background image

Bethany Campbell 

Mężczyzna w ciemnych 

okularach

(Every Kind of Heaven)

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Gdy   pół   roku   temu   Mollie   po   raz   pierwszy   dołączyła   do   obsady   serialu 

telewizyjnego, kobieta grająca rolę doktor Katherine Bleekman odprowadziła ją 

na bok i ostrzegła:

– To zwariowana praca. Nigdy nie wiadomo, co się za chwilę może zdarzyć. 

Ale jedno jest pewne: jeżeli reżyser zechce cię widzieć w swoim prywatnym 

gabinecie, miej się na baczności. Będziesz miała kłopoty. 

– Kłopoty? – spytała zdziwiona Mollie. Była szczęśliwa, że w ogóle znalazła 

pracę. 

– W serialu nigdy nie wiesz, co się stanie z graną przez ciebie postacią – 

mówiła dalej kobieta. – Autorzy scenariusza mogą zrobić z tobą coś strasznego 

bez   żadnego   ostrzeżenia.   Szczególnie   ci   nasi   z   tego   słyną.   Ciągle   ktoś   jest 

wzywany i dowiaduje się, że już po nim. 

Od czasu tej rozmowy cztery osoby z obsady aktorskiej wezwane zostały do 

gabinetu, aby dowiedzieć się od reżysera, że odtwarzane przez nie postacie mają 

zostać zabite lub w inny sposób wyeliminowane, Znalazła się wśród nich także 

kobieta,   która   grała   rolę   Katherine   Bleekman.   Nieoczekiwana   śmierć   doktor 

Bleekman nastąpiła na skutek ukąszenia jadowitego węża z Gabonu, ukrytego w 

jej mieszkaniu przez nikczemnego doktora Foresta, jej konkurenta. A doktorowi 

Forestowi   z   kolei   wydarzył   się   jakiś   dziwny   wypadek   przy   nurkowaniu   z 

aparatem tlenowym i również został wykreślony ze scenariusza. 

Tym razem wezwanie, którego wszyscy tak się obawiali, otrzymała Mollie. 

Siedziała   pełna   niepokoju   ostatnie   sześć   miesięcy   grała   rolę   Clarice   w 

nadawanym w porze przedpołudniowej serialu „Lekarze i ich szpital”. Clarice 

przez cały ten czas pozostawała w stanie śpiączki. Nie mówiła; nie poruszała 

Się, nie , wydawała nawet jęku. Krótko mówiąc, nie była to porywająca rola, ale 

zawsze coś, a z gaży można było spokojnie opłacić czynsz. 

background image

– Na zdrowie! – powiedziała, gdy Leon przestał kichać. 

–   Przykro   mi,   że   zdecydowaliśmy   się   na   ten   krok   tuż   przed   Bożym 

Narodzeniem – przyznał, wycierając nos w chusteczkę – ale autorzy uznali, że 

to będzie bardziej dramatyczne. Na gwiazdkę mieliśmy już śluby, rodziły się 

dzieci, doktorowi Finlayowi spłonął dom, było kilka śmierci i wypadków, ale 

nigdy   jeszcze   na   Boże   Narodzenie   nie   odłączyliśmy   nikogo   od   aparatury 

medycznej. To będzie pierwszy taki przypadek. Wrażenie wywrze niesłychane!

Choć to, co mówił Leon, wydało jej się okropne i bezduszne, skinęła głową, 

pragnąc   za   wszelką   cenę   wyglądać   na   osobę,   która   przyjmuje   wszystko   z 

chłodnym, zawodowym spokojem. 

Mollie nie odznaczała się olśniewającą urodą, ale była kobietą atrakcyjną: 

wyglądała świeżo i zdrowo. Jej długie, spięte klamrą, jasnorude włosy bujnymi 

falami   opadały   na   ramiona.   Delikatne   łuki   kasztanowych   brwi   uwydatniały 

duże, niebieskie oczy i oryginalny kształt usianych piegami kości policzkowych. 

Wiedziała, że nie jest pięknością, ale ma za to charakterystyczną twarz, niski 

głos o szerokich możliwościach scenicznych i dużą sprawność ruchową. 

Zawsze była świadoma tego, że o jej karierze będzie musiała zadecydować 

nie uroda, lecz talent i upór w dążeniu do sukcesu. Ale nie wiedziała jeszcze, jak 

wiele   w   życiu   aktorki   zależy   od   zwykłego,   nie   dającego   się   przewidzieć 

szczęśliwego trafu. Podobnie jak w przypadku biednej Clarice, jej szczęśliwa 

gwiazda zdawała się teraz gasnąć. Za chwilę nie będzie miała pracy. 

– A więc – kontynuował Leon, oglądając pudełko drażetek wykrztuśnych – 

będziemy potrzebować cię jeszcze przez dwa tygodnie. Potem będziesz wolna. 

Mam   nadzieję,   że   znajdziesz   interesującą   pracę.   Naprawdę   wierzę   w   twoje 

możliwości.  Na   pewno  możesz   grać  role  znacznie  bardziej  ambitne  niż  rola 

kobiety w stanie śpiączki. 

– Bardzo dziękuję – powiedziała Mollie i uśmiechnęła się mimowolnie. 

– W każdym razie  – dodał,  odkładając  na bok  pudełko  drażetek –  i tak 

prosiłaś o kilka dni urlopu w święta. O ile pamiętam, wychodzisz za mąż. 

background image

– Tak. – Mollie skinęła głową z ciągle tym samym chłodnym uśmiechem na 

twarzy. Ale nie prosiłam o wieczny urlop, pomyślała ponuro. Michael nie będzie 

tym zachwycony. Już przedtem martwił się o pieniądze i o to, jak przeżyjemy. 

Bardzo ci dziękuję, Leon. Ciekawe, jak byś się czuł, gdyby tobie ktoś zrobił taki 

gwiazdkowy prezent?

– No proszę – stwierdził Leon – teraz wasz miodowy miesiąc będzie mógł 

być tak długi, jak tylko zechcecie. Wybieracie się w podróż poślubną?

– Tak. Do Nowego Orleanu – odpowiedziała cierpko, myśląc o tym, czy 

będzie ich nadal na to stać, teraz, kiedy została bez pracy. 

–   Ach   –   westchnął   Leon.   –   Nowy   Orlean,   słońce,   palmy,   Dzielnica 

Francuska, jazz... Zazdroszczę ci. Wszystkiego ci zazdroszczę. Twojej młodości, 

twojego   zdrowia.   Gdy   kończy   się   zdrowie,   kończy   się   wszystko.   –   Kichnął 

ponownie, tym razem tak mocno, że aż łzy napłynęły mu do oczu. Nos miał 

czerwony i patrzył na Mollie wilgotnymi oczami. – Powinnaś dziękować Bogu 

za to, co masz – powiedział zakatarzonym głosem. – Jesteś szczęśliwa. 

Szczęśliwa, pomyślała gorzko Mollie. No właśnie. Błogosławieni niech będą 

bezrobotni!

Musiało   tak   się   stać,   powtarzała   sobie,   z   trudem   brnąc   do   domu   przez 

padający   śnieg.   Zawsze   wiedziała,   że   autorzy   –   ta   banda   krwiożerczych 

wampirów   –   raczej   nie   pozwolą   na   to,   aby   Clarice   przeżyła.   Nigdy   nie 

obchodzili ich aktorzy. Dbali tylko o to, aby akcja była bez przerwy powikłana i 

aby wciąż mogły się zdarzać jakieś zaskakujące niespodzianki. Bez żadnych 

zahamowań mordowali swych bohaterów lub pozwalali im ginąć w lawinach, na 

safari, w wybuchających gdzieś daleko rewolucjach, powodowali u nich zaniki 

pamięci   i   rozwój   podwójnej   osobowości   lub   wymyślali   tysiące   innych 

fizycznych i psychicznych cierpień. No tak, pomyślała Mollie, otulając ściślej 

szyję   szalikiem,   pomysł   uśmiercenia   Clarice   nie   powinien   być   dla   mnie 

zaskoczeniem. 

background image

A jednak miała nadzieję, że jej bohaterka przeżyje jeszcze przynajmniej trzy 

lub   cztery   miesiące.   Mieli   pobrać   się   z   Michaelem   w   czasie   świąt   Bożego 

Narodzenia, za dwa tygodnie, gdy tylko skończy on swą pracę magisterską z 

teorii dramatu. Ślub miał być skromny, bez żadnej pompy. Michael przyjechałby 

do Nowego Jorku prosto z Minneapolis. Na razie nie mieli zamiaru nikogo o 

tym zawiadamiać. Mollie nie miała nawet zaręczynowego pierścionka, – gdyż 

wspólnie doszli do wniosku, że byłby to niepotrzebny wydatek. 

Jedynym luksusem, na jaki sobie pozwolili, miała być czterodniowa podróż 

poślubna do Nowego Orleanu. Mollie kupiła bilety lotnicze na tyle wcześnie, 

aby skorzystać ze zniżki za wcześniejszą rezerwację. 

Bilety   leżały   już   w   specjalnej   kopercie,   bezpiecznie   ukryte   w   kuchennej 

szufladzie. 

O tej porze roku w Nowym Jorku szybko zapadał zmrok i zanim Mollie 

dotarła do swego nowego mieszkania, zrobiło się już ciemno. Ciągle jeszcze w 

myślach   nie   nazywała   tego   miejsca   domem   –   mieszkała   tu   dopiero   kilka 

tygodni. 

Otworzyła   drzwi,   weszła   do   mieszkania   i   powiesiła   na   wieszaku   kurtkę, 

czapkę i szalik. Nie schylając się zrzuciła buty z nóg i rozejrzała się wokół. 

Zewsząd   wyzierało   przygnębiające   ubóstwo   nagich   ścian.   Mieszkanie   było 

najwyżej dwa razy większe niż jej poprzedni pokój. I przeszło pięć razy droższe. 

Czynsz,   czynsz,   czynsz...   –   zdawały   się   szeptać   ściany.   Straciłaś   pracę... 

Skąd weźmiesz pieniądze na czynsz?

Rozprostowała ramiona. Mogła ponownie podjąć dorywczą pracę kelnerki w 

kawiarni   u   Greenów.   Gdyby   nie   znalazła   wkrótce   innego   zatrudnienia   jako 

aktorka,   przyjęłaby   jakąkolwiek   inną   pracę   w   pełnym   wymiarze   godzin. 

Gdziekolwiek. Pracy się nie bała. Nikt jej nie obiecywał, że życie aktora będzie 

łatwe.   Oboje   z   Michaelem   wiedzieli,   jak   trudno   o   angaż,   czy   porządne 

honorarium, chociaż podejrzewała, że Michaela bardziej to przerażało niż ją. 

Ale Michael nie powinien bać się o siebie, pomyślała z czułością. Przecież ma 

background image

talent, wielki talent. 

Spojrzała na zegarek. Dochodziła piąta. Najwyższy czas, aby przestać się 

nad   sobą   rozczulać   i   zacząć   działać.   Musi   zadzwonić   do   swojej   agencji. 

Podniosła stojący na podłodze telefon i wykręciła numer. 

– Agencja Prokopoulos i Wspólnicy? – spytała. 

– Tak? – usłyszała oschły głos Clytie. 

– Clytie? Mówi Mollie Randall, uśmiercają moją postać w „Lekarzach i ich 

szpitalu”. Zostaję tam jeszcze tylko przez dwa tygodnie. 

Clytie była małą, śniadą, impulsywną osóbką. Zaklęła okropnie. 

– Nienawidzę autorów tego serialu. To notoryczni mordercy. W niecałe pół 

roku wykończą każdego, komu znajdę tam pracę. Niech będą przeklęci!

– Clytie, jestem zrozpaczona. To przyszło w najgorszym momencie. 

–   To   zawsze,   kochaneńka,   przychodzi   w   najgorszym   momencie   – 

powiedziała ponuro Clytie. – Wesołych Świąt. 

– Nic się nie szykuje nowego? Jakieś reklamówki, cokolwiek?

–   Przecież   bym   ci   powiedziała,   kochanie.   Chyba   po   to   jestem   twoim 

agentem. Mówię ci wszyściutko, o czym się dowiem. 

– Coś stałego – powiedziała Mollie prawie błagalnie. 

– Gdybyś tak mogła znaleźć dla mnie coś stałego, choćby na jakiś czas. 

– Uhm, dla ciebie i dla tysiąca innych aktorów bez pracy – odpowiedziała 

Clytie.   –   Poczekaj.   Zobaczymy,   co   tutaj   mamy   –   Mollie   usłyszała   szelest 

papierów. 

– Nie jest tak łatwo znaleźć dla ciebie rolę. Wiesz, z tymi twoimi piegami. 

No i dlatego, że masz niewielką praktykę zawodową. 

– Przecież nie mogę nabrać doświadczenia, dopóki ktoś nie umożliwi mi 

wykonywania zawodu – przekonywała ją Mollie. – Grałam w końcu przez pół 

roku w serialu emitowanym w sieci ogólnokrajowej. Chyba to się jakoś liczy, 

nawet jeśli odtwarzana przeze mnie postać była przez cały czas nieprzytomna. 

– Dobrze, dobrze, poczekaj chwilę – mruknęła Clytie. – O, tutaj coś mamy. 

background image

Pewien   drugorzędny   teatrzyk   przygotowuje   musical   „Łaźnia”.   Potrzebują 

aktorek. Tylko że do tej roli będziesz musiała się rozebrać. 

– Jestem aktorką – Mollie starała się, aby zabrzmiało to nadzwyczaj godnie – 

i nie upadłam tak nisko, aby pokazywać swoje nagie ciało. 

– Dobrze, kochaną, dobrze – westchnęła Clytie. – Po prostu się pytam. W 

porządku.   Jutro   możesz   się   zwrócić   do   agencji   Palmera.   Szukają   kobiety   z 

litewskim akcentem. 

–   Litewskim?   –   spytała   skonsternowana   Mollie.   Nie   wiedziała   nawet 

dokładnie, gdzie leży Litwa, nie mówiąc już o. tym, z jakim akcentem mówią jej 

mieszkańcy. 

– Kotku, proponuję ci to, co mam – powiedziała bez ogródek Clytie. – Aha, 

jest tu jeszcze zapotrzebowanie na osobę o zdrowym wyglądzie do reklamy. 

Możesz spróbować. Nie zaszkodzi. Mam tu także notkę o tym, że w jakiejś 

mydlanej operze jest do obsadzenia rola licealistki... No, ale nie. Tam cię na 

pewno nie przyjmą. Jesteś za wysoka i masz za niski głos. 

– Cokolwiek, Clytie, cokolwiek. Za dwa tygodnie wychodzę za mąż. Ktoś w 

rodzinie musi mieć jakąś stałą pracę. 

– Za dwa tygodnie! – odburknęła Clytie. – To tobie, moja dziewczyno, nie 

jest potrzebny agent. Potrzebny ci jest cudotwórca. Ale popatrzmy dalej. Zaraz 

po Nowym Roku jakaś instytucja oświatowa nagrywać będzie serię programów 

na temat zdrowia. Mają tam kilka ról głosowych. Ale oni dużo nie płacą. 

– To nieważne – stwierdziła Mollie. – Daj mi adres i nazwisko osoby, do 

której trzeba się zgłosić. 

–   Serdeńko,   wiem,   że   nie   chcesz   o   tym   słyszeć,   ale   naprawdę   miałabyś 

znacznie więcej pracy, gdybyś tylko zechciała się czasami rozebrać – kusiła 

Clytie. 

– Mówiłam ci, że tego nie zrobię. Nie jestem striptizerką. Jestem aktorką. 

– Dopóki masz gdzie grać. A jak nie masz, to już nią nie jesteś – oceniła 

zgryźliwie   Clytie.   –   Powiem   ci,   kim   tak   naprawdę   jesteś,   głuptasku.   Jesteś 

background image

młoda.  Jesteś   jak  dziecko  zabłąkane  w  lesie. To  nie  jest  Minnesota. To  jest 

wielkie miasto, siedlisko zła. Czasem trzeba iść na kompromis.

– Nigdy – zaprzeczyła Mollie, podnosząc dumnie głowę. 

– Oj, trzeba, trzeba. Kotku, nie chciałabym cię urazić, ale może chociaż ten 

twój chłopak jest większym realistą od ciebie. Wybraliście oboje trudny sposób 

zarabiania na chleb. 

– Wiem, wiem – powiedziała Mollie. – „Każde światło na Brodwayu to 

złamane   ludzkie   serce...”   znam   to   i   inne   podobne   kawałki.   Ale,   Clytie, 

Michaelowi i mnie musi się udać. Przez cztery lata o tym marzyliśmy. 

W słuchawce na chwilę zapanowała cisza. 

– Kochanie – odezwała się wreszcie Clytie – mam nadzieję, że już to kiedyś 

słyszałaś. Marzeniami się nie nakarmicie. 

–   Nieprawda,   nakarmimy   się,   jeśli   będziemy   musieli   –   rzekła   Mollie, 

sadowiąc się wygodniej na jedynym stojącym w pokoju zniszczonym meblu. 

Naprawdę tak myślała. Życie bez marzeń nie byłoby niewarte. 

Mollie spędziła następny dzień, brnąc przez pokryte mokrym śniegiem ulice 

i przeciskając się przez przedświąteczny tłum, w drodze od jednej instytucji do 

drugiej. 

Zmęczyła się, bolały ją nogi, ale była w zasadzie zadowolona. Nie dostała 

roli wymagającej litewskiego akcentu, a producenci reklamówki powiedzieli jej, 

że ma za niski głos. Ale w końcu szczęście się do niej uśmiechnęło. Dostała 

pracę przy udźwiękowieniu trzech filmów oświatowych o zdrowiu. Jej głos miał 

być głosem bakterii. 

W porządku, pomyślała wchodząc do domu i kierując się w stronę skrzynek 

na listy. Nie jest to, co prawda, rola Lady Makbet, ale płaca wystarczy prawie na 

opłacenie miesięcznego czynszu. Nie będzie już się czuła tak okropnie, gdy 

powie Michaelowi, że straciła rolę w serialu. Miała przyzwoitą pracę i gotowa 

była zrobić wszystko, by znaleźć następną, choćby miała zedrzeć zelówki. 

Otworzyła skrzynkę na listy. Początkowo z uczuciem zawodu oglądała plik 

background image

rachunków, lecz po chwili poczuła  nagły przypływ radości na widok grubej 

koperty z listem od Michaela. Zapomniała o rachunkach, zbliżającym się zgonie 

Clarice, o poniżającej nieco roli bakterii w filmie oświatowym. Chwyciła plik 

korespondencji   i   prawie   wbiegła   po   schodach   na   czwarte   piętro   do   swego 

mieszkania. 

Nie mogąc złapać tchu, z kołatającym sercem weszła do środka i zrzuciła z 

siebie płaszcz. Cisnęła rachunki na brzeg sofy i usiadła na niej w przeciwległym 

kącie z listem Michaela w ręku. Ciągle jeszcze miała zawiązany wokół szyi 

szalik, a na głowie wełnianą, puszystą czapkę, spod której wystawały jasnorude 

włosy. 

Zrzuciła buty i wtuliła się w kąt. Niecierpliwie poruszając palcami u nóg, 

otwierała kopertę. Uśmiechnęła się, wyjmując z niej cztery złożone kartki listu. 

Rozłożyła   je   starannie   i   zaczęła   czytać.   Nagle   jej   uśmiech   przygasł.   Krew 

odpłynęła z twarzy, uwydatniając piegi. Wargi zrobiły się białe. 

„Nie   ma   sensu   tego   dłużej   ciągnąć   –   pisał   Michael   swym   drobnym, 

spiczastym pismem. – Nie mogę się z Tobą ożenić, Mollie. Lubię Cię, lecz w 

głębi   serca   zawsze   uważałem,   że   nie   pasujemy   do   siebie.   Znalazłem   kogoś 

innego...”

Przeczytała jeszcze raz pierwszy akapit listu. Każde słowo, które rejestrował 

jej umysł, było dla niej niczym kolejne, paraliżujące uderzenie. 

Michael nie chce się z nią ożenić... Nie kocha jej... Znalazł sobie kogoś 

innego... Wydawało jej się, że spada w czarną otchłań, rozstając się na zawsze’ z 

normalnym życiem. To, co było dotąd, nie wróci już nigdy. 

Przeczytała resztę listu, choć nie docierała do niej w pełni jego treść. 

Michael pisał, że oboje zbyt różnią się od siebie. Chociaż Mollie zawsze 

twierdziła,   że   im   się   powiedzie,   on   w   głębi   duszy   nigdy   w   to   nie   wierzył. 

Uważał, że to mrzonki. Życie młodych, walczących o sukces, aktorów pełne jest 

biedy i rozczarowań. Michael uświadomił sobie ostatecznie, że nie chce, aby 

stały się one jego udziałem. 

background image

Starał się uwierzyć w jej marzenia. Naprawdę się starał. Lecz w miarę jak 

zbliżała się data ślubu, coraz bardziej był przekonany, że to nie ma sensu. A 

teraz znalazł kobietę, która mu bardziej odpowiada. To studentka, która wkrótce 

kończy tę samą uczelnię co on. Oboje, pisał dalej, są jakby ulepieni z tej samej 

gliny:   mają   zainteresowania   artystyczne,   ale   są   osobami   praktycznymi.   Ona 

chce   być   nauczycielką,   a   on   doszedł   do   wniosku,   że   też   mu   to   najbardziej 

odpowiada. Chciałby prowadzić życie spokojne, choć twórcze, w społeczności 

jakiegoś małego college’u. 

Zamiast przyjechać do Nowego Jorku na święta, wybiera się do Corning w 

stanie   Iowa,   aby   poznać   rodziców   swojej   dziewczyny.   List   kończył   się 

następująco:

„Mollie,   jesteś   wyjątkową   osobą   i   masz   wyjątkowy   talent.   Ale   nawet 

wyjątkowym osobom nie zawsze się udaje to, o czym marzą. Jest taka piosenka 

o kimś, kto śni sen niemożliwy do spełnienia. Ja tego robić nie potrafię. Mogę 

śnić tylko o tym, co możliwe do spełnienia. 

Wiem, że to Cię zaboli, i przykro mi z tego powodu, lecz lepiej, żeby stało się 

to teraz niż później. Naprawdę, nie umielibyśmy ułożyć sobie życia we dwoje.  

Życzę Ci wszystkiego, co najlepsze, ale nie mogę iść dalej wybraną przez Ciebie  

drogą. Wierzę, że życie przyniesie Ci wiele szczęścia. Będę zawsze Cię czule 

wspominał. 

Przykro mi. Michael 

P. S. Szkoda, że wynajęłaś już to mieszkanie, ale może będziesz mogła je 

podnająć lub znaleźć kogoś, kto z Tobą zamieszka. Bilety lotnicze do Nowego 

Orleanu możesz zwrócić w ciągu tygodnia, otrzymując pełny zwrot pieniędzy. 

Sprawdziłem to za Ciebie.”

Mollie patrzyła na list, nie wierząc własnym oczom. Powinna odczuwać żal, 

background image

ale była zbyt oszołomiona, aby odczuwać cokolwiek. Znali się z Michaelem od 

czterech lat. Spotkali się na drugim roku na wydziale aktorskim. Zaczęli chodzić 

ze sobą od czasu, gdy w szkolnym przedstawieniu „West Side Story” ona grała 

rolę   Marii   a   on   Toniego,   i   dopóki   nie   wyjechała   do   Nowego   Jorku,   byli 

nierozłączni. 

Na trzecim roku grali głównie role w musicalu „Król i ja”. Na czwartym ona 

była Elizą Doolittle, a on Henrym Higginsem w „My Fair Lady”. Pomiędzy 

jednym a drugim musicalem brali udział w chyba sześciu innych inscenizacjach, 

od jednoaktówek do Szekspira. Poświęcali się bez reszty scenie. To wypełniało 

ich życie. 

Myślała,   że   to   najzdolniejszy   młody   człowiek,   jakiego   kiedykolwiek 

spotkała, prawie geniusz. Oboje byli zauroczeni teatrem, nie rozmawiali ze sobą 

o niczym innym. 

Michael   był   nie   tylko   utalentowany,   lecz   także   przystojny.   Nieco   tylko 

wyższy   od   Mollie,   za   to   dobrze   zbudowany,   poruszał   się   z   wdziękiem 

zawodowego tancerza. Miał ciemną cerę, czarne włosy i oczy, które czasem 

skrzyły się energią, a czasem robiły wrażenie zamyślonych. 

Myślała, że wszystko ich łączy: uczucie, myśli, nadzieje, plany... Myliła się. 

Od początku do końca się myliła. 

Nagle zdała sobie sprawę z tego, że poczucie krzywdy, głębokiej krzywdy, 

jaka ją spotkała, nie jest jedyną emocją, jaką odczuwa. Czuła także złość. 

Jak mógł przez cały czas kłamać, że marzy o przyjeździe do Nowego Jorku? 

A może sam się również okłamywał? Jeżeli miał jakieś wątpliwości, dlaczego 

zabrakło   mu   odwagi,   by   je   otwarcie   wypowiedzieć?   Jeżeli   miał   jakieś 

zastrzeżenia,   to   czemu   nie   był   na   tyle   uczciwy,   by   je   czarno   na   białym 

przedstawić?

A poza tym, jak mógł być tak przewrotny, by będąc zaręczony z kobietą z 

Nowego   Jorku,   zalecać   się   jednocześnie   do   innej   w   Minneapolis?   Dlaczego 

człowiek   tak   utalentowany   chce   zostać   nauczycielem?   Michael   obawiał   się 

background image

Nowego Jorku i bał się szczerze do tego przyznać. Był po prostu tchórzem. 

Postanowiła zadzwonić do niego, choć nie bardzo mogła sobie pozwolić na 

taki wydatek. Może wkradł się w to wszystko jakiś okropny błąd, jakieś straszne 

nieporozumienie?   Nakręciła   numer   Michaela,   ale   w   słuchawce   odezwał   się 

sygnał zajętej linii. 

Michael, pomyślała z odrazą, wiem, co zrobiłeś! Wyłączyłeś telefon! Zawsze 

tak   postępowałeś,   gdy   chciałeś   uniknąć   konfrontacji.   Boisz   się   ze   mną 

rozmawiać!

Zbyt   wzburzona,   by   zasnąć,   spędziła   bezsenną   noc.  W  końcu   doszła   do 

wniosku, że choć Michael ją bezsprzecznie okłamał, to ona również, myśląc o 

nim,   okłamywała   samą   siebie.   Czyż   nie   wyczuwała   w   nim   zawsze   lęku   i 

niechęci przed podejmowaniem ryzyka?

kiego   w  Tokio,   a   siostra   pracuje   w   Korpusie   Pokoju   gdzieś   w  Ameryce 

Południowej.   Podczas   tych   świąt   Bożego   Narodzenia   na   całym   kontynencie 

północnoamerykańskim Mollie nie miała nikogo bliskiego. 

Pomyślała ponownie o ojcu i o radach, jakie dawał swym dzieciom. Reguła 

numer   jeden,   mawiał,   jest   taka:   nigdy   nie   myśl   o   sobie   jako   o   ofierze,   bo 

naprawdę staniesz się ofiarą. Użalanie się nad sobą to najbardziej destruktywne 

zajęcie pod słońcem. 

Ojciec także zwykł był mawiać, z nieco przewrotnym błyskiem w oczach, 

mniej więcej tak: gdy ktoś zrobi ci coś złego, Moll, nie odpłacaj mu tym samym. 

Zamiast tego zrób coś przyjemnego... sobie samej. W ten sposób wyrównasz 

rachunek.   Pokaż,   że   umiesz   nadal   cieszyć   się   z   życia,   to   najlepszy   rodzaj 

zemsty. 

Wzruszyła   ramionami.   Nie,   na   pewno   nie   pragnie   zrobić   czegoś   złego 

Michaelowi. Ale czy może zrobić w tym momencie coś, co poprawiłoby jej 

samopoczucie? Chyba nie. 

Przygryzła   wargę.   Przypomniała   sobie   bilety   lotnicze   w   kuchennej 

szufladzie. Straciła pracę i narzeczonego. Jej rodzina rozjechała się po świecie, 

background image

każdy jest gdzie indziej, w trzech dalekich krajach. Święta spędzi samotnie. 

Wynajmuje mieszkanie, na które jej nie stać i nie ma prawie mebli. Przyszłość 

nie oferuje jej nic bardziej wzniosłego niż rola zarazka grypy. 

Ale nie została pobita całkowicie i nie zrezygnuje z radości, jakie życie może 

jej   jeszcze   zaoferować.   Michael   pisał,   że   może   zwrócić   bilety   i   wycofać 

pieniądze. Zrobi tak – ale tylko z jego biletem. 

Zaplanowała sobie tę jedyną świąteczną ekstrawagancję i będzie ją miała! 

Niech   Michael   odwiedza   sobie   swych   przyszłych   teściów   w   Corning.   Ona 

pojedzie do Nowego Orleanu. Do miasta, o którym oboje tak marzyli. A co 

więcej, będzie się tam wspaniale bawić!

Podeszła do Okna. Widać było z niego zawsze to samo: ceglaną ścianę. Tym 

razem oświetlało ją delikatne światło zimowego poranka. Padało przez całą noc 

i śnieg ułożył się miękkimi fałdami na gzymsach budynków. Zwiewne przez 

wiatr smugi śnieżnego pyłu wirowały w powietrzu jak duchy. 

Myślała o Nowym Orleanie, gdzie słońce  świeciło nawet w grudniu. Na 

pewno   kwitną   tam   kwiaty,   kołyszą   się   w   słońcu   korony   palm,   niebo   jest 

błękitne, powietrze ciepłe, a ulice pełne muzyki. 

Pojedzie w podróż poślubną, niezamężna, samotna i... wolna. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Jeśli uważasz, że masz jakieś zmartwienia, mawiał ojciec Mollie, rozejrzyj 

się wokół siebie. Zawsze znajdziesz kogoś, kto ma większe problemy niż ty. 

Zainteresuj się nim. Podaj mu pomocną dłoń, a okaże się, że jest to najlepsze 

lekarstwo także dla ciebie. 

Pierwszą   osobą,   jaką   zauważyła   Mollie,   wsiadając   do   zatłoczonego 

samolotu, był mężczyzna siedzący przy przejściu na samym przodzie kabiny. 

Poczuła nagły przypływ sympatii. Mężczyzna był wysoki, opalony i przystojny. 

I   z   całą   pewnością   miał   większe   powody   do   zmartwienia   niż   ona.   Był 

niewidomy. 

Miał na oczach ciemne okulary, a u jego stóp leżał pies-przewodnik. Był to 

stary, potężny owczarek niemiecki z pyskiem przyprószonym siwizną. Leżał z 

uniesionym   łbem,   uważnie   przyglądając   się   innym   pasażerom,   a   jego 

bursztynowe oczy miały prawie ludzki wyraz. 

Mężczyzna, mimo widomego kalectwa, emanował siłą i zdrowiem. Szare 

sportowe spodnie opinały się na jego muskularnych udach, a zrobiony grubym 

ściegiem ciemnozielony sweter uwydatniał jego szerokie ramiona. Pod swetrem 

miał   białą   koszulę,   a   śnieżna   biel   rozpiętego   kołnierzyka   podkreślała   brąz 

opalonej twarzy. 

Mollie   domyśliła   się,   że   nie   jest   on   urodzonym   nowojorczykiem,   który 

wychował   się   w   tym   mieście   i   zdążył   przywyknąć   do   tłumów   i   ciasnych 

przestrzeni,   do   zimowego   chłodu,   pochmurnego,   wietrznego   nieba   i   dni   bez 

słońca. 

Ciemne,   gęste   włosy   zaczesane   były   prosto   do   góry.   Miał   kwadratowy 

podbródek,   wyraźnie   zaznaczone   kości   policzkowe   i   orli   nos.   Najbardziej 

niezwykłe wydały się Mollie jego usta: ładnie wykrojone, wyrażały opanowanie 

i samokontrolę, lecz również zmysłowość. Siedział wyprostowany, z ciemnymi 

background image

szkłami okularów skierowanymi ku gładkiej ścianie, znajdującej się naprzeciw 

jego fotela. Sprawiał wrażenie pogrążonego we własnych myślach. 

Sprawdziła   raz   jeszcze   bilet   i   odczuła   nieoczekiwany   dreszcz   emocji: 

niewidomy mężczyzna był jej sąsiadem. Zajmował miejsce, na którym podczas 

tej podróży miał siedzieć Michael. 

Schowała   płaszcz   do   skrytki   bagażowej,   znajdującej   się   nad   przejściem, 

ostrożnie przeszła nad leżącym psem i usadowiła się na wąskim fotelu obok 

niewidomego mężczyzny. 

– Piękny pies – odezwała się, by mężczyzna zorientował się, że ktoś siedzi 

obok niego, i by przekonać siei czy jest on skłonny do nawiązania rozmowy. 

Odwrócił się do niej z poważnym wyrazem twarzy. 

– To jawne pochlebstwo. Jest stary i tłusty. A zapachy potrafi wydzielać 

wprost zadziwiające. Kliniczny przypadek. 

Mollie   zdumiona   przyglądała   się   jego   poważnej   twarzy,   nie   wiedząc   co 

odpowiedzieć.   Nagle   dostrzegła   na   jego   opalonych   policzkach   przebłysk 

uśmiechu   i   sama   uśmiechnęła   się   radośnie.   Zaskoczył   ją.   Po   prostu   nie 

oczekiwała z jego strony żartu. 

– Ile ma lat? – spytała. 

– Wedle jakiej rachuby? Bo wedle naszej ludzkiej ma trzynaście – odparł. – 

Ale   jak   przeliczyć   te   lata   na   psi   wiek,   to   będzie   pewnie   około 

dziewięćdziesiątki. Wędruje na chwiejnych łapach w stronę starczej demencji. 

Ale robi to z klasą. Ma na imię Fritz. A ja nazywam się Pearce Goddard. Czy 

teraz pani uczyni nam obu zaszczyt i przedstawi się?

Uścisnęła wyciągniętą ku niej rękę. Wydała jej się silna, twarda i pulsująca 

energią. 

– Nazywam się Mollie. Mollie Randall. 

Pogładził palcami kostki jej ręki. 

–   Ma   pani   skórę   delikatną   jak   jedwab.  A  czy   nie   ma   pani   przypadkiem 

piegów?

background image

Mollie   spojrzała   na   niego   zdumiona.  W  głębi   ciemnych   szkieł   okularów 

zobaczyła swoje własne, pomniejszone odbicie. 

– Rzeczywiście... mam – odrzekła. Piegi były jej wiecznym utrapieniem. 

Nigdy całkowicie nie znikały, nawet w zimie. Ostatnio, gdy nachodziły ją czarne 

myśli, zastanawiała się chwilami, czy Michael nie przestał jej kochać przez tę 

trwałą skazę jej urody. 

– I pan jest w stanie to odkryć... dotykając mnie?

–   Szczerze   mówiąc,   po   prostu   zgadłem.  Ale   rzeczywiście   mam   bardzo 

wyczulony zmysł dotyku – powiedział, głaszcząc palcami środek jej dłoni. 

– Także zmysł słuchu. Chce pani usłyszeć coś więcej o sobie?

Mollie skinęła głową i natychmiast uświadomiła sobie, że przecież on tego 

nie widzi. Nieco zafascynowana niezwykłym towarzyszem podróży pozwalała 

nadal trzymać się za rękę. 

–   Oczywiście   –   zgodziła   się.   –   Ciekawa   jestem,   co   pan   o   mnie   potrafi 

powiedzieć. 

–   Pozwoli   pani,   że   się   przyjrzę.   Proszę   wybaczyć   niezręczność 

sformułowania. – Uścisnął jej rękę. 

– Budowa kości wskazuje na to, że jest pani szczupła. 

I   wysoka.   To   jest   akurat   łatwe.   Wystarczy   wyobrazić   sobie,   z   jakiego 

poziomu   słyszy   się   głos.   Pochodzi   pani   ze   środkowego   zachodu,   o   czym 

świadczy sposób wymowy „r” i czysta wymowa samogłosek. Chyba że uczyła 

się pani dykcji. Najprawdopodobniej zresztą jedno i drugie. 

– Niesłychane – zdumiała się Mollie. Jego dotyk wywołał u niej uczucie 

mrowienia w plecach. Wydało jej się to niestosowne. W końcu obchodziła coś w 

rodzaju żałoby. 

– Ale głos... – zawahał się, niezdecydowanie kręcąc głową. – Pani głos jest 

nadal dla mnie zagadką. Jest aksamitny, ale ma w sobie taką dziwną szorstkość. 

W każdym razie jest to głos bez wieku. Naprawdę nie mam pojęcia, ile pani 

może mieć lat. 

background image

– Dwadzieścia trzy. – Mollie była tym wszystkim prawie przestraszona. 

– Dwadzieścia trzy. – Pokiwał z aprobatą głową. 

– Aż trudne do wyobrażenia. Tylko dwadzieścia trzy. 

– Jego dotyk stał się jeszcze bardziej intymny. 

– Nareszcie mam pretekst, abyśmy zaczęli sobie mówić po imieniu. 

Musiała   mu   się   wydać   śmiesznie   młoda.   Sam   przekroczył   już   zapewne 

trzydziestkę. Czas zdążył pogłębić nieco pionowe bruzdy okalające jego usta, a 

ciemne okulary nie w pełni zasłaniały zmarszczki wybiegające przy uśmiechu z 

kącików oczu. 

Odnalazł palcami jej pierścionek z granatem i zaczął się nim bawić. 

– Nie jest to, jak sądzę, zaręczynowy pierścionek. Zaręczynowego nie nosi 

się na tej ręce. 

– Nie, nie zaręczynowy – odpowiedziała ściszonym głosem. 

Zaczął znowu gładzić jej dłoń i robił to powoli, jak gdyby delektując się 

pieszczotą. 

– Mogę już... zabrać rękę? – spytała, wiercąc się’ niespokojnie w fotelu. 

Sprawiał wrażenie, jakby go to zaskoczyło. Albo jakby zapomniał, że ją w 

ogóle dotyka. 

–   Przepraszam   –   powiedział.   Wyraz   jego   twarzy   w   niczym   jednak   nie 

przypominał miny skruszonego grzesznika. 

Mollie   mogła   nareszcie   zająć   się   czymś   innym.   Wyświetlono   napis: 

„Prosimy   zapiąć   pasy   bezpieczeństwa”.   Próbowała   to   zrobić,   ale   ponieważ 

nigdy   przedtem   nie   leciała   samolotem,   przychodziło   jej   to   z   trudnością. 

Wreszcie   oba   końce   pasów   dopięły   się   z   lekkim   trzaskiem.   Jej   ojciec, 

utrzymując rodzinę z pensji nauczyciela, nie mógł pozwolić sobie na to, aby 

podróżowali   samolotem.   Jeździli   wszędzie   samochodem,   albo   wcale.   Do 

Nowego   Jorku   Mollie   przyjechała   także   najtańszym   środkiem   lokomocji: 

dalekobieżnym autobusem linii Greyhound. Teraz perspektywa lotu napawała ją 

pewnym niepokojem. 

background image

– Wyświetlili już napis o zapięciu pasów? – spytał Pearce. 

– Tak – odpowiedziała. Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę, po czym 

spytała niepewnie: – Dasz sobie radę... czy ci pomóc?

–   Gdybyś   była   tak   dobra.   –   Bezradnie   wzruszył   ramionami,   a   jego   usta 

zdawały się niepewnie uśmiechać. 

– Na każdej linii mają trochę inne pasy. I prawdę mówiąc, nie podróżowałem 

tak dużo samotnie. Mógłbym poprosić stewardessę, ale... jest to dla mnie trochę 

krępujące. Nie lubię zwracać na siebie uwagi. 

Mollie zagryzła wargi. 

– Chętnie ci pomogę – rzekła niepewnie. – Tylko nie bardzo wiem, jak mam 

to zrobić. 

Musiała pochylić się nad jego smukłym ciałem i po omacku szukać ręką 

drugiej części pasa wzdłuż jego biodra. Znowu okazało Się, że obie połówki 

trudno zatrzasnąć. Zbyt była świadoma tego, że jej bezradne palce znajdują się 

niebezpiecznie blisko podbrzusza obcego mężczyzny. 

Pies podniósł głowę i uważnie ją obserwował, jakby badając; czy nie ma 

jakichś złych zamiarów wobec jego pana. 

– Dokąd lecisz? – spytał Pearce. Jego oddech wprost parzył jej ucho. 

– Do Nowego Orleanu – odrzekła. Wyprostowała się z ulgą, gdy wreszcie 

udało jej się zatrzasnąć klamrę. Dziwnie drżały jej palce. 

–   Co   za   zbieg   okoliczności   –   przyznał.   Sprawdził   swoje   zabezpieczenie, 

przesuwając się do przodu. 

– Słuchaj, czy możesz trochę skrócić mój pas? Jest całkiem luźny. 

–   Z   przyjemnością   –   odparła   nieszczerze.   Zacisnęła   zęby   i   jeszcze   raz, 

półleżąc na nim, mocowała się z opornym pasem. Ocierała się ramieniem o 

ukrytą pod swetrem pierś mężczyzny i czuła zapach jego płynu po goleniu. 

Pachniał sosnowymi gałęziami i dymem palonego drewna. 

– Ja też lecę do Nowego Orleanu – powiedział znowu prawie wprost do jej 

ucha. Czuła, jak jego oddech porusza luźne kosmyki jej włosów. 

background image

– Ach, tak? – spytała, nadal manipulując przy sprzączkach, które nie chciały 

się zatrzasnąć. – Masz tam rodzinę?

– Nie. – Jego oddech owiał jej policzek i coraz silniej czuła płynący od niego 

sosnowy, ciepły zapach. 

– Mam się tam spotkać z... pewną osobą. Sposób, w jaki to powiedział, 

sugerował, że chodziło o kobietę. Trudno się temu dziwić, pomyślała. 

– Czy przesiadasz się w Dallas na lot 808? – spytał. 

– Z pasem już ci się prawie udało. Jesteś bardzo zręczna. 

Mollie westchnęła z ulgą, gdy pas zacisnął się wreszcie wokół płaskiego 

brzucha mężczyzny. Ponownie rozprostowała się wygodnie w swoim fotelu. Co 

sprawia, że czuje się tak niepewnie dotykając go, nawet mimochodem? Może to, 

że oprócz Michaela od tak dawna nie dotykała żadnego mężczyzny? Próbowała 

przypomnieć sobie, o co pytał Pearce. 

– Lot numer 808? – spytała z wahaniem. – Tak; Ty też się przesiadasz na ten 

samolot? Skinął potakująco głową. 

– Jak to miło mieć w podróży jakąś przyjazną osobę. Pewniej się dzięki tobie 

czuję. Przemiłe z ciebie dziecko. – Złożył dłonie i ponownie skłonił głowę, 

jakby spotkała go jakaś wielka przyjemność. – Naprawdę przemiłe dziecko...

Mollie miała wielką ochotę odpowiedzieć mu, że absolutnie nie czuje się 

dzieckiem,   a   ostatniej   rzeczy,   jakiej   mu   brakuje,   to   pewności   siebie. 

Przypomniała sobie jednak przestrogi ojca i postanowiła nadal myśleć nie o 

własnych, lecz o cudzych kłopotach. 

– Zrobię, co będę mogła – powiedziała po prostu. Ktoś z załogi samolotu 

stanął na przodzie kabiny i rozpoczął ponury instruktaż, jak zachowywać się na 

wypadek   katastrofy.   Recytował   przerażającą   litanię   o   tratwach   ratunkowych, 

maskach   tlenowych   i   wyjściach   awaryjnych.   Mollie   słuchała,   raz,   po   raz 

przełykając ślinę ze strachu. 

Wreszcie   silniki   zaryczały   tak   głośno,   że   poczuła   wibrację   kadłuba   i 

rezonacyjne drżenie w okolicach kręgosłupa. Samolot zaczął kołować po płycie 

background image

lotniska, zrazu powoli, a potem coraz szybciej. 

Uchwyciła się poręczy fotela tak mocno, jak tylko mogła. Poczuła, jakby 

ktoś wepchnął jej łokieć w żołądek raz, a potem jeszcze raz, gdy startująca 

maszyna uderzyła podwoziem o pas startowy, zanim wreszcie oderwała się od 

ziemi. 

Pearce przypadkiem dotknął jej ręki i zaraz się cofnął. 

– Przepraszam – powiedział, ale po chwili z powrotem nakrył jej rękę swą 

dłonią. – O Boże, ale jesteś spięta. Nigdy przedtem nie latałaś?

– Nie, nigdy. Ale poczekaj, za chwilę do tego przywyknę. 

Poklepał jej rękę prawie braterskim gestem. 

–   Poproś   o   jakiś   tygodnik.  Albo   pożycz   słuchawki   i   oglądaj   film.   Jeśli 

wzięłaś ze sobą jakąś książkę, to sobie poczytaj. Całkiem zapomnisz, że jesteś w 

powietrzu. 

–   Dobrze   –   odparła   z   wdzięcznością.   To,   co   jej   radził,   wydawało   się 

rozsądne. Ale po chwili zawahała się, gdy pomyślała o nim. On nie może się 

zająć tym wszystkim, co jej proponował. Trochę uciążliwe było to jego ciągłe 

zainteresowanie   nią,   ale   może   jednak   powinna   rozmawiać   z   nim   podczas 

podróży? Inaczej spędzi trzy godziny samotny i pogrążony w ciemności. 

– A ty co będziesz robił? – spytała. – Mogę ci w czymś pomóc? Nie chcę, 

żebyś... żebyś tak po prostu... siedział. 

Uśmiechnął się do siebie i założył nogę na nogę. 

–   Nie   przejmuj   się   mną.   Oglądaj   swój   film,   a   ja   będę   oglądał   swój. 

Wyświetlam go sobie. Mam ekran na wewnętrznych powierzchniach powiek. 

Nigdy czegoś takiego nie robiłaś?

Mollie patrzyła na niego zdumiona. To niesamowity człowiek, pomyślała, 

pełen niespodzianek. Nigdy kogoś takiego nie spotkała. 

– Wyświetlasz sobie film? – spytała. – O czym? O czym tylko zapragniesz?

Odchylił   głowę   na   oparcie   fotela.   Ciemne   okulary   zdawały   się   patrzeć 

donikąd. 

background image

– Nie. To zawsze ten sam film. O krecie. 

– O krecie? – spytała Mollie, prawie nie zauważając, że samolot przechylił 

się na skrzydło, kończąc kołowanie nad lotniskiem. 

–   Chodzi   o   takiego   kreta   jak   w   filmach   szpiegowskich?  Agenta,   który 

infiltruje obcą siatkę? Leniwie pokręcił głową. 

– Nie. O zwykłego, odżywiającego się owadami małego ssaka. Mój kret jest 

po prostu zwierzątkiem. 

Mollie uśmiechnęła się. Była rozbawiona i jednocześnie nieco zakłopotana. 

– Dlaczego akurat film o krecie? Cóż to za dziwny pomysł?

– Bo po prostu uwielbiam ten film – powiedział z wyrazem zadowolenia na 

twarzy. – No właśnie. Już leci czołówka z napisami, wchodzi temat muzyczny... 

Pies popatrzył na niego, potrząsnął łbem, westchnął i położył siwiejący pysk 

na   łapach.   Zamknął   swe   bursztynowe   ślepia   i   prawie   natychmiast   zaczął 

pochrapywać.   Chrapał   głośno,   a   od   czasu   do   czasu   z   głębi   jego   brzucha 

wydobywały się dziwne burczące odgłosy. 

Samolotem mocno rzuciło, lecz Mollie nakazała sobie zachowanie spokoju. 

Lot   miał   być   przygodą;   należało   się   nią   cieszyć,   a   nie   denerwować.   Była 

wreszcie w drodze do Nowego Orleanu, tak jak to sobie zaplanowała. 

Jej   ojciec   wielekroć   mawiał:   pamiętaj,   Mollie,   życie   rzadko   układa   się 

zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Nie wymyślaj go sobie. Przyglądaj mu się 

raczej   i   ciesz   się   z   tego,   co   jest   w   nim   niezwykłe.   Bo   na   tym   polega   jego 

największy urok, że potrafi być bardzo, bardzo dziwne. 

W   porządku,   pomyślała   Mollie   z   filozoficznym   spokojem.   Nauczę   się 

cieszyć tą dziwnością. 

Po chwili zamknęła oczy i po prostu usnęła. 

Obudził   ją   niewyraźny   komunikat   nadawany   przez   skrzeczący   głośnik. 

Poczuła się speszona i zażenowana, gdy uświadomiła sobie, że cały czas spała 

miękko przytulona do Pearce’a Goddarda, z głową opartą na jego ramieniu. 

background image

– Ojej... przepraszam – powiedziała prostując się. – Nie chciałam ci... 

– Naprawdę w niczym mi to nie przeszkadzało – przerwał jej z poważnym 

wyrazem twarzy. – Słyszałaś, co mówił pilot? Będziemy mieli kłopoty. 

– Kłopoty? – spytała, blednąc ze strachu! Natychmiast przypomniały jej się 

wszystkie pouczenia o tratwach ratunkowych, maskach tlenowych i wyjściach 

awaryjnych.   Ponownie   wczepiła   się   palcami   w   poręcze   fotela.   –   Grozi   nam 

katastrofa?

Poruszył dziwnie ustami, ale znowu nie mogła się zorientować, co chciał 

przez to wyrazić. 

– Nie. To byłby dramat, ale przynajmniej krótki. Nas czekają przewlekłe 

kłopoty.   I   znacznie   bardziej   nudne.   Lotnisko   w   Dallas   jest   zablokowane. 

Będziemy   mieli   przynajmniej   godzinę   opóźnienia   z   powodu   złej   pogody.   I 

jeszcze gorszej prognozy. 

Mollie odczuła chwilową ulgę, ale po chwili zdenerwowała się ponownie. 

– Ale przecież już odlot był opóźniony. A teraz następna godzina i... 

– I tracimy połączenie z Dallas. Chyba że tamten lot także przełożą. 

Pearce skrzywił się trochę. 

–   Pilot   mówił,   że   na   całym   południu   jest   fatalna   pogoda.   Jak   już 

wylądujemy, możemy trafić w Dallas na niezły diabelski młyn. Nie wiadomo, 

kiedy uda nam się stamtąd wydostać. 

–   Wydostać?   –   spytała   przerażona   Mollie.   –   Myślisz,   że   możemy   tam 

spędzić całą noc?

– Moja droga – stwierdził sucho – to byłoby wyjątkowe szczęście. Jak źle 

pójdzie, to możemy tam spędzić parę dni. 

– Parę dni? – Mollie nie próbowała już nawet ukryć paniki. 

– No pewnie. – Niecierpliwie wzruszył ramionami. 

– Bywa tak i nie należy to do przyjemności. Nigdy ci się nic takiego nie 

przytrafiło?

– Nigdy. 

background image

– No już dobrze – powiedział – trzymajmy się razem. Oboje próbujemy 

dotrzeć do tego samego miejsca. Będziemy sobie nawzajem pomagać, okay”!

– No pewnie – odrzekła z wdzięcznością. Może i był podrywaczem, ale 

potrafił być również na swój nonszalancki sposób rycerski. 

– Słuchaj – zaczął – czy możesz dla mnie coś zrobić?

– Z radością – odparła. – Zrobię wszystko, co zechcesz. 

Pokręcił głową i smutno się uśmiechnął. 

–   Panno   Randall,   dziewczynie,   która   ma   taki   głos,   nie   wolno   nigdy, 

przenigdy mówić mężczyźnie, że zrobi wszystko, co ten zechce. Serce może mu 

pęknąć z nagłego przypływu radości. 

–   Przecież   nie   to   chciałam   powiedzieć   –   obruszyła   się   lekko.   Był   to 

naprawdę najbardziej niepokojący mężczyzna, jakiego dotąd spotkała. Chwilami 

zupełnie nie do zniesienia!

– A to szkoda – powiedział z udawanym westchnieniem – ale nie przejmuj 

się.   Chciałem   cię   tylko   prosić   o   to,   żebyś   za   wszelką   cenę   ściągnęła   tu 

stewardesę i poprosiła o filiżankę kawy. Zwykle nie jem i nie piję w samolocie. 

Za dużo z tym zachodu. Ale kiedy przygotowuję się do walki, muszę zaopatrzyć 

mój organizm w zapasy kofeiny. 

– Bardzo chętnie – odrzekła. 

–   I   jeszcze   chciałem   cię   prosić,   żebyś   mi   pomogła   nie   oblać   kawą   psa. 

Zawsze wprawia go to w paskudny nastrój. 

Mollie   zamówiła   kawę.   Weszli   nad   Teksasem   w   strefę   turbulencji   i 

samolotem   mocno   rzucało.   Starała   się   więc   rzeczywiście   pomóc   Pearce’owi 

trzymać filiżankę. Nie mogła przy tej okazji uniknąć dotykania jego silnych, 

opalonych palców, a raz nawet otarła się kostkami rąk o jego ciepłe wargi. 

Oblali   psa   kawą   tylko   raz.   Oburzony   tym   afrontem   spojrzał   na   nich   z 

wyrzutem, jak gdyby tylko on z całej trójki potrafił zachowywać się poważnie. 

Dallas jest  jednym z głównych węzłów komunikacji lotniczej w  Stanach 

Zjednoczonych   i   jakiekolwiek   kłopoty   w   tym   miejscu   powodują   poważne 

background image

zakłócenia w ruchu lotniczym na terenie całego kraju. 

Na lotnisku rozpętało się piekło. Z powodu złej pogody większość przylotów 

i odlotów była opóźniona i dworce wypełniły niezliczone rzesze podróżujących 

w świątecznym szczycie ludzi, którzy pragnęli tylko jednego: jak najszybciej 

stąd się wydostać i dotrzeć wreszcie do celu swojej podróży. 

Co   więcej,   katastrofa   pogodowa   nie   dotknęła   wyłącznie   Dallas.   Mollie   i 

Pearce   dowiedzieli   się   wkrótce,   że   wichury   i   burze   śnieżne   –   prawdziwa 

anomalia klimatyczna – nawiedziły całe południe Stanów. 

Atlanta, następny główny węzeł komunikacyjny, całkowicie zawiesiła ruch 

lotniczy. Zamknięte były również lotniska w Memphis, Miami, Tampa, Mobile i 

Houston. Śnieg padał w Orlando, w San Antonio temperatura spadła poniżej 

zera.   Nawet   w   Nowym   Orleanie,   mieście   położonym   w   prawie 

podzwrotnikowej strefie klimatycznej, pokryte lodem i śniegiem lotnisko było 

częściowo sparaliżowane. 

Podczas gdy Pearce usiłował uzyskać jakieś informacje od obleganego przez 

ludzi   pracownika   portu,   Mollie   rozglądała   się   wokół   w   osłupieniu.   Obraz 

przypominał   scenę   z   filmu   wojennego,   gdy   tysiące   zdesperowanych   ludzi 

próbuje bezskutecznie uciec z oblężonego miasta. 

Muszę to wszystko zapamiętać, myślała Mollie. Nigdy jeszcze nie widziała 

tłumu, w którym kipiały tak rozmaite emocje. Jako aktorka powinna to wszystko 

zarejestrować i przechować w pamięci. 

Wszędzie   było   pełno   ludzi.   Zajmowali   wszelkie   siedzące   miejsca,   stali 

oparci   o   każdy   wolny   kawałek   ściany,   a   czasem   nawet   leżeli   na   ziemi   ze 

zwiniętymi   płaszczami   pod   głową,   starając   się   choć   na   chwilę   usnąć   mimo 

panującego wokół przeraźliwego zamętu. 

Pearce odwrócił się od okienka kasy biletowej. Mollie zrobiła krok w jego 

kierunku i ujęła go pod rękę. Miał na sobie lekką kurtkę z flanelową podpinką, a 

ona wychodząc z samolotu, założyła płaszcz. 

– No i jaka sytuacja? – spytała. 

background image

Przyciągnął ją bliżej do siebie. Drugą ręką naprężył mocniej uprząż Fritza. 

– Trzymaj się blisko mnie. Zmienili stanowisko odprawy dla naszego lotu. 

Teraz jesteśmy przy bramce numer dwa. Musimy się dostać do bramki numer 

trzydzieści sześć. To kawał drogi. Mamy mało czasu i niełatwo będzie przedrzeć 

się przez tłum. 

Ujęła  go mocniej pod ramię. Uniosła głowę, aby na niego spojrzeć. Był 

jeszcze   wyższy,   niż   przypuszczała:   mógł   mieć   około   metr   dziewięćdziesiąt 

wzrostu.   Serce   biło   jej   mocno,   podczas   gdy   Pearce   sprawiał   wrażenie 

spokojnego   i   pewnego   siebie.   Fritz   nie   spuszczał   oczu   ze   swego   pana,   z 

całkowitą obojętnością odnosząc się do otaczającego ich zamieszania. 

–   Słuchaj,   Fritz   zna   komendy   kierunkowe:   ‘w   prawo,   w   lewo,   naprzód. 

Powiedz mi, jak dostać się na stanowisko trzydzieści sześć, i on już nas tam 

zaprowadzi. 

Mollie   studiowała   dziesiątki   zwieszających   się   z   sufitu   tabliczek 

informacyjnych. 

– Musimy iść prosto. – Zorientowała się wreszcie. 

– Naprzód! – wydał komendę Pearce. – Prowadź. Zaczęli przedzierać się 

przez   tłum   z   szybkością   i   precyzją,   która   ją   zdumiała.   Już   po   chwili   jej 

dotychczasowy respekt dla psa zmienił się niemal w trwożliwy podziw. Fritz 

potrafił odnaleźć w ludzkiej ciżbie szczeliny, których człowiek by nie zauważył. 

Równie szybko sygnalizował wszystkie możliwe przeszkody. Z postawionymi 

uszami, jak tkackie czółenko prowadził ich ze zdumiewającą prędkością przez 

gęsto utkany ludzki tłum. Bezbłędnie wynajdywał drogę w gęstwinie ludzkich 

nóg,   robił   uniki,   kluczył,   omijał,   szedł   zygzakiem   –   ale   stale   posuwał   się 

naprzód, utrzymując polecony kierunek. – Staraj trzymać się trochę za mną – 

poradził jej.

–   Fritz   nie   jest   przyzwyczajony,   aby   prowadzić   dwie   idące   obok   siebie 

osoby. 

Zaczęło   brakować   jej   tchu.   Dostrzegła   następną   tablicę   kierunkową   i 

background image

powiedziała,   że   muszą   skręcić   w   lewo.   Pearce   powtórzył   komendę   psu. 

Natychmiast skręcili pod kątem prostym i gnali dalej. 

– O Boże – wysapała – ale jesteście szybcy. Chyba dlatego, że inni nie mają 

tutaj psów-przewodników. 

Uśmiechnął   się   do   niej.   Był   to   szeroki,   jasny   uśmiech   z   odrobiną 

pobłażliwości. 

 Trzeba go było znać, kiedy był młody. Gdybyś zechciała, przeprowadziłby 

cię na drugą stronę zatłoczonej Times Square w sylwestrowy wieczór. I masz 

rację, nie każdy potrafi nadążyć za psem. Niektórzy uważają, że jest z nim za 

dużo kłopotu. Chyba po prostu nie lubią psów albo im nie ufają. Ja jednak 

myślę,   że   dla   psów-przewodników   powinno   być   zarezerwowane   specjalne 

miejsce w niebie. I to miejsce z bardzo dobrym widokiem. 

Pomysł był dziwaczny, ale bardzo jej się spodobał. 

Uśmiechnęła się i spytała:

– A co powinny widzieć psy ze swego nieba?

– Pewnie kocie niebo. – Wzruszył ramionami. – Kto to zresztą wie? Jeżeli 

się tam dostaniemy, trzeba się będzie spytać na miejscu. 

Fritz   zrobił   unik,   gdy   z   tłumu   wypadło   nagle   dwoje   dzieci   i   człowiek 

dźwigający trzy pudła z napisem: „Uwaga! Żywe kraby!”. 

Mollie   usunęła   się,   aby   nie   zderzyć   się   z   posiadaczem   tego   dziwnego 

ładunku. Dostrzegła kolejne strzałki kierunkowe. 

– Znowu w lewo – zawołała. 

Gdy wreszcie dotarli do celu, była. bez tchu, miała miękkie ze zmęczenia 

nogi i sucho w ustach. 

– Jesteśmy na miejscu. Kolejka do kasy jest wprost przed nami. Ale wiesz 

co, Pearce? Tutaj jest taki sam tłok jak tam. Wszyscy dookoła są niespokojni, 

przygnębieni i zrzędliwi. No i, oczywiście, nie ma gdzie usiąść. 

Zamilkła   na   chwilę,   śledząc   tablicę,   na   której   wyświetlano   zapowiedzi 

odlotów i przylotów. 

background image

– O Boże! – krzyknęła, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Nasz lot jest 

zawieszony. I nawet nie podają żadnego konkretnego terminu. Cały ten pośpiech 

na nic. Szlag by to trafił!

Pearce sprawiał wrażenie, jakby zupełnie się tym nie przejął. 

–   Daj   mi   swój   bilet   –   polecił   spokojnie.   –   Załatwimy   oba   za   jednym 

zamachem. Poza tym, nigdy sama tego nie robiłaś, a ja mam pewną wprawę. 

– Ale dlaczego? – nie zgadzała się. – Przecież sama mogę to załatwić. Już 

dosyć się nastałeś w poprzedniej kolejce. 

Wyciągnął przed siebie rękę. Poczuła na ramieniu mocny i pewny uścisk 

jego dłoni. 

– Zawarliśmy umowę, prawda? Pomagamy sobie nawzajem w tej podróży. 

Podział pracy jest taki, że ty i Fritz załatwiacie mi moje widzenie, a ja załatwiam 

resztę. Proszę cię, bądź zwiadowcą i zorientuj się, gdzie tu jest najbliższy bar. 

Gdy uda mi się dowiedzieć, kiedy się stąd wydostaniemy, chciałbym to oblać. 

Najlepiej piwem. 

–   W   porządku.   Umowa   stoi,   pod   warunkiem,   że   to   ja   będę   płacić   – 

zadecydowała. 

– O to będziemy się spierać, jak załatwisz już to piwo, a ja lot – odparł. 

Uścisnął   jeszcze   raz   jej   ramię,   cofnął   rękę   i   odwrócił   się   w   stronę   okienka 

kasowego. 

Popatrzyła   najpierw   na   niego,   a   potem   na   Fritza.   Stary   pies,   który   tak 

niestrudzenie  prowadził  ich  przez  tłum,  wyglądał  na  skrajnie  wyczerpanego. 

Zwiesił   nisko   łeb;   oddychał   ciężko,   sapał,   robił   bokami.   Jego   potężne   łapy 

drżały.

– Czy psu się przypadkiem coś nie stało? – spytała przejętym głosem. – 

Wygląda na strasznie zmęczonego. 

– Nic mu nie będzie. To zuch – odparł Pearce nie odwracając się. 

Ponownie   spojrzała   na   psa.   Miał   półprzymknięte   ze   zmęczenia   oczy.   Z 

siwego pyska zwisał mu język. Jest już tak bardzo stary, pomyślała. Ciekawe, 

background image

jak długo obaj trzymają się razem. Pewnie od lat, od momentu, gdy młody pies 

przeszedł odpowiednią tresurę. Jakie to okropne, kiedy takie wierne zwierzę 

zaczyna się starzeć i niedołężnieć. Jak się będzie czuł Pearce w momencie, w 

którym okaże się, że pies nie jest już w stanie wykonywać swych obowiązków? 

A co w ogóle dzieje się ze starymi psami niewidomych? I jak trudno będzie 

Pearce’owi   przyzwyczaić   się   do   nowego   psa   po   tylu   latach   spędzonych   z 

Fritzem... 

– Ciągle tu jeszcze jesteś? – spytał Pearce ze zniecierpliwieniem. – Miałaś 

być na tej wyprawie zwiadowcą. Piwa, kobieto! Piwa, w imię wszystkiego, co 

święte!... Albo i nie święte – dokończył po pauzie. 

– Zrobię, co będę mogła – przyrzekła i wślizgnęła się w tłum, pozostawiając 

towarzysza podróży ze zmęczonym psem u boku. 

Udało jej się w końcu znaleźć w pobliżu mały bar. Wszystkie miejsca były, 

oczywiście, zajęte i wielu gości oczekiwało, aż jakieś się zwolni. Nie miała 

pewności, czy w ogóle im się uda dopchać do kontuaru. 

Przedostała się z powrotem przez ludzkie kłębowisko i choć w pobliżu kas 

również   nie   było   żadnych   siedzących   miejsc,   udało   jej   się   znaleźć   kawałek 

wolnej przestrzeni przy filarze na środku sali. Był to dobry punkt obserwacyjny. 

Widziała   stamtąd   Pearce’a   w   ciemnych,   zasłaniających   mu   oczy   okularach, 

górującego nieco nad tłumem. Wyraz twarzy miał spokojny i zdecydowany. 

Odchyliła głowę w tył, opierając ją o filar. Zamknęła oczy i westchnęła. Parę 

godzin temu miał się odbyć jej ślub, a teraz miała być jej noc poślubna. Zamiast 

spędzić ją z mężem w hotelu w Nowym Orleanie, spędzi ją prawdopodobnie 

złapana   w   pułapkę   lotniczego   korka   na   lotnisku   w   Dallas.  A  jej   jedynymi 

towarzyszami będzie niewidomy mężczyzna, o którym prawie nic nie wie, i 

stary pies, o którego się martwi. Nie ma już obok Michaela. I nigdy go już nie 

będzie... 

Spojrzała   ponownie   na   Pearce’a   Goddarda.   I   nagle   z   gorzką   ironią 

uświadomiła   sobie,   że   w   całej   tej   awanturze   bardziej   może   polegać   na   tym 

background image

niewidomym mężczyźnie, niż mogłaby polegać na Michaelu. Ten przynajmniej 

wie, jak się w tym wszystkim zachować. A Michael byłby w takiej sytuacji jak 

ona. Nigdy nie był tak daleko od domu i nigdy w życiu nie latał samolotem. 

Panujący tu chaos byłby dla niego czymś strasznym. Nie znosił jakichkolwiek 

zakłóceń, opóźnień, kłopotów, a nie znane miejsca i sytuacje wprowadzały go w 

stan skrajnego zdenerwowania. 

Koniec, powiedziała sobie stanowczo, nie będę o nim więcej myśleć, ani 

dobrze, ani źle. Zamiast tego lepiej zastanowić się, w jaki sposób można pomóc 

Pearce’owi i jego staremu, zmęczonemu psu dotrzeć bezpiecznie do Nowego 

Orleanu. Dosyć zamartwiania się Michaelem!

Pearce   najwyraźniej   wykłócał   się   o   coś   z   jednym   z   kasjerów.   Odniosła 

wrażenie,   że   w   końcu   dopiął   swego.   Odszedł   od   okienka   i   zatrzymał   się. 

Wiedziała, że czeka na nią. 

Pośpiesznie przedostała się do niego i położyła mu dłoń na ramieniu. Nawet 

przez kurtkę dało się wyczuć twardość jego mięśni. 

– Wiesz, kiedy odlatujemy? 

Załatwiłeś miejsca?

– Ja tak – odpowiedział. – Ale ciekawe, czy ty załatwiłaś najważniejszą 

sprawę – miejsce gdzie można by napić się piwa?

– Tędy; prosto, pięćdziesiąt metrów stąd, ale jest tam straszny tłok. Kiedy 

uda nam się stąd wydostać? – spytała ponownie. 

Wydał   Fritzowi   komendę   i   znowu,   prowadzeni   przez   psa,   szybko   i   bez 

kolizji przedzierali się przez tłum. 

– Lotnisko w Nowym Orleanie jest oblodzone i nie bardzo umieją sobie z 

tym poradzić. Nie byli na to przygotowani, ale będą próbowali przyjąć dwa 

samoloty. Jeden ma wystartować stąd za pół godziny, drugi za półtorej. Udało 

mi się załatwić bilety dla nas obojga na ten późniejszy lot. Ale musiałem się 

strasznie wykłócać; bo upierali się, żeby wysłać mnie wcześniej. Ze względu na 

to.   –   Lekceważącym   gestem   uderzył   palcami   w   oprawkę   swych   ciemnych 

background image

okularów. 

– Ale dlaczego się nie zgodziłeś? Powinieneś tam dotrzeć jak najszybciej – 

powiedziała, przywierając do niego bliżej w obawie, żeby tłum ich nie rozłączył. 

– Przecież ktoś tam na ciebie czeka. 

– Ten ktoś – uśmiechnął się dwuznacznie – miał przylecieć z  Tampa. A 

stamtąd nie wystartował dzisiaj żaden samolot. I nieprędko wystartuje. Mają tam 

pogodę dwa razy gorszą niż tutaj. Nikt więc na, mnie nie będzie czekał. I myślę. 

, że będę mógł skorzystać z twojej pomocy. 

Wolną ręką poszukał jej dłoni i uścisnął ją lekko. Poczuła, jak przepływa 

przez nią fala ciepła. Ucieszyła się, że ma do niej zaufanie. 

– Oczywiście – odpowiedziała. – Przecież ty pomagasz mi nie mniej niż ja 

tobie. Ale jak ci się udało załatwić, że nas nie rozdzielili?

– Po prostu – uśmiechnął się ironicznie – powiedziałem im, że jesteśmy w 

podróży poślubnej. 

Dotknęło   ją   to   boleśnie.   Całe   uczucie   ciepła   i   bliskości   nagle   zniknęło. 

Odrętwiała i napięta zatrzymała się w pół kroku. 

–   Co?   –   spytała   z   wyraźną   pretensją,   jakby   domagając   się   dalszych 

wyjaśnień. 

Pearce   zatrzymał   się   także.   Pies   odwrócił   łeb   i   popatrzył   na   nich   ze 

zdziwieniem. 

– A co w tym złego? – odrzekł, marszcząc brwi. 

– Czy sam pomysł wydaje ci się odrażający?

–   Przecież   to   kłamstwo   –   udało   jej   się   wyjąkać.   Czuła,   że   drży   ze 

zdenerwowania. Co gorsza, pomyśl lała, kłamstwo dotyczyło tego, o czym tak 

bardzo chciała zapomnieć: jej własnej podróży poślubnej. 

– Małe, niewinne kłamstwo dla naszego wspólnego dobra – stwierdził sucho. 

– W miłości, na wojnie i w korkach lotniczych wszystkie chwyty są dozwolone. 

Nie, pomyślała Mollie, patrząc w ciemne szkła jego okularów. W miłości nie 

wszystkie   chwyty   są   dozwolone.   Przypomniała   sobie   tysiąc   drobnych 

background image

nieszczerości   i   niedomówień   Michaela,   które   doprowadziły   w   końcu   do 

ostatecznej zdrady. 

– Nienawidzę kłamstw – powiedziała starając się, aby jej głos zabrzmiał 

normalnie. Zadowolona była, że Pearce nie może widzieć jej twarzy. Wyglądała 

na skrajnie wzburzoną i wiedziała, że jej reakcja jest nieadekwatna do sytuacji. 

Przypadkowy incydent wydobył na powierzchnię długo tłumione emocje. 

– Nienawidzę, gdy ktoś kłamie. Wszystko jedno czy bardzo, czy trochę, czy 

w   dobrych,   czy   w   złych   intencjach.   Najbardziej   szczytne   powody   nie 

usprawiedliwiają kłamstwa. 

– No, trudno, stało się. Nie przejmuj się. Sądząc z tonu twojego głosu, tobie 

też dobrze zrobi, jak się napijesz. Gdzie jest ten bar?

– Na lewo – powiedziała z rezygnacją. Nie powinna była zareagować tak 

ostro. Skąd mógł wiedzieć, że słowa „podróż poślubna”, tak bardzo ją zabolą?

Przylgnęła do niego bliżej, jakby przepraszając go tym gestem. Mógł sobie 

pomyśleć, że oburzyła ją sama perspektywa poślubienia niewidomego. A to nie 

była   prawda.   Pearce   Goddard   był   nadzwyczaj   atrakcyjnym   mężczyzną, 

wysokim, przystojnym, wyjątkowo dowcipnym. I bardziej zdecydowanym niż 

wielu mężczyzn nie upośledzonych tak jak on. 

– Przepraszam cię – odezwała się łagodnie. – To wszystko, co tu się dzieje, 

wyprowadziło mnie z równowagi. 

–   W   porządku   –   odburknął,   ale   po   chwili   odnalazł   jej   dłoń   na   swoim 

ramieniu i uścisnął ją. 

Stanęli wśród ludzi oblegających bar, ale tłok był taki, że nawet Fritz zdawał 

się kapitulować. Utknęli całą trójką w gęstej Judzkiej ciżbie.

Mollie poczuła nagle, że ktoś delikatnie ciągnie ją za rękaw, i usłyszała, jak 

mówi z obcym akcentem. 

– Prosimy panią. Można będzie tu spocząć. Nam trzy godziny siedzenia już 

naprawdę wystarczą. – Tuż obok dwóch japońskich biznesmenów opuszczało 

miejsce przy barze. 

background image

–  Wesołych   Świąt!   –   powiedział   jeden   z   nich,   jeszcze   raz   ż   uśmiechem 

wskazując wolne barowe stołki. 

– Najserdeczniej panom dziękuję. – Była im naprawdę wdzięczna. – I życzę 

wszystkiego najlepszego. 

Pilnowali   jeszcze   miejsc   przez   chwilę,   aż   Mollie   pomogła

1

  usadowić   się 

Pearce’owi. 

– Siedzące miejsca, mój Boże... To zakrawa na cud – ucieszyła się. 

Fritz wydał dźwięk przypominający pomruk albo westchnienie, położył się u 

stóp Pearce’a i zwinął w kłębek najciaśniej, jak potrafił. Rozglądał się wokół z 

niepokojem w obawie, że ktoś może na niego nadepnąć. Mollie wysunęła nogę, 

starając się chociaż trochę osłonić go przed tłumem. 

– Mam nadzieję, że to tobie ustąpiono miejsca, a nie mnie – powiedział 

Pearce z niechętnym wyrazem twarzy. – Nie lubię, gdy mnie jakoś specjalnie 

traktują. 

– Nonsens – stwierdziła Mollie. – Wypijemy nasze piwa i też zwolnimy 

miejsca. Postaram się znaleźć kogoś, kto będzie na to zasługiwał. 

–   Co   ma   być?   –   spytał   barman.   Miał   okrągłą   twarz   i   wyglądał   na 

zmęczonego i zniecierpliwionego. 

– Lubisz ciemne niemieckie piwo? – zwrócił się do niej Pearce. 

– Bardzo lubię – odrzekła. 

– Dwa piwa, ciemne niemieckie – zamówił.

– I ja płacę. 

Mollie otworzyła torebkę i odnalazła portmonetkę. 

– Nie zgadzam się – powiedziała, wyjmując pięciodolarowy banknot. 

Pearce też już zdążył otworzyć portfel i wyjął z niego zwitek banknotów. 

Zauważyła, że różne nominały ułożone miał osobno, tak, by łatwo je było od 

siebie odróżnić. 

–   Nie   ma   żadnych   importowanych.   Skończyły   się.  Amerykańskie   piwo   i 

kropka. I nie ma szklanek, serwetek, orzeszków ani innych zakąsek. 

background image

– No to dwa amerykańskie – zgodził się Pearce z niesmakiem. – I pamiętaj, 

jeśli przyjmiesz od tej pani pieniądze, możesz się pożegnać z napiwkiem. 

Barman   bez   cienia   uśmiechu   patrzył,   jak   oboje   wyciągają   w   jego   stronę 

pieniądze.   Spokojnie   wyjął   banknot   z   palców   Pearce’ai   wyciągnął   spod 

kontuaru dwie butelki, postawił je przed nimi, otworzył i oddalił się ociężałym 

krokiem. Mollie schowała portmonetkę i położyła ciężką torebkę na podłodze, 

tuż przy nodze. 

– Proszę. – Przesunęła butelkę z piwem w pobliże ręki Pearce’a, tak, aby 

mógł ją z łatwością odnaleźć. 

– Dziękuję. – Pociągnął długi łyk. – Ach! Ambrozja! – ocenił. Nie odwracał 

głowy w jej stronę i jego ciemne okulary zdawały się celować w jakiś odległy 

punkt w głębi baru. Patrzyła z profilu na jego ruchliwe wargi. Wydawały się 

wyrażać jakieś zmienne emocje, których nie potrafiła rozszyfrować. Zadziwiło 

ją, jak człowiek może jednocześnie komunikować mimiką ust tak wiele i tak 

mało zarazem. 

– No więc – odezwał się lekko znudzonym głosem – co sprowadza cię do 

Nowego Orleanu? Masz tam przyjaciół? Rodzinę?

– Nie – odpowiedziała, patrząc na swoje dłonie oparte o krawędź baru – nie 

znam w Nowym Orleanie nikogo. 

– I masz zamiar spędzić tam święta? – spytał, unosząc brwi. 

Skinęła głową, znowu zapominając, że on przecież nie widzi takich gestów.

– Tak, spędzę tam Święta Bożego Narodzenia – starała się mówić głosem 

takim samym jak on, beztrosko i bez emocji. 

– Samotna w święta? – Odwrócił się do niej twarzą. 

– Tak. – Wzruszyła ramionami. 

– Ale dlaczego? – spytał bardziej natarczywie. 

– Jakoś mi to do ciebie nie pasuje. 

W dalszym ciągu patrzyła na swoje ręce. Nie chciała spojrzeć mu w twarz. 

W jaki sposób  powiedzieć  takiemu  przystojnemu  mężczyźnie,  że  ktoś   ją  po 

background image

prostu rzucił? Nie wiadomo, co z tego wszystkiego by zrozumiał. Byłoby to dla 

niej upokarzające. 

– Tak to sobie w swoim czasie wymyśliłam – rzuciła lekko starając się, aby 

zabrzmiało to całkowicie beztrosko.

Pociągnął łyk piwa i pochylił głowę. Sprawiał wrażenie zamyślonego. 

– Nie masz rodziny? – spytał po chwili milczenia. 

– Mam, ale akurat wszyscy są za granicą. Pokiwała głową. 

– A chłopaka? – spytał, unosząc do góry brwi. 

–   Chwilowo   nie   –   powiedziała   sztucznie   wesołym   głosem.   –   Wiesz   co, 

właściwie   nie   mam   ochoty   na   piwo.   Może   byś   wypił   moje?   –   Przesunęła 

następną butelkę w pobliże jego ręki. – I pozwól, że ja zostawię napiwek. Tym 

razem nie ustąpię. A ty może opowiesz mi swój film o krecie. Naprawdę mnie to 

interesuje. 

Sięgnęła po pieniądze. Spojrzała w dół i zamarła. Z przerażeniem patrzyła na 

puste miejsce, na którym jeszcze przed chwilą stała jej torebka. Zdołała wyjąkać 

przez ściśnięte gardło:

– O Boże! Ktoś mi ukradł torebkę. 

– Co? – spytał gwałtownie. 

– Zginęła. Ktoś ją ukradł! – powtórzyła tępo czując, jak robi jej się gorąco. 

– Nie trzymałaś jej przy sobie?

– Nie, ale położyłam ją tuż obok siebie. – Zakręciło jej się ze zdenerwowania 

w głowie. 

Ze złością uderzył pięścią w blat baru. 

–   Przecież   teraz   jest   tu   prawdziwy   raj   dla   złodziei.   Mam   nadzieję,   że 

trzymałaś pieniądze w czekach podróżnych. Ile tego było?

– Nie miałam czeków. – Wydała się sobie naiwna i głupia. – Trzysta dolarów 

w gotówce. Co ja teraz zrobię?

Rzucił banknot na bar, wyciągnął rękę i bezbłędnie odnalazł jej ramię. 

–   Chodź   –   powiedział.   –   Musimy   to   zgłosić   służbie   ochrony   lotniska. 

background image

Ruszamy, Fritz. Jak się stąd wychodzi?

– W prawo. 

Powtórzył   komendę   psu.   Uderzyła   zdrętwiałą   ręką   kilkakrotnie   w   jego 

przedramię. Było jej trochę słabo. Znacznie gorsza od samego poczucia straty 

była świadomość, że nadużyto jej zaufania. 

–   Może   ktoś   ją   zabrał  przez   pomyłkę?  –   spytała,  sama  w   to  nie   bardzo 

wierząc. 

– Przez żadną pomyłkę – burknął, ale po chwili przyciągnął ją bliżej do 

siebie. – Samą torebkę może uda się odnaleźć, ale na pewno nie pieniądze. 

Jeżeli złodziej, albo złodziejka, nie jest idiotą, to pozbywa się najprędzej kart 

kredytowych i czeków. Bierze tylko pieniądze. Gotówka cię nie obciąża, a za 

cudze karty kredytowe albo czeki wędruje się prosto do federalnego kryminału. 

– Jak można kraść przed gwiazdką? – spytała Mollie, czując nadal ucisk w 

gardle. – Kogo stać na coś podobnego?

– Uczciwość jest deficytowym towarem przez cały boży rok – powiedział 

cynicznie. 

Kto wie, pomyślała ponuro Mollie, może naprawdę uczciwość wychodzi z 

mody... 

Pearce gestem dodającym otuchy uścisnął jej ramię i przyciągnął ją jeszcze 

bliżej ku sobie. Jego usta pozostały nieruchome i nic nie można było z nich 

wyczytać. 

Od początku, gdy tylko zajęła obok niego miejsce w samolocie, wiedział, że 

musi   ona   mieć   jakieś   kłopoty.   Był   człowiekiem   bardzo   spostrzegawczym   i 

sądził,   że   odgadł,   co   było   przyczyną   jej   zmartwienia.   Musiał   to   być   jakiś 

mężczyzna i niezależnie od tego, kim on był, z pewnością ją okłamał. I ona, 

próbując   się   wyplątać   ze   swoich   miłosnych   kłopotów   –   wszystko   jedno,   na 

czym   one   polegały   –   wyruszyła   jak   Don   Kichot   w   tę   podróż   do   Nowego 

Orleanu. Z powodów, których Pearce nie potrafił na razie wydedukować, a być 

background image

może i dla niej samej nie do końca były one jasne. 

Trzeba przyznać, że świetnie się maskowała. Próbowała grać rolę dzielnej 

harcerki:   odważnej,   pomocnej,   prawdomównej,   delikatnej   i   wesołej.   Tylko, 

pomyślał   ponuro,   marny   z   niej   podróżnik.   Oczywiście,   to   kwestia   braku 

wprawy.   W   samolocie   była   niespokojna,   a   gdy   odłożono   lot   –   zupełnie 

wytrącona z równowagi, teraz zaś był pewien, że jest ogromnie zmartwiona i 

przestraszona.  No  i  trudno  się  dziwić...  Szanse   na  odzyskanie  pieniędzy  ma 

minimalne. Jest to dla niej kolejny, zupełnie niepotrzebny kłopot. 

I naprawdę nie ma nikogo, kto mógłby jej pomóc i ną kim sama mogłaby 

polegać. Poza nim i starym, zmęczonym psem, któremu brakuje oddechu i łamie 

go w kościach. 

Popatrzył   na   nią   spod   przymkniętych   powiek.   Przysięgał   sobie,   że   nie 

otworzy oczu podczas tej podróży, ale gdy tylko pierwszy raz usłyszał jej głos, 

musiał na nią spojrzeć. I potem starał się jak mógł trzymać oczy zamknięte, ale 

jej głos sprawiał, że je czasem otwierał. 

Miała oryginalną twarz, piegi, piękne oczy i włosy. Szczególnie złotorude 

włosy, musiał przyznać, zrobiły na nim niezwykłe wrażenie. 

Przed chwilą jednak dała mu jasno do zrozumienia, że nie znosi kłamców. I 

dlatego na pewno nie jest to najlepszy moment, żeby powiedzieć jej, że widzi. 

Co więcej, że wzrok ma doskonały, wprost fenomenalny. Zapewne lepszy niż 

Mollie. 

Jednak   gdy   tym   razem   spojrzał   na   nią,   zobaczył   pobladłą,   z   trudem 

oddychającą, biedną kukiełkę uginającą się pod brzemieniem wszystkich swych 

kłopotów. 

Pearce Goddard od kłopotów i trudności nie stronił nigdy. Cenił je sobie 

nawet tak wysoko, jak swoją wolność. Któryś z jego przyjaciół znalazł kiedyś w 

jakiejś książce cytat stwierdzając, że pasuje do niego jak ulał: „Od urodzenia 

posiadł dar śmiechu i poczucie, że świat jest szalony”. 

Była to prawda. 

background image

I jedyną rzeczą, której nie potrafił się na tym świecie oprzeć, była każda 

kolejna okazja, aby wpaść w tarapaty. Patrząc na te złotorude włosy, uświadomił 

sobie, że właśnie znowu to się stało... 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Pearce miał rację. Torebkę udało się odzyskać. Ktoś znalazł ją porzuconą w 

kącie damskiej toalety i odniósł do jednej z kas biletowych. Złodziej pozostawił 

w   niej   dokumenty,   kartę   kredytową   i   czeki,   Zginęły   tylko   pieniądze   –   całe 

trzysta   dolarów.   W   przedstawicielstwie   linii   lotniczej,   którą   podróżowała, 

wymieniono jej na gotówkę czek na zaledwie pięćdziesiąt dolarów. I były to 

jedyne pieniądze, jakimi w tej chwili dysponowała. 

Mollie, ciągle jeszcze zszokowana, stała obok Pearce’a w tłumie pasażerów 

oczekujących na odr prawe, mocno przyciskając do siebie torebkę. Pomyślała, 

że w tym momencie ma to już niewielki sens, ale pilnowała jej dalej na zasadzie 

odruchu warunkowego. 

Przy   bramce   robiło   się   coraz   tłoczniej.   Przyciśnięci   przez   napierających 

wokół   ludzi   stali   tak   blisko   siebie,   że   zastanawiała   się,   czy   Pearce   czuje 

przyspieszone bicie jej serca. Była zadowolona, że nie może widzieć jej twarzy. 

Ciągle jeszcze była blada i mimo ponawianych wysiłków nie udało jej się ukryć 

wyrazu paniki w oczach. 

Fritz   stał   przyciśnięty   do   nóg   Pearce’a   i   ciężko   dyszał.   Jakby   ignorując 

potrącających go bez przerwy ludzi, spokojnie osłaniał swego właściciela i nie 

pozwalał się od niego oderwać. 

– Sprawdziłaś jeszcze raz? – spytał Pearce. – Wszystkie pieniądze zginęły? 

Zostawili tylko karty kredytowe?

–  Tak   –   .   odpowiedziała.  Włosy   wysunęły   jej   się   spod   spinki   i   musiała 

odgarnąć złotorude pasma zasłaniające jej twarz. – Pieniądze przepadły, kartę 

kredytową mam tylko jedną. Mój ojciec nie był ich zwolennikiem. Mówił, że 

człowiek nie powinien wydawać tego, czego jeszcze nie zarobił. 

Pearce   pokiwał   głową   i   uśmiechnął   się   zdawkowo,   jakby   usłyszał   słaby 

dowcip. 

background image

– Jest w tym wielka mądrość, dopóki, oczywiście, nie ukradną ci portfela. 

Ale wszystko jedno, z kartą kredytową dasz sobie radę. Na pewno będziesz 

mogła   dzięki   niej   uregulować   rachunek   w   hotelu,   a   większość   dobrych 

restauracji także je akceptuje. 

–  Ale   przecież   on   miał   rację.   –   Starała   się   za   wszelką   cenę   opanować 

zdenerwowanie i myśleć logicznie. – On, to znaczy mój ojciec. Przecież nie 

powinnam   wydawać   pieniędzy,   których   jeszcze   nie   mam.   Jak   myślisz,   czy 

zechcą mi zwrócić za bilet, jeśli zrezygnuję z lotu do Nowego Orleanu? To 

znaczy, czy pozwolą mi lecieć z powrotem prosto do Nowego Jorku?

– Nie – stwierdził stanowczo Pearce – to bardzo zły pomysł. Nawet jeśli 

uprzesz   się   wracać   do   Nowego   Jorku,   dostaniesz   bilet   bez   rezerwacji   na 

konkretny lot. To znaczy, będziesz musiała czekać na pierwszy samolot, który 

będzie miał jakiekolwiek wolne miejsca. A to może trwać cholernie długo. Jeżeli 

nie chcesz spędzić tutaj Bożego Narodzenia, Nowego Roku, Wielkiej Nocy i 

Zaduszek, to leć lepiej do Nowego Orleanu. 

– Ale... – zaczęła Mollie i nie potrafiła dokończyć zdania. Gdyby złodziej, 

zamiast   dyskretnie   zabrać   jej   torebkę,   ogłuszył   ją   ciosem   w   głowę, 

prawdopodobnie czułaby się tak samo. 

Pearce uśmiechnął się drwiąco. 

– Rozumiem, o co ci chodzi. Nie chcesz zaciągnąć długu. Może powiesz mi 

przy   okazji,   kim   jest   twój   ojciec?   Kaznodzieją,   profesorem?   Czy   może 

domorosłym filozofem? 

Mollie spojrzała na niego zdumiona. 

– Jak to odgadłeś? Rzeczywiście jest profesorem. 

Wzruszył ramionami. Uniósł brwi i uśmiechnął się. 

– Daje się w tobie wyczuć to samo, Wiele rzeczy, które od niego przejęłaś: 

niezależność, prostolinijność, niezgodę na wszystka, co wydaje się niepoważne. 

I strach przed tym, żeby zapomnieć o wszystkim i po prostu dobrze się bawić. 

Ze zdumienia otworzyła szeroko oczy. Skąd mógł wpaść na coś takiego?

background image

– Naprawdę myślisz, że nie potrafię się bawić? To nonsens!

– Kiedy ostatnio dobrze się bawiłaś? – spytał. 

Przyciśnięta   do   niego   przez   stłoczonych   ludzi,   uwięziona   w   uścisku 

ramienia, zdała sobie sprawę, że jego bliskość wywołuje w niej jakąś dziwną, 

omdlewającą   słabość.   Spojrzała   bezradnie   w   ciemne   szkła   jego   okularów, 

starając się skoncentrować na pytaniu, które jej zadał, a nie na tym, co się dzieje 

z jej ciałem. 

Kiedy się ostatnio dobrze bawiła? Chyba rok temu, podczas Świąt Bożego 

Narodzenia. Pojechała do Minnesoty i spędziła święta z najbliższymi. Michael 

odwiedzał własną rodzinę, pisał jakieś prace seminaryjne i udało im się tylko raz 

pójść na narty, raz do kina i trzy razy do teatru. Mieli mało czasu dla siebie, a w 

czasie wykradzionych, wspólnie spędzonych godzin nie potrafili się odprężyć i 

uniknąć napięcia. Kiedy więc się dobrze bawiła?

Przypomniała sobie, jak ubierali choinkę w ogrodzie i jak zaczęli obrzucać 

się śniegiem ze swym bratem Hamiltonem. Do zabawy przyłączyła się siostra 

Ruth i zrobiła się z tego największa bitwa na piguły w dziejach rodziny. Obie z 

siostrą zmusiły bezlitośnie Hamiltona do ostatecznej kapitulacji, gdy wreszcie 

udało im się przewrócić go. w zaspę, usiąść mu na grzbiecie i wepchnąć głowę 

w śnieg. To była wspaniała zabawa!

– No i co? – spytał Pearce z lekkim szyderstwem w głosie. – Tyle czasu 

potrzebujesz, aby przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz dobrze się bawiłaś?

– Znowu jego oddech poruszał luźne kosmyki jej włosów. 

– Nie – powiedziała cicho. – Myślałam po prostu o zeszłorocznych Świętach 

Bożego Narodzenia. – Jego dotyk wywoływał w niej emocje, których w tym 

momencie wolałaby uniknąć. Próbowała się trochę od niego odsunąć, ale nie 

bardzo jej się to udało – tłok był zbyt duży. 

Musiał   odczuć   jej   zakłopotanie,   bo   cofnął   ramię,   którym   ją   obejmował. 

Ciemne szkła jego okularów nadal zdawały się w nią wpatrywać, nieodgadnione 

i obojętne. Wykrzywił lekko kąciki ust i wzruszył ramionami. 

background image

– Zeszłoroczne święta, To znaczy, że ostatni raz bawiłaś się dobrze rok temu. 

Starając się zignorować to, co powiedział, otworzyła dyskretnie torebkę i 

sprawdziła, czy karta kredytowa i reszta pieniędzy nadal się w niej znajdują. 

Obecność Pearce’a dodatkowo zwiększała jej niepokój. 

–   Mollie,   słyszysz   mnie?   –   odezwał   się   Pearce.   Nachylił   się   nad   nią   i 

zmarszczył brwi. – Uczciwie mówisz, że nie bawiłaś się dobrze od roku?

Zamknęła torebkę i przycisnęła ją mocno do siebie. Wzruszyła bezradnie 

ramionami. Miał rację. Nie było jej dobrze przez ten rok. 

Pearce pochylił ku niej twarz. Jego uśmiech stał się prawie uwodzicielski. 

–   Cały   rok   odmawiania   sobie   przyjemności.   Musisz   jechać   do   Nowego 

Orleanu. To po prostu dług, jaki masz do spłacenia sobie samej. Tam jest jedna 

wielka zabawa, karnawał i festyn. Nie rezygnuj tak łatwo. Okaż trochę odwagi. 

– Sądzę, że odwagi mi nie brakuje. – Poczuła się urażona. – I nie mam 

problemów psychologicznych, tylko finansowe. Wszystko na co mogę obecnie 

liczyć, to dwie dorywcze prace, jakie udało mi się znaleźć. Nie stać mnie w tym 

momencie na podróż do Nowego Orleanu. 

– Nie stać cię raczej na to, aby z niej zrezygnować. 

– Jego głos był miękki, niemal czarujący. – Przedtem był to zwykły urlop, a 

teraz zrobiła się z tego przygoda. 

Spojrzała na niego zdumiona. 

 Nazywasz to przygodą? Przecież to katastrofa!

– Przesada – powiedział z szelmowskim uśmiechem. 

– Każda przygoda jest sytuacją, w której ocieramy się o katastrofę. Inaczej 

by nią nie była. A pieniądze? Zawsze można zarobić więcej pieniędzy. Będziesz 

to mogła robić, jeżeli zechcesz, przez całą resztę życia. A szansę spędzenia tych 

świąt w Nowym Orleanie masz tylko teraz. Nie trać więc tej szansy. Zaryzykuj. 

Jaką przyjemność może przynieść życie komuś, kto nie potrafi ryzykować?

Patrzyła na niego z uniesioną do góry głową i serce biło jej coraz mocniej. 

Znowu   miał   rację.   Ryzykowała,   przeprowadzając   się   do   Nowego   Jorku, 

background image

ryzykowała, decydując się na karierę aktorki. To Michael zawsze bał się ryzyka 

i   przygody,   a   nie   ona.   Odczuła   nagły   przypływ   podniecenia.   Co   w   tym 

strasznego, jeśli przeżyje kilka dni na kredyt?

– No i co? – spytał Pearce, przeciągając słowa. Odetchnęła głęboko. 

– Jadę – zadecydowała. 

Czas odlotu przełożono jeszcze dwukrotnie i do Nowego Orleanu dotarli 

dopiero po pierwszej w nocy. Mieli masę czasu na luźną, spokojną pogawędkę. 

Mollie opowiedziała Pearce’owi o dzieciństwie i studiach w Minnesocie, i o 

tym, jak próbuje obecnie przebić się na nowojorską scenę, Z tego, co mówił 

Pearce, wynikało, że wychował się w małym miasteczku na zachód od Austin w 

Teksasie i że obecnie mieszka W Kalifornii. O swojej pracy zarobkowej mówił 

ogólnikami.   Napomknął,   że   pracuje   w   przemyśle   rozrywkowym.   Tłumaczył 

niejasno, że jest to rodzaj działalności trochę artystycznej, mającej związek z 

rozrywką dla dzieci. 

Zdumiało ją to. Co by to mogło być, myślała. Opowiadania? To zupełnie do 

niego nie pasowało. 

Teraz,   wreszcie   już   na   ziemi,   Mollie   prowadziła   Pearce’a   pod   rękę   w 

kierunku stanowiska odbioru bagażu. Fritz maszerował przed nimi tak samo 

szybko, jak zwykle, ale uszy trzymał opuszczone i sapał. 

– Czy nic mu nie jest? – spytała z obawą Mollie. 

Wygląda na bardzo zmęczonego, – Potrzebuje po prostu dobrze się wyspać – 

próbował uspokoić ją Pearce. – To silna bestia. 

Mollie nie była tego taka pewna. Uważała, że chyba jednak stary pies się 

przemęczył, ale powstrzymała się od wyrażenia swoich obaw. Rozejrzała się 

dookoła i powiedziała:

– Co za dziwny port lotniczy. Całe ściany obwieszone afiszami. Nigdy nie 

widziałam   takiej   masy   plakatów.   Wszędzie,   gdzie   spojrzysz,   ogłoszenia   i 

zapowiedzi   zabaw.   Najczęściej   piszą   o   imprezach   świątecznych,   ale   także   o 

innych karnawałowych festynach. 

background image

–   Luizjana   się   w   tym   specjalizuje   –   objaśniał   pogodnie   Pearce.   –   Mają 

niesamowitą inwencję w wymyślaniu świąt. Każda okazja jest dobra, żeby się 

zabawić. Wymyślili nawet obchody Święta Oposa. Wiesz, jaka jest dewiza tego 

stanu

$

 oczywiście nieoficjalna?

– Nie. Powiedz jaka? – spytała. 

–  Laissez les bons temps rouler.  Jak to przetłumaczyć z francuskiego? – 

zastanowił się. – Może tak: Używajmy póki czas, bo za sto lat nie będzie nas. 

Oczywiście, to bardzo swobodny przekład, ale w Nowym Orleanie zdają się 

naprawdę o tym pamiętać. 

Pearce  Goddard  ogromnie  lubił  przezwyciężać  trudności  i radzić  sobie  z 

kłopotami. Ale to, co zdarzyło się w tej podróży, również jemu wydało się lekką 

przesadą. 

O   drugiej   w   nocy   dowiedzieli   się,   że   ich   bagaż   zaginął.   To   znaczy, 

niezupełnie   zaginął,   wyjaśniał   tłumowi   oczekujących   ludzi   urzędnik   o 

kaprawym   spojrzeniu.   Raczej   przymarzł.  Temperatura   w   leżącym   w   pobliżu 

zwrotnika   Nowym   Orleanie   spadła   do   dwudziestu   stopni   poniżej   zera.   W 

systemie ogrzewczym samolotu nastąpiła awaria i z mokrego bagażu zrobiła się 

bryła lodu. Nie sposób go było wydobyć, nie uszkadzając samolotu. 

Urzędnik,   otoczony   przez   tłum   ludzi   najwyraźniej   wściekłych   i   nie 

usatysfakcjonowanych   jego   wyjaśnieniami,   sprawiał   wrażenie 

zdenerwowanego. 

– Proszę o odrobinę cierpliwości – zaczął tłumaczyć – dostaniecie państwo 

za chwilę numer telefonu, który umożliwi wam połączenie się na nasz koszt z 

przedstawicielem linii lotniczej. Od niego dowiecie się więcej.

– Niezły dowcip – syknął Pearce. 

Uchylił powieki i spojrzał ukradkiem na Mollie. Po tym, co usłyszeli, znowu 

trochę   pobladła,   ale   głowę   miała   uniesioną   do   góry   i   trzymała   się   prosto. 

Znalazła   się   w   Nowym   Orleanie   bez   pieniędzy   i   bez   bagażu.  A  on   w   tym 

background image

momencie był prawie pewien, że dużo czasu upłynie, zanim ujrzą ponownie 

swoje walizki. 

– Nic z tego nie rozumiem – zwróciła Się do Pearce’a. – Nasz bagaż jest 

gdzieś tutaj, a oni nie mogą się do niego dostać? I co będzie dalej?

– Mnie się też tu coś nie podoba – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Nawet 

bardzo.   Jeszcze   raz   spojrzał   na   nią   spoza   ciemnych   okularów.   Do   diabła, 

pomyślał, to dzielna dziewczyna. Zdecydował się powiedzieć jej całą prawdę. 

– Słuchaj – powiedział z udaną beztroską – ten cholerny bagaż naprawdę 

przymarzł im do ładowni, a samolot musiał i tak wystartować w dalszą trasę. 

Przecież w Nowym Orleanie miał tylko międzylądowanie. Wiesz, jaki był jego 

port docelowy?

– Nie, nie wiem – przyznała, jeszcze bardziej zatrwożona. – Dokąd miał 

lecieć?

– Gdzieś na półwysep ‘Jukatan – wykrzywił usta w uśmiechu. – Nasz bagaż 

leci sobie teraz na Jukatan. Miejmy nadzieję, że ma przyjemną podróż. 

–   Na   Jukatan!   –   krzyknęła   przerażona.   –   Przecież   to   jest   w   Ameryce 

Środkowej. 

– Si, señorita – przyznał jej rację. – Dokładnie tam. – Ponownie wziął ją za 

rękę. – Słuchaj – zaczął – po co mamy stać w tej kolejce po numer telefonu, z 

którego   teraz   w   nocy   i   tak   nie   skorzystamy?   Jest   późno.   Jesteśmy   oboje 

zmęczeni, pies też. Zadzwonimy jutro na lotnisko i dowiemy się czego trzeba. A 

teraz wynośmy się stąd. Czy twój hotel jest w Dzielnicy Francuskiej? Jeśli tak, 

to weźmy razem taksówkę. 

Mollie zbladła tak mocno, że na wystających kościach policzkowych piegi 

zabłysły jak małe, czerwone świecidełka. Nie mówiła nic i sprawiała wrażenie 

zupełnie zszokowanej. 

– Nie mogę... dokładnie przypomnieć sobie adresu hotelu. I nawet... jego 

nazwy   nie   bardzo   pamiętam.   Chyba   Jefferson...   albo   Jackson,   albo   może 

Johnson, czy coś w tym rodzaju. O Boże, ale głupio wyszło.

background image

Pearce   zmarszczył   brwi.   Rzeczywiście,   mądre   to   nie   było,   chociaż   sama 

dziewczyna nie wydała mu się taka głupia. Jak mogła nie wiedzieć, gdzie ma się 

zatrzymać?

–   Nie   zapisałaś   sobie?   –   spytał   z   niedowierzaniem.   Zaprzeczyła   ruchem 

głowy.   Jej   włosy   zupełnie   się   teraz   rozsypały   i   w   rudozłotym   nieładzie 

powiewały wokół głowy. 

– Oczywiście, że zapisałam. W notatniku, w którym przechowuję wszystkie 

ważne informacje. 

Pearce wykonał szerokimi ramionami gest zniecierpliwienia.

– O rany boskie! I zapomniałaś go zabrać ze sobą?

– Zabrałam go ze sobą – prawie krzyknęła – ale zapakowałam do walizki. – 

Stuknęła   się   palcem   w   czoło.   –   Kompletnie   bez   sensu.   Bo   to   miało   być... 

zupełnie inaczej. Wszystko się pozmieniało i potem... Jak mogłam zrobić coś 

podobnego? Jak mogłam?

Jęknęła, czyniąc sobie w myślach wyrzuty za tak nierozumny postępek. To w 

końcu   Michael   doprowadził   ją   do   stanu,   w   którym   mogła   zrobić   coś   tak 

idiotycznego. Co za pomysł, by zostawić notes w walizce? Przecież zawsze 

należy liczyć się z tym, że bagaż może zaginąć. 

Wyglądała na tak zmartwioną, zdenerwowaną i nieszczęśliwą, że Pearce’owi 

zrobiło się jej serdecznie żal. W jego sprawnym umyśle natychmiast pojawił się 

pewien plan, może trochę przewrotny, ale zabawny. 

–   Idę   poszukać   książki   telefonicznej   –   stwierdziła   z   rozpaczliwą 

stanowczością.   –   Może   jakoś   znajdę   nazwę   tego   hotelu.   Pewna   jestem,   że 

zaczynała się na Jackson, Jefferson, czy coś takiego. 

Pearce odetchnął głęboko. 

– Słuchaj, Mollie mówił takim tonem, jakby go to wcale tak bardzo nie 

obchodziło – połowa hoteli i knajp w Nowym Orleanie zaczyna się na jot. Jot 

jak Jackson. A czy wysyłałaś im jakąś zaliczkę?

– Nie – spojrzała na niego pytająco. – Przyjęli rezerwację bez zaliczki. A 

background image

jakie to ma znaczenie?

– Tylko takie, że w tej sytuacji przestaje być ważne, że nie znasz nazwy tego 

hotelu. Nie zjawiłaś się na czas. Jest druga w nocy i wynajęli pewnie pokój 

komuś innemu. Zwykle tak robią. A po tym, co tu się stało z pogodą, w hotelach 

mogą mieć też niezły dom wariatów. 

– No to świetnie – stwierdziła gorzko. – Niech i tak będzie. Pomogę ci 

złapać taksówkę, a samą prześpię się na lotnisku. Zasłużyłam na to. Jak sądzę, 

zdobyłam   mistrzostwo   świata   w   bezmyślnym   podróżowaniu.   Powinno   się 

odnotować ten wyczyn w Księdze Guinnessa. Poszukam jutro miejsca w jakimś 

hotelu, a do rana już niedaleko. 

Stał przez chwilę, zastanawiając się nad czymś. Ciemne szkła jego okularów 

zwrócone były w przestrzeń. 

–   Mollie   –   odezwał   się   wreszcie   trochę   nieswoim,   poważnym   głosem   – 

rzeczywiście wygląda to tak, jakby wszystko sprzysięgło się przeciw tobie. Ale 

to może opatrzność postanowiła w ten sposób się mną zaopiekować. Chcę ci coś 

wyznać. 

Zamilkł na chwilę, jakby tłumiąc jakieś emocje. 

–  Trudno   mi   o   tym   mówić,   ale   boję   się   być   sam.   Nikt   tu   po   mnie   nie 

przyjechał, jestem w obcym mieście. Nie mogłabyś ze mną zostać? Czy bardzo 

by cię krępowało przenocowanie ze mną w hotelu? – Przełknął ślinę. – Proszę 

cię, pomóż mi. 

Nie potrafiłby opisać, co się stało z wyrazem jej twarzy. 

–   Czy   bardzo   by   mnie   krępowało?   –   powtórzyła   zdławionym   głosem 

pytanie. 

Stara   –   się   mówić   z   wyrazem   powagi   na   twarzy,   szybciej   niż   zwykle, 

wkładając   w   to   cały   swój   dar   przekonywania.   Stał   prosto,   z   głową   lekko 

odchyloną   do   tyłu   jak   dumny   mężczyzna,   nienawykły   do   tego,   by   prosić   o 

cokolwiek. Pearce Goddard był świetnym aktorem, choć aktorstwo stanowiło 

jedynie drobną część jego profesjonalnych umiejętności. 

background image

– Jak dotąd pomagaliśmy sobie nawzajem, prawda? – spytał tonem pełnym 

powagi. – Ty nie masz gdzie , spać, a ja nie mam przewodnika. Przysięgam, nie 

proponuję ci niczego... nieprzyzwoitego. Zostań ze mną. Choćby na tę noc i 

kawałek jutra. Pomożesz mi się zorientować w otoczeniu, zanim nauczę się tutaj 

poruszać. Inaczej będę... jak ten ze znanej ci sztuki: „zdany jedynie na obcych 

łaskawość”. 

Mollie wahała się. Przyglądała się uważnie Pearee’owi, po chwili skierowała 

wzrok w dół, na Fritza. Siedział z oklapniętymi uszami i wysuniętym językiem. 

Teraz dopiero widać było, jaki jest stary i zmęczony. 

– Mam psa, to prawda. – W sposobie, w jaki przeciągał wyrazy, poczuła 

tłumione napięcie. – Tylko że on już nie bardzo sobie radzi. Naprawdę jest za 

stary.   Wiem,   Ż6   powinienem   go   dawno   wymienić,   ale   jakoś   nie   potrafię. 

Chciałem go zabrać jeszcze raz ze sobą w podróż, spędzić razem z nim ostatnie 

święta. A teraz się martwię. Chyba za dużo wymagam od tego staruszka. Dziś w 

nocy poczułem, jaki! jest zmęczony. Mollie, nie mogłabyś nam pomóc? Jemu i 

mnie? – Przełknął ślinę, tłumiąc wzruszenie. 

Przez chwilę jeszcze przyglądała się psu. Wreszcie podniosła głowę i utkwiła 

wzrok w twarzy Pearce’a. Widział, jak intensywnie się zastanawia, starając się 

wyczytać, co kryje się za wyrazem jego twarzy. Zdwoił wysiłki, by swą mimiką 

wyrażać   wyłącznie   powagę,   szczerość   intencji   i   sprawić   wrażenie,   że 

autentycznie potrzebuje pomocy. Jednocześnie spostrzegł, że Mollie, zatroskana 

i przejęta, wygląda wyjątkowo ślicznie. Ponownie przełknął ślinę. 

Powolnym ruchem skłoniła głowę. 

– Zgoda – powiedziała wreszcie – to będzie taka wzajemna pomoc. Nie ma 

w tym, jak rozumiem, nic... romantycznego. Zaprzeczył zdecydowanym gestem. 

–  Ależ   oczywiście,   że   nie   –   zapewnił.   Nie   miał   zamiaru   angażować   się 

uczuciowo. Jego obecna sytuacja pozwalała na to, aby jej pomóc, i to samo w 

sobie   wydawało   mu   się   zabawne.   Co   innego,   gdyby   okazała   się   chętna   do 

pójścia z nim do łóżka, jakieże by miał wtedy prawo odmówić jej należnej 

background image

przyjemności?

– Dziękuję ci, Mollie. – W jego głosie zabrzmiało radosne wzruszenie. – 

Masz takie dobre serce... 

– To ty masz dobre serce – odrzekła i wzięła go za rękę. – Chodź! Musisz 

być bardzo zmęczony. Poszukamy taksówki. Wyjście jest na lewo. 

W jej głosie było tyle serdecznej troski, że Pearce poczuł wyrzuty sumienia. 

Rzadkiemu   gościowi,   jakim   był   nagły   przypływ   poczucia   winy,   powiedział 

jednak: wynoś się. Ale na głos odezwał się tylko do psa:

– W lewo. Prowadź. 

No   i   co,   westchnął   w   duchu,   wzruszając   ramionami,   w   końcu   spełniasz 

obietnicę daną temu kochanemu, staremu dziwakowi. Wydało mu się, że słyszy 

w   tym   momencie   jego   śmiech.   Wuj   Faron,   niewidomy   i   stary,   do   końca 

zachował pogodę: ducha i nie przestał być sobą. Jego ostatni pomysł był także 

niekonwencjonalny i nieco diaboliczny. Przed śmiercią powiedział Pearce’owi:

– Gdy umrę, chcę, abyś zrobił trzy rzeczy. Po pierwsze, pieniądze, które ci 

zostawiam, przeznacz na ten swój głupi film. Po drugie, wracając z mojego 

pogrzebu,  poderwij  najładniejszą  dziewczynę,  jaką  po  drodze  spotkasz.  I po 

trzecie, zaopiekuj się Fritzem. To cały mój testament. 

Pearce   przeżył   głęboko   śmierć   wuja.   Lecz   cóż,   Faron   nie   życzył   sobie 

jakiejkolwiek żałoby, a ostatnie zdarzenia w życiu Pearce’a nakazały mu działać 

pospiesznie i gorączkowo. Palił za sobą mosty i przygotowywał się do realizacji 

swojego – związanego z piekielnym ryzykiem – przedsięwzięcia. 

Postanowił nie wracać bezpośrednio do Kalifornii i pojechać najpierw do 

Nowego Orleanu. Pomysł, aby udawać niewidomego, choć trochę szalony, miał 

służyć   w   zasadzie   czemuś   innemu,   lecz   okazał   się   przynajmniej   w   jednym 

pożyteczny: rozwiązywał transport psa. Żadna linia lotnicza nie zgodziłaby się 

na   to,   aby   Fritz   podróżował   w   kabinie   dla   pasażerów   inaczej,   niż   jako 

przewodnik niewidomego. Jako „zwykły” pies zostałby zamknięty w klatce i 

wsadzony do ładowni bagażowej. A na skutek nieprzewidzianych okoliczności 

background image

tej   podróży   stałoby   się   tak,   że   stary   pies,   uwięziony,   zmarznięty   i   głodny, 

leciałby teraz samotnie na Jukatan. 

Pearce – spojrzał ukradkiem na rudozłotą burzę rozsypanych włosów Mollie. 

Bez przesady, pomyślał, przecież nie udaję ślepego w złych zamiarach, a 

dzięki   temu   mogę   wyświadczyć   tej   dziewczynie   przysługę.   Przecież   nie 

poszłaby ze mną, gdyby wiedziała, że nie jestem niewidomy. Nie ma innego 

wyjścia,   przekonywał   siebie,   trzeba   ciągnąć   dalej   to   niewinne   oszustwo. 

Wycofać – się w tym momencie byłoby czymś nieeleganckim. 

Zamknął oczy, ponownie pogrążając się w stanie narzuconej sobie sztucznej 

ślepoty.   Było   to   dla   niego   ważne   doświadczenie:   jedna   z   rzeczy,   którą 

postanowił zrobić i którą musi zrobić. To nie ulegało wątpliwości, podczas tej 

podróży   ma   za   zadanie   zbadać,   jak   wygląda   świat,   w   którym   porusza   się 

niewidomy. Przestań gapić  się  na  tę  dziewczynę i  rób  dalej  to, co  masz  do 

zrobienia, powiedział sobie. 

O   drugiej   nad   ranem   na   skutych   lodem   ulicach   Nowego   Orleanu   złapać 

taksówkę było niewiele łatwiej niż polarnego niedźwiedzia. 

Chociaż   Mollie   pamiętała   z   dzieciństwa   głębokie   śniegi   w   Minnesocie   i 

poznała brutalną dokuczliwość długiej, nowojorskiej zimy, wydawało jej się, że 

tej nocy w Nowym Orleanie zmarzła najbardziej w życiu. 

Miała  na  sobie  spódnicę  ze  szkockiej  wełny  w  niebieską   kratkę,  różową 

bluzkę   włożoną   na   granatowy   golfik,   botki   do   kolan   i   płaszcz,   pod   który 

przezornie   włożyła   ocieplającą   podpinkę.   Ale   w   cienkich   rękawiczkach   i 

zrobionej   luźnym   ściegiem,   nie   przykrywającej   uszu   czapeczce   było   jej   tak 

zimno,  że  nie  przestała  się  trząść   nawet  wtedy,  gdy  znalazła  się   wreszcie  z 

Pearce’em w ciepłym wnętrzu taksówki. 

Pomyślała,   że   Pearce   –   ubrany   w   niezbyt   grubą   kurtkę,   bez   czapki   i 

rękawiczek   –   musiał   zmarznąć   jeszcze   dotkliwiej,   choć   sprawiał   wrażenie 

bardziej odpornego , na zimno. Frtiz położył się między siedzeniami na pokrytej 

breją topniejącego śniegu podłodze. Wyglądał strasznie: zamykał co chwilę oczy 

background image

i trząsł się z zimna. 

Jak   stwierdził   kierowca,   nadpobudliwy   osobnik,   który   zdążył   już   im 

opowiedzieć,   że   przybył   do   Nowego   Orleanu   z   New   Jersey,   większość 

urodzonych na Południu taksówkarzy zrezygnowała tej nocy z jazdy. Za dużo 

było   wypadków,   a   jeden   z   oblodzonych   mostów,   na   którym   najwięcej   było 

kolizji i stłuczek, został już nawet zamknięty dla ruchu.

–   Nie   ma   lekko   –   powiedział   tonem,   jakby   obwieszczał   coś   genialnie 

odkrywczego. – Trudno coś tej nocy złapać. Na ulicach tylko Jankesi i wariaci. 

A wy co za jedni jesteście?

Mollie   nie   mogła   opanować   drżenia   i   Pearce   uspokajająco   objął   ją 

ramieniem. Była zbyt zmęczona i zmarznięta, by protestować. 

– Ta pani to jankeska, a ja jestem wariat – wyjaśnił uprzejmie Pearce. 

– No nie mówiłem! – zarechotał kierowca. – Ja tam jestem i Jankes, i wariat 

w jednej osobie – cieszył się dalej i wziął zakręt z taką prędkością, że taksówka 

zatoczyła się w poślizgu o$ jednego do drugiego krawężnika. – Lubię mieć całą 

ulicę dla siebie. Patrzcie, co się dzieje! Tylko trącę mocniej hamulec i już mamy 

jazdę figurową!

Mollie zadrżała jeszcze mocniej i zamknęła oczy. 

– Nie bój się. – Uspokojający szept Pearce’a łaskotał jej ucho. – Jeśli zabije 

nas na miejscu, przynajmniej będzie nam ciepło. 

Taksówkarz,   zanosząc   się   śmiechem,   wszedł   w   poślizg   na   następnym 

zakręcie. 

– Hej, jupi, jupi, ej! Naprzód, pieski! – ryczał radośnie, najwyraźniej bawiąc 

się w poganiacza psiego zaprzęgu na Dalekiej Północy. 

A jeśli nie zginiemy na miejscu, pytała w duchu Mollie. Co będzie jeśli 

będziemy tylko ranni i zamarzniemy na śmierć, leżąc na ulicy? Zamknęła oczy, 

starając się nie patrzeć, jak w drodze do nie znanego jej miejsca przeznaczenia 

taksówkarz kolejno bawi się w jazdę figurową na lodzie, taniec na wrotkach i 

saneczkarstwo torowe. 

background image

Zajechali  wreszcie  przed  hotel.  Gdy  wychodziła  z   taksówki,  nadal  lekko 

drżały   jej   kolana.   Znowu   poczuła   przeszywające   zimno.   Ciągle   jeszcze 

zdrętwiała  i  oszołomiona  czekała,  aż  Pearce   załatwi  formalności  w  recepcji. 

Miała   poczucie,   jakby   wszystko   było   nie   do   końca   realne.   To,   co   się   jej 

zdarzyło, odbierała trochę jak sen. 

Hotel był najwyraźniej drogi i wytworny. Lśniący wystrój recepcyjnego holu 

zrobił   na   niej   oszałamiające   wrażenie.   Z   sufitu   zwieszały   się   wytworne 

żyrandole,   nadzwyczaj   ozdobne   –   takie,   jakich   Mollie   nigdy   przedtem   nie 

widziała.   Lśniące,   antyczne   meble   błyszczały   politurą   w   złotym   świetle 

kandelabrów, a szafir i purpura ich pluszowych obić zapierały dech w piersiach. 

W sali ustawionych było kilka dużych, pięknie przystrojonych choinek. Tak 

bogato   ubrane   drzewka   Mollie   widywała   przedtem   jedynie   na   świątecznych 

wystawach najbardziej eleganckich sklepów na Piątej Alei. 

Z zachwytu wstrzymała oddech. Był to naprawdę wspaniały hotel, na pewno 

jeden z najlepszych i najdroższych w Nowym Orleanie. Ten, w którym miała się 

sama   zatrzymać,   jako   jeden   z   najtańszych   z   pewnością   byłby   jego 

przeciwieństwem. W niczym nie przypominałby tego, co ją tu otaczało. 

Poczuła   się   nagle   winna,   że   zgodziła   się,   by   Pearce   ugościł   ją   w   tak 

komfortowych   warunkach.   Co   prawda,   obiecał,   że   nie   będzie   oczekiwał   w 

zamian   niczego   poza   pomocą,   lecz   co   będzie,   jeśli   zapomni   o   danym 

przyrzeczeniu?

Nocny recepcjonista położył na dłoni niewidomego klucz do pokoju. 

– Możemy iść? – spytał Pearce, podając jej ramię. 

Przyjrzała się jeszcze raz ze zdumieniem wiktoriańskiemu holowi, pełnemu 

zakrętów,   zakamarków,   i   porozstawianych   w   różnych   miejscach   mebli.   Z 

przeciwległych   krańców   holu   prowadziły   na   górę   szerokie   kręcone   schody. 

Niewidomy, nawet posiadając psa, nie mógłby chyba bez pomocy drugiej osoby 

odszukać   drogi   do   pokoju.   Rozumiała   niechęć   Pearce’a   do   korzystania   z 

pomocy   recepcjonistów   czy   boyów   hotelowych.   Na   pewno   łatwiej   mu   było 

background image

poprosić o pomoc kogoś, kogo już znał, niż każdorazowo zwracać się z tym do 

przypadkowych osób. 

Z determinacją podniosła głowę do góry i wzięła go pod ręką. 

–   Pokój   242.   –   Wręczając   jej   klucz   Pearce   uśmiechnął   się   kwaśno.   – 

Przynajmniej nie musimy się martwić o bagaż. Jest już pewnie w połowie drogi 

na Jukatan. 

Pokój wydawał się Mollie prawie tak luksusowy, jak hol. Niebiesko-srebrne 

tapety   z   jedwabiu   z   ciemniejszymi,   prawie   granatowymi   pasami   wspaniale 

współgrały   z   kolorem   grubego   dywanu   i   ciężkich,   pluszowych   kotar.   Nad 

meblami w stylu królowej Anny wisiały olejne obrazy w złoconych ramach. Na 

stoliczkach   rozstawionych   po   obu   stronach   pokrytej   pluszem   kanapki,   w 

kryształowych wazonach ułożone były świeże, białe róże. 

– Piękny pokój. – Mollie odetchnęła z ulgą, gdy drzwi zamknęły się za nimi. 

–   Naprawdę?   –   Ton   głosu   Pearce’a   brzmiał   dziwnie.   –   Czy   mogłabyś 

pokazać mi, jak się w nim poruszać?

Drgnęła,   uświadomiwszy   sobie,   że   jej   zachwyt   nad   pięknem   wnętrza, 

którego Pearce nie może oglądać, mógł mu się wydać czymś niedelikatnym. 

Zaczęła oprowadzać go po pokoju i przyległej do niego łazience, tłumacząc, 

gdzie   się   co   znajduje.   Ostatnią   rzeczą,   którą   mu   pokazywała,   było   łóżko. 

Przypominało raczej królewskie łoże, na czterech bogato rzeźbionych nogach, 

przykryte srebrno-niebieską, atłasową narzutą. 

– Usiądź tutaj – powiedziała. – To jest twoje łóżko. Wygląda wspaniale. – 

Próbowała oddalić się, ale trzymał ją mocno za rękę. Splótł palce z jej palcami. 

– Nie ma mowy. Ty się tu połóż, a ja prześpię się na kanapce – odrzekł, 

marszcząc brwi. 

Jego dotyk wywołał w niej uczucie mrowienia. Dziwny dreszcz wędrował 

przez   jej   rękę   do   ramienia,   a   potem   poczuła,   jak   schodzi   w   dół,   wzdłuż 

kręgosłupa i wraca do góry. Nie powinna zabierać mu tego łóżka. Nie powinna 

też pozwolić, aby tak ją dotykał, ale z jakiegoś powodu nie opierała się temu. 

background image

– Nie zgadzam się – sprzeciwiła się. – Kanapa jest dla ciebie za krótka, a ja 

się na niej zmieszczę. 

– Tylko cham pozwoliłby kobiecie spać na kozetce. Łóżko jest twoje. Tym 

razem będę stanowczy. Siadaj tutaj. 

Pociągnął ją za rękę, aż znalazła się obok niego. Siedzieli oboje na skraju 

łóżka, nadal trzymając się za ręce. Próbowała wstać. 

–   Naprawdę   nie   czułabym   się   w   porządku...   Delikatnie,   lecz   pewnie 

przytrzymał ją przy sobie, nie pozwalając jej się oddalić. 

– Pozwolę ci spać tam, gdzie będziesz chciała, pod warunkiem, że zrobisz 

dla mnie jedną rzecz, zgoda?

– Jego głos był niski i zachrypnięty. 

–   Jaką?   –   spytała   drżącym   głosem   Mollie.   Wiedziała   już,   jak   bardzo 

uwodzicielski potrafi być Pearce, nie była pewna, czy sobie z tym teraz poradzi. 

– Pozwól mi dotknąć twojej twarzy. – Jego dłoń przesunęła się w górę, 

wzdłuż   ramienia,   i   spoczęła   miękko   na   jej   policzku.   Palce   zaczęły   powolną 

wędrówkę, błądząc po twarzy, ale prawie jej nie dotykając. Ich bliskość i ciepło 

oszołomiły ją. 

– Mogę? – spytał. 

Nerwowo przesunęła językiem po wargach. Czyż nie jest to jedyny sposób, 

w jaki niewidomy może dowiedzieć się, jak wygląda ktoś inny? Właśnie przez 

dotyk? Może więc jest to tylko niewinna, przyjacielska prośba? Lecz z drugiej 

strony poczuła się bardzo zagrożona. Zdała sobie sprawę z tego, że Michael był 

chłopcem,   a   Pearce   Goddard   jest   mężczyzną,   i   to   takim   mężczyzną,   który 

bardzo silnie działa na jej zmysły. 

– Proszę cię. – Nachylił się nad nią tak blisko, że poczuła, jak ciepły oddech 

owiewa jej wargi. 

– Chyba... nie powinnam. – Chciała ponownie wstać, ale ujął ją drugą ręką 

za nadgarstek i przytrzymał przy sobie. Nie próbowała się uwolnić, jakby nie 

pozwalała jej na to jakaś magiczna siła, której nie potrafiła się przeciwstawić. 

background image

Wstrzymała oddech, czując jak koniuszki jego palców przesunęły się z policzka 

i błądziły wokół oczu. 

– Jakie masz długie rzęsy – powiedział miękko, muskając je palcami. 

Zamknęła oczy i pozwoliła, by delikatnie badał jej powieki. Było to jak 

dotknięcie skrzydeł motyla. Czuła jednak, że w delikatności pieszczoty drzemie 

jakaś ukryta siła. Był to przedziwny, nie znany jej dotąd dotyk. 

– Brwi... jakie gładkie – mówił, nie przestając błądzić palcami po jej twarzy. 

–   I   lekko   zadarty   nos.   Musi   być   z   gatunku   tych   ślicznych   skandynawskich 

nosów z Minnesoty. I lekko kwadratowy podbródek. Znamionujący upór, ale nie 

upór nierozumny... 

Mollie   poczuła,   że   coś   dzieje   się   z   jej   zmęczonym   ciałem.   Tak   jakby 

puszczały hamulce, za pomocą których tak długo utrzymywała na wodzy swe 

emocje. Pragnienie, które dało znać o sobie, gdy tylko wsiadła do samolotu, a 

potem przez cały czas tłumiła, wymknęło się teraz spod jej kontroli. 

Jak dobry jest jego dotyk, myślała sennie. Jakie to cudowne uczucie... Nikt 

dotąd tak mnie nie dotykał... 

– A usta... – Przesunął wolno kciukiem wzdłuż jej warg. – Usta masz pełne, 

miękkie i dojrzałe. 

Ujął ją palcami pod brodę i uniósł jej twarz ku swojej. 

– Są tak tajemnicze jak twój głos – wyszeptał, nachylając się nad nią. – 

Trzeba je zbadać dokładnie. Można?

I   wtedy   zrobił   to,   za   czym   Mollie   podświadomie   tęskniła,   odkąd   po   raz 

pierwszy ujrzała go w samolocie. 

Przycisnął wargi do jej warg i pocałował ją tak, jak nikt inny przedtem jej 

nie całował. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Czuła, jak jego usta – zmysłowe i ciepłe – pieszczą jej wargi i jak mocno i 

pewnie trzyma ją w ramionach. Krew tętniła w jej żyłach i po raz pierwszy od 

tak dawna radosne ożywienie wypełniło bez reszty jej ciało. 

Westchnęła,   nie   odrywając   od   niego   ust,   napawając   się   ożywczym 

tchnieniem,   jakie   zdawał   się   jej   przekazywać.   Odniosła   dziwne,   słodkie 

wrażenie, jakby wracała do domu gdzieś z daleka, i zapragnęła objąć go rękami 

za szyję. Jak cudownie by było zatracić się do końca, poznać to wszystko, co w 

nim takie dziwne, niepokojące i tajemnicze, zapomnieć o samotności i poczuć 

się bezpiecznie w jego silnych ramionach. 

Samotność...   Tak!   Była   samotna!   Lodowata   precyzja   tej   nagłej   myśli 

sprawiła,   że   zniknęło   gdzieś   całe   wypełniające   ją   poczucie   ciepła.   Znowu 

znalazła się tam, gdzie była naprawdę: daleko od domu, w obcym mieście, w 

obcym pokoju hotelowym, w ramionach obcego mężczyzny. 

Oderwałaby się od niego natychmiast, gdyby nie obejmował jej tak mocno. 

Gwałtownym ruchem szarpnęła się do tyłu. 

– Przestań – syknęła, odpychając go rękami. W szkłach ciemnych okularów 

dostrzegła   swoje   dwa   pomniejszone   odbicia,   bladość   twarzy,   rozsypane   w 

nieładzie   włosy,   –   Dlaczego?   Przecież   było   nam   tak   dobrze   –   powiedział   z 

grymasem w kącikach ust. 

Zacisnęła   zęby   i   czując,   jak   łomocze   jej   serce,   odepchnęła   go   jeszcze 

mocniej. Nie rozumiała, co się z nią dzieje. Dlaczego tak silnie ją pociągał? To 

szaleństwo. Przecież nic o nim nie wiedziała. 

Wzburzona,   pomyślała   nagle,   że   może   całowała   go   po   prostu   z   powodu 

Michaela. Dokładnie dziś miała spędzić z nim noc poślubną. Czy jakiś ukryty, 

ciemny impuls nie podpowiadał jej, że z braku świeżo poślubionego małżonka 

powinna spędzić noc poślubną z nieznajomym, przystojnym mężczyzną? Czy 

background image

nie całowała Pearce’a po to, aby zapomnieć o Michaelu i jakby zrobić mu na 

złość?

– Uspokój się – cedził słowa Pearce. – Nie udawaj, że nagle wpadłaś w furię. 

Sprawiało ci to przyjemność. To właśnie cię naprawdę denerwuje. 

– Odsuń się ode mnie! – rozkazała. 

– Owszem, pod warunkiem, że stąd nie uciekniesz. Po pierwsze, nie bardzo 

masz gdzie uciec. A po drugie, wystarczyło powiedzieć: nie, gdy tylko zacząłem 

cię całować;

– Teraz mówię: nie – powiedziała Mollie przez zaciśnięte zęby. Próbowała 

się wyślizgnąć z jego ramion, ale zdała sobie sprawę, że robi to jakoś za mało 

energicznie i bez przekonania. Jego uścisk nadal sprawiał jej przyjemność, choć 

wiedziała,   że   nie   powinna   tego   tak   odczuwać.   Jeszcze   jeden   więcej   powód, 

pomyślała, żeby uciec.

– W porządku. – Uśmiechnął się sztucznie i wzruszył ramionami. Najpierw 

miałaś ochotę, teraz nie masz. Mężczyzna nie może takich rzeczy przewidzieć, 

zanim się nie przekona.  –  Westchnął z rezygnacją i uwolnił ją. – Idę spać na 

kanapkę. Schylił się, odnalazł ręką uprząż psa i ujął ją krótko, Fritz popatrzył ha 

nich oboje z czymś w rodzaju dezaprobaty. 

Mollie podniosłą się i oddaliła o krok od łóżka. 

– Nie! Ja śpię na kanapce – powiedziała z naciskiem, wskazując na siebie. – 

Powiedziałeś, że będę mogła wybierać i właśnie wybieram: chcę tam spać i 

koniec!

Pearce wstał także. Wyraz twarzy miał tak spokojny, jakby rozmawiali o 

pogodzie. Mollie – tak na wszelki wypadek – cofnęła się jeszcze o krok. 

–   I   zapamiętaj   sobie,   jeśli   jeszcze   raz   spróbujesz   się   do   mnie   zbliżyć   – 

‘Ostrzegła głosem drżącym z napięcia – to pożałujesz. Będę krzyczeć, wzywać 

pomocy   i   porozwalam   tu   wszystko.   A   gdy   przyjdzie   policja,   powiem,   że 

zwabiłeś   mnie   tutaj   pod   fałszywym   pretekstem.   Obiecałeś,   że   nie   będziesz 

próbował różnych takich sztuczek, twierdziłeś, że potrzebujesz mojej pomocy. 

background image

Zachowuj się więc przyzwoicie, bo natychmiast zostaniesz tutaj sam, ale po 

takiej awanturze, że będzie ją słychać na drugim brzegu Missisipi. 

Na twarzy Pearce’a pojawił się wyraz dezaprobaty i ubawienia zarazem. 

– Naprawdę byś sobie poszła? – spytał. 

– Natychmiast. – Strzeliła palcami pokazując, jak szybko by to się stało. – 

Naucz się więc dotrzymywać słowa, bo inaczej... 

Westchnął ponownie, wypuścił z ręki uprząż psa i opadł na łóżko. Podłożył 

ramiona pod głowę i zwrócił twarz w stronę sufitu. 

– Możesz sobie spać nawet w wannie, jeśli ci to sprawi przyjemność. A co 

do złamania obietnicy, to błagam, abyś mi wybaczyła. 

Ostatnie słowa powiedział z takim sarkazmem, że Mollie, poczuwszy się 

powtórnie dotknięta, wsparła dłonie na biodrach. 

– Jakoś nie uciekałaś z krzykiem – zauważył ironicznie. – Siedziałaś ze mną 

na łóżku, zupełnie nie protestując... 

–   Nieprawda,   nie   mogłam   pro...   –   zaczęła   Mollie,   ale   nie   pozwolił   jej 

dokończyć. 

– Zupełnie nie protestując. Całowałem cię, a ty całowałaś mnie również. I 

pozwolę sobie dodać, że robiłaś to z entuzjazmem. A potem coś ci się nagle 

odmieniło. Na tym właśnie polega problem z kobietami. Mówią, że czegoś chcą, 

a naprawdę chcą czegoś innego. Mówią: nie, które ma znaczyć: tak, albo: tak, 

które ma znaczyć: nie. Skąd mężczyzna ma wiedzieć, o co im chodzi, zanim 

tego nie sprawdzi?

– Nie próbuj niczego na mnie zwalać – ostrzegła Mollie, choć naprawdę 

poczuła się winna. Czy wszystko stało się bez jej udziału? Czy nieświadomie, 

lub nawet świadomie, nie sprowokowała go? Mogła zdecydowanie oddalić się 

od łóżka, zamiast usiąść tuż obok niego. Mogła nie zgodzić się, aby dotykał jej 

twarzy. Gdy nachylił się, aby ją pocałować, mogła po prostu się odwrócić. A 

przecież nie tylko tego nie zrobiła, lecz przeciwnie – uniosła do góry twarz, aby 

łatwiej mu było odnaleźć jej usta. 

background image

– Nic na nikogo nie zwalam – odezwał się szyderczym tonem. – I żeby 

sprawa   była   do   końca   jasna,   możesz   się   już   nie   obawiać.   Nie   zamierzam 

zakradać się do ciebie w nocy ani zmuszać cię, abyś uległa moim niecnym 

zachciankom. To nie w moim stylu. Zapewniam cię, że na świecie jest pod 

dostatkiem kobiet, które ani o to nie trzeba błagać, ani do tego zmuszać. Wierz 

mi na słowo. 

Ziewnął   ostentacyjnie,   zakrywając   dłonią   usta   parodiującym   grzeczność 

gestem.   Mollie   przyglądała   mu   się,   targana   sprzecznymi   emocjami.   Leżał, 

rozciągnąwszy   swe   długie,   szczupłe   ciało   na   srebrno-niebieskiej   narzucie. 

Wydał z siebie nieco zmysłowe westchnienie, jakby demonstrując, że jest mu 

dobrze i wygodnie. Na tle niebieskawej tkaniny wydawał się jeszcze bardziej 

opalony, a jego ciemne włosy sprawiały wrażenie prawie czarnych. 

Usiadła na kanapce, ciągle nie spuszczając z niego wzroku. W jakiś niejasny 

sposób poczuła się prawie rozczarowana, jak gdyby ożywiające podniecenie, 

którego doświadczyła, oddaliło się teraz gdzieś daleko. 

O   Boże,  pomyślała  z   niechęcią,  może   to  wszystko   przez  to,   że   jest   taki 

przystojny? Wyglądem zewnętrznym niczym nie przypominał Michaela, który 

miał bardziej wyrafinowaną urodę – był prawie piękny. Pearce Goddard nie miał 

w sobie nic pięknego. Jego twarz była rzeźbiona jakby innym, grubszym dłutem, 

naszkicowana   twardymi,   męskimi   liniami   –   tak   samo,   jak   całe   jego   silne, 

muskularne ciało. Ale najbardziej fascynująca była w nim niebywała zdolność 

do przechodzenia z jednego nastroju w inny. 

Ziewnął   znowu,   usiadł,   odnalazł   po   omacku   Fritza,   odpiął   mu   uprząż   i 

powiesił ją na oparciu łóżka. Potem, tak jak poprzednio, położył się na wznak z 

rękami pod głową. 

Mollie westchnęła. Wstała i zaczęła szukać dodatkowej poduszki i koców. 

Znalazła je w jednej z dwóch szaf i zrobiła sobie coś w rodzaju gniazda na 

kanapce. 

Pearce oddychał równo i głęboko, a więc zapewne usnął. Pies leżał zwinięty 

background image

w kłębek przy łóżku, siwiejący pysk przykrył sobie ogonem i chrapał. 

Mollie przeszła przez pokój, aby zgasić światło. 

W momencie gdy sięgała do wyłącznika, usłyszała głos Pearce’a. 

– Wiesz, on chyba nie jest tego wart. Stanęła jak wryta z ręką na kontakcie. 

– O kim ty mówisz? – Przyglądała mu się przez chwilę, ale jego zwykle 

pełna   ekspresji   twarz   była   całkowicie   nieruchoma.   Ciemne   okulary   nadal 

zasłaniały mu oczy. 

–   O   facecie,   przez   którego   się   martwisz   –   wyjaśnił   leniwie   Pearce.   – 

Kimkolwiek by był, nie zasługuje na to. Zapomnij o nim. Im prędzej, tym lepiej. 

Mollie wstrzymała oddech. Jak na to wpadł? Czy kłopotliwa sytuacja, w 

jakiej   się   znalazła,   jest   dla   wszystkich   czytelną,   nawet   dla   niewidomego?, 

Przełknęła ślinę i zdecydowała się zignorować to, co powiedział. 

– Nie zdejmiesz na noc okularów? – spytała. 

– Zdejmę – odrzekł, ale nie wykonał żadnego ruchu. – Zdejmę potem. 

Przyglądała mu się jeszcze przez chwilę. Być może bez okularów nie jest tak 

przystojny, pomyślała. Ą może jest w jakiś sposób oszpecony i nie chcę, aby 

ktoś   widział   jego   blizny.   Odczuła   nagły   przypływ   sympatii,   wbrew 

wszystkiemu, co się stało. Zgasiła światło. 

Wróciła z łazienki w staniku i halce, zadowolona, że uprała sobie majtki i 

rajstopy   i   że   będzie   mogła   nazajutrz   ubrać   się   w   czyste   rzeczy.   Nie   miała, 

oczywiście, szlafroka ani nocnej koszuli, ale było to bez znaczenia, skoro Pearce 

i tak nie mógł jej widzieć. Skuliła się na za krótkim posłaniu i zakryła kocami, 

podciągnąwszy je sobie pod brodę. 

„Nie można na tobie polegać, zawiodłeś moje zaufanie i prędzej czy później 

zawiedziesz   każdego:..”   Tak   wykrzyczała   kiedyś   do   Pearce’a   rozzłoszczona 

Irina.   Po   czym,   zanim   rzuciła   słuchawkę,   obrzuciła   go   stekiem   wyzwisk, 

używając słów, których dama w ogóle nie powinna znać, nie mówiąc o ich 

wymawianiu. 

background image

Przypuszczał, że gdyby dziewczyna, która śpi teraz na kanapce, znała całą 

prawdę  o   nim,  to   pewnie  przyznałaby  Irinie   rację.  No   dobrze,  ale   w   końcu 

Mollie Randall potrzebowała pomocy, a on był jedyną osobą, która mogła jej 

taką pomoc okazać. Właśnie – prosty i czysty pragmatyzm. 

Leżał z zamkniętymi w ciemności oczami. Zmusiło go, aby unieść się na 

łokciu korzystając z tego, że do pokoju wpada światło księżyca, zerknąć na nią. 

Ale   nie   zrobił   tego.   Miał   być   w   tej   podróży   niewidomym   i   jeśli   o   tym 

zapominał, to tylko z powodu tej dziewczyny. Wiedział, że zrobił źle, próbując, 

ją pocałować. Nie powinien był gapić się na nią. Ani razu. Ale gdy tylko usiadła 

obok niego w samolocie i usłyszał jej niski, aksamitny głos – musiał na nią 

popatrzeć.   I   zrobił   to   wbrew   temu,   co   sobie   poprzednio   obiecał.   Ujrzał 

najpiękniejszą,   jaką   dotąd   widział,   burzę   rudozłotych   włosów   i  ładną   twarz, 

promieniującą – mimo piegów – zdrowiem i naturalnym wdziękiem. Spostrzegł 

także, choć starała się sprawić wrażenie pewnej siebie, że w jej wyrazistych, 

niebieskich oczach malował się smutek. 

Jeszcze w samolocie zaczął układać wiersz:

Dlaczego jesteś smutna, dziewczyno o włosach barwy słońca, co wschodzi?

Udając ślepca, spróbuję odnaleźć zgubiony twój uśmiech... 

W końcu zmusił się jakoś do tego, by na powrót zamknąć oczy, ale nadal 

otwierał je od czasu do czasu, aby na nią popatrzeć. I tak było w ciągu całej 

podróży.   Niesłychane.   No   dobrze,   pomyślał,   ale   czyż   nie   obiecał   wujowi 

Faronowi,   że   spełni   jego   wolę   i   poderwie   najładniejszą   dziewczynę,   jaką 

spotka? A jak mógł się przekonać, czy jest ładna, nie patrząc na nią?

Udało   mu   się   trzymać   oczy   zamknięte   przez   całą   drogę   z   Teksasu   do 

Nowego Orleanu, lecz kiedy zaginął ich bagaż, a ona nie mogła przypomnieć 

sobie nazwy hotelu, w którym miała się, zatrzymać, usłyszał, jak jej cudowny 

głos – dotąd tak dobrze kontrolowany – zaczyna drżeć z emocji. I wtedy nic na 

to nie mógł poradzić: ponownie uległ pokusie. 

Wyglądała na tak zmartwioną, udręczoną i przepełnioną wyrzutami sumienia 

background image

z powodu popełnionego błędu, że nie zastanawiając się specjalnie nad tym, co 

robi, a raczej – jak to często czynił – mówiąc sobie w duchu sakramentalne: 

niech się dzieje, co chce, namówił ją, aby zamieszkała w jego hotelu. 

Wszystko dla śmiechu – taka była jego dewiza do czasu tego ostatniego 

nieszczęścia z Iriną. I nie ma powodu, pomyślał teraz, aby zasada ta przestała 

obowiązywać. 

Potem   w   taksówce   i   w   recepcji   hotelu   udało   mu   się   dalej   udawać 

niewidomego, ale gdy Mollie pokazywała mu pokój i zaprowadziła go do łóżka, 

znowu musiał otworzyć oczy, by na nią popatrzeć. 

No właśnie, jak ma się zachować normalny, z krwi i kości mężczyzna o krok 

od łóżka, z trzymającą go za rękę dziewczyną, która wydaje się mieć ogień we 

włosach i ogień w ciele? Tym bardziej, gdy widzi, głęboko skryte w jej oczach, 

smutek i pożądanie?

Zdziwił się, gdy zdał sobie sprawę, że ona naprawdę oczekuje na pocałunek. 

I   z   równym   zdziwieniem   poczuł   nagle,   jak   bardzo   sam   pragnie   dotknąć   jej 

cudownie  piegowatych  policzków, pieścić  jej pełne  wargi,  wplatać palce we 

wzburzone, rudozłote włosy. No i stało się. Pocałował ją.

Nie   był   niedoświadczony.   Wiedział,   kiedy   pocałunek   sprawia   kobiecie 

przyjemność, a kiedy nie. I jej się to początkowo naprawdę podobało, nawet 

bardzo. Problem polegał na tym, że w pewnym momencie wymyśliła sobie, że 

nie chce, aby to sprawiało jej przyjemność. Wtedy właśnie, gdy tak gwałtownie 

się od niego oderwała, uświadomił sobie, że znowu na nią patrzy. 

Miała zacięty wyraz twarzy i gniew, w oczach. Złościła się na siebie samą i 

na niego za to, że robią coś, co wydało jej się nierozsądne. 

Mimo to wolałby nie tracić kontaktu z tą dziewczyną, choćby z uwagi na jej 

głos, który okazał się dla niego źródłem ważnej inspiracji. Jego plany dotyczyły 

realizacji   długometrażowego   filmu   animowanego,   tak   perfekcyjnego   i 

ambitnego jak pierwsze, największe realizacje Disneya, którym nikt dotąd nie 

dorównał. Miał już  w zasadzie  opracowane  wszystkie  postacie,  ale  nie miał 

background image

jeszcze pomysłu na obsadzenie niektórych ról głosowych. 

Gdy   tylko   ją   usłyszał,   wiedział,   że   jest   to   jeden   z   głosów,   których   mu 

brakuje. Tytułową  postacią filmu miał  być trochę  nadnaturalnych rozmiarów 

kret imieniem Moncrief. Z zawodu i powołania był detektywem i – jak to kret – 

był   całkowicie   ślepy.   I   właśnie   niewidomy   kret-detektyw   w   ciemnych 

okularach, ze specjalnie tresowaną dżdżownicą – przewodniczką zamiast psa, 

przybyć   miał   do   Nowego   Orleanu,   aby   zbadać   sprawę   tajemniczego 

uprowadzenia pięknej młodej norki imieniem Lulu. 

Koncepcja   filmu   była   właściwie   gotowa.   Pearce   prawie   widział   go   już   i 

słyszał, ale z pewnym zastrzeżeniem: jedna z głównych postaci – norka Lulu – 

ciągle pozostawała dla niego niejasna. Nie umiał sobie, na przykład, wyobrazić 

jej głosu. I było tak aż do poprzedniego wieczoru. 

Głos  norki Lulu powinien być zmysłowy i niewinny zarazem, zmęczony 

życiem i spontanicznie świeży, pewny siebie, ale chwilami zagubiony. Słowem – 

postać ta powinna mieć głos prawie idealnie taki, jak Mollie Randall. I im dłużej 

przebywał   w   towarzystwie   tej   dziewczyny,   tym   bardziej   konkretyzowała   się 

postać jego filmowej bohaterki. 

A poza tym, myślał, wiercąc się niespokojnie na wielkim łóżku, naprawdę 

warto skorzystać z jej pomocy. Udawanie niewidomego w obcym mieście nie 

jest łatwe, nawet gdy ma się psa. Liczył, że będzie tu z nim Melissa, która dzięki 

swemu beztroskiemu usposobieniu nie miałaby nic przeciwko temu, żeby się 

tym świetnie bawić tak długo, jak długo Pearce regulowałby rachunki. 

Pragnął możliwie jak najpełniej poznać, jaki jest świat niewidomego, wczuć 

się w postać kreta, wyobrazić sobie, wszystkie jego możliwe ruchy i reakcje. 

Pearce był animatorem – jednym z najlepszych w Kalifornii – a wszyscy wielcy 

animatorzy,   będąc   artystami   w   swojej   dziedzinie,   podobnie   jak   sam   wielki 

Disney, byli także urodzonymi aktorami i potrafili utożsamiać się z kreowanymi 

przez siebie postaciami. 

A więc od tej chwili ma się pogrążyć w całkowitej ciemności i absolutnie 

background image

przestać interesować się tą dziewczyną!

Mollie obudziła się pierwsza. Półprzytomna uniosła się na łokciu i rozejrzała 

wokoło.   W   pokoju   było   chłodno.   Pies   nadal   warował   wiernie   przy   łóżku 

Pearce’a,  Zwrócił  ku  Mollie  swe  żółtobrązowe  ślepia  i  śledził  ją  badawczo, 

jakby podejrzewając o jakieś złe zamiary. 

Pearce leżał rozciągnięty na łóżku, częściowo zakryty narzutą, spod której 

wystawało   jego   nagie   ramię.   Znowu   nie   mogła   się   powstrzymać,   by   nie 

przyjrzeć mu się uważnie. 

Oczy miał zamknięte i skóra wokół nich była nieco mniej opalona niż reszta 

twarzy z powodu, jak sądziła, okularów, które leżały teraz na nocnym stoliku. 

Wreszcie mogła przyjrzeć się jego brwiom, których śmiałe łuki nadawały mu 

demoniczny wygląd nawet w czasie snu. Z kącików oczu wybiegały drobne 

zmarszczki, ale nie było widać żadnych blizn. Jak na mężczyznę, rzęsy miał 

długie, ciemne i podwinięte. 

Westchnął, przeciągnął się i przewrócił na. bok. Na widok jego pięknego 

ciała   Mollie   przyszły   do   głowy   różne   dziwne   skojarzenia.   Odwróciła 

zakłopotana głowę. 

Po cichu wstała i prześlizgnęła się do łazienki. Gorący prysznic na nagie 

ciało   był   czymś   cudownym:   rozgrzał   ją   i   ożywił.   Wytarła   się   jednym   ze 

wspaniałych   –   następny   grzeszny   luksus   –   hotelowych   ręczników   i   szybko 

ubrała się w to, co miała na sobie wczoraj. 

Wyszczotkowała   włosy,   aż   zaczęły   elektryzować   i   skonsternowana 

spostrzegła, że zgubiła gdzieś spinkę. Musiała pozostawić je rozpuszczone, a ich 

bujność sprawiała, że nie spięte zawsze sprawiały pewien kłopot. 

Michael naprzykrzał się wielokrotnie, prosząc ją, by ścięła włosy, natomiast 

nauczyciel, który prowadził ją w szkole teatralnej, twierdził, że to bardzo głupi 

pomysł. I w końcu włosy się do czegoś przydały: to chyba dzięki nim dostała w 

serialu rolę nieprzytomnej Clarice. Jej włosy, zdaniem reżysera, rozrzucone na 

szpitalnych poduszkach miały wyglądać wyjątkowo dramatycznie. 

background image

Nagle,   malując   usta,   uświadomiła   sobie   z   niepokojem,   że   pierwszy   raz, 

myśląc   o   Michaelu,   nie   odczuła   bólu.   Była   po   prostu   zła   na   niego, 

przypomniawszy sobie, że tylko on krytykował jej włosy, podczas gdy wszyscy 

inni uważali, że podkreślają jej oryginalną urodę. 

Zaczęła   pudrować   nos   i   nagle   znieruchomiała,   przyglądając   się   sobie   w 

lustrze.   Dzisiaj   mogłaby   już   być   żoną   pana   Michaela   Inglestadta,   ale   teraz 

wydało jej się to prawie nierealne. Nie jest panią Inglestadtową, jest nadal po 

prostu Mollie Jo Randall i spędziła noc z nieznajomym, który śpi teraz półnagi 

w pokoju obok. 

Co   by   było,   gdyby   Michael   się   o   tym   dowiedział,   pomyślała.   Co   by 

powiedzieli na to jej koledzy i nauczyciele z Minnesoty?

Mollie   pobladła   trochę,   ale   po   chwili   stwierdziła,   że   nadal   może   śmiało 

spojrzeć sobie w oczy w lustrze. Nie zrobiła przecież nic złego. Ojciec zawsze 

uczył ją, że nie należy przejmować się tym, co mówią inni tak długo, jak długo 

jest się w zgodzie z własnym sumieniem. 

Przełknęła z trudem ślinę. Takie rady łatwiej dawać niż się do nich stosować. 

Dziś   powinna   znajdować   się   tu   w   budzącej   szacunek   roli   mężatki,   a   nie 

korzystać   z   dobroczynnej   gościny   nieznanego   mężczyzny,   który   dodatkowo 

próbował   ją   uwieść.   Przecież   to   prawie   tak,   jakby   była   czyjąś   utrzymanką, 

pomyślała, przypominając sobie surowe reguły moralności obowiązujące w jej 

rodzinnych stronach. 

Znowu zaczęła przeklinać w myślach Michaela za to, co zrobił. Czuła się 

porzucona,   samotna   i   w   wyjątkowo   kompromitującej   ją   sytuacji.   Chciała 

znaleźć się daleko stąd, w rodzinnym domu w Minnesocie. Ale w tym roku nie 

było ani tego domu, ani rodziny, a Michael już jej nie kochał. Kochał kogoś 

innego. 

Pierwszy raz od tak dawna nie zdołała zapanować nad sobą i zaczęła płakać. 

Tłumiła szloch, łkając bezradnie w przyciśnięty do twarzy miękki, hotelowy 

ręcznik. 

background image

Był to wybuch gwałtowny, ale krótki. Po chwili uspokoiła się i poczuła, że 

ulżyło jej to jakoś i pomogło. Nieokreślone przeczucie mówiło jej, że płakała z 

powodu Michaela po raz ostatni. 

Umyła twarz, zrobiła powtórnie makijaż i podniosła głowę do góry. Musi 

sobie jakoś   dać  radę!  Po  drodze   do  Nowego  Orleanu  straciła  narzeczonego, 

pieniądze i bagaż. W zamian za to zyskała niewiele: towarzystwo skłonnego do 

amorów niewidomego i cierpiącego na reumatyzm owczarka. Ale niech i tak 

będzie. Z tym sobie także jakoś poradzi. 

Zdecydowanym ruchem pchnęła drzwi łazienki i za chwilę znowu stanęła 

zaskoczona. Pearce wstał już z łóżka. Zdążył założyć ciemne okulary i zapiąć na 

Fritzu uprząż, ale nie przywdział jeszcze koszuli i swetra. Nagi do pasa stał 

obok łóżka i przeciągał się jak wielki, czarny kot. 

– Och! Przepraszam – wyjąkała Mollie, nieprzywykła do takich pokazów i 

niepewna, czy Pearce usłyszał, że weszła do pokoju. Odkaszlnęła i powiedziała 

normalnym już tonem:

– Dzień dobry!

Przeciągnął się ponownie i odburknął skrzywiony:

– Dzień może będzie dobry, ale poranki są zawsze okropne. 

Wzruszyła ramionami, starając się nie zwracać uwagi na grę jego, mięśni w 

porannym świetle. Podeszła do kanapy, aby uprzątnąć swoje posłanie. 

– Wstało się lewą nogą? Poranne zrzędzenie? – spytała. 

– Dziękczynne zrzędzenie – sprostował ziewając. 

– Cieszę się, żeś stąd nie czmychnęła. 

– O ile sobie przypominasz, nie miałam dokąd czmychnąć – powiedziała, 

składając niebieski koc. 

– Dzisiaj znajdę stosowne miejsce. Znieruchomiał na chwilę, po czym oparł 

dłonie o biodra i zmarszczył brwi. 

– Jak to? Myślałem, że jednak... no wiesz... że mi pomożesz. 

– Owszem – starała się mówić tonem, jakim załatwia się konkretne interesy 

background image

–   ale   to   nie   znaczy,   że   mam   z   tobą   mieszkać.   Znajdę   sobie   pokój   gdzieś 

niedaleko. Rano wpadnę i zabiorę cię stąd, a wieczorem od? prowadzę. 

Stał   jeszcze   przez   dłuższą   chwilę   bez   ruchu.   Gdzieś   zniknął   jego 

charakterystyczny lekko drwiący uśmiech, kosmyk włosów opadł mu na brwi. 

Odgarnął go zdecydowanym gestem człowieka, który nienawidzi poranków. 

–   O   tym   porozmawiamy   nie   wcześniej   niż   po   napiciu   się   kawy   –   rzekł 

wreszcie. Sięgnął po koszulę, przez chwilę szukając jej po omacku, po czym dał 

sygnał Fritzowi, aby zaprowadził go do łazienki. 

– Czy życzysz sobie, abym zamówiła kawę do pokoju? – spytała Mollie 

tonem zawodowej opiekunki niewidomych. 

Zatrzymał się w ostatniej chwili przed uchylonymi drzwiami łazienki. Mollie 

zdziwiona pomyślała, że dzisiaj porusza się ze znacznie mniejszą pewnością niż 

wczoraj. – W Nowym Orleanie – mruknął – picie hotelowej kawy to profanacja. 

Pójdziemy zaraz tam, gdzie naprawdę potrafią ją przyrządzać i podawać. Gdzie 

tu jest ta cholerna klamka?

Zniknął za drzwiami łazienki i Mollie usłyszała, jak znowu uderzył się o coś 

i zaklął. Dziwne, pomyślała ponownie, dzisiaj jest naprawdę znacznie bardziej 

bezradny. 

–   Czy   chcesz,   żebym   wzięła   cię   pod   rękę?   –   spytała,   gdy   wyszli   już   z 

pokoju. – Na chodnikach jest lód i Fritz nie zawsze będzie mógł przestrzec cię 

przed niebezpieczeństwem. 

Pearce, najwyraźniej nadal w złym porannym nastroju, zastanawiał się nad 

odpowiedzią. Twarz miał ponurą i sprawiał wrażenie, że zamierza rozważać tę 

kwestię w nieskończoność. W końcu zrobił jakiś nieokreślony ruch ramionami, 

a Mollie wzięła go po prostu spokojnie pod ramię. 

–   Schody,   około   pięć   kroków   przed   nami   –   ostrzegła   –   Gdy   wyszli   na 

zewnątrz, wiatr uderzył ich z taką siłą, że Mollie wstrzymała oddech, a Pearce 

zaklął pod nosem. Lodowate zimno przenikało do szpiku kości. Nawet Fritz 

background image

wzdrygnął się, skulił i jakby głębiej schował w swym futrze. 

Mollie,   choć   zmarznięta,   rozglądała   się   ze   zdumieniem   wokół.   Po   obu 

stronach zabytkowych brukowanych uliczek wznosiła się oryginalna, niezwykła 

zabudowa słynnej Dzielnicy Francuskiej. Balkony i ganki zdobione żelaznymi 

odkuwkami – prawdziwymi arcydziełami kowalstwa artystycznego – wyglądały 

jak   oblamowane   czarną   koronką.   Niektóre   balustrady   przeplecione   były 

świątecznymi lampkami i Mollie wyobraziła sobie, jak pięknie musi wyglądać 

ta iluminacja w nocy. Inne balkony były przystrojone girlandami sosnowych 

gałęzi, ogromnymi czerwonymi kokardami, wieńcami uplecionymi z gałązek 

ostrokrzewu i bogato ubranymi świątecznymi choinkami. Jeszcze piękniejsze 

dekoracje, rozwieszone na sznurach rozciągniętych nad uliczkami, kołysały się 

na   wietrze.   Nadjechał   z   turkotem   zaprzęgnięty   w   muła   powóz   z   woźnicą 

opatulonym w szkarłatną opończę. Muł miał słomkowy kapelusz z szerokim 

rondem przystrojonym gałązkami poinsecji i ostrokrzewu, a do jego uprzęży 

przytwierdzone były dwa wazoniki pełne sztucznych, świątecznych kwiatów. Z 

nozdrzy muła i z ust woźnicy wydobywały się obłoczki pary. 

– A więc to prawda – odezwała się Mollie i podświadomie szukając ciepła, 

przytuliła się do Pearce’a. – Jesteśmy w Nowym Orleanie. 

– Uhm... – odburknął  –  i jest tu trzy razy zimniej niż w Nowym Jorku. 

Chodź, musimy znaleźć Cafe du Monde przy Jackson Square. Powinniśmy iść w 

kierunku zachodnim. Nie stójmy tu dłużej, dobrze?

– Przepraszam – odpowiedziała zakłopotana. – Na prawo, a potem prosto. 

Wiesz, wszystko jest tu... takie cudowne. 

Było jej niemal wstyd, że widzi to wszystko, czego on nie może oglądać. 

Prowadziła go ostrożnie, omijając bardziej śliskie miejsca na chodnikach. Na 

chwilę pozwoliła sobie zwrócić uwagę na widok fantastycznej kolekcji masek 

na jednej z wystaw. Były to maski przywdziewane w czasie ostatków – święta 

końca karnawału. 

– Czy chcesz, żebym opowiadała ci o tym, co widzę? – spytała. 

background image

Pearce z twarzą stężałą z zimna wzruszył ramionami i próbował szczelniej 

otulić się swą lekką kurtką. 

– Jeśli ci to sprawi przyjemność – zgodził się bez entuzjazmu. 

Szli więc dalej po oblodzonych chodnikach. Mollie pełniła swe obowiązki 

przewodnika, ale mogła gapić się do woli i dzielić się swymi wrażeniami z 

Pearce’em. 

–   O!   Dziedziniec   z   fontanną   –   opowiadała   –   trzypoziomowa   fontanna   z 

czarnego kamienia. Wszystko zamarzło i zamieniło się w kaskadową rzeźbę z 

lodu. 

– Ja też się zamienię w rzeźbę z lodu, jeżeli to dłużej potrwa – mamrotał 

Pearce. – Nie ma tu jakiejś taksówki? Sań zaprzężonych ~w psy lub czterech 

pingwinów z lektyką?

Mollie śmiała się i dalej opisywała wszytko tak barwnie, jak potrafiła. Pearce 

zrzędził i narzekał, ale za każdym razem potrafił ją rozweselić. Zrobili z tego 

rodzaj gry, która pomagała im nie zwracać uwagi na zimno. 

– A tu jest podwórko, a na nim pokryte lodem drzewa palmowe. Zupełnie 

brunatne, zwarzone mrozem. I banany na gałęziach czarne i zmarznięte. 

– W tę pogodę wszystkim pomarzły banany – dwuznacznie parsknął Pearce 

– i mango. 

Mollie spostrzegła na niskim gzymsie nieruchomy, szary kształt. 

–  Ojej,  Pearce,  mała   jaszczurka,  chyba  kameleon.  Nie  żyje,  zamarzła  na 

śmierć. Jakie to przykre!

– Nie smuć się. Poszła do nieba dla jaszczurek – powiedział, uścisnąwszy jej 

rękę i znowu sprawił, że musiała się uśmiechnąć. 

– A jakie jest niebo dla jaszczurek? – przekomarzała się.

– Tak to zostało dziwnie pomyślane, że niebo jaszczurek jest jednocześnie 

piekłem   much.   Od   świtu   do   nocy   jaszczurki   siedzą   sobie   w   słońcu,   robiąc 

języczkami ciach, ciach, ciach i zjadają muchy. 

– A co z dobrymi muchami? – spytała śmiejąc się. – Przecież też muszą mieć 

background image

jakieś niebo. 

–   Otóż   twierdzę,   że   nie   ma   dobrych   much.   Tak   jak   nić   ma   dobrych 

poranków. To są sprzeczności same w sobie, ale jak pójdziemy do nieba, to sami 

sprawdzimy. 

Wreszcie   dotarli   na   miejsce.   Cafe   du   Monde   mieściła   się   w   niskim, 

przysadzistym   budynku   o   beżowych   ścianach.   Nad   łukowato   sklepionymi 

drzwiami   wejściowymi   i   oknami   zawieszone   były   pasiaste,   biało-zielone 

markizy. Wewnątrz, mimo mroźnej pogody, było tłoczno. W powietrzu unosił 

się aromat świeżo prażonych orzeszków ziemnych i mocnej kawy. Usiedli przy 

małym stoliku, a Fritz, zmęczony długim spacerem, zadowolony położył się 

obok krzesła swego pana. 

Kelner  podał   zamówioną   przez   Pearce’a   kawę   ze   śmietanką   i   chrupiące, 

świeżutkie   francuskie   pączki.   Pijąc   kawę,   cudownie   aromatyczną,   mocną   i 

słodką,   Mollie   zauważyła,   że   Pearce   skaleczył   się   rano   przy   goleniu. 

Przypomniała sobie także, że wchodząc do kawiarni uderzył się o framugę, a raz 

po drodze źle wyczuł wysokość krawężnika, potknął się i przez moment całkiem 

zawisł na jej ramieniu, szukając równowagi. 

Teraz siedział i grzał ręce, obejmując dłońmi kubeczek z gorącą kawą. Przez 

dłuższy czas hic nie mówił i żałowała, że przestał żartować. 

– No, to opowiedz mi – odezwał się wreszcie, jakby od niechcenia – o tym 

twoim chłopaku. : Co on ci takiego zrobił?

Pytanie,   zadane   tonem,   jakim   prowadzi   się   niezobowiązującą,   leniwą 

pogawędkę, całkowicie ją zaskoczyło. Zdała sobie sprawę, że jest on zbyt bystry 

i przenikliwy, zbyt dobrze potrafi wychwycić każde drgnienie jej głosu, aby 

można   go   było   omamić   aktorskimi   sztuczkami.   Dlatego   też   wzruszyła 

ramionami i odpowiedziała najspokojniej, jak umiała. 

– Nic mi takiego nie zrobił. Po prostu mnie okłamywał. 

Pearce siedział nieruchomo, z dłońmi splecionymi nadal wokół kubeczka z 

kawą i tylko przez chwilę zadrgał mięsień na jego policzku. 

background image

–  To   widać   gołym   okiem   –   powiedział   i   natychmiast,   jakby   zirytowany, 

sprostował: – Chciałem powiedzieć, to widać nawet przez ciemne okulary. Ale 

powiedz, w czym on cię okłamał?

– We wszystkim – odpowiedziała, z trudem panując nad głosem. 

Przez chwilę nic nie mówił. Poważniejszy niż zwykle, zdawał się nad czymś 

głęboko zastanawiać. Wreszcie odezwał się:

– No dobrze, ale jeżeli był kłamcą, to dlaczego ci go teraz brak?

Zaskoczyła ją trafność tego spostrzeżenia. Miał przecież rację! jaki sens ma 

opłakiwanie człowieka, który nigdy nie był wobec niej szczery?

– . Nie brak mi jego, brak mi tego, kim myślałam, że był. Myślałam, że jest... 

prawdomówny, odważny, ambitny... – Zawahała się, ale zdecydowała, aby to 

wreszcie powiedzieć do końca. – I myślałam, że mnie kocha. A to była jedna 

wielka pomyłka. 

Podniósł do ust kubeczek, wypił łyk kawy i odstawił go z powrotem, nie 

odezwawszy się ani słowem. 

Mollie odgarnęła włosy i powiedziała z filozoficznym spokojem:

– No, cóż... Skończyło się. Życie toczy się dalej i ja wraz z nim. 

Skinął potakująco głową, ale nadal milczał. 

– No więc, jakie plany na dzisiaj? – spytała rzeczowo. – Muszę znaleźć sobie 

pokój w jakimś hotelu, a potem mogę cię zaprowadzić, gdziekolwiek zechcesz. 

Ugryzła kawałek pączka. Był posypany taką masą cukru pudru, że gryząc go 

nie odważyła się odetchnąć, aby nie oprószyć się białym, słodkim pyłem. Ale 

smak miał przepyszny i to, że pobieliła sobie wargi i policzki, nie przeszkadzało 

jej zupełnie. 

– Naprawdę? – Usłyszała pytanie Pearca iw jego głosie rozpoznała znajomy 

ton prowokacji. 

Spojrzała na niego ponownie. Uśmiechał się tajemniczo, brwi miał lekko 

uniesione, minę trochę poważną, a trochę sceptyczną. 

– O co ci chodzi? – spytała, nie rozumiejąc mimiki jego twarzy. 

background image

– Czy naprawdę skłonna będziesz zaprowadzić mnie, gdzie tylko zapragnę?

Wpatrywała się w kubek z kawą i po chwili dopiero podniosła na niego 

wzrok. 

– W granicach rozsądku – odpowiedziała. – Istnieje taki próg, którego nie 

przekraczam. 

– Podaj mi rękę – zaproponował raczej, niż poprosił, sięgając przez stolik. 

Przyglądała się jego szczupłej, silnej i opalonej dłoni, zdającej się kusić do 

czegoś i coś obiecywać. Bezwiednie, nie zastanawiając się czy chce tego, czy 

nie, wyciągnęła rękę i poczuła, jak zaciskają się na niej jego palce. 

– Jesteś świetnym kompanem, Mollie. – Jego głos był miękki, niski i brzmiał 

przekonywająco.   –   Chciałbym   zatrzymać   cię   blisko   siebie.   Wynajmę 

apartament. Ty zajmiesz jedną jego część, a ja drugą. Drzwi między naszymi 

pokojami   będą   zamknięte,   obiecuję.   Tak   długo   będą   zamknięte,   jak   długo 

będziesz sobie tego życzyła.

– Nie – zaprotestowała – nie mogę się na to zgodzić. 

Pozostawiła   jednak   rękę   w   jego   uścisku,   który   odwzajemniała   zresztą 

bezwiednie. 

– Mollie – powiedział z nagłym napięciem w głosie – po prostu zostań ze 

mną. To wszystko, o co proszę. 

Co   się   ze   mną   dzieje,   pomyślała   Mollie,   nie   odrywając   wzroku   od   ich 

złączonych rąk. Oboje mieli drobiny cukru na palcach i cała sytuacja mogła 

wydawać się trochę śmieszna i absurdalna. 

A jednak tak nie było. Wydało jej się za to, że cała Cafe du Monde, ze swoją 

bogatą sztukaterią, zielonobiałymi markizami, tłumem gości, aromatem potraw, 

rozpłynęła się gdzieś we mgle. Na miejscu pozostawali tylko oni dwoje, zastygli 

w dziwnym złączeniu. 

I   mimo   to,   że   jakaś   część   jej   świadomości   ostrzegała   ją   przed   tym 

człowiekiem, zdecydowała się  to zignorować. Zostanie z nim, Wiedziała, że 

zostanie, lub raczej... że nic nie może na to poradzić. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Mollie ze zdziwieniem uświadomiła sobie, jak szybko wszyscy troje – ona, 

Pearce i poważny, stary pies – zaczęli zachowywać się jak zgrana, znająca się od 

lat paczka. Mimo zimna Pearce chciał wszędzie chodzić na piechotę i to, co 

robili, było właściwie nie kończącym się, długim spacerem. 

Zbliżało się południe i ulice powoli zapełniały się turystami, którzy odważyli 

się wreszcie wyjść na dwór mimo zimna. Wraz z nimi pojawili się uliczni artyści 

i ci wszyscy, którzy żyli w tym mieście z turystyki i musieli robić to, co zwykle, 

nie zważając na okropną pogodę. 

Przemierzyli w tę i z powrotem deptak na Bourbon Street, przechodząc obok 

setek   restauracji,   barów,   sklepów   i   galerii.   Młody   człowiek   stojący   przed 

Muzeum   Osobliwości   połykał   ogień   z   taką   zawodową   obojętnością,   jakby 

degustował cukierki miętowe. Po chwili przeszli obok Muzeum Czarnej Magii i 

Mollie   poczuła   dreszcz:   było   coś   takiego   w   Nowym   Orleanie,   co   mogło 

sugerować, że magia – zarówno dobra, jak i zła – może istnieć naprawdę. 

Pearce stwierdził, że jeśli chcą zachować się jak przystało na prawdziwych 

turystów,   powinni   koniecznie   zjeść   coś   w   barku   sklepu   kolonialnego   przy 

Central   Street.   Ten   przytulny,   mały   lokalik   zdobywał   stale   nagrody   za 

najsmaczniejsze w mieście sandwicze. 

Usiedli w kącie na wysokich stołkach barowych, a Fritz odpoczywał u ich 

stóp. Pili piwo z miejscowego browaru i oddawali się degustacji specjalności 

zakładu: sandwiczy mufalatta. 

Mollie   sądziła   dotąd,   że   nic   na   świecie   nie   może   smakować   lepiej,   niż 

śniadanie w Cafe Du Monde, ale teraz przestała być tego taka pewna. Sandwicze 

były misterną kombinacją przyprawionego na ostro mięsa i zapiekanego sera na 

włoskim pieczywie, a wszystko to garnirowane było sałatką z oliwek. Każdy kęs 

sprawiał prawdziwą rozkosz. 

background image

–   Nie   wracam   do   Nowego   Jorku   –   powiedziała,   wpadając   w   błogie 

rozleniwienie. – Mam zamiar spędzić resztę życia przy tym kontuarze i jeść bez 

końca. 

Nagle poczuła przypływ smutku: żal jej się zrobiło Pearce’a, który nigdy nie 

przekona się do końca, jak wspaniały jest Nowy Orlean. 

– Nie jesteś niewidomy od urodzenia, prawda? – spytała. Ze sposobu, w jaki 

mówił, oraz z tego, z jaką łatwością rozumiał jej opisy, wywnioskowała, że 

kiedyś musiał widzieć. 

Pearce przestał się uśmiechać. 

– Nie – odpowiedział niechętnym tonem i potarł palcami miejsce na brodzie, 

w które się skaleczył. 

–   A  kiedy   to   się   stało?   –   próbowała   pytać   dalej.   Niechętnie   wzruszył 

ramionami. 

– Nie tak dawno temu. 

Zmarszczyła brwi. Jego odpowiedzi były tak ogólnikowe, że nic z nich nie 

wynikało. Patrzyła na jego profil. Gdy przestawał się uśmiechać, jego twarz 

wyglądała   zupełnie   inaczej;   był   poważny,   prawie   ponury,   znikało   poczucie 

bliskości. Sprawiał teraz wrażenie, jakby myślami był gdzieś daleko. Mimo to 

zaryzykowała i spytała go raz jeszcze:

– Nie chcesz mi powiedzieć, jak to się stało? 

Bawił się przez chwilę butelką piwa. 

– Nie chciałbym o tym mówić – stwierdził wreszcie. 

–   Przepraszam   –   powiedziała   zażenowana,   robiąc   sobie   wyrzuty,   że 

poruszyła bolesny dla niego temat. 

– Opowiedz mi, proszę, czym się naprawdę zajmujesz?

– Próbowała zatrzeć złe wrażenie... – Mówiłeś coś o rozrywce... 

Zdecydowanym ruchem odstawił butelkę z piwem. 

–   Teraz   robię   coś...   na   własny   rachunek.   Poprzednio   pracowałem   w 

wytwórni filmowej. 

background image

–   W   wytwórni   filmowej?   –   zdumiała   się.   Co   mógł   robić   niewidomy   w 

filmie? Po chwili zastanowienia doszła do wniosku, że chyba domyśla się, o co 

chodzi.   Utrata   jakiegoś   zmysłu   często   wyostrza   inne,   dlatego   tylu   jest,   na 

przykład,   wspaniałych   niewidomych   muzyków.   –   Powiedz,   pracujesz   przy 

opracowywaniu dźwiękowym filmów, w studio? – spytała. 

– Między innymi. – Jego odpowiedź znowu była denerwująco ogólnikowa. 

Niecierpliwie potrząsnął głową. – Słuchaj – rzucił – pracuję teraz nad pewnym 

własnym   pomysłem.  Ale   nie   chciałbym   jeszcze   o   nim   opowiadać.   Żeby   nie 

zapeszyć, rozumiesz?

Patrzyła   na   niego,   przygryzając   wargę.   Skąd  te  wykrętne   odpowiedzi? 

Spotkała się, co prawda, z tym, że pewni ludzie związani ze sztuką nie lubią 

mówić   o   swoich   projektach   artystycznych,   zanim   nie   są   one   ukończone, 

uważając,   że   marnowaliby   w   ten   sposób   energię   twórczą.   Ale   nawet   ich 

odpowiedzi nie były tak enigmatyczne. Może ukrywał coś? Ale to do niego nie 

pasowało. Sprawiał wrażenie zbyt śmiałego i otwartego, by bawić się w sekrety. 

–   Nie   mówmy   więcej   o   mnie   –   poprosił   jakby   trochę   zdenerwowany.   – 

Porozmawiajmy o tobie. Masz świetne warunki głosowe. Robiłaś kiedyś jakieś 

postsynchrony? Podkładałaś głos? Miałaś coś wspólnego z animacją?

Mollie zgniotła w ręku serwetkę. Posmutniała nagle. Znowu udało mu się 

trafić w jej czuły punkt. 

– Będę próbowała robić coś takiego po powrocie!

do Nowego Jorku. W serii filmów oświatowych, częściowo animowanych, 

mam podkładać głos bakterii. 

Odchylił głowę do tyłu i zaśmiał się. Mollie wyprostowała się na krześle i 

powiedziała z godnością:

–   Zrobię   wszystko,   żeby   był   to   głos   bakterii   najlepszy   z   możliwych. 

Słyszałeś takie powiedzenie: nie ma małych ról, są tylko mali aktorzy. 

–   Słyszałem,   tyle   że   zawsze   od   tych,   którzy   takie   właśnie   role   grają   – 

przyznał. – Znam pewnych ludzi, którzy pracują przy animacji. Na pewno byś 

background image

się im spodobała. Jesteś tym zainteresowana?

– Interesuje mnie każda oferta pracy – odpowiedziała – o ile, oczywiście, 

jest uczciwa. 

Uśmiech, który znowu igrał w kącikach jego ust, znikł nagle. 

– Uczciwa – mruknął – bez przerwy mówisz o uczciwości. Czy to dla ciebie 

takie ważne?

– To najważniejsza rzecz na świecie – potwierdziła z przekonaniem. 

– Z powodu twojego chłopaka? – Ton jego głosu stał się prawie napastliwy. 

– Częściowo... – urwała w pół zdania. 

Pearce oparł się na łokciu i potarł palcami podbródek. Widziała swe odbicie 

w ciemnych szkłach jego okularów. 

– A co byś zrobiła – zaczął mówić jakby od niechcenia – gdyby okazało się, 

że ktoś inny postąpił tak samo, jak ten twój chłopak, to znaczy, okłamał cię. Ale 

w dobrych intencjach. 

– Nie ma żadnych dobrych intencji – odpowiedziała z goryczą w głosie. – 

Odwróciłabym się od niego natychmiast i więcej nie zamieniłabym z nim ani 

słowa. 

Zastanawiał   się   przez   chwilę,   po   czym   skomentował   drwiąco   to,   co 

powiedziała:

– Kobieta z zasadami. Trochę to niepraktyczne. Życie nie jest znowu takie 

proste. Na przykład, potrzebujesz pracy, co byś więc zrobiła, gdyby taka osoba 

złożyła ci jakąś interesującą ofertę? Mollie ze zdziwienia zamrugała oczami. 

– Taka osoba musiałaby się porozumieć z moją agencją... Obecnie nie bardzo 

mogę wybierać. Muszę brać taką pracę, jaką dostanę. Ale nie znaczy to, abym 

miała   szanować   czy   lubić   takiego   człowieka,   nawet   gdybym   dla   niego 

pracowała. A o co ci chodzi?

– Tak się spytałem – odparł, ujmując w rękę uprząż psa. – Chodź, połaźmy 

trochę. Chciałbym, póki tu jestem, wchłonąć w siebie jak najwięcej z atmosfery 

tego miasta. 

background image

Tuż na wprost wyjścia na ulicę jakiś magik noszący nauszniki i wytarty, 

czarny płaszcz wykonywał skomplikowane sztuki z kolorowymi szarfami, które 

jak postrzępiona tęcza wirowały w powietrzu. Nagle szarfy zniknęły. 

– Proszę – zawołał z triumfalnym uśmiechem sztukmistrz – teraz widzicie, 

za chwilę nie widzicie! – I powtórzył sztuczkę. 

– Święta prawda – mruknął jakby do siebie Pearce. Mollie nic z tego nie 

zrozumiała. 

Pearce już przed południem uświadomił sobie, jak wielu wrażeń pozbawia 

go decyzja, aby udawać ślepca. Zwłaszcza tutaj – w Nowym Orleanie. 

Tego   dnia   otworzył   oczy   tylko   dwukrotnie:   za   każdym   razem   po   to,   by 

przyjrzeć się dziewczynie. 

Po raz pierwszy popatrzył na nią rankiem. Obiecywał sobie, że przestanie się 

nią interesować, ale gdy usłyszał jej stłumiony płacz w łazience, poczuł nagły 

ucisk w dołku. Kiedy wróciła do pokoju, zdecydował się spojrzeć na nią, by 

sprawdzić, co się z nią dzieje, i w tym momencie uświadomił sobie, jak bardzo 

podoba   mu   się   jej   twarz.   Nie   była   klasycznie   piękna,   ale   promieniowała 

niesłychaną   żywotnością   i   wywarła   na   nim   takie   wrażenie,   że   ponowne 

zamknięcie oczu wydało mu się torturą. 

A potem był ten długi spacer do Cafe du Monde, podczas którego – mimo 

zimna   –   Mollie   paplała   i   żartowała,   zapomniawszy   najwyraźniej   o   swoich 

kłopotach, dzięki temu chyba, że absorbował ją problem drugiego człowieka – 

jego ślepota. Zaczął opatrywać jej opisy miasta zabawnymi komentarzami, a ona 

podjęła tę grę, prowadziła ją naturalnie i zręcznie, a jej zdrowe poczucie humoru 

wspaniale   współgrało   z   jego   cierpkim   nieco   i   drapieżnym   zmysłem 

satyrycznym. 

Zimno było przeraźliwie i pogrążony z własnej woli w świecie ciemności 

wiedział,   że   skazany   byłby   na   wieczne   potykanie   się   i   być   może   –   mimo 

pomocy Fritza – na błądzenie. 

background image

Przy   niej   ani   zimno,   ani   mrok   nie   wydawały   się   takie   przerażające.   Jej 

obecność   była   czymś   w   rodzaju   światła,   które   potrafiło   się   przebić   przez 

ciemność,   jaką   sam   sobie   narzucił.   A   przecież   nie   był   ślepy.   Dziękował 

niebiosom za dar wzroku, pewny już teraz, że ze wszystkich sił będzie starał się 

chronić go i zachować. Uświadomił sobie również, że gdyby był rzeczywiście 

skazany na to, by brnąć przez wieczną ciemność, chciałby mieć obok siebie 

kogoś podobnego do Mollie Randall. Czy nawet więcej – mieć po prostu kogoś 

dokładnie takiego jak ona. 

No i właśnie, powtórnie złamał swoje  postanowienie w  Cafe du Monde, 

kiedy poprosił, by podała mu rękę. Znowu na nią spojrzał. Miała na głowie tę 

swoją bezsensowną, wełnianą czapeczkę, która na pewno nie chroniła jej przed 

zimnem, i nie mógł oderwać wzroku od wspaniałej kaskady włosów, które w 

porannym świetle zdawały się wprost płonąć. 

Podała   mu   rękę   i   to   samo   uczucie   jakiejś   więzi,   pokrewieństwa   dusz 

pojawiło się ponownie. Chciał się go pozbyć, mówił mu, żeby odeszło. Ale oho 

pozostało – także wtedy, gdy wyszli już stamtąd, rozmawiali ze sobą, śmiali się. 

Nie podobało mu się to, nawet bardzo. Czuł się wolnym mężczyzną i chciał 

pozostać wolny. 

Wieczorem siedzieli naprzeciwko siebie  w małej, zacisznej restauracyjce, 

której   specjalnością   była   kuchnia   Cajuriów   z   Luizjany,   a   także   ich   dziwna, 

skoczna muzyka. Pearce opowiadał Mollie tak zabawną historię, że śmiała się, 

aż łzy wypełniły jej oczy. Czuła, że boli ją wszystko ze śmiechu. 

– Przestań, już nie mogę – prosiła, ale on bezlitośnie opowiadał jej dalej, jak 

razem   ze   swym   bratem   Harrym,   towarzyszem   dziecinnych   awantur,   piekli 

kiełbaski w kabinie myśliwca, który zdobił park ich rodzimego miasteczka jako 

pomnik bohaterów wojny koreańskiej. 

Na   stoliku   płonęły   świece   i   ich   podwójne   odbicie   tańczyło   w   ciemnych 

szkłach   Pearce’a.   Zjedli   wspaniałą   potrawę:   czerwoną   fasolę   z   ryżem   w 

background image

piekielnie   ostrym   sosie   i   złote,   chrupiące   bułeczki   z   mąki   kukurydzianej 

nasączone masłem. 

Uwielbiała   słuchać   opowieści   z   jego   dzieciństwa.   Był   wspaniałym 

gawędziarzem. Pearce i jego brat wydali jej się chłopcami z jakiejś cudownej, 

zwariowanej bajki. Każda z ich przygód i eskapad była bardziej fascynująca od 

poprzedniej. 

– Musieliście być postrachem okolicy – mówiła ze śmiechem. 

– Na pewno. Właściwie to byli z nas prawie nieletni przestępcy. 

– Prawie? – pytała zaczepnie Mollie.

–   Wychowaliśmy   się   w   rozbitej   rodzinie.   Ojciec   odszedł,   gdy   byliśmy 

całkiem mali. Matka nie potrafiła... nie bardzo radziła sobie w życiu. Nie wiem 

zresztą. Może robiliśmy to po to, aby zwrócić na siebie uwagę, a może był to 

rodzaj   buntu?  Albo   jedno   i   drugie?  Wszystko   dla   śmiechu   –   to   była   nasza 

dewiza. Uśmiechnęła się, chcąc okazać mu zrozumienie i sympatię. Potrafiła go 

sobie   wyobrazić   takiego,   jakim   był   wtedy:   wysokiego   chłopca,   który   pod 

zewnętrznymi   pozorami   ostentacyjnej   wesołości   i   przekory   ukrywa   naturę 

samotnika. 

– Wszystko dla śmiechu – powtórzyła. – Czy to nadal jest twoja dewiza?

– Mniej więcej – odpowiedział i jego twarz znów się rozpogodziła. 

– A co się dzieje z twoim bratem Harrym? – spytała. 

– Gzy dorósł i żałuje grzechów dzieciństwa? Twarz Pearce’a stężała. Znikł z 

niej nawet ślad wesołości. 

– Harry nie żyje – powiedział bezbarwnym głosem. 

–   Wypadek   przy   grze   w   piłkę.   Miał   wtedy   siedemnaście   lat.   Głupia, 

bezsensowna śmierć. Moja matka potem już nigdy nie doszła do siebie. 

Siedział z nieruchomą twarzą. Pomyślała, że mimo pozorów beztroskiego 

stosunku do całego świata, sam również nie potrafił pogodzić się z tą śmiercią. 

Rozmowa o tym jeszcze teraz sprawiała mu ból. 

– Och, Pearce – odezwała się miękko – tak mi przykro. – Uścisnęła go za 

background image

rękę, a on objął dłonią jej palce i trzymał delikatnie. – A ty jak dałeś sobie z tym 

radę?

Pieścił jej dłoń, lecz nadal się nie uśmiechał. 

– Na początek... sam przestałem grać w futbol. Nawet nie chodziłem na 

mecze.   Nie   słuchałem   transmisji.   –   Potrząsnął   głową,   jakby   odpędzając   złe 

wspomnienia. – A potem? Potem radziłem sobie tak, jak radziliśmy sobie z 

Harrym^ Broniłem się za pomocą żartów i wygłupów. To samo robiłby Harry, 

gdyby żył. I myślę, że tego po mnie oczekiwał. 

Mollie   zamyśliła   się.   Żarty...   Pearce   zawsze   skrywał   pod   masą   śmiechu 

tajony ból – I potrafi świetnie robić to nadal. 

– A twoja matka? – spytała. 

Wzruszył ramionami i pokręcił głową ze smutkiem. 

– Zawsze była słaba i niezaradna. Po śmierci brata zupełnie straciła kontakt z 

rzeczywistością. Miałem wtedy piętnaście lat. Wuj Faron zabrał nas do siebie do 

Los Angeles. – Uśmiech znowu pojawił się w kącikach jego ust. – Z matką 

niewiele mu się udało zwojować, ale mnie dał niezłą szkołę, naprawdę niezłą. 

Zrobił wszystko, żeby przygotować mnie do życia. 

Mollie,   zawsze   skłonna   do   współczucia   innym,   poczuła   ucisk   w   gardle. 

Cofnęła rękę. 

  Ten twój wuj Faron musi być nadzwyczajnym człowiekiem – odezwała 

się, chowając pod stolik rękę, na której ciągle jeszcze czuła jego dotyk. 

– Był wspaniały – uściślił z odcieniem czułości w głosie. – Teraz też już nie 

żyje. Właśnie wracam z jego pogrzebu. Przeprowadził się do Nowego Jorku 

kilka lat temu, po śmierci mojej matki. 

– Pearce, mój drogi, przykro mi, naprawdę – powiedziała jeszcze bardziej 

serdecznie niż poprzednio. – Nie masz już żadnej rodziny?

Na jego twarzy pojawił się gorzki uśmiech. 

– Ojciec gdzieś tam sobie żyje, ale po co miałbym’ się z nim spotykać? 

Wiem   ze   słyszenia,   że   mam   kilka   przyrodnich   sióstr,   których   nigdy   nie 

background image

widziałem na oczy. Poza nimi rzeczywiście nie mam nikogo. Jestem samotnym 

wilkiem i pragnę takim pozostać. 

– A... czy... nigdy nie miałeś zamiaru się ożenić, czy coś w tym rodzaju? – 

spytała   obojętnym   głosem   i   natychmiast   pożałowała,   że   to   zrobiła.   Pytanie 

wydało jej się zbyt osobiste.. 

– Raz wplątałem się w coś takiego i cudem uratowałem skórę. Ale nie mogę 

o tym mówić, bo mam potem koszmarne sny. Zamiast tego zatańcz ze mną, 

dobrze?

Mollie   spojrzała   na   niego   z   otwartymi   ze   zdumienia   ustami.   Zawsze 

zaskakiwały ją niesamowite zmiany jego nastroju. 

– Słucham? – spytała. 

–   Zatańcz   ze   mną   –   powtórzył.   –  To,   że   nie   zamierzam   się   ożenić,   nie 

oznacza,   abym   nie   lubił   obejmować   kobiety   w   tańcu.   A   że   ciebie   lubię 

obejmować, to już sprawdziłem. 

Zastanawiała się, bo nie była pewna, czy odważy się znaleźć ponownie w 

jego objęciach. Było w nim naprawdę coś uwodzicielskiego i nie wiedziała, czy 

będzie potrafiła się temu oprzeć. Poza tym nigdy jeszcze nie słyszała tej dziwnej 

muzyki,   a   to,   co   robili   ludzie   na   parkiecie,   nie   przypominało   żadnego   ze 

znanych jej tańców. Obserwowała ich dziwne i skomplikowane kroki, piruety i 

ruchy rąk. 

–   Nie   potrafię   tańczyć   tak,   jak   ci   ludzie.   –   Próbowała   znaleźć   jakąś 

wymówkę. – Nie wiem, czy już kiedyś miałeś okazję widzieć, jak oni to robią, 

ale... 

– Nie musimy tego robić tak, jak oni – przerwał jej – możemy tańczyć po 

swojemu; wolno albo szybko, wesoło albo smutno. Co to innych obchodzi? – 

Wyciągnął w jej stronę ręce. 

Już raz to dziś zrobił, pomyślałaś Przyglądała mu się przez chwilę. Migotały 

świece i ciemne szkła jego okularów wyglądały jak tajemnicze górskie stawy, w 

które można patrzeć bez końca. Po raz drugi w tym dniu ich dłonie połączyły się 

background image

w uścisku. 

– Zostań tu, Fritz – polecił psu i podniósł się z krzesła. – Zaprowadź nas – 

poprosił Mollie – i nie obiecuj sobie po mnie za dużo. Nie jestem mistrzem 

tańca towarzyskiego. 

Przeprowadziła go przez zatłoczony parkiet i znalazła kąt, w którym nikt nie 

tańczył. Było tam prawie ciemno. 

– Tutaj – powiedziała, stając naprzeciwko niego. 

Ciało   Mollie   pulsowało   egzotycznym   rytmem   nieznanej   muzyki.   Pearce 

objął ją w talii i palcami pieścił jej smukłe plecy. Wolno przyciągnął ją do siebie. 

–   Obejmij   mnie   za   szyję   –   poprosił,   schylając   głowę   tak   nisko,   aż   ich 

policzki zetknęły się. 

Podniosła ręce i oplotła ramionami jego kark. Przymknęła oczy. Tańczyli, 

stojąc   prawie   w   miejscu,   jedynie   ich   ciała   poruszały   się   w   rytmie   muzyki. 

Orkiestra zaczęła grać jakiś wyjątkowo szybki kawałek i wokół nich rozległy się 

radosne okrzyki i tupot tańczących. 

– Nikt tak nie tańczy, jak my – szepnęła z twarzą wtuloną w jego ramię. 

– A co nas obchodzą inni. Tańczymy, jak nam się podoba – odparł. 

– Ale ludzie mogą pomyśleć, że zwariowaliśmy. 

–   I  mogą   mieć   rację.   –   Odebrał   jej   ostatni  argument.   Zacisnęła   powieki 

najmocniej   jak   umiała.   Czy   taki   jest   właśnie   jego   świat?   Ciemność   nie 

wydawała   jej   się   czymś   przerażającym   i   groźnym,   dopóki   była   w   jego 

ramionach.   Świat   skurczył   się,   jakby   obejmował   jedynie   ich   dwoje, 

przytulonych do  siebie  i kołyszących  się  w rytm tej  nie znanej i  magicznej 

muzyki. 

O   północy   orkiestra   zagrała   na   pożegnanie   „Luizjana   Blues”.   Pearce 

przygarnął ją do siebie jeszcze mocniej i zanurzył twarz w jedwabistą, pachnącą 

chmurę jej włosów. Z westchnieniem odchyliła głowę do tyłu. Oboje przestali 

tańczyć i znieruchomieli na chwilę. 

I wtedy Pearce poczuł się tak, jak w szybkobieżnej windzie, kiedy ta zaczyna 

background image

gwałtownie zjeżdżać w dół. Prawie bezwolnie, nie zdając sobie sprawy z tego, 

co robi, ujął jej twarz w dłonie i pocałował ją. Trwali złączeni w długim, czułym 

pocałunku, niewidziani przez nikogo, schronieni w intymnym mroku na skraju 

parkietu. 

Pomyślał, że musi wyznać jej prawdę. Koniecznie, jak najszybciej, jeszcze 

tej nocy. Nie miał siły już dłużej tego ciągnąć. 

Wracali do hotelu w milczeniu. Fritz wlókł się przed nimi i wyglądał na 

skrajnie zmęczonego. Mollie przypuszczała, że być może Pearce martwi się o 

psa i dlatego się nie odzywa. 

Sama też miała swoje zmartwienia. Tańczyli przed chwilą ze sobą jak para 

zakochanych, a przecież wiedziała, że z wielu powodów nie może po prostu się 

w nim zakochać. ‘

Bardzo przeżyła to, co wydarzyło się między nią a Michaelem, i nie doszła 

jeszcze po tym do siebie. Wiedziała, że nie powinna teraz zakochiwać się w 

innym mężczyźnie. Mogłoby to okazać się samooszukiwaniem się, szukaniem 

pociechy i rewanżu za nieudany związek. 

Gdy   dotarli   do   hotelu,   okazało   się,   że   wynajęcie   apartamentu   jest 

niemożliwe.   Fala   mrozów   zdewastowała   system   ogrzewczy   miasta.   W   całej 

Dzielnicy   Francuskiej   pękały   rury,   woda   ciekła   z   sufitów,   piece   centralnego 

ogrzewania się psuły, szereg pokoi nie nadawało się do wynajęcia. Nawet w tak 

luksusowym   hotelu,   jak   ten,   sytuacja   była   dramatyczna:   całe   Wschodnie 

skrzydło pozbawione było ogrzewania. 

W tej sytuacji Pearce zdecydował się wynająć dla siebie osobny pokój na 

tym samym piętrze. Poszli tam prosto z recepcji, nie rozebrawszy się nawet. 

Mollie miała pokazać Pearce’owi, jak ma się w nim poruszać. Pokój okazał się 

znacznie mniejszy i mniej luksusowy niż zajmowany przez nich poprzednio. 

– Naprawdę, nie mogę się na to zgodzić – zaprotestowała Mollie. – Dlaczego 

mam mieszkać jak królowa, podczas gdy ty tutaj... 

background image

– W tym skrzydle też zaczynają się kłopoty z ogrzewaniem – przerwał jej 

Pearce. – Dosyć się dzisiaj namarzłaś. Jutro znowu, mam nadzieję, będziesz 

moim przewodnikiem i musisz się przynajmniej wyspać w cieple. 

O   Boże,   pomyślała   zmieszana   Mollie,   najbardziej   to   wszystko   robi   się 

kłopotliwe, gdy on jest taki miły. 

– Nie mogę... – zaczęła znowu. 

– Musisz się zgodzić – przerwał jej powtórnie. 

– Tak postanowiłem i tak ma być. 

Westchnęła i spojrzała na Fritza, który zdążył już zwinąć się w kłębek na 

małym dywaniku i spał, ciężko oddychając. 

– Słuchaj. – Głos Pearce’a był znowu łagodny i ciepły. – Pójdź teraz do 

siebie,   zostaw   płaszcz   i   odśwież   się   trochę,   a   ja   zamówię   do   pokoju   jakąś 

brandy. I wróć tu zaraz, musimy ze sobą porozmawiać. 

– Porozmawiać? – zdziwiła się Mollie. Zaczęła nagle podejrzewać, że cała 

jego  serdeczność,  ciepło  i  urok  mogły  być  zaplanowaną  z  góry  grą,  mającą 

służyć tylko jednemu: aby zechciała się z nim kochać. Czy choćby ze sposobu, 

w jaki ze sobą tańczyli, nie mogło dla niego być oczywiste, że skłonna jest się z 

nim przespać? Zaśmiała się nerwowo i dodała:

– Przecież możemy porozmawiać jutro. 

–  Wolałbym   teraz.  To   jest   odpowiednia   chwila.   I   naprawdę   mam   ci   coś 

ważnego do powiedzenia. 

– Ton jego głosu był rzeczywiście absolutnie poważny. 

Dostrzegła, że twarz miał również poważniejszą niż zwykle. Ale o co mogło 

mu chodzić? Tańczyła  z nim  i całowała  się, to  prawda, ale  nie znaczyło  to 

bynajmniej, że chce w tym momencie iść z nim do łóżka. Uświadomiła sobie raz 

jeszcze, jak mało go zna, jak niewiele potrafi zrozumieć z jego zachowania. 

– Słuchaj – powiedziała – jest już późno. Nie jestem pewna, czy to dobrze, 

że jesteśmy tak... blisko siebie. Jest to dla mnie niezręczna sytuacja. 

Zbliżył   się   do   niej   o   krok,   a   ona   przesunęła   się   w   kierunku   drzwi, 

background image

zachowując bezpieczny dystans. 

–   Idę   do   mojego   pokoju   –   oświadczyła.   Ciemne   krążki   jego   okularów, 

tajemnicze i bez wyrazu, skrywały coś, czego nie potrafiła rozszyfrować. Mogła 

to   być   czułość,   pożądanie,   wstyd,   potrzeba   wyznania   czegoś.   Po   wspólnie 

spędzonym dniu, pełnym radości i beztroski, tak łatwo byłoby oddać mu się bez 

reszty, zapomnieć w jego ramionach o całym świecie, zapomnieć o jutrze. 

Jednak Mollie wiedziała, że ta reszta świata nie znika, lecz pozostaje realna, 

choć w chwilach pożądania może się wydawać inaczej. I jutro także pozostaje 

realne,   gotowe   na   to,   by   przyjść   i   wystawić   rachunek,   zażądać   zapłaty   i 

wyegzekwować każdy zaciągnięty dług. 

Popatrzyła na Pearce’a. Jeśli pozostanie tu jeszcze chwilę, nie będzie miała 

siły wyjść. 

–   Idę   do   mojego   pokoju   –   powtórzyła   zdecydowanie,   odwróciła   się   i 

skierowała do drzwi. Zmusiła się, by nie odwrócić się na dźwięk jego głosu. 

– Wrócisz tu zaraz? – Stał w otwartych drzwiach, podczas gdy ona oddalała 

się korytarzem w kierunku swego pokoju. 

– Nie wiem – rzuciła. 

– Zamówię brandy i zadzwonię do ciebie za chwilę. Mollie, musimy ze sobą 

porozmawiać. Zaufaj mi. – Usłyszała jeszcze. 

Uchyliła drzwi pokoju i wślizgnęła się do środka, zamykając je za sobą. 

Zaufaj mi, powiedział. Jak mogła zaufać jemu, kiedy tak naprawdę nie ufała już 

nawet sobie?

Powiesiła na wieszaku płaszcz. Bez obawy i lęku potrafiła być tak blisko 

niego w lokalu, gdy spowici w magiczny kokon muzyki tańczyli ze sobą tak 

długo. Przypomniało jej się, że we śnie, poprzedniej nocy, również ufała mu bez 

reszty. 

Za chwilę zadzwoni i poprosi, aby do niego przyszła. Co mu odpowie?

Odezwał   się   telefon.   Zdecyduj   się,   zdawał   się   wołać   jego   ostry   sygnał, 

zdecyduj!

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Podniosła   słuchawkę   i   w   ciszy,   jaka   nastąpiła,   usłyszała   przyspieszone 

uderzenia własnego serca. 

– Halo? – Udało jej się zachować doskonałą kontrolę nad głosem. 

Przez kilka denerwujących sekund telefon milczał. W końcu padło pytanie, 

zadane kobiecym głosem z nutą podejrzliwości:

– Kto jest przy telefonie?

– Mollie Randall – odpowiedziała całkowicie zaskoczona. 

– Czy to jest pokój 242? Może połączono mnie z innym numerem?

– Tak, to pokój 242. – Mollie była lekko poirytowana i nadal nie miała 

pojęcia, o co chodzi. 

– I kto tam jest przy telefonie? – Głos nieznajomej stał się zdecydowanie 

nieuprzejmy. Syczała wprost ze złości. 

– Mollie Randall – przedstawiła się ponownie. 

– Ach, Mollie Randall! – nieznajoma zaczęła mówić z przesadnie sztuczną 

słodyczą. – Gdzie też on cię poderwał? Myślałam, że jest tam z nim ta mała 

dziwka z Tampa, Melissa. 

Mollie z przerażeniem uświadomiła sobie, że kobieta ta dzwoni do Pearce’a i 

jest nie tylko wściekła, ale i skrajnie zaborcza. Nie wiedziała, co odpowiedzieć, 

tym bardziej, że nie poczuwała się do żadnej winy. Nie zrobiła przecież nic 

złego. Przynajmniej dotąd. 

– No i co?  – Tym razem głos w słuchawce był pewny siebie i drwiący 

zarazem.   –   Wiele   się   nie   pomyliłam.   Oczywiście   on   tam   jest.   Chcę   z   nim 

rozmawiać. Natychmiast!

–   Nie   ma   go   tutaj   –   odpowiedziała   mechanicznie   i   po   chwili   dopiero, 

doszedłszy   do   siebie,   poczuła   się   dotknięta   krzywdzącymi   ją,   obraźliwymi 

uwagami. 

background image

– Kto mówi? O co pani chodzi? – spytała ostro. 

– Tak się składa, że mówi kobieta, z którą on miał się ożenić w zeszłym 

tygodniu. Mam więc powód, by z nim o paru rzeczach porozmawiać. Ale to nie 

twój interes. I radzę ci, moja droga, zacznij lepiej pakować swoje manatki. Ten 

mężczyzna jest już zajęty. Należy do mnie. 

Mollie poczuła zawrót głowy. Jak to? Miał się ożenić? Pearce miał się ożenić 

w czasie tych świat? I tak jak Michael – tchórzliwy, kłamliwy Michael – znalazł 

sobie kogoś innego: Melissę – tę, która miała przylecieć samolotem z Tampa?

– Nie ma go tutaj – powtórzyła przez zaciśnięte zęby. 

– Wiem, że tam jest. Harry wszytko mi opowiedział. Daj go w tej chwili do 

telefonu! – Głos w słuchawce był natarczywy i impertynencki. 

Harry? Mollie omal nie zemdlała. A więc to tak! Czy Pearee kłamał do tego 

stopnia, żeby aż wymyślić historię o zmarłym bracie? Czy cała ta opowieść 

miała ją po prostu wzruszyć i wzbudzić jej współczucie? Jeśli tak, to było to 

świetnie pomyślane. 

– Nie ma go tutaj – powiedziała po raz trzeci, tym razem zdecydowanym, 

ostrym głosem. – Proszę spróbować się połączyć z pokojem 247. I nie życzę 

sobie, aby mnie obrażano. Nie zniosę tego dłużej!

– Rzuciła słuchawkę. 

Zrobiło   jej   się   niedobrze.   Po   chwili   dopiero   mdłości   zastąpiło   uczucie 

gniewu.  Tak   zła   nie   była   jeszcze   nigdy!   Pospiesznie   przemierzała   wzdłuż   i 

wszerz cały pokój. Zrzuciła na dywan poduszkę i kopnęła ją z całej siły. 

Jak można być taką idiotką, myślała zrezygnowana i wściekła, aby dwa razy 

pod   rząd   popełnić   to   samo   głupstwo?   Przecież   niewiele   brakowało,   aby 

zakochała   się   w   kimś   jota   w   jotę   podobnym   do   Michaela,   w   człowieku 

pozbawionym elementarnej uczciwości. 

Przecież prawie wzruszył ją do łez opowieścią o swym zmarłym bracie. Jak 

bardzo mu współczuła, że utracił swych bliskich! A najpewniej cała trójka – 

Harry, matka i wuj Faron – nie tylko żyje, ale i cieszy się zdrowiem nie gorszym 

background image

niż rodzinka cyrkowych akrobatów. Co nie przeszkadza Pearce’owi wyprawiać 

im   regularne   pogrzeby   przy   okazji   uwodzenia   każdej   kolejnej   naiwnej 

dziewczyny o miękkim sercu. 

Zadzwonił powtórnie telefon. Poniosła słuchawkę. 

Tym razem odezwał się Pearce. 

Głos miał napięty i niski. 

– Mollie – zaczął – zdaje się, że nastąpiło pewne nieporozumienie. 

– Owszem – odpowiedziała lodowatym tonem. – Z całą pewnością. 

– Przyjdź do mojego pokoju. Podali już nasze brandy i wszystko ci spokojnie 

wytłumaczę. Ta kobieta nie jest już moją narzeczoną. Byłem głupcem, zgadzając 

się na to, by choćby przez chwilę nią była. Przerwałem to... 

–   I   przerwij   także   tę   rozmowę.  Absolutnie   nie   mam   zamiaru   do   ciebie 

przychodzić. Ty... ty, erotomanie!

–   Nie   jestem   erotomanem,   tylko   normalnym   mężczyzną,   który   zerwał   z 

kobietą dlatego, że była cholernie zazdrosna. 

– I miała po temu powody – przerwała mu ponownie. – Miałeś tu być z kimś 

innym. I twoja narzeczona nie musiała być zachwycona tym, że znalazła cię 

tutaj w moim towarzystwie. 

– Mollie, miałem się tu spotkać z pewną osobą z Tampa. Przecież ci o tym 

mówiłem. – Ton jego głosu stał się denerwująco jednostajny. – Co to za dziwne 

pretensje? Jestem pełnoletni, nie mam żadnych zobowiązań wobec nikogo poza 

sobą samym i jeżeli chciałem spotkać się z jakąś kobietą i spędzić z nią święta, 

to chyba miałem do tego prawo. Okazało się, że nie mogła przyjechać i wtedy 

spotkałem ciebie. 

– Słuchaj – wybuchła Mollie – nie lubię występować w niczyim zastępstwie. 

I wiem sama, jakie to bolesne, gdy okazuje się, że jakaś inna kobieta... A jeśli 

już musisz poużalać się nad sobą i wypłakać w czyjąś marynarkę, to proponuję, 

abyś zadzwonił do swego braciszka Harry’ego. Nie do nieba, zresztą, tylko do 

Kalifornii. 

background image

– Co? – Pearce prawie krzyknął z najszczerszym oburzeniem, – Słyszałeś 

chyba, co powiedziałam – ciągnęła bezlitośnie Mollie. – Zadzwoń do brata. 

Twoja... twoja dziewczyna powiedziała mi, że Harry dał jej numer tego pokoju. 

Tak się przejął swym zmartwychwstaniem, że zapomniał o dyskrecji. Wypaplał 

się po prostu, biedaczek. 

Nastąpiła   chwila   ciszy.   W   końcu   Pearce   zaczął   mówić   głosem   jeszcze 

bardziej lodowatym niż poprzednio Mollie. 

– Mój brat Harry nie żyje od dwudziestu jeden lat. Na świecie jest jeszcze 

paru ludzi, którzy mają to samo imię. Na przykład mój sąsiad, Harry Billford 

Mollie ściskała słuchawkę tak mocno, że aż zbielały jej palce. Usiadła ciężko na 

brzegu łóżka. 

W jego głosie było tyle szczerego oburzenia, sprawiał wrażenie tak do głębi 

urażonego, że całkowicie ją to zaskoczyło. Jeżeli w złości wyciągnęła fałszywy 

wniosek   z   tego,   co   usłyszała,   to   naprawdę   postąpiła   okropnie.  A  przecież 

rzeczywiście   ta   kobieta   użyła   tylko   imienia,   nie   mówiła,   że   chodzi   o   brata 

Pearce’a. 

– Słuchaj. – Głos Pearce’a prawie syczał w słuchawce. – Wiem, że mogła 

powiedzieć ci coś obraźliwego. 

Wiem aż nadto dobrze, do czego jest zdolna. Potrafiła to świetnie ukrywać 

do czasu, gdy jej powiedziałem, że z nią kończę. Dostatecznie długo udawała 

słodką idiotkę i musiało ją to wiele kosztować. I naprawdę nie mogłem spędzić z 

tą kobietą reszty życia. Była zazdrosna o wszystko. O moją pracę, moje ambicje, 

nawet o mojego wuja. 

Mollie,   słuchając   go,   poczuła,   że   rumieni   się   ze   wstydu.  To,   co   mówił, 

brzmiało   sensownie   i   prawdopodobnie.   Rzeczywiście,   nawet   z   tak   krótkiej 

rozmowy   telefonicznej   wynikało,   że   jest   to   kobieta   zazdrosna,   zaborcza   i 

złośliwa. 

– Nie muszę przecież ci tego opowiadać – mówił już teraz opanowanym, 

prawie takim jak zawsze głosem. 

background image

– A robię to tylko dlatego, że cię tak bardzo lubię. Tą kobieta... nazywa się 

Irina Thomas i pochodzi z bardzo wpływowej rodziny w Hollywood: Najpierw 

pracowaliśmy razem, a potem przerodziło się to w pewien... związek.

– Nie musisz się tłumaczyć – przerwała mu znowu. 

– Nie prosiłam cię o żadne wyjaśnienia. 

– Wiem, że nie muszę, ale po prostu chcę ci to opowiedzieć. No więc, ona 

pragnęła, żebyśmy się pobrali. A ja pomyślałem: do diabła, mam trzydzieści 

sześć lat, robimy jakieś rzeczy razem, może nie będzie tak źle. I to był mój błąd, 

bo bardzo szybko zaczęło być źle, i to tak, że gorzej być nie mogło. W niczym 

się   nie   zgadzaliśmy.  W  listopadzie   zachorował   mój   wuj,   a   ona   nie   chciała, 

żebym do niego pojechał, bo to komplikowało te jej precyzyjne plany przyjęcia 

weselnego.   Kochałem   tego   człowieka.   Czy   miałem   pozwolić,   żeby   umierał 

samotnie z powodu snobistycznych zobowiązań towarzyskich tej idiotki? No i 

powiedziałem jej: rozstajemy się, muszę trzymać się swojej własnej drogi. To 

wszystko. Koniec historyjki. 

Mollie nic nie odpowiedziała. Siedziała nadal na brzegu łóżka, przygryzając 

zębami   dolną   wargę.   Jeszcze   raz   uświadomiła   sobie,   jak   bardzo,   niemal 

rozpaczliwie, chce mu wierzyć. 

– Mollie. – Zadrżała, słysząc go ponownie. – Jesteś tam jeszcze?

– Tak – odezwała się. 

– Jeśli uważasz, że tak będzie dla ciebie lepiej, to nie przychodź do mnie 

teraz. 

– Dobrze – odparła. Była mu wdzięczna, ale jednocześnie doznała, ledwo 

uświadomionej, bolesnej tęsknoty niespełnienia. 

– Mollie. – Ton, jakim wypowiedział jej imię, sprawił, że drżała tak, jakby 

okna   w   pokoju   były   otwarte   na   oścież.   –   Musimy   ze   sobą   jak   najszybciej 

porozmawiać. Są pewne rzeczy... muszę znaleźć sposób, aby ci je wytłumaczyć. 

Tylko do tego potrzebny jest odpowiedni moment. Zgoda?

–   Zgoda   –   potwierdziła,   ale   nie   zrozumiała   z   tego   nic.   Znowu   miała 

background image

przeczucie,   że   dzieje   się   między   nimi   coś   nieprawdopodobnego.   To   jego 

obecność, albo sam głos, sprawia, że niemożliwe staje się możliwe. 

– Mollie – rzekł stłumionym głosem – dobranoc, Mollie. Dobrych snów, 

kochanie. 

Rozłączył   się   i   ona   także   odłożyła   słuchawkę.   Czuła   się   znużona   i 

wyczerpana nerwowo. Położyła się na łóżku i skuliła tak, jak to robią dzieci. 

Kochana... Powiedział: kochana... Kiedyś, gdy była z Michaelem, myślała, 

że wie, co to znaczy. Teraz nie była już tego pewna. 

Pearce leżał na wznak, z rękami pod głową i patrzył w sufit. Fritz, zwinięty 

w kłębek na dywaniku, ciężko oddychał przez sen i trząsł się z zimna. 

Pearce   zaklął   pod   nosem,   wstał,   ściągnął   z   łóżka   koc   i   okrył   nim   psa. 

Pogłaskał jego siwiejący łeb i położył się z powrotem. 

Jego   ciemne   okulary   leżały   na   nocnym   stoliku.   Ód   czasu   rozmowy 

telefonicznej z Iriną był zbyt zdenerwowany, by chciało mu się nadal udawać 

niewidomego. Pęknięcie tynku na suficie układało się w kształt znaku zapytania, 

ale to ironiczne skojarzenie bynajmniej, go nie bawiło.

Próbował odpędzić natrętne myśli, ale bezskutecznie. Znowu ta Irina... Była 

śliczną, filigranową blondynką o zwodniczej urodzie elfa. Jej ojciec posiadał 

kontrolny   pakiet   akcji   wytwórni   filmów   animowanych   TAS   –   Thomas 

Animation Studios, w której Pearce pełnił obowiązki zastępcy dyrektora. Irina 

była jego jedyną córką i Russ Thomas zawsze spełniał wszelkie jej zachcianki. 

Ostatnio zapragnęła mieć Pearce’a. 

I prawie jej się to udało. Jej bezwzględny egoizm szybko dał znać o sobie. 

Pearce   miał   własne   plany   artystyczne,   głównie   pomysł   filmu   o   krecie 

detektywie;  Irina  była  temu  wszystkiemu  przeciwna.  Jego  rola,  jej  zdaniem, 

powinna sprowadzać się do tego, by po odejściu na emeryturę jej ojca prowadził 

dalej wytwórnię tak, jak dotąd – bez żadnych zmian i innowacji. 

Uświadomił   sobie   wreszcie,   że   jest   po   prostu   zazdrosna   o   jego   plany 

background image

twórcze. Wolałaby najwyraźniej, by zamiast filmowi, całą uwagę poświęcał jej 

samej. Dorosła kobieta, myślał z niechęcią, zazdrosna o kreta z nie istniejącego 

jeszcze filmu. Niewiarygodne!

Decyzję o rozstaniu podjął wtedy, gdy okazało się, że wuj Faron, który już 

od   dłuższego   czasu   chorował,   niedługo   umrze.   Ojciec   Iriny,   za   jej   namową 

oczywiście, nie chciał dać Pęarce’owi urlopu. Irina twierdziła, że skoro wuj 

Faron tak czy inaczej umrze, wyjazd Pearce’a do Nowego Jorku niczego nie 

zmieni. Poza tym – jak on może myśleć w tym momencie o jakimś wyjeździe, 

wiedząc, jak bardzo skomplikuje to szczegółowo ułożone; przez nią plany. 

I wtedy miarka się przebrała, Pearce zakomunikował staremu Thomasowi, że 

jedzie do wuja, nawet jeśli miałoby to oznaczać utratę pracy. Irinie powiedział, 

że ich małżeństwo nie ma sensu, skoro najwyraźniej nie potrafią się porozumieć. 

Pojechał do Nowego Jorku i dzięki niemu wuj nie umierał samotnie. Pearce 

nie wiedział nic o pieniądzach, jakie wujowi udało się odłożyć w ciągu ostatnich 

lat. Kupował pojedyncze akcje i w sumie uzbierało się około półtora miliona 

dolarów. 

– Zostawiam ci tę forsę – powiedział wuj – możesz zacząć robić ten swój 

film. Ostatnio o niczym innym nie gadałeś, tylko o tym. – Leżał wychudzony na 

szpitalnym   łóżku,   już   bardzo   słaby   i   zapadnięty   w   sobie,   nie   tracił   jednak 

pogody ducha. 

– Ten kret... chyba ma coś wspólnego ze mną?

– spytał i zakrztusił się kaszlem. 

Pearce przyznał, że tak. Oczywiście, to wuj Faron, który, choć niewidomy, 

nigdy nie pozwalał, aby ograniczało to jego niezależność, zainspirował go do 

wymyślenia postaci kreta-detektywa. Wuja to najwyraźniej ucieszyło. 

I wtedy właśnie powiedział o tych swoich trzech życzeniach: pieniądzach na 

film, dziewczynie w samolocie i psie. 

– I pamiętaj, żadnej żałoby po mnie – zakończył. 

– Życie miałem dobre, ale zmęczyło mnie już i jestem gotowy, aby stąd 

background image

odejść. Zrób więc, co mówiłem. I jeszcze raz cię proszę, zaopiekuj się Fritzem. 

To był wierny przyjaciel. Gdybyś jechał do Nowego Orleanu, weź go ze sobą. 

Boże, jak on lubił tamte zapachy!

Pearce skinął głową. Czuł bolesny ucisk w gardle. 

– Wuju, masz to załatwione – wyjąkał. 

Po   śmierci   wuja   Farona   został   jeszcze   przez   tydzień   w   Nowym   Jorku, 

porządkując sprawy majątkowe. Zadzwonił, do ojca Iriny i oświadczył, że nie 

wraca   i   rozpoczyna   pracę   nad   własnym   filmem.   Dowiedział   się

;

,   że   jest 

głupcem, a po tym, co się stało, Irina nie widzi dla niego miejsca w wytwórni 

TAS. Potem zadzwoniła ona sama, na wymyślała mu okropnie i stwierdziła, że 

nie chce go więcej widzieć na oczy. 

Świetnie, skwitował to Pearce, i rzeczywiście myślami był już daleko. Nie 

potrafił właściwie dokładnie odtworzyć, jak narodził się pomysł, aby udawać w 

tej podróży niewidomego. Było to dla jego filmu nieodzowne doświadczenie i 

chciał zacząć jak najprędzej. Miejscem akcji miał być Nowy Orlean. Transport 

psa nastręczał pewne problemy, a wuj Faron prosił, aby zabrał go ze sobą do 

tego miasta.

Zapalił się do tego pomysłu. Wydał mu się oryginalny i oprócz praktycznych 

korzyści dostarczał okazji do świetnej zabawy. 

No właśnie. Mogło być bez problemów, wesoło i pożytecznie. Dopóki nie 

spotkał Mollie... 

Najpierw   mówił   –   sobie,   że   potrzebuje   jej   jako   przewodnika.   Potem,   że 

chodzi mu o jej głos. W ogóle wmawiał sobie różne rzeczy. A naprawdę powody 

były znacznie ważniejsze i nie chciał po prostu przed sobą samym się do nich 

przyznać. Szczególnie teraz, gdy był w zasadzie bez stałej pracy i zdecydował 

się   podjąć   najbardziej   ryzykowny   krok   w   swoim   życiu.   To,   co   planował, 

wymagało   trzech   lat   wysiłków   tak   intensywnych,   że   nikt   przy   zdrowych 

zmysłach dobrowolnie by ich nie podjął. Był gotów rzucić na szalę wszystko: 

pieniądze, które ma i które jeszcze będzie musiał pożyczyć – a w grę wchodziły 

background image

wielomilionowe sumy, swoją karierę i reputację. Po całej tej historii z Iriną nie 

wyobrażał   sobie,   aby   ktoś   zechciał   dzielić   z   nim   takie   ryzyko.   Co   więcej, 

uważał, że nie ma prawa kogokolwiek ó to prosić. 

Mimo wszystko nie chciał jednak stracić Mollie Randall. A gdy powie jej 

prawdę, to najprawdopodobniej ich znajomość się skończy. Jej głos, cudowne 

rudozłote włosy i piegi, i śmiech – wszystko zniknie dla niego na zawsze. 

No i trudno, próbował sobie tłumaczyć. Powinien robić swoje: nauczyć się 

na pamięć każdego kroku ślepego kreta. Po to ostatecznie przyjechał do Nowego 

Orleanu... 

Leżał tak przez pół nocy, myślał o Mollie i wpatrywał się w widniejący na 

suficie znak zapytania. 

Mollie   stała   przed   drzwiami   pokoju   Pearce’a.   Przybrała   postawę   pełną 

zdecydowania i zapukała. Była już pewna, co ma robić dalej. Absolutnie nie 

wolno jej angażować się, wmawiać w siebie, ‘ że mogłaby się w nim zakochać. 

Musi być ostrożna. Ostatnio dosyć już miała w życiu kłopotów. Zapukała raz 

jeszcze. 

Pearce otworzył drzwi. Spojrzała w ciemne szkła jego okularów. Twarz miał 

znużoną i nie ogoloną i wyglądał, jakby w ogóle nie spał. Ubranie, które nosił 

już trzeci dzień, pogniotło się i wyglądało nieświeżo. 

– Co ci się stało? – spytała z niepokojem. 

– Mnie nic – odparł krótko – ale z psem jest niedobrze.

– O Boże! – Wszelkie postanowienia, aby zachować chłodny dystans, na nic 

się   nie   zdały.   Mollie   przebiegła   obok   Pearce’a   i   uklękła   na   podłodze   obok 

dywanika. Fritz popatrzył na nią i w jego bursztynowych ślepiach malowało się 

coś w rodzaju bezradnego zdumienia. Próbował wstać, ale tylne łapy nie mogły 

utrzymać ciężaru jego ciała. Zrobił kilka nie skoordynowanych ruchów zadem, 

zakołysał się i z jękiem zwalił na podłogę. 

– Och, Fritz, biedny, dobry Fritz. – Mollie głaskała i obejmowała dłońmi 

background image

jego pysk. 

Co będzie, jeśli umrze, myślała przerażona. Czy pies cierpi, czy tylko jest 

sparaliżowany? Co Pearce pocznie bez niego? Trzeba natychmiast coś zrobić i 

ona musi się tym zająć. 

– Potrzebny jest weterynarz – powiedziała, w dalszym ciągu głaszcząc psa, 

który położył pysk na jej kolanach. – Poszukam w książce telefonicznej. 

–   Mollie   –   odezwał   się   Pearce,   ciągle   jeszcze   stojąc   przy   drzwiach   – 

mówiłem, że mam ci coś ważnego do powiedzenia, i właśnie... 

–   Nie   teraz   –   przerwała   mu   zniecierpliwiona.   Pies   nie   spuszczał   z   niej 

wzroku, jakby o coś prosił, i znowu cicho zaskomlał. 

– Ale to jest bardzo ważne!

– Nic innego mnie teraz nie obchodzi – odparła Mollie. W tym momencie 

interesował ją tylko pies. 

– Najpierw musimy się nim zająć. Przecież on cierpi – rzekła. 

Zgarnęła z podłogi pognieciony koc i otuliła nim szczelnie staruszka. 

– Mollie. – Głos Pearce’a był zmieniony i napięty. Jeśli miała ochotę na 

poważną rozmowę, to na pewno nie w takim momencie. Pies znowu zaskomlał. 

–   Spokojnie,   po   kolei   –   powiedziała   stanowczo   i   podniosła   się.   –   Nie 

interesuje mnie w tej chwili twoje życie osobiste. Myślę, po prostu, jak pomóc 

psu. 

Odwróciła   się   do   Pearce’a   i   zaczęła   przerzucać   książkę   telefoniczną.   Po 

chwili doszła do wniosku, że to strata czasu, i nakręciła numer recepcji. 

– Mówi Mollie Randall z pokoju 242. Dzwonię w sprawie dotyczącej pana 

Goddarda   z   pokoju   247.   Zdarzył   nam   się   wypadek.   Pies-przewodnik   pana 

Goddarda   nagle   zachorował.   –   Nabrała   głęboko   powietrza,   próbując   zebrać 

myśli. – Chodzi o zrobienie trzech rzeczy. Po pierwsze, proszę zadzwonić do 

najbliższej kliniki weterynaryjnej i powiedzieć im, że pies zachowuje się, jakby 

miał sparaliżowane tylne łapy. Niech będą gotowi przyjąć nas natychmiast. To 

nagły wypadek. Następnie, proszę zamówić dla nas taksówkę i przysłać gońca 

background image

do pokoju 247, aby pomógł znieść psa. Oczekujemy go natychmiast. Dziękuję. 

Odłożyła   słuchawkę   i   odwróciła   się   w   stronę   Fritza.   Próbował   wstać 

ponownie, zaskomlał i osunął się na podłogę. 

– O Boże! – Zrozpaczona Mollie wplotła palce we włosy. – To okropne. – W 

jej oczach pojawiły się łzy. 

Podeszła do szafy i podała Pearce’owi kurtkę. 

– Świetny z ciebie organizator – powiedział to tak, że nie wiedziała, czy 

mówi z podziwem, czy z ironią. 

– Tylko niepotrzebnie prosiłaś tu gońca. 

– Ja Fritza nie uniosę, a ty także nie powinieneś tego robić – odparła Mollie. 

Usiadła   na   podłodze.   Uniosła   łeb   psa   i   położyła   go   ponownie   na   swoich 

kolanach.   –   Dobry   pies,   dobry   pies   –   powtarzała   –   nie   bój   się,   zaraz   ci 

pomożemy. 

–  Ale   przecież   z   powodzeniem   moglibyśmy   go   znieść   sami...   –   zaczął 

Pearce. – Słuchaj, Mollie, chciałem ci właśnie powiedzieć, że…

– A ja ci właśnie mówię, że nie wolno ci tego robić!

–   prawie   krzyknęła.   –   Co   będzie,   jak   spadniesz   ze   schodów?   O   siebie 

możesz   nie   dbać,   to   twoja   sprawa,   ale   psu   mogłoby   to   zaszkodzić   jeszcze 

bardziej. 

– O Boże! Co ty robisz, Mollie? Płaczesz?

– No i co z tego – obruszyła się, ocierając dłonią łzę na policzku. – Czy to 

jakieś przestępstwo?

Fritz znowu próbował wstać. 

– Leż, piesku, leż – prosiła go Mollie, delikatnie przyciskając dłońmi jego 

zad. – Zostań tutaj. Dobry pies. – Jej głos załamał się i przeszedł w szloch. 

– Mollie, do jasnej cholery, przestań płakać, bo... 

– Pearce rozpaczliwie szukał argumentu. – Bo denerwujesz psa – dokończył. 

– Dobrze – obiecała, rozmazując na twarzy łzy. 

– Zaraz przestanę. 

background image

Pearce odwrócił się, oparł czoło o framugę i walił pięścią w drzwi. 

–   Piekło   sobie   zrobiłem   z   życia,   piekło   –   powtarzał.   Strasznie   się   musi 

martwić o psa, myślała Mollie. 

Weterynarz,   doktor   Broussard,   był   młodym,   wysokim   człowiekiem   ze 

starannie przystrzyżoną, czarną brodą. 

– Te owczarki – mówił, badając psa – mają często problemy ze stawami 

biodrowymi. To wina hodowców, którzy krzyżują je w bliskim pokrewieństwie. 

Ale u tego staruszka... to wygląda raczej na reumatyzm. Mówił pan, że pies 

zmarzł?

– Tak – potwierdził Pearce – chodził wczoraj cały dzień po dworze, a w 

hotelu mamy kłopoty z ogrzewaniem. Poza tym tutaj, na Południu, jest trochę 

inny rodzaj zimna – dużo wilgoci. 

– No właśnie – rzekł doktor Broussard, obmacując biodro psa. – Powinno się 

go zostawić u nas na krótką obserwację. Jeżeli jest to reumatyzm, wówczas 

będziemy   mogli   mu   pomóc.   Dysponujemy   już   obecnie   lekami,   które 

błyskawicznie postawią go na nogi. Tylko że tu chodzi o serię zastrzyków, i to 

naprawdę jest dość kosztowne. 

Zdenerwowana   Mollie   przełknęła   ślinę.   Pearce   w   dalszym   ciągu   był   nie 

ogolony, oboje mieli pogniecione ubrania i wyglądali na mocno zaniedbanych. 

Weterynarz zapewne wątpił, czy stać ich na leczenie psa. 

– Pieniądze nie grają roli – oświadczył Pearce. – Zapłacę panu z góry. – 

Wyjął portfel i otworzył go. 

Doktor   przyjrzał   się   uważnie   grubemu   zwitkowi   banknotów   i   powtórnie 

skierował wzrok na Pearce’a. 

– Ależ nie jest to konieczne! Naturalnie, ufam panu”. Problem raczej w tym, 

czy   poradzi   pan   sobie   bez   psa.   Rozumiem,   że   jest   pan   z   żoną?   –   Spojrzał 

pytająco na Mollie.

– Nie, nie jesteśmy małżeństwem – wyjaśniła i opiekuńczym gestem ujęła 

background image

Pearce’a pod ramię – ale z pewnością damy sobie razem radę. Zaręczam, że nie 

złego się nie stanie. 

– Cieszę się, że pozostanie pan pod dobrą opieką. – Doktor uśmiechnął się 

do   Mollie.   Proszę   więc   zadzwonić   jutro.   Są   święta,   ale   będę   tutaj   około 

dziesiątej, aby nakarmić i wyprowadzić moich pensjonariuszy. Jeżeli zastrzyki 

podziałają, psa będzie już można stąd odebrać. Na razie absolutnie nie powinien 

chodzić, musi odpocząć. 

–  Doskonale  –  powiedziała   Mollie,  patrząc  na  zasępioną  twarz  Pearce’a. 

Ścisnęła go za rękę. Zrobię wszystko, co będzie trzeba. 

Doktor Broussard spostrzegłszy, z jakim wyrazem twarzy Mollie wpatruje 

się w Pearce’a, powiedział z westchnieniem:

– Jest pan bardzo szczęśliwym człowiekiem, panie Goddard. 

Pearce skrzywił się. 

–  No tak  – odpowiedział bez  przekonania. Wyszli z  kliniki  i wsiedli do 

oczekującej na nich taksówki. 

–   Po   drodze   do   hotelu   zatrzymamy   się   jeszcze   przy   jakimś   sklepie   z 

ubraniami – polecił Pearce kierowcy. 

–   Z   ubraniami?   –   spytała   Mollie.   Ciągle   jeszcze   martwiła   się   o   Fritza. 

Prześladował ją widok psa, który nie potrafił o własnych siłach stanąć na łapach. 

– Już dłużej nie wytrzymam w tych nieświeżych ciuchach. – Skrzywił się 

Pearce. – Obawiam się, że jak zdejmę koszulę, będę mógł postawie ją w kącie 

na baczność. I chciałem także kupić coś dla ciebie. 

– Nie, nie zgadzam się. – Mollie energicznie potrząsnęła głową. – Uprałam 

sobie wszystko, co można było uprać.

Pearce przełożył ramię przez oparcie tylnego siedzenia. Znowu uświadomiła 

sobie, jak mocno działa na nią jego bliskość. Czuła płynące od niego ciepło i 

zapach hotelowego mydła i szamponu. 

To   niezwykły  człowiek,  myślała. Właściwie  zapomniała  zupełnie,  że   jest 

niewidomy. Ale przecież nie wolno jej o tym zapominać, bo co się stanie, jeśli 

background image

pies nie wydobrzeje? Martwiło ją to nadal. 

Wyglądała przez szybę, starając się nie zwracać uwagi na bliskość Pearce’a. 

– Jak myślisz, czy on wyzdrowieje? – spytała. 

– Z tego, co mówił doktor, wynika, że chyba wszystko będzie dobrze. – 

Starał się ją pocieszyć. 

– Przestań się już tym zamartwiać. 

– Wiesz, wszystko tak się dziwnie ułożyło – mówiła niepewnie, starając się 

nie patrzeć na niego – wstałam rano... i uświadomiłam sobie, jaki dziś mamy 

dzień.   Jakoś   mi   się   zrobiło   żal   samej   siebie,   Wiem,   że   to   głupie.   Nie 

zamierzałam się rozczulać, lecz gdy zobaczyłam Fritza i on... to już naprawdę 

nie wytrzymałam. Teraz już na pewno będę nad sobą panować. Źle się zaczęło, 

ale skończy się dobrze, prawda?

– Uświadomiłaś sobie jaki mamy dziś dzień? – powtórzył zdumiony Pearce. 

Czuła na szyi jego oddech. 

Ujął między palce luźny kosmyk jej włosów. 

– Jutro Boże Narodzenie – wyjaśniła – a dziś mamy Wigilię. U nas w domu 

święta zaczynały się w wigilijny wieczór. Wiesz, dawaliśmy sobie prezenty... 

Pierwszy   raz   nie   spędzam   świąt   razem   z   nimi.   W   twojej   rodzinie   też 

obchodziliście Wigilię?

– Tak. – odpowiedział. Nawinął kosmyk jej włosów na palec i bawił się nim. 

–   Harry   i   ja   byliśmy   zbyt   niecierpliwi,   żeby   czekać   do   następnego   dnia, 

szczególnie Harry. Gdy był dzieckiem, zawsze awanturował się, żeby pozwolili 

mu ukryć się w kominku. Liczył na to, że Święty Mikołaj wyląduje mu wtedy 

prosto na głowie i że wyłudzi od staruszka kilka zabawek więcej. 

Mollie odwróciła się w jego stronę. Był jeszcze bliżej, niż przypuszczała. 

Jego  przystojna,  tajemnicza  twarz  przesłaniała jej  całe  pole widzenia. Nagle 

zapragnęła odgarnąć mu z czoła jego ciemne włosy, tego ranka jeszcze bardziej 

potargane niż zwykle. Opanowała się jednak i zamiast to zrobić, przycisnęła do 

siebie odzianą w rękawiczkę dłoń. 

background image

– Wiesz, jeszcze jedna rzecz mnie bardzo martwiła – przyznała zawstydzona. 

–   To,   co   powiedziałam   wczoraj   wieczorem   na   temat   twojego   brata,   było 

naprawdę okropne. Czułam się... czuję się nadal bardzo nie w porządku. 

– Daj spokój – powiedział miękko, nadal bawiąc się jej włosami – to było 

nieporozumienie. Nie przejmuj się. 

W tak tkliwy, rozmarzony sposób pieścił jej włosy, że znowu poczuła ten 

sam, dobrze już znany, dreszcz schodzący wzdłuż pleców. Odwróciła się od 

niego ponownie, pragnąc opanować reakcje, które w niej wywoływał. 

–   Przepraszam,   że   płakałam,   ale   byłeś   tak   smutny,   a   kiedy   zobaczyłam 

Fritza... – Jej głos, zwykle tak dobrze kontrolowany, znowu się załamał. 

–   Nie   martw   się.   –   Pearce   objął   ją   ramieniem   i   przygarnął   do   siebie.   – 

Wszystko będzie dobrze. 

Oparła głowę o jego pierś. Jego ramię zdawało się osłaniać ją od wszelkich 

niebezpieczeństw   tego   świata.   Myślała,   że   zdoła   zachować   wobec   niego 

rezerwę, ale okazało się to niemożliwe. Czuła się zbyt błogo i bezpiecznie w 

jego objęciach. 

– Naprawdę wszystko będzie dobrze? – spytała. 

– Nic złego nie może się już chyba zdarzyć. Przecież mamy Wigilię i Boże 

Narodzenie. 

Zdawało jej się, że poczuła, jak jego mięśnie stężały. 

Przez chwilę milczała. Pogłaskał delikatnie jej włosy. 

– Nie – zapewnił wreszcie – w Wigilię i Boże Narodzenie nic złego się już 

nie zdarzy. Obiecuję ci to. 

Nachylił się i ucałował jej ucho. 

Wiedział, że nie wyzna tego, na czym mu tak zależało. Jeszcze nie teraz... 

Przytulił ją ramieniem do siebie jeszcze mocniej, tak jakby pragnął obronić 

ją przed wszelkim złem. Alę w głębi duszy czuł, że najbardziej potrzebna jej jest 

obrona przed nim samym. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Trudno, myślał Pearce. Nie wyzna jej prawdy ani w Wigilię, ani w Boże 

Narodzenie. Będzie musiał poczekać. 

Zrobili zakupy. Przy pomocy Mollie, która wszystko dla niego wybierała, 

Pearce   kupił   sobie   ciemnozielony   sweter,   białą   koszulę   i   czarne,   sportowe 

spodnie, także slipy i białe, bokserskie szorty. Przy tych ostatnich zakupach rola 

doradcy   była   dla   Mollie   zdecydowanie   krępująca.   Potem   wymógł   na   niej 

prawie, aby zechciała przyjąć kupioną dla niej w eleganckim butiku bluzkę i 

komplet bielizny. 

Wracali   do   hotelu.   Mollie   spojrzała   na   taksometr   i   suma,   jaką   na   nim 

zobaczyła, przeraziła ją trochę. Pearce zdawał się tym zupełnie nie przejmować. 

– Czym się znowu martwisz? – powiedział. – Mówiłem ci, że rozkręcam 

pewien   duży   interes.  To   moje   ostatnie   szaleństwo.   Dotąd   nie   robiłaś   z   tego 

problemu i teraz też nie psuj zabawy. 

– Czuję się nie w porządku – marudziła Mollie. 

– Zbyt dużo pieniędzy na mnie wydajesz. Jemy jak para królewska, śpię w 

najlepszym pokoju, a teraz ta taksówka... i jeszcze jakieś prezenty... 

Na jego twarzy pojawił się szeroki, leniwy uśmiech. 

– Ej, zrzęda się z ciebie robi, Mollie. Przecież to nie w twoim stylu. O co ci 

chodzi? Chcesz mi zepsuć święta?

– Ależ skąd! – zaprotestowała. 

– No to ciesz się – powiedział i spoważniał nagle – po prostu ciesz się. 

Przysięgam,   że   tylko   na   tym   mi   zależy.   Przecież   nikt   tu   cię   nie   chce 

kompromitować. 

Po powrocie do hotelu Mollie poszła do swego pokoju, by się przebrać. Była 

ogromnie wdzięczna Pearce’owi, że wreszcie czuje się czysta i odświeżona w 

nowej bluzce i bieliźnie. Po chwili jednak pomyślała, że był to prezent zbyt 

background image

intymny. Nie powinna była go przyjmować, ;a skoro już tak się stało, najlepiej 

będzie   powiedzieć   stanowczo,  że   zwróci   mu   pieniądze.   Naprawdę   nie  może 

pozwolić sobie na to, by występować w roli utrzymanki. 

Miała   wpaść   po   niego,   aby   znów   wyruszyć   wspólnie   do   miasta.   Szła, 

obiecując   sobie,   że   tym   razem   musi   lepiej   panować   nad   sytuacją.   Zaraz   po 

wejściu zauważyła, że powtórnie skaleczył się w brodę przy goleniu. Dwa razy 

pod rząd? Wczoraj i dziś? To dziwne, pomyślała. 

– Och, Pearce – zawołała z troską w głosie – znowu się skaleczyłeś? Jak tak 

dalej pójdzie, nie wrócisz już nigdy do Kalifornii. Umrzesz tutaj z upływu krwi. 

Prawie bezwolnie, nie zastanawiając się nad tym, co robi, dotknęła palcami 

jego   brody.   Nowe   skaleczenie   było   płytsze   niż   poprzednie,   a   obie   blizny 

krzyżowały   się   ze   sobą,   tworząc   przechyloną   literę   „x”   poniżej   jego   pełnej 

dolnej wargi. 

To nieoczekiwane dotknięcie zelektryzowało go także. Chwycił jej dłoń i 

przytulił do gładko wygolonego policzka. Nachylił się nad nią i wyszeptał:

– Mollie... – Jego twarz przybrała wyraz głębokiej powagi. Kilkakrotnie już 

go takim widziała. 

– Co? – westchnęła. Zauroczona, wpatrywała się w niego bez ruchu. 

– Mollie... – Jego głos był niski i stłumiony. – Mollie... 

Nie powiedział nie więcej. Ujął jej twarz w dłonie, nachylił się i pocałował 

ją. Pocałunek był długi, zrazu delikatny, potem coraz bardziej namiętny. Myślała 

sennie, że mogłoby to trwać bez końca. Dotyk jego ust był czymś cudownym. 

To on pierwszy oderwał od niej wargi. 

– Mollie – znowu wymówił jej imię, tym razem tak, jakby sprawiało mu to 

ból. Przytulił  ją  do siebie mocno,  prawie rozpaczliwie.  – Pragnę,  byś  miała 

szczęśliwe święta – powiedział z drżeniem w głosie. – Naprawdę tylko tego 

pragnę. I dlatego wynośmy się stąd, zanim zrobimy coś, czego będziesz potem 

żałować. 

Nie będę żałowała niczego, co może mi się przy tobie zdarzyć, pomyślała, 

background image

przywierając   do   niego   jeszcze   mocniej.   Ta   myśl   wstrząsnęła   nią   do   głębi. 

Wiedziała, że wreszcie wyznała”  sobie oczywistą prawdę. Kochała  go, choć 

mogło wydawać się to szaleństwem. I pragnęła go, mimo wszelkich związanych 

z tym zagrożeń. 

Przeraziła ją jej własna namiętność i gdy odsunął się od niej, zrobiła to samo, 

prawie wstydząc się tego, co działo się z nią przed chwilą. Przeszedł ją dreszcz. 

Wielu rzeczy nie wiedziała o tym człowieku. Zbyt wielu. 

Na spóźnione śniadanie udali się do francuskiej piekarni, mieszczącej się w 

pobliżu  Jackson  Square.  Siedzieli  przy  małym  stoliku  o  misternie  wykutych 

żelaznych nóżkach, pili nowoorleańską kawę ze śmietanką i jedli francuskie 

pasztety. Przed wejściem, nie zważając na zimno, samotny muzyk grał kolędy 

na   wielkiej,   mosiężnej   tubie.   Stłumione   „umpapaumpa”   pobrzmiewało   w 

dusznym od aromatycznych zapachów wnętrzu piekarni. 

– Nie miałam jeszcze takich dziwnych świąt – powiedziała Mollie. W kącie 

lokalu, na pokrytym czerwoną serwetą stole stał wypchany, ponad metrowej 

długości aligator. Na łbie miał wianek z poinsecji, w rozwartej paszczy gałązki 

ostrokrzewu, a ogon owinięty łańcuchem dzwoneczków od sań. 

– Dziwne – zgodził się Pearce, sącząc kawę – ale nie są chyba takie złe, 

prawda? Ciągle jeszcze tęsknisz za swoimi bliskimi? – zapytał. 

Wzruszyła   ramionami,   przyglądając   się   ciepło   opatulonemu   muzykowi 

grającemu za oknem. 

– Brak mi ich, to oczywiste – powiedziała – ale nie czuję się samotna. Tu jest 

naprawdę jak w jakimś czarodziejskim kraju. Cieszę się, że namówiłeś mnie, 

bym tu przyjechała. Chciałam przecież od razu wracać. 

– Nie należysz do tych, którzy się cofają w pół drogi. Nie jesteś stworzona 

do tego, by przed czymś uciekać, ale aby iść naprzód, poznawać nowe rzeczy, 

ryzykować. 

Uśmiechnęła się, trochę zażenowana. 

background image

– Wiesz, to, co mówisz, ucieszyłoby mojego ojca. Być może sam nie zawsze 

się do tego stosował, ale twierdził, że żyje się po to, aby ryzykować. 

– Miał rację. – Skinął głową Pearce. Przypomniała sobie Michaela i uśmiech 

zniknął z jej twarzy. Tego ranka pomyślała zresztą o nim zaledwie kilka razy. 

– Niektórzy ludzie – zaczęła, ostrożnie dobierając słowa – inaczej patrzą na 

to, że pragnę zostać aktorką. Uważają, że to po prostu... głupie i lekkomyślne. 

Ryzyko z tym związane wydaje im się zbyt duże. A tacy jak ja... nie są, ich 

zdaniem,   realistami:   dążą   do   czegoś   niemożliwego.   Spotkać   ich   może   tylko 

rozczarowanie. 

Sięgnął ręką nad stolikiem i dotknął jej dłoni. Ten prosty gest sprawił, że 

poczuła, jak przepełnia ją rozkoszne uczucie ciepła. 

– Martwisz się tym, że spędzasz samotnie święta? – zaryzykowała pytanie. – 

Tym, że nie masz rodziny?

– Zdążyłem się do tego przyzwyczaić – odrzekł z uśmiechem. 

Rozprostowała ramiona i odrzuciła do tyłu włosy. 

– A twoja narzeczona? – spytała ostrożnie. – Czy nie byłeś z nią... blisko? 

Przecież byliście zaręczeni. 

Wzruszył ramionami i skrzywił się z niechęcią. 

– Nie. To wszystko było bez sensu. Ani ja nie byłem szczęśliwy, ani ona. 

Jedyna korzyść, jaką wyniosłem z tego okropnego doświadczenia, to chyba to, 

że dowiedziałem się czegoś o sobie. Nie jestem typem mężczyzny, który może 

się... w takie sprawy angażować. Wszystko w moim życiu jest zbyt niepewne, 

ryzykowne. I dobrze mi z tym. Chcę, żeby tak było nadal. 

– Uhm – przytaknęła Mollie – widzę. To znaczy, rozumiem, o co ci chodzi. 

Pomyślała, że chyba rzeczywiście wie, o co mu chodzi. Czy to właśnie miała 

być ta „rozmowa”, na której mu tak zależało? I czy tego rodzaju mężczyźni nie 

posługują się standardową formułką, która brzmi właśnie tak?

Jestem typem zbuntowanego samotnika. Robię własne  rzeczy, jadę przed 

siebie sam i nie zabieram żadnych pasażerów. Nie obiecuję niczego. Nie należę 

background image

do nikogo i do ciebie też nie będę należał... 

Patrzyła na swój pusty kubek po kawie. 

– Moje życie też jest niepewne i ryzykowne – powiedziała.

– I również chcę, aby takie było. Mój... mój chłopak nie mógł się z tym 

pogodzie, twoja narzeczona chyba również. 

– To prawda. 

Zamilkli   oboje.   Za   oknem   uliczny   muzyk   wciąż   wygrywał   swoje 

„umpapaumpa” na tubie. 

–   Nie   powiedziałeś   mi   dotąd,   co   naprawdę   robisz   –   przerwała   wreszcie 

milczenie. Podniosła wzrok i spostrzegła, że przestał się uśmiechać. 

– Nie mogę ci powiedzieć, co robię – odparł. 

– Musiałbym cię okłamać. 

Wstrzymała   oddech   ze   zdumienia.   Zacisnęła   palce   na   pustym   kubeczku. 

Starała się roześmiać, ale nie bardzo jej się to udało. 

– Mówisz, jakbyś był szpiegiem albo przestępcą – próbowała zażartować. 

Bynajmniej go to nie rozśmieszyło. 

– Nie, nie jestem ani szpiegiem, ani przestępcą – odrzekł. – Po prostu, w tym 

momencie   nie   mogę   ci   powiedzieć   prawdy.   I  w   ogóle   wolałbym   o   tym   nie 

mówić. 

Zdezorientowana milczała, zupełnie nie wiedząc, co o tym myśleć. 

– Dobrze – powiedziała wreszcie. – Wolę nie wiedzieć, niż skłaniać cię do 

kłamstwa.   Gdybyś   mnie   okłamał,   byłoby   to   dla   mnie   czymś   strasznym.  To 

jedyna rzecz, której nie mogłabym znieść. Już raz miałam z tym do czynienia. 

Pochylił się ku niej nad stolikiem z, tak rzadkim u niego, wyrazem powagi 

na twarzy. 

– Słuchaj – odezwał się – cieszmy się po prostu tymi świętami, dobrze? 

Niech to będzie dla nas najważniejsze. 

Odchyliła do tyłu głowę i spytała:

– Jak to oni mówią? Laissez les bons temps router? 

background image

Spacerowali, przejechali się dorożką, a także sławnym tramwajem zwanym 

Pożądaniem,   choć   obecnie   był   to   naprawdę   autobus.   Mollie   opowiadała 

Pearce’owi, jak bardzo lubi sztukę Tennessee Williamsa, w której tytule znalazła 

się nazwa tego tramwaju. 

Pearce zaprowadził ją do znajdującego się na tyłach Dzielnicy Francuskiej 

hotelu   La   Maison   de   Ville.   Przeszli   przez   mały,   lecz   elegancki   hol   na 

przylegające   do   budynku   podwórko.   Na   środku   znajdowała   się   fontanna, 

obecnie zupełnie zamarznięta, a wokół niej krzaki róż osłonięte przed zimnem 

przezroczystą   folią.  Widać   było   ich   liście,   zielone   i   zdrowe.   Gorzej   było   z 

palmą: jej gałązki były poczerniałe i zwiędłe, a dwie większe w ogóle odpadły. 

Palma, fontanna z lodu i żywe róże – jakie to dziwne i jakie piękne, myślała 

Mollie. 

– Rozejrzyj się – powiedział Pearce, obejmując ją ramieniem. – Powinny tu 

gdzieś być drzwi z numerem dziewięć. To drzwi do sławnego pokoju. 

Mollie   spojrzała   na   niego   podejrzliwie,   nie   mając   pojęcia,   po   co   ją   tu 

przyprowadził. Po chwili odwróciła się i dostrzegła podwójne czarne drzwi z 

metalową cyfrą 9. Obok wisiał pęk sosnowych gałęzi przewiązanych czerwoną 

kokardą. 

– W tym pokoju mieszkał ten twój ulubiony dramaturg, Tennessee Williams. 

Właśnie tutaj pisał „Tramwaj zwany Pożądaniem”. I pracując nad tą sztuką, 

dzień po dniu patrzył na to właśnie podwórko. 

Mollie zawisła na jego ramieniu, zbyt przejęta, by cokolwiek powiedzieć. 

Nie znała dokładnie biografii Tennessee Williamsa i pamiętała tylko tyle, że 

rzeczywiście   mieszkał   w   Nowym   Orleanie.   Znała   natomiast   wszystkie   jego 

sztuki i wywarły one na niej wielkie wrażenie. 

–   Myślałem,   że   może   będziesz   chciała   obejrzeć   to   miejsce   –   powiedział 

Pearce. 

–   Och,   Pearce   –   wyjąkała   wreszcie   –   ale   mi   zrobiłeś   niespodziankę! 

background image

Wiedziałam, że Williams mieszkał gdzieś na terenie tej dzielnicy, ale nie miałam 

pojęcia, że to miejsce się zachowało. Dla mnie to jak relikwia! Gdy pomyślę, że 

on   chodził   po   tych   samych   kamieniach,   patrzył   z   tych   okien   i   widział   tę 

fontannę, balkony... 

–   No,   ale   takiej   zimy   to   tutaj   na   pewno   nie   widział   –   wtrącił   Pearce   i 

uśmiechnął się do niej. 

Zachwycona tę niezwykłą niespodzianką, Mollie objęła go i pocałowała w 

policzek. 

–   Chodź,   napijemy   się   czegoś,   żeby   to   oblać.   –   Jej   radość   wyraźnie   go 

ucieszyła. – Na pewno znasz na pamięć całe kilometry dialogu z tej sztuki. 

Będziesz mogła mi coś wyrecytować?

– No pewnie, że znam – odparła ze śmiechem. 

– I uważaj, bo zaraz zacznę... 

– Zrób to, Mollie – zachęcał. Objął ją ramionami i przyciągnął bliżej do 

siebie. 

– Zaraz, niech się zastanowię – powiedziała, odchylając głowę do tyłu. Wiatr 

rozwiewał   jej   włosy.   –   Już   wiem.   Jest   takie   dramatyczne   spięcie   pomiędzy 

Blanche a Mitchem, który zakochał się w niej, ale ona nie jest taka, jak myślał. 

Bez przerwy stwarza jakieś iluzje, musi to zresztą robić, aby przetrwać. I on 

mówi: „Okłamałaś mnie, Blanche”. A ona błaga go: „Nie wyrzucaj mi, że cię 

okłamałam”.   I   wtedy   on:   „Kłamstwa,   kłamstwa.   Na   ustach   i   w   sercu.   To 

wszystko kłamstwa”. I znowu ona: „Nieprawda. Moje serce nigdy nie kłamało”. 

Pearce przestał się uśmiechać. Poczuła, jak ramiona, którymi ją obejmował, 

usztywniły się jakby w napięciu. 

– Czy stało się coś złego? – spytała, zdziwiona tą nagłą zmianą, jaka w nim 

zaszła. 

– Chodź, napijmy się czegoś, żeby się rozgrzać – powiedział tylko i zdjął 

ręce z jej ramion. Nie wiedziała, czemu przeszedł ją dreszcz. 

background image

Po południu zrobiło się cieplej. Ulice i chodniki znów pełne były artystów i 

muzyków. Jakiś zespół ludowy grał i śpiewał na środku Bourbon Street. Bryza 

od rzeki była teraz cieplejsza, choć słabe, zimowe słońce zachodziło już i w 

całej Dzielnicy Francuskiej zapalały się tysiące świateł. Mollie zatrzymała się 

przed wystawą sklepową pełną karnawałowych masek. 

– Cóż znowu przykuło twoją uwagę? – spytał Pearce. 

– Niesamowite maski. Nigdy takich nie widziałam. – Zamilkła i myślała nad 

czymś przez chwilę. 

– Wiesz – powiedziała – to jest miasto masek, miasto pozorów. Czasem mam 

wrażenie,   jakby   coś   przede   mną   chciało   ukryć,   zataić.   Jest   w   tym   coś 

złowróżbnego... 

– Może i tak – odparł z nagłą niechęcią w głosie – ale chodźmy, to także 

miasto tysiąca knajp. Znajdźmy jakąś przyzwoitą. Dziś jest Wigilia i chyba coś 

nam się od życia należy. 

– Dziwnie się czuję bez Fritza – powiedziała Mollie i wzięła go znowu pod 

ramię. – Brakuje mi go. 

– Uhm – mruknął i pogłaskał jej rękawiczkę – mnie też. 

Spojrzała na niego z niepokojem i zapytała:

– Słuchaj, a co będzie, jeśli pies nie wydobrzeje ha tyle, aby można go było 

zabrać z kliniki? Jak dojedziesz do domu?

– Dam sobie radę – odburknął. 

– O której jutro odlatujesz? – pytała dalej. – Oboje jutro wracamy, ale gdyby 

było   trzeba...   Przecież   mogę   spróbować   przełożyć   swój   lot.   Najpierw 

upewniłabym się, że już jesteś w samolocie... Wiesz, chodzi o to, żebyś nie 

musiał korzystać z pomocy obcych. 

– Me przejmuj się mną – prychnął gniewnie – nie rób zamieszania. Dam 

sobie radę. Nie jest tak, że nie potrafię sobie sam poradzić. 

–   Przepraszam   –   powiedziała   strapiona   –   nie   chciałam   być   natrętna,   ale 

wolałabym mieć pewność, że... 

background image

Przerwał jej, zatrzymawszy się nagle. Obrócił się, nachylił nad nią i ujął 

dłońmi jej twarz. Ponownie był zdenerwowany. 

– Wiem, o co ci chodzi. Chcesz wiedzieć, czy ze mną będzie wszystko w 

porządku. Otóż gwarantuję ci: będzie! A teraz chcę, żebyśmy miło spędzili ten 

wieczór. Wiele czasu nam nie pozostało, wykorzystajmy go jak najlepiej. Chcę, 

żeby pozostały ci dobre, radosne wspomnienia. I żebyś się nie martwiła, tylko 

śmiała. 

– Pearce – zdziwiła się, nie rozumiejąc wyrazu jego twarzy. – Dlaczego 

jesteś taki poważny?

– Bo zawsze jestem poważny, gdy chodzi o zabawę. Przez całe życie od tego 

nie odstępuję. Wybierz więc przyzwoitą restaurację, dobrze? , Skinęła głową. 

Znaleźli   w   końcu   lokal,   którego   specjalnością   były   ostrygi   i   inne   morskie 

przysmaki. Nazywał się „Pożądanie”. 

–   Słuchaj   –   zagadnął   Pearce,   gdy   kończyli   deserowy   pudding   w   lekko 

alkoholizowanym sosie, wiem, że serio interesujesz się aktorstwem, uwielbiasz 

Tennessee Williamsa i tak dalej. Ale aktorka musi także coś jeść. Mówiłem ci, 

że   mam   znajomości   wśród   ludzi   robiących   filmy   animowane.   Po   świętach 

mógłbym się z nimi skontaktować, jeśli cię to interesuje. 

Mollie   poczuła   nagle   ogromną   radość.   Znaczyłoby   to,   że   być   może 

pozostaną ze sobą w kontakcie. Nie rozstaną się jutro na zawsze. 

–   Myślę   o   projekcie   pewnego   filmu,   do   którego   potrzebna   będzie 

dziewczyna o głosie takim jak twój – powiedział Pearce. – To taka dziwna rola, 

ale duża, jedna z głównych. Chodzi o głos norki. Chyba że taka rola wydaje ci 

się czymś niestosownym. 

–  Norki?  –  roześmiała  się  Mollie.  – Żartujesz  chyba. Przecież  wiesz, że 

wracam do Nowego Jorku po to, by grać rolę bakterii. W końcu, w porównaniu 

z wirusem norka zajmuje bardziej poczesne miejsce w łańcuchu ewolucyjnym. 

Bardzo chciałabym grać norkę. 

– No to zostaw mi adres i numer telefonu, swój własny i twojej agencji – 

background image

rzekł z uśmiechem. 

Wyjęła   z   torebki   długopis   i   zapisała   wszystko   na   odwrocie   leżącego   na 

kryształowej popielniczce pudełka z zapałkami. Gdy skończyła, wziął od niej 

pudełko   i   schował   do   wewnętrznej   kieszeni.   Mollie   ze   zdenerwowania 

przełknęła  ślinę. A  co  będzie,  jeśli  gdzieś   mu   się   ono  zawieruszy?   Przecież 

wtedy nigdy jej nie odnajdzie. Nowy Jork to ogromne miasto i żyją w nim setki 

kobiet o nazwisku Randall. 

– Gzy to znaczy, że moglibyśmy... pracować kiedyś razem? Ty i ja? – spytała 

starając się, aby jej głos zabrzmiał normalnie. 

–   Czemu   nie?   –   odpowiedział.   –   Gdybyś   tylko   zechciała...  Ale   o   tym 

będziemy musieli porozmawiać przy innej okazji, nie w czasie świąt. 

– Już wiem! Piszesz scenariusze! – Mollie wydawało się, że doznała nagłego 

olśnienia. – I właśnie nad tym pracujesz. Dlatego wiesz tyle na temat Tennessee 

Williamsa i masz ten rodzaj wyobraźni. Jesteś pisarzem!

–   Kimś   w   tym   rodzaju   –   odpowiedział   niejasno.   Z   oporem   zamknął 

ponownie oczy. Westchnął, rzucił swoją serwetkę na stół i powiedział:

– Chodź, idziemy stąd. 

Szukał   po   omacku   guzików,   aby   zapiąć   kurtkę.   Pomagała   mu   w   tym, 

metodycznie   i   niespiesznie.   O   rany   boskie,   pomyślał.   Nie   marzył   o   niczym 

innym, jak tylko o tym, aby zabrać ją z powrotem do hotelu i kochać się z nią 

przez całą noc. 

Na ulicy wzięła go za rękę i patrzyła na gwiazdkowe iluminacje nad ich 

głowami. Milczała, dlatego że on milczał. Wyglądało na to, że coś go trapi. Co 

by to mogło być? Nie miała pojęcia. 

Zastanawiała się, czy będzie chciał się z nią kochać tej nocy. Jeśli tak, to 

wiedziała, że tym razem mu nie odmówi. Może to głupie i niebezpieczne – była 

tego świadoma – ale nie miała juz wątpliwości: po prostu się w nim zakochała. I 

było to uczucie, którego nigdy przedtem nie doświadczyła. Nieporównywalne z 

tym, co odczuwała w swym związku z Michaelem, nieporównywalne z niczym. 

background image

Zatrzymała się znowu przed tą samą wystawą sklepową. 

– Co oglądasz? – spytał Pearce. 

– Znowu te maski – odpowiedziała, przyglądając się jednej z nich. Była 

połyskliwie czerwona, zdobiły ją cekiny i czarne pióra, które wyglądały jak 

długie, zakrzywione rogi. 

– Co cię tak w nich fascynuje? – Uścisnął lekko jej rękę i nawet ta przelotna 

pieszczota wywołała w niej drżenie. 

– Nie wiem – odparła zamyślona. 

– A może kupić ci taką maskę? – spytał. – Byłby to prezent gwiazdkowy. 

Patrzyła,   jak   ich   sylwetki   odbijają   się   w   szybie   wystawy.   Niewyraźne   i 

zniekształcone, zdawały się unosić nad maskami jak duchy. 

– Och, nie – zaprotestowała – zbyt dużo już... Przerwał jej krzyk. 

– Złodziej! Łapcie złodzieja!

Usłyszała tupot nóg, odwróciła się gwałtownie i zobaczyła, jak roztrącając 

przechodniów,   nadbiega   chodnikiem   jakiś   człowiek.   Ubranie   miał   obdarte   i 

przyciskał do boku damską torebkę. W pewnej odległości za nim biegł potężny 

mężczyzna w średnim wieku, który nie przestawał krzyczeć:

–   Zatrzymajcie   go!   Wyrwał   mojej   żonie   torebkę!   Uciekający   złodziej 

potrącił  jakąś   kobietę,   tak   że   upadła   na   chodnik,   a   sam,   tracąc   równowagę, 

zatoczył się i zderzył z Mollie. Pearce błyskawicznie chwycił ją za ramiona i 

podtrzymał,   po   czym   widząc,   że   nic   jej   już   nie   grozi,   runął   na   złodzieja   i 

podciąwszy mu nogi, przewrócił go na chodnik. 

Mężczyzna   próbował   zerwać   się   z   ziemi,   uderzył   nachylonego   nad   nim 

Pearce’a   w   twarz   i   zbił   mu   okulary.   Wtedy   Pearce   trzasnął   go   pięścią   w 

podbródek i złodziej osunął się ogłuszony na chodnik. 

Biegnący   za   nim   mężczyzna   zatrzymał   się   przy   nich.   Ciężko   dyszał, 

siwiejące   włosy   miał   w   nieładzie.   Schylił  się,   wyrwał   złodziejowi   torebkę   i 

podniósł go z ziemi. Stojąc za nim, przyciskał go do siebie, nie pozwalając 

uciec. 

background image

–   Policja.   Gdzie   tu   jest   policja?   –   wysapał.   Pearce   zobaczył,   że   w   tym 

momencie wychodzi zza rogu barczysty, czarnoskóry policjant w granatowym 

mundurze. Dostrzegł także, że złodziej doszedł już do siebie po uderzeniu i 

zapewne jeszcze całkowicie nie skapitulował. 

– Niech pan tu ściągnie tego policjanta, a ja tymczasem zaopiekuję się nim – 

zwrócił się do siwowłosego mężczyzny. 

Założył rabusiowi chwyt na przedramię i ostrzegł go:

– Nie próbuj uciekać, bo złamię ci rękę. Odwrócił głowę w kierunku Mollie i 

spytał:

– Nic ci się nie stało?

Wpatrywała się w niego z pobladłą, kredowo białą twarzą. Oddech miała 

płytki   i   przyspieszony.   W   jej   szeroko   rozwartych   oczach   malowało   się 

przerażenie. 

Zrozumiał nagle. Stało się najgorsze... Ciemne okulary leżały w rynsztoku, 

jedno ze szkieł było rozbite. Teraz Mollie wiedziała już wszystko. 

Nie próbowała nawet opanować drżenia. Drgały jej pełne wargi, podbródek, 

cała   dolna   połowa   twarzy.   Wpatrywała   się   w   jego   oczy:   jasne,   w   odcieniu 

intensywnej   zieleni,   głęboko   osadzone.  W  wykrój   powiek,   w   długie   ciemne 

rzęsy...

– Nie jesteś niewidomy – powiedziała głosem bez wyrazu. – Cały czas mnie 

okłamywałeś. 

Przełknął   ślinę   i   patrząc   ponad   ramieniem   trzymanego   przez   siebie 

mężczyzny, powtórnie odnalazł jej wzrok. Nigdy w życiu nie widział, aby twarz 

kobiety mogła wyrażać tak wiele. Wyczytać można z niej było tysiące rzeczy. 

Teraz   widział   w   niej   żal,   gorycz   i   poczucie   zdrady   tak   głębokie,   że   poczuł 

fizyczny ból jak po ciosie w żołądek. Skinął głową. 

– Nie, nie jestem. – Tylko tyle zdołał powiedzieć. Powtórnie przełknął z 

trudem ślinę, przerażony tym, co malowało się na jej twarzy, i wściekły na 

siebie, że ją do tego doprowadził. Choć zawsze tak sprawnie operował słowami, 

background image

teraz wyjąkał jedynie coś najbardziej banalnego:

– Pozwól mi wszystko wytłumaczyć. 

Nie pozwoliła mu jednak. Odwróciła się nagle i zaczęła uciekać ulicą. Biegła 

najszybciej jak mogła, z rozwianymi włosami, w których odbijały się iskierkami 

refleksy świątecznych świateł. 

Nie   mógł   pobiec   za   nią,   gdyż   ciągle   trzymał   złodzieja,   który   znowu 

próbował się wyrwać. Nadszedł policjant i zaczął zadawać mu jakieś pytania. 

Pearce nie odpowiadał. Stał zapatrzony w stronę, w którą oddaliła się Mollie. 

Wreszcie, po długiej chwili, odwrócił się, włożył ręce w kieszenie płaszcza i 

odszedł. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Nie widząc, co się wokół niej dzieje, półprzytomna Mollie dotarła jakoś do 

hotelu. Zwinęła swoje rzeczy w niewielki tobołek, schwyciła go pod pachę i 

zatrzasnęła za sobą drzwi. 

Zatrzymała   się   na   chwilę,   aby   przeliczyć   pieniądze.   Miała   nadal, 

wymienione w Dallas, pięćdziesiąt dolarów. Pomyślała, że musi to jej starczyć 

na przeżycie nocy i połowy jutrzejszego dnia. Wynajmie najtańszy hotel, na 

lotnisko pojedzie autobusem a nie taksówką, jeśli trzeba, będzie nawet głodna. 

Biegła   w   dół   po   schodach,   pragnąc   jak   najprędzej   pozostawić   za   sobą 

miejsce, w którym zdarzyło jej się to szaleństwo. 

Tam właśnie spotkała Pearce’a. Oddychał ciężko, jak po biegu. Schwycił ją 

za rękę. Próbowała w ogóle na niego nie patrzeć, lecz uderzyło ją, jak bardzo 

intensywna jest zieleń jego oczu. Pasują wspaniale do jego twarzy, pomyślała 

bez sensu. Płonęły w tej chwili, wyrażając intensywność uczucia, w które nie 

chciała jednak wierzyć. Nie wierzyła już bowiem niczemu, co z nim się wiązało. 

– Wszystko ci wytłumaczę – mówił pospiesznie. Trzymał ją za nadgarstki i 

nie pozwalał uciec. – To był eksperyment, może trochę żart. Potem wymknęło 

mi się to spod kontroli. 

– Wspaniały  eksperyment! Wspaniały  żart!  – krzyczała, próbując  mu  się 

wyrwać. – Kłamałeś. Kłamałeś bez przerwy. Jedno wielkie, okropne kłamstwo!

– Przestań – syknął, ściskając jej ręce jeszcze mocniej i przyciągając ją ku 

sobie.   –   Próbowałem   ci   wszystko   wytłumaczyć,   ale   ciągle   coś   się   zdarzało. 

Zeszłej nocy Irina, dziś rano pies. Mówiłaś, że chcesz, by nic złego nie stało się 

w święta, postanowiłem więc czekać, żeby potem ci... 

–   Irina!   –   przerwała   mu.   Włosy   opadły   jej   na   twarz,   próbowała 

bezskutecznie odrzucić je, wstrząsając głową. – Irina mą szczęście, że się ciebie 

pozbyła. 

background image

Łzy napłynęły jej do oczu. Bała się, że rozpłacze się nie ze smutku, lecz ze 

złości. 

– A Fritz? – wycedziła przez zęby. – Prawie płakałam nad tobą z powodu 

biednego   Fritza.   Skąd   go   wziąłeś?   Ukradłeś   go   jakiemuś   prawdziwemu 

niewidomemu?   To   do   ciebie   podobne.   Nienawidzę   cię!   Boże,   jak   ja   cię 

nienawidzę!

–   Mollie.   –   Głos   Pearce’a   był   stłumiony   i   schrypnięty.   W   jego   oczach 

zapaliły   się   zielone   ogniki.   –   Pies   jest   mój.   Przedtem,   przez   całe   lata   był 

przewodnikiem wuja, który był niewidomy. Wuj umarł i musiałem zabrać psa. 

Jestem animatorem. Chciałem sprawdzić, jak to jest, kiedy ktoś jest ślepy, bo 

chcę zrobić film o krecie. O ślepym krecie, który jest detektywem w Nowym 

Orleanie. To... jeden powód. Chodziło też o twój głos, dlatego chciałem cię mięć 

przy   sobie.   Udawałem,   żeby   wczuć   się   w   postać   kreta.   A   dzięki   tobie 

dopracowałem też postać norki. 

Spojrzała na niego z nieukrywaną odrazą. Wydęła pogardliwie wargi. 

– Kret? Jakaś norka? – spytała drwiąco. – Postacie z kreskówki? I wszystko 

to dla ciebie było tym właśnie! Zabawą w postacie z kreskówki!

–   Nie!   –   krzyknął   prawie.  Wyglądał   tak,   jakby   ostatnim   wysiłkiem   woli 

powstrzymywał   się,   aby   nią   nie   potrząsnąć.   –   Może   na   początku   tak   było. 

Potem... nie chciałem zrobić ci przykrości. Próbowałem znaleźć sposób, żeby ci 

w końcu powiedzieć... 

– Nigdy mi niczego nie powiedziałeś – wybuchła Mollie. – Zbyt dobrze się 

tym bawiłeś. Kłamałeś bez końca! – Jej usta wykrzywiły się, jakby miała za 

chwilę   się   rozpłakać.   –   Pomagałam   ci   pić   kawkę.   Kroiłam   jedzenie   w 

restauracjach. Prowadziłam cię wszędzie, jakbym była twoim psem. Wybierałam 

dla ciebie ubrania, nawet bieliznę. Ależ musiałeś mieć ze mnie ubaw. Biedna, 

głupia Mollie. A w wolnych chwilach próbowałeś mnie naciągnąć na łóżko. Z 

nudów, jak przypuszczam, bo nie było innej kobiety pod ręką. 

Tym razem rzeczywiście nią potrząsnął. 

background image

– Uspokój się! – Usta wykrzywione miał złością. 

– Nie bawiłem się tobą. Owszem, chciałem pójść z tobą do łóżka. Jakiż 

normalny mężczyzna by nie chciał? Ale tylko raz i potem już nie próbowałem. 

Nie próbowałem żadnych takich sztuczek. Zanadto cię szanuję. Wysłuchaj mnie! 

Wysłuchaj mnie, do cholery!

W jego głosie, twarzy, w zaciśniętych na. jej rękach dłoniach tyle było pasji i 

namiętności, że Mollie nie mogła już tego dłużej znieść. 

– Niczego nie szanujesz! – krzyknęła. Zaczęła się szarpać, próbując się od 

niego uwolnić. – I powodem tego wszystkiego, co robiłeś, był jakiś wstrętny, 

parszywy kret! Paskudztwo, które mieszka pod ziemią!

Szamotała się z nim coraz gwałtowniej, aż w końcu zwolnił chwyt, nie chcąc 

sprawiać jej bólu. 

– To nie będzie żaden wstrętny, parszywy kret – bronił się rozpaczliwie – 

tylko  najsłynniejszy  kret pod  słońcem.  Pokażą  go  telewizje  całego  świata.  I 

tylko ja mogę go ożywić. A czy ty nie wiesz, co to jest studium roli?

–   Ciekawe   jakiej   roli?   –   Mollie   zaśmiała   się   histerycznie.   –   Skąd   mam 

wiedzieć, czy dalej nie kłamiesz? Może wcale nie jesteś animatorem? Możesz 

być... 

wszystkim... nawet Marsjaninem. Nie wiem i nie interesuje mnie to. Jedno 

tylko wiem na pewno: to, że jesteś kłamcą! Ominęła go i zaczęła zbiegać po 

schodach. 

– Jestem animatorem! – krzyczał za nią. – Pracowałem przez dziesięć lat w 

wytwórni Disneya i cztery lata w TAŚM teraz wreszcie mogę robić na własny 

rachunek film, o którym zawsze marzyłem!

– Nic mnie nie obchodzi, gdzie pracowałeś! – odkrzyknęła, zatrzymując się 

na dolnym podeście schodów. Zdjęła z palca pierścionek z granatem. – Weź to. 

Dostałam go od matki, ale wolę się  z  nim rozstać, niż być ci winna choćby 

grosz. Sprzedaj go sobie. Wystarczy na to, co na mnie wydałeś. 

Widząc, że nadal stoi nieruchomo, cisnęła z całej siły pierścionkiem w jego 

background image

kierunku. Odbił się od pokrytej jedwabną tapetą ściany i upadł na dywan tuż 

obok jego stóp. 

Zaczęła biec przez hol i usłyszała, jak woła za nią zmienionym z gniewu 

głosem:

– Mollie! Posłuchaj, Mollie!

– Gad! – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Kłamliwy, dwulicowy gad!

Wypadła na ulicę i zatrzymała przejeżdżającą właśnie taksówkę. Wślizgnęła 

się do niej, nie czekając, aż kierowca wyjdzie i otworzy jej drzwi, a potem 

zatrzasnęła je tak mocno, jakby chciała zostawić za nimi wszelkie wspomnienia 

o tym człowieku. 

– Dokąd? – spytał taksówkarz. 

– Do najtańszego hotelu gdzieś tu w okolicy – zadysponowała. 

Taksówkarz pokręcił głową, wahał się przez chwilę. 

– Proszę pani, nie jestem pewien, czy będzie pani chciała zatrzymać się w 

najtańszym   hotelu,   jaki   znam.   Są   tu   takie   miejsca,   których   można   się 

przestraszyć. 

– Ja się nie przestraszę – ucięła ostro. I rzeczywiście, czego miałaby się bać? 

Najgorsze już ją spotkało. 

Hotel chyba w ogóle nie miał nazwy. Nad obskurnym wejściem rachityczny 

neon wyświetlał swoje „OTEL”. Litera „H” była czarna i martwa, gasnące co 

chwila „O” też dożywało swych dni. 

Pokój był niewiarygodnie tani, lecz także mały, zimny, brudny i pozbawiony 

ciepłej wody. Za ścianą przez całą noc kasłał jakiś mężczyzna. 

Myślała,   że   takie   hotele   istnieją   tylko   w   ponurych   filmach.   Udręczony 

życiem bohater spędza ostatnią noc w takim właśnie pokoju, rozmyślając o tym, 

że niżej nie mógł już upaść. Następny jego krok może już być tylko krokiem 

rozpaczy. 

Leżała na wąskim łóżku, bezskutecznie próbując się rozgrzać. Jej następny 

krok, myślała, to powrót do Nowego Jorku. Będzie bakterią, będzie usługiwać w 

background image

kawiarni, będzie robić wszystko, aby przeżyć. Ale zadzwoni natychmiast do 

agencji i poprosi, aby nigdy, bez względu na okoliczności, nie przyjmowali dla 

niej oferty pracy od człowieka przedstawiającego się jako Pearce Goddard. Jeśli 

w ogóle ta cała historia z filmem animowanym jest prawdą. Mógł równie dobrze 

i to sobie wymyślić, licząc, że łatwiej przyjdzie namówić ją, aby się z nim 

przespała. 

Mężczyzna za ścianą zaniósł się ochrypłym kaszlem. Mollie ukryła twarz w 

twardą, pozbijaną poduszkę. Jakże była głupia! Tak niedawno jeszcze poszłaby 

z nim przecież do łóżka, gdyby tylko poprosił ją o to. I zrobiłaby to chętnie i 

radośnie, w przypływie uniesienia, którego żałowałaby potem do końca życia. 

Gorące łzy płynęły spod jej mocno zaciśniętych powiek. Wyrzucała sobie, że 

jest idiotką. Najgorszego gatunku idiotką – taką, która potrafi zrobić to samo 

głupstwo   dwa   razy   pod   rząd,   Jak   można   notorycznie   zakochiwać   się   w 

mężczyznach, którzy w rzeczywistości nie istnieją, lecz są jedynie tworem jej 

wyobraźni!

Z wściekłością uderzyła pięścią w poduszkę. Może coś złego tkwi w niej 

samej?   Jakaś   perwersyjna   potrzeba,   nieomylny   instynkt,   który   sprawia,   że 

pociągają ją mężczyźni niezdolni do mówienia prawdy?

Przycisnęła pięść do gorącego policzka, a potem ugryzła się w wierzch dłoni 

aż do bólu, tak jakby mogło to złagodzić jej wewnętrzne cierpienie. Spędziła z 

Pearce’em   niespełna   trzy   dni.   Były   niespokojne,   pełne   wrażeń,   jednak   były 

także   najszczęśliwszymi   dniami   w   jej   życiu.   Cóż,   kiedy   całe   to   szczęście 

budowane było na fałszu. 

Najbardziej absurdalne w tej całej historii, wręcz okropne, wydawało jej się 

to,  że  Pearce  zrobił  to  wszystko  z  powodu  kreta.  Jakiegoś  głupiego  kreta  z 

nieistniejącej kreskówki!

Opuściła hotel zaraz po świcie, najwcześniej, jak się dało. Spędziła w nim 

najgorszą noc wigilijną w swoim życiu. Jej samolot odlatywał dopiero o drugiej 

i mając wiele czasu, wędrowała bez celu wzdłuż Bourbon Street. Zatrzymała się 

background image

znowu przy tym samym sklepie z maskami. Oglądała je jeszcze raz, dziwiąc się, 

że tak dobrzeje zapamiętała. W głębi nad nimi, w odbiciu na szybie widziała 

swoją – tym razem samotną sylwetkę. 

Pokiwała głową. Maski... Pozory... Ułuda... Kłamstwa... 

Usłyszała tuż za sobą męski głos, niski i burkliwy. 

– Zgubiłaś czapkę. Nie jest ci zimno?

Zastygła w bezruchu. Patrzyła dalej w okno wystawy. W szybie zamajaczyła 

sylwetka stojącego za nią mężczyzny. Pearce! Czuła, jak coś w niej zastyga i 

stopniowo coraz większym ciężarem przygniata jej piersi. Wyprostowała się i 

próbując przybrać obojętny wyraz twarzy, odwróciła lekko głowę. 

– Odejdź stąd. Daj mi spokój – powiedziała stłumionym głosem. 

– Nie odejdę i nie zostawię cię w spokoju – odpowiedział z nieoczekiwaną 

gwałtownością. – Szukałem cię przez całą noc. Gdzie, do cholery, byłaś?

–   Nie   twój   interes.   –   Potrząsnęła   gwałtownie   głową.   Lodowaty   wiatr 

rozwiewał jej włosy. 

Wziął ją za ramiona i odwrócił ku sobie. Gwałtownym ruchem uwolniła się 

od niego. 

– Nie dotykaj mnie! – krzyknęła. 

– Nie chodź z gołą głową, włóż to. – Wyjął z kieszeni czapkę zgubioną przez 

nią na schodach. 

Wzięła ją od niego i założyła. Przyglądała mu się przez chwilę. Był nie 

ogolony,   wiatr   potargał   mu   starannie   zazwyczaj   uczesane   włosy.   Znowu 

zaskoczył   ją   widok   jego   oczu,   ich   prawie   mistyczna   zieleń,   wyrazistość 

spojrzenia. Odwróciła wzrok. Trwało to tylko chwilę, ale wiedziała, że oczu 

tych nie zapomni nigdy, że ich wspomnienie będzie prześladować ją do końca 

życia. Schyliła głowę i pozwoliła, by włosy zasłoniły jej twarz. Zdecydowanym 

krokiem zaczęła się oddalać. 

– Chcę ci oddać także pierścionek twojej matki. – Słyszała, że idzie za nią 

chodnikiem. – Proszę cię, weź go z powrotem. 

background image

–   Nie   –   odpowiedziała,   nie   zatrzymując   się   i   nie   odwracając   głowy.   – 

Mówiłam, że nie chcę być ci cokolwiek winna. 

– Mollie! – zawołał za nią – nie bądź taka cholernie uparta. To pierścionek 

twojej matki, nie mogę go wziąć. 

Nie   odpowiedziała   mu.   Na   rogu   otwarta   była   jakaś   mała   restauracja. 

Wślizgnęła się do środka, ale Pearce nie dał za wygraną i wszedł za nią. 

W  środku   panował   półmrok.   Mollie,   nie   bardzo   wiedząc,   po   co   to   robi, 

przeszła przez całą salę i znalazła najbardziej mroczne miejsce w głębi lokalu. 

Pearce dołączył do niej. Poczuła jego rękę na swoim łokciu. Odwrócił ją ku 

sobie i schylił się tak, że ich oczy musiały znowu się spotkać. Jak przez mgłę 

zauważyła,   że   skaleczenia   na   jego   brodzie   częściowo   już   się   zagoiły. 

Przypomniała sobie, jak jeszcze niedawno współczuła mu z ich powodu. 

– Czemu mi się przyglądasz? – spytał. – Dlaczego patrzysz na mnie takim 

wzrokiem?

– Myślę, że trzeba być wyjątkowym idiotą, aby golić się z zamkniętymi 

oczami – powiedziała ze złością. – Właśnie dlatego skaleczyłeś się, prawda? 

Udając kreta. 

– Słuchaj, Mollie. Nie ma takiego prawa, które zabraniałoby komuś udawać 

kreta – odpowiedział. 

– Nie bawi mnie już twoja elokwencja. Jeszcze raz cię proszę, zostaw mnie 

w spokoju. 

–   A   ja   proszę,   żebyś   mnie   zrozumiała.   Byłaś   w   trudnej   sytuacji, 

potrzebowałaś   pomocy.   Nie   przyjęłabyś   jej   ode   mnie,   gdybyś   wiedziała,   że 

widzę. Nie chciałem zrobić nic złego. 

– Zawsze tak mówią ci, którzy kogoś skrzywdzili – zaprzeczyła, z uporem 

kręcąc głową. – Opowiadają, że nie chcieli zrobić nic złego. 

– Próbowałem ci wszystko wyjaśnić. Dwa razy już prawie to zrobiłem. Ale 

potem... sama przecież nie chciałaś... i zdecydowałem się poczekać, aż skończą 

się święta. 

background image

– Nie oczekuję od ciebie żadnych wyjaśnień. – Nie próbowała opanować 

drżenia   głosu,   chcąc   pokazać   mu,   jak   bardzo   jest   wściekła.   –  Ani   żadnych 

usprawiedliwień.   Nie   chcę   mieć   z   tobą   nic   wspólnego.   Masz   kobietę,   która 

czeka na ciebie w Kalifornii, i drugą w Tampa. Nie rozumiem, czego ode mnie 

chcesz. Zabawa się skończyła. Zostaw mnie w spokoju. 

Gwałtownie uwolniła rękę z jego uścisku. 

– Zostaw mnie – krzyknęła prawie – bo zawołam ludzi na pomoc. Wezwę 

policję i wyrzucą cię stąd. 

– Masz rację – powiedział z ostrym błyskiem w oczach. – Sam nie wiem, 

czego od ciebie chcę. Nie mam czasu na takie sprawy. Mam konkretną rzecz do 

zrobienia   i   trzy   najbliższe   lata   na   to   zarezerwowane.   Tracę   czas,   próbując 

wyjaśnić coś kobiecie, dla której nic nie znaczą logiczne argumenty. Nie wiem, 

czy masz klapki na oczach, czy klapki w mózgu, ale pewne rzeczy do ciebie nie 

docierają. Mógłbym równie dobrze mówić do ściany. 

– Wspaniale! – żachnęła się Mollie. – Najpierw kłamiesz bez zmrużenia oka, 

a potem okazuje się, że to ja mam klapki w mózgu. 

– Słuchaj – ciągnął dalej, tym razem już spokojnie – chciałem zachować się 

przyzwoicie: wytłumaczyć się, przeprosić. Wróćmy jednak do tego, o czym już 

wspominałem. Chodzi o twój głos. Zastanów się nad tym, niekoniecznie w tej 

chwili, tak... na spokojnie. Będę w kontakcie z twoją agencją. Może okaże się, 

że ten czas nie był dla nas ostatecznie stracony. Ja będę miał twój głos, a ty 

pracę; Nikt nie straci, oboje skorzystamy. 

Tego już było za wiele. Mollie zerwała się z miejsca i obciągnęła na sobie 

płaszcz.   Jego   ostatnie   słowa   rozwścieczyły   ją   bardziej   niż   wszystko,   co 

powiedział przedtem. Brzmiało to tak, jakby zależało mu jedynie na jej głosie, 

jakby   to,   co   wydarzyło   się   między   nimi,   w   ogóle   nie   dotyczyło   sfery 

emocjonalnej. 

– Wolę umrzeć z głodu, niż z tobą pracować – wyrzuciła z siebie. – Wolę 

wrócić do Minnesoty i zmywać talerze do końca życia, na zawsze zrezygnować 

background image

z aktorstwa. 

Odwróciła się i zaczęła iść w kierunku wyjścia.

– Na pewno nie! – zawołał za nią drwiąco. – Teraz ty kłamiesz. Tak samo nie 

potrafisz zrezygnować z tego, co robisz, jak ja!

Nie obejrzała się nawet, pchnęła drzwi i wyszła na ulicę. 

Tym   razem   Pearce   nie   poszedł   za   nią.   Zatrzymał   się   przy   małym, 

mahoniowym barze. Spojrzał na wiszący nad nim antyczny zegar. Dochodziła 

dziewiąta. Było mu wszystko jedno. 

– Whisky, proszę – zwrócił się do barmana. – Obojętne jaką, byle czystą. 

–   Kłopoty   z   kobietą?   –   spytał   przyjaźnie   barman.   Był   to   przystojny, 

czarnoskóry mężczyzna, który uprzednio przyglądał się ich kłótni z zawodowo 

obojętnym wyrazem twarzy. 

– No właśnie – przytaknął ponuro Pearce, patrząc w kierunku drzwi. 

– Niedobrze tak... w święta – powiedział barman i uzupełnił to filozoficznym 

komentarzem. – Niech pan posłucha mojej rady. Nie warto się martwić, kobiety 

są bardzo do siebie podobne. Straci się jedną, znajdzie się drugą. Tak bardzo się 

znowu od siebie nie różnią. 

– Też prawda – zgodził się Pearce, nie przestając patrzeć w kierunku drzwi. 

Dwoma łykami opróżnił szklankę do dna. 

Mollie siedziała już przez dłuższy czas przed Cafe du Monde. Obejmowała 

dłońmi kubek kawy i przyglądała się żonglerom. , Tym razem uliczni artyści 

występujący   na   zimnie   przed   tak   nieliczną   publicznością   nie   budzili   jej 

sympatii.   W   ich   próbach   zdobycia   poklasku   widziała   coś   fałszywie 

patetycznego, absurdalnego niemal. 

A czy jej własne życie nie jest w końcu tak samo absurdalne? – zastanawiała 

się.   Spędza   teraz   samotne   święta   w   Nowym   Orleanie.   Jest   bez   grosza   przy 

duszy. Wszystko, czego się dotknie, nie udaje się jej. Całe jej życie jest jednym 

wielkim nieporozumieniem. 

background image

Wróci do Nowego Jorku i co dalej? Jedyna rzecz, na którą może liczyć, to 

rola bakterii. Może Michael nie był wcale takim tchórzem, jak myślała. Może 

był   po   prostu   realistą?   Powinna   porzucić   swoje   głupie   marzenia,   wrócić   do 

Minnesoty   i   zająć   się   czymś   sensownym.   Próbowała   sięgać   zbyt   wysoko. 

Upadła i potłukła się boleśnie. Czas się z tego wycofać. 

Westchnęła i skuliła się, drżąc z zimna. Nigdy w życiu nie czuła się tak 

przygnębiona i niepewna. Zdradził ją Michael, zawiódł Pearce... Zdarzenia te 

nastąpiły jedno po drugim, niszcząc kompletnie jej wiarę w ludzi i poczucie 

pewności siebie. 

Słońce wyszło zza chmur i złote światło wypełniło ulice. Mroczne cienie 

poranka   rozpełzły   się   gdzieś   i   zniknęły.   Dzielnica   Francuska   nagle   znowu 

odzyskała swój czarodziejski urok, stała się miejscem, gdzie wszystko może się 

zdarzyć. 

I   równie   nagle   Mollie   poczuła,   jak   opuszczają   ów   mroczny   nastrój. 

Zrozumiała, że choć może się to innym wydać czymś głupim i bez sensu, , musi 

wrócić do Nowego Jorku i pozostać tam, wbrew temu, że to miasto miało jej w 

tej chwili tak mało do zaoferowania. 

Zapragnęła nagle znowu zobaczyć Pearce’a, zajrzeć mu w oczy, sprawdzić, 

co się naprawdę w nich kryje. Nie chciała wierzyć, że zależało mu jedynie na jej 

głosie. Gdyby tak było, nie szukałby jej przecież przez całą noc na ulicach. Czy 

w miarę upływu czasu również i do niego z coraz większą oczywistością nie 

docierała prawda o tym, że zdarzyło się między nimi coś ważnego? I to właśnie 

jej złość i upór sprawiły, że rozstali się ze sobą w tak idiotyczny sposób. 

Odstawiła kubek i zerwała się z miejsca. Zaczęła iść w stronę hotelu licząc, 

że spotka go może po drodze. W restauracji, w której się rozstali, nie było go 

już. 

Wysoki barman wzruszył ramionami, gdy spytała, gdzie poszedł mężczyzna 

o zielonych oczach. 

Dotarła bez tchu do hotelu i w recepcji dowiedziała się, że Pearce zwolnił 

background image

pokój przed godziną. Wziął taksówkę i odjechał. 

. Spojrzała na zegarek. Dawno minęła już dziesiąta. Zadzwoniła do kliniki 

weterynaryjnej, ale odpowiedziała jej automatyczna sekretarka. Wyszukała w 

książce telefonicznej domowy numer doktora Broussarda. Dowiedziała się od 

niego,   że   Pearce   zabrał   psa   i   pojechał   na   lotnisko.   Odwiesiła   słuchawkę 

zadowolona z tego, że, wedle zapewnień weterynarza, Fritz pożyje jeszcze parę 

lat, jeśli będzie dostawał odpowiednie lekarstwa. Ale jak znaleźć Pearce’a? – 

myślała rozpaczliwie. Może jest już w samolocie? Zadzwoniła po taksówkę. 

Wydawało jej się, że czeka na nią nieskończenie długo. 

Na lotnisku sprawdziła wszystkie stanowiska odlotów do Los Angeles. Nie 

było go nigdzie. Pytała ludzi, ale nikt nie widział wysokiego mężczyzny z psem. 

Przygnębiona   poszła   na   miejsce   odprawy   dla   pasażerów   odlatujących   do 

Nowego Jorku. Miała jeszcze odrobinę nadziei, że może tam go spotka. Mógł 

szukać jej tak samo, jak ona jego szukała. 

Ale i tam również go nie było. 

Powróciła samotnie do Nowego Jorku. Wynajęła mieszkanie tak małe, że po 

upchaniu   w   nim   mebli   ledwo   dało   się   między   nimi   przechodzić.   Pracowała 

dorywczo   jako   kelnerka   w   tej   samej   co   poprzednio   kawiarni   u   Greenów   i 

podkładała   głos   bakterii   w   filmach   oświatowych.   Po   jakimś   czasie   dostała 

świetną   rolę   w   sztuce   Tennesse   Williamsa   „Nagle,   zeszłego   lata”,   którą 

zdecydował się ponownie wystawić pewien teatr poza Brodwayem. Nakręciła 

reklamówkę,   w   której   jako   gospodyni   domowa   entuzjastycznie   wychwalała 

zalety jakiegoś odświeżacza powietrza. 

Dowiedziała się od przyjaciół, że Michael ożenił się w połowie lutego, ale 

rzadko już o nim myślała. W dalszym ciągu jej myśli zaprzątał Pearce. Dała mu 

przecież   numer   telefonu   i   adres,   nie   tylko   swój,   już   nieaktualny,   lecz   także 

agencji. Wiedział więc, jak można się z nią skontaktować. 

Nie   robił   tego   jednak.   Może   potraktował   poważnie   wszystko   to,   co 

background image

nawygadywała mu w złości, zanim się ze sobą rozstali? To, że nie chce go 

widzieć więcej na oczy i że nigdy nie będzie z nim pracować. Zebrała się na 

odwagę i próbowała zadzwonić do Los Angeles, ale jego numer nie figurował w 

spisie abonentów. 

Wysłała mu ostrożnie zredagowany list. Napisała w nim, że jest jej przykro i 

że   go   przeprasza.   Doszła   do   wniosku,   że   jej   reakcja   była   przesadna   i 

nieadekwatna do sytuacji. Chciałoby także wiedzieć, jak czuje się Fritz. Czy 

wyzdrowiał? I co z filmem o krecie? Po prostu jest ciekawa i to wszystko, 

pisała. 

Wysłała list na adres wytwórni TAS z prośbą o przekazanie go Pearce’owi. 

Nie   dostała   odpowiedzi,   ani   też   poczta   nie   zwróciła   jej   listu.   Nie   było 

sposobu, aby dowiedzieć się, czy on w ogóle go otrzymał. 

Ostrożnie, nieśmiało do miasta próbowała na powrót zawitać wiosna. Mollie 

wystąpiła   w   jeszcze   jednej   reklamówce.   Towarem,   który   tym   razem 

reklamowała, był papier toaletowy. Sztuka Williamsa zeszła z afiszów, ale udało 

jej   się   dostać   stały   angaż   na   niewielkie   role   w   satyrycznych   audycjach 

radiowych. 

Kupiła   sobie   mały,   czarnobiały   odbiornik   telewizyjny,   aby   nie   tracić 

kontaktu z tym, co dzieje się na świecie. Ale naprawdę, jej uwagę pochłaniały 

głównie   kreskówki   dla   dzieci   nadawane   w   niedzielne   poranki.   Tam 

przynajmniej zawsze mogła oglądać wznowienia „Gołębia Parvisa”. Na końcu 

najlepszych odcinków często podawane było nazwisko Pearce’a, czasem – jako 

reżysera, czasem – jako autora scenariusza. 

Był niedzielny poranek. Pierwszy prawdziwie piękny, ciepły dzień wiosny. 

Mollie   siedziała   skulona   na   kanapie,   czytając   jakiś   scenariusz   i   oglądając 

epizody z kreskówki pod tytułem „Wojownicze żółwie Ninja”. Miała wpaść do 

niej Clytie, która wyjeżdżała na dwa tygodnie do Connecticut, i w tym czasie 

Mollie   podjęła   się   opieki   nad   jej   papugą.   Jakoś   tak   się   składało,   że   Clytie 

zostawiała papugę zawsze u niej, a było to naprawdę okropne ptaszysko. 

background image

Clytie pojawiła się właśnie w chwili, gdy wojownicze żółwie wydały swój 

okrzyk   wojenny,   obwieszczając   zakończenie   kolejnego   odcinka   niedzielnych 

przygód. Papuga wściekała się, ponieważ Clytie zakryła klatkę, chcąc ochronić 

ją,   przed   chłodnym,   wiosennym   wiatrem.   Był   to   bardzo   neurotyczny   ptak: 

wyskubał sobie większość piór z piersi i był częściowo łysy. 

–   Pa,   kochanie!   Muszę   już   lecieć,   .   Zaparkowałam   samochód   w 

niedozwolonym miejscu. Boję się, że lada chwila mnie stamtąd wywiozą. Nie 

pozwól Scooterowi siedzieć  w przeciągu. Nasionka słonecznika są w torbie. 

Aha, jakiś człowiek wpadł wczoraj po południu do agencji, zostawił to i prosił, 

żeby ci przekazać. Powiedziałam mu, że w niedzielę rano u ciebie będę. 

Rzuciła Mollie białe, tekturowe pudełko. 

– Kto to był? – próbowała dowiedzieć się Mollie, ale Scooter zaczął kląć tak 

potwornie, że zupełnie ją zagłuszył. 

– Czyż nie jest cudny? – wykrzyknęła Clytie, zakrywszy ź powrotem klatkę, 

żeby   ptak   się   uspokoił.   –  Wie,   że   wyjeżdżam,   i   że   będzie   tęsknił   za   swoją 

mamuśką. Pa, kochanie – zwróciła się do Mollie. 

– Nie zapomnij o próbie głosu dla tych ludzi od syropu do naleśników. 

Pocałowała ją w policzek i wybiegła. Mollie zamknęła za nią drzwi. Scooter 

złorzeczył ponuro w swojej klatce. Należał do tego nieco kłopotliwego gatunku 

papug, które z łatwością uczą się powtarzać przekleństwa i był w tej dziedzinie 

niedoścignionym mistrzem. 

Mollie   uśmiechnęła   się   do   siebie.   W   nadawanej   ubiegłej   nocy   audycji 

radiowej grała rolę roztargnionego wampira. W tym tygodniu miała się zgłosić 

na   próby   głosowe   w   reklamówce,   w   której   wystąpi   w   roli   butelki   jakiegoś 

syropu. Nie była specjalnie zachwycona perspektywą przywdziania na siebie 

kostiumu będącego atrapą szklanego opakowania nienaturalnych rozmiarów, ale 

płaca była dobra, a zleceniodawcy szukali pewnej siebie, energicznej aktorki. 

–   Wczoraj   wampirem,   za   tydzień   syropkiem   na   zwiększenie   energii   – 

wygłosiła filozoficzną sentencję – a w międzyczasie uziemiona, z łysą papugą 

background image

na głowie. 

Otworzyła przyniesione przez Clytie duże, płaskie pudełko. 

Serce zatrzymało jej się na chwilę. Dosłownie czuła, jak się zatrzymało. 

Wewnątrz pudełka leżała czerwona, zdobna w cekiny i czarne pióra maska – 

jedna z tych z Nowego Orleanu. 

W rogu kartonu znalazła także małe, jubilerskie pudełko z szarego aksamitu. 

Otworzyła je. W promieniu słońca zalśnił pierścionek z granatem. Wstrzymała 

na   chwilę   oddech.   Na   dnie   leżała   biała   koperta   z   ozdobną   inskrypcją   jej 

nazwiska. Odstawiła pudełko i drżącymi palcami otworzyła kopertę. 

Prawie   całą   kartkę   zajmował   niesamowity   rysunek   kreta.   Ubiór   miał 

dystyngowany:   wytwornego   kroju   płaszcz   i   założony   pod   odpowiednio 

dostojnym kątem kapelusz derby. Oczy zakrywały mu ciemne okulary, a ręce 

miał   złożone,   jakby   przeżywał   coś   w   rodzaju   rozterki.   Każda   linia   rysunku 

sugerowała, że jeżeli zwierzątko jest spragnione czegokolwiek, to tylko miłości. 

Obok umieszczona była krótka notka:

„Norko, brak mi ciebie! Jeśli czujesz coś podobnego, to spotkaj się ze mną w 

restauracji Mardi Grass w niedzielę o dwunastej w południe. Kret”. 

– O Boże! – westchnęła Mollie, serce biło jej jak oszalałe. Spojrzała na 

zegarek.   Była   jedenasta   trzydzieści.   Znała   restaurację   Mardi   Grass.  To   dość 

daleko, lecz jeśli wyjdzie natychmiast z domu i uda jej się złapać taksówkę, ma 

szansę niewiele się spóźnić. 

Dotarła na miejsce dwadzieścia minut po dwunastej. Restauracja mieściła się 

w starym, murowanym budynku, który zdobiły metalowe kraty i balustrady, co 

przypominało   styl   Dzielnicy   Francuskiej.   Wewnątrz   znajdowało   się   małe 

podwóreczko otoczone ceglanymi ścianami, po których pięło się dzikie wino. 

Stało tam kilkanaście stolików z marmurowymi blatami. Z tyłu znajdowała się 

fontanna, w kącie kwitło różowo jakieś drzewko. 

I właśnie tam, opodal fontanny, zobaczyła Pearce’a. Ponownie poczuła, że 

coś dziwnego dzieje się z jej sercem: zatrzymało się na moment, pojawiło się 

background image

uczucie bólu i lekki przestrach, a potem jakimś cudem zaczęło bić na nowo. 

Patrzył na nią, siedząc oparty łokciem o blat stołu z wyciągniętymi przed 

siebie długimi nogami. Postawa jego była niewymuszona, prawie niedbała – 

podobnie jak ubiór. Miał na sobie czarne, luźne spodnie i grubą, jasnozieloną 

bawełnianą bluzę; Jego ciemne włosy połyskiwały w słońcu. Obok niego, na 

normalnej  smyczy   –   nie   w   uprzęży   –   siedział   Fritz.   Posiwiał   chyba   jeszcze 

bardziej,   ale   ujrzawszy   Mollie,   zdobył   się   na   przyjazny   gest   i   z   godnością 

kiwnął ogonem. 

Pearce podniósł się z krzesła. Był bardzo opalony i wyglądał świetnie, ale 

twarz   miał   poważną.   Gdy   zbliżyła   się   do   niego,   zmierzył   ją   wzrokiem   i 

powiedział:

– Myślałem już, że nie przyjdziesz. 

– Nie mogłam złapać taksówki – odrzekła, starając się w pełni panować nad 

głosem. – Dostałam twoją karteczkę tuż przed południem, bo Clytie spóźniła się 

trochę. 

Skinął głową, zachowując ten sam poważny wyraz twarzy. 

–   No   właśnie.   Próbowałem   złapać   cię   wczoraj   po   południu,   ale   Clytie 

powiedziała mi, że jesteś zajęta. Jako wampir. A wieczorem musiałem odbyć 

przymusową biesiadę w towarzystwie potencjalnych inwestorów. 

–   No   właśnie   –   powtórzyła   za   nim.   Przecież   tak   bardzo   pragnęłam   go 

zobaczyć, pomyślała a teraz oboje nie wiemy, jak ze sobą rozmawiać. 

– Spotykałeś się z ludźmi, którzy mają zainwestować w ten film o krecie? – 

zdobyła się w końcu na pytanie. 

– Tak. – Skinął głową. – Czemu nie siadasz? Chcesz się czegoś napić albo 

zjeść coś?

– Ależ z przyjemnością – odpowiedziała mechanicznie. – Będzie mi bardzo 

miło. 

Pomógł   odsunąć   jej   krzesło   i   jego   palce   musnęły   przelotnie   wierzch   jej 

dłoni. Drgnęli oboje. 

background image

– No więc, jakie plany na przyszłość? – spytał. – Znowu wampiry?

Zaprzeczyła ruchem głowy. 

– Nie, teraz będę syropkiem. W telewizji, jeśli wszystko pójdzie dobrze... 

–   Syropkiem   –   powtórzył   i   w   zamyśleniu   pokiwał   głową.   –  Widuję   cię 

czasem w telewizji. Zawsze mówisz o nieprzyjemnych kuchennych zapachach. 

Trzymasz   w   ręku   pojemnik   z   jakimś   paskudztwem   i   opowiadasz   coś   o 

czosnku i rybach... Wzruszyła ramionami i próbowała się uśmiechnąć. 

– Wszystko dla chleba – stwierdziła pogodnie. 

– Sztuka aktorska przydaje się nawet do reklamy papieru toaletowego. 

–   Owszem   –   odparł,   uśmiechając   się   krzywo.   Nareszcie   miał   ten   sam, 

drwiący,   dobrze   przez   nią   zapamiętany   wyraz   twarzy.   –   Ten   kawałek   także 

widziałem. Dobrze to było zrobione. 

Bębnił w – roztargnieniu palcami po marmurowym blacie stolika. 

– No więc, jak w końcu zdecydowałaś? – spytał. 

– Chcesz podkładać głos tej mojej norki? Czy może syropowe zobowiązania 

staną ci na przeszkodzie?

A więc to tak, pomyślała Mollie. Po prostu, nadal zainteresowany jest jej 

głosem i to wszystko... Dzień spochmurniał dla niej nagle, choć słońce świeciło 

tak samo mocno, jak przed chwilą. 

– Owszem – powiedziała, starając się nie patrzeć na niego. – Myślę, że mogę 

być twoją norką. 

– No, to dobrze – mruknął. Milczenie, jak trzecia nieproszona osoba, znowu 

towarzyszyło ich spotkaniu. 

Na   szczęście   zjawił   się   kelner.   Pearce   zamówił   dwie   szklaneczki   wina. 

Splotła dłonie i przycisnęła je do siebie. 

– No i jak ci idzie z filmem? – spytała. Na moment podniosła na niego 

wzrok. Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że wprawiło ją to w zakłopotanie. 

Odniosła   wrażenie,   jakby   jego   zielone   oczy   przewiercały   ją   na   wylot, 

dostrzegając to wszystko, co starała się ukryć. 

background image

–   Scenariusz,   a   nawet   scenopis   mam   już   gotowy,   studio   załatwione. 

Wszystko   będzie   robione   w   Hollywood.   –   Po   raz   pierwszy   naprawdę   się 

uśmiechnął. Wzniósł oczy ku niebu, jakby miał tam niewidzialnego wspólnika, 

którego ucieszy to, co za chwilę powie. 

–   Żebrałem,   umizgiwałem   się,   pożyczałem,   gdzie   mogłem.   Mam   już 

pieniądze   na   cały   film.   I   mam   także   dwanaście   milionów   dolarów   długu.   – 

Zaśmiał się w tym momencie, ale nie zabrzmiało to specjalnie wesoło. 

– O Boże, Pearce. – Mollie z przejęcia wstrzymała oddech. – Stawiasz na to 

dwanaście milionów?

W dalszym ciągu uśmiechał się krzywo. 

–   Prawie   czternaście.   Wuj   mi   trochę   zostawił   i   dołożyłem   całe   swoje 

oszczędności. Wszystko poszło na kreta. Głupie ci się to wydaje, prawda?

Zaprzeczyła ruchem głowy. Ujrzał, jak słońce skrzy się w jej rozsypanych 

włosach i uśmiech zamarł na jego ustach. Wpatrywał się w nią z tą samą co 

przedtem intensywnością. 

– Ależ skąd! – odrzekła z prawdziwym entuzjazmem. – Wcale nie wydaje mi 

się   to   głupie,   tylko   odważne   i   wspaniałe.   Widziałam   twoje   kreskówki   w 

telewizji. Jestem pewna, że uda ci się zrobić wspaniały film. 

– A czy ci już kiedyś mówiłem, że uwielbiam twoje włosy? – spytał nagle 

niskim, czułym głosem. – Odkąd pierwszy raz otworzyłem oczy, żeby ci się 

przyjrzeć, nieustannie mnie prześladują. 

Ta   uwaga   była   tak   nieoczekiwana,   że   zupełnie   nie   wiedziała,   co   ma 

powiedzieć.  Wpatrywała   się   po   prostu   w   jego   twarz,   starając   się   coś   z   niej 

wyczytać. 

– I może już zawsze będą mnie prześladować – powiedział, ujmując w palce 

kosmyk jej włosów. 

– Czy możesz mi wybaczyć to, co stało się w Nowym Orleanie?

Ich oczy spotkały się. 

– Już dawno ci wybaczyłam. W pierwszy dzień Bożego Narodzenia. 

background image

– Jak to?

Już wtedy zrozumiałam, jak to się stało. – Tak bardzo chciała mu wszystko 

opowiedzieć,   że   głos   wymknął   jej   się   zupełnie   spod   kontroli   i   zadrżał 

nieoczekiwanie.   –   To   był   taki   ciąg   przypadków.   Wszystko,   co   nam   się 

przydarzyło. Nie chciałeś zrobić nic złego, to nie była twoja wina... Próbowałam 

cię znaleźć, szukałam wszędzie, ale gdzieś mi zniknąłeś. 

– O Boże, Mollie – wyszeptał. Przysunął się bliżej wraz z krzesłem i objął ją 

ramieniem. – Gdybym o tym wiedział... Gdybym tylko o tym wiedział, to... 

– Wolną ręką bawił się nadal jej włosami. Zamiast skończyć poprzednie 

zdanie, spytał nagle, jakby z irytacją:

– Nie mogłaś powiedzieć mi tego przez telefon albo napisać?

– A skąd miałam wziąć twój numer telefonu?

– tłumaczyła siei – Wysłałam list do wytwórni TAS z prośbą, aby ci go 

przekazali. Nie wiem nawet, czy go dostałeś. 

– Nie widziałem go na oczy. – Ujął w dłonie jej twarz. – Wygląda na to, że 

TAS nie przesyła mi żadnych listów. Pewnie Irina je wyrzuca. Myślałem, że 

jesteś   taka   sama   jak   ona...   że   nie   zechcesz   już   się   ze   mną   spotkać.   Miałaś 

powody, żeby mnie znienawidzić. 

–   Nie   miałam   żadnych   powodów,   żeby   cię   znienawidzić   –   wyznała.   – 

Żadnych. Wręcz przeciwnie. 

Nachylił się nad nią ze skupionym wyrazem twarzy. 

–   Mollie,   czy   ty   wiesz,   co   przed   chwilą   powiedziałaś?   Czy   cię   dobrze 

zrozumiałem?

Wargi drżały jej coraz bardziej. Powiedziała prawdę, bo nie potrafiła kłamać, 

a to, co czuła, było zbyt silne, aby udało się stłumić i ukryć. 

–   Tak   –   powiedziała   głosem   drżącym   ze   wzruszenia.   –   Dobrze   mnie 

zrozumiałeś.   To   właśnie   chciałam   powiedzieć.   Nigdy   nie   przeżyłam   takich 

trzech dni... 

z nikim. Z nikim nie było mi tak dobrze, nawet przez godzinę... 

background image

– Mnie też – szepnął – tylko z tobą tak było. 

– Nachylił się i złożył na jej ustach długi, gorący pocałunek. Oderwał się od 

niej   i   uśmiechnął   porozumiewawczo.   –   Wstań.   Zróbmy   to   przyzwoicie.   Na 

stojąco jakoś nam to lepiej wychodziło. 

– Jak to? – spytała strapiona. – Gdzie mamy to zrobić?

Zaprowadził ją pod kwitnące drzewo w rogu podwórka. Było to jedno z tych 

biednych,   z   trudem   walczących   o   przetrwanie   wśród   murów   Nowego   Jorku 

drzew, na tyle jednak duże, by zasłonić ich przed oczami gości siedzących przy 

innych stolikach. Objął ją ramionami i powiedział z uśmiechem:

– Mówiłem sobie: po co to wszystko? Chciałem dać sobie z tym spokój. 

Powtarzałem po sto razy: to po prostu kolejna kobieta, taka sama jak inne. Ale ty 

nie jesteś taka sama jak inne. Wiesz, pamiętam każdą minutę z tych trzech dni. 

Każde słowo, jakie wypowiedziałaś, sposób, w jaki je mówiłaś... 

– Wiem – wyszeptała. Łzy napłynęły jej do oczu. 

– Ze mną było to samo. Też zapamiętałam wszystko. Przyciągnął ją bliżej i 

wtulił policzek w jej włosy. 

– Chyba cię kocham, norko. 

– I ja chyba cię kocham, krecie – szepnęła, pocierając twarzą o jego ciepłą, 

twardą pierś. 

–   Wiesz,   trochę   krucho   jest   teraz   u   mnie   z   pieniędzmi   –   powiedział 

poważnie. – Naprawdę, Mollie, wsadziłem wszystko w ten film. Jeśli chodzi o 

to, niewiele mam ci do zaoferowania, przynajmniej w tej chwili. 

– Nie musisz mi niczego oferować – odrzekła i objęła go za szyję. 

–   Przyjdzie   taki   dzień,   że   będziesz   miała   wszystko.   Jeśli   tylko   się   uda. 

Obsypię wtedy diamentami każdy centymetr twojego ślicznego ciała, ozdobię 

cię nimi jak choinkę. Niech tylko uda się ta gra. Ale na razie jest to ogromne 

ryzyko. 

–   Nie   takie   znów   ogromne.   Po   prostu   duże   ryzyko,   a   ja   przecież   lubię 

ryzyko. – Dotknęła palcami jego brody w miejscu, gdzie  skaleczył się przy 

background image

goleniu. Pozostał maleńki ślad. Wiedziała, że będzie tę bliznę kochać do końca 

życia. 

–   Cholernie   niestosowny   moment   –   powiedział   ze   śmiechem   –   prosić 

kobietę, aby zechciała dzielić ze mną życie, w momencie gdy postawiłem w tej 

grze czternaście milionów dolarów na kreta!

– Ale to przecież będzie najwspanialszy kret w historii świata! – Pocałowała 

go w brodę. – Sam tak o nim mówiłeś. 

– Miła jesteś, noreczko. Wierzysz marzeniom. 

– Och, Pearce! – powiedziała rozpromieniona. 

– Jakie to dziwne. Dlaczego wszystko tak się ułożyło? To, że spotkaliśmy się 

w takim nieodpowiednim momencie. Tyle błędów, nieporozumień, a na końcu 

coś tak wspaniałego. 

Pokręcił głową z twarzą rozjaśnioną uśmiechem. . – Nie wiem, Mollie. Może 

tam, w górze, wiedzą – odrzekł. – Jak pójdziemy do nieba, dowiemy się, jak to 

było naprawdę. Może to przeznaczenie?

– Może przeznaczenie... – powtórzyła. 

– I wiesz, my we dwoje chyba zasłużymy sobie na niebo. Dowiemy się, jak 

tam jest, już tutaj. Już teraz. 

Pocałował ją jeszcze raz i Mollie poczuła się znowu tak, jakby cały świat 

przestał   istnieć.   W   całym   kosmosie   byli   tylko   oni   –   Pearce   i   ona   w   jego 

objęciach. 

– Zapomnieliśmy sobie jeszcze coś powiedzieć ostatnim razem – wyszeptał 

z ustami przy jej ustach. 

–   Wesołych   Świąt,   Mollie!   Wesołych   Świąt,   norko!   Wesołych   Świat, 

kochana!

– Wesołych Świąt, krecie – odpowiedziała, tuląc się do niego. 

Płatki różowych kwiatów zawirowały na wietrze. Pearce  objął ją  jeszcze 

mocniej i znów pocałował. 

– I Szczęśliwego Nowego Roku! – śmiał się. 

background image

Na   ciepłym   bruku   podwórka,   obok   opuszczonego   stolika,   ignorując   ich 

zupełnie, spał Fritz. Grzało go słońce, chrapał i troszkę burczało mu w brzuchu. 

Śniło mu się chyba coś miłego, bo poruszył ogonem, zmarszczył swój czarny 

nos   i   pociągał   nim   tak,   jakby   rozkoszował   się   ucztą   zapachów   na 

zaczarowanych uliczkach Nowego Orleanu. 


Document Outline