background image

LILIANA FABISIŃSKA 

ANDRZEJKOWA PRZEPOWIEDNIA 

Bezsennik 

czyli  

O czym dziewczyny rozmawiają nocą 

background image

ROZDZIAŁ 1 

AKCJA ZNICZ 

Emma  nie  pojawiła  się  w  szkole  przez  cale  dwa  tygodnie  po  Wszystkich  Świętych. 

Chciałyśmy ją odwiedzić, porozmawiać, przekazać jej wszystkie klasowe ploteczki... Ale ona 

nie  chciała.  Jej  mama  przyszła  do  szkoły  trzeciego  listopada,  czyli  w  poniedziałek  zaraz  po 

weekendzie, który spędziłyśmy pod cmentarną bramą. 

- Emma  jest  chora,  przeziębiła  się  -  powiedziała  pani  Adams  do  wychowawczyni.  A 

potem podała Zuzi złożoną na cztery części karteczkę. Zuzia szybko ją rozwinęła. 

„Strasznie  jestem  chora,  nie  przychodźcie,  nie  dzwońcie,  mam  wysoką  gorączkę. 

Zadzwonię, gdy tylko poczuję się nieco lepiej”. 

Pismo  było  Emmy,  ale  język...  Przede  wszystkim  ona  naprawdę  kiepsko  pisze  po 

polsku.  Mówi  coraz  lepiej,  ma  już  dobry  akcent  i  błędów  robi  coraz  mniej...  Ale  pisanie  to 

jakaś  tragedia.  W  Anglii  nigdy  nie  napisała  po  polsku  ani  słowa,  dopiero  się  uczy.  Dlatego 

wszystkie Ż, Ź, RZ, H i CH, U i Ó to dla niej wciąż czarna magia. 

- Niemożliwe,  żeby  napisała  bez  błędu  „przychodźcie”  -  powiedziała  Zuzia,  myśląc 

najwyraźniej  o  tym  samym  co  ja.  -  I  „dzwońcie”.  Założę  się,  że  napisałaby  „cfoncie”  albo 

nawet „cfoncje”. 

- Może sprawdziła w słowniku? - zastanawiała się Julka. - Ze słownikiem dałaby sobie 

radę... Chyba by dała. 

Ż

adna  z  nas  nie  była  jednak  przekonana,  że  tę  kartkę  naprawdę  napisała  Emma 

całkiem samodzielnie. 

- Język też jakby nie jej - kręciła głową Zuzia. - „Gdy tylko”? Napisałaby raczej „jak 

wyzdrowieję”  albo  Jak  mi  przejdzie”,  a  nie  „gdy  tylko  poczuję  się  lepiej”.  No  i  „nieco”! 

Kurczę, ona nigdy nie używa słowa „nieco”! 

- Myślicie, że wcale nie jest chora? - zapytałam. - Że udaje? 

Julka i Zuzia wzruszyły  ramionami. Emma miała pełne prawo zachorować. W końcu 

sterczałyśmy pod cmentarzem całe dwa dni. Emma była tam najdłużej. W sobotę przyjechała 

już  o  szóstej  rano,  żeby  rozłożyć  stolik,  ustawić  znicze...  W  niedzielę,  kiedy  poszłyśmy  się 

ogrzać i napić gorącej herbaty, Emma została sama ponad godzinę. Nie miała nawet czapki. 

- Pamiętasz, Żaba, namawiałaś ją, żeby chociaż na chwalę schowała się do sklepu albo 

do  samochodu  twojej  mamy,  która  wtedy  do  nas  przyjechała.  A  ona  powiedziała,  że  jest 

zahartowana,  że  w  Anglii  zawsze jest zimno i  mokro  -  westchnęła  Julka.  -  I  że  tam  nikt  nie 

background image

nosi czapek i rękawiczek. 

- Ale  polski  klimat  ją  zaskoczył,  jak  widać  -  pokiwałam  głową.  -  W  niedzielę 

wieczorem, gdy zwijałyśmy stoisko, była cała zielona. Byłam pewna, że się rozłoży. Ale nic 

do niej nie docierało. Nie chciała herbaty, powtarzała tylko: „Sprzedałyśmy osiemset zniczy! 

To mnóstwo forsy!”. 

- Nie  mówiła  „osiemset  zniczy”,  tylko  „ośmiuset  zniczów”  -  poprawiła  mnie  Zuzia. 

Roześmiałyśmy  się,  a  potem  zapadła  cisza.  Nie  wiedziałyśmy  ani  trochę  więcej  niż  na 

początku rozmowy. Kartka budziła nasze podejrzenia. Mama pomogła jej napisać? No i co z 

tego  wynika?  Każdy  ma  prawo  poprosić  mamę  o  pomoc!  Nawet  jeśli  pisze  do  swoich 

przyjaciółek. W końcu w tym liście nie było nic, czego nie powinna czytać jej mama, żadnej 

tajemnicy. Tylko tyle, że jest chora, źle się czuje i nie ma ochoty oglądać na razie ani nas, ani 

zeszytów.  Jej  mama  przecież  o  tym  wszystkim  wiedziała!  Musiała  zauważyć,  że  Emma  jest 

przeziębiona,  w  końcu  pani  Adams  to  nie  pani  Ździebełko,  dobrze  wie,  co  dzieje  się  z  jej 

córką... Emma mogła ją więc poprosić o pomoc w pisaniu listu. 

- Niby  nie  ma  w  tym  nic  podejrzanego  -  powiedziała  Zuzia.  A  my  znowu 

wzruszyłyśmy ramionami. Niby nie ma... a jednak coś nam w tej sprawie nie grało. 

Im więcej dni mijało, tym bardziej dziwiło nas milczenie Emmy. Można się czuć źle 

dzień,  dwa,  trzy...  Ale  tydzień?  Czy  można  przez  tydzień  być  aż  tak  strasznie  przeziębioną, 

ż

eby  nie  chcieć  zobaczyć  najbliższych  przyjaciółek?  Ile  razy  dzwoniłyśmy,  tyle  razy  babcia 

albo mama Emmy mówiły nam, że śpi i nie może podejść. Czy naprawdę cały czas spała? Nie 

była  ciekawa,  co  mamy  jej  do  powiedzenia?  W  dodatku  po  TAKIM  weekendzie!  Czy  nie 

chciała porozmawiać z nami o Akcji Znicz? 

- Przecież tak się przejmowała, tak się cieszyła - nie rozumiała Julka. - A teraz nawet 

nie zapyta, ile zarobiłyśmy? Nawet nie pójdzie z nami wpłacić tych pieniędzy do banku? 

- Poczekamy z wpłatą do czasu, aż wyzdrowieje - powiedziała Zuzia. - Należy się jej 

to, żeby wpłacać je z nami... 

W kolejny poniedziałek, po tygodniu, miejsce Emmy w ławce pod oknem wciąż było 

puste. Za to w szkole znowu pojawiła się pani Adams. 

- Emma  ma  jeszcze  tydzień  zwolnienia  lekarskiego,  bierze  antybiotyki  -  powiedziała 

do  Marty  Mądrej.  A  potem  bardzo  głośno  dodała:  -  I  dziękuję  pani  bardzo  za  te  notatki  dla 

mojej  córki.  Zadała  sobie  pani  tyle  trudu,  żeby  się  dowiedzieć  od  każdego  nauczyciela,  jaki 

materiał  przerabia  na  lekcjach.  Dziękuję  bardzo,  Emma  wróci  za  tydzień  dobrze 

przygotowana. 

A  więc  dzwoniła  wcześniej  do  naszej  wychowawczyni?  Albo  była  u  niej  w  pokoju 

background image

nauczycielskim? Umówiły się, że Mądra jej powie, co omawiamy na każdej lekcji? 

- To  zupełnie  bez  sensu  -  szepnęła  Julka,  skulona  pod  ścianą,  kiedy  podeszłyśmy  z 

Zuzią do jej ławki. Lekcja już się skończyła, toteż powinnyśmy wyjść z klasy, a nie udawać w 

nieskończoność,  że  pakujemy  torby.  -  Mądra  musiała  specjalnie  latać  do  nauczycieli,  a  my 

trzy  wiemy  doskonale,  co  jest  zadane  ze  wszystkich  przedmiotów.  Dlaczego  Emma  nie 

chciała naszych zeszytów? 

Marcie Mądrej chyba przyszło do głowy to samo. Spojrzała szybko w naszą stronę i - 

zamiast krzyknąć, żebyśmy się skończyły pakować i zmykały do domu - powiedziała do pani 

Adams: 

- Oczywiście chętnie służę wszelką pomocą, ale Emma ma wspaniałe przyjaciółki. Na 

pewno pani o tym wie. Wspólnie organizowały  Akcję Znicz. To dobre uczennice, na pewno 

najlepiej by wyjaśniły Emmie, co się dzieje na lekcjach, dałyby jej swoje notatki... 

- Dziękuję bardzo, Emma źle się czuje i nie chce przyjmować gości. Poza tym wciąż 

może zarażać. A nie chcemy, żeby ktokolwiek przez nią opuszczał lekcje. Do widzenia. 

Pani  Adams  wyszła  z  klasy,  unikając  naszego  wzroku.  Coś  tu  wyraźnie  nie  grało. 

Bardzo wyraźnie. 

- To co robimy? - zapytała Zuzia, kiedy Szłyśmy  do niej po szkole. Ani ja, ani Julka 

nie umiałyśmy na to odpowiedzieć. 

Milczałyśmy  właściwie  całą  drogę.  Krótką  drogę,  to  fakt.  Mama  Zuzi  długo  szukała 

mieszkania  blisko  pracy  i  ostatecznie  znalazła  idealne.  Ze  szkoły  szło  się  tam  najwyżej  trzy 

minuty.  Prawie  codziennie  trafiałyśmy  tam  po  lekcjach,  choćby  na  małą  herbatkę.  Albo  na 

trochę większą... Albo na herbatkę z pizzą, zamawianą przez telefon. Dobrze się tam siedziało 

i  dobrze  myślało.  Choćby  nad  referatem.  Ale  w  sprawie  Emmy  nawet  herbata  z  sokiem 

malinowym i pizza z podwójnym żółtym serem nic nam nie pomogły. 

- Ona nas unika - powtarzałyśmy wszystkie, wzdychając i wzruszając ramionami. 

- Unika,  definitywnie,  nie  da  się  tego  ukryć  -  kiwała  energicznie  jasnowłosą  głową 

Julka. - Ale dlaczego? 

No  właśnie:  dlaczego?  Na  to  pytanie  nie  umiałyśmy  odpowiedzieć.  Przecież  Emma 

była  członkinią  naszego  bractwa...  pełnoprawną  członkinią.  Ze  względu  na  nią  zmieniłyśmy 

nazwę z Bractwa Zet na Bractwo Zeta. Bo jej nazwisko zaczyna się na A, a nie na Z. Byłyśmy 

przekonane,  że  dobrze  się  z  nami  czuje.  Że  może  nam  powiedzieć  o  wszystkim.  Nawet  o 

najtrudniejszych  sprawach.  Na  przykład  o  tym,  że  ktoś  pociął  jej  torbę  i  zabrał  zdjęcia 

rodziców i braci. Wydawało nam się, że przejmuje się referatem o Zambii nie mniej niż my. 

Zwłaszcza że teraz to już było coś więcej niż referat. To była prawdziwa akcja. 

background image

- Nie  wystarczy  mówić  o  tym,  że  ludzie  w  Zambii  umierają  na  ulicach  z  głodu  - 

tłumaczyła nam Julka w połowie października, a Emma słuchała z otwartymi ustami. - Chodzi 

o to, żeby im jakoś pomóc.  I skoro trafiłyśmy na ten kraj, skoro mamy  go przedstawić całej 

klasie,  to  nie  opowiadajmy  o  nim  jako  o  ciekawostce.  Mówmy  o  tym,  co  można  zrobić  dla 

Zambijczyków. 

Bardzo  nam  się  spodobał  pomysł,  żeby  pomagać.  Zwłaszcza  że  Julka  miała  gotowy 

plan, przynajmniej pierwszy krok: sprzedawanie zniczy. Zniczy, które zrobimy samodzielnie. 

Tak, jak mama Tomka robi świeczki do swojej kwiaciarni. Mama Tomka... musiałam szybko 

pomyśleć o czymś innym, żeby nie zakręciło mi się w głowie. Zwykle świat zaczyna wirować 

mi  przed  oczami  na  samo  wspomnienie  o  mamie  Tomka.  A  właściwie  to  o  Tomku.  I  o 

bukieciku  stokrotek,  który  mi  dał  w  Dniu  Nauczyciela.  Zasuszony  bukiecik  wciąż  wisi  nad 

moim  łóżkiem,  a  Tomek  od  tamtej  pory  unika  mnie  jak  ognia...  Ale  przecież  nie  nad 

Tomkiem powinnam się zastanawiać, lecz nad Emmą. No i nad Akcją Znicz, którą wymyśliła 

Julka. 

- Akcja Znicz to chyba nazwa akcji policyjnej, prawda? - śmiała się z początku Marta 

Mądra,  unosząc  cieniutkie,  starannie  wyskubane  brwi.  -  Policja  patroluje  ulice  w  dniu 

Wszystkich  Świętych,  bo  jest  straszny  ruch  i  więcej  wypadków  niż  zwykle.  Czy  wy  też 

chcecie patrolować ulice? 

Julka  wyjaśniła  jej  jednak  szybko,  że  chodzi  o  prawdziwe  znicze.  Mamy  je  same 

zrobić, a potem sprzedawać. 

- A  pieniądze  przeznaczyć  na  jakiś  charytatywny  cel  -  mówiła,  nie  wdając  się  w 

szczegóły. I na szczęście o szczegóły nikt na razie nie pytał. Bo było za wiele do załatwienia. 

Zgoda  na  to,  żebyśmy  rozstawiły  stolik  bezpośrednio  przy  bramie  cmentarza,  i  na  to,  żeby 

sprzedażą  zniczy  zajmowali  się  nieletni  (oczywiście  pod  opieką  dorosłych,  czyli  Marty 

Mądrej i rodziców moich i Zuzki, na zmianę), malowanie transparentu z napisem „Uczennice 

gimnazjum  z  ulicy  Asnyka  zbierają  pieniądze  na  pomoc  głodującym  w  Afryce”...  Tego 

transparentu  nikt  przed  rozpoczęciem  akcji  nie  widział.  Dopiero  gdy  go  rozwinęłyśmy  i 

rozwiesiłyśmy przy naszym stoliku, Marta Mądra, która przywiozła nam znicze samochodem, 

troszeczkę się zdziwiła. 

- Widzę,  że  macie  konkretny  cel  -  powiedziała.  Ale  zanim  zdążyłyśmy  cokolwiek 

wyjaśnić, podjechał pierwszy poranny autobus, z którego wysypał się tłum ludzi. Bardzo się 

bałyśmy,  że  nic  nie  kupią.  Większość  z  nich  miała  wieńce  i  torby  pełne  zniczy.  Pięknych, 

dużych,  kolorowych...  Nasze  własnoręcznie  robione  krzywe  znicze  w  starych  słoikach  i 

wyszczerbionych  szklankach,  które  zbierałyśmy  do  pudła  wystawionego  na  szkolnym 

background image

korytarzu,  nie  mogły  się  z  nimi  równać.  Ale  tego  dnia  chyba  nie  wygląd  był  najważniejszy. 

Jedna  pani  od  razu  kupiła  dziesięć!  A  my  przez  całą  noc  z  soboty  na  niedzielę  robiłyśmy 

kolejne  znicze,  napełniając  parafiną  puste  szklane  pojemniczki  po  zniczach  zebrane 

wieczorem  przy  cmentarnym  śmietniku.  Żeby  nie  zabrakło  ich  w  niedzielę  aż  do  wieczora. 

Ale i tak się skończyły, zanim zrobiło się ciemno. 

- Jednak  to  w  niczym  nie  przeszkodziło!  -  opowiadałyśmy  po  powrocie  z  cmentarza 

rodzicom  Zuzi,  siedząc  przy  herbacie  w  ich  niedużej,  przytulnej,  jasnej  kuchni.  -  Ludzie 

wcale nie domagali się zniczy. Po prostu wrzucali pieniądze do naszej skarbonki! Bo chcieli 

pomóc  głodującym.  Pewien  mężczyzna  dał  nawet  dwadzieścia  złotych!  Akurat  wtedy 

przyszedł  Mateusz  z  naszej  klasy,  żeby  nam  pomóc...  Nikt  inny  nie  przyszedł,  wszyscy 

mówili, że jadą na cmentarze do innych miast, że chcą odpocząć, że muszą się uczyć, że nie 

mają  czasu.  A  Mateusz  miał.  Na  jego  widok  dziewczyny  wrzucały  do  puszki  wszystkie 

drobne, które miały w kieszeniach! 

- Ciekawe,  ile  zebrałyśmy  -  zastanawiała  się  Emma,  troszkę  zzieleniała  i  bardzo, 

bardzo zmarznięta. 

- Jutro  otworzymy  puszkę  na  godzinie  wychowawczej  i  wtedy  się  dowiemy  - 

powiedziałam.  A  Emma  zgodziła  się  poczekać  jeszcze  dwanaście  godzin.  A  potem...  potem 

nie  pojawiła  się  na  godzinie  wychowawczej  ani  na  żadnej  innej  lekcji  i  niczego  się  nie 

dowiedziała.  Nie  odpowiadała  na  nasze  telefony,  nie  chciała,  żebyśmy  ją  odwiedziły... 

Czyżby  nagle  przestała  ją  obchodzić  akcja,  w  którą  włożyła  tyle  serca?  To  wydawało  się 

nieprawdopodobne. 

- Musiała  mieć  ważne  powody  -  powiedziała  Zuzia,  gdy  znowu  siedziałyśmy  w  jej 

pełnej  jesiennego  słońca  kuchni  i  piłyśmy  gorącą  herbatę.  -  Nie  daje  znaku  życia  od  dwóch 

tygodni... 

Ważne  powody,  to  jasne.  Nikt  nie  znika  bez  ważnych  powodów.  Ale  jakie  to  były 

powody? Tego właśnie chciałam się dowiedzieć! 

background image

ROZDZIAŁ 2 

EMERYTOWANE STEWARDESSY 

Chciałabym  zapytać,  dlaczego  przewodnicząca  klasy  nie  przekazała  mi  pieniędzy  za 

sprzedane  znicze  -  odezwała  się  na  godzinie  wychowawczej  Karolina.  -  Przecież  jestem 

skarbniczką, pieniądze powinny trafić do mnie. Miałam ochotę ją udusić! Nie interesowała się 

naszą  akcją,  nie  przyszła  na  cmentarz  ani  na  sekundę,  nie  przyniosła  nam  ani  pół  starej 

ś

wieczki,  ani  jednej  szklanki  czy  słoika...  Śmiała  się  z  nas,  że  wymyśliłyśmy  idiotyzm  i  nie 

zarobimy ani złotówki. A teraz domaga się pieniędzy! Czy naprawdę sądzi, że je wydamy na 

ciastka, jeśli się nimi w porę nie zaopiekuje? 

- I jeszcze jedno - Karolina nie dała nawet dojść do głosu Marcie Mądrej. - Myślę, że 

powinniśmy przegłosować, na jaki cel wydamy zgromadzoną sumę. Moja ciocia ma fundację, 

bardzo bym chciała, żebyśmy ją wsparli. Zajmuje się pomocą emerytowanym stewardessom. 

Spojrzałam na Zuzię, nie dowierzając własnym uszom. Emerytowane stewardessy? To 

dla nich stałyśmy przez dwa dni od świtu do nocy na zimnym wietrze i deszczu? 

- Nie  sądzę,  żeby  to  była  najbardziej  poszkodowana  grupa  społeczna  -  powiedziała 

Zuzka, dziwnie słabym jak na nią głosem. 

- Czy  moglibyśmy  odłożyć  tę  decyzję  do  jutra?  -  wtrąciła  się  Julka.  -  Mam  ważne 

powody, żeby o to prosić. 

- Oczywiście - uśmiechnęła się Marta Mądra, która przecież widziała nasz transparent 

i doskonale wiedziała, na jaki cel zbieramy. - Jutro macie ze mną lekcję... zastępstwo za panią 

Krzemińską...  Chciałam  zrobić  z  wami  powtórkę  z  angielskiego,  przecież  w  piątek  jest  kla-

sówka,  ale  chyba  możemy  poświęcić  pięć  minut  na  inne  sprawy,  prawda?  Czyli  odkładamy 

sprawę do jutra. 

- A  pieniądze?  Czy  mogę  je  dostać  dzisiaj?  -  nie  ustępowała  Karolina.  -  Jestem 

skarbniczką! 

- Nie  mamy  pieniędzy  przy  sobie  -  powiedziałam.  -  Nie  nosimy  ich  codziennie  do 

szkoły. 

- Może  już  je  wydałyście?!  -  głos  Karoliny  stał  się  nagle  piskliwy.  Słychać  było,  że 

jest okropnie zdenerwowana. 

- Karolinko  -  nasza  wychowawczyni  nareszcie  postanowiła  interweniować.  -  To  nie 

była  akcja  całej  klasy.  Z  tego,  co  wiem,  nikt  dziewczynkom  nie  pomagał...  Przygotowały 

wszystko same. 

background image

- Mateusz przyszedł nam pomóc - wyjaśniłam zgodnie z prawdą. 

- Tylko na chwilę - zaczerwienił się Mateusz. - Nic właściwie nie zrobiłem... 

- Tak czy owak, to nie była akcja klasowa... Dziewczynki razem przygotowują referat 

i  wpadły  na  pomysł  sprzedawania  zniczy  trochę  w  związku  z  tym  referatem  -  mówiła  dalej 

Mądra. 

- Ale  pani  im  załatwiała  pozwolenie!  A  więc  działały  jako  uczennice  tej  szkoły!  I  ja 

jako  skarbniczka  mam  obowiązek...  -  Karolina  z  niezrozumiałych  dla  nas  powodów  nagle 

przestała nad sobą panować. 

- Jutro przyniesiemy pieniądze w zaplombowanej skarbonce, do której je zbierałyśmy 

-  powiedziała  Zuzia.  I  w  tym  momencie,  ku  naszej  ogromnej  uldze,  rozległ  się  dzwonek  na 

przerwę. Zakończyła się dyskusja, ale nie zakończyła się sprawa. 

- Emerytowane  stewardessy!  -  powtarzałyśmy  z  niedowierzaniem  przez  kolejne 

godziny. A po ostatniej lekcji Zuzia postanowiła: 

- Idziemy do Emmy, czy sobie tego życzy, czy nie. Jest nam potrzebna. 

Ż

adna z nas nie była do tej pory w jej mieszkaniu. Nie wiedziałyśmy nawet dokładnie, 

który to blok. Ale bycie gospodynią klasy czasami coś ułatwia: Zuzia miała listę wszystkich 

uczniów I a, z adresami i telefonami. Przyszedł czas, żeby z niej skorzystać. 

- Może znowu Emmę spotkało coś okropnego? - zastanawiałyśmy się, szukając bloku 

z numerem siódmym. 

- Może  ten  ktoś,  kto  pociął  jej  plecak,  zrobił  jeszcze  coś  straszniejszego?  Może  ją 

napadł,  jak  wracała  z  cmentarza?  I  nie  chce  się  nam  pokazać  pobita  albo  pocięta  nożem  - 

powiedziała Zuzia, a mnie aż przeszedł dreszcz. Nie chciałam tego słuchać! 

- Zaraz wszystkiego się dowiemy - Julka zaczęła stawiać dłuższe kroki. - Emma sama 

nam to wyjaśni. To chyba ten blok? 

Budynek  właściwie  nie  był  blokiem,  lecz  starą  kamienicą.  Niedużą,  zieloną, 

dwupiętrową. Bawiło się przed nią mnóstwo dzieci. 

- Ciekawe,  czy  są  wśród  nich  bracia  Emmy  -  powiedziałam,  usiłując  znaleźć  dwóch 

identycznych chłopców. Bez skutku. Może nie byłam dostatecznie spostrzegawcza? Jeśli byli 

inaczej ubrani... A może miałam za słabe szklą w okularach? Powinnam chyba iść na wizytę 

kontrolna do okulisty... 

Mieszkanie  Emmy,  czyli  tak  naprawdę  jej  babci,  znajdowało  się  na  parterze.  Na 

drzwiach  zamiast  dzwonka  wisiała  śliczna  mosiężna  kołatka.  Uniosłam  ją  i  niepewnie 

zastukałam. Raz, potem drugi... 

Drzwi uchyliły się, skrzypiąc przeciągle, i na progu pojawiła się Emma. Blada i jakaś 

background image

taka wychudzona. Chyba naprawdę musiała być poważnie chora! 

- To  wy?  -  bałam  się,  że  nas  skrzyczy,  wyrzuci  za  drzwi...  Nie  chciała  przecież, 

ż

ebyśmy tu przychodziły. Ale ona chyba bardzo się ucieszyła. Zrobiła taki gest, jakby chciała 

przytulić,  a  może  nawet  ucałować  Julkę,  która  stała  najbliżej.  Szybko  jednak  odsunęła  się  i 

opuściła  rękę.  Może  przypomniała  sobie  o  wirusach?  Jej  mama  mówiła  coś  o  zarażaniu 

chorobą...  Chociaż  jako  wnuczka  i  prawnuczka  lekarzy  wiem,  że  przeziębieniem  nie  sposób 

się zarazić. A Emmę pod cmentarną bramą zaatakowało przecież zimno, a nie wirusy! 

- Możemy wejść? - zapytałam. 

Emma  cofnęła  się,  robiąc  nam  miejsce.  Nagle  z  jej  twarzy  znikła  radość.  Zagryzła 

zęby, jakby miała się rozpłakać. 

- Coś  nie  tak?  Nie  chcesz,  żebyśmy  wchodziły?  -  Julka  też  zauważyła,  że  coś  się 

dzieje. 

- Wchodźcie, wchodźcie - Emmę wyraźnie coś gryzło. Ale skoro nie chciała mówić... 

- Wchodźcie, babcia na szczęście jest w pracy, a chłopcy w przecz... przedcz... przeszkolę. 

- W  przedszkolu  -  domyśliłyśmy  się.  Wśród  bawiących  się  na  podwórku  dzieci 

faktycznie ich więc nie było! Moja spostrzegawczość i okulary nie miały nic do rzeczy! 

- Yes, twins w przedszkolu, babcia w pracy, mama w library... w biblioteka... 

- W bibliotece? - zdziwiłam się. Ale przecież nie przyszłyśmy tu, wbrew woli Emmy, 

ż

eby rozmawiać o pasji czytelniczej pani Adams. Były ważniejsze sprawy! 

- Powiedz, jak się czujesz - Zuzia chyba czytała w moich myślach. - Powiedz! I kiedy 

wrócisz do szkoły? 

- Bardzo nam jest smutno i pusto, kiedy cię nie ma - dodała Julka. - Siedzenie w ławce 

z Tobiaszkiem w kwiecistej okładce to nie to samo, co siedzenie z tobą,.. 

- Naprawdę za mną tęsknicie? Nie zapomniałyście o mnie? - Emma rozpromieniła się 

zupełnie  jak  w  drzwiach,  gdy  nas  zobaczyła.  Tym  razem  najwyraźniej  nie  myślała  o 

zaraźliwych wirusach i po prostu rzuciła się nam na szyję. Każdej po kolei. 

- Pewnie,  że  tęsknimy  -  kiwałyśmy  głowami,  też  ją  ściskając  i  całując.  -  Było  nam 

przykro, że nie chciałaś, żebyśmy cię odwiedziły... 

Emma znowu zacisnęła usta. I znowu wyglądała tak, jakby miała się rozpłakać. 

- Zobaczcie same,  czy tu można mieć  gości? Rozejrzałyśmy się po mieszkaniu. Było 

malutkie,  to  fakt.  Dwa  pokoiki,  z  których  mniejszy  to  właściwie  pół  pokoiku,  chyba 

wydzielono  go  z  kuchni...  albo  z  przedpokoju.  Mieściła  się  tam  tylko  nieduża  wersalka, 

rozkładany fotel i maluteńka szafka, stłoczone pod oknem. W drugim pokoju stała wersalka, 

trochę  większa,  stół  i  regał  wypełniony  książkami.  Kuchnia  również  była  miniaturowa... 

background image

Tylko jakie to miało znaczenie? 

- Mogłyśmy posiedzieć w przedpokoju - powiedziałam. - Albo wszystkie na wersalce, 

gdybyśmy ją rozłożyły... Jakoś byśmy się pomieściły. 

- U mnie też jest ciasno - dodała Zuzia. - I co? I wszystkie ciągle tam przesiadujemy. 

- U ciebie nie ma takich małych dzieci - westchnęła Emma. - Nawet nie wiesz, jaki tu 

bałagan...  jaki  tu  jest  bałagan,  jak  twins  się  bawią.  Wszędzie  bałagan.  Przedpokój,  kuchnia, 

łazienka, oba pokój... Wszędzie. Wy nie masz... wy nie macie... wy nie macie takie dzieci w 

domu,  wy  nie  wiesz,  nic  nie  wiesz,  jak  to  jest...  Teraz  jest  dobrze,  babcia  sprzątnie... 

sprzątnęła, rano, jak wychodzą... ale jak są, to wszędzie zabawka... 

Emma  wyraźnie  mówiła  po  polsku  gorzej  niż  dwie  minuty  temu.  A  to  oznaczało,  że 

bardzo się denerwuje. Zawsze wtedy mylą się jej końcówki... 

- Ja mam starszą siostrę - roześmiała się Zuzia. - Nie mieszka ze mną dopiero od roku, 

nie zapomniałam jeszcze, jak to było dzielić z nią pokój. Masakra! Wszędzie jej kosmetyki, 

ciuchy, wszystko przesiąknięte zapachem jej perfum, łazienka zajęta godzinami, bo wciąż się 

szykowała na randki, muzyka, której nie znosiłam... 

- Dzieliłaś z Agatą pokój? - zdziwiłam się. - I gdzie ona spała? 

- Miałyśmy  takie  śmieszne  łóżko,  tata  sam  zrobił...  Spod  normalnego  łóżka  wysuwał 

się  materac  na  kółkach.  Potem,  kiedy  Agata  się  wyprowadziła,  oddaliśmy  je  cioci,  która  ma 

dwoje dzieci. A tata zrobił mi nowe meble. 

- Te meble... te sosnowe meble  w twoim pokoju  zrobił twój tata? - nie mogłam  w to 

uwierzyć. - Sam? 

- Wszystkie  meble  w  naszym  mieszkaniu  tata  zrobił  sam.  Całe  weekendy  spędza  w 

piwnicy i majsterkuje. Ciągle coś ulepsza. Zrobił nawet umywalkę. 

- Umywalkę? - wszystkie uniosłyśmy brwi. Jak można samemu zrobić umywalkę?! W 

ogóle  nie  pamiętałam,  jak  ona  wygląda...  A  przecież  korzystałam  z  łazienki  państwa 

Zawadzkich prawie codziennie! 

- Ze  starej  metalowej  miski,  nie  zauważyłyście? -  patrzyła  na  nas  zdumiona  Zuzka.  - 

Znalazł ją na śmietniku, wyklepał, pomalował jej brzeg w taki śmieszny wzorek... Zrobił do 

niej specjalny stojak, połączył metal z drewnem... 

- Jest  piękna!  -  Julka,  w  przeciwieństwie  do  mnie,  chyba  dokładnie  pamiętała  tę 

umywalkę.  -  Myślałam,  że  pochodzi  z  kolekcji  jakiegoś  niesamowitego  nowoczesnego 

projektanta. Że była robiona na obstalunek. 

- No właśnie... u ciebie w domu, nawet jak coś jest tani... tanie, to jest ładne - Emma 

najwyraźniej wstydziła się mieszkania swojej babci. - A tu... tu jest okropnie! 

background image

- Wcale nie jest okropnie - powiedziałyśmy zgodnym chórem, chociaż wciąż stałyśmy 

w  przedpokoju  i  niewiele  jeszcze  widziałyśmy.  Ale  to,  co  zobaczyłyśmy  przez  uchylone 

drzwi kuchni i dwóch pokoików, zupełnie nam wystarczało. 

- Jakie śliczne stare kafle, chyba przedwojenne! - Julka odważyła się ruszyć z miejsca 

i  weszła  do  kuchni.  -  I  te  szafki,  cudowne!  Nigdy  takich  nie  widziałam.  I  jaka  piękna 

serwetka! Jak z wyspy Burano. Tam są chyba najlepsze koronczarki na świecie. 

Nie miałyśmy pojęcia o tym, gdzie jest wyspa Burano. I nie zdążyłyśmy o to zapytać. 

Bo Emma nie wytrzymała i wybuchnęła płaczem. 

- Wszędzie mamy takie serwetki! Wszędzie! Patrz! Tu, w pokoju... i tu... i tu... nawet 

w łazience, na pralku leży serwetka! Wszędzie! I poduszki robione na drucie... 

- Na drutach - poprawiłam ją odruchowo i natychmiast ugryzłam się w język. 

- Na jednym drucie, takim małym - upierała się Emma. 

- Na szydełku - zgadła Zuzia. - Bardzo ładne poduszki. Prześliczne. Chciałabym mieć 

taką jak ta w kwiatki... Ale mój tata niestety nie szydełkuje. Ani nie robi na drutach. A mama 

w ogóle ma dwie lewe ręce. 

- Możesz  sobie  wziąć  dziesięciu  poduszków  -  Emma  płakała  coraz  bardziej.  -  I  stu 

serwetki. Mam ich dosyć. Nie chciałam, żebyście ich widziały. 

- Wstydziłaś  się  nas  zaprosić?  -  roześmiałam  się.  -  Myślałaś,  że  przestaniemy  się  z 

tobą przyjaźnić, bo twoja babcia lubi robótki ręczne? 

- Żadna  z  was  nie  ma  w  domu  takich  robótki  -  łkała  Emma,  a  jej  polszczyzna 

pogarszała się z minuty na minutę. - To wygląda dziko... Dziwnie. Jakoś staro. Jak u starych 

ludziów. Myślałam, że wam się nie spodoba. 

- Nie  przyjaźnimy  się  z  tobą  ze  względu  na  to,  czy  masz  w  mieszkaniu  ładnie,  czy 

brzydko! - Zuzia chyba się zdenerwowała. - Nawet gdybyś mieszkała w piwnicy, nie miałoby 

to dla nas żadnego znaczenia. Żadnego! Bo nie o to chodzi w przyjaźni, musisz to zrozumieć. 

- Oddałabym  wszystko,  żeby  mieć  takie  normalne  mieszkanie  jak  ty  -  powiedziała 

Julka. - I babcię, która robi takie śliczne serwetki. I stare, cudowne meble. Myślisz, że ja się 

nie  wstydziłam  pokazać  wam  marmurowych  słoni?  I  przyznać  się,  że  nie  mam  normalnej 

herbaty, tylko wodorosty i pancerzyki chitynowe maczane w wanilii? 

- Jak  mogłaś  pomyśleć,  że  będziemy  się  śmiały?  -  westchnęłam.  -  Przecież  jesteśmy 

Bractwem Zeta. Na dobre i złe! 

- Wiecie,  jak  człowiek  choryje...  choruje,  tak?  Jak  człowiek  choruje,  to  ma  głupich 

myśli. Dużo głupich myśli - Emma powoli dochodziła do siebie, po jej policzkach nie płynęły 

już łzy. - Ja miałam fever... 

background image

- Gorączkę - podpowiedziałam. 

- Właśnie. Dużą gorączkę, nie wiedziałam, co mówię. 

- Majaczyłaś? - byłam przerażona. Emma była umierająca, a my nic nie wiedziałyśmy! 

- Majaczyłam,  tak...  I  mama  potem  mówi...  mówiła  mi,  że  krzyczałam,  że  nie  chcę, 

ż

ebyście przychodziły. Żeby was nie wpuszczała. 

- A  co  na  to  twoja  mama?  Nie  wytłumaczyła  ci,  że  to  głupie?  -  zapytała  Zuzia.  A 

Emma znów zagryzła wargi. 

- To  mama...  mama  zrobiła  tak,  że  myślałam,  że  lepiej  was  nie  zapraszać.  Jak  jej 

powiedziałam, gdzie mieszka Julka i jaki są jej rodzice... to znaczy, kto są... kim są... że mają 

te  pralnie,  dużo  pralni...  I  że  Żaba  ma  duży  stary  dom  i  ogród,  i  mamę  weterynarza,  i  tatę 

projektanta...  I  że  u  Zuzi  jest  tak  śliczno...  nie...  ślicznie.  ..  To  mama  powiedziała,  że  wstyd 

was  zapraszać,  powiedziała,  że  ciasnota,  bałagan  i  te  serwetki...  że  to  okropne.  A  ja 

pomyślałam, że ma rację. Że będziecie się śmiały. 

- Serwetki  są  przecudne  -  Julka  przytuliła  ją  do  siebie.  -  I  ta  kamienica,  uwielbiam 

stare  domy,  z  murami,  które  wiele  widziały.  Od  razu  się  czuje,  że  to  mieszkanie  naprawdę 

ż

yje. Że tu bije serce, że są emocje, miłość, smutek... Że ktoś tu płacze, śmieje się, marzy. Tak 

powinien wyglądać każdy dom. Mój tak nie wygląda. Mogę ci tylko zazdrościć. I tu pachnie 

zupą. Ogórkowa? Naprawdę? Od wieków nie jadłam zupy ogórkowej! U mnie w domu je się 

tylko wykwintne dania... 

- Chcecie  zupy?  -  Emma  chyba  nareszcie  zapomniała  o  smutkach.  -  Babcia 

nagotowała na trzy dni, wystarczy dla wszystkich. Siadajcie... 

background image

ROZDZIAŁ 3 

BZYK W ZAGRODZIE 

Po  zjedzeniu  zupy  i  wygłoszeniu  jeszcze  stu  lub  stu  dwudziestu  zachwytów  nad 

robionymi  przez  babcię  Emmy  serwetkami  i  poduszkami  przeszłyśmy  do  sprawy,  która  nas 

sprowadziła. 

- Karolina uparła się, żeby wpłacić pieniądze na fundację, którą prowadzi jej ciotka - 

referowała  Emmie  Zuzia.  -  I  trzymaj  się  mocno,  powiemy  ci,  czym  zajmuje  się  ta  fundacja. 

Trzymasz się? No więc słuchaj. Emerytowane stewardessy! 

- Stewardessy? - Emma chyba znów miała wrażenie, ze z jej polskim nie jest najlepiej. 

- Takie stewardessy z samolotu? One są takie biedne? 

- Właśnie  chyba  nie  są  -  wzruszyłam  ramionami.  -  Ale  Karolinie  to  nie  przeszkadza. 

Ona po prostu chce nas zdenerwować. Wkurzyć. Zrobić nam na złość. Zrobić coś, czego nie 

chcemy... 

- Jeśli  dojdzie  do  głosowania,  pewnie  przegramy  -  westchnęła  Zuzka.  -  Pewnie  już 

namówiła pół klasy, żeby było za tymi jej stewardessami. 

- Ludzie u nas w klasie nie są tacy głupi! - zdenerwowałam się. - Przecież wiedzą, że 

Zambijczycy  bardziej  potrzebują  pomocy  niż  jakieś  stewardessy.  Nawet  te  emerytowane. 

Ludzie w Zambii umierają z głodu na ulicach, a stewardessy nie! 

- A skąd oni mają to wiedzieć? - zapytała Emma. - Miałyście referat? Jak poszło? 

- Nie miałyśmy - pokręciłyśmy we trzy głowami. 

- Mądra zgodziła się poczekać na twój powrót. To przecież nasza wspólna prezentacja 

- dodała Julka. 

- Kiedy  mamy  z  nią  lekcję?  -  zapytała  Emma.  -  Nie  pamiętam  już  planu  przez  tę 

chorobę. 

- Normalnie  w czwartek, ale jutro ma z nami zastępstwo na historii -  wyjaśniłam. -  I 

Karolina  chce,  żebyśmy  właśnie  jutro  głosowali  w  sprawie  tych  stewardess.  I  oddały  jej 

pieniądze. 

- Nie  wpłaciłyście  ich?  -  zdziwiła  się  Emma.  -  Przecież  miałyście  wybrać  fundację  i 

wpłacić! 

- Czekamy na ciebie - powiedziałyśmy zgodnie. A Zuzka dodała: 

- Napracowałaś  się  przy  tych  zniczach  jak  nikt,  nic  nie  wydarzy  się  bez  ciebie.  Gdy 

wrócisz, otworzymy skarbonkę. Nawet nie sprawdziłyśmy, ile tam jest pieniędzy. 

background image

- Jutro wracam! - postanowiła Emma. I zamyśliła się na chwilę. - Wiecie co... Musimy 

jutro  zrobić  tę  prezentację.  Żeby  wszyscy  wiedzieli,  co  to  jest  bieda.  I  głód.  Żeby  mogli... 

compare, jak to będzie po polsku? 

- Porównać  -  podpowiedziałyśmy  chórem.  Porównać  głód  w  Zambii  z  problemami 

byłych stewardess. Tak, to brzmiało sensownie. 

- A  Mądra  nic  Karolinie  nie  mówiła?  -  spytała  jeszcze  Emma.  -  Ona  widziała  nasz 

napis, ten na prześcieradło. Ten, że zbieramy na głodnych. 

- My jej chyba, szczerze mówiąc, nie dałyśmy dojść do głosu - powiedziała Julka. - Ja 

poprosiłam,  żeby  poczekała  z  tą  sprawą  do  jutra.  Bo  chciałam,  żebyś  była  na  tej  lekcji. 

Ż

ebyśmy  były  wszystkie.  Żebyśmy  stanęły,  zjednoczone  przed  małostkową  Karoliną. 

Ż

ebyśmy były razem. 

- I będziemy - uśmiechnęła się Emma. - Jestem zdrowa, przyjdę do szkoły. I wygramy. 

Nie po to tam zamarzłyśmy, by teraz oddać pieniądze stewardessom! 

- Zmarzłyśmy,  a  nie  zamarzłyśmy,  na  szczęście  -  poprawiłam  ją.  I  wszystkie 

roześmiałyśmy się, przekonane, że następnego dnia jakoś sobie poradzimy z Karoliną, skoro 

Bractwo Zeta znów będzie w komplecie... 

- Chodźmy do mnie do domu! - poderwała się nagle z krzesła Julka. - Albo do Zuzki... 

Nie wiem,  gdzie będzie  bliżej? Chodźmy, muszę wam coś pokazać w  Internecie! To bardzo 

ważne,  to  może  jutro  wszystko  zmienić!  Może  sprawić,  że  nawet  nieczułe  serce  Karoliny 

zapłacze rzewnymi łzami! 

- Do  mnie  chyba  jednak  jest  bliżej  niż  do  ciebie  -  powiedziała  Zuzia.  A  ja  i  Emma 

szybko wymieniłyśmy porozumiewawcze spojrzenia: jak to dobrze, że idziemy do niej, a nie 

do  Julki!  U  Zuzi  jest  co  prawda  ciasno,  a  monitor  komputera  czasami  miga  lub  nagle  się 

wyłącza  ze  starości,  tam  jednak  nie  ma  przynajmniej  pana  Ździebełko.  Wielkiego  i 

przerażającego krzykacza... Zdecydowanie wolałyśmy siedzieć przy komputerze Zuzi. Jej tata 

na  pewno  nie  powie,  że  żałuje,  że  nie  oddał  jej  do  domu  dziecka,  kiedy  była  mała.  Usmaży 

nam  jajecznicę  i  opowie  siedemnaście  dowcipów,  przy  których  popłaczemy  się  ze  śmiechu. 

Może nawet da się namówić na udawanie kangura, tak jak ostatnio? Nie mogłam uwierzyć, że 

nie  znalazł  pracy  w  swoim  zawodzie.  Nie  znam  się  na  teatrze,  ale  -  moim  zdaniem  -  to 

ś

wietny  aktor.  Julka  i  Emma  także  tak  myślą,  nieraz  przecież  o  tym  rozmawiałyśmy.  A  on, 

biedny,  musi  sprzedawać  ubezpieczenia...  Nigdy  nie  narzeka,  mówi,  że to  lubi,  ale  ja  wiem, 

ż

e wolałby być aktorem niż brokerem. Każdy by chyba wolał, nawet ja. Oczywiście, gdybym 

nie mogła zostać lekkoatletką... 

Spędziłyśmy u Zuzi całą noc. Jej tata zamiast jajecznicy zrobił nam co prawda omlet, 

background image

ale  reszta  zgadzała  się  z  moimi  przewidywaniami:  opowiedział  nam  co  najmniej  dziesięć 

bardzo, bardzo śmiesznych dowcipów, z czego jeden był po czesku, a dwa po angielsku. Ten 

człowiek  po  prostu  nie  zna  słabych  dowcipów!  Przy  każdym  tarzamy  się  ze  śmiechu. 

Zaparzył nam też herbatę, do której dolał syropu lipowego. 

- Strasznie dziś zimno, to profilaktyka, żebyście się nie poprzeziębiały - powiedział. - 

Zwłaszcza ty, Emma, taka jesteś bladziutka po tej chorobie... 

Mama Zuzi też użalała się nad Emmą. 

- Kochanie, ty chyba jeszcze schudłaś? - oglądała ją uważnie, podnosząc głowę znad 

klasówek,  które  sprawdzała  do  północy  albo  i  dłużej.  Zajrzałam  jej  przez  ramię:  wszystko 

pokreślone na czerwono, widziałam co najmniej trzy jedynki i dwie dwóje. Jak to dobrze, że 

pani Zawadzka nie uczy w naszej klasie! 

Na  szczęście  i  pani  Zawadzka,  i  jej  mąż  byli  zbyt  zajęci,  by  dotrzymywać  nam 

towarzystwa przez cały wieczór. 

- Będziecie siedzieć przy komputerze? - zainteresował się tym, co robimy, tata Zuzki. 

- Tylko nie idźcie spać za późno! Jutro macie lekcje! 

- Nie  pójdziemy  spać  za  późno  -  obiecała  Zuzia.  No  i  dotrzymałyśmy  słowa... 

Właściwie  dotrzymałyśmy.  Po  prostu  nie  położyłyśmy  się  wcale.  Prosto  od  komputera 

wyruszyłyśmy  do  szkoły.  Trochę  nieprzytomne,  z  lekko  bolącymi  głowami,  ubrane  znowu, 

jak drugiego września, w ciuchy Zuzi, na wszystkie z nas ciut za szerokie i trochę bardziej niż 

ciut za krótkie... Miałyśmy jednak poczucie, że zrobiłyśmy wszystko, co w naszej mocy, dla 

biednych, głodujących Zambijczyków. Miałyśmy plan i chciałyśmy przekonać do niego całą 

klasę. Nawet Karolinę. 

Przez pierwsze cztery lekcje siedziałyśmy jak na szpilkach. Dlaczego to zastępstwo z 

Mądrą na historii było tak późno? Dlaczego nie mogłyśmy mieć już tego za sobą? 

Coraz  bardziej  chce  mi  się  spać!  -  napisała  Zuzia  na  kartce  wyrwanej  z  zeszytu  do 

chemii. 

A ja zaczynam widzieć podwójnie! - odpisałam równie dramatycznie. - Dwóch Bzyków 

z dwoma menzurkami i dwoma dziennikami z ręku! To gorsze niż horror w telewizji! 

Może oceny też zobaczysz podwójnie? I będą się sumowały? Dwie dwóje to czwórka, 

nie byłoby źle - pismo Zuzi było jakieś rozedrgane, sama nie wiedziałam, czy z nerwów, czy 

ze zmęczenia. - Nic nie umiem, jak mnie zapyta, to koniec! 

Oczywiście  Bzyk,  nasz  chemik,  poprosił  Zuzię,  by  mu  asystowała  przy 

przeprowadzaniu  doświadczenia.  Słowo  „asystowanie”  brzmiało  niewinnie,  ale  okazało  się, 

ż

e trzeba mu podawać potrzebne składniki... a jakie, należało zgadnąć na podstawie materiału 

background image

z  poprzedniej  lekcji.  Żadna  z  nas  jednak  nic  nie  pamiętała  z  poprzedniej  lekcji.  Nie 

zajrzałyśmy  do  zeszytów...  Tylko  Emma  była  usprawiedliwiona,  leżała  wtedy  w  domu  i 

leczyła  się  z  przeziębienia.  Emmy  jednak  Bzyk  nie  pytał.  Nad  Zuzią  za  to  pastwił  się  przez 

dziesięć  minut  i  w  końcu  odesłał  ją  na  miejsce  z  jedynką.  Jej  niestety  nie  widziałam 

podwójnie, nie dała się zsumować choćby w dwóję... 

- Twoja  mama  chyba  się  rozpłacze,  kiedy  usłyszy,  jak  dalece  nie  przejmujesz  się  jej 

ukochanym przedmiotem - kręcił głową Bzyk, gdy Zuzia już siedziała w ławce, walcząc nie 

tyle  z  poczuciem  winy,  ile  z  kolejnym  atakiem  ziewania.  -  Zacznij  się  uczyć,  moja  panno, 

miej litość dla matki! To wybitny umysł! 

- Poprawię się na następnej lekcji, jeśli pan się zgodzi - usiłowała powiedzieć Zuzka. 

Usiłowała,  bo  słowa  ,jeśli  pan  się  zgodzi”  zostały  stłumione  przez  potężne  ziewnięcie  i 

zabrzmiały raczej jak jeśli pan w zagrodzie”. A przecież niezupełnie o to jej chodziło... Bzyka 

w zagrodzie wyobrazić sobie było raczej trudno. On chyba w ogóle nie wychodzi z pracowni 

chemicznej! 

Karolina  od  rana  łypała  na  nas  bez  przerwy,  a  w  jej  wzroku  mieszał  się  triumf  z 

odrobinką niepewności. Tylko z odrobinką. Była pewna, że klasa stanie po jej stronie. 

Nie patrz na nią - napisała Zuzia, widząc, że zaciskam dłonie ze złości. - Nie patrz! Po 

lekcji z Mądrą to my będziemy triumfować. 

Miałam nadzieję, że się nie myli. Zrobiłyśmy wszystko, żeby tak było. 

background image

ROZDZIAŁ 4 

BĘDZIEMY MIEĆ DZIECKO 

Dzień  dobry  -  powiedziała  Marta  Mądra,  wchodząc  do  klasy.  Wyglądała  tak,  jakby 

miała  zdawać  jakiś  ważny  egzamin.  Biała  bluzka,  włosy  nie  związane  jak  zwykle  w  koński 

ogon, lecz upięte starannie w kok... 

Chyba chce wyglądać poważniej niż zwykle - napisała Zuzia. 

Raczej  jej  nie  wyszło,  wygląda  jak  dzieciak  na  rozpoczęciu  roku  -  odpisałam 

błyskawicznie. A potem podniosłam się z miejsca. 

- Chciałybyśmy  prosić  o  zgodę  na  przeprowadzenie  naszej  prezentacji  o  Zambii 

dzisiaj, na tej lekcji - powiedziałam. - To może mieć ogromny wpływ na sprawę skarbonki i 

głosowanie, którego domaga się Karolina. 

- Nie  będzie  glosowania  -  powiedziała  Mądra  strasznie  poważnie.  I  strasznie 

zdenerwowana. - Przemyślałam wszystko, to była wasza inicjatywa, to wy cztery zrobiłyście 

znicze i wy stałyście pod cmentarzem przez całą sobotę i niedzielę. Emma przypłaciła to cho-

robą.  Wybrałyście  cel,  na  który  zbieracie  pieniądze.  Nie  robiłyście  tego  tak  sobie,  żeby  po 

prostu  się  rozerwać  i  postać  trochę  pod  cmentarzem...  Miałyście  cel  już  wtedy,  kiedy 

zaczynałyście  tę  akcję.  Wypisałyście  go  farbą  na  białym  prześcieradle,  zrobiłyście  z  niego 

ogromny transparent... I ludzie właśnie dlatego dawali wam pieniądze, często znacznie więcej 

niż chciałyście za znicze. Bo byli wzruszeni. 

- Nic  nie  wiem  o  żadnym  transparencie!  Na  pewno  zrobiono  go  za  pieniądze  ze 

składek  uczniowskich!  -  zapiszczała  Karolina.  -  Bez  uzgodnienia  ze  skarbnikiem!  To 

defraudacja! 

- Karolino,  uspokój  się  natychmiast  i  daj  mi  skończyć!  -  nasza  wychowawczyni 

naprawdę  zachowywała  się  zupełnie  inaczej  niż  zwykle.  -  Mamy  zdjęcia,  Zuzia 

dokumentowała całą Akcję Znicz. Mogę pokazać tym, którzy jeszcze nie widzieli. Karolinko, 

jesteś  zainteresowana?  Proszę,  oto  zdjęcie.  Transparent  to,  jak  już  mówiłam,  prześcieradło. 

Stare  prześcieradło,  które  przyniosła  z  domu  Kasia  Żabniak.  Farby  i  pędzle  też  należały  do 

dziewczynek.  Zapewniam  cię,  że  nie  wydały  ani  złotówki  z  funduszy  klasowych.  Proszę, 

podejdź i przeczytaj głośno, co jest napisane na transparencie. 

- ”Uczennice  gimnazjum  z  ulicy  Asnyka  zbierają  pieniądze  na  pomoc  głodującym  w 

Afryce”... - przeczytała Karolina cicho i bardzo powoli. 

- No właśnie, to był cel - powiedziała Mądra, też bardzo powoli, ale o wiele głośniej. - 

background image

I na ten konkretny cel ludzie dawali pieniądze. Nie kupowali zniczy dlatego, że były śliczne, 

ale dlatego, że chcieli pomóc głodującym w Afryce. Musimy przeznaczyć całą zebraną kwotę 

właśnie  na  ten  cel.  Inaczej  oszukalibyśmy  wszystkie  osoby,  które  kupiły  znicze.  I  te,  które 

wrzuciły  monety  i  banknoty  do  puszki,  nawet  nie  kupując  znicza.  Po  prostu  po  to,  żeby 

pomóc.  To  już  nie  jest  sprawa  naszej  klasy  ani  nawet  szkoły.  To  sprawa  wszystkich,  którzy 

byli  wtedy  na  cmentarzu.  Nawet  tych,  którzy  nie  dali  ani  grosza.  Oni  też  widzieli  napis. 

Myślą, że ktoś z naszej szkoły pomaga głodującym. Jeśli nie wpłacimy pieniędzy na ten cel, 

oszukamy ich. 

Nie  przyszło  mi  to  do  głowy!  Żadnej  z  nas  nie  przyszło!  Ależ  ta  nasza  Mądra  jest 

jednak mądra. Przecież to był najważniejszy, niezbity argument! Nie wolno wydać pieniędzy 

na inny cel niż ten, na który były zbierane. To byłoby oszustwo wobec ofiarodawców! 

- Mam  nadzieję,  że  dyskusja  jest  już  zamknięta,  prawda?  -  nasza  wychowawczyni 

powiodła wzrokiem po całej klasie. 

- Ale przecież... - Karolina chyba jednak miała jeszcze coś do powiedzenia. 

- Karolinko,  pomyśl,  zanim  coś  powiesz,  tylko  o  to  cię  proszę  -  Mądra  była  chyba 

bardzo  zdenerwowana.  -  Pomyśl,  zanim  powiesz,  że  emerytowane  stewardessy  potrzebują 

tych pieniędzy bardziej niż głodujący w Afryce. Bo jeśli to powiesz, będzie ci potem strasznie 

wstyd. Potem, kiedy zrozumiesz swój błąd. 

Karolina  zrobiła  się  czerwona  jak  burak,  spuściła  głowę  i  nie  odezwała  się  ani 

słowem. Odezwała się za to jej przyjaciółka, Monika Frankowska. 

- Popieram Karolinę - zapiszczała. - Te stewardessy są Polkami, a o tamtych ludziach 

właściwie nic nie wiemy. 

- Dowiecie  się,  właśnie  w  tym  celu  każda  grupa  przygotowuje  prezentację  o  jakimś 

kraju  -  powiedziała  nasza  wychowawczyni.  -  Gdy  wysłuchacie  Kasi,  Zuzi,  Julii  i  Emmy, 

będziecie  wiedzieć  o  Zambii  i  jej  mieszkańcach  bardzo  dużo.  Ale  nawet  teraz,  kiedy  nie 

wiecie,  powinno  wam  wystarczyć  słowo  „głodujący”.  Tam  ludzie  umierają,  bo  nie  mają 

jedzenia. Czy naprawdę myślisz, że emerytowane stewardessy masowo umierają z głodu? 

- One mają inne problemy, równie poważne - Monisia w ogóle się nie speszyła! - Mają 

ż

ylaki,  są  całe  dnie  na  nogach.  Mają  problemy  ze  słuchem  z  powodu  ciągłych  zmian 

ciśnienia.  Mają  chore  kręgosłupy.  Wiele  z  nich  musi  mieć  operacje  nóg,  przez  te  żylaki 

właśnie. Wie pani, jakie to okropne? 

- Domyślam  się  -  Marta  Mądra  wyglądała,  jakby  nie  była  pewna,  czy  ją  ta  cała 

sytuacja bardzo bawi, czy bardzo wkurza. - Moja przyjaciółka też ma żylaki i też wybiera się 

na  operację.  Opłacaną  z  ubezpieczenia.  Ale  tak  naprawdę  to  nie  ma  żadnego  znaczenia. 

background image

Zastanów  się,  Moniczko,  zastanówcie  się  wszyscy:  czy  wolelibyście  mieć  żylaki,  nawet 

najokropniejsze,  czy  umierać  z  głodu  i  nie  mieć  możliwości  zjedzenia  choćby  kawałka 

chleba. Dla mnie wybór jest prosty. 

- To co, będziemy glosować? - zapytała Monika. A Mądra chyba nagle zdecydowała, 

ż

e jednak jest znacznie bardziej wkurzona niż rozbawiona. 

- Nie  będziemy  glosować,  już  to  wyjaśniłam.  Cel  został  wyznaczony  i  pieniądze 

przeznaczone są dla głodujących w Afryce. To zamyka sprawę. 

- A  jak  my  przekażemy  te  pieniądze  głodującym?  -  Karolina  złapała  drugi  oddech.  - 

Może Zuza albo Emma wybiorą się wręczyć je osobiście? 

Nie czekając, co powie Marta Mądra, Zuzka podniosła się z krzesła. 

- Mamy  już  plan  -  powiedziała.  -  Wszystko  sprawdziłyśmy,  jest  wiele  organizacji 

mających kontakt z misjonarzami w Zambii i w innych krajach w Afryce. Wybrałyśmy ruch 

Maitri.  Istnieje  od  wielu  lat,  jest  świetnie  zorganizowany...  ma  kontakt  z  misjonarzami  i 

zakonnicami w wielu krajach. Byłyśmy na stronie internetowej tego ruchu, działającego przy 

parafii  w  Gdańsku,  dzwoniłyśmy  tam...  Jesteśmy  pewne,  że  nasze  pieniądze  trafią  do 

najbardziej potrzebujących. Oni działają przede wszystkim w Rwandzie, ale pewien miły pan, 

a  może  ksiądz,  z  którym  rozmawiałyśmy  przez  telefon,  powiedział,  że  skoro  zależy  nam  na 

Zambii, postara się jakoś to załatwić... Ale nawet jeśli pieniądze trafią jednak do Rwandy albo 

Sudanu,  a  nie  do  Zambii,  to  przecież  to  jest  wciąż  Afryka  i  wciąż  głodujący,  więc  cel,  na 

który zbierałyśmy, zostanie ten sam... 

- Można  wybrać,  na  co  się  chce  przeznaczyć  pieniądze.  Na  dożywianie 

najbiedniejszych  dzieci,  na  szkołę  dla  dziewcząt,  których  sytuacja  jest  często  gorsza  niż 

chłopców... - wtrąciła się Julka. - A my zdecydowałyśmy, że adoptujemy dziecko. 

Po klasie przeszedł szmer. 

- Jesteście  niepełnoletnie,  chyba  nie  możecie...  -  Marta  Mądra  była  wyraźnie 

zaskoczona. Roześmiałyśmy się, wszystkie cztery. 

- To  nie  jest  prawdziwe  adoptowanie  -  usiłowała  wyjaśnić  Emma.  -  Nie  takie,  że 

dziecko tu przyjedzie i będziecie mieszkanie... mieszkało z nami w domu. Nie takie. 

- To  adopcja  serca  -  przyszłam  jej  z  pomocą.  -  Wspiera  się  konkretne  dziecko  w 

Afryce. Dzięki nam będzie miało jedzenie i ubrania. A może nawet pewnego dnia misjonarze 

kupią  mu  kozę...  Podobno  w  najbiedniejszych  wsiach  w  Afryce  kto  ma  kozę,  ten  jest 

prawdziwym burżujem. 

- I  można  z  tym  dzieckiem  pisać  listów!  -  Emma  była  zachwycona  tym  pomysłem.  - 

To może być sierotek, po wojnie bez rodziców, może my będziemy jego jedyna rodzina. 

background image

- To  kosztuje  piętnaście  dolarów  miesięcznie  -  powiedziała  praktyczna  jak  zwykle 

Zuzia. Emma o miłości, ona o pieniądzach. No, ale przecież właśnie o pieniądze była ta cała 

awantura.  -  Mamy  nadzieję,  że  tego,  co  mamy  w  skarbonce,  wystarczy  na  kilka  miesięcy. 

Oczywiście w przeliczeniu na złotówki. 

- Myślimy,  że  lepiej  pomagać  konkretnej  osobie,  choćby  jednej,  i  mieć  świadomość, 

ż

e zmieniamy jej życie... - Julka oczywiście całkowicie pominęła wątek finansowy. - I dać tej 

osobie, temu dzieciakowi, pewnie młodszemu od nas, poczucie bezpieczeństwa. To cudowne. 

Dzięki  nam  będzie  wiedział,  że  nigdy  nie  zabraknie  mu  jedzenia,  i  będzie  mógł  chodzić  do 

szkoły,  i  będzie  miał  ubrania.  Będzie  wiedział,  że  ktoś  tutaj  o  nim  myśli,  że  nosimy  go  w 

sercach. Ta świadomość może być dla niego nawet ważniejsza niż miseczka ryżu. 

Kiedy o tym mówiła, prawie miałam łzy w oczach. I Marta Mądra chyba też! Byłam 

niemal pewna, że tak. A Julka mówiła dalej. 

- Dostaniemy  zdjęcie  tego  dziecka,  już  dziś  czuję,  jak  po  kręgosłupie  przebiegają  mi 

dreszcze  na  myśl  o  małym...  nie,  nie  synku,  raczej  braciszku  czy  siostrzyczce  z  Afryki.  O 

tym,  że  gdzieś  tam  jest  małe  Murzyniątko,  którego  życie  zmienimy.  Opłacało  się  stać  pod 

cmentarzem choćby i cały tydzień, żeby tego dokonać. 

- To wspaniały pomysł - powiedziała Mądra. - Wspaniały. Mam nadzieję, że pieniędzy 

ze  skarbonki  wystarczy  co  najmniej  na  roczną  pomoc.  Ale  co  potem?  Bierzecie  na  siebie 

ogromną  odpowiedzialność.  Nie  możecie  sprawić  temu  dziecku  zawodu  i  przestać  płacić, 

kiedy skończą się pieniądze z tej zbiórki. 

- Urządzimy następną zbiórkę, dziesiątki zbiórek - obiecała Zuzia, unosząc dwa palce 

jak mała harcerka do ślubowania. - To dziecko nigdy się na nas nie zawiedzie. 

- To  może  policzymy  pieniądze?  -  zaproponowała  Mądra.  Wyglądała,  jakby  chciała 

uściskać Zuzię, ale szybko się opanowała i po prostu wzięła skarbonkę z jej rąk. Zerwała obie 

plomby i wysypała zawartość na biurko. Byłam zaskoczona, że jest tam aż tyle banknotów! 

- Sama  sobie  nie  poradzę  z  liczeniem  -  uśmiechnęła  się  nasza  wychowawczyni.  - 

Zuziu, Kasiu, Emmo, Julciu, chodźcie mi pomóc. Gdyby nie wy, nie byłoby tu ani złotówki. 

- I nie byłoby kłopotu - syknęła Karolina. Na szczęście Marta Mądra tego nie słyszała. 

A może tylko udawała, że nie słyszy? 

- Dwa  tysiące  trzysta  siedemnaście  złotych  i  dwadzieścia  osiem  groszy!  -  oznajmiła 

Mądra,  gdy  przeliczono  pieniądze  po  raz  trzeci.  A  mnie  po  plecach  przebiegł  dreszcz, 

dokładnie taki, o jakim  mówiła Julka. Mnóstwo pieniędzy!  Usiłowałam szybko policzyć, ile 

to będzie dolarów. Tak  mniej więcej,  chociaż mniej więcej... Gdyby to było sto pięćdziesiąt 

dolarów,  wystarczyłoby  na  dziesięć  miesięcy.  Czyli  prawie  cały  rok!  Ale  czy  to  możliwe, 

background image

ż

eby było aż tyle? 

- Nie  znam  dzisiejszego  kursu  dolara  -  powiedziała  Zuzia  głośno,  kreśląc  coś  na 

kartce.  -  Ale  według  kursu  z  wczoraj  to  będzie  ponad  pięćset  siedemdziesiąt  dziewięć 

dolarów. Prawie pięćset osiemdziesiąt. Gdybyśmy chcieli przeznaczyć to dla jednego dziecka, 

wystarczyłoby prawie na cztery lata. 

Jak  ona  to  policzyła?  W  okamgnieniu,  bez  kalkulatora?  Nawet  jeśli  nie  chciała  być 

umysłem ścisłym, to jednak, mimo wszystko, nim była. 

- Chyba  nie  ma  sensu  wpłacać  pieniędzy  z  góry,  na  taki  długi  czas  -  mówiła  dalej 

Zuzka.  My  jeszcze  nie  zdążyłyśmy  złapać  oddechu,  jeszcze  nie  zdążyłyśmy  uwierzyć,  że 

zebrałyśmy  aż  tyle...  A  Zuzka  ma  już  wszystko  przeliczone  i  przemyślane.  Ona  jest  jednak 

niesamowita! - Może więc, zamiast jednego dziecka, weźmiemy pod opiekę dwoje? Co wy na 

to?  Jakieś  rodzeństwo?  Przecież  nie  wolno  rozdzielać  rodzeństwa  w  czasie  adopcji...  nawet 

jeśli  to  tylko  adopcja  serca.  Skoro  jedno  będzie  miało  co  jeść,  drugie  też  powinno,  prawda? 

Wpłacimy  trzysta  sześćdziesiąt  dolarów,  za  cały  rok,  za  dwójkę  dzieci.  Zostanie  jeszcze 

dwieście,  i  to  możemy  przeznaczyć  na  dożywianie  innych,  anonimowych,  najbardziej 

potrzebujących dzieciaków. Myślicie, że to byłoby dobre rozwiązanie? 

- Świetne  -  pokiwałyśmy  głowami.  A  Marta  Mądra  tym  razem  już  się  nie 

powstrzymała i ucałowała w policzek każdą z nas. 

- Jesteście bardzo dzielne! - powiedziała, a z jej oczu popłynęły dwie wielkie łzy. 

- Dzielne, też coś! - prychnęła Karolina. - Co to za suma, dwa tysiące?! Myślałam, że 

zebrałyście  z  dziesięć.  To,  co  zebrałyście,  byłoby  wstyd  dać  emerytowanym  stewardesom. 

Każda z nich ma pewnie większą emeryturę! Tylko by nas wyśmiały! 

- No  to  dobrze,  Karolinko,  że  jesteś  zadowolona  -  powiedziała  lodowatym  głosem 

Marta Mądra. - Nie wygłupiłaś się, z takimi grosikami... A w Afryce uratują one życie kilku 

osobom. 

- Brawo,  dziewczyny,  dobra  robota!  -  zaczął  klaskać  Mateusz.  Kilka  osób 

zawtórowało  mu,  ale  nawet  nie  wiem  kto...  Mnie  też  po  policzkach  spływały  łzy,  trochę  ze 

wzruszenia,  że  pomożemy  tym  dzieciakom  w  dalekiej  Afryce,  a  trochę  z  ulgi,  że  Karolina 

nareszcie przestanie się nas czepiać. Nie doceniłam jej jednak. 

- Ale  czy  pani  dobrze  sprawdziła  plomby  na  puszce?  -  zapytała  z  niewinną  minką.  - 

Bo  skoro  tam  jest  tak  mało  pieniędzy,  to  może  one  coś  zabrały?  W  końcu  nigdy  nic  nie 

wiadomo...  Z  naszych  składek  na  Dzień  Nauczyciela  do  dziś  się  nie  rozliczyły.  A  przecież 

wszyscy wiemy, że schowały te pieniądze do kieszeni, a dały pani jakieś rupiecie, które miały 

w  domu,  jakieś  niepotrzebne  starocie.  Aż  wstyd  tak  potraktować  wychowawcę!  Ale  nikogo 

background image

nie chciały słuchać, zrobiły po swojemu... I co, nie wstyd wam? Powiedzcie przynajmniej, co 

sobie za to kupiłyście! 

Prawie  cała  klasa  zaczęła  protestować  i  uciszać  Karolinę.  Ja,  Julka  i  Emma 

siedziałyśmy  bez  ruchu.  Po  prostu  nas  zatkało.  Jak  ona  mogła  posunąć  się  aż  do  tego?!  Jak 

mogła być aż tak niesprawiedliwa?! 

- Proszę, oto paragony - Zuzia na szczęście była odporniejsza i nie zatkało jej tak jak 

nas.  Wyjęła  z  torby  starannie  złożone  kwitki  ze  sklepu  i  z  kwiaciarni  i  podała  Karolinie.  - 

Możesz przeliczyć. Nie została ani złotówka. 

- Ty  jesteś  chyba  chora  psychicznie  -  powiedział  Rafał  do  Karoliny,  patrząc  z 

niedowierzaniem. - Idź do lekarza dla własnego dobra. 

- Ty nawet nie wiesz, jak dziewczyny się napracowały - wtrącił Mateusz. - I na Dzień 

Nauczyciela, i teraz... 

Nie wydały na te znicze ani grosza, zebrały szklanki i stare świece, dostały od mamy 

któregoś  z  chłopaków  z  trzeciej  klasy  trochę  sznurka,  od  czyjejś  cioci  trochę  parafiny... 

Chodziły  po  wszystkich  klasach,  malowały  plakaty  i  ten  napis  na  prześcieradle... 

Napracowały się, a ty im ubliżasz. To jakaś paranoja! Rafał ma rację, powinnaś się leczyć. 

- Karolino,  zostań  po  lekcji,  musimy  porozmawiać  -  zdecydowała  Marta  Mądra.  -  A 

wy,  dziewczynki,  idźcie  jeszcze  dziś  do  banku  wpłacić  pieniądze.  Przy  ratowaniu  czyjegoś 

ż

ycia liczy się każda minuta. Im szybciej, tym lepiej. Jeśli chcecie, pójdę z wami po siódmej 

lekcji. 

- A  nasza  prezentacja?  -  Julka  spojrzała  niepewnie  na  zegarek.  -  Chyba  już  nie 

zdążymy... 

- Wasza  prezentacja  musi  jeszcze  trochę  poczekać  -  westchnęła  Mądra.  -  Dziś  całą 

lekcję  zajęły  nam,  niestety,  wątpliwości  Karoliny.  Mam  przynajmniej  nadzieję,  że 

rozwialiśmy wszystkie... 

background image

ROZDZIAŁ 5 

MOJA MAMA PISZE KLASÓWKĘ 

Karolina  od  tamtego  dnia  wyraźnie  nas  unikała.  Od  kilku  osób  słyszałyśmy,  że 

szykuje  jakąś  szałową  andrzejkową  imprezę  u  siebie  w  domu.  Były  podobno  zaproszone 

wszystkie dziewczyny z naszej klasy. Wszystkie oprócz naszej czwórki. Ale nas akurat wcale 

to nie martwiło. Miałyśmy własne plany. 

- Dziś od razu po lekcjach idziemy do mnie - przypomniałam Julce, Zuzce i Emmie w 

sobotę z samego rana. 29 listopada wypadł w tym roku właśnie w sobotę, a więc andrzejkowa 

noc, w przededniu imienin Andrzeja, była nocą weekendową. Niestety, w naszej szkole była 

to  sobota  robocza.  Chyba  jedyna  w  tym  roku.  Odrabialiśmy  10  listopada,  który  był  wolny... 

Poniedziałek  przed  Dniem  Niepodległości.  No,  ale  i  tak  miło  się  złożyło,  że  andrzejki  nie 

wypadały  w  środę,  czwartek  albo  poniedziałek.  Przynajmniej  nie  miałyśmy  wyrzutów 

sumienia, że się nie wyśpimy i znów coś zawalimy, jak Zuzka odpowiedź u Bzyka. Poprawiła 

ją, oczywiście, ale i tak miała ciężką przeprawę z mamą. Nie chciałyśmy mieć więcej takich 

przeżyć.  Bardzo  nas  więc  cieszyło  to,  że  po  andrzejkowych  szaleństwach  będziemy  miały 

całą niedzielę na sen, odpoczynek - no i na naukę, niestety. 

- Pewnie,  że  idziemy  do  ciebie!  -  uśmiechnęła  się  Julka  -  Najpierw  musimy  tylko 

wpaść  do  Emmy  po  świeczki,  które  zostały  z  Akcji  Znicz.  Z  czegoś  przecież  musimy  ten 

wosk  zrobić...  Ale  impreza  musi  być  u  ciebie!  Nie  wyobrażam  sobie  lania  wosku  nigdzie 

indziej.  U  ciebie  jest  taka  magiczna  atmosfera.  Na  strychu  jest  po  prostu  niesamowicie,  tak 

jakby tam wróżyły sobie przed nami całe pokolenia panien... Definitywnie jest to wymarzone 

miejsce na taką czarodziejską noc. Może nawet odwiedzi nas jakiś duch? 

Brr!  Wcale  nie  chciałam,  żeby  jej  życzenie  się  spełniło!  Już  raz  spotkałam  na  tym 

strychu ducha, a przynajmniej tak mi się wydawało, i wolałam, żeby to się nie powtórzyło. 

- Ja  nie  mogę  nigdy  iść  po  lekcjach.  Do  Żaby  ani  nigdy  -  powiedziała  Emma.  A  ja 

poprawiłam ją odruchowo: 

- Ja  nie  mogę  nigdzie  iść  po  lekcjach,  do  Żaby  ani  nigdzie  -  i  dopiero,  gdy  to 

powiedziałam,  dotarł  do  mnie  sens  jej  słów.  -  Jak  to:  nie  możesz?  Przecież  jesteśmy 

umówione? 

- Andrzejki są raz w roku, nie da się tego przełożyć i lać wosku za tydzień! Ani nawet 

jutro! - zdenerwowała się Zuzia. 

- Nie  chcesz  zobaczyć,  co  szykuje  ci  przeznaczenie,  jakie  ma  wobec  ciebie  plany?  - 

background image

zdziwiła się Julka. - Czy czeka na ciebie książę z bajki, czy tylko Krzysiek Więcek? 

- Ja  lubię  Krzyśka  -  zaczerwieniła  się  Emma.  -  Wolę  go  niż  książę  Wiliama.  Albo 

książę Harry'ego... 

- Księcia,  mówi  się  księcia  -  poprawiła  ją  Julka.  -  Mnie  nie  chodzi  o  takiego  byle 

jakiego  księcia  z  Anglii.  Mówię  o  prawdziwym  romantycznym  kochanku,  człowieku,  który 

będzie  cię  nosił  na  rękach,  który  będzie  pisał  dla  ciebie  wiersze  i  czytał  je  w  blasku  świec 

albo wśród jesiennych liści przy pełni księżyca. 

- Jesienią siedzenie na trawniku wśród liści może się skończyć przeziębieniem, już we 

wrześniu  zdarzają  się  nocne  przymrozki  -  sprowadziła  nas  na  ziemię  Zuzka  i  przeszła  do 

sedna sprawy. - Kurczę, Emma, jak to nie możesz iść? Dlaczego? 

- Moja mama ma klasówkę - wyjaśniła Emma. I sprawiła, że wszystkie trzy dokładnie 

zbaraniałyśmy. Jak to: klasówkę? 

- Pani  Adams  poszła  do  szkoły?  -  domyśliła  się  Julka.  -  Chce  zrobić  maturę?  No  to 

super! Przyjęli ją w połowie semestru, w listopadzie? 

- Poszła do szkoły w październiku, tuż przed zniczami... 

- Przed  Wszystkimi  Świętymi  -  pokiwałyśmy  głowami.  No  tak,  wtedy  byłyśmy 

wszystkie  cztery,  a  zwłaszcza  Emma,  tak  przejęte  zbieraniem  szklanek,  słoików  i  starych 

ś

wieczek,  że  nie  rozmawiałyśmy  o  niczym  innym.  A  potem  Emma  się  rozchorowała  i  nie 

widziałyśmy  się  przez  dwa  tygodnie.  A  gdy  w  końcu  się  spotkałyśmy,  zaczęła  się  sprawa 

Karoliny  i  emerytowanych  stewardess.  A  jeszcze  później  zajęłyśmy  się  planowaniem 

andrzejkowej  imprezy.  Nic  dziwnego,  że  nie  rozmawiałyśmy  o  rodzicach.  Emma  nawet  coś 

wspominała, gdy u niej byłyśmy, że mama jest w bibliotece. Ale miałyśmy wtedy ważniejsze 

sprawy do omówienia, żadna z nas nie zapytała, po co pani Adams tam poszła. 

- Mama nie chodzi do szkoły codziennie, tylko czasami, w weekend... to taka szkoła... 

takie dziwne słowo... eksternistyczna! - wyjaśniła Emma. A my wzruszyłyśmy ramionami. To 

nie mogło być to słowo! Żadna z nas nigdy go nie słyszała. 

- Musiałaś coś pokręcić - powiedziała Julka. 

- Eksternistyczna,  pamiętam  dobrze  -  upierała  się  Emma.  Nie  było  sposobu,  żeby  ją 

przekonać. 

- Chodźmy do biblioteki, sprawdzimy w słowniku - zaproponowała nasza praktyczna i 

rozsądna  Zuzka.  To  był  zdecydowanie  najlepszy  pomysł.  Zwłaszcza  że  stałyśmy  na 

pierwszym piętrze, dosłownie pod drzwiami biblioteki. 

- To chyba słowo obcego pochodzenia? - zastanawiała się Julka, wpatrując się w długą 

półkę pełną słowników i leksykonów. 

background image

- Angielskiego  pochodzenia  -  przytaknęła  Emma.  -  Od  external,  dlatego 

zapamiętałam. 

- External to zewnętrzny, tak? - zapytała Zuzka, najlepsza z nas trzech z angielskiego. 

- Zewnętrzna szkoła? Nie, to bez sensu. Emma, musiałaś coś pokręcić! 

- Jest!  -  Julka  uśmiechnęła  się  triumfalnie  znad  „Słownika  wyrazów  obcych”.  - 

„Eksternistyczny:  odnoszący  się  do  eksternisty”.  Czyli  trzeba  szukać  hasła  „eksternista”.  O, 

jest!  Co?  „Eksternista:  patrz  ekstern”.  Ten  słownik  ma  chyba  jakąś  konstrukcję  schodkową, 

ż

adnego słowa nie wyjaśniają wprost, tylko każą szukać i szukać... 

- Gdybyś  zaczęła  od  „ekstern”,  to  znalazłabyś  od  razu,  bez  żadnych  schodków!  - 

roześmiałam się. 

- Mam,  jest  wyjaśnienie,  nareszcie  -  Julka  pochyliła  się  nad  słownikiem  i  zaczęła 

powoli  czytać.  -  Pochodzi  od  łacińskiego  słowa  externus,  czyli  zewnętrzny.  No  tak,  miałaś, 

Emma, rację. Angielskie external oznacza dokładnie to samo, i na pewno pochodzi właśnie z 

łaciny. No, a teraz wyjaśnienie: „osoba, która zdaje egzamin w jakiejś szkole, nie ucząc się w 

niej”. Czyli twoja mama nie chodzi na zajęcia, tylko zalicza egzaminy, tak? 

- Tak! - Emma wyraźnie była zadowolona. Udowodniła, że nic jej się nie pomyliło. - 

Nie ma lekcji, tylko konsultacje, tak to nazywają, zawsze w soboty i niedziele. A potem zdaje 

takie  całe  duże...  takie  moduły.  Po  pół  semestru.  No  i  dziś  pisze  taką  klasówkę...  czyli 

egzamin, z fizyki. I ja muszę odebrać twins z dyżurne przedszkole, takie czynne w weekendy, 

i zostać z nimi, aż mama wróci. 

- A babcia? - zapytałam. - Przecież zawsze zostają z babcią? 

- Babcia  jest  na  wiesia  -  wyjaśniła  Emma.  I  po  naszych  minach  natychmiast 

zorientowała się, że coś jest nie tak. - Na wiesia, taka z krowami... 

- Na wsi! - domyśliłyśmy się. - Pojechała na wieś, czyli jest na wsi. 

- Na wsi - zgodziła się Emma. - Na wsi u cioci. Ciocia zachorowała, jest w szpitalu, i 

babcia ogląda gospodarka. 

- Dogląda gospodarstwa - powiedziała Zuzka automatycznie. - I co, doi krowy? 

- Nie  ma  krowy...  krów...  ani  jednej  krowy  -  Emma  była  dumna,  że  odmiana  „krów” 

idzie jej lepiej niż odmiana „wsi”. - Są kaczki i kury. I świnka z małymi. I psy, i koty... dwa 

koty... 

- Para  osób  zoologicznych  -  roześmiała  się  Julka.  -  A  osoby  botaniczne?  Jakieś 

uprawy? Szklarnie? 

- Osoby botaniczne? - Zuzka uniosła brwi. - Co to za określenie? 

- Nie  czytałaś  „Przygód  Pędrka  Wyrzutka”  Themersona?  -  zdziwiła  się  Julka.  - 

background image

Naprawdę?  A  „Pan  Tom  buduje  dom”,  też  nie  czytałaś  w  dzieciństwie?  Żadna  z  was  nie 

czytała?  Wypożyczcie  sobie  od  razu,  skoro  już  jesteśmy  w  bibliotece!  To  musi  być  palec 

przeznaczenia. Stoimy tu, wśród półek uginających się pod ciężarem opasłych, zakurzonych 

tomów i nagle zaczynamy rozmawiać o Themersonie! Los sprawił, że musicie go przeczytać! 

„Pędrka”,  weźcie  koniecznie  „Pędrka”.  Cudowna  książka.  Parę  razy  usiłowałam  czytać 

książki,  które  Julka  uważała  za  cudowne,  i  nie  zawsze  podzielałam  jej  entuzjazm.  Na 

przykład  wiersze  Błoka  zupełnie  do  mnie  nie  przemówiły.  Kilku  wcale  nie  zrozumiałam.  A 

„Pędrek”...  Wzięłam  go  do  ręki,  na  okładce  miał  narysowanego  jakiegoś  dziwnego  stworka 

ubranego w smoking, z dużą głową, uszami jak spaniel i z płetwą ogonową. 

- To książka dla dzieci? - zapytałam. 

- Przeczytaj  sama  -  roześmiała  się  Julka.  -  Przeczytaj  wszystkie  książki  Themersona. 

To niesamowity facet. Pisał po polsku, francusku, angielsku. Emma, powinnaś o nim słyszeć, 

był  bardzo  znany  w  Anglii!  Był  architektem,  pisarzem,  rysownikiem,  kompozytorem, 

filmowcem... Wiesz, że jego  czarno - biała  etiuda inspirowała Polańskiego, gdy reżyserował 

„Dwóch ludzi z szafą”? 

Nie miałam pojęcia, co to jest etiuda, nie oglądałam „Dwóch ludzi z szafą”... Wzięłam 

więc  z  półki  „Pędrka  Wyrzutka”  i  podeszłam  do  biurka  pani  bibliotekarki,  żeby  go 

wypożyczyć. Skoro Julka tak się upiera, że to świetna literatura... A właściwie tylko chciałam 

podejść.  Bo  w  tym  momencie,  w  całkowitej  ciszy,  niewidoczne  dla  nikogo,  ukryte  między 

regałami, usłyszałyśmy głos chłopaka, który mówił: 

- Ta torba to dopiero początek, zobaczycie, co będzie dalej. Ubaw po pachy! 

Potem trzasnęły drzwi biblioteki, i chłopak, a razem z nim trzech czy czterech innych, 

wyszedł na korytarz. 

Kolegów tego, który mówił, nie rozpoznałyśmy. Ale co do właściciela przyciszonego 

głosu nie miałyśmy żadnych wątpliwości. Tylko on używał sformułowania „ubaw po pachy”. 

- Krzysiek Więcek - powiedziała Emma przerażona. A potem po policzkach popłynęły 

jej dwa strumienie łez. 

Bezmyślnie  podałam  bibliotekarce  książkę,  którą  trzymałam  w  ręku.  W  tym 

momencie rozległ się dzwonek na drugą lekcję. 

- Biegniemy!  Jak  się  spóźnimy  więcej  niż  minutę,  to  Kwaśniak  wpisze  nam 

nieobecności! - powiedziała Zuzia. 

- Potrzeba  minuty,  żeby  zliczyć  minutę,  ale  czas  na  liczenie  nie  liczy  się  -  rzuciła 

Julka,  kiedy  pędziłyśmy  korytarzem.  -  Nieźle  powiedziane,  co?  To  też  Themerson! 

Biegnijmy! 

background image

Krzysiek?! Dlaczego miałby pociąć Emmie torbę? - napisała Zuzia na ostatniej stronie 

zeszytu do matematyki. Na szczęście pani Kwaśniak nigdy nie sprawdzała naszych zeszytów. 

Robiła za to kartkówki na co drugiej lekcji... 

????? - tylko tyle mogłam jej odpisać. Nie miałam pojęcia, dlaczego Krzysiek miałby 

zrobić coś takiego. Był zwariowany, był klasowym klaunem, człowiekiem łatwowiernym, dał 

się wykorzystać facetowi, który szukał kontaktu z Martą Mądrą... Ale to wszystko wynikało z 

głupoty,  nie  z  chęci  zrobienia  komuś  krzywdy.  Emma  tyle  razy  powtarzała,  że  Krzysiek  ma 

dobre  serce.  Była  chyba  najbardziej  przyjazną  mu  osobą  w  całej  I  a.  Zawsze  go  broniła.  A 

teraz co? Teraz okazuje się, że to on pociął jej torbę, i że to dopiero początek! 

Pani  Kwaśniak  szczęśliwie  nie  wyrwała  do  odpowiedzi  żadnej  z  nas.  Na  przerwie 

chciałyśmy  porozmawiać  z  Emmą,  ale  się  nie  dało.  Płakała,  chlipała,  pociągała  nosem  i  nie 

można było z niej wydobyć ani słowa. Na następnej przerwie już tylko pociągała nosem, ale 

wciąż  nie  była  w  stanie  rozmawiać.  I  na  następnej.  Dopiero  po  lekcjach,  gdy  wyszłyśmy  ze 

szkoły, odzyskała głos. 

- Już  wiem,  jak  to  jest  mieć  złamane  serce  -  szepnęła  bezbłędnie  i  znowu  zalała  się 

łzami. 

- To  co,  idziemy  po  bliźniaki  do  tego  dyżurnego  przedszkola?  -  zapytała  Zuzka.  A 

Emma bez słowa pokiwała głową. 

background image

ROZDZIAŁ 6 

APORT! 

Popołudnie w malutkim mieszkaniu Emmy ciągnęło się w nieskończoność. 

- Twoja  babcia  jakoś  sobie  z  nimi  radzi?  -  zapytałam  trochę  niewyraźnie.  Trudno 

mówić wyraźnie, mając w ustach piłeczkę, a na głowie kolorowe wiaderko, służące latem do 

zabaw w piaskownicy. 

- Kiedy są sami z babcią, podobno są jak angelki... angielki... anielki... 

- Aniołki - roześmiałam się; piłeczka oczywiście wypadła mi z ust. 

- Wkładaj  piłeczkę!  -  zażądał  Robin.  -  Jesteś  moim  pieskiem,  musisz  aportować 

piłeczkę! Aport! Aport! 

- A  ty  jesteś  kotkiem,  masz  skakać  z  szarki  na  łóżko  -  Mark  w  tym  czasie  wydawał 

polecenia Julce. Nie mogłam się odwrócić, żeby zobaczyć, jak sobie radzi, najważniejsze było 

utrzymanie  wiaderka  na  głowie...  Chociaż  nie  miałam  pojęcia,  dlaczego,  będąc  pieskiem, 

musiałam nosić kolorowy kubełek nasadzony na włosy... Nigdy nie widziałam psa w czapce! 

- Oni  nie  mają  ani  śladu  obcego  akcentu,  świetnie  mówią  po  polsku  -  westchnęła  z 

podziwem Zuzia, leżąc na półce w szafie, zwinięta w kłębek między swetrami Emmy. 

- Nie ruszaj się, nie odzywaj, jesteś kamieniem - ostrzegał ją Robin, grożąc palcem. 

- Osobą  mineralogiczną  -  roześmiała  się  Julka  za  moimi  plecami.  To  pewnie  znowu 

ten jej Themerson. Jak ona mogła się śmiać, mając wykonać koci skok?! 

- Boys, please... - usiłowała interweniować Emma zrezygnowanym głosem. Chyba ani 

przez sekundę nie wierzyła w powodzenie tego apelu. Chłopcy nie zamierzali jej słuchać, ani 

gdy  mówiła  po  polsku,  ani  gdy  przechodziła  na  angielski.  Oba  języki  rozumieli  w  stu 

procentach, ale nie o zrozumienie tu chodziło, lecz o niechęć do wykonywania jej poleceń. 

- Boys, może chcecie jeść? - wpadła na genialny pomysł Emma. 

- Jeść, jeść! - ucieszyły się bliźniaki, faktycznie całkiem identyczne, tak samo rude jak 

Emma,  i  pobiegły  do  kuchni.  A  Emma  za  nimi.  Nareszcie  Zuzka  mogła  wyjść  z  szafy,  a  ja 

uwolniłam się od piłeczki i wiaderka. Cóż za ulga! 

- Dałam  im  zupę,  mamy  pięć  minut  spokoja...  ju...  -  wyczerpana,  ale  zadowolona  z 

siebie Emma wyszła z kuchni i opadła na wersalkę babci, pośród kolorowych, robionych na 

szydełku poduszek. 

- Jak  ty  z  nimi  wytrzymujesz?  -  zapytała  Julka,  kręcąc  z  podziwem  głową.  -  Zawsze 

tak  strasznie  chciałam  mieć  rodzeństwo,  tak  błagałam  rodziców  o  brata  albo  siostrę...  A  oni 

background image

mówili, że nie zamierzają dzielić majątku i chcą oddać wszystko mi... Przepłakałam przez to 

tyle  nocy,  napisałam  tyle  listów  do  nieistniejącej  młodszej  siostry.  Kiedyś  nawet,  w 

Częstochowie, gdzie ludzie piszą na karteczkach swoje gorące modlitwy, napisałam: „Proszę, 

Boże, daj mi siostrę lub brata”. Tam byli sparaliżowani ludzie, żona mężczyzny zaginionego 

gdzieś  w  Azji,  dzieci  walczące  z  białaczką...  To  było  z  mojej  strony  okrutne  i  egoistyczne. 

Ale miałam tylko sześć czy siedem lat, ledwie stawiałam literki... I tylko tego chciałam. No, 

ale  moja  prośba  nie  została  wysłuchana.  I  teraz  myślę,  że  może  ktoś  w  niebie  wiedział,  co 

robi. Jak ja bym miała pisać wiersze w takim wrzasku? Jak ja bym miała marzyć? 

- W  takim  duży  domu  jak  twój  nie  ma  kłopotu,  każdy  się  zmieści  -  machnęła  ręką 

Emma. I nagle posmutniała. - U nas w Anglia nie widziałam boys, kiedy nie chciałam. Byli z 

niania... z nianią... bawili się w ogród... 

- Bawili się w ogród? - Zuzka uniosła brwi zdumiona. Ja też nie bardzo umiałam sobie 

wyobrazić taką zabawę. Bawiłam się jako dziecko w lekarza, w sklep, w szkołę. Ale nigdy w 

ogród! 

- Może  namówimy  ich,  żeby  teraz  pobawili  się  w  ogród?  -  w  jasnych  oczach  Julki 

pojawiła się nadzieja. - Będą udawać kwiatki albo drzewa i będzie spokój. Takie drzewo nie 

może przecież biegać i wrzeszczeć. To jest świetny pomysł! 

- Źle  powiedziałam  -  westchnęła  ciężko  Emma.  -  Ta  odmiana...  Jak  to  będzie?  Oni 

chodzili do ogród... do ogroda, żeby się bawić. Czyli bawili się tam, w... 

- W  ogrodzie  -  nadzieja  Julki  na  zamienienie  Robina  i  Marka  choć  na  moment  w 

nieruchome drzewa znikła równie nagle, jak się pojawiła. 

Na  razie  jednak  bliźniacy,  zajęci  zupą,  siedzieli  w  kuchni  i  byli  cicho.  Podejrzanie 

cicho. Ale my miałyśmy poważniejsze podejrzenia do omówienia! 

- Myślicie,  że  to  naprawdę  Krzysiek?  -  zapytała  Zuzia  i,  spoglądając  kątem  oka  na 

Emmę,  krzyknęła:  -  Nie  waż  się  płakać!  Już  w  szkole  się  napłakałaś,  wystarczy!  Teraz 

omawiamy sprawę na zimno i bez emocji. Mamy podejrzanego i musimy rozważyć wszystkie 

za  i  przeciw.  Wszystkie  poszlaki.  Jak  policja.  A  policja  nie  płacze.  Emma,  której  usta  już 

wyginały  się  w  żałosną  podkówkę,  spojrzała  zdumiona  na  Zuzię  i  posłusznie  się 

wyprostowała. 

- Omawiamy - kiwnęła głową. - Jak policja. Czyli co? 

No  właśnie...  żadna  z  nas  nie  była  pewna,  jak  takie  policyjne  omawianie  powinno 

wyglądać. 

- Mamy tylko jedną poszlakę - Zuzka bez wahania podjęła się przewodniczenia temu 

naszemu  śledztwu.  -  To  wypowiedź  Krzysztofa  Więcka  z  biblioteki  w  budynku  gimnazjum 

background image

przy ulicy Asnyka. 

Rety,  co  za  przemowa!  Jakby  Zuzia  naprawdę  pracowała  już  w  Komendzie  Głównej 

Policji!  Poszlaka,  Krzysztof,  budynek  gimnazjum  przy  Asnyka...  Istny  Borewicz  z  serialu, 

który ostatnio powtarzali w telewizji... Albo Mulder z „Archiwum X”! 

- Czy  ktoś  z  obecnych  zanotował  dokładnie  jego  wypowiedź?  -  Zuzia  na  dobre 

zaczynała  się  wczuwać  w  rolę.  -  Każde  słowo,  a  nawet  kolejność  słów,  może  mieć 

fundamentalne znaczenie, nie możemy sobie pozwolić na żadne nieścisłości! 

Trochę  chciało  mi  się  śmiać,  ale  jednocześnie  czułam,  że  absolutnie  śmiać  się  nie 

wypada. W końcu była to bardzo poważna sprawa. Sprawa kryminalna.  I  Zuzia starała sieją 

rozwiązać tak, jak należało, czyli poważnie. 

- Nie  notowałam  -  powiedziałam,  tłumiąc  śmiech.  -  Chyba  nikt  nie  notował.  Ale 

wydaje mi się, że pamiętam, co on powiedział. 

- Ja  też  pamiętam,  bardzo  dokładnie  -  pokiwała  głową  Julka.  -  Te  niegodziwe  słowa 

pozostaną na zawsze wyryte w moim sercu i pozostawią w nim rozjątrzoną, krwawiącą ranę. 

- A ty, Emmo, pamiętasz? - Zuzia spojrzała na gospodynię, a ta przytaknęła. 

- Pamiętam, on powiedział „Ta...”. 

- Nie mów! - Zuzka położyła palec na ustach. - Nic nie mów. Nikt obecny na tej sali 

niech nie mówi głośno, co zapamiętał. 

Znowu  zachciało  mi  się  śmiać.  Pokoik  babci  Emmy  miał  może  z  dziesięć  metrów 

kwadratowych, nie miałam pojęcia, gdzie stawiano w nocy stół, po rozłożeniu wersalki. Oba 

meble  po  prostu  nie  mogły  się  tam  zmieścić.  A  porucznik  Zawadzka  nazywała  to  miejsce 

salą! I mówiła do nas „nikt obecny”! Czy nie traktowała tego wszystkiego jednak odrobinkę 

zbyt poważnie? 

- Możecie  się  śmiać,  ale  to  konieczne,  żeby  ustalić,  jak  brzmiała  ta  wypowiedź  - 

Zuzka, mimo że zamieniona w funkcjonariuszkę - służbistkę, nie straciła zdolności czytania w 

moich myślach. - Każdy zanotuje teraz swoją wersję. Potem je porównamy i zobaczymy, czy 

choćby  dwoje  świadków  zapamiętało  zdanie  obciążające  podejrzanego  dokładnie  w  tym 

samym brzmieniu. 

Nie  wiedziałam,  dlaczego  ma  być  to  takie  ważne,  ale  posłusznie  wzięłam  długopis  i 

zaczęłam pisać, tak jak chciała Zuzia. Skoro tylko ona z naszej czwórki miała jakiś plan... 

- Auuuu! Łaaaaa! Boli! - z kuchni dobiegł nagle straszny łomot i krzyk. Nie byłyśmy 

pewne,  czy  krzyczy  Robin,  czy  Mark.  A  może  obaj  naraz?  Ich  głosy,  podobnie  jak  twarze, 

byty nie do rozróżnienia. 

Natychmiast  zapomniałyśmy  o  Krzyśku  Więcku  i  pociętej  torbie  Emmy. 

background image

Popędziłyśmy do kuchni. Nie mogłyśmy się tam zmieścić cztery, zwłaszcza że w środku były 

już bliźniaki. Ale, prawdę mówiąc, nawet gdyby było tam dość miejsca, i tak nie miałybyśmy 

ochoty  wchodzić.  Kuchnia  była  pełna  gryzącego  dymu.  Chłopców  było  słychać,  i  to  bardzo 

dobrze, ale zupełnie nie mogłyśmy ich zobaczyć. Zuzia, nie wahając się, wpadła do środka i 

zrobiła  pięć  rzeczy  naraz.  Przynajmniej  tak  to  wyglądało  z  mojego  punktu  widzenia. 

Otworzyła okno i wpuściła świeże powietrze. To chyba zrobiła najpierw. A może jednak nie? 

Może  najpierw  zakręciła  kurek  w  kuchence?  Potem  zdjęła  z  gazu  zwęglony  garnuszek  i 

wrzuciła  do  zlewu.  Jednocześnie,  a  przynajmniej  tak  mi  się  wydawało,  wyjęła  z  lodówki 

masło i wyciągnęła obu  chłopców z kuchni. Jeden z nich, nie miałam pojęcia który, płakał i 

trzymał się za rękę. Była czerwona, chyba poparzona... 

- Masz pantenol? - zapytała Zuzka, a Emma bezradnie pokręciła głową. Zuzia była na 

to przygotowana. Otworzyła maselniczkę i bez chwili wahania rozsmarowała grubą warstwę 

masła na zaczerwienionej dłoni rudego chłopczyka. 

- Jesteś  pewna,  że  to  mu  nie  zaszkodzi?  -  zapytałam,  a  Zuzka  popatrzyła  na  mnie, 

jakbym była małą zieloną Marsjanką. 

- Córka lekarki - westchnęła co najmniej tak, jakbym nie wiedziała, co to jest aspiryna. 

- Nie jestem córką lekarki od ludzi, lecz od zwierząt - przypomniałam jej. - I mama nie 

używa masła do ratowania pacjentów. Nie trzyma go w  gabinecie. A zwierzęta oblewają się 

wrzątkiem chyba nieco rzadziej niż ludzie. 

- Zdziwiłabyś  się,  słysząc  prawdę  -  uśmiechnęła  się  Zuzia,  oglądając  uważnie  drugą 

rękę brata Emmy. - A poza tym to nie była woda, tylko wosk. Czy raczej stearyna. 

- Nasze  świeczki!  -  przypomniała  sobie  Julka.  -  U  ciebie  są...  były...  wszystkie 

ś

wieczki, które zostały nam po robieniu zniczy! Miałyśmy je zużyć dzisiaj, żeby lać wosk! 

- Chcieliśmy lać wosk - powiedział drugi chłopiec, który wyszedł z wypadku cało. - W 

przedszkolu pani mówiła, że dziś się leje wosk i wy o tym mówiłyście, to my też chcieliśmy... 

A tu tyle świeczek... 

- Wrzuciliście je do garnka i postawiliście na gazie? - zapytała Zuzia. 

- Wy umiecie włanczać... włączać gaz? - zdenerwowała się Emma. 

- Pewnie,  że  umiemy,  przecież  nie  jesteśmy  dziećmi,  no  nie,  Robin?  -  powiedział 

oparzony chłopiec. Dzięki temu dowiedziałyśmy się, że to Mark. Emma zawsze mówiła, że to 

on namawia brata do najdzikszych psot. No i chyba to się potwierdziło. 

- Po pierwsze, moi drodzy, wosk leją tylko dziewczynki - powiedziała Zuzia, sadzając 

malców przed sobą. - To są dziewczyńskie wróżby, chłopakom się nie spełniają, więc szkoda 

czasu i wosku. Po drugie, jeśli kiedyś będziecie jednak chcieli rozgrzać wosk, gdy już będzie-

background image

cie  duzi,  trzeba  to  robić  zupełnie  inaczej.  Wyjaśnię  wam,  kiedy  przyjdzie  czas.  Jak 

poczujecie, że koniecznie musicie to zrobić, to przyjdźcie do cioci Zuzi. Opowiem wam, jak 

się topi wosk, żeby było bezpiecznie. Zgoda? 

- Zgoda - pokiwali chłopcy głowami, zgodni i grzeczni jak aniołki. 

W  tym  momencie,  oczywiście,  do  mieszkania  weszła  pani  Adams.  Od  razu,  już  na 

progu,  zauważyła  (i  poczuła)  ten  straszliwy,  gryzący  w  oczy  dym.  Nic  dziwnego,  przecież 

wypełniał każdy kąt! Wietrzenie sprawiło tylko, że w mieszkaniu było lodowato zimno. Ale 

dym nie przerzedził się ani trochę. 

- Mamo,  nie  denerwuj  się,  był  tu  mały  accident  -  powiedziała  Emma,  po  czym 

przeszła na angielski i zaczęła szybko i nieskładnie wyjaśniać całą sytuację. 

- Niech się pani nie martwi, spalił się tylko garnek, nic takiego, to chyba żadna strata 

w  porównaniu  z  tym,  co  mogło  się  stać,  z  tym,  co  może  nam  podsunąć  wyobraźnia...  - 

wtrąciła  się  Julka.  -  Chłopcom  nic  nie  będzie,  Zuzia  opatrzyła  rany  jak  najlepsza 

sanitariuszka. 

Pani  Adams  oczywiście  przeraziła  się,  słysząc  słowo  „rany”,  i  rzuciła  się  do  synów, 

ż

eby  sprawdzić,  w  jakim  są  stanie.  Dopiero  po  chwili,  uspokojona,  zgodziła  się  wysłuchać 

całej  historii,  opowiadanej  jednocześnie  po  polsku  (przez  nas  trzy)  i  po  angielsku  (przez 

Emmę i chłopców). 

- Czy  wy ciągle musicie wywoływać jakieś pożary? - westchnęła zrezygnowana,  gdy 

skończyłyśmy  naszą  opowieść.  -  Zdaje  mi  się,  że  tej  nocy,  kiedy  Emma  was  odwiedziła  po 

raz pierwszy, chyba u ciebie, Żabko, też był jakiś pożar? 

- Było  ognisko,  a  nie  pożar  -  sprostowałam  zdumiona,  że  mówi  do  mnie  „Żabko”,  a 

nie „Kasiu” jak inni dorośli, uparcie ignorujący moje przezwisko. A potem zapytałam: - Czy 

możemy zabrać Emmę do mnie do domu? Chcemy lać wosk, przecież to andrzejki. 

- Nie  będzie  pożaru,  obiecujemy  -  Zuzia  uniosła  dwa  palce  w  górę,  a  Julka  mocno 

uderzyła się dłonią w pierś. 

- Idźcie,  idźcie  -  mama  Emmy  Była  chyba  smutna.  -  I  dziękuję,  że  zajęłyście  się 

Markiem.  To  świetny  pomysł  z  tym  masłem,  czytałam  w  jakimś  czasopiśmie,  że  łagodzi 

nawet poważne poparzenia... 

Dumna z siebie Zuzia zdjęła z wieszaka kurtkę i wyszła na korytarz. Za nią wysunęła 

się  Julka,  a  potem  ja.  Emma,  zanim  wyszła,  podeszła  jeszcze  do  mamy  i  pocałowała  ją  w 

policzek. 

- Jak ci poszła klasówka? - zapytała. 

- Oblałam... beznadziejnie oblałam, chyba nic nie będzie z mojej matury - westchnęła 

background image

pani Adams i rozpłakała się jak bóbr. 

Stałyśmy w progu, nie wiedząc, co robić. Przecież nie wolno zostawić nikogo samego 

w takiej sytuacji! 

- Ja nie idę - oświadczyła Emma, zdejmując kurtkę. - Zostanę z tobą, mummy... Zajmę 

się chłopcami... 

- Idź  -  pani  Adams  otarła  oczy  i  uśmiechnęła  się.  A  raczej:  spróbowała  się 

uśmiechnąć.  Bo  nie  wyszło  jej  to  najlepiej...  -  Idź,  idźcie  wszystkie.  No  już!  Chcę  zostać 

sama... Muszę się trochę pouczyć. Już, uciekajcie stąd! 

background image

ROZDZIAŁ 7 

PRZYJDŹ KONIECZNIE 

Nie tak wyobrażałam sobie te andrzejki! Miało być zabawnie, magicznie, tajemniczo... 

Miałyśmy się wpatrywać w cienie na ścianie i wyczytać z nich naszą przyszłość. A teraz co? 

Wszystkie  miałyśmy  nosy  zwieszone  na  kwintę,  a  Emma  wyglądała  jakby  to  był  najgorszy 

dzień w jej życiu. Przecież wtedy, kiedy wyszłyśmy z biblioteki, powiedziała przez łzy, że ma 

złamane serce. A więc kierowała się nie tylko koleżeństwem, kiedy broniła Krzyśka! 

- On ci się podobał, prawda? - Julka najwyraźniej pomyślała o tym samym. 

- Lubię go - przytaknęła Emma i znowu zalała się łzami. - I myślałam, że on też... że 

on mi lubi! Mnie lubi! 

- Poznasz  niedługo  kogoś  nowego,  kogoś  fajnego,  takiego  naprawdę  fajnego,  nie 

martw się - Julka położyła jej na ramieniu swoją długą, szczupłą rękę. - Krzysiek to klaun, a 

ty potrzebujesz romantycznego Romea. I jeszcze go znajdziesz. 

- Nie  chcę  żadnego  Romea!  -  Emma  strąciła  dłoń  Julki  i  przyspieszyła  kroku.  Szła 

sama, chyba ze dwa metry przed nami. 

- Nie chciałam cię zdenerwować! Przepraszam! - zawołała za nią Julka, ale Emma w 

odpowiedzi oddaliła się od nas o kolejny metr. 

- Zostawmy ją samą, każdy potrzebuje czasem chwili samotności - szepnęła Zuzia. A 

ja  pomyślałam,  że  w  ciasnym  mieszkanku  Emmy,  przy  jej  rozkrzyczanych  braciach,  trudno 

choćby o najkrótszy moment ciszy. 

- Miała dziś okropny dzień - szepnęłam. - Najpierw Krzysiek, potem poparzony Mark, 

a na koniec ta oblana klasówka mamy. Każdy mógłby się załamać. 

- Sprawimy,  że  jej  serce  przestanie  krwawić  -  powiedziała  Julka  niepewnie.  - 

Sprawimy, że po nocy nadejdzie dla niej świt pełen nadziei. 

- Po  nocy?  -  chyba  czegoś  nie  rozumiałam.  Przecież  noc,  pełna  magii,  tajemniczych 

rytuałów i wiary w to, że poznamy swoją przyszłość, była dopiero przed nami. 

- Tak się mówi - wyjaśniła mi Julka powoli, spokojnie jak półmózgowi. - To znaczy, 

ż

e po smutnych wydarzeniach nadejdą wesołe. 

Przypomniałam  sobie,  że  słyszałam  kiedyś  w  telewizji  piosenkę:  Bo  po  nocy 

przychodzi dzień, a po burzy spokój. Jak mogłam tego nie skojarzyć?! 

- Gdyby przynajmniej można było pomóc jej mamie - westchnęłam. - Gdyby zaliczyła 

fizykę, cała rodzina od razu poczułaby się lepiej. Emmie poprawiłoby to humor. 

background image

- Zuzka, ty przecież jesteś świetna z fizyki! - uświadomiła sobie Julka. - Nie chcesz się 

przyznać,  ale  jesteś  najlepsza  w  klasie.  Na  pewno  jakoś  sobie  poradzisz  z  zadaniami  pani 

Adams. 

- Ona  jest  w  klasie  maturalnej,  a  nie  w  pierwszej  gimnazjalnej  -  Zuzia  postukała  się 

kciukiem w czoło. - Myślisz, że znam materiał liceum? 

- No tak... - zasępiłyśmy się ja i Julka. 

- Ale  moja  mama  jest  fizyczką!  -  podskoczyła  z  radości  Zuzia.  -  Kurczę,  jak  ja 

mogłam od razu o tym nie pomyśleć? Emmo! Emmo! Poczekaj, nie pędź tak! 

Emma zatrzymała się i pokazała nam zapuchniętą od płaczu, smutną buzię. Chciałam 

ją  przytulić,  ale  się  powstrzymałam.  Nie  chciałam,  żeby  strąciła  moją  rękę,  jak  dłoń  Julki.  I 

ż

eby  znowu  pobiegła  gdzieś  przed  siebie.  W  końcu  miałyśmy  teraz  ważną  sprawę  do 

omówienia. 

- Moja  mama  pomoże  twojej  -  powiedziała  krótko  Zuzia.  Chyba  zbyt  krótko,  bo 

Emma spojrzała na nią nieprzytomnym, nic nie rozumiejącym wzrokiem. 

- Mama Zuzki uczy fizyki - wtrąciłam się i zaczęłam tłumaczyć tak, jak przed chwilą 

Julka  tłumaczyła  mi:  powoli,  jak  komuś  wyjątkowo  opornie  kojarzącemu  fakty.  -  A  twoja 

mama musi zdać egzamin z fizyki, a więc potrzebuje pani Zawadzkiej. Proste, prawda? 

- Moja mama nie ma pieniędza... pieniędzy na te, no, korepetycje - westchnęła Emma, 

a kąciki ust zaczęły jej niebezpiecznie drżeć. 

- Moja  mama  nie  weźmie  ani  grosza  -  powiedziała  szybko  Zuzia.  Nie  byłam  pewna, 

skąd to wiedziała. Przecież jeszcze nie rozmawiała z panią Zawadzką! 

- Jak to: nie weźmie? - Emma aż przystanęła ze zdziwienia. 

- Nie weźmie i już, mówię ci - Zuzia nie wdawała się w wyjaśnienia, pewnie dlatego, 

ż

e sama nie wiedziała, jak to wyjaśnić. Obiecała coś, żeby poprawić Emmie humor. Ale jak 

zamierza dotrzymać słowa? Przecież jej mama nie będzie udzielać lekcji jako wolontariuszka! 

Już  w  naszej  szkole  pracuje  prawie  społecznie,  za  tę  śmiesznie  niską  pensję...  jak  wszyscy 

nauczyciele... 

Niby dlaczego miałaby wieczorami też uczyć kogoś, całkiem za darmo? 

- Gdy  przyjdziemy  do  Żaby,  natychmiast  do  niej  zadzwonimy  -  postanowiła  Zuzia.  - 

Może spotka się z twoją mamą jeszcze dzisiaj? 

- Fajnie - na twarzy Emmy pojawił się słaby uśmiech. Pierwszy od wielu godzin. 

Kwadrans  później  słaby  uśmiech  zamienił  się  w  prawdziwy,  pełnowymiarowy 

uśmiech od ucha do ucha. Bo Zuzka odłożyła słuchawkę i powiedziała: 

- Czad! Moja mama już jedzie do twojej! Z tatą! 

background image

- Z  tatą?  -  spytałyśmy  chórem.  Po  co  na  lekcji  fizyki  dla  dorosłych  aktor  pracujący 

jako ubezpieczyciel? W czym mógłby pomóc? 

- Tata zajmie się bliźniakami - wyjaśniła Zuzia. - Przecież przy nich nasze mamy nie 

zamieniłyby  spokojnie  ani  słowa.  Tata  zabrał  więc  kostium  klauna,  dorabiał  sobie  w  nim 

jeszcze na studiach, w weekendy na ulicach... Na pewno dzieciaki zaniemówią na jego widok. 

Poważnie wątpiłam, czy Mark i Robin są w stanie zaniemówić nawet na widok całego 

autokaru klaunów. Ale na pewno pan Zawadzki zrobi, co będzie mógł. 

- I nie wezmą pieniędzy? - nie dowierzała Emma. - Nie wezmą za lekcję i za wyłom? 

- Za wyłom? - oczy  Zuzki zrobiły się okrągłe jak latające talerze. - A co oni mieliby 

wyłamywać? 

- No,  wyłom  aktorski  -  powiedziała  Emma,  niczego  nie  wyjaśniając.  Dopiero  Julka 

wpadła na właściwy trop. 

- Występ, nie wyłom! - roześmiała się. - Występ aktorski. 

- Oba  są  w  murze  -  mruknęła  Emma,  smutna,  że  znów  coś  pomyliła.  A  my  znów 

dzięki  niej  odkryłyśmy  ciekawostkę  językową.  Faktycznie,  w  murze  może  być  i  występ,  i 

wyłom. Ale wyłomy aktorskie raczej się nie zdarzają... 

- Muszę się wam do czegoś przyznać - powiedziała Emma, gdy usiadłyśmy w kuchni 

nad  kubkami  pełnymi  gorącego  kakao  z  pianką,  które  zrobiła  nam  babcia  na  powitanie.  To 

jednak strasznie fajnie mieć taką babcię jak moja! 

- Przyznaj się - zachęciłam ją, parząc się w usta. 

- Wiecie...  -  Emma  chyba  nie  bardzo  wiedziała,  jak  zacząć.  -  Wiecie...  Dziś  rano 

zaszczepiła mnie Karolina. 

- Zaczepiła - roześmiałyśmy się. 

- Zaczepiła  -  zgodziła  się  Emma.  -  Zaczepiła  i  zaprosiła.  Na  tę  imprezę  u  siebie. 

Prawie  błagała,  żebym  przeszła.  ..  przyszła...  żebym  przyszła.  Tylko  kazała  nic  wam  nie 

mówić. 

- Chcesz  iść?  -  zapytałyśmy  niepewnie.  A  ona  potrząsnęła  długimi,  rudymi  włosami 

opadającymi jej na twarz. 

- Nigdy w życiu! Nigdy! Nie wiem tylko, po co ona... nie rozumiem, po co chciała... 

- Po  co  cię  zaprosiła?  -  domyśliłam  się,  co  chce  powiedzieć  Emma.  -  To  dobre 

pytanie! Imprezę zaplanowano już dawno, Karolina zaprosiła wszystkich oprócz nas... a teraz, 

w  ostatniej  chwili,  zaprasza  ciebie.  Czyżby  chciała  się  pojednać?  Uznała,  że  jednak 

zachowała się skandalicznie? A być może rozmowa z Mądrą coś pomogła? 

- To  było  dwa  tygodnie  temu  -  przypomniała  mi  Zuzka.  -  Myślisz,  że  potrzebowała 

background image

tyle czasu, żeby to przemyśleć? 

- Może chodziła na terapię do psychologa? - zastanawiała się Julka. - Może on pomógł 

jej dotrzeć do najgłębszych warstw duszy, odkryć to, co pozostawało nieodkryte, co istniało 

tylko  na  poziomie  podświadomości.  Może  ten  psychoanalityk  poddał  ją  hipnozie  i  dzięki 

temu seansowi jej superego... 

- Tu  nie  chodzi  o  żadne  superego!  -  zaprotestowałam,  przestając  rozumieć,  co  Julka 

ma  na  myśli.  -  To  jest  Karolina,  osoba,  która  każdą  z  nas  chętnie  utopiłaby  w  łyżce  wody. 

Gdyby tylko miała okazję. Nie wierzę, że się zmieniła, że chce przeprosić. 

- Gdyby  chciała  przeprosić,  zaprosiłaby  nas  wszystkie  -  pokiwała  głową  Zuzia  i 

pociągnęła kolejny łyk gorącego kakao. - Zaprosiła tylko Emmę, więc to musiał być podstęp. 

Coś sobie zaplanowała. Coś okropnego, jak zwykle. 

- Pewnie chciała nas skłócić - westchnęłam. - Dobrze, że nie dałaś się nabrać, znowu 

skończyłoby się łzami. A dziś mamy się przecież świetnie bawić. 

- I będziemy - powiedziała Julka. - Macie moje słowo! 

- I moje! - Zuzka położyła rękę na jej dłoni. 

- I moje! - przybiłam od góry tę minipiramidkę. 

- Beztroska zabawa Bractwa Zeta - powiedziała Emma z idealnym polskim akcentem. 

I  w  tym  momencie  w  jej  ślicznej,  bordowej,  przywiezionej  z  Anglii  torbie,  załatanej 

starannie  przez  babcię  po  ataku  Krzyśka...  chyba  Krzyśka...  w  tym  momencie  w  tej  torbie 

zabrzęczała komórka. 

- SMS  od  Karoliny  -  zbladła  Emma,  patrząc  z  niedowierzaniem  na  wyświetlacz.  - 

„Przyjdź koniecznie, czekamy. Nie zaczniemy bez ciebie”. Skąd ona ma mojego numera??? 

background image

ROZDZIAŁ 8 

KARTKA Z PAMIĘTNIKA 

Wydawało  się,  że  przez  całą  noc  będziemy  rozmawiać  o  Karolinie.  Że  każda  z  nas 

zobaczy  wśród  cieni  na  ścianie  jej  profil.  Że,  chociaż  nieobecna,  zatruje  nam  andrzejkową 

zabawę. No, bo jak tu przestać zadawać sobie wciąż jedno i to samo pytanie: dlaczego ona to 

zrobiła? W jakim celu zaprosiła Emmę, której przecież nie cierpi? 

- Nie  możemy  o  niej  w  kółko  rozmawiać  -  mruczałyśmy  złe  na  siebie...  a  po  pięciu 

minutach  ponownie  zaczynałyśmy  się  zastanawiać,  jaki  cel  miała  Karolina.  Rozpaliłyśmy 

ogień  w  kominku,  zaparzyłyśmy  herbatę,  przygotowałyśmy  garnuszek  na  wosk  i  drugi, 

większy,  na  wodę.  Bo,  jak  wyjaśniła  nam  Zuzia,  wosku  nie  wolno  rozpuszczać  wprost  na 

ogniu.  Trzeba  wstawić  garnek  z  resztkami  świeczek  do  większego  garnka  z  wodą.  Ogrzana 

woda ogrzeje ścianki mniejszego naczynia, wosk się roztopi i nikogo nie poparzy... 

- Ciekawe,  co  sobie  wywróży  Karolina  -  powiedziała  Julka  i  od  razu  popukała  się  w 

głowę.  Niby  dlaczego  miało  nas  to  w  ogóle  obchodzić?  I  dlaczego  nie  potrafiłyśmy  o  niej 

zapomnieć? Wyglądało na to, że naprawdę będziemy o niej rozmawiać przez całą noc. 

Nagle jednak w kuchni pojawiła się moja babcia z grubym, wypłowiałym zeszytem w 

ręku. I jednym zdaniem sprawiła, że Karolina natychmiast wywietrzała nam z głowy. 

- Mam  tutaj  pamiętnik  z  gimnazjum  -  powiedziała.  -  Znalazłam  fragment  o  pewnej 

bardzo szczególnej andrzejkowej nocy. Do tej pory nikomu go nie czytałam, ale pomyślałam, 

ż

e dziś, jeśli chcecie... 

- Pewnie, że chcemy! - pisnęłyśmy zachwycone. 

- Może  zawołam  mamę?  -  chciałam  biec  do  gabinetu.  -  Na  pewno  chętnie  posłucha. 

Skoro nikomu tego do tej pory nie czytałaś... 

- Mama operuje, a tata jej asystuje - wyjaśniła babcia. 

- Tata?  A  pani  Ania  nie  może?  -  zdziwiłam  się.  Przecież  mama  do  poważniejszych 

zabiegów ma pomoc, miłą dziewczynę, studentkę zootechniki. 

- Pani  Ania,  a  raczej  panna  Ania,  też  ma  dziś  andrzejki  i  leje  z  koleżankami  wosk  - 

uśmiechnęła się babcia. - Pytała mnie, jakie są jeszcze wróżby, troszkę jej podpowiedziałam... 

Twój  tata  musi  ją  więc  zastąpić  przy  operacji  tego  dobermana.  Mam  nadzieję,  że  sobie 

poradzi, mimo że nikt z Żabniaków nie miał nic wspólnego z medycyną. 

No tak, babcia nie byłaby sobą, gdyby nie przypomniała, że mój ojciec nie jest godny 

jej  córki,  hrabianki  z  TYCH  Łaniewskich,  i  że  miał  niesamowite  szczęście,  dostając  się  do 

background image

takiej szacownej lekarskiej rodziny. Zawsze było mi przykro tego słuchać. W końcu inżynier, 

projektant  czy  raczej  konstruktor,  naprawdę  wysokiej  klasy,  to  też  nie  byle  kto.  Widziałam, 

jak chwalili go w pracy, widziałam, jak patrzył na niego jego szef... Ale dla babci to chyba nic 

nie znaczyło. 

- Twój  ojciec,  niestety...  -  zaczęła  kolejny  rozdział  opowieści  o  mezaliansie  mojej 

nieszczęsnej matki. Nie zamierzałam na to pozwolić, nie w andrzejki. 

- Czytaj już, babciu! - poprosiłam. No i babcia zaczęła czytać: 

Kochany pamiętniku! 

Nigdy nie przypuszczałam, że zacznę pisać pamiętnik. Wszystkie moje koleżanki dawno 

już zaczęły pisanie pamiętników. .. i skończyły, bo z tego wyrosły. A ja zaczynam właśnie dziś. 

Bo  właśnie  dziś,  a  właściwie  wczoraj  wydarzyło  się  coś  niezwykłego.  Tak  niezwykłego,  że 

nawet  najlepsze  przyjaciółki  mogłyby  mnie  nie  zrozumieć.  Więc  poczułam,  że  muszę  to 

zanotować,  opowiedzieć  komuś,  kto  mnie  nie  wyszydzi...  Oczywiście,  moje  przyjaciółki  są 

cudowne  i  nie  zamierzam  nic  przed  nimi  ukrywać,  ale  niektóre  myśli...  Wstydziłabym  się 

głośno  je  wypowiedzieć.  Biorę  więc  ten  zwykły,  szary  brulion  i  zaczynam.  Mam  nadzieję, 

kochany pamiętniczku, że nie będziesz się śmiał, nawet kiedy będę odrobinkę niedorzeczna. 

A  więc...  od  czego  mam  zacząć?  Chyba  od  tego,  że  wczoraj  była  wigilia  świętego 

Andrzeja.  Czyli  dzień  wróżb,  jak  Polska  długa  i  szeroka.  No  i  my  też,  oczywiście...  my,  to 

znaczy ja i moje najbliższe przyjaciółki, postanowiłyśmy się spotkać i uczynić tradycji zadość. 

Czyli lać wosk, rzucać na ścianę jego cienie, wyobrażać sobie, co mogą znaczyć... Ustawiać 

buty  wszystkich  panien  obecnych  w  pokoju  od  okna  do  drzwi  -  czyj  but  wyjdzie  za  drzwi 

pierwszy,  ta  panna  wyjdzie  za  mąż  przed  innymi.  To  chyba  najbardziej  niezwykła  i 

ekscytująca  noc  w  roku!  Szykowałyśmy  się  do  niej  od  tygodnia,  gromadząc  niedopalone 

ś

wieczki  Gorączkowo  też  szukałyśmy  po  domach  kluczy  z  dużą  dziurką...  Taką,  żeby  można 

było  przez  nią  lać  wosk.  W  dodatku  kluczy  nikomu  już  niepotrzebnych,  żeby  potem  nie  było 

kłopotu.  Bo  rok  temu  lałyśmy  wosk  przez  klucz  do  drzwi  spiżarni  i  spiżarnia  od  tamtej  pory 

stoi  otworem,  bo  klucza  oczyścić  z  wosku  nie  sposób.  Tym  razem  chciałyśmy  więc  znaleźć 

taki, którego niesprawność nikomu nie uczyni krzywdy. 

No  i  znalazłyśmy.  Ściśle  mówiąc,  nie  my,  lecz  moja  babcia.  Bardzo  stary,  bardzo 

zardzewiały  klucz,  który  niewątpliwie  od  dawna  nie  pasuje  do  żadnych  drzwi.  Idealny  do 

naszego celu! 

„Do waszej zabawy” - powiedziałaby babcia. Bo ona ciągle powtarza, że to zabawa. 

Ale ja nie jestem taka pewna... Rok temu przecież kształt z wosku, który ulałam, przypominał 

książkę. Nikt nie miał wątpliwości No i co? I cały rok spędziłam nad książkami! Nauka, nauka 

background image

i nic więcej! Egzaminy, sprawdziany... Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam na lodach albo 

na pączkach z przyjaciółkami. 

Dlatego  w  tym  roku,  gdy  tylko  zaczął  się  temat  andrzejkowego  lania  wosku,  wciąż 

powtarzałam: 

- Tylko nie książka, nie zeszyt, nie pióro, ołówek  czy linijka! Poproszę o coś bardziej 

romantycznego! 

I tak się stało... Najpierw, gdy ustawiałyśmy buty, mój przekroczył próg pierwszy. Mój! 

Wszystkie byłyśmy naprawdę zadziwione! A potem... potem wydarzyło się coś jeszcze bardziej 

niezwykłego.  Kształt,  który  ułożył  się  z  wosku  na  wodzie,  nie  pozostawiał  najmniejszego 

choćby pola domysłom: to było serce! Regularne, piękne serce! Dosłownie zabrakło mi tchu... 

i  słów.  Nie  wiedziałam,  co  o  tym  myśleć.  Moje  przyjaciółki  chyba  też  nie,  siedziałyśmy  przy 

tym stole zdumione, w całkowitej ciszy... I nagle rozległo się stukanie do drzwi Nie ruszyłam 

się  nawet,  pewna,  że  do  mnie  nikt  o  tej  porze  przyjść  by  nie  mógł...  Ale  po  chwili  mama 

zajrzała do pokoju, wyraźnie zadziwiona, i powiedziała: 

- Masz gościa. 

- Ja?! - nie dowierzałam. 

Ale  to  nie  była  pomyłka!  To  był  gość  właśnie  do  mnie!  Tomasz!!!  Ty,  mój 

pamiętniczku, nic jeszcze o Tomaszu nie wiesz, ale to ważna osoba... dla mnie ważna ogrom-

nie...  ogromnie...  Ale  mimo  wszystko  nigdy,  przenigdy  nie  spodziewałabym  się  go  w  swoim 

domu! O tej porze! W ciemności! W noc świętego Andrzeja! 

- Nie  mogę  cię  zaprosić  -  powiedziałam,  słysząc,  że  mama  cofa  się  do  kuchni 

Zostaliśmy  w  korytarzu  całkiem  sami,  nikt  nie  słyszał  naszej  rozmowy.  To  jednak  nie 

zmieniało  sytuacji!  -  Nie  mogę  cię  zaprosić  do  środka  -  powtórzyłam.  -  Dziś  jest  dzień 

wróżb... i to są wróżby tylko dla panien. 

- A ty już nie powinnaś być panną! - powiedział Tomasz pewnym siebie tonem. Jak nie 

on,  -  Powinnaś  być  moją  żoną!  I  jestem  tu  po  to,  żeby  poprosić  twoją  matkę  i  ojca  o  twoją 

rękę...  By  cię  stąd  zabrać,  na  zawsze.  Za  późno  już  na  wróżby  dla  panien.  To  ja  jestem  ci 

przeznaczony! Nie potrzebujesz wróżb! 

Myślałam,  że  śnię!  Czy  on  się  naczytał  książek  dla  dorosłych?  Czy  to  koledzy 

podsunęli mu ten szalony pomysł? Przecież ja jestem uczennicą! I długo jeszcze nią będę... A 

on... on też nie ma zawodu! Ma przejąć po matce zakład, może to zrobić w każdej chwili.. Ale 

zawodu nie ma. A zakład, nawet najlepszy, to nie to samo co dyplom. 

- Jestem za młoda - powiedziałam, czując się jednocześnie jak bohaterka jednej z tych 

romantycznych,  angielskich  powieści,  w  których  tak  rozczytują  się  moje  przyjaciółki!  Nie 

background image

zaprzeczę, to było cudowne uczucie. Zwłaszcza w chwili, gdy powiedział: 

- Ależ ja cię kocham, wiek nie ma nic do rzeczy! - złapał mnie za rękę i ścisnął aż do 

bólu. 

Czy mogłam powiedzieć mu „tak” tam, w ciemnym korytarzu? 

- Jestem za młoda - powtórzyłam i zatrzasnęłam drzwi. 

A potem długo płakałam, wtulona w ciepłe palto mamy, które zsunęło się z wieszaka. 

Czułam się strasznie, poświęcając serce, ulane z wosku kwadrans wcześniej, dla książki którą 

las  przepowiedział  mi  rok  temu.  Poświęcając  miłość,  może  jedyną,  jaka  spotkała  mnie  w 

ż

yciu!  Nie  wiedziałam  wtedy,  że  to  jeszcze  nie  koniec  sprawy.  Że  za  pół  godziny  Tomasz 

ponownie zapuka do moich drzwi. 

I co? Co było dalej? - zapytała Zuzia z wypiekami na twarzy. 

- Niech pani czyta! - poprosiła Julka. - To taka piękna historia. 

- Dziadek  nie  miał  na  imię  Tomasz  -  szepnęłam  przerażona.  -  Czy  ty,  babciu,  miałaś 

przed nim jakiegoś innego męża? Wzięłaś potajemny ślub jeszcze jako uczennica? 

- Wiesz, Żaba, to mogłoby być o tobie - powiedziała Emma. - Gdybyś nie wiedziała, 

pomyślałabyś, że to twój pamiętnik. 

- Nigdy  bym  tak  nie  pomyślała,  bo  wiem,  że  czegoś  takiego  nie  przeżyłam  i  to  nie 

może być mój pamiętnik - roześmiałam się. A potem nagle zrozumiałam, o co jej chodziło. - 

Chodzi ci o to, że gdybyś TY nie wiedziała, mogłabyś pomyśleć, że to ja pisałam, tak? Język 

trochę niedzisiejszy, ale poza tym... 

- Język? - oburzyła się babcia. - O, przepraszam, moja droga, starałam się na bieżąco 

zamieniać  archaiczne  zwroty  podczas  lektury,  żeby  was  nie  konfundować.  A  ty  mi  mówisz, 

ż

e język niedzisiejszy?! 

- ...ale  poza  językiem  faktycznie,  jakby  o  mnie  -  powiedziałam  zamyślona,  nie 

słuchając babci. - Nawet imię się zgadza, Tomek... i zakład po matce, kwiaciarnia to przecież 

jakby zakład... 

- Co  byś  zrobiła,  gdyby  Tomek  stanął  teraz  w  progu  i  poprosił  cię  o  rękę?  -  pisnęła 

Julka,  zapominając  o  tym,  że  przysłuchuje  się  nam  babcia,  która  nie  ma  pojęcia  o  moim 

uczuciu  do  dryblasa  z  III  b.  Widziała  co  prawda  bukiecik  stokrotek,  ale  stanowczo 

odmówiłam odpowiedzi na pytanie, kto mi go podarował. A teraz Julka piszczy przy niej coś 

o oświadczynach w korytarzu! 

- Mam  trzynaście  lat  -  odparłam  z  godnością,  starając  się  nie  wyobrażać  sobie 

spotkania  z  Tomkiem  twarzą  w  twarz.  Przecież  zaraz  byłabym  czerwona  i  wszystko  by  się 

wydało. - Mam trzynaście lat - powtórzyłam. - I na pewno nie wybieram się za mąż. 

background image

- Twoja babcia też mówiła, że jest za młoda - Emma aż pisnęła i klasnęła w dłonie jak 

głupiutka nastolatka z amerykańskiego serialu. - A potem co? 

- Potem babcia Kasi powiedziała jeszcze raz, że jest za młoda, i jeszcze raz, i jeszcze... 

i  powróciła  do  szkoły,  jak  na  uczennicę  przystało  -  wyjaśniła  hrabianka  Łaniewska  z 

uśmiechem.  -  I  nigdy  więcej  nie  spotkała  tego  zakochanego  młodzieńca.  A  teraz  ufa,  że  jej 

wnuczka w takiej sytuacji zachowałaby się równie rozsądnie. Prawda, Kasieńko? 

- Oczywiście, babciu - przytuliłam się do jej kościstego ramienia. - Nigdzie nie będzie 

mi tak dobrze jak w tym domu, przy tym kominku, z tobą i z moimi przyjaciółkami. 

- Zaczynasz  gadać  jak  Julka  -  roześmiała  się  Zuzia.  -  Robisz  się  chyba  na  starość 

sentymentalna, moja droga Żabko. 

- W  andrzejki  każdy  powinien  być  odrobinę  sentymentalny  -  powiedziała  babcia, 

uchylając  drzwi,  by  jej  kotka  Lawa,  od  dłuższego  czasu  skrobiąca  niecierpliwie  o  ścianę, 

mogła  wejść  do  kuchni  i  ułożyć  się  koło  kominka.  W  końcu,  mając  takie  imię,  miała  pełne 

prawo lubić ogień i ciepło! 

background image

ROZDZIAŁ 9 

HISTORIA LUBI SIĘ POWTARZAĆ 

No  to  zostawiam  was  same,  moje  drogie  -  babcia  wzięła  Lawę  na  ręce  i  wyszła  z 

kuchni. - Bawcie się dobrze! 

- Rozgrzewamy  wosk?  -  zapytała  Zuzia.  I  dokładnie  w  tym  samym  momencie 

wszystkie  uświadomiłyśmy  sobie  okropny  fakt:  nie  miałyśmy  wosku!  Ani  kawałeczka! 

Wszystkie stare świeczki, które zostały nam po produkcji zniczy, były w mieszkaniu Emmy. I 

właśnie  ten  zapas  wrzucili  do  garnuszka  jej  bracia.  Zwęglony  garnuszek  trafił  do  kosza  na 

ś

mieci, a wosk razem z nim. Nie miałyśmy już nawet odrobinki. 

- No to nieźle, lanie wosku bez wosku... - westchnęłam. - Troszkę się załatwiłyśmy. 

- Może  jednak  pójdziemy  do  Karoliny,  na  pewno  ma  wosku  pod  dostatkiem  - 

roześmiała  się  Zuzia.  A  nas  znowu  zaczęło  nurtować  pytanie:  co  chciała  osiągnąć  Karolina, 

zapraszając  Emmę?  A  raczej  zaczęłoby  nas  nurtować...  bo,  zanim  na  dobre  zdążyłyśmy  je 

sobie  zadać,  ktoś  nerwowo  zadzwonił  do  furtki.  Trzy  długie  dzwonki  i  jeszcze  dwa  krótkie. 

Jakby coś się stało... 

- Jeżeli  okaże  się,  że  to  Karolina,  chyba  zemdleję  z  wrażenia  -  powiedziała  Julka.  - 

Emma, mówiłaś jej, że idziesz do Żaby? 

- To  nie  Karolina!  -  pisnęła  Zuzia,  wyglądając  przez  okno.  Co  one  wszystkie  mają  z 

tym piszczeniem? Czy w andrzejki nawet najmądrzejsze dziewczyny głupieją? A może ja też 

tak piszczę, tylko o tym nie wiem? 

- To Tomek - syknęła Zuzia w moją stronę. 

- Jak w pamiętniku twojej babci! Ukochany przyszedł błagać twoją matkę o twą rękę 

w andrzejkową noc - rozmarzyła się Julka. - Jakie to romantyczne! 

- Jeśli  wejdzie  do  gabinetu  mamy,  przestanie  być  romantycznie  -  powiedziałam, 

wbijając sobie paznokcie w udo, żeby nie zemdleć. - W czasie operacji nie jest tam ładnie i 

miło. Krew, zapach leków, kroplówka... 

A  potem  nagle  poczułam,  że  nawet  najmocniejsze  wbijanie  paznokci  nic  mi  nie 

pomoże. I to wcale nie dlatego, że zrobiło mi się słabo na myśl o lekach i skalpelu. Było mi 

bardzo, bardzo słabo, ale z powodu Tomka. Czy naprawdę historia miała się powtórzyć? Czy 

on  naprawdę  przyszedł  wyznać  mi  miłość?  Tak  jak  ten  nieznany  mi  Tomasz  przed 

pięćdziesięcioma laty do babci? 

- Historia  lubi  się  powtarzać  -  szepnęłam  i  zemdlałam.  Oczywiście,  nie  miałam 

background image

pojęcia, że mdleję. Ale chyba musiałam zemdleć, skoro zupełnie nie pamiętałam, jak Tomek 

wszedł  do  mojego  domu,  i  nie  miałam  pojęcia,  że  ktoś  zrobił  mu  kakao.  Pewnie  babcia  - 

miało przecież na wierzchu taką śliczną piankę. Nikt nie umie zrobić takiej pianki jak babcia. 

No i gdybym nie zemdlała, na pewno nie usłyszałabym, otwierając oczy, głosu babci: 

- Moja panno, te twoje omdlenia powinny się nareszcie skończyć! To wstyd tak ciągle 

mdleć  z  byle  powodu,  na  samą  myśl  o  zastrzyku  albo  zakładaniu  szwów.  Nie  zapominaj,  z 

jakiej pochodzisz rodziny! 

- Z Łaniewskich - powiedziałam posłusznie i spróbowałam usiąść. Powoli, oddychając 

bardzo  głęboko.  Oglądanie  sufitu  pośród  poduszek  ułożonych  na  kuchennej  podłodze  jest 

przecież znacznie mniej interesujące niż oglądanie twarzy moich przyjaciółek, babci i... Tom-

ka! Zawsze, gdy dochodzę do siebie po omdleniu, nie bardzo wiem, co się dzieje wokół mnie. 

I  tym  razem  też  zupełnie  nie  pamiętałam,  że  on  był  przy  furtce,  zupełnie  nie  pamiętałam 

ostatniej sceny, tego, jak Zuzka zobaczyła go przez okno. A tu nagle taki szok! Tomek, mój 

Tomek, siedzi na zielonym krześle, przy zielonym stole, pije kakao z zielonego kubka i patrzy 

na  mnie  z  ogromną  troską.  Kompletnie  mnie  zatkało  na  jego  widok!  Czułam  się,  jakbym 

miała zemdleć po raz drugi. Ale ja nie chciałam mdleć! Nie chciałam już leżeć na podłodze! 

Chciałam siedzieć z nim przy stole, chciałam na niego patrzeć tak jak on na mnie... może bez 

troski, ale tak samo uważnie... Chciałam z nim porozmawiać, skoro już tu był. 

- Wrodziłaś  się,  niestety,  w  ojca.  Ta  jego  delikatność...  Ale  doprawdy,  musisz 

wiedzieć, że tak nie powinna się zachowywać gospodyni - babcia widocznie uparła się, żeby 

mnie  upokorzyć  na  oczach  Tomka.  -  Kolega  i  koleżanka  przychodzą  cię  odwiedzić,  a  ty  po 

prostu mdlejesz na ich widok. Jeszcze pomyślą, że są tu niemile widziani! 

- Kolega  i  koleżanka?  -  uśmiechnęłam  się,  poprawiając  okulary.  Zawsze  mi  spadają, 

kiedy  mdleję!  Swoją  drogą,  pomyślałam,  babcia  powinna  być  lepsza  z  matematyki.  To  są 

przecież trzy koleżanki, a nie jedna. I wcale nie zemdlałam na ich widok, przyszły tu razem ze 

mną, widziałam je od rana, cały czas... 

- Dobrze, że Julia, Emma i Zuzanna były na miejscu i przejęły rolę pań domu podczas 

twojej niedyspozycji - mówiła wciąż babcia ze swoją słodko - kwaśną miną. - Zajęły się nie 

tylko  układaniem  cię  na  poduszkach  i  cuceniem,  ale  też  gośćmi.  Zachowały  się  naprawdę 

znakomicie. 

Zajęły  się  gośćmi?  To znaczy  Tomkiem  i  kim? Przyniósł  w  kieszeni  konika  polnego 

albo jedwabnika? Gdyby był z nim ktoś większy od myszy, chyba musiałabym go zauważyć? 

- Jaka śliczna łazienka, cała zielona - nagle dobiegł do mnie cienki, dziewczęcy głosik. 

Zbliżał się wyraźnie, za moimi plecami. Nadciągał od strony łazienki. 

background image

- Marysia?  -  znów  zakręciło  mi  się  w  głowie.  Sama  nie  wiedziałam,  czy  dlatego,  że 

odwróciłam  się  tak  gwałtownie,  żeby  zobaczyć  właścicielkę  cienkiego  głosiku,  czy  raczej  z 

powodu  odkrycia,  że  Tomek  przyszedł  tu  z  Marysią.  Marysią  z  mojej  klasy!  Cichutką, 

niepozorną  szarą  myszką,  która  chyba  nigdy  nie  odzywała  się  niepytana.  A  pytana 

czerwieniła się i spuszczała głowę. Mój dryblas przyprowadził dziewczynę uczesaną w ciasno 

spleciony  warkoczyk,  dziewczynę  noszącą  tarczę  i  tornister  jak  pierwszoklasistka.  A  ja 

prawie  uwierzyłam,  że  chciał  mi  się  oświadczyć!  Prawie  uwierzyłam,  że  historia  lubi  się 

powtarzać  i  że  moje  andrzejki  będą  tak  romantyczne  jak  te  mojej  babci,  chyba  z  pół  wieku 

temu. Ależ byłam głupia! 

- Przyszedłeś przedstawić mi swoją nową dziewczynę? - zapytałam Tomka najbardziej 

lodowatym tonem, na jaki było mnie stać. Nie wypadł najlepiej, bo strasznie od tego mdlenia 

zaschło mi w gardle. Ale nadrabiałam treścią! - Nie musiałeś się trudzić, ja już znam Marysię, 

chodzi ze mną do klasy. Miło wiedzieć, że to twoja nowa dziewczyna. 

- Dziewczyna?  -  Tomek  spojrzał  na  mnie  tak,  jakby  za  moimi  plecami  stał  wielki, 

biały duch. W tym domu wszystko było możliwe, ducha też spotkałam tu przynajmniej raz... 

Ale  teraz  chyba  jednak  nie  chodziło  o  ducha,  lecz  o  mnie.  -  Żaba,  zwariowałaś,  jaka 

dziewczyna? Dopiero się poznaliśmy. Dzisiaj, godzinę temu. 

- I miłość uderzyła w was jak grom z jasnego nieba? - kpiłam, byłam nieprzyjemna... 

ale  wszystko  było  lepsze  od  płaczu  w  jego  obecności.  -  No  cóż,  takie  rzeczy  podobno  się 

zdarzają. Miłość od pierwszego wejrzenia, tak? Gratuluję! 

- Żaba, co ty? - Marysia robiła się na przemian blada i czerwona. - Ty myślisz, że ja... 

- Kurczę,  uspokój  się,  to  nie  tak  -  syknęła  Zuzia  i  pociągnęła  mnie  mocno  za  rękaw. 

Coś w jej tonie kazało mi się zastanowić i milczeć, chociaż przez chwilę. Zuzia nie mówiłaby, 

ż

e  to  nie  tak,  gdyby  było  właśnie  tak,  jak  myślę.  Ona  nie  pocieszałaby  mnie  w  taki  głupi, 

nieprawdziwy sposób. Każdy, ale nie Zuzia. Skoro więc mówi, że to nie tak... 

- Marysia przyszła do mnie - powiedziała Julka. - Nie wiedziała, gdzie mieszkasz, ani 

gdzie szukać Emmy lub Zuzki... 

- A  wiedziała,  gdzie  ty  mieszkasz?  Znała  twoją  pilnie  skrywaną  tajemnicę?  Adres  na 

osiedlu dla bogaczy? - coś mi tu nie grało. 

- Znała  go  przypadkiem  -  Julka  spuściła  głowę,  jak  zawsze,  kiedy  mówiło  się  o 

bogactwie jej rodziców. Jakby zrobiła coś złego! Jakby jej rodzice dorobili się majątku dzięki 

wyjątkowo  ohydnym,  popełnionym  przez  nią  zbrodniom.  -  Była  tam  jeszcze  we  wrześniu, 

zbierała  pieniądze  na  hospicjum,  chodziła  z  puszką  od  domu  do  domu,  a  ja  otworzyłam  jej 

drzwi... Obiecała, że nikomu nie powie i dotrzymała słowa. 

background image

- Na  hospicjum?  -  nagłe  bardzo  polubiłam  Marysię.  To  znaczy  i  tak  ją  lubiłam,  ale 

teraz  poczułam  do  niej  jakąś  ogromną  sympatię.  Prawdziwa  społecznica...  Nie  boi  się 

kwestować  nawet  na  tak  nieprzyjaznym  terenie  jak  osiedle  dla  bogaczy.  Jeśli  nawet  co 

dziesiąty  mieszkaniec  przypomina  pana  Ździebełkę,  to  chyba  lepiej  byłoby  tam  nie 

wchodzić... A ona weszła! 

W  tej  samej  chwili,  w  której  poczułam  do  niej  sympatię,  przypomniałam  sobie, 

niestety,  że  Marysia  przyszła  tutaj,  do  mojego  domu,  razem  z  Tomkiem.  A  więc  była  moim 

wrogiem!  Zdobyła  serce  chłopaka,  któremu  ja  oddałam  swoje...  Nie  mogłam  jej  lubić! 

Wielka, ogromna sympatia wyparowała równie szybko, jak się pojawiła. 

- Marysia była na imprezie u Karoliny - opowiadała dalej Julka. - No i dowiedziała się 

tam czegoś... czegoś okropnego. I dlatego stamtąd wyszła, i postanowiła powiedzieć nam, co 

wie. Natychmiast. Ale miała tylko mój adres, więc poszła do mojego domu. 

- A tam nikogo nie było - odgadłam, ale Marysia pokręciła głową. 

- Był  tata  Julki  -  powiedziała  cichutko,  cała  czerwona.  -  Powiedział,  że  czeka  na 

kandydatki do pracy w pralni. Myślał, że przyszłam w sprawie posady. 

- Tata  ma  ostatnio  kłopoty  z  personelem  -  powiedziała  Julka.  A  potem  wyszła  z 

pokoju  z  komórką  w  ręku.  Czyżby  koniecznie  musiała  się  dowiedzieć,  jak  poszło  ojcu  z 

kandydatkami? Do tej pory nie była zbyt troskliwą córką... 

- Tata Julki oczywiście nie wiedział, gdzie ona jest - Zuzia przejęła funkcję narratora. - 

Ale któryś sąsiad powiedział Marysi, żeby zajrzała do kwiaciarni. Powiedział, że często tam 

widuje Julkę grającą z Tomkiem w szachy. 

- A ostatnio widywał, jak uczyła się u mojej mamy robić świeczki - uzupełnił Tomek. 

-  Spędzała  tam  w  październiku  wszystkie  popołudnia.  Oczywiście  wtedy,  kiedy  nie  była  z 

wami! 

- Poszłam więc tam i zapytałam o Julkę - powiedziała Marysia niemal szeptem. 

- A ja byłem w kwiaciarni i gdy tylko Marysia weszła do środka, zauważyłem, że coś 

się stało - uśmiechnął się Tomek. - Przypomniałem sobie, że Julka mówiła coś o laniu wosku. 

I że jak wróżby, to tylko u Żaby na strychu. Powiedziałem więc Marysi, że ją zaprowadzę. 

- Znałeś adres? - zdziwiłam się. 

- Wiem  o  tobie  znacznie  więcej,  niż  ci  się  wydaje  -  powiedział  mój  dryblas,  a  ja 

poczułam,  jak  wypełnia  mnie  fala  czegoś  ciepłego  i  miłego.  Czyżby  tak  odczuwało  się 

spokój?  A  może  to  była  radość?  Radość  z  tego,  co  powiedział...  Nie,  było  coś  jeszcze,  coś 

innego  niż  spokój  i  radość...  Najpotężniejszym  uczuciem,  które  mnie  ogarnęło,  była  jednak 

ulga.  Ulga,  że  nic  go  nie  łączy  z  Marysią,  że  faktycznie  się  nie  znają  i  że  on  po  prostu 

background image

wyświadczył  jej  przysługę.  To  chyba  właśnie  ulga  zalewała  mnie  w  tej  chwili  cudowną, 

ciepłą falą. 

- Przepraszam, że tak idiotycznie zareagowałam - powiedziałam. - To wszystko przez 

te andrzejki. 

- Czytałam  dziewczynkom  swój  stary  pamiętnik,  tam  było  coś  o  pewnym  Tomku, 

który stanął w drzwiach  w andrzejkowy wieczór, żeby się oświadczyć - powiedziała babcia. 

Całkiem zapomniałam, że ona jest w kuchni! Ale była! Szalona, nieobliczalna, gotowa złamać 

mi życie jednym zdaniem. I to zdanie właśnie padło: - Kiedy więc pojawiłeś się przy furtce, 

mój  drogi,  moja  wnuczka  chyba  wyobraziła  sobie  ciut  za  dużo.  Pomyślała,  że  jesteś  tu,  by 

wyznać  jej  miłość,  jak  tamten  Tomasz  sprzed  lat.  Dzisiejsze  panienki  mają  taką  bujną 

wyobraźnię!  Kawaler  nie  robi  im  nadziei,  a  one  marzą  nie  wiadomo  o  czym...  Wyciągają 

pochopne wnioski... 

Poczułam, że robi mi się bardzo, bardzo słabo. Słabiej niż na myśl o skalpelu, słabiej 

niż na myśl o rozmowie z Tomkiem w cztery oczy. Zrobiło mi się tak słabo, jak jeszcze nigdy 

w  życiu.  Bo  chyba  jeszcze  nigdy  w  życiu  nikt  mnie  tak  nie  upokorzył  jak  moja  własna, 

ukochana babcia. Próbowałam głęboko oddychać, próbowałam wbijać sobie palce lewej dłoni 

w  prawą  dłoń.  Ale  nie  pomogło.  Nie  mogłam  nic  poradzić  na  to,  że  było  mi  słabo.  I 

zemdlałam, po raz drugi tego dnia. Historia naprawdę lubi się powtarzać. 

background image

ROZDZIAŁ 10 

CO SŁYSZAŁA MARYSIA? 

Będziesz jeszcze mdlała? - zapytała Zuzka niepewnie, gdy ocknęłam się po raz drugi. I 

po  raz  drugi  poprawiłam  okulary,  po  raz  drugi  usiadłam  przy  stole,  a  w  końcu  po  raz  drugi 

przeżyłam szok na widok Tomka i Marysi. Chyba nie ma w mdleniu nic okropniejszego niż 

dziury  w  pamięci!  Ale  z  drugiej  strony,  może  nie  byłoby  źle,  gdyby  została  mi  na  zawsze 

przynajmniej jedna dziura? Zapomniałabym o tym, co powiedziała babcia, a skoro bym tego 

nie pamiętała, to byłoby tak, jakby to się nigdy nie zdarzyło... 

- Twoja  babcia  to  strasznie  fajna  kobieta,  szkoda,  że  musiała  już  iść  na  remika  do 

znajomych, chętnie bym z nią dłużej porozmawiał - uśmiechnął się promiennie Tomek. Aha, 

moja  amnezja  nie  załatwiłaby  sprawy.  On  i  Marysia  wciąż  doskonale  by  pamiętali,  co  się 

stało,  śmialiby  się  ze  mnie,  a  ja,  jak  idiotka,  pławiłabym  się  w  nieświadomości.  Do  bani  z 

takimi korzyściami z dziur w pamięci! 

- Tomek,  możemy  porozmawiać?  -  zaproponowałam,  chociaż  zupełnie  nie 

wiedziałam,  jak  mam  mu  to  wszystko  wyjaśnić.  Ale  przecież  musiałam  jakoś  to  załatwić... 

Nie  mogłam  tak  zostawić  tego  idiotycznego  nieporozumienia.  To  znaczy  chciałam,  żeby  on 

myślał,  że  to  tylko  idiotyczne  nieporozumienie.  I  że  ja  nie  mam  żadnych  marzeń  na  jego 

temat, że w ogóle o nim nie myślałam, ani razu, ani przez chwilę. Że to tylko moja babcia coś 

palnęła bez sensu. 

- To  my  pójdziemy  posprzątać  na  strychu  -  powiedziała  Julka,  posyłając  znaczące 

spojrzenia Zuzce i Emmie. - Marysia, chodź nam pomóc... 

Marysia podniosła się posłusznie i ruszyła za nimi. A mi w tym momencie wypełniła 

się  kolejna  luka  w  pamięci.  Przypomniałam  sobie,  po  co  przyszła  do  mnie  Marysia!  Po  co 

przyszła  do  naszej  czwórki!  Miała  nam  do  powiedzenia  coś  ważnego  o  Karolinie.  A 

właściwie o imprezie u Karoliny. To mogło być nawet ważniejsze niż sprawa z Tomkiem. To 

znaczy, nic nie mogło być ważniejsze niż sprawa z Tomkiem - to była najważniejsza sprawa 

w moim życiu - ale przecież sprawa z Tomkiem obchodziła tylko mnie... a sprawa z Karoliną 

nas  wszystkie.  Postanowiłam  być  szlachetna  i  najpierw  się  zająć  interesem  publicznym,  a 

dopiero potem własnym złamanym sercem. 

- Marysiu,  poczekaj...  Wszystkie  poczekajcie...  Marysia  chyba  chciała  nam  coś 

opowiedzieć? 

Marysia oczywiście zrobiła się czerwona jak burak. Jak zawsze, kiedy wywoływano ją 

background image

do odpowiedzi czy choćby pytano o godzinę. 

- Ja...  ja...  ja  byłam  u  Karoliny  -  wciąż  stała  w  progu  kuchni,  niepewna,  czy  iść  na 

strych, czy raczej opowiadać o tym, co sprawiło, że tak intensywnie szukała Julki. 

- Usiądźmy  -  zaproponowała  Zuzia,  przytomna  jak  zwykle,  cofając  się  i  podchodząc 

do stołu. - To chyba będzie dłuższa rozmowa. 

- Chyba nie - spuściła głowę Marysia. - To właściwie tylko jedna sprawa... Ja nic nie 

wiem... Tylko tyle, że Karolina pocięła Emmie torbę. 

- Karolina?!  -  zapytałyśmy  równocześnie,  kompletnie  zaskoczone.  Przecież 

słyszałyśmy,  co  mówił  Krzysiek,  przecież  byłyśmy  prawie  pewne...  a  właściwie  całkiem 

pewne, że to on. 

- Karolina  -  przytaknęła  Marysia,  bawiąc  się  swoim  cieniutkim  warkoczykiem.  - 

Ona... ona jest bardzo zazdrosna. Wszystko robi z zazdrości o to, że przyjechałaś z Londynu, 

ż

e świetnie mówisz po angielsku i Mądra stawia twój akcent za wzór na każdej lekcji. I każe 

nam  po  tobie  powtarzać,  a  nawet  radzi  się  ciebie  w  wypadku  jakichś  mało  znanych  słówek. 

Karolina  jest  wściekła  o  to  wszystko.  A  najbardziej  o  to,  że  masz  najfajniejsze  ciuchy  w 

szkole. Do tej pory to ona była najlepiej ubrana... 

- Ale ja... - Emma chciała chyba wyjaśnić, że niedługo te ubrania się zniszczą albo ona 

z nich wyrośnie,  a wtedy  będzie wyglądała nie  najlepiej, lecz najgorzej  z całej klasy.  Bo jej 

mamy nie będzie stać nawet na ciuchy z lumpeksu. Zuzia szepnęła jednak Emmie coś na ucho 

i Emma nie powiedziała ani słowa. Po prostu słuchała Marysi. A Marysia mówiła dalej: 

- Ona... ona cię dziś zaprosiła na tę imprezę, prawda? Dopiero dziś? 

Emma pokiwała energicznie głową. 

- A wiesz, dlaczego? 

Emma pokręciła głową, nieco mniej energicznie. 

- Z powodu twojej cudownej, miękkiej, wełnianej spódnicy. 

Wszystkie  spojrzałyśmy  na  Emmę.  Faktycznie  miała  na  sobie  śliczną,  szarą 

spódniczkę. Nosiła ją już wiele razy. Była ładna i miękka, i miała taki fajny kolor, jak dym z 

jesiennego ogniska... ale co to mogło mieć wspólnego z imprezą u Karoliny?! 

- Ona też ma taką spódnicę, dostała ją od ciotki stewardessy - wyjaśniła Marysia. - Ta 

jej ciotka często lata do Anglii i do Francji, i przywozi jej ciuchy z najnowszych kolekcji. 

- Ta spódnica nie jest z najnowszej kolekcji - powiedziała Emma. - Nie może być taka 

sama jak Karoliny, skoro ta jej jest modna, z tego roku. Moja jest stara... z sales... 

- Z wyprzedaży - podpowiedziałam jej, czując, że coś zaczyna mi świtać. 

- Z  wyprzedaży,  yes  -  zgodziła  się  Emma.  -  W  styczniu.  Czyli  z  zeszłego  season... 

background image

sezona... 

- Sezonu - tym razem Zuzia zadbała o poprawne końcówki. 

- To  spódnica  z  zeszłorocznej  kolekcji,  tak?  -  upewniła  się  Julka.  A  Emma  znowu 

pokiwała głową tak energicznie, że aż długie rude włosy opadły jej na twarz. 

- To  ja  niczego  nie  rozumiem  -  Marysia  zrobiła  się  jeszcze  bardziej  czerwona  i 

speszona.  -  Ona  powiedziała,  że  dostała  tę  spódnicę  dwa  dni  po  tym,  jak  ty  pojawiłaś  się  w 

takiej  samej  na  lekcjach.  Dostała  ją  od  ciotki  jako  hit  mody,  z  najnowszej  kolekcji.  Mama 

Karoliny  zapłaciła  ciotce  fortunę,  jak  zawsze...  bo  ciotka  zawsze  przywozi  bardzo  drogie 

ciuchy z najnowszych kolekcji. 

- Chyba  ją  ta  ciotka  robi  w  konia  -  uśmiechnęłam  się  pod  nosem.  -  Mówi,  że  kupuje 

drogie ciuchy, a tymczasem idzie na wyprzedaż i znajduje coś za grosze. A potem dostaje od 

mamy Karoliny dziesięć czy dwadzieścia razy więcej pieniędzy, niż zapłaciła. Nic dziwnego, 

ż

e Karolina wściekła się, widząc Emmę w takiej samej spódnicy. 

- Wściekła  się  i  to  jak!  -  powiedziała  Marysia.  -  I  dlatego  chciała,  żeby  Emma 

przestała chodzić do naszej klasy. Przez tę spódnicę i przez zielone spodnie z mankietami, i 

przez śliczną bordową torbę... 

- I dlatego ją pocięła? - nie mogłam uwierzyć. 

- Dlatego - przytaknęła Marysia. - I dlatego chciała, żeby Emma dziś do niej przyszła. 

Bo  zobaczyła  rano,  że  Emma  ma...  że  masz  na  sobie  tę  szarą  spódnicę.  Wiedziała,  że  nie 

zdążysz  się  przebrać  między  lekcjami  a  imprezą...  Powiedziała  ci,  że  impreza  jest  zaraz  po 

szkole, tak? No właśnie, chciała, żebyś przyszła do niej ubrana w spódnicę, taką samą jak jej. 

- Ale po co? - oczy Emmy były bardzo wielkie i bardzo zdumione. 

- Bo  chciała  zniszczyć  twoją  spódnicę,  zalać  ją  woskiem  -  spuściła  głowę  Marysia.  - 

Chciała, żebyś już nigdy jej nie nosiła i żeby ona nareszcie mogła chodzić w swojej. 

- A nie mogłyśmy chodzić obaj? - Emma nie była pewna, czy dobrze rozumie polskie 

obyczaje. 

- Karolina  chyba  wiedziała,  że  ciotka  robi  ją  w  konia  -  posiedziałam.  -  Może 

zorientowała  się  już  wcześniej  i  dzieliła  się  z  ciotką  po  połowie  pieniędzmi  od  mamy?  Po 

Karolinie  można  się  wszystkiego  spodziewać,  nawet  tego,  że  okrada  rodziców.  A  może 

dowiedziała  się,  domyśliła  dopiero  teraz,  patrząc  na  Emmę,  i  strasznie  się  na  tę  ciotkę 

wściekła. Nie rozmawiała z tobą nigdy o ciuchach? 

- Rozmawiała...  -  Emma  nagle  coś  sobie  przypomniała.  -  Znaczy...  to  nie  ona 

rozmawiała... rozmawiała Monika, ale Karolina podeszła i słuchała... i o coś chyba pytała. O 

spodnie.  A  ja  powiedziałam,  że  to  z  sales.  Że  wszystkie  moje  ciuchy  są  z  sales,  bo  mama 

background image

uwielbia łapać okazje. I nie chce... nie chciała wydawać za dużo pieniędzy taty... 

- Wtedy  Karolina  zrozumiała,  że  jej  ciuchy  też  są  z  sales,  to znaczy  z  wyprzedaży!  - 

byłam pewna, że się nie mylę. - I szlag ją trafił. Najpierw wściekła się na ciotkę, ale ciotce nie 

mogła nic zrobić... Postanowiła więc się odegrać na tobie. Bo miałaś ciuchy takie jak ona, a 

często  nawet  lepsze...  a  przede  wszystkim  dlatego,  że  wiedziałaś,  że  to  nie  są  najnowsze 

kolekcje, warte fortunę... Byłaś dla niej niebezpieczna, mogłaś powiedzieć całej klasie, całej 

szkole, że nosi ciuchy z zeszłego sezonu. 

- A  to  ważne?  -  Emma  była  zdumiona.  -  U  nas  w  Londynie  wszyscy  nosili  to  samo. 

Uniformy. 

- Mundurki - zgadłam. - No i fajnie, nie mieliście przynajmniej takich problemów, nikt 

nikomu niczego nie ciął z zazdrości... 

- Dla  Karoliny  ciuchy  to  sens  życia  -  pokiwała  głową  Zuzia.  -  To,  żeby  mieć  coś  z 

najnowszych  angielskich  albo  francuskich  kolekcji,  to  dla  niej  sprawa  życia  i  śmierci. 

Wszystko  się  zgadza.  Postanowiła  cię  wykurzyć  ze  szkoły,  bo  jej  zagrażałaś.  Bo  mogłaś 

powiedzieć, że jej ciuchy nie są wcale takie modne, jak wszyscy myślą. 

- Tak  właśnie  powiedziała  dziś  Karolina!  -  odezwała  się  Marysia.  -  Chciała  cię 

wykurzyć i miała nadzieję, że rodzice... to znaczy mama... że zabierze cię z naszej klasy po tej 

aferze z torbą. Ale nie zabrała... Karolina postanowiła więc, że odejdziesz sama. Że zatruje ci 

ż

ycie. Uznała, że zalanie ci najpiękniejszej spódnicy woskiem to doskonały początek. 

- A skąd ty to wiesz? - nagle obudziło się we mnie okropne podejrzenie. - Karolina ci 

się zwierza z takich rzeczy? Przyjaźnisz się z nią? 

- No  co  ty,  Żaba?  Ja?!  -  pierwszy  raz  widziałam  Marysię  tak  zdenerwowaną.  -  Ja 

miałabym się przyjaźnić z tą wariatką? O co ty mnie podejrzewasz? 

- O  nic,  uspokój  się!  -  położyłam  jej  rękę  na  ramieniu.  -  Pytałam  tylko,  skąd  o  tym 

wszystkim wiesz. 

- Karolina  rozmawiała  w  kuchni  z  Moniką  Frankowską.  Była  wściekła  na  ciebie, 

Emmo,  za  to,  że  nie  przyszłaś.  Mówiła,  że  nawet  ci  wysłała  SMS  -  a,  a  ty  ją  zignorowałaś. 

Była  naprawdę  wściekła!  Strasznie  jej  zależało,  żeby  cię  zabrać  z  tej  imprezy  u  Żaby,  żeby 

was  jakoś  rozdzielić...  Wkurzają,  że  tak  się  przyjaźnicie  i  że  jesteście  gospodyniami  klasy. 

Mówiła  Monice,  że  chciałaby  cię  jakoś  załatwić,  na  początek  choćby  niszcząc  ci  spódnicę. 

Mówiła,  że  jesteś  angielską  modnisią,  że  zadzierasz  nosa...  A  ja  akurat  poszłam  po  wodę 

mineralną do kuchni. No i przypadkiem usłyszałam za dużo i od razu wybiegłam. 

Tak,  teraz  wszystko  już  było  jasne.  Prawie  wszystko.  Wina  Karoliny  nie  budziła 

ż

adnej,  nawet  najmniejszej  wątpliwości.  Ale  co  w  takim  razie  znaczyły  słowa,  które 

background image

podsłuchałyśmy  w  bibliotece?  Dlaczego  Krzysiek  Więcek  mówił,  że  torba  to  dopiero 

początek,  i  że  dopiero  teraz  zacznie  się  prawdziwy  ubaw  po  pachy?  Co  miał  wspólnego  z 

intrygą Karoliny?! Czy był jej wspólnikiem w tym zbrodniczym planie??? 

background image

ROZDZIAŁ 11 

PRZY FURTCE 

Może  zostaniesz  u  mnie  na  noc?  -  zaproponowałam  Marysi,  gdy  już  skończyliśmy 

omawiać  sprawę  Karoliny.  A  raczej,  gdy  już  skończyliśmy  wydawać  z  siebie  całą  serię 

okrzyków zdumienia, że ktoś w wieku trzynastu lat może być aż tak podły. I to właściwie bez 

powodu. 

- Zostań, Marysiu! Zostań! - poparła mnie Julka. - To będzie noc cudów, będziemy lać 

wosk,  przeznaczenie  uchyli  przed  nami  rąbka  tajemnicy,  dowiemy  się,  co  szykuje  dla  nas 

przyszłość... 

- Muszę  wracać  do  domu,  obiecałam  rodzicom,  że  będę  przed  jedenastą  -  pokręciła 

głową Marysia. - Nie wolno mi wracać później, nie ma żadnych wyjątków... Mogę zadzwonić 

od ciebie do taty, żeby po mnie przyjechał? 

Pokazałam jej, gdzie stoi telefon. Skoro naprawdę nie może, nawet w taką szczególną, 

magiczną noc... 

- A ciebie, Tomku, musimy pożegnać - uśmiechnęłam się. - Przy wróżbach nie może 

być mężczyzn, sam rozumiesz... 

- Już sobie idę - dryblas moich marzeń podniósł się posłusznie z krzesła. - Ale chyba 

chciałaś ze mną o czymś porozmawiać? 

O  rety,  zupełnie  zapomniałam!  Ta  rozmowa,  o  którą  go  prosiłam...  to  wystąpienie 

babci  na  temat  oświadczyn...  Tak,  musiałam  mu  to  wyjaśnić.  Nie  wiedziałam  jak,  ale 

wiedziałam, że muszę to zrobić. 

- Odprowadzę  cię  do  furtki  -  powiedziałam.  Gdy  tylko  znaleźliśmy  się  w  ogrodzie, 

zaczęłam  tłumaczyć:  -  To,  co  powiedziała  moja  babcia...  i  to,  że  wcześniej  tak  się  głupio 

zachowałam,  widząc,  że  przyszedłeś  razem  z  Marysią...  to  wszystko  razem  musiało  być... 

wiesz, po prostu nie chciałabym, żebyś myślał... 

- Nie chciałabyś, żebym  myślał, że mnie lubisz? - uśmiechnął się, ciepło i niepewnie 

zarazem. 

- Że  cię  lubię?  -  i  co  ja  miałam  powiedzieć?!  -  No  więc...  tak,  lubię  cię.  Ale  nie 

chciałabym... 

- Nie chciałabyś, żebym  myślał, że mnie bardzo lubisz? - dociekał Tomek. Czego on 

chciał? Żebym mu wyznała miłość na środku zasypanej jesiennymi liśćmi ścieżki?! 

- Lubię  cię  i  już  -  potwierdziłam  ze  ściśniętym  gardłem.  -  Ale  to  było 

background image

nieporozumienie... to wszystko, co się dziś stało. Nie chciałabym... 

Chciałam  powiedzieć  po  prostu:  Nie  chciałabym,  żebyś  się  ze  mnie  nabijał,  żebyś  o 

tym opowiadał kolegom, nie chciałabym się stać  pośmiewiskiem całej szkoły z tego powodu, 

ż

e  się  w  tobie  zakochałam,  a  ty  to  dziś  odkryłeś.  Ale  jakoś  nie  potrafiłam  tego  z  siebie 

wydusić. Powtórzyłam więc bezradnie: 

- Nie chciałabym... 

- Nie chciałabyś być moją dziewczyną? To chcesz powiedzieć? - pochylił się, usiłując 

w  ciemności  spojrzeć  mi  w  oczy.  -  Chcesz  powiedzieć,  żebym  o  tobie  zapomniał  i  nie 

wygłupiał się więcej z dawaniem ci kwiatków? 

Rety! Czy ja go dobrze rozumiałam? Czy on mówił mi właśnie, że chciałby być moim 

chłopakiem, ale myśli, że ja tego nie chcę? 

- Przepraszam,  że  wtedy  dałem  ci  stokrotki  na  oczach  wszystkich  w  szkole...  Na 

pewno  było  ci  głupio,  że  to  widzieli.  Postawiłem  cię  w  idiotycznej  sytuacji,  może  nawet 

koleżanki się z ciebie śmiały. Na pewno się śmiały. Przepraszam... Pewnie zaraz wyrzuciłaś 

ten bukiecik do kosza i wcale ci się nie dziwię. 

- Ten  bukiecik...  -  chciałam  powiedzieć,  że  zasuszone  stokrotki  wiszą  nad  moim 

łóżkiem.  Chciałam  powiedzieć,  że  to,  że  mi  je  dał,  wtedy,  w  Dniu  Nauczyciela,  na  środku 

korytarza, było najwspanialszym przeżyciem w moim życiu. Jak on mógł pomyśleć, że byłam 

na niego o to zła?! 

- Nie mogłem się wtedy powstrzymać... po waszej wizycie u Julki i u mojej mamy w 

kwiaciarni, myślałem o tobie przez całą noc. Chciałem dać ci wszystkie kwiaty świata, nawet 

te, które jeszcze nie zakwitły... Chciałem, żebyś wiedziała, że bardzo mi się podobasz. A dziś, 

kiedy na moim osiedlu pojawiła się Marysia i powiedziała, że was szuka, pomyślałem, że to 

szczęśliwy  zbieg  okoliczności.  Że  będę  mógł  ją  do  ciebie  przywieźć  i  zamienić  z  tobą  kilka 

słów. Miałem nadzieję, że się ucieszysz. 

- Bardzo  się  ucieszyłam!  -  powiedziałam,  czując,  że  palą  mnie  policzki.  On  już  mi 

wyznał swoje uczucie i to bardzo wyraźnie. Teraz ja powinnam coś powiedzieć... coś, dzięki 

czemu Tomek będzie pewny, że ja też... że czuję to samo. 

- Ucieszyłaś  się?  -  nawet  w  ciemności  byłam  pewna,  że  w  jego  oczach  pojawiło  się 

niedowierzanie. - Czyli ty też... Ty mnie... Ty chciałabyś... 

Wzięłam  głęboki  oddech,  pewna,  że  zaraz  zmieni  się  moje  życie.  Wystarczy,  że 

powiem te trzy słowa: Tak, ja też. Te trzy słowa wystarczą, żeby zrozumiał. Otworzyłam usta, 

gotowa to powiedzieć. Naprawdę, chciałam to powiedzieć! Ale nie zdążyłam. 

- Ropuszko  Jesteś  tu?  -  z  drugiej  strony  furtki  rozległ  się  głos,  który  od  razu 

background image

rozpoznałam.  Głos  mojego  przedszkolnego  wroga,  Radka  -  Niejadka!  W  dodatku  w  świetle 

lampy  pojawiła  się  po  chwili  jego  twarz.  Ja  i  Tomek  staliśmy  w  mroku,  wśród  drzew,  ale 

Radka  było  widać  bardzo  dokładnie.  Jego  długie  włosy,  jego  szeroki,  asymetryczny 

uśmiech... 

- Cześć, Radek - powiedziałam zrezygnowana. Moje wyznanie będzie musiało trochę 

poczekać...  Przynajmniej  do  chwili,  gdy  pozbędę  się  stąd  tego  asymetrycznego, 

antypatycznego typka! Typka, który zatruł mi całe dzieciństwo głupimi dowcipami. 

- Ropuszko, kochana, nie będziesz mnie chyba trzymać na dworze? - Radek wdzięczył 

się  i  przymilał,  jak  to  on.  -  Nie  mów,  że  nie  chcesz,  żebym  wszedł!  Zaczyna  padać,  wpuść 

mnie! 

- Nie  jestem  sama  -  powiedziałam  najbardziej  lodowatym  tonem,  jaki  umiałam 

wydobyć z mojego ściśniętego, zdenerwowanego gardła. 

- Chłopak?  -  Radek  złapał  się  za  serce.  -  Jest  tu  z  tobą  chłopak,  teraz  widzę... 

Ż

abuchno,  nie  mogłaś  mi  tego  zrobić!  Nie  mogłaś  związać  się  z  innym  tylko  dlatego,  że  ja, 

zajęty  dziadkiem  inwalidą,  nie  mogę  codziennie  klęczeć  pod  twoją  furtką  z  naręczem 

kwiatów!  No  powiedz,  nie  zrobiłaś  tego?  Nie  pozwoliłaś  innemu  mężczyźnie  niecnie 

wykorzystać tego, że ostatnio ciut cię zaniedbałem? 

Zrobiło  mi  się  słabo.  Wiedziałam  jednak,  że  nie  mogę  zemdleć.  Nie  w  takiej  chwili. 

Wzięłam głęboki oddech i wbiłam sobie paznokcie w udo. Musiałam coś zrobić i to szybko! 

Ten  błazen,  koszmar  mojego  dzieciństwa,  powrócił  po  latach...  i  znowu  próbuje  zamienić 

moje  życie  w  horror.  Tym  razem  nie  za  pomocą  smażonych  buraczków  i  kapusty  z 

przedszkolnej stołówki... tym razem ma bardziej wyrafinowane metody. Przychodzi tu i udaje 

mojego  chłopaka!  Wygłupia  się,  widać  to  od  razu...  każdy,  kto  go  zna,  wiedziałby,  że  to 

wygłup. Ale Tomek przecież go nie znał. 

- To  cześć,  Żaba,  do  zobaczenia  w  szkole  -  powiedział  Tomek  i  szybkim  krokiem 

wyszedł z mojego ogrodu. Zatrzymał się tylko na moment, żeby przytrzymać furtkę i wpuścić 

do środka Radka. A przecież ja wcale nie chciałam, żeby ten wchodził! 

- Tomek, poczekaj! - poprosiłam. 

- Nie  ma  na  co  czekać,  jesteś  teraz  zajęta  -  głos  Tomka  był  zupełnie  inny  niż  pięć 

minut temu. Nawet jego śliczna chrypka brzmiała inaczej. - Gratuluję ci chłopaka, naprawdę 

przystojny... Dobry wybór. 

- Tomek,  to  nie  tak!  -  wybiegłam  za  nim,  zostawiając  Radka  przy  furtce.  -  Tomek, 

wytłumaczę ci! To mój kolega z przedszkola! 

- Stara  miłość  nie  rdzewieje  -  rzucił  Tomek  przez  ramię  i  zaczął  biec.  Ruszyłam  za 

background image

nim.  W  końcu  jestem  lekkoatletką,  biegam  co  rano  przynajmniej  godzinę,  poradzę  sobie  z 

nim. 

- Zaczekaj! - krzyczałam, włączając czwarty bieg. Ale on nie zamierzał czekać. Pędził 

przed  siebie  jak  sprinter  na  olimpiadzie.  Pędził,  jakby  od  tego  zależało  jego  życie.  Biegłam 

najszybciej,  jak  mogłam,  biegłam  jak  na  zawodach...  ale  nie  miałam  szans.  On  ma  takie 

długie nogi, na jeden jego krok przypadają moje trzy. Nawet jeśli nie trenuje biegów, jest po 

prostu szybszy. O wiele szybszy. 

Zatrzymałam  się  za  zakrętem.  Tomek  znikał  mi  właśnie  z  oczu  wśród  drzew  przy 

przystanku. Wciąż pędził, jakby gonił go cały batalion wściekłych morderców z karabinami. 

Czyżby zamierzał biec do domu, zamiast jechać autobusem?! 

Z trudem złapałam powietrze. Oparłam się o kiosk, o tej porze oczywiście zamknięty, 

i  oddychałam  głęboko.  Przez  chwilę,  cudownie  długą  chwilę,  wszystkim,  co  czułam,  było 

zmęczenie.  Naprawdę  byłam  wykończona  tą  pogonią.  Niestety,  zmęczenie  mijało  i  to  dość 

szybko. Trenuję od dawna i potrafię szybko się regenerować. Po minucie albo dwóch czułam 

się już całkiem dobrze. 

I wtedy do głosu doszło zupełnie inne uczucie, o wiele gorsze od zmęczenia: rozpacz. 

Byłam  zrozpaczona!  Tomek  wyznał  mi  miłość,  wyłożył  swoje  uczucia  tak  jasno,  że  jaśniej 

już nie mógł. I to oczywiście było cudowne. Ale potem... potem pojawił się Radek i wszystko 

zepsuł. Tomek myśli teraz, że ja mam innego, że jestem zakochana i szczęśliwa. Znienawidzi 

mnie... już mnie znienawidził i dlatego uciekł. Nie może na mnie patrzeć. Nigdy już nie będę 

miała szansy nic mu wytłumaczyć, nigdy mnie nie wysłucha. 

Usiadłam na chodniku,  nie zwracając uwagi na  zimno ani padający deszcz. To miała 

być wspaniała, magiczna noc... A zamieniła się w koszmar. 

Deszcz  mieszał  się  z  łzami  spływającymi  mi  po  twarzy.  Moje  życie  w  jednej  chwili 

było piękną romantyczną bajką, a w następnej filmem grozy. Jak miałam dalej żyć??? 

Nie  wiem,  ile  minęło  czasu.  Pięć  minut?  Dziesięć?  Godzina?  W  pewnej  chwili  po 

prostu  skończyły  mi  się  łzy.  Chyba  wypłakałam  wszystkie,  które  miałam.  Poczułam  też,  że 

jest mi strasznie zimno. Nie wzięłam przecież kurtki, czapki, rękawiczek... Zarzuciłam tylko 

na siebie polar, w końcu wyszłam z domu po to, żeby odprowadzić Tomka do furtki, a nie po 

to, żeby biegać po ulicach i siedzieć na chodniku. 

Czas  wracać,  Żaba  -  pomyślałam.  W  domu  czekały  na  mnie  przecież  przyjaciółki  i 

Marysia... I ogień w kominku, i gorąca herbata albo kakao... 

- Marysia już pojechała, przyjechał po nią tata - wyjaśniła Zuzka, otwierając mi drzwi. 

- Twoi rodzice skończyli operację i poszli spać. Zrobiłam im herbatę i kanapki, byli strasznie 

background image

zmęczeni. 

- Dzięki  -  uśmiechnęłam  się  i  odwiesiłam  polar  na  wieszak.  Marzyłam  tylko  o  tym, 

ż

eby usiąść w kuchni przy kominku i trochę się ogrzać. 

- Długo cię nie było, już się martwiłem - czy ja śniłam? Na moim krześle, przy moim 

kominku,  pijąc  moją  herbatę  z  mojego  kubka,  siedział  Radek!  Człowiek,  który  złamał  mi 

ż

ycie! 

- Jak  śmiesz?!  -  emocje,  które  już  opadły,  znowu  mnie  wypełniły,  dosłownie  w 

ułamku  sekundy.  -  Jak  śmiesz  robić  takie  rzeczy?  Myślisz,  że  twoje  zachowanie  było 

zabawne? Uparłeś się, żeby mnie zniszczyć? Spodobało ci się to, co robiłeś w przedszkolu i 

zamierzasz mnie dręczyć przez całe życie? Tak? A więc oświadczam, że ci na to nie pozwolę! 

Wyjdź stąd natychmiast i nigdy więcej nie zbliżaj się do mojej furtki i do moich przyjaciół! 

Jeśli przyjdziesz tu jeszcze raz, zadzwonię na policję i powiem, że mnie prześladujesz! Jesteś 

potworem z kamieniem zamiast serca! Nienawidzę cię! Idź sobie i nigdy nie wracaj! No idź, 

już! 

Przestałam nad sobą panować. Szarpałam go za sweter, ciągnęłam do drzwi, a potem 

do furtki. Chciałam, żeby sobie poszedł, tylko na tym mi zależało. 

- Żaba, co cię napadło? - Julka i Emma patrzyły na mnie przerażone. 

- Radek, twoje buty! Twoja kurtka! - Zuzka, chyba wciąż zachwycona tym potworem, 

dbała  tylko  o  to,  żeby  jej  ukochany  się  nie  przeziębił.  Wyrwałam  jej  z  rąk  kurtkę  i  buty 

Radka. 

- Masz, proszę! Zabieraj swoje rzeczy i uciekaj! - przerzuciłam je przez ogrodzenie na 

ulicę. A potem przekręciłam klucz w furtce, poszłam do domu i usiadłam przy kominku. Cała 

się  trzęsłam  z  zimna  i  gniewu.  Mój  przedszkolny  prześladowca  znowu  zdołał  wyprowadzić 

mnie z równowagi. 

- Co za koszmar! - westchnęłam i rozpłakałam się po raz kolejny. A moje przyjaciółki 

siedziały wokół mnie, bojąc się odezwać. 

background image

ROZDZIAŁ 12 

W SZUFLADACH 

Opowiesz  nam  w  końcu,  co  się  stało?  -  odważyła  się  zapytać  Zuzia  chyba  po 

kwadransie.  -  Dlaczego  tak  potraktowałaś  tego  dzielnego  chłopaka?  Ty  wiesz,  jak  on  się 

męczy,  żeby  zarobić  na  rehabilitację  dziadka?  Pracuje  codziennie  po  szkole  i  w  każdy 

weekend. I co rano wozi dziadka razem z mamą do przychodni. Jest wspaniały! 

- Wspaniały? Chyba nie mówimy o tej samej osobie! - poczułam, że znowu zaczynam 

się gotować ze złości. - Chcesz wiedzieć, co zrobił? No to słuchaj! 

I  zaczęłam  opowiadać  jej,  a  właściwie  i  jej,  i  Emmie,  i  Julce,  o  całej  sytuacji  przy 

furtce. 

- Tomek  naprawdę  powiedział,  że  cię  kocha?  -  Julka  spojrzała  w  sufit,  jakby 

spodziewała się zobaczyć tam gwiazdy i księżyc. - To wspaniale! Wy tak do siebie pasujecie, 

będziecie  cudowną  parą.  Mogłabym  napisać  o  was  wiersz...  cały  tomik  wierszy!  Patrząc  na 

was, będę permanentnie zainspirowana twórczo. Na przykład taki wiersz... 

Tomasz i Katarzyna tak historia się zaczyna 

On wysoki jak drzewo Ona... 

- Nie  będziesz  miała  okazji  na  nas  patrzeć  i  pisać  o  nas  wierszy  -  westchnęłam, 

przerywając jej w pół zdania. - Radek wszystko zepsuł... 

I  opowiadałam  dalej  o  tym,  jak  przy  furtce  pojawił  się  mój  przedszkolny 

prześladowca.  I  to  właśnie  w  chwili,  gdy  miałam  wyznać  Tomkowi  miłość.  Gdy  miałam 

powiedzieć, że ja też... że czuję to, co on... Opowiadałam im o przedstawieniu, które urządził 

Radek, o świetnie odegranej scenie zazdrości. 

- Jaki on jest wspaniały, zabawny, dowcipny... - zachwyciła się Zuzka. Miałam ochotę 

ją zamordować! 

- Wiem, że Radek ci się podoba, wszystkie wiemy - powiedziałam lodowatym głosem. 

- Ale chyba przyznasz, że tym razem przesadził. 

- Kurczę,  to  nie  jego  wina,  że  Tomek  nie  ma  poczucia  humoru  -  odparowała 

naburmuszona Zuzia. A Julka poderwała się z krzesła i podeszła do kuchenki. 

- Może  wreszcie  rozpuścimy  ten  wosk  i  zaczniemy  wróżby?  -  zaproponowała 

sztucznie wesołym głosem. 

- Zaczynajmy,  inaczej  zastanie  nas  tu  świt  i  będziemy  czekały  cały  rok  na  następną 

taką okazję - zgodziłam się. Naprawdę nie miałam ochoty się kłócić z Zuzką. Ani ochoty, ani 

background image

siły. Ta pogoń za Tomkiem trochę mnie wyczerpała... 

- Masz miednicę? - Zuzia zapomniała na szczęście o naszym małym spięciu i znowu 

była energiczną druhną zastępową, organizującą pracę całej naszej czwórce. 

Poszłam  do  łazienki  i  przyniosłam  płaską,  plastikową  miskę.  Oczywiście  zieloną,  to 

przecież  ukochany  kolor  mojej  mamy.  Pół  naszego  domu  jest  zielone...  A  drugie  pół  mama 

przemalowuje na różne odcienie zieleni w nielicznych wolnych chwilach, czyli wtedy, kiedy 

nie jest potrzebna swoim kudłatym i skrzydlatym pacjentom. 

- Napełnimy  ją  zimną  wodą  i  będziemy  do  niej  wlewać  wosk  -  zarządziła  Zuzia.  - 

Potrzebny  nam  będzie  jeszcze  klucz  z  dużą  dziurką.  Pamiętasz,  co  pisała  twoja  babcia  w 

pamiętniku? 

- Że to musi być klucz stary i niepotrzebny - pokiwałam głową. 

- Bo  inaczej  wosk  może  go  pozaklejać  tak,  że  już  nie  da  się  nim  otworzyć  żadnego 

zamka - przypomniała nam Julka. 

- Mam taki klucz! - ucieszyłam się. - Od starej furtki. Gdy byłam mała, sąsiad wjechał 

w  nasze  ogrodzenie  samochodem  przy  zawracaniu,  furtka  cała  się  pogięła  i  trzeba  ją  było 

wymienić. Ale klucz został. Strasznie stary i strasznie duży. Powinien leżeć na strychu. 

- Idź  po  niego  -  powiedziała  Zuzka.  I  zaraz  zmieniła  zdanie.  -  Albo  nie  idź,  i  tak 

będziemy lały wosk na strychu, klucz może tam na nas poczekać. 

- Na  strychu?  -  zdziwiłam  się.  -  Zanim  tam  doniesiemy  wosk,  to  on  przestanie  być 

gorący i płynny... I z wróżb nici. 

- Jesteś lekkoatletką, poradzisz sobie - Zuzia nie widziała problemu. - Złapiesz garnek 

i  będziesz  biegła.  Bardzo  szybko  biegła.  Musimy  lać  wosk  na  strychu,  tylko  tam  jest 

odpowiednia atmosfera! 

- A może masz taki... taki ciepły talerz... to znaczy nie talerz, tylko takie z metalu ze 

ś

wieczki... - zapytała Emma. 

- Z  metalu  ze  świeczki?  -  nie  rozumiałam.  -  Ach,  z  metalu  ze  świeczką... 

Podgrzewacz,  taki  do  stawiania  pod  dzbankiem  herbaty,  żeby  była  cały  czas  gorąca,  tak? 

Wiesz co, to dobry pomysł... Mama dostała kiedyś dzbanek z podgrzewaczem, ceramicznym, 

nie metalowym, ale jednak podgrzewaczem... Dostała go od właścicielki królika, któremu nie 

domykał się pyszczek z powodu strasznie długich, przerośniętych zębów. Nie mógł jeść, był 

strasznie  chudziutki...  Mama  spiłowała  mu  te  zęby,  królik  odzyskał  apetyt,  a  jego  pani  z 

wdzięczności  dała  mamie  taki  fajny  imbryk.  Nigdy  go  nie  używaliśmy,  ale  musi  być  tu,  w 

szafce... Chociaż może prościej byłoby jednak lać wosk w kuchni? Bez podgrzewacza? 

- Ty chyba nie lubisz chodzić w nocy na strych - powiedziała nagle Julka, patrząc na 

background image

mnie uważnie. - To przez tego ducha, którego kiedyś widziałaś? 

- Pewnie mi się tylko wydawało, że go widziałam... - nie chciałam teraz o tym mówić. 

Wolałam  nie  wspominać  tamtego  spotkania  chwilę  przed  kolejną  wyprawą  na  strych.  Bo 

chyba  jednak  będę  musiała  tam  iść.  Skoro  moje  przyjaciółki  koniecznie  chcą  lać  wosk 

właśnie  na  strychu...  Ale,  skoro  miałam  tam  spędzić  pół  nocy,  to  stanowczo  nie  chciałam 

wspominać ducha. Wiedziałam, że jeśli powiem o nim choć słowo, zacznę się strasznie bać. 

Nie  chciałam  o  nim  myśleć  ani  mówić,  ale  wydawało  mi  się,  że  będę  musiała.  Julka  tak  na 

mnie patrzyła... Na szczęście w tym momencie z pomocą przyszła mi Emma. 

- A ta miska, ona się nie spali? - zaniepokoiła się. - Nie spali jej wosk? 

- Nie roztopi, chciałaś powiedzieć - domyśliłam się. - Czy wosk nie roztopi miednicy? 

Chyba  nie,  przecież  będzie  w  niej  zimna  woda...  Ale  może  faktycznie,  jak  gorący  wosk 

dotknie  brzegu,  to  coś  się  stanie?  Może  weźmiemy  jakiś  duży  metalowy  garnek?  Albo 

wiaderko? 

- No  tak,  to  mamy  już  wszystko  -  Zuzia  z  uwagą  wpatrywała  się  w  zgromadzone  na 

stole  przedmioty.  -  Klucz  jest  na  strychu...  Tu  mamy  podgrzewacz  i  świeczkę  do 

podgrzewacza, i wiaderko z zimną wodą, do którego będziemy lały wosk. I duży garnek, do 

którego  wstawimy  mały  garnek,  a  w  tym  małym  garnku  będzie  wosk.  Właśnie,  gdzie  jest 

wosk? 

Wszystkie zamarłyśmy. To właśnie o wosku mówiłyśmy, kiedy przy furtce pojawił się 

Tomek z Marysią! Potem ja zemdlałam, a gdy już się ocknęłam, Marysia opowiedziała nam o 

tym,  co  słyszała  u  Karoliny  na  imprezie...  To  była  taka  sensacja,  że  natychmiast  zapom-

niałyśmy o wosku. Wosk po prostu musiał przegrać z informacją, że Karolina pocięła Emmie 

torbę  i  chciała  zniszczyć  jej  spódnicę!  Potem  była  jeszcze  sprawa  z  Tomkiem  i  Radkiem... 

Ż

adna z nas ani przez sekundę nie myślała już o tym, że Mark i Robin zniszczyli cały zapas 

starych świeczek. Ale teraz przyszedł czas, żeby o tym pomyśleć. 

- Minęła  północ  -  westchnęłam.  -  Nigdzie  już  nie  kupimy  świec.  Bez  szans.  A  ja 

wszystko, co miałam w domu, oddałam na Akcję Znicz. 

- Może pójdziemy... to znaczy ja pójdę, ty, Żaba, nie musisz...Tylko się nie denerwuj... 

Może ja pójdę do Radka? - zaproponowała Zuzia. - On mieszka tuż obok, sama mówiłaś. Na 

sąsiedniej ulicy, prawda? Na pewno ma w domu jakieś świeczki i chętnie nam pożyczy. 

- Chcesz budzić jego rodziców i dziadka inwalidę w środku nocy, by zapytać, czy nie 

mają kilku zbędnych świeczek? - starałam się zachować spokój, myśląc o Radku. 

- No  nie...  faktycznie,  to  nie  ma  sensu...  -  Zuzia  opadła  na  krzesło  wyraźnie 

zniechęcona.  -  Wygląda  na  to,  że  nie  będziemy  sobie  dziś  w  nocy  wróżyć.  Poczekamy  na 

background image

następne andrzejki. To przecież tylko trzysta sześćdziesiąt pięć dni, jakoś wytrzymamy... 

- A ten... ten podżegacz? - Emma podeszła do stołu i spojrzała na żółtą podstawkę pod 

dzbanek. - I te tea - lights? Nie masz więcej? 

- Podgrzewacz?  -  roześmiałam  się.  -  No  tak,  do  podgrzewacza  są  świeczki,  takie 

malutkie... w metalowych miseczkach... o, takie jak ta, tu w środku. Mama dostała chyba cały 

woreczek tych świeczuszek razem z dzbankiem. Powinien gdzieś leżeć... 

Otworzyłam szafkę, potem drugą, i trzecią... W końcu zaczęłam przeglądać szuflady. I 

właśnie  wtedy,  kiedy  straciłam  nadzieję,  znalazłam  cały  woreczek.  A  więc  dobrze 

pamiętałam! Pięćdziesiąt świeczek! Leżały w szufladzie z przyprawami. No tak, miniaturowe 

ś

wieczuszki do podgrzewacza to bez wątpienia typowe przyprawy ziołowe... 

- W  moim  domu  zawsze  można  liczyć  na  takie  niespodzianki  w  szufladach,  babcia 

przekłada wszystko mniej więcej co tydzień, nie znosi stagnacji - uśmiechnęłam się. 

- To  bierzemy  się  do  wydłubywania  stearyny  z  tych  miseczek  -  zarządziła  Zuzia.  

One  są  takie  malutkie,  że  chyba  musimy  wydłubać  wszystkie,  żeby  była  chociaż  odrobinka 

wosku dla każdej z nas. 

- A może jednocześnie powróżymy sobie ze słownika? - zaproponowała Julka. 

- Ze  słownika?  -  zapytała  Emma  zdumiona,  szukając  odpowiedzi  w  oczach  moich  i 

Zuzi. 

Obie  wzruszyłyśmy  ramionami.  Nigdy  w  życiu  nie  słyszałyśmy  o  wróżeniu  ze 

słownika! 

- Nigdy  czegoś  takiego  nie  robiłyście?  -  Julka  była  zdziwiona  tak  samo  jak  my.  -  Ja 

zawsze  wróżę  sobie  w  andrzejki  ze  słownika.  Najlepiej  wyrazów  obcych.  Otwieram  go  na 

chybił  trafił,  z  zamkniętymi  oczyma,  i  celuję  palcem  w  jakiś  wyraz.  A  potem  zastanawiam 

się, co on może znaczyć, jaką jest wróżbą dla mojej przyszłości. To można robić jedną ręką, 

przy wydłubywaniu świeczek... Chcecie spróbować? 

- Pewnie, że chcemy - powiedziałam. 

- Pewnie - przytaknęła Emma. 

- Jasne  -  uśmiechnęła  się  Zuzia.  -  Ale,  Żaba,  zanim  pójdziesz  po  słownik,  daj  nam 

jakieś  szpikulce,  noże,  cokolwiek,  czym  mogłybyśmy  wyciągać  stearynę  z  miseczek.  Jeśli 

chcemy zdążyć przed świtem... 

- Tak  jest,  szefowo!  -  zasalutowałam  Zuzi  i  otworzyłam  szufladę  ze  sztućcami.  To 

znaczy szufladę, w której niedawno widziałam sztućce. Ale teraz leżała tam tylko trzepaczka 

do  jajek,  wałek  do  ciasta  i  kupka  wyprasowanych  ściereczek  do  naczyń.  Noży  musiałam 

szukać gdzie indziej. Może w szufladzie z cukrem i mąką? Albo w szafce z garnkami? 

background image

ROZDZIAŁ 13 

PRZEPOWIEDNIA ZE SŁOWNIKA 

Potasowce -  Zuzka spojrzała z niedowierzaniem na wyrazktóry wybrał jej los. - No 

nie, to jakaś złośliwość! Czy to przypadkiem nie jest słownik pojęć chemicznych? - zerknęła z 

nadzieją na okładkę. - Zwykły „Słownik wyrazów obcych”? Kurczę, mam matkę chemiczko - 

fizyczkę,  nauczyciela  chemii,  który  się  na  mnie  uwziął  i  domaga  się  asystowania  przy 

doświadczeniach  na  każdej  lekcji,  a  teraz  jeszcze  przepowiednia  na  przyszłość  brzmi 

„potasowce”! Nie zgadzam się! 

- Może odkryjesz jakiś nowy... nowy potasowiec? - podsunęłam niepewnie, nie mając 

najbledszego  pojęcia,  czym  w  ogóle  są  potasowce.  -  Będziesz  taką  współczesną  Marią 

Skłodowską - Curie, spędzisz życie w laboratorium, a na starość dostaniesz Nagrodę Nobla. 

Nie chciałabyś? 

- Nie  chciałabym!  -  warknęła  Zuzia.  -  Nie  chciałabym  nawet  stu  Nobli!  Chcę  być 

fotografem, a nie chemikiem! Po maturze nie spojrzę ani razu na menzurki i próbówki! I nie 

zamierzam się dowiadywać o potasowcach więcej, niż to konieczne, żeby zaliczyć chemię na 

troję na szynach. Potasowce nie będą miały żadnego wpływu na moje życie! Żadnego! Ktoś 

chyba mówił, że to jest romantyczny wieczór? Mogę powtórzyć wróżbę? 

- W  drugiej  turze,  jeśli  będziemy  miały  czas  -  zarządziła  Julka,  która  wymyśliła  to 

wróżenie  ze  słownika,  więc  miała  najwięcej  do  powiedzenia  w  sprawie  zasad.  -  Teraz  kolej 

Emmy. 

Emma  niepewnie  wzięła  słownik  do  ręki  i  położyła  go  sobie  na  kolanach. 

Jednocześnie  pisnęła,  bo  spadł  jej  na  nogę  nóż,  którym  wygrzebywała  stearynę  z  malutkich 

aluminiowych miseczek. Oczywiście, ostrzem w dół. 

- Zamknij  oczy  -  pouczyła  ją  Julka.  -  Otwieraj  lewą  ręką,  od  serca.  A  prawą  celuj  w 

słowo. 

Emma zacisnęła powieki i powoli otworzyła słownik. Zupełnie, jakby od tego zależało 

jej życie. 

- Mam  palec  między  dwoma  słowami  -  powiedziała  zdziwiona.  -  To  co?  To  się  nie 

liczy? 

- Czytaj oba - postanowiła Julka. 

- Metronom,  pierwsze  to  metronom  -  przeczytała  posłusznie  Emma.  -  Tu napisali,  że 

to przyrząd mechaniczny. To chyba nie dla mnie? 

background image

- A  do  czego  służy  ten  przyrząd?  -  coś  zaczęło  mi  świtać  w  głowie.  -  Nie  ma 

przypadkiem nic wspólnego z muzyką? 

- Ma!  -  pisnęła  radośnie  Emma.  -  Tak  tu  napisali!  „Stosowany  przeważnie  do 

regulowania szybkości tempa przy wykonywaniu utworów muzycznych”. Co to znaczy? 

- Że będziesz wykonywać utwory muzyczne - uścisnęła ją Zuzia. - Ty przecież lubisz 

ś

piewać, prawda? Mówiłaś, że w Anglii śpiewałaś. Dużo śpiewałaś, tak? 

- Dużo  -  zaczerwieniła  się  Emma.  -  Wygrałam  nawet  casting...  Jak  to  się  nazywa  po 

polsku? 

- Casting - odpowiedziałyśmy jej chórem. Casting to chyba zawsze casting, w każdym 

języku? 

- A do czego był ten casting? Do „Idola”? 

- ”Pop Idol”? Nie, do „Pop Idol” byłam za młoda... - Emma posmutniała jak zawsze, 

kiedy  wspominała  dawne,  angielskie  życie.  -  To  był  casting  do  musical.  Taki  duży  show, 

ś

piewy i tańce... 

- Musical  to,  podobnie  jak  casting,  słowo  międzynarodowe  -  powiedziała  Julka.  - 

Wiemy, co to jest. 

- A jaki to był musical? - dociekała Zuzka. 

- A to drugie słowo? - przypomniała sobie Julka, zanim Emma zdążyła odpowiedzieć 

Zuzi. - Mówiłaś, że wcelowałaś palcem między dwa słowa. Jakie było drugie? 

- Metropolia  -  przeczytała  Emma,  zaglądając  do  słownika.  -  Metropolia  to  duże 

miasto, tak jak po angielsku, tak? 

- Tak  -  ucieszyłam  się.  -  Pojedziesz  do  jakiejś  wielkiej  metropolii!  I  będziesz  tam 

ś

piewać! 

- Będziesz tam  gwiazdą! - rozmarzyła się Julka.  - W jakimś musicalu na  pewno... W 

twojej  garderobie  będą  stały  ogromne  kosze  kwiatów,  fani  będą  się  tłoczyć  w  kolejce  po 

autografy,  a  ty  będziesz  wyciągać  do  nich  swą  wypielęgnowaną  dłoń  w  czarnej  koronkowej 

rękawiczce. 

- Musisz  koniecznie  się  zgłosić  na  jakiś  casting  -  powiedziałam.  -  Pójdę  po  gazetę, 

może tam jest jakieś ogłoszenie... 

- Nigdzie  nie  pójdziesz,  teraz  twoja  kolej.  Losuj  -  Julka  podała  mi  słownik.  -  Tylko 

odłóż ten nóż, żebyś sobie nie zrobiła krzywdy, tak jak Emma... 

Przymknęłam  oczy  i  próbowałam  wyobrazić  sobie  coś,  co  chcę  znaleźć  w  tym 

słowniku. Mama opowiadała nam wiele razy o swojej koleżance ze studiów, która nie miała 

pieniędzy,  a  wybudowała  dom.  Bo  odpowiednio  go  wizualizowała.  Może  ja  też  bym  mogła 

background image

coś  zwizualizować?  Wyobraziłabym  sobie  to  słowo  i  potem  okazałoby  się,  że  wcelowałam 

palcem  właśnie  w  nie.  A  potem,  skoro  taka  byłaby  andrzejkowa  wróżba,  pomógłby  mi  los  i 

marzenie  stałoby  się  rzeczywistością  -  Trzeba  tylko  umiejętnie  wybrać  słowo.  Coś,  czego 

naprawdę bym chciała... 

- Losuj  i  wracaj  do  pracy,  bo  nie  wydłubiemy  tego  wosku  do  rana!  -  poganiała  mnie 

Zuzia. 

Musiałam  więc  zdać  się  na  los.  Do  głowy  nie  przychodziło  mi  żadne  słowo 

pochodzące z obcego języka. Właściwie w ogóle nie przychodziło mi do głowy żadne słowo - 

poza słowem „Tomek”. Ale jego chyba nie będzie w słowniku? 

Lewą ręką, od serca, otworzyłam wielką, ciężką księgę. Starałam się, żeby otworzyła 

się pod koniec, na literze T. Może jednak przypadkiem będzie tam imię Tomasz? Albo jakieś 

bardzo  podobne  słowo?  Na  przykład  „tomaszowanie”?  Kto  wie,  może  jest  taki  czasownik, 

pochodzący  na  przykład  z  czeskiego?  Nawet  gdyby  tomaszowanie  oznaczało  gotowanie 

makaronu,  łowienie  krewetek  albo  układanie  kafelków,  ja  wiedziałabym,  co  o  tym  myśleć. 

Wiedziałabym, że los dal mi znak, że jestem przeznaczona pewnemu dryblasowi z III b. 

Niestety, nie udało mi się nawet wcelować w T. 

- Septentrionalny  -  przeczytałam  z  wysiłkiem.  Nigdy  nie  słyszałam  takiego  słowa! 

Musiałam  zajrzeć  do  wyjaśnienia.  -  To  przestarzałe  słowo  pochodzące  z  łaciny.  Oznacza 

„północny, znajdujący się na północy”. I co to ma znaczyć? 

- Może  miłość  zawiedzie  cię  do  Islandii?  -  westchnęła  Julka,  rozmarzona.  -  Albo 

chociaż do Finlandii, albo do Norwegii, nad fiordy? Będziesz tańczyć w białe noce ze swoim 

ukochanym,  wśród  reniferów...  Będziesz  miała  saunę  koło  domu,  wszyscy  Finowie  mają 

sauny... 

Nie  słuchałam,  co  jeszcze  podsuwa  jej  wyobraźnia.  Nie  słuchałam  nie  dlatego,  że 

mnie to nie interesowało, ale dlatego, że byłam tak bardzo, bardzo zła na siebie. Miłość! Tego 

słowa użyła przed chwila Julka. Dlaczego o nim nie pomyślałam? Na pewno jest w słowniku! 

Mogłam wizualizować słowo „miłość”! Ale oczywiście nie przyszło mi to do głowy... 

- Teraz moja kolej - Julka odłożyła stare szydełko mojej babci, którym rozgrzebywała 

ś

wieczki i podniosła z namaszczeniem słownik. Przez chwilę myślałam, że go pocałuje! Ale 

ona tylko przytuliła zakurzone tomisko do serca, do swego brązowego sweterka, i szepnęła: 

- Przynieś mi szczęście, pokaż mi przyszłość, bądź mi drogowskazem. 

A potem zamknęła oczy i otworzyła słownik. Na jakiejś literze z końca alfabetu, jak ja 

przed  chwilą.  Aż  przeszedł  mnie  dreszcz!  Czyżby  też  celowała  w  „Tomasza”?  W  końcu 

mieszkają na jednym osiedlu, znają się od lat... Julka zapewniała mnie, że on jej się w ogóle, 

background image

absolutnie  nie  podoba...  No  ale  czy  on  mógł  się  komuś  „absolutnie  nie  podobać”?  Taki 

chłopak, z taką chrypką, najlepszy szachista w województwie? Czyżby Julka ukrywała przede 

mną swoje uczucia, nie chcąc robić mi przykrości? 

- Szatra  -  przeczytała,  tak  samo  zdziwiona  wynikiem  swojej  wróżby  jak  przedtem 

Zuzia, Emma i ja. - Ale co to jest, ta szatra? Słowo pochodzenia węgierskiego... O, Tomek by 

wiedział,  on  przecież  uczy  się  węgierskiego  i  ma  nawet  jechać  na  zimowisko  językowe  do 

Budapesztu... 

Znowu poczułam ukłucie zazdrości. Julka tyle o nim wie... A potem ukłucie rozpaczy. 

Bo ja już nigdy nie będę miała okazji dowiedzieć się, dlaczego wybrał taki dziwny język, nie 

będę miała okazji poprosić go, by powiedział coś po węgiersku. Bo Tomek mnie nienawidzi! 

- Słowo  „szatra”  pochodzi  i  z  węgierskiego,  i  z  tureckiego.  W  obu  tych  językach 

określa  się  nim  namiot,  szałas  -  czytała  Julka.  -  To  chyba  może  dla  mnie  oznaczać  tylko 

jedno:  że  pokłócę  się  z  ojcem  tak  bardzo,  że  będę  musiała  się  wyprowadzić  z  domu  i 

zamieszkać w namiocie. Wolałabym, żeby ta wróżba spełniła się dopiero wiosną. Lada dzień 

spadnie śnieg, kiepsko mieszka się zimą pod namiotem. 

- Jest jeszcze drugie znaczenie - powiedziałam, zaglądając jej przez ramię. 

- Jest,  faktycznie  -  Julka  wyraźnie  ucieszyła  się,  że  może  jednak  jej  przeznaczeniem 

nie  jest  namiot.  -  Co?  Obozowisko,  tabor  cygański...  Czyżbym  miała  pokochać  jakiegoś 

niespokojnego ducha, czarnowłosego, grającego na gitarze? Tak, ucieczka z domu z Cyganem 

i życie w taborze to byłoby coś. Ta wróżba nawet mi się podoba! On grałby na  gitarze, a ja 

tańczyłabym  dookoła  ogniska  w  wianku  na  głowie,  z  tamburynem  w  dłoni,  w  powiewnej 

falbaniastej spódnicy, boso... 

Bez  problemu  mogłam  to  sobie  wyobrazić.  Wszyscy  smagli  Cyganie  szaleliby  za 

Julka,  za  jej  porcelanową  cerą  i  długimi,  jasnymi  włosami.  Każdy  chciałby,  żeby  z  nim 

tańczyła, ale ona byłaby wierna swemu jedynemu... 

- Podsumujmy  -  Zuzia  sprowadziła  nas  na  ziemię.  -  Julka  ucieknie  z  Cyganami,  ja 

będę  siedzieć  z  nosem  w  menzurkach,  Żaba  wyjedzie  na  koło  podbiegunowe  i  tam  będzie 

przez całe życie walczyć z katarem, a Emma zostanie gwiazdą musicalu w jakimś ogromnym 

mieście. Może w Nowym Jorku? 

- No,  Emmo,  tym  razem  poszło  ci  najlepiej  -  uśmiechnęłam  się.  -  Wygląda  na  to,  że 

tylko dla ciebie przeznaczenie będzie łaskawe... 

- To co, rozgrzewamy wosk i idziemy na strych? - zapytała Julka. A ja nie mogłam już 

zaprotestować. Nie mogłam powiedzieć ani słowa o tym, że nie mam ochoty tam iść w środku 

nocy,  jeśli  nie  chciałam  opowiadać  o  swoim  spotkaniu  z  duchem.  A  przecież  nie  chciałam. 

background image

Umarłabym ze strachu na samo wspomnienie! 

- A  może  najpierw  ustawimy  buty?  -  zaproponowałam.  -  Tutaj,  w  kuchni,  a  nie  na 

strychu... Bo tam jest za dużo miejsca, nie doszłybyśmy do drzwi do świtu... 

- Buty? Będziemy sprzątać? - spojrzała na mnie bardzo zdziwiona Emma. 

background image

ROZDZIAŁ 14 

TRZY OBRĄCZKI 

Rozumiesz?  -  wszystkie  trzy  zaangażowałyśmy  się  w  wyjaśnianie  Emmie,  na  czym 

polega wróżba z butami. - Ustawiamy buty, po jednym każdej z nas, od okna do drzwi. Czyj 

but wyjdzie za drzwi pierwszy, ta z nas pierwsza wyjdzie za mąż. 

- Ja  nie  chcę  wyjść  za  mąż  -  powiedziała  Emma.  -  Nie  tak  szybko  jak  moja  mama. 

Chcę zdać maturę i iść na studia... Nie chcę, żeby było tak jak z ona... tak jak z jej... z nią. Nie 

chcę być w ciąży przed maturą! 

- Żadna  z  nas  nie  chce  -  uśmiechnęłam  się.  -  Ale  to  nie  jest  wróżba  o  ciąży,  lecz  o 

ś

lubie.  Skoro  żadna  z  nas  nie  chce  wyjść  wcześnie  za  mąż,  to  nawet  ta,  której  but  będzie 

pierwszy, może wziąć ślub, mając dwadzieścia siedem lat. Druga dwadzieścia osiem, trzecia 

trzydzieści, a ostatnia trzydzieści trzy... 

- Ta wróżba jest bez sensu, nigdy jej nie lubiłam - poparła Emmę Julka. - Nie chodzi o 

to, by wyjść za mąż szybko, lecz szczęśliwie. A tego nam buty nie powiedzą. 

- To co, olewamy buty i rozgrzewamy wosk? - Zuzia wyraźnie pchała się na strych. 

- A  może  jeszcze  wróżba  z  kubeczkami?  -  przypomniała  sobie  Julka.  -  Znacie  to? 

Trzeba wziąć trzy kubeczki. 

Pod  jeden  wkładamy  obrączkę,  pod  drugi  różaniec,  a  pod  trzeci  jakiś  listek  albo 

gałązkę. Obrączka oznacza małżeństwo, listek staropanieństwo, a różaniec zakon. 

- A  czy  któraś  z  nas  wybiera  się  do  zakonu?  -  roześmiałam  się.  -  To  chyba  jeszcze 

głupsze niż buty wychodzące za mąż. 

- Jak  będziemy  takie  krytyczne,  to  w  ogóle  sobie  tej  nocy  nie  powróżymy  - 

powiedziała Zuzia i przyniosła z przedpokoju cztery prawe buty. po jednym każdej z nas. - W 

końcu wróżby nie są po to, żeby było mądrze, tylko po to, by było śmiesznie. To jest jedyna 

taka noc w roku. Musimy wykorzystać wszystkie sposoby wróżenia, jakie znamy. Zaczynamy 

od butów. 

I zaczęłyśmy. Kuchnia  w moim domu nie jest co prawda duża, ale przejście od okna 

do drzwi wcale nie było takie łatwe, jak by się wydawało. 

Trzeba iść w linii prostej, pod stołem, czy omijać stół? - zastanawiałyśmy się. A jeśli 

omijać, to tylko stół, czy krzesła też? I co z kominkiem? Iść przy samym kominku, gdzie lecą 

iskry i jest strasznie  gorąco,  czy trochę dalej? To wszystko mogło mieć  przecież zasadniczy 

wpływ na wynik wróżby! 

background image

- Wydaje mi się... nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że trzeba iść tak, jakby się szło 

normalnie, jakby się miało te buty na nogach - Julka była tej nocy ekspertem. - Ominąć stół, 

zamiast pod nim pełzać, i nie pchać się do samego kominka, tylko przejść obok, rozsądnie... 

Rozsądnie? Chyba pierwszy raz słyszałam to słowo wypowiadane przez Julkę. W jej 

ustach  brzmiało  bardzo  dziwnie.  Co  jak  co,  ale  rozsądną  osobą  to  ona  nie  była.  Ale  może 

andrzejki potrafią odmienić każdego? 

Nie  byłam  tylko  pewna,  czy  przyzwyczaimy  się  do  takiej  nowej,  rozsądnej  Julii 

Ź

dziebełko... 

Przestawiałyśmy  więc  buty,  rozsądnie,  jak  radziła.  Im  bliżej  było  do  drzwi,  tym 

większe targały nami emocje. Piszczałyśmy, popychałyśmy się, poganiałyśmy... 

- Ktoś mówił, że to głupia wróżba? - zapytałam ze śmiechem, przesuwając swój but. 

- Głupia  -  przytaknęła  Emma  i  zaczęła  płakać.  Bo  to  jej  but  wyszedł  za  drzwi 

pierwszy. A ona przecież nie chciała być młodą żoną i matką jak pani Adams. 

- Będziemy  czekać,  ile  zechcesz  -  usiłowała  uspokoić  ją  Julka.  -  Jeśli  powiesz,  że 

wyjdziesz  za  mąż  po  czterdziestce,  to  wszystkie  poczekamy  do  czterdziestki.  Nie  będziemy 

cię poganiać. Bractwo Zeta nie przyłoży ręki do twojego nieszczęścia. 

- Ja...  ja  nie  wiem,  czy  ja  w  ogóle  wyjdę  za  męża...  za  mąż  -  łkała  Emma.  -  Ja  nie 

chcę... 

- Nie  chcesz  żyć  jak  twoja  mama,  nie  chcesz  się  rozwodzić,  nie  chcesz  zostać  bez 

grosza i nie zamierzasz unieszczęśliwiać swoich dzieci. Tyle już wiemy - powiedziała Zuzia, 

praktyczna  jak  zwykle.  -  Ale  przecież  nie  każde  małżeństwo  kończy  się  jak  małżeństwo 

twoich  rodziców.  Popatrz  na  państwa  Żabniaków.  Razem  operowali  dziś  psa,  czy  to  nie 

wspaniałe?  To  niesamowicie  fajna  para.  A  moi  rodzice?  Są  naprawdę  szczęśliwi  i  nigdy  się 

nie  kłócą.  Na  nic  bym  ich  nie  zamieniła,  A  rodzice  Julki...  -  tu  Zuzi  chyba  zabrakło 

argumentów.  Mężczyzna  -  potwór,  którego  widziałyśmy  tylko  przez  chwilę  i  nieznana  nam 

kobieta,  która  od  trzech  lat  nie  zauważyła,  że  jej  córka  jest  wegetarianką...  Tak,  to  nie  był 

najlepszy  przykład  szczęśliwego,  miłego  małżeństwa.  -  Rodzice  Julki  też  ciągle  są  razem  i 

wcale  się  nie  rozwiedli  -  dokończyła  Zuzka  desperacko.  -  Większość  małżeństw  jest 

szczęśliwa. Ty też będziesz miała więcej szczęścia niż twoja mama, zobaczysz. 

Emma otarła łzy i próbowała się uśmiechać. 

- To co, ustawiamy kubełki? - zapytała dzielnie. 

- Kubeczki? - no tak, przecież postanowiłyśmy wróżyć sobie na wszystkie znane nam 

sposoby, nawet te najgłupsze... 

- Z  rachunku  prawdopodobieństwa  wynika,  że  jedna  z  nas  wyjdzie  za  mąż,  jedna 

background image

pójdzie  do  zakonu,  a  jedna  zostanie  starą  panną  -  powiedziała  Zuzia,  nasz  umysł  ścisły.  - 

Tylko ta czwarta ma szansę na to, że zdecyduje za nią los. 

- To  ja  chcę  być  ostatnia!  -  uśmiechnęła  się  Emma.  -  I  tak  wiadomo,  że  wyjdę  za 

męż... za mąż. 

- No  tak,  więc  obrączka  jest  twoja!  -  roześmiałyśmy  się.  I  zaczęłyśmy  poszukiwania 

obrączki.  W  tym  domu  były  co  najmniej  trzy.  Dwie  moich  rodziców,  szerokie,  srebrne,  w 

hinduski  wzorek...  Obrączki,  które  przyprawiały  babcię  o  palpitację  serca.  Jak  jej  córka, 

pochodząca  z  wspaniałej  hrabiowskiej  rodziny,  mogła  dać  sobie  założyć  na  palec  coś  tak 

niestylowego? Mama jednak sprawiała wrażenie zachwyconej swoją obrączką i nigdy jej nie 

zdejmowała.  Tata  zresztą  też.  Babcia  za  to  nosiła  na  palcu  starą,  złotą,  startą  w  niektórych 

miejscach  obrączkę,  przekazywaną  z  pokolenia  na  pokolenie.  I  podobnie  jak  rodzice,  nie 

zdejmowała jej nawet przy myciu rąk. Na pewno teraz, podczas snu, miała ją na palcu. 

- Może gdzieś jest schowana obrączka dziadka? - zastanawiałam się głośno. - A może 

go z nią pochowano? Nie pamiętam... Zresztą to bez znaczenia. Nawet jeśli gdzieś tu jest, to 

nie zgadnę, gdzie. Nigdy w życiu. 

Widziałyście,  co  się  dzieje  w  szufladach  w  kuchni.  W  pokojach  jest  tak  samo.  Nie 

należymy  do  szczególnie  uporządkowanych  rodzin.  Mama  ma  idealny  porządek  tylko  w 

gabinecie. 

- To  może  zrobimy  obrączkę  z  drutu?  -  Zuzia  po  raz  kolejny  wpadła  na  genialny 

pomysł. - Masz jakiś drut? 

- Na pewno... ale nie wiem, gdzie - było mi głupio. - Może w garażu? 

- A spinacz? - wtrąciła się Julka. - Taki spinacz do papieru? 

- Twoja mama ma ich mnóstwo w gabinecie - Julka była tak samo genialna jak Zuzia. 

A może nawet bardziej? Oszczędziła mi wizyty w garażu! 

Wyszłam  z  kuchni  i  zapaliłam  światło  w  gabinecie  naszej  doktor  Dolittle, 

zastanawiając się jednocześnie, czy mama posprzątała po operacji.  Zuzia mówiła coś o tym, 

ż

e  moi  rodzice  byli  bardzo  zmęczeni.  A  skoro  tak,  to  być  może  złamali  żelazne  zasady  i 

zostawili  jakiś  zakrwawiony  bandaż,  gazik,  jakąś  plamkę  krwi  na  ścianie?  Naprawdę  nie 

chciałam teraz zemdleć... Może lepiej iść do garażu? Tam przynajmniej nie czekały na mnie 

ż

adne medyczne zapachy i pokrwawione waciki! 

Gabinet  na  szczęście  lśnił  czystością.  Odetchnęłam  z  ulgą,  podeszłam  do  biurka, 

złapałam  trzy  spinacze,  na  wszelki  wypadek,  a  potem  zgasiłam  światło  i  pobiegłam  do 

kuchni.  W  przedpokoju  kątem  oka  zerknęłam  na  zegar.  Była  druga  w  nocy!  A  my  wciąż 

nawet nie zaczęłyśmy lać wosku! 

background image

- Piękna  obrączka!  -  Julka  patrzyła  zachwycona  na  swoje  dzieło.  Krążek zrobiony  ze 

spinacza  biurowego  był  może  trochę  krzywy...  może  nawet  bardziej  niż  trochę,  obrączkę 

jednak przypominał. I to nam wystarczało. 

- Z listkiem nie będzie problemu - zerwałam największy liść z młodej bazylii, rosnącej 

na  parapecie.  A  może  to  była  szałwia?  Nigdy  nie  zdołałam  się  zaprzyjaźnić  z  ogródkiem 

ziołowym mojej babci. 

- Jeszcze różaniec - przypomniała Zuzia. 

No tak... miałam swój różaniec, piękny, stary, z drewna cedrowego... i bardzo, bardzo 

duży.  Każdy  koralik  miał  chyba  ze  trzy  centymetry  średnicy.  Gdybyśmy  go  nawet  jakoś 

upchnęły pod kubeczkiem, od razu byłoby wiadomo, że jest właśnie tam. Kubeczek z trudem 

by  się  przesuwał,  a  przecież  kubeczki  przed  losowaniem  trzeba  zawsze  własnoręcznie 

pomieszać. To nie byłoby uczciwe! 

- Wystarczy sam krzyżyk - zdecydowała Zuzka. - Zrobimy go ze spinacza, nawet jeśli 

uderzy o ściankę kubeczka, to dźwięk będzie dokładnie taki sam jak przy obrączce. 

- A może do listka też przyczepimy kawałek drutu ze spinacza, żeby też był dźwięk, w 

razie  czego?  Wtedy  nic  nie  da  się  odgadnąć,  wszystko  będzie  w  rękach  przeznaczenia...  - 

zaproponowała Julka. 

- Świetny pomysł! - zgodziłyśmy się wszystkie. I zaczęłyśmy wyginać dwa pozostałe 

spinacze,  aby  z  jednego  zrobić  krzyżyk,  a  z  drugiego  zaczep  do  listka...  zaczep,  którego 

jedynym zadaniem było uniemożliwienie nam oszustwa. 

- Teraz  potrzebujemy  jeszcze  tylko  trzech  identycznych  kubeczków  -  powiedziała 

Zuzka.  I  to  był  problem.  Okazało  się,  że  w  moim  domu  nie  ma  trzech  kubeczków 

wyglądających tak samo. Były trzy filiżanki. Ale też nie identyczne! Jedna miała obtłuczony 

brzeżek,  a  druga  przebarwione  na  niebiesko  uszko...  Każda  z  nas  mogłaby  z  łatwością 

zapamiętać, co kryje się pod tą wyszczerbioną i pod tą z niebieskim uchem. A przecież nie o 

to chodziło! 

- Mam miseczki do lodów! - uświadomiłam sobie nagie. - Nawet sześć! Mogą być? 

- Obrączka! - ucieszyła się Zuzia, która losowała pierwsza. - Wyjdę za mąż! 

- Obrączka! - zdziwiłam się ja, kiedy podniosłam miseczkę. Tak długo nie mogłam się 

zdecydować  na  żadną,  tak  długo  je  przesuwałam  z  miejsca  na  miejsce,  czekając,  aż 

przeznaczenie podpowie mi, którą podnieść. Przeznaczenie jednak milczało, odezwała się za 

to Emma. 

- Chce  mi  się  spać  -  ziewnęła.  A  ja  natychmiast  podniosłam  miseczkę.  Nie  mogłam 

przecież przesuwać ich do świtu! 

background image

- Dwie  obrączki?  -  szepnęła  Julka.  -  I  trzecia  Emmy,  to  już  pewne...  Czyli  dla  mnie 

zakon  albo  staropanieństwo.  Nie  wiem,  co  bym  wolała.  W  ciszy  zakonu  mogłabym  znaleźć 

inspirację i napisać naprawdę wspaniałe, krzepiące poezje... 

Julka  nie  przesuwała  miseczek,  nie  czekała  ha  znak  od  przeznaczenia.  Po  prostu 

dotknęła pierwszej miseczki z brzegu, tej najbliżej brzegu stołu, i od razu ją podniosła. 

- Obrączka? - nie mogła uwierzyć. - Wszystkie cztery wylosowałyśmy obrączki? 

- Wszystkie  cztery?  -  zdumiała  się  Zuzka.  -  To  niezgodne  z  rachunkiem 

prawdopodobieństwa! 

- Wszystkie trzy - poprawiła ją Emma. - Ja dopiero losuję... 

Położyła rękę na brzegu stołu, zamknęła oczy i podniosła miseczkę. 

- Listek? - była równie zdziwiona jak my. - Listek to stare państwo, tak? 

- Staropanieństwo - przytaknęłam. - Ale ty przecież masz wyjść za mąż jako pierwsza. 

Twój but... Przecież nie możesz być jednocześnie starą panną i mężatką! 

- Głupie te wróżby, od razu mówiłam - naburmuszyła się Emma. 

- Trzeba  lać  wosk  -  postanowiła  Zuzia.  -  To  przecież  najważniejsza  andrzejkowa 

wróżba. 

background image

ROZDZIAŁ 15 

POD PODUSZKĄ 

Mało  tego  wosku  -  patrzyłyśmy  nieufnie  na  rozgrzewające  się  na  dnie  garnuszka, 

zanurzonego we wrzącej wodzie, skrawki malutkich białych świeczuszek. 

- Będziemy  lały  ostrożnie,  każda  tylko  troszkę  -  powiedziała  Zuzka.  -  Nie 

potrzebujemy  przecież  dużych  figurek...  z  malutkich  też  będą  fajne  cienie.  Może  być  nawet 

ciekawiej niż z takimi wielkimi. 

- Jakoś  sobie  poradzimy  -  uśmiechnęłam  się  do  niej.  -  Bractwo  Zeta  ze  wszystkim 

sobie poradzi... 

- To  co,  biegniemy  na  górę?  -  zapytała  Julka,  a  mnie  po  plecach  znowu  przeszedł 

dreszcz.  Na  górę,  do  mojego  ducha...  Wiedziałam,  że  już  raz  tam  spałyśmy,  wszystkie 

cztery...  ale  wtedy  było  jakoś  inaczej,  było  ciepło,  prawie  upalnie,  rano  bardzo  wcześnie 

robiło  się  jasno...  i  nie  było  takiej  niesamowitej,  magicznej,  andrzejkowej  atmosfery. 

Atmosfery  wprost  zapraszającej  duchy,  żeby  wyszły  z  kątów.  No,  ale  skoro  Julka,  Emma  i 

Zuzia tak bardzo chciały lać wosk właśnie na strychu... 

- Postawcie to wszystko tu, przy materacu - starałam się odciągnąć moje  przyjaciółki 

od ciemnych zakamarków, niesprzątanych od lat. Strych? Proszę bardzo, ale niech to będzie 

mój  kawałek  strychu.  Ten,  gdzie  jest  lampa  i  mój  wielki  materac,  i  umyta  przez  babcię 

podłoga. Nie zamierzałam iść ani kroku dalej! 

- Postaw,  Emmo,  ten  podgrzewacz  -  powiedziała  Julka,  patrząc  na  mnie  uważnie. 

Wiedziałam, że mnie przejrzała. Wyczuwała, że się boję. Przesłałam jej uśmiech, który miał 

powiedzieć  „Dziękuję”.  Dziękuję  za  to,  że  nie  dopytywała  o  ducha.  I  że  wsparła  mnie  w 

sprawie wróżenia tuż przy drzwiach, koło materaca. 

- O tak, na podgrzewaczu postaw wosk... żeby nie zastygł... A tu wiaderko... - Zuzka 

znów nami dyrygowała. - Gdzie klucz? 

- Klucz? - gdyby moje włosy były odrobinkę krótsze, na pewno stanęłyby dęba. Klucz 

był  właśnie  tam,  gdzie  nie  chciałam  wchodzić.  Tam,  gdzie  nie  było  lampy,  za  starym 

piecem... tam, gdzie był tylko kurz, pajęczyny... no i duch. 

- Widzę  go!  -  zawołała  Zuzia  i  rzuciła  się  w  ciemność.  Zamknęłam  oczy!  Jeśli  ten 

duch teraz wyjdzie, jeśli złapie ja i zaciągnie za piec... Właśnie, co wtedy? Czy będę w stanie 

ją uratować? 

- Fajny ten klucz - Zuzia na szczęście w okamgnieniu była znów obok mnie. - No to 

background image

już, lejemy. Tym razem zaczyna Julka. 

Julka przytuliła klucz jak wcześniej słownik i wypowiedziała tę samą formułkę: 

- Przynieś mi szczęście, pokaż mi przyszłość, bądź mi drogowskazem. 

A potem na chwilę zamknęła oczy. 

- Nie  lej  wosku  z  zamkniętymi  oczyma!  -  Zuzia  potrafiła  każdego  sprowadzić  na 

ziemię, nawet w taką noc. - Jeszcze się poparzysz, to niebezpieczne. 

Julka  posłusznie  otworzyła  oczy,  uniosła  garnuszek  z  rozpuszczonym  woskiem  i 

wylała  odrobinkę  przez  dziurkę  mojego  ogromnego,  starego  klucza.  W  zimnej  wodzie  wosk 

natychmiast ułożył się w jakiś dziwaczny, pofałdowany kształt. 

- Co to może być? - chciałam odgadnąć jej przyszłość. 

- Zobaczymy, jak będziemy rzucać cienie na ścianę - przypomniała mi Julka. - To co, 

teraz kolej na Żabę? 

Miałam ochotę przytulić klucz jak ona. Tak bardzo chciałam, żeby okazało się, że los 

przeznaczył  mi  miłość.  Tak  bardzo  chciałam,  żeby  woskowy  kształt  nie  pozostawił  żadnej 

wątpliwości,  jak  we  wróżbie  babci  pięćdziesiąt  lat  temu.  Chciałam,  żeby  to  było  serce. 

Właściwie tylko ten jeden jedyny kształt mógłby mnie ucieszyć. 

- Co to jest? Kieliszek? - zastanawiały się dziewczyny. 

- Może raczej czara goryczy - podpowiedziałam zdenerwowana. Kształt, który pojawił 

się na wodzie, w niczym nie przypominał serca. Moja ostatnia nadzieja legła w gruzach. 

- A to? - Zuzia wylała swoją porcję wosku tak szybko, że nawet nie zdążyłyśmy tego 

zauważyć. - Co to może być? Niczego nie przypomina... 

- Zobaczymy  na  ścianie  -  uśmiechnęłam  się.  -  Teraz  ty,  Emmo.  Wylej  wszystko,  co 

zostało. 

I Emma wylała. Na wodę... i na siebie. 

- Moja spódnica - syknęła, i rozpłakała się jak bóbr. 

- Jak to się stało? - nie rozumiała Zuzka. 

- Chyba  zostało  trochę  wosku  na  brzegu  garnuszka  -  powiedziałam.  -  Trochę,  ale 

wystarczyło... 

- Kurczę,  Karolina  chciała  ci  zniszczyć  spódnicę,  uniknęłaś  tego,  wydawało  się,  że 

tutaj z nami jesteś bezpieczna... - kręciła głową Zuzia. 

- Sama się załatwiłam - Chlipnęła Emma. - Moja najładniejsza spódnica do śmietniku. 

- Do  śmietnika  -  poprawiła  ją  Julka.  A  potem  powiedziała:  -  Czekaj,  jeszcze  nie 

wszystko  stracone!  Potrzebne  będzie  żelazko  i  bibuła.  Albo  papier  śniadaniowy.  Albo,  w 

ostateczności, zwykła kartka papieru... Tylko szybko! 

background image

Zbiegłam  na  dół,  zaskoczona,  ze  po  raz  kolejny  nasza  nieprzytomna  poetka,  córka 

jednego  z  najbogatszych  małżeństw  w  Polsce,  okazuje  się  taką  praktyczną  osobą.  Zawsze 

potrafi nas zadziwić... Miałam tylko nadzieję, że babcia ani mama nie przeniosły w ostatnich 

dniach żelazka z szafy w korytarzu w jakieś nowe, zupełnie nie znane mi miejsce. 

- Nie ma ani śladu! - Emma oglądała z niedowierzaniem swoją szarą spódnicę. - Ani 

kawałka wosku... 

- Prasowanie przez bibułę zawsze pomaga. Nauczyłam się tej sztuczki od babci - Julka 

była wyraźnie z siebie zadowolona. - To co, rzucamy cienie na ścianę? 

- Potrzebna  jest  świeczka  -  uświadomiłam  sobie.  -  A  my  mamy  tylko  tę  jedną,  z 

podgrzewacza, do połowy wypaloną... A nawet bardziej niż do połowy. 

- Wystarczy,  musimy  tylko  działać  szybko  -  Zuzka  nie  widziała  problemu.  -  Gasimy 

ś

wiatło i każda ma minutę na rzucanie cienia. Przez minutę można zobaczyć bardzo wiele... 

Julka  wzięła  do  ręki swój  kawałek  wosku.  Wyglądał  tak  dziwnie,  do  niczego  nie  był 

podobny...  Ale  gdy  go  uniosła  i  przytrzymała  przy  płomyku  świecy,  nie  miałyśmy 

najmniejszych wątpliwości. 

- To są skrzydła! - stwierdziłyśmy chórem. - Skrzydła uskrzydlonej poetki. 

- A może skrzydła anioła? - uśmiechnęła się Julka, wyraźnie zadowolona. - Myślicie, 

ż

e mogę je włączyć do mojej kolekcji aniołów? 

- Jasne, że możesz - powiedziałam i zamieniłam się z nią miejscami. Świeczka już się 

dopalała,  trzeba  było  się  spieszyć.  Może  mój  wosk,  tak  jak  i  jej,  oświetlony  ogniem  ukaże 

coś, o co absolutnie bym go nie podejrzewała? Przecież te jej skrzydła, kiedy leżały na stole, 

w ogóle nie wyglądały na skrzydła. Ale gdy je uniosła... 

Niestety, mój kieliszek wcale nie chciał przestać być kieliszkiem. Ze światłem świecy 

i  bez  niego  wyglądał  identycznie.  W  niczym  nie  przypominał  serca.  W  niczym  nie 

przypominał niczego oprócz kieliszka. 

- Zostanę alkoholiczką - westchnęłam. 

- Albo  mistrzem  -  powiedziała  Emma.  -  Mistrzem  świata.  No  wiesz,  to  jest  cup... 

world cup, jak to się mówi? 

- Puchar!  -  zrozumiałam.  -  Myślisz,  że  to  może  być  puchar?  Puchar  świata?  Że 

wygram jakieś zawody? Emma, jesteś kochana! 

Przez  chwilę  Tomek  nie  był  już  tak  ważny...  przez  chwilę  wcale  nie  stała  mi  przed 

oczyma  jego  krzywa  grzywka  i  niepewny  uśmiech.  Oczyma  wyobraźni  widziałam  bowiem 

coś zupełnie innego. To był piękny obraz. Stadion pełen ludzi, podium... i ja na najwyższym 

stopniu...  i  biało  -  czerwona  flaga  powiewająca  na  wietrze...  a  w  tle  ktoś  gra  Mazurka 

background image

Dąbrowskiego. 

- Jesteś kochana - powtórzyłam i przytuliłam Emmę. 

- A ten mój kształt? - Zuzia podniosła rękę tuż przy płomieniu świecy. - Coś wam to 

przypomina? 

- Probówkę - szepnęłam z pełną świadomością, że zaraz dostanę w łeb. - Taka prosta... 

długa... zaokrąglona u dołu... próbówka jak nic. Pewnie będziesz w niej rozmnażać te swoje 

potasowce. O ile one się rozmnażają. 

- To  może  być  jeszcze  batonik  -  pocieszyła  ją  Julka.  -  Słodki,  czekoladowy,  obły 

batonik. Taki, jak lubisz. 

- Wolałabym coś bardziej romantycznego - westchnęła Zuzia, przepuszczając Emmę. 

W jej wypadku nie miałyśmy żadnych wątpliwości. 

- Pieniądze! Monety, mnóstwo malutkich, okrągłych monet. 

Pomyślałam, że ta wróżba była trochę oszukana. Na dnie garnuszka zostało tylko kilka 

kropli wosku. Każda spadła na wodę oddzielnie i każda utworzyła taką właśnie niby - monetę. 

Połączyły  się  z  sobą  tylko  brzeżkami...  No,  ale  przecież  nie  mogłam  powiedzieć  Emmie,  że 

los nie da jej pieniędzy. Ona naprawdę ich potrzebowała! 

- Twoja  mama  dostanie  pracę,  wszystko  będzie  dobrze  -  przytuliłam  ją,  starając  się 

wygonić z głowy myśl o małych, spadających osobno kropelkach wosku. 

- Chciałam jej załatwić pracę - wtrąciła się Julka. - Gdy Marysia powiedziała, że mój 

ojciec  szuka  kobiet  do  pracy  w  pralni...  przypomniałam  sobie,  że  rozmawiał  z  mamą  przy 

ś

niadaniu  o  tym,  że  coraz  ciężej  o  dobrych  pracowników...  no  i  zadzwoniłam  do  niego  z 

komórki i powiedziałam mu o twojej mamie... ale nie chciał o niej słyszeć. Powiedział, że nie 

zatrudnia znajomych, bo z tego są same kłopoty. 

- Przecież on nie zna moja mama - zdziwiła się Emma. - Nigdy się nie wiedzieli... nie 

widzieli. To chyba nie są znajomi? 

- No  chyba  nie  -  zgodziłyśmy  się  z  nią.  -  Ale  na  pewno  twoja  mama  znajdzie  coś 

innego, lepszego... 

- Na  pewno,  po  takiej  wróżbie  -  Emma  wyglądała  troszkę  weselej.  Właściwie 

wyglądała tak już od kilku godzin. Już od chwili, gdy dowiedziała się, że Karolina pocięła jej 

torbę.  Karolina,  a  nie  Krzysiek.  Wyraźnie  jej  wtedy  ulżyło.  I  nawet  kiedy  płakała  nad  szarą 

spódnicą, nie była taka smutna jak w szkole. 

- Idziemy spać? - zapytałam. - Niedługo zacznie świtać... 

- Jeszcze karteczki - przypomniała nam Julka. - . Karteczki z imionami chłopaków pod 

poduszkę. Rano wyciągniemy imię przyszłego męża! 

background image

Miałam  już  dość  tych  mężów!  Przez  całą  noc  nic  tylko  mężowie  i  mężowie!  A  ja 

przecież nawet nie mam chłopaka... nie mam szans choćby na to, by z nim porozmawiać, bo 

on mnie nienawidzi. Co więc mówić o mężu? 

- Piszcie, następna szansa dopiero za rok! - Julka ułożyła się z samego brzegu mojego 

ogromnego materaca i włożyła pod poduszkę całe mnóstwo karteczek. 

- Przecież  mówiłaś,  że  żaden  chłopak  ci  się  nie  podoba,  że  szukasz  ideału?  - 

spojrzałam na nią podejrzliwie. - A teraz aż tyle imion? 

- Żaden  mi  się  nie  podoba  -  przytaknęła  Julka.  -  I  dlatego  włożyłam  pod  poduszkę 

kartki z wszystkimi literami alfabetu. Imion jest za dużo... ale poznam przynajmniej pierwszą 

literę,  zbliżę  się  do  mojego  ideału...  Ale  wy  macie  chłopaków,  którzy  wam  się  podobają. 

Piszcie więc ich imiona! 

- Julka... - poczułam, że muszę o coś zapytać. - Mówiłaś, że wróżysz sobie co roku. Ze 

słownika, i w ogóle... Czy kiedyś coś ci się sprawdziło? 

- Tak - Julka nie wiadomo dlaczego nagle się zasępiła. - Rok temu. Byłam z rodzicami 

nad  morzem,  na  jakimś  spotkaniu  biznesowym.  Nie  miałam  „Słownika  wyrazów  obcych”, 

poszłam  w  andrzejki  do  księgarni,  ale  mieli  tylko  mały  słownik  ortograficzny...  No  więc 

wylosowałam  słowo.  Idealne  słowo  dla  dziedziczki  sieci  pralni  Ździebełko.  Słowo  „pranie”. 

Wróżba, która sprawdziła się natychmiast. 

Pożałowałam,  że  zadałam  jej  to  pytanie.  Na  pewno  nie  jest  miło,  będąc  poetką, 

wylosować takie słowo. Takie pozbawione romantyzmu pralnicze słowo! 

I dopiero  gdy zgasiłyśmy  światło i ułożyłyśmy się wszystkie na moim gigantycznym 

materacu, przyszło mi do głowy rozwiązanie. 

- Słuchaj  Julka...  Nie  śpisz?  Słuchaj,  to  nie  musi  być  takie  pranie  z  pralni.  To  może 

być leśniczówka Pranie! Ta, w której tworzył Gałczyński. Nie myślałaś o tym? To może być 

znak, że będziesz tak sławna jak on. 

- Dzięki...  jesteś  kochana  -  Julka  wyciągnęła  rękę  ponad  pochrapującą  już  Zuzią  i 

uścisnęła  mnie  serdecznie.  -  Nigdy  nie  myślałam  o  tym  w  taki  sposób.  Jesteś  wspaniała. 

Pranie... mazurskie Pranie... Jesteś kochana. Śpij. Dobranoc. 

- Dobranoc  -  szepnęłam,  i  przytuliłam  się  do  mojego  pluszowego  pieska  Feliksa.  To 

na pewno będzie dobra noc! Bo przecież rano włożę rękę pod poduszkę i wyciągnę karteczkę 

z imieniem Tomek. Bez żadnych wątpliwości. W tej wróżbie postanowiłam nie zdawać się na 

los i włożyłam pod poduszkę tylko jedną karteczkę. Bo istnieje tylko jeden chłopak, który mi 

się podoba. Nawet jeśli, niestety, przypadkiem to ten sam chłopak, który mnie nie znosi... 

background image

Możesz zrobić to, co Bractwo Zeta... 

tylko jeszcze lepiej! 

WOSKOWE WRÓŻBY 

Potrzebne będą: 

wosk (stare, połamane świeczki) 

garnuszek do rozgrzania wosku (najlepiej taki, który już do 

niczego się nie przyda, bo ciężko go będzie doczyścić) 

większy garnek, do którego wejdzie mały 

miska z zimną wodą 

stary klucz z dużą dziurką 

ś

wieczka 

zapałki 

1. Zaproś tylko dziewczyny. Wróżby, przy których są faceci, nigdy się nie sprawdzą. 

Nawet tatę i dziadka grzecznie poproś o wyjście. Jeśli nie mogą, oddziel ich kurtyną, zrobioną 

np. z prześcieradła. I pilnuj, żeby nie podglądali! 

2.  Połamcie  stare  świeczki  i  wyciągnijcie  z  nich  knoty.  Wrzućcie  wosk  do  małego 

garnka. Nie stawiajcie  go bezpośrednio na kuchence, bo zamiast się roztopić, błyskawicznie 

się  spali!  Włóżcie  garnuszek  z  woskiem  do  drugiego,  wypełnionego  ciepłą  wodą.  Postawcie 

garnek na gazie. Gdy woda zagotuje się, wosk się roztopi. 

3.  Trzymaj  klucz  w  lewej  ręce  (od  serca!)  nad  miską  z  wodą,  a  prawą  lej  wosk  do 

wody  przez  dziurkę  od  klucza.  Zostaw  wosk  na  pół  minuty  w  wodzie,  by  zastygł,  a  potem 

ostrożnie wyjmij. Podaj klucz kolejnej miłośniczce wróżb. 

4. Kiedy już wszystkie będziecie miały kawałki wosku, zapal świeczkę, zgaś światło, i 

spróbuj  zgadnąć,  co  przyniesie  ci  przyszłość.  Trzymaj  wosk  w  koniuszkach  palców, 

równolegle  do  ściany,  oświetlając  go  płomieniem  świecy  (woskowa  „figurka”  musi  być 

między ścianą a świeczką). 

5.  Nie  zapomnijcie  wyłączyć  gazu  i  nie  zostawiajcie  na  kuchence  ani  garnuszka  z 

woskiem, ani garnka z wodą - łatwo go potrącić i rozlać zawartość! 

6. Załóżcie zeszyt, w którym zanotujecie, co której los przepowiedział w tym roku. Za 

rok, dwa, trzy lub pięć lat będziecie mogły porównać kolejne przepowiednie z tegorocznymi... 

a za dziesięć lub piętnaście lat sprawdzić, czy się spełniły. I solidnie się pośmiać! 

 

PS  Możecie  też  jak  Bractwo  Zeta  wróżyć  ze  słownika  lub  schować  pod  trzema 

kubeczkami  różaniec,  suchą  gałązkę  albo  listek  i  obrączkę,  a  potem  losować.  Obrączka 

background image

oznacza  małżeństwo,  różaniec  -  pójście  do  zakonu,  a  kawałek  roślinki  -  staropanieństwo. 

Starą andrzejkową wróżbą jest ustawianie butów od okna do drzwi  (po jednym bucie  każdej 

dziewczyny). Ta, której but pierwszy przekroczy próg, pierwsza wyjdzie za mąż. A przed snem 

koniecznie włóż pod poduszkę karteczki z imionami wszystkich chłopaków, którzy ci się podo-

bają.  Wyciągnięta  rano  kartka  wskaże  tego,  z  kim  połączy  cię  los!  Ale  nie  traktuj  tego 

ś

miertelnie poważnie. W końcu to tylko andrzejki...