background image

LILIANA FABISIŃSKA

GWIAZDKA Z NIEBA

Bezsennik

czyli 

O czym dziewczyny rozmawiają nocą

background image

ROZDZIAŁ 1

TYM RAZEM PRZEGIĘŁA

Dziękujemy   wam   serdecznie   -   dyrektorka   domu   dziecka   naprawdę   miała   łzy   w 

oczach. - Dzieciaki nigdy jeszcze nie miały tylu pięknych zabawek i książek.

Dygnęłyśmy   we   cztery   jak   na   komendę.   Spojrzałam   w   lewo,   na   Julkę.   Potem   w 

prawo,   na   Emmę   i   Zuzię.   Wszystkie   trzy   miały   niesamowite   rumieńce.   Czy   ja   też   tak 

wyglądałam? Nie, to niemożliwe, nie mogłam być aż taka czerwona! A jednak... Odwróciłam 

się i spojrzałam w wielkie lustro, wiszące na ścianie sali gimnastycznej, na środku której 

stałyśmy z tymi wielkimi workami. Zuzia, Emma i Julka były przy mnie białe jak mąka! 

Bladziusieńkie! To ja byłam czerwona jak burak! Jak dwa buraki albo pięć! I to chyba nie ze 

wstydu, jak to bywa zwykle, kiedy się rumienię... tym razem byłam czerwona z zadowolenia.

- Dziękujemy! - malutka, czarnowłosa dziewczynka zawisła mi na szyi.

- Dziękujemy! - dwie kolejne dziewczynki przylepiły się do kolan Emmy.

Już nie miałam wątpliwości: warto było zrobić to wszystko. Wcale nie przyszło to tak 

łatwo, jak myślałyśmy, kiedy Julka zaproponowała pierwszego grudnia:

- Zamiast losować nazwiska i kupować sobie nawzajem prezenty, zróbmy w mikołajki 

coś dla innych.

- Ale co? - patrzyłyśmy na nią zdumione.

- Zbierzmy pieniądze, te które byśmy wydali na prezenty, cała klasa... I wpłaćmy je na 

dzieciaki z Zambii. Wystarczy po dziesięć złotych od osoby.

Tak, to miało sens... Gdyby tylko w naszej klasie było dwadzieścia osiem Julek. Albo 

po siedem Julek, Emm, Zuzek i Żab. No, mógłby być jeszcze Mateusz... I Krzysiek Więcek 

też, od biedy. W końcu nie był taki zły - od kiedy się dowiedziałyśmy, że to nie on pociął 

torbę Emmy, całkiem nieźle nam się z nim rozmawiało. Zwłaszcza Emmie... Odpowiadało jej 

nawet jego niewybredne, głupkowate chwilami poczucie humoru...

Niestety,  w naszej klasie oprócz osób  bardzo miłych  i tych  w miarę  miłych  były 

jeszcze   osoby...   Dobra,   i   tak   wiadomo,   o   co   chodzi:   oprócz   tych   osób   była   Karolina.   I 

miałyśmy pewność, że ona tego pomysłu nie zaakceptuje.

- Cóż   za   idiotyczny   pomysł!   -   prychnęła,   gdy   Julka   przedstawiła   na   godzinie 

wychowawczej swój plan. - Ta Zambia padła wam na głowy! Nic tylko Zambia i Zambia! A 

może kupimy coś dzieciom z Wielkiej Brytanii albo z Norwegii? O tych krajach też są w 

naszej klasie referaty.

- W Wielkiej Brytanii nie głoduje tak wiele dzieci jak w Zambii - zdenerwowała się 

background image

Julka. - Nie chcę kupować im miśków, tylko jedzenie!

- A może właśnie kupimy miśki? - wtrąciła się Zuzia. Julka zabiła ją wzrokiem, ale 

nasza gospodyni klasy nie zwróciła na to uwagi. - Może kupimy miśki, klocki, książki...

- Polskie książki dla dzieci z Zambii? - kpiła Karolina. - No to sobie nieźle poczytają...

- Polskie książki dla dzieci z Polski - Zuzia wyszła z ławki, przeszła przez całą klasę i 

stanęła przed Karoliną. Niższa od niej o głowę, spojrzała jej prosto w oczy. - Urządzimy 

jakimś   maluchom   z   domu   dziecka   takie   mikołajki,   że   zapamiętają   je   do   końca   życia. 

Rozumiem, że Zambia może nie obchodzić większości klasy... Ale dzieci z domu dziecka 

przy placu Słonecznym, który prawie wszyscy mijamy w drodze do szkoły? Chyba obchodzą 

każdego, i chyba każdy woli dać im trochę radości, niż dostać w prezencie kolejny świecznik, 

notesik, misia czy kubek. Prawda?

Czekałam, co powie Karolina. Byłam pewna, że coś powie. No i się doczekałam.

- Ja bardzo lubię dostawać prezenty, a mikołajki to taka stara tradycja - uśmiechnęła 

się do Marty Mądrej ponad głową Zuzki. - Nie widzę powodów, żeby zrywać z tą tradycją i 

wydawać pieniądze na inny cel. Na pewno wszyscy się ze mną zgodzą. Możemy głosować.

- Możemy   głosować   -   powtórzyła   nasza   wychowawczyni.   -   Są   dwie   propozycje. 

Przypominam.” pierwsza to przeznaczenie pieniędzy na prezenty dla dzieci z domu dziecka 

zamiast na prezenty kupowane osobie, którą się wylosowało. Czyli zrobienie przyjemności 

maluchom, które mają w życiu bardzo mało przyjemnych chwil. Druga możliwość to zwykłe 

mikołajki, takie jak w podstawówce... takie, jakie wszyscy mieliście już wiele razy. Czyli 

losowanie, a potem kupowanie prezentu.

- To   niesprawiedliwe,   pani   dała   do   zrozumienia,   które   wyjście   bardziej   się   pani 

podoba! Pani nie jest obiektywna! - zdenerwowała się Karolina.

- Nie   uważam,   żeby   w   tej   kwestii   obiektywizm   był   sprawą   najważniejszą   - 

powiedziała Mądra spokojnie. - Ważniejsze, by zrobić coś dobrego, coś co da nam wszystkim 

satysfakcję. A więc głosujemy. Proszę, kto jest za pomocą dzieciakom z domu dziecka, za 

podarowaniem im odrobiny radości, ręka w górę! A teraz kto jen za zwykłymi mikołajkami?

Za   pierwszym   razem   w   górę   uniósł   się   prawdziwy   las   rąk,   przy   drugim   pytaniu 

pojawiły   się   tylko   trzy   dłonie.   Karoliny,   Moniki   Frankowskiej   i   Renaty,   ich   wiernej 

przyjaciółki. Czyli wygrałyśmy!!!

- Dlaczego wyskoczyłaś nagle z tym domem dziecka? - Julka napadła na Zuzię zaraz 

po dzwonku na przerwę. - Chciałam, żebyśmy dały te pieniądze dzieciom z Zambii.' One 

najbardziej ich potrzebują.'

- Ludzie z naszej klasy mają już dość Zambii po aferze ze zniczami - powiedziała 

background image

Zuzia. - Wciąż nie udało nam się wygłosić referatu, nic nie wiedzą o tym kraju, po prostu 

mają go gdzieś...

Julka milczała przez moment, a potem powiedziała cichutko:

- No tak, może miałaś rację... Lepiej dać odrobinę radości smutnym dzieciakom niż 

przegrać z Karoliną i kupować kolejne idiotyczne prezenty komuś, kogo wylosujemy... Teraz 

przynajmniej mamy ją z głowy, musi się poddać woli większości.

Karolina jednak wcale nie zamierzała się poddać woli większości. Zaatakowała już 

następnego dnia na lekcji angielskiego, zanim Marta Mądra zdążyła otworzyć dziennik.

- Proponuję, żebyśmy jeszcze raz przegłosowali sprawę prezentów mikołajkowych - 

zapiszczała nerwowo jak zwykle, kiedy bardzo jej na czymś zależało. - Na pewno wszyscy 

chcieliby dostać prezenty, jak inne klasy. Ale pani wywarła wczoraj na nas niedopuszczalną 

presję. Mogłabym to zgłosić dyrektorowi, na pewno by panią ukarał..

Mądrą   zatkało,   podobnie   jak   nas.   Karolinka   posunęła   się   do   szantażu.   Wobec 

wychowawczyni! Tym razem chyba odrobinkę przesadziła.

- Karolinko, udam, że cię nie słyszałam, dobrze? - Marta Mądra z trudem wydobyła z 

siebie głos. - Będę udawać, że nigdy tego nie powiedziałaś.

- Ale ja mogę powtórzyć! - ona była naprawdę niesamowita. - Mogę powtórzyć głośno 

i powoli: domagam się ponownego głosowania!

- Nie zamierzasz z tego zrezygnować? - głos Mądrej stał się nagle zimny jak stal. 

Wstała zza biurka, ukazując zgrabne długie nogi w fioletowych rajstopach, i zbliżyła się do 

ławki, w której siedziały Karolina i Monika. - Jesteś pewna, Karolinko?

- Oczywiście, chcę, żebyśmy jeszcze raz głosowali. Jeśli nie, to pójdę do dyrektora i 

opowiem  o  tym,  co  pani   wczoraj   zrobiła  -  głos  Karoliny  był  z  minuty   na  minutę  coraz 

bardziej piskliwy.

- Wyręczę cię i sama pójdę do dyrektora - głos Mądrej był natomiast coraz bardziej 

lodowaty. - Albo, jeśli masz ochotę, chodź ze mną.

- Oczywiście, że pójdę, bardzo chętnie! - Karolina radośnie podniosła się z krzesła i 

ruszyła do drzwi. - Na pewno dyrektor Rożen przyzna mi rację. To była perfidna manipulacja.

- Licz   się   ze   słowami   i   nie   pogarszaj   swojej   sytuacji   -   powiedziała   nasza 

wychowawczyni, wychodząc na korytarz.

Zamknęła drzwi, a klasa chyba po raz pierwszy nawet się nie poruszyła. Nie było 

nauczyciela, a my siedzieliśmy bez ruchu w ławkach! Jak nie my. W końcu odezwała się 

Zuzia, jak zwykle pierwsza odzyskując trzeźwość umysłu.

- Chyba się dziewczyna doigra...

background image

- Tym razem przegięła - przytaknął Mateusz. - I wcale mi jej nie żal, należało jej się 

już przy zniczach...

- I za tę pociętą torbę Emmy też jej się należało - powiedziała Marysia z pierwszej 

ławki.

Zamarłyśmy. Przecież to miała być tajemnica! Przecież obiecałyśmy Karolinie, że jej 

nie wydamy... Same się sobie dziwiłyśmy, ale zrobiło nam się jej żal. Kiedy dowiedziała się, 

że już znamy prawdę, przyjechała do mojego domu, zalała się łzami... Opowiedziała nam o 

swoim   życiu,   o   swojej   rodzinie...   Uwierzyłyśmy   jej.   Uwierzyłyśmy,   że   miała   powody. 

Idiotyczne,   to   fakt,   ale   miała.   I   uwierzyłyśmy,   że   nigdy   więcej   tak   się   nie   zachowa. 

Poprosiłyśmy Marysie, żeby nikomu nie mówiła. A ona powiedziała. Właśnie teraz, całej 

klasie!

- No co tak patrzycie? - zdziwiła się Marysia i chyba po raz pierwszy nie zrobiła się 

czerwona,   przemawiając   publicznie.   -   Obiecałyśmy   jej   milczenie,   ale   ona   też   nam   coś 

obiecała. Miała się zmienić. A chyba się nie zmieniła, prawda? Pokazała to przed chwilą. Nie 

obchodzą jej inni ludzie. Więc dlaczego mamy się nią przejmować? Jest wredna.

W   klasie   znowu   zapanowała   całkowita   cisza.   Wystąpienie   Marysi   zdumiało 

wszystkich  jeszcze  bardziej  niż  tupet   Karoliny.   Po  Karolinie   można  się  było   spodziewać 

czegoś takiego... ale po Marysi nikt nie spodziewał się stanowczości ani tego, że powie naraz 

tyle zdań. I wcale się nie zaczerwienił Zresztą liczyło się nie tylko to, w jaki sposób mówiła, 

ale przede wszystkim to, co powiedziała!

- Karolina pocięła torbę Emmie? - zapytał Krzysiek Więcek. Pierwszy odzyskał głos.

- Pocięła torbę, zniszczyła spodnie, ukradła zdjęcia, chciała zalać spódnicę woskiem - 

Marysia była chyba w jakimś transie, wyrzucała z siebie słowa jak z karabinu maszynowego! 

- Karolina postanowiła wykończyć Emmę, sprawić, że odejdzie z naszej klasy...

- Miała swoje powody - wtrąciła cichutko śliczna Monika Frankowska. Ale jej głos nie 

brzmiał zbyt przekonująco. W końcu była najbliższą przyjaciółką Karoliny, mogłaby włożyć 

w jej obronę odrobinkę więcej wysiłku!

- A my podejrzewałyśmy ciebie, Krzysiu - powiedziała Julka. Zaskoczony Krzysiek 

Więcek aż wstał. Nie zdążył jednak zapytać, dlaczego akurat jego, nie zdążył zrobić żadnego 

gestu. Nikt inny też nie zdążył powiedzieć ani słowa, bo w tym momencie do klasy wróciła 

Marta Mądra. Tym razem nie tylko jej rajstopy, spódnica i sweter miały jej ulubiony kolor 

śliwki, czy raczej fioletu. Również jej twarz była całkiem fioletowa, a w oczach pojawiły się 

jakieś niesamowite, gniewne błyski.

- Karoliny nie będzie do końca dnia - powiedziała. - A my możemy przejść do lekcji, 

background image

prawda? Mikołajkowe problemy mamy już za sobą, tak? Na jutro wszyscy przynoszą po 

dziesięć złotych i dają skarbnikowi.

- Czyli Karolinie? - zapytała Zuzka z najbardziej niewinną miną świata.

Marta Mądra wyglądała, jakby strzelił w nią piorun. Jeden z tych, które przedtem 

błyskały w jej oczach.

- Karolina na pewno nie będzie już skarbnikiem - powiedziała, oddychając ciężko. - 

Pieniądze zbierzesz ty, Zuziu, dobrze? Albo ty, Julko, w końcu ta akcja to twój pomysł... 

Jakoś to ustalcie między sobą. Ja mam już dość...

I nagle, zamiast przejść do omawiania kolejnych angielskich czasów, jak zapowiadała 

przed chwilą, po prostu się rozpłakała. A w klasie po raz kolejny tego dnia zapadła całkowita 

cisza.

background image

ROZDZIAŁ 2

DWIEŚCIE SIEDEMNAŚCIE DZIECIAKÓW

Mamy  tyle  do  zrobienia!  - powiedziała   Julka  bardzo  przejęta,  gdy  usiadłyśmy  po 

lekcjach w pełnej słońca kuchni Zuzki. - Mikołajki są w sobotę, chyba powinnyśmy jechać do 

domu   dziecka   w   piątek.   Jak   myślicie?   No   to   mamy   tylko   dwa   dni   na   robotę:   środę   i 

czwartek...

- Ale co chcesz zrobić? - nie rozumiałyśmy. - Jutro zbierzemy pieniądze, po lekcjach 

pójdziemy kupić zabawki. .. No i już. Nie ma nic do załatwiania. Na dawanie prezentów 

dzieciom nie potrzeba chyba pozwolenia, jak na sprzedawanie zniczy na ulicy?

- Trzeba te zabawki ładnie popakować - odgadła Zuzia. - Ale bez przesady, to też nie 

będzie   wcale   tak   dużo   pracy.   Mamy   już   praktykę   po   Dniu   Nauczyciela   i   pakowaniu 

dwudziestu ośmiu prezentów dla Mądrej.

- Wiesz, ile jest dzieci w domu dziecka? - westchnęła Julka. - Na pewno więcej niż 

dwadzieścioro ośmioro. A my będziemy miały dwieście osiemdziesiąt złotych. Albo dwieście 

siedemdziesiąt, bo Karolina na pewno nie weźmie udziału w zbiórce. Dwieście siedemdziesiąt 

złotych to niestety nie jest fortuna... I co, myślicie, że będziemy losować? Jedno dziecko 

dostanie prezent, a drugie nie? Wybierzemy te najładniejsze czy najsmutniejsze? Przecież tak 

nie można! Złamałybyśmy im serca! Jeśli mamy coś dać, to musimy dać każdemu. Tego 

wymaga elementarna przyzwoitość i zasady demokracji.

To   przemówienie   przypominało   bardziej   pogadanki   mojej   babci,   wygłaszane   przy 

śniadaniu, niż zwykłe teksty Julki - poetki. Ale być może poetki czasami mogą zamienić się w 

przyzwoite demokratki? Julka chyba właśnie przeżywała taki moment.

- Ale co zamierzasz? - nie rozumiałam. - Kupić każdemu dziecku gumę do żucia? 

Chyba akurat na to wystarczy nam pieniędzy.

- Wszystko przemyślałam - powiedziała Julka. - Po prostu musimy trochę prezentów 

zrobić same. I powinnyśmy zacząć już dzisiaj.

- Julka...  Oj,  Julka...  - westchnęła  Zuzia, zalewając  herbatę  malinową  wrzątkiem i 

stawiając na stole cztery wielkie kubki. - Tym razem chyba nie najlepiej to wymyśliłaś.. . Bo 

co my możemy  zrobić? Zabawki to nie znicze, nie można ich wyprodukować byle  jak... 

Znicze spaliły się tego samego dnia, a zabawki zostają na długo.

- Muszą być ładne - zgodziła się Emma. - Nie poradzimy sobie.

- Poradzimy sobie! - Julka tryskała optymizmem. - Możemy zrobić mnóstwo rzeczy. 

Włożymy w to swoje serca, od razu będzie widać, że to dary, w których zostawiamy kawałek 

background image

siebie. To mogą być różne lalki, zrobione na drutach albo uszyte z niepotrzebnych szmatek, i 

różne rzeczy z modeliny.

- Na drutach albo uszyte? - myślałam, że się przesłyszałam! - A kto to zrobi?

- U mnie w podstawówce robiliśmy na technice szaliki na drutach - przypomniała 

sobie Zuzia. - Ale ja wtedy byłam chora, nie byłam na żadnej lekcji... Nie mam pojęcia, jak 

się trzyma druty, nie mówiąc o plątaniu tej włóczki.

- Ja też nie mam pojęcia, my miałyśmy zajęcia z chłopakami i heblowałyśmy deski - 

powiedziałam ponuro.

- A u mnie w szkole nie było w ogóle nic z wnuczką... znaczy z włóczką... Żadnych 

lekcji - wypowiedź Emmy była gwoździem do trumny.

Ale   Julka   w   ogóle   się   nie   przejęła!   Podskoczyła   na   krześle,   jeszcze   bardziej 

rozpromieniona, i prawie krzyknęła:

- Mówiłam wam, że mam pomysł! Przecież babcia Emmy robi takie piękne rzeczy na 

drutach i na szydełku. Na pewno coś nam zrobi w te dwa dni... Zwłaszcza jeśli się zajmiemy 

bliźniakami.

Na   myśl   o   zajmowaniu   się   braćmi   Emmy   i   ja,   i   Zuzia   jak   na   komendę   ciężko 

westchnęłyśmy.  Wcale nam się nie uśmiechało udawanie kota, kamienia albo piłki futbo-

lowej. No ale chyba faktycznie nie miałyśmy wyjścia...

- A może nawet pokaże nam jakiś prosty ścieg? - tryskająca humorem Julka miała 

widać bardzo wielostopniowy plan. - Wtedy mogłybyśmy coś robić wieczorami w domu.

- A   odrabianie   lekcji?   -   zainteresowała   się   trzeźwo   Zuzka.   -   W   czwartek   mamy 

klasówkę z chemii. Bzyk na pewno nie da mi szans na ściąganie. A ty, Żaba, siedzisz ze mną, 

więc też masz przerąbane...

- Mądra   nas   usprawiedliwi   -   powiedziała   Emma.   Widocznie   optymizm   Julki   był 

zaraźliwy! - Ona chce, żebyśmy dobrze wpadły.

- Wypadły - poprawiłam ją odruchowo. I w tym samym momencie poczułam, że mnie 

też  udziela  się  optymizm   Julki.  Może  faktycznie   Marta   Mądra  jakoś   załatwi  z  Bzykiem, 

żebyśmy  zaliczały klasówkę za tydzień  albo dwa?  Może coś nam się uda? Może jakimś 

cudem zgromadzimy prezenty dla wszystkich dzieciaków z placu Słonecznego?

- Zadzwońmy   do   tego   domu   dziecka   i   zapytajmy,   ilu   mają   podopiecznych   - 

zaproponowała trzeźwo Zuzia, znowu odgadując moje myśli.

- Świetny   pomysł   -   zgodziła   się   Julka.   A   Zuzia   wzięła   z   sosnowej   półki   w 

przedpokoju, oczywiście zrobionej własnoręcznie przez jej tatę, książkę telefoniczną i zaczęła 

szybko przewracać strony.

background image

Już   po   chwili,   trzymając   słuchawkę   w   dłoni,   mówiła   najsłodszym   tonem,   na   jaki 

umiała się zdobyć:

- Szykujemy niespodziankę dla państwa wychowanków... Proszę tylko o informację, 

ilu   ich   jest.   Już   notuję,   tak...   Słucham?   Dwustu   siedemnastu?   Dziękuję   bardzo...   Tak, 

niespodzianka jest aktualna, oczywiście... Tak... Nie mogę powiedzieć nic więcej, to w końcu 

niespodzianka. Do widzenia.

Słuchawka wysunęła się jej z ręki, a Zuzia, oparta o ścianę, patrzyła w przestrzeń 

nieobecnym wzrokiem.

- Dwieście siedemnaście dzieciaków - powtarzała, nie zwracając  na nas uwagi. W 

niczym   nie   przypominała   wulkanu   energii,   którym   zawsze   była.   Nawet   jej   promienny 

uśmiech gdzieś się zapodział.

- Dwieście siedemnaście - westchnęła Julka. - Trochę dużo...

- Bardzo dużo! - Emma była przerażona, podobnie jak ja.

- Może damy prezenty tylko jednej grupie? - zaproponowałam niepewnie. - Chyba 

mają tam jakieś grupy, jak my klasy? Musi być jakiś podział, choćby wiekowy, jak myślicie?

- Nie wiedziałam, że to taki duży dom... - mówiła Zuzia, wciąż jakby do siebie, a nie 

do nas. - Może jest jakiś inny dom dziecka koło naszej szkoły, trochę mniejszy? Może jest 

tam mniej dzieci?

- Może   -   pokiwała   głową   Julka.   -   Ale   mniej   to   wciąż   będzie   dużo...   Sto? 

Dziewięćdziesiąt? Nie damy rady zrobić prezentów dla wszystkich.

Tak   oto  Miss   Optymizmu   tego  popołudnia  straciła   swój  tytuł.  Zrozumiała,  że   nie 

mamy szans...

- Damy radę - Emma nieoczekiwanie przejęła koronę Miss. - Dobrze mówiłaś, moja 

babcia nam pomoże. Będzie dobrze. Damy radę. Nawet jakby tych dzieci było tysiące.

- Tysiąc? - roześmiałam się. - Twoja babcia zrobi w dwa dni prezenty dla tysiąca 

maluchów?

- Babcia i my - Emma nie widziała problemu. - Ja mam dużo dolls... lalek, tak? Dużo 

lalek, babcia mi robiła na tym drucie... szydełku... Wysyłała do Anglii... Nigdy się nimi nie 

bawiłam, są nowe... to znaczy stare, ale niezjedzone...

- Niezniszczone! - musiałam się uśmiechnąć, słuchając jej kolejnej bitwy z językiem 

polskim.

- Niezniszczone, yes... Są ładne, jak nowe, naprawdę. Całe pudło.

- Oddasz je dzieciakom? - zapytałam i nagle coś mi zaczęło świtać. - Ja też mogę coś 

oddać. Mam w domu dwa albo trzy miśki, którymi nigdy się nie bawiłam. I jakiś idiotyczny 

background image

zestaw do makijażu dla lalek, nawet nieodpakowany. Mogę to wszystko oddać. Julka, ty na 

pewno też coś masz? A ty, Zuzia?

Obie pokiwały głowami. A więc mój pomysł miał sens. Wzięłam głęboki oddech i 

mówiłam dalej:

- Każdy   ma   coś   w   domu.   Coś   nieużywanego,   co   tylko   zabiera   miejsce.   Miśka, 

samochodzik, książkę. Nowiutkie, niekochane prezenty. Wystawmy jutro na korytarzu pudło, 

wywieśmy   kartkę...   Ludzie   z   wszystkich   klas   pojutrze   coś   przyniosą,   my   to   wieczorem 

popakujemy   i   w   piątek   zawieziemy   do   domu   dziecka.   Trzeba   będzie   wszystko   uważnie 

przejrzeć,  żeby  nie  dawać   żadnych   staroci...  Ale   to  i  tak   mniej  roboty  niż  własnoręczna 

produkcja dwustu prezentów.

Zuzia, Julka i Emma wpatrywały się we mnie z niedowierzaniem. Nie byłam pewna, 

co to oznacza.

- No co, uważacie, że to zły pomysł? - zapytałam.

- Kurczę, to genialny pomysł! - Zuzka odzyskała nareszcie głos i rzuciła się, żeby 

mnie uścisnąć.

- Super! - Emma zawisła mi na szyi, nie zwracając uwagi na to, że wbija łokieć w 

plecy Zuzi.

Za chwilę dołączyła do nich Julka. Wszystkie trzy tuliły mnie i powtarzały, że jestem 

niesamowita, genialna, wspaniała. A ja powoli zaczynałam w to wierzyć. W końcu gdyby nie 

mój pomysł, spędziłybyśmy całe noce i dnie, szyjąc jakieś lalki i pieski...

- Świetny pomysł, dziewczynki - powiedziała Marta Mądra, kiedy przedstawiłyśmy jej 

swój plan. Na przerwie, na korytarzu, przekrzykując rozwrzeszczany tłum, otaczający nas z 

wszystkich stron... Po prostu nie chciałyśmy ryzykować kolejnej awantury na angielskim albo 

godzinie   wychowawczej.   Co   prawda   Karolina   wciąż   nie   wracała   do   szkoły,   ale   nam 

brakowało odwagi, by zapytać, co to oznacza.

- Znakomity   pomysł,   dziewczynki,   brawo!   -   powiedział   Edwin   Rożen,   gdy   na   tej 

samej   przerwie   wpadłyśmy   do   jego   gabinetu   razem   z   Martą   Mądrą.   Była   tak   samo 

rozemocjonowana jak my!

Na następnej przerwie ustawiłyśmy więc na korytarzu dwa pudła i jeszcze jedno przy 

szatni.  Wywiesiłyśmy  przy nich  kartki,   wydrukowane  szybko  w   sekretariacie:   „Zbieramy 

prezenty mikołajkowe dla dzieciaków z domu dziecka. Przynieście niezniszczone zabawki i 

książki! Dajmy tym maluchom trochę radości”.

- A może przejdziemy się jeszcze po klasach i powiemy, o co dokładnie chodzi? - 

zaproponowała Zuzka. Według mnie, z tej kartki wynikało jasno, o co chodzi: o zabawki i 

background image

książki. I radość dzieciaków. Skoro jednak miałyśmy powiedzieć to jeszcze dokładniej...

Zwolniłyśmy   się   z   matematyki,   u   bardzo   niezadowolonej   z   tego   powodu   pani 

Kwaśniak.

- Zaplanowałam na dziś kartkówkę - powiedziała. A ja westchnęłam w duchu: A na 

kiedy pani nie zaplanowała? Przecież kartkówka jest co drugą lekcję!

- Zaliczymy ją ustnie - obiecała w desperacji Julka. Chyba sama nie wierzyła w to, co 

mówiła! Kto niby zaliczy? Ona? Ja? Emma? Tylko Zuzia miała jakąkolwiek szansę w starciu 

twarzą w twarz z panią Kwaśniak.

- Przełożę   kartkówkę   na   jutro   -   zaskoczyła   nas   matematyczka.   -   To   nawet   lepiej, 

będzie więcej materiału do zaliczenia...

No tak, oczywiście! Nawet lepiej! Cała klasa jęknęła, a my ukłoniłyśmy się i szybko 

wybiegłyśmy na korytarz. Nie było czasu do stracenia, musiałyśmy oblecieć dwa piętra... A 

potem zebrać pieniądze od koleżanek i kolegów z klasy. Jeśli je przynieśli...

background image

ROZDZIAŁ 3

NOC Z SZABLONAMI

A jeśli nikt nic nie przyniesie? - zapytała ponuro Julka, gdy wracałyśmy ze szkoły.

- Obiecali, że przyniosą... Przecież każdy ma jakieś fajne rzeczy, którymi nigdy się nie 

bawił...   Kurczę,   przecież   tym   dryblasom   z   trzeciej   klasy   miśki,   lalki,   samochodziki   do 

niczego już się nie przydadzą... - głos Zuzki brzmiał tak, jakby usiłowała przekonać przede 

wszystkim samą siebie. Nie najlepiej jej to szło, niestety.

- To może same też coś urobimy? - zaproponowała Emma.

- Zrobimy - poprawiłam ją bezmyślnie i dopiero po chwili zrozumiałam, co ma na 

myśli. - Chodzi ci o to, żeby zrobić jakieś zabawki, mimo wszystko? Żeby nie liczyć na to, co 

przyniosą inne klasy, tylko coś mieć, na wszelki wypadek? Ale przecież nie zrobimy same 

dwustu zabawek!

- Dwustu nie - zgodziła się Emma. - Ale trochę... kilka... kilkanaście... Żeby coś mieć, 

jeśli zabraknie z pudłów... pudel... pudeł...

Problem pudła, czyli pudla do pakowania, już kiedyś przerobiłyśmy. Emma poradziła 

sobie w końcu z odmianą bez naszej pomocy, a my przyznałyśmy jej rację.

- Gdyby zabrakło  tylko  dwóch albo trzech  zabawek, to można  byłoby je  dokupić, 

nawet z własnych pieniędzy - powiedziała Julka. - Ale gdyby zabrakło piętnastu...

Jej rodzice oczywiście mogliby kupić nawet pięćset zabawek za to, co mają akurat w 

kieszeni... tyle że kieszenie pani Ździebełko i jej męża nie były niestety kieszeniami Julki. 

Mało tego: Julka zdecydowanie  odrzucała możliwość korzystania  z dobytku  rodziców. A 

tylko jej rodzice mieli w ogóle jakiś dobytek, który mogliby bez problemu przeznaczyć na 

książki i zabawki dla domu dziecka. Rodziców moich i Zuzki oraz mamy Emmy stanowczo 

nie było stać na aż taką filantropię. Musiałyśmy więc poradzić sobie same.

- To co, idziemy do twojej babci? - spojrzałam pytająco na Emmę.

- Pewnie! - uśmiechnęła się moja ruda przyjaciółka. - Już jej wczoraj mówiłam, że 

chcemy takie małe pipetki dla dzieciaków.

- Pipetki? - wszystkie trzy uniosłyśmy wysoko brwi.

- No pipetki... takie małe prezenty... takie...

- Drobiazgi? - domyśliła się Julka.

- Drobiazgi, tak - pokiwała głową Emma. - Myślałam, że to się nazywa pipetki.

- To się nie nazywa pipetki - warknęła Zuzia, jak zawsze, gdy była mowa o czymś, co 

kojarzyło się z chemią albo fizyką. Tak jak pipeta właśnie...

background image

- To nawet nie brzmi jak pipetki - uśmiechnęłam się.

- Coś mi się pomysiało - powiedziała Emma, smutna jak zwykle, kiedy okazywało się, 

że jej polski wciąż nie jest doskonały. Darowałyśmy jej więc to pomysianie. Nie było sensu 

jej dobijać... Zresztą i tak świetnie rozumiałyśmy, co miała na myśli. Pewnie połączyła słowo 

„pomieszać” i „pomylić”. I wyszło „pomysiać”. Całkiem słodkie słowo...

- Mam tu szablony - babcia Emmy doskonale się przygotowała do naszej wizyty. - 

Szyłam z nich zwierzęta dla moich dzieci, a potem dla Emmy i chłopców, i wysyłałam do 

Anglii. O, widzicie? To jest pies, to kot, to żyrafa, a to dwa łabędzie, jeden ze złożonymi 

skrzydłami, a drugi z rozłożonymi... Poradzicie sobie same.

Nie miałam pojęcia, w jaki sposób z kartonowych szablonów mamy zrobić prawdziwe 

zabawki. I skąd ta pewność, że sobie poradzimy?

- Tu są kawałki różnych materiałów - babcia Emmy podała nam wielką torbę pełną 

kolorowych   skrawków.   -   Przykładacie   szablon   do   materiału   złożonego   na   dwoje,   żeby 

zwierzę   miało   dwa   boki,   obrysowujecie   długopisem   albo   ołówkiem,   wycinacie,   potem 

bierzecie kolejny szablon, ten mały... to brzuszek i grzbiet, żeby zwierzę nie było płaskie... 

zszywacie, wypychacie watą, gąbką, innymi skrawkami, i już.

- Jakie już? - zapytała Emma. - A oczy?

- No tak, zwierzęta muszą mieć też oczy - roześmiała się jej babcia. - A czasami nawet 

wąsy... Ale od czego są guziki, skrawki wełny, kawałki drutu? Poradzimy sobie, zobaczycie! 

Niech każda z was weźmie szablon jednego zwierzaka i wycina. Ja wam to potem pozszywam 

szybciutko na maszynie i będziemy mieć mnóstwo zabawek.

To   naprawdę   nie   było   trudne!   Minęło   całe   popołudnie   i   wieczór,   a   my   dalej 

pracowałyśmy   w   tej   małej   manufakturze.   Rysowałyśmy,   wycinałyśmy,   babcia   Emmy 

siedziała   przy   cichutko   terkoczącej   maszynie   i   co   chwilę   podawała   nam   gotowe   do 

wypychania zwierzęta. Potem jeszcze zostawało tylko zaszyć im brzuchy albo boki, doprawić 

oczy... I już. Na stole stały cztery żyrafy, z czego jedna miała różowe paski, dwie były całe w 

kropki, a ostatnia miała rzucik w kwiatki... Wszystkie były prześliczne! Obok stało aż siedem 

psów. Równie pięknych!

- Ja najbardziej lubię tego z żółtymi wielkimi oczami - uśmiechnęłam się, zaszywając 

brzuch łabędziowi w drobną czerwoną kratkę.

- A ja tamtego kotka z czerwonymi wąsami z drutu - powiedziała Julka.

- To drut uratowany z jakiegoś starego radia - babcia Emmy na moment oderwała się 

od   maszyny.   -   Spodobał   mi   się   kolor,   więc   go   schowałam.   Z   dziesięć   lat   przeleżał   w 

szufladzie  i w   końcu się  przydał.  Bardzo  ładne   te  wąsy,  takie  zawadiackie...  Dobrze,  że 

background image

chłopców nie ma w domu, na pewno by chcieli zatrzymać tego kota... i jeszcze kilka innych. I 

ze dwa łabędzie...

- A   gdzie   są   twins?   -   zainteresowała   się   Emma.   -   Nie   trzeba   ich   odebrać   z 

przedszkola? Robi się późno...

- Twoja mama już ich odebrała, nie martw się, możesz spokojnie wrócić do swojego 

łabędzia. Nie wypchałaś mu lewego skrzydła! - miałam wrażenie, że babcia Emmy nie chce 

za wiele mówić o rym, gdzie są bliźniaki. Wyraźnie usiłowała odwrócić uwagę wnuczki. No i 

świetnie jej się udało. W końcu żadna z nas nie tęskniła specjalnie za Markiem i Robinem. 

Przy nich na pewno nie uszyłybyśmy ani jednego zwierzaczka! Za to same musiałybyśmy 

układać się na półkach albo skakać z szalki na tapczan i udawać koty.

Siedziałyśmy w maleńkim mieszkanku Emmy do świtu. Ale efekt był imponujący: 

czterdzieści siedem zwierzaków uszytych  z resztek, siedem lalek zrobionych na drutach i 

szydełku przez babcię Emmy, wieki temu... I jeszcze dwadzieścia dwie figurki z modeliny.

- Twins wygrali konkurs w przedszkole, dostali wielką paczkę modelina... modeliny, 

tak?   Wielką   paczkę   modeliny,   a   nic   z   niej   nie   robią   -   to   mówiąc,   Emma   wyciągnęła   z 

pawlacza gigantyczne pudło.

No   tak,   z   tej   modeliny   naprawdę   można   było   zrobić   dwieście   prezentów.   A 

przynajmniej sto. Niestety, z naszej czwórki tylko Zuzia potrafiła ulepić coś, co chociaż tro-

chę   przypominało   to,   co   zamierzyła   autorka.   Piesek   był   pieskiem,   kotek   kotkiem,   a 

krasnoludek krasnoludkiem. My mogłyśmy jej tylko pomóc, lepiąc z drobinek modeliny nosy. 

Małe kuleczki - to właśnie potrafiłyśmy. I niestety nic więcej.

- Jutro zrobię jeszcze kilkanaście... - powiedziała Zuzia, ziewając. Była piąta rano. 

Zdecydowanie  nie opłacało  się wracać  do domu, gdyż  o ósmej czekała nas kartkówka z 

matmy...  A zaraz po niej upiorna klasówka u Bzyka.  Ułożyłyśmy  się więc wszystkie  na 

wersalce Emmy.

- A gdzie śpi twoja babcia? - zainteresowałam się, zamykając oczy. - Chyba normalnie 

dzieli pokój z tobą, tak mówiłaś, prawda?

- Prawda - przytaknęła Emma. - Ale dziś śpi z twins.

- Twins? Oni wrócili? - zapytała Julka. - Nawet nie zauważyłam... Pewnie musieli być 

strasznie zmęczeni, skoro od razu poszli spać, zamiast biegać po mieszkaniu i krzyczeć.

- Wrócili z mamą, very tired... - powiedziała Emma.

- A gdzie jest twoja mama? - zapytała Zuzka. - Też śpi, z babcią i chłopcami? Musi im 

być ciasno...

- Jest w pracy - powiedziała Emma, co sprawiło, że całkowicie odechciało nam się 

background image

spać.

- W pracy? Znalazła pracę? Gdzie? - miałyśmy setkę pytań.

- W biurze, jako secretary... sekretarka... W biurze. Od wczoraj.

- Biura pracują na nocną zmianę? - zdziwiłam się.

- Robią bilans, tak powiedziała, gdy przyprowadziła twins. Że wychodzi do pracy i 

wróci dopiero rano.

Nie wyglądało to najlepiej. Siedzenie w pracy do rana, od razu drugiego dnia?

- Mam nadzieję, że przynajmniej zapłacą jej za nadgodziny - Zuzia nawet o piątej rano 

była praktyczna do bólu.

- Mam nadzieję - przytaknęła Emma bardzo niepewnie.

A mnie nagle przyszła do głowy okropna myśl. Może jej mama wcale nie ma pracy? 

Może po prostu ma romans? To znaczy, chyba nawet nie romans... ona w końcu rozwodzi się 

z panem Adamsem... Więc to wcale nie była tak okropna myśl, jak mi się wydawało... Nie 

chodziło przecież o romans, tylko o zwyczajnego, nowego mężczyznę. Może jest u niego, a 

nie w żadnej pracy? I nie chce mówić o niczym rodzinie, nie wie, jak to przyjmą... Skoro 

jednak pani Adams nie chciała informować Emmy, a Emma wierzyła w historię o pracy w 

nocy, to chyba lepiej było siedzieć cicho. Nie chciałam jej denerwować. Za to bardzo, bardzo 

chciałam spać.

- Dobranoc - powiedziałam więc po prostu i zamknęłam oczy.

W   czwartek   pojawiłyśmy   się   w   szkole   nieco   spóźnione   i   zaspane.   I   od   razu 

wpadłyśmy na kartkówkę z matmy, chyba siedemnastą w tym semestrze. Wolałam nie myśleć 

o tym, co z niej dostaniemy. Zwłaszcza ja... I faktycznie niemal natychmiast przestałam się 

tym martwić. Bo gdy tylko rozległ się dzwonek i wyszłyśmy z klasy, matma przestała się 

liczyć.   Z   pudła   stojącego   pod   ścianą   wysypywały   się   zabawki.   Całe   mnóstwo   zabawek! 

Klocki, miśki, małpki, pluszowe osiołki. No a przede wszystkim lalki. Najpiękniejsze lalki, 

jakie widziałam.

- Mam nadzieję, że w tym  domu dziecka jest więcej dziewczynek  niż chłopców - 

uśmiechnęła się Zuzka, zaskoczona i zachwycona tak jak ja.

Poszłyśmy skontrolować dwa pozostałe pudła: na pierwszym piętrze i przy wejściu do 

szatni.   Były   wypełnione   po   brzegi!   Przenoszenie   zabawek   zajęło   nam   tyle   czasu,   że 

spóźniłyśmy się na kolejną lekcję, czyli na klasówkę u Bzyka. I, co najdziwniejsze, wcale się 

tym nie przejęłyśmy. Za to na lekcji z naszą wychowawczynią stawiłyśmy się punktualnie. A 

razem z nami wszystkie te miśki, klocki i lalki.

- Dzisiaj   zamiast   normalnej   lekcji   angielskiego   czeka   nas   pakowanie   prezentów   - 

background image

powiedziała Mądra, bardzo wzruszona.

Klasa zareagowała na to z entuzjazmem... oprócz Moniki Frankowskiej. Przyjaciółka 

Karoliny postanowiła być lojalna... troszkę lojalna. I na znak tej lojalności prychnęła cichutko 

z wyraźnym niezadowoleniem.

- Coś nie tak, Moniczko? - Mądra jak fioletowa pantera znalazła się błyskawicznie 

przy   jej   ławce.   -   Wolisz   lekcję?   Proszę   bardzo,   mogę   dać   ci   do   rozwiązania   bardzo 

interesujący test.

- Nie, dziękuję - zaczerwieniła się Monika, pochylając głowę. - Chętnie będę pakować 

prezenty...

Okazało   się,   że   mamy   trzysta   osiemdziesiąt   trzy   paczki!   To   było   naprawdę 

niesamowite. Ludzie poprzynosili po kilka rzeczy, jedna dziewczyna z II b nawet dziesięć czy 

jedenaście ślicznych, pluszowych misiów... Wszystkie siedziały od lat na półce, za szkłem. 

Nie bawiła się nimi ani razu. Jeden miał nawet metkę przy uchu!

- Paczki z czerwonymi kokardkami dla chłopców, dla dziewczynek z niebieskimi - 

przypominała Mądra, przekładając je z biurka do worka.

- Jest   tyle   prezentów,   że   wystarczy   dla   dwóch   domów  dziecka,   nie   dla   jednego   - 

powiedziała Zuzka. I oczywiście miała rację! Mogliśmy obdarować więcej dzieciaków, niż 

zamierzaliśmy! Nie tylko nie zabrakło nam prezentów, ale było ich za dużo.

Chyba trafiłam do fajnej szkoły, pomyślałam. Wszyscy naprawdę się przejęli...

- No to zadzwońmy do jeszcze jednego domu dziecka, trochę mniejszego, dowiedzmy 

się, ilu tam mają podopiecznych - snuła plan Julka.

Posłuchałyśmy   jej.   W   domu   przy   Anielewicza   było   sto   siedemdziesiąt   jeden 

dzieciaków. Dyrektorka popłakała się w słuchawkę, słysząc, że chcemy im coś dać.

- Na   Gwiazdkę   nasi   podopieczni   dostają   paczki   co   roku   -   mówiła   łamiącym   się 

głosem. - Ale mikołajki... Oni chyba nawet nie wiedzą, co to znaczy!

- Trzysta osiemdziesiąt trzy paczki - liczyłyśmy. - Dom dziecka z placu Słonecznego 

to   dwieście   siedemnaście   dzieciaków...   Trzeba   odjąć   dwieście   siedemnaście   od   trzystu 

osiemdziesięciu trzech...

- Sto sześćdziesiąt sześć - Zuzka policzyła to w pamięci! - Brakuje nam jeszcze pięciu 

prezentów.

- Uszajemi... uszyjemy je wieczorem - Emma nie widziała problemu.

- Pewnie, że uszyjemy - pokiwałam głową.

Dopiero następnego dnia, w wielkiej sali domu dziecka przy placu Słonecznym,  i 

mniejszej - tego przy Anielewicza, dotarło do mnie, ile dobrego zrobiłyśmy. Marta Mądra 

background image

siedziała w kąciku, ubrana oczywiście w różne odcienie fioletu i śliwki, a po policzkach 

ciekły jej strumyczki łez. Julka rozpłakała się już w progu... Ja trzymałam się prawie do 

samego końca. Do chwili, gdy mała, czarnowłosa dziewczynka zawisła mi na szyi. Wtedy i ja 

zaczęłam ryczeć jak bobrzyca. I strasznie chciałam zabrać tę czarnulkę do domu. I wszystkie 

pozostałe dzieciaki też. Dwieście siedemnaście maluchów. I jeszcze sto sześćdziesiąt sześć 

kolejnych.   W   końcu   te   z   Anielewicza   były   tak   samo   słodkie   i   kochane   jak   te   z   placu 

Słonecznego. I też nie chciały nas puścić...

background image

ROZDZIAŁ 4

SZUKAMY PRACY

Mam wrażenie, że mikołajki były dopiero wczoraj - westchnęła Julka. - Ale czas tak 

pędzi... Do świąt niecałe dwa tygodnie, a ja wciąż nie mam prezentów.

- Ja też nie - pokiwała głową Zuzka.

- I ja... - poczułam, że w gardle staje mi wielka metalowa kula. Jak zwykle, kiedy 

docierało   do   mnie,   że   muszę   poprosić   rodziców   o   pieniądze.   Dokładnie   mogłam   sobie 

wyobrazić ich miny...

- Ja chyba nic nie kupię - Emma najwyraźniej miała ten sam problem.

Następnego dnia zmieniła jednak zdanie.

- Babcia dała mi pieniądze! - powiedziała uradowana, gdy weszłyśmy po lekcjach do 

mieszkania Zuzi, jak zwykle, na herbatę z malinami. - Kupię prezenty dla mamy i twins, no i 

babci. Chociaż to głupio kupować babci coś za pieniądze babci.

Miała rację. Też zawsze mnie to denerwowało. Kupowanie rodzicom prezentów za 

pieniądze, które sami mi dali, było naprawdę idiotyczne. Ale czy było inne wyjście?

- Może byśmy jakoś zarobiły na prezenty? - widać było, że Zuzkę też gryzło to, co 

mnie i Emmę. - I kupiły je za własne pieniądze?

- Ale jak??? - spojrzałam na nią zdumiona. - Mamy po trzynaście lat, nie wolno nam 

pracować, nikt nas nie zatrudni...

- Ja   mam   grosiki   w   skarbonce,   jeszcze   z   szóstej   klasy   -   westchnęła   Zuzia.   -   Ale 

strasznie mało tych grosików...

- A ja nie mam nawet grosików - odezwała się cichutkim głosem Emma. - I moja 

mama też nie... Za to mamy twins, oni zawsze dostają dużo presents... to znaczy dostawali, w 

Anglia... a w tym roku...

- W   tym   roku   też   dostaną!   -   Julka   wpadła   nagle   w   niezrozumiałą   euforię.   - 

Zobaczycie,   będzie   nas   stać   na   prezenty   dla   wszystkich!   Dla   całej   rodziny!   Zarobimy 

mnóstwo pieniędzy!

- Niby jak? - nie rozumiałam. - Będziemy zbierać butelki po śmietnikach? Kiedyś 

próbowałam,   nie   po   śmietnikach,   ale   po   sąsiadach...   chciałam   sobie   kupić   komórkę...   w 

sklepach nie chcą teraz butelek bez paragonu, że się tam kupiło te napoje, a w skupie są za to 

jakieś grosze. Zbierałam tydzień i nawet na futerał do komórki mi nie starczyło! Nie ma 

szans.

- Nie   chodziło   mi   o   butelki   -   pokręciła   głową   Julka.   A   Zuzia   pisnęła,   nagle   też 

background image

wpadając na świetny pomysł:

- Mogłybyśmy bawić dzieci! Moja siostra bawiła, jeszcze gdy była w liceum. Trzeba 

po prostu poczytać ogłoszenia.

- Zostawiłabyś  dzieci z trzynastolatkami? - pomysł  nie wydawał mi się wcale taki 

genialny.

- Ja często zostaję z twins - powiedziała Emma.

- No tak, ty masz doświadczenie - zgodziłam się. - Ale my...

- A może nie dzieci tylko staruszki? - Zuzia nie zamierzała zrezygnować. - Możemy 

robić zakupy staruszkom, żeby nie chodziły same do sklepu. W zimie to dla nich straszny 

kłopot, ubrać się w te ciężkie płaszcze i przedzierać przez zaspy, ślizgać na oblodzonych 

chodnikach...

Przez  moment  przed  oczyma   stały  mi  zaspy  wielkie  jak  piramidy,  ale  szybko   się 

otrząsnęłam. Mieszkamy w mieście... to znaczy ja pod miastem, ale też nie w jakiejś głuszy. 

Zaspy   widziałam   raz   czy   dwa,   tylko   w   parku,   i   też   wcale   nie   musiałam   się   przez   nie 

przedzierać... Ale przecież nie zaspy były tu największym problemem!

- Myślisz, że staruszki mają pieniądze na takie usługi? - miałam ochotę popukać się w 

głowę. - Mogłybyśmy im pomóc, czemu nie, ale charytatywnie. Zrobić to bezinteresownie, a 

nie jeszcze na nich żerować, na ich marnych emeryturach...

- Masz rację - zasmuciła się Zuzka. - Ale w takim razie nie wiem, co mogłybyśmy 

jeszcze robić.

- A   może   dacie   mi   w   końcu   dojść   do   głosu?   -   Julka   była   najwyraźniej 

zniecierpliwiona. - Mówiłam wam, że mam pomysł. I wcale nie wymaga on wyzyskiwania 

biednych starszych pań, wysupłujących z podołka ostatnie grosze, albo złote monety jeszcze z 

czasów wojny.

Nie byłam pewna, co to jest podołek i dlaczego właśnie tam staruszki miałyby trzymać 

monety sprzed sześćdziesięciu lat. Ale nie o to teraz chodziło.

- Mów! - zażądałam od Julki.

- Mów, jaki to pomysł - zgodziła się ze mną Zuzka. - I to szybko!

- Szybko! - pokiwała głową Emma, najbardziej z nas potrzebująca pieniędzy.

- Pójdziemy do kwiaciarni - Julka powiodła po kuchni wzrokiem, spodziewając się 

chyba burzliwych oklasków.

- Do kwiaciarni? - zupełnie nie rozumiałam, dlaczego miał to być taki świetny plan.

- Do kwiaciarni? Takiej z kwiatkami? - upewniła się Zuzka.

- Z kwiatkami - przytaknęła Julka, triumfując. - Nie rozumiecie? Do tej kwiaciarni na 

background image

moim osiedlu, do mamy Tomka!

Tomka...   no   tak,   oczywiście,   znałam   kiedyś   pewnego   Tomka...   Byłam   w   nim 

zakochana po uszy. I on prawie poprosił mnie w andrzejki o rękę. To znaczy nie o rękę, ale o 

to, żebym z nim chodziła. Prawie... to było wieki temu, niedługo miną dwa tygodnie... od 

tamtej  pory Tomek  mnie nienawidzi.  Myśli,  że kocham innego.  Głupie nieporozumienie, 

oczywiście. Mogłabym je wyjaśnić w ciągu trzech minut. Ale nie wyjaśniłam, bo Tomek od 

tamtej   pory   nie   pojawiał   się   w   szkole.   Moja   andrzejkowa,   trochę   oszukana   wróżba,   nie 

chciała się spełnić. Powinnam chyba o nim zapomnieć...

- Do   mamy   Tomka   -   powtórzyła   Julka,   patrząc   na   mnie   uważnie   spod   jasnych, 

opadających na twarz włosów.

- Chodźmy! - uśmiechnęłam się, w najbardziej radosny i nic nie znaczący sposób, na 

jaki mogłam się zdobyć. Ale oczywiście nie zwiodłam moich przyjaciółek.

- Tomek się od tamtej pory do ciebie nie odzywał? - zapytała wprost Zuzka. - W 

szkole go nie ma, czyżby zrezygnował z nauki?

- Taki zawód miłosny mógł go nawet zabić - rozmarzyła się Julka. - Dawno go nie 

widziałam, to fakt... Więc może umarł ze zgryzoty? Chociaż, gdyby umarł, jego mama na 

pewno chodziłaby w żałobie. A ona... prawie zawsze ubiera się na czarno, więc nie wiem, czy 

to żałoba czy nie... ale  widziałam wczoraj, jak gdzieś biegła, zamknęła  nawet na chwilę 

kwiaciarnię...   Miała   pomalowane   na   czerwono   paznokcie   i   czerwone   buty.   Zrozpaczona 

matka nieboszczyka nie malowałaby chyba paznokci na krwisty kolor?

Brr!   Nieboszczyka!   Jak   to   brzmiało!   Mój   Tomek   absolutnie   nie   mógł   być 

nieboszczykiem, nie zgadzałam się na to i już! Mógł być obrażony, urażony, mógł nie chcieć 

mnie więcej widzieć... ale nieboszczyka stanowczo sobie wypraszałam!

- A po co pójdziemy do tej kwiaciarni? - zapytała Zuzka, trzeźwo jak zwykle.

- Po pracę! - uśmiechnęła się Julka. - Mama Tomka da nam pracę, na pewno. Zawsze 

przed świętami jest u niej mnóstwo roboty. Pamiętam, co się działo w zeszłym roku. Czasami 

siedziała do świtu, żeby przygotować to, co zamówili klienci na następny dzień.

- Będziemy   układać   bukiety?   -   zdziwiłam   się.   Nie   miałam   pojęcia   o   układaniu 

bukietów,   nawet   gdy   wręczałam   komuś   różę,   miałam   problem,   jak   ją   podać.   Stokrotki 

rozsypywały mi się na wszystkie strony, trzech frezji nie umiałam włożyć do wazonu tak, 

żeby   wyglądały   ładnie   i   naturalnie.   Nawet   po   rocznym   kursie   bukieciarskim   miałabym 

problem. Stanowczo nie nadawałam się do tej pracy!

- Będziemy jej pomagać - powiedziała Julka enigmatycznie. - Zobaczycie, że się uda! 

Pojedziemy od razu na moje osiedle?

background image

- Jedźmy!  - zgodziłyśmy się wszystkie trzy.  Osiedle dla bogaczy nie było naszym 

ulubionym miejscem, a pan Ździebełko stanowczo nie był naszym ulubionym mieszkańcem 

tego osiedla... pani Ola jednak, właścicielka kwiaciarni przy bramie, nie była ani bogata, ani 

niesympatyczna. Była strasznie miłą osobą. I kto wie, może faktycznie mogłaby nam pomóc?

Pomóc zobaczyć się z Tomkiem - podpowiedział jakiś cichutki głosik w środku mojej 

głowy. Wcale nie chciałam tak pomyśleć! Chciałam skupić się na zarabianiu pieniędzy. Ale 

myślenie o Tomku jakoś tak zawsze narzucało mi się samo...

- Możemy   robić   stroiki,   łańcuchy,   wyklejać   jakieś   oryginalne   kartki   pocztowe... 

Możemy robić wszystko, co nam pani każe! Będziemy pani służącymi, jeśli pani zażąda! - 

Julka z wrodzonym talentem przekonywała panią Olę, że mogłaby mieć z nas w kwiaciarni 

pożytek.

A ja starałam się odgonić myśl o tym, że zrobione przez nas kartki byłyby naprawdę 

bardzo, bardzo oryginalne. Ale niekoniecznie w pozytywnym znaczeniu...

Lepsza, milsza wersja Palomy Picasso poprawiła małe, druciane okularki, zsuwające 

się jej z nosa, i roześmiała się serdecznie.

- Z nieba mi spadacie!

Zuzia, Emma i ja stałyśmy jak zamurowane. Nie miałyśmy pojęcia, czy mama Tomka 

kpi z nas, czy mówi poważnie. Nie, kpić to nie kpi, ona nie należy do kpiarzy... mogłaby 

raczej żartować, delikatnie i wcale nie złośliwie. .. Ale to zdanie o spadaniu z nieba wcale nie 

brzmiało jak żart.

- Nawet nie wiecie, jak ciężko o pomocników dwa tygodnie przed Gwiazdką! - to 

naprawdę nie była kpina ani nawet żart. - Dawałam ogłoszenie, chciałam przyjąć studentów... 

Ale oni mają o tej porze roku lepsze zajęcia, są dosłownie rozrywani. Biegają po mieście w 

przebraniach   świętych   Mikołajów,   roznoszą   jakieś   paczki   po   biurach,   sprzątają,   trzepią 

dywany... Wolny, chętny do pracy student w grudniu to marzenie ściętej głowy.

- Ma pani za to przed sobą cztery wolne, chętne do pracy gimnazjalistki - dygnęła 

Zuzka nerwowo. - Bardzo byśmy chciały zarobić kilka złotych na prezenty dla rodziców.

- Zarobicie więcej niż kilka złotych! - uśmiechnęła się pani Ola. - I naprawdę bardzo 

się cieszę, że przyszłyście!

Wszystkie   patrzyłyśmy   na   nią   w   milczeniu.   Nie   dlatego,   że   nie   miałyśmy   nic   do 

powiedzenia.  Po prostu nas zatkało. Nie mogłyśmy  wydobyć  dźwięku  z krtani...  a może 

dźwięku   nie   wydobywa   się   z   krtani,   lecz   z   tchawicy?   Nie   byłam   pewna...   A   przecież 

powinnam   być!   Przecież   jestem   z   tych   Łaniewskich,   ze   starej   lekarskiej   rodziny...   No   i 

uczyłam się na biologii o powstawaniu dźwięku. Był nawet rysunek na całą stronę w książce. 

background image

Niestety,   nic   z   niego   nie   pamiętałam.   Dobrze,   że   babcia   nie   wiedziała   o   moich 

wątpliwościach!

- Chciałabym też was prosić o wyprowadzanie psa - powiedziała pani Ola, korzystając 

z tego, że żadna z nas nie mogła wydusić z siebie ani słowa.

- Psa? - Julkę nareszcie odetkało. - Kamusi? A co, Tomek nie może z nią wychodzić?

- Nie może - pokiwała głową jego mama, a mnie znów przyszło do głowy to okropne 

słowo „nieboszczyk”! Aż mnie przeszedł dreszcz!

- Dlaczego? - Zuzka też odzyskała mowę i domagała się konkretnej odpowiedzi. - Coś 

mu jest?

- Prosił,   żeby   wam   o   niczym   nie   mówić...   to   znaczy   tobie,   Jula,   bo   tylko   ty   tu 

przychodzisz... Ale w tej sytuacji... ja już naprawdę nie mogę zamykać codziennie kwiaciarni, 

żeby   wyprowadzić   psa.   Klienci   dostają   szału,   kiedy   muszą   czekać   pod   drzwiami,   Kama 

dostaje  szału, że nie może pobiegać tyle,  ile by chciała... Muszę was poprosić o pomoc, 

choćby mój własny syn miał się na mnie obrazić. Zresztą zupełnie nie wiem, dlaczego on tak 

się upiera przy tej tajemnicy. W końcu to, co się stało, to przecież żaden wstyd...

Wstyd? O co może jej chodzić? Co mu się stało? Dostał jakiś parchów na całej twarzy 

i nie chce, żebyśmy go oglądały w takim stanie? Ogolił głowę na łyso i z tego powodu nie 

przychodzi do szkoły i unika znajomych? Nie, to nie miało sensu...

- Tomek złamał nogę w andrzejki - powiedziała jego mama. A ja poczułam, że zaraz 

zemdleję.

background image

ROZDZIAŁ 5

KOKARDKI

Nie słuchałam już, co mówi pani Ola. Pokazywała nam malutkie choinki, mówiła coś 

o   łańcuchach   i   kokardkach,   wręczyła   Julce   worek   wypełniony   jakimiś   czerwonymi 

skrawkami... Nie miałam pojęcia, co to jest. One o tym dyskutowały, coś sobie rysowały na 

kartce...   A   ja   czułam   się   tak,   jakby   właścicielka   kwiaciarni   i   moje   trzy   przyjaciółki 

rozmawiały w obcym języku, który słyszę pierwszy raz w życiu. Słyszałam te głosy, ale jakby 

z daleka... Nie docierały do mnie, do mojej głowy. Bo w niej było miejsce tylko na jedno 

słowo: Tomek. Te pięć liter wypełniało cały mój mózg, moje serce, mój żołądek nawet... 

Nawet   powietrze,   którym   oddychałam,   było   wypełnione   tym   jednym   słowem.   Tomek, 

Tomek, Tomek... Tylko o nim mogłam myśleć.

- To ja pójdę wyprowadzić psa! - powiedziałam, wpadając nagle na genialny pomysł. 

Przecież mogę odwiedzić go od razu i wszystko wytłumaczyć...

- Już go dziś wyprowadziłam, będzie trzeba z nim wyjść dopiero wieczorem... ale 

zrobię to sama, wy, dziewczynki, lepiej idźcie do domu robić kokardki - uśmiechnęła się pani 

Ola, łamiąc mi serce.

Jakie kokardki?! Nie zamierzałam robić żadnych kokardek, chciałam zobaczyć się z 

Tomkiem, porozmawiać z nim, wyjaśnić... Byłam gotowa nocować u Julki, żeby tylko jakoś 

dorwać się do tego psa... a przez psa do Tomka.

- To może pójdziemy do mnie? - zaproponowała Emma. - Moja babcia robi takie 

rzeczy... pomoże nam, tak jak z animals wpychanymi gąbką.

- Zwierzętami wypychanymi gąbką - poprawiłam ją zrezygnowana. Byłam pewna, że 

Julka i Zuzia zachwycą się pomysłem wycieczki do małego, ciasnego mieszkanka Emmy. I 

nie pomyliłam się.

- Ja wrócę na czas, wyprowadzę Kamusię wieczorem, niech się pani nie martwi - 

zapewniła panią Olę Julka.

Czarnowłosa kobieta w drucianych okularkach pokręciła głową:

- Nie  musisz,  Jula,   naprawdę... Skoro   pomożecie   mi  z  tymi  kokardkami,  to  mogę 

zamknąć kwiaciarnię i wrócić normalnie do domu. Może nawet uda mi się ugotować dla 

Tomka zupę? I nareszcie trochę z nim porozmawiać. Biedak, nie może wychodzić z domu, 

leży całymi dniami na kanapie... Ja bym się zanudziła na śmierć, ale on uczy się w tym czasie 

węgierskiego, czyta, a nawet gra sam ze sobą w szachy.

Moje serce (i nogi też!) znów zaczęło się wyrywać do mieszkania pani Oli i jej syna. 

background image

Sama powiedziała, że jest biedny i brakuje mu towarzystwa. Proszę bardzo, mogę być jego 

towarzystwem choćby codziennie! Mogę nawet zrezygnować ze szkoły, żeby siedzieć przy 

jego łóżku. Mogę nauczyć się gotować zupy i grać w szachy... Mogę zapisać się na węgierski, 

czemu nie... Nic nie wydawało mi się zbyt trudne ani zbyt głupie!

- W takim razie przyjdę do Kamy rano przed szkołą - zgodziła się Julka.

- Przed szkołą, to znaczy przed pracą, sama z nią wyjdę, kwiaciarnia to w końcu nie 

piekarnia,   nie   otwieram   jej   o   szóstej   rano   -   uśmiechnęła   się   nasza   Paloma   Picasso.   - 

Wystarczy, że wyprowadzisz Kamusię po lekcjach. Wtedy najtrudniej mi wyrwać się z pracy, 

muszę wszystko zamykać, wywieszać kartkę...

- Będę jutro od razu po lekcjach! - obiecała Julka, biorąc z ręki pani Oli klucze „żeby 

Tomek nie musiał kuśtykać do drzwi”.

A ja obiecałam sobie w duchu, że nazajutrz przyjdę  po szkole razem z nią na to 

okropne osiedle, na które nie można wejść bez przepustki. Przyjdę, choćby nie wiem co! I 

spotkam się z Tomkiem!

Następnego dnia jednak zdarzyło się właśnie to „nie wiem co”, i żadna z nas ani przez 

chwilę nie myślała o Tomku, pani Oli i biednej Kamusi, która czekała na spacer, piszcząc pod 

drzwiami.

Poszłyśmy   do   szkoły   niewyspane,   śmiertelnie   zmęczone.   ..   Do   trzeciej   w   nocy 

wiązałyśmy bowiem malutkie czerwone kokardki. To było właśnie to, co wręczyła nam w 

worku   pani   Ola.   Mnóstwo   czerwonej   aksamitnej   wstążki,   z   której   trzeba   było   zrobić 

równiutkie kokardki. Podobno miniaturowe choinki udekorowane takimi wstążeczkami idą w 

kwiaciarni jak woda.

- Musicie wiązać bardzo równo! - powtarzała babcia Emmy. - Ludzie, którzy wydają 

pieniądze,   chcą   dostać   naprawdę   towar   doskonały.   Oglądają   każdy   milimetr   choinki, 

rezygnują z byle powodu... Musicie się starać!

Starałyśmy się więc jak szalone.

- Jestem   mistrzynią   równych   kokardek!   -   wołała   Zuzia,   wymachując   nam   przed 

nosami kawałkami czerwonej wstążki, spiętej pośrodku malusieńką złotą klamerką.

- A moje co? Gorsze? - oburzona Julka prezentowała nam z dumą swoją produkcje.

Ja i Emma błyskawicznie włączyłyśmy się do zabawy i też zaczęłyśmy machać, a 

nawet rzucać wstążeczkami.

W tym momencie drzwi uchyliły się i wyjrzała zza nich babcia Emmy. Byłam pewna, 

że chce nas skrzyczeć za ten hałas. Dochodziła północ, bliźniaki już dawno spały, pani Adams 

przed chwilą wróciła z pracy (pewnie znowu siedziała do nocy nad jakimś bilansem) i też 

background image

położyła  się  do  łóżka.  To  na  pewno nie  była  dobra  pora  na wrzeszczenie  i  skakanie  po 

wersalce.

A może babcia Emmy też chciała iść spać i po prostu nie miała gdzie? Przecież dzieli 

pokój z Emmą, a teraz w tym pokoju jesteśmy my i dwa tysiące wstążeczek. I na pewno nie 

można   się   tu   spokojnie   położyć.   Tak,   to   chyba   jednak   nie   był   najlepszy   pomysł,   żeby 

zajmować się pracą właśnie u Emmy. Mogłyśmy iść do mnie, do Zuzi, w ostateczności nawet 

do Julki... może jej rodziców nie byłoby w domu? A nawet gdyby byli, jest to jednak dużo 

większy dom niż mieszkanko Emmy. Ze czterdzieści razy większy, tak na oko...

Babcia Emmy nie zamierzała jednak ani nas uciszać, ani wyganiać.

- Przyszłam sprawdzić, jak wam idzie - powiedziała po prostu i podniosła do góry 

pierwszą z kokardek leżących na biurku. - Będę waszą brakarką.

- Brakarką?! - tym razem nie tylko Emma, ale cała nasza czwórka słyszała to słowo po 

raz pierwszy.

- Brakarką to kontroler jakości - wyjaśniła nam starsza pani. - Sprawdza, czy nie ma 

jakiejś fuszerki.

- Fuszerki? - zdziwiła się Emma. - Ja wiem, ja jadłam takie jajka fuszerowane... i 

kaczkę fuszerowaną... Ale tych kokardek nie fuszerujemy chyba?

Babcia razem z Julką zaczęły jej cierpliwie wyjaśniać różnicę między faszerowaniem i 

fuszerowaniem. A ja znów mogłam odpłynąć myślami daleko, na znienawidzone osiedle dla 

bogaczy. Na najcudowniejsze osiedle na świecie. Bo tam mieszkał Tomek. Uwięziony w 

swoim   pokoju   z   nogą   w   gipsie...   Dlaczego   nie   pobiegłam   do   niego   od   razu,   prosto   z 

kwiaciarni? Przecież Julka mówiła kiedyś, że pani Ola z synem mają malutkie mieszkanko 

nad kwiaciarnią. A więc dzieliło mnie od niego tylko kilka schodków... Może nawet słyszał 

naszą rozmowę? Może wiedział, że tam byłam? No tak, jeśli wiedział, jeśli słyszał mój głos, 

to już po mnie. Tomek na pewno jest całkowicie przekonany, że mi na nim nie zależy. Gdyby 

mi zależało, nie odeszłabym przecież dosłownie spod jego drzwi!

Zrobiłam się na siebie strasznie zła, byłam gotowa jechać na to osiedle natychmiast, w 

środku nocy... Pewnie o tej porze nie jeżdżą już autobusy, na taksówkę wydam więcej, niż 

zarobię na kokardkach... Wydam to, co dostałam od mamy na książkę do angielskiego. Ale 

jakie znaczenie ma teraz angielski? Czułam, że nie mogę czekać ani chwili dłużej... Ale nagle, 

jakimś kącikiem świadomości, jedynym nie zajętym bez reszty przez Tomka, zauważyłam, że 

w pokoju dzieje się coś złego. Emma płakała jak bóbr! O czym to one rozmawiały, zanim się 

wyłączyłam? O kaczce faszerowanej? I co, i ta kaczka to taki powód do łez?

- Co się stało? - zapytałam, zdradzając natychmiast, że byłam tu przez chwilę obecna 

background image

tylko ciałem.

Julka przyjrzała mi się uważnie i oczywiście zrozumiała bez słów, gdzie przebywała 

moja dusza. Na szczęście nie skomentowała tego w żaden sposób, szepnęła tylko:

- Babcia odrzuciła wszystkie kokardki Emmy jako wybrakowane.

No tak... już przy szyciu psów, żyraf i łabędzi dla dzieciaków z domu dziecka Emmie 

nie   szło   najlepiej.   Nie   miała   zdolności   manualnych   i   tyle.   Miała   inne   talenty,   umiała 

fantastycznie śpiewać... Ale teraz nie chodziło o śpiew, lecz o kokardki.

- Musisz je mocniej spinać, o tak, zobacz - babcia starała się pomóc swojej wnuczce 

naprawić błędy. - Wcale nie było brzydko, tylko troszkę nierówno. Spróbuj tak jak ja, od 

dołu... Emma jednak nie chciała słuchać. Chlipała i powtarzała;

- Do niczego się nie nadaję...

A   my   we   trzy,   jedna   przez   drugą,   usiłowałyśmy   ją   przekonać,   że   jest   dokładnie 

odwrotnie: nadaje się do wszystkiego! I do robienia kokardek też!

- Przestań płakać, kochanie - jej babcia miała tak łagodny głos jak nigdy przedtem. - 

To wspaniale, że chcesz sama zarobić na prezenty... I na pewno sobie poradzisz. Jesteś taka 

dzielna. Nawet nie wiesz, jaka mama jest z ciebie dumna. Wiele razy mi mówiła, że gdyby 

nie ty, całkiem by się załamała po wyjeździe z Anglii. Ale ty zawsze umiesz podtrzymać ją na 

duchu... Jesteś wspaniała!

Łzy Emmy obeschły w okamgnieniu. Widać babcia radziła sobie z pocieszaniem jej 

znacznie lepiej niż my.

- Spróbuj, kochanie, jeszcze raz, powoli - dwie spracowane dłonie ujęły drobne ręce 

wnuczki i wspólnie składały kawałek wstążeczki. Tym razem idealnie prosto!

O trzeciej w nocy babcia Emmy zgasiła nam światło i stanowczo zażądała, żebyśmy 

poszły spać.

- Nie możecie w kółko pracować po nocach - powiedziała. - Najpierw te zabawki dla 

dzieci, teraz kokardki... A gdzie wasz sen?

- Wyśpimy się w święta - uśmiechnęłam się i z ulgą przytuliłam do poduszki. Oczy 

zamykały mi się same, podobnie jak przyjaciółkom. Tym razem wyjątkowo żadna nie miała 

ochoty na rozmowę. Chciałyśmy po prostu iść spać.

background image

ROZDZIAŁ 6

NIESPODZIEWANY GOŚĆ

Następnego dnia prawie przespałyśmy wszystkie lekcje. Nawet kolejna kartkówka z 

matmy   nie   zdołała   wyrwać   nas   z   odrętwienia.   Widać   do   wszystkiego   można   się 

przyzwyczaić... do kartkówek robionych regularnie na co drugiej lekcji też.

- To co, idziemy do Emmy po kokardki, a potem do pani Oli? - zapytała Zuzka.

Wszystkie   pokiwałyśmy   głowami.   Ja   chyba   najbardziej   energicznie.   Oczywiście 

chciałam  dostać  pieniądze  za  pierwszą  partię  towaru...  Oczywiście   chciałam  usłyszeć,  co 

powie   właścicielka   kwiaciarni   na   widok   kokardek,   czy   będzie   zadowolona,   czy   coś 

skrytykuje...   Ale  znacznie  bardziej  interesowało  mnie   mieszkanko  nad  kwiaciarnią,  gdzie 

czekał pies, którego trzeba zabrać na spacer... i jego właściciel z nogą w gipsie. Bardzo na 

mnie obrażony...

- Dobrze, że jesteście, dziewczynki - babcia Emmy wyraźnie się ucieszyła  na nasz 

widok. - Zostańcie na pięć minut z chłopcami, muszę iść do apteki.

- Z chłopcami? - zdziwiła się Emma. - A oni nie są w przedszkolu? O tej porze?

- W południe zadzwoniła ich wychowawczyni, obaj mają gorączkę, zabrałam ich do 

domu... W aptece była długa kolejka, oni strasznie płakali... Przyszliśmy więc prosto tutaj. 

Wiedziałam,   że   wpadniecie   po   lekcjach   po   kokardki,   i   postanowiłam   poczekać.   To   co, 

przypilnujecie ich? Dosłownie pięć minut...

- Nie ma sprawy - uśmiechnęłyśmy się, starając się ukryć przerażenie. Ostatnio, gdy 

byłyśmy w domu same z bliźniakami, nie skończyło się to najlepiej. My sterroryzowane i 

udające koty i kamienie, oni poparzeni... To znaczy, tylko Mark... Chyba Mark, nigdy nie 

udawało mi się ich rozróżnić... Nie byłam pewna, jak poradzimy sobie tym razem z dwoma 

potworkami, w dodatku gorączkującymi. Kto wie, jak wpływa na nich gorączka?

Na szczęście wpływała uspokajająco. Obaj leżeli w łóżku, przykryci kocem, i spali jak 

aniołki. Uśmiechnęłyśmy się jeszcze raz, tym razem z wyraźną ulgą. Skoro śpią, to babcia 

Emmy może odwiedzić nawet siedemnaście aptek!

- Nie spiesz się, babciu! - zawołała Emma do jej pleców, znikających za drzwiami.

Chyba wołała za głośno, bo w tym samym momencie cztery powieki otworzyły się, a 

spoglądające spod nich dwie pary zielonych oczu wcale nie wyglądały na zaspane i osłabione 

chorobą.

- Do   szafy!   -   zawołał   chłopiec   w   żółtej   piżamce.   -   Wszystkie   do   szafy,   no   już! 

Będziecie moimi więźniami!

background image

Pomyślałam, że dzieci stanowczo nie powinny oglądać brutalnych filmów. Ani nawet 

brutalnych   kreskówek.   Przecież   pomysł   z   uwięzieniem   nas   w   szafie   musiał   pochodzić   z 

jakiegoś filmu! Poprzednio tylko Zuzia leżała w szafie, udając kamień. Lepiej chyba być 

kamieniem niż więźniem...

Zobaczyłam,   że   Julka   wyraźnie   zbladła,   wchodząc   do   szafy.   Czyżby   bała   się 

ciemności? Albo ciasnych pomieszczeń? No tak, w jej domu wszystko było ogromne...

- Mam klaustrofobię - szepnęła, potwierdzając moje przypuszczenia. Klaustrofobię, 

czyli lęk przed zamknięciem... Widziałam kiedyś w telewizji film na ten temat, taka osoba 

może nawet umrzeć ze strachu w czasie krótkiej podróży windą! Stanowczo nie chciałam, 

żeby Julka umarła uwięziona w szafie! Nie mogłam na to pozwolić. W końcu nas jest cztery, 

a bliźniaków tylko dwóch. W dodatku są przedszkolakami... chorymi przedszkolakami. Nie 

możemy dać się im sterroryzować!

Zacisnęłam pięści i postanowiłam ruszyć do ataku. Jak babcia Emmy to robiła? Nie 

krzyczała, a jednak byli przy niej jak aniołki. Może w ten sposób działał jej łagodny głos, taki 

jakim mówiła do Emmy poprzedniego wieczora, kiedy ta płakała jak bóbr? Niestety, mnie nie 

było   w   tej   chwili   stać   na   spokojny,   łagodny   głos.   Miałam   ochotę   wrzeszczeć,   a   nie 

przemawiać uspokajającym, kojącym tonem.

Wrzasnęłam więc:

- Spokój! Nie będzie żadnego zamykania  nas w szafie! Babcia  zostawiła  was pod 

naszą opieką, a nie nas pod waszą.

Nie byłam pewna, czy te skomplikowane konstrukcje gramatyczne - „was pod naszą”, 

„nas pod waszą” - są dla nich w ogóle zrozumiałe.  Nie miałam  żadnych  doświadczeń z 

dziećmi, zwłaszcza takimi, które niemal całe życie spędziły w Anglii.

Otworzyłam   usta,   żeby   jakoś   przystępniej   przedstawić   im   moje   przemyślenia,   ale 

nagle odezwała się Zuzka. Bardzo stanowczo się odezwała.

- Natychmiast   wracajcie   do   łóżka!   Natychmiast!   Jeśli   zdążycie,   zanim   doliczę   do 

pięciu, poczytam wam w nagrodę bajki! Raz, dwa, trzy...

Jeszcze zanim powiedziała „trzy”, maluchy znalazły się pod kołderkami, przykryte po 

same uszy i wyraźnie spłoszone. Więc to było aż takie proste? Wystarczyło podnieść głos i 

być stanowczą?

Julka, równie zdumiona i bardzo, bardzo blada, gramoliła się z szafy. Kto wie, może 

uratowałyśmy jej życie?

- Gdzie macie jakieś bajki? - zapytała Zuzka. A spod pierzynek wyjrzały nieśmiało 

dwie małe rączki i pokazały zgodnie półkę pod oknem. Oni się naprawdę nas bali!

background image

- Poczytamy o smoku, chcecie? - Zuzia usiadła na podłodze i wzięła głęboki oddech.

Nie zdążyła jednak przeczytać ani słowa, bo w tym samym momencie rozległo się 

energiczne pukanie do drzwi. Czy raczej kołatanie, bo przecież babcia Emmy miała zamiast 

dzwonka śliczną, mosiężną kołatkę. Kołatkę, a więc kołatanie...

- Babcia nie wzięła klucza? - zdziwiła się Emma i poszła otworzyć.

Na progu jednak nie stała wcale jej babcia. Stał tam Krzysiek Więcek. Emma zrobiła 

się czerwona jak burak.

- Cześć... - powiedział Krzysiek, cichutko, jak nie on. I też oblał się rumieńcem.

Wyglądało mi na to, że nie tylko on podoba się Emmie, ale i ona jemu... Ach, znowu 

ta gramatyka.  Wy nas, my was, on jej, ona jemu... Tylko  w sprawie mojej i Tomka nie 

obowiązywała taka wzajemność. Tu było tylko „on jej”. Ona jemu nie. Ona jemu obojętna, a 

nawet wroga... To znaczy, on myśli, że ona mu wroga...

Z wysiłkiem otrząsnęłam się z rozmyślań  o gramatycznej  wzajemności i skupiłam 

swoją uwagę na Krzyśku. Nie wiedziałam, że Emma dała mu swój adres.

- O, wszystkie tu jesteście? - zdziwił się na nasz widok. Nie ucieszył, lecz zdziwił. 

Łatwo to było zrozumieć, w końcu chciał być z Emmą sam na sam.

- My   zajmiemy   się   chłopcami,   poczytamy   im   bajki,   a   wy   tu   sobie   spokojnie 

porozmawiajcie - zarządziła Zuzia i zaczęła zaganiać mnie i Julkę do pokoju bliźniaków.

- My też tam pójdziemy, Krzyś, poznasz twins... moje braty... moich bratów... braci... - 

Emmie z nerwów myliły się końcówki, w oczach miała panikę i wściekłość. Wyraźnie była 

zła,   że   zamierzałyśmy   zostawić   ich   samych.   A   przecież   my   chciałyśmy   dobrze!   Bardzo 

dobrze! Chciałyśmy, żeby wreszcie spokojnie sobie porozmawiali.

- Cześć, chłopaki! - Krzysiek wcale się nie wygłupiał i w niczym nie przypominał 

klasowego błazna, którym przecież był. Zachowywał się poważnie, nawet bardzo poważnie. 

Zwłaszcza w stosunku do bliźniaków. Podał każdemu z nich rękę, jak jeden dorosły facet 

drugiemu   dorosłemu   facetowi.   Mark   i   Robin   byli   oczywiście   zachwyceni   takim 

traktowaniem. A ja miałam wrażenie, że śnię! Czyżby miłość tak zmieniała ludzi? No tak, 

czemu się dziwię... w końcu to właśnie ja chciałam zacząć się uczyć węgierskiego, gry w 

szachy i gotowania zup. Z miłości przecież, a nie z powodu nagłego nadmiaru czasu i chęci 

znalezienia nowego fascynującego hobby...

Z trudem zmieściliśmy się wszyscy w pokoiku, w którym leżeli bracia Emmy. Zuzia 

wzięła książkę i zaczęła czytać. Najpierw o smoku, potem o królewnie, która zgubiła koronę, 

jeszcze później o dwóch myszkach i żabie...

- Oni już śpią - powiedziałam szeptem.

background image

Zuzka z ulgą zamknęła książkę i wyszła na palcach z pokoju. A my za nią. W pokoju, 

w którym robiłyśmy poprzedniego dnia kokardki, było jednak znacznie wygodniej. A przede 

wszystkim można było nareszcie normalnie porozmawiać, zamiast słuchać w skupieniu bajek.

- Skąd wiesz, gdzie mieszkam? - Emma skupiła się i powiedziała całe zdanie, nie 

myląc końcówek.

- Wiem o tobie więcej, niż ci się wydaje - odpowiedział Krzysiek, znów czerwony jak 

burak. A ja poczułam, że zaraz dostanę zawału. Rety, ja już to słyszałam! Dokładnie te same 

słowa! Albo prawie te same! Słyszałam je z ust Tomka, w identycznych okolicznościach. 

Pojawił się w moim domu, a ja zdziwiłam się, skąd ma adres... Czy naprawdę ci faceci nie 

zajmują się niczym oprócz śledzenia dziewczyn z naszej klasy? Zupełnie, jakby nie mogli 

normalnie zapytać o adres...

- A   po   co   przyszedłeś?   -   brawo!   Emma   chyba   po   raz   pierwszy   powiedziała 

„przyszedłeś”, zamiast „przyszłaś”, „przyszłoś”, „przyszedłoś”... Różne formy z jej ust już 

słyszałam,   ale   tej   poprawnej   chyba   jeszcze   nigdy!   Naprawdę   się   starała   panować   nad 

nerwami!

- Nie byłem dziś w szkole - powiedział Krzysiek.

No proszę! Nie było go? W ogóle tego nie zauważyłam! Jeden rzut oka na Julkę i 

Zuzię wystarczył, żebym wiedziała, że one też kompletnie nie zwróciły na to uwagi. Za to 

Emma...   Zachowywała   się   tak,   że   mogłam   dać   sobie   uciąć   rękę   za   to,   że   zauważyła. 

Zauważyła   i   bardzo   się   przejęła!   Tylko   my   we   trzy,   niewyspane   i   zmęczone,   jakoś   nie 

przyjrzałyśmy się jej w szkole dostatecznie uważnie. No ale teraz byłyśmy pewne: Krzysiek 

bardzo, bardzo ją obchodził. I ona jego chyba też.

- Dlaczego nie byłeś w szkole? - zapytała Emma, starając się, żeby w jej głosie nie 

było słychać najlżejszych choćby emocji.

- Byłem u lekarza - machnął ręką Więcek. - Nic takiego. Ale miała być dziś kartkówka 

z matmy, chciałem zapytać, jak było.

No nie, on naprawdę był klasowym błaznem! W dodatku bez odrobiny wyobraźni! 

Czy naprawdę uważał, że ktoś w to uwierzy? W to, że kartkówka z matmy obchodziła go tak 

bardzo, że aż przyszedł „zapytać, jak było”? Może ktoś, kto nie chodzi do naszej szkoły i nie 

wie, że pani Kwaśniak robi kartkówki regularnie na co drugiej lekcji, dałby się nabrać. Ale 

my   chodziłyśmy   do   tego   samego   gimnazjum   co   on!   Do   tej   samej   klasy!   I   doskonale 

wiedziałyśmy, że kartkówka na matmie była czymś równie zwyczajnym jak sprawdzenie listy 

obecności na jakiejkolwiek innej lekcji. Nie było sensu w ogóle o tym mówić.

A   może   właśnie   dlatego   powiedział   o   tej   kartkówce?   -   pomyślałam   nagle.   Może 

background image

chciał, żeby od razu było oczywiste, że to tylko pretekst? Że tak naprawdę nie obchodzi go 

matma, lecz Emma? Że o to tu chodzi... Ale nie, Krzysiek nie był na to dość przebiegły. On 

dał  się  przecież  nabrać  adoratorowi  Marty Mądrej,  był  prostoduszny i  łatwowierny. I  na 

pewno nie umiałby uknuć takiej intrygi. On naprawdę uważał, że świetnie to sobie wymyślił i 

że żadna z nas nie wpadnie na to, że kartkówka to tylko pretekst.

- Tak myślałem... myślałam, że przyjdziesz - zaczerwieniła się Emma. - To znaczy, nie 

że przyjdziesz, ale że będziesz chciał wiedzieć, jak było... Spisałam ci pytania.

Co??? Wszystkie trzy otworzyłyśmy szeroko oczy. Emma myślała o Krzyśku w czasie 

kartkówki, zrobiła notatki, bo spodziewała się, że ją odwiedzi?!

- Myślałam, że ci jutro dam, gdy przyjdziesz do szkoły - spuściła oczy i sięgnęła do 

teczki.

- Dzięki! - Krzysiek był zachwycony. - Dzięki, że o mnie pomyślałaś!

Gruchali tak jeszcze przez chwilę jak dwa gołąbki. Aż robiło mi się słabo. Kto by się 

spodziewał, że nasz klasowy błazen okaże się takim amantem?

Nagle jednak Krzysiek podniósł wzrok i powiedział, wyraźnie głośniej i wyraźnie do 

nas wszystkich:

- Chciałem was jeszcze o coś zapytać... Nie daje mi to spokoju. Powiedziałyście przy 

sprawie z Karoliną, że podejrzewałyście, że to ja pociąłem torbę Emmie. Dlaczego? Nie mogę 

tego zrozumieć! Cała klasa wciąż mnie pyta, dlaczego... Wszyscy myślą, że coś wiem, że 

może zrobiłem to razem z Karoliną... Przestają rozmawiać, gdy się zbliżam. Dlaczego tak 

wtedy powiedziałyście?

- A pamiętasz, co mówiłeś w bibliotece? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.

- W bibliotece? - zatkało go całkowicie. - Ja rzadko bywam w bibliotece...

W to akurat nie wątpiłam. Ale był tam w andrzejki przed matematyką. I to nie sam!

- Nie   pamiętasz,   co   mówiłeś   między   regałami   do   swoich   kolegów   dwudziestego 

dziewiątego listopada? - przypomniała mu Zuzka bardzo poważnym tonem. Wyraźnie znowu 

wcielała się w jedną ze swoich ulubionych ról: sędziego śledczego.

- Nic nie pamiętam - pokręcił głową bezradnie nasz przesłuchiwany.

- To ci przypomnę - rozkręcała się Zuzia. - Może niedokładnie, ale brzmiało to tak: 

„Ta torba to dopiero początek, zobaczycie, co będzie dalej. Będziemy mieli ubaw po pachy!”.

- Ach,   ta   torba!   -   uśmiechnął   się   szeroko   Krzysiek.   -   Torba   dla   Marty   Mądrej! 

Szykowaliśmy jej fajny prezent na mikołajki... ale przez was nic z tego nie wyszło. Bo przez 

was w ogóle nie było prezentów.

- Prezent dla Mądrej? - nie rozumiałam. - Chcieliście dać Mądrej torbę?

background image

- Torbę, ale specjalną... z której wyskakiwałyby główki na sprężynkach. Widziałem 

taką kiedyś w filmie, dziewczyna nieźle się wystraszyła. I zrobiłem taką samą dla Mądrej, 

własnoręcznie.  Pokazałem kumplom,  byli  zachwyceni  - spojrzał  na nas, chyba  oczekując 

oklasków.

Braw nie było. Odezwała się za to Zuzka podejrzliwie:

- Ale powiedziałeś, że to dopiero początek...

- No   tak,   bo   chciałem   zrobić   jeszcze   kilka   rzeczy...   Takich   jak   w   sklepie   ze 

śmiesznymi rzeczami, tylko jeszcze śmieszniejszych. Na przykład szalik, który sam by się 

zaciskał i ją dusił...

No tak, boki zrywać! Już prawie uwierzyłam, że zmądrzał, że niesłusznie uznałyśmy 

go za klasowego błazna... Ale on był właśnie błaznem. I to niebezpiecznym! Chciał udusić 

naszą wychowawczynię na oczach całej klasy!

- Fajny pomysł - powiedziała Emma rozanielona. A mnie pociemniało przed oczami. 

Najpierw  Zuzka zgłupiała z powodu  Radka, teraz Emma  z powodu Więcka... Dobrze że 

przynajmniej na mnie Tomek nie działał w taki sposób. Smutniałam na myśl o nim, ale nie 

głupiałam. Chyba nie...

background image

ROZDZIAŁ 7

A PIES???

Babcia Emmy wróciła do domu, bliźniaki wstały, zjadły obiad, położyły się... a my 

wciąż siedziałyśmy w pokoju z Krzyśkiem i słuchałyśmy ochów i achów, które wyrzucała z 

siebie   Emma.   Była   zachwycona   każdym   jego   pomysłem,   nawet   najgłupszym.   Szklanką 

parzącą   w   palce,   duszącym   szalikiem,   strzelającym   długopisem...   Więcek   miał   tyle 

pomysłów, że wystarczyłoby ich na każdy dzień roku szkolnego, aż do naszej matury.

- Pójdziemy zrobić herbatę - powiedziałam niepewnie, chcąc wycofać się do kuchni. 

Zuzia i Julka poderwały się, żeby wyjść ze mną. Obserwowanie gruchających gołąbków było 

fascynujące, ale czułyśmy się trochę nieswojo.

- Nie wychodźcie! - zaprotestowała natychmiast Emma, podrywając się z krzesła.

- Ja już idę do domu - powiedział Krzysiek, patrząc na zegarek. - Rodzice pewnie się 

martwią...

- Nie idź - zaczerwieniła się Emma. - Jeszcze nie dałam ci notatek z matmy...

Notatek! Naprawdę powiedziała to bezbłędnie. Nie „notatków” czy wręcz „notesów”, 

ale po prostu „notatek”! Byłyśmy  w szoku! Więcek jednak wyraźnie  przejął się tym,  co 

zobaczył na zegarku i wybiegł niemal bez pożegnania. To znaczy bez pożegnania ze mną, 

Julką, Zuzką i rodziną Emmy. Bo z Emmą spędził przy drzwiach chyba z dziesięć minut, 

chichocząc i szepcąc. Nie o matematyce oczywiście...

- Tak szybko sobie poszedł... - westchnęła Emma, zatrzaskując drzwi. - Szkoda...

- Szybko? - spojrzałam na zegarek. - Jest szósta! Za oknem już dawno zrobiło się 

całkiem ciemno! Myślałam, że będzie tu nocował.

- Szósta?! - pisnęła Julka, przerażona. - Pies pani Oli! Dałam słowo!

Poczułam, że mój świat rozwala się na milion kawałeczków. To miał być mój wielki 

dzień! Miałam się spotkać z Tomkiem, wyjaśnić to idiotyczne nieporozumienie... Myślałam o 

tym przez cały czas w szkole... I co, i nagle tak po prostu zapomniałam? No dobrze, nie tak po 

prostu... Byłam świadkiem rodzenia się wielkiej miłości. Patrzenie na nich, słuchanie ich, to 

było   lepsze   niż   najlepszy   film.   Wszystkie   trzy   wpatrywałyśmy   się   w   nich   zachłannie. 

Rozumiem, że Zuzia i Julka mogły przy takiej niespodziewanej atrakcji zapomnieć o bożym 

świecie. Ale ja? Jak ja mogłam?! Jak mogłam tak całkiem zapomnieć o Tomku i wpatrywać 

się w Więcka?! Szkoda, że nie udało mu się jeszcze skonstruować szalika, który sam zaciska 

się na szyi. Chętnie bym go użyła, żeby się własnoręcznie udusić! Kretynki podobne do mnie 

stanowczo powinno się raz na zawsze eliminować ze społeczeństwa!

background image

- Zawiodłam   panią   Olę,   chciałabym   umrzeć   ze   wstydu   -   westchnęła   Julka 

dramatycznie. A więc nie byłam sama ze swoimi ponurymi myślami!

- Przestań histeryzować! - powiedziała do niej Zuzia. - I ty też, Żaba, przestań się 

zamartwiać, zobaczysz jeszcze swojego Tomeczka!

A więc aż tak było widać, że się dziko zdenerwowałam? Przecież nie powiedziałam 

ani   słowa!   Ale   Zuzia   umiała   czytać   w   moich   myślach,   oczywiście.   I   umiała,   jak   nikt, 

sprowadzić mnie na ziemię. Może tylko moja babcia mogłaby z nią konkurować...

- Zakładajcie kurtki i biegniemy! Szybko! Emma, gdzie masz czapkę?

No tak, naprawdę była jak moja babcia... Dbała nawet o to, żebyśmy się pozapinały i 

założyły coś na głowę!

W autobusie Emma, Zuzka i Julka chichotały i rozmawiały tylko na jeden temat: o 

Krzyśku. Julka oczywiście na poczekaniu napisała wiersz o ich wielkiej miłości. Byłam nawet 

ciekawa, jakie romantyczne skojarzenia może w niej wywołać klasowy błazen... ale nie udało 

mi   się   tego   usłyszeć.   Bo   natychmiast   pogrążyłam   się   we   własnych   myślach.   O   Tomku, 

oczywiście. O tym,  że wszystko mu wyjaśnię. I będzie musiał mi uwierzyć.  Powiem mu 

nawet, że to Zuzia kocha się w Radku, a nie ja. Wkopię ją, ale przecież to prawda, nie 

powinna się więc gniewać... A zresztą zależy mi tylko na jednej jedynej rzeczy: na tym, żeby 

Tomek znał prawdę. I żeby wiedział, że dla mnie liczy się tylko on.

- Tak mi przykro - zaczęła Julka, kiedy wpadłyśmy zziajane do kwiaciarni. - Jestem 

podłą, niegodną całować pani stóp, samolubną dziewuchą.

- My   też   -   przytaknęłyśmy   z   Zuzią   i   Emmą.   Pani   Ola   wybuchnęła   serdecznym 

śmiechem.

- Nie denerwujcie się, od trzech tygodni radzę sobie sama, to i dziś sobie poradziłam. 

Kamusia nie była zachwycona krótkim spacerem, ale ona też już się przyzwyczaiła.

- To ja z nią wyjdę jeszcze raz - powiedziałam, czując, że serce wali mi jak młot. - 

Wyprowadzę ją na solidny długi spacer. Mogę?

- Pewnie, że możesz - pani Ola naprawdę była aniołem. Aniołem w czerni! - Kamusia 

się ucieszy... Ale najpierw dajcie mi te kokardki, które zrobiłyście. Choinki już czekają na 

przybranie.

Poczułam, że  zamieniam  się  w kamień.  A  potem  rozsypuję  się  na milion  małych 

kawałeczków. Po raz kolejny tego dnia. Kokardki! Kokardki, nad którymi siedziałyśmy do 

trzeciej w nocy! Pilne kokardki! Cały worek, wypełniony czerwonymi wstążeczkami, stał w 

pokoju Emmy.

- Gdybyś nas tak nie poganiała... - rzuciłam się na Zuzię ze łzami w oczach. I zaraz się 

background image

opanowałam: Sorry, nie chciałam... To wina nas wszystkich...

- Pojadę po te kokardki - powiedziała Emma. - Sama. To moja wina.

- Tak   samo   twoja   jak   nasza!   I   pojedziemy   we   cztery!   -   zarządziła   Zuzka.   -   A 

właściwie we trzy... - dodała szybko, wpatrując się we mnie badawczo. - Bo Żaba wychodzi z 

psem. Kurczę, przecież psom też się coś należy od życia.

Posłałam jej wdzięczne spojrzenie i weszłam za panią Olą po schodkach na górę. Do 

Tomka! Zaraz go zobaczę! Zaraz mu wszystko wyjaśnię! Serce waliło mi jak szalone, czułam, 

że robię się cała czerwona... Próbowałam to opanować, ale nie umiałam wygrać z biologią. 

Mój organizm dobrze wiedział, że jestem zdenerwowana, nie dało się go oszukać.

Zza białych drzwi wyskoczył śliczny, czarny, kudłaty piesek i zaczął się łasić do pani 

Oli.

- Kamusia, biedactwo, nudzisz się sama w domu... - słowa właścicielki kwiaciarni 

dotarły do mnie z opóźnieniem. Jak to sama??? A Tomek? Nie liczy się jako towarzystwo dla 

Kamusi? Gardzi nią? A może ona nim?

- Biedactwo, przyzwyczaiłaś się, że Tomek jest w domu, a dziś go nie ma... - pani Ola 

na szczęście była odwrócona do mnie tyłem i nie mogła zobaczyć mojej twarzy. Nie byłam 

pewna, co by z niej wyczytała... ale na pewno coś, czego nie chciałabym jej powiedzieć. Że 

zakochałam się w jej synu i Kamusia miała być tylko pretekstem do spotkania... Nie, na 

pewno nie powinna tego wiedzieć!

- Tomek zaczął już wychodzić z domu? - zapytałam, starając się, żeby mój głos był 

beztroski i żeby nie było w nim absolutnie słychać nadmiernego zainteresowania. Ot, tylko 

bardzo umiarkowane zainteresowanie, a właściwie jego brak... umiarkowaną, ogólnoludzką 

życzliwość. Nawet mniej niż umiarkowaną... Życzliwa obojętność, to był właśnie efekt, który 

chciałam osiągnąć! Nie wiedziałam tylko, jak to się robi.

- To było skomplikowane złamanie dwóch kości z przemieszczeniem, Tomek miał 

operację i nie będzie chodził jeszcze co najmniej przez pięć tygodni! - to, co mówiła pani Ola, 

sprawiło, że natychmiast zapomniałam o jakiejkolwiek życzliwej obojętności.

- Operację?   -   na   sam   dźwięk   tego   słowa   zrobiło   mi   się   słabo.   Krew,   chirurdzy, 

skalpele,   nici...   A   może   nawet   jakieś   okropne   metalowe   szyny,   którymi   połączyli   mu   te 

kawałki   połamanych   kości?   Nie,   nie   mogłam   sobie   tego   dłużej   wyobrażać!   Nie   mogłam 

zemdleć na progu mieszkania Tomka! Wbiłam sobie paznokcie w udo, prawie tego nie czując 

przez grube spodnie i rajstopy. Pożałowałam, że dałam się babci namówić na ubranie się na 

cebulkę. Nie było przecież aż tak zimno... ledwie siedem czy osiem stopni mrozu! Wbiłam 

paznokcie lewej ręki w prawą rękę. Tym razem poczułam ból. Bardzo dotkliwie.

background image

- Auu - zacisnęłam zęby.

Ale przynajmniej przestało mi się wreszcie kręcić w głowie...

- Tomek   jest   dziś   w   szpitalu   -   mówiła   dalej   pani   Ola.   -   Mój   brat   zawiózł   go   na 

kontrolę i na zdjęcie szwów. Mają mu też zmienić gips, zeszła już opuchlizna i gips niemal 

obraca mu się wokół nogi.

Mogła sobie darować te szczegóły, naprawdę! Znowu było mi słabo!

- To ja wyjdę z Kamusią - powiedziałam, marząc o hauście mroźnego, zimowego 

powietrza. Niech będzie nawet dwadzieścia stopni mrozu! Albo i trzydzieści! Niech mnie ten 

mróz otrzeźwi!

Malutki   czarny   piesek   był   zachwycony,   że   ktoś   zabiera   go   na   nieplanowaną 

przechadzkę.

- Nigdy nie wychodzi o tej porze - uśmiechnęła się pani Ola.

A ja wybiegłam z kwiaciarni, czując, że nie uda mi się tłumić łez ani chwili dłużej. 

Byłam taka rozczarowana! Tak bardzo chciałam się spotkać z Tomkiem, tak bardzo na to 

liczyłam...

- Kamusia, o której wróci twój pan? - przytuliłam kudłatego psiaka, który o dziwo nie 

wyrywa} się i nie skamlał. Przeciwnie: zaczął lizać mnie po twarzy, popiskiwać...

Nagle pomyślałam, że to pies Tomka. Że Tomek na pewno tuli Kamę nie raz, tak jak 

ja w tej chwili. Że jego długie palce przeczesują jej sierść dokładnie tak jak moje teraz. Że 

może też do niej mówi, powierza jej swoje tajemnice...

Wtuliłam się w czarną sunie jeszcze mocniej, usiłując poczuć w jej sierści zapach 

Tomka.

- Powiedz, Kamusia, twój pan coś ci o mnie opowiadał? Powiedz - prosiłam, a piesek 

zlizywał mi z twarzy łzy i popiskiwał. Miałam nadzieję, że każdy z tych pisków oznacza 

„tak”.

background image

ROZDZIAŁ 8

NA ZAKUPY

Przez następne dni codziennie do późnej nocy robiłyśmy kokardki, łańcuchy i aniołki 

ze słomy. Babcia Emmy pomagała nam jak mogła, zwłaszcza przy drobnych, wymagających 

precyzji elementach. Malusieńkie uśmiechy miniaturowych aniołków wychodziły prosto tylko 

jej i Julce. Z ulgą oddawałyśmy niedokończonych skrzydlaczy w ich ręce.

Dziewiętnastego grudnia zaraz po szkole zawiozłyśmy pani Oli worek aniołków oraz 

drugi z kokardkami i wielkie pudło łańcuchów.

- Wasza   pensja   -   właścicielka   kwiaciarni   podała   każdej   kopertę   z   banknotami.   - 

Ciężko zapracowana. Nie wiem, jak bym sobie poradziła, gdyby nie wy!

Zajrzałam   do   środka   i   zakręciło   mi   się   w   głowie.   Naprawdę   kupię   całej   rodzinie 

prezenty za własne pieniądze! I moim przyjaciółkom i... może... może także...

- Czy mogłabym zajrzeć do Tomka? - zapytałam, nie starając się już nawet udawać 

życzliwej obojętności.

- Oczywiście, na pewno się ucieszy, że jesteście - pani Ola wbiegła po schodach. Serce 

waliło mi znów jak szalone. Więc jest! Jest w domu! Zaraz mu powiem wszystko, co mam do 

powiedzenia. Zaraz skończy się ten koszmar!

- Tomek prosił, żeby powiedzieć, że śpi - powiedziała jego mama i dopiero po chwili, 

patrząc w nasze twarze, zrozumiała, że się zdradziła. Skoro śpi, to nie mówi! - Tomek śpi... to 

znaczy...

- Nie chce mnie widzieć - westchnęłam, a w oczach stanęły mi łzy. - Nie musi pani nic 

mówić. On... Proszę go pozdrowić!

Wybiegłam   z   kwiaciarni,   czując,   że   to   będą   najgorsze   święta   w   moim   życiu. 

Wolałabym, żeby w ogóle wykreślono je z kalendarza!

- Nie   bierzesz   nawet   swoich   pieniędzy?   -   za   moimi   plecami   rozległ   się   trzeźwy, 

spokojny głos Zuzki. - Porzuciłaś je?

- Nie - chlipnęłam, ocierając łzy.

- Idziemy na zakupy? - objęła mnie Julka.

- Idziemy - pokiwałam głową. W końcu nic nie poprawia humoru tak jak centrum 

handlowe!   Pomaga   na   jedynkę   z   matmy,   na   kłótnię   rodziców...   ale   czy   pomoże   też   na 

złamane serce?

Pomoże.   Zrozumiałam   to   natychmiast,   gdy  tylko   tam   weszłyśmy.   Nie   dlatego,   że 

zobaczyłam  tyle  wspaniałych  rzeczy, które chciałabym  kupić, i że w tym  szale zakupów 

background image

zapomniałam o Tomku... Nie myślałam o nim, to prawda - jednak nie z powodu zakupów, 

lecz w wyniku walki o przetrwanie. Piątek... ostatni piątek przed Bożym Narodzeniem...

- Wybrałyśmy   sobie   chyba   najgorszy   dzień   na   taką   wyprawę   -   westchnęła   Julka, 

rezygnując z bitwy o koszyk. Kolejka do koszyków kłębiła się już w drzwiach wejściowych. 

Ludzie przepychali się, krzyczeli, wręcz wyrywali sobie koszyki z rąk...

- Nie potrzebujemy koszyków, nie będziemy miały aż tyle zakupów - zdecydowała 

Zuzia i, energicznie, jak to ona, zaczęła torować sobie drogę w gęstym tłumie.

Nie byłam pewna, co właściwie chcemy znaleźć. Nie miałam żadnego pomysłu na 

prezenty dla rodziców, dla babci, no i dla moich przyjaciółek z Bractwa Zeta. Właściwie do 

tej   pory   myślałam   tylko   o   prezencie   dla   Tomka.   Miałam   ze   sto   pomysłów,   albo   i   sto 

dwadzieścia...   Ale   ten   prezent   raczej   nie   będzie   potrzebny!   Teraz   muszę   się   skupić   na 

ludziach,   którym   na   mnie   zależy.   Na   mojej   rodzinie,   na   Zuzi,   Julce,   Emmie...   Poszukać 

czegoś, co je ucieszy.

- Czy to nie Karolina? - zdziwiłam się, widząc dziewczynę podobną do niej jak dwie 

krople wody.

Mignęła mi tylko, widziałam ją tak z tyło - boku... ale byłam prawie pewna. Prawie 

pewna, że to ona. Tylko dlaczego pchała wózek z dzieckiem???

- Ona nie ma rodzeństwa - pokręciła głową Zuzka. - Pamiętacie, co nam mówiła wtedy 

po   andrzejkach,   jak   prosiła,   żebyśmy   nikomu   nie   wygadały,   że   to   ona   pocięła   tę   torbę? 

Mówiła, że nie wie, co w nią wstąpiło, i że to wszystko przez jej rodzinę... Że jej rodzice nie 

żyją, że wychowuje ją ciotka, okropna, skąpa... A druga ciotka, jak dobra wróżka, przywozi 

jej od czasu do czasu ubrania z Anglii albo Francji, i zaraz znika...

- Może ta  skąpa ciotka ma  dziecko? Albo ta  druga, od ubrań?  - byłam  naprawdę 

niemal pewna, że widziałam Karolinę. Skoro jednak Zuzia twierdziła, że nie ma w jej rodzinie 

takich niemowlaków, chyba to jednak nie ona...

- Lepiej poszukajmy prezentów - Zuzka rzuciła się między regały. - W końcu ten sklep 

jest czynny naprawdę długo, ale chyba nie całą noc...

Miała rację. Trzeba było się na coś zdecydować! Przynajmniej postanowić, na której 

półce szukać tych gwiazdek z nieba, które zamierzałyśmy podarować naszym bliskim.

- Może szals? - zaproponowała Emma.

Szals?   No   tak...   to   była   liczba   mnoga   od   „szal”.   Niezbyt   poprawna   w   Polsce, 

znakomita w Anglii... W końcu tam dodaje się literę „s” na końcu wyrazu i już ma się liczbę 

mnogą. Proste jak drut. Szkoda, że w naszym języku reguły nie są takie przejrzyste...

- Apaszki! - ucieszyła się Zuzia. - Zobaczcie tę, ma kolor włosów mojej mamy!

background image

To prawda... Ta apaszka wyglądała jak rozmyte zdjęcie pani Zawadzkiej. Był na niej 

kolor jej włosów, jej oczu... nawet odcień jej skóry.

- Musisz   ją   kupić,   definitywnie!   -   powiedziała   Julka,   a   ja   i   Emma   pokiwałyśmy 

energicznie głowami.

Nigdy jeszcze nie widziałam apaszki tak idealnie dopasowanej do osoby, która miała 

ją nosić.  Byłam  pewna,  że mama  Zuzi  padnie  z zachwytu.  Niestety, nie  było  apaszki  w 

kolorach mojej mamy. Pewnie byłoby o nią dość trudno. Mama ma błękitne oczy, a włosy 

czarne jak smoła. To raczej nietypowe zestawienie... I wcale nie chciałam kupować jej czegoś 

czarnego. Wolę, jak nosi weselsze kolory. Jasne... ale nie białe. W białym fartuchu i tak widzę 

ją od świtu do nocy!

- To ona! - zawołała nagle Julka.

A do mnie dopiero po kilku sekundach dotarło, że nie chodzi jej o moją mamę, tylko o 

Karolinę.   Nie   było   wątpliwości.   Między   wysokimi   regałami,   wśród   pracowników   sklepu 

przebranych za Mikołajów i za wielkie pluszowe misie, szła Karolina z wózkiem. A w wózku 

darł się wniebogłosy mały dzieciak. Strasznie do niej podobny. To stanowczo nie mogło być 

obce dziecko.

- Cześć - podeszłam do niej, zaskakując samą siebie. Ciekawość zwyciężyła we mnie z 

niechęcią.

Chciałam dowiedzieć się, co to za dziecko. Chyba nie jej??? Tyle się słyszy o ciążach 

nastolatek... Nie znam się na dzieciach, ale to siedziało samodzielnie, wcale się nie opierając 

o wózek, a więc musiało mieć kilka miesięcy... pół roku pewnie albo i więcej? Więc Karolina 

mogła urodzić dziecko jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego. W czasie wakacji. I nikt 

by nic o tym nie wiedział...

Chciałam jednak zapytać nie tylko o dziecko. Chciałam się dowiedzieć, dlaczego nie 

chodzi do szkoły, już tyle czasu. Prawie trzy tygodnie... Przecież jej nie wyrzucili? Ktoś pytał 

Mądrą, chyba Rafał, a może Mateusz... Powiedziała, że nie. Że Karolina może wrócić, kiedy 

tylko zechce. Więc dlaczego nie wracała???

- Cześć - powtórzyłam głośniej i Karolina nareszcie mnie zauważyła. Oczy zrobiły jej 

się   okrągłe   jak   spodki.   Była   przerażona.   Więc   to   chyba   naprawdę   było   jej   dziecko! 

Przypadkiem odkryłyśmy jej wielką tajemnicę!

Zuzia i Julka podeszły bliżej. Pewnie też, tak jak we mnie, ciekawość wygrała w nich 

z niechęcią. Tylko Emma stała z boku i wyglądała, jakby się czegoś bała. Chyba wciąż nie 

mogła zrozumieć, jak to możliwe, że ktoś tak bezinteresownie ją znienawidził i chciał ją 

wykurzyć z naszej klasy.

background image

- Cześć,   to   twoje   dziecko?   -   zapytała   Zuzka   prosto   z   mostu.   Podziwiałam   ją.   Ja 

zaczęłam już knuć jakąś skomplikowaną intrygę, żeby się tego dowiedzieć, miałam zamiar 

zadać z piętnaście pytań naprowadzających.

A ona walnęła bezpośrednio... i dostała bezpośrednią odpowiedź.

- Zwariowałaś? - Karolina narysowała palcem kółko na czole. - To mój brat. Potwór, 

który zamienił moje życie w koszmar. Zabrał mi rodziców.

- Twoja mama umarła przy porodzie? - domyśliłam się. - Ale tata? Mówiłaś, że on też 

nie żyje, tak? Że obydwoje nie żyją?

- Oni żyją, tylko już nie dla mnie - powiedziała Karolina i spuściła głowę.

A więc nas okłamała! Wcale nie była sierotą! Wcale nie wychowywała jej żadna podła 

ciotka! Wymyśliła to wszystko, żeby nas przekonać, że nie powinnyśmy mówić Mądrej o 

tym, co odkryłyśmy. O tym, że to ona pocięła tę torbę. No i udało jej się znakomicie. Zrobiło 

nam   się   jej   żal   i   milczałyśmy   jak   zaklęte.   Usiłowałyśmy   jej   bronić   nawet   wtedy,   kiedy 

Marysia wypaplała przed całą klasą, że to jej robota. Cóż, Marysia miała wyraźnie więcej 

rozumu niż my we cztery razem wzięte!

- Okłamałaś nas! - nawet nie zauważyłam, kiedy Emma znalazła się tuż za moimi 

plecami.   Była   blada   jak   ściana,   ręce   zacisnęła   w   pięści.   Widać   było,   że   jest   strasznie 

zdenerwowana.

- Nie   kłamałam   -   uśmiechnęła   się   Karolina,   ale   tym   razem   nie   był   to   wcale   ten 

okropny, szyderczy grymas, który tak dobrze znałyśmy. Tym razem to był naprawdę bardzo 

smutny uśmiech.

- Jak   to   nie   kłamałaś?   -   włączyła   się   Julka,   mówiąc   głosem   słodkim   jak   miód.   - 

Przecież powiedziałaś wyraźnie, że jesteś sierotą. Płakałaś, gdy to mówiłaś!

- Bo czuję się jak sierota! - Karolina zaczęła wyrzucać z siebie słowa z szybkością 

karabinu maszynowego. - Rodziców nie obchodzi to, co się ze mną dzieje. Gdybym umarła, 

też by tego nie zauważyli! Nie chodzę od trzech tygodni do szkoły i nawet nie zwrócili na to 

uwagi. Ja już dla nich nie istnieję. A wszystko przez tego gówniarza!

- Twojego brata? - upewniłam się.

Karolina pokiwała głową i nagle po jej policzkach zaczęły płynąć wielkie łzy.

- Wcale nie chciałam, żeby się urodził - chlipnęła. - Ale oczywiście nikt nie zapytał 

mnie o zdanie. Nikogo nie obchodzi to, co ja czuję. Uważają, że powinnam się cieszyć. 

Rozumiecie: cieszyć się! Z czego? Z tego, że wyje po nocach, że nie mogę spać, że na nic nie 

ma pieniędzy... Przez trzynaście lat byłam jedynaczką, wszystko zawsze było dla mnie, co 

tylko chciałam... A teraz on jest najważniejszy! Mama całą ciążę przeleżała, miała jakieś 

background image

problemy... I nic dziwnego! W końcu takie stare kobiety nie powinny rodzić dzieci, tylko 

myśleć o emeryturze.'

- Ile twoja mama ma lat? - zapytała Zuzka, chyba podobnie jak ja wyobrażając sobie 

siwą, pomarszczoną babunię z wielkim brzuchem.

- Trzydzieści dwa! - rozpłakała się Karolina na dobre.

- Moja mama miała więcej, kiedy mnie urodziła - uśmiechnęła się Zuzia. - To w ogóle 

nie jest dużo, można mieć dzieci nawet po czterdziestce... Ja bym się nawet cieszyła, gdyby 

urodził mi się teraz brat albo siostra. Emma ma małych braci i przynajmniej ma wesoło.

Nie byłam pewna, czy Zuzka mówi to szczerze. Wesoło? Z tymi małymi terrorystami, 

którzy chcieli nas zamknąć w szafie?!

- Emma jest idealna - zagryzła wargi Karolina, usiłując jednocześnie wcisnąć smoczek 

do ust płaczącego wniebogłosy chłopczyka. - Emma jest doskonała. Mama stawia mija ciągle 

za wzór. Emma kocha swoich małych braci i się nimi zajmuje. Emma stara się przezwyciężyć 

trudności w nauce, na przykład słabą znajomość polskiego. Jest ambitna. Wciąż to słyszę! 

Chce mi się rzygać na samą myśl o Emmie! I jeszcze te jej ciuchy! Kiedyś dostawałam takie 

co chwilę, teraz mama powiedziała ciotce, żeby mi już nic nie przywoziła, bo nas na to nie 

stać. Najwyżej jakieś starocie z wyprzedaży.

No tak, to wiele wyjaśniało. Nawet więcej niż pierwsza wersja z Karolinką - sierotką.

- Tata też strasznie się zmienił! - mówiła dalej Karolina. - Przez dziewięć miesięcy 

dbał tylko  o to, żeby mama  wypoczywała,  krzyczał  na mnie, żebym  posprzątała, zrobiła 

zakupy, nie pozwalał nawet głośno słuchać radia... Myślałam, że to się zmieni, kiedy ten 

bachor już się urodzi. Ale teraz jest jeszcze gorzej. On jest wcześniakiem, ma skazę białkową, 

płacze w dzień i w nocy, chce, żeby go cały czas nosić na rękach... Nie znoszę go! A oni 

wciąż chcą, żebym się nim zajmowała. Tak jak teraz: oni są na zakupach, na pewno świetnie 

się bawią, a ja muszę tu z nim chodzić jak jakaś głupia. Mówiłam im, że mam dużo nauki, ale 

nie słuchali...

- Dużo nauki? - Zuzka, jak zwykle, jako pierwsza zauważyła, że coś się nie zgadza. - 

Przecież nie chodzisz do szkoły?

- Nie chodzę - spuściła oczy Karolina. - Miałam nadzieję, że się przejmą... Mądra do 

nich zadzwoniła, powiedziała, że mam przyjść do szkoły z rodzicami. A oni na to, że nie mają 

czasu! Żeby powiedziała przez telefon, o co chodzi.

- I co, Mądra się wkurzyła? - domyśliłam się.

- Wkurzyła się - pokiwała głową Karolina. - I chyba nic im nie powiedziała. A oni 

natychmiast zapomnieli o całej sprawie, bo mały miał czterdzieści stopni gorączki i trzeba 

background image

było jechać na pogotowie.

- A ty już więcej do szkoły nie poszłaś... - dokończyłam za nią. - I co, i Mądra więcej 

nie dzwoniła?

- Dzwoniła,   nawet   dwa   razy...   ale   za   każdym   razem   to   ja   odbierałam   telefon. 

Powiedziałam jej, że jestem chora, udawałam, że kaszlę.

- I długo tak zamierzasz robić? - zainteresowała się Zuzka.

- Do końca życia - nabzdyczyła się Karolina. - A rodzicom nic do tego. Nie interesuje 

ich   moje   życie,   nie   pytali,   czy   mam   ochotę   mieć   rodzeństwo   i   pomagać   im   przy   tym 

dzieciaku,   to   ja   teraz   też   nie   będę   pytać,   czy   im   się   podoba,   że   nie   chodzę   do   szkoły. 

Najchętniej  uciekłabym   z domu,  ale  nie   mam  dokąd,  dziadkowie  są  tak  daleko...  Gdyby 

mieszkali bliżej, może mogliby pomagać przy tym dziecku. Ale rodzice uważają, że to nic nie 

szkodzi, powtarzają: „Z twoją pomocą, Karolinko, ze wszystkim sobie poradzimy”! A ja nie 

chcę im pomagać! Ja też przecież jestem ich dzieckiem i potrzebuję uwagi!

- Mówiłaś im o tym? - zapytała Zuzia.

- Nie mówiłam... Nie ma o czym, i tak by nie zrozumieli... Liczy się dla nich tylko ten 

bachor.

- On   nie   ma   imię...   imieni?   Imienia?   -   Emma   była   bardzo   zdenerwowana.   -   Nie 

możesz mówić o nim jakoś miłoj? Milej? On nie jest winny!

- Jest, to wszystko przez niego! Gdyby nie on, moje życie byłoby idealne, tak jak do 

tej pory! To on wszystko zepsuł! Mam go serdecznie dość!

Nie   patrząc   na   nas,   zrezygnowana   Karolina   popchnęła   wózek   i   zniknęła   między 

regałami. Nie zdążyłyśmy się nawet odezwać.

- Biedne   dziecko   -   powiedziała   Zuzia.   Nie   umiałam   rozstrzygnąć,   czy   mówi   o 

Karolinie, czy o jej małym braciszku.

background image

ROZDZIAŁ 9

MIŚ NA WROTKACH

Wielka promocja krawatów! Specjalne krawaty gwiazdkowe! Na Boże Narodzenie 

krawat jak marzenie! - zawołał niskim głosem żółty miś mknący na wrotkach główną aleją 

supermarketu. Z trudem wprawdzie rozpędzał się w tłumie z wózkami i co chwilę zderzał się 

z innymi kolorowymi miśkami zachwalającymi świeże karpie i pakowane po pięćset sztuk 

bombki w promocyjnej cenie, ale naprawdę się starał.

- Kupujcie   krawaty:   dla   dziadka,   dla   taty!   -   krzyknął   jeszcze   nieco   zmęczony 

niedźwiedź, po czym znikł między regałami.

- Kupię tacie krawat! - ucieszyłam się zachęcona przez zmachanego pluszaka. Ojciec 

wprawdzie nigdy nie nosi krawatów, ale może dlatego, że nie ma? Na jego ostatnim krawacie 

prowadzaliśmy psa, kiedy przepadła gdzieś smycz i nikt nie był pewny, czy to ja ją zgubiłam, 

czy   Etna   zjadła   w   całości...   A   potem   używałam   go   jako   paska   do   starych   spodni   babci 

podczas palenia ogniska... A więc tata właściwie nie mógł nosić krawatów, bo ich po prostu 

nie posiadał. Ale teraz posiądzie! Dostanie ode mnie na tę Gwiazdkę najpiękniejszy krawat 

świata.

- Myślisz, że ten spodoba się twojemu tacie? - Zuzia zdjęła z półki wściekle czerwony 

krawat w mikołaje jeżdżące na sankach i założyła na szyję. - Wyglądałby w nim uroczo.

- A może ten? - złapałam zielony w różowe kwiatki i owinęłam wokół czoła. - W 

środku zimy przyda się taki wiosenny akcent. Mój tata zawsze mówi, że zimą najbardziej 

brakuje   mu   kwiatków   kwitnących   w   ogrodzie   i   na   parapecie.   Miałby   więc   przynajmniej 

krawat w kwiatki. Nie sądzicie, że to świetny pomysł?

- Twój tata jest taki fajny, że pewnie naprawdę by go nosił - powiedziała Emma. - A 

mój... Mój w tym roku nie dostanie ode mnie nic. Może w ogóle od nikogo nic nie dostanie...

- A ja nawet nie wiem, kto jest moim ojcem - westchnęła Julka, opierając się o półkę z 

krawatami. - I nie mogę mu nic dać...

Miałam wrażenie, że źle usłyszałam. Jak to nie wie, kto jest jej ojcem?!

- Twoim ojcem jest pan Ździebełko - powiedziałam, starając się nie przypominać go 

sobie zbyt dokładnie. Ilekroć wspominam spotkanie z nim w domu Julki, przechodzą mnie 

dreszcze wielkości kotów. Bardzo wypasionych kotów.

- Też tak myślałam - rzekła Julka, siadając na podłodze i wcale nie zwracając uwagi 

na tłumy kupujących,  potrącające i popychające  ją we wszystkie  strony. - Ale wczoraj... 

wczoraj   dowiedziałam   się,   że   to   nie   są   moi   prawdziwi   rodzice.   Jestem   adoptowana. 

background image

Rozumiecie?

Nic nie rozumiałyśmy... ale, choć to idiotyczne, ucieszyłam się, słysząc, że to nie jest 

jej rodzina... że nie łączą jej z nimi więzy krwi.

- Ty   tak   strasznie   do   nich   nie   pasujesz   -   wypaliłam,   zanim   zastanowiłam   się,   co 

mówię. - Nie możesz mieć ich genów, to przecież oczywiste... Nie możesz być ich córką...

- No   właśnie,   nie   jestem   -   po   policzkach   Julki   zaczęły   płynąć   wielkie   łzy.   -   W 

pierwszej chwili nawet się ucieszyłam. Może jestem córką jakiejś poetki, która umarła na 

galopujące suchoty w biedzie i zapomnieniu? Może paryskiego malarza? Albo młodziutkiej 

tancerki?   Na   pewno   jestem   dzieckiem   namiętności,   wielkiej   miłości...   a   to   zawsze 

pocieszające. Ale potem, im dłużej o tym myślałam... potem jakoś przestało mnie to cieszyć. 

Nie jestem córką tej pary nieczułych potworów z dolarami zamiast mózgów. I to jest dobra 

wiadomość. Ale w takim razie nie jestem też wnuczką mojej babci, którą tak kochałam... Nie 

należę do tego świata, nie wiem, kim jestem, skąd pochodzę... Nie mam korzeni. Jestem 

dzieckiem nicości. Wiecie, jakie to uczucie?

Nie wiedziałyśmy, oczywiście. I żadna z nas nie wiedziała, co należałoby powiedzieć 

w takiej sytuacji. Bo co można powiedzieć dziecku nicości?

- A właściwie skąd wiesz, że jesteś adoptowana? - zainteresowała się trzeźwo Zuzka. 

Czyli   wiedziała,   co   mówić   ludziom   bez   korzeni!   -   Powiedzieli   ci?   Znalazłaś   jakieś 

dokumenty?

- Znalazłam... - zaczęła Julka, połykając łzy. Nie zdołała jednak dokończyć zdania, bo 

w tym momencie w naszą skuloną grupkę wjechał wielki niebieski miś na wrotkach.

- Kapelusze   w   wielkim   wyborze,   nie   umiesz   dobrać,   miś   ci   pomoże!   -   zaśpiewał 

niedźwiedź wysokim, dziwnie znajomym głosem, z lekkim obcym akcentem.

- Mama? - oczy Emmy zrobiły się ogromne jak spodki. - Mamo, to ty?

- To ja - szepnął niebieski miś, szarpiąc swoją głowę. Przez sekundę miałam okropne 

wrażenie,   że   pani   Adams,   zdruzgotana   tym,   że   ją   rozpoznałyśmy,   chce   się   zabić   w   tak 

niekonwencjonalny sposób. Przez urwanie łba. Ale to przecież nie był jej łeb. To był wielki, 

pluszowy,   niedźwiedzi   łeb,   spod   którego   wyjrzała   jej   zaczerwieniona   twarz   bez   śladu 

makijażu. Nie mogłam uwierzyć, że to ta sama szykowna kobieta, która wpadła do naszej 

klasy   kilka   tygodni   temu   w   czerwonej   garsonce,   z   długimi   paznokciami   starannie 

pomalowanymi na krwisty kolor. Teraz jej ręce, a więc i paznokcie, kryły się w przebraniu 

misia. W obszytych futrem i zakończonych plastikowymi pazurkami rękawach.

- Mamo... mummy... - Emmie po policzkach ciekły łzy, jeszcze większe niż te, które 

obsychały na twarzy Julki. - Mamo... mówiłaś, że pracujesz w biurze... Że jesteś sekretem... 

background image

sekretą...

- Sekretarką - poprawiłam ją odruchowo.

- A co miałam ci powiedzieć? - pani Adams z trudem usiadła na podłodze. - Że jeżdżę 

po   sklepie   w   ważącym   tonę   futrze,   że   nawet   ta   praca   za   tydzień   się   skończy   i   znów 

zostaniemy   bez   grosza?   Że   boli   mnie   gardło   od   wykrzykiwania   bzdur   o   kapeluszach   i 

świeżych karpiach? Powiedziałybyście, ty i babcia, żebym tego nie robiła. Ale muszę. Bo 

lepsza  taka  praca   niż  żadna...  Bo nie   chcę,  żeby  moje  dzieci  zapamiętały  te  święta  jako 

najgorsze w życiu.

- Mummy...   -   Emma   przytuliła   się   do   niebieskiego   futra.   -   Mummy,   przecież   nie 

potrzebujemy dużo... Poradzimy sobie.

- Wiem,   że   sobie   poradzimy,   kochanie   -   plastikowe   pazury   spoczęły   na   ramieniu 

Emmy. - Ale skoro mogę trochę zarobić jako misiek, a po zamknięciu sklepu jeszcze trochę 

co drugi dzień, przy układaniu towarów na półkach, to czemu nie? Żadna praca nie hańbi, 

zapamiętaj to na zawsze.

Słuchałyśmy   w   milczeniu.   Pani   Adams   była   prawdziwą   bohaterką!   Przeżyła   tyle 

okropnych   chwil,   a   wciąż   się   nie   załamywała.   Chodziła   do   szkoły,   zaliczała   kolejne 

egzaminy, pracowała w dzień jako misiek, a w nocy jako... jak się nazywa taki ktoś, kto 

rozkłada na regałach mąkę i cukier? Zresztą, jakby się nie nazywał, na pewno nie jest to zbyt 

fajne stanowisko, zwłaszcza dla kogoś, kto przez wiele lat wymyślał najlepsze reklamy w 

Anglii. A ona po prostu to robiła, zupełnie jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. 

Robiła to dla swoich dzieci. Miałam ochotę ją uścisnąć i powiedzieć, że jest najdzielniejszą 

kobietą, jaką znam. Ale powstrzymałam się. To była taka chwila, kiedy liczyła się tylko ona i 

Emma. My powinnyśmy stać z boku i udawać, że nic nie widzimy.

- Chodźmy obejrzeć długopisy, chciałabym kupić jakiś tacie - szepnęła Julka. A my 

dopiero po chwili przypomniałyśmy sobie, że to przecież wcale nie jest jej ojciec. To znaczy, 

ona tak mówiła, dosłownie pięć minut temu! A teraz nazywa go tatą?

Chciałam o to zapytać, czekałam tylko, aż skręcimy za regał, znikając z oczu Emmie i 

jej   mamie...   Ale   zanim   to  nastąpiło,   pani   Adams   wypuściła   córkę   z  objęć   i   powiedziała 

sztucznie wesołym głosem:

- Muszę pędzić, bo wyrzucą mnie z pracy! Udanych zakupów, dziewczynki!

A potem nasadziła na głowę swój niebieski, kudłaty łeb i zawołała śpiewnie:

- Kapelusze w wielkim wyborze, nie umiesz dobrać, miś ci pomoże!

W oczach zakręciły mi się łzy. Była taka dzielna! Naprawdę!

Emma spojrzała na nas niepewnie. Zupełnie jakby się spodziewała, że będziemy się 

background image

śmiać z tego, co robi jej mama. Przytuliłam ją bez słowa, sekundę później to samo zrobiły 

Zuzia i Julka. Ściskałyśmy się na środku hipermarketu, nie zwracając uwagi na otaczający nas 

tłum.

- Bractwo Zeta to niezła rzeczą - chlipnęła Emma. A my energicznie pokiwałyśmy 

głowami.   Pewnie,   że   niezła!   Z   przyjaciółkami   nawet   najtrudniejsze   chwile   nie   są   takie 

koszmarne, jak mogłyby być...

- Twoja mama jest wspaniała - powiedziała Julka to, co myślałyśmy wszystkie trzy. - 

Mam nadzieję, że los niedługo przyniesie jej coś lepszego, jakiś dar, który odmieni jej trudną 

egzystencję...

- Co może być lepszego niż praca miśka na wrotkach? - roześmiała się Zuzia. - Nie 

marzyłyście o czymś takim, gdy byłyście małe? O jeżdżeniu przez cały dzień po sklepie, 

wśród słodyczy i zabawek?

Ja,   prawdę   mówiąc,   nie   marzyłam   ani   przez   sekundę.   Zawsze   trochę   się   bałam 

pluszowych smoków, miśków i piesków chodzących po sklepach ze sztucznymi uśmiechami 

na wielkich głowach. Nigdy nie byłam pewna, w którym miejscu mają oczy... To znaczy, 

gdzie są oczy osoby siedzącej w środku. Trochę mi to przeszkadzało. Tym razem jednak nie 

chodziło o mówienie prawdy, lecz o podniesienie Emmy na duchu. Wzięłam więc głęboki 

oddech i skłamałam jak z nut:

- Pewnie, że o tym marzyłam, przez całe dzieciństwo!

- Ja też - powiedziała Julka.

I w rym momencie wszystkie cztery wybuchłyśmy szaleńczym śmiechem. W to, że 

pluszakiem na wrotkach chciałam być ja, ktoś mógłby od biedy uwierzyć. W to, że takie 

marzenia miała Zuzka, też. Ale Julka, nasza skrzydlata poetka??? Ona z całą pewnością nawet 

nie zauważała takich zwierzątek rozdających ulotki! Nie byłam pewna, czy w ogóle bywała w 

centrach handlowych. Przecież uduchowione stworzenia nie zajmują się zakupami...

- Julka jako misiek! - roześmiała się Emma serdecznie, aż po policzkach pociekły jej 

łzy.   A   więc   ona   też   umiała   już   z   tego   żartować...   A   to   oznaczało,   że   jest   lepiej.   Teraz 

nareszcie mogłyśmy wyruszyć na zakupy.

background image

ROZDZIAŁ 10

WÓZEK WIDŁOWY

Chodziłyśmy po sklepie przez godzinę albo dwie. I wciąż nie miałyśmy wszystkich 

prezentów!

- Nie mam nic dla Agaty - jęczała Zuzka. - Żadna z was nie ma starszej siostry, nie 

wiecie, jakie to okropne... Ona jest świetnie ubrana, umalowana, ma wszystkie najnowsze 

płyty... Ma po prostu wszystko! Nie istnieje absolutnie nic, czego by potrzebowała. Nic, co 

mogłabym jej dać. Ani jedna rzecz!

- Daj jej coś, czego wcale nie potrzebuje - uśmiechnęła się Julka. - Coś kompletnie 

niepraktycznego, co sprawi jej po prostu przyjemność, ogrzeje jej serce. Jest coś takiego? 

Coś, o czym zawsze marzyła?

Zuzia   bezradnie   wzruszyła   ramionami.   Rzadko   ją   taką   widziałyśmy.   Zniechęconą, 

bezradną... W głębi duszy nawet lubiłam takie momenty. Przypominały mi, że ten wulkan 

energii i optymizmu też jest człowiekiem i ma swoje gorsze chwile. Stanowczo jednak nie 

zgadzałam się, żeby trwały dłużej niż minutę!

- Na pewno Agata ma jakieś marzenie, jeszcze z dzieciństwa... - podpowiadałam, jak 

mogłam. - Może chciała mieć na przykład pluszowego misia? Albo jakiś niesamowity szalik?

- Kapcie! - przypomniała sobie nagle Zuzka i natychmiast powróciła do roli pełnej 

energii druhny zastępowej. - Zawsze chciała mieć wielkie kapcie z futra. Wiecie, takie pieski 

albo kotki, albo myszki... Takie gigantyczne, kudłate, z oczami i nosem.

Wyraźnie prześladowały nas tego dnia wielkie, futrzane stwory z oczami i nosem. 

Najpierw miśki na wrotkach, teraz monstrualne kapcie... Ciekawe, co nas jeszcze czeka?

- Myślicie,   że   takie   kapcie   są   w   dziale   obuwniczym?   A   może   w   upominkach?   - 

zastanawiała się Zuzka.

Podeszłyśmy najpierw do regalu z butami, potem do półki z prezentami, z tabliczką 

„101 drobiazgów”, po czym jeszcze do kilku innych. Nigdzie nie leżały kapcie z oczami i 

nosem. Marzenie Agaty Zawadzkiej i tym razem nie miało się spełnić...

- Obtarł mnie but - jęknęła Julka. - Nie mogę już dłużej chodzić... Nie macie jakiegoś 

plastra?

Pokręciłyśmy głowami. Nie miałyśmy nic takiego ani w kieszeniach, ani w torbach.

- Może wyjdź, usiądź na ławce, tam za kasami, i poczekaj na nas... - zaproponowałam.

- Tak zrobię - Julka wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać. Faktycznie kulała już 

od jakiegoś czasu. Myślałam, że po prostu jest zmęczona tym chodzeniem. Ale ona nie mogła 

background image

się ruszyć! Każdy krok sprawiał jej ból!

- Poczekaj na nas, postaramy się szybko wyjść - powiedziała Zuzia. - Pewnie i tak 

zaraz zamykają, musimy się pospieszyć...

I nagle zamarła, coś jej wyraźnie przyszło do głowy.

- Ależ   z   nas   niedorozwinięte   kretynki   -   westchnęła.   -   Aż   żal   patrzeć.   Gdzie   my 

jesteśmy?

- W sklepie - odpowiedziałam, niepewna, o co jej właściwie chodzi.

- No właśnie! - rozpromieniła się Zuzka. - Przecież w tym sklepie muszą być plastry z 

opatrunkiem!

Ach, więc dlatego była taka radosna! No jasne, w hipermarketach zawsze są plastry. I 

tu   też   były!   Pobiegłyśmy   po   nie   we   trzy,   zostawiając   Julkę   opartą   o   wielki   stojak   z 

egzotycznymi herbatami.

- Może wybierze z tych tea coś dla mamy? - powiedziała Emma. - To znaczy, dla tej 

niby - mamy...

- Dla   pani   Ździebełko   -   sprecyzowałam.   Nie   zamierzałam   obgadywać   Julki   za   jej 

plecami, ale po prostu musiałam o to zapytać: - Myślicie, że to prawda, z tą adopcją?

- Skoro mówi, że znalazła jakieś dowody... - Zuzia zmieniła się znów w śledczego. - 

Dowody  to   dowody...   Ale   z   drugiej   strony,   kiedy   ona   je   znalazła?   Mówiła,   że   wczoraj, 

prawda? A wczoraj przecież siedziałyśmy do północy nad aniołkami z babcią Emmy...

- Może zaraz po szkole? - podsunęłam. - Była chwilę w domu, wyprowadzała psa pani 

Oli.

Usiłowałam   nie   wyobrażać   sobie   zbyt   dokładnie   tego   psa   ani   domku,   w   którym 

mieszkał. Z pokoikiem nad kwiaciarnią, w którym leżał Tomek. Tomek, który nie chciał mnie 

widzieć... Na samą myśl o nim chciało mi się płakać. Na szczęście nie było na to czasu. 

Przepchałyśmy się w tłumie ludzi z wypchanymi po brzegi koszykami do regału z pastami do 

zębów, podpaskami - no i plastrami. Było tam chyba z pięćdziesiąt różnych rodzajów!

- Zapraszamy do kas! - mówił miły głos z głośników. Chyba faktycznie niedługo będą 

zamykać...

- Który   bierzemy?   -   Emma   bezradnie   wpatrywała   się   w   półkę   z   plastrami. 

Wodoodporny, elastyczny, z opatrunkiem nasączonym maścią, z wzorkiem w kaczorki...

- Kaczorki chyba odpadają? - westchnęłam. - Na nogę powinien być jakiś mocny i z 

dobrym klejem, żeby się zaraz nie oderwał...

Nie byłyśmy pewne, jakiej wielkości jest to obtarcie na nodze Julki, złapałyśmy więc 

pudełko,   w   którym   były   trzy   rozmiary   plastra.   Na   wierzchu   napisano   dużymi   literami: 

background image

„Wodoodporny, elastyczny, supermocny”. Chyba właśnie o taki nam chodziło?

Gdy wróciłyśmy  do stojaka pełnego  egzotycznych  herbat, zobaczyłyśmy,  że Julka 

siedzi na podłodze, ze zdjętym z prawej nogi butem.

- Nie mogłam już wytrzymać, z pięty leci mi krew - powiedziała, pokazując brunatny 

ślad na skarpetce.

- Zdejmuj tę skarpetkę i to już! - zarządziła Zuzka.

- To nie skarpetka, to rajstopy - jęknęła Julka. - Rajstopy pod spodniami... Muszę się 

gdzieś schować, żeby je zdjąć. Do łazienki…

- Łazienki są za kasami, musiałybyśmy najpierw za to wszystko zapłacić. No i lecieć, 

taki hektar... Kurczę, musimy ci zakleić tę nogę od razu, a nie biec przez cały sklep! Patrzcie, 

może tutaj?

Dopiero   po   chwili   dotarło   do   mnie,   co   Zuzia   nam   proponuje.   Wejście   do   wózka 

widłowego! Wyjątkowo dużego wózka widłowego!

- Wózek widłowy - powiedziałam do siebie. - Mój wujek jeździł takim przez trzy lata. 

Pewnie rozwożą nim tutaj całe palety towarów, z magazynu na regały. Chociaż jest trochę 

większy od tego, którego używał w pracy wujek... I chyba wyżej ma kabinę...

- Nie wygłaszaj nam wykładu o tym traktorku, tylko wskakuj! - Zuzia jako pierwsza 

wdrapała się po kilku schodkach do żółtego pojazdu.

Posłusznie ruszyłyśmy za nią. W kabinie było miejsce dla nas czterech. Niewiele go, 

ale wystarczyło, żebyśmy we trzy poczekały skulone, aż Julka zdejmie spodnie i rajstopy, 

przyklei plaster i ubierze się z powrotem.

- Może poczekamy na dole, będziesz tu miała luźniej... - zaproponowałam.

Ale Julkę strasznie ten pomysł zdenerwował.

- Nie zostanę tu sama! Znajdą mnie, oskarżą o próbę kradzieży tego pojazdu, wtrącą 

do lochu, nie podzielę się nawet opłatkiem z rodzicami...

- Z rodzicami? - Zuzia spojrzała na nią uważnie. - To w końcu to są twoi rodzice czy 

nie są?

- Nie są - oświadczyła Julka łamiącym się głosem. - Ale trudno tak nagle się od nich 

odzwyczaić. Zwłaszcza że nic nie wiem o prawdziwych...

Chciała chyba powiedzieć coś jeszcze, ale jej nie wyszło. Płakała, trzęsła się, mówiła 

jakimiś   kawałkami   zdań.   Nie   mogłyśmy   się   niczego   dowiedzieć.   Prawie   niczego. 

Zrozumiałam   tylko,   że   Julka   trafiła   na   jakieś   ważne   dokumenty.   Dokumenty,   które 

„powiedziały jej wszystko”. Ale jakie wszystko, tego już nie usłyszałyśmy. Bo Julka chlipała 

i chlipała, miałam wrażenie, że to trwa co najmniej dwie godziny.

background image

- Zdejmuj wreszcie spodnie, zaklejaj nogę i idziemy na zakupy - Zuzia postanowiła, że 

dość już tych łez. - Mamy mniej niż połowę prezentów, a jest już strasznie późno...

Julka posłusznie, choć bardzo powoli, podniosła się z podłogi w ciasnej, pomalowanej 

na żółto kabinie i zaczęła zdejmować spodnie, a potem rajstopy. Cały czas pochlipywała, ale z 

mniejszym przekonaniem. Pewnie odrywanie zakrwawionych rajstop od rany trochę ją jednak 

zabolało, i to fizycznie, a nie duchowo...

- Wyłączyli muzykę - zauważyłam nagle, zastanawiając się, co to oznacza.

- Pewnie zaraz zamykają, coś mówili, żeby kierować się do kas, chyba nawet kilka 

razy - powiedziała Zuzia, podwijając rękaw, żeby spojrzeć na zegarek. Ale zanim zobaczyła, 

która jest godzina, światło w całym  sklepie gwałtownie przygasło, a w oddali szczęknęła 

jakaś krata czy może metalowe drzwi.

- Oni już zamknęli! - pisnęła Julka, szamocząc się z rajstopami, które zacisnęły się jej 

wokół kostek.

A   ja   poczułam,   że   chyba   zaraz   zemdleje.   Po   raz   pierwszy   w   życiu   na   wózku 

widłowym...

background image

ROZDZIAŁ 11

NASZE NOWE GŁOWY

No   tak...   Różne   noce   już   spędziłyśmy   we   cztery.   Robiąc   aniołki   w   ciasnym 

mieszkaniu Emmy, paląc ognisko w moim ogrodzie, piekąc kawalerskie oczka w luksusowej 

kuchni   Julki...   Ale   nigdy,   w   najdzikszych   wyobrażeniach,   w   najczarniejszych   snach,   nie 

przypuszczałam, że czeka nas noc w pustym centrum handlowym!

- Masakra - mruknęła Zuzia. - Całkowita masakra. Nie wierzę, że to się stało. To zbyt 

głupie, żeby było prawdziwe.

Pokiwałyśmy głowami, nie wiedząc, co jeszcze można byłoby dodać.

- Chce mi się siusiu - wypowiedź Julki na pewno była mało poetycka, ale bardzo 

ważna. Uświadomiło nam, w jakiej jesteśmy sytuacji. Do rana każdej z nas będzie się chciało 

siusiu.   Pewnie   nawet   nie   raz.   A   ubikacja   jest   przecież   za   kasami.   Tam,   gdzie   teraz   nie 

możemy się dostać.

- Może   nie   zamknęli   jeszcze   wszystkich   wyjść?   -   moja   nadzieja   była   absurdalna, 

wiedziałam to... Ale co miałyśmy do stracenia?

Pobiegłyśmy w stronę kas. Przez moment łudziłam się, że są one zagrodzone tylko 

takimi kawałkami plastiku z czerwonym znakiem „zakaz wjazdu”, takim jak na jezdni... Jak 

wtedy, gdy jakaś kasa jest nieczynna w ciągu dnia. I tak było... ale za kasami, za tymi niewin-

nymi   plastikowymi   minidrzwiczkami,   które   można   pokonać   jednym   skokiem,   była   krata. 

Metalowa krata od sufitu do podłogi.

- Nie będziemy siusiać - powiedziałam i spojrzałam na Julkę: wyglądała, jakby zaraz 

miała się rozpłakać. - To znaczy... nie będziemy siusiać w tej łazience. Ale musi być jeszcze 

jakaś inna. Dla personelu.

- No jasne! Musimy się dostać na zaplecze! - Zuzia nareszcie była znowu sobą. Nie 

wzdychała i nie jęczała, zaczęła działać. To znaczy biegać wzdłuż regałów i szarpać klamki.

Myślałam, że jej się nie uda. Na pewno sprawdzają przed wyjściem wszystkie drzwi. 

A jednak... Tuż za lodówkami pełnymi serów i jogurtów były uchylone drzwi.

- Pewnie jest za nimi krata - mruknęłam, próbując nie obiecywać sobie za wiele.

Ale tam nie było kraty! Ani kolejnych drzwi! Ani żadnych innych niespodziewanych 

przeszkód! Tylko wielka przestrzeń pełna pudeł, skrzyń i paczek.

- Zaplecze - powiedziała Julka, jakby odrobinkę zdziwiona.

- A   czego   się   spodziewałaś?   -   roześmiała   się   Zuzia.   -   Księgarni?   Kawiarni? 

Więziennych cel?

background image

Julka nie odpowiedziała. Rozglądała się uważnie dookoła. Wszystkie wiedziałyśmy, 

czego szuka. I miałyśmy nadzieję, że to znajdzie. Bo inaczej do rana wszystkie będziemy w 

poważnych kłopotach.

- Moja  mama  mówiła, że coś układa w nocy na shelves... na regali - powiedziała 

Emma.

- Na regałach - poprawiłam ją. - Twoja mama rozkłada towary na regałach. W nocy... - 

nagle dotarło do mnie, co to dla nas oznacza. Nawet jeśli pani Adams ma dziś wolne, to 

muszą tu być inne takie osoby! Osoby, które biorą paczki z zaplecza i niosą tam, gdzie wyku-

piono cały zapas mąki, mleka albo bombek choinkowych. W sklepie był wieczorem tłum, na 

pewno czegoś brakuje na półkach. I na pewno ktoś musi to dołożyć. To była nasza szansa!

Nie zwracając uwagi na Julkę, która wciąż chodziła po zapleczu i szukała łazienki, 

rozbiegłyśmy  się po sklepie. Nawet jeśli była  tam tylko  jedna osoba niosąca tylko jedną 

malutką paczkę, na pewno ją znajdziemy!

Po dziesięciu minutach spotkałyśmy się przy wejściu na zaplecze, na którym została 

Julka.   Nie musiałyśmy   mówić  ani  słowa. Wszystkie   trzy  miałyśmy  na  twarzach   tę  samą 

smutną informację: nie spotkałyśmy nikogo. Za regałami, przed regałami, między regałami. 

Nigdzie!

- Wszystkie  wyjścia na dwór  zamknięte,  ale  jest ubikacja! - Julka wyszła  nam na 

spotkanie w wyraźnie lepszym nastroju.

Zawsze to jakaś pociecha. Niewielka, ale jednak...

- A komórka? - zapytała Zuzka, z nagłą nadzieją. - Julka, masz przecież komórkę?

- Rozładowaną - westchnęła nasza poetka, wyjmując z torby telefon. Nie reagował na 

przyciskanie klawiszy, prośby, groźby ani błagania.

Usiadłyśmy na podłodze i wpatrywałyśmy się w ścianę. Nie było nic do powiedzenia. 

Nic do zrobienia. Po prostu byłyśmy uwięzione.

- Co   zrobimy   z   tymi   rzeczami,   które   chciałyśmy   kupić?   -   spojrzałam   smętnie   na 

krawat,   apaszkę,   długopis,   dwa   szaliki...   całkiem   sporo   się   tego   nazbierało.   A   teraz   nie 

miałyśmy nawet komu zapłacić.

- Chce mi się spać - ziewnęła Emma.

- Może gdzieś tu sprzedają pościel? - Zuzki nie można zniechęcić. - A może nawet 

łóżka? Mogłybyśmy się zdrzemnąć... Idziemy poszukać?

Poszłyśmy. W końcu i tak nie miałyśmy nic innego do roboty. I nigdzie się już nie 

spieszyłyśmy...

Nie mogłam uwierzyć, że jeszcze kilka chwil temu w sklepie był tłum ludzi, miśki 

background image

jeździły na wrotkach, grała muzyka, świeciło mnóstwo świateł. A teraz co? Kilka lampek, 

niemal półmrok, no i ta głucha cisza... Każdy nasz krok wracał echem z wszystkich stron. 

Idiotyczne uczucie.

Znalazłyśmy dział z pościelą. Bez łóżek, ale nie narzekałyśmy. Można było rozłożyć 

kołdry na podłodze... Tak, to było bardzo kuszące.

- Naprawdę chcecie iść spać? - Julka patrzyła na nas szeroko otwartymi  oczami. - 

Myślicie, że kiedyś w życiu spędzimy jeszcze noc w hipermarkecie?

- Mam nadzieję, że nie - mruknęłam.

- Ja też - pokiwała głową Julka. - Ale skoro już się tu znalazłyśmy, nie powinnyśmy 

spać. To byłoby marnotrawstwo. To jedyna taka okazja w naszym życiu. Spędźmy tu szaloną, 

niezwykłą noc, jakiej nigdy nie zapomnimy.

Byłam pewna, że i tak nigdy jej nie zapomnimy, nawet jeśli natychmiast położymy się 

spać...  Ale  wolałam  się  nie  odzywać.   Sytuacja   była   na tyle   kiepska,  że  nie  chciałam  jej 

pogarszać.

Julka jak zwykle czytała w moich myślach.

- Nie nastawiajmy się negatywnie! - powiedziała, a na jej białych policzkach pojawiły 

się rumieńce. – Nie myślmy, że to nieszczęście. To wspaniała szansa. Mamy całą noc, by 

wybrać najpiękniejsze prezenty dla naszych rodzin. Bez pośpiechu, bez przepychania się w 

tłumie. Możemy obejrzeć cały sklep. To okazja, która spada nam jak z nieba. Wykorzystajmy 

ją!

Trudno było nie poddać się zapałowi Julki.

- Właściwie wyspać zdążymy się jutro i pojutrze... Mamy ponad dwa tygodnie ferii - 

powiedziałam. - A noc w centrum handlowym zdarza się raz w życiu.

- No to ruszamy! - uśmiechnęła się promiennie Zuzka. - I będziemy się dobrze bawić!

Z początku nie szło nam najlepiej. Sklep był stanowczo za duży, za cichy, za pusty dla 

nas czterech. Czułyśmy się nieswojo. Emma przez moment wyglądała nawet, jakby miała się 

rozpłakać. Ale przecież Julka się nie myliła, to była jedyna okazja... i powinnyśmy ją wyko-

rzystać. Najlepiej jak umiałyśmy.

- Peruki!   -   zawołała   Zuzia,   sięgając   na   półkę.   Normalnie   przy   tym   stoisku   stała 

ekspedientka i pilnowała, by zakładać je delikatnie, nie szarpać włosów... Zawsze kłębiła się 

tam kolejka, peruk było mniej niż chętnych do mierzenia. Ale teraz nie było ani ekspedientki, 

ani żadnej konkurencji. Mogłyśmy mierzyć peruki choćby do rana!

- Będę ruda! - postanowiłam. Płomiennie ruda! Skoro mamy się dobrze bawić...

Sięgnęłam po perukę z króciutką fryzurką. Dwucentymetrowe marchewkowe włosy 

background image

postawione na jeżyka. Jak będę w tym wyglądać? Naciągnęłam ją jak czapkę, mocno, aż 

spadła mi na oczy... pociągnęłam do tyłu, po czym niepewnie spojrzałam w lusterko stojące 

na ladzie.

- Rety... - nie umiałam powiedzieć nic więcej. - Rety...

To nie byłam ja! Ta dziewczyna w lusterku miała moje okulary, miała mój nos, moje 

usta... ale to nie byłam ja.

- Wyglądasz na osiemnaście lat! - pisnęła Zuzka. - Czad! I jakbyś była zła na cały 

świat!

- Zbuntowana   -   powiedziała   Julka.   -   Wyglądasz   z   tymi   włosami,   jakbyś   była 

zbuntowana.   Jakbyś   miała   poprowadzić   lud   na   barykady.   Jakbyś   miała   jakąś   misję   i 

zamierzała ją wypełnić bez względu na wszystko.

- Wyglądasz pięknie - uśmiechnęła się Emma, sięgając po czarną perukę z włosami do 

pasa. Mocno kręconymi.

Z początku nie mogła upchnąć pod tym afro swoich rudych kosmyków. Ale kiedy już 

jej się udało, efekt był wstrząsający.

- Wyglądasz jak Murzynka! - krzyknęłam, a potem roześmiałam się sama z siebie.

Brzmiało   to   tak   absurdalnie.   Emma,   z   jaśniutką   skórą,   drobniutkimi   piegami   i 

zielonymi   oczami,   mogła   być   wszystkim,   tylko   nie   Murzynką.   Ale   nagle   to   wszystko 

przestało  się liczyć.  Nawet  jej  cera stała  się jakby ciemniejsza, oczy też.  W dodatku jej 

wargi... Nigdy nie zauważyłam,  że są takie pełne! Wyglądały bardzo, bardzo murzyńsko. 

Byłam pewna, że gdyby zaśpiewała piosenkę, miałaby głęboki, niski, czarny głos.

- Powinnaś iść w tej peruce na casting - powiedziała Zuzia, czytając w moich myślach. 

I   natychmiast   zmieniła   zdanie:   -   A   właściwie   wcale   nie.   Niby   dlaczego   jako   Murzynka 

miałabyś mieć większe szanse niż jako ruda Emma? Twoje włosy są o wiele ładniejsze niż ta 

peruka. No i są twoje. Stanowczo nie musisz się zmieniać!

Zgadzałam się z nią. Zazdrościłam Emmie i Julce długich włosów. Moje wcale nie 

chciały rosnąć. Nigdy nie udało mi się zapuścić dłuższych niż do ramion. Gdybym miała takie 

piękne, gęste, rude włosy jak Emma, na pewno nie przykrywałabym ich żadną peruką.

- Jest kolejne afro! - Julka zdjęła z półki perukę prawie identyczną  jak ta Emmy. 

Prawie, bo włosów było jeszcze więcej, były jeszcze bardziej kręcone, no i sięgały Julce 

prawie  do  kolan.   Jej  drobna  twarz   prawie  zniknęła   w  burzy  czarnych   loków.  Wyglądała 

niesamowicie, nawet absurdalnie. Tak strasznie to do niej nie pasowało...

- To ja zostanę blondynką! - Zuzia wybrała długie, platynowe, a właściwie prawie 

białe włosy. Też skręcone, ale nie w drobne pierścioneczki, jak w murzyńskich fryzurach 

background image

Emmy i Julki, tylko w grube loki. Widziałam kiedyś w telewizji Grażynę Torbicką w takiej 

fryzurze. Prowadziła jakiś festiwal...

- Wyglądasz jak Britney Spears! - roześmiała się Emma, a ja musiałam przyznać, że to 

o wiele lepsze porównanie.

Przyjrzałyśmy   się   sobie   uważnie   w   lustrze.   Prezentowałyśmy   się   nie   najgorzej, 

naprawdę. Tyle  że czułyśmy  się trochę tak, jakby patrzyły  na nas z tamtej strony cztery 

zupełnie obce nastolatki...

- To co, ruszamy na poszukiwania prezentów? - zapytała  Zuzia, a my energicznie 

pokiwałyśmy naszymi nowymi, kudłatymi głowami. Z takim wyglądem mogłyśmy grasować 

po sklepie całą noc! Naprawdę zaczynało się nam to podobać.

background image

ROZDZIAŁ 12

STANIK DLA POETKI

Perfumy! - ucieszyła się Emma, gdy doszłyśmy do stoiska z kosmetykami.

Jasne, co może być przyjemniejszego niż spryskiwanie się najróżniejszymi perfumami 

i wąchanie wszystkich butelek po kolei?

- Zawsze chciałam spędzić cały dzień w sklepie z perfumami - powiedziała Zuzia, 

otwierając następny flakonik. - Ale nigdy nie miałam na to czasu. A poza tym wkurzają mnie 

ekspedientki, zaraz przychodzą i pytają, w czym mogą pomóc.

- A gdy się zorientują, że nic nie kupujesz, to robią takie miny, że po prostu musisz 

wyjść - dodałam.

Doskonale   pamiętałam,   jak   w   piątej   klasie   chciałam   kupić   mamie   na   urodziny 

perfumy. A może na imieniny? Nie byłam już pewna, jaka to była okazja... Nie miałam wtedy 

pojęcia,   że   nawet   najmniejsza   buteleczka   kosztuje   więcej   niż   wynosi   moja   kwartalna 

tygodniówka.  Poszłam   do  sklepu,  pewna,  że   znajdę  jakieś   perfumy  świetnie  pasujące  do 

mamy. Chciałam, żeby pachniały cytryną. Poprosiłam ekspedientkę o pomoc. Podała mi pięć 

flakoników. Byłam zachwycona. Jeden był śliczny, całkiem kulisty, miał złoty koreczek i 

pachniał   dokładnie   tak,   jak   powinna   pachnieć   moja   mama.   Nie   lekami   i   środkami 

odkażającymi, tylko cytrynką! Niestety, w pewnej chwili zobaczyłam cenę... i zrobiło mi się 

strasznie przykro. Wybiegłam z tego sklepu z płaczem. Od tamtej pory omijałam z daleka 

półki z perfumami.

Teraz jednak w oczy rzuciła mi się taka sama malutka pękata buteleczka ze złotą 

nakrętką. Sięgnęłam po nią szybko,  jakbym  się bała, że ktoś mi ja zabierze. Odkręciłam 

koreczek,   zamknęłam   oczy...   Tak,   to   był   ten   zapach.   Zapach,   który   pokochałaby   doktor 

Łaniewska - - Żabniak. Byłam pewna, że by go pokochała. Gdyby tylko ktoś jej go kupił.

- Chciałabym dać mummy perfumy - westchnęła Emma. - Tata jej dawał, kiedyś... Jak 

jeszcze ją lubiał. Lubił...

- Właściwie  mogłybyśmy  okraść ten sklep - powiedziała Julka grubym  głosem, w 

którym   nie   było   ani   śladu   kruchości   i   poetyckości.   Najwyraźniej   ta   peruka   zmieniła   jej 

osobowość. - Nikt by nas nie poznał! Mogliby nas nakręcić na sto kamer, zrobić portrety 

pamięciowe i nikt by się nie skapował, że to my!

Skapował?   Od   kiedy   nasza   uskrzydlona   przyjaciółka   używa   takich   słów? 

Wpatrywałam się w nią zaskoczona. Naprawdę była inna, od kiedy zmieniła się z blondynki 

w kudłatą brunetkę!

background image

- Jak byś go chciała okraść? - roześmiałam się. - Nie mamy jak się stąd wydostać... 

Możemy wziąć dowolną liczbę rzeczy, bo i tak stąd nie wyjdziemy!

Julka spojrzała na mnie z wyrzutem, a ja dopiero po chwili zrozumiałam, że jej nowa 

osobowość służyła tylko temu, żeby oderwać Emmę od smutnych myśli o dawnym życiu w 

Anglii, w dużym domu, z kochającym tatą, z gosposią, ogrodnikiem i mnóstwem pieniędzy.

- Co ty powiedziałaś? - Zuzia uważnie wpatrywała się w Julkę.

- Że nikt by się nie skapował - powtórzyła Julka, a ja i Emma po prostu musiałyśmy 

się uśmiechnąć. To słowo tak strasznie do niej nie pasowało!

- Ale wcześniej - Zuzia potrząsnęła z niezadowoleniem białymi lokami. - Powiedziałaś 

coś wcześniej, coś ważnego. Przed tym kapowaniem.

- Że   mogłybyśmy   okraść   ten   sklep   -   podpowiedziałam,   ale   Zuzka   wciąż   była 

nieusatysfakcjonowana.

- Coś jeszcze - mruknęła. - Coś ważnego. Kurczę, nie mogę sobie przypomnieć!

Ja też nie mogłam. Ani Emma, ani nawet Julka, która przecież sama to coś ważnego 

powiedziała. Wróciłyśmy więc do wąchania perfum. Usiłowałam wybrać jakieś dla babci. 

Wyobrazić sobie, jakie by do niej pasowały. Na pewno nie takie jak dla mamy. Lekka, wesoła 

cytrynka  odpadała  natychmiast.   Babcia   powinna  pachnieć  ziołami...  Takimi,   jak  te,  które 

hoduje na parapecie. Tylko czy ktoś produkuje perfumy bazyliowe?

- Tam są dresses! Sukienki! - zawołała Emma zza regału. - Długie sukienki! Chodźcie!

Natychmiast porzuciłyśmy perfumy i ruszyłyśmy w stronę stoiska z ubraniami. No 

jasne! Byłyśmy  tu same i  mogłyśmy  przymierzać  wszystko,  co tylko  chciałyśmy.  Nawet 

najdziwniejsze ciuchy, których nigdy w życiu nie zabrałybyśmy do przymierzalni pod okiem 

ekspedientki i innych klientek. Po prostu musiałyśmy wykorzystać tę okazję.

- Kreacje karnawałowe! - zachwycona Zuzia przesuwała wieszaki z szeleszczącymi, 

błyszczącymi   i   mieniącymi   się   różnymi   odcieniami,   nawet   w   tym   półmroku,   sukniami 

balowymi. - Tylko dlaczego wszystkie takie długie? Nie zrobię w takiej kiecce ani kroku, 

nogi mi się w nią zapłaczą!

No tak, Zuzka jest najmniejsza z nas wszystkich. Faktycznie mogłaby się zabić w 

takiej   ciągnącej   się   po   ziemi   sukni.   Na   szczęście   znalazła   czerwoną   koronkową   mini   z 

prawdziwymi piórami przyszytymi wokół dekoltu. Bardzo dużego dekoltu.

- Muszę   ją   założyć!   -   postanowiła   i   schowała   się   w   przymierzalni.   Po   czym 

natychmiast z niej wyszła. Bo niby przed kim miałaby się chować? Przed nami? Dwa razy w 

tygodniu widziałyśmy, jak przebiera się w spodenki i koszulkę przed WF - em, nocując u 

siebie w domach, też przecież nie uciekałyśmy do łazienki, żeby założyć piżamę. Dobrze 

background image

znałyśmy jej majtki w pieski i kotki, prezent od dziadków, i jej granatowy stanik. Prawdę 

mówiąc, tylko Emma miała powody, żeby nosić stanik. Ale nosiłyśmy wszystkie, oczywiście.

- Jaki fajny stanik! - tym razem to Julka czytała w moich myślach.

Gdy Zuzia usiłowała jakoś upiąć na sobie fałdy sukienki, za dużej na nią co najmniej o 

trzy numery, Julka wpadła między półki i wyciągnęła stamtąd biustonosz. Wściekle żółty i 

jakiś taki... gruby.

- Push - up! - ucieszyła się Emma. - Załóż, będziesz większa!

Nie poprawiałam jej... Wszystkie przecież zrozumiałyśmy, że to nie Julka ma urosnąć, 

tylko jej biust, i to też nie on osobiście i nieodwracalnie, tylko ma się wydawać większy z 

powodu tego grubego stanika.

- Zawsze chciałam mieć wypychany stanik - szepnęła Julka, trochę czerwona. Pewnie 

uskrzydlone  poetki  nie   powinny  mieć  takich  marzeń.  Ale  uskrzydlone   poetki   płaskie   jak 

deska,   czemu   nie?   -   Chciałam,   ale   wstydziłam   się   poprosić   w   sklepie   i   zabrać   go   do 

przymierzami. I na zakupach z moją guwernantką też się wstydziłam.

No tak, gdybym miała guwernantkę, też na pewno nie lubiłabym chodzić z nią do 

sklepów po nowe majtki i staniki. Zwłaszcza po staniki.

- Myślicie, że mogę przymierzyć? - Julka była już czerwona jak burak. - Podobno on 

zwiększa... zwiększa biust o cały rozmiar. Jak wam się wydaje?

Ależ ona się wstydziła! Emma, która przywiozła z Anglii chyba z dziesięć staników, 

zdecydowanym ruchem zabrała Julce mały wieszaczek, obejrzała go fachowo i orzekła:

- Ten za duży. Weź tamtego...

- Tamten - poprawiła ją odruchowo Julka.

A potem zniknęła w kabinie i starannie zasunęła za sobą kotarę. Nie protestowałyśmy. 

W końcu stanik to rzecz o wiele bardziej osobista niż suknia balowa...

- Fajna ta sukienka - Zuzia obróciła się na pięcie przed wielkim lustrem, szeleszcząc 

piórami. - Wiecie, zawsze mi się wydawało, że bale to nie dla mnie. Ale teraz sama nie 

wiem... Gdy tak na siebie patrzę... Może by mi się podobało?

- Zdejmij tę perukę - zażądałam stanowczo. Wolałam jednak Zuzię jako brunetkę. 

Zwłaszcza przy tej czerwonej sukience jej ciemne włosy wyglądały znacznie lepiej niż blond 

loki. Sama to zresztą od razu przyznała.

- Teraz chyba nawet jeszcze ładniej... Próbowałam sobie wyobrazić energiczną Zuzkę 

na balu. Niestety, nie udało mi się ujrzeć jej jako zwiewnej damy, płynącej przez parkiet w 

ramionach wysokiego szatyna we fraku. Jedyna rola, w jakiej potrafiłam ją sobie wyobrazić, 

to rola wodzireja. Tak się chyba nazywa ten, kto ustawia wszystkich w kółeczko, każe im 

background image

robić węża i biegać po sali... Zuzia byłaby świetna jako taki facet. A właściwie facetka. Na 

pewno zorganizowałaby zabawę nawet kilku tysiącom ludzi. Z jej niespożytą energią...

Otworzyłam   usta,   by   jej   to   powiedzieć,   ale   nie   zdążyłam.   Bo   kotara   przebieralni 

rozchyliła   się   gwałtownie,   a   ze   środka   wyjrzała   Julka.   Całkowicie   ubrana,   w   swoim 

powyciąganym swetrze i dżinsach. I wciąż w kudłatej czarnej peruce na głowie.

- Nie przymierzyłaś tego stanika? - zdziwiłyśmy się. Siedziała tam przecież tyle czasu!

- Przymierzyłam   -   Julka   obciągnęła   sweter   i   wypięła   się   do   przodu,   jak   mogła 

najbardziej.  Dopiero teraz  zrozumiałyśmy:  miała  ten żółty stanik na sobie, pod swetrem! 

Oczekiwała naszej opinii.

- Wyraźna  różnica!  - powiedziała  Zuzka stanowczo. - Wyraźna!  Musisz go kupić, 

wyglądasz naprawdę niesamowicie!

Według mnie, różnicy nie było prawie żadnej. Może gdyby Julka zamieniła ten gruby 

sweter na jakąś dopasowaną cienką bluzeczkę? Ale przecież ona nigdy nie nosi obcisłych 

bluzek!   Zawsze   te   workowate   ubrania!   Bardzo   zresztą   do   niej   pasujące,   poetyckie, 

artystyczne... Ale po co jej w takim razie taki wypychany stanik? Pod te wielkie swetrzyska?

- Wiecie, ja zawsze chciałam założyć coś bliżej ciała... - zwierzała nam się Julka, 

znowu czerwona jak burak. - Ale wiedziałam, że wtedy bardziej będzie widać, że tam nic nie 

mam... no wiecie...

- Kup sobie ten stanik! - powiedziałam zdecydowanie, usiłując ukryć to, że jestem w 

szoku. Nasza poetka miała takie przyziemne marzenia jak większy biust? Nie do wiary!

- Kup sobie! - zgodziła się Emma.

- I od razu kup bluzkę, albo i dwie - zaszeleściła piórami Zuzka. - Bardzo obcisłe. 

Teraz już możesz. A Gwiazdka jest od tego, żeby spełniać marzenia. Innych ludzi, ale i swoje.

- Kupię sobie - postanowiła Julka, zdejmując sweter. - W końcu nigdy nie dostałam 

pod choinkę nic fajniejszego niż czekoladki. Może należy mi się od życia coś, czego pragnę? 

Jak myślicie?

Pokiwałyśmy   głowami.   Zdecydowanie   jej   się   to   należało!   My   miałyśmy   znacznie 

biedniejszych rodziców. Moja mama, od kiedy pamiętam, miała tę samą, malutką butelkę 

tanich perfum, których używała tylko na szczególne okazje, mama Zuzi miała jedną jedyną 

jedwabną bluzkę, biła się przez wiele dni z myślami, czy może sobie na nią pozwolić... Mama 

Emmy jeździła na wrotkach po centrum handlowym, w niebieskim futrze, żeby zapewnić 

swoim dzieciom lepsze święta... W naszych domach nie było za dużo pieniędzy. Ale rodzice 

stawali   na   głowie,   żebyśmy   dostały   to,   o   czym   marzymy.   Wciąż   pamiętam,   jak   babcia 

siedziała po nocach, aby zrobić mi domek dla lalek, dokładnie taki, jaki widziałam w sklepie. 

background image

Wykonała go własnoręcznie ze sklejki. Wbijała w nią maleńkie gwoździki, heblowała stolik i 

krzesełka dla lalek, szyła miniaturowy obrus, narzutę na łóżko i zasłonki do zawieszenia w 

wyciętych w sklejce oknach... Słyszałam w nocy stukanie dochodzące z jej pokoju. Mówiła, 

że to korniki szaleją w szafie. Wierzyłam jej, miałam wtedy z siedem lat. A ona wierzyła, że 

warto się starać, żeby zobaczyć moją radość.

- Dałabym ci gwiazdkę z nieba - powtarzała. I wiedziałam, że to prawda. Że moja 

rodzina zrobi wszystko, żebym była szczęśliwa. Rodzina Zuzki i Emmy też. A rodzina Julki, 

śpiąca na pieniądzach, mogąca obdzielić nimi wszystkich ubogich w Polsce, kupowała jej 

czekoladki. Pewnie nawet nie osobiście tylko przez tę panią Felę czy Jolę, która robi zakupy 

dla Ździebełków. Strasznie byłam zła na jej rodzinę!

I nagle przypomniałam sobie, o czym usiłowała nam opowiedzieć Julka, gdy pojawiła 

się pani Adams w przebraniu pluszowego miśka.

- Co to za historia z twoją adopcją? - zapytałam, kiedy Julka rozpinała swój nowy 

stanik   z   wypychanymi   miseczkami   i   odkładała   go   na  stertę   rzeczy,  które   zamierzałyśmy 

kupić, gdy tylko pojawi się jakaś kasjerka.

Nie usłyszałam jednak odpowiedzi. Bo nagle Emma pisnęła:

- Schowaj się! Tu są cameras!

A Zuzia spojrzała na nią i stuknęła się w głowę, kciukiem, jak to ona.

- No jasne! Kamery! O tym wtedy mówiłaś, Julka! Że w tych perukach nawet kamery 

nam   niestraszne!   W   tym   sklepie   są   kamery,   a   więc   ktoś   nas   obserwuje.   Musimy   tylko 

pomachać!

background image

ROZDZIAŁ 13

TRZEBA WEJŚĆ NA REGAŁ

Skakałyśmy i machałyśmy chyba przez dziesięć minut. Ja nawet próbowałam robić 

pajacyki, gwiazdę, mostek .. Najróżniejsze sztuczki, żeby tylko ktoś, kto pewnie przysypia z 

nudów przed monitorem, zauważył ruch.

- Dobrze kombinujesz - pochwaliła mnie Zuzka.

- Widziałam w amerykańskich filmach, że ochroniarze zawsze oglądają telewizję - 

powiedziałam.  -  Monitory  z obrazkami  z  tego  wnętrza,  którego  pilnują,  w  ogóle  ich   nie 

obchodzą.   Dźwięk   mają   wyłączony,   więc   trzeba   jakoś   przyciągnąć   ich   uwagę.   Chyba 

najlepiej ruchem właśnie, jak myślicie?

- Bardzo dobrze kombinujesz - powtórzyła  Zuzka i zaczęła podskakiwać tuż obok 

mnie.

Robiła  to dwa razy szybciej  niż ja! Usiłowałam  dostosować  się do jej  tempa, ale 

szybko  wymiękłam. Wie miałam pojęcia, że ma taką świetną kondycję!  A może to chęć 

wydostania   się   ze   sklepu   tak   ją   mobilizowana?   To   przecież   niemożliwe,   żebym   ja, 

lekkoatletka,   biegająca   codziennie   co   najmniej   przez   czterdzieści   minut,   nie   mogła 

wytrzymać   tempa   dziewczyny,   której   sportowe   osiągnięcia   ograniczały   się   do   noszenia 

ciężkiego aparatu fotograficznego. Byłam na siebie strasznie zła, że tak kiepsko sobie radzę! 

Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam podskakiwać jeszcze szybciej niż Zuzka. Nie mogła być 

lepsza ode mnie! We wszystkim, ale nie w sporcie! To przecież ja pojadę w przyszłości na 

olimpiadę, a ona będzie robić zdjęcia do „National Geographic”! Taka była umowa!

Julka, która skończyła nareszcie starannie składać stanik i wsadzać go do pudełeczka, 

patrzyła na nas w milczeniu. A potem, bez słowa, złapała koszulkę nocną, czy może dzienną... 

koronkową   koszulkę   niezidentyfikowanego   przeznaczenia,   w   straszliwym   turkusowym 

kolorze z różowym wzorkiem, i zaczęła nią wymachiwać przed samą kamerą.

- Zasłaniasz mnie i Żabę - powiedziała Zuzka, nie przerywając podskakiwania.

Wcale nie robiła wrażenia zmęczonej! Nie oddychała ciężko, nie była czerwona, nie 

lał się z niej pot. Coś tu było wyraźnie nie tak. Skąd ona wzięła tę kondycję? Przecież jeszcze 

we wrześniu, gdy biegłyśmy do autobusu, była cała zasapana, dosłownie po stu metrach. A 

teraz zachowuje się jak olimpijczyk na rozgrzewce!

- Może faktycznie lepiej będzie machać czymś kolorowym niż skakać? - zastanowiłam 

się, patrząc na Julkę i odblaskową koszulkę. - Chociaż, z drugiej strony, to chyba wszystko 

jedno. Monitory w filmach są zawsze czarno - białe. Ale może to są stare filmy? Może w tym 

background image

sklepie mają kolorowe?

- Na wszelki wypadek weźmy najbardziej kolorowe rzeczy, jakie znajdziemy - Zuzia 

oderwała się w końcu od swojej rozgrzewki i wróciła do roli druhny zastępowej. - Może 

pójdziemy do działu z apaszkami i szalikami? Tam powinno być coś kolorowego. Albo może 

lepiej dział z pościelą? Prześcieradła są przecież duże i różnobarwne...

Już po chwili Emma machała pięknym, kaszmirowym szalem w kolorze pomarańczy, 

ja i Zuzia trzymałyśmy ogromne zielone prześcieradło, a Julka prezentowała przed drugą 

kamerą jakiś skomplikowany taniec, wciąż z tą samą turkusową koszulką w drobny różowy 

wzorek.   Może   właśnie   tak   tańczyła   Isadora   Duncan,   do   której   miałam   być   według   niej 

podobna? To był naprawdę bardzo dziwny i bardzo nowoczesny taniec. Koszulka chwilami 

udawała partnera, w którego ramionach Julka tańczyła tango, chwilami była podrzucana do 

góry, jak szarfa gimnastyczki...

- Chyba   nikt   nie   siedzi   przy   tych   monitorach   -   Zuzia   westchnęła   po   kolejnych 

dziesięciu   minutach   prób.   -   Mógłby   olać   nasze   pajacyki,   twój   idealny   mostek,   nasze 

prześcieradło   i   szal   Emmy,   ale   na   taniec   Julki   z   koszulką   nie   sposób   chyba   pozostać 

obojętnym!   Albo   jest   ślepy,   albo   po   prostu   nie   ma   go   wcale,   a   to   właściwie   na   jedno 

wychodzi.

Musiałyśmy   się   z   nią   zgodzić.   Nasza   ostatnia   nadzieja   prysła.   Nikt   nie   zauważył 

naszych wysiłków i nikt nie przyjdzie nas uratować. Musimy siedzieć w tym sklepie do rana.

- Jak myślicie, o której otwierają w soboty? - zastanawiała się Julka. - Pewnie później 

niż w dni powszednie?

- A może wcześniej? - usiłowałam ją pocieszyć. - W końcu to ostatnia sobota przed 

świętami, cała Polska wyrusza na zakupy.

- Wykorzystajmy   w   takim   razie   to,   że   w   tej   chwili   sklep   jest   pusty  i   wybierzmy 

nareszcie pozostałe prezenty! - Zuzka nigdy nie traciła entuzjazmu.

- Może rozejdziemy się w różne strony? - zaproponowałam. - Chciałabym wam też 

kupić jakieś drobiazgi...

- Świetny pomysł! - ucieszyły się przyjaciółki. Szybko okazało się jednak, że to w 

gruncie rzeczy całkiem beznadziejny pomysł. Rozbiegłyśmy się w cztery strony. Myślałam, 

że to będzie fajne. Że znajdę jakiś piękny zeszyt dla Julki, specjalnie na jej wiersze, jakąś 

książkę o fotografowaniu dla Zuzi, no i coś dla Emmy. Jeszcze nie wiedziałam, co... Gdy 

jednak   zostałam   sama   w   pustym   sklepie,   wśród   wysokich   regałów,   odechciało   mi   się 

wszystkiego. Żaden zeszyt nie wydawał mi się piękny, okładki książek zlewały się w jedną i 

nie   mogłam   rozróżnić   tytułów...   Dopiero   po   chwili   zorientowałam   się,   że   po   policzkach 

background image

ciekną mi łzy. Czułam się obrzydliwie samotna. Moje przyjaciółki były tylko alejkę lub dwie 

dalej, a ja miałam wrażenie, że nigdy już ich nie zobaczę.

Rzuciłam   się   przed   siebie,   nie   myśląc   ani   chwili   dłużej   o   kupowaniu   prezentów. 

Chciałam po prostu odnaleźć Zuzię, Julkę i Emmę. Tylko z nimi mogłam przetrwać do rana w 

tym potwornie pustym sklepie.

- Dobrze, że jesteś! - wysapała Julka, gdy dobiegłam nareszcie do drzwi na zaplecze, 

które stały się tej nocy naszym miejscem zbiórek.

- Po co taszczysz to wielkie pudło? - zdziwiłam się. Julka nie była jednak sama w 

swoim szaleństwie.

Emma pchała przed sobą drugi karton, chyba jeszcze większy, a Zuzia ciągnęła za 

czubek gigantyczną sztuczną choinkę. Z wyraźnym wysiłkiem ciągnęła... Podeszłam więc do 

niej i złapałam choinkę za pień. Potem mi wyjaśnią, po co to robią. Skoro tak postanowiły, to 

chyba  muszą mieć jakieś powody? Bractwo Zeta nie robi rzeczy bezsensownych! Nigdy! 

Teraz muszę po prostu pomóc Zuzi w walce z tym plastikowym drzewem.

- Zobacz, co znalazłyśmy - sapnęła Zuzka.

- Widzę,   trudno   nie   zauważyć!   -   roześmiałam   się   i   zasyczałam,   bo   pieniek   był 

chropowaty i strasznie ranił mi palce. - Dokąd my to niesiemy?

- Na środek sklepu - wyjaśniła Julka, nic właściwie nie wyjaśniając.

Bo niby gdzie jest ten środek? Jak go wyznaczymy? Poprowadzimy przekątne, jak w 

kwadracie? Będzie trochę trudno, przez te wszystkie regały... Poza tym nie chodzi nawet o to, 

gdzie jest środek i jak go wyznaczyć, tylko o to, po co miałybyśmy to robić!

- Zobacz,   co   znalazłyśmy   ~   powtórzyła   Zuzia.   Miałam   wrażenie,   że   zwariowała. 

Widziałam przecież wyraźnie, że znalazły największą sztuczną choinkę świata. A raczej tylko 

pół choinki. Kończyła się tak nagle, jakby ktoś odrąbał siekierą jej górną część. Dolnej nie 

było.

- No zobacz! - ponaglała mnie Zuzia.

- Znalazłyście   choinkę   -   powiedziałam,   postanawiając   jej   nie   drażnić.   Wyraźnie 

uważała, że jeszcze nie zauważyłam, co niesie.

- Nie chodzi mi o choinkę, tylko o list! - sapnęła.

Dopiero teraz dostrzegłam jakąś kartkę, którą usiłowała mi podać. Trochę kiepsko jej 

szło, bo obie ręce miała zajęte... podobnie jak ja.

- Najpierw   gdzieś   porzućmy   ten   świerk,   jodłę   czy   cokolwiek   to   jest...   a   potem 

pokażesz - zaproponowałam, bojąc się, że upuścimy drzewo i połamiemy sobie nogi. Choć 

plastikowe, na pewno nie było lekkie! Igły kłuły prawie jak prawdziwe, a szorstki pieniek 

background image

nieustannie zdzierał mi skórę z dłoni.

Zuzia pokiwała głową z aprobatą i orzekła:

- Środek musi być gdzieś tutaj. Widzicie, za naszymi plecami zostały dwadzieścia trzy 

rzędy lamp, przed nami są dwadzieścia cztery...

Znowu mnie zadziwiła, Julkę i Emmę zresztą też. Ten jej precyzyjny umysł! Szarpała 

się z drzewem, rozmawiała ze mną o jakimś liście i oprócz tego liczyła lampy na suficie! Była 

niesamowita.

- Musimy jeszcze sprawdzić, jak jest z osią w drugą stronę - Zuzka rozglądała się po 

sklepie. - Na oko musi to być gdzieś tutaj, ale policzmy na wszelki wypadek lampy... Albo 

regały, jeśli wam łatwiej.

Policzyłyśmy i lampy, i regały. Oko Zuzi było bez zarzutu. Choinka, czy raczej pół - 

choinka,   stała   bez   wątpienia   na   środku   sklepu.   Tyle   tylko,   że   ja   wciąż   nie   wiedziałam, 

dlaczego to jest takie ważne i po co w ogóle ją ciągnęłyśmy.

- Wracamy   po   dolną   część   drzewka!   -   zarządziła   Zuzka,   zanim   zdążyłam   zadać 

jakiekolwiek pytanie.

Wróciłyśmy   więc.   Była   jeszcze   większa   i   o   wiele   cięższa   niż   ta,   którą   już 

przytargałyśmy przez sklepowe alejki.

- Dobrze, że będziemy ją niosły we cztery! - ucieszyłam się.

Zuzia jednak pokręciła głową.

- Będziemy ją niosły we dwie - wyjaśniła mi. - Emma i Julka mają jeszcze mnóstwo 

bombek i łańcuchów do przeniesienia.

No tak... Bombki, łańcuchy, choinka...

- W   tym   liście   jest   napisane,   że   mamy   ją   ubrać?   Na   środku   sklepu?   -   nie 

wytrzymałam, szarpiąc się z grubym pniem. Czułam, że plaster z opatrunkiem będzie mi za 

chwilę potrzebny jeszcze bardziej niż Julce i jej stopie.

- Nie my konkretnie, ale że musi być na rano ubrana dokładnie na środku sklepu. Ten 

list to jest właściwie instrukcja wewnętrzna - wysapała Zuzia. Ledwo było ją słychać spośród 

gęstwiny zielonych plastikowych gałęzi.

- Chyba ktoś jest za to odpowiedzialny - nie wytrzymałam. - Ktoś, komu za to płacą. 

Pewnie   mają   dźwig   albo   wózek   widłowy  do   wożenia   takich   choinek.   Nikt   nie   nosi   ich, 

chodząc pieszo po sklepie!

- My nosimy! - nie widziałam Zuzi i prawie jej nie słyszałam, ale byłam pewna, że 

uśmiechnęła się z dumą. No tak, nasza druhna zastępowa była zachwycona tym, że może 

zrobić osobiście coś, do czego normalni, dorośli ludzie potrzebują dźwigu. Jest lepsza od 

background image

maszyny!

Ja taka dumna nie byłam. Miałam wszystkiego dość.

- Dlaczego nie możemy tego zostawić komuś, kto za to odpowiada? - nie rozumiałam. 

- Dlaczego musimy to robić?

- A   masz   lepszego   pomysła?   -   zapytała   Emma.   -   Pomyśleliśmy...   myślałyśmy,   że 

lepsze Christmas tree niż ściana.

Lepsze   Christmas   tree   niż   ściana?   Christmas   tree   to   choinka...   ale   dlaczego 

miałybyśmy wybierać między choinką a ścianą? I jaką ścianą? Tu przecież jest dostatecznie 

dużo podłogi, żeby po niej chodzić, tańczyć, biegać... Dlaczego ściana???

- Lepiej ubierać choinkę niż gapić się w ścianę - wyjaśniła mi Zuzia. - Przy pracy 

szybciej mija czas.

No,   tak...   miała  rację,  oczywiście.  Zuzka   zresztą   ma   zawsze   rację.   Tyle   tylko,   że 

dawno minęła północ i wcale nie chciało mi się pracować. Najwyraźniej byłam jednak w 

mniejszości. Skoro przyjaciółki chciały pracować, nie mogłam im zabronić.

Z początku nie zamierzałam się włączać w ich prace. Patrzenie w ścianę wydawało mi 

się  całkiem   miłą  odmianą  po  dźwiganiu   plastikowego   pnia  kaleczącego  mi  ręce.   Szybko 

jednak zmieniłam zdanie.

- Jakie   piękne   bombki!   -   pisnęła   Julka,   otwierając   wielkie   pudło.   -   Zobaczcie: 

księżyce,   gwiazdeczki,   słoneczka...   Cudowne!   Jakby   ktoś   zwinął   niebo,   jak   koc   lub 

prześcieradło, i włożył do pudełka. Tu jest całe niebo, słowo daję!

Nie wytrzymałam i spojrzałam w tamtą stronę. Nagle poczułam, że mam ogromną 

ochotę dotknąć wszystkich bombek, wziąć je do ręki, wybrać najlepsze miejsce dla każdej, a 

potem   zawiesić   je   na   gałązkach.   Zawsze   robiłam   to   w   wigilijny   poranek   i   nagle   bardzo 

zapragnęłam   ubrać   choinkę   wcześniej.   Jedyny   raz   w   życiu:   w   środku   nocy,   w   wielkim 

sklepie, w towarzystwie przyjaciółek.

Podniosłam do góry uśmiechnięty dobrotliwie złocisty księżyc i przyłożyłam go do 

gałązki.

- Najpierw musimy jakoś połączyć dwie części drzewa w jedną! - sprowadziła mnie na 

ziemię praktyczna Zuzia.

No jasne! Ubieranie choinki przed jej złożeniem nie miało najmniejszego sensu. Tylko 

jak miałybyśmy to zrobić?

- Żadna z nas nie umie fruwać, niestety - westchnęłam. - Nie damy rady podnieść tej 

górnej części i wsadzić jej na dolną.

- Ty jesteś sportsmenką, wdrapiesz się na regał, na tamtą czerwoną półkę - uniosła 

background image

palec Julka. - A my podniesiemy górę choinki, podamy ci ją... Złapiesz za czubek i nasadzisz 

na część dolną i już.

I już?! Ona nie niosła tej choinki! Nie wiedziała, jaka jest ciężka. Nie utrzymam jej 

sama, nie ma mowy!

- Musisz wejść ze mną - powiedziałam. - Albo ty, Emma... Albo Zuzka... Sama nie 

dam rady.

- Nikt nie będzie wchodził na regał - roześmiała się Zuzia. - Przecież jest prostsze 

rozwiązanie, nie zauważyłyście?

Pokręciłyśmy   głowami.   Wspinaczka   na   półkę   wydawała   się   jedynym   sensownym 

wyjściem. Gdyby tylko ktoś zechciał mi towarzyszyć...

- Kurczę,   dziewczyny,   przecież   to   oczywiste!   -   Zuzia   była   z   nas   bardzo 

niezadowolona.   -   Położymy   obie   części,   połączymy   je   na   leżąco,   a   potem   wspólnie,   we 

cztery, postawimy ją do pionu. Naprawdę na to nie wpadłyście? Co wy byście beze mnie 

zrobiły?

Co? No cóż... pewnie jednak wdrapałybyśmy się na regał... Dzięki Zuzce na szczęście 

nie musiałyśmy tego robić. Choinka już po chwili stała, piękna i dostojna, na środku sklepu. 

Trochę się zmęczyłyśmy, ale było warto. Drzewko prezentowało się wspaniale. Teraz trzeba 

było tylko powiesić bombki.

- Bombki...   -  Zuzia  pierwsza   zrozumiała,   że  jej   genialny  plan  nie   był  jednak  taki 

genialny.   -   Jak   my   je   powiesimy   na   górnych   gałązkach?   Albo   chociaż   na   środkowych 

gałązkach?

- Kładziemy ją z powrotem? - zapytałam. I natychmiast dotarło do mnie, że to pomysł 

do bani. Możemy ją położyć, możemy ją ubrać na leżąco, ale nie zdołamy jej postawić., nie 

rozbijając bombek.

- Musi być w tym sklepie jakaś drabina - powiedziała wyjątkowo trzeźwo Julka. - 

Pewnie na zapleczu... Albo oparta o jakiś regał.

Tym   razem   nie   proponowałam   już   rozbiegnięcia   się   w   cztery   różne   strony.   Nie 

chciałam więcej przebywać  w tym  sklepie sama. Ani minuty! Poszłyśmy  więc wszystkie 

razem w kierunku uchylonych drzwi. Była tam toaleta, wielka choinka, bombki, instrukcja 

wewnętrzna... Może znajdzie się i drabina?

Niestety, drabiny nie było. Ani na zapleczu, ani przy żadnym regale. Obeszłyśmy cały 

sklep, zajrzałyśmy w każdy kąt...

- To jak oni ustawiają towar na górnych półkach? - zastanawiałam się.

- Wózek łopatkowy! - zawołała Emma.

background image

- Wózek   łopatkowy?   -   oczy   Julki   zrobiły   się   okrągłe   jak   spodki.   -   Aaa,   wózek 

widłowy! Jasne! Oni używają wózków widłowych!

- Może my też spróbujemy? - zapaliła się Zuzia. - Gdy Agata robiła prawo jazdy, 

trochę podglądałam. Może wózek widłowy prowadzi się podobnie jak samochód? Na pewno 

sobie poradzimy!

Przeraziła mnie ta wizja. Wózek widłowy wjeżdżający w regał, paczki spadające z 

samej   góry,   przygniatające   Zuzię,   a   potem   nas   wszystkie...   Zuzia   tracąca   kontrolę   nad 

wózkiem, demolująca cały sklep... Nie, to chyba jednak nie był dobry pomysł.

- To ja już lepiej wejdę na ten regal - zaproponowałam. - Bombki nie są takie ciężkie 

jak choinka, poradzę sobie...

background image

ROZDZIAŁ 14

DO CELI!

Choinka wyglądała cudownie. Błyszczała nawet w tym półmroku. Mogłyśmy sobie 

tylko wyobrazić, jak pięknie będzie lśnić, gdy włączy się wszystkie światła w sklepie.

- Ten ktoś odpowiedzialny za ubranie choinki na pewno się ucieszy - powiedziałam, 

ziewając. - Zuzka, masz dla nas teraz jakieś nowe zadania?

Zuzia pokręciła głową, ziewając jeszcze szerzej niż ja. Julka i Emma siedziały oparte o 

ścianę zmęczone, z przymkniętymi oczami.

- Może   więc   pójdziemy   spać?   -   stłumiłam   kolejne   ziewnięcie.   -   Pamiętacie, 

widziałyśmy pościel... Ułożymy się na podłodze i obudzimy przed otwarciem sklepu...

- Albo obudzi nas tłum klientów biegnących z wózkami główną alejką - roześmiała się 

Zuzia. - Idziemy spać, to najlepszy pomysł. I tak zaraz zaśniemy, lepiej to zrobić na leżąco, 

niż siedząc pod ścianą.

Znów wróciła sprawa ściany!

- Rozkładamy się tutaj i już - postanowiła Julka, najbardziej chyba zmęczona z nas 

wszystkich.

- Położymy dwie duże kołdry zamiast prześcieradła, powinno być nam ciepło - Zuzka 

zabrała się za wyciąganie pościeli z worków.

- A czy tak można? - zasępiła się Emma. - To będzie brudne, nikt nie kupa brudne...

- Nikt nie kupi brudnego - poprawiła ją Julka i zasmuciła się na moment. Szybko 

jednak znalazła rozwiązanie. - Nie kupi brudnego? No to kupi czyste! Zabiorę to do domu, 

rodzice   wszystko  zawiozą  do  swojej   pralni   i  jutro   wieczorem  przywiozą   z  powrotem   do 

sklepu. Będzie jak nowe!

Uspokojone   tym   wyjaśnieniem   ułożyłyśmy   się   pomiędzy   regałami   i   przykryłyśmy 

ciepłymi, puchowymi kołderkami.

Przymknęłam oczy i nagie pomyślałam, że Julka znów powiedziała o Ździebełkach 

„rodzice”.   Z   przyzwyczajenia?   A   może   wcale   nie   jest   pewna,   że   ją   adoptowano?   Może 

wymyśliła to tak jak swoje wiersze?

- Julka, co to za sprawa z tą adopcją? - zapytałam. Odpowiedziała mi jednak tylko 

cisza.   I   trzy   spokojne,   głębokie   oddechy.   Moje   przyjaciółki   spały.   Może   i   ja   powinnam 

spróbować?   Zamknęłam   oczy,   myśląc,   że   to   najdziwniejsza   noc   w   moim   życiu...   i 

natychmiast zapadłam w sen.

Obudziło mnie gwałtowne szarpanie za ramię. Otworzyłam oczy i zobaczyłam twarz 

background image

policjanta. Oczywiście nie poznałam go po twarzy, lecz po mundurze. Tak, to był policjant. 

W dodatku policjant wyraźnie niezadowolony...

- Wstawajcie, jedziemy na komisariat! - powiedział. Wszystkie cztery przetarłyśmy 

zaspane   oczy   i   wyszłyśmy   spod   kołdry.   Było   nam   bardzo   zimno.   Kurtki   i   prezenty   dla 

naszych rodzin leżały siedem czy osiem regałów stąd, przy wejściu na zaplecze.

- Pójdziemy jeszcze po kurtki - powiedziała Zuzia stanowczo.

- Nigdzie   nie   pójdziecie,   jedziemy   na   komisariat   -   policjant   nie   był   chętny   do 

współpracy.

- Nie wyjdziemy na dwór bez kurtek w takie zimno - rozpłakała się Julka, jak na 

zawołanie. - Panie policjancie, my przecież niczego nie chciałyśmy ukraść ani zniszczyć, tę 

pościel dokładnie upierzemy... Wcale nie marzyłyśmy o tym, żeby spędzić tu noc. To był 

przypadek!   Nie   może   pan   skazać   nas   na   zamarznięcie   na   śmierć.   To   nieludzkie,   nawet 

największy zbir ma prawo do obrony i humanitarnego pozbawienia życia. A poza tym na 

wykonywanie kary śmierci obowiązuje w Polsce moratorium!

Na twarzy policjanta przez moment można było dostrzec jakby leciutki uśmiech.

- Bierzcie szybko kurtki i wychodzimy - zmienił zdanie. - Ale tylko kurtki! Nie ma 

mowy o wynoszeniu czegokolwiek ze sklepu!

Zrobiło   mi   się   trochę   przykro   na   myśl   o   apaszce   dla   mamy   Zuzi.   Tak   idealnie 

pasowałaby do jej oczu... Ale może wrócimy do centrum handlowego jutro? Może jeszcze ją 

odnajdziemy?

- Niech pan wysłucha moich zeznań, to wszystko z powodu obrażeń nogi obecnej tu 

Julii Ździebełko, lat trzynaście - prosiła bardzo profesjonalnie Zuzia, gdy wychodziłyśmy ze 

sklepu jakimiś dziwnymi, bocznymi drzwiami, których przedtem nie widziałyśmy. Kątem oka 

zauważyłam  kłębiącą  się przy nich grupę ludzi.  Było  ich kilkanaścioro. Skąd się wzięli? 

Niemożliwe, żeby byli w centrum handlowym cały czas} Przecież zaglądałyśmy w każdy kąt, 

krzyczałyśmy, waliłyśmy w pozamykane drzwi. Musieli przyjść dopiero teraz...

Wsiadając  do  radiowozu,  spojrzałam   na  zegarek.  Minęła  czwarta   rano.  Chyba  nie 

otwierają sklepu o tej porze?

Policjant   zamknął   nas   w   tylnej   części   samochodu,   a   sam   usiadł   obok   kierowcy. 

Odgradzała nas od nich gruba krata.

- Zabiją nas! - rozpłakała się Emma, gdy radiowóz ruszył spod sklepu przez uśpione 

ulice. - Tymi, no, palikami.

- Palikami? - mimo grozy sytuacji po prostu musiałam się roześmiać. - Myślisz, że w 

Polsce nabija się na pal za nielegalne nocowanie w centrum handlowym?

background image

- Palami - plątała się Emma, połykając łzy. - Tata tak mówił do mummy: Jak ci tu źle, 

to jedź do Polska, tam cię aresztują za ucieczka od husband, tam zobaczysz, co robi policja, 

oni zabili palami studenta.

- Pałami! - nareszcie zrozumiałyśmy, o czym ona mówi.

- Studenta pałami... - usiłowała sobie przypomnieć Zuzka. - Było coś takiego, ale z 

piętnaście lat temu, albo i dwadzieścia. Teraz policjanci są mili i kulturalni. Naprawdę! Mili, 

sympatyczni i kulturalni.

Spojrzałam na nią podejrzliwie: trochę chyba przesadziła w pocieszaniu Emmy. Ten, 

który nas aresztował, był może i kulturalny, ale na pewno nie miły i sympatyczny. I Emma 

musiała to zauważyć!

- Dlaczego pan nas wiezie do komisariatu? - zawołała nagle Julka, szarpiąc metalową 

kratę oddzielającą nas od policjanta i kierowcy. A może to było dwóch policjantów? Ten za 

kierownicą też przecież miał na sobie mundur... - Proszę nas zawieźć do domu! Przecież tam 

czekają nasi rodzice i na pewno się denerwują.

- Nie ma pan podstaw, żeby nas aresztować! - włączyła się Zuzia, waląc pięściami w 

kratę. - Nie włamałyśmy się do tego sklepu i nic nie ukradłyśmy! A kołdry pan Ździebełko 

upierze, proszę się nie martwić!

Policjanci nie reagowali na nasze słowa. Zupełnie jakby nagle ogłuchli.

- Oni nas zabiją - załkała Emma.

Położyłam jej rękę na ramieniu, ale, prawdę mówiąc, wcale nie czułam się lepiej. 

Komisariat kojarzył mi się z czymś straszliwym. Ze złodziejami, mordercami, pijakami... Kto 

wie, co nas tam czeka? Może będziemy siedziały w ciasnej celi z tymi wszystkimi okropnymi 

typami? Aż do rana? Albo jeszcze dłużej? Słyszałam kiedyś w telewizji, że każdego można 

zatrzymać   do  wyjaśnienia  na  dwadzieścia  cztery   godziny.  A   może   nawet  na  czterdzieści 

osiem? Będziemy tam siedzieć do poniedziałku! Bo w weekend wszyscy mają wolne, a ten 

policjant na pewno nie może nic zrobić bez zgody przełożonego. A przełożony wyjechał na 

narty...

Poczułam, że mi też po policzkach ciekną łzy. Nasza sytuacja naprawdę wyglądała 

beznadziejnie.   Ciekawe,   czy   rodzicom   przyjdzie   w   ogóle   do   głowy,   żeby   zadzwonić   na 

policję?

- Moi rodzice będą myśleli, że jestem u Żaby, Żaby, że u Emmy, Emmy mama, że u 

Julki, a Julki... - zapędziła się Zuzia.

- A Julki rodzice przez całe lata nie zauważą, że zniknęła, a poza tym to w ogóle nie są 

jej rodzice - dokończyła ponuro Julka.

background image

- No   właśnie,   powiedz,   co   z   adopcją   -   poprosiłam.   Wreszcie   nikt   i   nic   nam   nie 

przeszkodzi w wysłuchaniu tej historii! Radiowóz to jednak mało uczęszczane miejsce...

- Chcecie   wiedzieć?   -   chlipnęła   Julka,   zapłakana   podobnie   jak   ja   i   Emma.   -   To 

słuchajcie:

Jej korzenie odcięte, jest dzieckiem nicości Nie wie nic o swych genach i swojej 

przeszłości Jest wyrzutkiem, tłum cały nie rozumie jej bólu Może pan moim ojcem? Pan, 

żebraku? Pan, królu? Może pani kobietą jest, która życie mi dała? Tylko czemu pokochać 

potem   nie   umiała?   Tylko   czemu   Ździebelkom   wstrętnym   podrzuciła?   Czemu   się   mnie 

wyrzekła, czemu zostawiła? Me nazwisko, mą przeszłość mrok gęsty ukrywa Nie wiem kim 

ja jestem, ja - tamta prawdziwa.

No cóż... nie to w zasadzie spodziewałam się usłyszeć od Julki w odpowiedzi na moje 

pytanie! Właściwie zupełnie nie to. Chciałam jakichś konkretów, chciałam, żeby powiedziała, 

w jaki sposób dowiedziała się, że jest adoptowana, jakie ma dowody... Ale zanim zdążyłam 

poprosić o więcej informacji, radiowóz gwałtownie zahamował.

- Wysiadamy!  - powiedział policjant, którego Zuzia w swym miłosierdziu nazwała 

sympatycznym.

Przeszedł nas dreszcz. Już tylko sekundy dzieliły nas od wtrącenia do ciemnej, zimnej 

celi, pełnej okropnych, niebezpiecznych zbirów!

- Kasiu, kochanie! - na progu komisariatu nagle pojawili się moi rodzice! - Dziecinko, 

tak się o ciebie martwiliśmy!

- Zuzanko, gdzie ty się podziewałaś? - państwo Zawadzcy wybiegli z budynku zaraz 

za   moją   rodziną.   To   znaczy:   zaraz   za   pierwszą   częścią   mojej   rodziny.   Bo   po   chwili   z 

komisariatu wyszła jeszcze babcia w swoim długim, czarnym płaszczu, wielkim kapeluszu i 

butach na szpilce. Nie widziałam jej w tym stroju od lat! Musiała dojść do wniosku, że okazja 

jest naprawdę szczególna.

- Od kiedy poszłaś do gimnazjum, wciąż interesuje się tobą policja, moja panno - 

pogroziła mi palcem hrabina Łaniewska.

A ja byłam taka szczęśliwa, że ją widzę i że nie grozi mi żadna ponura, zimna cela, że 

po prostu wtuliłam się w babcię i rozpłakałam rzewnymi łzami, oczywiście mocząc i gniotąc 

jej piękny, stary, czarny płaszcz.

- Zguby odnalezione - policjant nareszcie się uśmiechnął! - Pani Adams miała rację, 

trzeba było od razu dokładniej sprawdzić centrum handlowe...

- Pani Adams? - zdziwiła się Emma. - Mama?

- Wasi rodzice  przyjechali  do nas o północy - policjant  nagle zrobił się nie tylko 

background image

uśmiechnięty, ale i rozmowny. On naprawdę umiał być miły. - Pani Adams zadzwoniła do 

państwa Żabniaków, pewna, że jej córka tam jest, dowiedziała się, że miałyście tam wszystkie 

nocować,   ale   nie   wróciłyście   z   zakupów...   Potem   zadzwonili   do   państwa   Zawadzkich   i 

państwa Ździebełków, a w końcu, strasznie zdenerwowani, przyjechali do nas. Pani Adams 

powiedziała, że musicie być w supermarkecie, że was tam widziała... Pojechaliśmy do sklepu, 

ale było ciemno i pusto. Ochroniarz na zewnątrz powiedział, że wnętrze jest zaplombowane, 

pracują kamery... Rano można będzie przejrzeć taśmy, ale dopiero rano, jak przyjdzie szef 

ochrony. Takie procedury.

- Czyli   oni  tylko   to  nagrywają,   wcale  nie  siedzą  przy monitorach  i  nie  patrzą...   - 

westchnęła Zuzia. - Mogłyśmy tańczyć z prześcieradłami do białego rana.

Policjanta   i   rodziców   natychmiast   zainteresowały   nasze   tańce.   Musiałyśmy   im 

wszystko opowiedzieć.

- Ale kto nas w końcu znalazł? - zapytała Zuzka, gdy już zakończyłyśmy opowiadanie. 

- Pan tam wrócił?

- Tknięty   przeczuciem,   którego   nie   sposób   zignorować?   -  w   głosie   Julki   brzmiała 

wyraźna nadzieja.

- Niestety,  nie ja - spuścił głowę policjant. - O czwartej rano przyszli pracownicy 

dokładający na półki brakujący towar. No i was znaleźli...

- O   czwartej?   -   zdziwiła   się   Emma.   -   Moja   mummy   zostawała   wieczorom... 

wieczorem, po zamykaniu sklepu. Żeby dokładać. Nie o czwartej...

- Wyjaśniła nam to - policjant teraz uśmiechał się przez cały czas. - Kiedyś, tydzień i 

dwa temu, uzupełniali zapasy po zamknięciu sklepu. Ale karpie źle to znosiły... Dwa razy 

zdarzyło się, że rano, po otwarciu sklepu, w wielkiej wannie pływały zdechłe ryby, klienci 

mieli pretensje... Przeniesiono więc uzupełnianie zapasów, i karpiowych, i wszystkich innych, 

na godziny poranne. Pani Adams właśnie pojechała, i tak jest już spóźniona.

No   jasne...   Właściwie   wszystko   było   jasne.   Tyle   że...   Czy   ja   jestem   mato 

spostrzegawcza?

- Widziałyście tam jakieś karpie? W wielkiej wannie? - zapytała Zuzia, czytając w 

moich myślach.

Pokręciłyśmy głowami. Wyglądało na to, że nie zwiedziłyśmy sklepu tak dokładnie, 

jak mogłyśmy. Nie wykorzystałyśmy naszego czasu.

- Musimy tam wrócić - powiedziałam stanowczo. - Może jutro? Nie tylko ze względu 

na karpie...

Dopiero teraz przyszło mi do głowy, że w tym sklepie są rowery i rolki, i mnóstwo 

background image

innych rzeczy. Jak mogłyśmy w ogóle sobie nie pojeździć???

background image

ROZDZIAŁ 15

W OKNIE

Położyłyśmy się spać, gdy zaczynało już świtać. Wszystkie razem na moim strychu, 

na wielkim materacu... Na szczęście nie musiałyśmy tym razem wstawać do szkoły. Przed 

nami była sobota i niedziela... i całe dwa tygodnie ferii! Spałyśmy więc do południa.

- Jedziemy na zakupy? - zapytałam, wciąż nie mogąc się zdecydować na wyjście spod 

kołdry. Znacznie milej było leżeć, tuląc się do mojego pluszowego Feliksa, i śmiać się z 

moimi   przyjaciółkami   z   wydarzeń   ostatniej   nocy.   W   świetle   dnia,   z   dala   od   centrum 

handlowego, wszystko wydawało się całkiem zabawne.

- Kakao dla cudownie odnalezionych dam! - na strych weszła babcia z tacą, na której 

stały cztery parujące kubeczki.

No tak, kakao z pianką sprawiło, że wszystko wyglądało jeszcze lepiej niż minutę 

temu. Naprawdę nieźle się zaczęły te nasze ferie!

- Szkoda tylko, że nie mamy żadnych prezentów, trzeba jechać do sklepu - westchnęła 

Zuzia. - A dziś taki tłok...

Pojechałyśmy jednak, mimo wszystko. Im wcześniej, tym lepiej. Jakoś nie chciałyśmy 

zostawać do wieczora, ryzykując kolejne uwięzienie. Nawet jeśli mogłybyśmy dzięki temu 

pojeździć na rowerach między regałami.

- Cześć,   dziewczynki!   -   zawołał   do   nas   niebieski   misiek   na   wrotkach,   gdy 

usiłowałyśmy wśród kilkuset apaszek znaleźć taką, która choć trochę przypominałaby oczy 

mamy Zuzi. - Odłożyłam wasze prezenty na zapleczu, to chyba były wasze? Przy drzwiach do 

magazynu B?

- Nasze! - ucieszyłyśmy się. A więc nie trzeba będzie drugi raz wybierać apaszki, 

krawata, długopisu...

- Dziękujemy pani bardzo! - Zuzia dygnęła grzecznie przed kudłatym niedźwiedziem.

- A ja dziękuję w imieniu pana Staszka - pani Adams zdjęła swój wielki łeb i pochyliła 

się do nas. - Ta choinka to wasza robota, prawda?

- Nasza   -   przytaknęłyśmy,   niepewne,   czy   podziękowania   są   prawdziwe,   czy 

wypowiedziane z przekąsem.

- Zrobiłyśmy coś złego? - zapytałam. - Ktoś ma przez nas kłopoty? My się bardzo 

starałyśmy...

- Pięknie to zrobiłyście! - misiek z głową mamy Emmy uśmiechał się szczerze. - Pan 

Staszek to starszy człowiek... Zostawili mu instrukcję, nie wiem, jak by sobie poradził... A 

background image

gdyby tego nie zrobił, mogliby go zwolnić. Tak to teraz jest w tych dużych sklepach. Trzeba 

być elastycznym. Podobno całą noc nie spal, bo się denerwował, jak sobie sam da radę z taką 

wielką choiną.

- Może powinien użyć wózka widłowego? - podsunęła Zuzia.

- Pan Staszek nie ma koniecznych uprawnień - roześmiała się pani Adams. - Mógłby 

co najwyżej użyć drabiny.

- Drabiny? - zainteresowała się Julka. - Gdzie jest w tym sklepie drabina? Pół nocy 

szukałyśmy!

- Jest mnóstwo drabin... Na noc chowa się je w magazynie D.

Był więc jeszcze jakiś inny magazyn. Ten, do którego weszłyśmy,  w którym była 

ubikacja,   to   magazyn   B,   jak   mówiła   przedtem   mama   Emmy.   A   drabiny   umieszczano   w 

jakimś innym. Pewnie za jednymi z zamkniętych na głucho drzwi.

- Pan Staszek dostał pochwałę za choinkę! - powiedziała pani Adams. - I nagrodę, 

bony towarowe. Ma pięcioro dzieci, kupi im prezenty... To wasza zasługa! Zachowałyście się 

jak święte Mikołaje. A raczej Mikołajki...

Niebieski misiek założył łeb i odjechał, pokrzykując śpiewnie:

- Chcesz ucieszyć swą rodzinkę, dla teściowej dobierz szminkę! I perfumy kup dla 

żony, a dla dzieci telefony!

- Jakie telefony? - szepnęła Zuzka, zdumiona.

- Komórkowe oczywiście, zawsze są na marzeń liście! - zawołała pani Adams w naszą 

stronę i zniknęła za regałem.

- Jaki śliczny! - zawołała Julka, patrząc na zeszyt, który jej podarowałam. Specjalny 

zeszyt do pisania wierszy, w okładce w chmurki.

- Piękna! - ucieszyłam się, otwierając prezent od Zuzi. Dała mi frotkę na rękę, taką, 

jaką mają tenisistki. Pewnie nie wiedziała, że lekkoatletkom przydaje się ona trochę mniej niż 

tenisistkom. Ale miała śliczny zielony kolor...

- Czekoladki? - Zuzia otworzyła prezent od Emmy.

- Nie wiedziałam, co ci kupić - zaczerwieniła się Emma. - Przepraszam. Myślałam, że 

lubisz chocolates. Czekoladki...

- Ależ ja bardzo lubię czekoladki! - uśmiechnęła się Zuzka. - Tylko ostatnio ich nie 

jem, bo jestem na diecie. Chodzę na aerobik, trzy razy w tygodniu, i ograniczyłam spożycie 

węglowodanów...

Ach, więc to dlatego tak jej świetnie szło podskakiwanie w sklepie! Miała za sobą 

niezły trening! Ale o której chodzi na ten aerobik? O piątej rano? W przeciwnym razie chyba 

background image

musiałybyśmy o tym wiedzieć! Po szkole przecież zwykle idziemy wszystkie razem do niej 

do domu...

- Zrzuciłam już trzy centymetry w pasie, nie zauważyłyście? - obróciła się na środku 

pokoju.

- Zauważyłyśmy,   oczywiście   -   przytaknęłam,   w   głębokim   szoku.   Nigdy   nie 

podejrzewałam, że Zuzka może przejść na dietę. Rety, przecież uwielbia jeść! I wcale nie jest 

gruba. Może gdzieniegdzie ciut okrągła, ale nie gruba!

- Ale czekoladki na pewno zjem, nie martw się, Emma - uśmiechnęła się. - W święta 

zamierzam jeść wszystko, wynagrodzę sobie te wyrzeczenia.

Obdarowane prezentami dzieliłyśmy się opłatkiem na środku mojej kuchni. Choinka 

była już ubrana, pierniczki upieczone, ogień strzelał w kominku, babcia lepiła pierogi... Do 

świątecznej kolacji pozostało tylko kilka godzin. Uścisnęłam serdecznie moje przyjaciółki.

- Ciekawe,   co   powiedzą   Mark   i   Robin   na   widok   kostiumów   Spidermana   - 

zastanawiałam się. - Rób, Emma, zdjęcia! Musimy zobaczyć ich miny!

- Ciekawe, czy twoja mama ucieszy się z apaszki - Julka spojrzała na Zuzię. - A twoja, 

Żaba, z tej czapki. Jest taka cieplutka...

- Spotkamy się w drugi dzień świąt - obiecałyśmy sobie, żegnając się przy furtce. - 

Wtedy już wszystko będzie wiadomo. Kto co dostał, kto z czego się ucieszył...

- Wesołych Świąt! - pomachałam Bractwu Zeta, przekręcając klucz.

Moje Święta jednak nie zapowiadały się tak całkiem wesoło. Strasznie męczyła mnie 

sprawa Julki. Jej rodzice nie przyjechali tamtej nocy do komisariatu, nie zainteresowali się 

wcale tym, że znikła... Faktycznie coś było z nimi nie tak. A w dodatku nie byli jej rodzicami. 

Jak ona przeżyje święta???

Usiadłam w kuchni, podziwiając choinkę i czując, że robię się coraz bardziej głodna. 

Te wszystkie zapachy! Dlaczego zmrok zapada tak późno?

Nagle zadzwonił telefon.

- Cześć, tu Emma - usłyszałam. - Wiesz, tata Julki dał mojej mamie job.

- Pracę? Dał jej pracę? - nie mogłam uwierzyć. - W pralni?

- W pralni, w kasie - potakiwała Emma. - Musiałam ci powiedzieć. Oni się spotkali 

wtedy, na komisariatu...

- Komisariacie - poprawiłam ją odruchowo.

- Potem   musieli   jechać,   lecieli   do   Milan...   Mediolana...   Ale   byli,   i   poznali   moja 

mama...

To   była   najlepsza   świąteczna   wiadomość,   najwspanialszy   prezent!   A   nawet   dwa 

background image

prezenty!   Jeden   to   taki,   że   pani   Adams   będzie   miała   pracę...   a   drugi   taki,   że   państwo 

Ździebełko jednak byli w komisariacie. Przed naszym przyjazdem ze sklepu, ale jednak byli. 

Martwili   się   o  Julkę...   Tylko   ona   o   tym   nie   wiedziała.   Musiałam   natychmiast   jej   o   tym 

powiedzieć!

Zanim   jednak   wykręciłam   numer,   ktoś   zadzwonił   do   furtki.   Niecierpliwie,   raz   za 

razem...

- Święty   Mikołaj?   -   zażartowała   babcia,   gdy   zakładałam   kurtkę,   żeby   otworzyć 

przybyszowi.

Ale to nie był święty Mikołaj. Przynajmniej nie dla babci. Bo dla mnie ta osoba była 

lepsza i bardziej wyczekiwana niż wszystkie Mikołaje świata.

- Cześć - powiedział Tomek z czeluści kaptura. - Julka u mnie przed chwilą była, 

wszystko mi powiedziała. .. O tym Radku, że ty i on... że nic między wami...

- Jak ty tu przyszedłeś? Przecież nie możesz chodzić? - powiedziałam niezupełnie to, 

co chciałam. Ale to też było ważne pytanie!

- Mam kule, widzisz? - Tomek zamachał do mnie metalową Szwedką. - Wujek mnie 

przywiózł, wytaszczył z samochodu, postawił pod twoją furtką... Nie mogę do ciebie wejść, 

nie dam rady. Ale postać chwilę mogę.

- Zrobiłeś sobie tyle kłopotu... dla mnie... - znowu mówiłam coś bez sensu.

- Zrobiłbym   dla   ciebie   wszystko   -   Tomek   za   to   mówił   dokładnie   to,   co  chciałam 

usłyszeć. - Przepraszam, że nie chciałem z tobą rozmawiać. Za dużo sobie wyobraziłem na 

widok tego Radka. Źle zrozumiałem...

- Przepraszam, bo to przeze mnie złamałeś nogę - uśmiechnęłam się.

- Już prawie się zrosła - Tomek też się uśmiechnął, mrugając długimi rzęsami, całymi 

w śniegu. Nawet nie zauważyłam, że z nieba zaczęły padać białe płatki!

- Cieszę się, że przyszedłeś - powiedziałam, gryząc się w język. Słowo „przyszedłeś” 

nie było najwłaściwsze. Przecież nie mógł się nawet opierać na zagipsowanej nodze!

- Mam dla ciebie prezent - Tomek podał mi malutką paczuszkę. - Chciałbym dać ci 

gwiazdkę z nieba, ale nie było akurat żadnej w promocji... Więc masz tu prezent zastępczy.

Znów się uśmiechnęłam, najszerzej, jak umiałam.

- Otwórz dopiero wieczorem, w czasie Wigilii - poprosił.

- Jasne - zgodziłam się. - Wiesz, ja nic dla ciebie nie mam... Myślałam, że nie chcesz 

już mnie nigdy widzieć...

- To, że z tobą rozmawiam, jest najlepszym prezentem - Tomek chyba chciał mnie 

chwycić za rękę. Na pewno chciał! Zrobił taki ruch... Ale jak tu wziąć kogoś za rękę, kiedy 

background image

trzyma się kulę?

Za jego plecami rozległ się dźwięk klaksonu.

- Wujek się niecierpliwi - zgadłam.

- Idź do domu, nie patrz na to, jaki ze mnie inwalida i jak wujek musi mnie taszczyć - 

poprosił Tomek. - Idź i odwiedź mnie, kiedy tylko zechcesz... Kiedy zechcesz wyprowadzić 

psa.

- Odwiedzę   ciebie   i   Kamusię!   -   obiecałam.   A   potem   odwróciłam   się   i   ruszyłam 

ośnieżoną   ścieżką   w   stronę   domu.   W   oknie   lśniła   tysiącem   światełek   choinka.   Iskry   w 

kominku skakały wesoło. Zobaczyłam z daleka, jak tata wkłada pod obrus sianko, mama 

czesze włosy przed lustrem i spryskuje się resztką swoich tanich perfum, a babcia rozkłada 

talerze.   Poczułam,   że   w   to   mroźne   popołudnie   robi   mi   się   nagle   bardzo,   bardzo   ciepło. 

Zwłaszcza  w okolicy serca. Może to dlatego, że tuliłam  do niego malutką  paczuszkę  od 

Tomka? Paczuszkę, w której była gwiazdka z nieba, specjalnie dla mnie... Święta jeszcze się 

nie zaczęły, ale ja już wiedziałam, że będą wyjątkowo udane.

background image

Możesz zrobić to, co Bractwo Zeta...

tylko jeszcze lepiej!

COŚ DOBREGO DLA INNYCH

Masz  ochotę zabawić się w świętego  Mikołaja? Chciałabyś obdarować maluchy z 

domu dziecka albo inne potrzebujące osoby? Możliwości jest mnóstwo!

1. Zrób zbiórkę w szkole

Możesz   jak   Bractwo   Zeta   zorganizować   zbiórkę   zabawek,   książek,   ubrań   albo 

pieniędzy w swojej klasie lub całej szkole. Najpierw poproś o zgodę wychowawcę, on pewnie 

wyśle cię do dyrektora albo pójdzie do niego z Tobą. Potem wyznacz konkretny cel. Możecie 

zanieść   prezenty   do   domu   dziecka   na   sąsiedniej   ulicy,   do   ośrodka   pomocy   społecznej, 

kościoła   lub   Caritasu   -   we   wszystkich   tych   instytucjach   doskonale   wiedzą,   kto   jest   w 

największej potrzebie, przekażą więc podarunki dzieciom, którym sprawi to radość.

2. Pogadaj z harcerzami

Jeśli w Twojej szkole jest drużyna harcerska, zapytaj, czy nie organizują świątecznej 

akcji.  Harcerze   często   pomagają   w   supermarketach   w   pakowaniu   zakupów   lub   sprzedają 

choinki, zbierając pieniądze na cel charytatywny. Nie musisz być harcerką, żeby im pomóc!

3. Szukaj skrzyń w supermarkecie

Wybierasz   się   z   rodzicami   na   świąteczne   zakupy?   Większość   sieci   handlowych 

wystawia przed Bożym Narodzeniem przy kasach lub przy wyjściu wielkie pudła i skrzynie, 

do których można wrzucać produkty dla najuboższych.

Wystarczy   kupić   dodatkowy   kilogram   mąki   lub   cukru,   puszkę   ananasów   lub 

czekoladę.

4. Słuchaj radia, czytaj gazety

Lokalne gazety i stacje radiowe organizują przed Gwiazdką mnóstwo akcji, dzięki 

którym   najbiedniejsi   też   mogą   zjeść   świąteczny   posiłek   i   dostać   prezenty.   Może   to   być 

zbiórka świątecznych ciast (upiecz je sama lub namów mamę, by zamiast jednego makowca 

upiekła dwa!), przygotowanie świątecznej imprezy dla maluchów lub wigilijnej kolacji dla 

bezdomnych. Może przydasz się na takim gwiazdkowym spotkaniu? Umiesz nakrywać do 

background image

stołu,   podawać   jedzenie   albo   zorganizować   konkurs   rysunkowy   dla   dzieci?   Jeśli   nie 

znajdziesz informacji o takiej akcji, zadzwoń do gazety lub radiostacji i zapytaj, dlaczego nic 

w   tym   roku   nie   przygotowują.   Powiedz,   że   chętnie   pomożesz   jako   wolontariuszka.   Ktoś 

przecież musi zacząć!

5. Rozejrzyj się dookoła

Możesz też zabawić się w prywatnego świętego Mikołaja. Na pewno gdzieś obok, 

może nawet w sąsiednim mieszkaniu, jest dziecko, które nie dostanie prezentów w Wigilię. 

Rozejrzyj się, popytaj znajomych. W każdym mieście są rodziny wielodzietne, którym po 

prostu nie wystarcza pieniędzy nawet na skromne podarunki, bezrobotni, samotne matki z 

trudem wiążące koniec z końcem... Podarowanie maluchowi choćby paczki cukierków na 

pewno wywoła na jego buzi uśmiech! A jeśli nie znasz żadnej potrzebującej rodziny? Poproś 

o   pomoc   psychologa   szkolnego,   księdza   z   Twojej   parafii   albo   odwiedź   ośrodek   pomocy 

społecznej. Tam na pewno wskażą ci kogoś, kto - gdyby nie Ty - nie doczekałby się w tym 

roku świętego Mikołaja!


Document Outline