background image

BETHANY CAMPBELL 

 

Sekret z Allegro 

(Add A Little Spice) 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

W małym miasteczku Allegro w stanie Arkansas rozpoczynał się doroczny festyn.  I jak 

zawsze w tym czasie dom pełen był słoni, a każdy z nich był ubrany inaczej.  

Były  przygotowane  na  targi  rękodzieła  i  Giną  Calvino  pomagała  swojej  ciotce,  a 

właściwie  ciotecznej  babci  Earline  owijać  wypchane  zwierzaki  pakowym  papierem.  Starsza 
pani przez cały rok robiła zabawki i szyła im kostiumy. Ta mała, okrągła i pobudliwa kobieta 
miała  sześćdziesiąt  lat,  błyszczące  ciemne  oczy  i  białe  jak  śnieg  kręcone  włosy.  Była 
prawdziwą  artystką,  jeśli  chodzi  o  słonie,  i  –  jak  wszyscy  artyści  –  ulegała  zmiennym 
nastrojom.  

–  Nienawidzę  tego  całego  cyrku  –  gderała.  –  Każdy  następny  festyn  jest  gorszy  niż 

poprzedni.  W  przyszłym  roku  zamknę  się  na  klucz  i  nie  wyjdę  z  domu,  dopóki  to  się  nie 
skończy.  

Giną,  która  właśnie  pakowała  słonia  przebranego  za  anioła,  roześmiała  się.  Zmienne 

nastroje  Earline  przyjmowała  jako  coś  tak  naturalnego  jak  zmiany  pogody.  Była  przecież 
przez nią wychowywana prawie od dzieciństwa.  

–  Nie  masz  się  z  czego  śmiać  –  mruknęła  gniewnie  Earline,  szeleszcząc  papierem 

pakowym. – Festyn stał się za duży. A miasteczko i tak umiera. Wszystko co dobre ma swój 

koniec. Jestem realistką.  

Giną wiedząc, że Earline nie mówi tego do końca serio, wyraziła uprzejmą dezaprobatę, 

przecząco kręcąc głową.  

– Ta tradycja powinna przetrwać po wsze czasy. I miasto również – powiedziała.  
Giną  była  wysoką,  dwudziestopięcioletnią  kobietą,  z  niesforną  masą  kasztanowych, 

długich do ramion,  kręconych włosów. Śmiała się często  i z byle powodu, chociaż czasami 
można  było  dostrzec  w  jej  ciemnych  oczach  głęboko  skrywany  smutek.  Jej  uśmiech, 
szczególnie wtedy, gdy na policzkach pokazywały się dołeczki, tak jak w tej chwili, czynił ją 
szczególnie piękną.  

– Nic nie trwa wiecznie – sprzeciwiła się Earline.  
–  Z  jakiej  racji  pomidorowy  festyn  miałby  być  wyjątkiem?  Niewiele  osób  uprawia  tu 

pomidory.  Wszyscy  młodzi  wyjechali  z  Allegro  w  poszukiwaniu  pracy.  Pewnego  dnia 

miasteczko zrobi „pufff!” i zniknie jak mydlana bańka.  

Na policzkach Giny nie było już śladu dołeczków.  
– Nie. – Jej głos stał się cichy i prawie poważny.  
–  Właśnie  po  to  jest  ten  festyn,  by  tak  się  nie  stało.  To  dzięki  niemu  nadal  jesteśmy 

społecznością.  

Earline  wyprostowała  się.  Masowała  sobie  plecy  i  wyglądała  na  zrezygnowaną.  Przez 

czterdzieści  lat  pracowała  jako  sekretarka  w  miejscowej  szkole  podstawowej.  Ale  wiosną 
następnego  roku  szkoła  miała  zostać  na  zawsze  zamknięta.  Uczniów  z  Allegro  szkolne 
autobusy podwozić będą do oddalonego o dziesięć kilometrów miasta Milledgeville. Earline, 
która  zawsze  była  fatalistką,  traktowała  to  jako  niechybny  znak,  że  dni  miasteczka  są 

background image

policzone.  

– Spójrz prawdzie w oczy – powiedziała rozprostowując ramiona. – Festyn zrobił się dla 

nas  za  duży.  Tyle  pracy!  Tłumy,  zamieszanie,  masa  pojazdów,  ten  straszny  kurz!  I  całe 
miasteczko pełne obcych.  

– Ale to także czas odwiedzin – zauważyła Giną.  
– Ludzie wracają w swoje strony, aby odwiedzić bliskich.  
Earline milczała przez chwilę. W jej ciemnych oczach pojawił się smutek.  
– Racja – burknęła. – Tylko że do nas i tak nikt nie przyjedzie.  
Giną opuściła głowę, unikając wzroku ciotki. Pozostali członkowie ich rodziny rozjechali 

się po świecie tak daleko, że obecnie nikt z nich już nie wracał do Allegro. Tylko one dwie 
pozostały na miejscu.  

–  Powinnaś  wyjść  za  mąż,  mieć  rodzinę  –  powiedziała  szorstko  Earline.  –  Nasz  ród 

wymiera. Zupełnie jak to miasteczko. Dostatecznie długo pogrążałaś się w żałobie. Czas zająć 
się własnym życiem.  

–  Nie  pogrążam  się  w  żałobie  i  właśnie  zajmuję  się  własnym  życiem  –  wzruszyła 

ramionami Giną. Sprawiała wrażenie, jakby słowa ciotki jej nie dotyczyły.  

– Jest festyn i mam tysiąc rzeczy do zrobienia.  
– Ech! – gniewnie sapnęła Earline. Obrzuciła swoją siostrzenicę krytycznym spojrzeniem. 

– Zamierzasz w tym chodzić przez cały dzień? 

Giną  miała  na  sobie  wyblakłe  dżinsy,  rozdeptane  sportowe  buty  na  bosych  nogach  i  za 

obszerną  czerwoną  koszulkę  z  nadrukiem:  „Festyn  Pomidorowy.  Allegro  –  99  wspaniałych 
lat”.  Zupełnie  nie  pasował  do  tego  stroju  zaręczynowy  pierścionek  z  małym  brylantem, 
którego nigdy nie zdejmowała.  

–  Dziś  jestem  dyżurną  od  zażegnywania  nieprzewidzianych  kłopotów  –  odparła 

beztrosko. – Może będę musiała wpełznąć pod karuzelę, aby uratować kota, albo przydźwigać 
skrzynię soli do kuchni. Po co mam się stroić? 

– Po to, by ktoś miał szansę zauważyć, jaką jesteś ładną dziewczyną. – Earline wysunęła 

podbródek, przybierając nieustępliwy wyraz twarzy.  

– Nie wybieram się na konkurs piękności, tylko do pracy. – Giną zaczęła owijać papierem 

słonia przebranego za czerwonego diabła.  

–  To  grzech  żyć  wyłącznie  przeszłością  –  powiedziała  w  nagłym  przypływie  gniewu 

Earline. – Za długo to już trwa. Nie można tak.  

Giną przygryzła dolną wargę i pieczołowicie owijała rogi diabła papierem. Wspomnienia 

napłynęły jak czereda widm, które wymknęły się spod kontroli.  

Właśnie  w  lecie,  przed  pięcioma  laty,  zginaj  na  skutek  nieszczęśliwego  wypadku  jej 

narzeczony,  Loren.  Kochała  go  całym  sercem  i  on  także  ją  kochał.  Mieli  się  pobrać  we 
wrześniu  i  zamieszkać  razem  w  Allegro  –  tam,  gdzie  oboje  mieszkali  od  urodzenia.  Loren 
miał  zapewnioną  pracę  jako  trener  drużyny  futbolowej  w  pobliskim  Milledgeville,  a  Giną 
zamierzała otworzyć mały antykwariat, o czym zawsze marzyła. Odziedziczyła także po ojcu 
maleńką wytwórnię przypraw – skromny, rodzinny interes, którym można się było w wolnych 
chwilach zajmować.  

background image

I  właśnie  tego  ostatniego  lata,  tuż  przed  objęciem  posady  trenera,  Loren  pracował  jako 

elektryk  w  miejscowym  zakładzie  energetycznym.  Pewnej  sierpniowej  burzliwej  nocy 
zlecono  mu  usuniecie  awarii  na  linii  przekaźnikowej  pomiędzy  Allegro  a  Milledgeville. 
Człowiek,  który  mu  towarzyszył,  był  jedynym  świadkiem  wypadku.  Wedle  jego  relacji, 
dokładnie wtedy, gdy Loren znalazł się już u szczytu słupa i w strugach deszczu wyciągnął 
rękę, starając się dosięgnąć do izolatora, nastąpiło wyładowanie atmosferyczne. Ciało Lorena 
wyprężyło  się  w  agonii  na  tle  rozjaśnionego  błyskawicą  nieba,  wokół  wyciągniętej  ręki 
zatańczyły białe, elektryczne iskry i po chwili śmiertelnie porażony człowiek zawisł na pasie 
bezpieczeństwa.  

Po pogrzebie Giną zamknęła się w swym pokoju i przestała z niego wychodzić. Earline, 

przerażona jej stanem, wielokrotnie pukała do drzwi, próbowała z nią rozmawiać, aż wreszcie 
zaczęła  zostawiać  tacę  z  jedzeniem  przed  progiem.  Giną  w  zasadzie  nie  odpowiadała. 
Czasami przyjmowała posiłki, czasami nie. Wszystkie swe myśli skoncentrowała wyłącznie 
na Lorenie.  

Kiedyś, w trakcie jakiejś poważnej rozmowy, powiedział jej: Gdyby cokolwiek złego mi 

się  przydarzyło,  to  mam  nadzieję,  że  mimo  wszystko  pozostaniesz  moją  szczęśliwą,  pełną 
radości życia, śmiejącą się Giną. Spytał, czy może mu to obiecać. Obiecała.  

Jej żałoba, głęboka i prywatna, trwała trzy tygodnie. W dniu, który miał  być dniem ich 

zaślubin,  wyszła  ze  swego  pokoju.  Blada,  lecz  uśmiechnięta,  niemal  taka  jak  przedtem. 
Ludzie w miasteczku byli zdumieni, że udało jej się dojść do siebie po tej tragedii.  

I tylko ona miała świadomość, że swój uśmiech ofiarowuje Lorenowi. Wyszła tego dnia 

ze  swego  pokoju  tak,  jakby  szła  w  takt  weselnego  walca.  Czuła,  że  dopełnia  w  ten  sposób 
ślubu, dotrzymuje przyrzeczenia. Była pewna, że dotrzyma go na zawsze. Będzie śmiała się i 
pozostanie taka, jaka była przedtem. Ale będzie wierna Lorenowi, takiemu, jaki pozostał w jej 
pamięci.  

–  Gino!  Przestań żyć  w  urojonym  świecie  –  przywołała  ją  do  rzeczywistości  Earline.  – 

Wiem, że udajesz szczęśliwą. Ale już czas, żebyś znowu była szczęśliwa naprawdę. Powinnaś 
znaleźć  sobie  jakiegoś  miłego  mężczyznę.  Ludzie  uważają,  że  masz  zamiar  zostać  starą 
dziwaczką. Pokaż im, że nie mają racji.  

–  Nic  nie  muszę  nikomu  pokazywać.  Jest  mi  dobrze.  –  Giną  skończyła  owijać  diabła  i 

włożyła go do pudła z innymi słoniami. Earline wyciągnęła rękę, ujęła dziewczynę delikatnie 
za podbródek i uniosła do góry jej twarz. Ich oczy spotkały się.  

– Przecież potrzeba ci w życiu czegoś więcej aniżeli tylko angażowania się we wszystkie 

społeczne akcje w miasteczku. Co tutaj masz? Tylko ten swój antykwariat, ogród z ziołami, 
ten stary dom i mnie.  

Gina ujęła dłoń ciotki i na jej policzku znowu ukazały się dołeczki od uśmiechu.  
– Earline, nie potrzebuję mężczyzny. W spadku  po matce dostałam ciebie, a od ojca te 

zioła do przypraw. Mam swój sklep, muzeum, festyn. Kocham to wszystko. Całe to miasto. 
Ty nigdy nie wyszłaś za mąż i ja też nie muszę.  

– I myślisz, że kobieta może być szczęśliwa, kiedy kocha tylko miasto? – Earline zaczął 

drżeć podbródek, ale jej oczy rzucały gniewne błyski. – Przyjrzyj się sobie, jaka jesteś chuda. 

background image

Skóra i kości! 

– A, zazdrościsz mi – zaśmiała się Gina. – Chciałabyś być taka szczupła jak dawniej, co? 
– Stajesz się coraz większą dziwaczką – gderała Earline.  
–  Ale  za  to  nie  poświęcam  całego  swego  czasu  na  ubieranie  słoni  –  odparła  Gina  i 

ponownie zaśmiała się.  

 

Tego wieczoru Gina zobaczyła, jak na wąskiej szosie wjazdowej do miasteczka utworzył 

się korek. Kolumna pojazdów ciągnęła się aż po horyzont.  

Naprawdę zaczyna się to szaleństwo, pomyślała i poczuła przyśpieszone bicie serca. Był 

to  pierwszy  wieczór  obchodzonego  co  roku  w  Allegro  Festynu  Pomidorowego.  Lampiony 
pobłyskiwały  w  tumanach  sierpniowego  kurzu,  a  diabelski  młyn,  obracając  się  powoli, 
górował nad wszystkim jak zaczarowana latarnia morska.  

Tegoroczne obchody zapowiadały się imponująco. Co prawda skala tego przedsięwzięcia 

niepokoiła niektórych mieszkańców miasta. Ich zdaniem festyn zrobił się za duży. Ale Giną, 
podobnie  jak  większość  ludzi,  nie  przejmowała  się  tym.  Mimo  trudów  związanych  z 
planowaniem, organizacją i prowadzeniem imprezy, miała poczucie, że angażuje się w jakąś 
ważną dla całego miasta sprawę i że to ich wspólne działanie i trud przynosi w efekcie coś 
cudownego.  

Bo  rzeczywiście  było  to  cudowne.  Główna  aleja  zamieniła  się  w  wesołe  miasteczko. 

Wirowały rozmaite karuzele, zderzały się ze sobą elektryczne samochodziki, okrzyki strachu 
mieszały się z wybuchami śmiechu.  

Po drugiej stronie ulicy dziesiątki stoisk ze sztuką ludową i rękodziełem oferowały swe 

kolorowe towary. Były tam ręcznie robione lalki, obrazy, domowej roboty galaretki, powidła i 

przeciery pomidorowe, biżuteria z turkusami, rzeźby z drewna, wełniane kilimy i kołdry. No i 
oczywiście kolekcja słoni Earline.  

Przed  budynkiem  parafii  stała  podwójna,  długa  na  trzy  przecznice  kolejka  ludzi  nie 

mogących  się  doczekać  wydawanej  tam  kolacji.  Allegro  słynęło  w  całym  stanie  ze  swego 
wspaniałego spaghetti, przyrządzanego przez kobiety z parafii.  

Każdego  roku  Giną  pomagała  mieszać,  kroić  i  suszyć  setki  kilogramów  makaronu 

przygotowywanego  na  festyn.  Przez  wiele  dni  poprzedzających  święto  gotowała  wraz  z 
innymi całe litry sosu. I teraz właśnie jego korzenny aromat snuł się w powietrzu, wypełniał 
uliczki  miasteczka,  a na  głównej  alei mieszał  się  z zapachem  prażonej  kukurydzy,  gofrów z 
jabłkami i cukrowej waty.  

Drzwi budynku otwarły się i zaczęto wydawać owo sławne spaghetti. Na zewnątrz głodny 

tłum zaczął się niespokojnie przesuwać do przodu. Do środka mogło wejść naraz nie więcej 
niż trzysta osób, a każdego wieczoru chętnych było tysiące.  

Giną uwielbiała ten festyn. Nie były to tylko dożynki. Od dziewięćdziesięciu dziewięciu 

lat  miasto  dawało  w  ten  sposób  świadectwo  swej  dumnej  włoskiej  tradycji.  I  od  tak  dawna 
również  rodzina  Giny  odgrywała  w  obchodach  święta  bardzo  ważną  rolę.  Kombinacja 
przypraw,  która  sprawiała,  że  spaghetti  było  tak  aromatyczne  i  smaczne,  była  przepisem  jej 

praprababki.  Od  czterech  pokoleń  rodzina  uprawiała  rośliny,  z  których  składała  się 

background image

przyprawa,  dzieliła  się  z  innymi  swym  produktem,  lecz  nigdy  –  przepisem,  który  stanowił 
rodzinną  tajemnicę.  Giną  postanowiła,  że  przed  śmiercią  przekaże  recepturę  miejscowemu 
kościołowi.  

Gdy  rozmyślała  o  tym,  jej  oczy  straciły  nagle  blask.  Na  pewno  mieliby  już  z  Lorenem 

dzieci i razem z jego rodzicami mogliby wspólnie cieszyć się świętem. Ale cóż, po tym, co się 
stało,  rodzice  narzeczonego  wyjechali  gdzieś  daleko  poza  granicę  stanu.  Był  ich  jedynym 
synem  i  z tym  miastem  wiązało  się dla nich zbyt  wiele trudnych do zniesienia wspomnień. 
Nie będzie już miała dzieci. Nigdy.  

Nic  nie  mogła  na  to  poradzić.  Każdego  roku,  gdy  zaczynał  się  festyn,  przychodziła  ta 

chwila bezbrzeżnego smutku. Loren również uwielbiał to święto i od dzieciństwa razem brali 
udział w jego obchodach, ciesząc się ze wszystkich związanych z nim szaleństw.  

Spojrzała w górę na diabelski młyn i zagryzła wargi. Powinnam się uśmiechać, mówiła 

sobie.  On  chciał,  żebym  się  uśmiechała.  I  zaraz  to  zrobię.  Tylko  jakoś  w  tej  chwili  nie 
potrafię.  

Ale  wkrótce  nadeszła  pomoc.  Mary  Ellen  Orsini  wzywała  ją  do  interwencji  w  nagłym 

przypadku. Billy Ray Fenelli, który świetnie parodiował Elvisa Presleya, tuż przed występem 
nakładał  na  siebie  kostium  nieżyjącego  dawno  idola.  Od  zeszłego  roku  przytył  jednak 
znacznie i po prostu pękły mu spodnie. Giną nie tylko musiała mu je błyskawicznie zaszyć – 
to  było  łatwe  –  ale  również  wymusić  na  nim,  aby  zechciał  włożyć  na  czas  występu  gorset 
Mary  Orsini,  która  szczęśliwym  trafem  była  tak  samo  korpulentna  jak  on.  I  to  ostatnie 
okazało się znacznie trudniejsze. Ale w końcu również się powiodło.  

Wyszła z budynku parafialnego rozweselona tym śmiesznym wypadkiem. Moje życie jest 

absurdalne,  pomyślała,  ale  przynajmniej  nie  jest  nudne.  I  właśnie  gdy  zbiegała  ze  schodów, 

gruby, mały chłopiec w okularach, niejaki Wesley Dean Paris, syn sąsiadów, złapał ją z tyłu 
za koszulkę, rozpaczliwie wołając po imieniu.  

– Co się stało, Wesley Dean? – spytała malca.  
Chłopiec należał do tej kategorii wrażliwych dzieciaków, dla których wszystko, co zdarza 

się w życiu, wydaje się nadzwyczaj dramatyczne. Sprawiał wrażenie skrajnie wzburzonego: 
przebierał  w  miejscu  pulchnymi  nóżkami,  wymachiwał  rękoma  i  wydawał  z  siebie  jakiś 
dziwny dźwięk – coś, co brzmiało jak „ueh”.  

– Przysyła mnie Linda Marchesi, ueh. Wiesz, gdzie jest kiosk z popcornem? 
–  Przestań  tupać,  Wesley  Dean.  Schody  się  trzęsą.  Tupanie  Wesleya  stało  się  jeszcze 

natarczywsze.  

–  Słuchaj,  ueh.  Linda  właśnie  zaczęła  prażyć  nową  porcję.  I  ten  jej  poprzedni  chłopak, 

ueh, przyszedł i wrzucił żabę do rondla.  

– Żywą żabę? – krzyknęła przerażona Giną.  
– Tego nikt nie wie dokładnie. Kukurydza strzela. Linda płacze. Boi się, że żaba pękła i 

boi się zdjąć pokrywkę. Czy mogłabyś, ueh... ? 

Giną  zostawiła  go  na  schodach  i  popędziła  w  kierunku  kiosku.  Niemal  zderzyła  się  z 

chudym,  starszym  mężczyzną,  przesadnie  elegancko  ubranym  w  garnitur  z  bawełnianej 
dzianiny i białe buty. Uniknął zderzenia, w ostatniej chwili schwyciwszy ją za rękę.  

background image

– Bardzo przepraszam – powiedziała próbując się wyrwać, ale nieznajomy nie zwalniał 

chwytu. Był zadziwiająco silny, trzymał ją na odległość ramienia i wpatrywał się w jej twarz. 
Miał szpakowate brwi i najbardziej zimne niebieskie oczy, jakie kiedykolwiek widziała.  

–  Panna  Giną  Calvino?  –  spytał,  pokazując  białe  zęby  w  uśmiechu,  który  natychmiast 

zrobił na niej złe wrażenie.  

– Przepraszam, ale bardzo się spieszę. – Ponownie próbowała się oddalić, ale nieznajomy 

nie puszczał jej ręki.  

–  Dowiedziałem  się,  że  to  pani  zasługą  jest  smak  tego  wspaniałego  spaghetti 

serwowanego w domu parafialnym. Przepis na zawarte w nim przyprawy jest pani tajemnicą. 

Czy to prawda? 

Giną  obrzuciła  go  niechętnym  spojrzeniem.  Im  szerszy  był  uśmiech  na  jego 

pomarszczonej twarzy, tym bardziej mu nie ufała.  

– Owszem, posiadam małą firmę produkującą przyprawy – powiedziała. – I dostarczam je 

tutaj, ale w tej chwili nie mogę...  

– Ja natomiast nie mogę stracić okazji do złożenia pani wyrazów uznania – przerwał jej 

zręcznie. – Ja również działam w branży spożywczej. Nazywam się Morton Beekman. Jestem 
założycielem koncernu DeeLish Foods.  

Giną skinęła głową. Nadal pragnęła w miarę grzecznie i szybko się oddalić. Przypomniała 

sobie, że ktoś o tym nazwisku kupił wytwórnię octu w Milledgeville, ale nie rozumiała, co go 

sprowadza tutaj.  

–  Chciałbym,  abyśmy  porozmawiali  ze  sobą  jak  dwoje  ludzi  biznesu  –  powiedział 

nachylając się tak blisko, że jego twarz przysłoniła jej całe pole widzenia.  

– Może kiedy indziej – wycedziła przez zęby, usiłując strząsnąć z ramienia jego dłoń. – 

Jestem bardzo zajęta.  

–  I  ja  również  –  powiedział  Beekman,  nadal  nie  pozwalając  jej  odejść.  –  A  więc,  nie 

owijając  w  bawełnę,  zainteresowany  jestem  kupnem  tego...  pani  przepisu.  Czy  raczej 
tajemnicy.  

Giną znieruchomiała i spojrzała na niego z nie ukrywaną niechęcią. Nie podobał jej się 

ten człowiek ani jego oferta. Od lat rozmaici ludzie próbowali wydostać, kupić lub wyłudzić 
ten  przepis.  Jej  rodzina  zawsze  odpowiadała  stanowczym  „nie”.  I  taka  zawsze  będzie  na  to 
odpowiedź.  

–  Ten  przepis  nie  jest  do  sprzedania,  panie  Beekman.  Obiecałam  mojemu  ojcu,  że 

pozostanie w rodzinie. I tak się stanie. A teraz proszę pozwolić mi odejść.  

–  Życie  nauczyło  mnie  pewnej  ważnej  reguły,  panno  Calvino.  –  Beekman  wyszczerzył 

zęby  w  uśmiechu  i  przysunął  się  jeszcze  bliżej.  –  Każda  rzecz  ma  swoją  cenę.  I  każdy 
człowiek również.  

Tym razem Giną przestała tłumić emocje.  
– Nie ma reguły bez wyjątku, panie Beekman. Przepis nie jest na sprzedaż. I ja również. – 

Strząsnęła z siebie jego ręce z taką siłą, że zamrugał ze zdumienia powiekami.  

Przyglądał  się  przez  chwilę  długim  nogom  znikającej  w  tłumie  dziewczyny.  Fałszywy 

uśmiech zniknął z jego twarzy, a wąska linia warg przybrała zacięty wyraz.  

background image

– Zadziorna – mruknął do siebie. – Nawet bardzo. Złamać kogoś takiego to prawdziwa 

frajda.  

Giną dobiegła na miejsce, ale okazało się, że ojciec Lindy, Ralph, zdążył już przybyć z 

pomocą i wyłączyć urządzenie do prażenia. Żaba wyglądała jak żywa, ale była z gumy – tyle 
że zdążyła się już troszkę nadtopić.  

Giną wracała główną aleją i patrzyła na migoczące światła. Nie myślała ani przez chwilę 

o  Beekmanie  i  jego  nieoczekiwanej  ofercie.  Chłonęła  znajome  zapachy,  obrazy  i  dźwięki  – 

wszystko, co składało się na niepowtarzalną atmosferę festynu. Była zadowolona z życia. Nic 
więcej mi nie potrzeba, pomyślała. Teraz i w przyszłości.  

Zatrzymała  się  na  chwilę  i  uniosła  w  górę  lewą  rękę.  Patrzyła,  jak  odbicie  świateł 

roziskrza  szlif  jej  małego  brylantu.  Błyszczący  klejnocik  zdawał  się  mówić,  że  nawet  jeśli 
czasami zdarzy jej się odczuwać ból samotności, to musi nauczyć się to ignorować.  

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Pewnego  pięknego  wrześniowego  poranka,  dwa  tygodnie  po  festynie,  Giną  otrzymała 

pierwszy list od Mortona Beekmana.  

Siedziała  z  ciotką  przy  śniadaniu  i  gdy  zobaczyła  kopertę  z  nadrukiem  DeeLish  Foods, 

pomyślała, że to jakaś reklama. Otwarła ją, zaczęła czytać i natychmiast spochmurniała.  

 
„Szanowna Pani,  
Moi  pracownicy  zebrali  dane  na  temat  kondycji  finansowej,  ekonomicznych  prognoz  i 

wartości  rynkowej  prowadzonego  przez  Panią  przedsiębiorstwa.  Opierając  się  na  tych 
ustaleniach, wyrażam gotowość zaoferowania Pani sumy SOOO $ (pięciu tysięcy dolarów) za 
nabycie wyłącznych praw do receptury Starodawnej Przyprawy do Spaghetti z Allegro.  

 
Po sfinalizowaniu tej transakcji moi prawnicy rozpoczną negocjacje z samorządem miasta 

w  sprawie  objęcia  przez  firmę  DeeLish  Foods  patronatu  nad  tym,  co  obecnie  nazywa  się 
Festynem Pomidorowym w Allegro.  

Wyludniające  się  miasteczko  nie  jest  w  stanie  w  dalszej  perspektywie  organizować  tak 

dużej  imprezy.  Natomiast  firma  DeeLish  Foods  posiada  środki,  które  pozwolą  na 
kontynuowanie tej tradycji, mimo postępującego upadku miasta”.  

– Stało się coś złego? – spytała Earline, widząc, że Giną nagle pobladła.  
– To Beekman. Człowiek, który rozmawiał ze mną w czasie festynu. – Giną podała ciotce 

list.  – Nadal  chce wykupić moją firmę.  I przejąć nasz festyn.  Zebrał  jakieś  dane.  Nic z tego 

nie rozumiem. Czy był tu ktoś i o coś pytał? 

–  Nie  wiem.  –  Earline  przebiegła  oczami  pismo  i  nie  kryjąc  zdenerwowania, 

skomentowała:  –  Beekman  jest  bogaty.  Mógł  to  zrobić  za  pomocą  komputerów.  Zawsze 
mówiłam,  że  komputery  zgubią  naszą  cywilizację.  I  jak  on  śmie  nazywać  nas  upadającym 
miasteczkiem! Ja bym mu dała, temu węszycielowi! 

Giną spojrzała na nią zdumiona.  
– Przecież sama wiele razy to powtarzałaś.  
–  Tak?  No  i  co  z  tego?  Ja  jestem  stąd  i  mogę  mówić,  co  mi  się  podoba.  Ale  żaden 

przybłęda nie ma prawa nas obrażać.  

Giną ukryła twarz w dłoniach.  
– Kochana jesteś, Earline. – Zaśmiała się bezradnie.  
– Ale wyobraź sobie, że ten szalony człowiek chce także kupić festyn! 
– Allegro nigdy się na to nie zgodzi. I ty chyba również.  
Giną nagle spoważniała i popatrzyła jej w oczy.  
– Oczywiście. Teraz i w przyszłości powiem mu „nie. 
–  A  jeśli  zaoferuje  ci...  –  Earline  usiłowała  przez  chwilę  wyobrazić  sobie  jakąś 

nieprawdopodobną kwotę – powiedzmy... trzydzieści tysięcy dolarów? To co wtedy? 

– Może mi oferować milion. – Giną potrząsnęła dumnie głową. – Rodziny ani miasta nie 

background image

sprzedaje się.  

–  Słuchaj  –  źrenice  Earline  rozszerzyły  się  jeszcze  bardziej  –  a  co  zrobisz,  jeśli  on  ci 

zaproponuje pięćdziesiąt tysięcy? 

– Nigdy, przenigdy się nie zgodzę.  
Earline uśmiechnęła się, przechyliła przez stół i pogłaskała dłoń Giny.  
– Moje kochane dziecko – powiedziała. – Wyobraź sobie, co by to było, gdyby DeeLish 

Food przejęła nasz festyn. Koszmar! 

– Nigdy do tego nie dojdzie. Odpiszę mu natychmiast.  
Z  zaróżowionymi  policzkami,  w  przypływie  gniewnej  determinacji,  odręcznie 

zredagowała zwięzłą, ostrą w formie odmowę. „Nie zgadzam się – pisała – i proszę więcej do 
tej sprawy nie powracać. Teraz i na wiek wieków moja odpowiedź brzmi: nie”.  

 
Morton  Beekman  nie  miał  niestety  w  zwyczaju  rezygnować  wobec  tego  rodzaju 

odpowiedzi  i  formułka  „na wiek  wieków” niewiele tu  pomogła.  Co dwa tygodnie przysyłał 
kolejne  oferty,  które  Giną  nieugięcie  odrzucała.  Sytuacja  była  patowa:  żadna  ze  stron  nie 
zamierzała się poddać.  

Po upływie prawie roku Beekman – choć nie bez oporów – podniósł stawkę do wysokości 

trzydziestu  tysięcy  dolarów.  Dla  Giny  była  to  suma  zbyt  abstrakcyjna  i  niewyobrażalna,  ale 
Earline zaczynała się wahać, czy nie zmienić zdania. Natomiast prawie wszyscy mieszkańcy 
Allegro  byli  po  stronie  Giny.  Przepis  należał  do  rodziny  –  a  festyn  należał  do  miasta,  jako 
uświęcony tradycją obrzęd. Żaden obcy nie jest tu potrzebny i nikt taki nie będzie tolerowany. 
Musi nadal twardo stać przy swoim, mówili jej ludzie. To sprawa jej honoru i honoru miasta. 
Pewne rzeczy nie są na sprzedaż.  

Ale  gdy  znowu  zbliżał  się  sierpień,  a  wraz  z  nim  termin  setnego  tym  razem  festynu, 

niektórzy zaczęli się denerwować. To jubileuszowe święto – największe z dotychczasowych – 
jawiło im się nie tylko jako wyzwanie, ale zarazem jako wielki ciężar. Czy poradzą sobie z 
tym  wszystkim?  I  czy przypadkiem w skrytości  ducha nie życzą sobie,  aby ten setny festyn 
był zarazem ostatnim? 

No i co zrobi Beekman? He jest w końcu skłonny zaoferować? Czy Giną się temu oprze? 

Jak dotąd jest wyjątkowo nieugięta – i uparta. Ale pieniądze są w końcu pieniędzmi, a Giną 
jest  tylko  człowiekiem.  Jak  dotąd,  konflikt  z  Beekmanem  przebiega  wedle  klasycznego 
wzoru:  nieustępliwa  siła  napotyka  na  nieprzejednany  opór.  Przyszłość  miasteczka  zależeć 
będzie od tego, kto tu się podda. Bo przecież ktoś w końcu poddać się musi. Ale kto? 

 
Kalifornijską  autostradą,  biegnącą  wzdłuż  wybrzeży  Pacyfiku,  jechał  na  południe  mały, 

sportowy kabriolet MG.  

–  A  więc,  mówiąc  po  prostu  –  odezwał  się  Connor  Munroe,  rzucając  Beekmanowi 

niechętne spojrzenie – prawie przez rok prześladujesz tę biedną kobietę, prawda? Nasłałeś na 
nią nawet prywatnego detektywa.  

Beekman nachmurzył się, naciągnął kapelusz na czoło i głębiej wcisnął się w siedzenie. 

Obaj  mężczyźni  jechali  kabrioletem  Connora,  wozem,  który  Beekman  miał  wyraźnie  w 

background image

pogardzie.  

– Zejdź z tego tonu moralnej wyższości – warknął. – Nie masz prawa... I nie wyprzedzaj 

tej ciężarówki. Tu jest wąsko.  

Connor  uniósł  nieznacznie  brwi  i  przemknął  obok  wielkiego  TIR-a,  przyprawiając 

Beekmana o dreszcz. Po prawej rozciągał się lazurowy Pacyfik. Po lewej pokryte aksamitem 
traw góry wznosiły się  ku kryształowo czystemu niebu. Nad autostradą krążyły mewy i  ich 
białe skrzydła lśniły w słońcu.  

Beekman jeszcze bardziej naciągnął na czoło kapelusz i zaklął.  
– Nie narzekaj – powiedział Connor. Wiatr rozwiewał jego gęste, ciemnoblond włosy. – 

Przecież sam chciałeś, żeby cię podwieźć.  

– Tylko dlatego, że uparłeś się nie jechać rollsem. Nienawidzę tej puszki od sardynek. – 

Beekman obrzucił wnętrze żółtego MG dym spojrzeniem.  

– Rolls to karawan. – Connor patrzył na niebo i rozkoszował się zapachem oceanu. Boże, 

jaka  wspaniała  droga.  Żeby  tylko  nie  trzeba  było  jechać  prosto  do  tej  czosnkowej  farmy 
Beekmana  w  Salinas  Valley.  W  iluż  tu  miejscach  można  by  się  zatrzymać  i  znaleźć  coś 

cudownego! Ale nie z tym facetem. On musi jechać prościutko na farmę. Taki już jest.  

– Patrz przed siebie – strofował go Beekman. – Na serio nadal chcesz kupić te jachty? 
– Chyba tak – odpowiedział Connor, wzruszając ramionami.  
Był  wysokim,  dobrze  zbudowanym  mężczyzną  w  wieku  trzydziestu  jeden  lat.  Słońce 

znad  Morza  Śródziemnego  i  kalifornijskich  wybrzeży  opaliło  go  na  brąz  i  utkało  złotymi 
pasmami  jego  trochę  przydługie  włosy.  Aktualnie  był  wydawcą  i  w  swej  branży  odnosił 
znaczne  sukcesy,  ale  znowu  zaczynał  być  niespokojny.  Jego  ilustrowane  magazyny 
turystyczne przynosiły godziwy zarobek, lecz stabilny dobrobyt nudził go po prostu; nadszedł 
czas, by je sprzedać i zmierzyć się z jakimś nowym wyzwaniem.  

Ostatnio był skazany na okres bezczynności: przed rokiem, jeżdżąc na nartach wodnych 

w  Hiszpanii,  poważnie  uszkodził  sobie  prawą  stopę,  przeszedł  trzy  operacje  i  miał  za  sobą 
całe  miesiące  leczenia.  W  tej  chwili  mógł  już  chodzić  zupełnie  dobrze,  odrobinę  jednak 
utykał. Nie mógł się do tego przyzwyczaić. Tym bardziej tęsknił za czymś innym, nowym. Po 
prostu za następną przygodą. Choćby za tymi jachtami na Karaibach.  

–  Mam  własny  plan  wykorzystania  tych  stateczków  –  zaczepnie  rzucił  Beekman.  – 

Pływające restauracje pod banderą DeeLish. Co ty wiesz o interesie czarterowym? Wydawaj 
sobie jakieś następne pisemka. To przynajmniej umiesz robić.  

–  Znam  się  trochę  na  jachtach  –  zauważył  Connor.  Gdy  był  małym  chłopcem,  spędził 

osiemnaście  miesięcy  na  jachcie  Freda  Mercatora,  kolejnego  męża  swojej  matki.  Chociaż 
włóczyli się po całych Karaibach i rzadko zatrzymywali się na dłużej w tym samym miejscu, 
był to najbardziej stabilny i normalny okres w jego życiu. I najszczęśliwszy.  

Uwielbiał starego Freda, a także jego siostrę Fanny, która często żeglowała wraz z nimi. 

Mimo  iż włosy jej zaczynały już siwieć, miała  w sobie niewinność i  wrażliwość dziecka, a 
bawić się z nią można było jak z najlepszym kumplem.  

Potem Fred nagle umarł, zrozpaczona Fanny odleciała do Kalifornii, a matka ruszyła w 

świat szukać tego, co zawsze. Connor był znowu wysyłany do kolejnych szkół z internatem i 

background image

na kolejne obozy wakacyjne.  

Łódź Mercatora – „Samotna” – zniknęła z życia Connora, ale nie mógł jej zapomnieć i 

myśląc o niej odczuwał coś w rodzaju dojmującej tęsknoty. Przez ostatnie pięć lat usiłował ją 
odszukać i dopiero tej wiosny udało mu się. Okazało się, że wchodziła w skład dogorywającej 
flotylli  jachtów,  które,  jako  zabezpieczenie  wierzytelności,  wpadły  w  ręce  Mortona 

Beekmana.  

Potraktował  to  jako  prawdziwą  ironię  losu.  Nigdy  nie  miał  zbyt  dobrych  stosunków  z 

Beekmanem.  Connor  był  urodzonym  menedżerem  i  objechał  niemal  cały  świat  w 
poszukiwaniu  upadających  przedsiębiorstw,  które  potrafił  postawić  na  nogi.  Przed  laty 
Beekman  dostrzegł  jego  talent  i  próbował  zatrudnić  go  u  siebie.  Connor  –  zawsze  ceniący 
sobie  niezależność  –  odmówił.  Beekman  użył  wszelkich  dostępnych  sposobów,  aby  go  do 
tego zmusić. A ponieważ, w odróżnieniu od Connora, nie zawsze grał fair, przez pewien czas 
nieźle  obrzydzał  mu  życie.  W  efekcie  nie  darzyli  się  nawzajem  sympatią,  ale  w  skrytości 
ducha każdy z nich podziwiał drugiego jako twardego przeciwnika.  

Beekman  był  dobrym  graczem  i  nieźle  się  do  tego  przygotował.  Connor  zdał  sobie 

sprawę,  że  został  przez  niego  rozpracowany  nie  mniej  dokładnie  niż  ta  kobieta  ze  stanu 
Arkansas. Beekman zdołał odkryć jeden z jego niewielu słabych punktów: to, że zależy mu na 

odnalezieniu „Samotnej”. I to bardzo.  

Kiedy Connor przyjechał do Kalifornii, aby sprzedać swą sieć magazynów turystycznych, 

Beekman  powiadomił  go  natychmiast,  że  skarb  znajduje  się  w jego  rękach.  Ale  oczywiście 
ofertę kupna jachtu odrzucił. I Connor sądził, że zrobił to z czystej złośliwości.  

Teraz  natomiast,  z  jakichś  tajemniczych  powodów,  zgodził  się  ponownie  o  tym 

porozmawiać.  W  czasie  tej  właśnie  przejażdżki.  Zasugerował,  że  skłonny  byłby  może 
odstąpić „Samotną”, gdyby Connor kupił całą resztę zdewastowanie]' flotylli. Ale coś kręcił i 
ukrywał. I jak zawsze był potwornie denerwujący.  

– Słuchaj, Morty. Sam nie masz pojęcia o tym, jak robić biznes na rekreacji i turystyce – 

odezwał się Connor. – Sprzedaj mi te jachty. Lepiej na tym wyjdziesz.  

– Nie mów do mnie „Morty”. To jest... brak szacunku.  
– Dobra, dobra.  
– Słuchaj, dobrze ci się przyjrzałem. Idziesz na zbyt ryzykowne numery. Któregoś dnia 

szczęście  się  odwróci  i  wtedy  przestaniesz  się  śmiać.  Ale  ostatecznie  mogę  ci  sprzedać  te 
jachty. Pod jednym warunkiem.  

Connor uśmiechnął się ironicznie. Nareszcie Beekman wyciągnie swego asa z rękawa.  
– Co to za warunek, Morty? 
– Mam coś, na czym ci  zależy. Te jachty. A ty  nie masz nic, co by mnie interesowało. 

Teraz już nie. Nigdy w życiu bym cię u siebie nie zatrudnił. Za duży z ciebie hazardzista.  

– W porządku. Nie mam nic, co by cię interesowało. No to po co ta cała rozmowa? 
–  Ponieważ  Giną  Calvino  w  Arkansas  ma  coś  takiego,  na  czym  mi  zależy.  Proste?  Ty 

dostarczasz mi przepis, a ja ci sprzedaję jachty.  

Connor pokręcił głową z wyrazem rozbawienia na twarzy.  
– Ty chyba zwariowałeś, Morty. Ja mam jechać do Arkansas i targować się z tą upartą jak 

background image

osioł kobietą? 

– Jak nie, to możesz sobie te jachty narysować.  
– A dlaczego mam się do tego lepiej nadawać niż ty? 
– Masz taką... reputację. Lepiej sobie radzisz z kobietami niż ja. A poza tym... mógłbyś w 

ten  sposób  zrehabilitować  się  za  to  fiasko  w  San  Francisco.  Wiesz,  chodzi  o  tę  historię  z 
siostrą Mercatora. Ta sytuacja jest bardzo podobna. Może tym razem się sprawdzisz.  

Twarz Connora stężała. Nie miał pojęcia, że Beekman dowiedział się także o tym. Potrafił 

znaleźć jego dwa słabe punkty: „Samotną” i Fanny Mercator.  

Nie był przyzwyczajony do porażek, ale wtedy przegrał na całej linii. Był już dorosły. Od 

śmierci Mercatora minęło sporo lat. Wielokrotnie pisywał do jego siostry i nigdy nie otrzymał 
odpowiedzi.  Potem  okazało  się  dlaczego.  Jakiś  daleki  kuzyn  Mercatorów  odnalazł  go  i 
powiedział,  że  Fanny  jest  obecnie  starą,  cierpiącą  na  paranoję  kobietą.  Żyje  w  skrajnym 
ubóstwie, jest  niedożywiona i  prawdopodobnie chora na serce. Posiada jednak spory kapitał 

ulokowany  w akcjach, tyle że nie sposób  namówić jej do podjęcia jakichkolwiek pieniędzy. 
Prosił  go  o  interwencję.  Connor  natychmiast  pojechał  do  Kalifornii  i  po  kilku  dniach 
spędzonych  z  Fanny  wydawało  się,  że  wszystko  jest  na  dobrej  drodze.  A  potem  nastąpił 
niespodziewany zwrot. Mania prześladowcza okazała się silniejsza. Fanny wycofała nagle tę 

resztkę  zaufania,  którym  skłonna  była  początkowo  go  obdarzyć.  Nie  chciała  z  nim  więcej 
rozmawiać, nie chciała go oglądać. Zaczął szukać jakichś prawnych środków, aby jej pomóc, 
ale nie zdążył. Nieszczęśliwa stara kobieta zmarła w całkowitym opuszczeniu i samotności. 
Nie wiadomo  nawet,  czy z niedożywienia,  czy na atak serca.  Pozostawiła po sobie porwane 

bruliony zapisków, dom nadający się jedynie do rozbiórki i pięć milionów dolarów w akcjach.  

–  Znam  tę  całą  historię  –  powiedział  z  wyraźną  satysfakcją  Beekman.  –  I  teraz  ta 

znerwicowana stara panna z Arkansas siedzi na kupie przypraw i szykuje sobie ten sam los co 

Fanny Mercator.  

– Myślałem, że jest młoda – wtrącił Connor.  
Uśmiech zniknął z jego twarzy.  
– Fanny też kiedyś była młoda sarknął Beekman. 
–  Oferowałem  Ginie  wszystko,  za  wyjątkiem  gwiazdki  z  nieba.  Ale  co  ją  to  obchodzi? 

Żyje  w  rozwalającym  się  domu  z  ciotką,  starą  dziwaczką.  I  będzie  taka  sama  albo  jeszcze 
gorsza.  

Connor zacisnął dłonie na kierownicy. Nie podobało mu się to.  
– Morty, jesteś bogatym człowiekiem. Po co ci ten sos do spaghetti? 
Beekman  wzdrygnął  się.  Connor  był  jedynym  człowiekiem  na  świecie,  który  śmiał 

mówić do niego „Morty”.  

– Czy nie zaczynasz przypadkiem robić klapy? 
–  ciągnął  Connor  ze  złośliwym  uśmiechem.  –  Pierwsze  słyszę,  żeby  Arkansas  był 

światową stolicą spaghetti.  

–  Jesteś  młody  i  głupi  –  warknął  Beekman.  –  Całe  życie  siedzę  w  biznesie 

żywnościowym.  Takie  spaghetti  jadłem  tylko  w  Bolonii.  Ale  ich  jest  jeszcze  lepsze. 
Wspaniały towar! Gdybym miał ten przepis, to nikt na rynku nie mógłby ze mną konkurować.  

background image

– A skąd się ten supersos znalazł w Arkansas? – spytał z powątpiewaniem Connor.  
– Włoscy emigranci. Osiedlili się w tym miasteczku, by uprawiać winorośl. Okazało się, 

że lepiej udają się pomidory. Ale to było dawno. Teraz miasteczko jest na wykończeniu. Mam 
dane, mogę to udowodnić. Parę lat i szlag trafi wszystko. Włoską tradycję i domowe przepisy.  

– A mówiłeś, że nadal co rok urządzają ten festyn. To znaczy, że się jeszcze nie poddają.  
Beekman prychnął pogardliwie.  
– Jeden wielki bałagan. Za duża impreza dla tej... bandy amatorów. Samo parkowanie to 

koszmar.  A  kolejki  oczekujących  na  jedzenie!  Istny  kryminał.  Nie  dają  sobie  rady. 

Beznadziejna sprawa.  

– Dotąd sobie radzili.  
–  Ale  dalej  nie  pociągną.  Ich  dni  są  policzone.  A  DeeLish  Foods  mogłaby  przejąć  ten 

festyn,  usprawnić  go,  zmodernizować,  rozbudować,  tak  żeby  ciągnął  się  tygodniami. 
Mógłbym  wykupić  to  całe  miasteczko  i  zrobić  z  niego  taką  pokazówkę,  jak  Disneyland. 
Słynną na cały kraj. Wyobrażasz sobie? Beekmanland! Pomyśl, jaką by to było reklamą! 

– Czego się śmiejesz? – ciągnął dalej, obrzuciwszy Connora niechętnym spojrzeniem. – 

Trzeba mierzyć daleko. Bez tego jesteś skończony. Trzeba mieć wizję! 

– No i co ci po twojej wizji, jeśli ta kobieta nie pozwoli jej zrealizować? 
–  To  uparta  jędza.  Ma  nawet  czelność  nazywać  ten  swój  interes  „firmą”.  To  kpina. 

Niecały  hektar  pola  pod  uprawę  tych  roślin  na  przyprawy.  Jej  „fabryka”  to  garaż,  a  prawie 
całą pracę wykonuje sama. Sprzedaje ten towar na festynie i trochę wysyła pocztą. Nawet się 
nie ogłasza. Idiotka, która siedzi na kopalni złota i nie potrafi z tego skorzystać.  

–  A  ja  myślałem,  że  twoim  słodkim  umizgom  prawie  nikt  się  nie  oprze  –  zauważył 

złośliwie Connor.  

–  Możesz  gadać  do  ściany.  Ona  nie  słucha.  To  chodząca  nerwica.  Ludzie  mówią,  że 

opłakuje  swojego  zmarłego  kochanka.  Przez  sześć  lat  nie  spojrzała  nawet  na  żadnego 
mężczyznę. Ubzdurało  jej  się, że jest z nim  na wieki  związana.  I z tym miasteczkiem F od 
spaghetti. Wszystko razem śmiechu warte.  

–  To  czego  chcesz  ode  mnie,  Morty?  Mam  tam  pojechać  i  zaproponować  jej  jeszcze 

większą forsę? ' Zawsze mówiłeś, że każdy ma swoją cenę.  

– No bo każdy ma. Trzeba tylko umieć ją ustalić.  
– A jeżeli jej nie chodzi o pieniądze? 
– Co? – spytał Beekman, tym razem wyraźnie zbity z tropu.  
–  Widzisz,  ty  mówisz  tylko  o  pieniądzach.  A  ją  mogą  one  po  prostu  nie  interesować. 

Może mówić zupełnie innym językiem.  

Źrenice Beekmana zwęziły się. Wlepił spojrzenie w prowadzącego wóz mężczyznę.  
– To wtedy mów tym językiem, który do niej trafi. I tym razem niech ci pójdzie lepiej niż 

z Fanny Mercator.  

Connor nic nie odpowiedział. Uśmiech ponownie znikł z jego twarzy i  Beekman kątem 

oka widział jego kamienny profil. Fanny Mercator odsunęła się od świata po śmierci brata, a 
nie  kochanka,  ale  podobieństwo  między  nią  a  kobietą  o  nazwisku  Calvino  martwiło  go. 
Trudno  mu  było  wyobrazić  sobie  lepszy  sposób  na  zmarnowanie  życia  niż  zniewolenie 

background image

przeszłością.  

–  No  i  jak,  chłopcze?  Zajmiesz  się  tym?  Zdobędziesz  ten  przepis?  –  prowokował 

Beekman.  

Connor milczał  przez chwilę.  Potem uśmiechnął się kącikiem  warg i  pokręcił przecząco 

głową.  

– Nie. Ona nie chce mieć z tobą do czynienia, Morty. I ze mną też nie wejdzie w żadne 

układy.  

–  A  po  co  masz  się  przyznawać,  że  to  chodzi  o  mnie?  Graj  chytrze.  Jesteś  urodzonym 

graczem. A stawka jest duża. Pomyśl o tych jachtach.  

Connor  rzeczywiście  myślał  w  tej  chwili  o  „Samotnej”.  Oczyma  duszy  widział  błękit 

Morza  Karaibskiego  i  jacht  przywrócony  do  swej  dawnej  świetności.  Siebie  na  jego 
pokładzie, wolnego i  mogącego  wędrować  gdzie  zechce. Nową przygodę  i  nowe wyzwanie 
dla menedżera: flotyllę jachtów, z których należy zrobić przynoszące profit i pasjonujące do 
prowadzenia przedsiębiorstwo. A wszystko wyglądało prosto, niemal zabawnie. Wystarczyło 
pojechać  do  Arkansas,  skłonić  tę  kobietę,  aby  włączyła  się  w  normalny  nurt  życia,  i 
przywieźć Beekmanowi przepis.  

Poza  tym  miał  jakieś  dziwne,  irracjonalne  poczucie,  że  stary  Fred  Mercator  także  tego 

chciałby. Tak jakby dawał mu powtórną szansę. Może właśnie ze względu na niego powinien 
spróbować  uratować  tę  kobietę  przed  nią  samą?  Może  będzie  to  choćby  częściowym 
zadośćuczynieniem za klęskę, jaką poniósł próbując ratować Fanny? 

 
Następnego  dnia  Giną  wróciła  ze  swego  antykwariatu  w  złym  nastroju.  Nie  sprzedała 

niczego  przez  cały  tydzień,  a  zbliżający  się  festyn  okradał  ją  z  resztek  wolnego  czasu, 
powodował gonitwę myśli i piętrzył dodatkowe obowiązki.  

Earline  wyraźnie  źle  zniosła  przymusowe  przejście  na  emeryturę  w  maju.  Starała  się 

dorobić do swej skromnej renty. Szyła i odziewała słonie, aż łzawiły jej oczy i palce puchły 
od igły. Nie wyglądała ostatnio dobrze i Giną martwiła się o jej zdrowie.  

Zaparkowała  swój  stary  brązowy  samochód  na  podjeździe  i  przeszła  przez  trawnik. 

Należałoby go przystrzyc, pomyślała. Ale wczoraj pakowała do późnej nocy przyprawy, które 
miały być sprzedane na festynie, i dzisiaj czekało ją to samo.  

Poprawiła  na  palcu  pierścionek  i  patrzyła  przez  chwilę,  jak  brylant  odbija  złote  światło 

popołudnia.  Wejrzała  głęboko  w  siebie  i  odnalazła  uśmiech.  Weszła  do  domu.  Z  każdego 
krzesła, z każdej półki i kąta czarnymi oczkami z guzików patrzyły na nią , słonie.  

– Gino! – Earline wypadła z kuchni z łyżką w ręku, chwyciła ją za rękę i pociągnęła do 

stołu. Była skrajnie podekscytowana i najwyraźniej chciała się jak najszybciej podzielić jakąś 
wiadomością. – Siadaj! Wyobraź sobie, będziemy tu miały ilustrowany magazyn! 

– Zaprenumerowałaś jakieś pismo? – Giną uniosła brwi ze zdumienia.  
– Nie, to nie pismo. Tylko dziennikarz z magazynu. Czy nawet redaktor albo wydawca. 

Dokładnie nie zrozumiałam. Chce napisać reportaż o nas. To znaczy o Allegro i o festynie. 
Dla „American Vagabond”.  

I tu będzie mieszkał! 

background image

– Tu? W Allegro? 
– Nie. Tu, w naszym domu – sprostowała Earline.  
– W naszym domu? – Giną ze zdziwienia otworzyła usta.  
– Tak. Przez cały tydzień. Przyjedzie chyba w niedzielę wieczorem.  
Giną skrzywiła się niechętnie.  
– Ktoś obcy? W naszym domu? Przez cały tydzień? Earline rzuciła jej zniecierpliwione 

spojrzenie.  

– Przecież to dla nas wielki zaszczyt. Dzwonił z Kalifornii. Chyba z Sausalito. Zna twoje 

nazwisko.  Od kogoś,  kto  kupił w zeszłym  roku przyprawy.  Dlatego szczególnie z tobą chce 
rozmawiać. I obejrzeć na własne oczy festyn. A poza tym nam zapłaci. Sam to zaproponował.  

– Zapłaci? 
– A tak. Pytał, czy jest tu jakiś motel. A ja mu powiedziałam, że motelu nie ma, ale może 

zatrzymać się u nas. Serdecznie zapraszamy. A on na to, że dobrze, ale pod warunkiem, że 
paniom  zapłacę.  Mówię  ci,  Gino,  takim  miłym  głosem  to  powiedział!  Ja mam  proszę  pani, 
powiada, specjalny fundusz delegacyjny. I wiesz, ile on nam zapłaci? Siedemset dolarów! 

Giną z zakłopotanym wyrazem twarzy oparła się mocniej o poręcz krzesła.  
– Hm. Siedemset dolarów! To majątek.  
–  No  właśnie  –  zgodziła  się  Earline.  –  Słuchaj!  Nie  martw  się  o  nic.  Wszystkie  prace 

domowe biorę na siebie.  

– To nie chodzi o pracę. Tylko, wiesz, mieć w domu kogoś, kogo nie znamy...  
– Naprawdę się nie martw – uspokajała ją Earline. – Rozmawiałam z nim dziesięć minut 

przez telefon i wydaje mi się, jakbym go znała od dzieciństwa. Powiedział, że Allegro może 
być wspaniałym tematem do reportażu.  

Giną zawładnęły sprzeczne emocje. Rzeczywiście byłoby cudownie, gdyby festyn stał się 

sławny  na  cały  kraj.  Mieszkańcy  Allegro  pękliby  z  dumy.  Siedemset  dolarów  to  naprawdę 
znacząca  kwota,  a  co  ważniejsze,  Earline  od  dawna  już  nie  była  tak  szczęśliwa.  Ale  mimo 
wszystko  perspektywa  mieszkania  pod  jednym  dachem  z  kimś  obcym  bardzo  jej  się  nie 
podobała. W końcu wzruszyła ramionami i siląc się na spokój powiedziała: 

– No to dobrze. Będziemy miały gościa.  
– On naprawdę sprawia  wrażenie dżentelmena w każdym  calu – powiedziała wylewnie 

Earline. – Nazywa się Connor Munroe.  

Niech on lepiej rzeczywiście będzie dżentelmenem w każdym calu, pomyślała Giną. Bo 

jak nie, to... to utopię go w kotle ze spaghetti.  

Ale ze względu na Earline uśmiechnęła się i nie powiedziała ani słowa.  

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Gorące, sierpniowe słońce grzało niemiłosiernie. Żółty kabriolet przejechał obok tablicy: 

ALLEGRO  –  503  MIESZKAŃCÓW.  Nic  specjalnego,  pomyślał  bez  entuzjazmu  Connor, 
zwalniając  zgodnie  z  nakazem  ograniczenia  prędkości.  Jeszcze  jedno  pokryte  kurzem, 
dogorywające  miasteczko  Południowego  Zachodu.  Po  drodze  widział  dziesiątki  takich 
samych  –  małych,  sennych,  pozbawionych  wyrazu  mieścinek.  Zadziwiające,  jak  ta  kobieta 
może być do czegoś takiego przywiązana.  

Na  starym  rynku  większość  sklepów  była  nieczynna.  Pozamykane  na  głucho  witryny, 

pustka  na  chodnikach  –  wszystko  to  sprawiało  przygnębiające  wrażenie.  Jedynym  żywym 
akcentem  był  plakat  z  fotografią  największego  na  świecie  pomidora  i  napisem: 
JUBILEUSZOWY 

SETNY 

FESTYN 

POMIDOROWY. 

ALLEGRO 

– 

STO 

WSPANIAŁYCH LAT.  

Connor pokręcił głową.  Naprawdę, Allegro nie kojarzyło  mu  się z niczym  wspaniałym. 

Trzeba  załatwić  sprawę  z  tą  kobietą  i  ruszać  w  drogę  –  pewnie  na  Karaiby.  Nie  ma  sensu 
spędzać w tej dziurze ani dnia dłużej niż będzie to konieczne.  

Skręcił  w  boczną  uliczkę  i  jechał  wolno,  sprawdzając  numery  mijanych  domów. 

Zastanawiał się, jak też ona może wyglądać. Prywatny detektyw zrobił z ukrycia kilka zdjęć, 
ale były bardzo złej jakości. Zapamiętał jej uśmiech, który wydał mu się za szeroki i jakby do 
niej  nie  pasujący.  Może  dlatego,  że  życie  oferowało  jej  tak  mało  powodów  do  radości. 
Wyglądało to na kamuflaż.  

Detektyw  pisał  w  swoim  sprawozdaniu:  „ostentacyjnie  wesoła  w  kontaktach  z  ludźmi, 

lecz  –  wedle  zgodnej  opinii  miejscowych  –  nadal  bolejąca  po  stracie  narzeczonego”. 
Wyobrażał  sobie,  że  z  dala  od  ludzkich  spojrzeń  musi  być  zrozpaczona  i  samotna. 
Wychudzenie  i  zapadnięte  oczy  –  to  cena,  jaką  płaci  za  wysiłek  ciągłego  ukrywania  swego 
smutku.  Będzie  delikatny  i  ostrożny,  krok  po  kroku  pokazując  jej  drogę,  która  wiedzie  z 
powrotem ku życiu i radości. Nie pozwoli jej stać się drugą Fanny Mercator. Wszystko jedno, 
czy będzie jej się to podobało czy nie.  

Nareszcie trafił na miejsce. Piętrowy, wiktoriański dom stał w głębi posesji, oddzielony 

od ulicy trawnikiem. Był imponująco duży i ozdobiony rzeźbionymi w drewnie ornamentami, 
tyle  że  przydałaby  mu  się  świeża  farba.  Stare  płaczące  wierzby  kołysały  się  na  wietrze,  a 
gdzieś z głębokiego cienia dochodził śpiew drozda.  

Connor  zaparkował  na  podjeździe  i  jeszcze  raz  przyjrzał  się  domowi.  To  miejsce 

wyglądało rzeczywiście jak życiowa przystań dwóch starych panien z Południa. Zdrętwiały, 
wygramolił się z samochodu. Znowu bolała go prawa stopa. Zagryzł wargi i lekko utykając 
ruszył w kierunku drzwi.  

Z  daleka,  jakby  z  drugiej  strony  domu,  usłyszał  krzyki  i  dziwny  odgłos:  coś  jakby 

plasnęło. Poprawił słoneczne okulary i odwrócił się w stronę, z której dochodziły te odgłosy. I 
nagle, zanim zdążył się zorientować, zza domu wypadła wysoka, prawie naga postać wydając 
z siebie piski udanego przerażenia. Zderzyła się z nim i coś mokrego eksplodowało na jego 

background image

piersi.  

Zachwiał się, ale mimo bolącej stopy udało mu się zachować równowagę. Ona także się 

zatoczyła,  ale  nie  upadła.  Oboje  wstrzymali  oddech.  Connor  uświadomił  sobie  niejasno,  że 
ona jest mokra: jej skóra, włosy, wyblakłe szorty i jaskrawożółty stanik – wszystko ociekało 
wodą. W ręku trzymała coś czerwonego.  

– Ojejku! – powiedziała bez sensu, zaciskając dłoń na strzępie tego czegoś. – To balon 

wodny. Przepraszam. Naprawdę bardzo mi przykro.  

Connor nie spuszczał z niej wzroku. Spędził masę czasu na światowej sławy plażach, ale 

nigdy nie widział cudowniejszej ekspozycji długich, opalonych nóg. Była jedną z tych kobiet, 
które słońce całowało z miłością, wygładzając ich skórę jak najdelikatniejszy aksamit. Miała 
płaski  brzuch,  szczupłe  biodra,  a  jej  piersi  prowokująco  wyglądały  spod  mokrego  stanika. 
Dostrzegł również oczy, o najgłębszym odcieniu brązu, spadające na czoło kosmyki ciemnych 
włosów i piękne, pełne, lekko rozchylone wargi.  

A więc tak wygląda ta zasuszona panna w sekretnej żałobie, pomyślał zdumiony. A niech 

to szlag trafi! 

Ona także nie spuszczała z niego przerażonych oczu. Dopiero po chwili, jakby w obawie 

przed kimś, obejrzała się do tyłu przez nagie ramię i zawołała: 

– Koniec wojny! Mamy gościa. Słyszysz mnie, Wesley? 
Nastąpiła  chwila  złowieszczej  ciszy.  Ich  oczy  ponownie  się  spotkały.  Spoza  nie 

strzyżonego żywopłotu rozległ się wrzask: 

– Nie ma litości! 
Błękitny balon poszybował w powietrzu i rozerwał się o krok od nich na ścieżce. Oboje 

zamrugali  oczami,  gdy  w  rozpryskujących  się  kropelkach  spadającego  na  nich  deszczu 
pojawiła się maleńka tęcza.  

– Wesley! – zagroziła Giną. – Przestań! Mówię poważnie. Bo inaczej  pożegnasz się ze 

swoją żabą. Zawieszenie broni! 

Usłyszeli  tupot  nóg  i  dziecięcy  chichot.  Potem  zaległa  cisza,  mająca  –  jak  się  zdaje  – 

oznaczać  chwilowy  taktyczny  odwrót.  Giną  odetchnęła  głęboko  i  wytarła  kropelki  wody  z 
policzka.  

– Nic się panu nie stało? – spytała. Jej głos wydał mu się niski i aksamitny.  
Uśmiechnął się kącikiem ust. Dosyć łez, piękna, pomyślał. Może przyjmiesz to, co mam 

ci do zaoferowania: dobre rady i ukojenie.  

–  Nic  się  panu  nie  stało?  –  ponowiła  pytanie.  Twarz  paliła  ją  ze  wstydu.  Przywitanie 

przybysza  –  wszystko  jedno,  czy  był  redaktorem,  czy  wydawcą  –  prysznicem  z  balona 
wodnego wydało jej się czymś wysoce niestosownym.  

A  on  uśmiechał  się,  i  ten  powolny,  leniwy  uśmiech  wywołał  u  niej  przyśpieszone  bicie 

serca.  Był  wysoki,  prawie  o  pół  głowy  wyższy  od  niej,  i  to  dodatkowo  wprawiało  ją  w 
zakłopotanie:  przy  swoim  wzroście  zwykle  patrzyła  w  oczy  mężczyzn  bez  konieczności 
unoszenia  głowy.  Jego  gęste,  wypłowiałe  od  słońca  włosy  spadały  mu  zawadiacką  falą  na 
czoło.  Gdy  uśmiechał  się,  na  policzkach  miał  podwójne  bruzdy.  Nie  były  to  dołeczki,  ale 
Ginie wydały się czymś fascynująco zagadkowym. Nagle, tak samo leniwie i niespiesznie, jak 

background image

się  uśmiechał,  uniósł  rękę  i  zdjął  słoneczne  okulary.  Niezwykły  błękit  jego  oczu  wywołał  u 
niej nagłe przyśpieszenie tętna. Jaki przystojny, pomyślała.  

– Prysznic po podróży. Niespodziewany, ale bardzo odświeżający – powiedział, jeszcze 

bardziej sennie się uśmiechając. Jego spojrzenie z powolną dokładnością błądziło w górę i w 
dół, nie odrywając się ani na chwilę od jej ciała.  

Uspokój się, strofowała się w myślach. No i co z tego, że jest przystojny? Widywałaś już 

przecież przystojnych mężczyzn.  

– Jest mi niebywale, niesłychanie, niewiarygodnie przykro – powiedziała. Zrobiła krok do 

przodu i spróbowała zetrzeć mu wodę z koszuli, ale w momencie gdy go dotknęła, poczuła się 
jeszcze  bardziej  zmieszana.  Pod  mokrą  bawełnianą  tkaniną  jego  ciało  wydało  się  twarde  i 
jakoś zadziwiająco ciepłe. Zawstydzona intymnością tego gestu, cofnęła się natychmiast.  

Jeszcze bardziej zmieszała się, gdy ujął jej rękę, rozchylił palce i wyjął z nich czerwony 

strzępek gumy.  

– Balon wodny? – zapytał.  
I wtedy musiała mu opowiedzieć tę całą zawiłą historię, zdając sobie sprawę, jak bardzo 

może się wydać niedorzeczna. Otóż obiecała Wesleyowi, chłopcu z sąsiedztwa, że wybierze 
się z nim złowić żabę w stawie starego Motta. Żaba miała wystartować w konkursie skoków 
na uwięzi. Oczywiście na festynie. I oczywiście z Wesleyem jako menedżerem i trenerem. To 
należało do tradycji. A ponieważ łowiąc żabę oboje utytłali się w błocie, zamiast po prostu się 
umyć,  postanowili  odbyć  wojnę  na  balony  wodne.  Tym  bardziej  że  mieli  masę  balonów. 
Zostały  one  nabyte  przez  ojca  Wesleya  na  uroczystą  inaugurację  sklepu  żelaznego,  który 
otworzył  oczywiście  nie  tu  –  w  Allegro  nikt  niczego  nie  otwiera  –  lecz  w  Milledgeville.  I 
dużo ich po tej uroczystości zostało nie zużytych.  

Skończyła tę przydługą opowieść i spojrzawszy na niego upewniła się, że naprawdę nie 

wygląda  na  rozgniewanego  lub  urażonego.  Wręcz  przeciwnie,  był  tym  wszystkim  wyraźnie 
rozbawiony.  

– A więc jest pan naszym gościem? – spytała wreszcie.  
–  Tak.  I  rozumiem,  że  to  był  mój  chrzest  bojowy.  Próbowała  się  uśmiechnąć,  ale  nie 

potrafiła.  Wolała,  żeby  jej  się  tak  natarczywie  nie  przyglądał.  Było  to  prawie  głodne 
spojrzenie. A jednocześnie wesołe. Wszystko to ją peszyło.  

Giną  odwróciła  się  w  kierunku  jego  samochodu.  Postanowiła  dać  mu  jakieś 

zadośćuczynienie za swoje wodne przewiny.  

– Jeszcze raz przepraszam. Zabiorę z wozu pana bagaże.  
– Żadna kobieta nie nosiła mi jeszcze bagaży – zaprotestował.  
– Nonsens – odpowiedziała i ignorując jego sprzeciw wyjęła leżącą na tylnym siedzeniu 

walizkę.  

I w tym momencie z luki w żywopłocie wyskoczył Wesley Dean.  
Jego oczy błyszczały dziko za szkiełkami okularów, mokre włosy sterczały na głowie, a 

przemoczona koszulka ciasno opinała okrągły brzuszek. W obu rękach trzymał nabrzmiałe od 
wody czerwone balony.  

–  Hurra!  –  wrzeszczał,  pędząc  w  ich  kierunku  przez  trawnik.  –  Nie  bierzemy  jeńców! 

background image

Lepsza śmierć niż hańba! 

– Uciekamy! – krzyknęła Gina. W jednej ręce trzymając walizkę, schwyciła Connora za 

łokieć i pobiegła ku drzwiom, prawie ciągnąc go za sobą.  

– Uspokój się, Wesley! Mówiłam ci, że to gość.  
– To szpieg! – wrzasnął Wesley. – Na gałąź zdrajcę! 
–  Co?  –  żachnął  się  Connor,  spoglądając  do  tyłu  przez  ramię.  Wesley  sadził  za  nimi, 

kołysząc się śmiesznie na tłustych nóżkach.  

–  Przedtem  był  samurajem,  ale  teraz  zdaje  się  postanowił  być  kamikadze  –  wysapała 

Gina,  wciągając  Connora  do  środka  i  zatrzaskując  drzwi.  –  Jest  trochę  nadpobudliwy. 
Czasami  trudno  sobie  z  nim  poradzić.  –  Usłyszeli  tupot  nóg  na  stopniach  ganku  i  mokre 
plaśniecie.  

Earline wypadła ze ścierką z kuchni.  
–  Gina!  Znowu  przez  ciebie  Wesley  zaczął  bzikować.  Kto  trzasnął  drzwiami?  Co  ty 

sobie...  –  Na  widok  Connora  urwała  w  pół  słowa.  Stał  wysoki  i  opalony,  a  woda  ściekała  z 
niego na leżący w przedpokoju chodnik. Powoli przeniosła wzrok na Ginę, po czym zamknęła 
oczy, jakby nie chciała przyjąć do wiadomości tego, co zobaczyła.  

– Pan Connor Munroe? – spytała przez zaciśnięte zęby. – Z prasy? 
Gina odniosła wrażenie, że twarz Connora przybrała na chwilę jakiś dziwny wyraz. Może 

jej się tylko zdawało, pomyślała. A może po prostu zdziwił go widok zajmujących każdy kąt 
domu słoni.  

–  Tak,  to  ja  –  odpowiedział  bez  zająknięcia.  –  I  oto  mam  zaszczyt  rozmawiać  z  panią 

Montegna. Prawda? 

– W rzeczy samej. – Earline otworzyła oczy, poprawiła kosmyk siwych włosów i z nie 

ukrywanym  zainteresowaniem  taksowała  Connora  wzrokiem.  –  Jak  widzę,  miał  pan  już 
okazję poznać moją siostrzenicę... I Wesleya.  

– Jeszcze nieoficjalnie. – Uśmiechnął się do Giny i ponownie uścisnął jej dłoń. – Na imię 

mam Connor.  

– Giną Calvino  – wymamrotała. Czy trzymał jej  rękę o sekundę dłużej  niż nakazywały 

wymogi grzeczności, czy znowu była to gra jej wyobraźni? 

– Jest pani urocza.  
Choć  wydawało  się  to  niewiarygodne,  powiedział  to  w  taki  sposób,  jakby  rzeczywiście 

tak uważał.  

 
Earline pokazała Connorowi jego pokój na piętrze, a potem siłą prawie wciągnęła Ginę do 

kuchni. Zaczęła osuszać ręcznikiem jej włosy i robiła to niezbyt delikatnie.  

– Gość przyjeżdża do nas – syczała – z prawdziwego miesięcznika, a ty robisz na niego 

zamach za pomocą wodnego balona. No, moja panno, masz teraz zrobić wszystko, żeby się w 
jego oczach zrehabilitować.  

–  Skąd  miałam  wiedzieć?  –  tłumaczyła  się  Giną.  –  Mówiłaś  przecież,  że  ma  tu  być 

dopiero wieczorem.  

– Taki miły, przystojny mężczyzna. I coś podobnego go spotkało! 

background image

– Przystojny? Nawet nie zauważyłam – skłamała Giną.  
–  No  wiesz!  Jesteś  beznadziejna  –  wycedziła  przez  zęby  Earline.  –  A  teraz  ubierz  się 

przyzwoicie  w  ten  niebieski  kostium  w  paski.  Powinnyśmy  wywrzeć  na  nim  jak  najlepsze 
wrażenie.  A  właśnie!  W  schowku  na  ubrania  w  jego  pokoju  przepaliła  się  żarówka.  Tyle 
sprzątania! Sama nie wiem, od czego zacząć.  

– Po pierwsze trzeba zadzwonić do matki Wesleya i sprawdzić, czy się już uspokoił. Bo 

niewykluczone, że prowadzi  dalej wojnę partyzancką i  że jesteśmy  w oblężeniu.  A żarówkę 
zaraz wymienię.  

– No tak! Wesley Dean! Krąży pewnie teraz wokół domu jak wampir. Niech Bóg ma nas 

w swojej opiece! 

Giną  pokiwała  głową,  odprowadzając  wzrokiem  biegnącą  do  telefonu  Earline.  Znowu 

zaczęło  się  zwariowane  życie.  Jak  zawsze,  gdy  zbliżał  się  festyn.  Zdążyła  się  już  do  tego 
przyzwyczaić.  

Kilka minut potem, trochę wbrew swojej woli, z żarówką w ręku wędrowała po schodach 

na piętro. W swoim najlepszym ubraniu i na wysokich obcasach czuła się nieswojo i była na 
siebie zła. Przebrała się przecież tylko dlatego, by nie denerwować Earline.  

Zapukała w sposób, w jej mniemaniu, nadzwyczaj dystyngowany.  
– Panie Munroe! Przyniosłam żarówkę do szafy ściennej.  
Connor  otworzył  drzwi.  Był  w  skarpetkach,  miał  na  sobie  dżinsy  i  świeżą,  nie  dopiętą 

jeszcze  białą  koszulę.  Błękit  jego  oczu  ponownie  wydał  jej  się  niesamowity.  Wbrew  swej 
woli  poczuła  dreszcz.  Posiadanie  aż  tak  błękitnych  oczu  powinno  być  zabronione  przez 
prawo,  pomyślała  ze  złością,  próbując  sobie  przypomnieć  łagodne,  poważne  spojrzenie 

Lorena.  •  –  Niechaj  się  stanie  światłość  –  Connor  przywitał  ją  cytatem  z  księgi  Genesis.  – 
Proszę, niech pani wejdzie.  

I znowu – nie wiedzieć czemu – zamiast wręczyć mu żarówkę i natychmiast się oddalić, 

pozwoliła sobie wejść do środka. Przytulny pokój, który znała od dzieciństwa, nagle wydał jej 
się miejscem obcym i wręcz niebezpiecznym, przesyconym jakby obecnością nieznajomego 
mężczyzny.  

Oparł  rękę  na  kolumience  staroświeckiego  łóżka  i  stał  tak,  uśmiechając  się  do  niej. 

Drażniła ją ta nie dopięta koszula i widok jego nagiej, opalonej na brąz piersi.  

– Przebrała się pani – odezwał się. – Gdzieś się wybieramy? 
– Nie.  
Otworzyła  drzwi  ściennego  schowka,  wsunęła  się  do  środka  i  próbowała  wykręcić 

przepaloną żarówkę, ale ta, jak na złość, obracała się razem z oprawką.  

Connor chyba przez minutę obserwował jej nieporadne starania.  
– Może ja to zrobię? 
Zanim zdążyła zaprotestować, stanął w drzwiach schowka i nachylił się, żeby zajrzeć do 

środka.  .  Gwałtownie  cofnęła  dłoń,  gdy  musnął  ją  palcami,  ale  to  było  wszystko,  co  mogła 
zrobić. Nie wypadało przecież uciekać przed nim chowając się głębiej w szafie. Stała więc w 
półmroku,  nieruchoma  jak  posąg,  starając  się  ignorować  jego  fizyczną  bliskość.  Czuła 
płynące od niego ciepło i siłę promieniującą z jego ciała. A także zapach płynu po goleniu, 

background image

który przypominał jej woń skórzanych siodeł i letniego wiatru.  

–  Zawsze  mieszkała  pani  razem  z  ciotką?  –  usłyszała  jego  głos  tuż  przy  uchu.  Poczuła 

mrowienie w plecach.  

– Odkąd pamiętam.  
Jego  ręka  znieruchomiała  na  chwilę  na  żarówce.  Pochylił  ku  niej  twarz  i  uświadomiła 

sobie, że wstrzymała nagle oddech.  

– Tylko we dwie? Nikogo więcej tu nie ma? – spytał.  
– Jest jeszcze żaba Wesleya Deana. Jego matka nie chce jej mieć w swoim domu.  
Jego  przytłumiony  śmiech  sprawił,  że  znowu  poczuła  ten  sam  nie  chciany  dreszcz 

spływający w dół po kręgosłupie.  

– Aha, nasz kamikadze z żabą. Skąd to zainteresowanie? To także jakiś krewny? 
– Nie. Jego ojciec jest w szpitalu. Chłopiec czuje się samotny. W najbliższym sąsiedztwie 

nie  ma  rówieśników  do  zabawy.  A  poza  tym...  –  przerwała  nagle,  nie  będąc  pewna,  czy 
powinna mówić tak dużo.  

– Nie za dobrze mu się układa z innymi dziećmi? – dokończył za nią raczej niż zapytał.  
Zaskoczyło ją to. Nie podejrzewała u niego tego rodzaju intuicji. Potwierdziła skinieniem 

głowy, pragnąc odsunąć się na tyle, by koszula Connora przestała stykać się z jej ramieniem.  

W całym ciele odczuwała już teraz to niepokojące mrowienie.  
Wykręcił wreszcie przepaloną żarówkę i mogła ostrożnie podać mu nową.  
– Ten Wesley to jedynak? – spytał. Zmienił jakoś pozycję i znalazł się jeszcze bliżej niej.  
– Tak.  
–  Czasami  trudno  być  jedynakiem.  Wiem  coś  o  tym.  Dokręcona  oprawka  skrzypnęła 

lekko.  Connor  pociągnął  łańcuszek  kontaktu.  We  wnętrzu  schowka  rozbłysło  światło  i  Giną 
zamrugała powiekami. Ponownie pociągnął łańcuszek i ciemność powróciła.  

–  W  porządku  –  powiedziała.  Spróbowała  przecisnąć  się  obok  niego,  by  znaleźć  się 

wreszcie tam, gdzie jest jasno i bezpiecznie.  

– Chwileczkę – zaśmiał się.  
Wysoko, tuż poniżej ramion, poczuła jego palce. Ich ciepło paliło jej skórę pod sztywną 

bawełną  rękawów.  Ogarnęła  ją  panika.  Żaden  mężczyzna  nie  dotykał  jej  w  ten  sposób  od 

czasu, gdy... Nie chciała pamiętać odkąd. Jak ta Earline mogła pozwolić, żeby jakiś donżuan z 
Kalifornii wtargnął do ich domu? Zanim zdążyła zaprotestować, pochylił się ku niej i spytał z 
uśmiechem: 

– Naprawdę jest pani przykro z powodu tych wodnych balonów? 
– Bardziej niż pan przypuszcza – zdołała wyjąkać.  
–  To  niech  pani  pozwoli  zaprosić  się  na  kolację.  Będzie  pani  mogła  opowiedzieć  mi  o 

Wesleyu i pokazać miasto.  

Przecież  w  tym,  co  on  robi  i  mówi,  nie  ma  żadnej  logiki,  przemknęło  jej  przez  myśl. 

Akurat w tym momencie i w takich okolicznościach? 

– Panie Munroe! Jesteśmy w szafie – użyła rozpaczliwego argumentu.  
– Zdaję sobie z tego sprawę.  
– To nie jest stosowne miejsce.  

background image

– Mnie się ono podoba. W każdym innym miejscu w tym domu patrzą na nas słonie. To 

następna rzecz, którą będzie pani mogła mi wyjaśnić.  

Uświadomiła  sobie  nagle,  że  przecież  on  nie  zatrzymuje  jej  siłą.  Dotyk  jego  dłoni  był 

lekki, delikatny. Gdyby chciała, mogłaby oderwać się od niego z łatwością. A jednak tego nie 
robiła. Nie ruszała się z  miejsca, stojąc tak blisko, że całym  ciałem  czuła płynące od niego 
ciepło. Może tylko się z nią drażni i nic poza tym, pomyślała przez chwilę. Ale nie była tego 
pewna.  

– Earline robi słonie – powiedziała bezradnie.  
– Zdążyłem się domyślić. Ale po co? 
– Na festyn.  
– No właśnie. I o tym też chciałbym usłyszeć. W końcu po to tu przyjechałem.  
Jego palce przesunęły się w górę i gdy poczuła na ramionach ich gorący dotyk, zadrżała 

lekko  i  miała  wrażenie,  że  dotknęło  ją  widmo.  Zrozumiała  nagle,  dlaczego  od  pierwszego 
momentu ich spotkania ten mężczyzna tak ją niepokoił.  

Nieoczekiwanie  powróciło  to,  co  odeszło  tak  dawno,  zakazane  i  prawie  zapomniane. 

Naprawdę poznała jego dotyk. To widmo nazywało się pożądanie.  

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Connor leżał na łóżku z rękami pod głową i patrzył w sufit. Wybiegła z pokoju tak nagle, 

że nie sposób było ją zatrzymać. Ciągle jeszcze paliły go opuszki palców, którymi dotykał jej 
chłodnych, nagich ramion.  

Trzeba było trzymać ręce przy sobie, idioto, beształ się w duchu. Jednocześnie wiedział, 

dlaczego tak się stało. Dotknął jej po prostu, bo nie mógł się powstrzymać. Wydało mu się to 
tak naturalne i konieczne jak oddychanie. Ale to był błąd. Spłoszył ją. Bardzo zły początek.  

Nie spodziewał się, że jest tak piękna i pełna spontanicznej energii. Jak taka kobieta może 

kochać człowieka, który od sześciu lat nie żyje, zastanawiał się nachmurzony i wściekły na 
siebie.  

Przestań martwić się o nią, baranie – usłyszał prawie kpiący głos Beekmana. – Martw się 

o to, jak zdobyć przepis. Tylko w ten sposób możesz odzyskać „Samotną”.  

Nadal patrzył w pusty sufit. Całe to spotkanie z Giną było tak niezwykłe, że zapomniał na 

chwilę,  po  co  tu  przyjechał.  Jego  stawką  jest  flotylla  jachtów.  Ale  ona  również  ma  coś  do 
wygrania:  Beekman  skłonny  jest  jej  w  końcu  zaoferować  sześćdziesiąt  tysięcy  dolarów. 
Zważywszy na stan tego starego domu i na to, jak ona tu żyje, na pewno każdy cent bardzo jej 
się przyda.  

A  więc  dla  własnego  dobra,  a  także  i  dla  jej  dobra,  powinien  ostrożnie  zdobyć  jej 

zaufanie.  A  on  przestraszył  ją  na  samym  wstępie.  I  jak  tu  naprawić  ten  błąd?  Nagle  znalazł 
odpowiedź. Przecież to jasne jak słońce! Ciotka! Na jego twarzy znowu pojawił się sprytny, 
pewny  siebie  uśmiech.  Jakie  to  proste:  należy  zaprzyjaźnić  się  z  ciotką.  Przeciągnąć  ją  na 
swoją stronę. Wówczas siostrzenica też mu się nie oprze.  

 
Giną  ukryła  się  w  bezpiecznym  schronieniu  swej  sypialni.  Policzki,  twarz  i  całe  ciało 

paliły  ją  ze  wstydu.  Zaniknęła  oczy  i  oddychała  głęboko,  próbując  się  uspokoić.  Po  chwili 
rozejrzała  się  dookoła.  Wszędzie  wokół  niej  –  na  każdej  ścianie,  na  półkach,  na  stole  i 
komodzie – stały pamiątki po Lorenie. Przesuwała wzrok od jednej do drugiej, licząc na to, że 

ich znajoma obecność przywróci jej spokój.  

Przeszła  przez  pokój,  wzięła  w  ręce  maturalną  fotografię  Lorena  i  zaczęła  się  w  nią 

wpatrywać  jak  w  ikonę.  Przypominała  sobie,  gdy  pierwszy  raz  ją  pocałował.  Miała  wtedy 
dwanaście lat, a on piętnaście. Serce wtedy biło jej tak niewiarygodnie mocno, że bała się, czy 
nie umrze z miłości. Ale dlaczego stało się z nią coś podobnego teraz, gdy Connor Munroe 
dotknął jej i przybliżył do niej swą twarz? To było świętokradztwo. I skąd te dziwne dreszcze, 
ten  przypływ  pożądania?  Przecież  wszystko  to  miało  być  martwe  i  pogrzebane  na  zawsze. 
Przerażające! A wstyd tym większy, że do życia przywołał to na powrót obcy. Mężczyzna, o 
którym prawie nic nie wie i z którym nic ją nie łączy.  

Odstawiła na miejsce fotografię. Dlaczego on ją w ogóle dotknął? Może nie przepuszcza 

żadnej okazji i mając do czynienia z prostoduszną dziewczyną z prowincji chciał sprawdzić, 
jak  daleko  może  się  posunąć?  Tak  bardzo  przystojny  mężczyzna  przywykł  zapewne  do 

background image

częstych  i  łatwych  podbojów.  Poza  tym  wystroiła  się  niepotrzebnie  i  mogło  to  stworzyć 
wrażenie, że go prowokuje. To przynajmniej już więcej się nie powtórzy.  

Miała żal do siebie, że w ten sposób na niego zareagowała, ale jeszcze bardziej złościło 

ją, że zachowała się głupio i dziecinnie. No bo po co stamtąd uciekła? Mógł sobie pomyśleć, 
że  panicznie  boi  się  mężczyzn  i  zwykły  dotyk  doprowadza  ją  do  histerii.  Zamiast  umykać, 
należało  –  mądrze  i  chłodno  –  powiedzieć  coś  takiego,  co  uraziłoby  jego  dumę  własną.  I  z 
godnością się oddalić.  

Niestety, stało się inaczej. Ale to się już nie powtórzy. I Nie da mu więcej okazji. Zdjęła 

sukienkę  i  powiesiła  r  ją  na  ramiączku.  Zrzuciła  z  nóg  szpilki,  ściągnęła  i  rajstopy  i  halkę. 
Wynalazła w komodzie najstarsze f workowate bermudy i równie starą, za obszerną koszulkę 
z napisem „Damskie Towarzystwo Cyklistek , Terrorystek”. Włożyła to na siebie, a kolekcję 
uzupełniła  pasującymi  do  całości  rozdeptanymi  adidasami.  Usunęła  z  ust  wszelkie  ślady 
szminki, po czym stanęła przed wiszącym na drzwiach szafy lustrem i przyglądała  się sobie 
przez chwilę. Ostatni raz używała tego stroju przy okazji kopania robaków na ryby.  

–  W  porządku  –  mruknęła  pod  nosem.  –  Jeśli  przyjdzie  mu  do  głowy,  że  jest  to  ubiór 

uwodzicielki, to znaczy, że jest nienormalny.  

Zeszła na dół do kuchni, gdzie natychmiast speszyła się na widok Connora, który siedział 

przy  stole  i  i  najwyraźniej  czuł  się  jak  u  siebie  w  domu.  Pił  kawę  w  towarzystwie  Earline, 
która częstowała go świeżo ! upieczonymi ciasteczkami. Giną udała, że go nie widzi.  

– Gdzie idziesz w tym ubraniu? – spytała ciotka.  
–  Wychodzę  –  rzuciła  przez  ramię  idąc  ku  drzwiom.  –  Będę  czyścić  toalety  w  domu 

parafialnym.  

– Przecież to robota dozorcy, Snicky’ego Alonzo – protestowała Earline.  
–  Snicky  ledwo  widzi  –  odparła  Giną.  –  Nie  czekaj  na  mnie  z  kolacją.  Zjem  coś  na 

mieście. – Dość głośno zamknęła za sobą drzwi.  

Idąc przez trawnik usłyszała, jak Earline woła do niej z ganku: 
– Gino! Nie wracaj późno. Obiecałam panu Munroe, że pokażesz mu miasto i opowiesz o 

swojej firmie.  

–  Zrobisz  to  za  mnie  – odpowiedziała,  nie  uważając  za  stosowne  się  odwrócić.  –  Mam 

cały wieczór zajęty. Wiesz, że chodzi o festyn.  

No  właśnie,  pomyślała  z  zadowoleniem.  Niech  wie,  że  wolę  czyścić  latryny  niż  z  nim 

flirtować.  

Na  miejscu  dowiedziała  się,  że  ojciec  Lindy  Marchesi,  Ralph,  zdążył  ją  już  uprzedzić. 

Toalety  lśniły  jak  lustra.  Rzeczywiście  to  wstyd,  Snicky  niedowidzi  i  tyle  przeoczył,  ale 
biednemu staruszkowi zależy, żeby doczekać na tej posadzie do emerytury – powiedział jej 
Ralph.  A  on  sam  i  paru  innych  nie  mają  nic  przeciwko  temu,  żeby  czasem  coś  za  niego 
zrobić. Tylko nie należy mu o tym mówić, bo to ambitny człowiek i byłoby mu przykro.  

Giną uśmiechnęła się. Dlatego właśnie kochała Allegro. Nawet taki biedny stary człowiek 

jak Snicky mógł tutaj liczyć na życzliwość sąsiadów.  

–  Jeśli  szukasz  jakiegoś  zajęcia,  to  zajmij  się  pieleniem  kwiatów  przed  kościołem  – 

powiedział  uśmiechając  się  szeroko  Ralph.  –  Snicky  starał  się  to  zrobić  wczoraj,  ale  sama 

background image

rozumiesz...  

Zapadał już zmierzch, a ona nadal przykucnięta na klombie wyrywała uschnięte kwiaty i 

rosnące między nimi chwasty – to wszystko, co przeoczył Snicky. Metaliczna woń aksamitek 
mieszała  się  ze  słodkim  zapachem  petunii.  Od  wschodu  przyszedł  chłodny,  wieczorny 
powiew. Drozd śpiewał gdzieś pod okapem kościelnej wieży, a Gina – zajęta i zadowolona – 
przestała zaprzątać sobie głowę Connorem Munroe. Usłyszała stłumiony przez trawę odgłos 
kroków. Pomyślała, że to Ralph, i obejrzała się. Uśmiech zniknął z jej twarzy. Tuż za nią stała 
wysoka na tle ciemniejącego nieba postać Connora.  

– Hej! – przywitał ją tonem tak beztroskim, jakby nic między nimi nie zaszło. – To tak 

wygląda to czyszczenie latryn? Na szczęście ten facet z parafii powiedział, że tu panią znajdę.  

– Ralph? – spytała chłodno.  
Skinął głową i mimo gęstniejącego mroku dostrzegła, że się uśmiecha. Spuściła głowę i 

dalej wyrywała chwasty.  

–  Ciotka  się  zamartwia,  że  jest  pani  głodna.  Proszę,  oto  koszyk  z  kolacją.  Niosąc  go, 

czułem się jak Czerwony Kapturek.  

Ukląkł  obok  na  klombie  i  położył  przed  nią  kwadratowy  koszyk,  który  Earline  zawsze 

zabierała  na  pikniki.  Zerknęła  na  niego  ukradkiem.  Znowu  się  uśmiecha,  ten  świntuch, 
pomyślała. Najwyraźniej wie, że znowu pokrzyżował jej plany. Usiadł teraz naprzeciw niej, 
po  drugiej  stronie  koszyka,  podniósł  łodyżkę  dzikiego  sorga  i  przygryzał  ją  w  zamyśleniu. 
Patrzył w niebo i przyglądał się blednącym w zmierzchu kolorom chmur.  

– No właśnie. – Zrobił pauzę i pokiwał głową. – Złe porównanie. Kojarzę się pani raczej 

z inną postacią z tej samej bajki. Z wilkiem. Wie pani dlaczego? 

Odetchnęła głęboko i odgarnęła spadające na oczy włosy.  
– Nie mam pojęcia, o czym pan mówi.  
– Kłamczucha – powiedział łagodnie.  
– Co? – żachnęła się, rzucając mu niechętne spojrzenie.  
– Kłamczucha – powtórzył  tym  samym  przyjaznym, żartobliwym  tonem. – Chodzi  o tę 

szafę. Przepraszam, że wtedy pani dotknąłem. Nie wiedziałem, że jest pani taka... wrażliwa.  

– Nic się nie stało – odpowiedziała i zajęła się dalej pieleniem. – Czasami mam napady 

klaustrofobii.  

– Nieprawda. – Jego głos nagle zabrzmiał poważnie. – Proszę przyjąć moje przeprosiny. 

Są bardzo szczere.  

– Oczywiście. – Wzruszyła ramionami. – Czy to wszystko? 
– Dlaczego pani na mnie nie patrzy? Ciągle obrażona? 
– Nie mogę jednocześnie pleć i patrzeć panu w oczy.  
– Przecież już nic nie widać. Może byśmy usiedli na schodach przed kościołem? Powinna 

pani coś zjeść. Ciotka mówiła, że od rana nie miała pani nic w ustach.  

Giną przesunęła koszyk bliżej siebie.  
–  Dziękuję  –  powiedziała  z  twarzą  obojętną  jak  maska  gipsowa.  –  Mogę  zjeść  sama. 

Niepotrzebni mi są widzowie.  

–  Niestety.  Obiecałem  Earline,  że  panią  przypilnuję.  No  proszę!  Już  mówi  jej  „ty”, 

background image

pomyślała niechętnie.  

Szybko się pan poczuł jak u siebie w domu, panie Munroe.  
Wstała  i  po  chwili  sięgnęła  po  koszyk.  Gdy  wyprostowała  się  ponownie,  on  także 

podniósł się z ziemi. Mimo swego wzrostu zrobił to szybko i miękko jak kot.  

–  Niech  pani  posłucha  –  powiedział,  nachylając  się  tak,  by  patrzyła  w  jego  oczy.  – 

Przyjechałem  tu  prosto  z  Kalifornii.  Nie  mogę  sobie  pozwolić  na  to,  by  się  pani  na  mnie 
złościła.  Również  finansowo.  Nie  opowie  mi  pani  nic?  O  swej  rodzinie,  o  festynie,  o 
przyprawach?  O  sobie  samej?  –  Zrobił  pauzę  i  nie  doczekawszy  się  odpowiedzi,  stwierdził 

zrezygnowanym tonem: – Jeśli nie, to nie pozostaje mi nic innego, tylko wycofać od Earline 
te siedemset dolarów i ruszać z powrotem.  

Szantaż zrobił swoje. Nie mogę pozwolić, żeby przeze mnie Earline straciła te pieniądze, 

pomyślała. A on naprawdę może wyjechać. Zbuntowana i zrezygnowana zarazem, pozwoliła 
zaprowadzić  się  pod  kościół.  Usiadła  na  betonowym  schodku  i  postawiła  koszyk  tak,  aby 
Connor  nie  mógł  usiąść  obok.  Wydawało  się,  że  nie  zauważył  tego  nieprzyjaznego  gestu  i 
mimo wszystko udało mu się usadowić na tyle blisko, że gdy schylił się, by otworzyć koszyk, 
jego szeroki bark musnął jej ramię. Mimo że wieczór był ciepły,  wzdrygnęła się i odsunęła 
nieco. Na to również nie zwrócił uwagi.  

–  Zobaczmy,  co  tu  mamy  –  powiedział,  grzebiąc  w  koszyku.  Zachowywał  się  tak 

naturalnie i przyjaźnie, że trudno było mu nie ufać. – O proszę, mleko w termosie i kanapka z 
szynką.  Na  chlebie  domowego  wypieku.  Założę  się,  że  szynka  jeszcze  ciepła.  Wspaniała 
kucharka ta pani ciotka. I trochę pieczonej fasoli, sałatka z kapusty i ciasteczka na deser.  

Giną niechętnie spojrzała na kanapkę. Odczuwała jakieś dziwne sensacje w żołądku, ale 

był to raczej niepokój niż apetyt.  

– Zjem tylko ciasteczka. Nie jestem głodna.  
– Trudno. Pani strata. Sam będę musiał zjeść kanapkę, żeby Earline nie było przykro. – 

Ugryzł potężny kęs. – Pycha! Ta kobieta to geniusz. A te jej ciasteczka! Ciekawe, czy pani 
spaghetti jest równie smaczne.  

Wiedziała, że Earline piecze wspaniałe ciasteczka, ale te wydały jej się tak pozbawione 

smaku jak trociny. Niepokojąca bliskość Connora absorbowała całą jej świadomość. Emocje 
mówiły jej, że może mu zaufać, rozsądek – że nie wolno jej tego robić. Musisz być ostrożna, 
myślała. Zachowuj dystans.  

–  To  nie  spaghetti,  tylko  przyprawy  do  sosu  –  powiedziała.  –  I  nie  moje,  tylko  mojej 

praprababki. To ona wymyśliła tę recepturę.  

– A pani utrzymuje ją w tajemnicy, prawda? – spytał.  
– Tak.  
– A dlaczego to jest taką tajemnicą? Skończyła jeść, otrzepała palce z okruszków i objęła 

rękami kolana. Patrzyła na wschodzący księżyc.  

– Jest tajemnicą, bo zawsze było tajemnicą. To tradycja rodzinna.  
– Rozumiem. Może troszkę fasoli? Albo kapustki? 
–  Dziękuję.  I  wątpię,  czy  pan  cokolwiek  rozumie.  Westchną)  i  wyjął  z  koszyka 

przygotowany przez Earline widelec.  

background image

– Będę musiał  zjeść resztę. Nie chcę sprawić przykrości  Earline. To wspaniała kobieta. 

Mówi pani, że nic nie rozumiem. A więc proszę pomóc mi zrozumieć.  

– Ten przepis to była jedyna rzecz, jaką moja praprababka przywiozła ze starego kraju. 

To był...  

–  Giną  szukała  właściwego  słowa  –  ...  cały  jej  majątek.  Coś,  dzięki  czemu  była 

niezależna. Czasy były ciężkie. I jeśli potrzebowała jakiegoś ekstra drobiazgu, to mogła sobie 
go sprawić sprzedając trochę przypraw. – Poczuła na sobie jego wzrok i zrobiło jej się sucho 
w ustach. Zwilżyła językiem wargi i mówiła dalej: 

– Miała czterech synów i córkę. Chciała pozostawić córce coś... co uczyniłoby jej życie 

choć trochę lżejszym. Potem moja prababka przekazała ten przepis ojcu, a ojciec przekazał go 
mnie.  

Connor  odchylił  się  do  tyłu  i  oparł  o  schodki,  wyciągając  przed  siebie  długie  nogi. 

Zamiast  patrzeć  na  niego,  wolała  przyglądać  się  gwiazdom,  które  właśnie  pojawiły  się  na 
niebie.  

– No i co... – zachęcał ją, by mówiła dalej.  
–  No  i  zawsze  nas  cieszyło,  że  możemy  się  tym  dzielić  w  czasie  festynu.  To  taki  dar, 

który tylko my możemy ofiarować miastu. Kiedyś mieliśmy ziemię, ale teraz zostało tylko to 
poletko  do  uprawy  roślin  na  przyprawy.  To  nasze  dziedzictwo.  A  poza  tym,  ilekroć 
potrzebujemy jakiegoś drobiazgu, no to właśnie... są na to pieniądze ze sprzedaży przypraw.  

– A jakiś konkretny przykład? 
Nie przestając przyglądać się gwiazdom, uśmiechnęła się.  
– Prezenty gwiazdkowe. Z tych pieniędzy babcia zawsze kupowała nam prezenty. A gdy 

obchodzili  z  dziadkiem  czterdziestą  rocznicę  ślubu,  opłaciła  dla  nich  obojga  wycieczkę  do 
Hot Spring. Nikt z nas nie wiedział, jak długo na to oszczędzała. Może przez całe czterdzieści 

lat.  

– A pani ojciec? – Jego głos brzmiał poważnie.  
– Kiedy byłam mała, matka zaczęła chorować. Dlatego zamieszkała z nami Earline. Były 

duże  wydatki.  Ojciec  dopracował  się  stanowiska  brygadzisty  w  przetwórni  pomidorów,  ale 
potem ją zamknęli.  

Pieniądze  z  przypraw  pomogły  nam  przeżyć,  dopóki  nie  dostał  pracy  w  Milledgeville. 

Tutaj nie można było znaleźć żadnego zatrudnienia.  

– A pani? – spytał jeszcze ciszej i poważniej niż przedtem.  
Ma  taki  niepokojący  głos,  pomyślała,  wytrącona  z  równowagi.  Jego  niski  baryton  i 

akcent,  którego  nie  potrafiła  zlokalizować,  wywoływał  w  niej  chwilami  jakieś  wewnętrzne 
drżenie. Właśnie teraz je wyraźnie odczuła.  

–  Ja?  No  cóż,  te  pieniądze  pomogły  mi  otworzyć  sklep.  I  przydają  się  w  nagłych 

wypadkach. Na przykład w zeszłym roku rozleciał się telewizor, a Earline nie potrafi się obyć 

bez swoich seriali.  

Nie  odezwał  się  ani  słowem.  Siedzieli  w  milczeniu  i  przysłuchiwali  się  świerszczom. 

Gdzieś daleko rozległ się samotny krzyk lelka. Na tle księżyca przemknął cień nietoperza. Po 
chwili drugi. Giną nieoczekiwanie zaczęła się śmiać.  

background image

– Co panią rozśmieszyło? – spytał zdumiony. – Nietoperze? 
– Aha. Ksiądz Haney i Snicky robili wszystko, żeby się ich pozbyć. Bałam się, że w tym 

roku  im  się  wreszcie  udało.  Ale  nie.  Ciągle  mamy  te  nasze  gacki  na  dzwonnicy.  Bardzo  je 
lubię.  

Uświadomiła  sobie,  że  Connor  przygląda  jej  się  z  tą  samą  mieszaniną  natarczywości  i 

kpiny,  która  od  pierwszego  momentu  ich  spotkania  tak  ją  niepokoiła.  Jego  błękitne  oczy  w 
świetle księżyca wydawały się prawie srebrne. Ich oczy spotkały się i uśmiech Giny zniknął 
natychmiast. Poczuła gwałtowne bicie serca.  

– Ślicznie się pani uśmiecha – powiedział tonem bez wyrazu, jakby konstatując fakt.  
Zmusiła  się,  by  na  niego  nie  patrzeć.  Szukała  oczami  nietoperzy,  ale  widać  było  tylko 

migoczące na niebie gwiazdy.  

–  Pani  ciotka,  a  raczej  cioteczna  babcia  –  sprostował  –  naprawdę  martwi  się  o  panią. 

Chce, żeby była pani szczęśliwa.  

– Jestem szczęśliwa. – To wyznanie nie było skierowane do żadnej konkretnej gwiazdy.  
– Ciotka opowiedziała mi o pani narzeczonym.  
–  Zawiesił  na  chwilę  głos.  –  Przykro  mi  bardzo.  Zesztywniała,  niezdolna  powiedzieć 

czegokolwiek.  

Głęboko, aż do bólu, wciągnęła powietrze.  
–  Nie  chcę  o  tym  mówić.  To  było  dawno  temu.  Opuściła  głowę  i  starała  się  zająć 

pakowaniem koszyka. Chciał jej pomóc i ich dłonie spotkały się przypadkowo. Cofnęła rękę 
tak  gwałtownie,  jakby  coś  ją  ukąsiło.  Przyglądał  się  jej  badawczo,  z  twarzą  prawie 
nieruchomą w świetle księżyca.  

– Tym razem to było niechcący. Proszę się nie denerwować.  
Emocje, które Giną próbowała stłumić od momentu gdy pierwszy raz zobaczyła Connora, 

tym  razem  groziły wybuchem. Czuła, że się za chwilę rozpłacze. Mógł  ją od tego uchronić 
tylko gniew.  

– Earline jest najbliższą dla mnie osobą, ale naprawdę nie powinna opowiadać każdemu o 

naszym... o moim prywatnym życiu.  

– Cóż w tym złego? Zdążyliśmy się ze sobą zaprzyjaźnić.  
–  Zaprzyjaźnić?  –  powiedziała  agresywnie.  –  Nie  można  się  zaprzyjaźnić  ot  tak!  – 

Pstryknęła Connorowi palcami tuż przed nosem.  

–  Gino  –  po  raz  pierwszy  powiedział  jej  po  imieniu,  a  jego  głos  miał  niebezpiecznie 

niskie brzmienie – ludzie zakochują się w sobie właśnie tak. – Dokładnie powtórzył jej gest. – 
Jeśli  istnieje  miłość  od  pierwszego  wejrzenia,  to  dlaczego  nie  można  się  od  pierwszego 
wejrzenia polubić? 

– Bo nic prawdziwego tak szybko się nie zdarza – odparła. – Takie rzeczy jak... przyjaźń 

wymagają czasu. Jeżeli są prawdziwe. I jeżeli mają trwać. – Zeszła ze stopni i zaczęła iść w 
stronę domu.  

– Poczekaj. Podwiozę cię. Mam tu obok samochód.  
– Stał nadal na najniższym schodku i patrzył za nią. Księżyc lśnił w jego włosach.  
– Nie. Wolę się przejść – rzuciła przez ramię.  

background image

– Gino! – zawołał tak ostro i natarczywie, że zatrzymała się i odwróciła.  
–  Poczekaj.  Musimy  jeszcze  porozmawiać.  Ja  też  mam  ci  coś  do  opowiedzenia.  Na 

przykład:  znam  M  ort  ona  Beekmana.  Może  cię  to  zainteresuje.  Zawrzemy  taki  układ: 
informacja za informację. Zgoda? 

Beekman?  On  zna  Beekmana?  Co  on  może  mieć  z  nim  wspólnego?  –  myślała 

oszołomiona  i  kompletnie  zaskoczona.  Nazwisko  tego  człowieka  podziałało  na  nią  jak 
zaklęcie. Stanęła jak wryta, niezdolna uczynić kroku. Bezradnie patrzyła, jak Connor schodzi 
ze schodka i zbliża się do niej.  

–  Nie  obawiaj  się,  Gino  –  powiedział,  stanąwszy  obok  niej.  –  Obiecałem,  że  cię  nie 

dotknę  i  dotrzymam  słowa.  Możesz  się  ze  mną  czuć  tak  bezpiecznie,  jakbyś  nałożyła  pas 
cnoty i połknęła klucz. Co zresztą... w pewnym sensie rzeczywiście zrobiłaś.  

Wykrzywił wargi, ale w jego uśmiechu nie było radości. Raczej gorzkie szyderstwo. Ale 

czy szydzi z niej, czy z siebie – tego nie była pewna.  

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Wszystko szło trudniej, niż przypuszczał. Intrygowało go to, a jednocześnie peszyło. W 

rezultacie  popełnił  kolejną  gafę:  pragnąc  za  wszelką  cenę  zainteresować  ją  i  wciągnąć  w 
rozmowę, wspomniał o Beekmanie. Nie powinien był tego robić. Teraz ten temat będzie stale 
powracał w ich rozmowach.  

– Skąd znasz Beekmana? – Już na wstępie domagała się wyjaśnień. – Rozumiesz chyba, 

że przyjaciele moich nieprzyjaciół są moimi wrogami.  

– Nie darzę go specjalną sympatią. Zresztą ze wzajemnością. Każdy, kto robi interesy w 

Kalifornii,  prędzej  czy  później  się  na  niego  natknie.  Słyszałem,  że  zależy  mu  na  zdobyciu 

twojego przepisu. Wszyscy zresztą o tym wiedzą. Od San Francisco do Monterey. Dlatego też 
zainteresowałem się tym festynem... i tobą.  

Mimo zapadających ciemności dostrzegł w jej pięknych oczach nie ukrywaną niechęć.  
– Wszystkie chwyty dozwolone, prawda? – spytała cierpko. – Najpierw groźba wycofania 

pieniędzy  od  Earline,  a  teraz  kuszenie  mnie  jakimiś  rewelacjami  na  temat  Beekmana.  Aby 
tylko zdobyć materiał do reportażu. Ciekawe, czy na tym polega etyka dziennikarska? 

Nie  przestał  się  uśmiechać,  ale  nie  był  pewien,  czy  zdoła  dłużej  zachować  pozory 

nonszalancji.  Wstyd  mu  było  za  tę  wzmiankę  o  pieniądzach,  był  na  siebie  zły  o  to,  że 
wspomniał  o  Beekmanie.  Wszystko  przez  to,  że  ta  kobieta  była  inna  niż  oczekiwał  i 
wywoływała  w  nim  jakieś  dziwne,  nieznane  emocje.  Starał  się  jednak  zachować  spokój. 
Pozornie rozluźniony i uśmiechnięty, wyszukiwał właściwych argumentów, mówił płynniej i 
swobodniej niż kiedykolwiek.  

Przyznał, że to, co wie o Beekmanie, to nie są być może rewelacje, ale pewne szczegóły, 

które  mogą  ją  zainteresować.  Natomiast  jego  obecna  profesja  czyni  z  niego  zawodowego 
zbieracza  informacji.  Ale  umowa  jest  umową.  Najpierw  ona  –  tak  jak  życzyła  sobie  tego 

Earline – pokaże mu miasto i opowie o tym, co go interesuje. A on wówczas zrewanżuje jej 
się tymi kilkoma informacjami na temat Beekmana.  

Przekonywał ją tak długo, aż wreszcie kiwnęła głową i zgodziła się z nim pojechać. Ale 

przyszło  to  tak  trudno,  że  zamiast  radości  odczuwał  raczej  niesmak.  Do  siebie  –  za  to,  że 
zniżył  się  do  tych  wszystkich  krętactw,  i  do  niej  –  że  marnuje  swój  cudowny  potencjał 
kobiecości inwestując uczucia w umarłego człowieka i umierające miasteczko.  

Musisz  ją  jakoś  zauroczyć,  myślał.  Ale  Giną  Calvino  zdawała  się  być  nieczuła  na  jego 

urok.  Postanowił  być  cierpliwy,  ale  gdzieś  głęboko,  pod  fasadą  uśmiechu,  narastał  w  nim 

niepokój.  

 
Jak  on  mnie  do  tego  zdołał  namówić,  zastanawiała  się  Giną,  sadowiąc  się  na  siedzeniu 

pasażera, podczas gdy Connor okrążał wóz, by zająć miejsce za kierownicą.  

Dotyk  skórzanej  tapicerki  nieoczekiwanie  przypomniał  jej,  jak  bardzo  Loren  marzył  o 

posiadaniu  sportowego  wozu.  W  okresie  ich  narzeczeństwa  jeździł  starą,  rozklekotaną 
furgonetką.  Próbowała  go  sobie  wyobrazić  za  kierownicą  MG,  z  opuszczonym  dachem,  w 

background image

świetle księżyca posrebrzającego zgrabne linie karoserii. Ale nie udało jej się przywołać tego 
obrazu, co wywołało w niej smutek i niechęć.  

–  A  więc  pokaż  mi  Allegro  w  świetle  księżyca  –  odezwał  się  Connor,  siadając  za 

kierownicą.  

Giną,  smutna  i  zamyślona,  patrzyła  jeszcze  przez  chwilę  przed  siebie.  Ze  wzgórza,  na 

którym  stał  kościół,  widać  było  wszystkie  światła  leżącego  niżej  miasteczka.  Opustoszałe 
ulice, ani jednego samochodu.  

– To jest Allegro – powiedziała apatycznie. Uniosła głowę do góry. – A to  jest światło 

księżyca.  

Spokojnie skinął głową, wrzucił wsteczny bieg i wycofał wóz z parkingu. Wokoło było 

ciemno i tylko podświetlone od wewnątrz kościoła witraże świeciły wśród nocy jak mozaika 
drogich kamieni.  

– Ładny kościół – zagadnął Connor. – Wygląda na stary.  
– Owszem.  
– Kiedy zbudowany? Może choć tyle się od ciebie dowiem.  
–  Dziewięćdziesiąt  osiem  lat  temu.  Właśnie  na  dwóch  pierwszych  festynach  zebrano 

pieniądze  na  jego  budowę.  I  teraz  też  część  pieniędzy  przeznacza  się  na  kościół.  To  nasza 
tradycja.  

– Słusznie. A na co jeszcze idą pieniądze z tego sławnego festynu? Chyba nie na życie 

nocne, bo go tu nie ma.  

Wiatr  rozwiewał  Ginie  włosy  i  nagle  zdała  sobie  sprawę,  że  po  raz  pierwszy  w  życiu 

jedzie kabrioletem. W chwilę później, na najbliższym rozjeździe, Connor – zamiast jechać w 

kierunku centrum – skręcił na południe w kierunku ciemnych pól.  

– Pomyliłeś drogę – spojrzała na niego niespokojnie.  
Nadal  jechał  przed  siebie.  Zagłębiali  się  w  aksamitną  ciemność,  zostawiając  za  sobą 

oddalające się światła miasta.  

– Interesuje mnie tu jeszcze jedna rzecz. Po drodze widziałem taki opuszczony budynek.  
– Fabryka przetworów pomidorowych? – spytała z niedowierzaniem w głosie. – Chcesz 

po nocy oglądać pustą przetwórnię? Od lat jest nieczynna.  

– To była perła tutejszego przemysłu, prawda? Giną podparła pięścią brodę i patrzyła na 

zalane  księżycowym  światłem  pola.  Nie  chciała  oglądać  teraz  tej  przetwórni,  pustej  i 

zdewastowanej.  Pamiętała,  jak  w  szczycie  sezonu  wrzała  tam  praca,  ludzie  zostawali  po 

godzinach, a przy pewnych kierunkach wiatru płynący stamtąd ostry zapach czuło się nawet u 

nich  w  domu.  Latem  przywoziła  tam  ojcu  drugie  śniadanie,  które  Earline  pakowała  do  tego 
samego  białego  koszyka.  Siadywali  w  cieniu  na  łące  za  fabryką.  Był  tam  staw,  i  gdy  jedli, 
mogli przyglądać się, jak do wody przylatywały kosy i czaple.  

Connor  wyrwał  ją  z  zadumy  powtarzając  pytanie.  Nie  patrząc  w  jego  stronę, 

odpowiedziała, że owszem – kiedyś była to perła tutejszego przemysłu.  

Minęli ostatni zakręt. Przed nimi ukazał się zarośnięty chwastami budynek. Przypominała 

sobie, jak pięknie lśniły metalowe ściany hali fabrycznej wtedy, gdy jako dziecko patrzyła na 

nie w noce takie jak ta. Było to dla niej magiczne miejsce: pełen technicznych czarów, lśniący 

background image

w  księżycowym  świetle  warsztat  czarnoksiężnika.  Teraz  nie  zostało  z  tego  nic.  Stary, 
zardzewiały budynek z zapadającym się dachem.  

Connor  zatrzymał  wóz  na  zarośniętym  przez  chwasty  podjeździe.  Wskazał  ręką 

przetwórnię i spytał belferskim tonem: 

– Opowiedz mi o tym. Co to kiedyś znaczyło dla miasta i co znaczy w chwili obecnej.  
Wzruszyła ramionami. Denerwował ją ten ton wiecznej kpiny.  
–  Oznaczało  pracę  dla  ludzi  i  oznacza  brak  pracy.  Mieszkają  tu  myszy,  pająki  i  łasice. 

Zapewne także wspomnienia. Wiele wspomnień krąży wokół tego miejsca.  

–  Uhm.  Wspomnienia  –  westchnął  i  rozprostował  ramię,  obejmując  z  tyłu  oparcie  jej 

siedzenia.  Znieruchomiała  na  moment,  ale  nawet  nie  musnął  jej  ramienia.  –  Opowiedz  mi 
któreś z nich.  

Odetchnęła głęboko, wdzięczna, że dotrzymał słowa i jej nie dotknął. Ale jednocześnie z 

koniuszków jej nerwów napłynęło sprzeczne doznanie – niemal żal, że tego nie zrobił. Także 
wspomnień  nie  udało  mu  się  spłoszyć.  Wręcz  przeciwnie:  posłuszne  jego  wezwaniu, 
wypełniły z powrotem pamięć i teraz – niespokojne – żądały, by się ich nie wyparła.  

–  Latem  przywoziłam  ojcu  na  rowerze  śniadania  i  jedliśmy  je  tam,  na  skraju  łąki  – 

wskazała ręką kępę klonów i wiązów. – Ojciec zawsze opowiadał jakąś historię. To było tak, 
jakby  każdy  człowiek  w  tej  fabryce  był  postacią  z  powieści,  i  ta  powieść  ciągnęła  się  i 
ciągnęła bez końca.  

–  Powieść-rzeka.  Powieść-przetwórnia  pomidorów.  Nikt  nie  wykupił  praw  do 

sfilmowania tego? – zakpił znowu.  

– Możesz się śmiać, ile chcesz. Ale naprawdę tu się działy różne historie. Smutne, wesołe 

i takie sobie zwykłe. – Mówiła z entuzjazmem, bez złości.  

Connor przyglądał się usianemu gwiazdami niebu.  
– Mój Boże, popatrz – powiedział miękko. – Widziałem  raz takie gwiazdy w Australii. 

Odwrócone do góry nogami. Niesamowite.  

Zamilkł na chwilę i dalej przyglądał się niebu.  
– No to opowiedz mi te przetwórniane historie. Jedną smutną, jedną wesołą i jedną taką 

sobie zwykłą.  

Ona również wpatrywała się w tonącą w powodzi gwiazd czaszę nieboskłonu. Z jakichś 

powodów pragnęła,  aby  Connor zrozumiał, na czym polega  wyjątkowość Allegro. Nie była 
tylko  pewna,  czy  starczy  jej  talentu,  by  wyrazić  to  słowami.  A  jeśli  nawet  –  to  czy  jest  on 
typem człowieka zdolnego to pojąć.  

Zaczęła więc opowiadać te historie. Pierwszą smutną: o tym, jak pies Kena Marchesi – 

jednego z robotników –  po śmierci  swego pana zamieszkał  na cmentarzu  i  przez lata ktoś  z 

przetwórni przynosił mu tam w czasie przerwy śniadaniowej jedzenie. A gdy znaleziono go w 
końcu  nieżywego,  Snicky  Alonzo  i  jej  ojciec,  w  tajemnicy  przed  księdzem  Haneyem, 
pogrzebali go zawiniętego w starą marynarkę w nogach grobu, a na pytanie, czy nie popełnili 
przypadkiem  grzechu,  ojciec  odpowiedział,  że  dowie  się  o  tym,  gdy  znajdzie  się  po  tamtej 

stronie.  

– Rozumiesz, jakie to jest miasto – zakończyła.  

background image

–  Tylko  tutaj  coś  takiego  mogło  się  wydarzyć.  Popatrzył  na  nią  i  przecząco  pokręcił 

głową.  

–  Rozumiem  tylko,  jakim  człowiekiem  był  twój  ojciec.  Ale  co  to  ma  wspólnego  z 

miastem? 

–  Właśnie,  że  ma.  To  miasto  stworzyło  go  takiego,  jakim  był.  A  on  współtworzył  to 

miasto. Nie widzisz, że to ma związek...  

–  Widzę,  że  masz  łzy  w  oczach.  I  to  tylko  dlatego,  że  jakiś  cholerny  pies  wącha  sobie 

stokrotki od spodu.  

–  Nie  mam  żadnych  łez...  –  wycedziła  przez  zęby  i  dopiero  w  tym  momencie 

uświadomiła sobie, że chyba naprawdę się rozpłacze.  

– Z radością bym ci je otarł – powiedział nachmurzony. – Ale nic z tego, bo nie wolno mi 

cię dotknąć. – Wyjął z tylnej kieszeni chusteczkę. – Proszę! Wytrzyj oczy. Wydmuchaj nos. I 
pamiętaj: żadnej więcej smutnej historii. Nienawidzę, jak kobiety płaczą.  

Skorzystała z dobrych rad i chusteczki. A potem opowiedziała następną historię. O tym, 

jak Gary Orsini, który także pracował w przetwórni, wreszcie doczekał się, że żona urodziła 
mu córeczkę. Przedtem jakoś latami nie mogli mieć dziecka, poród trwał długo – osiemnaście 
godzin  –  a  gdy  Gary  prosto  z  kliniki  przyjechał  do  pracy,  koledzy  na  jego  przywitanie 
rozwiesili wokół hali fabrycznej najdłuższą na świecie różową wstęgę. Kobiety z miasteczka 
pozszywały  ją  z  kawałków  prześcieradeł,  ufarbowały  i  ozdobiły  napisem:  „A  jednak 
dziewczynka”. Zdjęcia tego transparentu zamieściły nawet gazety w odległym Little Rock.  

Connor westchnął i uśmiechnął się ironicznie.  
– Wiesz, jaki masz wyraz twarzy, gdy mówisz o tym miasteczku? Wyglądasz, jakbyś była 

zakochana.  

– Bo jestem w nim zakochana. I zawsze będę.  
– Miejsce jest tylko miejscem – powiedział marszcząc brwi.  
– Ale to jest moje rodzinne miejsce. Mój dom. Jest chyba jakiś zakątek świata, który ty 

również tak nazywasz.  

– Nie – zasępił się jeszcze bardziej.  
–  Jak  to? Przecież  masz  gdzieś  swój  dom? W  Kalifornii,  prawda?  –  Czekała  chwilę  na 

odpowiedź. – No, przecież musiałeś się w jakimś miejscu wychować... – dodała zakłopotana.  

– Mój dom jest wszędzie.  I nigdzie –  odezwał  się wreszcie.  – A wychowywałem się w 

wielu miejscach. Ale nie jesteśmy tu po to, by mówić o mnie. Mówimy o Allegro. Obiecałaś 

mi  jeszcze  wesołą  historię.  Opowiedziała  mu  więc  o  młodym  robotniku,  który  nazywał  się 
Curtis Bates i słynął z tego, że w zasadzie nigdy się nie odzywał. Aż któregoś dnia do wielkiej 
kadzi wpadła sowa i zaczęła się topić w przecierze.  

1 wtedy. Curtis wskoczył do środka, zanurkował i uratował ptaka. Jej ojca przy tym nie 

było. Spotkał ociekającego czerwoną cieczą Curtisa po drodze do stawu, i gdy spytał go, co 
się stało, tamten odpowiedział: „sowa w ketchupie”. Potem ojciec wrócił do domu i poprosił, 
żeby zgadły, jaka niesamowita rzecz się dzisiaj wydarzyła. Earline odpowiedziała, że wiedzą 
już wszystko: sowa wpadła do kadzi. A ojciec na to, że nie zgadły: bardziej niezwykłe było 
to, że Curtis powiedział tego dnia najdłuższe zdanie w życiu.  

background image

Skończyła i śmiała się jeszcze przez chwilę z dowcipu ojca. Nagle spostrzegła, że Connor 

przygląda jej się bez cienia uśmiechu na twarzy. Zakłopotana odezwała się: 

– Wiesz, nie znałeś Curtisa. Dlatego mogło ci się to wszystko wydać po prostu głupie...  
–  Nie.  Ta  historia  najbardziej  mi  się  podobała  –  powiedział  cicho,  nie  odrywając 

spojrzenia od jej warg. – I to, jak się śmiejesz.  

Zawstydzona, odwróciła od niego oczy.  
– A co się z nimi wszystkimi stało? – spytał.  
– Wiem, że Snicky jest  dozorcą na plebanii, twój  ojciec umarł... ale co z resztą? Gdzie 

jest Gary Orsini, jego żona i córka, Curtis Bates? 

–  Nie  wiem  –  wyszeptała,  patrząc  na  opuszczoną  fabrykę.  –  Wszyscy  się  gdzieś 

rozjechali. Curtis do Oklahomy, miał pracować u brata na farmie. Gary dostał robotę w Hot 

Springs i zabrał tam Kathy i małą. Bardzo mi ich brak.  

– Tylko żeby znowu nie było łez – burknął. Spojrzała na niego. Twarz miał napiętą, jakby 

z  trudem  kontrolował  jakieś  emocje.  Wpatrywał  się  w  nią  tak  intensywnie,  że  serce 
zatrzepotało jej w piersi.  

– Opowiedz mi o Mortonie Beekmanie – powiedziała normalnym tonem.  
– Wolałbym ci opowiedzieć tysiąc innych rzeczy. Nie przepadam za nim.  
– Ja również.  
–  Bardzo  by  ci  się  nie  podobało  to,  co  ma  on  do  powiedzenia  o  twoim  ukochanym 

Allegro.  

– No tak. Wiem, o co ci chodzi. On twierdzi, że... że jesteśmy skazani na zagładę. A my 

sobie żyjemy jakby nigdy nic. I mamy się świetnie.  

– Gino – wymówił jej imię jakoś poważnie, z namysłem. Zmarszczył brwi. Popatrzył w 

górę,  ku  gwiazdom,  po  czym  zwrócił  twarz  ku  niej  i  jeszcze  bardziej  nachmurzony 
powiedział: – Beekman ma ragę.  

Zmroziło ją to. Patrzyła na niego skonsternowana.  
–  Widziałem  te  jego  dane  statystyczne  –  ciągnął  dalej,  jakby  z  wyrazem  niesmaku  na 

twarzy.  –  Prognozy.  I,  niestety,  on  ma  rację.  To  miasto  nie  pociągnie  dłużej  niż...  następne 
dziesięć lat.  

– To nieprawda.  
– Miasta są jak ludzie. Rodzą się, rosną, a potem... często niedołężnieją. I umierają.  
– Nie – powtórzyła z uporem. Bardzo jej się nie podobało to porównanie.  
– Niestety tak. I to właśnie się dzieje z tym miastem.  
Tę przetwórnię zamknięto sześć lat temu. I nikt jej na nowo nie otworzy.  
– Nie tylko przemysł się liczy. Liczą się ludzie.  
– No to się przyjrzyj tym twoim ludziom. Co oni robią? Pozamykali własne sklepy. Jak 

chcą  zrobić  zakupy,  wsiadają  w  samochód  i  jadą  dziesięć  kilometrów  do  Milledgeville.  A 
farmerzy?  Jak  długo  się  tu  jeszcze  utrzymają?  Spytaj  ich.  Jeden  po  drugim  zaczyna 
kombinować,  jak  by  tu  sprzedać  ziemię,  z  której  i  tak  nie  da  się  wyżyć.  A  handlarze 
nieruchomości tylko na to czekają. I mają rację, bo Allegro przetrwa tylko wtedy, jeśli stanie 
się przedmieściem Milledgeville. O ile będzie miało to szczęście.  

background image

– Nie. Nie – powtarzała. Próbowała odsunąć się, ale nie miała miejsca, a on nachylał się 

nad nią coraz bardziej. – A zresztą, co ciebie to obchodzi? Dlaczego się tym przejmujesz? – 
Próbowała  go  od  siebie  odepchnąć,  ale  jego  pierś  okazała  się  twarda  jak  ściana.  Cofnęła 
gwałtownie rękę, jakby sparzyło ją promieniujące od niego ciepło.  

–  Dlaczego  się  tym  przejmuję?  –  powiedział  z  jeszcze  bardziej  napiętą  twarzą.  –  Ze 

względu na ciebie. Choć pewnie mi nie uwierzysz.  

– Ze względu na mnie? – powtórzyła z niedowierzaniem. Oboje szybko oddychali.  
– Tak. Mówiłem ci, że znam Beekmana. On zazwyczaj potrafi zdobyć to, co chce. Bardzo 

mądrze, że  go przetrzymałaś i  zmusiłaś do podniesienia ceny, ale bardzo głupio byłoby tak 
grać  w  nieskończoność.  Wiem,  ile  zarabiasz  rocznie.  Ile  przynosi  sklep,  ile  sprzedaż 
przypraw. Jaką emeryturę ma Earline. To nie są imponujące sumy...  

– Skąd mogłeś...  
–  Poczekaj.  Wiem  nawet,  ile  twoja  biedna  ciotka  ma  przychodu  z  szycia  tych 

zwariowanych słoni i jaki jest stan twojego konta bankowego. Nie wierzysz? W porządku. Sto 
dwanaście dolarów i osiemnaście centów. Tyle zaoszczędziłaś przez całe życie, Gino.  

– Skąd tego wszystkiego się...  
–  Jeszcze  chwilę.  Żyjecie  obie  w  domu  za  dużym  i  za  starym.  Wkrótce  nie  będziecie 

mogły go utrzymać. Trzeba w nim naprawić i wymienić masę rzeczy. Podwójne okna, termę, 
piec centralnego ogrzewania. No i również, na litość boską, dach.  

Nie mogła się opanować i uderzyła go z całej siły pięścią w ramię.  
–  Przestań!  –  krzyczała.  –  Skąd  się  tego  wszystkiego  dowiedziałeś?  To  pogwałcenie 

mojej prywatności. – Uderzyła go ponownie, ale nawet jeśli poczuł ból, nie pokazał tego po 
sobie.  

– Wiem tyle, ile wie Beekman – ciągnął z ponurą determinacją. – To on nasłał na ciebie 

detektywa  z  Milledgeville.  Widziałem  dane  na  temat  Allegro  i  dane  na  temat  twojej  osoby. 

Dwie osobne teczki. I mówię ci, Beekman ma rację. Przykro mi, ale tak jest.  

– A więc on cię tu przysłał? – wycedziła, jakby w tym momencie przejrzawszy na oczy. – 

Okłamałeś nas. Nie masz nic wspólnego z miesięcznikiem. Przyjechałeś w jego sprawie.  

Na jego twarzy pojawił się wyraz niesmaku. Znowu za dużo jej powiedział. Mógł jeszcze 

próbować się z tego wykręcić.  Ale dość miał kłamstw. Przeklinał w duchu Beekmana za to, 
że wmanewrował go w tę całą historię.  

– Niezupełnie. Mam coś wspólnego z miesięcznikiem. Ale poza tym masz słuszność. To 

on mnie przysłał. Po to, żeby wyciągnąć od ciebie ten przepis.  

Nie zdziwił się,  gdy uderzyła  go otwartą dłonią  w twarz tak mocno,  aż zaklekotały mu 

zęby. Zniósł policzek spokojnie, bo wiedział, że na to zasłużył. Ale jego spokój i brak reakcji 
rozwścieczyły  ją  jeszcze  bardziej  i  uderzyła  go  ponownie.  I  to  również  go  nie  zaskoczyło. 
Zdziwiło  go  dopiero  to,  że  gdy  zamierzyła  się  po  raz  trzeci,  uchwycił  jej  przegub  i 
powiedział: 

– Wystarczy już. Teraz kolej na coś innego.  
I nie rozluźniając chwytu, nachylił się nad nią i pocałował tak, aż wszystkie gwiazdy nad 

Allegro i Australią zawirowały w jego głowie jak oszalałe.  

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Pewność siebie i żarliwość, z jaką Connor odnalazł jej usta, zaskoczyły ją i oszołomiły. 

Początkowo nie wierzyła wprost w realność tego, co się stało. Dotyk jego warg, gorących i 
spragnionych,  odebrała  jako  rodzaj  zmysłowej  halucynacji.  Z  radosną  zgodą  poddała  się 

pieszczocie.  Czuła,  że jego pocałunek wyrażał  nie tylko  gniew,  lecz także jakieś  silniejsze i 
bardziej  powikłane  uczucia.  Gniew  mieszał  się  również  z  jej  emocjami,  sprawiając,  że  jej 
wargi,  jakby  nie  w  pełni  pogodzone,  przybierały  pod  naciskiem  jego  warg  prawie  obronną 
pozycję.  Było  to  tak,  jakby  oboje  przekroczyli  punkt,  w  którym  można  się  porozumieć  za 
pomocą  słów.  Tylko  dotyk  mógł  wyrazić  intensywność  tego,  co  od  początku  między  nimi 
pulsowało.  

Ramię,  które  tak  mocno  obejmowało  jej  talię,  było  jednocześnie  czymś  chcianym  i  nie 

chcianym. Szorstki ucisk męskiego torsu na piersiach – czymś przykrym i zarazem rozkosznie 
błogim. Jak cudownie jest być znowu całowaną i obejmowaną, pomyślała rozchylając wargi. 
Być pożądaną i pożądać. Lata upłynęły od czasu, gdy była w ten sposób całowana – a może 
nigdy  jeszcze  tego  nie  zaznała.  W  krótkiej,  szczęśliwej  chwili  poczuła  się  jak  ktoś,  kto 
wędrował długo, zagubiony i samotny, i wreszcie odnalazł swój dom.  

Przypływ czułości i pożądania sprawił, że jej dłoń spoczęła na policzku Connora. Palce 

zanurzyły  się  w  gęstwinie  włosów.  Poddała  mu  się,  pragnąc  go  nagle  tak  gwałtownie,  że 
graniczyło to niemal z rozpaczą. Koniuszkami palców czuła gorącą grę mięśni pod szorstką 
bawełną  koszuli.  Ma  zupełnie  inne  ciało,  pomyślała,  przypominając  sobie  szczupłe,  gładkie 
ramiona Lorena.  

Nagle  przeszedł  ją  dreszcz.  Poczuła,  jak  płuca  wypełnia  jej  zimna,  dusząca  fala 

wywołująca ból w piersiach.  

Loren.  Przecież  to  był  naprawdę  jedyny  mężczyzna,  który  ją  obejmował,  całował  i 

pragnął. Aż do tej chwili. Aż do tej strasznej, upokarzającej chwili.  

Odwróciła  w  bok  głowę,  uwalniając  usta  od  ust  Connora  i  w  tym  samym  momencie 

odepchnęła go z całej siły rękami. Oderwał się od niej natychmiast. Oddychał ciężko i choć 
już jej nie dotykał, nadal jej się wydawało, że czuje tuż przy sobie bicie jego serca.  

Z twarzą odwróconą od niego patrzyła przed siebie na majaczący na tle gwiazd budynek 

opuszczonej przetwórni. Nigdy nie zobaczy już w niej warsztatu czarnoksiężnika. I nigdy nie 
będzie  mogła  myśleć  o  sobie  jak  o  wiernej  narzeczonej  Lorena.  Sprzeniewierzyła  się  mu  – 
lecz także sobie i swoim wyobrażeniom o miłości.  

Dlaczego  tak  postąpiła?  Czy  jest  po  prostu  pełną  hipokryzji,  spragnioną  seksu  starą 

panną,  gotową  rzucić  się  w  ramiona  każdego  mężczyzny?  Nawet  jeśli  jest  on  kłamcą, 
oszustem i wrogiem? 

– Odwieź mnie – powiedziała drżącym, znużonym głosem. – I natychmiast zabieraj swoje 

rzeczy i wynoś się z naszego domu.  

–  Obiecałem,  że  cię  nie  dotknę.  Przepraszam.  Nie  liczyłem  po  prostu,  że...  Cholera!  – 

Uderzył w coś pięścią, chyba w deskę rozdzielczą.  

Uniosła ramiona i zwróciła się sztywno w jego stronę.  

background image

– No i co? To nie pierwsze twoje kłamstwo. Straciłeś rachubę.  
Zmierzył ją wzrokiem i uśmiechnął się krzywo.  
– Ale przynajmniej sam siebie nie okłamuję.  
Wytarła  wierzchem  dłoni  usta,  jakby  chciała  wymazać  ślad  jego  pocałunku.  Ale  to  był 

daremny gest: wargi nadal ją paliły.  

Connor  włączył  silnik  i  zaczął  wycofywać  wóz  z  zarośniętego  chwastami  podjazdu. 

Przeczesała  palcami  włosy,  nadal  starając  się  zatrzeć  wszelkie  ślady  ich  zbliżenia.  Na 
podłodze leżała jego chusteczka. Nawet nie zamierzała jej dotknąć.  

– Mówiłem, że mi przykro – burknął Connor – ale zanim wyjadę, wysłuchaj lepiej tego, z 

czym przyjechałem. Chodzi o tę sprzedaż Beekmanowi.  

Brzmienie tego nazwiska rozwścieczyło ją jeszcze bardziej. Siedziała sztywno i nawet nie 

spojrzała na Connora.  

– Kiedy jest mowa o pieniądzach, to tylko głupi udaje, że nie słyszy.  
Nic nie pomogło. Udawała, że nie słyszy naprawdę. Podjazd był zniszczony i wyboisty, 

wóz  podskakiwał  i  trząsł,  ale  Giną  znosiła  to  ze  stoickim  spokojem,  nie  odzywając  się  ani 
słowem.  Connor  wyprowadził  wóz  na  szosę  i  dodał  gazu.  Trzęsienie  nie  ustało.  Silnik 
pracował cicho, ale spod podwozia dochodził rytmiczny, głuchy dźwięk.  

– Do jasnej cholery! – zaklął Connor, kierując samochód na pobocze. – Kapeć! Jeszcze 

tego brakowało.  

Zatrzymali  się.  Connor  wysiadł  z  wozu  i  trzasnął  drzwiami.  Po  chwili  i  ona  zrobiła  to 

samo.  Okrążyła  samochód  i  stanęła  naprzeciw  niego.  Przyglądał  się  kołu,  z  zagłębioną  w 
żwirze pobocza felgą. Z niedowierzaniem kręcił głową.  

– To zdaje się też zostało ukartowane – napadła na niego, wojowniczo krzyżując ręce na 

piersiach. – Po to, abym musiała wysłuchać twojej gadaniny. Nic z tego! Nie odzywaj się ani 
słowem. Zmień oponę i zawieź mnie do domu. A jeśli znowu spróbujesz mnie dotknąć, to... to 
pamiętaj, wezmę kamień i rozwalę ci łeb.  

Sięgnął przez drzwi, wyjął kluczyki i otworzył kufer.  
– Nie, tego w planie nie było. Oponę oczywiście zmienię, ale mówić będę to, co mi się 

podoba. I naturalnie wolałbym dostać kamieniem niż cię dotknąć. Z tego są same kłopoty.  

Wyciągnął z bagażnika jakiś dziwny przedmiot, wetknął go pod zderzak i zaczął kręcić 

korbką. Giną nigdy nie widziała takiego narzędzia i wzbudziło to jej podejrzliwość.  

– Co to takiego? – spytała.  
– Podnośnik – odparł, dalej kręcąc korbą.  
– Nigdy nie widziałam takiego podnośnika.  
– Świat jest wielki. Wielu rzeczy na nim nie widziałaś.  
Prychneła  gniewnie  i  gestem,  który  miał  dodać  jej  godności,  zaczęła  wygładzać 

pogniecioną koszulkę z napisem „Damskie Towarzystwo Cyklistek Terrorystek”. Śledził ją z 
ironicznym zainteresowaniem. Nie była pewna, czy przygląda się napisowi na koszulce, czy 

jej piersiom.  

– Bardzo stosowna koszulka. Zgadza się. Jesteś terrorystką. Chociaż napis „Kusicielka” 

też by pasował.  

background image

– Kusicielka? Ja jestem kusicielka? Przecież wyszłam z domu czyścić toalety tylko po to, 

żeby uciec od twojego towarzystwa. Ty egocentryczny pomyleńcze! 

– Tak, wyszłaś! – szydził. – Kręcąc swym zgrabnym tyłeczkiem i pokazując dwumilowe 

nogi.  I  bez  przerwy  powtarzając:  „nie  dotykaj  mnie,  nie  dotykaj”.  A  potem  rzucasz  się  na 
człowieka  z  pięściami,  tak  że  nie  ma  on  innego  wyjścia  i  musi  cię  dotknąć  we  własnej 
obronie.  

– Krętaczu! – sapnęła ze złością. – Przestań odwracać kota ogonem. Mówiłam ci: milcz i 

rób swoje.  

– Jak będę chciał, to będę nie tylko mówił, ale i śpiewał.  
I  rzeczywiście,  fałszując  nieco,  schrypniętym  barytonem  zaczął  śpiewać  piosenkę  z 

kabaretu  na  Broadwayu.  Zawarta  w  niej  była  insynuacja,  że  kobiety  mają  zwoje  w  mózgu 
pozwijane w niewłaściwą stronę.  

– Bydlę! – krzyknęła. – Idę na piechotę! 
A  on  śpiewał  dalej  refren,  wysławiający  płeć  męską  i  zalety  jej  przedstawicieli: 

uczciwość, prawość i szlachetność.  

Doprowadzona  do  furii,  odwróciła  się  i  postanowiła  na  odchodnym  kopnąć  w  zderzak 

samochodu. Trafiła w podnośnik.  

Za  plecami  usłyszała  zgrzyt  metalu  o  żwir  i  głuche  tąpnięcie.  Potem  nastąpiła  cisza. 

Satyryczna  piosenka  urwała  się  w  pół  nuty.  Obejrzała  się  i  zobaczyła,  jak  Connor 
nienaturalnie  zgięty  osuwa  się  na  kolano.  Drugą  nogę  miał  wyprostowaną:  przygnieciona 
stopa tkwiła pod samochodem. Przewrócił się na bok i leżał zwinięty obok wozu. Zaciśniętą 
pięścią uderzał w ziemię – nie wiedziała, czy z bólu, czy ze złości – i wydawał z siebie jakieś 
nieartykułowane dźwięki – chyba klął.  

Podbiegła i upadła przy nim na kolana. Miał zamknięte oczy, zaciśnięte w grymasie bólu 

szczęki i wszystkie mięśnie spazmatycznie napięte.  

–  Panie  Munroe!  –  odezwała  się  błagalnie,  obejmując  go  za  ramiona  w  przypływie 

bezgranicznego współczucia. – Connor! Przepraszam cię! Bardzo przepraszam.  

Skulił się, jakby próbował wyślizgnąć się z jej objęć.  
– Nie przepraszaj, tylko zdejmij ze mnie to cholerne żelastwo – wycedził przez zaciśnięte 

zęby.  

Zerwała  się  z  klęczek,  odnalazła  podnośnik  i  próbowała  uporać  się  z  nie  znanym  jej 

narzędziem. Wydawało jej się, że wieczność minęła, zanim zdołała go wetknąć we właściwe 
miejsce  i  odkryć,  w  którą  stronę  należy  obracać  korbą.  Rozpaczliwie  powoli,  centymetr  po 
centymetrze,  wóz  zaczął  się  podnosić.  Ręce  tak  jej  się  trzęsły,  że  bała  się,  by  ponownie  nie 
wywrócić podnośnika i nie przygnieść Connora jeszcze bardziej.  

Wreszcie  samochód  uniósł  się  na  tyle,  że  Connor  zdołał  uwolnić  stopę  spod  koła. 

Przetoczył  się  kawałek  dalej  i  znieruchomiał.  Oddychał  ciężko.  Leżał  zwinięty  w  kabłąk  i 
tylko zranioną nogę nadal trzymał wyprostowaną.  

Podbiegła  do  niego  ponownie,  uklękła,  po  czym  pochyliła  się  jeszcze  niżej.  Na  wpół 

leżąc, starała się podtrzymać jego głowę tak, aby twarzą nie dotykał kamieni. Jęknął lekko i 
skurczył się, jakby znowu chciał uniknąć jej dotyku. Przekręciła się i znalazła taką pozycję, w 

background image

której  musiał  trzymać  głowę  na  jej  kolanach  czy  raczej  udach.  Nadal  nie  otwierał  oczu. 
Dotknęła  jego  czoła  i  przerażona  spostrzegła,  że  jej  dłoń  jest  lepka  od  potu.  Kurczowo 
chwycił ją za łokieć i ścisnął. Wiedziała, że zrobił to nie ze złości, tylko z bólu. Gładziła mu 
czoło i mamrotała jakieś słowa pocieszenia.  

Nagle  wydał  z  siebie  łagodne  westchnienie,  napięta  twarz  rozpogodziła  się,  a  całe  ciało 

zwiotczało w jej ramionach. Ręka osunęła się z jej nadgarstka i martwo opadła na ziemię.  

O Boże! Zabiłam go, pomyślała w paroksyzmie strachu. Czy człowiek może umrzeć od 

tego, że samochód przygniótł mu stopę? Wiedziała, że skrzep może powędrować w górę – do 
płuc czy mózgu i stać się przyczyną śmierci. Może właśnie to się stało? Nagle przypomniała 
sobie,  że  Connor  lekko  utykał.  Przeraziło  ją  to  jeszcze  bardziej.  Może  miał  kiedyś  jakiś 
straszny wypadek? A ona w nierozumnym napadzie złości, spowodowała odnowienie się tego 
starego urazu. To naprawdę mógł być skrzep.  

–  Proszę  cię,  nie  umieraj  –  szeptała,  tuląc  go  do  siebie  jeszcze  mocniej.  –  Zrobię 

wszystko, tylko mi nie umrzyj.  

Niemal  rozpłakała  się  z  radości,  gdy  w  końcu  jego  rzęsy  zaczęły  się  poruszać.  Pełnym 

troski  gestem  odgarnęła  mu  z  czoła  włosy.  Prawie  niedostrzegalnie  zmarszczył  jedną  brew. 
Wstrzymała oddech. Z trudem wydał z siebie westchnienie bólu czy może rezygnacji.  

– Gino – odezwał się, nie otwierając oczu. – Czy chcesz mnie udusić? 
Natychmiast  zwolniła  chwyt,  ale  trzymała  go  nadal,  irracjonalnie  lękając  się,  że  jeśli 

wypuści go z ramion, dusza może wyślizgnąć się z jego ciała na zawsze, wznieść się w górę i 
zniknąć w tumanach gwiazd.  

–  Jak  się  czujesz?  –  spytała  drżącym  od  poczucia  winy  głosem.  –  Czy  bardzo  jesteś 

poraniony? 

– Parę razy w życiu czułem się lepiej – odpowiedział, marszcząc się jeszcze bardziej. – 

Mam do ciebie prośbę.  

–  Co  takiego?  –  Nachyliła  się  nad  nim  troskliwie,  z  trudem  powstrzymując  się,  by 

ponownie nie odgarnąć mu z czoła włosów.  

– Nigdy jeszcze nie prosiłem kobiety o coś tak ważnego.  
– No powiedz – szepnęła. Nie wiedziała, o co mu chodzi, ale bardzo chciała być dla niego 

dobra.  

Otworzył jedno oko i popatrzył na nią krzywo.  
–  Czy  mogłabyś  zostawić  mnie  w  spokoju  i  zmienić  to  cholerne  koło?  Masz  cudowne 

uda, ale nie mam zamiaru leżeć na nich przez całą noc.  

 
Nie bardzo potem pamiętała, jak udało jej się zmienić koło, wciągnąć go do samochodu i 

dowieźć  na  oddział  urazowy  szpitala  w  Milledgeville.  Nie  była  przyzwyczajona  do  ręcznej 
zmiany biegów i Connor klął bez przerwy – nie wiedziała, czy z bólu, czy ze złości na nią, 
jako  kierowcę.  Nie  pozwolił  jej  obejrzeć  zranionej  nogi,  a  gdy  dotarli  wreszcie  na  oddział, 
zaczął się ze wszystkimi awanturować. Protestował, gdy dwóch sanitariuszy zapakowało  go 
na  nosze,  nie  chciał,  by  weszła  z  nim  do  ambulatorium  i  zakrzyczał  ją,  gdy  powiedziała 
dyżurnemu lekarzowi, że jest osobą odpowiedzialną za jego obrażenia.  

background image

Pełniący  dyżur,  wyraźnie  zmęczony,  doktor  Fonsby  kazał  Connorowi  uspokoić  się. 

Rozciął  mu  but  i  odsłonił  stopę.  Mimo  że  był  doświadczonym  lekarzem,  wzdrygnął  się  na 
widok tego, co zobaczył. Giną omal nie zemdlała. Stopa Connora była spuchnięta i sina, ale 
nie to nią wstrząsnęło. Cała była pokryta szachownicą bladych i krwistoczerwonych blizn, tak 
jakby została pozszywana z kawałków – istna stopa Frankensteina.  

Usłyszała, jak doktor Fonsby mruknął: 
– O rany! Gdzieś się pan tak, na litość boską, urządził? 
– Wypadek na wodzie – wyjaśnił przez zęby Connor.  
– Niezły wypadek – cmoknął z podziwem Fonsby.  
– Owszem. W szpitalu nazywali mnie „Tańczący ze śrubami”. Oczywiście motorówek.  
– Boli to pana teraz? 
–  Jak  sto  choler!  –  wyznał  Connor  i  spostrzegłszy,  że  Giną  ponownie  wzdrygnęła  się  i 

odwróciła  oczy,  zwrócił  się  do  lekarza:  –  Zabierz  ją  pan  stąd!  Zzieleniała  i  za  chwilę 
zemdleje.  

– To chyba dobry pomysł – zgodził się z nim Fonsby.  
–  Głowa  do  góry!  Nie  zabiła  go  pani  –  powiedział  jej  po  kilku  nieskończenie  długich 

godzinach lekarz.  

Przez  cały  ten  czas  siedziała  w  poczekalni  w  pozie  winowajcy:  skulona  na  krześle,  ze 

spuszczoną głową i twarzą ukrytą w dłoniach. Zamrugała niezbyt przytomnie oczami.  

– Co takiego? 
– Nie zabiła go pani – powtórzył Fonsby. – A o co chodzi? Może chciała go pani jednak 

zabić? 

– Ależ skąd! Naprawdę nic mu nie będzie? 
– Jeśli będzie miał  szczęście.  I jeśli będzie stosował  się do zaleceń. –  Fonsby poprawił 

okulary  i  westchnął.  –  Tylko  zdaje  się,  że  to  jest  taki  typ,  który  nie  lubi  stosować  się  do 
zaleceń.  

– Oj, chyba bardzo nie lubi.  
– No tak – powiedział Fonsby, zmierzywszy ją wzrokiem. – Pani będzie musiała go do 

tego skłonić. Nie zgodził się zostać w szpitalu. Powiedział, że pani wraz z ciotką będziecie się 
nim opiekować.  

Giną rozwarła oczy ze zdumienia.  
– Jak to? Przecież on miał...  
Fonsby – zmęczony i zajęty – nie pozwolił jej skończyć.  
– A więc przekazuję go pod pani opiekę. Nie wolno mu obciążać stopy i ma jak najwięcej 

leżeć.  Za  kilka  dni  chcę  go  zobaczyć.  Rentgen  wykazał,  że  nie  ma  świeżego  złamania. 
Natomiast nastąpiła poważna traumatyzacja starych urazów i nie wolno mu ryzykować. Miał 
także zwichnięcie w stawie kolanowym, co jest nadzwyczaj bolesne, ale wszystko udało się 
nastawić.  Przez  pierwszą  dobę  proszę  mu  robić  okłady  z  lodu.  Potem,  jeśli  ból  będzie  się 
utrzymywał, należy przykładać termofor.  

Giną wpatrywała się w niego, jakby odjęło jej mowę.  
–  Miał  wyjątkowe  szczęście.  I  pani  również.  To  się  mogło  fatalnie  skończyć.  Nigdy  w 

background image

życiu nie widziałem takiej kolekcji blizn.  I teraz potrzebna mu jest naprawdę dobra opieka. 
Rozumiemy się? Proszę go teraz zabrać do domu – pożegnał ją Fonsby.  

Poczucie winy kazało jej przyjąć ten wyrok z pokorą. Popełniła ciężki grzech i ciężka też 

będzie  pokuta:  Connor  zostanie  u  nich  w  domu,  a  ona  będzie  musiała  usługiwać  mu  jak 
niewolnica.  

–  Zawieź  mnie  do  motelu  –  zadysponował,  gdy  tylko  zdążyła  uruchomić  silnik.  Nogę 

miał grubo obandażowaną, a na wąskim, tylnym siedzeniu leżały wypożyczone kule.  

– Nie mogę. Wymagasz opieki. A poza tym powiedziałeś, że masz zamiar zostać u nas.  
– Powiedziałem, bo inaczej łapiduchy nie wypuściłyby mnie ze szpitala. A teraz jedziemy 

do motelu.  

– Masz leżeć w łóżku z okładem z lodu.  
– Ciekawe! I ty masz być tym okładem z lodu? Giną skarciła go wzrokiem.  
– Przypominam ci, że to właśnie tego rodzaju gadanie sprawiło, że musieliśmy jechać na 

pogotowie.  

– No to co tym razem? Przywalisz mnie półciężarówką? 
Zrobiła  głęboki  wdech,  obiecując  sobie,  że  będzie  cierpliwa.  Przy  wylocie  z 

Milledgeville, gdy mijali hotel Holiday Inn, zacisnęła dłonie na kierownicy. Za kilka sekund 
zjedzie z autostrady na szosę prowadzącą do Allegro.  

– Zawracaj! Zostaw mnie w Holiday Inn! 
Wyprostowała plecy, wysunęła do przodu podbródek i skręciła na wiadukt. Connor zaklął 

paskudnie.  

– Słuchaj – zwróciła się do niego – jestem ci to po prostu dłużna. Wszystko stało się z 

mojej winy i muszę za to zapłacić. Chociaż jestem tym równie mało zachwycona, jak ty.  

– Uparłaś się, tak? 
– Tak. Uparłam się – powiedziała przygryzając wargę.  
– Rozumiem.  
Odchylił się w tył i jakby zrezygnowany przyglądał się niebu. Przez dłuższy czas nic nie 

mówił. Nocny wiatr targał mu włosy i po chwili zaczął kręcić głową z wyrazem rozbawienia 
na twarzy. Wreszcie parsknął śmiechem.  

– Nie jestem miłym pacjentem – powiedział, nadal gapiąc się w gwiazdy.  
– Wyobrażam to sobie.  
– Mogę ci życie zamienić w piekło – uprzedził uprzejmie.  
– Nie mam co do tego wątpliwości. – Ścisnęła mocniej kierownicę i widząc jego złośliwy 

uśmiech, dodała: – Dlaczego szczerzysz do mnie zęby, jak kot z . Alicji w krainie czarów”? 
Skończ z tym! 

– Ot, ironia losu! Chciałaś mnie wykopać z domu, a teraz wieziesz mnie do niego jak mój 

prywatny szofer. I będziesz musiała mnie obsługiwać! 

– Nie widzę w tym nic śmiesznego – stwierdziła ponuro Giną.  
–  A  ja  widzę!  Po  pierwsze,  będziesz  musiała  odstąpić  mi  swoją  sypialnię.  Nie  mogę 

przecież chodzić po schodach. Będę się wylegiwał w twoim łóżeczku. Jak ci się to podoba? 

– A co to ma za znaczenie? Łóżko jest łóżkiem.  

background image

–  Serce  niespokojnie  zakołatało  jej  w  piersiach.  Wjeżdżali  do  Allegro.  Sennie  świeciły 

uliczne latarnie. Miasteczko pogrążone było we śnie.  

– Tak? A jak w twoim łóżku będę mógł  powstrzymać się od lubieżnych  myśli? Z tobą 

oczywiście związanych.  

– Nie interesują mnie twoje myśli. Ani twoja osoba.  
– No i będziesz jeszcze musiała wysłuchać do końca, co mam do powiedzenia w związku 

z  ofertą  Beekmana.  Teraz  mam  cię  w  swoim  ręku.  Będę  mógł  dokonać  gwałtu  na  twoich 
uszach.  

– Beekman również nic mnie nie obchodzi. – Wzruszyła ramionami. Czuła, że zaschło jej 

w ustach.  

– Kopiąc ten podnośnik, myślałaś, że zamykasz kopniakiem drzwi. Sądziłaś, że wszystko 

jest skończone. Ale nie jest. Otworzyłaś kopniakiem drzwi.  

– Przestał się uśmiechać i wpatrując się w nią przenikliwie, zakończył: – Dopiero teraz 

się coś zaczyna, Gino. Dla ciebie i dla mnie. To dopiero początek.  

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

– Nie wiem, na kogo z was mam bardziej się gniewać – powiedziała, przerażona tym co 

się stało, Earline.  

Ale  Giną  wiedziała,  że  wszystko  skrupi  się  na  niej.  Connor,  obolały  i  bezradnie 

kuśtykający  o  kulach,  natychmiast  zaskarbił  sobie  sympatię  ciotki,  która  najwyraźniej 
uważała, że to jemu przede wszystkim stała się krzywda. Krzątała się zagniewana, pomagając 
przenieść rzeczy Connora do sypialni  Giny na parterze.  Potem asystowała przy robieniu  mu 
okładu  z  lodu  i  widok  jego  stopy  przeraził  ją  jeszcze  bardziej.  Wreszcie,  nadal  gniewnie 
pomrukując,  pomogła  Ginie  przenieść  się  do  zwolnionego  na  piętrze  pokoju  i  gdy  tylko 
zamknęły się za nimi drzwi, postanowiła przeprowadzić z siostrzenicą zasadniczą rozmowę.  

– No wiesz, Gino! To, że ktoś nie jest do końca uczciwy, to nie powód, żeby przygniatać 

go samochodem.  

– To był mały samochód, a kłamstwo wielkie – broniła się bez przekonania Giną.  
–  Kłamstwo  to  tylko  słowa.  To  nie  powód  do  rękoczynów,  po  których  trzeba  kogoś 

odwozić na pogotowie. Dobrze, żeś go nie zabiła! 

–  Ciociu!  –  błagała  Giną.  –  Przecież  on  nas  oszukał.  Podstępem  wślizgnął  się  do  tego 

domu. Proszę cię, nie trzymaj jego strony! 

Earline podparła się rękami pod boki.  
– Nie trzymam niczyjej strony. Oboje źle postąpiliście. Zawsze przed festynem wszyscy 

zaczynają bzikować, ale dotąd przynajmniej nie zdarzały się ciężkie uszkodzenia ciała. Boże, 
po co sprowadziliśmy to na siebie! Za jakie grzechy! A na dodatek Mary Orsini zachorowała 
na odrę i ja będę musiała przez cały tydzień nadzorować przyrządzanie sosu do spaghetti. Tak 
jakbym miała mało do roboty. Cztery słonie czekają, aż je ubiorę. Gołe jak świeci tureccy! I 
teraz jeszcze w domu mam inwalidę. I...  

– Nie denerwuj się, ciociu – próbowała ją uspokoić Giną. – Ja się będę nim zajmować. To 

moja wina, i dlatego...  

Earline pogroziła jej palcem i zniżyła głos do dramatycznego szeptu: 
– Obie musimy nad nim roztoczyć opiekę. I to najtroskliwszą, moja panno. Jakże inaczej 

możemy wymazać naszą ciężką przewinę? 

– Naszą? – zaprotestowała Giną. – Przecież to ja zrobiłam, a nie ty.  
–  Ale  ja  cię  wychowałam.  A  wiec  spada  to  i  na  moje  sumienie,  niechaj  Bóg  litościwy 

zechce mi to wybaczyć! – Earline przeżegnała się i złożyła dłonie jak do modlitwy. – A jeśli 
będą jakieś komplikacje? Jeśli nigdy nie będzie mógł chodzić? 

– Będzie mógł! – Giną położyła dłonie na ramionach Earline, starając się ją uspokoić. – 

Lekarz  w  zasadzie  zapewnił  mnie  o  tym.  Musimy  tylko  zadbać  o  to,  żeby  się  niczym  nie 
przejmował i odpoczywał.  

– A więc niechaj w tym domu odpoczywa jak król – Earline wypowiedziała to jak rotę 

ślubowania.  

–  Obiecaj  mi  to,  Gino.  Bez  względu  na  to,  co  was  poróżniło,  w  tym  domu  on  będzie 

background image

odpoczywał jak król. Wtedy niebo się nad nami zlituje.  

Giną  znała  swą  ciotkę  zbyt  dobrze,  by  w  tym  momencie  z  nią  się  spierać.  Westchnęła 

głęboko i wybąkała: 

–  Obiecuję.  W  tym  domu  będzie  traktowany  jak...  jak  król.  –  Pocałowała  ciotkę  w 

policzek i serdecznie pogładziła jej ramię. – Idź spać, Earline. Wszystko będzie dobrze.  

Ciotka odeszła, mrucząc pod nosem modlitwy, a Giną, skrajnie zmęczona, zgasiła światło 

i położyła się w ubraniu na łóżku. Nakazywała sobie nie myśleć więcej o Connorze, ale myśli 
–  i  to  takie,  o  jakich  wspominał  Connor  –  nie  dały  się  tak  łatwo  odpędzić.  Leżała  na  tym 
samym miejscu, na którym tak niedawno spoczywał ten ogromny, pewny siebie mężczyzna. 
A on teraz leżał w jej sypialni na dole, gwałcąc swą obecnością intymną prywatność jej łóżka. 
Dotknęła palcami warg. Ciągle jeszcze palił ją ślad pocałunku. To było bardzo nieprzyjemne, 
mówiła sobie, po prostu wstrętne. Powtarzała to tak długo, że niemal w to uwierzyła. Dopiero 
wtedy udało się jej usnąć.  

 

Connor przygotowany był na to, że będzie musiał zaangażować cały swój urok osobisty, 

aby  odzyskać  zaufanie  ciotki,  a  niezależnie  od  włożonego  w  to  wysiłku  i  tak  powodzenie 
zależeć będzie od tego, czy uśmiechnie się do niego szczęście. W rezultacie przyszło mu to 
łatwiej, niż przypuszczał.  

Earline  wstała  o  świcie  i  zaglądała  do  niego  co  chwilę,  pytając,  czy  czegoś  mu  nie 

potrzeba.  Przyniosła  świeży  lód  do  okładów,  a  zaraz  potem  tacę  ze  wspaniałą  ucztą 
śniadaniową.  Nie  zapomniała  także  o  tym,  by  w  wazoniku  znalazła  się  świeża  róża.  Na  jej 
płatkach perliły się jeszcze krople rosy.  

Connor poprosił, by zechciała usiąść przy łóżku. Przepraszał, jak umiał najlepiej, za to, że 

je  obie  oszukał.  Tłumaczył,  że  przybył  tu  częściowo  również  dla  dobra  Giny,  ponieważ 
wydaje  mu  się,  iż  niezupełnie  zdaje  sobie  ona  sprawę  z  tego,  o  jak  duże  pieniądze  chodzi. 
Earline  odpowiedziała  na  te  przeprosiny  jeszcze  bardziej  wylewnie.  Przyznała,  że  w  głębi 
duszy  sama  czasami  skłonna  jest  sądzić,  że  Giną  wyszłaby  lepiej,  gdyby  sprzedała  przepis 
Beekmanowi.  Connor  prawił  jej  komplementy,  podziwiał  otwartość  jej  umysłu  i  intuicję. 
Pytał  ją  o  Allegro,  o  festyn  i  –  oczywiście  –  o  Ginę.  Aż  nadto  chętnie  opowiedziała  mu 
wszystko,  co  chciał  wiedzieć.  Gdy  sięgnęła  po  tacę,  położył  na  jej  małej  rączce  swą  wielką 
dłoń i powiedział z uśmiechem: 

– Początek był zły. Ale teraz będzie prościej, bo nie ma już nic do ukrywania. Dziękuję 

ci, że zechciałaś mi wybaczyć. Jesteś uroczą kobietą, Earline. Obie jesteście urocze.  

Earline oblała się rumieńcem i szczebiocząc jak skowronek prawie pofrunęła na górę, aby 

obudzić Ginę.  

Connor oparł się o wymoszczone poduszki i uśmiechnął do siebie. Czuł się jak kot, który 

zjadł właśnie jednego kanarka, a teraz planuje, jak tu skosztować tego, który wydaje mu się 
jeszcze  smaczniejszym  kąskiem.  Jak  łatwo  podejść  te  kobiety!  Wystarczy  im  tylko  mówić 
prawdę. Niezwykle proste! 

Giną przecierała zaspane oczy, nie bardzo pamiętając, dlaczego obudziła się w gościnnym 

pokoju.  

background image

– Wstawaj! Weź prysznic. Zrób coś z włosami – terkotała Earline. – Pośpiesz się. Idę do 

parafii. On jest wprost wspaniały, po tym wszystkim, co przeszedł.  

Nie nakładaj tych wstrętnych spodni. Włóż sukienkę. Nie odstępuj go na krok. W każdej 

chwili może czegoś potrzebować. ' 

Gdy Giną wyszła z łazienki i usłyszała trzaśniecie drzwi na dole, przyjęła to z prawdziwą 

ulgą. Otworzyła radio. Tina Turner śpiewała przebój zaczynający się od słów: „Niepotrzebny 
nam następny bohater”.  

–  Zaiste,  niepotrzebny  –  pomyślała  i  w  buntowniczym  nastroju  zaczęła  się  ubierać. 

Kiedyś  lubiła  się  stroić  i  wyglądać  ładnie,  ale  robiła  to  dla  Lorena.  Teraz  nie  ma  powodu, 
żeby  robić  coś  podobnego.  Earline  może  sobie  zrzędzić  i  narzekać,  ale  ona  nie  będzie 
stosować się do wszystkich jej zaleceń. Ubrała się podobnie jak poprzedniego dnia, zamiast 
adidasów włożyła klapki, a wilgotne jeszcze włosy upięła z tyłu, pozwalając, aby ułożyły się 
same,  gdy  wyschną.  Zeszła  do  kuchni,  posmarowała  sobie  pół  kromki  chrupkiego  pieczywa 
dżemem,  nalała  szklankę  kawy  i  właśnie  miała  usiąść  przy  stole,  gdy  głęboki  męski  głos 
zaczął ją wzywać: 

– Gino, przyjdź tutaj ze swoją kawą! Nudzi mi się! Nudzi mu się! – pomyślała, wznosząc 

oczy ku niebu. Nie minęło pięć minut, odkąd Earline stąd wyszła, a jemu się nudzi! I co mam 
z nim robić cały dzień? Pokazywać teatr kukiełkowy i stepować przed nim? 

Zabrała swoje śniadanie i  zaczęła iść  w kierunku sypialni. Serce biło jej mocno i  czuła 

napięcie  mięśni.  Nonsens,  tłumaczyła  sobie.  To  w  końcu  zwykły  mężczyzna,  a  w  dodatku 
nawet niemiły. Bo jest, na przykład, krętaczem. A to tylko jedna z długiej listy jego przywar.  

Weszła bez słowa do sypialni i spojrzała na niego.  
Zachowała obojętny wyraz twarzy, ale emocje wymknęły jej się spod kontroli. Cokolwiek 

by o nim poprzednio myślała, jedno było pewne: siedzący naprzeciw niej, oparty o wiklinowe 
wezgłowie  jej  łóżka,  Connor  Munroe  nie  wyglądał  jak  „zwykły  mężczyzna”.  Wpadające 
przez  okno  promienie  porannego  słońca  złociły  jego  potargane  włosy.  A  oczy  były  jeszcze 
bardziej niebieskie, niż zapamiętała.  

–  Usiądź  przy  mnie.  –  Poklepał  krzesło,  na  którym  siedziała  poprzednio  Earline.  – 

Dotrzymasz mi towarzystwa, prawda? 

Wzruszyła  ramionami,  usiadła  na  krześle,  postawiła  szklankę  na  stoliku  przy  łóżku  i 

wyciągnęła przed siebie nogi.  

– Jak tam nasza stopa? – zapytała. – Lepiej się czujemy? 
– O Boże! Czy ty przypadkiem, kiedy byłem nieprzytomny, nie zawlokłaś mnie gdzieś i 

nie poślubiłaś? 

– Co? – wzdrygnęła się Giną.  
– No to skąd to „my”? Mówisz, jakbyśmy byli jednym ciałem. A nie jesteśmy. To moje 

ciało puchnie, a nie twoje.  

Zaryzykowała i przyjrzała mu się ponownie. Miał na sobie niebieską trykotową koszulę z 

krótkimi rękawami i był świeżo ogolony. Earline widocznie pomogła mu się przebrać, może 
go  nawet  ogoliła?  Jutro  może  ona  sama  będzie  musiała  to  zrobić.  Na  myśl  o  tym  znowu 
odwróciła od niego oczy. On jest za duży do tego pokoju – myślała rozpaczliwie – za szeroki 

background image

w  ramionach,  za  silny  i  niebezpiecznie  po  prostu  naładowany  energią.  To  tak,  jakby  ktoś 
próbował więzić lwa w wiklinowej ptasiej klatce.  

– A więc, co z twoją stopą? – spytała. – Przypuszczam, że nadal cię boli.  
– Słusznie przypuszczasz.  
– Przykro mi. – Z żalem pokręciła głową. – To źle, że boli.  
– Dobrze. Lepiej czuć ból, niż nic nie odczuwać.  
– Spoważniał nagle. – To cena do zapłacenia. Za to, żebyśmy mogli zacząć wszystko od 

nowa. Ty i ja.  

Spuściła  wzrok  i  wpatrywała  się  w  swoją  stopę.  Nagle  pożałowała,  że  nie  zadała  sobie 

trudu, by lepiej się ubrać. Czuła się jak prawdziwy obdartus.  

– Nie mamy nic do zaczynania. – Milczała chwilę.  
– Ale naprawdę żałuję, że... przeze mnie cierpisz – dodała w nagłym przypływie poczucia 

winy.  

– Ja także skrzywdziłem ciebie i Earline. Przez to moje kłamstwo. Ona mi wybaczyła. A 

ty? 

Giną  nie  odrywała  wzroku  od  swojej  stopy.  Podkurczyła  i  rozprostowała  palce  nóg. 

Wzruszyła  ramionami,  podniosła  głowę  i  utkwiła  wzrok  w  portrecie  Lorena,  jakby  był  on 
obiektem medytacji.  

– Skłamałem – ciągnął  dalej Connor – bo chodziło o ubicie interesu. Obopólnie zresztą 

korzystnego.  Ale  i  tak  mam  do  siebie  żal  o to  kłamstwo.  W  prywatnym  życiu  nie  okłamuję 

kobiet. Mówię im zawsze prawdę.  

– A jaka jest ta prawda o tobie? – spytała, nie odrywając wzroku od portretu.  
– Jestem... – zamilkł na chwilę, jakby ostrożnie dobierając słowa – ... mężczyzną, który 

przychodzi  i  odchodzi.  Nie  przywiązuję  się  do  ludzi  i  do  miejsc.  Ale  gdy  będzie  już  po 

wszystkim, chciałbym, aby pozostały dobre wspomnienia. Dla nas obojga. I dlatego pytam cię 

jeszcze raz, czy mi wybaczysz? 

Wpatrywała  się  w  portret  Lorena  tak  uporczywie,  że  brzegi  obrazu  zaczęły  się 

rozmazywać. Odetchnęła głęboko.  

–  Tu  nie  chodzi  o  wybaczenie.  Raczej  o  wyrównanie  rachunku.  Chciałam  wyrównać 

rachunek i posunęłam się trochę za daleko. I teraz za to płacę.  

– Zawsze prowadzisz taką dokładną księgowość? – zadrwił.  
–  Tak  –  odparła.  –  Ale  ta  rozmowa  naprawdę  donikąd  nie  prowadzi.  Nie  masz  nic 

przeciwko temu, że sobie pójdę? 

Chciała wstać, ale zatrzymał ją na miejscu udzielając odpowiedzi błyskawicznie, tonem 

nie znoszącym sprzeciwu.  

–  Owszem,  mam.  Przysłał  mnie  tu  Beekman.  Byłem  gotów  dać  sobie  z  tym  spokój  i 

wyjechać. A zostałem... z twego powodu. I dlatego chcę z tobą rozmawiać. Nie o Beekmanie. 
O tobie.  

Przesunął się na łóżku. Kątem oka dostrzegła, że podparty na łokciu przechyla się w jej 

stronę, opierając ciężar ciała na chorej nodze, co najwyraźniej sprawia mu ból.  

–  Gino,  spójrz  na  mnie.  Co  się  z  tobą  dzieje?  Boisz  się?  Chodź,  podaj  mi  rękę.  – 

background image

Wyciągnął ku niej dłoń.  

Zacisnęła dłonie i siedziała jeszcze bardziej usztywniona.  
– Boisz się mnie dotknąć? – spytał uwodzicielsko ściszonym głosem.  
– Dlaczego miałabym się bać? – Z wysiłkiem przełknęła ślinę.  
– No to weź mnie za rękę. Na chwilę. Chciałem ci powiedzieć coś takiego... co trudno mi 

wyznać. Nie bój się. Proszę.  

Przesunął się jeszcze bardziej. Skrzywił  się z bólu. W obawie, żeby sobie czegoś złego 

nie zrobił, ustąpiła wreszcie.  

– No – powiedziała burkliwie, podając mu rękę.  
– Leż teraz grzecznie.  
Uśmiechnął  się  szelmowsko  i  na  powrót  oparł  się  o  poduszki.  Znowu  go  zabolało  i  na 

moment mocniej ścisnął jej rękę.  

–  Słuchaj  –  zaczął  mówić,  wpatrując  się  w  jej  twarz  –  przykro  mi  z  powodu  tego 

kłamstwa.  Ale  jeszcze  bardziej  z  tego  drugiego  powodu.  Wiesz,  o  co  chodzi...  O  to,  że  cię 
pocałowałem. Nie wiedziałem wtedy, że...  

Patrzył przez chwilę w sufit, szukał właściwych słów, po czym zaśmiał się krótko, jakby 

szydząc z samego siebie.  

–  Wiedziałem,  że  trudno  mi  to  będzie  powiedzieć.  Ale  niech  tam!  To  ja  pierwszy  cię 

pocałowałem. Pierwszy od... tamtego czasu. – Wskazał na stojące wokół dziesiątki fotografii 
Lorena.  

Zesztywniała. Poczuła falę zimna przepływającą od kręgosłupa do ramion i rąk. Jej dłoń, 

omdlała  i  znieczulona,  przestała  odczuwać  ciepło  jego  uścisku.  Nie  potrafiła  wymówić  ani 
słowa.  

– Czujesz się z tego powodu winna. Zupełnie niesłusznie. To była tylko moja wina. Ja też 

próbowałem zrzucać odpowiedzialność na  ciebie. Ale to  nie jest w porządku. Nikt  nie wini 
róży za to, że jest piękna. Rozumiesz? 

Skinęła głową. Ponownie usiłowała cofnąć rękę, ale jej nie pozwolił.  
–  I  jeszcze  coś.  Twoja  ciotka  powiedziała  mi,  że  byłaś  mu  wierna  przez  sześć  lat.  To 

bardzo długo.  

–  Zrobił  pauzę  i  pieścił  kciukiem  lodowato  zimną  skórę  na  wewnętrznej  stronie  jej 

przegubu. – Może za długo. Może już czas, żebyś znowu była całowana. Bardzo się do tego... 

nadajesz, Gino. A w końcu przecież to żaden grzech.  

Siedziała sztywno, jak zahipnotyzowana. Poczuła kłujące zimno w płucach, jakby zamiast 

powietrza wdychała śnieżny pył.  

– Przypominasz mi królewnę z bajki – mówił dalej, nie odrywając od niej wzroku. – Złe 

zaklęcie  zamieniło  cię  w  bryłę  lodu.  I  ono  trzyma  cię  w  murach  twierdzy.  Tą  twierdzą  jest 
twoje miasto.  

– To miasto... – próbowała mu przerwać.  
–  Sza  –  uciszył  ją.  –  Słuchaj  dalej.  W  bajkach  złe  zaklęcie  można  odczarować 

pocałunkiem.  Ale  nie  byle  jakim.  To  musi  być  dobry  pocałunek.  Mój  widać  taki  nie  był  i 
dlatego  mi  przykro.  Ale  nie  wiń  mnie  za  to,  że  próbowałem.  Trudno  było  zobaczyć  cię  w 

background image

świetle księżyca i nie spróbować.  

Giną odwróciła wzrok, serce biło jej jak oszalałe, twarz oblewały na przemian fale zimna 

i gorąca.  

–  Ktoś  pocałunkiem  przywróci  cię  życiu  –  mówił  dalej,  mocniej  ściskając  jej  rękę.  – 

Wszystko jedno kto, choć każdemu będę zazdrościł. Mnie się nie udało. Nie jestem niczyim 

królewiczem, Gino. A na pewno nie królewiczem z twojej bajki. I to mi, proszę, wybacz.  

Podniósł jej dłoń do ust i pocałował. Na zimnych kostkach palców poczuła miękki dotyk 

jego warg.  

– Ale możemy być przynajmniej przyjaciółmi, prawda? 
Uwolnił jej rękę, a ona cofnęła ją tak gwałtownie, jak cofa się rękę z ognia. Podniosła się 

bez  słowa  i  patrzyła  na  niego  z  góry,  nadal  z  trudem  oddychając.  Dłonie  zaciskały  się  i 
rozwierały na przemian.  

– To była – zaczęła mówić z zaciśniętym gardłem – najbardziej kiczowata opowieść, jaką 

w życiu słyszałam. Szkoda, że ci ten samochód spuściłam na nogę, a nie na głowę.  

We wzroku Connora pojawiło się niedowierzanie, a zaraz potem gniew.  
– Co? 
–  To,  co  słyszałeś.  Skończony  kicz.  Jedna  wielka  tandeta.  Chciałeś  mnie  rozmiękczyć 

jak... bułeczkę w mleku.  

– Cooo? – tym razem prawie zaryczał.  
Giną nawet nie mrugnęła, zwęziły jej się tylko źrenice.  
– Jeżeli zależało ci na tym przepisie, którego zresztą i tak nigdy nie dostaniesz, to trzeba 

było wymyślić coś lepszego. Królewna z bajki! Ej, chłopczyku, może byś tak zapuścił wąsik i 
zaczął uwodzić bogate wdowy na statkach wycieczkowych? 

Connor nie był przyzwyczajony do takich reakcji ze strony kobiet, a wizja jego własnej 

osoby w roli żigolaka na transatlantyku wydała mu się wyjątkowo odrażająca.  

–  Ty  naprawdę  myślisz,  że  mówiłem  to  wszystko  z  powodu  jakiejś  śmierdzącej  kupy 

zielska? 

– Dokładnie tak myślę – odparła, ujmując się rękami pod boki.  
– I nawet przez sekundę nie przyszło ci do głowy, że to było absolutnie szczere? – zapytał 

z cierpkim uśmiechem.  

– Ani przez sekundę.  
– To może chcesz, żebym to powiedział inaczej? 
– Po co masz powtarzać te same brednie? 
– Brednie? – powtórzył z niesmakiem. – Człowiek serce przed nią odsłania, a ta mówi, że 

to brednie. W porządku. Powiedzmy to inaczej. Bez żadnych alegorii. Jesteś ładna. Dlaczego 
nie ułożysz sobie włosów i przyzwoicie się nie umalujesz? Dlaczego nie ubierzesz się w coś 
mniej obszernego niż namiot cyrkowy? 

– Dla ciebie? – spytała pogardliwie.  
–  Wszystko  jedno  dla  kogo.  Twój  problem  polega  na  tym,  żeby  przypadkiem  ktoś  nie 

zauważył, że jesteś kobietą. Tego się boisz. Przyjrzyj się sobie. Przyjrzyj się temu pokojowi.  

– A co złego jest w tym pokoju? – odparowała. – Chyba tylko to, że ty w nim jesteś.  

background image

– To nie jest kobieca sypialnia. To jest jakiś cholerny relikwiarz. Żyjesz jak zakonnica. 

Ale zamiast wielbić jakiegoś boga, od sześciu lat wielbisz umarłego człowieka. I umierające 
miasteczko.  

– To nie jest umierające miasteczko.  
–  Sępy  już  krążą  w  powietrzu.  Gdybyś  zdobyła  się  na  odwagę  i  oderwała  wzrok  od 

piasku, zobaczyłabyś je na własne oczy.  

– Kochałam Lorena – powiedziała ze złością, czując jednocześnie, że jest bliska płaczu. – 

I zawsze będę go kochać.  

–  On  nie  żyje  –  stwierdził  z  okrutną  szczerością  Connor.  –  Mówiłem  ci,  kochasz 

umarłego.  

– Nic złego w tym nie ma.  
–  Owszem,  jest.  To  mianowicie,  że  umarły  nie  może  ci  odpłacić  tym  samym.  Nie 

doczekasz się od niego miłości.  

Zesztywniała, jakby ją spoliczkował.  
– On był więcej wart niż stu takich jak ty – wycedziła, po czym odwróciła się i wyszła z 

pokoju.  

– Żyj sobie jak chcesz, Calvino – wrzasnął za nią, do głębi oburzony. – I żałuję, że cię 

pocałowałem. Następnym razem, jak mnie przypili, to pocałuję piłę taśmową.  

Nikt  mu  nie  odpowiedział.  Potem  już  jej  nie  wołał,  a  ona  nie  wróciła  do  jego  pokoju. 

Zobaczył ją dopiero około południa, kiedy skacząc na zdrowej nodze, pomagając sobie kulą i 
klnąc pod nosem, wybrał się do kuchni, aby uzupełnić zapas lodu.  

I wtedy właśnie się wywrócił.  

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Connor poczuł przeszywający ból  w zranionej stopie i uzmysłowiwszy sobie, że upada, 

wykonał półobrót i uderzył o podłogę barkiem. Następnym obrazem, jaki zarejestrowała jego 
świadomość,  były  piwne,  rozszerzone  ze  strachu  oczy  pochylonej  nad  nim  Giny.  Mętnie 
uświadomił sobie również to, że zmieniła workowatą bluzkę na coś żółtego i obcisłego, i że 
tym razem jest starannie umalowana. Przede wszystkim jednak czuł się po prostu jak idiota, 
leżąc tak na progu kuchni bezradny i obolały jak wszyscy diabli.  

– Au – stęknął próbując się podnieść.  
– Coś ty sobie znowu zrobił! – Giną przytrzymała go w pozycji leżącej. – Jeszcze bardziej 

zraniłeś sobie stopę? 

– Nie. Znacznie bardziej dumę własną.  
– Po co wstałeś? Miałeś przecież leżeć – strofowała go– Potrzebowałem lodu – próbował 

ponownie unieść się na łokciu.  

– Dlaczego nie wołałeś? Trzeba było mnie zawołać.  
– I tak byś nie przyszła. Myślałem, że cię nie ma.  
– Daj mi rękę. Przełóż ją przez moje ramię – komenderowała. – Pomogę ci się podnieść. 

Jak to się stało, że upadłeś? 

– Przez słonia – wycedził ze złością. – Potknąłem się o któregoś z tych cholernych słoni. 

–  Giną  spojrzała  na  słonia,  który  siedział  w  bieliźnie  na  podłodze  w  kuchni  i  czekał,  aż 
Earline go ubierze.  

– Trzeba było patrzeć pod nogi – gderała, obejmując go w pasie ramieniem.  
– Czyhał tu na mnie w zasadzce. – Connor spojrzał wilkiem na wypchanego zwierzaka. – 

Normalny człowiek nie spodziewa się zastać w kuchni słonia.  

Dźwignęła  go  w  górę.  Stał  teraz,  balansując  na  zdrowej  nodze  i  opierał  się  o  nią.  Była 

wysoka, lecz szczupła, i przestraszył się, że jego ciężar wbije ją w podłogę jak gwoździk.  

– Podaj mi kulę. Pokaż, gdzie jest lód i wynoś się stąd.  
– Nie – odparła, zaciskając zęby. – Natychmiast wracaj do łóżka.  
W  końcu  dał  się  zaprowadzić  do  sypialni.  Opadł  na  materac  i  syknął  z  bólu  próbując 

ułożyć  jakoś  chorą  stopę.  Luźne  szorty  prawie  nie  zasłaniały  jego  długich,  silnie 
umięśnionych  i  pokrytych  ciemnozłotym  owłosieniem  nóg.  Starała  się  ignorować  tę 
demonstrację męskiej tężyzny.  

– Połóż się teraz i przykryj – wydała mu kolejne polecenie. – Zaraz przyniosę ci lód.  
– Nie chcę się ani kłaść, ani przykrywać. Czuję się jak żywy trup. Pół dnia gapiłem się w 

ścianę.  Nawet  o  książce  dla  mnie  nie  pomyślałaś.  A  lunch?  Czy  żeby  dostać  tu  coś  do 
zjedzenia, potrzebne jest orzeczenie Sądu Najwyższego? 

– O! Zdaje się, że jesteśmy w złym humorku.  
– Giną odstąpiła o krok i przygładziła włosy.  
– Nie, nie jesteśmy. Ja jestem! – Świdrował ją oczami spod opadających na czoło jasnych 

włosów.  

background image

–  A  dlaczego  mam  nie  być?  Byłem  miażdżony  własnym  samochodem,  pozbawiony 

strawy  dla  ciała  i  umysłu,  napadnięty  przez  słonia.  Z  czego  mam  się  cieszyć?  Z  tego,  że 
meteoryt nie spadł mi na głowę? 

Ginie  udało  się  jakoś  ukryć  uśmiech.  Przyniosła  z  kuchni  lód,  tacę  z  przygotowanym 

posiłkiem i grubą książkę: „Wielkie nadzieje” Dickensa. Chciała odejść, ale w końcu uprosił 
ją  jakoś,  żeby  została.  Jak  zwykle,  ich  rozmowa  przypominała  raczej  utarczki  słowne,  ale 
coraz  częściej  –  choć  nieśmiało  –  uśmiechali  się  do  siebie.  Giną  zorientowała  się,  że  ich 
konwersacja stała się pewnego rodzaju grą, i powoli zaczynało jej się to podobać.  

–  Powiedz  mi,  dlaczego  Earline  robi  tylko  te  słonie?  –  pytał  ją  Connor.  –  Czemu  dla 

odmiany nie zrobi czasem strusia albo lwa? 

Giną wzruszyła ramionami.  
– Sama tego nie wie. Powiada, że lubi słonie. Działają na nią uspokajająco.  
–  Rozumiem.  Ale  powiedz,  czemu  każdy  jest  inny?  Nie  łatwiej  byłoby  wszystkie  tak 

samo poubierać? 

– Widzisz, o to właśnie chodzi. Gdyby ubierała je tak samo, byłoby to po prostu nudne. 

Dlatego każdy musi być inny.  

– A gdyby musiała zrobić bliźniaczki? 
– Nie. Bliźniaczki czy trojaczki są niedozwolone. Taka jest reguła.  
– Jaka reguła? 
– Reguła Earline. Ona jest twórcą słoni i twórcą słoniowych reguł.  
Connor zmarszczył brwi. Nie wyglądał na przekonanego.  
–  No  dobrze.  Ale  dlaczego  nie  sprzedaje  ich  przez  cały  rok?  Przez  jakiś  sklep, 

zamówienia pocztowe, czy coś takiego. Są bardzo miłe i pewnie mogłaby na nich zarobić.  

Giną przecząco pokręciła głową.  
–  Każdy  dystrybutor  na  pewno  zażądałby  z  piętnaście  takich  samych.  A  tego  Earline 

nigdy  by  nie  zrobiła.  Robić  coś  na  zamówienie  to  już  jest  praca,  a  nie  zabawa.  Mogłaby 
zacząć nienawidzić słoni. Dlatego robi je tylko na festyn.  

– Nie powiem, żebym to do końca rozumiał, ale z pewnością jest w tym jakaś logika.  
– Mój ojciec nazywał to logiką allegroiczną. Od nazwy naszego miasteczka, oczywiście. 

W  przetwórni  pracowała  kiedyś  pewna  kobieta.  Nazywała  się  Rosę  Alice  i  tkała  piękne 
kilimy.  Dla  siebie  i  dla  przyjaciół.  Jej  sąsiad,  Calvert  Paris,  prócz  farmy  miał  kawałek  lasu. 
Poza tym słynął z tego, że był sknerą i oboje nie lubili się specjalnie. Ale Calvertowi bardzo 
zależało, żeby mieć taki kilim i zaproponował sąsiadce wymianę: drewno opałowe za kilim.  

– Odnoszę wrażenie, że ta historia się komplikuje – wtrącił Connor.  
– Bo rzeczywiście się komplikuje. Rosę Alice odmówiła mu, bo tkanie kilimu w zamian 

za opał  byłoby  pracą,  a  nie przyjemnością. Wtedy  Calvert zaproponował, że zwyczajnie jej 
zapłaci i ona znowu się nie zgodziła.  

– Z tego samego powodu? 
– Oczywiście. I wreszcie Calvert się poddał. Przywiózł któregoś dnia drewno i ułożył je 

w równiutki stos na podwórku Alice. Potraktuj to jako prezent, powiedział. A Alice na to: To 
bardzo ładnie z twojej strony, Calvert, tym bardziej że nigdy przedtem czegoś podobnego nie 

background image

robiłeś.  I  oczywiście,  hojna  jak  zawsze,  zrobiła  mu  piękny  kilim.  Od  tamtej  pory  co  rok 
Calvert przywoził jej opał, a ona tkała mu kilim, sweter albo coś innego. I chociaż nigdy do 
końca się nie polubili, to te prezenty robili sobie nawzajem latami. Connor zachmurzył się.  

– Przecież oni zwyczajnie ze sobą handlowali. Po co to całe owijanie w bawełnę? 
– Nie – zaoponowała Giną. – Rosę Alice nie zgodziła się na handel. Każdy kilim robiła 

bezinteresownie,  w  odruchu  serca.  Nadal  tkanie  pozostało  jej  pasją,  nie  stało  się  czymś... 

komercjalnym. Po prostu wymieniali prezenty. I w tym było coś naprawdę uroczego.  

– Przecież to nie ma sensu.  
Z twarzy Giny znikł rozmarzony uśmiech.  
–  To  ma  sens  w  Allegro  –  powiedziała  cicho.  –  Nie  zrozumiałeś  tego.  Tak 

przypuszczałam. Zupełnie jak z Beekmanem.  

–  Nie  mówmy  o  Beekmanie.  –  Connor  nieoczekiwanie  sposępniał.  –  Ogłośmy  w  tej 

sprawie moratorium.  

–  Nie.  Zależy  mi  na  tym,  żebyś  to  zrozumiał. Gdyby  Beekman  dopiął  swego,  to  festyn 

przestałby być tym, czym jest. Ludzie nie pracowaliby przy nim bezinteresownie, z potrzeby 
serca, ale po prostu dla pieniędzy. To byłoby coś zupełnie innego.  

Wstała z krzesła.  
–  Pójdę  teraz  coś  porobić.  W  razie  czego  mnie  zawołaj.  –  Uśmiechnęła  się  do  niego 

nieporadnie. – I nie potykaj się już więcej o słonie.  

Przyglądał  jej się badawczo, z dziwnym  wyrazem  twarzy, tak jakby  ją po raz pierwszy 

oglądał.  

– Nie odchodź – powiedział. – Zostań ze mną. Zamrugała powiekami i pokręciła głową.  
–  Nie  mogę.  Wesley  ma  przyjść.  Obiecałam  mu,  że  zrobię  szydełkiem  uprząż  dla  jego 

żaby.  

– Powiedz żabie, żeby sama porobiła szydełkiem. Samotnie się tu czuję, Gino. Źle znoszę 

bezczynność.  

– Poczytaj sobie książkę albo posłuchaj radia.  
– Nie lubię radia. A tę książkę czytałem. Nawet kilka razy.  
– To przyniosę ci inną.  
– Nie chcę innej. Chcę ciebie.  
Słowa „chcę ciebie” – sformułowane jak stwierdzenie faktu – wywołały w niej dreszcz. 

Zakłopotana, odwróciła od niego wzrok.  

–  To  znaczy...  chcę,  żebyś  została  –  powiedział  niskim  głosem.  –  Możemy  sobie 

porozmawiać, pograć w karty. Co tylko zechcesz. To nie jest miły pokój do spędzania czasu 
w samotności.  

– Mnie się on podoba. – Rozejrzała się wokół, przenosząc wzrok na kolejne pamiątki po 

Lorenie.  

– A mnie nie. Wiesz, co to znaczy memento mori? 
– Wiem. To łacińska formuła, mająca za zadanie przypominać o nieuchronności śmierci.  
– I o tym właśnie przypomina twój pokój, kiedy cię w nim nie ma. Zakonnicy i święci 

kontemplowali memento mori. Ale ja nie jestem świętym, Gino.  

background image

– Wiem, że nie jesteś – powiedziała z gorzkim uśmiechem.  
– To dziwne, że spośród różnych książek wybrałaś właśnie tę. – Podał jej tom Dickensa. – 

Pamiętasz postać panny Havisham? 

Zaczęły ją palić policzki. Wiedziała, co za chwilę powie.  
– Każdy ją pamięta.  
– No właśnie – ciągnął nieubłaganie. – Postać starej kobiety w pożółkłej ślubnej sukni i 

wystrzępionym  welonie,  opętanej  obsesją  żałoby  po  zmarłym  narzeczonym.  Zatrzymane  na 
zawsze zegary i zeschnięte ciasta zasnute pajęczyną.  

Dotknięta do żywego, rzuciła mu pełne urazy spojrzenie.  
–  Ja  nie  chodzę  w  ślubnej  sukni  i  w  moim  pokoju  nie  gniją  weselne  kołacze.  Czas  dla 

mnie  się  nie  zatrzymał.  Panna  Havisham  była  zgorzkniałą,  starą  kobietą,  dla  której  życie 
utraciło sens. Nie jestem panną Havisham.  

–  To  dobrze  –  Connor  wpatrywał  się  w  nią  swymi  błękitnymi  oczami.  –  Ale  uważaj, 

żebyś się nią nie stała. To byłby wstyd dla takiej kobiety jak ty.  

Potrząsnęła głową i wyzywająco wysunęła do przodu szczękę.  
– Nic o mnie naprawdę nie wiesz. Jesteś po prostu... arogancki... i bezczelny.  
Odwróciła  się  i  wyszła,  zostawiając  go  samego.  Ze  ścian  przyglądały  mu  się  drwiąco 

dziesiątki fotografii Lorena. Zaklął ze złości.  

– Wracaj tu, ty tchórzu! – zawołał za nią. Nie zdało się to na nic. Nie wróciła.  
Wesley  Dean  Paris  przyszedł  o  pierwszej  odwiedzić  swoją  żabę.  Wziął  ją  w  rękę  i 

wetknął sobie pod pachę.  

–  Dlaczego  ten  człowiek  ciągle  tu  jeszcze  jest?  –  domagał  się  wyjaśnień,  a  jego  małe, 

szare oczka do tego stopnia błyszczały z ciekawości, że Giną zaczerwieniła się.  

– Miał wypadek. Nie może chodzić.  
– Och, wypadek! – Wesley rozpromienił się. – Poważny chociaż? Dobrze mu tak! Za to, 

że przerwał naszą wojnę.  

–  Gino!  –  zagrzmiał  głos  Connora  z  sypialni.  –  Na  litość  boską,  jak  możesz  zostawiać 

mnie samego z powodu dziecka i żaby.  

–  Ale  wrzeszczy  –  skomentował  Wesley.  –  Matka  mówiła  mi,  że  nie  powinno  się 

krzyczeć w domu.  

–  Twoja  matka  miała  rację.  Chodź,  zmierzymy  żabę  i  zacznę  robić  jej  uprząż.  –  Giną 

wyciągnęła z przyborów krawieckich centymetr.  

– Chciałbym, żeby miała czerwoną. A są jakieś ciasteczka? 
–  Niestety.  Ten  człowiek  zjadł  przed  chwilą  ostatnie.  Wesley  rzucił  nienawistne 

spojrzenie w kierunku sypialni.  

– On leży w twoim pokoju? U ciebie w łóżku? Dlaczego? – kontynuował dochodzenie.  
– Nie dałby rady wejść o kulach na schody. Daj żabę.  
Wesley wręczył jej żabę i wytarł sobie okulary o koszulkę.  
–  Umrę  z  nudów,  Gino!  –  wrzeszczał  Connor.  –  To  okrutna  i  nieludzka  kara.  Mam 

nadzieję, że ten dzieciak opowie wszystkim dookoła, że chcesz mnie tutaj wykończyć.  

Giną  zagryzła  wargi.  Oddała  żabę  Wesleyowi.  Mały  nadal  patrzył  z  odrazą  w  stronę,  z 

background image

której dochodziły krzyki Connora.  

– Taki to popsuje każdą zabawę – powiedział.  
Giną zrobiła pętelkę z czerwonej włóczki i odruchowo naprężyła ramiona w oczekiwaniu 

na następne skargi Connora. Nagle doznała olśnienia. Uśmiechnęła się chytrze do małego.  

– Słuchaj, Wesley. Czy chciałbyś zarobić trochę forsy? 
–  Zależy,  o  jaką  robotę  chodzi  –  odpowiedział  rzeczowo,  ale  oczka  wyraźnie  mu  się 

zaświeciły.  

–  Chodzi  o  coś  w  rodzaju...  opieki  nad  dzieckiem.  –  Giną  uśmiechnęła  się  jeszcze 

chytrzej.  – Rozumiesz,  temu  człowiekowi  się nudzi. Chodzi  o to,  żebyś  się nim zajął. Płacę 
siedemdziesiąt pięć centów za godzinę. Zgoda? 

– Dolar i ani centa mniej – powiedział twardo Wesley.  
–  Masz  to  załatwione  –  zgodziła  się  z  radością  Giną  i  w  spokoju  wzięła  się  za 

szydełkowanie.  

–  Czego  tu  chcesz?  –  warknął  Connor  na  widok  stojącego  w  drzwiach  Wesleya.  Mały 

ściskał w rękach wielką, zieloną żabę i badawczo mu się przyglądał.  

– Jestem twoim oficjalnym opiekunem – powiedział tonem pełnym wyższości. – Chcesz 

zagrać w Monopole? Nikt mnie nie pobije w tej grze. Nawet Giną.  

– Nie wierzę. A poza tym nie chcę grać. – Rozgoryczony Connor wlepił oczy w sufit.  
– Może byś coś zjadł? – Wesley podał mu nie dojedzoną kanapkę.  
– Na pewno nie to, czego dotykałeś swoimi zażabionymi paluchami – burknął Connor.  
– No to  potrzymaj ją  chwilę, dobra? – Wesley rzucił mu  żabę na łóżko, usiadł i  zaczął 

jeść kanapkę.  

–  Jak  ona  się  nazywa?  –  spytał  Connor.  Wesley  ugryzł  duży  kęs  i  żując  przyglądał  się 

Connorowi.  

– A ty jak się nazywasz? – spytał z ustami pełnymi jedzenia.  
– Pan Munroe – powiedział z naciskiem Connor. Z odrazą przyglądał się żabie, ogromnej 

i wilgotnej.  

Wesley  uśmiechnął  się.  Był  to  uśmiech,  w  którym  Connor  rozpoznał  diabła  w  jego 

najdoskonalszym wcieleniu.  

–  A  więc  ona  się  też  tak  nazywa  –  poinformował  go  Wesley.  –  Pan  Munroe,  oślizgła, 

stara żaba.  

– Jakie to miłe z twojej strony – mruknął Connor.  
– Gdybym kiedyś znalazł padalca, to przypomnij, żebym go nazwał Wesley Dean.  
Mały w odpowiedzi beknął paskudnie.  
Earline wróciła do domu akurat w momencie, gdy Giną szykowała tacę z posiłkiem dla 

Connora.  

– Zjedz z nim kolację, kochanie – powiedziała.  
– Jestem tak zmęczona, że nie chce mi się nawet rozmawiać. A jemu na pewno się tam 

nudzi.  

– Nie chcę z nim jeść.  
– Gino, obiecałaś mi przecież – głos Earline przybrał ostrzegawcze brzmienie – że w tym 

background image

domu...  

– Wiem, wiem – przerwała jej Giną – ... „ma być traktowany jak król”. Tylko że po całym 

dniu z nim spędzonym Jego Wysokość zaczął mi działać na nerwy.  

Earline spojrzała na nią groźnie.  
–  A  z  czyjej  to  winy  on  teraz  leży  i  nie  może  wstać?  Co,  moja  panno?  Jestem  tak 

zmęczona,  a  festyn  już  za  dwa  dni.  I  po  co  to  wszystko  wzięliśmy  sobie  na  głowę? 
Powariujemy od tej pracy. Oj, źle robiłam, że ci odradzałam z tym Beekmanem. Lepiej było 
sprzedać i mieć...  

Giną  chwyciła  tacę  i  pomknęła  w  stronę  sypialni.  Earline  zaczynała  mieć  chandrę  i 

konfrontacja  z  Connorem  była  w  tym  momencie  wyborem  mniejszego  zła.  Przywitał  ją 
pełnym wyrzutu spojrzeniem.  

– Dlaczego napuściłaś na mnie tego karalucha? I to za pieniądze! 
– Wesley nie jest żadnym karaluchem – odparła, siadając na brzegu krzesła.  
– To dzieciak rodem z najciemniejszego zakątka piekieł! A poza tym oszukuje przy grze 

w Monopole.  

– Naprawdę? Nie zauważyłam. Jestem panną Havisham, pamiętasz? Siedzę i patrzę, jak 

pleśnieją moje weselne ciasta. Reszty nie zauważam.  

– No dobrze – westchnął ostentacyjnie. – Przepraszam za tę pannę Havisham. Ale musisz 

przyznać,  że  wybrałaś  trochę  dziwną  książkę.  Szczególnie  dla  kogoś  uwięzionego  w  takim 
pokoju. – Niechętnym gestem wskazał na wiszącą na ścianie starą gazetę lokalną wypełnioną 
zdjęciami Lorena.  

Giną nie odpowiedziała. Może zareagowała tak gwałtownie dlatego, że w jego oskarżeniu 

krył się zalążek prawdy? Sama już nie wiedziała.  

–  Zabiorę  te  zdjęcia  na  górę  –  powiedziała  zrezygnowanym  głosem.  –  Nie  będziesz 

musiał ich oglądać.  

– Ale ty będziesz je oglądać.  
– Ja lubię na nie patrzeć – bąknęła, nie odrywając oczu od pożółkłej gazety.  
–  To  dlaczego  masz  taką  smutną  twarz?  Męczyły  ją  już  te  nie  kończące  się  potyczki 

słowne.  

– Ty też nie jesteś za wesoły. Pewnie dlatego, że Beekman wyrzuci cię z pracy, jeśli nie 

zdobędziesz tego przepisu. A niestety nie zdobędziesz go.  

Zaśmiał  się  krótko,  odstawił  tacę  na  stolik  i  poprawił  się  na  poduszkach.  Przez  chwilę 

patrzył jej w oczy.  

–  Beekman  nie  może  mnie  wyrzucić,  bo  u  niego  nie  pracuję.  Jestem  na  własnym 

utrzymaniu. Naprawdę „American Vagabond” i cała sieć magazynów turystycznych są moją 
własnością.  

– Ale przecież Beekman ma ci coś do zaoferowania. Coś, na czym ci zależy. Inaczej nie 

jechałbyś przez pół kontynentu, żeby mi się naprzykrzać. Powiedz, co miałeś za to dostać? 

Sięgnął  do  talerzyka,  wziął  w  palce  oliwkę  i  włożył  ją  sobie  do  ust.  Potem  skrzyżował 

ręce i jakoś nieporadnie się uśmiechnął.  

– Jacht – powiedział po prostu.  

background image

–  Łódź?  –  Giną  nie  wiedziała,  czy  śmiać  się,  czy  złościć.  –  I  wpakowałeś  się  w  to 

wszystko  dla  jakiejś  nędznej  łodzi?  No  wiesz!  Jesteś  jeszcze  bardziej  niepoważny,  niż 
myślałam.  

– Nędzna to ona akurat nie jest. I chcę ją mieć. Poza tym chodzi o kilka innych jachtów.  
– Chcesz ją mieć! – Giną była nadal w natarciu.  
– I gotów jesteś stratować po drodze wszystko. Na przykład mnie i to miasto.  
– Zastanów się, jak mogę kogoś stratować tą nogą – wskazał na zawiniętą w okład z lodu 

stopę.  –  Przecież  się,  do  cholery,  nawet  nie  potrafię  ruszać  o  własnych  siłach.  A  teraz 
powiedz,  co  będzie  z  twoim  pikantnym  przepisem?  Jeśli  Beekman  go  nie  dostanie,  to  co? 
Zabierzesz go ze sobą do grobu? 

Giną  wstała  i  zaczęła  zdejmować  ze  ścian  fotografie.  Uprzątnęła  także  inne  pamiątki  i 

ułożyła wszystko przy drzwiach.  

–  Kiedy  będę  umierać  –  powiedziała  bez  emocji  –  przekażę  przepis  kościołowi.  To 

znaczy parafii. Connor gwizdnął cicho.  

– Rozumiem. A więc moim konkurentem jest Bóg we własnej osobie. Nic dziwnego, że 

mi tak marnie idzie.  

Giną skarciła go wzrokiem.  
– No cóż! Nie dostaniesz niestety tej swojej łódki.  
Ale są jeszcze inne zabawki na świecie. Podaj mi tego miśka.  
Connor  nawet  nie  drgnął.  Spojrzał  tylko  leniwie  na  dużego,  pluszowego  niedźwiadka, 

który leżał na łóżku od strony ściany.  

– Ty mi nie pomagasz dostać zabawki i ja ci też nie pomogę. To pewnie także prezent od 

jedynego i niezapomnianego Lorena? 

–  Przestań.  Daj  go,  proszę  –  żachnęła  się.  Gdy  i  to  nie  poskutkowało,  podeszła 

energicznie do łóżka i przechyliwszy się nad ciałem Connora, sięgnęła po maskotkę. Jej palce 
zamknęły  się  na  pluszowej  łapie  i  w  tym  momencie  Connor  pociągnął  ją  w  dół,  na  swoje 
piersi.  

– Mam cię! – zatryumfował, wpatrzony w jej przerażone oczy.  
Wypuściła  miśka  i  oparła  się  obiema  rękami  o  pierś  Connora,  starając  się  uwolnić. 

Uśmiechał się, kpiąc najwyraźniej z jej wysiłków, i przyciągnął ją do siebie tak blisko, że jej 
piersi wtuliły się w jego twarde ciało.  

– Przestań! Puść mnie! – krzyknęła prawie.  
– Tak jest łatwiej z tobą rozmawiać. Mam wrażenie, jakbyś prawie słuchała.  
– Puść mnie natychmiast – powtórzyła i uderzyła go pięścią w ramię.  
–  Posłuchaj.  To  bardzo  ważne.  Beekman  jest  gotów  zaproponować  ci  znacznie  więcej 

pieniędzy, niż przypuszczasz.  

– Nic mnie nie obchodzą jego pieniądze – wypluła prawie z siebie. Znowu uderzyła go 

kilka razy, ale równie dobrze mogła okładać pięściami ścianę.  

– Sza... – syknął Connor, nachylając się nad jej twarzą. – Słuchaj. Myślałem nad tym całe 

popołudnie.  Bierz  tę  forsę,  ale  zażądaj  więcej.  Chodzi  o  procent  od  zysku,  jaki  przyniesie 
produkcja sosu. Zacznij od czterech procent, a jak się nie uda, zejdź na dwa. Nie będziesz się 

background image

musiała martwić o pieniądze do końca życia.  

– Nie obchodzą mnie żadne parszywe pieniądze! Są w życiu ważniejsze rzeczy. Czy ty 

tego nie rozumiesz? 

–  Aż  za  dobrze  –  mruknął.  –  I  o  tym  teraz  będzie  mowa.  Co  innego  odmawiać  sobie 

pieniędzy,  a  co  innego  odmawiać  sobie...  –  Zamilkł  na  chwilę  i  przytulił  ją  do  siebie.  Jego 
oczy  były  jakby  zatroskane  i  głodne  zarazem.  –  No,  tak.  Grzechem  byłoby  odmówić  sobie 
tego...  

I zaczął ją po prostu całować.  

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Giną przez chwilę jeszcze walczyła, po czym znieruchomiała w jego ramionach. Szarpana 

przez  sprzeczne  emocje  ani  nie  opierała  się,  ani  nie  odwzajemniała  jego  pieszczot.  Czucie, 
smak, intymność fizycznego kontaktu, doznanie chwili – wszystko to zepchnęło na boczny tor 
racjonalne  myślenie.  Jego  pocałunek,  zaborczy  i  spragniony,  z  pierwotną  siłą  wciągał  ją  w 
świat,  w  którym  wirowało  światło  i  ciemność,  spadały  gwiazdy,  komety  i  księżyce, 
oszałamiając ją i grożąc utratą orientacji. Drżącymi rękami objęła szyję Connora, jakby jego 
siła miała ją uratować przed pogrążeniem się w otchłani nieświadomości.  

Ale dotkniecie go rozpaliło w niej jedynie płomień pożądania. Rozchyliła miękko wargi i 

pozwoliła,  by  jego  język  wszedł  w  sanktuarium  jej  ust.  Lata  samotności  i  wyrzeczeń 
zaowocowały wybuchem pragnienia, tym większego, im głębszy stawał się pocałunek.  

Przez  cały  dzień  wspominała  w  skrytości,  jak  mocny  i  tkliwy  był  uścisk  jego 

muskularnych ramion i jak jego usta potrafiły rozpalić w jej ciele płomień. A teraz na chwilę 
przestały ją całować. Objęły, skubiąc delikatnie, jej dolną wargę. Jego usta powędrowały w 
dół, po policzku, i całowały jej szyję tam, gdzie czuła oszalałe bicie swego pulsu. Powróciły 
znowu i poczuła na wilgotnych, spragnionych wargach jego oddech.  

– Całuj mnie. – Głos miał niski i schrypnięty. – Dlaczego mnie nie całujesz? 
Wolno, jakby z oporem, zbliżyła do niego usta. Jej pocałunek, zrazu delikatny, stawał się 

tym gwałtowniejszy, im bardziej narastało w niej pożądanie. Jej pragnienie rozpaliło w nim 
płomień.  Z  westchnieniem  przypominającym  jęk  ułożył  ją  tak,  by  leżała  obok  niego,  i 
pieszcząc  dłońmi  jej  plecy,  przyciągnął  ją  do  siebie  jeszcze  mocniej.  Giną  wydała  z  siebie 
stłumiony krzyk i przywarła do niego całym ciałem.  

– Gino! Gino! – wołanie Earline odbiło się echem w przedpokoju. – Linda Marchesi prosi 

cię do telefonu.  

Chciała zerwać się z łóżka, ale Connor nie wypuścił jej z ramion.  
–  Powiedz,  że  sama  do  niej  zadzwonisz  i  zamknij  drzwi  –  powiedział  zdyszanym 

szeptem. – Masz chyba klucz? 

Serce łomotało jej jak oszalałe. Po chwili uniosła się na łokciu i zawołała: 
– Earline? Powiedz jej, że za chwilę zadzwonię.  
– Dobra. – Connor przygarnął ją do siebie i pocałował. – Teraz zamknij drzwi.  
Pozwolił jej wyślizgnąć się ze swych ramion. Zaczęła iść w stronę drzwi, ale gdy zbliżyła 

się  do  nich,  znieruchomiała  nagle.  Odwróciła  się  i  wpatrywała  w  niego  z  przerażeniem  w 
oczach. Uniósł się na łokciu i zmarszczył brwi.  

– Nie odchodź, Gino.  
Oddychała głęboko i niespokojnie. Wahała się przez chwilę.  
– Nie mogę – powiedziała drżącym głosem. – Nie zrobię tego.  
Usiadł na łóżku, opuścił zdrową nogę i oparł na niej łokieć. Przybrał pozę niby niedbałą, 

ale  niebezpiecznie  naładowaną  energią,  tak  jakby  szykował  się  do  skoku.  W  jego  oczach 
zobaczyła jednoznaczne wyzwanie.  

background image

–  Przecież  chcesz  tego.  Przestań  się  okłamywać.  W  tym  momencie  Earline  zawołała  ją 

ponownie.  

Tym  razem  chciała  się  dowiedzieć,  gdzie  leży  jakaś  broszka,  potrzebna  dla 

skompletowania  ubioru  któregoś  ze  słoni.  Giną  odpowiedziała,  po  czym  odwróciła  się  i 
obrzuciła Connora spojrzeniem, które w jej intencji miało być chłodne.  

– Zjedz kolację – powiedziała, jakby nic się nie stało.  
– Mam apetyt na coś innego.  
– To trudno. Nic na to nie mogę poradzić.  
– Gino! Przyjdź do mnie w nocy. Jak tylko Earline zaśnie.  
–  Nie.  –  Tego  nie  powiedziała  już  normalnie.  Raczej  tak,  jakby  ktoś  wyrwał  z  niej  to 

słowo.  

Wybiegła prawie i po chwili znalazła się w gościnnym pokoju na górze. Usiadła na skraju 

łóżka i ukryła twarz w dłoniach. Nie płakała nawet. Znieruchomiała po prostu, siedząc tak z 
łomoczącym sercem i zaciśniętym do bólu gardłem.  

Uświadomiła sobie nagle, że zostawiła wszystkie przygotowane do zabrania pamiątki w 

pokoju  Connora.  Leżały  tam  teraz,  jakby  najpierw  sprofanowane,  a  potem  porzucone. 

Zagryzła  wargi.  Jak  mogła  pozwolić  całować  się  i  leżeć  obok  tego  mężczyzny?  Kimże  ona 

jest? 

Napłynęły  w  końcu  łzy,  gorące  i  gwałtowne.  Płakała,  tłumiąc  szloch,  tak  długo,  aż 

rozbolało ją spieczone gardło i piersi.  

Connor  również  z  trudem  zachowywał  wewnętrzną  równowagę.  W  momencie  gdy  ją 

całował, wszystko wydawało się w porządku. Było to naturalne i nie do uniknięcia: leżąc w 
tym łóżku przez cały dzień myślał przecież wyłącznie o niej. To, co gęstniało i gromadziło się 
miedzy nimi, musiało w końcu się rozładować. Był pewien, że ona również zdawała sobie z 
tego sprawę.  

Wiedział  jednak  również,  jak  bardzo  nią  to  wstrząsnęło.  Przypuszczał,  że  Giną  siedzi 

teraz samotna na górze i wypłakuje sobie oczy. Myśląc o tym czuł w dołku zimny, bolesny 
skurcz.  

Earline  przyszła,  aby  dotrzymać  mu  towarzystwa  i  nie  zwracając  uwagi  na  jego  ponury 

nastrój zadręczała go rozmową. Odpowiadał jej półgębkiem, chociaż wszystko to zaczynało 
go coraz bardziej denerwować. Earline sugerowała co prawda, że jest po jego stronie: festyn 
zaczyna  być  dla  nich  wszystkich  czymś  coraz  bardziej  męczącym  i  może  lepiej  by  było, 
gdyby  Giną  sprzedała  przepis  Beekmanowi.  Jednocześnie  jednak  zadawała  mu  pytania 
jednoznacznie  sprawdzające  jego  przydatność  jako  kandydata  na  męża.  A  to  go  wyjątkowo 
denerwowało. Kolejno odpowiedział jej więc, że nie jest żonaty ani nie jest z nikim związany. 

Nikt na niego nie czeka w Kalifornii. Nie ma tam nawet domu. To po prostu kolejne miejsce, 
w  którym  się  zatrzymał.  Ale  nie  ma  zamiaru  na  stałe  z  nikim  się  związać,  osiedlić  i 
ustatkować. Wyglądała na tak rozczarowaną, że zrobiło mu się jej żal i kurtuazyjnie dodał: 

– Ale gdybym był człowiekiem, który szuka sobie domu, to ożeniłbym się z taką kobietą 

jak twoja siostrzenica. Serio.  

Sam nie był pewien, czy było to kłamstwo, czy prawda.  

background image

Giną ukazała się w drzwiach pół godziny później.  
Zmyła z twarzy makijaż, a Connor wiedział, że również ślady łez. To, że nie umalowała 

się  ponownie,  odczytał  jako  adresowany  do  niego  komunikat:  „Nie  pragnę  być  dla  ciebie 
atrakcyjna. Nie chcę cię”.  

–  Wychodzę  do  sklepu  –  zwróciła  się  do  Earline.  –  Przedtem  chciałam  tylko  zabrać  te 

rzeczy. – Wskazała na ułożone na kupkę fotografie i pamiątki.  

Sztywno wyprostowana podeszła do łóżka i wyciągnęła rękę.  
– Podaj mi, proszę, tego miśka.  
Connor  spodziewał  się,  że  się  zaczerwieni.  Ostatnim  razem,  po  takiej  samej  prośbie, 

wylądowała w jego łóżku. Udało jej się umknąć jego wzroku i nie zaczerwieniła się jednak.  

– Z przyjemnością – powiedział.  
Wzięła z jego rąk maskotkę bez słowa podziękowania. Zabrała resztę pamiątek i wyszła z 

pokoju.  

– Chciałabym, żeby się pozbyła tego miśka – odezwała się Earline, gdy Giny już nie było. 

– Loren dał jej go na szesnaste urodziny. A teraz mole się w nim zalęgły. A poza tym ona jest 
już za dorosła na to, żeby spać z miśkiem.  

Connor patrzył w puste drzwi. Jeszcze bardziej ścisnęło go w dołku.  
– Święta prawda – przyznał.  
 
Zachowuj  się  normalnie.  Tak,  jakby  nic  się  nie  stało,  powtarzała  sobie  Giną,  stojąc 

następnego  ranka  przed  drzwiami  Connora.  Zapukała  we  framugę  i  nie  czekając  na 
odpowiedź weszła do pokoju.  

–  Earline  już  wyszła  –  powiedziała,  nie  pozwalając  sobie  na  cień  uśmiechu.  –  Będę  w 

kuchni  pakować  przyprawy.  W  razie  potrzeby  zawołaj  mnie.  Nie  chcę  powtórki  twojego 
wczorajszego upadku.  

Kątem oka dostrzegła, jak gestem parodiującym salut podniósł palce do czoła.  
– Tak jest, komendancie! – powiedział, wykrzywiając usta.  
Giną  stała  sztywno  wyprostowana.  Miała  na  sobie  szorty  z  obciętych  dżinsów,  męską 

roboczą koszulę, workowatą i za obszerną, a na nogach najbardziej zniszczone adidasy. Nie 
ułożyła  włosów  i  w  ogóle  się  nie  umalowała.  Chciała  wyglądać  –  i  czuć  się  –  jak  istota 
pozbawiona płci.  

– Powtarzam: jeśli będziesz czegoś potrzebował, zawołaj mnie. Zawiozę cię do lekarza. 

Mamy  tam  być  o  dziesiątej  czterdzieści  pięć.  Potem  dostaniesz  lunch  i  przekażę  cię 

Wesleyowi. Wszystko jasne? 

– Nie. Mam pytanie – stwierdził, sadowiąc się wygodniej na poduszkach.  
– Co takiego? – rzuciła gniewnie, pragnąc jak najszybciej się oddalić.  
Zlustrował ją spojrzeniem od stóp do głowy.  
– Zamierzasz się wybrać w takim stroju do miasta? 
– Ubieram się tak, jak mi się podoba – odparła z urazą w głosie.  
– Gust masz, jak widać, niewybredny – powiedział, krzywo się uśmiechając. – Dlaczego 

nie ubierzesz się w worek od kartofli? Nie posypiesz sobie głowy popiołem? Zresztą i to by 

background image

nie pomogło. Nawet w worku od kartofli wyglądałabyś ładnie.  

– Czy coś jeszcze? 
– Tak. Tym razem nie zamierzam cię przepraszać za wczorajsze pocałunki. Sprawiły mi 

przyjemność.  

I  tobie  również.  Zastanów  się  nad  tym.  I  przestań  udawać,  że  udało  ci  się  pokonać 

biologię.  

Wpatrywała się w niego przez długą chwilę tłumiąc gniew.  
–  Jedyną  przyjemność  związaną  z  twoim  pobytem  sprawia  mi  fakt,  że  nigdy  nie 

dostaniesz mojego przepisu. I swojej drogocennej łodzi. Odjedziesz stąd z pustymi rękami.  

Uniósł brew i uśmiechnął się szelmowsko.  
– Ta łódź miała być moim domem. Nie mam więc gdzie wracać. Będę musiał zostać tu 

tak długo, aż ją dostanę. Prawda? 

– Prędzej gruszki wyrosną na wierzbie.  
– Może i wyrosną – zakończył, stale się uśmiechając.  
 
– Wszystko goi się dobrze – powiedział jej doktor Fonsby, gdy Connor pokuśtykał już do 

zaparkowanego przed szpitalem MG.  – Może teraz trochę chodzić o kulach,  ale stopy nadal 
nie wolno mu obciążać. Nie może nawet prowadzić samochodu. Jeśli ból się wzmoże, proszę 
zapakować go do łóżka. Za tydzień chciałbym go ponownie zbadać.  

– Następny tydzień? – spytała Giną, czując, że robi jej się słabo.  
– Tak. Siedem dni – odparł. Westchnęła ciężko, ale Fonsby nie zwrócił na to uwagi. – I 

naprawdę ma pani szczęście. Mało brakowało, a mógłby stracić tę nogę. Już raz chcieli mu ją 
amputować. Tylko własnemu uporowi zawdzięcza to, że ją jeszcze ma. Proszę przypilnować, 
żeby dbał o siebie. Zrozumieliśmy się? 

Wróciła do samochodu przejęta tym, co powiedział jej lekarz. Była trochę zrezygnowana 

i  smutna,  głównie  jednak  dlatego,  że  znowu  zaczęła  odczuwać  wyrzuty  sumienia  za 

spowodowany przez siebie wypadek.  

–  Czy  rzeczywiście  chcieli  ci  amputować  stopę  po  tym  twoim...  wypadku?  –  spytała 

Connora w drodze powrotnej do domu.  

–  Uhm  –  mruknął.  Siedział  z  łokciem  opartym  o  opuszczoną  szybę,  pięścią  podpierał 

policzek i był jakiś zamyślony i poważny.  

–  I  co?  Nie  zgodziłeś  się?  –  spytała,  zbyt  zawstydzona,  by  na  niego  spojrzeć.  –  Długo 

byłeś w szpitalu? 

– Chyba widać, że się nie zgodziłem. A leżałem długo. Parę razy. Już straciłem rachubę. 

A dlaczego pytasz? 

–  Tak  sobie.  –  Niespokojnie  przesunęła  się  na  siedzeniu.  –  Gdzie  to  się  stało?  W 

Kalifornii? 

– W Hiszpanii. – Odwrócił się w jej stronę. – Co jest? Znowu się czujesz winna? Bardzo 

dobrze! Wtedy się od razu robisz milsza.  

– Słuchaj... – zrobiła jakiś bezradny gest dłonią – ty jesteś taki... niemożliwy. Trudno nie 

pamiętać, że to się mogło tak źle skończyć.  

background image

– Oj, mogło! – zgodził się. – Cały rok musiałabyś mnie na przykład kurować! Ale ja też 

mam szczęście, bo mogłaś mi zafundować amputację.  

Na dźwięk tego słowa wstrząsnął nią dreszcz.  
– Dobrze, że się chociaż wzdrygasz – szydził.  
– Powinnaś mi to jakoś wynagrodzić.  
– Przecież staram się – powiedziała, wykrzywiając usta. – Cały czas się staram.  
Uniósł nieznacznie brwi i zlustrował ją wzrokiem.  
– No, przynajmniej się przebrałaś. Doceniam to.  
Wzruszyła ramionami. Rzeczywiście włożyła dżinsową spódnicę, żółtą bluzkę z dzianiny 

i sandałki. Włosy miała wyszczotkowane i umalowane usta.  

– Chciałabyś dla mnie zrobić coś naprawdę miłego? 
– spytał.  
– To zależy – odparła przezornie, czując na skórze dreszcz.  
–  Nie  jedźmy  prosto  do  domu.  Czuję  się  tam  jak  w  klatce.  Przewieź  mnie  po  okolicy. 

Pokaż mi to miasto, które tak kochasz. Spojrzała na niego podejrzliwie.  

– Po co? Żebyś się miał z czego naśmiewać? 
– Nie. Po to, żebym zobaczył je twoimi oczami. Twoimi, pozwolę sobie dodać, pięknymi, 

piwnymi oczami.  

– Dobrze, ale pod warunkiem że skończysz z tym udawaniem – powiedziała, zaciskając 

mocniej dłonie na kierownicy.  

– Z czym? – zaśmiał się.  
– Z tym udawaniem, że się... do mnie zalecasz.  
– A kto tu udaje? – śmiał się jeszcze radośniej.  
– Ty. A ja mam tego dość, bo wiem, że chodzi ci o Beekmana.  
– A jak nie o Beekmana? Może jednak o ciebie? 
– To i tak marnujesz czas.  
–  Dotąd  go  nie  zmarnowałem.  Było  mi  bardzo  przyjemnie.  I  tobie  również.  A  jeszcze 

przyjemniej by było, gdybyś sobie na więcej pozwoliła.  

– Widzisz? – Giną pogroziła mu palcem. – Już zaczynasz. Właśnie takich uwag sobie nie 

życzę.  

–  No  dobrze  –  zgodził  się  z  ironicznym  uśmiechem.  –  Pokaż  mi  okolicę,  to  może 

przestanę.  

– Zgoda – powiedziała, w momencie gdy wjeżdżali na szczyt wzgórza. – Obwiozę cię po 

miejscach, które lubię najbardziej.  

– No, ale co tu jest takiego? Same pola i jakieś kurniki – Connor niechętnie gapił się na 

wiejski krajobraz.  

– Poczekaj, zaraz coś zobaczysz – odparła. Znaleźli się na szczycie wzniesienia. Ruchem 

głowy wskazała na prawą stronę drogi. – Patrz. Jak ci się to podoba? 

Pod  nimi  w  dolinie  przycupnęło  małe,  zniszczone  gospodarstwo.  Ze  wszystkich  stron 

otaczały je pola. Ale nie były to pastwiska ani łąki, ani ugory – tylko całe hektary falujących 
w słońcu, prześlicznie kwitnących roślin. Dosłownie miliony kwiatów.  

background image

– Co to takiego? – zmarszczył się Connor.  
–  Petunie  –  powiedziała,  ciesząc  się,  że  tak  go  to  zaskoczyło.  –  Dwadzieścia  hektarów 

petunii. Czujesz, jak pachną? 

Wciągnęła głęboko powietrze. Żadne kwiaty nie miały dla niej cudowniejszego zapachu 

niż petunie. Zakręciło jej się w głowie.  

Connor przyglądał się tęczowemu bezmiarowi kwietnego łanu.  
– To jakieś zwariowane wiejskie dziwactwo. O co tu chodzi? 
–  To  farma  Luke’a  Caniglia  –  powiedziała  z  tryumfalnym  uśmiechem  Giną.  –  On  ma 

osiemdziesiąt cztery lata. Każdej wiosny siada na traktor, prawie tak stary jak on sam, orze i 
potem sieje petunie.  

Mijali  właśnie  stojący  koło  drogi,  mocno  podniszczony  dom.  Na  ganku,  w  fotelu  na 

biegunach siedział mały, okrągły człowieczek z siwymi resztkami włosów na głowie. Na jego 
kolanach leżał zwinięty w kłębek żółty kot.  

Giną zatrzymała samochód, wychyliła się, pomachała ręką i zawołała: 
– Hej, Lukę! To ja, Giną! 
Stary człowiek z uśmiechem pozdrowił ją gestem dłoni i bujał się w swoim fotelu dalej, 

ani na chwilę nie straciwszy rytmu.  

– Moglibyśmy wpaść i porozmawiać z nim – powiedziała Giną, naciskając na gaz. – Ale 

nic z tego. On nie rozmawia w sierpniu.  

– Co? – Connor wykręcił głowę i popatrzył w kierunku farmy.  
–  Tak.  Zachowuje  przez  miesiąc  milczenie.  Jego  żona  umarła  w  sierpniu.  Daje  w  ten 

sposób świadectwo, że o niej pamięta. A to – wskazała na kwiaty – też sieje z myślą o niej. 
Ona bardzo lubiła petunie.  

– Kiedy umarła? – spytał Connor.  
– Dwadzieścia osiem lat temu. « 
– O Boże! Dwadzieścia osiem lat? Giną zatrzymała samochód na poboczu.  
– Tak. Bardzo ją kochał. Może byśmy wysiedli na chwilę? 
Connor  skinął  głową  i  wygramolił  się  z  samochodu.  Stał  obok  niej  i  marszcząc  brwi 

patrzył na pole kwiatów, jakby zakłopotany.  

– He tego jest? Dwadzieścia hektarów? 
– Tak. Kiedyś miał sto pięćdziesiąt hektarów. Po śmierci żony sprzedał ziemię. A na tej 

reszcie sieje co rok jej ulubione kwiaty.  

–  I  ty  tu  zawsze  przyjeżdżałaś?  Nawet  jak  byłaś  małą  dziewczynką?  –  Jego  głos  miał 

niskie, chropawe brzmienie.  

Przez twarz Giny przemknął cień uśmiechu.  
–  Tak.  Latem  ja  i  moja  kuzynka,  Lucia,  przyjeżdżałyśmy  tu  bez  przerwy  na  rowerach. 

Przywoziłyśmy nasze lalki i bawiłyśmy się. Ubierałyśmy je w kwiaty. – W jej uśmiechu było 
nieco nostalgii. – Czasami obłaziły nas mrówki. A od tych kwiatów kręciło się nam w głowie. 

Od patrzenia, wąchania, smakowania...  

– Smakowania? – spytał niedowierzająco.  
–  Uhm.  –  Schyliła  się  i  zerwała  dwie  jasnoczerwone  petunie.  Wprawnym  ruchem 

background image

oberwała zielone listki wokół kwiatostanów. Na jej dłoni leżała para kwiatów. Każdy z nich 
miał kształt delikatnie zwiniętego stożka.  

– Spróbuj. – Podsunęła mu  jeden z nich. – Włóż sobie ten koniuszek do ust. Tylko  nie 

ugryź. I spróbuj wyssać.  

– Co? – zdziwił się jeszcze bardziej.  
– No... zrób tak – namawiała. Podniosła do ust lejkowaty, czerwony kwiat. Nie odrywając 

od niej oczu, Connor zrobił to samo.  

Wyssała słodką kropelkę z nektarnika i uśmiechnęła się do niego.  
– Spróbowałeś? Miód.  
Connor wyjął z ust kwiat i nie odrywając od niej wzroku skinął głową.  
– A widzisz! Wszystkie są takie. Kryją w sobie słodycz.  
Connor powtórnie kiwnął głową. Oczy miał bardziej błękitne niż niebo.  
– Rzeczywiście – przyznał rozkojarzony. – Kryją w sobie słodycz – powtórzył, wpatrując 

się w jej wargi.  

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Giną patrzyła na mieniącą się różnym kolorami mozaikę witraży.  
– To jest kościół, w którym moi rodzice, dziadkowie i pradziadkowie zawierali śluby – 

powiedziała.  

Connor  milcząco  skinął  głową.  Zastanawiał  się,  jaka  by  ona  teraz  była,  gdyby  również 

wzięła  tu  ślub.  Próbował  sobie  ją  wyobrazić  jako  pulchną,  zadowoloną  z  życia, 
małomiasteczkową matronę. Wprawiło go to w zły nastrój.  

– Każda rodzina starała się ufundować witraż. Ten jest nasz. – Giną wskazała bogaty w 

kolory  wizerunek  świętego  Antoniego.  U  podstawy  okna,  na  mosiężnej  tabliczce,  widniał 
wygrawerowany po włosku napis: Dar rodziny Mario A. Calvino.  

Connor  przebiegł  wzrokiem  kolejne  okna.  Rodzina  Marchesi,  Caniglia,  Orsini,  Fanelli, 

Alonzo: nazwiska te nie brzmiały już dla niego obco.  

W  kościele  panował  spokój,  ale  Connor  miał  dziwne  odczucie,  że  nie  była  to  martwa 

cisza.  Przeciwnie,  wnętrze  tchnęło  tajemnym  życiem.  Historia,  jak  ożywiona  istota, 
przemykała niespokojnie, kryjąc się w cieniach, śledząc ich i przyglądając się badawczo.  

Od  pokoleń  tu  właśnie  modlili  się  mieszkańcy  Allegro  i  tu  odbywały  się  uświęcone 

rytuałem ceremonie towarzyszące najważniejszym wydarzeniom ich życia: chrzty, komunie, 
śluby  i  pogrzeby.  Ściany  świątyni  mogłyby  snuć  nie  kończącą  się  opowieść  o  ludziach, 
których losy były ze sobą nierozerwalnie związane.  

– Spójrz tutaj. – Giną poprowadziła go ku ścianie przy wejściu. – Popatrz na ten fresk.  
Connor  przyjrzał  mu  się  krytycznie.  Był  to  zadziwiająco  dobry  obraz,  przedstawiający 

jedną ze scen z Ewangelii: Kazanie na Górze. Zastanawiał się, skąd taka mała parafia mogła 
zdobyć coś tak cennego.  

– Dumni jesteśmy z tego obrazu – powiedziała Giną. – Za pieniądze zarobione na jednym 

z festynów miasto sprowadziło malarza z Włoch. A potem on wykorzystał niektórych spośród 
naszych przodków jako modele. Spójrz na nią. – Wskazała palcem na postać młodej matki z 
dzieckiem na ręku.  

Connor  wpatrywał  się  w  twarz  pięknej  kobiety.  Jej  podobieństwo  do  Giny  było  tak 

uderzające, że poczuł, jak wszystko się w nim napręża.  

– To moja praprababka. Babcia Earline. – Giną uśmiechnęła się. – Poznajesz? 
Skinął głową. Twarz miał nadal napiętą.  
–  Przepis  należał  do  niej.  To  za  jej  przyczyną  tutaj  się  znalazłeś.  Ona  cię  sprowadziła. 

Dziwne, co? 

Connor nie spuszczał  oka z obrazu. Nie odezwał się. Być może sprowadziła go tutaj  ta 

śliczna, od lat nieżyjąca kobieta. Ale to  jej praprawnuczka, tak do niej  podobna, trzyma  go 
nadal w Allegro.  

Przeniósł  wzrok  na  inne  postacie  fresku.  W  głębi  obrazu  odnalazł  twarz  podobną  do 

Lorena.  Nic  dziwnego,  pomyślał,  że  rozpoznaję  te  znajome  niewinne  rysy,  aż  nadto  długo 
miałem okazję się im przyglądać.  

background image

Giną przestała się uśmiechać.  
–  Ten  mężczyzna  to  prapradziadek  Lorena,  Thomaso  Galii  –  powiedziała  wskazując 

postać, na którą patrzył.  

Connor odwrócił się. Poczuł, jak ogarnia go irracjonalny, niezdrowy gniew.  
– Co się stało? – spytała zaskoczona.  
– Nic. To miasto obejmuje cię swoimi mackami jak ośmiornica. Jesteś z nim związana na 

tysiąc sposobów.  

– Przecież od początku ci to mówiłam, prawda? 
–  Tak,  mówiłaś.  Ale  teraz  już  stąd  chodźmy.  Giną  przyglądała  mu  się  przez  chwilę. 

Zadziwiały ją nieoczekiwane zmiany jego nastroju. Starała się coś z tego zrozumieć.  

– A ty naprawdę nie masz takiego miejsca, z którym czujesz się związany? – spytała.  
Wydawało  się,  że  zastanawia  się  nad  odpowiedzią,  ale  w  końcu  wzruszył  tylko 

ramionami.  

– Chodźmy stąd – powtórzył raz jeszcze.  
Starała się iść wolno, by kuśtykający o kulach Connor za nią nadążył. Szli przez łąkę w 

kierunku  stawu  starego  Motta.  Teren  był  ogrodzony  i  samochód  zostawili  przy  bramie 

wjazdowej.  

–  Dokonujemy  wykroczenia,  prawda?  –  spytał  Connor.  –  Wtargnęliśmy  na  czyjąś 

posiadłość.  

–  Ależ  skąd  –  tłumaczyła  mu  Giną.  –  Mottowie  są  krewnymi  Orsini,  a  Orsini  są 

spokrewnieni  ze  wszystkimi.  Ja  też  jestem  Orsini  ze  strony  matki.  Chodzi  tylko  o  to,  żeby 
zamknąć za sobą bramę. To taka wiejska etykieta. A poza tym Boston Charlie mógłby wyjść 
na szosę.  

– A kto to jest, że ośmielę się spytać, Boston Charlie? 
– To kuc szetlandzki na emeryturze.  
– Przeszedł na zasłużony odpoczynek? Od czego? Od bycia kucem? 
– Chodzi o to, że nikt już na nim nie jeździ. Jest stary, zgrzybiały i ślepy na jedno oko. 

Poza tym ma astmę.  

– Dobry surowiec dla fabryki kleju.  
–  W  żadnym  razie.  –  Giną  zaprzeczyła  energicznym  ruchem  głowy.  –  On  jest  jakby 

członkiem rodziny. Na dożywociu. Co rok maszeruje w festynowym pochodzie. Zamyka go 
właściwie.  Ktoś  go  prowadzi,  a  kuc  na  bokach  ma  transparenty  z  napisem:  „To  jest  to!” 
Zupełnie jak na Coca-Coli. Powłóczy nogami, ale uwielbia tę paradę. To prawdziwy aktor.  

– Śliczne! – burknął Connor.  
– Słuchaj, może za ciężko ci się idzie po tych wertepach? – zwróciła się do niego Giną.  
–  Mogę  robić  wszystko,  byle  tylko  nie  siedzieć  zamknięty  w  tym  twoim  domu.  Mogę 

nawet wplatać wstążki w grzywę Bostona Charliego.  

Uniosła głowę i spojrzała na niego.  
– Zawsze masz w sobie tyle niepokoju? – spytała.  
– To miasto mnie niepokoi. Wszystko dookoła mnie niepokoi. Ty mnie niepokoisz.  
– Naprawdę nie masz rodzinnego miasta? Przecież gdzieś się urodziłeś.  

background image

– Owszem. W Monte Carlo. Ojciec myślał, że matka ma jeszcze dwa tygodnie czasu na 

hazard. Ale się pomylił. Mało brakowało, a urodziłbym się przy stoliku do bakarata.  

Powiedział  to  szyderczym  tonem,  ale  Giną,  jakoś  wbrew  sobie,  poczuła  się  tym 

poruszona.  

– Twoi rodzice mieszkali w Monte Carlo? – spytała.  
– Nie. Rozbijali się po całym świecie. A potem się rozwiedli i zaczęli się żreć ze sobą. 

Raz byłem z matką, raz z ojcem. Ale oboje nie lubili siedzieć dłużej w jednym miejscu.  

Spojrzała na niego. W jej oczach malowało się współczucie.  
– Każde z nich chciało cię zatrzymać? To okropne. Bardzo mi przykro.  
–  Nie  zatrzymać,  tylko  podrzucić  drugiemu  –  sprostował  z  tym  samym,  dobrze  jej 

znanym,  szyderczym  uśmiechem.  –  A  mnie  było  wszystko  jedno.  Zanim  skończyłem  osiem 

lat, zobaczyłem więcej świata, niż większość ludzi zobaczy przez całe życie. Choćby ty.  

–  Nie  zamieniłabym  mojego  dzieciństwa  na  twoje  –  odpowiedziała  z  przestrachem  w 

głosie. – Za żadne skarby. I potem już nigdy nie zatrzymałeś się gdzieś na dłużej? 

–  Nie.  To  znaczy...  z  jednym  wyjątkiem.  Matka  powtórnie  wyszła  za  mąż.  Każdy 

następny mężczyzna to był nowy rozdział. Tym razem był to starszy facet, nazywał się Fred 
Mercator. Nie miał dzieci, a chyba zawsze chciał je mieć. Mieli spędzić dwa lata włócząc się 

na  jego  jachcie  po  Karaibach,  ale  matka  próbowała  podrzucić  mnie  Fredowi  na  dobre.  – 
Przerwał na chwilę i zaśmiał się. – I prawie się to udało. Miałem dziesięć lat. Ten jacht był 
dla mnie jak czarodziejski dywan.  I  Fred był  prawdziwym  czarodziejem: stary  facet, łysy,  z 
siwą brodą i z duszą dziecka. Nawet prywatnego nauczyciela ściągnął dla mnie na ten jacht. 
Jak Boga kocham, wszystko tam miałem. Jak w raju.  

– I co się stało? – Giną zmarszczyła brwi.  
–  Umarł.  –  Twarz  Connora  stężała.  –  Pewnego  ranka  stawialiśmy  we  dwóch  żagiel. 

Powiedział  do  mnie:  Dobrze  jest  żyć,  prawda,  chłopcze?  I  w  chwilę  potem...  skulił  się, 
upadł... i już nie żył.  

Stłumiła  w  sobie  nagłą  potrzebę,  by  dotknąć  jego  dłoni.  Może  dlatego,  że  wyrazem 

twarzy dał jej do zrozumienia, że nie życzy sobie żadnych gestów współczucia czy sympatii. 
Wysoki, silny, pełen dumnej pewności siebie, wyglądał na człowieka, którego nic nie będzie 
już w stanie zranić.  

– A potem? – spytała z wahaniem. – Co było potem? 
–  To,  czego  można  się  było  spodziewać.  Matka  sprzedała  jacht  i  wyjechała  z  tym 

nauczycielem  na  Barbados.  A  mnie  oddali  do  szkoły  z  internatem  w  Anglii.  O  rany! 
Myślałem, że zima nigdy się tam nie skończy.  

Zobaczyli  przed  sobą  staw.  Słońce  odbijało  się  od  zwierciadła  wody  i  Connor  zmrużył 

oczy.  

– Wędrowanie z miejsca na miejsce stało się nawykiem. Raz tylko  przesiedziałem  dwa 

lata na studiach w Los Angeles. Matka umierała. Chciała, żebym był blisko niej. Do dziś nie 

wiem po co.  

Stanęli  nad  stawem.  Jego  zachodniego  brzegu  strzegły  zasuszone  jabłonie,  a  wschodni 

brzeg  zarośnięty  był  szuwarami.  Prawie  całą  taflę  pokrywały  lilie  wodne:  niektóre  z  nich 

background image

kwitły. Na zatopionej do połowy kłodzie wygrzewał się w słońcu żółw.  

– Może usiądziesz i odpoczniesz trochę? – spytała Giną.  
–  Nie.  Przejdźmy  się  dookoła.  Lubię  być  w  ruchu.  Pokiwała  głową.  Pamiętaj,  mówiła 

sobie, ostrzegł cię uczciwie: nie lubi pozostawać na miejscu.  

– Skończyłeś studia? – spytała.  
–  Nie.  Przerwałem  na  przedostatnim  semestrze.  Matka  zostawiła  mi  jakieś  pieniądze. 

Wylądowałem w Teksasie. Była tam taka bankrutująca sieć sklepów ze sprzętem sportowym. 
Zorientowałem  się,  że  to  sprawa  błędów  w  zarządzaniu.  Przez  dwa  lata  wędrowałem  po 
całym Teksasie. – Przerwał na chwilę. Pokiwał głową, jakby coś wspominając.  

– Sprzedałem to z zyskiem. Skądś dowiedziałem się o takim małym interesie lotniczym. 

Loty nad puszczą, wzdłuż Jukonu i w dystrykcie Mackenzie. Tam było to samo. Trzeba było 
usprawnić zarządzanie. Następne dwa lata i dużo latania. – Uśmiechnął się, jakby sam z siebie 
szydził. – Po tej Kanadzie była sieć  agencji turystycznych w Nowej  Południowej  Walii. Ta 
sama historia. Kretyńskie zarządzanie. Wyprowadziłem to na czystą wodę i sprzedałem.  

1  potem  kupiłem  tę  sieć  magazynów  „Vagabond”.  Zmieniłem  całe  kierownictwo  i 

robiłem za głównego redaktora. Przez dwa lata objeżdżałem Europę i sprawdzałem, czy stare 
miejsca już mnie nie przerażają. Okazało się, że przestały.  

Giną,  nie  wiedząc  co  powiedzieć,  zatrzymała  się  przy  drzewie  jabłoni.  Zerwała  jabłko, 

prawie już dojrzałe, i podała je Connorowi.  

– Dziękuję. Mógłbym pomyśleć, tak jak ty, że to miejsce jest rajem.  
Spuściła głowę i wytarła jabłko o spódnicę. Ruszyli dalej.  
– Mówiłeś, że pragniesz teraz zdobyć tę łódź. Po co? 
–  Znam  Beekmana  z  czasów,  kiedy  byłem  w  Kalifornii.  W  zeszłym  roku,  leżąc  w 

szpitalu,  dowiedziałem  się,  że  Beekman  przejął  majątek  jakiegoś  niewypłacalnego  dłużnika, 

plantatora trzciny cukrowej na Karaibach. Między innymi kilka starych jachtów pływających 

w czarterze. Jeden z nich nazywał się „Samotna”. To była łódź Mercatora. Ta sama, na której 
pływałem jako dziesięcioletni chłopiec.  

Spojrzał na nią przelotnie i przeniósł wzrok na daleką linię horyzontu.  
–  Ten  czarterowy  interes,  to  znaczy  wynajmowanie  jachtów,  wygląda  obiecująco.  I 

mógłbym  zobaczyć  znowu  Morze  Karaibskie.  Z  pokładu  „Samotnej”.  Tylko  trzeba  by  ją 
wyremontować.  Z  jej  sterówki  świat  wydawał  się  jakiś  lepszy.  Może  znowu  tak  będzie. 
Przyglądała mu się przez chwilę w milczeniu.  

– Właściwie to nie czujesz się szczęśliwy, prawda? Śmiejesz się, żartujesz, ale naprawdę 

szczęśliwy nie jesteś.  

– To samo można powiedzieć o tobie – odpowiedział agresywnie. – Uśmiech milionerki i 

biedne  życie.  Beekman  oferuje  ci  jakąś  szansę,  ale  jesteś  zbyt  uparta,  by  z  niej  skorzystać. 
Szczerze mówiąc, nie rozumiem, jakie masz powody do radości.  

– Moje życie jest cudowne. – Gestem ręki wskazała łąkę i staw. – Wszystko to dookoła 

jest moje. Starałam się ci to jakoś pokazać.  

Odwrócił się od niej i znowu zapatrzył się gdzieś daleko.  
– No tak. Ale ja widzę rzeczy takimi, jakimi są. A ty je widzisz przez różowe okulary. – 

background image

Oparł się na kulach, obrzucił ją przez ramię niechętnym spojrzeniem i znowu się odwrócił. – 
Co  zrobisz,  gdy  będziesz  starą  kobietą,  a  ten  staw  zasypią  i  wybudują  tu  kolonię  domków 
jednorodzinnych? A drugą taką samą na polu, gdzie rosną teraz petunie? Gdy połowa ludzi z 
Milledgeville rozdrapie te ziemie? I gdy nagle twój uroczy kościółek wyda im się za mały i 
przyjdą spychacze, żeby na jego miejscu postawić większy? 

– Przestań! – przerwała mu ostro.  
–  Mam  przestać?  –  Spojrzał  na  nią  z  drwiącym  uśmiechem.  –  Równie  dobrze  możesz 

poprosić czas, żeby przestał płynąć. Co z tobą będzie, Gino? Nie macie przecież nic. Ani ty, 
ani Earline. Co zrobisz w razie jakiegoś nieszczęścia? Przecież ona może zachorować.  Albo 
umrzeć.  Co  wtedy?  Utrzymasz  ten  wielki  dom?  Będziesz  to  ciągnąć  w  nieskończoność? 
Przykuta do starych obrazów, starych wspomnień i marzeń? 

– Skończ z tym! – ponownie próbowała mu przerwać.  
–  To  ty  z  tym  skończ.  Z  takim  życiem.  Nie  pozwól,  żeby  do  tego  doszło.  Beekman 

proponuje ci sześćdziesiąt tysięcy dolarów. Czy to do ciebie nie dociera? Myślę, że uda się 
naciągnąć  go  jeszcze  na  te  procenty.  Zabezpieczyłoby  to  was  na  całe  życie.  Przecież  nie 
możesz liczyć, że wiecznie będziesz miała szczęście. To niepewna lokata.  

–  Ale  ja  jestem  dostatecznie  szczęśliwa  –  broniła  się  Giną.  –  Szczęśliwsza  niż  ty. 

Przynajmniej mam swój dom. Przestań więc mnie dręczyć. Nie chcę tego już więcej słuchać. 

A poza tym, idzie do nas Boston Charlie – zakończyła sztucznie wesołym głosem.  

Zrezygnowany Connor popatrzył na nią spode łba. Nie zwracała na niego uwagi. Patrzyła, 

jak przez trawy i zielska idzie w ich stronę stary, okropnie brzydki kuc.  

–  Mam  przerwać  dyskusję  z  powodu  jakiejś  szkapy?  –  spytał  Connor  skwaszonym 

głosem.  

– Raczej dlatego, że to strata czasu – odparła.  
– Halo! Charlie! Chcesz jabłko? 
Chód  kuca  przeszedł  w  artretyczny  trucht.  Łeb  podskakiwał  mu  przy  każdym  kroku. 

Sierść  miał  częściowo  wyłysiałą,  jakby  zjedzoną  przez  mole.  Cienki,  siwy  kosmyk  – 
pozostałości  grzywy  –  opadał  mu  na  oczy,  a  właściwie  na  jedyne  oko,  którym  patrzył  tak, 
jakby miał zeza.  

–  Charlie!  Mały  śliczny  Boston  Charlie!  Chcesz  jabłuszko,  malutki? Prosto  z  drzewa  – 

szczebiotała jak dziecko Giną.  

Connor wydał z siebie dźwięk, mający świadczyć o tym, jak bardzo jest zdegustowany.  
– Widywałem zdechłe konie w lepszej formie. Przecież to nie jest kuc, tylko zombi.  
Odłamała kawałek jabłka i poczęstowała nim Boston Charliego. Żuł, śliniąc się, a Giną 

przytuliła policzek do jego karku i klepała go pieszczotliwie.  

– Jest śliczny i wszyscy go kochają. – Spojrzała z wyrzutem na Connora. – A ty nie masz 

ludzkiego serca. Masz serce zombi.  

– Przecież on się ślini i jest cały wyłysiały.  
– No to  co? Ciebie być  może też czeka to  samo. Ale to  nie znaczy, że  masz być przez 

nikogo nie kochany.  

Connor odwrócił się i kręcił rozpaczliwie głową.  

background image

– Czy naprawdę sześćdziesiąt tysięcy dolarów nic dla ciebie nie znaczy? Czy może jesteś 

tak naiwna, że nie potrafisz sobie wyobrazić tej sumy? Słuchasz, co się do ciebie mówi, czy 

nie? 

Wyglądało na to, że nie słucha. W każdym razie nie raczyła odpowiedzieć. Dała Boston 

Charliemu resztę jabłka i przytuliła się do niego jeszcze mocniej.  

– Jedz, malutki. Giną kocha swojego kuca, najpiękniejszego na całym wielkim świecie. 

Konika, kucyka, puchatka, kudłatka...  

–  Zabieraj  mnie  stąd  –  warknął  Connor.  –  Wolę  siedzieć  w  karcerze,  niż  oglądać  tę 

szmirę. Zemdliło mnie.  

– Nie będziesz skazany  na samotność.  Przyjdzie do ciebie Wesley – poinformowała  go 

uprzejmie Giną, nadal głaszcząc kuca.  

–  Mówiłem  ci,  żebyś  trzymała  go  ode  mnie  z  daleka.  To  nie  dziecko,  tylko  wcielony 

diabeł.  

Giną zastąpiła mu drogę. Wpatrywała się w niego zwężonymi źrenicami.  
– Ty naprawdę jesteś zombi. A Wesley jest biednym chłopcem. Ma ojca w szpitalu i inne 

dzieci  go  nie  lubią.  Powiedziałeś  raz,  że  wiesz,  jak  trudno  być  małym  samotnikiem.  Ale 
okazuje  się,  że  tylko  udawałeś  współczucie.  Może  ty  naprawdę  jesteś  wewnątrz  martwy, 
zupełnie martwy. Inaczej mógłbyś się zdobyć na to, by być miłym dla tego dzieciaka.  

Zmarszczył się, a po chwili drwiąco się uśmiechnął.  
–  I  ty  to  mówisz? Sama  próbujesz  wpakować  swoje  serce  do  grobu.  A  ono  jeszcze  nie 

umarło. Zamknęłaś się w małym hermetycznym świecie. Od tamtego pola do tego stawu: oto 
jego granice. I twierdzisz, że to ja jestem martwy, a nie ty. Mogłabyś się sporo na temat życia 
ode mnie nauczyć.  

– A może to ja mogłabym cię czegoś nauczyć? Myślałeś o tym kiedy? 
Connor  przyglądał  się  jej  pełnym  wargom  z  zainteresowaniem  graniczącym  z 

bezczelnością.  

–  A  owszem.  Myślałem  o  tym.  Przez  całą  zeszłą  noc.  Cierpliwość  Giny,  wiele  razy 

wystawiana na próbę, w tym momencie się wyczerpała.  

–  Mówiłam  ci,  że  nie  życzę  sobie  wysłuchiwać  tego  rodzaju  uwag.  –  Odwróciła  się, 

zamierzając jak najszybciej dostać się do samochodu.  

Nie zdążyła zrobić kroku, gdy zaskoczona poczuła, że schwycił ją za ramię.  
– Nie dotykaj mnie – rzuciła za siebie. Odwróciła się. Błękitne oczy Connora płonęły.  
–  Dlaczego?  –  spytał.  Przysunął  się  jeszcze  bliżej.  Poczuła  mocne  uderzenia  tętna.  – 

Przyjemnie było zeszłym razem, prawda? Boisz się, żeby znowu ci nie było przyjemnie? 

Wpatrywała się w niego. A więc znowu, pomyślała. Znowu zacznie ją całować, a ona nie 

będzie potrafiła się temu oprzeć. Przyciągnął ją ku sobie i zajrzał w jej spłoszone oczy.  

– Co się stało? – Jego głos był niebezpiecznie miękki. – Drżysz? Mam uwierzyć, że to z 

lęku  albo  ze  złości?  Ale  nie.  Sama  wiesz,  o  co  chodzi.  To  nie  mnie  się  lękasz.  Sama  sobą 
jesteś przerażona. I własnym pożądaniem.  

– Przestań sobie pochlebiać – powiedziała z zaciśniętym gardłem.  
–  To  ty  się  przestań  oszukiwać.  –  Uścisk  jego  dłoni  stał  się  silniejszy.  –  Mógłbym  cię 

background image

teraz pocałować, Gino. Pozwoliłabyś na to. – Jego wargi znalazły się tuż przy jej wargach. – 
Potrzebujesz  pocałunków.  I  nie  tylko  pocałunków.  Ale  ja  mam  dosyć  tej  roli  zbawcy. 
Następnym razem dotknę cię dopiero wtedy, kiedy sama mnie o to poprosisz.  

–  Nigdy  –  rzuciła  z  pasją.  Niezdolna,  by  się  oddalić,  stała  jednak  nadal  jak 

zahipnotyzowana.  

–  Nigdy  nie  mów  nigdy  –  uśmiechnął  się,  ciągle  tuż  przy  jej  ustach.  Zamknęła  oczy, 

poczuła jego oddech na swoich wilgotnych wargach i zaczęła drżeć jeszcze bardziej.  

Nie  pocałował  jej  jednak.  Poczuła  nagle,  że  jego  dłoń  oderwała  się  od  jej  ramienia. 

Spojrzała na niego skonsternowana.  

– Chcę ci zaproponować pewien układ. – Connor zmienił ton na spokojny i rzeczowy. – 

Pokazuj  mi  dalej  to  miasto.  Tak  jak  sama  je  widzisz.  Jeszcze  przez  następny  tydzień.  Jeśli 

przekonasz  mnie,  że  masz  rację,  także  jeśli  chodzi  o  ciebie,  zostawię  cię  w  spokoju. 
Przysięgam. I powiem Beekmanowi, żeby zrobił to samo. I będziesz sobie mogła tu dalej żyć 
po swojemu. Zgoda? 

Wyjedzie, pomyślała, i wtedy będę znowu bezpieczna.  
–  Zgoda  –  odrzekła  po  chwili.  Ale  nie  ośmieliła  się  znowu  spojrzeć  mu  w  oczy  z  tak 

bliska.  

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

Przez kilka kolejnych dni Giną i Connor kontynuowali te niespokojne eskapady. Wsiadali 

rano  do  samochodu  i  wyruszali  na  objazd  Allegro  i  jego  wiejskich  okolic.  Giną  opowiadała 

mu  o  historii,  legendach  i  lokalnych  tradycjach,  starając  się  robić  to  w  sposób  możliwie 

nieemocjonalny.  Były  to  jednak  próżne  starania:  nie  była  zawodową  przewodniczką 
turystyczną  i  nie  potrafiła  mówić  o  tym,  co  tak  bardzo  kochała,  z  pozycji  neutralnego 
obserwatora. Wydawało jej się, że w spojrzeniu Connora równie często odnajduje zdumienie, 
jak drwinę.  

Connor  niechętnie  –  i  jakby  wbrew  swej  woli  –  zaczynał  po  trochu  rozumieć.  Przede 

wszystkim to, że w Allegro nie było po prostu takiego zakątka, który nie kojarzyłby się Ginie 
z  jakimiś  wspomnieniami.  Już  jako  mała  dziewczynka  musiała  przebiec  ze  skakanką  po 
każdym  chodniku,  wspiąć  się  na  każde  drzewo,  poznać  każde  domostwo  i  każdą  rodzinę. 
Znajomy stawał się nie tylko człowiek, lecz również jego pies, kot, papuga i chomik. I równie 
znajome i bliskie było dla niej to, co zwykle nie należy do nikogo: kamyk, kępa trawy, pęk 
koniczyny i każde ziarnko piasku z Allegro.  

Próbował ją prowokować swoimi opowieściami globtrotera. Epatował nazwami dalekich 

miast.  Wspominał  Paryż,  Mediolan,  Dublin,  Londyn,  Frankfurt,  Barcelonę,  Boston, 

Melbourne, Fairbanks i Cancun.  

Słuchała  z  uśmiechem,  bardzo  ją  to  wszystko  fascynowało,  ale  jednocześnie  –  ku 

niezadowoleniu  Connora  –  nadal  sprawiała  wrażenie  całkowicie  szczęśliwej  z  tego,  że  żyje 

tam, gdzie przyszło jej żyć.  

Popołudnia były mniej zajmujące. Giną biegła na miasto, gdzie czekały na nią dziesiątki 

nie  załatwionych  spraw  związanych  z  prowadzeniem  sklepu  i  zbliżającym  się  festynem. 
Wolałby  spędzać  ten  czas  samotnie  i  w  skupieniu:  miał  wiele  rzeczy  do  przemyślenia. 
Niestety, skazany był na towarzystwo Wesleya.  

Początkowo  próbował  cynicznie  opalać  się  w  ogrodzie,  licząc  na  to,  że  mały  nie 

wytrzyma siedzenia w pełnym słońcu i zatęskni za chłodem swego klimatyzowanego domu. 
Ale  przeliczył  się.  Wesley  okazał  się  być  twardą  sztuką:  pocił  się  tak,  że  aż  okulary 
ześlizgiwały mu się z nosa, ale nie zamierzał zrezygnować ze swojego dolara za godzinę.  

Jego  „oficjalny  opiekun”  zmuszał  go  do  gry  w  „Barani  Łeb”.  Reguły  jej  były  bardzo 

zawiłe.  Connor  podejrzewał,  że  –  podobnie  jak  nazwa  –  są  one  autorstwa  Wesleya  i 
sprowadzają się do tego, że ten, kto grę wymyślił, musi wygrać. Wpadł  wreszcie na jedyny 
sensowny pomysł i zamiast stale być „Baranim Łbem”, zaczął opowiadać małemu o różnych 
przygodach.  Nie  tylko  o  swoich.  Pamiętał,  jak  z  zapartym  tchem,  całymi  godzinami  słuchał 
kiedyś gawęd Freda Mercatora. I tak jak kiedyś ten stary człowiek, tak on teraz dzielił się z 
chłopcem tą samą opowieścią.  

Rezultat  był  łatwy  do  przewidzenia.  Mały  po  prostu  go  polubił.  Albo  nawet  więcej  niż 

polubił.  Pewnego  popołudnia,  w  przeddzień  festynu,  przeprowadzili  prawdziwie  męską 
rozmowę.  

background image

– Wiesz co? – zaczął Wesley, jakby nieco stropiony.  
– Z początku to cię znienawidziłem, jak żeś się tu pokazał. Zabrałeś mi Ginę.  
– Wkrótce wyjadę – odparł ozięble Cpnnor. – Znowu ją będziesz sobie miał.  
Wesley  podwinął  koszulkę,  znalazł  na  okrągłym  brzuchu  ślad  po  ugryzieniu  komara  i 

zaczął się drapać.  

– Chciałem się z nią właściwie ożenić. Rozumiesz? 
– Badał miejsce po ugryzieniu z pasją naukowca, po czym zaczął je rozdrapywać jeszcze 

bardziej. – Ale, co tam! Jak chcesz, możesz sobie ją wziąć.  

– Jak to wziąć? Mam się z nią ożenić? – spytał z pokerowym wyrazem twarzy Connor.  
–  Jasne.  Widzisz...  dla  mnie  już  będzie  trochę  za  stara.  Musiałaby  na  mnie  poczekać 

jeszcze ze dwadzieścia lat. Może lepiej, żeby wyszła za kogoś, kto od razu jest stary. Tak jak 
ty.  

Tym razem Connor wyraźnie wyglądał na zmartwionego.  
– Rozumiem – mruknął, przymrużając jedno oko. Wesley obciągnął koszulkę i podrapał 

się jeszcze raz.  

– Mój ojciec to naprawdę jest stary. Skończył już czterdzieści dziewięć lat. Miał zawał. 

Za dwa dni wyjdzie ze szpitala. Ale po zawale nie zawsze się umiera, prawda? 

Connor,  zakłopotany,  spojrzał  gdzieś  w  bok.  W  oczach  dziecka  dojrzał  okropny,  nagi 

strach. Przypomniał mu się moment, w którym Fred Mercator upadł na pokład.  

– No pewnie, że nie – odpowiedział burkliwie.  
– Zawał nie musi człowieka zabić. Nie martw się. Wesley zamilkł, ale po chwili wahania 

spytał jednak: 

– Znałeś kogoś, kto umarł na atak serca? 
–  Nie.  Nikogo  takiego  nie  znałem.  –  Connor  powiedział  to  wcześniej,  niż  uświadomił 

sobie,  że  kłamie.  Myślał  o  śmierci  Freda  i  o  tym,  że  jego  własne  dzieciństwo  skończyło  się 

wtedy, gdy serce tego starego człowieka przestało bić.  

– Hej, chłopaki! – Głos Giny przerwał jego smutne wspomnienia. Uśmiechnięta stała na 

werandzie.  Na  obu  jej  policzkach  pokazały  się  dołeczki.  –  Co  tacy  jesteście  ponurzy?  Jutro 
zaczyna się festyn! 

Nagle uświadomił sobie, że się uśmiecha i że Wesley uśmiecha się także. Poczuł, że od 

tego patrzenia na nią dzieje się z nim coś dziwnego. Próbował to jakoś odpędzić, ale mu się 
nie udało. Do diabła, pomyślał, najwyższy czas wynosić się z tego miasta.  

Układał  sobie  już  zresztą  w  głowie  plan,  który  –  jeśli  by  się  powiódł  –  powinien 

usatysfakcjonować wszystkich:  Ginę, Beekmana i  nawet  jego samego.  I  wtedy będzie mógł 
ruszyć  na  Karaiby.  Ta  kobieta  zostanie  tu  zabezpieczona  na  resztę  życia,  ale  on  będzie  już 
daleko stąd. Znowu wolny.  

Udało  mu  się  jakoś  namówić  Ginę,  żeby  zabrała  go  –  w  tym  dniu  wyjątkowo  również 

wieczorem – na przejażdżkę.  

Tam, gdzie jeszcze wczoraj  było  pusto, wędrowna ekipa montowała wesołe miasteczko. 

Diabelski młyn, nieruchomy i bez świateł, majaczył na tle ciemniejącego o zmierzchu nieba, 
wyższy od drzew i budynków Allegro. Zabiegani robotnicy krzątali się po terenie, sprawdzali 

background image

maszynerię, przybijali szyldy i wznosili jakieś następne konstrukcje. Connor patrzył na nich 
podejrzliwie.  

– Ilu ich tu przyjeżdża? To niespokojni, wędrowni ludzie. Mogą być z nimi jakieś kłopoty 

– podzielił się z Giną swoimi obawami.  

–  Dotąd  nigdy  nie  było.  –  Roześmiała  się.  –  Zapomniałam,  ze  jesteś  Menedżerem-

Cudotwórcą. Wiele byś pewnie tu zmienił.  

– To nie moja sprawa – mruknął Connor. – Nie zajmuję się w tej chwili zarządzaniem, 

tylko pośrednictwem między tobą a Beekmanem.  

Dołeczki zniknęły z jej policzków.  
– Nie mam nic do zaoferowania Beekmanowi – odpowiedziała.  
Niespokojnym ruchem przeczesał palcami włosy.  
– Słuchaj, bez przerwy myślałem, jak wybrnąć z tego galimatiasu. I chyba mam pewien 

pomysł. Zatrzymajmy się gdzieś i porozmawiajmy.  

– Cały tydzień rozmawialiśmy. Muszę pomóc Earline pakować słonie. Ona jest zmęczona 

i przepracowana.  

– O tym też chciałem porozmawiać. Czemu nie przyznasz, że stale martwisz się o nią? 
– Martwię się o każdego, kogo kocham – odparła wzruszając ramionami. – A ty nie? 
–  Nie  kocham  nikogo  i  nie  zamierzam  nikogo  pokochać.  Ale  naprawdę  zatrzymaj  się. 

Pogadamy. Wydaje mi się, że rozwiązałem ten problem.  

Zmroziło ją to wyznanie, ale udało jej się nie zmienić wyrazu twarzy. Zatrzymała się przy 

krawężniku, akurat przed własnym sklepem.  

– Problem ma tylko Beekman. Nie ja. Po prostu dlatego, że cokolwiek by zrobił, i tak nie 

dostanie tego przepisu.  

Connor  patrzył  na  wystawę  sklepu,  na  której  Giną  prezentowała  swe  najcenniejsze 

eksponaty:  tkacki  kołowrotek,  drewnianą  kierznie  do  masła,  mosiężną  wagę  pocztową, 
komplet talerzy pomalowanych w róże, lalkę odzianą w staromodne koronki.  

Na  nic  jej  się  nie  przydadzą  te  biedne  skarby,  myślał.  Jeden  nowo  otwarty  sklep 

wielobranżowy  przy  autostradzie  załatwi  ją  całkowicie.  Wtedy  będzie  zdana  na  łaskę 
Beekmana.  

Oparł  się  łokciem  o  deskę  rozdzielczą  i  nachylił  się  ku  niej.  Twarz  miał  poważną  i 

napiętą.  

– Nie przerywaj mi teraz. Nie odzywaj się, dopóki nie skończę. Dobrze? 
Skinęła głową, zaskoczona. Z wielkim trudem przychodziło jej utrzymywać Connora na 

dystans.  Próbowała  traktować  go  nie  jak  mężczyznę,  lecz  jak  przeciwnika,  wobec  którego 
należy  zachować  grzeczność,  ale  i  ostrożność.  Teraz  jednak  czuła,  że  to  niemożliwe:  nie 
sposób było zapomnieć, że jest mężczyzną – w dodatku niebezpiecznie pociągającym.  

– Kochasz to miasto i ten swój festyn. Ale Allegro obumiera. Głównie dlatego, że nie ma 

tu  przemysłu.  Sprowadź  więc  tu  przemysł.  Sprzedaj  Beekmanowi  przepis.  Zgódź  się  na 
czterdzieści, a nie na sześćdziesiąt tysięcy, po to, żeby osłabić uderzenie.  

– Jakie uderzenie? – spytała zdumiona.  
–  Poczekaj.  –  Connor  przysunął  się  ku  niej  jeszcze  bliżej.  –  Powiedz, że  sprzedasz  mu 

background image

recepturę pod tym jedynie warunkiem, że sos ma być produkowany tutaj. W Allegro. Niech 
kupi przetwórnię, uruchomi ją, stworzy miejsca pracy...  

Rozchyliła ze zdumienia usta. Chciała coś powiedzieć, ale położył jej palec na wargach. 

Przestraszyło ją, że nawet tak lekkie dotknięcie wywołało w niej dreszcz.  

–  Sza!  –  Nie  pozwolił  sobie  przerwać.  –  I  to  jest  twój  pierwszy  warunek.  Beekman 

uruchamia przetwórnię. Farmerzy mają zbyt na miejscu, uprawa staje się opłacalna, nikt nie 
sprzedaje ziemi. Przynajmniej na razie. I drugi warunek – ciągnął dalej.  

– Miasto nadal organizuje festyn. Zobowiązujesz się nie sprzedawać już nigdy przypraw, 

ale  w  tym  jednym  przypadku,  raz  na  rok,  robisz  z  nich  podarunek  miastu  dla  podtrzymania 

lokalnej tradycji.  

Zdjął palec z jej ust i oparł się z powrotem o deskę rozdzielczą. Jego oczy z hipnotyzującą 

siłą wpatrywały się w nią nieustannie.  

– Nie ma cudownej recepty na uratowanie twojego miasta. Ale ta odwlecze przynajmniej 

wyrok. Pozwoli mu przetrwać. Kto wie, jak długo? Może do końca twego życia. Wystarczy ci 

tyle? 

Propozycja  była  tak  zaskakująca,  śmiała  i  niewyobrażalna,  że  Ginę  całkowicie  to 

oszołomiło.  Myśli  galopowały  jej  przez  głowę,  ale  jedno  od  początku  wydało  jej  się 
oczywiste: gdyby Beekman przyjął takie warunki, ona nie mogłaby się nie zgodzić. Oparła się 
o drzwiczki w obawie, że zemdleje.  

– Ale przecież, on się może... – wyjąkała. – A ja obiecałam ojcu...  
Nie pozwolił jej dokończyć, ponownie kładąc jej na ustach palec.  
–  Twój  ojciec  sprzedałby  przepis  dla  dobra  miasta  i  bliskich  mu  ludzi.  Nawet  twój 

przenajświętszy Loren postąpiłby tak samo. I obaj by cię do tego namawiali.  

Wytrącona z równowagi, nadal tym wszystkim oszołomiona, próbowała się odwrócić, ale 

jej  policzki  zostały  delikatnie  unieruchomione  pomiędzy  jego  wskazującym  palcem  a 
kciukiem. Poczuła nagle, że do oczu napływają jej łzy.  

– Nie płacz, Gino. – Jego głos stał się nagle miękki. – Trzeba tak zrobić. Nie ma lepszego 

wyjścia. Załatwi się to, wyjadę i nie będziesz już musiała przeze mnie płakać.  

– To nie przez... – próbowała złapać oddech. – Nie przez ciebie. To z radości. Naprawdę, 

jesteś genialny, Connor. Ale potem... jak to już wszystko pozałatwiasz, to... to odjedziesz? 

Objął palcami jej policzki jeszcze czulej i delikatniej. Skinął głową i poczuła, jak kosmyk 

jego włosów musnął jej czoło.  

– Tak. Zawsze ci to mówiłem: odjadę stąd. Ale jeślibyś chciała – jego głos stał się jeszcze 

bardziej miękki – to mógłbym cię pocałować na pożegnanie. Albo nawet scałować ci te łzy. 
Ale tylko... jeśli mnie o to poprosisz.  

Poczuła,  jak  po  policzku  spływa  jej  mokra  kropla.  Całuj  mnie,  Connor  –  tak  bardzo 

pragnęła  mu  powiedzieć  –  obejmij  mnie  i  całuj.  Tylko  tobie  to  wolno,  ale  błagam,  nie 
odchodź i nie zostawiaj mnie.  

Wiedziała, że dał jej to, na czym jej najbardziej zależało, ale teraz odjedzie, bo jak wiatru, 

tak i jego, przywiązać do jednego miejsca nie sposób. Zniknie gdzieś, niezależny i wolny na 
zawsze i stanie się dla niej cieniem, jeszcze bardziej nieuchwytnym niż Loren. Nie może więc 

background image

teraz pozwolić, żeby jego pocałunki wypaliły w jej pamięci znamię, które będzie tak trudno 
zaleczyć.  

– Nie mogę cię o to poprosić – powiedziała, ocierając łzę. – Nie teraz. Może wtedy, gdy 

będziesz odjeżdżał.  

Zbliżył do niej twarz jeszcze bardziej, tak jakby miał ją mimo wszystko pocałować.  
– Nie – wyrzuciła z siebie, jak westchnienie. – Nie rób tego.  
Przez chwilę wpatrywał się jeszcze w jej oczy, po czym oderwał gwałtownie palce od jej 

policzków i odwrócił się.  

– Jedźmy do domu. Zadzwonię do Beekmana i kończmy tę farsę.  
Giną poszła prosto do pokoju na górze. Próbowała uporządkować myśli. Wpatrywała się 

w  portret  Lorena,  szukając  w  jego  znajomych  rysach  pociechy  i  ukojenia,  lecz  nagle 
uświadomiła  sobie,  że  patrzy  na  niego  jakoś  inaczej.  Zrobił  sobie  to  zdjęcie,  kiedy  miał 
dwadzieścia  dwa  lata.  Ona  nie  miała  jeszcze  dwudziestu.  Teraz  ma  już  za  sobą  cztery  lata 
życia  więcej  niż  on.  Jaki  jest  chłopięcy,  pomyślała.  Zawsze  taki  był  i  na  zawsze  takim 
pozostanie. Uwolniony od upływu czasu, gdzieś poza rzeką życia, która niesie ją i oddala od 

niego coraz bardziej. Kochała tego chłopca i zawsze będzie pamiętała o tej miłości. Ale teraz 
dotykały ją ręce i usta innego mężczyzny i czuła bezradnie, że chyba jest znowu zakochana. 
Tylko  tym  razem  nie  był  to  człowiek,  od  którego  mogłaby  oczekiwać,  że  odwzajemni  jej 
miłość.  

Odłożyła portret i patrzyła na fotografię z urodzinowego przyjęcia w domu Lorena. Ona 

miała wtedy piętnaście, a on osiemnaście lat. Z fotografii patrzyli na nią chłopak i dziewczyna 
– tak młodzi i niewinni, że aż trudne było to do uwierzenia.  

– Nigdy nie przypuszczaliście, że życie może być tak skomplikowane – powiedziała do 

nich szeptem.  

A  potem  otworzyła  szufladę  i  zaczęła  chować  pamiątki.  Connor  odjedzie  wkrótce,  ale 

udało mu się dopiąć swego: zmienił ją na zawsze. Nie wiedziała, czy to dobrze czy źle, ale 
pewna była, że jest to zmiana nieodwracalna.  

Connor zacisnął pięści i klął w duchu na cały świat. Żeby jedna rzecz się chociaż, cholera, 

udała. Ale nie. Wszystkie plany się zawaliły.  

Wyszedł właśnie z kuchni, w której poprzednio zamknął się, by zadzwonić do Kalifornii. 

Beekman od początku do końca odrzucił jego propozycję.  

Mało że się nie zgodził – wyśmiał  go po prostu. Stwierdził, że nie da się szantażować: 

przepis go interesuje, ale tylko za gotówkę i bez żadnych dodatkowych warunków. Pomysł z 
przetwórnią  jest  idiotyczny  –  ma  własną  w  Monterey,  a  tu  trzeba  by  część  pomidorów 
dowozić z Teksasu. Nie ma zamiaru do tego dokładać. Jest biznesmenem, a nie filantropem. 
Connor może się pożegnać na zawsze z jachtami, a on i tak znajdzie kogoś, kto w końcu dla 
niego zdobędzie ten przepis.  

Giną  owijała  bibułką  słonie  w  stołowym  pokoju  i  gdy  tylko  Connor  ukazał  się  w 

drzwiach, natychmiast wiedziała, co się stało.  

– No i co? Nie zgodził się? – spytała, unikając jego wzroku.  
Connor  przykuśtykał  na  kulach  i  stanął  po  drugiej  stronie  stołu.  Bezradnie  wzruszył 

background image

ramionami.  

– Na razie nie. Zapanowała nieprzyjemna cisza.  
– Może tak będzie lepiej? – odezwała się w końcu.  
– Kto wie? 
Nic nie odpowiedział. Przez kilka oszałamiających godzin występował w roli bohatera – 

jej bohatera. A teraz czuł  się tym,  kim był  naprawdę  –  bezradnym  człowiekiem  niezdolnym 

do  tego,  by  cokolwiek  zmienić  w  jej  życiu.  Dobrze,  że  wkrótce  odjedzie.  Nie  lubił 
przegrywać  i  nie  był  przyzwyczajony  do  porażek.  Znowu  przypomniała  mu  się  Fanny 
Mercator.  

– Gino? – próbował jakoś przerwać milczenie.  
– A z tym Beekmanem... No, że tak wyszło... Cieszysz się w końcu czy martwisz? 
–  Sama  nie  wiem.  –  Uśmiechnęła  się  do  niego  niepewnie.  –  Dziwnie  bym  się  czuła 

sprzedając  przepis.  Obiecałam  przecież...  –  Zamilkła  na  chwilę.  –  Ale  tak  w  głębi  serca 
wiedziałam, że nikt nie kupi tej przetwórni. Nikt nie zainwestuje w Allegro.  

–  Znam  Beekmana.  Ten  stary  cwaniak  może  się  tu  jeszcze  pojawić  –  próbował  ją 

pocieszyć.  

– Nie – z powątpiewaniem pokręciła głową. – I wiesz... przykro mi z powodu tej twojej 

łodzi.  

– Łódź to tylko łódź – wzruszył ramionami.  
– Ale to była jego łódź. Mercatora. I byłeś na niej kiedyś szczęśliwy. Co teraz zrobisz? 

Dalej myślisz o Karaibach? 

Rozejrzał  się  wokoło.  Pokój,  ogołocony  ze  słoni,  wydał  mu  się  wyjątkowo  pusty. 

Powtórnie wzruszył ramionami.  

–  Nie  wiem.  Wszędzie  mogę  być  szczęśliwy.  Słyszałem  o  jakichś  walcowniach  stali  w 

Korei.  Trzeba  by  w  nie  dużo  zainwestować,  ale  to  jest  kraj,  w  którym  można  też  sporo 
zarobić.  

–  No  i  bardzo  daleko.  A  to  właśnie  lubisz,  prawda?  Wpatrywał  się  w  nią  przez  kilka 

sekund, szukając właściwej  odpowiedzi. Nie chciał kłamać. Obiecał  sobie,  że będzie mówić 
jej prawdę.  

– Tak. To kocham najbardziej. Zawsze tak było i tak już zostanie.  
Patrzyła na niego w milczeniu.  
–  Gino  –  miękko  wymówił  jej  imię.  –  Nie  potrafię  być  długo  w  jednym  miejscu.  Nie 

nadaję się do tego. Karaiby są tak samo dobre jak Korea albo Timbuktu. Ważne, żeby to było 
coś nowego. Zawsze tak ze mną było.  

Uśmiechnęła się tak, jakby go zrozumiała. A potem oboje odwrócili oczy. Nie było już 

nic do powiedzenia.  

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

Rozpoczął  się  pierwszy  dzień  festynu  i  sprawy  przybrały  nieoczekiwany  obrót:  Earline 

poczuła  się  na  tyle  źle,  że  Gina  musiała  odwieźć  ją  do  szpitala  w  Melledgeville.  Prócz 
osłabienia  i  zawrotów  głowy  najbardziej  niepokojącym  objawem  był  piekący  ból  w  klatce 
piersiowej.  Być  może  nie  zgodziłaby  się  tam  pojechać,  gdyby  nie  Connor,  który  –  pragnąc 

pomóc  obu  zmartwionym  i  zdenerwowanym  kobietom  –  zaproponował,  że  w  zastępstwie 
Earline zajmie się sprzedażą słoni na kiermaszu. Przekonał je, że skoro handlował już piłkami 
do koszykówki w Teksasie i biletami lotniczymi w Kanadzie, to pewnie i ze słoniami da sobie 
jakoś radę.  

Sam  zresztą  był  tym  również  zdenerwowany.  Wiedział,  że  jeśli  dolegliwości  Earline 

okażą  się  czymś  poważnym,  Gina  może  znaleźć  się  w  bardzo  trudnej  sytuacji.  Zwłaszcza 
gdyby Beekman się o tym jakoś dowiedział. Zastanawiał się, czy sytuacja nie zmieniła się na 
tyle,  że  jego  obowiązkiem  jest  namawiać  ją  do  natychmiastowej  sprzedaży  za  najwyższą 
cenę, jaką może teraz jeszcze uzyskać. Wtedy również mógłby odzyskać  „Samotną” – choć 
dziwne, jak mało go ta perspektywa w tym momencie ucieszyła.  

Prócz ładunku słoni zabrał ze sobą telefon komórkowy, który leżał dotąd nie używany w 

bagażniku samochodu.  

Gina przyjechała ze szpitala prosto na kiermasz.  
Weszła  do  stoiska,  w  którym  dyżurował,  i  Connor  –  widząc,  że  jest  zmęczona  i 

zdenerwowana – przerwał rozmowę telefoniczną i podsunął jej krzesło.  

– Siadaj i odpocznij chwilę. Co z Earline? – spytał. Opadła na krzesło i zaczęła rozcierać 

sobie palcami skronie.  

–  Lekarze  twierdzą,  że  to  angina  pectoris.  Zatrzymali  ją  na  kilka  dni,  żeby  zrobić 

niezbędne badania. Bardzo jest zmartwiona. – Rozejrzała się dookoła.  

– Gdzie są słonie? – krzyknęła prawie. – Przecież nikt ich nie kupi, jeśli nie wypakowałeś 

ich jeszcze z samochodu! 

– Zostały już sprzedane. Co do sztuki. O to przynajmniej Earline nie musi się martwić.  
– Wszystkie? Jak to się stało? 
–  Z  samego  rana  zjawił  się  jakiś  gość.  Przyjezdny,  spoza  granic  stanu.  Prowadzi  duży 

interes zabawkarski i interesowały go unikatowe eksponaty. Spodobały mu się i kupił hurtem 
wszystkie. Tu są pieniądze.  

–  Podał  jej  pudełko  po  cygarach  wypełnione  plikiem  banknotów.  –  Tysiąc  siedemset 

pięćdziesiąt dolarów.  

Giną nie potrafiła się opanować: zerwała się z krzesła i uściskała go serdecznie.  
–  Cudowny  jesteś,  Connor!  Ona  naprawdę  martwiła  się  o  pieniądze.  Nie  wyobrażasz 

sobie, jaka będzie szczęśliwa! 

Poczuła, jak obejmuje ją silne męskie ramię.  
–  Uważaj,  Gino!  Żeby  nie  było  potem  na  mnie!  Zawstydzona,  próbowała  się  od  niego 

odsunąć, ale obejmował ją nadal, ironicznie się uśmiechając.  

background image

– Przestań! – Ogarnęła ją panika. – Ludzie zobaczą! 
– Ludzie już dawno zobaczyli – mruknął. – I wygląda na to, że im to nie przeszkadza.  
Rzeczywiście, pomyślała. Tylu ludzi pytało ją ostatnio o Connora... Ale teraz przyglądali 

im  się  naprawdę:  niektórzy  –  ukradkiem,  inni  –  nie  kryjąc  zainteresowania.  Na  szczęście 
Connor  puścił  ją  w  końcu.  W  zamian  za  obietnicę,  że  zje  cokolwiek,  zanim  pójdzie  do 
budynku parafii.  

 
Późnym wieczorem Giną zdążyła odwiedzić jeszcze raz Earline. Gdy skrajnie zmęczona 

wróciła  do  domu,  Connor  czekał  na  nią  z  kolacją.  Przyniósł  z  festynu  spaghetti,  sałatkę  i 
czosnkowy  chleb.  Obok  pięknie  podanych  potraw  na  stole  stała  otwarta  butelka  wina. 
Zaskoczona tym przyjęciem Giną uśmiechnęła się do niego i usadowiła się na krześle.  

– Earline czuje się lepiej – zaczęła zdawać mu relację z wizyty w szpitalu. – Lekarze są 

pewni,  że  to  angina  pectoris.  Mają  jej  teraz  zrobić  jakieś  badanie  izotopowe.  Jego  wynik 
pokaże, na ile jest to poważne.  

– Głowa do góry, Gino – pocieszał ją Connor.  
–  Oczywiście,  angina  pectoris  to  nie  błahostka.  Ale  da  się  leczyć,  a  poza  tym  jest  to 

sygnał ostrzegawczy, zanim stanie się coś gorszego.  

– Wiem. – Giną grzebała widelcem w sałatce.  
–  Powinna  unikać  stresów.  A  ostatnio  stale  martwiła  się  o  pieniądze.  –  Skierowała  na 

niego wzrok.  

– Rozmawiałeś jeszcze raz z Beekmanem? – spytała.  
–  Nie.  Sekretarka  twierdzi,  że  wyjechał.  Odłożyła  widelec,  zamknęła  oczy  i  podparła 

dłonią czoło.  

–  Cały  dzień  mi  to  nie  daje  spokoju.  Chyba  miałeś  rację  z  tym  wszystkim.  Może 

naprawdę powinnam sprzedać ten przepis Beekmanowi? W dalszym ciągu tak sądzisz? 

– Sądzę, że powinnaś teraz napić się wina i zjeść spaghetti – odpowiedział beztrosko. – 

Jest pyszne. Wspaniałe wprost. W tej kwestii Beekman miał absolutną rację. O resztę spytaj 
za parę dni. Otworzyła oczy i zdobyła się na zmęczony uśmiech.  

–  Co?  Raz  wreszcie  nie  mówisz  mi,  co  mam  robić?  Ale  może  naprawdę  powinnam  do 

niego zadzwonić? – dodała poważnie.  

– Nie. Poczekaj kilka dni.  
– Może masz rację – przyznała niepewnie. Nie odpowiedział nic. Znowu zamknęła oczy.  
–  Cieszę  się,  że  wieczorem  Earline  czuła  się  znacznie  lepiej.  Bardzo  chciała  ci 

podziękować  za  te  słonie.  –  Znowu  nie  odpowiedział.  –  I  mówiła,  że  będzie  ciebie  bardzo 
brakowało, gdy wyjedziesz. Bo przypuszczam, że już tu więcej nie wrócisz, prawda? 

Usłyszała, jak odkaszlnął sucho.  
–  To  nie  w  moim  stylu.  Nie  lubię  nigdzie  wracać.  Zmusiła  się,  żeby  otworzyć  oczy  i 

odnaleźć jego wzrok.  

– Przykro mi, że nie wyszło z tą łodzią.  
–  Są  inne  łodzie,  inne  oceany.  –  Wzruszył  ramionami.  –  Mogę  pojechać  na  Morze 

Wschodniochińskie. Też może być fajnie.  

background image

Kochany, myślała rozpaczliwie. Nawet nie wiesz, jak będę za tobą tęsknić. Zostań – nie 

odjeżdżaj.  Chciałam  prosić,  byś  znów  wziął  mnie  w  ramiona,  ale  nie  potrafię.  Boję  się,  bo 
kocham cię tak bardzo, że potem nie dałabym sobie z tym rady. Ty nie wiesz, jak to boli, gdy 
traci się kogoś na zawsze.  

Nie odezwała się ani słowem, ale obawiała się, że i tak wszystko wyczytał z jej oczu. Ale 

jeśli nawet tak było, to nie dał tego poznać po sobie.  

–  Nie  martw  się,  Gino  –  powiedział,  jak  zwykle  się  uśmiechając.  –  Jest  czas  festynu. 

Twój ulubiony czas. Jedz, pij wino. – Stuknął się z nią szklaneczką. – I ciesz się po prostu.  

– Nie potrafię się cieszyć – wyjąkała, opanowując łzy. Zerwała się z krzesła i pobiegła po 

schodach na górę.  

Leżała na łóżku z twarzą wtuloną w poduszkę. Przez kilka oszalałych chwil myślała, że 

Connor odnajdzie ją tutaj. Gdyby przyszedł teraz i zażądał, by się przed nim odkryła, to...  

Nie starczyło jej odwagi na dokończenie tej myśli.  
Ale jednak nie przyszedł. Z oddali – jakby szydząc z niej – dochodziły stłumione odgłosy 

całonocnej festynowej zabawy.  

Pozostałe  dwa  dni  święta  przeleciały  nadzwyczaj  szybko.  Dla  Giny,  jak  zwykle  wtedy 

zapracowanej  i  zabieganej,  chwile  radosne  mieszały  się  z  momentami  smutku.  Obecność 
Connora sprawiała, że ten festyn nie był dla niej podobny do poprzednich.  

Connor zaglądał  wszędzie. Potrafił zaprzyjaźnić  się i  oczarować sobą  wiele osób, które 

bez  przerwy  ją  o  niego  pytały.  Zabrał  ze  sobą  Wesleya  i  obaj  wymogli  na  Ginie,  by 
kibicowała  na  konkursie  skoków.  Podopieczna  Wesleya  –  „Pan  Munroe”  –  wsławiła  się 
zajęciem  zaszczytnego  drugiego  miejsca.  Connor  wyglądał,  jakby  był  dumny  –  z  żaby  i  z 
chłopca.  

Earline  została  wypisana  ze  szpitala  w  niedzielę.  Czuła  się  już  znacznie  lepiej. 

Wieczorem  Giną  zostawiła  ją  w  domu  pod  opieką  Connora,  a  sama  do  późna  pracowała  w 
kuchni  domu  parafialnego.  Gdy  wracała  wreszcie  do  domu,  wędrowna  ekipa  demontowała 
wesołe miasteczko, a stary, pokręcony przez reumatyzm Snicky Alonzo sprawdzał szkody na 
trawnikach i klombach.  

– Jak tam, Snicky? – zagadnęła go. – Świetny był ten festyn. Chyba takiego jeszcze nie 

było.  

– Za duży – mruknął Snicky trzęsąc głową. – Ostatni raz się w to bawię. Za stary już na to 

jestem. Nie mam siły. I wielu innych nie ma już siły. Jeśli ten twój facet cię namawia, żebyś 
sprzedała przepis, to może...  

– To nie jest żaden mój facet. Wszyscy tak zawsze mówią po każdym festynie. A potem 

minie tydzień i  zaczynają myśleć o następnym.  Życie w Allegro będzie  zawsze płynęło  tak 
samo.  

–  Nie  płynęło  nigdy  tak  samo,  nie  płynie  i  nie  będzie  płynęło.  Takie  już  jest  to  życie. 

Wszystko  się  bez  końca  przemienia.  Każda  rzecz...  I  tego  nie  powstrzymasz,  choćbyś  nie 
wiem jak chciała. – Zamyślił się przez chwilę. – A jak mówisz, że on nie jest twój chłop, to 
czemu  się tak zmieniasz na twarzy, kiedy tylko  on się zjawi  w pobliżu? Nie widziałem  cię 
takiej od lat.  

background image

– On naprawdę nie jest mój. Wyjedzie jutro i nie wróci już tutaj.  
– To tobie trzeba ruszyć z nim, dziecino – powiedział Snicky. – Nie odmawiaj sobie tego. 

I świata kawałek zobaczysz.  

Giną spojrzała na niego zaszokowana.  
– Jak to? Mam wyjechać? Porzucić Allegro? Przecież Allegro jest moim domem.  
– Niektórzy ludzie gadają, że tam dom, gdzie ludzkie serce. A jak ten facet wyjedzie i ty 

tu sama zostaniesz, to gdzie wtedy będzie twoje serce? Powiedz mi szczerze, staremu, gdzie 
ono się wtedy podzieje? 

Giną  spuściła  oczy.  Patrzyła  na  stratowaną  trawę  i  nie  odzywała  się.  Nie  wiedziała,  co 

odpowiedzieć.  

 

Nazajutrz rano pojechali we dwoje do lekarza. Giną prawie cały czas milczała, a Connor 

sprawiał  wrażenie,  jakby  był  zrezygnowany  lub  zły  na  coś.  Nie  rozpogodził  się  również 
wtedy,  gdy  doktor  Fonsby  oświadczył  mu,  że  z  nogą  wszystko  już  jest  w  porządku,  należy 
jedynie przez pewien czas ją oszczędzać.  

– Ja będę prowadził – powiedział, gdy wyszli ze szpitala.  
Giną  chciała  zaprotestować,  lecz  w  ostatniej  chwili  się  powstrzymała.  Jakież  to  miało 

znaczenie,  jeśli  lada  chwila  i  tak  ruszy  stąd  w  daleką  drogę  –  przecież  nic  go  już  tutaj  nie 

trzyma.  

– Chyba zrezygnuję ze sklepu i poszukam pracy w Milledgeville – zwierzyła mu się po 

drodze. – Earline czuje się lepiej, ale jednak było to jakieś ostrzeżenie.  

– Nie poznaję cię, Gino – skomentował to z gorzkim uśmiechem. – Myślisz o przyszłości 

zamiast o przeszłości? 

Wzruszyła bezradnie ramionami. Naprawdę wszystko już zostało powiedziane.  
Spostrzegła  nagle,  że  nie  jadą  prostą  drogą  do  Milledgeville.  Connor  skręcił  w  stronę 

starej przetwórni. Odwróciła się w jego stronę z wyrazem zdumienia na twarzy. Nie odezwał 
się  jednak  ani  słowem,  aż  do  momentu  gdy  zatrzymał  wóz  na  zarośniętym  chwastami 
podjeździe i wyłączył silnik.  

– O rany – powiedział, jakby do siebie – za dnia to wygląda jeszcze gorzej, niż myślałem. 

Zobaczymy, co się da z tego zrobić.  

– O co ci chodzi? – spytała zdumiona.  
– O to, że kupiłem tę ruinę – odparł poirytowany. – Zamiast floty jachtów. Trzeba mnie 

chyba zaprowadzić do psychiatry.  

Otworzyła ze zdumienia usta.  
– Connor! Po coś ty to zrobił? – krzyknęła prawie.  
–  Sam  nie  wiem  po  co.  Może  na  złość  Beekmanowi?  Tak  go  przekonywałem,  aż  sam 

uwierzyłem, że to dobry pomysł. Ale nie koniec na tym. Kupiłem także stare kino w centrum 
Allegro.  

– To stare, nieczynne kino? – Giną rozszerzyła ze zdumienia oczy.  
– A tak. Budynek ma największą powierzchnię użytkową w mieście. Otwieram tu fabrykę 

słoni.  

background image

– Fabrykę słoni? 
– No właśnie. Nie jadę na Karaiby ani do Korei. Mam zamiar produkować tutaj sos do 

spaghetti i otworzyć wytwórnię zabawek.  

– Co? – krzyknęła kolejny raz.  
–  Z  Earline  już  jest  wszystko  załatwione.  Ona  będzie  robiła  tylko  jeden  model  do 

dalszego  kopiowania.  Wszystko  oczywiście  ręcznie.  Małe  serie,  powiedzmy:  kilka  tysięcy 

sztuk.  Drogi  towar  dla  najlepszych  sklepów.  Mogę  na  tym  zrobić  duże  pieniądze.  Earline 
także.  

– I to ty kupiłeś te słonie? 
– No właśnie. Troszkę cię znowu oszukałem. To będą pierwsze prototypy. Leżą teraz w 

garażu u rodziców Wesleya.  

– Jak to? 
– Ten Wesley okazał się być bardzo rozgarniętym chłopcem. Oboje z matką chętnie mi w 

tym  pomogli.  Wesley  bardzo  chciałby,  żebym  tu  został.  –  Spojrzał  na  nią  wyczekująco.  – 
Earline także, ale z innego powodu. Uważa, że mógłbym ci się do czegoś przydać.  

Giną patrzyła na niego, niepewna, czy dobrze go rozumie.  
–  Ostatnio  wiele  osób  brało  mnie  na  stronę,  by  mi  powiedzieć,  że  mógłbym  ci  się  do 

czegoś  przydać.  Matka  Wesleya,  Ralph  Marchesi,  jego  siostra  Sophia,  córka  Linda.  Nawet 
twój  sławny Snicky  Alonzo zadał  sobie trud, by mnie na tę okoliczność przesłuchać. Jedna 
tylko osoba mi tego nie powiedziała... – zawiesił na moment głos. – Ty oczywiście. Chociaż 
raz wydało mi się, że dostrzegłem to w twoich oczach. W domu wieczorem. Wydało mi się, 
że  mnie  potrzebujesz...  czy  pragniesz.  I  wtedy...  wiedziałem  już,  że  nie  mogę  wyjechać. 
Musiałem zostać, żeby dowiedzieć się, czy to prawda.  

Znowu nie doczekał się jej odpowiedzi i spytał raz jeszcze: 
– Gino, wydawało mi się, że chciałaś, żebym został. Powiedz, czy to prawda, bo jeśli nie, 

to znaczy... że inwestując w ten interes zrobiłem z siebie największego głupca na świecie.  

–  Nie  –  wyjąkała.  –  To  znaczy,  tak.  Zależy  mi,  byś  został.  Ponad  wszystko  mi  na  tym 

zależy.  

–  Chodźmy  –  powiedział  z  uśmiechem.  –  Zaprowadź  mnie  nad  staw.  Tam,  gdzie 

siadywałaś ze swoim ojcem.  

Poprowadził  ją,  trzymając  za  rękę.  Szli  powoli  wśród  dziko  rosnących  kwiatów  i  traw. 

Uścisnęła mocniej jego dłoń.  

–  Jak  długo...  –  słowa  nie  chciały  przedostać  się  przez  jej  zaciśnięte  gardło  –  będziesz 

mógł zostać... w Allegro? Przecież to nie jest miejsce dla ciebie ani życie, jakie...  

Podeszli do stawu i zatrzymali się.  
– Uświadomiłem  sobie  – zaczął  mówić wolno – po co naprawdę szukałem tego jachtu. 

Tylko on, chociaż trochę, przypominał mi dom. Zawsze zazdrościłem dzieciom, które miały 

normalne domy. Zazdrościłem im jak wariat. W moich wspomnieniach tylko na „Samotnej” 
czułem, że przynależę do jakiegoś miejsca... i do ludzi... A gdy to się skończyło... Tyle było 
bólu, że mogłem już tylko udawać. – Przerwał na chwilę i spojrzał w jej oczy. – Zrozumiałem 
więc,  że  szukanie  „Samotnej”  to  tylko  znak,  wewnętrzna  wskazówka,  że  nadszedł  czas,  by 

background image

znaleźć  dom.  Tylko  nie  wiedziałem  jeszcze  gdzie,  i  nie  wiedziałem,  że  dom  to  nie  tyle 
miejsce, co ludzie... i miłość.  

– Kochany! – zarzuciła mu ręce na szyję, a on objął ją w talii i przyciągnął do siebie.  
– Zakochałem się w Allegro, bo pomogłaś mi je zobaczyć twoimi oczami. I zakochałem 

się w tobie, bo... bo cóż mogłem na to poradzić! 

– Pocałuj mnie, kochany – wspięła się na palce i uniosła ku niemu usta. – Pocałuj mnie, 

proszę.  

– Czekałem, aż to powiesz – wyrzucił z siebie. Utonęła w jego ramionach, a on całował ją 

i całował, aż do utraty tchu.  

Stali, nadal przywarci do siebie. Czuła na plecach pieszczotę jego rąk.  
– Nigdy nie zaczynałem interesu od zera – mówił z twarzą wtuloną w jej włosy. – Brałem 

się za coś, co kulało i stawiałem to jakoś na nogi. A tutaj poszedłem na całość, angażując się 
w  dwa  przedsięwzięcia  naraz.  Chciałbym  uratować  dla  ciebie  to  miasteczko.  Miałaś  rację. 
Ten styl życia, serdeczne związki między ludźmi... Ktoś powinien to chronić. Ale czy mnie 
akurat się uda? Zobaczymy.  

Uśmiechnęła się do niego, półprzytomna z miłości.  
– Tobie wszystko się uda.  
– Zobaczymy – odpowiedział z chytrym, tak dobrze jej znanym uśmiechem. – Musisz mi 

pomóc  rozwiązać  jeszcze  jeden  problem.  –  Dotknął  palcem  jednego  z  dołeczków  na  jej 
policzku.  –  Obiecałaś  nie sprzedawać tego przepisu.  Masz wiec tylko  jedno wyjście.  Wyjdź 

za mnie. Wtedy wszystko zostanie w rodzinie. Czasami będziesz musiała wybrać się ze mną 
na Karaiby czy na Morze Wschodniochińskie, ale tutaj, w Allegro, będzie nasz dom. Zamilkł 
na chwilę i przytulił ją mocniej do siebie.  

– No więc jak? Wchodzisz do tego interesu ze spaghetti? 
Zbyt szczęśliwa, by mówić, skinęła tylko bardzo poważnie głową. Ujął jej twarz w dłonie 

i pocałował w dołeczek na lewym policzku.  

–  Wspaniale  będzie,  mój  ty  wspólniczku.  –  Pocałował  ją  w  drugi  dołeczek.  –  Ja  także 

znam  kilka  pikantnych  przepisów.  Zobaczysz,  jak  będzie  nam  dobrze  –  wyszeptał,  szukając 

jej ust.