background image
background image
background image

Copyright © by AGORA SA 2013

Copyright © by Katarzyna Klukowska Copyright © by Marcin Kowalski Copyright © by Adam Czerwiński Copyright ©

by Bożena Aksamit Copyright © by Bartłomiej Kuraś, Małgorzata Skowrońska Copyright © by Katarzyna Boni

PROJEKT

  GRAFICZNY  OKŁADKI:  Urszula  Pągowska  –  Kreacja  Pro,  dyrektor  artystyczny  –  Andrzej  Pągowski

KOREKTA:

 Emilia Niedzielak

ISBN

 978-832-681-464-8

Wydanie

 elektroniczne 2013

Teksty były publikowane w Gazecie Wyborczej i jej dodatkach

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej 

background image

Spis

 treści

Lepiej

 późno niż później

Odłóż miecz, katoliku

Portfel

 księdza

Życie 

seksualne

 Kościoła

Siostry

 otwarte

Klaudia

 wychodzi z klasztoru

background image

Lepiej

 późno niż później

(Życie od nowa)

KATARZYNA

 KLUKOWSKA

Inżynier, aktor, dziennikarz, nauczyciel. Pewnego dnia rzucili wszystko i poszli do seminariów

lub zakonów

Profesor po przejściach

Ojciec  Andrzej  Potocki  do  furty  zakonu  dominikanów  na  warszawskim  Służewcu

zapukał w trzy dni po swoich 50. urodzinach. Święcenia zakonne przyjął w wieku 56 lat.

–  Z  mojego  późnego  powołania  nie  warto  robić  sensacji.  Raczej  należy  sobie

przypomnieć, że Chrystus zapraszał do współpracy, czyli mówiąc kościelnie: powoływał,
mężczyzn prawdziwie dorosłych, ludzi z zawodem. Głównie byli to rybacy.

Kapłaństwo  młodych  to  sprawa  dużo  późniejsza.  Upowszechniło  się  w  czasach,  gdy

zaczęto wymagać przygotowania zawodowego, czyli studiów filozoficzno-teologicznych, i
gdy stało się podstawowym, a często jedynym źródłem utrzymania.

Ale i to się zmienia. Teraz do seminariów zgłaszają się coraz starsi kandydaci, bywa,

że po studiach. Jeszcze przecież nie starzy, ale już dojrzalsi.

U  dominikanów  przyjmowanie  chłopaków  bezpośrednio  po  maturze  jest  coraz

rzadsze.  Jak  się  taki  zgłasza,  to  zazwyczaj  słyszy:  „Postudiuj,  może  popracuj.  Jeśli  twój
zamiar  będzie  trwały,  zawsze  zdążysz  do  nas  przyjść”.  W  ten  sposób  daje  mu  się  do
zrozumienia: „Spróbuj po ludzku dojrzeć”. Nikt mu nie mówi tego wprost i zbyt głośno,
żeby  nie  zniechęcać.  Ale  powszechnie  wiadomo,  że  maturzyści  dojrzali  nie  są.  Za
wcześnie dla nich, by podejmować decyzje na całe życie.

Przychodzą  do  nas  też  dojrzali.  Mężczyźni  około  czterdziestki  i  starsi.  Wielu  chce

zacząć  życie  od  nowa.  Seminarium  jest  dla  nich  nowym  początkiem,  powtórnym
narodzeniem. A przynajmniej mocną, odświeżającą kąpielą.

Niektórzy  naprawdę  zdrowo  dostali  w  kość  od  życia.  Czują,  że  siły  słabną.  Szukają

przystani: dachu nad głową, miski pełnej strawy, pralni na miejscu, transportu do szpitala.
To  taka  kalkulacja.  Można  wtedy  iść  do  zakonu  –  po  wikt  i  opierunek.  Przy  takim
nastawieniu  długo  się  tu  jednak  nie  pobędzie.  Dach,  miska  i  pralnia  się  znajdą,  ale
przecież nic za darmo. Dojdzie dyscyplina, obowiązki, obcy ludzie… Św. Jan Berchmans

background image

mówił, że życie wspólne jest najcięższą pokutą. Dla staruszków w nowicjacie to pokuta nie
do zniesienia.

Pyta mnie pani, czy to dobrze, że do seminariów i zakonów przychodzą coraz starsi.

Bardzo  dobrze.  Bo  to  ludzie  dojrzali,  z  doświadczeniem.  Ostatnio  mieliśmy  trzech
prawników na jednym roku. Wszyscy zostali wyświęceni. To bardzo wygodne dla zakonu,
bo może korzystać z ich wiedzy.

Młodych i starych wiele różni. Młody ma świadomość, że droga, na którą wszedł, jest

jedną z wielu. Wybrał zakon lub seminarium, ale to nie przeszkadza mu fantazjować: „Co
bym  robił,  gdybym  odszedł?”.  Wyobraźnia  podsuwa  mu  rozmaite  kierunki  studiów,
mnogość profesji, kandydatki na żony. Niewiele za nim, wszystko przed nim.

Dojrzały  kandydat  dobrze  wie,  co  by  robił,  odchodząc  z  seminarium.  Wróciłby  do

zawodu, który już wykonywał, do mieszkania, w którym mieszkał. Jego wizja przyszłości –
o  ile  nie  miałaby  to  być  przyszłość  duchownego  –  jest  zdeterminowana  przeszłością.
Wiem,  co  mówię,  bo  opieram  to  na  osobistych  doświadczeniach.  Wstępując  do
dominikanów,  miałem  jasność,  co  bym  robił,  gdybym  się  jednak  rozmyślił:  gdzie  bym
mieszkał,  na  jakich  uczelniach  pracował,  jakie  przedmioty  wykładał.  Wszystko  to
zostawiłem i wszystko to na mnie czekało.

Młody jest bardziej plastyczny, łatwiej wychowywalny. Przywykł, że starszych trzeba

słuchać,  nawet  gdy  czasem  się  przeciwko  temu  buntuje.  Dlatego  w  seminarium  nie  ma
kłopotów z podporządkowaniem się wychowawcom.

Co  innego  stary.  Ten  wie  lepiej.  Ma  już  swoje  przyzwyczajenia,  które  nie  zawsze

pasują  do  seminaryjnego  klimatu.  Najgorsze  jest  obciążenie  starokawalerstwem.  Dla
otoczenia to okropnie kłopotliwe. Młodzi męczą się z takim starym kawalerem. Po jakimś
czasie on sam zaczyna się męczyć z młodymi. Pojawia się międzypokoleniowe iskrzenie.
Chodzi  o  drobiazgi,  ale  w  zamkniętej  wspólnocie  seminaryjnej  te  drobiazgi  urastają  do
rangi problemów.

Kiedy

 zaczynałem nowicjat, była nas trzydziestka. Święcenia przyjęło dziesięciu.

Dlaczego  wybrałem  dominikanów?  Drogą  selekcji  negatywnej.  Spośród  40  bractw

zakonnych  odrzuciłem  te,  które  cechuje  nadaktywność.  Wyeliminowałem  też  te,  które
zakazują  wszelkiej  aktywności.  Wybrałem  trzy  zakony:  benedyktynów,  jezuitów  i
dominikanów. To poważne firmy z tradycją.

Hasłem  dominikanów  jest:  „Contemplata  aliis  tradere”,  czyli:  „Należy  się  dzielić

owocami  kontemplacji  z  innymi”.  Wszystko  po  to,  żeby  nie  było  niepotrzebnego,
nieprzemyślanego gadulstwa na kazaniach, ale żeby też nie było kontemplacji dla samej
kontemplacji.

Druga reguła dominikanów to studiować. Czy się jest w klasztorze, czy w podróży –

trzeba czytać.

Czytanie to moja pasja i zawód. Jestem doktorem teologii, doktorem habilitowanym

socjologii,  profesorem  nadzwyczajnym  Wyższej  Szkoły  Pedagogiki  Specjalnej  im.  Marii

background image

Grzegorzewskiej  w  Warszawie.  Nie  mogłem  pójść  tam,  gdzie  krzywym  okiem  będą  na
mnie patrzeć, gdy siedzę z nosem w książce.

Aktor

 nawrócony

Włodzimierz  Kwieciński  został  księdzem  w  wieku  44  lat.  Jest  wikarym  w  parafii  na

warszawskim Ursynowie.

– Podobno o kapłaństwie marzyłem od dzieciństwa. Jest taka opowieść rodzinna, że

jak  miałem  siedem  lat,  odprawiłem  pierwszą  mszę  w  obecności  wujków  i  ciotek.  Hostią
była czekoladka, sok wiśniowy udawał krew Chrystusa. Za ministranta miałem młodszego
brata. Ot, takie pierwsze przymiarki.

Gdy  podrosłem,  zapomniałem  o  kapłaństwie.  Wciągnęło  mnie  życie  świeckie.

Zaangażowałem  się  w  podziemne  struktury  wydawnicze,  wydawałem  „Tygodnik
Mazowsze”.  Drugą  pasją  był  teatr.  Jeszcze  w  czasach  licealnych  stworzyliśmy  „Nie
prasować, czyli teatr wolnych niedziel”. Prosto z teatru poszedłem zakładać dział foto w
„Gazecie Wyborczej”. Trzy lata tam spędziłem.

Aż tu dowiaduję się, że do Polski przyjeżdża Teatr Ósmego Dnia. Zaproponowali mi

angaż.  Wziąłem  bezpłatny  urlop  w  „Wyborczej”  i  pojechałem  na  tournée  po  Europie.
Moja przygoda z teatrem miała trwać trzy tygodnie. Trwała dziewięć lat.

Życie teatralne to życie na krawędzi. Nigdy nie wiesz, co się zdarzy następnego dnia,

bo  nie  wiesz,  czy  próba  będzie  udana,  czy  spektakl  się  uda.  A  jak  się  uda,  to  jest  jedna
wielka impreza, która zawsze kończy się kacem – kapciem w duszy, wypaleniem. Miałem
wrażenie, że kontroluję to wszystko, że wszystko jest ode mnie zależne. A dzisiaj widzę, że
nic ode mnie nie zależało.

W 2000 roku przeżyłem życiową woltę, w religii zwaną nawróceniem. Pierwszy raz od

lat wyspowiadałem się i poczułem, że moją drogą jest kapłaństwo.

Są dwie koncepcje powołań. Jedna to pawłowa – przychodzi coś nagle, jak przygoda

Pawła  pod  Damaszkiem.  Paweł,  prześladowca  pierwszych  chrześcijan,  spada  z  konia  i
doznaje objawienia.

Druga  to  powołanie  piotrowe,  które  dojrzewa.  We  mnie  te  dwie  koncepcje  się

zderzyły. Długo do tego dojrzewałem, ale decyzję podjąłem nagle.

Poszedłem  do  rektora  warszawskiego  seminarium.  Zacząłem  dopytywać,  czy  nie  za

późno,  w  końcu  mam  39  lat,  czy  znajdzie  dla  mnie  miejsce.  A  on  na  to,  żebym  się  nie
spieszył.  „Przyjdź  za  rok”  –  powiedział.  Posłuchałem  jego  słów.  Czas  wypełniałem
pisaniem recenzji filmowych i teatralnych.

Nie minął rok, a ja znów dzwoniłem do furty seminarium. Tym razem mnie przyjęli.

Pozostawało rozmówić się z mamą. Wróciłem do domu i ociągając się, powiedziałem, co
zamierzam. Mama na to: „Nareszcie!”. Wiedziała, co planuję, wcześniej niż ja sam.

Opiekunem  mojego  roku  był  ks.  Wojciech  Bartkowicz.  Teraz  jest  rektorem

seminarium.  Jego  też  późno  dopadło  powołanie.  Najpierw  skończył  prawo,  a  święcenia

background image

kapłańskie przyjął w wieku 30 lat.

Gdy  rektor  przyjmował  mnie  do  seminarium,  niespodziewanie  oświadczył:  „Akurat

mam starszego”.

Ten starszy miał 42 lata, był inżynierem, „w cywilu” pracował w FSO. Wyjechał do

USA,  do  fabryki  General  Motors,  tam  się  zaangażował  w  jakąś  charyzmatyczną  grupę
religijną. Gdy wrócił do Polski, wstąpił do seminarium. Kończył je, mając 47 lat. Teraz
jest księdzem w USA.

Po  jego  odejściu  byłem  jedynym  staruchem  w  seminarium.  Dwóch  prefektów  było

ode  mnie  młodszych,  rektor  był  starszy  tylko  o  trzy  lata.  Mieszkałem  w  pokoju  z  19-
latkiem,  który  mógłby  być  moim  synem.  Mówił,  że  nie  czuje  różnicy  wieku,  że  jestem
otwarty,  bez  uprzedzeń.  Czułem,  że  młodzież  seminaryjna  akceptuje  mnie,  ale  jak  ktoś
wstępuje  do  seminarium  w  tak  późnym  wieku  jak  mój,  to  siłą  rzeczy  ma  trudniejszy
kontakt z młodymi ludźmi. Musiałem się też nauczyć pracy z dziećmi w szkole. Nie było
łatwo.

Teraz  jestem  wikarym  w  parafii  na  warszawskim  Ursynowie.  Dobrze  trafiłem.

Proboszcz  ks.  Adam  Zelga  to  literat.  Po  śmierci  swego  przyjaciela  Alfreda  Szklarskiego
skończył  dziewiąty  tom  przygód  Tomka  Wilmowskiego  pt.  „Tomek  w  grobowcach
faraonów”. Od kilku lat zarzeka się, że napisze kolejny, ale ciągle nie ma czasu. Za czasów
Jerzego Engela był kapelanem polskiej reprezentacji w piłce nożnej. Napisał o tym książkę
„Piłka jest okrągła”. Ucieszył się, że dostał wikarego aktora. Budujemy kościół, a w jego
podziemiach  chcemy  wystawiać  spektakle,  organizować  koncerty,  wystawy,  wieczory
poetyckie i konferencje. Będę robił to, co kocham.

Podążyłem za swoim powołaniem, ale nie do końca je rozumiem. Trochę jak ks. Jan

Twardowski, który pisał: „Własnego kapłaństwa się boję, własnego kapłaństwa się lękam/
I przed kapłaństwem w proch padam/ I przed kapłaństwem klękam”.

(Tekst ukazał się w „Dużym Formacie” nr 33, 10.02.2011)

background image

Odłóż miecz, katoliku

(Ksiądz myślący inaczej)

Z

 KS. FRANCISZKIEM KAMECKIM ROZMAWIA MARCIN KOWALSKI

PRZECIWNICY KOŚCIOŁA? To są nasi bracia inaczej myślący, a nie wrogowie!

PIENIĄDZE? Jeżeli 

chcesz

 być dobrym księdzem, nie możesz ich mieć. Zgubią cię.

OWSIAK?  U  mnie  w  kościele  puszka  Wielkiej  Orkiestry  Świątecznej  Pomocy  stoi

zawsze na ołtarzu.

RADIO MARYJA? Robi ludziom wodę z mózgu.

RELIGIA  W  SZKOLE?  Kiedy  lekcje  były  na  plebaniach,  parafie  tętniły  życiem.  A

teraz są pustynią – cisza i pustka.

CELIBAT?

 Nie jest łatwo

Czy

 Kościół jest dzisiaj nadmiernie atakowany?

–  Mnie  nikt  nie  atakuje.  A  nawet  gdyby,  to  przecież  nikt  nie  obiecywał,  że

chrześcijaństwo  będzie  spacerkiem.  Ci,  którzy  najgłośniej  krzyczą,  że  Kościół  jest
atakowany,  mylą  pojęcia.  Dla  nich  atakiem  na  Kościół  jest  odmowa  przyznania
prywatnym  podmiotom  jakichś  dóbr  typu  pieniądze  czy  miejsce  na  multipleksie  dla
telewizji cyfrowej. Przecież jeżeli ktoś nie daje komuś pieniędzy, to jeszcze nie znaczy, że
go atakuje.

Ma

 ksiądz marzenia?

–  Chcę  umrzeć  na  stojąco,  buty  włożyć  samemu,  nie  być  dla  nikogo  ciężarem.  Na

śmierć  czekam  ze  spokojem.  Od  dziecka  lubiłem  lakierować  trumny.  Pochodzę  ze  wsi
Cekcyn  w  Borach  Tucholskich.  Ojciec  był  stolarzem.  Pędzlowaliśmy  trumny  tuż  przed
pogrzebem, każda musiała ładnie lśnić. Tata, kiedy był zmęczony, to w trumnie drzemał.
W podświadomości mam zapisane, że w trumnie się zasypia, ale i budzi, wstaje do życia.

Pamięta ksiądz wojnę?

background image

–  Urodziłem  się  w  roku  1940,  z  końcówki  mam  jakieś  mgliste  wspomnienia.  W

naszym  domu  Armia  Czerwona  urządziła  kwaterę  dla  radzieckiego  generała,  Gruzina.
Ciągle było mu w Polsce zimno, rozkazał dwa razy dziennie palić w piecu.

Mieszkaliśmy obok, w budynku gospodarczym. Ojciec zbił z desek ściany działowe i

podzielił  go  na  sześć  mieszkań.  Nam  –  mam  starszą  siostrę  i  dwóch  młodszych  braci  –
dodatkowo pod sufitem zrobił antresolę do zabawy. Generał kochał dzieci, przynosił co
wieczór dwie beczułki słodkiej marmolady.

Ojciec

 był surowy?

–  Mało  wylewny,  konkretny,  prosty.  Bardzo  wierzący,  w  radzie  parafialnej  działał.

Potrafił  dać  klapsa.  Był  autorytetem.  Musiałem  codziennie  napełniać  wodą  ze  studni
beczkę,  która  stała  w  sieni.  Raz  zapomniałem.  Przed  północną  mnie  zbudził,  bez  słowa
zabrałem się do roboty. Chciał, żebym przejął po nim stolarnię.

W siódmej klasie dał mi na gwiazdkę portfel. „Po co mi taki prezent?” – myślałem. Do

dzisiaj mam ten portfel. Po latach zrozumiałem, co mi próbował powiedzieć: „Wydawaj
pieniądze z głową! Nie bój się ich, ale nie stawiaj gotówki na pierwszym miejscu”. I tak
przez  całe  życie  robię.  Po  pół  wieku  kapłaństwa  wiem,  że  jeżeli  chcesz  być  dobrym
księdzem, nie możesz mieć pieniędzy. Zgubią cię.

Kapłan nie powinien brać samochodu na kredyt. Co zrobi, jeżeli za mało zbierze na

tacę i nie wystarczy na ratę? Podniesie stawkę wiernym? Kup samochód za tyle, ile masz.
A  jak  nie  masz,  chodź  pieszo.  Jeszcze  w  PRL  znajomy  ksiądz,  kolega,  dystrybuował
modlitewniki.  Trzeba  było  za  nie  zapłacić.  Zamówiłem  ileś  sztuk,  a  on  naliczył  sobie
marżę.  Sparaliżowało  mnie.  „Na  modlitewnikach  chcesz  zarabiać?  Na  koledze  księdzu  i
na wiernych? Daleko nie zajdziesz”. I szybko zrzucił sutannę.

Księdzu nigdy takie myśli nie kołatały się po głowie?

–  Z  domu  wyniosłem,  że  głupie  myśli  nie  przyjdą,  jeżeli  pustkę  zabijesz  pracą.  Rób

cokolwiek, nie dopuść do zbyt dużej ilości czasu wolnego. Bo oszalejesz. Mama mnie tego
nauczyła.

I

 rzeczywiście głupie myśli nie przychodziły?

–  W  dzieciństwie  zawsze  byłem  zajęty.  W  dni  powszednie  szkoła,  kościół,  stolarnia,

kaczki,  kury  i  króliki.  W  niedzielę  msza,  dwa  dania  na  obiad  i  popołudniowa  rekreacja.
Latem obowiązkowy spacer i kąpanie w jeziorze. Tylko nuda przynosi głupie pomysły.

To  nuda  powoduje,  że  księża  wpadają  w  alkoholizm,  nie  radzą  sobie  ze  swoją

seksualnością?

– Nuda i samotność. Miałem kolegę, księdza alkoholika. Nałóg go zabijał. Był na tyle

świadomy,  że  błagał:  „Jeżeli  zobaczysz,  że  wychodzę  pijany  do  ołtarza,  walnij  mnie  w
mordę”. Zdarzało się, że musiałem go wyrzucić z zakrystii. Dlaczego pił? Bo wódką zabijał
samotność. A z tym można sobie poradzić tylko przy pomocy Boga i drugiego człowieka,
nie butelki.

background image

Podobnie  jest  z  seksem.  Czasem  ktoś  mnie  pyta:  „Jak  ksiądz  wytrzymał  tyle  lat  bez

kobiety?”.  Oczywiście,  że  nie  było  łatwo,  bo  jestem  człowiekiem  z  krwi  i  kości.
Kapłaństwo  nie  pozbawiło  mnie  męskości.  Po  prostu  nie  kusiłem  losu.  Nigdy  nie
zostawałem  na  dłużej  sam  na  sam  z  kobietą.  Jeżeli  spotkania,  to  w  grupach,  a  wtedy
wytwarza się więź wspólnotowa, a nie seksualna.

Może  i  znalazłbym  dziewczynę  już  w  liceum,  jednak  życie  tak  się  potoczyło,  że

poszedłem do niższego seminarium. Wszystko przez Stalina.

Po  aresztowaniu  prymasa  kardynała  Stefana  Wyszyńskiego  księża  bali  się  o  swoje

życie, a ludzie ze wsi organizowali im pomoc. Ojciec był przyjacielem proboszcza. Ksiądz
nocował u nas w domu. Wszyscy wiedzieli, że Kamecki go pilnuje.

W siódmej klasie wychowawczyni mnie wzywa i mówi: „Zrobię wszystko, żebyś nie

dostał  się  do  żadnej  szkoły”.  W  niedzielę  w  nocy  lakierujemy  z  tatą  trumnę  na
poniedziałkowy  pogrzeb  i  mu  o  tym  opowiadam.  A  on  ze  spokojem:  „Ksiądz  ogłosił,  że
kościół  będzie  prowadził  swoje  licea.  Tam  cię  przyjmą”.  Pojechałem  na  egzamin  do
Collegium Marianum w Pelplinie, zdałem, ale nie wystarczyło punktów. Ktoś powiedział,
że  mogę  spróbować  w  Niższym  Seminarium  w  Wejherowie.  Władza  zamknęła  żeńskie
liceum  prowadzone  przez  zakonnice,  zostało  wyposażenie  klas  i  jakieś  meble.  Kościół
uratował ten dobytek i szybko utworzył szkołę dla chłopców.

Ojciec nie nalegał na technikum stolarskie?

– Niższe seminarium duchowne to liceum, wszystko można po nim robić, nawet być

stolarzem.  W  1954  roku  wyjechałem  z  Cekcyna,  w  internacie  była  bieda  straszliwa,
rodzice  musieli  co  miesiąc  obowiązkowo  dostarczać  kilogram  tłuszczu.  Mimo  to  miasto
mnie zauroczyło. Gdzie tam moja wioska w środku lasu do takiego Wejherowa? Nieraz się
popłakałem.  Nie  rozumiałem  języka  ludzi  z  miasta,  nie  wiedziałem,  o  co  im  chodzi.
Inaczej mówili, wyglądali, jedli. Kiedy zobaczyłem pochód pierwszomajowy w 1955 roku,
dech  mi  w  piersiach  zaparło.  300  dziewcząt  w  białych  strojach  baletowych  tańczy  na
rynku z kołami do hula-hoop. W życiu czegoś takiego nie widziałem!

Nie udało się z żadną zaprzyjaźnić?

–  W  zimie  poszliśmy  na  górki  wejherowskie,  złapałem  za  tył  sanek,  którymi  pędzili

koledzy. Nie zauważyłem, że mijają betonowy słup, i walnąłem w niego z całym impetem.
Katastrofa.  Miałem  skomplikowane  złamanie  w  kolanie.  Szpital  był  od  tej  chwili  moim
drugim domem. Stałem się odludkiem.

Moi rówieśnicy rozkwitali, zawiązywali przyjaźnie. A ja z moim szpitalnym sąsiadem –

starszym  panem  bez  nogi  –  leżałem  w  sali  i  odpowiadałem  na  jego  pytania  po  łacinie.
Tylko dzięki temu, że dla zabicia czasu udzielał mi korepetycji, przeszedłem do następnej
klasy. Chłopacy czasem do mnie zaglądali, dziewczęta już nie.

W  szpitalnej  bibliotece  odkryłem  książki.  W  domu  wiejskiego  stolarza  nie  było

literatury. Zacząłem nadrabiać braki od powieści przygodowych, później zasmakowałem
w  filozofii.  Nauczyłem  się  malować.  I  pisać.  Jakieś  proste  opowiadania,  wiersze,

background image

spostrzeżenia. No i zdecydowałem, że zostanę księdzem. Myślałem: „Gdzie ja pójdę z tą
nogą?  Tylko  na  księdza.  Do  niczego  innego  się  nie  nadaję”.  Jeżeli  mnie  przyjmą  –  bo
znałem chłopaka, którego odrzucili tylko dlatego, że nie miał palca.

Człowiek 

bez

 palca nie mógł być księdzem?

–  Kościoła  przedsoborowego  –  tego  z  lat  50.  i  60.  ubiegłego  wieku  –  nie  da  się

porównać  z  dzisiejszym.  Był  bardziej  zamknięty,  hermetyczny,  niezrozumiały.  Tylko  w
niedzielę  świątynie  się  zapełniały,  w  dni  powszednie  świeciły  pustkami.  Liturgia  nie
trafiała do prostych ludzi. Kapłan odwrócony plecami do wiernych mruczał pod nosem
po łacinie. Ludzie milczeli, ministranci czasem odburknęli formułkę.

Ale nie brakowało powołań. Kiedy wstępowałem do seminarium w Pelplinie, było nas

250 kleryków, dzisiaj jest 80.

Tata

 pewnie się nie ucieszył?

–  Widział  moją  przyszłość  w  stolarni.  Potrzebował  wielu  lat,  żeby  zaakceptować  ten

wybór.  Mama  zareagowała  w  swoim  stylu:  „To  dobrze,  pod  sutanną  nie  będzie  widać
krzywej  nogi”.  Nie  przewidziała,  że  już  w  seminarium  popadnę  w  pierwszy  konflikt  z
przełożonymi.

O co poszło?

–  Na  drugim  roku  „Tygodnik  Powszechny”  wydrukował  mój  wiersz  „Nasz  Świat”.

Rektor wezwał mnie na dywanik i jasno dał do zrozumienia, co o tym myśli. „Publicystów
tu nie potrzebujemy” – powiedział.

Rok  później,  też  w  „Tygodniku”,  ukazały  się  kolejne  wiersze.  Podpisałem  je  już

pseudonimem  Franciszek  Damecki.  Nie  chciałem  wylecieć  z  seminarium.  Jakoś
dotrwałem dzięki Bogu do święceń, mimo że drukowali mnie też w miesięczniku „Więź”.

Pierwsza  parafia  –  wieś  Nowa  Cerkiew  koło  Pelplina  –  miała  skutecznie  wyleczyć

księdza z pisarstwa?

–  Nawet  jeżeli  ktoś  na  to  liczył,  to  odniósł  skutek  odwrotny  do  zamierzonego.

Posługiwałem  w  zakładzie  dla  chorych  dzieci,  a  refleksje  młodego  księdza  opisałem  w
„Więzi” w 1964 roku. Był tam fragment o brudnej stule, którą musiałem zakładać. No i
znów  kara.  Przenosiny  do  wsi  Nieżywięć  koło  Brodnicy.  Jeden  autobus  na  dzień  tam
przyjeżdżał.

Tam

 też ksiądz coś przeskrobał?

– Z Nieżywięci musiałem odejść, bo proboszcz skarżył się na mnie do biskupa. Był z

innego pokolenia. Miałem 26 lat i musiałem obowiązkowo drzemać godzinę po obiedzie,
jak w przedszkolu! No ale poróżniliśmy się nie o drzemkę, tylko o pieniądze. Wchodzę z
kolędą  do  domu,  wita  mnie  kobieta  z  gromadką  dzieci,  bieda  aż  piszczy,  mąż  siedzi  w
więzieniu.  Nie  dość,  że  nie  wziąłem  od  niej  koperty,  to  jeszcze  z  innej  wyjąłem  20  zł  i
zostawiłem na stole.

Proboszczowi  bardzo  takie  postępowanie  się  nie  podobało,  wysłał  donos  do  kurii.

background image

Czułem, że dłużej tu miejsca nie zagrzeję. Wyratował mnie wykładowca z seminarium ks.
Edmund  Chrzanowski.  Wiedział,  że  piszę.  Miał  parafię  w  Gniewie,  szukał  wikariusza.
Uprzedziłem  go  o  skargach.  „To  nieistotne.  Czekaj  na  dekret”  –  powiedział.  I  tydzień
później byłem już jego wikariuszem.

W Kościele zaczynały się wielkie zmiany. Był rok 1966, kilka miesięcy po zakończeniu

Soboru  Watykańskiego  II,  wprowadzaliśmy  w  życie  jego  postanowienia.  Koniec  z
Kościołem  zamkniętym,  koniec  z  mszami  po  łacinie  odprawianymi  tyłem  do  wiernych,
koniec z biernością świeckich.

Dzisiaj wielu katolików marzy o powrocie do Kościoła przedsoborowego.

– Nie mogę tego zrozumieć. Śledzę w internecie publikacje środowisk podających się

za  katolickie,  które  są  bliskie  ruchom  lefebrystycznym.  Słucham  pana  Tomasza
Terlikowskiego  z  „Frondy”  i  mam  wrażenie,  że  reprezentuje  on  jakieś  pozostałości  z
wypraw krzyżowych. Jezus mówi: „Schowaj miecz”, a on wyciąga dwa miecze. Jezus każe
nadstawić  drugi  policzek  nie  po  to,  by  równo  puchnął.  Jezus  unikał  walki,  kazał  płacić
podatki, szanować państwo i oddzielać boskie od cesarskiego. Przecież mógłby wystawić
legion aniołów, sam o tym mówił, ale nie chciał!

Życie  mnie  nauczyło,  że  jeżeli  chcesz  być  dobrym  człowiekiem,  a  kapłanem  w

szczególności,  musisz  unikać  radykalizmów.  Tak  nakazuje  duch  soboru,  który  wielu
ortodoksów  uwiera.  Bo  zgodnie  z  tym  duchem  katolik  nie  ma  wrogów,  nie  ma
przeciwników,  nie  staje  do  konfrontacji.  To  są  nasi  bracia  inaczej  myślący,  a  nie
wrogowie!

Mamy ich szanować i prowadzić z nimi dialog. A nie walczyć. Każdy, kto postępuje

wbrew  postanowieniom  soboru,  sprzeciwia  się  Kościołowi.  Tak  uczyli  w  latach  70.  na
Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, na którym studiowałem, moi mistrzowie: bp Karol
Wojtyła, ks. Józef Tischner, ks. Wacław Hryniewicz, ks. Józef Życiński.

Dzisiaj  słyszę,  jak  właśnie  abp.  Życińskiego,  i  to  po  śmierci,  lży  niejaki  Grzegorz

Braun,  który  jest  zapraszany  do  „katolickich”  mediów.  Słucham  jego  wywodów  i  mam
wrażenie,  że  on  jest  chory  psychicznie.  Nie  potrafię  racjonalnie  wytłumaczyć
opowiadania tego typu bzdur.

A co myśli ksiądz o „dialogu z braćmi inaczej myślącymi” w Radiu Maryja?

–  Teraz  mam  lepsze  radio  w  samochodzie,  to  czasem  nasłuchuję.  Robią  ludziom

wodę  z  mózgu.  Dam  przykład:  „Codzienny  przegląd  prasy  polskiej”.  Cytują  tylko  swoją
gazetę, „Nasz Dziennik”. Jaki to przegląd prasy polskiej? Tak nie wolno. Ten cały „Nasz
Dziennik” prenumerowałem, ale tylko przez pół roku. Zobaczyłem paszkwil na Miłosza i
podziękowałem.  Jak  można  obrażać  wielkiego  człowieka,  poetę,  myśliciela?  Miłosz  to
słoń, a zachowując odpowiednie proporcje, my jesteśmy przy nim pchłami! Czy ktoś z tej
gazety,  albo  z  Radia  Maryja,  czytał  korespondencję  między  Miłoszem  a  Janem  Pawłem
II? Niech przeczyta i się zastanowi.

Kolejna  bzdura  –  krytykowanie  Owsiaka.  Jak  można  wypowiadać  takie  słowa  pod

background image

adresem  człowieka  robiącego  tyle  dobra?  Przecież  zbieranie  pieniędzy  na  chore  dzieci,
aktywizacja tysięcy wolontariuszy, to jest dobro!

U  mnie  w  kościele  puszka  Wielkiej  Orkiestry  Świątecznej  Pomocy  stoi  na  ołtarzu,

obok tabernakulum, w sąsiedztwie Pana Jezusa. Ludzie klękają przed Bogiem i wrzucają
grosz  na  ratowanie  dzieci.  Nie  wyobrażam  sobie  innego  postępowania.  A  tu  słyszę  taką
krytykę, której nawet nie potrafię powtórzyć.

Inny  bohater  tak  poniżany  w  katolickim  podobno  radiu  –  Lech  Wałęsa.  Ludzie!

Zastanówcie się! Wiecie, co my zawdzięczamy Wałęsie? Żyjemy w kraju, w którym nigdy
w historii nie było tak bezpiecznie i dostatnio jak dzisiaj, właśnie dzięki Wałęsie. A kogo
wy z niego robicie? Komunistycznego agenta? To niegodziwość.

O politycznych aspektach działalności Radia Maryja nie chcę nawet wspominać.

Ksiądz nigdy z ambony nie politykował?

–  Kiedy  byłem  w  szkole  podstawowej,  cała  klasa  dostała  legitymacje  Związku

Młodzieży  Polskiej.  Nikt  nie  pytał,  czy  chcemy.  Wręczyli,  i  już.  Pokazałem  mamie,
klapnęła  mnie  w  pysk  i  powiedziała:  „Do  żadnej  partii  należał  nie  będziesz”.  To  była
najlepsza edukacja polityczna, jaką mogłem otrzymać, bardzo skuteczna.

Politykę  omijałem  w  szkole  i  tak  zostało  mi  do  dziś.  Nigdy  nie  wymieniam  nazwy

partii,  której  postępowanie  mi  się  podoba  albo  nie  podoba.  A  już  zupełnie  unikam
jakichkolwiek  akcentów  partyjno-politycznych  w  trakcie  kampanii  wyborczych.  Ksiądz
nie jest od tego. Choć trzeba tu rozróżnić krytykowanie pewnych postaw. Przecież muszę
zabrać głos, kiedy widzę, jak ważny polityk podający się za katolika deklaruje, że nie poda
ręki  prezydentowi  czy  premierowi  RP.  To  postawa  niemająca  nic  wspólnego  z
chrześcijaństwem. Dziwię się, że biskupi nie udzielają w takich przypadkach reprymendy.
Powinien  zabrzmieć  ich  głos,  a  rozlega  się  milczenie.  Może  wtedy  ludzie  młodzi,
oczekujący jasnych deklaracji, nie odwracaliby się od Kościoła?

W

 księdza parafii młodzi odchodzą?

–  Z  różnych  powodów  jest  ich  coraz  mniej.  Niż  demograficzny,  emigracja,  zmiana

stylu  życia,  czyli  cały  tydzień  w  pracy,  a  w  niedzielę  już  nie  ma  siły.  Nie  udaje  się  w
parafiach  wskrzesić  tej  wspólnotowości,  którą  można  było  zauważyć,  kiedy  lekcje  religii
odbywały się w salkach parafialnych.

Ksiądz jest przeciwnikiem nauczania religii w szkołach?

–  Mam  na  ten  temat  odmienne  zdanie  niż  większość  hierarchów.  Pamiętam,  kiedy

byłem  młodym  wikarym  w  Gniewie,  jeździłem  na  wieś  uczyć  religii.  Nie  było  tam  salki
parafialnej. Sekretarz PZPR w pegeerze, który wszystkich przekonywał, że Gomułka jest
wierzący i po cichu chodzi do kościoła, użyczał mi za darmo partyjnej świetlicy.

Lekcje  religii  poza  szkołą  bardzo  spajały  wiernych.  Przeniesienie  religii  do  szkół

zrobiło społeczną wyrwę. Siedzimy teraz w ogromnej plebanii, z którą nie mam co zrobić,
bo  była  budowana  pod  lekcje  religii.  Kiedy  jeszcze  tutaj  się  odbywały,  parafia  tętniła

background image

życiem.  Mnóstwo  dzieci,  rodzice  po  nie  przychodzili,  ciągle  ktoś  wchodził,  ktoś
wychodził, ten wysiłek, żeby dotrzeć na lekcje, miał sens i wartość. Plebanie były centrum
życia duchowego, a teraz często są centrum pustyni. Panuje tam cisza i pustka.

Do końca życia nie zapomnę słów misjonarza z Kamerunu, który na początku lat 90.

przestrzegał nas przed euforią: „Nie cieszcie się, że przenosicie religię do szkół. Jeszcze za
to zapłacicie wysoką cenę”. Niestety, miał rację.

Jakie jest księdza zdanie na temat celibatu?

– Ja już się do żeniaczki nie nadaję, nie wiem, czy jakaś by mnie chciała. A poważnie

–  dla  ludzi  byłaby  to  rewolucja  nie  do  przyjęcia.  Ksiądz  musi  być  niezależny.  Wielu
pastorów z Holandii, których odwiedzałem, zazdrościło nam, katolickim księżom, właśnie
celibatu. Mówili: „Dobrze, że się nie żenicie. Możecie poświęcić więcej czasu wiernym”.

Kolejny  problem  –  tajemnica  spowiedzi.  Obawiam  się,  że  po  zniesieniu  celibatu

ludzie  przestaliby  się  spowiadać.  Wygrałby  strach,  że  ksiądz  wyszepcze  grzechy  żonie.
Gdzie indziej trzeba szukać sposobów na przyciągnięcie wiernych do Kościoła. Klucz nie
leży w sypialni duchownego.

A

 gdzie?

–  W  jego  głowie.  Musi  strzec  się  bogactwa,  ekstremizmu  i  politykowania  z  ambony.

Musi  szanować  inaczej  myślących  i  nigdy  z  nimi  nie  walczyć,  ale  z  miłością  prowadzić
dialog. Nie może się bać nowoczesności. Ja mam 72 lata, ale nauczyłem się internetu, bo
to bardzo przydatne narzędzie i pomaga dotrzeć do ludzi.

Na Facebooku ujawniam swoje finanse. Każdy wpływ do kasy i każdy większy zakup.

A dlaczego nie? Na jakiej podstawie mam ukrywać, ile ludzie mi dali i co ja z tym robię?
Od pierwszego dnia proboszczowania, czyli od 30 lat, pokazuję publicznie sprawozdanie
finansowe parafii. Szkoda, że tak niewielu księży podchwyciło ten pomysł.

Dobry  proboszcz  musi  umieć  zbudować  wspólnotę.  Nie  siedzieć  na  plebanii  jak  w

twierdzy, tylko wyjść do ludzi i ich uaktywnić. Mądrze pracować z młodzieżą. Od lat 70.
rok  w  rok  organizuję  dla  młodych  biwaki.  Wycieczki  do  aquaparku  robię,  po  drodze
wpadamy na frytki do McDonalda. Modlitwa, praca, ale i zabawa. Młodzi ludzie lubią się
bawić i mają do tego prawo! Dobry ksiądz nie może o tym zapominać.

Ks. Franciszek Kamecki od 1982 roku jest proboszczem parafii św. Jana Chrzciciela w Grucznie

(między  Świeciem  a  Bydgoszczą).  Wprowadził  tam  z  sukcesem  rozwiązania,  które  podpatrzył  w
Kościołach protestanckich. Podzielił wieś na mikrowspólnoty i każda z nich ma swojego lidera.

(Tekst ukazał się w „Dużym Formacie” nr 131, 06.06.2012)

background image

Portfel

 księdza

(Wiara i pieniądze)

Z  PROBOSZCZEM  Z  ŁODZI  O  PIENIĄDZACH  PARAFIALNYCH  I

PRYWATNYCH ROZMAWIA ADAM CZERWIŃSKI

Jadę  na  pogrzeb  za  200  zł,  a  na  cmentarzu  widzę  trębacza,  trumnę  wypasioną  i

wieniec za 450 zł. No i wkurzam się, bo tylko na księdzu zaoszczędzili

–  Umawiamy  się,  że  będziemy  rozmawiać,  jeśli  nie  napisze  pan,  jak  się  nazywam  i

gdzie pracuję.

Musimy

?

– Tak. Jeśli będę z panem szczery, to większość proboszczów powie o mnie wszystko,

co  najgorsze.  A  ja  chcę  panu  powiedzieć  o  moich  pieniądzach,  bo  wkurza  mnie,  co  się
wygaduje o finansach Kościoła.

Doszło do tego, że na Kościół zaczęto patrzeć wyłącznie przez pryzmat jego majątku. I

sugeruje  się,  że  te  finanse  są  ogromne.  Że  mamy  poukrywane  fortuny,  śpimy  na
pieniądzach. Celują w tym partie, które przyjęły charakter antyklerykalny. I w tej dyskusji
tylko  one  zyskują.  Bo  tu  nie  chodzi  o  żadną  prawdę,  tylko  o  wytworzenie  przekonania
społecznego, że trzeba z nami zrobić porządek.

Cała  agresja  polityki  przenosi  się  na  debatę  na  temat  Kościoła,  co  oczywiście  mu

szkodzi. Słuchają tego ludzie, którzy rozumieją tyle, że oni czegoś nie mają, bo ksiądz im
zabrał. Mają pretekst, żeby wziąć kamień i rzucić nim. Na razie tylko w kościół. W Łodzi
ostatnio obrzucono kamieniami dwie parafie.

Jak się nie wkurzać, skoro ja nikomu nic nie zabrałem? Z Komisją Majątkową mam

tyle  wspólnego  co  z  baletem.  Nikt  tego  nie  wie,  a  ja  muszę  się  tłumaczyć.  Ostatnio  od
znajomej lekarki usłyszałem: „Państwo jest biedne, a remontuje się kościoły”. Przecież to
absurdalne myślenie.

No ale nie da się ukryć, że kościoły się remontuje. Niejeden za publiczne pieniądze.

–  Rzeczywiście,  na  remont  średniowiecznej  kolegiaty  w  Łasku  poszły  publiczne

pieniądze. To źle? Przecież to część narodowego dziedzictwa. Nawet we Francji państwo
pomaga w utrzymaniu zabytkowych kościołów. A u nas kościoły służą wiernym. Mój jest
nowy i żadnych publicznych pieniędzy na jego odnawianie nie dostanę. Remontuję go z
tego, co dostanę od parafian. Jeśli dają na remont, to znaczy, że mają taką potrzebę. Ja

background image

nie  widzę  w  tym  nic  dziwnego,  bo  wszyscy  staramy  się  dbać  o  domy,  w  których
mieszkamy. I choć jestem w parafii gospodarzem, to remont robię nie dla siebie. Ja kiedyś
stąd odejdę.

Naprawdę przychodzą ludzie do księdza i dają pieniądze na remonty?

–  E  tam,  przychodzą!  Ja  chodzę.  Po  kolędzie.  W  tym  roku  zebraliśmy  w  parafii  coś

koło 50 tys. zł. Nie wiem, czy to pisać, bo będą napady na księży.

Inne  parafie  mają  podobnie,  a  moja  jest  typowa,  średnia,  jeśli  chodzi  o  dochody  –

zupełnie pośrodku.

Księża coś mają z kolędy?

– 20 proc. z zebranych pieniędzy należy się księżom – to wewnętrzny przepis łódzkiej

diecezji. Na księdza z mojej parafii wychodzi 2,5 tys.

Jak

 się dzielicie?

– Różnie jest to rozwiązywane. Albo bierze się całą pulę i odlicza procent dla księży,

albo  ksiądz  od  razu  odlicza  sobie  swoją  część  z  tego,  co  przyniesie.  W  każdym  razie  po
kolędzie na kościół zostało mi 40 tys.

Przecież księża mogą powpisywać, że wszyscy dawali po 10 zł.

– To datki wiernych. Nie ma ścisłego obowiązku ich księgowania. Ale od proboszcza i

księży wymaga się uczciwości. Tak jak od listonosza, który roznosi renty.

Co z tacą?

– Ze wszystkich niedzielnych mszy wychodzi średnio 2,5 tys. Mówimy o przeciętnej

niedzieli. W Boże Narodzenie czy Wielkanoc jest tych pieniędzy więcej. Ale nie pięć razy
więcej. Może być o połowę więcej. Za to w wakacje zbieramy mniej. W małej wiejskiej
parafii taca jest mała, nawet 500 zł się zdarza, w większej, bogatszej uzbiera się 3-4 tys.

Co się dzieje z tymi pieniędzmi?

–  Wpłacam  je  do  banku  na  konto  parafii.  To  jej  pieniądze.  Z  tym  że  w  diecezji

łódzkiej jest zwyczaj, że jedna taca w miesiącu odchodzi na jakiś cel. Na kurię, budowę
kościołów,  misje.  Kuria  podaje  numer  konta  i  robię  przelew  na  dzieło  misyjne  czy  na
Caritas.

Kolejna rzecz to ofiary zbierane przy okazji święcenia pokarmów. U mnie to jakieś 5

tys.  Jedną  piątą  tej  kwoty  dzieli  się  między  księży.  Dostają  po  300  zł.  Reszta  idzie  na
parafialne konto.

Policzmy, jaki

 miesięczny budżet ma parafia.

– 7,5 tys. to taca. Plus jakieś 4 tys. z kolędy. Wielkanocna święconka to jednorazowy

bonus. Parafie mogą wynajmować lokale. Rozkręcam ten biznes. Mam z tego około 3 tys.
miesięcznie. Ale jestem w komfortowej sytuacji, bo niewiele parafii ma nieruchomości.

Razem

 wychodzi około 15 tys. miesięcznie.

background image

–  Ale  to  nie  są  moje  pieniądze.  Z  tego  muszę  zapłacić  pensje.  Bo  każda  parafia  jest

pracodawcą. Minimum to dwie osoby: organista i kościelny. Często w biurze parafialnym
jest  jeszcze  kancelista.  Trzeba  płacić  około  1700-1800  zł  na  rękę.  Reszta  idzie  na
rachunki.

Ogrzewanie w mojej parafii kosztuje 30 tys. zł rocznie. Za styczeń mam do zapłacenia

8 tys. Mówimy tylko o ogrzewaniu kościoła, nie plebanii.

Woda  to  około  2,2  tys.  No  i  prąd.  W  kościele  mamy  prąd  przemysłowy,  czyli

rozliczamy się jak fabryka, a więc stawka jest wyższa. Płacę 2,6 tys. miesięcznie.

Jest  jeszcze  obowiązkowe  ubezpieczenie  –  2,8  tys.  zł  rocznie.  Poza  tym  podatek  od

dzierżawy gruntu. Jakieś 800 zł na rok.

No i około 200 zł miesięcznie za wywóz śmieci.

To, co zostaje, jest na remonty i działalność charytatywną. Każda parafia powinna ją

prowadzić. Czy to robią, to inna sprawa. Ja ludziom pomagam. Czasem po prostu rozdaję
jedzenie  albo  wykupuję  leki.  Kolejne  wydatki  to  wspólnoty:  ministranci,  schole,
duszpasterstwa różne. Im więcej grup w parafii, tym lepiej w sensie kościelnym, bo parafia
jest żywa. Ale to kosztuje. Parafianom wydaje się, że tu wszystko jest za darmo. Nie jest.
Proboszcz musi być naprawdę dobrym menedżerem, żeby pieniędzy starczyło.

Co z gosposią proboszcza?

– Proboszcz płaci jej ze swojej kieszeni. Dorzucają się wikariusze. Płacą po 150-200 zł

za przygotowanie obiadów, no i dorzucają na wsad do gara.

Jak menedżerowi pieniędzy nie starcza, to restrukturyzuje firmę.

–  A  myśli  pan,  że  co  ja  robię?  Ograniczam  koszty,  zwalniam  ludzi.  Podpisałem  też

nowe umowy wynajmu. Staram się pieniędzmi jak najlepiej gospodarować. I wyraźnie je
odróżniam od swoich prywatnych pieniędzy.

A

 skąd się biorą prywatne?

–  O  procencie  z  kolędy  i  święcenia  pokarmów  już  mówiłem.  Ale  to  dodatki,  taka

„trzynastka”  dla  księdza.  Nasze  pensje  są  z  opłat  za  posługi,  czyli  zarabiamy  na
pogrzebach, ślubach, chrztach i zamawianych mszach.

Pieniędzmi,  które  wpłynęły  z  posług,  księża  z  parafii  dzielą  się  po  równo.  Z  tym  że

proboszcz  ma  prawo  do  dwóch  części.  Jeśli  więc  w  parafii  jest  czterech  księży,  a  ktoś
zapłacił 500 zł za pogrzeb, to dla proboszcza jest 200 zł, a dla wikariuszy po 100. Są dwa
systemy podziału pieniędzy. Albo wszystko się zbiera do kasy i dzieli pod koniec miesiąca,
albo każdy, kto dyżuruje w kancelarii, bierze pieniądze, a jeden z księży rozlicza, ile komu
się należy. Kto przyjął więcej, oddaje pozostałym.

Ile

 zarabia ksiądz?

– To wynika ze stawek za posługi. W naszej diecezji niby nie ma oficjalnych stawek,

ale wszyscy w mojej parafii wiedzą, ile co kosztuje. Chrzest to od 50 do 100 zł. Ostatnio

background image

dostałem 150. Czasem ktoś da 200 zł.

Za pogrzeb dostajemy między 300 a 400 zł. Kremacja jest o 100 zł droższa. Bo dwa

razy  trzeba  jechać.  Najpierw  jest  nabożeństwo  przed  kremacją,  a  potem  msza  na
cmentarzu. W mojej parafii jest 120 pogrzebów rocznie. Wychodzą dwa tygodniowo.

Śluby, jak pogrzeby, kosztują po 300-400 zł. Za zamówioną mszę ludzie płacą od 30

do 50 zł. Średnia to 40 zł. Są tacy, co dają 50.

Są  sytuacje,  że  nie  biorę  opłat,  bo  przychodzą  ludzie,  którzy  naprawdę  nie  mają

żadnych pieniędzy. Ostatnio był pogrzeb za 50 zł. Więcej ludzie nie mieli. Ci, co mają,
potrafią  się  ostro  targować.  Dają  200  zł  i  oczekują  usługi  na  najwyższym  poziomie.  A  ja
jadę na ten pogrzeb za 200 zł, zabieram kościelnego (kościelny dostaje 20-30 zł za dojazd
– do pensji mu się dolicza) i na cmentarzu widzę trębacza, trumnę wypasioną i wieniec za
450 zł. No i wkurzam się, bo tylko na księdzu zaoszczędzili.

W każdym razie z posług wyciągam miesięcznie 3,5 tys. Wielu księży jeszcze pracuje w

szkołach.  Ja  parę  lat  temu  też  miałem  cały  etat,  czyli  18  godzin  tygodniowo.  Pensja  1,6
tys. zł na rękę.

A mówią: „Kto ma księdza w rodzie, tego bieda nie ubodzie”.

– Nie robię z siebie biednego, bo mam wystarczająco pieniędzy na życie. Przecież nie

mam rodziny. Ale czy 3,5 tys. to tak dużo?

Muszę  zapłacić  za  prąd,  ogrzewanie,  ubrać  się.  Chcę  pojechać  na  wakacje.

Komornego  nie  płacę,  bo  ksiądz  ma  prawo  zamieszkania  w  budynku  parafialnym.  Ale
muszę utrzymać samochód.

Jeżdżę  kilkuletnim  autem  z  tej  półki  co  Ford  Focus.  Wziąłem  nowe,  z  salonu,  na

kredyt. Podobne samochody mają moi wikariusze, tylko że oni raczej używane kupują. Bo
ksiądz musi mieć samochód.

Jak przyszedłem po studiach do parafii, to pierwsze, o co spytał proboszcz, to czy mam

samochód,  a  wikariusze  powiedzieli,  że  jak  nie  kupię  jakiegokolwiek  auta,  to  jestem  dla
nich  problemem,  bo  będą  musieli  za  mnie  jeździć.  Praca  księdza  wygląda  tak:  szkoła,
pogrzeb, następny pogrzeb i wieczorne nabożeństwo w parafii. Komunikacją miejską nie
dojedziesz wszędzie na czas.

Niedawno  „Super  Express”  pokazał,  jakimi  autami  przyjechali  biskupi  na  obrady

Konferencji Episkopatu. Najtańsze kosztowało ponad 100 tys.

–  Mówiąc  o  samochodach  księży,  nie  można  brać  pod  uwagę  marek  aut  biskupów.

Ksiądz, który prowadzi parafię, jest zdany na swoją przedsiębiorczość. To nie tak, że kuria
nam pomaga. My żadnych pieniędzy z kurii nie dostajemy, tylko na nią płacimy. Z parafii
do kurii płacę około 600 zł miesięcznie. Plus podatek – coś w rodzaju naszego kościelnego
trzeciego filara.

Niech więc pan biskupów spyta o te auta. My, zwykli księża, nie mamy wpływu na to,

jakie biskup kupi auto. Oczywiście, może mieć samochód służbowy – kupuje go diecezja.

background image

Pewnie  taki,  jak  biskup  każe.  Chociaż  myślę,  że  to  bardzo  rzadkie  i  wielu  jeździ
prywatnymi autami. Kupują je oczywiście z prywatnych pieniędzy.

To

 ile zarabia biskup?

–  Zwykli  księża  nie  mają  zielonego  pojęcia.  Naprawdę.  Nigdy  żaden  biskup  się  nie

wyspowiadał ze swoich dochodów. Kiedyś bp Życiński opublikował sprawy diecezji, ale
on  wynagrodzenia  nie  brał,  bo  żył  z  praw  autorskich.  Miał  tyle  książek  wydanych,  że
dawało mu to wystarczające dochody. Jeszcze dawniej prymas Glemp podał, że na liście
płac w diecezji podpisuje tysiąc złotych. To chyba nie było prawdziwe.

Wszyscy mówili: „Po co takie rzeczy opowiadać?”.

Na  pewno  biskupi  mają  pensje  wypłacane  przez  kurię.  Ale  mogą  też  mieć  inne

dochody.  Na  przykład  być  zapraszani  do  publicznych  wystąpień,  udziału  w  różnych
gremiach. To pieniądze nie do policzenia.

A z czego utrzymuje się kuria?

–  Myślę,  że  w  Łodzi  są  to  głównie  pieniądze  z  cmentarzy,  bo  diecezja  administruje

większością z nich. I na tych opłatach kuria zarabia. Druga rzecz to podatki od parafii, no
i tace z parafii. Czy kuria ma jakieś publiczne pieniądze? Tego nie wiem. Ale publiczne
pieniądze to zawsze fundusze celowe, na przykład na remonty czy inwestycje.

Księża dorabiają 

jak

 biskupi? Prowadzicie jakieś biznesy?

– Ksiądz musi mieć pozwolenie z kurii na prowadzenie firmy. Jeżeli biskup się zgodzi,

to znaczy, że biznes nie jest sprzeczny z pełnionymi przez księdza obowiązkami. Trudno
mi powiedzieć, jak wielu księży ma firmy. Wśród znajomych bardzo niewielu. Podobno
jeden  księgarnię  prowadzi.  Poza  tym  księża  otwarcie  o  tym  nie  mówią,  bo  chyba  nie
wszyscy pytają kurię o zgodę. Ale problem chyba nie jest duży, bo nie ma wielu plotek na
ten temat.

I  jeszcze  o  podatki  pan  nie  spytał.  Wbrew  temu,  co  powtarza  coraz  więcej  ludzi,

płacimy  podatki.  Zryczałtowany  od  posług  –  tak  jak  państwo  sobie  życzyło.  Ryczałt  jest
obliczony według liczby mieszkańców parafii. Ja płacę jakieś 350 zł kwartalnie.

Kiedy pracowałem w szkole, miałem odciągany normalny podatek dochodowy, ZUS i

ubezpieczenie zdrowotne.

W  mojej  parafii  jeszcze  dwóch  księży  ma  etaty  w  szkołach.  Czyli  żaden  Fundusz

Kościelny  za  nich  nie  płaci.  Są  księżmi,  a  będą  mieli  normalną,  państwową  emeryturę.
Wiedział pan o tym? Ja naprawdę ciężko pracuję. I mam realny problem z utrzymaniem
kościoła.  Muszę  naprawdę  się  nakombinować:  jak  to  zrobić,  żeby  zamknąć  miesiąc  i
popłacić  wszystkie  rachunki.  Kiedy  otwieram  skrzynkę  i  są  w  niej  rachunki,  to  się  boję
otworzyć kopertę.

(Tekst został opublikowany w „Dużym Formacie” nr 238, 11.10.2012)

background image

Życie 

seksualne

 Kościoła

(Księża o księżach)

Z KSIĘŻMI PIOTREM I PAWŁEM ROZMAWIA BOŻENA AKSAMIT

Byłem zszokowany, że na imprezach kleryków jest taka „męska” atmosfera, obowiązują te

same żarty co w szatni po wuefie

Piotr: Powiemy dużo, ale nie podpiszemy się, bo zostaniemy zdyskredytowani albo w

najlepszym  razie  zaszufladkowani  jako  zazdrośnicy  lub  frustraci.  Oczywiście  mogłoby
dojść także do formalnego ukarania nas za wywiad na łamach „Gazety Wyborczej”.

Znacie

 amoralnych księży?

Paweł: Według 

mnie

 moralnych księży jest zaledwie 20 proc.

Słucham?

Paweł: Mnóstwo księży ma kochanki, dzieci. Ja osobiście nie mogę się z tym pogodzić

i  dlatego  tu  dziś  rozmawiamy.  Co  któryś  uwodzi  nieletnich.  Zdarzają  się  tacy,  którzy
kradną. Mnie to wścieka, gdy słyszę od sekretarza arcybiskupa, wrażliwego i wierzącego
człowieka:  „Musiałem  jechać  na  imieniny  do  Krystyny”.  Pytam  go:  „A  po  co?”.
Wkurzony odpowiada: „On jechał. Sam bym nigdy nie pojechał”. On – to biskup. Krysia
jest od wielu lat kochanką jednego z księży. Formalnie jego gospodynią, jednak wszyscy
wiedzą, co się dzieje. Biskup zaprasza ją, żeby urządzała mu przyjęcia, bo kapitalnie robi
krewetki. Zgroza.

A składaliście donosy na kolegów?

Piotr:

  To  nie  były  żadne  donosy.  Mamy  obowiązek  powiadomić  biskupa,  jeśli

duchowny prowadzi się niemoralnie albo popełnia przestępstwo.

Kilka lat temu zadzwonił ministrant, pod koniec rozmowy wydukał: „Czy ksiądz może

mieć  dziwne  oczekiwania?”.  Znałem  dobrze  chłopaka,  więc  od  razu  zapaliło  mi  się
czerwone  światełko.  Okazało  się,  że  wikary  odurzył  ministranta  narkotykami  i  zaczął
obłapiać. Poprosiłem go, aby od razu poszedł do proboszcza i wszystko opowiedział. Kilka
dni  później  wiedział  już  i  biskup.  Chłopak  nie  chciał  powiadamiać  prokuratury.  Wikary
został zmuszony do wizyt u terapeuty oraz do stałego kontaktu z opiekunem duchowym.
Po miesiącu rzucił kapłaństwo i uciekł za granicę.

Paweł:  Do  mnie  kiedyś  przyszli  wierni  z  sąsiedniej  parafii  powiedzieć,  że  ich  ksiądz

background image

robi  propozycje  chłopakom  i  smyczy  się  wieczorami  po  dworcach,  szukając  partnerów.
Poszedłem  z  tym  do  biskupa,  on  go  wezwał,  kazał  się  opanować,  skierował  na  terapię  i
przeniósł do innej parafii.

Gdy  chodzi  o  seks  z  dorosłymi,  sprawa  jest  prosta,  tyle  że  trzeba  zrozumieć

podstawową  różnicę  między  prawem  kanonicznym  a  zapisami  w  cywilnych  kodeksach.
Kościół opiera się na dobrej woli; jego system prawny nie jest oprawczy, tylko naprawczy.
Słowo  „musisz”  zastąpione  zostało  słowem  „powinieneś”.  Wierzymy,  że  jeśli  ktoś
zadeklaruje  poprawę  i  wyrazi  skruchę,  to  należy  mu  zaufać,  bo  Kościół  jest  opiekuńczy.
Bosko-ludzki.

Najgorszą  karą  kościelną  jest  ekskomunika,  czyli  odmowa  sakramentów.  W  sferze

seksu narażony na nią jest ten, kto rozgrzesza swoją kochankę lub kochanka. Wydalenie z
Kościoła może nastąpić, gdy ksiądz zostanie posądzony o rozwiązłe życie i biskup uzna, że
nie jest w stanie funkcjonować jako duszpasterz. Jednak to jest bardzo długi proces, trwa
wiele lat. Najpierw odbywa się pierwsza rozmowa z biskupem; gdy nie następuje poprawa
– druga. Jeśli trwa w uporze i sąd kanoniczny wyda wyrok skazujący, duchowny zostaje
wydalony.

W

 przypadku molestowania dzieci jest podobnie?

Piotr:  Od  dwóch  miesięcy  biskup  ma  obowiązek  zawiadamiania  cywilnego  wymiaru

sprawiedliwości  o  przypadkach  księży  pedofilów  i  podejrzanych  o  inne  poważne
przestępstwa seksualne. Gdy oskarżony zostanie uznany za winnego, papież wyklucza go
ze stanu duchownego bez wyroku sądu kanonicznego.

Ponadto  Watykan  poinformował,  że  Kongregacja  Nauki  Wiary  zamierza  zmienić

przepis, na mocy którego sprawy wykorzystywania były umarzane po dziesięciu latach od
osiągnięcia pełnoletności przez ofiarę księdza pedofila. Nie będzie przedawnienia takich
nadużyć.

Przecież to przenoszenie w niczym nie pomoże, pedofil czy seksoholik się od tego nie

uspokoi.

Piotr:  Nawet  dziś  mało  kto  wie,  że  pedofilia  jest  zaburzeniem  praktycznie  nie  do

wyleczenia.  Przed  laty  nie  tylko  księża  uważali,  że  ktoś  taki  może  się  opanować,  gdy
zmieni  środowisko.  Biskupom  wydawało  się,  że  w  nowym  miejscu  i  przy  pomocy
opiekuna  duchowego  pedofil  się  uzdrowi.  Teraz  wiadomo,  że  to  nie  jest  takie  proste.
Niestety, także zdarza się, że świadkowie i pokrzywdzeni nie chcą iść na policję, bo cała
procedura  bywa  bardzo  niszcząca.  Nikt  nie  ma  ochoty  usłyszeć  od  kumpli:  „Byłeś
poruchadłem księdza”. Trudno wymagać od ofiar bohaterstwa.

Paweł:  Duża  część  dzieciaków,  która  wchodzi  w  głębokie  relacje  z  księżmi,  jest

poraniona. W ich domach niedobrze się dzieje, nie ma bliskości, bezpieczeństwa. Dzieci
szukają na zewnątrz tego, co powinny dostać od rodziców. Jeśli ksiądz jest zafiksowany na
punkcie seksu, stają się łatwym łupem.

Piotr:  Nie  chcę  bronić  księży,  bo  wyjdzie,  że  Polska  jest  katopaństwem,  ale  w  wielu

background image

przypadkach,  szczególnie  tych  nagłaśnianych  przez  prasę  czy  telewizję,  finał  jest  często
mniej  efektowny,  niż  się  spodziewano.  Dzieje  się  tak,  gdy  ktoś  szuka  sprawiedliwości  w
mediach,  a  nie  tam,  gdzie  trzeba,  czyli  w  prokuraturze.  Tak  było  w  przypadku  sprawy
szczecińskiej, którą opisywał „Duży Format”, śledztwo umorzono. Nie mam wątpliwości,
że tam źle się działo, ale chłopak, którego ten ksiądz molestował, miał 19 lat. Dlaczego nie
poszedł na policję i czekał tyle lat? Efekt jest taki, że w środowisku się mówi, że to była
zemsta na biskupie za brak awansu. Zamiast poważnie rozmawiać o problemie nadużyć
seksualnych,  sprowadza  się  go  do  poziomu  pomówienia.  Dyskredytuje  się  ofiarę,  a
odpowiedzialność sprawcy rozcieńcza.

Paweł:  Wiele  spraw  załatwianych  w  normalnym  trybie  kończy  się  wyrokami

skazującymi.  Ksiądz  z  wioski  na  Pomorzu  upijał  rodzeństwo,  puszczał  pornografię  i
molestował.  Gdy  się  wydało,  rodzice  przyszli  i  zażądali  od  pedofila  pieniędzy  za
milczenie. Dopiero jak odmówił, poszło normalnym trybem. Spędził kilka lat w więzieniu
i odszedł z Kościoła.

Pedofile

  starają  się  jak  najbezpieczniej  realizować  swoje  potrzeby.  To  idealni

myśliwi, wytypowana ofiara jest bezbronna.

Piotr: Upieram się jednak, że wszystko zależy od właściwej reakcji – jeśli nie ofiary, to

bliskich.  Przypomina  mi  się  historia,  która  zaczęła  się  kilkanaście  lat  temu,  finał  będzie
niedługo  w  sądzie.  Pewien  obrotny  ksiądz,  ulubieniec  zwierzchników,  zaprzyjaźnił  się  z
trójką młodziutkich kleryków. Zapraszał ich do siebie, gościł. Spędzali u niego weekendy.
W pewnym momencie jeden z nich postanowił zakończyć znajomość. Ksiądz oskarżył go
o kradzież i chłopak miał zostać wyrzucony. Kleryk poskarżył się rektorowi. Opowiedział o
tym, co się działo podczas weekendowych spotkań z „opiekunem”. Rektor zaczął walczyć
o studenta, ale biskup nie odpuścił. W efekcie ów chłopak i jego dwóch kolegów odeszli, a
księdza nie spotkała żadna kara. Do grudnia zeszłego roku, gdy najpierw się upił, a potem
zaczął molestować 15-latkę. Rodzice nie odpuścili, wkrótce rozpoczyna się proces.

Ci chłopcy odeszli, bo byli homoseksualistami?

Paweł:  Najprawdopodobniej  tak.  Szkoda,  że  nie  dostali  wsparcia,  byli  naprawdę

głęboko wierzący i wartościowi.

Ale

  dlaczego  wy  nie  zgłosiliście  policji  przypadków  molestowania  przez  waszych

kolegów?

Paweł:  Ksiądz,  który  szukał  po  dworcach  chętnych  do  seksu,  zachowywał  się

niemoralnie, ale nie uwodził nieletnich. Ludzie byli oburzeni jego zachowaniem, jednak
nikt nie mówił, że ksiądz go zgwałcił albo molestował.

Piotr: Obłapiany ministrant kategorycznie odmawiał i był pełnoletni. Dziś nadal służy

do mszy. Wygląda na to, że poradził sobie z tamtą traumą. To nie jest tak, że w Kościele
istnieje zmowa, która nakazuje tuszować wyskoki księży. Obowiązują nas procedury, które
mówią,  jak  należy  postępować  w  przypadku  molestowania  czy  gwałtu.  Duchownym  nie
wolno tego ukrywać, chyba że dowiedzieli się podczas spowiedzi.

background image

Jednak ciągle się słyszy, że biskupi nie reagowali, chronili księży.

Piotr: Skoro prawo kościelne okazywało się nieskuteczne, ofiary lubieżników powinny

zgłaszać się na policję. Innej rady nie mam.

Paweł:  Relacja  biskupa  z  księżmi  nie  jest  tożsama  ze  stosunkiem  przełożonego  do

podwładnego, ona przekracza zwykłe stosunki podległości. Zgodnie z zaleceniami Soboru
Watykańskiego II ma być dla prezbiterów przyjacielem i ojcem. Prawda jest jednak taka,
że  bardzo  często  nic  nie  wie  o  życiu  osobistym  kapłana,  a  podlega  mu  kilkuset
duchownych.

Piotr: Albo chce mieć po ludzku święty spokój, jak ci, którzy nie reagują, gdy za ścianą

ktoś katuje dziecko. Niewielu biskupów jest na wskroś zdemoralizowanych, chociaż tacy
też się zdarzają.

Paweł:  Myślę,  że  to  jest  bardziej  skomplikowane.  Wyobraź  sobie,  że  ja  zaczynam

uwodzić i molestować dziewczynki. Ktoś w końcu na mnie donosi. 30 lat temu ucięliby
głowę – nie mnie – donosicielowi. Dziś wszyscy są na mnie wkurzeni. Robi się burza w
internecie, część mnie atakuje, inni bronią. W końcu czynniki zewnętrzne muszą się tym
zająć.  Miejscowym  policjantom  jest  bardzo  niezręcznie,  bo  mnie  lubią.  Przekonuję  ich
więc, że to nieprawda. Oni bardzo chcą uwierzyć w moją wersję. Prokuratora też znam, a
nawet jak nie, to w sądzie wszyscy już mi współczują. Znajdzie się jakiś dobry adwokat. Ja
oczywiście tłumaczę: „To nieprawda, ktoś mnie wkręcił”. Społeczeństwu nie zależy, żeby
stracić taki autorytet jak ksiądz. Etykietują moje ofiary: „Jak tam polazł, to sam jest sobie
winien”, „Nikt nie był prześcieradłem”. Chociaż dziewczyna wyskoczyła goła przez okno,
wszyscy interpretują, że uciekała, bo było jej za gorąco.

Piotr: Często nikomu nie zależy, żeby szukać prawdy. Dla pedofilów w sutannach to

jest wygodne, ale te same mechanizmy występują poza Kościołem.

Pytanie  o  zmowę  milczenia  dotyczy  nie  tylko  księży.  Jesteśmy  tacy  jak  reszta

społeczeństwa.  Należy  postawić  pytanie:  dlaczego  ludzie  milczą,  gdy  są  świadkami
różnego rodzaju nadużyć? Dlaczego nie reagują?

Paweł:  Działanie  Kościoła  nie  opiera  się  na  zasadach  społeczeństwa,  w  którym  się

znajduje.  Biskup  postępuje  według  zasad  prawa  kanonicznego,  które  nakazuje  mu
respektować „domniemanie niewinności”. Ksiądz ma prawo do ochrony i stawiając mu
jakikolwiek zarzut, trzeba go potwierdzić. Dlatego mimo społecznego oburzenia, jeśli nie
ma wyroków sądowych na księży, będą uchodzić za niewinnych.

Wy sami nie obawiacie się pracy z dziećmi?

Piotr: Jak ktoś przekracza dystans dziesięciu centymetrów, zaczynam się bać. Mówiąc

poważnie, mam na tyle wysoką inteligencję emocjonalną, że jestem w stanie odpowiednio
wcześnie zinterpretować ludzkie zachowania i nie dopuścić do dwuznacznych sytuacji.

Paweł: Jestem dostępny, chętnie o wszystkim rozmawiam, ale nie jestem kumplem dla

nastolatków. Nie zapraszam do siebie na kolacyjki, imprezy, nie pozwalam mówić sobie
po  imieniu,  nie  piję  z  młodzieżą  alkoholu.  Jeśli  widzę,  że  chłopak  czy  dziewczyna  ma

background image

problemy, rozmawiam z rodzicami albo kieruję do psychologa. Jestem przede wszystkim
księdzem, nie tatą, nie mamą, nie terapeutą.

Byliście jakoś przygotowani do pracy z młodzieżą?

Paweł:  Była  jakaś  dydaktyka,  ale  na  marnym  poziomie.  Po  seminarium  czułem  się

kompletnie nieprzygotowany, bazowałem na intuicji i na tym, co mi dał dom rodzinny.
Było jedno dobre szkolenie, terapeuci z Centrum Interwencji Kryzysowej uczyli nas, jak
rozpoznać  molestowane  dzieci.  Oczywiście  przeczytałem  od  czasu  seminarium  sporo
książek z dziedziny psychologii, żeby lepiej zrozumieć, co się dzieje z moimi uczniami.

Piotr: Mamy posługiwać się zdrowym rozsądkiem i zachować roztropność.

Czyli

?

Piotr: Nie zapraszać gimnazjalistek do siebie.

To

 trochę mało.

Piotr: Nie ma ścisłych zasad, mamy sobie radzić. Nie ma w tym wielkiej filozofii; jeśli

dziecko czy nastolatek, zamiast spędzać czas z równolatkami, urzęduje co drugi dzień sam
na sam z księdzem, coś jest nie tak. To rodzic powinien wychowywać dziecko, być z nim
w stałym kontakcie, a w razie kłopotów pomóc. Jeśli chłopak mówi: „Ksiądz zaprosił mnie
wieczorem do siebie”, to na miejscu rodzica zadzwoniłbym do wielebnego i spytał: „Po
co?”. Warto też powiadomić proboszcza albo kurię.

Paweł: W Bydgoszczy ksiądz zgwałcił chłopca, gdy rodzice byli za ścianą. Zaprosili go

do  domu  i  pozwolili,  by  spał  w  jednym  pokoju  z  dzieckiem.  Dopiero  po  dwóch  latach
chłopiec opowiedział ojcu. Na szczęście policja nie miała większych kłopotów, bo pedofil
nagrał gwałt na kamerę, a film zgrał do komputera, który stał na plebanii. Pozwoliłabyś,
aby 30-letni ksiądz spędzał noc z twoją córką w jej pokoju?

A

 kto pomaga księdzu, gdy sytuacja jest odwrotna? Próbuje was uwodzić nastolatka

czy chłopiec?

Piotr:  Drugi  ksiądz.  Jednak  nie  demonizowałbym  tych  problemów.  Jeśli  duchowny

jest dojrzały, to poradzi sobie. Jeśli zaburzony, to wejdzie w niezdrowe relacje z dzieckiem
czy nastolatkiem.

Paweł:  Miałem  przygodę,  która  wiele  mnie  nauczyła.  Pewnego  razu  jeden  z  moich

uczniów  najpierw  ściągnął  spodnie,  żeby  mi  pokazać  jakąś  bliznę,  a  po  kilkunastu
minutach zaczął się do mnie zbyt ostentacyjnie przytulać, w końcu pocałował w szyję. To
działo  się  tak  szybko,  że  po  chwili  dotarło  do  mnie,  co  się  dzieje.  Odsunąłem  go  i
powiedziałem, żeby tak nie robił.

A gdyby to nagrał i oskarżył księdza o molestowanie?

Paweł: Mógłbym mieć kłopoty.

Piotr:  W  USA  obowiązuje  teraz  procedura  mówiąca,  że  za  samo  podejrzenie  ksiądz

zostaje zawieszony. Ceną jest odchodzenie duchownych od pracy z młodzieżą i dziećmi.

background image

Boją się problemów.

To cena za skandale. Kościół długo był święty na wyrost.

Piotr:  Dzisiaj,  na  fali  kolejnych  ujawnień,  coraz  więcej  ofiar  się  przyznaje  i

wynaturzenia wychodzą na światło dzienne. Przypadek Irlandii to nie jest tylko problem
księży  pedofilów,  tylko  w  ogóle  społecznego  przyzwolenia  na  pedofilię  w  szkołach.  W
Irlandii  Kościół  był  podwójnie  ważny;  utożsamiano  go  z  walką  o  niepodległość,  a  w
każdej  rodzinie  był  jakiś  ksiądz  lub  zakonnik.  Ludziom  wygodnie  było  nie  widzieć,  że
dzieci  są  krzywdzone.  Jeśli  społeczeństwo  chce  rozwiązać  problem  pedofilii,  powinno
także  pochylić  się  nad  zjawiskiem  przedmiotowego  traktowania  dzieci  przez  dorosłych.
Przecież większość pedofilów to znajomi lub członkowie rodzin.

Paweł: W USA aresztowano księży, którzy regularnie urządzali schadzki. Każdy miał

swojego  ulubionego  „ministranta”  i  przyprowadzał  go  ze  sobą.  Wielebni  dzielili  się
wieczorem  chłopcami  jak  tortem.  Okazało  się,  że  oni  także  byli  takimi  „ministrantami”.
Tłumaczyli, że dla tych chłopców to było swoiste wyróżnienie, przywilej – w ten sposób
zracjonalizowali  swoje  własne  „wyróżnienie”  sprzed  lat.  Wykorzystywane  dzieci  nic  nie
mówią,  bo  nawiązują  z  pedofilem  bliską  więź.  To  jest  chore,  ale  bywa  tak,  że  to  jest
jedyna bliska relacja, jaką ma takie dziecko. Gdy dorośli nie reagują albo wręcz jest ciche
przyzwolenie, to prawda wychodzi na jaw po latach albo nie wychodzi wcale.

Zostawmy  pedofilię.  Coraz  głośniej  o  pragnieniu  księży,  żeby  w  zgodzie  z  prawem

Kościoła  mieć  normalne  życie  płciowe.  Jednak  ponad  50  proc.  księży  jest  przeciw
celibatowi.

Piotr:  To  ci,  którzy  nie  chcą  się  wysilać,  bo  życie  w  celibacie  wymaga  dojrzałości,

uczciwości  i  zaangażowania.  Oni  sobie  nie  radzą,  nie  pracują  nad  sobą.  Skoro  nie
dorastają  do  normy,  lepiej  ją  zmienić.  Stale  dokonuje  się  rozwój  społeczny.  Dziś  bicie
pieska kijem jest moralnie naganne, 200 lat temu było jak deptanie muchy. Podobnie jak
z biciem dzieci i pracą zawodową kobiet.

Paweł: Księża, którzy poważnie podchodzą do kapłaństwa, angażują się na 100 proc.

Dla  nich  to  powołanie,  a  nie  zawód.  Szuka  kobiet  ten,  kto  sobie  nie  radzi.  Pewnie  w
„normalnym” życiu podobne problemy mieliby z małżeństwem.

Piotr:  Ja  zaczynam  szukać  głębszych  relacji,  w  momencie  kiedy  nie  radzę  sobie  w

płaszczyźnie duchowej i pracy nad sobą. Bycie księdzem ma nie tylko wymiar praktyczny.
Nie  jesteśmy  jedynie  osobami,  które  pełnią  w  społeczeństwie  funkcję  administratora
kultu. Celibat jest związany z duchowością. Seksualność nie ogranicza się do stosunku, to
także  wzięcie  odpowiedzialności  za  drugą  osobę,  niesłychana  bliskość.  My  także  w  tej
przestrzeni powinniśmy zbudować więź z Jezusem, a nasze relacje z parafianami powinny
być bliskie, ale ojcowskie.

Czy 25-latek jest w stanie podjąć tak poważne zobowiązanie?

Piotr: Seminarium stara się przygotować nas do tego. Jesteśmy 24 godziny na dobę w

grupie,  pod  kontrolą.  Kładzie  się  tam  akcent  na  wychowanie  we  wspólnocie,  narzuca

background image

poczucie  odpowiedzialności  za  siebie  nawzajem.  Kościół  wychowuje  nas  do  braterstwa,
które zazwyczaj prędzej czy później się pojawia. Słyszałem niedawno, że wszyscy księża to
kryptogeje.  Prawda  jest  taka,  że  w  seminariach  atmosfera  jest  mocno  homofobiczna,
klerycy  o  homoseksualnej  wrażliwości  są  błyskawicznie  napiętnowani  i  wyszydzani.
Większa swoboda pojawia się w momencie, gdy młody ksiądz trafia do parafii.

Paweł: Środowisko jest bardzo heteroseksualne. Nawet za bardzo. Byłem zszokowany,

że  na  imprezach  kleryków  jest  taka  „męska”  atmosfera,  obowiązują  te  same  żarty  co  w
szatni po wuefie.

Rozmawiacie ze sobą o trudnościach?

Piotr:  Z  biegiem  lat  nawiązują  się  takie  braterskie  przyjaźnie,  z  równolatkami  bądź

starszymi  księżmi.  Jasne,  że  ze  sobą  rozmawiamy  o  kłopotach,  co  robić,  plotkujemy,  ale
mało  kto  opowiada  o  seksie  w  sposób  bezpośredni.  To  są  intymne  sprawy.  Gdy  ksiądz
czuje, że się zakochuje w kobiecie, i jest na tyle uczciwy, że zaczyna myśleć o odejściu z
Kościoła  –  reszta  walczy  o  niego.  Modlimy  się,  przekonujemy.  Często  się  udaje,  bo
poczucie wspólnoty jest bardzo silne. Odejście z Kościoła nie jest tożsame z przejściem z
firmy  do  firmy,  emocje  można  porównać  z  rozwodem.  Zwierzał  mi  się  młody  ksiądz,
który  miał  skłonności  homoseksualne,  że  trudno  mu  żyć  z  tym,  co  głosi  Kościół,  z
szykanami  ze  strony  duchownych,  ale  przede  wszystkim  miał  ogromny  problem  z
zaakceptowaniem samego siebie.

Paweł: A w Kościele nie ma miejsca na tolerancję. Do seminarium trafiają chłopcy, w

których  domach  o  seksie  mówi  się  dosadnie  albo  wcale.  Zaobserwowałem,  że  wśród
księży  jest  bardzo  dużo  Dorosłych  Dzieci  Alkoholików.  Zostali  mocno  poranieni  przez
rodziców  i  są  w  jakiś  sposób  niedojrzali.  Dla  wielu  księży  kobieta  to  laska,  a
homoseksualista to po prostu pedał, i tyle. To jest właśnie taka wrażliwość. Kościół uczy
ich pewnych wartości, a oni mniej lub bardziej udanie starają się im sprostać.

Piotr:  Zamiast  zmierzyć  się  ze  swoją  seksualnością,  tłumią  ją.  Księża  nawet  nie

próbują  odpowiedzieć  na  pytanie,  czy  chcą  i  potrafią  żyć  w  celibacie.  A  gdy  nie
wytrzymują,  zaczynają  tonąć  w  pornografii  i  onanizmie,  potem  szukają  coraz
mocniejszych  wrażeń.  Oczywiście  wchodzą  na  zakazaną  ścieżkę  z  pełną  świadomością.
Seks jest sferą, gdzie popędy bardzo łatwo biorą górę.

Paweł: Rozum wtedy ma niewiele z tym wspólnego. Osoba, która ulega, wie, że to jest

złe, ale nie potrafi nad tym zapanować. Dojrzały człowiek w to nie wejdzie, zaburzony –
tak. Księża nie różnią się za bardzo od reszty. Nie jesteśmy nadludźmi.

Kościół wymaga od was, abyście byli wzorem postępowania.

Paweł: Uczyłem w szkole, w której sypały się narkotyki. Na pierwszych dwóch radach

cały  czas  się  zgłaszałem  i  mówiłem:  „Ćpają,  trzeba  coś  zrobić”.  Słyszałem:  „O  Jezu,
znowu!  Niech  ksiądz  da  spokój”.  A  tak  naprawdę  należałoby  tę  szkołę  rozwiązać,  bo  to
jest skandal. Wszystkie instytucje, które są powołane do opieki nad młodzieżą, a jest ich
niemało, powinny coś zrobić.

background image

Piotr:  Kościół  mimo  wszystko  jest  wspólnotą  idealistów,  mimo  że  duża  część  księży

popada w cynizm. Gdzieś na dnie mają duże pokłady tęsknoty i pragnienia, aby te ideały
wcielać w życie.

Czy

 seks jest największym grzechem Kościoła?

Paweł:  Nie,  raczej  to,  że  wielu  księży  straciło  wiarę  i  nie  chce  wziąć  za  to

odpowiedzialności.

(Tekst ukazał się w „Dużym Formacie” nr 157, 08.07.2010)

background image

Siostry otwarte

(Benedyktynki robią rewolucję)

BARTŁOMIEJ KURAŚ, MAŁGORZATA SKOWROŃSKA

W  Staniątkach  wiek  nie  zwalnia  z  obowiązków.  Emerytura  w  wieku  67  lat?  Tu

nawet 80-latki pracują, jeśli nie są obłożnie chore

Nie  wygląda  na  siłaczkę,  która  mogłaby  uratować  podupadający  klasztor:  drobna,  w

okularach  i  ciemnym  habicie.  Wiek?  –  Kobiety  o  wiek  nie  wypada  pytać  –  odpowiada
figlarnie  na  nasze  pytanie.  Jedno  jest  pewne:  kiedy  trzy  lata  temu  dołączyła  do
staniąteckich zakonnic, mocno zaniżyła średnią wieku sióstr (sięgającą siedemdziesiątki).

Matka  Stefania  Polkowska  nie  przyjechała  tu  z  własnej  woli.  Watykański  wizytator

zdecydował, że klasztor w podkrakowskich Staniątkach uratować może tylko świeża krew.
Padło  na  nią.  Widać  uznano,  że  jak  ktoś  poznał  tajniki  cybernetyki,  to  i  zrozumie
współczesny świat.

12  wiekowych  (najstarsza  ma  89  lat),  odizolowanych  od  świata  staniąteckich

benedyktynek  nie  miało  wyboru.  Musiały  przyjąć  siedem  nowych,  w  większości
młodszych  sióstr  i  przywyknąć  do  nowego.  W  ośmiowiekowej  historii  zakonu  jeszcze
takich  zmian  nie  było.  Ani  za  Napoleona,  ani  za  PRL.  Dopiero  kapitalizm  wymusił  w
Staniątkach rewolucję. – Cały czas się modlimy i wierzymy, że wszystko ku lepszemu idzie
– wzdycha siostra Benedykta, która 11 lat rządziła klasztorem przed matką Stefanią.

Bez parmezanu, za to z polską goudą

Zanim przyszło polecenie z Watykanu, siostra Stefania nigdy nie była w Staniątkach.

Najpierw  studiowała  cybernetykę  na  Uniwersytecie  Gdańskim,  potem  mieszkała  w
klasztorze  w  Łomży.  Ale  słyszała,  że  klasztor  to  średniowieczny  zabytek,  jakich  mało  w
Polsce. Ufundował go krakowski kasztelan Klemens z Ruszczy Gryfita i budował dziesięć
lat,  do  1238  roku.  Więc  siostra  Stefania  poczuła  się  nawet  wyróżniona,  bo  to  prestiż
zarządzać tak wiekowym klasztorem.

Przed wojną do majątku klasztornego należało 700 hektarów ziemi. Dziś zostało z tego

6.  Do  tego  zrujnowany  ogromny  klasztor  z  kościołem,  oddzielną  dzwonnicą,  pięcioma
dzwonami i zegarem, którego wskazówki przesuwają ptaki, gdy na nich przysiądą. Są też
pozostałości  po  budowanej  przed  wojną,  ale  niedokończonej  szkole  (zakonnice  słynęły
wtedy  z  edukacji  panien,  ich  przedwojenną  wychowanką  była  między  innymi  matka
obecnego prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego).

background image

Prestiż prestiżem, ale matka Stefania cieszy się, że tu wcześniej nie była. – Bo gdybym

wiedziała, pewnie bym się przestraszyła i zawahała. A tak przyjechałam, przeżyłam szok, a
potem to już tylko zakasywałam rękawy – opowiada.

Wesoło nie jest. Niektórzy uważają nawet, że jest tragicznie. Zimą prasa alarmowała,

że  zakonnice  przymierają  głodem  i  że  przegrały  walkę  z  atakującym  ściany  klasztoru
grzybem.

Za  to  przymieranie  siostry  obraziły  się  na  dziennikarzy.  –  Nie  głodujemy.  Po  prostu

nie  kupujemy  rzeczy  zbytecznych  –  tłumaczy  matka  przełożona.  Jedzą  głównie  proste
mączne  potrawy  –  pierogi  albo  makaron  z  serem.  Nie  z  parmezanem,  tylko  z  polską
goudą.  Czasami  w  menu  są  mięsne  dania.  Jeśli  słodycze,  to  przeważnie  z  obowiązku  –
muszą przecież próbować ciastek, które pieką na sprzedaż. Ale jak któraś siostra dostanie
od rodziny cukierki, to wszystkie częstuje.

Siostry prawdy o stanie klasztoru nie ukrywają, zresztą jak by ją mogły zataić, skoro na

korytarzach  dosłownie  czuć  w  nozdrzach  osiem  wieków  historii  klasztornych  murów.
Pleśń i wilgoć. A i tak jest nieco lepiej, odkąd matka Stefania zamieniła pompę ciepła na
zwykły piec węglowy i trociniak. – Wcześniej ktoś siostry namówił na koszmarnie drogą
pompę ciepła – opowiada. – Absurd, bo jedno takie urządzenie nie jest w stanie ogrzać
tylu setek metrów kwadratowych średniowiecznej budowli.

A  grzać  trzeba  nie  tylko  dla  komfortu  (starsze  siostry  i  tak  okropnie  marzły,  bo

ostatniej  zimy  na  korytarzach  było  ledwie  osiem  stopni  ciepła),  ale  przede  wszystkim  ze
względu  na  wszechobecny  grzyb.  Gdy  mróz  ścinał  podkrakowskie  wioski,  siostry  co
półtora  miesiąca  wydawały  po  blisko  20  tys.  zł  na  węgiel.  Ale  to  i  tak  mniej  od
wcześniejszych rachunków za pompę ciepła, które potrafiły do zera wyczyścić im konto.
Zdarzało się, że nie miały z czego zapłacić na czas. Matka Stefania cieszy się, że już wyszły
z tych długów i spłaciły bankowy kredyt za dotychczasowe remonty. Wiedzą, co się dzieje
na zachodzie Europy – we Francji, w Niemczech. Tam klasztory, które nie były w stanie
się  utrzymać,  likwidowano,  majątek  sprzedawano,  braci  i  siostry  rozdzielano  po  innych
klasztorach.

A co wpływa na konto sióstr? Emerytury wypłacane z Funduszu Kościelnego i ofiary

ludzi przejętych ich sytuacją. Wśród ofiarodawców jest biskup i zakon żeński z Krakowa.
Na  krakowską  kurię  siostry  nie  liczą.  Rozumieją,  że  kardynał  Dziwisz  nie  może
wspomagać wszystkich klasztorów na swoim terenie, że ma inne pilne wydatki – choćby
na powstające w Łagiewnikach Centrum Jana Pawła II czy muzeum w jego wadowickim
domu.

W  niewielkim  stopniu  klasztor  wspierają  datki  z  tacy  zbierane  podczas  niedzielnych

mszy  i  koncertów  organizowanych  wspólnie  z  benedyktynami  z  pobliskiego  Tyńca.
Opactwo tynieckie, odkąd samo stanęło na nogi, stara się pomóc benedyktynkom. Mnisi
sprzedają  produkty  z  własnym  logo,  prowadzą  dom  rekolekcyjny,  warsztaty,  a  zasłynęli
organizacją antysylwestra, czyli wyciszoną wersją przywitania nowego roku. Teraz zlecają
siostrom wyrób koszy z prezentami, które potem sprzedają w swoich sklepach, albo – jak
ostatnio – przyjeżdżają do fizycznych prac, choćby do wyrzucenia starej ziemi ze szklarni.

background image

Ta szklarnia – z racji złego stanu technicznego nazywana przedtem przez zakonnice

szklaną pułapką – to jeden z pierwszych pomysłów matki Stefanii na zdobycie pieniędzy.
Konstrukcja  już  stała,  trzeba  było  wymienić  powybijane  szyby.  Wiosną  siostry
postanowiły posadzić w szklarni pomidory i ogórki, jesienią będą chryzantemy. Szlak jest
przetarty,  bo  listopadowe  kwiaty  już  w  zeszłym  roku  wyrosły  przepięknie.  –  Były  tak
ładne, jakby wiedziały, że trzeba nam pomóc – mówią siostry.

Są jeszcze dwa stawy rybne – kolejny pomysł na biznes, choć matka Stefania nie lubi

tego słowa. – Biznes zakłada pomnażanie zysków, a my chcemy tylko mieć utrzymanie –
mówi.

Krowy, świnie, chryzantemy

Dla  zakonnicy  w  każdym  klasztorze  istota  życia  zakonnego  jest  taka  sama.  Czy  to

będzie  pod  Krakowem,  w  średniowiecznych  murach  z  grzybem  na  ścianach,  czy  w
świeżo pobielonych celach w słonecznej Italii.

– Tutaj, w Staniątkach, nie jest wcale tak źle, choć korytarze mamy wielkie jak nawy

kościelne,  więc  faktycznie  trudno  jest  je  ogrzać  –  mówi  siostra  Małgorzata  Borkowska
(rocznik  1939),  historyczka,  pisarka  i  tłumacza,  a  w  klasztorze  mistrzyni  nowicjatu
opiekująca się początkującymi siostrami. Siostra Małgorzata wie, co mówi, bo jest autorką
wielu książek o historii życia klasztornego. – Niedługo po wojnie w klasztorze na Pomorzu
gorzej się marzło. A co dopiero miały powiedzieć średniowieczne służebniczki, w czasach
gdy  w  ogóle  trudno  było  mówić  o  sanitariatach.  W  porównaniu  ze  średniowieczem
plusem dzisiejszych czasów są warunki bytowe, łatwiejsza komunikacja za pośrednictwem
internetu  czy  telefonów  komórkowych.  Minusem  –  ogromna  biurokracja,  wypełnianie
PIT-ów  i  tym  podobne  urzędowe  sprawy  –  wylicza  siostra  Małgorzata,  która  została
sprowadzona do Staniątek przed kilkoma miesiącami z klasztoru w Żarnowcu. – Jak Bóg
powołał  do  życia  zakonnego,  to  warunki  materialne  nie  są  ważne.  Choć  współczesnym
ludziom świeckim trudno to zrozumieć.

Życie zakonne, które ludzie świeccy odbierają jako uciążliwość i ograniczenie, siostra

Borkowska  –  podobnie  jak  inne  zakonnice  –  uważa  za  udogodnienie  i  wyswobodzenie.
Bo w klasztorze jest świetnie zorganizowany każdy dzień.

Wstają o 5.30. Jedna z sióstr chodzi z dzwonkiem po korytarzach. Kiedyś wyła syrena,

ale to był okropny odgłos, taki fabryczny. Siostry uznały, że dzwonek jest bardziej ludzki.
O godzinie 6 jutrznia, czyli poranna modlitwa. O 7 – msza. Godzinę później śniadanie w
jadalni.

Ich  charyzmat  to  benedyktyńskie  ora  et  labora,  czyli  módl  się  i  pracuj.  Dlatego  w

ciągu dnia każda z zakonnic ma własne obowiązki. Jedne są z rodzaju domowych, czyli
między  innymi  gotowanie,  sprzątanie  i  zmywanie.  Inne  są  gospodarskie  –  oporządzanie
krów, kilku świń i stada kur, a także praca w ogrodzie, przy warzywach i chryzantemach.
Są  jeszcze  prace  zarobkowe:  wyrób  dewocjonaliów,  kartek  okolicznościowych,  a  także
wypiek ciast na sprzedaż oraz komunikantów.

background image

Około  godziny  14  śpiewają  psalmy,  a  o  17  –  nieszpory.  O  18.45  rozpoczyna  się

kolacja,  po  której  jest  krótki  czas  na  rekreację  –  czyli  rozmowy  lub  gry,  na  przykład  w
warcaby.  W  kapitularzu  matka  przełożona  kazała  zsunąć  ławy  na  środek,  to  ułatwia
rozmowy,  gdy  większość  sióstr  ma  powyżej  70  lat.  Po  ostatniej  modlitwie  o  20  w
klasztorze  obowiązuje  kompletna  cisza.  Chyba  że  jakieś  nadzwyczajne  okoliczności  każą
coś pilnego obgadać.

– Bardzo dobrze nam się żyje w ten sposób, choć w historii Kościoła znane są próby

zrewolucjonizowania  tego  trybu  życia  –  opowiada  siostra  Borkowska.  –  Po  Soborze
Watykańskim  II  jedna  ze  wspólnot  w  Holandii  stwierdziła,  że  rezygnuje  z  noszenia
habitów, przygotowywania posiłków dla wszystkich i zasad klauzurowych. Bo niby po co
się ograniczać? Po paru latach życie w takiej wspólnocie okazało się nie do wytrzymania.
Choć siostry nadal chciały służyć Bogu, zwyczajnie nie miały na to czasu. Bo każda z nich
musiała  sobie  indywidualnie  zorganizować  ubranie,  przyrządzić  jedzenie,  załatwić  inne
prozaiczne obowiązki i to im zajmowało większość dnia – opowiada.

Siostra w podróży

W  klasztorze  żartują,  że  przez  to  badanie  dawnych  dziejów  siostra  Małgorzata  nie

pamięta niczego, co było później niż w XIX wieku.

Ale  mimo  to  jakoś  jeździ  po  świecie,  wymienia  maile  z  klasztorami  na  całym

kontynencie.  –  Z  racji  prowadzonych  przeze  mnie  badań  nad  historią  życia  zakonnego
jestem  chyba  najczęściej  opuszczającą  klasztorne  mury  klauzurową  zakonnicą  w  Polsce.
Mam swoje ulubione miejsca. Podoba mi się tu, w Staniątkach, ale bardzo lubię też jeden
z angielskich klasztorów, choć nie katolicki – opowiada.

Siostra  ma  ekumeniczne  korzenie.  Wśród  jej  przodków  byli  prawosławni,  luteranie,

kalwiniści  i  katolicy.  Mama  wychowała  ją  w  duchu  katolickim,  bez  sprzeciwu  ze  strony
ojca – protestanta, ale nie bardzo wierzącego.

– Chciałam zostać pisarką, zdałam na polonistykę. Ale już wtedy wiedziałam, że pójdę

do klasztoru. Postanowiłam, że dla takiego życia poświęcę moją pasję pisarską. Zaczęłam
studia  teologiczne  na  Katolickim  Uniwersytecie  Lubelskim,  ale  ich  nie  skończyłam.
Spieszyło mi się do teologii praktycznej – opowiada.

Jednak pisarstwo też okazało się powołaniem. Trafiła do klasztoru w Żarnowcu, dokąd

zaraz  po  zakończeniu  wojny  jedna  z  zakonnic  wywiozła  całe  archiwum  wileńskich
benedyktynek. Siostrę Borkowską przydzielono do spisywania historii życia zakonnego.

–  Pisarstwo  dopadło  mnie.  Wstępując  do  zakonu,  naprawdę  nie  szukałam  go.  Samo

znalazło mnie za klasztornym murem – mówi.

Czy czegoś siostrze Borkowskiej w Staniątkach brakuje? – Mam tylko jedno doczesne

marzenie. Zobaczyć Himalaje.

Obudzić kobietę w kobiecie

W klasztornym gospodarstwie jest byczek Fernando z łatą w kształcie serca pod okiem

background image

oraz  kilka  krów:  Sarna,  Serenada,  Sonet,  niedawno  urodziła  się  Struna.  Siostry  same  je
doją.  W  obrządku  pomaga  im  Włodzimierz,  emerytowany  górnik  mieszkający  po
sąsiedzku  w  Staniątkach.  Pracuje  za  darmo,  mówi,  że  to  dla  niego  sposób  na  zabicie
czasu.

Czasem  przyjadą  zakonnicy  z  Tyńca  do  cięższych  robót.  Na  co  dzień  siostry  muszą

dać sobie radę same.

Po  co  siostrom  krowy?  Bo  z  mleka  wyrabiają  sery.  –  Same  musimy  jeść  i  gości

nakarmić – opowiada matka Stefania.

Fernando, choć siostry go kochają, gdy zacznie fikać i bóść, trafi na stół. – Serce mi

się ściska, ale co zrobić? – wzdycha matka.

Goście  to  część  planu  ratowania  klasztoru.  Stawy,  szklarnia,  zwierzęta  nie  udźwigną

nie  tylko  kosztów  remontów  klasztoru,  ale  nawet  bieżącego  utrzymania.  Są  raczej
dodatkiem do biznesplanu przełożonej.

–  Miejsce  jest  piękne.  Z  dala  od  miasta,  ale  można  tu  w  pół  godziny  dojechać  z

Krakowa.  Mógłby  tu  powstać  ośrodek  rekolekcyjny,  a  tam,  gdzie  stoi  niedokończony
budynek szkoły, byłoby muzeum. Może jeszcze sale konferencyjne – marzy zakonnica. W
głowie ma już plan ogrodu z altankami, samotniami, mostkami. Grobla przy stawie byłaby
Groblą Opatrzności Bożej. Stawy karpiane zamienią się w Genezaret (większy) i Świętego
Wojciecha  (mniejszy).  Będą  po  nich  pływały  łódki.  Szukający  samotności  znajdą  ją  w
domku Recławy lub Klemensa albo w miejscu wyciszenia o nazwie Szelest Głosu Bożego.
Na wieży będzie punkt widokowy i w końcu zegar zacznie wskazywać dobrą godzinę.

Na razie jednak goście mieszkają w pokojach wydzielonych z dawnych szkolnych klas.

W kilkunastu trzy-i czteroosobowych pokojach pomieści się ich pół setki. W kilku udało
się już zrobić łazienki. Na razie nie mają nazw, bo jeszcze nie ten standard (tylko łóżka,
stolik i szafa), ale jak się poprawi, może dostaną imiona świętych zamiast numerków.

Kadeci  z  liceum  wojskowego,  którzy  w  marcu  przyjechali  do  Staniątek  na  dni

skupienia,  nie  narzekali.  Tak  samo  panie  z  rekolekcji  tanecznych,  które  zorganizowały
zakonnice, słysząc, że Polacy bardzo zaczęli interesować się tańcem. Te rekolekcje to był
hit: kilkanaście tańczących kobiet ze świecką instruktorką. Do tego ćwiczenia kobiece. –
Takie, żeby obudzić kobietę w kobiecie – mówi matka.

Na razie za pobyty zakonnice biorą tylko co łaska. – W takich warunkach jeszcze nie

możemy  stworzyć  stałego  cennika.  Czasami  ktoś  zostawi  kilkanaście  albo  kilkadziesiąt
złotych.  Kilkaset  to  rzadko.  Jeśli  ktoś  nie  może  zapłacić,  odpracowuje  w  naszym
gospodarstwie. Tak jak jeden pan, który pomagał nam przy naprawie dachu – opowiada
przełożona.

Jeszcze  dekadę  temu  niemożliwe  byłoby  otworzenie  pokojów  gościnnych  dla

mężczyzn.  Tak  samo  jak  odwiedziny  tłumów  krakowian  podczas  Nocy  Kościołów.  –
Świat  się  zmienia.  Więc  i  życie  zakonne  podąża  za  nim  –  podsumowuje  siostra
Borkowska.

background image

Siostra Agata to śmieszka

W  Staniątkach  pracuje  każda  siostra,  która  nie  jest  obłożnie  chora.  Na  szczęście

ostatnio ciężko chorych zakonnic nie ma. Wiek nie zwalnia z obowiązków. Emerytury w
wieku  67  lat?  Tu  nawet  80-latki  pracują.  Wiekowa  siostra  Hilaria  wyrabia
okolicznościowe  kartki.  Pomaga  też  w  zaopatrzeniu,  ma  wieloletnią  praktykę,  zna
dostawców, sklepikarzy.

Siostra  Agata  mówi  o  sobie:  „Jestem  człowiek  wszędobylski”.  Skończyła  studium

pracowników  służb  społecznych  i  pracowała  w  krakowskim  Hospicjum  św.  Łazarza.
Pomyślała  wtedy  o  życiu  zakonnym.  Do  benedyktynek  trafiła,  bo  nogi  odmówiły  jej
posłuszeństwa,  gdy  miała  przekroczyć  furtę  u  karmelitanek  bosych  w  Krakowie.  –
Chciałam do zakonu klauzurowego, ale coś mnie odpychało od karmelitanek. Dosłownie
nie byłam w stanie przejść przez ulicę. Nie wiem dlaczego – opowiada.

Zwiała więc sprzed furty karmelitanek i przyjechała do Staniątek cztery lata temu. Tu

dopiero poczuła się jak u siebie. Choć z pierwszych dni w zakonie pamięta przerażenie na
widok klasztornych sanitariatów. Teraz już się przyzwyczaiła. A odkąd mają piec węglowy
w kotłowni, nie musi na siebie zakładać wielu warstw ubrań. – Policzyłam kiedyś, że mam
na sobie 20 sztuk ubrania, żeby nie marznąć – mówi.

Nie  tylko  klasztorne  toalety  wymagają  remontu.  Najpilniejsze  potrzeby  to  wymiana

dachu,  który  przecieka  i  niszczy  między  innymi  odnowioną  polichromię  w  kościele.
Trzeba na to kilka milionów złotych. Remont całego klasztoru pochłonąłby przynajmniej
kilkadziesiąt  milionów.  Renowacja  jednej  tylko  celi  aptecznej  (niecałe  osiem  metrów
kwadratowych)  kosztowała  95  tys.  zł.  Pieniądze  pochodziły  od  darczyńców  i
wojewódzkiego konserwatora zabytków.

Zakonnice dwa razy występowały o środki unijne, ale ich wnioski przepadały, bo nie

miały wkładu własnego. Teraz startują o mniejsze kwoty w myśl zasady: „Zaczniesz, to już
jakoś poleci”.

Starsze  stażem  i  wiekiem  siostry  mówią  o  siostrze  Agacie,  że  śmieszka.  Na  Dzień

Dziecka  przebrała  się  w  dziecięce  ubrania  i  tak  paradowała  po  klasztorze,  rozdając
cukierki.  Innym  razem  urządziła  dyskotekę.  No,  może  za  dużo  powiedziane.  Po  prostu
tańczyła.  A  siostry  razem  z  nią.  Matka  Stefania  też  kręciła  piruety.  –  Taki  młody
entuzjazm jest nam potrzebny – mówi. – Powołań jednak nie ma. Moja teza jest taka, że
to  przez  bogactwo  życia  dla  Boga  poza  klasztorem.  Jest  tyle  katolickich  stowarzyszeń  i
fundacji świeckich, które pozwalają młodym ludziom z powołaniem się realizować, że my
już jesteśmy gatunkiem wymierającym. I o te powołania modlimy się ciągle, bo za chwilę
my będziemy stare, a klasztor trzeba utrzymywać.

W XVI wieku było gorzej

Siostra  Borkowska  ma  zakonnicom  dodawać  otuchy.  Zapewniać,  że  to  jeszcze  nie

koniec  życia  klasztornego  w  Staniątkach.  Że  –  jak  pokazuje  historia  Kościoła  –  w
zakonach są okresy załamania powołań, po których przychodzą znowu fale nowicjuszek. I
że  nie  jest  jeszcze  tak  źle  jak  w  XVI  wieku,  gdy  na  całym  Pomorzu  i  Kujawach  było

background image

ledwie  kilkanaście  zakonnic,  albo  w  XVIII  wieku,  gdy  na  Zachodzie  szalała  rewolucja
francuska.

Wszystko po to, by staniąteckie benedyktynki uwierzyły, że ich klasztor może jeszcze

stanąć na nogi, tak jak zakon benedyktynów w nieodległym Tyńcu.

–  Staniątkom  potrzebny  jest  poważny  biznesplan.  Określenie  targetu.  Precyzyjne

pociągnięcia  finansowe.  I  ogromne  pieniądze  na  inwestycje.  Na  szczęście  staniąteckie
zakonnice  mają  wolę  walki  i  nie  boją  się  zmian,  otwierania  klasztoru  –  mówi  ojciec
Bernard Sawicki, opat z Tyńca.

Dodaje  jednak,  że  w  innych  zakonach  żeńskich  nie  jest  dobrze.  –  Gdy  chcieliśmy

pomagać,  uruchamiać  jakąś  produkcję  lub  warsztaty,  słyszeliśmy  wielokrotnie,  że  siostry
wolą umrzeć z głodu, niż coś zmienić – twierdzi.

Dla  niego  symbolem  zmian  i  pierwszym  symptomem  odradzania  się  zakonu  jest

temperatura  w  kościele.  Ludzie  chcą  mieć  minimum  20  stopni  w  zimie.  Na  razie  w
staniąteckim  kościele  wieje  chłodem.  W  klasztorze  jest  już  lepiej.  Pod  koniec  zimy  w
celach było już plus 18 stopni.

*Klauzura zakonna

Klauzura  to  część  klasztoru,  do  której  wstęp  mają  wyłącznie  członkinie  wspólnoty

zakonnej. W Polsce w żeńskich zakonach kontemplacyjnych jest około 1500 sióstr. Należą
do 16 rodzin zakonnych, które łącznie mają 85 klasztorów. Zakonnice są odgrodzone od
świata  murami,  a  z  klasztoru  nie  wychodzą,  chyba  że  wymagają  tego  nadzwyczajne
okoliczności.

Takie  zasady  wprowadził  w  1298  roku  papież  Bonifacy  VIII,  zakazując  mniszkom

wychodzenia z klasztoru z wyjątkiem sytuacji zagrożenia życia lub ciężkiej choroby.

**Zróbmy tu sobie odpoczynek

Na skraju Puszczy Niepołomickiej powstał w 1216 roku pierwszy na ziemiach polskich

klasztor sióstr benedyktynek. Podanie głosi, że św. Wojciech – będący Czechem – jadąc
w roku 995 z Węgier do Krakowa, zatrzymał się w tym miejscu i powiedział: „Udielame
tady  staniatku”,  to  znaczy:  „Zróbmy  tu  sobie  odpoczynek”.  Na  pamiątkę  pobytu  św.
Wojciecha  nazwano  miejscowość  Staniatky,  a  z  czasem  spolszczono  na  Staniątki.
Pierwszą ksenią, czyli przełożoną klasztoru, została Wizenna, córka fundatora klasztoru i
kościoła pw. św. Wojciecha, kasztelana krakowskiego Klemensa z Ruszczy. W Staniątkach
modliła  się  przyjaciółka  Wizenny  –  bł.  Kinga,  jej  wychowanka  –  bł.  Salomea,  oraz
Bolesław  Wstydliwy.  Kościół  odwiedziła  królowa  Jadwiga,  Władysław  Jagiełło,  idąc  na
wojnę z Krzyżakami i wracając po zwycięstwie pod Grunwaldem. Modlił się tu również
Zygmunt Stary, Jan III Sobieski, konfederaci barscy i polscy powstańcy.

Kontakt:  Opactwo  św.  Wojciecha  ss.  Benedyktynek,  32-005  Niepołomice,  Staniątki  299,  tel.  12

281  80  58,  e-mail:  staniatki@benedyktynki.org,  www.benedyktynki.org,  matka  Stefania  Polkowska:
507 677 825

background image

(Tekst ukazał się w „Dużym Formacie” nr 98, 26.04.2012)

background image

Klaudia wychodzi z klasztoru

KATARZYNA BONI

Mama trochę żałuje, że już nie ma świętej w rodzinie. A ojciec mruknął: „19 lat służyła Bogu

i wystarczy”

Klaudia z karmelu

5.20. Budzi mnie dźwięk drewnianej kołatki. Mam niewiele czasu na poranną toaletę,

razem ze mną w łazience jest dziesięć sióstr. Młodsze biorą prysznic codziennie, starsze –
raz na tydzień. Włosy i ciało myję szarym mydłem. Mówią, że nasze życie ma być proste i
oszczędne.  Szarym  mydłem  czyścimy  podłogi  i  pierzemy  habity.  5.50  schodzimy  do
kaplicy  na  jutrznię.  Najpierw  modlimy  się  wspólnie,  potem  godzinę  w  ciszy.  Msza.
Kwadrans dziękczynienia. Na koniec każda klęka przed przeoryszą, która robi jej na czole
znak krzyża. Na śniadanie jemy kanapki z masłem albo margaryną. Czasem z serem, jeśli
to akurat nie jest postny dzień. Od niedawna w niedzielę i święta pijemy kawę w kubku.
Mieloną, zaparzaną w garnuszku. W dni powszednie jest esencja herbaciana. Cytrynka to
rarytas!

Pościmy często – od września do Wielkiej Nocy w każdą środę, piątek i sobotę. Albo

kiedy  przeorysza  zarządzi  post  ścisły,  żeby  rozwiązać  problemy  klasztoru.  Skutkuje.  Od
razu  siostrom  przechodzi  ochota  do  kłótni.  Po  śniadaniu  czas  na  pracę.  Sprzątanie,
pielenie grządek w ogrodzie, zmywanie, prasowanie habitów, szycie ornatów. Taki ornat
– z ręcznie haftowanym św. Albertem – mogę i pół roku robić. Podczas pracy, w ogóle
przez  cały  dzień  z  wyjątkiem  rekreacji,  nie  rozmawiamy.  Chyba  że  jest  to  konieczne.
Zostawiamy  sobie  karteczki  na  pociętych  kopertach,  na  kawałkach  papierowych
opakowań:  „Siostro,  jutro  mam  wizytę  u  lekarza.  Bardzo  Cię  proszę,  przyszykuj  mi  mój
najnowszy  habit  i  ciepły  sweter”.  Albo:  „Siostro,  przepraszam  za  tę  kłótnię  w  kuchni.
Wybacz”. Przy telefonie leżą ładniejsze kartoniki – czyste i równo przycięte. Zapisujemy
na  nich  prośby  o  modlitwę,  z  którymi  ludzie  dzwonią  do  klasztoru.  Wieszamy  na
korkowej tablicy przy wejściu do kościoła. Jak była katastrofa smoleńska, to dowiedziała
się  o  niej  tylko  siostra  dyżurna  i  przeorysza.  Nie  odrywały  nas  od  pracy.  Powiesiły
karteczkę z listą ofiar. Wiedziałyśmy, co do nas należy.

Na  obiad  wszystkie  musimy  stawić  się  punktualnie.  Kto  się  spóźni,  klęka  w  progu  i

czeka  na  pozwolenie  przeoryszy,  żeby  dołączyć  do  reszty.  Czasem  przeorysza  nie  widzi,
czasem jest zajęta nakładaniem sobie porcji. Podczas jedzenia jedna z sióstr czyta na głos
wybrane artykuły z „Gościa Niedzielnego” lub książkę z klasztornej biblioteki. Nie jemy

background image

mięsa, tylko krokieciki z soczewicą, naleśniki, pierogi, pieczoną dynię z własnego ogrodu.

Dwa  razy  dziennie  mamy  rekreację.  To  czas  na  wspólną  rozmowę.  W  wiklinowych

koszykach  przynosimy  ręczne  prace.  Siadamy  w  kółku.  Cerujemy  habity,  fastrygujemy
płaszcze, zaszywamy dziury w tunikach, prasujemy welony, obieramy ziemniaki, pleciemy
różańce ze sznurka, na krosnach haftujemy sztandary. Nigdy nie siedzimy bezczynnie.

– Siostry, pralka źle działa…

– Siostry, w dzisiejszym tekście z „Gościa Niedzielnego”…

– Dzwoniła do mnie matka. Powiedziała, że…

– Bóg obdarował mnie dzisiaj…

– Siostry, w ogrodzie widziałam wiewiórkę…

Jeśli  chcemy  porozmawiać  we  dwie,  prosimy  o  zgodę  przeoryszę.  Raz  na  dwa

tygodnie, a w Wielkim Poście i Adwencie rzadziej, możemy rozmawiać przez cały dzień
podczas wielkich rekreacji. Wtedy z siostrą Moniką mogę mówić o uczuciach, o duszy, o
małych radościach i smutkach. O radzeniu sobie z cierpieniem i o moich pragnieniach.

Po rekreacji mamy pół godziny dla siebie. Jeśli nie gonią mnie obowiązki, lubię wyjść

do  klauzurowego  ogrodu.  Dwa  hektary  zieleni  otoczone  wysokim  murem.  W  murze
furtka, która prowadzi do ogrodzonego pasa ziemi z widokiem na łany zboża. Klasztoru
nie widać. Nazwałyśmy to miejsce „końcem świata”.

Po  południu  czeka  nas  jeszcze  godzina  czytania  duchowego  pism  naszych  świętych

rodziców, reformatorów zakonu – św. Teresy z Ávila i św. Jana od Krzyża. Potem godzina
modlitwy w ciszy. Uczymy się skupienia. Przed kolacją – wspólny śpiew. Na kolację jemy
resztki z obiadu. I jeszcze godzina czytania Biblii lub Ojców Kościoła.

Po  wieczornych  modlitwach  dostajemy  krzyżyk  na  czole  i  idziemy  spać.  Światło

gaśnie najpóźniej o 22.

Agnieszka z Malinowej Doliny

Budzę się chwilę przed siódmą, zanim zadzwoni budzik. Czasem jeszcze leżę w łóżku,

czasem wstaję od razu, czasem pójdę do kościoła. Śniadanie jem zawsze ciepłe – kaszkę
mannę,  kornfleksy.  Koło  dziesiątej  muszę  być  w  pracy  –  pomagam  w  księgarni.  Ludzie
zwracają na mnie uwagę, bo jestem najmłodsza. I nowa. Jeden pan przyszedł po książkę
dla dziecka i tak się zagadał, że w końcu sam kupił coś dla siebie. Inny za każdym razem
podchodzi  i  pyta,  ile  kosztuje  seria  szwedzkich  kryminałów  –  i  tak  się  patrzy  i  patrzy  w
moje oczy.

Mam  jedną  półgodzinną  przerwę,  jem  kanapki  przygotowane  w  domu.  Kiedy

pracowałam w hali przy hafcie maszynowym, to cały dzień potrafiłam nie jeść. Aż się raz
zapytali:

– Agnieszka, ty coś jadłaś?

– Nie.

background image

– Dlaczego?

– Bo nikt mi nie powiedział, że mogę.

Teraz już wiem.

Obiad?  Mielone  wrzucam  po  prostu  na  patelnię,  nie  bawię  się  w  formowanie

pulpecików. I tak tylko ja to widzę. Na popołudnia nic nie planuję. To właśnie jest fajne.
Nic nie muszę. Czasem wyjdę ze znajomymi. Pójdę na mszę. Poczytam książkę. Coelho,
Kalicińską,  C.S.  Lewisa.  Pomodlę  się  w  ciszy  pół  godziny.  Łapię  się  na  tym,  że
popołudniami nie zapalam światła. Nawet nie zauważam, kiedy zapada zmrok. Ciemność
mi  nie  przeszkadza.  W  weekend  odwiedzam  rodziców  w  Malinowej  Dolinie.  Mają
kawałek  pola  pod  lasem  zarośnięty  malinami.  Razem  z  siostrami  wystawiałyśmy  tam
„Królewnę Śnieżkę”. Dzisiaj starsza mieszka na Litwie, należy do Opus Dei. A młodsza, z
czwórką  dzieci,  ma  dom  niedaleko  rodziców.  Jeden  brat  z  żoną  we  Włoszech.  Drugi,
Pawełek,  ma  22  lata  i  downa.  Kiedy  przyjeżdżam,  mama  mówi:  –  Czemu  w  spodniach
chodzisz?! Mężczyznom podobają się spódnice!

Ma na mnie plan – wydać jak najszybciej za mąż. A ja mam ochotę jej na przekór w

dżinsach przyjechać. Straszną indywidualistką się zrobiłam. Czasem w myślach mówię do
siebie: „Klaudio! To nie wypada”. I kiedy dzwonię do kogoś, to za każdym razem muszę
sobie przypominać, żeby nie powiedzieć do słuchawki „szczęść Boże”, tylko „cześć”.

Klaudia z karmelu

Klaudia  ma  okrągłą  twarz.  Wszystkie  siostry  zakonne  mają  okrągłą  twarz.  To  przez

tokę.  Biały  len  przykrywa  włosy,  zasłania  czoło  i  szyję.  Na  toce  czarny  welon.  Okrągłe
grube okulary z drucianymi oprawkami. Duży pieprzyk na lewym policzku. Krzywe zęby.
Innych znaków szczególnych brak. Od czubka głowy po kostki dokładnie zakrywa ją habit
–  na  wierzchu  biała  peleryna.  Potem  szkaplerz  –  pasy  materiału  zwisające  z  ramion.
Brązowa suknia przewiązana w pasie. Pod spodem spódnica i bluzka. Niektóre zakonnice
ciągle noszą długie tuniki. W zimie i w lecie – sandały. Te zimowe są trochę większe, żeby
mogły zmieścić się w nich grube rajstopy i skarpety.

Agnieszka z Malinowej Doliny

Agnieszka  ma  szczupłą  twarz.  Mały  nos,  wystające  kości  policzkowe,  pełne  usta.

Ogromne  oczy  –  raz  niebieskie,  raz  brązowe.  Długie  rzęsy.  Włosy  do  uszu,  niesforne.
Miała  krótkie  i  siwe,  pofarbowała  na  ciemne.  Na  fotelu  u  fryzjera  pomyślała,  że  się
rozpłacze, kiedy zobaczyła te mokre strąki wokół wychudzonej twarzy. Więc zmieniła na
blond.  Z  uśmiechem  przebiega  palcami  po  włosach.  Jest  wysoka.  Szczupła.  W  wąskich
dżinsach  i  niebieskim  swetrze  z  luźno  układającym  się  golfem.  Jeden  pierścionek,  który
wygląda jak obrączka. Bladozielone kapcie. Aparat na zębach. Ani śladu pieprzyka.

Jak Agnieszka stała się Klaudią

To były wakacje po pierwszym roku studiów. Chciałam uczyć plastyki. Pojechałam na

pięciodniowe  rekolekcje  ignacjańskie.  Z  okna  na  piętrze  widziałam  morze.  Na  spacery
chodziłam  do  lasu.  Pierwszego  dnia  mówiliśmy  o  obecności  Boga  w  świecie.  Drugiego

background image

dnia  o  władzy  Boga  nad  światem.  Trzeciego  o  Jego  wielkiej  miłości.  Wróciłam  do  celi.
Nagle  poczułam  obezwładniającą  miłość.  Usiadłam  i  rozpłakałam  się.  To  było  takie
bliskie,  namacalne.  On,  taki  dobry,  jedyny  mnie  kocha.  Jak  miałabym  Mu  nie  oddać
życia?

Wróciłam na studia. Ale od razu zaczęłam szukać klasztoru. Byłam świeżo po lekturze

pism św. Teresy z Lisieux. Wiedziałam, że chcę klauzury. Minimalny kontakt ze światem
zewnętrznym. Życie w milczeniu na modlitwie. Zamieniłam soczewki na okulary. Nie dla
mnie  były  próżności  tego  świata.  Niedaleko  miasta,  w  którym  studiowałam,  w  małej
wiosce  stał  karmel.  Niezbyt  ładny  budynek  z  czasów  PRL:  długie  wąskie  okna,
chropowate  beżowe  ściany,  kamienne  korytarze,  drewniane  posadzki  w  celach,  żeby
można  było  klęczeć.  Pojechałam  i  zapytałam  siostry  furtianki,  czy  prowadzą  nowicjat.
Usłyszałam: – Chcesz wstąpić?

Jeszcze tego dnia spotkałam się z przeoryszą. Przyjeżdżałam przez pół roku co tydzień.

Poznawałam  w  rozmównicy  siostry,  chodziłam  do  kościoła  słuchać  ich  śpiewów,  kiedy
stały zasłonięte na chórze.

Siostry  powiedziały,  że  najpierw  muszę  skończyć  studia,  ale  przeorysza  dała  mi  do

zrozumienia, że jeśli wystąpię z oficjalnym podaniem, zbierze się kapituła i odbędzie się
głosowanie.  Mam  szansę.  Napisałam  podanie.  I  list  do  rodziców.  Kiedy  mnie  przyjęto,
zadzwoniłam do domu. Powiedzieli tylko: „Musisz na tydzień przyjechać do Malinowej
Doliny”. Mama była zachwycona, że będzie miała świętą w rodzinie. Ojciec mruknął:

– Szkoda, że nie do czynnego. Nie będziemy mogli się tobą chwalić.

W  zimowy  dzień  wstaliśmy  wcześnie  rano.  Trawa  wokół  domu  była  zmrożona

szronem. Zza horyzontu wstawało słońce – wielka różowa kula. Miałam 20 lat i krajało mi
się  serce.  Uwielbiałam  to  miejsce:  leśne  powietrze,  drzewa,  strumienie,  malinowy
chruśniak.  Wsiadłam  do  samochodu  z  ojcem,  jakbyśmy  wyjeżdżali  razem  na  jedną  z
naszych  wycieczek  po  Europie  –  do  Szwecji,  do  Niemiec,  do  Włoch.  Tylko  tym  razem
zawiózł mnie na zawsze do klasztoru w małej wiosce.

Klaudia z karmelu

To,  co  uderzyło  mnie  od  razu,  to  brak  ozdób.  Żadnych  firanek,  obrusów,  serwetek,

obrazów.  Cela  dwa  metry  na  trzy.  Łóżko  i  szafka.  Cicho.  I  ciemno.  Cały  czas  strasznie
ciemno.  Korytarze  były  rozświetlone  takimi  maleńkimi  żarówkami,  które  nie  dawały
światła, tylko zarysowywały kontury. Do tego zimno. Tuniki noszone pod habitami miały
luźne rękawy, przez które do ciała dostawał się wiatr. Spinałyśmy je agrafkami.

Już  od  pierwszych  dni  w  klasztorze  moje  ciało  wysyłało  sygnały,  że  coś  jest  nie  w

porządku.  Źle  znosiłam  post.  Miałam  krwotoki  z  nosa.  Chudłam.  Czułam  się  słaba.
Zacisnęłam  zęby.  Po  pół  roku  przeszłam  do  nowicjatu.  Robiłam  wszystko,  o  co  siostry
mnie  poprosiły.  Przecież  służyłam  Bogu.  Im  trudniej,  tym  lepiej.  Powiedziałam  sobie:
„Skoro  Bóg  tego  chce  –  niech  tak  będzie.  Po  prostu  umrę”.  Przyspieszyłam  śluby
wieczyste.  W  2000  roku  założono  mi  wianek  z  białych  róż  na  głowę.  Ślubowałam  Panu
czystość, ubóstwo i posłuszeństwo.

background image

Ślub  z  Bogiem  oglądała  moja  rodzina.  Ucztowali  przy  długim  stole  w  rozmównicy.

Prosty pokój, duża dziura w ścianie, a w niej podwójne kraty. Raz na jakiś czas stawałam
po drugiej stronie zamienić dwa słowa z zaproszonymi gośćmi. Świeccy nie mają wstępu
do wnętrza klasztoru.

Sensem  wspólnot  klauzurowych  jest  odcięcie  od  świata,  które  sprzyja  modlitwie  i

ofiarnemu życiu. Siostry swoim czasem służą Bogu, dlatego o niczym nie decydują same.
Prezenty od rodziny oddają matce przełożonej – ona rozda je według własnego uznania.
Do ogrodu poza godzinami pracy wychodzą za pozwoleniem. Kiedy pracownik wiesza w
pokoju półkę, nie można go poprosić o naprawienie klamki. Trzeba pójść do przeoryszy i
uzyskać  zgodę.  Ze  zgodą  idzie  się  do  siostry  kołowej  –  dyżurnej,  która  odpowiada  za
kontakt  z  pracownikami  –  i  prosi  się  ją  o  przekazanie  informacji  o  klamce.  Za  to  Bóg
spełnia  zachcianki  sióstr,  nawet  te  próżne.  Podejrzałam  u  innej  siostry  bezzapachowy
dezodorant.  Pomodliłam  się  o  taki  sam,  ale  nie  śmiałam  głośno  prosić.  Na  następne
widzenie za podwójnymi kratami mama przywiozła bezzapachowy dezodorant:

– Pomyślałam sobie, że ci się przyda.

I  jak  tu  nie  wierzyć,  że  modlitwy  są  spełniane?  Zwłaszcza  że  mój  Oblubieniec

obdarowywał  mnie  częściej.  Zapragnęłam  kieszonkowego  lusterka,  żeby  móc  czasem
zobaczyć swoją twarz. Przeorysza przydzieliła mnie do sprzątania piwnicy. Wśród gratów
znalazłam  popękane  lusterko.  Pozwolono  mi  je  zatrzymać.  Oprócz  tego  miałam  własną
gąbkę  i  szczotkę  do  zębów.  Do  włosów  nie  potrzebowałam  –  wszystkie  siostry  miały
krótko ostrzyżone głowy.

Osiem  miesięcy  po  złożeniu  ślubów  wieczystych  pojechałam  wspomagać  karmel  w

Betlejem.  Żar  leje  się  z  nieba,  naokoło  pustynia,  uczę  się  francuskiego,  na  dachu  obok
snajperzy pilnują posesji Arafata, codziennie słychać strzały. Jak można żyć bez drzew, w
takim upale, w takim napięciu? Nie dziwię się, że Bóg objawił się w tym miejscu. Ci ludzie
naprawdę tego potrzebowali. Rozchorowałam się. Nie mogłam podnieść się z łóżka, nie
mogłam  otworzyć  oczu.  Siostry  zaprowadziły  mnie  do  lekarza:  mówię  po  polsku,  druga
siostra tłumaczy to na francuski, trzecia siostra na angielski. Angielski rozumie lekarz Arab
i przepisuje lekarstwa uspokajające. Na depresję! Zamiast dać mi antydepresanty! Doszło
do tego, że nic nie mogłam przełknąć. Przez kilkanaście dni nie jadłam.

Znalazł się lekarz Polak. Wysłuchał i odesłał mnie do Polski. Od samego powietrza mi

się poprawiło. Półtora roku chodziłam na terapię, mieszkając w innym karmelu, ale potem
wróciłam do siebie. Człowiek nie umiera tak łatwo. Tego się nauczyłam.

I zostałam mistrzynią nowicjatu i podprzeoryszą. Na wierzchu wszystko w porządku –

uśmiech zza grubych szkieł, pogodna twarz. Nikomu nie odmawiam – zawsze pomocna,
chętnie zastąpię w obowiązkach. A w środku rozpacz. Kiedy drugi raz wybrano mnie na
podprzeoryszę,  odmówiłam.  Kapituła  odrzuciła  odmowę.  Igły  nie  mogłam  utrzymać
podczas  haftowania.  Lekarz  powiedział,  że  wyniki  krwi  są  prawidłowe.  Diagnoza:
depresja. Wypisał mi receptę na psychotropy.

Poszłam do przeoryszy i powiedziałam:

background image

– Czcigodna matko, proszę o zwolnienie mnie z obowiązków. Proszę o wysłanie mnie

do karmelu, gdzie jest blisko ksiądz terapeuta. Inaczej albo coś sobie zrobię, albo ucieknę.
Przecież nie będę do końca życia na psychotropach.

Jak Klaudia stała się Agnieszką

Na jednej z sesji ksiądz pyta: – Co dzisiaj się działo?

– Wszystko w porządku.

– To czemu płaczesz? Ktoś ci zrobił krzywdę?

– Nie.

– Ktoś coś powiedział?

– Nie.

– Dowiedziałaś się czegoś o rodzinie?

– Nie.

– To ty żyjesz czy umierasz?

A  mnie  tylko  płyną  łzy.  Ksiądz  nie  zwraca  na  nie  uwagi  i  mówi  ostrym  głosem:  –

Sama musisz zdecydować, jak zmienić tę sytuację. Nikt nie zrobi tego za ciebie.

Myśl o tym, że mogłabym w ogóle rozważyć wyjście z klasztoru, zwaliła mnie z nóg.

Kiedy 19 lat temu przekroczyłam progi karmelu, to z ostateczną decyzją pozostania w nim
z  Nim  na  całe  życie.  Nawet  w  trakcie  nowicjatu,  który  pozwala  się  przekonać,  czy  to
klasztorne życie jest dla nas, nie brałam takiej opcji pod uwagę. A teraz obracałam tę myśl
w głowie. Przyglądałam się jej.

Wysłałam  podanie  do  kongregacji  z  prośbą  o  eksklaustrację  –  roczne  zwolnienie  z

życia w klauzurze. Choć papiery miały przyjść dopiero w kwietniu, kuria wyraziła zgodę,
żebym wyszła z karmelu już w styczniu. Po jednej z wizyt u mojego terapeuty poszłam do
sklepu  i  kupiłam  brązowe  cienie  do  powiek.  Dostałam  zgodę  od  przeoryszy  klasztoru,  w
którym akurat przebywałam, na szukanie w internecie mieszkania.

Pierwszy  raz  po  świecku  wyszłam  z  karmelu  w  tajemnicy.  Nikt  nie  chciał  wynająć

mieszkania  przez  maila.  Musiałam  wybrać  się  do  miasta  i  obejrzeć  trzy  kawalerki.
Zapakowałam  spódnicę  w  torbę,  siostrom  powiedziałam,  że  idę  załatwić  prywatne
sprawunki, i u świeckiej znajomej zdjęłam habit. Stanęłam przed lustrem. Wychudzona. Z
zapadniętymi  policzkami.  Przejechałam  dłonią  przez  króciusieńkie  włosy.  Nie  poznałam
siebie.  W  autobusie  czułam  się  naga.  Cały  czas  chciałam  dotknąć  toki,  ale  trafiałam  na
skórę. Nic mnie nie osłaniało. Ale kiedy wysiadłam, wiatr zaplątał mi się we włosy. Bawił
się nimi. Czy to jest wolność?

W  dniu,  w  którym  wychodziłam  oficjalnie,  założyłam  ciepłą  kurtkę  i  spódnicę  w

kolorową kratkę, którą sama uszyłam. Już na furcie umalowałam się brązowym cieniem,
kredką i pudrem. Przeorysza przywołała mnie z powrotem, żeby zobaczyć, jak wyglądam.
Kiwnęła z aprobatą głową. Do mieszkania podwiózł mnie znajomy mojego terapeuty. Nie

background image

wiedział,  że  właśnie  wyszłam  z  klasztoru  po  19  latach.  Całą  drogę  wypytywałam  go  o
pracę, o żonę, o dzieci, byleby on nie zadał mi pytania. W wynajętej kawalerce usiadłam
wśród poduch, kołder, paczek z solą, ryżem i mąką, słoików z miodem i konfiturami, które
dostałam od sióstr na drogę.

– To jest to. Teraz się zacznie.

Tego  dnia  nie  wyszłam  z  domu.  Za  dużo  rzeczy  działo  się  naokoło  mnie.  Mogłam

przewietrzyć  pokój  wtedy,  kiedy  chciałam.  Mogłam  zjeść  ciepłą  kaszkę  o  tej  godzinie,  o
której chciałam. Mogłam brać prysznic tak długo, jak chciałam.

Agnieszka z Malinowej Doliny

Nieznane słowa sprawdzam w internecie. Clipart. Zapierdalać. Zajebiście. Cieszę się

z  komórek  –  teraz  wszyscy  są  pod  ręką.  Ale  klasztor  siedzi  we  mnie  głęboko.  W  pracy
chciałam  poprosić  robotników  o  pomoc  w  przeniesieniu  pudła.  Poszłam  do  szefa  sali:  –
Czy mogę tych panów, którzy naprawiają coś na hali, poprosić o pomoc? Pudło jest dla
mnie za ciężkie. – Możesz.

Poszłam do kierownika zmiany. – Szef mówi, że mogę poprosić tych panów o pomoc.

Czy powiesz im, żeby przenieśli pudło? – Przecież sama możesz im to powiedzieć.

Kolejne olśnienie.

W sklepie chciałam kupić spódnicę. Sprzedawczyni pyta o rozmiar. Jedyny, jaki znam,

to rozmiar buta – był napisany na podeszwie. Patrzy na mnie, wyciąga coś z wieszaka. –
Ta będzie dobra? – Tak. – Nie chce pani przymierzyć? – Nie.

Nie wiedziałam, gdzie są przymierzalnie. Czy za to się płaci?

Spódnica była za duża. Ale uwielbiam chodzić po galeriach. Patrzeć na wystawy. Te

manekiny  są  takie  estetyczne  –  wszystko  pod  kolor,  ładnie  udrapowane.  Siostry  nie
zwracały uwagi na to, jak wyglądają. Przekrzywiony welon, pryszcz na nosie, poplamiona
toka.  Habity  pocerowane,  z  łatami.  Źle  dopasowane.  A  tu  na  zewnątrz  wszystko  takie
czyste  i  schludne.  I  bogate  –  tyle  rzeczy  w  sklepach.  Chciałam  kupić  sobie  szampon.
Patrzę,  a  tu  pełna  półka!  Jak  ja  się  ucieszyłam!  Wzięłam  najładniejsze  opakowanie  –
ciemnoniebieskie. Kilka dni później kupiłam sobie kolejny. I kolejny. Do dzisiaj zużywam
kupione wtedy szampony.

Założyłam  konto  w  banku  –  obsługa  zrobiła  to  za  mnie.  Kłopoty  zaczęły  się,  kiedy

chciałam użyć wpłatomatu. Pytam pana, który stał obok:

– Jak tego się używa?

– Tak samo jak bankomatu.

– Ale ja nie wiem, jak się używa bankomatu.

– Tak samo jak biletomatu.

– Ale ja…

background image

Szybko  mi  coś  pokazał,  nic  nie  zrozumiałam.  Kuzynka  musiała  mi  to  powoli

wytłumaczyć.  Do  autobusów  też  uczyłam  się  wsiadać.  Nie  wiedziałam,  że  teraz  przycisk
otwiera drzwi. Stałam jak ta głupia.

Sióstr  nie  odwiedzam.  Raz  tylko,  kiedy  musiałam  podpisać  zgodę  na  eksklaustrację.

Miały łzy w oczach. Niedobrze się tam czuję.

Mama  trochę  żałuje,  że  już  nie  ma  świętej  w  rodzinie.  A  ojciec  mruknął:  „19  lat

służyła  Bogu  i  wystarczy”.  Ale  ja  nadal  służę  Bogu.  Wierzę,  że  ma  dla  mnie  jakiś  plan.
Tylko prowadzi mnie do niego krętą drogą. Przez te osiem miesięcy przeżyłam osiem lat.
Trzy  razy  zmieniałam  pracę.  Trzy  razy  przeprowadzałam  się  z  miasta  do  miasta.  Nawet
nieszczęśliwą miłość mam za sobą. Długo pisaliśmy do siebie maile, wydawało się, że się
świetnie  rozumiemy.  Ale  kiedy  się  spotkaliśmy,  rozmowa  nam  nie  wyszła.  Raz,  drugi,
trzeci. O czym można rozmawiać z kobietą – to wiem. Ale z facetem? Nie mam pojęcia.
Kupiłam sobie książkę „Gorąca Wenus i zimny Mars”. Może to pomoże. Na razie widzę,
że  oni  zawsze  są  tacy  konkretni.  Ale  co  myślą,  nie  wiem.  Raz  założyłam  buty  na
niewielkim obcasie. Miałam do tego spódnicę, nie taką do kostek, i idę. Ojejku, jakie to
trudne! A na rogu stoi grupka mężczyzn i jak się za mną odwracają, jak się gapią! A ja nie
wiem, czy to dlatego, że im się tak spodobałam, czy tak chwiejnie szłam.

Po  cichu  marzę,  że  za  rok  obudzę  się  u  boku  ukochanego  mężczyzny  z  obrączką  na

palcu. W naszym domu z ogrodem nieopodal lasu. Z białymi okiennicami, kwiatami na
parapecie,  piaskowymi  –  choć  nie  –  z  pomarańczowymi  zasłonkami.  Dywanami  w
pastelowe wzory, obrusem na drewnianym stole. Pójdę do pracy w księgarni i wrócę nie
za późno. Usiądę w fotelu z książką ściągniętą z regału. Na stoliku przykrytym serwetką z
koronką zrobioną na szydełku postawię kubek kawy. A wieczorem porozmawiam z mężem
o  tym,  jak  wychowamy  nasze  dziecko.  Jedno  wiem.  Pan  Bóg  pisze  prosto  po  krzywych
liniach.

(Tekst ukazał się w „Dużym Formacie” nr 297, 20.12.2012)


Document Outline