background image
background image
background image

Spis

 treści

Sekrety

 ewolucji kochania i swawolenia

Tadeusz

 Gicgier

Marcel

 Achard

Stanisław 

Jerzy

 Lec

background image

SEKRETY EWOLUCJI KOCHANIA I

SWAWOLENIA

Z dr. Bogusławem Pawłowskim z Katedry Antropologii Uniwersytetu Wrocławskiego

rozmawia Artur Włodarski

Od

 kiedy wiadomo, skąd się biorą dzieci?

–  Na  dobrą  sprawę  dopiero  od  XVI  wieku.  Wcześniej  panowało  niejasne  tylko
przekonanie, że stosunek i ciąża to przyczyna i skutek. Choć jeszcze do niedawna wiele
plemion  australijskich  negowało  zależność  ciąży  od  aktu  płciowego.  Ciążę  miały
sprowadzać duchy.

Kobieta i mężczyzna nie wystarczyli?
–  Zadziwiające,  z  jakim  uporem  przez  wieki  podważano  rolę...  matki.  Starożytni  Grecy
uważali,  że  nie  jest  ona  przodkiem  dziecka,  lecz  tylko  pielęgnuje  młode,  zasiane  w  niej
życie. Egipcjanie też myśleli, że autorstwo potomstwa należy się wyłącznie ojcu. Dopiero
najwszechstronniejszy  geniusz  wszech  czasów,  Leonardo  da  Vinci,  postawił  matkę  na
właściwym  miejscu.  „Nasienie  kobiety  ma  dla  potomstwa  taką  samą  siłę,  jak  męskie”  –
pisał.  Wpadł  na  to  po  obejrzeniu  dzieci  białej  Włoszki  i  etiopskiego  Murzyna.  Fakt,  że
potomstwo  mieszanych  związków  ma  pośredni  odcień  skóry,  musiał  być  powszechnie
znany. „Najciekawsze jest nie to, że jeden człowiek ujrzał prawdę, ale że tak wielu jej nie
dostrzegało” – skomentował Anthony Smith w książce „Ciało”.

Dlaczego ludzie uprawiają seks przez okrągły rok, a nie – tak jak zwierzęta – okresowo?
–  Choćby  ze  względu  na  stały  dostęp  do  pokarmu.  Ciąża  i  laktacja  pochłaniają  dużo
energii:  ta  pierwsza  ogółem  50  tys.  kilokalorii,  druga  –  tysiąc  kilokalorii  dziennie.
Trwający  tysiące  lat  sezonowy  brak  pokarmu  mógłby  doprowadzić  do  sezonowego
rozrodu także u ludzi, a wówczas przychodzilibyśmy na świat w ściśle określonych porach
roku. Kobiety miałyby kilkudniową ruję, wtedy mężczyźni szaleliby za nimi, a wcześniej i
później  seks  niewiele  by  ich  obchodził.  Historia  zatoczyłaby  koło,  jako  że  u  naszych
przodków tak to mniej więcej wyglądało: była ruja i sezonowy rozród.

A

 dziś jesteśmy wyjątkowi?

–  Nie.  Sezonowego  rozrodu  nie  ma  też  u  małp.  Są  za  to  okresy  większej  i  mniejszej
aktywności  seksualnej.  Świadczą  o  tym  fluktuacje  narodzin  w  ciągu  roku,  obserwowane

background image

także u człowieka.

Kiedy

 rodzi się najwięcej dzieci?

– W naszej szerokości geograficznej wczesną wiosną. Zwłaszcza w lutym i marcu. Drugi,
ale już nie tak wysoki szczyt urodzin przypada na wrzesień. Po przeciwnej stronie globu
wygląda to podobnie, tyle że wszystko przesunięte jest o pół roku. Im bliżej równika – tym
więcej dzieci rodzi się w grudniu i styczniu, a więc najzimniejszych miesiącach. Szczyty
porodów  związane  są  oczywiście  z  okresowością  poczęć.  Maj,  czerwiec  i  grudzień  to
miesiące najbardziej owocnych kontaktów intymnych Polaków.

Jak bardzo seks zależy od szerokości geograficznej?
– Gdzie mamy kolebkę ludzkości? W Afryce. Gdzie mamy największy przyrost naturalny?
W strefie międzyzwrotnikowej. Gołym okiem widać, że na kuli ziemskiej są miejsca mniej
i bardziej sprzyjające miłości. Tam gdzie zimno – trudniej uprawiać miłość. Za kręgiem
polarnym ledwie działają bodźce zapachowe – w niskich temperaturach gorzej rozchodzą
się  i  są  odbierane  feromony.  Znacznie  słabsze  są  bodźce  wzrokowe  –  wszyscy  chodzą
opatuleni.  Wśród  Eskimosów  odnotowano  wypadek,  że  „dwoje”  wzięło  ślub  i  dopiero
potem  odkryło,  że  „oboje”  są  mężczyznami.  Surowe  warunki  wymagają  konkretnych
działań.  Zamiast  śpiewać  serenady,  trzeba  zbierać  opał.  Do  mrozów  najlepiej
przystosowana  jest  odmiana  żółta.  Ma  najmniejszą  liczbę  gruczołów  zapachowych,  ale
średnio  najwyższy  iloraz  inteligencji  –  nie  100,  jak  u  białych,  ale  110.  Wszystko  to  ma
wpływ  na  kulturę.  Nic  dziwnego,  że  więcej  piosenek  o  tematyce  miłosnej  komponują
Hiszpanie  niż  Szwedzi.  Cała  kultura  inspirowana  miłością  bogatsza  jest  w  krajach
podzwrotnikowych.

Mówi się, że człowiek jest hiperseksualny...
–  Może  się  wydawać,  że  nadużywamy  seksu,  że  przy  znacznie  mniejszej  aktywności  na
tym  polu  mielibyśmy  zapewniony  taki  sam  sukces  reprodukcyjny.  No  bo  czy  to  nie
przesada,  że  aż  500  stosunków  poprzedza  u  nas  pierwsze  zapłodnienie?  A  jednak  nie
jesteśmy  rekordzistami.  Są  zwierzęta,  które  biją  nas  na  łeb.  Szympansica  do  czasu
pierwszej ciąży odbywa blisko dwa tysiące stosunków. Dla porównania – para ludzi kocha
się  8–12  razy  miesięcznie.  U  makaków  częstotliwość  kopulacji  określa  się  nie  w
przeliczeniu na miesiąc, ale na godzinę. Nawet jeśli to jest 0,2, to i tak wychodzi dwa, trzy
razy  na  dobę  i  prawie  sto  razy  na  miesiąc.  Nie  my  zasługujemy  na  miano  najbardziej
rozwiązłych istot na ziemi.

A

 kto?

–  Na  przykład  bonobo.  Samice  bonobo  to  urodzone  nimfomanki.  Wystarczy  najsłabsza
zachęta,  by  ochoczo  przystały  na  kopulację,  nie  stroniąc  od  stosunków  oralnych  i
homoseksualnych.  Młoda  samica,  by  dołączyć  do  stada  zrywającego  owoce  z  drzewa,
musi  wpierw  odbyć  stosunek  z  każdym  samcem  –  łącznie  z  niedoświadczonymi
młodzieńcami. Dopiero potem może się zabrać do jedzenia.

background image

Naprawdę 

niczym

 nie możemy zadziwić zwierząt?

–  Niemalże.  Do  niedawna  w  literaturze  podkreślano  hiperseksualność  człowieka,  ukrytą
owulację, kopulację brzuszno-brzuszną. Wszystko to jest u bonobo.

Ale chyba żadne zwierzę aż tak nie celebruje samego aktu płciowego.
–  Stosunek  płciowy  może  być  niebezpieczny.  Odciąga  uwagę  od  otoczenia,  ogranicza
percepcję, osłabia czujność – czyni kopulującego łatwiejszym łupem dla drapieżników. To
dlatego zwierzęta kopulują w ekspresowym tempie: u byka i barana trwa to kilka sekund, u
ogierów niewiele dłużej, u szympansa 10, rzadko 15 sekund. Nawet u słonia – notabene
mającego członek o ruchomości niezależnej od ciała – niespełna pół minuty. Uważam, że
wcześniej  i  ludzie  kopulowali  tak  szybko.  Dopiero  gdy  człowiek  przestał  żyć  w  ciągłym
zagrożeniu,  mógł  celebrować  zachowania  płciowe.  Pośrednio  wiąże  się  to  ze  wzrostem
mózgowia, bo bez sprawnego intelektu nie mógłby uwolnić się od drapieżników, chłodu i
głodu.

Coś jest w powiedzeniu, że „nuda rodzi rozpustę”.
– Raczej brak problemów. Dlatego w starożytnym Rzymie arystokracja żyła w sposób tak
rozwiązły. Dlatego w dostatnich Stanach Zjednoczonych ilość zachowań płciowych jest
znacznie większa niż w biednym Bangladeszu. Kiedy wokół wszystkiego w bród, sukces
reprodukcyjny najłatwiej zwiększyć przez nasilenie kontaktów seksualnych.

A co do celebrowania aktu przez człowieka, to i tu pana rozczaruję: u makaków sama

kopulacja,  bez  gry  wstępnej,  może  przekraczać  dziesięć  minut,  u  orangutana  zaś
zaobserwowano stosunek trwający ponad pół godziny.

A

 czy menopauza nie jest cechą typowo ludzką?

–  To  tak,  jakby  pan  spytał,  czy  typowo  ludzkie  są  nowotwory.  Gdy  większość  ludzi

umierała przed pięćdziesiątką, były rzadkością. Teraz, gdy żyjemy o 30 lat dłużej, okazały
się  plagą.  Tak  samo  jest  z  menopauzą.  Musi  mieć  czas,  by  wystąpić.  U  szympansa  na
wolności samica zwykle jej nie dożywa, ale na przykład w zoo – tak.

Wiadomo, czemu

 powstała?

–  By  zdążyć  odchować  ostatnie  dziecko.  Załóżmy,  że  kres  życia  zbiega  się  u  kobiet  z
kresem reprodukcji. A więc 40-letnie kobiety rodziłyby dzieci i zaraz potem umierały. Dla
wielu sierot byłby to wyrok śmierci. A z punktu widzenia matki – strata energii. Aby trud
ciąży  nie  szedł  na  marne,  kobieta  musi  mieć  czas  na  wychowanie  każdego,  także
ostatniego dziecka.

Następne 20 lat i matka staje się babcią...
– Właśnie. Fenomen babci od lat stanowi zagadkę. Jaki jest jego ewolucyjny sens? Chodzi
pewnie o pomoc opiekującej się potomstwem matce. W Papui-Nowej Gwinei babcia ma
zakaz  rodzenia,  a  jeśli  go  złamie  –  musi  zabić  swoje  dziecko.  W  społecznościach
zbieracko-łowieckich  babcie  dostarczają  ponad  50  proc.  pokarmu  spożywanego  przez
wnuki.  Dlaczego  to  robią?  By  zwiększyć  swój  sukces  reprodukcyjny.  Nie  mogąc  mieć

background image

więcej  własnych  dzieci,  inwestują  w  potomstwo  córki.  Zważywszy,  że  mają  z  wnukami
jedną czwartą genów wspólnych, jest to całkiem opłacalna strategia.

A  ukryta  owulacja?  Czy  nie  jest  naszą  specjalnością?  Jak  pisze  Matt  Ridley  w
„Czerwonej  królowej”  –  niezależnie  od  tego,  co  mówią  lekarze,  mądrość  ludowa  i
Kościół rzymskokatolicki, owulacja u człowieka jest niedostrzegalna i nieprzewidywalna.
Szympansice  różowieją,  krowy  wydzielają  zapach  nęcący  byki,  tygrysice  poszukują
tygrysów – w świecie ssaków dzień owulacji jest obwieszczany fanfarami. Ale nie u ludzi.
–  Nawet  literatura  naukowa  podkreśla  brak  objawów  owulacji  u  człowieka.  A  ja
powiadam:  owulacja 

nie

  jest  ukryta.  Chociaż  brak  oznak  wizualnych  –  są  sygnały

węchowe  i  behawioralne.  Skóra  kobiet  staje  się  wtedy  jędrniejsza,  zapach  –
intensywniejszy.

W  tropikach,  gdzie  ludzie  chodzą  prawie  nago  i  rzadko  używają  kosmetyków  lub  nie

robią tego wcale, takie sygnały mogą być odbierane.

A w naszej – odzieżowej – kulturze?
– Obserwacje prowadzone w amerykańskich dyskotekach wykazały, że w okresie owulacji
kobiety  mocniej  się  malują,  bardziej  wyzywająco  ubierają  i  zachowują.  Nieświadomie
wysyłają  sygnały,  które  czynią  je  bardziej  pociągającymi  dla  mężczyzn.  A  mężczyźni  te
sygnały odbierają i na przykład wyraźnie częściej takich kobiet dotykają.

Czym tłumaczy się zanik rui, a potem tak silne stłumienie oznak owulacji?
– Jest wiele koncepcji. Gdyby na przykład partner orientował się, kiedy jego partnerka jest
płodna,  zaniedbywałby  ją  w  okresach  bezpłodności.  Zatem  ukrycie  owulacji  mogło  być
wybiegiem samic chcących utrzymać przy sobie samca.

Koncepcja  kooperacyjna:  manifestacja  płodności  doprowadziłaby  do  tego,  że  samce

ignorowałyby  większość  samic,  walcząc  o  garstkę  tych,  które  są  akurat  zdolne  do
zapłodnienia.  Ewolucja  uznała,  że  utrzymując  samce  w  niewiedzy,  unika  się
niepotrzebnych  napięć  i  narażenia  grupy  na  przegraną  w  starciach  z  innymi,  bardziej
skonsolidowanymi.

Tak zwany model łowiecki łączy jawność owulacji z odżywianiem. Samice w rui, jako

najatrakcyjniejsze,  obdarzane  były  przez  samców  łowców  największymi  porcjami  mięsa.
Aby dostawać go dużo bez względu na fazę cyklu, samice „postanowiły” ukryć owulację.
Słowem, samice utraciły ruję, handlując seksem na „mięsnym targu” prowadzonym przez
samce.

A gdyby tak owulacja u kobiet zaczęła się „odkrywać”?
– Kiedy Jared Diamond z Uniwersytetu Stanu Kalifornia dowiedział się, że szympansice
anonsują gotowość płciową różową opuchlizną tylnej części ciała, powiedział: „Może to i
dobrze,  że  u  kobiet  okres  płodności  nie  jest  sygnalizowany  wszem  i  wobec.  Co  by  się
działo,  gdyby  pewnego  dnia  obok  waszego  biurka  przeszła  nieodparcie  różowa
pracownica?”.

background image

Najwyraźniej 

seks

  jest  sztuką  mistyfikacji.  Czyżby  jawność  mogła  nas  kosztować  zbyt

dużo?
–  O!  Miałaby  przykre  konsekwencje.  Zwłaszcza  dla  kobiet.  Wystarczy  pomyśleć,  co  by
było, gdyby mężczyźni mogli odróżniać swoje dzieci od cudzych. Albo gdyby wiedzieli, że
ich nowa partnerka jest w ciąży z innym mężczyzną. Zwierzęta mające taką umiejętność
bezwzględnie  ją  wykorzystują.  Obejmujący  harem  samiec  langura,  małpy
zwierzokształtnej, z reguły wie, które samice są w ciąży. Przejmując harem, samiec zabija
wszystkie małe narodzone w ciągu pierwszych pięciu miesięcy swego panowania, jako że
ciąża u langurów trwa siedem miesięcy. Podobną rzeź niewiniątek urządzają samce lwów.
Nieco  subtelniej,  bo  za  pomocą  feromonów,  z  cudzym  potomstwem  rozprawiają  się
samce myszy. Wywołują poronienie u samic, by jak najszybciej je zapłodnić.

Niewykluczone,  że  promiskuityzm  samic  wynika  z  chęci  podzielenia  rodzicielstwa

między  wielu  samców,  aby  zapobiec  dzieciobójstwu.  Żaden  z  tych,  którym  nie  skąpiła
wdzięków, nie może wykluczyć, że nie jest ojcem jej dziecka. Ten brak pewności potrafi
uratować maleństwu życie.

Dlaczego

 ciężarne kobiety uprawiają seks? Czy to też mistyfikacja?

– Fakt, pozornie to bez sensu. Czyż kobiety w ciąży nie powinny oszczędzać energii dla
tak  potrzebującego  jej  płodu?  Ale  wiedzą,  co  robią.  Gdyby  wraz  z  zajściem  w  ciążę
kobieta  automatycznie  traciła  zainteresowanie  seksem,  jej  partner  mógłby  poczynić
wystarczająco  precyzyjne  obliczenia,  by  stwierdzić,  że  ktoś  przyprawił  mu  rogi.  Po  co
miałby  wychowywać  bękarta?  W  interesie  własnych  genów  powinien  jak  najszybciej
rozejrzeć się za kobietą gotową wydać na świat jego dziecko. A tak, uprawiając miłość w
czasie ciąży, może ona wywieść w pole wszystkich potencjalnych ojców.

Jest też inny powód – cementowanie związku. Proszę pomyśleć, co zrobiłby mężczyzna

skazany  na  dziewięciomiesięczny  celibat.  Najprawdopodobniej  poszukałby  sobie  innej
partnerki. By go nie stracić, kobieta gotowa jest uprawiać seks niemal do końca ciąży.

Ilu

 mężczyzn niesłusznie przypisuje sobie ojcostwo?

– Z prowadzonych we Francji badań DNA wynika, że 15 proc. dzieci zostało zrodzonych
z  nieprawego  łoża.  A  więc  ich  formalni  ojcowie  nie  są  ich  biologicznymi  ojcami.  Ci
pierwsi  nawet  nie  podejrzewają,  że  wychowują  dzieci  innego  mężczyzny.  Ci  drudzy
często w ogóle nie wiedzą, że są ojcami.

A w Polsce?
–  Nie  wiem,  czy  były  takie  badania.  Przypuszczalnie  wskaźnik  pewności  ojcostwa
przekracza u nas 90 proc.

90 proc., czyli na dziesięciu mężczyzn dziewięciu może być pewnych ojcostwa dziecka,
które uważają za swoje?
–  Tak.  I  jeśli  pewność  ojcostwa  jest  taka  wysoka,  nic  dziwnego  się  nie  dzieje.  Ale  jeśli
spada  poniżej  70  proc.,  ma  miejsce  ciekawe  zjawisko  –  awunkulat.  Zamiast  w  swoje
mężczyźni zaczynają inwestować w dzieci swojej siostry. Rachunek jest taki: skoro tylko

background image

połowa dzieci mojej żony może być moimi dziećmi, to nie opłaca mi się na nie łożyć.

Na szczęście jest ktoś, komu się to opłaca. Kto? Brat żony.
Dlaczego? Bo brat żony też nie jest pewien swoich dzieci. Za to może być pewien, że

siostrzenice  i  siostrzeńcy  noszą  jego  geny.  A  noszą,  jako  że  ich  matka  jest  jego  rodzoną
siostrą. A to, że jest siostrą, wynika z tego, że mają wspólną matkę. Stąd też towarzysząca
awunkulatowi matrlinearność [matrylinearność?], czyli dziedziczenie dóbr po linii matki.
I matrlinearność, i awunkulat praktykują na przykład Indianie Nawaho oraz mieszkańcy
Wysp Trobrianda i Salomona.

Skąd 

ta

 nazwa?

– Od łacińskiego „avunculus” – wujek, bo ciężar utrzymania dzieci bierze na siebie nie
biologiczny, czy nawet formalny, ojciec, lecz wujek. Oczywiście, mężczyzna ów miałby z
własnymi  dziećmi  większe  pokrewieństwo  niż  z  dziećmi  siostry,  ale  przynajmniej  z  tymi
ostatnimi  jest  spokrewniony  na  pewno.  Gdyby  tak  u  nas  spadła  pewność  ojcostwa,
awunkulat też mógłby się rozpowszechnić.

Teraz, dzięki testom DNA, trudniej będzie mężczyzn wywieść w pole...
–  Są  sposoby  utwierdzania  mężczyzn  w  przekonaniu  o  ojcostwie.  W  plemionach
tradycyjnych, jeśli dziadkowie uznają, że ich wnuczek nie jest podobny do swego ojca, a
ich  syna,  to  wyrzekają  się  takiego  wnuka.  Badania  wykazały,  że  to  podobieństwo  bywa
iluzoryczne, bo gdy spytać postronne osoby, do kogo podobne jest niemowlę, to tyle samo
wskaże  na  ojca,  ile  na  matkę.  Natomiast  gdy  spytać  członków  rodziny  owego
niemowlęcia,  wtedy  wychodzi  na  jaw  ewidentna  manipulacja:  otóż  rodzina  ze  strony
matki upiera się, że dziecko jest podobne do ojca. „Ależ to cały Tadeusz! Wykapany tata!”
– wykrzykują. Tymczasem rodzina ojca nie wykazuje takiego entuzjazmu. „No może...” –
bąkają.  Gdyby  niemowlę  faktycznie  było  podobne  do  ojca,  należałoby  oczekiwać
podobnych reakcji po obu stronach. Rodzina ze strony matki nie ma się czym martwić –
nie licząc rzadkich wypadków zamiany niemowląt w szpitalu, może być pewna, że to ich
potomek. Rodzina ojca takiej pewności nie ma. Pierwsza musi więc przekonać drugą, że
mają wspólnego potomka, w którego warto inwestować. Co więcej, zauważono, że presja
wywierana na rodzinę ojca jest najsilniejsza przy pierwszym dziecku. Przy następnych –
już mniej. Dlaczego? Bo z każdym kolejnym dzieckiem znają się coraz lepiej. A z początku
są dla siebie zagadką. A może, gdy ją poślubił, była w ciąży z innym?

Chyba że wziął dziewicę...
– W wielu krajach dziewictwo nadal jest w cenie. Najlepszy dowód – infibulacja. Nazwa
wywodzi się z łacińskiego słowa „infibula”, co znaczy zapinka do tuniki. W tym wypadku
oznacza zaś naturalny pas cnoty. W Sudanie, Nowej Gwinei i paru innych krajach małym
dziewczynkom zaszywa się wargi sromowe. Zaszywa tak, by został tylko niewielki otworek
na mocz i krew menstruacyjną. Jedyny ukłon w stronę higieny to polanie rany wrzątkiem.
Co  ciekawe,  robią  to  kobiety  –  matki  córkom.  Po  co?  By  były  cenniejsze  na  rynku
małżeńskim. W wianie wnoszą gwarancję, że nie są w ciąży. Problem w tym, że zaraz po
ślubie ich mężowie dobierają się do nich... nożem. Związek jest konsumowany, nim rana

background image

zdąży  się  zagoić.  Po  urodzeniu  dziecka  pochwę  ponownie  się  zaszywa.  I  tak  po  trzech
porodach kobieta ma strzępki w okolicy krocza.

Dlaczego zaszywa się po porodzie?
– Ze względu na zakaz współżycia w okresie laktacji, który potrafi trwać nawet dwa lata.
Szacuje się, że na świecie żyje ponad 50 mln kobiet po infibulacji.

Istnieje też zwyczaj zwężania przedsionka pochwy specjalnymi klamrami lub cierniami.

Dowodem  na  to,  że  takie  zabiegi  nadal  się  wykonuje,  był  głośny  przypadek  opisywany
między  innymi  przez  Anthony’ego  Smitha.  Do  jednego  z  brytyjskich  szpitali  trafiła
pacjentka  z  Sudanu.  Choć  ze  względu  na  rozmiary  pochwy  wydawało  się
niepodobieństwem,  by  mogła  odbywać  stosunki  seksualne,  kobieta  ta  była  w  piątym
miesiącu  ciąży.  Chirurdzy  z  Sheffield  przywrócili  jej  pochwę  do  normalnego  stanu,
umożliwiając  tym  samym  poród.  Po  wszystkim  przyznała,  że  choć  ów  proceder  jest
nielegalny,  to  wśród  niektórych  arystokratycznych  rodzin  muzułmańskich  kaleczenie
kobiet nadal jest obowiązującym zwyczajem.

Nie sądzę, by gdzieś z równą determinacją zapobiegano niewierności mężczyzn...
– Bo zdrada jest asymetryczna. Niewierność męża ma mniejsze konsekwencje – jego żona
nie musi się takim dzieckiem opiekować – natomiast niewierność żony naraża mężczyznę
na to, że będzie wychowywał nie swoje dziecko. Historia i prawo to odzwierciedlają. W
większości  społeczeństw  zdrada  żony  była  lub  jest  o  wiele  surowiej  karana  niż  bezkarna
często niewierność męża.

Jak

 zapewnić sobie wierność swej wybranki?

–  Jak  uważa  część  biologów,  wystarczy  albo  często  z  nią  współżyć,  albo  jej  pilnować.
Kochając się z partnerką przynajmniej co trzy dni, utrzymuje się w jej drogach rodnych
bezpiecznie wysoki poziom nasienia.

Co  do  pilnowania  zaś...  W  przeciwieństwie  do  zwierząt  ludzie  mogą  pilnować  swych

partnerów  in  absentia.  On  może  spytać  swego  sąsiada  lub  własną  matkę,  co  też  żona
porabia,  gdy  on  spędza  całe  dnie  na  polowaniu.  Robin  Dunbar  z  Uniwersytetu  w
Liverpoolu  uważa,  że  ewolucyjne  pochodzenie  mowy  związane  jest  z  „plotkowaniem”.
Mąż mógł z dużym powodzeniem zniechęcić żonę do romansu, dając jej do zrozumienia,
że nieustannie śledzi plotki.

Teraz, gdy on i ona spędzają całe dnie poza domem, niewierność musi zbierać bogate
żniwo...
– Tak. Bo czas przebywania z partnerką jest bardzo ważny. Stwierdzono, że gdy są razem
przez większość dnia, to prawdopodobieństwo zdrady jest małe. W niektórych kulturach
kobiety są dokładnie pilnowane, najpierw przez rodzinę, potem przez męża.

Oto  przykład:  niedawno  spotkałem  28-letnią  dziewczynę  z  Azerbejdżanu.  Skończyła

studia w Moskwie i zajmowała się rekonstruowaniem twarzy. Na konferencję przyjechała
z  mamą.  Dlaczego?  Bo  jest  panną.  Z  tego  względu  przez  pięć  lat  studiów  ktoś  ciągle
musiał jej pilnować – wujek, ciotka, matka... Niemal na chwilę nie mogła zostać sama.

background image

Dmuchają na zimne?
–  Z  pewnością.  Ale  na  przykład  w  Wielkiej  Brytanii  aż  30  proc.  kobiet  przyznaje,  że
przynajmniej  raz  miały  dwóch  różnych  partnerów  seksualnych  w  ciągu  jednej  doby.
Załóżmy,  że  po  takim  wyczynie  kobieta  zachodzi  w  ciążę.  Który  z  partnerów  zostaje
ojcem?

Pierwszy

?

–  To  by  było  zbyt  proste.  Zapomina  pan,  że  plemniki  są  w  stanie  przetrwać  w  ciele
kobiety nawet tydzień. Okazuje się, że istotny jest termin owulacji, który z partnerów jest
mężem,  a  który  kochankiem,  kiedy  ostatnio  mieli  wytrysk,  jak  dawno  kochali  się  z  tą
kobietą itd.

To, co dzieje się w drogach rodnych kobiety, określa się mianem wojny plemników i

jest przedmiotem wnikliwych badań.

Kiedy

 to wykryto?

– W latach 70. biologa brytyjskiego Rogera Shorta zastanowiła dysproporcja w wielkości
jąder  u  małp.  Dlaczego  cztery  razy  cięższe  goryle  mają  jądra  cztery  razy  mniejsze  od
szympansich?  Doszedł  do  wniosku,  że  rozmiar  jąder  idzie  w  parze  ze  skłonnością  do
poligamii.  Im  bardziej  samce  są  pewne  swego  seksualnego  monopolu,  tym  ich  jądra  są
mniejsze.  Tak  jest  u  goryli.  Ale  już  u  szympansów  samica  potrafi  w  krótkim  czasie
„obsłużyć”  kilku  samców.  Plemniki  każdego  z  nich  starają  się  jak  najszybciej  „zaklepać
sobie”  komórkę  jajową.  Dochodzi  między  nimi  do  bezpośredniej  rywalizacji  –  wojny
plemników.  Najlepszym  sposobem  na  wygranie  tej  wojny  jest  wyprodukowanie  jak
największej ilości nasienia i zalanie nim konkurencji.

Dziesięć  lat  później  dwóch  brytyjskich  zoologów  z  Uniwersytetu  w  Manchesterze  –

Robin  Baker  i  Mark  Bellis  –  zaczęło  badać,  ile  spermy  uwalnia  mężczyzna  podczas
wytrysku i co się z nią dzieje. Stwierdzili, że w ciele kobiety musi dochodzić do rywalizacji
plemników.  Ich  zdaniem  około  pięciu  procent  ludzi  zawdzięcza  temu  zjawisku  życie.
Innymi słowy, jedna osoba na dwadzieścia żyje dzięki temu, że plemniki jej biologicznego
ojca pokonały plemniki innych partnerów w drogach płciowych matki. Niby niewiele, ale
według Bakera znaczy to, że statystycznie każdy z nas ma przodka, którego by nie miał,
gdyby nie owo zjawisko. „Dzisiaj – pisze w „Wojnie plemników” – jesteśmy określonymi
osobami  dlatego,  że  jeden  z  naszych  przodków  wyprodukował  porcję  nasienia  na  tyle
walecznego, by tę wojnę wygrać”.

Ponieważ w trakcie cyklu kobieta wytwarza zwykle tylko jedną komórkę jajową, może

być tylko jeden zwycięski plemnik. Gdy wytworzy ich dwie, a taka sytuacja ma miejsce w
przypadku bliźniąt dwujajowych, wtedy zaszczytu zapłodnienia dostępują co prawda dwa
plemniki,  ale  de  facto  zwycięzca  jest  jeden,  jako  że  oba  pochodzą  od  jednego  ojca.  I
wydawało  się,  że  inaczej  być  nie  może.  A  jednak  historia  wojen  plemnikowych  zna
przypadki  remisu  –  najbardziej  spektakularnym  tego  przykładem  są  bliźnięta  dwujajowe
różnych ras, a więc i różnych ojców.

A

 gdyby wojny plemników nie było?

background image

– Zdaniem Bakera ludzka seksualność straciłaby wówczas cały swój koloryt. Nie byłoby
kobiecych  orgazmów,  masturbacji,  marzeń  sennych  i  fantazji  seksualnych,  a  przez  całe
życie  mielibyśmy  ochotę  na  seks  może  kilkadziesiąt  razy  –  wówczas,  kiedy  zapłodnienie
byłoby  możliwe  i  pożądane.  W  istocie  inny  kształt  przybrałoby  wszystko:  kultura,
literatura i sztuka, a całe życie społeczne miałoby odmienne oblicze.

Czy w porównaniu ze zwierzęcymi ludzkie jądra są duże?
–  Lokujemy  się  pośrodku.  Co  nie  znaczy,  że  jesteśmy  przeciętniakami.  W  proporcji  do
całego  ciała  męskie  jądra  zasługują  na  miano  dużych.  „No  właśnie  –  pytają  orędownicy
wojny plemników – dlaczego są aż tak duże? Do zapłodnienia wystarczyłaby mężczyźnie
jedna  dziesiąta  tych  milionów  plemników,  które  traci  z  każdym  wytryskiem”.  „Właśnie
dlatego  –  odpowiadają  –  że  u  człowieka  dochodzi  do  rywalizacji  spermy.  W  wojnie
plemnikowej małe jądra, a więc produkujące mało nasienia, stawiałyby ich właściciela na
przegranej pozycji. Ich wielkość jest o wiele bardziej istotna od rozmiarów prącia”.

Zwracają  też  uwagę  na  położenie  jąder.  Żaden  projektant  organizmu  nie  byłby

zadowolony  z  pozostawienia  na  zewnątrz  ciała  tak  ważnego  narządu.  Dlaczego,  zamiast
tkwić bezpieczne w jamie ciała, jądra mężczyzn spoczywają w mosznie? Przecież są tam
bardziej  narażone  na  uszkodzenia.  Odpowiedź  brzmi:  ze  względu  na  żywotność
plemników. W mosznie panuje nieco niższa temperatura – u mężczyzny nagiego o sześć
stopni, a ubranego o trzy. Niższa temperatura działa konserwująco na plemniki – dzięki
temu mogą dłużej pełnić swoje funkcje.

Położenie jąder oraz ich znaczne rozmiary zdaniem wielu jednoznacznie wskazują na

przystosowanie do wojny plemników.

Ale do sukcesu reprodukcyjnego wiedzie wiele dróg. Dla jednego będzie to uwiedzenie

jak największej liczby kobiet, dla innego – wierność jednej partnerce i otoczenie opieką
jej dzieci. Trudno ocenić, która strategia jest lepsza.

A więc sukces reprodukcyjny może mieć wielu ojców – wiernych i niewiernych?
–  Zasada  jest  prosta:  gdyby  wszyscy  byli  tacy  sami,  premiowana  byłaby  każda
odmienność.  W  społeczności  mężczyzn  monogamicznych  garstka  poligamistów
odniosłaby ogromny sukces. Ale gdy bardzo wielu mężczyzn zdradza swe partnerki bądź
ma  ich  kilka,  lepsze  owoce  daje  strategia  pilnowania  tej  jednej.  Co  z  tego,  że  ktoś
utrzymuje stosunki z dziesięcioma kobietami, skoro one sypiają z innymi mężczyznami i
ten ktoś nie ma żadnej gwarancji, że jest ojcem ich dzieci?

Jaka

 strategia jest najwłaściwsza dla naszej rasy?

– Sądząc po rozmiarze jąder – mieszana: pilnowanie stałej partnerki przeplatane aktami
małżeńskiej  niewierności.  O  tym,  że  wielkość  jąder  odgrywa  rolę  w  wojnie  plemników,
świadczy  też  pewne  ciekawe  spostrzeżenie.  Otóż  ustalono,  że  mężczyźni  spędzający  ze
swoimi żonami całe dnie, mają objętościowo mniejszy wytrysk niż tacy, którzy widują je
na  przykład  wyłącznie  wieczorami.  Oczywiście  przy  założeniu,  że  i  tu,  i  tu  liczba
stosunków jest jednakowa.

background image

A jak do wojny plemników przystosowani są jej bezimienni bohaterowie?
–  Spotykane  w  podręcznikach  ilustracje  niezupełnie  odpowiadają  rzeczywistości.  Duża
główka,  wąski  tułów  i  długa  witka  –  tak  wygląda  tylko  część  plemników.  Inne
przypominają hantle, cygaro, gruszkę albo nie kojarzą się z niczym. Różne też odgrywają
role:

– blokerzy robią za bramkarzy – bronią wstępu plemnikom następcy. Są rosłej postury,

mają poskręcane witki, a niektóre – niczym hydry – nie jedną, ale kilka główek;

–  zabójcy  –  jak  sama  nazwa  mówi  –  likwidują  plemniki  innych  partnerów.  Są

naszpikowane  trucizną.  Wyrok  śmierci  wykonują  po  sprawdzeniu  składu  chemicznego
powierzchni główek potencjalnych ofiar;

–  zdobywcy  są  jak  sportowcy,  którzy  niosą  DNA  niczym  pochodnię  mającą  rozpalić

znicz  olimpijski.  To  im  przypadła  rola  mistrzów  ceremonii  –  tylko  one  zapładniają
komórkę jajową. Można by powiedzieć, że pomagać im muszą wszystkie inne, gdyby nie:

–  plemniki  planowania  rodziny.  Te  zaprogramowane  są  na  niszczenie  bratnich

zdobywców.  Pozornie  bez  sensu.  A  jednak  bywają  nieocenione.  Uaktywniają  się,  gdy
mężczyzna przeżywa długotrwały stres bądź podejrzewa, że jest zdradzany. W pierwszym
wypadku zabezpieczają go przed posiadaniem dzieci, w drugim – wspomagają własnych
zabójców  w  walce  przeciwko  zdobywcom  kochanka.  Gdyby  reakcją  na  stres  była
całkowita 

utrata 

zainteresowania 

seksem, 

plemniki 

planowania 

rodziny

najprawdopodobniej w ogóle by się nie wykształciły. Zdaniem Bakera i Bellisa proporcje
poszczególnych  plemników  potrafią  zmieniać  się  z  godziny  na  godzinę,  w  zależności  od
sytuacji.

Czy

 wojna plemników to domena mężczyzn?

–  Kobiety  mają  w  niej  spory,  a  według  niektórych  nawet  decydujący  udział.  Kobieta
współżyjąca  na  przemian  z  dwoma  mężczyznami  może  trojako  wpływać  na  to,  który  z
nich zostanie ojcem: świadomie – stosując antykoncepcję, na wpół świadomie – kochając
się  z  jednym  w  płodnej,  a  z  drugim  w  bezpłodnej  fazie  cyklu,  oraz  nieświadomie  –
zachowując w sobie liczniejszą armię plemników jednego z kochanków.

A to ostatnie w jaki sposób?
– 

Kwestia

 orgazmu. Gdy szczytuje, zatrzymuje ponoć 50–90 proc. plemników, gdy nie –

poniżej połowy. Reszta wypływa.

Czyżbyśmy 

wreszcie

 poznali funkcję kobiecego orgazmu?

–  Zasysanie  ejakulatu  –  tak  twierdzą  Baker  i  Bellis.  Następujące  wówczas  skurcze
jajowodów, macicy i pochwy miały działać jak pompa ssąca.

A czy orgazm zwiększa szanse zajścia w ciążę?
–  Według  niektórych  –  tak.  Ale  tylko  wtedy,  gdy  następuje  na  minutę  przed  ejakulacją.
Jeśli wcześniej lub później – nie ma takiego znaczenia. Z tego punktu widzenia najlepiej,
gdy partner szczytuje minutę przed partnerką, a nie jak na filmach – równocześnie.

background image

I

 jak sądzę, orgazm nie jest wyłącznie naszą domeną...

– Kiedyś sądzono, że jest. Wiązano to z naszą dwunożnością. Wszechogarniające uczucie
orgastycznej błogości miało skłaniać kobietę do pozostania w pozycji leżącej. Gdyby zaraz
po stosunku zerwała się na nogi, nasienie mogłoby z niej wyciec, zmniejszając szanse na
zapłodnienie.  Ja  stawiam  na  jeszcze  inną  koncepcję.  Nie  mechaniczną,  lecz  raczej
hormonalną.  U  kobiety  orgazm  wiąże  się  z  wydzielaniem  oksytocyny.  Wiadomo,  że
hormon ten uczestniczy w akcji porodowej. Najciekawszy jest jednak wpływ oksytocyny
na zachowanie. Wstrzyknięcie jej samicy ssaka sprawi, że zaakceptuje ona cudze dziecko,
które  w  innych  warunkach  niechybnie  by  odrzuciła.  Problem  w  tym,  że  oksytocyna
szybko  się  rozkłada  i  już  po  dwóch  godzinach  jej  stężenie  we  krwi  spada  do  poziomu
wyjściowego.  Jeśli  dopiero  co  powite  młode  oderwie  się  od  matki  przed  upływem  tego
czasu,  to  może  ona  traktować  je  potem  jako  cudze.  Jeśli  jednak  pozostawimy  matce
noworodka,  to  będzie  mu  bezgranicznie  oddana.  Całkiem  niedawno,  tłumacząc  to
zasadami higieny, w szpitalach położniczych jak najszybciej odcinano pępowinę, po czym
umyte  i  ubrane  dziecko  przynoszono  matce  po  kilkudziesięciu  godzinach.  Potem  się
okazało,  jak  bardzo  taka  separacja  osłabia  relację  matka  –  dziecko.  Te  matki,  którym
pozwolono przytulić noworodka, po roku miały z nim o wiele lepszy kontakt niż te, które
odseparowano od swych pociech.

Dlaczego  o  tym  mówię?  Bo  kiedy  w  trakcie  orgazmu  poziom  oksytocyny  rośnie,  to

może następować podobna sytuacja: kobieta zaczyna się wiązać z mężczyzną, tak jak ze
swoim  dzieckiem.  Innymi  słowy,  partner  doprowadzający  swą  partnerkę  do  orgazmu
zyskuje  gwarancję,  że  będzie  mu  wierniejsza  i  silniej  doń  przywiązana.  Aż  trzykrotnie
redukuje  ryzyko  zdrady.  Oksytocyna  staje  się  mocnym  spoiwem  takiego  związku.  Sądzę
nawet, że tłumaczy fenomen miłości platońskiej.

Nie

 platonicznej?

–  Miłość  platońska  i  platoniczna  to  zupełnie  co  innego.  Platon  uważał,  że  na  początku
miłości jako takiej jest miłość fizyczna i dopiero po niej dochodzi się do miłości duchowej.
A  w  średniowieczu  wyrzucono  to  pierwsze,  wyeksponowano  to  drugie  i  tak  już  zostało.
Mówiąc „miłość platońska”, myślimy dziś o związku duchowym, bezdotykowym. Platon
pewnie się w grobie przewraca.

Ale

 jak widać – miał nosa...

–  Wydaje  się,  że  kobietę  można  przywiązać  seksem.  Psycholodzy  pytają,  jak  to  jest,  że
niektóre  maltretowane  kobiety,  choć  nienawidzą  swych  ciemiężycieli,  nie  potrafią  od
nich  odejść.  Co  je  trzyma?  Może  właśnie  oksytocyna?  Bo  jaki  hormon  powinien
najmocniej uzależniać od innej osoby? Ten, którego najwięcej jest w momencie porodu.
Zresztą czyż mógłby to być hormon wydzielany przy jakiejś innej okazji? Nie. Bez sensu
byłoby  bronić  na  zabój  kogoś,  od  kogo  uzależnienie  się  jest  kwestią  innych,
przypadkowych  okoliczności.  Za  to  obrona  własnego  dziecka  ma  sens,  jako  że  ono
właśnie jest spadkobiercą naszych genów.

Czy

 uzależniająca moc orgazmu dotyczy tylko kobiet?

background image

–  Tak.  W  odniesieniu  do  mężczyzn  nie  miałoby  to  sensu.  W  jego  interesie  nie  leży
uzależnianie  się  od  jednej,  lecz  posiadanie  jak  największej  liczby  partnerek.  Dlatego
niemal każdy stosunek jest u mężczyzn nagradzany orgazmem.

Czy kobietom i mężczyznom seks smakuje inaczej?
–  O!  Pod  względem  rozpiętości  doznań  seksualnych  kobiety  biją  mężczyzn  na  głowę.
Choćby  właśnie  orgazm:  można  zaryzykować  twierdzenie,  że  nie  ma  dwóch  kobiet,
których zakres, częstość i wzór orgazmu są identyczne.

Świadczą  o  tym  dane  o  mieszkankach  Wielkiej  Brytanii.  Niektóre  (2–4  proc.)  nie

doświadczają  go  wcale,  innym  (10  proc.)  zdarza  się,  ale  nigdy  podczas  stosunku,  a  są  i
takie  (10  proc.),  które  szczytują  za  każdym  razem.  Według  Bakera  kobiety  przeżywają
orgazm w około 60 proc. rutynowych epizodów seksualnych, z tego 35 proc. podczas gry
wstępnej,  a  tylko  10–20  proc.  w  czasie  penetracji.  Wreszcie  blisko  połowa  doświadcza
bezwiednych  orgazmów  nocnych,  podczas  gdy  druga  połowa  nawet  nie  jest  w  stanie
czegoś takiego sobie wyobrazić. W sumie zaledwie co 20. kobieta przeżywa całe spektrum
właściwych swej płci doznań seksualnych.

Jakże  inaczej  wygląda  to  u  mężczyzn!  Właściwie  wszyscy  doznają  bezwiednych

orgazmów  podczas  snu,  a  stosunek  bez  orgazmu  jest  w  ich  wypadku  jak  „i”  bez  kropki.
Ponieważ męski orgazm równoznaczny jest z wytryskiem, mężczyzna niedoświadczający
szczytowania nie ma w zasadzie szans na wydanie potomka. W przeciwieństwie do niego
kobieta  znająca  orgazm  tylko  z  opowiadań  może  dochować  się  gromadki  dzieci.
Szczytowanie  nie  jest  u  niej  warunkiem  niezbędnym  do  zapłodnienia.  A  mimo  to  wiele
kobiet  symuluje  orgazm  –  tak  wynika  ze  statystyk.  Przeszło  połowa  ankietowanych
przyznała,  że  zdarza  jej  się  udawać  orgazm,  a  jedna  czwarta,  że  robi  to  często.  I  –  co
istotne  –  z  powodzeniem.  Mężczyźni  o  wiele  częściej  informują  o  większej  liczbie
orgazmów  równoległych  niż  kobiety.  Dotyczy  to  nawet  takich  przypadków,  gdy  ich
partnerki  –  jak  same  przyznały  w  ankietach  –  w  ogóle  nie  doświadczają  orgazmu.  Jak
widać, kobiety do perfekcji opanowały sztukę wywodzenia mężczyzn w pole.

Co

 może być przyczyną tych różnic?

– Jeśli jakaś cecha jest słabo zróżnicowana u danego gatunku, tak jak doznania seksualne
mężczyzn,  to  świadczy  o  jej  dużym  znaczeniu  ewolucyjnym.  Innymi  słowy,  dobór
naturalny  selekcjonował  naszych  przodków  pod  kątem  tej  cechy.  A  jeśli  jest  duże
zróżnicowanie – nie było silnej selekcji. A to świadczy o jej niewielkim znaczeniu.

Wniosek: doznania seksualne kobiet nie były ewolucyjnie istotne, a już na pewno nie w

takim stopniu jak u mężczyzn.

A czy wojna plemników jest rzeczywiście tak istotna, jak chcą tego Baker i Bellis?
– Mogą dopuszczać się nadinterpretacji. Twierdzą choćby, że u człowieka bardzo często
dochodzi  do  rywalizacji  spermy.  Czyżby?  Bo  jeśli  byłoby  to  prawdą,  monogamiczność
kobiet stanęłaby pod znakiem zapytania. Oznaczałoby to, że kobiety są znacznie bardziej
skłonne  do  ryzykownych  zachowań  seksualnych,  niż  się  zakłada.  A  zakłada  się,  że  są  z
natury ostrożne, bo zbyt dużo mają do stracenia: utrata reputacji może dla nich oznaczać

background image

utratę partnera i warunków do wychowania potomstwa. Skórka za wyprawkę.

Wielkość jąder, objętość 

ejakulatu, budowa

 plemników...

Czyżby 

rozmiary

 członka były obojętne dla sukcesu reprodukcyjnego?

– Niezupełnie. Zwolennicy wojny plemników twierdzą, że ewolucja wyprofilowała go tak,
by  działał  jak  tłok  wysysający  wraz  ze  śluzem  zalegające  w  drogach  rodnych  kobiety
plemniki rywala. A co do długości – o niczym to nie świadczy. A na pewno nie wpływa na
prawdopodobieństwo  zapłodnienia  kobiety.  Desmond  Morris  uważa,  że  ludzki  członek
jest nadwymiarowy. „Homo sapiens chwali się wielkim mózgiem, a skrzętnie ukrywa fakt,
że ma najdłuższy członek” – pisze w „Nagiej małpie”. Okazuje się jednak, że w proporcji
do wielkości ciała szympans nie ustępuje nam pod względem wielkości członka. Z tym że
u  niego  jest  to  raczej  związane  z  obrzmieniem  okolic  genitalnych  samicy.  Szympansica
magazynuje  tam  około  półtora  litra  wody,  a  długość  jej  pochwy  wydłuża  się  nawet
dwukrotnie. Aby więc doszło do prawidłowej penetracji, członek musi być odpowiednio
długi.

Homo  sapiens  zaś  zwiększenie  długości  prącia  może  zawdzięczać  dwunożności.

Przyjęcie  postawy  wyprostowanej  spowodowało  ukrycie  żeńskich  narządów  płciowych
między  nogami.  Przy  kopulacji  grzbietowo-brzusznej  wymagało  to  wydłużenia  członka.
Inaczej penetracja byłaby niepełna. Obrzmienie okolic genitalnych pewnie było, ale nie
tak duże jak u szympansa. I dobrze, bo jak byśmy chodzili z takim półtorakilogramowym
balastem?

Czy

  wiadomo,  jak  długie  członki  mieli  nasi  przodkowie  milion  lat  temu?  Chyba  nie

dysponujemy żadnymi kopalnymi szczątkami?
– O właśnie! Wszystkie mięsożerne, począwszy od psów i kotów, mają baculum, czyli kość
prącia.  Z  paroma  wyjątkami  mają  ją  też  inne  naczelne.  A  my  nie.  Szkoda,  bo  wtedy
łatwiej  byłoby  rozróżnić  płeć  znalezisk.  Dlaczego  jej  nie  mamy?  Ułatwiałaby  kopulację,
wydłużałaby erekcję... Nie wiadomo.

Gdyby teraz pojawili się mężczyźni z czymś takim – czy nie mieliby przewagi?
–  I  nawet  się  pojawiają,  ale  rzadko.  Ich  znikomy  odsetek  dowodzi,  że  baculum  to
atawizm.  „Uzbrojeni”  w  kość  prącia  mężczyźni  najwyraźniej  nie  mieli  z  tego  żadnych
ewolucyjnych korzyści. Zresztą, jak pokazują badania, zaledwie co setna kobieta zwraca
uwagę  na  rozmiary  członka,  podczas  gdy  na  przykład  co  trzecia  na  pośladki.
Morfologiczne cechy mężczyzn coraz rzadziej decydują o sukcesie reprodukcyjnym.

A  czemu  łechtaczka,  kobiecy  odpowiednik  prącia,  jest  tak  dziwnie  umiejscowiona?
Bardzo  trudno  pobudzić  ją  podczas  stosunku.  Baker  pisał,  że  w  tej  sytuacji  pełni  ona
funkcję jedynie przycisku do masturbacji.
– I tak dobrze, bo gdybyśmy kochali się – jak większość ssaków – od tyłu, łechtaczka w
ogóle nie byłaby pobudzana. A mówiąc poważniej, nie widzę powodu, żeby przypisywać
jej  jakąś  nadzwyczajną  rolę.  To  narząd  resztkowy,  nieprzyczyniający  się  do  sukcesu
reprodukcyjnego.

background image

A jednak w kulturach tradycyjnych łechtaczce poświęca się dużo uwagi.
–  Ale  w  jakim  celu?  W  jednym  z  australijskich  plemion  usuwa  się  łechtaczkę
dojrzewającym  dziewczętom,  a  potem  wszyscy  mężczyźni  mają  stosunki  z  nowo
obrzezanymi.  Nieco  inne  znaczenie  ma  kliteroktomia  w  krajach  muzułmańskich  czy
północnoafrykańskich.  Łechtaczkę  obcina  się  tam  po  to,  by  pozbawić  kobietę
przyjemności czerpanej z seksu.

Żeby nie była wodzona na pokuszenie?
–  Właśnie.  Niech  to,  co  dla  mężczyzny  jest  przyjemnością,  dla  kobiety  będzie
obowiązkiem.  Kobiety,  ale  –  podkreślmy  –  stałej  partnerki.  Co  innego  takiej,  którą
mężczyzna  ma  dopiero  zdobyć.  Ta  lepiej  niech  łechtaczkę  ma,  bo  inaczej  w  ogóle  nie
będzie zainteresowana „tymi sprawami”. I żeby nie było nieporozumień: to nie mężczyźni
usuwają kobietom łechtaczki, tylko inne kobiety – najczęściej matki dbające o to, by ich
córki miały wzięcie.

Ciekawe,  czy  bardziej  wyeksponowana  łechtaczka  cokolwiek  zmieniłaby  w  sferze
ludzkiej seksualności...
– Opowiem panu o fenomenie obserwowanym u niektórych mieszkańców Dominikany.
Rodzą  się  tam  chłopcy,  u  których  nie  wykształca  się  prącie,  a  jądra  nie  zstępują  do
moszny.  Okazało  się,  że  przyczyną  jest  brak  enzymu  zmieniającego  nieaktywny
testosteron w aktywny dihydrotestosteron. Widząc brak prącia i moszny, miejscowi biorą
takich  chłopców  za  dziewczynki,  tyle  że  o  powiększonych  łechtaczkach.  I  tak  też  je
wychowują.  Na  zajęciach  ze  studentami  z  lubością  podaję  to  jako  przykład  przewagi
czynników biologicznych nad społecznymi w kształtowaniu tożsamości płciowej.

Nauki  społeczne  chcą  widzieć  decydującą  rolę  czynników  wychowawczych:

dziewczynkom  dajemy  do  zabawy  lalki,  chłopcom  samochody  i  tak  oto  kształtujemy  w
nich  a  to  kobiecą,  a  to  męską  psychikę.  A  to  oczywiście  bzdura,  bo  płeć  determinują
przede  wszystkim  czynniki  biologiczne.  A  więc  takich  chłopców  od  najmłodszych  lat
traktuje  się  i  wychowuje  jak  dziewczynki,  przygotowuje  do  roli  żon  i  matek.  Kiedy  te
„dziewczynki” wchodzą w okres dojrzewania, wychodzi szydło z worka. Ich „łechtaczki”
powiększają się nagle do rozmiarów prącia. Jądra zstępują do moszny i z dziewczęcia robi
się chłopiec. Tacy chłopcy są z reguły bezpłodni – jądra za długo tkwiły w jamie ciała i po
prostu  się  „przegrzały”.  Mało,  że  wyglądają  jak  mężczyźni,  to  jeszcze  po  męsku  się
zachowują: stają się agresywni, zaczynają rywalizować, podrywać dziewczyny... I proszę!
Wystarczy  parę  miesięcy  podwyższonego  poziomu  androgenów,  by  przekreślić  12  lat
silnego treningu wychowawczego.

No  właśnie,  dlaczego  mężczyźni  są  agresywni  i  zdobywczy,  a  kobiety  ostrożne  i
wybredne? I to niezależnie od wychowania?
– Obie płcie kształtują się nawzajem. Kobiety nie mogą mieć do mężczyzn pretensji o to,
jacy  są,  bo  jest  to  zasługą  kobiet.  Mężczyźni  są  z  natury  agresywni,  bo  raz  –  musieli
rywalizować  o  kobiety,  dwa  –  bo  zwycięzcy  w  tej  rywalizacji  bardziej  podobali  się
kobietom, a ściślej, ponieważ przodkinie dzisiejszych kobiet pozwalały takim mężczyznom

background image

na więcej. Kobiety są delikatniejsze, bo takie woleli przodkowie dzisiejszych mężczyzn.

Czyli  mężczyźni  zachowują  się  jak  selekcjonerzy  kobiet,  a  kobiety  –  jak  hodowcy
mężczyzn?
– W pewnym sensie tak. Rozmnażanie płciowe jest po prostu genetyczną spółką typu joint
venture,  gdzie  obie  strony  mogą  mieć  różne  preferencje,  ale  zawsze  ten  sam  cel  –  jak
największe rozprzestrzenienie genów.

Wiadomo,  że  samce  i  samice  mają  odmienne  strategie  zachowań  płciowych.  Płeć,

która więcej inwestuje w wychowanie potomstwa – na przykład nosząc płód w brzuchu
przez dziewięć miesięcy – nie odnosi korzyści z posiadania dodatkowych partnerów. Płeć,
która  inwestuje  mniej,  ma  czas  na  ich  poszukiwanie.  Dlatego,  mówiąc  najogólniej,
osobniki  męskie  dążą  do  zdobycia  większej  liczby  partnerek,  a  osobniki  żeńskie  –
jakościowo  lepszych  partnerów.  Z  czysto  technicznych  względów  mężczyzna  może
zostawić stukrotnie liczniejsze potomstwo od najbardziej płodnej kobiety. Wystarczy, by
zapłodnił  kobietę,  ta  zaś  sama  musi  urodzić  swoje  dzieci.  Spójrzmy  na  rekordzistów:
władca  Maroka  spłodził  888  pociech,  podczas  gdy  pewna  mieszkanka  w  XIX-wiecznej
Rosji wydała ich 69, i to tylko dlatego, że miała skłonność do ciąż mnogich. Założę się, że
Casanova zostawił więcej potomków niż Nierządnica Babilońska.

Zresztą  różnice  w  strategiach  płciowych  kobiet  i  mężczyzn  widać  już  na  poziomie

komórek  rozrodczych.  Komórka  jajowa  jest  tysiące  razy  większa  od  plemnika.  Tych
ostatnich  jest  za  to  dużo  więcej.  Pod  tym  względem  mężczyznę  można  porównać  do
fabryki,  kobietę  –  do  zakładu  rzemieślniczego.  Podczas  gdy  z  męskiej  linii  produkcyjnej
schodzą  miliony  plemników  dziennie,  żeński  zakładzik  opuszcza  jedno  jajo  na  miesiąc.
Od  początku  ona  inwestuje  w  jakość,  a  on  w  ilość.  A  to,  że  plemniki  są  aktywne,  a
komórki jajowe bierne, Darwin skomentował słowami: „Świat tak już jest urządzony, że
samce zdobywają, a samice są zdobywane”.

No właśnie, dlaczego mężczyźni tak różnią się od kobiet?
– Głównie za sprawą doboru płciowego.

Czym dobór płciowy różni się od naturalnego?
– To, że człowiek różni się od meduzy czy lwa, jest zasługą doboru naturalnego. A to, jak
bardzo różni się samiec od samicy, głównie wynika z doboru płciowego.

Mówi się, że człowiek nie podlega już prawom doboru naturalnego, bo uniezależnił się
od wpływu środowiska. Naturalne czynniki selekcyjne, jeszcze sto lat temu zagrażające
życiu jednostek, a tysiące lat temu unicestwiające całe gatunki, dziś na nas nie działają.
Słowem – nie musimy się już zmieniać, a jednak się zmieniamy. Dlaczego?
–  To  nieprawda,  że  ewolucja  człowieka  się  zatrzymała.  Nieprawdą  jest  też,  że  selekcja
naturalna  nas  nie  dotyczy.  Dotyczy,  choć  w  różnym  stopniu  na  różnych  kontynentach.
Najsilniej oczywiście w rejonach, których nie skaziła cywilizacja. W Etiopii ludzie z głodu
umierają  tysiącami.  W  całej  Afryce  są  miliony  nosicieli  wirusa  HIV.  Kiedy  umrą  –
pozostawią  miliony  sierot.  Większość  z  tych  dzieci  nie  przeżyje.  Czy  to  nie  jest  selekcja

background image

naturalna?

Ale  mamy  też  kraje  uprzemysłowione  –  z  inkubatorami,  lekami,  odżywkami  –  gdzie
lekarze  ratują  półkilogramowe  wcześniaki,  a  średnia  długość  życia  zbliża  się  do
osiemdziesiątki.
–  Cywilizacja  nie  usuwa  nacisku  selekcji  naturalnej,  lecz  tylko  go  zmniejsza.  Poza  tym
przybiera on inną postać. Wcześniej mężczyźni nie umierali tak często na choroby układu
krążenia.  A  teraz  tak,  bo  nie  wytrzymują  rywalizacji  na  rynku  pracy.  A  podatność  na
choroby  zakaźne?  Osoba  odporna  na  żółtaczkę  czy  nawet  wirusa  HIV  –  a  w  Stanach
wykryto takie – ma przewagę nad innymi. A płodność? W Europie co piąte małżeństwo
nie może mieć dzieci. Cóż to jest, jak nie selekcja naturalna?

Według  Ridleya  dobór  płciowy  jest  silniejszy  od  naturalnego,  bo  celem  organizmu  jest
nie  tyle  przeżycie,  ile  reprodukcja.  W  efekcie  wszędzie  tam,  gdzie  rozmnażanie  i
przetrwanie  wchodzą  ze  sobą  w  konflikt,  pierwszeństwo  ma  rozmnażanie.  Łosoś  na
przykład głodzi się na śmierć podczas tarła...
– Tak, tak... Agawa, jak się rozmnoży, to umiera. Jętka żyje jeden dzień, akurat tyle, by
złożyć jaja. Aby odbyć tarło, węgorz płynie aż do Morza Sargassowego, strasznie się przy
tym męcząc. Nawiasem mówiąc – niepotrzebnie, bo gdyby wiedział o istnieniu kanału La
Manche,  nie  opływałby  Wysp  Brytyjskich  od  północy.  Wiele  zwierząt  zostawia
potomstwo,  przypłacając  to  życiem.  Ludzie  jednak  robią  inaczej:  będąc  w  opałach,
większość myśli o ratowaniu skóry, a rozmnażanie zostawia na lepsze czasy. Tak było od
zawsze. Chęć prokreacji nigdy nie brała u nas góry nad instynktem samozachowawczym.
Nie  znaczy  to,  że  nie  ulegaliśmy  wpływom  doboru  płciowego.  Nastawiona  na
współzawodnictwo  natura  mężczyzny  jest  właśnie  wynikiem  selekcji  płciowej.  To  ona
sprawia,  że  mężczyzna  skłania  się  ku  niebezpiecznemu  życiu,  ponieważ  zwycięstwo  w
walce  czy  rywalizacji  prowadzi  zwykle  do  częstszych  i  cenniejszych  podbojów
seksualnych oraz zwiększa liczbę potomków. A kobiety, które decydują się na takie życie,
narażają na szwank swoje dzieci.

Słowem, to dobór płciowy uczynił mężczyzn niestałymi, a kobiety wiernymi?
– Kiedyś był taki dowcip: Co mężczyźni robią po stosunku? 5 proc. pali papierosy, 5 proc.
odwraca się i śpi, a 90 proc. wraca do domu.

Ponieważ  mężczyźni  mogą  zwiększać  swój  sukces  reprodukcyjny  dzięki  romansom,  a

kobiety  nie,  to  głównie  oni,  a  nie  one,  uciekają  się  do  poligamii.  Męską  poligamię
poskramiają przede wszystkim żony, które odmawiając dzielenia się mężem, sprzeciwiają
się rozpraszaniu jego zasobów i energii na obce kobiety i dzieci.

Czy

 mężczyzna wierny jest niemęski?

– Nie. Jest mężczyzną, który obrał inną strategię osiągania sukcesu reprodukcyjnego. Co
nie znaczy, że mniej skuteczną. Tak jak drobny przedsiębiorca, który dostrzegł rynkową
lukę  i  stara  się  ją  zapełnić.  Ale  są  sytuacje,  gdy  w  nawet  najbardziej  zatwardziałym
monogamiście może się odezwać natura poligamisty.

background image

Na

 przykład?

– Na przykład gdy w jego życiu pojawia się nowa kobieta. Zastanawiające jest to, co się
dzieje z mężczyzną w stałym związku, a ściślej – z jego libido. Dlaczego tak gwałtownie
słabnie? Już w ciągu pierwszego roku małżeństwa częstość zachowań płciowych spada o
połowę.

Czyż  mężczyzna  nie  powinien  jednakowo  często  współżyć  ze  swą  partnerką  w  ciągu

całego okresu jej płodności? Ale tak nie jest. To, że atrakcyjność kobiety szybko maleje w
oczach  jej  stałego  partnera,  dowodzi,  że  mężczyzna  nie  jest  predestynowany  do
monogamii. Ale wystarczy, by tylko zmienił partnerkę, a jego libido gwałtownie odżywa.
Nazwano to efektem Coolidge’a, od pewnej anegdotycznej historii z udziałem prezydenta
Stanów Zjednoczonych Johna Calvina Coolidge’a. Kiedyś zwiedzał fermę drobiu wraz z
żoną. Ta na wieść, że kogut może odbywać dziesiątki stosunków dziennie, rzekła: „Proszę
powtórzyć to panu Coolidge’owi!”. Gdy to zrobiono, prezydent spytał: „A czy za każdym
razem  z  tą  samą  kurą?”.  Usłyszawszy:  „Nie  –  ciągle  z  innymi”,  polecił:  „Proszę  szybko
powtórzyć to pani Coolidge!”.

Jeszcze  bardziej  za  męską  poligamią  przemawia  porównanie  gejów  z  lesbijkami.

Lesbijki  nie  dają  upustu  rozwiązłości.  Wręcz  przeciwnie,  są  nadzwyczaj  monogamiczne.
Mają  do  dziesięciu  partnerek  w  ciągu  życia.  To  dlatego,  że  wchodzą  w  trwałe  układy
partnerskie.  Co  innego  geje.  Większość  jest  zainteresowana  znalezieniem  partnera  na
jedną  noc.  Badania  Instytutu  Kinseya  nad  homoseksualistami  z  zachodniego  wybrzeża
USA wykazały, że aż 75 proc. z nich miało więcej niż stu partnerów, z czego 25 proc. –
więcej niż tysiąc partnerów! Zszokowane takimi wynikami autorytety moralne grzmiały, że
wyzwolona  z  okowów  moralności  natura  mężczyzn  w  pełni  daje  się  poznać  dopiero  w
publicznych łaźniach San Francisco.

Jeśli dobór płciowy rzeczywiście działa z taką żelazną konsekwencją, to homoseksualiści
nie  powinni  istnieć.  Zgodnie  z  zasadą,  że  można  odziedziczyć  wszystko  prócz
bezpłodności.
– W większości państw odsetek homoseksualistów nie przekracza dwóch procent. Ale są
wyjątki. W Holandii na przykład wśród mężczyzn urodzonych w czasie wojny lub tuż po
niej  aż  co  20.  był  homoseksualistą.  Próbą  wytłumaczenia  tego  fenomenu  jest  koncepcja
Doernera. Według niej zaburzenia w gospodarce hormonalnej kobiety spowodowane na
przykład  stresem  potrafią  „przeprogramować”  ośrodek  orientacji  seksualnej  u
kilkutygodniowego  płodu.  Faktycznie,  te  kobiety,  które  we  wczesnym  okresie  ciąży
doświadczyły  silnego  stresu,  częściej  rodzą  chłopców  o  orientacji  homoseksualnej.
Przykładem  mogą  być  Oskar  Wilde  czy  Marcel  Proust.  Ich  matki,  będąc  w  ciąży,
przeżywały gehennę związaną z ciężkimi warunkami życia.

Przyczyną homoseksualizmu mogą być też spontaniczne mutacje. Zdarzają się przecież

przypadki homoseksualizmu w rodzinach od pokoleń heteroseksualnych. W każdym razie
homoseksualiści częściej się tacy rodzą, niż później kształtują – tak wynika z najnowszych
danych.  I  jak  tylko  je  upubliczniono,  amerykańscy  homoseksualiści  zmienili  swe
nastawienie  do  naukowców.  Kiedyś  za  żadne  skarby  nie  chcieli,  by  ich  badać.  Teraz
wręcz  odwrotnie.  „Badajcie  nas  –  zachęcają.  –  Przekonacie  się,  że  homoseksualizm  nie

background image

jest kwestią świadomego wyboru dokonanego na złość społeczeństwu. Wtedy może się od
nas odczepicie”.

Czy naprawdę czynniki środowiskowe nie mają tu nic do rzeczy?
–  A  owszem.  U  mężczyzny  prawdopodobieństwo,  że  zostanie  homoseksualistą,  może
zależeć  od  tego,  ilu  ma  starszych  braci  i  który  jest  w  kolejności  –  każdy  kolejny  brat
będzie  statystycznie  bardziej  obciążony  tą  cechą.  A  więc  w  rodzinie  liczącej  pięciu
chłopców będzie ono większe niż tam, gdzie jest ich trzech, a w obu największe będzie u
najmłodszego. Być może działa tu mechanizm eliminacji konkurentów wśród najbliższych
krewnych – natura postarała się, by młodszy brat nie odbił partnerki starszemu.

Ale przyczyna może być bardziej prozaiczna – wiek matki. Kobieta, która rodzi piątego

syna,  jest  z  reguły  starsza  od  tej,  która  rodzi  trzeciego.  Jej  komórki  jajowe  są  obciążone
większą liczbą mutacji, a homoseksualizm może być efektem jednej z nich.

Homoseksualizm  może  też  wynikać  z  przegęszczenia  i  mieć  podłoże  chemiczne.

Możliwe,  że  natłok  mężczyzn  żyjących  pod  jednym  dachem  nieraz  tak  dalece  podnosi
poziom  męskich  feromonów,  że  zaburza  gospodarkę  hormonalną  organizmu  matki  i
„odwraca”  ośrodek  orientacji  seksualnej.  Okazuje  się,  że  w  dużych  metropoliach,  jak
Londyn  czy  Amsterdam,  homoseksualistów  jest  więcej  nie  tylko  dlatego,  że  się  w  nich
osiedlają,  lecz  także  dlatego,  że  względnie  więcej  się  ich  tam  rodzi.  Dlaczego?  Czyż  nie
jest to potwierdzenie tezy o czynnikach działających na kobietę w ciąży, jak na przykład
stres wynikający z przegęszczenia?

Efekt Coolidge’a, homoseksualizm... A myślałem, że sztandarowym przykładem męskiej
poligamii jest prostytucja...
– Bo jest.

Ale nie powie pan, że prostytucja przyczynia się do sukcesu reprodukcyjnego?
– Oczywiście, że może. Jeśli nie ma innych źródeł utrzymania, które chroniłyby kobietę
na  przykład  przed  nędzą?  Gdyby  prostytucja  nie  miała  żadnego  biologicznego
uzasadnienia, nie byłoby jej u zwierząt. A jednak. Pojawia się tam, gdzie samce gromadzą
więcej dóbr, niż są w stanie przejeść. U bonobo i szympansów samice, eksponując swoje
narządy  rodne,  zachęcają  samce  do  kopulacji.  Nie  bezinteresownie  –  w  zamian  dostają
mięso. U ludzi rolę mięsa przejęły na przykład pieniądze. Im bogatsze społeczeństwo, tym
mniej powszechna prostytucja. W Wielkiej Brytanii dotyczy zaledwie 0,5 proc. kobiet. A
jeszcze niedawno w biednej Etiopii z nierządu żyła co czwarta kobieta. W latach 40. aż 69
proc. Amerykanów przynajmniej raz miało do czynienia z prostytutką.

Proszę  zauważyć,  że  prostytucja  doskonale  wpisuje  się  w  schemat  relacji  między

płciami.  Kto  komu  daje  prezenty?  Czekoladki,  kwiaty,  wystawna  kolacja,  biżuteria,
kluczyki  do  samochodu?  Mężczyźni  kobietom.  Jednym  słowem,  seksualność  człowieka
jest rynkiem rządzonym przez prawo popytu i podaży. To kobieta jest zdobywana przez
mężczyznę zdobywcę. To ona stawia opór, który on przełamuje. To ona jest wybredna, a
on  wytrwały.  Wreszcie  to  kobieta  ponosi  większe  ryzyko  wzajemnych  stosunków,  a
mężczyzna  jest  tym,  który  musi  jej  to  ryzyko  wynagrodzić.  Niektórzy  antropolodzy

background image

kulturowi pytają wręcz, jaka jest różnica między prostytutką biorącą pieniądze a kochanką
lub żoną, która co prawda pieniędzy nie bierze, ale jest na jego utrzymaniu. Coś w tym
jest,  skoro  zaledwie  jeden  procent  żon  zdradza  mężczyzn  o  bardzo  wysokim  statusie  i
ponad  20  proc.  przyprawia  rogi  swoim  mniej  wpływowym  i  zasobnym  mężom.  Widać
wierność kosztuje.

Jeszcze chwila i obalimy mit kobiecej monogamii. No właśnie, skoro mężczyźni są tacy
poligamiczni, to dlaczego trwają w monogamicznych związkach?
–  Z  wielu  powodów:  nie  stać  ich  na  utrzymywanie  kilku  żon,  większość  nie  znalazłaby
więcej niż jednej kandydatki i wreszcie, bo tak chce społeczeństwo i skodyfikowane przez
nie  prawo.  Można  zaryzykować  twierdzenie,  że  u  podstaw  narzuconej  społecznie
monogamii legł pogląd, iż ojciec też powinien ponosić ciężar opieki i wychowania dzieci.
A  skoro  tak,  to  obecny  model  rodziny  służy  bardziej  kobiecie  niż  mężczyźnie.  Zmusza
mężczyznę,  by  poskramiał  swoje  samcze  popędy.  Wystarczy  tylko  złagodzić  przepisy  i
poligamia kwitnie.

A

 zwierzęta?

–  Z  czterech  rodzajów  małp  człekokształtnych  –  gibonów,  goryli,  orangutanów  i
szympansów – tylko te pierwsze zawierają coś w rodzaju małżeństw.

Czyżby życie w parach było naszą specjalnością?
– Ale rzadko są to związki ściśle monogamiczne – takie, w których partnerzy w zasadzie
się  nie  zdradzają.  Te,  jak  się  okazuje,  przeważają  zaledwie  w  135  spośród  849  ludzkich
społeczeństw.  W  ponad  700  dopuszczalna  jest  poligynia,  czyli  związek  mężczyzny  z
kilkoma  kobietami.  Dopuszczalna,  co  nie  znaczy,  że  powszechnie  praktykowana.
Społeczności,  w  których  występuje  poliandria,  gdzie  kobiety  mają  po  kilku  mężczyzn,
znamy  tylko  cztery.  Jedną  z  nich  jest,  czy  może  raczej  była,  elitarna  warstwa  Treba  z
Tybetu, w której kobietom zdarza się poślubić dwóch braci jednocześnie. Większość ludzi
żyje więc w związkach monogamicznych, co między innymi wynika ze stosunku płci 1:1.
Ale  nie  musiało  tak  być  zawsze.  O  tym,  że  poligamia  jest  głęboko  wpisana  w  historię
naszego gatunku, świadczy dymorfizm płciowy – mężczyźni są o średnio o 10 proc. więksi
od  kobiet.  Gdybyśmy  byli  tak  monogamiczni  jak  gibony,  mielibyśmy  ten  sam  wzrost  i
ważyli tyle samo.

Ridley  zauważa,  że  monogamiczna  więź  małżeńska  przetrwała  despotyczny  Babilon,
lubieżną  Grecję,  rozpustny  Rzym  i  cudzołożne  chrześcijaństwo,  aby  stać  się
podstawowym  modelem  rodziny  w  erze  przemysłowej.  Jak  to  możliwe,  skoro
monogamia tak kłóci się z męską naturą?
–  Po  pierwsze,  mężczyzna  może  w  majestacie  prawa  mieć  dzieci  z  kilkoma  kobietami:
wystarczy, by parę razy ożenił się i rozwiódł, stając się tzw. seryjnym monogamistą.

Po  drugie,  monogamia  prawie  nigdzie  nie  jest  egzekwowana  z  całą  surowością.  Do

niedawna  w  żadnym  społeczeństwie  nie  karano  za  zdradę  mężczyzn.  Jeszcze  w  XVIII-
wiecznej Francji pan domu mógł wprowadzić pod swój dach konkubinę. Dopiero potem

background image

Napoleon ustanowił, że „owszem, ale za zgodą żony”.

A

 dziś?

–  Prawo  powinno  być  tak  konstruowane,  aby  odzwierciedlać  różne  dyspozycje  natury
ludzkiej.  Ale  ustawodawcy  nie  zawsze  o  tym  pamiętają.  Ten  rozziew  między  prawem
pisanym  a  naturalnym  doprowadził  do  swoistej  hipokryzji.  Dziś  przymyka  się  oczy  na
równoległe  związki  mężczyzn,  by  zbytnio  się  nie  frustrowali.  Niedawno  we  Francji
odkryto  nowe  zjawisko  –  ukrytą  bigamię.  Coraz  więcej  zamożnych  mężczyzn  ma  dwie
rodziny,  jedną  z  żoną,  drugą  z  kochanką.  Przyznają  się  tylko  do  pierwszej  –  prawnie
usankcjonowanej,  a  ukrywają  tę  drugą  –  nieoficjalną.  Utrzymywanie  dwóch  rodzin  i
towarzysząca  temu  konspiracja  naraża  ich  na  wydatki  i  stres.  Jeśli  nawet  przypłacają  to
paroma  latami  życia,  to  i  tak  odnoszą  ewolucyjną  korzyść,  przekazując  następnemu
pokoleniu większą liczbę swych genów.

Inny  przykład,  też  z  Francji.  Pojawił  się  tam  problem  nierówności  prawa  wobec  na

przykład  chrześcijan  i  muzułmanów.  Choć  prawo  zabrania  bigamii,  muzułmanie  mogą
mieć tam cztery żony. Mormoni w USA – nawet więcej. A przecież prawo nie powinno
wartościować  wyznań  –  jednym  pozwalać  na  więcej,  innym  na  mniej.  Przynajmniej  w
sferze wzajemnych relacji płci.

Widząc, w jakim kierunku prawo ewoluowało w ciągu ostatnich 200 lat, trudno oprzeć
się wrażeniu, że z naszego – samczego – punktu widzenia świat schodzi na psy. A gdyby
tak usankcjonować poligamię?
–  Też  niedobrze.  Obrońcy  obecnego  porządku  twierdzą,  że  zalegalizowanie  poligamii
szybko  obróciłoby  się  przeciw  samym  mężczyznom,  a  na  ziemi  zaroiłoby  się  od  starych
kawalerów. Dlaczego? Bo jeśli wiele kobiet zostałoby drugimi, a potem trzecimi żonami
bogatych,  zabrakłoby  ich  dla  biednych.  Zalegalizowanie  poligamii,  zwłaszcza  w  tak
rozwarstwionym społeczeństwie jak nasze, mogłoby mieć przykre skutki. Spowodowałoby
wzrost  przestępczości  na  niespotykaną  skalę.  Świadczy  o  tym  tragiczna  historia  załogi
statku  „Bounty”.  W  roku  1790  na  maleńkiej,  zagubionej  na  Pacyfiku  wyspie  Pitcairn
osiedliło się 15 mężczyzn – w większości buntowników z „Bounty”. Towarzyszyło im 13
Polinezyjek.  Po  18  latach,  kiedy  odkryto  tę  kolonię,  zastano  na  niej  dziesięć  kobiet  i
zaledwie  jednego  mężczyznę.  Z  pozostałych  tylko  jeden  zmarł  śmiercią  naturalną,  inny
popełnił  samobójstwo,  a  12  zostało  zamordowanych.  Byli  ofiarami  krwawej  rywalizacji
seksualnej o kobiety. Ocalały szybko zapragnął małżeńskiej monotonii i „nawrócił się” na
monogamię.

„Gdyby 

nie

 było płciowego pociągu, toby nie było dalszego ciągu”.

background image

TADEUSZ

 GICGIER

Na jakiej zasadzie dobieramy się w pary?
–  Teraz  to  już  nauka.  A  wcześniej  wszystko  było  takie  proste.  O  wiele  więcej  mężczyzn
brało  pierwszą  wolną.  Znacznie  więcej  kobiet  zostawało  z  pierwszym  chętnym.
Przynajmniej do czasów nowożytnych.

Nie

 byliśmy wybredni?

–  Nie  mieliśmy  wyjścia.  Żyliśmy  w  kilkudziesięcioosobowych  grupach.  Liczba
potencjalnych partnerów była ograniczona. Często zdarzało się, że młody chłopak „miał
do  wyboru”  tylko  jedną  dziewczynę,  bo  z  innymi,  niezajętymi,  był  spokrewniony.
Wybrzydzając,  mógłby  stracić  i  tę  jedyną  szansę.  Dlatego  mężczyźni  są  o  wiele  mniej
wybredni niż kobiety.

Od

 kiedy mężczyźni mogą wybrzydzać?

– Od niedawna. Jeszcze przed odkryciem uprawy roli wszystkich ludzi było tyle, ile teraz
mieszka  w  Polsce.  Ćwierć  miliarda  witało  nadejście  naszej  ery,  a  pełny  miliard  pękł
dopiero  w  roku  1600.  To  znaczy,  że  większość  ludzi  miesiącami  nie  widziała  obcych.
Życie  w  aglomeracjach  jest  dla  nas  całkiem  nowym  doświadczeniem.  I  trudnym.
Szczególnie  dla  mężczyzn.  Kobiety  z  ewolucyjnych  względów  mają  większą  łatwość
wyboru. Poeta Paul Géraldy nie bez słuszności mawiał, że to kobieta wybiera mężczyznę,
który ją wybierze.

Dlaczego

 mężczyznom jest trudniej?

– Za duża podaż. To proste. Proszę postawić się w sytuacji mieszkańca Bieszczad. Ma co
najwyżej kilka dziewczyn do wyboru, spotyka je często i wie o nich wszystko. Przyjeżdża
do miasta, na przykład Rzeszowa, a tu wszędzie nowe twarze. Tyle kobiet i co jedna, to
atrakcyjniejsza.  Którą  wybrać?  Instynkt  podpowiada  mu:  „Bierz  tę  i  tę  oraz  tę.  Nie
możesz  zmarnować  żadnej  okazji!”.  A  on  jest  skołowany,  bo  znalazł  się  w  sytuacji,  do
której  nie  przywykł.  Po  trosze  cały  gatunek  męski  przeżył  taką  ewolucyjną  wyprawę  z
Bieszczad do Rzeszowa. Zbyt mocno pobrzmiewa w nas jeszcze echo dawnych czasów.

Może dlatego wciąż tak dużo mężczyzn żeni się z dziewczynami z sąsiedztwa, jakby nie
można było gdzieś dalej poszukać sobie osoby na całe życie.
– Po sąsiedzku dobierają się nie tylko w małych wsiach i miasteczkach. Kiedy przebadano
mieszkańców  miast  leżących  nad  Renem,  to  okazało  się,  że  prawdopodobieństwo
związania  się  z  kimś  zza  rzeki  jest  znacznie  mniejsze.  U  progu  XXI  wieku  rzeka  nie
powinna stanowić żadnej przeszkody. A jednak.

Skoro tak, to najwięcej małżeństw powinno zawiązywać się w piaskownicy, między tymi,

background image

co mieszkają tuż-tuż, a znają się ho, ho!
– Nie, nie! Jeśli znamy kogoś zbyt długo, nic z tego nie wyjdzie. Na przeszkodzie stoi efekt
Westermarcka.  Chodzi  o  uniknięcie  kazirodztwa.  Przeszło  sto  lat  temu  Edward
Westermarck  postawił  zaskakującą  tezę:  ludzi  nie  podniecają  osoby,  z  którymi  się
wychowali. W przeciwieństwie do przepiórek poznających rodzeństwo nawet wtedy, gdy
chowało się oddzielnie, nie umiemy wyczuć nieznanych nam krewnych. Owszem, życie
zna przypadki, gdy siostra i brat, nic nie wiedząc o swoim pokrewieństwie, zakochują się
w sobie na zabój. Pod jednym wszakże warunkiem – wychowywali się oddzielnie. Natura
wymyśliła  bowiem  bardzo  prostą  i  skuteczną  regułę  psychologiczną  zapobiegającą
wsobności.  Można  ją  zawrzeć  w  zdaniu:  „Nie  będziesz  pożądał  tych,  z  którymi  się
wychowujesz”.  Założyła,  że  towarzyszące  nam  do  trzeciego-piątego  roku  życia  osoby  to
najpewniej bliscy krewni. Z krewnymi lepiej nie mieć potomstwa, a skoro tak, to lepiej nie
uprawiać  z  nimi  seksu.  W  ten  sposób  tworzy  się  awersja  seksualna  do  najbliższych
krewnych.

Jak

 silna?

– Małżeństwa Sim-pua na Tajwanie: panna młoda jako niemowlę trafia do rodziny pana
młodego i pozostaje w niej aż do zaślubin. W zasadzie więc poślubia przyrodniego brata.
Takie  związki  zwie  się  też  minor.  Ich  przeciwieństwem  są  małżeństwa  major,  gdzie
przyszli  małżonkowie  poznają  się  dopiero  na  ślubnym  kobiercu.  Ciekawe  wyniki  dało
porównanie minor z major: w pierwszych było o jedną trzecią dzieci mniej, za to dwa i
pół razy więcej rozwodów. Mężczyźni minor trzy razy częściej odwiedzali prostytutki, za
co kobiety minor odpłacały się im trzykrotnie większą liczbą zdrad. Bywało, że teściowie
takich kobiet, a ściślej – ojcowie mężów, musieli siłą zapędzać synowe do małżeńskiego
łoża. Pytane, dlaczego nie chcą ze sobą sypiać, pary minor odpowiadały: „To tak, jakby
po raz setny oglądać ten sam film”.

Inny, klasyczny już przykład, to kibuce. Na 2780 przebadanych par, gdzie i on, i ona

wychowywali  się  razem,  tylko  kilkanaście  zdecydowało  się  na  potomstwo.  Wyjątki?
Pozorne, bo jak się okazało, w każdym z tych przypadków doszło do rozdzielenia dzieci
przynajmniej na rok.

Wreszcie małżeństwa Bint’amm w Libanie. Zawierają je kuzyni z kuzynkami, a ściślej –

dzieci  braci  prowadzących  wspólne  gospodarstwo.  Tradycja  chce,  by  biegające  po
wspólnym  podwórku  kuzynostwo  kontynuowało  wspólnotę  rodzinną.  A  więc  pobierają
się. Ale tak jak w pozostałych przypadkach – nie są to udane małżeństwa.

Do niedawna podręczniki nie rozpisywały się o efekcie Westermarcka...
– Trochę przez Freuda. Efekt Westermarcka musiał czekać na akceptację całe 60 lat, nim
przebił  się  przez  mocno  zakorzenione  w  świadomości  antropologów  kulturowych
freudowskie 

kompleksy 

Edypa 

Elektry. 

Autor 

psychoanalizy 

głosił, 

że

najatrakcyjniejszym obiektem seksualnym jest dla chłopca mama, a dla dziewczynki tata, i
że  tylko  silne  tabu  społeczne  może  okiełznać  drzemiące  w  każdym  z  nas  kazirodcze
popędy.  Ale  czy  właśnie  kompleks  Edypa  nie  potwierdza  efektu  Westermarcka?  Edyp
dlatego  pożądał  matki,  bo  długo  nie  miał  z  nią  kontaktu.  Podobnie  z  molestowaniem

background image

córek.  Nieprzypadkowo  ojcowie  przybrani  molestują  je  siedmiokrotnie  częściej  niż
biologiczni.  A  jeśli  już  biologiczni,  to  głównie  ci,  którzy  spędzali  z  dzieckiem  niewiele
czasu.

A  dlaczego  homoseksualni  bracia  nie  uprawiają  ze  sobą  miłości?  Przecież  w  dobie

AIDS  rodzony  brat  czy  siostra  byliby  najbezpieczniejszymi  partnerami  seksualnymi.  To
jednak nie wchodzi w grę. Właśnie dlatego, że efekt Westermarcka istnieje i jest tak silny.

Równie silny u obu płci?
–  Silniejszy  u  kobiet.  Kobiety  żywią  większą  awersję  do  osób  znanych  od  kołyski.  To
zresztą zrozumiałe: zachodzą w ciążę, rodzą, a potem karmią, a więc płacą większą cenę
za  ewentualne  niepowodzenie.  A  jak  duże  jest  ryzyko  niepowodzenia,  pokazały  badania
prowadzone  w  Czechach.  U  161  spokrewnionych  par  doliczono  się  aż  17  proc.  ciąż
zakończonych  poronieniem,  a  wśród  pomyślnie  urodzonych  dzieci  aż  co  czwarte  miało
poważną wadę genetyczną.

Może na wszelki wypadek lepiej dobierać się na zasadzie przeciwieństw? Przynajmniej
jeśli chodzi o wygląd...
– To zależy, w jak licznej populacji żyjemy. Jeśli do 500 osób, bardziej podobają się nam
osoby do nas niepodobne. W populacjach większych – odwrotnie: wolimy podobnych, i
to  nie  tylko  zewnętrznie.  Status  społeczny,  inteligencja,  wykształcenie,  zasobność  –  jeśli
sobie nie odpowiadają, to dochodzi do mezaliansu.

Pod względem istotnych ewolucyjnie cech swój ciągnie do swego. I tak jest w niemal

wszystkich  kulturach.  Większość  z  nas  wiąże  się  z  partnerem  „z  tej  samej  półki”.  Jeśli
sięgniemy  wyżej  –  najpewniej  dostaniemy  po  łapach.  Drobny  przedsiębiorca  nawet  nie
będzie  próbował  usidlić  słynnej  modelki,  ale  już  u  kelnerki  czy  sekretarki  nie  jest  bez
szans.

Skąd wiemy, z jakiej „półki” jesteśmy?
–  Instynktownie  znamy  swoją  wartość.  Już  jako  nastolatki  podświadomie  rejestrujemy
reakcję  otoczenia.  Gdy  chcemy  podbić  serce  piękności  klasowej  lub  kapitana  szkolnej
drużyny  i  spotyka  nas  zawód,  minimalnie  opuszczamy  poprzeczkę.  I  czynimy  tak  aż  do
momentu,  gdy  nasze  oczekiwania  zaczną  odzwierciedlać  naszą  faktyczną  atrakcyjność.
Dopiero  wówczas  możemy  być  pewni  sukcesu.  I  odwrotnie  –  nieprzerwane  pasmo
sukcesów  sprawia,  że  nieustannie  podnosimy  poprzeczkę.  Ilustruje  to  doświadczenie
przeprowadzone  na  jednym  z  uniwersytetów  amerykańskich.  60  osób  obojga  płci
ponumerowano, przyklejając każdej numerek na czole. Polecono im dobrać się w pary z
partnerem  o  możliwie  najwyższym  numerze.  Tyle  że  nikt  nie  wiedział,  jak  został
oceniony.  Wokół  osób  o  najwyższych  numerach  szybko  zgromadził  się  tłumek.  Oni  też
najszybciej znaleźli partnerów. Osoby jednocyfrowe najdłużej się dobierały. Okazało się,
że  w  obrębie  wszystkich  par  różnica  między  numerkami  nie  przekraczała  pięciu.  W
żadnym  przypadku  nie  doszło  do  numerkowego  mezaliansu.  W  naturze  jest  tak  samo  –
jeśli trzeba, obniżamy pułap naszych oczekiwań. Potwierdzają to obserwacje poczynione
w barach dla samotnych. Mężczyźni i kobiety przychodzą tam na łów. Okazywało się, że

background image

z  każdą  godziną  spadały  ich  wymagania.  Pod  koniec  byli  w  stanie  zaakceptować  tych,
których z początku ignorowali. Nazwano to efektem zamknięcia pubu. Zasada jest prosta:
jeśli dalej będę wybrzydzać, to pójdę do domu sam. Jeśli nie obniżę poprzeczki, to mogę
nie związać się z nikim i nie doczekać potomków.

Na co zwracamy uwagę, gdy szukamy partnera?
– Oczekiwania obu płci nie pokrywają się. Szukając partnera na całe życie, kobiety wolą
mężczyzn starszych od siebie. Tacy mieli bowiem więcej czasu, by sprawdzić się, zdobyć
wyższą pozycję w hierarchii społecznej i zgromadzić środki pomocne w utrzymaniu dzieci.
Co do kochanka zaś... tu wychodzi dwoistość kobiet. Bo okazjonalny partner może być
zupełnym  zaprzeczeniem  stałego.  Bohaterem  fantazji  seksualnych  żony  o  dziesięć  lat
starszego,  statecznego  intelektualisty  prędzej  będzie  o  dziesięć  lat  młodszy  instruktor
tenisa niż ktoś pokroju jej męża safanduły. A mężczyzna – przeciwnie: stosuje jednakowe
kryteria  zarówno  przy  wyborze  kochanki,  jak  i  partnerki  na  całe  życie.  W  obu
przypadkach liczy się wiek i wygląd. Wiek – bo im młodsza, tym więcej zdąży urodzić mu
dzieci,  a  wygląd,  bo  atrakcyjnym  synom  i  córkom  łatwiej  będzie  znaleźć  atrakcyjnych
partnerów. I tu, i tu chodzi o pozostawienie po sobie jak największej liczby genów. Poza
tym zdrowy wygląd świadczy o zdrowym genotypie.

Zacznijmy od kobiet. Dlaczego kobiety piękne są atrakcyjne?
– Ponieważ przodkowie zostawili nam geny stawiające znak równości pomiędzy pięknem
a atrakcyjnością. A mamy takie geny, bo ludzie, którzy stosowali kryteria piękna, zostawili
więcej potomków niż ci, którzy ich nie stosowali.

Mimo

 to piękno nie jest arbitralne...

– Całe szczęście. Inaczej wszystkie piękne kobiety byłyby podobne do siebie jak siostry.

Poczucie piękna jest bardzo względne, co potwierdzi każdy więzień, który od miesięcy

nie  widział  kobiety.  Świadczy  też  o  tym  dość  przygnębiający  w  swej  wymowie  przykład
podawany  przez  Darwina.  Opisuje  on  afrykańskie  plemię  Jollof,  w  którym  mężczyźni
niczym  hodowcy  selekcjonowali  kobiety  pod  względem  urody.  Poślubiali  tylko
najatrakcyjniejsze,  pozostałe  zaś  sprzedawali.  Tym  sposobem  liczba  pięknych  kobiet  w
plemieniu  co  prawda  się  zwiększyła,  ale  równie  szybko  wzrosły  oczekiwania  kolejnych
pokoleń  mężczyzn.  Płynie  z  tego  niewesoły  wniosek,  że  piękno  nie  może  istnieć  bez
brzydoty,  a  piękność  zaczyna  błyszczeć  dopiero  na  tle  szarzyzny  tłumu.  Każdy  z  nas
chciałby  możliwie  jak  najbardziej  atrakcyjnego  partnera.  Ale  na  rynku  piękności  popyt
zdecydowanie  przewyższa  podaż.  Stąd  tak  dużo  miłosnych  dramatów.  Atrakcyjni  mogą
liczyć na atrakcyjnych, przeciętni na przeciętnych, brzydcy – hm... im najtrudniej znaleźć
partnera.

Nie  tylko  im.  Miss  Węgier  popełniła  samobójstwo,  bo  –  jak  napisała  w  pożegnalnym
liście  –  przez  całe  życie  była  bardzo  samotna.  Zwłaszcza  po  tym,  gdy  okrzyknięto  ją
najpiękniejszą.  Prawie  wszyscy  mężczyźni  sądzili,  że  jest  poza  ich  zasięgiem.  Podobne
problemy miewają niektóre modelki i aktorki.

background image

– Sugeruje pan, że boimy się zbyt wysoko ustawić poprzeczkę? A może sama była winna
swej samotności? Miała zbyt wysokie wymagania? Czekała na ideał, który się nie zjawił?
Trudno uwierzyć, by nikt nie składał jej propozycji. Nie traktowałbym wybitnej urody w
kategoriach  upośledzenia.  Wszystkie  badania  potwierdzają,  że  osoby  urodziwe  łatwiej
dostają pracę i awansują. Mają mnóstwo handicapów nad mniej atrakcyjnymi.

I

 gdzie tu sprawiedliwość?

–  Nigdzie.  Z  biologicznego  punktu  widzenia  wcale  nie  jesteśmy  równi.  Są  wśród  nas
wygrani  i  przegrani.  Deklaracja  niepodległości  Jeffersona  odnosiła  się  do  równości
względem prawa, a nie do równości biologicznej.

Dlaczego

 mężczyźni wolą młodsze?

– Wiek jest jedną z trzech – obok figury i twarzy – determinant urody kobiecej.

Ciekawe,  że  u  innych  ssaków  nie  jest  tak  istotny:  dla  szympansa  dużo  starsza  samica

będzie  równie  atrakcyjna  jak  młoda,  pod  warunkiem  że  obie  są  w  okresie  rui.  A  dla
mężczyzny  –  nie.  Może  to  wynikać  ze  stałości  związków  partnerskich;
najprawdopodobniej  już  od  plejstocenu  mężczyźni  postępowali  tak,  jak  robią  to  dziś  –
żenili się na całe życie.

A czy nie powinno być odwrotnie? Przecież to kobiety powinny wiązać się z młodszymi,
skoro przeżywają mężczyzn średnio o dziesięć lat.
– Liczy się nie długość życia, ale okres zdolności do reprodukcji. U kobiet kres marzeń o
macierzyństwie  wyznacza  menopauza,  przypadająca  na  45.–50.  rok  życia.  U  mężczyzn
nie  ma  tak  wyraźnej  granicy  i  bywa,  że  ojcami  zostają  nawet  osiemdziesięciolatkowie.
Szacuje  się,  że  ponad  70  proc.  siedemdziesięciolatków  wciąż  jest  płodnych.  Czyli  wiek
mężczyzn  nie  ma  takiego  znaczenia.  A  kobiet  tak.  Ktoś,  kto  poślubia  35-latkę,  ma  mało
czasu  na  zostanie  ojcem,  a  jeśli  już,  to  nie  więcej  niż  dwójki  dzieci.  Jeśli  zaś  weźmie
dziewczynę  18-letnią,  ma  na  to  30  lat.  Dlatego  w  społeczeństwach  tradycyjnych  kałym,
czyli opłata uiszczana przez mężczyznę lub jego rodzinę, zależy od wieku oblubienicy. Im
młodsza, tym kałym wyższy.

Odnoszę  wrażenie,  że  coraz  więcej  jest  małżeństw,  w  których  małżonkowie  należą  do
różnych pokoleń.
– Małżeństwa międzypokoleniowe stają się modne w kręgach establishmentu. Tam, gdzie
w  grę  wchodzi  sława,  władza  lub  fortuna,  mężczyźni  często  poślubiają  kobiety  mogące
być  nawet  ich  wnuczkami.  Zależy  też  od  kultury.  U  Hindusów  różnica  wieku  między
partnerami  jest  duża  na  początku.  Sporo  25-latków  żeni  się  tam  z  16-latkami.  Później
nożyce wiekowe rozwierają się nieznacznie. Inaczej na Zachodzie. Tu, zwłaszcza wśród
studentów,  powszechne  są  małżeństwa  rówieśnicze.  Ale  później  różnica  wieku  się
zwiększa. 40-latek często żeni się z kobietą o 15 lat młodszą, a 50-latek – nawet o 20 lat
młodszą. I nikogo to specjalnie nie dziwi.

Dlaczego kobiety na to idą?

background image

– Ponieważ o atrakcyjności mężczyzny bardziej nawet od wieku decyduje status i zasoby
materialne.  Im  starszy,  tym  często  zamożniejszy  i  lepiej  ustawiony.  I  mimo  że  jego
sprawność  fizyczna  spada,  akcje  na  rynku  seksualnym  mogą  rosnąć.  Proporcjonalnie  do
grubości portfela.

Ale kiedyś nikt nikogo o wiek nie pytał. Ewolucja nie selekcjonowała kobiet tak, jak to
robią mężczyźni w ofertach matrymonialnych.
– Owszem, nasi praprapradziadowie nie znali wprawdzie kalendarzy, za to byli czuli na
atrybuty młodości – gładkość i barwę skóry czy długość i jedwabistość włosów. Wszystkie
morfologiczne  wyznaczniki  atrakcyjności  są  skorelowane  z  wiekiem.  Dlatego  mężczyźni
zawsze woleli młode i ładne.

A więc i szczupłe.
–  Tak.  I  nie  bez  powodu.  Gdy  porówna  się  rozkładówki  „Playboya”  z  ostatnich  40  lat,
widać,  że  mimo  różnic  we  wzroście  i  masie  ciała  wszystkie  sfotografowane  na  nich
kobiety mają identyczny WHR, czyli wskaźnik obwodu talii do bioder (ang. Waist to Hip
Ratio). Przypadek? Nie. W roku 1993 w Holandii na dużą skalę przeprowadzano program
sztucznych  zapłodnień.  Okazało  się,  że  prawdopodobieństwo  zapłodnienia  wyraźnie
maleje wraz ze wzrostem WHR. A więc im relatywnie szersza talia, tym gorzej. Idealny
okazał  się  wskaźnik  0,7.  Wzrost  do  wartości  0,8  oznaczał  aż  40-procentowy  spadek
skutecznych,  czyli  zakończonych  urodzeniem  dziecka,  zapłodnień.  Kobiety,  które  mają
wiotką  kibić,  rzadziej  zapadają  na  niektóre  choroby,  prędzej  dojrzewają  i  są  lepiej
predestynowane do macierzyństwa.

Jest też inne, bardziej prozaiczne wytłumaczenie. Kiedyś wysoka śmiertelność dzieci i

częste  poronienia  skazywały  kobiety  na  życie  od  ciąży  do  ciąży.  Pomiędzy  nimi  były
okresy  karmienia  piersią,  w  czasie  których  młoda  matka  pozostawała  bezpłodna.
Ponieważ  płodna  kobieta  była  rzadkością,  natychmiast  zachodziła  w  ciążę.  Chcąc
uniknąć  konieczności  chowania  nie  swoich  dzieci,  mężczyźni  rozwinęli  w  sobie  awersję
do  najmniejszego  nawet  poszerzenia  w  talii,  biorąc  je  za  objaw  wczesnej  ciąży.  Dlatego
kobiety  z  godnym  podziwu  uporem  ściskały  talię  gorsetem.  Dlatego  w  wielu  kulturach,
także  w  naszej,  poszerza  się  biodra,  jak  nie  liściastymi  spódnicami,  to  pumpiastymi
spodniami. A tam, gdzie seksualność chce się stłumić, wdziewa się habity, suknie i stroje
maskujące talię. Zakonnice i muzułmanki nie powinny przecież wyglądać prowokująco.

Ale  kiedyś  nie  było  też  takiej  obfitości  pokarmu  i  ochrony  przed  zimnem.  Równie
dobrze ewolucja mogła premiować tkankę tłuszczową, jako swego rodzaju energetyczną
polisę ubezpieczającą od głodu i chłodu.
– Owszem, tam, gdzie brakowało jedzenia, tusza była pożądana. Jeszcze do niedawna w
niektórych  plemionach  panny  na  wydaniu  wtrącało  się  do  klatek  i  dokarmiało.  Ich
beczułkowata  sylwetka  miała  symbolizować  dostatek  i  płodność.  A  dziś?  Dziś  raczej
oznacza  kłopoty.  Kiedy  pokarmu  jest  w  bród,  nie  ma  powodu,  by  kobieta  odkładała
kalorie w postaci tłuszczu. Jeśli jednak je magazynuje, to niedobrze, bo oznacza, że albo
ma  zły  metabolizm,  albo  większą  podatność  na  choroby  układu  krążenia,  albo  wręcz

background image

cukrzycę. Ergo, jej potencjał reprodukcyjny jest niższy. Dziś więc szczupła znaczy zdrowa.

Ale jak bardzo szczupła? Jak daleko to wahadło może się wychylić w drugą stronę?
– To, co robią anorektyczki, ma znamiona autodestrukcji. Kiedy kobieta się głodzi, w jej
organizmie  zachodzą  niepokojące  zmiany:  zaczyna  być  produkowany  progesteron,
częstość owulacji się zmniejsza, może w ogóle ustać miesiączkowanie.

Patrząc  na  modelki,  łatwo  dojść  do  wniosku,  że  obecnie  lansuje  się  kobiety,  które  z
biologicznego punktu widzenia nie są najlepszymi matkami.
–  To  faktycznie  zastanawiające.  Teoretycznie  mężczyźni  powinni  przedkładać  krągłości
Marilyn  Monroe  nad  kanciastość  Kate  Moss.  Jest  kilka  koncepcji  wyjaśniających,
dlaczego odeszliśmy od rubensowskich kanonów piękna.

Jedna  mówi,  że  obsesja  kobiet  na  punkcie  odchudzania  bierze  się  z  podświadomej

chęci uniknięcia zbyt wczesnej ciąży.

Według  innej  anoreksja  jest  reakcją  na  przegęszczenie:  kiedy  wybucha  bomba

demograficzna, stopniowo włączają się mechanizmy eliminujące część kobiet i mężczyzn
z  puli  reprodukcyjnej.  Trochę  jak  u  lemingów,  które  –  gdy  jest  ich  za  dużo  –  pędzą  na
oślep, spadają ze skały i zabijają się.

Z  kolei  mój  przyjaciel  z  Liverpoolu  ma  na  to  własny  pogląd.  Uważa,  że  winny  jest...

obraz dwuwymiarowy. Zrobił badania, z których wynika, że taki obraz powiększa obiekt o
10–15  proc.  Kobiety  patrzące  na  fotografie  modelek  myślą:  „Och,  jakie  one  zgrabne!”.
Nie  wiedzą,  że  kobiety  z  magazynów  mody  w  rzeczywistości  są  za  chude.  Same  widzą
siebie  dwuwymiarowo  –  przed  lustrem  –  i  wydają  się  sobie  za  grube.  Nie  pasują  do
standardów  narzuconych  przez  media.  Szał  odchudzania  się  może  więc  być  pochodną
upowszechnienia telewizji oraz kolorowych pism. Wcześniej tego nie było.

„Kromka chleba i dwa komplementy całkowicie wystarczą kobiecie, by przeżyć dzień”.

background image

MARCEL

 ACHARD

Pod względem wzrostu i tuszy, a raczej jej braku, modelki znacznie odstają od średniej.
– Zupełnie inaczej z twarzą – o ile tam popłacało odstępstwo od przeciętności, o tyle tu
premiowana jest przeciętność do kwadratu. Już w roku 1883 Francis Galton zauważył, że
nałożenie  na  siebie  fotografii  różnych  twarzy  daje  twarz  uśrednioną,  znacznie
atrakcyjniejszą  niż  jakakolwiek  wyjściowa.  A  im  więcej  twarzy  wyjściowych,  tym  lepszy
efekt  końcowy.  Regułę  Galtona  potwierdziły  przeprowadzone  niedawno  komputerowe
symulacje z udziałem zdjęć studentek. Przy okazji wyjaśniło się, dlaczego o wiele łatwiej
rozpoznajemy  polityków  niż  modelki.  Twarze  tych  pierwszych  są  o  wiele  bardziej
charakterystyczne.

Skoro  średniość  jest  najatrakcyjniejsza,  to  dlaczego  każdą  kobiecą  twarz  można
upiększyć przez powiększenie oczu lub uwydatnienie ust?
–  Znamienne,  że  dotyczy  to  głównie  kultur  odzieżowych.  Podkreślają  twarz,  szyję  i
dłonie, czyli to, co prawie zawsze wystaje spod ubrania. Nie tylko biżuterią i makijażem.
Powiększający  źrenice  wyciąg  z  belladonny,  czyli  wilczej  jagody,  święcił  triumfy  już  w
renesansie.  Do  dziś  używają  jej  aktorzy.  Okazuje  się,  że  ludzie  o  większych  źrenicach
wydają  się  atrakcyjniejsi.  Układ  wegetatywny  sterujący  szerokością  źrenic  zwęża  je,  gdy
widzimy coś nieprzyjemnego, i rozszerza na widok czegoś miłego. Kiedy ktoś wpatruje się
w nas rozszerzonymi źrenicami, odczytujemy to jako akceptację naszej osoby. To sygnał
zachęty:  „Podobasz  mi  się,  podejdź  bliżej,  porozmawiajmy”.  Rozszerzone  źrenice  są  jak
zielone światło.

Odwrotnie,  gdy  źrenice  są  zwężone.  Nawiązywanie  rozmowy  z  kimś  takim  to  jak

przejeżdżanie skrzyżowania na czerwonym świetle. Może się udać, ale może też dojść do
groźnej kolizji.

Sygnały  źrenic  odbieramy  całkiem  podświadomie.  Podobnie  mimowolny,  trwający

jedną  trzecią  sekundy  ruch  brwi  w  momencie  spotkania  znajomej  osoby.  Jeśli  jej  brwi
drgnęły do góry, to dobrze – najwyraźniej nasz widok ją cieszy. Jeśli nie – raczej nie darzy
nas  sympatią.  I  choćby  nawet  wykrzyknęła:  „Edek?  Jak  miło  cię  widzieć!”,  czujemy,  że
więcej  w  tym  kurtuazji  niż  sympatii  i  tak  naprawdę  myśli  sobie:  „No  nie!  Musiał  się
napatoczyć  akurat  teraz?”.  Okazuje  się,  że  jest  to  przekaz  uniwersalny  dla  wszystkich
kultur.  I  miarodajny  wskaźnik  żywionej  dla  nas  sympatii.  Da  się  zafałszować  słowa,
uśmiech, a tego gestu nie.

A

 więc przysłowiowym zwierciadłem duszy są nie tyle całe oczy, ile źrenice?

–  Naukowcy  mogą  wyczytać  z  nich  najróżniejsze  rzeczy.  Jak  to,  że  mężczyźni  w
większości  nie  lubią  dzieci,  a  kobiety  –  tak.  Odkryli  nawet,  że  te,  które  nie  mają
potomstwa,  zapatrują  się  na  nie  inaczej  niż  matki.  O  ile  zdjęcia  dzieci  powodują  u
bezdzietnych mężczyzn zwężenie źrenic, o tyle kobiety zawsze reagują ich rozszerzeniem:

background image

bezdzietne  mniejszym,  matki  –  większym.  W  ten  sposób  ocenia  się  też  preferencje
seksualne:  mężczyźnie  oglądającemu  zdjęcie  kobiety  oczy  się  powiększają,  zwłaszcza
wtedy,  gdy  jest  naga.  Ale  gdy  źrenice  rozszerzają  mu  się  na  widok  innego  nagiego
mężczyzny – niewykluczone, że jest homoseksualistą.

Mówi się, że kobiety malują się dla innych kobiet.
–  I  tak,  i  nie.  Malują  się,  by  nie  zginąć  w  tłumie,  by  być  atrakcyjniejszymi  od  innych.
Bardziej  dbając  o  wygląd,  stosując  lepsze  kosmetyki  czy  zdrowszą  dietę,  kobiety
nieustannie  podnoszą  poprzeczkę  atrakcyjności.  Makijaż  podkreśla  urodę  i  tuszuje  jej
braki.  Wydawałoby  się,  że  mężczyźni  powinni  być  za.  A  jednak  ich  stosunek  jest
ambiwalentny.  Odważny  makijaż  najbardziej  podoba  się  im  u  nieznajomych  kobiet,
znacznie mniej u narzeczonej, a najmniej u własnej żony. Mężczyzna niechętnie odnosi
się do prób eksponowania urody przez kobietę, którą zdobył i uważa za swoją. Skoro są
razem, to po co nadal chce błyszczeć? By zwrócić uwagę innych? Przyciągnąć rywala?

Czy

 męskie twarze podlegają podobnym regułom?

– I kobiece, i męskie powinny być symetryczne. Z badań wynika, że symetryczni bardziej
nam  się  podobają.  Wytłumaczenie  może  być  takie:  symetria  jest  gwarancją  jakości
genotypu. Jeżeli pomimo różnych niekorzystnych czynników środowiska, czy to w okresie
pre-  czy  postnatalnym,  ciału  udaje  się  zachować  symetrię,  to  dobrze  świadczy  o  jego
witalności. Jeśli nasz organizm byłby słabszy, to zaniedbałby symetrię, koncentrując się na
walce  z  infekcją  czy  ze  skutkami  niedożywienia.  Dlatego  osoby  o  regularnych  rysach  i
proporcjonalnej sylwetce mają wyższe notowania u płci przeciwnej.

Wydaje  mi  się,  że  kanony  męskiej  urody  są  bardziej  rozciągliwe.  Za  przystojnego
uchodzi  zarówno  Joey  Tempest,  obdarzony  niemal  kobiecą  twarzą  wokalista  grupy
Europe,  jak  i  męski  do  granic  negroidalności  Arnold  Schwarzenegger.  Odległość
dzieląca delikatną Sophie Marceau od Grace Jones (najbardziej męskiej z modelek) nie
jest tak przepastna.
–  Najwyraźniej  mężczyźni  nie  gustują  w  chłopczycach.  Od  kobiet  oczekują  kobiecości,
czyli tego, czego sami nie mają lub mają niewiele. W drugą stronę to nie działa. A co do
mężczyzn typu macho – miewają czasem przewagę. Przekonało się o tym dwóch badaczy
– Miller i Muller – gdy porównali twarze o łagodnych i o ostrych rysach. Okazywało się,
że  mężczyźni  tacy  jak  generał  Lebiedź  –  by  nie  szukać  daleko  –  częściej  docierali  do
generalskich  szarż  i  zostawiali  więcej  potomków.  Może  dlatego,  że  silniej  zarysowane
szczęki i rysy świadczą o wyższym poziomie androgenów, a może dlatego, że wzbudzają
po prostu większy respekt.

Uderzające,  jak  wiele  kobiet,  zwłaszcza  z  kręgów  menedżerskich,  też  chce  wzbudzać

respekt.  Właśnie  po  to  przywdziewają  stroje  akcentujące  ramiona.  Szerokie  ramiona  to
cecha typowo męska. Ich poszerzanie pagonami, piórami czy epoletami miało podkreślać
wysoki status społeczny. Eksponując ramiona, kobiety sygnalizują: „Pod względem wiedzy
i zdolności wcale nie ustępujemy mężczyznom. Potrafimy być twarde jak oni i tak samo
skuteczne”.

background image

Z  podobnych  przyczyn,  choć  na  znacznie  większą  skalę,  rozpowszechniły  się  wysokie

obcasy. Nie jest przypadkiem, że noszą je kobiety. W ten sposób pragną zatrzeć różnice
wzrostu  między  sobą  a  mężczyznami.  To  równanie  do  mężczyzn  wynika  z  chęci
wyrównania szans.

Czy gdy patrzymy na kogoś, możemy ocenić, jaki ma temperament seksualny?
–  Od  kilkuset  lat  próbuje  się  korelować  różne  cechy  morfologiczne  z  różnymi  typami
temperamentu  i  zachowań.  Na  przykład  Lombroso,  włoski  psychiatra  i  antropolog,
usiłował  z  kształtu  męskich  czaszek  wyczytać,  czy  badany  jest  urodzonym  zabójcą,
złodziejem,  czy  gwałcicielem,  a  z  kobiecych  –  czy  ma  skłonności  do  prostytucji.
Oczywiście  bez  efektu.  Co  nie  zmienia  faktu,  że  do  dziś  podejmuje  się  próby
morfologicznej  klasyfikacji  behawioru.  Sam  zresztą  uczestniczyłem  w  takich  badaniach.
Chodziło o sprawdzenie, czy istnieje związek pomiędzy zmianami poziomu hormonów w
ciągu  doby  a  asymetrią  ciała.  Mogę  powiedzieć,  że  złożyłem  ofiarę  na  ołtarzu  nauki.
Zobaczyłem, co to znaczy być królikiem doświadczalnym. W jednym z brytyjskich szpitali
co  pół  godziny  pobierano  mi  krew  –  w  sumie  48  razy.  Także  co  pół  godziny  mierzono
mnie  dokładnie.  Wszystkie  pomiary  na  wszelki  wypadek  dublowano  –  więc  w  zasadzie
mierzono mnie cały czas.

I co się okazało?
– Między innymi to, że stosunek długości serdecznego palca do wskazującego świadczy o
poziomie męskich hormonów – androgenów. A więc im mężczyzna ma dłuższy czwarty
palec  względem  drugiego,  tym  wyższy  ma  również  poziom  androgenów  i  tym  silniejszy
temperament seksualny. U kobiet palce są mniej więcej równe albo drugi jest dłuższy od
czwartego.  Taki  sposób  oceny  poziomu  hormonów  płciowych  zwany  jest  testem
Manninga.

A na co patrzą kobiety?
– Jeśli już, to na wzrost. Ktoś nawet obliczył, że każdy cal wzrostu jest dziś w Ameryce
wart  600  dol.  rocznej  pensji.  Ale  ja  nie  widziałem  tych  danych.  Zasadniczo  cechy
morfologiczne  nie  są  dla  kobiet  istotne,  zwłaszcza  gdy  szukają  partnera  stałego,  na  lata.
Co  innego,  gdy  chodzi  o  krótkotrwały  romans.  W  ogóle  im  bardziej  przelotny  związek,
tym  cechy  morfologiczne  ważniejsze.  Jeśli  kobieta  zdradza,  to  z  reguły  z  mężczyzną
inteligentniejszym,  przystojniejszym  albo  zamożniejszym  od  męża.  W  przypadku
mężczyzn  jest  inaczej  –  kochanki  są  z  reguły  młodsze  od  żon,  ale  nie  muszą  być
atrakcyjniejsze.

Czy

 muskulatura pomaga?

–  Nie  sądzę,  by  w  XXI  wieku  wyznacznikiem  sukcesu  i  statusu  ekonomicznego
mężczyzny  miała  być  budowa  ciała.  A  na  pewno  nie  szerokość  ramion.  W  ciągu  kilku
ostatnich  stuleci  znaczenie  siły  fizycznej  bardzo  zmalało.  Mężczyźni  nie  toczą  ze  sobą
bójek o kobiety i nie uganiają się za dziką zwierzyną. Krzepa przestała być potrzebna.

background image

Skąd w takim razie rosnąca popularność siłowni?
–  Wystarczy  spojrzeć,  gdzie  narodził  się  kult  ciała  –  zachodnie  wybrzeże  Stanów
Zjednoczonych. Ogromna koncentracja bogactwa. Dużo zamożnych mężczyzn. Trudny
wybór.  Co  robią  kobiety?  Szukają  pierwszej  różnicującej  cechy.  Zaczyna  działać  zasada
zmiennego priorytetu. Coś, co do tej pory nie miało większego znaczenia, naraz staje się
języczkiem u wagi. Sylwetka kulturysty zaczyna być atrybutem wyróżniającym mężczyznę
z tłumu innych, a tym samym podnoszącym jego atrakcyjność. Ale nie tak bardzo, jak oni
sami  by  tego  chcieli.  Otóż  badania  wykazały,  że  i  mężczyźni,  i  kobiety  mylą  się  co  do
gustów płci przeciwnej: panowie sądzą, iż panie wolą potężniej zbudowanych mężczyzn
niż  w  rzeczywistości,  panie  za  najbardziej  pociągające  dla  panów  uznają  kobiety
szczuplejsze  niż  te,  jakie  naprawdę  podobają  się  mężczyznom.  Najwyraźniej  więc
przypisujemy płci przeciwnej własne preferencje.

A

 czy zapach może być kryterium wyboru partnera?

–  Owszem,  zapach  partnera  nie  jest  dla  nas  obojętny.  Inna  sprawa,  że  jak  nigdy  dotąd
możemy  maskować  swoje  naturalne  zapachy,  tłumić  je  aromatem  syntetycznych
kosmetyków.  Choć  brzmi  to  paradoksalnie,  przemysł  kosmetyczny  zmarginalizował
znaczenie naturalnego zapachu ludzkiego ciała.

Zmarginalizował, 

ale

 nie wyeliminował...

–  Kilka  lat  temu  Wedekind  i  Füri  wykazali,  że  za  pomocą  zapachu  kobieta  potrafi
zorientować się, na ile mężczyzna ma różne od jej własnych geny zgodności tkankowej. A
im  bardziej  różne,  tym  lepiej  dla  ich  dzieci.  Bo  im  większe  zróżnicowanie  genetyczne
rodziców,  tym  większa  żywotność  potomstwa.  A  że  kobieta  zmienną  jest,  to  w  okresie
ciąży lub laktacji jej upodobania zapachowe zmieniają się o 180 stopni. Wtedy górę bierze
podobieństwo.  Wybierając  podobne,  a  nie  odmienne  geny  zgodności,  kobieta  oczekuje
wsparcia ze strony osób z nią spokrewnionych.

Dlaczego

 akurat takich?

–  Ponieważ  im  głównie  powinno  zależeć  na  pomyślności  jej  dziecka  –  jeśli  dorośnie,
poniesie w świat nie tylko swoje, lecz także ich geny.

Preferencje  kobiet  zmieniają  się  też  w  różnych  fazach  cyklu  –  w  płodnej  jest  o  wiele

mniej  wybredna  niż  w  niepłodnej.  Przykładem  jest  obecny  w  pocie  androstenon.
Panowie  wydzielający  dużo  androstenonu  pachną  dość  odpychająco  zarówno  dla
większości kobiet, jak i innych mężczyzn. Nie bez przyczyny – zapach ten, nieco podobny
do  moczu,  ma  trzymać  innych  mężczyzn  na  dystans.  Reakcje  kobiet  na  androstenon
zależą zaś od fazy cyklu: gdy są niepłodne – działa na nie odpychająco, a gdy są płodne –
nie  działa  wcale;  zwiększa  się  ich  tolerancja  na  androstenon,  a  tym  samym  na
wydzielających  go  mężczyzn.  Dlaczego?  By  przypadkiem  nie  zmarnować  szansy  na
zapłodnienie.

Nieco  inaczej  wygląda  to  u  kobiet  biorących  pigułki  antykoncepcyjne.  Takie  pigułki,

mówiąc krótko, imitują proces ciąży. Najnowsze, tzw. trzeciej generacji, robią to bardziej
subtelnie.  Ale  poprzednie  –  zawierające  znacznie  więcej  hormonów  –  nie  tylko  znosiły

background image

reakcję  kobiety  na  zapach  mężczyzny,  lecz  także  naturalną  cykliczność  jej  seksualności.
Biorąca je miała na przykład stałe, a nie zmienne libido przez cały okres cyklu i mniejszą
ochotę na seks.

Być może to pytanie tłumaczy się samo, lecz jednak je zadam: dlaczego zależy nam na
możliwie najbardziej atrakcyjnym partnerze?
– Atrakcyjny, a więc ogólnie pożądany. Wiążąc się z kimś takim, zwiększamy swoje szanse
na  sukces  reprodukcyjny  i  atrakcyjne  potomstwo.  Jednym  słowem,  taki  partner  daje
naszym genom widoki na nieśmiertelność.

Czy

 atrakcyjność można mierzyć?

–  Są  różne  kryteria  oceny.  Jedno  z  nich  to  długość  stosunku.  Im  samica  dla  samca
atrakcyjniejsza, tym czas kopulacji krótszy. Świetnie to wychodzi u makaków. Atrakcyjna
samica pobudza samca bardzo szybko: cztery, pięć minut, i po wszystkim. A gdy jest taka
sobie – kopulacja trwa kwadrans i dłużej. Fizyczna atrakcyjność jest bardzo subiektywna i
wprost proporcjonalna do okresu abstynencji.

Jacy

 mężczyźni są najbardziej atrakcyjni?

–  Męscy.  Kobiety  zawsze  oczekiwały  od  mężczyzn,  by  byli  męscy,  cokolwiek  to  miało
znaczyć. Z czym innym kojarzono męskość w epoce jaskiniowej, z czym innym kojarzona
jest teraz. Kiedyś przynosili zwierzynę, teraz pieniądze. Kiedyś latali z włóczniami, teraz z
kartami  kredytowymi.  Zmieniły  się  atrybuty  męskości.  Mężczyźni,  którzy  tracą  pracę,
władzę lub pieniądze, tracą też libido. Postrzegają siebie jako mniej atrakcyjnych. Wzrost
poziomu kortyzolu, nazywanego też hormonem stresu, obniża poziom androgenów, a co
za tym idzie – potencji i samooceny.

Czy

 pieniądze są afrodyzjakiem?

–  Bywają  nim.  Dobrobyt  materialny  może  być  jednym  z  atrybutów  atrakcyjności.  W
Stanach Zjednoczonych obliczono, że dochody młodych, ale już żonatych mężczyzn są
półtora  raza  większe  niż  dochody  ich  nieżonatych  rówieśników.  Zarabiają  więcej  nie
dlatego,  że  mają  żony,  ale  dlatego,  że  mają  cechy  wyróżniające  ich  zarówno  na  rynku
pracy, jak i matrymonialnym.

Okazało  się  też,  że  atrakcyjność  fizyczna  żony  stanowi  bardzo  miarodajne  kryterium

pozycji męża. Szybko rosnące dochody i wpływy mężczyzny podbijają jego akcje na rynku
seksualnym. Awansując, może liczyć na coraz młodsze i ładniejsze partnerki. Czasem nie
najlepiej  rokuje  to  jego  dotychczasowemu  związkowi.  Liczba  rozwodów  wywołanych
awansem społecznym mężczyzny jest szczególnie wysoka w państwach takich jak Polska,
które dopiero zdążają do gospodarki wolnorynkowej.

W „Czerwonej królowej” Matt Ridley pisze, że kobiety bardzo szybko przyswajają sobie
zewnętrzne  atrybuty  statusu.  Gotów  się  nawet  zakładać,  że  potencjał  reprodukcyjny
kierowców  bmw  jest  wyższy  niż  posiadaczy  aut  pośledniejszych  marek.  Kobiety  myślą
tak: „Skoro bmw są takie drogie, to jeżdżący nimi mężczyźni muszą być sprytniejsi od

background image

innych, a skoro są tacy sprytni, to potrafią też zatroszczyć się o potomstwo”.
–  Z  ewolucyjnego  punktu  widzenia  takie  bmw  niczym  nie  różni  się  od  dziesięciu  krów,
które  ma  Buszmen  czy  Kypsygis.  Drogi  samochód  w  Europie  jest  tym  samym  co  stado
bydła  w  Afryce  czy  pole  ryżu  w  Azji.  Wyznacznikiem  możliwości  mężczyzny  lub  po
prostu... wabikiem.

Ta elastyczność kobiet jest trochę niepokojąca. Łapiąc się na takie wabiki, łatwo mogą
porzucać dotychczasowych partnerów dla coraz bogatszych mężczyzn.
– Tak, ale im wyżej, tym trudniej. Możni tego świata nie skarżą się na brak powodzenia.
Zdobyć ich nie jest łatwo. A nawet jeśli się uda, to nie wiadomo, na jak długo. Za rok czy
dwa  ledwie  wygrzane  miejsce  w  małżeńskim  łożu  może  zająć  inna.  W  takiej  sytuacji
najlepszym  rozwiązaniem  jest  wierność.  Uderzające,  jak  silny  jest  związek  między
statusem  męża  a  wiernością  jego  partnerki.  Kobiety,  które  mają  partnerów  z  kręgu
finansowych  elit,  mogą  stanowić  wzór  moralności  –  najwyżej  co  setna  dopuszcza  się
zdrady.  Partnerki  mężczyzn  o  niższym  statusie  –  wręcz  przeciwnie  –  aż  do  30  proc.
miewa  skoki  w  bok.  Odwrotnie  mężczyźni  –  im  biedniejsi,  tym  wierniejsi.  Ci,  którzy
znajdują się na dole drabiny społecznej, zdradzają sporadycznie, ci z wyższych jej szczebli
– notorycznie. W sumie, spoglądając na wykres obrazujący zależność stałości partnerskiej
od  statusu  społecznego,  widać  jakby  dwie  piramidy:  kobiecą  zwężającą  się  ku  górze  i
męską – taką samą, tyle że skierowaną czubkiem do dołu.

„Istnieją 

ekonomiczne

 bodźce seksualne”.

background image

STANISŁAW 

JERZY

 LEC

A

 czy zamożność podnosi atrakcyjność kobiet?

–  Może  i  tak,  ale  to  bez  znaczenia.  Wic  w  tym,  że  to  mężczyzna  chętniej  zwiąże  się  z
ubogą,  ale  ładną  kobietą  niż  odwrotnie.  Dla  mężczyzny  kryterium  statusu  jest  mniej
ważne od atrakcyjności. Woli zdrową chłopkę od chorowitej arystokratki.

Co innego kobiety – zamożne nie chcą wiązać się z ubogimi mężczyznami. Ponieważ

przywiązują znacznie większą wagę do zasobności potencjalnych wybranków niż kobiety
o niskich dochodach – wybiorą sobie kogoś równie zamożnego jak one same. David Buss
z  Uniwersytetu  Michigan  oświadczył,  że  „seksualne  gusty  kobiet  stają  się  bardziej
wybiórcze,  dyskryminujące  i  wysublimowane,  w  miarę  jak  wzrasta  ich  bogactwo,
znaczenie i pozycja społeczna”.

A więc małżeństwo może być dla kobiet trampoliną wynoszącą je na wyżyny społeczne?
–  W  każdym  razie  ułatwiającą  szybki  ekonomiczny  awans.  Córki  ubogich  mają  większą
szansę na dostatnie życie niż ich synowie. Ci raczej pozostaną kawalerami niż wżenią się
w wyższą klasę, podczas gdy biedne córki mają realne szanse na małżeństwo z bogatym
mężczyzną. Dlatego w niektórych, silnie rozwarstwionych społecznościach wyróżniane są
córki. W Kenii lud Mukogodo chętniej zawozi do szpitala chorą córkę niż chorego syna i
w  rezultacie  więcej  dziewcząt  niż  chłopców  dożywa  czterech  lat.  Nie  dziwmy  się
rodzicom  –  zakładają,  że  ich  córki  mogą  po  ślubnym  kobiercu  trafić  do  domostw
bogatych  Samburu  i  Masajów,  podczas  gdy  synowie  i  tak  pewnie  odziedziczą  biedę
Mukogodo.

Z tego wniosek, że bogaci powinni faworyzować synów.
–  I  tak  jest.  Niedawno  w  dość  pomysłowy  sposób  Amerykanie  wykazali,  że  dochody
faktycznie  przekładają  się  na  różnice  w  traktowaniu  chłopców  i  dziewczynek.  Notowali
długość czasu karmienia oraz odstępy między narodzinami kolejnych dzieci w rodzinach
o niskim i o wysokim statusie materialnym. Wyszli z założenia, że każde następne dziecko
ogranicza inwestycje w już posiadane.

O ile rodziny uboższe troskliwiej traktowały dziewczynki, o tyle bogatsze – chłopców.

Przyszłych  dziedziców  rodzinnych  dóbr  nie  tylko  dłużej  karmiono,  lecz  także  bardziej
zwlekano po nich z kolejnym dzieckiem.

Niemałym  zaskoczeniem  było  odkrycie,  że  status  materialny  rodzin  wpływa  też  na

proporcje płci dzieci: w biednych na świat przychodzi statystycznie więcej dziewczynek, a
w bogatych – chłopców. Przykładem są głowy amerykańskiego państwa. Podczas gdy na
100  dziewczynek  rodzi  się  średnio  105  chłopców,  to  prezydenci  USA  płodzą  znacznie
więcej synów. Proporcja 148 do 100 wyklucza przypadek. Zgodnie z koncepcją Triversa-
Willarda inwestycja w syna jest dla lepiej sytuowanych ewolucyjnie korzystniejsza. Ale i
bardziej kosztowna dla matki. Noworodek płci męskiej jest z reguły większy i taki też ma

background image

apetyt.

Czym

 to wytłumaczyć?

– Ewolucja premiuje kobiety, które stawiają na płeć dostosowaną do swych możliwości.
Chłopiec o małej masie urodzeniowej najpewniej będzie wątlejszy od swych rówieśników,
a  w  związku  z  tym  jego  szanse  na  ojcostwo  też  będą  mniejsze.  Zbyt  duże
prawdopodobieństwo  klęski  w  rywalizacji  z  wyżej  notowanymi  osobnikami  może  skazać
go  na  bezdzietność.  Z  córką  nie  ma  takiego  ryzyka  –  prawdopodobieństwo,  że  nie
znajdzie  amatora,  jest  znacznie  mniejsze.  A  więc  lepiej  urodzić  dziewczynkę,  bo  w  jej
przypadku postura nie przekłada się na powodzenie u płci przeciwnej. Wystarczy, że ma
prawidłowe proporcje ciała.

Czy tylko status materialny odbija się na proporcji płci?
–  Inne  czynniki  też  –  to  wiadomo.  Ale  jak?  Możemy  się  tylko  domyślać.  Weźmy  efekt
powracającego  żołnierza:  w  trakcie  wielkich  wojen  albo  bezpośrednio  po  nich  w
walczących krajach rodzi się więcej synów, tak jakby mieli zastąpić poległych mężczyzn –
oczywiście  nie  dosłownie,  wdowy  są  dla  nich  za  stare.  Fenomen  ten  próbuje  się
tłumaczyć częstością współżycia i względami hormonalnymi.

Okazuje  się,  że  im  większa  liczba  zachowań  płciowych,  tym  większe

prawdopodobieństwo  spłodzenia  chłopca.  Dobrze  to  widać  na  przykładzie  młodych
małżeństw, które w pierwszych miesiącach po ślubie mają największe szanse na poczęcie
męskiego  potomka.  Także  pary  chcące  nadrobić  zaległości  po  długim  okresie  wojennej
abstynencji zbierają głównie męskie owoce swej namiętności. Podobne przykłady można
mnożyć. Więcej synów mają te pary, gdzie różnica wieku między partnerami przekracza
pięć  lat.  Tak  samo  kobiety  o  szerokiej  talii  oraz  mężczyźni  mający  kłopoty  z  prostatą.
Więcej córek mają za to żony pilotów oblatywaczy, nurków głębinowych czy pastorów.

Zaraz... Czyżby mężczyźni mogli wpływać na płeć plemników?
–  Najprawdopodobniej  mogą  nieświadomie  wpływać  na  proporcje  lub  żywotność,  a  to
„męskich”, a to „żeńskich” plemników. Niewykluczone, że obniżony poziom androgenów
– męskich hormonów płciowych – w jakiś sposób sprzyja „żeńskim” plemnikom.

A u kobiet?
– Może przez selektywny sposób ronienia w pierwszych tygodniach ciąży? A może przez
selektywną  implantację  embrionu  męskiego  lub  żeńskiego?  Albo  zmianę  konsystencji
błony śluzowej macicy? Lub pH płynu pochwowego? Cokolwiek by to było, odbywa się
poza świadomością kobiety. W tym przypadku jej organizm zachowuje się, można by rzec,
racjonalnie.

A

 może zachowywać się inaczej?

–  Czasem  nietrudno  odnieść  wrażenie,  że  fizjologia  z  premedytacją  wyrządza  kobietom
krzywdę. Wie pan, co mam na myśli?

Pojęcia 

nie

 mam.

background image

–  Gwałt.  Wiele  dowodów  przemawia  za  tym,  że  kobiety  łatwiej  zachodzą  w  ciążę  po
gwałcie  niż  po  rutynowym  stosunku  płciowym.  Co  ciekawe,  u  zgwałconych  do
zapłodnienia  dochodzi  też  w  najmniej  płodnej  fazie  cyklu  menstruacyjnego  –  podczas
menstruacji i w trzy tygodnie po niej, a więc dokładnie wtedy, kiedy kobieta najmniej się
tego  spodziewa.  Przyczyną  może  być  nagłe  pobudzenie  owulacji  przez  silny  uraz
psychiczny.

Dlaczego

 jedni ludzie gwałcą drugich?

–  Dziewięć  na  dziesięć  zgwałconych  to  kobiety  w  okresie  reprodukcji.  A  to  oznacza,  że
główną  przyczyną  gwałtu  jest  nieuświadomiona  chęć  zwiększenia  sukcesu
reprodukcyjnego. Taki gwałciciel oszczędza życie gwałconej. Co innego, gdy jego ofiarą
jest mała dziewczynka czy starsza kobieta – wtedy często morduje.

Szczególnie  sprzyjające  warunki  stwarza  gwałcicielom  wojna.  I  to  nie  dlatego,  że

urodzeni  gwałciciele  gwałcą  wtedy  więcej,  tylko  gwałcą  ci,  którzy  w  innych  warunkach
nigdy by się tego nie dopuścili. A robią to z kilku powodów: nie ma innych mężczyzn na
podbitym  terenie,  gwałciciel  jest  pewien  swojej  bezkarności,  ale  nie  ma  pewności,  czy
nazajutrz nie polegnie na froncie – to może być jego ostatni raz.

Poza  tym  gwałt  to  droga  na  skróty.  Tyle  mówimy  o  cechach,  pod  kątem  których

oceniają nas potencjalni partnerzy – uroda, sylwetka, status... Gwałciciel wszystko to ma
za nic! Może zapłodnić kobietę, nic o niej nie wiedząc, nie znając jej imienia, nie widząc
jej wcześniej na oczy. Kobietę, której inaczej nigdy by nie zdobył lub zbyt wiele by go to
kosztowało.

To dlaczego organizm ofiary pomaga mu w tym?
– Nie wiadomo. Zastanawiająco wysoki jest też odsetek ciąż u kobiet, które z konieczności
widują  się  z  ukochanym  krótko  i  rzadko.  Żołnierz  na  przepustce  czy  więzień  na
warunkowym  zwolnieniu  mają  znacznie  większe  szanse,  by  zostać  ojcem  już  po  jednym
razie,  niż  stali  partnerzy.  Podejrzewa  się,  że  we  wszystkich  tych  sytuacjach  stosunek
wyzwala owulację.

Podobnie  rzecz  się  ma  z  kochankiem.  Baker  i  Bellis  z  Uniwersytetu  w  Manchester

zwrócili  uwagę  na  pewną  osobliwość  stosunków  pozamałżeńskich:  nie  dość,  że  wypływ
ejakulatu  z  pochwy  mężatki  jest  wówczas  mniejszy,  to  jeszcze  dwukrotnie  bardziej
prawdopodobne  jest,  że  do  zdrady  dojdzie  w  płodnej  fazie  cyklu.  Seksuolog  powie,  że
pobudliwość,  a  więc  i  skłonność  do  niewierności,  jest  wówczas  największa.  A
ewolucjonista,  że  zdradzając,  kobieta  podświadomie  dąży  do  posiadania  możliwie
najbardziej zróżnicowanego genetycznie potomstwa. Bo takie potomstwo łatwiej przetrwa
trudne czasy.

Nie chce mi się wierzyć, że niemal wszystko robimy dla potomstwa. Skoro tak, to po co
mężczyznom prezerwatywy? Przecież to skierowanie trudu reprodukcji w ślepy zaułek...
– Choć brzmi to absurdalnie, są tacy, którzy twierdzą, że prezerwatywa zwiększa sukces
reprodukcyjny  stosujących  je  mężczyzn.  Po  pierwsze,  świadczy  o  tym,  że  hołduje  on
zasadom  bezpiecznego  seksu,  po  drugie,  proponuje  ochronę  przed  poczęciem.  Jedno  i

background image

drugie  ułatwia  mężczyźnie  zdobycie  zaufania  kobiety  –  nie  obawiając  się  zarażenia  i
niepożądanej ciąży, szybciej przystanie na propozycję wspólnej nocy z nieznajomym. W
rzeczywistości, idąc na ustępstwa podczas pierwszych kontaktów, mężczyzna może liczyć
na  stosunki  „bez”  w  przyszłości.  Ale  jest  jeszcze  trzeci  powód:  prezerwatywa  może  być
rekwizytem umożliwiającym zapłodnienie partnerki podstępem. Dwie liczby: prawidłowo
używana  prezerwatywa  jest  bardzo  skutecznym  środkiem  antykoncepcyjnym  –
zabezpiecza  97  par  na  100.  W  praktyce  jej  skuteczność  nie  przekracza  70–80  proc.  –  a
więc spośród 100 stosujących ją w ciągu roku par aż 20–30 zostaje rodzicami wbrew swej
woli.  Trudno  oprzeć  się  wrażeniu,  że  przyczyną  tak  dużej  rozbieżności  jest  świadoma
nieostrożność mężczyzn w obchodzeniu się z prezerwatywą.

Czy naprawdę za wszystkimi naszymi poczynaniami stoi reprodukcja?
–  Na  pewno  za  większością  tych,  które  wiążą  się  z  seksem.  Żaden  organizm,  nawet
człowiek,  pomimo  że  posiada  tak  dużą  korę,  nawet  nie  podejrzewa,  że  to,  co  robi,  a  co
przyjmuje za wolną wolę, ma w domyśle zwiększyć jego sukces reprodukcyjny. W 99 proc.
przypadków idziemy z kimś do łóżka, by mieć z tego przyjemność, a nie dzieci. To natura
postarała się, by połączyć jedno z drugim.

Czy chcemy tego, czy nie, realizując własne cele, uczestniczymy w ewolucyjnym dziele

obliczonym na nieśmiertelność naszych genów.


Document Outline