background image

BETHANY CAMPBELL 

 

Piaskowy dolar 

(Sand dolar)

 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Nie podoba

ł  jej  się  sposób,  w  jaki  na  nią  patrzył,  kiedy  wchodziła  na  pokład  jachtu. 

Obserwował też towarzyszących jej dwóch mężczyzn, ale prawie całą uwagę skupił na niej. 
Otwarcie  taksował  ją  wzrokiem  tak  bezczelnym  i  wygłodniałym,  że  czuła  się  skrępowana. 
Znała takie spojrzenia i nie znosiła ich.   

By

ł przystojny mimo pewnej szorstkości i niedbałości w wyglądzie, brakowało mu tylko 

napisu „wilk morski”, przylepionego na czole. 

Nie golił się od dwóch czy trzech dni, więc na 

brodzie  i  nad  górną  wargą  widniała  ciemnozłota  szczecina.  Wiatr  rozwiewał  opadające  na 
czoło, wypłowiałe od słońca włosy.   

Wygl

ądał  jak  ktoś,  kto  żyje  chwilą,  poddając  się  bezwolnie  losowi.  Krótko  mówiąc, 

należał do tych mężczyzn, których znała dawno temu i z którymi nigdy nie chciała mieć do 
czynienia, 

przed którymi ostrzegał ją instynkt samozachowawczy. Wspomnienie przeszłości 

sprawiło,  że  poczuła  się  nieswojo,  a  jej  serce  zaczęło  uderzać  mocniej  niż  bijące  o  brzeg 
wzburzone fale Atlantyku.   

Uwaga,  b

ędą  kłopoty  –  podpowiadał  instynkt  i  doświadczenie.  Spokojnie  –  mówił 

rozsądek. Ktoś taki nie jest już w stanie cię zranić.   

Rozs

ądek  zwyciężył.  Jesteś  zdenerwowana,  powiedziała  do  siebie,  tylko dlatego,  że 

dzisiejsza wyprawa jest taka ważna. Uniosła podbródek odrobinę wyżej, odetchnęła głęboko 
rześkim październikowym powietrzem i postanowiła zachowywać się tak, jakby ten blondyn 
w  ogóle  nie  istniał.  Mimo  wszystko  kątem  oka obserwowała  go  równie  uważnie,  jak on 
obserwował ją. Z wyrazu jego twarzy wywnioskowała, że i jemu nie sprawia przyjemności jej 
obecność.   

–  Nasz kapitan,  pan Gabe Cantrell,  jak s

ądzę?  –  rzekł  Mortalwood  podając  rękę 

nieznajomemu m

ężczyźnie. – Jestem Lawrence Mortalwood, właściciel tego jachtu.   

Cantrell u

ścisnął mu rękę, a potem oparł się o reling w sposób tak niedbały, że Whitney 

uznała to zachowanie za wyzywające i pozbawione szacunku.   

– Panie kapitanie, oto moi go

ście, panna Whitney Shane i pan Adrian Fisk. Moi drodzy – 

to jest Gabe Cantrell, nasz kapitan.   

Cantrell skin

ął  głową,  zmrużył  oczy  przed  słońcem  i  wykrzywił  usta,  jakby  coś  go 

rozbawiło. Leniwie musnął wzrokiem Mortalwooda, wystrojonego w nowiutki strój żeglarski 
i nie

skalanie białe buty. Następnie obdarzył lekceważącym spojrzeniem Adriana Fiska i bez 

słowa wyciągnął do niego rękę. Adrian, bardzo czuły na najmniejszy przejaw braku szacunku, 
uścisnął  szybko  wyciągniętą  dłoń.  Nie  uśmiechnął  się  do  Cantrella,  ten  zaś  n ie  sprawiał 
wrażenia, żeby zrobiło mu to jakąś różnicę.   

Skierowa

ł  wzrok  na  Whitney  i  przyglądał  jej  się  uważnie.  Chłonął  każdy  szczegół  jej 

ubrania z nieopisaną bezczelnością, nie kryjąc, że sprawia mu to uciechę.   

–  Witam,  panno Shane  –  powiedzia

ł  i  sięgnął  po  jej  skórzaną  walizkę. –  Czy  mogę  to 

załadować? 

Whitney, 

ściskając  mocno  walizkę  i  aktówkę,  odwróciła  wzrok  w  stronę  portu,  gdzie 

background image

morze było dość wzburzone, a mewy kołowały w górze, ponad przybrzeżnymi moczarami.   

– Nie. Id

ę na dół się przebrać – odparła chłodno.   

–  Dobra my

śl  –  pochwalił  Cantrell.  Mówił  powoli,  cedząc  słowa,  bardziej  jak  ktoś  z 

zachodnich stanów ni

ż z Południa, co nadawało jego wypowiedziom odcień ironii.   

Dobrze wiedzia

ła,  że  nie  jest  właściwie  ubrana  na  przejażdżkę  jachtem.  W biurze 

w

szyscy myśleli, że wybiera się na wesele jednego z interesantów, miała na sobie jedwabny 

kostium  koloru  złota,  harmonizujące  z  nim  pantofle  z  wężowej  skórki  i  białą  jedwabną 
bluzkę. Mortalwood lubił, kiedy nosiła jedwabne bluzki. Uważał, że są nie tylko odpowiednie 
do pracy w biurze, 

ale i dodają kobiecości.   

–  Zaprowadz

ę  cię  do  twojej  kabiny  –  powiedział  Mortalwood  energicznie.  Wziął  od 

Whitney walizkę, swoją zaś zostawił Cantrellowi. Wolną rękę położył ojcowskim gestem na 
jej ramieniu i wąskimi schodami poprowadził w dół. Czuła, że Cantrell patrzy za nimi.   

–  Przykro mi, 

że  wszystko  jest  w  takim  stanie  –  rzekł  Mortalwood  przepraszającym 

tonem, 

otwierając wymagające odmalowania drzwi. W małej kabinie czuć było zapach pleśni, 

a kraciaste zasłony i narzuta na łóżko były wymięte. – Nie używałem tego od trzech lat, od 
kiedy Lila... 

zachorowała.  Powinienem  kazać  wszystko  odnowić.  Ach,  jak  ona  kochała  tę 

łódź.   

W jego g

łosie brzmiał smutek. Żona Lawrence’a Mortalwooda zmarła przed jedenastoma 

miesi

ącami.  Była  elegancką,  dowcipną  kobietą,  tak  jak  jej  mąż  zaangażowaną  w  handel 

nieruchomościami  i  inwestycje  budowlane.  Whitney  darzyła  ją  szacunkiem  i  jednocześnie 
szczerze lubiła. Wiele jej zawdzięczała i podziwiała, gdyż Lila była moralnym i zawodowym 
autorytetem w Korporacj

i Mortalwooda i otaczała dziewczynę opieką. Whitney wiedziała, że 

niektórych ludzi w firmie oburzała ich przyjaźń, ale nie zwracała na to uwagi.   

–  Musz

ę  co ś  z  tym  zro b ić  –  wyszeptał  Mortalwood  potrząsając  głową.  –  Ona nie 

zniosłaby takiego widoku.   

Zna

łaś  przecież  Lilę.  Wszystko  musiało  być  w  nienagannym  porządku.  Pamiętasz, 

prawda? 

Whitney u

śmiechnęła  się.  Pamiętała  bardzo  dobrze  –  Lila  była  prawdziwą 

perfekcjonistką.  Nie  tolerowałaby  warstwy  kurzu  ani  zapachu  pleśni  w  kabinie.  Woń  ta 
przypomniała Whitney dom nad rzeką, gdzie mieszkała przed laty razem z babką i wujkiem. 
Jej  uśmiech  zgasł.  Wspomnienie  to  przywiodło  jej  na  myśl  tego  milczącego,  zuchwałego 
mężczyznę  na  pokładzie  i  nie  potrafiła  oprzeć  się  impulsowi,  by  wyrazić  swą  niechęć  do 
niego.   

– A ten pa

ński kapitan – czy on nie powinien był wszystkiego dopilnować? Wygląda na 

zmanierowanego.   

– Cantrell? On jest tylko chwilowo. Dzisiaj rano po raz pierwszy pojawi

ł się na pokładzie. 

Zwolniłem mego stałego kapitana, kiedy Lila była... kiedy już nie mogliśmy przyjeżdżać na 
wybrzeże... Jak ona za tym tęskniła... – Mortalwood wyglądał na wytrąconego z równowagi, 
rozglądał  się  po  kabinie  z  nieszczęśliwą  miną  i  potrząsał  głową.  –  Pracownicy przystani 
powinni zadbać o to. Na zewnątrz jest wszystko w porządku, ale nic nie zrobili w środku. To 
skandal.  – 

Westchnął  ponownie.  –  Ale to dobrze,  że  znowu  bierzemy  ją  na  morze.  „Skarb 

background image

Liii” – 

powiedział, tak jakby mogło to przywołać utraconą żonę.   

Odwr

ócił się i uśmiechnął do Whitney. Nie był przystojny, ale czasami jego ostre rysy 

łagodniały i nadawały dobrotliwy wyraz twarzy.   

–  Nie przejmuj si

ę  kapitanem,  nie  dowie  się  o  niczym.  Ma  nas  tylko  zawieźć  na  Sand 

Dollar, potem do H ii ton Head i z powrotem. On nawet jeszcze nie wie, 

że Sand Dollar jest 

naszym pierwszym postojem.   

– To dobrze, 

że on jest tylko chwilowo – powiedziała Whitney wkładając swoją aktówkę 

i torebkę do jednego ze schowków. – Zrobił na mnie wrażenie gbura. Czy jest pan pewien, że 
można mu ufać? 

y

 – On jest tu nowy. – 

Mortalwood uśmiechnął się chytrze. – Nie ma pojęcia, 

kim  jesteśmy,  skąd  przyjechaliśmy  i  co  zamierzamy.  Przekonałem  się  o  tym,  kiedy go 
wynajmowałem. – Zdjął żeglarską czapkę i przygładził rzedniejące siwe włosy. – On myśli, 
że  chcemy  sprawdzić  stan  łodzi.  Powiem mu,  że  chcemy  się  zatrzymać  na  wyspie  Sand 
Dollar, 

by  zrobić  sobie  piknik.  A  potem  popłyniemy  do  Hilton  Head.  Nie  obawiaj  się,  już 

nigdy  go  nie  zatrudnię.  Zwłaszcza  że  ci  się  nie  podoba.  W  końcu  jesteś  przecież  moją 
specjalistką od zarządzania.   

Whitney skin

ęła głową, uradowana. Wiedziała, że ma wpływ na pana Mortalwooda czy 

też  pana  M. , jak  pozwalał  się  nazywać  uprzywilejowanym  pracownikom.  Nie  wahała  się 
wykorzystywać tego wpływu do swoich celów, a w tym wypadku uważała, że pozbycie się 
takiej osoby jak Cantrell wyjdzie wszystkim na dobre. 

Niech  ten  człowiek,  w  rozpiętej 

koszuli,  z niechlujnym zarostem i równie niechlujnymi manierami, 

odpłynie z ich życia jak 

najszybciej. 

Było oczywiste, że nie pasuje do grupy szanowanych, ciężko pracujących ludzi, 

załatwiających  poważne  interesy.  A dzisiaj Whitney,  pan M.  i Adrian Fisk mieli do 
załatwienia coś naprawdę ważnego.   

– Zostawi

ę cię, żebyś mogła się przebrać – powiedział Mortalwood, wkładając jej walizkę 

do schowka. 

Był  niewysoki,  n ie  wyższy  niż  ona,  a  ponadto  po  śmierci  żony  wyraźnie  się 

roztył.  Dlatego  musiał  kupić  na  tę  podróż  nowe,  obszerniejsze ubranie.  Jednak w tych 
kosztownych  białych  butach  i  spodniach,  niebieskim  swetrze  i  białej  czapce  żeglarskiej 
wyglądał jak źle obsadzony aktor przebrany w kostium sceniczny. Na dodatek wciąż nie mógł 
przyzwyczaić  się  do  nowych,  silniejszych okularów,  więc  co  chwila  przekrzywiał  głowę  i 
wyglądał  jak  niezgrabne  ptaszysko.  Uśmiechnął  się  machinalnie  do  Whitney  i  wyszedł  z 
kabiny, 

zamykając za sobą drzwi.   

On naprawd

ę  nie  może  dojść  do  siebie  po  śmierci  Liii,  pomyślała  Whitney  z  troską. 

Wyspa  Sand  Dollar  była  pierwszym  projektem,  który  zdołał  go  zainteresować.  Słyszała 
oddalające się wolne, ciężkie kroki zagłuszone po chwili hałasem zapalanego silnika jachtu. Z 
żalem zdała sobie sprawę, że Lawrence Mortalwood robi się coraz starszy. On i Lila byli jej 
nauczycielami, 

kiedy  zaczynała  stawiać  pierwsze  kroki  w  handlu  nieruchomościami  w 

jednym  z  oddziałów  ich  przedsiębiorstwa  mieszczącego  się  w  Atlancie,  w Georgii.  Lila 
zwróciła uwagę na jej wyniki sprzedaży i wybrała ją na szkolenie w zakresie zarządzania, a 
Whitney nie szczędziła sił, by zostać najlepszą.   

Teraz za

ś  była  jednym  z  czterech  wicedyrektorów  w  Korporacji  Mortalwooda  i 

zajmowała  się  organizacją  pracy.  Miała  duże  szanse  na  szybki  awans  na  stanowisko 

background image

wiceprezesa firmy. 

I  było  coraz  bardziej  prawdopodobne,  że  kiedy  Lawrence  Mortalwood 

odejdzie na emeryturę, wybierze właśnie ją na swoje miejsce.   

Jej najwi

ększym  rywalem  na  to  stanowisko  był  Adrian  Fisk,  ale Whitney doskonale 

wiedziała,  że  Mortalwood  lubi  ją  o  wiele  bardziej.  Fisk  miał  trudny  charakter,  więc 
Mortalwood wolał współpracować z nią, tak jak kiedyś z Lila.   

Whitney pracowa

ła nadzwyczaj ciężko, ale miała też dużo szczęścia, za co była szczerze 

wdzięczna losowi. Zdawała sobie sprawę, że mnóstwo osób zazdrości jej dzisiejszej pozycji i 
nazywa Kopciuszkiem. 

Ale nikt tak naprawdę nie wiedział, jak wiele rzeczywiście jest w niej 

z Kopciuszka. 

Uważała, że im mniej ludzie wiedzą o jej przeszłości, tym lepiej. Udało jej się 

oderwać  od  swoich  korzeni  i  –  z  pomocą  matki  –  starannie  przeistoczyć  w  nową  postać. 
Kiedyś była biednym dzieckiem, bez ojca, nie potrafiącym poprawnie mówić, mieszkającym 
na skraju brzydkiego małego miasteczka.   

Zdejmuj

ąc swój jedwabny kostium pomyślała, że zaszła dalej, niż kiedykolwiek marzyła. 

Pragnęła, by matka jeszcze żyła i mogła ją zobaczyć jako  wicedyrektorkę mającą zaledwie 
dwadzieścia  osiem  lat  i  wciąż  pnącą  się  w  górę.  Powiesiła  ubranie  w  nieco  zapleśniałej 
szafce. Pomy

ślała, że pan M. rzeczywiście musi coś zrobić z tym jachtem. Będzie mu o tym 

przypominać.  Po  śmierci  Liii  przypadł  jej  nieoficjalny  obowiązek  opiekowania  się  panem 
Mortalwoodem.   

W

łożyła  granatowe  spodnie.  Nie  mogła  nosić  szortów,  chociaż  październik  w  stanie 

Georgia  bywał  bardzo  ciepły,  gdyż  pan  M.  nie  lubił  młodych  kobiet  z  gołymi  nogami, 
zwłaszcza  pracujących  w  jego  firmie.  Włożyła  też  kosztowny  zielony  sweter  z  długimi 
rękawami i granatowymi wykończeniami, a na ramiona zarzuciła dobrany do tego kardigan i 
zawiązała z przodu jego rękawy. Przejrzała się w poplamionym lustrze i przygładziła długie 
blond włosy. Nosiła je zaczesane niezbyt ciasno do tyłu i upięte w kok.   

Poprawi

ła  lekki  makijaż.  Używała  tylko  delikatnego  szarego  cienia,  by  podkreślić 

błękitno-szary kolor oczu, i jasnoczerwonej szminki na wydatnych wargach.   

W porz

ądku,  pomyślała.  Teraz  była  już  odpowiednio  ubrana  na  wycieczkę  jachtem.  I 

niech  ten  zarośnięty  kapitan  ze  swymi  przymrużonymi,  krytycznymi  i  kpiącymi  oczami 
spróbuje się teraz uśmiechnąć. Odwróciła się od lustra, przyrzekając sobie, że będzie zimno i 
grzecznie ignorować tego – jak mu tam – Cantrella przez resztę podróży. On jest zresztą tylko 
przelotnym, 

drażniącym epizodem. Miała na głowie o wiele ważniejsze i pilniejsze sprawy. 

Musieli wspólnie, ona, pan M. i Fisk, 

podjąć decyzję o zrobieniu najśmielszego posunięcia w 

historii Korporacji Mortalwooda. 

Stanęli  przed szansą  kupna  jednej  z  ostatnich  dostępnych 

wysp przybrzeżnych, najdalej położonej i prawie dziewiczej Sand Dollar.   

Fisk przygotowywa

ł tę transakcję w całkowitej tajemnicy, co wywołało u Whitney pewne 

obawy. 

Znaczyło to bowiem, że usiłuje odsunąć ją na boczny tor, a sam nadskakuje panu M. 

Na szczęście Mortalwood zażądał opinii Whitney i oznajmił, że bez niej nie podejmie decyzji. 
Kilkakrotnie powtórzył, że przejęcie Sand Dollar byłoby największym sukcesem tej dekady w 
handlu nieruchomościami w stanie Georgia. Pomyślała, że oto ona, Whitney Shane, niegdyś 
nieślubne dziecko z małego miasteczka, jest jednym z uczestników tego przedsięwzięcia.   

Raz jeszcze po

żałowała, iż matka nie może jej teraz widzieć. Byłaby na pewno bardziej 

background image

podniecona niż sama Whitney, która niecierpliwie zatrzasnąwszy drzwi pobiegła schodami na 
górę, by przyłączyć się do Mortalwooda. Na pokładzie o mało nie zderzyła się z Cantrellem, 
wychodzącym właśnie z małej kuchenki z tacą drinków w ręce.   

–  Cholera!  –  zawo

łał uchylając się, by uniknąć zderzenia. Trochę martini wylało się ze 

szklanki. – 

Czy gdzieś się pali? Na jachcie trzeba się odprężyć.   

Zaskoczy

ł ją. Znalazła się zbyt blisko i dotknęła ramieniem jego nagiej piersi. Cofnęła się 

jak oparzona. 

Do  diabła,  pomyślała  ze  wzburzeniem,  czując  jego  zmysłowość.  Była 

przyzwyczajona  do  mężczyzn,  którzy  odznaczali  się  głównie  intelektem  i  wiedzą,  którzy 
spędzali  większość  dnia  za  biurkiem.  Ten  człowiek  zaś  przywiódł  jej  na  myśl  mężczyzn  z 
Kanker County. 

Za  młodu  byli  nawet  przystojni,  ale  później  życie  w  tym  mieście,  praca i 

wyziewy papierni niszczyły ich urodę, robiły z nich zwierzęta o pustym spojrzeniu. Stawali 
się niczym i nie mieli nic do zaoferowania swoim kobietom. Do końca życia nie chciała już 
mieć do czynienia z takimi mężczyznami.   

Cantrell zmru

żył oczy, a na jego ustach pojawił się złośliwy uśmieszek. Na policzkach, 

pod zarostem, 

widać było podłużne dołki, wyglądające prawie jak bruzdy. Whitney czuła, że 

on po cichu się z niej naśmiewa. Przebrał już miarę. Należało tego człowieka sprowadzić na 
właściwe miejsce.   

– Rozla

ł pan martini pana Mortalwooda – powiedziała chłodno. – Proszę zrobić następne. 

Poza tym pan Mortalwood pija je z cebulką, a nie z oliwką. Powinien był pan sprawdzić, czy 
barek jest właściwie zaopatrzony. I niech pan nie wytrząsa ginu, bo będę musiała jeszcze raz 
to przygotować.   

–  Mo

że  rzeczywiście  lepiej,  żeby  pani  zrobiła  to  we  właściwy  sposób.  –  Dołki  na 

policzkach zniknęły.   

– Ja obla

łem egzamin na barmana.   

Pewnie obla

łeś  wszystkie egzaminy,  jakie kiedykolwiek przyszło ci zdawać, pomyślała 

Whitney.   

– Niech pan mi to da – powiedzia

ła ostrym tonem, biorąc tacę. – Proszę popatrzeć, jak ja 

to robię.   

–  Tak jest,  prosz

ę pani – odpowiedział z udawanym posłuszeństwem. Wszedł za nią do 

wąskiej  kuchenki,  gdzie  stanął  zbyt  blisko  niej.  Była  pewna,  że  zrobił  to  specjalnie,  by  ją 
zirytować. Czuła ciepło płynące od niego i pragnęła, żeby wreszcie zapiął koszulę. Próbując 
nie zwracać na niego uwagi, otworzyła lodówkę.   

–  Oto  –  oznajmi

ła  potrząsając  słoikiem  –  są  specjalne  koktajlowe  cebulki.  Pan 

Mortalwood życzy sobie mieć je podane w ten sposób – nabite do połowy – nie na wylot – na 
plastykow

e wykałaczki, najlepiej niebieskie.   

–  Niecierpliwie rozgl

ądała  się  wokół,  szukając  wykałaczek,  aż  spostrzegła  otwarte 

pudełko  leżące  na  kontuarze.  Były  w  nim  tylko  zwykłe  drewniane  wykałaczki,  ani jednej 
niebieskiej.  – 

Ten  barek  nie  jest  należycie  zaopatrzony  –  wycedziła  lodowatym  tonem.  – 

Teraz  przypominam sobie, 

że  musiał  pan  wcześniej  otrzymać  od  sekretarki  pana 

Mortalwooda dokładne instrukcje, gdyż ja osobiście zleciłam...   

–  Nikt nie powiedzia

ł  mi  nic  o  dobieraniu  koloru  wykałaczek.  –  Jego  odpowiedź 

background image

ostrzegała,  że  nie  będzie  potulnie  wysłuchiwał  krytyki.  Pewnie  należał  do  tych  mężczyzn, 
którzy nie tolerują kobiet jako swoich zwierzchników.   

W takim razie,  pomy

ślała, przyda mu się lekcja pokory. Bez słowa posłała mu krótkie, 

zimne spojrzenie i spróbow

ała otworzyć słoik z cebulkami. Wieczko ani drgnęło. Spróbowała 

jeszcze raz,  mocniej, 

aż jej twarz wykrzywiła się z wysiłku. Postukała brzegiem zakrętki o 

kontuar. 

Nadal ani drgnęła.   

–  Czy m

ógłbym  w  czymś  pomóc?  –  wycedził.  Wciąż  stał  zbyt  blisko  i  drażnił  swym 

gorącym  oddechem  jej  ucho.  Sięgając  po  słoiczek  musnął  ręką  dłoń  Whitney.  Przywykła 
obcować  z  mężczyznami  o  rękach  prawie  tak  gładkich,  jak  jej  własne.  Jego  były  długie  i 
silne, pokryte niezliczonymi bliznami i zrogowaceniami.   

– To proste – powiedzia

ł, bez wysiłku odkręcając wieczko – jeżeli się wie jak. – Zwrócił 

jej słoik i oparł się o kontuar, a koszula rozchyliła mu się jeszcze bardziej, ukazując prawie 
całą  opaloną  pierś.  Ku  swemu  zdziwieniu  Whitney  ujrzała  na  niej  mały,  błękitny  tatuaż, 
przeds

tawiający  wyglądającego  nadzwyczaj  groźnie,  szczerzącego  zęby  aligatora.  Szybko 

odwróciła wzrok, zażenowana tym widokiem.   

–  Czasami  –  rzek

ła  wyławiając  cebulkę  –  intelekt  musi  ustąpić  miejsca  sile  fizycznej. 

Dziękuję panu.   

– O tak – odpar

ł niewzruszenie. – Czasami mózg musi bezwzględnie dać pierwszeństwo 

mięśniom. Cieszę się, że mogłem pani pomóc.   

– Prosz

ę spojrzeć – powiedziała ignorując tę drwinę. – Cebulka jest nabita na wykałaczkę 

do połowy.   

–  Fascynuj

ące  –  mruknął  i  ze  znudzeniem  skrzyżował  ręce  na piersi.  Chociaż  nie 

uśmiechał się, podłużne dołeczki pojawiły się znowu na jego policzkach. Stał tak w niedbałej 
pozie,  tylko oczy, 

ciemnoszare  i  na  wpół  ukryte  pod  rzęsami  miał  niepokojąco  czujne. 

Ujawniały inteligencję, jakiej się po nim nie spodziewała.   

– Gdzie jest shaker do martini? – spyta

ła krótko.   

– Tu, obok mnie – odpowiedzia

ł i nie zrobił żadnego ruchu, żeby po niego sięgnąć.   

Nie mia

ła zamiaru  dać  mu  satysfakcji, prosząc  o podanie shakera.  Gdy  chodziło o siłę 

woli, 

nie  z  takimi  mężczyznami  wygrywała  starcia.  Z niewzruszonym spokojem,  nie 

odwracając wzroku sięgnęła ręką po shaker. Trąciła przy tym jego nagie ramię, ale on się nie 
poruszył.   

W tym samym momencie jachtem wstrz

ąsnęło  i  jakaś  potężna  siła  rzuciła  ją  w  jego 

objęcia.  Przestraszyła  się,  gdy  błyskawicznym  ruchem  chwycił  ją  za  ramię,  pomagając 
utrzymać  równowagę.  Jachtem  znowu  rzuciło,  tym  razem  w  przeciwną  stronę  i  Cantrell 
mocniej przycisnął Whitney do siebie. Serce w niej podskoczyło. Przypadkowo przycisnęła 
twarz do jego muskularnej, 

ciepłej  piersi.  Musiał  instynktownie  wyprostować  się,  kiedy 

zakołysało, i Whitney dopiero teraz zauważyła, jaki jest wysoki i silny.   

Spr

óbowała odzyskać równowagę i odsunąć się od niego, ale jacht wciąż wyskakiwał w 

górę, by po chwili ciężko opaść na wodę. Cała drżąc, zamknęła oczy. Cantrell przycisnął ją 
mocniej i zaklął. Mimowolnie zacisnęła dłonie w pięści i zorientowała się, że przytula się do 
niego, 

jakby instynktownie szukając oparcia. Chociaż pokład pod stopami się uspokoił, wciąż 

background image

nie  otwierała  oczu,  oczekując  następnego  przechyłu.  Jego  ramię  też  było  napięte  i 
wyczekujące, ale podtrzymywało ją mocno. Znów zaklął.   

Nic si

ę  nie  działo  poza  tym,  że  była  bardzo  blisko  niego,  a on trzymał  ją  w  ciasnym 

uścisku. Tuż przy uchu czuła uderzenia jego serca, mocne i równe. Jego ciało promieniowało 
jesiennym słońcem i pachniało morskim wiatrem. Coś załaskotało ją w usta i wiedziała, że to 
kosmyk włosów z jego piersi. Coraz wyraźniej docierało do jej świadomości, że jedno z jego 
ramion  obejmuje  ją  mocno,  a  na  dodatek  druga  ręka  spoczęła  na  jej  barku.  Czuła 
równomierne wznoszenie się i opadanie jego oddechu, a nie ogolona broda kłuła ją lekko w 
ucho, 

co  nie  było  wcale  nieprzyjemne.  Nieco  oszołomioną  Whitney  wystraszył  nagle  jego 

głos, szorstki i zbyt bliski.   

– Nic si

ę pani nie stało? – Nie zrobił najmniejszego ruchu, żeby wypuścić ją z objęć.   

Przez chwil

ę  nic  nie  odpowiadała.  Nigdy  jeszcze  mężczyzna  nie  obejmował  jej  tak 

mocno, 

w zwykłych warunkach na pewno by do tego nie dopuściła. Zawstydzona, odsunęła 

s

ię. Zobaczyła zadowolenie w jego oczach, a na ustach kpiący uśmiech. Kuchnia wydawała 

się jeszcze mniejsza niż przedtem, a w powietrzu wisiało coś niedobrego.   

Drinki si

ę  powylewały,  cebulki  pozjeżdżały  z  tacy,  a  kontuar  zaśmiecały  rozsypane 

wykałaczki.  Przewrócony  shaker  stoczył  się  na  sam  koniec  stołu.  Wszystkie  te  szczegóły 
dotarły do jej świadomości. Ale najbardziej to, jak jej ciało zareagowało na jego dotknięcie.   

– Wszystko w porz

ądku – odpowiedziała poprawiając zwisający z ramion sweter.   

– Tak, rzeczywi

ście – powiedział dwuznacznym tonem. Uśmiech wciąż igrał w kącikach 

jego oczu i wciąż obrzucał ją taksującym spojrzeniem.   

– Co za ba

łagan – rzekła Whitney. Rozejrzała się wkoło srogim wzrokiem, gdyż Cantrell 

wydawał się ubawiony sytuacją i wyraźnie to okazywał. – Co się stało? Czy nie powinien pan 
sterować łodzią? 

– Tak, powinienem. – Skin

ął głową i postawił pionowo shaker. – Ale pani przyjaciel, pan 

Whistlewood czy Milkweed, czy jak mu tam, 

chciał sam stanąć za sterem. Dlatego zostałem 

zdegradowany do roli stewarda.  – 

Zasalutował  drwiąco.  –  Jestem  wiec  tutaj  i  słucham 

rozkazów, 

próbując nauczyć się robić lepsze martini.   

Whitney nie by

ła  tym  rozbawiona.  Wylała  resztki  drinków  do  zlewu  i  powiedziała  z 

udawanym spokojem: 

– Trzeba sprawdzi

ć, czy pan Mortalwood nie wolałby, żeby pan z powrotem przejął ster. 

Upłynęło już wiele czasu od chwili, kiedy ostatni raz żeglował, a poza tym nie przyzwyczaił 
się jeszcze do nowych okularów. Dobrze byłoby dyskretnie czuwać nad nim.   

–  Ale

ż  –  odparł  z  protekcjonalnym  uśmiechem  –  nie mogę  przecież  być  w  dwóch 

miejscach naraz. 

Mortalwood kazał mi przynieść sobie wytrawne martini. I czysty bourbon 

dla Fiska. 

A dla wielmożnej pani piwo imbirowe.   

– Niech pan pos

łucha – powiedziała Whitney tonem, którym już od lat nie była zmuszona 

mówić. – Proszę iść sprawdzić, czy on nie wpakował jachtu na rafę albo jakiegoś wieloryba, 
łódź poławiaczy krewetek czy coś w tym rodzaju.   

–  Tu nie mo

że  być  żadnych  poławiaczy  krewetek  –  sprzeciwił  się  Cantrell,  bardzo z 

siebie zadowolony.   

background image

– Wszyscy strajkuj

ą od zeszłej nocy. Domagają się podniesienia cen skupu krewetek. Ale 

pani chyba nie zwraca uwagi na takie drobiazgi.   

–  Niech pan pos

łucha  –  powtórzyła  Whitney,  z  jeszcze  większym  naciskiem.  –  Proszę 

tam iść i uważać na niego.   

Roze

śmiał się ukazując równe, białe zęby.   

– Ju

ż pani mówiłem, w tej chwili mam rozkaz usługiwać.   

– Ja zrobi

ę drinki – odparowała Whitney. – Niech pan idzie i dopilnuje, żeby już więcej 

tak nie rzucało.   

– Jest pani tego pewna? – Uni

ósł jedną brew, wyrażając w ten sposób swoje wątpliwości.   

– Ca

łkowicie – powiedziała ostro. – Został pan zatrudniony jako kapitan, to proszę iść i 

zająć się sterowaniem.   

–  W porz

ądku. – Wzruszył  ramionami i zrobił krok w kierunku drzwi. – Tylko proszę 

dołożyć starań, żeby martini jego wysokości było wytrawne. I z cebulką, a nie oliwką. Proszę 
przekłuć  cebulkę  do  połowy.  Zrozumiano?  –  Schylił  się  lekko,  by  zmieścić  się  w  niskich 
drzwiach, 

i jeszcze raz odwrócił się, obdarzając ją wspaniałym uśmiechem. – I tylko niech 

pani nie wytrząsa ginu – dodał.   

W Whitney co

ś  pękło.  Najważniejsza  transakcja  w  historii  korporacji  ma  być 

przeprowadzona lada chwila i ona powinna teraz omawiać to z Fiskiem i panem M. Zamiast 
tego siedzi tutaj jak w pułapce i próbuje stawić czoło temu doprowadzającemu ją do szału, 
zadowolonemu z siebie marynarzynie. 

I  chociaż  rzadko  pozwalała  sobie  na  okazywanie 

złości, tym razem nie wytrzymała.   

–  Mo

że pan  być pewien, że już nigdy nie będzie pan pracował u pana  Mortalwooda – 

wycedziła przez zaciśnięte zęby. – A ten, kto pana polecił do tej pracy, już nigdy więcej tego 
nie zrobi.  I  – 

podniosła  palec  celując  w  niego  jak  z  rewolweru  –  jeżeli  nie  będzie  się  pan 

zachowywał  w  sposób  bardziej  cywilizowany,  może  pan  być  pewien,  że  w  Hilton  Head 
zostanie pan wyrzucony, 

a my wynajmiemy kogoś innego.   

– 

Świetnie – powiedział uśmiechając się. – Ja jestem wolny strzelec, wszystko mi jedno. 

A przy okazji, 

nie  byliście  ze  mną  całkiem  szczerzy.  Po  co  płyniecie  na  Sand  Dollar? 

Słyszałem,  jak  Mortalwood  mówił,  że  chce  się  tam  dostać.  Co  on  zamierza?  Przecież  nie 
chodzi mu tylko o sprawdzenie tej 

łajby, w takim wypadku powinien wziąć ze sobą inżyniera. 

Nie  wydaje  mi  się  też,  żeby  to  była  wycieczka  dla  przyjemności.  Tacy ludzie jak wy nie 
wiedzą, co to przyjemność.   

– To nie pa

ński interes, dokąd płyniemy – odparowała Whitney. – Niech pan idzie robić, 

co do niego należy i zostawi mnie samą.   

– Z rozkosz

ą. Ale najpierw muszę pani coś powiedzieć.   

Whitney spojrza

ła na niego wrogo. Stał już na pokładzie, w pełnym blasku słońca, a wiatr 

rozwiewał mu ciemnoblond włosy.   

–  Zanim pani zacznie si

ę  uwijać,  podając  te  mikstury,  proszę  poprawić  szminkę. 

Rozmazała się.   

Machinalnie podnios

ła rękę do warg, tak jakby mogła sprawdzić, czy to, co powiedział, 

jest prawdą. Cantrell wyszczerzył zęby w uśmiechu i lekko rozsunął koszulę na piersi. A tam, 

background image

dokładnie  na  wytatuowanym  aligatorze,  widniał  odcisk  jej  jaskrawoczerwonej  szminki. 
Przeraziła się. Ktokolwiek to zobaczy, pomyśli, że całowała jego nagą pierś.   

– Niech pan to zaraz zetrze – za

żądała Whitney, czując, jak serce wali jej w piersi.   

– Ani my

ślę, będę to nosił z dumą – odparł z uśmiechem. – Może nawet zacznę obnosić 

się  z  tym  po  okolicznych  barach.  No dobrze,  ale  niech  pani  nie  siedzi  przez  cały  dzień  w 
kuchni. 

Chociaż zdaje się, że kobieca praca nigdy nie ma końca.   

Oddali

ł  się  spacerowym  krokiem,  z  rękami  w  kieszeniach  szortów.  Wściekła  Whitney 

odwróciła się od drzwi i zabrała do przyrządzania nowych drinków. Była tak zirytowana, że 
ręce  jej  się  trzęsły,  kiedy wycierała  do  sucha  tacę.  Jak  on  śmiał  być  tak  ordynarny?  Od 
niepamiętnych lat ludzie płci obojga traktowali ją z poważaniem – najpierw dla jej inteligencji 
i solidnej pracy, potem tak

że z powodu władzy i pozycji, do jakiej doszła.   

To g

łupie, że pozwoliła, by ktoś taki zepsuł jej humor. Przecież on jest niczym, nikim, 

zerem. 

Nawet  nie  miał  stałej  pracy.  Na  pewno  docinał  jej  z  zawiści.  Ona  jest  kimś  i  jego 

głupie samcze ego nie może tego przeboleć. Chciałby myśleć, że to on jest najwspanialszy.   

Wzi

ęła głęboki oddech, żeby się uspokoić. On jest niczym, powiedziała sobie jeszcze raz, 

nie liczy się. Za to ona – dzięki własnym siłom, swojej matce, a także Liii i panu M. – została 
kimś. Tak naprawdę to ona, Lawrence Mortalwood i Adrian Fisk są najważniejszymi osobami 
w  bardzo  poważnej  korporacji.  Imperium,  pomyślała  z  dreszczem  podniecenia.  Ten jacht 
podąża w kierunku imperium, przyszłego Królestwa Mortalwooda, którym pewnego dnia, z 
błogosławieństwem pana M. , będzie kierowała.   

W takim razie jak to si

ę stało, dziwiła się Whitney, że jakiś zarośnięty facet, jakiś majtek 

pokładowy  mógł  ją  tak  otumanić,  że  przez  chwilę  zapomniała  o  sukcesach,  potędze  i 
tworzeniu imperium. 

Dlaczego  sprawił,  że  znów  stała  się  małą,  chudą  Whitney  Shane  z 

Kanker County?  Że przypomniała sobie tę niezdarną nastolatkę, która  mijając w drodze ze 
szkoły  fabrykę  celulozy,  trzymała  głowę  nisko  spuszczoną,  żeby  nie  widzieć  młodych 
mężczyzn,  wylegujących  się  podczas  przerwy  na  papierosa.  Wyglądali  tak,  jakby mieli w 
głowie tylko jedno. Nauczyła się gardzić nimi i unikać ich. A teraz już się uwolniła od tego 
surowego  świata,  jaki symbolizowali.  Na  zawsze  wzniosła  się  ponad  mężczyzn  takich  jak 
Gabe Cantrell.   

Ostro

żnie  uniosła  tacę  i  poszła  na  pokład  dołączyć  do  prawdziwych  mężczyzn, 

po

siadających  bogactwo,  wpływy i władzę. Była częścią ich  zaczarowanego  kręgu, jedną z 

nich.   

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

–  Nie mam poj

ęcia, co się stało, czy w coś uderzyłem – powiedział siedzący na leżaku 

zdenerwowany Mortalwood. 

Gabe Cantrell był już za sterem i jacht znowu płynął gładko.   

–  Wszystko przez te okulary  –  narzeka

ł  Mortalwood.  –  Nie  mogę  się  do  nich 

przyzwyczaić. A na dodatek łódź nie jest całkiem w porządku, jest jakaś ospała.   

–  Prosz

ę  się  nie  przejmować  –  uspokajała  Whitney,  podając  mu  martini.  –  Wszystko 

zostanie sprawdzone, 

kiedy już dopłyniemy do Hilton Head.   

Wr

ęczyła  Adrianowi  Fiskowi  jego  bourbon  i  ze  szklanką  piwa  imbirowego  w  ręce 

ulokowała  się  na  leżaku  z  prawej  strony  Mortalwooda.  Nigdy  nie  piła  nic  mocniejszego 
podczas godzin pracy, 

a przecież ta wycieczka też miała charakter pracy. Na Południu wciąż 

jeszcze wielu biznesmenów nie aprobowało picia alkoholu przez kobiety, nawet do obiadu. 
Kobieta, 

która była członkiem zarządu, musiała pamiętać o wszystkich subtelnościach.   

– Wspania

ły dzień na obejrzenie wyspy – powiedział Fisk sącząc swój bourbon. Spojrzał 

na trzymaną w ręce mapę, a następnie na stojącego przy sterze Cantrella, sprawdzając, czy 
jest on poza zasięgiem głosu.   

Mortalwood mia

ł podobną mapę i podał jeszcze jedną Whitney.   

– To ma

ła wyspa – ciągnął Fisk. – Ma około ośmiu kilometrów w najszerszym miejscu. 

Ale za to jest tam prawie piętnaście kilometrów użytkowej plaży.   

Whitney przytakn

ęła  przypatrując  się  mapie.  Sand  Dollar  była  jedną  z  wysp 

przybrzeżnych,  które,  rozciągnięte  jak  rząd  falochronów  wzdłuż  wybrzeża  Georgii, 
przyjmowały na siebie ataki przypływów oceanu, chroniąc bagniste brzegi przed ich siłą. Fale 
uderzały w nie przez wieki, toteż na wyspach tych, a nie na wybrzeżu Georgii, utworzyły się 
piaszczyste 

plaże. Niektóre z wysp, jak na przykład Tybee, St. Simon czy Hilton Head, były 

całkowicie  zagospodarowane.  Inne,  jak Sapelo,  były  częściowo  zasiedlone,  ale bez 
rozwiniętej  sieci  handlowo-usługowej.  Tylko nieliczne,  tak jak Cumberland,  zostały 
obszarami chronionymi, zachowanymi w stanie dzikim. Sand Dollar, nazwana tak z powodu 
prawie idealnie okrągłego kształtu, była czymś wyjątkowym, ponieważ jej właścicielką była 
tylko jedna osoba, Freda Fredericks. 

Od pokoleń ta wyspa należała do jej rodziny.   

– I naprawd

ę nikt tam nie mieszka? – spytała Whitney potrząsając głową z dezaprobatą. – 

Co za marnotrawstwo.   

–  Rzeczywi

ście  to  marnotrawstwo  –  zgodził  się  Adrian.  Był  nieskazitelnie  schludnym 

mężczyzną,  szczupłym,  wysokim,  ciemnowłosym  i  ciemnookim.  Mógł  równie  dobrze  być 
poważnie wyglądającym trzydziestopięciolatkiem, jak i dobrze zakonserwowanym panem po 
pięćdziesiątce.   

–  Freda Fredericks sp

ędzała  tam  letnie  wakacje,  kiedy  wyspa  należała  jeszcze  do  jej 

dziadków  – 

mówił  Adrian.  –  Ale  główny  budynek  i  oficyny  spłonęły  doszczętnie  ponad 

czterdzieści lat temu i nigdy nie zostały odbudowane. Klimat dokonał reszty, jedynie basen 
portowy pozostał nietknięty. Od czasu do czasu pani Fredericks pozwala wybranym osobom 
wypoczywać na łonie natury. Poza tym nic tam się nie dzieje.   

background image

Jaskrawozielony bagnisty brzeg ju

ż  prawie  zniknął  za horyzontem.  Daleko wśród  fal 

Whitney zobaczyła igrającego delfina. Zaledwie kilka razy w życiu widziała delfiny i w ogóle 
słabo  znała  morze.  Z  trudem  zwalczyła  pokusę  zwrócenia  uwagi  reszty  towarzystwa na 
wesoło pląsające zwierzę. To nie pasowało do tak poważnej rozmowy.   

–  Powiedzia

łeś,  że  pani  Fredericks  miała  zamiar  przekazać  tę  wyspę  na  rezerwat?  – 

zapytała. – A jej syn myśli, że uda mu się przekonać ją, żeby to sprzedała? 

–  Tak  –  potwierdzi

ł  Adrian.  –  O  Boże,  słońce  tak  pali,  że  zastanawiam  się,  czy nie 

powinienem pójść na dół posmarować się kremem i nałożyć kapelusz.   

– Adrianie, czy ty nie za bardzo dbasz o siebie? 

–  Mortalwood za

śmiał  się  pobłażliwie.  –  Odrobina  słońca  nikomu  z  nas nie zrobi 

krzywdy. Nawet Whitney.   

Whitney u

śmiechnęła  się  grzecznie.  Opalała  się  łatwo,  ale  spędzała  niewiele  czasu  na 

słońcu.  Ciemna  opalenizna  mogłaby  sugerować,  że  przedkłada  przyjemności  nad  pracę. 
Zastukała swym złotym piórem w mapę.   

– Jednej rzeczy nie rozumiem – rzek

ła. – Dlaczego Sheldon Fredericks przyszedł właśnie 

do nas, 

zamiast po prostu wystawić to miejsce na sprzedaż? 

– Jak ju

ż mówiłem – wyjaśnił Adrian szorstko – on wie, że jesteśmy bardzo dobrą firmą. 

Podoba mu się nasz styl działania i sądzi, że zdołamy przekonać tę staruszkę.   

Whitney zmarszczy

ła  czoło.  Nie  podobał  jej  się  sposób,  w jaki Adrian mówił  o  pani 

Fredericks „staruszka” 

i była pewna, że nie powiedział wszystkiego. Nie ufała mu, ponieważ 

wiedziała, że wykorzystałby pierwszą nadarzającą się okazję, by ją zdystansować. Musi się 
mieć na baczności.   

–  M

ówiąc  szczerze,  jest  on  także  zainteresowany  akcjami  –  dodał  Mortalwood,  nie 

patrząc na Whitney.   

–  Akcjami?  –  Whitney a

ż wyprostowała się w swoim leżaku i wbiła w niego wzrok. – 

Przecież  wszystkie  akcje  należały  do  pana  i  Liii.  Ona  nigdy  nie  zgadzała  się,  żeby  pan 
odstępował akcje.   

Mortalwood uni

ósł pulchną rękę, by ją uciszyć.   

–  Whitney,  wszystko jest na razie na etapie wst

ępnych,  bardzo poufnych rozmów.  Nic 

jeszcze nie jest pr

zesądzone, zupełnie nic.   

–  Mam nadziej

ę,  że  nie  –  powiedziała  twardo.  –  Zanim  jakiekolwiek  akcje  zmienią 

właściciela, żądam dokładnej analizy takiego projektu. A następnie opinii działu księgowości. 
Dyskrecja jest czasami potrzebna, ale...   

– W tym wypadku utrzymanie tajemnicy jest spraw

ą najwyższej wagi – przerwał Adrian 

wkładając okulary przeciwsłoneczne. – Nie możemy dopuścić, by ktokolwiek dowiedział się, 
że jesteśmy zainteresowani tym terenem. Po pierwsze, to może przyciągnąć konkurencję. Po 
drugie, 

ekolodzy zaraz podnieśliby wrzawę.   

– Nawet nie chc

ę myśleć o obrońcach środowiska.   

– Mortalwood z

łapał się za głowę. – Będą chcieli obedrzeć nas żywcem ze skóry, zrobić 

krwawą jatkę.   

–  Sand Dollar to nieruchomo

ść  pierwszej  klasy  –  powiedział  Adrian,  zaciskając  blade 

background image

dłonie. – Jacyś przeklęci fanatycy mogą chcieć zachować to wszystko jako sanktuarium dla 
szopów,  kleszczy i grzechotników. 

Ale  my  mamy  możliwości  zagospodarowania  tego 

obszaru na sumę wielu milionów dolarów.   

Jacht mija

ł  właśnie  jedną  z  wysp.  Biała  latarnia  morska  wyłoniła  się  spoza  zielonego 

pagórka. 

Promienie słońca odbijały się w falach. Widok był tak piękny, że Whitney z trudem 

powróciła do rzeczywistości, by posłuchać tego, co mówi Mortalwood.   

–  Zak

ładam,  że  postawimy  tam  pawilony.  Nad samym brzegiem,  ale  również  w  głębi 

wyspy. 

A  także  luksusowe ośrodki  wypoczynkowe.  Nie  tylko  zagospodarujemy  plażę,  ale 

zrobimy też baseny kąpielowe, korty tenisowe, pola golfowe, stajnie, przystań.   

–  Stajnie nie.  –  Adrian zmarszczy

ł  brwi.  –  Konie  potrzebują  pastwisk.  Nie  możemy 

marnować terenu na pastwiska. Jeżeli chodzi o pola golfowe, to trzeba będzie osuszać bagna, 
ale to możemy zrobić. Będzie to kosztowne, ale w sumie się opłaci.   

Whitney za

łożyła nogę na nogę, jak przystało damie, i usiłowała nie widzieć kolejnego 

delfina podskakującego w oddali.   

– Gdy obejrzymy to miejsce...   

–  Najpierw przyjrzymy si

ę  z  łodzi  –  przerwał  Mortalwood.  –  A  potem  udamy  się  na 

pieszy rekonesans. 

Tam wciąż są jeszcze drogi. Podobno zarośnięte, ale chodzić nimi można. 

Na koniec popłyniemy do Hilton Head, by ostatecznie przedyskutować projekt.   

Zaniepokojona Whitney potrz

ąsnęła głową. Mortalwood był niesłychanie tajemniczy co 

do  każdego  szczegółu  tej  wyprawy.  Nawet  w  biurze  nikt  nie  wiedział,  gdzie  teraz  są  i  co 
robią. Poprzedniego wieczoru Adrian i Mortalwood polecieli do Savannah. Zapowiedzieli, że 
wybierają  się  na  konferencję  do  wiejskiego  ustronia  w  Nowej  Szkocji  i  nie  wrócą  przed 
końcem  tygodnia.  Whitney  rano  pokazała  się  w  biurze  tylko  na  chwilę  i  wyszła  pod 
pretekstem uczestnictwa w weselu. 

Następnie  miała  rzekomo  polecieć  do  Missouri,  by 

spędzić kilka dni na zwiedzaniu nowoczesnych osiedli dla emerytów w Ozarks.   

Nikt z wyj

ątkiem Sheldona Fredericksa nie wiedział, że wybierają się na Sand Doilar, a 

nawet on 

nie  znał  dokładnego  terminu.  Mortalwood  wybrał  środek  tygodnia  na  tę  podróż, 

ponieważ w ten sposób zmniejszał prawdopodobieństwo spotkania jakiejś turystycznej łodzi. 
Dla zatarcia śladów mieli nie wracać do Atlanty zaraz po obejrzeniu Sand Doilar, tylko udać 
się  do  ekskluzywnego  ośrodka  wypoczynkowego  na  Hilton  Head,  gdzie  mieli  zostać  do 
soboty. 

Mortalwood osobiście zarezerwował im miejsca pod przybranymi nazwiskami.   

Na horyzoncie pojawi

ła się jakaś plamka, zielona kropka wśród szarych fal. Nad jachtem 

szybował spokojnie pelikan.   

– To ona – zawo

łał podniecony Mortalwood, pokazując na plamkę. – To ta wyspa. Chyba 

znowu wezmę ster. Popłyniemy powoli, żeby dokładnie się przyjrzeć.   

Podni

ósł się z leżaka. Whitney patrzyła na niego z obawą.   

– My

śli pan, że tak będzie lepiej? Czy pan zna te wody? 

–  Whitney,  ale z ciebie szczur l

ądowy.  –  Mortalwood  poklepał  ją  po  ramieniu.  –  Nie 

obawiaj się. Przy okazji chcę jeszcze raz sprawdzić ster, coś mi się w nim nie podoba. Ten 
kapitan nie zna łodzi, w każdym razie nie tak dobrze jak ja.   

– Id

ę na dół posmarować się kremem – powiedział Adrian zirytowanym tonem. – I czymś 

background image

przeciw insektom. 

Nienawidzę wędrówek przez wysokie trawy, jest w nich pełno robactwa! 

Na wyspie są też grzechotniki. Powinnaś włożyć coś solidniejszego na nogi.   

Wstaj

ąc  z  krzesła  spojrzał  krytycznie  na  jej  lekkie  sandały.  On  sam  miał  wysokie 

skórzane buty, 

w których wyglądał nieco karykaturalnie.   

Whitney u

śmiechnęła  się  do  siebie.  Adrian  nie  wiedział  o  tym,  że  grzechotnik  mógłby 

ukąsić  go  nawet  przez  skórę  tych  butów,  jakby  to  była  kartka  papieru.  Ale Adrian nie 
uwierzyłby,  że  ona  może  cokolwiek  wiedzieć  o  wężach,  a  nawet  gdyby  uwierzył,  byłby 
jeszcze bardziej przerażony.   

Podesz

ła do burty, żeby popatrzeć na wyspę. Była coraz bliżej, cała zielona z wyraźną 

białą obwódką. To musi być plaża, pomyślała uśmiechając się. Ta słynna, drogocenna plaża, 
która może zmienić Korporację Mortalwooda w Imperium Mortalwooda.   

– Dlaczego pani tak si

ę przygląda? Ma pani zamiar to kupić? 

Niespodziewany g

łos Cantrella przestraszył ją.   

– To w ko

ńcu jedyna rzecz, na jaką można tu popatrzeć – odparła nie odwracając się. – A 

czy pan nie powinien być teraz przy panu Mortalwoodzie i pilnować, żeby  nie wpłynął na 
mieliznę czy coś w tym rodzaju? 

– Tak – zgodzi

ł się kpiąco – powinienem. Ale on koniecznie chce się bawić w żeglarza i 

nie lubi, 

jak mu zaglądam przez ramię.   

Czu

ła  na  sobie  jego  spojrzenie,  słyszała  łopoczącą  na  wietrze  koszulę.  Kątem  oka 

widziała jego długą, silną rękę opartą o reling.   

–  Tak czy owak,  kim pani jest dla tego starego?  –  zapyta

ł  wyzywająco.  –  Sekretarką? 

Osobistą asystentką? Przyjaciółką? 

– Nale

żę do kierownictwa jego firmy – powiedziała i spojrzała na niego z niesmakiem. – 

Tak się składa, że jestem nawet wicedyrektorem.   

–  Naprawd

ę?  –  zawołał  udając,  że  zrobiło  to  na  nim  wielkie  wrażenie.  –  Kierownicze 

stanowisko. 

Taka mała ślicznotka jak pani. Wicedyrektor. No, no. Jeżeli kiedykolwiek będę 

miał firmę, zafunduję sobie piękną, młodą wicedyrektorkę. Na własny użytek.   

– Mój wiek, 

wygląd i płeć nie mają nic wspólnego z moim stanowiskiem – powiedziała 

zimno.   

– Nie powiedzia

łem, że mają – odparował. Oparł łokcie o reling i patrzył na przybliżającą 

się wyspę.   

– On robi zwrot – zauwa

żył. – Chce opłynąć wyspę dookoła, prawda? A tak naprawdę, co 

go w niej interesuje? Czym zajmuje się wasza firma? 

– Zadawanie pyta

ń nie leży w zakresie pańskich obowiązków – odparła Whitney krótko. 

– Ani w moich odpowiadanie na nie.   

– W porz

ądku – zgodził się wzruszając ramionami. – Próbowałem tylko zabawiać panią 

rozmową. Zresztą sam sobie odpowiem. Pani, hm... pracodawca wyraźnie dobrze prosperuje, 
chociaż nie bardzo zna się na łodziach. Wasza trójka nie jest z tych okolic. Przyjechaliście z 
Atlanty, ale nie wszyscy razem.   

Whitney spojrza

ła na jego profil. Miał ostry, orli nos, a opalenizna, ciemnoblond włosy i 

mocno zarysowana szczęka nadawały mu wygląd wodza Wikingów, który obmyśla strategię 

background image

przed zbliżającą się bitwą.   

–  Sk

ąd  pan  to  wie?  –  spytała  podejrzliwie.  Ten  człowiek  może  być  czyimś  szpiegiem, 

pomyślała. Ponownie odniosła wrażenie, że jest bardziej inteligentny, niż wydawało się jej na 
początku.   

– Oni dwaj przyjechali tu pierwsi – powiedzia

ł, ponownie wzruszając ramionami. – Mieli 

czas, 

żeby  przebrać  się  przed  wejściem  na  łódź.  Pani nie.  Miała  pani  jeszcze  nalepkę  linii 

lotniczych na bagażu. Wyglądacie na ludzi, którzy pracują razem, w zamkniętym gronie. Kim 
jest Fisk? Liczy się bardzo ze zdaniem Mortalwooda, stwarza pozory, że również liczy się ze 
zdaniem pani, 

ale nie za bardzo panią lubi. Na pani miejscu miałbym się na baczności.   

–  Dzi

ękuję  za  radę.  Pan  Fisk  i  ja  jesteśmy  kolegami  i  bardzo  dobrze  nam  się  razem 

pracuje – 

odparła Whitney, dumnie podnosząc głowę.   

Rzuci

ł jej krótkie, ironiczne spojrzenie.   

– To znaczy pani si

ę wydaje, że ma pani nad nim przewagę. Być może, na razie. To by 

tłumaczyło sposób, w jaki on na panią spogląda. Na razie jest pani górą, ale on ciągle myśli, 
jak panią przebić. O cokolwiek wam trojgu chodzi, on jest w to bardziej zaangażowany niż 
pani. A tak w ogóle, 

to wszyscy jesteście bardzo spięci. Chodzi o jakąś ważną sprawę? Mam 

rację? 

Whitney ze wszystkich si

ł starała się udawać, że nie zwraca uwagi na to, co on mówi. Jest 

zbyt bystry, 

pomyślała.  O wiele za bystry. Muszę o tym powiedzieć panu Mortalwoodowi. 

Tr

zeba mu zapłacić, żeby siedział cicho. Na pewno potrzebuje pieniędzy.   

Popatrzy

ła  w  stro n ę wyspy.  Teraz  było  widać  wyraźnie  pas  szarobiałej  plaży.  Za  nią 

widniały  jasnozielone  trawy  moczarów,  a jeszcze dalej ciemniejsza,  cienista  zieleń 
sosnowo-

dębowego  lasu.  Jacht  skierował  się  na  wschód,  w  stronę  dalszego  brzegu  wyspy. 

Ten  pas  plaży  wygląda  obiecująco,  pomyślała,  choć  nie  jest  zbyt  szeroki.  W  zamyśleniu 
przygryzła dolną wargę.   

– Ciekawe, dlaczego wci

ąż mam wrażenie, że pani okrąża to miejsce jak wrogi agent? – 

odezwał się ponownie Gabe ironicznym tonem.   

– Niech pan pos

łucha – powiedziała zniecierpliwiona. – Jeżeli ma pan zamiar bawić się w 

detektywa, 

to niech pan sobie otworzy agencję. A teraz proszę sprawdzić, czy wszystko jest 

spakowane na piknik.   

Gabe odsun

ął się od relingu i skłonił nisko jak dworzanin.   

– Jestem na pani rozkazy.   

Musimy pozby

ć  się  go  na  Hilton  Head,  pomyślała  Whitney.  Jest niebezpieczny i 

zuchwały.   

Niski,  przera

źliwy  dźwięk  znienacka  wstrząsnął  powietrzem.  Dookoła  zakotłowało  się, 

strumienie  wody  trysnęły  w  górę,  by  następnie  runąć  na  nią.  Gabe  Cantrell  schwycił  ją  w 
ramiona i tylko dzięki temu nie została rzucona na deski pokładu. Coś twardego uderzyło ją w 
plecy, 

coś innego spadło na ramię i odskoczyło. Schowała twarz na jego piersi, chroniąc oczy 

przed lecącymi odłamkami.   

Łódź  wykonała  tak  dziwny,  raptowny  i  przyprawiający  o  mdłości  skok,  że  musiała 

otworzyć oczy. Spojrzała wokół błędnym wzrokiem. Dziób w jakiś magiczny sposób wyrastał 

background image

z wody, 

celując  prosto  w  stojące  w  zenicie  słońce,  a  pokład  zaczął  uciekać  spod  stóp. 

Powietrze wypełniał dudniący dźwięk. Gabe przywarł do relingu, żeby zachować równowagę, 
przez cały czas trzymając ją w ramionach.   

Whitney by

ła  zbyt  zaskoczona  i  przerażona,  by cokolwiek  powiedzieć.  Rufa  łodzi 

przechyliła się ryzykownie, a fale oceanu przelewały się po pokładzie. Piekący dym wypełnił 
powietrze, 

jakieś kawałki i strzępki pływały po kotłującej się za nimi wodzie.   

–  Trzymaj si

ę relingu – ryknął jej prosto w ucho Gabe. – Utrzymuj się tak wysoko, jak 

tylko możesz.   

Przycisn

ął  ją  do  relingu,  sprawdził,  czy  dobrze  się  trzyma  i  zaczął  przedzierać  się  z 

trudem w stronę łodzi ratunkowej.   

Toniemy, pomy

ślała Whitney i ze strachu zrobiło jej się słabo. Uderzyliśmy w coś. Albo 

coś  eksplodowało.  Albo...  Nagle  usłyszała,  jak  pod  pokładem  Adrian  wrzeszczy  w  panice. 
Rozpaczliwie  rozejrzała  się  szukając  Mortalwooda,  ale  przy  sterze  nikogo  nie  było.  Może 
leży gdzieś ranny? Przerażona zaczęła go wołać, ale nie było odpowiedzi. Chociaż trzymała 
się  relingu  tak  kurczowo,  że  aż  bolały  ją  ręce,  zaczęła  ześlizgiwać  się  w  kierunku  pełnej 
jakichś śmieci wody, która pokrywała rufę.   

Gabe Cantrell porusza

ł  się  po  przechylonym  pokładzie  jak  akrobata,  nie  tracąc 

równowagi. 

Wyciągnął  łódź  ratunkową  z  zamocowań,  chwycił  pudło  z  apteczką  i  prawie 

pełznąc, z zębami zaciśniętymi w determinacji ruszył z powrotem do niej.   

Ten jacht nie mo

że zatonąć, powiedziała do siebie Whitney z niedowierzaniem, nie tak 

prędko. Woda piętrzyła się nad rufą, z każdą chwilą coraz wyżej.   

Zn

ów  usłyszała  wrzask  Adriana  spod  pokładu.  Może  jest  uwięziony  jak  w  pułapce, 

pomyślała w przerażeniu. Wciąż czuła dym. A  może łódź na dodatek się pali i Adrian nie 
będzie w stanie się wydostać? I gdzie jest pan M. ? Zawołała go jeszcze raz, ale nie słyszała 
nic  oprócz  wściekłych  uderzeń  fal.  W  uszach  dzwoniło  jej  boleśnie.  Coś  musiało 
eksplodować, pomyślała w panice. Ale gdzie? Może poniżej linii wody, na przykład silnik? 

– Chod

ź tu – powiedział Gabe szorstko, próbując pociągnąć ją, łódź ratunkową i apteczkę 

na koniec rufy. – 

Ruszaj się. Łap torebkę, łap, co tylko możesz, i ruszaj.   

–  Nie mog

ę  –  zaprotestowała  usiłując  zostać  tam,  gdzie  była.  Tylko instynktownie 

schwyciła  torebkę,  gdy  ta  już  prawie  ześlizgiwała  się  do  morza  i  przerzuciła  pasek przez 
ramię.  –  Nie  obawiaj  się  o  mnie.  Znajdź  pana  Mortalwooda  i  Adriana  –  oni  potrzebują 
pomocy.   

–  S

łuchaj  –  zawołał  z  dzikim  wyrazem  twarzy  –  nie  mogę  utrzymać  naraz  więcej  niż 

jedno z was. 

Nie rób trudności. Chodź tutaj.   

Cisn

ął  napompowaną  łódź  ratunkową  do  morza.  Wylądowała  właściwą  stroną,  a woda 

rozprysnęła  się  wokół  niej.  Trzymając  wciąż  apteczkę,  pociągnął  Whitney  w  dół 
przechylonego pokładu. Łódź ratunkowa podskakiwała na falach zaledwie kilka metrów od 
tonącej rufy.   

– Skacz. Nie patrz na nic – rozkaza

ł i popchnął ją w kierunku łodzi.   

–  Musz

ę  znaleźć  pana  M.  –  krzyknęła  próbując  torować  sobie  drogę  z  powrotem  na 

pokład. Woda podeszła już powyżej jej sandałów i zmoczyła dół spodni.   

background image

– Poszukam go – burkn

ął Gabe. W jakiś sposób znalazła się w jego ramionach i za chwilę 

oboje byli w szarym, wezbranym morzu. 

Wrzucił apteczkę do wnętrza łodzi.   

– Wsiadaj – rozkaza

ł znowu. – Będę ją trzymał.   

Ale Whitney ujrza

ła  pływającą,  wśród  tego  rumowiska  na  tonącej  rufie  nową  czapkę 

żeglarską  Mortalwooda.  I  nagle  zobaczyła  tam  jego  samego,  podnoszącego  się  na  nogi. 
Zgubił okulary i krztusił się, z trudem łapiąc powietrze.   

–  Ja go wezm

ę  –  krzyknęła  Whitney.  –  Dam  sobie  radę.  Znajdź  Fiska  i  włącz  radio. 

Sprowadź pomoc.   

Gabe spojrza

ł na nią ze złością i niedowierzaniem, ale ona już wrzuciła torebkę do tratwy 

i  sprawnie  przeprawiała  się  z  powrotem.  Zdążyła  dotrzeć  do  Mortalwooda  w  chwili,  gdy 
ponownie stracił równowagę. Wzięła głęboki oddech, zanurkowała i oplotła ramieniem jego 
szyję, następnie wyciągnęła go na powierzchnię i powoli zaczęła holować w stronę tratwy.   

Gabe obserwowa

ł  ją  ze  złością,  ale  po  chwili  widocznie  uznał,  iż  ona  wie,  co robi. 

Silnymi, 

zdecydowanymi ruchami popłynął z powrotem do tonącego jachtu.   

S

ól  piekła  Whitney  w  oczy,  w uszach  wibrował  jej  jeszcze  huk  eksplozji,  ale  wciąż 

słyszała krzyczącego Fiska. Niech Cantrell go ratuje, pomyślała. Jeżeli zostawię pana M. , to 
on się z pewnością utopi.   

– Niech pan si

ę mocno trzyma – wysapała do Mortalwooda. – Jestem przy panu.   

Nie próbowa

ł  się  sprzeciwiać,  był  zdezorientowany,  bezradny  i  bierny  jak  śmiertelnie 

wystraszone dziecko. 

Używając całej siły, spróbowała podsadzić go do wnętrza łódki, ale nie 

dała  rady.  Musiała  trzymać  się  jedną  ręką  brzegu  tratwy,  a  drugą  podtrzymywać  twarz 
Mortal

wooda ponad powierzchnią wody. Miał zadraśnięcie i siniak na czole.   

– Lila? – zapyta

ł, wciąż krztusząc się wodą. – Lila? Lila? 

–  Wszystko dobrze,  wszystko w porz

ądku – uspokajała go Whitney, mając nadzieję, że 

nie słychać desperacji w jej glosie. Popatrzyła na brzeg wyspy, oceniając dzielącą ich od niej 
odległość. Mogłaby ją przepłynąć trzymając pana M. , była tego pewna.   

Mała dziewczynka, która mieszka nad brzegiem rzeki musi umieć pływać, to jasne jak 

słońce”, powtarzał jej wujek Dub, kiedy z babcią przeprowadziły się do niego. I nauczył ją. 

To dziecko pływa jak ryba”, mawiał później z dumą.   

Zacisn

ęła  zęby.  Jeżeli  trzeba  będzie,  popłynie  jak  ryba,  trzymając  pana  M.  i  ciągnąc 

tratwę.  Zobaczyła  ze  zgrozą,  że  jacht  jest  już  do  połowy  zanurzony  w  wodzie,  z dziobem 
wycelowanym w niebo. 

Nie widziała nigdzie Gabe’a ani nie słyszała już Adriana. A jeżeli 

obaj  zostali  uwięzieni  wewnątrz  i  nie  mogą  się  wydostać?  Gęsta  chmura  dymu  wisiała  w 
powietrzu. 

Czy zagraża im ogień? Nie może jednak zostawić pana M. i próbować wracać im 

na pomoc.   

– Lila – Mortalwood prawie zap

łakał. – Czy z nami wszystko w porządku? 

–  Tak,  wszystko dobrze  –  wyszepta

ła  Whitney,  próbując  trzymać  go  mocniej  i 

przywierając kurczowo do burty łódki.   

Fale uderza

ły z hukiem, potęgowanym jeszcze przez świst wiatru. Jacht zanurzał się coraz 

głębiej,  z  wody  zaczęły  się  wydobywać  wielkie  bańki  powietrza.  I nagle,  z  jakimś 
przerażającym  pośpiechem  wszystko  skryło  się  pod  wodą,  a  na  powierzchnię  wypłynęło 

background image

mnóstwo banieczek. 

Nastała  cisza,  zmącona  jedynie  szumem  oceanu  i  przenikliwym 

krzykiem mew.   

Zgin

ęli, pomyślała Whitney z rozpaczą. Obaj, Fisk i Cantrell, utonęli zostawiając ją samą 

z panem M. , który na dodatek jest ranny, 

nie wiadomo jak ciężko. Co pocznie z nim sama, 

nawet jeżeli dostaną się na wyspę? 

Nagle na powierzchni ukaza

ła się głowa Cantrella. Otrząsał się z wody i chwytał oddech 

tak gwałtownie, jakby rozrywało mu płuca.   

–  Cantrell  –  wrzasn

ęła Whitney z radością. Mokre, pozlepiane ciemnoblond włosy były 

prawie czarne, 

twarz  wykrzywiona  z  wysiłku  i  braku  powietrza,  ale dla Whitney w tej 

cudownej  chwili  wyglądał  pięknie.  Jedną  ręką  trzymał  za  kołnierz  nieprzytomnego  Fiska  i 
ciągnął  go  w  kierunku  tratwy.  Adrian  miał  szarozieloną  twarz,  rozciętą  wargę  i  rozbitą 
szczękę. Gabe rzucił Whitney pobieżne spojrzenie i zapytał szorstkim głosem: 

– Nic ci si

ę nie stało? 

– Nic, ale nie mog

ę wsadzić go do łodzi – wysapała, wciąż podtrzymując Mortalwooda, 

który chyba znowu stracił przytomność i tylko drżał spazmatycznie.   

Krzywi

ąc się z wysiłku Gabe wrzucił ciało Adriana do łodzi, gdzie spoczęło na dnie jak 

zmięty, miękki tobół.   

– Czy on si

ę dobrze czuje? – zapytała Whitney, znów przerażona, gdyż Adrian wyglądał 

jak półmartwy.   

–  B

ędzie  żył  –  odparł  Gabe  krótko,  wciąż  oddychając  z  trudnością.  –  Podaj mi 

Mortalwooda i trzymaj łódź równo. Wsadzę go do środka.   

Wsp

ólnym  wysiłkiem  unieśli  ciężkie  ciało  Mortalwooda  i  próbowali  wepchnąć  je  do 

łodzi. W końcu Whitney sama musiała wejść do środka i wciągnąć go od góry, podczas gdy 
Gabe popychał  go od dołu. Wreszcie Mortalwood wpadł do łodzi prosto na Adriana, który 
jęknął żałośnie.   

Adrian wygl

ąda  o  wiele  gorzej  niż  pan  M. , pomyślała  Whitney,  przestraszona jego 

stanem. 

Przekręciła go na brzuch i zaczęła z całej siły uciskać jego plecy, by pobudzić płuca 

do pracy. 

Było to trudne w małej łodzi, ale po niedługim czasie Fisk wypluł wodę, kaszlnął i 

na i koniec zakl

ął. Odetchnęła z ulgą. Obaj mężczyźni żyli i miała nadzieję, że niedługo wróci 

im świadomość.   

– Zostaw mnie w spokoju – za

żądał słabym, zrzędzącym głosem.   

Whitney rozejrza

ła się. Zobaczyła, że Cantreli, dysząc ciężko, płynie w stronę brzegu i 

holuje łódkę.   

– Wsiadaj do 

środka – zawołała. – Jest ciasno, ale zmieścimy się wszyscy.   

– Zgubili

śmy wiosło – powiedział z trudem. – Tylko w ten sposób możemy się dostać do 

brzegu.   

Whitney zakl

ęła w duchu. Adrian trząsł się i łkał na dnie łódki. Obok niego leżał zwinięty 

w kłębek Mortalwood. Chyba wciąż był nieprzytomny, chociaż oczy miał na wpół otwarte i 
regularny oddech. 

Łódka posuwała się naprzód, ale Whitney widziała, że Cantreli ma mięśnie 

napięte do granic wytrzymałości i słyszała, z jakim trudem oddycha.   

– Pomog

ę – mruknęła bez entuzjazmu i ześlizgnęła się do wody. Dopiero teraz poczuła, 

background image

że jest bardzo zimna.   

– Co u diab

ła? – zapytał Gabe patrząc z niedowierzaniem.   

Whitney schwyci

ła drugą linę i zaczęła holować tratwę. Na razie płynęła równo z nim, 

chociaż nie miała pojęcia, jak długo wytrzyma. Wydawało się jej, że usłyszała jeszcze jeden 
wybuch, 

ale nie była tego pewna, ponieważ serce waliło jej jak młotem. Na szczęście, mimo 

że do brzegu było jeszcze dość daleko, woda zrobiła się tak płytka, że  mogli dotknąć dna. 
Teraz razem szarpali i ciągnęli łódkę, podskakując w rytm nadpływających fal, by nie stracić 
równowagi.   

W ko

ńcu, słaniając się na nogach osiągnęli upragniony brzeg. Następnie pół ciągnąc, pół 

niosąc przetransportowali Mortalwooda do zagłębienia w piaszczystej wydmie,  gdzie wątłe 
trawy  dawały  trochę  cienia.  Gabe  położył  Mortalwooda  na  brzuchu,  żeby  mógł  wykrztusić 
połkniętą wodę. Whitney, sama zaskoczona własną siłą, podniosła Fiska. Był przytomny, ale 
chwiał  się  na  nogach  i  opierał  się  na  niej  całym  ciężarem.  Podprowadziła  go  do  wydmy  i 
posadziła przy Mortalwoodzie.   

– Nie dotykaj mnie – warkn

ął Adrian. Kaszląc i przeklinając, osunął się na piasek. – Daj 

mi tak leżeć. Przynieś mi tylko koc i jakieś suche rzeczy. I przynieś wody. – Skrzywił się i 
zaczął płakać z twarzą schowaną w piasek. – Zostaw mnie w spokoju – zażądał. – Daj mi 
wreszcie spokój, do cholery.   

Le

żący  obok  Mortalwood  otworzył  szeroko  oczy  i  odetchnął  głęboko.  Whitney ze 

zdziwieniem ujrzała, że twarz rozjaśnia mu niemal dziecięcy uśmiech. Zaczął coś mówić do 
Liii, 

ale zaraz zamilkł i tylko patrzył szczęśliwym wzrokiem w niebo. Whitney odwróciła się, 

by wrócić do tratwy po apteczkę. Potknęła się z wyczerpania i upadła na kolana, podpierając 
się rękami. Z uporem znów spróbowała stanąć na nogi.   

–  Stój  – 

powiedział słabym głosem Gabe, kładąc jej rękę na ramieniu i nie pozwalając 

ruszyć się z miejsca. – On jest tylko w lekkim szoku. Uniosę mu nogi, a ty usiądź i odpocznij.   

Whitney sta

ła jak odrętwiała, nie była w stanie się ruszyć. Patrzyła, jak Gabe zdejmuje 

koszulę  i  wkłada  ją  Mortalwoodowi  pod  głowę,  a  następnie  zgarnia  trochę  leżących  obok 
wodorostów i podkłada mu pod kostki i kolana. Wstał z wysiłkiem i spojrzał na Whitney.   

–  Siadaj  –  powt

órzył.  –  Odpocznij  trochę.  Zmusił  ją,  żeby  podeszła  do  sąsiedniego, 

mniejszego zag

łębienia. Słońce łagodnie ogrzewało skórę Whitney, wychłodzoną od morskiej 

wody. Pod stopam

i czuła ciepły, przyjemny i dający solidne oparcie piasek, ale kolana wciąż 

jej się trzęsły z wyczerpania i przeżytego szoku.   

–  Usi

ądź tutaj – powiedział i usiadł ciężko na piasku, wciąż podtrzymując ją za ramię. 

Pozwoliła się posadzić, dziękując w duchu losowi za stały ląd pod stopami.   

Chcia

ła zapytać, co było przyczyną katastrofy, co spotkało Fiska, w jaki sposób Gabe go 

uratował  i  skąd  mogą  oczekiwać  pomocy.  Ale  nie  miała  na  to  siły.  Oplotła  ręce  wokół 
podciągniętych kolan i przycisnęła do nich twarz. Zadrżała.   

Otoczy

ł ją ramieniem i przyciągnął do siebie, żeby mogła oprzeć się o jego pierś. On sam 

jest jak stały ląd, pomyślała trwając w odrętwieniu. Mocny, pewny i niezawodny. Bezpieczny.   

– Dobrze si

ę czujesz? – zapytał.   

Przytakn

ęła skinieniem głowy, zbyt zmęczona, by cokolwiek powiedzieć.   

background image

– Na pewno? 

Ponownie skin

ęła głową. Podniosła na niego wzrok, gdy nagle pogładził ją po mokrych 

włosach.  Na  brązowych  rzęsach  lśniły  krople  wody,  twarz  wyrażała  znane  już  jej 
zdecydowanie, 

ale coś nowego dostrzegła w jego oczach. Patrzył na nią w inny sposób niż na 

jachcie.   

– A co z tob

ą? – spytała. – Nic ci się nie stało? 

– Jestem troch

ę zmęczony. Dużo mi pomogłaś, dobrze pływasz.   

–  Ja p

ływam jak  ryba – wyszeptała bez zastanowienia. Kiedy wypowiedziała te słowa, 

zauważyła, że na chwilę powrócił jej dawny, prowincjonalny akcent, którego z takim trudem 
się pozbyła. Szare oczy wpatrywały się w nią, jakby chciały wydobyć coś ukrytego głęboko.   

– Co si

ę stało z jachtem? – zapytała odwracając wzrok. Upięte poprzednio tak starannie 

włosy rozsypały się na ramiona i powiewały na wietrze.   

Ponownie przyci

ągnął  ją  i  oparł  o  swoją  pierś.  Nie  miała  siły,  by  zaprotestować.  Poza 

tym,  po tych  strasznych prze

życiach  w  wodzie  tak  cudownie  było  czuć  obok  siebie  kogoś 

ciepłego, kogoś pełnego życia, po prostu drugą osobę.   

– Nie wiem – odpowiedzia

ł. – Myślę, że to była eksplozja.   

–  A co by

ło  potem?  –  spytała  opierając  się  o  jego  ramię  i  zamykając  oczy.  Z boku 

dochodził cichy płacz Fiska, zagłuszany wiatrem i szumem fal.   

– Tego te

ż nie wiem – powiedział. Zarośnięta szczęka kłuła ją w ucho. – Najważniejsze, 

że nikt nie jest poważnie ranny. Poradzimy sobie.   

Nikt nie jest powa

żnie  ranny,  pomyślała,  wdzięczna  za  te  słowa.  Poradzimy sobie, 

powtórzyła w duchu i poczuła przypływ nadziei. Mocniej zacisnęła oczy, wciąż piekące od 
słonej wody. To nie było dziwne ani złe, że leżała przy nim, że pozwalała, by obejmował ją 
ramieniem i rozgrzewał ciepłem swego ciała. Czuła łączącą ich więź, jaka rodzi się między 
tymi, 

którzy wspólnie ratowali życie swoje i innych ludzi.   

– Czy kto

ś nam pomoże? – spytała, ufając, że Gabe zna odpowiedź.   

Przez d

ługą chwilę nic  nie odpowiadał.  Znów pogłaskał ją po  włosach.  Wciąż słyszała 

przytłumiony  szloch  Adriana  i  odwróciła  głowę  w  nadziei,  że  wiatr  go  wreszcie  zagłuszy. 
Cantrell przyciągnął ją bliżej i prawie leżała na jego ramieniu.   

– Spójrz na mnie – 

rozkazał.   

Zaskoczona, otworzy

ła oczy. Patrzył na nią jakoś bardzo poważnie.   

–  Nikt nam nie pomo

że.  Musimy pomóc sobie sami.  Zrozumiałaś?  Czy  dasz  radę? 

Musimy pomóc sobie sami – 

potworzył.   

Powoli dociera

ło do niej znaczenie tych słów. Nie było czasu, żeby wezwać pomoc przez 

radio. 

Nie  było  żadnego  statku  w  pobliżu,  który  by  widział,  jak  idą  na  dno.  Byli sami na 

najbardziej odosobnionej z wysp.   

–  Wszystko w porz

ądku – powiedział odgarniając jej z czoła kosmyk włosów. – Damy 

sobie radę.   

Twarz jego unosi

ła się nad nią, oczy miał utkwione w jej oczach. Nie była zaskoczona, 

kiedy przysunął się bliżej, ale przestraszyło ją to trochę. Powróciły dawne lęki, lecz była zbyt 
zmęczona,  by  się  nimi  przejmować.  Zamknęła  oczy,  a  wtedy  zbliżył  się  jeszcze  bardziej  i 

background image

pocałował  ją.  Jego  usta  także  miały  słony  smak.  Dotknął  jej  policzka  i  czuła  piasek,  który 
przylgnął do jego palców. Słońce grzało ich przez przemoczone ubrania, a jej mokry sweter 
łopotał na wietrze i ocierał się o jego nagą pierś.   

Nie ma nic z

łego w całowaniu go, pomyślała sennie. To jest zupełnie naturalne, tak jakby 

świętowali  szczęśliwy  powrót  do  życia.  Jego  usta  płonęły,  a  jej  zmysły  tańczyły  z 
oszałamiającą,  zawrotną  radością,  że  żyje,  czuje,  dotyka.  Zanurzył  palce  w  jej  rozwiane 
wiatrem włosy i całował ją mocniej, z większą pasją, językiem poznając smak jej warg. Nagle 
powrócił strach.   

– Nie – zaprotestowa

ła próbując się odsunąć.   

–  Szsz..  –  wyszepta

ł  i  przyciągnął  ją  z  powrotem  do  siebie.  Osunął  się  na  piasek 

trzymając ją w ramionach. – Tylko odpocznij – mówił półgłosem, z twarzą w jej włosach. – 
Po prostu odpocznij chwilę.   

Whitney nagle zapragn

ęła odpoczynku bardziej niż czegokolwiek na świecie i przestała 

walczyć.  Leżała  w  jego  ramionach  i  czuła,  że  powoli  wraca  do  życia.  Może  Gabe  też 
odczuwał to samo i właśnie dlatego trzymał ją tak mocno.   

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

–  Whitney! Zimno mi.  Przynie

ś mi wody i moje lekarstwa – wołał Mortalwood słabym 

głosem.   

– Jego lekarstwa? Jakie lekarstwa? – pyta

ł Gabe przytrzymując ją przy sobie.   

– Whitney! Whitney! – wo

łał Mortalwood jak roztrzęsione, przestraszone dziecko.   

–  Jakie lekarstwa?  –  powt

órzył  Gabe  z  naciskiem.  Whitney  odsunęła  się  od  niego 

gwałtownie. Usiadła i poczuła, że boli ją głowa.   

– Jego lekarstwa – powiedzia

ła zmartwiona, odgarniając do tyłu wilgotne włosy. – Jego 

lekarstwo  na  ciśnienie,  na  wrzód  żołądka,  przeciwko alergii,  jego  środki  uspokajające  i 
pigułki nasenne.   

– Ten facet to ca

ły worek chorób. – Gabe usiadł zgrzytając zębami.   

Whitney podnios

ła się niepewnie i podążyła do Mortalwooda. Próbował usiąść i upadł z 

powrotem, 

wydając słaby jęk. Uklękła obok i wzięła go za rękę. Była zimna, ale nareszcie nie 

miał takiego nieobecnego wzroku.   

– Poszukam w pana kieszeniach – powiedzia

ła Whitney. Mortalwood był wciąż ubrany w 

swój granatowy blezer, 

teraz trochę porozrywany i oblepiony piaskiem.   

– Whitney, wody – poprosi

ł spoglądając na nią w górę.   

Nareszcie mnie rozpozna

ł, to dobrze, pomyślała.   

– Zimno mi. Boli mnie, kiedy siadam. Boli tutaj. – Przy

łożył drżącą rękę w okolicę żeber 

i skrzywił się z bólu.   

Wbitney zacz

ęła  gorączkowo  przeszukiwać  jego kieszenie.  Krzyknął  z  bólu,  kiedy 

spróbowała  delikatnie  go  obrócić,  żeby  sięgnąć  do  tylnej  kieszeni.  Och nie,  ma  złamane 
żebro, pomyślała. Co będzie, jeżeli przebije płuco? 

–  Wszystko b

ędzie  dobrze,  proszę  pana  –  uspokajała  go.  –  O,  proszę,  znalazłam  pana 

aspirynę. To pomoże. Proszę, tu są dwie.   

– Potrzebuj

ę wody.   

– Nie mamy wody – odpowiedzia

ła. – Na razie proszę to wziąć. – Mówiła do niego takim 

samym poważnym, rzeczowym tonem, jakiego  używała w stosunku do  dzieci. Mortalwood 
posłusznie włożył do ust dwie aspiryny i położył się z powrotem. Ulżyło jej, kiedy usłyszała 
głos Gabe’a.   

– I co mu jest? 

–  Znalaz

łam trochę aspiryny. Jest wilgotna i zostało może osiem lub dziewięć tabletek. 

Wydaje mi się, że on ma złamane żebro.   

Gabe przyni

ósł apteczkę.   

– To wszystko ma chyba ze sto lat – narzeka

ł sprawdzając zawartość. – Dlaczego nikt o 

to nie zadbał? 

– Musimy skorzysta

ć z tego, co mamy – odparła Wbitney zdecydowanie. – A co dolega 

Adrianowi?  Widzę,  że  boli  go  noga.  Czy  to  na  skutek  wybuchu?  Zajmij  się  nim,  a ja 
zaopiekuję się panem M.   

background image

Gabe u

śmiechnął się niezbyt sympatycznie.   

– Znów rozkazy? Nie, 

to nie wybuch go powalił. To ja. Lepiej ty nim się zajmij, nie byłby 

chyba uszczęśliwiony moim towarzystwem.   

Whitney,  kt

óra  właśnie  rozluźniała  Mortalwoodowi  kołnierzyk  i  dotykała  jego  czoła, 

sprawdzając czy ma gorączkę, zamarła z przerażenia.   

– Ty uderzy

łeś Adriana? – zapytała zaskoczona.   

– Wpad

ł w panikę – prawie warknął Gabe. – Noga mu uwięzia pod koją, a woda wciąż 

się podnosiła. Musiałem mu tę nogę wyszarpnąć, może nawet ją złamałem, żeby go uwolnić. 
A że on opierał się i walczył ze mną, nie pozostało mi nic innego, jak ogłuszyć go, żebyśmy 
się stamtąd wydostali.   

Spojrza

ła  na  niego  skonsternowana.  Fisk jest dumny,  pomyślała,  za nic nie wybaczy 

takiej zniewagi.   

–  Id

ź  zobacz,  czy  Fisk  przestał  płakać  –  powiedział.  –  Ja zbadam Mortalwooda.  Mam 

więcej doświadczenia w takich rzeczach.   

Patrzy

ła na niego przez długą chwilę. Wytrzymał jej spojrzenie, po czym odwrócił się do 

Mortalwooda.   

– Gdzie boli, kolego? – zapyta

ł starszego mężczyznę.   

–  Tu? A mo

że  tu?  Zobaczmy.  –  Ze  znajomością  rzeczy,  bez  wysiłku  przekręcał 

Mortalwooda do pozycji siedzącej, nie wywołując u niego żadnego skrzywienia.   

Whitney zacisn

ęła szczęki. Więc Cantrell obejmuje dowodzenie? Może być – na razie. 

Pogrzebała w apteczce i poszła do Adriana. Wciąż miał zamknięte oczy i mocno zaciśnięte 
pięści. Uklękła przy nim.   

– Adrian – powiedzia

ła miękko. – Czy dobrze się czujesz? Boli cię noga? A może gdzieś 

jes

zcze jesteś ranny? 

Adrian zwin

ął się w ciaśniejszy kłębek.   

– Wytr

ę ci twarz – zaproponowała Whitney.   

– A potem obejrzymy kostk

ę. Czy możesz usiąść? 

–  Id

ź  stąd  –  rozkazał  rozdrażniony  Adrian.  –  Zrób  raz  coś  pożytecznego  i  znajdź  mi 

wodę. Ja sam się sobą zajmę.   

– S

łuchaj, ja muszę wiedzieć, w jakim jesteś stanie.   

–  powiedzia

ła  próbując  go  przekonać.  –  Obróć  się.  Opierał  się  trochę,  kiedy  zaczęła 

przekręcać  go  na  plecy.  Po chwili jednak przestał  walczyć.  Wzięła  zwitek  gazy,  zwilżyła 
spirytusem  i  oczyściła mu twarz z piasku.  Stłuczenie  było  paskudne,  a  warga  rozcięta 
głęboko. Gabe uderzył go bardzo mocno. Nic dziwnego, że Adrian jest zły i pełen dziecinnej 
urazy, 

pomyślała  oczyszczając  ranę.  Musiał  stracić  panowanie  nad  sobą,  rzecz u niego 

niewyobrażalna.   

–  Wiem, 

że  piecze  –  powiedziała  stanowczo.  –  Ale  to  trzeba  zrobić.  Leż  spokojnie, 

inaczej piasek wejdzie ci do rany. 

Zaraz obejrzę twoją kostkę. Chcesz usiąść? 

–  Zr

ób  coś  pożytecznego.  Znajdź  pomoc.  Zostaw  mnie  samego  i  postaraj  się  o  jakąś 

pomoc, to pole

cenie służbowe.   

–  O poleceniach porozmawiamy p

óźniej – odparła powściągając gniew w głosie. – Nie 

background image

mogę nic zrobić, zanim się nie dowiem, jak poważnie jesteś ranny.   

Spojrza

ła  na  Gabe’a pochylonego nad Mortalwoodem.  Wprawnie  owijał  bandaż  wokół 

bladej piersi starszego pana. 

Widać było, że radzi sobie z pacjentem o wiele lepiej niż ona ze 

swoim. 

Gdy popatrzył na nią, odwróciła wzrok, zakłopotana. Nie chciała, żeby widział, jakie 

trudności  robi  jej  Adrian.  Czuła  też  dziwny  wstyd,  widząc  blade,  zwiotczałe  ciało 
Mortalwooda. 

Gabe wyglądał przy nim jak mężczyzna z innego świata, muskularny i spalony 

słońcem.   

–  On jest tylko pot

łuczony – oznajmił Gabe obcesowo, pokazując na Mortalwooda. – I 

naciągnął trochę mięśnie. A jak tam mój przyjaciel obok? Czy możesz zdjąć mu ten głupawy 
but? 

Nagle Adrian uni

ósł się na łokciu i popatrzył na niego z nienawiścią.   

–  Z

łamałeś  mi  nogę  w  kostce  –  oskarżył.  –  Pobiłeś  mnie.  Obiecuję  ci,  że  zaraz  po 

powrocie spotkają się z tobą moi adwokaci. Wierz mi, drogo za to zapłacisz.   

G

łos drżał mu z gniewu, a wzrok powinien by zabijać, jednak Gabe wcale się tym nie 

przejął.   

– Zdejmij but, Fisk – zakomenderowa

ł. – Jeżeli nie możesz go ściągnąć, to niech ta dama 

ci go przetnie.   

–  Si

ęgnął do kieszeni szortów, wyjął  czerwony scyzoryk i niedbale rzucił go Whitney. 

Odwrócił się z powrotem do Mortalwooda i jego ton stał się uprzejmiejszy.   

– Niech pan w

łoży koszulę, bo dostanie pan oparzeń od słońca. Potem proszę się położyć 

i trzymać nogi w górze. Wciąż jest pan w szoku.   

Mortalwood szarpa

ł się trochę z koszulą, a potem położył się z westchnieniem ulgi. Gabe 

przykrył go jego wilgotnym blezerem. Następnie wstał i popatrzył z góry na całą trójkę.   

– Mam kilka pyta

ń... – zaczął.   

– Whitney – odezwa

ł się drżącym głosem Mortalwood. – Proszę, przynieś mi wody.   

– Spr

óbuję – odpowiedziała Whitney, chociaż nie miała pojęcia, gdzie może być woda. – 

Tylko pomogę Adrianowi z tym butem.   

Schyli

ła się do nogi Adriana, ale on odepchnął jej rękę z irytacją.   

–  Sam to zrobi

ę  –  warknął.  Usiadł  prosto  i  zaczął  bezskutecznie  ciągnąć  za  obcas,  aż 

twarz wykrzywiła mu się z bólu. But ani drgnął.   

– Pewnie masz spuchni

ętą kostkę – zauważyła Whitney. – Rozetnę ci...   

– Daj mi to – za

żądał Adrian wyrywając jej nóż.   

– Powiedzia

łem – powtórzył z groźbą w głosie Gabe – że mam kilka pytań.   

– Id

ź do diabła – odparował Adrian i zaczął ciąć wysokogatunkową skórę swojego buta. – 

Przez ciebie mogę zostać kaleką, ty gburze, ty prostaku...   

– Chod

ź tutaj – rozkazał Gabe, chwycił Whitney za ramię i postawił na nogi. Nawet nie 

usiłował być uprzejmy. – Mówię do ciebie.   

Nic dziwnego, 

że Adrian go nienawidzi, pomyślała. Poczuła się urażona, że ciągnął ją tak 

za rękę, protestującą, poza zasięg słuchu pozostałych.   

– P

ójdę sama – burknęła wyrywając się. – Nie używaj siły w stosunku do mnie. Nie mam 

zamiaru tego tolerować.   

background image

Zignorowa

ł jej gniew; oczywiste było, że sam kipi od złości.   

– Powiedzia

łem, że mam pytania – powtórzył raz jeszcze. – Żądam odpowiedzi, szybkich 

i jasnych odpowiedzi. Po pierwsze, 

kiedy zaczną was szukać? 

Patrzy

ła  na  niego  mrugając  oczami,  cała  złość  nagle  z  niej  wyparowała.  Waga tego 

pytania przywróciła ją do rzeczywistości.   

–  Nikt nie wiedzia

ł,  że  płyniecie  na  Sand  Dollar,  prawda?  –  zapytał  oskarżycielskim 

tonem.   

– Nie, nikt. – Pokr

ęciła głową, jakby miała nadzieję, że nie będzie musiała tego przyznać.   

– Mieli

ście być później w Hilton Head. Kiedy zaczną się tam o was niepokoić? 

S

łońce świeciło zbyt mocno, męczyło ją, powodowało ból głowy. Rozwiewane wiatrem 

włosy  Gabe’a  migotały,  ich blask raził  ją  w  oczy.  Usta  miała  wyschnięte,  machinalnie 
oblizała wargi. Nic nie odpowiadała, więc poruszył się niecierpliwie. Zgubił buty na statku i 
miał na sobie tylko białe szorty.   

–  S

łuchaj  uważnie  –  powiedział  ze  zmarszczonymi  brwiami.  –  Chyba  wciąż  nic nie 

rozumiesz. 

Nie zdążyliśmy nadać przez radio, że mamy kłopoty. Nikt nie widział, jak idziemy 

na dno.  Jedyne, 

co  zostało,  to  trochę  szczątków  i  plama  oleju.  Wkrótce wszystko zabierze 

odpływ. Będzie wyglądało, jakby ten jacht nigdy nie istniał. Zrozumiałaś? 

Zrozumia

ła, ale wciąż nie mogła się odezwać. Wiedziała, że to, co ma mu powiedzieć, 

jest straszne, 

ale że w końcu musi to zrobić. Mięśnie twarzy miała jak sparaliżowane. Cantrell 

westchnął ciężko i przysunął się bliżej, tak że musiała patrzeć mu prosto w oczy.   

–  To jest proste pytanie,  panno Shane.  Kiedy  zaniepokoj

ą  się  waszą  nieobecnością  na 

Hilton Head? Kiedy zaczną was szukać? 

Whitney poczu

ła  w  ustach  jeszcze  większą  suchość.  Miała  zawroty  głowy  od 

oślepiającego  słońca  i  dziwiła  się,  że  tak  błyszczy  ono  na  ciele  stojącego  przed  nią 
mężczyzny. Wciąż była ogłuszona świstem wiatru i hukiem morskich fal. Otworzyła usta, ale 
minęła dobra chwila, zanim mogła się odezwać.   

–  Nie b

ędą  nas  szukać  –  powiedziała  zdławionym  głosem.  –  Mieliśmy  rezerwację  na 

fałszywe  nazwiska.  Zauważą  jedynie,  że  kilka  osób  się  nie  pojawiło,  i  pomyślą,  że 
zmieniliśmy plany.   

Westchn

ął  z  irytacją  i  podniósł  wzrok  ku  niebu,  jakby  oczekując  stamtąd  cudu.  Potem 

położył ręce na jej ramionach i zmusił, żeby znów spojrzała mu prosto w oczy. Wzdrygnęła 
się.   

– Ju

ż powiedziałam – rzekła oburzona. – Nie używaj siły.   

–  Chc

ę,  żebyś  zaczęła  używać  swojego  umysłu,  szanowna pani.  –  Uścisk  jego  rąk  nie 

zelżał. – A co z Atlantą? Czy mieliście kogoś tam zawiadomić o przyjeździe? Ktoś będzie się 
o was niepokoił? 

W twarzy Gabe’a narasta

ło  napięcie.  Wnitney  ponownie  oblizała  suche  wargi  i 

potrząsnęła  przecząco  głową.  Byliśmy  zbyt  przebiegli  i  to  obróciło  się  przeciwko  nam, 
pomyślała.   

– Nikt nie zauwa

ży naszej nieobecności. W każdym razie nie przed weekendem. Myślą, 

że jesteśmy gdzie indziej.   

background image

Trzyma

ł ją tak mocno, że aż bolało. Próbowała się wyrwać, ale bez powodzenia.   

–  Weekend?  – 

powiedział  bezdźwięcznie.  –  Dzisiaj jest dopiero wtorek.  Chcesz 

powiedzieć, że nikt nie zauważy waszego zaginięcia aż do soboty albo nawet niedzieli? Mój 
Boże, po co te tajemnice? Co wyście tu chcieli zmalować? 

– To teraz nie jest istotne – rzek

ła Whitney w desperacji. – Jak szybko może ktoś nas tu 

znaleźć? 

– Dobre pytanie. – Gabe u

śmiechnął się chłodno.   

–  Ja nie mam nikogo i nikt nie b

ędzie mnie szukał, to pewne. Zwykle po tych wodach 

pływają  tylko  poławiacze  krewetek,  ale  oni  teraz  strajkują.  Jacht  turystyczny?  Może,  ale 
raczej nie. 

Jesteśmy daleko od uczęszczanego szlaku.   

Whitney patrzy

ła  na  niego,  próbując  ukryć  wrażenie,  jakie  wywarły  na  niej  te  słowa. 

Kiedy dotarli do brzegu, 

myślała, że są bezpieczni albo przynajmniej wkrótce będą. Teraz on 

jej uświadomił, że dopiero zaczyna być niebezpiecznie.   

– Chcesz powiedzie

ć... – Wzięła oddech, lecz nie mogła wykrztusić ani słowa.   

– Chc

ę powiedzieć, że mogą nas odnaleźć dziś po południu, ale równie dobrze możemy 

zostać tu kilka dni. Dni! Rozumiesz? 

Skin

ęła tylko głową.   

–  W takim razie musimy pomy

śleć.  Jak  poważnie  chory  jest  Mortalwood?  Czy  może 

obejść się bez swoich lekarstw? Czy też powinienem wrócić do wody i nurkować, próbować 
je znaleźć? Gdzie one mogą być? 

– Lekarstwa powinny by

ć w aktówce. Nie mam pojęcia, czy dasz radę ją znaleźć. A może 

wszystko będzie dobrze? On ma wiele kłopotów ze zdrowiem, najgorzej jest z ciśnieniem.   

– Dobrze. – Odetchn

ął głęboko. – W takim razie będziemy czekać i mieć nadzieję. Teraz 

najważniejsze będzie znalezienie wody. A potem schronienia i czegoś do jedzenia.   

–  Nawet nie  wiemy,  czy  tu jest 

świeża woda – powiedziała rozglądając się bezradnie. – 

Już od tygodni nie padało.   

–  Tutaj jest woda.  I to nawet w wielu miejscach i my j

ą  znajdziemy  –  odparł 

zdecydowanie. 

Może  zdał  sobie  sprawę,  że  był  w  stosunku  do  niej  zbyt  brutalny,  bo jego 

szare oczy złagodniały. – Znajdziemy ją – powtórzył. – Obiecuję ci.   

Wiatr szarpa

ł jej włosy i ubranie. Spojrzała przez ramię na wydmę, gdzie leżał pan M. , a 

siedzący Adrian wciąż piłował swój but. Wróciła wzrokiem do Gabe’a. Już nie był zły, raczej 
poważny i nieustępliwy.   

– Sk

ąd ta pewność, że tu jest woda? – spytała odgarniając z twarzy kosmyk włosów.   

Pierwszy raz u

śmiechnął się bez goryczy czy kpiny.   

– Poka

żę ci – odpowiedział. – Popatrz.   

Zdj

ął jedną rękę z jej ramienia i wskazał na coś leżącego na plaży kilka metrów dalej. 

Były to rozrzucone na piasku muszle, wokół których widać było jakieś regularne znaki. Przez 
chwilę Whitney patrzyła, nie rozumiejąc, jakie to może mieć znaczenie. Nagle wróciła pamięć 
o latach, 

kiedy  mieszkała  z  babcią  i  nie  odstępowała  na  krok  wujka  Duba.  Dub przecież 

nauczył ją, co to za znaki.   

– 

Ślady szopów – powiedziała cicho i uśmiechnęła się zapominając o upale i osłabieniu. 

background image

Jej  umysł  od  razu  zaczął  pracować  na  pełnych  obrotach  –  oczywiście,  na  wyspie  żyją 
zwierzęta, a nie byłoby to możliwe bez stałego źródła świeżej wody. Gabe miał rację. Muszą 
po  prostu  iść  śladem  szopów  i  prędzej  czy  później  znajdą  wodę.  Spojrzała  na  niego  z 
szacunkiem. 

Podciągnęła  w  górę  rękawy  swetra  ruchem  pełnym  zdecydowania.  Była 

stworzona do pracy i walki, 

a teraz przyszedł czas, by pracować i walczyć o najważniejszą 

stawkę, o życie.   

– W porz

ądku – powiedziała. – Znajdziemy wodę. Co potem? 

– W apteczce s

ą tabletki do uzdatniania wody, wystarczy na kilka dni. Najpilniejsze jest 

znalezienie miejsca na obóz.   

– A czy to jest z

łe? – Spojrzała na niego pytająco.   

–  St

ąd  będzie widać przepływające łodzie. Taki  otwarty  kawał plaży mogą zobaczyć z 

morza.   

– Zbyt otwarty. Czujesz, jak s

łońce grzeje? Oni potrzebują jakiegoś schronienia. Musimy 

ich przenieść.   

Przytakn

ęła zagryzając wargę w zamyśleniu. Miał rację.   

– W takim razie dok

ąd? – zapytała.   

– Na razie mi

ędzy drzewa – odparł bez wahania.   

–  Przeniesiemy ich,  a potem poszukamy wody.  Jeszcze p

óźniej  możemy  spróbować 

odnaleźć ruiny zabudowań Fredericksów, chociaż słyszałem, że niewiele z tego zostało. Ale 
to jest po drugiej stronie wyspy. 

Jeżeli jakaś łódź będzie w ogóle gdzieś tu  przepływać, to 

pojawi się z tamtej strony.   

Zn

ów przytaknęła. Nawet najskromniejsza szopa jest lepszym schronieniem niż las. I kto 

wie, 

co znajdą w ruinach, może jakieś rzeczy, które pomogą im przetrwać.   

– W obej

ściu musiała być woda – powiedziała rozważnie. – Może nawet została jeszcze 

studnia. 

Rozwiązałoby  to  nam  naraz  wiele  spraw,  mielibyśmy  schronienie,  wodę,  lepszy 

punkt obserwacyjny. 

Mogły zostać jakieś drzewa owocowe czy coś takiego...   

– Nic dziwnego, 

że jesteś wiceprezesem, panno Shane. – Uśmiechnął się nie bez ironii. – 

Potrafisz coś więcej niż tylko ładnie wyglądać. Potrafisz myśleć.   

Whitney nagle zda

ła sobie sprawę z tego, że on wciąż jej dotyka. Zadrżała i zrobiło jej się 

jeszcze bardziej gorąco. Być może Gabe to zauważył, bo od razu puścił ją, kiedy spróbowała 
zrobić krok do tyłu. Usiłowała zebrać rozbiegane myśli. Musi być w wielu sprawach zależna 
od Gabe’a Cantrella, 

dopóki są na wyspie. Co do tego nie ma wątpliwości. Zgoda, będę z nim 

współpracować, ale postaram się za wszelką cenę utrzymać niezależność, postanowiła.   

Odetchn

ęła  głęboko  słonym  powietrzem.  Usiłowała  ignorować  jego  obecność, 

przyglądając  się  plaży.  Wydało  jej  się,  że  coś  leży  na  brzegu,  więc  zaczęła  szybko  iść  w 
tamtym kierunku. 

Mokry piasek przylepiał się do sandałów. Za sobą usłyszała głos Cantrella.   

– Gdzie idziesz? Przecie

ż musisz wyjaśnić to wszystko Mortalwoodowi.   

Rzuci

ła mu przez ramię zimne spojrzenie osoby zdecydowanej i wiedzącej, co robi.   

– Ty mu wyt

łumacz. Ja idę na poszukiwania. Widzę coś, co może się przydać. Rzuć też 

okiem na kostkę Adriana. Lepiej sobie radzisz z bandażami niż ja.   

– Tak jest, szefowo – odpar

ł z sarkazmem. Whitney wzruszyła ramionami i poszła dalej.   

background image

Pragn

ęła, żeby ten nieprzerwanie wiejący wiatr oczyścił jej ciało z dotyku jego dłoni. On 

jest przystojny, 

pewny  siebie  i  niegłupi,  pomyślała.  Ale  wciąż  przypominał  jej  mężczyzn, 

jakich  widywała  w  Kanker  County,  mężczyzn  bez  ambicji,  bez  żadnego  celu  w  życiu.  Już 
dawno temu powiedziała sobie, że nie wolno jej zapragnąć takiego mężczyzny. Pilnowała się, 
by zawsze być ostrożną i rozsądną.   

Tak trzyma

ć,  powiedziała  sobie,  krocząc  wzdłuż  plaży.  Podczas drogi musisz 

prze

analizować wszystkie problemy. Myśl i nigdy nie przestawaj myśleć. To nie jest pora na 

uczucia.   

Zadowolona z siebie Whitney wr

óciła  na  wydmy,  dźwigając  znalezione  skarby. 

Zadowolenie  zniknęło  natychmiast,  gdy  ujrzała,  że  Mortalwood  nie  może  stać  o  własnych 
siłach  i  prawie  wisi  na  Cantrellu,  trzymając  go  jedną  ręką  za  szyję.  Rzuciła  na  piasek 
przyniesione rzeczy i podbiegła do niego.   

–  Okazuje si

ę,  że  jestem  do  niczego  –  powiedział,  gdy  ją  zobaczył.  Próba  uśmiechu 

szybko zmieniła się w grymas bólu. – Coś sobie naciągnąłem. No i lewa noga nie chce mnie 
słuchać.   

Gwa

łtownie wciągnęła powietrze, gdyż przeraziła ją myśl, że może jest poważniej ranny, 

niż im się wydawało.   

– W porz

ądku – powiedział Gabe. – Ja mogę pana nieść.   

– M

ój chłopcze – odparł starszy pan sycząc z bólu. – Ważę pewnie tyle co ty. Będzie ci za 

ciężko.   

–  Dam rad

ę – przeciął Gabe tonem odrzucającym wszelki sprzeciw. – Potrzebuję tylko 

jednej rzeczy, 

a właściwie dwóch. Pańskich butów.   

– Ale

ż oczywiście – powiedział Mortalwood i zaczął zsuwać je ze stóp. Jakimś cudem nie 

stracił ich podczas katastrofy, chociaż były teraz brudne od wody i piasku. Gabe włożył je na 
nogi  krzywiąc  się  lekko,  gdyż  okazały  się  trochę  przyciasne.  Potem  bez  żadnego  wysiłku 
wziął starszego pana na ręce.   

– Czuj

ę się idiotycznie – wyznał Mortalwood z grymasem bólu.   

Adrian siedzia

ł na piasku i patrzył na morze, najwyraźniej wściekły. Nogę miał fachowo 

zabandażowaną,  a  cholewka  u  lewego  buta  była  ucięta.  Gabe  musiał  to  zrobić,  pomyślała 
Whitney, 

pamiętając, jak niezgrabnie Adrian posługiwał się nożem.   

– Chcesz, 

żebym ci pomogła? – spytała go.   

–  Nie  –  odpar

ł krótko, nie patrząc na nią. – Znajdź mi jakiś kij czy coś w tym rodzaju. 

Sam pójdę.   

Whitney nie podoba

ło się, że Adrian wydaje jej polecenia, ale ugryzła się w język i nic 

nie powiedziała. Jest cały obolały i przestraszony, pomyślała. I znając go dobrze, wiedziała, 
że najbardziej boli go urażona duma oraz fakt, że jego drogocenna transakcja związana z Sand 
Dollar może być udaremniona przez ten wypadek.   

Przeszuka

ła okolicę i przyniosła trzy gałęzie, mniej więcej długości laski.   

– Jak twoja kostka? – zapyta

ła jak najuprzejmiej.   

–  On mówi, 

że  jest  tylko  zwichnięta  –  odburknął  i  podniósł  się  z  grymasem  bólu, 

machając zarazem ręką, że nie chce od niej pomocy. – Co on może wiedzieć? Już prawie się 

background image

uwolniłem,  ale  pojawił  się  ogarnięty  paniką  i  o  mało  mnie  nie  zabił.  Do tego momentu 
świetnie dawałem sobie radę.   

Whitney nic nie powiedzia

ła.  Nie  wierzyła  mu,  rzecz jasna,  ale  uznała,  że  nie  czas  na 

sprzeczki.   

– Robimy b

łąd – ciągnął Adrian ponuro. – Nie powinniśmy odchodzić od brzegu. Lepiej 

zostać  tutaj,  skąd  możemy  wysyłać  sygnały  do  przepływających  łodzi.  Ten marynarz jest 
głupi, a Mortalwood nie jest w stanie podejmować decyzji.   

– Jeste

ś już spieczony przez słońce – powiedziała krótko. Tak rzeczywiście było. Twarz 

miał mocno różową od wiatru i słońca, oczy zapuchnięte. Zwykle pieczołowicie przygładzone 
włosy były sztywne od soli i nastroszone przez nieustannie wiejący wiatr.   

– Godz

ę się na to tylko chwilowo – kontynuował Adrian odwracając się do niej plecami. 

– 

Mortalwood jest zbyt wstrząśnięty, by objąć kierownictwo, więc jak tylko trochę odpocznę i 

dostanę wreszcie tej cholernej wody, przejmę odpowiedzialność za wszystko.   

Kulej

ąc i podskakując z bólu ruszył za Cantrellem, który znalazł właśnie coś w rodzaju 

ścieżki  przez  ciągnące  się  za  wydmami  trawy.  Whitney  popatrzyła  na  nagie,  brązowe  i 
muskularne plecy Gabe’a. 

Westchnęła  i  odgarnęła  włosy  do  tyłu.  Jeżeli  Adrian  myśli,  że 

będzie kierownikiem tej wycieczki, to pokażę mu, że grubo się myli, przyrzekła sobie. Chyba 
wcześniej nauczyłby się fruwać, zanim znalazłby  drogę na tej dzikiej wyspie.  W zarządzie 
firmy może mieć pierwszeństwo przede mną, ale tutaj ja i Gabe będziemy decydować. I tyle! 

Zobaczy

ła,  że  czarnobiała  koszula  Cantrella  wciąż  leży  na  piasku,  tam  gdzie  służyła 

Mortalwoodowi jako poduszka. 

Podniosła  ją  i  otrzepała,  a  następnie  zawiązała  w  nią 

znalezione na brzegu rzeczy, 

robiąc  niezgrabny  tobołek.  Przerzuciła  pasek  swojej torebki 

przez  ramię,  do  drugiej  ręki  wzięła  ciężką  apteczkę  i  podążyła  za  oddalającymi  się 
mężczyznami.  Zaraz  za  plażą  zaczynały  się  nisko  położone,  zarośnięte  moczary.  Za nimi 
teren podnosił się. Rosnące tam sosny przypominały Whitney znajome miejsca z dzieciństwa, 
które opuściła, gdy matka zabrała ją do miasta.   

Z kolei za sosnami znajdowa

ł  się  dębowy  las.  Wysokie,  potężne  drzewa  wyglądały  na 

wiekowe.  Teren, 

na  którym  rosły,  był  mocno  zacieniony,  a  z  ich  konarów  zwisały 

szarozielone brody mchu.  Tutaj, 

wśród  dębów,  Gabe  wybrał  miejsce  na  postój.  Posadził 

Mortalwooda  na  grubym  pniu  zwalonego  drzewa  i  poradził  utykającemu  Adrianowi,  żeby 
patrzył pod nogi. Ten odparł z goryczą, że przez cały czas to robił, ale te cholerne kaktusy 
rosną wszędzie. Jego zraniona noga, ta w uciętym bucie, była już cała podrapana ich kolcami.   

Whitney nie mog

ła dogonić pozostałych, nawet utykającego Adriana, gdyż bardzo ciężka 

apteczka i na dodatek z tobołem to był bagaż niewygodny do niesienia. Gabe wrócił kawałek 
dro

gi i wziął od niej apteczkę.   

– Dlaczego to niesiesz? – spyta

ł z naganą w głosie.   

– Jest zbyt ci

ężkie.   

Nawet nie mog

ła zaprotestować, tak była zasapana z wysiłku, a ramion nie czuła z bólu.   

Gabe postawi

ł  apteczkę  przy  Adrianie,  który  właśnie  zbadał,  czy  nie  ma  żadnych 

insektów w pniaku, 

a następnie usiadł ostrożnie.   

– Masz tutaj – powiedzia

ł obojętnym tonem.   

background image

–  Posmaruj sobie te zadrapania.  Chyba nie chcesz by

ć  jeszcze  bardziej  bezradny,  niż 

jesteś w tej chwili.   

–  Nie my

śl, że ty tu  rozkazujesz. Wcale tak nie jest – powiedział Adrian zimno. Gabe 

zignorował go zupełnie, więc w złości otworzył apteczkę i zaczął szukać jakiegoś balsamu na 
swoje nowe rany.   

–  A c

óż  ciekawego  przyniósł  członek  zarządu  poszukiwaczy  skarbów?  –  spytał  kpiąco 

Gabe.   

– Przede wszystkim twoj

ą koszulę – odparła bez uśmiechu.   

– Z kt

órej zrobiłaś zupełnie zgrabny worek żeglarski. Ale z ciebie zdolny mały harcerz.   

– Chcesz zobaczy

ć, co przyniosłam, czy nie? – spytała zadzierając dumnie nos.   

– No pewnie – powiedzia

ł wzruszając ramionami.   

– Przynie

ś to tutaj. – Zaprowadził ją do wielkiego, sięgającego prawie do pasa kamienia. 

Na  górze  był  całkiem  płaski  i  mógł  służyć  za  stół.  Położyła  na  nim  tobołek  i  szybko  go 
rozwiązała.   

– Ten w

ęzeł nie jest taki zły – pochwalił. – Czy tego uczą w szkole dla wiceprezesów? 

–  Nauczy

ł  mnie  wujek  –  odparła  chłodno.  Według  jej  matki  Dub  był  bezużytecznym 

nicponiem, leniwym szczurem, 

który nie robił nic poza łowieniem ryb i polowaniem. Ale w 

końcu, pomyślała Whitney, lubił dzieci i nauczył ją jednej czy dwóch rzeczy, które wiele razy 
przydały jej się w życiu.   

–  Mam tu –  powiedzia

ła rozkładając koszulę – plastykową butelkę po mleku i drugą po 

wodzie sodowej. 

Jeżeli znajdziemy wodę, to trzeba będzie ją w coś nalać. Voilà.   

Rzuci

ła  mu  wyzywające spojrzenie.  Ironiczny  uśmiech  nie  zniknął,  ale  uniósł  brew  z 

uznaniem.   

– Nie

źle, jak na dziewczynę – przyznał. Lodowaty wzrok nie zrobił na nim najmniejszego 

wra

żenia.   

– A tak

że – kontynuowała – trzy prawie nowe r aluminiowe puszki. – Zaprezentowała je 

wymachując nimi w powietrzu. – Będzie można coś w nich zagotować, o ile jesteś na tyle 
genialny, 

by wynaleźć ogień.   

– Jestem pod wra

żeniem – powiedział kpiąco. – Co jeszcze? 

–  To!  –  Tryumfalnie wyj

ęła  z  zawiniątka  coś,  co  wyglądało  jak  poplątany  kłębek 

brudnego sznurka z poprzyczepianymi małymi ciężarkami.   

–  O Bo

że – zawołał patrząc na nią, a potem znów na jej znalezisko. Teraz jego podziw 

był szczery.   

– Wiesz, co to jest? 

– Tak – przytakn

ęła z dumą. – Sieć. Jest porwana, ale da się zreperować. Możemy łowić 

ryby.   

– Tylko mi nie mów, 

że potrafisz tego używać – rzucił.   

– A tak – odpar

ła krótko. – Potrafię.   

Wujek Dub nauczy

ł  ją  również  tego.  Od  tamtej  pory  minęły  lata,  ale zarzucanie sieci 

należało do tych rzeczy, których się nie zapomina. Jak jazdy na rowerze.   

– W porz

ądku – powiedział Gabe wyjmując jakiś przedmiot z kieszeni. – A teraz ja ci coś 

background image

pokażę.  Oto  niezastąpiony  przyjaciel  każdego  żeglarza  –  mówił  dalej  przyglądając  się  jej 
twarzy. – 

Wodoodporne pudełko z zapałkami.   

Pokaza

ł  metalową  fiolkę  z  zakrętką  i  otworzył  ją.  W  środku  było  ponad  dwadzieścia 

zapałek tak suchych, jakby przez cały czas były na pustyni. Uradowana Whitney uśmiechnęła 
się do niego szeroko. Odwzajemnił ten uśmiech.   

Mortalwood siedzia

ł  wciąż  na  swoim  pniu  i  patrzył  tępo przed siebie.  A Fisk,  który 

właśnie smarował jodyną swoje rany, groźnie spojrzał na nich z drugiej strony polanki.   

–  Co wy tam robicie? Szczerzycie z

ęby nad kupą śmieci? – zawołał. – Znajdźcie wodę. 

Zróbcie  coś  do  sygnalizowania,  żebyśmy  mogli  wzywać  pomocy.  Czy  wy dwoje zdajecie 
sobie spraw

ę,  że  może  minąć  cały  dzień,  zanim  ktoś  nas  odnajdzie?  Trzeba  przemyśleć 

strategię działania.   

Żadne  z  nich  nie  zwróciło  na  niego  uwagi.  Gabe  śmiał  się,  ale  wzrok  miał  poważny  i 

badawczy. 

Whitney wiedziała, że próbuje dociec, jaka jest naprawdę, zupełnie tak samo, jak 

ona  próbuje  ocenić  jego.  Wcześniej  tego  dnia  weszła  na  pokład  ubrana  w  swój  najlepszy 
jedwabny kostium,  dumna z topazowych kolczyków,  z posiadanego mercedesa i z prawie 
czterdziestu  tysięcy  dolarów  na  koncie.  Była  wyniosła  i  przekonana  o  swej  ważności.  Ale 
teraz byli w innym świecie i tamte rzeczy nie pasowały tutaj, nawet nie warto było o nich 
myśleć.  Ten  nowy  świat  był  niebezpieczny  i  zredukowany  do  wartości  podstawowych, 
najistotniejszych. 

Nie liczyły się nieobecne luksusy, a jedynie to, w jaki sposób utrzymać się 

przy życiu.   

Posiadali tak ma

ło – parę pojemników, nóż, kilka zapałek, sieć. Wiedzieli, że gdzieś jest 

woda i mogli rozpalić ogień. Mieli tak mało, a jednocześnie bardzo wiele.   

– Wiesz, co to oznacza? – zapyta

ł Gabe wskazując na ten stos znalezisk.   

– Tak – odpar

ła dumnie. – Jesteśmy bogaci – dodała z satysfakcją w głosie.   

– To prawda – przytakn

ął.   

Na kilka sekund po

łożył  na  jej  bladej  ręce  swoją  i  lekko  uścisnął.  Poczuła,  jakby jego 

ci

epło i siła spłynęły przez dotyk do jej żył. Od strony odległego o kilometr oceanu słychać 

było głuchy grzmot fal. Spojrzała mu prosto w oczy i przez chwilę jej serce uleciało wysoko, 
jak jeden z krążących nad morzem ptaków. Razem możemy tego dokonać, pomyślała.   

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Whitney odwr

óciła wzrok, a Gabe szybko zabrał rękę, tak jakby żałował tego, co zrobił. 

Spróbowała uporządkować rozbiegane myśli.   

– Woda – powiedzia

ła bardzo oficjalnym głosem.   

–  Mamy jakie takie prymitywne schronienie,  ale musimy znale

źć  wodę.  To jest teraz 

najważniejsze.   

– Tak jest. W

łaśnie tak myślałem, panie kierowniku. Błyskawicznie odwróciła głowę, by 

spojrzeć mu prosto w oczy. W tej chwili była naprawdę rozgniewana.   

– Nie wyg

łupiaj się. Mówię poważnie.   

Wsta

ł  i  skrzyżował  ramiona  na  piersi.  Wiatr  od  morza  nie  był  tu  już  tak  mocny,  ale 

powietrze wciąż miało słony smak.   

– Tak jest, panie kierowniku – powt

órzył i leniwie podniósł rękę, by pogłaskać się po nie 

ogolonej brodzie.   

Panuj nad sob

ą, pomyślała Whitney ze złością.   

– Dobrze – powiedzia

ła z wypracowanym spokojem.   

–  Nazywaj mnie,  jak ci si

ę  żywnie  podoba.  W ogóle mnie to nie obchodzi.  Ale 

potrzebujemy wody, 

więc trzeba pójść śladem szopów. Ja to zrobię, a ty zostań tutaj i zajmij 

się nimi.   

Tym razem naprawd

ę go zaskoczyła.   

–  Ty pójdziesz? Bardzo przepraszam, 

ale  zostaniesz  tutaj  i  będziesz  bawiła  się  w 

pielęgniarkę, a ja poszukam wody.   

–  Trudne zadania powinna wykona

ć  osoba,  która ma najlepsze do nich kwalifikacje  – 

wyjaśniła tonem, jakby instruowała nowo przyjętego pracownika.   

– Ty masz by

ć najlepsza do tropienia szopów? 

– Gabe a

ż potrząsnął głową z rozbawieniem.   

– Wyobra

ź sobie, że tak – ucięła Whitney zimno.   

–  Dlatego to ty musisz zosta

ć  i  pobawić  się  w  pielęgniarkę.  Postaram  się  wrócić  jak 

najszybciej.  – 

Podniosła  puste  naczynia.  –  Ulokuj ich wygodnie.  Pan Mortalwood ma w 

kieszeni koszuli aspirynę. Już wziął dwie tabletki.   

–  Id

ę poszukać wody, niech pan się nie niepokoi. Wszystko będzie dobrze – zawołała i 

odwróciła się w kierunku wiodącej na plażę ścieżki.   

– Zaraz, zaraz – warkn

ął Gabe chwytając ją za łokieć. – Możesz sobie być taka ostra w 

sali konferencyjnej, szanowna pani, 

ale tu nie próbuj mi rozkazywać. To ja pójdę po śladach, 

bo to ja wiem, 

jak to robić. Ty może potrafisz śledzić wahania cen na giełdzie. To nie to samo 

co śledzenie dzikich zwierząt.   

Whitney wyszarpn

ęła  rękę  i  obrzuciła  go  spojrzeniem  urażonej  królowej.  Ale wbrew 

pozornej obojętności jej serce zaczęło mocniej bić. Przeszkadzało jej, że był półnagi, ubrany 
jedynie w szorty.   

– W takim razie pójdziemy razem – 

odparła lodowatym głosem. – Jeżeli przekonam się, 

background image

że  nadajesz  się  do  tego,  to  ci  uwierzę.  Najpierw  musi  pan  udowodnić  swoje  kwalifikacje, 
panie Cantrell.   

–  Ty 

żądasz,  żebym  udowodnił,  co  potrafię?  –  spytał  z  wyrazem niedowierzania na 

twarzy.   

–  W

łaśnie  tak.  –  Whitney  odwróciła  się  i  znów  zawołała  przez  ramię.  –  Proszę  pana, 

zdecydowaliśmy,  że  oboje  pójdziemy  szukać  wody.  A ty,  Adrian,  zostań  na  posterunku, 
zanim nie wrócimy, dobrze? 

Mortalwood skin

ął uprzejmie głową, a siedzący z miną męczennika na swym pniu Adrian 

rzucił jej mordercze spojrzenie, ale nic nie powiedział.   

Whitney zignorowa

ła  to.  Zajmie  się  później  jego  postawą,  jeżeli  będzie  miała  czas. 

Spojrzała na Cantrella, który przyglądał się jej ni to sceptycznie, ni to z kpiną.   

– Je

żeli masz zamiar iść, to chodź – rzuciła i weszła na zarośniętą ścieżkę.   

–  Tak jest,  panie kierowniku  –  powiedzia

ł  jeszcze  raz.  Podniósł  koszulę,  ale 

najwidoczniej nie miał zamiaru jej włożyć.   

Chcia

ła  zakazać  mu  takiego  odzywania  się,  ale  zrezygnowała,  wiedząc,  że  jej  reakcja 

tylko go ucieszy, 

a  nie  chciała  przecież  sprawiać  mu  satysfakcji.  Szła  przed  nim  w  stronę 

plaży,  próbując  nie  zwracać  na  niego  uwagi.  Mimo  woli  wróciło  do  niej  wspomnienie  tej 
szalonej chwili, 

gdy  leżała  w  jego ramionach.  Czuła  wtedy  coś  w  rodzaju  wyzwolenia,  na 

które czekała przez całe swoje życie.   

 

Do diab

ła, on jest jednak lepszy. Z całej duszy broniła się przed tą myślą, ale w końcu 

była przecież realistką. Przyznanie, że raz jeszcze nie doceniła go, piekło jak sól w ranie. Ten 
jego szyderczy wyraz twarzy, 

gdy pozwolił jej iść śladami wyraźnie odciśniętymi na mokrym 

piasku plaży. Nadal nic nie mówił, kiedy szukała śladów na skraju lasu. Dub nauczył ją, że 
dzikie zwierzęta nadspodziewanie często chodzą utartymi szlakami. „Pan borsuk, pan szop, 
nawet pani mysz mają swoje zwyczaje. Patrz uważnie, gdzie jest zgnieciona trawa. To jest ich 
droga. „ 

Lecz tam,  gdzie sosny zacz

ęły  być  coraz  większe,  a trawa coraz rzadsza,  musiała  się 

zatrzymać, bo nie była pewna, w którą stronę prowadzą ślady.   

–  T

ędy – powiedział, pierwszy raz wychodząc przed nią. Wskazał miejsce, gdzie ślady 

były prawie niewidoczne.   

Pod

ążyła za nim niechętnie. Jest dobry, do cholery. Jest tak dobry, jak niegdyś Dub. A ja 

przecież  wyszłam z wprawy,  pomyślała  usiłując  stłumić  uczucie  żalu.  Oprócz tego nauka 
Duba trwała krótko. Matka przyjechała i zabrała ją do miasta, mówiąc, że takie umiejętności 
są nieprzydatne, nic nie warte i nie pasują do ludzi na poziomie. Chcąc się jej przypodobać, 
zaczęła uczyć się rzeczy, które matka uważała za wartościowe. Ale teraz, po latach, jej myśli i 
serce  zatęskniły  za  Dubem  i  tym,  co  sobą  przedstawiał.  Pragnęła  przypomnieć  sobie 
wszystko, 

czego ją kiedyś nauczył.   

–  Tam  –  rzek

ł Gabe krótko, zatrzymując się. Wskazał na duży, pokryty porostami głaz, 

leżący w cieniu wysokiej sosny.   

Whitney wstrzyma

ła oddech, usiłując zobaczyć to, co on już zauważył. Nagle spostrzegła, 

background image

że głaz z jednej strony jest wilgotny. Przyklękła, aby obejrzeć go z bliska. Cienki strumyczek 
bulgotał u podstawy kamienia tworząc maleńką kałużę, reszta wody znikała wypijana przez 
wysuszoną ziemię. Musiała przyznać, że znalazł źródło szybko i sprawnie. Była pewna, że 
zacznie z niej pokpiwać, ale tak się nie stało.   

– Jeste

ś zupełnie niezła – przyznał mierząc ją wzrokiem.   

Powinna by

ła się zrewanżować, ale nie miała zamiaru mówić mu komplementów.   

– To ma

łe źródło – powiedziała. – Nie będzie łatwo napełnić butelki.   

–  Musimy to robi

ć  oboje  –  odparł  i  wyjął  jej  z  ręki  największy  pojemnik.  Jego palce 

ledwo  musnęły  jej  dłoń,  ale  nawet  tak  krótki  dotyk  spowodował,  że  przeszedł  ją  dreszcz. 
Instynktownie cofnęła się o pół kroku i zaraz tego pożałowała. Czuła, że niebezpiecznie jest 
okazywać mu swoją słabość.   

Rzeczywi

ście, uśmiechnął się ironicznie, wzrok znów miał wyzywający. Odwróciła się i 

zaczęła  napełniać  butelkę,  którą  najpierw  wypłukała  dokładnie  z  morskiej  soli.  Gabe bez 
słowa  ukląkł  przy  niej,  prawie  dotykając  jej  nagim  ramieniem.  Usiłowała  skoncentrować 
uwag

ę na napełnianiu butelki, ale przeszkadzała jej jego obecność.   

– Czy naprawd

ę potrafisz zarzucać sieć? – zapytał nagle.   

– Tak – odpar

ła krótko, patrząc wciąż na butelkę. – Nie wiem tylko, co tu można łowić. 

Nie znam się na morskich połowach – dodała.   

– Ma

łże i krewetki – rzucił równie krótko. – Na mieliźnie. Przepływa tu też mała rzeczka. 

Podczas przypływu to miejsce będzie najlepsze.   

– A co jest teraz? 

– Teraz jest odp

ływ.   

– Kiedy zn

ów będzie przypływ? – Whitney wstała trzymając napełnioną butelkę.   

Jego pojemnik te

ż był pełen, więc wrzucił po tabletce uzdatniającej wodę do każdego z 

nich i wstał.   

– Za mniej wi

ęcej dwanaście godzin.   

Szybko odwr

óciła  wzrok,  gdyż  zdała  sobie  sprawę,  że  patrzy  na  małego,  błękitnego 

aligatora wytatuowanego na jego piersi, 

szczerzącego  do  niej  zęby  przez  gąszcz  jasnych 

włosów.   

– Nie mo

żemy czekać tak długo. Pan Mortalwood i Adrian muszą dostać coś do jedzenia, 

żeby mogli odzyskać siły.   

–  Wko

ło  jest  mnóstwo  rzeczy  do  jedzenia  –  zapewnił  ją  sarkastycznie.  –  Trzeba tylko 

wiedzieć, gdzie szukać.   

–  Jestem tego dostatecznie 

świadoma – odparowała. –  I tak  się składa,  że wiem, gdzie 

trzeba  szukać.  Na  tych  drzewach  powinny  być  wiewiórki  –  mówiła  pokazując  ręką  na 
otaczające ich sosny. – A tam, gdzie jest woda, mogą być kaczki czy coś w tym rodzaju. I 
może nawet są tu jelenie...   

–  S

ą  –  stwierdził  zadowolony.  –  Widziałem  ślady.  Cholera,  pomyślała  Whitney.  Jak 

mogłam przegapić coś takiego. Nonszalancko wzruszyła ramionami i zaczęła wracać w stronę 
obozowiska.   

– Patrz pod nogi – zawo

łał za nią. – Będziesz cała podrapana przez kaktusy i osty. Wcale 

background image

mi  to  nie  pomoże,  gdy  nie  będziesz  mogła  iść  o  własnych  siłach.  Przez  cały  czas  musisz 
patrzeć pod nogi. Tutaj są węże i...   

–  W og

óle nie boję się węży – ucięła Whitney. Kiedy miała zaledwie osiem lat, zabiła 

motyką  żmiję  miedziankę.  Jednak  po  jego  słowach  baczniej  obserwowała  ziemię.  – 
Moglibyśmy upolować jakąś zwierzynę, gdybyśmy mieli broń – rozważała głośno. – Ale nie 
mamy. 

Nie mamy nawet z czego zrobić sideł.   

–  Ja nie potrzebuj

ę  sideł  –  powiedział  idąc  tak  dużymi krokami,  że  z  trudem  za  nim 

nadążała.   

– S

łuchaj... – zaczęła znów Whitney. – Jeżeli jesteś z tych, co to myślą, że człowiek może 

żywić się korzonkami i korą z drzew, to będziesz musiał zmienić zdanie, bo pan Mortalwood 
nie jest przyzwyczajony do...   

– Co ja wed

ług ciebie powinienem zrobić? – zapytał przystając. – Wyciągnąć z kapelusza 

befsztyk z polędwicy i wielką butelkę szampana? Nawet nie mam kapelusza, do cholery.   

Wiej

ąca  od  morza  bryza  potargała  spłowiałe  od  słońca  włosy,  które  spadając  na  oczy 

na

dawały mu niefrasobliwy wygląd. Skorzystała z tego, że się zatrzymał, żeby go dogonić. 

Skrzywiła się, bo następny kaktus zaatakował jej gołą kostkę.   

– Chcia

łam powiedzieć – zaczęła wyjaśniać, próbując nie zwracać uwagi na kolec – że on 

nie może jeść żadnych bazi ani kory z drzew, ani innych tego rodzaju okropności.   

– Teraz nie jest akurat pora na bazie i sta

ć mnie na coś lepszego niż kora. Czy pani wie, 

że kaktus wbija się w pani nogę, panno Shane? 

– Id

ź dalej, ja sobie poradzę – odparła Whitney.   

–  Nie s

ądzę, już leci ci krew. Nie próbuj ciągle udowadniać, że jesteś taka mocna. Już 

zresztą to udowodniłaś.   

Zdumia

ła  się,  kiedy  nagle  ukląkł  przed  nią  i  ostrożnie  wyjął  igłę  kaktusa.  Co  więcej, 

wylał  na  dłoń  trochę  drogocennej  wody  i  zmył  z  jej  nogi  ślady  krwi.  Dotyk  jego  ręki  był 
nadspodziewanie delikatny.   

–  O to przez ca

ły  czas  ci  chodziło  –  gderał  obmywając  ranę  następną  garścią  wody.  – 

Żebym klęczał u twoich stóp.   

Podni

ósł  się  szybko  i  znów  miała  przed  sobą  aligatora  uśmiechającego  się  głupio  w 

gęstwinie blond włosów. Z trudem przełknęła ślinę i zmusiła się do pozostania w miejscu.   

–  A tak w ogóle,  co to jest?  – 

spytała  patrząc  z  dezaprobatą  na  niskie  kaktusy, 

wyglądające jak rzepy.   

–  Nazywaj

ą  je  skaczącymi  kaktusami  –  wyjaśnił  odwracając  się  i  znów  ruszając  przed 

siebie.  – 

One  naprawdę  to  robią.  Jeżeli  podejdziesz  za  blisko,  to  rzeczywiście  skoczą  na 

ciebie,  a potem, 

jeżeli będziesz na tyle nierozsądna, by podrapać to miejsce, przeskoczą na 

inne. 

Diabeł musiał je wymyślić w jakiś szczególnie nudny dzień.   

Whitney ledwo za nim nad

ążała, ale teraz nie odrywała wzroku od ziemi. Ulżyło jej, gdy 

w końcu dotarli do plaży, gdzie na twardo ubitym piasku nie rosły ani osty, ani kaktusy, ani 
czepiające się winoroślą.   

Ale Gabe wcale nie skierowa

ł się w stronę ich obozowiska, tylko posuwał się plażą w 

przeciwnym kierunku.   

background image

– Dok

ąd idziesz? – spytała. – Obóz jest z tamtej strony. A może się zgubiłeś? 

–  Zgubi

łem  się?  Ja?  –  Zaśmiał  się.  –  Niezupełnie.  Tam dalej jest bagnista rzeka. 

Poszukamy trochę małży na obiad.   

–  Ma

łże? – powtórzyła Whitney krzywiąc nos z niesmakiem. – Słodkowodne małże? – 

Jako dziecko  widywa

ła  mnóstwo  takich  małży.  Dub  mawiał,  że  smakują  jak  błoto  i  tylko 

szopy są w stanie je zjeść.   

–  W Europie jedz

ą je często. Chcesz zobaczyć, jak się to robi? A może wolisz zanieść 

wodę swojemu panu M. ? Znajdziesz sama drogę, czy już się zgubiłaś? 

– Ja znakomicie orientuj

ę się w terenie – odpaliła. Wiatr był tu silniejszy, jak zwykle na 

plaży, szarpał jej włosami, a słońce paliło niemiłosiernie. Zdjęła podarty kardigan i niosła go 
w ręce. Gabe zatrzymał się i zdjął buty. Nie mogła się powstrzymać i też zrzuciła skórzane 
sandały. Wspaniale było czuć pod stopami wilgotny piasek. W małej zatoczce wodne ptactwo 
gromadziło się, brodziło w wodzie, fruwało i napełniało powietrze przeraźliwym krzykiem.   

Whitney odetchn

ęła  głęboko  słonym  powietrzem  i  zbliżyła  się  do  brzegu,  pozwalając 

falom obmywać stopy. Po wędrówce w palącym słońcu woda wydała jej się lodowata.   

Po

łyskiwała  szaro  w  popołudniowym  świetle,  ale  gdzieniegdzie  widać  było  błękitne 

plamy, 

jakby  w  tych  miejscach  odbijało  się  w  morzu  lazurowe  niebo.  Ocean  szumiał 

nieprzerwanie, 

jak  oddech  jakiejś  olbrzymiej,  potężnej  istoty.  Przez  chwilę  Whitney  nie 

myślała o tym, że ma pod opieką pana M. i Adriana, i po prostu podziwiała czyste piękno 
oceanu i wybrzeża.   

–  Wygl

ądasz,  jakbyś  śniła.  Czy obliczasz,  ile  pensjonatów  można  zmieścić  na  tym 

kawałku plaży? 

– G

łos Gabe’a był szorstki, niemal kłótliwy.   

– Nie. – A

ż podskoczyła, nieprzyjemnie zaskoczona.   

– Dlaczego mia

łabym myśleć o pensjonatach? 

– Bo to jest chyba twoja praca, prawda? Czy nie to w

łaśnie robi Mortalwood w Atlancie? 

Dlatego tak interesujecie się wyspą, studiujecie mapy, zdjęcia.   

– Niezupe

łnie – skłamała, wystraszona jego intuicją. Domyślił się, po co przedsięwzięli tę 

nierozsądną  podróż  na  Sand  Dollar.  Nagle  poczuła  obce  jej  i zupełnie  nieoczekiwane 
poczucie winy.  Teraz, 

kiedy  już  zobaczyła  piękno  plaży  i  całej  wyspy,  wiedziała,  że 

Mortalwood zechce ją kupić. Gdy zostaną wyratowani z tej opresji, zaczną przeprowadzać tę 
transakcję  i  byliby  głupcami,  gdyby  pozwolili  takiej  okazji  wymknąć  się  z  rąk.  A potem 
jedyną logiczną konsekwencją będzie zagospodarowanie wyspy.   

–  Czy zechcesz powiedzie

ć  mi,  o  co  wam  trojgu  naprawdę  chodzi?  –  spytał  Gabe, 

przymknąwszy oczy.   

Rzuci

ła mu ukradkowe spojrzenie. Wyglądał jak pozłacany posąg barbarzyńcy, pasował 

do tej dzikiej, 

opuszczonej plaży.   

–  To,  co robimy,  jest...  poufne  –  odpar

ła.  Zabrzmiało  to  nieuprzejmie,  ale  nie  mogła 

przecież powiedzieć mu prawdy, nawet gdyby chciała.   

–  No tak  –  powiedzia

ł  z  ponurym  uśmiechem.  –  Mogę  wam  usługiwać,  szukać  wody, 

żywności, ale nie powinienem o nic pytać. Bo i tak nie otrzymam odpowiedzi.   

background image

–  Mo

żesz  pytać  o  wszystko,  o co chcesz.  Ale  rzeczywiście,  ja ci nie odpowiem.  – 

Spróbowała w ten sposób uprzejmie, ale stanowczo uciąć dalsze indagacje.   

– Pozwól, 

że teraz z kolei ja zadam parę pytań.   

–  Pozornie lekkim tonem zmieni

ła  temat.  –  Jak  to  się  nazywa?  –  Wskazała  na  małe 

muszle o sercowatym kształcie, rozrzucone po całej plaży.   

– Sercaki – odpar

ł krótko.   

– A te wi

ększe, takie skręcone? – pytała niezrażona.   

– Tr

ąbiki. Są jadalne. Zbieraj te, które próbują stanąć pionowo. To znaczy, że są żywe i 

chcą zagrzebać się w piasku.   

Wbrew samej sobie Whitney u

śmiechnęła  się  i  jeszcze  dokładniej  przeszukiwała  plażę 

oczami.   

– Och, a to? – Podnios

ła małą, błyszczącą muszelkę o niemal kulistym kształcie.   

– M

ówią na nie oliwki, ale nie zbieraj ich, nie nadają się do jedzenia.   

Mimo wszystko Whitney wsun

ęła  małą,  gładką  muszelkę  do kieszeni.  Nigdy przedtem 

nie chodziła po dzikiej plaży i nie zbierała muszelek.   

–  A to co?  –  spyta

ła  wskazując  jeszcze  inną,  w  kształcie  krążka,  o  lekko  złotawym 

zabarwieniu.   

– Ma

łże księżycowe – odparł niecierpliwie. – Tych też nie można jeść.   

– Zobacz, co to? Czy to nie jest piaskowy dolar? – zawo

łała pokazując matowo-brązowy 

krążek podobny do okrągłego herbatnika.   

– Tak – mrukn

ął. – A obok, o krok od twojej stopy, jest meduza. – Chwycił ją za ramię i 

obrócił, by mogła zobaczyć drżący przezroczysty  kształt, wyglądający jak  nie nadmuchany 
balonik.   

Wzdrygn

ęła  się  trochę  ze  strachu,  a  trochę  pod  wpływem  nieoczekiwanego  dotknięcia 

jego ręki. Gabe uwolnił ją prawie natychmiast.   

–  Masz zamiar kolekcjonowa

ć  muszelki?  –  zapytał  zaczepnie.  –  Myślałem,  że  chcesz 

pomóc w znalezieniu jedzenia dla tych niewydarzonych żeglarzy.   

Ura

żona  Whitney  zapomniała  o  piaskowym  dolarze.  Próbowała  nawiązać  grzeczną 

rozmowę, ale on odrzucił jej starania.   

Po chwili dotarli nad uj

ście rzeki. Zatrzymał ją ruchem ręki, postawił pojemnik z wodą, 

zdjął buty i patrząc na nią z zastanowieniem, powiedział: 

–  Troch

ę się przy tym trzeba ubrudzić. Pokażę ci, jak się to robi, na wypadek,  gdybyś 

musiała kiedyś zbierać je sama.   

Whitney patrzy

ła, jak powoli, z trudnością przedziera się przez trzciny i wysokie trawy. 

Zostawiła butelkę i sandały, podwinęła nogawki spodni i weszła za nim. Czarny bagienny muł 
natychmiast oblepił jej stopy, ale zacisnęła zęby i szła dalej. W dzieciństwie często brodziła 
po błocie i jakoś to przeżyła, więc przeżyje i teraz.   

Gabe odwr

ócił się, kiedy zobaczył, że ona podąża za nim.   

– Hej! – zaprotestowa

ł. – Mówiłem ci, żebyś została. Tutaj jest muł.   

–  Nie boj

ę  się  mułu  –  odparła  wyciągając  stopę  z  mlaszczącego  błota  i  stawiając  ją 

ostrożnie przed sobą. – Jeżeli dwie osoby zbierają małże, nazbierają ich dwa razy więcej niż 

background image

jedna.   

– Zawsze my

ślimy o organizacji pracy, panno Shane? – zapytał uśmiechając się lekko. – 

Szybkość i wydajność? Nie marnować sił produkcyjnych? 

–  My

ślimy  o  tym,  że  wszyscy  są  głodni,  panie Cantrell  –  ucięła.  –  Mamy  dużo  do 

zrobienia, 

więc nie traćmy czasu.   

Potrz

ąsnął z niedowierzaniem głową i poczekał, żeby mogła do niego dołączyć. Prawdę 

mówiąc było jej trochę niedobrze od zapachu bagna, ale nie miała zamiaru tego pokazać.   

– Musz

ę ci to powiedzieć – rzekł. – Jesteś naprawdę kimś.   

Jej noga zapad

ła  się  w  mule  tak  głęboko,  że  o  mało  nie  straciła  równowagi.  Szybko 

schwycił  ją  za  ramię  i  przytrzymał  prosto.  Stali tak przez moment,  patrząc  sobie  prosto  w 
oczy.  Jak dwoje przeciwników, 

ostrożnie  oceniających  się  nawzajem.  A  może  jak  dwoje 

współtowarzyszy,  zdanych na siebie,  zastanawiających  się,  jak  dalece  mogą  sobie  zaufać. 
Gabe spojrzał w dół na jej czarne od mułu stopy.   

– Naprawd

ę kimś – powtórzył cicho.   

Nagle,  przez jedn

ą  chwilę  Whitney  zapomniała  o  wszystkich  kłopotach  i  poczuła 

przepływającą przez nią falę szczęścia. Lecz ich obecna sytuacja była zbyt poważna i chwila 
ta przeleciała prawie tak szybko, jak się pojawiła. Odwrócili się od siebie, jakby nic między 
nimi nie zaszło. Gdyby nie była rozsądna, pomyślałaby, że jemu tak samo jak jej na chwilę 
zabrakło słów.   

Gabe mia

ł rację. Zbieranie małży to nie było zajęcie dla delikatnych. Zagrzebywały się 

głęboko w mule i trzeba je było stamtąd wyciągać. Nogi i ręce miała całe w błocie. Spodnie i 
zielony  sweter  były  upstrzone  cętkami  zasychającego  mułu.  A  kiedy  patrzyła  na  swoje 
paznokcie, 

zastanawiała  się,  czy  kiedykolwiek  zdoła  je  doczyścić.  Ale  w  związanym 

kardiganie  miała  prawie  tyle  samo  małży,  co Gabe w swojej koszuli.  Z trudem wrócili na 
brzeg, 

przedzierając  się  przez  gęsty  muł.  Każde  z  nich  wypiło  po  oszczędnym  łyku  wody, 

zostawiając brudne odciski palców na naczyniu. Spojrzeli na te odciski, następnie na siebie i z 
trudem ukryli rozbawienie.   

Whitney zaczyna

ła boleć głowa od upału i zmęczenia, ale chciała jak najprędzej wracać. 

Oceniała, że minęła co najmniej godzina, a może i więcej, odkąd wyszli z obozu. Pan M. na 
pewno jest przestraszony, 

a  obaj  źle  się  czują.  Musiała  uśmiechnąć  się,  kiedy  wyobraziła 

sobie Adriana zb

ierającego małże. Chyba umarłby z głodu, zanim wszedłby do tego błota.   

Doszli do pla

ży,  gdzie  wiatr  wiał  coraz  silniej.  Rozwiązane  włosy  Whitney  co  chwilę 

zasłaniały jej twarz i w końcu musiała odgarnąć je oblepionymi błotem rękami.   

–  Chod

ź – powiedział Gabe kładąc na ziemi swoją koszulę, buty i naczynie z wodą. – 

Oboje  wyglądamy  jak  dzikusy  z  Nowej  Gwinei  na  zdjęciach  w  „National Geografie”. 
Umyjemy się w oceanie.   

– P

óźniej – zaprotestowała Whitney potrząsając głową. – Teraz musimy wrócić do pana 

M.   

–  Mortalwoodowi na pewno podskoczy ci

śnienie,  gdy  zobaczy  cię  w  takim  stanie  – 

powiedział  Gabe.  –  Dostanie ataku serca.  Pomyśli, że  jakaś  wiedźma  z bagien  przyszła  po 
niego.   

background image

Whitney zawaha

ła się, choć przypuszczała, że jest brudna i wygląda okropnie.   

– Chod

ź – powtórzył Gabe i zaczął iść w stronę morza. – To nie zajmie minuty.   

Posz

ła za nim niechętnie, zatrzymując się, gdy woda doszła jej do pasa. Gabe tymczasem 

już pływał, nurkował pod falami, rozpryskiwał wodę, a jego włosy błyszczały z daleka jak 
złoto. Zanurkował głęboko i wypłynął tuż przy niej. Otrząsnął wodę z włosów, ochlapując ją 
przy okazji.   

– No chod

ź – powiedział patrząc z niesmakiem na jej próby mycia się. – Wejdź do wody.   

–  Tak jest dobrze  –  odpar

ła Whitney wyniośle,  cała skupiona na oskrobywaniu błota z 

rąk.   

Stan

ął obok niej, a woda spływała strumieniami po jego piersi i ramionach.   

– Nie – zaprzeczy

ł stanowczo. – Wcale nie jest dobrze. W ten sposób nie usuniesz tego 

mułu z twarzy.   

–  Z twarzy?  –  zapyta

ła  Whitney,  nie wiadomo dlaczego zaskoczona.  –  W którym 

miejscu? – 

Zaczęła pryskać sobie wodą na twarz.   

– Dziewczyna, kt

óra pływa jak ryba, a kąpie się jak kotka – zakpił z uśmiechem. Pochylił 

się i przejechał mokrą ręką po jej policzku. Powtórzył to kilka razy, spłukując wszystkie ślady 
mułu.   

– No nie! – wykrzykn

ął z przesadnym obrzydzeniem. – Ty masz to nawet w uszach.   

– Och! – j

ęknęła Whitney i zaczęła energicznie szorować ręką ucho.   

–  A na w

łosach  masz całe tony tego  mułu – strofował ją dalej. – Nie  wyczyścisz tego 

nigdy, 

jeżeli nie zanurzysz się cała. Weź głęboki oddech.   

–  Ja mog

ę...  –  Chciała  powiedzieć,  że  potrafi  to  zrobić  sama,  ale  już  była  w  jego 

ramionach.   

– G

łęboki oddech – ostrzegł ponownie i Whitney zrozumiała, że nie ma wyboru. Nabrała 

jak najwięcej powietrza w płuca i bez zastanowienia objęła go ręką za szyję. Gabe zanurzył 
się w nadchodzącej fali, a ona trzymała się go z całej siły. Kiedy wynurzyli się na chwilę, 
łapała gwałtownie powietrze, zanim przykryła ich następna fala. Powtarzali to kilka razy, aż 
zaczęło jej się kręcić w głowie.   

W ko

ńcu Gabe, też już niemal bez tchu, stanął na nogach, wciąż trzymając Whitney jedną 

ręką. Jej stopa znalazła skośny, piaszczysty grunt.   

–  Zobaczymy,  czy ju

ż  można  pokazać  cię  ludziom  –  powiedział  drażniąc  się  z  nią.  – 

Sprawdźmy uszy.   

– Obejrza

ł je dokładnie i skinął aprobująco głową.   

–  Co z w

łosami? – Przesunął po nich ręką, rozczesał palcami i ponownie przygładził. – 

Włosy w porządku – zawyrokował. – A twarz? – spytał podnosząc jej podbródek do góry.   

O

ślepiające  światło  odbijało  się  w  jego  włosach,  tworząc  jakby  złotą  koronę  wokół 

głowy.  Gdyby  spojrzała  w  dół,  widziałaby  jasne  włosy  błyszczące  na  tle  niemal 
mahoniowego  brązu  jego  piersi.  Ocean  na  zmianę  to  odpychał,  to  próbował  pociągnąć  ją 
głębiej w swoje fale, wymywał spod stóp piaszczyste podłoże. Zauważyła, że wciąż obejmuje 
go za szyję. Czuła lekki chłód morskiej wody, lecz jego ciało było ciepłe, prawie gorące.   

Pochyli

ł głowę, by przyjrzeć się jej dokładniej. Uśmiech zniknął i znów pojawiło się to 

background image

uważne, badawcze spojrzenie. Whitney, która dopiero przed chwilą czuła się taka słaba, nagle 
poczuła obawę.   

– Twarz jest te

ż w porządku – powiedział cicho i powoli, niemal leniwie, zbliżył usta do 

jej ust.   

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Gabe dotkn

ął  jej  ust  swoimi  i  Whitney  wydawało  się,  że  ogarnęła  ją  wielka  fala 

przypływu. Przyciągnął  ją jeszcze bliżej, trzymał tak mocno, że nawet ocean,  z całą swoją 
potęgą, nie mógłby mu jej zabrać.   

Woda podesz

ła Whitney powyżej pasa i fale szarpały nią mocno, lecz ona była świadoma 

tylko siły obejmujących ją ramion. Sweter, zimny i przemoczony, prawie nie stanowił między 
nimi bariery, 

a gorąco jego ciała elektryzowało ją.   

Jego usta b

łądziły  po  jej  wargach,  jednocześnie  pytając  i  powstrzymując  się.  Whitney 

uniosła twarz i zamknęła oczy. Tak długo tłumione pożądanie przepływało przez jej ciało z 
siłą  rwącego  potoku.  Granice  świadomości  zamazywały  się,  rozsądek  oddalał  w  czarną 
nicość. Jej ciało kołysało się w rytm jego ciała, spragnione jego dotyku.   

Poca

łunek  stawał  się  coraz  bardziej  zdecydowany,  wygłodniały,  prowokujący.  Nie, 

pomyślała  Whitney  w  panice,  przywołując  na  pomoc  swoje  opanowanie.  Własne  życie 
przemknęło  jej  chaotycznie  przed  oczami.  Wszystko to,  co  poświęciła  dla  niej  matka, 
wszystko, 

do czego sama doszła tak ciężką pracą, zderzało się z obecną chwilą.   

– Nie! – krzykn

ęła. Gwałtownie oderwała się od niego i o mało się nie przewróciła, kiedy 

uderzyły w nią wzburzone fale. Odepchnęła wyciągniętą rękę Gabe’a i z trudem utrzymała 
równowagę.   

– Nie – powt

órzyła. – Żebyś już nigdy nie odważył się tego zrobić.   

Na jego twarzy wida

ć było gniew połączony z niesmakiem.   

– Nie odwa

żył się – cedził naśladując jej wyniosły ton. – To znaczy, nie dla psa kiełbasa? 

–  My

śl sobie, co chcesz – powiedziała przez zaciśnięte zęby i odgarnęła do tyłu mokre 

włosy.   

– Nie mam zamiaru zabawia

ć się z tobą w Tarzana i Jane. Stale o tym pamiętaj i stosuj się 

do mojego polecenia.   

Odwr

óciła się i zaczęła wracać do brzegu.   

–  Zanim to wszystko si

ę skończy, może wyniknąć interesujące pytanie, czyje polecenia 

tutaj 

się wykonuje – zawołał za nią z wyzywającą drwiną.   

Whitney uda

ła, że nie słyszy i szła dalej ze wzrokiem utkwionym w wydmy. Co się ze 

mną  dzieje,  pomyślała  z  niesmakiem.  On  jest  tylko  czymś  odrobinę  więcej  niż  zwykłym 
majtkiem pokładowym, a oto ona wije się w jego ramionach. To szaleństwo. A może była po 
prostu  tak  zakłopotana  i  przerażona  wydarzeniami  całego  dnia,  że  podświadomie  pragnęła 
czyjegoś oparcia, poddania się czyjejś sile? Nie chciała o tym myśleć.   

Dotar

ła do twardego, chłodnego piasku plaży, usiadła na wyrzuconym przez fale pniu i 

włożyła sandały. Kiedy dołączył do niej Gabe, nie zwróciła w ogóle na niego uwagi. Wzięła 
swój  tobołek  z  małżami, butelkę  wody  i  poszła  w  stronę  obozu,  nie  mając  zamiaru  ani  r/a 
niego czekać, ani się odzywać.   

–  Nie spieszy

ło  ci  się  –  powiedział  oburzony  Adrian,  kiedy  przyszła  do  nich  wąską 

ścieżką między dębami.   

background image

–  Widz

ę, że poszłaś sobie trochę popływać, podczas gdy tutaj pan M. prawie umiera z 

pragnienia.   

– Tu jest woda i jedzenie – odpar

ła zniecierpliwiona, kładąc na ziemi sweter pełen małży. 

– 

Żeby to znaleźć, trzeba było się mocno ubrudzić. Musiałam się umyć.   

W

łaściwie  nie  zasłużył  sobie  nawet  na  takie  wyjaśnienie.  Wiedziała  jednak,  że  jest 

zawiedziony, 

cierpiący  i  na  dodatek  przestraszony.  Zazwyczaj  widywała  dumnego  Adriana 

siedzącego przy swoim robionym na zamówienie biurku lub w sali konferencyjnej. Teraz był 
poobijany, brudny, 

słaby i siedział na zwykłym pniaku. Kostkę nogi miał mocno spuchniętą, 

ubranie  wymięte,  podarte i brudne,  oczy podpuchnięte,  a  szczęka,  tam  gdzie  Gabe  był 
zmuszony  go  uderzyć,  przybrała  brzydki  niebieski  odcień.  Rozcięta  warga  spuchła  nadając 
ustom groteskowy kształt.   

Whitney kl

ęknęła  przy  Mortalwoodzie  i  podała  mu  wodę.  Starszy  pan  leżał  bezradnie, 

oparty o zwalone 

drzewo i wyglądał, jakby nie poruszył się w ogóle od chwili, kiedy od niego 

odeszła. Wziął butelkę do rąk i pił chciwie. Kątem oka widziała, że Adrian patrzy zazdrośnie, 
żałując mu każdego łyku. Potrzebujemy wody nie tylko do picia, ale także do gotowania i do 
mycia się, pomyślała z  ponurym realizmem. Będę musiała przez cały dzień  biegać tam i z 
powrotem do źródła.   

–  Chce pan jeszcze aspiryny? –  spyta

ła troskliwie Mortalwooda, który słabo przytaknął. 

Wciąż był przeraźliwie blady, miał nieobecny, rozkojarzony wzrok. Przeklęła w duchu pech, 
że musiał stracić okulary. Teraz biedak musiał oglądać ten dziki, egzotyczny dla niego świat 
jak przez mgłę. Sięgnęła mu do kieszeni i podała dwie następne aspiryny.  Wziął je i popił 
kilkoma łykami wody.   

– Nie tylko on jeden jest spragniony – przypomnia

ł zza jej pleców Adrian.   

Whitney bez s

łowa podała mu butelkę i położyła dłoń na czole Mortalwooda, próbując 

sprawdzić, czy ma gorączkę. Skórę miał zimną i wilgotną.   

– Jak ty masz zamiar ugotowa

ć te małże? – zapytał Adrian. – Czy w ogóle jesteś pewna, 

że to można jeść? Poza tym potrzebujemy więcej wody, niż przyniosłaś.   

–  W Europie je jedz

ą  –  odparła  krótko,  nie  zdając  sobie  sprawy,  że  powtórzyła 

bezwiednie  słowa  Gabe’a.  Zauważyła,  że  Adrian  opróżnił  butelkę.  Usta  miała  wyschnięte, 
wypiła przecież przedtem tylko jeden łyk.   

– Zaraz b

ędzie więcej wody – dodała starając się, by jej głos był spokojny i obojętny.   

Nie mia

ła pojęcia, jak ma ugotować małże bez garnka, ale miała zamiar coś wymyślić.   

–  My

ślałem, że przyniesiesz jakieś normalne jedzenie – powiedział Adrian. – Udało mi 

się nazbierać garść żołędzi. Kiedy już ugotujesz te małże, możesz nazbierać więcej i pomóc je 
łuskać.   

– Chyba po to, 

żeby się pochorować – odezwał się Gabe ze skraju polany. Niósł pojemnik 

z wodą trzymając go za uchwyt, a przez nagie ramię miał przerzuconą koszulę wypełnioną 
małżami.  Pomimo  wysokiego  wzrostu  poruszał  się  bardzo  cicho  i  lekko.  Podszedł  bliżej  i 
postawił ciężar na ziemi.   

– O czym ty mówisz? – 

zapytał Adrian mierząc go pełnym urazy wzrokiem.   

– Zjedz to, kolego – powiedzia

ł Gabe pokazując lekceważąco na małą kupkę żołędzi – a 

background image

znajdziesz się w poważnych kłopotach. To nie są zwykłe żołędzie. Nie zabiją cię, ale sprawią, 
że zapragniesz umrzeć.   

– Ciekawe, sk

ąd to wiesz? 

–  Mo

żesz wierzyć lub nie. Najlepiej zjedz, to się przekonasz – odparł Gabe wzruszając 

ramionami. 

Odwrócił się do Whitney i podał jej pojemnik. – Masz i pij. Czy nie wiesz, że 

możesz się odwodnić, zanim zdołasz to zauważyć? 

Jako jedyny z trzech m

ężczyzn  pomyślał  o  niej,  o tym,  że  też  może  być  spragniona. 

Zapamiętała to, na pół wdzięczna, na pół rozczarowana, że to właśnie on. Nie ruszyła się z 
miejsca i nie sięgnęła po naczynie.   

– A ty ju

ż piłeś? – spytała patrząc na niego spokojnie.   

– Najpierw ty – odpar

ł.   

Wyczu

ła  w  tej  odpowiedzi  coś  więcej  niż  troskliwość.  Wyostrzone  zmysły  rozpoznały 

subtelny rodzaj gry sił.   

– Nie – powiedzia

ła stanowczo, potrząsając głową.   

– Ty pierwszy.   

Przez chwil

ę patrzyli na siebie w milczeniu. W końcu on uśmiechnął się i uniósł kpiąco 

brew.   

– Czy to rozkaz? 

– Nazywaj to, jak chcesz – odpowiedzia

ła nie okazując żadnych emocji.   

– Je

żeli macie zamiar dłużej tak stać i kłócić się, to lepiej dajcie tę wodę tutaj – zawołał 

Adrian z rozdrażnieniem. – Wypiłem całe litry morskiej wody. Gardło wciąż mnie piecze.   

– Czekaj na swoj

ą kolej – odpowiedział spokojnym głosem Gabe, patrząc wyzywająco na 

Whitney. 

Nie mówiąc nic więcej, podniósł naczynie do ust i wypił cztery długie łyki. Wytarł 

dokładnie ręką otwór i podał jej pojemnik. Tym razem przyjęła. Ostentacyjnie wytarła brzeg 
jeszcze raz i – tak jak on – 

wypiła dokładnie cztery łyki. Podała wodę Adrianowi, a ten zaczął 

pić tak szybko, że sporo wody rozlało się i spłynęło mu po twarzy.   

– Spokojnie – ostrzeg

ł go Gabe. – Za dużo też może ci zaszkodzić.   

Lawrence Mortalwood zadr

żał,  a  kiedy  Whitney  ponownie  sięgnęła  do  jego  czoła, 

chwycił ją mocno za rękę.   

– Whitney – powiedzia

ł zawstydzonym głosem.   

– Jestem g

łodny. Czy nie mówiłaś, że przyniosłaś coś do jedzenia? 

–  Tak  –  odezwa

ł  się  Gabe,  zanim  Whitney  zdążyła  cokolwiek  odpowiedzieć.  –  Tylko 

jeszcze musimy to przygotować.   

Rozejrza

ł się po polanie i zatrzymał wzrok na płaskim, kwadratowym odłamku skały.   

– Fisk, czy jeste

ś w stanie kopać? – zapytał podnosząc kamień. – Jeżeli tak, ja mogę zająć 

się  innymi  rzeczami.  Potrzebujemy  niezbyt  głębokiej  dziury,  wielkości  około  ćwierć  metra 
kwadratowego.   

– Oczywi

ście, że nie jestem w stanie kopać – odparł Adrian. – Chyba mam złamaną rękę 

w łokciu, ledwo mogę nią poruszać. Sam kop.   

–  Doskonale.  –  Gabe jeszcze raz rozejrza

ł się po polanie, wybrał miejsce, gdzie ziemia 

wyglądała na bardziej miękką, ukląkł i zaczął kopać, używając kamienia jako łopaty. Spojrzał 

background image

w  górę  na  Whitney.  –  A  jeżeli  chodzi  o  ciebie  –  powiedział  z  wyraźnym  sarkazmem  – 
prop

onuję, żebyś wróciła na brzeg i wymyła swoją część małży. Są całe w błocie. Ale to tylko 

sugestia, 

nigdy nie ośmieliłbym się rozkazywać ci. Jeżeli wolisz, żebym ja to zrobił, możesz 

kopać.   

Whitney popatrzy

ła na niego wrogo i dla dodania Mortalwoodowi otuchy uścisnęła lekko 

jego dłoń. Ale Gabe wcale na nią nie patrzył. Znów zajął się mozolnym wbijaniem kamienia 
w ziemię. Tym, który ją obserwował, był Adrian. Jego głos i wyraz twarzy zaskoczyły ją.   

–  Zrób tak,  jak on mówi. 

Przecież pan Mortalwood nie może jeść błota. Nikt z nas nie 

może.   

Whitney uda

ło  się  zachować  spokój.  Gabe  miał  rację,  chociaż  za  nic  by  tego  nie 

przyznała. Powinna była umyć małże, ale była tak zdenerwowana, że chciała jak najszybciej 
uciec od niego. 

Wstała  i  wzięła  z  powrotem  zawiniątko  z  małżami.  Stała  przez  chwilę, 

wyraźnie ignorując Adriana, żeby pokazać mu, że on tu o niczym nie decyduje.   

– Niech pan si

ę nie martwi, wrócę szybko – powiedziała do Mortalwooda tak pogodnie, 

jak tylko potrafiła. – I zaraz zaczniemy kolację.   

– Tak, tak, dobrze – przytakn

ął w roztargnieniu Mortalwood.   

Posz

ła  ostrożnie  w  stronę  morza,  uważając  na  skaczące  kaktusy  i  wydmowe  osty. 

Zacisnęła mocno usta i przysięgała sobie, że Cantreilowi już nigdy nie uda się wyprowadzić 
jej z równowagi. 

Była  jednak  zmartwiona,  że  Adrian  i  Gabe  starli  się  o  to,  kto  będzie 

kontrolował sytuację. Gabe potrafi sobie radzić w takich warunkach daleko lepiej, niż Adrian. 
Co do tego nie miała złudzeń. Z kolei Adrian chce mieć przewagę nie tylko nad Cantrellem, 
ale i nad nią. A na to nie mogła pozwolić. Przecież on nie potrafi tu podjąć żadnej sensownej 
decyzji. 

Trudno będzie  w tym wszystkim zachować zimną krew.  Z jednej strony nie może 

zrazić Adriana, ponieważ w przyszłości będzie musiała nadal z nim pracować. Ale na razie 
musi  zaufać  Cantreilowi.  W  tak  niebezpiecznej  sytuacji  oni  wszyscy  potrzebują  jego  siły  i 
wiedzy. 

Będzie z nim współpracować, ale nie ma zamiaru potulnie go słuchać.   

Znowu rozbola

ła  ją  głowa.  Nie  powinna  myśleć  o  wszystkim  naraz,  najlepiej 

rozwiązywać sprawy jedna po drugiej. W tej chwili ma umyć małże.   

Gdy dosz

ła wreszcie do piaszczystej plaży, poczuła, jak bardzo jest słaba i wyczerpana 

tym wszystkim, 

co się dziś zdarzyło. Puste morze wydawało się ogromne i posępne, a silny 

wiatr  potęgował  nastrój.  Czuła  się,  jak  jedyny  człowiek  na  ziemi.  Miała  pewność  co  do 
jednego. 

Na swój dziki sposób to wszystko było tak piękne, że aż zmuszało do pokory.   

Nie, poprawi

ła się. Nie była przecież sama na wyspie, w obozie byli inni rozbitkowie. Ale 

stała  się  dziwna  rzecz,  miała  trudności  z  przypomnieniem  sobie,  jak  wyglądają  pan 
Mortalwood i Adrian Fisk, 

a  właściwie  jak  wyglądali,  kiedy  życie  toczyło  się  normalnie. 

Jedyną  wyraźną  postacią,  jaką  miała  przed  oczami,  był  Gabe,  pochylony  nad  skamieniałą 
ziemią, zdecydowany pokonać ją tym prymitywnym narzędziem.   

Dzikus z epoki kamienia 

łupanego, pomyślała.   

Musia

ła przyznać, że Gabe doskonale wiedział, co robi. Gdy wróciła do obozu, dół był 

już wykopany i wyłożony kamieniami. Tuż obok palił się mały, ale silny ogień, a przy nim 
leżała wiązka dzikiej cebuli i grzybów. Kiedy on zdążył je znaleźć? – pomyślała Whitney z 

background image

uznaniem.   

W czasie gdy ogie

ń  dogasał,  Gabe  szybko  wybudował  dwa  przylegające  do  siebie 

szałasy.  Podziwiała  łatwość,  z  jaką  stawiał  szkielet  z  rozwidlonych  gałęzi  i  ponacinanych 
słupków, używając tylko swego noża. Podeszła i zaczęła zbierać gałęzie sosny.   

– Nikt ci

ę nie prosił o pomoc – odezwał się półgębkiem. – Usiądź i odpocznij.   

Whitney,  kt

óra  właśnie  usiłowała  urwać  szczególnie  oporną  gałąź,  spojrzała  na  niego 

chłodno.   

– B

ędę pracować tak długo jak ty. Co jest jeszcze do zrobienia? 

Podszed

ł do niej, sięgnął do gałęzi i wyszarpnął ją jednym silnym ruchem.   

– Mnie o to pytasz? My

ślałem, że to ty tutaj decydujesz.   

Whitney spokojnie rzuci

ła  gałąź  na  stertę,  którą  zebrała  wcześniej,  i  zaczęła  obrywać 

następną.   

–  Pos

łuchaj  –  powiedziała  rzeczowym  tonem.  –  To jasne,  że  ty  potrafisz  robić  to 

wszystko lepiej niż reszta z nas...   

– Pani mi schlebia – zakpi

ł. – Wzruszyłem się.   

–  Wcale ci nie schlebiam,  tylko stwierdzam fakt  –  odpowiedzia

ła Whitney, ruszając do 

następnej sosny.   

– Znasz si

ę na tym, byłoby głupotą nie skorzystać z tego.   

– Aha – rzek

ł wesoło, jakby coś go nagle rozbawiło.   

–  Ma

ły  przedsiębiorczy  członek  zarządu  konsultuje  się  z  resztą  kierownictwa  i  może 

udzielić  pełnomocnictwa.  Zostałem  uznany  za  osobę  odpowiednią  do  wykonania  ściśle 
określonego zadania. Na czas naszego pobytu tutaj. Czy mam rację? 

–  My

śl  sobie,  co chcesz  –  odparła  odgarniając  włosy  z  twarzy.  Podniosła  mały,  ostry 

kamień i zaczęła nim rąbać oporną gałąź. Uderzenia były niezgrabne, ale przyniosły wyniki, z 
drzewa leciały drzazgi.  O Boże, pomyślała z niesmakiem, sama staję się dzikusem z epoki 
kamiennej.  – 

Ty  zaś  –  dodała  –  odpowiadasz pytaniem na pytanie.  To niezbyt uprzejme. 

Spytałam, co będziemy robić potem, jak już nałamiemy dosyć tych cholernych patyków.   

Odwr

ócił  się  i  podniósł  głowę,  obserwując  przez  chwilę,  jak ona sobie radzi.  W jego 

oczach pojawiła się ironia.   

– Patrzcie pa

ństwo. Ktoś tu umie używać narzędzi. I nawet próbuje wynaleźć siekierę.   

Whitney wpatrywa

ła się uparcie w drzewo i zacisnęła zęby, żeby nie powiedzieć czegoś 

obraźliwego i nie rzucić w niego tym kamieniem.   

– Whitney, co robisz? Kiedy b

ędziemy jeść? I czy jest jeszcze woda? Pić mi się chce.   

W g

łosie Mortalwooda brzmiała żałosna nuta. Spojrzała przez ramię, wyglądał, jakby był 

mniejszy i jeszcze słabszy niż godzinę temu. Bezradnie rozglądał się wokół i widać było, że 
niewiele rozumie z całej sytuacji. Zaczęła bać się o niego.   

–  W

łaśnie budujemy schronienie dla pana, a kolacja będzie już niedługo – zawołała. – 

Wody mamy jeszcze dużo, niech Adrian ją panu poda.   

Adrian postanowi

ł podtrzymywać ogień, była to najmniej męcząca praca. Siedział przy 

ognisku, 

grzebiąc w nim od czasu do czasu patykiem i podrzucając kawałki drewna. Whitney 

nie zatrzymała się, żeby sprawdzić, czy poczuł się urażony jej propozycją. Nie miała czasu, 

background image

by bez przerwy troszczyć się o niego.   

Zbyt wiele by

ło naglących rzeczy do zrobienia. Uderzała kamieniem z taką siłą, że gałąź 

odłupała się od pnia i zawisła na kawałku kory.   

–  Ostro

żnie,  panienko  –  poradził  Gabe.  –  Nie tak mocno,  drzewa  też  czują.  Lepiej” 

przejdź do następnego, tutaj już narobiłaś dosyć spustoszenia.   

Whitney bez s

łowa podeszła do sąsiedniej sosny. Nie da mu tej satysfakcji i nie pozwoli 

wciągnąć się w słowną utarczkę.   

–  A co do twojego pytania,  powinna

ś  najpierw  „ustalić  hierarchię  ważności  potrzeb”  i 

rozdzielić  zadania  na  odcinkach”.  W  naszej  sytuacji  najważniejsze  jest  opatrzenie  ran. 

Zrobiliśmy  to  najlepiej,  jak  umieliśmy.  Drugą  rzeczą  jest  znalezienie  wody.  To  też 
zrobiliśmy. Następnie pożywienie i schronienie.  I to  właśnie teraz robimy. Może ugotujesz 
małże, a ja nazbieram mchu, żeby było na czym spać? 

– Nie – odpar

ła Whitney z wymuszoną uprzejmością. – Nie chcę gotować małży, bo nie 

wiem jak. 

Zobaczę, jak ty to robisz i ugotuję następnym razem. A teraz ja będę zbierać mech.   

Gabe roze

śmiał się. Spojrzał w górę na dęby wznoszące swe konary wysoko ponad nimi.   

– Niestety, tu na dole jest bardzo ma

ło mchu, panno Shane. Trzeba się po niego wspinać 

na drzewa.   

Whitney mia

ła ręce poobcierane przez korę i lepkie od żywicy. Pomagała dzisiaj ciągnąć 

łódź ratunkową, szukała wody po śladach szopów, ubabrała się w mule przy zbieraniu małży. 
A teraz przyszło jej zmagać się wręcz z całym zastępem sosen i naprawdę nie miała ochoty 
wysłuchiwać żartów na swój temat.   

–  Panie Cantrell,  jestem absolutnie w stanie wspina

ć  się  na  drzewa.  Nazbieram tego 

pańskiego mchu. Potem będziemy jeść. I co dalej? 

Gabe popatrzy

ł na nią taksująco, śmiech wciąż czaił się w jego szarych oczach.   

–  Wie pani co,  panno Shane? Jak na cz

łonka  zarządu  posiada  pani  zadziwiające 

umiejętności. Umie pani zarzucać sieć. Lepiej czy gorzej, ale potrafi pani tropić szopy. Nie 
boi się pani węży ani bagna i umie wspinać się na drzewa. Wiesz co? Myślę, że mimo tego 
całego poloni, rzetelnie przebałaganiłaś swoje dzieciństwo jako chuligan.   

Wiedzia

ła przecież, że on stroi sobie żarty, ale słowa te dotknęły ją do żywego. Gałęzie 

powypadały  jej  z  rąk  i  stała  przez  parę  sekund  bez  ruchu,  jak  sparaliżowana.  Stracone 
dzieciństwo.  Właśnie  dokładnie  takie  było.  Nigdy  z  nikim  o  tym  nie  rozmawiała.  Nigdy 
nikomu nie ujawniła żadnych szczegółów, nawet Liii Mortalwood.   

Gabe te

ż zatrzymał się na chwilę i patrzył na nią z niepokojącym zainteresowaniem, nic 

nie mówiąc. On ma oczy  jak wilk albo jastrząb,  pomyślała,  zdolne do przejrzenia mnie na 
wskroś. Pośpiesznie odwróciła wzrok i zaczęła zbierać rozsypaną wiązkę.   

–  Whitney?  –  wo

łał Mortalwood drżącym głosem. – Czy my mamy spać tutaj? Jak my 

będziemy spać? 

–  Niech si

ę pan nie martwi – uspokajała go próbując zebrać myśli. – Zaopiekujemy się 

panem.   

Gabe odwr

ócił  się  i  poszedł  do  siedzących  na  polanie  mężczyzn.  Przyjęła  to  z  ulgą. 

Zrozumiała  nagle,  co  było  jednym  z  powodów,  że  tak  b ard zo  wytrącał  ją  z  równowagi. 

background image

Wszyscy  inni  zawsze  widzieli  ją  taką,  jaka jest  –  młodą,  inteligentną,  zdolną,  odnoszącą 
sukcesy. 

Przy Cantrellu odnosiła niemiłe wrażenie, że widzi on dużo, dużo więcej. Ze widzi 

tajemnicę, którą tak głęboko, tak dobrze ukryła. Że patrzy jej w oczy i widzi dziecko, którym 
kiedyś była, młodziutką Whitney Breux Shane, wciąż przerażoną, wciąż wyobcowaną, wciąż 
w biedzie.   

Zagryz

ła wargi. To było gorsze, niż jakby zobaczył ją nagą.   

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Ogie

ń  dopalił  się  i  wyłożony  kamieniami  dół  pełen  był  żarzących  się  węgli.  Gabe 

odgarnął  żar  i  przykrył  kamienie  wodorostami.  Ułożył  na  tym  małże,  grzyby  i  cebulę,  a 
następnie  warstwę  trawy,  którą  przysypał  grubo  ziemią.  Ostrym  kijem  zrobił  dziurę  aż  do 
warstwy wodorostów i nalał do niej wody.   

– B

ędzie gotowe za godzinę – zapewnił.   

Mortalwood skin

ął  głową,  tak  jakby  niezupełnie  zrozumiał.  Za  to  Adrian  narzekał,  że 

gotowanie trwa zbyt długo.   

Kiedy Whitney ju

ż  nazbierała  mchu,  wraz z Gabe’em  skończyli  okrywać  gałęziami 

szałas. Chociaż nie rozmawiała z nim, wiedziała, iż większy szałas ma być dla mężczyzn, a 
przybudówka przeznaczona jest dla niej. 

Rozdzieliła mech nierówno, tak żeby jak najwięcej 

dostało  się  Mortalwoodowi,  którego  zaprowadziła  do  szałasu,  zanim  jeszcze  kolacja  była 
gotowa.   

Potem pozwoli

ła sobie na krótki odpoczynek i usiadła, żeby sprawdzić zawartość swojej 

torebki. 

Inna  kobieta  na  jej  miejscu  znalazłaby  w  niej  mnóstwo  nieoczekiwanych  a 

cudownych rzeczy, 

jak  na  przykład  pilnik  do  paznokci  albo  nożyczki,  lekarstwa,  batoniki 

czekoladowe  albo dropsy,  gumki, 

krem  do  rąk,  spinki  do  włosów.  Ale jej torebka nie 

zawierała takich bogactw. Była tam tylko szczotka do włosów, puderniczka, szminka, okulary 
przeciwsłoneczne i portfel.   

Kiedy tak siedzia

ła  na  kamieniu  i  patrzyła  na  portfel,  zaczęła  śmiać  się  w  duchu.  W 

Atlancie,  gdyby  by

ła  głodna,  po  prostu  pojechałaby  do  swojej  ulubionej  restauracji  i 

zamówiłaby  najwykwintniejszą  potrawę.  Gdyby  potrzebowała  jedzenia,  ubrania czy 
czegokolwiek, 

miałaby do wyboru mnóstwo sklepów. Ale tu, na wyspie, nic nie może kupić 

za te swoje pieniądze. Roześmiała się głośniej.   

– Co w tym wszystkim jest 

śmiesznego – zapytał Adrian ponuro. – Jesteśmy tu odcięci od 

świata i nic nie mamy. Dosłownie nic.   

– Bo ja wiem? – odpar

ła niedbale. Popatrzyła na parę wydobywającą się z miejsca, gdzie 

gotowały  się  małże,  na  prawie  pełen  pojemnik  z  wodą,  na  szałas  z  posłaniami  z  mchu.  – 
Mamy  przecież  niebo  nad  głową  i  słońce  w  dzień,  a  księżyc  w  nocy.  Czy  nie  możesz  po 
prostu wyobrazić sobie, że jesteśmy na biwaku? 

–  Na biwaku?  –  Adrian parskn

ął  ze  złością.  Odwrócił  się  od  niej  i  zaczął  rysować 

patykiem mapę na piasku.   

Whitney zebra

ła  się  na  odwagę  i  otworzyła  puderniczkę.  Jej  twarz  była  opalona,  lecz 

wcale nie spieczona słońcem. Pociągnęła lekko szminką usta, wy szczotkowała sztywne od 
soli włosy, a następnie nicią ze swetra związała je w koński ogon.   

– Tak czy owak przynajmniej ja mam pewne plany, kt

óre pozwolą nam się stąd wydostać 

– 

zamruczał Adrian ze swego pniaka.   

Whitney zesztywnia

ła. Jeżeli Adrian posiada jakieś plany, to na pewno są one absurdalne. 

Gabe jest tu jedyną osobą, która wie, co robić. Czuła, że dopiero teraz zaczną się prawdziwe 

background image

kłopoty.   

Kolacja by

ła  raczej  skromna,  ale  dla  Whitney  miała  wspaniały  smak.  Babcia zawsze 

powtarzała,  że  „głód  jest  najlepszym  kucharzem”,  pomyślała.  Adrian  jadł  łapczywie,  przez 
cały czas narzekając, że nie ma soli i pieprzu, a małże są za twarde.   

Whitney stara

ła  się  tymczasem,  żeby  Mortalwood  zjadł  dostatecznie  dużo.  Zaczął  z 

wielką  chęcią,  ale  kiedy  zaspokoił  pierwszy  głód,  stracił  apetyt.  Po  jedzeniu  pozwolił 
zaprowadzić się do szałasu.   

Adrian przygl

ądał  się  temu  badawczo  i  gdy  Whitney  wróciła,  rzucił  jej  chłodne 

spojrzenie.   

– Pan M. nie jest w stanie podj

ąć jakiejkolwiek decyzji – powiedział dobitnie. – W takim 

razie ja muszę to zrobić.   

Gabe ziewn

ął i poruszył ognisko, żeby lepiej się rozpaliło. Siedząca między nimi Whitney 

czuła rosnące napięcie, jej wzrok wędrował od jednego do drugiego.   

–  Najwa

żniejszym  i  najpilniejszym  zadaniem  jest  wezwanie  pomocy  –  kontynuował 

Adrian. – 

To zaś oznacza, że trzeba nadawać sygnały. Cantrell musi rozpalić w nocy wzdłuż 

plaży kilka ognisk, żeby zaalarmować mijające nas statki czy samoloty. Przy pewnej dozie 
szczęścia rano może nas już tu nie być. Konieczne jest też, żebyśmy mieli dość żywności i 
wody, 

toteż ciebie Whitney osobiście robię za to odpowiedzialną. Teraz jest dobra chwila na 

uzupełnienie pojemników z wodą. Mogłabyś także przynieść jeszcze tych cholernych małży. 
Po trzecie...   

–  We

ź  na  wstrzymanie  –  przerwał  Gabe.  Popołudniowe  światło  nadawało  mu  wygląd 

figury odlanej z brązu. Whitney zesztywniała z napięcia.   

–  Po pierwsze  –  warkn

ął  Gabe  –  nadawanie  sygnałów  po  tej  stronie  wyspy  wymaga 

cholernie dużo pracy i nie da żadnego efektu. Jest też niebezpieczne.   

– Niemniej... – zacz

ął znów Adrian chłodno, lecz tym razem przerwała mu Whitney.   

– Dlaczego? – spyta

ła Cantrella. – Dlaczego to jest niebezpieczne? 

–  Widzia

łaś, jak silny jest wiatr na plaży. Poza tym nie padało od ponad miesiąca. Cała 

wyspa jest jak wyschnięty stóg siana. Wystarczy jedna przypadkowa iskra i ...   

R

ęką zatoczył szeroki łuk.   

–  Nie b

ędzie  niebezpieczne,  jeżeli  będziesz  tego  pilnować  –  odparł  Adrian.  –  Ja tu 

decyduję i będziemy robić tak, jak powiem.   

Whitney wsta

ła i popatrzyła na obu mężczyzn.   

–  Adrian,  ty sam sobie pozwoli

łeś  objąć  tutaj  kierownictwo.  Nie  wydaje  mi  się  to 

konieczne. 

Najważniejsza  dla  nas  jest  ścisła  współpraca  i  niech  każdy  robi  to,  co potrafi. 

Uważam...   

–  W

łaśnie  robię  to,  co  potrafię  najlepiej  –  burknął  opryskliwie  Adrian.  –  Organizuję  i 

podejmuję decyzje.   

– Pan Cantrell mówi, 

że jest mało prawdopodobne, by jakaś łódź przepływała z tej strony 

wyspy i ja się z nim zgadzam – oznajmiła Whitney stanowczo.   

– A co do samolotów, 

to przez cały dzień widziałam tylko jeden odrzutowiec. Rozpalanie 

ognisk  i  pilnowanie  ich  przez  całą  noc  byłoby  bezużyteczne.  Poza  tym  wszyscy  jesteśmy 

background image

wyczerpani i nikt nie powinien czuwać w nocy. A na wyspie rzeczywiście jest sucho i ogień 
przy takim wietrze byłby niebezpieczny.   

–  Do cholery  –  powiedzia

ł  Adrian  ze  złością.  –  Ktoś  musi  decydować.  Ktoś  musi 

wydawać polecenia.   

– Nie mam zamiaru wykonywa

ć twoich rozkazów – odezwał się niedbale Gabe.   

Whitney zbli

żyła się do Adriana i położyła mu rękę na ramieniu.   

– S

łuchaj – powiedziała łagodnie, ale stanowczo – to nie jest posiedzenie zarządu. Gabe 

zna się o wiele lepiej niż my na... na tego rodzaju sprawach.   

Adrian zignorowa

ł jej słowa.   

– Powinni

śmy także – mówił dalej, jakby w ogóle nie słyszał słów Whitney – wziąć pod 

uwagę to, że jeżeli mamy być tu dłużej, trzeba będzie urozmaicić nasze jedzenie. Proponuję, 
żebyś nazbierała różnych rzeczy, póki jest widno. Możesz poszukać jagód...   

–  Jadalnych jag

ód  nie  ma  już  od  miesięcy  –  przerwał  mu  Gabe.  –  Teraz mamy 

październik.   

Adrian rzuci

ł mu wściekłe spojrzenie i z powrotem skierował wzrok na Whitney.   

– W takim razie winogrona. Dzikie winogrona rosn

ą wszędzie.   

– Winogron te

ż już dawno nie ma – odparował Gabe przez zaciśnięte zęby. – Przestań jej 

w kółko rozkazywać.   

Wiatr wzmaga

ł  się,  pierwsze  chłodne  podmuchy  zwiastowały  wieczór.  Adrian  zadrżał, 

nie wiadomo, czy z zimna, czy z bólu.   

– 

Śliwki daktylowe. To są zimowe owoce – powiedział mieszaniną tryumfu i rozpaczy. 

– Wiem to na pewno.   

– Na nie z kolei jest za wcze

śnie – odpowiedział Gabe. – Są jeszcze niedojrzałe. Dobrze, 

ja  poszukam  czegoś.  Zanim  jednak  to  zrobię,  teraz  ty  z  kolei  mnie  wysłuchasz.  –  Skinął 
głową w kierunku Whitney, żeby zaznaczyć, że ta wiadomość jest przeznaczona również dla 
niej. – 

Wydostaniemy się z tej wyspy. W najgorszym razie nie później niż w piątek.   

– W pi

ątek? – wyjąkała zaskoczona Whitney. – Skąd to wiesz? 

–  W pi

ątek?  –  powtórzył  Adrian  ze  zgrozą.  –  To jeszcze trzy dni.  Musimy  się  jakoś 

wydostać wcześniej.   

–  W

łaściciele pozwalają od czasu do czasu nielicznym turystom korzystać z wyspy. W 

piątek ma przypłynąć tu drużyna harcerzy z Savannah.   

–  Harcerze?  –  niemal wrzasn

ął  Adrian.  –  Mamy  być  uratowani  przez  harcerzy?  Co  za 

absurd, co za upokorzenie.   

Whitney zagryz

ła  wargi  powstrzymując  śmiech.  Wyobraziła sobie nagle Adriana 

kuśtykającego do czekającej łodzi ratunkowej, otoczonej przez usłużnych małych chłopców w 
mundurkach.   

–  Do tego czasu  –  m

ówił dalej Gabe – powinniście zwracać uwagę na parę rzeczy. Po 

pierwsze,  nigdy nie zrób kroku,  zanim nie spojrzysz tam, 

gdzie masz postawić stopę. Tu są 

kaktusy, osty, czerwone mrówki i grzechotniki. 

A także aligatory.   

– Aligatory? – wrzasn

ął przerażony Adrian. – Jak to aligatory? 

–  Miej oczy otwarte,  a nic ci si

ę nie stanie – odparł beznamiętnie Gabe. – A teraz idę 

background image

zdobyć coś do zjedzenia.   

Odwr

ócił się do Whitney i przyglądał się jej tak samo obojętnym spojrzeniem.   

– Mo

żesz iść ze mną albo zostać. Jeżeli zostaniesz, pilnuj, żeby ogień był dokładnie taki 

jak teraz.  Powtarzam raz jeszcze  –  tu jest sucho,  cholernie  sucho. 

Jeżeli nie zapanujesz nad 

ogniem, 

to  może  rozprzestrzenić  się  po  tych  drzewach  szybciej,  niż  oni  zdołają  się  stąd 

wydostać. – Pokazał głową w stronę Fiska i Mortalwooda.   

–  Id

ę  z  tobą  –  powiedziała  Whitney  bez  wahania.  –  Dwie  osoby  nazbierają  dwa razy 

więcej niż jedna.   

–  Dobrze  –  rzek

ł  krótko.  –  W takim razie ty,  Fisk,  pilnuj ognia.  I  pamiętaj  o  tym,  co 

mówiłem.   

Adrian popatrzy

ł na niego z obawą połączoną z urazą.   

–  Chod

ź – mruknął Gabe podnosząc z ziemi swoją poplamioną i wygniecioną koszulę. 

Whitney  bez  słowa  ruszyła  za  nim  zabierając  podarty  kardigan.  Teraz  żadne  z  nich  nie 
próbowało prowadzić. Szli obok siebie jak koledzy, jak partnerzy.   

Nad morzem wiatr by

ł silniejszy niż przedtem, fale jeszcze bardziej wzburzone. Whitney 

popatrzyła na Cantrella. Stał odwrócony do niej profilem.   

–  Co chcia

łbyś, żebym robiła? – spytała  rzeczowo. Przyjrzał jej się badawczo. W jego 

oczach widniała ciekawość i coś jeszcze, co jednak starał się ukryć.   

– Pop

łynę tratwą do miejsca, gdzie zatonął jacht – rzekł krótko. – Chciałbym, żebyś ty w 

tym czasie przeszukała plażę. Po małże poszliśmy na północ, więc teraz pójdź na południe. 
Bierz wszystko, 

co według ciebie może się przydać. Masz do tego oko.   

–  Tratwa? Czy to jest bezpieczne? Co ty chcesz zrobi

ć?  –  zapytała  tknięta  nagłym 

strachem.   

– B

ędę ostrożny – powiedział wzruszając ramionami.   

–  Chc

ę  zobaczyć,  czy  będzie  można  tam  cokolwiek  znaleźć.  Gdyby  chodziło  tylko  o 

ciebie i o mnie,  a nawet o Adriana, 

nie  przejmowałbym  się.  Ale z Mortalwoodem to inna 

sprawa.   

– Pan Mortalwood jest w niebezpiecze

ństwie? – spytała Whitney ze ściśniętym sercem. – 

Co masz na myśli? 

– Nie jest ju

ż młody i nie ma zbyt dobrego zdrowia. Doznał wstrząsu i jakoś nie może z 

niego wyjść.   

– My

ślisz, że on umrze? – zapytała Whitney z przerażeniem.   

– Nie – odpar

ł Gabe ostrożnie, widząc jakie wrażenie wywarły na niej jego słowa. – Nie 

wydaje  mi  się,  żeby  miał  umrzeć.  Ale  uważam,  że  trzeba  z  nim  postępować  ostrożnie.  W 
przeciwnym razie bardzo długo będzie dochodził do siebie.   

– Jego lekarstwa – powiedzia

ła Whitney zrozumiawszy nagle, co tak niepokoi Cantrella. 

– 

Chcesz znaleźć jego lekarstwa. Dobry Boże, przecież byle co może spowodować u niego 

szok czy atak...   

– Czasami jeste

ś zbyt bystra – zauważył z cynicznym zdziwieniem.   

–  Nawet nie wiemy,  czy w og

óle  coś  zostało  z  całego  jachtu  –  mówiła  nie  patrząc  na 

niego. – 

Wydawało mi się, że słyszałam drugi wybuch.   

background image

–  Mnie te

ż – zgodził się. – Ale nie będziemy wiedzieli na pewno, zanim nie sprawdzę. 

Nie masz nic przeciwko temu, 

że będziesz sama przeszukiwała plażę? Nie boisz się aligatora? 

– Nie boj

ę się aligatorów – odparła niecierpliwie, oburzona, że tak się z nią drażni, kiedy 

jest tyle poważniejszych problemów.   

–  Co za kobieta.  Ale z ciebie musia

ła  być  dziewczynka  –  mówił  uśmiechając  się  i 

potrząsając głową.   

– Nie boj

ąca się ani węży, ani bagna, ani aligatorów. Pewnie kochali się w tobie wszyscy 

chłopcy.   

– Nie – odpowiedzia

ła, a jej serce zaczęło bić coraz szybciej. – Zupełnie nie.   

Inne dzieci, zar

ówno chłopcy, jak i dziewczynki, dokuczały jej, ponieważ nie miała ojca.   

– W takim razie oni wszyscy byli bardzo g

łupi – powiedział patrząc na nią poważnie.   

– Je

żeli uda ci się znaleźć coś normalnego do jedzenia dla pana M... – poprosiła Whitney 

odwracając wzrok.   

– Wezm

ę wszystko, co tam znajdę, a co może być dla niego przydatne – obiecał.   

By

ła  zbyt  wytrącona  z  równowagi,  by  mu  odpowiedzieć,  dlatego  skinęła  tylko  głową. 

Zaczęła iść samotnie wzdłuż pustej plaży. Gdy już przeszła spory kawałek, podniosła głowę i 
spojrzała w jego stronę. Tratwa podskakiwała na falach jak zabawka, a on był jedynie małym 
punkcikiem na tle morza. 

Gdy  nurkował,  punkcik  znikał  pod  powierzchnią  wody,  by po 

długiej  chwili  pojawić  się  w  momencie,  kiedy  strach  o  niego  chwytał  już  ją  boleśnie  za 
gardło.   

Spotkali si

ę ponownie, gdy niskie słońce zaczęło złocić chmury i różowić niebo. Gabe 

szedł z wysiłkiem przez fale, ciągnąc za sobą tratwę. Otrząsnął wodę z włosów i wyszczerzył 
zęby w uśmiechu. Whitney dźwigała podarty kardigan wypchany różnymi znaleziskami.   

– Jak tam? – spyta

ł wyciągając tratwę na brzeg.   

– Nadesz

ła chwila pokazywania skarbów. Jak ci poszło? 

–  Wa

żniejsze  jest,  jak  poszło  tobie  –  powiedziała  Whitney.  –  Długo  cię  nie  było.  Co 

znalazłeś? 

– Usi

ądź, zaraz ci pokażę – mówił odsuwając tratwę jak najdalej od wody.   

Usiad

ła z chęcią na piasku. Całe popołudnie jej organizm pracował przecież na wysokich 

obrotach. 

Była  też  spragniona,  co  przypomniało  jej,  że  powinna  pójść  do  źródła  po  wodę. 

Och, 

pomyślała zmęczona, odgarniając do tyłu nieposłuszne włosy, jest tyle do zrobienia, tylu 

rzeczy trzeba dopilnować, czy kiedykolwiek jeszcze będę wypoczęta i bezpieczna? 

Je

żeli Gabe nawet był zmęczony, to nie było tego po nim widać.   

– Koc! – zawo

łała Whitney z radością, widząc trochę przemoczony, trochę naddarty koc, 

przykrywający  tratwę.  –  To dobrze,  przyda  się  dla  pana  M.  Wiatr jest tak silny,  że  chyba 
szybko wyschnie.   

–  Koc jest jeszcze najmniej wa

żny  z  tego  wszystkiego  –  odparł  Gabe.  –  Muszę  ci 

powiedzieć,  że  to,  iż  w  ogóle  udało  się  coś  tam  znaleźć,  graniczy z cudem.  Silnik 
eksplodował, jakaś iskra musiała dostać się do przewodu paliwowego. – Potrząsnął głową. – 
Powinnaś zobaczyć, co zostało z jachtu – dodał bez uśmiechu.   

– Jak my

ślisz, co tam się stało? – zapytała, zaniepokojona jego nagłą powagą.   

background image

–  Kto mo

że  wiedzieć?  Zajmie  się  tym  pewnie  towarzystwo  ubezpieczeniowe.  Ta stara 

maszyna była zaniedbana i coś zaczęło przeciekać. Za to ktoś tam w górze czuwał nad nami. 
Wydaje  mi  się,  że  znalazłem  coś  ważnego.  –  Sięgnął  pod  koc  i  wyjął  czarną,  skórzaną 
akt

ówkę, mocno sponiewieraną. W rogu miała wytłoczony monogram LLM.   

– Teczka pana M! – wykrzykn

ęła Whitney radośnie.   

– Zagl

ądałeś do środka? Są tam lekarstwa? 

– S

ą – odparł, z zadowoleniem obserwując jej reakcję. – Nawet nie są wilgotne. Opłaca 

się kupować najlepszy gatunek skóry. Będę o tym pamiętał, jeżeli kiedykolwiek pójdę kupić 
sobie aktówkę.   

Whitney niecierpliwie otworzy

ła  teczkę.  Gabe  mówił  prawdę,  był  tam  cały  zestaw 

tabletek i kapsułek pana M. , wszystko w doskonałym stanie. Nawet papiery w teczce tylko 
lekko  zwilgotniały.  Papiery,  pomyślała  nagle  z  lękiem.  To  były  przecież  notatki  pana 
Mortalwooda na temat kupna Sand Dollar. 

Czy  Gabe  je  widział?  Musiał  widzieć,  jeżeli 

otwierał  teczkę.  Zatrzasnęła  zamek  i  spojrzała  na  Cantrella,  jakby  sprawdzając,  czy jest 
zorientowany w jej zawartości. Wyraz twarzy nic jej nie powiedział, wyglądało na to, że ma 
inne sprawy na głowie.   

– A co powiesz na to? – zapyta

ł podając jej cztery metalowe puszki.   

–  Zupa?  –  spyta

ła  radośnie,  zapominając  natychmiast  o  notatkach.  Były  to  trzy  puszki 

rosołu  z  drobiu  z  makaronem  i  jedna  zupy  jarzynowej.  –  To cudownie  –  powiedziała.  – 
Zostawimy wszystkie dla pana M. On najbardziej tego potrzebuje.   

–  Dobrze  –  zgodzi

ł się Gabe. – Ale musisz też myśleć o sobie.  Zużywasz dużo więcej 

en

ergii niż on albo Fisk.   

– Ale ja jestem silniejsza – odpar

ła. – Co jeszcze mamy? 

Zestaw by

ł różnorodny i Whitney wszystko przyjmowała radośnie: plastykowa poduszka 

z  krzesła  –  będzie  dla  pana  M.  pod  głowę;  duży,  mocno poobijany garnek,  plastykowe 
wiadro, 

rozmiękła  walizka  do  połowy  wypełniona  ubraniami  pana  Mortalwooda.  Było  też 

kilka sznurków, 

cały  wybór  różnej  długości  drutów,  plastykowy  kubek  do  kawy  i  sześć 

puszek piwa imbirowego.   

Whitney r

ównież znalazła kawałek liny oraz szpagat, znakomity do zreperowania sieci na 

ryby.  Oprócz tego drugi plastykowy kanister,  kilka dwulitrowych  plastykowych butelek, 

pomarszczon

ą płócienną torbę na zakupy i nieduży szklany dzbanek. Pokazywała to wszystko 

z  dumą,  zachowując  na  ostatek  coś  najlepszego  –  splątany  kawałek  nylonowej  żyłki  z 
wielkim haczykiem i ciężarkiem. Gabe aż zagwizdał z podziwu. Teraz mogli już łowić ryby 
dwoma sposobami.   

U

śmiechnął się. Na policzkach, mimo zarostu, widać było wyraźnie podłużne dołeczki. 

Poczuła nagłe i absurdalne pragnienie, żeby dotknąć końcem palca jednego z nich i poczuć 
jego ruch.   

– Ale z nas dobrana para szabrowników – 

powiedział uśmiechając się leniwie, sięgnął po 

puszkę z napojem, otworzył ją i podał Whitney, by wypiła pierwszy łyk.   

– Nie powinni

śmy – broniła się niespokojnie.   

– Trzeba zachowa

ć je dla pana M. i Adriana. Ja wiem, że Adrian bywa okropny, ale on 

background image

rzeczywiście jest ranny, a poza tym ja nie potrzebuję żadnych specjalnych...   

– Wypij – rozkaza

ł. – Zapracowaliśmy na to. Nie możesz powiedzieć, że nie.   

–  Nie powinnam nawet siedzie

ć tutaj – zaprotestowała. – Kiedy już mamy te lekarstwa, 

trzeba zanieść je panu M. I muszę pójść po wodę.   

– Mortalwood na pewno wci

ąż śpi – odparł.   

–  Wypoczynek jest mu potrzebny tak samo jak lekarstwa.  I ty tak

że musisz wypocząć. 

Nie jesteś ze stali, nawet jeżeli tak ci się wydaje. Pij, przecież chce ci się pić.   

Musia

ła się z nim

– Ostatni raz pozwoli

łam sobie na coś takiego – powiedziała. – Najlepsze rzeczy powinny 

zostać dla pana Mortalwooda.   

 

zgodzić. Rzeczywiście, gardło miała wyschnięte jak pergamin od tego 

wiatru, 

słońca i piasku. Wypiła duży łyk napoju, delektując się jego smakiem, i podała puszkę 

Cantrellowi. 

Nie wytarł śladu jej warg, po prostu przycisnął do niego usta i pił. Potem zwrócił 

jej puszkę. Przez chwilę patrzyła na nią. Powinna wytrzeć brzeg, żeby pokazać, że nie życzy 
sobie żadnego bezpośredniego kontaktu z nim. Powinna zrobić to ostentacyjnie, by wiedział, 
gdzie jest jego miejsce. 

Jednak  nie  mogła  się  do  tego  zmusić  i  po  prostu  dotknęła  puszki 

wargami w tym samym miejscu, 

gdzie  przed  chwilą  były  jego  usta.  Pili tak po kolei,  nie 

odzywając się. Kiedy skończyli, Whitney odniosła wrażenie, jakby siedząc tak we dwoje na 
piasku zawarli coś w rodzaju braterstwa. Próbowała odpędzić te myśli.   

Gabe patrzy

ł  w  kierunku  zachodu,  niebo  tam  robiło  się  płomienne  od  zniżającego  się 

słońca.   

– Jakie s

ą twoje uczucia względem Mortalwooda? – zapytał obcesowo.   

Whitney spojrza

ła na morze, szare i bezkresne.   

–  O co ci chod

ź?  –  spytała  podnosząc  muszelkę.  On jest moim szefem.  Był...  kimś  w 

rodzaju mojego nauczyciela. 

W każdym razie jego żona była. Żeby uczcić jej pamięć, muszę 

troszczyć się o niego. Dla niego samego też, lubię go. Czuję... wdzięczność.   

– Wdzi

ęczność – powiedział Gabe głosem pełnym ironii. – Czy jesteś pewna? Czy tylko 

dlatego tak mu nadskakujesz? 

–  Nie nadskakuj

ę,  tylko  opiekuję  się  nim,  bo jest ranny  –  powiedziała  z  naciskiem.  – 

Oczywiście, że go lubię, ale nie miej zaraz jakichś brudnych myśli. Ma tyle lat, że mógłby 
być moim dziadkiem.   

Przytakn

ął, lecz nic nie powiedział.   

Och nie,  pomy

ślała  Whitney,  o  co  mu  teraz  chodzi?  Zawsze  kiedy  myślę,  że  możemy 

jakoś się zaprzyjaźnić, on robi coś, żeby to wszystko zniszczyć.   

Wsta

ła,  podniosła  zawiniątko  ze  znalezionymi  rzeczami  i  ruszyła  w  kierunku  ścieżki 

prowadzącej do obozu. Ale nagle Gabe znalazł się przed nią, tarasując i drogę. Jej spojrzenie 
padło  na  błękitnego  aligatora.  Z  wysiłkiem  przełknęła  ślinę  i  zmusiła  się,  żeby  spojrzeć  w 
górę, na jego twarz bez uśmiechu.   

– Je

śli tylko to czujesz do niego – mówił powoli, wpatrując się w nią – co zrobisz, jeżeli 

on spróbuje przekonać cię, że jesteś mu niezbędna. A tak może się stać. Ty udajesz Florence 
Nightingale, 

a on może wyobrazić sobie, że nie potrafi bez ciebie żyć, a nawet że cię kocha. 

Powinnaś zdawać sobie z tego sprawę. Albo... może ty tego chcesz? 

background image

Whitney otworzy

ła  usta,  lecz  była  zbyt  głęboko  wstrząśnięta,  by  móc  coś  powiedzieć. 

Lubiła pana Mortalwooda, ale nigdy nie miała żadnych romantycznych myśli na jego temat 
ani  oczywiście  nie  miała  zamiaru  być  jego  pielęgniarką.  Patrzyła  na  Cantrella  szczerze 
zaskoczona.   

– Czy tego w

łaśnie chcesz? – powtórzył.   

– , To absurd – uda

ło jej się powiedzieć. – Bzdura.   

–  Wcale nie  –  odpar

ł.  –  Ale  nie  mam  zamiaru  cię  potępiać.  On  jest  przecież  bardzo 

bogaty.  A tera

z  leć  i  daj  mu  te  pigułki,  zró b  mu  go rącej  zu py  i  trzymaj  go  za  ręk ę.  Ja 

powieszę  koc,  by  wysechł  i  pójdę  po  wodę.  Idź  –  powtórzył  miękkim,  pełnym  złośliwości 
głosem. – Idź do niego. Udawaj słodkie maleństwo opiekujące się ukochanym tatusiem.   

W

ściekła,  dotknięta  do  żywego  Whitney  odwróciła  się  i  pobiegła  tak  szybko,  jakby 

próbowała wzlecieć w powietrze.   

Lawrence Mortalwood mia

łby  się  w  niej  zakochać?  Nie  słyszała  nigdy  nic  bardziej 

bezsensownego i ob

raźliwego. Pan M. był kimś więcej niż tylko jej pracodawcą, był lojalnym 

przyjacielem, 

który  teraz  potrzebował  jej  bardziej  niż  kiedykolwiek.  Ona  też  zawsze 

pozostanie w stosunku do niego lojalna.   

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Adrian obrazi

ł się na Whitney i przestał się do niej odzywać, ponieważ nie wzięła ze sobą 

piwa imbirowego. 

Whitney obudziła Mortalwooda i nakłoniła do zażycia lekarstw.   

–  Jeste

ś  wspaniała  –  powiedział  siadając  na  swym  posłaniu  i  krzywiąc  się  przy  tym  z 

bólu. – 

Czy długo jeszcze będziemy tkwić w tym zapomnianym przez Boga miejscu? Może 

temu, jak mu tam, 

Cantrellowi uda się nas stąd wydostać? 

Si

ęgnął  po  jej  rękę  i  uścisnął  ją.  Uśmiechnęła  się  zdawkowo  i  oplotła  palcami  jego 

pulchną dłoń.   

– Wcale nie jestem wspania

ła – odpowiedziała. – To Cantrelł znalazł lekarstwa, puszki z 

zupą i piwo.   

Mortalwood jeszcze mocniej u

ścisnął jej dłoń. Trochę ją to krępowało, gdyż wciąż miała 

w pamięci słowa Gabe’a.   

–  Najp

óźniej w piątek  wydostaniemy się stąd – powiedziała. – Ktoś ma przypłynąć na 

kemping.   

– W pi

ątek – wyszeptał kiwając głową. – To nie tak źle.   

–  Mo

że  nawet  wcześniej  –  pocieszyła  go.  –  Mamy  wodę,  jedzenie,  szałas  i  pana 

lekarstwa. Cantrell 

znalazł koc i trochę pańskich ubrań. Proszę tylko odpoczywać i nabierać 

sił.   

– Szkoda, 

że nie mam okularów – poskarżył się Mortalwood. – Czy ta plaża jest ładna? 

Czy odpowiada naszym planom? 

Tak dawno nie my

ślała już o tych planach. Wciąż miała przed oczami widok bezkresnej 

pustej plaży i pamiętała, jak mała i mało znacząca tam się czuła.   

– Pla

ża... – zaczęła z wahaniem – jest piękna.   

– Tak. Jest... jest do

ść ładna.   

– Mam zamiar wybudowa

ć tu ekstra pensjonat – powiedział w rozmarzeniu. – Dokładnie 

w tym miejscu. 

Będzie  tam  apartament  do  mojego  prywatnego  użytku,  ze wszystkimi 

wygodami. – 

Ponownie uścisnął jej rękę.   

– 

Świetny  pomysł  –  zgodziła  się  Whitney  wiedząc,  że  to  go  trochę  uspokoi.  Ale 

nieoczekiwanie  poczuła  dziwny  ból  na  myśl  o  nowoczesnym  pensjonacie  na  miejscu 
wiekowych dębów, obrośniętych mchem.   

– Moim zdaniem pensjonat jest tutaj zbyteczny – odezwa

ł się Adrian. – Będziemy mieli 

przecież  hotele  wzdłuż plaży.  Tutaj jest lepsze miejsce na pole golfowe.  Wykarczujemy te 
drzewa i zaaranżujemy odpowiedni krajobraz, wynajmiemy dobrego projektanta, żeby...   

– Od

łóżmy to na później – przerwał Mortalwood słabym głosem. – Nie chce teraz o tym 

myśleć. Whitney, mówiłaś, że jest piwo imbirowe? – Spojrzał na nią z nadzieją.   

– Jest, jest – powiedzia

ła szybko, chcąc go uspokoić.   

– Lada chwila Cantrell je przyniesie. Poszed

ł jeszcze po wodę.   

–  M

ój  pensjonat  będzie  miał  znakomitą  restaurację  –  marzył  dalej  Mortalwood.  – 

Pięciogwiazdkową,  szef  kucani  z  Paryża,  serwis  przez  całą  dobę,  w barze wszystko czego 

background image

dusza zapragnie.   

–  Tss  –  zasycza

ł  Adrian.  –  On nadchodzi.  Obładowany  Gabe  pojawił  się  na  brzegu 

polany.   

Spojrza

ł na całą trójkę i Whitney wydawało się, że w jego wzroku pojawiła się pogarda, 

kiedy  zobaczył,  jak  mocno  pan  Mortalwood  ściska  jej  rękę.  Szybko  odwróciła  się, 
zawstydzona.   

By

ło już ciemno. Poprzez gęste liście dębów widać było chmury posrebrzone światłem 

ksi

ężyca.   

– Nie – warkn

ął Gabe niecierpliwie. – Nie potrzebuję pomocy. Idę łowić ryby, a ty zostań 

tutaj i niańcz Mortalwooda.   

– Pan Mortalwood 

śpi – powiedziała stanowczo. – A ja chcę wiedzieć, gdzie są te ryby. 

Co będzie, jeśli będę musiała łowić je sama? Jeżeli na przykład jutro ukąsi cię wąż i trzeba 
będzie opiekować się wami trzema? Muszę znać wszystkie ważne miejsca na wyspie.   

–  S

łuchaj  –  zaczął  jeszcze  raz.  –  Umierasz  ze  zmęczenia.  Odpocznij,  inaczej rano 

będziesz do niczego.   

–  Id

ę – powtórzyła potrząsając głową. – Wytrzymam tak długo jak ty i dopóki jesteśmy 

tutaj, 

będę pracowała na równi z tobą.   

– To chod

ź – parsknął odwracając się. – Ale nie miej do mnie pretensji, jeżeli nadepniesz 

na aligatora.   

– Nie boj

ę się...   

–  Wiem  –  przerwa

ł jej. – Nie boisz się aligatorów. Słusznie, aligatory powinny bać się 

ciebie. 

Zrobiłabyś z nich teczki dla członków zarządu.   

Trudno by

ło nadążyć za nim, było tak ciemno, że nie bardzo widziała, co znajduje się na 

ścieżce. Kilka razy poczuła piekący ból, kiedy skaczący kaktus przyczepił się do jej kostki. 
Ale prędzej by umarła, niż zwolniła tempo czy zawołała go. Oddalali się od plaży i wchodzili 
coraz  głębiej  w  las.  W  końcu  nierówna  ścieżka  przeszła  w  wąską,  zarośniętą  drogę  i  teraz 
mogła dotrzymywać mu kroku.   

Tu by

ło już jaśniej. Światło posrebrzyło i uwypukliło jego rysy. Znowu przypominał jej 

Wikinga.   

– Dok

ąd idziemy i co to za droga? – spytała.   

–  Idziemy do mostu  –  m

ówił zdawkowo, jakby żałował każdego słowa. – Ta droga jest 

używana, bo przyjeżdżają tu ludzie na kemping i czasami naukowcy.   

–  Sk

ąd to wszystko wiesz? – pytała dalej. – Przecież ty nie jesteś z tych  stron, sam to 

mówiłeś. Dlaczego właśnie interesuje cię ta konkretna wyspa? 

Westchn

ął ciężko, z irytacją.   

– Chcia

łem się czegoś o niej dowiedzieć, to wszystko. Większa część tej wyspy nigdy nie 

była zamieszkana. Jest to więc interesujące środowisko, prawda? 

Jej zm

ęczony  umysł  pracował  z  wysiłkiem.  Zawsze  podejrzewała,  że  jest  zbyt 

inteligentny jak na zwykłego łazika. Dlaczego wiedział tyle o tej samotnej wyspie? A może 
on szpieguje dla konkurencji? 

– Dlaczego to ci

ę tak interesuje? – naciskała.   

background image

–  Poniewa

ż  interesuje  mnie  przyroda  w  stanie  dzikim  –  odparł  ostro.  –  Wystarczy? A 

teraz jak chcesz łowić ryby, to proszę bardzo. Jesteśmy na miejscu. Naprawdę wiesz, jak tego 
używać? – Z powątpiewaniem wskazał na sieć, którą miał przewieszoną przez ramię.   

Whitney spojrza

ła  przed  siebie  i  wstrzymała  oddech  z  podziwu.  Most  był  stary  i 

prymitywnie zbudowany,  ale mocny. 

Częściowo zbutwiałe deski świeciły jasną szarością w 

świetle księżyca. Czarna powierzchnia wody odbijała bogactwo świateł na niebie. Wysokie 
trawy rosnące wzdłuż brzegów falowały. Ale to głównie niebo oczarowało Whitney. Tysiące 
gwiazd,  nie  –  miliony, 

poprawiła  się  w  duchu,  błyszczały  nad  jej  głową.  Tak  jakby  ktoś 

rozsypał na nocnym niebie wszystkie diamenty świata. Prawie okrągła tarcza księżyca wisiała 
nisko nad horyzontem. 

Takiego  nieba  nie  można  zobaczyć  w  mieście.  Takiego nieba nie 

widziała od czasów dzieciństwa.   

– Pyta

łem, czy naprawdę umiesz się tym posługiwać – powtórzył Gabe cicho.   

Wzdrygn

ęła  się,  gdyż  przez  jedną  czarodziejską  chwilę  zapomniała  o  całym  świecie, 

widziała  tylko  to  magiczne  niebo.  Teraz  znów  czuła  jego  obecność.  Wydawał  się  jeszcze 
wyższy, wieczorny wiatr rozwiewał mu włosy. Rysy twarzy miał tak posrebrzone światłem 
księżyca, że wyglądał niemal jak posąg. Ale w jego oczach nie było nic z posągu, patrzyły na 
nią z taką siłą, że zabrakło jej tchu.   

O Bo

że, pomyślała, on wygląda jak rycerz, a światło księżyca jest jego zbroją. Takiego 

mężczyznę stać na wszystko. Wszystko.   

Natychmiast skarci

ła się za takie myśli. On nie jest żadnym rycerzem. To zwykły facet z 

siecią na ryby, na dodatek zachowujący się gburowato, i tyle. Właśnie wyciągnął do niej rękę 
z siecią.   

– Poka

ż mi – powiedział tym samym, cichym głosem.   

Whitney w po

śpiechu opanowała emocje.   

– Przecie

ż mówiłam, że potrafię – odparła sztywno, biorąc sieć i starając się przy tym nie 

dotknąć jego ręki. Trzeba odpowiednio zawiązać ten sznurek, przypomniała sobie.   

Przesz

ła na środek mostu. Gabe stanął blisko niej, za blisko, by mogła zapomnieć o jego 

obecności.  Próbowała  się  skupić.  Kiedy  była  dzieckiem,  taka  sieć  przypominała  jej 
koronkową halkę. Była okrągła, na dnie w równych odległościach miała przyczepione małe 
ciężarki,  wyglądające  jak  koraliki.  Doskonale  pamiętała  Duba  uczącego  ją  wszystkich 
zawiłości, techniki zarzucania sieci.   

Zarzucanie sieci wymaga

ło pewnej siły,  ale najważniejsza była koordynacja  czynności. 

Jeszcze raz sprawdziła zwój sznura, strząsnęła sieć i wzięła jeden z ciężarków między zęby. 
Wiedziała, że teraz nastąpi najtrudniejszy moment. Sieć powinna obrócić się w locie i wpaść 
do  wody  tworząc  koło.  Wzięła  głęboki  wdech  i  rzuciła  sieć,  jednocześnie  wypuszczając  z 
zębów jej obciążony koniec.   

–  Cholera  –  mrukn

ęła,  gdyż  nie  zrobiła  tego  dobrze  i  sieć  nie  rozciągnęła  się 

odpowiednio. 

Pozwoliła jej opaść na wodę, a następnie pociągnęła w górę. Była pusta. Ale 

teraz  wiedziała  już  wszystko  dokładnie.  Znów  zwinęła  sznur,  jeszcze  raz  wzięła  w  zęby 
ciężarek  i rzuciła, tym razem wypuszczając  go  we właściwym momencie. Sieć zawirowała 
nad lustrem wody i rozłożyła się całkowicie. Poczekała, aż ciężarki zatoną i zamkną sieć, po 

background image

czym pociągnęła ją do góry. W środku trzepotała mała, srebrna ryba.   

– Aaa – zawo

łała z satysfakcją. – Mam cię.   

– M

ój Boże – szepnął z boku Gabe. – Nie wierzę własnym oczom.   

–  M

ówiłam  ci  –  odparła  z  tryumfalnym  uśmiechem,  Dub  dobrze  mnie  nauczył, 

pomyślała.   

U

śmiech  zniknął  i łzy  napłynęły  jej  do  oczu.  Poczuła  nagły  i  nieoczekiwany  przypływ 

nostalgii, nie znany jej przedtem. 

Tęskniła za rzeką, babcią i Dubem. Patrzyła na rzekę, żeby 

Gabe nie mógł widzieć jej oczu.   

– No wi

ęc – powiedziała jak mogła najspokojniej – mamy ją. Co robimy dalej? 

– Trzeba z

łowić więcej. Zabierzemy je do obozu i tam uwędzimy. Do rana będą gotowe.   

Skin

ęła  głową.  Przypomniała  sobie,  że  Gabe  zostawił  lekko  tlące  się  ognisko. 

Przygotował też ruszt upleciony z zielonych gałęzi olchy. Jeżeli potną ryby na paski i ułożą 
na ruszcie nad ogniem, dy

m i żar u wędzą je do rana.   

Gabe wyj

ął rybę i włożył ją do prymitywnego koszyka. Ponownie zebrała sieć i zarzuciła. 

Powtarzała tę czynność wielokrotnie, chociaż nie było jej lekko. Złapała w sumie sześć ryb. 
W końcu przekazała mu sieć i usiadła, oplatając rękami kolana. Teraz obserwowała, jak on 
sobie radzi.   

By

ł dużo silniejszy od niej i lepiej panował nad swoim ciałem. W tym, jak zarzucał sieć, 

było  jakieś  nieokreślone  piękno.  Siedziała  oparta  o  barierkę  i  przyglądała  mu  się.  Złapał 
następnych osiem ryb i potem sieć zaczęła wracać pusta. Whitney wciąż patrzyła na niego, 
myśląc  o  tym,  że  ten  wieczór  miała  spędzić  w  luksusowym  hotelu  w  Hilton  Head.  Gdyby 
zgłodniała, zamówiłaby coś do pokoju, a nie poszła łowić ryby na oblanym światłem księżyca 
mostku.   

Wsta

ła,  podeszła  do  barierki  i  stanęła  obok  Cantrella.  Oparła  ręce  o  szorstką  poręcz  i 

popatrzyła na sieć, która właśnie opadła na wodę, a potem zatonęła. Podciągnął ją w górę. 
Whitney nie wierzyła własnym oczom. W sieci nie było ryb, tylko czarodziejskie, tańczące 
ogniki.   

–  Co to?  –  wyszepta

ła  mrugając  oczami.  Może  była  bardziej  zmęczona  niż  myślała  i 

wzrok płatał jej figle.   

Odwr

ócił się i uśmiechnął do niej.   

– Nigdy przedtem tego nie widzia

łaś? 

– Ale co to jest? – powt

órzyła Whitney, wciąż patrząc jak zahipnotyzowana.   

Zarzuci

ł  sieć  jeszcze  raz,  tym razem mocniej,  i  pociągnął.  Znowu  zabłysły  setki 

jasnobłękitnych światełek.   

–  Plankton  –  wyja

śnił.  –  Maleńkie,  fosforyzujące  morskie  żyjątka.  Trafiliśmy  na  ich 

kolonię. Chcesz zobaczyć jeszcze raz? 

– Tak, prosz

ę – rzekła zafascynowana.   

To by

ło tak, jakby łowił siecią maleńkie gwiezdne galaktyki, które uciekały i wracały do 

tajemniczych  głębin  rzeki.  Pokazywał  jej  to  jeszcze  kilka  razy.  W  końcu  plankton,  tak jak 
ryby, 

przestał się pojawiać. Gabe zwinął sieć i odwrócił się do Whitney.   

–  Zada

łaś mi wiele pytań, kiedy tu przyszliśmy – powiedział patrząc na nią uważnie. – 

background image

Czy teraz ja mogę cię o coś zapytać? 

Poczu

ła dziwny ucisk w żołądku i odwróciła wzrok. To chyba niebo i te miriady gwiazd 

sprawiały, że czuła się oszołomiona. Zaczęło się, pomyślała. Znowu zacznie wypytywać, co 
chcieli robić na wyspie. Musiał widzieć papiery pana Mortalwooda. Gdy ich oczy spotkały się 
znowu, 

usiłowała zachować spokój i kontrolę.   

– Wolno ci pyta

ć. Ale ja mogę nie odpowiedzieć.   

Wzruszy

ł ramionami. Nie zapięta koszula lekko załopotała na wietrze.   

– Wiem, kim jeste

ś – powiedział z powagą. – Ale kim byłaś? Kim byłaś kiedyś? 

–  Co?  –  Zaskoczona zamruga

ła  oczami.  Odgarnęła  nieposłuszny  kosmyk  włosów  z 

twarzy.   

–  Masz du

żo do powiedzenia w firmie Mortalwooda. Ale ty nie pochodzisz z wyższych 

sfer. 

Dużo pracowałaś, żeby tam dojść. Skąd? Z jakiego miejsca zaczęłaś? – pytał podchodząc 

bliżej.   

Patrzy

ła  na  niego  nie  rozumiejąc,  dlaczego o to wszystko pyta.  Nie  chciała  o  tym 

rozmawiać. Przeszłość przecież minęła bezpowrotnie.   

– Oczywi

ście, że pracowałam – odrzekła wymijająco.   

– 

Żeby cokolwiek osiągnąć, trzeba pracować.   

– Mówisz w taki sposób, 

jakbyś nie pochodziła z Atlanty.   

– Missisipi – odpar

ła krótko. – Południowe rejony stanu Missisipi. Specjalnie nie mówię 

z żadnym akcentem.   

Opar

ł się plecami o poręcz i spoglądał na rozgwieżdżone niebo.   

– Mo

że się zdarzyć, że będziemy tu aż do piątku – powiedział, zmieniając nagle temat. – 

Może nikt nas tu nie zauważy.   

– Wiem – odpowiedzia

ła. Wciąż czuła się nieswojo.   

–  Nied

ługo  będziemy  mieli  dość  jedzenia  małży  i  ryb.  Mogę  spróbować  złapać  coś 

innego. 

Na przykład oposa albo wiewiórki. A może raki. Czy nie będziesz się brzydziła ich 

jeść? 

– Nie – powiedzia

ła rzeczowo. – Ale inni raczej tak. Nie sądzę, żeby Adrian albo pan M. 

mogli przełknąć oposa. Jest tłusty. No i potrzebne byłyby ziemniaki. To samo z rakami. Oni 
mogliby  je  zjeść  ze  specjalnym  sosem,  ale same  –  wykluczone.  Już  prędzej  wiewiórkę. 
Wiewiórka nie jest zła. Żylasta, trochę zalatuje dziczyzną, ale nie jest taka zła.   

Odwr

ócił się i znów spojrzał na nią z uwagą. Uświadomiła sobie, że właśnie popełniła 

poważny błąd.   

– Jad

łaś już te wszystkie rzeczy – powiedział cicho.   

– Przyznaj, 

że tak było.   

Wzruszy

ła  ramionami.  Kiedy  była  mała,  opos,  rak  czy  wiewiórka  były  pożywieniem 

biedaków. 

Oczywiście, że je jadła.   

– Kto nauczy

ł cię łowić ryby? – pytał przysuwając się bliżej. – Twój ojciec? 

– Nie – odpar

ła krótko, pragnąc skończyć tę dyskusję. Odwróciła się od niego. Co go to 

obchodzi, 

zastanawiała się z rozdrażnieniem.   

– W takim razie kto nauczy

ł cię tego wszystkiego? 

background image

–  naciska

ł.  –  Sama wiesz,  że  nie  są  to  umiejętności  typowe  dla  kierownika  w  agencji 

handlu nieruchomościami.   

– A kto nauczy

ł ciebie? – odparowała. – Pewnie już od stu lat jesteś w harcerstwie? 

–  Mo

żna  powiedzieć,  że  moją  specjalnością  jest  umiejętność  przetrwania  w 

ekstremalnych warunkach. 

Już kiedyś ci powiedziałem – gdybyśmy byli tu tylko my dwoje, ty 

i ja, 

nie obawiałbym się. Zająłbym się tobą bez żadnych problemów.   

– Sama potrafi

ę się sobą zająć, stokrotne dzięki.   

– Tak, ty jeste

ś nadspodziewanie dobra – przyznał śmiejąc się cicho. – Ale sama wiesz, że 

jestem lepszy. 

Dla kogoś zdrowego przetrwanie na tej wyspie to jak kromka chleba z masłem. 

Mógłbym zaopiekować się tobą wszędzie – w Arktyce, na pustyni, na morzu, w dżungli.   

–  Ale jeste

ś pewny siebie. – Starała się pokazać mu, że nie zrobiło to na niej żadnego 

wrażenia. – Nie wydaje mi się jednak, by tego rodzaju umiejętności były jakąś wielką zaletą. 
Potrafić żyć jak dzikus, też coś.   

Za

śmiał się ponownie.  Ten dźwięk sprawił, że  poczuła dreszcze na karku i mimo woli 

zesztywniała.   

–  Nie jestem dzikusem  –  powiedzia

ł łagodnie. – Gdybym był, wiedziałabyś o tym. Tak 

samo pozostali. Nie, ja jestem cywilizowany, niestety.   

–  Cywilizowany  –  zakpi

ła Whitney. Zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. Jeżeli będzie 

tak  stała  i  wdychała  czyste,  ożywcze  powietrze,  to  na  pewno  jej  myśli  przestaną  biegać  i 
umysł znów zacznie działać logicznie.   

–  Dzikus nie zawraca

łby sobie głowy Mortalwoodem. On przecież jest bezużyteczny. I 

dzikus już dawno usadziłby Adriana Fiska na miejscu, tak jak na to zasługuje. A ja jestem tak 
grzeczny w stosunku do niego, 

jak tylko mogę.   

– W sumie nie za bardzo grzeczny – powiedzia

ła Whitney, wciąż z zamkniętymi oczami. 

Pragnęła, żeby on sobie poszedł jak najdalej, najlepiej na drugi koniec wyspy. Oszałamiał ją, 
tak samo jak te gwiazdy.   

–  A je

żeli  chodzi  o  ciebie,  droga pani  –  szepnął  jej  prosto  w  ucho  –  to  gdybym  był 

dzikusem, po prostu bym ci

ę wziął. Trzymałbym innych z daleka i powiedziałbym: „ona jest 

moja”.   

Przestraszona i jednocze

śnie wściekła spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.   

– Wzi

ąć mnie? – krzyknęła. – Powiedzieć, że jestem twoja? To... idiotyczne. Jeżeli tylko 

spróbujesz, 

wylądujesz w sądzie w chwilę po tym, jak już będziemy na stałym lądzie. Ja...   

Podni

ósł palec do ust gestem nakazującym jej, by umilkła.   

–  Nigdy nie b

ędę  cię  zmuszał  do  niczego,  droga pani.  Jestem,  jak  już  mówiłem, 

człowiekiem cywilizowanym.   

Sta

ł zbyt blisko niej, ale nie cofnęła się. Patrzyła na niego i na przestrzeń pełną gwiazd. 

To one sprawiają, że wciąż kręci mi się w głowie, pomyślała.   

– Przesta

ń mówić do mnie „droga pani” – zażądała.   

– Robisz to tylko po to, 

żeby się wygłupiać, panie Cantrell.   

Wyci

ągnął rękę i pogłaskał ją po włosach. Już kiedyś mu powiedziała, żeby nigdy więcej 

jej  nie  dotykał,  ale  teraz  nie  protestowała.  Jego  ręka  pogładziła  ją  po  twarzy.  Dotyk ten 

background image

sprawił, że poczuła się dziwnie, jakby była wypełniona gwiazdami, płonącymi i spadającymi 
w ciemności.   

–  W takim razie nie nazywaj mnie „panem Cantrellem”. 

Mam  na  imię  Gabe,  Gabriel. 

Powiedz to.   

D

łoń  gładząca  jej  policzek  jednocześnie  uspokajała  ją  i  podniecała.  Czuła  na  zmianę 

gorąco i zimno.   

– Powiedz – poprosi

ł cicho, przysuwając się jeszcze bliżej.   

Rozchyli

ła  wargi.  Wiedziała,  że  teraz  ją  pocałuje,  a ona mu na to pozwoli.  To  było 

szaleństwo, ale była pijana tymi gwiazdami i księżycem, i też tego chciała.   

– Whitney – wyszepta

ł – powiedz tak. Proszę.   

– Gabriel – powiedzia

ła ledwo słyszalnie. – Jak anioł.   

–  Nie  –  odpar

ł  schylając  się  do  niej.  –  Nie  jak  anioł.  Po  prostu  jak  mężczyzna. 

Mężczyzna, który nic nie bierze siłą. Ale który weźmie to, co mu zostanie ofiarowane.   

Zbli

żył usta do jej warg. Dłońmi objął delikatnie jej twarz. Gdyby nagle okazało się, że 

jednak jest aniołem i owija ją swoimi skrzydłami, wcale nie byłaby zaskoczona. Wydawało 
się  jej,  że  on  zaraz  uleci  w  górę,  do  tych  świecących  gwiazd.  Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję, 
jakby chciała, żeby zabrał ją tam ze sobą.   

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Whitney by

ła upojona smakiem tego pocałunku, dotykiem jego ciepłych rąk na chłodnej 

od wiatru twarzy. 

Jej  zwykłym  światem  rządziła  logika,  finanse,  kalkulacja.  Teraz to 

wszystko opadało z niej jak skorupa, która zrobiła się za ciasna.   

Jego dotyk,  nacisk gor

ących  i  twardych  warg  zmienił  nagle  rzeczywistość  w  magię 

zmysłów.  Usta  stały  się  ruchliwe  i  podniecające,  równie  dobrze  wiedział,  jak  dawać 
przyjemność  i  jak  ją  brać.  Półnagi  tors  przyciśnięty  do  jej  miękkich  piersi  sprawiał,  że 
prze

chodziły  ją  słodkie  dreszcze.  W  oddali  słychać  było  nieustający  odgłos  uderzeń  fal  i 

pomruk oceanu. 

Czysty zapach morza łączył się z aromatem jesieni.   

Gabe dotkn

ął szyi Whitney. Jego szorstkie palce odkrywały jedwabistą miękkość jej ciała 

z  powolną,  drażniącą  czułością.  Ostra,  nie  ogolona  broda  drapała  jej  delikatną  skórę,  ale 
Whitney nawet tego nie zauważała.   

Jedn

ą ręką przyciągnął ją jeszcze mocniej, a drugą gładził włosy. Oszołomiona Whitney 

westchnęła z rozkoszy. Jego język przesuwał się delikatnie po jej wargach, a następnie wsunął 
się między nie, pokazując, że nie ma się czego  obawiać, że im są bliżej siebie, tym więcej 
zaznają przyjemności.   

Me

śmiało  odpowiedziała  na  jego  pieszczotę.  Pomyślała,  o  odmienności  ich  ciał  –  jego 

było twarde i szczupłe, podczas gdy jej miękkie i zaokrąglone, jego twarz i pierś szorstka od 
zarostu, 

jej gładka i delikatna.   

Wydawa

ło się, że oboje są połówkami jakiejś całości, które długo za sobą tęskniły, a teraz 

usiłują z powrotem stać się jednością.   

–  Mo

że miałaś rację – wyszeptał zdyszany. Jego pierś wznosiła się i opadała w rytmie 

szybszym niż uderzanie fal przypływu. – Może rzeczywiście jest we mnie coś z dzikusa, bo 
mam ochotę wziąć cię tu, na tym mostku, i kochać się z tobą w świetle księżyca.   

Whitney otworzy

ła oczy i patrzyła na niego, zupełnie oszołomiona. Nie wiedziała, co ma 

powiedzieć. Gabe nie domyślił się, że jest zawstydzona i wyraz jego twarzy stał się szorstki.   

–  Ale to niemo

żliwe,  prawda?  –  zapytał,  wciąż  ją  mocno  obejmując.  –  W takich 

prymitywnych okolicznościach. Nie chciałabyś przecież wracać do domu z szansą noszenia w 
sobie małego Cantrella? – Przerwał dla zaczerpnięcia oddechu. – W takim razie po prostu ze 
mnie szydzisz? Uważaj Whitney, to jest niebezpieczne.   

Spojrza

ła na niego zaszokowana, całe ciepło uciekło z jej ciała. Oskarżał ją o igranie z 

uczuciami, 

które się między nimi zatliły? Wraz z przypływem chłodu rósł w niej gniew. To 

prawda, 

pozwoliła, żeby ją całował. To była głupota, ale już się stało. Jednak pocałunek wcale 

nie był zaproszeniem, by się kochać, a jego słowa uraziły ją głęboko.   

– S

łuchaj – wyjąkała drżącym głosem.   

– Nie – uci

ął trzymając jeszcze mocniej jej ramiona. – W każdym z nas jest coś z dzikusa. 

Nawet w tobie.   

– Ja nie... – protestowa

ła próbując wyrwać się z jego uścisku. – Nie... Nie chcę... – Ale on 

trzymał  ją  tak  mocno,  że  musiała  przestać  walczyć.  Pozwoli  mu  się  wygadać,  a  później 

background image

ucieknie. 

To  właśnie  dlatego  wcześniej  mu  się  nie  opierałam,  pomyślała.  Byłam  tak 

zmęczona, że nie mogłam myśleć. Spróbowała odepchnąć go jeszcze raz, ale bez rezultatu.   

– Przesta

ń – powiedziała chłodno.   

W g

łowie wciąż miała kompletny chaos. Przyznała z bólem, że było cudownie nie czuć 

się samotnie, tak jak czuła się przez całe życie, odkąd opuściła Duba, babcię i rzekę. Tej nocy, 
w jego ramionach przez chwilę nie czuła się taka samotna.   

– Nie rozumiem ci

ę – powiedział. Jego twarz wyglądała teraz ponuro w świetle księżyca. 

–  Ale wiem jedno. 

Nie  jesteś  przeznaczona  dla  tego  starego.  Nie  zmarnuj  życia  z  powodu 

poczuci

a lojalności.   

– Nie mam poj

ęcia, o czym ty mówisz – odparła Whitney patrząc na niego z gniewem. – 

Zostaw mnie. 

Jestem zmęczona i chę iść spać. Sama.   

– M

ówię o Mortalwoodzie – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Posłuchaj mnie.   

– Och, przesta

ń być śmieszny – odpowiedziała odwracając twarz od niego.   

Nagle jego r

ęka znów dotknęła jej policzka i delikatnie, choć stanowczo obrócił ją, tak że 

musiała na niego spojrzeć.   

–  Whitney...  –  zacz

ął. Coś jak ból czy rezygnacja brzmiało w jego  głosie. Pochylił się 

niżej i Whitney przestraszyła się, że znów chce ją pocałować. Nie, naprawdę przestraszyło ją 
to, 

że ona nadal tego chciała. Czy właśnie to czuła jej matka wiele lat temu innej gwiaździstej 

nocy? Czy przed tym ją ostrzegała? 

Tym razem nie zatrzymywa

ł jej, kiedy spróbowała się uwolnić. Odwróciła się i szybko 

odeszła.   

–  We

ź  ryby  i  sieć  –  zawołała,  jakby  wydając  polecenie.  Nie  zadała  sobie  trudu,  by na 

niego spojrzeć. Zostawiła go stojącego na mostku i popędziła do obozu.   

Adrian chrapa

ł  nierówno,  ale Mortalwood nie  spał.  Leżał  w  kącie  szałasu,  owinięty 

pogniecionym i sztywnym od soli, 

ale na szczęście suchym kocem.   

–  To ty Whitney?  –  zapyta

ł,  gdy  pochyliła  się  nad  nim.  –  Myślałem,  że  już  nigdy  nie 

wrócisz.  Wszystko mnie boli. 

Czy  mo żesz  d ać  mi  tro ch ę  wo dy  i  jeszcze  jedną  pigułkę 

nasenną? 

Dotkn

ęła jego czoła. Chyba nie miał gorączki.   

– Sama nie wiem – szepn

ęła. – Czy to nie będzie za dużo? 

– Whitney, prosz

ę – powiedział z rozdrażnieniem.   

– To straszne nie m

óc zasnąć. Człowiek czuje się wtedy taki samotny. Lila to rozumiała. 

Czasami zasypiała trzymając mnie za rękę, żeby było mi łatwiej. Proszę cię.   

Nie zwi

ązała włosów i co chwilę’ opadały jej na twarz. Odgarnęła do tyłu nieposłuszny 

kosmyk, 

zastanawiając  się,  co  robić.  Pan M.  nie  powinien  brać  tylu  leków,  ale z drugiej 

strony przeleżeć całą noc w bólu – to może osłabić tę resztę sił, jaka mu została. Dała mu 
więc tabletkę.   

– Dobranoc panu – powiedzia

ła. – I niech pan się nie martwi. Mamy mnóstwo jedzenia na 

śniadanie.   

– Poklepa

ła go po ręce i poszła do swojego szałasu, gdzie z uczuciem ulgi wyciągnęła się 

na mchu. 

Jestem tak zmęczona, pomyślała, że pewnie zasnęłabym nawet na kamieniach. Ale 

background image

gdzie  jest  Gabe  i  dlaczego  nie  ma  go  tak  długo,  zastanawiała  się,  zirytowana jego 
nieobecnością. Może by coś zrobił, żeby panu M. było wygodniej. Zagrzebała się głębiej w 
mech. 

Właściwie komu potrzebny jest Gabe Cantrell, zapytała samą siebie przekornie. Mnie 

na pewno nie.  A nawet jestem zadowolona, 

że go nie ma. Nie chcę już myśleć o nim ani o 

niczym innym. 

Chcę tylko spać.   

– Whitney? – rozleg

ł się żałosny głos Mortalwooda – Whitney? 

Spr

óbowała unieść się na łokciu, ale głowa opadała jej ze zmęczenia.   

–  Whitney,  ja wci

ąż nie mogę spać. Zostań ze mną, dopóki nie zasnę. Ja... ja się trochę 

boję. Tu jest tak jakoś...   

O Bo

że, pomyślała i usiadła kryjąc twarz w dłoniach. Udało  jej się zebrać resztki sił i 

przejść do drugiego szałasu. Raz jeszcze usiadła przy nim. Wokół coś szeleściło, słychać było 
jakieś owady.   

– Niech pan si

ę nie obawia – powiedziała starając się, żeby to zabrzmiało pewnie. – Nic 

się nie stało. Jestem tutaj.   

Skin

ął głową i położył się na swym prowizorycznym posłaniu. Whitney prawie spała na 

siedząco, tak była zmęczona. Gdzieś w oddali pohukiwała sowa – niesamowity dźwięk, nie 
słyszała go od lat.   

– Whitney? – Dr

żący głos Mortalwooda brzmiał jeszcze bardziej niepewnie.   

– Tak? – Ockn

ęła się z trudem.   

– Co to by

ło? Czy możesz – zawahał się przez chwilę – potrzymać mnie za rękę? Zanim 

zasnę? 

T

ęskni za Lila, pomyślała Whitney i coś ścisnęło ją w gardle. Też za nią tęskniła.   

– Oczywi

ście – zgodziła się biorąc jego rękę.   

– Dzi

ękuję ci – westchnął Mortalwood boleśnie. Siedziała przy nim posłusznie, trzymając 

go za rękę.   

Tak zasta

ł ich Gabe, kiedy w końcu pojawił się na polanie. Stał chwilę w świetle księżyca 

i patrzył nic nie mówiąc. Ona też się nie odezwała. Oboje odwrócili wzrok.   

Najwidoczniej zosta

ł,  żeby  oczyścić  ryby,  bo  teraz  umocował  drewniany  ruszt  nad 

dymiącym  ogniem  i  ułożył  na  nim  srebrzyste  kawałki.  Potem  wstał  i  znowu  zniknął.  Nie 
wiedziała,  dokąd  mógł  się  udać.  Kiedy  w  końcu  Mortalwood  zasnął,  wślizgnęła  się  do 
swojego szałasu i z ulgą zapadła w sen.   

Rano zauwa

żyła, że ktoś przykrył ją podartą marynarką Mortalwooda i posypał mech, na 

którym  spała,  ostro  pachnącymi  ziołami.  Rozpoznała  je,  był  to  psi  rumian,  o którym Dub 
mawiał, że odstrasza insekty. Ktoś zajrzał do niej w nocy i tym kimś mógł być tylko Gabe.   

Wr

ócił do obozu, kiedy słońce było już wysoko, nie mówiąc, gdzie był i po co. Przyniósł 

płócienną torbę, którą Whitney znalazła na plaży, wypełnioną trąbikami i małżami. Pod pachą 
miał mnóstwo znalezionych rzeczy, głównie sznury, liny i jeszcze jeden kawałek sieci.   

Whitney przynios

ła  wodę  i  dopilnowała,  by Mortalwood i Adrian zjedli swoje porcje 

wędzonej ryby. Gabe rozgrzał kamienie, tak jak poprzedniego dnia, i zagrzebał w nich małże 
na obiad. 

Teraz szykował się do poszukiwań po drugiej stronie wyspy i stanowczo nie życzył 

sobie towarzystwa Whitney.   

background image

–  Pan Mortalwood powiedzia

ł, żebym poszła – powiedziała prowokująco. – Uważa, że 

powinnam obejrzeć jak najwięcej. Adrian może zająć się obozem. Ja idę.   

Gabe obrzuci

ł pogardliwym spojrzeniem Adriana, który właśnie pomagał Mortalwoodowi 

przy wkładaniu świeżej koszuli. Whitney martwiła się stanem starszego pana, chociaż dzisiaj 
czuł się już nieco lepiej.   

Ona sama umy

ła się w strumieniu, wyszczotkowała włosy i zaplotła je w dwa warkocze, 

związując końce kawałkami nitki wyprutej ze swetra. Uległa prośbom Mortalwooda i włożyła 
jedną  z  jego  koszul,  różową,  z  długimi  rękawami.  Była  o  wiele  za  duża,  więc  musiała 
zawiązać ją w talii i podwinąć rękawy do łokci.   

–  Pan Mortalwood 

życzy  sobie  –  powiedział  Gabe  przedrzeźniając  ją.  –  Oczywiście, 

wszystko, 

czego życzy sobie pan Mortalwood. Ale ja nie mam zamiaru zwalniać tempa ani 

dla ciebie, ani dla kogokolwiek innego. Nie miej do mnie pretensji, 

jeżeli nie nadążysz.   

–  Dojd

ę tak daleko jak ty – odparła. Do tej pory dzielnie dotrzymywała mu kroku. Ból 

mięśni, podrapane stopy i ręce były tego dowodem.   

Uni

ósł brew drwiąco i uśmiechnął się cynicznie.   

– Czy rzeczywi

ście? Jest taki obszar, może dwa, gdzie jestem w stanie posunąć się dalej 

niż ty. Dużo dalej.   

Z

łośliwość w jego tonie nie pozostawiała wątpliwości co do znaczenia tych słów. Zaśmiał 

się nieprzyjemnie, odwrócił i ruszył w stronę ścieżki, którą szli wieczorem na ryby. Miał ze 
sobą prowizoryczną menażkę, plastykową butelkę przewieszoną na sznurku przez ramię i sieć 
na ryby. 

Whitney zacisnęła pięści i poszła za nim, zdecydowana za wszelką cenę nie zostawać 

w tyle.   

Przez ca

łą drogę do mostu nie wypowiedzieli ani słowa. Whitney patrzyła w ziemię, żeby 

nie  musieć  patrzeć  na  niego.  On  też  dokładał  starań,  żeby  jak  najrzadziej  spoglądać  w  jej 
kierunku.   

S

łońce już paliło mocno i zrobiło się gorąco. Ciężki zapach sosen unosił się w powietrzu. 

Raz na jakiś czas Gabe zatrzymywał się na krótko, klękał i oglądał rysunek śladów na piasku. 
Obserwowała  go  i  usiłowała  sobie  przypomnieć,  do  kogo  należą  te  ślady.  Do myszy? 
Ryjówki? A może jaszczurki? Nie chciała pytać, a on nic nie mówił. Wstawał i szybko szedł 
dalej, 

nie czekając. Postawiła sobie za punkt honoru, by nie zostawać w tyle ani o krok. Od 

czasu do czasu musiała się jednak zatrzymać, ponieważ podstępne skaczące kaktusy prawie 
całkowicie zarosły drogę. Była zaskoczona, gdy Gabe zatrzymał się, by mogła powyjmować 
kolce. 

A jeszcze bardziej zaskoczyło ją tó, że się odezwał.   

– Uwa

żaj – ostrzegł ją wskazując na drogę. – Musisz dbać o swoje nogi.   

– Wiem – odpowiedzia

ła krótko, ale była mu wdzięczna za zainteresowanie.   

Tym razem szed

ł  trochę  wolniej.  Droga  znów  wiodła  przez  zagajnik i Whitney 

błogosławiła przynoszący ulgę cień.   

– Szkoda, 

że Mortalwood nie miał żadnych skarpetek w walizce – powiedział Gabe nie 

patrząc na nią.   

– Ja te

ż żałuję – przyznała szczerze. Niestety pan M. zdążył wypakować skarpetki przed 

katastrofą. Popatrzyła na swoje poranione kostki. Z jednej ciekł cieniutki strumyczek krwi.   

background image

– Mo

że on mógłby dać ci swoje – mówił dalej Gabe. – Ale powinien mieć jednak coś na 

nogach, 

chodzę przecież w jego butach. Oczywiście, Fiska nawet nie ma co prosić.   

Whitney wzruszy

ła  ramionami.  Nigdy  nie  przyszłoby  jej  to  do  głowy,  chociaż  musiała 

chodzić o wiele więcej od niego.   

–  On sam powinien ci je zaproponowa

ć – zauważył Gabe. – Spróbuję  wydostać je dla 

ciebie.   

– Ja ich nie chc

ę – szybko odparła Whitney. Była w lepszej kondycji fizycznej niż Adrian 

i lepiej wiedziała, jak sobie tutaj radzić. To był jeden z powodów jego złości. Drugim było to, 
że Mortalwood instynktownie zwracał się do niej po rady i opiekę.   

– Fisk nie 

życzy ci najlepiej – powiedział Gabe patrząc na nią z boku. – On jest zawistny.   

–  Adrian jest w trudnej sytuacji  –  wyja

śniła.  –  On  nie  znosi  być  zależnym  od 

kogokolwiek. 

Jest bardzo czuły na tym punkcie.   

Gabe patrzy

ł daleko na drogę i uśmiechał się do siebie.   

– No i nie znosi wsp

ółzawodniczyć z kobietą. Co jest nagrodą? O co się ubiegacie? 

Whitney gbliza

ła wargi i przejechała dłonią po czole, na którym zebrały się kropelki potu.   

– Jedno z nas ma zosta

ć zastępcą dyrektora – przyznała, zmęczona ciągłym ukrywaniem 

prawdy.   

– Wsp

ółzawodniczymy ze sobą, ale to, że jestem kobietą, nie ma żadnego znaczenia.   

Zatrzyma

ł się, a ona stanęła przy nim, zaskoczona.   

– Dobry Bo

że, ty chyba nie wierzysz w to, co mówisz? – zapytał.   

Nie rozumia

ła  go.  Coś  pulsowało  jej  w  skroniach  i  chciała,  żeby  słońce  przestało  tak 

palić. Niebo miało taki ostry, jasnoniebieski kolor, że rozbolały ją oczy.   

– Nie wierz

ę w co? 

– 

Że nie ma znaczenia to, że jesteś kobietą. Patrzył na nią uśmiechając się leciutko. Jak 

zwykle  mia

ł  rozpiętą  koszulę  i  widok  błękitnego  aligatora  wprawiał  ją  w  zakłopotanie. 

Przypomniał  się  jej  incydent  na  jachcie,  kiedy  to  przechył  rzucił  ją  w  jego  ramiona  i 
przylgnęła  na  chwilę  wargami  do  tego  miejsca,  do szorstkich,  kędzierzawych,  złotawych 
włosów. Usta jej zadrżały.   

–  Nigdy nie 

żądałam  od  nikogo  specjalnych  przywilejów  z  tego  powodu.  Pracowałam 

równie ciężko jak mężczyźni. Mogę stawać z nimi do współzawodnictwa na takich samych 
warunkach.   

–  Prawdopodobnie on tego w

łaśnie  się  boi.  –  Gabe  zaśmiał  się.  –  I  jeżeli  będzie  miał 

okazję, wbije ci nóż w plecy, tak jakbyś była mężczyzną, na równych prawach.   

–  On m

ógłby  to  zrobić  –  zgodziła  się.  –  Po  prostu  muszę  zawsze  oglądać  się  do  tyłu, 

prawda? Chodź, zejdźmy z tego słońca.   

Zacz

ęła iść szybciej,  gdy w polu widzenia ukazał się następny lasek. Gabe z łatwością 

dotrzymywał jej kroku.   

– A mo

że jest za późno? – zauważył. – Może on już to zrobił? 

Popatrzy

ła zaskoczona. Psiakrew, pomyślała bezsilnie, ależ on jest irytująco bystry.   

– Chodzi mi o to – powiedzia

ł, jakby czytając w jej myślach – że wasza trójka chce mieć 

tę wyspę. To znaczy Mortalwood chce ją kupić. Ale widocznie nikt inny nie wie, że to jest na 

background image

sprzedaż. Inaczej dopiero by się tu działo. O to chodzi, prawda? A najbardziej zależy na tym 
Fiskowi.   

–  Ja...  –  zacz

ęła  się  jąkać  –  ja  nie  mam  prawa  rozmawiać  o  tym.  Nie  mogę...  nic 

powiedzieć.   

Nagle zn

ów  znaleźli  się  w  cieniu,  co  przyjęła  z  ulgą.  Czuła  ból  głowy,  gardło  miała 

spieczone z pragnienia i bolała ją kostka, w miejscu gdzie ostatnio ukłuł ją kaktus. Poczuła 
ostry ból w drugiej kostce, 

to następny kaktus przyczepił się do jej skóry.   

–  Siadaj  –  nieoczekiwanie zakomenderowa

ł  Gabe.  Położył  rękę  na  jej  ramieniu  i 

skierował ją w stronę dużego, pokrytego porostami głazu. – Siadaj – powtórzył.   

Pos

łuchała bez słowa protestu. Poczuła wdzięczność, kiedy ukląkł i szorstkimi palcami 

wyjmował igły z jej nogi.   

– Musisz patrze

ć, gdzie stawiasz stopę – zbeształ ją. – I dlaczego nic nie powiedziałaś, że 

ci się chce pić? Mój Boże, jesteś najbardziej upartą kobietą, jaką w życiu widziałem. Klimat 
tutaj jest zdradliwy, 

musisz pić, kiedy tylko czujesz pragnienie.   

Poda

ł jej butelkę. Whitney wypiła dwa małe, oszczędne łyki.   

– Wypij wi

ęcej – rozkazał.   

Wci

ąż klęczał u jej stóp, trzymając jedną rękę na jej gorącej, pulsującej kostce.   

– Nie mog

ę – odparła. – To tylko dwulitrowa butelka. Jeżeli nie znajdziemy wody, będzie 

musiała nam wystarczyć na całą drogę powrotną.   

– 

Żeby tylko ciebie wystarczyło na drogę powrotną. Nie przejmuj się wodą, uwierz mi.   

Napi

ła  się  ponownie.  Woda  smakowała  jak  boski  nektar,  Whitney  przymknęła  oczy  i 

delektowała się jej smakiem. Kiedy zwróciła mu butelkę, urwał kawałek materiału wielkości 
chusteczki do nosa z dołu swojej koszuli i zmoczył go obficie.   

– Nie rób tego – 

krzyknęła przestraszona. – Po co marnujesz wodę? I twoja koszula...   

W og

óle  nie  zwrócił  na  nią  uwagi.  Oczyścił  skaleczenia  na  obu  kostkach,  wypłukał 

szmatkę i ponownie wytarł jej nogi.   

Woda cudownie ch

łodziła piekące miejsca, ale nie mogła uwierzyć, że pozwolił sobie na 

takie marnotrawstwo. 

To było do niego niepodobne.   

–  Co b

ędzie,  jeżeli  nie  znajdziemy  wody?  –  spytała.  Gabe  zdjął  koszulę.  Patrzyła,  jak 

gładko  poruszają  się  mięśnie  na  jego  ramionach  i  plecach.  Urwał  kilka  długich  pasków 
materiału.  Następnie  zsunął  jej  sandały  ze  stóp  i  zaczął  owijać  tę,  która  była  bardziej 
pokaleczona.   

– Nie przejmuj si

ę wodą – powiedział. – Znajdziemy ją. Nie widziałaś śladów? Przestałaś 

obserwować drogę i dlatego kaktusy dobrały się do ciebie.   

Ślady,  pomyślała  zawstydzona.  Ależ  oczywiście.  Miał  na  myśli  ślady  zwierząt.  Jeżeli 

widział ich dużo, to znaczy, że w pobliżu jest woda. Siedząc nieruchomo przyglądała się, jak 
najpierw obandażował jej lewą stopę, a następnie prawą aż do połowy łydki.   

– Prosz

ę – powiedział z zadowoleniem. – To powinno zabezpieczyć cię na jakiś czas.   

–  Twoja koszula  –  wyj

ąkała zmartwiona, widząc, że zostało z niej tylko kilka szmatek, 

które wepchnął do kieszeni.   

–  Potrzebna ci bardziej ni

ż mnie – odparł. – Musisz * być uważniejsza, zbyt łatwo się 

background image

rozpraszasz.  Powinna

ś  popracować  nad  sobą.  –  Prawie  jesteśmy  na  miejscu  –  dodał 

wskazując drogę. – Możesz już iść? 

Wyci

ągnął rękę, by pomóc jej wstać z kamienia, lecz Whitney nie przyjęła jej. Tak jak 

stał tutaj, opalony i półnagi, znów przypominał prymitywnego boga słońca. Rozsądniej było 
nie dotykać go, mógł ją sparzyć. Może rozsądniej było nawet nie patrzeć na niego, bo mógł ją 
oślepić. Wstała, uważnie patrząc pod nogi.   

– Dzi

ękuję ci – powiedziała cicho, gdy usłyszała jego kroki.   

–  To niedaleko  –  zapewni

ł  ją,  nie  zwracając  uwagi  na  podziękowania.  –  Posiadłość 

Fredericksów, 

a  właściwie  to,  co  z  niej  zostało,  powinna  być  zaraz  za  tą  kępą  sosen  na 

pagórku.   

Przytakn

ęła  nie  podnosząc  wzroku.  W  milczeniu  wspięli  się  na  pagórek.  Gdzieś  na 

drzewie zakrakała  wrona. Gabe zatrzymał się. Stanęła również, wciąż patrząc w dół. Przez 
chwilę cisza aż pulsowała w powietrzu między nimi.   

– Jeste

śmy na miejscu – powiedział.   

Whitney powoli poparzy

ła  przed  siebie.  Na  wprost  był  jeszcze  jeden  lasek  dębowy. 

Między  drzewami  rosły  krzewy.  Tu  i  tam  widać  było  skalne  rumowiska,  pozostałość  po 
domu, 

który  spalił  się  czterdzieści  lat  temu.  W  najdalszym  końcu  lasku  stały  trzy  szare, 

zwietrzałe  ściany.  Pod  nimi  była  podłoga  z  płaskich  głazów,  z  kępami  trawy  rosnącymi  w 
pęknięciach. Pozostał nawet zwisający kawałek dachu. Słońce przeświecało przez połamane 
gonty, 

ale  będzie  można  go  łatwo  naprawić,  pomyślała  Whitney  z  radością.  Kiedyś  był  tu 

pewnie magazyn.   

Kilka metr

ów  dalej  rosły  paprocie  i  karłowate  palmy,  między  którymi  coś  migotało. 

Strumyk, 

zorientowała się Whitney w przypływie radości. Wąskie, płynące źródełko. Będzie 

nam tu o wiele lepiej, 

pomyślała. Solidniejsze schronienie, woda w zasięgu ręki.   

Tu

ż za dębami ujrzała coś jeszcze, uporządkowaną grupę niskich, powykręcanych drzew. 

Tu i tam jaskrawa czerwień przeświecała spomiędzy ciemnych liści. Sad, świeże jabłka! 

– No i co? – spyta

ł Gabe stając obok niej. Spojrzała aa niego i zobaczyła, że się uśmiecha. 

– 

Warto było tu przyjść? 

Whitney z przyjemno

ścią  wciągała  powietrze  do  płuc.  Była  tak  szczęśliwa,  że  chętnie 

uściskałaby  Gabe’a,  objęła  ramionami  i  przytuliła  się  do  jego  piersi.  Ale  nie  odważyła  się 
tego zrobić. Nie, zamiast tego musiała pomyśleć.   

Po tej stronie wyspy wiatr by

ł łagodniejszy i bliżej było do uczęszczanych przez łodzie 

szlaków. I kto wie, 

co za skarby mogą znajdować się w tych ruinach, skarby, które pomogą 

im przetrwać, zanim nadejdzie pomoc.   

Wylicza

ła szybko w myśli wszystkie plusy. Jeżeli rosły tu jabłonie, może są i inne drzewa 

owocowe albo jadalne orzechy, 

a woda i owoce przyciągają zwierzynę. Jeżeli coś tu jest, to 

Gabe to złapie i będą mieli mięso.   

– No i co? – powt

órzył Gabe czekając na jej reakcję.   

– Tu jest cudnie – odpowiedzia

ła uśmiechając się szeroko. – Nie mogę się doczekać, żeby 

tu przyprowadzić pana Mortalwooda. Tu będzie mu o wiele lepiej. I ja będę lepiej się czuła, 
wiedząc, że jest bezpieczny. Nie masz pojęcia, jak się martwiłam.   

background image

Podnios

ła  na  niego  pełen  wdzięczności  wzrok.  Ale  jego  spojrzenie  nagle  zrobiło  się 

chłodne, a miły uśmiech zniknął.   

– Oczywi

ście – powiedział sucho, przez zaciśnięte zęby. – Twój cenny pan Mortalwood. 

Kura, 

która znosi złote jajka. Czy już się oświadczył? Nie mogę sobie wyobrazić, żeby mógł 

ci się długo opierać. Naprawdę myślisz, że będziesz z nim szczęśliwa? Albo może szczęście 
dadzą ci jego pieniądze i władza? 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Rado

ść  i  uczucie  szczęścia  uleciały  w  okamgnieniu.  Nie  miała  zamiaru  poniżać  się, 

odpowiadając  na  takie  pytania.  Jeżeli  on  w  tak  perwersyjny  sposób  widzi  jej  stosunki  z 
Lawrence’em Mortalwoodem, 

niech tak nadal uważa, pomyślała urażona. Niech sobie myśli, 

co chce. 

Ruszyła w stronę sadu.   

Zapach jab

łek  upajał  i  przywoływał  wspomnienia.  Usiłowała  otrząsnąć  się  i 

skoncentrować  uwagę  na  bieżących  zajęciach.  Zaczęła  systematycznie  zbierać  jabłka.  Było 
ich mnóstwo i co jakiś czas, ku jej radości, trafiało się nie uszkodzone, które odkładała na 
bok.  Inne,  poobijane lub robaczywe, 

ale  częściowo  jadalne,  składała  na  oddzielną  kupkę. 

Może później je obierze, pokroi i spróbuje zrobić z nich mus.   

W tym czasie Gabe spacerowa

ł  bez  wyraźnego  celu  po  sadzie.  Kiedy  dotarł  do  niej, 

przerwała pracę i podała mu jedno z nie uszkodzonych jabłek.   

– Prosz

ę – powiedziała głosem pozbawionym emocji. – Weź.   

– C

óż to? Bawimy się w Adama i Ewę? Chcesz skusić mnie jabłkiem? 

Zmarszczy

ła brwi i wepchnęła mu jabłko w ręce.   

–  Och,  we

ź.  Na  pewno  jesteś  głodny.  Nie  mam  zamiaru  kusić  cię,  nawet  gdybyś  był 

Adamem.   

Westchn

ął z udawanym zawodem i spojrzał na swoje białe szorty.   

–  Jaka szkoda! Ale o co ci chodzi? O m

ój strój? Bardziej bym ci się podobał w listku 

figowym? 

– Nie – warkn

ęła Whitney, zła, że znów udało mu się wprawić ją w zakłopotanie.   

–  Dlaczego? –  spyta

ł. – Ty podobałabyś mi się w figowych listkach. A jeszcze bardziej 

bez nich. 

Chyba  nie  mielibyśmy  nic  na  sobie,  prawda?  Listki  pojawiają  się  dopiero  po 

zjedzeniu zakazanego owocu i odkryciu grzechu.   

– Nie mam zamiaru rozmawia

ć o figowych listkach – odpowiedziała z niesmakiem.   

– W takim razie usi

ądź i zjedz ze mną jabłko – powiedział drwiąco. – Albo będę mówił 

na ten temat tak długo, aż dostaniesz szału. Zrób sobie chwilę przerwy, to może być dzisiaj 
ostatnia okazja, 

by trochę odpocząć.   

Patrzy

ła na jabłko połyskujące w jego twardej dłoni. To przecież on ją kusi, pomyślała.   

– Chod

ź – powtórzył wkładając jej do rąk owoc. Uśmiechał się przy tym lekko.   

Mimo woli te

ż się uśmiechnęła. Czuła, że cała drży. To z powodu upału, długiej drogi i 

głodu, pomyślała. Gabe usiadł w cieniu i oparł łokcie na kolanach. Usiadła przy nim i ugryzła 
jab

łko.   

–  Wol

ę  cię  taką,  jaka  jesteś  teraz  –  powiedział  Gabe,  przyglądając  się  jej  z 

zainteresowaniem.   

Spojrza

ła  pytająco.  Nawet w cieniu jego.  mocne  ciało  świeciło  jakby  słonecznym 

blaskiem.   

– Tak

ą, jaka jesteś teraz – powtórzył. – Z warkoczami, w tak zawiązanej koszuli, jedzącą 

jabłko. O wiele bardziej niż w jedwabiach i białej bluzce.   

background image

Za

żenowana odwróciła wzrok i nerwowo podkurczyła palce u nóg.   

– W obdartych spodniach i tych b

łazeńskich skarpetkach? – spytała ponuro. Spojrzała na 

swe stopy, c

hronione bandażem ze strzępów jego koszuli.   

– Tak – odpowiedzia

ł po prostu. – Właśnie tak. Gabe wciąż przyglądał jej się badawczo.   

– Czy to naprawd

ę byłaś ty? – zapytał. – Dziewczynka z warkoczami. Ta, która siedziała 

na trawie i jadła jabłka? 

Odgarn

ęła włosy z twarzy. Czuła, że ma gorące policzki. Nie spojrzała na niego.   

–  Chyba tak.  –  Widzia

ła siebie jako bosonogą dziewczynkę, razem z Dubem zbierającą 

jabłka, by babcia mogła zrobić szarlotkę.   

– A co si

ę stało z tą dziewczynką? – pytał dalej Gabe, kładąc się na trawie i opierając na 

łokciu.   

– Dok

ąd odeszła i dlaczego? 

–  Ona...  –  zacz

ęła  Whitney  i  przez  chwilę  milczała  zatopiona  we  wspomnieniach.  – 

Musiała odejść, kiedy matka po nią przyjechała – powiedziała wreszcie cicho.   

Obserwowa

ł  ją  i  czekał  nic  nie  mówiąc.  Whitney  pochyliła  głowę  w  zamyśleniu  i  z 

trudem przełknęła ślinę.   

–  Moja matka zawsze m

ówiła,  że  nie  chce  dla  mnie  takiego  życia,  jakie  sama  miała. 

Chciała, żebym zdobyła wykształcenie i była niezależna. Żebym miała to wszystko, czego jej 
brako

wało.   

– Powiedzia

łaś, że matka przyjechała po ciebie – badał dalej Gabe. – Skąd przyjechała i 

dokąd cię zabrała? 

– Do miasta. – Zn

ów zaschło jej w gardle. – Ona pracowała w mieście i zabrała mnie tam. 

Przedtem mieszkałam z moją babcią i wujkiem. Ale matka wzięła mnie, bo wyszła za mąż.   

– To znaczy wysz

ła za mąż ponownie? Spojrzała mu prosto w oczy.   

– Nie – odpowiedzia

ła spokojnie. – Wyszła za mąż po raz pierwszy. Mój ojciec nie chciał 

się z nią ożenić. Uciekł i wstąpił do wojska. Nigdy do niej nie wrócił.   

Gabe przez chwil

ę nic nie mówił.   

– Czy ty go kiedykolwiek widzia

łaś? – zapytał w końcu.   

– Nie.   

– A jaki by

ł twój ojczym? – pytał dalej zniżonym głosem.   

–  M

ój ojczym był stary. Tak naprawdę to byłam mu tylko zawadą. Ale bardzo zależało 

mu na mojej matce. 

Tolerowaliśmy się nawzajem, to wszystko.   

Le

żał wyciągnięty leniwie na trawie, ale w jego wzroku widać było napięcie.   

– Czy twoja matka go kocha

ła? 

Whitney zaczyna

ła żałować, że w ogóle opowiedziała mu o tym wszystkim.   

–  Nie  –  odezwa

ła  się  w  końcu.  –  Nie  kochała  go.  Ale  on  miał  trochę  pieniędzy, 

wystarczająco dużo, by zadbać o moją naukę. Dlatego wyszła za niego.   

– Co by

ło dalej? 

– Umar

ł, kiedy zaczynałam szkołę średnią. – Teraz jej głos załamał się i zaczęła się jąkać. 

– 

Matka umarła, gdy byłam na studiach. Miała zaledwie czterdzieści jeden lat.   

– Co si

ę stało z innymi? – spytał cicho. – Z twoją babcią, wujkiem? 

background image

–  Nigdy ju

ż  ich  nie  widziałam  –  powiedziała,  szybko  mrugając  oczami.  –  Przestali 

odzywać  się  do  mojej  matki  dlatego,  że  mnie  zabrała.  Babcia  umarła,  gdy  jeszcze  byłam 
mała, wkrótce po moim wyjeździe. Dub, mój wujek, kilka lat później.   

Nasta

ła cisza, przerywana tylko szelestem liści poruszanych przez wiatr.   

–  Tak mi przykro  –  odezwa

ł się w końcu Gabe. Głos miał szczery, nie było w nim ani 

śladu drwiny.   

–  Nie musi ci by

ć  przykro  –  odparła  sucho.  Cisnęła  ogryzek  jak  najdalej.  –  Zupełnie 

dobrze dałam sobie radę.   

– Naprawd

ę? – zapytał z wyzwaniem w głosie.   

–  Tak,  naprawd

ę. – Odwróciła się i odeszła. Pracowali razem całe popołudnie. Zgodzili 

się, że panu Mortalwoodowi łatwiej będzie przenieść się tu pod wieczór, kiedy słońce nie pali 
już tak bezlitośnie. Pracowało im się razem nadspodziewanie dobrze. Nałamali gałęzi sosny i 
załatali  zrujnowany  dach  swego  nowego  schronienia.  Whitney  pokryła  kamienną  podłogę 
mchem, 

Gabe zaś wykopał dziurę pod ognisko.   

Potem poszed

ł  nałapać  ryb,  a  ona  usiadła  i  zatopiła  się  w  myślach.  Wczoraj rano 

wstępowała  na  jacht  ubrana  w  jedwabie,  obuta  w  kosztowną  skórę.  Jeśli  chodzi  o  rzeczy 
materialne, 

miała  wszystko,  czego  kiedykolwiek  pragnęła.  W sprawach zawodowych, 

ambicjonalnych, 

był przed nią jeszcze do podbicia podniecający świat. Potraktowała Cantrella 

jak  zwykłego,  wynajętego  pomocnika,  a  na  pana  Mortalwooda  i  Adriana  patrzyła  jak  na 
wpływowe i bardzo ważne osobistości.   

Dzisiaj siedzia

ła  w  kucki  na  skraju  śmietnika  i  cieszyła  się,  że  znalazła  obity  garnek  i 

pogiętą  łyżkę.  Pan Mortalwood i Adrian byli niemal inwalidami.  A  szansa  uratowania  się 
zależała w największym stopniu od Cantrella.   

Popatrzy

ła  na  swoje  ręce.  Są  straszliwie  zniszczone,  pomyślała  t  niesmakiem.  Miną 

tygodnie, 

zanim  będzie  można  pokazać  je  ludziom.  Było  jej  gorąco,  czuła  się  brudna  i 

wątpiła, czy kiedykolwiek się umyje.   

Z tymi warkoczami,  w m

ęskiej  koszuli  i  stopami  w  szmatach  na  pewno  wygląda jak 

straszydło. Ale by się ludzie śmiali, gdyby ją teraz widzieli, tak jak śmiali się z niej, gdy była 
dzieckiem. Najpierw dlatego, 

że nie miała ojca, potem, bo miała ojca tak starego, że jedzenie 

kapało mu na kamizelkę.   

Przesta

ń,  powiedziała  do  siebie.  Weź  się  do  roboty.  Musisz  to  przecież  skończyć. 

Zaniosła garnek i łyżkę do źródełka i zaczęła szorować je z furią.   

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

– Mam ju

ż dosyć tych małży i ryb – narzekał Adrian. Był zmęczony po długiej wędrówce 

z pierwszego obozu. – Pan M. ma 

rację, nie spocznę dopóki nie ujrzę tutaj czterogwiazdkowej 

restauracji upamiętniającej to piekło, przez które musieliśmy przechodzić.   

Whitney zignorowa

ła go i podała Mortalwoodowi następny kubek zupy. Adrian już zjadł 

swoją porcję. Ona i Gabe postanowili obejść się smakiem.   

–  Whitney,  jaki mamy dzi

ś  dzień?  Jak  długo  jesteśmy  tutaj?  –  pytał,  siedzący  na 

zwalonym drzewie, Mortalwood. 

Wyglądał na całkowicie rozkojarzonego. Od czasu do czasu 

wypijał trochę zupy, ale nie można go było namówić na zjedzenie niczego innego.   

Zaniepokojona Whitney obserwowa

ła  go  uważnie.  Wyprawa z pierwszego obozu 

zmęczyła  Adriana,  ale  Mortalwooda  wyczerpała  całkowicie,  chociaż  Gabe  niósł  go  przez 
większą część drogi.   

–  Jest wci

ąż  środa  –  powiedziała  starając  się,  żeby  jej  głos  brzmiał  pogodnie  i 

uspokajająco.   

– Je

żeli to ma być mus jabłkowy, to smakuje jak breja – grymasił Adrian, nie przerywając 

jedzenia.   

–  Bardzo mi przykro  –  warkn

ęła Whitney tracąc cierpliwość. – Tak się złożyło, że nie 

miałam ani cukru, ani cynamonu, ani rodzynek, ani masła.   

–  Przyda

łoby  się  coś  słodkiego  –  rzekł  Mortalwood  prawie  z  rozrzewnieniem.  –  Jak 

myślisz, Whitney, czy mogłabyś wrócić na jacht i znaleźć trochę cukru? Adrian ma rację, mus 
byłby lepszy z cukrem.   

Whitney zacisn

ęła wargi, żeby nie palnąć czegoś w gniewie. Kiedy z Cantrellem wrócili 

do pierwszego obozu,  zobaczyli, 

że Fisk i Mortalwood wypili wszystkie cztery puszki piwa 

imbirowego i nadal narzekali na pragnienie, 

chociaż zostało jeszcze pół dzbana wody. Zrobiło 

jej się przykro, że tak postąpili. Pan M. wciąż był zbyt wytrącony z równowagi, by myśleć 
jasno, 

ale Adrian powinien mieć więcej rozumu. Tym, który się odezwał, był Gabe.   

– Jeste

śmy szczęściarzami, że w ogóle mamy coś do jedzenia. Nie, panie Mortalwood, nie 

możemy pójść jeszcze raz na jacht. To jest niebezpieczne. Za pierwszym razem był ważny 
powód, 

bo pan potrzebował lekarstw.   

Whitney spojrza

ła na niego zaskoczona. Nic jej nie powiedział, że nurkowanie tam było 

niebezpieczne.   

– A ja m

ówię, że masz wrócić i poszukać jeszcze raz – zażądał Adrian.   

Gabe udawa

ł, że nie zauważa jego wrogości. Mówił dalej spokojnym głosem.   

–  Mamy wszystko,  co potrzebne,  aby prze

żyć  następne  dwa  dni:  jedzenie,  wodę, 

lekarstwa i schronienie. 

Jesteście wyczerpani, ale teraz jest dużo czasu na odpoczynek.   

– 

Łatwo  ci  powiedzieć  –  odpalił  Adrian.  –  Na  ciebie  nikt  nie  napadł  i  nie  masz 

zwichniętej  nogi.  Jestem  też  dokładnie  podrapany  przez  kaktusy  i  pogryziony  przez  te 
przeklęte mrówki...   

Gabe nadal ignorowa

ł go i mówił spokojnie.   

background image

–  Wci

ąż mówicie o rzeczach mało ważnych. Wiecie, co jest najważniejsze? To, co jest 

tutaj. – 

Postukał palcem wskazującym w skroń. – Czy pan mnie słyszy, panie Mortalwood? 

Tylko nastawienie psychiczne może nas uratować. I współpraca.   

Mortalwood s

łuchał w otumanieniu, jakby był gdzieś daleko.   

– Tak, tak – przytakn

ął w końcu. – Tak.   

Gabe postawi

ł na ziemi pustą puszkę.   

– Dobry dyrektor wie, jak zorganizowa

ć siły, w jaki sposób wykorzystać personel. Tylko 

ja wiem, 

jak przetrwać w tych warunkach. Panie Mortalwood, chcę, żeby upoważnił mnie pan 

do kierowania tym wszystkim, 

aż się stąd wydostaniemy.   

Nast

ąpił moment krępującej ciszy. Whitney ponownie spojrzała na Gabe’a, zaskoczona.   

– Poczekaj, poczekaj – powiedzia

ł Adrian ze złością. – Pan Mortalwood nie jest w stanie 

podjąć tak ważnej decyzji. Po nim ja jestem na najwyższym stanowisku, więc ja powinienem 
objąć  dowodzenie.  Ty  i  Whitney  skorzystaliście  z  tego,  że  jestem  ranny,  by  przechwycić 
władzę...   

–  W

ładzę?  –  krzyknęła  Whitney  czując  się  znieważona.  –  Jeżeli  nazywasz  to,  co my 

robimy, 

władzą, podczas gdy ty sobie tylko siedzisz, to wydaje mi się, że...   

Gabe przerwa

ł jej: 

–  Jak ju

ż  powiedziałem,  morale  i  współpraca  są  teraz  najważniejsze.  Raz na zawsze 

przestańcie  wojować  ze  sobą  o  władzę.  Właśnie  mianowałem  siebie  tymczasowym 
przywódcą. Nie będę głosował, zostawiam to wam trojgu.   

–  Ja g

łosuję  przeciw  –  parsknął  Adrian.  –  Jesteś  nieokrzesany  i  ciemny,  chcesz w ten 

sposób uzyskać przewagę. Nie dam się wyzyskiwać...   

–  Ja g

łosuję  za  –  powiedziała  szybko  Whitney  i  sama  była  zaskoczona  siłą  własnego 

głosu. – Jeżeli będziemy się kłócić, to nic nam z tego nie przyjdzie. Tylko jedna osoba może 
dowodzić, a oczywiste jest, że on najlepiej się do tego nadaje.   

– Bardzo po kobiecemu – powiedzia

ł Adrian złośliwie. – Zrobiłaś tak po to, by zadać mi 

cios w plecy i podważyć mój autorytet. Od początku zalecałaś się do tego... do tej kreatury.   

Whitney usi

łowała stłumić gniew, który w niej narastał. Ale jeżeli teraz dam ponieść się 

emocjom, 

to chyba poprzegryzamy sobie gardła, pomyślała.   

– Prosz

ę pana – zwróciła się spokojnie do Mortalwooda – pana głos jest decydujący. Kto 

ma nami kierować do czasu przybycia pomocy? Czy powinien to być pan Cantrell? 

Mortalwood siedzia

ł zatopiony w myślach.   

– Prosz

ę pana – powtórzyła cicho Whitney. – Czy pan mnie słyszał? 

Jeszcze przez kilka sekund siedzia

ł  w  milczeniu,  po  czym  zrobił  niecierpliwy  ruch 

palcami.   

–  Tak,  tak,  organizacja pracy,  wykorzystanie pracowników, 

udzielenie pełnomocnictwa. 

Oczywiście, jak najbardziej, panie Cantrell. Tak, mądra decyzja. – Odwrócił się do Whitney i 
popatrzył na nią, jakby widział ją pierwszy raz. – Oczekuję, że oboje z Adrianem będziecie 
traktować go z szacunkiem – dodał surowo. – I bez narzekania. To zarządzenie dyrektora.   

– O, rzeczywi

ście – warknął Adrian jadowitym tonem. Wstał niezdarnie z kloca i cisnął 

swoją, do połowy wypełnioną musem, puszkę w stronę ogniska. Podniósł kij, którego używał 

background image

jako laski, 

i pokuśtykał przed siebie. Kiedy jednak doszedł do końca polany, zatrzymał się, 

jak gdyby przestraszony tym, 

na co mógłby natknąć się trochę dalej.   

Pan Mortalwood patrzy

ł za nim tępym wzrokiem.   

–  Adrianie  –  powiedzia

ł do jego pleców. – Już się wypowiedziałem. Moja decyzja jest 

ostateczna.   

Adrian spogl

ądał w górę, na ciemniejące niebo.   

– Dobrze – odezwa

ł się w końcu. – Tak długo, jak pańskie pozostałe decyzje są również 

ostateczne.   

Serce Whitney zatrzyma

ło  się  na  moment.  Jakie  pozostałe  decyzje?  O  czym  mówi 

Adrian?  Mortalwood  popatrzył  na  nią.  Wydało  jej  się,  że  z  jego krótkowzrocznych oczu 
wyziera poczucie winy.   

–  Oczywi

ście, oczywiście – przytaknął niewyraźnie. Adrian odwrócił się. Nawet w tym 

słabym świetle Whitney zobaczyła w jego oczach złośliwy tryumf. Ogarnęła ją nieokreślona 
obawa. 

W lekkim oszołomieniu spojrzała na Gabe’a. „Ostrzegałem cię” – odczytała w jego 

wzroku. 

Miał  rację,  pomyślała,  Adrian  kombinuje  coś,  by  wsad zić  mi  n ó ż w  p lecy.  Może 

zresztą już to zrobił.   

 

Tej nocy Whitney r

ównież poszła z Gabe’em łowić ryby, głównie po to, żeby nie siedzieć 

w obozie. 

Mortalwood  błagał  o  więcej  pigułek  nasennych,  ale  sprzeciwiła  się  stanowczo. 

Wkrótce potem zapadł w niespokojną drzemkę. Adrian, żeby wykazać swoją wyższość, nie 
odzywał się ani do niej, ani do Cantrella.   

By

ła  pełnia  i  światło  księżyca  oblewało  mostek  jeszcze  mocniej  niż  poprzedniej  nocy. 

Łowili w zupełnej ciszy, tylko od czasu do czasu przerywanej zdawkową rozmową.   

– Pomóc ci? 

– Nie.   

– Zm

ęczona? Czy mam cię zmienić? 

– Dzi

ęki. Jeszcze nie.   

Ale tak naprawd

ę zmęczeni byli już oboje.   

–  No,  na 

śniadanie wystarczy  –  powiedział  w  końcu,  gdy  złowili  już  kilkanaście 

niewielkich ryb.   

Whitney wydawa

ło się, że z jego głosu też przebija skrywane zmęczenie.   

– Id

ź przodem, dogonię cię później – powiedziała. – Chcę przejść się po plaży. Nigdy ne 

widziałam brzegu morza w blasku księżyca.   

Tak naprawd

ę chciała pobyć trochę sama.   

– Nie – zaoponowa

ł. – To zbyt niebezpieczne, nie możesz iść sama. Dziś było gorąco i na 

pewno węże wyjdą z ukrycia. A także aligatory.   

Whitney zacz

ęła  protestować,  ale  zbliżył  się  i  delikatnie  położył  swoje  palce  na  jej 

wargach. 

Wzdrygnęła  się  pod tym dotknięciem,  znów zdziwiona kontrastem,  jaki  tworzyły 

jego twarde palce z ciepłem i miękkością warg.   

–  Wiem  –  doda

ł cicho – ty nie boisz się węży ani aligatorów. Ale i tak pójdę z tobą. – 

Uśmiechnął się z kpiną. – Żeby chronić je przed tobą.   

background image

Te

ż musiała się uśmiechnąć. Zostawili sieć na mostku, a koszyk z rybami umocowali w 

płytkim  rozlewisku  rzeczki.  Powoli  szli  drogą,  która  następnie  przeszła  w  prowadzącą  do 
oceanu ścieżkę. Whitney myślała o tym, że przez ostatnie dwa dni nieustannie towarzyszył jej 
pomruk oceanu. 

Nagle kątem oka ujrzała, że coś się poruszyło.   

–  Och!  –  zawo

łała,  bez  zastanowienia  chwytając  Gabe’a  za  ramię  i  przytulając  się  do 

niego.   

Delikatne stworzonka,  wygl

ądające  jak  duszki,  o  kształtach  pająków,  przebiegały  w 

świetle księżyca przez plażę tak szybko, że chyba były zaczarowane. Whitney nie widziała 
nigdy czegoś takiego.   

– To kraby – za

śmiał się Gabe. – Nic ci nie zrobią. Bardziej boją się ciebie niż ty ich.   

Whitney przystan

ęła i obserwowała ich bezgłośną ucieczkę, a potem, wciąż nieświadomie 

trzymając go za ramię, zaczęła iść dalej. Malutkie białe kraby uciekały przy każdym kroku.   

– Jakie to niesamowite – wyszepta

ła. – To tak, jakby nas otoczyły płochliwe elfy.   

Morze falowa

ło i połyskiwało w blasku księżyca. Whitney popatrzyła na Gabe’a, który 

jak  zwykle  miał  wzrok  utkwiony  w  horyzont.  Dopiero  teraz  zorientowała  się,  jak mocno 
ściska go za ramię.   

– Och – zawo

łała zażenowana, puszczając rękę. – Bardzo przepraszam.   

Spojrza

ł  na  nią  z  ukosa  i  uśmiechnął  się  leciutko.  Serce  w  niej  podskoczyło  i  chciało 

uciec z jej piersi. 

Jeżeli  w  dzień  wyglądał  jak  półnagi  bóg  słońca,  to  w  nocy  stawał  się 

srebrnym bogiem księżyca.   

– Dzi

ęki za dzisiejsze wotum zaufania – powiedział.   

– Nie by

łem pewien, jak postąpisz.   

– Musia

łam tak zrobić – odpowiedziała ponuro.   

–  Adrian przesta

ł  panować  nad  sobą.  Nie  możemy  skakać  sobie  do  oczu,  to najgorsza 

rzecz, . 

jaką moglibyśmy zrobić. A poza tym, to ty masz rację.   

– Uwielbiam, kiedy si

ę ze mną zgadzasz – mruknął.   

– Mówisz wtedy tak inteligentnie.   

Parskn

ęła śmiechem. Zatrzymała się na chwilę, by podnieść muszelkę. Był to piaskowy 

dolar, 

doskonale  okrągły,  z  wyrytą  pośrodku  delikatną  gwiazdą.  Ostrożnie  wsunęła  go  do 

kieszeni spodni.   

– On si

ę zniszczy – odezwał się nagle.   

– Co takiego? – Spojrza

ła na niego zaskoczona.   

–  Piaskowy dolar.  Nie przetrwa w kieszeni.  Jest zbyt delikatny,  nie tak jak prawdziwy 

dolar.   

– Och. – Wzruszy

ła ramionami uśmiechając się do siebie. – Będę ostrożna.   

–  Tak samo jest z wysp

ą – powiedział wskazując na widoczną w oddali ciemną ścianę 

lasu.  –  To wszystko jest takie...  kruche. 

Ludzie  mówią,  że  będą  uważać.  Ale  zawsze  coś 

zostaje zniszczone. 

Niektóre  rzeczy  nie  są  stworzone  po  to,  żeby  być  czyjąś  własnością. 

Powinny pozostać takie, jak je stworzyła natura.   

– To lekcja, prawda? – zauwa

żyła Whitney z rezygnacją. – Udzielasz mi lekcji.   

– Tak – odpar

ł.   

background image

–  I to wszystko  –  m

ówiła patrząc na oblaną światłem księżyca plażę i przepływające w 

górze chmury – powinno by

ć pozostawione nietknięte? – Tak.   

– O ile dobrze rozumiem, udoskonalenie tego miejsca, stworzenie tu czego

ś, co mogłoby 

służyć wielu ludziom, byłoby czymś złym? 

Zatrzyma

ł się i popatrzył na nią. Stał tyłem do księżyca, z twarzą ukrytą w cieniu.   

– Czy ty zdajesz sobie spraw

ę, co właśnie powiedziałaś? – spytał ostro. – Udoskonalenie? 

Myślicie,  że  kim  jesteście?  Tylko  Pan  Bóg  mógłby  ulepszyć  to  miejsce.  I w jaki sposób 
miałoby „służyć”? Trzeba by je zniszczyć, aby wybudować hotele i pensjonaty, przystanie i 
pola golfowe? 

Ju

ż otwierała usta, by dać mu ostrą i miażdżącą odpowiedź, ale nie mogła znaleźć słów. 

Przez  chwilę  słychać  było  tylko  wiatr  i  przybrzeżne  fale.  Z  uczuciem  bezradności 
uświadomiła sobie, że nie wie, co odpowiedzieć.   

–  Popatrz na to  –  powiedzia

ł,  uprzejmiej  niż  się  spodziewała.  Szorstka  ręka  dotknęła 

delikatnie jej twarzy. 

Obrócił ją tak, że musiała popatrzeć na rozciągającą się za nimi plażę. 

Piasek błyszczał jak biały marmur, upstrzony tu i ówdzie małymi kurhanikami muszelek. Z 
tyłu widać było ślady ich stóp.   

– Chcesz to zmieni

ć? – spytał patrząc w tę samą stronę co ona. – Udoskonalić? 

Sta

ła  drżąc  i  ciężko  oddychając.  Z  powrotem  zwrócił  jej  twarz  ku  swojej.  Jego  włosy 

tańczyły na wietrze jak srebrne ogniki.   

–  Co mam powiedzie

ć? – wyszeptała zduszonym głosem. Nie mogła przecież zdradzić 

planów pana Mortalwooda. 

Nie  mogła  zniweczyć  ich  teraz,  kiedy  zaszli  już  tak  daleko  i 

znieśli tak wiele. Czego on od niej chce? 

– Nie chc

ę, żebyś cokolwiek mówiła – odpowiedział porywczo. – Po prostu patrz.   

Zawstydzona spu

ściła wzrok i zaczęła wpatrywać się w rysunek aligatora na jego piersi, 

zamazany w świetle księżyca.   

–  Nie mog

ę o tym mówić – rzekła potrząsając głową w zakłopotaniu. – Nie chcę. Mam 

tyle spraw do przemyślenia, nie mogę myśleć o tym teraz.   

Wci

ąż trzymał rękę na jej twarzy, ale już nie zmuszał jej, by na niego spojrzała.   

–  Wiesz co? Kiedy wesz

łaś na ten jacht, wyglądałaś na bardziej napiętą niż sprężyna w 

budziku. 

Ale później, chwilami, sprawiałaś wrażenie prawie... sam nie wiem... „Szczęśliwa” 

nie jest dobrym określeniem, ale tylko takie przychodzi mi na myśl. Tak. Czasami wyglądałaś 
na szczęśliwą.   

Przysun

ął się odrobinę bliżej. Położył drugą rękę na jej ramieniu, czuła jak ten dotyk pali 

ją nawet przez materiał koszuli.   

–  Ta wyspa mo

że  pokazać  ci  wiele  rzeczy,  jeśli  umiesz  patrzeć.  Może  ci  wiele 

powiedzieć, jeśli umiesz słuchać. Da ci też odczuć wiele, jeśli jesteś w stanie odczuwać. A ty 
już to odczułaś. Wiem o tym.   

– Nie – odpar

ła znów potrząsając głową, aż kosmyki włosów wysunęły się z warkoczy i 

zasłoniły twarz.   

– Nie teraz. Nie mog

ę o tym teraz rozmawiać. Jest tyle innych rzeczy do zrobienia. Tak 

się denerwuję o pana Mortalwooda.   

background image

– Ja te

ż. – W jego głosie zabrzmiała ironia. – I to z wielu powodów.   

– A Adrian co

ś knuje – dodała próbując odgarnąć włosy do tyłu. – To widać aż za dobrze.   

– Ostrzega

łem cię przed nim – powiedział poważnie.   

– To twój wróg. 

Nie ufałbym też do końca Mortalwoodowi, on jest słabym człowiekiem.   

–  Och,  jeste

ś  niemożliwy  –  zaprotestowała  zmartwiona.  –  Biedny pan M. , on nie jest 

sobą.  Dziś  rano  wydawało  się,  że  jest  z  nim  lepiej,  ale  teraz  jestem  przerażona.  On...  co 
będzie... co będzie, jeżeli coś mu się stanie? To byłaby moja wina, moja...   

Schwyci

ł ją teraz za  ramiona obiema  rękami. Potrząsnął nią lekko,  by  zapanowała nad 

sobą.   

– M

ówiąc szczerze też się tego boję – powiedział.   

– Ale je

żeli cokolwiek się stanie, zaopiekuję się tobą, przyrzekam.   

–  Zaopiekujesz si

ę?  –  zaprotestowała.  –  Jak? Co  możesz  zrobić  ponad  to,  co  już 

zro

biliśmy? Co jeszcze pozostało? 

–  Zrobi

ę  wszystko,  co  będzie  trzeba  –  powiedział,  ujmując  jej  twarz  w  dłonie.  – 

Przyrzekam ci to.   

–  A ty  –  zawo

łała  gwałtownie,  zaczynając  tracić  panowanie  nad  sobą  –  dlaczego nie 

powiedziałeś  mi,  że  nurkowanie  do  tego  wraku  jest niebezpieczne? Dlaczego mi tego nie 
powiedziałeś? Dlaczego to jest niebezpieczne? Nie ukrywaj nic przede mną.   

– Wszystkie wraki s

ą niebezpieczne – odpowiedział próbując tak przytrzymać jej twarz, 

by patrzyła mu prosto w oczy. – Głębiny oceanu są niebezpieczne. Są tam rekiny, płaszczki, 
meduzy. 

Zrobiłem to raz, ale nie mam zamiaru robić po raz drugi. Nie po piwo imbirowe, na 

miłość boską. Nie w chwili, kiedy mam się zajmować tobą.   

– Ty nie zajmujesz si

ę mną – powiedziała tupiąc nogami. – Ja sama się sobą zajmuję.   

–  Cii... –  uspokaja

ł ją. – Nie złość się. Masz rację, porozmawiamy o tym później. Bądź 

grzeczna, a dostaniesz prezent. 

Mam coś dla ciebie.   

–  Prezent  –  powt

órzyła  usiłując  się  wyrwać.  –  Nie  chcę  prezentu.  Przestań  traktować 

mnie jak... jak dziecko.   

–  To nie jest prezent dla dziecka  –  odpowiedzia

ł  cicho.  Był  teraz  jeszcze  bliżej.  –  To 

prezent dla kobiety.   

– Nie chc

ę tego – mówiła patrząc w stronę świecącego morza. Jego dotyk powodował, że 

drżała.   

–  Poczekaj,  dopóki nie zobaczysz  – 

powiedział,  wziął  ją  za  rękę  i  wsunął  w  nią  jakiś 

przedmiot z plastyku. 

Z tyłu na szyi czuła jego oddech, łaskoczący i drażniący. Popatrzyła na 

to, 

co dostała, i odwróciła się do niego gwałtownie.   

–  P

łyn do mycia naczyń? – zapytała. – Czy ty zwariowałeś? Prawie nie mamy naczyń. 

Czy uważasz, że właśnie coś takiego sprawi kobiecie przyjemność? 

–  Przeczytaj etykietk

ę  –  odparł  śmiejąc  się.  –  To ulega biodegradacji.  Możesz  w  tym 

umyć  włosy,  wykąpać  się  w  morzu.  Zmyje z ciebie brud,  a  nie  będzie  szkodliwe  dla 
środowiska.   

– Co takiego? – pyta

ła, wciąż niezupełnie rozumiejąc. Ponownie popatrzyła na butelkę.   

– To by

ł długi, gorący dzień – powiedział. Uklęknął u jej stóp, zdjął jeden sandał i zaczął 

background image

odwijać paski materiału.   

–  Co ty robisz?  –  zawo

łała, zdenerwowana pod  wpływem jego dotknięcia. Krew w jej 

żyłach zdawała się przypływać i odpływać, jak ocean.   

– Zdejmuj

ę te twoje niby skarpety, żebyśmy mogli pójść do wody. – Zsunął drugi sandał i 

odwinął bandaż z drugiej stopy. Położył wszystko na piasku i przycisnął kamieniem.   

– Chod

ź. – Wyciągnął do niej rękę. – Ochłodzimy się.   

– Ale m

ówiłeś... – zaprotestowała cofając się.   

– Zostaniemy w p

łytkiej wodzie – przyrzekł. – Te wszystkie potwory boją się płycizny. – 

Zaufaj mi  – 

powiedział widząc, że ona wciąż się boi. Wziął ją za rękę i poprowadził przez 

plażę do wody.   

Na pocz

ątku  bała  się  jeszcze,  ale  gdy  woda  okazała  się  tak  cudownie  chłodna,  cała 

zatraciła się w jej miękkich objęciach. Zmoczyła włosy, a on pomógł jej je umyć. Musiała 
przyznać, że po długim, gorącym dniu poczuła się, jak nowo narodzona.   

Gabe wyla

ł  kilka  kropli  płynu  na  ręce  i  rozsmarował  go  na  jej  plecach  i  ramionach, 

wcierając w materiał koszuli.   

–  Och  –  westchn

ęła, kiedy oblała ją fala, zmywając część piany. – Nie przestawaj. Nie 

waż się przestać.   

– Zawsze mia

łem nadzieję, że kiedyś to powiesz. Ale nie w chwili, kiedy spłukuję cię jak 

parę skarpetek.   

Roze

śmiała  się,  przez  jedną  czarowną  chwilę,  czując  się  odmłodzona  i  odświeżona. 

Poprowadził ją do jeszcze płytszej wody, gdzie spienione fale sięgały jej zaledwie do kolan. 
Objął ją ramieniem w pasie i przyciągnął bliżej. Spojrzała w górę, w jego oczy, a potem na 
pierś,  wciąż  się  uśmiechając.  Była  odurzona  blaskiem  księżyca,  wodą,  czystością  i 
zmęczeniem.   

–  Co to jest  –  spyta

ła  nieśmiało,  dotykając  palcem  tatuażu.  –  Dlaczego masz tego 

aligatora? 

Roze

śmiał się i objął ją obiema rękami.   

–  Pami

ętasz,  kiedyś  były  modne  koszulki  z  takim  aligatorem  na  piersi?  Co  drugi 

mężczyzna je nosił.   

Przytakn

ęła, wciąż obrysowując palcem tatuaż.   

–  No wi

ęc  –  mówił  dalej  –  miałem  wtedy  dziewczynę,  która  uważała,  że  nie  jestem... 

elegancki. 

Wciąż zrzędziła, żebym ubierał się w takie koszule. Ja nie chciałem, ale ona się 

upierała. Pomyślałem więc, że jeśli tak bardzo chce, żebym miał aligatora na piersi, to równie 
dobrze mogę go mieć na stałe.   

– To takie podobne do ciebie – m

ówiła śmiejąc się i kładąc mu rękę na mokrym ramieniu. 

– 

Cały ty. A co ona na to? – spytała.   

–  Nie mog

ła  na  to  patrzeć  i  już  więcej  się  do  mnie  nie  odezwała  –  odpowiedział 

obejmując ją ciaśniej, osłaniając od wiatru, który chłodził mokre ciało.   

Zda

ła  sobie  sprawę,  że  jej  ręce  spoczywają  na  gładkiej,  napiętej  skórze  jego  ramion. 

Odchyliła się, by popatrzeć na jego twarz. Za nim w tle migotało i tańczyło morze, a blask 
księżyca rozjaśniał jego regularne rysy.   

background image

–  Powiedzia

łam,  że  to  było  podobne  do  ciebie  –  mówiła  powoli,  z zastanowieniem.  – 

Aleja właściwie cię nie znam. Tak naprawdę, to nic o tobie nie wiem. Kim jesteś? – pytała, 
badając wzrokiem jego twarz. – Nigdy nie mówiłeś nic o sobie.   

Pochyli

ł się i dotknął jej ust w krótkim, prawie braterskim pocałunku.   

–  Jestem twoim przyjacielem  –  powiedzia

ł  cicho,  podnosząc  głowę.  –  Tak  długo,  jak 

jesteśmy na tej wyspie, jestem twoim przyjacielem. Pamiętaj o tym.   

–  A kiedy ju

ż  się  stąd wydostaniemy?  –  zapytała.  Coś  w  jego  głosie  sprawiło,  że  cała 

radość i zaufanie zniknęły. Wiatr wzmógł się i zaczęło być chłodno.   

– Potem mo

że być inaczej – odpowiedział. – To zależy.   

– Chcesz powiedzie

ć, że mógłbyś być moim wrogiem? – Znów wstrząsnął nią dreszcz.   

Patrzy

ł na nią przez długą chwilę.   

– Tak – powiedzia

ł w końcu.   

To jedno s

łowo  zmroziło  ją  bardziej  niż  chłodny  wiatr.  Nie  chcę,  żebyś  był  moim 

wrogiem, 

pomyślała wstrząśnięta. Wydaje mi się, że mogłabym cię pokochać.   

Nie, nie mog

łabym go pokochać, powiedziała sobie, teraz już trzęsąc się z zimna. Nic o 

nim nie wiem. Nic poza tym, 

że mogłabym powierzyć mu swoje życie.   

– Jak... jak bardzo? – spyta

ła drżącym głosem.   

–  Nie wiem  –  odpar

ł w napięciu, przyciągając ją bliżej do siebie. – Może gorszym niż 

Fisk. Albo Mortalwood, na swój sposób. 

Może największym wrogiem, jakiego kiedykolwiek 

miałaś.   

Pochyli

ł się i znów ją pocałował. Tym razem nie było w tym pocałunku nic braterskiego. 

Była w nim cała namiętność mężczyzny niebezpiecznie balansującego między pragnieniem 
zostania kochankiem a możliwością stania się wrogiem.   

Ksi

ężyc  przyciągnął  przypływ,  a  przypływ  przyciągnął  ich,  próbując  zabrać  ze  sobą  w 

głębiny.   

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

Whitney na chwil

ę  zatraciła  się  w  tym  dzikim  pocałunku.  Nie czuła  fal  pieniących  się 

wokół  jej  kostek.  Wiatr dmuchał  w  jej  włosy,  suszył  je  i  plątał,  ale  na  to  też  nie  zwracała 
uwagi. 

Stała  przytulona  do  Gabe’a,  z  mocno  zamkniętymi  oczami.  Zmęczenie  odeszło,  a 

tysiące obaw, dużych i małych, które gnębiły ją ostatnio, też gdzieś zniknęło. Może pragnąć 
go, 

to coś złego? – pomyślała. Ale może przeciwnie, właśnie tylko to jest dobre? 

Ciemno

ść, dotyk, tęsknota – świat został zredukowany do kilku zmysłów i stał się znowu 

prosty i podniecający, już nie przerażający. Nie było w nim słabości, bo był tu Gabe z całą 
swoją siłą. Nie było samotności, bo on był tu z całym swoim ciepłem.   

Nagle Gabe odsun

ął się.   

– Tak – powiedzia

ł. – Z tego mogłoby coś wyjść. Będę przynajmniej miał co wspominać. 

– 

Objął jej twarz rękami. – Och, Whitney. – Bezsilnie potrząsnął głową. – Nie jestem tym, za 

kogo mnie uważasz. Nie robię tego, co myślisz. Do diabła, muszę ci to powiedzieć. Ja jestem 
wrogiem. 

Zjawiłem się tutaj, by ratować to wszystko. By ratować to przed tobą.   

Pokaza

ł ręką na błyszczącą plażę, u  której brzegu  fale pieniły się jak  srebrzysty ogień. 

Popatrzyła nic nie widząc, nie rozumiejąc i znów zwróciła wzrok ku niemu.   

– Ratowa

ć to? – wyszeptała cofając się. W jego dotyku nie czuła już ciepła ani siły.   

– Wiem, po co tu jeste

ście – powiedział.   

Wyszarpn

ęła się z jego rąk. Przez chwilę myślała, że Gabe znów spróbuje ją objąć, ale nie 

zrobił tego.   

–  Domy

ślaliśmy  się  tego  od  początku  –  mówił  szorstko.  –  Dlatego  właśnie  właściciel 

przystani  prosił  mnie,  bym  poprowadził  ten  jacht,  miał  oczy  otwarte  i  dowiedział  się  jak 
najwięcej.   

Szpieg, pomy

ślała Whitney tępo. Ta myśl spadła na nią jak cios. Odwróciła się od niego 

w  bezsilnej  wściekłości  i  zaczęła  gwałtownie  brnąć  w  kierunku  brzegu.  Droga  była  długa. 
Słyszała z tyłu plusk i wiedziała, że Gabe podąża za nią. Próbowała iść szybciej, by uciec od 
niego i od bólu, 

jaki jej zadał.   

Szpieg. Oszuka

ł ich wszystkich, skradł ich sekret, igrał z jej uczuciami. Co jeszcze nam 

zrobił,  zastanawiała  się  w  gniewie.  Kogo  reprezentował?  To  przecież  mogli  być  jacyś 
terroryści.   

– Dla kogo szpiegujesz? – spyta

ła rzucając mu zatrute spojrzenie. – Dla jakiejś radykalnej 

ekologicznej grupy, 

co  to  chce  ratować  Ziemię  przed  jej  mieszkańcami?  Trzymasz  nas  tu 

specjalnie, 

żeby nas ukarać? Słyszałam, że niektórzy z was nie cofają się przed niczym, nawet 

przed użyciem siły. Ale jeżeli cokolwiek przydarzy się panu M....   

Zatrzyma

ł się i schwycił ją za nadgarstek.   

– Pr

óbowałem być szczery – powiedział gniewnie. – Nie zaczynaj rzucać oskarżeń, zanim 

nie usłyszysz...   

– Zrobi

łeś to? – naciskała, rozjuszona. – Ty zatopiłeś łódź? Bo jeśli tak...   

–  Nie.  –  To s

łowo  padło  jak  wystrzał,  a  Gabe  mocniej  ścisnął  jej  przegub.  Zacisnęła 

background image

wargi, 

by pokazać mu, że się nie boi. – A teraz słuchaj – rozkazał przyciągając ją bliżej. – Ja 

nie stosuję przemocy.   

– W takim razie jak nazwiesz to? – spyta

ła tryumfalnie, pokazując na jego rękę, zaciśniętą 

niemal z całej siły na jej nadgarstku.   

Pu

ścił ją natychmiast z niesmakiem.   

– Nawet nie tkn

ąłem tej cholernej łodzi. Mortalwood o nią nie dbał. Okazało się, że była 

w gorszym stanie, 

niż wyglądała.   

–  A wi

ęc  –  powiedziała  Whitney,  ruszając  w  dalszą  drogę  do  brzegu  –  biedny szpieg 

został  uwięziony  tu  razem  z  nami.  A  że  nie  miał  nic  do  roboty,  to  sobie  jeszcze  trochę 
poszpiegował. Mam nadzieję, że cała ta wyprawa była owocna.   

– Dostatecznie owocna – odpowiedzia

ł głosem zimnym jak lód. – Mogę powiedzieć, jak 

to  wszystko  miało  wyglądać.  Właścicielką  wyspy  jest  pani  Fredericks,  która od dawna 
zamierza  przekazać  ją  na  cele  publiczne  jako  chroniony  rezerwat.  Ktoś  namawia  ją,  by 
zaczęła  myśleć  o  sprzedaży.  Tym  kimś  może  być  tylko  jej  syn.  Jak mi idzie?  –  spytał 
złośliwie.   

Whitney nie odpowiedzia

ła.  Właśnie  dotarła  do  brzegu  i  usiadła  na  wyrzuconej  przez 

morze  kłodzie  drzewa.  Musiała  znów  obwiązać  sobie  nogi tymi cholernymi paskami 
materiału.   

Gabe sta

ł i obserwował jej zmagania. Tym razem nie proponował swojej pomocy.   

– Pani Fredericks robi si

ę coraz starsza – mówił dalej. – Jej syn niczym specjalnie się nie 

wyróżnia. Ale może jest w stanie przekonać matkę, by sprzedała tę wyspę prywatnej firmie. 
Na przykład Korporacji Mortalwooda.   

Whitney w

ściekle  okręcała  i  zawiązywała  szmatki,  by  zrobić  z  nich  chociaż  jaką  taką 

ochronę, ale była tak zła, że aż ręce jej się trzęsły.   

Gabe ukl

ęknął,  żeby  jej  pomóc.  Zaczęła  protestować,  wiec  poradził  jej  z  fałszywą 

uprzejmością, żeby się zamknęła albo poszła sobie w kaktusy. Siedziała sztywna i obrażona, 
podczas gdy jego pewne ręce wiązały paski dokoła jej stóp.   

– Zapyta

łem więc sam siebie – mówił nie patrząc na nią – co Sheldon Fredericks będzie 

miał  z  tego,  że  jego  matka  sprzeda  wyspę.  Pieniądze?  W  końcu,  tak.  Ale co dostanie 
natychmiast? Najbardziej prawdopodobną odpowiedzią jest, że władzę. Twój przyjaciel Fisk 
współpracował  z  Sheldonem  Fredericksem,  by przygotować  tę  transakcję.  Firma  weźmie 
wyspę,  a Sheldon dostanie stanowisko w waszej firmie.  Taki  nic  nie  warty  głupiec  będzie 
miał znakomitą posadę. Prawdopodobnie twoją.   

Zawi

ązał ostatni supeł i w tym samym momencie Whitney stała już na nogach, by jak 

najszybcie

j oddalić się od niego.   

– Ty w ogóle nie wiesz, o czym mówisz – 

zawołała z żarem w głosie. – Pan Mortalwood 

nigdy by mnie... 

nigdy by mnie tak nie potraktował. Jesteś szalony.   

Odesz

ła  zostawiając  go  klęczącego,  z  szyderczym  uśmiechem  na  twarzy.  Zaraz potem 

usłyszała skrzypienie piasku i wiedziała, że podąża tuż za nią. Nie chciała pamiętać o tym, co 
usłyszała. Za wiele było w tym sensu. Pan Mortalwood mówił przecież, że trzeba będzie użyć 
akcji, 

żeby kupić wyspę. Jak dużo akcji? Wystarczająco dużo, by dać Fredericksowi znaczącą 

background image

władzę? Wystarczająco dużo, by mógł wybrać dla siebie stanowisko w zarządzie firmy? Ona 
sama  ciężko  zapracowała  na  swoją  pozycję,  poświęciła  się  tej  pracy.  Uważała  pana 
Mortalwooda nie tylko za swojego pracodawcę, ale i za przyjaciela. On nie wstrzymałby jej 
awansu na korzyść Sheldona Fredericksa, który  nie posiadał żadnych kwalifikacji. Nie, nie 
mógłby. Pan Mortalwood jest prawym człowiekiem, człowiekiem z zasadami.   

Dysza

ła  ciężko  z  wysiłku,  kiedy  wreszcie  dotarła  do  mostku.  Gabe z  łatwością 

dotrzymywał jej kroku.   

Dzikus, pomy

ślała. Dzikus z epoki kamiennej.   

–  A co ja tu robi

ę?  –  Sam  postawił  pytanie,  gdyż  Whitney  uparcie  go  ignorowała.  – 

Wchodzę  w  skład  zespołu  nazywającego  się  Ratujmy  Przyrodę.  Zbieramy fundusze,  by 
wykupywać zagrożone obszary, lub – jeśli potrzeba – wnosimy sprawy do sądu.   

– Okropno

ść – odrzekła z niesmakiem. Słyszała o wielu grupach zajmujących się ochroną 

środowiska. Niektóre z nich nie cofały się przed pogróżkami, sabotażem i bandytyzmem. Nie 
miała dla nich cienia zrozumienia.   

–  Nasza organizacja nie robi ha

łasu,  czyni wszystko w  sposób  pokojowy  i  używa 

legalnych 

środków – kontynuował. – Należę do niej wraz z wieloma ludźmi. Jest wśród nich 

Clark, 

właściciel  przystani.  Mortalwood  dzwonił  do  niego  i  prosił  o  znalezienie  kapitana, 

który nie ma lokalnych powiązań. Jako że jestem tu nowy i prawie nikt mnie nie zna, Clark 
poprosił mnie, bym poprowadził ten jacht i miał oczy otwarte.   

– Wzruszaj

ące – warknęła Whitney. – Ale następnym razem, kiedy będziesz potrzebował 

informacji, to zapytaj mnie wprost, 

dobrze? Tak będzie szybciej, prościej i bardziej uczciwie, 

jeżeli jesteś w stanie zrozumieć, co to słowo oznacza.   

–  S

łuchaj  –  powiedział,  a  gniew  znów  rozbrzmiewał  w  jego  głosie.  –  Dwadzieścia  lat 

temu to 

miejsce było opisywane jako jeden z trzech najpiękniejszych, nieskażonych obszarów 

u wybrzeży Atlantyku. Ono naprawdę wymaga ochrony. A ja mam też w tym własny interes...   

– Nie musisz mi tego m

ówić – przerwała zimno.   

– Ludzie potrafi

ą dużo opowiadać o ideałach, ale w końcu zawsze okazuje się, że jest w 

tym jakiś „własny interes”. Zawsze. Nie oczekuję, że ty będziesz inny.   

–  Wierz

ę  w  to  –  zaczął  mówić  przez  zaciśnięte  zęby  –  że  dzika  przyroda  ma  wielkie 

znaczenie. 

Ludzie tego potrzebują. Ona wpływa na nich w sposób, w jaki nie uczynią tego 

rzeczy zrobione przez człowieka. Jesteśmy dziećmi natury, ale zapominamy o tym.   

– Ja bardzo bym chcia

ła o tym zapomnieć – odpaliła Whitney wchodząc w gęsty sosnowy 

las.  – 

Wolałabym  właśnie  być  w  pokoju  hotelowym,  siedzieć  w  wielkiej  wannie  pełnej 

pachnącej, ciepłej wody i zajadać czekoladki. Gdybym mogła tam się znaleźć, to padłabym na 
kolana i całowała dywan zrobiony ręką człowieka.   

– Mo

że ty tak – zauważył pogardliwie. – Ale nie wszyscy tak uważają. Są ludzie, którzy 

chcą wracać do natury. I właśnie ja się nimi zajmuję. To jest moja praca – prowadzenie takich 
ekspedycji.   

– Wraca

ć? – Zaśmiała się i zaraz zaklęła, gdyż w ciemności uderzyła się o coś w palec u 

nogi. – 

Ludzie chcą wracać do czegoś takiego? Cha, cha.   

Raz jeszcze wyci

ągnął rękę i chwycił ją za ramię.   

background image

–  Mia

łem  firmę  w  stanie  Oregon,  która  organizowała  wakacje  w  dzikim  środowisku. 

Polegało to na uczeniu ludzi, jak wracać do natury, do korzeni. Lubiłem to robić i byłem w 
tym dobry.  Tak dobry, 

że zdecydowałem się przenieść działalność tutaj, do Georgii. To ma 

być  operacja  zakrojona  na  szeroką  skalę,  jakieś  pół  miliona  dolarów.  Chcemy swym 
zasięgiem objąć te wyspy, Everglades na Florydzie, Okefenokee, a nawet tropikalną dżunglę.   

Whitney wzi

ęła głęboki wdech, zmobilizowała siły i odepchnęła jego rękę.   

–  Nie dotykaj mnie.  I przesta

ń  opowiadać  mi  historię  swojego  życia,  mnie to nie 

interesuje. 

Ale nie bój się, nie ujawnię twoich małych, brudnych sekrecików, dopóki jesteśmy 

na wyspie. 

Po prostu nie chcę niepokoić pana Mortalwooda. A kiedy to wszystko się skończy, 

mam  zamiar  wrócić  tu,  do  tego  twojego  drogocennego  naturalnego  środowiska.  Mam 
nadzieję, że każdy centymetr kwadratowy będzie wybrukowany, a ja sobie na tym zatańczę.   

–  M

ój  Boże  –  powiedział,  potrząsając  głową  w  zdumieniu.  –  Mój  Boże,  ale z ciebie 

barbarzyńca. A także krótkowzroczny głupiec. Może właśnie Mortalwood jest ciebie wart, tak 
jak  ty  jesteś  warta  jego.  –  Dochodzili  do  brzegu  dębowego  lasku.  –  Idź  –  powiedział 
stłumionym głosem. – Myślę, że stąd dasz już sobie radę. Wracaj do nich. Wszyscy jesteście 
tacy sami.   

Odwr

ócił  się  i  odszedł,  zostawiając  ją  w  cieniu  dębów,  z  sercem  tłukącym  się  jak 

oszalałe.   

Pan Mortalwood nie spa

ł. Musiał usłyszeć, że wróciła do obozu, bo zaczął kręcić się na 

szele

szczącym mchu posłania i wołać jej imię.   

– Tak? – spyta

ła, patrząc na kołyszące się na wietrze brody mchu.   

–  Nie mog

ę  spać.  Daj mi,  proszę,  następną  pigułkę.  Westchnęła  zastanawiając  się,  czy 

pozwolić  mu  na  spędzenie  bezsennej  nocy.  Obok  chrapał  Adrian.  Chrapał  tak  głośno,  że 
Whitney zaczęła podejrzewać, iż poczęstował się jedną czy dwiema pigułkami pana M.   

– My

ślę, że nie powinien pan brać więcej – odpowiedziała. Oblany blaskiem księżyca las 

wyglądał tak majestatycznie i wiekowo, tak spokojnie, pomyślała. Dlaczego musieli zjawić 
się tutaj, przynosząc ze sobą tyle problemów? 

–  Whitney  –  zawo

łał  błagalnie  drżącym  głosem  Mortalwood  –  chodź  tu  i  usiądź  przy 

mnie. 

Jeżeli nie chcesz dać mi pigułki, to usiądź przy mnie. Rozmawiaj ze mną.   

Westchn

ęła ponownie, wiedząc, że będzie musiała w końcu mu ulec. Podeszła i usiadła 

obok niego na ziemi, 

krzyżując nogi. Poprawiła mu koc. Gdzie jest Gabe, zastanawiała się. 

Znów na tej księżycowej plaży? I co zrobi, by udaremnić plany pana Mortalwooda, kiedy już 
wszyscy znajdą się na stałym lądzie? Jakich sił użyje, by osaczyć Korporację Mortalwooda 
czy  też  panią  Fredericks?  Środki  masowego  przekazu,  grupy nacisku,  prawnicy,  lobbyści, 
wpływowe osobistości? Pewnie ich wszystkich, pomyślała znużona.   

–  Whitney?  –  G

łos  Mortalwooda  brzmiał  jeszcze  bardziej  niepewnie  niż  przed  chwilą. 

Zawahał się. – Czy mogłabyś dzisiaj też potrzymać mnie za rękę? 

– Nie, prosz

ę pana – odparła najuprzejmiej, jak tylko potrafiła. – Nie wydaje mi się, żeby 

to był najlepszy pomysł.   

– Prosz

ę – powiedział. – Muszę z tobą porozmawiać. Ja... ja muszę. Byłoby mi łatwiej, 

gdybym mógł trzymać cię za rękę. Proszę.   

background image

Whitney odetchn

ęła głęboko czystym nocnym powietrzem. Zbyt dobrze wryły jej się w 

pamięć wszystkie ostrzeżenia Gabe’a i zapragnęła być gdzieś sama, gdziekolwiek – na pustej 
plaży, na omiatanym wiatrem mostku.   

– Nie – powt

órzyła. – Lepiej nie. Po prostu rozmawiajmy.   

Zapad

ła cisza. Słychać było tylko szept liści i brzęczenie owadów. Whitney podciągnęła 

kolana i objęła je rękami. To wszystko tutaj byłoby tak piękne i pełne spokoju, pomyślała, 
gdyby tylko nie było tu ludzi. W takim miejscu wydaje mi się, że mój umysł i moja dusza 
mogłyby się wreszcie zejść ponownie. Jeżeli tylko nie byłoby tu ludzi.   

–  Whitney,  moja droga  –  odezwa

ł  się  w  końcu  Mortalwood  cichym  głosem.  –  Żeby 

dostać  tę  wyspę,  muszę  sprzedać  trochę  akcji  i  zgodzić  się,  by  Sheldon  Fredericks  został 
zastępcą  dyrektora.  I  w  przyszłości  dyrektorem.  A  on  będzie  chciał,  żeby  Adrian  był  jego 
zastępcą, a nie ty.   

Nie poruszy

ła się, nawet nie drgnęła. Najbardziej zaskakujące jest to, pomyślała z ironią, 

że w ogóle nie jestem zaskoczona.   

– To wszystko dla dobra korporacji – m

ówił dalej Mortalwood. Próbował mówić pewnie, 

stanowczo, ale z jego g

łosu przebijało poczucie winy. – O tym też chcieliśmy porozmawiać z 

tobą w Hilton Head. Na końcu, kiedy już wszystko zostanie omówione. Adrian uważał, że tak 
będzie najlepiej.   

Whitney mocno zacisn

ęła  oczy.  A  więc  Adrian  dopiął  swego.  Wymanewrował  ją, 

zniszczył, przez cały czas knuł za jej plecami.   

–  Ale mamy zamiar ci to wynagrodzi

ć  –  dodał  Mortalwood  pośpiesznie.  –  Och,  moja 

droga,  to takie trudne.  Za to wszystko, 

co zrobiłaś... Pomyślałem, że muszę być względem 

ciebie uczciwy.  Widzisz, 

tak  naprawdę  to  nic  nie  stracisz.  Myślimy  o  awansie  dla  ciebie. 

Stworzymy biuro prasowe,  a ty staniesz na jego czele. 

Oczywiście  ze  znaczną  podwyżką 

płacy.   

Otworzy

ła oczy i przez otwór w szałasie spojrzała na gwiazdy. Tak świecących gwiazd 

nie ujrzy się w mieście. Jedynie w miejscach takich jak to.   

– Prosz

ę pana – powiedziała spokojnie. – Nie chcę takiego awansu. To przecież w ogóle 

nie  byłby  awans  i  oboje  doskonale  o  tym  wiemy.  Nie  chcę  biura  prasowego,  moją 
specjalnością jest zarządzanie. Pieniądze nie są najważniejsze, pracowałam, by coś osiągnąć, 
dla kariery.   

A przy okazji, pomy

ślała z goryczą, w biurze prasowym będzie wrzało jak w tyglu, kiedy 

już wyjdzie na jaw, że oni chcą kupić wyspę. Nic dziwnego, że Adrian przeznaczył dla niej to 
stanowisko – 

to będzie najmniej przyjemna i najbardziej niewdzięczna praca w całej firmie. 

Przy okazji będzie można narobić sobie wrogów, a najgorszym z nich byłby Gabe.   

– Przecie

ż – bronił się – korporacja jest twoją karierą. To, co najlepsze dla korporacji, jest 

również najlepsze dla ciebie... – Chwycił go kaszel. Whitney nalała wody do kubka i podała 
mu. 

Wypił,  przestał  kaszleć  i  udało  mu  się  chwycić  jej  dłoń.  Nie  mogła  opanować 

wzdrygnięcia pod wpływem tego dotyku.   

–  Wiedzia

łem,  że  na  początku  będziesz  rozczarowana  –  mówił  dalej  Mortalwood.  Coś 

podobnego do rozpaczy zabarwiło jego głos. – Nigdy nie chciałem cię skrzywdzić. Wiem, jak 

background image

wiele  znaczyłaś  dla  Liii,  byłaś  jak  córka,  której  nigdy  nie  mieliśmy.  Ale  tak  wyglądają 
interesy  i  ja  muszę  zrobić  to,  co jest najlepsze dla firmy.  Na  tej  nieszczęsnej  wyspie 
pokazałaś,  że  potrafisz  sprostać  wyzwaniu.  Teraz  ja  proponuję  ci  największe  możliwe 
wyzwanie – 

kształtować opinię publiczną na temat naszej transakcji, bronić dobrego imienia 

firmy, 

walczyć z tymi przeklętymi obrońcami środowiska. Oni chcieliby mojej głowy na tacy, 

ale ty, Whitney... 

ty będziesz potrafiła mnie ocalić.   

Whitney nie mog

ła dłużej tego słuchać. Drugi raz tej nocy czuła się zdradzona, oszukana, 

wykorzystana i manipulowana. 

Przez tyle lat była lojalna względem pana Mortalwooda i jego 

korporaq’i. 

Wkładała  wszystkie  siły  w  jego  przedsięwzięcia  i  była  traktowana  uczciwie, 

dopóki żyła Lila. Teraz Lila odeszła, a ona została zdradzona. Odsunęła rękę Mortalwooda, 
szybko podniosła się i wybiegła.   

– Whitney! – zawo

łał za nią. – Ty to zrozumiesz. Zobaczysz.   

Nie odwr

óciła się. Biegła ścieżką, aż – zadyszana do utraty tchu – znów znalazła się na 

piaszczystym brzegu. 

Światło  księżyca  iskrzyło  się  w  wodzie,  odgłos  bijących  o  brzeg  fal 

wypełnił jej uszy. Plaża była pusta. Jak daleko mogła sięgnąć okiem, nie było widać żadnej 
istoty ludzkiej. 

Kraby uciekały, kiedy się zbliżała, rozpływały się.   

By

ła sama z księżycem, piaskiem i morzem. Była także sama ze sobą i nagle poczuła się 

tak samotna, 

jak jeszcze nigdy w całym swoim życiu.   

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

Nast

ępnego ranka wszystko się skończyło. Ratunek nadszedł niespodziewanie. Właściciel 

dużej turystycznej łodzi, człowiek o sokolim wzroku, dostrzegł dym unoszący się nad lasem. 
Wiedział przy tym, że do piątku nie powinno być na wyspie turystów. Gdy Gabe zauważył 
łódź zbliżającą się do wyspy, wyszedł jej naprzeciw. Nadali przez radio wiadomość, żeby na 
lądzie czekała karetka, bo dwie osoby potrzebują pomocy lekarskiej.   

W

łaściwie  Whitney  powinna  była  poczuć  się  jak  w  siódmym  niebie.  Jacht  miał  małą 

kabinę,  gdzie  umyła  się  prawdziwym  mydłem  i  wytarła  prawdziwym  ręcznikiem.  Dostała 
nawet  coś  do  ubrania  –  o  wiele  za  dużą  trykotową  koszulkę,  za  to  czystą  i  suchą  i  –  co 
najważniejsze – w ogóle nie zapiaszczoną.   

Na 

łodzi była też mała  kuchenka,  gdzie żona  właściciela zrobiła im prawdziwą kawę i 

grube  kanapki  z  szynką,  majonezem,  sałatą  i  plastrami  świeżego  pomidora.  Najważniejsze 
było jednak to, że łódź szybko oddalała się od wyspy.   

Jednak podr

óży  powrotnej  zupełnie  nie  można  było  nazwać  niebiańską.  Adrian nie 

odzywał  się  do  Gabe’a ani do Whitney.  Whitney  z  trudem  mogła  spojrzeć  w  twarz 
Mortalwoodowi, 

on  z  kolei  w  jej  obecności  sprawiał  wrażenie  zakłopotanego.  Na koniec 

Whitney ignorowała Gabe’a, a Gabe ignorował ją.   

Na brzegu czeka

ła  biała,  błyszcząca  w  słońcu  karetka.  Whitney  sądziła,  że  powinna 

towarzyszyć obu mężczyznom w drodze do szpitala, by upewnić się, że wszystko będzie w 
porządku.  Miała  tylko  mgliste  pojęcie,  co zrobi potem,  dokąd  się  uda,  jak  dostanie  się  z 
powrotem do Atlanty. 

Słyszała, jak Gabe prosi kapitana łodzi o pożyczenie mu paru dolarów 

w bilonie. 

Coś zakłuło ją w sercu. Wiedziała, że potrzebuje ich na telefony. Zejdzie z pokładu 

i natychmiast opowie wszystko, co o nich wie.   

B

ędzie dzwonił do gazet, radia, telewizji, do swoich kolegów, może nawet do krewnych 

pani Fredericks. 

Mówił prawdę, kiedy ostrzegał ją, że staną się wrogami. On i jemu podobni 

będą  walczyć  do  upadłego,  by  nie  wpuścić  Korporacji  Mortalwooda  na  wyspę.  Kiedy 
wreszcie dobili do przystani, 

przekonała  się,  że  miała  rację.  Gabe  uścisnął  dłonie 

właścicielom łodzi, kopnięciem zrzucił z nóg zdarte białe buty Mortalwooda i dumnie odszedł 
boso, jak dziki, 

wolny książę.   

Nawet nie skin

ął  głową  Whitney.  Po  prostu  odszedł  i  prawie  natychmiast  zniknął  w 

budynku, 

w  którym  pewnie  znajdował  się  telefon.  Jedynym znakiem  świadczącym,  że  w 

ogóle istniał, były leżące na pokładzie buty. Patrząc na nie, Whitney pomyślała smutno, że 
właśnie rozpoczęła się batalia o Sand Dollar.   

Nie mia

ła  jednak  czasu,  żeby  się  tym  zajmować.  Musiała  jednocześnie  uspokajać 

Mortalwooda i in

formować lekarzy z karetki o stanie jego zdrowia. Wyspa wydawała się już 

teraz mglistym wspomnieniem,  a wszystko, 

co  się  tam  wydarzyło,  nierealnym snem.  By 

poprawić  sobie  nastrój,  włożyła  rękę  do  kieszeni,  szukając  muszelek,  zabranych  z  plaży. 
Znalazła  nietkniętą  oliwkę.  To  upewniło  ją,  że  rzeczywiście  była  rozbitkiem  na  bezludnej 
wyspie. 

Nie było jednak piaskowego dolara, po prostu rozsypał się w pył. Delikatne cacko 

background image

przemieniło się w jej kieszeni w kupkę piasku.   

Chocia

ż przez pewien czas Whitney nie chciała tego przyznać, nie miała innego wyjścia – 

musiała  odejść  z  korporacji.  Mortalwood  próbował  ją  zatrzymać  –  przemawiał  do  jej 
rozsądku,  błagał,  oferował  więcej  pieniędzy,  przyrzekał  utworzyć  dla  niej  stanowisko 
zastępcy  dyrektora  do  spraw  kontaktów  z  opinią  publiczną.  Na  ostatek  popadł  w 
sentymentalizm i odwoływał się do pamięci Liii.   

Whitney by

ła zasmucona takim obrotem’ sprawy, ale wiedziała, że nic nie jest w stanie 

zatrzymać  jej  w  korporacji,  nawet  dług  wdzięczności  wobec  Liii.  Mortalwood  sądził 
zapewne, 

że nie zrobił nic złego, nie spiskował z Adrianem przeciwko niej. Mimo wszystko 

nie przestawała czuć się zdradzona. Nigdy nie ufała Adrianowi. Teraz, kiedy zabrakło Liii, 
okazało  się,  że  nie  powinna  była  również  wierzyć  w  sprawiedliwość  czy  bezstronność 
Mortalwooda.   

Ale w ko

ńcu tym, co doprowadziło do ostatecznego rozłamu, stała się sprawa wyspy.   

Gabe dzia

łał  szybko  i  rozgłosił  wiadomość  o  sprzedaży  Sand  Dollar  Korporacji 

Mortalwooda z przeznaczeniem na cele komercyjne. 

Środki  masowego  przekazu  nie 

marnowały  czasu.  Wszystkie  grupy  obrońców  środowiska  ruszyły  do  natarcia.  Szanowani 
obywatele wygłaszali patetyczne przemówienia. Najłagodniejszą reakcją społeczeństwa było 
oburzenie.   

W szczytowym momencie kampanii przeciwko korporacji Whitney wesz

ła do gabinetu 

Mortalwooda, 

rzuciła  na  jego  biurko  artykuł  wstępny  z  najpoważniejszego  dziennika  w 

Atlancie i powiedziała prosto z mostu: 

– Oni maj

ą rację.   

Zaskoczony Mortalwood spojrza

ł na nią, nic nie rozumiejąc.   

– Oni maj

ą rację – powtórzyła z uporem. – Zrobił pan głupstwo, biorąc się za tę wyspę. 

Zapłaci pan za to swoją reputacją. Ludzie będą panem pogardzać. Kto wie, może nawet pan 
zacznie gardzić samym sobą. Mortalwood wciąż patrzył z niedowierzaniem.   

– Przy okazji – m

ówiła dalej, gdy nic nie odpowiadał – to naprawdę nie jest w porządku. 

Byłoby  zbrodnią,  zniszczyć  coś  tak  pięknego.  Prawie  wszystkie  pozostałe  wyspy  są  już 
eksploatowane do granic możliwości. Proszę zostawić choć tę jedną, żeby ludzie, ich dzieci i 
wnuki  mogli  zobaczyć,  co  stworzyła  natura.  To  jest  część  naszego  dziedzictwa.  Niech pan 
tego nie niszczy.   

– Whitney – rzek

ł pan Mortalwood z niemal kamienną twarzą, wykrzywiając tylko usta w 

nieznacznym grymasie.  – 

Czy ty oszalałaś? Przez cały czas powtarzam ci, że to są interesy. 

Oczekiwałem, że kto jak kto, ale ty to zrozumiesz.   

– To s

ą brudne interesy – odparła. – I jeśli pan z tym nie skończy, odchodzę.   

Gdy tak patrzyli na siebie przez d

łuższą chwilę, Whitney zrozumiała, że pewien rozdział 

w jej życiu został zamknięty.   

–  Przykro mi  –  rzek

ła w końcu. – Zawsze będę panu wdzięczna za to, co pan dla mnie 

zrobił. Ale nadeszła chwila, że muszę stąd odejść.   

 

Sprzeda

ła swojego mercedesa, przeprowadziła się do tańszego mieszkania, otworzyła w 

background image

centrum Atlanty małe biuro konsultingowe i przygotowywała się psychicznie na długi okres 
niepowodzeń. Rzeczywiście, pojawiły się natychmiast. Telefon dzwonił z rzadka, prawie nikt 
nie zaglądał. Zaciskała z uporem zęby, licząc na swoje oszczędności.   

W ko

ńcu  jednak  coś  zaczęło  się  zmieniać.  Najpierw  zwróciło  się  do  niej  o  poradę 

przedsiębiorstwo  handlujące  cebulą,  potem  mała  firma  wysyłkowa  specjalizująca  się  w 
przetworach brzoskwiniowych. 

Następnymi  były  nowo  założona  agencja  turystyczna  i 

nieduży dom towarowy.   

Podnios

ło ją to wyraźnie na duchu i poczuła, że zaczyna stawać na nogi. Przeszkadzała jej 

jedynie samotność. Zawsze do tej pory czuła się dobrze w zespole ludzi, dobrze bawiła się w 
towarzystwie. 

Teraz sama dla siebie musiała być towarzystwem.   

W tym samym czasie,  kiedy Whitney walczy

ła  o  utrzymanie  się  na  powierzchni, 

oburzenie  opinii  publicznej  planami  Korporacji  Mortalwooda  było  tak  wielkie,  że  pani 
Fredericks  podjęła  ostateczną  decyzję  i  postanowiła  nie  sprzedawać  wyspy  i  raz  jeszcze 
publicznie  zadeklarowała  zamiar  uczynienia  z  niej rezerwatu.  W dniu,  w którym Whitney 
usłyszała  tę  wiadomość,  poczuła  się  naprawdę  szczęśliwa,  pierwszy raz od czasu,  gdy 
opuściła wyspę.   

W ko

ńcu wszystko obróciło się na dobre, pomyślała. Najważniejsze, że wyspa zostanie 

taka, 

jaka była – nietknięta, samotna i pełna spokojnego majestatu. Setki razy wracała do niej 

pamięcią.  Myślała  o  tamtych  miejscach  jako  o  dziwnym  i  wspaniałym  darze,  jaki  dała 
ludziom natura. 

W  chwilach  stresu  wracała  myślami  na  wyspę  i  zawsze  dzięki  temu 

odzyskiwała spokój.   

Powinna by

ła odszukać Gabe’a i powiedzieć mu o tym, ale nie zrobiła tego. Wyglądałoby 

to  na  słabość,  a  ona  przecież  była  Whitney  Shane,  kobietą  o  silnym  charakterze.  Jednak 
tęskniła za nim bardzo. Usiłowała go zapomnieć, rzucając się w wir pracy. Niestety, na razie 
bez oczekiwanego rezultatu.   

Pewnego dnia,  kilka tygodni po tym,  jak pani Fredericks”  oznajmi

ła  o  swojej  decyzji, 

Whitney  usłyszała  energiczne  pukanie  do  drzwi.  Podniosła  zmęczony  wzrok  znad  kolumn 
cyfr. 

Co znowu? Może prezes firmy sprzedającej cebulę postanowił w tym tygodniu zjawić 

się wcześniej? Miała nadzieję, że nie. Ten człowiek miał obsesję na punkcie cebuli. Nic nie 
porywało  go  bardziej  niż  nie  kończące  się  dyskusje  na  temat  stosowania  nowych  metod  w 
uprawie i handlu cebul

ą. Trąc zaczerwienione ze zmęczenia oczy, poszła otworzyć drzwi.   

Do 

środka wszedł przystojny blondyn w dżinsach i koszuli khaki. Miał krótko przyciętą, 

ciemnozłotą brodę i pachniał dobrym płynem po goleniu. Nie mogła go rozpoznać, wyglądał 
zbyt porządnie, był zbyt starannie ubrany, za bardzo po wielkomiejsku.   

Gabe,  pomy

ślała nagle i zrobiło jej się jednocześnie gorąco i zimno. Patrzyła na niego, 

nic nie mówiąc, w głowie jej wirowało. Co go sprowadza do Atlanty.   

– Dzie

ń dobry – powiedział.   

Nadal nic nie mog

ła z siebie wykrztusić. Gabe rozejrzał się wokół, a potem przyjrzał się 

jej. 

Miała na sobie prosty granatowy kostium i białą bluzkę, a włosy upięte w gładki kok.   

– S

łyszałem, że się usamodzielniłaś.   

– Tak – odpowiedzia

ła nieswoim głosem. Pomyślała, że on wygląda wspaniale, jak ktoś, 

background image

kto odniósł sukces. Czytała w gazetach, że jego agencja znajdowała się w pełnym rozkwicie. 
Ludzie byli spragnieni kontaktu z naturą. Teraz, po pobycie na wyspie, wiedziała dlaczego.   

– Wygl

ąda na to, że interesy idą ci dobrze. – Udało jej się wreszcie coś powiedzieć.   

– Tak – przytakn

ął wzruszając ramionami i ponownie rozglądając się po jej biurze. – Nie 

jestem jednak pewien, 

czy nadal dam sobie sam radę. Chyba będę potrzebował wspólnika.   

–  Wspólnika?  – 

powtórzyła  Whitney  zaskoczona.  Nagle stracił  trochę  pewności  siebie. 

Podszedł do okna i nie patrząc na nią mówił dalej.   

–  Tak,  wspólnika. 

Kogoś,  kto  zechce  skorzystać  z  szansy,  kto  nie  boi  się  ciężko 

pracować, żeby czegoś dokonać.   

–  Rozumiem  –  odpowiedzia

ła,  choć  nie  rozumiała  nic.  Zdenerwowana,  przesuwała 

wypielęgnowanym paznokciem po gładkim szkle biurka. Gabe wyglądał przez okno, jakby za 
nim znajdowa

ło  się  coś  ciekawego.  Tak  naprawdę  widok  za  oknem  nie  był  wcale 

interesujący.  Na  wyspie  też  zawsze  spoglądał  gdzieś  w  stronę  horyzontu.  Może  taki  miał 
zwyczaj.   

–  My

ślę w związku z tym o pewnej kobiecie – powiedział cicho. – Odważnej, mądrej, 

potrafiącej  docenić  piękno.  I prawej.  To  zawsze  najtrudniej  znaleźć.  A ona ma te cechy. 
Twardo obstaje przy tym, w co wierzy. – 

Przerwał na chwilę. – I musi umieć wybaczać. Dużo 

wybaczać.   

Odwr

ócił się i utkwił wzrok w jej oczach. Poczuła, jakby błyskawica przebiegła przez jej 

ciało.   

–  S

łyszałem,  że  odeszłaś  od  niego.  Od Mortalwooda i od nich wszystkich.  Nie 

spodziewałem się tego.   

Whitney przygryz

ła wargę i skinęła głowa. Przypuszczała, że mówiło się o tym. Ale była 

zaskoczona, 

że usłyszał te wieści aż w odległym Savannah, gdzie jego firma miała siedzibę. 

Gabe znów odwrócił się do okna.   

– 

Źle cię osądzałem – powiedział. – Myślałem, że... To nie było w porządku. Przepraszam 

cię.   

Whitney wstrzyma

ła oddech i jeszcze mocniej przygryzła wargę.   

– Chcia

łem cię przeprosić – powtórzył. – Przyjechałem tu, żeby to zrobić. Czy przyjmiesz 

moje przeprosiny? Czy zgodzisz się mnie wysłuchać? 

Nic nie odpowiada

ła, więc odwrócił się i spojrzał na nią raz jeszcze. Skinęła głową, a ich 

spojrzenia znów się spotkały.   

– Nie wiem, jak to powiedzie

ć – wyznał. – Wiele rzeczy w mojej pracy robię dobrze, ale 

brakuje mi pewnych umiejętności. Najlepiej radzę sobie w terenie, z organizacją wycieczek, 
ich prowadzeniem,  uczeniem nowych pracowników.  Ale te sprawy papierkowe  – 

prowadzenie rachunków, 

sprawdzanie  zamówień,  dbanie,  żeby  to  wszystko  się  kręciło... 

Jestem w stanie to robić, ale nie znoszę tego. – Znów na nią spojrzał i coś w tym spojrzeniu 
sprawiło, że przebiegł przez nią dreszcz radości. – Ty za to w tym jesteś dobra i słyszałem, że 
jesteś osiągalna – dodał. – Pomyślałem więc o tobie.   

–  Och.  –  Mog

ła  powiedzieć  tylko  tyle.  Pamiętała  go  w  słońcu,  z  włosami rozwianymi 

przez wiatr. 

Pamiętała go wysrebrzonego światłem księżyca.   

background image

– Kiedy ju

ż zacząłem o tobie myśleć – mówił Gabe coraz pewniej, przysuwając się bliżej 

– 

nie mogłem przestać.   

Sta

ł już tak blisko, że mógł jej dotknąć. Zapadła głucha cisza. Whitney odwróciła wzrok i 

zaczęła nerwowo bawić się guzikiem u kołnierzyka bluzki.   

–  Ale to nie wszystko  –  zacz

ął znów mówić. – To nie ma być po prostu wspólnik. Ta 

osoba oprócz tego, 

o czym mówiłem, powinna umieć więcej. Nie może bać się ani bagna, ani 

aligatorów, ani niczego. 

Musi umieć zarzucać sieci i tropić szopy.   

Whitney u

śmiechnęła się z zażenowaniem.   

– Problem jest w tym – m

ówił teraz bardzo powoli, z pewnym wahaniem – że ona musi 

mnie kochać. Co najmniej w części tak, jak ja ją kocham. Czy ona mogłaby? Czy chciałaby? 

Whitney nie potrafi

ła znaleźć żadnych właściwych słów. Gabe chwycił jej dłonie.   

– Nie – powiedzia

ł zaskakująco błagalnym głosem. – Nie, Whitney, proszę. Nie zamykaj 

się przede mną i nie odrzucaj mnie. Proszę – powtórzył. – Nie byłbym w stanie tego znieść. – 
Delikatnie dotknął jej włosów. – Och, Whitney, znów jest tak jak na wyspie. Ja jak zwykle u 
twoich stóp.   

Whitney zapi

ęła  guzik  u  kołnierzyka,  ale zaraz,  jakby  pod  wpływem  jego  magicznego 

wzroku, 

odpięła go.   

–  Czy mo

żesz to zrobić? – pytał ujmując w dłonie jej twarz. – Czy myślisz, że dałabyś 

sobie radę? Z tymi wszystkimi rzeczami? I z kochaniem mnie? 

Przysi

ęgam  ci,  sądziłem,  że  ten  stary  Mortalwood  będzie  chciał  cię  przekonać,  że  nie 

może  się  bez  ciebie  obejść,  albo  –  co gorsza  –  powie ci,  że  się  w  tobie  zakochał.  Jak on 
mógłby  się  temu  oprzeć,  pomyślałem,  jeżeli  na  mnie  spadło  to  tak  błyskawicznie?  Czy 
zgodzisz się pójść ze mną? 

Poczu

ła, że rozluźnia jej włosy, które opadły na ramiona. Nagle wydało się jej, że nie są 

już  uwięzieni w jej ciasnym biurze.  Znów byli sami w cudownym,  jeszcze nie poznanym 
miejscu,  szerokim,  dzikim i wolnym. 

Niemal  czuła  wiatr  we  włosach,  piasek pod stopami, 

słyszała miarowy pomruk  oceanu.  I w tej chwili już wiedziała, że kocha tego  mężczyznę i 
wszystko to,  o co on walczy. 

Czuła  się  tak,  jakby  od  dawna  rozdzielone  części  jej  samej 

nareszcie spotkały się i stworzyły całość.   

– Tak – odpowiedzia

ła pewnie. – Och tak, oczywiście.   

– Kocham ci

ę – wyszeptał dotykając jej ust wargami, palcami delikatnie przeczesywał jej 

włosy. – Kocham w tobie kobietę i kierownika, i przestraszoną małą dziewczynkę. Kocham je 
wszystkie naraz.   

–  Tak,  tak  –  odszepn

ęła. – One wszystkie też ciebie kochają. Kocham cię. To mógłbyś 

być tylko ty.   

 

Gdzie

ś  daleko  przybrzeżne  fale  wyrzuciły  na  bezludną  plażę  piaskowy  dolar.  Leżał 

błyszcząc  w  słońcu,  nienaruszony  i  doskonały  w  swoim  kształcie.  Nie  należał  do  nikogo  i 
zarazem  należał  do  wszystkich.  Za  nim  rozciągało  się  morze,  a w górze niebo,  po którym 
kołowały mewy, wolne jak sam wiatr.   


Document Outline