background image
background image
background image

Copyright © by AGORA SA 2013

Copyright © by Agnieszka Jucewicz Copyright © by Katarzyna Surmiak-Domańska Copyright © by Katarzyna Klukowska

Copyright © by Leszek K. Talko

PROJEKT

  GRAFICZNY  OKŁADKI:  Urszula  Pągowska  –  Kreacja  Pro,  dyrektor  artystyczny  –  Andrzej  Pągowski

KOREKTA:

 Emilia Niedzielak

ISBN

 978-832-681-450-1

Wydanie

 elektroniczne 2013

Teksty były publikowane w Gazecie Wyborczej i jej dodatkach

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej 

background image

Spis

 treści

Dziecko

 po szwedzku

Wypalen

i

Wmawiamy

 sobie raj

Lekcja

 fińskiego

Biskup

 les

Waliłem 

prosto

 z mos

Fin

 robi talkoo

background image

Dziecko po szwedzku

AGNIESZKA

 JUCEWICZ

Witajcie  w  raju,  dzieci!  Tutaj  wszyscy  bez  względu  na  wiek  są  sobie  równi.  Do

policjanta, nauczyciela, nawet do premiera możecie zwracać się po imieniu.

Tematy tabu? Brak. Seks, depresja, śmierć, nawet robienie kupy – nic, co ludzkie, nie

będzie wam obce.

Płeć? Tutaj to archaizm. Już maluchy wiedzą, że słowo „gender” lepiej brzmi. Oboje

macie takie samo prawo bawić się lalkami, jak kopać piłkę.

Architekci, projektując budynek, uwzględnią waszą perspektywę, a urzędnicy zapytają

o opinię przy modyfikowaniu kodeksu bezpieczeństwa.

Gdziekolwiek  się  wybierzecie,  będzie  widać,  że  świat  o  was  pomyślał.  W  każdej

publicznej  toalecie  jest  przewijak,  w  muzeach  –  parkingi  dla  wózków,  a  w  hotelach  i
urzędach – kącik z zabawkami.

Bicie  dzieci  od  ponad  30  lat  jest  tutaj  przestępstwem.  Podniesiony  głos,  agresywna

postawa – to powód do społecznego napiętnowania. Kiedy dorośli będą chcieli wam coś
powiedzieć, powinni ukucnąć.

Ten

 raj wcale nie jest daleko. Wystarczy przepłynąć promem Bałtyk.

Matematyka

 dla początkujących

W Szwecji żyje 9,5 mln ludzi, z tego 2 mln to dzieci w wieku 0–17 lat.

W  2011  roku  rząd  szwedzki  wydał  70  mld  koron  na  politykę  rodzinną  –  na  urlopy

rodzicielskie, zasiłki chorobowe, rozmaite dodatki na dzieci, bonusy równościowe i inne.

Większość Szwedów ze zrozumieniem płaci astronomiczne podatki, bo wiedzą, czego

mogą  spodziewać  się  w  zamian.  Instytucje  publiczne  cieszą  się  ogromnym  zaufaniem  –
Szwedzi wierzą, że ich pieniądze zostaną dobrze spożytkowane.

Budżet rodzinny

Ulrika ma 35 lat, trzy miesiące temu urodziła pierwsze dziecko. Ponieważ pracowała,

jej i jej partnerowi należy się w sumie 480 dni płatnego urlopu rodzicielskiego (390 dni w
wysokości  80  proc.  jej  pensji,  czyli  około  500  koron  dziennie,  pozostałe  90  dni  –  na
poziomie podstawowym, czyli 180 koron dziennie).

Ojciec dziecka musi wykorzystać co najmniej dwa miesiące urlopu, inaczej te dni mu

przepadną.

background image

Coraz  więcej  par  decyduje  się  dzielić  urlopem  rodzicielskim  równo,  po  siedem

miesięcy, najpierw matka, potem ojciec. Ulrika i jej partner dostaną za takie rozwiązanie
od państwa dodatkowo 13,5 tys. koron.

To nagroda za równy podział obowiązków.

Jak wszyscy rodzice w Szwecji (nawet rodzina królewska) otrzymają też „dodatek na

dziecko” – 1050 koron miesięcznie, do czasu aż ich córka skończy 16 lat.

Jeśli zdecydują się na drugie dziecko, dostaną dodatek „dla rodziny wielodzietnej”. A

przy trójce na ich konto co miesiąc wpłynie w sumie 3750 koron.

Kiedy Ulrika wróci do pracy, będzie mogła przejść na 70, 80 albo 90 proc. etatu do

czasu, kiedy córka skończy 12 lat. Większość Szwedek pracuje na niepełnym etacie, póki
dzieci nie pójdą do szkoły.

Szwedka przeciętnie rodzi 1,94 dziecka (piąte miejsce w Europie). Polki mają po 1,4

dziecka  (24.  miejsce).  Ponad  80  proc.  szwedzkich  matek  pracuje  (czwarte  miejsce  w
Europie). Aktywność zawodowa Polek to niewiele ponad 50 proc.

Roger  Mörtvik  z  Konfederacji  Związków  Zawodowych  Pracowników  Umysłowych

(TCO),  która  zrzesza  kilkanaście  związków  zawodowych:  –  Im  bardziej  kobietom
umożliwia się łączenie wychowywania dzieci z pracą (co jest jednoznaczne z włączeniem
mężczyzn w opiekę nad dziećmi), tym chętniej decydują się na kolejne.

Równi i równiejsi

Siedzimy w Baby Revolution Café w Kungsholmen – modnej dzielnicy Sztokholmu.

To  raj  dla  rodziców  na  wychowawczym.  Parter  zajmuje  przestronny  sklep,  w  którym
można kupić rzeczy pierwszej potrzeby – śpiochy z ekologicznego bambusa, ekopieluchy,
sztućce  z  nietoksycznego  materiału  i  smoczki  z  kauczuku.  Jest  duży  wybór  śpiworków  z
„oddychającej”  tkaniny  i  paleta  kombinezonów  (1,5  tys.  koron  za  sztukę).  W  piwnicy
mieści  się  kawiarenka  (z  żywnością  bio  i  kawą  fair  trade).  Co  nie  dziwi  –  podobno
szwedzkie dzieci szybciej uczą się segregować śmieci, niż chodzić.

Jest też salka, w której odbywają się zajęcia z jogi dla ciężarnych, „baby-salsa” i pilates

z niemowlęciem. Jest kącik z zabawkami dla dzieci i duża, wygodna kanapa.

Siadamy.

Teresa,  36-latka,  pracuje  jako  urzędniczka.  Stefan  ma  39  lat  i  jest  komputerowcem.

Wyglądają  na  o  dziesięć  lat  młodszych.  Ich  syn  Erik  ma  16  miesięcy.  To  ich  pierwsze
dziecko. Trochę się spóźnili, bo średnia krajowa wynosi nieco ponad 30.

– Problemy? Niech pomyślę – Stefan pociąga latte. – Chyba najtrudniejsze było to,

że Erik przez pół roku budził się w nocy po kilkanaście razy. Byliśmy bardzo niewyspani.

– Kłopoty finansowe? Praca?

–  W  sumie  nie  mamy  –  mówi  Teresa.  –  Byłam  z  Erikiem  w  domu  przez  siedem

miesięcy.  Potem  zaczęłam  pracować  raz  w  tygodniu,  wtedy  zajmował  się  nim  mąż.

background image

Stopniowo zwiększałam liczbę godzin pracy. Dzisiaj pracuję trzy razy w tygodniu, a Stefan
– dwa. W styczniu Erik idzie do przedszkola, a my oboje wrócimy do pracy na 80 proc.
etatu, tak żeby móc odbierać Erika o 16.

– Przełożeni nie kręcą nosem?

– Niby dlaczego? Przecież wiedzą, że kiedy pracownikowi rodzi się dziecko, nabiera

nowych kompetencji. Uczy się lepszej organizacji pracy, ustalania priorytetów. Zakładając
rodzinę, udowadnia, że jest odpowiedzialny – tłumaczy Stefan.

– Nie wolelibyście pracować na pełnym etacie i zatrudnić nianię?

Teresa: – Nie ma takiego zwyczaju. Większość dzieci po urlopie rodzicielskim idzie od

razu do przedszkola.

– Babcia, dziadek?

Teresa: – Wszyscy są na emeryturze. Ojciec Stefana jest chory i jego mama się nim

opiekuje. Moja mama ma artretyzm i nie może zajmować się Erikiem. Ale widujemy się z
nimi raz w tygodniu.

Z broszury adresowanej do szefów działów kadr, wydanej przez TCO:

„Kiedy pracownik podzieli się z tobą dobrą nowiną, uczcijcie to wspólnie – herbatą,

ciastem, toastem, czymkolwiek, co uważacie za stosowne do okazji. Świętujcie nie mniej,
jeśli to będzie drugie albo trzecie z rzędu dziecko tegoż pracownika”.

Roger  Mörtvik  z  TCO:  –  Wszelka  dyskryminacja  wobec  rodziców  jest  prawnie

zakazana.  Czy  żyjemy  w  utopii?  Oczywiście,  że  nie.  Kobiety  nadal  zarabiają  mniej  od
mężczyzn. Wciąż większość z nich idzie na urlopy rodzicielskie. Zdarza się też, że kobieta
zostaje zwolniona, kiedy chce wrócić do pracy, albo przesuwa się ją na gorsze stanowisko,
albo  nie  przedłuża  kontraktu,  kiedy  jest  w  ciąży.  I  są  to  nasze  priorytety  w  walce  z
nierównością.

Supertat

a

Są  wszędzie  –  na  ulicy,  w  sklepach,  kawiarniach,  muzeach.  Chodzące  reklamy

ojcostwa. Wysportowani, zadbani, uśmiechnięci – z malutkimi dziećmi na rękach. Lekko
poplamiony markowy T-shirt tylko rozczula.

– To nowy trend? – pytam Stefana.

– E tam, nowy. Mój ojciec 38 lat temu wziął rok urlopu wychowawczego, bo byłem

chorowity.  Był  pionierem,  ale  dzisiaj  to  normalne.  Przynajmniej  w  moim  środowisku.
Gdybym  nie  zajmował  się  dzieckiem  w  równym  stopniu  co  Teresa,  byłbym  jakiś
„dziwny”.

– Co jest najtrudniejsze?

Stefan:  –  Najgorsza  jest  izolacja.  Kiedy  Teresa  urodziła  Erika,  od  razu  trafiła  do

dzielnicowej  przychodni  małego  dziecka,  gdzie  poznała  siedem  innych  matek  dzieci  w
tym  samym  wieku.  Spotykały  się  na  spacery,  na  kawę,  gadały  o  kolkach,  kupkach,  a  jak

background image

przyszła  moja  kolej  –  nie  wiedziałem,  co  ze  sobą  zrobić.  Wtedy  wymyśliłem,  że  będę
chodzić do Domu Kultury. I tam poznałem kilku fajnych ojców.

Kultura

 raczkowania

Dom Kultury (Kulturhuset) to kilkupiętrowy szklany budynek w centrum Sztokholmu.

Jest  finansowany  przez  państwo.  Mieści  bibliotekę  publiczną,  mediatekę,  galerię,  teatr,
sale kinowe i koncertowe. Tutaj na wieczorki literackie przyjeżdżają znani pisarze z całego
świata.  W  zeszłym  roku  byli:  Umberto  Eco,  Jonathan  Franzen  i  Olga  Tokarczuk.
Kulturhuset  to  również  miejsce  pielgrzymek  młodych  rodziców.  Dla  nastolatków  jest
multimedialne  centrum  Kidzone,  dla  najmłodszych  zaaranżowano  tzw.  Rum  för  Barn
(pokój  dla  dzieci).  W  części  dla  niemowlaków  20  rodziców  (dziesięciu  ojców  i  dziesięć
matek) kłębi się wokół dziewczyny, która brzdąka na gitarze znane piosenki.

Ktoś 

karmi

 piersią, ktoś przewija, ktoś próbuje rozmontować barierkę zabezpieczającą,

obficie się przy tym śliniąc.

W  części  dla  kilkulatków  jest  mały  plac  zabaw  wkomponowany  w  bibliotekę.

Wszędzie  książki  –  gumowe,  obrazkowe,  bez  słów,  trójwymiarowe,  te  z  brzydkimi
słowami i cała klasyka szwedzkiej literatury dla dzieci.

Na końcu usadowiła się pracownia malarska dla wszystkich, którzy potrafią utrzymać

się  na  nogach.  Przy  sztalugach  stoją  trzyletni  Pollockowie,  Picassowie  i  Kahlo.  Z
głośników rozbrzmiewa muzyka klasyczna.

Kiedy  dziecko  odkrywa  tajemnice  mieszania  barw,  ojciec  może  zagłębić  się  w

bestseller  –  Martina  Melina  (znanego  szwedzkiego  policjanta,  a  prywatnie  męża  bardzo
znanej  autorki  kryminałów  Camilli  Läckberg)  „Coola  Pappor”.  To  podręcznik  dla  tych,
którzy chcieliby zostać „superojcami”, tylko nie bardzo wiedzą jak. Uwaga! Martin Melin
wygląda lepiej od Ryana Goslinga.

Logistyka

 przedszkolna

Teresa i Stefan zapisali Erika na listę oczekujących do przedszkola, kiedy miał sześć

miesięcy,  typując  kilka  placówek  blisko  domu.  Ale  ze  względu  na  dużą  liczbę  chętnych
zabrakło  dla  nich  miejsc.  Urząd  zaproponował  im  inne  przedszkole,  oddalone  o  kilka
przystanków  metra  (gdyby  tego  nie  zrobił,  mogliby  wnieść  pozew).  Ponieważ  nie  chcą
tracić  czasu  na  dojazdy,  zdecydowali  się  na  opiekunkę,  która  zajmuje  się  trójką  dzieci  u
siebie w mieszkaniu niedaleko od nich.

Ta

 forma opieki będzie ich kosztować dokładnie tyle samo.

W Szwecji nie ma znaczenia, czy to prywatne przedszkole Montessori, czy państwowe

–  czesne  zależy  od  dochodu  rodziców.  Są  tacy,  co  płacą  200  koron  miesięcznie,  na
przykład  studenci.  Maksymalnie  z  portfela  trzeba  wyjąć  1,2  tys.  koron.  Opłata  zawiera
cztery posiłki dziennie, pieluchy i środki pielęgnacyjne.

– Trochę się obawiamy – mówi Teresa – czy Erikowi spodoba się nowe miejsce. Czy

się łatwo zaadaptuje? Na razie chodzimy z nim do opiekunki na godzinę dziennie. Mamy

background image

na to miesiąc. Może za rok przeniesiemy go do przedszkola, żeby miał więcej kolegów.

Z broszury dla szefa kadr:

„Powiedz pracownikowi, że zdajesz sobie sprawę z tego, że przedszkole oznacza katar

i  częste  przeziębienia.  Poinformuj  go,  jakie  są  zasady  dotyczące  brania  zwolnień  (…).
Zaleca  się,  żeby  wszystkie  zebrania  i  spotkania  organizować  między  9  a  16,  tak  żeby
wszyscy mogli w nich uczestniczyć”.

Bez

 skarpetek, bez ciśnienia

Täppan to wzorcowe przedszkole państwowe w południowym Sztokholmie. Działa od

1987 roku, zajmuje parter i podziemie w bloku mieszkalnym.

800  m  kw.,  77  dzieci  w  wieku  od  jednego  do  pięciu  i  pół  roku  w  czterech  grupach

wiekowych.  14  nauczycielek  i  opiekunek.  Kilka  lat  temu  część  nowych  lokatorów
narzekała  na  hałas.  Dyrekcja  zaprosiła  przedstawicieli  wspólnoty.  Na  stół  wjechały
pierniczki i kawa. Podano sobie ręce. Dzisiaj sąsiedzi, zamiast wyrzucać starą kanapę na
śmietnik, najpierw pytają w przedszkolu, czy im się nie przyda.

Jest czwartek, więc pachnie naleśnikami. W czwartki cała Szwecja je naleśniki i zupę z

żółtego  grochu  –  w  stołówkach  w  szkołach,  urzędach  i  innych  instytucjach.  W  Täppan
dzieci  zażyczyły  sobie,  by  naleśniki  jeść  na  drugie  śniadanie,  a  zupę  później.  Życzenie
spełniono.

Część dzieci bawi się na dworze, mimo że wieje wiatr, jest zimno i ciemno. Spędzą tu

dwie, trzy godziny. Grupa trzylatków jak co tydzień wyjechała na cały dzień do lasu – tam
zjedzą  wałówkę.  Jeśli  przemarzną  na  kość,  pójdą  po  południu  do  któregoś  z  licznych
muzeów, które organizują zajęcia dla dzieci.

Ogródek nie zachwyca – górka, gdzie zimą można jeździć na sankach, mały zagajnik

do  siania  kwiatów  i  warzyw,  piaskownica,  zjeżdżalnia  i  domek  do  zabawy.  Nie  ma
huśtawek,  drabinek,  przyrządów  do  wspinania  się  –  ze  względów  bezpieczeństwa.  Ale  i
tak dzieci twierdzą, że to najlepszy plac zabaw w Sztokholmie.

Nad każdym wieszakiem wisi zdjęcie właściciela, w koszyczku – ulubiona przytulanka.

Na  ścianie  –  kolaże  dzieci  z  najważniejszymi  członkami  rodziny.  Na  wielu  jest  tylko
mama, tata i brat.

Każda  z  grup  ma  kilka  sal  do  dyspozycji:  do  zajęć  plastycznych,  do  odpoczynku,

jeszcze  inną  do  organizowania  przedstawień  i  do  zabawy.  Kilkoro  dwulatków  stoi  na
bosaka i maluje.

–  Te  bose  stopy  to  sposób  na  hartowanie?  –  dopytuję  Yvonne,  nauczycielkę,  która

oprowadza nas po Täppan.

– Nie, dzieciaki za żadne skarby świata nie chcą zakładać skarpetek ani kapci, więc nie

zmuszamy.

W  sali  Wiewiórek,  stojąc  na  scenie,  Yvonne  robi  miniwykład  ze  szwedzkiej

pedagogiki:

background image

–  Najważniejsza  dla  nas  jest  perspektywa  dziecka.  Pytamy,  czego  chce.  Czy  ma

ochotę bawić się w grupie, wyjść na dwór, porysować? Staramy się iść za dzieckiem. O,
tutaj, widzą państwo, jest domek z kotarą, w którym raz w miesiącu prosimy dzieci, żeby
opowiedziały nam jakąś historyjkę. Te najmłodsze powiedzą na przykład: „Mamma, dija,
guga,  kika”,  i  my  to  zapisujemy  na  kartce.  Miesiąc  później  może  dojdzie  jakieś  nowe
słowo.  Aktualizujemy  postępy  i  wywieszamy  je  na  tablicy.  To  dla  rodziców  namacalny
dowód,  że  ich  dziecko  się  rozwija.  Naszym  celem  nie  jest  nauka.  Dzieci  nie  uczą  się  w
przedszkolu drugiego języka, matematyki, pisania czy czytania. Na to jest czas w zerówce.
Teraz ich zadaniem jest nabranie kompetencji społecznych i zabawa. Ważne jest też to,
aby  nie  dzielić  dzieci  na  chłopców  i  dziewczynki.  Zabawki  powinny  być  uniwersalne  –
żadnych zestawów małego inżyniera czy różowych bobasów.

Różowy 

to

 niebezpieczny kolor

Rzeczywiście,  nie  widzę  żadnych  landrynkowych  kuchenek  ani  koparek.  Są  za  to

szmaciane kukiełki, puste pudełka po kawie i kakao, stare puszki pełne guzików, które służą
do  zabawy  w  sklep,  drewniane  wózki  przypominające  taczki,  kostiumy  przerobione  z
niepotrzebnych ubrań.

–  Chłopcy  są  tak  samo  zachęcani  do  wyszywania  i  gotowania  jak  dziewczynki.  I

odwrotnie – jeśli dziewczynki chcą bawić się w piratów, proszę bardzo.

W grupie czterolatków kilkoro dziewczynek i chłopców nawleka koraliki. Inni lepią z

gliny. Na stole stworzyli coś w rodzaju miasta. Ta konstrukcja powstaje od tygodni i nikt
jej nie zniszczył. Podobno dlatego, że wszystkie decyzje dzieci podejmują wspólnie i czują
się za nie odpowiedzialne.

W  sali  zabaw  z  motywem  marynistycznym  jest  domek  piratów,  drewniana  łódź  i

skrzynia pełna łupów (zbudowała ją jedna z nauczycielek).

– Kiedy planowaliśmy remont tej sali, zapytaliśmy dzieci, co by chciały tu zmienić –

opowiada  Yvonne.  –  Byli  po  wizycie  w  Muzeum  Wasy  i  zainspirowali  się  życiem  na
morzu.

To  dzieci  zdecydowały  również,  żeby  w  jednej  z  sal  odwzorować  klasę  ze  starej

szwedzkiej szkoły – są ławki z zagłębieniem na kałamarze, tablica do pisania kredą, podest
dla nauczyciela. Tutaj pięciolatki oswajają lęki przed debiutem w szkolnej zerówce.

– Problemy? – pytam Yvonne.

– Zdarzają się, ale nie ma takich, z którymi byśmy sobie nie radzili.

– A jeśli jest konflikt między dziećmi? Agresywne zachowania?

– To się dzieje niezwykle rzadko.

– A jeśli jednak się zdarzy?

– Jeśli dziecko kogoś uderzy albo wpadnie w histerię, przytulamy je i odchodzimy w

bezpieczne  miejsce,  z  dala  od  grupy,  żeby  mogło  ochłonąć.  Nigdy  nie  krzyczymy,  nie
wołamy  dziecka  po  imieniu:  „Lars!  Dlaczego  znowu  tak  się  zachowałeś?!”  –  to

background image

niedopuszczalne. Nie piętnujemy, nie karzemy. Kiedy się uspokoi, wraca do grupy i wtedy
rozmawiamy  ze  wszystkimi,  nie  adresując  tego  szczególnie  do  winowajcy:  „Jak  myślicie,
jak  się  ktoś  czuje,  kiedy  ktoś  inny  go  uderzy?  Co  wtedy  powinno  się  zrobić?”.  Taka
metoda naprawdę działa.

– System nagród?

– Jeśli komuś coś wyjdzie, to chwalimy, ale nie dajemy plusów ani punktów. Nam nie

chodzi  o  to,  żeby  dzieci  ze  sobą  rywalizowały  –  chodzi  o  to,  żeby  znały  swoją  wartość,
żeby wierzyły w siebie.

Najfajniejsza

 szkoła pod słońcem

Grupa  15-latków,  którą  poznaję  w  jednej  z  największych  szkół  podstawowych  w

Sztokholmie – Eriksdalsskolan (1375 uczniów, 200 osób personelu) – wydaje się bardzo
pewna siebie.

To ochotnicy, którzy zgłosili się do oprowadzania wizytujących dziennikarzy. Uczą się

w  klasie  z  rozszerzonym  angielskim  i  mówią  rzeczywiście  świetnie  (za  to  oprowadzenie
dyrektorka  obiecała  im  po  dwa  bilety  do  kina).  Jedna  dziewczynka  chce  w  przyszłości
zostać  dziennikarką,  druga  graficzką,  trzecia  myśli  o  akademii  sztuk  pięknych  (360
uczniów  wybrało  klasę  o  profilu  artystycznym),  chłopaka  interesuje  reżyseria  dźwięku.
Wszyscy chcą podróżować. Niektórzy myślą o studiach za granicą.

Powodów  do  narzekania  nie  zgłaszają:  „Szkoła  jest  fajna”,  „Ludzie  są  w  porządku”,

„Nauczyciele też są OK, chociaż wyjątki się zdarzają”.

Fanny: – Mieliśmy pana od muzyki, który wiecznie się spóźniał, był nerwowy i myliło

mu się, w której jesteśmy klasie. Złożyliśmy na niego skargę i został zwolniony.

Co ich najbardziej stresuje?

– Oceny i egzaminy – mówią zgodnie.

Są w dziewiątej klasie. W tym roku przechodzą do gimnazjów, więc muszą mieć jak

najlepsze wyniki. A wprawy specjalnie nie mają, bo w Szwecji oceny są dopiero w ósmej
klasie (przedtem nauczyciel opisuje tylko stan wiedzy ucznia).

Lekcje najpóźniej kończą o 15. Co potem? Statystyki mówią, że 68 proc. szwedzkich

nastolatków  należy  do  klubów  sportowych.  Najwidoczniej  ci  należą  do  pozostałych  32
proc.

Fanny:  –  Najczęściej  chodzę  do  galerii  handlowej  na  zakupy.  Spotykam  się  z

koleżankami. Oglądam seriale. Uwielbiam „Friendsów”. „Zmierzch”? Przereklamowany!

Elsa: – Słucham muzyki, czasem czytam. Rysuję. Dużo siedzę w necie.

– Facebook?

Osjan:

 – Oczywiście. Przecież jesteśmy tylko ludźmi.

Większość  od  dwóch  lat  dostaje  kieszonkowe  w  wysokości  1050  koron,  czyli  cały

background image

dodatek na dziecko, który rodzice dostają od państwa.

Elsa: – Za to muszę kupić ciuchy, pójść do fryzjera, do kina, kupić coś po lekcjach do

jedzenia.

Nauka, materiały do nauki, lunch w stołówce są za darmo.

I to nie byle jaki lunch.

Trzy  lata  temu  stołówka  w  Eriksdalsskolan  została  uznana  za  najlepszą  szkolną

stołówkę  w  Szwecji.  Szefowa  kuchni,  50-letnia  Ann  Charlotte  Strömbäck,  pracowała
wcześniej w najlepszych restauracjach, w kraju i za granicą. – Jestem szwedzkim Jamiem
Oliverem – śmieje się. – Kocham dobre jedzenie i kocham te dzieci. Chcę, żeby dostały
ode mnie wszystko to, co najlepsze. Bo nie wystarczy stosować się do odgórnych zaleceń
(tu macha broszurą wydaną przez ministerstwo zdrowia) – trzeba mieć jeszcze wizję! I ja
ją mam!

Od  lipca  2012  roku  rząd  jeszcze  bardziej  podniósł  poprzeczkę  szkolnym  stołówkom.

Jedzenie  ma  być  wysokiej  jakości,  nieprzetworzone,  bez  cukru,  nadmiaru  soli,  jak
najbardziej  ekologiczne,  sezonowe  i  lokalne.  W  Eriksdalsskolan  20  proc.  żywności  jest
organiczne. Pani Strömbäck od rządu dostaje 1 euro na osobę i tym ma gospodarować.

Na  stole  ląduje  sałatka  z  buraków,  brokuły,  sałatka  z  pszenicy,  z  kapusty  kiszonej,

surowe warzywa. Do wyboru: kurczak, ryba, zapiekanka z ziemniaków. Do picia woda i
mleko. W nieograniczonej ilości – chlebek Wasa i masło.

Pytam szefową kuchni, co robią z tym, co zostaje.

– Półprodukty się zamraża i wykorzystuje następnego dnia, a nadwyżkę przerabia na

biopaliwo, na którym jeździ część sztokholmskich autobusów.

Raz w tygodniu kuchnia serwuje też „życzenie tygodnia” zamówione przez uczniów w

anonimowym głosowaniu.

– Często proszą o sushi – pani Strömbäck przewraca oczami. – Wyobraża sobie pani

sushi dla półtora tysiąca osób?! Chcą też pizzy, frytek i hot dogów. Po moim trupie!

Kuchnia  uwzględnia  specjalne  życzenia  alergików,  wegetarian,  uczniów  innych

wyznań i dwóch dziewczynek chorych na anoreksję.

Problem?

 Jaki problem?

Pytam Elsę, do kogo by się zgłosiła, gdyby miała jakiś poważny kłopot – na przykład

byłaby prześladowana przez koleżanki.

–  W  szkole  jest  dwóch  psychologów  i  pedagog.  Ale  nie  znam  nikogo,  kto  by  się  do

nich zgłaszał. Jak mam problem, to rozmawiam z przyjaciółmi.

–  Myślę,  że  do  psychologa  chodzą  ci,  którzy  nie  mogą  podzielić  się  swoimi

zmartwieniami z rodzicami – wtrąca Anna.

– A ty się dzielisz? – pytam.

background image

– Niektórymi…

Osjan  razem  z  młodszym  bratem  przez  tydzień  mieszka  z  mamą,  a  kolejny  –  z  tatą.

Rodzicie rozstali się dwa lata temu. Jak to znosi?

– Normalnie. Lepiej tak, niż żebym któregoś z nich miał nie widzieć.

Opieka  naprzemienna  to  najczęstsze  rozwiązanie  w  Szwecji  w  przypadku  rozstania.

Osjan nie należy do wyjątków. 72 proc. dzieci mieszka z obojgiem rodziców, a ponad 27
proc. – z macochą albo ojczymem i z przyrodnim rodzeństwem.

Dorosłych nie ma w domu

Taksówkarz, emigrant, od ponad 20 lat w Sztokholmie, ojciec dwójki nastolatków: –

Szwedzkie dzieci są rozpuszczone. Wydaje im się, że wszystko im wolno.

Marie, mama 16-latka: – Syn ciągle mi mówi, że jestem surowa, że inni dużo więcej

mogą, a ja ciągle mu czegoś zabraniam. Ale przyznam, że czuję się dumna, kiedy to słyszę.

Jorge  Rivera  z  biura  rzecznika  praw  dziecka:  –  Szwedzcy  rodzice  mają  problem  z

mówieniem „nie”. Bardziej chcą być przyjaciółmi swoich dzieci niż ich rodzicami.

Ewa  Thorslund  z  Surfa  Lugnt,  organizacji,  która  zajmuje  się  bezpieczeństwem  w

internecie:  –  Stawianie  granic  to  nie  jest  nasza  mocna  strona.  Pięć  lat  temu  przeciętny
„częsty  użytkownik  internetu”  miał  13  lat,  dzisiaj  definicja  ta  obejmuje  50  proc.
trzylatków.

Cecilia  Naucler  z  BRIS,  największej  organizacji  pozarządowej,  która  stoi  na  straży

praw  dziecka  w  Szwecji:  –  Dzieci  dzwonią  do  nas,  bo  nie  mają  z  kim  porozmawiać  o
swoich problemach.

Numer, który każdy zna

Zimą 1970 roku ojczym pobił swoją trzyletnią córkę na śmierć. Rodzina była znana

opiece  społecznej.  Ta  sprawa  wstrząsnęła  Szwecją.  Rozpoczęto  debatę  na  temat
przemocy  wobec  dzieci.  Dziennikarka  i  autorka  książek  zorganizowały  w  Domu  Kultury
wystawę,  na  której  pokazano  zdjęcia  bitych  i  wykorzystywanych  dzieci.  Rok  później
zainicjowały powstanie BRIS.

To  dzięki  tej  fundacji  parlament  w  1979  roku  zdecydowaną  większością  głosów

zakazał w Szwecji przemocy fizycznej wobec dzieci, w tym klapsów. W 1980 roku ruszył
telefon  zaufania,  dzisiaj  równie  popularnym  kanałem  komunikacyjnym  jest  mail,  chat  i
forum.

Cecilia Naucler: – Kontaktuje się z nami około 80 tys. dzieci rocznie, ale część z nich

tylko dzwoni i odkłada słuchawkę. Wspierających kontaktów, kiedy rozmowa rzeczywiście
się odbyła, jest około 50 tys.

– Z jakimi problemami zgłaszają się najczęściej?

–  Począwszy  od  problemów  w  szkole,  z  przyjaciółmi,  po  poważne,  jak  znęcanie  się

przez rówieśników i rodziców, przemoc domowa – fizyczna i psychiczna, molestowanie,

background image

konflikty  w  rodzinie.  W  ostatnich  latach  wzrasta  liczba  dzieci,  które  zgłaszają  problemy
lękowe, depresyjne, związane ze stresem i złym samopoczuciem psychicznym.

– Interweniujecie?

– Tylko na wyraźną prośbę dziecka. Kontakt z nami jest anonimowy. Jeśli ktoś do nas

dzwoni  –  numer  nie  wyświetla  się  potem  w  billingach  (nasza  strona  nie  pokazuje  się  w
historii  komputera).  Naszym  zadaniem  jest  być,  słuchać,  wspierać.  Pełnimy  funkcję
dorosłej osoby, której można zaufać, a której w ich otoczeniu zabrakło.

– Z jakich środowisk pochodzą dzieci, które do was dzwonią?

–  Nie  wiemy.  Możemy  tylko  ocenić  te  środowiska,  gdzie  ingerowaliśmy.  Są  różne.

Pamiętam  11-latka,  który  zadzwonił  z  ekskluzywnej  dzielnicy  Sztokholmu  i  płacząc,
powiedział,  że  ojciec  wyjechał  na  tydzień  na  golfa,  mama  na  narty  i  że  zostawili  mu
jedzenie w lodówce i kazali zająć się dziewięcioletnim i siedmioletnim rodzeństwem. Był
przerażony i błagał, żeby ktoś przyjechał.

– Co robicie, kiedy dzieci proszą was o interwencję?

–  Zwykle  kontaktujemy  się  z  organami  najbliższymi  miejsca  zamieszkania  dziecka  –

policją, opieką społeczną, opisujemy, co się dzieje, i oni wkraczają do akcji.

– Jak rozwiązano sytuację tego chłopca?

– Rodzicom odebrano prawa, a dzieci trafiły do rodziny zastępczej.

– Tak od razu?

– Tam musiało być coś więcej. Nie znam dokładnie historii. Ale tak, nasz system ma

mankamenty.  Odbieramy  wiele  telefonów  od  dzieci,  które  narzekają  na  kontakt  z
przedstawicielami  władz.  Wielu  policjantów,  przedstawicieli  opieki  społecznej  nie  jest
przeszkolonych  w  rozmowach  z  dziećmi.  Brakuje  kompleksowej  opieki  nad  rodziną,
jakiegoś  wsparcia  psychologicznego  –  często  rozwiązaniem  jest  odebranie  praw
rodzicielskich.  Z  tego  powodu  dzieci  często  boją  się  powiedzieć  o  swoich  problemach
komukolwiek,  bo  wiedzą,  jakie  za  to  grożą  konsekwencje.  Brakuje  sądów  rodzinnych.
Sprawy rodzinne są często źle prowadzone. Walczymy o zmianę tego systemu.

Dzieci dzwonią do BRIS

Dziewczynka, lat 13: – Tylko mój tata ma pracę, więc nie mogę na niego donieść za

znęcanie  się  nade  mną  i  rodzeństwem.  Jeśli  coś  mu  się  stanie,  nie  będziemy  mieć
pieniędzy na jedzenie i ubrania.

Dziewczynka,  lat  17:  –  Mój  ojczym  sprawia,  że  czuję  się  jako  zero.  Mam  dosyć

mieszkania z nim, ale do kogo mogę pójść? Mama mnie nie słucha i nikt nie traktuje mnie
poważnie.

Chłopiec,  lat  14:  –  Tata  krzyczy  na  mnie  i  grozi  mi  codziennie.  Często  myślałem  o

tym, żeby go sprowokować, tak żeby mnie uderzył. Wtedy mógłbym na niego donieść i
pozbyć się go.

background image

Wszystko

 pięknie, ale...

Pytam  Paulę,  Polkę,  która  mieszkała  wiele  lat  we  Francji,  a  od  roku  pracuje  na

Uniwersytecie w Lund w Szwecji i wychowuje dwójkę małych dzieci: – Jak to jest z tym
rajem?

Paula: – Mnie się podoba tutejsze podejście do dzieci. Dorośli naprawdę traktują je

jak równych sobie i potrafią się wczuć w ich położenie. Moja trzyletnia córeczka będzie
miała niedługo zakładaną plombę, ale zanim to nastąpi, mamy wyznaczonych kilka wizyt
przygotowawczych, podczas których oswaja się z gabinetem, narzędziami i zabiegiem.

Kiedy rozcięła sobie brodę i wylądowałyśmy na dyżurze, pani doktor, zamiast wydać

komendę: „Proszę dziecku podnieść brodę”, wyjęła z fartucha zestaw do robienia baniek,
puściła kilka i Lutka naturalnie zadarła głowę, a pani doktor mogła obejrzeć ranę.

Gdy  starszy  synek  chodzi  na  zajęcia  z  piłki  nożnej,  mała  może  sobie  biegać  obok  i

kopać swoją piłkę – nikomu to nie przeszkadza, nie rujnuje zajęć.

Minusy? Odczuwam lekką ingerencję państwa w moje decyzje dotyczące wychowania

dzieci.  Nie  umiem  powiedzieć,  na  czym  to  polega.  Moja  koleżanka  poprosiła  niedawno
nauczycielkę o to, żeby córka nie brała prysznica po wuefie, bo była chora. Wezwano ją
do  szkoły  na  rozmowę,  żeby  sprawdzić,  czy  nie  jest  to  przypadkiem  wymówka  do
ukrywania śladów po biciu.

Z jednej strony może dobrze, że to tak się odbywa, a z drugiej...

background image

Wypalen

i

KATARZYNA

 SURMIAK-DOMAŃSKA

Mówią, że dotarli do ściany. Że nie mogą chodzić do pracy. Dostają zwolnienia od lekarzy.

Nawet na pięć lat

KATARZYNA  SURMIAK-DOMAŃSKA:  Mój  pierwszy  kontakt  ze  Szwecją  był

bardzo  typowy  dla  Polaków  –  „Dzieci  z  Bullerbyn”  Astrid  Lindgren  przeczytane  w
wieku lat sześciu oraz zespół Abba, którego byłam fanką w wieku lat dziesięciu.

JUANITA  FORSSELL,  psychoterapeutka:  Kiedyś  mieszkałam  w  Sztokholmie  tuż

obok  domu  pani  Lindgren,  a  z  Bennym  Anderssonem  z  Abby  chodziłam  do  szkoły!
Gruby  chłopak,  który  bardzo  dobrze  grał  na  pianinie  i  występował  często  w  szkolnych
przedstawieniach.  Pamiętam,  jak  byłam  w  szoku,  kiedy  Benny  przyszedł  na  zabawę  z
kobietą, która w moich oczach mogła być jego matką. W rzeczywistości miała 19 lat. Ale
on miał wtedy 15. A ja 13.

Inna  rzecz,  która  mi  się  kojarzy  z  waszym  krajem,  to  okropne  podatki,  sięgające

nawet  105  proc.  W  ten  sposób  karano  tych,  którzy  pracowali  ponad  normę.  Właśnie
Lindgren i Abba przekroczyli ten próg.

–  Teraz  na  szczęście  nie  zdarza  się  nam  dopłacać.  To  między  innymi  dzięki  Astrid

Lindgren,  która  pisała  napastliwe  publikacje  w  tej  sprawie.  Ale  nadal  często  oddajemy
państwu  większość  tego,  co  zarabiamy.  Mnie  na  przykład  z  każdych  zarobionych  100
koron po zapłaceniu podatków zostaje 25.

I  jeszcze  jedno  mocne  skojarzenie.  Ustawa  o  przymusowej  sterylizacji  jednostek

„chorych  psychicznie,  niedorozwiniętych  i  nieprzystosowanych  społecznie”,  która
obowiązywała w Szwecji do 1976 roku.

– Znałam osobiście kobietę, która została wysterylizowana jako 16-latka. Miała wielu

narzeczonych, problemy z alkoholem i narkotykami. Trafiła do domu opieki dla młodych
dziewczyn i tam wbrew swojej woli została wysterylizowana.

Socjaldemokratyczni ideolodzy, którzy objęli władzę w Szwecji w latach 30., widzieli

obywatela jako śrubkę w maszynie.

– Sympatyzowali z marksizmem...

Ale za to stworzyli państwo, które do dziś zapewnia tym obywatelom najtroskliwszą

opiekę od kołyski po trumnę.

background image

–  Nawet  do  przesady.  Ostatnio  zaczynamy  się  nieco  wycofywać  z  roli  państwa

nadopiekuńczego.

Z

 jakimi problemami przychodzą pani pacjenci?

– Najczęściej mówią, że dotarli już do ściany, że są zestresowani albo wypaleni. I że z

tego powodu nie mogą chodzić do pracy.

Co

 to znaczy wypaleni? Czy to jakaś nowość?

–  Myślę,  że  człowiekowi  zdarzało  się  odczuwać  wewnętrzne  wypalenie  nawet  w

czasach  prehistorycznych.  Tylko  że  kiedyś  było  to  inaczej  nazywane  albo  w  ogóle
nienazywane.  Pomysł  nazwania  pewnego  stanu  psychicznego  wypaleniem  wziął  się  z
Ameryki.  Jedną  z  pierwszych  osób,  które  zajęły  się  tym  zjawiskiem  naukowo,  jest  prof.
Christina Maslach z University of California w Berkeley. W 1997 roku wydała wspólnie z
Michaelem  Leiterem  książkę  „The  Truth  about  Burnout”  („Prawda  o  wypaleniu
zawodowym”).

Dawniej  do  internisty  przychodziła  kobieta  i  skarżyła  się  na  dokuczliwy  ból  w

ramionach. Lekarz badał ją, nie zawsze uważnie, i mówił: „Kości i mięśnie w porządku,
nic  pani  nie  jest”.  Dziś  wiemy,  że  ból  w  ramionach  może  być  objawem  poważnego
problemu psychosomatycznego. Może oznaczać, że pacjent nie daje sobie rady ze swoim
życiem i jego organizm stara się to jakoś wyrazić.

Co ramiona mają wspólnego z psychiką?

– Kiedy siedzimy długo przy komputerze, maszynie do pisania czy do szycia, mięśnie

ramion są stale napięte. Gdy coś się nie układa w naszym życiu, ból psychiczny wchodzi
w najbardziej napięte mięśnie, przekładając się na dolegliwość fizyczną. Jest na to nawet
termin medyczny, po szwedzku „fibromyalgia”, co oznacza mniej więcej ból tkanek.

Nowe jest to, że dzisiaj dobry lekarz, jeśli nie stwierdzi u takiej pacjentki problemu z

mięśniami  czy  stawami,  odsyła  ją  do  psychiatry.  Z  drugiej  strony  dzisiejsza  pacjentka
często w ogóle nie wspomina o bólu w ramionach, tylko od razu mówi, że jest wypalona.
To  powszechne  zjawisko.  Z  powodu  wypalenia  coraz  więcej  Szwedów  przebywa  na
płatnych urlopach zdrowotnych.

Można dostać zwolnienie lekarskie dlatego, że ktoś sobie nie radzi z życiem?

– Oczywiście.

Jeżeli człowiek ma w pracy problem, na przykład nie może się dogadać z szefem albo

pokłóci  się  z  kimś,  albo  przerasta  go  jakieś  zadanie,  albo  czuje  się  skrzywdzony  czy
niedoceniany, dzwoni do ubezpieczeń, mówi, że źle się czuje, i zostaje w domu.

Potem  idzie  do  internisty  i  mówi,  że  jest  wypalony.  Lekarz  w  takich  wypadkach

zwykle stwierdza: „To poważna sprawa, daję pani (panu) miesiąc zwolnienia”.

Po  miesiącu  pacjent  wraca,  a  doktor  stwierdza:  „To  poważniejsze,  niż  myślałem,

proszę się przygotować, że to potrwa rok”.

background image

Rok?!

–  W  skrajnych  przypadkach  nawet  pięć  lat.  Ale  przeciętnie  takie  zwolnienie  trwa

około roku.

Niezwykłe dla mnie jest to, że internista może dać zwolnienie na wypalenie. U nas

pacjent musiałby mieć konkretną chorobę.

– Wypalenie to konkretna choroba!

Którą można wyleczyć zwykłym zwolnieniem?

–  Niestety,  samo  zwolnienie  zwykle  wcale  pacjentom  nie  służy.  Ludziom  jest

potrzebna  praca.  Dobrze  jest  się  spotykać  z  innymi,  rozmawiać,  coś  musi  się  dziać.
Oczywiście gdy pacjent ma rodzinę, przyjaciół, miesiąc odpoczynku wśród bliskich może
zrobić bardzo dobrze. Ale wypaleni to najczęściej ludzie samotni.

Co robią po całych dniach, skoro nie chodzą do pracy?

– Zaczynają wieść życie emeryta. Można spotkać ich w naszych parkach, błąkających

się  bez  celu.  Są  bardzo  nieszczęśliwi,  bo  dookoła  wszyscy  chodzą  do  pracy,  sąsiedzi
wypytują: „Co się stało? Dlaczego pan nie w pracy?”. Trudno jest to ciągle tłumaczyć. W
końcu  więc  przestają  wychodzić  z  domu.  Dzień  zaczynają  od  gazety.  Czytają  dokładnie
strona  po  stronie,  artykuł  po  artykule,  ogłoszenie  po  ogłoszeniu  i  tak  aż  do  wieczora.  Są
strasznie pasywni. Coraz bardziej się izolują i w rezultacie coraz trudniej jest im wrócić do
pracy.

A nie ma takich, którzy biorą zwolnienie na wypalenie i bawią się, jadą na Majorkę

albo całymi dniami grają w golfa?

– Zawsze gdy jest okazja do oszukania, znajdzie się ktoś, kto ją wykorzysta. Ale tacy

pacjenci nie przychodzą do mnie.

A ci, którzy zdecydują się na pomoc psychoterapeuty, płacą z własnej kieszeni czy w

ramach ubezpieczenia?

–  Czasem  te  wizyty  pokrywa  ubezpieczenie  –  albo  państwowe,  albo  prywatne.  Ale

ponieważ, tak jak powiedziałam, nasza nadopiekuńczość ostatnio nieco słabnie, państwo
ukróciło  refundacje  psychoterapii.  Pojawia  się  więc  nowa  tendencja  –  za  wizyty
pracownika  u  psychoterapeuty  płaci  jego  pracodawca.  Jeżeli  urlop  zdrowotny  się
przedłuża,  lekarz  w  firmie  kieruje  pracownika  do  specjalisty.  I  tak  wypaleni  trafiają  do
mnie.  Firmy  coraz  chętniej  wysyłają  pracowników  do  psychoterapeutów,  bo  to  kosztuje
mniej  niż  utrzymywanie  latami  bezproduktywnego  miejsca  pracy.  Pracownik  wraca
szybciej.

Kto  choruje  na  wypalenie?  Domyślam  się,  że  głównie  ludzie  z  wielkich  miast  –

handlowcy, copywriterzy, artyści, dziennikarze.

– Wielu, owszem. Ale są to również prości ludzie. Ostatnio prowadzę terapię pewnego

robotnika  wykwalifikowanego.  To  elektryk  zajmujący  się  instalowaniem  przewodów
wysokiego  napięcia  w  lasach.  Człowiek,  który  do  niedawna  nie  miał  pojęcia,  że  istnieje

background image

coś  takiego  jak  psychoterapia.  Wszedł  do  mojego  gabinetu  i  powiedział,  że  musi
natychmiast  z  kimś  porozmawiać.  Wyznał,  że  od  wielu  lat  tego  nie  robił.  Pracuje  w
kompletnej  samotności.  Mieszka  w  głębokim  lesie,  porusza  się  firmowym  samochodem,
ale do siedziby firmy nigdy nie zagląda. Nie spotyka się z ludźmi.

Nie

 ma rodziny?

– Ma, ale z rodziną też nie rozmawia. Sam wychował się w domu, w którym rodzice

nie rozmawiali z dziećmi, mimo że je kochali i troszczyli się o nie. On nie powiedział mi
oczywiście,  że  jest  wypalony,  ale  wyznał:  „Boję  się,  że  tracę  rozum”.  To  mnie  zresztą
bardzo uspokoiło, bo ludzie, którzy naprawdę tracą rozum, są przekonani, że z nimi jest
wszystko w porządku.

Dlaczego on się bał, że wariuje?

–  Pewnego  dnia  jak  zwykle  pojechał  w  głąb  lasu,  stanął  przed  swoim  urządzeniem

elektrycznym i nie mógł zabrać się do pracy. Pół dnia chodził dookoła niego i nie był w
stanie  nic  zrobić.  Opanowało  go,  jak  twierdzi,  obezwładniające  poczucie  samotności.
Wystraszył się. Wrócił do domu i powiedział do żony: „Nie daję sobie rady”. Ona podała
mu  termometr  i  kazała  zmierzyć  gorączkę.  Nie  było  gorączki.  Następnego  dnia  nie
wyjechał w ogóle do lasu. Zadzwonił do firmy i opowiedział o wszystkim szefowi. Dzięki
jego szybkiej interwencji elektryk następnego dnia był już u mnie.

W  Polsce  szef  by  go  pewnie  najpierw  upomniał,  a  potem  przypomniał,  że  na  jego

miejsce ma kilku innych.

–  Podejrzewam,  że  ten  szef  wystraszył  się,  że  elektryk  może  sobie  coś  zrobić.  On

zachowywał się bardzo dziwnie. Załatwili to rzeczywiście sprawnie. Najpierw skierowali
go do lekarza zakładowego, a ten natychmiast odesłał go do mnie.

I wrócił do pracy?

–  Tak.  To  dość  nietypowy  przypadek,  bo  on  wrócił  do  pracy  już  po  pierwszym

naszym  spotkaniu.  Rozmowa,  której  tak  pragnął,  zapaliła  mu  chyba  światełko  w  tunelu.
Ale  nadal  odwiedza  mnie  regularnie  raz  w  tygodniu.  Podróż  samochodem  trwa  ponad
godzinę.  Tak  więc  połowę  dnia  pracy  ma  z  głowy.  Firma  płaci  mu  jednak  jak  za  pełny
dzień i oczywiście płaci również mnie za jego terapię.

On wypalił się z powodu izolacji. A pacjenci z miast na co się skarżą?

–  Ich  wypalenie  związane  jest  z  różnego  rodzaju  zmianami  w  ich  zakładach  pracy,

których  ostatnio  jest  bardzo  dużo.  Ludzie,  którzy  pracowali  przez  wiele  lat  w  dużych
państwowych firmach i czuli, że wiedzą o swojej pracy wszystko, nagle zorientowali się, że
nie wiedzą nic. Mój typowy pacjent to człowiek w średnim wieku, czyli po pięćdziesiątce,
na  kierowniczym  stanowisku,  który  przez  wiele  lat  pracował  bez  komputera  i  który
pewnego  dnia  zauważył  z  przerażeniem,  że  jego  młodszy  podwładny  lepiej  się  we
wszystkim  orientuje  od  niego.  Ale  to  on  jest  szefem.  Co  ma  robić?  Bierze  nadgodziny,
przesiaduje w firmie do późnej nocy, żeby oswoić się, douczyć. Nie może spać w nocy, ale
nie przyzna się, że zmiany go przerosły, że czegoś nie rozumie. Boi się.

background image

Czego?

 Chyba nie utraty pracy?

–  Nie,  oczywiście,  że  nie  utraty  pracy,  ale  kompromitacji,  upokorzenia,  utraty

autorytetu.

Mam  pacjentkę,  która  przez  wiele  lat  była  nauczycielką  w  publicznej  szkole

podstawowej.  W  pewnym  okresie  przeszła  szkolenie  i  została  inspektorem  szkolnym.
Bardzo lubiła to nowe zadanie, jeździła po szkołach w swoim regionie, uczyła nauczycieli,
jak uczyć dzieci. Jak twierdzi, była uważana za dobrą inspektorkę. To trwało kilka lat. Aż
przyszedł  czas  zmian.  Władze  regionu  uznały,  że  teraz  inspektorzy  muszą  starać  się  o
swoją pracę i złożyć podania. Ustaliły, że w regionie potrzeba sześciu inspektorów. A do
tej  pory  było  ośmiu...  Moja  pacjentka  była  jedną  z  dwóch  osób,  których  podanie
odrzucono.

Poczuła  się  obrażona,  skrzywdzona.  Doszła  do  wniosku,  że  jest  bezużyteczna,  nic

niewarta,  stara.  A  przecież  ma  zaledwie  50  lat  i  wiele  lat  zawodowej  aktywności  przed
sobą! Myśl, że miałaby powrócić do pracy zwykłej nauczycielki w szkole, w której nadal
ma  etat,  była  dla  niej  nie  do  zniesienia.  Zaczęły  ją  dręczyć  kłopoty  ze  snem,  myśli
samobójcze. Pozostawała na zwolnieniu przez dziewięć miesięcy. W tym czasie spotykała
się ze mną. Tym razem koszt terapii pokrywało ubezpieczenie.

Niedługo  ma  się  odbyć  spotkanie  z  udziałem  dyrekcji  szkoły,  przedstawiciela

ubezpieczeń, lekarza rodzinnego, jej oraz mnie. Będziemy się zastanawiać, jak rozwiązać
jej  problem,  jakie  możliwości  ma  dyrekcja  szkoły,  żeby  zagospodarować  nauczycielkę  w
bardziej  satysfakcjonujący  dla  niej  sposób.  Zresztą  ona  czuje  się  już  lepiej,  jest  duża
szansa, że wróci.

A

 są tacy, którzy nie wracają?

– Bywa, że zwolnienie lekarskie na wypalenie przechodzi we wcześniejszą emeryturę.

W Szwecji można przejść na wcześniejszą emeryturę nawet w wieku trzydziestu paru lat...

W Polsce, jeżeli w wieku 30 lat przestanę przychodzić do pracy, staję się bezrobotną,

a nie emerytką!

–  Ale  jeżeli  uzależni  się  pani  od  narkotyków  albo  alkoholu,  próbuje  pracy  tu  i  tam  i

nigdzie  nie  potrafi  pani  zagrzać  miejsca,  dla  państwa  najlepszym  rozwiązaniem  jest
skierować panią na wcześniejszą emeryturę. I tak jest pani bezużyteczna na rynku pracy.

Oczywiście pani świadczenia nie są wysokie, nie pozwalają na życie w luksusie, bo nie

zdążyła  pani  uzbierać  dostatecznej  ilości  składek  na  koncie,  ale  pozwalają  godziwie  żyć.
Jako  młoda  emerytka-rencistka  jest  pani  jednak  odsunięta  od  swoich  rówieśników,  a  to
nie jest dobre.

Wynika z tego, że w Szwecji można nie pracować i całkiem dobrze żyć.

– To, niestety, prawda. Czy wie pani, że u nas można przez pięć dni nie przychodzić

do  pracy  z  powodów  zdrowotnych  bez  żadnej  konsultacji  lekarskiej?  Po  prostu  dzwoni
pani  rano  do  pracy,  mówi,  że  źle  się  czuje  i  że  w  tym  tygodniu  pani  nie  będzie.

background image

Największa  absencja  jest  w  poniedziałki,  gdy  Szwedzi  leczą  kaca.  A  u  was  co  robi
pracownik, gdy ma kaca?

Idzie do pracy. Nawet pijany, ale przyjść musi.

– Sama pani widzi, że to też nie jest najlepiej... Prawo do pięciu dni chorobowego bez

wizyty  u  lekarza  bywa  wykorzystywane  jako  szantaż.  Niedawno  czytałam  artykuł,  że  40
robotników  jakiejś  firmy  budującej  okręty  rozpoczęło  tego  samego  dnia  pięciodniowe
zwolnienie chorobowe. Oficjalnie mówią, że się źle czują, ale ich szef wie doskonale, że
chodzi o zmuszenie go do ustępstw, na przykład do podniesienia płacy.

Czyli

 takie zwolnienie to nic innego jak strajk.

– Tak, strajk, za który muszą płacić podatnicy. To nadużywanie prawa.

Czy w Szwecji nie można nikogo po prostu zwolnić?

– Trzeba by mu zapłacić taką odprawę, że to się raczej nie opłaca. Czasami jest tak, że

firma  ogłasza  przeprowadzkę  do  innego  miasta.  Oczywiście  każdy  pracownik  może
wyjechać razem z siedzibą, ale jeśli nie ma ochoty, to... odchodzi. No, ale to nie jest takie
prawdziwe zwolnienie.

Czy w Szwecji w ogóle są biedni ludzie?

– Myślę, że część imigrantów.

A

 Szwedzi?

– Raczej nie... To musiałby być właśnie narkoman na wcześniejszej emeryturze albo

wdowa po takim narkomanie, która była tylko gospodynią domową... Ale na pewno nie
brakuje  im  środków  do  życia.  Po  prostu  nie  mają  dobrych  samochodów,  nie  jeżdżą  na
zagraniczne wakacje.

Co się zmieniło, odkąd jesteście w Unii?

– Zawsze uważaliśmy, że jesteśmy oddzieleni od reszty świata, że to, co się dzieje na

zewnątrz,  nas  nie  dotyczy.  Odkąd  jesteśmy  we  Wspólnocie,  przyjeżdżają  imigranci,
zwiększa się przestępczość, czujemy się trochę mniej bezpieczni. Choć, jak sądzę, nadal
jest u nas bezpieczniej niż gdzie indziej. Ja nigdy nie zamykam drzwi domu, gdy jestem w
środku, mimo że wychodzą bezpośrednio na podwórko. A moja znajoma z Mexico City
powiedziała  mi  niedawno,  że  nie  pozwala  swojemu  siedmioletniemu  dziecku  bawić  się
samemu z dala od domu, bo się boi, że ktoś je porwie. Dla mnie to jest jednak coś nie do
pomyślenia.

Tak więc jesteśmy w tej Unii, ale udajemy, że nie jesteśmy. Nie przyjęliśmy euro, a jak

są wybory do Parlamentu Europejskiego, to mało kto na nie chodzi. Chociaż na wybory
dotyczące Szwecji stawiamy się karnie w 80–90 proc.

Wróćmy do pacjentów. Na co jeszcze się skarżą?

– Na konieczność ustawicznego dokonywania wyborów.

background image

Taki  na  przykład  internet.  Jest  niewyczerpanym  źródłem  informacji  i  dla

współczesnego  człowieka  nie  jest  już  problemem,  co  czytać,  ale  czego  nie  czytać.  Moi
pacjenci mają problem z tym, że nie mogą zakończyć poszukiwań informacji w internecie.
Wyłączają  komputer  z  poczuciem  winy,  że  nie  dowiedzieli  się  wszystkiego,  co  było
przecież w zasięgu ręki.

Na każdym kroku, czy to kupując w sklepie kawę, czy wybierając firmę, która będzie

dostarczać  prąd  do  domu,  musimy  podejmować  decyzje.  Kiedyś  mieliśmy  w  Szwecji
jedną państwową firmę dostarczającą prąd. Nie było się nad czym zastanawiać. Mogłam
się tylko zdecydować, czy chcę w ogóle mieć prąd, czy nie. Teraz mamy co najmniej 40
prywatnych firm od prądu. A ja muszę wybrać tę jedną, najlepszą.

W  dodatku  strasznie  trudno  jest  porównywać  te  oferty.  Jedna  firma  podaje  cenę  z

VAT-em,  druga  bez,  inna  proponuje  upust,  jak  podpiszesz  umowę  na  trzy  lata  z  góry.
Zanim sprowadzisz wszystkie te oferty do jednego mianownika...

Ile czasu zajęło pani wybranie firmy od prądu?

–  Dobre  pytanie.  Przesiedziałam  w  internecie  chyba  cały  dzień.  A  to  samo  przecież

jest,  gdy  wybieram  bank,  w  którym  chcę  zaciągnąć  kredyt,  firmę  telekomunikacyjną,
telefon  komórkowy,  samochód,  wczasy...  Gdyby  tak  obliczyć  ten  czas,  ciekawe,  ile  by
wyszło w ciągu roku. Podpisałam umowę na prąd na trzy lata i poczułam ulgę, że mam to
z głowy. Ale ludzie, którzy do mnie przychodzą, zadręczają się, że dokonali niewłaściwych
wyborów, że zmarnowali pieniądze. Szczególnie przeżywają te wybory, gdy mają związek
z pracą.

A 20 lat temu, kiedy się tak nie chodziło do psychoterapeutów i wypalenie nie było

uznaną chorobą, jak ludzie radzili sobie z problemami w pracy?

– Pewnie szli do związków zawodowych i problem był rozwiązywany, że tak powiem,

drogą  naturalną.  Rozmawiali  o  nim  z  innymi,  integrowali  się.  Teraz  zamykają  się  ze
swoimi zmartwieniami, powierzają je psychoterapeucie, czyli komuś kompletnie obcemu.
Bardzo  często  pacjenci  przychodzą  do  mnie  w  tajemnicy  przed  własnym  mężem  czy
żoną. To paradoksalne, bo przecież szukamy życiowego partnera po to, żeby móc się na
nim oprzeć w trudnych chwilach. A gdy te chwile nadchodzą, wolimy je przeżyć z obcą
osobą. Boimy się okazać słabość przed partnerem, żeby go nie stracić. Przecież powinno
być tak, że nasze problemy najpierw próbujemy rozwiązać z rodziną i przyjaciółmi.

W niektórych krajach chodzenie do psychoterapeuty należy do dobrego tonu.

– U nas czasem też. Pewien bardzo ważny człowiek w naszej okolicy umawia się ze

mną  na  sesje  za  pośrednictwem  swojej  sekretarki.  Ona  umawia  mu  ciurkiem  wizyty  u
dentysty,  u  fryzjera,  u  psychoterapeuty.  To  już  patologia.  To  jednak  powinno  pozostać
nieco intymne.

Jakimi

 ludźmi są Szwedzi?

–  Raczej  depresyjnymi.  Wystarczy  nas  obserwować  na  międzynarodowych

konferencjach.  Siedzimy  cicho  w  kącie.  Ostatnio  wypowiadamy  coraz  więcej  słów  –  to

background image

pewnie  zasługa  telewizji  –  ale  ciągle  na  bardzo  powierzchownym  poziomie.  Nie  lubimy
rozmawiać. Nie bez znaczenia jest ten ustawiczny brak słońca i wielkie odległości, które
sprawiają,  że  mamy  tak  mało  kontaktów  z  innymi,  więc  gdzieś  genetycznie  jesteśmy
przygotowani na bycie tylko ze sobą. Kiedy pracowałam na północy, miałam pacjentów,
którzy przyjeżdżali do mnie samochodem 400 km na 50-minutową sesję.

Do pani przychodzą tylko ludzie nieszczęśliwi. Jak to na panią wpływa?

–  Na  życie  towarzyskie  na  pewno  nie  najlepiej.  Inni  ludzie  nawiązują  w  pracy

znajomości.  Ja  dla  ludzi,  z  którymi  pracuję,  muszę  pozostać  obca.  Moi  pacjenci  nic  o
mnie nie wiedzą. Przyjmuję ich w pokoju na parterze mojego domu, ale nawet nie mówię
im, że ten dom jest mój i że mieszka tu moja rodzina.

Mnie  uczono,  że  nie  powinnam  żadnym  szczegółem  zdradzać,  jaką  osobą  jestem

prywatnie. W gabinecie nie trzymam nawet książek, bo moja książka mówi coś o mnie. A
tam ważny jest tylko pacjent. Musi mieć pewność, że w czasie spotkania myślę wyłącznie
o nim, a nie zerkam na zdjęcie córek.

Nie wolno wam zaprzyjaźniać się z pacjentami nawet po zakończeniu terapii?

–  To  niemożliwe.  Ostatnio  spotkałam  na  konferencji  swojego  dawnego  pacjenta.

Trochę rozmawialiśmy, czułam, że nadal jestem dla niego ważną osobą, że chce pogadać.
Ale nie przyjęłam zaproszenia na lunch.

Dlaczego

?

– Bo nie czułabym się swobodnie. Ja wiedziałam o nim wszystko, on o mnie nic. Po

tym,  o  czym  mówiliśmy  w  gabinecie,  rozmawianie  o  codziennych  sprawach  byłoby...
dziwne.

Musi  się  pani  czuć  szczególnie  w  mieście  liczącym  zaledwie  85  tys.  mieszkańców.

Swoich pacjentów ciągle spotyka pani w sklepach, w urzędach.

–  Kłaniamy  się  sobie.  Bardzo  pilnuję,  żeby  nie  mieszać  życia  prywatnego  z

zawodowym.  Kiedyś  zgłosił  się  do  mnie  ojciec  koleżanki  z  klasy  mojego  syna.  Nie
zgodziłam  się.  Co  będzie,  gdy  któregoś  dnia  Anton  przedstawi  mi  ją  jako  swoją
dziewczynę?  Ja  będę  wiedziała  o  wszystkim,  co  się  dzieje  w  tamtym  domu,  i  nie  będę
mogła z tego zrobić użytku. Zrobiłam ustępstwo dla znajomego z pracy męża, ale nigdy z
mężem  nawet  słowem  o  nim  nie  wspominamy.  A  wracając  do  samotności
psychoterapeuty,  warunkiem,  żeby  móc  uprawiać  ten  zawód,  jest  posiadanie  udanego
życia  osobistego.  Inaczej  jest  ryzyko,  że  zaczniesz  wykorzystywać  pacjentów  do  swoich
celów. A to jest niedopuszczalne.

Czy

 leczy pani także młodych ludzi?

– Jestem psychoterapeutą dla dorosłych, więc najmłodsi pacjenci to 19-, 20-latkowie.

Po co przychodzą?

–  Najczęściej,  by  pożalić  się  na  rodziców.  Szwedzcy  rodzice  coraz  częściej  nie

przyjmują  do  wiadomości,  że  są  od  swoich  dzieci  starsi.  Słuchają  tej  samej  muzyki,

background image

ubierają się w podobne ubrania. Swoje dzieci starają się jak najszybciej usamodzielnić, a
problem w tym, że dzieci wcale nie mają ochoty dorastać.

Jak

 wygląda to usamodzielnianie?

–  Sześcioletnie  dziewczynki  ubiera  się  w  stringi,  w  spodnie  z  cekinami,  bluzeczki  z

dekoltami.  Podświadomie  tworzy  się  z  nich  obiekt  seksualnego  zainteresowania.  Kiedy
mają 15 lat, matki wręczają im prezerwatywy. A gdy mają 19 lat, wypychają je z domu,
żeby same mogły bez skrępowania dalej odgrywać rolę nastolatek.

I

 kontakty się urywają?

–  Nie,  wręcz  przeciwnie,  matka  i  córka  zostają  przyjaciółkami.  Przychodzi  do  mnie

kobieta  po  pięćdziesiątce  w  skórzanej  kurtce,  której  nie  zdejmuje  w  pokoju  wzorem
nastolatek,  i  mówi:  „Moja  córka  jest  fantastyczna,  jest  moją  najlepszą  przyjaciółką.  W
ogóle  nie  czujemy  różnicy  wieku,  razem  chodzimy  do  klubów,  razem  podrywamy
facetów”.  A  innym  razem  przychodzi  do  mnie  20-letnia  dziewczyna  i  mówi,  że  ma
problem z matką, która konkuruje z nią na rynku damsko-męskim. Bo zarówno ona, jak i
jej  matka  szukają  partnera.  I  nie  ma  w  tym  nic  złego,  ale  powinny  to  robić  na  innych
terytoriach, a tu matka wychodzi z córką na noc do baru jak z koleżanką. To wszystko jest
konsekwencją  kultu  młodości.  To  zafiksowanie,  że  być  młodym  od  razu  oznacza  być
szczęśliwym,  to  traktowanie  swojego  ciała,  jakby  było  samochodem.  Jak  się  popsuje,
trzeba  go  zreperować,  wymienić  części,  zmienić  lakier  i  znów  jestem  idealna.  Kiedy  ja
dorastałam, moja babcia była starą kobietą i miała prawo być stara. To było dla mnie w
jakiś  sposób  odprężające,  budujące.  To  ja  uczyłam  się  od  niej.  Dziś  babcia  stara  się
naśladować wnuczkę. I tak tworzy się wrażenie uczestnictwa w jakimś wyścigu, konkursie,
ucieczce. Ucieczce przed starzeniem się. Starzenie się jest wypierane.

Ale

 dlaczego młodzi nie chcą dorastać?

–  Bo  dorosłość  nie  kojarzy  im  się  z  żadną  atrakcją,  z  żadnym  zakazanym  owocem.

Wszystko jest dozwolone bardzo wcześnie. Weźmy chociażby seks. Edukacja seksualna w
szkole za moich czasów zaczynała się od 14. roku życia, teraz od 12.

Czasem dzieci uciekają z domu przed przemocą.

– U nas od kilkudziesięciu lat istnieje specjalna linia telefoniczna dla ofiar przemocy

w rodzinie. Każde dziecko wie, że gdy ojciec podniesie na nie rękę, wystarczy telefon na
policję  i  ojciec  zostanie  skazany.  Kiedy  bijesz  swoje  dziecko,  to  tak,  jakbyś  napadał  na
bank.  Nikt  normalny  tego  nie  robi.  Dorosłość  niesie  więcej  kłopotów  niż  przyjemności.
Młoda pacjentka żali mi się, że matka opowiada jej o swoich perypetiach z mężczyznami,
o porażkach, upokorzeniach, lękach. A ona nie chce tego słuchać. Matka traktuje ją jak
koleżankę, a ona nie chce być dla matki koleżanką. Chce, żeby mama była mamą, żeby
dawała  jej  poczucie  bezpieczeństwa,  żeby  była  autorytetem.  Ale  matka  nie  ma  zamiaru
być  autorytetem,  bo  ta  rola  ją  postarza.  Czyniąc  z  córki  partnerkę,  nie  reaguje  na  jej
potrzeby, myśli wyłącznie o własnych.

Bo

 jest samotna...

background image

– Tak, bo jest samotna. Przyszła do mnie kiedyś kobieta koło pięćdziesiątki. Okazało

się, że jest żoną znanego polityka o bardzo dobrej reputacji. Często widuję jego twarz w
gazetach i w telewizji. Opowiedziała mi historię swojej rodziny. Mają dwoje dzieci, syna i
córkę.  Syn  jest  homoseksualistą.  Nikt  jednak  o  tym  nie  wie,  bo  to  mogłoby  zrujnować
karierę  męża.  Tak  więc  ten  temat  był  zawsze  w  domu  ignorowany.  Kiedy  syn  chciał  o
tym porozmawiać, zbywało się go. Chłopak w końcu się wyprowadził, mieszka w innym
mieście ze swoim przyjacielem. Rodzice opowiadają, że z dziewczyną. On coraz rzadziej
ich odwiedza.

Któregoś dnia córka poskarżyła się matce, że ojciec molestuje ją seksualnie. Miała 15

lat. Matka także nie przyjęła tego do wiadomości, po prostu nie chciała o tym słyszeć. Po
paru latach dziewczyna skończyła szkołę i wyjechała za granicę, gdzie przeszła leczenie u
psychoterapeuty.  Postanowiła  namówić  matkę,  żeby  też  poddała  się  takiemu  leczeniu.
Miałam  wrażenie,  że  matka  sama  nie  odczuwała  głęboko  takiej  potrzeby.  Po  prostu
obiecała córce. Problem, że żyje z człowiekiem, który współżył z ich własnym dzieckiem,
nie  był  dla  niej  najgorszy.  Nie  chcę  powiedzieć,  że  to  dla  niej  nie  miało  w  ogóle
znaczenia, ale najwięcej mówiła o tym, że nie może pogodzić się ze świadomością, iż mąż
uznał córkę za bardziej atrakcyjną seksualnie od niej.

I

 jak się skończyła terapia?

–  W  pewnym  momencie  moja  pacjentka  zdała  sobie  sprawę,  że  nasze  spotkania

powinny  doprowadzić  do  zmiany  jej  sposobu  życia.  Tego  nie  mogła  zaakceptować.
Któregoś  dnia  powiedziała,  że  rezygnuje,  że  już  nie  potrzebuje.  Przyszła  na  ostatnie
spotkanie  i  rozstałyśmy  się.  Nadal  chyba  mieszkają  razem.  Jej  męża  ciągle  widuję  w
telewizji.

Juanita

 Forssell

Szwedzka psycholog i psychoterapeuta, wykształcenie zdobyła na uniwersytetach w Sztokholmie

i  w  Umeå.  Przez  wiele  lat  pracowała  w  szpitalu  psychiatrycznym  blisko  koła  podbiegunowego.  Od
1989  roku  prowadzi  prywatną  praktykę  psychoterapeutyczną.  Jest  córką  hiszpańskiego  imigranta,
który  przybył  do  Szwecji  w  latach  30.  Mieszka  w  Halmstad  na  południowo-zachodnim  wybrzeżu  z
mężem lekarzem pediatrą i trójką dzieci.

background image

Wmawiamy sobie raj

KATARZYNA KLUKOWSKA

Odkąd Szwecja i Norwegia zakazały prostytucji, tamtejsi panowie ciągną do Danii jak

pszczoły do miodu

KATARZYNA KLUKOWSKA: Czy Dania to burdel Europy?

JENS  HØVSGAARD,  pisarz  i  reporter:  Może  nie  całej,  bo  są  jeszcze  inne  kraje  w

Europie, gdzie prostytucja jest legalna, ale z pewnością burdel Północy. Odkąd Szwecja i
Norwegia zakazały prostytucji, tamtejsi panowie ciągną do Danii jak pszczoły do miodu.
Nigdzie w Skandynawii nie ma takiej swobody korzystania z domów publicznych jak w
Danii. Prostytutek jest u nas do wyboru, do koloru. Każdy może znaleźć coś dla siebie. W
jednym  z  wysokonakładowych  duńskich  tabloidów  codziennie  jest  pięć,  sześć  stron
ogłoszeń o usługach seksualnych. Klient dostaje ofertę razem z cennikiem usług.

Dlaczego duński rząd nie walczy z prostytucją?

–  Bo  nasi  politycy  uważają,  że  każdy  człowiek  ma  prawo  do  swobody,  dobrego

samopoczucia i zadowolenia z życia. „Jeśli niektórzy mogą to osiągnąć jedynie w burdelu,
powinniśmy  być  dla  nich  wyrozumiali  –  mówią.  –  Precz  z  konwenansami,
ograniczeniami i zakazami!”.

Politycy  też  korzystają  z  usług  prostytutek,  więc  trudno  oczekiwać,  że  nagle  zmienią

front i cały ten seksprzemysł uznają za niemoralny i niegodny nas, Duńczyków.

Poza tym nikomu nie przyjdzie do głowy pomagać prostytutkom, bo zdaniem naszego

establishmentu te kobiety robią to, co potrafią najlepiej. Politycy nie walczą z prostytucją,
bo  taka  walka  nie  niesie  żadnych  korzyści  politycznych  –  prostytutki  i  alfonsi  rzadko
chodzą głosować, a i splendor z takiego działania mizerny.

Żeby nakręcić film o rumuńskiej 16-latce przemocą zmuszanej do prostytucji, kupiłem

ją na własność, za 1,5 tys. euro. Alfons, który mi ją sprzedał, powiedział: „Możesz z nią
zrobić, co zechcesz. Jest twoja”. Moja prowokacja miała udowodnić, że w cywilizowanej
Europie w biały dzień odbywa się handel żywym towarem.

Film  wyemitowała  duńska  telewizja.  Po  projekcji  odbyła  się  dyskusja  w  studiu.

Jednym z zaproszonych gości była duńska minister sprawiedliwości. Bardzo się wzruszyła,
oglądając  mój  reportaż,  nawet  łza  pociekła  jej  po  policzku,  ale  na  pytanie,  co  zrobić  z
prostytucją  w  Danii,  odpowiedziała:  „Nic.  To  najstarsza  kobieca  profesja”.  Minister

background image

sprawiedliwości nie zauważyła, że rumuńska nastolatka została prostytutką z przymusu, a
nie z wyboru. Szczycimy się, że niemal z mieczem w dłoni walczymy o prawa człowieka, a
z drugiej strony pozwalamy, by na ulicach naszych miast prostytuowały się kobiety, które
nie mają żadnych praw.

Co zrobiłeś ze „swoją” rumuńską prostytutką?

– Namówiłem ją, by zgłosiła się na policję i o wszystkim opowiedziała. Pomogłem jej

znaleźć  schronienie  w  azylu  dla  kobiet,  ale  jej  alfons  szybko  się  dowiedział,  gdzie  się
ukrywa. Wyciągnął ją ze schroniska i ponownie zmusił do wyjścia na ulicę. Dopiero gdy
dziewczyna  postraszyła  swego  oprawcę,  że  wkrótce  razem  z  innymi  europejskimi
dziennikarzami  przyjadę  jej  pomóc,  dał  jej  spokój.  Dziewczyna  znalazła  pracę  jako
recepcjonistka w hotelu, poznała chłopaka, wyszła za niego za mąż.

Czy prawdą jest, że niepełnosprawni dostają dofinansowanie z gminy, jeśli przyjdzie

im ochota na seks z prostytutką?

– Kryzys wymusił oszczędności. Gminy nie dofinansowują już usług seksualnych dla

niepełnosprawnych,  ale  pracownicy  socjalni  nadal  mają  obowiązek  pomóc
niepełnosprawnym  znaleźć  prostytutkę,  która  zgodzi  się  ich  obsłużyć.  Gdy
niepełnosprawny klient zdecyduje się na usługę, musi za nią zapłacić z własnej kieszeni, a
nie – jak kiedyś – na spółkę z gminą.

Na szczęście w wielu gminach zaczyna się dostrzegać problem. Że prostytutki często

mają  za  sobą  straszne  przeżycia.  Że  niektóre  są  zmuszane  do  nierządu  siłą.  Urzędnicy
gminni zaczynają dostrzegać w prostytutkach ludzi i coraz częściej zadają sobie pytanie,
czy to moralne napędzać im klientów. Problem nie wyszedł jednak poza fazę dyskusji. Do
zmiany przepisów daleka droga.

Tym bardziej że swoboda dostępu do usług seksualnych ma silne lobby. Jest to Forum

Polityki  Seksualnej  (Seksualpolitisk  Forum),  które  skupia  ludzi  światłych,  przedstawicieli
różnych  zawodów:  pisarzy,  aktorów,  położne,  nauczycieli.  Mam  zaszczyt  być  ich
naczelnym wrogiem. Oni uważają, że mężczyzna ma prawo do zadowolenia seksualnego,
czyli mówiąc wprost: do wytrysku. A ja pytam: dlaczego musi w tym celu kupować ciało
kobiety? Może to załatwić inaczej, prawą lub lewą ręką…

Wstydzisz się za swój kraj?

– Często. Prostytucja to niejedyny „wstydliwy” temat w Danii.

Ponad dwa miliony kobiet i dzieci rocznie trafia w łapy handlarzy żywym towarem.

To wielki wstyd ludzkości. To mój osobisty wstyd, że Dania bierze w tym udział.

Dlaczego więc od 30 lat Dania niezmiennie otwiera listę najszczęśliwszych krajów na

świecie?

–  Statystykami  łatwo  manipulować.  Duńczycy  sami  sobie  wmawiają,  że  są

najszczęśliwsi na świecie. Jeśli od kołyski do grobu słyszysz, że żyjesz w najszczęśliwszym

background image

kraju na ziemi, w końcu zaczniesz w to wierzyć. Ale to nieprawda.

Duńczycy piją, palą, łykają antydepresanty, masowo się rozwodzą.

Jak  popatrzysz  na  przechodniów  na  ulicy,  zobaczysz  smutnych,  milczących  ludzi.

Ulegamy propagandzie szczęścia, bo jest nam na rękę.

Najlepsze lata Dania ma już za sobą. Między 1950 a 1970 rokiem przekształciła się z

kraju typowo rolniczego w kraj wysoko rozwinięty. Było się czym pochwalić: szkolnictwo,
opieka  medyczna,  przedszkola  i  żłobki,  domy  opieki  dla  seniorów.  Wszystko  na
najwyższym poziomie. Duńczycy chcą wierzyć, że nic się nie zmieniło. Ale to nieprawda.

Jeżdżę po świecie i widzę: dzieci w Finlandii lepiej radzą sobie w szkole, we Włoszech

jest lepszy system opieki nad starymi ludźmi. Nie jesteśmy już najszczęśliwsi na świecie,
tylko  to  sobie  wmawiamy.  I  nie  potrafimy  przestać.  Prawda  by  nas  zabiła.  Dlatego
mydlimy sobie oczy.

Ale pracujecie 37 godzin tygodniowo, macie sześć tygodni urlopu w roku i wysokiej

jakości opiekę medyczną. Znajoma Polka, od 30 lat mieszkająca w Danii, zachorowała
na raka piersi. Od diagnozy do operacji minęły dwa tygodnie. Jak tylko rana się zagoiła,
dostała  skierowanie  na  chemioterapię.  Zanim  wyłysiała,  przeszła  specjalny  kurs
makijażu,  zakończony  wręczeniem  toreb  z  kosmetykami  o  wartości  ponad  tysiąca
złotych. Dla chorych w Polsce to bajki.

– Przez sto lat partia socjaldemokratyczna i związki zawodowe walczyły, by stworzyć

jak najlepsze warunki pracy dla Duńczyków. Udało im się. Ale kilkuletnie rządy prawicy
cały ten stuletni wysiłek zaprzepaściły.

Nasz słynny 37-godzinny tydzień pracy to przywilej na papierze. Jeżeli chcesz zrobić

karierę,  osiągnąć  sukces,  musisz  pracować  50–60  godzin  tygodniowo.  I  stale  być  w
gotowości,  pod  telefonem,  przy  komputerze.  Małżeństwa  się  rozpadają,  dzieci  są
zaniedbane, bo rodzice stale pracują.

Wpływ  związków  na  rynek  pracy  słabnie.  Przybywa  bezrobotnych,  mnóstwo  ludzi

tkwi w długach po uszy, nie mają z czego spłacać kredytów. Liberalizm źle się kończy dla
społeczeństwa.

Pomyśl  o  swoim  kraju.  Zachodnie  firmy  wykupiły  w  Polsce  przedsiębiorstwa  za

bezcen, skorzystały z taniej siły roboczej. Wycisnęli was jak cytrynę, a jak przyszedł kryzys,
to nikt się nie interesuje, jak pomóc zwalnianym ludziom, ocalić firmę. Wprost przeciwnie
– spekuluje się polską walutą, by zarobić na jej wahaniach. Nie ma moralności, jest wolny
rynek.

Zauważyłam,  że  Duńczycy  nie  mogą  żyć  bez  alkoholu,  papierosów  i  niezdrowej

żywności. Czy to one czynią ich szczęśliwymi?

–  W  naszej  kulturze  jest  zakorzenione,  że  aby  poczuć  się  naprawdę  dobrze,  trzeba

uciec  od  rzeczywistości.  Jedna  z  dróg  ucieczki  wiedzie  przez  używki.  Jest  prosta  –
wystarczy wlać w siebie kilka carlsbergów, zagryźć tłustymi chipsami i wypalić pół paczki

background image

papierosów. To jedyny sposób, by Duńczyk się wyluzował i poczuł szczęśliwy.

Jesteśmy jednym z najbardziej rozpitych narodów na świecie.

Nigdy nie przestaliśmy być zakompleksionymi chłopami ze wsi, którzy muszą sobie – z

pomocą używek, bo na trzeźwo nie da rady – wmawiać, że są najlepsi. Choć nie są, bo
Szwedzi są zdrowsi i zdolniejsi, Norwegowie bogatsi, a Niemcy lepiej zorganizowani. Do
tego jest nas mało, czujemy się osaczeni, dlatego mydlimy sobie oczy: „Robimy wspaniałe
meble!”,  „Jesteśmy  dobrzy  w  futbolu!”.  Żeby  w  to  uwierzyć,  czasami  potrzebna  jest
pomoc w postaci alkoholu.

Żeby  zrozumieć,  jak  ważny  w  życiu  Duńczyka  jest  alkohol,  opowiem  o  pewnym

zdarzeniu.

Co roku w przedszkolu mojej córki odbywa się letnia impreza dla dzieci i rodziców.

Zwykle przychodziło stu rodziców, jedliśmy wspólnie posiłek, dorośli pili wino lub piwo.
Ostatnio zabroniono przynosić alkohol. Chodziło o to, że podpici rodzice mieli kłopot z
bezpiecznym  odwiezieniem  dzieci  do  domu,  pociechy  zaś  miały  wątpliwą  przyjemność
oglądania rodziców na tzw. cyku. Wiesz, co się stało? Przyszła tylko połowa rodziców. Nie
robiłem  badań  tego  zjawiska,  ale  mogę  się  domyślać  powodów  tak  niskiej  frekwencji.
Duńczyk wie, że żeby było miło, musi być alkohol. Co to za przyjemność siedzieć wśród
wrzeszczących  dzieciaków  i  nie  móc  uspokoić  skołatanych  nerwów  porządną  dawką
wina?

Pamiętaj  jednak,  że  my,  Duńczycy,  nie  mamy  się  za  ochlapusów.  To  wy,  Polacy,

Rosjanie, leżycie z pustą butelką po wódce w rynsztoku. My nie mamy takiego problemu.

Żartujesz…

– Trochę tak, a trochę nie. Nam się wydaje, że panujemy nad naszym nałogiem, że

mamy alkohol pod kontrolą. Wy – nie. Wy tam, w Europie Wschodniej, będziecie pili, aż
zobaczycie  dno  w  butelce,  a  potem  uśniecie  pod  stołem.  My,  Duńczycy,  tak  się  nie
upijamy.

A  dlaczego  Dania  przoduje,  gdy  chodzi  o  liczbę  rozwodów?  Co  czwarte  duńskie

dziecko ma rozwiedzionych rodziców.

– Rodzina to biznesplan, który zakłada: żonę, dzieci, ale też porządny telewizor, dwa

samochody w garażu, latem urlop w egzotycznych krajach, zimą narty w Szwajcarii. To
wszystko kosztuje. Trzeba na to zarobić, co oznacza po 60 godzin pracy tygodniowo dla
każdego  z  rodziców.  Dzieci  siedzą  w  żłobkach  i  przedszkolach  od  7  rano  do  17–18.
Rodzice są dla siebie jak obcy, praktycznie się nie widzą. Dzieci się rodzą, bo to jest część
biznesplanu, ale nie starcza sił i czasu, by ten biznesplan zrealizować do końca.

A  przeciętny  Duńczyk  nie  potrafi  się  odstresować,  bo  jak  przychodzi  do  domu,  to

widzi te wszystkie dobra, na które musi tak ciężko harować. Zamyka się więc w łazience,
która  nie  jest  już  zwykłą  łazienką,  tylko  pokojem  kąpielowym,  i  próbuje  się  zrelaksować.
(O ile nie przypomni sobie, ile go ten pokój kąpielowy kosztował…).

background image

Rodzina  nie  daje  wytchnienia,  bo  wiecznie  czegoś  chce,  brakuje  czasu  dla  siebie.  I

ludzie się rozwodzą.

Kryzys finansowy może przyczyni się do tego, że będzie lepiej w duńskich rodzinach,

bo  skończy  się  wyścig  szczurów  po  jeszcze  jeden  telewizor,  dom  czy  samochód.  Kryzys
zmusi ludzi, by docenili to, co w życiu najcenniejsze.

Parę  lat  temu  głośno  było  o  pastorze,  który  brał  pensję  za  szerzenie  wiary  i

jednocześnie  przyznał  publicznie,  że  nie  wierzy  w  Boga,  zmartwychwstanie  i  życie
wieczne.  Biskup  najpierw  zawiesił  go  w  obowiązkach,  ale  pod  naciskiem  lokalnej
społeczności przywrócił do pracy. Wiernym nie przeszkadzało, że ich pasterz nie wierzy
w dogmaty wiary chrześcijańskiej?

–  My  nie  jesteśmy  tak  religijni  jak  wy,  Polacy.  Religia  nie  ma  dla  nas  wielkiego

znaczenia. Mamy swój Kościół narodowy, ale on nie wtrąca się w nasze życie.

No  i  mamy  pastora,  który  mówi:  „Nie  wierzę  w  Boga”.  Nie  przeszkadza  mi  to.

Wystarcza mi w zupełności, że pastor kompetentnie opowiada wiernym, kim był Jezus i co
czynił za życia. Nie opowiada bajek o stworzeniu świata, raju i takich tam. W to trudno
uwierzyć.  Powtarza  za  Jezusem:  „Szanuj  bliźniego  swego  jak  siebie  samego”.  Namawia
ludzi, by stali się lepsi.

Ale chyba go nie słuchają. W czasie ulicznych zamieszek duński policjant zwrócił się

do  demonstranta  o  ciemnej  skórze  „perker”,  czyli  „brudasie”.  Potem  co  prawda
zapewniał,  że  powiedział  „perler”,  czyli  „perełko”,  ale  nikogo  nie  przekonał.  A
kierowca  autobusu  nie  chciał  zabrać  kobiety  w  tradycyjnym  stroju  muzułmańskim.
Twierdził,  że  nie  może  przewozić  zamaskowanych  osób,  bo  kojarzą  mu  się  z
demonstracjami  i  zamieszkami.  Został  zwolniony  z  pracy,  ale  nie  za  rasizm,  tylko  za
głupotę.

– Języka naszej debaty publicznej nie zawaham się porównać do języka w Niemczech

sprzed  II  wojny  światowej.  Skrajnie  prawicowe  partie  polityczne,  na  przykład  Dansk
Folkeparti,  pozwalają  sobie  na  używanie  nazistowskiej  terminologii.  Można  usłyszeć  na
przykład, że przybysze z Bliskiego Wschodu rozmnażają się jak szczury. Nikt nie pozywa
za to polityków do sądu, nie piętnuje, nie grzmi z oburzenia. Naziści w latach 30. zeszłego
wieku też mówili o Żydach „szczury”.

Czy Duńczycy to rasiści i ksenofobowie?

– Ekstremalni.

Policjantowi,  który  znieważył  duńskiego  demonstranta  o  innym  kolorze  skóry,  włos

nie spadł z głowy. Nie ucierpieli też jego przełożeni. Każda partia, która poważnie myśli o
wejściu  do  parlamentu,  musi  w  swoim  programie  mieć  jakieś  pomysły  na  rozwiązanie
„problemu cudzoziemców” w Danii.

Mówimy  „muzułmanin”,  myślimy  „kryminalista”.  Na  ulicach  Kopenhagi  walczą  ze

sobą „etniczni” Duńczycy z „nowymi” Duńczykami, czyli takimi, których rodzice przybyli
tutaj jako uciekinierzy albo za pracą. Banda „nowych” Duńczyków liczy 100 przestępców.

background image

Banda  „etnicznych”  Duńczyków  to  240  gangsterów.  Kiedyś  podsłuchałem  dyskusję
starszych  panów.  Tylko  jeden  był  zdania,  że  obie  bandy  to  kryminaliści.  Wszyscy
pozostali uważali, że bandytami są tylko muzułmanie.

Cudzoziemcy stanowią już osiem procent społeczeństwa duńskiego. Może Duńczycy

mają powody, by się ich obawiać, zwłaszcza muzułmanów? Na basenie w Kopenhadze
zaczepił  mnie  Palestyńczyk,  który  kiedyś  studiował  w  Polsce.  Zapytałam  go,  dlaczego,
choć  mieszka  w  Danii  już  dziewięć  lat,  lepiej  mówi  po  polsku  niż  po  duńsku.  „Po  co
mam się uczyć duńskiego? Niedługo Duńczycy będą się musieli uczyć arabskiego”.

–  Nie  wierzę,  że  wszyscy  muzułmanie,  którzy  do  nas  przyjeżdżają,  chcą  stworzyć

kalifat,  a  drogi  brukować  naszymi  kośćmi.  Chcą  żyć  we  własnej  kulturze,  ale  to  nie
znaczy, że równocześnie chcą stłamsić naszą kulturę.

To my zaprosiliśmy Turków, Jugosłowian, by chcieli pracować dla nas. Nie wierzę w

żadne ich złe zamiary. Oni nie przyjechali tu robić rewolucji, tylko pracować.

Uważam,  że  to  nie  w  porządku,  że  bierzemy  udział  w  wojnie  w  Iraku,  wypędzamy

miliony ludzi z domów, a potem nie dajemy im schronienia u siebie. Szwecja, która nie
wysłała ani jednego żołnierza do Iraku, przyjęła bardzo wielu uchodźców. My umyliśmy
ręce.

Cudzoziemcy  to  nie  problem,  to  dobrodziejstwo.  Przyczyniają  się  do  tego,  że  nasze

społeczeństwo dobrze funkcjonuje i rozwija się. Palestyńczyk, z którym byłaś na basenie,
nie był przykładem „nowego” Duńczyka. Jest leniwy, nie chce mu się uczyć języka. Nie
znaczy to jednak, że jest niebezpieczny.

Czy jesteś dumny z tego, że jesteś Duńczykiem?

– Kiedyś, jak opowiadałem cudzoziemcom o moim kraju, to wpadali w przerażenie,

słysząc, jak horrendalne podatki płacimy. Zawsze wtedy mówiłem, że te pieniądze służą
mnie  i  mojej  rodzinie:  moje  dziecko  chodzi  do  dobrej  szkoły,  moi  rodzice  mają
zapewnioną  świetną  opiekę  na  starość,  opieka  medyczna  jest  bezpłatna.  Teraz  tego  nie
mogę powiedzieć. Podatki się nie zmieniły – nadal są horrendalne, 50 proc. i więcej, ale
gdybym  chciał  posłać  dziecko  do  dobrej  szkoły,  muszę  dopłacić.  Gdy  zależy  mi  na
komforcie  rodziców  –  muszę  dopłacać  do  opieki  nad  nimi.  Nie  kręci  mi  się  już  łezka  w
oku  na  widok  duńskiej  flagi.  Teraz  duńska  flaga  kojarzy  mi  się  z  nacjonalizmem,
ksenofobią i rasizmem. Robi mi się niedobrze na jej widok.

Jens Hřvsgaard

Pisarz,  dziennikarz  telewizyjny  i  prasowy.  Przygotowywał  reportaże  dla  duńskiej  telewizji,  ale

także  dla  CNN  World  Report.  Zajmował  się  między  innymi  zanieczyszczaniem  środowiska  przez
fermy  świńskie  zakładane  przez  Duńczyków  w  Polsce.  W  książce  „Sprzedane  dla  seksu”  opisał
międzynarodowy proceder zmuszania kobiet do prostytucji. Jest autorem kryminalnej trylogii („Martwe
księżniczki  nie  śnią”,  Czarna  Owca  2012)  o  prostytutkach  w  Kopenhadze,  gangsterach  z  zagranicy,
żołnierzach sił pokojowych i skorumpowanych politykach.

background image

Lekcja fińskiego

KATARZYNA SURMIAK-DOMAŃSKA

Jeśli jesteś prezesem wielkiej firmy albo znanym aktorem i chciałbyś posłać swoje dziecko do

szkoły, która by podkreślała twój prestiż, to w Finlandii nie masz jak

Przyjeżdżają  do  nas  ludzie  z  innych  krajów  i  pytają:  „Jak  wy  to  robicie?”.  A  my

patrzymy po sobie i mówimy: „Jak to, do cholery, jest możliwe?” – mówi Ulla Simonen, z
zawodu  kierownik  produkcji  filmowej,  prywatnie  matka  dwóch  nastolatek.  –  Jeśli  od
małego wbija nam się do głowy, że nie jesteś lepszy niż inni, jak tu nagle uwierzyć, że to
nasze dzieci mają być najmądrzejsze w Europie?

Przyjechałam  do  Helsinek,  żeby  zadać  to  samo  pytanie.  Na  czym  polega  sekret

cudownych fińskich szkół.

Supermani

To, że fińskie szkoły odstają wyraźnie od reszty Europy, zauważono na początku tego

tysiąclecia.  W  2000  roku  po  raz  pierwszy  ogłoszono  wyniki  PISA  (Programme  for
International Students Assessment), badającego poziom uczniów na całym świecie.

Już  w  pierwszej  edycji  fińskie  15-latki  zdobyły  złoty  medal  w  kategorii  „czytanie  i

interpretacja” oraz brąz w kategorii „rozumowanie przyrodnicze”. W 2003 roku były już
dwa  złota:  w  czytaniu  i  w  przyrodzie,  oraz  drugie  miejsce  z  „rozwiązywania  problemów
matematycznych”.  W  2006  –  pierwsi  z  przyrody,  drudzy  z  matematyki.  W  2009  roku
drudzy z przyrody.

Żaden inny kraj europejski nigdy nie znalazł się na podium w żadnej z kategorii.

„Nie jesteśmy chyba aż takimi matołkami?” – pytał retorycznie w 2001 roku brytyjski

„The  Times”.  „Francja  –  średniak  w  klasie  OECD”,  „Kiepskie  noty  niemieckich
uczniów” – skonstatowały „Le Monde” i „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. „Hiszpańska
edukacja zrobiła w tył zwrot” – przyznał w 2007 roku „El País”, „Ekonomiczna bomba
zegarowa  zaczyna  tykać.  Nasze  nastolatki  najgorsze  z  matmy”  –  alarmował  w  2004
amerykański „Wall Street Journal”, a reżysera Davisa Guggenheima złe wyniki młodych
Amerykanów  zainspirowały  do  nakręcenia  głośnego  dokumentu  „Czekając  na
Supermana”.

Szczególnie  upokarzające  dla  mocarstw  jest  to,  że  program,  za  pomocą  którego

OECD  ocenia  poziom  światowego  szkolnictwa,  nie  bada  stanu  wiedzy  uczniów,  ale
umiejętność posługiwania się nią. Co trzy lata sprawdza 15-latków pod kątem zdolności

background image

rozwiązywania  problemów,  analizowania,  argumentowania  i  interpretowania.  Bada  ich
umiejętność myślenia i przygotowanie do dorosłego życia.

Kaczor Donald uczy

Ulla  Simonen  upiera  się,  że  w  fińskich  szkołach  nie  ma  nic  rewelacyjnego.  Ja  się

upieram, żebyśmy znalazły choć kilka dobrych stron.

– Dobre jest to, że nauka zaczyna się stosunkowo późno – przyznaje Ulla. – Nie tak

jak we Francji, gdzie już w przedszkolu dzieci uczy się czytać i liczyć. My pozwalamy im
jak najdłużej się bawić. Pierwszy język obcy wchodzi dopiero w trzeciej klasie.

– To jakim cudem wszystkie dzieci tak szybko mówią po angielsku?

– To zasługa telewizji. Nie ma dubbingu ani lektorów w zagranicznych filmach. Tylko

napisy.

– Pewnie dlatego też tak dobrze rozumieją to, co czytają.

– A to również zasługa Kaczora Donalda. Wszyscy uczyliśmy się czytać z komiksów o

Donaldzie. Trzeba przyznać, że w tych dymkach jest bardzo bogaty fiński język. Rodzice
czytali  mi  „Donalda”,  my  z  mężem  czytaliśmy  go  córkom.  Wciąż  mnóstwo  ludzi
prenumeruje  te  komiksy.  U  nas  wszyscy  czytają  dzieciom.  Mamy  niezłe  publiczne
biblioteki. To takie miejsce, gdzie możesz zostawić dziecko na dwie godziny i polecieć coś
załatwić.  Ono  siedzi  i  czyta.  Moje  córki  czytają  więcej  ode  mnie.  Na  pewno  ze  dwie
książki  miesięcznie,  i  to  nie  te  obowiązkowe,  do  szkoły.  Czytanie  dla  przyjemności  jest
zawsze na pierwszym miejscu.

– Rewelacja!

–  Doceniam  też  to,  że  szkoła  jest  całkowicie  bezpłatna  –  Ulla  śmielej  odgina  drugi

palec. – Nawet obiady są bezpłatne, a w podstawówce także podręczniki.

– A jest coś takiego jak ranking szkół podstawowych?

– A co to takiego? Jak jakaś szkoła ma świeżo wyremontowany budynek albo rośnie

koło  niej  więcej  drzew,  to  mówi  się:  „O,  wy  macie  szczęście”.  Zasadniczo  każdy  posyła
dziecko do szkoły, która jest najbliżej domu.

– A szkoły prywatne?

– Jest kilka, ale one realizują ten sam program co publiczne i też są za darmo.

– Jak to za darmo?

–  Finansowane  z  podatków.  Przecież  konstytucja  gwarantuje  bezpłatną  naukę

każdemu.

– No to wyobrażam sobie, ile musicie płacić tych podatków.

– Ja płacę 22 proc. – odpowiada Ulla. – I szczerze mówiąc, uważam, że to za mało.

Prawo Jante

background image

„Nie sądź, że jesteś kimś”, „Nie sądź, że jesteś czymś więcej niż inni”... Mówi się, że

„prawo  Jante”,  pojęcie  wymyślone  przez  norweskiego  pisarza  Aksela  Sandemose  na
potrzeby powieści „Uciekinier w labiryncie” z 1933 roku, jest w rzeczywistości spisaniem
zasad, które od wieków tkwią głęboko w mentalności Skandynawów i – jak podpowiada
mi  Ulla  –  przypominane  są  ciągle  przez  Kościół  luterański.  Zdają  się  też  pasować  do
systemu edukacyjnego Finlandii, który za swój główny cel stawia zniwelowanie podziału
na lepszych i gorszych.

W  latach  70.,  kiedy  Ulla  zaczynała  chodzić  do  szkoły,  wprowadzono  w  Finlandii

obowiązkową  dziewięcioklasową  podstawówkę  dla  dzieci  od  7.  do  16.  roku  życia.  Jest
tych  szkół  prawie  cztery  tysiące  i  są  właściwie  identyczne.  Jeśli  jesteś  w  Finlandii
prezesem wielkiej firmy albo znanym aktorem i nawet chciałbyś posłać swoje dziecko do
szkoły, która by podkreślała twój prestiż, to nie masz jak.

Podstawówka  w  centrum  stolicy,  którą  odwiedzam,  jest  monumentalna  i  –  jak

większość tutejszych budynków – przytłaczająca swoim ascetyzmem.

Ponure wrażenie rozwiewa jej dyrektor Tuomo Säävälä. Prawdę mówiąc, wzięłam go

najpierw  za  kogoś  z  personelu  technicznego,  bo  jest  ogolony  na  łyso,  ubrany  w  dżinsy,
koszulkę polo, a w uchu ma kolczyk. Tylko że tu wszyscy ubierają się w tym stylu. Strój
nie  powinien  wskazywać  na  różnice  hierarchiczne  ani  też  zbytnio  manifestować  różnic
płci (po fińsku „on” i „ona” to to samo słowo).

Dziwnie  jest  w  tej  szkole.  Nikt  nie  wrzeszczy,  nie  biega.  Do  dyrektora  dzieci  mówią

„Tuomo” albo „dyrektorku”. – Nie chcę, żeby się mnie bali – wyjaśnia Säävälä.

Fińscy  geniusze  zostali  uformowani  w  takiej  szkole  jak  ta.  Staram  się  więc  wyłapać

każdy  szczegół,  który  różni  ją  od  szkoły,  do  jakiej  w  Warszawie  chodzi  moja  12-letnia
córka.

Oczywiście,  dobrze  byłoby,  gdyby  szkoła  Julki  była  równie  duża,  a  w  każdej  klasie

tylko  kilkunastu  uczniów.  Każde  dziecko  ma  tutaj  swoje  biurko,  gdzie  może  zostawiać
większość podręczników i zeszytów.

Kurtki  i  worki  z  kostiumami  na  wuef  zostawia  się  na  wieszakach  przed  klasą.  Pod

spodem stawia się buty, a do sali wchodzi w skarpetkach. Codziennie rano podłogi czyści
firma zewnętrzna.

– Dzieci powinny mieć swobodny dostęp do swoich rzeczy. Zwłaszcza że na każdej

przerwie wychodzą na dwór – mówi Tuomo.

Cudownie  byłoby  też,  gdyby  klasy  w  warszawskiej  szkole  publicznej  były  tak

wyposażone jak chociażby tutejsza sala do wychowania muzycznego. Gdzie specjalnie dla
mnie  dzieci  wykonały  piosenkę.  Chłopiec  usiadł  przy  jednej  perkusji,  dziewczynka  przy
drugiej,  nauczycielka  przy  pianinie,  kilka  osób  dostało  przeszkadzajki,  reszta
akompaniamentu leciała z magnetofonu, a cała klasa śpiewała tekst z promptera.

Pamiętajmy jednak, że Finlandia przeznacza na edukację 7,7 proc. PKB, inne kraje –

średnio 4–5 proc.

background image

Zaskakuje  mnie,  że  dzieci,  pomimo  luzackiego  kontaktu  z  nauczycielem,  są  tak

zdyscyplinowane.  Na  boisku  na  dźwięk  dzwonka  wszyscy  błyskawicznie  ustawili  się  w
pary. Na lekcji historii w V klasie każde dziecko brało aktywnie udział w dyskusji, wszyscy
podnosili  ręce.  A  rekordzista  trzymał  rękę  w  górze  przez  pięć  minut  –  patrzyłam  na
zegarek  –  zanim  nauczyciel  udzielił  mu  głosu.  Chciał  zapytać,  czy  może  podejść  z
ołówkiem do zlewu, przy którym leżały temperówki.

I  jak  te  dzieci  są  ubrane?!  Gdzie  zmora  naszych  szkół:  różowe  lolitki,  malowane

paznokcie i wiszące do ramion kolczyki? Tutaj wszyscy: dżinsy i bluza. Ale nawet gdyby
fińskie  dzieci  miały  potrzebę  krzykliwego  stroju,  nie  miałyby  gdzie  go  kupić.  Wystawy
helsińskich sklepów są tak samo szare jak budynki, w których się znajdują.

Ulla  Simonen  potwierdza,  że  Finowie  –  choć  wychowanie  seksualne  mają  już  w

podstawówce – nie są zbyt „sexy”.

– Nasze poczucie stylu kształtowały fińskie firmy odzieżowe, wśród których szczytem

szaleństwa jest Marimekko. Stroje Marimekko bywają kolorowe, zdarzy się nawet wzór w
kwiaty.  Ale  nigdy  nie  są  sexy.  My,  Finki,  mamy  zakodowane,  że  jeśli  ubierzemy  się
kobieco, nikt nas nie będzie traktował serio – mówi Ulla.

Boks z Azją

Co takiego jest w tej Finlandii, że jej dzieciaki są takie mądre? System edukacji w całej

Skandynawii jest w gruncie rzeczy podobny. A jednak Szwecja, Norwegia i Dania ciągle
są w tyle w rankingach PISA, choć każde z tych państw ma wyższy od Finlandii PKB na
głowę mieszkańca.

Prof.  Hannu  Simola  z  uniwersytetu  w  Helsinkach  w  swojej  pracy  „Fiński  cud  w

PISA”  („The  Finnish  miracle  of  PISA”,  2005)  zwraca  uwagę  na  fakt,  że  Finowie  mają
silnie  zakorzenione  posłuszeństwo,  poczucie  obowiązku  i  wspólnoty.  Nie  bez  znaczenia
jest fakt, że naród fiński zawdzięcza swoje odrodzenie zaborcom, czyli carom Rosji. Car
Aleksander  II  ma  do  dziś  w  Helsinkach  pomnik.  Przedtem  –  w  niewoli  szwedzkiej  –
Finowie nie mieli nic do gadania.

„Fińska  socjaldemokracja  w  porównaniu  z  innymi  nordyckimi  jest  przesączona

wpływami wschodnimi, a nawet totalitarnymi” – pisze prof. Simola. Wraz z gwałtownym
przeskokiem  z  gospodarki  rolnej  do  przemysłowej  równie  prędko  nastąpił  rozwój
szkolnictwa. Finowie co prawda dopiero w 1921 roku ustanowili obowiązek szkolny, za to
szybko nadrobili stracony czas. Dzisiejszy, tak dobrze sprawdzający się system wdrażany
był  z  totalitarną  konsekwencją.  Jeszcze  w  latach  60.  70  proc.  obywateli  zadowalało  się
wykształceniem  podstawowym,  dziś  tyle  samo  wybiera  się  na  studia.  „Finlandia  zawsze
była  krajem  na  pograniczu  Zachodu  i  Wschodu.  Wielu  badaczy  znajduje  analogie
pomiędzy rozwojem Finlandii a Korei Południowej i Japonii” – pisze Hannu Simola.

I  to  by  się  zgadzało,  gdy  patrzy  się  na  rankingi  PISA,  w  których  z  Finlandią

najzacieklej  boksują  się  państwa  Azji.  Jakkolwiek  jednak  da  się  porównać  determinację
Finów  z  determinacją  tygrysów  Wschodu,  styl  dochodzenia  do  sukcesu  jest  kompletnie
inny.

background image

Zadupie Europy

„My nie wiemy, co to jest stres w szkole – 16-latka z Helsinek Vilma Juusonen, która

właśnie zaczęła liceum, uważa, że to jest powód ich sukcesu w PISA. – Nie dzieli się nas
na lepszych i gorszych. Jak ktoś gorzej sobie daje radę z jakimś przedmiotem, natychmiast
wszyscy  starają  się  mu  pomóc.  Wiem,  że  zupełnie  inaczej  jest  w  Azji.  Pasjonuje  mnie
azjatycka  popkultura,  azjatyckie  miasta,  ale  nie  zamieniłabym  się  z  tamtymi  dziećmi  na
szkołę. One uczą się całymi dniami i ciągle się ze sobą ścigają, a to przecież grozi depresją
i przemęczeniem” – pisze mi w mailu.

Uczula  mnie  też,  żebym  nie  dała  się  zwieść  pozornej  grzeczności  dzieci  w

podstawówce. Podobno w szkole średniej jest gorzej. Na pytanie, co jej się nie podoba w
szkole, Vilma odpowiada: „Postawa wielu moich kolegów. Nie szanują tego, co dostają za
darmo.  Na  przykład  nie  jedzą  szkolnych  obiadów,  bo  im  nie  smakują.  Zawracają  się
niegrzecznie do nauczycieli i mówią, że szkoła jest bez sensu”.

Vilma  chce  być  nauczycielką,  ale  nie  w  Finlandii:  „Fajnie  by  było,  gdybym  mogła

przenieść fińską perspektywę do szkół w Azji. Na wszelki wypadek zaczęłam się już uczyć
japońskiego.  Wybierając  pracę  nauczycielki  za  granicą,  strasznie  sobie  komplikuję  życie,
ale  bardzo  mi  zależy  na  tym,  żeby  zobaczyć  trochę  świata.  Poza  tym  pogoda  jest  u  nas
okropna”.

–  Imponuje  im,  że  azjatycka  młodzież  jest  taka  pełna  energii.  Non  stop  oglądają  w

internecie koreańską telewizję. Narodowe poczucie wartości naszej młodzieży jest bardzo
niskie. Najbardziej boją się tego, że utkną w Finlandii. Nasz kraj to – cytując moje córki –
zadupie Europy – mówi mi Ulla.

–  Wychowujecie  dzieci  w  duchu  patriotyzmu?  –  pytam  dyrektora  Säävälä,  kiedy

siadamy w jego gabinecie przy kawie i eklerkach.

– Patriotyzmu? – Tuomo prawie dławi się ciastkiem. – Świętujemy 6 grudnia, Dzień

Niepodległości.  To  chyba  wszystko...  Mamy  naukę  historii  Europy  i  tam  jest  też  o
Finlandii.  Dlaczego  miałoby  być  o  Finlandii  więcej  niż  o  innych  krajach?  –  pyta  mnie
zakłopotany.

Wyrównywanie

Finowie pozbawieni są ducha rywalizacji – wyczytuję w pracy Hannu Simoli. W 1995

roku zrobiono w Finlandii badania, jak oceniają szkołę rodzice uczniów. Okazało się, że
większość  osób  z  wyższych  warstw  społecznych  bardziej  martwiła  się  o  niedostateczne
znoszenie  różnic  w  szkołach  pomiędzy  ich  dziećmi  a  dziećmi  z  uboższych  rodzin  niż  o
rynkową  orientację  edukacji  i  poziom.  Rodzice  z  klasy  robotniczej  nie  mieli  natomiast
żadnych zastrzeżeń.

Potwierdzają  to  badania  PISA.  Jeśli  nawet  młodym  Chińczykom  udało  się  ostatnio

prześcignąć  Finlandię  w  punktacji,  o  klasie  Finów  świadczy  fakt,  że  wśród  ich  uczniów
notuje  się  najmniejsze  różnice  w  wynikach  pomiędzy  uczniami  najlepszymi  i
najsłabszymi.

background image

I z tego Tuomo Säävälä jest najbardziej dumny.

–  Jeśli  któryś  z  naszych  uczniów  ma  z  czymś  problem,  w  klasie  pojawia  się  drugi

nauczyciel, który się do niego dosiada, ewentualnie zostaje z nim po lekcjach, aż problem
zostanie  zażegnany.  Jeżeli  dziecko  ma  ustawiczne  problemy,  pomoc  drugiego  pedagoga
staje się systematyczna – opowiada.

Dla  dzieci  z  jeszcze  poważniejszymi  problemami,  autystycznych  czy  z  głęboką

dysleksją,  organizowane  są  osobne  klasy.  Szkoła  Tuomo  przyjmuje  dzieci  autystyczne  i
dysleksyjne  z  całej  okolicy.  Autystycy  uczą  się  osobnym  trybem  w  sześcioosobowych
grupach  –  dyslektycy  w  ośmioosobowych  –  pod  opieką  dwóch  wyspecjalizowanych
nauczycieli na grupę. Ale uczestniczą też w wybranych zajęciach ze wszystkimi dziećmi.

Oprócz 23 zwykłych nauczycieli zatrudnionych jest 12 od zadań specjalnych.

– Wprowadzamy teraz eksperyment polegający na łączeniu klas – dodaje Tuomo. –

Polega  to  na  tym,  że  dwie  klasy  mają  wspólną  lekcję  z  dwoma  nauczycielami  naraz.
Podejrzewamy, że zmiana osoby wykładającej ten sam temat bardzo dobrze robi.

Nauczyciele – zawód wymarzony

Kiedy  jednak  proszę  Tuomo,  żeby  wybrał  najważniejszą  rzecz,  która  składa  się  na

sukces  uczniów  w  PISA,  odpowiada  bez  namysłu:  –  Nauczyciele.  Doskonale
przygotowani  i  cieszący  się  wysokim  statusem  społecznym.  W  Finlandii  każdy  chce  być
nauczycielem, a zostają nimi tylko najlepsi.

Hannu Simola pisze w „Fińskim cudzie w PISA”, że nacisk na doedukowanie długo

zaniedbywanego  narodu  zaowocował  nieporównywalnie  wyższym  prestiżem  nauczycieli
niż  w  innych  krajach  rozwiniętych,  choć  ich  pensje  są  całkiem  przeciętne.  Najwięcej
maturzystów  w  roku  2005  chciało  być  nauczycielami.  W  tyle  zostały  takie  kariery  jak
dziennikarz, prawnik, lekarz, psycholog czy inżynier.

Nauczyciele fińscy, tak jak w Polsce, muszą mieć wyższe studia, różnica polega jednak

na  nacisku  na  specjalistów  od  nauczania  początkowego,  które  w  Finlandii  trwa  aż  sześć
lat. Do szóstej klasy uczniowie mają jednego profesora od większości przedmiotów.

Egzamin  dyplomowy  sprawdza  nie  tyle  wiedzę  kandydata,  ile  jego  umiejętność

zainteresowania ucznia i dostosowanie się do jego sposobu myślenia.

Zaufanie, które rodzi zaufanie

Kiedy  kandydat  staje  się  już  nauczycielem,  w  pracy  w  szkole  nie  podlega  już

praktycznie  żadnej  weryfikacji.  Nie  ma  wizytatorów,  międzyszkolnych  testów
porównujących  wyniki  uczniów.  O  dostaniu  się  do  liceum  decyduje  średnia  z
podstawówki.  Jeśli  masz  słabą,  możesz  zrobić  sobie  dodatkową,  dziesiątą  klasę,  by  ją
podciągnąć.

–  Ostatnio  odwiedziła  mnie  kuzynka,  która  jest  nauczycielką  w  Grecji.  Powiedziała:

„Niesamowite, jakie wy macie zaufanie do tych dzieciaków”. U niej co chwila te biedne
dzieci sprawdzają, oceniają, ciągle im każą zaliczać jakiś materiał. My stawiamy im oceny

background image

od 4 do 10, ale one mają przede wszystkim charakter orientacyjny. Nie ma czerwonych
pasków, „wzorowych uczniów”, nie można też nie zdać do następnej klasy – dowiaduję
się  od  Mari  Kuuteri,  nauczycielki  nauczania  początkowego  w  innej  helsińskiej  szkole.
Mari  pracuje  w  szkolnictwie  od  20  lat,  mieszka  z  mężem  i  najmłodszym  synem  na
obrzeżach stolicy, w domu z pięknym ogrodem.

Uważa,  że  zaufanie  nauczycieli  do  dzieci  jest  rezultatem  zaufania,  jakim  państwo

darzy nauczycieli.

– Ale masz przecież program, który musisz zrealizować – dociekam.

–  Bardzo  ogólny.  Na  przykład  na  geografii:  „Azja”.  Ja  decyduję,  jakie  wybiorę

podręczniki, na których krajach się skupię, czy więcej powiem o stosunkach społecznych,
czy o przyrodzie, jaki film pokażę uczniom. Wreszcie, jak chcę, to mogę o Azji zrobić im
tylko kilka lekcji, a zaoszczędzony czas przeznaczę na Afrykę, bo o niej wiemy mniej. To
ja decyduję, ile i jakie lektury dzieci przeczytają w ciągu roku na fińskim.

– A twoja największa satysfakcja zawodowa?

– Byłam kiedyś nową nauczycielką bardzo trudnej klasy. Tam był jeden szczególnie

agresywny  chłopiec,  dziesięcioletni.  Doszło  między  nami  do  konfliktu,  bo  nie  odrobił
pracy domowej. Krzyczał: „Walnę cię! Normalnie zaraz cię walnę!”. A ja na to spokojnie:
„Jeśli  to  zrobisz,  będziesz  miał  duże  problemy.  A  mnie  wtedy  będzie  cię  bardzo  żal”.  I
uwierzysz?  Z  chłopca  uszło  powietrze.  Powiedział:  „Przepraszam”,  i  nigdy  więcej  nie
sprawiał kłopotów – Mari opowiada ze łzami w oczach. – Poczuł, że jest dla kogoś ważny.
Jego  mama  była  zajętą  bizneswoman.  To  zresztą  jest  coraz  częstsze.  Ludzie  gonią  za
pieniędzmi, rośnie liczba rozwodów, a problemy w rodzinie natychmiast odbijają się na
zachowaniu dzieci i ich wynikach w nauce. Dlatego tak ważne jest, żeby im pokazać, że
my, nauczyciele, jesteśmy zawsze po ich stronie.

To  stwierdzenie  zapewne  zirytowałoby  Ullę  Simonen,  która  właśnie  ma  za  złe

nauczycielom,  że  są  za  dobrzy:  –  Za  dużo  z  dziećmi  dyskutują,  wszystko  im  tłumaczą,
chcą się przypodobać i im, i rodzicom. Nauczyciel powinien wymagać, żeby jego decyzje
były respektowane. Uwierzysz, że potrafią zostawić dzieciom swój prywatny numer?

School shooting

7 listopada 2007 roku rano w portalu YouTube ukazało się zdjęcie gmachu pewnego

liceum  20  km  od  Helsinek.  Fotografia  zanikała  i  w  jej  miejscu  pojawiała  się  sylwetka
mężczyzny  celującego  z  broni  do  kamery.  Pod  nagraniem  widniał  podpis:  „Masakra  –
11/7/2007”.  Kilka  godzin  później  masakra  stała  się  faktem.  Napastnikiem  był  uczeń  tej
szkoły.  „Wydawało  się  to  zupełnie  nierzeczywiste;  chłopiec,  którego  uczyłem,  biegł  w
moją stronę z pistoletem w dłoni” – relacjonował nauczyciel. 18-latek zabił osiem osób, w
tym dyrektorkę szkoły. Na końcu strzelił do siebie.

Niecały  rok  później  pewien  22-latek  wszedł  do  zespołu  szkół  zawodowych  na

zachodzie kraju i zaczął strzelać do kolegów piszących sprawdzian. Razem ze sobą zabił
11 osób.

background image

Obaj  zabójcy  byli  w  przeszłości  ofiarami  „bullyingu”,  czyli  znęcania  się  ze  strony

szkolnych kolegów.

–  Jak  można  mówić,  że  mamy  dobre  szkoły,  skoro  dzieją  się  w  nich  takie  rzeczy!  –

denerwuje się Ulla. – Oni się porównują w internecie. Zawsze następny zabija więcej. W
Finlandii  jest  mnóstwo  broni,  bo  jesteśmy  narodem  myśliwych.  Bardzo  łatwo  jest  o
pozwolenie.

Ulla  przyznaje  jednak,  że  rząd  właściwie  zdiagnozował  problem.  Uruchomiono  w

internecie  stronę  „police  online”  dla  osób  będących  ofiarą  lub  świadkiem  przemocy  w
szkole. Podobno policjanci reagują błyskawicznie.

– Jednak wszyscy zrozumieliśmy, że nasz wiek niewinności minął – konstatuje Ulla.

Kolejny  problem,  na  który  zwraca  mi  uwagę,  to  wysoki  odsetek  bezrobotnej

młodzieży,  ponad  20  proc.,  choć  ogólnie  w  kraju  bezrobocie  nie  przekracza  7  proc.:  –
Najlepszy dowód, że nasze szkoły nie przygotowują do życia. Młodzi rwą się na studia, a
nie ma fachowców, rzemieślników. Pełno jest kursów dla ludzi, którzy chcą pracować w
mediach  –  to  nieuczciwe,  bo  w  tym  sektorze  nie  ma  pracy.  Ale  nie  każdy  chce  być
hydraulikiem.

Ulla  cieszy  się,  że  jej  córka  zrezygnowała  z  planów  zostania  artystką  tatuażu  i

postanowiła zdawać na prawo.

– Mnie ten problem za bardzo nie dotyczy – mówi Mari Kuuteri. – Mój najmłodszy

syn nie za bardzo lubi książki, więc poszedł po podstawówce do zawodówki i uczy się na
sanitariusza.  Wiesz,  pomoc  osobom  starszym  czy  niepełnosprawnym  uczniom  w  szkole.
To  doskonały  fach,  dobrze  płatny.  O  niego  jestem  spokojna.  Drugi  syn  będzie
prawdopodobnie  pracował  w  budownictwie,  a  najstarszy  studiuje  geografię,  oczywiście
kierunek  nauczycielski.  Tak  więc  nikt  z  nas  nie  musi  bać  się  bezrobocia.  Jeśli  do  tego
dołączymy  mojego  męża,  który  jest  szefem  kuchni  w  sieci  restauracji,  to  faktycznie
jesteśmy szczęściarzami.

Jest  jeszcze  jedna  rzecz  w  fińskich  szkołach,  która  budzi  niezadowolenie  obu  mam.

Mają zastrzeżenia do lekcji religii, obowiązkowych. Niby istnieje opcja etyka, ale mało kto
na nią chodzi.

–  Musiałabyś  oficjalnie  wyrejestrować  się  ze  swojego  Kościoła.  Mnie  nigdy  nie

chciało  się  do  tego  zabrać  –  mówi  Ulla.  –  Ponad  80  proc.  Finów  oficjalnie  należy  do
Kościoła luterańskiego, choć prawie nikt dziś już nie praktykuje.

– A jeżeli ktoś po prostu powie, że jest niewierzący?

– Tak się nie da. Jesteś w systemie i automatycznie dziecko zapisane jest na religię.

Jednak religia w szkole fińskiej wygląda inaczej niż u nas. Zabroniona jest na przykład

modlitwa  i  jakakolwiek  indoktrynacja.  Do  szóstej  klasy  dziecko  poznaje  zasady  wiary  i
historię swojego Kościoła. Po szóstej klasie uczy się o innych wyznaniach.

–  I  to  mi  się  bardzo  nie  podoba!  –  Ullę  popiera  Mari.  –  Siódma  klasa  to

background image

zdecydowanie  za  późno,  żeby  poznawać  inne  religie.  Przecież  mieszkają  u  nas  dzieci
arabskie i nie mają pojęcia, co dla nas znaczy choinka! Z kolei nasze dzieci nie rozumieją,
dlaczego ich koledzy nie jedzą nic w ramadan.

Ulla i Mari niepokoją się, że w ten sposób może rodzić się rasizm.

Depresja

– No a wasze szkoły jakie są? – pyta mnie na koniec Ulla.

–  Wiesz,  u  nas  też  nie  jest  różowo  –  pocieszam  ją.  –  Wyścig  zaczyna  się  już  w

przedszkolu,  zanika  czytelnictwo,  nauczyciele  są  mało  zmotywowani,  za  wszystko  trzeba
płacić.

–  Ale  wasze  dzieci  jakie  są?  Mają  jakąś  nadzieję?  Wiarę,  że  przyszłość  leży  w  ich

rękach?

– Chyba tak. Są raczej wesołe.

–  A  u  naszych  coraz  częściej  diagnozuje  się  depresję.  Wiesz,  co  mnie  bardzo

zaszokowało,  gdy  zaczęłam  podróżować  po  Europie?  To,  że  za  granicą  samobójstwo
traktowane jest jako coś ekstremalnego. Mówi się o tym przyciszonym głosem. U nas to
jeden  z  normalnych  sposobów  zakończenia  życia.  Są  regiony,  gdzie  samobójstwa  są
jednym z najczęstszych przyczyn zgonów. Każdy z nas znał osobiście kogoś, kto popełnił
samobójstwo.

– Mówi się, że to z powodu pogody.

– Chciałabym w to wierzyć – mówi smutno Ulla. – Tylko że Szwecja ma taką samą

pogodę, ale nie jest tak depresyjna. My chyba po prostu nie umiemy się cieszyć życiem.

PS

Największym sukcesem polskich uczniów w testach PISA było zajęcie dziewiątego miejsca na 56

w kategorii „czytanie i interpretacja” w 2006 roku. W 2009 roku pierwsze miejsca we wszystkich trzech
kategoriach zdobył Szanghaj.

background image

Biskup les

KATARZYNA SURMIAK-DOMAŃSKA

Misją mojej posługi kapłańskiej jest pomoc ludziom nieakceptowanym ze względu na

orientację seksualną

KATARZYNA  SURMIAK-DOMAŃSKA:  Dla  tradycyjnego  Polaka  wybór  lesbijki

na biskupa Sztokholmu był szokiem. Na forach internetowych znalazłam komentarze w
rodzaju:  „Czy  jesteśmy  na  Marsie?​h  oraz  „Luter  przewraca  się  w  grobie​h.  Co  pani
czuje, gdy słyszy takie uwagi? Jest pani przykro? A może uważa pani, że to zabawne?

EVA BRUNNE, biskup Sztokholmu w Kościele ewangelicko-luterańskim: To w ogóle

nie jest zabawne. Przykro mi z powodu takiej reakcji, a przecież tak żyje wielu ludzi.

W Sztokholmie to nic wielkiego. Zostałam wybrana przez księży oraz przez laikat nie

dlatego,  że  jestem  lesbijką.  Z  innych  powodów.  Pytają  mnie  o  to  wyłącznie  zagraniczni
dziennikarze.

Jak  próbowałaby  pani  wytłumaczyć  tradycyjnemu  katolikowi,  że  homoseksualizm

nie jest grzechem?

– Zapytałabym go, gdzie znalazł passus mówiący o tym, że nim jest.

Chociażby  w  Księdze  Kapłańskiej  Starego  Testamentu  jest  mowa  o  tym,  że

mężczyzna  nie  będzie  obcował  z  mężczyzna,  bo  to  obrzydliwość.  Ale  najbardziej
rozpowszechnionym  argumentem  przeciwko  homoseksualizmowi  jest  chyba  historia
Sodomy i Gomory.

–  W  Biblii  można  znaleźć  argument  na  prawie  wszystko.  Również  na  to,  że  dobrze

jest mieć niewolników. Albo żeby nie akceptować ludzi o innym kolorze skóry.

W  Księdze  Rodzaju  jest  mowa  o  mieszkańcach  Sodomy,  którzy  wtargnęli  do  domu

Lota i chcieli uprawiać seks z jego gośćmi. Tylko że kilka linijek niżej jest także mowa o
tym, że Lot proponuje im swoje córki. To miało być według niego lepsze. Ten fragment
jednak już jest pomijany w dyskusjach.

Dla mnie ta historia nie traktuje o tym, co dzisiaj rozumiemy przez homoseksualizm.

Nie  ma  nic  wspólnego  ze  związkiem  osób  tej  samej  płci,  który  ostatnio  zaakceptował
szwedzki  Kościół.  Związkiem  dorosłych  ludzi,  którzy  się  kochają  i  chcą  razem  spędzić
życie.

Powinniśmy być krytyczni wobec Pisma Świętego?

background image

– Biblia to nie jest książka, która spadła z nieba. To nie zbiór przepisów. Nie można

jej używać jak książki kucharskiej: trochę tego, szczyptę tego, dużo tego.

To księga napisana przez zwykłych ludzi, którzy opowiadają w niej o tym, jak wierzą w

Boga, jak go sobie wyobrażają.

My  w  Kościele  luterańskim  mieliśmy  duży  problem  ze  Starym  Testamentem.  Były

czasy, że w ogóle nie czytaliśmy go podczas mszy. Teraz czytamy. Cieszę się z tego, ale i
tak uważam, że na pewno nie wszystko należy czytać ze Starego Testamentu. Tak samo
zresztą jak z Nowego.

Nawet w Nowym Testamencie można znaleźć stwierdzenie, że ważne jest, żeby mieć

niewolników. Nowy Testament też nie został napisany przez Chrystusa.

Ja wierzę w Chrystusa, nie w Biblię.

Czy to prawda, że pani biskup nie wierzy w Niepokalane Poczęcie?

– To nie jest coś, w co musimy wierzyć. W Biblii jest powiedziane, że młoda kobieta

spotkała anioła, który oznajmił jej, że będzie matką Boga. A ona powiedziała: „Tak”.

Ten  sam  anioł  mówi  następnie  Józefowi,  żeby  nie  wahał  się  przyjąć  Maryi,  bo  jej

ciąża pochodzi od Boga, a nie od innego mężczyzny.

–  Owszem,  tak  jest  napisane,  ale  my,  luteranie,  nie  uważamy  tych  zdań  za

równoważne z wiarą w Chrystusa. Nie wiemy dokładnie, co się tam wydarzyło, nikt nie
wie. Wiemy jednak, że narodził się Bóg. I to jest w tej historii istotne.

Nie przywiązujecie wagi do szczegółów.

–  Nigdy  nie  można  mieć  pewności  co  do  szczegółów.  Biblia  nam  ich  zresztą  nie

podaje.  Nie  pisze,  jak  możliwe  było  Niepokalane  Poczęcie,  tak  jak  nie  tłumaczy,  jak
można było przejść suchą stopą po wodzie. Nie powiem, że jestem osobą, która wierzy, że
można chodzić po wodzie. Tak samo w przypadku Marii – nie wiem, w jaki sposób zaszła
w ciążę. Wiem, że w niej była.

Wiem, że woda stała się winem. Ale nie wiem dokładnie jak.

Wierzę w rezultat.

To kwestia różnych poziomów.

Dogmat  o  Niepokalanym  Poczęciu  ma  w  Kościele  katolickim  ścisły  związek  z

naciskiem,  jaki  kładzie  się  na  czystość  przedmałżeńską.  Dla  młodych  to  jest  czasem
decydująca rzecz, która odsuwa od wiary.

– W mojej tradycji to nie jest zabronione. Ważne jest, że oboje tego pragną, kochają

się, nie krzywdzą się wzajemnie. Nie sądzę, żeby dla takiego związku dzień ślubu miał być
jakimś momentem dzielącym: teraz możesz, a wcześniej jeszcze nie.

Oczywiście,  że  chcę,  żeby  ludzie  brali  śluby.  Bo  wtedy  mogą  powiedzieć  sobie

wzajemnie:  „Chcę  być  z  tobą”,  a  zarazem  mogą  zwrócić  się  do  Boga  ze  słowami:

background image

„Chcemy być ze sobą, proszę, pomóż nam”.

Myślę, że to jest ważne.

Akceptuje pani rozwody?

–  Muszę  akceptować,  ponieważ  one  istnieją.  Oczywiście  nie  jestem  szczęśliwa,  że

ludzkie drogi się rozchodzą. Ale czasem tak musi być.

Gdy  małżonkowie  ranią  się  nawzajem,  gdy  krzywdzą  swoje  dzieci,  lepiej,  żeby  się

rozstali.

W Nowym Testamencie Jezus mówi bardzo wyraźnie: jeśli mężczyzna opuści żonę,

zwiąże się z inną, to popełni cudzołóstwo.

–  Ten  fragment  w  Biblii  został  napisany  w  społeczeństwie,  w  którym  kobieta

porzucona  przez  męża  pozostawała  bez  środków  do  życia.  Zakaz  opuszczania  żony  był
wtedy bardzo ważny z punktu widzenia kobiety.

Jezus mówi, że żona również nie może zostawić męża. Mimo że on przecież by sobie

poradził.

– Nie wiadomo, jak by sobie poradził.

Tego nauczono mnie, gdy przygotowywałam się do bycia księdzem. Patrz zawsze na

efekt.  Gdy  Jezus  zakazywał  rozwodów,  chodziło  mu  o  ochronę  człowieka.  Co
powiedziałby  dzisiaj,  2000  lat  później,  gdy  społeczeństwo  funkcjonuje  zupełnie  inaczej,
ażeby uzyskać ten sam efekt?

To co zostaje z Biblii? Co jest najważniejsze?

– „Będziesz miłował bliźniego swego”. Miłość do ludzi, do najbliższych, ale także do

obcych.

Druga  bardzo  ważna  dla  mnie  rzecz  to  łaska.  Kimkolwiek  jestem,  cokolwiek  zrobię,

mogę otrzymać łaskę, wybaczenie, szansę na rozpoczęcie wszystkiego od nowa.

Jaka jest dla pani najważniejsza różnica między Kościołem katolickim i luterańskim?

–  Dla  Marcina  Lutra  bardzo  ważne  było  przetłumaczenie  Biblii  i  odprawianie

nabożeństw w języku zrozumiałym dla ludzi. Bo Bóg przemawia do ludzi.

Luter  chciał,  żeby  każdy  mógł  czytać  Biblię  samodzielnie  i  zastanawiać  się,  co  jej

słowa znaczą dla niego osobiście.

O ile się orientuję, dla katolików nie to jest najważniejsze. Ważniejsze jest, co mówi

autorytet.

Kiedy pani biskup odkryła swój homoseksualizm?

– Miałam mniej więcej 19 lat.

Późno.

– Znam ludzi, którzy odkryli go w wieku 62 lat.

background image

A kiedy odkryła pani w sobie powołanie kapłańskie?

– Mniej więcej w tym samym czasie.

Pochodzę  z  bardzo  przeciętnej  szwedzkiej  rodziny.  Mój  ojciec  miał  firmę  zajmującą

się tekstyliami, mama była sekretarką.

Od  czasu  mojej  konfirmacji  byłam  bardzo  związana  z  Kościołem,  działałam  w

rozmaitych młodzieżowych grupach przykościelnych.

Najpierw studiowałam teologię. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że będę księdzem.

Teologia po prostu mnie interesowała. Stopniowo odkrywałam, co Bóg chciałby, żebym
uczyniła ze swoim życiem.

Czy z racji orientacji seksualnej spotkała panią kiedykolwiek jakaś przykrość?

– Właściwie nie. Nie miałam z tym nigdy problemów, ani w rodzinie, ani w Kościele.

Dopiero  od  listopada  ubiegłego  roku  szwedzki  Kościół  udziela  ślubów  parom

homoseksualnym. Czy pani też w zeszłym roku wzięła ślub?

– Nie. Ja i moja partnerka zarejestrowałyśmy nasz związek osiem lat temu w urzędzie

stanu  cywilnego,  a  w  kościele  zostałyśmy  pobłogosławione.  Tak  to  się  wtedy  odbywało.
Po ślubie cywilnym osoby homoseksualne szły do kościoła na nabożeństwo modlitewne,
gdzie dostawały błogosławieństwo.

Od 1 listopada 2009 roku możemy iść w obu sprawach od razu do kościoła. Tak jak

wszyscy.

To co się właściwie takiego ważnego wydarzyło 1 listopada?

– Zmieniła się jakość. Teraz widać, że wszyscy, niezależnie od orientacji, mają równe

prawa.

Podczas chrztu mówimy: „Jesteś równy wobec Boga”. Nie możemy potem traktować

go [kogo?] jako członka Kościoła niższej kategorii.

Ja tego ślubu już nie potrzebuję, ale fakt, że teraz odbywa się to w ten sposób, ma dla

mnie szczególne znaczenie. Misją mojej posługi kapłańskiej jest bowiem pomoc ludziom
nieakceptowanym ze względu na swoją orientację seksualną.

Czy w Szwecji istnieje jeszcze nietolerancja wobec homoseksualistów?

–  Tak,  na  przykład  wobec  uchodźców  z  takich  krajów  jak  Irak,  którzy  musieli

wyemigrować  ze  względu  na  swoją  orientację  seksualną.  Dla  naszego  rządu  to  nie  jest
powód, żeby im udzielić azylu.

W Szwecji, mimo że Kościół jest liberalny, coraz mniej osób praktykuje. Dlaczego?

– Było już gorzej. Starsza sporo ode mnie moja przyjaciółka pamięta, że w latach 50.

kościoły w Sztokholmie były naprawdę puste.

50 lat temu Kościół mówił ostro wiernym: „Musisz wierzyć w ten sposób, inaczej nie

jesteś tu mile widziany”. Tego Kościół już nie robi. Dzisiaj mówi: „Przyjdź i zobacz”. Tak

background image

samo mówił Jezus.

Dlaczego ludzie dziś nie chcą wierzyć w Boga?

– Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć. Myślę, że ma to także jakiś związek z tym,

że jeśli wychowujesz się w rodzinie niewierzącej, jest mniej prawdopodobne, że wstąpisz
do Kościoła. Jeden ateista to kilku nowych ateistów w następnych pokoleniach.

Co Kościół chrześcijański może oferować młodym dzisiaj?

– Pokazać im, że życie jest czymś więcej niż chwilą obecną.

Pokazać,  że  wiara  w  Boga  to  coś  więcej  niż  nasz  Kościół.  Nastolatki  dzisiaj  mają

kontakt z wieloma religiami i uczą się od nich wiele.

Chciałabym pomóc młodym być dobrymi ludźmi.

Rola Kościoła to nie bycie megafonem. Powinniśmy być wzorem.

Ja  nie  jestem  w  Kościele  po  to,  by  mówić  ludziom,  co  mają  robić,  co  myśleć,  w  co

wierzyć. Jestem po to, by z nimi rozmawiać. Wierzę w Jezusa i mogę opowiedzieć innym
dlaczego. Nigdy nikomu nie powiem: „Musisz wierzyć dokładnie tak jak ja”.

Dla  mnie  największą  satysfakcją  jest,  gdy  ktoś  przychodzi  i  mówi:  „Przez  pięć  lat

słucham pani kazań, pani argumentów i teraz myślę tak jak pani”.

Nie ma straszenia piekłem?

– Po co? Ja sama nie wiem nic o piekle.

background image

Eva Brunne

Ma  59  lat.  8  listopada  2009  roku  objęła  urząd  biskupa  Sztokholmu  w  ewangelicko-luterańskim

Kościele Szwecji. Wcześniej przez trzy lata w tejże diecezji pełniła urząd dziekana. Jej poprzednikiem
na stanowisku biskupa była także kobieta, Caroline Krook, która przeszła na emeryturę. Jednak Eva
Brunne jest pierwszym na świecie biskupem kobietą żyjącym w oficjalnym związku homoseksualnym.
Jej partnerką jest pastor Gunilla Linden. Wiadomo, że wychowują wspólnie trzyletniego syna, jednak
na jego temat nie rozmawiają z prasą.

background image

Waliłem prosto z mostu

KATARZYNA KLUKOWSKA

WSPÓŁPRACA PAWEŁ CZADO, ALEKSANDER KLUKOWSKI

Prędzej bym się śmierci spodziewał niż tego, że własna żona poleci na mnie na policję. To jest

nie do wybaczenia

Przez 11 lat grał w barwach Danii. Kibice go kochali, trenerzy szanowali, w 2000 roku

zdobył tytuł najlepszego bramkarza tego kraju. I pewnie mieszkałby tam nadal, gdyby nie
wydarzenia pewnej marcowej soboty 2009 roku. Pobił żonę. Został skazany i wyleciał z
drużyny. Koledzy się odwrócili, fani zaczęli wieszać na nim psy. Nie lubi być dłużny, więc
napisał książkę „Fucking Polak”. Tak wkurzył tym Duńczyków, że kazali mu się wynosić.

–  Niektórzy  radzili,  żebym  zaczekał  z  książką,  aż  skończę  karierę.  Jakbym  ich

posłuchał,  to  inni  by  powiedzieli,  że  jestem  tchórz!  Skończył  karierę,  a  teraz  wszystkich
obrzuca  błotem!  Ja  miałem  na  tyle,  za  przeproszeniem,  jaj,  że  w  najlepszym  momencie
mojej kariery piłkarskiej napisałem książkę i powiedziałem rzeczy, które od dawna leżały
mi na sercu.

Dania – wielki zawód

„W sezonie 2000 zostałem najlepszym piłkarzem duńskiej Superligi. Wydawało mi się,

że  to  spore  osiągnięcie.  Byłem  ciekaw,  jaką  dostanę  nagrodę.  Mam  kolegę,  który  gra  w
Rosji. Kiedy został bramkarzem roku, sprezentowali mu samochód marki Hummer. Też
bym takim nie pogardził. Jakie było moje zaskoczenie, gdy dostałem czek na 5 tys. koron
duńskich  i  kubek  do  parzenia  kawy.  W  pierwszej  chwili  myślałem,  że  jaja  sobie  robią.
Albo  że  ten  kubek  jest  ze  złota.  Jak  można  najlepszego  bramkarza  w  Danii  obdarować
pieprzonym kubkiem?

Jak  czytam,  co  napisałem,  to  wychodzi,  że  w  moim  sercu  jest  wielka  nienawiść  do

Danii.  To  nieprawda.  W  Danii  wiele  rzeczy  jest  lepszych  niż  w  Polsce.  Weźmy  dla
przykładu nastroje społeczne. W Polsce ludzie narzekają, są pesymistami. W Danii poziom
zadowolenia  z  życia  jest  dużo  wyższy.  W  Polsce  nawet  nie  próbuj  wracać  przez  miasto
sam o czwartej nad ranem. To zbyt ryzykowne. W Danii nic ci nie grozi. (…)

Duńczycy  celebrują  jedzenie.  (…)  Pewnego  razu  pojechaliśmy  na  mecz  z  drużyną  z

Frederikshavn. Na miejscu okazało się, że boisko jest pokryte lodem, więc postanowiliśmy
wracać i potrenować u siebie. Piłkarze postawili jednak warunek: najpierw lunch, potem

background image

trening.

Wściekłem  się.  »Opanujcie  się!  Czy,  do  cholery,  jedzenie  nie  może  poczekać?«.

Wrzeszczałem  w  autobusie.  Zatrzymaliśmy  się  na  jakiejś  stacji  benzynowej,  żeby  głodni
Duńczycy mogli sobie kupić coś do jedzenia. (…)

Gdy chodzi o Polaków, Duńczycy dzielą się na dwa obozy. Jedni uważają, że Polacy

to cygański naród, który kradnie i żebrze. Drudzy zaś, że jesteśmy pracowici i zdolni.

Wielu  Duńczyków  boli  dupa,  że  polscy  fachowcy  przyjeżdżają  i  zabierają  im  pracę.

Ale przecież oni nie chodzą od drzwi do drzwi i nie proszą o robotę. To sami Duńczycy
wolą polskich zamiast duńskich robotników. Są szybsi, tańsi i lepiej znają się na robocie
niż ich duńscy koledzy.

Uprzedzenia  Duńczyków  biorą  się  stąd,  że  oni  myślą,  że  jesteśmy  zacofanym

społeczeństwem: jeździmy furmankami, jemy byle co i wszyscy pracujemy na roli. Dlatego
jak  odwiedzą  Kraków  czy  Warszawę,  są  w  szoku,  że  tylu  Polaków  jeździ  mercedesami,
rolls-royce’ami i porsche. Podatki na samochody w Polsce nie są tak wysokie jak w Danii,
dlatego stać nas na jeżdżenie porządnymi autami” (fragment książki „Fucking Polak”).

– Na samą myśl o Danii dostaję gęsiej skórki. Nie chciałbym drugi raz tego przeżywać.

Moja noga tam więcej nie postanie!

Wszystko zaczęło się na jesieni 1998 roku. Ryszard Kowenicki, były piłkarz Widzewa

Łódź,  mieszkał  w  Viborgu  na  Jutlandii.  Zapytali  go,  czy  nie  zna  jakiegoś  dobrego
bramkarza  w  Polsce.  Powiedział,  że  zna,  i  tak  pewnego  październikowego  wieczoru
wylądowałem na lotnisku w Viborgu. Mrok ogarniał ziemię, wiał silny wiatr, zbierało się
na  deszcz.  „Gdzie  podziali  się  wszyscy  ludzie?  –  myślałem.  –  Dlaczego  tu  nie  ma
samochodów?”. Było zupełnie jak w horrorze.

Wkrótce  miałem  się  przekonać,  że  tak  jest  przez  większą  część  roku.  Pogoda  mnie

dobijała. Wpadłem w depresję, nie jadłem, nie piłem. Siedziałem w pokoju i dzwoniłem
do żony. Pierwszy rachunek za telefon i od razu 7 tys. koron, czyli 3,5 tys. zł.

Prosto  z  lotniska  Kowenicki  zawiózł  mnie  na  trening.  Po  treningu  prysznic.

Kilkunastu  gołych  facetów  w  jednej  łaźni.  Ledwo  zdążyłem  opasać  się  ręcznikiem,  gdy
drzwi się otworzyły i wszedł fizjoterapeuta. Doznałem szoku. To była kobieta! W Polsce
nigdy nie widziałem kobiety w pobliżu boiska piłkarskiego. A już na pewno nie w męskiej
łaźni. „Co robić?” – myślę gorączkowo. Rozglądam się i widzę, że większość chłopaków
jest goła. Stoją, jak ich Pan Bóg stworzył, i w najlepsze rozmawiają z fizjoterapeutą. „Witaj
w Danii!” – pomyślałem i cisnąłem ręcznik na posadzkę.

Póki  graliśmy  dobrze,  nie  musiałem  się  uczyć  duńskiego.  Ale  kiedy  przyszło  parę

gorszych  spotkań,  to  obrońcy  od  razu  zaczęli  chodzić  i  narzekać,  że  nie  mają  ze  mną
kontaktu. Mówiłem tylko po polsku, ani be, ani me po angielsku. Wysłali mnie do szkoły.
Miałem  to  szczęście,  że  kiedy  przyszedłem  do  Viborga,  byłem  tam  jedynym
profesjonalnym  zawodnikiem.  Wszyscy  inni  pracowali  do  południa.  Miałem  więc  czas,
żeby  się  uczyć  języka.  Kilka  godzin  dziennie.  Do  tego  byłem  jedynym  Polakiem  w  tej

background image

szkole,  więc  nie  miałem  wyjścia,  musiałem  się  szybko  uczyć.  Ale  pomogło  mi  to.  Już  po
trzech miesiącach było dużo lepiej.

Im więcej rozumiałem po duńsku, tym mniej lubiłem Duńczyków.

Duńczycy kochają, jak się o nich dobrze mówi. Ale absolutnie nie znoszą krytyki. Im

się wydaje, że Dania jest pępkiem świata i wszyscy o niej wiedzą. A prawda jest taka, że
wielu ludzi poza Danią nie wie nawet, że taki kraj istnieje. Nie znoszą nawet słowa krytyki
o Danii, a z nas, Polaków, się śmieją, że pracujemy za grosze, że śmierdzimy… OK jest
śmiać  się  z  Arabów,  publikować  rysunki,  które  obrażają  cudzą  religię.  Ale  jak  ty  im
zwrócisz uwagę, to już nie jest OK.

Jakby  w  Danii  wybuchła  wojna,  to  nie  byłoby  komu  bronić  ojczyzny.  Faceci  są

zniewieściali,  a  o  gejach  to  szkoda  gadać.  Wystarczy  popatrzeć,  jak  oni  się  ubierają:
wycięcia  do  pępka,  nasmarowani  kremami  opalającymi,  wyżelowani.  Wyglądają  jak
kobiety,  słowo  daję!  Wystarczy  tupnąć,  żeby  wszyscy  pouciekali.  Ale  co  się  dziwić!  W
wojsku nie byli, skąd mają wiedzieć, jak to jest być mężczyzną?

W Danii wszystko jest na pokaz. Jak masz pieniądze, samochód, to ludzie cię szanują.

A to, czy jesteś dobrym człowiekiem, masz dobre serce – to się tam nie liczy. Jak wynikły
te  problemy  z  żoną,  myślałem,  że  wyniki  sportowe  i  dobra  gra  mnie  obronią.  A  tu
żadnych  sentymentów.  Godzinę  po  ogłoszeniu  wyroku  wyrzucili  mnie  z  klubu.  Jeszcze
oszukali mnie na pieniądzach.

Żona – krwawe rozstanie

„Anna  i  ja  byliśmy  dobrym,  ale  wyjątkowo  temperamentnym  małżeństwem.  Na

wiosnę  2009  roku  mieliśmy  za  sobą  ponad  15  lat  małżeństwa  i  dwóch  synów.
Pomagaliśmy  sobie,  ale  też  kłóciliśmy  się,  z  rzucaniem  w  siebie  różnymi  rzeczami
włącznie.  Myślę,  że  to  typowo  polskie.  U  Duńczyków  wystarczy,  że  jedno  powie:  »Stul
pysk«, i koniec kłótni. »Stul pysk« na Polaków nie działa. Polacy kłócą się, aż iskry lecą.
(…)

Zacząłem bywać w mieście sam. Bawiłem się. Także z innymi kobietami. Nie jestem z

tego  dumny,  ale  każdemu  może  się  zdarzyć.  (…)  W  końcu  uznaliśmy,  że  dobrze  nam
zrobi separacja. Wyprowadziłem się.

Pewnego  wieczoru  zobaczyłem  ją  w  mieście.  To  było  tak,  jakbym  ujrzał  ją  pierwszy

raz. Albo spojrzał na nią nowymi oczami. Szła z koleżankami pewna siebie. Miała krótką
obcisłą spódniczkę i długie czarne buty. Jej makijaż był perfekcyjny.

»Na co czekasz, do cholery! – pomyślałem. – Masz najpiękniejszą żonę na świecie«.

(…) Zacząłem do niej wydzwaniać. Słać SMS-y. Prawić komplementy. Z wzajemnością.
Poszedłem  z  wizytą.  Przygotowała  dla  mnie  jedzenie.  I  powiedziała,  że  może  znowu
będziemy  razem,  ale  potrzebuje  więcej  czasu.  Nie  przeszkadzało  nam  to  uprawiać  seks.
Było naprawdę dobrze, jak za starych dobrych czasów. Aż do tej fatalnej soboty.

Wybrałem  się  z  synami  po  zakupy.  Miałem  ochotę  podarować  Annie  prezent.

Kupiłem  zegarek  Dolce  &  Gabbana  za  3  tys.  DKK.  Była  tego  warta.  Zaprosiłem  ją  do

background image

siebie na wieczór. Wyglądała na zainteresowaną.

O  wpół  do  dziewiątej  wieczorem  zacząłem  wysyłać  do  niej  SMS-y.  (…)  Około  3.30

napisała:  »Dlaczego  jeszcze  nie  śpisz?«.  »Bo  czekam  na  ciebie  i  wierzę,  że  przyjdziesz«.
Bip, bip. Nowa wiadomość. »Nie przyjdę. Cha, cha, cha«.

Nie mogłem spać. Rano zadzwoniłem. Telefon odebrał syn, Oskar. »Mamy nie ma w

domu«  –  powiedział.  (…)  Pojechałem  prosto  do  jej  mieszkania.  Przyjechała  taksówką.
Była  wstawiona.  Zapytałem  taksówkarza,  skąd  ją  zabrał.  Nie  chciał  powiedzieć.
Spojrzałem na Annę. Siedziała na tylnym siedzeniu i śmiała się ze mnie. Byłem dla niej
śmieciem.  Wysiadła  z  taksówki  i  szła  do  domu.  Rzuciłem  się  za  nią.  Kopnąłem.
Uderzyłem  i  krzyknąłem:  »Dlaczego  mi  to  zrobiłaś?«.  Złapałem  za  włosy  i  rzuciłem  na
podłogę. (…) Zaczęła płakać. Kiedy teraz piszę te słowa, sam jestem bliski płaczu. Jest mi
cholernie przykro, że to się stało. Zacząłem przeglądać jej telefon, choć wiedziałem, że nie
mam prawa. (…) Nagle usłyszałem metaliczny dźwięk i obejrzałem się. Za mną stała Anna
z  nożem  kuchennym  w  ręku.  Najpierw  przejechała  mi  po  brzuchu,  potem  po  ramieniu.
Musiałem się cofnąć, inaczej nóż wbiłby się głębiej.

Wyrwałem jej nóż, chwyciłem za nadgarstek i wciągnąłem do łazienki. Nie chciałem,

żeby dzieci widziały, co się dzieje. (…) Nagle Anna zaczęła krzyczeć, że pójdzie na policję.
»W  porządku«  –  powiedziałem.  »Zrób  to«.  Trzasnąłem  drzwiami,  wsiadłem  do  mojego
audi i odjechałem”. (Z książki „Fucking Polak”).

–  Prędzej  bym  się  śmierci  spodziewał  niż  tego,  że  własna  żona  poleci  na  mnie  na

policję. To jest nie do wybaczenia. Nie mam z nią żadnego kontaktu i do końca życia nie
będę miał. W sumie ja też mogłem donieść na nią na policję. Były ze dwa takie momenty,
że bałem się o życie. Ale tego się nie robi.

Dostałem  miesiąc  bezwarunkowego  więzienia  i  dwa  miesiące  w  zawieszeniu.

Poprosiłem  o  zamianę  kary  odsiadki  na  obrożę  na  nogę.  Motywowałem  to  tym,  że  nie
będę  mógł  wykonywać  zawodu  i  stracę  pracę.  Dzięki  obroży  mogłem  normalnie
trenować,  tylko  poza  treningami  musiałem  siedzieć  w  domu.  Gdyby  zobaczyli,  że  tak
dotkliwie pobiłem moją żonę jak Chris Brown pobił Rihannę, to na pewno poszedłbym
siedzieć. Ale zeznania mojej żony nie trzymały się kupy, a obdukcja niewiele wykazała.

Oskarżyli  mnie  o  usiłowanie  zabójstwa,  bo  krzyczałem:  „Zajebię  cię”.  Według

duńskiego sądu „zajebię” znaczy to samo co „zamorduję”. Wiecie, jak to jest, w nerwach
mówi się różne rzeczy. Jakbym mógł zabić matkę moich dzieci? No ludzie, zastanówmy
się.  Nawet  w  największych  nerwach  coś  takiego  nie  mogłoby  się  zdarzyć.  Nie  zostałem
skazany  za  to,  że  podniosłem  rękę  na  żonę,  ale  za  to,  że  używałem  gróźb  karalnych.
Według  takiej  sprawiedliwości  wszystkie  kobiety  w  Polsce  po  kłótniach  z  małżonkami
powinny lecieć na policję, a parę milionów by siedziało. Bo jak jest awantura w Polsce, to
różne epitety lecą. My mamy inną mentalność, jesteśmy porywczym narodem. U nas w
czasie  kłótni  wszystko  fruwa  w  powietrzu.  A  tam  tylko  „for  helvede”  (do  cholery),  „for
satan” (do diabła). Ale za to co drugie małżeństwo w Danii się rozpada. Mały problem i
ona mówi „farvel” (do widzenia). Jako rozwódka ma lepiej niż w małżeństwie. Komuna
dopłaca jej do mieszkania, rachunków za telefon. Jeżeli w Polsce dążymy do tego samego,

background image

to pogratulować!

Zgarnęli mnie następnego dnia po meczu z Kopenhagą. Policjanci byli w porządku,

nie mogę powiedzieć. Tylko zrobili z tego przedstawienie. Mogli poczekać, aż wrócę do
domu.  Pewno  bali  się,  że  ucieknę.  Ale  gdzie  miałbym  uciekać,  skoro  nawet  nie
wiedziałem, że taka sytuacja jest?

Zawieźli mnie na dołek. Spędziłem tam noc. Nawet dobrze mi się spało, taki byłem

zmęczony.  Wcześniej,  jak  jechaliśmy  na  mecz,  przyznałem  się  jednemu  koledze,  co
zrobiłem.  Powiedział,  że  będzie  ze  mną.  Jak  sprawa  trafiła  do  sądu  i  na  czołówki  gazet,
wszyscy  się  odwrócili  oprócz  sąsiada  i  jeszcze  jednego  kolegi.  Przyszedł  wieczorem,
walnąłem sobie zdrowego kielicha, żeby ochłonąć, a on zrobił mi zupę. Bardzo miły gest
jak na Duńczyka.

Geje – nie żałuję

„Nienawidzę  gejów.  To  są  fucking  klamt.  Niedobrze  się  człowiekowi  robi,  jak  ich

słucha.  Zachowują  się  jak  dziewczyny.  Nie  przysiądę  się  do  towarzystwa,  w  którym  są
geje. Żeby patrzeć, jak się całują? Nigdy nie spotkałem geja na boisku, choć mówi się, że
statystycznie  jeden  albo  dwóch  zawodników  w  drużynie  to  geje”  (fragment  z  książki
„Fucking Polak”).

– Myślę, że to, co napisałem o gejach, bardzo mi zaszkodziło. Starałem się o transfer

do  ligi  angielskiej.  Angielscy  kibice  by  mnie  polubili,  z  moim  temperamentem,
zachowaniem  i  wyglądem.  Ale  nie  udało  się.  Poleciałem  raz  na  testy  do  Plymouth,  ale
dotarłem  tylko  na  halę  przylotów.  Nikt  tam  na  mnie  nie  czekał.  Podobno  jeden  ze
sponsorów czy wpływowych członków klubu był gejem i nie życzył sobie, żebym dla nich
grał po tym, gdy powiedziałem, że nienawidzę gejów. Jacyś duńscy redaktorzy zadzwonili
do nich i powiedzieli, że straszny ze mnie skandalista. No i Anglicy chyba się wystraszyli.
Ale nie żałuję napisania tej książki, jak Boga kocham. Tu, w Polsce, mam się dużo lepiej
niż w Danii.

Kibice – fuck you!

„W  sierpniu  2009  roku  grałem  w  barwach  FC  Midtjylland  przeciwko  dawnej

drużynie  OB  na  jej  stadionie  i  w  obecności  dawnych  kibiców.  (…)  Nie  miałem  szans
obronić  gola.  Było  1:0  dla  OB.  Na  trybunach  zaczął  narastać  krzyk.  Najpierw
»Aaaaaaarek-uuuuuuuh-uuuuuuuuh-uuh«, a potem »Twoja matka jest dziwką w Polsce« i
»Arek do więzienia«.

Krew  się  we  mnie  wzburzyła.  Pokazałem  im  gest  Kozakiewicza.  (…)  Sądzę,  że  fani

odebrali  to  jako  prowokację  z  mojej  strony,  zaczęli  rzucać  czymś  w  stronę  bramki  i
wrzeszczeć: »Arek bije tylko dziewczyny« i »Będziemy p...ć twoją żonę«.

Byłem  w  szoku.  Nie  liczyłem  na  oklaski,  ale  nie  spodziewałem  się  też  wyzwisk.  To

pokazuje, że fani mogą być odrażający. (…)

Po  meczu  kilku  kolegów  z  drużyny  podeszło  do  mnie  i  powiedziało,  że  moje

zachowanie było w porządku, skoro tamci mi ubliżali. (…) Ale jeden z duńskich trenerów

background image

był  innego  zdania:  »Sądzę,  że  to  źle,  że  Onyszko  gra,  zamiast  odsiadywać  swój  wyrok.
Sądzę, że to bardzo zły przykład«.

Kolejny raz się wkurzyłem. Dlaczego mnie się karze dotkliwiej tylko dlatego, że jestem

znanym piłkarzem? Jeśliby wyrzucać z pracy wszystkich facetów, którzy biją swoje żony,
poziom bezrobocia wzrósłby o kilka tysięcy.

Słyszałem,  że  około  200  tys.  kobiet  w  Danii  dostaje  lanie  od  swoich  mężów.  To  10

proc. wszystkich. Z tego wniosek, że z 10 tys. fanów na stadionie tysiąc to tacy, którzy bili
albo biją swoje żony i dziewczyny” (z książki „Fucking Polak”).

–  Zebrała  się  taka  grupa  w  Odense,  która  przychodziła  na  mecze  w  garniturach  i

krawatach.  Patrzyłem  na  nich  i  myślałem:  „Jakbyś  tak  przyszedł  jeden  z  drugim  w
Poznaniu  na  Lecha  w  garniturze  i  szefa  odgrywał,  toby  cię  na  pierwszym  drzewie  za
krawat powiesili”. Pewnego razu ci kibice wymyślili, żeby zamówić striptizerkę na trening.
Przegraliśmy  cztery  mecze  z  rzędu  i  chcieli  nam  humory  poprawić.  Wkurzyłem  się,  bo
czemu oni mają decydować, jak mi humor poprawiać? Co, on jest lepszy ode mnie, bo
ma garnitur i krawat? Miałem ochotę wziąć panienkę za fraki i wyrzucić z boiska. Ale inni
się cieszyli i mówili, że super. Uważam, że to brak szacunku w stosunku do nas, piłkarzy.
Gdyby był poprzedni trener, Bruce Rioch, to on by ją sam wytargał za kudły i wywalił, bo
dla  niego  boisko  to  rzecz  święta.  Ale  nowy  trener  był  Duńczykiem.  Bał  się  zareagować,
żeby  nie  podpaść  piłkarzom  i  kibicom.  Striptizerka  podchodziła  do  każdego  i  tańczyła
wokół niego, a oni bili brawo i robili zdjęcia.

Nie mogłem na to patrzeć. Powiedziałem, że to jest nie w porządku, i wyszedłem. Nie

życzę  sobie,  żeby  mnie  syn  oglądał  na  zdjęciu  w  gazecie  z  jakąś  cizią,  która  z  gołym
tyłkiem  lata  koło  mnie.  Jakbym  chciał,  tobym  z  usług  takiej  skorzystał,  żeby  nikt  nie
widział.

Blondynki – precz z boiska

„Duńscy  dziennikarze  przysyłali  mi  kwiaty  albo  butelkę  wina.  Ja  też  zawsze  miałem

coś  dla  nich:  wypowiedź  albo  cytat.  Nigdy  nie  powiedziałem:  »Bez  komentarza«.  (…)
Jednego nie mogłem zrozumieć – dlaczego wśród dziennikarzy sportowych jest tak wiele
kobiet? Z pewnością lepiej się prezentują w telewizji. Ale reszta to nieporozumienie. To
tak, jakby mnie posadzili w studiu i kazali komentować mecz piłki ręcznej – jak powinni
grać  albo  jaką  taktykę  zastosować.  To  samo  z  kobietami.  Nigdy  nie  grały  w  futbol.
Dlaczego więc, do cholery, mają o tym rozmawiać? (…) Kiedy krytykuje mnie prawdziwy
ekspert piłkarski – jak Michael Laudrup dla przykładu – mogę się z tym zgodzić. Ale nie
mogę na poważnie brać słów jakiejś głupiej blondynki” (z książki „Fucking Polak”).

– Media mnie lubiły, bo waliłem prosto z mostu, niczego nie ukrywałem i z nikim się

nie patyczkowałem. Ale to, że wysyłali dziennikarki na wywiady pomeczowe, bo wiedzieli,
że  kobietom  się  nie  odmawia  –  to  mnie  wkurzało.  Nie  było  w  tym  żadnego
profesjonalizmu. Przychodzi taka pani ekspert i zaczyna o taktyce gry na boisku. Patrzę na
nią i myślę: „O czym my rozmawiamy?”.

To, że one mówią obcymi językami, wcale nie znaczy, że są bardziej inteligentne ode

background image

mnie.  To  taki  problem  języków  się  nauczyć?  Tylko  dlatego,  że  Duńczycy  uczą  się
angielskiego od dziecka, są lepsi od nas, Polaków? U nas młodzi ludzie też znają języki, ci
starsi,  wychowani  w  komunizmie,  oczywiście  nie.  Taka  dziennikarka  myśli,  że  jak  zna
angielski i ma markowe ciuchy, to jest lepsza.

Dom rodzinny – twardy wychów

„Dwupokojowe mieszkanie w bloku na czwartym piętrze. W jednym pokoju stały dwa

łóżka, w drugim tv, szafa i łóżko. Lustro na ścianie, palma na podłodze. Malutka kuchenka
w rogu. Stare, wysłużone meble.

W jednym pokoju rodzice, ja i młodszy brat, w drugim dziadkowie. Sześć osób na 50

m  kw.  Miałem  swój  maleńki  kąt  z  radiem,  gdzie  słuchałem  heavy  metalu.  Słuchałbym
głośniej,  ale  rodzice  spali  i  nie  można  im  było  przeszkadzać.  Miałem  też  malutkie
akwarium. Stale kupowałem nowe rybki, bo szybko zdychały. Chyba źle je karmiłem. (…)

Ojciec pracował jako kierowca ciężarówki. Często wyjeżdżał za granicę. Tęskniłem za

nim. Siadałem na krawężniku i wypatrywałem, czy nie nadjeżdża. Zawsze miał dla mnie
jakiś prezent, coca-colę albo modny ciuch. (…)

Pamiętam,  jak  dostałem  pierwsze  rękawice  bramkarskie.  Jeden  z  moich  kolegów  z

podwórka miał ojca w USA. Ubłagałem go, żeby poprosił ojca o rękawice dla mnie. Jak
szedłem  na  pocztę  po  przesyłkę,  byłem  nieprzytomny  ze  szczęścia.  Rękawice  były
używane,  miały  wielkie  dziury,  skóra  z  nich  zlazła,  ale  można  było  przeczytać  napis
»Puma«. Moje prawdziwe rękawice bramkarza.

Dużo czasu spędzałem z dziadkiem. To on nauczył mnie jeździć na rowerze i łyżwach.

Był  mechanikiem  w  tej  samej  firmie  co  tata.  Mama  pracowała  w  mleczarni.  Domem
zajmowała  się  babcia.  Gotowała  i  prała.  W  domu  zawsze  pachniało  świeżo  upraną
bielizną albo podsmażaną cebulą. To zapachy mojego dzieciństwa.

Miałem 12, może 13 lat, jak wdałem się w bójkę z chłopakiem. Byliśmy na dyskotece.

Ten chłopak wyśmiewał się z mojego kolegi. Próbowałem mu odpowiedzieć tym samym,
ale on dalej prowokował. Zaczęliśmy się bić. Tak naprawdę, nie dla żartu. Złamałem mu
nos. Krew była wszędzie. Mój biały T-shirt był cały czerwony.

Jak  wszedłem  do  domu,  ojciec  czytał  gazetę.  Spojrzał  znad  niej  na  mnie  i  spytał:

»Wygrałeś?«.  Uśmiechnąłem  się,  wytarłem  krew  z  twarzy  i  odpowiedziałem  z  dumą  w
głosie: »Tak, tato. Wygrałem«. »Dobrze – powiedział. – Zuch chłopak«.

Nie spytał, z kim ani o co się biłem. Widział, że jestem szczęśliwy. Nie było powodu,

żeby o tym rozmawiać ani tym bardziej dzwonić na policję. Tak się w Polsce nie robi. To
dyshonor” (fragment książki „Fucking Polak”).

– Mój ojciec był surowy. Tak dla mnie, jak i dla swojej żony. Wychowywałem się w

takiej atmosferze i sam też chciałem taki być. Jestem mu wdzięczny za jego twardą rękę,
za  to,  że  nie  pozwalał  mi  chodzić  na  dyskoteki,  pić,  palić.  Dzięki  temu  coś  w  życiu
osiągnąłem,  zwiedziłem  pół  świata.  Kiedy  przyjeżdżam  do  Lublina  i  patrzę  na  moich
dawnych kolegów, to płakać się chce. Czuję wtedy, że jestem szczęściarzem, że to zasługa

background image

ojca.

Jak  miałem  15  lat,  zacząłem  grać  w  wojskowych  klubach  dla  juniorów.  To  też  była

twarda  szkoła.  Nie  to,  co  w  Danii.  W  Viborgu,  pierwszym  klubie,  do  którego  trafiłem,
zawodnicy mówili do trenera: „Zamknij się”. Jakbyś tak powiedział do polskiego trenera,
toby ci wp… i z klubu wyrzucił.

Rodzice  tylko  czekają,  żeby  dziecko  skończyło  16  lat  i  się  wyprowadziło.  Bo  to

problem i pieniądze trzeba płacić. My, Polacy, mamy jakieś zasady. Do mamy mówi się
„mamo”, a nie po imieniu. A w Danii mówią, jak chcą.

Arkadiusz Onyszko

Ma  39  lat.  Wychowanek  KS  Lublinianka,  były  bramkarz  reprezentacji  Polski,  trener  bramkarzy

Motoru  Lublin.  Przez  11  lat  grał  na  boiskach  Danii,  między  innymi  w  barwach  Odense  Boldklub,
czołowego zespołu ligi duńskiej. Po wyroku za pobicie żony został wyrzucony z drużyny. Trafił do FC
Midtjylland. Stamtąd też został wyrzucony, gdy opublikował książkę „Fucking Polak”.

background image

Fin robi talkoo

LESZEK K. TALKO

Matti rzucił wszystko. Dawno temu picie, potem palenie i przeprowadził się do drewnianego

domku w centrum niczego

Pierwszy  Matti  wyjrzał  przez  okno.  Ani  śladu  śniegu.  Dziwne.  Śnieg  już  dawno

powinien leżeć wszędzie. Robiło się ciemno już o 16, więc kiedy leżał śnieg i odbijało się
światło księżyca, przynajmniej nocą było coś widać. Teraz miał za oknem tylko ciemność.
Gdzieś  tam  był  las,  dalej  jezioro  z  czarnymi,  bezgłośnymi  falami.  Nawet  wiatr  był
bezgłośny.

No  tak,  bez  śniegu  jest  trochę  łatwiej.  Ale  nawet  gdyby  spadł,  przyjechałby  drugi

Matti traktorem i odgarnął. A w nocy byłoby trochę jaśniej, bo teraz nie sposób ruszyć się
bez latarki.

Pierwszy  Matti  jeszcze  raz  pokręcił  głową  i  poszedł  do  garażu.  Miał  przecież

wyskoczyć do Kouvola po tego dziennikarza, który się tak śmiesznie nazywa.

Strasznie się ten dziennikarz zdziwił, kiedy Matti powiedział mu przez telefon, że go

przywiezie. Dziennikarz mówił, że to strasznie uprzejmie i bardzo dziękuje, ale po co się
fatygować  i  może  sam  dojedzie.  Ciekawe  jak.  Z  Helsinek  do  Kouvola  jest  200  km.
Pociągiem  to  dwie  godziny.  Ale  z  Kouvola  do  Halmeniemi  jest  jeszcze  60  km.  Trochę
dobrą  drogą,  no  a  potem  już  lasami  i  leśnymi  dróżkami.  Więc  niby  jak  miałby  się  tu
dostać?

Matti wyjechał z lasów, minął bar pod helikopterem i skręcił w lewo na niemal pustą

szosę. Po godzinie zaparkował pod dworcem w Kouvola. Miał jeszcze kwadrans, nie lubił
się  spóźniać.  Zadzwonił  telefon.  To  Leena,  zapraszała  na  zebranie  wieczorem.  –  I
przyprowadź dziennikarza – powiedziała.

Matti kiwnął głową.

Nadjechał pociąg. Wysiadało kilku pasażerów i dziennikarz ze śmiesznym nazwiskiem.

Wracali do Halmeniemi tą samą drogą. Nikt nie przekraczał 80 kilometrów na godzinę.
Dziennikarz powiedział, że to dziwne.

– No, jest świetna, szeroka, sucha. U nas każdy by pruł 150 na godzinę albo więcej.

Matti  zdumiał  się.  Przecież  w  zimie  można  jeździć  najwyżej  80.  No  tak,  zimy  wciąż

jeszcze nie ma, ale po co łamać przepis?

background image

– Może policja często łapie radarem? – dociekał dziennikarz.

Matti  zamyślił  się.  Po  co  policja  miałaby  stać  z  radarem  przy  drodze?  Przecież  ma

inne sprawy na głowie.

Dziennikarz znowu strasznie się zdziwił. W jego kraju policjanci czają się za drzewami

i łapią tych, co prują 150. Mówił, że prawie wszyscy prują 150. Ciekawe, jak w takim razie
policja sobie radzi, żeby złapać wszystkich.

– Nie radzi sobie – westchnął dziennikarz.

Matti opowiedział, że jak tutaj złapią takiego, co łamie przepisy, to dostaje mandat –

biedny kilkanaście euro, a bogaty nawet kilkanaście tysięcy euro.

Zagraniczny dziennikarz znowu się zdziwił, w ogóle on strasznie często się dziwił, aż

Mattiemu  zrobiło  się  głupio.  W  końcu  opowiadał  o  najzwyklejszych  rzeczach  pod
słońcem. Przecież to normalne, że sto euro to dla jednego majątek, a dla drugiego tyle co
nic.

Nie można każdego karać tak samo.

Ostatnio  policjanci  złapali  milionera,  który  pruł  swoim  sportowym  wozem.  W  całej

Finlandii  milionerów  jest  może  kilkudziesięciu.  Jakoś  tak  wyszło.  Mało  jest  naprawdę
bogatych, ale i prawie nie ma naprawdę biednych – tłumaczył Matti. Ot, wszyscy mają
po  prostu  w  sam  raz,  a  ci,  co  mają  więcej,  płacą  duże  podatki.  Ale  akurat  ten  ze
sportowym wozem naprawdę był milionerem, więc zapłacił kilkadziesiąt tysięcy euro.

Dziennikarz  znowu  się  zdziwił  i  powiedział,  że  to  przecież  jakiś  wariat  z  tego

milionera, że się przyznał do pieniędzy. U niego w kraju każdy by udawał biedaka.

No pewnie, można by sobie wyobrazić, że w Finlandii skłamie się policjantowi, choć

to  przecież  zabronione.  Ale  policjant  i  tak  następnego  dnia  dostanie  dane  z  twojego
urzędu  skarbowego  i  jak  się  okaże,  że  skłamałeś,  a  jesteś  milionerem,  to  mandat  będzie
jeszcze wyższy.

W  Finlandii  prawie  nie  ma  korupcji,  co  roku  wygrywa  w  rankingu  Transparency

International  najmniej  skorumpowanych  krajów  świata.  Może  to  dlatego,  że  Finów  jest
tak  mało?  Ledwo  pięć  milionów.  Urzędnik,  który  by  wziął  łapówkę,  nie  miałby  czego
szukać w administracji. A może to wiekowa tradycja wspólnego decydowania i unikania
niedopowiedzeń?  Do  dziś  każdy  może  sprawdzić,  co,  jak  i  dlaczego  zadecydowali
urzędnicy – lokalni albo i premier. Bo to przecież też urzędnik.

Dziennikarz tylko westchnął i zapatrzył się na lasy. Zapytał, jak to się dzieje, że takie

czyste i dlaczego tyle ich jest. Przecież co chwila widać ciężarówki wiozące wycięte pnie.

Matti znowu się zdziwił. No a od czego lasy mają być brudne? Przecież zwierzęta nie

zabrudzą, a jak ludzie zauważą jakieś śmieci, to wyniosą. Właściciele się troszczą o lasy, a
jak wytną kawałek, to zaraz muszą posadzić tyle samo drzewek, ile wycięli.

– I sadzą? – zapytał dziennikarz nieswoim głosem.

background image

– Pewnie, że sadzą. Gdyby 50 lat temu ich dziadkowie nie posadzili nowych drzew,

toby teraz lasów nie było. A jak teraz my nie posadzimy, to za 50 lat nie będzie.

– Jasne – westchnął dziennikarz i zamilkł na dobre.

background image

Gospodyni domowa Leena liczy domy

Leena ma 70 lat, w Halmeniemi mieszka od urodzenia i sprowadziła do wioski jedną

trzecią mieszkańców.

Wiele  lat  temu  obudziła  się  z  mocnym  postanowieniem,  że  musi  uratować

Halmeniemi. Pamiętała jeszcze dawne czasy, kiedy do kościoła w Mäntyharju wyruszało
się w sobotę, a w niedzielę dopływało na miejsce i spało pod daszkiem, czekając na mszę.
Ale pewnego dnia Leena zrozumiała, że wioska umiera. Pozostawało coraz więcej pustych
domów,  których  właściciele  mówili,  że  wyjadą  tylko  na  chwilę,  potem,  że  będą
przyjeżdżać na weekendy, a wreszcie znikali całkowicie w wielkim świecie.

„Nie pozwolę na to” – myślała sobie Leena, wędrując przez las. Wracała do domu, w

którym coraz częściej milczał telefon.

– Nasza wioska umrze na dobre, kiedy zniknie szkoła – powiedziała do męża.

Kiedy Leena chodziła do szkoły, w klasie uczyło się 20 dzieci. Tylko w jej klasie.

A teraz w całym Halmeniemi nie udało się zebrać 20 dzieci do jednej, zbiorczej klasy.

To oznaczało koniec szkoły.

– A gdyby sprowadzić nowych ludzi z dziećmi? – pomyślała Leena.

Zaczęła objeżdżać Halmeniemi i liczyć puste domy. Potem wróciła i otworzyła książkę

telefoniczną.  Gdzie  są  ci  ludzie,  którzy  w  nich  mieszkali?  Byli  daleko,  a  kiedy  do  nich
telefonowała, mówili, że pewnie już nie wrócą.

– To sprzedajcie dom – proponowała Leena.

– Ale komu? – dziwili się. – Kto by chciał kupić dom na końcu świata? W Finlandii są

przecież tysiące takich wiosek, dlaczego ktoś by chciał kupić dom akurat w Halmeniemi?

–  Znajdę  kogoś  –  odpowiadała  Leena  i  znowu  brała  telefon  i  dawała  ogłoszenia  do

gazet.  Pierwsi  chętni  zjawili  się  szybko,  wielu  było  oczarowanych.  Kupowali  domy,  a
Leena stawiała kolejne krzyżyki na swojej liście. Tego dnia, kiedy przyjechał dziennikarz,
miała na liście już tylko jeden dom. I była też para młodych ludzi z Helsinek, którzy myślą
o przeprowadzce.

„15 domów i 47 osób – to całkiem niezły wynik, ale i tak brakuje siedmiorga dzieci.

Gdyby  ta  ostatnia  para  się  zdecydowała,  brakowałoby  tylko  pięciorga.  To  znaczy  być
może tylko dwóch rodzin – jakby dobrze poszło” – myślała sobie Leena.

background image

Komputerowiec Matti w Twin Peaks

Pierwszy Matti siedział na zebraniu i sączył kawę. Drugi Matti krzątał się w kuchni i

przygotowywał  więcej  kawy,  a  jego  żona  na  dywanie  bawiła  się  z  trzymiesięczną  Leeną
juniorką.  Marity  nie  było,  nie  miała  czasu,  pojechała  pomagać  w  Centrum  Sztuki,  więc
Leena, która jest matką drugiego Mattiego, opowiadała, co Maricie udało się załatwić w
Helsinkach.

Pierwszy  Matti  siedział  w  kąciku  i  od  czasu  do  czasu  tłumaczył  szeptem

dziennikarzowi co ciekawsze wiadomości.

Marita  uważa,  że  są  szanse,  żeby  w  Halmeniemi  ruszył  program  budowy  nowych

domów.  Jest  porozumienie  z  dwiema  innymi  wioskami,  które  też  walczą  o  przetrwanie.
Jedna jest nad morzem, a druga w Laponii, hen, na północy. Razem zrobiły biznesplan.

Potem wszyscy piją kawę i umawiają się na jutro. Dzwoni Mika, mąż Marity. Też dziś

nie przyjdzie, bo organizuje koncert w pubie w Mikkeli i zbiórkę pieniędzy dla szkoły.

Matti  pierwszy  odwozi  dziennikarza  do  domku  nad  jeziorem,  w  którym  w  sezonie

mieszkają letnicy, i opowiada, skąd się tu wziął.

Całe  życie  mieszkał  w  Helsinkach.  Helsinki  nie  są  może  wielkim  miastem,  trochę

ponad pół miliona ludzi, i jeśli ktoś przyjechał z Paryża, czy nawet z Warszawy, może mu
się  wydawać,  że  są  puste.  Tak  jakby  większość  mieszkańców  wyjechała,  a  ci,  co  zostali,
byli tylko grupą statystów, usilnie, ale bez powodzenia starających się zrobić wrażenie, że
miasto jest zamieszkane i pełne spieszących się ludzi.

W  Halmeniemi  było  zupełnie  inaczej.  Może  150  mieszkańców,  a  żeby  przejechać  z

jednego  końca  na  drugi,  trzeba  prawie  objechać  jezioro.  Od  pierwszego  Mattiego  do
drugiego  jest  ze  dwa  kilometry,  do  Marity  jeszcze  kilometr,  a  Leena  mieszka  tuż  nad
brzegiem,  kilometr  dalej.  Na  piechotę  to  całe  godziny  błądzenia.  Jakby  ktoś  sobie  nie
życzył, mógłby latami nie oglądać ludzi. Ciemno, pusto i absolutnie cicho.

Raz  w  tygodniu  przyjeżdża  objazdowy  sklep  w  autobusie  i  biblioteka  na  kółkach  z

książkami, które można zamówić przez internet (żaden problem, bo tu każdy ma internet,
a ostatnie badania pokazały, że siedmiu na dziesięciu Finów używa go codziennie).

„Tu  jest  jak  w  Twin  Peaks  –  pomyślał  Matti,  kiedy  tu  przyjechał  ściągnięty  przez

Leenę. – Zaraz z tego lasu wylezie coś ogromnego i nas wszystkich zje”.

Matti  rzucił  wszystko.  Dawno  temu  picie,  potem  palenie.  Wreszcie  rzucił

fotografowanie,  którym  zajmował  się  ponad  20  lat,  i  nauczył  się  czegoś  innego  –
zarządzania siecią.

Potem adoptował z żoną dwóch chłopców: Aarona i Roniego, a jeszcze potem rzucił

wielkie miasto i przeprowadził się do małego drewnianego domku w centrum niczego.

Gdyby do Halmeniemi przybył jakiś światowiec, mógłby zanudzić się na śmierć. No

bo  jeśli  ktoś  nie  lubi  łowić  ryb,  siedzieć  nad  jeziorem,  łazić  po  lesie  i  wsłuchiwać  się  w
ciszę, to może co najwyżej pojechać do baru pod helikopterem, zjeść risotto z kurczakiem

background image

i napić się domowego piwa (które różni się od zwykłego tym, że jest bezalkoholowe).

A  gdyby  ktoś  chciał  jeszcze  szukać  wrażeń,  może  pojechać  kilkadziesiąt  kilometrów

dalej, do Ristiiny. W Ristiinie jest i sklep, i apteka, i nawet salon odzieżowy, i wzgórze, na
którym zostały fundamenty zamku wzniesionego przez hrabiego Brahe.

Gdyby  to  nie  wystarczyło,  można  pojechać  aż  do  Mäntyharju,  gdzie  mają  nawet

własną  gazetę,  która  wychodzi  dwa  razy  w  tygodniu,  i  zakłady  produkujące  kijki  do
chodzenia,  czyli  ostatni  krzyk  mody.  W  Mäntyharju  jest  jeszcze  galeria  sztuki,  prawie
największy  drewniany  kościół  w  Finlandii,  no  i  szkoła,  do  której  chodziłyby  dzieci  z
Halmeniemi, gdyby nie udało się namówić Juhy na talkoo.

Szkoła,  do  której  będą  musiały  dojeżdżać,  jeśli  nie  uda  się  znaleźć  siedmiorga

dodatkowych  dzieci  w  Halmeniemi,  bo  właśnie  tak  brzmi  ultimatum  lokalnych  władz,
które naprzód chciały szkołę po prostu zamknąć, a potem dały się przekonać lobbowaniu
Marity, telefonom Leeny, argumentom drugiego Mattiego.

– Jak znajdziecie jeszcze siedmioro dzieci, to zostawimy szkołę.

background image

Rybak Matti i Rosjanie

Matti drugi siedział przy łódce i rozplątywał sieć.

Wyglądało na to, że to będzie dobry dzień na połów. Po cichu marzył o łososiu takim

jak  ten,  którego  złowił  w  zeszłym  roku.  Dziesięć  kilogramów,  niezła  sztuka.  „No  nie  –
odgonił myśli. – Dobrze by było, żeby złowiło się cokolwiek”. Wiatr nie był zbyt silny, ale
na wszelki wypadek dał temu dziennikarzowi sztormiak, kalesony i dodatkowy sweter. Na
wodzie potrafi nieźle wiać i dobrze pamiętał, jak całkiem niedawno przyjechał do niego
turysta  z  Rosji  i  poprosił,  żeby  go  zabrać  na  jezioro.  Matti  powiedział  mu,  że  trzeba  się
ciepło ubrać, ale turysta wiedział lepiej i przyszedł w mokasynach i zwykłych skarpetkach.
Nogi zsiniały mu z zimna.

Matti  ma  dwa  spostrzeżenia.  Pierwsze  jest  takie,  że  Rosjanie,  którzy  przyjeżdżają  z

Petersburga, są potwornie bogaci. Drugie to takie, że ci, którzy przyjeżdżają z Moskwy, są
jeszcze bogatsi.

Matti  chwali  rosyjskich  gości.  Wszyscy  płacą,  więc  zarabia  duże  pieniądze  na

wynajmowaniu swoich domków. Rosjanie są bardzo grzeczni, chyba że popiją, ale kto w
Finlandii  nie  lubi  popić?  No,  akurat  w  Halmeniemi  trudno  takiego  znaleźć,  sami
abstynenci, i dziennikarz jest trochę zawiedziony, bo przywiózł butelkę polskiej wódki z
trawką w środku i chciał ją komuś ofiarować, ale nie bardzo miał komu.

W  ogóle  ten  dziennikarz  taki  jakiś  zagubiony.  Matti  dał  mu  jeden  z  domków  nad

jeziorem  do  zamieszkania.  Domek  jak  domek,  zwyczajny.  Drewniany,  trzy  sypialnie,
salon, sauna. A dziennikarz taki zachwycony. I zdziwiony, że Matti nie kazał mu zamykać
drzwi na klucz.

– A sprzęt wideo, telewizor, radio, kuchenka mikrofalowa – nikt nie zabierze?

–  Eee,  nie.  Specjalnie  nie  zamykam  –  zadziwił  się  Matti.  –  Może  ktoś  będzie  szedł

sobie drogą, będzie chciał się ogrzać, napić się herbaty, to co?

Dziennikarz znowu jakoś tak zagulgotał, aż Matti się przestraszył, że ochlapała go fala.

Zapytał  tylko,  czy  często  ktoś  wpada  się  ogrzać.  Matti  pomyślał  chwilę  i  powiedział,  że
nie. Przecież to pustkowie. Ale zawsze może się przecież tak zdarzyć.

Dziennikarz pyta, czy często tak się wyprawia łódką na jezioro, żeby połowić, a Matti

zamyśla  się  i  mówi,  że  nie,  teraz  rzadko.  Przynajmniej  od  chwili,  kiedy  kilka  miesięcy
temu urodziła mu się córeczka Leena. Więc teraz urywa się tylko raz na tydzień, a może i
rzadziej.  Ale  chce  zrobić  koło  starego  młyna  miejsce  dla  wędkarzy.  Ureguluje  bieg
wpadającej do jeziora rzeczki, bo teraz to jedno wielkie bagnisko. Będą przyjeżdżali ludzie
łowić ryby.

– Będą z tego jakieś pieniądze? – zainteresował się dziennikarz.

–  Nie  –  dziwi  się  Matti.  –  To  po  prostu  takie  talkoo.  Przyjadą  ludzie  i  będą  mieli

frajdę.  A  może  przy  okazji  uda  się  odnowić  stary  młyn?  Sto  lat  temu  postawili  go
mieszkańcy  i  zawsze  był  wspólny.  Teraz  rosną  tam  chaszcze,  ale  w  środku  wciąż  stoją

background image

maszyny.  Odnowimy  –  wspólne,  rzecz  jasna  –  wyjaśnia,  bo  już  wie,  że  dziennikarza
strasznie  takie  rzeczy  interesują,  choć  naprawdę  trudno  mu  zrozumieć,  że  tu  ktoś  chce
włożyć dużo pieniędzy i pracy tylko po to, żeby inni mieli frajdę.

Wiking Juha zmienia życie

Juha  siedział  za  biurkiem  w  swojej  czerwonej  koszuli  z  wielkim  logo  Citroena  i

wyglądał jeszcze bardziej na wikinga niż zwykle.

Co prawda nietrudno wyglądać jak wiking, jeśli ma się dwa metry wzrostu, 120 kilo

wagi, długie włosy spięte w ogon i wielką rudą brodę.

Juha miał pasję. A właściwie kilka pasji, ale zaczniemy od tej, która widniała na jego

koszuli.

Juha  kocha  citroeny.  Nie  samochody  po  prostu,  ale  właśnie  citroeny.  Sam  nie  wie

dlaczego. Może dlatego, że jego rodzice mieli citroena i to zapach dzieciństwa?

Mniejsza z tym. Ma teraz citroeny – około 20 – i szkołę.

Szkoła  w  Halmeniemi  to  takie  dziwne  miejsce,  o  którym  marzą  chyba  wszystkie

dzieci.  Właściwie  toby  marzyły,  gdyby  wiedziały,  że  jest.  Jedyna  sala  ma  chyba  ze  150
metrów  i  każdy  stawia  sobie  swój  stolik,  gdzie  chce.  Pod  oknem,  pod  tablicą,  a
zmarzluchy pod kaloryferem.

W mniejszej sali jest biblioteka i sala komputerowa jednocześnie, a Juha właśnie siedzi

tam przy wielkim stole ze wszystkimi dzieciakami i sobie gadają.

Juha wyskoczył do kuchni po kawę i dziennikarz, który właśnie wpadł zobaczyć szkołę,

pyta go, co to za lekcja. Juha tłumaczy, że to nie lekcja. Każdego dnia rano siada sobie z
dzieciakami w bibliotece, pogryzają ciasteczka, piją herbatę i opowiadają, jak minął dzień,
co nowego w domu albo co widzieli w telewizji. Czasem ktoś opowie, jaki miał sen, ktoś
inny  o  swoim  pomyśle,  a  Juha  właśnie  opowiedział,  że  wpadł  mu  w  oko  fajny  citroen.
Szkoda, że jest aż za kołem polarnym. Może uda się namówić Mattiego pierwszego, żeby
go sprowadził.

W wielkiej kuchni dwie mamy już gotują obiad i co chwila ktoś do szkoły wpada. O,

właśnie wpadł pierwszy Matti zobaczyć, jak leci, i zamienić słówko z Juhą. Dzieci biegają
po korytarzu i naprawdę trudno wytłumaczyć dziennikarzowi, czy teraz jest lekcja, czy jej
nie ma. A w szkole jest 13 dzieci i każde w innym wieku.

W Finlandii to nie dziwi nawet w dużej szkole. Tak samo jak nie dziwi, że w szkole

uczy się nie tylko liczenia i pisania, lecz także życia. Jak rozwiązać problem w domu, jak
załatwić sprawę z kolegami. Jak naprawić coś, co się zepsuło.

Może dlatego fińskie szkoły są najlepsze na świecie i w rankingach PISA, gdzie bada

się  nastolatków  z  całego  świata,  wychodzi,  że  Finowie  są  najlepsi  w  matematyce,
rozumieniu tekstu, naukach ścisłych, a w rozwiązywaniu problemów wyprzedzili ich tylko
obywatele Korei Południowej.

No i nic dziwnego, że Finowie mają czwarte miejsce na świecie, jeśli chodzi o liczbę

background image

patentów na głowę mieszkańca.

No  więc  Juha  siedzi  za  biurkiem  i  sprawdza  właśnie,  jak  Aaron  zrobił  ćwiczenia  z

angielskiego,  Riita  w  tym  czasie  robi  rysunki  na  plastykę,  a  reszta  czeka,  aż  Juha  będzie
miał wolną chwilę, i szuka sobie czegoś w internecie albo bawi się w Indian.

Juha  był  kiedyś  dyrektorem  wielkiego  gimnazjum  w  Helsinkach.  Kilkuset  uczniów,

kilkudziesięciu nauczycieli i poczucie, że coś umyka. Wszystkiego było za dużo, szkoła też
była za duża i klasy za duże. Uczniów też było za dużo i niedobrze, kiedy jest ich tylu, że
nie można zapamiętać wszystkich imion i twarzy.

Pewnego dnia powiedział żonie, że może by się wynieśli.

Żona Juhy Kaija jest reżyserem, czasem ma pracę tu, a czasem tam, i może przecież

mieszkać gdziekolwiek. Kiedy się przeprowadzali, zaczynała kręcić film „Valo” i musiała
zobaczyć trzy tysiące kandydatów do głównej roli – małego chłopca imieniem Valo.

Ze  szkołą  wszystko  być  może  potoczyłoby  się  zupełnie  inaczej,  gdyby  nie  córeczka,

która pojawiła się trochę przypadkiem. W każdym razie Juha tego nie planował, a reszta
dzieci  jest  już  dorosła  i  na  swoim.  A  oni  nagle  znaleźli  się  daleko  od  miasta,  w  którym
przeżyli całe życie, daleko od pracy, którą znali, ludzi, z którymi się spotykali, i z małym
dzieckiem.

Juha  wziął  więc  urlop  tacierzyński  i  wtedy  do  drzwi  ich  domku  zapukał  pierwszy

Matti.

–  Hej  –  powiedział.  –  Podobno  jesteś  nauczycielem.  Nie  chciałbyś  uczyć  w  naszej

szkole?

– Chętnie – ucieszył się Juha. – Ale co mam zrobić z córeczką?

– O, nie martw się – uśmiechnął się Matti. – Zajmiemy się nią.

Juha nie namyślał się wcale, bo wiedział, że w życiu taka propozycja nie trafia się dwa

razy. Mógł wreszcie uczyć w szkole, o jakiej marzył, i wypróbować coś, czym pasjonował
się od dawna – uczenie dzieci w różnym wieku równocześnie.

– Jest tylko jeden problem – nie możemy ci płacić – zmartwił się Matti. – To szkoła

talkoo.

– Nie ma sprawy – machnął ręką Juha.

Dziennikarka Heli Maki obchodzi rocznicę

Mamy robiące w szkolnej kuchni obiad wydają talerze.

Matti pierwszy wrzuca kilka euro do skarbonki i też nakłada sobie porcję. Dziennikarz

podpatruje i też wrzuca.

Miała  być  Marita,  ale  znowu  jest  zajęta.  Dziś  imieniny  premiera  Mattiego

Vanhanena.  To  miły  facet  o  śnieżnobiałym  uśmiechu.  Właśnie  się  rozwiódł  i  zbudował
sobie nowy dom.

background image

– Zbudował? – dziwi się dziennikarz.

– No tak, kupił drewna, zbudował – kiwa głową Juha. – Każdy mężczyzna powinien

sobie zbudować dom.

– Hmm – powiedział dziennikarz. – A te imieniny...

–  Taki  zwyczaj  –  wyjaśnił  Juha.  –  Marita  należy  do  jego  partii,  więc  napiekła

ciasteczek, zaparzyła kawy i częstuje wszystkich w supermarkecie.

– Macie niedługo wybory? – zdziwił się dziennikarz.

– Nie, dlaczego? – tym razem to Juha otworzył szeroko oczy. – Po prostu taki zwyczaj.

Przecież nie można się ludźmi interesować tylko wtedy, kiedy zbliżają się wybory.

Zaskrzypiały drzwi i do szkoły weszła Heli Maki z lokalnego pisma „Pitäjän Uutiset” w

Mäntyharju.

Heli  uwielbia  Halmeniemi,  bo  tu  wciąż  się  coś  dzieje  –  dziś  na  przykład  szkołę

wizytuje  dziennikarz  z  Polski.  Natychmiast  zdecydowali  się  poświęcić  temu  całą  stronę.
Trzeba  jakoś  zapełnić  miejsce  w  gazecie,  a  na  prowincji  to  trudne.  Czasem  uda  się
napisać  o  ciekawym  człowieku.  Takim  jak  weteran  wojenny,  który  postanowił
zrekonstruować  ziemiankę  z  wojny  fińsko-radzieckiej.  Zwołał  kilku  innych  weteranów  i
zrobili talkoo. Ziemianka jest, i to razem z okopami, tablicą informacyjną i eksponatami.
Młodzież może się dowiedzieć, jak było, a było ciężko. Rosjanie mieli samoloty, czołgi i
transportery,  a  Finowie  karabiny,  fuzje  i  narty,  na  których  przemykali  jak  duchy,
atakowali radzieckie kolumny i jak duchy znikali.

Rosjanie postawili ultimatum, chcieli kawałka Finlandii, a Finowie powiedzieli „nie”.

Generalissimus Stalin był pod wrażeniem. „To dzielni ludzie ci Finowie” – powiedział.

Teraz  starzy  weterani  opowiadają  o  tym,  jak  tygodniami  leżeli  zagrzebani  w  śniegu,

czekając  na  Rosjan.  O  tym,  że  kiedy  się  tu  żyło,  trzeba  było  pomagać  innym,  a  inni
musieli  pomagać  tobie.  Potem  wsiadają  do  swoich  nowych  volvo  i  citroenów  C4  i
odjeżdżają z piskiem opon.

– Zacznijmy może od tego, skąd dziennikarz dowiedział się o Halmeniemi – zaczyna

Heli Maki.

Dziennikarz mówi, że właściwie to był przypadek, ot, taki pomysł na miłą opowieść o

niezwykłej wiosce.

– Ale dlaczego niezwykłej? – dziwi się Heli Maki.

– No jak to? – zdziwił się dziennikarz. – Wszyscy tak sobie pomagają.

– Ale to przecież normalne – kiwa głową Heli Maki.

– No cóż – dziennikarz kręci się na stołku. – Nie do końca.

– To znaczy, że u was ludzie sobie nie pomagają – naciska Heli Maki.

– Różnie to bywa – brnie dziennikarz. – Weźmy na przykład takiego Juhę. Pracuje tu

background image

za darmo.

– No tak – przyznaje Heli Maki. – Ale co w tym dziwnego? Przecież to lubi.

– A Matti opiekuje się jego córeczką.

– No przecież ktoś musi – teraz dziwi się dziennikarka. – Jak Juha miałby uczyć dzieci,

jeśli musiałby latać za córeczką?

– No tak – wzdycha dziennikarz. – No a Marita jeździ do Helsinek załatwiać sprawy

wioski za własne pieniądze.

– No i co? – nie rozumie Heli Maki.

– No, nikt jej za to nie płaci.

– Ale ona też to lubi – marszczy brwi Heli Maki.

Dziennikarz, zgnębiony, pyta, czy zdarzają się w okolicy jakieś sprawy kryminalne.

– Niestety, nie – wyznała Heli. – Nie pamiętam ani jednej, ale pracuję dopiero trzy

lata.

Dziennikarz wtedy zaniemówił i nie miał już żadnego pytania, więc reporterce zrobiło

się go żal.

– Ale pisałam raz o sprawie kryminalnej. Akurat była rocznica zuchwałej kradzieży na

poczcie. Wszedł facet z pistoletem i pogroził kasjerce.

– O – ucieszył się dziennikarz. – A więc jednak. A która to rocznica?

– 50. – uśmiechnęła się reporterka. – Ludzie do dziś to pamiętają.

Farmerka Marita wymyśla święto

Z  Maritą  bardzo  trudno  jest  rozmawiać  nieznajomemu.  Czasami  zdarza  się,  że

nieznajomy chce naciągnąć Maritę na zwierzenia. Marita chętnie opowie, jaki wspaniały
jest  Matti,  i  pierwszy,  i  drugi.  I  o  tym,  ile  pracy  w  rozwój  wioski  włożyła  Leena.  Albo
pokazuje zeszyt, w którym każdy zapisywał, ile się napracował przy remoncie wspólnego
domu. Wspólny dom stoi przy głównej drodze, w piątki i soboty gra się tu w softball, a
miejscową drużynę trenuje oczywiście za darmo Mika, mąż Marity.

W  lecie  wszyscy  się  zebrali  i  odnowili  dom.  W  sumie  trzy  tysiące  godzin  pracy  i

Marita jest bardzo dumna, że nikt się nie wyłamał. Przyszli Asplundowie, którym trudno
znaleźć czas, bo mają jedyny w Finlandii objazdowy teatrzyk kukiełkowy. Rick Asplund
występował kiedyś w największym w Finlandii cyrku swojego ojca, a teraz z żoną mieszka
w Halmeniemi i jeździ na tournée. Przyszedł Raimo Nikki, który był oficerem w armii i
połowę życia spędził w dalekich krajach. Parę lat w Kambodży, kilka lat w Etiopii, trochę
czasu  w  Nowym  Jorku  jako  oficer  łącznikowy  Narodów  Zjednoczonych.  Mieszkał  w  36
krajach, a teraz mieszka w małym domku nad jeziorem, bo tu mu jest najlepiej.

Przyszła Paiivi, córka Leeny, która teraz mieszka i pracuje w Mäntyharju, ale w każdej

wolnej chwili przyjeżdża do swojego małego domku nad jeziorem.

background image

Niestety, Marita nadal nie mówi nic o sobie. Ma farmę, uprawia kminek. Nuda, nie

ma o czym wspominać.

Ten  dziennikarz  potem  się  dowie,  że  to  największa  farma  kminku  w  Finlandii,  że

Marita zaprasza nieznajome dzieci z całej Finlandii na kilkutygodniowe pobyty w swoim
domu.  Kto  inny  powie,  że  trenuje  dziewczęcy  zespół  taneczny  i  jeździ  z  nim  za  własne
pieniądze  po  Europie.  Dziennikarz  naturalnie  znowu  wytrzeszczy  oczy,  bo  Marita  nie
uważa  za  stosowne  nawet  o  tym  wspomnieć.  Przecież  to  normalne,  że  skoro  kiedyś
trenowała taniec i gimnastykę, to teraz trenuje dziewczyny – po prostu talkoo.

Dziewczyny też same zarabiają na bilety. Rodzice uznali, że tak będzie sprawiedliwie.

W końcu jednych stać, żeby wysłać dziecko za granicę, innych nie stać. Więc wszystkie
dziewczyny latem pracują w ośrodku kultury, pieką ciasta, roznoszą ulotki.

Dziesięć  lat  temu  Marita  pomyślała  sobie,  że  przydałoby  się  jakieś  święto,  które

zjednoczyłoby mieszkańców.

I zrobiła wielką imprezę w małej dolince koło wioski. Wszyscy przyszli.

Przynieśli małe rybki, które obtacza się w cieście i smaży, grzane wino i dużo kawy.

Było fajnie. Więc powtórzyli to latem i potem rok po roku.

Na  co  dzień  Marita  przygotowuje  plany  rozwoju  Halmeniemi,  zarządza  finansami.

Mika, jej mąż, gra społecznie w miejscowym zespole. Właśnie wydali trzecią płytę. Leci z
głośników. Fajny rock.

– O czym jest ta piosenka? – zainteresował się dziennikarz.

Mika uśmiecha się spod wąsa.

– Nic nadzwyczajnego. O tym, jak się starzeję.

Ale to wszystko według Marity jest normalne i niewarte wzmianki talkoo.

Matti po prostu włazi bez pytania

Matti  pierwszy  na  początku  trochę  się  dziwił.  Przywiózł  ze  sobą  z  Helsinek  trochę

miastowych zwyczajów. Czasem chciał wpaść do drugiego Mattiego. Dzwonił i pytał, czy
można.  W  końcu  drugi  Matti  mu  powiedział:  „Chcesz,  to  wpadaj,  ale  nie  dzwoń  za
każdym razem”.

Matti pierwszy zajeżdżał i pukał. Wreszcie Matti drugi powiedział: „Po prostu właź, do

cholery, i już, i nie pukaj”.

I teraz wpadają do siebie.

–  Matti  pierwszy  czasem  trzy  razy  dziennie,  bo  akurat  przejeżdża  obok.  Wejdzie,

naleje  sobie  kawy,  wypije  i  znika  –  mówi  Matti  drugi,  a  dziennikarz  słucha  i  zapisuje.
Rozgląda  się  po  malutkim  salonie.  Może  15  m  kw.,  na  których  krząta  się  żona,  biega
sześcioro  dzieci,  z  czego  dwójka  Mattiego  drugiego,  a  reszta  podrzuconych  na  chwilę
przez  sąsiadów.  Za  to  zrobią  mu  zakupy  w  mieście.  Jak  się  mieszka  na  końcu  świata,  to

background image

trzeba sobie pomagać.

Dom jak każdy inny w okolicy. Drewniany z zewnątrz, drewniany w środku, z wielkim

piecem i małymi pokojami, w sumie może ze sto metrów.

Dziennikarz  zdziwił  się,  że  wszystkie  domy  są  takie  podobne  i  nikt  nie  buduje  sobie

wielkich rezydencji. Choć drugiego Mattiego albo Maritę na pewno byłoby stać.

Albo dlaczego wszyscy jeżdżą zwykłymi, starymi samochodami i nikt nie ma wielkiego

terenowca z napędem na cztery koła? Może to luterańska tradycja skromności? Chociaż
dziennikarzowi wydają się bogaci. Każdy ma albo kawał lasu, albo domki do wynajęcia,
albo  farmę,  a  starsi  duże  emerytury.  Na  wakacje  jeżdżą  w  ciepłe  kraje  –  bo  trzeba
wypocząć. W domach mają nowe komputery i laptopy – bo to się przydaje do pracy. Ale
po co komu wielki, drogi dom z marmurami i egzotycznymi posadzkami?

– Nie mam pojęcia – zdumiał się Matti. – Taki wystarczy. Nam po prostu podobają

się małe, drewniane domy.

Dziennikarz  już  się  nawet  nie  dziwi,  bo  trochę  przywykł.  W  jego  kraju  Wszystkich

Świętych  obchodzono  przez  kilka  dni  i  wszyscy  pojechali  na  bardzo  długi  weekend.  W
Finlandii jak zwykle święto przeniesiono na sobotę, żeby nie tracić dnia pracy.

*

Dziennikarz nie dziwi się i już wyjeżdża.

Para  z  dziećmi  z  Helsinek  zadzwoniła.  Biorą  ten  domek.  A  więc  wystarczy  znaleźć

piątkę dzieci, żeby uratować szkołę.

*

Matti właśnie sprowadził citroena dla Juhy. – Dobry rocznik – 1982 – uśmiecha się. –

Trochę zepsuty, ale Juha się ucieszy. Uwielbia je naprawiać.

*

Leena jedzie do Helsinek. Uniwersytet zaprosił ją, żeby wygłosiła wykład o tym, jak

integrować lokalną społeczność.

–  Ja?  Wykład?  Przecież  jestem  tylko  gospodynią  domową.  No  to  może  opowiem  po

prostu, jak to się wszystko zaczęło – stropiła się Leena.

–  O  to  właśnie  nam  chodzi  –  ucieszył  się  profesor  po  drugiej  stronie  linii.  –

Zatytułujemy go tak: „Co zrobiła jedna kobieta z telefonem”.

*

–  Widzisz  sam  –  uśmiechnął  się  Matti  pierwszy,  kiedy  jechali  siedemdziesiątką  na

background image

dworzec w Mäntyharju. – Mamy tu dużo talkoo.

– Uhm, przyznał dziennikarz, któremu właściwie w ogóle nie chciało się wyjeżdżać. –

A co to dokładnie znaczy?

– To takie fińskie słowo – zastanowił się Matti. – Wspólna praca większej grupy osób

pracujących dla osiągnięcia wspólnego celu, wspólnego dobra. Talkoo.

– Tak – zgodził się dziennikarz, który się już nie dziwił.

– I mamy prośbę: przetłumacz naszą stronę internetową na polski – powiedział Matti.

– Takie talkoo? – domyślił się Talko.


Document Outline