  się  Zuzia.  -  Nie  słyszałam,  żeby  tam  uprawiano 

herbatę. 

- To  nie  jest  herbata,  tylko  jakieś  wielkie,  prawie  białe  liście  -  powiedziała  Julka.  - 

Podobno  wyglądają  jak  gwiazdy,  gdy  rozwijają  się  w  dzbanku  albo  szklance,  zalane 

Wrzątkiem. Podobno... bo ich zapach sprawia, że nie mam ochoty próbować. 

My  nie  miałyśmy  ochoty  nawet  poznać  tego  zapachu.  Po  zgniłych  wodorostach  z 

Indii... 

Wyciągałyśmy  kolejne  paczuszki.  Był  tam  „Krokodyli  przysmak”,  „Dom  uciech”, 

„Pożar w namiocie Beduinów” i „Filiżanka fakira”. 

- Nie? próbuj - ostrzegła Julka Emmę, która chciała wziąć na palec odrobinkę herbaty 

fakira.  -  To  ozdoba  kolekcji  mamy.  W  tej  herbacie  jest  siedemnaście  najostrzejszych 

przypraw świata, dlatego kłuje w język jak szpilki na posłaniu fakira. 

No tak, zdecydowanie nie chciałyśmy sprawdzić, jak smakują szpilki w języku! 

- To  nie  może  być  złe  -  Zuzka  zdecydowanym  ruchem  wyjęła  z  szafki  malutki 

woreczek. - „Waniliowe serce”. Kurczę, musimy się czegoś napić! Zaparzamy to i już. 

- Naprawdę tego chcesz? - po twarzy Julki błąkał się dziwaczny uśmiech. - W środku 

są  serca  wycinane  z  pancerzyków  chitynowych  jakichś  afrykańskich  żuków,  maczane  w 

wanilii. 

- Nie  mówisz  serio?  -  Emma  wyglądała,  jakby  miała  zwymiotować.  Zresztą  mnie  i 

background image

Zuzce też niewiele chyba brakowało... 

- To  może  napijecie  się  soku?  -  Julka  otworzyła  lodówkę,  jedyną  taką  lodówkę  na 

ś

wiecie,  i  zaprezentowała  nam  półkę  pełną  soków.  -  Tego  mamy  pod  dostatkiem...  Mama 

kazała pani Joli, która robi nam zakupy, kupić mnóstwo soku na wasze przyjście. To zwykły 

sok, prosto ze sklepu. Bez pancerzyków chitynowych i innych niespodzianek. 

- Zdecydowanie  wolimy  sok  -  Zuzia  z  ulgą  zatrzasnęła  lustrzaną  szafkę.  -  Sok  jest 

zresztą o wiele zdrowszy od herbaty... 

background image

ROZDZIAŁ 6 

AWOKADO Z TAPENADĄ 

Okazało się, że pani Ździebełko zostawiła dla nas w lodówce coś znacznie więcej niż 

sok. 

- Wędlina na mojej półce? - zdenerwowała się Julka. - Kto ją tu wsadził? 

- Na TWOJEJ półce? - nie zrozumiałam. 

- No... u nas w rodzinie każdy ma swoją półkę. A tata nawet dwie - wyjaśniła Julka. - 

Nie  lubi,  jak  się  zjada  jego  przysmaki,  więc  zarządził  podział  lodówki.  Ale  kto  wsadził  na 

moją półkę to mięcho?! Przecież nie pani Jola! 

- Może  twój  tata  się  pomylił  -  podsunęła  Zuzia.  -  Mój  często  usiłuje  włożyć  moje 

skarpetki.  Mam  szufladę  pod  jego  szufladą  i  czasami  się  myli,  zwłaszcza  rano,  kiedy  jest 

zaspany. 

- Muszę  to  gdzieś  przełożyć!  -  Julka  z  wyraźnym  obrzydzeniem  wzięła  z  półki 

półmisek z wędlinami. - Sery mi przejdą zapachem mięsa! 

- Tam  jest  jakaś  kartka  -  Zuzia  pokazała  palcem  liścik  wsunięty  pod  folię,  którą 

szczelnie okryto ogromny talerz. 

- Liścik - westchnęła Emma, przypominając sobie kartkę, którą jej mama  znalazła na 

dnie torby. To nie było miłe wspomnienie... 

„Bawcie się dobrze, w komorze zerowej macie awokado z tapenadą, a w zamrażalniku 

Jody  o  smaku  palmowym,  to  prawdziwy  przebój  w  Japonii.  Twoje  koleżanki  jeszcze  na 

pewno takich nie jadły. Całuję, Luiza”. 

- Kto to jest Luiza? - zapytałam. 

- Moja mama... Naprawdę ma na imię Marzena, ale uważa, że to brzmi zbyt plebejsko, 

więc zmieniła na Luizę. 

- Nie  mówisz  do  niej  „mamo”?  -  zdziwiła  się  Zuzka.  -  Nie  mogę...  zabroniła  mi. 

Uważa, że to nie jest zgodne ze światowymi tendencjami. Wstydziłaby się przed znajomymi... 

- No,  skoro  tak  -  nie  wiedziałam,  co  na  to  odpowiedzieć.  Na  pewno  nie  chciałabym 

mówić do mojej mamy „Aniu”. I jeszcze bardziej nie chciałabym, żeby zmieniła swoje ładne, 

zwykłe imię na jakąś Luizę albo Adriannę... 

- Zostawiła nam jedzenie, to miło z jej strony - uśmiechnęła się Zuzia. - Twoja mama 

jest chyba bardzo fajna. 

- Bardzo - pokiwała głową z goryczą Julka. - Lody palmowe i awokado z tapenadą! W 

background image

komorze zerowej! A kotlet schabowy ze zwykłej patelni to co? Zły? 

- Przecież nie jesz mięsa - zdziwiła się Emma. 

- Nie  jem,  ale  Luiza,  to  znaczy  mama,  o  tym  nie  wie!  Mogłaby  więc  zostawić  nam 

jakieś zwykłe polskie danie. Ale ona nie umiała sobie darować tego szpanu! Chciała zrobić na 

was kolosalne wrażenie! 

- Może i chciała, ale skoro już zadała sobie tyle trudu, to zjedzmy to, co przygotowała 

- Zuzia oczywiście nie mogła odmówić sobie posiłku. Za nic! 

- To nie ona szykowała, tylko pani Wiesia - sprostowała Julka. - Ona zawsze szykuje 

jedzenie dla gości. Ale macie rację, skoro już jest, to zjedzmy. 

Awokado  z  tapenadą  okazało  się  daniem  bardzo,  bardzo  dziwnym.  Prawie  tak 

dziwnym  jak  dom  Julki.  Awokado  było  tłuste  i  smakowało  trochę  jak  ziemniak,  a  tapenadą 

była  pastą  z  oliwek,  anchois  i  innych  rzeczy,  którymi  rzadko  żywią  się  trzynastolatki. 

Strasznie ostrą i ogólnie mało zjadliwą. 

- Schabowy byłby lepszy - westchnęła Zuzia. 

- Jest jeszcze deska serów - Julka wyjęła z lodówki ogromny półmisek z kilkunastoma 

gatunkami serów pokrojonych w kostki i trójkąciki. 

- Mam nadzieję, że nie będą tak ostre jak tapenadą - powiedziałam niepewnie. - I nie 

zawierają pancerzyków chitynowych. 

- Może zjemy te sery  w  moim pokoju? - zaproponowała Julka. - Tylko tam czuję się 

normalnie. W miarę normalnie... 

My  też  poczułyśmy  się  lepiej,  gdy  tylko  tam  weszłyśmy.  Prawie  normalnie,  jak  to 

powiedziała Julka. W jej pokoju nie było ani złotych klamek, ani różowych słoni, ani lustra, 

nawet  najmniejszego.  Tylko  białe  regały,  od  podłogi  do  sufitu,  a  na  nich  mnóstwo  książek. 

Łóżko zastępował materac leżący bezpośrednio na podłodze. Jak u mnie na strychu. W ogóle 

klimat był tu taki ciut strychowy. Nie pasowała do niego tylko lampa. Wyglądała na nieudaną 

kopię jakiegoś żyrandola z Wilanowa lub Wersalu. Osiemnaście niby - świeczek zrobionych 

ze złota, a zamiast płomieni dziwacznie wygięte żarówki udające ogień. 

- Mama się uparła, że ta lampa musi tu wisieć - Julka podążyła za moim wzrokiem. - 

Marzyła o takiej przez całe dzieciństwo, więc teraz podarowała mi to, czego sama pragnęła. 

Nie miałam sumienia jej odmówić, to chyba jedyny dar prosto z serca, jaki od niej dostałam. 

Dar, w którym chciała mi przekazać swe młodzieńcze nieziszczone pragnienia. Może właśnie 

z tamtych marzeń o żyrandolu wzięła się jej wola odnoszenia sukcesów? Być może założyła z 

ojcem tę sieć pralni, żeby jej córka nigdy nie musiała sobie odmówić żadnej błyskotki... 

Julka  mówiła  znowu  tak  jak  w  szkole,  w  pizzerii,  w  mieszkaniu  Zuzi.  Wyrzucała  z 

background image

siebie  potoki  słów,  mimochodem  mówiąc  o  „darze  prosto  z  serca”  i  „młodzieńczych 

nieziszczonych  pragnieniach”.  Dobrze,  że  znów  była  sobą.  Od  kiedy  weszłyśmy  do  tego 

domu,  a  nawet  jeszcze  wcześniej,  gdy  tylko  przekroczyłyśmy  szlaban  przy  budce  strażnika, 

odzywała się niewiele, a jeśli już, to mówiła całkiem zwyczajnie, jak ja czy Zuzka. Bałam się 

nawet, że nagle przestała być poetką. Podobno takie rzeczy się zdarzają: natchnienie odchodzi 

i nigdy nie wraca. Bałam się, że to ją spotkało. 

- W tym domu trudno być poetką - Julka odgadła moje myśli, a mnie już to nawet nie 

zdziwiło.  Wszystkie  przecież  ciągle  odgadywałyśmy,  co  myślą  pozostałe.  Nawet  Emma 

nauczyła się tego podejrzanie szybko. Bractwo Zeta miało widocznie niebywałą moc... 

- Nie piszesz tu wierszy? - zapytała Zuzia. 

- Piszę, ale tylko kiedy  nikogo nie ma w domu, nawet pani Wiesi...  I tylko w swoim 

pokoju. W kuchni ani w salonie nie potrafię. 

- A  w  łazience?  -  zapytałam,  przypominając  sobie,  jak  kiedyś  Julka  spóźniła  się  na 

historię  o  dwadzieścia  minut,  mówiąc,  że  wena  dopadła  ją  przy  umywalce,  w  toalecie  dla 

dziewcząt na pierwszym piętrze. Tuż koło pracowni fizycznej. 

- Chcecie zobaczyć moją łazienkę? - na twarzy Julki znów pojawił się kpiący uśmiech, 

taki sam jak przy szafce z herbatami. 

- Twoją? - zdziwiłam się. 

- Każdy  domownik  ma  własną  łazienkę  -  wyjaśniła.  -  Jest  też  jedna  przy  salonie  i 

jedna przy pokoju gościnnym, i jeszcze malutka dla służby, czyli pań, które gotują, sprzątają, 

robią zakupy... A moja łazienka jest tu! 

Dopiero  teraz  zauważyłam  niewielkie  białe  drzwi  między  regałem  a  oknem. 

Uchyliłam  je  nieśmiało  i  natychmiast  zamknęłam.  Ta  sekunda  wystarczyła,  by  zrozumieć, 

dlaczego  Julka  uśmiechała  się  tak  dziwnie,  mówiąc  o  pisaniu  wierszy  w  łazience.  Tam  nie 

dałoby  się  napisać  nie  tylko  wiersza,  ale  nawet  pocztówki  z  pozdrowieniami.  Co  tam 

pocztówki,  tam  nie  dałoby  się  napisać  choćby  złożonego  z  pięciu  słów  telegramu.  Nawet 

wypełnienie  kuponu  totolotka  byłoby  za  trudne!  Do  kuponu  przecież  też  trzeba  mieć 

natchnienie,  trzeba  wybrać  numery...  A  natchnienie  w  tej  łazience  po  prostu  nie  mogło 

nadejść! 

- Trochę  tu...  trochę  różowo  -  powiedziałam  niepewnie,  po  raz  drugi  uchylając  białe 

drzwi i rozglądając się po pomieszczeniu wielkim jak pól mieszkania Zuzi. 

- Trochę jak u Barbie - roześmiała się Julka. - Mama przeczytała w jakimś horoskopie, 

ż

e to jej kolor. Ucieszyła się, bo uwielbia róż, no i poszła na całość. 

Na całość, fakt... Nawet wanna i sedes były różowiutkie. 

background image

- Szkoda tylko, że szła na całość w twojej łazience - powiedziała zszokowana Zuzka. - 

Nie mogła w swojej? Skoro ją ma... 

- Wszystkie  są  różowe,  łazienka  taty  też...  -  Julka  trochę  się  wstydziła  za  mamę.  - 

Chyba  nawet  dostaliśmy  rabat  na  wanny  i  kafelki,  dawno  nie  było  równie  wielkiego, 

różowego zamówienia.  W dodatku w łazience taty stoi słoń, taki sam jak te pod stołem. Ma 

jakąś  wadę,  nierówną  fakturę  marmuru  na  uchu  czy  łapie...  Mama  się  wściekła,  jak  to 

zobaczyła,  powiedziała,  że  nie  po  to  płaci  fortunę,  żeby  mieć  wybrakowanego  słonia.  No  i 

zażądała  wymiany.  Zrobili  więc  po  wielkiej  awanturze  jeszcze  jednego,  piątego,  i  przysłali 

statkiem... Płynął do nas, a potem jechał ciężarówką chyba przez trzy miesiące. Mama jednak 

powiedziała,  że  warto  czekać.  To  przecież  jedyne  takie  słonie  na  świecie.  Projektant,  który 

robił  słonie  na  jej  zamówienie,  chciał  zabrać  wybrakowanego.  Powiedział,  że  go  sprzeda 

jakiejś rodzinie z Portugalii, zwariowanej na punkcie różowego marmuru. Ale mama wściekła 

się o to jeszcze bardziej niż o krzywe ucho. Powiedziała, że to jej słonie, że nie po to je sobie 

zamówiła, jedyne takie  na kuli ziemskiej, żeby jeden trafił do Portugalii.  I dopłaciła za tego 

wybrakowanego, zamiast go odsyłać. Żeby nikt nie miał czegoś identycznego jak ona. Tylko 

ż

e był zbyt brzydki, żeby stanąć w salonie, z tym nierównym uchem, zresztą pod stołem jest 

miejsce tylko na cztery słonie... Więc wylądował w łazience. Chcecie go zobaczyć? 

- Widziałyśmy  już  dość  -  powiedziałam,  naprawdę  współczując  Julce.  Jak  mogłam 

myśleć, że zamożność to sama radość? Jak mogłam jej zazdrościć? 

- Wolimy zostać w twoim pokoju, tu jest tak swojsko... - uśmiechnęła się Zuzia. 

- Tak normalnie - dodała Emma. 

- Tak normalnie, że mama zabroniła mi wpuszczać tu nawet panią Krysię, która u nas 

sprząta. Wstydzi się, że śpię na podłodze i mam narzutę, którą sama uszyłam. 

Dopiero  teraz  zwróciłam  uwagę  na  prześliczną  kapę  leżącą  na  jej  materacu. 

Pozszywaną z najdrobniejszych kawałków materiałów we wszystkich odcieniach błękitu. 

- Śliczna! - powiedziała Emma. A ja i Zuzka pokiwałyśmy energicznie głowami. Czy 

to  możliwe,  że  Julka  uszyła  ją  sama?  Do  tego  chyba  potrzeba  precyzji  i  zmysłu 

praktycznego... No cóż, nasza anielska poetka znowu nas zaskoczyła. 

- Anioły! - zawołała nagle Zuzia. Czyżby czytała w moich myślach? Znowu? 

- Anioły! Jakie piękne! - pisnęła Emma. Piękne? Nie, to nie mogło dotyczyć niczego, 

co działo się w mojej wyobraźni. Wyobrażałam sobie przecież Julkę siedzącą z igłą i nitką i 

zszywającą w skupieniu kolejne kawałeczki materiału. Nie była w tej mojej wizji ani trochę 

piękniejsza niż w rzeczywistości. I ani trochę bardziej anielska. Ona jest w rzeczywistości tak 

anielska, że naprawdę nie trzeba jej nic dodawać! 

background image

- Anioły?  -  zapytałam,  niepewna,  o  co  chodzi  moim  przyjaciółkom.  I  w  tym  samym 

momencie zobaczyłam, o czym mówią. Na parapecie siedziały, stały, leżały i klęczały anioły. 

Małe, duże, gliniane, porcelanowe, metalowe, szmaciane. Było ich... szybko policzyłam: było 

ich  czterdzieści  siedem.  Może  czterdzieści  osiem,  w  szybkim  liczeniu  nigdy  przecież  nie 

byłam zbyt dobra. Ale na pewno było ich bardzo dużo. I były bardzo, bardzo piękne. 

- Zbierasz  anioły?  -  zapytałam,  chociaż  właściwie  było  to  oczywiste.  Przecież  nie 

przyfrunęły  na  ten  parapet  same  i  nie znalazły  się  tam  przypadkiem.  Skoro  było  ich  aż  tyle, 

musiała to być kolekcja. 

- Tego  szklanego  z  różową  buzią  dostałam  od  babci  -  szepnęła  Julka,  nagle  strasznie 

poważna. - Powiedziała: 

„Będę nad tobą kiedyś czuwać jako anioł”. I jeszcze, że kiedy jej nie będzie, ten anioł 

będzie  mi  dodawał  odwagi.  Była  wtedy  całkowicie  zdrowa,  potraktowałam  to  jak  żart.  Nie 

myślałam,  że  może  jej  kiedykolwiek  zabraknąć.  Ale  zabrakło...  trzy  tygodnie  później 

przejechał ją samochód. Wpadł na skrzyżowanie na czerwonym świetle. Patrzę na tego anioła 

i myślę, że ona coś przeczuwała... że nie dała mi go przypadkiem. 

- A kolejne anioły? - zapytałam, chociaż wcale nie byłam aż tak bardzo ciekawa, gdzie 

kupiła  słomianego  cherubinka  ze  skrzydłami  z  cienkich  deseczek,  a  gdzie  tego  z  czarnego 

kamienia. Chciałam po prostu jakoś ją oderwać od smutnych myśli. I siebie też. Nie chciałam 

ani  przez  chwilę  wyobrażać  sobie,  że  mojej  babci  też  może  kiedyś  zabraknąć,  tak  całkiem 

nagle  i  niespodziewanie.  Choć  ona  na  razie  chyba  niczego  nie  przeczuwa.  Na  szczęście! 

Planuje  już,  gdzie  posadzi  w  przyszłym  roku  borówkę  amerykańską,  i  obiecuje,  że  kupi  mi 

hamak... 

- Chciałam mieć wokół siebie więcej babci... - mówiła Julka, wciąż patrząc w szybę. - 

Wiem, że to brzmi głupio, ale skoro babcia powiedziała o tym aniele... Miałam wrażenie, że 

im więcej aniołów wokół mnie, tym więcej jej... Ja wiem, że nie o to chodzi, że ona patrzy na 

mnie teraz z zupełnie innego miejsca, nie z tego parapetu... I że tego anioła, którym jest, nie 

uda mi się zobaczyć... Ale to mi jakoś pomagało... wciąż pomaga... Może dlatego, że babcia 

zawsze mówiła do mnie „mój aniołeczku”? Czuję się, jakby anioły jakoś nas łączyły. Głupie, 

co? 

- Wcale  nie  głupie  -  Emma  przytuliła  ją  mocno  i  nagle  zaczęła  płakać.  Emma,  nie 

Julka. A przecież babcia Emmy żyje i ma się dobrze! Emma przecież u niej mieszka! 

- Przepraszam - długie rude włosy zasłoniły jej twarz, ale i tak wiedziałyśmy, że łka. 

Plecy drżały jej miarowo, ręce się trzęsły... 

- Co się stało? - zapytałam. 

background image

- Ta  sprawa  ze  spodniami  i  z  torbą...  to  co  było  rano,  wiesz...  -  Emma  nareszcie 

odgarnęła  włosy  i  otarła  łzy.  -  Sorry...  przepraszam...  ty  mówiłaś  o  babci,  a  mnie  się 

przypominało... przypomniało, że mama i babcia  widziały tę torbę i się zdenerwowały... i ja 

też się zdenerwowałam... 

- Dowiemy  się,  kto  to  zrobił  -  Zuzka  uniosła  dwa  palce,  w  swoim  ulubionym  geście 

harcerskiego ślubowania. 

- Dowiemy się - powiedziałyśmy z Julka chórem. Julka nareszcie przestała patrzeć w 

okno i wyglądała prawie normalnie. Dobrze, że Emma odgoniła jej smutne wspomnienia... 

- Dlaczego  ten  ktoś  podpisał  się  naszymi  imionami?  -  zastanawiałam  się  głośno.  - 

Dlaczego zależało mu, żeby nas skłócić? 

- Swoją  drogą  musiał  być  bardzo  naiwny  -  Julka  się  uśmiechnęła,  szeroko  i 

przekornie! - Czy ktokolwiek może skłócić Bractwo Zeta? Jesteśmy połączone na dobre i złe, 

przyjaźni nie da się zabić jedną karteczką. Ta osoba może sączyć swój jad całymi tygodniami, 

może wpychać między nas szpilki, siać nieufność... ale nie wygra. Bo my jesteśmy silne naszą 

przyjaźnią. Nic nie złamie jej mocy! 

- Nic  -  przytaknęłam,  też  uśmiechając  się  szeroko.  -  Może  nam  wszystkim  pociąć 

torby i nic to nie da! 

- Emma,  twoja  mama  mówiła  coś  o  kradzieży,  prawda?  -  przypomniała  sobie  nagle 

Zuzia. - O co chodziło? 

- Zostawiłam ubranie i torbę w tej... w szatni, tak? W szatni na WF... Jak przyszłam, 

spodnie  były  zrujnowane...  zniszczone...  i  torba...  i  nie  było  w  piórniku  zdjęć.  Zdjęć  mojej 

mamy i bliźniaków.  I taty... Mama nie wie,  ale nie wyrzuciłam jego zdjęcia. Zostały pienią-

dze,  a  nie  było  zdjęć.  I  jednego  pen...  długopisa...  su...  takiego  długopisu  jeszcze  z  Anglii. 

Dziwne, co? 

- Dziwne  -  pokiwałyśmy  wszystkie  głowami,  zamyślone.  O  co  chodziło  w  tej  całej 

sprawie? Ktoś pogardził pieniędzmi, a zabrał fotografie? Ale po co? 

- Już  piąta!  -  spojrzała  na  zegarek  Zuzka,  podrywając  się  z  materaca  i  wylewając 

szklankę soku na podłogę. - Kwiaty, prezent dla Mądrej! Biegnijmy do sklepu! Inaczej dzięki 

czterem gospodyniom klasa I a nie złoży jutro nikomu życzeń z okazji Dnia Nauczyciela! 

background image

ROZDZIAŁ 7 

GENIALNA EMMA 

Z  kwiatami  dla  wszystkich  nauczycieli  poszło  szybko.  O  wiele  szybciej,  niż  się 

spodziewałyśmy. Na osiedlu Julki, przy samej bramie, była kwiaciarnia. Bałam się trochę, że 

będzie  tam  tak  okropnie  jak  w  domu  państwa  Ździebełków.  Skoro  to  kwiaciarnia  dla 

bogaczy... Ale na szczęście było bardzo miło i ładnie. A w wazonach czekało na nas mnóstwo 

kwiatów. Nic, tylko wybierać! 

- Które  wybieramy?  -  zapytała  Emma  bezradnie.  -  W  Anglii  nigdy  nie  kupowałam 

kwiatów... 

- Ja  nie  kupowałam  ani  w  Anglii,  ani  w  Polsce,  ani  w  żadnym  innym  kraju  - 

roześmiała  się  Zuzia.  - Wiem  tylko,  że  moja  mama  lubi  dostawać  kwiaty,  które  długo  stoją. 

Takie, żeby się nimi cieszyć jeszcze tydzień po Dniu Nauczyciela. Ale nie wiem, które to są... 

- Bukiety  na  Dzień  Nauczyciela?  -  domyśliła  się  ekspedientka,  śliczna  kobieta  z 

kruczoczarnymi włosami zaczesanymi w gładki kok. - Ile macie pieniędzy? I ilu nauczycieli? 

Strasznie  mi  się  spodobała!  Nie  kazała  nam  nic  wybierać,  nie  pozwoliła  zabrać 

kwiatów  do  domu  i  robić  bukietów  osobiście,  żeby  było  taniej  i  oryginalniej,  jak 

zamierzałyśmy...  Obiecała,  że  sama  zrobi  najtańsze  i  najoryginalniejsze  bukiety  świata,  w 

dodatku takie, które będą stały bardzo, bardzo długo. I powiedziała, że możemy odebrać je z 

samego rana, jeszcze przed lekcjami. 

- W  Dniu  Nauczyciela  zawsze  mam  otwarte  od  wpół  do  siódmej  -  Uśmiechnęła  się, 

poprawiając  na  nosie  nieduże  okrągłe  okularki,  trochę  podobne  do  moich.  Było  w  niej  coś 

niesamowitego. 

- Widziałyście tę ekspedientkę? - westchnęła  Zuzka, gdy tylko zaniknęłyśmy za sobą 

drzwi.  -  Czad!  Jakaś  taka  niesamowita.  Trochę  jak  Paloma  Picasso,  tylko  ładniejsza.  I  w 

okularach. 

Nie  miałam  bladego  pojęcia,  jak  wygląda  Paloma  Picasso  ani  kim  jest.  To  znaczy, 

pewnie  córką  albo  wnuczką  Picassa,  tego  malarza...  A  może  żoną?  Miał  kilka  żon,  jeśli 

dobrze  pamiętam  ..  Ale  chyba  nigdy  jej  nie  widziałam,  w  żadnym  filmie  ani  w 

wiadomościach.  Nie  wiedziałam,  że  w  ogóle  jest  sławna!  I  kim  niby  jest?  Politykiem?  Pio-

senkarka? 

- To najmilsza kobieta, jaką znam - powiedziała z przekonaniem Julka o ekspedientce 

z  kwiaciarni.  -  Masz,  Zuzia,  rację  z  tą  Paloma  Picasso.  Kiedy  ją  pierwszy  raz  zobaczyłam, 

background image

wyglądała  faktycznie  jak  Paloma  w  reklamie  swoich  perfum  w  „Elle”  albo  „Twoim  Stylu”. 

Miała  usta  pomalowane  na  czerwono  i  była  strasznie  zdenerwowana  na  jakiegoś  dostawcę, 

więc miotała z oczu pioruny, jak prawdziwa Picasso. Ona ma na wszystkich zdjęciach taki zły 

wzrok. 

W  sprawie  prawdziwej  Picasso  otworzyła  mi  się  klapka  w  głowie.  Kobieta,  która 

projektuje dziwaczne oprawki okularów, ma własne perfumy i  chyba zajmuje się modą. Ale 

co z tą milszą odmianą Palomy z kwiaciarni? Chciałam zapytać, co Julka o niej wie, ale nie 

zdążyłam, bo Emma wtrąciła się nagle: 

- A co z Mądrą? Nie kupiłyśmy jej kwiatów... 

- Mamy  przecież  dać  jej  coś  specjalnego  -  powiedziała  Zuzia  niepewnie.  I 

nieoczekiwanie wybuchła, chyba po raz pierwszy, od kiedy ją poznałyśmy. Nasza opanowana 

Zuzia  nie  wytrzymała!  -  Nie  chciałam  być  gospodynią  klasy,  nie  chcę  podejmować  takich 

decyzji, nikt mi nie chce pomóc, a potem wszyscy będą mnie krytykować! Mam tego dosyć, 

może się rozchoruję i nie pójdę jutro do szkoły? Chce mi się płakać, gdy tylko myślę o tym 

Dniu Nauczyciela. 

- Nie martw się - powiedziała Emma, zanim ja i Julka zdążyłyśmy się odezwać. - Nie 

martw się, ja już mam plan. Wszystko będzie dobrze. Nie martw się. 

I opowiedziała nam o swoim planie. Był genialny! 

- Zróbmy  jej  dwudziestu  ośmiu  prezentów  -  zaczęła,  a  my,  żeby  jej  nie  peszyć, 

postanowiłyśmy  kompletnie  nie  zwracać  uwagi  na  jej  dziwaczną,  zupełnie  niepolską 

gramatykę. - Dwudziestu ośmiu, tak jak nas jest dwudziestu ośmiu w klasie. 

- Nie mamy tyle pieniędzy - wtrąciłam się. 

- Nie  trzeba  tyle  pieniędzy  -  machnęła  ręką  Emma.  -  Trzeba  bardzo  mało  pieniędzy, 

mniej, niż mamy. Karolina zebrała dużo, a nam nie trzeba dużo. Tyle co zostanie z flowers... z 

bukiety, to aż za dużo. 

- Skoro tak... - nie miałam pojęcia, jak możemy zrobić Marcie Mądrej za dwieście czy 

trzysta  złotych  aż  dwudziestu  ośmiu  prezentów...  Rety,  ta  gramatyka  Emmy  była  zaraźliwa! 

Jak tak dalej pójdzie, to żadna z nas nie skończy pierwszej klasy! Nawet pierwszego semestru 

nie zaliczymy! 

- Ja  nie  mam  pomysłu  nawet  na  jeden  prezent,  a  co  tu  mówić  o  dwudziestu  ośmiu  - 

westchnęła Zuzka. 

- Ja też, moje serce pragnie dać jej wszystko, co najlepsze, choćby spadającą gwiazdę 

z lipcowego nieba, ale mój mózg jest pusty jak wyschnięty orzech kokosowy - Julka wyraźnie 

wracała  do  dobrej  formy.  Im  dalej  od  domu,  tym  bardziej  jej  język  stawał  się  niezwykły... 

background image

Różowe słonie i lustrzane sufity chyba naprawdę zabijały w niej poetkę. 

- Wszystkich nie wiem... to znaczy, nie wymyśliłem, ale kilku prezentów tak - Emma 

przedstawiała  nam  dalej  swój  niegramatyczny,  genialny  plan.  -  Nie  jest  trudno,  moja  mama 

dostała taki prezent od cioci na trzydzieści... trzydzieste urodziny. Od cioci w Anglii... Czyli 

takiej mojej byłej cioci. Siostry taty - zasępiła się na chwilę, ale szybko wróciła do tematu: - 

Chodzi  o  to,  żeby  ich  było  tylu,  ilu  nas.  Dwudziestu  ośmiu  małe  paczuszków,  a  wszystkie 

together w jednym wielkim pudlu. 

- Pudlu?  -  nie  wytrzymałam.  Wyobraźnia  podsunęła  mi  białego  jak  śnieg  pudla, 

takiego  jak  ten,  z  którym  ostatnio  przyjechała  do  gabinetu  mojej  mamy  elegancka  kobieta, 

niemal tak samo jasnowłosa jak pies. To był wyjątkowo nerwowy pudel i wyjątkowo piękny, 

idealnie  wystrzyżony...  Miał  za  trzy  godziny  być  na  wystawie.  Trzykrotny  czempion,  ideał 

pudlowej urody, nagle dostał biegunki. Mama oczywiście jakoś sobie z tą biegunką poradziła 

i pies został czempionem po raz czwarty. Ale pakowanie prezentów w pudla, nawet jeśli nie 

ma już biegunki, byłoby jednak ryzykowne... 

- Pudłu - poprawiła się Emma. - W dużym pudłu. 

- Pudelku...  albo  pudle,  jeśli  naprawdę  dużym  -  powiedziałam,  myśląc  jednocześnie, 

ż

e polska gramatyka nie jest jednak łatwa. Bo niby dlaczego pudełku, ale pudle. Powinno być, 

logicznie  rzecz  biorąc,  w  pudłu.  Tak,  jak  powiedziała  Emma.  No,  ale  gramatyka  nie  jest 

nauką logiczną... 

- W  pudełku  -  powtórzyła  Emma,  wyraźnie  zdezorientowana.  -  W  pudelku  duży 

miszmasz... 

- Miszmasz? - tym razem ja byłam zdezorientowana. - Skąd znasz takie słowo? 

- Tak mówi moja mama - odpowiedziała Emma. - A co, źle? 

- Bardzo  dobrze  -  uśmiechnęłam  się.  -  Duże  pudło,  w  nim  małe  paczuszki,  a  w 

paczuszkach miszmasz. Czyli co? 

- Czyli długopis. Ołówek. Gumka. Wierszyk... Julka napisze bez problemu wierszyk... 

Prawda,  Julka?  A  mama  narysowała  portret  Mądrej.  Nie  całkiem  portret,  bo  taki  trochę 

krzywy. 

- Karykaturę - domyśliłam się. 

- I damy jej herbatę - podpowiedziała Zuzka. 

- Śmierdzącą  wodorostami  z  szafki  mojej  mamy?  -  roześmiała  się  Julka.  -  Służę 

uprzejmie... 

- Nie  wodorostami,  tylko  Afryką  -  sprostowała  Zuzia.  -  Kurczę,  naprawdę  nie  znacie 

takiej  herbaty?  Rooibos,  herbata  dobra  na  wszystko.  Na  żołądek,  na  osteoporozę,  na  zły 

background image

humor... Jest w każdym  dużym sklepie. Herbata  życia!  Nie zawiera ani teiny,  ani kofeiny,  a 

od  razu  stawia  na  nogi.  Damy  jej,  żeby  miała  do  nas  dużo  siły,  tak  jej  napiszemy.  Bo  do 

każdej paczki włożymy dowcipną karteczkę z życzeniami. Co ty na to, Emma? 

- Karteczkę... świetnie! - Emma wyraźnie się ucieszyła, widząc, że zaakceptowałyśmy 

jej plan. 

- A  do  następnej  paczuszki  włożymy  neospasminę,  żeby  z  nami  wytrzymywała!  - 

ucieszyła się Julka. 

- Albo  melisę  -  przypomniałam  sobie  herbatkę,  którą  babcia  poiła  mnie,  kiedy 

przeżywałam załamania nerwowe przed kolejnymi klasówkami. 

Zanim  doszłyśmy  do  wielkiego  supermarketu,  miałyśmy  już  na  liście  dwadzieścia 

jeden prezentów. Wszystkie malutkie, taniutkie i dowcipne. 

- Ale fajnie! - Zuzka aż podskakiwała. - Ale jesteś niesamowita, Emma. Co my byśmy 

bez ciebie zrobiły! 

- Jesteś genialna - potwierdziłam. 

- Definitywnie  genialna  -  pokiwała  głową  Julka,  jednocześnie  wyjmując  z  torby 

zeszycik  w  kwiatki.  Tobiaszek!  A  więc  będzie  pisać  wierszyk  o  Mądrej  w  biegu,  idąc 

szybkim  krokiem  do  sklepu?  Cóż,  prawdziwy  poeta  pracuje  w  każdych  warunkach... 

wyłączając łazienki dla lalek Barbie. 

Emma nie odpowiadała na nasze komplementy, ale widać było, że się cieszy. 

- Nie mogę sobie przypomnieć, jak to było, kiedy cię nie było, kiedy byłyśmy we trzy 

- powiedziałam. 

- Ja też - uśmiechnęła się Zuzia. 

Julka, zajęta pisaniem, nie powiedziała ani słowa. Za to Emma nagle posmutniała. 

- Tak się boję, że mama zabiera... zabierze mnie z tej szkoły. Że nie będę z wami... 

- Nie  zabierze  -  powiedziałyśmy  chórem.  Nawet  Julka  oderwała  się  na  chwilę  od 

Tobiaszka. A potem spojrzałyśmy sobie głęboko w oczy i wszystkie trzy miałyśmy w nich to 

samo pragnienie: znaleźć tego, kto pociął spodnie i torbę Emmy. 

background image

ROZDZIAŁ 8 

KAWALERSKIE OCZKA 

Po  siedemdziesięciu  minutach  buszowania  po  sklepie  miałyśmy  już  w  torbie 

dwadzieścia  sześć  prezentów.  Brakowało  tylko  wierszyka  Julki  i  karykatury,  którą  na-

rysowała pani Adams. Pomysł Emmy został zrealizowany. Teraz trzeba było tylko wszystko 

ś

licznie zapakować. Cały miszmasz, czyli dwadzieścia osiem prezentów. Kupiłyśmy papier w 

kwiatki, wielką kokardę i ozdobne pudło za całe dwadzieścia złotych. Ale było warto! W koń-

cu  i  tak  zostało  nam  sporo  pieniędzy,  ale  wolałyśmy  je  wydać  co  do  grosza,  niż  oddawać 

Karolinie. A poza tym pudło było naprawdę piękne, całe w słoneczniki... 

- To  co,  piszemy  karteczki  i  pakujemy?  -  zapytała  Julka,  gdy  wróciłyśmy  do  jej 

niesamowitego  domu.  Ale  jakoś  nie  chciało  nam  się  nic  pisać  ani  zawijać  paczuszek. 

Siedziałyśmy  na  materacu,  piłyśmy  herbatę  malinową,  którą  kupiłyśmy  w  supermarkecie 

razem  z  prezentami  dla Mądrej,  wspominałyśmy  fałszywy  alarm,  który  wywołał  całą  szkołę 

na boisko... Wciąż nie miałyśmy pojęcia, kto to zrobił i dlaczego. 

- Myślicie,  że  to  ta  sama  osoba,  która  zabrała  Emmie  zdjęcia?  -  zapytała  Zuzka.  W 

pierwszej chwili miałam ochotę popukać się w czoło. Niby dlaczego miałaby to być ta sama 

osoba?  Co  może  mieć  wspólnego  pocięcie  spodni  i  torby  i  kradzież  zdjęć  z  telefonem 

informującym, że w szkole jest bomba? Ale z drugiej strony... niby dlaczego nie? Przecież i 

jedna,  i  druga  sprawa  jest  tak  kompletnie  bez  sensu.  Może  więc  zrobił  to  ktoś,  kto  nie  miał 

ż

adnego celu? Ot, taki głupi dowcip? 

Wszystkie  wzruszyłyśmy  ramionami.  Nie  było  po  co  tego  na  razie  analizować.  Nie 

miałyśmy dowodów, nic, do czego mogłybyśmy się przyczepić. 

- Jutro przeprowadzimy w szkole śledztwo - powiedziałam poważnie. Ale dziewczyny 

chyba uznały to za żart. 

- Może jednak weźmiemy się za te paczki? - Zuzka jak zwykle kazała nam wrócić na 

ziemię  i  zająć  się  obowiązkami.  -  Zaraz  będzie  dziewiąta,  a  dziś  przecież  mamy  iść  spać 

normalnie,  zamiast  siedzieć  całą  noc.  Jutro  wstajemy  przed  siódmą.  Trzeba  jeszcze  odebrać 

kwiaty od Palomy Picasso... 

Znów  miałam  zapytać  Julkę,  co  wie  o  tej  czarnowłosej,  niesamowitej  kwiaciarce.  I 

znów nie miałam okazji, bo Zuzia natychmiast zaczęła rozdzielać zadania. 

- Emma,  tnij  papier  na  kwadraty  różnej  wielkości.  Żeby  można  było  dobrać  rozmiar 

do każdej paczuszki. Ja będę wiązać kokardki. A ty, Julka, przepisuj na czysto swój wiersz. 

background image

- Może wam przeczytać? - Julka już otworzyła Tobiaszka, ale Zuzka pokręciła głową: 

- Przeczytasz za chwilę, na razie musimy rozplanować pracę. Mamy mało czasu. 

Zrobiło  mi  się  trochę  przykro  w  imieniu  Julki.  Napisała  wiersz,  a  jej  najlepsze 

przyjaciółki  nie  chcą  go  nawet  posłuchać!  Po  co  jej  w  takim  razie  najlepsze  przyjaciółki?  I 

czy w ogóle są przyjaciółkami, czy jakimiś potworami? 

- Masz rację - uśmiechnęła się Julka wyrozumiale. - Najpierw wszystko zaplanujmy, a 

dopiero potem będziemy oglądać po kolei prezenty. 

A więc nasza poetka wcale nie była zła na Zuzię. To dobrze. Zuzia umie organizować 

innym  pracę  i  w  takiej  chwili  po  prostu  trzeba  się  jej  poddać.  Julka  i  Emma  zrozumiały  to 

chyba szybciej niż ja. 

- Ty będziesz wypisywać dowcipne karteczki, masz najlepszy charakter pisma - Zuzia 

wyjęła  ze  swojego  plecaczka  czarny  cienkopis  i  bez  wahania  mi  go  podała.  -  A  ty,  Julka, 

będziesz wymyślać teksty na te dowcipne karteczki. 

No  tak,  zadania  podzielone  znakomicie.  Zerwałam  z  małego  bloczku  błękitnych 

kartoników, który kupiłyśmy w supermarkecie, pierwszy z góry, i zamarłam z cienkopisem w 

dłoni. 

- Nie zamieraj, tylko wyciągaj prezenty z torby - zarządziła Zuzia. - Musimy przecież 

wiedzieć, co opisujemy. 

Wyjęłam  najmniejszą  torebeczkę.  Była  w  niej  gumka  myszka,  szara  i  zwykła,  jaką 

nosiły do szkoły chyba jeszcze nasze babcie. Strasznie się jej w tym sklepie naszukałyśmy w 

koszu pełnym różowych i zielonych pachnących  chińskich gumek w kolorowe wzorki! Była 

jedna, jedyna, na samym dnie... 

- Do  wymazywania  z  pamięci  wszystkich  naszych  grzeszków  -  powiedziała  bez 

zastanowienia  Julka,  a  ja  wykaligrafowałam  to  na  błękitnym  kartoniku  najpiękniej,  jak 

umiałam.  Potem  Emma  zawinęła  i  gumkę,  i  karteczkę  w  kwadracik  kwiecistego  papieru,  a 

Zuzka  zawiązała  na  nim  sprawnie  małą  kokardkę.  Istna  manufaktura!  Ale  szło  całkiem 

szybko. 

- Co teraz? - zapytała Julka, kiedy wyciągałam z worka kolejny przedmiot. 

- Czuje się prawie jak Święty Mikołaj  - roześmiałam się i spojrzałam na trzymaną w 

ręku paczuszkę. - Melisa. 

- To  już  ustaliłyśmy  -  powiedziała  Julka,  wracając  do  przepisywania  na  ogromny 

karton  swojego  wiersza.  -  Melisa  koi  skołatane  nerwy,  a  więc  bardzo  się  przyda 

wychowawczyni I a. 

No tak, miała rację... To już ustaliłyśmy. Tylko żadna z nas nie ujęła tego tak zgrabnie 

background image

jak ona. I to na poczekaniu. 

- Co dalej? - zainteresowała się Zuzka, wiążąc idealnie równą kokardkę na paczuszce 

gorzkich ziółek uspokajających. 

- Świeczka - wyjęłam z torebki śliczną fioletową  świecę. Wybrałyśmy najpiękniejszą 

w całym sklepie! Marta Mądra uwielbia fioletowy kolor, ma chyba ze trzy fioletowe bluzki i 

piękną śliwkową spódnicę prawie do kostek. Powinna być zachwycona... 

- Oto ogarek oświaty, który nam pani niesie - rzuciła od niechcenia Julka, a ja od razu 

napisałam to na błękitnej karteczce. 

- A  teraz  słonik,  na  szczęście  -  powiedziałam,  wyjmując  z  torby  kolejny  prezent,  i 

zamarłam.  Mały  porcelanowy  słonik  był,  owszem...  ale  bez  trąby!  Trąba  leżała  na  dnie 

plastikowego worka, roztrzaskana na pięć części. Dwie były całkiem malutkie. A wokół nich 

mnóstwo okruszków. 

- Nie  da  się  skleić  -  westchnęła  Zuzia,  usiłując  złożyć  afrykańskiego  ssaka.  -  Bez 

szans. Kurczę, gdzie to się mogło rozbić? Nie pamiętam, żebyśmy uderzyły o coś po drodze... 

Zresztą, teraz to już i tak bez znaczenia. 

- Brakuje  nam  jednego  prezenta  -  powiedziała  Emma  głośno  to,  co  już  doskonale 

wiedziałyśmy. 

- Prezentu  -  poprawiłyśmy  ją  jednocześnie  wszystkie  trzy.  Teraz  już  mogłyśmy 

poprawiać jej błędy bez litości. Nie musiałyśmy uważać, tak jak wtedy, gdy opowiadała nam 

o swoim planie. Plan był świetny i gramatyka nie miała nic do rzeczy. Ale teraz plan zaczynał 

się sypać i Emma nie mogła nic na to poradzić. Nie wyczaruje przecież dwudziestego ósmego 

prezentu z niczego, o wpół do dziesiątej wieczorem. Żadna z nas nie wyczaruje... A skoro tak, 

to  może  przynajmniej  Emma  podciągnie  się  trochę  w  języku  polskim?  To  będzie  chyba 

jedyna korzyść z tego wieczoru... 

- Koło mnie nie ma żadnego sklepu nocnego - Julka uprzedziła moje pytanie. 

- Może  dokupimy  coś  w  drodze  do  szkoły?  -  zaproponowała  Zuzka.  I  natychmiast 

postukała się kciukiem w czoło, jak to ona. - Ale jaki sklep będzie czynny przed ósmą rano? 

- Może kupimy coś w kwiaciarni? - podsunęłam. - Tylko co? 

- Doniczkę?  -  Julka  czuła,  że  to  głupi  pomysł.  -  Worek  ziemi?  Kokardkę  do 

kwiatków? 

- Bez sensu - Zuzia chyba znowu zamierzała się zdenerwować. Już po raz drugi tego 

dnia. Na szczęście Julka w porę interweniowała. 

- Upieczemy  jej  ciasto...  albo  ciastka...  Odziedziczyłam  po  babci  wielki  zeszyt  z 

przepisami.  Wszystkie  sprawdzone,  ciastka  na  pewno  się  udadzą.  Jeśli  tylko  znajdziemy  w 

background image

domu wszystkie potrzebne składniki. 

Zeszyt faktycznie był wielki i bardzo, bardzo stary. Trochę podobny do zeszytu mojej 

babci, leżącego w kuchennej szufladzie. I tak jak zeszyt mojej babci zawierał wiele przepisów 

na pyszne rzeczy. Niestety, większość tych przepisów była w naszej sytuacji kompletnie nie-

przydatna. 

- Kakao?  Nie  mamy  w  domu  -  kręciła  głową  Julka,  przerzucając  kartki.  -  Mąka 

ziemniaczana? Odpada. Wiórki kokosowe? Chyba nigdy nie widziałam ich w naszej kuchni. 

O,  to  może  się  nadawać...  Co  to  jest?  Kawalerskie  oczka?  Babcia  nigdy  tego  przy  mnie  nie 

robiła,  ale  skoro  zapisała  w  zeszycie,  to  nie  może  być  złe.  Jest  nawet  tłusta  plama  na  rogu 

kartki. A więc babcia na pewno kiedyś te ciasteczka piekła... 

Wszystkie  cztery  stłoczyłyśmy  się  nad  zeszytem.  Emma  w  ramach  lekcji  języka 

polskiego czytała głośno: 

- Składniki:  pół  kilograma  mąki,  kostka  (czyli  dwieście  pięćdziesiąt  gramów)  masła 

lub masła roślinnego, trzy dekagramy drożdży. 

- Masz drożdże? - zdziwiłam się. Skoro w tym domu nikt nie widział na oczy kakao, 

nie powinni mieć też drożdży. 

- Mama  je  na  śniadanie  wyłącznie  ciasto  drożdżowe  z  dżemem  -  uśmiechnęła  się 

Julka. - I dlatego drożdże muszą być w lodówce o każdej porze dnia i nocy, żeby pani Wiesia 

mogła upiec ciasto, gdy tylko mama uzna, że poprzednie jest za stare. 

Zajrzałyśmy  do  lodówki.  Faktycznie,  na  dolnej  półce  leżała  kostka  drożdży.  Cóż, 

najwyraźniej nie tylko pan Ździebełko, ale i jego żona mieli dziwne zwyczaje kulinarne. 

- Cukier puder do posypania - przeczytała Emma. 

- Nie mam - westchnęła Julka. - Wszystko na nic. Nigdy nie znajdziemy przepisu, do 

którego  niczego  nam  nie  będzie  brakowało!  Tu  są  tylko  cztery  czy  pięć  składników,  a  i  tak 

czegoś nie mamy. 

- A  normalny  cukier  masz?  -  zapytałam,  przypominając  sobie,  co  robiła  kiedyś  moja 

babcia. Jeśli tylko dobrze pamiętałam... 

- Mam - Julka nie rozumiała, do czego zmierzam. 

- Jeśli  nic  nie  pokręciłam...  Jeśli  mnie  się  nie  wydaje...  -  zaczęłam  niepewnie  -  to 

cukier puder jest po prostu zwykłym mielonym cukrem. Zrobimy go w młynku do kawy albo 

do pieprzu, albo w moździerzu... 

- Nie mam młynka do kawy ani moździerza - pokręciła głową Julka. - A w młynku do 

pieprzu jest pieprz. Nie umyjemy go tak dobrze, żeby nie została ani odrobinka... 

- W takim razie włożymy ten cukier do woreczka, położymy na podłodze i będziemy 

background image

po nim deptać - podsunęła praktyczna Zuzka. 

Wszystkim nam bardzo spodobał się ten pomysł. Emma mogła czytać dalej. 

- Jeszcze tylko dżem, najlepiej gęsty, i koniec składników. Dżem masz? 

- Pół  szafki  -  Julka  uśmiechnęła  się  z  ulgą.  -  Mówiłam,  że  mama  je  tylko  ciasto 

drożdżowe z dżemem, A codziennie ma ochotę na inny dżem, więc mamy ich mnóstwo. Na 

pewno któryś jest gęsty... 

- Drożdże rozetrzeć na sucho z mąką - przeczytała Emma niepewnie. - Co to znaczy? 

Wszystkie  pokręciłyśmy  głowami,  nie  mając  pojęcia,  jak  to  ma  wyglądać.  Nawet 

Julka, która - choć brzmiało to niewiarygodnie - gotowała najlepiej z nas wszystkich. 

- To co, może spróbujemy to zrobić? Od razu? - podsunęła  Zuzia i wyjęła z lodówki 

kostkę  drożdży.  -  Tu  jest  dziesięć  dekagramów...  A  my  potrzebujemy  trzy.  Czyli  trochę 

więcej niż ćwierć kostki... 

Odcięła  kawałek,  niemal  bez  wahania.  Wyglądał  właśnie  tak,  jak  powinno  wyglądać 

trochę więcej niż ćwierć kostki! 

- Założę  się,  że  gdybyś  to  położyła  na  wadze,  byłyby  dokładnie  trzy  dekagramy  -  w 

ostatniej chwili ugryzłam się w język i nie powiedziałam ani słowa o tym, że ma tę precyzję 

w  genach,  po  mamie.  Przecież  ona  nie  znosi  takich  porównań!  Ale  fakt  jest  faktem,  jest 

precyzyjna i dokładna jak żadna z nas... Nawet jeśli tego nie chce. 

- Mąkę  wsypię  chyba  do  miski,  co?  -  zapytała  Julka,  myjąc  ręce.  -  Czy  lepiej  na 

stolnicę? 

- Posiekać z tłuszczem - przeczytała dalej Emma. 

- A więc na stolnicę - orzekła Julka, chociaż nie miałam pojęcia, skąd to wie. 

Wyglądało  jednak  na  to,  że  się  nie  myliła.  Wymieszała  drożdże  z  mąką  palcami, 

szybko  i  sprawnie.  Potem  położyła  na  środku  kostkę  masła,  złapała  nóż  i  zaczęła  ciąć,  aż 

masło  zamieniło  się  w  malutkie  kawałeczki  oblepione  mąką.  Czy  raczej  mąką  z  drożdżami, 

chociaż drożdży wcale już nie było widać... 

- Posiekać  z  tłuszczem  -  przeczytała  Emma  ponownie.  -  Ach,  to  już  było.  Co  dalej? 

Mam: zagnieść szybko ciasto. 

Julka  odłożyła  nóż  i  zanurzyła  ręce  w  gęstej  masie.  Po  chwili  ciasto  wyglądało 

całkiem jak ciasto. Zmieniło się w śliczną, równą, lśniąca, kulę bez dziwnych wypustek. Julka 

męczyła je jeszcze przez chwilę, po czym spojrzała pytająco na Emmę. Ciasto chyba było już 

zagniecione. 

- Zawinąć w czystą ściereczkę i włożyć na noc do zimnej wody - przeczytała Emma. 

Wszystkie  ciężko  westchnęłyśmy,  a  Julka  nawet  złapała  się  za  głowę  dłońmi 

background image

umazanymi ciastem. 

- Trzeba było przeczytać ten przepis od razu cały, a nie po kawałku - zdenerwowałam 

się. - Przecież nie będziemy wstawać o piątej rano, żeby upiec ciasteczka! 

- Może  wystarczy  wsadzić  to  ciasto  do  wody  na  trochę?  -  powiedziała  niepewnie 

Julka, myjąc ręce. - Wydaje mi się, że babcia kiedyś wkładała ciasto na kilka godzin... Może 

dwie? Albo i mniej? Zagniotła, włożyła do wody, zjedliśmy obiad i już, ciasto nadawało się 

do pieczenia. 

- A skąd wiedziała, że to już? - zapytałam, wciąż zdenerwowana. 

- Kiedy  ciasto  wypłynie,  można  je  wałkować  -  przeczytała  Emma  kolejny  fragment 

przepisu. 

- Musisz  tak  czytać  na  raty?  -  nie  wytrzymała  Zuzia,  ale  zaraz  się  zawstydziła.  - 

Przepraszam, nie chciałam... 

- Wiem - machnęła ręką Emma. - Wszystkie mamy dość. 

- Może wsadzimy to ciasto do wody i pójdziemy na spacer? - zaproponowała Julka. - 

Pokażę wam osiedle... 

Wiedziałyśmy,  że  tego  osiedla  nie  znosi  i  wcale  nie  ma  ochoty  nas  po  nim 

oprowadzać.  Wiedziałyśmy  też,  że  o  tej  porze,  w  całkowitej  ciemności  nie  zobaczymy  zbyt 

wiele.  Wszystko  jednak  było  lepsze  niż  siedzenie  i  wpatrywanie  się  w  ciasto:  wypływa  czy 

nie wypływa? 

Na  razie  z  całą  pewnością  wypłynąć  nie  zamierzało.  Owinięte  w  szmatkę  opadło  na 

dno miski z wodą jak kamień. Wyglądało na to, że mamy bardzo dużo czasu na spacer... 

background image

ROZDZIAŁ 9 

SPOTKANIE W ZAUŁKU 

Mogłyśmy  jej  kupić  cokolwiek,  choćby  w  kiosku  na  rogu  koło  szkoły  -  powiedziała 

Zuzia,  chyba  trochę  zła,  wkładając  buty.  -  To  w  końcu  tylko  dwudziesty  ósmy  prezent, 

wystarczyłby  byle  drobiazg.  Nawet  gazeta  z  programem  telewizyjnym,  Julka  dopisałaby  do 

niej jakiś zabawny komentarz... A my uparłyśmy się, żeby piec ciastka! 

- Która  z  nas  wpadła  na  taki  pomysł?  -  zastanawiałam  się  głośno.  -  I  tak  miałyśmy 

kupę roboty z pakowaniem, a tu jeszcze ciastka... 

- To  była  moja  propozycja  -  wyszeptała  Julka,  zamykając  drzwi  i  wychodząc  z  nami 

na  małą,  ciemną  uliczkę.  -  Wcale  nie  chciałam,  żebyście  były  przeze  mnie  wyczerpane,  złe, 

rozżalone. Chciałam po prostu dać Marcie Mądrej coś szczególnego. 

- Przepraszam  -  zrobiło  mi  się  strasznie  głupio.  -  Przepraszam  cię,  naprawdę...  To 

wcale  nie  był  głupi  pomysł,  ona  na  pewno  będzie  zachwycona  tymi  ciasteczkami.  Może 

nawet się popłacze ze wzruszenia? To był bardzo dobry pomysł. 

- W  dodatku...  -  Emma  chciała  się  chyba  włączyć  do  pocieszania  Julki,  ale  nie 

zdążyła. 

- Jula,  właśnie  do  ciebie  szedłem!  Ale  draka  z  tym  chłopakiem  od  was  z  klasy  - 

powiedział  nagle  ktoś  w  ciemności.  -  Oj,  nie  jesteś  sama,  nie  wiedziałem...  A,  to  wy, 

dziewczyny...  Wszystkie  z  naszej  szkoły,  prawda?  No  i  co,  tak  spokojnie  sobie  spacerujecie 

po ciemnych zaułkach, zamiast pomóc koledze? 

- Jakiemu koledze? - zapytała Julka zdumiona. - O co chodzi? 

- Ktoś z naszej klasy ma kłopoty? - zdziwiła się Zuzka. 

- Kto? - chciała wiedzieć Emma. 

Tylko ja nie odezwałam się ani słowem. Nie dlatego, że nie obchodził mnie los moich 

kolegów z I a. Po prostu odebrało mi głos, a serce rozpadło się na setki, tysiące kawałków. To 

był on! Tomek! Mój dryblas z III b, ten, na którego wpadłam pierwszego dnia roku szkolnego 

w  drzwiach  do  budynku,  i  który  pokazał  mi  drogę  do  klasy.  Od  tamtej  pory  ciągle  o  nim 

myślałam, ciągle się zastanawiałam, kim jest... Nie wiedziałam jednak zbyt wiele. Nawet jego 

imię poznałam właściwie przypadkiem.. . Chciałam porozmawiać o nim z przyjaciółkami, ale 

zawsze coś nam przeszkadzało. U mnie w domu, przy ognisku, trzy tygodnie temu, już prawie 

zaczęłam  ten  temat,  ale  przeszkodziła  nam  policja.  A  może  nie  policja,  tylko  czający  się  w 

krzakach Radek, mój przedszkolny wróg, nagle całkiem dorosły i przystojny? A może to nie 

background image

była  ani  policja,  ani  Radek,  tylko  Emma,  która  przyjechała  do  mnie  w  środku  nocy, 

zapłakana? W takiej sytuacji Tomek po prostu musiał zejść na drugi plan. Zresztą nie bardzo 

wiedziałam, co miałabym opowiedzieć Zuzi, Julce i Emmie.  Że uczniowie najstarszych klas 

odprowadzali  do  odpowiednich  pracowni  pierwszaków  i  ja  trafiłam  akurat  na  Tomka...  no  i 

odprowadził mnie, bo taki miał obowiązek, a ja od tamtej pory nie umiem o nim zapomnieć i 

czasami  nawet  staram  się  iść  korytarzem  tak,  by  na  niego  wpaść...  To  przecież  brzmiałoby 

idiotycznie! 

Teraz jednak cieszyłam się, że nie powiedziałam o Tomku ani słowa. Zwłaszcza Julce! 

Ona go znała i to chyba całkiem dobrze... inaczej nie przychodziłby do niej do domu o takiej 

porze! Nie mówiłby do niej „Jula” i nie martwiłby się, że nie jest sama w chwili jego odwie-

dzin. Musieli być dobrymi znajomymi. Przyjaciółmi nawet. Albo... nie, to słowo nie chciało 

mi przejść przez gardło. To znaczy, przez gardło mojej wyobraźni... Nie umiałam sobie nawet 

wyobrazić,  że  oni  mogą  być  parą!  Czy  to  możliwe,  żeby  Julka  była  dziewczyną  mojego 

Tomka?  Serce  pękłoby  mi  wtedy  już  nie  na  setki  czy  tysiące,  ale  na  miliony  kawałków.  Co 

najmniej dwa miliony. Pierwszy z powodu Tomka i tego, że nie mam szans na jego uczucie... 

A  drugi  z  powodu  Julki.  Bo  jeśli  ona  faktycznie  ma  chłopaka,  i  to  TAKIEGO  chłopaka, 

przystojnego, starszego od nas o dwa lata, wysokiego jak koszykarz... jeśli go ma, ale ukrywa 

przed  nami,  to  czy  to  naprawdę  jest  przyjaźń?  Czy  nasze  Bractwo  Zeta  w  ogóle  jest  coś 

warte? W końcu raz już ukryła coś przed nami - swoje bogactwo... Wiedziała, że uważamy ją 

za  ubogą,  że  bardzo  jej współczujemy,  i  nic  nie powiedziała.  Ani  słowa!  Może  nie  kłamała, 

nie wprost, ale też nie wyprowadzała nas z błędu. A jeśli teraz jest tak samo? Może po prostu 

milczała  na  temat  swojego  chłopaka,  a  my  nie  pytałyśmy...  bo  w  końcu  trudno  codziennie 

pytać,  czy  kogoś  poznała.  Kogoś  szczególnego.  Ja  bym  chyba  nie  chciała,  żeby  mnie 

codziennie o to pytano! A nawet na pewno bym nie chciała... 

Poczułam,  że  pod  powiekami  zbierają  mi  się  łzy.  Moja  przyjaciółka,  członkini 

Bractwa Zeta, zapomina poinformować mnie, Zuzkę i Emmę, że ma chłopaka, a ten chłopak... 

a  ten  chłopak  to  ktoś,  o  kim  marzyłam  przed  zaśnięciem  przez  ostatnie  sześć  tygodni! 

Ciekawe,  swoją  drogą,  jak  go  poderwała.  Ja  z  trudem  dowiedziałam  się,  jak  ma  na  imię, 

nazwiska  nie  znam  do  dziś,  a Julka  oswoiła  go  tak.  że  nie  waha  się  nawet  przyjść  do  niej  o 

północy.  Prawie  o  północy.  No,  dobrze,  nie  o  północy,  tylko  o  dziesiątej  czy  wpół  do 

jedenastej... Ale przychodził w ciemności i mówił do niej „Jula”. Rety! 

- Czy  wy  mnie  w  ogóle  słuchacie?  -  zdenerwował  się  Tomek.  -  Lecę  tu  na  łeb  na 

szyję, żeby ci, Jula, powiedzieć, że aresztowali chłopaka z twojej klasy... a wy nic. Jakbyście 

go nie znały. 

background image

- Ale  kogo?!  -  zapytałyśmy  zgodnym  chórem  wszystkie  cztery.  Jak  to:  aresztowali? 

Przecież  nie  można  aresztować  trzynastolatka,  prawo  tego  zabrania!  Nawet  mama  Emmy, 

zdenerwowana  tą  pociętą  torbą,  krzyczała  coś  o  tym,  że  na  takie  małe  kryminalistki  jak  ja, 

Zuzka i Julka nie ma nawet paragrafu, bo jesteśmy za młode, żeby siedzieć. A Tomek mówi 

wyraźnie, że aresztowano kogoś z naszej klasy. Chłopaka chyba... 

- Zamknęli  Krzyśka  Więcka  -  oświadczył,  patrząc  uważnie,  jakie  to  na  nas  zrobi 

wrażenie. Zrobiło, oczywiście, wrażenie piorunujące. Nie mogłyśmy jednak dać temu wyrazu, 

bo  po  prostu  stałyśmy  bez  ruchu,  wpatrując  się  w  Tomka  zdumionymi  oczyma.  Kompletnie 

nas zatkało. No bo jak to: Krzyśka? Niby za co? Za te głupie żarty? Za to, że zamierzał kupić 

perukę Marcie Mądrej? To wprawdzie niezbyt miłe, ale z całą pewnością nie jest karalne! 

- To on pociął mi torbę? - zapytała w końcu Emma, nie dowierzając. - On? 

- Jaką torbę? - tym razem zatkało Tomka. - Kto mówi o torbie? 

- My  mówimy,  od  rana  -  wyjaśniła  Zuzia,  która  doszła  do  siebie  pierwsza  i  znowu 

była  osobą  spokojną  i  praktyczną.  -  Jeśli  go  za  coś  zamknęli,  to  tylko  za  tę  torbę.  Czy 

powiedział przynajmniej, dlaczego to zrobił? 

- I po co zabrał zdjęcia? - sprawa nie dawała Julce spokoju. Była taka absurdalna... 

- Ja myślałam, że on mnie lubi - powiedziała Emma, znowu smutna. - Zawsze jest dla 

mnie taki... taki nice. Czyli miły. 

Tylko  ja  nie  odzywałam  się  ani  słowem.  Wciąż  nie  mogłam  się  pozbierać.  Krzysiek 

siedział w więzieniu, a mój Tomek był Tomkiem Julki... O, proszę, położył jej nawet rękę na 

ramieniu! 

- Nie chodzi o żadną torbę, tylko o bombę! - powiedział. I to dopiero była prawdziwa 

bomba, ta informacja! 

- Krzysiek  miałby  podłożyć  bombę?  -  w  końcu  odzyskałam  głos.  I  oczywiście 

wykorzystałam go tylko po to, żeby odezwać się zupełnie idiotycznie. Bo przecież wiadomo, 

ż

e  żadnej  bomby  nie  było.  Był  tylko  alarm,  najzupełniej  fałszywy.  Policja  przeszukała  całą 

szkołę, zajrzeli w każdy kącik, do każdej szafki i kosza na śmieci... Zresztą, nawet gdyby coś 

przegapili,  to  przecież  do  tej  pory  ta  bomba  już  by  wybuchła.  Nie  jest  chyba  nastawiona  na 

rok 2012? Ale może... może ona ma wybuchnąć w Dniu Nauczyciela? Może ktoś chce, żeby 

to  był  naprawdę  niezapomniany  dzień?  Tylko  po  co  alarmowałby  dyrektora  ileś  dni 

wcześniej? Nie, to nie trzymało się kupy! 

- To  Krzysiek  zadzwonił  i  powiedział,  że  w  budynku  jest  bomba?  -  sprostowałam 

swoje pytanie. 

- Chyba  tak  -  pokiwał  głową  Tomek,  a  jego  grzywka,  jeszcze  bardziej  krzywa  niż 

background image

zwykle,  podniosła  się  i  opadła.  Oczywiście  nikt  poza  mną  nie  zwrócił  na  to  uwagi,  nawet 

Julka. Jako jego dziewczyna chyba powinna się nim bardziej zachwycać. Ale z drugiej strony 

jako  jego  dziewczyna  codziennie  dziesiątki  razy  widzi,  jak  ta  grzywka  podnosi  się  i  opada, 

więc to dla niej żadna atrakcja. Nic nowego... Dla mnie jednak była to nowość. Rozmawiałam 

z nim drugi raz w życiu. Wtedy, za pierwszym razem, szłam do nowej szkoły, nowej klasy i 

byłam  zbyt  spięta,  żeby  zwracać  uwagę  na  jakąkolwiek  grzywkę,  nawet  najpiękniejszą 

grzywkę  świata.  Nawet  gdyby  miał  włosy  zaplecione  w  warkocz  albo  związane  różową  ko-

kardką, też bym tego nie zauważyła. Ale teraz... teraz zauważyłam i zatkało mnie z wrażenia. 

Nie  wiem  dlaczego,  w  końcu  ani  Tomek,  ani  ta  jego  grzywka  nie  byli  piękniejsi  niż  setki 

innych chłopaków i innych grzywek. Ale mnie zatykało na widok właśnie tego chłopaka i tej 

grzywki.  I nic nie mogłam na to poradzić, choćbym  chciała. A chciałam... chyba chciałam... 

musiałam chcieć.  Bo przecież jeśli on i Julka, jeśli są razem, to ja nie mam prawa nic sobie 

wyobrażać. O niczym sobie marzyć. Babcia zawsze powtarza, że cudzy mąż to martwy mąż. 

Czyli  że  nie  wolno  interesować  się  facetami,  którzy  należą  do  innych  kobiet. Jak  Tomek  do 

Julki... 

- A skąd o tym wiesz? - zapytała  Zuzia dociekliwa jak zwykle. -  Dzwonił do ciebie? 

Miał  możliwość  wykonania  jednego  telefonu,  jak  w  amerykańskim  filmie,  i  wybrał  właśnie 

ciebie? - czy mnie się wydawało, czy w jej glosie brzmiała leciutka kpina? 

- A  ty  w  ogóle  znasz  Krzyśka?  -  włączyła  się  do  dyskusji  Julka.  -  Nigdy  nie 

wspominałeś, że masz kolegę w mojej klasie... 

Więc  jednak!  Leciutkie  spięcie  między  zakochanymi!  Wiem,  że  jestem  okropna,  ale 

naprawdę mnie to ucieszyło. Życzyłam Julce jak najlepiej, zawsze... ale chyba nie w sprawie 

z Tomkiem. Jeszcze nie. 

Pomyślałam: za dzień lub dwa,  gdy trochę mi minie, gdy  wszystko sobie  przetrawię, 

będę się cieszyć jej szczęściem. Ale dziś jeszcze nie potrafię. 

Wiedziałam,  że  jestem  okropna  i  egoistyczna,  ale  nic  nie  umiałam  na  to  poradzić. 

Bałam  się,  że  zdradzi  mnie  byle  słowo,  byle  gest...  Że  i  Julka,  i  Tomek  natychmiast 

zrozumieją, co czuję. Może nawet Julka z nim zerwie, żeby mnie nie ranić? Bez względu na 

wszystko nie chciałam, żeby miała przeze mnie złamane serce. Naprawdę. Milczałam więc ze 

spuszczoną głową. Żeby nie spojrzała mi w oczy, żeby mnie nie przejrzała... 

- Krzysiek ma starszego brata, a ten brat chodzi ze mną do klasy - wyjaśnił Tomek, a 

ja pomyślałam, że ma nie tylko najfajniejszą grzywkę, ale też najpiękniejszy głos na świecie. 

Zawsze  wydawało  mi  się,  że  najlepsze  są  niskie  głosy,  takie  bardzo  męskie...  Teraz  już 

wiedziałam,  że  wolę  głosy  chropowate,  z  leciutką  chrypką...  Jakby  wypił  sok  z  mnóstwem 

background image

kostek  lodu  i  był  odrobinkę  przeziębiony.  Albo  jakby  mu  zaschło  w  gardle,  bo  nie  pil  nic 

przez  cały  dzień.  Ani  soku  z  kostkami  lodu,  ani  bez  kostek,  ani  nawet  wody...  Mogłabym 

słuchać godzinami, jak mówi: „...a ten brat chodzi ze mną do klasy”! Choćby do rana, wciąż 

jedno i to samo zdanie... 

- Żaba, co z tobą? Źle się czujesz? - Zuzka niestety zauważyła, że coś jest nie tak. 

- Zamyśliłam sie - powiedziałamgorączkowo szukając wyjaśnienia. - Zamyśliłam się, 

jak to możliwe, że Krzysiek... taki klasowy błazen... 

- Może to miał być jeszcze jeden wygłup? - powiedziała Julka, ale jej głos nie brzmiał 

zbyt pewnie. - Idiotyczny żart... To nawet w jego stylu. 

- To zupełnie nie w jego stylu! - zaprotestowała Zuzia. - Kurczę, on nawet w sprawie 

tej  peruki  dla  Mądrej  konsultował  się  z  Żabą,  a  w  sprawie  zegara  z  kukułką  ze  mną  i  ze 

wszystkimi w klasie... 

- Bo to miał być prezent od całej klasy - przypomniałam jej delikatnie. 

- Ale  nie  tylko  wtedy...  On  w  każdej  sprawie  radził  się  wszystkich  dookoła  -  Zuzka 

była  najwyraźniej  przekonana,  że  Więcek  jest  niewinny.  -  On  nigdy  w  życiu  nie  zrobił  nic 

sam. Ktoś by wiedział, co planuje... I by go powstrzymał! 

- A  może  radził  się  kolegów  tak  samo  mądrych  jak  on?  -  chropowaty  głos, 

najpiękniejszy  na  świecie,  zaczął  snuć  domysły.  -  Może  powiedział  jakiemuś  kumplowi, 

tamten  uznał,  że  to  świetny  żart,  i  zadzwonili  razem  do  szkoły?  W  końcu  nie  brakuje  na 

ś

wiecie głupków... Nawet w naszej szkole. 

- A  jego  brat?  Jaki  jest?  -  zapytałam,  sama  nie  wiedząc,  po  co  to  robię.  Co  mnie 

obchodzi  Więcek  senior,  kiedy  serce  mi  pęka  z  rozpaczy  na  milion  kawałków?  Chyba  po 

prostu  chciałam  coś  powiedzieć,  cokolwiek,  by  Zuzia  znów  nie  zaczęła  podejrzewać,  że  źle 

się czuję. 

- Strasznie mądry chłopak - powiedział Tomek z podziwem. - Ma ze sto certyfikatów 

z  angielskiego,  nawet  taki,  dzięki  któremu  mogą  go  przyjąć  na  studia  w  Stanach..  .  bierze 

udział  w  olimpiadach  chyba  z  pięciu  przedmiotów,  uczy  się  węgierskiego,  bo  uważa,  że  to 

język z przyszłością, trenuje aikido... Niesamowity gość, mógłby swoimi zainteresowaniami i 

talentem do języków obdzielić pół klasy. 

- Ty  nie  jesteś  gorszy  -  Julka  poklepała  go  serdecznie  po  ramieniu,  po  raz  kolejny 

łamiąc mi serce. - Szachowy mistrz województwa juniorów... No i mówisz po hiszpańsku tak, 

ż

e nawet w Barcelonie brali cię za faceta z Madrytu. 

Jeśli zaraz się okaże, że byli razem autostopem w Hiszpanii, to chyba padnę! Zresztą, 

niby  dlaczego  autostopem?  Julkę  na  pewno  stać,  żeby  zabrać  swojego  chłopaka  na  wakacje 

background image

samolotem,  do  pięciogwiazdkowego  hotelu.  A  może  nawet  wynajęli  domek  z  basenem  i 

kortem  tenisowym?  Dlaczego  nie?  W  końcu  jej  rodzice  nie  mają  pojęcia,  że  jest 

wegetarianką, nie obchodzi ich, co robi, więc nie mieliby nic przeciwko temu, żeby wyjechała 

z chłopakiem. A Tomek... Tomek jest już prawie dorosły, chodzi do trzeciej klasy, na pewno 

rodzice nie trzymają go tak krótko jak pierwszaków. 

- A  ty,  Jula,  to  co,  gorsza?  -  chyba  zebrało  im  się  na  prawienie  sobie  nawzajem 

komplementów.  Czy  Krzysiek  Więcek  jeszcze  kogoś  na  tej  ciemnej  ulicy  w  ogóle  intere-

sował?! - Prawdziwa z ciebie bohaterka! Już całe miasto mówi, jaka ta Ździebełko wspaniała, 

jak genialnie poradziła sobie z ewakuacją! 

- Nie nabijaj się ze mnie - poprosiła Julka. 

- Ja  się  nie  nabijam,  nasz  wychowawca  zarządził  wczoraj  powtórkę  wszystkich 

sygnałów alarmowych. Zupełnie, jakby uczył nas PO! Powiedział, że każdy powinien umieć 

się  zachować  tak  jak  ty.  Rozpoznać  sygnał  i  wyprowadzić  klasę  przed  budynek,  bez  żadnej 

paniki. 

Dwie godziny nas musztrował, musieliśmy nawet zostać po lekcjach. Bo nie byliśmy 

tak doskonali jak panna Ździebełko. 

Julka spuściła wzrok, nie wiedząc chyba, co powinna odpowiedzieć. No bo właściwie 

co można odpowiedzieć w takiej sytuacji? Przepraszać za to, że świetnie sobie poradziła? Nie, 

to jakaś bzdura... 

- Może pójdziemy razem do Artura? - zaproponował Tomek, nagle zmieniając temat. 

- Jakiego  Artura?  -  nie  zrozumiałyśmy.  Czy  nie  chodziło  o  Krzyśka  Więcka?  Co  ma 

do tego Artur? 

- Artur  to  brat  Krzyśka  -  wyjaśnił  mój  ulubiony  dryblas.  -  Jest  w  domu  sam,  jego 

rodzice pojechali na policję, no i chyba zaczyna wariować... Nie powinien być teraz sam. 

- Jedziemy - powiedziała Emma. A Zuzia pokręciła głową: 

- Nie  ma  mowy,  nie  możemy  nigdzie  jechać.  Musimy  piec  ciastka.  Jedź  sam,  potem 

wszystko nam opowiesz. 

- Jakie ciastka? - zainteresował się Tomek. I oczywiście musiałyśmy mu zdradzić, co 

szykujemy dla Mądrej na Dzień Nauczyciela. 

- Świetny  pomysł,  gratulacje,  będzie  wam  zazdrościć  cała  szkoła  -  powiedział.  -  W 

takim  razie  jadę  do  Artura  sam.  Jak  będę  coś  wiedział,  to  zadzwonię...  Jeśli  nie  będzie  za 

późno. 

- Nie  dzwoń,  tylko  przychodź  -  powiedziała  Julka,  jakby  odwiedzał  ją  codziennie  w 

ś

rodku nocy. 

background image

- Będziemy  pewnie  siedziały  do  rana  -  uśmiechnęła  się  Zuzka.  -  Jak  zawsze,  gdy 

jesteśmy wszystkie razem... 

background image

ROZDZIAŁ 10 

DLACZEGO KRZYSIEK?! 

Nie wiedziałam, że znasz Tomka - powiedziałam do Julki ostrożnie, gdy  wróciłyśmy 

do jej domu i z przerażeniem odkryłyśmy, że ciasto, zawinięte w bawełnianą szmatkę, wciąż 

leży na dnie miski wypełnionej wodą. 

- To  JA  nie  wiedziałam,  że  TY  znasz  Tomka  -  uśmiechnęła  się  Julka.  -  Nic  nie 

mówiłaś... i on też nie... 

Czyżby  myślała,  że  coś  przed  nią  ukrywamy?  Że  przyjaciółka  romansuje  z  jej 

chłopakiem? 

- Właściwie  wcale  go  nie  znam  -  zaczęłam  się  usprawiedliwiać  i  opowiedziałam 

oczywiście o tamtym zderzeniu w drzwiach, pierwszego dnia szkoły, i o tym, jak odprowadził 

mnie do klasy... Właśnie wtedy, kiedy wzięłam Martę Mądrą za dziewczynę w naszym wieku. 

- Chyba  ci  Tomek  zawrócił  w  głowie,  jeśli  nie  rozpoznałaś  w  niej  nauczycielki!  - 

roześmiała się Zuzia. - Ma przecież ten zawód wypisany na twarzy, jak moja mama. 

- Nie żartuj tak - poprosiłam. - Julce może być przykro... A przecież mnie i Tomka nic 

nie łączy. 

- A  niby  dlaczego  miałoby  mi  być  przykro?  -  zainteresowała  się  nasza  poetka.  - 

Bardzo bym się cieszyła, gdyby mój sąsiad wpadł wreszcie w oko jakiejś dziewczynie. Już się 

bałam, że wyrośnie na starego kawalera. 

- Sąsiad? - chyba w całym domu było słychać, jak spada mi z serca gigantyczny głaz. 

Cud, że nie rozwalił podłogi! Taki stutonowy ciężar mógłby przecież przebić terakotę, którą 

wyłożono kuchnię, i roztrzaskać nawet betonowy fundament... 

- To  syn  kwiaciarki  -  uśmiechnęła  się  Julka.  -  Tej,  która  robi  nam  bukiety.  Strasznie 

fajna kobieta... Kiedy wprowadziłam się na to osiedle, nie było tu właściwie żadnych dzieci 

ani młodzieży. Tylko ja i Tomek. No i jego mama, pani Ola, bardzo się martwiła, że Tomek 

nie ma z kim porozmawiać... Ona siedzi w kwiaciarni od świtu do nocy. Kupiła ją na kredyt. I 

malutkie mieszkanko nad kwiaciarnią, dla siebie i Tomka... A on siedział w kwiaciarni razem 

z nią, całymi dniami. Kiedyś zobaczyła, że tu mieszkam, i go siłą przyprowadziła. Oczywiście 

on wcale nie miał ochoty rozmawiać, chciał tylko grać w szachy,.. 

- Umiesz grać w szachy? - Emma uniosła swe jasne brwi. - Myślałam, że to gra dla... 

tych, no, mózgów ścisłych. 

- Umysłów  ścisłych  -  poprawiła  ją  Julka.  -  No  bo  tak  jest!  To  nie  jest  gra  dla  mnie! 

background image

Ale tak strasznie było mi żal Tomka, że nawet się nauczyłam. Żeby miał z kim trenować... W 

podstawówce,  po  tych  popołudniach  z  Tomkiem  nawet  wzięłam  udział  w  mistrzostwach 

dzielnicy. I wygrałam w swojej grupie wiekowej! 

- Nie chcę grać w szachy - jęknęłam, czując, że Tomek nagle podoba mi się odrobinkę 

mniej.  Nie  mam  nic  przeciwko  szachom,  ale  wolę  pobiegać  godzinkę  przed  śniadaniem,  niż 

wpatrywać  się  w  szachownicę  i  przewidywać  pięć  ruchów  przeciwnika.  To  wcale  nie  ten 

sport, w którym chciałam zostać mistrzynią świata. Ani trochę! 

- A  dlaczego  miałabyś  grać  w  szachy?  -  nie  rozumiała  Julka.  No  tak,  sama  się 

wrobiłam,  nikt  mi  nie  pomógł!  Sama  zdradziłam  swoją  tajemnicę.  I  co  teraz?  Nie  mogłam 

przecież okłamać jedynych przyjaciółek, jakie mam... 

- Chcesz  namówić  rodziców,  żeby  sprzedali  dom  i  przenieśli  się  na  to  osiedle?  - 

roześmiała się Zuzia. - No, nie wiem, czy im się tu spodoba... Trochę to wszystko nie w ich 

stylu, nawet gdyby mieli forsę... No i pomidory twojej babci nie byłyby tu szczęśliwe. 

- I  orzech  Wojtuś  -  przypomniała  mi  Emma.  No  tak,  teraz  już  musiałam  coś 

powiedzieć! Musiałam powiedzieć prawdę. 

- Nie  chodzi  o  dom,  tylko  o  Tomka...  Bo  Tomek...  -  zaczerwieniłam  się.  -  Bo 

pomyślałam, że on... 

- On  ci  się  podoba!  -  odgadła  Emma,  chociaż  znała  mnie  najkrócej.  -  Tomek  ci  się 

podoba! 

- Żaba?  -  Zuzia  spojrzała  mi  głęboko  w  oczy.  -  Żaba,  powiedz?  To  prawda?  Kurczę, 

powiedz coś! Podoba ci się?! 

- Spodobał  ci  się  pierwszego  dnia,  jak  cię  prowadził  do  klasy,  tak?  -  teraz  Julka  też 

zaglądała mi w oczy, chcąc z nich wyczytać uczucia do Tomka. Nie wiedziałam już, na którą 

z nich patrzeć. Wszystkie jednocześnie usiłowały znaleźć prawdę właśnie w moich źrenicach 

i  tęczówkach.  Żałowałam,  że  szkła  moich  okularów  nie  mogą  stać  się  nagle  trochę  mniej 

przezroczyste. 

- Podoba mi się - przyznałam najciszej, jak umiałam. 

I  natychmiast  zapomniałyśmy  o  cieście,  które  nie  wypłynęło,  i  o  tym,  że  Krzyśka 

Więcka  właśnie  przesłuchiwała  policja.  Julka  postawiła  na  tacy  wielki  karton  soku,  cztery 

szklanki  i  miskę  malutkich  ciasteczek.  Miałam  nadzieje,  że  nie  robi  sie  ich  z  chitynowych 

pancerzyków... 

- Musimy to omówić w moim pokoju - oświadczyła, gasząc światło w kuchni. 

Omawiałyśmy więc. 

- Podoba  mi  się  -  musiałam  powtórzyć  raz  jeszcze,  gdy  tylko  usiadłyśmy  na  jej 

background image

materacu. - Strasznie mi się podoba... Kilka razy wpadłam na niego na korytarzu, zawsze się 

uśmiechał,  raz  czy  dwa  nawet  coś  powiedział,  ale...  ale  mu  nie  odpowiedziałam,  bo  się 

zawstydziłam.  Więc  właściwie  od  dnia  rozpoczęcia  roku  szkolnego  w  ogóle  nie 

rozmawialiśmy. Nie wiedziałam, co zrobić, żeby jakoś się do niego zbliżyć, jakoś go poznać, 

tak naprawdę... 

- A teraz się okazuje, że to mój sąsiad! - Julka tryskała dobrym humorem. - Chyba się 

ucieszyłaś, jak go zobaczyłaś? 

I znowu nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Wcale się nie ucieszyłam, bo myślałam, że 

są  parą.  Że  przyszedł  na  to  osiedle  specjalnie  do  niej...  No,  ale  czy  naprawdę  Julka  musiała 

słuchać o moich głupich domysłach? 

- Ona myślała, że to twój chłopak - powiedziała powoli Emma, nie robiąc ani jednego 

błędu. - Myślała, że przyszedł do ciebie. I była smutna. 

- Brawo, Sherlocku! - roześmiałam się. - Wyglądało na to, że dobrze się znacie... 

- Znamy  się,  szachy  strasznie  zbliżają  ludzi  -  Julka  chyba  była  zaskoczona  tym,  co 

sobie  wymyśliłam.  -  Ale  nigdy  nie  przyszło  mi  do  głowy,  żeby  patrzeć  na  Tomka  jak  na 

chłopaka. On jest taki przyziemny... Nie wie nawet, kim był Błok. 

Też nie wiedziałam, prawdę mówiąc. Pewnie jakiś poeta, jak wszyscy idole Julki. Na 

razie jednak miałam ważniejsze sprawy na głowie. 

- Nie  podoba  ci  się?  -  zapytałam,  żeby  raz  na  zawsze  rozstrzygnąć  wszystkie 

wątpliwości. 

- Absolutnie mi się nie podoba! - postukała się w serce Julka. To znaczy w sweter, ale 

w  miejscu,  gdzie  prawdopodobnie  ma  serce,  pod  tym  swetrem...  -  Ma  taką  idiotyczną 

grzywkę, nie mogłabym oddać serca, duszy i ciała komuś z taką grzywką. Wolałabym zostać 

spalona na stosie, niż go pokochać. 

- Uważam,  że  ta  grzywka  jest  bardzo  fajna  -  powiedziałam,  czując  się  w  obowiązku 

bronić  ukochanego.  Co  prawda  on  jeszcze  nie  wie,  że  jest  moim  ukochanym,  ale  mimo 

wszystko...  Jakaś  lojalność  obowiązuje!  Zresztą  naprawdę  tak  myślałam!  -  Właściwie 

najfajniejszy jest w nim głos, wzrost i grzywka. Taka asymetryczna... 

- Czy  mi  się  zdawało,  czy  jak  u  ciebie  nocowałyśmy,  jeszcze  we  wrześniu, 

krytykowałaś Radka właśnie za asymetryczność? - świetna, fotograficzna pamięć Zuzki znów 

dała  o  sobie  znać.  -  Mówiłaś  coś  o  tym,  że  nie  znosisz  asymetrycznych  twarzy, 

asymetrycznych uśmiechów, asymetrycznych brwi, uszu i dziurek w nosie. 

- Ale  asymetryczne  grzywki  bardzo  lubię  -  zaśmiałam  się  nagle.  -  Wiecie,  to 

idiotyczne... U jednych ludzi jakaś rzecz strasznie nas denerwuje, a u innych ta sama bardzo 

background image

się nam podoba. To przecież całkiem bez sensu) 

- Bez sensu - zgodziła się Emma. - Ale przecież każdy jest inny. Nawet asymetryczny 

jest  inaczej...  To  znaczy,  no  wiesz,  jeden  ma  brwią...  brwi  asymetryczni  ładnie,  a  drugi 

brzydko. Taki jest świat. Nie ma dwóch takich samych ludzie. Nawet moi bracia, niby twins, 

a wcale nie są tacy sami... 

- Kto by pomyślał, że Tomek spodoba się takiej fajnej dziewczynie jak ty - przerwała 

jej  Julka  niezbyt  grzecznie.  -  Taki  mruk,  szachista,  kujon...  A  tu  proszę!  Miłość  od 

pierwszego  wejrzenia.  Zazdroszczę  ci...  Chciałabym  się  tak  zakochać,  nie  widzieć  w 

człowieku żadnych wad, po prostu go kochać. A ja w każdym widzę tylko wady. 

- Bo  ty  szukasz  księcia  z  bajki,  poety  z  wichrowych  wzgórz,  jakiegoś  nierealnego 

ideału... - powiedziała Zuzia. - Zamiast rozglądać się wśród normalnych, zwykłych ludzi. 

- Nie  wolno  być  minimalistą  w  sprawach  miłości  -  oświadczyła  Julka  stanowczo.  - 

Trzeba szukać ideału... choćby miało nam to zająć całe życie. 

- Tylko  nic  mu  nie  mów!  -  krzyknęłam  nagle  przerażona.  -  Błagam,  nie  mów 

Tomkowi, że mi się podoba. Nie mów, że coś o nim wspominałam. Nie mów, że go pamiętam 

z tego pierwszego dnia, że wiem, jak ma na imię... W ogóle nic nie mów! Ani słowa, błagam! 

Nie mów nic o mnie, nawet gdyby pytał! 

- Mam  udawać,  że  cię  nie  znam?  -  roześmiała  się  Julka.  -  Powiedzieć,  że  byłaś  tu 

przypadkiem i nawet nie wiem, jak masz na imię? 

- Rety,  przecież  nie  o  to  mi  chodzi  -  powiedziałam  i  chciałam  wyjaśnić,  że  może 

mówić  o  mnie,  ale  nie  o  moich  uczuciach  do  Tomka.  Bo  jeśli  on  by  się  dowiedział,  jeśli 

powiedziałby kolegom, jeśli zaczęliby się ze mnie śmiać... Chyba musiałabym wtedy zmienić 

szkołę! 

Chciałam wyjaśnić to wszystko Julce, ale nie zdążyłam. Bo nagle Emma, zamyślona, 

powiedziała cicho: 

- Krzyśka Więcka nie było wtedy na korytarzu... Wtedy, jak był alarm i biegliśmy na 

dwór, pamiętacie? 

- Pamiętam!  -  puknęła  się  w  czoło  Zuzka.  -  Kurczę,  jak  mogłam  tego  nie  skojarzyć! 

Przecież  Mądra  miotała  się  po  boisku  i  pytała  wszystkich  po  kolei,  czy  Krzyśka  nie  ma  w 

szkole od rana, czy może rano był, a znikł podczas ewakuacji! 

- A  my  wiedziałyśmy,  że  był  w  klasie,  nawet  coś  mówił,  jak  Julkę  chcieli  wrobić  w 

tego  łącznika  z  biblioteką...  -  ja  też  przypominałam  sobie  coraz  więcej.  -  A  więc  musiał 

zniknąć  w  czasie  alarmu  albo  tuż  przed  nim.  Naprawdę  musi  mieć  coś  wspólnego  z  tym 

głupim  telefonem  do  dyrektora  -  westchnęłam.  -  Żal  mi  go.  Robi  czasami  durne  żarty, 

background image

czasami zachowuje się jak palant, ale to dobry chłopak... W gruncie rzeczy dobry. 

- Bardzo  go  lubię  -  powiedziała  Emma,  czerwieniąc  się  jak  burak.  Czyżby  następna 

potajemnie zakochana w naszym gronie?! - On jeden nigdy się nie śmieli... nie Śmieja... nie 

ś

mieje z mojego akcenta. Akcentu... 

- A  my  się  śmiejemy?  -  zapałała  świętym  oburzeniem  Julka.  -  Chyba  nas  obrażasz! 

Sama prosiłaś, żeby cię poprawiać. 

- Wy to wiadomo, moje sekretne siostry z Bractwa Zeta - Emma machnęła ręką. - Ale 

reszta klasa... klasy... oni się śmieją, ciągle. Tylko Więcek nie. Szkoda, że to on. 

- Szkoda - przytaknęłyśmy wszystkie. 

Zapadła  głucha  cisza.  Pewnie  Krzysiek  nie  wróci  już  nigdy  do  naszej  szkoły.  Do 

więzienia nie pójdzie, do poprawczaka chyba też nie, w końcu kilka lat temu takie fałszywe 

alarmy  były  strasznie  modne.  Niemożliwe,  żeby  zamykano  w  poprawczakach  wszystkich 

uczniów,  którzy  postanowili  zażartować  z  dyrektora  albo  uniknąć  klasówki.  Zabrakłoby 

miejsc  w  poprawczakach.  Ale  ze  szkoły  wyrzucą  go  na  pewno...  I  każą  jego  rodzicom 

zwracać  pieniądze  za  przyjazd  policji  z  pirotechnikiem  i  przeszukanie  szkoły...  Widziałam 

kiedyś w telewizji, jak mówili, że za każdą taką akcję będą odpowiadać materialnie rodzice. 

Ciekawe,  czy  rodzina  Krzyśka  ma  tyle  dóbr  materialnych,  żeby  odpowiadać.  Pewnie  taki 

pirotechnik  jest  bardzo  drogi...  A  spędził  w  naszej  szkole  ze  dwie  godziny.  Kto  wie,  może 

rodzice Krzyśka będą musieli sprzedać mieszkanie, by zapłacić za jego głupi dowcip? 

- To  nie  mógł  być  Krzysiek  -  Zuzka  poderwała  się  na  równe  nogi.  -  Nie  dałby  rady 

wyjść  z  klasy,  zanim  ten  alarm  zaczął  wyć.  Przecież  sprawa  z  łącznikiem,  rozmowa  o  tym, 

kto by się nadawał, była może minutę wcześniej. 

- Alarm zaczął wyć, jak o tym mówiliśmy - przytaknęła Julka. 

- No  właśnie!  -  triumfowała  Zuzia.  -  On  przecież  sobie  wtedy  żartował  na  temat 

łącznika... Wszystkie pamiętamy. Więc musiałby wyjść dosłownie pół minuty przed alarmem. 

A to niemożliwe! Ktoś by  zauważył,  gdyby  nagle poderwał się z miejsca  i wybiegł z klasy! 

On przecież siedzi z tyłu, potrąciłby z dziesięć osób, wychodząc, jak to on... Na pewno więc 

był w klasie, kiedy zaczęło wyć, i znikł dopiero w czasie ewakuacji. 

- Ale czego to dowodzi? - nie rozumiałam. 

- Tego,  że  to  nie  on  dzwonił  -  Zuzia  patrzyła  na  mnie  jak  na  idiotkę.  Jak  mogłam 

jeszcze  nie  zrozumieć,  co  ma  na  myśli?  -  Skoro  był  w  klasie  razem  z  nami,  to  nie  mógł 

dzwonić  na  policję!  Tam  było  oprócz  niego  dwadzieścia  siedem  osób...  Dwadzieścia  osiem, 

bo jeszcze Mądra. Niemożliwe, żeby nikt nie usłyszał, jak rozmawia przez komórkę! 

- Mógł wysłać SMS - a - powiedziała Emma. 

background image

- Przedtem  mówiłaś,  że  to  ja  mogłam  wysłać  SMS  -  a,  a  teraz,  że  Krzysiek  - 

uśmiechnęła  się  Julka,  wyjątkowo  kpiąco  jak  na  nią.  -  Ale  chyba  tak  naprawdę  nikt  nie 

zawiadamia o bombie SMS - em. Przecież zaraz by go namierzyli, wyświetliłby się im numer. 

- Mógł  wysłać  z  kradzionej  komórki  -  wsparłam  Emmę  i  zaraz  popukałam  się  w 

głowę. - Nie, to nie Krzysiek. Mogę uwierzyć w głupi żart, ale nie w kradzież. 

- Mógł z Internetu - nie rezygnowała Emma. - Możecie chyba w Polsce wysyłać SMS 

- y ze strony web? 

- Możemy  -  przytaknęłam,  przez  moment  znowu  wierząc  w  winę  Krzyśka.  Ale  tylko 

przez  moment.  Przecież  on  nie  miał  w  klasie  komputera  podłączonego  do  Internetu!  Miał 

tylko zeszyt... kilka zeszytów. Żaden nie mógł być notebookiem, choćby najmniejszym. 

- No  dobrze,  to  nie  on  -  zgodziła  się  Zuzia.  -  Wszystkie  jesteśmy  o  tym  przekonane. 

Ale w takim razie dlaczego go aresztowali?! 

background image

ROZDZIAŁ 11 

PAN ŹDZIEBEŁKO 

Ciasto wypłynęło! - zawołała z kuchni Julka. - Pływa po wierzchu miski, chodźcie! Co 

najmniej  dwa  centymetry  nad  dnem!  Jest  gotowe,  no  chodźcie!  Emma,  czytaj  dalej  ten 

przepis! Wycinamy ciasteczka i wstawiamy do piekarnika! 

Zanim podniosłyśmy się z materaca i wyszłyśmy z pokoju Julki, usłyszałyśmy jednak 

zupełnie inny głos. Mężczyzny, wyraźnie bardzo zdenerwowanego. 

- Julio, do ciężkiej cholery, co to za bałagan?! - krzyczał. - Natychmiast to posprzątaj, 

masz pięć minut albo możesz sobie poszukać innego domu! Do czego to podobne? Wszystko 

porozwalane jak w jakiejś melinie, brudne gary... Człowiek haruje cały dzień, przychodzi do 

domu, a tu zamiast miłego przyjęcia brudne gary. Julio, odpowiadaj, jak do ciebie mówię! Co 

to ma być? Nie milcz, jak cię pytam! 

Było  mi  strasznie  nieprzyjemnie,  że  tego  słucham.  Emmie  i  Zuzi  chyba  też. 

Spojrzałyśmy  na  siebie  przerażone.  Ale  co  mogłyśmy  zrobić?  Wyjść  z  pokoju,  pokazać  mu 

się  i  powiedzieć:  „Dzień  dobry,  panie  Ździebełko,  miło  pana  poznać?”  To  nie  wchodziło  w 

grę. Miał taki głos, jakby chciał zamordować Julkę. Mógłby zabić i nas... 

Lepiej  siedźmy  tu,  gdzie  jesteśmy  -  napisała  na  kartce  Zuzia.  I  cicho!  Jest  wściekły, 

może nas pozabijać w szale. 

A  więc  przyszło  jej  do  głowy  to  samo  co  mnie.  A  to  oznaczało,  że  nie  miałyśmy 

wyjścia,  musiałyśmy  czekać  w  całkowitym  milczeniu,  aż  sobie  pójdzie.  Ale  czy  on  sobie 

pójdzie? Niby dokąd miałby iść o północy? Przecież tu jest jego dom... 

- Żałuję,  że  cię  nie  oddałem  do  domu  dziecka,  kiedy  byłaś  mała  -  pan  Ździebełko 

najwyraźniej  osiągnął  szczytową  formę.  Mógłby  wygrać  bez  problemu  konkurs  na 

najokropniejszego  ojca.  Znokautowałby  rywali  już  na  starcie.  -  Cholera,  przynajmniej  byłby 

tutaj porządek, a nie taki bajzel na kółkach! Nie chcę nawet wiedzieć, co się dzieje u ciebie w 

pokoju. Nie każ mi zaglądać, przyznaj się od razu: nie posłałaś łóżka od  rana, prawda? Czy 

mam tam iść, żeby to sprawdzić? No mów! Odpowiadaj, do cholery, jak cię ojciec pyta! 

- Nie posłałam - odpowiedziała cichutko Julka. - Przepraszam, tato! 

Spojrzałam  na  Zuzię,  a  ona  pokiwała  głową.  Łóżko,  a  raczej  materac,  był  posłany... 

Siedziałyśmy  na  nim,  na  pięknej  patchworkowej  narzucie,  nie  było  wątpliwości.  Jeśli  więc 

Julka twierdziła, że nie posłała, to robiła to tylko dlatego, żeby utrzymać ojca z dala od nas. 

Chyba też się go bała. 

background image

- Nie przepraszaj, tylko bierz się za sprzątanie! Pościelisz zaraz, i to porządnie! 

- Przecież  za  chwilę  będzie  północ...  -  głos  Julki  brzmiał  tak,  jakby  miała  się 

rozpłakać. - Ja idę zaraz spać, nie ma sensu ścielić... 

- Do  ciężkiej  cholery,  złożysz  tę  pościel  przy  mnie,  i  to  tak,  żeby  nie  została  na 

poszewkach ani jedna fałdka! 

Jak w wojsku! Dlaczego ja nie mam syna? Zapiszę te pralnie fundacji dobroczynnej, a 

nie tobie! Ty nigdy nie docenisz tego, co masz! 

- Chętnie  się  zrzeknę  pralni  na  rzecz  ubogich  -  zgodziła  się  Julka.  Czyżby  jej  ojciec 

naprawdę myślał, że ona będzie szefową sieci pralni? Czy mógł choć przez chwilę wyobrazić 

sobie uskrzydloną poetkę w tej roli? Czyżby w ogóle nie znał własnej córki?! 

- Nie  pyskuj  mi  tu,  bo  się  doigrasz!  Zamieszkasz  w  pokoju  dla  służby,  koniec  z 

magnetofonem i z własną łazienką! - pan Ździebełko rozkręcał się z każdą chwilą. 

Jeszcze trochę, a zagrozi jej tym, ze będzie mieszkać w komórce, jeść suchy chleb i pić 

wodę z kranu - napisałam na kartce, którą podsunęłam Emmie i Zuzi. 

Koszmar - napisała szybko Emma, o dziwo bez żadnego błędu. Nie wiedziałam nawet, 

ż

e zna to słowo! 

- Składaj  tę  pościel,  masz  pół  minuty!  -  głos  niepokojąco  zbliżył  się  do  drzwi,  za 

którymi siedziałyśmy. Nagle klamka zadrżała, a  w progu pojawił się ogromny, czerwony na 

twarzy,  całkowicie  łysy  mężczyzna.  Pan  Ździebełko!  Prawdę  mówiąc,  zupełnie  inaczej 

wyobrażałam  sobie  ojca  Julki.  Zuzia  chyba  też.  Na  początku  obstawiałyśmy,  że  jest  poetą 

albo  malarzem...  Chudym  jak  źdźbło  trawy,  jak  Julka...  Potem,  gdy  dowiedziałyśmy  się,  że 

jest bogaty jak szejk arabski, spodziewałyśmy się, że zdobył ten majątek mimochodem, może 

odziedziczył  albo  wygrał  na  loterii...  Wciąż  byłyśmy  pewne,  że  to  miły,  nieśmiały  artysta. 

Artysta,  a  nie  potwór  ważący  chyba  ze  dwieście  kilogramów!  On  wyglądał  jak  Jabba  z 

Gwiezdnych  wojen!  A  zachowywał  się  znacznie  gorzej  niż  on!  Zachowywał  się  jak  pięciu 

koszmarnych,  złośliwych,  okrutnych  Jabbów!  Jabba  zabijał  ludzi  dla  kaprysu...  Ojciec  Julki 

unieszczęśliwia}  córkę  bez  powodu.  Krzyczał  na  nią,  wyzywał...  I  to  chyba  nawet  nie  był 

kaprys. On po prostu był okropnym człowiekiem. 

Przez moment miałam wrażenie, że - podobnie jak rozwścieczony Jabba - zamorduje 

mnie, Zuzkę i Emmę, zupełnie bez powodu. 

A  może  Emmę  nie?  Oni  się  chyba  znali,  tata  Emmy  robił  przecież  dla  sieci  pralni 

Ź

dziebełko  kampanię  reklamową.  ..  Więc  może  Emmę  oszczędzi?  Ale  ja  i  Zuzia  na  pewno 

padniemy  ofiarą  wyprowadzonego  z  równowagi  potwora.  Byłam  prawie  pewna,  że  teraz 

zacznie  krzyczeć  na  nas.  Zuzia  i  Emma  chyba  też,  były  tak  samo  blade  i  skulone  jak  ja. 

background image

Wszystkie trzy chciałyśmy się zapaść w materac, zniknąć z powierzchni ziemi... 

Nagle  jednak  pan  Ździebełko  przeszedł  metamorfozę.  Wszedł  do  pokoju  rozjuszony, 

wrzeszczący... Wtedy zobaczył nas. W ułamku sekundy wściekłość gdzieś wyparowała, a on 

stał się najbardziej uroczym człowiekiem świata. 

- Juleczko,  są  u  ciebie  koleżanki?  -  jego  głos  brzmiał  teraz  tak  miło  jak  głos  spikera 

czytającego  w  radiu  prognozę  pogody.  Pełna  słodycz!  Nigdy  nie  widziałam,  żeby  ktoś  w 

okamgnieniu tak się zmienił! 

- Są u mnie koleżanki - powtórzyła jak echo Julka. Jak bardzo smutne echo. 

- Juleczko,  kochanie,  dlaczego  nic  mi  nie  mówiłaś?  -  jego  głos  był  jak  miód.  Słodki, 

gładki, uroczy. 

- Mówiłam i tobie, i mamie, ale widocznie zapomniałeś - powiedziała bardzo powoli i 

spokojnie Julka. 

- Dziewczynki,  tak  się  cieszę,  że  przyszłyście!  -  nowe  wcielenie  pana  Ździebełko 

najwyraźniej nie zamierzało się kłócić z córką. - Juleczka to samotnica, tyle razy ją prosiłem, 

ż

eby zaprosiła przyjaciół, ale nigdy nikogo nie przyprowadziła do domu. Ani razu! Nawet w 

podstawówce.  Kochanie,  następnym  razem  powiedz,  przygotujemy  się,  pani  Wiesia  coś 

upiecze, ugotuje, zrobimy przyjęcie. Kawior, szampan, kelnerzy... 

- Mamy trzynaście lat, nie pijemy szampana - mówiła Julka zrezygnowanym głosem. - 

A poza tym chciałabym ci powiedzieć, że jestem wegetarianką i nie jadam kawioru. 

- Juleczka  zawsze  tak  żartuje,  ma  niebywałe  poczucie  humoru!  -  pan  Ździebełko 

wychodził  ze  skóry,  żeby  zasłużyć  na  tytuł  ojca  idealnego.  I  pewnie  by  mu  się  udało, 

gdybyśmy  nie  słyszały  przez  drzwi,  jak  na  nią  wrzeszczał.  Czy  on  naprawdę  myślał,  że 

mogłyśmy  tego  nie  słyszeć?  Te  krzyki  obudziłyby  niedźwiedzia  z  najgłębszego  zimowego 

snu! Pewnie było je słychać nawet w Tatrach i na Helu. Na co liczył? 

- Juleczko,  koniecznie  mi  powiedz,  kiedy  następnym  razem  będą  miały  przyjść 

koleżanki  -  miód  z  jego  głosu  lał  się  po  pokoju  strumieniami.  -  Koniecznie!  Obiecuję,  że 

przygotujemy wam wieczór, jakiego nigdy nie zapomnicie. 

- Tego  też  nigdy  nie  zapomnimy  -  odważnie  odezwała  się  Zuzia.  I  oczywiście  miała 

rację. Takich koszmarnych przeżyć nie sposób zapomnieć! Wspomnienia tej nocy i wrzasków 

pana Ździebełko będą nam towarzyszyć nawet na emeryturze! 

- Widzę,  że  masz  naprawdę  urocze  koleżanki,  córeczko  -  pan  Ździebełko  obnażył 

równe, białe zęby w szerokim uśmiechu i oślepił nas na moment. 

Niemożliwe, żeby ktoś miał takie zęby! Muszą być sztuczne! Porcelanowe! 

Postanowiłam,  że  zapytam  o  to  Julkę,  kiedy  tylko  zostaniemy  znowu  same. 

background image

Natychmiast  jednak  zapomniałam  o  swoim  postanowieniu,  bo  pan  Ździebełko  przeszedł  do 

kolejnego aktu żałosnego przedstawienia pod tytułem „Kochająca rodzina”. 

- Córeczko, pocałuj tatusia na dobranoc! - nachylił się, nadstawiając policzek. 

- Słucham?! - Julka chyba uznała, że to zbyt wiele. - Po co to robisz? Myślisz, że one 

nie słyszały, jaki jesteś naprawdę? Przez te drzwi wszystko słychać. Ośmieszasz się tylko tą 

szopką! 

- Jesteś  niesprawiedliwa  -  ojciec  Julki  wyprostował  się,  rezygnując  z  pożegnalnego 

buziaka.  -  Wszystko,  co  robimy,  robimy  dla  ciebie.  I  ja,  i  twoja  matka.  Pewnego  dnia  to 

zrozumiesz.  Teraz  też  muszę  wracać  do  pracy,  zostaniesz  w  domu  sama...  To  znaczy: 

zostaniecie  same.  Mam  nadzieję,  dziewczynki,  że  się  nie  boicie?  -  znów  to  robił!  Znów 

usiłował grać dobrego wujaszka! 

- Idź już - powiedziała Julka głosem zimnym jak stal. Nigdy jej takiej nie słyszałam! 

Ja  nigdy  bym  się  w  ten  sposób  nie  odezwała  do  mojego  taty,  ale  też  mój  tata  nigdy  nie 

powiedziałby,  że  żałuje,  że  nie  oddał  mnie  do  domu  dziecka.  Nie  potępiałam  Julki. 

Przeciwnie: byłam z niej dumna, że zdobyła się na te słowa. 

- Idź, proszę, nie kompromituj siebie i mnie - powtórzyła. 

Pan  Ździebełko  posłał  w  stronę  materaca,  na  którym  siedziałyśmy,  jeszcze  jedno 

porozumiewawcze  spojrzenie.  Miało  oznaczać  chyba:  „My  przecież  wiemy,  jak  jest 

naprawdę, Julka to wariatka”. Żadna z nas trzech nie spojrzała mu jednak w oczy, żadna nie 

pokiwała głową... Odszedł więc, jak sobie tego życzyła jego córka. 

Zamknął za sobą drzwi do pokoju, a potem drzwi wejściowe. 

- Nienawidzę go - szepnęła Julka, zagryzając wargi, a potem zalała się łzami. 

Chyba nigdy w życiu nie współczułam nikomu tak bardzo jak jej. 

background image

ROZDZIAŁ 12 

NOŻEM CZY KIELISZKIEM? 

Julka  płakała  i  płakała...  A  my  nie  odzywałyśmy  się  ani  słowem.  No  bo  co  można 

powiedzieć w takiej chwili? Jak mogłybyśmy ją pocieszyć? Miałybyśmy kłamać i zapewniać 

ją, że nasi ojcowie są jeszcze gorsi? Przecież wiedziała, że to nieprawda. Tatę Zuzi, uroczego, 

zabawnego  niespełnionego  aktora  sprzedającego  polisy  ubezpieczeniowe,  zakochanego  w 

ż

onie  i  córkach,  widywała  prawie  codziennie.  Bo  prawie  codziennie  odwiedzałyśmy  po 

lekcjach  mieszkanie  państwa  Zawadzkich.  Mojego  tatę  widziała  ze  dwa  razy,  ale  i  tak  była 

nim zachwycona. A tata Emmy... tata Emmy został w Anglii i pewnie nigdy już nie pojawi się 

w jej życiu. 

- Wolałabym,  żeby  mój  ojciec  zniknął,  tak  jak  twój  -  wyszlochała  Julka  wprost  do 

Emmy.  -  Nie  widzieć  go  nigdy  więcej,  to  byłaby  prawdziwa  ulga.  Ukojenie  dla  mojego 

biednego, upokarzanego codziennie serca. 

- Nie wiesz, co mówisz - westchnęła Emma. - Ja na początek... na początku myślałam 

tak samo. Że lepiej jak on nie jest. 

- Jak  go  nie  ma  -  poprawiłam  ją,  chociaż  chyba  nie  powinnam.  Nie  w  takiej  chwili. 

Nie wspominała o swoim ojcu od kilku tygodni, zawsze zmieniała temat, gdy mówiło się coś 

o  ojcach.  Teraz  się  otworzyła...  a  ja  jej  tu  wyjeżdżam  z  gramatyką  języka  polskiego.  Niech 

sobie mówi niepoprawnie, ile tylko chce. Byle mówiła. Bo, jak powtarza często moja babcia, 

wypowiedziany ból to mniejszy ból. 

- Jak go nie ma - zgodziła się Emma na moją poprawkę. - Myślałam, że jak go nie ma, 

to lepiej. Ale nie. Mama płacze, twins płaczą, nie ma money... pieniędzy, nawet na bułka. Na 

chleb. Na nic. Tęsknię za Anglią. Za domem z gardener. 

- Z  ogrodnikiem  -  tym  razem  to  Zuzia  nie  wytrzymała  i  podsunęła  jej  odpowiednie 

polskie słowo. 

- To  był  dobry  czas...  dobre  czasy  dla  cała  rodzina  -  Emma  im  bardziej  się 

denerwowała, tym gorzej mówiła po polsku. - Było dobro... dobrze... Smutno czasem, jak się 

kłócili, ale nie tak smutno jak teraz... 

- A  ja  bym  chciała,  żeby  mój  ojciec  zniknął  i  nigdy  nie  wrócił  -  powtórzyła  Julka, 

wycierając oczy. - Nie mogę na niego patrzeć! 

Ja  nigdy  nie  powiedziałabym  czegoś  takiego  o  moim  tacie,  nawet  w  największym 

gniewie.  Tylko  że  mój  tata  nigdy  nie  zachowałby  się  tak  okropnie,  nawet  gdybym  nie  słała 

background image

łóżka przez cały tydzień. Więc nie miałam prawa oceniać Julki. 

- Zobaczmy,  co  z  ciastem  -  zaproponowała  Zuzia,  speszona  sytuacją.  -  Mówiłaś,  że 

wypłynęło, tak? 

- Chciało uciec z miski - uśmiechnęła się Julka, ocierając z policzka ostatnią łzę. A my 

oczywiście  rzuciłyśmy  się  w  stronę  kuchni.  Chciało  uciec?  No  to  może  uciekło?  Może 

wypłynęło z miski i leży gdzieś na podłodze? Albo nie leży, tylko skacze? Mogłam to sobie 

doskonale  wyobrazić,  taką  podskakującą  kulę...  Drożdże  nadają  ciastu  sprężystość,  tak 

mówiła kiedyś moja babcia, nagle bardzo wyraźnie to sobie przypomniałam. A przecież nie o 

to nam chodziło! Chciałyśmy dać Mądrej ciasteczka, a nie skaczącego potwora na elastycznej 

nodze, którego nie można zatrzymać! 

Na  szczęście  w  kuchni  nic  się  nie  zmieniło.  No,  prawie  nic.  Bo  ciasto  faktycznie 

urosło  i  do  połowy  wystawało  z  miski.  Chyba  to  właśnie  było  to  wypłynięcie?  A  więc 

mogłyśmy robić ciasteczka. Nareszcie! Gdybyśmy tylko znalazły przepis... 

- Nie  wiem,  gdzie  położyłam  zeszyt  twojej  babci  -  powiedziała  żałośnie  Emma.  - 

Znajdzie się, na pewno... ale nie pamiętam. 

- Nie przejmuj się - uśmiechnęła się Julka, ale ja zauważyłam, że jest zdenerwowana. 

Przecież te przepisy to pamiątka po jej babci! Nie wolno dopuścić do tego, by zginęły! 

Na razie jednak nie byłyśmy w stanie ich znaleźć. Powinny leżeć gdzieś na wierzchu, 

ale nie leżały. 

- Może  przypomnimy  sobie,  co  tam  pisane?  - zaproponowała  Emma  niepewnie.  A  ja 

przygryzłam  język,  żeby  nic  nie  powiedzieć.  Nic  by  jej  w  tej  chwili  nie  dała  wiedza,  że 

powinna powiedzieć „co tam było napisane”! Przecież zupełnie nie o to chodziło! Nie w tym 

momencie! 

- Trzeba rozwałkować, wykrawać ciasteczka, ułożyć na blasze i piec. Cała filozofia - 

Julka  na  szczęście  wróciła  do  dobrej  formy.  Najwyraźniej  uważała,  że  doprowadzimy 

robienie ciasteczek do szczęśliwego końca. Skoro tak... 

Szybko  okazało  się,  że  nawet  wałkowanie  bez  przepisu  babci  nie  jest  wcale  takie 

proste.  Ciasto  bowiem  kleiło  się  do  deski  i  za  nic  nie  chciało  się  od  niej  oderwać.  Dopiero 

przy dziewiątej próbie na Zuzię spłynęło olśnienie. 

- Trzeba  wysypać  stolnicę  mąką!  -  powiedziała.  -  I  ciasto  z  góry  też,  żeby  się  wałek 

nie lepił. Widziałam w telewizji, jak tak robili... 

Zrobiłyśmy, jak chciała. Dzięki mące ciasto nareszcie przestało się rwać i kleić. Julce 

udało się rozwałkować je na równy, cienki placek. 

- Myślicie, że powinien  być jeszcze cieńszy? - zapytała niepewnie.  A my  oczywiście 

background image

wzruszyłyśmy ramionami. Skąd miałyśmy to wiedzieć? To były kawalerskie oczka jej babci, 

a nie nasze. Nie miałyśmy nawet pojęcia, dlaczego nazywają się kawalerskimi oczkami. 

- Moja babcia zawsze mówi, że im cieńsze, tym lepsze - przypomniałam sobie. - Może 

spróbujesz jeszcze troszkę rozwałkować? 

Julka  spróbowała  jeszcze  troszkę.  I  jeszcze.  I  jeszcze...  aż  do  momentu,  gdy  ciasto 

znowu się rwało i dziurawiło, i nie pomagało nawet podsypywanie mąką. 

- Teraz trzeba wycinać ciasteczka - uznałyśmy zgodnie. - Masz jakieś foremki? 

Julka nie miała. W jej domu nie pieczono malutkich ciasteczek. Pan Ździebełko chyba 

nie  lubił  małych,  subtelnych  form.  Wyobrażałam  sobie  bez  problemu,  jak  pożera  całego 

pieczonego  kurczaka,  jednym  kęsem.  Albo  pieczonego  prosiaka,  czterema  kęsami...  Ale 

maleńkie  ciasteczka?  Chyba  musiałby  je  wkładać  do  ust szuflą,  taką,  jaką  mój  tata  odgarnia 

zimą  śnieg  sprzed  bramy.  Inaczej  pewnie  w  ogóle  nie  poczułby,  że  coś  je...  Miniaturowe 

babeczki, które jadłyśmy w pokoju Julki, były kupione specjalnie dla nas przez panią Jolę czy 

Wiesię w jakiejś eleganckiej cukierni. Niestety, nie dołączono do nich foremek. 

- A bez foremek się nie da? - zapytała Emma ponuro. - Więc całe roboty na nic? 

- Cała  robota  na  nic  -  pokiwałam  głową,  nie  wyobrażając  sobie,  czym  mogłybyśmy 

zastąpić  foremki  do  wycinania  ciasteczek.  -  Przecież  nie  będziemy  ich  wykrawać  nożem. 

Wiesz, jak te ciasteczka by wyglądały? Na pewno nikt nie chciałby ich jeść. 

- Byłyby  oryginalne  -  pocieszyła  nas  Julka,  bez  przekonania,  niestety.  Skoro  nawet 

ona,  mistrzyni  kuchni,  nie  miała  żadnego  pomysłu,  to  chyba  nie  miałyśmy  na  co  liczyć. 

Można  było  zagnieść  rozwałkowane  ciasto  z  powrotem  w  kulę,  wyrzucić  i  iść  spać.  Trochę 

już, prawdę mówiąc, kleiły mi się oczy. Emmie zresztą, jak widziałam, także... 

- Masz  kieliszek?  Małą  szklaneczkę?  Cokolwiek,  jakieś  małe  naczynie?  -  Zuzia 

poderwała  się  nagle  z  miejsca  i  zaczęła  przeglądać  zawartość  szafek,  nie  czekając  na 

odpowiedź  Julki.  -  Nie  pozwolę,  żeby  to  ciasto  się  zmarnowało!  Nie  ma  mowy!  Czymś 

wykroimy  te  śliczne,  małe  kawalerskie  oczka.  Oczy  są  przecież  okrągłe,  prawda?  A  więc 

kieliszek nadaje się znakomicie... 

Kieliszków  w  komplecie  było  dwanaście.  Zuzia  wyjęła  cztery,  wręczyła  po  jednym 

każdej z nas, ostatni zatrzymując dla siebie, i zarządziła: 

- Stajemy  z  czterech  stron  stołu  i  wykrawamy.  Szybko,  bo  ciasto  się  zeschnie!  I  od 

razu  z  nimi  na  blachę!  Julka,  chyba  masz  tu  jakąś  blachę?  Musi  być  w  piekarniku,  na 

wyposażeniu...  Trzeba  ją  posmarować  tłuszczem,  żeby  ciastka  nie  przywarły,  albo  wyłożyć 

papierem do pieczenia... ale pewnie nie masz papieru. 

Zuzia,  która  jeszcze  niedawno  zastrzegała  się,  że  nie  umie  gotować,  nagle  przejęła 

background image

dowództwo.  I  szło  jej  to  całkiem  dobrze.  Już  po  kwadransie  dwie  duże  blachy  były 

wypełnione  okrągłymi  ciasteczkami.  Wycinałyśmy  je  kieliszkami  tak,  jakbyśmy  walczyły  o 

mistrzostwo  świata.  Sto  procent  zaangażowania,  dwieście  procent  normy...  Jeśli  są  jakieś 

normy na wycinanie ciasteczek. 

- Dżem!  -  przypomniała  sobie  nagle  Emma.  -  Pamiętacie,  jak  czytałam,  to  tam  był 

dżem... W składnikach. Pytałam, czy masz dżem, Julka, pamiętasz? 

- Pamiętam  -  pokiwała  głową  Julka.  -  Żadna  z  nas  nigdy  w  życiu  nie  dałaby  sobie  z 

tymi  ciasteczkami  rady  sama!  Bez  foremek  i  bez  przepisu...  No,  ale  co  cztery  głowy,  to  nie 

jedna, upieczemy najlepsze kawalerskie oczką świata, zobaczycie! 

Po kolejnych dziesięciu minutach ciasteczka siedziały już w piekarniku. Jak na oczka, 

były co prawda trochę blade bo jedyny gęsty dżem, który znalazłyśmy, był morelowy, a więc 

lekko  pomarańczowy.  Nietypowy  kolor  jak  na  źrenice...  Ale  cóż,  nie  można  mieć 

wszystkiego.  Blade  czy  nie,  były  to  kawalerskie  oczka  według  przepisu  przekazywanego  z 

pokolenia na pokolenie. Mądra powinna być zachwycona. 

- A  jak  poznamy,  kiedy  będą  gotowe?  -  zasępiła  się  Zuzia.  -  W  przepisie  na  pewno 

było napisane, ile czasu powinny się piec. 

- Zajrzymy  i  się  domyślimy  -  Julka  nie  widziała  probiernia.  -  Powinny  chyba  być 

rumiane...  A  może  nie?  -  Nagle  jednak  uznała,  że  to  nie  takie  proste.  -  W  końcu  skoro  to 

oczka, to może ciasto ma zostać blade i tylko środek z dżemu musi być ciemny? Jak myślicie? 

Wzruszyłyśmy  ramionami  Skąd  miałyśmy  wiedzieć,  co  miał  na  myśli  ktoś,  kto 

dwadzieścia, czterdzieści, a może nawet sto lat temu wymyślił te ciastka i nazwał je tak, jak 

nazwał? Czy chodziło mu o blade ciasto wokół ciemnego środka? Jak oko i jego źrenica? A 

może tylko kształt, a nie kolor, kojarzył się z oczyma? Ale dlaczego kawalerskie? 

- Napiszemy  jej  do  tego  jakąś  karteczkę?  -  zapytała  Zuzka,  podając  mi  błękitny 

kartonik, ostatni, jaki miałyśmy, i patrząc pytająco na Julkę. 

- Napiszmy:  „Te  ciasteczka  nazywają  się  kawalerskie  oczka.  A  więc  niech 

kawalerowie wypatrują za Panią oczy!” - powiedziała Julka bez wahania. 

- Czy to nie będzie takie... no... niegrzeczne? - zdziwiła się Emma. 

Może  miała  rację?  Może  Marta  Mądra  poczuje  się  urażona,  że  wypominamy  jej 

staropanieństwo?  Ale  z  drugiej  strony,  przecież  ona  wcale  nie  jest  starą  panną!  W  końcu 

dwadzieścia  trzy,  cztery  czy  nawet  dwadzieścia  pięć  lat,  to  nie  jest  jeszcze  żadne 

staropanieństwo.  Czytałam  w  gazecie,  że  Polacy  i  Polki  coraz  później  biorą  śluby.  Kto  wie, 

może  nasza  wychowawczyni  mieszka  od  lat  z  jakimś  facetem?  Nie  przychodzi  po  nią  pod 

szkołę, ale przecież, jeżeli pracuje, na pewno nie kończy pracy o trzynastej trzydzieści tak jak 

background image

ona.  Mało  ludzi  ma  tyle  szczęścia,  co  nauczyciele...  Ona  wychodzi,  a  on  jeszcze  siedzi  w 

swoim  biurze,  urzędzie  albo  banku...  A  więc  nie  może  po  nią  przyjść.  To  by  wyjaśniało, 

dlaczego  nikt  go  nigdy  nie  widział.  Tak,  ona  na  pewno  ma  chłopaka.  Narzeczonego. 

Kawalera, jak to nazywa moja babcia. A w takim razie nie ma powodu, żeby się obraziła za 

kawalerskie oczka. I za komentarz wymyślony przez Julkę. 

Nagle,  gdy  byłam  w  połowie  kaligrafowania  karteczki,  przy  słowie  „niech”,  ktoś 

załomotał do drzwi. 

- Ojciec  znów  zapomniał  kluczy  -  westchnęła  Julka,  a  my  nie  mogłyśmy  się 

zdecydować, czy powinnyśmy się schować pod kuchenny stół, czy raczej uciec do jej pokoju. 

Zanim  jednak  udało  nam  się  wybrać  kryjówkę,  Julka  otworzyła  drzwi,  a  zza  nich  dobiegł 

chropowaty, męski, cudowny głos. Głos Tomka! 

- Sorry, że przychodzę o takiej porze, ale zobaczyłem światło... 

- Przecież  ci  mówiłyśmy,  że  będziemy  siedziały  do  rana  -  powiedziała  Julka,  a  ja 

przyglądałam  się  jej  uważnie.  Niby  wiedziałam  już,  że  nic  ich  nie  łączy,  ale  jakoś  nie  do 

końca  w  to  wierzyłam.  Czy  to  możliwe,  żeby  Julka  nie  zauważyła,  jaki  to  fantastyczny 

chłopak? Mieszkając koło niego, widując  go dzień w dzień... Przyjrzałam się jej ukradkiem, 

ż

eby  się  nie  zorientowała,  że  ją  obserwuję.  Przyjrzałam  się  -  i  odetchnęłam  z  ulgą.  Ona  w 

ogóle  na  niego  nie  patrzyła!  Bez  wątpienia  ciasteczka  interesowały  ją  znacznie  bardziej  niż 

Tomek. Ciasteczka i Krzysiek Więcek. 

- Co z Krzyśkiem? - zapytała troskliwie. - Dowiedziałeś się czegoś? 

- Niczego - odpowiedział dryblas z moich marzeń. - Artur siedzi sam w domu i gryzie 

paznokcie z nerwów, rodzice nie wrócili z komisariatu, nie odbierają komórki... 

Już  chciałam  zapytać,  po  co  w  takim  razie  przyszedł.  Skoro  nie  miał  żadnych 

wiadomości,  nie  musiał  nas  chyba  nachodzić  w  środku  nocy?  Oczywiście,  nie  miałam  nic 

przeciwko  jego  wizycie,  ale  wolałam,  żeby  się  tego  nie  domyślił.  Postanowiłam  więc  być 

odrobinę nieprzyjemna i zapytać, czego tu szuka. No, może trochę delikatniej... ale jednak dać 

mu do zrozumienia, że wcale się nie cieszę. Żeby sobie tylko nic nie pomyślał! Nie zdążyłam 

jednak powiedzieć ani słowa, bo odezwał się Tomek: 

- Co to za zapach? - pociągnął nosem i ruszył w stronę kuchni. - Coś się pali czy mnie 

się wydaje? 

background image

ROZDZIAŁ 13 

KATASTROFA 

Z  ciasteczek  niewiele  zostało.  Większość  miała  kolor  oczu  Murzyna.  Nie,  co  ja 

mówię,  jakiego  Murzyna?  Murzyni  przecież  też  mają  białe  białka...  A  w  tych  ciastkach  nic 

nie było białe. Ani beżowe, ani morelowe, jak dżem. Wszystko było czarne, czyli zwęglone. 

- Dwie  sztuki  uratowane  -  Tomek  triumfalnym  gestem  uniósł  dwa  ciasteczka. 

Wyglądały prawie normalnie. Może były trochę rumiane, ale wciąż przypominały ciastka. 

- Ja mam też dwa, z tej blachy - Julka ostrożnie przełożyła to, co ocalało, na talerzyk. - 

I jeszcze jedno, od biedy... 

- Ja  też  mam  jeszcze  jedno,  bardzo  ładne  -  uśmiechnął  się  Tomek.  -  To  już  sześć... 

Chyba wystarczy? 

- Po  dwa  oczka  na  kawalera,  to  razem  trzech...  -  nie  bardzo  rozumiałam,  co  liczy 

Zuzka. - Skoro mają za nią wodzić oczyma czy strzelać oczyma, czy jak to tam napisałyśmy, 

to musi ich być więcej niż jeden. Ale trzech to chyba całkiem sporo jak na adoratorów? 

- O  co  chodzi?  -  nie  rozumiał  Tomek.  Ale  tylko  przez  moment.  Bo  natychmiast  się 

domyślił:  -  To  są  kawalerskie  oczka,  tak?  Moja  babcia  też  takie  piekła.  Nauczyła  mnie 

zagniatać ciasto, jak byłem jeszcze w przedszkolu. Bo kawalerskie to znaczy łatwe, takie że 

każdy może się nauczyć... nawet kawaler, który mieszka bez żony i bez mamusi. Przepis dla 

każdego, bez względu na umiejętności. 

Ach,  więc  to  o  to  chodziło!  To  wcale  nie  były  oczka  kawalerów,  którzy  będą 

podrywać naszą wychowawczynię! To były oczka, które umie zrobić każdy, nawet ktoś, kto 

ma dwie lewe ręce... Na szczęście Marta Mądra nie musi o tym wiedzieć! 

- Czekamy,  aż  wystygną,  i  pakujemy  -  zarządziła  Zuzia,  a  ja  zadałam  pytanie,  z 

którym zwlekałam już od paru minut. I które koniecznie musiałam zadać, zanim zakocham się 

na  dobre.  Teraz,  kiedy  wiedziałam,  że  Tomek  zna  hiszpański,  świetnie  gra  w  szachy  i  w 

dodatku  umie  robić  ciastka,  choćby  najprostsze,  byłam  bliżej  zakochania  niż  kiedykolwiek 

przedtem.  Nawet  te  szachy  przestały  mi  przeszkadzać  i  zrobiły  się  jakieś  atrakcyjne.  Nie 

mogłam  do  tego  dopuścić!  Nie  mogłam  się  zakochać!  On  jest  przecież  dużo  starszy!  Jest  w 

trzeciej klasie i na pewno nie będzie zawracał sobie głowy pierwszoklasistką. Wyjdę tylko na 

idiotkę.  A  ja  bardzo  nie  lubię  wychodzić  na  idiotkę.  Więc  musiałam  powiedzieć  to,  co 

ułożyłam sobie w myślach, gdy tylko go zobaczyłam w progu: 

- A po co ty tu w ogóle przyszedłeś, skoro nie wiesz nic nowego o Krzyśku? 

background image

Nie  brzmiało  to  sympatycznie  i  czułam  się  okropnie,  mówiąc  coś  takiego...  Jednak 

skoro nie chciałam, żeby nabrał podejrzeń, że mi się podoba, to musiałam udawać, że w ogóle 

mnie  się  nie  podoba...  Musiałam  i  już.  Dziewczyny,  którym  kilkadziesiąt  minut  wcześniej 

opowiadałam  z  wypiekami  na  twarzy  o  swoim  uczuciu  do  dryblasa,  patrzyły  na  mnie 

przerażone. On za to w ogóle się nie przejął. 

- Przysłała mnie mama - powiedział spokojnie. - Przeprasza, że o takiej porze, ale coś 

jej  się  nie  zgadza  z  bukietami.  Mówi,  że  jej  zdaniem  zamówiłyście  o  jeden  za  mało.  Bo 

wszystkie  pierwsze  klasy  mają  po  czternaście  przedmiotów,  nie  licząc  godziny 

wychowawczej, a wy zamówiłyście trzynaście.  No i nie wie,  czy to pomyłka,  czy ktoś uczy 

was dwóch przedmiotów... Tak jak u nas w klasie pani Zawadzka... 

Słysząc  swoje  nazwisko,  Zuzia  zaczerwieniła  się  i  spuściła  wzrok.  Ale  Tomek  nie 

zwrócił  na  to  uwagi.  Chyba  nawet  nie  wiedział,  że  pani  Zawadzka,  ucząca  go  jednocześnie 

chemii i fizyki, to mama Zuzi... 

- Zapomniałyśmy o Mądrej! - złapałam się za głowę. - Rety, wszystkich policzyłyśmy, 

tylko naszej wychowawczyni nie! I co teraz będzie? 

- Przecież mamy  dla niej prezent... dwadzieścia osiem prezentów... -  Zuzia usiłowała 

zbagatelizować  sprawę.  -  Wcale  nie  zapomniałyśmy,  tylko  uznałyśmy...  to  znaczy,  ja 

uznałam,  a  wy  się  ze  mną  zgodziłyście,  wtedy  pod  kwiaciarnią,  że  nie  musimy  dawać  jej 

kwiatów. Moja mama zawsze i tak ma za dużo kwiatów, ona pewnie też ma... - chciała dodać 

coś jeszcze, ale umilkła, rozumiejąc, że zdradziła Tomkowi to, czego jeszcze nie wiedział: że 

ma  coś  wspólnego  z  najbardziej  wymagającą  nauczycielką  w  szkole.  Że  ma  z  nią  wspólne 

nazwisko,  wspólne  geny,  wspólne  obiady,  stół  i  wspólny  dach  nad  głową.  I  nawet  niektóre 

bluzki ma wspólne, bo pani Zawadzka to niewysoka osoba, ubierająca się zdecydowanie spor-

towo. Zupełnie jak Zuzia. No, ale tego o bluzkach to już się Tomek chyba nie mógł domyślić. 

- Może jednak przydałby się chociaż taki malutki, skromny bukiecik do tej paczki... - 

westchnęła Julka. - Byłoby jej miło. 

- Julka ma rację - powiedziała Emma. I tylko ja się nie odzywałam. Znów odebrało mi 

głos,  kiedy  patrzyłam  na  Tomka.  Stał  tak  blisko,  że  niemal  mogłam  go  dotknąć.  I  nic  nie 

wiedział  o  moich  uczuciach.  Nawet  się  nie  domyślał...  bo  zrobiłam  wszystko,  żeby  się  nie 

domyślił!  A  teraz  stałam  jak  zaczarowana,  bojąc  się  poruszyć,  żeby  gdzieś  na  twarzy  nie 

pojawiło mi się to zauroczenie, żeby mnie nie zdradziło... 

- Nie  mamy  już  pieniędzy  -  pokręciła  głową  Zuzia.  -  Nie  stać  nas  na  bukiecik, 

wszystko wydałyśmy. Ostatnie grosze poszły na pudełko... Chyba najdroższe pudełko świata! 

Tomek  oczywiście  zainteresował  się  tym,  jak  wygląda  pudełko,  w  które  chcemy 

background image

zapakować dwadzieścia osiem prezentów. Julka wzięła go za rękę i zaprowadziła do swojego 

pokoju. 

Wzięła go za rękę jak starego kumpla, jak brata - powtarzałam sobie w myślach. Nie 

chciałam być zazdrosna! Naprawdę nie chciałam! 

Nagły  wrzask  Julki  sprawił,  że  momentalnie  zapomniałam  o  zazdrości  i  nawet  o 

Tomku, o jego istnieniu... 

- Pudełko  zalane!  Katastrofa!  -  wybiegła  z  pokoju  blada  jak  ściana.  -  Całe  zalane 

sokiem! 

Weszłyśmy do jej pokoju. Rzut oka na podłogę wystarczył, by zrozumieć, co się stało. 

Kiedy przyszedł do domu pan Ździebełko, kiedy stał na środku pokoju i przymilał się do nas, 

usiłując  zrobić  dobre  wrażenie,  musiał  potrącić  szklankę.  Jego  wielka  stopa  pewnie  nawet 

tego nie poczuła... Ale sok zniszczył piękne pudło w słoneczniki. 

- Może  gdybyśmy  to  od  razu  zauważyły,  dałoby  sie  to  jakoś  zetrzeć,  coś  uratować... 

gdybyśmy  zauważyły...  -  lamentowała  Julka.  Ale  nie  zauważyłyśmy.  Gdy  tylko  jej  ojciec 

wyszedł, pobiegłyśmy do kuchni, zająć się wypływającym ciastem. No i pudełko przemokło, 

zabarwione  w  kilkunastu  miejscach  na  pomarańczowo.  W  pokrywce,  na  którą  wylała  się 

większość soku, zrobiło się wgłębienie, dziura prawie... Nie było już czego ratować. To była 

prawdziwa  katastrofa.  Najpierw  te  spalone  ciastka,  teraz  wylany  na  pudełko  sok...  Czy  nie 

było tak, że Tomek przynosił nam pecha? 

- Chodźcie  do  kwiaciarni  -  powiedział  Tomek,  nie  wiedząc,  że  podejrzewam  go  o 

takie okropne rzeczy jak przynoszenie pecha. - Mama coś wymyśli. 

- Nie  mamy  pieniędzy  na  nowe  opakowanie  -  zaprotestowała  Zuzia.  -  Nie  stać  nas 

nawet  na  najmniejszy  bukiecik,  a  co  tu  dopiero  mówić  o  nowym  pięknym  pudełku  za  dwie 

czy trzy dychy. 

- Zapakujcie  wszystkie  prezenty  w  worek  i  chodźcie  do  mojej  mamy  do  kwiaciarni  - 

powtórzył Tomek tym razem znacznie bardziej stanowczo. 

I tak nie miałyśmy lepszego pomysłu. Mogłyśmy siedzieć i rozpaczać w domu Julki, 

przy  stole,  pod  którym  kuliły  się  cztery  wielkie  słonie  z  różowego  marmuru,  albo  iść  do 

kwiaciarni,  do  milej  pani  w  okrągłych  okularkach  o  wyglądzie  szczęśliwej  Palomy  Picasso. 

Wybrałyśmy drugie rozwiązanie. 

background image

ROZDZIAŁ 14 

IKEBANY 

Nie martwcie się, wszystko ślicznie zapakujemy - mama Tomka strasznie się przejęła 

zalanym  pudełkiem.  -  Swoją  drogą,  fajne  z  was  dziewczyny,  nie  idziecie  na  łatwiznę,  nie 

kupujecie byle bukiecika, tylko robicie taką niesamowitą paczkę. Wasza wychowawczyni na 

pewno się wzruszy. 

- Mamy  nadzieję,  że  się  wzruszy  -  przyznała  Zuzia.  I  opowiedziała  o  swojej  mamie, 

która  nie  ma  gdzie  stawiać  kwiatów  po  Dniu  Nauczyciela,  końcu  roku  szkolnego  i 

imieninach. - Chcemy, żeby miała coś trwalszego... No, ale teraz stwierdziłyśmy, że kwiatek, 

choćby najmniejszy, też by się przydał... Tylko już nie mamy na niego pieniędzy. 

- Nie  martwcie  się  pieniędzmi  -  machnęła  ręką  mama  Tomka,  miła  i  serdeczna.  A 

przecież wiedziałyśmy od Julki, że nie powodzi jej się najlepiej. Była jedyną ubogą osobą na 

osiedlu  dla  bogaczy!  -  Jakoś  to  policzymy,  żeby  było  dobrze.  Najważniejsze  pytanie:  co 

chcecie jej dać? 

- Coś, co będzie stałe - powiedziała Emma poważnie. Przez chwilę miałam wrażenie, 

ż

e chodzi jej o ciało stałe. Ale co? Beton? Kamień? Plastik? 

- Stałe? - pani Ola zdziwiła się tak samo jak ja. 

- Coś  co  będzie  długo  stało!  -  zrozumiała  Zuzia.  W  końcu  to  ona  w  kółko  mówiła  o 

tych  kwiatach,  które  więdną  po  dwóch  dniach.  I  o  tym,  że  jej  mama  woli  takie,  które 

przetrwają choć trochę dłużej. A więc to miała namyśli Emma... 

- Może  zrobimy  ikebanę?  -  zaproponowała  mama  Tomka.  -  Śliczną  ikebanę,  która 

będzie stała nawet miesiąc... 

- Ikebanę? - nie byłyśmy pewne, co ma na myśli. 

- Kompozycję z kwiatów wywodzącą się z Japonii - pani Ola wzięła z półki nad ladą 

wielką  książkę  i  pokazała  nam  kilka  zdjęć.  Były  na  nich  egzotyczne  kwiaty,  ułożone  w 

płaskich naczyniach, sterczące na wszystkie strony... 

- Nie  muszą  być  wcale  egzotyczne  -  odgadła  nasze  myśli.  -  Można  zrobić  ikebanę  z 

goździków,  z  gerber,  róż,  frezji,  chryzantem...  Właściwie  z  wszelkich  kwiatów.  Jak  zwykły 

bukiet. Chodzi tylko o to, by nie wsadzać ich do wazonu, tylko w gąbkę. Może być specjalna, 

z kwiaciarni, taka jak ta... ale może być też zwykła, taka jak gąbka do mycia. Podlewa się ją, 

najlepiej mieszankami przedłużającymi życie kwiatów, są prawie w każdej kwiaciarni... Jeśli 

jej nie ma, to zwykłą wodą, ale przegotowaną... I już. Taka ikebana może stać tygodniami. 

background image

- Umie  pani  zrobić  takie  ikebany  jak  w  Japonii?  -  nie  mogłam  uwierzyć.  -  Jak  w  tej 

książce? 

- Pewnie,  że  umiem  -  mama  Tomka  zaprosiła  nas  ruchem  dłoni  na  zaplecze.  Czego 

tam nie było! Na stole stała wielka ikebana... Ogromna, zajęłaby całe moje biurko... Chyba to 

była  ikebana?  Były  w  niej  nie  tylko  kwiaty,  ale  też  mnóstwo  gałązek,  całkiem  suchych,  i 

jakieś trawy... Wszystko włożone do niedużej czarnej miseczki. Usiłowałam zobaczyć, czy w 

tej miseczce jest jakaś gąbka, ale wszystko przykryto od góry mchem. 

- Szukasz gąbki? - domyśliła się pani Ola. - Pewnie, że jest! Chodzi tylko o to, żeby ją 

zamaskować... Tak jak tę tutaj. 

- To śliczne - powiedziała Emma. 

- Śliczne - przytaknęłyśmy ja, Julka i Zuzia. 

- Ta  jest  bardzo  duża,  ma  stać  w  restauracji...  Ale  mogłybyśmy  zrobić  dla  waszej 

wychowawczyni  mniejszą,  jak  myślicie?  -  Paloma  Picasso  po  raz  kolejny  uroczo  się 

uśmiechnęła. 

- Pewnie, że tak - zapaliłyśmy się natychmiast. 

- I mogłybyście powiesić swoje prezenty na gałązkach, wszystkie są chyba malutkie? 

Wyglądałoby to jak egzotyczna choinka w środku jesieni. 

- Super!  -  Julka  aż  podskoczyła  z  radości.  -  Pani  ma  zawsze  niesamowite  pomysły... 

Tylko  że,  niestety,  dwa  prezenty  są  trochę  większe...  Mój  wiersz  i  karykatura,  którą 

narysowała pani Adams. 

- Pokażcie tę karykaturę - zażądała pani Ola. - Niech się pośmieję... 

Dopiero  teraz  dotarło  do  nas,  że  jeszcze  nie  widziałyśmy  rysunku  mamy  Emmy.  Jak 

mogłyśmy  nawet  nie  poprosić,  żeby  nam  pokazała,  jak  wygląda  karykatura  Marty  Mądrej? 

Jak  mogłyśmy?!  To  wszystko  przez  ten  zwariowany  dzień,  sprawę  z  torbą,  ze  spodniami, 

potem z prezentami, z ciastkami, z ojcem Julki... Zupełnie zapomniałyśmy i o karykaturze, i o 

wierszu. 

- A  skąd  twoja  mama  wiedziała,  jak  Mądra  wygląda?  Przecież  widziała  ją  dzisiaj 

pierwszy raz, jak przyszła cię wypisać ze szkoły - zdziwiła się Zuzka, jak zwykle bezbłędnie 

kojarząca fakty. - Co, od razu po tej awanturze przysiadła na korytarzu i ją narysowała? 

- Widziała ją wcześniej, jak mnie zapisywała do szkoły, to znaczy przenosiła z druga 

klasa  do  pierwsze,  jeszcze  we  wrzesień...  wrześniu...  Tylko  chwilę,  ale  widziała  -  wyjaśniła 

Emma i wyjęła z torby, do której wsadziłyśmy wszystkie prezenty, zwinięty w rulon portret. 

- Mój wiersz też zwiniemy w rulon i przewiążemy wstążeczką! - ucieszyła się Julka. I 

nie powiedziała już nic więcej. Bo całkowicie nas zatkało na widok karykatury. Mogłyśmy się 

background image

spodziewać, że pani Adams ma talent... Skoro rysowała w Anglii reklamy, a nawet plakaty... 

Ale że aż TAKI talent?! Tego się nie spodziewałyśmy! 

- Mądra  jak  żywa  -  powiedział  Tomek  gdzieś  za  naszymi  plecami.  Wszystkie 

drgnęłyśmy jak na komendę. Gdy tylko przyszłyśmy do kwiaciarni, gdzieś go wcięło, a teraz 

wraca, w dodatku z dzbankiem pełnym gorącej herbaty! 

- Mądra  jak  żywa  -  przytaknęłam,  wpatrując  się  z  niedowierzaniem  w  narysowane 

czarnym tuszem cieniutkie jak nitki brwi, gęsty koński ogon i charakterystyczny uśmiech, w 

którym  nasza  wychowawczyni  zawsze  pokazuje  tylko  dwa  górne  zęby.  Jak  mama  Emmy 

zdołała to wszystko uchwycić po dwóch krótkich spotkaniach?! 

- Pijcie  herbatę,  póki  gorąca  -  powiedział  Tomek,  siadając  dokładnie  naprzeciwko 

mnie. No tak, teraz już na pewno nie powiem ani jednego sensownego zdania... 

- Czytaj  swój  wiersz,  Julka  -  zażądała  Zuzia.  Julka  wyciągnęła  z  torby  karton,  na 

którym go pisała, i zaczęła czytać, wyjątkowo speszona. Czyżby się bała, że Marta Mądra się 

obrazi?  Ale  za  co?  Przecież  żaden  fragment  nie  mówił  o  niej  nic  złego!  Przeciwnie,  cały 

wiersz wychwalał ją pod niebiosa. Był po prostu idealny! 

- Przemyślałam  sprawę.  Niestety,  nawet  największa  ikebana  nie  będzie  wyglądać 

dobrze  z  dwudziestoma  sześcioma  paczuszkami  i  dwoma  rulonami  kartonu  zawieszonymi 

wśród kwiatów - powiedziała pani Ola, gdy już wszystkie dostatecznie się nazachwycałyśmy 

wierszem Julki. - Może raczej dacie jej bonsai? Malutkie drzewko, które nie urośnie nawet za 

dwadzieścia lat, jeśli tylko będzie się go doglądać... 

- A ona będzie umiała go doglądać? - zapytał Tomek. - Nie wygląda na aż taką mądrą, 

by umiała zadbać o bonsai... 

- Dołożymy  jej  książkę  -  jego  mama  nie  widziała  problemu.  -  To  jak,  dziewczyny, 

wszystko  ustalone?  Prezenty  pakujemy  w  jedną  wielką  paczkę...  Zrobię  cukierek  z  folii  do 

pakowania  kwiatów,  co?  Gigantyczny  cukierek,  w  którym  będą  wszystkie  prezenty. 

Karykatura i wiersz też się tam zmieszczą, bez problemu... Taki cukierek z folii albo papieru 

to  najlepszy  sposób  na  pakowanie  nieforemnych  prezentów,  zapamiętajcie  to!  Do  tego 

zamiast  bukiecika  dacie  jej  bonsai.  Zmieści  się  nawet  w  najmniejszym  mieszkanku.  A  dla 

pozostałych nauczycieli zwykłe bukieciki, tylko dla jednego lub dwóch waszych ulubionych... 

i może dla dyrektora zrobicie ikebany. Jeśli chcecie, oczywiście... 

- Pewnie, że chcemy! - zachwycił nas ten pomysł. - Pomoże nam pani? 

- Pomogę  -  pani  Ola  podała  każdej  z  nas  malutką  zieloną  gąbkę.  -  Zrobicie  cztery 

ikebany, zgoda? Każda jedną... 

- Ale nam nie wystarczy pieniędzy - zaprotestowała Zuzia. - Bonsai, ikebany, książka, 

background image

pakowanie prezentów, bukiety... Nie stać nas nawet na połowę tego! 

Pani  Ola  jednak  w  ogóle  się  nie  przejęła  jej  protestem.  Położyła  palec  na  ustach, 

podniosła suchą gałązkę i wbiła w sam środek gąbki. 

- Najważniejsze to wyznaczyć oś ikebany. Środek, wokół którego wszystko będzie się 

układać.  Oczywiście  wcale  nie  musi  być  pośrodku  -  zaczęła  swój  wykład.  I  nagle  rzuciła 

groźnie: - A ty, Tomek, idź spać! Natychmiast! Nie jesteś tu potrzebny. 

Byłam jej wdzięczna. Gdyby został, na pewno nie zapamiętałabym ani słowa z lekcji 

robienia ikebany. A to było tak ciekawe! 

Minęła druga w nocy. Miałyśmy już wychodzić. Ikebany, bukiety, prezenty, bonsai - 

wszystko leżało na zapleczu, gotowe do zabrania rano, w drodze do szkoły. 

- Dziękujemy  -  powiedziałyśmy  chórkiem.  Wszystkie  oprócz  Julki.  Bo  Julka  stała 

przy szklanej półce i z zachwytem wpatrywała się w kolorowe świeczki. 

- Możesz je zrobić sama - powiedziała pani Ola, powstrzymując ziewanie. - Ja robię je 

tutaj, na zapleczu kwiaciarni, bez żadnych szczególnych narzędzi. 

Oczywiście  natychmiast  zrezygnowałyśmy  z  wyjścia  z  jej  magicznego  sklepiku.  Jak 

to:  robi  je  sama?  Błękitne  świeczki,  z  muszelkami  w  środku?  I  te  wypełnione  ziarenkami 

kawy? I te z zatopionym kwiatkiem? 

- Zbieram  szklane  naczynia,  nawet  obtłuczone  -  tłumaczyła  mama  Tomka.  -  Kupuję 

szklaneczki  i  kieliszki  na  wyprzedażach,  przynoszą  mi  je  znajomi  i  stali  klienci...  Potem  w 

aptece kupuję stałą parafinę. Albo wyłudzam parafinę, już zużytą, z gabinetów fizykoterapii... 

Mieszam ze starymi świeczkami, niedopalonymi do końca. Cała rodzina mi je przynosi i stali 

klienci,  tak  jak  niepotrzebne  szklanki...  Farbuję  ten  wosk,  czy  raczej  parafinę,  farbkami  do 

jajek  wielkanocnych  albo  barwnikami  do  farbowania  tkanin,  wymieszanymi  z  małą  ilością 

wody... A czasami nawet sokiem z buraków... Potem kupuję sznurek, koniecznie bawełniany, 

robię z niego knot... No i już. 

- Już? - nie rozumiałyśmy. Stała parafina, sok z buraków, kawałek sznurka, obtłuczona 

szklanka... i z tego ma być świeczka z ziarenkami kawy w środku? 

- Parafinę i świeczki rozgrzewam, mieszam z farbką, zalewam knot i to, co ma być w 

ś

rodku... Na przykład muszelki, no i już. Kiedyś wam pokażę - pani Ola najwyraźniej uważała 

to, co robi, za zupełnie normalne i bardzo, bardzo proste. Proste jak bawełniany knot. 

- Przyjdziemy na lekcję - powiedziała Julka. I nagle zamarła. - A znicze też tak można 

zrobić? 

- Można  -  przytaknęła  mama  Tomka.  -  Ale  po  co  chcesz  je  robić,  przecież  można 

kupić piękne znicze dosłownie za grosze. Zwłaszcza teraz, przed Wszystkimi Świętymi... 

background image

- Chcę  zrobić  szczególne  znicze  -  wyjaśniła  Julka,  niczego  nie  wyjaśniając.  -  Potem 

wam  powiem,  jak  to  sobie  przemyślę...  Może  jutro?  Na  pewno  przyjdę  do  pani  na  lekcję! 

Dobranoc! 

- Dobranoc  -  powiedziała  pani  Ola  niepewnie.  Sprawa  zniczy  ją  chyba  też 

zaintrygowała... 

background image

ROZDZIAŁ 15 

CICHY WIELBICIEL 

I  jeszcze  notesik,  jaki  śliczny!  Jaki  malutki!  -  Mądra  była  naprawdę  wzruszona 

naszymi  prezentami.  -  A  ta  karykatura!  O  Boże!  Emma,  podziękuj  mamie!  Jest  cudowna! 

Oprawię  ją  w  ramki  jeszcze  dzisiaj!  I  to  drzewko  bonsai,  kochani...  Zawsze  o  takim 

marzyłam! Naprawdę! Nie zmyślam! A to co? Wiersz? Mam go przeczytać na głos? 

Dwadzieścia  siedem  osób  zahuczało  z  aprobatą.  Dwadzieścia  siedem...  bo  miejsce 

Krzyśka  wciąż  było  puste.  I  nikt  nie  wiedział,  co  się  stało.  Nikt,  chyba  oprócz  Mądrej.  Nie 

odważyliśmy się jednak jej zapytać. Nie w takim dniu... 

Mądra Marta ma nazwisko odpowiednie 

Charakteru jej zła cecha się nie ima 

W głowie ma poukładane wszystko świetnie 

Mądrze mówi, czy to lato, czy też zima. 

Marta Mądra to dziewczyna jest prześliczna 

I niejeden pewnie chłopak o niej marzy 

Jest wesoła, i dowcipna, i liryczna 

A w kucyku jest ogromnie jej do twarzy. 

I w dodatku to nauczycielka znakomita 

Kompetentna, sprawiedliwa, pełna troski 

Przy niej nieuk nawet w mig rozkwita 

Marta Mądra to jest wychowawca boski! 

- Jesteście  kochani...  -  Mądra  miała  w  oczach  łzy,  naprawdę!  -  Bardzo  się  bałam  tej 

pracy,  tego,  że  nie  dam  sobie  rady  jako  wychowawczyni...  ale  z  taką  klasą  to  sama 

przyjemność.  Dziękuję,  kochani...  Nie  sądziłam,  że  dzisiejsza  młodzież  może  być  taka 

wrażliwa...  Ot,  choćby  przykład  z  ostatniej  chwili:  Julka  Ździebełko  przyszła  dziś  przed 

lekcjami  zapytać,  czy  mogłabym  wystosować  do  urzędu  gminy  pismo  z  prośbą  o  zgodę  na 

sprzedawanie  zniczy  przez  uczniów  pod  cmentarzem,  oczywiście  na  cele  charytatywne... 

Jesteście najcudowniejszą klasą, jaką mogłam sobie wymarzyć. Dziękuję. Nigdy nie zapomnę 

tego Dnia Nauczyciela. 

Julka  poprosiła  ją  o  jakąś  zgodę?  Nic  nie  rozumiałyśmy!  W  nocy  pytała  panią  Olę  o 

to, jak się robi znicze, ale nie wiedziałyśmy, że  mówi poważnie...  I że to dotyczy także nas. 

No bo przecież sama ich sprzedawać nie będzie. I jaki cel charytatywny? O co jej chodziło? 

background image

Już  miałam  napisać  kartkę  i  wysłać  do  ławki  pod  oknem  do Julki  i  Emmy,  ale  nagie 

usłyszałam, jak Zuzia mówi cichutko: 

- Został  pani  do  rozpakowania  jeszcze  jeden  prezent...  No  tak,  kawalerskie  oczka! 

Prezent,  który  kosztował  nas  najwięcej  wysiłku.  W  tym  momencie  strasznie  się 

zdenerwowałam:  nagle  przypomniałam  sobie,  że  w  przepisie  było  coś  o  cukrze  pudrze. 

Miałyśmy  go  nawet  zrobić,  skacząc  po  zwykłym  cukrze  włożonym  w  woreczek..,  Całkiem 

nam  to  wyleciało  z  głowy!  Postanowiłam  nie  denerwować  Zuzi  i  nic  o  tym  nie  mówić.  W 

końcu i tak było za późno... Mogłam tylko mieć nadzieję, że ciasteczka bez cukru pudru też 

nadają się do jedzenia. 

- Już  otwieram!  -  Mądra  sięgnęła  do  ostatniej  paczuszki,  pociągnęła  za  kokardkę  i 

wyjęła sześć ciasteczek. Okrągłych i ślicznych. Jedynych, które ocalały. 

- Jakie ładne! - ucieszyła się nasza wychowawczyni. - O, i jest karteczka... 

Wszystkie inne karteczki Mądra czytała na głos, komentując je dowcipnie i dziękując 

nam  po  stokroć.  Ale  tym  razem  nie  przeczytała  głośno  ani  słowa.  Rzuciła  tylko  okiem  na 

błękitny  kartonik,  a  przez  jej  twarz  przebiegł  jakiś  ponury  cień.  Czyżbyśmy  zrobiły  coś  nie 

tak? Nawet już nie pamiętałam, co tam napisałyśmy! 

- Co  tam  jest  napisane?  -  zapytała  Monika  Frankowska.  -  Cała  klasa  jest  ciekawa, 

nasze gospodynie nikogo nie wtajemniczyły w swój plan... 

Miałam ochotę ją zamordować! Nie była zainteresowana rozmowami o prezencie dla 

Mądrej,  nie  mogła  poświęcić  nam  nawet  pięciu  minut  po  lekcjach...  A  teraz  mówi,  że 

miałyśmy  jakiś  sekretny  plan!  To  był  rozpaczliwy  plan,  Emma  uratowała  nas  dosłownie  w 

ostatniej chwili... A Monisia jeszcze narzeka! 

- Nie wiecie, co tu jest napisane? - spojrzenie Marty Mądrej było zimne jak stal! I ten 

jej  głos,  nieprzyjemny,  lodowaty  jak  nigdy...  -  No  to  proszę,  już  czytam:  „Te  ciasteczka 

nazywają  się  kawalerskie  oczka.  A  więc  niech  kawalerowie  wypatrują  za  Panią  oczy!” 

Myślicie, że to dowcipne? 

Rety, trafiłyśmy widocznie w jakiś słaby punkt! O tych chłopaków z wiersza jakoś się 

nie obraziła, ale tutaj o kawalerów tak... 

- To  przepis  mojej  babci  -  usiłowała  ratować  sytuację  Julka.  -  Te  ciastka  naprawdę 

mają taką nazwę. My nie chciałyśmy... 

- Więc  to  nie  ma  nic  wspólnego  z  fałszywym  alarmem,  z  informacją  o  podłożeniu 

bomby? - Mądra patrzyła na nas z niedowierzaniem. - Wy nie dlatego...? Przepraszam, chyba 

mam obsesję... 

- Co  ma  wspólnego  z  panią  tamta  bomba?  -  zapytała  Monisia.  Nikt  inny  nie 

background image

odważyłby się zadać takiego pytania, ale ona nigdy nie miała oporów. Chciała wiedzieć, więc 

pytała. Naszą panią od historii zapytała kiedyś nawet, czy nie powinna być już na emeryturze, 

bo  staro  wygląda.  Bez  chwili  wahania!  Więc  niby  dlaczego  miałaby  się  teraz  zastanawiać, 

choćby przez sekundę, nad swoim pytaniem? 

- Chyba  muszę  wam  powiedzieć  -  nasza  wychowawczyni  wyglądała,  jakby  się  miała 

rozpłakać.  -  Skoro  sama  zaczęłam...  Lepiej  powiedzieć,  niż  pozwolić,  żeby  narosły  plotki, 

prawda?  Chociaż  to  takie  krępujące...  Więc  chodziło  o  mnie...  Pewien  mężczyzna,  młody 

mężczyzna,  chłopak  właściwie....  Nie  znam  go...  Mieszka  w  bloku  koło  szkoły,  nie  pracuje, 

spędza całe dnie z lornetką w oknie... No i wyobraził sobie, że jestem jego ideałem. Czekał na 

mnie  często  po  lekcjach,  proponował  spotkania...  Ja  nie  chciałam,  ignorowałam  go, 

wsiadałam  do  samochodu  i  odjeżdżałam  mu  sprzed  nosa...  Uważałam,  że  nie  ma  się  czym 

przejmować, że mu szybko minie... Ale nie minęło. On był sprytny i naprawdę miał obsesję. 

Zaczepił kiedyś Krzysia Więcka, wypatrzył przez lornetkę, że chodzi do mojej klasy... 

Ach, więc tu zaczynała się rola Więcka! Nareszcie zaczynałyśmy rozumieć, po co był 

przesłuchiwany! 

- Krzyś powiedział mu, jak się nazywam. Opowiedział wszystko, co o mnie wiedział. 

Niezbyt  wiele,  na  szczęście  -  Marta  Mądra  schowała  głowę  w  ramionach.  -  Facet  postawił 

Krzysiowi  lody...  A  Krzyś  podał  mu  swój  plan  lekcji...  No  i  ten  mężczyzna  zadzwonił  do 

szkoły, powiedział, że ukrył gdzieś bombę... 

- Ale po co? - tym razem to ja odezwałam się prawie równie głupio jak Monisia. Nie 

widziałam  jednak  żadnego  związku!  -  Zadzwonił  i  powiedział  o  bombie,  bo  się  w  pani 

zakochał? 

- Tak  -  przytaknęła  nasza  wychowawczyni.  -  To  brzmi  bez  sensu...  ale  on  po  prostu 

chciał mnie zobaczyć. Tak potem powiedział Krzysiowi. Chciał, bym stała bez ruchu, zamiast 

odjeżdżać samochodem wprost sprzed jego nosa. Pomyślał, że w czasie ewakuacji na pewno 

będę sterczeć godzinami na boisku. Nie wziął pod uwagę tylko tego, że szkołę otoczy policja i 

ż

e nie będzie mógł się do mnie zbliżyć i porozmawiać. 

- A Krzysiek? - nie rozumiałam. - Dlaczego zniknął w czasie ewakuacji? 

- Bo skojarzył, że to ten jego znajomy, facet od lodów... Że to może być jego robota. 

Tamten coś kiedyś mówił o alarmach bombowych... Krzyś to sobie przypomniał i pobiegł to 

sprawdzić.  Niczego  się  nie  dowiedział,  facet  oczywiście  wszystkiego  się  wyparł.  Ale  Krzyś 

nie wytrzymał, opowiedział o sprawie swojemu koledze... a kolega poszedł na policję. 

- I co, aresztowali Krzyśka za współudział? - byłam w szoku. 

- Nikt  go  nie  aresztował  -  roześmiała  się  Marta  Mądra,  pokazując  jak  zwykle  swoje 

background image

dwa duże białe zęby. Jak na rysunku pani Adams! - Krzyś długo wczoraj zeznawał, prawie do 

północy,  jego  mama  dzwoniła  dziś  rano  i  prosiła,  żeby  usprawiedliwić  mu  nieobecność... 

Jutro  już  będzie  normalnie  w  szkole,  od  pierwszej  lekcji.  Nareszcie  wszystko  było  jasne! 

Przynajmniej tak mi się wydawało. Bo Zuzka miała jeszcze jedno pytanie: 

- A  dlaczego  tak  się  pani  zdenerwowała,  słysząc,  że  te  ciastka  nazywają  się 

kawalerskie oczka? 

- Bo  on  mówił...  nie  wiem,  czy  powinnam  zdradzać  wam  takie  szczegóły...  Bo  on 

powtarzał, że jest moim kawalerem, a ja damą jego serca... 

No tak, teraz wiedziałyśmy już wszystko. 

- To  co,  może  teraz  pójdziecie  ze  swoją  wychowawczynią  do  kina?  -  zaproponowała 

Marta Mądra. - Nie będzie dziś lekcji, ale do kina chyba możemy się przejść razem? 

Wszyscy radośnie pokiwali głowami. Wiedzieliśmy już, że Krzyśkowi nic nie grozi. I 

nie było żadnej bomby, tylko cichy i niezbyt mądry wielbiciel naszej wychowawczyni. Było 

mi go nawet żal, odrobinkę, ale żal. Zmarnował sobie życie przez taką głupotę... 

- Szkoda  tylko,  że  wciąż  nie  wiemy,  kto  pociął  torbę  Emmy  i  ukradł  jej  zdjęcia  - 

szepnęła  do  mnie  Julka,  gdy  wychodziłyśmy  z  klasy.  A  ja  nie  odpowiedziałam.  Bo 

zobaczyłam, że drugim, pustym, szkolnym korytarzem idzie Tomek. Z całkiem prosto obciętą 

grzywką!  A  w  dłoni  trzyma  mały  bukiecik  stokrotek.  Skąd  on  wziął  stokrotki  w 

październiku?! Myślałam, że idzie do Mądrej... ale nie, on minął ją i wszystkie dziewczyny z 

naszej klasy i stanął przede mną. Przede mną, ze stokrotkami!!! 

- Nie jestem nauczycielką, nie mam dziś imienin ani urodzin - starałam się udawać, że 

cała  ta  sprawa  mnie  nie  dotyczy,  że  nic  nie  rozumiem...  Zresztą,  ja  naprawdę  nic  nie 

rozumiałam.  Byłam  dla  niego  ostatniej  nocy  taka  okropna,  a  on  mi  tu  wyjeżdża  ze 

stokrotkami? 

- Pomyślałem... że może... że może byśmy poszli razem... to znaczy... pomyślałem, że 

może przydadzą ci się stokrotki? Wszystkiego najlepszego! - wcisnął mi bukiecik i uciekł. 

A  ja  miałam  straszną  ochotę  pobiec  za  nim!  Ale  nie  pobiegłam,  oczywiście.  Bo  co 

miałabym powiedzieć, gdybym go już dogoniła? Że stokrotki to moje ulubione kwiatki? I że 

też mu życzę wszystkiego najlepszego, na dziś i na całe życie? Bez żadnej okazji? 

background image

Możesz zrobić to, co Bractwo Zeta... 

tylko jeszcze lepiej! 

NIEFOREMNY PREZENT lub 28 prezentów razem) 

Potrzebne będą: 

nieforemny prezent 

trochę folii lub papieru: ładnego, lecz niezbyt drogiego 

(najlepiej takiego, który już masz w domu - 

mogą być skrawki) 

ś

liczny papier lub folia do kwiatków 

dwa Kawałki wstążeczki 

taśma klejąca 

nożyczki 

1.  Z  każdego  nieforemnego  prezentu  można  zrobić  prezent  foremny.  A  przynajmniej 

taki,  który  będzie  nadawał  się  do  zapakowania.  Jeśli  masz  wazonik,  kubek,  krem  w 

dziwacznej  tubce,  glinianą  figurkę  albo  -  jak  Bractwo  Zeta  -  28  małych  paczuszek,  które 

chcesz zapakować w jedną wielka pakę, poszukaj koniecznie ładnego papieru, którego ci nie 

ż

al. Nie gazety, tylko resztek papieru do pakowania, szarego papieru, w który rodzice zawijali 

paczkę  (szare  i  brązowe  ekologiczne  opakowania  są  teraz  szalenie  modne'.),  lub  folii  -  im 

sztywniejszą, tym lepsza. 

2.  Folię  lub  papier  zgnieć  mocno,  a  potem  obłóż  nim  prezent  z  wszystkich  stron.  W 

ten  sposób  nie  tylko  ochronisz  podarunek  (np.  przed  rozbiciem,  jeśli  jest  kruchy),  ale  też 

nadasz  mu  kształt,  który  będzie  łatwiej  owinąć.  Jeśli  chcesz  zrobić,  podobnie  jak  mama 

Tomka,  cukierek  -  gigant,  postaraj  się,  by  papier  z  prezentem  w  środku  przybrał  formę 

kulistą. 

3.  Przygotuj  papier  albo  sztywną  folię,  z  której  zrobisz  cukierek.  Powinna  być 

kwadratowa lub prostokątna. Na środku połóż kulę z prezentem wewnątrz. 

4.  Zawiń  kulę  tak,  by  folia  lub  papier  z  prostokąta  zamieniły  się  w  rulon.  Kula 

powinna leżeć pośrodku, a rulon na obu końcach musi być pusty. Inaczej nici z cukierka! 

5.  Żeby  papier  się  nie  rozwinął,  na  samym  środku  (tam,  gdzie  leży  prezent)  zaklej 

rulon dwoma lub trzema kawałkami taśmy klejącej. 

6. Końce rulonu skręć tak jak w cukierku (najlepiej w przeciwnych kierunkach, czyli 

jeden  w  lewo,  a  drugi  w  prawo;  dzięki  temu  będzie  można  rozwinąć  paczkę  jak  cukierek, 

pociągając jednocześnie za oba końce!). Miejsca skręcenia przewiąż wstążeczkami. I już! 

 

background image

PS Jest jeszcze prostszy sposób, zwany ananasem albo sakiewką. Prezent kładziesz na 

ś

rodku  kwadratowego  papieru  lub  folii,  unosisz  cztery  rogi  i  związujesz  tuż  nad  prezentem, 

aby powstał „pióropusz” ananasa. To po prostu nie może się nie udać!