background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Teksas, 1880 

-  A  kogo  tam  diabli  przynieśli?  -  Woźnica,  mrużąc  oczy  przed  ostrym  światłem  popołudniowego 

słońca, wydał z siebie kilka dodatkowych, bardziej sążnistych przekleństw i z całej siły ściągnął lejce. -

Prr! Stój! 

Wysoki,  szczupły  młodzieniec  stanął  dokładnie  naprzeciwko  rozpędzonego  dyliżansu.  Stał  tam  i 

machał  gorliwie  kowbojskim  kapeluszem,  unosząc  przy  tym  obie  ręce,  jak  kogut,  bijący  skrzydłami. 

Konie  zaryły  kopytami  dosłownie  parę  cali  przed  nim.  Dyliżansem  rzuciło,  z  wnętrza  dobiegły 

rozpaczliwe okrzyki pasażerów, starających się za wszelką cenę pozostać na swoich miejscach. 

- A już się bałem, że mnie nie zauważysz! - powiedział kowboj, uśmiechając się sympatycznie. 

- Masz szczęście - burknął woźnica. - O mały włos, a konie by cię wbiły w piach. 

- Przepraszam za to małe zamieszanie! - Młodzieniec podniósł z ziemi siodło i zręcznie zarzucił sobie 

na ramię. - Mój koń okulał, musiałem go zastrzelić. Idę tak już wiele mil. Na szczęście, zauważyłem ten 

dyliżans. 

Wyjął z kieszeni monetę i rzucił ją woźnicy. 

- Znajdzie się w twoim dyliżansie miejsce dla mnie? Muszę dotrzeć do najbliższego miasta 

Woźnica spojrzał na monetę. 

- Czemu nie? Dawaj tu siodło! 

Ułożył je  na dachu dyliżansu,  obok kufrów  i toreb. Przywiązał je  starannie i  zsunąwszy się  z kozła, 

otworzył drzwi dyliżansu. 

- Wskakuj! 

Z wnętrza ciasnego, brudnawego dyliżansu dobiegły teraz pomruki pełne niezadowolenia. 

- Zapłaciliśmy ci niemało, Wylie! - zawołał krępy jegomość w granatowym surducie i cylindrze. - Nie 

widzę powodu, żebyśmy dalszą podróż mieli odbywać w towarzystwie jakiegoś włóczęgi! 

-  Proszę  wybaczyć  mój  wygląd!  -  Kowboj  znów  uśmiechnął  się  promiennie  i  zaczął  skwapliwie 

otrzepywać się z kurzu. 

- On zapłacił więcej niż pan, panie Ellsworth - oświadczył woźnica, nie wyj mu j ąc fa j ki spomiędzy 

żółtawych zębów. - A poza tym do najbliższego miasta jest co najmniej dziesięć mil. Chcesz pan, żeby ten 

człowiek szedł tam na piechotę? 

I bez czekania na od powiedź Ellswortha, ponaglił kowboja. 

- Wskakuj! W tych stronach po zmroku jest bardzo niebezpiecznie. 

DżentelmeIf o nazwisku Ellsworth i pulchna dama, siedząca obok niego, ani drgnęli, natomiast chudy 

mężczyzna w nieco znoszonym już brązowym surducie, usadowiony vis-a-vis, posunął się do okienka. 

Młoda  dama  z  otwartą  książką  na  podołku  spojrzała  nieco  nieprzytomnie  i  przesunęła  się  kawałek  w 

background image

drugą stronę· 

- Witam! - rzucił kowboj radośnie, sadowiąc się na udostępnionym mu skrawku ławki. - Wybaczcie, 

dobrzy  ludzie,  że  stwarzam  wam  pewne  niewygody.  Moje  ubranie  jest  cokolwiek  przybrudzone,  ale 

przysięgam, że dziś rano wziąłem kąpiel i za bardzo nie śmierdzę. Chociaż ... - nabrał głęboko powietrza i 

odwrócił  się  ku  młodej  damie,  zagłębionej  w  lekturze  -  na  pewno  nie  pachnę  tak  ładnie  jak  szanowna 

pani! To woda bzowa, prawda? 

Dama, nie odrywając wzroku od książki, nieznacznie skinęła głową· 

Kowboj, wcale nie zrażony, powiesił sobie kapelusz na kolanie i rozejrzał się dookoła jak ciekawski 

szczeniak, życzliwie nastawiony do świata. 

- Nazywam się Montana. A wy kto jesteście, dobrzy ludzie? 

-  Ja  jestem  Rodney  Ellsworth  -  przestawił  się  korpulentny  jegomość  nie  bez  dumy  i  zawiesił  głos. 

Montana nie zareagował, dlatego jegomość nieco rozwinął swoją wypowiedź. - Gdybyś pochodził Z tych 

stron, młody człowieku, na pewno byś o mnie słyszał. Jestem właścicielem banków w Hollow Junction i 

jeszcze w kilku innych miastach. 

-  Kilka  banków,  powiadasz  pan?  Czyli  korzysta  pan  z  pieniędzy  innych  ludzi  i,  mam  nadzieję, 

inwestuje mądrze? 

- A owszem - przyznał Ellsworth, nieznacznie wypinając pierś do przodu. - Moje inwestycje w ciągu 

ostatnich kilku lat dały nie zły zysk. 

-  Poza  tym  trzeba  umieć  wykorzystać  sytuację,  prawda?  ~  Montana  mrugnął  dO  niego  poro-

zumiewawczo. - Na pewno jest kilku ranczerów czy farmerów, którym rok się nie udał i w sakiewce mają 

pusto, a pan dzięki temu możesz otworzyć kolejny bank! Czy nie tak, panie Ellsworth? 

Bankier milczał, chyba bardzo niezadowolony z tej uwagi. 

- A kimże jest ta piękna dama obok pana, panie Ellsworth? - pytał niezmordowanie kowboj Montana. 

- Moja żona, Harriet - odparł sztywno bankier i dumnie uniósł podbródek. 

- A. .. Witam, szanowną panią! Jak się pani miewa? 

Pulchna  dama  zdobyła  się  na  lekkie  skinienie  głową,  choć  było  oczywiste,  że  dama  owa  uważa 

brudnego  kowboja  za  niegodnego  jej  uwagi.  Zaraz  potem  demonstracyjnie  uniosła  nos,  dając  do 

zrozumienia, że zapach, jaki roztacza wokół siebie nowy pasażer, jest wręcz odrażający. 

- A pan kim jesteś? - spytał Montana mężczyznę w brązowym surducie. 

- Jasper Thompkins - mruknął mężczyzna. 

- Jak pan się miewa, panie Thompkins? I czym pan się zajmuje? 

-  Jestem  właścicielem  sklepu  w  Hollow  Junction.  Handluję.  Głównie  z  Indianami,  to  fakt.  Właśnie 

jeździłem w interesach do Czejenów. 

- Słyszałem, że Czejenowie są trudnymi klientami. 

background image

- Bzdura! - obruszył się handlarz. - Ja uważam, że handluje się z nimi nadzwyczajnie! Nie interesują 

ich rzeczy w dobrym gatunku, na które musiałbym wydać dużo pieniędzy, jak żywność czy grube koce z 

przedniej  wełny.  Oni  kupują  naj  chętniej  tanie  paciorki,  różnego  rodzaju  błyskotki  i  bele  perkalu.  Ci 

głupcy to mpi najlepsi klienci! 

-  Czyli  handel  z  głupimi  Indianami  uczynił  pana  człowiekiem  zamożnym  -Montana  z  uwagą 

przyglądał się ciężkiemu workowi, który Jasper trzymał na kolanach. - Ciekawe, co tam jest? Towar na 

sprzedaż? A może ... pieniądze? 

- A jak pan myślisz? - Jasper uśmiechnął się chytrze. Jego palce zacisnęły się na worku. 

Montana spojrzał teraz znów na młodą damę z książką. Jakaś dziwna to była dama, bo Montana, kiedy 

tylko rozsiadł się w dyliżansie, przycisnął kolano do jej kolana, a ona jakby wcale tego nie zauważyła. Do 

takiej  reakcji  Montana  nie  był  przyzwyczajony.  Większość  kobiet  uważała  go  za  fascynującego 

mężczyznę, któremu trudno się oprzeć. Zwłaszcza kiedy jemu chciało się być czaruJącym. 

Młoda  dama  siedziała  prosto  jak  świeca  i  emanowała  skromnością.  Ciemne  włosy  upięte  były  w 

ciasny kok, na czubku głowy siedział sobie kapelusik podróżny, okropny w swojej prostocie. Perkalowa 

suknia,  nieco  już  znoszona,  zapięta  była  pod  szyję,  rękawy,  oczywiście,  długie.  Na  ramiona  dama 

narzuciła  skromny  szal,  który  zsunął  się  nieco,  dzięki  czemu  Montana  dojrzał  apetyczne  krągłości  z 

przodu i cienką kibić. 

- Nazywam się Montana - powiedział, skupiając na damie cały urok swego uśmiechu. - A pani jak się 

nazywa? 

Uniosła wzrok znad książki.  W bursztynowych oczach błysnęło raczej nie przychylnie. Ale głos był 

cichy, bojaźliwy, zniżony prawie do szeptu. 

- Virginia. 

Montana pomyślał, że gdyby teraz krzyknął głośno, na przykład "pif! paf!", lękliwa panna umykałaby 

z dyliżansu jak zając. 

- Virginia - powtórzył z uśmiechem. - Bardzo ładne imię, panno ... 

- Pani. Pani Virginia Merle. 

Jeśli w ten sposób chciała zniechęcić go do dalszej konwersacji, to jej się nie udało. 

- Ta książka musi być bardzo ciekawa. Jest pani nią całkowicie pochłonięta i na nic innego nie zwraca 

uwagi. 

- Czytam Biblię, proszę pana - powiedziała z naciskiem. - Uważam ją za źródło wszelkich inspiracji. 

- I zapewne tak jest, proszę pani. Biblia. Pani Merle. A on miał już nadzieję, że do końca podróży 

będzie mógł ocierać się rozkosznie . o kolanko tej młodej damy ... 

- Przepraszam, a czym zajmuje się pan Merle? 

- Mój mąż, Charles, jest duchownym, niedawno otrzymał święcenia. Zamierzamy razem wędrować po 

background image

całym Teksasie, wygłaszać kazania i nawracać grzeszników. 

Pani Merle na moment wbiła wzrok w Montanę, jakby pewna, że on zalicza się do tej właśnie kategorii 

ludzi. 

-  Charles  już  wkrótce  po  naszym  ślubie  rozpoczął  służbę  bożą  i  wyruszył  w  drogę.  Ja  miałam 

dołączyć, kiedy tylko uda mi się zaoszczędzić wystarczającą ilość pieniędzy na podróż. I właśnie teraz do 

niego jadę. 

Pochyliła głowę nad Biblią, Montana spojrzał więc znów na parę siedzącą vis-ci-vis. Dokładniej wlepił 

oczy w obfity biust Harriet EIIsworth, wyzierający z dekoltu. Twarz Harriet poróżowiała. Ogólnie rzecz 

biorąc, nie miała nic przeciwko temu, żeby mężczyźni  podziwiali jej wdzięki. Ale nie takie nic, jak ten 

brudny kowboj. Choć trzeba przyznać, że był bardzo przystojny ... 

Kredowobiałe  piersi  damy  unosiły  się  regularnie  za  każdym  razem,  kiedy  dyliżans  podskoczył  na 

jakimś  wykrocie.  Montana  wpatrywał  się  w  nie  jak  zahipnotyzowany,  póki  nie  dostrzegł  spojrzenia 

Harriet. Jak dwa sztylety. 

-  Wspaniałe  klejnoty,  proszę  pani!  -  powiedział,  starając  się,  aby  jego  uśmiech  był  jak  najbardziej 

pochlebny. 

Wszyscy  w  dyliżansie  zamarli,  porażeni  zuchwałością  tego  stwierdzenia.  Potem  młoda  dama  obok 

Montany  zakasłała  dyskretnie,  zasłaniając  usta  białą,  wykrochmaloną  chusteczką.  Twarz  Harriet 

Ellsworth spurpurowiała. Jej mąż sposępniał, a Jasper Thompkins głośno wciągnął powietrze. 

- Chodziło mi o naszyjnik, proszę pani - wyjaśnił Montana. 

Przez dyliżans przemknęło jedno gremialne westchnienie pełne ulgi. 

- Klejnot rodzinny? - spytał Montana. Twarz pani Ellsworth złagodniała, jej palce bezwiednie 

przesunęły się po grubym złotym łańcuszku, z którego zwisały połyskujące rubiny, otoczone diamentami. 

- Nie. To nowy naszyjnik. Rodney kupił mi go w St. Louis. 

- Czyli, jak się domyślam, kondycja banków pani małżonka była w tym roku jak najlepsza. 

Harriet  Ellsworth  uśmiechnęła  się  i  ułożyła  ręce  na  podołku  tak,  aby  jej  pierścionki  rozbłysły  w 

promieniach słońca. Było oczywiste, że jest ogromnie dumna ze swojej biżuterii, której miała na sobie w 

nadmiarze, bo nawet w klapę swego podróżnego płaszcza wpięła dużą złotą broszkę. 

- Podczas podróży nie powinno się tak afiszować ze swoim bogactwem - zauważył Montana. - A po tej 

okolicy kręci się mnóstwo różnych opryszków,. co z chęcią wyciągną rękę po pani biżuterię· 

Znów  powiedział  za  dużo  i  Rodney  Ellsworth  posłał  mu  miażdżące  spojrzenie.  Młoda  dama  znów 

ukryła twarz za chusteczką i zakasłała kilkakrotnie. Gdyby nie była taka bojaźliwa, mógłby przysiąc, że 

za tą swoją chusteczką po prostu tłumi śmiech. Ale kiedy podniosła głowę, jej twarz była pełna powagi. 

W  rezultacie  Montana,  jakby  ostatecznie  decydując  się  trzymać  język  za  zębami,  demonstracyjnie 

zwrócił twarz ku oknu. 

background image

Patrzył,  póki  nie  dojrzał  z  daleka  znajomej  sylwetki  samotnego  wzgórza,  ukazującego  się  nagle  na 

prawo od szlaku. Odczekał kilka minut. Złapał się za brzuch i głośno jęknął. 

- Stało się coś? - spytał szorstkim głosem Ellsworth. 

- Boli ... Ojej! - Kowboj zgiął się w pół i zasłonił ręką usta. - Słabo mi! Ja zaraz ... Och! 

- Wielkie nieba! - zakrzyknęła Harriet Ellsworth. Chwyciła za brzeg sukni i wcisnęła się w głąb ławki. 

- On chyba ... Rodney! Zrób coś! Niech on zaraz wysiądzie, zanim pobrudzi mi suknię! 

- Wylie! - ryknął Ellsworth, waląc z całej siły w dach. - Zatrzymaj dyliżans! Natychmiast! 

Woźnica  zatrzymał  galopujące  konie.  Dyliżans  podskoczył  kilkakrotnie,  jakby  miał  czkawkę  i 

znieruchomiał. W otwartych drzwiach ukazał się woźnica. 

- Co się stało?! 

- Kowboj jest chory - wyjaśnił Ellsworth. - A my nie chcemy skutków tej choroby mieć na swoich 

ubraniach. 

Woźnica pomógł Montanie wysiąść z dyliżansu i położył go na łące obok szlaku. Reszta pasażerów 

wysiadła i dołączyła do nich. 

Woźnica nachylił się nad Montaną. 

- Już lepiej? - spytał, dotykając jego ramienia. - Możemy już jechać? 

- Sam nie wiem. Daj mi chwilę. 

Wszyscy  patrzyli,  jak  Montana  powoli,  z  wysiłkiem  podnosi  się  z  ziemi.  Odwraca  się  do  nich.  I 

wszyscy otwarli szeroko usta, kiedy zobaczyli, co młody człowiek trzyma w ręku. 

Niewielki przedmiot, ładnie błyszczący w słońcu. Ale niebezpieczny. 

Pistolet. 

- Czuję się świetnie - oświadczył kowboj. - A poczuję się jeszcze lepieL kiedy wy, dobrzy ludzie, 

oddacie mi wszystko, co macie ze sobą cennego. 

Mężczyźni zaklęli głośno i dosadnie. Kobiety wydały z siebie ciche okrzyki. 

- Ty pierwszy, Jasper - powiedział kowboL wyciągając rękę po worek handlarza. 

Kiedy otworzył worek, twarz handlarza zrobiła się trupio blada, twarz Montany natomiast rozjaśnił 

uśmiech pełen zadowolenia. 

_ Chytry lis z ciebie, Jasper! Jesteś jeszcze lepszy w okradaniu Czejenów, niż myślałem! _ I zwrócił 

się  teraz do bankiera i jego żony.  _ Twoja kolej, Rodney! Oddawaj pieniądze, na które w pocie czoła 

z.arabiali inni ludzie! A ty, słodka Harriet, oddawaj swoje błyskotki. 

_ Och, nie-zajęczała Harriet. - Tylko nie mój nowy naszyjnik! 

_ Naszyjnik przede wszystkim! Dostanę za niego dobrą cenę· 

Harriet, mamrocząc gniewnie pod nosem, posłusznie wrzuciła do worka swoją biżuterię· 

_ Ty brudasie, ty nikczemny hultaju, ty nicponiu jeden ... 

background image

_ Ależ pani Ellsworth! Sądziłem, że jest pani damą! 

_ Oczywiście! Gdybym nią nie była, ty łobuzie ... ty złodzieju ... 

_ Spokojnie, paniusiu. Przecież ostrzegałem was, że na szlaku jest niebezpiecznie, prawda? _ I spojrzał 

teraz na młodą damę. - Pani kolej, pani Merle. Proszę z łaski swojej oddać wszystko, co ma pam cennego. 

Młoda dama rozdygotaną ręką sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła zwitek banknotów. 

_ T o wszystko, co mam, panie Montana. Proszę ... Oszczędzałam prawie rok. Miało wystarczyć na 

noclegi i posiłki w podróży, póki nie połączę się z moim mężem. 

Jej głos drżał. Była bliska łez. 

Wyciągnęła do niego rękę z pieniędzmi. Montana ujął jej dłoń i zacisnął palce, gniotąc banknoty. 

Zdumiał się, poczuł bowiem w palcach charakterystyczne mrowienie, a ta kobieta absolutnie nie była w 

jego typie. On gustował w pełnych temperamentu niewiąstach, lubiących żyć szybko i na skraju ryzyka. A 

poza tym ta kobieta była żoną wędrownego kaznodziei, żatką, która zdaje się przedkłada Biblie nad 

łoże małżeńskie. A te pieniądze oszczędzała cały rok. .. 

- Niech pani je zatrzyma, pani Merle! - rzucił szorstko. - Pani ich bardziej potrzebuje niż ja. 

Zdumiona, zatrzepotała rzęsami. 

- Och, dziękuję, bardzo panu dziękuję ... 

I wsunęła zwitek banknotów z powrotem do kieszeni. 

- Niech pani mi odda tylko tę obrączkę. Poderwała głowę. W kąciku jednego oka pojawiła się łza i 

spłynęła po policzku. 

- Och! Ta obrączka należała do matki mojego męza ... 

Głos znów drżał, wyglądało na to, że dama zaraz zacznie łkać. 

-  Zabili  ją  podczas  wojny,  pozostała  po  niej  tylko  ta  obrączka.  Ona  znaczy  dla  mnie  bardzo  wiele. 

Charles wsunął mi ją na palec w dniu naszego ślubu ... 

Następna łza spłynęła po policzku. 

- Od tego czasu nigdy jej nie zdejmowałam, nigdy ... 

Czuł się jak bydlę, jak stworzenie najpośledniejszego gatunku. Gorszy niż wąż czający się w trawie. 

Bardzo pragnął dopływu gotówki, a ci ludzie nadawali się :z;.nakomicie do tego, żeby mu ją dostarczyć. 

Nie  mieli  broni  i  nikt  z  nich nie  zamierzał być bohaterem.  Po  prostu takie  miłe,  bogate  gołąbki,  które 

siedzą na płocie, czekając, żeby ktoś ich oskubał. I kto by się spodziewał, że jedna chudziutka, zgrzebna 

misjonarka popsuje całą zabawę· 

- Niech pani zatrzyma tę obrączkę· 

Pod wpływem impulsu uniósł nagle obie jej dłonie do ust i na jednej z nich złożył pełen uszanowania 

pocałunek. I znów poczuł to mrowienie, teraz w całym ciele. Co, u diabła, z nim się dzieje? Wygląda na 

to, że powinien jak najszybciej udać się do najbliższego saloonu ... 

background image

- Dziękuję, panie Montana. 

Zanim  wbiła  wzrok  w  ziemię,.  zdążył  dojrzeć  w  jej  oku  jakiś  diwny  błysk.  Triumfalny?  Nie,  to 

niemożliwe. Przecież łzy na jej policzkach jeszcze nie obeschły. 

Gwizdnął. Spoza drzew wybiegł jego koń. 

- Wylie? Mógłbyś zrzucić mi siodło? 

Woźnica zaklął, wspiął się na dach dyliżansu i zrzucił siodło. Kiedy to uczynił, Montana, pomachując 

pistoletem, zagonił podróżnychz powrotem do dyliżansu. 

-  Pośpieszcie  się,  dobrzy  ludzie!  Wiecie  przecież,  że  w  tych  stronach  po  zmroku  jest  bardzo 

niebezpiecznie! 

Kiedy  woźnica  strzelił  z  bata  i  konie  ruszyły  z  kopyta,  czworo  ludzi  w  milczeniu  spoglądało  przez 

okienko,  jak  Montana  wskakuje  na  swego  konia,  elegancko  macha  im  kapeluszem  na  pożegnanie  i 

odjeżdża galopem w przeciwnym kierunku. 

- Ja  już  kiedyś  zostałem  oskubany  przez bandytów  - odezwał się  po  chwili Rodney Ellsworth przez 

zaciśnięte zęby. - Ale ten był wyjątkowo przebiegły! Umiał pociągnąć nas za języki. Najpierw dowiedział 

się o nas wszystkiego, a potem nas ograbił. Wpadliśmy w zastawione sidła jak ślepcy! 

Harriet Ellsworth, wzdychając głęboko, dotknęła swego pozbawionego biżuterii dekoltu. 

- Musisz jednak przyznać, Rodney, że był to najbardziej czarujący bandyta, jakiego dotąd spotkaliśmy. 

-  Czarujący,  czy  nie  ...  Niech  go  wszyscy  diabli.  ..  -  mruknął  Jasper  Thompkins.  -  Cały  miesiąc 

gromadziłem te pieniądze. 

- Raczej ukradłeś je pan Czejenom - rzucił zjadliwie Ellsworth. 

- A nawet jeśli! Pan wcale nie jesteś lepszy ode mnie, panie Ellsworth! I jakby na to nie patrzeć, ten 

kowboj zabrał mi coś, co należało do mnie! 

T eraz oczy wszystkich zwróciły się ku młodej damie, zajętej, naturalnie, czytaniem Biblii. 

-  I  tylko  pani,  pani  Merle,  nie  musiała  niczego  oddawać  temu  bandycie!  -  powiedziała  Harriet 

zirytowanym głosem. 

- Tak. Nie musiałam, pani Ellsworth. A to dlatego, że moim prawdziwym bogactwem jest moja wiara. 

Twarze pozostałych pasażerów oblały się rumieńcem. Wszyscy spojrzeli gdzieś w bok, pragnąc ukryć 

uczucia, jakie ogarnęły ich w tym momencie. Gniew, że dali się okraść czarującemu bandycie. Pragnienie 

odwetu. I palący wstyd z powodu urazy, jaką poczuli do tej młodej, skromnej kobiety. Przecież to nie jej

wina, że serce kowboja zmiękło. 

Dalsza podróż do Hollow Junction upłynęła w grobowym milczeniu. 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Miasto  Wood  Creek  niczym  się  nie  różniło  od  innych  niewielkich  miast,  rozrzuconych  po  całym 

background image

Teksasie. A saloon w Wood Creek wyglądał jak setki innych, znanych już Montanie teksaskich saloonów. 

Tak, był już we wszystkich, a ze znakomitej większości musiał uciekać. 

Zebrał karty i przemknął wzrokiem po twarzach mężczyzn, siedzących wokół stołu. 

- Otwieram. 

Rzucił monetę  na sporą już kupkę monet na środku stołu i czekał, póki reszta graczy nie  dorzuci do 

puli. Pogrzebał w kieszeni swego nowego surduta i wyłowił drogie cygaro. Zapalił i wianuszek szarego 

wonnego dymu otoczył jego głowę· 

Włosy miał elegancko ostrzyżone, zapłacił też dodatkowo dolara za przyniesienie do pokoju wanny z 

gorąca  wodą. Z tego luksusu zamierzał korzystać  jak najczęściej. Kupił również nowe siodło  na swego 

konia,  który  stał  teraz  uwiązany  za  saloonem.  Na  wszelki  wypadek,  gdyby  trzeba  było  znikać  stąd  jak 

najprędzej. Najbardziej jednak pomyślnym  wydarzeniem tego dnia był fakt,  że od  ponad dwóch godzin 

konsekwentnie wygrywał. 

, Oczywiście, że zerkał na wahadłowe drzwi za każdym razem, gdy ktoś nowy wkraczał do saloonu. 

Nie był naiwny. Tylko patrzeć, jak szeryf Otis Pain z pobliskiego miasta Whist1ing Creek zacznie się za 

nim rozglądać. Otis Pain, zwykły drań, stojący na czele bandy oszustów i wyzyskiwaczy, takich właśnie 

ludzi, których oskubywał Montana. A Pain był najgorszy z nich. Już samo nazwisko mówiło za siebie.*

Gracze dołożyli do puli. Montana rozdał karty. I swoje karty efektownym gestem wyłożył na stół. 

- Wątpię, czy ktoś pobije moje trzy damy. Pozostali mężczyźni potrząsnęli przecząco głowami. 

Montana ze środka stołu przysunął do siebie kupkę monet. 

Jeden z graczy, siwowłosy ranczer, odsunął się z krzesłem i wstał. 

- A dokąd to, przyjacielu? - spytał Montana. 

- Pora jeszcze wczesna. 

Pora porą, najistotniejszy był gruby zwitek banknotów w kieszeni ranczera, który Montana zauważył i 

miał wielką ochotę pomóc mu pozbyć się tego ciężaru. 

* Pain (ang.) - ból, przykrość, problem - przyp. tłum. 

- Wybaczcie, panowie! - Ranczer sięgnął po swój kapelusz. - Obiecałem żonie, że będę towarzyszył jej 

dzisiejszego wieczoru. Do naszego miasta przyjechał wędrowny kaznodzieja, kobieta, będziemy się 

wspólnie modlić, żeby znów obudzić wiarę w sobie. 

- A  toś nas pan zaskoczył! -  zawołał  wesoło jeden z graczy. -  Zamiast  posiedzieć tu z nami,  wolisz 

popatrzeć sobie na jeszcze jednego takiego, co grzmi nad Biblią? 

-  Z  tego,  co  słyszałem,  Siostra  Dobroci  jest  uroczym,  młodym  stworzeniem,  które  potrafiłoby 

oczarować samego diabła! 

Montana wyprostował się w swoim krześle. - A tak jest - podchwycił jakiś inny mężczyzna. - Byłem 

tam wczoraj wieczorem, razem z żoną i teściową. Mówię wam, ta młoda dama jest naprawdę niezwykła. 

background image

Wydawało mi się, że słucham anioła! - Szurnął krzesłem i też wstał. - Dobrze, żeś mi pan o tym 

przypomniał. Obiecałem p~zecież żonie, że dziś też będę jej towarzyszył. Zegnam panów. Spotkamy się 

jutro wieczorem. 

Zaraz po nim kolejny mężczyzna poderwał się od stołu. 

- Jeśli ten kaznodzieja w spódnicy naprawdę j.est taki dobry, jak mówicie, to ja też tam pójdę. Zona 

mnie co prawda namawiała, ale ja myślałem, że to jeszcze jeden szarlatan. Ale skoro tak nie jest. .. skoro 

to prawdziwa misjonarka ... 

Nie minęła chwila i wszystkie krzesła przy stole były już puste. Z Montaną zostały tylko karty. 

Potasował je i zagrał sobie raz, sam ze sobą, sprawdzając umiejętność rozpoznawania kart po koszulkach. 

Potem nalał sobie whisky do szklaneczki i kiedy mocny trunek znaczył swoją palącą ścieżkę w gardle, 

zadumał się na chwilę. Czyżby go przeczucie nie myliło? Czy ten kaznodzieja w spódnicy nie jest aby 

ową młodą damą z dyliżansu? 

Powtórnie  napełnił  szklankę, tym  razem  przełykał  whisky nieco  wolniej. No  cóż  ...  jest  tylko  jeden 

sposób, żeby się o tym przekonać. 

Schował karty do kieszeni, nasadził na głowę nowiusieńki kapelusz i wyszedł z saloonu. 

Do diaska! Tak! To była ona! 

Montana stał z brzegu tłumu, patrzył i słuchał. I podziwiał. Nie uwierzyłby, gdyby nie zobaczył tego 

na własne oczy. Złotousty kaznodzieja w spódnicy doprowadzał cały tłum do łez, potem kazał wszystkim 

zerwać się na równe nogi, klaskać, śpiewać i radować się. Robił z ludźmi, co chciał. I był to ten sam szary 

wróbelek z dyliżansu. Ale teraz przemienił się w skowronka i nazywał się Siostra Dobroci. 

Górując  ponad  tłumem,  stała  na  najwyższym  stopniu  schodków  swego  błyszczącego  nowego 

cygańskiego wozu. Na jednej ze ścian wozu ładnymi okrągłymi literami wypisane było "Siostra Dobroci". 

Nieopodal stał spętany koń. 

Ubrana była w skromną białą bluzkę z wysokim kołnierzem i prostą ciemną spódnicę. Brzeg spódnicy 

ocierał  się  o  błyszczącą  skórę  jej  trzewików.  Włosy  upięte  były  w  schludny  kok  nad  karkiem,  kilka 

loczków opadło jednak na policzki. Kiedy mówiła kazanie, te loczki powiewały wokół jej głowy. A oczy 

płonęły  zapałem.  Głos,  w  dyliżansie  cichy  i  łagodny,  teraz  dźwięczny  i  donośny,  przetaczał  się  ponad 

tłumem  i  przykuwał  uwagę.  T  a  dziewczyna  mogła  śmiało  konkurować  z  każdym  wędrownym 

kaznodzieją, jakiego dotychczas widział Montana. 

Tłum  przestał  się  radować,  teraz,  zgodnie  z  poleceniem,  wszyscy  usiedli  na  trawie,  żeby  posłuchać 

dalszej części kazania. Montana, oparty o pień drzewa, słuchał zafascynowany. Bo było rzeczywiście tak, 

jak  powiedział  tamten  ranczer.  Człowiek  miał  wrażenie,  jakby  słuchał  anioła.  Skromnego,  pełnego 

słodyczy, a jednocześnie żarliwego. I wszystkich trzymającego w garści. Teraz każdy, jak zaczarowany, 

background image

słuchał  długiej  i  smutnej, choć  w  sumie  podnos:cącej  na  duchu  opowieści o  tym,  jak  Pan  Bóg  pomógł 

Siostrze Dobroci podźwignąć się z naj głębszej rozpaczy i zwątpienia. Kiedy zamilkła, nikt spośród tłumu 

nie miał suchych oczu. Nawet Montana. 

Potem, z koszyczkiem  w ręku,  weszła  między ludzi. Każdy skwapliwie sięgał do  kieszeni. Montana 

uśmiechnął się. Miło by było skorzystać z takiej hojności ... 

Nie  zauważył,  kiedy  młoda  kobieta  zatrzymała się tuż  przed nim i  podetkawszy  mu  koszyczek  pod· 

nos, potrząsnęła nim demonstracyjnie. 

- Widziałam, że Bóg był dla ciebie łaskaw - powiedziała, a w bursztynowych oczach zapaliły się 

prowokujące iskierki. - Teraz masz sposobność okazać Mu wdzięczność za Jego hojność. 

- W porządku. Jestem bardzo wdzięczny. Uśmiechnął się leniwie. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął 

zwitek banknotów. Jeden z nich wrzucił do koszyka. 

Siostra Dobroci ponownie potrząsnęła koszyczkiem. 

- To nazywasz pan wdzięcznością? Ja nazwę to oszustwem. Pan Bóg zapewne pomyślał to samo! 

Zauważył,  że kilka głów obróciło się w ich stronę. Jeszcze chwila, a uwaga wszystkich skupi się na 

nich, a tego Montana z wiadomych względów absolutnie sobie nie życzył. Wyciągnął ze zwitka następny 

banknot, potem jeszcze jeden i wrzucił oba do koszyczka. 

Siostra Dobroci  skinęła głową  i  ruszyła  dalej  przez tłum,  odprowadzana  pełnym podziwu  wzrokiem 

Montany.  Bo  i  też  wykazała  się  prawdziwym  hartem  ducha.  Większość  kobiet,  rozpoznawszy  w  nim 

złodzieja,  zaczęłoby  drżeć,  płakać  albo  rozpaczliwie  wzywać  stróżów  prawa.  A  ta  wspaniała  Siostra 

Dobroci po prostu zażądała od niego pieniędzy. 

Potem  znów  stanęła  na  schodkach  swego  cygańskiego  wozu.  Ludzie  powoli  zaczęli  się  rozchodzić. 

Machała  im  na  pożegnanie,  uśmiechała  się, każdemu, kto  do  niej  podszedł,  musiała mówić  coś  bardzo 

miłego, bo odchodził rozpromieniony. Kilka osób wcisnęło jej do ręki dodatkowe banknoty. Przyjęła je, 

ale wydawała się ogromnie zazenowana. 

Montana,  poczekawszy  cierpliwie,  aż  wszyscy  się  rozejdą,  przeprowadził  swego  konia  przez  łąkę· 

Uwiązał go z tyłu cygańskiego wozu, prawie bezgłośnie wszedł po drewnianych schodkach i uniósł koc, 

służący za drzwi. 

Siostra Dobroci była w środku. Zajęta przeliczaniem pieniędzy. 

- Proszę, proszę! Wygląda na to, że głoszenie słowa Bożego przynosi niezłe zyski! 

Zaskoczona, gwałtownie odwróciła głowę. 

- Ach, to znowu ty! Dziwne, że jeszcze cię nie powiesili! 

- Ja nigdzie nie zagrzewam zbyt długo miejsca. Dlatego niełatwo mnie złapać. 

-. Ale dziś, mam nadzieję, uważnie wysłuchałeś kazania i postanowiłeś się zmienić. Wtedy Pan Bóg ci 

wybaczy. 

background image

- Wybaczy wtedy, gdy okażę skruchę, a mnie nadal interesują tylko pieniądze. 

Jednym zręcznym ruchem wyjął jej z ręki wszystkie banknoty. 

-  Teraz  widzę,  że  twój  biznes  jest  o  wiele  lepszy.  Uzbierała  ci  się  nie  zła  sumka.  Chyba  skłonna 

będziesz podzielić się z nieszczęśliwą, zabłąkaną duszą? 

Krzyknęła,  zanim  jednak  zdążyła  cokolwiek  powiedzieć,  Montana  błyskawicznie  odliczył  połowę 

banknotów i wręczył jej z powrotem. 

- Nie chcę wyjść na człowieka chciwego. 

Dlatego zatrzymaj połowę. Ale druga połowa mnie się należy. T akie małe zadośćuczynienie za to, że 

twoje kazanie zepsuło mi grę w pokera. 

Uśmiechnął  się  czarująco  i  odwrócił  się,  gotując  się  do  wyjścia.  Nie  wyszedł  jednak,  bo  coś  nagle 

wcisnęło  mu  się  w  plecy.  Lufa  pistoletu,  co  do  tego  nie  mógł  się  mylić.  Głos  dobiegający  z  tyłu  był 

bardzo sympatyczny, jak mruczenie zadowolonej kotki. 

- A zadośćuczynienia tą. ty sobie poszukaj gdzie indziej, kowboju. 

Montana  potrzebował  całej  minuty  na'otrząśnięcie  się  z  szoku.  Nie,  to  niemożliwe,  żeby  ta  mała 

oszustka wystrychnęła go na dudka. 

Odwrócił  się.  Tylko  po  to,  żeby  spojrzeć  prosto  w  lufę  deringera,  niewielkiego  kieszonkowego 

pistoletu, który trzymały te same ręce, co nie. dalej jak przed kwadransem trzymały Biblię· 

- Zdaje się, że masz coś mojego, kowboju! Jej głos po raz kolejny uległ transformacji. 

Znikła łagodność, żadnych pełnych miłości, subtelnych słów, spływających drżąco z jej ust. Teraz,. 

jeśli nieco drżał, to z gniewu.Szybkim ruchem wyjęła mu banknoty z ręki.

- I kto by się tego spodziewał... - wymamrotał pod nosem Montana. - Siostra Dobroci jest jeszcze 

lepszą złodziejką niż ja! 

- Złodziejką?! Nie jestem żadną złodziejką! 

- A jak nazwać kogoś, kto pozbawia tych biednych ranczerów ich pieniędzy, zarobionych w pocie i 

znoju? Nieistotne, czy robisz to w imię Boga, czy pod groźbą pistoletu. I tak jesteś złodziejką· 

- Nieprawda! - krzyknęła i ze złością machnęła mu pistoletem przed nosem. - Mówię do nich piękne, 

mądre słowa! Dzięki mnie odrywają się na chwilę od swego szarego, jednostajnego życia. A to jest warte 

o wiele więcej niż ich pieniądze! 

- Niech ci będzie. Powiedz mi tylko ... - Montana rozejrzał się dookoła. - A gdzież jest ten twój mąż? 

- Mąż? 

Po jej ustac!l przemknął uśmiech. 

- Nie ma. Zaden mąż mi niepotrzebny. 

- W takim razie co znaczy ta obrączka? 

Uniosła dłoń i spojrzała na swoją obrączkę niemal z czułością. 

background image

-  Piękna,  prawda?  Pewną  wdowę,  która  nie  wzięła  ze  sobą  pieniędzy  i  nie  miała  co  wrzucić  do 

mojego  koszyczka,  zapewniłam  solennie,  że  Pan  Bóg  przyjmuje  również  biżuterię.  A  kiedy  potem 

wsunęłam  sobie  tę  obrączkę  na  palec,  okazało się,  że  pasuje idealnie.  Postanowiłam  więc  ją  nosić,  to 

dodaje trochę miłego posmaczku do mojej historii, czyż nie tak? 

-  Owszem.  -  Montana  spojrzał  na  nią  niemal  z  szacunkiem.  -  Trudno  mi  uwierzyć,  że  cię  nie 

przejrzałem. Lepszej aktorki w życiu nie spotkałem. W tym dyliżansie wszyscy, łącznie ze mną, wierzyli 

święcie, że jesteś żoną ubogiego kaznodziei. Ty przecież  potrafisz nawet płakać na  zawołanie! Ale ...  -

Nagle głos jego stwardniał. - Ale ta gra dobiegła już końca, Siostro Dobroci! 

Ręka Montany  zatoczyła  szeroki  łuk i uderzyła. Pistolet upadł  na podłogę. Siostra Dobroci padła na 

kolana,  nie zdążyła jednak  'chwycić  za  broń, ponieważ ułamek sekundy  wcześniej  rosłe ciało Montany 

przydusiło ją do podłogi. 

- Puść mnie! Ty bandyto! Ty ... 

Wiła  się  jak  piskorz,  okładając  gojednocześnie pięściami.  Naturalnie,  nie  dorównywała  mu  siłą,  ale 

pod względem determinacji byli sobie równi. Im zacieklej walczyła, tym bardziej pragnął ją poskromić. 

- Nie przyszedłem tutaj, żeby cię skrzywdzić! Ja ... - nie dokończył, ponieważ w tym momencie bardzo 

boleśnie odczuł na nosie jej pięść. 

- Och, naprawdę?! - wydyszała. - Przecież chcesz mi odebrać moją własność! 

- Nie wszystko. - Montana potarł ostrożnie obolały nos, chwycił ją mocno za przeguby rąk i wyciągnął 

jej ręce wysoko nad głową, uniemożliwiając ponowny atak. - Chcę tylko moją połowę· 

- Twoją połowę? A od kiedy to jesteś moim wspólnikiem? 

- Od chwili, kiedy udawałaś niewiniątko i ja, głupiec, nie wziąłem twoich pieniędzy. A potem lałaś te 

fałszywe łzy, dlatego nie zabrałem ci tej obrączki. A dziś przez twoje kazanie przepadła mi gra w pokera, 

czyli też umknęły mi jakieś pieniądze. Jesteś moją dłużniczką, Siostro Dobroci! 

Dyszała ciężko, wyczerpana walką.  Montana czuł pod sobą miękkie, falujące piersi i ciepłe uda. Po 

schludnym  koku  pozostało  tylko  wspomnienie.  Pasma  długich,  ciemnych  włosów  wiły  się  po  jej 

ramionach. Zadarta spódnica odsłaniała szczupłe, zgrabne kostki. 

A usta ... usta były rozchylone. 

- Trzeba przyznać, Siostro Dobroci, że twoje usta stworzone są przede wszystkim do pocałunków. 

- Jak śmiesz ... 

Uciął  jej  protest,  jak  się  mogła  tego  spodziewać,  pocałunkiem.  Krótkim  i  bardzo  delikatnym. 

Zaledwie  muśnięcie,  dziwne,  że  jej  serce  od  razu  przyspieszyło.  A  powietrze  jakby  zatrzymało  się  w 

płucach. 

Na  tym  nie  koniec.  Jedną  ręką  przytrzymał  jej  nadgarstki,  drugą  przesunął  wzdłuż  jej  boku.  I 

background image

pocałował  jeszcze  raz.  Wtedy  wzdłuż  jej  grzbietu  jakby  przebiegł  płomień,  a  zaraz  po  nim  lód.  Nie 

mogła  się  poruszyć,  ochota  do  walki  znikła  jak  ręką  odjął.  Jedyne,  co  była  w  stanie  teraz  zrobić,  to 

cichutko pojękiwać, kiedy jego usta poruszały się na jej wargach. Poruszały się i poruszały, a ona pała 

się,  że  jej  płuca  zaraz  eksplodują.  Poza  tym  przez  cały  czas  jego  ręka  błądziła  leniwie  po  jej  ciele.  I 

gdziekolwiek dotknął, temperatura ciała w tym miejscu natychmiast zaczynała rosnąć. 

A  Montana, skończywszy  całować,  podniósł  głowę  i spojrzał  na jej  twarz. T  o, co  zobaczył  i  czego 

przy  tym  doświadczył,  zaniepokoiło  go  bardzo.  Bo  kiedy  zobaczył  usta  wilgotne  i  obrzmiałe, 

nieprawdopodobnie kuszące, natychmiast w głowie powstała myśl o następnym pocałunku. A ta  myśl z 

kolei sprawiła, że krew w Montanie zawrzała. 

- Jak się nazywasz? - wyszeptał. 

- Mówiłam ci ... Virginia...  . 

- Chcę znać twoje prawdziwe imię i nazwisko! Jak masz na imię? 

- Summer. 

- Summer... - Powtórzył jej imię, łagodnie i miękko. Niemal z czułością. Była pewna, że ją znów 

pocałuje. Ale on zapytał: - I co dalej? Summer. .. ? 

- Summer Chambers. Proszę, puść mnie już. 

- Za chwilę ... - mruknął, nie odrywając od niej oczu. - Intrygujesz mnie, Summer Chambers. Nigdy 

jeszcze nie spotkałem takiej kobiety jak ty. - I na pewno nigdy już nie spotkasz - rzuciła szorstko. - A 

teraz, proszę, uwolnij mnie od swojej osoby! 

Najpierw sięgnął po jej pistolet, leżący nieopodal. Potem wstał, pomógł też wstać Summer, która kiedy 

tylko stanęła na nogi, natychmiast zajęła się gorliwym otrzepywaniem sukni. Po to, aby mieć parę sekund 

na  ochłonięcie  po  gorącym  pocałunku.  Montana  natomiast  zajął  się  przeliczaniem  pieniędzy.  Połowę 

wsunął do kieszeni, drugą połowę wręczył Summer. 

- Nie masz prawa ... - zaczęła pełnym oburzenia głosem. I nagle zamilkła, bo na dworze, bardzo blisko 

wozu, coś zaszeleściło, potem usłyszeli jakieś szepty. 

- Czekasz na kogoś? - spytał Montana, zniżając głos. 

Potrząsnęła przecząco głową· 

- Zobacz, kto tam jest - rozkazał. - I ktokolwiek by to był, masz się go pozbyć. 

Uchyliła  koc,  zawieszony  nad  wejściem  i  ostrożnie  wytknęła  głowę  na  zewnątrz.  Zobaczyła  nad-

ciągający  zmierzch,  a  w  tej  szarości  trzy  pary  zalęknionych  oczu.  Dziewczynka,  może  ośmioletnia, 

trzymała na ręku malucha, który nie miał chyba jeszcze roku. Zza jej pleców wyglądał lękliwie kilkuletni 

chłopczyk. 

- Kim wy jesteście? Skąd się tu wzieliście - spytała zdumiona Summer. 

- Nazywam się P ansy - od parła dziewczynka. - Pansy Miller. A to jest mój braciszek, Ned. I 

background image

siostrzyczka, Hannah. 

- Jest bardzo późno, dzieci. Chyba powinniście wracać już do domu. 

_ Ale my... nie mamy domu, . proszę pani - odezwał się chłopczyk. 

Obok głoyvy Summer pojawiła się nagle głowa Montany. 

- Nie macie domu? 

W  pierwszej  chwili  był  zły  na  intruzów.  Ale  teraz,  kiedy  ich  zobaczył,  złość przeszła. Dzieci  były 

zabiedzone. Podrapane i brudne, wobszarpanych ubraniach. 

- A co się stało z waszym domem, dzieci? 

_ Nasza mama i tata nie żyją - powiedziała Pansy. - A bankier powiedział, że nIe możemy zostać w 

naszym domu. 

_ Nie macie żadnych krewnych, którzy by was przygarnęli pod swój dach? - spytała cicho Summer. 

Dziewczynka potrząsnęła przecząco głową· 

- A rodzice nie mieli żadnych przyjaciół? _ spytał Montana, chociaż odpowiedź już znał. Była 

wypisana na wylęknionych twarzyczkach. . _ Nikt nie chce nas wziąć wszystkich razem. 

Zona bankiera  chce zabrać tylko Hannah, a mnie i Neda wysłać  do  sierocińca w St.  Louis. Dlatego 

myśmy tutaj przyszli. 

_ Ale dlaczego ... tutaj? - spytała cicho Summer, której serce ściskało się na widok trzech 

nieszczęśliwych stworzeń. 

_ Słyszeliśmy, że do miasta przyjedzie kaznodzieja. Postanowiliśmy też przyjść, wysłuchać kazania i 

poprosić Pana Boga, żeby nam pomógł i nie pozwolił nas rozdzielić. A teraz, kiedy odszukaliśmy Siostrę 

Dobroci i jej męża, wiemy już, że nasza modlitwa została wysłuchana, że zostaniemy razem. 

- Chwileczkę ... - zaczął Montana. Nie dokończył, bo nagle usłyszeli tętent końskich kopyt. 

Troje  dzieci  jak  na  komendę  odwróciło  głowy  i  spojrzało  z  lękiem  na  majaczącą  w  mroku  ciemną 

postać  jeźdźca.  Dwójka  starszych  zaczęła  pochlipywać,  malutka  Hannah  natychmiast  poszła  za  ich 

przykładem. 

- Co się dzieje, dzieci? Poznajecie tego pana? - spytał Montana. 

- T. .. tak - wykrztusiła Pansy. - To szeryf. 

I Montana, i Summer zesztywnieli. 

Umysł Montany pracował gorączkowo. Na pewno ktoś z tłumu go rozpoznał i wezwał szeryfa ... Głupi 

był, że poszedł na to kazanie. Ale jeszcze nic straconego. Zdąży wskoczyć na konia i umknąć. 

Summer, blada jak ściana, zastanawiała się w duchu, czy to nie któryś z ranczerów pożałował swego 

hojnego  datku  i  pragnie  go  teraz  odzyskać  za  pośrednictwem  stróża  prawa.  A  szeryf  oskarży  ją  o 

naciąganie ludzi i skonfiskuje wszystkie pieniądze ... 

Dzieci płakały coraz głośniej. 

background image

- On przyjechał po nas! - krzyknęła z rozpaczą Pansy. 

W tym momencie i Summer  i Montana pomyśleli to samo. Jeśli ja tak się boję, to co dopiero trójka 

tych dzieci ... 

- Jak nazywa się ten szeryf? - spytał Montana małą Pansy. 

- Szeryf Lacy. 

- Lacy. W porządku. Summer, ukryj dzieci w wozie! 

- Dobrze. Ale powiedz mi, co zamierzasz zrobić? 

- To, co umiem robić najlepiej, Siostro Dobroci! 

ROZDZIAŁ TRZECI 

- Wchodźcie do środka! Szybciutko! 

Dzieci weszły po schodkach do wozu. Summer kazała im się położyć na wąskim łóżku i przykryła je 

kocami. 

- Macie leżeć cichutko! Ani słowa! 

Sama usiadła przy wejściu i zerkała spoza koca. Montana przywitał szeryfa mocnym uściskiem dłoni, 

potem do uszu Summer doleciał szmer rozmowy. Najpierw odezwał się Montana, szeryf coś odparł, 

głosem nieco grubszym. Niestety, poszczególnych słów Summer nie rozumiała. Nagle poczuła strach. Co 

jej do głowy strzeliło, żeby zaufać zwykłemu złodziejowi? Przecież on, ratując własną skórę, nie zawaha 

się rzucić Siostry Dobroci na pożarcie! Prawdopodobnie teraz właśnie mówi szeryfowi, że ona wcale nie 

jest kaznodziejką, tylko zwyczajną oszustką, opowiada ludziom dyrdymały i wyciąga od nich pieniądze. 

Szeryf przyjdzie aresztować Summer, a Montana w tym czasie sobie umknie. 

A  może  powiedział  szeryfowi  o  tych  dzieciach?  Spojrzała  z  niepokojem  na  wąskie  łóżko  w  kącie 

wozu, gdzie ukryła całą trójkę. Ukryła? Tak naprawdę, to w tym wozie nie ma gdzie się schować ... 

Przeklinając w duchu swoją beztroskę, rozejrzała się szybko w poszukiwaniu  jakiejś broni.  Montana 

nie  oddał  jej  deringera,  czyli  pozostaje  tylko  nóż.  Lepsze  to  niż  nic!  Chwyciła  za  nóż,  ukryła  go  za 

plecami i dalej czekała. A serce waliło jak młot. O, nie! Ona nie podda się szeryfowi jak baranek. Będzie 

walczyć! 

Nagle usłyszała głośny śmiech mężczyzn. Zerknęła zza koca i zobaczyła, że Montana zaprzęga konia 

do wozu. A szeryf służy mu pomocą. 

Co temu Montanie chodzi po głowie? 

Mała  Hannah  chlipnęła  cichutko.  Szeryf  poderwał  głowę.  Pytanie,  jakie  zadał,  Summer  usłyszała 

bardzo wyraźnie. 

- Co to było? 

background image

- Jakiś nocny ptak - rzucił Montana przez ramię. - Moje uznanie, szeryfie! Jest pan niezwykle czujny! 

Klepnął szeryfa po ramieniu, obaj mężczyźni zaśmiali się i powrócili do zaprzęgania. 

Summer  zadziałała  błyskawicznie.  Urwała  kawałek  halki,  zanurzyła  w  wiadrze  z  wodą,  potem  w 

cukrze. Przyklękła przy łóżku i wręczyła szmatkę Pansy, a ta podała ją malutkiej Hannah. Dziecko zaczęło 

ssać łapczywie. 

Odetchnęła z ulgą. Niestety, po chwili serce znów zabiło jak oszalałe, kiedy męskie głosy usłyszała tuż 

przy wozie. Czyżby ten idiota miał zamiar zaprosić szeryfa do środka?! 

Znów przemknęła do koca, zasłaniającego wyjście. I znów odetchnęła z ulgą. Obaj mężczyźni ściskali 

sobie już dłonie. 

- Do widzenia, przyjacielu - powiedział serdecznie szeryf. - I przekaż pan, proszę, swojej małżonce, że 

ludzie z Wood Creek są ogromnie wdzięczni za piękne kazanie, które wlało w ich serca otuchę. 

- Dziękuję, szeryfie. Na pewno jej to powtórzę· 

Montana  wskoczył  na  kozioł,  chwycił  za  lejce  i  cmoknął  na  konia.  Koń  ruszył  z  miejsca,  wóz  się 

zakołysał. Malutka Hannah, przestraszona, znów zaczęła popłakiwać. Przerażona Pansy usiadła na łóżku, 

objęła siostrzyczkę i zaczęła ją uspokajać. A Summer przemknęła na tył wozu, tam gdzie w deskach była 

duża szpara. Widziała, jak szeryf stoi nieruchomo i wpatruje się w wóz nadzwyczaj intensywnie. W końcu 

jednak wskoczył na swego konia i odjechał. 

Summer z tej przeogromnej ulgi aż zrobiło się słabo. Oparła się o ścianę wozu, wzięła kilka głębokich 

oddechów  i  odczekała  chwilę,  póki  serce  nie  zaczęło  bić  normalnym  rytmem.  Wtedy  poderwała  się, 

przemknęła przez wóz, usiadła na koźle obok Montany i zażądała wyjaśnień. 

- Co mu powiedziałeś? 

Mojemu dobremu przyjacielowi, szeryfowi Lacy, powiedziałem, że jedziemy do Poplar, gdzie żona 

wygłosi następne kazanie. 

Zona.  T  o  słowo  drażniło.  W  tym  momencie  jednak  Summer  nie  pozostawało  nic  innego,  jak  je 

zaakceptować. 

- Uwierzył ci? Montana zaśmiał się. 

- Miałaś okazję, Siostro Dobroci, oglądać mnie w akcji i przekonać się na własne oczy, że w sytuacji 

krytycznej potrafię wydobyć z siebie morze wdzięku! 

- Przede wszystkim potrafisz kłamać jak z nut. Ale udawać miłego też potrafisz, to fakt. Jak wtedy, w 

dyliżansie, chociaż ja od razu cię przejrzałam. 

-  Tylko  udawać?  W  takim  razie  powinnaś  wiedzieć,  moja  droga,  że  w  swoim  życiu  zdążyłem  już 

oczarować mnóstwo kobiet. Znany jestem od Amarillo aż po Laredo, stałem się po prostu legendą. I żadna 

z tych kobiet na pewno nie uważa, że udawałem. Po prostu taki jestem ... 

- Rozumiem. A ja proszę o zwrot mojego pistoletu. 

background image

Odebrała deringera, sprawdziła go i zadała pytanie:  . 

- A gdzie są naboje? 

- Chyba nie spodziewasz się, że dam ci szansę wpakowania mi kulki w plecy! 

-  Nie  pomyślałam  o  tym.  Jak  na  razie  ...  -  Wsadziła  pistolet  do  kieszeni  i  spytała,  zniżając  głos.  -

Montana? Co robimy z tą trójką? 

Twarz Montany natychmiast spoważniała. 

- T e dzieciaki nie kłamią. Szeryf powiedział mi, że szuka trójki dzieci, które uciekły, ponieważ żona 

bankiera z Hollow Junction chce zaadoptować ich malutką siostrę. 

- Z Hollow Junction?! Chwileczkę! Czy przypadkiem nie chodzi o to okropne babsko z dyliżansu? 

- Niestety. Szeryfowi wydaje się, że ta zadzierająca nosa snobka będzie doskonałą matką. - Biedna 

Hannah ... - szepnęła Summer. - Nic dziwnego, że dzieci tak się boją. I co my teraz zrobimy? 

- No cóż ... Ja już czegoś dokonałem. Pozbyłem się szeryfa. Teraz twoja kolej ruszyć głową. 

Tym niemniej jego własny umysł pracował teraz pełną parą, zastanawiając się nad tym, co powiedział 

szeryf Lace. A powiedział, że szeryf Otis Pain i cała ta jego banda krążą po okolicy jak chmara szerszeni i 

szukają bandyty, który ograbia podróżnych w dyliżansach. Czyli nadeszła pora zmykać stąd i na pewien 

czas  zaszyć  się  w  jakiejś  dziurze.  Chwileczkę  ...  A  gdzie  można  się  lepiej  zaszyć,  jak  nie  u  boku 

wędrownego kaznodziei w spódnicy, w dodatku otoczonego gromadką dzieciaków? 

- Trzeba im znaleźć jakąś rodzinę - odezwała się Summer. - Przyzwoitych ludzi, którzy przygarną całą 

trójkę. Choć nie będzie to łatwe ... 

- Na pewno potrwa to jakiś czas! A póki co, najlepiej będzie, jak będziemy udawać ich rodziców. Nikt 

nie będzie podejrzewał, że hołubimy zbiegów ... 

A szeryf Otis z czasem zapomni o Montanie ... 

T ej myśli Montana, naturalnie, nie wypowiedział na głos. T ak samo Summer zachowała dla siebie 

swoją refleksję· 

Mąż i dzieci ... Hm ... Czemu nie? Może będzie z tego jakiś pożytek. .. 

Posiłek, który przygotowała Summer ze swoich zapasów, był raczej skromny. Fasola, biskwity i parę 

kawałków suszonego mięsa. Ale była pełnia księżyca, a Montana rozpalił ogromne ognisko, nad którym 

zachęcająco bulgotała kawa. W rezultacie zrobił się nastrój niemal świąteczny. 

Kiedy  wszyscy  zgromadzili  się  przy  ognisku,  Pansy  i  Ned  wzięli  się  za  ręce  i  pochylili  głowy. 

Zapanowała niezręczna cisza. 

- Nie macie zamiaru jeść? - spytał po chwili Montana 

Pansy zerknęła na Summer. 

- Mama mówiła, że nie powinniśmy żadnego dobrodziejstwa przyjmować tak, jakby nam się należało. 

background image

Czy pani nie pomodli się teraz, Siostro Dobroci? 

- Ależ naturalnie! 

Summer wzięła Pansy za rękę i spojrzała przelotnie na Montanę. Montana szybko zdjął kapelusz. 

- Pansy? A może ty masz ochotę to zrobić? - spytała Summer. 

Pansy z powagą skinęła głową· 

- Panie Boże, pobłogosław te dary! I dziękuję Ci, Panie Boże, żeś zesłał nam takich dobrych ludzi, 

którzy nie pozwolą, aby nas rozdzielono. Amen. - Amen - powtórzyli chórem Summer i Montana, 

starannie unikając swojego wzroku. 

Dzieci  były  wygłodniałe.  Jadły,  aż  im  się  uszy  trzęsły,  potem  zabrały  się  za  wylizywanie  swoich 

talerzy,  a  Summer,  patrząc  na  nich,  myślała,  że  jej  serce  pęknie.  Dla  malutkiej  Hannah  Pansy  zrobiła 

papkę. Karmiła ją łyżeczką· Za każdym razem czekała cierpliwie, aż malutka przełknie, po czym dawała 

jej popić wody. 

- Jaka szkoda, że nie mam mleka! - powiedziała z żalem Summer. - Jutro po drodze trzeba koniecznie 

podjechać na jakieś ranczo i poprosić, żeby sprzedali nam trochę mleka. 

- Proszę, niech pani tym się nie martwi - powiedziała Pansy, tuląc do siebie siostrzyczkę· - Hannah nie 

piła mleka chyba od tygodnia. 

Spojrzała  na  braciszka,  siedzącego  przy  ognisku.  Głowa  opadała  mu  sama,  oczy  się  zamykały. 

Chłopczyk resztką sił walczył ze snem. 

- Ned też nie pił. My, odkąd mama i tata nie żyją, ani razu nie najedliśmy się tak, jak dzisiaj. 

Summer i Montana jednocześnie poderwali głowy i wymienili znaczące spojrzenia. 

-  A  teraz,  dzieci  -  Summer  starała  się  ze  wszystkich  sił,  żeby  jej  głos  mimo  wszystko  zabrzmiał 

pogodnie i raźnie - teraz przygotujemy dla was jakieś legowisko. 

- My spaliśmy w lesie - powiedziała Pansy. - Baliśmy się wrócić do naszej chaty, bo wiedzieliśmy, że 

szeryf nas szuka. 

- Ale dzisiejszej nocy będziecie spać pod dachem. Wóz to nie chata, ale dach ma. 

W cygańskim wozie było bardzo schludnie i porządnie, niestety, miejsca niewiele, dlatego łóżko było 

bardzo  wąskie.  Summer  przesunęła  je  nieco  i  rozłożyła  koce  na  drewnianej  podłodze,  tak,  żeby 

rodzeństwo mogło spać obok siebie. 

- To na razie musi wam wystarczyć. 

- Och, dziękujemy, Siostro Dobroci! 

Pansy ułożyła naj pierw na kocach siostrzyczkę, potem pomogła braciszkowi zdjąć brudne ubranie. -

Dziękuję, Sios ... 

Tylko tyle zdołał powiedzieć mały Ned. Powieki opadły i chłopczyk 'natychmi~st zasnął jak kamień. 

Wtedy  ośmiolatka  zdjęła  sukienkę,  wsunęła  się  między  rodzeństwo  i  okrywszy  wszystkich  kocem, 

background image

zamknęła oczy, 

Kiedy cała trójka zasnęła, Summer przebrała się w skromną płócienną nocną koszulę i z kocem pod 

pachą wyszła z wozu. Montana, z cygarem w ustach, siedział sobie nieopodal, oparty o pieniek i wyraźnie 

się nad czymś zastanawiał. Na widok Summer poderwał głowę. 

- Gdzie masz zamiar spać? 

- Chyba pod wozem. Ale przedtem muszę zrobić małą przepierkę. 

Wrzuciła brudne ubrania dzieci do kubła z gorącą wodą i zajęła się robotą. 

- A ty gdzie będziesz spał? - spytała po chwili. 

Kątem oka zauważyła, że Montana rozsiodłał swego konia i puścił na trawę. - Nie spodziewałam się, 

że zostaniesz z nami. W saloonie byłoby ci wygodniej albo gdzieś indziej ... 

- Jeśli mam udawać ojca, lepiej, żebym nocował tutaj - powiedział, przyglądając się z wielką uwagą 

żarzącemu się koniuszkowi cygara. Tylko po to, żeby nie patrzeć na Summer. Jej koszula była skromna, z 

nieprzeźroczystego materiału, ale księżyc świecił bardzo jasno i kiedy Summer rozwieszała ubrania dzieci 

na  gałęziach,  zarys  jej  zgrabnego,  szczupłego ciała  był  doskonale  widoczny.  -  Robię  to  dla  dobra tych 

dzieci - powiedział nieco słabszym głosem. - Zostanę z wami, póki nie będziemy pewni, że szeryf przestał 

je ścigać. 

- Aha. 

Nie miała zamiaru oszukiwać siebie. Poczuła ulgę, że nie będzie pozostawiona sama sobie. Bo był to 

jednak kłopot, skoro ona po raz pierwszy w życiu miała zajmować się dziećmi. 

- Ale ... ale ja nie mam już więcej kocy, Montana. 

- Nie szkodzi. Mam swoją derkę. Bardzo często sypiam pod gołym niebem. 

Nagle  Summer  poczuła  się  nieswojo  i  szybko  narzuciła  sobie  koc  na  ramiona.  Niestety,  teraz  w 

towarzystwie Montany nie  czuła się tak do  końca swobodnie. Wszystko przez ten pocałunek, o którym 

jakoś trudno było jej zapomnieć. 

- W takim razie życzę ci dobrej nocy. Aha ... I dzięki, żeś się pozbył szeryfa! 

- Nie musisz mi dziękować - rzucił z leniwym uśmiechem. - Odbiję to sobie przy podziale zysków, 

wspólniku! 

Zaklęła cicho. Wczołgała się pod wóz i owinęła szczelnie kocem. A to łobuz! Nie ma w nim za grosz 

szlachetności! Zasypiała, powtarzając sobie w duchu całą litanię powodów, dla których powinna pozbyć 

się  tego  kowboja  jak  najszybciej. Kiedy tylko  znajdzie  się  ktoś,  kto  przygarnie dzieci.  Pozbyć  się  tego 

łobuza bez serca, zanim ograbi ją ze wszystkiego, na co pracowała tak ciężko. 

Poranne  słońce  grzało  w  plecy.  Summer  westchnęła  i  wsunęła  się  głębiej  pod  wygr.zany  koc.  Jak 

przyjemnie  ...  Leżała  tak,  zasłuchana  w  cichy  szmer  wody  w  pobliskim  strumieniu,  gdy  nagle  z  góry 

background image

dobiegł płacz małej Hannah. 

W sekundę była już w środku wozu.

- Pansy? Co się stało? 

- Nic, proszę pani. Hannah jest po prostu głodna. 

Mały Ned też. się obudził i półprzytomnym wzrokiem rozglądał się po nieznanym sobie otoczemu. 

-  Zaraz  zrobię  coś  do  jedzenia!  -  Summer  pośpiesznie  przebrała  się  w  prostą,  bawełnianą  suknię  i 

przewiązała  włosy  wstążką.  -  Jeśli  chcesz,  Pansy,  zaopiekuję  się  teraz  Hannah.  A  ty  zabierz  Neda  nad 

strumień i umyjcie się przed śniadaniem. 

Dziewczynka z ociąganiem podała jej niemowlę. Było oczywiste, że nie lubiła ani na chwilę rozstawać 

się z siostrzyczką, a na pewno już nie miała ochoty oddawać jej kobiecie, która trzymała dziecko przed 

sobą w wyprostowanych rękach, jak nadzwyczaj kruchy kryształowy wazon. 

Kiedy Summer wyszła z wozu, Montana, nagi do pasa, stał nieopodal i golił się przed lusterkiem, które 

powiesił sobie na gwoździu wbitym w pień. Na włosach Montany lśniły kropelki wody, czyli był już po 

kąpieli w strumieniu. 

- Co z małą? - spytał z niepokojem. 

- Nic, nic. .. 

Summer  zrobiła  kilka  kroków  w  kierunku  ogniska,  nadal  trzymając  Hannah  przed  sobą  w 

wyciągniętych rękach. 

Dziecko zaczęło płakać. 

- Jak ty trzymasz to dziecko?! 

Montana  wrzucił  brzytwę  do  wiaderka  z  wodą,  szybko  przetarł  twarz  ręcznikiem  i  podszedł  do 

Summer. Odebrał od niej dziecko i przytulił je do piersi. Płacz od razu ucichł. Przytulił je jeszcze mocniej 

i zaczął przechadzać się wokół ogniska, głaszcząc dziecko po pleckach i coś mu tam pomrukując. 

Summer nie mogła oderwać oczu od tej pary. 

Ramiona  Montany  były  szerokie,  wspaniale  umięśnione.  Ciemne  spodnie  podkreślały  jego  płaski 

brzuch i wąskie  biodra. I ten  rosły mężczyzna, w  końcu oszust i złodziej, tulił do siebie maleństwo jak 

najczulsza matka. 

Ręka Montany przesunęła się niżej, do pupy dziecka. 

- Mamy kłopot - mruknął. 

- Boże! Co się stało?! 

Przerażona Summer przyłożyła obie ręce do serca. 

- Zmoczyła się - wyjaśnił. - Masz jakieś płócienne ściereczki? 

Pomknęła  do  wozu  i  po  chwili  biegła  już  z  powrotem,  powiewając  czystą  ściereczką.  Tymczasem 

Montana ułożył Hannah na szerokiej desce niedaleko ogniska. Dziecko było nim zachwycone, śmiało się, 

background image

gaworzyło i wesoło fikało nóżkami. 

- I co teraz? - spytał Montana, kiedy Summer zatrzymała się obok niego. 

Spojrzała na maleńkiego człowieka i poczuła paniczny strach. 

- Proszę. Ty ją przewiń - powiedziała, wręczając ściereczkę Montanie. 

- Nie do wiary! Siostra Dobroci wystraszyła się niemowlęcia! 

-  Wcale  się  nie  wystraszyłam,  tylko  po  prostu  nie  wiem,  jak  się  do  tego  zabrać.  Nigdy  dotąd  nie 

trzymałam takiego maleństwa na rękach, a co dopiero mówić o przewijaniu. Boję się, że zrobię coś źle. 

- A więc dobrze, dam siostrze teraz lekcję przewijania. 

Surnmer  przyklękła  obok  niego,  dziwnie  jakoś  w  tym  momencie  świadoma  nagości  jego  torsu.  Jak 

zauroczona wpatrywała się w mięśnie na ramionach Montany, które stwardniały, kiedy składał kwadrat w 

trójkąt.  Jego  ramię  otarło  się  przy  tym  o  jej  ramię.  Niechcąco.  A  ona  odczuła  to,  jakby  po  jej  plecach 

przemaszerował cały batalion mrówek. 

Montana starannie wygładził kawałek materiału i ułożył na nim dziecko. 

- A teraz musisz tylko wyciągnąć jej spod pupy zabrudzoną płachetkę i zawiązać czystą. Zwiążesz te 

dwa rożki i to wszystko. 

Wstał, podszedł do swojego drzewa i spokojnie zajął się goleniem. 

Summer odprowadziła go wzrokiem, potem spojrzała w dół, na uśmiechnięte dziecko. Montana dał do 

zrozumienia, że wszystko jest dziecinnie łatwe. Przekonajmy się więc, czy miał rację. Rozwiązała węzełki 

przy zabrudzonym płócienku, wyciągnęła je spod pupy i... 

- Wielkie nieba! I kto by pomyślał, że takie maleńkie dziecko może ... 

Szybko zaczęła  wycierać  brudną pupę, potem,  po kilku niezdarnych  próbach, udało jej się  zawiązać 

nawet całkiem zgrabne węzełki. A mała znów zaczęła popłakiwać.

Montana obserwował wszystko w lusterku i uśmiechnął się, kiedy Summer  wzięła dziecko na ręce i 

trochę niezręcznie przytuliła do swojego ramienia. Kiedy jednak zobaczył, jak ostrożnie całuje dziecko w 

główkę i  coś mu tam  szepcze, jego  uśmiech znikł.  Co  z  tego,  że  nie była  w tym  biegła.  Jej niezręczne 

pieszczoty  były  wzruszające. Dlatego  też  i Montana, chociaż  skonczył  już  golenie,  nie  odwracał  się od 

lusterka. 

Po  kilku  minutach  Pansy  i  Ned  wrócili  znad  strumienia.  Ich  twarzyczki  jaśniały  czystością,  mokre 

włosy były zaczesane w tył. Pansy natychmiast wyciągnęła  ręce po siostrzyczkę i Summer nie bez ulgi 

oddała jej dziecko. 

- A co to jest? - spytał Ned, pokazując palcem na wiaderko z pokrywką, stojące obok wozu. 

-  Mleko  -  rzucił  Montana,  niby  obojętnie,  zajęty  nakładaniem  koszuli.  A  widząc  pełne  zdumienia 

spojrzenie Summer,  wyjaśnił:  - Niedaleko stąd jest  ranczo. Pomyślałem  sobie, że  nic się  nie stanie,  jak 

wydoję jedną z krów. I tak się złożyło, że przy okazji natrafiłem na kilka jajek. 

background image

Summer uniosła znacząco brwi. - Natrafiłeś? 

- Tak. Ja często natrafiam na ... różne rzeczy ... 

Mrugnął do niej wesoło, a jej serce jakoś dziwnie przyspieszyło, dlatego zajęła się nalewaniem mleka. 

Nalała  do  trzech  kubków.  Pansy,  nie  wypuszczając  z  objęć  siostrzyczki,  z  radosnym  okrzykiem 

natychmiast  chwyciła  za  jeden z  nich.  Usiadła  na  ziemi  i  przytknęła kubek dziecku  do  ust.  Maluch  pił 

łapczywie, a Summer zajęła się przygotowaniem śniadania. Jajka, biskwity i suszone mięso. W powietrzu 

rozszedł się wspaniały aromat kawy. I tak jak poprzedniego dnia, przed kolacją, Pansy i Ned wzięli się za 

ręce i pochylili głowy. Montana i Summer z pewnym ociąganiem dołączyli do nich. 

- Ned! - odezwała się po chwili Summer. - Może dziś ty odmówisz modlitwę? 

- Tak, proszę pani! - Chłopczyk zastanowił się chwilę. - Panie Boże, pobłogosław te dary. I wszystkich 

nas. - Jego głos zadrżał. - A przede wszystkim ... mamę i tatę. 

Summer  naj  chętniej  objęłaby  teraz  chłopczyka  i  przytuliła  jak  najmocniej,  żeby  odpędzić  od  niego 

wszystkie lęki. Udało jej się jednak powstrzymać ten impuls i tak jak wszyscy, zabrała się do jedzenia. 

Montana pierwszy skończył jeść. Oparł· się o swoje siodło i popijając gorącą kawę, oświadczył: - T o 

było smakowite śniadanie. 

Summer aż zarumieniła się z zadowolenia, chociaż nie bardzo rozumiała, dlaczego ten komplement, w 

końcu nic nadzwyczajnego, sprawił jej taką radość. 

- Pani gotuje prawie tak dobrze jak nasza mama! - oświadczył Ned. 

Summer uśmiechnęła się. 

- Dziękuję, Ned. A może opowiesz nam o waszej mamie? 

- O  mamie? Moja mama, proszę pani,  miała takie żółte włosy, żółte jak kukurydza,  i one były takie 

mięciutkie. Mama często mnie przytulała i tak ładnie pachniała. Pachniała jak. .. jak biskwity! 

Złapał za biskwita i wsadził sobie do buzi. 

- Czyli twoja mama była wspaniała - powiedział Montana i znów popił kawy. - Na pewno bardzo za 

nią tęsknisz. Ned, a możesz nam powiedzieć, jak to się stało, że wasi rodzice umarli? 

- Zastrzelili ich - odezwała się nieswoim głosem Pansy. - Na polu. Kiedy mama i tata poszli orać. 

Montana odezwał się dopiero po dłuższej chwili. 

- Kto ich zastrzelił? 

- Nie wiem, proszę pana. Ja niczego nie widziałam. Byłam w chacie razem z Hannah. Nagle do chaty 

wbiegł Ned. Płakał. Powiedział, żebym poszła z nim na pole ... 

Głos dziewczynki załamał się, ale przemogła się i mówiła dalej. 

-  Mama  i  tata  leżeli  koło  konia.  Wtedy  Ned  i  ja  poszliśmy  do  miasta  i  powiedzieliśmy  o  tym 

szeryfowi.  Szeryf  odwiózł  nas  na  farmę.  Kazał  nam  wejść  do  chaty  i  nie  wychodzić,  a  sam  poszedł 

pochować mamę tatę. 

background image

Po policzkach dziewczynki spłynęły łzy. Wytarła je szybko i mówiła dalej: 

- Następnego dnia przyjechał bankier i powiedział, że nie możemy zostać w naszej chacie, bo tata był 

mu winien pieniądze. Potem przyjechał szeryf. On powiedział, że żona tego pana, bankiera, chce zabrać 

Hannah, a ja i Ned pojedziemy do sierocińca w St.Louis. Wtedy uciekliśmy do lasu. 

Ned chlipnął, ale Pansy objęła go ramieniem i przytuliła do siebie. 

-  Wszystko  będzie  dobrze  -  szepnęła  mu  do  ucha.  -  Siostra  Dobroci  i  pan  Montana  będą  się  nami 

opiekować. Nie musimy się już niczego bać. 

Montana nalał sobie kawy i przytknął kubek do ust. Była pieruńsko gorąca. Oparzył sobie język, ale 

właściwie tego nie poczuł. Bo w jego głowie przewijała się teraz cała wiązanka przekleństw, których ze 

względu na dzieci nie wypadało mówić na głos. 

Summer nagle odwróciła twarz. Jedzenie, którym napełniła swój żołądek, teraz ciążyło jej jak twarde, 

kanciaste kamienie. Wielki Boże! T e biedne dzieci są pewne, że Siostra Dobroci i Montana już na zawsze 

wzięli je pod swoje skrzydła ... Takie dobre, słodkie dzieci. Przeszły przez piekło. Ale, niestety, Siostra 

Dobroci nie uwzględniła ich w swoich planach na przyszłość. Tak samo jak Montana, który prędzej czy 

później sprowadzi na kark Summer szeryfa. Dlatego przysięgła sobie, że jeszcze przed końcem tego dnia 

znajdzie dla dzieci jakieś przytulisko. I pozbędzie się niepożądanego wspólnika, raz na zawsze. 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Montana wypił ostatni łyk kawy, resztkę wylał do dogasającego ogniska. Summer zebrała jeszcze kilka 

rzeczy z trawy, zaniosła do wozu i rozejrzała się za dziećmi. 

- Dzieci! Chodźcie już! Odjeżdżamy! 

Pansy z malutką siostrzyczkśl na ręku wynurzyła się spod korony rozłożystego drzewa. Ned nadbiegł 

znad strumienia, gdzie zabawiał się rzucaniem kamyków do wody. 

Montana zaczął siodłać swego konia. 

- Pojadę pierwszy, zrobię mały zwiad. Ned! Masz ochotę jechać ze mną? 

- Ja? Naprawdę? - Ned zerknął nie pewnie na starszą siostrę. - Pansy? Mogę? 

Pansy zdawała się bardzo na serio rozważać tę propozycję. Było oczywiste,  że siostra nie lubi tracić 

młodszego brata z oczu. Ale błagalne spojrzenie Neda zmiękczyło jej serce. 

- Dobrze, Ned - powiedziała z powagą· - Sądzęże możesz jechać. 

Chłopczyk wyciągnął w górę ręce, Montana nachylił się. Podniósł go z ziemi i usadził za sobą. 

- Trzymaj się mnie mocno, Ned, bo jeszcze zgubię cię gdzieś po drodze. 

Chłopczyk objął rączkami Montanę wpół i przycisnął policzek do jego szerokich pleców. Koń ruszył 

galopem, malec, zachwycony, pomachał do siostry triumfalnie ręką. 

Summer wspięła się na kozioł, Pansy i Hannah usadowiły się obok niej. Summer cmoknęła na konia i 

background image

wóz zaczął toczyć się leniwie. 

- Jakie  to  zabawne,  Siostro Dobroci, że  pani mieszka w tym  wozie -  odezwała się  po  chwili  Pansy, 

tuląc  do  siebie  siostrzyczkę.  -  I  ciągle  jedzie  pani  i  jedzie.  A  nie  chciałaby  pani  mieszkać  w  takim 

prawdziwym domu, gdzie dookoła byłyby pola, i te pola trzeba zaorać i obsiać, żeby zebrać plony? 

- Nie można tęsknić za czymś, czego nigdy się nie miało! 

Pansy spojrzała na nią ze zdumieniem. 

- Siostro Dobroci! Nigdy pani nie mieszkała w prawdziwym domu? 

Summer uśmiechnęła się i nie odpowiedziała wprost. 

- Mój wóz jest moim prawdziwym domem. I bardzo wygodnym, zawsze jest ze mną, choć ciągle 

jestem w drodze ... Pansy, chciałam cię o coś prosić. Kiedy będziemy w mieście, wśród obcych ludzi, 

nazywaj mnie, oczywiście, Siostrą Dobroci. Ale nie musisz tego robić, kiedy jesteśmy sami, tylko w 

swoim gronie. Mam na imię Summer, jak zresztą wiesz. 

- Tak, wiem. A czy "Summer

"

 to pani prawdziwe imię, czy to tata tak panią nazwał? 

- Moje prawdziwe imię. A dlaczego pytasz? 

- Bo ze mną jest inaczej - powiedziała z dumą 

Pansy.  -  Naprawdę  nazywam  się  Sara.  Ale  tata  zawsze  mówił,  że  jestem  taka  ładna  jak  kwiatek  i 

nazwał mnie Pansy*, jak jeszcze byłam malutka. I nie chcę, żeby mnie nazywać inaczej . Tylko Pansy. Bo 

wtedy nigdy nie zapomnę, jak bardzo mnie tata kochał. 

- T o wielkie szczęście, Pansy, że miałaś rodziców, którzy tak bardzo cię kochali. 

- Wiem, proszę pani. Dlatego zawsze będę o nich pamiętać .. Ale Ned na pewno wkrótce o nich 

zapomni, on jest jeszcze taki mały. A co dopiero Hannah. I to mnie bardzo martwi. 

Summer milczała przez chwilę, wstrząśnięta dojrzałością ośmioletniej dziewczynki. 

-  Nie  martw  się,  Pansy.  Po  prostu  opowiadaj  rodzeństwu  o  rodzicach  jak  najwięcej,  dzięki  temu 

wspomnienie o nich będzie żyło w każdym z was. 

Zauważyła, że Hannah zasnęła w ramionach siostry.  . 

- Musi być ci ciężko, Pansy. Może położysz ją w wozie? 

Pansy wycisnęła całusa na pulchnym policzku niemowlęcia. 

* Paltsy (ang.) - bratek. - Przyp. tłum. 

- Mnie nigdy nie jest ciężko trzymać Hannah, proszę pam. 

- Domyślam się, kochanie. Przecież wiem, jak bardzo kochasz swoją siostrzyczkę. Pomyślałam sobie 

tylko, że dziś taki żar, a maluch nie powinien być za długo na słońcu. 

- Ma pani rację. 

background image

Dziewczynka  zsunęła  się  ostrozme  z  kozła  i  weszła  do  chłodnego,  zacienionego  wozu.  Ułożyła 

siostrzyczkę na kocu, potem zrolowała koc z obu stron, żeby dziecko się nie przesunęło. 

Summer,  zerkając  przez  ramię  na  Pansy,  krzątającą  się  wokół  siostrzyczki,  przeżywała  rozterkę.  Te 

dzieci, tak bardzo skrzywdzone przez los, były już pewne, że znalazły sobie opiekunów. Summer z całego 

serca  pragnęła  oszczędzić  im  dalszych  smutnych  przeżyć,  zdawała  sobie  jednak  sprawę,  że  sama  nie 

podoła  opiece  nad  trójką  małych  dzieci.  Odpowiedzialność  ogromna,  a  ona  nie  ma  przecież  żadnego 

doświadczenia.  A  poza  tym  te  dzieci  zasługiwały  na  coś  więcej,  niż  ona  mogła  im  dać.  Ich  przybrani 

rodzice powinni być ludźmi godnymi szacunku, którzy stworzą im inne życie niż domorosły kaznodzieja 

w spódnicy, chwilowo wspierany przez złodzieja. 

Podniosła głowę w chwili, gdy usłyszała tętent kopyt. Montana nadjeżdżał galopem. Mały Ned miał na 

głowie kapelusz Montany z szerokim rondem. Kiedy zbliżali się do wozu, malec zerwał kapelusz z głowy 

i zaczął wymachiwać nim zawzięcie. 

-  Widzieliśmy  miasto  -  oznajmił  Montana,  zatrzymując  konia.  -  Kiedy  wjechaliśmy  na  szczyt 

samotnego wzgórza. 

- Jak daleko stąd? - spytała Summer. 

- Kilka godzin się zejdzie. 

Pomógł  Nedowi  zeskoczyć  z  konia  i  wdrapać  się  na  wóz.  Twarz  chłopczyka  zarumieniona  była  z 

podniecenia. 

-  Montana  wie  wszystko  -  ogłosił.  -  Opowiadał  mi  o  Czejenach.  Wiem,  jak  oni  żyją  i  co  jedzą.  I 

Montana mówił, że był w prawie wszystkich miastach w Teksasie. I.. - urwał, żeby nabrać powietrza. -

Kiedy będę duży, chcę być taki jak Montana! 

- Może obierzesz sobie w życiu jakiś szczytniejszy cel - rzuciła cierpko Summer. 

- Szczytniejszy ... A co to znaczy? - spytał niepewnym głosem Ned. 

Montana uśmiechnął się do niego. Zdjął z głowy chłopczyka swój kapelusz, nasadził sobie na głowę i 

mrugnął wesoło. 

- Może zechcesz, na przykład, zostać prezydentem naszego kraju. 

- Ja wcale nie chcę być prezydentem! Nigdy! - zapewnił go żarliwie malec. - Ja chcę być taki jak pan! 

- A ja chcę być wędrownym kaznodzieją, jak Summer - oświadczyła Pansy. 

Summer spojrzała na nią ze zdumieniem. 

- Kiedy ten pomysł przyszedł ci do głowy, Pansy? 

- Kiedy słuchałam pani kazania. Pani opowiadała o tym, że wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga. I 

że On trzyma nas w swoich pełnych miłości ramionach.  Wtedy zrobiło mi się jakoś inaczej, jakby ktoś 

odebrał mi połowę mojego strachu. Pomyślałam sobie, że ja też chciałabym przekazywać ludziom takie 

słowa, które sprawiają, że ludzie przestają się bać. 

background image

Dziewczynka  spojrzała  na  Summer  dokładnie  tak,  jak  na  Montanę  spoglądał  mały  Ned  -  z  uwiel-

bieniem.  I  Summer  poczuła  się  nagle  bardzo  niepewnie.  Po  prostu  poczuła  się  winna  i  dlatego  była 

zadowolona, kiedy Montana zagadnął na zupełnie inny temat. 

- Summer, zatrzymaj wóz na chwilę. Przywiążę mojego konia z tyłu i teraz ja będę powozić. 

Summer zatrzymała konia i po chwili Montana sadowił się już na koźle. Przejął od niej lejce i cmoknął 

na konia. Kiedy wóz ruszył, Pansy zabrała głos. 

- A pan wie, co mówiła mi Summer? Ona nigdy nie miała prawdziwego domu. Takiego domu z polem, 

żeby je zaorać, obsiać, a potem zebrać plony. 

Summer, wpatrzona pilnie w szlak, czuła na sobie wzrok Montany. 

-  A  pan,  Montana?  -  dopytywała  się  dziewczynka.  -  Czy  pan  miał  kiedyś  prawdziwy  dom  i 

rodzeństwo? 

Uśmiechnął się i żartobliwie pociągnął ją za jeden z jej loczków. 

- Moim domem jest cały świat, Pansy! Moja dewiza brzmi: gdziekolwiek jesteś, czuj się jak u siebie w 

domu. 

- A nasza mama i tata urodzili się w Missouri - wtrącił mały Ned. - Ale tata myślał, że w T eksasie 

będą mieli więcej szczęścia .... Montana, a pan skąd jest? 

- A  stąd i stamtąd - od parł Montana, nie szczędząc chłopczykowi swego czarującego uśmiechu.  - I 

zewsząd, wspólniku! 

Wspólnik... Chłopczyk rozpromienił się. 

A  Summer  kątem  oka  zerknęła  na  Montanę.  Patrzył  gdzieś  przed  siebie,  usta  niby  jeszcze  się 

uśmiechały,  ale  ten  uśmiech  właściwie  już  znikł.  Twarz  była  posępna.  Pytanie  dziecka  na  pewno  go 

poruszyło, bardziej niż by sobie tego życzył. 

Łagodne, równomierne kołysanie  wozu uśpiło  dzieci.  Jedno  po  drugim zamykało  oczy,  jasna  głowa 

opadała na piersi. Montana oddał Summer lejce i wniósł do środka najpierw Pansy, potem Neda. Ułożył 

~ch na kocu, po obu stronach śpiącej Hannah. 

- Zmęczona? - spytał, sadowiąc się z powrotem na.koźle. 

Porząsnęła przecząco głową, chociaż oddając mu lejce, czuła ogromną wdzięczność, że będzie miała 

chwilę wytchnienia. Dlatego po chwili, przykładając sobie rękę do krzyża, wyznała jednak szczerze: 

- Trochę zesztywniałam. 

- Niedaleko stąd widziałem rzeczkę. Może zatrzymamy się tam na chwilę? 

-  Wolałabym  jechać  dalej.  Jeśli  mam  dziś  wieczorem  wygłosić  kazanie,  powinnam  jak  najszybciej 

znaleźć się w tym mieście. Rozejrzeć się, znaleźć odpowiednie miejsce, trochę odsapnąć, a poza tym ... 

poza tym ... warto by popytać wśród ranczerów, czy ktoś w okolicy nie przygarnąłby trójki dzieci. 

background image

Wyglądało na to, że dla Montany ta sprawa jest tak samo niemiła jak dla niej. Bo ostatnie zdanie jakoś 

z trudem przeszło przez gardło Summer. A Montana wyraźnie spochmurniał. 

- Może popytam się w saloonie - mruknął. Wtedy ona, bez żadnego powodu przecież, poczuła, jak 

narasta w niej gniew. 

-  W  saloonie? No  tak! Rzeczywiście, tylko  w takim  miejscu  można znaleźć  przyzwoitych,  uczciwie 

zarabiających na chleb rodziców dla trojga sierot! Dziwne, że mi to w ogóle nie przyszło do głowy! 

Reakcja Monatany była równie gwałtowna. - Chciałem ci tylko pomóc! A ty zachowujesz się jak jakaś 

cholerna dewotka! 

- Wolałabym, żebyś w obecności dzieci nie używał takich mocnych słów! 

-  O  ile  mnie  oczy  nie  mylą,  dzieci  śpią  -  wycedził,  ale  na  wszelki  wypadek  zniżył  głos.  -  A  tobie 

chciałbym przypomnieć, że to ty palisz się do tego, żeby się ich pozbyć! Bo na pewno nie ja! 

- Nie pozbyć, ale zapewnić im dobrą przyszłość! - zaszeptała gniewnie. - Dzieci to wielka 

odpowiedzialność. Trzeba je nakarmić, włożyć im coś na grzbiet, nie wspominając o nauce! I ja tak na to 

patrzę. Teraz, oczywiście, nie zostawię ich samych, ale będę się rozglądać za jakimś lepszym miejscem 

niż mój dom na kółkach! A ciebie nikt do niczego nie zmusza. W każdej chwili możesz sobie odjechać, 

nie oglądając się za siebie! 

Miała całkowitą rację. Ale ostre słowa pod jego adresem zabolały go. 

-  Wcale  nie  mam  zamiaru odjeżdżać!  -  rzucił gniewnie.  -  A  już  na  pewno  nie  wcześniej,  zanim nie 

znajdzie się dla nich normalnego domu. 

- Naprawdę? - spytała ze zdumieniem. 

- Tak. 

Sam  był  wstrząśnięty  swoją  decyzją.  Zdumiony,  że  te  słowa  w  ogóle  wyszły  z  jego  ust.  Bo  do  tej 

chwili jego zamiary były inne. Chciał dojechać z nimi tylko do Poplar. Miał nadzieję, że do tego czasu 

szeryf Otis i jego banda znikną z tego szlaku i Montana spokojnie będzie mógł sobie odjechać. 

A tymczasem - nie. Co, u diabła, z nim się dzieje? Chlasnął konia lejcami. Wóz potoczył się żwawiej. 

Co  go opętało, żeby robić jakieś głupie  obietnice? W rezultacie pozostaje nadzieja, że szukanie rodziny 

dla trojga sierot nie potrwa długo. Może uda się to dziś wieczorem ... 

Dziwne, że ta myśl rozdrażniła go jeszcze bardziej. 

Poplar było miastem niedużym i niewiele się różniło od innych miasteczek, rozrzuconych po całym 

Teksasie. Leżało przy szlaku, trakt po prostu w pewnym momencie zmienił się w ulicę z drewnianymi 

trotuarami. Najpierw minęli stajnie, potem kuźnię, saloon, duży sklep, biuro szeryfa i areszt. Dalej widać 

było jeszcze kilka domów przy ulicy, także domy rozsiane po okolicy, farmy i rancza, pola i pastwiska ze 

stadami bydła. 

background image

Przybycie Siostry Dobroci wywołało wśród mieszkańców Poplar poruszenie. Kiedy wóz podjeżdżał 

pod  sklep,  drzwi  sklepu  uchyliły  się  i  wyj_  rzało  z  nich  kilka  kobiet.  Dzieci,  baraszkujące  po  ulicy, 

natychmiast zgromadziły się wokół wozu. 

Summer  weszła  do  sklepu,  przywitała  wszystkich  uprzejmie  i  powiadomiła,  że  tego  wieczoru  na 

skraju miasta wygłoszone zostanie kazanie połączone ze wspólną modlitwą. 

- Obiecuję państwu, że wysłuchacie naprawdę poruszającego kazania. Będziecie mieli też sposobność 

wspólnego odśpiewania kilka ulubionych starych hymnów. 

Osoby zebrane w sklepie słuchały jej uważnie i kiwały głowami, okazując zainteresowanie. 

- Chciałam się państwa jeszcze o coś zapytać - dodała na zakończenie. - Szukam dobrych ludzi, którzy 

mogliby przygarnąć trójkę sierot. - Trójkę? - Właściciel sklepu wzruszył ramionami i mruknął: - Jeszcze 

trzy gęby do wykarmienia ... Raczej nikt taki tu się nie znajdzie. 

- Rozumiem. Ale wdzięczna będę, jeśli pan popyta wśród ludzi. 

Nie  zdążyła  jeszcze  wyjść  ze  sklepu,  kiedy  zgromadzone  tam  kobiety  zaczęły  poszeptywać  między 

sobą.  Nic  dziwnego,  w  ich  jednostajnym  życiu  było  to  wielkie  wydarzenie.  Wysłuchać  kazania 

prawdziwego  kaznodziei  i  dzięki  temu  zapomnieć  choć  na  chwilę  o  kłopotach,  które  trapią  je  każdego 

dnia  w  tym  odludnym,  dzikim  miejscu.  Dlatego  zapewne  zaraz  pośpieszą  do  swych  domów,  żeby 

odświeżyć swoje najlepsze suknie i uprasować odświętną koszulę męża. Wkrótce całe miasto dowie się o 

przybyciu wędrownego kaznodziei. I wszyscy nie będą mogli się doczekać, kiedy zacznie się kazanie. 

Kiedy Summer wyszła na ulicę, zauważyła, że Pansy, z małą Hannah na ręku, stoi na schodkach do 

wozu, przed którym zebrała się gromadka dzieci. 

- Dziś  wieczorem spotkamy  się  na wspólną modlitwę  -  ogłosiła  donośnym, dźwięcznym głosem. - I 

razem w skupieniu wysłuchamy pięknego kazania. Nie zapomnijcie powiedzieć o tym swoim rodzicom. 

Summer poczuła ciepło rozlewające się w sercu. I coś jeszc·ze. Dumę, niemal jak prawdziwa matka. 

Mała Pansy tak odważnie stawia czoło gromadzie obcych dzieci. Nie każdego dziecka byłoby na to stać. 

- Będziesz opowiadać nam bajkę, jak zostałaś zbawiona?! - zawołał któryś z chłopców. 

Pansy nie zareagowała na złośliwość, uśmiechnęła się tylko słodko. 

- Przyjdź po prostu dziś wieczorem na kazanie i wspólną modlitwę. Bo każdy z nas powinien obudzić 

w sobie miłość do Pana. 

- Ty lepiej pomódl się o nowe ubranie! - zawołał chłopak. 

To już nie była złośliwość, lecz jawne szyderstwo. Pozostałe dzieci roześmiały się drwiąco. Policzki 

Pansy  spurpurowiały.  Na  pewno  była  bliska  łez,  ale  powstrzymała  je.  Uniosła  dumnie  głowę  i 

powiedziała: 

- Biblia uczy nas; żebyśmy nie zamartwiali się o swoje ubranie. Przypomnij sobie o liliach polnych. 

Nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich*. Dobry Bóg daje nam 

background image

wszystko, czego nam potrzeba. 

Chwyciła Neda za rękę i, tuląc do siebie siostrzyczkę, pociągnęła go do wozu, za koc, odgradzający od 

nie  przychylnego  świata.  Dziewczynki  i  chłopcy,  zgromadzeni  koło  wozu,  jeszcze  przez  chwilę 

rozmawiali i śmiali się. W końcu poszli sobie. 

Teraz dopiero Summer zauważyła Montanę. 

Stał ka wałek dalej. Jego twarz była stężała z gniewu. Dłonie zaciśnięte w pięści. 

Montana wjechał wozem na piękną łąkę za miastem. Na skraju łąki rósł stary, rozłożysty dąb, 

* Ewangelia wg św. Łukasza, 12,27-28. Biblia Tysiąclecia, Wyd. Pallottinum, 1983 - przyp. tłum. 

w jego cieniu można się było skryć przed palącym słońcem. Nieopodal szemrał cicho strumień. 

- Idealne miejsce - orzekła Summer. - Pansy, zbierz brudne powijaki. Zrobimy pranie w strumieniu. A 

ty, Montana, rozpal ognisko. 

Montana  kiwnął  na  Neda  i  mężczyźni  udali  się  po  chrust.  A  kobiety  ze  stosem  brudnej  bielizny 

podążyły  nad  strumień.  Hannah,  pod  czujnym  okiem  Pansy,  baraszkowała  na  brzegu,  Summer  poprała 

płócienne powijaki. 

-  Nie  spodziewałam  się,  że  jedno  malutkie  dziecko  może  tak  nabrudzić  -  mruczała  pod  nosem, 

rozwieszając powijaki na gałęziach. 

Pansy roześmiała się. 

-  Mama  też  tak  gderała.  Słyszałam,  jak  kiedyś  mówiła  do  taty,  że  takie  dzidziusie  powinny  biegać 

golutkie, póki nie skończą roku. Wtedy byłoby przy nich o wiele mniej roboty. 

- Twoja mama miała całkowitą rację. Summer powiesiła ostatnią płachetkę. 

- Wracam do wozu, Pansy. Zawołam was, kiedy kolacja będzie gotowa. 

- Dobrze, proszę pani. 

Pansy podniosła z ziemi siostrzyczkę i przeniosła ją kawałek dalej, na porośnięty bujną trawą pagórek. 

Maleństwo, śmiejąc się i gaworząc, zaczęło raczkować wśród polnych kwiatków. 

Summer  już  z  daleka  widziała  rozpalone  ognisko.  Obok  wozu  leżała  cała  sterta  chrustu  i  gałęzi, 

wystarczająca na podsycanie ognia przez całą noc. 

Mały Ned biegł po trawie, nad strumień, do sióstr. 

- A gdzie Montana? - zawołała za nim. 

- Powiedział, że jedzie do miasta! 

Czyli nie myliła się. Tak, jak się spodziewała, Montana zrobił szybko to, o co go poprosiła i umknął do 

saloonu, żeby oddać się swoim przyj emnościom! 

Summer, podwinąwszy rękawy bluzki, zajęła się ugniataniem ciasta na biskwity. Gniotła z pasją, a za 

background image

każdym  razem,  kiedy  odgarniała  z  czoła  niesforny  kosmyk,  przysięgała  sobie  w  duchu,  że  tego 

irytującego kowboja przegna przy pierwszej sposobności! 

Po wyrobieniu ciasta Summer poszła nad strumień. Najpierw przeszła się brzegiem, póki nie doszła do 

miej sca, gdzie gęste zarośla chroniły przed spojrzeniem nie powołanych oczu. Położyła na trawie czyste 

rzeczy, potem szybko zdjęła to, co miała na sobie, i przeprała, używając do tego mydła domowej roboty. 

Potem sama weszła do wody,  zmyła  z siebie brud i nałożyła świeżą  garderobę. Skromną białą bluzkę i 

ciemną spódnicę. Długie, ciemne loki przeczesała grzebieniem, zgarnęła do tyłu i przewiązała wstążką. I 

rozwiesiwszy pranie na gałęziach, wróciła z powrotem do obozowiska. 

Tu  czekała  ją  miła  niespodzianka.  Koń  Montany  stał  uwiązany  z  tyłu  wozu,  a  w  wozie  siedział 

Montana, obładowany pakunkami. 

- A cóż to takiego? - spytała zdumiona. 

- Rzeczy - odparł lakonicznie. 

- Jakie rzeczy? 

- Ubrania dla dzieci. Nie powinny chodzić w takich łachmanach, stając się pośmiewiskiem dla innych. 

Wytknął głowę z wozu i zawołał.

- Pansy! Ned! Chodźcie tutaj! 

Dzieci przybiegły natychmiast, a na widok kolorowych ubrań, wyłaniających się z pudeł, oczy im się 

zaśmiały. 

- To dla ciebie, Pansy. 

Montana wręczył jej sukienkę. Błękitną, dokładnie w kolorze oczu dziewczynki, z wysokim, stojącym 

kołnierzem,  ozdobionym  koronką  .  Długie,  bufiaste  rękawy  również  zdobiła  koronka.  W  talii  sukienka 

przewiązana byJa niebieską szarfą, o ton ciemniejszą niż błękit sukienki. Do sukienki dołączono wstążkę 

w  od  powiednim  kolorze, do  przewiązania  włosów, a  poza  tym  Montana  podał  Pansy  jeszcze  coś,  coś 

wprost nadzwyczajnego. Trzewiki z miękkiej cielęcej skóry. 

Dziewczynka z wrażenia aż otworzyła buzię·

- Schowaj się gdzieś i przebierz się :...- powiedział z uśmiechem Montana, wypychając ją delikatnie z 

wozu. Potem zwrócił się do chłopczyka. - Myślę, wspólniku, że nadeszła pora na długie spodnie. I 

trzewiki. 

Otworzył kolejne pudełka. Chłopczyk roziskrzonym wzrokiem wpatrywal się w rzeczy, które wręczał 

mu Montana. Długie, czarne spodenki, białą koszulę, a na koniec trzewiki z szerokimi cholewkami, takie, 

jakie noszą kowboje. 

- Montana! Ja ... ja będę teraz wyglądał jak pan! 

Montana mrugnął do niego wesoło. 

background image

- I o to przecież chodzi, wspólniku! A teraz zmykaj i przebierz się. Wkrótce zejdzie się tu całe miasto. 

Kiedy Ned wyszedł z wozu, Montana spojrzał na Summer, która przez cały czas stała z boku i tylko 

patrzyła, ze wzruszenia niezdolna wydobyć z siebie głos. 

-  To  dla  małej  Hannah  -  powiedział  i  wyjął  z  pudełka  prześliczną  białą  sukienkę,  ozdobioną 

koronkami. Jak dla aniołka. - Przebierzesz ją? Czy ja mam to zrobić? 

- Ja  ...  ja ją  przebiorę - wykrztusiła  Summer, resztką sił  powstrzymując łzy. -  O,  Boże! A  ja,  kiedy 

odjechałeś, pomyślałam ... 

Złapał ją za ramię, Pogodna twarz zmieniła się, . jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Oczy 

błyszczały gniewem. 

- A co sobie pomyślałaś?! Co?! Ze uciekłem? Wzruszyła ramionami, nadrabiając miną. Bo już sama 

nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać. - Coś w tym rodzaju. 

- Powiedziałem ci, że będę razem z wami, póki nie znajdzie się jakiegoś domu dla dzieci. I słowa 

dotrzymam, chociaż jestem tylko ... złodziejem. 

Gotowało się jeszcze w nim, ale czuł, że coś innego zaczyna go absorbować. Usta Summer. Były teraz 

bardzo blisko. Różowe, pełne wargi, lekko rozchylone. Nie mógł oderwać od nich oczu. Podniósł rękę i 

delikatnie musnął je palcem. W jednej sekundzie poczuł w sobie płomień. Dlatego musiał to zrobić, po 

prostu nie było innego wyj ścia. 

Pochylił głowę, teraz musnął jej wargi ustami. 

A zaraz potem pocałował. Był to długi, gorący pocałunek. Po takim pocałunku Summer była pewna, że 

ziemia na moment przestała się kręcić. Jedyne wytłumaczenie, dlaczego w jej głowie było teraz tak pusto.

I wcale nie miała ochoty otwierać oczu ... 

- Powtarzam - mruknął Montana wprost do jej ust. - Dałem słowo i słowa dotrzymam. 

Znów zaczął ją całować. Chciała go odepchnąć, ale kiedy jej ręka dotknęła jego szerokiej piersi, palce 

bezwiednie zacisnęły się  na  gorsie koszuli, a usta bez oporu poddały się czystej przyjemności. Bała się 

tylko,  że  jeszcze  moment,  a  nogi  odmówią  jej  posłuszeństwa.  Dlatego  przywarła  do  jego  ramienia,  to 

ramię objęło ją i przycisnęło do twardego, męskiego ciała. 

-  Siostro  Dobroci  ...  -  szepnął  między  jednym  pocałunkiem  a  drugim  -  gdybym  wiedział,  że  siostra 

będzie mi tak wdzięczna, wyszedłbym z tego sklepu objuczony jak wielbłąd .... 

Drewniane  schodki  skrzypnęły.  Natychmiast  odskoczyli  od  siebie.  I  każde  z  nich  nabrało  mocno 

powietrza do złaknionych płuc. 

- Proszę na nas popatrzeć! Proszę! - wołała podekscytowana Pansy. - Och! Ja jeszcze nigdy w życiu 

nie wyglądałam tak ... wytwornie! 

- Ej, nie wierzę - zaprotestował Montana. - Na pewno nie po raz pierwszy dostałaś nową sukienkę· 

- Nigdy nie dostałam! - krzyknęła dziewczynka, a Ned, na potwierdzenie jej słów, energicznie skinął 

background image

głową· - Wszystkie ubrania dla mnie mama szyła ze swoich starych sukien, a dla Neda z ubrań taty. I ja 

jeszcze nigdy nie miałam trzewików! 

Zachwycona, spojrzała na swoje po raz  pierwszy w życiu obute nogi.  Poruszała palcami w nowych 

trzewikach, a kiedy podniosła oczy, błyszczały jak gwiazdy. 

- Dziękuję, Montana - szepnęła. - Ja po prostu czuję się teraz ... śliczna. 

- Ja też! - przytaknął żarliwie Ned. - Ja też jestem śliczny! 

-  Drobiazg  -  powiedział  Montana  nieswoim  głosem.  Odchrząknął  i  żartobliwie  zwichrzył  dzieciom 

włosy. - Ale to jeszcze nie wszystko! 

Wyjął z torby dwie gliniane tabliczki i dwa rysiki. 

-  Czas  zabrać  się  do  nauki,  moi  drodzy!  Kiedy  nauczycie  się  czytać  i  pisać,  będziecie  mogli  sami 

czytać Biblię i przepisywać z niej wersy. 

Oczy dzieci z wrażenia zrobiły się okrągłe. - Będziecie nas uczyć? - spytała Pansy. 

- Ja na pewno. Myślę, że Summer też będzie miała ochotę. 

- Oczywiście! - zawołała Summer. - Ale teraz, proszę, spójrzcie na swoją siostrzyczkę! 

Podniosła wysoko małą Han.nah w nowej sukieneczce. Dziewczynka wyglądała naprawdę jak aniołek. 

Dzieci zaniemówiły z zachwytu, Montana zresztą też, bo dopiero po dobrej chwili chrząknął i zabrał głos. 

- A więc ... Myślę, że jesteśmy gotowi stawić czoło ludziom z Poplar. I nikomu na pewno nie przyjdzie 

do głowy pisnąć choć słowo na temat naszego wyglądu. 

Uśmiechnął się i odsunął na bok koc, zasłaniający wejście. 

- Idziemy! - zakomenderował. - Pokażmy wszystkim, co potrafi nasza rodzina! 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

-  T  o  był  tłum  dobrych,  hojnych  ludzi  -  stwierdziła  z  zadowoleniem  Summer,  skończywszy 

przeliczanie pieniędzy, które tego wieczoru znalazły się w koszyczku Siostry Dobroci. 

Dzieci,  znużone  dniem  pełnym  wrażeń,  spały  kamiennym  snem.  Nowe  ubrania  porozwieszane  były 

starannie na kołeczkach, wbitych w ścianę wozu. 

-  Może  Warto  by  zostać  w  Poplar  jeszcze  na  kilka  dni?  Ci  ludzie  są  nadzwyczaj  wspaniałomyślni. 

Oczywiście, fortuny tu nie zbijemy, ale trochę pieniędzy będzie można odłożyć. 

Odliczyła połowę banknotów i wręczyła je Montanie. Wcale nie dlatego, że zamierzała być tak samo 

hojna, jak ci ludzie z Poplar. Po prostu chciała jakoś odpłacić mu się za życzliwość, jaką okazał dzieciom. 

background image

Sprawił im przecież tyle radości. 

Montana nie odezwał się ani słowem. Machinalnie odebrał pieniądze i bez przeliczania wsunął je do 

kieszeni.  Sam  nie  wiedział,  co  się  z  nim  dzieje.  Był  nieswój,  poddenerwowany,  teraz,  kiedy  właściwie 

powinien czuć się jak król. T en wieczór okazał się wielkim sukcesem. Dzieci natychmiast podbiły serca 

wszystkich, a Summer wygłosiła chyba najlepsze swoje kazanie. Bo Montana nie wyobrażał sobie, żeby 

można było wygłosić jeszcze lepsze. 

A on, zamiast się cieszyć, czuł się jak lis, schwytany w pułapkę. Wiedział tylko, że koniecznie musi 

stąd  wyjść,  opuścić  to  miejsce  choć  na  chwilę.  Może  z  powodu  tego  pocałunku,  z  powodu  tego,  co 

poczuł,  kiedy  ją  obejmował.  A  odczucia  były  osobliwe.  Poczuł  się  wojownikiem.  Obrońcą·  I  -  co 

dziwniejsze - zapragnął, żeby tak było zawsze. 

Podszedł do wyjścia i odsunął koc.

- Dokąd idziesz, Montana? 

- Wychodzę· 

- Ale ... 

- Nie martw się - burknął. - Wrócę· 

Wyszedł w mrok. Osiodłał konia i z miejsca ruszył galopem, kierując konia w stronę świateł miasta. 

Właściwie  to  wiedział  już,  czego  mu  teraz  naprawdę  potrzeba.  Saloonu.  Whisky  i  pokera.  Męskiego 

grona,  męskiej  rozmowy.  Śmiałych  dowcipów  i  dosadnych  przekleństw,  za  które  nie  trzeba  nikogo 

przepraszać. 

A przede wszystkim - nie chciał spędzać kolejnej nocy w pobliżu Summer. Patrzeć na nią przez mrok i 

pragnąć jej tak bardzo, że doprowadzało go to niemal do szaleństwa. 

Pchnął wahadłowe drzwi i z lubością zanurzył się W znajomych zapachach i dźwiękach. Niskie, 

męskie głosy, tubalny śmiech i głośne przekleństwa - dla uszu po prostu rozkosz. W kącie chudy pianista 

brzdąkał na małym pianinie. Przy barze siedziały dwie dziewczyny o mocno uróżowanych policzkach, w 

jaskrawych sukniach z nader śmiałymi dekoltami. Szybko otaksowały Montanę spojrzeniem i posłały mu 

zachęcające uśmiechy. Grupka mężczyzn, zajętych pokerem, spojrzała na niego tylko przelotnie. 

Niestety, nie wszyscy. Bo jeden z nich, z odznaką szeryfa, spojrzał na niego baczniej. 

-  Ejże!  -  zawołał.  -  Czy  ty  przypadkiem  nie  jesteś  tym  zręcznym  graczem,  co  zabrał  mi  wszystkie 

pieniądze w Amarillo? 

Montana zamarł. Zanim jednak zdążył wydobyć z siebie jakieś słowo protestu, zrobił to za niego ktoś 

inny. 

- On? On na pewno jeszcze nigdy w życiu nie grał w pokera! Przecież to Brat Dobroci! 

Brat  Dobroci?!  Montana  był  zaskoczony.  Podobnie  jak  uróżowane  dziewczyny  z  baru,  które 

podchodziły już do niego, a teraz wrosły w podłogę. Na zdumionego wyglądał także sam szeryf. 

background image

-  Słyszałem,  że  twoja  piękna  żona  dziś  wieczorem  wygłosiła  kazanie  -  ciągnął  mężczyzna.  -  Za 

pozwoleniem,  to  dama  naprawdę  urodziwa.  A  dzieciaki,  wypisz,  wymaluj,  trzy  aniołki.  A  ty,  gotów 

jestem  się  założyć,  przyszedłeś  tutaj  prawić  nam  kazanie  o  tym,  ile  zła  jest  w  whisky,  kobietach  i 

hazardzie! 

Umysł Montany pracował gorączkowo. Niestety, wychodziło na to, że ulubione rozrywki umknęły mu 

sprzed nosa. Zadnego pokera, żadnej whisky - bo i j ak, skoro wszyscy tu ta j biorą go za bogobojnego 

Brata  Dobroci.  Do  diabła!  A  on  miał  nadzieję,  że  spędzi  tu  sobie  przyjemnie  czas,  zamiast  cierpieć 

katusze, kiedy kolejną noc leżeć będzie oddalony zaledwie o kilka stóp od najbardziej ponętnej i kuszącej 

kobiety, jaką znał. 

- Nie, nie przyszedłem tutaj prawić kazań - powiedział, starając się, aby jego uśmiech, broń 

Boże, nie był wymuszony. - Moja żona tym się zajmuje, nie ja. Zajrzałem tu z czystej ciekawości, bo 

jeśli chodzi o whisky, to napiłem się już dzisiaj, oczywiście, tylko łyczek. Dla zdrowia. Wiecie przecież, 

że dobry Bóg pozwala na wszystko, ale w rozsądnych ilościach. 

Skłonił  elegancko  głowę,  uśmiechnął  się  uroczo  do  dwóch  ladacznic  i  przemaszerował  przez  salę. 

Uścisnął dłoń najpierw pianiście, potem barmanowi. 

- Chwileczkę! - zawołał za nim szeryf. Montana stężał. Jego ręka odruchowo dotknęła miejsca, gdzie 

pod kurtką miał ukryty pistolet. 

- Ponieważ jesteście cały czas w drodze, chciałbym was przestrzec - powiedział szeryf. - Od jakiegoś 

czasu po okolicy grasuje złodziejaszek, młody człowiek, napada na podróżnych na szlaku. Miejcie się na 

baczności. Szeryf Otis Pain z Whistling Creek ściga tego łobuza. 

Ręka Montany opadła. Uśmiechnął się· 

- Powiadasz, szeryfie, że to jakiś młokos? Z chęcią bym się z nim spotkał. 

Odwrócił się ku drzwiom. I nagle znów usłyszał za plecami: 

- Poczekaj! 

Czuł, że oblewa się potem. 

Właściciel saloonu podszedł do niego i wręczył mu butelkę. 

- Moja  najlepsza whisky.  Proszę, przyjmij  ją, Bracie Dobroci.  I racz  się  nią, aby zdrowie  zawsze ci 

dopisywało. 

Montana zaniemówił, ale tylko na moment. Właściciel saloonu mówił to przecież na serio. 

- Dziękuję, bracie. Przyjmę ją w takim samym duchu, w jakim została mi podarowana. Niech ... ci Bóg 

błogosławi. 

background image

Wyszedł  z  saloonu.  Wskoczył na  konia i  z  miejsca  ruszył galopem.  Kiedy tylko  wyjechał  z  miasta, 

wstrzymał konia, odkorkował butelkę i pociągnął z niej porządny łyk. 

- O, tak! Niech ci Bóg błogosławi, dobry człowieku! - mruknął i znów przytknął butelkę do ust. 

Summer zasypała popiołem ognisko, potem 

.  poskładała  starannie  stare  ubrania  dzieci.  Wyłatała  je  porządnie  i  wycerowała,  dzieci  mogą  je 

przecież nosić do zabawy, albo kiedy pomagają jej w pracach domowych. A w nowe ubrania wystroją się 

wieczorem, kiedy Summer wygłasza kazania. 

Ciasto  na  biskwity  było  już  wyrobione.  Rosło  sobie  teraz  w  dzieży,  przykrytej  ściereczką·  Jeszcze 

tylko maślanka, trzeba zanieść ją do strumienia, niech przez noc chłodzi się w zimnej wodzie. 

Chwyciła  za  dzbanek  z  maślanką.  Poniosła  go  nad  strumień,  wstawiła  do  wody  i  obłożyła 

kamieniami.  Po  upalnym  dniu  chłodna  woda  była  tak  kusząca.  Nie,  nie  można  się  było  jej  oprzeć. 

Pomknęła z powrotem do wozu po mydło i koszulę nocną i wróciła nad strumień. 

Szybko pozbyła się ubrania i weszła do wody. 

Kiedy  woda  sięgnęła  jej  biustu,  aż  westchnęła z  zadowolenia.  Namydliła  się,  zanurzyła  w  wodzie  i 

krztusząc się i plując, wynurzyła znów na powierzchnię. Zaśmiała się, po prostu z czystej przyjemności. 

Potem przez chwilkę unosiła się w tej wodzie, popatrując na gwia,zdy. Po prostu było bosko! Wszystko, 

co  miała  do  zrobienia,  zrobiła,  i  teraz  z  czystym  sumieniem  mogła  rozkoszować  się  wolną  chwilą· 

Popłynęła więc sobie powolutku do drugiego brzegu, potem również powolutku popłynęła  z powrotem. 

Wyszła z wody i wspiąwszy się na brzeg, wytarła się energicznie w płócienną płachtę· 

Kiedy sięgała po nocną koszulę,  nastąpił kres przyjemności. Aż wstrząsnęło  nią. Nie, nie wieczorny 

chłód. Tylko znajomy, wesoły głos: 

- Proszę, proszę! Siostra Dobroci! Trzeba przyznać, że widok jest uroczy! 

- Montana!-

Natychmiast zasłoniła się koszulą jak tarczą· 

I teraz  go zobaczyła.  Stał nieopodal,  oparty o  pień  starego  drzewa. W  pozie niedbałej, z  ramionami 

skrzyżowanymi na piersiach. 

- A co ty tak szybko wróciłeś? 

- Pomyślałem sobie, że na pewno tęsknisz za mną· Nie chciałem ci robić zawodu. 

Oderwał  się  od  pnia  i  zaczął  do  niej  podchodzić,  zmuszając  ją  do  pospiesznego  cofania  się· 

background image

Wycofywała się, owszem, póki woda nie zaczęła chlupać jej wokół kostek. 

- Niestety, nie witasz mnie z radością, Summer! Nie spodziewałem się tego! 

Jej głos był lodowaty. 

- Mam nadzieję, że jesteś na tyle przyzwoity, że odwrócisz się teraz i poczekasz, póki się nie ubiorę· 

On, oczywiście, roześmiał się. 

- Dla mnie możesz chodzić taka, jaką Pan Bóg cię stworzył! - Jego wzrok, pełen aprobaty, przemknął 

po całej jej postaci. - Jestem pełen uznania dla Jego dzieła. Z tego, co dostrzegam, mogę wysnuć tylko 

jeden wniosek. Jesteś, pani, kobietą o idealnych kształtach. 

- A pan jesteś pijany! 

- Nie. Jeszcze nie. Ale zamierzam dojść do tego stanu, czemu nie? 

- Czyli, tak jak podejrzewałam, pojechałeś do saloonu! 

- Tak, proszę pani. Pojechałem do saloonu. Wyciągnął rękę i przesunął palcem po białym wzgórku 

jej riłmienia. Drgnęła. Uzmysławiając 

sobie z rozpaczą, że nie ma dokąd uciekać. Jeszcze jeden krok w tył i zanurzy się w wodzie. 

- To  okropne ... - cedził Montana, wpatrując się intensywnie  w białą kolumnę jej  szyi - kiedy przed 

człowiekiem idzie jego reputacja. 

- Reputacja? 

Odepchnęła  jego  rękę,  ale  co  z  tego,  skoro  on  zabrał  się  teraz  za  odgarnianie  wilgotnego  pasma 

włosów z jej policzka. 

- Tak. Niestety, Bratu Dobroci nie uchodzi przebywać w jaskini zła. 

- Bratu Dobroci?! 

- Tak właśnie mnie nazwali w saloonie. Bratem Dobroci! Nie pozostawało mi nic innego, jak udzielić 

im mojego błogosławieństwa i szybko zrejterować. 

- Zrobiłeś to? - Nie spodzievyała się tego po sobie, że jej głos złagodnieje aż do tego stopni~l.. - Jestem 

bardzo zadowolona, że zaakceptowałeś swoje obowiązki. 

background image

Obowiązki! Ten wyraz napełnił go goryczą. Przecież on teraz pragnął zapomnieć o jakichkolwiek 

obowiązkach i odpowiedzialności. Zapomnieć o wszystkim, oprócz niej, Summer. I przytulić ją do siebie. 

A ona jazgotała dalej. 

- Jednego nie rozumiem. Jeśli w saloonie udzieliłeś tylko błogosławieństwa, to dlaczego jesteś pijany? 

- Wdzięczny właściciel saloonu dał mi butelkę whisky. Dla celów zdrowotnych, oczywiście. 

- Bo ty słabujesz i koniecznie potrzebujesz jakiegoś medykamentu. Teraz rozumiem. 

- Aha ... A najlepszym medykamentem na moją słabość jesteś ty ... 

Zanim zdążyła zaprotestować, przykrył jej usta swoimi. Pocałunek był powolny i wymyślny, taki, od 

którego  zakręciło  jej  się  w  głowie,  a  wszystkie  kości  jakby  nagle  się  rozpłynęły.  W  rezultacie  koszula 

nocna, którą gorliwie zasłaniała swoją nagość, wysunęła się z rąk i opadła na ziemię, a palce zacisnęły się 

na czymś innym. Na przegubie ręki Montany. 

Pocałunek zdawał się trwać i trwać, najpierw czyniąc ją bezwolną, a potem wypełniając ją całą· J ego 

usta były gorące, stanowcze i bardzo biegłe. Jej usta drżały, bezbronne w obliczu takiej maestrii. 

- Smakujesz tak samo dobrze, jak wyglądasz, Summer.. .. 

- A ty smakujesz jak. .. 

Jak  grzech.  Był  pokusą,  której  bardzo  trudno  było  się  oprzeć.  Jej  nagie  ciało  prężyło  się,  wyginało, 

spragnione  dotyku  twardych  palców  Montany.  Choć  zdawała  sobie  sprawę,  że  jeśli  jej  dotknie,  będzie 

zgubiona. 

Opamiętała się. 

- Czuć od ciebie whisky! - rzuciła gniewnie i ciężko dysząc, odepchnęła go od siebie. - Na pewno 

wypiłeś co najmniej połowę z tej butelki! - Gdybym wysączył do dna, nie byłoby tej rozmowy. Leżałabyś 

już na mojej derce i mruczała jak kociątko. 

Prychnęła  pogardliwie  i  chwyciwszy  swoją  koszulę,  owinęła  się  w  nią  jak  w  jakiś  płaszcz 

dostojeństwa. 

- Masz zbyt wygórowane mniemanie o swoim męskim uroku! 

-  A  ty,  Siostro  Dobroci,  jeśli  kiedykolwiek  zdecydujesz  się  zejść  ze  swojego  piedestału,  będziesz 

mogła sama go ocenić. 

background image

Minęła go szybko, ale niestety musiała się przy tym o niego nieco otrzeć. T rudno, tylko w ten sposób 

mogła  wycofać  się  skutecznie.  Ale  kiedy  go  wyminęła,  odwróciła  się  i  rzuciwszy  mu  miażdżące 

spojrzenie, pchnęła go z całej siły do strumienia .. 

- Trochę wody dla ochłody, Bracie Dobroci! Nocne powietrze aż drżało od przekleństw Montany, 

które towarzyszyły jej przez całą drogę 

powrotną do wozu. 

Zostali  w  Poplar  jeszcze  dwa  dni.  Na  oba  kazania  ludzie  przybyli  tłumnie  i  do  koszyczka  Siostry 

Dobroci dwukrotnie spadł prawdziwy deszcz banknotów. Wszystko układało się pomyślnie, ale stosunki 

między Summer a Montaną były bardzo chłodne. Nawet dzieci to zauważyły. 

-  Co  się  dzieje  z  Montaną?  -  zapytała  Pansy,  niby  mimochodem,  zajęta  pleceniem  wianuszka  ze 

stokrotek dla małej Hannah. - On jest teraz taki marudny! 

Summer  z  kolei  udawała,  że  jest  szalenie  zajęta  przygotowywaniem  obiadu.  A  szykowała  się 

prawdziwa  uczta,  ponieważ  hojne  damy  z  Poplar  obdarowały  ją  wielkim  koszem  pełnym  słoików  z 

dżemem i galaretkami, bochenków chleba I mIęsa. 

Wzruszyła ramionami. 

- Och ... Mężczyźni czasami tacy są. Wtedy powinni przebywać głównie w męskim towarzystwie. 

- A ja myślę, że jest inaczej - oświadczyła dziewczynka. - On cały czas uważnie wpatruje się w panią, 

szczególnie wtedy, kiedy pani wy_ głasza kazanie. 

Była to prawda, niestety, trudno, żeby Summer tego nie zauważyła. I było to nadzwyczaj 

deprymujące. Bo kiedy Montana patrzył na nią ponad głowami innych ludzi, miała wrażenie, jakby tym 

swoim spojrzeniem sięgał po nią. I dotykał jej. Czasami odczuwała to tak mocno, że skóra w miejscach, 

gdzie on niby dotknął, aż paliła. T ak było podczas kazań, bo poza tym prawie się do siebie nie odzywali. 

Po tamtym gorącym pocałunku nad strumieniem zamienili ze sobą może tuzin słów. O tamtym gorącym 

pocałunku Summer rozmyślała co noc, kiedy leżała sama pod wozem. I zastanawiała się, co stałoby się 

potem, gdyby ona tego pocałunku nie przerwała. A życzyłaby sobie ... 

- Tata też czasami tak patrzył na mamę - odezwała się niewinnym głosikiem dziewczynka. - Mama 

wtedy mówiła, że nadszedł czas na ,_ uzdrawiający dotyk. 

- Uzdrawiający dotyk? 

background image

-  Tak.  Tak  mama  powiedziała.  Nie  wiem,  co  to  znaczy,  ale  następnego  dnia  mama  i  tata  byli  tacy 

weseli, ciągle się śmiali. A kiedy pytałam, z czego się śmieją, mówili, że z takich tam różnych rzeczy. 

Z takich tam różnych rzeczy ... Summer poczuła ciarki na plecach. 

- Pora zbierać się i ruszać w dalszą drogę - powiedziała z westchnieniem_ - Nowe miasto, nowi ludzie 

... Może wtedy na wszystko spojrzymy inaczej ... 

- Ale mi się tu podoba - powiedziała Pansy. 

- Mnie też - przyznała z uśmiechem Summer. - Ale jechać trzeba. I nie martw się, może w następnym 

mieście spodoba ci się jeszcze bardziej. 

W ciągu następnych dwóch tygodni przejechali przez osiem miast. Niektóre z nich trudno było nazwać 

miastem, zaledwie kilka domów i obejść, bardzo zaniedbanych. Ale trafiały się również miasta zamożne i 

rozkwitające, ze znakomicie prosperującymi ranczami i biznesami. 

T  ego  mężczyznę  Montana  zauważył  w  mieście  T  owering  Butte.  Ubrany  był  porządnie,  na  głowie 

miał  kapelusz  z  szerokim  rondem,  a  na  każdym  biodrze  wisiał  kolt.  Stał,  wmieszany  w  tłum,  ale  jego 

spojrzenie  nie  było,  tak  jak  u  pozostałych  osób,  skierowane  na  Summer,  lecz  przemykało  po  twarzach 

obecnych. Póki nie spoczęło na trójce dzieci, stojących koło wozu Siostry Dobroci. 

Montana  czuł,  jak  na  moment  krew  przestaje  krążyć  w  jego  żyłach.  On  stróża  prawa  wyczuwał  z 

daleka. Szybko podszedł do dzieci i kazał im wejść do wozu. Zasunął porządnie koc, zasłaniający wejście 

i zszedł po schodkach. Rozejrzał się dookoła. Po mężczyźnie nie było ani śladu. 

T  ego wieczoru Montana w ogóle  się  nie  odzywał.  Po  kolacji  usiadł  na  uboczu, z  kubkiem  gorącej, 

parującej  kawy  w  ręku  i  rozmyślał.  Nad  tym,  co  podpowiadał  mu  instynkt,  który  nigdy  jeszcze  go  nie 

zawiódł. A podpowiadał, że jest niedobrze, bardzo niedobrze. Trzeba uciekać, choć ludzie w tym mieście 

dorównują hojnością ludziom z Poplar. 

Sumtnerwyszła z wozu. Postała chwilę, popatrując na Montanę, i podeszła do niego bliżej. 

- Montana? Co się stało? 

Wzruszył ramionami. 

- Jeszcze nie wiem. Jak się czegoś dowiem, powłem ci. 

Wylał resztkę kawy do ogniska, na płomienie. Zaczęły syczeć, a on odwrócił się na pięcie i ruszył do 

swojego konia. 

- Dokąd jedziesz, Montana? 

- Do miasta. Nie bój się, nie będę pił. Chcę się po prostu rozejrzeć. 

Osiodłał konia i wkrótce pochłonął go mrok. Najpierw podjechał pod miejscowy areszt. Nawet nie 

zsiadł z konia. Sporzał tylko w okno. Wystarczyło, żeby przekonać się, że szeryf jest w swoim biurze sam. 

Potem pojechał do pensjonatu, jedynego w Towering Butte, gdzie dowiedział się, że żaden z gości nie 

background image

przypomina opisanego przez niego mężczyzny. Niestety, właściciel pensjonatu, który gorliwie wysłuchał 

kazania  Siostry  Dobroci,  zatrzymał  go  jeszcze  dobrą  chwilę  i  Montana,  żeby  nie  wzbudzać  podejrzeń, 

musiał cierpliwie wysłuchać peanów na cześć Siostry Dobroci, tracąc przy tym cenne minuty. 

Podobnie  było  w  saloonie.  Nikt  nie  widział  owego  mężczyzny,  ale  każdy  musiał  powiedzieć  choć 

słowo na temat wspaniałego kazania. A gości w saloonie było sporo. W końcu Montanie udało się stamtąd 

wydostać. Zły jak diabli wskoczył na konia i nagle ... nagle poczuł na plecach lód. 

T ego obcego nie ma w mieście. Czyli może być teraz tylko w jednym miejscu .. 

Gnał na złamanie karku, przeklinając w duchu swoją lekkomyślność. I modlił się żarliwie, żeby dobry 

Bóg pozwolił mu dojechać tam na czas. 

Kiedy  Summer  usłyszała  tętent  kopyt,  jeździec  podjeżdżał  już  do  obozowiska.  To  był  jakiś  obcy 

mężczyzna, niestety nie Montana. Nie wiedziała jeszcze, kto to jest. Ale bała się. Strach dławił, a było za 

późno biec po broń. Mały deringer schowany był pod derką rozłożoną pod wozem. 

Nie nosiła go ze sobą, te kilka tygodni pod skrzydłami Montany oduczyło ją czujności. 

Mężczyzna  zsiadł  z  konia  i  podszedł  do  niej  niedbałym  krokiem.  Zaczęła  dygotać  ze  strachu,  choć 

naturalnie, starała się to ukryć. 

- Kim pan jest? 

- Nazywam się Wade Farmer. 

Spojrzenie  mężczyzny  było  twarde  jak  krzemień.  Ręka  wykonała  szybki  ruch,  w  ręku  pojawił  się 

pistolet, wycelowany prosto w serce Summer. 

- Pracuję w Agencji Detektywa Pinkertona. 

Zostałem  wynajęty  przez  Ellsworthów,  mam  przywieźć  im  dziecko.  Pani  doskonale  wie,  o  jakie 

dziecko chodzi. Mała dziewuszka. Widziałem ją, całą trójkę zresztą. Pani ukrywa małych zbiegów, a to 

jest przestępstwo. 

J ego bystry wzrok przemknął po łące.

- Gdzie pani mąż? 

Mimo panicznego strachu umysł Summer pracował teraz na pełnych obrotach. 

- Mój mąż? Jest nad strumieniem, czyści broń. Lepiej, żeby pan stąd odjechał, zanim on tu się zjawi. 

Mąż jest człowiekiem bardzo gwałtownym ... bardzo. 

Po twarzy Farmera przemknął szyderczy uśmieszek. 

- Rozumiem ... I już się go boję ... 

Ruchy  miał  nieprawdopodobnie  szybkie.  Złapał  ją  za  suknię,  przyciągnął  do  siebie  i  chwycił  za 

włosy. Szarpnął tak mocno, że w oczach Summer zakręciły się łzy. 

background image

- Nie próbuj mnie przechytrzyć, kobieto! - warknął. - Kręcę się tu koło was już od jakiegoś czasu i 

wiem, że jego tutaj nie ma. A teraz przejdźmy do sprawy. Przyjechałem po dzieci. Masz je zaraz tutaj 

przyprowadzić! 

-  Och,  nie  ...  proszę  ...  -  odezwała  się  błagalnym  głosem.  -  Przecież  to  są  dzieci,  małe  dzieci!  Nie 

można ich tak nagle zabierać, po nocy. Będą przerażone! 

- Szkoda, że nie pomyślały o tym, za mm uciekły. Idziemy! 

Zaczął popychać ją w stronę wozu. 

- Szybciej! Nie mam czasu! Przede mną daleka droga! 

Szła, potykając  się co  chwila, nic nie widząc przez piekące łzy. Farmer wepchnął  ją po schodkach i 

odsunął na bok koc. 

- Wstawać! - huknął. 

Pansy i Ned, wyrwani z głębokiego snu, usiedli półprzytomni i zaczęli przecierać oczy. Mała Hannah 

zamrugała tylko oczkami. Wsadziła paluszek do buzi i przekręciła się na drugi boczek. 

- Ubierajcie się! - rozkazał Farmer. - Zabieram was do Hollow Junction. 

Lufa pistoletu nadal była przytknięta do skroni Summer. 

- Nie! - krzyknęła przerażona Pansy. - Niech pan nie robi jej nic złego! 

- Rozwalę jej głowę, jeśli nie zaczniecie się ruszać. Szybko, ubierać się! 

Pansy i Ned natychmiast spełnili jego rozkaz. 

- Teraz mała! - warknął Farmer. 

Pansy rzuciła się do ubierania Hannah. Rozbudzone dziecko płakało i wierzgało nóżkami. - Teraz daj 

mi ją! - rozkazał Farmer, ale Pansy 

nie wypuszczała siostrzyczki z objęć. 

- Nie dam - powiedziała stanowczym głosem. 

- Powiedziałem ... 

- Nie! - powiedział Ned. Jego twarz była blada, ale oczy pełne determinacji. Stanął obok siostry i 

powtórzył: - Nie! Nie dotknie pan naszej Hannah! 

Chwycił za glinianą tabliczkę i rzucił nią, celując w głowę Farmera. 

- Ach, ty mały ... 

Agent  zrobił  unik.  I  tego  ułamka  sekundy  potrzebowała  Summer.  Chwyciła  za  Biblię.  Gruba, 

oprawiona w skórę księga trafiła w głowę Farmera. Zatoczył się. Pistolet wysunął mu się z rąk i upadł na 

podłogę. Pansy, balansując z małą Hannah na ręku, kopnęła pistolet, posyłając go do ciemnego kąta. 

Zanim Farmer zdążył sięgnąć po drugiego kolta, mały Ned przypadł mu do nogi i wbił zęby w jego 

kostkę.  Farmer  zawył  z  bólu,  zaczął kląć,  kopać,  na  próżno  usiłując  odpędzić. od  siebie chłopca,  który 

wczepił  się  w  niego  jak  rzep.  W  końcu  mu  się  udało.  Mały  Ned  upadł na  podłogę·  A  Farmer,  blady  z 

background image

wściekłości, warknął: 

- Za płacicie mi za to! 

Kiedy sięgał po swojego kolta, nagle wszyscy usłyszeli pełen gniewu głos Montany: 

-  No,  bracie,  spróbuj  tyko  wyciągriąć  broń  przeciw  tym  dzieciom  i  tej  kobiecie!  Natychmiast  z 

rozkoszą poślę cię do piekła, ty draniu! 

Summer  zgasiła  ognisko  i  zaczęła  zbierać  swój  skromny  dobytek.  Świadoma,  że  Farmer,  zakneb-

lowany i przywiązany do drzewa, śledzi każdy jej ruch. 

Z wozu wyszedł Montana. 

- Zasnęły - powiedział półgłosem. 

- To dobrze ... Biedactwa! Jakież to musiało być dla nich straszne przeżycie! 

Montana uśmiechnął się. 

- Nie doceniasz ich, moja droga! One przede wszystkim są z siebie bardzo dumne. I mają do tego pełne 

prawo.  Broniliście  się  dzielnie.  A  Ned  wyznał  mi,  że  wcale  nie  bał  się  rzucić.  do  walki.  Natchnęła  go 

opowieść  o  Dawidzie  i  Goliacie.  Ty  sama  zresztą  mówiłaś  mu,  że  ten,  kto  ma  rację,  zwycięży 

najpotężniejszego z potężnych. 

- Mówiłam, oczywiście ... Ale kto by się spodziewał... Taki mały chłopczyk .. 

Summer otarła łzę. 

- Spakuję szybko rzeczy. Przez noc możemy ujechać spory kawał. 

Montana odczekał, aż Summer wejdzie do wozu i podszedł bliżej do Farmera. 

- Powinieneś być wdzięczny, draniu, że Siostra Dobroci ma taki dar przekonywania - wycedził. - Bo 

gdyby  zależało  to  tylko  ode  mnie,  zostawiłbym  cię  tutaj  sępom  na  pożarcie.  Ale  dzięki  niej  masz 

sposobność ocalić swoją skórę. Jeśli jesteś sprytny, po jakimś czasie uda ci się uwolnić z tych więzów. 

Wracaj wtedy do Hollow Junction i powiedz Ellsworthom, żeby poszukali sobie innego dziecka. 

Farmer coś zabełkotał. Montana podszedł do niego i wyjął knebel. 

- Czyżby to była obietnica, że zostawisz nas w spokoju? 

-  Tak,  to  była  obietnica! Obietnica,  że  zobaczę na  własne  oczy,  jak  będziesz  wisiał!  Pewien  szeryf, 

Otis Pain z Whist1ing Creek, jedzie tu za mną i on aż się pali, żeby wsadzić ci na szyję stryczek! 

- Najpierw ten Pain musi mnie schwytać! Montana wepchnął mu knebel z powrotem. 

Jeszcze  raz  sprawdził  węzły,  upewniając  się,  że  Farmer  nie  uwolni  się  z  nich  zbyt  szybko.  Potem 

wskoczył  na  kozioł,  pomógł wsiąść Summer  i  cygański  wóz Siostry  Dobroci  ruszył  powoli po  zielonej 

łące. 

- Sprawiłaś się nieźle - mruknął Montana po chwili. 

background image

- To nie ja. To dzieci. Były takie dzielne! Jestem z nich bardzo dumna. Ale lepiej nie mówmy już o 

tym. Bo to było po prostu straszne. Montana! Myśmy omal ich nie stracili! A ja ... ja nie chcę się z nimi 

rozstawać. 

Powiedziała to tak miękko i łagodnie, że Montana w pierwszej chwili myślał, że się przesłyszał. 

- Nigdy? - spytał cicho. 

- Nigdy. Chcę, żeby zostały ze mną na zawsze. 

- Ale jak ty dasz sobie radę?· 

- Nie wiem. Wiem tylko, że kiedy Farmer próbował je zabrać, byłam zrozpaczona. Muszą ze mną 

zostać. Jakoś sobie ze wszystkim poradzę· - W porządku. I zawsze możesz liczyć na mnie, Summer. 

- Dziękuję, Montana. 

Odchyliła głowę i spojrzała na aksamitne niebo usiane gwiazdami. Jedna z gwiazd oderwała się nagle 

od  nieboskłonu i  zaczęła  spadać. Dobry znak.  ..  Na  pewno,  bo  nie  pamiętała,  żeby  kiedykolwiek  w  jej 

duszy był  taki  spokój, choć  niedawno  przeżyli chwile pełne grozy.  Może ten  spokój bierze się stąd,  że 

Summer swoje ciężary dźwigała zawsze sama. A  teraz,  po raz pierwszy  w życiu, ktoś chciał jej w tym 

ulżyć. 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Jechali trzy dni, nigdy głównym szlakiem, farmy i miasta omijając z daleka. Trzeciego dnia przejechali 

przez  rzekę  i  kiedy  znaleźli  się  na  drugim  brzegu,  zobaczyli  przed  sobą  przepiękną  krainę,  usianą 

zielonymi niewysokimi wzgórzami o łagodnych zboczach. 

Montana wjechał wozem na szczyt jednego ze wzgórz. U jego podnóża rozpościerało się niewielkie 

ładne miasto okolone dostatnimi ranczami. - I co o tym sądzisz? - spytał, spoglądając na Summer, która z 

małą Hannah na podołku siedziała obok niego na koźle. 

- Wygląda na miłe miejsce - odparła. - Odpowiednie na wygłoszenie kazanie. Ale nie będę ukrywać, 

że mam pewne obawy. Jak myślisz, czy ten agent Pinkertona dalej nas ściga? 

- Nigdy nic nie wiadomo ... Może i ściga, ale z drugiej strony ... przecież jesteśmy bardzo ostrożni. Nie 

jechaliśmy  głównym  szlakiem,  nie  zostawialiśmy  po  sobie  żadnych  śladów.  Poza  tym  pojechaliśmy  w 

zupełnie innym kierunku, niż on mógłby się spodziewać. 

- Czyli sądzisz, że zrezygnował? 

Spojrzał na nią i jak zwykle widok Summer na moment odebrał mu mowę. Tym razem też, kiedy tak 

patrzył na jej słodką twarz w obramowaniu czarnych loków, i widział, jak tuli do serca malutkie dziecko, 

nie  mógł  oprzeć  się  wrażeniu,  że  wygląda  zupełnie  jak  Madonna  z  Dzieciątkiem  z  jakiegoś  pięknego 

starego obrazu. 

Nie wolno mu było jej okłamywać. 

background image

_ Nic pewnego, Summer - wyznał szczerze. _ Ludzie Pinkertona to takie kundle. Jak chwycą kość w 

zęby, już jej nie wypuszczą· Ale nawet, jeśli nas ściga, i tak zyskaliśmy na czasie. Myślę, że możemy już 

zatrzymywać się w miastach, ale tylko na jedną noc, nie dłużej. Wtedy zawsze będziemy go wyprzedzać. 

Summer, zastanowiwszy się chwilę, skinęła głową· 

_ Dobrze. A więc jedźmy do tego miasta. Wieczorem wygłoszę tam kazanie. 

Summer, schodząc z wozu po schodkach, rozpostarła szeroko ramiona. 

- A gdzież jest ta najsłodsza, naj piękniejsza dzidzia pod słońcem? - zawołała wesoło. 

Mała  Hannah  z  rozpromienioną  buzią  wyciągnęła  rączki  i  kołysząc  się  jak  kaczuszka,  podreptała 

prosto  w  ramiona  Summer.  Montana,  wycierając  z  twarzy  resztki  piany,  obserwował  obie  damy  w 

lusterku.  Summer  chwyciła  malucha  na  ręce,  wycisnęła  na  pucołowatym  policzku  siarczystego  całusa, 

potem zakręciła się w kółko. Mała piszczała z radości. W nagrodę dostała jeszcze dwa całusy, po jednym 

na każdy policzek. 

W  ciągu  tak  krótkiego  czasu  Summer  nauczyła  się  wspaniale  zajmować  dziećmi,  jak  naj  praw-

dziwsza, najbardziej troskliwa i czuła matka. 

- Ned! Pansy! - zawołała. - Lekcje odrobione? 

- Tak, proszę pani - oznajmiła z dumą Pansy. - Montana sprawdził. Ja policzyłam wszystko bezbłędnie, 

ale Ned pomylił się w dwóch działaniach. 

-  Tylko  w  dwóch?  -  Summer  żartobliwie  zwichrzyła  chłopczykowi  czuprynę.  -'  Jestem  z  ciebie 

dumna, Ned. A nad tymi dwoma działaniami popracujemy razem, zobaczymy, na'czym polega twój błąd. 

-  Montana  jużmi  powiedział.  I  jutro  ...  -  Chłopczyk  wyprostował  szczuplutkie  ramionka.  -  Jutro 

wszystkie działania zrobię dobrze! 

Montana  nie  odwracał  oczu  od  lusterka.  Dzieci  miały  na  sobie  odświętne  ubrania,  świeżo  umyte 

włosy  lśniły,  oczy  błyszczały  z  podniecenia.  Summer,  w  białej  bluzce  i  czarnej  spódnicy,  z  gładko 

przyczesanymi  włosami,  wyglądała  skromnie  i  poważnie.  I  im  dłużej  Montana  przyglądał  się  małej 

gromadce,  tym  bardziej  rozpierało  go  pewne  uczucie,  którego  doświadczał  bardzo  rzadko.  Uczucie 

dumy. 

Duma  jednak  szybko  znikła,  ustępując  miejsca  melancholii.  Przecież  o  tym,  co  miał  teraz  przed 

oczami, marzył całe dzieciństwo. O rodzinie prawdziwej. Dobra kobieta. Ładne, zdrowe dzieci. A on ... 

Na krótką chwilę wyobraził sobie, jakby to było, gdyby porzucił swoje dotychczasowe ... zajęcie i został z 

tą gromadką na zawsze. Wziął na swoje barki całą odpowiedzialność. Chronił ich, troszczył się o nich i 

starał się zapewnić im dobrobyt. Ale cóż ... to było tak, jakby nagle zapragnął gwiazdki z nieba. 

Nagle dotarło do niego, że Summer coś mówi. - ... ludzie z miasta już tu podążają. Widzę pierwszy 

wóz. Montana, będziesz miał oko na wszystko? Pojmujesz, o chodzi? 

background image

Spojrzała na niego znacząco. 

- Naturalnie, Summer! Zawsze możesz na mnie liczyć. 

Dzieci spały już głębokim snem. Summer otuliła je kocami i na chwilę po prostu przysiadła przy nich, 

popatrzeć na nie i powspomiać ten ostatni wieczór. 

Niezapomniany. Była dumna z siebie. Jej kazanie wycisnęło z oczu łzy i wzbudziło wielki entuzjazm. 

Pailsy,  porwana  ogólnym  uniesieniem,  zerwała  się  na  nogi  i  dodała  do  kazania  kilka  własnych, 

zaimprowizowanych  słów.  Bardzo  pięknych,  ludzie  prosili,  żeby  mówiła  dalej.  Mały  Ned  głosikiem 

aniołka  intonował  hymny.  Jego  trud  jeden  z  ranczerów  wynagrodził  kilkoma  pensami.  A  Hannah, 

rozdając słodkie uśmiechy na prawo i na lewo, zawojowała serca wszystkich obecnych na kazaniu ludzi. 

Największą  jednak  niespodziankę  sprawił  Montana.  Stał  u  boku  Summer,  kiedy  żegnała  się  z 

wiernymi,  każdemu  ściskając  dłoń  i  poznając  jego  imię.  Jeden  z  mężczyzn  wręczył  Montanie  zwitek 

banknotów, a on, o dziwo, stanowczo odmówił, twierdząc, że ranczer dał już wystarczający datek. 

- Bóg jest dla nas bardzo łaskaw - powiedział. 

- Nasze serca przepełnione są miłością. 

I to było dokładnie to, co czuła teraz, kiedy patrzyła na buzie trzech aniołków, pogrążonych we śnie. 

Jej serce przepełnione było miłością. I przysięgła sobie, że nigdy nie pozwoli rozdzielić kochającego się 

rodzeństwa. Nie pozwoli nikomu, nawet temu, kto będzie powoływał się na prawo. T rudno, zawsze była 

na bakier z prawem, widocznie tak już musi być. Byle tylko z tego łamania prawa wynikło jakieś dobro. A 

jej kazania są ludziom potrzebne i wcale nie czuła się oszustką, wygłaszając je z wielkim przekonaniem, 

że  to  co  mówi  jest  dobre.  A  zatrzymanie  tych  dzieci  przy  sobie,  nawet  jeśli  jest  wbrew  prawu,  jest 

dobrem. Nie tylko dla niej, ale przede wszystkim dla nich. Nie pozwoli ich rozdzielić, choćby miała całe 

życie łamać prawo. 

Przebrała się cichutko w koszulę nocną i wyszła z wozu. Montana z kubkiem parującej kawy 

stał  przy  ognisku.  Jego  przystojna  twarz,  teraz  surowa  i  nieruchoma,  jakby  wykuta  w  kamienu, 

zwrócona  była  ku  rozgwieżdżonemu  niebu.  Serce  Summer  przyśpieszyło  bicie.  Pomyślała,  że  ona  z 

chęcią też napiłaby się  kawy.  Czemu nie? Prawie  natychmiast  jednak poniechała tego pomysłu. Ciepły 

wieczór  rozpalał  zmysły,  iskrzenie  między  nią  a  Montaną  zdawało  się  osiągać  temperaturę  wrzenia. 

Dlatego rozsądniej byłoby zachowywać dystans. 

Wsunęła  się  pod  wóz  i  kiedy  zaczęła  rozkładać  swoją  derkę,  nagle  poczuła  zimny  powiew  wiatru. 

Gdzieś daleko zagrzmiało. Spojrzała w niebo. Księżyc i gwiazdy znikły za zasłoną ciężkich, burzowych 

chmur, które gnał wiatr. Noc stała się atramentowo czarna. 

Nagle tuż za sobą usłyszała głos Montany. 

- Czy pod tym wozem wystarczy miejsca dla dwojga? 

background image

Bez słowa przesunęła nieco swoją derkę, podniosła się z kolan i stanęła obok Montany. Może było to 

tylko  złudzenie,  ale  nagle  wydał  jej  się  jakby  wyższy,  silniejszy,  bardziej  władczy,  a  jego  uśmiech 

tajemniczy.  I  nieprawdopodobnie  kuszący.  Dlatego  pomyślała,  że  ona  sobie  tego  nawet  nie  wyobraża. 

Zeby miała teraz ułożyć się na derce rozciągniętej obok derki Montany ... 

_ Proszę, zrobiłam ci miejsce. I wybacz, ale ja ... ja muszę iść jeszcze nad strumień. Trzeba pozmywać 

statki. 

- Nadciąga burza, Summer. 

- Za chwilę wrócę. 

Światło  błyskawicy  rozjaśniło  niebo,  dokładnie  w  chwili,  kiedy  Summer  uniosła  brzeg  koszuli  i  po 

prostu  zaczęła  biec.  Serce  trzepotało  w niej  jak ptak  w  klatce. Bo  i  co  ona ma teraz  zrobić?  Nie  może 

wrócić pod ten wóz, absolutnie, gdzie więc schroni się przed burzą? 

Kiedy dobiegła na brzeg, na gładką taflę wody zaczęły spadać pierwsze ciężkie krople deszczu. -

Summer... 

Znów usłyszała tuż za sobą niski, dźwięczny głos Montany. 

- Summer! Jak długo jeszcze zamierzasz zaprzeczać? 

Odwróciła się i przyłożyła obie ręce do piersi. T am, gdzie serce tłukło się jak oszalałe. 

- Zaprzeczać ... czemu? 

- Temu, czego chcemy oboje. 

- Ale ja ... ja niczego nie chcę! - Potrząsnęła głową bardzo energicznie. - Niczego!

- Nie chcesz mnie, Summer? 

- Ja?! Ciebie? Och ... Och, Boże! Czy ty musisz tak wszystko komplikować? 

- Tu nie ma czego komplikować, bo wszystko jest nadzwyczaj proste. Chcę cię, Summer. 

- Chcesz. - Jej głos nagle stwardniał. - Tylko to się dla ciebie liczy. Bierzesz to, na co masz ochotę· 

- Racja. 

Niezupełnie.  Owszem,  brał,  co  chciał  przez  całe  swoje  dorosłe  życie.  Do  tej  chwili.  Bo  teraz  było 

inaczej, zu pełnie inaczej. Teraz chciał czegoś więcej. Chciał nie tylko Summer, chciał być także razem z 

nią, opiekować się  nią i dziećmi. Jego serce nabrzmiało od rozmaitych uczuć, których nie potrafił teraz 

wyrazić.  Każde  słowo  wydawało  mu  się  płaskie,  banalne.  Dlatego  po  prostu  objął  dłońmi  jej  twarz  i 

zatopił w jej oczach płonące spojrzenie. 

-  Summer...  -  szepnął.  -  To  naprawdę  jest  bardzo  proste.  Pragnę  cię,  a  ty  mnie.  Jeśli  zaprzeczysz, 

background image

będzie to kłamstwo. 

Przesunął  ręką  po  jej  włosach.  Powoli,  delikatnie  odchylił  jej  głowę  i  musnął  wargami  jej  usta. 

Iskierka,  która  przeleciała  między nimi,  pod  względem  mocy  mogła  konkurować  z  błyskawicami, 

przeszywającymi czerń nieba. 

- Twoje pocałunki nie kłamią, Summer - wymruczał jej do ust. 

- Och, Montana ... - jęknęła. - Montana ... obejmij mnie! 

W końcu wydarł z niej te słowa. Kiedy jednak je usłyszał, zamarł, jakby nie wierzył własnym uszom. 

Zastygł, ale tylko na jedną chwilę, krótką jak uderzenie serca. Chwila minęła. Montana objął Summer i 

przywarł ustami do jej ust. Pocałunek był długi, żarliwy i namiętny, oboje po nim drżeli. 

- Och, Montana ... Ja próbowałam ... - zaszeptała Summer. - Próbowałam temu zaprzeczyć ... starałam 

się w ogóle nie dopuszczać tej myśli do siebie. Ale na próżno ... 

Znów ją pocałował, teraz wolniej i delikatniej. Bo nagle zapragnął wręcz desperacko każdym 

dotykiem, każdym pocałunkiem okazać Summer, ile ona dla niego znaczy. Dlatego całował ją delikatnie i 

z szacunkiem, jak relikwię, jej powieki, policzki, płatki uszu. A kiedy Summer westchnęła cichutko, 

przycisnął usta do miękkiego, wrażliwego dołka u n\łsady szyi, jednocześnie zsuwając koszulę z jej 

ramion. Pochylił głowę i przywarł ustami do jej piersi, przykrytej tylko cienkim płótnem. 

Krzyknęła cicho, ale nie odepchnęła go. On, ośmielony jej uległością, szybko rozpiął kilka guziczków 

przy koszuli. Potem patrzył, jak białe płótno opada na ziemię, odsłaniając przed nim Summer. 

- Summer... - szepnął niemal z nabożeństwem. - Jesteś taka piękna. Jesteś ... doskonała. 

Przesunął  swoje  wilgotne  usta  wzdłuż  jej  szyi  i  po  białym  ramieniu.  Znów  przywarły  do  jej  piersi, 

teraz  obnażonej.  Summer jęknęła z rozkoszy,  jej  palce gorączkowo  szukały guzików przy jego  koszuli. 

Drżały, kiedy je rozpinała, drżały, kiedy zsuwała mu koszulę z ramion. 

I nagle znieruchomiały. 

- O, Boże! Montana ... Skąd to ... Dlaczego ... 

Ramiona i plecy Montany pokryte były srebrzystą siatką starych blizn. 

- To? T o przeszłość. Stare rany. 

- Och, Montana! 

Jej palce jak naj delikatniej musnęły srebrzyste ślady czyjegoś okrucieństwa. Gorące wargi przywarły 

do piersi Montany. Słyszała, jak nabrał głęboko powietrza, a potem spadł na nią deszcz pocałunków. 

Najgorętszych. Summerodwzajemniała pocałunki z takim samym żarem 

Potem, gdzieś koło swojej skroni, usłyszała szept. 

_ Summer... powiedz ... czy ty już ... może ktoś inny nauczył już cię tego wszystkiego, co ja chciałbym 

background image

ci pokazać ... marzyłem o tym ... 

- Nikt, nikt! 

Gwałtownie potrząsnęła głową, a jemu, prawie nieprzytomnemu ze szczęścia, nie pozostawało już nic 

innego,  jak  ułożyć  ją  na  trawie,  nagim  ciałem  przykryć  jej  nagie  ciało  i  pokazać,  na  czym  polega 

misterium rozkoszy. 

Wiedział, że do końca życia nie zapomni tej nocy, tej żarliwej namiętności wśród deszczu. T ej nocy, 

kiedy po raz pierwszy w jego życiu pożądanie spotkało się z takim samym odzewem ze strony kobiety. T 

ej nocy, kiedy widział, smakował i czuł tylko jedno: Summer... Kobietę prawdziwą· .. 

Leżeli obok siebie, ciężko dysząc. Dwa nagie ciała, połyskujące w mroku, wilgotne od deszczu. 

_ Summer, nie sprawiłem ci zbyt dużego bólu? Nie skrzywdziłem cię? . 

Milczała. Poczuł strach. Przyciągnął ją do siebie i objął mocno ramionami. 

- Summer, proszę, powiedz coś! 

- Ciii - szepnęła, kładąc mu palec na ustach. - To było...Ja nie spodziewałam się, że to może być takie 

piękne ... 

Jego serce znów zaczęło bić. Więcej, biło teraz szybko i radośnie. Nie skrzywdził jej. Nie zraził swoją 

namiętnością. Przeciwnie. 

- I tak może być zawsze, Summer. Pięknie. Jeśli mężczyznę i kobietę łączy miłość. 

Spojrzała  na  niego,  nie  kryjąc  zdumienia,  że  wypowiedział  to  słowo.  Właściwie  już  jej  wy_  znal... 

wyznał jej miłość. 

- Sama chciałaś, żeby to było proste. I takie jest, mniej skomplikowane być już nie może. Kocham cię, 

Summer.  Jestem  szczęśliwy,  że  cię  spotkałem.  W  ciągu  całego  mojego  życia  nic  lepszego  mi  się  nie 

przytrafiło. Chcę być z tobą, Summer. Kochać cię i opiekować się tobą. Chcę resztę życia spędzić z tobą. 

Zaniemówiła. Czuła się tak, jakby ktoś z jej płuc wygniótł całe powietrze. Pod powiekami zapiekło. 

Montana ostrożnie dotknął kącika jej oka. 

- Co to? Łzy? 

Wtedy odzyskała głos. 

- Oczywiście, że nie! T o tylko deszcz. 

- Pada?! 

Uniósł twarz, mrużąc oczy przed kroplami deszczu. 

A ona nagle roześmiała się. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie było jej tak lekko i radośnie.

- Jesteśmy po prostu dwójką szaleńców, Montana! Nie sądzisz, że pod wozem byłoby nam o wiele 

przytulniej, a przede wszystkim sucho? 

Zaczęła podnosić się z ziemi, ale Montana nie pozwolił. Pociągnął ją w dół, objął mocno i całował tak 

background image

długo, póki nie zaczęła tracić tchu. 

- Przed nami cała noc - szepnął jej do ust. - Jeszcze będzie nam przytulnie i sucho. Bo jeden z tej 

dwójki szaleńców przez całą noc będzie trzymał cię w objęciach i ogrzewał swoim ciałem. Ale to za 

chwilę, bo teraz mam ochotę pocałować cię jeszcze raz. 

Westchnęła.  Po  prostu  z  zadowolenia,  zastanawiając  się  w  duchu,  jak  ona  mogła  żyć  tak  długo  bez 

tych  cudownych  pocałunków.  Podała  mu  usta  i  poddała  się  rozkoszy.  I  wiedziała  już,  że  tu,  na  ziemi, 

znalazła swoje niebo. 

- Ostatniego wieczoru wygłosiłaś bardzo piękne kazanie. 

Leżeli  już  pod  wozem,  obejmując  się  ciasno  ramionami,  przykryci  grubym  kocem.  Nadal  padało, 

chociaż  już  nie  tak  mocno.  Burza  przeszła,  czasami  tylko,  gdzieś  daleko,  słychać  było  pojedyńcze 

grzmoty.  A  oni  nie  spali,  żadne  z  nich  nie  myślało  o  tym.  Oboje  pragnęli  przeżyć  świadomie  każdą 

drogocenną minutę tej magicznej nocy. 

Montana pocałował delikatnie jeden z czarnych loków Summer. Westchnęła, z czystej przyjemności. 

Bo cokolwiek on robił, było rozkoszne ... 

- A kiedy mówiłaś o tym, że Bóg jest dla wszystkich pełnym miłości, wyrozumiałym ojcem ... Te 

słowa słyszałem już nieraz, oczywiście, ale dopiero dziś do mnie dotarły. Przedtem nie miały dla mnie

żadnego znaczenia. Może dlatego, że nigdy nie miałem ojca, nigdy nie zaznałem ojcowskiej miłości. Ale 

teraz, kiedy mamy przy sobie dzieci ... 

- Montana? - Odsunęła się trochę od niego, żeby móc spojrzeć mu w oczy. - Nigdy nie miałeś ojca? 

-  Nie.  Ani  matki.  Wychowywałem  się  w  sierocińcu.  Moi  rodzice  nie  żyją.  Zostali  zabici,  kiedy 

jechaliśmy na Zachód. Byłem wtedy mniej więcej w wieku Neda. Prawie ich nie pamiętam. 

Sierociniec. Nagle wszystko nabrało sensu. Dopiero teraz zrozumiała, dlaczego Montana był tak 

bardzo poruszony, kiedy dzieci opowiedziały swoją tragiczną historię i dlaczego agent Pinkertona 

wzbudził w nim taką wściekłość. 

- Nikt nie chciał cię zaadoptować? 

- Ludzie naj chętniej przygarniają niemowlęta albo starsze dzieci, które mogą pomóc na farmie. A 

mnie nikt nigdy nie chciał. O sześciolatka nikt nie prosił, a kiedy podrosłem na tyle, że mógłbym przydać 

się na farmie, też nikt mnie nie pragnął, bo miałem zbyt buntowniczą naturę. 

- Jeśli nie miałeś rodziny, to gdzie nauczyłeś się tak wspaniale zajmować małymi dziećmi? Nie wierzę, 

że napadając na dyliżansy! 

- Właśnie  w sierocińcu. Było tam mnóstwo małych dzieci. Pomagałem przy nich.  Szczerze mowląc, 

gdybym  nie  zmieniał  im  powijaków,  większość  z  nich  biegałaby  cały  dzień  z  mokrym  tyłkiem.  Tak 

naprawdę nikt się nimi nie zajmował, a ja ... ja do małych dzieci zawsze miałem serce. 

background image

I to  jeszcze  jeden powód, żeby  go kochać,  pomyślała  Summer. I w ogóle,  jak  cudownie  jest darzyć 

kogoś miłością. T a miłość grzała jej serce, otulała jak ciepły kokon. 

- Długo byłeś w sierocińcu? 

- Długo. Miałem dwanaście lat, kiedy postanowiłem stamtąd uciec. I tamtego dnia przysiągłem też 

sobie, że już nikt nigdy nie będzie mnie bić. 

- Bić?! 

Summer czuła, jak jej serce staje. Boże wielki! T o stąd te blizny na plecach Montany! 

- Od małego byłem nieludzko uparty i przekorny. Im częściej ktoś powtarzał, żeby czegoś nie robić, 

tym bardziej mnie do tego ciągnęło. Możesz sobie wyobrazić, ile miałem przez to kłopotów i jak bardzo 

nie  lubiłem  tego  miejsca.  Dlatego  też,  kiedy  podrosłem,  czmychnąłem.  Matt  McCoy  stał  się  po  prostu 

Montaną. I tak naprawdę, od tamtego dnia bez przerwy uciekam. 

- Och, Montana ... 

Objęła go mocno wpół i przycisnęła usta do jego szyi. Nie mogła powstrzymać łez. Popłynęły obficie i 

zamoczyły pierś Montany. 

- Ejże! Znów łzy? 

Summer głośno pociągnęła nosem. 

- Ja ... ja nie mogę pogodzić się z tym, że rosłeś, nie mając nikogo, kto by cię kochał! 

- Było, minęło. Teraz mam przecież ciebie. Bo mam, prawda? 

- O, tak! 

Powiedziała  to  żarliwie.  Teraz  przecież  przejrzała  na  oczy.  Zrozumiała,  dlaczego  młody,  zuchwały 

bandyta jest tak opiekuńczy wobec dzieci. I zrozumiała, że pod maską wesołości kryje się głęboki smutek. 

Otarł jej łzy kciukami i uśmiechnął się. 

- Nie ma co wspominać, Summer. Dość smutków. Przekonajmy się, czy to, co teraz zrobię, wywoła 

uśmiech na twojej twarzy. 

Nachylił się i obdarował ją kilkoma pocałunkami. Każdy następny był dłuższy, jeszcze bardziej słodki, 

jeszcze bardziej namiętny. 

-  Och,  kowboju  ...  -  szepnęła  rozanielona  Summer  między  jednym  pocałunkiem  a  drugim.  -  Już  ty 

potrafisz sprawić, żeby dziewczyna zapomniała o łzach ... 

- A ty mi niczego nie opowiedziałaś. 

Montana oparł głowę na siodle jak na poduszce i przygarnął do siebie Summer. Wtuliła się w jego 

pierś i pomyślała, że nie może być bardziej rozkosznie. Gdyby była kotkiem, mruczałaby sobie teraz 

głośno ... 

- A o czym mam ci opowiedzieć? 

- O swoim dzieciństwie. 

background image

Nagle poczuł, że Summer sztywnieje. 

- Bo i nie ma o czym opowiadać - odezwała się nieswoim głosem i próbowała odsunąć się od niego. 

Ale on nie pozwolił. Chwycił ją za ramiona i zmusił, żeby spojrzała mu prosto w oczy. 

- Jestem hazardzistą, Summer. W pokera gram nieźle, a to też dzięki temu, że potrafię wiele wyczytać 

z wyrazu twarzy innych ludzi.  Wydawało mi się, że ty też nie jesteś dla mnie zagadką. Ale chyba się 

pomyliłem, prawda? 

Summer nie odezwała się ani słowem. 

- Powiedziałaś kiedyś Pansy, że koło twego. rodzinnego domu nie było pól, które trzeba zaorać, 

obsiać, a potem zebrać plony. Dlatego pomyślałem sobie, że wyrosłaś w zamożnym, okazałym domu, 

ktorego mieszkańcy byli wytworni i należycie wyedukowani. A po kolacji zawsze czytaliście Biblię. 

Summer dalej milczała. 

- Twój dom był ... inny? - spytał cicho. Skinęła głową. 

- Możesz o tym mówić, Summer? 

- Myślę, że masz prawo o tym wiedzieć. 

Usiadła,  nie  zważając  na  swoją  nagość  i  zapatrzyła  się  na  kropelki  deszczu,  spadające  z  nieba  na 

zieloną trawę. 

- Ja ... chyba miałam się ... nie urodzić - powiedziała cicho. - Bóg jeden wie, dlaczego moja matka 

pozwoliła, żeby tak się stało. Może chciała mieć przy sobie kogoś, kogo będzie kochać i kto odpłaci jej 

tym samym. A naszym domem był jeden z tak zwanych "żłobków" w bocznej uliczce w St. Louis. 

Był  wstrząśnięty.  Wszyscy  przecież  wiedzieli,  że  w  tych  małych  barakach,  zwanych  "żłobkami", 

mieszkają kobiety sprzedajne. 

Summer zadrżała. Montana usiadł, zarzucił na nią koc i objął mocno silnymi ramionami. 

-  Zawsze,  odkąd  sięgam pamięcią,  musiałam  wychodzić  z  domu  jeszcze  przed  zmierzchem  i  gdzieś 

przeczekać  noc.  Mogłam  wrócić  dopiero  wtedy,  kiedy  ci  mężczyźni  już  sobie  poszli.  Nienawidziłam 

nocy. 

- Ale co robiłaś przez całą noc? 

Wzruszyła ramionami. 

-  Chowałam  się  po  bramach  domów.  Chodziłam  sobie  po  ulicy  i  liczyłam  gwiazdy  na  niebie  albo 

zaglądałam w okna i podglądałam, jak żyją inni ludzie. O świcie mogłam wrócić do domu, wtedy moja 

matka i ja kładłyśmy się spać. Tak żyłam, dopóki nie skończyłam dziesięciu lat. 

- A co wtedy się stało? 

- Wtedy odnalazła nas moja babka. Ona nawet nie wiedziała o moim istnieniu. Szukała mojej matki, 

która uciekła z domu. Matka nie chciała z nią wracać. Prawdopodobnie za bardzo się wstydziła. Ale mnie 

babka zabrała do swojego domu, do Kansas. Tam po raz pierwszy w życiu spałam w prawdziwym łóżku. 

background image

Babcia była osobą głęboko wierzącą. Wiara dawała jej siły do życia. Przeżyła przecież prawdziwą 

tragedię, kiedy córka uciekła z domu i zeszła na złą drogę. Babcia zapoznała mnie z zasadami wiary, 

modliłyśmy się razem i ja też w wierze znalazłam ukojenie. Babcia wierzyła głęboko, że nasz Stwórca nie 

jest groźny i mściwy. Wierzyła w Boga Ojca, pełnego miłości i wyrozumiałości. Pokochała mnie, a ja ją, 

babcia snuła wspaniałe plany na temat mojej przyszłości. Byłam wtedy taka szczęśliwa. Niestety ... 

- Co się stało, Summer? - spytał cicho Montana. 

- Kiedy miałam trzynaście lat, babcia umarła. Cały majątek odziedziczył po niej syn, który nigdy 

swojej siostrze, czyli mojej matce, nie wybaczył tego, że uciekła z domu i zeszła na złą drogę. Dlatego po 

śmierci babci nie było dla mnie miejsca w domu wuja. Nie winię go, w jakiś sposób go rozumiem. Był 

człowiekiem zamożnym, z dobrą pozycją. Ze względu na swoją żonę i dzieci nie chciał, żeby do rod.ziny 

należał ktoś taki jak ja. Córka kobiety upadłej. 

Czyli  był  człowiekiem  bezwzględnym.  Montana  znał  takich  ludzi.  Dyrektora  sierocińca,  za 

najmniejsze  przewinienie  karzącego  swoich  wychowanków  chłostą.  Szeryfa  z  Arizony,  który 

zaaresztował słaniającego się  z głodu chłopaka.  Za to, że  chłopak ukradł bochenek chleba. Młodą żonę 

ranc;zera, zepsutą do szpiku kości. Flirtowała bezwstydnie z nowym parobkiem, a kiedy· ten oparł się jej 

natrętnym  zalotom,  wyrzuciła  go  z  tej  jego  pierwszej,  uczciwej  pracy.  Do  tej  kolekcji  zaliczyć  należy 

również  szeryfa  o  nazwisku  Pain,  który  stoi  na  czele  bandy,  wyzyskującej  pracujących  w  pocie  czoła 

ranczerów i farmerów. 

- I co wtedy zrobiłaś? - spytał. - Miałaś przecież dopiero trzynaście lat! 

Summer uśmiechnęła się. 

- Skoro mnie tam nie chciano, odeszłam. Postanowiłam sama znaleźć sobie drogę przez życie. 

Oczywiście, nie taką drogę, jaką obrała moja matka. Ja wybrałam drogę babci, drogę wiary. Pomyślałam 

sobie, że Pan Bóg nie będzie miał nic przeciwko temu, jeśli będę zarabiała na chleb, głosząc Jego słowo. I 

tak jest do dziś ... zarabiam na życie jako wędrowny kaznodzieja. - Jej głos zadrżał. - Teraz rozumiesz, 

dlaczego nie chciałam ci opowiadać o mojej bolesnej przeszłości. Zawsze skrywałam ją w naj głębszej 

tajemnicy. Nie chcę, żeby ktokolwiek się o niej dowiedział. 

A Montana pomyślał, że Summer jest człowiekiem niezwykłym. Ciekawe, czy ona sama zdaje sobie z 

tego sprawę. Niestety, to  nieszczęsne dzieciństwo wycisnęło na niej swoje piętno.  Przez tyle  lat wiodła 

samotne życie. Dopiero jemu, Montanie, oddała najcenniejszy dar. Oddała siebie, dlatego teraz poczuł się 

nieskończenie dumny. A wyznanie Summer sprawiło, że jego miłość stała się jeszcze głębsza. 

Odwrócił jej twarz ku sobie. 

- Kocham cię, Summer Chambers. To, co działo się przedtem nie ma żadnego znaczenia. I daję ci moje 

słowo, że już nigdy nie będziesz sama. - Uśmiechnął się i czule pogłaskał ją po głowie. - Nigdy - szepnął. 

- Zwłaszcza nocą! 

background image

Drżała. Wiedział, że walczy ze łzami. I wierzył, że są to łzy szczęścia. 

Objął ją mocno i obsypał jej twarz pocałunkami. Summer westchnęła, też go objęła, ich usta złączyły 

się  w  gorącym  pocałunku.  I  tak  nawzajem  leczyli  swoje  rany.  Jedno  drugiemu  osładzało  bolesne 

wspomnienia z przeszłości. 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

- Nareszcie wstaliście, śpiochy! 

Montana  patrzył  z  uśmiechem,  jak  zza  koca,  zasłaniającego  wejście,  wynurza  się  trójka  zaspanych, 

ziewających  dzieci.  Powoli  zeszły  po  schodkach,  a  kiedy  Pansy  postawiła  Hannah  na  ziemi,  maleńka 

natychmiast podreptała do Montany. A on tylko na to czekał. Chwycił dziewczynkę na ręce, obrócił się 

nią raz dookoła, a potem bardzo mocno przytulił ją do swojej szerokiej piersi. 

- A gdzie Summer? - spytał Ned, rozlądając się dookoła. 

- Nad strumieniem. Kąpie się. A nas czeka robota. Pomożecie mi, leniuchy, przygotować śniadanie. 

Mały Ned wcale nie wyglądał na zachwyconego jego propozycją. 

- Ja też? - spytał ze zdziwieniem. - Przecież gotowanie to robota dla dziewczynek. Wolę zbierać chrust. 

- Dla dziewczynek, powiadasz? - Montana postawił Hannah na ziemi. Podszedł do ogniska i zdjąwszy 

pokrywkę z patelni, zademonstrował dzieciom, co znajduje sie w środku. Skwierczące płaty wołowiny w 

gęstym sosie. - Jak sądzisz, wspólniku, skąd to się tu wzięło? 

- To pan?! Ojej ... - Oczy Neda zrobiły się okrągłe ze zdumienia. I z zachwytu, przecież okazało się, 

że  jego ukochany bohater posiada jeszcze jedną,  zaskakującą umiejętność.  - Czy  mógłby mnie pan też 

nauczyć gotować? 

_ Oczywiście. Ale później. Teraz spróbujcie moich biskwitów. 

Podał im kubki z mlekiem i ciepłe biskwity, prosto z ognia, posmarowane konfiturami z poziomek. 

- Naprawdę sam pan je upiekł? - spytała 

Pansy, przytykając kubek do ust Hannah. 

- Przysięgam! Ja sam ... 

Zamilkł. Bo jego oczy dojrzały kogoś,  kto właśnie nadchodził znad strumienia: Summer, śliczną jak 

obrazek. W różowej sukni. Na mokrych czarnych włosach błyszczały kropelki wody. I choć suknia była 

skromna, zapięta pod samą szyję, on oczyma wyobraźni natychmiast pozbawił ją i sukni i w ogóle całej 

garderoby. Zobaczył taką, jaką widział nocą, w swoich ramionach. 

_ Summer! Proszę, siadaj tutaj z nami! - zawołał. - Śniadanie już gotowe! 

Podeszła bliżej, spojrzała na koc, rozpostarty na trawie nieopodal ogniska, służący im za stół. T eraz 

background image

suto zastawiony. 

- Och, Montana! Przygotowałeś prawdziwą ucztę! A te biskwity ... Sam upiekłeś? Nie wierzę! - Dzieło 

moich rąk - oświadczył dumnie, wypinając pierś.':'" Masz teraz sposobność poznać jeszcze jeden z moich 

licznych talentów. 

Ponakładał jedzenie na talerze, potem usiadł po turecku obok Summer i bez niczyjego przypominania 

wyciągnął  w  bok  obie  ręce.  Summer  uczyniła  to  samo,  dzieci  też. Wszyscy  chwycili  się  za  ręce  i  tym 

razem modlitwę odmówił Montana: 

- Panie Boże, pobłogosław te dary, które dzięki Twojej hojności spożywać będziemy. I pobłogosław, 

Panie, całą naszą rodzinę. 

- Amen - powiedzieli wszyscy chórem i zabrali się ochoczo do jedzenia, nie tracąc czasu na rozmowę. 

Ciszę przerwał Montana, znów wypinając pierś i patrząc na wszystkich z wysoka. 

- To nie wszystko, moi drodzy! - oznajmił. .,.- Bo ja mam dla was jeszcze niespodziankę! 

- Niespodziankę?! - Ned z radości klasnął w ręce. - A co to za niespodzianka? 

- Niestety, wspólniku! Jeśli powiem ci, przestanie być niespodzianką. 

I  Montana  dalej  spokojnie  opróżniał  swój  talerz.  Reszta  biesiadników  niby  też  jadła,  ale  jakoś  z 

mniejszym  entuzjazmem.  Dzieci  wierciły  się  i  co  chwila  popatrywały  na  Montanę.  Nawet  Summer, 

zwykle tak opanowana, właściwie nie odrywała od niego oczu. 

Montana podniósł kubek, przytknął do ust i w tym momencie zobaczył cztery pary oczu uważnie w 

niego wpatrzonych. Odstawił kubek i roześmiał się· 

- Widzę, że aż skręca was z ciekawości. Nie pozostaje mi nic innego, jak powiedzieć wam, co to za 

niespodzianka.  Postanowiłem,  że  dzisiejszego  dnia  nie  ruszamy  w  dalszą  drogę,  tylko  pojedziemy  do 

miasta. 

- Do miasta? Po co? - zawołała Summer. 

- Po prostu dla przyjemności. Zrobimy zakupy, pospacerujemy po mieście, a potem chciałbym 

wszystkich zaprosić na kolację do pensjonatu. Co wy na to? 

- Zaprosić nas?! Na kolację do pensjonatu?! Ojej! 

Pansy i Ned, wydając z siebie rad.osne okrzyki, poderwali się z trawy, złapali za ręce i zaczęli tańczyć 

z radości. Mała Hannah, naturalnie, też wstała i nieco wolniej zaczęła podskakiwać na grubych nóżkach, 

zabawnie  naśladując ruchy  starszego  rodzeństwa.  Wszyscy śmiali  się,  podziwiali  ją  i  klaskali. Summer 

jednak  po  chwili  spoważniała.  Zamyśliła  się  na  moment,  a  potem,  położywszy  Montanie  rękę  na 

ramieniu, spytała go półgłosem: 

- Myślisz, że to rozsądne? T en wyjazd do miasta? 

Uśmiechnął się i pogłaskał ją po dłoni. 

-  Nic  się  nie  stanie,  Summer.  Nawet  jeśli  ten  agent  Pinkertona  podąża  naszym  śladem,  i  tak 

background image

wyprzedzamy go wiele mil. Możemy śmiało zostać tu do wieczora, a nocą ruszymy w dalszą drogę· 

Summer  też  uśmiechnęła  się,  już  uspokojona,  i  rzuciwszy  mu  rozradowane  spojrzenie,  ścisnęła  go 

lekko za ramię. 

- Dziękuję, Montana. To wspaniały pomysł. A on oddałby życie za to, żeby codziennie widzieć taki 

wyraz oczu Summer. Słyszeć jej pełen słodyczy głos, jak teraz, kiedy dziękuje mu za coś, co wcale nie 

jest czymś nadzwyczajnym. 

Tak. Oddałby życie. Bo teraz poczuł się najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. 

-  Zabierajcie  się  do  jedzenia!  -  rzucił  niby  szorstko,  a  tak  naprawdę  rozpierała  go  radość.  -  Mam 

nadzieję, że sterczałem nad tym ogniskiem nie na próżno. Kiedy wrócę znad strumienia; wszystko ma być 

zjedzone! 

Raźnym krokiem ruszył nad strumień. Pansy odczekała chwilę i spojrzawszy na Summer, uśmiechnęła 

się znacząco: 

- Chyba już pani wie, na czym polega to uzdrawiające dotknięcie, o którym mówiła moja mama. 

Summer pochyliła głowę, czując, że jej policzki robią się szkarłatne. 

- Chyba już wiem, Pansy ... 

Cygański wóz Siostry Dobroci jechał nieśpiesznie zieloną łąką, upstrzoną polnymi kwiatkami. Niebo 

w  górze  było  błękitne  i  czyste,  bez  jednej  chmurki.  Wszyscy  podróżni  również  pogodni  jak  to  niebo, 

chociaż  do  przebycia  mieli  spory  kawał  drogi'.  Dlatego  Summer,  żeby  czas  się  dzieciom  nie  dłużył, 

zainicjowała  wspólne  odśpiewanie  jednego  z  podniosłych  hymnów.  Montana  cierpliwie  poczekał,  aż 

niewielki chór skończy śpiewać świętą pieśń i spytał, niby mimochodem: 

- Opowiadałem wam już o tej Cygance, co umiała wróżyć z ręki? 

Wszystkie głowy odwróciły się ku niemu. A Montana uśmiechnął się szelmowsko. 

- Rzeczywiście, umiała. Ale naj ciekawsze było coś innego. Ona mówiła, że nazywa się Zachwycający 

Wdzięk. 

Ned i Pansy zachichotali. Summer z trudem udawało się zachować powagę· 

-  Dorosłych  powinniście  darzyć  szacunkiem,  nie  wolno  się  śmiać  z  tego,  co  mówią  -  powiedziała 

surowy głosem, po czym sama wybuchnęła głośnym śmiechem. 

I tak śmiali się już do końca podróży,  słuchając dykteryjek, którymi Montana sypał jak z rękawa. A 

jedna była bardziej niemądra od drugiej. 

Po  przybyciu  do  miasta  najpierw  pojechali.do  stajni.  Tu  zostawili  wóz,  a  Montana,  wykorzystując 

sposobność, poprosił kowala o podkucie konia. 

- Mamy za sobą długą drogę - powiedział, wręczając kowalowi monetę. - A tyle samo jeszcze przed 

nami. Chciałbym, żeby był porządnie podkuty. 

background image

Potem poszli sobie główną ulicą miasta. Pansy i Ned szli przodem, śmiejąc się i podskakując, za nimi 

Montana i Summer, a w środku mała Hannah, która dumna z niedawno nabytej umiejętności chodzenia 

nie pozwoliła wziąć się na ręce. Maleństwo, prowadzone za rączkę przez swoich opiekunów, 

maszerowało dzielnie. Potknęło się zaledwie kilka razy. A poza tym miało dodatkową przyjemnośc, 

ponieważ co pewien czas Montana mówił "hop!" i razem z Summer podnosili piszczące z radości dziecko 

do góry. Potem powolutku opuszczali ją na dół i mała znów dzielnie podążała przed siebie. 

Pierwszy postój zrobili w sklepie. Tu Montana przede wszystkim zakupił podstawowe artykuły, czyli 

worek mąki, worek cukru, puszki z kawą i tytoniem. Wszystko to złożył na podłodze niedaleko drzwi i 

poszedł szukać reszty towarzystwa. 

Summer  i  Pansy  tymczasem  przeszły  sobie  powoli  między  dwoma  rzędami  wysoko  ułożonych  bel 

materiałów o pięknych, żywych kolorach i dotarły do kapeluszy. Kiedy Montana podszedł do nich, zajęte 

były  oglądaniem  różowego  kapelusza,  ozdobionego  koronkami,  o  nadzwyczaj  wymyślnym  fasonie. 

Summer  nalegała,  żeby  Pansy  go  przymierzyła.  Dziewczynka  posłusznie  nasadziła  go  na  głowę  i 

wybuchnęła śmiechem, ponieważ rondo zasłoniło jej oczy. 

- Za duży jest na mnie. Proszę! - i podała kapelusz Summer. - Może pani go teraz przymierzy? 

- Och, nie ma sensu - zaprotestowała Summer. - Dla mnie jest zbyt wymyślny! 

- Ale przymierz, proszę - nalegał Montana. - Ciekaw jestem, jak będziesz w nim wyglądała. 

Ukochanemu mężczyźnie się nie odmawia. Kapelusz spoczął teraz na czarnych lokach Summer, 

wywołując nową salwę śmiechu, po której wszyscy zgodnie orzekli, że noszenie tak fikuśnego nakrycia 

głowy nie przystoi skromnemu wędrownemu kaznodziei. 

Na  dłuższą  chwilę  zatrzymali się  przed  półką  z  książkami.  Summer  długo  oglądała  piękne  wydanie 

Biblii w skórzanej oprawie, z ilustracjami wykonanymi piórkiem. Kiedy jednak zerknęła na cenę, ciężko 

westchnęła i szybko odłoż.yła książkę na półkę· 

Neda  znaleźli  przy  ladzie,  kontemplującego  pojemnik  z  kolorowymi  cukierkami  w  kształcie 

patyczków. 

- Ile kosztują? - spytał Montana. 

- Trzy za pensa - powiedział właściciel. 

Montana wcisnął mu monetę do ręki i polecił dzieciom wybrać sobie po jednym cukierku. Pansy nie 

miała  żadnego  problemu  z  podjęciem  decyzji.  Od  razu  wybrała  słodką  pałeczkę  w  białe  i  różowe 

background image

paseczki. Ned  natomiast, oszołomiony bogactwem kolorów, potrzebował  dłuższej chwili,  zanim wybrał 

cukierek w paseczki białe i zielone. Hannah chwyciła za cukierek miętowy, czerwono-biały. Wsadziła go 

sobie od razu do buzi i zaczęła ssać. Z jej brody pociekła ślinka prosto na śliniaczek, który Summer przed 

chwilą założyła jej na odświętną sukienkę. 

Wyszli ze sklepu i znów ruszyli przed siebie drewnianym trotuarem. Mijający ich mężczyźni i kobiety 

skłaniali  głowy  i  uśmiechali  się  do  nich.  Koło  jednego  z  domów  grupka  dzieci,  pokrzykując  wesoło, 

bawiła się w chowanego. Pansy i Ned na chwilę dołączyli do zabawy. Summer i Montana stali z boku, 

przypatrując  się  rozbawionym  dzieciom,  potem  znów  ruszyli  dalej,  spoglądając  w  okna  wystawowe. 

Minęli  zakład  krawiecki,  gdzie  akurat  jakiś  dżentelmen  miał  przymiarkę  surduta.  Krawcowa  dopa-

sowywała  długość  rękawów,  a  inna  dama,  zapewne  żona  dżentelmena,  stała  obok,  trzymając  w  ręku 

żakiet męża. A potem przez następne okno podglądali ranczera, któremu podcinano włosy. 

- Może warto tam zajrzeć, wspólniku? Co o tym sądzisz? - spytał Montana Neda. 

-  Och,  nie!  Wolę,  żeby  pani  Summer  podcięła  mi  włosy!  -  zaprotestował  chłopczyk,  spoglądając 

podejrzliwie  na  balwierza,  który  wymachiwał  nożyczkami  niebezpiecznie  blisko  ucha  ranczera.  Długie 

pasma włosów opadały na podłogę. - Ale pan może tam iść! 

- Ja też wolę, żeby Summer podcięła mi włosy - oświadczył Montana. Odwrócił się i odszukał 

wzrokiem Summer. Stała nieopodal, z małą Hannah na ręku. Dziecko przysnęło, obejmując ją ufnie 

pulchnymi rączkami. 

- Summer? Nie ciężko ci? Może ja ją wezmę? - spytał. 

Potrząsnęła głową. 

- Nie, nie, ona wcale nie jest ciężka. A poza tym lubi, jak biorę ją na ręce. 

Wziął  ją  więc  tylko  pod  łokieć  i  poprowadził  dalej  ulicą.  Wkrotce  doszli  do  pensjonatu.  Montana 

zapukał. Drzwi otworzyła miła, uśmiechnięta pani w śnieżnobiałym fartuchu. 

- Witam państwa! Jestem Charity Danville. Czym mogę państwu służyć? 

- Chcielibyśmy zjeść kolację. Czy nie przyszliśmy za wcześnie? - spytał Montana. 

- Ależ skąd! Przyszliście, państwo, w samą porę. Bardzo proszę! 

Otworzyła szerzej  drzwi  i poprowadziła  przez salonik dla  gości  do  pokoju jadalnego.  Był  to  bardzo 

duży,  widny pokój.  Cały  jego  środek  zajmował  długi  stół,  do  którego  mogło  zasiąść  co  najmniej  tuzin 

osób.  Stół  przykryty  był  śnieżnobiałym  obrusem  z  koronkowymi  wstawkami.  Srebra  i  kryształy 

błyszczały w świetle świec. A cudowne zapachy, dolatujące z kuchni, spraWiały, że ślinka napływała do 

background image

ust. 

W  pokoju  było  już  kilku  dżentelmenów,  toczących  ze  sobą  wesołą  pogawędkę.  Na  widok  nowo-

przybyłych głosy zamilkły i wszyscy spojrzeli na nich z ciekawością. 

- To moi stali stołownicy - wyjaśniła pani Danville i przedstawiła im kilku właścicieli małych 

biznesów, burmistrza i szeryfa, Williama Sharpa, który, niestety, niedawno stracił żonę. 

Montana i Summer przedstawili się, przedstawili też dzieci. 

- A więc mamy przyjemność poznać kogoś, o kim mówi całe miasto - powiedział szeryf z miłym 

uśmiechem, zwracając się do Summer. - A ja właśnie opowiadałem moim przyjaciołom, że wczoraj 

wysłuchałem pani kazania. Nie ukrywam, byłem wzruszony do łez. 

- Dziękuję, szeryfie - bąknęła zażenowana Summer. - Mam nadzieję, że umocnił pan swoją wiarę· 

- Tak. Dzięki pani. 

-  I mam nadzieję - mówiła  dalej Summer, zasiadając na  krześle, który podsunął jej Montana  - mam 

nadzieję, że nic panu tej wiary nie odbierze. 

-  Postaram  się  w  niej  wytrwać.  Chciałbym  wierzyć  tak  głęboko,  jak  pani  -  powiedział  szeryf, 

zasiadając naprzeciwko Summer. 

Summer uzmysłowiła sobie, że te słowa, jakie padły teraz, mówiła już wielokrotnie. Ale przedtem była 

to dla niej tylko zwykła gra słów, nic więcej. Teraz wypowiedziała je z pełnym przekonaniem i to bardzo 

ją  poruszyło.  Jakżeż  ona  się  zmieniła!  Zmieniło  się  jej  życie,  zmieniło  się  też  jej  wnętrze.  I te  zmiany 

sprawiały jej wielką radość. 

Charity Danville przyniosła wysokie krzesełko dla dziecka. Ustawiono je między krzesłami Summer i 

Montany i usadzono małą Hannah. Reszta stołowników również zajęła swoje miejsca i pani Danville 

razem z córką zaczęły podawać. Wniosły mnóstwo półmisków, dużych i małych, po czym same zasiadły 

do stołu i pani Danville, uśmiechając się do Summer, wystapiła do niej z prośbą: 

- Siostro Dobroci, czy mogłaby siostra odmówić modlitwę? Byłby to dla nas wielki zaszczyt. 

Summer skinęła głową.  Wszyscy  wzięli się  za ręce i Summer, pochyliwszy głowę,  wygłosiła krótką 

modlitwę. 

- Pobłogosław, Panie, te hojne dary. I pobłogosław tych dobrych ludzi, którzy ofiarowali nam jeszcze 

jeden dar: życzliwość. 

- Amen - powiedzieli wszyscy. 

Zaczęli  jeść,  a  czynili  to  z  wielkim  apetytem,  bo  jedzenie  było  wyborne.  Na  stół  podano  soczysty 

rostbef,  puree  z  ziemniaków,  sos  i  biskwity  oraz  jarzyny  z  ogródka.  A  na  deser  świeżutko  upieczoną 

szarlotkę, jeszcze ciepłą. 

Pani Danville, widząc, że talerz Neda jest pusty, odezwała się miło: 

- Może chcesz jeszcze zjeść kawałek szarlotki, synku? 

background image

-  Nie,  dziękuję  pani  -  odparł  chłopczyk  i  dotknął  swojego  brzuszka.  -  Boję  się, że  jeśli  jeszcze  coś 

zjem, brzuch mi pęknie! 

Wszyscy roześmiali się, a pani Danville zagadnęła teraz do Montany: 

- Może pan ma ochotę? 

Montana z uśmiechem podniósł swój talerzyk. - Nie odmówię, łaskawa pani! 

Pani Danville nałożyła mu na talerzyk szarlotkę, potem obeszła stół dookoła, nalewając do filiżanek 

świeżej kawy. 

- Jedzenie było wspaniałe - oświadczył Montana i aż sobie westchnął. - Dawno tak dobrze nie jadłem. 

-  Dziękuję  panu  -  powiedziała  pani  Danville,  uśmiechając  się  z  zadowoleniem.  -  Mam  nadzieję,  że 

państwo jeszcze do nas zajrzą. 

- Z przyjemnością. I jeszcze raz dziękujemy pani.

Wziął  Hannah  na  ręce  i  razem  z  Summer  i  pozostałymi  dziećmi  podeszli  do  drzwi.  Tam  Montana 

zapłacił za kolację i wyszli na ulicę. 

Kiedy wracali przez miasto do swojego wozu, popatrywali w okna mijanych domów. Widzieli, jak w 

blasku świec rodziny zasiadają  do  kolacji. I zarówno  Summer, jak i  Montana po raz  pierwszy  w życiu 

poczuli więź z tymi ludźmi za oknem. Bo teraz oni, Summer, Montana i trójka osieroconych dzieci, też 

stanowili rodzinę, połączoną nie więzami krwi, ale czymś o wiele wspanialszym. Miłością. 

Wóz Siostry Dobroci powoli jechał przez mrok. Dzieci, znużone pełnym atrakcji dniem, spały już w 

środku kamiennym snem. A Summer, usadowiona na koźle obok Montany, nie odzywała się ani słowem. 

- Co tak przycichłaś, Summer? - spytał zaniepokojony Montana. - Martwisz się czymś? 

- Ależ skąd! Rozmyślałam tylko sobie o tym miłym dniu. Dzieci są zachwycone. I tak ładnie bawiły 

się z innymi dziećmi. 

-  Tak.  Dzieci  z  tego  miasta  wcale  nie  traktowały Pansy  i  Neda  jak  obcych.  Od  razu  przyjęły  je  do 

zabawy. 

-  Tak  samo  ludzie  w  pensjonacie.  Wcale  nie  dali  nam  odczuć,  że  nie  jesteśmy  z  ich  miasta. 

Rozmawiali z nami bardzo życzliwie. 

- Masz rację. 

Na twarzy Summer rozkwitł nagle uśmiech. - Montana, jak myślisz? Czyżbyśmy stawali się ludźmi 

godnymi szacunku? - A chciałabyś tego? 

- Marzę o tym! Naturalnie, przede wszystkim 

ze  względu  na  dzieci.  Skoro  chcę  zatrzymać  je  przy  sobie  i  matkować  im,  muszę  być  osobą 

szanowaną. Och! Może wtedy wreszcie moja przeszłość przestałaby mi tak ciążyć ... 

- To nie jest twoja przeszłość - odezwał się Montana twardym głosem. - To przeszłość twojej matki. 

background image

Za  mało  siebie  cenisz,  Summer.  Jesteś  osobą  godną  największego  szacunku.  Jesteś  dobra,  wrażliwa  i 

szlachetna ... 

- Och, przestań ... 

Wzruszona jego słowami, wzięła go pod ramię i oparła policzek na jego ramieniu. 

- Uważaj, kowboju! Twoje słowa zabrzmiały jak wyznanie zakochanego mężczyzny! 

Montana ściągnął lejce i wstrzymał konia. Objął mocno Summer i pocałował. 

- Nie tylko zakochany! Kocham cię, mój kaznodziejo w spódnicy. Nigdy o tym nie zapominaj. 

Rozczulona, pogłaskała go delikatnie po policzku. 

- I ja też cię kocham, Montano. Kocham całym sercem. 

Pocałował  ją  jeszcze  raz,  potem  uderzył  konia  lekko  lejcami  i  wóz  potoczył  się  dalej,  ku  ich 

prowizorycznem u obozowisku. 

- Szkoda, że nie możemy zostać tu na noc - mruknął Montana, kiedy dojeżdżali już na miejsce. - Z 

wielką chęcią pokazałbym ci jeszcze kilka moich wspaniałych umiejętności. Na przykład potrafię sprawić 

... 

- Uważaj,  kowboju! Pan Bóg kocha ludzi pokornych  i skromnych!  - rzuciła ze śmiechem Summer, 

pierwsza zeskakując z kozła. - Pobiegnę nad strumień i zbiorę szybko poranne pranie, a ty sprawdź, czy 

niczego nie zostawiliśmy i możemy ruszać w drogę. 

Montana nie zdążył zeskoczyć z kozła, kiedy z wnętrza wozu dobiegł ich rozpaczliwy krzyk Pansy. 

Potem usłyszeli słowa, które od początku świata napełniały przerażeniem serca rodziców. 

- Och, proszę, proszę, chodźcie tu szybko! Hannah jest chora! Ona cała jest rozpalona! 

Minęły dwie godziny, a stan dziecka wcale nie uległ poprawie. Summer wykąpała Hannah w chłodnej 

wodzie,  przyniesionej  ze  strumienia,  niestety,  gorączka  wcale  nie  opadła.  Przeciwnie,  rosła.  Dziecko, 

popłakujące  w  ramionach  Summer,  było  coraz  bardziej  rozpalone.  Mały  cherubinek,  zawsze  cały  w 

uśmiechach, teraz walczył o każdy oddech. 

- Och, Boże, Boże, co robić .... - szeptała zrozpaczona Summer. - Pansy, powiedz mi, czy to zdarzało 

się już wcześniej? 

- T ak, proszę pani. Kiedyś Hannah omal nie umarła. 

Serce Summer na moment przestało bić. 

- Omal... nie umarła?! Powiedz więc, koniecznie, co zrobili wtedy rodzice? 

- Mama i tata zawieźli Hannah do miasta, do pana doktora. A kiedy wrócili, Hannah była już zdrowa. 

- Doktor... - Summer spojrzała na Montanę. - Czy w tym mieście jest doktor? Kiedy szliśmy ulicą, nie 

zauważyłeś tabliczki? , 

- Nie. Ale przecież w mieście musi być jakiś doktor. Jedziemy! 

background image

Podtrzymał ją pod ramię, kiedy z Hannah w objęciach wsiadała na kozioł. Obok usadowiły się dzieci i 

wóz ruszył w mrok, w stronę świateł miasta. 

O  tej  porze  w  mieście  nie  widać  było  żadnych  oznak  życia.  Ranczerzy,  sklepikarze  i  właściciele 

różnych  biznesów  wstawali  o  świcie,  a  kładli  się  spać  z  kurami.  Wszystko  było  pozamykane,  ulice 

wyludnione. W pensjonacie wszystkie światła pogaszone. Montana musiał zastukać kilkakrotnie, zanim w 

środku rozbłysło światło, drzwi otwarły się i w progu ukazała się zaspana pani Charity, otulona ciepłym 

szalem. 

- Proszę wybaczyć, że obudziliśmy panią - powiedział Montana - ale potrzebujemy pilnie doktora. Czy 

w mieście jest jakiś doktor? 

- Doktor... - Kobieta potrząsnęła energicznie głową, odpędzając od siebie resztki snu. - Przepraszam. A 

tak, jest w mieście jeden doktor, stary doktor Cooper Ethridge. Ale on jest... 

- Gdzie mieszka? 

- Na końcu tej ulicy, w dużym, starym domu. Ale on ... 

Montana  wskakiwał  już  na  kozioł.  Popędził  konia,  wóz  odjechał,  zanim  Charity  Danville  zdążyła 

dokończyć zdanie. I niedobrze, bo to, co chciała powiedzieć, było bardzo istotne. Ale trudno, pojechali. 

Wóz znikał już w głębi ulicy. Pani Danville wzruszyła ramionami i zamknęła drzwi. 

W oknach dużego starego domu też było ciemno. Montana pomógł Summer i dzieciom zsiąść z wozu, 

podszedł do drzwi i załomotał. Z wnętrza domu nie dobiegł żaden dźwięk. Wtedy uderzył w drzwi pięścią 

tak mocno, że zadźwięczały szyby w oknach. Niestety, nadal nikt nie otwierał. 

-  Chyba  nie  ma  go  w  domu!  -  powiedziała  zmartwionym  głosem  Summer.  -  Pewnie  pojechał  do 

jakiegoś chorego. Och, Montana, i co my teraz zrobimy? 

- Wejdziemy do środka. Po prostu włamiemy się i poczekamy na doktora. 

- Nie wolno nam włamywać się do czyjegoś domu! 

- Do diabła! A właśnie, że wolno! - rzucił gniewnie i nacisnął klamkę. W tym samym momencie drzwi 

otwarły  się.  Montana  zachwiał  się  i  omal  nie  wpadł  do  środka.  Odzyskał  jednak  równowagę,  a  kiedy 

podniósł  głowę,  ujrzał  przed  sobą  osobliwą  postać.  Starego,  zgarbionego  człowieka  w  białej  nocnej 

koszuli. W ręku starzec trzymał migocącą świecę. Bujne, białe jak mleko włosy i starannie przycięta siwa 

broda stanowiły zaskakujący kontrast dla oczu, czarnych i bystrych jak oczy kosa. Te oczy ogarnęły teraz 

jednym spojrzeniem małą grupkę osób stojących na werandzie. 

- Wydawało mi się, że ktoś pukał. 

Głos starca był równie osobliwy jak jego wygląd. Bezdźwięczny, podobny do szeptu. 

- Wydawało się panu?  - Montana nie  ukrywał swojej niecierpliwości.  - Omal nie uszkodziłem sobie 

ręki, waląc w pańskie drzwi! 

background image

- Moja żona, Panie Boże, świeć nad jej duszą, mawiała, że ja naprawdę sypiam snem sprawiedliwego. 

Gdyby  ten  dom  porwał  huragan,  prawdopodobnie  i  tak  bym  się  nie  obudził.  W  czym  mogę państwu 

pomóc? 

- Chodzi o nasze dziecko! 

Montana wskazał ręką na nieruchomą, malutką postać w ramionach Summer.. 

- Och ... 

Starzec był wyraźnie poruszony. Odsunął się szybko na bok i ruchem ręki zaprosił, żeby wchodzili do 

środka. Weszli. Summer szybko, dzieci z ociąganiem, uczepione jej spódnicy. Stary człowiek poprowadził 

ich  długim  korytarzem,  cuchnącym  stęchlizną  i  pierwszy  wszedł  do  dużego  salonu,  gdzie  w  mroku 

upiornie majaczyły białe pokrowce na sofach i fotelach. 

Obszedł salon, przytykając płomień świecy do knotów kilku lamp. Kiedy odegnał mrok, podszedł do 

stolika pod ścianą. Nałożył binokle, otworzył Biblię i odwrócił się do nich. 

- A pan co robisz?! - spytał ostrym głosem Montana. 

- Chcę odmówić modlitwę za wasze zmarłe dziecko. 

Summer, widząc w oczach Montany niebezpieczne błyski, wysunęła się nieco do przodu. 

- Hannah żyje, doktorze Ethridge! 

- Chwała Bogu! Wybaczcie mi! - powiedział starzec. - Ale w takim razie nie pojmuję, dlaczego 

przyszliście do mnie! 

Summer czuła, jak strach ściska ją za gardło. - Przyjechaliśmy tutaj, bo myśleliśmy, że pan ją uratuje, 

doktorze Ethridge! 

- Ach, tak. ... 

Stary człowiek podszedł do niej i położył pomarszczoną dłoń na rozpalonym czole dziecka. 

- Bóg mi świadkiem, że chciałbym wam pomóc z całego serca. Ale nie potrafię. Nie jestem medykiem. 

- Jak to? Przecież ... - zaczął Montana, ale starzec uciszył go ruchem ręki. 

- Jestem doktorem teologii. Pastorem. Waszemu dziecku mogę pomóc tylko modlitwą· 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Montana, widząc przerażenie w oczach Summer, podszedł do niej szybko i mocno objął ją . 

ramlemem. 

- Doktorze Ethridge, czy w mieście jest jakiś medyk? - spytał. 

- Niestety, nie. Chociaż wszyscy życzyliby sobie tego jak najgoręcej. 

- Och, Boże! I co my teraz zrobimy?! - krzyknęła zrozpaczona Summer. 

- Proszę pani ... - Pansy pociągnęła ją za spódnicę. - Przecież możemy się pomodlić. Pamięta pani, co 

mówiła  podczas  kazania  wczoraj  wieczorem?  Bóg  wysłucha  każdego,  nawet  naj  niższego  ze  swoich 

background image

stworzeń. 

Doktor Ethridge, jakby nagle czymś zaintrygowany, nachylił się nad dziewczynką. 

- Co powiedziałaś, dziecko? 

- Powiedziałam, że Bóg wysłucha ... 

- Ale przedtem. Mówiłaś o kazaniu? 

Pansy, wystraszona przenikliwym spojrzeniem starego człowieka, cofnęła się i chwyciła za rękę 

Montanę· 

- T ak, proszę pana - powiedziała cicho. Czarne, bystre oczy zwrócily się ku Summer. - Jest pani 

duchownym? 

- Jestem kaznodzieją. Ale ... ale nie mam święceń kapłańskich. 

Nie  miała  pojęcia,  dlaczego  temu  obcemu  człowiekowi  wyjawiła  prawdę.  Ale  było  w  nim  coś,  co 

zmuszało  do  szczerości.  Temu  staremu  człowiekowi  nie  potrafiłaby  skłamać,  nawet  gdyby  bardzo  tego 

chciała.  T  ak  jak  nie  mogłaby  skłamać  przed  Bogiem.  A  ten  starzec  wyglądał  dokładnie  tak,  jak  ona 

wyobrażała sobie Wszechmogącego. Dokładnie tak. Teraz to sobie uświadomiła. 

-  Dziewczynka  ma  rację  -  powiedział  doktor  Ethridge.  -  Weźmy  się  za  ręce  i  odmówmy  razem 

modlitwę· 

-  Modlitwę?  -  Montana  aż  się  cofnął,  kiedy  doktor  wyciągnął  ku  niemu  rękę.  -  Hannah  potrzebuje 

medyka, a nie modlitwy! 

-  Najpierw  trzeba  poprosić  Pana  Boga,  żeby  nas  oświecił  -  powiedział  łagodnym  głosem  stary 

człowiek. - On powie nam, co mamy czynić. 

Montana niechętnie ujął pomarszczoną dłoń. Wszyscy pozostali również złączyli ręce. 

- Myślę, że to pani powinna odmówić modlitwę - powiedział doktor Ethridge do Summer. 

Summer mocno zacisnęła powieki. 

-  Boże  Wszechmogący  -  wyszeptała.  -  Spójrz  na  to  słodkie,  niewinne  dziecko,  tak  drogie  naszemu 

sercu.  Błagam,  nie  odbieraj  nam  Hannah.  Pozwól  jej  zostać  z  nami.  Okaż  nam  łaskę  i  oświeć  nas, 

dopomóż znaleźć jakiś sposób, aby pozostała wśród żywych. Amen. 

W  salonie  zapadła  cisza.  Słychać  było  tylko  ciężki  oddech  chorego  dziecka,  napełniający  serca 

wszystkich przerażeniem. 

Nagle stary człowiek chwycił za lampę. - Chodźcie za mną! 

Poprowadził ich na tyły domu, do dużej, przestronnej kuchni. 

- Nie wiem, czy to ta sama choroba. Ale wiele lat temu mój syn, kiedy był niemowlęciem, zapadł na 

podobną. Prawie nie mógł oddychać. Zona go uratowała. Moja droga, czy pani jest gotowa zaryzykować? 

- Jestem gotowa zrobić wszystko, żeby ocalić Hannah. Proszę nam tylko powiedzieć, co mamy robić. 

- Trzeba narąbać drew, bardzo dużo drew. I nanosić wody ze strumienia, który płynie nieopodal 

background image

mojego domu. 

Montana kierował się już ku drzwiom. 

- Pansy! Ned! - wołał. - Weźcie jak najwięcej naczyń i biegnijcie nad strumień! 

Doktor Ethridge osunął się ciężko na krzesło i wyciągnął przed siebie wychudzone, drżące ręce. 

-  Zaufaj  mi,  moja  droga.  Ja  potrzymam  teraz  dziecko,  a  pani  niech  biegnie  na  górę  i  przyniesie 

wszystkie prześcieradła, jakie znajdzie w skrzyni z bielizną. 

Summer  nie  zastanawiała  się.  Czuła  instynktownie,  że  temu  człowiek  można  zaufać,  i  to 

bezgranicznie. 

Podała mu popłakujące, rozpalone gorączką dziecko i pobiegła schodami na górę. Po chwili zbiegała 

już w dół, niosąc duży stos białych płóciennych prześcieradeł. 

Niebawem cała kuchnia napełniła się parą, przesyconą zapachem kamfory. Parą tak gęstą, że wszyscy 

patrzyli jakby przez mgłę. 

Montana dorzucił do ognia kolejne polano. 

Przez  chwilę  patrzył,  jak  czerwone  płomienie  liżą  suche  drewno,  a  potem  strzelają  ku  górze.  Otarł 

dłonie  o  spodnie  i  podszedł  do  kuchennego  pieca.  Na  piecu stał  wielki  kocioł  z  gotującą  się  wodą,  do 

której  wlano  kamforę.  Nad  kotłem  rozpięto  namiot  z  białych  prześcieradeł.  Tuż  obok  pieca,  na 

kuchennym stole siedziała Summer. Przed sobą, w wyciągniętych rękach trzymała małą Hannah, starając 

się, aby dziecko nawdychało się jak najwięcej pary, wydobywającej się z kotła. 

- Jest jakaś poprawa? - spytał Montana. Summer potrząsnęła przecząco głową. Ramiona i plecy bolały 

ją od nienaturalnej pozycji, ale nigdy w życiu by się nie zgodziła, żeby ktoś ją zastąpił. Była zdecydowana 

zrobić wszystko, byle tylko uratować dziecko, które pokochała całym sercem. 

Montana delikatnie uścisnął ją za ramię i pocałował w policzek. 

- Nie martw się, Summer - powiedział cicho. - T o na pewno pomoże. Hannah będzie zdrowa. 

W  oczach  Summer  zalśniły  łzy,  ale  zamrugała szybko  powiekami,  żeby  nie  okazać  swojej słabości. 

Teraz powinna być silna, nie tylko ze względ u na Hannah, ale i Pansy i Neda, którzy siedzieli w kącie, 

przytuleni do siebie i patrzyli wystraszonymi oczami. 

- Może dzieci powinny się trochę przespać? - spytał cicho doktor Ethridge. 

Summer potrząsnęła przecząco głową. 

- Nie mogę im teraz kazać stąd wyjść. One są bardzo przywiązane do swojej siostrzyczki. 

-  Rozumiem.  W  takim  razie  może  ja  się  nimi  trochę  zajmę.  Dzieci!  -  zawołał.  -  Chodźcie  tutaj!  U 

siądziemy przed kominkiem i pogawędzimy sobie. 

Pansy  i  Ned  posłusznie  usiadły  na  dywaniku  przed  kominkiem.  Doktor  Ethridge  zasiadł  na  krześle 

nieopodal i zaczął coś im opowiadać. Dzieci cichutko zachichotały i wkrótce cała trójka gwarzyła wesoło. 

background image

Jednak w miarę upływu czasu głosy zaczęły cichnąć. W walce ze snem i dzieci, i doktor Ethridge, ponieśli 

sromotną  klęskę.  Dzieci  ułożyły  się  na  dywaniku,  siwa  głowa  doktora  Ethridge'  a  opadła  na  pierś. 

Wszystkich zmorzył sen. 

Summer przycisnęła wargi do policzka małej Hannah. 

- Panie Boże, błagam, dopomóż ... - modliła się szeptem. - Los już tak ciężko doświadczył tę . trójkę 

dzieci. Nie pozwól, żeby znów poniosły bolesną stratę. - Summer nawet nie próbowała sobie wyobrazić, 

ile bólu sprawiłoby wszystkim odejście małej Hannah. 

A na dworze Montana znów naprężał mięśnie. 

Podniósł siekierę i uderzył w kolejne polano. Narąbał już staremu doktorowi zapas drew na całą zimę, 

ale nie mógł teraz siedzieć bezczynnie. Musiał coś robić, żeby nie dopuścić do siebie tej strasznej myśli. 

Co to będzie, jeśli mała Hannah przegra tę walkę ... 

Zastanawiał się tylko w duchu, jak to mogło się stać, że taka maleńka istota potrafiła cały jego świat 

wywrócić  do  góry  nogami.  Jeszcze  kilka  tygodni  temu  był  złodziejaszkiem,  któremu  stróże  prawa  bez 

przerwy deptali po piętach. I beztroskim hazardzistą, dla którego liczyło  sie tylko dobre cygaro i dobre 

karty w ręku. A teraz bez oporu dałby się. poprowadzić na szubienicę, byleby tylko mała Hannah prze-

żyła. 

Wszedł  do  kuchni,  dźwigając  naręcze  drew  i  złożył  je  niedaleko  paleniska.  Podszedł  do  kominka, 

gdzie stary człowiek i trójka dzieci spali głębokim snem. Poprzykrywał ich kocami i podszedł do stołu, na 

którym siedziała Summer. Głowa Summer odrzucona była w tył, oczy zamknięte. Spała. 

Mała Hannah też spała. Jej oddech był głęboki l mlarowy. 

Montana padł na kolana obok nich. Przez moment nie widział nic, póki nie otarł łez . 

Łez szczęścia. 

Summer obudziła się o świcie. I w tej szarości, zwiastującej dzień, zobaczyła na swoim podołku głowę 

Montany. Klęczał obok na twardej podłodze, obejmując jej kolana. Spał. 

Nie tylko on. Mała Hannah też spała, tak jak on. Głębokim, zdrowym snem. 

- Dzięki Ci, Panie ... - wyszeptała. 

Podniosła głowę i napotkała przenikliwe spojrzenie bystrych czarnych oczu doktora E thridge' a. 

Uśmiechnęła się do doktora i ostrożnie wyzwoliła się z objęć Montany. Wstała, a on nawet nie drgnął. 

background image

Był  tak  zmęczony,  że  spał  dalej,  z  głową  opartą  o  krzesło.  Podeszła  do  kominka  i  ułożyła  Hannah  na 

dywaniku, między starszym rodzeństwem. Kiedy dzieci obudzą się i otworzą oczy, pierwsze, co zobaczą, 

będzie ich siostrzyczka. Już zdrowa ... 

Doktor  Ethridge  powoli  podniósł  się  z  krzesła  i  dał  jej  znak  ręką,  żeby  przeszła  za  nim  do  salonu. 

Summer nalała herbaty do dwóch filiżanek, weszła do salonu i jedną z filiżanek postawiła na stoliku obok 

krzesła, na którym zasiadł doktor. 

- Nigdy nie będę w stanie odwdzięczyć się za to, co pan uczynił - powiedziała wzruszonym głosem. 

- Ja nie uczyniłem niczego, moja droga. T o Pan Bóg w swojej łaskawości pozwolił mi przypomnieć

sobie,  co  zrobiła  moja  żona  podczas  choroby  naszego  syna.  Było  to  ponad  pół  wieku  temu,  a  ja  teraz 

czasami nie potrafię już sobie nawet przypomnieć, co działo się wczoraj. 

-  Ależ  doktorze!  Pan  uczynił  dla  nas  bardzo  wiele! Przecież  w  naszym  wozie nie  moglibyśmy tego 

wszystkiego zrobić. A pan udostępnił swój dom ludziom całkowicie sobie obcym ... 

Stary człowiek podniósł rękę, nakazując jej milczenie. 

- Na tym świecie nie ma ludzi obcych. Wszyscy jesteśmy dla siebie siostrami i braćmi. 

Popił herbaty, po czym znów skierował na Summer swój przenikliwy wzrok. 

- Pansy i Ned opowiedziały mi swoją smutną historię. Teraz już wiem, jak wasze losy splotły się ze 

sobą. Dzieci bardzo panią pokochały. Podziwiają panią za jej głębóką, niezachwianą wiarę i wielkie serce. 

Są  tak  szczęśliwe,  żeście  je  przygarnęli,  pani  i  jej  mąż.  Opowiadały  mi  też  o  waszych  dramatycznych 

przeżyciach,  kiedy  przyjechał  człowiek  z  agencji  Pinkertona,  żeby  je  zabrać,  a  potem  rozdzielić. 

Opowiadały, jak stoczyliście z nim zwycięską walkę i uciekliście. 

Miała wielką ochotę skłamać. Kłamstwo miała już na końcu języka. Ale temu staremu panu nikt chyba 

jeszcze nigdy nie powiedział nieprawdy. 

-  Muszę  panu  wyznać,  doktorze  Ethridge,  że  prawda  wygląda  nieco  inaczej.  Kiedy  przygarnęłam 

dzieci, nie kierowały mną szlachetne pobudki. Owszem, dałam im schronienie, były przecież bezdomne, 

ale wcale nie miałam zamiaru przygarniać ich na stałe. Potem dopiero ... z czasem ... sytuacja się zmieniła 

...  A  jeśli chodzi o moją wiarę·  .. To tylko pozory.  Nie jestem osobą  duchowną, tylko zwyką oszustką. 

Wygłaszam kazania, ale tylko dlatego, że niczego innego nie potrafię dobrze robić. Poza tym ludzie nie 

skąpią pieniędzy i w ten sposób zarabiam na życie. 

- Nie wierzy pani w to, co mówi podczas kazania? 

- Kiedy wygłaszam kazanie, każde słowo wypowiadam z największym przekonaniem. Ale to wcale nie 

znaczy, że jestem dobra i szlachetna. Dla mnie najważniejsze było to, że w ten sposób zarabiam na chleb. 

Te  kazania  zawsze  traktowałam  jak  coś  w  rodzaju  przedstawienia.  T  ak  naprawdę  to  chyba  przede 

wszystkim jestem nie złą aktorką ... A poza tym... 

- Co jeszcze, moja droga? 

background image

- Montana wcale nie jest moim mężem. 

- A kim on jest, jeśli wolno wiedzieć? 

- Kim? Jestem hazardzistą, złodziejem i bandytą - rozległ się od progu dźwięczny głos Montany. 

Podszedł bliżej, przysiadł na poręczy krzesła Summer i objął ją ramieniem. 

- Ale on nie powiedział całej prawdy, doktorze Ethridge! - wykrzyknęła Summer. - On ma złote serce, 

naprawdę! I ma w sobie tyle szlachetności i. .. 

- Nie ma we mnie żadnej szlachetności - przerwał jej szorstko Montana. - Przyłączyłem się do Summer 

i dzieci tylko dlatego, że dzięki temu łatwiej mi było wymknąć się stróżom prawa. Pomyślałem sobie, że 

żaden z miejscowych szeryfów nie będzie podejrzewać mężczyzny z żoną i dziećmi. 

Stary człowiek przyglądał im się z głęboką zadumą· 

- Czyli z tego, co mówicie, wynika, że wasza przeszłość wcale nie była ... heroiczna. 

- O, nie! - przytaknęli zgodnie. 

Doktor Ethridge znów zadumał się na chwilę, po czym zadał pytanie, które nimi wstrząsnęło.

- Może te dzieci zostałyby u mnie? 

- U pana? - W oczach Montany pojawiły się gniewne błyski. - A dlaczego niby miałyby tu zostać? 

- Dzięki temu moglibyście wrócić do swojego dawnego życia. 

Montana chwycił Summer za rękę. Ich palce mocno się splotły. 

-  Zdaje  się,  że  nie  wyjaśniliśmy  panu  wszystkiego dostatecznie  jasno  -  powiedzia!  twardym  głosem 

Montana. - T e dzieci stały się dla nas wszystkim. Nie mamy zamiaru nikomu ich oddawać. 

- Ale powiedzieliście mi, że nie jesteście małżeństwem ... 

Montana znów nie dał mu dokończyć. 

~ Zamierzamy to wkrótce zmienić, doktorze Ethridge. 

- Rozumiem. A co z wymiarem sprawiedliwości? Macie zamiar dalej tak uciekać w nieskończoność? 

- Nie mamy innego wyjścia. Pewien detektyw z agencji Pinkertona depcze nam po piętach. Wynajęli 

go ludzie, którzy chcą adoptować małą Hannah. Starsze dzieci mają trafić do sierocińca. A Summer ani ja 

nigdy się na to nie zgodzimy. 

Z kuchni dobiegły głosy dzieci.  Summer i  Montana spojrzeli  po sobie i  oboje bez  słowa wybiegli z 

salonu. 

Doktor Ethridge wypił łyk herbaty i znów się zadumał. 

- Dlaczego pan tak szepcze i szepcze, doktorze Ethridge? - spytał mały Ned z buzią pełną owsianki, 

posypanej cynamonem i cukrem. 

- Ned! Nie wypada zadawać tak osobistych pytań. To nietaktowne ... - skarciła go półgłosem Summer. 

background image

- Ależ nic się nie stało - powiedział stary człowiek i uśmiechnął się smutno. - A mój głos ... Myślę, że 

Pan  Bóg  pokarał  mnie  za  moją  pychę.  Kiedyś  byłem  kaznodzieją  znanym  na  całym  Zachodzie,  aż  po 

Oracle. Moja sława sięgała tak daleko, że sam prezydent Grant poprosił mnie, abym przemawiał podczas 

jego  inauguracji.  W  rezultacie  powoli  zaczynałem  wierzyć,  że  ludzie  przychodzą  słuchać  mnie,  a  nie 

mojego przesłania. I kiedy zdawało się, że wspiąłem się na szczyt, nagle straciłem wszystko, co liczyło się 

w moim życiu. Moją żonę. Mojego syna. Oboje zmarli na ospę. Wtedy straciłem głos, a także przez jakiś 

czas byłem sparaliżowany. 

- To straszne ... - szepnęła Summer. 

- Nie, moja droga - powiedział z łagodnym uśmiechem. - To było ukryte błogosławieństwo. Kiedy mój 

głos ucichł, spojrzałem wgłąb siebie. Odzyskałem wiarę i nic już nią nie zachwieje. A ponieważ sił mam 

bardzo niewiele, żyję spokojnie, spełniając posługę kapłańską tylko tym, którzy najbardziej tego 

potrzebują. Załuję tylko jednego. Ze nie mogę już głosić kazań. Dla dobrych ludzi z tego miasta byłoby to 

wielką pociechą. Chociaż ... 

Jego przenikliwy wzrok na moment spoczął na Summer. 

- Może dobry Bóg znów okazał swoją łaskawość i zesłał tutaj panią ... 

Pansy i Ned też spojrzeli na Summer. Błagalnie. A ona przypomniała sobie ich radosne twarzyczki, 

kiedy miejscowe dzieci zaprosiły je do wspólnej zabawy. Niestety ... 

- Nie możemy tu zostać, doktorze Ethridge - powiedziała cicho. - Kiedy tylko Hannah odzyska siły, 

ruszamy w dalszą drogę. 

Stary pan skinął głową. - Rozumiem. 

Nabrał łyżką owsianki i przełknął. 

- Po  śmierci  żony nie  jadłem równie smacznego śniadania. Szkoda, że tak wspaniała  kucharka musi 

stąd odjechać. Ale cóż ... 

Zjadł jeszcże trochę owsianki i spojrzał dookoła. 

- Wybaczcie, moi drodzy, że nie zaprowadzę was na piętro. Od kilku lat nie chodzę po schodach. 

Musicie iść tam sami. Wszystkie pokoje są do waszej dyspozycji. Proszę, rozgoście się i czujcie się tu jak 

u siebie w domu. 

- Pan jest zbyt wspaniałomyślny, doktorze Ethridge! - powiedziała wzruszona Summer. 

- Och, moja droga! Z mojej strony to przede wszystkim zwykły egoizm. Cieszę się, że ten stary dom 

ożyje. 

Pokoje na piętrze były duże, ładnie umeblowane, przypominały Summer dom jej babki. W tym domu 

też mieszkali ludzie kochający siebie nawzajem i swój dom. Niestety, kiedyś, bo do tych pokoi od bardzo 

background image

dawna nikt nie zaglądał, dlatego Summer, kiedy wybrali sobie dwa pokoje na pomieszkanie, pootwierała 

przede wszystkim okna, żeby wpuścić do środka świeże powietrze i przewietrzyć pościel. 

W  jednym  z  pokoi  stała  kołyska,  a  w  pokoju  obok  Pansy  i  Ned  znaleźli  w  dużej  skrzyni  mnóswo 

zabawek  z  drewna.  Zachwyceni,  na  początek  wyciągnęli  wózek  i  bąka,  pomalowanego  na  jaskrawe 

kolory. Jednak znużeni dramatycznymi  wydarzeniami tej nocy, nie bawili się długo.  I choć słońce było 

już wysoko na niebie, wdrapali się na łóżko i zasnęli jak kamień. 

Summer  usiadła  w  wygodnym  bujanym  fotelu  przyoknie  i  tuląc  do  siebie  małą  Hannah,  nuciła 

cichutko, póki malutka nie zasnęła. Wtedy ułożyła ją w kołysce, a sama z rozkoszą wsunęła się pod kołdrę 

i też zasnęła. Kamiennym snem. 

Tylko Montana  czuwał, choć z całego serca pragnął ułożyć się  obok Summer i wziąć ją w ramiona. 

Przysunął krzesło bliżej okna, z którego widział dobrze ulicę. Usiadł i modlił się w duchu , żeby mogli 

opuścić to miasto, póki nie zawitają tu stróże prawa. 

.. 

Summer obudziła małą Hannah. Dziecko uśmiechało się i gaworzyło, a obok, w fotelu bujanym, z ręką 

opartą na kołysce, spał Montana. Summer wstała z łóżka, wzięła dziecko na ręce i na palcach wyszła na 

korytarz. W sąsiednim pokoju Pansy i Ned, już wypoczęci i radośni, wyciągali ze skrzyni nowe zabawki. 

Summer położyła palec na ustach, nakazując im ciszę i dała znak ręką, żeby poszli za nią. 

Zeszli na dół, do salonu. Doktor Ethridge, usadowiony w krześle koło okna, powitał ich serdecznym 

uśmiechem. 

- Wyglądacie już o wiele lepiej - stwierdził z zadowoleniem. 

- Wypoczęliśmy znakomicie. Dziękujemy panu - powiedziała Summer. - Doktorze Ethridge, a może 

chciałby pan, żebym ugotowała coś na obiad?· 

- Nie trzeba, moja droga. Przekazałem wiadomość Charity Danville, że mam gości i dostarczono nam 

już wszystko. Trzeba tylko nakryć do stołu. - Pan jest dla nas po prostu za dobry! Doktor mrugnął do niej 

wesoło. 

- Nie bez powodu, moja droga, nie bez powodu! Ciągle mam jeszcze nadzieję, że uda mi się przekonać 

ciebie i Montanę, żebyście tu zostali. Wtedy mój dom znów będzie rozbrzmiewać dziecięcym śmiechem. 

- Och, doktorze Ethridge! Gdybyśmy tylko mogli ... 

background image

Westchnęła, ale zaraz potem uśmiechnęła się. 

Nie chciała psuć nikomu radosnego nastroju. Zostawiła dzieci pod opieką doktora, a sama poszła do 

kuchni. Nie zdążyła się jeszcze zakrzątnąć, kiedy do kuchni wbiegł Montana. 

-  Nie  mogę  uwierzyć,  że  zasnąłem!  -  rzucił  od  progu  zdenerwowanym  głosem.  -  Ale  na  szczęście 

obudziłem się w odpowiednim momencie! Widziałem, jak wchodzą do biura szeryfa! 

Summer, przestraszona, chwyciła się za serce. 

- Ale kto, Montana?! Kto?! 

Boże wielki, przecież znała już odpowiedź! 

- Wade Farmer, nasz agent od Pinkertona, i oczywiście szeryf Otis Pain! 

- Zaprzęgaj konia, Montana! Ja idę po dzieci. 

Nie myślała o tym, co w tej chwili zostawiali za sobą. Nie było czasu na rozpamiętywanie, jaki dom 

mogliby stworzyć tutaj dzieciom, w tym mieście pełnym dobrych, życzliwych ludzi. Teraz każda minuta 

była na wagę złota. 

Pomknęła do salonu. 

- Dzieci! - powiedziała, starając się, żeby w jej głosie nie było słychać cienia niepokoju. - Pożegnajcie 

się ładnie z panem doktorem Ethridgem. Zaraz wyjeżdżamy! 

Stary pan spojrzał na nią ze zdumieniem. Musiała, niestety, wyjaśnić mu sytuację. 

-  Montana  zobaczył  przez  okno  agenta  Pinkertona!  Jest  z  nim  ten  zdemoralizowany  szeryf,  który 

przysiągł, że doprowadzi Montanę na szubienicę! 

Pansy i Ned zaczęli płakać. Usteczka małej Hannah natychmiast wykrzywiły się w podkówkę· 

- Cicho, dzieci, proszę, nie płaczcie - prosiła Summer. - Wszystko będzie dobrze, tylko pośpieszcie się. 

Nie mamy ani chwili do stracenia. 

Doktor Ethridge każde z dzieci przytulił do serca, potem powoli podniósł się z krzesła i podszedł do 

Summer. Objął dłońmi jej twarz i spojrzał jej głęboko w oczy. 

- To nie jest sposób na życie, moja droga. Nie możecie ciągle uciekać, ciągle oglądać się trwożliwie za 

siebie. 

-  Ale  nie  można inaczej ...  -  wykrztusiła, walcząc  z  łzami.  -  Ja  ...  ja  kocham Montanę,  i  kocham  te 

dzieci. Gdybym miała ich stracie ... Nie, ja bym tego nie przeżyła ... 

- Jeśli pani chce zatrzymać ich przy sobie, niech pani przestanie uciekać. I zaufa Bogu. 

Summer, prawie nic nie widząc przez łzy, potrząsnęła tylko głową i poleciła dzieciom: 

- Pansy, idźcie wszyscy szybko do wozu. 

- Tak, proszę pani. 

Dzieci  ruszyły  ku  drzwiom,  a  ona  odwróciła  się,  z  nadzieją,  że  zdoła  wyrazić  słowami  całą  swoją 

wdzięczność, jaką czuła do tego starego, pełnego dobroci człowieka. Odwróciła się i z jej ust wydobył się 

background image

okrzyk pełen przerażenia. 

Stary pan osuwał się na podłogę. Natychmiast podbiegła do niego, przyklękła, chwilę potem do salonu 

wpadł Montana, wezwany przez przera-

żone dzieci. 

- Co się stało, Summer? 

- Nie wiem! Nie mogę go podnieść! 

Rzuciła  się  do  sofy,  po  koc  i  poduszkę.  Okryła  starca,  podsunęła  mu  pod  głowę  poduszkę.  Potem 

spojrzała Montanie prosto w oczy. 

- Nie zostawię teraz doktora - oświadczyła twardo. 

- Ale ... 

Wstała z kolan, podeszła do niego i położyła palec na jego ustach. I zamknęła oczy, żeby nie widział, 

ile w nich bólu. 

- Zabierz dzieci. Uciekajcie beze mnie. 

- Nie, Summer. - Oderwał jej dłoń od swoich ust. - Jesteśmy wspólnikami, zapomniałaś? Jeśli ty 

zostajesz, ja też zostaję. 

Sprawdził swój pistolet. 

- To miasto jest tak samo dobre do walki jak każde inne. 

- Nie, nie, Montana! Doktor Ethridge jest człowiekiem Boga. W jego domu nie wolno używać broni. 

- Czyli co? - rzucił gniewnie. - Chcesz, zebyśmy się poddali? 

Milczała  przez  chwilę,  wpatrując  się  w  nieruchorną  postać  na  podłodze  i  przywołując  w  pamięci 

ostatnie słowa, jakie przekazał jej doktor Ethridge. 

- Nie, Montana, my wcale się nie poddajemy. Tylko oddajemy się pod opiekę kogoś bardziej 

potężnego niż twoja broń ... Pod opiekę Pana Boga! 

Wade  Farmer  i  szeryf  Otis  Pa  in  woleli  nie  ryzykować.  Poszli  do  burmistrza  i do  szeryfa  Sharpa,  . 

obeszli  prawie  wszystkich  właścicieli  małych  biznesów,  ostrzegając  przed  dwójką  łotrzyków,  którzy 

podają  się  za  kobietę-kaznodzieję  i  jej  męża.  Przed  każdym  wyrecytowali  całą  litanię  przestępstw, 

popełnionych przez człowieka znanego jako Montana. A ponadto, aby jeszcze bardziej uzasadnić swoje 

oskarżenia,  opowiedzieli,  jak  tej  parze  udaje  się  umknąć  przed  ręką  sprawiedliwości,  ponieważ  udają 

background image

rodzinę. A tak naprawdę te dzieci to trójka zbiegłych sierot. 

Wzburzony  tłum  ruszył  do  dGmu  doktora  Ethridge'a.  Wszyscy  byli  zaniepokojeni  o  los  starego 

człowieka, który znajdował się teraz w rękach przestępców. Tłum otoczył dom, kilku mężczyzn z bronią 

w  ręku  pierwszych  wpadło  do  środka.  Do  salonu,  w  którym Summer,  Montana  i  dzieci klęczeli  wokół 

nieruchomego ciała na podłodze. 

-  Coście  mu  zrobili?!  -  krzyknął  z  gniewem  szeryf  Sharp,  grożąc  im  pistoletem.  -  Odsuńcie  się  od 

niego natychmiast! 

Wstali posłusznie. Summer jedną ręką tuliła do piersi Hannah, drugą trzymała mocno za rączkę Pansy. 

Montana wziął na ręce Neda i cofnął się o krok

- Doktor Ethridge miał atak - powiedział. 

- Niech pan uważa! - krzyknął agent Pinker- tona. - To rewolwerowiec. Lepiej go przeszukać! 

Kilku mężczyzn natychmiast rzuciło się do Montany, sprawdzić jego olstra. 

- Nie ma broni! - zawołali. 

- A więc w końcu lis wyszedł ze swojej nory - rzucił zjadliwie szeryf Pain. - Oddajcie te dzieci. 

Trzeba związać wam ręce, żeby nie przyszło wam do głowy uciekać. 

Mały Ned, dygocząc na całym ciele, ukrył twarz na ramieniu Montany. 

- Ejże, Ned! - powiedział do niego cicho Montana, głaszcząc go po głowie. - Bądź dzielny. Kiedy już 

odsiedzę swoje, wrócę do ciebie. Obiecuję. Jesteśmy przecież wspólnikami! 

Ale chłopiec płakał dalej. Montana niemal siłą odczepił go od siebie. Postawił chłopczyka na podłodze 

i wyciągnął obie ręce do szeryfa. 

-  No,  proszę.  Wszystko  idzie  łatwiej,  niż  się  spodziewałem  -  powiedział  z  zadowoleniem  Wade 

Farmer. - W imieniu Agencji Pinkertona żądam przekazania mi pełnej kurateli nad tą trójką dzieci. 

-  On  chce  wysłać  nas  do  sierocińca!  -  krzyknęła  Pansy.  -  A  naszą  siostrzyczkę  chce  oddać  jednej 

bogatej pani, która na pewno nie będzie tak jej kochała jak my! 

background image

- Spokojnie. Ja ... - zaczął Farmer, ale burmistrz nie dał mu dokończyć. 

- Czy to prawda? - spytał. - Ścigasz pan te dzieci, żeby je potem rozłączyć? 

Wade Farmer wzruszył ramionami. 

- Co z nimi będzie dalej, to nie moja sprawa. Bankier zapłacił mi, żebym przywiózł mu je wszystkie. 

Zaczął wydzierać Hannah z ramion Summer. 

Dziewczynka zaczęła płakać rozpaczliwie i nagle wśród tego płaczu i szamotaniny rozległ się drżący 

głos Neda. 

- To on - powiedział, wskazując palcem na szeryfa Otisa Paina. - On zastrzelił moją mamę i mojego 

tatę. 

Wszyscy spojrzeli na Paina, zajętego krępowaniem rąk Montany. 

Summer krzyknęła cicho. 

- Pansy! Przecież mówiłaś, że nie wiesz, kto zastrzelił waszych rodziców! 

- Bo ja nie wiem, proszę pani! Byłam w chacie z Hannah. Ale Ned bawił się na polu. On to widział. 

Ned? To naprawdę on? 

-  Tak.  -  Zalękniony  chłopczyk,  popłakując,  chwycił  się  za  spódnicę  Summer.  Ale  mówił  dalej.  -

Leżałem w bruździe, niedaleko od pługa. On przyjechał, a z nim jeszcze kilku mężczyzn. Chciał od taty 

pieniędzy. Tata powiedział, że nie ma. Wtedy zastrzelił tatę, a potem ... mamę ... 

Głos chłopczyka załamał się, przeszedł w szept. - I jak odjeżdżali, to się ... śmiali ... 

Lufa pistoletu Paina wycelowana była w pierś Montany. 

- Dzieciak bredzi - wysapał. - A ja noszę odznakę szeryfa! 

-  Nie  tylko  ty!  -  Szeryf  William  Sharp  wysunął  się  do  przodu  i  dał  znak  swoim  ludziom,  żeby 

skierowali broń na szeryfa Paina. - To jest moje miasto. Ja tutaj reprezentuję prawo! Otisie Pain, jest pan 

aresztowany pod zarzutem morderstwa. Zabieram pańską broń. 

- A ja zabieram dzieci do Hollow Junction - oświadczył Wade Farmer i zaczął wydzierać Hannah z rąk 

Summer. 

Wszystkie  dzieci  zaczęły  płakać,  a  $ummer,  choć  ze  wszystkich  sił  starała  się  opanować,  z  trudem 

background image

powstrzymywała łzy. Ale zdawała sobie sprawę, że w tej sytuacji nie powinna stawiać oporu. 

Szeryf Sharp milczał, zapewne zastanawiając się, czy podjąć interwencję· w sprawie, która właściwie 

nie powinna go obchodzić. 

Wtedy doktor Ethridge poruszył się i powoli zaczął podnosić się z podłogi. Wstał, usiadł na krześle i 

chudym, kościstym palcem wskazał na Montanę· 

- Zastanów się, Sharp - wyszeptał z wysiłkiem. - Ten człowiek gotów jest poświęcić swoją wolność, 

byle tylko te dzieci pozostały razem. Myślę, że to świadczy jak najlepiej o jego charakterze. 

T  o  było  wszystko,  czego  potrzebował  szeryf  Sharp.  Skierował  swoją  broń  na  Wade'a  Farmera  i 

powiedział: 

-  Te  dzieci  podlegają  mojej  jurysdykcji.  Nie  pozwolę  ich  rozdzielić,  dopóki  przebywają  w  moim 

mieście. 

- Ci dobrzy l udzie ... - zaszeptał doktor Ethridge - będą dobrze służyć naszemu miastu. Chcę użyczyć 

im swojego domu w zamian za życzliwość i opiekę, jakiej doświadczyłem od nich poprzedniego dnia. I 

będę wspierał ich, jesli zdecydują się głosić w naszym mieście Słowo Boże ... 

- Chce pan przyjąć pod swój dach przestępcę i jego kobietę? - spytał zdumiony burmistrz. 

Szeryf Sharp wyciągnął z kieszeni list gończy i wręczył burmistrzowi. 

-  Niech  pan  spojrzy  ...  Montanę  nazywają  złodziejem-dżentelmenem.  Nigdy  nikomu  nie  wyrządził 

żadnej  krzywdy  cielesnej.  -  Wyciągnął  z  pochwy  nóż  i  przeciął  więzy,  krępujące  ręce  Montany.  -

Większość ludzi, których pan obrabował, nie chce pana skarżyć. Podejrzewam, że dobytek, jaki mieli ze 

sobą,  nie  został  z,dobyty  uczciwie.  Tym  niemniej,  kradł  pan  i  każdemu,  kto  pana  oskarży,  należy  się 

zadośćuczynienie. 

- I otrzyma - oświadczył doktor Ethridge. - Jeśli ten człowiek będzie miał normalny dom i środki, które 

zdobędzie dzięki uczciwej pracy, godnej szacunku, wtedy bez trudu zrekompensuje poniesione przez 

innych straty. To logiczne. 

Montana  spojrzał  na  Summer,  która  stała  nieopodal,  otoczona  dziećmi.  Nie  zamienili  ze  sobą  ani 

słowa, a przecież wiedzieli już oboje, o co chodzi. Stary,  przebiegły człowiek wymówił właśnie słowo, 

które żadnemu z nich nie potrafiło przejść przez gardło: godny szacunku? 

- Naturalnie ... - ciągnął stary człowiek, a jego oczy błyszczały - powinni wziąć ślub. Nie mogę 

pozwolić, aby pod moim dachem zamieszkali mężczyzna i kobieta niezwiązani węzłem małżeńskim. 

Dzieci,  słysząc  słowo  "ślub",  podskoczyły  z  radości  i  zaczęły  tańczyć.  Mała  Hannah  naturalnie  też 

zaczęła podskakiwać i klaskać w rączki. A pani Charity Danville wysunęła się do przodu i oznajmiła: 

- W takim razie razem z córką bierzemy się za przygotowanie przyjęcia. Proponuję dziś wieczorem. 

background image

Doktorze Ethridge, czy czuje się pan na siłach? - Od bardzo dawna nie czułem się tak dobrze! Stary 

człowiek zrzucił z siebie koc i ruszył do stolika pod ścianą, w poszukiwaniu swoich binokli. Szedł 

dziarskim krokiem, niemal jak młodzieniaszek. 

Nałożył binokle i odwrócił się. 

- Mam nadzieję, że wszyscy tu obecni zjawią się wieczorem. - Spojrzał na Summer. - Szósta? Jak pani 

myśli, moja droga? 

Zanim zdążyła odpowiedzieć, wyręczył ją burmistrz. 

-  Może  o  piątej?  Im  wcześniej,  tym  lepiej,  żeby  nie  mieli  czasu  zmienić  zdania,  nie  sądzi  pan, 

doktorze? I zaprosimy całe miasto. Niech wszyscy przyjdą i poznają nowego kaznodzieję i jego rodzinę. 

Tłum, przedtem gniewny,  a teraz zachwycony i podekscytowany zbliżającą się uroczystością, zaczął 

opuszczać dom doktora Ethridge'a. 

Szeryfa  Paina  i  Wade  Farmera  wyprowadzono  pod  eskortą  i  kiedy  ostatni  z  nich  znikł  za  progiem, 

Summer  i  Montana  spojrzeli  na  siebie  rozradowanym  wzrokiem,  po  czym  odwrócili  się  do  dzieci  i 

rozpostarli ramiona. 

Kiedy wszyscy już wyściskali się, wycałowali i osuszyli łzy radości, Pansy, jakby jeszcze nie wierząc 

do końca, spytała: 

- Czy to naprawdę będzie nasz dom? 

- Myślę, że tak - mruknął Montana. 

- Na zawsze? - pytał Ned, wpatrując się w niego roziskrzonym wzrokiem. 

- Dopóki doktor Ethridge pozwoli nam tu zostać - powiedziała Summer. 

Potem dzieci pobiegły na górę, do zabawek, a doktor Ethridge powoli podniósł się z krzesła. - Pójdę do 

kuchni i zrobię sobie herbaty. A was zostawiam samych. Na pewno pewne rzeczy chcielibyście jeszcze 

omówić. 

Ledwo znikł za progiem, a Sur:nmer i Montana, zanosząc się od śmiechu, padli sobie w ramiona. 

- No i kto tu jest największym oszustem? - powiedział Montana, z niedowierzaniem potrząsając głową. 

- Chytry lis ... Po prostu wystrychnął nas na dudka. Bo chciał, czy nie chciał, resztę życia musimy spędzić 

w tym mieście, opiekując się nim i kierując jego trzódką. 

- Och, Montano ... 

Summer musnęła wargami jego usta. 

- Będziemy w końcu żyć jak uczciwi ludzie! Ten stary doktor dał nam szansę na zbudowanie 

wspólnego życia. Nie będziemy już drżeć ze strachu, że w końc.u nas złapią! Montano, mamy to, czego 

pragnęliśmy oboje! 

-  Oboje?  Hm  ...  Muszę  się  nad  tym  zastanowić.  Czyli  wychodzi  na  to,  że  mam  porzucić  swoje 

dotychczasowe zajęcie,  żyć  uczciwie,  a  poza  tym do  końca życia  będę  miał na  głowie  kobietę  z trójką 

background image

dzieci! - Roześmiał się i mocno objął Summer. - Dziwne, że wcale nie czuję panicznego strachu! Wiesz, 

jak się czuję? Czuję się wolnym człowiekiem, po raz pierwszy w moim życiu! 

Wolnym,  powtórzył  sobie  w·duchu,  pochylając  głowę,  żeby  złożyć  n,a  ustach  Summer  gorący 

pocałunek. Wolność. Cenny dar, jaki otrzymał od losu dzięki Summer. On tego daru nie zmarnuje, odpłaci 

jej za to lojalnością i oddaniem. Także śmiechem,  bo śmiechu w rodzinie powinno być jak najwięcej.  I 

miłości, oczywiście. Tyle miłości, żeby wystarczyło na całe życie. Do samego końca.