background image

Legia - Widzew: W pięć minut z piekła do nieba 

Źródło: Magazyn Sportowy, 15.05.2010 

 

 

Fot. Michał Chwieduk/edytor.net | NEWSPIX.PL 

W sezonie 1996/97 o mistrzostwie Polski decydował bezpośredni mecz pomiędzy Legią i Widzewem. 
Warszawiacy prowadzili w 85. minucie 2:0, ale przegrali 2:3 i łodzianie zostali mistrzami.  

W  tunelu prowadzącym na boisko sędzia Andrzej  Czyżniewski stanął przed kapitanami obu drużyn. 
„Panowie,  zostawmy  te  wszystkie  plotki  na  boku,  że  ktoś  komuś  dał  i  tak  dalej...  Niech  przez 
najbliższe lata Polska mówi tylko o tym meczu. Napiszmy fajną historię". No i napisali 
 
Osoba  odpowiedzialna  w  PZPN  za  terminarz  ekstraklasy  w  sezonie  1996/97  miała  nosa.  Trudno  o 
lepszy  scenariusz  finiszu  ligi  niż  taki,  w  którym  dwaj  wielcy  rywale  rozstrzygają  w  bezpośredniej 
walce, komu należy się mistrzowski tytuł. 
 
Mecz Legii Warszawa z Widzewem Łódź okazał się jednym z najbardziej niezwykłych w historii naszej 
piłki.  Dramatycznym,  pełnym  zwrotów  akcji  i  z  niewiarygodnym  zakończeniem.  Jeśli  dziś  jakiś 
niedowiarek  po golu straconym przez jego drużynę machnie  zrezygnowany ręką i powie: „E, już po 
meczu", może usłyszeć: „A pamiętasz Legia - Widzew z 97...?". 
 
Panie sędzio, ile do końca? 
 
Dochodziła  83.  minuta.  Legia  prowadziła  2:0  z  Widzewem,  a  na  trybunach  przygotowywano  się  do 
świętowania zwycięstwa, w praktyce oznaczającego mistrzostwo (przy takim wyniku Legii wystarczał 
w ostatniej kolejce remis na wyjeździe z GKS Katowice). Co bardziej niecierpliwi z kibiców wdrapali się 
na  czterometrowy  płot.  Dawało  im  to  uprzywilejowaną  pozycję  w  wyścigu  po  koszulki  swoich 
piłkarzy,  najcenniejszą  pamiątkę,  jaką  można  sobie  wymarzyć  z  meczu,  w  którym  upokorzono 
odwiecznego wroga. 
 

background image

Ale emocje dopiero miały się zacząć. Niespodziewanie upadł sędzia Andrzej Czyżniewski. - Ruszyłem 
za akcją i poczułem silny ból w nodze. Nie mogłem się ruszyć - opowiada. 
 
Wtedy  jeszcze  nie  wiedział,  że  naderwał  mięsień  dwugłowy.  Kontuzja  była  prawdopodobnie 
wynikiem  zbyt  intensywnych  przygotowań  do  tego  meczu.  Gdy  Czyżniewski  dowiedział  się,  że 
poprowadzi  najważniejsze  spotkanie  w  sezonie,  postanowił  zrzucić  kilka  kilogramów  nadwagi.  - 
Zawsze miałem tendencję do tycia. Przed meczem rozpocząłem codzienne treningi, biegałem plażą z 
Gdańska-Oliwy  do  Sopotu  lub  z  Oliwy  do  Orłowa.  Wychodziło  około  15  kilometrów.  Tłuste  rzeczy 
zmieniłem  na  kaszę,  drób  i  dużo  warzyw.  Zdawałem  sobie  sprawę,  że  w  Warszawie  zagrają  dwie 
najlepsze  drużyny w kraju i oczy całej  Polski będą skierowane na ten mecz. Nie mógł go prowadzić 
nieprzygotowany  amator.  To  tak  jakby  do  operacji  na  otwartym  sercu  dopuszczono  felczera...  - 
porównuje Czyżniewski. 
 
Wtedy, leżąc na boisku, miał te obrazki przed oczami. Przeklinał los i cholerny mięsień. Już wcześniej 
miał  z  nim  kłopoty.  Lekarz  powiedział  mu  kiedyś,  że  wynikają  one  z  nieprawidłowego  sposobu 
biegania.  -  Jan  Tomaszewski  sugerował,  że  kontuzja  była  efektem  poprzedniej  nocy,  którą  miałem 
spędzić  na  imprezowaniu  z  pewną  brunetką.  Zdaniem  guru  naszej  piłki  mam  słabość  do  kobiet  o 
takim kolorze włosów - uśmiecha się Czyżniewski. 
Do  dziś  wielu  uważa,  że  ta  przerwa  wybiła  gospodarzy  z  rytmu  i  gdyby  jej  nie  było,  warszawianie 
utrzymaliby prowadzenie. - Legioniści zaczęli przybijać sobie piątki. Dla nich ten mecz się skończył, dla 
nas dopiero zaczynał - przekonuje Radosław Michalski, pomocnik Widzewa. 
 
Najbardziej  nerwowo  były  na  ławce  rezerwowych  gości.  Trener  Franciszek  Smuda  wrzeszczał, 
gestykulował,  biegał  do  linii  autowej i  z  powrotem. W  końcu  na  moment  się  uspokoił,  jakby  chciał 
zebrać  myśli.  Zauważył  to  Tadeusz  Gapiński,  kierownik  Widzewa,  który  bardzo  dobrze  znał 
zachowanie szkoleniowca. Przez dwa lata zdążyli się zaprzyjaźnić. Podszedł do trenera. 
 
Gapiński: - Franek, nie denerwuj się, nie martw. Wicemistrzostwo też dobre. W tamtym roku byliśmy 
mistrzami, teraz poszło gorzej. Ale nie jest źle. Smuda: - Tak mówisz? Może masz rację... 
 
To była rozmowa  dwóch przyjaciół w  krytycznym momencie. Na zewnątrz Smuda nie  dawał jednak 
poznać,  że  wątpi  w  zwycięstwo.  Rzecznik  prasowy  Legii  przyszedł  do  niego,  żeby  powiadomić  o 
konferencji prasowej. 
 
- Spierdalaj! My tu jeszcze gramy - przegonił go Smuda. 
 
- Przerwa w grze z psychologicznego punktu widzenia nie była korzystna dla zawodników Legii. Mieli 
czas  na  rozmyślanie,  że  już  ten  mecz  wygrali  -  zaznacza  Czyżniewski,  który  zamierzał  dokończyć 
spotkanie. - Opatrywali mnie lekarze obu klubów, jakby wzajemnie się kontrolując. Po kilku minutach 
mogłem już wstać. Widzewiacy podchodzili i dopytywali: „Panie sędzio, ile do końca?". Słyszałem ich 
rozmowy: „Raz walniemy Legię i pójdzie". Ależ byli zawzięci! 
 
Czarna walizka w szatni 
 
Zawzięci  okazali  się  także  przed  meczem.  Właściciele  klubu  Andrzej  Pawelec  i  Andrzej  Grajewski 
zalegali  im  prawie  milion  marek  z  tytułu  premii.  Piłkarze  mieli  dostać  pieniądze  dzień  przed 
spotkaniem  z  Legią.  W  hotelu  w  Nadarzynie,  gdzie  się  zatrzymali,  nie  pojawił  się  jednak  nikt  z 
gotówką. Zrobiło się nerwowo... 
 
-  Smuda  przekonywał  chłopaków,  że  pieniądze  prędzej  czy  później  dostaną,  a  strajk  obróci  się 
przeciwko nim. Widziałem po nim, że  jest wściekły, ale  stara się  tego nie  okazywać. Przed meczem 
zawsze  zwracał  uwagę  na  to,  żeby  jego  piłkarze  myśleli  tylko  o  tym,  co  czeka  ich  na  boisku. 

background image

Tymczasem  wtedy,  24  godziny  przed  najważniejszym  spotkaniem  w  sezonie,  trwały  rozmowy  o 
pieniądzach - wspomina Gapiński. 
 
Widzewiacy doskonale wiedzieli, kiedy jest najlepszy moment na odzyskanie choć części zaległości. W 
szatni,  dwie  godziny  przed  meczem,  postawili  sprawę  jasno:  „Nie  ruszamy  się  stąd,  dopóki  nie 
dostaniemy kasy". Zanosiło się na skandal. 
 
Do szatni poproszono Pawelca. Właściciel Widzewa przyszedł po kilku minutach z walizką. W środku 
było  300  tysięcy  marek.  Pawelec  pokazał  pieniądze  i  już  zmierzał  do  wyjścia,  kiedy  zaprotestowali 
piłkarze.  „Proszę  zostawić  walizkę  kierownikowi"  -  odważnie  zaproponował  któryś  z  nich.  Wściekły 
Pawelec nie miał innego wyjścia - przekazał ją Gapińskiemu. 
 
-  Nie  wiedziałem,  co  z  nią  zrobić.  Pozostawienie  jej  w  szatni  nie  wchodziło  w  grę,  ktoś  mógłby  ją 
zwędzić. Ze sobą też jej nie mogłem wziąć. Jak by to wyglądało, gdyby przy naszej ławce stała czarna 
walizka. Wyjąłem z niej  pieniądze  i zacząłem upychać po kieszeniach. Nie mieściły się  w spodniach, 
sięgnąłem  po  marynarkę.  Na  zewnątrz  był  czerwcowy  upał.  Wyszedłem  na  boisko  obłożony 
banknotami,  poruszając  się  jak  Robocop.  Pamiętałem,  żeby  nie  wykonywać  gwałtownych  ruchów. 
Nawet  po  naszych  golach  musiałem  się  pilnować,  żeby  kasa  nie  wyleciała  -  zdradza  kierownik 
drużyny. 
 
Kupię, sprzedam... 
 
Rok wcześniej obie drużyny również spotkały się na Łazienkowskiej, również w meczu, którego wynik 
decydował  o  mistrzostwie  Polski.  Legia  była  wtedy  ćwierćfinalistą  Ligi  Mistrzów,  dwukrotnym 
mistrzem  Polski.  Jej  piłkarze  wydawali  się  nasyceni  sukcesami,  widzewiacy  byli  jakby  bardziej  ich 
głodni. I w Warszawie wygrali 2:1. Po 14 latach odzyskali tytuł mistrzowski dla Widzewa. 
 
Tak narodziła się drużyna Smudy. - Jego autorska. Franek śmiał się, że już z twarzy obserwowanego 
zawodnika  może  poznać, czy będzie  u niego dobrze  grał. Nie  znosił płaczków. Nie  dobierał piłkarzy 
tylko  pod  względem  umiejętności,  najważniejszy  był  charakter  -  tłumaczy  Gapiński.  Ten  charakter 
widzewiacy  pokazali  w  dreszczowcu  z  Broendby  Kopenhaga,  zdobywając  bramkę  decydującą  o 
awansie do Ligi Mistrzów w przedostatniej minucie rewanżu. 
 
Po porażce z Widzewem na koniec sezonu 1995/96 rozpadła się budowana kilka lat drużyna Legii. Nie 
brakuje takich, którzy uważają, że paru jej zawodników, mając podpisane kontrakty z innymi klubami, 
ten  mecz  sprzedało.  -  Niektórzy  koledzy  nie  walczyli,  nie  angażowali  się.  Nie  wiem  dlaczego  - 
zastanawiał się później Cezary Kucharski, napastnik Legii, który wtedy zagrał ostatnie pięć minut. 
 
Po  sezonie  drużynę  opuściło  dziewięciu  zawodników  i  trener  Paweł  Janas  (objął  reprezentację 
olimpijską).  Pół  roku  wcześniej  zrezygnował  sponsorujący  klub  Janusz  Romanowski.  Biznesmen  z 
Konstancina świetnie się zabezpieczył i po rozstaniu nadal był właścicielem kart ośmiu zawodników. 
Większość z nich sprzedał. Legia została bez pieniędzy i drużyny. 
 
Trener  Władysław  Stachurski  (później  zastąpił  go  Mirosław  Jabłoński)  jeszcze  przed  sezonem 
narzekał,  że  ma  tylko  dwunastu  zawodników  grających  na  poziomie  ekstraklasy.  Tymczasem 
legioniści  stali  się  rewelacją  ligi,  w  której  przez  całą  rundę  jesienną  dotrzymywali  kroku 
faworyzowanemu Widzewowi. Ponadto świetnie radzili sobie w Europie. W I rundzie Pucharu UEFA w 
dramatycznych  okolicznościach  (decydujący  gol  Kucharskiego  padł  w  93.  minucie)  wyeliminowali 
Panathinaikos  Ateny.  To  właśnie  ten  mecz  przypieczętował  decyzję  szefów  Daewoo  o 
zainwestowaniu w Legię. 
 

background image

Za rządów koreańskiego koncernu w Legii nastąpiły lepsze czasy - piłkarze dostali podwyżki, pojawiły 
się  też  pieniądze  na  transfery.  Przyszło  czterech  zawodników  -  Jacek  Magiera  (kosztował  milion 
złotych),  Sylwester  Czereszewski  (900  tys.  złotych),  Paweł  Skrzypek  (850  tys.  złotych)  oraz  Piotr 
Włodarczyk  (600  tys.  złotych)  -  i  Legia  zaczęła  poważnie  myśleć  o  mistrzostwie  Polski.  Historia 
zatoczyła koło - o tytule znów miał decydować bezpośredni mecz z Widzewem. 
 
Czyżniewski: - Przed spotkaniem media podsycały atmosferę. Raz cień podejrzeń rzucano na piłkarzy 
Legii, żeby następnego dnia tak samo zrobić z widzewiakami. Grano na emocjach, głównie tych złych. 
Napuszczano jednych na drugich. 
 
Kilka  dni  przed  meczem  do  siedziby  Widzewa  zadzwonił  nieznajomy  mężczyzna.  Podawał  się  za 
przedstawiciela Legii i proponował negocjacje w sprawie kupna meczu od łodzian. W klubie nikt nie 
podjął tematu. Przypuszczano, że jest to prowokacja dziennikarska. - Nie pamiętam, ile razy słyszałem 
plotki,  że  nasi  piłkarze  odpuszczą  mecz.  Po  złości,  za  te  zaległości  w  wypłatach.  Premie  odebraliby 
sobie od Legii, z nawiązką - wspomina Gapiński. 
 
Trwała wojna nerwów. Jacek Zieliński, obrońca Legii, który miał zagrać z blokadą, przewidywał: - Jeśli 
wygramy, Widzew prawdopodobnie się rozpadnie, a my przez parę  sezonów będziemy mieli patent 
na  mistrzostwo.  Łodzianie  są  pewni  siebie,  tak  jak  my  rok  temu.  Wtedy  do  głowy  mi  nie  przyszła 
możliwość porażki. Teraz jest zupełnie inaczej. 
 
Tomasz Łapiński, kapitan Widzewa: - W przeciwieństwie do Legii nie musimy wygrać, wystarczy nam 
remis. 
 
Paweł Skrzypek pół roku wcześniej  był już dogadany z Widzewem, ale  wybrał Legię:  -  To spotkanie 
podobne  do  tych  w  reprezentacji.  Tak  nie  traktujemy  żadnego  innego meczu  w  lidze. Żona  chciała 
przyjechać  do  Warszawy,  ale  poprosiłem  ją,  by  została  w  domu.  Chcę  być  skoncentrowany, 
potrzebuję spokoju. 
 
Łodzianie  mieli  punkt  więcej  niż  Legia  i  urządzał  ich  remis.  Gospodarze  grali  o  pełną  pulę.  Byli 
faworytami,  przynajmniej  bukmacherów.  Za  postawienie  10  złotych  na  ich  wygraną  można  było 
dostać 21,5 złotego, zwycięstwo Widzewa gwarantowało 29 złotych. Wytypowanie  remisu to 20,07 
złotego. 
 
Obietnica Kucharskiego 
 
Na  wniosek  policji  ograniczono  liczbę  widzów  na  trybunach.  Na  stadion  mogło  wejść  tylko  6100 
kibiców  Legii z identyfikatorami (bilety kosztowały 15 i 20 złotych) i 800 fanów  Widzewa, z którymi 
przyjechał  prezydent  miasta  Marek  Czekalski.  Żeby  przygotować  się  do  oglądania meczu,  skrócono 
posiedzenie Rady Miejskiej w Łodzi. 
 
Do  spotkania  szykowała  się  również  redakcja  Teleexpressu.  -  To  było  niewątpliwie  najważniejsze 
wydarzenie  piłkarskiego  sezonu.  Wtedy  jeszcze  stacje  telewizyjne  nie  konkurowały  ze  sobą  tak 
zażarcie. Spotkanie pokazywał Canal+. Ze studiów znałem Janusza Basałaja, szefa sportu w tej stacji. 
Zapytałem  go,  czy  możemy  zrobić  wejście  na  żywo  do  Teleexpressu.  Janusz  zgodził  się  bez 
problemów - opowiada Marek Sierocki, dziennikarz, kibic Legii. 
 
-  W  redakcji  oprócz  mnie  był  jeszcze  jeden  legionista  i  dwóch  widzewiaków.  To  gwarantowało 
obiektywizm. Wspólnie przygotowaliśmy materiał o kibicach obu drużyn, a później robiliśmy wejście 
ze stadionu. Przez kwadrans trwania Teleexpressu dostaliśmy 2 minuty. To bardzo dużo - przekonuje 
Sierocki. 

background image

 
Przed  meczem  dziennikarz  stał  pod  szatniami.  Obok  skupieni  i  lekko  zdenerwowani  szykowali  się 
zawodnicy. - Chciałem rozładować atmosferę. Powiedziałem: „Panowie, mecz zaczyna się o godzinie 
17.  O  17:12  mam  wejście  na  żywo.  Może  któryś  z  was  strzeli  wtedy  gola?".  Zerwał  się  Czarek 
Kucharski:  „Marek,  zrobię  to  dla  ciebie",  obiecał  -  wspomina  Sierocki.  -  Wróciłem  do  wozu 
transmisyjnego i kazałem ustawić kamerę na bramkę Widzewa. 
 
Złota karta i terminal 
 
W sezonie 1996/97 Widzew był po grze w Lidze Mistrzów. Klub za awans i mecze zarobił 2,6 miliona 
franków  szwajcarskich.  Prawie  połowa  z  tej  kwoty  miała  trafić  do  zawodników.  W  rozmowach  z 
prezesami  brali  udział  Maciej  Szczęsny  i  Radosław  Michalski.  Obaj  przyszli  z  Legii  i  mieli 
doświadczenie  z  poprzedniego  roku,  kiedy  wypracowali  w  Warszawie  bardzo  korzystny  dla 
zawodników podział premii za Ligę Mistrzów - pół dla nich, pół dla klubu. 
 
Widzew miał kłopoty finansowe, poślizgi w wypłatach zdarzały się coraz częściej. Piłkarze nie ułatwiali 
zadania  szefom  klubu.  Wygrywali  mecz  za  meczem.  -  Jak  można  nie  mieć  zaległości,  skoro  oni 
wszystkich golą? Coś by zremisowali, ale gdzie tam... - narzekał pół żartem, pół serio Pawelec. 
 
Pośrednikiem  między  właścicielami  klubu  a  zawodnikami  był  Gapiński.  Piłkarze  mieli  do  niego 
zaufanie.  Prosili,  żeby  nękał  prezesów  telefonami  w  sprawie  spłaty  zaległości.  I  Gapiński  to  robił. 
„Zaczekaj  chwilkę,  Tadziu,  wjeżdżam  właśnie  do  tunelu.  Mogę  zgubić  zasięg"  -  ostrzegał  Grajewski, 
kiedy zdarzyło mu się odebrać telefon z Łodzi. Przez następne dwie godziny miał wyłączony aparat. - 
To chyba tunel pod kanałem La Manche - szydzili zawodnicy. 
 
Na przeszkodzie wypłaty pieniędzy zawsze coś stawało  -  albo nie można było zrobić przelewu, albo 
pracownicy  banku  nie  byli  w  stanie  wymienić  marek  na  złotówki.  Kierownik  drużyny  miał  telefon 
komórkowy wielkości torby, jaką hydraulik  zabiera do pracy. Kilogramowy aparat nosił zawsze przy 
sobie,  bo  przecież  w  każdej  chwili  mógł  zadzwonić  Pawelec.  Raz  zadzwonił,  kiedy  Gapiński  jechał 
tramwajem. Samochód akurat wzięła żona. - Ścisk jak diabli, telefon stał na dole. Czerwony jak burak 
schyliłem się po słuchawkę i odebrałem. Ludzie patrzyli trochę dziwnie. 
 
Innym razem telefon zadzwonił Gapińskiemu w domu.  - A po chwili, chyba za sprawą tego aparatu, 
włączył mi się telewizor... - wspomina kierownik łódzkiego klubu. 
 
Kiedyś Widzew grał dwa mecze ligowe z rzędu na Górnym Śląsku. Po pierwszym piłkarze nie wracali 
do Łodzi, zatrzymali się w hotelu do następnego spotkania. Rachunek za tygodniowy pobyt całej ekipy 
wyniósł kilkanaście tysięcy złotych. Wcześniej Gapiński dostał od Pawelca złotą kartę kredytową. Przy 
regulowaniu  nią  należności  na  terminalu  wyświetlił  się  jednak  krótki  komunikat:  „Brak  środków". 
Zdenerwowany Gapiński zadzwonił do Pawelca. 
 
- Prezesie, karta nie działa! 
 
-  Jak  kurwa  nie  działa?!  Złota  karta?  Niech  oni  lepiej  terminal  wymienią!  -  pieklił  się  Pawelec. 
Terminal okazał się sprawny. Na karcie było 200 złotych... 
 
Sierocki na wizji 
 
Na  boisku  w  Warszawie  nikt  już  o  pieniądzach  nie  myślał.  Wybiła  godzina  17:12.  Sierocki  kończył 
wejście do Teleexpressu, kiedy za plecami usłyszał wrzask radości. Legia strzeliła gola. 
 
-  Widzę,  że  cieszy  się  Kucharski.  Opowiedziałem  telewidzom  o  naszej  rozmowie  przy  szatniach,  z 

background image

trudem  powstrzymując  emocje.  Obok  mnie  stał  Piotr  Nowak,  kapitan  reprezentacji.  Wypowiedział, 
jak  się  okazało,  prorocze  słowa:  „Legia  prowadzi,  ale  wynik  będzie  otwarty  do  ostatniej  minuty"  - 
wspomina 

Sierocki. 

Po  zejściu  z  anteny  pobiegł  do  wozu  transmisyjnego  obejrzeć  swoją  relację.  „Stary,  Kucharski 
naprawdę strzelił gola!" - zastąpił mu drogę kolega. „Tak miało być" - odpowiedział pewnym głosem 
Sierocki. 
 
-  W  żartach  dodałem,  że  drugą  bramkę  zdobędzie  Sylwek  Czereszewski.  Tak  się  stało.  Wszyscy  w 
wozie zaczęli na mnie dziwnie patrzeć. Wyglądało to trochę jak w „Piłkarskim pokerze". Usłyszałem w 
końcu: „Nie wyglądasz na takiego, który ma układy z piłkarzami" - uśmiecha się Sierocki. 
 
Większość piłkarzy Legii i Widzewa znała się ze zgrupowań reprezentacji. Na boisku jednak iskrzyło. W 
pierwszej połowie meczu Kucharski ostro zaatakował poza polem karnym Szczęsnego. Rok wcześniej 
grali jeszcze razem w Legii. Wydawało się, że po tym faulu bramkarz Widzewa będzie musiał zejść z 
boiska. 
Czyżniewski:  -  Powinienem  wyrzucić  Kucharskiego  z  boiska,  to  było  perfidne  zagranie  na  czerwoną 
kartką. 
 
Popełniłem jedyny błąd w meczu. 
 
Kucharski:  -  W  pierwszym spotkaniu, jesienią, widzewiacy specjalnie  się  mną zaopiekowali  -  kopali, 
szczypali,  prowokowali.  Przed  rewanżem  obiecałem  sobie,  że  odpłacę  im  teraz.  W  tamtej  sytuacji 
Maciek  wychodził  poza  szesnastkę.  To  była  piłka  stykowa,  wydawało  mi  się,  że  mam  szansę  jej 
dotknąć. Nie cofnąłem nogi i dostał po piszczelach. Strasznie mnie wtedy zbluzgał. Faul nie był chyba 
tak brutalny, skoro Maciek dotrwał do końca meczu. 
 

Gdybyście 

grali 

innym 

przeciwnikiem, 

odstawiłby 

pan 

nogę? 

- Odstawiłbym - pada szybka odpowiedź. 
 
Drei zu zwei! 
 
Legia prowadziła 2:0. I miała szansę na trzecią bramkę. Marcin Mięciel biegł nieatakowany przez pół 
boiska  i  znalazł  się  sam  przed  Szczęsnym.  W  decydującym  momencie  się  potknął. 
-  Złapały  go  skurcze.  To  był  mecz  z  podwyższoną  adrenaliną,  wyższym  tętnem.  Szybciej  się 
męczyliśmy. Sam nie wytrzymałem i poprosiłem o zmianę. Łapały mnie skurcze w łydkach, udach. Nie 
mogłem biegać. Schodziłem z przeświadczeniem: Będziemy mistrzami, nic  złego nam się  nie  stanie. 
Trzy minuty po mnie trener zdjął Mięciela i nasz atak przestał istnieć - opisuje Kucharski. 
 
Według  Sierockiego  te  dwie  zmiany  zdecydowały  o  porażce  Legii.  -  Wiem,  że  Marcin  i  Czarek  byli 
wyczerpani.  Może  Jabłoński  powinien  wprowadzić  za  nich  napastników,  a  nie  Jacka  Kacprzaka  i 
Marcina Jałochę. Wtedy  boczni obrońcy Widzewa nie mogliby tak wjeżdżać pod bramkę Legii i siać 
tam popłoch - nie ma wątpliwości Sierocki. 
 
Legioniści słaniali się na nogach, widzewiacy złapali wiatr w żagle. Dwie minuty przed końcem odżyły 
ich  nadzieje.  Kontaktową  bramkę  zdobył  Sławomir  Majak.  To  był  początek  końca  Legii. 
W  90.  minucie  i  7.  sekundzie  w  polu  karnym  gospodarzy  znalazł  się  niepilnowany  Dariusz  Gęsior  i 
głową pokonał Grzegorza Szamotulskiego. 
 
Czyżniewski: - Pamiętam tę ciszę na stadionie. Słychać było tylko cieszących się widzewiaków. Jakieś 
pół  minuty  później  to  gospodarze  świętowali,  kiedy  Marcin  Jałocha  strzelił  na  3:2.  Tyle  że  z 
ewidentnego  spalonego.  Mało  kto  wie,  dziś  mogę  to  powiedzieć  -  na  linii  stała  osoba  związana  z 

background image

Łodzią,  doktor  Janusz  Śliwiński.  Studiował  w  Łodzi,  chyba  nawet  kibicował  Widzewowi.  Oj,  gdyby 
wtedy w Warszawie ktoś się o tym dowiedział... 
 
92. 

minuta 

5. 

sekunda: 

Legia 

znokautowana. 

Dobija 

ją 

Andrzej 

Michalczuk. 

-  Pierwszy  raz  widziałem,  że  trybuny  na  Legii  zamarły.  Wielu  moich  kolegów,  poważnych  facetów, 
płakało.  Przerażająca  cisza,  jakby  się  wydarzyła  katastrofa.  No,  to  była  katastrofa  -  podsumowuje 
Sierocki. 
 
Odgłosy  rzucanych  z  trybun  w  ławkę  Widzewa  kawałków  betonu  towarzyszyły  rezerwowym  i 
trenerom już po drugim golu dla łodzian. Po ostatnim gwizdku Czyżniewskiego na umówiony sygnał 
wybiegli na środek boiska. Tam kibice nie mogli już ich dosięgnąć. 
 
Legioniści  szybko  zeszli  do  szatni.  -  Patrzyliśmy  na  siebie  głupio.  Myślałem,  że  ci  starsi,  bardziej 
doświadczeni coś powiedzą, walną pięścią w stół i krzykną: „Ale jesteśmy frajerzy". Ale nic takiego się 
nie stało. Była cisza, grobowa cisza - mówi Czereszewski. 
 
Mecz w  towarzystwie Grajewskiego oglądał Frank Pagelsdorf,  trener Hamburgera SV. Przyglądał się 
grze  Jacka  Dembińskiego,  napastnika  łodzian.  W  80.  minucie  niemiecki  szkoleniowiec  wyszedł  ze 
stadionu,  żeby  nie  utknąć  w  korkach  w  drodze  na  Okęcie.  Wcześniej  pocieszył  załamanego 
Grajewskiego:  „Andreas,  nie  przejmuj  się,  za  rok  wygracie".  Nie  zdążył  dojechać  na  lotnisko,  a 
odezwał się jego telefon komórkowy. Grajewski darł się do słuchawki: Drei zu zwei!, Drei zu zwei! 
 
Małżeńska awantura 
 
W  tle  meczu  na  Łazienkowskiej  trwała  rywalizacja  o  stołek  selekcjonera.  W  konkursie  udział  brali 
Janusz Wójcik, Edward Lorens i Franciszek Smuda. Antoni Piechniczek, ustępujący selekcjoner, pytał 
wtedy: „Kto to jest Smuda?". Po spotkaniu w Warszawie  trener Widzewa odpowiedział: „Zdobyłem 
mistrzostwo  drugi  raz  z  rzędu,  drugi  raz  przedstawiłem  się  panu  Piechniczkowi.  Może  teraz  mnie 
zapamięta?". Selekcjonerem został Wójcik, Smuda swoją szansę dostał 12 lat później. 
 
W szczęśliwym hotelu w Nadarzynie widzewiaków witał personel z tacą z szampanami. Klimat jak na 
weselu. Piłkarze spieszyli się jednak do Łodzi, gdzie na stadionie czekało na nich pięć tysięcy kibiców. 
Dotarli tam kilka minut przed godziną 23. Obok zawodników bohaterem powitania został „Ryba", 23-
letni kibic, który wdrapał się na 50-metrowy maszt z reflektorem i... nie chciał zejść. „Mistrzem Polski 
jest  Ryba,  Ryba  najlepszy  jest!"  -  śpiewali  fani,  a  strażacy  w  tym  czasie  rozkładali  poduszkę 
bezpieczeństwa. „Ryba" zdecydował się zejść dopiero o 2.15, a na dole policjanci zabrali go od razu 
na komisariat. Kibice Widzewa z Sochaczewa w dowód uznania przemianowali w swoim mieście ulicę 
Senatorską na ul. Franka Smudy. 
 
Jeden  z  pracowników  Widzewa  oglądał  mecz  w  domu.  Wypił  dość  dużo  i  wściekły,  bo  przecież 
Widzew  przegrywał  dwoma  bramkami,  wyłączył  telewizor  w  końcówce  spotkania.  -  Jeszcze  przed 
snem zbeształ małżonkę - opowiada Gapiński. - Drugiego dnia rano żona wróciła z zakupami. Położyła 
gazetę  na stole  i pyta się  męża: „Co się  tak  denerwowałeś, przecież wygrali!". Ten znowu wpadł w 
szał, bo myślał, że żona robi sobie żarty. Rzucił okiem na tytuł i zdębiał. 
 
Działacze  Widzewa  i  łódzcy  politycy  świętowali  w  stołecznym  hotelu  Victoria.  Wcześniej  Pawelec 
podjął próbę odzyskania walizki zdeponowanej u Gapińskiego. Poprosił o jej zwrot i przekonywał, że 
znajomy właściciel kantoru wymieni  pieniądze  po dobrym kursie. Piłkarze  nie  chcieli o tym słyszeć. 
Dzień później kantor z 300 tysiącami marek odwiedził Gapiński. Pieniądze przekazał później księgowej 
i zaczęły się wypłaty. Widzewiacy wychodzili z klubu z reklamówkami wypełnionymi pieniędzmi. 
 

background image

Kucharski po sezonie podpisał kontrakt ze Sportingiem Gijon. Sprawa ze Szczęsnym miała swój dalszy 
ciąg. - W Hiszpanii czytałem, że Maciek ma do mnie pretensje, żalił się, że grozi mu amputacja nogi. 
Kłóciło mi się to z obrazem, jaki zachowałem po meczu - Maćka wykonującego fikołki pod sektorem 
kibiców Widzewa. Na szczęście już dawno wyjaśniliśmy sobie tamto zdarzenia. Dziś jesteśmy lepszymi 
kolegami niż wtedy, kiedy graliśmy w Legii - wyjawia Kucharski. 
 
Sierocki dzień po meczu został wezwany przez dyrektora na kolegium redakcyjne. - Bałem się, że coś 
zepsuliśmy  albo  zostanę  ukarany  za  sposób  przeprowadzenia  relacji.  Było  odwrotnie.  Od  szefa 
dostaliśmy pochwałę za cały materiał i nagrodę finansową. Wtedy wcale mnie nie cieszyła - zapewnia 
Sierocki.