background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY   
Teksas, 1880   
- A kogo tam diabli przynieśli? - Woźnica, mrużąc oczy przed ostrym światłem popołudniowego słońca, 
wydał z siebie kilka dodatkowych, bardziej sążnistych przekleństw i z całej siły ściągnął lejce. - Prr! Stój!   
Wysoki, szczupły młodzieniec stanął dokładnie naprzeciwko rozpędzonego dyliżansu. Stał tam i machał 
gorliwie kowbojskim kapeluszem, unosząc przy tym obie ręce, jak kogut, bijący skrzydłami. Konie zaryły 
kopytami  dosłownie  parę  cali  przed  nim.  Dyliżansem  rzuciło,  z  wnętrza  dobiegły  rozpaczliwe  okrzyki 
pasażerów, starających się za wszelką cenę pozostać na swoich miejscach.   
- A już się bałem, że mnie nie zauważysz! - powiedział kowboj, uśmiechając się sympatycznie.   
- Masz szczęście - burknął woźnica. - O mały włos, a konie by cię wbiły w piach.     
- Przepraszam za to małe zamieszanie! - Młodzieniec podniósł z ziemi siodło i zręcznie zarzucił sobie na 
ramię.  -  Mój  koń  okulał,  musiałem  go  zastrzelić.  Idę  tak  już  wiele  mil.  Na  szczęście,  zauważyłem  ten 
dyliżans.   
Wyjął z kieszeni monetę i rzucił ją woźnicy.   
- Znajdzie się w twoim dyliżansie miejsce dla mnie? Muszę dotrzeć do najbliższego miasta   
Woźnica spojrzał na monetę.   
- Czemu nie? Dawaj tu siodło!   
Ułożył  je  na  dachu  dyliżansu,  obok  kufrów  i  toreb.  Przywiązał  je  starannie  i  zsunąwszy  się  z  kozła, 
otworzył drzwi dyliżansu.   
- Wskakuj!   
Z wnętrza ciasnego, brudnawego dyliżansu dobiegły teraz pomruki pełne niezadowolenia.   
-  Zapłaciliśmy  ci  niemało, Wylie!  -  zawołał  krępy  jegomość  w  granatowym  surducie i  cylindrze.  -  Nie 
widzę powodu, żebyśmy dalszą podróż mieli odbywać w towarzystwie jakiegoś włóczęgi!   
-  Proszę  wybaczyć  mój  wygląd!  -  Kowboj  znów  uśmiechnął  się  promiennie  i  zaczął  skwapliwie 
otrzepywać się z kurzu.   
- On zapłacił więcej niż pan, panie Ellsworth - oświadczył woźnica, nie wyj mu j ąc fa j ki spomiędzy 
żółtawych zębów. - A poza tym do najbliższego miasta jest co najmniej dziesięć mil. Chcesz pan, żeby 
ten człowiek szedł tam na piechotę?   
I bez czekania na od powiedź Ellswortha, ponaglił kowboja.   
- Wskakuj! W tych stronach po zmroku jest bardzo niebezpiecznie.   
DżentelmeIf o nazwisku Ellsworth i pulchna dama, siedząca obok niego, ani drgnęli, natomiast chudy 
mężczyzna w nieco znoszonym już brązowym surducie, usadowiony vis-a-vis, posunął się do okienka. 
Młoda  dama  z  otwartą  książką  na  podołku  spojrzała  nieco  nieprzytomnie  i  przesunęła  się  kawałek  w 
drugą stronę·   
-  Witam!  -  rzucił  kowboj  radośnie,  sadowiąc  się  na  udostępnionym  mu  skrawku  ławki.  -  Wybaczcie, 
dobrzy  ludzie,  że  stwarzam  wam  pewne  niewygody.  Moje  ubranie  jest  cokolwiek  przybrudzone,  ale 
przysięgam, że dziś rano wziąłem kąpiel i za bardzo nie śmierdzę. Chociaż ... - nabrał głęboko powietrza 
i odwrócił się ku młodej damie, zagłębionej w lekturze  - na pewno nie pachnę tak ładnie jak szanowna 
pani! To woda bzowa, prawda?   
Dama, nie odrywając wzroku od książki, nieznacznie skinęła głową·   
Kowboj,  wcale  nie  zrażony,  powiesił  sobie  kapelusz  na  kolanie  i  rozejrzał  się  dookoła  jak  ciekawski 
szczeniak, życzliwie nastawiony do świata.   
- Nazywam się Montana. A wy kto jesteście, dobrzy ludzie?   
-  Ja  jestem  Rodney  Ellsworth  -  przestawił  się  korpulentny  jegomość  nie  bez  dumy  i  zawiesił  głos. 
Montana nie zareagował, dlatego jegomość nieco rozwinął swoją wypowiedź. - Gdybyś pochodził Z tych 
stron, młody człowieku, na pewno byś o mnie słyszał. Jestem właścicielem banków w Hollow Junction i 
jeszcze w kilku innych miastach.   
- Kilka banków, powiadasz pan? Czyli korzysta pan z pieniędzy innych ludzi i, mam nadzieję, inwestuje 
mądrze?   
-  A  owszem  -  przyznał  Ellsworth,  nieznacznie  wypinając  pierś  do  przodu.  -  Moje  inwestycje  w  ciągu 

background image

ostatnich kilku lat dały nie zły zysk.   
-  Poza  tym  trzeba  umieć  wykorzystać  sytuację,  prawda?  ~  Montana  mrugnął  dO  niego  poro-
zumiewawczo.  -  Na  pewno  jest  kilku  ranczerów  czy  farmerów,  którym  rok  się  nie  udał  i  w  sakiewce 
mają pusto, a pan dzięki temu możesz otworzyć kolejny bank! Czy nie tak, panie Ellsworth?   
Bankier milczał, chyba bardzo niezadowolony z tej uwagi.   
- A kimże jest ta piękna dama obok pana, panie Ellsworth? - pytał niezmordowanie kowboj Montana.   
- Moja żona, Harriet - odparł sztywno bankier i dumnie uniósł podbródek.   
- A. .. Witam, szanowną panią! Jak się pani miewa?   
Pulchna dama zdobyła się na lekkie skinienie głową, choć było oczywiste, że dama owa uważa brudnego 
kowboja  za  niegodnego  jej  uwagi.  Zaraz  potem  demonstracyjnie  uniosła  nos,  dając  do  zrozumienia,  że 
zapach, jaki roztacza wokół siebie nowy pasażer, jest wręcz odrażający.   
- A pan kim jesteś? - spytał Montana mężczyznę w brązowym surducie.   
- Jasper Thompkins - mruknął mężczyzna.   
- Jak pan się miewa, panie Thompkins? I czym pan się zajmuje?   
-  Jestem  właścicielem  sklepu  w  Hollow  Junction.  Handluję.  Głównie  z  Indianami,  to  fakt.  Właśnie 
jeździłem w interesach do Czejenów.   
- Słyszałem, że Czejenowie są trudnymi klientami.   
- Bzdura! - obruszył się handlarz. - Ja uważam, że handluje się z nimi nadzwyczajnie! Nie interesują ich 
rzeczy  w  dobrym  gatunku,  na  które  musiałbym  wydać  dużo  pieniędzy,  jak  żywność  czy  grube  koce  z 
przedniej  wełny.  Oni  kupują  naj  chętniej  tanie  paciorki,  różnego  rodzaju  błyskotki  i  bele  perkalu.  Ci 
głupcy to mpi najlepsi klienci!   
- Czyli handel z głupimi Indianami uczynił pana człowiekiem zamożnym  -Montana z uwagą przyglądał 
się ciężkiemu workowi, który Jasper trzymał na kolanach. - Ciekawe, co tam jest? Towar na sprzedaż? A 
może ... pieniądze?   
- A jak pan myślisz? - Jasper uśmiechnął się chytrze. Jego palce zacisnęły się na worku.   
Montana spojrzał teraz znów na młodą damę z książką. Jakaś dziwna to była dama, bo Montana, kiedy 
tylko rozsiadł się w dyliżansie, przycisnął kolano do jej kolana, a ona jakby wcale tego nie zauważyła. Do 
takiej  reakcji  Montana  nie  był  przyzwyczajony.  Większość  kobiet  uważała  go  za  fascynującego 
mężczyznę, któremu trudno się oprzeć. Zwłaszcza kiedy jemu chciało się być czaruJącym.   
Młoda dama siedziała prosto jak świeca i emanowała skromnością. Ciemne włosy upięte były w ciasny 
kok, na czubku głowy siedział sobie kapelusik podróżny, okropny w swojej prostocie. Perkalowa suknia, 
nieco  już  znoszona,  zapięta  była  pod  szyję,  rękawy,  oczywiście,  długie.  Na  ramiona  dama  narzuciła 
skromny  szal,  który  zsunął  się  nieco,  dzięki  czemu  Montana  dojrzał  apetyczne  krągłości  z  przodu  i 
cienką kibić.   
-  Nazywam  się  Montana  -  powiedział,  skupiając  na  damie  cały  urok  swego  uśmiechu.  -  A  pani  jak  się 
nazywa?   
Uniosła  wzrok  znad  książki.  W  bursztynowych  oczach  błysnęło  raczej  nie  przychylnie.  Ale  głos  był 
cichy, bojaźliwy, zniżony prawie do szeptu.   
- Virginia.   
Montana pomyślał, że gdyby teraz krzyknął głośno, na przykład "pif! paf!", lękliwa panna umykałaby z 
dyliżansu jak zając.   
- Virginia - powtórzył z uśmiechem. - Bardzo ładne imię, panno ...   
- Pani. Pani Virginia Merle.   
Jeśli w ten sposób chciała zniechęcić go do dalszej konwersacji, to jej się nie udało.   
- Ta książka  musi być bardzo ciekawa. Jest pani nią całkowicie pochłonięta i na nic innego nie zwraca 
uwagi.   
- Czytam Biblię, proszę pana - powiedziała z naciskiem. - Uważam ją za źródło wszelkich inspiracji.   
- I zapewne tak jest, proszę pani. Biblia. Pani Merle. A on miał już nadzieję, że do końca podróży będzie 
mógł ocierać się rozkosznie . o kolanko tej młodej damy ...   
- Przepraszam, a czym zajmuje się pan Merle?   

background image

- Mój mąż, Charles, jest duchownym, niedawno otrzymał święcenia. Zamierzamy razem wędrować po 
całym Teksasie, wygłaszać kazania i nawracać grzeszników.   
Pani Merle na moment wbiła wzrok w Montanę, jakby pewna, że on zalicza się do tej właśnie kategorii 
ludzi.   
- Charles już wkrótce po naszym ślubie rozpoczął służbę bożą i wyruszył w drogę. Ja miałam dołączyć, 
kiedy  tylko  uda  mi  się  zaoszczędzić  wystarczającą  ilość  pieniędzy  na  podróż.  I  właśnie  teraz  do  niego 
jadę.   
Pochyliła głowę nad Biblią, Montana spojrzał więc znów na parę siedzącą vis-ci-vis. Dokładniej wlepił 
oczy w obfity biust Harriet EIIsworth, wyzierający z dekoltu. Twarz Harriet poróżowiała. Ogólnie rzecz 
biorąc, nie miała nic przeciwko temu, żeby mężczyźni podziwiali jej wdzięki. Ale nie takie nic, jak ten 
brudny kowboj. Choć trzeba przyznać, że był bardzo przystojny ...   
Kredowobiałe piersi damy unosiły się regularnie za każdym razem, kiedy dyliżans podskoczył na jakimś 
wykrocie. Montana wpatrywał się w nie jak zahipnotyzowany, póki nie dostrzegł spojrzenia Harriet. Jak 
dwa sztylety.   
-  Wspaniałe  klejnoty,  proszę  pani!  -  powiedział,  starając  się,  aby  jego  uśmiech  był  jak  najbardziej 
pochlebny.   
Wszyscy  w  dyliżansie  zamarli,  porażeni  zuchwałością  tego  stwierdzenia.  Potem  młoda  dama  obok 
Montany  zakasłała  dyskretnie,  zasłaniając  usta  białą,  wykrochmaloną  chusteczką.  Twarz  Harriet 
Ellsworth spurpurowiała. Jej mąż sposępniał, a Jasper Thompkins głośno wciągnął powietrze.   
- Chodziło mi o naszyjnik, proszę pani - wyjaśnił Montana.   
Przez dyliżans przemknęło jedno gremialne westchnienie pełne ulgi.   
- Klejnot rodzinny? - spytał Montana. Twarz pani Ellsworth złagodniała, jej palce bezwiednie przesunęły 
się po grubym złotym łańcuszku, z którego zwisały połyskujące rubiny, otoczone diamentami.   
- Nie. To nowy naszyjnik. Rodney kupił mi go w St. Louis.   
- Czyli, jak się domyślam, kondycja banków pani małżonka była w tym roku jak najlepsza.   
Harriet  Ellsworth  uśmiechnęła  się  i  ułożyła  ręce  na  podołku  tak,  aby  jej  pierścionki  rozbłysły  w 
promieniach słońca. Było oczywiste, że jest ogromnie dumna ze swojej biżuterii, której miała na sobie w 
nadmiarze, bo nawet w klapę swego podróżnego płaszcza wpięła dużą złotą broszkę.   
- Podczas podróży nie powinno się tak afiszować ze swoim bogactwem - zauważył Montana. - A po tej 
okolicy kręci się mnóstwo różnych opryszków,. co z chęcią wyciągną rękę po pani biżuterię·   
Znów powiedział za dużo i Rodney Ellsworth posłał mu miażdżące spojrzenie. Młoda dama znów ukryła 
twarz za chusteczką i zakasłała kilkakrotnie. Gdyby  nie była taka bojaźliwa, mógłby przysiąc, że za tą 
swoją chusteczką po prostu tłumi śmiech. Ale kiedy podniosła głowę, jej twarz była pełna powagi.   
W rezultacie Montana, jakby ostatecznie decydując się trzymać język za zębami, demonstracyjnie zwrócił 
twarz ku oknu.   
Patrzył, póki nie dojrzał z daleka znajomej sylwetki samotnego wzgórza, ukazującego się nagle na prawo 
od szlaku. Odczekał kilka minut. Złapał się za brzuch i głośno jęknął.   
- Stało się coś? - spytał szorstkim głosem Ellsworth.   
- Boli ... Ojej! - Kowboj zgiął się w pół i zasłonił ręką usta. - Słabo mi! Ja zaraz ... Och!   
- Wielkie nieba! - zakrzyknęła Harriet Ellsworth. Chwyciła za brzeg sukni i wcisnęła się w głąb ławki. - 
On chyba ... Rodney! Zrób coś! Niech on zaraz wysiądzie, zanim pobrudzi mi suknię!   
- Wylie! - ryknął Ellsworth, waląc z całej siły w dach. - Zatrzymaj dyliżans! Natychmiast!   
Woźnica  zatrzymał  galopujące  konie.  Dyliżans  podskoczył  kilkakrotnie,  jakby  miał  czkawkę  i 
znieruchomiał. W otwartych drzwiach ukazał się woźnica.   
- Co się stało?!   
- Kowboj jest chory - wyjaśnił Ellsworth. - A my nie chcemy skutków tej choroby mieć na swoich 
ubraniach.   
Woźnica  pomógł  Montanie  wysiąść  z  dyliżansu  i  położył  go  na  łące  obok  szlaku.  Reszta  pasażerów 
wysiadła i dołączyła do nich.   
Woźnica nachylił się nad Montaną.   

background image

- Już lepiej? - spytał, dotykając jego ramienia. - Możemy już jechać?   
- Sam nie wiem. Daj mi chwilę.   
Wszyscy patrzyli, jak Montana powoli, z wysiłkiem podnosi się z ziemi. Odwraca się do nich. I wszyscy 
otwarli szeroko usta, kiedy zobaczyli, co młody człowiek trzyma w ręku.   
Niewielki przedmiot, ładnie błyszczący w słońcu. Ale niebezpieczny.   
Pistolet.   
- Czuję się świetnie - oświadczył kowboj. - A poczuję się jeszcze lepieL kiedy wy, dobrzy ludzie, oddacie 
mi wszystko, co macie ze sobą cennego.   
Mężczyźni zaklęli głośno i dosadnie. Kobiety wydały z siebie ciche okrzyki.   
- Ty pierwszy, Jasper - powiedział kowboL wyciągając rękę po worek handlarza.   
Kiedy  otworzył  worek,  twarz  handlarza  zrobiła  się  trupio  blada,  twarz  Montany  natomiast  rozjaśnił 
uśmiech pełen zadowolenia.   
_ Chytry lis z ciebie, Jasper! Jesteś jeszcze lepszy w okradaniu Czejenów, niż myślałem! _ I zwrócił się 
teraz  do  bankiera  i  jego  żony.  _  Twoja  kolej,  Rodney!  Oddawaj  pieniądze,  na  które  w  pocie  czoła 
z.arabiali inni ludzie! A ty, słodka Harriet, oddawaj swoje błyskotki.   
_ Och, nie-zajęczała Harriet. - Tylko nie mój nowy naszyjnik!   

_ Naszyjnik przede wszystkim! Dostanę za niego dobrą cenę·   

Harriet, mamrocząc gniewnie pod nosem, posłusznie wrzuciła do worka swoją biżuterię·   
_ Ty brudasie, ty nikczemny hultaju, ty nicponiu jeden ...   
_ Ależ pani Ellsworth! Sądziłem, że jest pani damą!   

_ Oczywiście! Gdybym nią nie była, ty łobuzie ... ty złodzieju ...   

_ Spokojnie, paniusiu. Przecież ostrzegałem was, że na szlaku jest niebezpiecznie, prawda? _ I spojrzał 

teraz na młodą damę. - Pani kolej, pani Merle. Proszę z łaski swojej oddać wszystko, co ma pam cennego.   

Młoda dama rozdygotaną ręką sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła zwitek banknotów.   

_ T o wszystko, co mam, panie Montana. Proszę ... Oszczędzałam prawie rok. Miało wystarczyć na 

noclegi i posiłki w podróży, póki nie połączę się z moim mężem.   

Jej głos drżał. Była bliska łez.   

Wyciągnęła do niego rękę z pieniędzmi. Montana ujął jej dłoń i zacisnął palce, gniotąc banknoty. 

Zdumiał się, poczuł bowiem w palcach charakterystyczne mrowienie, a ta kobieta absolutnie nie była w 

jego typie. On gustował w pełnych temperamentu niewiąstach, lubiących żyć szybko i na skraju ryzyka. 
A poza tym ta kobieta była żoną wędrownego kaznodziei, żatką, która zdaje się przedkłada Biblie nad 

łoże małżeńskie. A te pieniądze oszczędzała cały rok. ..   
- Niech pani je zatrzyma, pani Merle! - rzucił szorstko. - Pani ich bardziej potrzebuje niż ja.   
Zdumiona, zatrzepotała rzęsami.   
- Och, dziękuję, bardzo panu dziękuję ...   
I wsunęła zwitek banknotów z powrotem do kieszeni.   
- Niech pani mi odda tylko tę obrączkę. Poderwała głowę. W kąciku jednego oka pojawiła się łza i 
spłynęła po policzku.   
- Och! Ta obrączka należała do matki mojego męza ...   
Głos znów drżał, wyglądało na to, że dama zaraz zacznie łkać.   
-  Zabili  ją  podczas  wojny,  pozostała  po  niej  tylko  ta  obrączka.  Ona  znaczy  dla  mnie  bardzo  wiele. 
Charles wsunął mi ją na palec w dniu naszego ślubu ...   
Następna łza spłynęła po policzku.   
- Od tego czasu nigdy jej nie zdejmowałam, nigdy ...   
Czuł  się  jak  bydlę,  jak  stworzenie  najpośledniejszego  gatunku.  Gorszy  niż  wąż  czający  się  w  trawie. 
Bardzo pragnął dopływu gotówki, a ci ludzie nadawali się :z;.nakomicie do tego, żeby mu ją dostarczyć. 
Nie mieli broni i nikt z nich nie zamierzał być bohaterem. Po prostu takie miłe, bogate gołąbki, które 
siedzą na płocie, czekając, żeby ktoś ich oskubał. I kto by się spodziewał, że jedna chudziutka, zgrzebna 
misjonarka popsuje całą zabawę·   
- Niech pani zatrzyma tę obrączkę·   
Pod wpływem impulsu uniósł nagle obie jej dłonie do ust i na jednej z nich złożył pełen uszanowania 
pocałunek. I znów poczuł to mrowienie, teraz w całym ciele. Co, u diabła, z nim się dzieje? Wygląda na 

background image

to, że powinien jak najszybciej udać się do najbliższego saloonu ...   
- Dziękuję, panie Montana.   
Zanim  wbiła  wzrok  w  ziemię,.  zdążył  dojrzeć  w  jej  oku  jakiś  diwny  błysk.  Triumfalny?  Nie,  to 
niemożliwe. Przecież łzy na jej policzkach jeszcze nie obeschły.   
Gwizdnął. Spoza drzew wybiegł jego koń.   
- Wylie? Mógłbyś zrzucić mi siodło?   
Woźnica zaklął, wspiął się na dach dyliżansu i zrzucił siodło. Kiedy to uczynił, Montana, pomachując 
pistoletem, zagonił podróżnychz powrotem do dyliżansu.   
-  Pośpieszcie  się,  dobrzy  ludzie!  Wiecie  przecież,  że  w  tych  stronach  po  zmroku  jest  bardzo 
niebezpiecznie!   
Kiedy  woźnica  strzelił  z  bata  i  konie  ruszyły  z  kopyta,  czworo  ludzi  w  milczeniu  spoglądało  przez 
okienko,  jak  Montana  wskakuje  na  swego  konia,  elegancko  macha  im  kapeluszem  na  pożegnanie  i 
odjeżdża galopem w przeciwnym kierunku.   
-  Ja  już  kiedyś  zostałem  oskubany  przez  bandytów  -  odezwał  się  po  chwili  Rodney  Ellsworth  przez 
zaciśnięte zęby. - Ale ten był wyjątkowo przebiegły! Umiał pociągnąć nas za języki. Najpierw dowiedział 
się o nas wszystkiego, a potem nas ograbił. Wpadliśmy w zastawione sidła jak ślepcy!   
Harriet Ellsworth, wzdychając głęboko, dotknęła swego pozbawionego biżuterii dekoltu.   
- Musisz jednak przyznać, Rodney, że był to najbardziej czarujący bandyta, jakiego dotąd spotkaliśmy.   
-  Czarujący,  czy  nie  ...  Niech  go  wszyscy  diabli.  ..  -  mruknął  Jasper  Thompkins.  -  Cały  miesiąc 
gromadziłem te pieniądze.   
- Raczej ukradłeś je pan Czejenom - rzucił zjadliwie Ellsworth.   
-  A  nawet  jeśli!  Pan  wcale  nie  jesteś  lepszy  ode  mnie,  panie  Ellsworth!  I  jakby  na  to  nie  patrzeć,  ten 
kowboj zabrał mi coś, co należało do mnie!   
T eraz oczy wszystkich zwróciły się ku młodej damie, zajętej, naturalnie, czytaniem Biblii.   
-  I  tylko  pani,  pani  Merle,  nie  musiała  niczego  oddawać  temu  bandycie!  -  powiedziała  Harriet 
zirytowanym głosem.   
- Tak. Nie musiałam, pani Ellsworth. A to dlatego, że moim prawdziwym bogactwem jest moja wiara.     
Twarze  pozostałych  pasażerów  oblały  się  rumieńcem.  Wszyscy  spojrzeli  gdzieś  w  bok,  pragnąc  ukryć 
uczucia, jakie ogarnęły ich w tym momencie. Gniew, że dali się okraść czarującemu bandycie. Pragnienie 
odwetu. I palący wstyd z powodu urazy, jaką poczuli do tej młodej, skromnej kobiety. Przecież to nie jej 
wina, że serce kowboja zmiękło.   
Dalsza podróż do Hollow Junction upłynęła w grobowym milczeniu.   
 

ROZDZIAŁ DRUGI   
Miasto  Wood  Creek  niczym  się  nie  różniło  od  innych  niewielkich  miast,  rozrzuconych  po  całym 
Teksasie.  A  saloon  w  Wood  Creek  wyglądał  jak  setki  innych,  znanych  już  Montanie  teksaskich 
saloonów. Tak, był już we wszystkich, a ze znakomitej większości musiał uciekać.   
Zebrał karty i przemknął wzrokiem po twarzach mężczyzn, siedzących wokół stołu.   
- Otwieram.   
Rzucił monetę na sporą już kupkę monet na środku stołu i czekał, póki reszta graczy nie dorzuci do puli. 
Pogrzebał  w  kieszeni  swego  nowego  surduta  i  wyłowił  drogie  cygaro.  Zapalił  i  wianuszek  szarego 
wonnego dymu otoczył jego głowę·   
Włosy  miał  elegancko  ostrzyżone,  zapłacił  też  dodatkowo  dolara  za  przyniesienie  do  pokoju  wanny  z 
gorąca wodą. Z tego luksusu zamierzał korzystać jak najczęściej. Kupił również nowe siodło na swego 
konia,  który  stał  teraz  uwiązany  za  saloonem.  Na  wszelki  wypadek,  gdyby  trzeba  było  znikać  stąd jak 
najprędzej. Najbardziej jednak pomyślnym wydarzeniem tego dnia był fakt, że od ponad dwóch godzin 
konsekwentnie wygrywał.   
, Oczywiście, że zerkał na wahadłowe drzwi za każdym razem, gdy ktoś nowy wkraczał do saloonu. Nie 
był naiwny. Tylko patrzeć, jak szeryf Otis Pain z pobliskiego miasta Whist1ing Creek zacznie się za nim 
rozglądać.  Otis  Pain,  zwykły  drań,  stojący  na  czele  bandy  oszustów  i  wyzyskiwaczy,  takich  właśnie 

background image

ludzi, których oskubywał Montana. A Pain był najgorszy z nich. Już samo nazwisko mówiło za siebie.*   
Gracze dołożyli do puli. Montana rozdał karty. I swoje karty efektownym gestem wyłożył na stół.   
- Wątpię, czy ktoś pobije moje trzy damy. Pozostali mężczyźni potrząsnęli przecząco głowami. Montana 
ze środka stołu przysunął do siebie kupkę monet.   
Jeden z graczy, siwowłosy ranczer, odsunął się z krzesłem i wstał.   
- A dokąd to, przyjacielu? - spytał Montana.   
- Pora jeszcze wczesna.   
Pora  porą,  najistotniejszy  był  gruby  zwitek  banknotów  w  kieszeni  ranczera,  który  Montana  zauważył  i 
miał wielką ochotę pomóc mu pozbyć się tego ciężaru.   
* Pain (ang.) - ból, przykrość, problem - przyp. tłum.   
- Wybaczcie, panowie! - Ranczer sięgnął po swój kapelusz. - Obiecałem żonie, że będę towarzyszył jej 

dzisiejszego wieczoru. Do naszego miasta przyjechał wędrowny kaznodzieja, kobieta, będziemy się 
wspólnie modlić, żeby znów obudzić wiarę w sobie.   
-  A  toś  nas  pan  zaskoczył!  -  zawołał  wesoło  jeden  z  graczy.  -  Zamiast  posiedzieć  tu  z  nami,  wolisz 
popatrzeć sobie na jeszcze jednego takiego, co grzmi nad Biblią?   
- Z tego, co słyszałem, Siostra Dobroci jest uroczym, młodym stworzeniem, które potrafiłoby oczarować 
samego diabła!   
Montana wyprostował się w swoim krześle. - A tak jest - podchwycił jakiś inny mężczyzna. - Byłem tam 
wczoraj wieczorem, razem z żoną i teściową. Mówię wam, ta młoda dama jest naprawdę niezwykła. 
Wydawało mi się, że słucham anioła! - Szurnął krzesłem i też wstał. - Dobrze, żeś mi pan o tym 
przypomniał. Obiecałem p~zecież żonie, że dziś też będę jej towarzyszył. Zegnam panów. Spotkamy się 
jutro wieczorem.   
Zaraz po nim kolejny mężczyzna poderwał się od stołu.   
-  Jeśli  ten  kaznodzieja  w  spódnicy  naprawdę  j.est  taki  dobry,  jak  mówicie,  to  ja  też  tam  pójdę.  Zona 
mnie co prawda namawiała, ale ja myślałem, że to jeszcze jeden szarlatan. Ale skoro tak nie jest. .. skoro 
to prawdziwa misjonarka ...   
Nie minęła chwila i wszystkie krzesła przy stole były już puste. Z Montaną zostały tylko karty. Potasował 
je i zagrał sobie raz, sam ze sobą, sprawdzając umiejętność rozpoznawania kart po koszulkach. Potem 
nalał sobie whisky do szklaneczki i kiedy mocny trunek znaczył swoją palącą ścieżkę w gardle, zadumał 
się na chwilę. Czyżby go przeczucie nie myliło? Czy ten kaznodzieja w spódnicy nie jest aby ową młodą 
damą z dyliżansu?   
Powtórnie  napełnił  szklankę,  tym  razem  przełykał  whisky  nieco  wolniej.  No  cóż  ...  jest  tylko  jeden 
sposób, żeby się o tym przekonać.   
Schował karty do kieszeni, nasadził na głowę nowiusieńki kapelusz i wyszedł z saloonu.   
 
Do diaska! Tak! To była ona!   
Montana stał z brzegu tłumu, patrzył i słuchał. I podziwiał. Nie uwierzyłby, gdyby nie zobaczył tego na 
własne oczy. Złotousty kaznodzieja w spódnicy doprowadzał cały tłum do łez, potem kazał wszystkim 
zerwać  się  na  równe  nogi,  klaskać,  śpiewać  i  radować  się.  Robił  z  ludźmi,  co  chciał.  I  był  to  ten  sam 
szary wróbelek z dyliżansu. Ale teraz przemienił się w skowronka i nazywał się Siostra Dobroci.   
Górując  ponad  tłumem,  stała  na  najwyższym  stopniu  schodków  swego  błyszczącego  nowego 
cygańskiego  wozu.  Na  jednej  ze  ścian  wozu  ładnymi  okrągłymi  literami  wypisane  było  "Siostra 
Dobroci". Nieopodal stał spętany koń.   
Ubrana była w skromną białą bluzkę z  wysokim  kołnierzem i prostą ciemną spódnicę. Brzeg spódnicy 
ocierał  się  o  błyszczącą  skórę  jej  trzewików.  Włosy  upięte  były  w  schludny  kok  nad  karkiem,  kilka 
loczków opadło jednak na policzki. Kiedy mówiła kazanie, te loczki powiewały wokół jej głowy. A oczy 
płonęły  zapałem.  Głos,  w  dyliżansie  cichy  i  łagodny,  teraz  dźwięczny  i  donośny,  przetaczał  się  ponad 
tłumem  i  przykuwał  uwagę.  T  a  dziewczyna  mogła  śmiało  konkurować  z  każdym  wędrownym 
kaznodzieją, jakiego dotychczas widział Montana.   
Tłum  przestał  się  radować,  teraz,  zgodnie  z  poleceniem,  wszyscy  usiedli  na  trawie,  żeby  posłuchać 

background image

dalszej części kazania. Montana, oparty o pień drzewa, słuchał zafascynowany. Bo było rzeczywiście tak, 
jak  powiedział  tamten  ranczer.  Człowiek  miał  wrażenie,  jakby  słuchał  anioła.  Skromnego,  pełnego 
słodyczy, a jednocześnie żarliwego. I wszystkich trzymającego w garści. Teraz każdy, jak zaczarowany, 
słuchał długiej i smutnej, choć w sumie podnos:cącej na duchu opowieści o tym, jak Pan Bóg pomógł 
Siostrze Dobroci podźwignąć się z naj głębszej rozpaczy i zwątpienia. Kiedy zamilkła, nikt spośród tłumu 
nie miał suchych oczu. Nawet Montana.   
Potem,  z  koszyczkiem  w  ręku,  weszła  między  ludzi.  Każdy  skwapliwie  sięgał  do  kieszeni.  Montana 
uśmiechnął się. Miło by było skorzystać z takiej hojności ...     
Nie zauważył, kiedy młoda kobieta zatrzymała się tuż przed nim i podetkawszy mu koszyczek pod· nos, 
potrząsnęła nim demonstracyjnie.   
- Widziałam, że Bóg był dla ciebie łaskaw - powiedziała, a w bursztynowych oczach zapaliły się 
prowokujące iskierki. - Teraz masz sposobność okazać Mu wdzięczność za Jego hojność.   
- W porządku. Jestem bardzo wdzięczny. Uśmiechnął się leniwie. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął zwitek 
banknotów. Jeden z nich wrzucił do koszyka.   
Siostra Dobroci ponownie potrząsnęła koszyczkiem.   
- To nazywasz pan wdzięcznością? Ja nazwę to oszustwem. Pan Bóg zapewne pomyślał to samo!   
Zauważył, że kilka głów obróciło się w ich stronę. Jeszcze chwila, a uwaga wszystkich skupi się na nich, 
a  tego  Montana  z  wiadomych  względów  absolutnie  sobie  nie  życzył.  Wyciągnął  ze  zwitka  następny 
banknot, potem jeszcze jeden i wrzucił oba do koszyczka.   
Siostra  Dobroci  skinęła  głową  i  ruszyła  dalej  przez  tłum,  odprowadzana  pełnym  podziwu  wzrokiem 
Montany.  Bo  i  też  wykazała  się  prawdziwym  hartem  ducha.  Większość  kobiet,  rozpoznawszy  w  nim 
złodzieja,  zaczęłoby  drżeć,  płakać  albo  rozpaczliwie  wzywać  stróżów  prawa.  A  ta  wspaniała  Siostra 
Dobroci po prostu zażądała od niego pieniędzy.   
Potem  znów  stanęła  na  schodkach  swego  cygańskiego  wozu.  Ludzie  powoli  zaczęli  się  rozchodzić. 
Machała im na pożegnanie, uśmiechała się, każdemu, kto do niej podszedł, musiała mówić coś bardzo 
miłego, bo odchodził rozpromieniony. Kilka osób wcisnęło jej do ręki dodatkowe banknoty. Przyjęła je, 
ale wydawała się ogromnie zazenowana.   
Montana,  poczekawszy  cierpliwie,  aż  wszyscy  się  rozejdą,  przeprowadził  swego  konia  przez  łąkę· 
Uwiązał go z tyłu cygańskiego wozu, prawie bezgłośnie wszedł po drewnianych schodkach i uniósł koc, 
służący za drzwi.   
Siostra Dobroci była w środku. Zajęta przeliczaniem pieniędzy.   
- Proszę, proszę! Wygląda na to, że głoszenie słowa Bożego przynosi niezłe zyski!   
Zaskoczona, gwałtownie odwróciła głowę.   
- Ach, to znowu ty! Dziwne, że jeszcze cię nie powiesili!   
- Ja nigdzie nie zagrzewam zbyt długo miejsca. Dlatego niełatwo mnie złapać.   
-. Ale dziś, mam nadzieję, uważnie wysłuchałeś kazania i postanowiłeś się zmienić. Wtedy Pan Bóg ci 
wybaczy.   
- Wybaczy wtedy, gdy okażę skruchę, a mnie nadal interesują tylko pieniądze.   
Jednym zręcznym ruchem wyjął jej z ręki wszystkie banknoty.   
- Teraz widzę, że twój biznes jest o wiele lepszy. Uzbierała ci się nie zła sumka. Chyba skłonna będziesz 
podzielić się z nieszczęśliwą, zabłąkaną duszą?   
Krzyknęła,  zanim  jednak  zdążyła  cokolwiek  powiedzieć,  Montana  błyskawicznie  odliczył  połowę 
banknotów i wręczył jej z powrotem.   
- Nie chcę wyjść na człowieka chciwego.   
Dlatego zatrzymaj połowę. Ale druga połowa mnie się  należy. T akie małe zadośćuczynienie za to, że 
twoje kazanie zepsuło mi grę w pokera.   
Uśmiechnął  się  czarująco  i  odwrócił  się,  gotując  się  do  wyjścia.  Nie  wyszedł  jednak,  bo  coś  nagle 
wcisnęło  mu  się  w  plecy.  Lufa  pistoletu,  co  do  tego  nie  mógł  się  mylić.  Głos  dobiegający  z  tyłu  był 
bardzo sympatyczny, jak mruczenie zadowolonej kotki.   
- A zadośćuczynienia tą. ty sobie poszukaj gdzie indziej, kowboju.   
Montana potrzebował całej minuty na'otrząśnięcie się z szoku. Nie, to niemożliwe, żeby ta mała oszustka 

background image

wystrychnęła go na dudka.   
Odwrócił się. Tylko po to, żeby spojrzeć prosto w lufę deringera, niewielkiego kieszonkowego pistoletu, 
który trzymały te same ręce, co nie. dalej jak przed kwadransem trzymały Biblię·   
- Zdaje się, że masz coś mojego, kowboju! Jej głos po raz kolejny uległ transformacji.   
Znikła łagodność, żadnych pełnych miłości, subtelnych słów, spływających drżąco z jej ust. Teraz,. jeśli 
nieco drżał, to z gniewu.Szybkim ruchem wyjęła mu banknoty z ręki. 
  - I kto by się tego spodziewał... - wymamrotał pod nosem Montana. - Siostra Dobroci jest jeszcze lepszą 
złodziejką niż ja!   
- Złodziejką?! Nie jestem żadną złodziejką!   
- A jak nazwać kogoś, kto pozbawia tych biednych ranczerów ich pieniędzy, zarobionych w pocie i 
znoju? Nieistotne, czy robisz to w imię Boga, czy pod groźbą pistoletu. I tak jesteś złodziejką·   
-  Nieprawda!  -  krzyknęła  i  ze  złością  machnęła  mu  pistoletem  przed  nosem.  -  Mówię  do  nich  piękne, 
mądre słowa! Dzięki mnie odrywają się na chwilę od swego szarego, jednostajnego życia. A to jest warte 
o wiele więcej niż ich pieniądze!   
- Niech ci będzie. Powiedz mi tylko ... - Montana rozejrzał się dookoła. - A gdzież jest ten twój mąż?   
- Mąż?   
Po jej ustac!l przemknął uśmiech.   
- Nie ma. Zaden mąż mi niepotrzebny.   
- W takim razie co znaczy ta obrączka?   
Uniosła dłoń i spojrzała na swoją obrączkę niemal z czułością.   
- Piękna, prawda? Pewną wdowę, która nie wzięła ze sobą pieniędzy i nie miała co wrzucić do mojego 
koszyczka,  zapewniłam  solennie,  że  Pan  Bóg  przyjmuje  również  biżuterię.  A  kiedy  potem  wsunęłam 
sobie tę obrączkę na palec, okazało się, że pasuje idealnie. Postanowiłam więc ją nosić, to dodaje trochę 
miłego posmaczku do mojej historii, czyż nie tak?   
- Owszem. - Montana spojrzał na nią niemal z szacunkiem. - Trudno mi uwierzyć, że cię nie przejrzałem. 
Lepszej aktorki w życiu nie spotkałem. W tym dyliżansie wszyscy, łącznie ze mną, wierzyli święcie, że 
jesteś żoną ubogiego kaznodziei. Ty przecież potrafisz nawet płakać na zawołanie! Ale ...  - Nagle głos 
jego stwardniał. - Ale ta gra dobiegła już końca, Siostro Dobroci!   
Ręka  Montany  zatoczyła  szeroki  łuk  i  uderzyła.  Pistolet  upadł  na  podłogę.  Siostra  Dobroci  padła  na 
kolana, nie zdążyła jednak 'chwycić za broń, ponieważ ułamek sekundy wcześniej rosłe ciało Montany 
przydusiło ją do podłogi.   
- Puść mnie! Ty bandyto! Ty ...   
Wiła się jak piskorz, okładając gojednocześnie pięściami. Naturalnie, nie dorównywała mu siłą, ale pod 
względem determinacji byli sobie równi. Im zacieklej walczyła, tym bardziej pragnął ją poskromić.   
- Nie przyszedłem tutaj, żeby cię skrzywdzić! Ja ... - nie dokończył, ponieważ w tym momencie bardzo 
boleśnie odczuł na nosie jej pięść.   
- Och, naprawdę?! - wydyszała. - Przecież chcesz mi odebrać moją własność!   
- Nie wszystko. - Montana potarł ostrożnie obolały nos, chwycił ją mocno za przeguby rąk i wyciągnął jej 
ręce wysoko nad głową, uniemożliwiając ponowny atak. - Chcę tylko moją połowę·   
- Twoją połowę? A od kiedy to jesteś moim wspólnikiem?   
-  Od  chwili,  kiedy  udawałaś  niewiniątko  i  ja,  głupiec,  nie  wziąłem  twoich  pieniędzy.  A  potem  lałaś  te 
fałszywe łzy, dlatego nie zabrałem ci tej obrączki. A dziś przez twoje kazanie przepadła mi gra w pokera, 
czyli też umknęły mi jakieś pieniądze. Jesteś moją dłużniczką, Siostro Dobroci!   
Dyszała  ciężko,  wyczerpana  walką.  Montana  czuł  pod  sobą  miękkie,  falujące  piersi  i  ciepłe  uda.  Po 
schludnym  koku  pozostało  tylko  wspomnienie.  Pasma  długich,  ciemnych  włosów  wiły  się  po  jej 
ramionach. Zadarta spódnica odsłaniała szczupłe, zgrabne kostki.   
A usta ... usta były rozchylone.   
- Trzeba przyznać, Siostro Dobroci, że twoje usta stworzone są przede wszystkim do pocałunków.   
- Jak śmiesz ...   

background image

Uciął jej protest, jak się mogła tego spodziewać, pocałunkiem. Krótkim i bardzo delikatnym. Zaledwie 

muśnięcie, dziwne, że jej serce od razu przyspieszyło. A powietrze jakby zatrzymało się w płucach.   
Na tym nie koniec. Jedną ręką przytrzymał jej nadgarstki, drugą przesunął wzdłuż jej boku. I pocałował 

jeszcze  raz.  Wtedy  wzdłuż  jej  grzbietu  jakby  przebiegł  płomień,  a  zaraz  po  nim  lód.  Nie  mogła  się 

poruszyć,  ochota  do  walki  znikła  jak  ręką  odjął.  Jedyne,  co  była  w  stanie  teraz  zrobić,  to  cichutko 

pojękiwać, kiedy jego usta poruszały się na jej wargach. Poruszały się i poruszały, a ona pała się, że jej 

płuca zaraz eksplodują. Poza tym przez cały czas jego ręka błądziła leniwie po jej ciele. I gdziekolwiek 

dotknął, temperatura ciała w tym miejscu natychmiast zaczynała rosnąć.   
A Montana, skończywszy całować, podniósł głowę i spojrzał na jej twarz. T o, co zobaczył i czego przy 
tym  doświadczył,  zaniepokoiło  go  bardzo.  Bo  kiedy  zobaczył  usta  wilgotne  i  obrzmiałe, 
nieprawdopodobnie kuszące, natychmiast w głowie powstała myśl o następnym pocałunku. A ta myśl z 
kolei sprawiła, że krew w Montanie zawrzała.   
- Jak się nazywasz? - wyszeptał.   
  - Mówiłam ci ... Virginia...   

.   

- Chcę znać twoje prawdziwe imię i nazwisko! Jak masz na imię?   
- Summer.   
- Summer... - Powtórzył jej imię, łagodnie i miękko. Niemal z czułością. Była pewna, że ją znów 
pocałuje. Ale on zapytał: - I co dalej? Summer. .. ?   
- Summer Chambers. Proszę, puść mnie już.   
- Za chwilę ... - mruknął, nie odrywając od niej oczu. - Intrygujesz mnie, Summer Chambers. Nigdy 
jeszcze nie spotkałem takiej kobiety jak ty. - I na pewno nigdy już nie spotkasz - rzuciła szorstko. - A 
teraz, proszę, uwolnij mnie od swojej osoby!     
Najpierw sięgnął po jej pistolet, leżący nieopodal. Potem wstał, pomógł też wstać Summer, która kiedy 
tylko stanęła na nogi, natychmiast zajęła się gorliwym otrzepywaniem sukni. Po to, aby mieć parę sekund 
na  ochłonięcie  po  gorącym  pocałunku.  Montana  natomiast  zajął  się  przeliczaniem  pieniędzy.  Połowę 
wsunął do kieszeni, drugą połowę wręczył Summer.   
- Nie masz prawa ...  - zaczęła pełnym oburzenia głosem. I nagle zamilkła, bo na dworze, bardzo blisko 
wozu, coś zaszeleściło, potem usłyszeli jakieś szepty.   
- Czekasz na kogoś? - spytał Montana, zniżając głos.   
Potrząsnęła przecząco głową·   
- Zobacz, kto tam jest - rozkazał. - I ktokolwiek by to był, masz się go pozbyć.   
Uchyliła koc, zawieszony nad wejściem i ostrożnie wytknęła głowę na zewnątrz. Zobaczyła nadciągający 
zmierzch,  a  w  tej  szarości  trzy  pary  zalęknionych  oczu.  Dziewczynka,  może  ośmioletnia,  trzymała  na 
ręku malucha, który nie miał chyba jeszcze roku. Zza jej pleców wyglądał lękliwie kilkuletni chłopczyk.   
- Kim wy jesteście? Skąd się tu wzieliście - spytała zdumiona Summer.   
- Nazywam się P ansy - od parła dziewczynka. - Pansy Miller. A to jest mój braciszek, Ned. I 
siostrzyczka, Hannah.   
- Jest bardzo późno, dzieci. Chyba powinniście wracać już do domu.     
_ Ale my... nie mamy domu, . proszę pani - odezwał się chłopczyk.   
Obok głoyvy Summer pojawiła się nagle głowa Montany.   
- Nie macie domu?   
W  pierwszej  chwili  był  zły  na  intruzów.  Ale  teraz,  kiedy  ich  zobaczył,  złość  przeszła.  Dzieci  były 
zabiedzone. Podrapane i brudne, wobszarpanych ubraniach.   
- A co się stało z waszym domem, dzieci?   
_  Nasza  mama  i  tata  nie  żyją  -  powiedziała  Pansy.  -  A  bankier  powiedział,  że  nIe  możemy  zostać  w 
naszym domu.   
_ Nie macie żadnych krewnych, którzy by was przygarnęli pod swój dach? - spytała cicho Summer.   
Dziewczynka potrząsnęła przecząco głową·   
- A rodzice nie mieli żadnych przyjaciół? _ spytał Montana, chociaż odpowiedź już znał. Była wypisana 
na wylęknionych twarzyczkach. . _ Nikt nie chce nas wziąć wszystkich razem.   

background image

Zona  bankiera  chce  zabrać  tylko  Hannah,  a  mnie  i  Neda  wysłać  do  sierocińca  w  St.  Louis.  Dlatego 
myśmy tutaj przyszli.   
_ Ale dlaczego ... tutaj? - spytała cicho Summer, której serce ściskało się na widok trzech nieszczęśliwych 

stworzeń.   
_  Słyszeliśmy,  że  do  miasta  przyjedzie  kaznodzieja.  Postanowiliśmy  też  przyjść,  wysłuchać  kazania  i 
poprosić Pana Boga, żeby nam pomógł i nie pozwolił nas rozdzielić. A teraz, kiedy odszukaliśmy Siostrę 
Dobroci i jej męża, wiemy już, że nasza modlitwa została wysłuchana, że zostaniemy razem.   
- Chwileczkę ... - zaczął Montana. Nie dokończył, bo nagle usłyszeli tętent końskich kopyt.   
Troje dzieci jak na komendę odwróciło głowy i spojrzało z lękiem na majaczącą w mroku ciemną postać 
jeźdźca. Dwójka starszych zaczęła pochlipywać, malutka Hannah natychmiast poszła za ich przykładem.   
- Co się dzieje, dzieci? Poznajecie tego pana? - spytał Montana.   
- T. .. tak - wykrztusiła Pansy. - To szeryf.   
I Montana, i Summer zesztywnieli.   
Umysł Montany pracował gorączkowo. Na pewno ktoś z tłumu go rozpoznał i wezwał szeryfa ... Głupi 
był, że poszedł na to kazanie. Ale jeszcze nic straconego. Zdąży wskoczyć na konia i umknąć.   
Summer,  blada  jak  ściana,  zastanawiała  się  w  duchu,  czy  to  nie  któryś  z  ranczerów  pożałował  swego 
hojnego  datku  i  pragnie  go  teraz  odzyskać  za  pośrednictwem  stróża  prawa.  A  szeryf  oskarży  ją  o 
naciąganie ludzi i skonfiskuje wszystkie pieniądze ...   
Dzieci płakały coraz głośniej.   
- On przyjechał po nas! - krzyknęła z rozpaczą Pansy.   
W tym momencie i Summer i Montana pomyśleli to samo. Jeśli ja tak się boję, to co dopiero trójka tych 
dzieci ...     
- Jak nazywa się ten szeryf? - spytał Montana małą Pansy.   
- Szeryf Lacy.   
- Lacy. W porządku. Summer, ukryj dzieci w wozie!   
- Dobrze. Ale powiedz mi, co zamierzasz zrobić?   
- To, co umiem robić najlepiej, Siostro Dobroci!   
 
 

ROZDZIAŁ TRZECI   
- Wchodźcie do środka! Szybciutko!   
Dzieci  weszły  po  schodkach  do  wozu.  Summer  kazała  im  się  położyć  na  wąskim  łóżku  i  przykryła  je 
kocami.   
- Macie leżeć cichutko! Ani słowa!   

Sama usiadła przy wejściu i zerkała spoza koca. Montana przywitał szeryfa mocnym uściskiem dłoni, 

potem do uszu Summer doleciał szmer rozmowy. Najpierw odezwał się Montana, szeryf coś odparł, 

głosem nieco grubszym. Niestety, poszczególnych słów Summer nie rozumiała. Nagle poczuła strach. Co 

jej do głowy strzeliło, żeby zaufać zwykłemu złodziejowi? Przecież on, ratując własną skórę, nie zawaha 

się rzucić Siostry Dobroci na pożarcie! Prawdopodobnie teraz właśnie mówi szeryfowi, że ona wcale nie 
jest kaznodziejką, tylko zwyczajną oszustką, opowiada ludziom dyrdymały i wyciąga od nich pieniądze. 

Szeryf przyjdzie aresztować Summer, a Montana w tym czasie sobie umknie.   
A może powiedział szeryfowi o tych dzieciach? Spojrzała z niepokojem na wąskie łóżko w kącie wozu, 
gdzie ukryła całą trójkę. Ukryła? Tak naprawdę, to w tym wozie nie ma gdzie się schować ...   
Przeklinając w duchu swoją beztroskę, rozejrzała się szybko w poszukiwaniu jakiejś broni. Montana nie 

oddał jej deringera, czyli pozostaje tylko nóż. Lepsze to niż nic! Chwyciła za nóż, ukryła go za plecami i 
dalej czekała. A serce waliło jak młot. O, nie! Ona nie podda się szeryfowi jak baranek. Będzie walczyć!   
Nagle usłyszała głośny śmiech mężczyzn. Zerknęła zza koca i zobaczyła, że Montana zaprzęga konia do 
wozu. A szeryf służy mu pomocą.   

Co temu Montanie chodzi po głowie?   
Mała Hannah chlipnęła cichutko. Szeryf poderwał głowę. Pytanie, jakie zadał, Summer usłyszała bardzo 

wyraźnie.   

background image

- Co to było?   
- Jakiś nocny ptak - rzucił Montana przez ramię. - Moje uznanie, szeryfie! Jest pan niezwykle czujny!   
Klepnął szeryfa po ramieniu, obaj mężczyźni zaśmiali się i powrócili do zaprzęgania.   
Summer zadziałała błyskawicznie. Urwała kawałek halki, zanurzyła w wiadrze z wodą, potem w cukrze. 

Przyklękła przy łóżku i wręczyła szmatkę Pansy, a ta podała ją malutkiej Hannah. Dziecko zaczęło ssać 
łapczywie.   

Odetchnęła z ulgą. Niestety, po chwili serce znów zabiło jak oszalałe, kiedy męskie głosy usłyszała tuż 

przy wozie. Czyżby ten idiota miał zamiar zaprosić szeryfa do środka?!   
Znów  przemknęła  do  koca,  zasłaniającego  wyjście.  I  znów  odetchnęła  z  ulgą. Obaj  mężczyźni  ściskali 
sobie już dłonie.   
- Do widzenia, przyjacielu  - powiedział serdecznie szeryf. -  I przekaż pan, proszę, swojej małżonce, że 
ludzie z Wood Creek są ogromnie wdzięczni za piękne kazanie, które wlało w ich serca otuchę.   
- Dziękuję, szeryfie. Na pewno jej to powtórzę·   
Montana  wskoczył  na  kozioł,  chwycił  za  lejce  i  cmoknął  na  konia.  Koń  ruszył  z  miejsca,  wóz  się 
zakołysał. Malutka Hannah, przestraszona, znów zaczęła popłakiwać. Przerażona Pansy usiadła na łóżku, 
objęła siostrzyczkę i zaczęła ją uspokajać. A Summer przemknęła na tył wozu, tam gdzie w deskach była 
duża  szpara.  Widziała,  jak  szeryf  stoi  nieruchomo  i  wpatruje  się  w  wóz  nadzwyczaj  intensywnie.  W 
końcu jednak wskoczył na swego konia i odjechał.   
Summer z tej przeogromnej ulgi aż zrobiło się słabo. Oparła się o ścianę wozu, wzięła kilka głębokich 
oddechów  i  odczekała  chwilę,  póki  serce  nie  zaczęło  bić  normalnym  rytmem.  Wtedy  poderwała  się, 
przemknęła przez wóz, usiadła na koźle obok Montany i zażądała wyjaśnień.   
- Co mu powiedziałeś?   
Mojemu dobremu przyjacielowi, szeryfowi Lacy, powiedziałem, że jedziemy do Poplar, gdzie żona 
wygłosi następne kazanie.   
Zona.  T  o  słowo  drażniło.  W  tym  momencie  jednak  Summer  nie  pozostawało  nic  innego,  jak  je 
zaakceptować.   
- Uwierzył ci? Montana zaśmiał się.   
-  Miałaś  okazję,  Siostro  Dobroci,  oglądać  mnie  w  akcji  i  przekonać  się  na  własne  oczy,  że  w  sytuacji 
krytycznej potrafię wydobyć z siebie morze wdzięku!   
-  Przede  wszystkim  potrafisz  kłamać  jak  z  nut.  Ale  udawać  miłego  też  potrafisz,  to  fakt.  Jak  wtedy,  w 
dyliżansie, chociaż ja od razu cię przejrzałam.   
-  Tylko  udawać?  W  takim  razie  powinnaś  wiedzieć,  moja  droga,  że  w  swoim  życiu  zdążyłem  już 
oczarować  mnóstwo  kobiet.  Znany  jestem  od  Amarillo  aż  po  Laredo,  stałem  się  po  prostu  legendą.  I 
żadna z tych kobiet na pewno nie uważa, że udawałem. Po prostu taki jestem ...   
- Rozumiem. A ja proszę o zwrot mojego pistoletu.   
Odebrała deringera, sprawdziła go i zadała pytanie:   

.   

- A gdzie są naboje?   
- Chyba nie spodziewasz się, że dam ci szansę wpakowania mi kulki w plecy!   
-  Nie  pomyślałam  o  tym.  Jak  na  razie  ...  -  Wsadziła  pistolet  do  kieszeni  i  spytała,  zniżając  głos.  - 
Montana? Co robimy z tą trójką?   
Twarz Montany natychmiast spoważniała.   
-  T  e  dzieciaki  nie  kłamią.  Szeryf  powiedział  mi,  że  szuka  trójki  dzieci,  które  uciekły,  ponieważ  żona 
bankiera z Hollow Junction chce zaadoptować ich malutką siostrę.   
- Z Hollow Junction?! Chwileczkę! Czy przypadkiem nie chodzi o to okropne babsko z dyliżansu?   
- Niestety. Szeryfowi wydaje się, że ta zadzierająca nosa snobka będzie doskonałą matką. - Biedna 
Hannah ... - szepnęła Summer. - Nic dziwnego, że dzieci tak się boją. I co my teraz zrobimy?   
- No cóż ... Ja już czegoś dokonałem. Pozbyłem się szeryfa. Teraz twoja kolej ruszyć głową.   
Tym  niemniej jego  własny  umysł  pracował  teraz  pełną  parą,  zastanawiając  się nad tym,  co  powiedział 
szeryf Lace. A powiedział, że szeryf Otis Pain i cała ta jego banda krążą po okolicy jak chmara szerszeni 
i szukają bandyty, który ograbia podróżnych w dyliżansach. Czyli nadeszła pora zmykać stąd i na pewien 
czas  zaszyć  się  w  jakiejś  dziurze.  Chwileczkę  ...  A  gdzie  można  się  lepiej  zaszyć,  jak  nie  u  boku 

background image

wędrownego kaznodziei w spódnicy, w dodatku otoczonego gromadką dzieciaków?   
-  Trzeba  im  znaleźć jakąś rodzinę  -  odezwała  się  Summer.  -  Przyzwoitych  ludzi,  którzy  przygarną  całą 
trójkę. Choć nie będzie to łatwe ...   
- Na pewno potrwa to jakiś czas! A póki co, najlepiej będzie, jak będziemy udawać ich rodziców. Nikt 
nie będzie podejrzewał, że hołubimy zbiegów ...   
A szeryf Otis z czasem zapomni o Montanie ...   
T  ej  myśli  Montana,  naturalnie,  nie  wypowiedział  na  głos.  T  ak  samo  Summer  zachowała  dla  siebie 
swoją refleksję·   
Mąż i dzieci ... Hm ... Czemu nie? Może będzie z tego jakiś pożytek. ..   
 
Posiłek,  który  przygotowała  Summer  ze  swoich  zapasów,  był  raczej  skromny.  Fasola,  biskwity  i  parę 
kawałków suszonego mięsa. Ale była pełnia księżyca, a Montana rozpalił ogromne ognisko, nad którym 
zachęcająco bulgotała kawa. W rezultacie zrobił się nastrój niemal świąteczny.   
Kiedy  wszyscy  zgromadzili  się  przy  ognisku,  Pansy  i  Ned  wzięli  się  za  ręce  i  pochylili  głowy. 
Zapanowała niezręczna cisza.   
- Nie macie zamiaru jeść? - spytał po chwili Montana   

Pansy zerknęła na Summer.   
-  Mama  mówiła,  że  nie  powinniśmy  żadnego  dobrodziejstwa  przyjmować  tak,  jakby  nam  się  należało. 
Czy pani nie pomodli się teraz, Siostro Dobroci?   
- Ależ naturalnie!   
Summer wzięła Pansy za rękę i spojrzała przelotnie na Montanę. Montana szybko zdjął kapelusz.   
- Pansy? A może ty masz ochotę to zrobić? - spytała Summer.     

Pansy z powagą skinęła głową·   
- Panie Boże, pobłogosław te dary! I dziękuję Ci, Panie Boże, żeś zesłał nam takich dobrych ludzi, którzy 
nie pozwolą, aby nas rozdzielono. Amen. - Amen - powtórzyli chórem Summer i Montana, starannie 
unikając swojego wzroku.   
Dzieci były wygłodniałe. Jadły, aż im się uszy trzęsły, potem zabrały się za wylizywanie swoich talerzy, 
a  Summer,  patrząc  na  nich,  myślała,  że  jej  serce  pęknie.  Dla  malutkiej  Hannah  Pansy  zrobiła  papkę. 
Karmiła  ją  łyżeczką·  Za  każdym  razem  czekała  cierpliwie,  aż  malutka  przełknie,  po  czym  dawała  jej 
popić wody.   
-  Jaka  szkoda,  że  nie  mam  mleka!  -  powiedziała  z  żalem  Summer.  -  Jutro  po  drodze  trzeba  koniecznie 
podjechać na jakieś ranczo i poprosić, żeby sprzedali nam trochę mleka.   
- Proszę, niech pani tym się nie martwi  - powiedziała Pansy, tuląc do siebie siostrzyczkę·  - Hannah nie 
piła mleka chyba od tygodnia.   
Spojrzała na braciszka, siedzącego przy ognisku. Głowa opadała mu sama, oczy się zamykały. Chłopczyk 
resztką sił walczył ze snem.   
- Ned też nie pił. My, odkąd mama i tata nie żyją, ani razu nie najedliśmy się tak, jak dzisiaj.   
Summer i Montana jednocześnie poderwali głowy i wymienili znaczące spojrzenia.   
- A teraz, dzieci - Summer starała się ze wszystkich sił, żeby jej głos mimo wszystko zabrzmiał pogodnie 
i raźnie - teraz przygotujemy dla was jakieś legowisko.   
-  My  spaliśmy  w  lesie  -  powiedziała  Pansy.  -  Baliśmy  się  wrócić  do  naszej chaty,  bo  wiedzieliśmy,  że 
szeryf nas szuka.   
- Ale dzisiejszej nocy będziecie spać pod dachem. Wóz to nie chata, ale dach ma.   
W  cygańskim  wozie  było  bardzo  schludnie  i  porządnie,  niestety,  miejsca  niewiele,  dlatego  łóżko  było 
bardzo  wąskie.  Summer  przesunęła  je  nieco  i  rozłożyła  koce  na  drewnianej  podłodze,  tak,  żeby 
rodzeństwo mogło spać obok siebie.   
- To na razie musi wam wystarczyć.   
- Och, dziękujemy, Siostro Dobroci!   
Pansy ułożyła naj pierw na kocach siostrzyczkę, potem pomogła braciszkowi zdjąć brudne ubranie. - 
Dziękuję, Sios ...   
Tylko  tyle  zdołał  powiedzieć  mały  Ned.  Powieki  opadły  i  chłopczyk  'natychmi~st  zasnął  jak  kamień. 

background image

Wtedy  ośmiolatka  zdjęła  sukienkę,  wsunęła  się  między  rodzeństwo  i  okrywszy  wszystkich  kocem, 
zamknęła oczy,   
Kiedy  cała  trójka  zasnęła,  Summer  przebrała  się  w  skromną  płócienną  nocną  koszulę  i  z  kocem  pod 
pachą  wyszła  z  wozu.  Montana,  z  cygarem  w  ustach,  siedział  sobie  nieopodal,  oparty  o  pieniek  i 
wyraźnie się nad czymś zastanawiał. Na widok Summer poderwał głowę.   
- Gdzie masz zamiar spać?   
- Chyba pod wozem. Ale przedtem muszę zrobić małą przepierkę.   
Wrzuciła brudne ubrania dzieci do kubła z gorącą wodą i zajęła się robotą.   
- A ty gdzie będziesz spał? - spytała po chwili.   
Kątem oka zauważyła, że Montana rozsiodłał swego konia i puścił na trawę. - Nie spodziewałam się, że 
zostaniesz z nami. W saloonie byłoby ci wygodniej albo gdzieś indziej ...   
-  Jeśli  mam  udawać  ojca,  lepiej,  żebym  nocował  tutaj  -  powiedział,  przyglądając  się  z  wielką  uwagą 
żarzącemu się koniuszkowi cygara. Tylko po to, żeby nie patrzeć na Summer. Jej koszula była skromna, z 
nieprzeźroczystego  materiału,  ale  księżyc  świecił  bardzo  jasno  i  kiedy  Summer  rozwieszała  ubrania 
dzieci na gałęziach, zarys jej zgrabnego, szczupłego ciała był doskonale widoczny. - Robię to dla dobra 
tych dzieci - powiedział nieco słabszym głosem.  - Zostanę z wami, póki nie będziemy pewni, że szeryf 
przestał je ścigać.   
- Aha.   
Nie  miała  zamiaru  oszukiwać  siebie.  Poczuła  ulgę,  że  nie  będzie  pozostawiona  sama  sobie.  Bo  był  to 
jednak kłopot, skoro ona po raz pierwszy w życiu miała zajmować się dziećmi.   
- Ale ... ale ja nie mam już więcej kocy, Montana.   
- Nie szkodzi. Mam swoją derkę. Bardzo często sypiam pod gołym niebem.   
Nagle  Summer  poczuła  się  nieswojo  i  szybko  narzuciła  sobie  koc  na  ramiona.  Niestety,  teraz  w 
towarzystwie Montany nie czuła się tak do końca swobodnie. Wszystko przez ten pocałunek, o którym 
jakoś trudno było jej zapomnieć.   
- W takim razie życzę ci dobrej nocy. Aha ... I dzięki, żeś się pozbył szeryfa!   
- Nie musisz mi dziękować - rzucił z leniwym uśmiechem. - Odbiję to sobie przy podziale zysków, 
wspólniku!   
Zaklęła cicho. Wczołgała się pod wóz i owinęła szczelnie kocem. A to łobuz! Nie ma w nim za grosz 
szlachetności! Zasypiała, powtarzając sobie w duchu całą litanię powodów, dla których powinna pozbyć 
się tego kowboja jak najszybciej. Kiedy tylko znajdzie się ktoś, kto przygarnie dzieci. Pozbyć  się tego 
łobuza bez serca, zanim ograbi ją ze wszystkiego, na co pracowała tak ciężko.   
 
Poranne  słońce  grzało  w  plecy.  Summer  westchnęła  i  wsunęła  się  głębiej  pod  wygr.zany  koc.  Jak 
przyjemnie  ...  Leżała  tak,  zasłuchana  w  cichy  szmer  wody  w  pobliskim  strumieniu,  gdy  nagle  z  góry 
dobiegł płacz małej Hannah.   
W sekundę była już w środku wozu. 
  - Pansy? Co się stało?   
- Nic, proszę pani. Hannah jest po prostu głodna.   
Mały Ned też. się obudził i półprzytomnym wzrokiem rozglądał się po nieznanym sobie otoczemu.   
-  Zaraz  zrobię  coś  do  jedzenia!  -  Summer  pośpiesznie  przebrała  się  w  prostą,  bawełnianą  suknię  i 
przewiązała włosy wstążką.  - Jeśli chcesz, Pansy, zaopiekuję  się  teraz Hannah. A ty  zabierz Neda nad 
strumień i umyjcie się przed śniadaniem.   
Dziewczynka  z ociąganiem podała jej niemowlę. Było oczywiste, że nie lubiła ani na chwilę rozstawać 
się z siostrzyczką, a na pewno już nie miała ochoty oddawać jej kobiecie, która trzymała dziecko przed 
sobą w wyprostowanych rękach, jak nadzwyczaj kruchy kryształowy wazon.   
Kiedy Summer wyszła z wozu, Montana, nagi do pasa, stał nieopodal i golił się przed lusterkiem, które 
powiesił sobie na gwoździu wbitym w pień. Na włosach Montany lśniły kropelki wody, czyli był już po 
kąpieli w strumieniu.   
- Co z małą? - spytał z niepokojem.   
- Nic, nic. ..   

background image

Summer zrobiła kilka kroków w kierunku ogniska, nadal trzymając Hannah przed sobą w wyciągniętych 
rękach.   
Dziecko zaczęło płakać.   
- Jak ty trzymasz to dziecko?!   
Montana wrzucił brzytwę do wiaderka z wodą, szybko przetarł twarz ręcznikiem i podszedł do Summer. 
Odebrał od niej dziecko i przytulił je do piersi. Płacz od razu ucichł. Przytulił je jeszcze mocniej i zaczął 
przechadzać się wokół ogniska, głaszcząc dziecko po pleckach i coś mu tam pomrukując.   
Summer nie mogła oderwać oczu od tej pary.   
Ramiona Montany były szerokie, wspaniale umięśnione. Ciemne spodnie podkreślały jego płaski brzuch i 
wąskie biodra. I ten rosły mężczyzna, w końcu oszust i złodziej, tulił do siebie maleństwo jak najczulsza 
matka.   
Ręka Montany przesunęła się niżej, do pupy dziecka.   
- Mamy kłopot - mruknął.   
- Boże! Co się stało?!   
Przerażona Summer przyłożyła obie ręce do serca.   
- Zmoczyła się - wyjaśnił. - Masz jakieś płócienne ściereczki?   
Pomknęła  do  wozu  i  po  chwili  biegła  już  z  powrotem,  powiewając  czystą  ściereczką.  Tymczasem 
Montana ułożył Hannah na szerokiej desce niedaleko ogniska. Dziecko było nim zachwycone, śmiało się, 
gaworzyło i wesoło fikało nóżkami.   
- I co teraz? - spytał Montana, kiedy Summer zatrzymała się obok niego.   

.   

Spojrzała na maleńkiego człowieka i poczuła paniczny strach.   
- Proszę. Ty ją przewiń - powiedziała, wręczając ściereczkę Montanie.   
- Nie do wiary! Siostra Dobroci wystraszyła się niemowlęcia!   
-  Wcale  się  nie  wystraszyłam,  tylko  po  prostu  nie  wiem,  jak  się  do  tego  zabrać.  Nigdy  dotąd  nie 
trzymałam takiego maleństwa na rękach, a co dopiero mówić o przewijaniu. Boję się, że zrobię coś źle.   
- A więc dobrze, dam siostrze teraz lekcję przewijania.     
Surnmer  przyklękła  obok  niego,  dziwnie  jakoś  w  tym  momencie  świadoma  nagości  jego  torsu.  Jak 
zauroczona wpatrywała się w mięśnie na ramionach Montany, które stwardniały, kiedy składał kwadrat w 
trójkąt. Jego  ramię  otarło się  przy  tym  o  jej  ramię.  Niechcąco.  A  ona  odczuła  to, jakby  po  jej  plecach 
przemaszerował cały batalion mrówek.   
Montana starannie wygładził kawałek materiału i ułożył na nim dziecko.   
- A teraz musisz tylko wyciągnąć jej spod pupy zabrudzoną płachetkę i zawiązać czystą. Zwiążesz te dwa 
rożki i to wszystko.   
Wstał, podszedł do swojego drzewa i spokojnie zajął się goleniem.   
Summer odprowadziła go wzrokiem, potem spojrzała w dół, na uśmiechnięte dziecko. Montana dał do 
zrozumienia,  że  wszystko  jest  dziecinnie  łatwe.  Przekonajmy  się  więc,  czy  miał  rację.  Rozwiązała 
węzełki przy zabrudzonym płócienku, wyciągnęła je spod pupy i...   
- Wielkie nieba! I kto by pomyślał, że takie maleńkie dziecko może ...   
Szybko  zaczęła  wycierać  brudną  pupę,  potem,  po  kilku  niezdarnych  próbach,  udało  jej  się  zawiązać 
nawet całkiem zgrabne węzełki. A mała znów zaczęła popłakiwać.   
Montana  obserwował  wszystko  w  lusterku  i  uśmiechnął  się,  kiedy  Summer  wzięła  dziecko  na  ręce  i 
trochę niezręcznie przytuliła do swojego ramienia. Kiedy jednak zobaczył, jak ostrożnie całuje dziecko w 
główkę i coś mu tam szepcze, jego uśmiech znikł. Co z  tego, że nie była w tym biegła. Jej niezręczne 
pieszczoty były wzruszające. Dlatego też i Montana, chociaż skonczył już golenie, nie odwracał się od 
lusterka.   
Po kilku minutach Pansy i Ned wrócili znad strumienia. Ich twarzyczki jaśniały czystością, mokre włosy 
były zaczesane w tył. Pansy natychmiast wyciągnęła ręce po siostrzyczkę i Summer nie bez ulgi oddała 
jej dziecko.   
- A co to jest? - spytał Ned, pokazując palcem na wiaderko z pokrywką, stojące obok wozu.   
-  Mleko  -  rzucił  Montana,  niby  obojętnie,  zajęty  nakładaniem  koszuli.  A  widząc  pełne  zdumienia 

background image

spojrzenie Summer, wyjaśnił: - Niedaleko stąd jest ranczo. Pomyślałem sobie, że nic się nie stanie, jak 
wydoję jedną z krów. I tak się złożyło, że przy okazji natrafiłem na kilka jajek.   
Summer uniosła znacząco brwi. - Natrafiłeś?   
- Tak. Ja często natrafiam na ... różne rzeczy ...   
Mrugnął do niej wesoło, a jej serce jakoś dziwnie przyspieszyło, dlatego zajęła  się  nalewaniem mleka. 
Nalała  do  trzech  kubków.  Pansy,  nie  wypuszczając  z  objęć  siostrzyczki,  z  radosnym  okrzykiem 
natychmiast chwyciła za jeden z nich. Usiadła na ziemi i przytknęła kubek dziecku do ust. Maluch pił 
łapczywie, a Summer zajęła się przygotowaniem śniadania. Jajka, biskwity i suszone mięso. W powietrzu 
rozszedł się wspaniały aromat kawy. I tak jak poprzedniego dnia, przed kolacją, Pansy i Ned wzięli się za 
ręce i pochylili głowy. Montana i Summer z pewnym ociąganiem dołączyli do nich.   
- Ned! - odezwała się po chwili Summer. - Może dziś ty odmówisz modlitwę?   
- Tak, proszę pani! - Chłopczyk zastanowił się chwilę. - Panie Boże, pobłogosław te dary. I wszystkich 
nas. - Jego głos zadrżał. - A przede wszystkim ... mamę i tatę.   
Summer  naj  chętniej  objęłaby  teraz  chłopczyka  i  przytuliła  jak  najmocniej,  żeby  odpędzić  od  niego 
wszystkie lęki. Udało jej się jednak powstrzymać ten impuls i tak jak wszyscy, zabrała się do jedzenia.   
Montana pierwszy skończył jeść. Oparł· się o swoje siodło i popijając gorącą kawę, oświadczył: - T o 
było smakowite śniadanie.   
Summer aż zarumieniła się z zadowolenia, chociaż nie bardzo rozumiała, dlaczego ten komplement, w 
końcu nic nadzwyczajnego, sprawił jej taką radość.   
- Pani gotuje prawie tak dobrze jak nasza mama! - oświadczył Ned.   
Summer uśmiechnęła się.   
- Dziękuję, Ned. A może opowiesz nam o waszej mamie?   
-  O  mamie?  Moja  mama,  proszę  pani,  miała  takie  żółte  włosy,  żółte  jak  kukurydza,  i  one  były  takie 
mięciutkie. Mama często mnie przytulała i tak ładnie pachniała. Pachniała jak. .. jak biskwity!   
Złapał za biskwita i wsadził sobie do buzi.   
- Czyli twoja mama była wspaniała - powiedział Montana i znów popił kawy. - Na pewno bardzo za nią 
tęsknisz. Ned, a możesz nam powiedzieć, jak to się stało, że wasi rodzice umarli?   
- Zastrzelili ich - odezwała się nieswoim głosem Pansy. - Na polu. Kiedy mama i tata poszli orać.   
Montana odezwał się dopiero po dłuższej chwili.   
- Kto ich zastrzelił?   
- Nie wiem, proszę pana. Ja niczego nie widziałam. Byłam w chacie razem z Hannah. Nagle do chaty 
wbiegł Ned. Płakał. Powiedział, żebym poszła z nim na pole ...   
Głos dziewczynki załamał się, ale przemogła się i mówiła dalej.   
- Mama i tata leżeli koło konia. Wtedy Ned i ja poszliśmy do miasta i powiedzieliśmy o tym szeryfowi. 
Szeryf odwiózł nas na farmę. Kazał nam wejść do chaty i nie wychodzić, a sam poszedł pochować mamę 
tatę.   
Po policzkach dziewczynki spłynęły łzy. Wytarła je szybko i mówiła dalej:   
- Następnego dnia przyjechał bankier i powiedział, że nie możemy zostać w naszej chacie, bo tata był mu 
winien  pieniądze.  Potem  przyjechał  szeryf.  On  powiedział,  że  żona  tego  pana,  bankiera,  chce  zabrać 
Hannah, a ja i Ned pojedziemy do sierocińca w St.Louis. Wtedy uciekliśmy do lasu.     
Ned chlipnął, ale Pansy objęła go ramieniem i przytuliła do siebie.   
-  Wszystko  będzie  dobrze  -  szepnęła  mu  do  ucha.  -  Siostra  Dobroci  i  pan  Montana  będą  się  nami 
opiekować. Nie musimy się już niczego bać.   
Montana  nalał  sobie  kawy  i  przytknął  kubek  do  ust.  Była  pieruńsko  gorąca.  Oparzył  sobie  język,  ale 
właściwie tego nie poczuł. Bo w jego głowie przewijała się teraz cała wiązanka przekleństw, których ze 
względu na dzieci nie wypadało mówić na głos.   
Summer  nagle  odwróciła  twarz.  Jedzenie,  którym  napełniła  swój  żołądek,  teraz  ciążyło  jej  jak  twarde, 
kanciaste  kamienie.  Wielki  Boże!  T  e  biedne  dzieci  są  pewne,  że  Siostra  Dobroci  i  Montana  już  na 
zawsze wzięli je pod swoje skrzydła ... Takie dobre, słodkie dzieci. Przeszły przez piekło. Ale, niestety, 
Siostra  Dobroci  nie  uwzględniła  ich  w  swoich  planach  na  przyszłość.  Tak  samo  jak  Montana,  który 

background image

prędzej  czy  później  sprowadzi  na  kark  Summer  szeryfa.  Dlatego  przysięgła  sobie,  że  jeszcze  przed 
końcem tego dnia znajdzie dla dzieci jakieś przytulisko. I pozbędzie się niepożądanego wspólnika, raz na 
zawsze.   
 

ROZDZIAŁ CZWARTY   
Montana wypił ostatni łyk kawy, resztkę wylał do dogasającego ogniska. Summer zebrała jeszcze kilka 
rzeczy z trawy, zaniosła do wozu i rozejrzała się za dziećmi.   
- Dzieci! Chodźcie już! Odjeżdżamy!   
Pansy  z  malutką  siostrzyczkśl  na  ręku  wynurzyła  się  spod  korony  rozłożystego  drzewa.  Ned  nadbiegł 
znad strumienia, gdzie zabawiał się rzucaniem kamyków do wody.   
Montana zaczął siodłać swego konia.   
- Pojadę pierwszy, zrobię mały zwiad. Ned! Masz ochotę jechać ze mną?   
- Ja? Naprawdę? - Ned zerknął nie pewnie na starszą siostrę. - Pansy? Mogę?   
Pansy  zdawała  się  bardzo  na  serio  rozważać  tę  propozycję.  Było  oczywiste,  że  siostra  nie  lubi  tracić 
młodszego brata z oczu. Ale błagalne spojrzenie Neda zmiękczyło jej serce.   
- Dobrze, Ned - powiedziała z powagą· - Sądzęże możesz jechać.     
Chłopczyk wyciągnął w górę ręce, Montana nachylił się. Podniósł go z ziemi i usadził za sobą.   
- Trzymaj się mnie mocno, Ned, bo jeszcze zgubię cię gdzieś po drodze.   
Chłopczyk  objął  rączkami  Montanę  wpół  i  przycisnął  policzek  do  jego  szerokich  pleców.  Koń  ruszył 
galopem, malec, zachwycony, pomachał do siostry triumfalnie ręką.   
Summer wspięła się na kozioł, Pansy i Hannah usadowiły się obok niej. Summer cmoknęła na konia i 
wóz zaczął toczyć się leniwie.   
- Jakie to zabawne, Siostro Dobroci, że pani mieszka w tym wozie - odezwała się po chwili Pansy, tuląc 
do siebie siostrzyczkę. - I ciągle jedzie pani i jedzie. A nie chciałaby pani mieszkać w takim prawdziwym 
domu, gdzie dookoła byłyby pola, i te pola trzeba zaorać i obsiać, żeby zebrać plony?   
- Nie można tęsknić za czymś, czego nigdy się nie miało!   
Pansy spojrzała na nią ze zdumieniem.   
- Siostro Dobroci! Nigdy pani nie mieszkała w prawdziwym domu?   
Summer uśmiechnęła się i nie odpowiedziała wprost.   
- Mój wóz jest moim prawdziwym domem. I bardzo wygodnym, zawsze jest ze mną, choć ciągle jestem 
w drodze ... Pansy, chciałam cię o coś prosić. Kiedy będziemy w mieście, wśród obcych ludzi, nazywaj 
mnie, oczywiście, Siostrą Dobroci. Ale nie musisz tego robić, kiedy jesteśmy sami, tylko w swoim 
gronie. Mam na imię Summer, jak zresztą wiesz.   
- Tak, wiem. A czy "Summer

"

 to pani prawdziwe imię, czy to tata tak panią nazwał?   

- Moje prawdziwe imię. A dlaczego pytasz?   
- Bo ze mną jest inaczej - powiedziała z dumą   
Pansy. - Naprawdę nazywam się Sara. Ale tata zawsze mówił, że jestem taka ładna jak kwiatek i nazwał 
mnie Pansy*, jak jeszcze byłam malutka. I nie chcę, żeby mnie nazywać inaczej . Tylko Pansy. Bo wtedy 
nigdy nie zapomnę, jak bardzo mnie tata kochał.   
- T o wielkie szczęście, Pansy, że miałaś rodziców, którzy tak bardzo cię kochali.   
- Wiem, proszę pani. Dlatego zawsze będę o nich pamiętać .. Ale Ned na pewno wkrótce o nich zapomni, 
on jest jeszcze taki mały. A co dopiero Hannah. I to mnie bardzo martwi.   
Summer milczała przez chwilę, wstrząśnięta dojrzałością ośmioletniej dziewczynki.   
-  Nie  martw  się,  Pansy.  Po  prostu  opowiadaj  rodzeństwu  o  rodzicach  jak  najwięcej,  dzięki  temu 
wspomnienie o nich będzie żyło w każdym z was.   
Zauważyła, że Hannah zasnęła w ramionach siostry.   

.   

- Musi być ci ciężko, Pansy. Może położysz ją w wozie?   
Pansy wycisnęła całusa na pulchnym policzku niemowlęcia.   
* Paltsy (ang.) - bratek. - Przyp. tłum.   

background image

 
- Mnie nigdy nie jest ciężko trzymać Hannah, proszę pam.   
-  Domyślam  się,  kochanie.  Przecież  wiem,  jak  bardzo  kochasz  swoją  siostrzyczkę.  Pomyślałam  sobie 
tylko, że dziś taki żar, a maluch nie powinien być za długo na słońcu.   
- Ma pani rację.   
Dziewczynka  zsunęła  się  ostrozme  z  kozła  i  weszła  do  chłodnego,  zacienionego  wozu.  Ułożyła 
siostrzyczkę na kocu, potem zrolowała koc z obu stron, żeby dziecko się nie przesunęło.   
Summer,  zerkając  przez  ramię  na  Pansy,  krzątającą  się  wokół  siostrzyczki,  przeżywała  rozterkę.  Te 
dzieci,  tak  bardzo  skrzywdzone  przez  los,  były  już  pewne,  że  znalazły  sobie  opiekunów.  Summer  z 
całego serca pragnęła oszczędzić im dalszych smutnych przeżyć, zdawała sobie jednak sprawę, że sama 
nie podoła opiece nad trójką małych dzieci. Odpowiedzialność ogromna, a ona nie ma przecież żadnego 
doświadczenia.  A  poza  tym  te  dzieci  zasługiwały  na  coś  więcej,  niż  ona  mogła  im  dać.  Ich  przybrani 
rodzice powinni być ludźmi godnymi szacunku, którzy stworzą im inne życie niż domorosły kaznodzieja 
w spódnicy, chwilowo wspierany przez złodzieja.   
Podniosła głowę w chwili, gdy usłyszała tętent kopyt. Montana nadjeżdżał galopem. Mały Ned miał na 
głowie kapelusz Montany z szerokim rondem. Kiedy zbliżali się do wozu, malec zerwał kapelusz z głowy 
i zaczął wymachiwać nim zawzięcie.     
- Widzieliśmy miasto - oznajmił Montana, zatrzymując konia. - Kiedy wjechaliśmy na szczyt samotnego 
wzgórza.   
- Jak daleko stąd? - spytała Summer.   
- Kilka godzin się zejdzie.   
Pomógł  Nedowi  zeskoczyć  z  konia  i  wdrapać  się  na  wóz.  Twarz  chłopczyka  zarumieniona  była  z 
podniecenia.   
- Montana wie wszystko - ogłosił. - Opowiadał mi o Czejenach. Wiem, jak oni żyją i co jedzą. I Montana 
mówił, że był w prawie wszystkich miastach w Teksasie. I.. - urwał, żeby nabrać powietrza. - Kiedy będę 
duży, chcę być taki jak Montana!   
- Może obierzesz sobie w życiu jakiś szczytniejszy cel - rzuciła cierpko Summer.   
- Szczytniejszy ... A co to znaczy? - spytał niepewnym głosem Ned.   
Montana  uśmiechnął się  do  niego.  Zdjął  z  głowy  chłopczyka  swój  kapelusz,  nasadził  sobie  na  głowę i 
mrugnął wesoło.   
- Może zechcesz, na przykład, zostać prezydentem naszego kraju.   
- Ja wcale nie chcę być prezydentem! Nigdy! - zapewnił go żarliwie malec. - Ja chcę być taki jak pan!   
- A ja chcę być wędrownym kaznodzieją, jak Summer - oświadczyła Pansy.   
Summer spojrzała na nią ze zdumieniem.   
- Kiedy ten pomysł przyszedł ci do głowy, Pansy?     
- Kiedy słuchałam pani kazania. Pani opowiadała o tym, że wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga. I że 
On  trzyma  nas  w  swoich  pełnych  miłości  ramionach.  Wtedy  zrobiło  mi  się  jakoś  inaczej,  jakby  ktoś 
odebrał mi połowę mojego strachu. Pomyślałam sobie, że ja też chciałabym przekazywać ludziom takie 
słowa, które sprawiają, że ludzie przestają się bać.   
Dziewczynka spojrzała na Summer dokładnie tak, jak na Montanę spoglądał mały Ned - z uwielbieniem. 
I Summer poczuła się nagle bardzo niepewnie. Po prostu poczuła się winna i dlatego była zadowolona, 
kiedy Montana zagadnął na zupełnie inny temat.   
- Summer, zatrzymaj wóz na chwilę. Przywiążę mojego konia z tyłu i teraz ja będę powozić.   
Summer zatrzymała konia i po chwili Montana sadowił się już na koźle. Przejął od niej lejce i cmoknął 
na konia. Kiedy wóz ruszył, Pansy zabrała głos.   
- A pan wie, co mówiła mi Summer? Ona nigdy nie miała prawdziwego domu. Takiego domu z polem, 
żeby je zaorać, obsiać, a potem zebrać plony.   
Summer, wpatrzona pilnie w szlak, czuła na sobie wzrok Montany.   
- A pan, Montana? - dopytywała się dziewczynka. - Czy pan miał kiedyś prawdziwy dom i rodzeństwo?   
Uśmiechnął się i żartobliwie pociągnął ją za jeden z jej loczków.     
- Moim domem jest cały świat, Pansy! Moja dewiza brzmi: gdziekolwiek jesteś, czuj się jak u siebie w 

background image

domu.   
- A nasza mama i tata urodzili się w Missouri - wtrącił mały Ned. - Ale tata myślał, że w T eksasie będą 
mieli więcej szczęścia .... Montana, a pan skąd jest?   
-  A  stąd  i  stamtąd  -  od  parł  Montana,  nie  szczędząc  chłopczykowi  swego  czarującego  uśmiechu.  -  I 
zewsząd, wspólniku!   
Wspólnik... Chłopczyk rozpromienił się.   
A Summer kątem oka zerknęła na Montanę. Patrzył gdzieś przed siebie, usta niby jeszcze się uśmiechały, 
ale  ten  uśmiech  właściwie  już  znikł.  Twarz  była  posępna.  Pytanie  dziecka  na  pewno  go  poruszyło, 
bardziej niż by sobie tego życzył.   
 
Łagodne,  równomierne  kołysanie  wozu  uśpiło  dzieci.  Jedno  po  drugim  zamykało  oczy,  jasna  głowa 
opadała na piersi. Montana oddał Summer lejce i wniósł do środka najpierw Pansy, potem Neda. Ułożył 
~ch na kocu, po obu stronach śpiącej Hannah.   
- Zmęczona? - spytał, sadowiąc się z powrotem na.koźle.   
Porząsnęła  przecząco  głową,  chociaż  oddając  mu  lejce,  czuła  ogromną  wdzięczność,  że  będzie  miała 
chwilę wytchnienia. Dlatego po chwili, przykładając sobie rękę do krzyża, wyznała jednak szczerze:   
- Trochę zesztywniałam.     
- Niedaleko stąd widziałem rzeczkę. Może zatrzymamy się tam na chwilę?   
-  Wolałabym  jechać  dalej.  Jeśli  mam  dziś  wieczorem  wygłosić  kazanie,  powinnam  jak  najszybciej 
znaleźć się w tym mieście. Rozejrzeć się, znaleźć odpowiednie miejsce, trochę odsapnąć, a poza tym ... 
poza tym ... warto by popytać wśród ranczerów, czy ktoś w okolicy nie przygarnąłby trójki dzieci.   
Wyglądało na to, że dla Montany ta sprawa jest tak samo niemiła jak dla niej. Bo ostatnie zdanie jakoś z 
trudem przeszło przez gardło Summer. A Montana wyraźnie spochmurniał.   
- Może popytam się w saloonie - mruknął. Wtedy ona, bez żadnego powodu przecież, poczuła, jak narasta 
w niej gniew.   
-  W  saloonie?  No  tak!  Rzeczywiście,  tylko  w  takim  miejscu  można  znaleźć  przyzwoitych,  uczciwie 
zarabiających na chleb rodziców dla trojga sierot! Dziwne, że mi to w ogóle nie przyszło do głowy!   
Reakcja Monatany była równie gwałtowna. - Chciałem ci tylko pomóc! A ty zachowujesz się jak jakaś 
cholerna dewotka!   
- Wolałabym, żebyś w obecności dzieci nie używał takich mocnych słów!   
-  O  ile  mnie  oczy  nie  mylą,  dzieci  śpią  -  wycedził,  ale  na  wszelki  wypadek  zniżył  głos.  -  A  tobie 
chciałbym przypomnieć, że to ty palisz się do tego, żeby się ich pozbyć! Bo na pewno nie ja!   
- Nie pozbyć, ale zapewnić im dobrą przyszłość! - zaszeptała gniewnie. - Dzieci to wielka 
odpowiedzialność. Trzeba je nakarmić, włożyć im coś na grzbiet, nie wspominając o nauce! I ja tak na to 
patrzę. Teraz, oczywiście, nie zostawię ich samych, ale będę się rozglądać za jakimś lepszym miejscem 
niż mój dom na kółkach! A ciebie nikt do niczego nie zmusza. W każdej chwili możesz sobie odjechać, 
nie oglądając się za siebie!   
Miała całkowitą rację. Ale ostre słowa pod jego adresem zabolały go.   
-  Wcale  nie  mam  zamiaru  odjeżdżać!  -  rzucił  gniewnie.  -  A  już  na  pewno  nie  wcześniej,  zanim  nie 
znajdzie się dla nich normalnego domu.   
- Naprawdę? - spytała ze zdumieniem.   
- Tak.   
Sam był wstrząśnięty swoją decyzją. Zdumiony, że te słowa w ogóle wyszły z jego ust. Bo do tej chwili 
jego zamiary były inne. Chciał dojechać z nimi tylko do Poplar. Miał nadzieję, że do tego czasu szeryf 
Otis i jego banda znikną z tego szlaku i Montana spokojnie będzie mógł sobie odjechać.   
A tymczasem - nie. Co, u diabła, z nim się dzieje? Chlasnął konia lejcami. Wóz potoczył się żwawiej. Co 
go opętało, żeby robić jakieś głupie obietnice? W rezultacie pozostaje nadzieja, że szukanie rodziny dla 
trojga sierot nie potrwa długo. Może uda się to dziś wieczorem ...   
Dziwne, że ta myśl rozdrażniła go jeszcze bardziej.   
 

background image

Poplar było miastem niedużym i niewiele się różniło od innych miasteczek, rozrzuconych po całym 
Teksasie. Leżało przy szlaku, trakt po prostu w pewnym momencie zmienił się w ulicę z drewnianymi 
trotuarami. Najpierw minęli stajnie, potem kuźnię, saloon, duży sklep, biuro szeryfa i areszt. Dalej widać 
było jeszcze kilka domów przy ulicy, także domy rozsiane po okolicy, farmy i rancza, pola i pastwiska ze 
stadami bydła.   
Przybycie Siostry Dobroci wywołało wśród mieszkańców Poplar poruszenie. Kiedy wóz podjeżdżał pod 
sklep,  drzwi  sklepu  uchyliły  się  i  wyj_  rzało  z  nich  kilka  kobiet.  Dzieci,  baraszkujące  po  ulicy, 
natychmiast zgromadziły się wokół wozu.   
Summer weszła do sklepu, przywitała wszystkich uprzejmie i powiadomiła, że tego wieczoru na skraju 
miasta wygłoszone zostanie kazanie połączone ze wspólną modlitwą.   
-  Obiecuję  państwu,  że  wysłuchacie  naprawdę  poruszającego  kazania.  Będziecie  mieli  też  sposobność 
wspólnego odśpiewania kilka ulubionych starych hymnów.   
Osoby zebrane w sklepie słuchały jej uważnie i kiwały głowami, okazując zainteresowanie.   
- Chciałam się państwa jeszcze o coś zapytać - dodała na zakończenie. - Szukam dobrych ludzi, którzy 
mogliby przygarnąć trójkę sierot. - Trójkę? - Właściciel sklepu wzruszył ramionami i mruknął: - Jeszcze 
trzy gęby do wykarmienia ... Raczej nikt taki tu się nie znajdzie.     
- Rozumiem. Ale wdzięczna będę, jeśli pan popyta wśród ludzi.   
Nie zdążyła jeszcze wyjść ze sklepu, kiedy zgromadzone tam kobiety zaczęły poszeptywać między sobą. 
Nic dziwnego, w ich jednostajnym życiu było to wielkie wydarzenie. Wysłuchać kazania prawdziwego 
kaznodziei  i  dzięki  temu  zapomnieć  choć  na  chwilę  o  kłopotach,  które  trapią  je  każdego  dnia  w  tym 
odludnym, dzikim miejscu. Dlatego zapewne zaraz pośpieszą do swych domów, żeby odświeżyć swoje 
najlepsze suknie i uprasować odświętną koszulę męża. Wkrótce całe miasto dowie się o przybyciu węd-
rownego kaznodziei. I wszyscy nie będą mogli się doczekać, kiedy zacznie się kazanie.   
Kiedy Summer wyszła na ulicę, zauważyła, że Pansy, z małą Hannah na ręku, stoi na schodkach do wozu, 
przed którym zebrała się gromadka dzieci.   
-  Dziś  wieczorem  spotkamy  się  na  wspólną  modlitwę  -  ogłosiła  donośnym,  dźwięcznym  głosem.  -  I 
razem w skupieniu wysłuchamy pięknego kazania. Nie zapomnijcie powiedzieć o tym swoim rodzicom.   
Summer poczuła ciepło rozlewające się w sercu. I coś jeszc·ze. Dumę, niemal jak prawdziwa matka. Mała 
Pansy tak odważnie stawia czoło gromadzie obcych dzieci. Nie każdego dziecka byłoby na to stać.   
- Będziesz opowiadać nam bajkę, jak zostałaś zbawiona?! - zawołał któryś z chłopców.   
Pansy nie zareagowała na złośliwość, uśmiechnęła się tylko słodko.   
- Przyjdź po prostu dziś wieczorem na kazanie i wspólną modlitwę. Bo każdy z nas powinien obudzić w 
sobie miłość do Pana.   
- Ty lepiej pomódl się o nowe ubranie! - zawołał chłopak.   
To  już  nie  była  złośliwość,  lecz  jawne  szyderstwo.  Pozostałe  dzieci  roześmiały  się  drwiąco.  Policzki 
Pansy  spurpurowiały.  Na  pewno  była  bliska  łez,  ale  powstrzymała  je.  Uniosła  dumnie  głowę  i 
powiedziała:   
- Biblia uczy nas; żebyśmy nie zamartwiali się o swoje ubranie. Przypomnij sobie o liliach polnych. 
Nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich*. Dobry Bóg daje nam 
wszystko, czego nam potrzeba.   
Chwyciła Neda za rękę i, tuląc do siebie siostrzyczkę, pociągnęła go do wozu, za koc, odgradzający od 
nie  przychylnego  świata.  Dziewczynki  i  chłopcy,  zgromadzeni  koło  wozu,  jeszcze  przez  chwilę 
rozmawiali i śmiali się. W końcu poszli sobie.   
Teraz dopiero Summer zauważyła Montanę.   
Stał ka wałek dalej. Jego twarz była stężała z gniewu. Dłonie zaciśnięte w pięści.   
 
Montana wjechał wozem na piękną łąkę za miastem. Na skraju łąki rósł stary, rozłożysty dąb,   

* Ewangelia wg św. Łukasza, 12,27-28. Biblia Tysiąclecia, Wyd. Pallottinum, 1983 - przyp. tłum.   
 

w jego cieniu można się było skryć przed palącym słońcem. Nieopodal szemrał cicho strumień.   

background image

- Idealne miejsce - orzekła Summer. - Pansy, zbierz brudne powijaki. Zrobimy pranie w strumieniu. A ty, 
Montana, rozpal ognisko.   
Montana kiwnął na Neda i mężczyźni udali się po chrust. A kobiety ze stosem brudnej bielizny podążyły 
nad  strumień.  Hannah,  pod  czujnym  okiem  Pansy,  baraszkowała  na  brzegu,  Summer  poprała  płócienne 
powijaki.   
-  Nie  spodziewałam  się,  że  jedno  malutkie  dziecko  może  tak  nabrudzić  -  mruczała  pod  nosem, 
rozwieszając powijaki na gałęziach.   
Pansy roześmiała się.   
-  Mama  też  tak  gderała.  Słyszałam,  jak  kiedyś  mówiła  do  taty,  że  takie  dzidziusie  powinny  biegać 
golutkie, póki nie skończą roku. Wtedy byłoby przy nich o wiele mniej roboty.   
- Twoja mama miała całkowitą rację. Summer powiesiła ostatnią płachetkę.   
- Wracam do wozu, Pansy. Zawołam was, kiedy kolacja będzie gotowa.   
- Dobrze, proszę pani.   
Pansy podniosła z ziemi siostrzyczkę i przeniosła ją kawałek dalej, na porośnięty bujną trawą pagórek. 
Maleństwo, śmiejąc się i gaworząc, zaczęło raczkować wśród polnych kwiatków.   
Summer  już  z  daleka  widziała  rozpalone  ognisko.  Obok  wozu  leżała  cała  sterta  chrustu  i  gałęzi, 
wystarczająca na podsycanie ognia przez całą noc.   
Mały Ned biegł po trawie, nad strumień, do sióstr.   
- A gdzie Montana? - zawołała za nim.   
- Powiedział, że jedzie do miasta!   
Czyli nie myliła się. Tak, jak się spodziewała, Montana zrobił szybko to, o co go poprosiła i umknął do 
saloonu, żeby oddać się swoim przyj emnościom!   
Summer,  podwinąwszy  rękawy  bluzki,  zajęła  się  ugniataniem  ciasta  na  biskwity.  Gniotła  z  pasją,  a  za 
każdym  razem,  kiedy  odgarniała  z  czoła  niesforny  kosmyk,  przysięgała  sobie  w  duchu,  że  tego 
irytującego kowboja przegna przy pierwszej sposobności!   
 
Po wyrobieniu ciasta Summer poszła nad strumień. Najpierw przeszła się brzegiem, póki nie doszła do 
miej sca, gdzie gęste zarośla chroniły przed spojrzeniem nie powołanych oczu. Położyła na trawie czyste 
rzeczy, potem szybko zdjęła to, co miała na sobie, i przeprała, używając do tego mydła domowej roboty. 
Potem sama weszła do wody, zmyła z siebie brud i nałożyła świeżą garderobę. Skromną białą bluzkę i 
ciemną spódnicę. Długie, ciemne loki przeczesała grzebieniem, zgarnęła do tyłu i przewiązała wstążką. I 
rozwiesiwszy pranie na gałęziach, wróciła z powrotem do obozowiska.   
Tu czekała ją miła niespodzianka. Koń Montany stał uwiązany z tyłu wozu, a w wozie siedział Montana, 
obładowany pakunkami.   
- A cóż to takiego? - spytała zdumiona.   
- Rzeczy - odparł lakonicznie.   
- Jakie rzeczy?   
- Ubrania dla dzieci. Nie powinny chodzić w takich łachmanach, stając się pośmiewiskiem dla innych.   
Wytknął głowę z wozu i zawołał. 
  - Pansy! Ned! Chodźcie tutaj!   
Dzieci  przybiegły  natychmiast,  a  na  widok  kolorowych  ubrań,  wyłaniających  się  z  pudeł,  oczy  im  się 
zaśmiały.   
- To dla ciebie, Pansy.   
Montana  wręczył  jej sukienkę.  Błękitną,  dokładnie  w  kolorze  oczu  dziewczynki,  z  wysokim,  stojącym 
kołnierzem,  ozdobionym  koronką  .  Długie,  bufiaste  rękawy  również  zdobiła  koronka.  W  talii  sukienka 
przewiązana byJa niebieską szarfą, o ton ciemniejszą niż błękit sukienki. Do sukienki dołączono wstążkę 
w  od  powiednim  kolorze, do  przewiązania  włosów, a  poza  tym  Montana  podał  Pansy jeszcze  coś, coś 
wprost nadzwyczajnego. Trzewiki z miękkiej cielęcej skóry.   
Dziewczynka z wrażenia aż otworzyła buzię· 
  - Schowaj się gdzieś i przebierz się :...- powiedział z uśmiechem Montana, wypychając ją delikatnie z 

background image

wozu. Potem zwrócił się do chłopczyka. - Myślę, wspólniku, że nadeszła pora na długie spodnie. I 
trzewiki.   
Otworzył kolejne pudełka. Chłopczyk roziskrzonym wzrokiem wpatrywal się w rzeczy, które wręczał mu 
Montana.  Długie,  czarne  spodenki,  białą  koszulę,  a  na  koniec  trzewiki  z  szerokimi  cholewkami,  takie, 
jakie noszą kowboje.   
- Montana! Ja ... ja będę teraz wyglądał jak pan!   
Montana mrugnął do niego wesoło.   
- I o to przecież chodzi, wspólniku! A teraz zmykaj i przebierz się. Wkrótce zejdzie się tu całe miasto.   
Kiedy  Ned  wyszedł  z  wozu,  Montana  spojrzał  na  Summer,  która  przez  cały  czas  stała  z  boku  i  tylko 
patrzyła, ze wzruszenia niezdolna wydobyć z siebie głos.   
- To dla małej Hannah - powiedział i wyjął z pudełka prześliczną białą sukienkę, ozdobioną koronkami. 
Jak dla aniołka. - Przebierzesz ją? Czy ja mam to zrobić?   
-  Ja  ...  ja  ją  przebiorę  -  wykrztusiła  Summer,  resztką  sił  powstrzymując  łzy.  -  O,  Boże!  A  ja,  kiedy 
odjechałeś, pomyślałam ...   
Złapał ją za ramię, Pogodna twarz zmieniła się, . jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Oczy   
  błyszczały gniewem.   

.   

- A co sobie pomyślałaś?! Co?! Ze uciekłem? Wzruszyła ramionami, nadrabiając miną. Bo już sama nie 
wiedziała, czy śmiać się, czy płakać. - Coś w tym rodzaju.   
- Powiedziałem ci, że będę razem z wami, póki nie znajdzie się jakiegoś domu dla dzieci. I słowa 
dotrzymam, chociaż jestem tylko ... złodziejem.   
Gotowało się jeszcze w nim, ale czuł, że coś innego zaczyna go absorbować. Usta Summer. Były teraz 
bardzo blisko. Różowe, pełne wargi, lekko rozchylone. Nie mógł oderwać od nich oczu. Podniósł rękę i 
delikatnie musnął je palcem. W jednej sekundzie poczuł w sobie płomień. Dlatego musiał to zrobić, po 
prostu nie było innego wyj ścia.   
Pochylił głowę, teraz musnął jej wargi ustami.   
A zaraz potem pocałował. Był to długi, gorący pocałunek. Po takim pocałunku Summer była pewna, że 
ziemia na moment przestała się kręcić. Jedyne wytłumaczenie, dlaczego w jej głowie było teraz tak pusto. 
I wcale nie miała ochoty otwierać oczu ...   
- Powtarzam - mruknął Montana wprost do jej ust. - Dałem słowo i słowa dotrzymam.   
Znów zaczął ją całować. Chciała go odepchnąć, ale kiedy jej ręka dotknęła jego szerokiej piersi, palce 
bezwiednie zacisnęły się na gorsie koszuli, a usta bez oporu poddały się czystej przyjemności. Bała się 
tylko,  że  jeszcze  moment,  a  nogi  odmówią  jej  posłuszeństwa.  Dlatego  przywarła  do  jego  ramienia,  to 
ramię objęło ją i przycisnęło do twardego, męskiego ciała.   
- Siostro Dobroci ... - szepnął między jednym pocałunkiem a drugim - gdybym wiedział, że siostra będzie 
mi tak wdzięczna, wyszedłbym z tego sklepu objuczony jak wielbłąd ....   
Drewniane  schodki  skrzypnęły.  Natychmiast  odskoczyli  od  siebie.  I  każde  z  nich  nabrało  mocno 
powietrza do złaknionych płuc.     
- Proszę na nas popatrzeć! Proszę! - wołała podekscytowana Pansy. - Och! Ja jeszcze nigdy w życiu nie 
wyglądałam tak ... wytwornie!   
- Ej, nie wierzę - zaprotestował Montana. - Na pewno nie po raz pierwszy dostałaś nową sukienkę·   
-  Nigdy  nie  dostałam!  -  krzyknęła  dziewczynka,  a  Ned,  na  potwierdzenie  jej  słów,  energicznie  skinął 
głową· - Wszystkie ubrania dla mnie mama szyła ze swoich starych sukien, a dla Neda z ubrań taty. I ja 
jeszcze nigdy nie miałam trzewików!   
Zachwycona,  spojrzała  na  swoje  po  raz  pierwszy  w  życiu  obute  nogi.  Poruszała  palcami  w  nowych 
trzewikach, a kiedy podniosła oczy, błyszczały jak gwiazdy.   
- Dziękuję, Montana - szepnęła. - Ja po prostu czuję się teraz ... śliczna.   
- Ja też! - przytaknął żarliwie Ned. - Ja też jestem śliczny!   
-  Drobiazg  -  powiedział  Montana  nieswoim  głosem.  Odchrząknął  i  żartobliwie  zwichrzył  dzieciom 
włosy. - Ale to jeszcze nie wszystko!   
Wyjął z torby dwie gliniane tabliczki i dwa rysiki.   

background image

- Czas zabrać się do nauki, moi drodzy! Kiedy nauczycie się czytać i pisać, będziecie mogli sami czytać 
Biblię i przepisywać z niej wersy.   
Oczy dzieci z wrażenia zrobiły się okrągłe. - Będziecie nas uczyć? - spytała Pansy.   
- Ja na pewno. Myślę, że Summer też będzie miała ochotę.     
- Oczywiście! - zawołała Summer. - Ale teraz, proszę, spójrzcie na swoją siostrzyczkę!   
Podniosła  wysoko  małą  Han.nah  w  nowej sukieneczce.  Dziewczynka  wyglądała  naprawdę jak  aniołek. 
Dzieci zaniemówiły z zachwytu, Montana zresztą też, bo dopiero po dobrej chwili chrząknął i zabrał głos.   
- A więc ... Myślę, że jesteśmy gotowi stawić czoło ludziom z Poplar. I nikomu na pewno nie przyjdzie 
do głowy pisnąć choć słowo na temat naszego wyglądu.   
Uśmiechnął się i odsunął na bok koc, zasłaniający wejście.   
- Idziemy! - zakomenderował. - Pokażmy wszystkim, co potrafi nasza rodzina!   
 
  

 

  

ROZDZIAŁ PIĄTY   
- T o był tłum dobrych, hojnych ludzi - stwierdziła z zadowoleniem Summer, skończywszy przeliczanie 
pieniędzy, które tego wieczoru znalazły się w koszyczku Siostry Dobroci.   
Dzieci,  znużone  dniem  pełnym  wrażeń,  spały  kamiennym  snem.  Nowe  ubrania  porozwieszane  były 
starannie na kołeczkach, wbitych w ścianę wozu.   
-  Może  Warto  by  zostać  w  Poplar  jeszcze  na  kilka  dni?  Ci  ludzie  są  nadzwyczaj  wspaniałomyślni. 
Oczywiście, fortuny tu nie zbijemy, ale trochę pieniędzy będzie można odłożyć.   
Odliczyła  połowę  banknotów  i  wręczyła  je  Montanie.  Wcale  nie  dlatego,  że  zamierzała  być  tak  samo 
hojna, jak ci ludzie z Poplar. Po prostu chciała jakoś odpłacić mu się za życzliwość, jaką okazał dzieciom. 
Sprawił im przecież tyle radości.   
Montana  nie  odezwał  się  ani  słowem.  Machinalnie  odebrał  pieniądze  i  bez  przeliczania  wsunął  je  do 
kieszeni.  Sam  nie  wiedział,  co  się  z  nim  dzieje.  Był  nieswój,  poddenerwowany,  teraz,  kiedy  właściwie 
powinien czuć się jak król. T en wieczór okazał się wielkim sukcesem. Dzieci natychmiast podbiły serca 
wszystkich, a Summer wygłosiła chyba najlepsze swoje kazanie. Bo Montana nie wyobrażał sobie, żeby 
można było wygłosić jeszcze lepsze.   
A on, zamiast się cieszyć, czuł się jak lis, schwytany w pułapkę. Wiedział tylko, że koniecznie musi stąd 
wyjść, opuścić to miejsce choć na chwilę. Może z powodu tego pocałunku, z powodu  tego, co poczuł, 
kiedy ją obejmował. A odczucia były osobliwe. Poczuł się wojownikiem. Obrońcą· I  - co dziwniejsze - 
zapragnął, żeby tak było zawsze.   
Podszedł do wyjścia i odsunął koc. 
- Dokąd idziesz, Montana?   
- Wychodzę·   
- Ale ...   
- Nie martw się - burknął. - Wrócę·   
Wyszedł  w  mrok.  Osiodłał  konia  i  z  miejsca  ruszył  galopem,  kierując  konia  w  stronę  świateł  miasta. 
Właściwie  to  wiedział  już,  czego  mu  teraz  naprawdę  potrzeba.  Saloonu.  Whisky  i  pokera.  Męskiego 
grona,  męskiej  rozmowy.  Śmiałych  dowcipów  i  dosadnych  przekleństw,  za  które  nie  trzeba  nikogo 
przepraszać.   
A przede wszystkim  - nie chciał spędzać kolejnej nocy w pobliżu Summer. Patrzeć na nią przez mrok i 
pragnąć jej tak bardzo, że doprowadzało go to niemal do szaleństwa.   
Pchnął wahadłowe drzwi i z lubością zanurzył się W znajomych zapachach i dźwiękach. Niskie, męskie 

głosy, tubalny śmiech i głośne przekleństwa - dla uszu po prostu rozkosz. W kącie chudy pianista 
brzdąkał na małym pianinie. Przy barze siedziały dwie dziewczyny o mocno uróżowanych policzkach, w 
jaskrawych sukniach z nader śmiałymi dekoltami. Szybko otaksowały Montanę spojrzeniem i posłały mu 

zachęcające uśmiechy. Grupka mężczyzn, zajętych pokerem, spojrzała na niego tylko przelotnie.   
Niestety, nie wszyscy. Bo jeden z nich, z odznaką szeryfa, spojrzał na niego baczniej.   
-  Ejże!  -  zawołał.  -  Czy  ty  przypadkiem  nie  jesteś  tym  zręcznym  graczem,  co  zabrał  mi  wszystkie 

background image

pieniądze w Amarillo?   
Montana  zamarł.  Zanim  jednak  zdążył  wydobyć  z  siebie jakieś  słowo  protestu,  zrobił to  za  niego  ktoś 
inny.   
- On? On na pewno jeszcze nigdy w życiu nie grał w pokera! Przecież to Brat Dobroci!   
Brat Dobroci?! Montana był zaskoczony. Podobnie jak uróżowane dziewczyny z baru, które podchodziły 
już do niego, a teraz wrosły w podłogę. Na zdumionego wyglądał także sam szeryf.   
-  Słyszałem,  że  twoja  piękna  żona  dziś  wieczorem  wygłosiła  kazanie  -  ciągnął  mężczyzna.  -  Za 
pozwoleniem,  to  dama  naprawdę  urodziwa.  A  dzieciaki,  wypisz,  wymaluj,  trzy  aniołki.  A  ty,  gotów 
jestem  się  założyć,  przyszedłeś  tutaj  prawić  nam  kazanie  o  tym,  ile  zła  jest  w  whisky,  kobietach  i 
hazardzie!   
Umysł  Montany  pracował gorączkowo.  Niestety,  wychodziło na to,  że  ulubione  rozrywki  umknęły  mu 
sprzed nosa. Zadnego pokera, żadnej whisky - bo i j ak, skoro wszyscy tu ta j biorą go za bogobojnego 
Brata  Dobroci.  Do  diabła!  A  on  miał  nadzieję,  że  spędzi  tu  sobie  przyjemnie  czas,  zamiast  cierpieć 
katusze, kiedy kolejną noc leżeć będzie oddalony zaledwie o kilka stóp od najbardziej ponętnej i kuszącej 
kobiety, jaką znał.   
- Nie, nie przyszedłem tutaj prawić kazań - powiedział, starając się, aby jego uśmiech, broń   
Boże, nie był wymuszony. - Moja żona tym się zajmuje, nie ja. Zajrzałem tu z czystej ciekawości, bo jeśli 
chodzi o whisky, to napiłem się już dzisiaj, oczywiście, tylko łyczek. Dla zdrowia. Wiecie przecież, że 
dobry Bóg pozwala na wszystko, ale w rozsądnych ilościach.   
Skłonił  elegancko  głowę,  uśmiechnął  się  uroczo  do  dwóch  ladacznic  i  przemaszerował  przez  salę. 
Uścisnął dłoń najpierw pianiście, potem barmanowi.   
- Chwileczkę! - zawołał za nim szeryf. Montana stężał. Jego ręka odruchowo dotknęła miejsca, gdzie pod 
kurtką miał ukryty pistolet.   
-  Ponieważ  jesteście  cały  czas  w  drodze,  chciałbym  was  przestrzec  -  powiedział  szeryf.  -  Od  jakiegoś 
czasu po okolicy grasuje złodziejaszek, młody człowiek, napada na podróżnych na szlaku. Miejcie się na 
baczności. Szeryf Otis Pain z Whistling Creek ściga tego łobuza.   
Ręka Montany opadła. Uśmiechnął się·     
- Powiadasz, szeryfie, że to jakiś młokos? Z chęcią bym się z nim spotkał.   

Odwrócił się ku drzwiom. I nagle znów usłyszał za plecami:   
- Poczekaj!   

Czuł, że oblewa się potem.   
Właściciel saloonu podszedł do niego i wręczył mu butelkę.   
  
-  Moja  najlepsza  whisky.  Proszę,  przyjmij  ją,  Bracie  Dobroci.  I  racz  się  nią,  aby  zdrowie  zawsze  ci 
dopisywało.   

Montana zaniemówił, ale tylko na moment. Właściciel saloonu mówił to przecież na serio.   

 
- Dziękuję, bracie. Przyjmę ją w takim samym duchu, w jakim została mi podarowana. Niech ... ci Bóg 
błogosławi.   

 

Wyszedł  z  saloonu.  Wskoczył  na  konia  i  z  miejsca  ruszył  galopem.  Kiedy  tylko  wyjechał  z  miasta, 
wstrzymał konia, odkorkował butelkę i pociągnął z niej porządny łyk.   

 
- O, tak! Niech ci Bóg błogosławi, dobry człowieku! - mruknął i znów przytknął butelkę do ust.   

Summer zasypała popiołem ognisko, potem   
. poskładała starannie stare ubrania dzieci. Wyłatała je porządnie i wycerowała, dzieci mogą je przecież 
nosić  do  zabawy,  albo  kiedy  pomagają  jej  w  pracach  domowych.  A  w  nowe  ubrania  wystroją  się 
wieczorem, kiedy Summer wygłasza kazania.     

 

Ciasto na biskwity było już wyrobione. Rosło sobie teraz w dzieży, przykrytej ściereczką· Jeszcze tylko 
maślanka, trzeba zanieść ją do strumienia, niech przez noc chłodzi się w zimnej wodzie.   

 

Chwyciła za dzbanek z maślanką. Poniosła go nad strumień, wstawiła do wody i obłożyła kamieniami. 
Po  upalnym  dniu  chłodna  woda  była  tak  kusząca.  Nie,  nie  można  się  było  jej  oprzeć.  Pomknęła  z 
powrotem do wozu po mydło i koszulę nocną i wróciła nad strumień.   

Szybko pozbyła się ubrania i weszła do wody.   

background image

Kiedy  woda  sięgnęła  jej  biustu,  aż  westchnęła  z  zadowolenia.  Namydliła  się,  zanurzyła  w  wodzie  i 
krztusząc się i plując, wynurzyła znów na powierzchnię. Zaśmiała się, po prostu z czystej przyjemności. 
Potem przez chwilkę unosiła się w tej wodzie, popatrując na gwia,zdy. Po prostu było bosko! Wszystko, 
co  miała  do  zrobienia,  zrobiła,  i  teraz  z  czystym  sumieniem  mogła  rozkoszować  się  wolną  chwilą· 
Popłynęła więc sobie powolutku do drugiego brzegu, potem również powolutku popłynęła z powrotem. 
Wyszła z wody i wspiąwszy się na brzeg, wytarła się energicznie w płócienną płachtę·   
Kiedy  sięgała  po  nocną  koszulę,  nastąpił  kres  przyjemności.  Aż  wstrząsnęło  nią.  Nie,  nie  wieczorny 
chłód. Tylko znajomy, wesoły głos:   
- Proszę, proszę! Siostra Dobroci! Trzeba przyznać, że widok jest uroczy!   
- Montana!-   

Natychmiast zasłoniła się koszulą jak tarczą·   

I  teraz  go  zobaczyła.  Stał  nieopodal,  oparty  o  pień  starego  drzewa.  W  pozie  niedbałej,  z  ramionami 
skrzyżowanymi na piersiach.   
- A co ty tak szybko wróciłeś?   
- Pomyślałem sobie, że na pewno tęsknisz za mną· Nie chciałem ci robić zawodu.   

 

Oderwał się od pnia i zaczął do niej podchodzić, zmuszając ją do pospiesznego cofania się· Wycofywała 
się, owszem, póki woda nie zaczęła chlupać jej wokół kostek.   

 

- Niestety, nie witasz mnie z radością, Summer! Nie spodziewałem się tego!   
Jej głos był lodowaty.   

 

- Mam nadzieję, że jesteś na tyle przyzwoity, że odwrócisz się teraz i poczekasz, póki się nie ubiorę·   
On, oczywiście, roześmiał się.   

 
- Dla mnie możesz chodzić taka, jaką Pan Bóg cię stworzył! - Jego wzrok, pełen aprobaty, przemknął po 
całej  jej  postaci.  -  Jestem  pełen  uznania  dla  Jego  dzieła.  Z  tego,  co  dostrzegam,  mogę  wysnuć  tylko 
jeden wniosek. Jesteś, pani, kobietą o idealnych kształtach.   
- A pan jesteś pijany!   
- Nie. Jeszcze nie. Ale zamierzam dojść do tego stanu, czemu nie?   

 

- Czyli, tak jak podejrzewałam, pojechałeś do saloonu!   

 
- Tak, proszę pani. Pojechałem do saloonu. Wyciągnął rękę i przesunął palcem po białym wzgórku jej 
riłmienia. Drgnęła. Uzmysławiając   

sobie z rozpaczą, że nie ma dokąd uciekać. Jeszcze jeden krok w tył i zanurzy się w wodzie.   

 
-  To  okropne  ...  -  cedził  Montana,  wpatrując  się  intensywnie  w  białą  kolumnę  jej  szyi  -  kiedy  przed 
człowiekiem idzie jego reputacja.   
- Reputacja?   

 

Odepchnęła jego rękę, ale co z tego, skoro on zabrał się teraz za odgarnianie wilgotnego pasma włosów z 
jej policzka.   
- Tak. Niestety, Bratu Dobroci nie uchodzi przebywać w jaskini zła.   
- Bratu Dobroci?!   
- Tak właśnie mnie nazwali w saloonie. Bratem Dobroci! Nie pozostawało mi nic innego, jak udzielić im 
mojego błogosławieństwa i szybko zrejterować.   

 
- Zrobiłeś to? - Nie spodzievyała się tego po sobie, że jej głos złagodnieje aż do tego stopni~l.. - Jestem 
bardzo zadowolona, że zaakceptowałeś swoje obowiązki.   
Obowiązki! Ten wyraz napełnił go goryczą. Przecież on teraz pragnął zapomnieć o jakichkolwiek 
obowiązkach i odpowiedzialności. Zapomnieć o wszystkim, oprócz niej, Summer. I przytulić ją do siebie.   
A ona jazgotała dalej.   

 
- Jednego nie rozumiem. Jeśli w saloonie udzieliłeś tylko błogosławieństwa, to dlaczego jesteś pijany?   
- Wdzięczny właściciel saloonu dał mi butelkę whisky. Dla celów zdrowotnych, oczywiście.   
- Bo ty słabujesz i koniecznie potrzebujesz jakiegoś medykamentu. Teraz rozumiem.   
- Aha ... A najlepszym medykamentem na moją słabość jesteś ty ...   

 

Zanim  zdążyła  zaprotestować,  przykrył  jej  usta  swoimi.  Pocałunek  był  powolny  i  wymyślny,  taki,  od 
którego  zakręciło jej  się  w  głowie,  a  wszystkie  kości  jakby  nagle  się  rozpłynęły.  W  rezultacie  koszula 

background image

nocna, którą gorliwie zasłaniała swoją nagość, wysunęła się z rąk i opadła na ziemię, a palce zacisnęły się 
na czymś innym. Na przegubie ręki Montany.   

 

Pocałunek zdawał się trwać i trwać, najpierw czyniąc ją bezwolną, a potem wypełniając ją całą· J ego usta 
były gorące, stanowcze i bardzo biegłe. Jej usta drżały, bezbronne w obliczu takiej maestrii.   
- Smakujesz tak samo dobrze, jak wyglądasz, Summer.. ..   
- A ty smakujesz jak. ..   

 
Jak  grzech.  Był  pokusą,  której  bardzo  trudno  było  się  oprzeć.  Jej  nagie  ciało  prężyło  się,  wyginało, 
spragnione  dotyku  twardych  palców  Montany.  Choć  zdawała  sobie  sprawę,  że  jeśli  jej  dotknie,  będzie 
zgubiona.   
Opamiętała się.   
- Czuć od ciebie whisky! - rzuciła gniewnie i ciężko dysząc, odepchnęła go od siebie. - Na pewno 
wypiłeś co najmniej połowę z tej butelki! - Gdybym wysączył do dna, nie byłoby tej rozmowy. 
Leżałabyś już na mojej derce i mruczała jak kociątko.     

 

Prychnęła pogardliwie i chwyciwszy swoją koszulę, owinęła się w nią jak w jakiś płaszcz dostojeństwa.   
- Masz zbyt wygórowane mniemanie o swoim męskim uroku!   

 
- A ty, Siostro Dobroci, jeśli kiedykolwiek zdecydujesz się zejść ze swojego piedestału, będziesz mogła 
sama go ocenić.   

 

Minęła go szybko, ale niestety musiała się przy tym o niego nieco otrzeć. T rudno, tylko w ten sposób 
mogła  wycofać  się  skutecznie.  Ale  kiedy  go  wyminęła,  odwróciła  się  i  rzuciwszy  mu  miażdżące 
spojrzenie, pchnęła go z całej siły do strumienia ..   
- Trochę wody dla ochłody, Bracie Dobroci! Nocne powietrze aż drżało od przekleństw Montany, które 
towarzyszyły jej przez całą drogę   
powrotną do wozu.   

.   

 
Zostali w Poplar jeszcze dwa dni. Na oba kazania ludzie przybyli tłumnie i do koszyczka Siostry Dobroci 
dwukrotnie spadł prawdziwy deszcz banknotów. Wszystko układało się pomyślnie, ale stosunki między 
Summer a Montaną były bardzo chłodne. Nawet dzieci to zauważyły.   

 
- Co się dzieje z Montaną? - zapytała Pansy, niby mimochodem, zajęta pleceniem wianuszka ze stokrotek 
dla małej Hannah. - On jest teraz taki marudny!   

 

Summer z kolei udawała, że jest szalenie zajęta przygotowywaniem obiadu. A szykowała się prawdziwa 
uczta,  ponieważ  hojne  damy  z  Poplar  obdarowały  ją  wielkim  koszem  pełnym  słoików  z  dżemem  i 
galaretkami, bochenków chleba I mIęsa.   
Wzruszyła ramionami.   

 

- Och ... Mężczyźni czasami tacy są. Wtedy powinni przebywać głównie w męskim towarzystwie.   

 

- A ja myślę, że jest inaczej - oświadczyła dziewczynka.  - On cały czas uważnie wpatruje  się w panią, 

szczególnie wtedy, kiedy pani wy_ głasza kazanie.   

 

Była to prawda, niestety, trudno, żeby Summer tego nie zauważyła. I było to nadzwyczaj deprymujące. 
Bo kiedy Montana patrzył na nią ponad głowami innych ludzi, miała wrażenie, jakby tym swoim 
spojrzeniem sięgał po nią. I dotykał jej. Czasami odczuwała to tak mocno, że skóra w miejscach, gdzie 
on niby dotknął, aż paliła. T ak było podczas kazań, bo poza tym prawie się do siebie nie odzywali. Po 
tamtym gorącym pocałunku nad strumieniem zamienili ze sobą może tuzin słów. O tamtym gorącym 
pocałunku Summer rozmyślała co noc, kiedy leżała sama pod wozem. I zastanawiała się, co stałoby się 
potem, gdyby ona tego pocałunku nie przerwała. A życzyłaby sobie ...   
- Tata też czasami tak patrzył na mamę - odezwała się niewinnym głosikiem dziewczynka. - Mama wtedy 
mówiła, że nadszedł czas na ,_ uzdrawiający dotyk.   
- Uzdrawiający dotyk?   
- Tak. Tak mama powiedziała. Nie wiem, co to znaczy, ale następnego dnia mama i tata byli tacy weseli, 
ciągle się śmiali. A kiedy pytałam, z czego się śmieją, mówili, że z takich tam różnych rzeczy.   
Z takich tam różnych rzeczy ... Summer poczuła ciarki na plecach.   
- Pora zbierać się i ruszać w dalszą drogę - powiedziała z westchnieniem_ - Nowe miasto, nowi ludzie ... 
Może wtedy na wszystko spojrzymy inaczej ...   

background image

- Ale mi się tu podoba - powiedziała Pansy.   
- Mnie też - przyznała z uśmiechem Summer. - Ale jechać trzeba. I nie martw się, może w następnym 
mieście spodoba ci się jeszcze bardziej.   
 
W ciągu następnych dwóch tygodni przejechali przez osiem miast. Niektóre z nich trudno było nazwać 
miastem, zaledwie kilka domów i obejść, bardzo zaniedbanych. Ale trafiały się również miasta zamożne i 
rozkwitające, ze znakomicie prosperującymi ranczami i biznesami.   
T ego mężczyznę Montana zauważył w mieście T owering Butte. Ubrany był porządnie, na głowie miał 
kapelusz  z  szerokim  rondem,  a  na  każdym  biodrze  wisiał  kolt.  Stał,  wmieszany  w  tłum,  ale  jego 
spojrzenie  nie  było, tak jak  u  pozostałych  osób, skierowane  na  Summer,  lecz  przemykało  po  twarzach 
obecnych. Póki nie spoczęło na trójce dzieci, stojących koło wozu Siostry Dobroci.   
Montana czuł, jak na moment krew przestaje krążyć w jego żyłach. On stróża prawa wyczuwał z daleka. 
Szybko podszedł do dzieci i kazał im wejść do wozu. Zasunął porządnie koc, zasłaniający wejście i zszedł 
po schodkach. Rozejrzał się dookoła. Po mężczyźnie nie było ani śladu.   
T  ego  wieczoru  Montana  w  ogóle  się  nie  odzywał.  Po  kolacji  usiadł  na  uboczu,  z  kubkiem  gorącej, 
parującej  kawy  w  ręku  i  rozmyślał.  Nad  tym,  co  podpowiadał  mu  instynkt,  który  nigdy  jeszcze  go  nie 
zawiódł. A podpowiadał, że jest niedobrze, bardzo niedobrze. Trzeba uciekać, choć ludzie w tym mieście 
dorównują hojnością ludziom z Poplar.   
Sumtnerwyszła z wozu. Postała chwilę, popatrując na Montanę, i podeszła do niego bliżej.   
- Montana? Co się stało?   
Wzruszył ramionami.   
- Jeszcze nie wiem. Jak się czegoś dowiem, powłem ci.   
Wylał resztkę kawy do ogniska, na płomienie. Zaczęły syczeć, a on odwrócił się na pięcie i ruszył do 
swojego konia.   
- Dokąd jedziesz, Montana?   
- Do miasta. Nie bój się, nie będę pił. Chcę się po prostu rozejrzeć.   
Osiodłał konia i wkrótce pochłonął go mrok. Najpierw podjechał pod miejscowy areszt. Nawet nie zsiadł 
z konia. Sporzał tylko w okno. Wystarczyło, żeby przekonać się, że szeryf jest w swoim biurze sam.   
Potem pojechał do pensjonatu, jedynego w Towering Butte, gdzie dowiedział się, że żaden z  gości nie 
przypomina opisanego przez niego mężczyzny. Niestety, właściciel pensjonatu, który gorliwie wysłuchał 
kazania  Siostry  Dobroci,  zatrzymał  go  jeszcze  dobrą  chwilę  i  Montana,  żeby  nie  wzbudzać  podejrzeń, 
musiał cierpliwie wysłuchać peanów na cześć Siostry Dobroci, tracąc przy tym cenne minuty.   
Podobnie było w saloonie. Nikt nie widział owego mężczyzny, ale każdy musiał powiedzieć choć słowo 
na  temat  wspaniałego  kazania.  A  gości  w  saloonie  było  sporo.  W  końcu  Montanie  udało  się  stamtąd 
wydostać. Zły jak diabli wskoczył na konia i nagle ... nagle poczuł na plecach lód.   
T ego obcego nie ma w mieście. Czyli może być teraz tylko w jednym miejscu ..   
Gnał  na  złamanie  karku,  przeklinając  w duchu  swoją  lekkomyślność.  I  modlił się  żarliwie,  żeby  dobry 
Bóg pozwolił mu dojechać tam na czas.   
 
Kiedy  Summer  usłyszała  tętent  kopyt,  jeździec  podjeżdżał  już  do  obozowiska.  To  był  jakiś  obcy 
mężczyzna, niestety nie Montana. Nie wiedziała jeszcze, kto to jest. Ale bała się. Strach dławił, a było za 
późno biec po broń. Mały deringer schowany był pod derką rozłożoną pod wozem.   
Nie nosiła go ze sobą, te kilka tygodni pod skrzydłami Montany oduczyło ją czujności.   
Mężczyzna  zsiadł  z  konia  i  podszedł  do  niej  niedbałym  krokiem.  Zaczęła  dygotać  ze  strachu,  choć 
naturalnie, starała się to ukryć.   
- Kim pan jest?   
- Nazywam się Wade Farmer.   
Spojrzenie mężczyzny było twarde jak krzemień. Ręka wykonała szybki ruch, w ręku pojawił się pistolet, 
wycelowany prosto w serce Summer.   
- Pracuję w Agencji Detektywa Pinkertona.   

background image

Zostałem wynajęty przez Ellsworthów, mam przywieźć im dziecko. Pani doskonale wie, o jakie dziecko 
chodzi.  Mała  dziewuszka.  Widziałem  ją,  całą  trójkę  zresztą.  Pani  ukrywa  małych  zbiegów,  a  to  jest 

przestępstwo.   
J ego bystry wzrok przemknął po łące. 
  - Gdzie pani mąż?   
Mimo panicznego strachu umysł Summer pracował teraz na pełnych obrotach.   
-  Mój  mąż? Jest nad strumieniem,  czyści  broń.  Lepiej,  żeby  pan  stąd  odjechał,  zanim  on  tu  się  zjawi. 

Mąż jest człowiekiem bardzo gwałtownym ... bardzo.   
Po twarzy Farmera przemknął szyderczy uśmieszek.   
- Rozumiem ... I już się go boję ...   
Ruchy miał nieprawdopodobnie szybkie. Złapał ją za suknię, przyciągnął do siebie i chwycił za włosy. 

Szarpnął tak mocno, że w oczach Summer zakręciły się łzy.   
-  Nie  próbuj  mnie  przechytrzyć,  kobieto!  -  warknął.  -  Kręcę  się  tu  koło  was  już  od  jakiegoś  czasu  i 

wiem, że jego tutaj nie ma. A teraz przejdźmy do sprawy. Przyjechałem po dzieci. Masz je zaraz tutaj 

przyprowadzić!   
- Och, nie ... proszę ... - odezwała się błagalnym głosem. - Przecież to są dzieci, małe dzieci! Nie można 
ich tak nagle zabierać, po nocy. Będą przerażone!   
- Szkoda, że nie pomyślały o tym, za mm uciekły. Idziemy!   
Zaczął popychać ją w stronę wozu.   
- Szybciej! Nie mam czasu! Przede mną daleka droga!   
Szła,  potykając  się  co  chwila,  nic  nie  widząc  przez  piekące  łzy.  Farmer  wepchnął  ją  po  schodkach  i 
odsunął na bok koc.   
- Wstawać! - huknął.   
Pansy  i  Ned,  wyrwani  z  głębokiego  snu,  usiedli  półprzytomni  i  zaczęli  przecierać  oczy.  Mała  Hannah 
zamrugała tylko oczkami. Wsadziła paluszek do buzi i przekręciła się na drugi boczek.   
- Ubierajcie się! - rozkazał Farmer. - Zabieram was do Hollow Junction.   
Lufa pistoletu nadal była przytknięta do skroni Summer.   
- Nie! - krzyknęła przerażona Pansy. - Niech pan nie robi jej nic złego!   
- Rozwalę jej głowę, jeśli nie zaczniecie się ruszać. Szybko, ubierać się!   

Pansy i Ned natychmiast spełnili jego rozkaz.     
- Teraz mała! - warknął Farmer.   
Pansy rzuciła się do ubierania Hannah. Rozbudzone dziecko płakało i wierzgało nóżkami. - Teraz daj mi 
ją! - rozkazał Farmer, ale Pansy   
nie wypuszczała siostrzyczki z objęć.   
- Nie dam - powiedziała stanowczym głosem.   
- Powiedziałem ...   
- Nie! - powiedział Ned. Jego twarz była blada, ale oczy pełne determinacji. Stanął obok siostry i 
powtórzył: - Nie! Nie dotknie pan naszej Hannah!   
Chwycił za glinianą tabliczkę i rzucił nią, celując w głowę Farmera.   
- Ach, ty mały ...   
Agent zrobił unik. I tego ułamka sekundy potrzebowała Summer. Chwyciła za Biblię. Gruba, oprawiona 
w skórę księga trafiła w głowę Farmera. Zatoczył się. Pistolet wysunął mu się z rąk i upadł na podłogę. 
Pansy, balansując z małą Hannah na ręku, kopnęła pistolet, posyłając go do ciemnego kąta.   
Zanim  Farmer  zdążył  sięgnąć  po  drugiego  kolta,  mały  Ned  przypadł  mu  do  nogi  i  wbił  zęby  w  jego 
kostkę. Farmer zawył z bólu, zaczął kląć, kopać, na próżno usiłując odpędzić. od siebie chłopca, który 
wczepił się  w  niego jak  rzep.  W  końcu  mu  się  udało.  Mały  Ned  upadł na  podłogę·  A  Farmer,  blady  z 
wściekłości, warknął:   
- Za płacicie mi za to!   
Kiedy sięgał po swojego kolta, nagle wszyscy usłyszeli pełen gniewu głos Montany:     

background image

- No, bracie, spróbuj tyko wyciągriąć broń przeciw tym dzieciom i tej kobiecie! Natychmiast z rozkoszą 
poślę cię do piekła, ty draniu!   
 
Summer zgasiła ognisko i zaczęła zbierać swój skromny dobytek. Świadoma, że Farmer, zakneblowany i 
przywiązany do drzewa, śledzi każdy jej ruch.   

Z wozu wyszedł Montana.   
- Zasnęły - powiedział półgłosem.   
- To dobrze ... Biedactwa! Jakież to musiało być dla nich straszne przeżycie!   

Montana uśmiechnął się.   
- Nie doceniasz ich, moja droga! One przede wszystkim są z siebie bardzo dumne. I mają do tego pełne 
prawo.  Broniliście  się  dzielnie.  A  Ned  wyznał  mi,  że  wcale nie bał  się  rzucić. do  walki.  Natchnęła  go 
opowieść  o  Dawidzie  i  Goliacie.  Ty  sama  zresztą  mówiłaś  mu,  że  ten,  kto  ma  rację,  zwycięży 
najpotężniejszego z potężnych.   
- Mówiłam, oczywiście ... Ale kto by się spodziewał... Taki mały chłopczyk ..   

Summer otarła łzę.   
- Spakuję szybko rzeczy. Przez noc możemy ujechać spory kawał.   
Montana odczekał, aż Summer wejdzie do wozu i podszedł bliżej do Farmera.   
-  Powinieneś  być  wdzięczny,  draniu,  że  Siostra  Dobroci  ma  taki  dar  przekonywania  -  wycedził.  -  Bo 
gdyby  zależało  to  tylko  ode  mnie,  zostawiłbym  cię  tutaj  sępom  na  pożarcie.  Ale  dzięki  niej  masz 
sposobność ocalić swoją skórę. Jeśli jesteś sprytny, po jakimś czasie uda ci się uwolnić z tych więzów. 
Wracaj wtedy do Hollow Junction i powiedz Ellsworthom, żeby poszukali sobie innego dziecka.   
Farmer coś zabełkotał. Montana podszedł do niego i wyjął knebel.   
- Czyżby to była obietnica, że zostawisz nas w spokoju?   
- Tak, to była obietnica! Obietnica, że zobaczę na własne oczy, jak będziesz wisiał! Pewien szeryf, Otis 
Pain z Whist1ing Creek, jedzie tu za mną i on aż się pali, żeby wsadzić ci na szyję stryczek!   
- Najpierw ten Pain musi mnie schwytać! Montana wepchnął mu knebel z powrotem.   
Jeszcze  raz  sprawdził  węzły,  upewniając  się,  że  Farmer  nie  uwolni  się  z  nich  zbyt  szybko.  Potem 
wskoczył na kozioł, pomógł wsiąść Summer i cygański wóz Siostry Dobroci ruszył powoli po zielonej 
łące.   
- Sprawiłaś się nieźle - mruknął Montana po chwili.   
- To nie ja. To dzieci. Były takie dzielne! Jestem z nich bardzo dumna. Ale lepiej nie mówmy już o tym. 
Bo to było po prostu straszne. Montana! Myśmy omal ich nie stracili! A ja ... ja nie chcę się z nimi 
rozstawać.   
Powiedziała to tak miękko i łagodnie, że Montana w pierwszej chwili myślał, że się przesłyszał.   
- Nigdy? - spytał cicho.     
- Nigdy. Chcę, żeby zostały ze mną na zawsze.   
- Ale jak ty dasz sobie radę?·   
- Nie wiem. Wiem tylko, że kiedy Farmer próbował je zabrać, byłam zrozpaczona. Muszą ze mną zostać. 
Jakoś sobie ze wszystkim poradzę· - W porządku. I zawsze możesz liczyć na mnie, Summer.   
- Dziękuję, Montana.   
Odchyliła głowę i spojrzała na aksamitne niebo usiane gwiazdami. Jedna z gwiazd oderwała się nagle od 
nieboskłonu i zaczęła spadać. Dobry znak. .. Na pewno, bo nie pamiętała, żeby kiedykolwiek w jej duszy 
był taki spokój, choć niedawno przeżyli chwile pełne grozy. Może ten spokój bierze się stąd, że Summer 
swoje ciężary dźwigała zawsze sama. A teraz, po raz pierwszy w życiu, ktoś chciał jej w tym ulżyć.   
 

ROZDZIAŁ SZÓSTY   
Jechali trzy dni, nigdy głównym szlakiem, farmy i miasta omijając z daleka. Trzeciego dnia przejechali 
przez  rzekę  i  kiedy  znaleźli  się  na  drugim  brzegu,  zobaczyli  przed  sobą  przepiękną  krainę,  usianą 
zielonymi niewysokimi wzgórzami o łagodnych zboczach.   
Montana wjechał wozem na szczyt jednego ze wzgórz. U jego podnóża rozpościerało się niewielkie ładne 

background image

miasto okolone dostatnimi ranczami. - I co o tym sądzisz? - spytał, spoglądając na Summer, która z małą 
Hannah na podołku siedziała obok niego na koźle.   
- Wygląda na miłe miejsce - odparła. - Odpowiednie na wygłoszenie kazanie. Ale nie będę ukrywać, że 
mam pewne obawy. Jak myślisz, czy ten agent Pinkertona dalej nas ściga?   
- Nigdy nic nie wiadomo ... Może i ściga, ale z drugiej strony ... przecież jesteśmy bardzo ostrożni. Nie 
jechaliśmy  głównym  szlakiem,  nie  zostawialiśmy  po  sobie  żadnych  śladów.  Poza  tym  pojechaliśmy  w 
zupełnie innym kierunku, niż on mógłby się spodziewać.   
- Czyli sądzisz, że zrezygnował?   
Spojrzał na nią i jak zwykle widok Summer na moment odebrał mu mowę. Tym razem też, kiedy tak 
patrzył na jej słodką twarz w obramowaniu czarnych loków, i widział, jak tuli do serca malutkie dziecko, 
nie  mógł  oprzeć  się  wrażeniu,  że  wygląda  zupełnie  jak  Madonna  z  Dzieciątkiem  z  jakiegoś  pięknego 
starego obrazu.   

Nie wolno mu było jej okłamywać.   
_  Nic  pewnego,  Summer  -  wyznał  szczerze.  _  Ludzie  Pinkertona  to  takie  kundle.  Jak  chwycą  kość  w 
zęby, już jej nie wypuszczą· Ale nawet, jeśli nas ściga, i tak zyskaliśmy na czasie. Myślę, że możemy już 
zatrzymywać się w miastach, ale tylko na jedną noc, nie dłużej. Wtedy zawsze będziemy go wyprzedzać.   

Summer, zastanowiwszy się chwilę, skinęła głową·   

_ Dobrze. A więc jedźmy do tego miasta. Wieczorem wygłoszę tam kazanie.   
 
Summer, schodząc z wozu po schodkach, rozpostarła szeroko ramiona.   
- A gdzież jest ta najsłodsza, naj piękniejsza dzidzia pod słońcem? - zawołała wesoło.   
Mała Hannah z rozpromienioną buzią wyciągnęła rączki i kołysząc się jak kaczuszka, podreptała prosto w 
ramiona  Summer.  Montana,  wycierając  z  twarzy  resztki  piany,  obserwował  obie  damy  w  lusterku. 
Summer  chwyciła  malucha  na  ręce,  wycisnęła  na  pucołowatym  policzku  siarczystego  całusa,  potem 
zakręciła  się  w  kółko.  Mała  piszczała  z  radości.  W  nagrodę  dostała jeszcze  dwa  całusy,  po jednym  na 
każdy policzek.   
W ciągu tak krótkiego czasu Summer nauczyła się wspaniale zajmować dziećmi, jak naj prawdziwsza, 
najbardziej troskliwa i czuła matka.   
- Ned! Pansy! - zawołała. - Lekcje odrobione?   
- Tak, proszę pani - oznajmiła z dumą Pansy. - Montana sprawdził. Ja policzyłam wszystko bezbłędnie, 
ale Ned pomylił się w dwóch działaniach.   
- Tylko w dwóch? - Summer żartobliwie zwichrzyła chłopczykowi czuprynę.  -' Jestem z ciebie dumna, 
Ned. A nad tymi dwoma działaniami popracujemy razem, zobaczymy, na'czym polega twój błąd.   
-  Montana  jużmi  powiedział.  I  jutro  ...  -  Chłopczyk  wyprostował  szczuplutkie  ramionka.  -  Jutro 
wszystkie działania zrobię dobrze!   
Montana nie odwracał oczu od lusterka. Dzieci miały na sobie odświętne ubrania, świeżo umyte włosy 
lśniły,  oczy  błyszczały  z  podniecenia.  Summer,  w  białej  bluzce  i  czarnej  spódnicy,  z  gładko 
przyczesanymi  włosami,  wyglądała  skromnie  i  poważnie.  I  im  dłużej  Montana  przyglądał  się  małej 
gromadce,  tym  bardziej  rozpierało  go  pewne  uczucie,  którego  doświadczał  bardzo  rzadko.  Uczucie 
dumy.     
Duma jednak szybko znikła, ustępując miejsca melancholii. Przecież o tym, co miał teraz przed oczami, 
marzył całe dzieciństwo. O rodzinie prawdziwej. Dobra kobieta. Ładne, zdrowe dzieci. A on ... Na krótką 
chwilę  wyobraził  sobie,  jakby  to  było,  gdyby  porzucił  swoje  dotychczasowe  ...  zajęcie  i  został  z  tą 
gromadką  na  zawsze.  Wziął  na  swoje  barki  całą  odpowiedzialność.  Chronił  ich,  troszczył  się  o  nich  i 
starał się zapewnić im dobrobyt. Ale cóż ... to było tak, jakby nagle zapragnął gwiazdki z nieba.   
Nagle dotarło do niego, że Summer coś mówi. - ... ludzie z miasta już tu podążają. Widzę pierwszy wóz. 
Montana, będziesz miał oko na wszystko? Pojmujesz, o chodzi?   
Spojrzała na niego znacząco.   
- Naturalnie, Summer! Zawsze możesz na mnie liczyć.   
 

background image

Dzieci spały już głębokim snem. Summer otuliła je kocami i na chwilę po prostu przysiadła przy nich, 
popatrzeć na nie i powspomiać ten ostatni wieczór.   
Niezapomniany.  Była  dumna  z  siebie. Jej  kazanie  wycisnęło  z  oczu  łzy  i  wzbudziło  wielki  entuzjazm. 
Pailsy,  porwana  ogólnym  uniesieniem,  zerwała  się  na  nogi  i  dodała  do  kazania  kilka  własnych, 
zaimprowizowanych  słów.  Bardzo  pięknych,  ludzie  prosili,  żeby  mówiła  dalej.  Mały  Ned  głosikiem 
aniołka  intonował  hymny.  Jego  trud  jeden  z  ranczerów  wynagrodził  kilkoma  pensami.  A  Hannah, 
rozdając słodkie uśmiechy na prawo i na lewo, zawojowała serca wszystkich obecnych na kazaniu ludzi.   
Największą jednak niespodziankę sprawił Montana. Stał u boku Summer, kiedy żegnała się z wiernymi, 
każdemu ściskając dłoń i poznając jego imię. Jeden z mężczyzn wręczył Montanie zwitek banknotów, a 
on, o dziwo, stanowczo odmówił, twierdząc, że ranczer dał już wystarczający datek.   
- Bóg jest dla nas bardzo łaskaw - powiedział.   
- Nasze serca przepełnione są miłością.   
I to było dokładnie to, co czuła teraz, kiedy patrzyła na buzie trzech aniołków, pogrążonych we śnie. Jej 
serce  przepełnione  było  miłością.  I  przysięgła  sobie,  że  nigdy  nie  pozwoli  rozdzielić  kochającego  się 
rodzeństwa. Nie pozwoli nikomu, nawet temu, kto będzie powoływał się na prawo. T rudno, zawsze była 
na bakier z prawem, widocznie tak już musi być. Byle tylko z tego łamania prawa wynikło jakieś dobro. 
A  jej  kazania  są  ludziom  potrzebne  i  wcale  nie  czuła  się  oszustką,  wygłaszając  je  z  wielkim 
przekonaniem, że to co mówi jest dobre. A zatrzymanie tych dzieci przy sobie, nawet jeśli jest wbrew 
prawu, jest dobrem. Nie tylko dla niej, ale przede wszystkim dla nich. Nie pozwoli ich rozdzielić, choćby 
miała całe życie łamać prawo.   
Przebrała się cichutko w koszulę nocną i wyszła z wozu. Montana z kubkiem parującej kawy   
stał przy ognisku. Jego przystojna twarz, teraz surowa i nieruchoma, jakby wykuta w kamienu, zwrócona 
była  ku  rozgwieżdżonemu  niebu.  Serce  Summer  przyśpieszyło  bicie.  Pomyślała,  że  ona  z  chęcią  też 
napiłaby  się  kawy.  Czemu  nie?  Prawie  natychmiast  jednak  poniechała  tego  pomysłu.  Ciepły  wieczór 
rozpalał  zmysły,  iskrzenie  między  nią  a  Montaną  zdawało  się  osiągać  temperaturę  wrzenia.  Dlatego 
rozsądniej byłoby zachowywać dystans.   
Wsunęła się pod wóz i kiedy zaczęła rozkładać swoją derkę, nagle poczuła zimny powiew wiatru. Gdzieś 
daleko zagrzmiało. Spojrzała w niebo. Księżyc i gwiazdy znikły za zasłoną ciężkich, burzowych chmur, 
które gnał wiatr. Noc stała się atramentowo czarna.   
Nagle tuż za sobą usłyszała głos Montany.   
- Czy pod tym wozem wystarczy miejsca dla dwojga?   
Bez  słowa  przesunęła  nieco  swoją  derkę,  podniosła się  z  kolan  i  stanęła obok  Montany.  Może  było  to 
tylko  złudzenie,  ale  nagle  wydał  jej  się  jakby  wyższy,  silniejszy,  bardziej  władczy,  a  jego  uśmiech 
tajemniczy.  I  nieprawdopodobnie  kuszący.  Dlatego  pomyślała,  że  ona  sobie  tego  nawet  nie  wyobraża. 
Zeby miała teraz ułożyć się na derce rozciągniętej obok derki Montany ...   
_ Proszę, zrobiłam ci miejsce. I wybacz, ale ja ... ja muszę iść jeszcze nad strumień. Trzeba pozmywać 
statki.   
- Nadciąga burza, Summer.   
- Za chwilę wrócę.   
Światło błyskawicy rozjaśniło niebo, dokładnie w chwili, kiedy Summer uniosła brzeg koszuli i po prostu 
zaczęła biec. Serce trzepotało w niej jak ptak w klatce. Bo i co ona ma teraz zrobić? Nie może wrócić pod 
ten wóz, absolutnie, gdzie więc schroni się przed burzą?   

 

Kiedy dobiegła na brzeg, na gładką taflę wody zaczęły spadać pierwsze ciężkie krople deszczu. - 
Summer...   

 

Znów usłyszała tuż za sobą niski, dźwięczny głos Montany.   

 
- Summer! Jak długo jeszcze zamierzasz zaprzeczać?   
Odwróciła się i przyłożyła obie ręce do piersi. T am, gdzie serce tłukło się jak oszalałe.   
- Zaprzeczać ... czemu?   
- Temu, czego chcemy oboje.   
- Ale ja ... ja niczego nie chcę! - Potrząsnęła głową bardzo energicznie. - Niczego! 
  - Nie chcesz mnie, Summer?   

background image

- Ja?! Ciebie? Och ... Och, Boże! Czy ty musisz tak wszystko komplikować?   

 
- Tu nie ma czego komplikować, bo wszystko jest nadzwyczaj proste. Chcę cię, Summer.   
- Chcesz. - Jej głos nagle stwardniał. - Tylko to się dla ciebie liczy. Bierzesz to, na co masz ochotę·   
- Racja.   
Niezupełnie. Owszem, brał, co chciał przez całe swoje dorosłe życie. Do tej chwili. Bo teraz było inaczej, 
zu  pełnie  inaczej. Teraz  chciał  czegoś  więcej.  Chciał  nie  tylko  Summer,  chciał  być  także  razem  z  nią, 
opiekować  się  nią  i  dziećmi.  Jego  serce  nabrzmiało  od  rozmaitych  uczuć,  których  nie  potrafił  teraz 
wyrazić.  Każde  słowo  wydawało  mu  się  płaskie,  banalne.  Dlatego  po  prostu  objął  dłońmi  jej  twarz  i 
zatopił w jej oczach płonące spojrzenie.   
- Summer... - szepnął. - To naprawdę jest bardzo proste. Pragnę cię, a ty mnie. Jeśli zaprzeczysz, będzie 
to kłamstwo.   
Przesunął ręką po jej włosach. Powoli, delikatnie odchylił jej głowę i musnął wargami jej usta. Iskierka, 
która przeleciała między nimi, pod względem mocy mogła konkurować z błyskawicami, przeszywającymi 
czerń nieba.   

 
- Twoje pocałunki nie kłamią, Summer - wymruczał jej do ust.   

 
- Och, Montana ... - jęknęła. - Montana ... obejmij mnie!   
W  końcu  wydarł  z  niej te słowa. Kiedy jednak je  usłyszał,  zamarł, jakby  nie  wierzył  własnym  uszom. 
Zastygł, ale tylko na jedną chwilę, krótką jak uderzenie serca. Chwila minęła. Montana objął Summer i 
przywarł ustami do jej ust. Pocałunek był długi, żarliwy i namiętny, oboje po nim drżeli.   
- Och, Montana ... Ja próbowałam ... - zaszeptała Summer. - Próbowałam temu zaprzeczyć ... starałam się 
w ogóle nie dopuszczać tej myśli do siebie. Ale na próżno ...   
Znów ją pocałował, teraz wolniej i delikatniej. Bo nagle zapragnął wręcz desperacko każdym dotykiem, 

każdym pocałunkiem okazać Summer, ile ona dla niego znaczy. Dlatego całował ją delikatnie i z 

szacunkiem, jak relikwię, jej powieki, policzki, płatki uszu. A kiedy Summer westchnęła cichutko, 

przycisnął usta do miękkiego, wrażliwego dołka u n\łsady szyi, jednocześnie zsuwając koszulę z jej 

ramion. Pochylił głowę i przywarł ustami do jej piersi, przykrytej tylko cienkim płótnem.   
Krzyknęła  cicho,  ale  nie  odepchnęła  go.  On,  ośmielony  jej  uległością,  szybko  rozpiął  kilka  guziczków 
przy koszuli. Potem patrzył, jak białe płótno opada na ziemię, odsłaniając przed nim Summer.   
- Summer... - szepnął niemal z nabożeństwem. - Jesteś taka piękna. Jesteś ... doskonała.   
Przesunął swoje wilgotne usta wzdłuż jej szyi i po białym ramieniu. Znów przywarły do jej piersi, teraz 
obnażonej. Summer jęknęła z rozkoszy, jej palce gorączkowo szukały guzików przy jego koszuli. Drżały, 
kiedy je rozpinała, drżały, kiedy zsuwała mu koszulę z ramion.   
I nagle znieruchomiały.   
- O, Boże! Montana ... Skąd to ... Dlaczego ...   

Ramiona i plecy Montany pokryte były srebrzystą siatką starych blizn.   
- To? T o przeszłość. Stare rany.   
- Och, Montana!   

Jej palce jak naj delikatniej musnęły srebrzyste ślady czyjegoś okrucieństwa. Gorące wargi przywarły do 

piersi Montany. Słyszała, jak nabrał głęboko powietrza, a potem spadł na nią deszcz pocałunków. 

Najgorętszych. Summerodwzajemniała pocałunki z takim samym żarem   

Potem, gdzieś koło swojej skroni, usłyszała szept.   

_ Summer... powiedz ... czy ty już ... może ktoś inny nauczył już cię tego wszystkiego, co ja chciałbym ci 

pokazać ... marzyłem o tym ...   
- Nikt, nikt!   
Gwałtownie  potrząsnęła  głową,  a  jemu,  prawie  nieprzytomnemu  ze  szczęścia,  nie  pozostawało  już  nic 
innego,  jak  ułożyć  ją  na  trawie,  nagim  ciałem  przykryć  jej  nagie  ciało  i  pokazać,  na  czym  polega 
misterium rozkoszy.   
Wiedział,  że  do  końca  życia  nie  zapomni  tej  nocy,  tej  żarliwej  namiętności  wśród  deszczu.  T ej  nocy, 
kiedy po raz pierwszy w jego życiu pożądanie spotkało się z takim samym odzewem ze strony kobiety. T 
ej nocy, kiedy widział, smakował i czuł tylko jedno: Summer... Kobietę prawdziwą· ..   
Leżeli obok siebie, ciężko dysząc. Dwa nagie ciała, połyskujące w mroku, wilgotne od deszczu.   

background image

_ Summer, nie sprawiłem ci zbyt dużego bólu? Nie skrzywdziłem cię? .   
Milczała. Poczuł strach. Przyciągnął ją do siebie i objął mocno ramionami.   
- Summer, proszę, powiedz coś!   
 

- Ciii - szepnęła, kładąc mu palec na ustach. - To było...Ja nie spodziewałam się, że to może być takie 

piękne ...   

Jego serce znów zaczęło bić. Więcej, biło teraz szybko i radośnie. Nie skrzywdził jej. Nie zraził swoją 

namiętnością. Przeciwnie.   
- I tak może być zawsze, Summer. Pięknie. Jeśli mężczyznę i kobietę łączy miłość.   
Spojrzała  na  niego,  nie  kryjąc  zdumienia,  że  wypowiedział  to  słowo.  Właściwie  już  jej  wy_  znal... 
wyznał jej miłość.   
- Sama chciałaś, żeby to było proste. I takie jest, mniej skomplikowane być już nie może. Kocham cię, 
Summer.  Jestem  szczęśliwy,  że  cię  spotkałem.  W  ciągu  całego  mojego  życia  nic  lepszego  mi  się  nie 

przytrafiło. Chcę być z tobą, Summer. Kochać cię i opiekować się tobą. Chcę resztę życia spędzić z tobą.   
Zaniemówiła. Czuła się tak, jakby ktoś z jej płuc wygniótł całe powietrze. Pod powiekami zapiekło.   
Montana ostrożnie dotknął kącika jej oka.   
- Co to? Łzy?   
Wtedy odzyskała głos.   
- Oczywiście, że nie! T o tylko deszcz.   
- Pada?!   
Uniósł twarz, mrużąc oczy przed kroplami deszczu.   
A ona nagle roześmiała się. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie było jej tak lekko i radośnie. 
  - Jesteśmy po prostu dwójką szaleńców, Montana! Nie sądzisz, że pod wozem byłoby nam o wiele 
przytulniej, a przede wszystkim sucho?   
Zaczęła podnosić się z ziemi, ale Montana nie pozwolił. Pociągnął ją w dół, objął mocno i całował tak 
długo, póki nie zaczęła tracić tchu.   
- Przed nami cała noc - szepnął jej do ust. - Jeszcze będzie nam przytulnie i sucho. Bo jeden z tej dwójki 
szaleńców przez całą noc będzie trzymał cię w objęciach i ogrzewał swoim ciałem. Ale to za chwilę, bo 
teraz mam ochotę pocałować cię jeszcze raz.   
Westchnęła. Po prostu z zadowolenia, zastanawiając się w duchu, jak ona mogła żyć tak długo bez tych 
cudownych pocałunków. Podała mu usta i poddała się rozkoszy. I wiedziała już, że tu, na ziemi, znalazła 
swoje niebo.   
 
- Ostatniego wieczoru wygłosiłaś bardzo piękne kazanie.   
Leżeli już pod wozem, obejmując się ciasno ramionami, przykryci grubym kocem. Nadal padało, chociaż 
już nie tak mocno. Burza przeszła, czasami tylko, gdzieś daleko, słychać było pojedyńcze grzmoty. A oni 
nie spali, żadne z nich nie myślało o tym. Oboje pragnęli przeżyć świadomie każdą drogocenną minutę tej 
magicznej nocy.   
Montana pocałował delikatnie jeden z czarnych loków Summer. Westchnęła, z czystej przyjemności. Bo 
cokolwiek on robił, było rozkoszne ...   
- A kiedy mówiłaś o tym, że Bóg jest dla wszystkich pełnym miłości, wyrozumiałym ojcem ... Te słowa 
słyszałem już nieraz, oczywiście, ale dopiero dziś do mnie dotarły. Przedtem nie miały dla mnie żadnego 
znaczenia. Może dlatego, że nigdy nie miałem ojca, nigdy nie zaznałem ojcowskiej miłości. Ale teraz, 
kiedy mamy przy sobie dzieci ...   
- Montana? - Odsunęła się trochę od niego, żeby móc spojrzeć mu w oczy. - Nigdy nie miałeś ojca?   
- Nie. Ani matki. Wychowywałem się w sierocińcu. Moi rodzice nie żyją. Zostali zabici, kiedy jechaliśmy 
na Zachód. Byłem wtedy mniej więcej w wieku Neda. Prawie ich nie pamiętam.   
Sierociniec. Nagle wszystko nabrało sensu. Dopiero teraz zrozumiała, dlaczego Montana był tak bardzo 
poruszony, kiedy dzieci opowiedziały swoją tragiczną historię i dlaczego agent Pinkertona wzbudził w 
nim taką wściekłość.   

background image

- Nikt nie chciał cię zaadoptować?   
- Ludzie naj chętniej przygarniają niemowlęta albo starsze dzieci, które mogą pomóc na farmie. A mnie 
nikt nigdy nie chciał. O sześciolatka nikt nie prosił, a kiedy podrosłem na tyle, że mógłbym przydać się 
na farmie, też nikt mnie nie pragnął, bo miałem zbyt buntowniczą naturę.   
- Jeśli nie miałeś rodziny, to gdzie nauczyłeś się tak wspaniale zajmować małymi dziećmi? Nie wierzę, że 
napadając na dyliżansy!   
-  Właśnie  w  sierocińcu.  Było  tam  mnóstwo  małych  dzieci.  Pomagałem  przy  nich.  Szczerze  mowląc, 
gdybym  nie  zmieniał  im  powijaków,  większość  z  nich  biegałaby  cały  dzień  z  mokrym  tyłkiem.  Tak 
naprawdę nikt się nimi nie zajmował, a ja ... ja do małych dzieci zawsze miałem serce.   
I to jeszcze jeden powód, żeby go kochać, pomyślała Summer. I w ogóle, jak cudownie jest darzyć kogoś 
miłością. T a miłość grzała jej serce, otulała jak ciepły kokon.   
- Długo byłeś w sierocińcu?   
- Długo. Miałem dwanaście lat, kiedy postanowiłem stamtąd uciec. I tamtego dnia przysiągłem też sobie, 
że już nikt nigdy nie będzie mnie bić.   
- Bić?!   
Summer czuła, jak jej serce staje. Boże wielki! T o stąd te blizny na plecach Montany!   
- Od małego byłem nieludzko uparty i przekorny. Im częściej ktoś powtarzał, żeby czegoś nie robić, tym 
bardziej mnie do tego ciągnęło. Możesz sobie wyobrazić, ile miałem przez to kłopotów i jak bardzo nie 
lubiłem  tego  miejsca.  Dlatego  też,  kiedy  podrosłem,  czmychnąłem.  Matt  McCoy  stał  się  po  prostu 
Montaną. I tak naprawdę, od tamtego dnia bez przerwy uciekam.   
- Och, Montana ...   
Objęła go mocno wpół i przycisnęła usta do jego szyi. Nie mogła powstrzymać łez. Popłynęły obficie i 
zamoczyły pierś Montany.   
- Ejże! Znów łzy?   
Summer głośno pociągnęła nosem.   
- Ja ... ja nie mogę pogodzić się z tym, że rosłeś, nie mając nikogo, kto by cię kochał!   
- Było, minęło. Teraz mam przecież ciebie. Bo mam, prawda?   
- O, tak!   
Powiedziała  to  żarliwie.  Teraz  przecież  przejrzała  na  oczy.  Zrozumiała,  dlaczego  młody,  zuchwały 
bandyta  jest  tak  opiekuńczy  wobec  dzieci.  I  zrozumiała,  że  pod  maską  wesołości  kryje  się  głęboki 
smutek.   
Otarł jej łzy kciukami i uśmiechnął się.   
-  Nie  ma  co  wspominać,  Summer.  Dość  smutków.  Przekonajmy  się,  czy  to,  co  teraz  zrobię,  wywoła 
uśmiech na twojej twarzy.   
Nachylił się i obdarował ją kilkoma pocałunkami. Każdy następny był dłuższy, jeszcze bardziej słodki, 
jeszcze bardziej namiętny.   
-  Och,  kowboju  ...  -  szepnęła  rozanielona  Summer  między  jednym  pocałunkiem  a  drugim.  -  Już  ty 
potrafisz sprawić, żeby dziewczyna zapomniała o łzach ...   
- A ty mi niczego nie opowiedziałaś.   
Montana oparł głowę na siodle jak na poduszce i przygarnął do siebie Summer. Wtuliła się w jego pierś i 
pomyślała, że nie może być bardziej rozkosznie. Gdyby była kotkiem, mruczałaby sobie teraz głośno ...   
- A o czym mam ci opowiedzieć?   
- O swoim dzieciństwie.   
Nagle poczuł, że Summer sztywnieje.   
- Bo i nie ma o czym opowiadać - odezwała się nieswoim głosem i próbowała odsunąć się od niego. Ale 
on nie pozwolił. Chwycił ją za ramiona i zmusił, żeby spojrzała mu prosto w oczy.   
- Jestem hazardzistą, Summer. W pokera gram nieźle, a to też dzięki temu, że potrafię wiele wyczytać z 
wyrazu  twarzy  innych  ludzi.  Wydawało  mi  się,  że  ty  też  nie  jesteś  dla  mnie  zagadką.  Ale  chyba  się 
pomyliłem, prawda?   
Summer nie odezwała się ani słowem.   
- Powiedziałaś kiedyś Pansy, że koło twego. rodzinnego domu nie było pól, które trzeba zaorać, obsiać, a 

background image

potem zebrać plony. Dlatego pomyślałem sobie, że wyrosłaś w zamożnym, okazałym domu, ktorego 
mieszkańcy byli wytworni i należycie wyedukowani. A po kolacji zawsze czytaliście Biblię.   
Summer dalej milczała.   
- Twój dom był ... inny? - spytał cicho. Skinęła głową.   
- Możesz o tym mówić, Summer?   
- Myślę, że masz prawo o tym wiedzieć.   
Usiadła, nie zważając na swoją nagość i zapatrzyła się na kropelki deszczu, spadające z nieba na zieloną 
trawę.   
-  Ja  ...  chyba  miałam  się  ...  nie  urodzić  -  powiedziała  cicho.  -  Bóg  jeden  wie,  dlaczego  moja  matka 
pozwoliła, żeby tak się stało. Może chciała mieć przy sobie kogoś, kogo będzie kochać i kto odpłaci jej 
tym samym. A naszym domem był jeden z tak zwanych "żłobków" w bocznej uliczce w St. Louis.   
Był  wstrząśnięty.  Wszyscy  przecież  wiedzieli,  że  w  tych  małych  barakach,  zwanych  "żłobkami", 
mieszkają kobiety sprzedajne.   
Summer zadrżała. Montana usiadł, zarzucił na nią koc i objął mocno silnymi ramionami.   
-  Zawsze,  odkąd  sięgam  pamięcią,  musiałam  wychodzić  z  domu  jeszcze  przed  zmierzchem  i  gdzieś 
przeczekać  noc.  Mogłam  wrócić  dopiero  wtedy,  kiedy  ci  mężczyźni  już  sobie  poszli.  Nienawidziłam 
nocy.   
- Ale co robiłaś przez całą noc?   
Wzruszyła ramionami.   
-  Chowałam  się  po  bramach  domów.  Chodziłam  sobie  po  ulicy  i  liczyłam  gwiazdy  na  niebie  albo 
zaglądałam w okna i podglądałam, jak żyją inni ludzie. O świcie mogłam wrócić do domu, wtedy moja 
matka i ja kładłyśmy się spać. Tak żyłam, dopóki nie skończyłam dziesięciu lat.   
- A co wtedy się stało?   
- Wtedy odnalazła nas moja babka. Ona nawet nie wiedziała o moim istnieniu. Szukała mojej matki, która 
uciekła z domu. Matka nie chciała z nią wracać. Prawdopodobnie za bardzo się wstydziła. Ale mnie 
babka zabrała do swojego domu, do Kansas. Tam po raz pierwszy w życiu spałam w prawdziwym łóżku. 
Babcia była osobą głęboko wierzącą. Wiara dawała jej siły do życia. Przeżyła przecież prawdziwą 
tragedię, kiedy córka uciekła z domu i zeszła na złą drogę. Babcia zapoznała mnie z zasadami wiary, 
modliłyśmy się razem i ja też w wierze znalazłam ukojenie. Babcia wierzyła głęboko, że nasz Stwórca nie 
jest groźny i mściwy. Wierzyła w Boga Ojca, pełnego miłości i wyrozumiałości. Pokochała mnie, a ja ją, 
babcia snuła wspaniałe plany na temat mojej przyszłości. Byłam wtedy taka szczęśliwa. Niestety ...   
- Co się stało, Summer? - spytał cicho Montana.   
- Kiedy miałam trzynaście lat, babcia umarła. Cały majątek odziedziczył po niej syn, który nigdy swojej 
siostrze, czyli mojej matce, nie wybaczył tego, że uciekła z domu i zeszła na złą drogę. Dlatego po 
śmierci babci nie było dla mnie miejsca w domu wuja. Nie winię go, w jakiś sposób go rozumiem. Był 
człowiekiem zamożnym, z dobrą pozycją. Ze względu na swoją żonę i dzieci nie chciał, żeby do rod.ziny 
należał ktoś taki jak ja. Córka kobiety upadłej.   
Czyli był człowiekiem bezwzględnym. Montana znał takich ludzi. Dyrektora sierocińca, za najmniejsze 
przewinienie  karzącego  swoich  wychowanków  chłostą.  Szeryfa  z  Arizony,  który  zaaresztował 
słaniającego  się  z  głodu  chłopaka.  Za  to,  że  chłopak  ukradł  bochenek  chleba.  Młodą  żonę  ranc;zera, 
zepsutą do szpiku kości. Flirtowała bezwstydnie z nowym parobkiem, a kiedy· ten oparł się jej natrętnym 
zalotom,  wyrzuciła  go  z  tej  jego  pierwszej,  uczciwej  pracy.  Do  tej  kolekcji  zaliczyć  należy  również 
szeryfa o nazwisku Pain, który stoi na czele bandy, wyzyskującej pracujących w pocie czoła ranczerów i 
farmerów.   
- I co wtedy zrobiłaś? - spytał. - Miałaś przecież dopiero trzynaście lat!   
Summer uśmiechnęła się.   
- Skoro mnie tam nie chciano, odeszłam. Postanowiłam sama znaleźć sobie drogę przez życie. 
Oczywiście, nie taką drogę, jaką obrała moja matka. Ja wybrałam drogę babci, drogę wiary. Pomyślałam 
sobie, że Pan Bóg nie będzie miał nic przeciwko temu, jeśli będę zarabiała na chleb, głosząc Jego słowo. I 
tak jest do dziś ... zarabiam na życie jako wędrowny kaznodzieja. - Jej głos zadrżał. - Teraz rozumiesz, 
dlaczego nie chciałam ci opowiadać o mojej bolesnej przeszłości. Zawsze skrywałam ją w naj głębszej 

background image

tajemnicy. Nie chcę, żeby ktokolwiek się o niej dowiedział.   
A Montana pomyślał, że Summer jest człowiekiem niezwykłym. Ciekawe, czy  ona sama zdaje sobie z 
tego sprawę. Niestety, to nieszczęsne dzieciństwo wycisnęło na niej swoje piętno. Przez tyle lat wiodła 
samotne życie. Dopiero jemu, Montanie, oddała najcenniejszy dar. Oddała siebie, dlatego teraz poczuł się 
nieskończenie dumny. A wyznanie Summer sprawiło, że jego miłość stała się jeszcze głębsza.   
Odwrócił jej twarz ku sobie.   
- Kocham cię, Summer Chambers. To, co działo się przedtem nie ma żadnego znaczenia. I daję ci moje 
słowo, że już nigdy nie będziesz sama. - Uśmiechnął się i czule pogłaskał ją po głowie. - Nigdy - szepnął. 
- Zwłaszcza nocą!     
Drżała. Wiedział, że walczy ze łzami. I wierzył, że są to łzy szczęścia.   
Objął ją mocno i obsypał jej twarz pocałunkami. Summer westchnęła, też go objęła, ich usta złączyły się 
w  gorącym  pocałunku.  I  tak  nawzajem  leczyli  swoje  rany.  Jedno  drugiemu  osładzało  bolesne 
wspomnienia z przeszłości.   
 
 
 

ROZDZIAŁ SIÓDMY   
- Nareszcie wstaliście, śpiochy!   
Montana  patrzył  z  uśmiechem,  jak  zza  koca,  zasłaniającego  wejście,  wynurza  się  trójka  zaspanych, 
ziewających  dzieci.  Powoli  zeszły  po  schodkach,  a  kiedy  Pansy  postawiła  Hannah  na  ziemi,  maleńka 
natychmiast podreptała do Montany. A on tylko na to czekał. Chwycił dziewczynkę na ręce, obrócił się 
nią raz dookoła, a potem bardzo mocno przytulił ją do swojej szerokiej piersi.   
- A gdzie Summer? - spytał Ned, rozlądając się dookoła.   
- Nad strumieniem. Kąpie się. A nas czeka robota. Pomożecie mi, leniuchy, przygotować śniadanie.   

Mały Ned wcale nie wyglądał na zachwyconego jego propozycją.   
- Ja też? - spytał ze zdziwieniem. - Przecież gotowanie to robota dla dziewczynek. Wolę zbierać chrust.   
-  Dla dziewczynek, powiadasz?  - Montana postawił Hannah na ziemi. Podszedł do ogniska i zdjąwszy 
pokrywkę z patelni, zademonstrował dzieciom, co znajduje sie w środku. Skwierczące płaty wołowiny w 
gęstym sosie. - Jak sądzisz, wspólniku, skąd to się tu wzięło?   
- To pan?! Ojej ... - Oczy Neda zrobiły się okrągłe ze zdumienia. I z zachwytu, przecież okazało się, że 
jego  ukochany  bohater  posiada  jeszcze  jedną,  zaskakującą  umiejętność.  -  Czy  mógłby  mnie  pan  też 
nauczyć gotować?   

_ Oczywiście. Ale później. Teraz spróbujcie moich biskwitów.   
Podał im kubki z mlekiem i ciepłe biskwity, prosto z ognia, posmarowane konfiturami z poziomek.   
- Naprawdę sam pan je upiekł? - spytała   
Pansy, przytykając kubek do ust Hannah.   
- Przysięgam! Ja sam ...   
Zamilkł.  Bo  jego  oczy  dojrzały  kogoś,  kto  właśnie  nadchodził  znad  strumienia:  Summer,  śliczną  jak 
obrazek. W różowej sukni. Na mokrych czarnych włosach błyszczały kropelki wody. I choć suknia była 
skromna, zapięta pod samą szyję, on oczyma wyobraźni natychmiast pozbawił ją i sukni i w ogóle całej 
garderoby. Zobaczył taką, jaką widział nocą, w swoich ramionach.   

_ Summer! Proszę, siadaj tutaj z nami! - zawołał. - Śniadanie już gotowe!   

Podeszła bliżej, spojrzała na koc, rozpostarty na trawie nieopodal ogniska, służący im za stół. T eraz suto 
zastawiony.   
- Och, Montana! Przygotowałeś prawdziwą ucztę! A te biskwity ... Sam upiekłeś? Nie wierzę! - Dzieło 
moich rąk - oświadczył dumnie, wypinając pierś.':'" Masz teraz sposobność poznać jeszcze jeden z moich 
licznych talentów.   
Ponakładał  jedzenie  na  talerze,  potem  usiadł  po  turecku  obok  Summer  i  bez  niczyjego  przypominania 
wyciągnął  w  bok  obie ręce.  Summer  uczyniła  to  samo,  dzieci  też.  Wszyscy  chwycili się  za ręce  i  tym 
razem modlitwę odmówił Montana:   
-  Panie  Boże,  pobłogosław  te  dary,  które  dzięki  Twojej  hojności  spożywać  będziemy.  I  pobłogosław, 

background image

Panie, całą naszą rodzinę.   
-  Amen  -  powiedzieli  wszyscy  chórem  i  zabrali się ochoczo  do jedzenia,  nie  tracąc  czasu  na rozmowę. 
Ciszę przerwał Montana, znów wypinając pierś i patrząc na wszystkich z wysoka.   
- To nie wszystko, moi drodzy! - oznajmił. .,.- Bo ja mam dla was jeszcze niespodziankę!   
- Niespodziankę?! - Ned z radości klasnął w ręce. - A co to za niespodzianka?   
- Niestety, wspólniku! Jeśli powiem ci, przestanie być niespodzianką.   
I  Montana  dalej  spokojnie  opróżniał  swój  talerz.  Reszta  biesiadników  niby  też  jadła,  ale  jakoś  z 
mniejszym  entuzjazmem.  Dzieci  wierciły  się  i  co  chwila  popatrywały  na  Montanę.  Nawet  Summer, 
zwykle tak opanowana, właściwie nie odrywała od niego oczu.   
Montana  podniósł  kubek,  przytknął  do  ust  i  w  tym  momencie  zobaczył  cztery  pary  oczu  uważnie  w 
niego wpatrzonych. Odstawił kubek i roześmiał się·   
-  Widzę,  że  aż  skręca  was  z  ciekawości.  Nie  pozostaje  mi  nic  innego,  jak  powiedzieć  wam,  co  to  za 
niespodzianka.  Postanowiłem,  że  dzisiejszego  dnia  nie  ruszamy  w  dalszą  drogę,  tylko  pojedziemy  do 
miasta.   
- Do miasta? Po co? - zawołała Summer.   
- Po prostu dla przyjemności. Zrobimy zakupy, pospacerujemy po mieście, a potem chciałbym wszystkich 

zaprosić na kolację do pensjonatu. Co wy na to?   
- Zaprosić nas?! Na kolację do pensjonatu?! Ojej!   
Pansy i Ned, wydając z siebie rad.osne okrzyki, poderwali się z trawy, złapali za ręce i zaczęli tańczyć z 
radości. Mała Hannah, naturalnie, też wstała i nieco wolniej zaczęła podskakiwać na grubych nóżkach, 
zabawnie naśladując ruchy starszego rodzeństwa. Wszyscy śmiali się, podziwiali ją i klaskali. Summer 
jednak  po  chwili  spoważniała.  Zamyśliła  się  na  moment,  a  potem,  położywszy  Montanie  rękę  na 
ramieniu, spytała go półgłosem:   
- Myślisz, że to rozsądne? T en wyjazd do miasta?   

Uśmiechnął się i pogłaskał ją po dłoni.   
- Nic się nie stanie, Summer. Nawet jeśli ten agent Pinkertona podąża naszym śladem, i tak wyprzedzamy 
go wiele mil. Możemy śmiało zostać tu do wieczora, a nocą ruszymy w dalszą drogę·   
Summer też uśmiechnęła się, już uspokojona, i rzuciwszy mu rozradowane spojrzenie, ścisnęła go lekko 
za ramię.   
- Dziękuję, Montana. To wspaniały pomysł. A on oddałby życie za to, żeby codziennie widzieć taki 
wyraz oczu Summer. Słyszeć jej pełen słodyczy głos, jak teraz, kiedy dziękuje mu za coś, co wcale nie 
jest czymś nadzwyczajnym.   
Tak. Oddałby życie. Bo teraz poczuł się najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem.   
- Zabierajcie się do jedzenia! - rzucił niby szorstko, a tak naprawdę rozpierała go radość. - Mam nadzieję, 
że  sterczałem  nad  tym  ogniskiem  nie  na  próżno.  Kiedy  wrócę  znad  strumienia;  wszystko  ma  być 
zjedzone!   
Raźnym  krokiem ruszył nad strumień. Pansy odczekała chwilę i spojrzawszy na Summer, uśmiechnęła 
się znacząco:   
- Chyba już pani wie, na czym polega to uzdrawiające dotknięcie, o którym mówiła moja mama.   
Summer pochyliła głowę, czując, że jej policzki robią się szkarłatne.   
- Chyba już wiem, Pansy ...   
 
Cygański wóz Siostry Dobroci jechał nieśpiesznie zieloną łąką, upstrzoną polnymi kwiatkami. Niebo w 
górze  było  błękitne  i  czyste,  bez  jednej  chmurki.  Wszyscy  podróżni  również  pogodni  jak  to  niebo, 
chociaż  do  przebycia  mieli  spory  kawał  drogi'.  Dlatego  Summer,  żeby  czas  się  dzieciom  nie  dłużył, 
zainicjowała  wspólne  odśpiewanie  jednego  z  podniosłych  hymnów.  Montana  cierpliwie  poczekał,  aż 
niewielki chór skończy śpiewać świętą pieśń i spytał, niby mimochodem:   
- Opowiadałem wam już o tej Cygance, co umiała wróżyć z ręki?   
Wszystkie głowy odwróciły się ku niemu. A Montana uśmiechnął się szelmowsko.   
-  Rzeczywiście,  umiała.  Ale  naj  ciekawsze  było  coś  innego.  Ona  mówiła,  że  nazywa  się  Zachwycający 
Wdzięk.   

background image

Ned i Pansy zachichotali. Summer z trudem udawało się zachować powagę·   
- Dorosłych powinniście darzyć szacunkiem, nie wolno się śmiać z tego, co mówią - powiedziała surowy 
głosem, po czym sama wybuchnęła głośnym śmiechem.   
I tak śmiali się już do końca podróży, słuchając dykteryjek, którymi Montana sypał jak z rękawa. A jedna 
była bardziej niemądra od drugiej.   
Po  przybyciu  do  miasta  najpierw  pojechali.do  stajni.  Tu  zostawili  wóz,  a  Montana,  wykorzystując 
sposobność, poprosił kowala o podkucie konia.   
-  Mamy  za  sobą  długą  drogę  -  powiedział,  wręczając  kowalowi  monetę.  -  A  tyle  samo  jeszcze  przed 
nami. Chciałbym, żeby był porządnie podkuty.     

Potem poszli sobie główną ulicą miasta. Pansy i Ned szli przodem, śmiejąc się i podskakując, za nimi 

Montana i Summer, a w środku mała Hannah, która dumna z niedawno nabytej umiejętności chodzenia 

nie pozwoliła wziąć się na ręce. Maleństwo, prowadzone za rączkę przez swoich opiekunów, 

maszerowało dzielnie. Potknęło się zaledwie kilka razy. A poza tym miało dodatkową przyjemnośc, 
ponieważ co pewien czas Montana mówił "hop!" i razem z Summer podnosili piszczące z radości dziecko 

do góry. Potem powolutku opuszczali ją na dół i mała znów dzielnie podążała przed siebie.   

 

Pierwszy  postój  zrobili  w  sklepie.  Tu  Montana  przede  wszystkim  zakupił  podstawowe  artykuły,  czyli 
worek mąki, worek cukru, puszki z kawą i tytoniem. Wszystko to złożył na podłodze niedaleko drzwi i 
poszedł szukać reszty towarzystwa.   

 

Summer  i  Pansy  tymczasem  przeszły  sobie  powoli  między  dwoma  rzędami  wysoko  ułożonych  bel 
materiałów o pięknych, żywych kolorach i dotarły do kapeluszy. Kiedy Montana podszedł do nich, zajęte 
były  oglądaniem  różowego  kapelusza,  ozdobionego  koronkami,  o  nadzwyczaj  wymyślnym  fasonie. 
Summer  nalegała,  żeby  Pansy  go  przymierzyła.  Dziewczynka  posłusznie  nasadziła  go  na  głowę  i 
wybuchnęła śmiechem, ponieważ rondo zasłoniło jej oczy.   
- Za duży jest na mnie. Proszę! - i podała kapelusz Summer. - Może pani go teraz przymierzy?   
- Och, nie ma sensu - zaprotestowała Summer. - Dla mnie jest zbyt wymyślny!   
- Ale przymierz, proszę - nalegał Montana. - Ciekaw jestem, jak będziesz w nim wyglądała.   

Ukochanemu mężczyźnie się nie odmawia. Kapelusz spoczął teraz na czarnych lokach Summer, 

wywołując nową salwę śmiechu, po której wszyscy zgodnie orzekli, że noszenie tak fikuśnego nakrycia 

głowy nie przystoi skromnemu wędrownemu kaznodziei.   

 

Na dłuższą chwilę zatrzymali się przed półką z książkami. Summer długo oglądała piękne wydanie Biblii 
w  skórzanej  oprawie,  z  ilustracjami  wykonanymi  piórkiem.  Kiedy  jednak  zerknęła  na  cenę,  ciężko 
westchnęła i szybko odłoż.yła książkę na półkę·   

 

Neda znaleźli przy ladzie, kontemplującego pojemnik z kolorowymi cukierkami w kształcie patyczków.   
- Ile kosztują? - spytał Montana.   
- Trzy za pensa - powiedział właściciel.   

 

Montana  wcisnął  mu  monetę  do  ręki  i  polecił  dzieciom  wybrać  sobie  po  jednym  cukierku.  Pansy  nie 
miała  żadnego  problemu  z  podjęciem  decyzji.  Od  razu  wybrała  słodką  pałeczkę  w  białe  i  różowe 
paseczki. Ned natomiast, oszołomiony bogactwem kolorów, potrzebował dłuższej chwili, zanim wybrał 
cukierek w paseczki białe i zielone. Hannah chwyciła za cukierek miętowy, czerwono-biały. Wsadziła go 
sobie od razu do buzi i zaczęła ssać. Z jej brody pociekła ślinka prosto na śliniaczek, który Summer przed 
chwilą założyła jej na odświętną sukienkę.   
Wyszli  ze  sklepu  i  znów  ruszyli  przed  siebie  drewnianym  trotuarem.  Mijający  ich  mężczyźni  i  kobiety 
skłaniali  głowy  i  uśmiechali  się  do  nich.  Koło  jednego  z  domów  grupka  dzieci,  pokrzykując  wesoło, 
bawiła się w chowanego. Pansy i Ned na chwilę dołączyli do zabawy. Summer i Montana stali z boku, 
przypatrując  się  rozbawionym  dzieciom,  potem  znów  ruszyli  dalej,  spoglądając  w  okna  wystawowe. 
Minęli  zakład  krawiecki,  gdzie  akurat  jakiś  dżentelmen  miał  przymiarkę  surduta.  Krawcowa  dopa-
sowywała  długość  rękawów,  a  inna  dama,  zapewne  żona  dżentelmena,  stała  obok,  trzymając  w  ręku 
żakiet męża. A potem przez następne okno podglądali ranczera, któremu podcinano włosy.   

 
- Może warto tam zajrzeć, wspólniku? Co o tym sądzisz? - spytał Montana Neda.   
-  Och,  nie!  Wolę,  żeby  pani  Summer  podcięła  mi  włosy!  -  zaprotestował  chłopczyk,  spoglądając 
podejrzliwie  na  balwierza,  który  wymachiwał  nożyczkami  niebezpiecznie  blisko  ucha  ranczera.  Długie 

background image

pasma włosów opadały na podłogę. - Ale pan może tam iść!   
- Ja też wolę, żeby Summer podcięła mi włosy - oświadczył Montana. Odwrócił się i odszukał wzrokiem 
Summer. Stała nieopodal, z małą Hannah na ręku. Dziecko przysnęło, obejmując ją ufnie pulchnymi 
rączkami.   
- Summer? Nie ciężko ci? Może ja ją wezmę? - spytał.   
Potrząsnęła głową.   

 
- Nie, nie, ona wcale nie jest ciężka. A poza tym lubi, jak biorę ją na ręce.   
Wziął  ją  więc  tylko  pod  łokieć  i  poprowadził  dalej  ulicą.  Wkrotce  doszli  do  pensjonatu.  Montana 
zapukał. Drzwi otworzyła miła, uśmiechnięta pani w śnieżnobiałym fartuchu.   
- Witam państwa! Jestem Charity Danville. Czym mogę państwu służyć?   

 
- Chcielibyśmy zjeść kolację. Czy nie przyszliśmy za wcześnie? - spytał Montana.   

 
- Ależ skąd! Przyszliście, państwo, w samą porę. Bardzo proszę!   
Otworzyła szerzej drzwi i poprowadziła przez salonik dla gości do pokoju jadalnego. Był to bardzo duży, 
widny  pokój.  Cały jego  środek  zajmował  długi  stół, do  którego  mogło  zasiąść co  najmniej tuzin  osób. 
Stół przykryty był śnieżnobiałym obrusem z koronkowymi wstawkami. Srebra i kryształy błyszczały w 
świetle świec. A cudowne zapachy, dolatujące z kuchni, spraWiały, że ślinka napływała do ust.   
W  pokoju  było  już  kilku  dżentelmenów,  toczących  ze  sobą  wesołą  pogawędkę.  Na  widok  nowo-
przybyłych głosy zamilkły i wszyscy spojrzeli na nich z ciekawością.   
- To moi stali stołownicy - wyjaśniła pani Danville i przedstawiła im kilku właścicieli małych biznesów, 
burmistrza i szeryfa, Williama Sharpa, który, niestety, niedawno stracił żonę.   
Montana i Summer przedstawili się, przedstawili też dzieci.   
- A więc mamy przyjemność poznać kogoś, o kim mówi całe miasto - powiedział szeryf z miłym 
uśmiechem, zwracając się do Summer. - A ja właśnie opowiadałem moim przyjaciołom, że wczoraj 
wysłuchałem pani kazania. Nie ukrywam, byłem wzruszony do łez.   
- Dziękuję, szeryfie - bąknęła zażenowana Summer. - Mam nadzieję, że umocnił pan swoją wiarę·   
- Tak. Dzięki pani.   
-  I  mam  nadzieję  -  mówiła  dalej  Summer,  zasiadając  na  krześle,  który  podsunął  jej  Montana  -  mam 
nadzieję, że nic panu tej wiary nie odbierze.   
- Postaram się w niej wytrwać. Chciałbym wierzyć tak głęboko, jak pani - powiedział szeryf, zasiadając 
naprzeciwko Summer.   
Summer uzmysłowiła sobie, że te słowa, jakie padły teraz, mówiła już wielokrotnie. Ale przedtem była to 
dla niej tylko zwykła gra słów, nic więcej. Teraz wypowiedziała je z pełnym przekonaniem i to bardzo ją 
poruszyło.  Jakżeż  ona  się  zmieniła!  Zmieniło  się  jej  życie,  zmieniło  się  też  jej  wnętrze.  I  te  zmiany 
sprawiały jej wielką radość.   
Charity Danville przyniosła wysokie krzesełko dla dziecka. Ustawiono je między krzesłami Summer i 
Montany i usadzono małą Hannah. Reszta stołowników również zajęła swoje miejsca i pani Danville 
razem z córką zaczęły podawać. Wniosły mnóstwo półmisków, dużych i małych, po czym same zasiadły 
do stołu i pani Danville, uśmiechając się do Summer, wystapiła do niej z prośbą:   
- Siostro Dobroci, czy mogłaby siostra odmówić modlitwę? Byłby to dla nas wielki zaszczyt.   
Summer  skinęła  głową.  Wszyscy  wzięli  się  za  ręce  i  Summer,  pochyliwszy  głowę,  wygłosiła  krótką 
modlitwę.   
-  Pobłogosław,  Panie,  te  hojne  dary.  I  pobłogosław  tych  dobrych  ludzi,  którzy  ofiarowali  nam  jeszcze 
jeden dar: życzliwość.   
- Amen - powiedzieli wszyscy.   
Zaczęli jeść, a czynili to z wielkim apetytem, bo jedzenie było wyborne. Na stół podano soczysty rostbef, 
puree z ziemniaków, sos i biskwity oraz jarzyny z ogródka. A na deser świeżutko upieczoną szarlotkę, 
jeszcze ciepłą.   
Pani Danville, widząc, że talerz Neda jest pusty, odezwała się miło:   
- Może chcesz jeszcze zjeść kawałek szarlotki, synku?   

background image

- Nie, dziękuję pani - odparł chłopczyk i dotknął swojego brzuszka. - Boję się, że jeśli jeszcze coś zjem, 
brzuch mi pęknie!   
Wszyscy roześmiali się, a pani Danville zagadnęła teraz do Montany:     
- Może pan ma ochotę?   

Montana z uśmiechem podniósł swój talerzyk. - Nie odmówię, łaskawa pani!   
Pani  Danville  nałożyła  mu  na  talerzyk  szarlotkę,  potem  obeszła  stół  dookoła,  nalewając  do  filiżanek 
świeżej kawy.   
- Jedzenie było wspaniałe - oświadczył Montana i aż sobie westchnął. - Dawno tak dobrze nie jadłem.   
-  Dziękuję  panu  -  powiedziała  pani  Danville,  uśmiechając  się  z  zadowoleniem.  -  Mam  nadzieję,  że 
państwo jeszcze do nas zajrzą.   
- Z przyjemnością. I jeszcze raz dziękujemy pani. 
Wziął Hannah na ręce i razem z Summer i pozostałymi dziećmi podeszli do drzwi. Tam Montana zapłacił 
za kolację i wyszli na ulicę.   
Kiedy  wracali  przez  miasto  do  swojego  wozu,  popatrywali  w  okna  mijanych  domów.  Widzieli,  jak  w 
blasku świec rodziny zasiadają do kolacji. I zarówno Summer, jak i Montana po raz pierwszy w życiu 
poczuli więź z tymi ludźmi za oknem. Bo teraz oni, Summer, Montana i trójka osieroconych dzieci, też 
stanowili rodzinę, połączoną nie więzami krwi, ale czymś o wiele wspanialszym. Miłością.   
 
Wóz  Siostry  Dobroci  powoli  jechał  przez  mrok.  Dzieci,  znużone  pełnym  atrakcji  dniem,  spały  już  w 
środku kamiennym snem. A Summer, usadowiona na koźle obok Montany, nie odzywała się ani słowem.   
- Co tak przycichłaś, Summer? - spytał zaniepokojony Montana. - Martwisz się czymś?   
- Ależ skąd! Rozmyślałam tylko sobie o tym miłym dniu. Dzieci są zachwycone. I tak ładnie bawiły się z 
innymi dziećmi.   
-  Tak.  Dzieci  z  tego  miasta  wcale  nie  traktowały  Pansy  i  Neda  jak  obcych.  Od  razu  przyjęły  je  do 
zabawy.   
- Tak samo ludzie w pensjonacie. Wcale nie dali nam odczuć, że nie jesteśmy z ich miasta. Rozmawiali z 
nami bardzo życzliwie.   
- Masz rację.   

Na twarzy Summer rozkwitł nagle uśmiech. - Montana, jak myślisz? Czyżbyśmy stawali się ludźmi 
godnymi szacunku? - A chciałabyś tego?   
- Marzę o tym! Naturalnie, przede wszystkim   
ze względu na dzieci. Skoro chcę zatrzymać je przy sobie i matkować im, muszę być osobą szanowaną. 
Och! Może wtedy wreszcie moja przeszłość przestałaby mi tak ciążyć ...   
- To nie jest twoja przeszłość - odezwał się Montana twardym głosem. - To przeszłość twojej matki. Za 
mało  siebie  cenisz,  Summer.  Jesteś  osobą  godną  największego  szacunku.  Jesteś  dobra,  wrażliwa  i 
szlachetna ...   
- Och, przestań ...   
Wzruszona jego słowami, wzięła go pod ramię i oparła policzek na jego ramieniu.   
- Uważaj, kowboju! Twoje słowa zabrzmiały jak wyznanie zakochanego mężczyzny!   
Montana ściągnął lejce i wstrzymał konia. Objął mocno Summer i pocałował.   
- Nie tylko zakochany! Kocham cię, mój kaznodziejo w spódnicy. Nigdy o tym nie zapominaj.   
Rozczulona, pogłaskała go delikatnie po policzku.   
- I ja też cię kocham, Montano. Kocham całym sercem.   
Pocałował  ją  jeszcze  raz,  potem  uderzył  konia  lekko  lejcami  i  wóz  potoczył  się  dalej,  ku  ich 
prowizorycznem u obozowisku.   
- Szkoda, że nie możemy zostać tu na noc - mruknął Montana, kiedy dojeżdżali już na miejsce. - Z wielką 
chęcią pokazałbym ci jeszcze kilka moich wspaniałych umiejętności. Na przykład potrafię sprawić ...   
-  Uważaj,  kowboju!  Pan  Bóg  kocha  ludzi  pokornych  i  skromnych!  -  rzuciła  ze  śmiechem  Summer, 

pierwsza zeskakując z kozła. - Pobiegnę nad strumień i zbiorę szybko poranne pranie, a ty sprawdź, czy 
niczego nie zostawiliśmy i możemy ruszać w drogę.   

background image

Montana  nie  zdążył  zeskoczyć  z  kozła,  kiedy  z  wnętrza  wozu  dobiegł  ich  rozpaczliwy  krzyk  Pansy. 
Potem usłyszeli słowa, które od początku świata napełniały przerażeniem serca rodziców.   
- Och, proszę, proszę, chodźcie tu szybko! Hannah jest chora! Ona cała jest rozpalona!   
Minęły dwie godziny, a stan dziecka wcale nie uległ poprawie. Summer wykąpała Hannah w chłodnej 
wodzie,  przyniesionej  ze  strumienia,  niestety,  gorączka  wcale  nie  opadła.  Przeciwnie,  rosła.  Dziecko, 

popłakujące  w  ramionach  Summer,  było  coraz  bardziej  rozpalone.  Mały  cherubinek,  zawsze  cały  w 
uśmiechach, teraz walczył o każdy oddech.   
- Och, Boże, Boże, co robić .... - szeptała zrozpaczona Summer. - Pansy, powiedz mi, czy to zdarzało się 
już wcześniej?   
- T ak, proszę pani. Kiedyś Hannah omal nie umarła.   
Serce Summer na moment przestało bić.   
- Omal... nie umarła?! Powiedz więc, koniecznie, co zrobili wtedy rodzice?   
- Mama i tata zawieźli Hannah do miasta, do pana doktora. A kiedy wrócili, Hannah była już zdrowa.   
- Doktor... - Summer spojrzała na Montanę. - Czy w tym mieście jest doktor? Kiedy szliśmy ulicą, nie 
zauważyłeś tabliczki? ,   
- Nie. Ale przecież w mieście musi być jakiś doktor. Jedziemy!   
Podtrzymał ją pod ramię, kiedy z Hannah w objęciach wsiadała na kozioł. Obok usadowiły się dzieci i 
wóz ruszył w mrok, w stronę świateł miasta.   
O tej porze w mieście nie widać było żadnych oznak życia. Ranczerzy, sklepikarze i właściciele różnych 
biznesów wstawali o świcie, a kładli się spać z kurami. Wszystko było pozamykane, ulice wyludnione. W 
pensjonacie  wszystkie  światła  pogaszone.  Montana  musiał  zastukać  kilkakrotnie,  zanim  w  środku 
rozbłysło światło, drzwi otwarły się i w progu ukazała się zaspana pani Charity, otulona ciepłym szalem.   
- Proszę wybaczyć, że obudziliśmy panią - powiedział Montana - ale potrzebujemy pilnie doktora. Czy w 
mieście jest jakiś doktor?   
- Doktor... - Kobieta potrząsnęła energicznie głową, odpędzając od siebie resztki snu.  - Przepraszam. A 
tak, jest w mieście jeden doktor, stary doktor Cooper Ethridge. Ale on jest...   
- Gdzie mieszka?   
- Na końcu tej ulicy, w dużym, starym domu. Ale on ...   
Montana  wskakiwał  już  na  kozioł.  Popędził  konia,  wóz  odjechał,  zanim  Charity  Danville  zdążyła 
dokończyć zdanie. I niedobrze, bo to, co chciała powiedzieć, było bardzo istotne. Ale trudno, pojechali. 
Wóz znikał już w głębi ulicy. Pani Danville wzruszyła ramionami i zamknęła drzwi.   
 
W oknach dużego starego domu też było ciemno. Montana pomógł Summer i dzieciom zsiąść z wozu, 
podszedł do drzwi i załomotał. Z wnętrza domu nie dobiegł żaden dźwięk. Wtedy uderzył w drzwi pięścią 
tak mocno, że zadźwięczały szyby w oknach. Niestety, nadal nikt nie otwierał.   
- Chyba nie ma go w domu! - powiedziała zmartwionym głosem Summer. - Pewnie pojechał do jakiegoś 
chorego. Och, Montana, i co my teraz zrobimy?   
- Wejdziemy do środka. Po prostu włamiemy się i poczekamy na doktora.   
- Nie wolno nam włamywać się do czyjegoś domu!   
- Do diabła! A właśnie, że wolno! - rzucił gniewnie i nacisnął klamkę. W tym samym momencie drzwi 
otwarły  się.  Montana  zachwiał  się  i  omal  nie  wpadł  do  środka.  Odzyskał  jednak  równowagę,  a  kiedy 
podniósł  głowę,  ujrzał  przed  sobą  osobliwą  postać.  Starego,  zgarbionego  człowieka  w  białej  nocnej 
koszuli. W ręku starzec trzymał migocącą świecę. Bujne, białe jak mleko włosy i starannie przycięta siwa 
broda stanowiły zaskakujący kontrast dla oczu, czarnych i bystrych jak oczy kosa. Te oczy ogarnęły teraz 
jednym spojrzeniem małą grupkę osób stojących na werandzie.   
- Wydawało mi się, że ktoś pukał.   
Głos starca był równie osobliwy jak jego wygląd. Bezdźwięczny, podobny do szeptu.   
- Wydawało się panu? - Montana nie ukrywał swojej niecierpliwości. - Omal nie uszkodziłem sobie ręki, 
waląc w pańskie drzwi!   
-  Moja  żona,  Panie  Boże,  świeć  nad  jej  duszą,  mawiała,  że  ja  naprawdę  sypiam  snem  sprawiedliwego. 

background image

Gdyby  ten  dom  porwał  huragan,  prawdopodobnie  i  tak  bym  się  nie  obudził.  W  czym  mogę  państwu 
pomóc?   
- Chodzi o nasze dziecko!   
Montana wskazał ręką na nieruchomą, malutką postać w ramionach Summer..   
- Och ...   
Starzec był wyraźnie poruszony. Odsunął się szybko na bok i ruchem ręki zaprosił, żeby wchodzili do 
środka.  Weszli.  Summer  szybko,  dzieci  z  ociąganiem,  uczepione  jej  spódnicy.  Stary  człowiek 
poprowadził ich długim korytarzem, cuchnącym stęchlizną i pierwszy wszedł do dużego salonu, gdzie w 
mroku upiornie majaczyły białe pokrowce na sofach i fotelach.   
Obszedł  salon,  przytykając  płomień  świecy  do  knotów  kilku  lamp.  Kiedy  odegnał  mrok,  podszedł  do 
stolika pod ścianą. Nałożył binokle, otworzył Biblię i odwrócił się do nich.   
- A pan co robisz?! - spytał ostrym głosem Montana.   
- Chcę odmówić modlitwę za wasze zmarłe dziecko.   
Summer, widząc w oczach Montany niebezpieczne błyski, wysunęła się nieco do przodu.   
- Hannah żyje, doktorze Ethridge!   
- Chwała Bogu! Wybaczcie mi! - powiedział starzec. - Ale w takim razie nie pojmuję, dlaczego 
przyszliście do mnie!   
Summer czuła, jak strach ściska ją za gardło. - Przyjechaliśmy tutaj, bo myśleliśmy, że pan ją uratuje, 
doktorze Ethridge!   
- Ach, tak. ...   
Stary człowiek podszedł do niej i położył pomarszczoną dłoń na rozpalonym czole dziecka.     
- Bóg mi świadkiem, że chciałbym wam pomóc z całego serca. Ale nie potrafię. Nie jestem medykiem.   
- Jak to? Przecież ... - zaczął Montana, ale starzec uciszył go ruchem ręki.   
- Jestem doktorem teologii. Pastorem. Waszemu dziecku mogę pomóc tylko modlitwą·   
 

ROZDZIAŁ ÓSMY   
Montana, widząc przerażenie w oczach Summer, podszedł do niej szybko i mocno objął ją . ramlemem.   
- Doktorze Ethridge, czy w mieście jest jakiś medyk? - spytał.   
- Niestety, nie. Chociaż wszyscy życzyliby sobie tego jak najgoręcej.   
- Och, Boże! I co my teraz zrobimy?! - krzyknęła zrozpaczona Summer.   
-  Proszę  pani  ...  -  Pansy  pociągnęła  ją  za  spódnicę.  -  Przecież  możemy  się  pomodlić.  Pamięta  pani,  co 
mówiła  podczas  kazania  wczoraj  wieczorem?  Bóg  wysłucha  każdego,  nawet  naj  niższego  ze  swoich 
stworzeń.   
Doktor Ethridge, jakby nagle czymś zaintrygowany, nachylił się nad dziewczynką.   
- Co powiedziałaś, dziecko?   
- Powiedziałam, że Bóg wysłucha ...   
- Ale przedtem. Mówiłaś o kazaniu?   
Pansy, wystraszona przenikliwym spojrzeniem starego człowieka, cofnęła się i chwyciła za rękę 
Montanę·   
- T ak, proszę pana - powiedziała cicho. Czarne, bystre oczy zwrócily się ku Summer. - Jest pani 
duchownym?   
- Jestem kaznodzieją. Ale ... ale nie mam święceń kapłańskich.   
Nie  miała  pojęcia,  dlaczego  temu  obcemu  człowiekowi  wyjawiła  prawdę.  Ale  było  w  nim  coś,  co 
zmuszało do szczerości. Temu staremu człowiekowi  nie potrafiłaby skłamać, nawet gdyby bardzo tego 
chciała.  T  ak  jak  nie  mogłaby  skłamać  przed  Bogiem.  A  ten  starzec  wyglądał  dokładnie  tak,  jak  ona 
wyobrażała sobie Wszechmogącego. Dokładnie tak. Teraz to sobie uświadomiła.   
- Dziewczynka ma rację - powiedział doktor Ethridge. - Weźmy się za ręce i odmówmy razem modlitwę·   
-  Modlitwę?  -  Montana  aż  się  cofnął,  kiedy  doktor  wyciągnął  ku  niemu  rękę.  -  Hannah  potrzebuje 
medyka, a nie modlitwy!   
- Najpierw trzeba poprosić Pana Boga, żeby nas oświecił - powiedział łagodnym głosem stary człowiek. - 

background image

On powie nam, co mamy czynić.   
Montana niechętnie ujął pomarszczoną dłoń. Wszyscy pozostali również złączyli ręce.   
- Myślę, że to pani powinna odmówić modlitwę - powiedział doktor Ethridge do Summer.   
Summer mocno zacisnęła powieki.   
- Boże Wszechmogący - wyszeptała. - Spójrz na to słodkie, niewinne dziecko, tak drogie naszemu sercu. 
Błagam,  nie  odbieraj  nam  Hannah.  Pozwól  jej  zostać  z  nami.  Okaż  nam  łaskę  i  oświeć  nas,  dopomóż 
znaleźć jakiś sposób, aby pozostała wśród żywych. Amen.   
W  salonie  zapadła  cisza.  Słychać  było  tylko  ciężki  oddech  chorego  dziecka,  napełniający  serca 

wszystkich przerażeniem.   
Nagle stary człowiek chwycił za lampę. - Chodźcie za mną!   
Poprowadził ich na tyły domu, do dużej, przestronnej kuchni.   
-  Nie  wiem,  czy  to  ta  sama  choroba.  Ale  wiele  lat  temu  mój  syn,  kiedy  był  niemowlęciem,  zapadł  na 
podobną.  Prawie  nie  mógł  oddychać.  Zona  go  uratowała.  Moja  droga,  czy  pani  jest  gotowa 
zaryzykować?   
- Jestem gotowa zrobić wszystko, żeby ocalić Hannah. Proszę nam tylko powiedzieć, co mamy robić.   
- Trzeba narąbać drew, bardzo dużo drew. I nanosić wody ze strumienia, który płynie nieopodal mojego 
domu.   
Montana kierował się już ku drzwiom.   
- Pansy! Ned! - wołał. - Weźcie jak najwięcej naczyń i biegnijcie nad strumień!   
Doktor Ethridge osunął się ciężko na krzesło i wyciągnął przed siebie wychudzone, drżące ręce.   
- Zaufaj mi, moja droga. Ja potrzymam teraz dziecko, a pani niech biegnie na górę i przyniesie wszystkie 
prześcieradła, jakie znajdzie w skrzyni z bielizną.   
Summer nie zastanawiała się. Czuła instynktownie, że temu człowiek można zaufać, i to bezgranicznie.   
Podała mu popłakujące, rozpalone gorączką dziecko i pobiegła schodami na górę. Po chwili zbiegała już 
w dół, niosąc duży stos białych płóciennych prześcieradeł.   
Niebawem  cała  kuchnia  napełniła  się  parą,  przesyconą  zapachem  kamfory.  Parą  tak  gęstą,  że  wszyscy 
patrzyli jakby przez mgłę.   
Montana dorzucił do ognia kolejne polano.   
Przez chwilę patrzył, jak czerwone płomienie liżą suche drewno, a potem strzelają ku górze. Otarł dłonie 
o  spodnie  i  podszedł  do  kuchennego  pieca.  Na  piecu  stał  wielki  kocioł  z  gotującą  się  wodą,  do  której 
wlano kamforę. Nad kotłem rozpięto namiot z białych prześcieradeł. Tuż obok pieca, na kuchennym stole 
siedziała Summer. Przed sobą, w wyciągniętych rękach trzymała małą Hannah, starając się, aby dziecko 
nawdychało się jak najwięcej pary, wydobywającej się z kotła.   
- Jest jakaś poprawa? - spytał Montana. Summer potrząsnęła przecząco głową. Ramiona i plecy bolały ją 
od nienaturalnej pozycji, ale nigdy w życiu by się nie zgodziła, żeby ktoś ją zastąpił. Była zdecydowana 
zrobić wszystko, byle tylko uratować dziecko, które pokochała całym sercem.   
Montana delikatnie uścisnął ją za ramię i pocałował w policzek.   
- Nie martw się, Summer - powiedział cicho. - T o na pewno pomoże. Hannah będzie zdrowa.     
W oczach Summer zalśniły łzy, ale zamrugała szybko powiekami, żeby nie okazać swojej słabości. Teraz 
powinna  być  silna,  nie  tylko  ze  względ  u  na  Hannah,  ale  i  Pansy  i  Neda,  którzy  siedzieli  w  kącie, 
przytuleni do siebie i patrzyli wystraszonymi oczami.   
- Może dzieci powinny się trochę przespać? - spytał cicho doktor Ethridge.   
Summer potrząsnęła przecząco głową.   

 
- Nie mogę im teraz kazać stąd wyjść. One są bardzo przywiązane do swojej siostrzyczki.   
-  Rozumiem.  W  takim  razie  może  ja  się  nimi  trochę  zajmę.  Dzieci!  -  zawołał.  -  Chodźcie  tutaj!  U 
siądziemy przed kominkiem i pogawędzimy sobie.   
Pansy  i  Ned  posłusznie  usiadły  na  dywaniku  przed  kominkiem.  Doktor  Ethridge  zasiadł  na  krześle 
nieopodal i zaczął coś im opowiadać. Dzieci cichutko zachichotały i wkrótce cała trójka gwarzyła wesoło. 
Jednak  w  miarę  upływu  czasu  głosy  zaczęły  cichnąć.  W  walce  ze  snem  i  dzieci,  i  doktor  Ethridge, 
ponieśli sromotną klęskę. Dzieci ułożyły się na dywaniku, siwa głowa doktora Ethridge' a opadła na pierś. 

background image

Wszystkich zmorzył sen.   

 

Summer przycisnęła wargi do policzka małej Hannah.   
- Panie Boże, błagam, dopomóż ... - modliła się szeptem. - Los już tak ciężko doświadczył tę . trójkę 
dzieci. Nie pozwól, żeby znów poniosły bolesną stratę. - Summer nawet nie próbowała sobie wyobrazić, 
ile bólu sprawiłoby wszystkim odejście małej Hannah.   
A na dworze Montana znów naprężał mięśnie.   

 

Podniósł siekierę i uderzył w kolejne polano. Narąbał już staremu doktorowi zapas drew na całą zimę, ale 
nie mógł teraz siedzieć bezczynnie. Musiał coś robić, żeby nie dopuścić do siebie tej strasznej myśli. Co 
to będzie, jeśli mała Hannah przegra tę walkę ...   

 

Zastanawiał  się  tylko  w  duchu,  jak  to  mogło  się  stać,  że  taka  maleńka  istota  potrafiła  cały  jego  świat 
wywrócić  do  góry  nogami. Jeszcze  kilka  tygodni temu  był  złodziejaszkiem,  któremu  stróże  prawa  bez 
przerwy deptali po piętach. I beztroskim hazardzistą, dla którego liczyło sie tylko dobre cygaro i dobre 
karty w ręku. A teraz bez oporu dałby się. poprowadzić na szubienicę, byleby tylko mała Hannah prze-
żyła.   

 

Wszedł do kuchni, dźwigając naręcze drew i złożył je niedaleko paleniska. Podszedł do kominka, gdzie 
stary  człowiek  i  trójka  dzieci  spali  głębokim  snem.  Poprzykrywał  ich  kocami  i  podszedł  do  stołu,  na 
którym siedziała Summer. Głowa Summer odrzucona była w tył, oczy zamknięte. Spała.   

 

Mała Hannah też spała. Jej oddech był głęboki l mlarowy.   

 

Montana padł na kolana obok nich. Przez moment nie widział nic, póki nie otarł łez .   

Łez szczęścia.   
Summer obudziła się o świcie. I w tej szarości, zwiastującej dzień, zobaczyła na swoim podołku głowę 
Montany. Klęczał obok na twardej podłodze, obejmując jej kolana. Spał.   
Nie tylko on. Mała Hannah też spała, tak jak on. Głębokim, zdrowym snem.   
- Dzięki Ci, Panie ... - wyszeptała.   
Podniosła głowę i napotkała przenikliwe spojrzenie bystrych czarnych oczu doktora E thridge' a.   
Uśmiechnęła się do doktora i ostrożnie wyzwoliła się z objęć Montany. Wstała, a on nawet nie drgnął. 
Był  tak  zmęczony,  że  spał  dalej,  z  głową  opartą  o  krzesło.  Podeszła  do  kominka  i  ułożyła  Hannah  na 
dywaniku, między starszym rodzeństwem. Kiedy dzieci obudzą się i otworzą oczy, pierwsze, co zobaczą, 
będzie ich siostrzyczka. Już zdrowa ...   
Doktor  Ethridge  powoli  podniósł  się  z  krzesła  i  dał  jej  znak  ręką,  żeby  przeszła  za  nim  do  salonu. 
Summer nalała herbaty do dwóch filiżanek, weszła do salonu i jedną z filiżanek postawiła na stoliku obok 
krzesła, na którym zasiadł doktor.   
- Nigdy nie będę w stanie odwdzięczyć się za to, co pan uczynił - powiedziała wzruszonym głosem.   
-  Ja  nie  uczyniłem  niczego,  moja  droga.  T  o  Pan  Bóg  w  swojej  łaskawości  pozwolił  mi  przypomnieć 
sobie,  co  zrobiła  moja  żona  podczas  choroby  naszego  syna.  Było  to  ponad  pół  wieku  temu,  a  ja  teraz 
czasami nie potrafię już sobie nawet przypomnieć, co działo się wczoraj.     
-  Ależ  doktorze!  Pan  uczynił  dla  nas  bardzo  wiele!  Przecież  w  naszym  wozie  nie  moglibyśmy  tego 
wszystkiego zrobić. A pan udostępnił swój dom ludziom całkowicie sobie obcym ...   
Stary człowiek podniósł rękę, nakazując jej milczenie.   
- Na tym świecie nie ma ludzi obcych. Wszyscy jesteśmy dla siebie siostrami i braćmi.   
Popił herbaty, po czym znów skierował na Summer swój przenikliwy wzrok.   
- Pansy i Ned opowiedziały mi swoją smutną historię. Teraz już wiem, jak wasze losy splotły się ze sobą. 
Dzieci bardzo panią pokochały. Podziwiają panią za jej głębóką, niezachwianą wiarę i wielkie serce. Są 
tak  szczęśliwe,  żeście  je  przygarnęli,  pani  i  jej  mąż.  Opowiadały  mi  też  o  waszych  dramatycznych 
przeżyciach,  kiedy  przyjechał  człowiek  z  agencji  Pinkertona,  żeby  je  zabrać,  a  potem  rozdzielić. 
Opowiadały, jak stoczyliście z nim zwycięską walkę i uciekliście.   
Miała wielką ochotę skłamać. Kłamstwo miała już na końcu języka. Ale temu staremu panu nikt chyba 
jeszcze nigdy nie powiedział nieprawdy.   
- Muszę panu wyznać, doktorze Ethridge, że prawda wygląda nieco inaczej. Kiedy przygarnęłam dzieci, 
nie  kierowały  mną  szlachetne  pobudki.  Owszem,  dałam  im  schronienie,  były  przecież  bezdomne,  ale 

background image

wcale nie miałam zamiaru przygarniać ich na stałe. Potem dopiero ... z czasem ... sytuacja się zmieniła ... 
A  jeśli  chodzi  o  moją  wiarę·  ..  To  tylko  pozory.  Nie  jestem  osobą  duchowną,  tylko  zwyką  oszustką. 
Wygłaszam kazania, ale tylko dlatego, że niczego innego nie potrafię dobrze robić. Poza tym ludzie nie 
skąpią pieniędzy i w ten sposób zarabiam na życie.   
- Nie wierzy pani w to, co mówi podczas kazania?   
- Kiedy wygłaszam  kazanie, każde słowo wypowiadam  z największym przekonaniem. Ale to wcale nie 
znaczy, że jestem dobra i szlachetna. Dla mnie najważniejsze było to, że w ten sposób zarabiam na chleb. 
Te  kazania  zawsze  traktowałam  jak  coś  w  rodzaju  przedstawienia.  T  ak  naprawdę  to  chyba  przede 
wszystkim jestem nie złą aktorką ... A poza tym...   

.   

- Co jeszcze, moja droga?   
- Montana wcale nie jest moim mężem.   
- A kim on jest, jeśli wolno wiedzieć?   
- Kim? Jestem hazardzistą, złodziejem i bandytą - rozległ się od progu dźwięczny głos Montany. 
Podszedł bliżej, przysiadł na poręczy krzesła Summer i objął ją ramieniem.   
-  Ale  on  nie  powiedział całej  prawdy,  doktorze  Ethridge!  -  wykrzyknęła  Summer.  -  On  ma  złote serce, 
naprawdę! I ma w sobie tyle szlachetności i. ..   
- Nie ma we mnie żadnej szlachetności - przerwał jej szorstko Montana. - Przyłączyłem się do Summer i 
dzieci tylko dlatego, że dzięki temu łatwiej mi było wymknąć się stróżom prawa. Pomyślałem sobie, że 
żaden z miejscowych szeryfów nie będzie podejrzewać mężczyzny z żoną i dziećmi.     
Stary człowiek przyglądał im się z głęboką zadumą·   
- Czyli z tego, co mówicie, wynika, że wasza przeszłość wcale nie była ... heroiczna.   
- O, nie! - przytaknęli zgodnie.   
Doktor Ethridge znów zadumał się na chwilę, po czym zadał pytanie, które nimi wstrząsnęło. 
  - Może te dzieci zostałyby u mnie?   
- U pana? - W oczach Montany pojawiły się gniewne błyski. - A dlaczego niby miałyby tu zostać?   
- Dzięki temu moglibyście wrócić do swojego dawnego życia.   
Montana chwycił Summer za rękę. Ich palce mocno się splotły.   
-  Zdaje  się,  że  nie  wyjaśniliśmy  panu  wszystkiego  dostatecznie  jasno  -  powiedzia!  twardym  głosem 
Montana. - T e dzieci stały się dla nas wszystkim. Nie mamy zamiaru nikomu ich oddawać.   
- Ale powiedzieliście mi, że nie jesteście małżeństwem ...   
Montana znów nie dał mu dokończyć.   
~ Zamierzamy to wkrótce zmienić, doktorze Ethridge.    .   
- Rozumiem. A co z wymiarem sprawiedliwości? Macie zamiar dalej tak uciekać w nieskończoność?   
- Nie mamy innego wyjścia. Pewien detektyw z agencji Pinkertona depcze nam po piętach. Wynajęli go 
ludzie, którzy chcą adoptować małą Hannah. Starsze dzieci mają trafić do sierocińca. A Summer ani ja 
nigdy się na to nie zgodzimy.   
Z  kuchni  dobiegły  głosy  dzieci.  Summer  i  Montana  spojrzeli  po  sobie  i  oboje  bez  słowa  wybiegli  z 
salonu.   
Doktor Ethridge wypił łyk herbaty i znów się zadumał.   
 
-  Dlaczego  pan  tak  szepcze  i  szepcze,  doktorze  Ethridge?  -  spytał  mały  Ned  z  buzią  pełną  owsianki, 
posypanej cynamonem i cukrem.   
- Ned! Nie wypada zadawać tak osobistych pytań. To nietaktowne ... - skarciła go półgłosem Summer.   
-  Ależ nic się nie stało  - powiedział stary człowiek i uśmiechnął się smutno.  - A mój głos ... Myślę, że 

Pan  Bóg  pokarał  mnie  za  moją  pychę.  Kiedyś  byłem  kaznodzieją  znanym  na  całym  Zachodzie,  aż  po 

Oracle. Moja sława sięgała tak daleko, że sam prezydent Grant poprosił mnie, abym przemawiał podczas 
jego  inauguracji.  W  rezultacie  powoli  zaczynałem  wierzyć,  że  ludzie  przychodzą  słuchać  mnie,  a  nie 
mojego przesłania. I kiedy zdawało się, że wspiąłem się na szczyt, nagle straciłem wszystko, co liczyło 

się w moim życiu. Moją żonę. Mojego syna. Oboje zmarli na ospę. Wtedy straciłem głos, a także przez 

jakiś czas byłem sparaliżowany.   

background image

- To straszne ... - szepnęła Summer.   
- Nie, moja droga - powiedział z łagodnym uśmiechem. - To było ukryte błogosławieństwo. Kiedy mój 
głos ucichł, spojrzałem wgłąb siebie. Odzyskałem wiarę i nic już nią nie zachwieje. A ponieważ sił mam 
bardzo niewiele, żyję spokojnie, spełniając posługę kapłańską tylko tym, którzy najbardziej tego 
potrzebują. Załuję tylko jednego. Ze nie mogę już głosić kazań. Dla dobrych ludzi z tego miasta byłoby to 
wielką pociechą. Chociaż ...   
Jego przenikliwy wzrok na moment spoczął na Summer.   
- Może dobry Bóg znów okazał swoją łaskawość i zesłał tutaj panią ...   
Pansy i Ned też spojrzeli na Summer. Błagalnie. A ona przypomniała sobie ich radosne twarzyczki, kiedy 
miejscowe dzieci zaprosiły je do wspólnej zabawy. Niestety ...   
- Nie możemy tu zostać, doktorze Ethridge - powiedziała cicho. - Kiedy tylko Hannah odzyska siły, 
ruszamy w dalszą drogę.   
Stary pan skinął głową. - Rozumiem.   
Nabrał łyżką owsianki i przełknął.   
- Po śmierci żony nie jadłem równie smacznego śniadania. Szkoda, że tak wspaniała kucharka musi stąd 

odjechać. Ale cóż ...   
Zjadł jeszcże trochę owsianki i spojrzał dookoła.   
- Wybaczcie, moi drodzy, że nie zaprowadzę was na piętro. Od kilku lat nie chodzę po schodach. Musicie 
iść tam sami. Wszystkie pokoje są do waszej dyspozycji. Proszę, rozgoście się i czujcie się tu jak u siebie 
w domu.     
- Pan jest zbyt wspaniałomyślny, doktorze Ethridge! - powiedziała wzruszona Summer.   

 
-  Och,  moja  droga!  Z  mojej  strony  to  przede  wszystkim  zwykły  egoizm.  Cieszę  się,  że  ten  stary  dom 
ożyje.   

 

Pokoje na piętrze były duże, ładnie umeblowane, przypominały Summer dom jej babki. W tym domu też 
mieszkali ludzie kochający siebie nawzajem i swój dom. Niestety, kiedyś, bo do tych pokoi od bardzo 
dawna nikt nie zaglądał, dlatego Summer, kiedy wybrali sobie dwa pokoje na pomieszkanie, pootwierała 
przede wszystkim okna, żeby wpuścić do środka świeże powietrze i przewietrzyć pościel.   

 

W jednym z pokoi stała kołyska, a w pokoju obok Pansy i Ned znaleźli w dużej skrzyni mnóswo zabawek 
z drewna. Zachwyceni, na początek wyciągnęli wózek i bąka, pomalowanego na jaskrawe kolory. Jednak 
znużeni dramatycznymi wydarzeniami tej nocy, nie bawili się długo. I choć słońce było już wysoko na 
niebie, wdrapali się na łóżko i zasnęli jak kamień.   

 

Summer usiadła w wygodnym bujanym fotelu przyoknie i tuląc do siebie małą Hannah, nuciła cichutko, 
póki malutka nie zasnęła. Wtedy ułożyła ją w kołysce, a sama z rozkoszą wsunęła się pod kołdrę i też 
zasnęła. Kamiennym snem.   

 

Tylko  Montana  czuwał,  choć  z  całego  serca  pragnął  ułożyć  się  obok  Summer  i  wziąć  ją  w  ramiona. 
Przysunął krzesło bliżej okna, z którego widział dobrze ulicę. Usiadł i modlił się w duchu , żeby mogli 
opuścić to miasto, póki nie zawitają tu stróże prawa.   

..   

 

Summer obudziła małą Hannah. Dziecko uśmiechało się i gaworzyło, a obok, w fotelu bujanym, z ręką 
opartą na kołysce, spał Montana. Summer wstała z łóżka, wzięła dziecko na ręce i na palcach wyszła na 
korytarz. W sąsiednim pokoju Pansy i Ned, już wypoczęci i radośni, wyciągali ze skrzyni nowe zabawki. 
Summer położyła palec na ustach, nakazując im ciszę i dała znak ręką, żeby poszli za nią.   

 

Zeszli  na  dół,  do  salonu.  Doktor  Ethridge,  usadowiony  w  krześle  koło  okna,  powitał  ich  serdecznym 
uśmiechem.   
- Wyglądacie już o wiele lepiej - stwierdził z zadowoleniem.   

 
-  Wypoczęliśmy  znakomicie.  Dziękujemy  panu  -  powiedziała  Summer.  -  Doktorze  Ethridge,  a  może 
chciałby pan, żebym ugotowała coś na obiad?·   
- Nie trzeba, moja droga. Przekazałem wiadomość Charity Danville, że mam gości i dostarczono nam już 

wszystko. Trzeba tylko nakryć do stołu. - Pan jest dla nas po prostu za dobry! Doktor mrugnął do niej 

wesoło.   

 
- Nie bez powodu, moja droga, nie bez powodu! Ciągle mam jeszcze nadzieję, że uda mi się przekonać 
ciebie i Montanę, żebyście tu zostali. Wtedy mój dom znów będzie rozbrzmiewać dziecięcym śmiechem.   

background image

- Och, doktorze Ethridge! Gdybyśmy tylko mogli ...   
Westchnęła, ale zaraz potem uśmiechnęła się.   
Nie  chciała  psuć  nikomu  radosnego  nastroju.  Zostawiła  dzieci  pod  opieką  doktora,  a  sama  poszła  do 
kuchni. Nie zdążyła się jeszcze zakrzątnąć, kiedy do kuchni wbiegł Montana.   
-  Nie  mogę  uwierzyć,  że  zasnąłem!  -  rzucił  od  progu  zdenerwowanym  głosem.  -  Ale  na  szczęście 
obudziłem się w odpowiednim momencie! Widziałem, jak wchodzą do biura szeryfa!   
Summer, przestraszona, chwyciła się za serce.   
- Ale kto, Montana?! Kto?!   
Boże wielki, przecież znała już odpowiedź!   
- Wade Farmer, nasz agent od Pinkertona, i oczywiście szeryf Otis Pain!   
- Zaprzęgaj konia, Montana! Ja idę po dzieci.   
Nie myślała o tym, co w tej chwili zostawiali za sobą. Nie było czasu na rozpamiętywanie, jaki dom 
mogliby stworzyć tutaj dzieciom, w tym mieście pełnym dobrych, życzliwych ludzi. Teraz każda minuta 
była na wagę złota.   
Pomknęła do salonu.   
- Dzieci! - powiedziała, starając się, żeby w jej głosie nie było słychać cienia niepokoju. - Pożegnajcie się 
ładnie z panem doktorem Ethridgem. Zaraz wyjeżdżamy!   
Stary pan spojrzał na nią ze zdumieniem. Musiała, niestety, wyjaśnić mu sytuację.   
-  Montana  zobaczył  przez  okno  agenta  Pinkertona!  Jest  z  nim  ten  zdemoralizowany  szeryf,  który 
przysiągł, że doprowadzi Montanę na szubienicę!   
Pansy i Ned zaczęli płakać. Usteczka małej Hannah natychmiast wykrzywiły się w podkówkę·   
- Cicho, dzieci, proszę, nie płaczcie  - prosiła Summer. - Wszystko będzie dobrze, tylko pośpieszcie się. 
Nie mamy ani chwili do stracenia.   
Doktor  Ethridge  każde  z  dzieci  przytulił  do  serca,  potem  powoli  podniósł  się  z  krzesła  i  podszedł  do 
Summer. Objął dłońmi jej twarz i spojrzał jej głęboko w oczy.   
- To nie jest sposób na życie, moja droga. Nie możecie ciągle uciekać, ciągle oglądać się trwożliwie za 
siebie.   
- Ale nie można inaczej ... - wykrztusiła, walcząc z łzami. - Ja ... ja kocham Montanę, i kocham te dzieci. 
Gdybym miała ich stracie ... Nie, ja bym tego nie przeżyła ...   
- Jeśli pani chce zatrzymać ich przy sobie, niech pani przestanie uciekać. I zaufa Bogu.   
Summer, prawie nic nie widząc przez łzy, potrząsnęła tylko głową i poleciła dzieciom:   
- Pansy, idźcie wszyscy szybko do wozu.   
- Tak, proszę pani.   
Dzieci  ruszyły  ku  drzwiom,  a  ona  odwróciła  się,  z  nadzieją,  że  zdoła  wyrazić  słowami  całą  swoją 
wdzięczność, jaką czuła do tego starego, pełnego dobroci człowieka. Odwróciła się i z jej ust wydobył się 
okrzyk pełen przerażenia.   
Stary pan osuwał się na podłogę. Natychmiast podbiegła do niego, przyklękła, chwilę potem do salonu 
wpadł Montana, wezwany przez przera-   
żone dzieci.   

'   

- Co się stało, Summer?   
- Nie wiem! Nie mogę go podnieść!   

 

Rzuciła  się  do  sofy,  po  koc  i  poduszkę.  Okryła  starca,  podsunęła  mu  pod  głowę  poduszkę.  Potem 
spojrzała Montanie prosto w oczy.   
- Nie zostawię teraz doktora - oświadczyła twardo.   
- Ale ...   

 

Wstała z kolan, podeszła do niego i położyła palec na jego ustach. I zamknęła oczy, żeby nie widział, ile 
w nich bólu.   
- Zabierz dzieci. Uciekajcie beze mnie.   
- Nie, Summer. - Oderwał jej dłoń od swoich ust. - Jesteśmy wspólnikami, zapomniałaś? Jeśli ty 
zostajesz, ja też zostaję.   

background image

Sprawdził swój pistolet.   
- To miasto jest tak samo dobre do walki jak każde inne.   

 
- Nie, nie, Montana! Doktor Ethridge jest człowiekiem Boga. W jego domu nie wolno używać broni.   
- Czyli co? - rzucił gniewnie. - Chcesz, zebyśmy się poddali?   

 

Milczała przez chwilę, wpatrując się w nieruchorną postać na podłodze i przywołując w pamięci ostatnie 
słowa, jakie przekazał jej doktor Ethridge.   
- Nie, Montana, my wcale się nie poddajemy. Tylko oddajemy się pod opiekę kogoś bardziej potężnego 
niż twoja broń ... Pod opiekę Pana Boga!   
 

Wade Farmer i szeryf Otis Pa in woleli nie ryzykować. Poszli do burmistrza i do szeryfa Sharpa, . obeszli 
prawie wszystkich właścicieli małych biznesów, ostrzegając przed dwójką łotrzyków, którzy podają się 
za  kobietę-kaznodzieję  i  jej  męża.  Przed  każdym  wyrecytowali  całą  litanię  przestępstw,  popełnionych 
przez  człowieka  znanego  jako  Montana.  A  ponadto,  aby  jeszcze  bardziej  uzasadnić  swoje  oskarżenia, 
opowiedzieli, jak tej parze udaje się umknąć przed ręką sprawiedliwości, ponieważ udają rodzinę. A tak 
naprawdę te dzieci to trójka zbiegłych sierot.   

 

Wzburzony  tłum  ruszył  do  dGmu  doktora  Ethridge'a.  Wszyscy  byli  zaniepokojeni  o  los  starego 
człowieka, który znajdował się teraz w rękach przestępców. Tłum otoczył dom, kilku mężczyzn z bronią 
w ręku pierwszych wpadło do środka. Do salonu, w którym Summer, Montana i dzieci klęczeli wokół 
nieruchomego ciała na podłodze.   

 
- Coście mu zrobili?! - krzyknął z gniewem szeryf Sharp, grożąc im pistoletem. - Odsuńcie się od niego 
natychmiast!   

 

Wstali posłusznie. Summer jedną ręką tuliła do piersi Hannah, drugą trzymała mocno za rączkę Pansy. 
Montana wziął na ręce Neda i cofnął się o krok 
- Doktor Ethridge miał atak - powiedział.   
- Niech pan uważa! - krzyknął agent Pinker- tona. - To rewolwerowiec. Lepiej go przeszukać!   

 

Kilku mężczyzn natychmiast rzuciło się do Montany, sprawdzić jego olstra.   
- Nie ma broni! - zawołali.   
- A więc w końcu lis wyszedł ze swojej nory - rzucił zjadliwie szeryf Pain. - Oddajcie te dzieci.   
Trzeba związać wam ręce, żeby nie przyszło wam do głowy uciekać.   

 

Mały Ned, dygocząc na całym ciele, ukrył twarz na ramieniu Montany.   

 
-  Ejże,  Ned!  -  powiedział  do  niego  cicho  Montana,  głaszcząc  go  po  głowie.  -  Bądź  dzielny.  Kiedy  już 
odsiedzę swoje, wrócę do ciebie. Obiecuję. Jesteśmy przecież wspólnikami!   

 

Ale chłopiec płakał dalej. Montana niemal siłą odczepił go od siebie. Postawił chłopczyka na podłodze i 
wyciągnął obie ręce do szeryfa.   

 
- No, proszę. Wszystko idzie łatwiej, niż się spodziewałem - powiedział z zadowoleniem Wade Farmer. - 
W imieniu Agencji Pinkertona żądam przekazania mi pełnej kurateli nad tą trójką dzieci.   

 
- On chce wysłać nas do sierocińca! - krzyknęła Pansy. - A naszą siostrzyczkę chce oddać jednej bogatej 
pani, która na pewno nie będzie tak jej kochała jak my!   

 
- Spokojnie. Ja ... - zaczął Farmer, ale burmistrz nie dał mu dokończyć.   

 
- Czy to prawda? - spytał. - Ścigasz pan te dzieci, żeby je potem rozłączyć?     
Wade Farmer wzruszył ramionami.   
- Co z nimi będzie dalej, to nie moja sprawa. Bankier zapłacił mi, żebym przywiózł mu je wszystkie.   

Zaczął wydzierać Hannah z ramion Summer.   
Dziewczynka zaczęła płakać rozpaczliwie i nagle wśród tego płaczu i szamotaniny rozległ się drżący głos 
Neda.   

 
- To on - powiedział, wskazując palcem na szeryfa Otisa Paina. - On zastrzelił moją mamę i mojego tatę.   

 

Wszyscy spojrzeli na Paina, zajętego krępowaniem rąk Montany.   

Summer krzyknęła cicho.   

 
- Pansy! Przecież mówiłaś, że nie wiesz, kto zastrzelił waszych rodziców!   

 
- Bo ja nie wiem, proszę pani! Byłam w chacie z Hannah. Ale Ned bawił się na polu. On to widział. Ned? 

background image

To naprawdę on?   

 
- Tak. - Zalękniony chłopczyk, popłakując, chwycił się za spódnicę Summer. Ale mówił dalej. - Leżałem 
w bruździe, niedaleko od pługa. On przyjechał, a z nim jeszcze kilku mężczyzn. Chciał od taty pieniędzy. 
Tata powiedział, że nie ma. Wtedy zastrzelił tatę, a potem ... mamę ...   
Głos chłopczyka załamał się, przeszedł w szept. - I jak odjeżdżali, to się ... śmiali ...   

 

Lufa pistoletu Paina wycelowana była w pierś Montany.   

 
- Dzieciak bredzi - wysapał. - A ja noszę odznakę szeryfa!     
- Nie tylko ty! - Szeryf William Sharp wysunął się do przodu i dał znak swoim ludziom, żeby skierowali 
broń  na  szeryfa  Paina.  -  To  jest  moje  miasto.  Ja  tutaj  reprezentuję  prawo!  Otisie  Pain,  jest  pan 
aresztowany pod zarzutem morderstwa. Zabieram pańską broń.   
- A ja zabieram dzieci do Hollow Junction - oświadczył Wade Farmer i zaczął wydzierać Hannah z rąk 
Summer.   
Wszystkie  dzieci  zaczęły  płakać,  a  $ummer,  choć  ze  wszystkich  sił  starała  się  opanować,  z  trudem 
powstrzymywała łzy. Ale zdawała sobie sprawę, że w tej sytuacji nie powinna stawiać oporu.   
Szeryf Sharp milczał, zapewne zastanawiając się, czy podjąć interwencję· w sprawie, która właściwie nie 
powinna go obchodzić.   
Wtedy  doktor  Ethridge  poruszył  się  i  powoli  zaczął  podnosić  się  z  podłogi.  Wstał,  usiadł  na  krześle  i 
chudym, kościstym palcem wskazał na Montanę·   
- Zastanów się, Sharp - wyszeptał z wysiłkiem. - Ten człowiek gotów jest poświęcić swoją wolność, byle 
tylko te dzieci pozostały razem. Myślę, że to świadczy jak najlepiej o jego charakterze.   
T  o  było  wszystko,  czego  potrzebował  szeryf  Sharp.  Skierował  swoją  broń  na  Wade'a  Farmera  i 
powiedział:   
- Te dzieci podlegają mojej jurysdykcji. Nie pozwolę ich rozdzielić, dopóki przebywają w moim mieście.   
- Ci dobrzy l udzie ... - zaszeptał doktor Ethridge - będą dobrze służyć naszemu miastu. Chcę użyczyć im 
swojego domu w zamian za życzliwość i opiekę, jakiej doświadczyłem od nich poprzedniego dnia. I będę 
wspierał ich, jesli zdecydują się głosić w naszym mieście Słowo Boże ...   

 
- Chce pan przyjąć pod swój dach przestępcę i jego kobietę? - spytał zdumiony burmistrz.   

 

Szeryf Sharp wyciągnął z kieszeni list gończy i wręczył burmistrzowi.   
- Niech pan spojrzy ... Montanę nazywają złodziejem-dżentelmenem. Nigdy nikomu nie wyrządził żadnej 
krzywdy  cielesnej.  -  Wyciągnął  z  pochwy  nóż  i  przeciął  więzy,  krępujące  ręce  Montany.  -  Większość 
ludzi,  których  pan  obrabował,  nie  chce  pana  skarżyć.  Podejrzewam,  że  dobytek, jaki  mieli  ze  sobą,  nie 
został  z,dobyty  uczciwie.  Tym  niemniej,  kradł  pan  i  każdemu,  kto  pana  oskarży,  należy  się 
zadośćuczynienie.   
- I otrzyma - oświadczył doktor Ethridge. - Jeśli ten człowiek będzie miał normalny dom i środki, które 
zdobędzie dzięki uczciwej pracy, godnej szacunku, wtedy bez trudu zrekompensuje poniesione przez 
innych straty. To logiczne.   
Montana spojrzał na Summer, która stała nieopodal, otoczona dziećmi. Nie zamienili ze sobą ani słowa, a 
przecież  wiedzieli  już  oboje,  o  co  chodzi.  Stary,  przebiegły  człowiek  wymówił  właśnie  słowo,  które 
żadnemu z nich nie potrafiło przejść przez gardło: godny szacunku?   
- Naturalnie ... - ciągnął stary człowiek, a jego oczy błyszczały - powinni wziąć ślub. Nie mogę pozwolić, 
aby pod moim dachem zamieszkali mężczyzna i kobieta niezwiązani węzłem małżeńskim.   
Dzieci,  słysząc  słowo  "ślub",  podskoczyły  z  radości  i  zaczęły  tańczyć.  Mała  Hannah  naturalnie  też 
zaczęła podskakiwać i klaskać w rączki. A pani Charity Danville wysunęła się do przodu i oznajmiła:   
- W takim razie razem z córką bierzemy się za przygotowanie przyjęcia. Proponuję dziś wieczorem. 
Doktorze Ethridge, czy czuje się pan na siłach? - Od bardzo dawna nie czułem się tak dobrze! Stary 
człowiek zrzucił z siebie koc i ruszył do stolika pod ścianą, w poszukiwaniu swoich binokli. Szedł 
dziarskim krokiem, niemal jak młodzieniaszek.   
Nałożył binokle i odwrócił się.   
- Mam nadzieję, że wszyscy tu obecni zjawią się wieczorem.  - Spojrzał na Summer.  - Szósta? Jak pani 
myśli, moja droga?   

background image

Zanim zdążyła odpowiedzieć, wyręczył ją burmistrz.   
- Może o piątej? Im wcześniej, tym lepiej, żeby nie mieli czasu zmienić zdania, nie sądzi pan, doktorze? I 
zaprosimy całe miasto. Niech wszyscy przyjdą i poznają nowego kaznodzieję i jego rodzinę.   
Tłum,  przedtem  gniewny,  a  teraz  zachwycony  i  podekscytowany  zbliżającą  się  uroczystością,  zaczął 
opuszczać dom doktora Ethridge'a.   
Szeryfa  Paina  i  Wade  Farmera  wyprowadzono  pod  eskortą  i  kiedy  ostatni  z  nich  znikł  za  progiem, 
Summer  i  Montana  spojrzeli  na  siebie  rozradowanym  wzrokiem,  po  czym  odwrócili  się  do  dzieci  i 
rozpostarli ramiona.   
Kiedy wszyscy już wyściskali się, wycałowali i osuszyli łzy radości, Pansy, jakby jeszcze nie wierząc do 
końca, spytała:   
- Czy to naprawdę będzie nasz dom?   
- Myślę, że tak - mruknął Montana.   
- Na zawsze? - pytał Ned, wpatrując się w niego roziskrzonym wzrokiem.   
- Dopóki doktor Ethridge pozwoli nam tu zostać - powiedziała Summer.   
Potem dzieci pobiegły na górę, do zabawek, a doktor Ethridge powoli podniósł się z krzesła. - Pójdę do 
kuchni i zrobię sobie herbaty. A was zostawiam samych. Na pewno pewne rzeczy chcielibyście jeszcze 
omówić.   
Ledwo znikł za progiem, a Sur:nmer i Montana, zanosząc się od śmiechu, padli sobie w ramiona.   
- No i kto tu jest największym oszustem? - powiedział Montana, z niedowierzaniem potrząsając głową. - 
Chytry lis ... Po prostu wystrychnął nas na dudka. Bo chciał, czy nie chciał, resztę życia musimy spędzić 
w tym mieście, opiekując się nim i kierując jego trzódką.   
- Och, Montano ...   
Summer musnęła wargami jego usta.   
- Będziemy w końcu żyć jak uczciwi ludzie! Ten stary doktor dał nam szansę na zbudowanie wspólnego 
życia. Nie będziemy już drżeć ze strachu, że w końc.u nas złapią! Montano, mamy to, czego pragnęliśmy 
oboje!   
-  Oboje?  Hm  ...  Muszę  się  nad  tym  zastanowić.  Czyli  wychodzi  na  to,  że  mam  porzucić  swoje 
dotychczasowe zajęcie, żyć uczciwie, a poza tym do końca życia będę miał na głowie kobietę z trójką 
dzieci! - Roześmiał się i mocno objął Summer. - Dziwne, że wcale nie czuję panicznego strachu! Wiesz, 
jak się czuję? Czuję się wolnym człowiekiem, po raz pierwszy w moim życiu!   
Wolnym, powtórzył sobie w·duchu, pochylając głowę, żeby złożyć n,a ustach Summer gorący pocałunek. 
Wolność. Cenny dar, jaki otrzymał od losu dzięki Summer. On tego daru nie zmarnuje, odpłaci jej za to 
lojalnością i oddaniem. Także śmiechem, bo śmiechu w rodzinie powinno być jak najwięcej. I miłości, 
oczywiście. Tyle miłości, żeby wystarczyło na całe życie. Do samego końca.