background image

 

Lucy Clark  

 

Stworzeni dla siebie 

 

background image

Rozdział 1 

 
– Cóż to znowu? – jęknęła Kirsten, słysząc natarczywy dźwięk dzwonka. 
Zajrzała do ciasta i szybko zamknęła piekarnik. Spojrzała na zegar  – wpół do 

dziewiątej. 

–  Jeśli  to  jakiś  natrętny  akwizytor,  to  niech  się  utopi  –  mruknęła  ze  złością, 

przemierzając  hol.  –  Dzisiaj  wody  nie  brak  –  dodała.  Rzeczywiście,  od  samego 
rana  lał  ulewny  deszcz.  –  Zaraz,  zaraz!  –  zawołała,  zirytowana,  że  musi  się 
spieszyć. 

Ostatnie tygodnie nie były dla niej łatwe i wcale nie wyglądała gości. Dzwonek 

znów zadzwonił, gdy ujęła klamkę. 

– Zaraz! – zawołała głośniej i zmarszczyła czoło. 
Kto  do  licha  dobija  się  do  jej  domu  w  niedzielny  wieczór  przy  takiej  podłej 

pogodzie? Zanim otworzyła drzwi, zapaliła światło przed domem. Gniewne słowa 
zamarły jej na ustach, gdy zobaczyła, kto za nimi stoi. 

– Joel? 
Jej irytacja ulotniła się bez śladu na widok mokrej twarzy przybysza, po której 

spływały strugi deszczu. Gdy tak stała i patrzyła na niego przez drzwi przesłonięte 
siatką, usłyszała odjeżdżającą taksówkę. Pasma ciemnych włosów Joela przykleiły 
mu  się  do  głowy,  na  rzęsach  drżały  krople  deszczu,  przenikliwe  spojrzenie 
niebieskich  oczu  utkwione  było  w  jej  twarzy.  Serce  zabiło  jej  mocniej;  co  za 
niespodzianka! Niebo przecięła błyskawica, obrysowując srebrem kontur sylwetki. 

– Co tu robisz? – zapytała. 
Nagły podmuch wiatru wtargnął do domu i Kirsten przejął dreszcz. 
– Czy mogę wejść? – spytał niecierpliwie Joel. 
– Ach, tak. – Sięgnęła po klucz i otworzyła drzwi. Usunęła się na bok, by go 

przepuścić. Miał dwie wielkie torby podróżne i wspierał się na lasce. Gdy utykając 
przekroczył  próg,  Kirsten  przypomniała  sobie  rozmowę,  jaką  odbyli  ponad  trzy 
tygodnie wcześniej. 

Poczuła  zapach  jego  wody  toaletowej  i  nagle  ogarnął  ją  niepokój,  gdy  sobie 

uświadomiła,  że  zaproponowała  mu  kilkumiesięczny  kontrakt.  Było  to  dzień  po 
przyjęciu w domu jego rodziców wydanym z okazji rocznicy ich ślubu. Od tamtego 
czasu  wiele  się  wydarzyło  i  Kirsten  całkiem  wyleciało  z  głowy,  że  Joel  dziś 
przyjedzie. 

Zamykając drzwi, lekko się o niego otarła. 

background image

– Przepraszam – wybąkała, usiłując zignorować wrażenie, jakie wywarł na niej 

dotyk jego ramienia. – Hm... poczekaj chwilę, przyniosę ci ręcznik. 

Pospieszyła  do  bieliźniarki.  Zaczerpnęła  tchu.  Joel  McElroy,  nowy 

współpracownik w jej gabinecie medycyny rodzinnej – i nowy lokator! No, prawie 
lokator. Zamieszka w domku zbudowanym specjalnie dla jej rodziców na tyłach jej 
domu, ale... Kirsten otrząsnęła się z zamyślenia i wyjęła ręcznik, po czym wróciła 
do gościa i podała mu go. 

– Dziękuję. 
Patrzyła,  jak  wyciera  sobie  twarz  i  włosy.  Gdy  skończył,  położył  ręcznik  na 

torbie podróżnej i zdjął gruby, zimowy płaszcz. Kirsten uśmiechnęła się na widok 
jego sterczących na wszystkie strony, krótkich włosów. 

– Gdzie to powiesić? – zapytał, zerknąwszy na nią, i wahał się przez moment. – 

Czy coś cię śmieszy? 

Kirsten potrząsnęła przecząco głową. 
– Tak ci ładnie sterczą włosy – mruknęła i znów się uśmiechnęła. 
– Cieszę się, że cię rozbawiłem.  – Odpowiedział jej uśmiechem.  – Z tego, co 

mówiła mi moja siostra, wnioskuję, że ostatnio nie było ci łatwo. 

– To prawda – odparła, poważniejąc. 
Wzięła płaszcz Joela  i zaniosła  go do domowej  pralni i suszarni.  Mówienie o 

śmierci przybranej siostry ciągle sprawiało jej ból. W końcu od wypadku upłynęło 
zaledwie dwa tygodnie. Dwa tygodnie od chwili, kiedy świat jej się zawalił. 

Przypomniała  sobie,  że  Jordanne,  jej  serdeczna  przyjaciółka,  pytała  ją,  czy 

może powiedzieć swemu bratu, Joelowi, co się stało. Kirsten pozwoliła, ale zaraz o 
tym  zapomniała,  zaaferowana  przygotowaniami  do  pogrzebu  i  przejęta  losem 
Melissy, czteroletniej córeczki osieroconej przez Jacqui. 

Wróciwszy, zastała Joela przed kominkiem. Zdjął przemoczone buty i grzał się 

przy ogniu. Kirsten zauważyła, że ma mokre nogawki dżinsów. 

– Coś ładnie pachnie – stwierdził wesoło. 
– Ciasto! – Pognała do kuchni i wyjęła blachę z piekarnika. Na szczęście ciasto 

nie zdążyło się przypalić. 

–  Wygląda  wspaniale  –  usłyszała  głos  za  plecami.  Nie  wiedziała,  że  Joel 

podążył za nią. – Z jakiej to okazji? 

– Po prostu lubię piec ciasto. 
–  Gdyby  zostały  ci  jakieś  resztki,  chętnie  się  poczęstuję  –  oznajmił.  – 

Przepadam za domowym ciastem i ciasteczkami. 

– Nic dziwnego. Przecież twoja matka jest wspaniałą kucharką. 

background image

–  No  właśnie.  –  Skinął  głową.  –  Zawsze  wiedzieliśmy,  kiedy  mamę  coś 

dręczyło, bo wtedy szalała w kuchni jak burza. Mówiła, że pieczenie koi jej nerwy. 
Nie  wchodziliśmy  jej  w  drogę,  bo  jak  tylko  zjawialiśmy  się  w  kuchni,  od  razu 
pędziła nas do roboty – mówił scenicznym szeptem. 

Kirsten roześmiała się i wyjęła ciasto z formy. Joel wciągnął głęboko w płuca 

aromatyczny zapach i oblizał wargi. 

– Mm. Pachnie jak czekoladowy placek mojej mamy. 
– Zgadza się. Korzystałam z jej przepisu. 
– Naprawdę? 
–  Zapominasz,  że  często  bywałam  w  waszym  domu,  kiedy  razem  z  Jordanne 

studiowałyśmy medycynę. 

– Czy się kiedyś spotkaliśmy? 
– Tak. – Spojrzała na ciasto, uśmiech uleciał z jej twarzy. Widywała niekiedy 

siostrę  i  wszystkich  czterech  braci  Jordanne  i  chociaż  wszyscy  mężczyźni  w 
rodzinie McElroyów byli do siebie podobni, Joel najbardziej zapadł jej w pamięć. 
Może  dlatego,  że  był  obieżyświatem,  wiecznym  podróżnikiem.  Brał  udział  w 
zawodach  narciarskich  w  różnych  częściach  świata,  a  wtedy,  gdy  zdobył  na 
olimpiadzie srebrny medal, Kirsten akurat była w domu jego rodziców i wraz z całą 
rodziną oglądała w telewizji jego wyczyn. 

– Kiedy? – Wydawał się zaskoczony. 
–  Byłam  na  drugim  roku.  Przyjechałeś  na  kilka  tygodni  do  domu  po  jakichś 

zawodach. 

– Zawsze wracałem do domu po ciężkich zmaganiach. – Skinął głową. – Pobyt 

na łonie rodziny uspokaja. 

– Urok zwyczajności? 
– Chyba tak – przyznał, zerkając na placek. 
– Poczęstujesz się? 
–  Już  myślałem,  że  nie  spytasz.  –  Uśmiechnął  się,  jego  oczy  wyrażały 

oczekiwanie. 

Kirsten potrząsnęła głową, po czym wyjęła talerzyki. 
–  Ciasto  zawsze  mi  najlepiej  smakowało,  kiedy  było  jeszcze  ciepłe.  – 

Przyglądał się, jak Kirsten kroi placek. 

– Po takim cieście można dostać niestrawności – zauważyła. 
– I kto to mówi? – powiedział kpiąco, biorąc od niej talerzyk. Nie czekając na 

widelczyk,  wziął  palcami  kawałek  placka  i  ugryzł  spory  kęs.  Wydał  pomruk 
zachwytu i kiwnął głową. – Pyszne – wymamrotał z pełnymi ustami. 

background image

Kirsten  znowu  wybuchnęła  śmiechem,  pierwszy  raz  od  czasu  tragedii  tak 

serdecznym.  Spróbowała  placka,  rozkoszując  się  jego  smakiem.  Przełknąwszy, 
spojrzała na Joela. 

– Dziękuję ci – odezwała się. 
– Ależ proszę – odparł, a ona natychmiast pojęła, że on dobrze wie, za co mu 

podziękowała. – Gdybyś chciała z kimś o tym pomówić, w każdej chwili możesz 
się  do  mnie  zwrócić.  Człowiekowi  jest  trudno,  kiedy  traci  kogoś,  kogo  kocha.  – 
Jakaś  nutka  w  głosie  Joela  nasunęła  Kirsten  myśl,  że  może  on  też  stracił  kogoś 
bliskiego. 

Łzy napłynęły jej do oczu. Skinęła w milczeniu głową. 
–  Herbaty?  –  spytała.  Nie  czekając  na  odpowiedź,  odwróciła  się  i  zaczęła 

napełniać  czajnik  wodą.  Ręce  jej  się  trzęsły,  rozlewała  wodę.  Pociągnęła  nosem, 
usiłując  rozpaczliwie  powstrzymać  płacz,  ale  poddała  się,  kiedy  poczuła  łzę 
toczącą się po policzku. 

– Pozwól – usłyszała. 
Joel  odsunął  ją  na  bok  i  nalał  wody  do  czajnika,  ona  zaś  ukryła  twarz  w 

dłoniach i wybuchnęła płaczem. 

–  No,  no  –  powiedział  cicho  i  zanim  Kirsten  pojęła,  co  się  dzieje,  objął  ją  i 

przycisnął  do  piersi.  Wtuliła  twarz  w  jego  miękki  wełniany  sweter  i  dała  upust 
długo tłumionemu żalowi. 

–  Wyrzuć  to  z  siebie  –  mruknął,  gładząc  jej  długie  włosy.  –  Opowiedz  mi  o 

tym. 

– Jacqui była dla mnie jak siostra – wyjąkała wśród łkań. – Mając kilkanaście 

lat,  straciła  rodziców.  Zamieszkała  u  nas,  a  po  paru  miesiącach  moi  rodzice  ją 
adoptowali.  Byłyśmy  sobie  bardzo  bliskie...  Teraz  muszę  się  zaopiekować  jej 
czteroletnią  córeczką.  Od  śmierci  rodziców  Melissa  nie  przemówiła  ani  słowa, 
krzyczy tylko przez sen i prawie nie je. – Kirsten pociągnęła nosem. – Co ja mam 
robić? 

Jej  ciałem  wstrząsały  spazmy.  Po  dłuższej  chwili  zaczęła  się  uspokajać. 

Życzliwość  Joela  przerwała  tamy,  a  teraz  pomagała  je  zamknąć.  Kirsten  znów 
pociągnęła nosem, nagle świadoma siły jego ramion. Znowu jego woda toaletowa 
podrażniła  jej  zmysły  i  poczuła,  że  serce  bije  jej  mocniej.  Ogarnęło  ją  poczucie 
bezpieczeństwa. 

Joel jeszcze przez moment nie wypuszczał jej z objęć, zanim niechętnie z nich 

się uwolniła. 

– Przepraszam – szepnęła. 

background image

– Nie przepraszaj. – Jakby dla podkreślenia tych słów, potrząsnął głową. 
Ogłuszający  huk  wstrząsnął  powietrzem  i  nawet  przez  zaciągnięte  zasłony 

widać było, jak niebo rozbłysło. 

Jak rażeni piorunem, przemknęło Kirsten przez głowę, gdy oboje, spojrzawszy 

wpierw w okno, zatopili w sobie wzrok. 

Przez  długą  chwilę  nie  odrywali  od  siebie  oczu.  Kirsten  oblizała  wargi  i 

odgarnęła z oczu kosmyki włosów. Zdała sobie sprawę, że musi okropnie wyglądać 
i była na siebie zła, że się rozbeczała przy prawie obcym człowieku. To prawda, że 
przez  długie  lata  była  blisko  z  rodziną  Joela,  ale  o  nim  samym  prawie  nic  nie 
wiedziała. Tylko to – że odkąd spotkali się dawno temu jeden jedyny raz, zawsze 
ciągnęło ją do niego. 

Kiedy  Jordanne  podsunęła  jej  myśl,  żeby  zaproponowała  Joelowi,  by  pomógł 

jej w prowadzeniu praktyki lekarskiej, Kirsten rozważała argumenty za i przeciw. 
Przeważył  argument  zgoła  nieracjonalny  –  jej  zainteresowanie  Joelem  jako 
mężczyzną. 

Przypuszczała, że to był pomysł jej dwu bliskich przyjaciółek, Sally i Jordanne, 

które niemal jednocześnie w ciągu ostatnich miesięcy znalazły prawdziwą miłość. 
Zawsze trzymały się wszystkie razem i wprawdzie teraz też urządzały panieńskie 
wieczory, ale już nie tak często jak dawniej. 

Więc Kirsten zaryzykowała i spytała Joela, czy  miałby ochotę zatrudnić się u 

niej  w  niepełnym  wymiarze  godzin,  zarazem  lecząc  uraz  kolana.  Wtedy  nie 
przeczuwała,  że  wkrótce  nastąpią  wydarzenia,  które  nagle  odmienia  jej  życie.  To 
przez nie wyleciało jej z głowy, iż Joel dziś przyjedzie. 

Ale  oto  teraz  patrzą  sobie  w  oczy:  on  w  jej  zielone,  ona  w  jego  niebieskie. 

Włosy  prawie  mu  wyschły,  lecz  ciągle  sterczą.  Bez  wątpienia  Joel  McElroy  jest 
bardzo  przystojny.  Gdy  lekko  zmarszczył  brwi,  Kirsten  pomyślała,  że  może  się 
zastanawia, jak ją delikatnie poinformować o swej rezygnacji. Wcale nie miałaby 
mu tego za złe. 

Ta  myśl  ją  otrzeźwiła.  Odwróciła się i  wyszła  z kuchni.  Była  zadowolona,  że 

Joel  nie  podążył  za  nią.  Prędko  wyjęła  pościel  i  ręczniki  z  bieliźniarki. 
Powróciwszy,  stwierdziła, że Joel  nastawił czajnik i  właśnie  się  raczy  następnym 
kawałkiem ciasta. Na jej widok nieśmiało się uśmiechnął. 

– Nie mogę się powstrzymać. Jesteś rozkoszna. 
Otworzyła szeroko oczy, w ustach poczuła suchość. 
– Chciałem powiedzieć, że twoje ciasto jest rozkoszne – prędko się poprawił. – 

Jesteś wspaniałą kucharką.  – Ugryzł wielki kęs, jakby pragnął udowodnić, że tak 

background image

jest naprawdę i jakby chciał powstrzymać potok swojej wymowy. 

Kirsten  nie  bardzo  wiedziała,  co  mówić,  wiec  przycisnęła  do  piersi  pościel  i 

chrząknęła. 

– Przyznaję, że w ferworze ostatnich wydarzeń całkiem zapomniałam, że dzisiaj 

przyjeżdżasz. 

– Domyśliłem się – odparł. 
– Więc... może lepiej tej nocy śpij tu w pokoju gościnnym. Nie włączyłam w 

domku ogrzewania. 

Joel chwilę się jej przypatrywał, po czym potrząsnął głową. 
–  Tam  będę  spał  –  rzekł.  –  Prędko  się  rozgrzeję.  –  Postąpił  krok do przodu i 

wyciągnął ręce po pościel. – Ale dziękuję za propozycję. 

– Tam jest okropnie zimno. 
–  Wierz  mi,  Kirsten,  że  spałem  w  miejscach  zimniejszych  niż  Canberra. 

Zapominasz, że jestem przyzwyczajony do niskich temperatur. Jak każdy narciarz z 
prawdziwego zdarzenia. 

– Przepraszam, zapomniałam. Ja wolę lato, nie przepadam za chłodem. – Czuła, 

że się plącze, i niemal się ucieszyła, gdy usłyszała głośne walenie w drzwi. – A cóż 
to znowu! – Zostawiła Joela i pobiegła otworzyć. Jej irytacja zniknęła bez śladu na 
widok sąsiadki, która wyglądała jak zmokły ptak. – Stephanie? Co się stało? 

–  Prędko,  chodzi  o  lana.  –  Twarz  Stephanie  zalana  była  łzami,  głos  brzmiał 

histerycznie. – Spadł z dachu. 

– Spadł z dachu? – powtórzyła Kirsten z niedowierzaniem. – Poczekaj, wezmę 

torbę. Joel! – zawołała i pobiegła po torbę lekarską. – Weź ze schowka płaszcze i 
latarkę! I czy mógłbyś mi pomóc? – Pognała z powrotem do drzwi. – Syn sąsiadki 
spadł z dachu – wyjaśniła, sprawdzając zawartość torby i jednocześnie zawiązując 
włosy. Włożyła żółty przeciwdeszczowy płaszcz, który Joel jej podał, i nasunęła na 
głowę kaptur. 

– Wszystko zabrałaś? – zapytał. 
– Tak. – Kiwnęła głową. 
– Chodźmy. 
Stephanie  ponaglała  ich,  gdy  przemierzali  rozmiękły  trawnik  pomiędzy 

domami. Na szczęście nie musieli forsować żadnych płotów. 

–  Ten  ostatni  piorun  uderzył  w  nasz  dom  –  tłumaczyła  Stephanie  drżącym 

głosem. – łan właśnie mocował na dachu antenę. Jego kolega mówi, że miał ją w 
ręku, kiedy trzasnął piorun. 

To nie wróżyło dobrze, ale Kirsten próbowała zbagatelizować sprawę. 

background image

– Pewno w telewizji pokazywali mecz krykieta  – rzuciła lekko. Wiedziała, że 

jej szesnastoletni sąsiad ma bzika na tym punkcie. 

–  Tak.  Ja  czytałam  w  swoim  pokoju  i  jeden  z  jego  kolegów  przyszedł  mi 

powiedzieć, co się stało. Nie wiedziałam, że łan wdrapał się na dach.  – W głosie 
Stephanie brzmiał strach. – To on! 

Stephanie wskazała chłopca, który leżał obok domu, w ogródku skalnym. Był 

widoczny w świetle latarki, którą trzymał w ręku jego kolega. Front domu jarzył się 
od świateł. 

Ruszyli  pędem.  Drugi  kolega  wyszedł  z  domu,  z  parasolem  nad  głową. 

Podszedł  do  lana  w  tej  samej  chwili  co  oni  i  przykucnął,  osłaniając  parasolem 
leżącą postać. 

–  Nie  dotykaj  go  –  powiedzieli  równocześnie  Kirsten  i  Joel.  Kirsten  uklękła 

przy  głowie  lana  i  wymacała  palcami  tętno  na  szyi  chłopca.  –  łan!  –  zawołała 
głośno.  –  łan!  Czy  mnie  słyszysz?  To  Kirsten,  sąsiadka.  –  Żadnej  odpowiedzi.  – 
Słabe  tętno  –  poinformowała  Joela,  który  klęczał  z  drugiej  strony.  –  Stephanie, 
wezwij  karetkę.  A  ty  –  wskazała  chłopca,  który  trzymał  latarkę  –  przynieś  koce. 
Daj latarkę koledze. 

Kirsten  włożyła  rękawiczki  i  sprawdziła,  czy  łan  nie  połknął  języka  i  czy 

tchawica nie jest zablokowana. 

– W porządku – oznajmiła z ulgą. 
–  Dlaczego  nie  możemy  go  wnieść  do  domu?  –  zagadnął  chłopiec,  który 

trzymał parasol i latarkę. 

–  Może  mieć  uszkodzony  kręgosłup  –  wyjaśniła  Kirsten,  otwierając  torbę  i 

wydobywając z niej latarkę lekarską. Skontrolowała źrenice chłopca i oznajmiła: – 
Reaguje na światło. – Schowała latarkę z powrotem do torby i wyciągnęła aparat 
do pomiaru ciśnienia. – Sto dziesięć na pięćdziesiąt – powiedziała po chwili. 

– Sprawdzaj pod kątem arytmii – rzekł Joel, a Kirsten skinęła głową. 
– Co to takiego? – zdziwił się chłopiec. 
– Jak masz na imię? – spytała go Kirsten. 
– Dwaine. A mój brat nazywa się Damian. 
–  U  osób,  które  zostały  porażone  prądem,  zazwyczaj  występują  zaburzenia 

rytmu  serca  –  wyjaśniła  pospiesznie  Kirsten.  Znowu  zaczęła  wołać  lana.  Żadnej 
reakcji. 

– Dlaczego nie odpowiada? – spytał Dwaine, zdziwiony i zatroskany. 
– Jest nieprzytomny – odparł Joel. Naciągnął rękawiczki i przesunął rękoma po 

ciele lana, sprawdzając,  czy  chłopiec nie ma  uszkodzonych  kości.  –  Prawe  ramię 

background image

nie jest w porządku i chyba lewy staw biodrowy jest zwichnięty. 

– Nie mógłby pan go nastawić? – spytał Dwaine. 
–  Nie – odparł Joel.  –  Najpierw  trzeba  zrobić prześwietlenie  i  sprawdzić,  czy 

nie  ma  złamań.  A  jak  ty  się  czujesz?  –  spytał  Joel,  nie  patrząc  na  chłopca,  bo 
obmacywał nogi lana. – Nie jest ci przypadkiem niedobrze? 

– Nie – odparł Dwaine, szczękając zębami. – Tylko zimno. 
– Kiedy wróci matka lana, idź do domu i przebierz się w coś suchego – polecił 

Joel. – Niepotrzebny jest nam jeszcze jeden chory. Lewa piszczel jest złamana, ale 
prawa  noga  w  porządku  –  zwrócił  się  do  Kirsten,  która  przygotowywała  się  do 
podłączenia kroplówki. 

– Do lewego ramienia? – spytała Kirsten. 
– Tak. 
Okrążyła lana, by mieć lepszy dostęp do jego lewej ręki. W zimnym deszczu i 

wietrze kostniały jej dłonie w gumowych rękawiczkach, ale starała się nie zwracać 
na to uwagi. Rozcięła rękaw swetra i koszuli chłopca i odsłoniła ramię. 

– Ręce ma silnie poparzone – oznajmił Joel. – Wygląda na to, że prąd przeszedł 

przez obie. – Spojrzał na Dwaina. – Czy widziałeś, co się stało? 

–  Nie.  Ja  siedziałem  w  domu.  Damian  był  z  łanem.  To  jemu  zrobiło  się 

niedobrze. 

Joel skinął głową i nadal zakładał na rany sterylne opatrunki z torby Kirsten. 
Powróciła Stephanie z kocami i parasolem. 
– Co mam z tym zrobić? – spytała. 
–  Okryj  go,  tylko  delikatnie.  I  opatul  jednym  Dwaina.  Chłopak  wspaniale  się 

spisuje – powiedziała Kirsten, nie podnosząc wzroku. – Dziękuję ci. 

– Karetka w drodze – rzekła Stephanie. – Dwaine, dzwoniłam do twojego ojca, 

on  już  jedzie,  żeby  zabrać  was  obu.  Damian  się  położył,  bo  jest  mu  słabo.  Co  z 
łanem? – W głosie Stephanie brzmiała rozpacz. 

Kirsten rzuciła jej szybkie spojrzenie. 
–  Za  wcześnie,  żeby  coś  powiedzieć.  –  Mówiła  tonem  wyrażającym 

współczucie  i  dałaby  wiele,  by  objąć  sąsiadkę,  ale  nie  mogła  zostawić  lana.  – 
Potrzebny jest mu tlen, poza tym musi go obejrzeć chirurg plastyczny i ortopeda. 

–  Nie  mogę  go  stracić!  –  Stephanie  wy  buchnęła  płaczem.  –  Dopiero  co 

pochowałam Bruce’a. 

–  Robimy  wszystko,  co  możemy  –  oznajmił  Joel.  –  Lepiej  niech  pani  idzie 

prędko do domu i przebierze się w coś suchego, żeby być gotową, jak przyjedzie 
karetka. 

background image

– Tak, słusznie. – Stephanie prędko odeszła. 
– Jak się trzymasz, Dwaine? – zagadnął Joel. 
– Dobrze. – Chłopak coraz głośniej szczękał zębami. 
–  Jesteś  dzielny.  To  już  nie  potrwa  długo.  A  kto  to  taki,  ten  Bruce?  –  Joel 

zwrócił się do Kirsten. 

– Mąż Stephanie – odparła. – Umarł na raka płuc rok temu. 
– Czy ona ma więcej dzieci? 
– Nie. łan jest jedynakiem. 
Joel pokiwał współczująco głową. 
– Już założyłem opatrunki – oznajmił. – Jak tam kroplówka? 
– Dopiero podłączyłam. 
–  Zbadam  objawy  podstawowych  czynności  życiowych  –  powiedział  Joel, 

wyjmując z torby Kirsten latarkę. 

–  Powinniśmy  założyć,  że  ma  uszkodzony  kręgosłup,  i  zastosować  właściwą 

procedurę. 

– Źrenice nadal reagują na światło. – Joel zmierzył łanowi ciśnienie krwi. – Sto 

dziesięć  na  pięćdziesiąt  pięć.  Nierówne  tętno.  –  Wymienili  spojrzenia  ponad 
nieruchomym ciałem. 

– To koniec – szepnęła Kirsten. – Gdzie ten tlen! łan! Czy mnie słyszysz, łan? – 

zawołała z nadzieją, że jej krzyk do niego dotrze. 

– Co się dzieje? – spytał Dwaine. 
– Arytmia – rzuciła Kirsten. 
– Trzymaj, synu, latarkę – rzekł Joel, nie odrywając się od lana. – Wiem, że ci 

zimno, ale jesteś nam bardzo potrzebny. 

Joel ucisnął tętnicę szyjną lana, usiłując zbadać tętno. 
– Tętno niewyczuwalne – oznajmił po kilku sekundach. – Oddech ustał. 
Joel ścisnął nos lana, przyłożył usta do jego ust i wdmuchnął pięć oddechów w 

płuca nieprzytomnego chłopca. 

Kirsten uklękła, przygotowując się do podjęcia reanimacji. 
–  Jeden,  jeden  tysiąc  –  zaczęła  liczyć.  –  Dwa,  jeden  tysiąc...  –  Po  piętnastu 

uciśnięciach mostka Joel znowu wdmuchnął oddech w płuca lana. 

Dwaine jęknął, ale oboje to zignorowali. Do uszu Kirsten dotarł dźwięk syreny 

karetki, lecz nie dopuściła go do świadomości. Oboje z Joelem musieli całkowicie 
skoncentrować się na akcji reanimacyjnej. Dwie minuty później karetka zajechała 
przed dom. 

–  Tutaj!  –  wrzasnął  Dwaine.  Sanitariusze  ruszyli  biegiem,  za  nimi  podążała 

background image

Stephanie. 

– Jest tętno! – wykrzyknął Joel z uniesieniem. – Podajcie tlen! – Założył łanowi 

na usta i nos maskę tlenową, a Kirsten przysiadła na piętach i głęboko odetchnęła. 
Rzuciła spojrzenie na Stephanie, która łkała i cała się trzęsła. 

–  Pomogę  przenieść  go  do  karetki  –  rzekł  Joel  do  Kirsten.  –  Ty  się  zajmij 

Stephanie.  Dwain,  byłeś  fantastyczny.  –  Poklepał  chłopca  po  plecach  i  wziął  od 
niego latarkę i parasol. – Idź się przebrać. 

– Cz.. . czy on przeżyje? – spytał Dwaine, rozpaczliwie szczękając zębami. 
– Powinien. Przebierz się. – Powtórzył miękko Joel i lekko go pchnął w stronę 

domu. 

Kirsten  wstała,  ściągnęła  rękawiczki  i  włożyła  je  do  plastykowej  torebki. 

Podeszła do Stephanie i mocno ją objęła, tymczasem Joel i sanitariusze ułożyli lana 
na noszach. 

– Czy on... ? – Stephanie nie była w stanie dokończyć pytania. 
– Przestał oddychać, ale już jest w porządku, tym bardziej że ma tlen. 
– Taka jestem szczęśliwa, że byłaś w domu. Nie wiedziałam, co robić. 
– Zrobiłaś, co należało. Cieszę się, że Joel był tutaj. Trudno by mi było poradzić 

sobie samej. Czy czujesz się na siłach, żeby teraz jechać? 

– Tak. 
– To dobrze. Pojadę za wami do szpitala moim samochodem, a Joel tu zostanie 

i  sprawdzi,  czy  z  chłopcami  wszystko  w  porządku.  Daj  mi  klucze,  poproszę  go, 
żeby zamknął dom. 

Stephanie zrobiła, co jej polecono, i gdy nosze z łanem wniesiono do karetki, 

usiadła przy synu. 

– Zobaczymy się w szpitalu  – zdążyła zawołać Kirsten, zanim  Joel zatrzasnął 

tylne drzwi karetki. 

Po odjeździe matki i syna Kirsten z Joelem skierowali się do domu Stephanie, 

by zająć się Dwaine’em i Damianem. 

– Zabiorę Dwaine’a do szpitala – zdecydowała Kirsten. – Lepiej nie ryzykować. 

Wprawdzie włożył suche rzeczy lana, ale wciąż ma dreszcze. 

– Masz rację. – Joel skinął głową. – Ty też się przebierz, zanim pojedziesz do 

szpitala – poradził. 

– Dobry pomysł. – Uśmiechnęła się ze znużeniem. – Dziękuję ci za pomoc. Nie 

dałabym sobie bez ciebie rady. 

–  Nie  sądzę  –  odparł.  –  Ale  dzięki  za  miłe  słowa.  A  teraz  idź  i  włóż  coś 

suchego. Ja zostanę z Damianem do przyjazdu jego ojca. 

background image

– Ty też powinieneś się przebrać. 
– Jestem przyzwyczajony do chłodu i wilgoci... 
Uśmiechnął się i znów Kirsten zatamowało oddech. 
Spojrzeli  na  siebie  i  stali  tak  przez  długą  chwilę,  niezdolni  oderwać  od  siebie 

oczu. 

– Chodźmy – powiedział Joel ochrypłym nagle głosem. 
Kirsten  starta  z  twarzy  krople  deszczu  mokrą  ręką  i  kiwnęła  głową.  Idąc 

pospiesznie do domu, nakazała swemu sercu, by biło normalnie.  Jeżeli nie będzie 
ostrożna, obecność Joela za każdym razem będzie ją przyprawiać o arytmię. 

 

background image

Rozdział 2 

 
Kiedy  Kirsten  z  Dwaine’em  przyjechała  do  szpitala,  na  oddziale  nagłych 

wypadków zastała Stephanie czekającą niecierpliwie na wiadomości o synu. 

– Jak się czujesz? – zapytała Kirsten. 
– Nie najlepiej, łan odzyskał przytomność w karetce, ale tylko na parę sekund. 

Sanitariusz od razu dał mu zastrzyk, chyba z morfiną. Powiedz mi, co z nim jest. 
Błagam. 

–  Spróbuję  się  czegoś  dowiedzieć,  ale  najpierw  muszę  znaleźć  kogoś,  kto  się 

zajmie Dwaine’em – odparła Kirsten. 

Podeszła do recepcji i czekała, aż ktoś tam się pokaże. Ponieważ nie pojawił się 

nikt,  zostawiła  Dwaine’a  ze  Stephanie,  pchnęła  drzwi  i  znalazła  się  na  terenie 
oddziału,  gdzie  miał  prawo  przebywać  tylko  personel  medyczny.  Stała  na 
korytarzu, nie bardzo wiedząc, w którą stronę się udać. 

– Kirsten? – zabrzmiał niski męski głos. Odwróciła się i ujrzała nadchodzącego 

Jeda McElroya, brata Joela. – Co cię tutaj sprowadza? 

–  Cześć,  Jed.  łan  Behr,  mój  sąsiad,  został  tu  przywieziony  mniej  więcej 

piętnaście minut temu. Liczne urazy i porażenie prądem. 

–  Jest  w  sali  urazowej  numer  dwa  –  odrzekł  Jed.  –  Właśnie  idę  do  niego  na 

konsultację ortopedyczną. Chodź ze mną. 

– Dziękuję, ale najpierw chciałabym prosić, żeby zbadano pod kątem hipotermii 

chłopca, który pomagał na miejscu wypadku. 

–  Oczywiście.  –  Jed  zajrzał  do  bufetu  i  zastał  tam  lekarkę  dyżurną.  – 

Przepraszam, że przerywam ci odpoczynek – powiedział i wskazał na Kirsten. – To 
jest doktor Doyle, która przywiozła pacjenta. Chłopak jest w poczekalni. 

Lekarka pociągnęła duży łyk kawy i wstała. 
– I tak miałam zamiar wracać – oznajmiła. 
–  Musimy  zajrzeć  do  pacjenta  w  urazowej  numer  dwa,  więc  czy  byłabyś  tak 

dobra i... ? –  Jed  nie  musiał  kończyć. Lekarka  gestem  ręki  zasygnalizowała, żeby 
sobie poszedł. 

– Zajmę się nim. Jak ma na imię? 
– Dwaine – odparta Kirsten i krótko zrelacjonowała lekarce, co się wydarzyło 

tego wieczoru. 

–  Wygląda  na  to,  że  mieliście  pełne  ręce  roboty  –  zauważył  Jed,  gdy  szli 

korytarzem. 

background image

– Tak. Udało się nam ustabilizować stan lana tuż przed przybyciem karetki. 
– Kiedy przyjechał Joel? 
– Jakieś dziesięć minut przed wypadkiem. 
– To wybrał dobry moment. 
Jed wkroczył do sali urazowej i przedstawił Kirsten chirurgowi plastycznemu, 

siostrze przełożonej i praktykantowi, którzy zajmowali się łanem. Kirsten skinęła 
głową i uśmiechnęła się do nich, spoglądając na nastolatka, którego podłączono do 
elektrokardiografu  monitorującego  pracę  serca  i  do  elektroencefalografu 
zapisującego  czynność  mózgu.  Westchnęła  i  pomodliła  się  w  duchu,  by  łan 
wyzdrowiał, po czym zaczęła przysłuchiwać się wywodowi chirurga. 

– Obie dłonie wykazują ślad udaru, który spowodował uszkodzenie sąsiednich 

nerwów i naczyń krwionośnych, i w następstwie niedotlenienie tkanek. Można też 
przypuszczać, że skoro prąd przeszedł przez ciało pacjenta i nastąpiło zatrzymanie 
akcji  serca,  ucierpiało  kilka  organów.  Według  raportu  załogi  karetki  akcja 
reanimacyjna odbyła się na miejscu wypadku. Czy tak? – Chirurg spojrzał pytająco 
na Kirsten. 

– Tak. Z początku tętno było ledwo wyczuwalne, a po około pięciu minutach i 

tętno, i oddech ustały. Wtedy wykonaliśmy... 

– My? – spytał chirurg. 
– Doktor McElroy i ja – dodała Kirsten. Wszyscy spojrzeli na Jeda. 
– Inny doktor McElroy – wyjaśnił Jed z uśmiechem. – Nie ja i nie Jordanne. 
– Dużo tych McElroyów – mruknął chirurg. 
–  Doktor  Joel  McElroy  właśnie  zaczął  ze  mną  współpracować  –  wyjaśniła 

Kirsten. – Był u mnie w domu, kiedy sąsiadka przybiegła z prośbą o pomoc. 

Ta  deklaracja  wzbudziła  jeszcze  większe  zdziwienie  obecnych,  które  Kirsten 

starała się zignorować. 

–  Jak  mówiłam,  reanimowaliśmy  lana,  który  zareagował  w  momencie 

przybycia karetki. 

– No cóż, wykonaliście kawał dobrej roboty – rzekł z uznaniem chirurg. 
– Kiedy pacjenta obejrzy kardiolog? 
– Za dziesięć minut wyjdzie z sali operacyjnej. 
Jed skinął głową. 
–  Zawiadomiłem  też  doktora  Taylora,  chirurga  plastycznego.  Będzie  tu 

wkrótce. – Lekarz zwrócił się do Renee Bourne, którą Kirsten znała z poprzednich 
bytności  w  szpitalu.  –  Proszę  nadal  monitorować  pacjenta.  Proszę  też  zlecić 
wykonanie  analizy  moczu  pod  kątem  poziomu  mioglobiny  i  gazometrię  krwi 

background image

tętniczej.  Czekam  na  wyniki.  Proszę,  doktorze  McElroy.  –  Przekazał  pacjenta 
Jedowi i wyszedł z sali. 

–  W  porządku.  Trzeba  zacząć  od  prześwietlenia  kręgosłupa,  żeby  wykluczyć 

ewentualne urazy. – Jed zwrócił się do Kirsten.  – Czy zbadaliście lana pod kątem 
złamań? 

– Joel sprawdzał – odparła Kirsten. – To powinno być w raporcie. Ja zazwyczaj 

zdaję  się  w  tych  sprawach  na  ortopedów.  Odnoszę  zresztą  wrażenie,  że  ostatnio 
tylko ich mam wokół siebie. 

Jed się zaśmiał, a reszta uniosła ze zdziwieniem brwi. 
– Sally Bransford, Jordanne i ja studiowałyśmy razem medycynę – tłumaczyła 

Kirsten, gdy Jed badał chorego. 

–  No  tak  –  rzekła  Renee.  –  A  więc  skoro  Jed  i  Sally  są  zaręczeni,  a  Alex  i 

Jordanne też są razem, to nic dziwnego, że masz wokół siebie samych ortopedów. 

– Z wyjątkiem Joela – wtrącił Jed. 
–  Tak,  z  wyjątkiem  Joela  –  zgodziła  się  Kirsten.  –  Jednak  Joel  ma  dyplom  z 

chirurgii  ogólnej  –  dodała.  –  Poza  tym  przez  wiele  lat  był  lekarzem  drużyn 
narciarskich i na pewno zdobył spore doświadczenie w ortopedii urazowej. 

–  Owszem  –  przyznał  Jed.  –  Sądzę,  że  jego  rozpoznanie  na  pewno  będzie 

trafne. – Jed wypisał dla lana skierowanie na prześwietlenie. 

– Kiedy jego matka będzie mogła tutaj wejść? 
–  Niech  pomyślę.  Widział  go  już  specjalista  z  intensywnej  opieki  i  chirurg 

plastyczny. – Jed wyliczał na palcach. – Następnie ja go badałem, a teraz czekamy 
na kardiologa. Myślę, że to na razie wystarczy. Trzeba jeszcze załatwić analizy i 
potem matka będzie mogła pójść z nim na radiologię. 

– Doskonale. 
– Mogłabyś ją teraz poinformować o jego stanie – zasugerował Jed. 
–  No  właśnie  –  wtrąciła  Renee.  –  A  ja  przyjdę  po  nią,  kiedy  będziemy  go 

przewozić na prześwietlenie. 

–  Dobrze  –  zgodziła  się  Kirsten.  Odchodząc,  jeszcze  raz  spojrzała  na  lana 

podłączonego  do  tej  całej  maszynerii,  ale  wiedziała,  że  chłopak  jest  w  dobrych 
rękach. 

– I jak? – Stephanie wstała z krzesła na widok Kirsten. 
–  Jego  stan  jest  stabilny.  Zrobią  mu  jeszcze  analizy  i  prześwietlą,  a  potem 

prawdopodobnie  zawiozą  na  salę  operacyjną,  żeby  dokładniej  przyjrzeć  się  jego 
rękom. 

– Kiedy go zobaczę? – spytała Stephanie. 

background image

–  Będziesz  mogła  trochę  przy  nim  pobyć,  kiedy  go  zabiorą  na  radiologię. 

Będzie  cię  potrzebował,  gdy  odzyska  przytomność.  Kiedy  się  obudzi,  powinien 
zobaczyć  uśmiechniętą  twarz  matki.  To  go  natchnie  otuchą,  że  wszystko  będzie 
dobrze. 

– A będzie? 
–  Wszystko  wygląda  dużo  lepiej  niż  przedtem.  Cały  czas  jest  pod  nadzorem. 

Nastąpiła duża poprawa, jeśli chodzi o tętno i ciśnienie krwi. 

Stephanie chwyciła rękę Kirsten i spojrzała jej w oczy. 
–  Widziałam,  jak  uciskasz  mu  piersi,  a  Joel  robi  mu  sztuczne  oddychanie. 

Niewiele brakowało, żebym umarła – wyznała cichutko Stephanie. – łan jest moim 
życiem. 

–  Wiem,  ale  my  zdawaliśmy  sobie  sprawę,  że  może  przestać  oddychać,  więc 

byliśmy przygotowani na taką ewentualność.  – Kirsten ścisnęła rękę Stephanie. – 
Dzięki twojej przytomności umysłu łan otrzymał szybką i skuteczną pomoc. 

–  Nie  wiedziałam,  co  jeszcze  można  było  zrobić.  –  Do  oczu  zrozpaczonej 

kobiety napłynęły świeże łzy. 

–  Stephanie,  ktoś  powinien  się  tobą  zaopiekować,  zwłaszcza  tej  nocy.  Może 

zawiadomić twoją matkę, żeby tu przyjechała? 

– Dobrze. 
– Daj mi jej numer telefonu. Zadzwonię do niej, a tobie zrobię mocnej kawy. 

Co o tym myślisz? 

– Dziękuję. 
Kirsten  najpierw  zrobiła  kawę,  a  potem  zatelefonowała  do  matki  Stephanie. 

Kiedy  przekazała  jej  wiadomość,  westchnęła  w  duchu,  by  łan  wyzdrowiał.  Jeżeli 
nie przyplączą się powikłania, chłopiec powinien przeżyć. 

Ojciec Dwaine’a przyjechał po syna do szpitala. Kirsten z ulgą skonstatowała, 

że chłopiec czuje się dobrze. 

– Był wspaniały – pochwaliła go przed ojcem. 
–  To  dobry  chłopak  –  powiedział  ojciec  i  zmierzwił  chłopcu  czuprynę.  – 

Zawsze powtarza, że chce być lekarzem. 

– To dlatego zadawałeś tyle pytań? – spytała z uśmiechem Kirsten. 
Chłopiec nieśmiało kiwnął głową. 
– No i martwiłem się o lana – wyjaśnił. 
– Jasne. Ani chwili w to nie wątpiłam. No, wracaj do domu i uważaj na siebie. – 

Odprowadzała  ich  wzrokiem.  –  Przynajmniej  ten  chłopiec  jest  zdrowy  – 
odetchnęła. 

background image

– Znowu mówisz do siebie? – usłyszała znajomy głos. 
Odwróciła się i zobaczyła swoją przyjaciółkę Sally. Była w stroju operacyjnym, 

krótką  blond  czuprynę  miała  zmierzwioną,  jakby  dopiero  co  zerwała  z  głowy 
czepek  i  nieuważnie  przeczesała  ręką  włosy.  Kirsten  uśmiechnęła  się.  Jeszcze 
niedawno  Sally  Bransford  nigdzie  by  się  nie  pokazała,  gdyby  nie  wygląda 
absolutnie bez zarzutu. W krótkim czasie przebyła długą drogę i wszyscy wiedzieli, 
że sprawił to Jed McElroy. 

– Cześć. Czy mnie szukasz? 
–  Tak.  Jed  mi  powiedział,  że  tu  jesteś,  więc  postanowiłam  cię  dopaść.  Co  z 

twoim pacjentem? 

– Jest pod dobrą opieką. 
– Miałam do ciebie jutro dzwonić w sprawie dodatkowych zajęć. 
– Tu w szpitalu? 
– Tak. Są dwa miejsca dla lekarzy rodzinnych na liście ostrych dyżurów. 
– Chodzi o dyżurowanie raz w miesiącu, żeby lekarz rodzinny mógł na bieżąco 

zapoznać się ze standardami medycznymi w sytuacjach naglących? 

– Właśnie. Alex zaproponował udział w dyżurach Joelowi i chce wiedzieć, czy 

ty  też  jesteś  zainteresowana.  Zdaję  sobie  sprawę,  że  to  nie  jest  dla  ciebie  dobry 
moment,  skoro  lada  chwila  będziesz  miała  na  głowie  Melisse,  lecz  Alex  chciał 
najpierw to dać pod rozwagę tobie i Joelowi. 

–  Czy  Joel  odmówił?  –  Kirsten  była  tego  ciekawa,  gdyż  Joel  miał  być  u  niej 

zatrudniony  w  niepełnym  wymiarze  godzin  i  zastanawiało  ją,  co  będzie  robił  w 
pozostałym  czasie.  Wprawdzie  na  początku  powiedział,  że  chce  skorzystać  z 
urządzeń  Instytutu  Sportu  Australijsko-Azjatyckiego,  aby  wykurować  chore 
kolano,  i  Kirsten  uznała,  że  to  z  tego  powodu  nie  chce  podjąć  pracy  w  pełnym 
wymiarze. 

–  Na  razie  nic  nie  słyszałam  –  odparła  Sally,  spoglądając  z  ciekawością  na 

przyjaciółkę.  –  Jeżeli  się  zgodzisz,  to  pierwszy  dyżur  wypadnie  ci  pod  koniec 
przyszłego tygodnia. 

–  Pomyślę  o  tym.  Teraz  na  pierwszym  miejscu  będzie  Melissa,  ale  muszę 

powiedzieć,  że  po  dzisiejszym  wypadku  chętnie  odświeżyłabym  swoje 
umiejętności. 

– Kiedy ona przyjedzie? 
– Za trzy tygodnie – odparła Kirsten z westchnieniem. – Chcemy przywieźć jej 

mebelki i ubranka, tak żeby miała tutaj wszystkie swoje rzeczy. 

– Twoi rodzice kupili tu dom, prawda? 

background image

– Tak. Zamieszkają teraz na stałe w Canberze. Akurat w moim sąsiedztwie był 

dom  na  sprzedaż,  więc  będziemy  blisko  siebie.  Początkowo  mieli  zamieszkać  w 
domku na  mojej  posesji, ale  skoro  mam  się  opiekować  Melissą, uznali, że przyda 
się coś większego. 

– Więc Melissa będzie mieszkać z tobą? 
– Tak. Jestem jej prawną opiekunką. 
– Czy ona lepiej się czuje? 
– Niestety, nie. – Kirsten z trudem powstrzymywała napływające łzy. – Nadal 

prawie nic nie je, a odkąd dowiedziała się o śmierci rodziców, nie odezwała się ani 
słowem. 

Sally objęła Kirsten i krótko ją uścisnęła. 
– Pamiętaj, że możesz na mnie liczyć – powiedziała. 
– Wiem. Ty i Jordanne jesteście moją ostoją. 
– A po co ma się przyjaciół? – rzekła Sally. – I pamiętaj, gdyby twoi rodzice 

potrzebowali  pomocy  przy  przeprowadzce,  daj  mi  znać.  Ja  i  Jed  chętnie 
pomożemy, o ile nie wypadnie nam wtedy dyżur. 

– Dziękuję – odparła Kirsten z wdzięcznością. 
–  Och,  Kirsten,  dobrze,  że  jeszcze  jesteś!  –  zawołał  Jed,  podchodząc  do  obu 

kobiet i obejmując ramieniem narzeczoną. – Przed chwilą dzwonił Joel z pytaniem 
o stan lana. Przy okazji kazał ci przekazać, że zabezpieczył dom Stephanie. 

– To dobrze. Czekam jeszcze na jej matkę i potem zbieram się do domu. 
– Wyglądasz na wykończoną – zauważyła Sally z troską. 
– I tak się czuję, ale przecież wiesz, że lekarze nigdy nie odpoczywają. 
–  Tak  to  jest  –  zgodził  się  Jed.  Schylił  się  i  pocałował  Kirsten  w  policzek.  – 

Uważaj na siebie – powiedział znacząco. 

– Jutro do ciebie zadzwonię – obiecała Sally i odeszła razem z Jedem. 
Kirsten  wróciła  do  Stephanie  i  przekazała  jej  wiadomość  od  Joela.  Kiedy 

zjawiła się babka lana, Kirsten upewniła się, czy obydwie kobiety mają wszystko 
co  potrzeba,  włożyła  płaszcz  i  udała  się  na  parking  dla  personelu.  Ciągle  siąpił 
deszcz. Pomyślała, że pewno dziś padł rekord opadów. 

Widoczność  była  słaba.  Kirsten  jechała  bardzo  ostrożnie,  a  gdy  wreszcie 

wprowadziła swój stary samochód do garażu, odetchnęła z ulgą. Wyłączyła silnik i 
przez  kilka  sekund  siedziała  bez  ruchu  w  fotelu.  Wreszcie  zebrała  siły,  wzięła 
torebkę i płaszcz, i wygramoliła się z auta. 

W domu było ciepło. Pomyślała, że pewno Joel jest tu jeszcze. Może zmienił 

zdanie i zdecydował, że będzie tu spał. 

background image

– Joel! – zawołała, ale odpowiedziało jej milczenie. 
Weszła do kuchni, w której panował wielki porządek. 
Pusto  –  tylko  na  środku  blatu  kuchennego  stał  kubek.  Nie  było  śladu  ciasta  i 

nawet blacha gdzieś się podziała. Przecież nie mógł jej zjeść! Kirsten uśmiechnęła 
się na tę myśl. 

Podeszła  do  blatu  i  ujrzała  kartkę  wsuniętą  pod  ciepły  garnuszek...  ze  swoją 

ulubioną herbatą z miodem, którą zwykle wypijała przed snem. Na kartce napisano: 
„Idź do łóżka i wypij herbatę. Do zobaczenia rano”. 

Nie  było  podpisu,  ale  Kirsten  wiedziała,  kto  jest  autorem  liściku.  Stąd,  gdzie 

stała, widziała okno małego domku. Światło się paliło, doszła więc do wniosku, że 
Joel tam jest; najwyraźniej nie chciał jej krępować. 

W  pierwszej  chwili  chciała  pójść  i  mu  podziękować,  ale  stłumiła  impuls  i 

zrobiła to, co radził: wzięła kubek z herbatą i poszła do sypialni. Przebrała się do 
snu, odchyliła kołdrę i wsunęła się do łóżka. 

Westchnęła  z  rozkoszą,  gdy  otoczyło  ją  ciepło  elektrycznego  koca.  Wolno 

popijała  herbatę,  mrużąc  oczy  między  jednym  łykiem  a  drugim.  Serdeczny  gest 
Joela  jeszcze  lepiej  usposobił  ją  do  niego.  Jane  i  John  McElroyowie  wychowali 
sześcioro  cudownych,  pełnych  czułości  dzieci  i  najwyraźniej  Joel  nie  był  wśród 
nich wyjątkiem. 

 
Joel  zasłonił  okno.  Ona  wróciła  do  domu  i  widział,  jak  zabierała  herbatę  i 

wychodziła z kuchni. Pięknie. Jego zdaniem Kirsten Doyle zasługuje na to, by ją 
trochę rozpieszczać. Wprawdzie omal nie zrezygnował z oferowanej posady, kiedy 
Jordanne  mu  powiedziała  o  śmierci  przybranej  siostry  Kirsten,  ale  teraz,  gdy  tu 
dotarł, był zadowolony. 

Zrobił  sobie  herbatę  i  usiadł  przy  piecyku.  Pokój  nagrzewał  się  powoli,  lecz 

teraz  już  było  znośnie.  Joel  pogrążył  się  w  zadumie,  wspominając  wydarzenia 
wieczoru,  lecz  w  pewnej  chwili  sobie  uświadomił,  że  jeszcze  nie  telefonował  do 
matki. Sięgnął po telefon komórkowy. 

– Cześć, mamo – powiedział. 
–  Już  zaczynałam  się  martwić  –  rzekła.  –  Jak  ci  się  leciało?  Co  słychać  u 

Kirsten? 

–  Doleciałem  bez  przygód.  Kirsten  ma  się  dobrze  –  odparł.  –  Wybacz,  że 

dzwonię tak późno, ale wydarzył się wypadek. – Joel zrelacjonował matce, co się 
stało. 

– Cieszę się, że mogłeś pomóc i jestem pewna, że Kirsten była zadowolona. 

background image

– Czy ją dobrze znasz? – spytał Joel po chwili wahania. 
– Dlaczego pytasz? 
Z  tonu  matki  wywnioskował,  że  nagle  zaczęła  sobie  wyobrażać,  iż  on  się 

ustatkuje u boku Kirsten. 

– Wybij sobie z głowy, że skoro dwoje twoich dzieci właśnie się zaręczyło, ja 

pójdę w ich ślady. Wiem, że jestem ostatnim zatwardziałym kawalerem w rodzinie, 
ale nie przyjechałem do Canberry, żeby podrywać Kirsten. 

– Ale ona jest taka ładna, kochanie – rzekła Jane. 
–  Owszem.  Ja  tylko  mówię,  że  nie  przybyłem  tu,  żeby  się  z  nią  wiązać. 

Jednakże  gdyby  coś...  wynikło  między  mną  i  Kirsten,  będzie  to  wyłącznie  nasza 
sprawa. Poza tym muszę się skoncentrować na olimpiadzie. 

–  Właśnie  tym  się  trochę  martwię,  kochanie.  Ty  tak  silnie  skupiasz  się  na 

swoim  celu,  że  czasami  nie  zdajesz  sobie  sprawy  z...  potrzeb  tych,  którzy  cię 
otaczają.  Ja  cię  nie  krytykuję  –  szybko  dodała.  –  Jestem  twoją  matką. 
Bezwarunkowo cię kocham. Ale proszę, staraj się nie skrzywdzić Kirsten. 

– Ależ nie skrzywdzę jej, tylko pamiętaj, że oboje jesteśmy dorośli i mamy inne 

sprawy na głowie niż wdawanie się w poważny związek. 

– Ale podobacie się sobie? 
– Mamo! 
– No dobrze. Swoje powiedziałam. 
– Owszem, wiec może teraz mi powiesz, jak dobrze ją znasz?  – spytał, lekko 

zirytowany. 

– Znam ją bardzo dobrze. Sally nie poznałam bliżej, ale Kirsten bywała u nas w 

domu prawie w każdy weekend, kiedy studiowały medycynę razem z Jordanne. 

– Czy poznałaś jej rodziców? 
– Tak. Przyjaźnimy się z Isobelle i Gregiem Doyle’ami. Właśnie niedawno ich 

odwiedziłam, żeby zobaczyć, jak się miewa mała Melissa. 

– Byłem wtedy w domu? 
– Tak, kochanie. 
– Nic mi nie mówiłaś – mruknął z rozdrażnieniem. 
Jordanne przelotnie wspomniała, że rodzice Kirsten mieszkają w Sydney, lecz 

nie zdawał sobie sprawy, że jego matka ich zna. 

–  Wybacz,  kochanie.  Nie  wiedziałam,  że  mam  ci  się  opowiadać.  –  Jane 

zaśmiała się. – Chyba się odzwyczaiłam od obecności dziecka w domu. 

– Mamo, ja nie jestem dzieckiem. Mam prawie czterdzieści jeden lat. 
– Wiem, kochanie, ale chociaż wszystkie moje dzieci opuściły dom, ja nadal się 

background image

o nie martwię. 

– Zdaję sobie z tego sprawę. Dziś wieczorem Kirsten wspomniała, że z Melissą 

nie jest dobrze. 

– Niestety – przyznała Jane z westchnieniem. – Isobelle staje na głowie, żeby ją 

nakłonić  do  jedzenia  i  spania.  Poza  tym  mała  nie  wypowiedziała  ani  słowa  od 
czasu śmierci rodziców. 

– Biedne maleństwo – rzekł Joeł ze współczuciem. 
–  Kirsten  będzie  musiała  ograniczyć  pracę,  jak  przyjedzie  Melissa,  i  chociaż 

Isobelle  i  Greg  będą  mieszkać  tylko  kilka  domów  dalej,  nie  będzie  jej  łatwo. 
Postaraj się jej pomóc, kochanie. 

– Mam taki zamiar – rzekł z determinacją, która go zadziwiła. 
– Cieszę się, że mieszkasz sam w tym domku, a nie z Jordanne i Jedem. 
– Nie gniewaj się, mamo, ale po kilkumiesięcznym pobycie w rodzinnym domu 

marzyłem, żeby być samemu. W końcu tak żyję od prawie dwudziestu lat. 

– Wiem. Słuchaj, kochany, jest późno i pora spać. Sprawuj się dobrze. Kocham 

cię. 

Joel  siedział  i  popijał  herbatę,  oddając  się  rozmyślaniom  o  Kirsten. 

Wspomniała, że wcześniej się spotkali. Matka powiedziała mu, że Kirsten prawie 
mieszkała w ich domu, gdy studiowała medycynę, i że ich rodzice się przyjaźnili. 
Jordanne  i  Kirsten  przyjaźniły  się  dłużej  niż  dziesięć  lat,  ale  Joel  zauważył  ją 
dopiero na przyjęciu z okazji rocznicy ślubu rodziców miesiąc temu. 

Zamknął oczy, przywołując jej obraz, jak wchodzi do pokoju z prezentem dla 

jego  rodziców.  Tak  gorąco  ich  wycałowała  i  tak  serdecznie  wyściskała,  że 
zapragnął się dowiedzieć, kim jest. Miała na sobie czarne spodnie i czarny żakiet 
wyszywany perełkami, i włosy rozpuszczone jak dziś wieczorem. 

Wywarła na nim silne wrażenie, a kiedy później napomknęła, że szuka kogoś 

do  pomocy  w  swej  przychodni,  kompletnie  go  zaskoczyła.  Jedyne,  co  do  niego 
wtedy docierało, to układ jej warg, jej uśmiech, odurzający zapach perfum. 

Dziś  wieczór  wyglądała  inaczej  w  starych  dżinsach  i  swetrze,  z  włosami 

rozpuszczonymi,  ale  potarganymi,  jakby  nie  czesała  ich  od  rana.  Mimo  że  na  jej 
twarzy  malował  się  wyraz  skrajnego  wyczerpania,  była  jeszcze  piękniejsza  niż 
wtedy  na  przyjęciu.  A  kiedy  ta  przyjaciółka  jego  siostry  stała  wtulona  w  niego, 
wzbudziła w nim uczucia, które trudno byłoby nazwać siostrzanymi. 

– Olimpiada – powiedział na głos. – Muszę się skupić na olimpiadzie. 
 
Kiedy  w  piątek  przed  południem  z  gabinetu  wyszli  ostatni  pacjenci,  Kirsten 

background image

wyłączyła komputer i odetchnęła z ulgą. Podeszła do drzwi, otworzyła je i stanęła 
twarzą w twarz z Joelem, który właśnie miał zapukać. 

– Ach, to ty – rzekła z nieśmiałym uśmiechem. 
Spotkali  się  na  moment  spojrzeniami,  co  się  zdarzało  przy  każdym  ich 

zetknięciu  podczas  minionego  tygodnia.  Kirsten  odetchnęła  głęboko,  wyzwalając 
się spod uroku Joela, ale gdy poczuła w nozdrzach zapach jego wody toaletowej, 
zrozumiała, że popełniła błąd. Prędko się odwróciła i powędrowała z powrotem w 
głąb gabinetu. 

– Ja... – zająknęła się – właśnie się do ciebie wybierałam. Czy jesteś gotów na 

wizyty? 

– Jeśli ty jesteś gotowa... – powiedział tym swoim głębokim głosem, który śnił 

się jej co noc od chwili jego przybycia. 

–  Wezmę  tylko  torbę  i  możemy  jechać.  –  Sprawdzając  zawartość  torby 

lekarskiej,  podniosła  oczy  na  Joela.  –  Czy  chciałbyś  wieczorem  pójść  ze  mną  na 
kolację? 

–  Tak  –  odparł  z  lekkim  wahaniem.  –  Dla  uczczenia  naszego  pierwszego 

wspólnego  tygodnia?  To  znaczy  –  poprawił  się  –  pierwszego  tygodnia  wspólnej 
pracy? 

–  Właśnie  –  potwierdziła  z  uśmiechem.  Bardzo  się  jej  podobały  te  jego 

przejęzyczenia. – Więc jak? 

Przygryzła  wargę,  czekając  na  odpowiedź.  Joel  miał  na  sobie  granatowy 

garnitur  i  lnianą  koszulę,  rozluźniony  lecz  nie  przekrzywiony  krawat.  Był 
przystojny, ale przecież wiedziała to od lat! 

– Czemu nie? – odparł, wzruszywszy ramionami. 
Znowu  spotkali się  spojrzeniami  i  Kirsten  przejął dreszcz na myśl  o  kolacji z 

nim sam na sam. Zadzwonił telefon, przywołując ją do rzeczywistości. 

– Tak, doktor Doyle. Och, cześć, Wes – powiedziała. 
– Jak leci?  – Zamilkła, słuchając. – Dobrze. Dziękuję, że mnie zawiadomiłeś. 

Ściskam. Pa. 

– Któż to taki, ten Wes? – spytał od niechcenia Joel. 
Ogarnęła ją pokusa, by się z nim podroczyć. 
–  Adwokat  –  powiedziała.  –  Znamy  się  od  lat.  Zajmuje  się  wykonaniem 

testamentu mojej siostry. 

– Sympatia? 
–  Owszem,  sympatyczny.  Ma  trzydzieści  dwa  lata,  jest  przystojny  i  czeka  na 

jakąś fantastyczną dziewczynę, która go złapie. 

background image

– Jest od ciebie o dwa lata młodszy? 
– No wiesz! – powiedziała z udawanym oburzeniem. 
– Jak można pytać kobietę o jej wiek. 
Uniósł brwi z rozbawieniem i uśmiechnął się. 
– Czy to ty będziesz tą dziewczyną? – zapytał. 
– Nie mogę  – odparła  i parsknęła śmiechem.  –  W tym kraju kazirodztwo jest 

zakazane. 

– Co takiego? – zapytał, lecz zaraz pojął, że Kirsten się z niego nabija. – Czy to 

twój brat? 

– Tak. Starszy o całe dziesięć minut od drugiego bliźniaka. A Lukę jest żonaty i 

ostatnio urodziło się im pierwsze dziecko. 

Kirsten  szybko  przełączyła  telefon  do  recepcjonistki,  wzięła  klucze  i  torebkę. 

Joel otworzył jej drzwi. 

– Dziękuję – powiedziała, wychodząc z gabinetu. 
Pożegnali recepcjonistkę, która miała wszystko pozamykać, i wyszli przed dom. 

Kirsten  otworzyła  samochód,  wsiadła  do  środka  i  przechyliła  się,  by  odblokować 
drzwi  pasażera.  Joel  zamierzał  kupić  sobie  jakiś  pojazd,  ale  ponieważ  mieszkali 
blisko, na razie nie było to konieczne. 

Kirsten  zwróciła  uwagę,  że  przy  wsiadaniu  do  samochodu  materiał  spodni 

ciasno opiął się Joelowi wokół ud. Kiedy Joel podchwycił jej wzrok, odwróciła się 
i  uruchomiła  samochód.  Żałowała,  że  ma  włosy  zaplecione  w  warkocz,  a  nie 
rozpuszczone; zasłoniłyby jej zaczerwienioną twarz! 

Joel dużo dla niej  zrobił  w  zeszłym  tygodniu.  Dzięki  jego poczuciu humoru i 

optymistycznemu usposobieniu w znacznym stopniu wyzwoliła się z depresji, która 
ją  gnębiła  po  śmierci  Jacqui.  Teraz  starała  się  okiełznać  niecierpliwe  pragnienie, 
aby  jak  najszybciej  uporać  się  z  wizytami  domowymi  i  spędzić  resztę  wieczoru 
tylko z Joelem. 

Postanowiła, że będzie jeździć do pacjentów z nim, aby miał okazję szybciej ich 

poznać. Zdawała sobie sprawę, że kiedy przyjedzie Melissa, trzeba będzie zmienić 
godziny przyjęć w gabinecie i prawdopodobnie zatrudnić jeszcze jednego lekarza. 
Chciała  przynajmniej  w  ciągu  najbliższych  czterech  miesięcy,  póki  Melissa  nie 
pójdzie do szkoły, jak najwięcej z nią przebywać. 

–  Lubisz  ten  swój  stary  samochód,  prawda?  –  spytał  Joel,  wyrywając  ją  z 

zadumy. 

–  Tak.  –  Uśmiechnęła  się,  włączając  się  w  strumień  pojazdów.  –  Tyle  mnie 

łączy z nim wspomnień... 

background image

– Podzielisz się jakimś? 
–  Chętnie.  –  Zamyśliła  się,  po  czym  uśmiechnęła  się  z  nostalgią.  –  Któregoś 

roku po sesji egzaminacyjnej razem z Jordanne namówiłyśmy Sally, żeby pojechała 
z nami na wycieczkę. 

– Przedtem z wami nie jeździła? 
– Chyba słyszałeś, że ojciec Sally próbował przekupić Jordanne, aby nakłoniła 

Sally do rezygnacji z medycyny. 

– A, tak. – Pokiwał głową. 
–  Od  tamtej  pory  Sally  nie  chciała  spotykać  się  z  nami  poza  uczelnią,  bo  się 

bała ojca. 

– Dobrze, że się potem zmienił. 
– Właśnie. 
– Więc dlaczego wtedy się z wami wybrała? 
– Bo jej ojciec wyjechał za granicę i uznała, że może się spokojnie wyrwać. – 

Kirsten  uśmiechnęła  się  pod  nosem.  –  Dobrze  zrobiła,  bo  wycieczka  udała  się 
fantastycznie.  Pojechałyśmy  moim  poczciwym,  wysłużonym  samochodem  do 
rezerwatu przyrody, gdzie obozowałyśmy już wcześniej z Jordanne, ale tym razem 
wybrałyśmy na kemping inne miejsce, w pobliżu rzeki. 

– Aha. – Joel kiwnął głową i uśmiechnął się ze zrozumieniem. – I w nocy rzeka 

wylała? 

– Tak – zaśmiała się Kirsten. – Sally pierwsza narobiła alarmu. Wyniosłyśmy 

wszystko  z  namiotu  na  suchy  ląd,  ale  brodzenie  boso  w  lodowatej  wodzie  nie 
należało do przyjemności.  Kiedy  zabrałyśmy  się  do  składania  namiotu,  w  środku 
wirowała woda, i właśnie wtedy zobaczyłam Księgę. 

– Księgę? 
– No wiesz, podręcznik anatomii dla studentów medycyny. 
– Taki gruby tom? 
–  Właśnie.  Pływał  w  kółko  jak  niezdarna  łódka,  uderzając  w  ścianę  namiotu, 

powoli namakając wodą. 

– Do kogo należał? 
–  Do  mnie.  Wciąż  go  mam  na  półce  i  za  każdym  razem,  kiedy  do  niego 

zaglądam,  wspominam  tę  naszą  wyprawę  i  pękam  ze  śmiechu.  Na  szczęście 
postawiłyśmy wtedy samochód na wzgórzu. Spałyśmy w nim  – Kirsten poklepała 
pieszczotliwie deskę rozdzielczą – bo namiot był całkiem mokry. 

– To sympatyczne wspomnienie – przyznał Joel. 
– Zawsze dbałam o mój samochód i regularnie oddawałam go do przeglądu  – 

background image

wyznała. – Mam nadzieję, że będzie mi służył jeszcze kilka lat. 

– Pewnie tak – zgodził się Joel. 
Po  chwili  Kirsten  zatrzymała  się  przed  domem  pierwszego  pacjenta,  a  potem 

drugiego i trzeciego. 

– Ostatnia wizyta – oznajmiła w końcu. 
– Doris i Fred Dawsonowie – odczytał z notesu Joel. 
–  To  przemiłe  małżeństwo.  Urodzili  się  w  tym  samym  dniu  osiemdziesiąt  lat 

temu,  spłodzili  sześcioro  dzieci,  dochowali  się  licznych  wnuków,  a  nawet 
prawnuków.  Uwielbiam  ich.  Doris  wróciła  niedawno  do  domu  ze  szpitala  po 
wszczepieniu endoprotezy stawu biodrowego. Jest pacjentką Aleksa. 

– A Fred? 
– Choruje na astmę i muszę nad nim czuwać. Pielęgniarka społeczna odwiedza 

go codziennie. Wiosna to dla astmatyków niedobry czas. 

Kiedy Kirsten wjeżdżała na podjazd starego ceglanego domostwa, przed którym 

roztaczał się ogród pełen rodzimych,  wiecznie zielonych drzew, dochodziło wpół 
do szóstej. 

– Kocham ten ogród – oznajmiła Kirsten. Wysiadła z samochodu, podeszła do 

drzewa  i  dotknęła  pysznych,  czerwonych  kwiatów.  –  To  moje  ulubione  – 
powiedziała. – Są tak bardzo australijskie. 

Roziskrzone  spojrzenie  Kirsten  podziałało  na  Joela  elektryzująco.  Oparty  o 

samochód  obserwował,  jak  muska  palcami  czerwone  strzępiaste  płatki,  wprost 
jaśniejąc  radością.  Ze  jest  piękną  kobietą,  wiedział  od  pierwszego  spotkania,  ale 
podczas  ostatniego  tygodnia  pojął,  że  uroda  Kirsten  promieniuje  z  jej  wnętrza. 
Żadne kosmetyki świata nie dałyby takiego efektu. 

 
Boże Narodzenie za progiem 
Rozbłysnęły czerwienią kufliki 
Wystrzeliły płomiennie 
Przywróciły radość świętowania 
 
Kirsten  spojrzała  na  Joela;  z  jego  miny  poznała,  że  wyrecytowany  przez  nią 

wierszyk mu się spodobał. 

Ktoś zaklaskał, co odwróciło uwagę Kirsten od Joela i pozwoliło jej na chwilę 

zapomnieć o miotających nią uczuciach. W jednej chwili wątpiła, czy go pociąga, 
w następnej czuła, że dużo dla niego znaczy. 

–  To  było  prześliczne,  moje  dziecko  –  rzekł  Fred,  wolno  kuśtykając  przez 

background image

trawnik.  Był  to  wysoki  mężczyzna  ze  strzechą  srebrnych  włosów  na  głowie.  W 
jego oczach migotały iskierki rozbawienia.  – Jestem szczęśliwy, kiedy widzę, jak 
ktoś podziwia mój ogród. 

– Miło mi – odparła Kirsten i pocałowała go w policzek. – Dzisiaj mówi pan z 

większą łatwością niż ostatnio. 

– O, tak – przyznał i poklepał ją po ręce. – A kto to taki? – wskazał Joela, który 

się ku nim zbliżał. 

– Mój nowy kolega, Joel McElroy. 
–  McElroy?  –  zamyślił  się  Fred  i  zmrużył  oczy.  –  Gdzie  ja  już  słyszałem  to 

nazwisko? 

– Zapewne w szpitalu – rzekł Joel i uścisnął Fredowi dłoń. – Mój brat i siostra 

pracują tam jako ortopedzi. 

–  Rzeczywiście.  To  ta  młoda  dziewczyna,  która  odwiedziła  Doris  podczas 

rehabilitacji w zeszłym tygodniu. Ma takie zabawne imię. 

– Jordanne – podsunęła Kirsten. 
– O, właśnie. – Fred kaszlnął i uśmiechnął się. – Ta łepetyna – rzekł, pukając 

się palcem w głowę – już nie jest taka jak dawniej. 

– Wejdźmy lepiej do domu, Fred – rzekła Kirsten. – Te pyłki panu nie służą. – 

Wsunęła Fredowi rękę  pod ramię. Odwróciła się do Joela i podając mu kluczyki, 
poprosiła, żeby wziął jej torbę i zamknął samochód. 

– On mi się podoba  – szepnął Fred, pokonując z pomocą Kirsten trzy stopnie 

wiodące na werandę okalającą dom. 

– Mnie też – odszepnęła Kirsten. 
 

background image

Rozdział 3 

 
–  Witam  –  powiedziała  serdecznie  Doris  ze  swego  fotela.  –  Proszę  wejść  i 

usiąść. 

Kirsten doprowadziła Freda do krzesła, na którym usiadł i odetchnął z ulgą. 
– Jak się pani dzisiaj czuje? – zwróciła się Kirsten do Doris. W tym momencie 

Joel zapukał do drzwi i wszedł do środka. 

–  O,  widzę,  że  przyprowadziła  pani  kolegę.  Witam!  Jak  pan  ma  na  imię?  – 

zagadnęła Doris, wyciągając rękę. 

–  Joel  –  odpowiedział,  ująwszy  jej  wątłą  dłoń.  –  Przez  pewien  czas  będę 

pracował z Kirsten. 

–  A  czy  nie  mógłby  pan  zostać  tu  na  stałe  i  jej  pomagać?  Biedulka  jest  taka 

zapracowana. 

– Joela nie należy do niczego nakłaniać – Kirsten stanęła w jego obronie. – Jego 

pierwszą miłością jest narciarstwo. 

–  Naprawdę?  –  Doris  przeniosła  wzrok  z  Kirsten  na  Joela.  –  Przecież  w 

Australii nie ma dużo śniegu nawet w zimie. 

–  Zwykle  trenuję  za  granicą  –  wyjaśnił  Joel  –  ale  kiedy  tylko  mogę, 

przyjeżdżam do kraju. 

– Joel zdobył srebrny medal na olimpiadzie. 
– Och, to fascynujące! – Doris z przejęciem zwróciła się do męża. – Słyszałeś, 

Fred? 

– Tak, kochanie. 
– On mi kogoś przypomina – rzekła Doris. 
– Jego siostra Jordanne jest chirurgiem ortopedą – wyjaśnił Fred żonie. 
– Ależ tak. Co za podobieństwo! Pańska siostra jest przemiła. 
– Też tak uważam. 
– Czy ma pan więcej rodzeństwa? – zapytała Doris, nawet nie próbując uwolnić 

dłoni z uścisku Joela. 

– Ho, ho – mruknęła pod nosem Kirsten. 
Joel rzucił jej szybkie spojrzenie. Uśmiechał się z taką tkliwością, że gdyby to 

ona była adresatką, serce by jej stopniało jak lód w wiosennym słońcu. 

– Jest nas sześcioro. Ja byłem drugi w kolejności – wyjaśnił Joel. 
– My też mamy szóstkę dzieci – pochwaliła się Doris i poklepała Joela po ręce. 

– Jakie są imiona pana rodzeństwa? 

background image

– Uwaga, zaczynamy – mruknęła Kirsten. 
Joel znów ją obrzucił przelotnym spojrzeniem, w oczach lśniło mu rozbawienie. 

Kirsten  zrozumiała,  że  lubi,  jak  się  z  nim  droczyć.  Postanowiła  robić  to  jak 
najczęściej. 

–  Mój  najstarszy  brat  ma  na  imię  Jed,  jest  chirurgiem  ortopedą  i  pracuje  w 

szpitalu w Canberze. 

– On i Alex Page są serdecznymi przyjaciółmi – wtrąciła Kirsten. 
–  Potem  jestem  ja  i  kolejno  według  starszeństwa  Jasmine,  Justin,  potem 

Jordanne i na końcu Jared. 

Doris i Fred zaśmiali się. 
–  Czy  mogę  spytać,  jakie  imiona  noszą  pańscy  rodzice?  –  zagadnęła  Doris, 

wysuwając w końcu dłoń z ręki Joela. 

– John i Jane – odparł. 
– Zadziwiające – rzekł Fred i odchrząknął. 
–  To  mi  się  podoba  –  oznajmiła  Doris.  –  Czemu  nie  wpadliśmy  na  podobny 

pomysł,  kochanie?  –  spytała  męża,  po  czym  z  dumą  wymieniła  imiona  swoich 
wszystkich dzieci, wnuków i prawnuków. 

– Proszę sobie dalej gawędzić z Joelem – rzekła Kirsten, ujmując przegub Doris 

– a ja w tym czasie panią zbadam. 

–  Dobrze,  moje  dziecko  –  zgodziła  się  Doris  i  z  ożywieniem  rozmawiała  z 

Joelem  o  urokach  dorastania  w  domu  z  tak  licznym  rodzeństwem.  Umilkła  tylko 
wtedy, kiedy Kirsten osłuchiwała jej płuca. Mówiła dalej, kiedy Kirsten sprawdzała 
ruchomość  jej  biodra  i  obserwowała,  jak  Doris  się  porusza  z  pomocą  balkonika. 
Tymczasem Fred przyniósł herbatę i ciasteczka. 

– Co prawda to jest pora kolacji – oznajmiła Doris, podając Kirsten paterę – ale 

proszę się poczęstować chociaż jednym. Przydałoby się, żeby pani trochę przytyła, 
moje dziecko. Prawda, proszę pana? – zwróciła się do Joela. 

Joel  zmierzył  Kirsten  przelotnym  spojrzeniem,  a  ona  wstrzymała  oddech.  Co 

myśli  o  jej  wyglądzie?  Czy  uważa,  że  jest  za  tłusta?  Zbyt  chuda?  Przypomniała 
sobie, jak ją tkliwie objął zeszłej niedzieli, i na samą myśl o tym zabrakło jej tchu. 
Według niej byli jak stworzeni dla siebie. 

–  Myślę,  że  nie  ma  najmniejszego  znaczenia,  co  doktor  Doyle  będzie  jadła  – 

rzekł  Joel,  poczęstowawszy  się  ciastkiem.  –  Jest  ustawicznie  w  ruchu,  a  jeżeli 
odpoczywa, to tylko po to, żeby nabrać sił przed kolejnym zadaniem. Jedno ciastko 
więcej lub mniej nic nie zmieni. Kirsten pozostanie Kirsten. Nic dodać, nic ująć. 

Kirsten spojrzała na Joela, zastanawiając się, czy on się droczy i co to wszystko 

background image

ma  znaczyć.  Natomiast  Doris  zdawała  się  doskonale  rozumieć,  o  co  chodzi,  i 
pogłaskała go po ręce. 

– Dobrze powiedziane – orzekła. 
Kirsten  uznała,  że  lepiej  nie  drążyć  tego  tematu,  zwłaszcza  że  Doris  wodziła 

spojrzeniem od niej do Joela i widać było, że aż się pali do swatania. 

– Teraz pańska kolej  – zwróciła się do Freda, dopijając herbatę. Zbadała go i 

pochwaliła, że lepiej oddycha. – Tylko tak dalej – powiedziała. – Wpadnę tutaj w 
przyszły  piątek  po  południu,  ale  gdyby  coś  się  zmieniło,  proszę  mnie  odwiedzić 
albo do mnie zatelefonować. To wszystko, zatem do zobaczenia. 

Kirsten i Joel pożegnali się z gościnnymi staruszkami i wyszli. 
– Nie chciałabyś czegoś zjeść? – spytał Joel, kiedy wyjechali na drogę. 
– Umieram z głodu – przyznała. 
– Już prawie siódma, więc może pojedźmy od razu na kolację? 
– Dobry pomysł. A dokąd? 
– To ty mieszkasz w Canberze. Ty proponuj. 
Kirsten zatrzymała samochód na czerwonych światłach i spojrzała na Joela. 
– Jaką lubisz kuchnię? – spytała. – Tajską, włoską, chińską czy francuską? 
– Francuską – odparł po chwili namysłu. 
–  Znam  takie  jedno  miejsce.  Jordanne  mi  o  nim  powiedziała.  Podają  tam 

fantastyczne czekoladowe fondue. 

– Nie jadłem czegoś takiego od lat. 
Kirsten udało się znaleźć miejsce na parkingu nieopodal restauracji. Kiedy tam 

weszli, okazało się, że  jest pełna ludzi i Kirsten  pomyślała,  że  nie  mają  szans na 
wolny stolik – w końcu był piątkowy wieczór. 

Joel  jednak  zapytał kierownika  sali,  czy  nie  znalazłoby  się  coś  wolnego,  przy 

czym nadmienił, że słyszał, iż restauracja słynie na całą okolicę z fondue. 

–  Proszę  za  mną  –  powiedział  kierownik  i  ku  zdziwieniu  i  radości  Kirsten 

powiódł ich do odosobnionego stolika. 

Kiedy usiedli, spojrzała figlarnie na Joela. 
– Czy potrafisz zaczarować każdego, kogo spotkasz? – spytała. 
– Każdego może nie, ale większość ludzi owszem – rzucił nonszalancko. 
– Droczysz się ze mną, prawda? 
– Teraz moja kolej. 
Ich  spojrzenia  spotkały  się  ponad  stolikiem  oświetlonym  światłem  świec  i 

Kirsten  znów  załomotało  serce.  Aż  trudno  jej  było  uwierzyć,  że  Joel  tak  prędko 
staje  się  dla  niej  tak  ważny.  Może  dlatego,  że  spędzają  dużo  czasu  razem? 

background image

Wiedziała jedno: jeżeli nie będzie się pilnować, zakocha się w nim bez pamięci. 

Zjawił się kelner z kartami dań. Ku zdziwieniu Kirsten, Joel rozmawiał z nim o 

potrawach po francusku. 

– Na co masz ochotę? – zwrócił się do niej. 
Zagłębiła się w lekturze menu, ale dla niej była to chińszczyzna. Zresztą i tak 

bardziej  zajmowało  ją  obserwowanie  Joela  niż  objaśnienia  kelnera.  W  końcu 
odłożyła kartę i poprosiła o kurczaka. 

Obaj  mężczyźni  spojrzeli  na  nią  pytająco,  ale  ponieważ  nic  już  nie  dodała, 

kelner  skłonił  tylko  głowę,  po  czym  zamienił  jeszcze  kilka  słów  po  francusku  z 
Joelem.  W  restauracji  serwowano  pięć  różnych  potraw  z  kurczaka,  ale  Joel  nie 
chciał wdawać się w zawiłe tłumaczenia i sam dokonał wyboru. 

Podczas  kolacji  Joel  okazał  się  ciekawym  rozmówcą.  Sypał  jak  z  rękawa 

anegdotami o swoich przygodach narciarskich, opowiadał, jak lubi poznawać nowe 
kraje. Po ukończeniu medycyny Kirsten sześć miesięcy była za granicą, mieszkając 
i pracując w Kanadzie, ale nie miała czasu ani okazji, aby ją bliżej poznać. 

–  Wprawdzie  spędziłam  też  dwa  tygodnie  w  Europie,  ale  zwiedziłam  ją 

pobieżnie, jeżdżąc z miasta do miasta. 

– I od tamtej pory nie ciągnęło cię do podróżowania? 
–  Właściwie  nie.  Zależało  mi  przede  wszystkim  na  tym,  żeby  otworzyć 

praktykę. A teraz muszę się zająć Melissą. 

– Dzieci mogę wnieść w dom wiele szczęścia – powiedział Joel z zadumą. 
– Lubisz dzieci? – spytała zaskoczona. 
Nie  wyobrażała  sobie  Joela,  wolnego  ptaka,  ustatkowanego  i  otoczonego 

dziećmi. 

–  Pewno,  że  tak,  ale  czy  chciałbym  mieć  własne...  –  Wzruszył  ramionami.  – 

Nigdy  o  tym  na  serio  nie  myślałem.  Przez  długie  lata  żyłem  wśród  rodzeństwa, 
małych kuzynek i kuzynów. Kiedy się urodził Jared, miałem osiem lat i potrafiłem 
zmieniać mu pieluszki i karmić go, doglądałem też Jordanne i Justina. Pewnie Jed, 
który był najstarszy,  miał gorzej niż ja, ale  mnie też obowiązków nie brakowało. 
Nie  twierdzę,  że  tego  nie  lubiłem,  po  prostu  od  wielu  lat  odpowiadam  tylko  za 
siebie i jest mi z tym dobrze. 

– Byłeś przez pewien czas kapitanem olimpijskiej drużyny narciarskiej? 
– Tak, kiedy zdobyłem srebrny medal. Ale co innego być członkiem zespołu, a 

co innego zajmować się małymi dziećmi. 

– Wiem, o co ci chodzi. – Skinęła głową. – Moi bracia są, jak wiesz, o dwa lata 

ode mnie młodsi i jako dziecko nie musiałam się nimi specjalnie opiekować. Bawili 

background image

się zawsze ze sobą i mnie się nie naprzykrzali. Za to prowadzenie własnej praktyki 
okazało się czymś naprawdę odkrywczym i kształcącym. 

– Kiedy otworzyłaś tę praktykę? – zapytał. 
–  Pięć  lat  temu.  Kiedy  wróciłam  do  kraju,  pracowałam  w  kilku  różnych 

miejscach i zbierałam na ten cel pieniądze, ale w ostatnich miesiącach... – Kirsten 
ciężko westchnęła. 

– Uczucie pustki? . 
– Coś w tym rodzaju. Pracowałam ciężko i długo, żeby coś osiągnąć, a teraz, 

kiedy wszystko funkcjonuje jak należy, brak mi wyzwania. 

– Znam to uczucie. Wyzwanie to potężny bodziec. 
Kirsten z uśmiechem podniosła kieliszek do ust. 
–  Wspomniałam  Sally  i  Jordanne,  że  nie  wiem,  co  powinnam  dalej  robić. 

Niedługo potem Alex zaproponował mi dyżury na oddziale nagłych wypadków w 
swoim szpitalu. 

– To ci nie odpowiada? 
– Wręcz przeciwnie. Myślę, że czasem nie jest ważne, co umiesz, tylko kogo 

znasz. 

– Tak, lecz Alex nie zaproponowałby ci pracy w szpitalu, gdyby nie uważał, że 

się do niej nadajesz. 

– Wiem. Dlatego przyjęłam propozycję. 
– Przyjęłaś? 
– Tak. Jutro mam pierwszy dyżur. 
–  Ja  też  –  powiedział  Joel  i  stuknął  kieliszkiem  o  kieliszek  Kirsten.  –  Co 

zamierzasz zrobić, kiedy przyjedzie Melissa? – zagadnął. 

Odchylił się i rozprostował kości. Kirsten zauważyła, że koszula wysunęła mu 

się  ze  spodni  i  uniosła  do  góry.  Miała  ochotę  rozpiąć  ją  i  dotknąć  piersi  Joela. 
Podniosła oczy i napotkała jego wzrok. Na ustach miał uśmiech i uniósł brwi, jakby 
chciał zakomunikować, że zna myśli Kirsten. 

Szybko  umknęła  oczami  w  bok.  Usiłowała  sobie  przypomnieć,  o  co  ją  pytał. 

Sięgnęła po kieliszek i powoli podniosła go do ust. Najchętniej pochyliłaby się ku 
Joelowi i pocałowała go – coś zupełnie nie w jej stylu. 

Odstawiła kieliszek i odkaszlnęła. 
–  Co  zamierzam  zrobić?  –  powtórzyła  pytanie  Joela.  –  Przyjmę  kogoś  na 

zastępstwo. 

– To logiczne. – Skinął głową. 
Atmosfera się rozładowała i Kirsten odetchnęła z ulgą. 

background image

– Melissa mnie potrzebuje i chciałabym spędzać z nią sporo czasu, szczególnie 

przez kilka pierwszych miesięcy. 

–  To  oczywiste.  –  Po  chwili  milczenia  zapytał:  –  Wiedziałaś,  że  zostaniesz 

wyznaczona na jej opiekunkę? 

– Tak. Jacqui poprosiła mnie o to niedługo po urodzeniu Melissy. To wspaniałe 

dziecko. Jest bardzo podobna do matki. Bardzo mi jej żal i nie dziwię się, że tak 
kompletnie się wyłączyła. Jej mały świat legł w gruzach. 

– Czas najlepiej leczy rany, Kirsten – rzekł Joel pocieszająco. – Czas i miłość. 

To niezawodna recepta. 

Kirsten uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Joel dał znak kelnerowi. 
– Co byś powiedziała na czekoladowe fondue? – zagadnął. – Na pewno odpędzi 

smutki i wprowadzi nas w błogi nastrój. 

– Nie mogę się doczekać. 
Joel zamienił z kelnerem kilka słów po francusku i gdy ten się oddalił, Kirsten 

zapytała: 

– Ile ty właściwie znasz języków? 
– Trzy, nie licząc angielskiego. Kiedy się podróżuje po świecie tyle co ja, łatwo 

sobie  przyswoić  podstawy.  Poza  tym  przez  prawie  dwa  lata  mieszkałem  w 
Szwajcarii, gdzie się mówi po niemiecku, francusku i włosku. 

– Jakie było twoje ulubione miejsce w Szwajcarii? 
– Davos. – Joel uśmiechnął się z zadumą. 
– Masz stamtąd dużo miłych wspomnień? 
– Można tak powiedzieć – przyznał ze śmiechem. 
– Jak ona miała na imię? 
Znowu się zaśmiał i pogroził jej palcem. 
– Nie jestem taki skory do zwierzeń. – Spoważniał i wbił wzrok w śnieżnobiały 

obrus. – Sylwia – wyznał cicho. 

W  tym  momencie  zjawił  się  kelner  z  fondue.  Kirsten  zaskoczył  przypływ 

zazdrości, jaka ogarnęła ją na myśl o tym, że wcześniej jakaś inna kobieta całowała 
Joela. Szybko opanowała to uczucie, gdyż pragnęła się cieszyć każdą spędzoną z 
nim chwilą. 

Joel  nadal  ją  bawił  anegdotami  o  swych  licznych  przygodach  narciarskich. 

Wreszcie  Kirsten  zapłaciła  rachunek  I  wyszli  z  restauracji  na  parking.  Wsiadając 
do samochodu, poczuła się tak znużona, że straciła ochotę na prowadzenie. Jednak 
kiedy Joel zaproponował, że zastąpi ją za kierownicą, odmówiła. 

–  Mój  kochany  stary  grat  jest  narowisty  i  trzeba  umieć  go  okiełznać  – 

background image

wyjaśniła. 

Joel się zaśmiał i poczekał, aż Kirsten otworzy drzwi po stronie pasażera. 
– Czy dolega ci kolano? – zagadnęła, kiedy ruszyli w stronę domu. 
– Trochę. Zwłaszcza pod koniec dnia. 
–  Zauważyłam,  że  lekko  utykałeś,  gdy  szliśmy  przez  parking.  –  Joel  się  nie 

odezwał, więc ciągnęła: – Jak to się stało? Wiem, że miałeś wypadek na nartach... 

– To się wydarzyło w sobotę wieczorem. Zmierzchało, wracałem do schroniska. 

Wtem usłyszałem ostry kobiecy krzyk i mignęło mi coś różowego. Pewno bym jej 
nie zauważył, gdyby nie kolorowy kombinezon. Zaczął padać gęsty śnieg i biedna 
dziewczyna  straciła  orientację.  Jechała  o  wiele  za  szybko,  więc  należało  ją 
przyhamować.  Ruszyłem  za  nią  i  zrównałem  się  z  nią.  Byłbym  sobie  łatwo 
poradził, ale kiedy mnie zobaczyła, rzuciła się na mnie i pociągnęła za sobą. 

Urwał i głęboko westchnął. Kirsten spojrzała na niego z boku. Głowę odrzucił 

na oparcie fotela i przymknął oczy. 

– Zorientowałem się, że pędzimy prosto na słup kolejki linowej i że dziewczyna 

uderzy w niego głową, a przy takim pędzie... – Otworzył oczy i spojrzał na drogę 
oświetloną reflektorami samochodu. – Jakoś zdołałem obrócić nas oboje na chwilę 
przedtem,  nim  wpadliśmy  na  słup.  Cały  impet  uderzenia  wypadł  na  moją  nogę  i 
lewy bok dziewczyny. 

– I wtedy rozbiłeś sobie kolano. 
–  Zdruzgotałem  kolano, goleń,  kość piszczelową,  złamałem  trzy  palce  u stóp. 

Ale jak zauważył Jed, mogłoby być o wiele gorzej. Potem mi powiedział, że gdy 
pierwszy raz usłyszał o moich obrażeniach, bardzo się bał o moje kolano. Gdybym 
musiał się poddać operacji wymiany stawu kolanowego, mógłbym się pożegnać z 
olimpiadą.  Jutro  miną  trzy  miesiące  od  wypadku  i  choć  to  nie  był  łatwy  czas, 
zawziąłem się, żeby przetrwać. 

– Nie brak ci uporu – wtrąciła. 
–  O,  tak  –  zgodził  się  z  uśmiechem.  –  Kolano  powoli  odzyskuje  sprawność. 

Kiedy  zaproponowałaś  mi  pracę  w  pobliżu  Instytutu  Sportu  Australijsko-
Azjatyckiego, gdzie można kontynuować treningi, korzystać ze sprzętu i być pod 
opieką  fizjoterapeutów,  nie  mogłem  odmówić.  Muszę  zrobić  wszystko,  żeby  być 
gotowym do sprawdzianu kwalifikacyjnego przed następnymi Igrzyskami. 

–  Kiedy  jest  ten  sprawdzian?  –  spytała  ze  ściśniętym  sercem.  Cały  czas 

wiedziała, że Joel odjedzie. 

– W następny weekend. 
– Czy będziesz gotowy na czas? – spytała. 

background image

–  Mam  nadzieję.  Kilka  tygodni  temu  rozmawiałem  z  trenerem,  który 

powiedział, że potrzebna będzie opinia fizjoterapeuty na ten temat. Więc trzymaj za 
mnie kciuki. 

Gdy  Kirsten  zajechała  przed  dom,  za  pomocą  pilota  otworzyła  bramę  garażu. 

Zaparkowała samochód, wyłączyła silnik, odpięła pas i obróciła się do Joela. 

– Mam nadzieję, że nie... – Urwała i spróbowała od nowa. – Kiedy cię pytałam 

o ten wypadek, nie chciałam ci sprawić przykrości. 

– Wiem. 
–  Dziękuję  za  miły  wieczór.  –  Musiała  przełknąć  ślinę,  bo  poczuła  nagłą 

suchość w gardle. – Sprawiłeś mi dużą przyjemność. 

– Cieszę się. – Odpiął pas i przechylił się w jej stronę. – Jesteś bardzo piękna, 

Kirsten – powiedział, dotknąwszy jej policzka. 

Pojęła,  że  za  chwilę  ją  pocałuje.  Lekko  się  obróciła,  żeby  mu  było  łatwiej 

dosięgnąć jej ust. Zbliżył do niej twarz i kiedy dzieliły ich milimetry, poruszyła się 
i niechcący nacisnęła łokciem klakson. Na jego dźwięk odskoczyli od siebie. Joel 
uderzył głową o wsteczne lusterko, a Kirsten w tył fotela. 

– Och! 
– Przepraszam! 
–  Nic  ci  się  nie  stało?  –  spytał.  Gdy  pokręciła  głową,  dodał:  –  Chyba 

znajdziemy wygodniejszy sposób, żeby się pocałować na dobranoc. 

Powiedziawszy  to,  otworzył  drzwi,  schwycił  teczkę  i  wysiadł  z  samochodu. 

Kirsten jeszcze chwilę siedziała bez ruchu, przyswajając sobie sens słów Joela. On 
chce  ją  pocałować.  Pocałować  na  dobranoc.  Przeniknął  ją  ożywczy  prąd. 
Poderwała się, zamknęła samochód i pospieszyła do domu.  Weszła za Joelem do 
kuchni  i  niepewnie  na  niego  spojrzała.  Odruchowo  się  odwróciła,  aby  napełnić 
czajnik. 

– Napijesz się herbaty? – spytała nieswoim głosem. 
Joel wyciągnął do niej rękę. 
– Chodź tutaj – powiedział cicho. 
Kirsten postąpiła kilka kroków do przodu i miękko wsunęła dłoń do jego ręki. 

Joel przyciągnął ją do siebie i mocno przygarnął. Ich ciała były jak stworzone dla 
siebie. 

Nasłuchiwała bicia serca Joela i jego równy rytm wpłynął na nią kojąco. Stali 

tak  długą  chwilę,  czerpiąc  od  siebie  spokój.  Oboje  lekko  odchylili  się  do  tyłu  i 
Kirsten spojrzała w oczy Joela, które śniły się jej co noc w zeszłym tygodniu. 

– Jak się nazywają twoje perfumy? – spytał stłumionym głosem. – Od tygodnia 

background image

doprowadzają mnie do szaleństwa. 

– „Szaleństwo” – odparła. 
– Mogłem się domyślić. 
Schylił się, by ją pocałować. Kirsten czekała bez tchu, kiedy ustami dotknie jej 

warg, a gdy to nastąpiło, westchnęła z zadowoleniem. Jeżeli Joel czekał na zachętę, 
to  ją  miał.  Usta  Kirsten  smakowały  tak,  jak  oczekiwał.  Przez  cały  tydzień 
wyobrażał sobie, że trzyma ją w ramionach i całuje, lecz teraz się okazało, że jego 
fantazje  nie  dorównywały  rzeczywistości.  Oboje  zapłonęli  namiętnością,  jak  na 
sygnał.  Kirsten  wsunęła  palce  w  jego  czuprynę,  czego  pragnęła  od  pierwszej 
chwili,  on  zaś  niecierpliwym  gestem  dotknął  jej  włosów.  Nie  przerywając 
pocałunku, odnalazła koniec warkocza i jednym ruchem ściągnęła z niego wstążkę. 
Po  chwili  na  plecy  opadły  jej  złotobrązowe  pasma.  Całowali  się  z  coraz  większą 
pasją,  aż  wreszcie  Joel  oderwał  się  od  warg  Kirsten  i  zaczął  muskać  ustami  jej 
szyję. 

– Joel... – westchnęła. 
– Co takiego? – spytał, odsunął ją od siebie i spojrzał w jej wzniesioną w górę 

twarz. 

–  To  najbardziej...  niewiarygodny...  pocałunek  na  dobranoc,  jakiego  w  życiu 

doświadczyłam. 

Usta Joela wygięły się w uśmiechu. 
– Ja też – powiedział. 
 

background image

Rozdział 4 

 
Obudziła  się  nazajutrz  ze  wspomnieniem  namiętnych  pocałunków  Joela. 

Westchnęła i wtuliła się w poduszkę. Joel pocałował ją jeszcze kilka razy, po czym 
wypuścił ją z objęć, pożegnał i wyszedł. 

Powtarzała sobie, że musi się mieć na baczności, by się w nim nie rozkochać, 

ale w jego obecności jej determinacja słabła. Przy nim czuła się ożywiona, pełna 
energii  i  bardzo  kobieca.  Pomógł  jej  uporać  się  z  depresją,  w  którą  popadła  po 
śmierci  Jacqui,  i  dzięki  niemu  z  większym  spokojem  oczekiwała  rychłego 
przyjazdu pogrążonego w szoku dziecka. 

Ktoś zapukał do bocznych drzwi. Kirsten prędko wyskoczyła z łóżka, wsunęła 

stopy  w  pantofle,  narzuciła  szlafrok  i  podreptała  do  kuchni.  Odsunęła  zasłonę  i 
spojrzała prosto w niebieskie oczy Joela. Stał za drzwiami w chłodzie poranka. 

–  Dzień  dobry  –  powitała  go  z  serdecznym  uśmiechem,  otworzywszy  drzwi. 

Usunęła  się  na  bok  i  zaprosiła  go  do  ciepłego  wnętrza.  Spostrzegła,  że  się  nie 
uśmiecha. – Czy coś się stało? – spytała z przestrachem. 

– Nie. Jesteś gotowa? – spytał uprzejmym tonem. 
Gdzie się podział wczorajszy Joel? Dzisiaj zachowuje się całkiem inaczej. Jest 

sztywny i opanowany. Trzeba się pożegnać z myślą o wszelkich czułościach. Miał 
na sobie garnitur, na jednej ręce przewieszony płaszcz, w drugiej trzymał teczkę. 
Porażał oficjalnym chłodem. 

– Mhm... – Kirsten przełknęła ślinę i odwróciła się. – Która to godzina? 
–  Czas  jechać  do  szpitala.  –  Spojrzał  na  zegarek.  –  Masz  dziesięć  minut  na 

prysznic i na ubranie się, jeżeli nie chcesz, żebyśmy się spóźnili na nasz pierwszy 
dyżur. 

– Myślałam, że zaczynamy dopiero o dziesiątej. – Rzuciła okiem na kuchenny 

zegar i osłupiała. – Co takiego? Za dwadzieścia dziesiąta! 

– No właśnie. 
Patrzył, jak Kirsten w popłochu szuka czegoś, by związać włosy. Dostrzegł na 

podłodze wstążkę i schyliwszy się po nią, zdał sobie sprawę, że to ta sama, którą 
Kirsten ściągnęła z warkocza poprzedniego dnia. 

–  Czy  to  może  być?  –  zapytał.  Wspomniał  chwilę,  gdy  pieścił  jej  włosy,  i 

zabrakło mu tchu. 

–  Tak,  dziękuję  –  odparła  sucho.  Joel  zrozumiał,  że  to  jego  rezerwa 

spowodowała zmianę jej tonu. 

background image

– Nie będziesz myła włosów? – zapytał, kiedy wybiegała z pokoju. Za moment 

wróciła z naręczem ubrań. 

– Czy ty masz pojęcie, ile trwa umycie i wysuszenie moich włosów? – zapytała. 

– W takie dni jak dzisiejszy miałabym wielką ochotę je obciąć. 

– Ani się waż! 
Gwałtowność reakcji Joela bardziej zaskoczyła jego niż ją. Kirsten przystanęła i 

spojrzała na niego, marszcząc brwi, po czym zniknęła w łazience. 

Joel przymknął oczy i potarł ręką czoło. Musi zachować dystans. Usłyszał szum 

wody  i  zmusił  się,  żeby  nie  myśleć  o  Kirsten  stojącej  nago  pod  ciepłym 
strumieniem.  Poprzedniego  wieczoru  posunął  się  za  daleko  i  teraz  tego  żałował, 
lecz zarazem było mu przykro, że zmroził Kirsten. Powinien to jej jakoś osłodzić; 
przynajmniej  zrobi  jej  herbatę  i  grzankę.  Ale  to  wszystko,  upomniał  siebie, 
nastawiając czajnik. 

Wczoraj  wieczorem...  Westchnął  i  przeciągnął  ręką  po  włosach.  Wczoraj 

wieczorem nie mógł powściągnąć pragnienia, by pocałować Kirsten. Dzięki temu 
odkrył coś ważnego – że Kirsten całuje wprost niebiańsko. Mógłby się do niej za 
bardzo  przywiązać...  a  naprawdę  nie  ma  na  to  czasu.  Sprawdzian  kwalifikacyjny 
przed  olimpiadą  tuż-tuż.  Poza  tym,  jeżeli  ulegnie  fascynacji,  otworzą  się 
zabliźnione rany, które z takim trudem leczył przez ostatnie trzy lata. Trzy długie, 
samotne lata, jakie upłynęły od śmierci Sylwii. 

Pięć minut później Kirsten pojawiła się w spodniach koloru khaki, białej bluzce 

i swetrze oraz z torebką, w której gorączkowo czegoś szukała. 

– Szminka! Nie mogę znaleźć szminki. – Rzuciła torebkę na blat kuchenny i z 

rozwianymi włosami pobiegła z powrotem do swojego pokoju. 

Wróciwszy, schwyciła grzankę. 
– Dziękuję za śniadanie! – powiedziała. 
Jest urzekająca, pomyślał Joel, patrząc na nią. Uświadomił sobie, że oglądanie 

jej  nie tylko  w stanie  wzburzenia,  ale  i  rozpaczliwego  pośpiechu,  jest  wyjątkową 
okazją. Zazwyczaj w takich sytuacjach ludzie nie dbają o pozory ani się nie silą na 
ceremonialność. 

Kirsten odrzuciła włosy do tyłu, zawiesiła torebkę na ramieniu, dopiła herbatę, 

wpakowała do ust ostatni kęs grzanki i zaczęła się nerwowo rozglądać. 

– Czy tego szukasz? – spytał Joel, pokazując jej kluczyki samochodowe. 
– Tak – wymamrotała z pełnymi ustami i wyciągnęła po nie rękę. 
– Dziś ja prowadzę – oznajmił, krocząc przez korytarz. 
– A ty będziesz się mogła spokojnie uczesać i umalować, a nie na chybcika, na 

background image

światłach. 

Trochę ją zirytował jego nie dopuszczający sprzeciwu ton, ale uznała, że akurat 

dzisiaj Joel ma rację. 

– Łatwo poznać, kiedy facet ma siostry – bąknęła. 
Roześmiał się i otworzył drzwi do garażu. Kirsten udzieliła mu wskazówek, jak 

się  obchodzić  z  kapryśnym  pedałem  sprzęgła  i  chimeryczną  skrzynią  biegów,  i 
ruszyli. 

–  No  nie  –  mruknęła  Kirsten  i  zwiększyła  szybkość  wycieraczek.  –  Przy  tym 

deszczu prawie nie widać drogi – wyjaśniła, gdy Joel na nią krzywo spojrzał. 

– Chyba powinienem ci zrobić jeszcze jedną grzankę – zauważył, gdy zaczęła 

się malować. 

– Są inne sposoby zamknięcia mi ust niż zapychanie ich grzanką – oznajmiła i 

w tym momencie zdała sobie sprawę z dwuznaczności swoich słów. Chciała tylko 
powiedzieć,  że  wystarczyłoby  poprosić,  by  zamilkła,  ale  z  jego  miny 
wywnioskowała, że sądzi, iż napomknęła o wczorajszym pocałunku. 

– Wiem – rzekł spokojnie, ale tak zacisnął palce na kierownicy, aż zbielały mu 

kostki. 

Coś  jest  nie  tak,  pomyślała.  W  jednej  chwili  Joel  jest  zadowolony,  a  w 

następnej krzywi się z przykrością. Uporawszy się z makijażem, zaczęła zaplatać 
warkocz, co w samochodzie nie było łatwe. Trąciła przy tym niechcący Joela. 

– Czy nosisz warkocz, bo tak jest wygodnie? 
–  Tak,  a  poza  tym  warkocz  wygląda  schludnie  –  mruknęła  cierpko  i  Joel 

zrozumiał, że znowu zgasił iskierkę porozumienia. Potrząsnął głową. 

– Zawsze chodzisz w spodniach? – spytał. 
– Czy to ma być krytyka? – zaperzyła się. 
– Nie, po prostu pytam – zapewnił ją pospiesznie. 
–  Wolę  spodnie  od  spódnic.  W  lecie  noszę  szorty.  Nigdy  nie  gustowałam  w 

sukienkach i spódniczkach, chociaż nic nie mam przeciwko nim. 

– Ja też nigdy nie przepadałem za spódniczkami – powiedział przekornie. 
–  Miło  mi  to  słyszeć  –  odrzekła  tym  samym  tonem,  a  on  się  ucieszył,  że  się 

rozchmurzyła. – Skręć teraz w lewo – poleciła. – Tędy łatwiej dojechać na parking 
dla lekarzy. 

Zostawili  samochód  i  wkroczyli  na  oddział  nagłych  wypadków  o  całą  minutę 

przed czasem. 

– Pięknie się spisałaś – szepnął Kirsten do ucha. 
Rozpromieniła  się  z  zadowolenia.  Powitała  ich  Renee,  która  wskazała,  gdzie 

background image

mają złożyć płaszcze i torby. 

– Czy ciągle pada? – spytała. 
– Tak – odpowiedzieli jednocześnie. 
– To znaczy, że czeka nas ciężki dzień... 
Renee  zamierzała  oprowadzić  Kirsten  i  Joela  po  oddziale,  kiedy  pojawił  się 

Alex. 

– Cześć, przyszły szwagrze – przywitał się z Joelem. – Jak kolano? 
–  Coraz  lepiej  –  odparł  Joel  z  uśmiechem.  –  Poprawa  jest  powolna,  ale 

zdecydowana. 

Alex zwrócił się do Kirsten i pocałował ją w policzek. 
– Jak zwykle ślicznie wyglądasz – orzekł. – Jordanne i ja mamy dziś dyżur na 

ortopedii. Ona jest teraz na oddziale, ale powinna tu być za chwilę. 

– Już jestem – obwieściła Jordanne, która podeszła z tyłu do Aleksa. Uścisnęła 

narzeczonego,  a  potem  zwróciła  się  do  brata:  –  Widać  miałeś  dużo  zajęć  w  tym 
tygodniu, bo jeszcze nie miałam okazji cię zobaczyć. – Objęła Joela i pocałowała 
go w policzek. – Cieszę się, że tu jesteś – powiedziała. 

Kirsten  czuła się  trochę nieswojo  w  obecności Jordanne.  Czy  przyjaciółka  się 

domyśli,  że  całowali  się  z  Joelem?  Nie  chodziło  o  to,  że  Jordanne  mogłaby  się 
zgorszyć, ale Kirsten nigdy jej nie wspominała o swoim zauroczeniu Joelem. 

– To prawdziwe spotkanie rodzinne – zauważyła ze śmiechem Renee. – Tylko 

Jeda i Sally brak do kompletu. Szkoda, że wyjechali na weekend do Sydney. 

Kiedy  Jordanne  i  Alex  odeszli  do  swoich  obowiązków,  Renee  zaczęła 

zapoznawać Kirsten i Joela z oddziałem. 

–  Wprawdzie byliście  tu  kilka  dni  temu,  ale  jeszcze  raz oprowadzę  was,  póki 

jest  spokojnie. Tutaj  –  wskazała  wielką  tablicę  –  jest  dzienny  plan  dyżurów. Stąd 
możecie  się  dowiedzieć,  jacy  specjaliści  mają  dyżury  na  poszczególnych 
oddziałach. Tu są sale urazowe – pokazała sale przygotowane na przyjęcie chorych 
wymagających  natychmiastowej  pomocy  –  a  tam  mamy  gabinety  zabiegowe. 
Będziecie  przyjmować  pacjentów,  którzy  zgłaszają  się  do  nas  z  różnego  rodzaju 
dolegliwościami.  Pielęgniarki  udzielą  wam  w  razie  potrzeby  dodatkowych 
informacji. 

Renee zawróciła ku swojej dyżurce i wręczyła Kirsten i Joelowi identyfikatory. 
– Kiedy przywiozą kogoś po wypadku, zostaniecie poproszeni o pomoc tylko w 

razie  braku  personelu.  Wasze  zadanie  to  przyjąć  pacjentów  z  poczekalni  – 
poinstruowała  Kirsten  i  Joela,  po  czym  przedstawiła  ich  lekarzom  obecnym  na 
oddziale. 

background image

Czas płynął Kirsten bardzo szybko. Kilka razy miała trudności ze znalezieniem 

potrzebnych  narzędzi  lekarskich,  ale  pomogła  jej  w  tym  jedna  z  pielęgniarek. 
Kiedy  po  dwóch  godzinach  Kirsten  zajrzała  do  poczekalni,  stwierdziła,  że  jest 
pusta. 

–  Jak  ci  poszło?  –  usłyszała  za  plecami  niski  głos  Joela.  Odwróciła  się  i 

spojrzała w jego śmiejące się oczy. 

– Świetnie. A tobie? – zapytała. 
– Dobrze – odparł z westchnieniem. – Kocham jazdę na nartach, ale pomaganie 

ludziom to też moja pasja. 

–  Znam  to  uczucie,  chociaż  akurat  dzisiaj  miałam  dość  banalne  przypadki, 

głównie  zadawniony  katar  sienny,  z  którym  należało  wcześniej  zgłosić  się  do 
lekarza. 

–  Tak  zwykle  bywa.  Kiedy  nadchodzi  weekend  i  gabinety  lekarskie  są 

nieczynne, wtedy wszyscy zgłaszają się do szpitala. 

–  Właśnie.  W  najmniej  odpowiednim  momencie  maluchy  wpychają  sobie  do 

uszu różne dziwne przedmioty, dorośli potrafią się poparzyć kawą... 

– Skoro mowa o kawie, to czy moglibyśmy teraz... ? 
– Chyba tak, ale lepiej najpierw spytajmy Renee. 
–  Ależ  tak,  zróbcie  sobie  przerwę,  skoro  to  możliwe  –  rzekła  Renee.  –  Przed 

chwilą  odebrałam  telefon  z  policji,  że  na  autostradzie  był  karambol.  Nie  cierpię 
deszczowych  dni  –  dodała  z  westchnieniem.  –  Karetki  są  w  drodze  i  powinny  tu 
dotrzeć  za  godzinę,  więc  lepiej  zjedzcie  coś  teraz,  bo  jak  przyjadą  z  rannymi,  to 
jednocześnie  zwali  się  nam  na  głowę  mnóstwo  pacjentów  z  drobnymi 
dolegliwościami. 

Kirsten  i  Joel  udali  się  więc  do  bufetu,  gdzie  zastali  Aleksa  i  Jordanne.  W 

trakcie posiłku rozmawiali z ożywieniem. W pewnym momencie Kirsten spojrzała 
na zegar ścienny. Od telefonicznego zgłoszenia odebranego przez Renee upłynęło 
już pół godziny. 

– Czy znane są jakieś szczegóły o kraksie na autostradzie? – zapytała Aleksa. 
– Nie, ale wkrótce dostaniemy raport – odparł, po czym zwrócił się do Joela. – 

Jordanne mi mówiła, że jesteś dyplomowanym chirurgiem. Czy tak? 

– Owszem, ale od ponad trzech lat nie wykonałem żadnej operacji – powiedział 

cicho Joel. 

Kirsten zauważyła, że spojrzał porozumiewawczo na siostrę. 
–  Jak  myślisz,  po  co  tu  jestem?  –  rzekł  Joel.  –  Po  to,  żeby  odświeżyć 

umiejętności i nauczyć się czegoś nowego. 

background image

– Jasne – zgodził się Alex. – Ja nie proszę, żebyś dziś operował, ale na wszelki 

wypadek dobrze wiedzieć. 

Zadźwięczał pager. 
– Chodźmy, wzywają nas – powiedziała Jordanne. 
Wszyscy  czworo  skierowali  się  na  oddział  nagłych  wypadków  i  zgłosili  do 

Renee. 

– Jakie wiadomości? – spytał Alex i wszyscy z uwagą wysłuchali odczytanego 

przez Renee raportu, dostarczonego przed chwilą przez personel medyczny karetki. 

–  Chyba  spędzimy  trochę  czasu  przy  operacjach.  Idę  na  blok  operacyjny  i 

przygotuję instrumenty – zauważyła Jordanne. 

– Ze też Jed i Sally musieli akurat teraz wybrać się do Sydney – mruknął Alex, 

podążając za narzeczoną. 

–  A  my  idziemy  do  pacjentów,  skoro  nie  jesteśmy  potrzebni  gdzie  indziej  – 

oznajmił  Joel  i  wraz  z  Kirsten  skierował  się  ku  poczekalni.  Jak  przewidywała 
Renee, napłynęło  mnóstwo osób,  jedni  w  związku  z karambolem,  inni po poradę 
lub pomoc. 

W wolnej chwili między przyjęciami pacjentów Kirsten poszła odwiedzić lana. 

Przy jego łóżku siedziała Stephanie. 

–  Witajcie,  sąsiedzi,  łan,  wyglądasz  dziś  dużo  lepiej  –  powiedziała  Kirsten, 

zerknąwszy na kartę chorego. 

–  I  lepiej  się  czuję.  –  Uśmiechnął się  do  niej  z  wdzięcznością.  –  Dziękuję  ci, 

Kirsten.  Mama  mówi,  że  gdyby  nie  ty,  to...  –  zająknął  się  i  łzy  napłynęły  mu  do 
oczu. 

– Chciałem podziękować tobie i temu drugiemu lekarzowi, który pomagał mnie 

ratować. 

– Powtórzę mu – obiecała Kirsten. Gawędziła z nimi jeszcze kilka chwil, póki 

nie  odwołała  jej  pielęgniarka,  informując,  że  wzywają  ją  na  oddział  nagłych 
wypadków. 

– Przepraszam, obowiązki – rzekła Kirsten i spojrzała na lana. – Postaram się tu 

wpaść w przyszłym tygodniu, ale szczerze mówiąc, nie mogę się doczekać, kiedy 
będziesz już w domu. 

– Ja też – odparł łan. 
Wróciwszy na oddział nagłych wypadków, natknęła się na Joela. Z jego twarzy 

wyczytała, że jest wstrząśnięty. 

– Co się stało? – spytała. 
– Następny wypadek. 

background image

– Znowu jakaś kraksa? 
–  Nie  –  odparł  poważnie.  –  Na  jedną  z  górskich  wiosek  osunęła  się  błotna 

lawina. Obaliła drzewa, zrujnowała chaty. 

– Co? – Kirsten wprost nie mogła uwierzyć.  – Niezły bilans jak na pierwszy, 

podobno ulgowy dzień pracy w szpitalu. 

–  Renee  właśnie  nadała  wiadomość  na  pager  Aleksowi,  który  w  tej  chwili 

znajduje  się  w  bloku  operacyjnym.  Alex  jest  kierownikiem  szpitalnego  zespołu 
ratowniczego  –  tłumaczył  Joel.  –  Mają  tu  taki  niedobór  personelu,  że  nie  wiem, 
kogo on tam wyśle. 

– Nie ma już pacjentów? – spytała Kirsten, wskazując pustą poczekalnię. 
– Jak widzisz. Mam nadzieję, że to nie jest spokój przed burzą. 
–  A  więc  możemy  się  przydać  gdzie  indziej.  –  Ledwo  Kirsten  wymówiła  te 

słowa, zjawiła się przełożona. – Co słychać, Renee? 

– Jordanne zastąpi Aleksa, który za chwilę opuści blok operacyjny i zajmie się 

utworzeniem grupy ratowników. 

–  Renee  spojrzała  na  Joela.  –  Powiedział,  że  chce  cię  włączyć,  bo  podobno 

dobrze znasz ten teren. Czy tak? 

– Właśnie stamtąd mnie przywiózł trzy miesiące temu – odparł Joel. 
–  Kirsten,  czy  możesz  się  zająć  pacjentami,  którzy  będą  napływać  do 

poczekalni?  –  spytała  Renee.  –  Trzeba, żebyś  spisała  ich  dane  i  dopilnowała, aby 
wypełnili  formularze,  bo  brakuje  nam  w  tej  chwili  personelu.  Wezwałam  kilka 
pielęgniarek,  ale  trochę  potrwa,  nim  dotrą.  Za  dziesięć  minut  Alex  przeprowadzi 
odprawę w pokoju lekarskim. Joel, proszę, bądź tam punktualnie. 

– Jasne. 
Renee oddaliła się do swojej dyżurki. 
–  To  logiczne,  że  Alex  chce  cię  zabrać  ze  sobą  –  powiedziała  Kirsten.  – 

Denerwujesz się? 

–  Dlaczego  miałbym  się  denerwować?  Brałem  wielokrotnie  udział  w  akcjach 

ratowniczych  po  osunięciu  się  lawin  śnieżnych,  błotnych,  ratowałem  ofiary 
wypadków narciarskich. Alex wie, co robi. Znam tamten teren i ludzi, którzy tam 
pracują. 

Chociaż oboje stali blisko blatu rejestracji, Kirsten lekko uścisnęła ramię Joela. 
– Proszę, bądź ostrożny – rzekła z zatroskaniem. 
– Postaram się – obiecał. – W porównaniu z tymi wszystkimi perypetiami, jakie 

przeżyłem  w  ciągu  ostatnich  lat,  to  będzie  fraszka.  –  Uśmiechnął  się,  a  ją 
wzruszenie  ścisnęło  za  gardło.  –  Wszystko  będzie  dobrze  –  zapewnił.  –  Zanim 

background image

wyruszymy, przyjdę się pożegnać. 

Kiedy Joel odszedł, Kirsten musiała się zająć pacjentem z urazem kręgosłupa. 

Pan Muller nie mógł się samodzielnie poruszać, więc pomogła mu się przesiąść ze 
stojącego na parkingu samochodu na wózek, który następnie wtoczyła do szpitala i 
do gabinetu zabiegowego. Zbadawszy pacjenta, zawiozła go na prześwietlenie. Po 
powrocie na oddział spotkała Joela, który jej szukał. 

– Jak tam odprawa? – zagadnęła. Ponagliła go, by podążył za nią do gabinetu 

zabiegowego.  Jeżeli  zamierzał  ją  pocałować  na  pożegnanie,  to  lepiej,  żeby  byli 
sami. 

– Dowiedziałem się, że jeszcze nie zdołano wydobyć dwudziestu pięciu osób i 

że na miejscu katastrofy pracują ekipy ratownicze z Coomy. Kobieta nazwiskiem 
Frances Althorpe jest ciężko ranna. Nie można dokładnie ocenić jej obrażeń, gdyż 
od pasa w dół jest uwięziona w rumowisku, które jeszcze jest ruchome. 

– To potworne. Kiedy wyruszacie? 
– Wyruszamy – poprawił ją. 
– Co takiego? 
–  Aleksowi brakuje  jednej  osoby  w  zespole  i  mam  ci  powiedzieć,  że  zostałaś 

zwerbowana. 

–  Ale...  –  zająknęła  się  –  przecież  ja  nie  mam  pojęcia  o  standardach 

medycznych stosowanych w ratownictwie. 

– Więc szybko się nauczysz, bo nie ma nikogo innego – powiedział i wyciągnął 

do niej rękę, lecz się cofnęła. 

–  Czyż  Renee  nie  wezwała  kilku  osób  z  personelu?  A  kto  się  zajmie 

pacjentami?  Jest sobota  po południu,  pada  deszcz.  Dzieci  uprawiają  dzisiaj  różne 
sporty i w razie wypadku na oddziale nie będzie nikogo, kto mógłby im pomóc  – 
protestowała, przerażona perspektywą udziału w wyprawie ratowniczej. 

–  Chodź,  porozmawiamy  po  drodze.  –  Joel  wziął  ją  za  rękę  i  wyprowadził  z 

gabinetu. – Byłaś wspaniała tego wieczoru, kiedy lana poraził piorun. 

– Ale to była wyjątkowa sytuacja. 
–  Posłuchaj,  Renee  panuje  całkowicie  nad  wszystkim  i  sobie  poradzi  z 

pacjentami. My zaś polecimy helikopterem do Jindabine i stamtąd samochodem na 
miejsce  katastrofy.  W  ten  sposób  dotrzemy  tam  za  godzinę,  podczas  gdy  podróż 
samochodem trwałaby ponad trzy. 

– Ale... 
– Kirsten, nie ma czasu na „ale”. – Joel ścisnął zachęcająco jej rękę. Widziała, 

że aż się rwał, aby ratować ludzi, i jego ekscytacja jej się udzieliła.  – Dasz sobie 

background image

radę – zapewnił ją. – Pomogę ci. 

 

background image

Rozdział 5 

 
Pełna  przerażenia  spoglądała  w  głąb  szerokiej  szczeliny  w  rumowisku, 

zjeżdżając w dół. Ekipy ratownicze mozolnie pracowały podczas ostatnich czterech 
godzin  i  teraz,  gdy  schyłek  dnia  był  bliski,  sytuacja  stawała  się  jeszcze  bardziej 
nagląca. 

–  Kirsten,  jesteś  prawie  na  miejscu  –  zabrzmiał  w  słuchawkach  radiotelefonu 

głos Aleksa. 

W  czasie  podróży  na  miejsce  katastrofy  Kirsten  uważnie  przysłuchiwała  się 

objaśnieniom  Aleksa.  Kiedy  przybyli  do  wioski,  spełniała  jego  polecenia.  W 
pewnej chwili Joel i Alex, którzy cicho się naradzali, podeszli do niej. 

–  Ile  ważysz?  –  spytał  Joel.  Tym  razem  nie  mogła  mu  odpowiedzieć,  że  to 

niedyskretne pytanie. 

–  Sześćdziesiąt  cztery  kilo  –  odparła  niepewnie.  –  Dlaczego  pytasz?  –  Nagle 

uświadomiła sobie, że wolałaby nie znać odpowiedzi. 

– Drużyna ochotniczej straży pożarnej, która znalazła Frances, nie mogła przy 

niej  nikogo  zostawić,  gdyż  gruz  jeszcze  się  przemieszczał.  Deszcz  ze  śniegiem, 
który  wtedy  padał,  teraz  na  szczęście  ustał,  więc  trzeba  spróbować  do  niej  się 
dostać.  Odzyskała  przytomność,  dzięki  czemu  poznaliśmy  jej  nazwisko. Jeden  ze 
strażaków, który  jest  technikiem  medycznym,  podłączył  kroplówkę i  zaaplikował 
morfinę. Teraz jednak trzeba, żeby zjechał tam lekarz, ale na tyle lekki, żeby nie 
poruszyć gruntu – tłumaczył Joel. 

Na  twarzy  Kirsten  odmalował  się  widocznie  wyraz  dzikiego  przerażenia,  bo 

Joel natychmiast położył jej rękę na ramieniu. 

–  Nie  bój  się  –  powiedział.  –  Nic  ci  nie  grozi.  Spuścimy  cię  w  specjalnej 

uprzęży,  będziemy  cię  ubezpieczać  liną  i  w  każdej  chwili  można  będzie  cię 
wyciągnąć. 

–  Będę  z  tobą  utrzymywał  stałą  łączność  radiową  –  dodał  Alex.  –  Poradzisz 

sobie, Kirsten. 

– No dobrze – zgodziła się, podniesiona na duchu ich optymizmem. Czuła, że 

nie ma wyboru. 

Zanim się zorientowała, co się dzieje, zjeżdżała w dół, z torbą z ratowniczym 

zestawem medycznym na piersiach. 

– Jestem na dole – zameldowała, dotknąwszy stopami gruntu. Opuszczono ją w 

odległości kilku metrów od Frances i musiała do niej ostrożnie podejść. – Frances? 

background image

– Uklękła przy jej głowie.  – Jestem lekarką. Nazywam się Kirsten Doyle. Jestem 
tu, żeby ci pomóc. 

Frances  nie  zareagowała,  więc  Kirsten  wyjęła  latarkę  i  skontrolowała  źrenice 

pacjentki. Poinformowała Aleksa przez radiotelefon, że źrenice Frances reagują na 
światło i kontynuowała obserwację. 

– Czy grunt, na którym stoisz, rusza się? 
– Nie, jest nieruchomy. Tętno Frances jest słabe. 
– Krwotok wewnętrzny – bąknął Alex. 
– Tak – zgodziła się Kirsten. 
– Jak kroplówka? 
– Płyn się kończy. Zmienię butelkę. – Uczyniwszy to, podała Aleksowi wyniki 

obserwacji  pacjentki,  po  czym  oznajmiła:  –  Spróbuję  teraz  odgarnąć  od  niej 
mniejsze kawałki gruzu. 

– Uważaj ! – ostrzegł. 
Ostrożnie podniosła kilka mniejszych odłamków i odłożyła je dalej od kobiety. 
– Francesi – zawołała, ale znowu nie otrzymała odpowiedzi. – Właśnie próbuję 

– podniosła kawał cegły i ostrożnie odłożyła go na bok – odgarnąć trochę gruzu. 

– Kirsten? 
– Tak, Alex. 
– Wyślę ci na dół Joela. Chyba rumowisko już zastygło. 
–  Tak,  jest  całkiem  sucho  –  powiedziała,  dalej  wybierając  kawałki  gruzu. 

Wkrótce spuszczono Joela. 

– I jak? – zaśmiał się. – Dobrze się bawisz? 
– Nie bardzo, ale nie jest tak źle, jak myślałam. – Przestała usuwać odłamki i 

ponownie  przeprowadziła  badanie  podstawowych  czynności  życiowych  rannej.  – 
Bez zmian – obwieściła. 

Powoli,  kawałek  po  kawałku,  usuwali  gruz  wokół  Frances,  ale  kobieta  od 

bioder w dół nadal tkwiła w rumowisku. 

Kirsten znowu sprawdziła reakcję źrenic Frances na światło i zbadała jej tętno. 

Tym razem kobieta zareagowała na jej wołanie. Kirsten spojrzała na Joela. 

– Słyszałeś, czy mi się wydawało? – zapytała. 
Joel potrząsnął głową, znieruchomiał i zaczął nasłuchiwać. 
– Frances! – zawołał. – Słyszysz mnie? 
Kobieta  wybełkotała  coś  niezrozumiałego.  Oczy  nadal  miała  zamknięte,  lecz 

mocno zaciśnięte powieki świadczyły, że odzyskała przytomność. 

– Podaj jej więcej morfiny. Ostatnio dostała ją pięć godzin temu – polecił Joel, 

background image

ściągnąwszy robocze rękawice i zamieniając je na rękawiczki lekarskie. – Frances, 
jestem lekarzem, moje nazwisko McElroy, a to doktor Doyle. Jesteś uwięziona w 
rumowisku, ale nie rozpaczaj, pomożemy ci. – Zwrócił się do Kirsten. – Gotowe? – 
zapytał. 

Skinęła  głową  i  ostrożnie  podała  morfinę.  Dwie  minuty  później  Frances  z 

powrotem  straciła  przytomność,  a  Joel  i  Kirsten  znów  się  zabrali  do  odgarniania 
gruzu. W miarę jak odsłaniało się ciało Frances, opatrywali jej rany. Unieruchomili 
złamaną rękę i opatrzyli skaleczenia na twarzy. Ucieszyli się, gdy przysłano im do 
pomocy  dwóch  mężczyzn,  którzy  zajęli  się  gruzem.  Cały  teren  oświetlał  teraz 
potężny reflektor, gdyż zapadł już zmrok. 

– Kirsten, Joel! – rozległ się w słuchawkach radiotelefonu głos Aleksa. – Czas 

na powrót i odpoczynek. 

Gdy  znaleźli  się  na  górze,  Kirsten  poczuła  się  tak  zmęczona,  że  najchętniej 

padłaby  jak  stoi  na  ziemię,  ale  Joel  wziął  ją  za  rękę  i  poprowadził  do  namiotu, 
gdzie przygotowano posiłek dla ekip ratowniczych. 

W  namiocie  nie  było  nikogo.  W  głębi  stał  stół  z  kanapkami  i  napojami,  przy 

nim  kilka  krzeseł.  Chociaż  Kirsten  miała  na  sobie  gruby  płaszcz 
przeciwdeszczowy,  odetchnęła  z  ulgą  w  zaciszu  namiotu,  który  chronił  przed 
przenikliwym wiatrem. 

–  Wyczerpujące  zajęcie,  prawda?  –  zagadnął  Joel.  –  Ale  poczekaj,  aż 

wydobędziemy Frances. Przekonasz się wtedy, jakie to wspaniałe uczucie. 

–  Mam  nadzieję,  bo  w  tej  chwili  najchętniej  zwinęłabym  się  w  kłębek  w 

cieplutkim łóżku i spałabym przez cały tydzień. 

– Dobrze cię rozumiem – powiedział ze śmiechem. Po chwili twarz mu stężała i 

zapatrzył się w mrok nocy. 

– Straciłeś kiedyś kogoś podczas akcji ratowniczej? 
– Tak. W podobnych okolicznościach trzeba mieć świadomość, że zrobiło się 

wszystko, żeby pomóc drugiemu człowiekowi. 

Powiedział to z taką gwałtownością, że Kirsten pomyślała, iż musi być w tym 

jakiś ukryty sens. 

– Wolę o tym nie myśleć – powiedziała. 
Joel głęboko odetchnął. Przymknął na moment oczy, na jego przystojnej twarzy 

odmalowała się udręka. 

– Joel? 
–  Zycie  jest  zbyt  cenne,  żeby  je  marnować  –  mruknął  i  pochylił  się.  by  ją 

pocałować. 

background image

Kirsten czekała bez tchu na dotyk jego warg. Ten pocałunek nie przypominał 

żadnego z dotychczasowych. Był delikatny, pozostawił osad smutku. Nagle Joel się 
odsunął i spojrzał na Kirsten. Odczytała w jego oczach cierpienie, lecz instynkt jej 
podpowiedział, że nie chodzi o nią. 

– Co się stało? – spytała cicho. 
–  To  było  dawno  temu  –  wyszeptał,  wyciągając  rękę,  by  pogłaskać  policzek 

Kirsten. – Jaka ty jesteś piękna! 

– Założę się, że jej urody też nie brakowało – powiedziała bez cienia zazdrości. 
– Tak – potwierdził. 
– Chcesz o tym mówić? 
–  Niewiele  jest  do  powiedzenia.  To  się  stało  w  Szwajcarii,  pewnej  okropnej 

nocy. 

–  Joel!  –  przerwała  mu.  –  Nic  nie  mów,  jeżeli  nie  masz  ochoty.  Nie  chcę 

nalegać. 

Uśmiechnął się do niej i jej zakłopotanie ulotniło się w jednej chwili. 
–  Ale  ja  chcę  opowiedzieć  ci  o  Sylwii.  –  Ze  smutkiem  potrząsnął  głową.  – 

Jeździliśmy wtedy do późna na nartach, zaskoczyła nas śnieżyca... 

Kirsten wstrzymała oddech i położyła mu rękę na dłoni. 
–  Na  szczęście  w  pobliżu  był  szałas  –  ciągnął.  –  Takie  szałasy  stawia  się  w 

wysokich  górach  specjalnie  dla  zbłąkanych  albo  tych,  którzy  ulegną  wypadkowi. 
Jest tam  apteczka  z podstawowymi  lekami,  zapasy  żywności,  koce.  W  drodze do 
szałasu  Sylwia  potknęła  się  i  pośliznęła.  Stoczyła  się  po  zboczu,  spadła  dziesięć 
metrów  w  głąb  parowu  i  uderzyła  w  głaz.  –  Joel  mówił  bezbarwnym  głosem.  – 
Jakoś  doniosłem  ją  do  szałasu,  ale  miała  rozległe  wewnętrzne  obrażenia. 
Wykorzystałem  wszelkie  dostępne  środki,  ale  jej  potrzebna  była  natychmiastowa 
transfuzja krwi. 

Popatrzył na ich splecione dłonie, a potem spojrzał Kirsten w oczy. 
– Zanim nas znaleziono, upłynęła doba. Trzy dni później pochowałem Sylwię w 

Davos. Mieliśmy się pobrać pod koniec miesiąca. 

Kirsten milczała pod wrażeniem jego słów. 
– Musiałeś to bardzo ciężko przeżyć – powiedziała wreszcie. 
–  O  tak,  ale...  w  trudnych  sytuacjach  znajdowałem  zawsze  oparcie  w  mojej 

rodzinie i tym razem też się nie zawiodłem. 

– Na rodzinie zawsze można polegać, zwłaszcza na takiej jak twoja – przyznała 

z uśmiechem. 

– To było dawno temu. – Uścisnął jej rękę i wypuścił ją. – Teraz jestem innym 

background image

człowiekiem. Śmierć bliskiej osoby pozostawia głęboki ślad. 

Umilkli  i  posilali  się,  czekając  na  wezwanie.  Kirsten  dopijała  kawę,  gdy  do 

namiotu wszedł Alex. 

– Co nowego? – spytała. 
– Teraz spróbujemy podnieść duże bryły betonu. Udało się częściowo odsłonić 

nogi Frances i widać, że będzie potrzebna rozległa operacja. Będę czekał na górze i 
zajmę  się  nią,  kiedy  tylko  ją  podniosą.  Chciałbym,  żebyście  zjechali  na  dół  i 
pomogli umieścić ją na noszach. 

Kirsten westchnęła. 
– Wiem, że pierwszy raz uczestniczysz w takiej akcji – powiedział do niej Alex 

–  i  spisujesz  się  wspaniale.  Jak  zresztą  cały  zespół.  Tamte  ekipy  ratownicze 
odkopały dziesięć osób; dwie zmarły, a osiem jest w drodze do szpitala. Jak można 
sądzić, sytuacja Frances jest najbardziej dramatyczna. 

– No to idziemy – rzekł Joel i poklepał Aleksa po plecach. 
Deszcz znów zaczął padać, co wszystko spowolniło, i upłynęło jeszcze półtorej 

godziny, zanim Kirsten z Joelem zdołali oczyścić Frances z resztek gruzu i ułożyć 
ją na noszach. 

Kirsten nareszcie stanęła znów na twardym gruncie. Alex z asystentem i dwie 

pielęgniarki opatrywali obrażenia Frances. 

– Wracasz z Aleksem – Joel poinformował Kirsten. 
–  A  ty?  –  Spojrzała  na  niego  spod  wpółprzymkniętych  powiek.  W  życiu  nie 

była tak zmęczona. 

– Zostaję i będę pomagał innej ekipie. 
– Ale... 
– Czuję taką potrzebę, Kirsten. 
– Ale jesteś wyczerpany. 
–  Jestem  bardzo  wytrzymały  i  mam  wielkie  zasoby  energii  –  zapewnił  ją.  – 

Pamiętaj, że jestem sportowcem. 

–  Pocałował  Kirsten  w  czoło.  –  Wracaj  z  Aleksem.  Twoja  pomoc  będzie  mu 

potrzebna. 

– Jak się dostaniesz do domu? 
– Są na świecie taksówki – powiedział i lekko się uśmiechnął. – Zobaczymy się 

rano. 

Kirsten  ujęła obiema  rękami  jego  twarz  i  pocałowała go, nie dbając,  czy  ktoś 

patrzy. Po tym wszystkim, co przeszli tej nocy, co sobie powiedzieli, czuła, że Joel 
jest jej bliższy niż jakikolwiek inny mężczyzna w jej życiu. 

background image

– Uważaj na siebie – powiedziała, kiedy w końcu od siebie się oderwali. 
– Postaram się – obiecał, odwrócił się i odszedł. 
Łzy napłynęły Kirsten do oczu. Czy widzi Joela ostatni raz? Nie! Odpędziła tę 

myśl. Joel zawsze wychodzi cało z opresji. Czyż tego nie dowiódł? 

 
– Joel! Joel! – Kirsten brnęła po kolana w śniegu przez rozległą polanę. – Joel! 

–  zawołała  znowu,  wypatrując  go  rozpaczliwie  pośród  wirujących  płatków 
śnieżnych.  Śnieg  zmienił  się  w  rumowisko  i  Kirsten  zaczęła  gołymi  rękoma 
odrzucać kawały gruzu. Joel był przysypany podobnie jak Frances i Kirsten kopała 
coraz szybciej. – Czekaj – mówiła mu. – Wydobędę cię, obiecuję. 

Zamknął oczy, głowa mu opadła na bok. Kirsten pospiesznie zbadała mu tętno. 
–  Czekaj  –  powtórzyła  i  znów  zaczęła go  odkopywać.  Ręce  jej  krwawiły,  ale 

nie czuła bólu. – Joel! – zawołała ponownie i obudził ją własny krzyk. Usiadła na 
łóżku i zobaczyła, że jest w swojej sypialni. Nadal miała na sobie spodnie khaki i 
białą bluzkę, które włożyła rano – wczoraj rano. 

Pociągnęła nosem i potarła oczy, mokre od łez. 
–  Joel?  –  szepnęła  i  cicho  przemknęła  przez  dom  aż  do  drzwi  wiodących  do 

małego  domku.  Uchyliwszy  je,  ujrzała  światło  w  oknie.  Ogarnęła  ją  radość.  To 
znaczy, że on jest w domu. Wtem opadły ją wątpliwości. Może zapomniał zgasić 
światło?  Był  tylko  jeden  sposób,  żeby  się  przekonać.  Wróciła  prędko  do  swego 
pokoju,  narzuciła  luźny  wełniany  sweter,  włożyła  ciepłe  bambosze,  po  czym 
biegiem przemierzyła ogródek i zapukała do drzwi domku. 

Stojąc w porannym chłodzie, niecierpliwie czekała na odpowiedź. Pospiesz się, 

Joel, ponaglała go w myślach. Zapukała jeszcze raz, trochę głośniej. 

– Już idę ! – zawołał. 
Odetchnęła z ulgą. Więc Joel jest w domu. Kiedy otworzył drzwi, ogarnęła ją 

radość,  która  po  chwili  ustąpiła  miejsca  przestrachowi.  Z  oczu  Joela  wyzierało 
zmęczenie, na czole widniały kropelki potu. Przyjrzała się mu i zdała sobie sprawę, 
że  ciężko  wspiera  się  na  kulach.  Spodnie  miał  obcięte  nad  kolanem,  które  było 
grubo obandażowane. 

– Joel ! – Z troską obserwowała, jak manewrując kulami, dociera do kanapy i 

siada, opierając nogę na stercie poduszek. – Co się stało? 

Nie  czekając  na  odpowiedź,  położyła  mu  rękę  na  czole.  Było  rozpalone.  Bez 

słowa  poszła  do  kuchni  i  poszukała  ręcznika.  Zmoczyła  go  w  zimnej  wodzie  i 
wyżęła,  myśląc  przy  tym,  że  teraz  szansa  Joela na udział  w  olimpiadzie  wygląda 
marnie. 

background image

Wróciła  i  położyła  Joelowi  ręcznik  na  czole.  Spytała,  czy  zażył  środek 

przeciwbólowy. 

–  Alex  zrobił  mi  zastrzyk  w  szpitalu  –  odparł.  –  Wróciłem  dopiero  przed 

dziesięcioma minutami. 

– Jak tu się dostałeś? Powinieneś zadzwonić do moich drzwi, przecież bym ci 

pomogła. 

– Jeden z pielęgniarzy mnie podwiózł. – Joel ujął rękę Kirsten. – Nie wypytuj 

mnie, tylko chodź i usiądź tu. 

– Po prostu martwię się o ciebie – powiedziała, ale usiadła przy nim, jak prosił. 
– Miło to wiedzieć. – Przymknął oczy i pogłaskał rękę Kirsten. 
– Cieszę się, że wróciłeś. Bardzo się niepokoiłam. 
– Wiem – powiedział zmęczonym głosem. 
Kirsten przechyliła głowę i spojrzała na niego. Skrzywił się, ale wiedziała, że to 

nie była reakcja na ból. 

– Co się stało? 
–  Właśnie  wydobyliśmy  ostatniego  przysypanego,  kiedy  osunęła  się  belka  i 

uderzyła mnie w prawą nogę. – W jego głosie zabrzmiała rozpacz. 

– Co zrobisz? – spytała cicho Kirsten. 
– Będę znów musiał kurować kolano, chociaż na szczęście ten uraz nie jest tak 

poważny jak poprzedni. 

– Co mówi Alex? 
–  Że  mam  lekko  uszkodzony  mięsień  i  ścięgno.  Prześwietlił  mi  nogę,  ale  nie 

stwierdził żadnych przemieszczeń. Operacja nie jest konieczna. 

– To dobra wiadomość – rzekła pocieszająco. 
–  Taak.  –  W  głosie  Joela  zabrzmiała  taka  desperacja,  że  Kirsten  ścisnęło  się 

serce. 

Chwilę milczeli. 
– Joel – odezwała się cicho Kirsten. – Przykro mi z powodu olimpiady. 
– A co ja mam powiedzieć? – Podniósł jej rękę do ust i ucałował. 
–  Pamiętam,  jak  cię  oglądałam,  kiedy  zdobyłeś  srebrny  medal.  Twoi  rodzice 

wydali przyjęcie i wszyscy obecni wznosili okrzyki, a tej chwili, kiedy przejechałeś 
linię mety, nie zapomnę do końca życia. To było fantastyczne. 

– Tak. – Przymknął oczy. 
– Czy ta chwila ci wystarczy? 
– Chyba innej podobnej nie będzie. 
–  A  ja  uważam,  że  ciągle  jeszcze  masz  szansę  dostać  się  do  reprezentacji. 

background image

Zatelefonuj dziś do fizjoterapeuty i poproś, żeby przyjechał i obejrzał twoje kolano. 
Zadzwoń  do  trenera  i  dowiedz  się,  czy  nie  zgodziłby  się  na  zakwalifikowanie  w 
późniejszym terminie. 

– A co z twoją praktyką? – Podniósł głowę i spojrzał jej w oczy. 
– Dam sobie radę – odparła. – Będę cię odwozić na zabiegi i potem przywozić 

do  domu.  Jeżeli  ci  zależy,  żeby  jeszcze  raz  przeżyć  ten  moment,  pomogę  ci,  jak 
potrafię. 

– Niedługo przyjedzie Melissa. 
–  Wiem  –  powiedziała  z  westchnieniem  –  ale  jeżeli  uda  się  nam  i  ją  w  to 

wciągnąć, może jej też dobrze to zrobi. 

Joel pocałował ją. 
– Dziękuję ci – rzekł głosem, w którym zabrzmiała nadzieja. – Jesteś dla mnie 

dobra... 

– Mów mi to częściej – powiedziała. 
Roześmiał się. Siedzieli w milczeniu kilka minut, wreszcie Kirsten przeciągnęła 

się i ziewnęła. 

. – Całkiem zesztywniałam – pożaliła się. – Chodź, położę cię do łóżka. 
–  Naprawdę,  doktor  Doyle?  –  zapytał  z  tym  swoim  przekornym  uśmiechem. 

Kirsten ucieszyła się, że wraca mu dobry humor. 

– Dobrze wiesz, co mam na myśli. 
Kirsten pomogła Joelowi wstać i zaprowadziła go do sypialni. Posłała łóżko, a 

kiedy  usiadł,  wzięła  od  niego  kule  i  ustawiła  obok,  by  miał  je  pod  ręką,  kiedy 
wstanie.  Pomogła  mu  zdjąć  brudną  koszulę  i  spodnie,  powstrzymując  się  przed 
chęcią  pogładzenia  jego  pięknie  sklepionej  klatki  piersiowej  i  umięśnionych  nóg. 
Przecież  jest  sportowcem,  powtarzała  sobie  w  myślach.  Wielokrotnie  podziwiała 
jego  sylwetkę  i  zdawała  sobie  sprawę,  że  musi  być  doskonale  zbudowany.  Ale 
teraz, widząc go tylko w satynowych bokserkach, doznała zawrotu głowy. Z całej 
siły poprawiła poduszki, po czym pomogła Joelowi wygodnie się ułożyć. 

–  Spij  dobrze  –  powiedziała.  –  Nic  dzisiaj  nie  musisz  robić,  więc postaraj  się 

wypocząć. 

– Tak jest, pani doktor – odrzekł ze zmęczonym uśmiechem. 
Kirsten usiadła na brzegu łóżka, on zaś ujął ją za rękę. 
– Jesteś dla mnie taka dobra – powiedział i po chwili zapadł w sen. 
Kirsten  delikatnie  wysunęła  rękę  z  jego  dłoni,  zgasiła  nocną  lampkę  i  cicho 

wyszła.  Spadł  jej  ciężar  z  serca,  gdy  się  przekonała,  że  Joel  jest  w  domu,  a  gdy 
tylko znalazła się w łóżku, zasnęła kamiennym snem. 

background image

 
W piątek telefon komórkowy rozdzwonił się z chwilą, gdy Joel zamykał drzwi. 

Opierając się na kulach, wydobył aparat i opadł na krzesło. 

– Doktor McElroy – przedstawił się. 
– Witaj, kochanie. 
– Ach, to ty, mamo. – Ułożył nogę na stołeczku i usadowił się wygodnie. 
– Czy dzwonię nie w porę? 
– Właśnie wróciłem do domu. 
– Z fizjoterapii? 
– Nie. Dzisiaj miałem wodne zabiegi, a później odwiedzaliśmy razem z Kirsten 

pacjentów. 

– Co z twoim kolanem? 
– Z każdym dniem coraz lepiej. 
– To wspaniale. Cieszę się, że Jed i Jordanne mają cię na oku. Proszę, tylko się 

nie forsuj. 

– Jestem ostrożny, mamo  – zapewnił ją. – Alex zaakceptował wszystkie moje 

ćwiczenia. 

– To dobrze. Uspokoiłam się. A teraz mi powiedz, jak się czuje Kirsten. 
– Bardzo dobrze. 
– Jak sobie radziła podczas akcji ratowniczej? 
–  Była  rewelacyjna  –  rzekł  Joel,  nie  kryjąc  podziwu.  –  Wiem,  że  się 

denerwowała, ale wzięła się w garść i robiła to, co należało. 

– Cieszę się, że się dobrze spisała. 
Joel dosłyszał w głosie matki nutkę dumy. 
– Tobie naprawdę na niej zależy, mamo, prawda? – zapytał. 
–  Oczywiście  –  odparła  Jane,  lekko  obruszona.  –  Zależy  mi  na  przyjaciołach 

moich  dzieci,  szczególnie  takich  jak  Kirsten.  Ona  jest  czarująca  i  ponownie  cię 
ostrzegam, że jeśli ją skrzywdzisz... 

– Mamo – przerwał jej. – Ja naprawdę nie zamierzam jej skrzywdzić. 
– Nie mówię, że umyślnie – powiedziała Jane łagodniejszym tonem. – Do tego 

nie  jesteś  zdolny,  ale  ja  czuję,  że  między  wami  coś  się  święci.  Kobieca  intuicja, 
matczyna miłość – nazwij to, jak chcesz, ale to uczucie mnie nie opuszcza. 

Joel westchnął głęboko i przymknął powieki. 
–  Tak.  Masz  rację  –  przyznał.  –  Coś  się  między  nami  wydarzyło.  Kirsten... 

ona... 

– Skruszyła twój obronny pancerz – podsunęła Jane. 

background image

–  Tak.  Sposób,  w  jaki  się  uśmiecha,  jej chęć  pomocy  innym,  perfumy,  jakich 

używa,  jej  piękne,  długie  włosy...  –  Jęknął  i  otworzył  oczy.  –  Ale  to  nie  ma 
znaczenia – dodał rzeczowo. 

– Dlaczego? 
– Z powodu olimpiady, mamo. To moja ostatnia szansa. Spójrzmy prawdzie w 

oczy.  Nie  jestem  naiwny.  Dwudziestolatki,  z  którymi  będę  walczył,  mają  więcej 
energii i wytrzymałości ode mnie. 

– Bzdura. Tylko twoje kolano może cię pokonać. Nawet dwudziestolatkowi nie 

byłoby  łatwo  odzyskać  formę  po  takim  urazie.  Na  tobie  zawsze  wszystko 
błyskawicznie  się  goiło,  a  do  tego  jeszcze  ta  twoja  determinacja...  Na  pewno  cię 
zakwalifikują, nie mam cienia wątpliwości. 

– Jesteś moją matką. Nic innego nie możesz powiedzieć. 
–  Nie  masz  racji,  kochanie.  Dlatego  że  jestem  twoją  matką,  mogę  ci  mówić 

prawdę. Chcę cię jeszcze spytać, co zamierzasz robić po olimpiadzie. 

–  Pewno  tu  wrócę.  –  Wzruszył  ramionami.  –  Kirsten  będzie  potrzebowała 

kogoś do pomocy. 

– Czy rozmawiałeś z nią o tym? 
– Jeszcze nie. 
Jane westchnęła. 
–  Joel,  kocham  cię,  ale  mi  obiecaj...  –  Głos  matki  był  czuły  i  spokojny,  jak 

zawsze, kiedy  miała wyrazić jakąś przenikliwą opinię. Miała ten dar, że potrafiła 
zajrzeć w głąb czyjegoś serca. – Jeżeli czujesz do Kirsten połowę tego, co czułeś 
do  Sylwii,  to  wasz  związek  warto  kontynuować.  Obserwowałam  was  podczas 
naszego  rocznicowego  przyjęcia  i  zauważyłam,  że  między  wami  zaiskrzyło.  Czy 
pamiętasz wasze pierwsze spotkanie? To było dawno temu, kiedy przyjechałeś do 
domu w przerwie między zawodami. 

–  Nie  pamiętam  –  wyszeptał  z  żalem.  Ale  wtedy  mógł  po  prostu  zignorować 

Kirsten jako jedną z przyjaciółek swojej siostry. 

–  Kirsten  wtedy  podkochiwała  się  w  tobie  i  teraz  pewno  to  się  pogłębiło, 

dlatego cię przestrzegałam, żebyś nie igrał z jej uczuciami. Kirsten to prawdziwy 
skarb  i  nie  chcę,  żebyś  ją  stracił.  Wiem,  jak  ważna  jest  dla  ciebie  olimpiada,  ale 
odpowiedz mi na pytanie... 

Joel czekał. 
–  Gdybyś  miał  do  wyboru  zdobyć  jeszcze  jeden  medal,  nieważne  jakiego 

koloru, albo spędzić życie z ukochaną kobietą, co byś wolał? 

Joel nie odpowiedział. 

background image

 
– Jak się czuje Frances? – Kirsten zapytała o to w następny czwartek Jordanne. 

Minęło prawie dwa tygodnie od czasu, kiedy Frances doznała obrażeń. 

–  Powoli  następuje  poprawa.  Niestety,  musieliśmy  amputować  dwa  palce  jej 

prawej stopy, ale nic równie drastycznego już jej nie grozi. Wczoraj po południu 
operowaliśmy jej miednicę i na razie jesteśmy zadowoleni z rezultatu. 

– Świetnie. A w jakim stanie są jej uda? 
–  Ładnie  się  goją.  Zespoliliśmy  kości  gwoździami  z  dobrym  skutkiem. 

Fizjoterapeuci też są zadowoleni z Frances. 

– To wspaniale. A jak tam z jej stanem psychicznym? 
–  Ona  ma  wspaniałe  poczucie  humoru,  co  jest  bardzo  pomocne  w  takich 

sytuacjach.  Przysięga,  że  nigdy  więcej  nie  podejmie  pracy  w  okolicy,  gdzie  jest 
śnieg.  –  Jordanne  zachichotała.  –  Odmówiła  nawet  wody  z  kostkami  lodu, 
twierdząc, że ziębią podobnie jak śnieg. 

– Zabawne skojarzenie – rzekła Kirsten. 
–  A  co  słychać  u  mojego  brata?  –  zagadnęła  Jordanne.  –  Głównie  z  jego 

powodu dzwonię – dodała. 

Kirsten  właśnie  zakończyła  przedpołudniowy  dyżur.  Zwykle  czwartkowe 

popołudnia miała wolne, ale ponieważ Joel ostro ćwiczył pod okiem fizjoterapeuty, 
a  drugi  lekarz,  którego  zatrudniła,  musiał  nagle  pójść  do  dentysty,  pracowała 
również po południu. 

–  Joel  daje  sobie  radę  lepiej,  niż  się  spodziewałam.  Myślę,  że  pomaga  mu 

doświadczenie  sportowca.  Odzyskuje  sprawność  szybciej  niż  ci,  którzy  ćwiczą 
mniej energicznie. 

– Odkąd pamiętam, zawsze tak było. Wszystkie rany goiły się mu w ciągu kilku 

dni. Skoro codziennie chodzi na fizjoterapię, prędko odzyska sprawność. Ile czasu 
daje mu trener? 

–  Do  świąt  Bożego  Narodzenia.  Drużyna  odlatuje  na  zimową  olimpiadę  w 

drugim tygodniu stycznia. 

– Jak myślisz, czy go zakwalifikują? 
–  Jeżeli  kierować  się  optymizmem,  to  tak,  ale  to  ty  jesteś  ortopedą.  Jak  go 

ocenia Alex? 

– Bardzo dobrze. Minęło jedenaście dni od czasu, kiedy Joel zranił kolano, i jak 

zwykle u niego poprawa postępuje nadzwyczaj szybko. Jeżeli będzie tak dalej, to 
myślę, że ma szanse na wyjazd. 

– Niektórzy ludzie zdrowieją szybciej niż inni – powiedziała Kirsten z zadumą. 

background image

– Czy ty dobrze się czujesz? – spytała Jordanne. 
– Taak. 
– Masz niepewny głos. 
– Nigdy nie miałam do czynienia z kimś takim jak Joel. On ma tyle... energii. – 

Kirsten czuła się trochę skrępowana, rozmawiając z Jordanne o Joelu. 

– No więc co się dzieje między wami? – zagadnęła Jordanne z typową dla niej 

bezpośredniością. 

– Chciałabym to wiedzieć. 
– Czy już cię pocałował? – W tonie Jordanne pobrzmiewało przejęcie. 
Kirsten wahała się chwilę. 
– Tak – przyznała w końcu. 
– Wiedziałam! – rzekła triumfalnie przyjaciółka. – Czy zatem mogę rzec: witaj 

w rodzinie? 

–  Ha!  –  Kirsten  zaśmiała  się  ironicznie.  –  Nie  sądzę,  Jordanne.  Teraz  mamy 

oboje  co  innego  na  głowie.  Joel  musi  trenować,  a  do  mnie  pod  koniec  tygodnia 
zjeżdża Melissa. – Westchnęła. – Nic stałego, rozumiesz? Joel i ja... po prostu póki 
co cieszymy się swoim towarzystwem. 

–  Och,  daj  spokój  –  przerwała  jej  Jordanne.  –  Nie  próbuj  mi  wmówić,  że 

należysz  do  osób,  które  się  wdają  w  przelotne  związki.  Ty  jesteś  typową 
romantyczką. Światło księżyca, serenada i te rzeczy. 

Kirsten uśmiechnęła się, słysząc słowa przyjaciółki. To prawda. W głębi serca 

była romantyczką. 

– Jesteście idealną parą. Kiedy skończy się olimpiada i z Melissą wszystko się 

ułoży, rozpoczniecie wspólne życie z Joelem i będziesz szczęśliwa. 

–  Tak  jak  ty?  –  Kirsten  była  zadowolona,  że  Jordanne  nie  może  widzieć  jej 

twarzy i łez, których nie była w stanie powstrzymać. 

– Tak jak ja – potwierdziła łagodnie Jordanne. 
– Jordanne, jesteś niepoprawną marzycielką. 
– Dziękuję! – rzekła Jordanne. 
–  Ja  wciąż  nie  wiem,  co  z  nami  będzie  –  oznajmiła  Kirsten  tonem  pełnym 

zwątpienia. 

– Opowiedz mi, jak to jest między wami – przynagliła ją przyjaciółka. 
Kirsten  nie  wahała  się  dłużej,  a  nawet  była  zadowolona,  że  może  wreszcie 

pomówić z Jordanne o swoim uczuciu do Joela. 

–  Z  jednej  strony  mam  trochę  żalu  o  to,  że  Joel  poświęca  tyle  czasu  na 

rehabilitację kolana, ale z drugiej strony jestem nastawiona do tego pozytywnie. W 

background image

każdym razie w tym tygodniu prawie codziennie jedliśmy razem kolację. 

– Nie mówiłam? Tworzycie idealną parę! 
– Taak – przytaknęła Kirsten. W jej głosie wciąż brzmiało zwątpienie. 
–  Nie  poddawaj  się  –  zachęcała  Jordanne.  –  Wiem,  że  to  niełatwe,  wierz  mi. 

Kiedy  dorastaliśmy,  Joel  zawsze  biegł  na  jakiś  trening  albo  stosował  jakąś 
specjalną dietę, albo był za granicą. Nie zrozum mnie źle. Jestem naprawdę dumna 
z jego osiągnięć, ale w pewnym sensie był bratem fantomem. 

– Chyba wiem, co masz na myśli – powiedziała Kirsten. 
–  Słuchaj,  nie  wiedziałam,  że  zrobiło  się  tak  późno  –  rzekła  Jordanne, 

spoglądając  na  zegarek.  –  Przepraszam,  Kirsten,  ale  muszę  kończyć.  Dzisiaj  po 
południu czeka nas Z Aleksem kilka operacji, a on nie cierpi się spóźniać. 

–  Myślałam,  że  uwielbiasz  wprawiać  go  w  dobry  humor  –  powiedziała  z 

przekorą Kirsten. 

– Tak sądzisz? – Jordanne zaśmiała się. – Pa, trzymaj się. 
 

background image

Rozdział 6 

 
Kirsten  była  wstrząśnięta,  gdy  zobaczyła  Melissę.  Wysiadając  z  samolotu  i 

przechodząc  do  hali  przylotów,  dziewczynka  kurczowo  trzymała  babcię  za  rękę. 
Melissa  schudła,  miała  wymizerowaną  twarzyczkę,  jej  jasne  włosy  zwisały 
oklapnięte. Widząc podkrążone oczy małej, Kirsten poczuła ucisk w gardle. Biedne 
dziecko wciąż nie mogło się pogodzić ze śmiercią rodziców. 

Kirsten stłumiła uczucie żalu i promiennie się uśmiechnęła. 
–  Witaj.  Lissy  –  powiedziała  czule  i  pochwyciła  małą  w  objęcia.  Ku  jej 

zdziwieniu  Melissa  zarzuciła  jej  rączki  na  szyję  i  mocno  ścisnęła.  Kirsten 
pomyślała, że może źle zrobiła, wracając po pogrzebie do Canberry bez Melissy, 
ale  była  przekonana,  że  Melissa  powinna  pozostawać  pod  opieką  psychologa  ze 
szpitala dziecięcego w Sydney. 

Dziewczynka  wybuchnęła  płaczem  i  przytuliła  buzię  do  jej  piersi.  Kirsten 

uciszała  ją,  rozpaczliwie  hamując  łzy,  które  jej  samej  cisnęły  się  do  oczu. 
Pocałowała dziewczynkę w główkę i próbowała osuszyć jej policzki, ale mała nie 
chciała  się  od  niej  oderwać.  Kirsten  przywitała  się  z  rodzicami,  którzy  mieli  na 
twarzach wyraz ulgi. 

Za  kierownicą  samochodu  usiadł  ojciec  Kirsten,  Greg  Doyle,  ona  natomiast 

usadowiła  się  z  tyłu  razem  z  Melissa.  Kiedy  przyjechali  z  lotniska  do  domu, 
dziewczynka  nadal  nie  wypuszczała  Kirsten  z  objęć.  Kirsten  obniosła  ją  więc  na 
rękach  po  wszystkich  pomieszczeniach.  Kiedy  Melissa  zobaczyła  swój  pokój,  w 
którym  znajdowało  się  jej  własne  łóżeczko  i  zabawki,  wyśliznęła  się  z  ramion 
Kirsten,  pomknęła  na  drugi  koniec  domu  i  ukryła  się  pod  stolikiem 
komputerowym. 

–  Myślałam,  że  postępuję  właściwie  –  rzekła  Kirsten  do  matki,  zszokowana 

zachowaniem dziecka. – Przypuszczałam, ze mała się ucieszy na widok znajomych 
przedmiotów. 

– Może one jej nasunęły wspomnienia, których nie chce  – odrzekła Isobelle i 

pocałowała córkę w policzek. 

– Zatem popełniłam błąd. 
– Nie możesz, kochanie, od razu spodziewać się cudów – pocieszała ją matka. – 

Czas zrobi swoje. 

Kirsten próbowała wywabić Melissę spod stolika, ale dziewczynka nie chciała 

nawet  na  nią  spojrzeć.  W  końcu  zrezygnowała,  ale  wpierw  powiedziała  jej,  że 

background image

bardzo ją kocha. 

–  Chyba  zajrzę  do  naszego  nowego  domu  i  sprawdzę,  czy  już  przywieziono 

rzeczy – rzekł Greg. 

– Sądziłam, że dotrą tu dopiero w południe – powiedziała Kirsten. – Co, to już 

tak późno? – zdziwiła się, spojrzawszy na zegar. 

Greg uśmiechnął się do niej. 
– Zobaczysz, jak czas szybko mija przy Melissie – zauważył. 
– Dzieci zawsze zabierają nam najwięcej czasu. Ale są tak cenne, że warto go 

im poświęcać – stwierdziła Isobelle. 

– Jakbym słyszał własną matkę – odezwał się męski głos. 
Odwrócili  się  wszyscy  w  stronę  drzwi,  gdzie  stał  Joel.  Był  w  granatowych 

szortach,  białej  koszulce,  miał  zabandażowane  kolano.  Wszedł  do  pokoju, 
podpierając się laską. 

– Pan jest pewno Joelem – rzekła Isobelle i wstała, by się przywitać. 
– Matka tyle mi o panu opowiadała, że wydaje  mi się, że pana znam.  – Greg 

wymienił z Joelem uścisk dłoni. 

Serce  Kirsten  wypełniło  się  miłością,  kiedy  Joel  wszedł  do  pokoju.  Miała 

wyczerpujący emocjonalnie ranek, a teraz, gdy Joel pojawił się niespodzianie, nie 
wiedziała,  czy  go  pocałować,  czy  udawać,  że  nic  ich  nie  łączy.  Nie  miała  okazji 
wspomnieć  rodzicom  o  budzącym  się  między  nimi  uczuciu,  gdyż  cały  czas 
rozmawiali wyłącznie o Melissie. 

Ale  Joel  wybawił  ją  z  dylematu,  bowiem  podszedł  do  niej  i  cmoknął  ją  w 

policzek. 

– Jak sobie radzisz? – zapytał i z zatroskaniem dotknął jej ręki. Kirsten zajrzała 

mu głęboko w oczy, czerpiąc siłę z jego bliskości. 

–  Nie  najlepiej  –  westchnęła.  –  Melissa  tylko  zerknęła  na  swój  nowy  pokój  i 

schowała się pod stolikiem komputerowym. 

– Wyjdzie stamtąd, jak jej się znudzi – rzekł Joel. – Czteroletnia pociecha mojej 

siostry Jaśmin robi to samo. 

–  Ale  pociecha  Jaśmin  nie  straciła  obojga  rodziców  –  zauważyła  Kirsten. 

Potarła czoło i westchnęła. 

– To prawda. Ale jeśli tak cię to martwi, to ją stamtąd wywabię – zaproponował 

nonszalancko. 

– W jaki sposób? 
– Zobaczysz... – Pokiwał palcem i uśmiechnął się olśniewająco. 
– Bardzo bym chciał zobaczyć to widowisko – rzekł Greg, kierując się do drzwi 

background image

– ale muszę iść i sprawdzić, jak się spisuje ekipa przeprowadzkowa. 

– Czy możesz mi dać kartkę papieru i ołówek? – spytał Joel, odkładając na bok 

laskę. 

Kirsten  podała  mu,  o  co  prosił,  i  z  podziwem  obserwowała,  jak  sprawnie  się 

porusza. Znikł w pokoju, w którym skryła się Melissa, a Kirsten ruszyła za nim. 

Poczuła na ramieniu dłoń matki. 
– Daj mu chwilkę, córeczko. – Popatrzyła z ciekawością na Kirsten. – Nie chcę 

być wścibska, ale jak długo widujecie się z Joelem? 

–  Można  powiedzieć,  że  właśnie  zaczęliśmy  –  odparła  Kirsten  i  lekko  się 

zarumieniła. 

– Ach, tak. – Isobelle się uśmiechnęła, ale w jej głosie brzmiało wahanie. 
– Co? Nie pochwalasz tego? – zapytała Kirsten. 
–  Nie  o  to  chodzi,  kochanie.  –  Isobelle  zawiesiła  głos.  –  Tylko  że  w 

najbliższych miesiącach będziesz musiała wprowadzić w swoim życiu dużo zmian, 
a to może niekorzystnie odbić się na nowym związku. Po prostu bądź ostrożna. 

– Postaram się. – Kirsten pocałowała matkę w policzek i ruszyła za Joelem. Ze 

zdumieniem zobaczyła, że Melissa wychyliła się do połowy ze swojej kryjówki i w 
napięciu przygląda się temu, co Joel rysuje na kartce. 

Joel siedział na podłodze; zdrową nogę miał podwiniętą, chorą wyciągnął przed 

siebie. 

– Teraz twoja kolej, chcesz spróbować? – spytał dziewczynkę i położył ołówek 

na podłodze. – Wiem, że potrafisz – zachęcał serdecznie. 

Melissa cofnęła się w głąb swojej kryjówki, ale Joel nie zwrócił na to uwagi, 

tylko obejrzał się na Kirsten i poklepał dywan, wskazując jej miejsce obok siebie. 

– Siadaj tutaj – zaprosił z promiennym uśmiechem. 
Usiadła i wodziła wzrokiem od Joela do Melissy. 
– Co takiego rysujesz? – zapytała. 
–  A,  to  niespodzianka  –  odparł  z  tajemniczą  miną.  –  Prawda,  Melisso?  – 

zagadnął, nie licząc na odpowiedź. – Kirsten, przypomnij mi, żebym poprosił Doris 
Dawson o przepis na ciasteczka, kiedy będziemy tam następnym razem. Ciągle o 
tym  zapominam.  Wiesz,  powiedziałem  mamie  o  tych  ciastkach,  które  rozpływają 
się w ustach, I ona chce koniecznie mieć ten przepis. 

Kirsten  spojrzała  na  niego  pytająco,  niepewna,  dlaczego  akurat  teraz  o  tym 

mówi. 

– Dobrze, przypomnę ci – rzekła i chciała coś jeszcze dodać, kiedy kątem oka 

dostrzegła jakieś poruszenie. 

background image

Spojrzała – to był ołówek. Melissa schwyciła ołówek! 
Trudno było w to uwierzyć. Wprawdzie dziecko się nie odezwało, ale kontakt 

został nawiązany! 

– Nie mówię, że ciastka mojej  mamy są  niejadalne  – powiedział Joel z nutką 

niecierpliwości, co sprawiło, że Kirsten natychmiast skierowała na niego wzrok. – 
Wręcz  przeciwnie.  Po  prostu  ciasteczka  Doris  są  bajeczne  i  na  pewno  będą 
smakowały mojemu tacie – ciągnął tym samym tonem. 

Do Kirsten nareszcie dotarło, o co chodzi Joelowi. 
– Och, tak! Oczywiście! To świetny pomysł. – Pokiwała głową z przekonaniem. 
Rozmawiali dalej z Joelem na obojętne tematy i Kirsten ukradkiem sprawdzała, 

co  robi  Melissa.  Po  dłuższej  chwili  dziewczynka  odłożyła  ołówek  i  z  powrotem 
wczołgała  się  pod  stolik.  Joel  dokończył  wypowiadane  zdanie  i  odwróciwszy  się 
niedbale, spojrzał na kartkę papieru. 

– Co? – Wbił zdumiony wzrok w kartkę. – Skąd się to tutaj wzięło? – spytał z 

niedowierzaniem. 

– Co się stało? – udała zdziwienie Kirsten. 
–  Coś  bardzo...  dziwnego...  –  Przeciągał słowa.  –  Narysowałem  tutaj  misia,  a 

teraz nagle są dwa! 

–  To  rzeczywiście  bardzo  dziwne  –  przytaknęła  Kirsten.  Spojrzała  ukradkiem 

na Melissę, która zasłaniała usta rączką, a oczy miała błyszczące z uciechy. – Może 
twoja ręka sama narysowała drugiego misia, kiedy nie patrzyłeś? – podsunęła. 

Zastanowił się przez moment nad jej słowami i wolno pokiwał głową. 
– Może masz rację – powiedział. – Ale mam śmieszną rękę. 
Melissa  odjęła  rękę  od  ust,  które  wygięły  się  w  uśmiechu,  i  wygramoliła  się 

spod stolika. Pędem wybiegła z pokoju. Kirsten z przestrachem spojrzała na Joela. 

– Co się stało? Już myślałam, że jest dobrze. 
Zaczęła się podnosić, ale Joel ją zastopował. 
– Poczekaj – poprosił i uspokajająco pogłaskał jej rękę, aż poczuła mrowienie 

w całym ciele. – Kiedy wróci, rozmawiajmy jakby nigdy nic. 

Kirsten  skinęła  głową  i  gdy  usłyszeli  tupot  stóp,  Joel  puścił  jej  rękę  i  zaczął 

opowiadać o artykule, który właśnie przeczytał. Chwilę później do pokoju wpadła 
Melissa.  trzymając  coś  za  plecami.  Joel  przestał  mówić  do  Kirsten  i  spojrzał  na 
dziewczynkę. 

– Ach, to ty – powiedział z uśmiechem. 
W tym momencie Melissa pokazała małego żółtego misia, którego ukrywała za 

plecami. 

background image

Kirsten  osłupiała.  Nie  dość,  że  Joel  wywabił  dziewczynkę  spod  stolika,  to 

jeszcze skłonił ją do reakcji i sprawił, że weszła do swojego nowego pokoju. Łzy 
napłynęły Kirsten do oczu, ale pierwszy raz od wielu tygodni były to łzy szczęścia. 

– Proszę! Miś! Taki sam jak ten, którego narysowaliśmy!  – wykrzyknął Joel i 

wyciągnął  rękę  po  zabawkę  ofiarowaną  mu  przez  Melissę.  –  Jaki  ładny.  Prawda, 
Kirsten? 

– Prześliczny – oświadczyła Kirsten z uśmiechem i wyciągnęła ręce do Melissy. 

Uczyniła  to  pod  wpływem  impulsu  i  przemknęło  jej  przez  głowę,  że  może 
popełniła  kolejny  błąd.  Melissa  zawahała  się,  ale  po  chwili  podbiegła  do  niej  i 
ukryła buzię na jej piersi. 

Kirsten odetchnęła z ulgą i pomyślała, że jednak może sobie poradzi. Zwłaszcza 

jeżeli  będzie  przy  niej  Joel.  Była  mu  bardzo  wdzięczna.  Miała  ochotę  go 
pocałować, ale uznała, że lepiej odłożyć to na później. 

– Jesteś czarodziejem – powiedziała rozczulona. 
Potrząsnął głową i powoli dźwignął się z podłogi. 
– Wcale nie – rzekł. – Po prostu rodzicielstwo sprowadza się do metody prób i 

błędów. 

– A ty od kiedy zajmujesz się rodzicielstwem? – zakpiła. 
– Wujek czy tatuś, co to za różnica – skomentował, wzruszywszy ramionami. 
Joel  spędził  z  Kirsten  i  Melissą  cały  dzień,  rozładowując  trudne  sytuacje. 

Obydwie były w jego obecności szczęśliwe i Kirsten zdawała sobie sprawę, że jego 
pomoc  jest  nieoceniona.  Nie  spodziewała  się  po  nim  aż  tak  wiele,  ale  może  po 
prostu  niewłaściwie  go  osądziła.  Z  jej  dawnych  doświadczeń  wynikało,  że 
mężczyźni  nie  kwapiliby  się  do  znajomości  z  nią,  wiedząc,  że  ma  pod  opieką 
dziecko.  A  Joel  z  miejsca  się  włączył  i  pomaga.  Został  na  kolacji,  poczekał,  aż 
Melissa  zostanie  wykąpana.  Połaskotał  dziecko  zawinięte  w  puszysty, 
jaskrawożółty ręcznik. 

–  Czy  żółty  to  twój  ulubiony  kolor?  –  zapytał,  na  co  Melissa  odpowiedziała 

nieznacznym skinieniem główki. 

Kirsten potrząsnęła z niedowierzaniem głową. Joel podczas jednego popołudnia 

z  Melissą  osiągnął  więcej  niż  psycholog  w  ciągu  kilku  tygodni.  A  może  teraz 
zbierają  owoce  pracy  psychologa?  W  każdym  razie  Kirsten  poczuła  przypływ 
nadziei, że wszystko będzie dobrze. 

Ale  kiedy  Joel  wyszedł  i  Kirsten  chciała  położyć  Melissę  do  łóżka,  mała 

zaczęła płakać i wpadła w złość. Kirsten nigdy nie widziała kogoś tak upartego – z 
wyjątkiem Jacqui, matki Melissy. 

background image

–  Cicho,  maleństwo  –  prosiła  Kirsten,  wyciągając  pieluszkę  jednorazową  z 

paczki  zostawionej  przez  matkę.  Pieluszki  przypominały  majteczki,  miały 
elastyczne wykończenia, dzięki czemu łatwiej było je podciągać i opuszczać. 

Biedna  Melissa  znów  się  zaczęła  moczyć,  ale  zdaniem  psychologa  było  to 

normalne w tych okolicznościach. 

– Chodź, Lissy, i włóż nocną koszulkę. Spójrz, jest na niej wyhaftowany twój 

ulubiony miś – zachęcała Kirsten, unosząc w górę koszulkę. 

Melissa  nie  zareagowała  na  jej  słowa  i  znów  wybuchnęła  płaczem.  Kirsten 

jęknęła; była do cna wyczerpana. 

– Cicho, kochanie. – Wzięła dziecko na ręce i usiadła na kanapie. Sięgnęła po 

pilota,  włączyła  telewizor  i  przytuliła  małą,  która  wreszcie  ucichła.  Wkrótce 
zaczęła równo oddychać i zapadła w sen. Kirsten oglądała program, ale po chwili 
oczy zaczęły się jej zamykać. Powinna podnieść się z kanapy i pójść do sypialni, 
ale mięśnie miała tak obolałe, że nie wiadomo, czy zdołałaby ruszyć się z miejsca. 

Poza tym chciała obejrzeć ten program... 
 
Poderwała  głowę  do  góry  i  rozejrzała  się  wokół.  Światła  w  pokoju  były 

zapalone.  Na  ekranie  telewizyjnym  widniała  flaga  australijska  powiewająca  na 
gmachu parlamentu i grano hymn narodowy. Spojrzała na zegar. Niemożliwe, żeby 
było  aż  tak  późno!  Po  odegraniu  hymnu  na  ekranie  telewizora  pokazał  się  obraz 
testowy,  widomy  znak,  że  zakończono  program.  Kirsten  spojrzała  na  śpiące 
dziecko, leżące w jej ramionach. 

–  Powinnyśmy  obydwie  położyć  się  do  łóżka  –  szepnęła  i  spróbowała  się 

podnieść. Nie udało się. 

Z  Melissą  ciążącą  jej  w  ramionach,  kołysząc  się  z  boku  na  bok,  zaczęła 

stopniowo przesuwać się do przodu i w końcu wstała. W tym momencie poczuła, 
że ma wilgotne nogi, i uświadomiła sobie, że nie założyła Melissie pieluszki. Teraz 
obydwie były mokre. 

Co  robić?  Z  dziewczynką  w  ramionach  podeszła  do  bieliźniarki  i  wyciągnęła 

ręcznik, zrzucając przy tym kilka innych na podłogę. 

– Później was podniosę – przemówiła do nich. 
Potem  rozpostarła  ręcznik  na  łóżku,  omal  nie  upuściwszy  Melissy.  W  końcu 

delikatnie  ułożyła  dziecko  na  ręczniku  i  rozprostowała  ramiona.  Poruszyła  nimi 
energicznie, by przywrócić krążenie krwi. 

Na  szczęście  Melissa  się  nie  obudziła.  Kirsten  poszła  prędko  do  łazienki,  po 

drodze  zbierając  rozrzucone  ręczniki,  i  umyła  się  przed  snem.  Potem  wróciła  do 

background image

pokoju Melissy, przebrała ją w nocną koszulkę i założyła pieluszkę. Dziecko spało 
jak kamień. 

Zadowolona  poszła  do  swojej  sypialni,  ale  gdy  tylko  przyłożyła  głowę  do 

poduszki, z pokoju Melissy dobiegł stłumiony krzyk. 

– Mamusiu! Mamusiu! 
Serce Kirsten zabiło mocno. Wygramoliła się z łóżka, zaczepiła stopą o pościel 

i  upadła,  uderzywszy  nogą  o  nocny  stolik.  Cicho  pojękiwała,  kuśtykając 
korytarzem. 

– Cicho, kochanie – powiedziała, wchodząc do pokoju Melissy. 
Dziewczynka  siedziała  na  łóżku,  łzy  płynęły  jej  po  policzkach,  oczy  miała 

zamknięte. Spała. 

– Mamusiu! – zawołała znów. W jej głosie brzmiała rozpacz. 
–  Już  dobrze,  Lissy.  Jestem  przy  tobie  –  wyszeptała  Kirsten  i  objęła 

dziewczynkę.  –  Już  dobrze.  –  Melissa  przytuliła  się  do  niej.  –  Cicho,  cicho  – 
szeptała, kołysząc dziecko w ramionach. 

Łkanie  wstrząsało  ciałem  dziewczynki  i  Kirsten  zapłakała  razem  z  nią.  Nie 

miała pojęcia, czy zdoła jakoś pomóc temu pogrążonemu w bólu dziecku. 

W  końcu  obie  ucichły  i  Kirsten  ułożyła  się  na  poduszce,  wciąż  z  Melissą  w 

ramionach. 

– Cicho, kochanie – szepnęła. – Będzie dobrze, zobaczysz. 
 
– Co słychać? – zapytała Jordanne w następny piątek. 
–  Jestem  kompletnie  wyczerpana  –  odparła  Kirsten,  ramieniem  dociskając  do 

ucha słuchawkę telefonu i kończąc wypisywanie danych pacjenta. – Od przyjazdu 
Melissy nie przespałam porządnie ani jednej nocy. 

–  Mówisz  tak  jak  moja  siostra.  –  Jordanne  parsknęła  śmiechem.  –  A  jak  tam 

Melissa? Czy już przemówiła? 

– Mówi tylko przez sen, kiedy śnią się jej koszmary. Zresztą trudno nazwać to 

mową  –  powiedziała  Kirsten,  wspominając,  ile  razy  obudziły  ją  krzyki 
udręczonego dziecka.  – Zaczęła kiwać głową na „tak” i na „nie”, co jest dobrym 
znakiem.  Albo  ja  śpię  w  jej  łóżku,  albo  ona  w  moim.  Bolą  mnie  mięśnie  karku, 
dokucza mi kręgosłup. Wiem, że nie powinnam jej zachęcać, żeby spała ze mną, 
ale w tej chwili zrobiłabym wszystko, aby się wyspać. 

–  To  zrozumiale  –  przyznała  Jordanne.  –  A  jak  wasze  stosunki  z  Joelem?  – 

zapytała po chwili wahania. – Czy teraz, kiedy zabiegi nie zabierają mu tyle czasu, 
częściej go widujesz? Czy też rozstanie bardziej zbliża ludzi? 

background image

– Jordanne, jesteś zatraconą romantyczką – odparła Kirsten. – Joel przyszedł w 

sobotę po południu, kiedy przyjechała Melissa, i zdziałał cuda. 

– On zawsze miał świetne podejście do dzieci. Nasi bratankowie i siostrzenice 

za  nim  przepadają.  Spędza  z  nimi  mnóstwo  czasu  i  jest  bardzo  przyjacielski,  ale 
stanowczy, jak nasz tata. Będzie kiedyś fantastycznym ojcem. 

– Mhm – mruknęła Kirsten. 
Nie  chciała  powiedzieć  czegoś,  co  by  ją  mogło  w  przyszłości  zobowiązać. 

Często  myślała,  obserwując  Joela,  kiedy  był  z  Melissą,  jakim  będzie  cudownym 
ojcem  dla  swoich  –  dla  ich  dzieci.  To  skojarzenie  zawsze  sprawiało,  że  oblewała 
się  rumieńcem,  i  tym  razem  też  ją  zapiekły  policzki.  Ich  dzieci  miałyby 
kasztanowate  włosy  i  takie  same  ciemnoniebieskie  oczy  jak  dzieci  i  wnuki 
McElroyów. Kirsten otrząsnęła się z zadumy. 

– Joel przychodził co wieczór w tym tygodniu, głównie żeby towarzyszyć nam 

podczas  kolacji  i  pobawić  się  z  Melissą.  –  Starała  się  mówić  lekkim  tonem.  Nie 
mieli dla siebie z Joelem ani jednej chwili. Ale czego się można spodziewać, skoro 
w domu przebywa zestresowane dziecko? 

– Czy to ci sprawia przykrość? – spytała z troską w głosie przyjaciółka. 
–  Oczywiście!  –  wyrwało  się  Kirsten,  ale  od  razu  się  zreflektowała.  –  Nie 

gniewaj się, Jordanne. – Ciężko westchnęła. – Nie mogę się teraz skupić na Joelu, 
w tej chwili Melissa jest na pierwszym miejscu. Jestem pewna, że Joel to rozumie. 

–  O,  na  pewno  –  przyznała  Jordanne.  –  Hierarchia  ważności  zawsze  była  dla 

niego istotna. Myślę, że każdy zawodowy sportowiec jest na to wyczulony. Musi 
się  całkowicie  skupić  na  tym,  co  robi,  nie  może  sobie  pozwolić  na  żadną 
dekoncentrację.  Trudno  się  z  tym  pogodzić,  zwłaszcza  jeśli  się  jest  tą 
dekoncentracją. 

– Mhm – mruknęła Kirsten. 
–  A  jak  się  sprawuje  ten  nowy  lekarz,  którego  zatrudniłaś?  –  zagadnęła 

Jordanne. 

Kirsten była wdzięczna przyjaciółce, że zmieniła temat. 
–  Znakomicie.  Załatwia  większość  popołudniowych  pacjentów,  dzięki  czemu 

mam czas na wizyty domowe albo mogę być z Melissą. 

– Jak ona reaguje, kiedy musisz zająć się pracą? 
– Jakoś to znosi – odparła Kirsten. – Poniedziałek był trudny, bo płakała, kiedy 

zostawiłam ją u rodziców. Ona ich kocha, to są jedyni znani jej dziadkowie, ale... – 
Urwała i westchnęła. – Co ja bym dała, żeby odjąć jej ból i przywrócić radość. 

– Ale to niemożliwe – rzekła Jordanne. 

background image

– Zapisałam ją w czwartki po południu do przedszkola, żeby mogła przebywać 

z dziećmi w swoim wieku. Będę z nią zostawać, to nam dobrze zrobi. Przynajmniej 
mam taką nadzieję. Będę próbować wszystkiego, co tylko okaże się skuteczne. 

– Z tym przedszkolem to dobry pomysł. Zaczynasz w przyszłym tygodniu? 
– Tak – odparła Kirsten. Ktoś zapukał do drzwi. – Proszę! – zawołała i jej twarz 

rozjaśniła się uśmiechem, gdy do pokoju wkroczył Joel. – Właśnie wszedł twój brat 
– oznajmiła. 

–  Nie  będę  wam  zabierała  tych  niewielu  chwil,  jakie  macie  dla  siebie  – 

oznajmiła Jordanne i odłożyła słuchawkę. 

Kirsten  zrobiła  to  samo  i  spojrzała  na  Joela,  który  przemierzył  pokój  i  stanął 

przy  niej.  Zamknęła  oczy  i  głęboko  odetchnęła,  kiedy  położył  jej  dłonie  na 
ramionach i rozmasował napięte mięśnie. Zamruczała z zadowolenia. 

– Zabieram cię dzisiaj na kolację – oświadczył. 
Kirsten cała się zjeżyła. 
– Nie mogę, Joel – powiedziała. – Nie mogę sobie pozwolić na luksus robienia 

tego, na co mam ochotę. Przecież wiesz. Muszę wrócić do Melissy. 

– Twoi rodzice na pewno chętnie ją zatrzymają jeszcze przez kilka godzin. 
– To nie byłoby uczciwe wobec Melissy. – Kirsten obróciła się i stanęła twarzą 

w twarz z Joelem. – Musiałaby przebywać z nimi cały dzień. Nie chcę, żeby miała 
poczucie, że znowu ją porzuciłam. 

– A kiedy ją porzuciłaś? – zapytał, marszcząc brwi. 
– Po pogrzebie – odparła Kirsten. W jej oczach odmalował się żal. – Zostałam 

kilka  dni,  a  potem  wróciłam  do  Canberry.  Powinnam  ją  wtedy  zabrać,  a 
załatwianiem spraw zająć się później. 

– Zdaje się, że psycholog poradził, żeby została z twoimi rodzicami? 
–  Tak,  ale  to  nie  znaczy,  że  miał  rację.  Nie  chcę  go  deprecjonować.  Jestem 

pewna, że jest dobry w swej dziedzinie i potrafi pomóc dzieciom przeżywającym 
stres. Po prostu sądzę, że źle postąpiłam. Giną rodzice Melissy, a ja pakuję manatki 
i odlatuję do Canberry. 

– Myślałem, że ona lubi być z twoimi rodzicami. 
–  Owszem,  ale  ponieważ  Jacqui  była  ode  mnie  o  rok  młodsza,  więc  jest 

naturalne,  że  Melissa  mnie  przypisuje  rolę  matki.  –  A  tobie  rolę  ojca,  dodała  w 
myślach.  –  Widywałeś  ją  w  tym  tygodniu.  Powoli  odzyskuje  apetyt  i  chociaż 
jeszcze nie sypia dobrze – potarła obolałe ramię – to jej stan się polepsza. 

– To twoja zasługa. Ja nie proponuję ci wyjazdu na cały weekend – rzekł Joel, 

zaglądając  jej  w  oczy  –  tylko  chciałbym,  żebyś  oderwała  się  od  wszystkiego  na 

background image

parę godzin. Powinnaś trochę odetchnąć. Nie masz doświadczenia z dziećmi, a tu 
nagle musisz się zająć zestresowaną czterolatką. 

– Co to ma znaczyć? – spytała buntowniczo. 
Była wykończona fizycznie i psychicznie. Rady Joela wydawały się rozsądne, 

ale ona czuła, że jest jeszcze za wcześnie, by zostawiać Melissę z rodzicami dłużej 
niż to konieczne. A teraz odnosi wrażenie, że on ją krytykuje. 

–  To  znaczy,  że  nie  jest  łatwo  radzić  sobie  z  dziećmi  –  powiedział  Joel 

łagodnie, ignorując jej zaczepny ton. 

–  Po  prostu  stwierdzam  fakt.  Obserwuję,  jak  sobie  radzi  z  potomstwem  moje 

rodzeństwo.  Widziałem  wysiłki  moich  rodziców,  żeby  wychować  naszą  szóstkę. 
Nie  krytykuję  cię,  mówię,  jak  jest.  Trudno  jest  wychować  dziecko,  zwłaszcza 
samemu. 

–  Ale  ja  nie  jestem  sama  –  przypomniała  mu.  –  Pomagają  mi  rodzice.  Po  to 

przenieśli się do Canberry. 

– No właśnie – potwierdził z nutką triumfu. – Są tutaj, żeby ci pomagać. 
–  Ale  to nie  znaczy,  że  chcę z nimi  zostawić  Melissę dziś  wieczór.  –  Kirsten 

głęboko odetchnęła. 

Gdy  Joel  rozłożył  szeroko  ramiona,  pozwoliła  się  objąć.  Oparła  głowę  o  jego 

pierś i poczuła, że jej opór kruszeje. 

–  Joel  –  powiedziała  –  ja  po  prostu  chcę  robić  to  co  dobre  dla  Melissy,  ale 

często nie wiem, co to ma być! 

Przytulił ją mocniej i pocałował w czubek głowy. 
–  Wiem,  ale  też  wiem,  że  wszyscy  chcemy  ci  pomóc.  Tylko  Sally  jako 

jedynaczka nie ma doświadczenia z dziećmi, ale reszta z nas – tak. 

–  Dziękuję  –  powiedziała  Kirsten  i  pocałowała  go.  –  Wiem,  że  chętnie 

pomożecie, ale są takie sprawy, które musimy rozstrzygnąć same z Melissą. 

– Zgadzam się – rzekł i odwzajemnił pocałunek. 
Kirsten poddała się urokowi chwili. Rozkoszowała się bliskością Joela – kręciło 

się jej w głowie i wzruszał ją swoją troskliwością. 

– Czy Melissa wciąż sypia w twoim łóżku? – zagadnął. 
Kirsten  omal  nie  podskoczyła.  Ani  słowem  mu  nie  wspominała  o  nocnym 

kontredansie z Melissą odprawianym przez cały tydzień. 

– Skąd wiesz? – spytała. 
– Pamiętaj, że ja się znam na tych sprawach – odparł i pocałował ją przelotnie, 

po czym przycisnął jej głowę do piersi.  – Więc jak? – zapytał. – Jeżeli ci się nie 
podoba  pomysł,  żebyśmy  wybrali  się  gdzieś  we  dwoje,  to  zabierzmy  ze  sobą 

background image

Melissę. 

– Co? – Odsunęła się od niego i spojrzała w jego niebieskie oczy, śmiejące się 

triumfalnie. – Na kolację? 

Wybuchnął śmiechem. Kirsten uwielbiała, gdy się śmiał. 
– Takie rzeczy już się zdarzały – odparł i pocałował ją w sam czubek nosa. 
– Ale... dokąd? 
– Kirsten, w okolicy jest mnóstwo restauracji przyjaznych dzieciom. 
– Nie mam ochoty jeść hamburgera na kolację – powiedziała, krzywiąc się. 
– Nie o tym myślałem. Posłuchaj, zajmę się wszystkim, wybiorę odpowiednie 

miejsce,  a  wy  obydwie  macie  się  tylko  dobrze  bawić.  Jej  to  też  dobrze  zrobi  – 
dodał z uśmiechem. 

– No dobrze – odparła po chwili wahania. 
W ciągu tego tygodnia kilkakrotnie nasunęła się jej myśl, że jeśli pozwoli, by 

Melissa przywiązała się do Joela, to kiedy on odjedzie, mała będzie cierpieć. Ale 
przynajmniej  będą  się  mogły  nawzajem  pocieszać,  bo  Kirsten  zdawała  sobie 
sprawę, że chyba jej serce pęknie. 

 

background image

Rozdział 7 

 
Tego  popołudnia  Kirsten  z  Joelem  jeździli  z  wizytami  domowymi  do 

pacjentów.  Najpierw  odwiedzili  Gail  i  Tony’ego  Watsonów,  młodych  rodziców, 
którzy  nie  radzili  sobie  z  nadpobudliwym,  płaczącym  niemowlakiem,  i  nakłonili 
ich, by zgłosili się po pomoc do rodzinnego szpitala. 

–  Dokąd  teraz  jedziemy?  –  spytał  Joel,  gdy  na  powrót  znaleźli  się  w 

samochodzie. 

–  Do  szpitala  ogólnego  odwiedzić  lana  Behra.  Od  tamtego  wieczoru,  kiedy 

został porażony piorunem, minęły prawie cztery tygodnie. 

–  Jak  szybko  czas  leci,  zwłaszcza  kiedy  jest  wypełniony  zdarzeniami  – 

powiedział z zadumą Joel. 

–  Tak,  to  był  gorący  czas  –  zgodziła  się  Kirsten,  włączając  się  w  ruch  na 

drodze. 

Dotarłszy  do  szpitala,  udali  się  na  oddział  oparzeń.  W  dyżurce  pielęgniarek 

zapoznali się z opisem stanu lana, po czym poszli do sali, w której leżał. Nie zastali 
już  Stephanie,  która  akurat  przed  chwilą  wyszła,  natomiast  łan  był  radosny  jak 
skowronek. 

–  Czy  mnie  oczy  mylą?  Czyżby  to  byli  ludzie,  którzy  uratowali  mi  życie?  – 

powiedział z szerokim uśmiechem. 

– Humor ci dzisiaj dopisuje – rzekła Kirsten, zadowolona, że chłopak z pogodą 

ducha znosi swoją sytuację. 

– A dlaczego by nie? – spytał z figlarną miną. 
– Czy nam powiesz, co cię tak cieszy, czy będziesz nas trzymał w niepewności? 

– Kirsten przechyliła głowę na bok. 

– Hm, chirurg plastyk, pan Taylor, powiedział, że szwy po operacji szybko mi 

się goją. 

– Doskonale – rzekł Joel. 
– To dobra wiadomość – przyznała Kirsten – ale założę się, że nie ona tak cię 

uradowała. 

– No cóż, pański brat Jed – popatrzył na Joela – mówił, że kości zrastają mi się 

prawidłowo  i  że  niedługo,  jeżeli  chirurg  plastyk  wyrazi  zgodę,  zostanę 
przeniesiony na rehabilitację, a potem wypiszą mnie do domu. 

– Bardzo dobre rokowanie – zauważył Joel. 
– Nie. To nie to – upierała się Kirsten, przyglądając się badawczo łanowi. – Tu 

background image

chodzi o dziewczynę. Na pewno, łanie, od pięciu lat jestem twoją sąsiadką i dobrze 
znam ten szczególny wyraz twoich oczu. 

Twarz lana rozpromieniła się. 
–  Tak  –  przyznał.  –  Dzisiaj  odwiedziła  mnie  Laura  Hemmingway.  Właśnie 

pozdawała wszystkie egzaminy. Jesteśmy w jednej grupie na zajęciach z literatury 
angielskiej i chciałem ją zaprosić na potańcówkę na koniec roku. Byłem pewien, że 
nie  mam  szans. –  Wskazał  na  swe  ciało.  –  Nie  z tymi  obrażeniami. Myślałem, że 
nie zechce mnie znać. 

– Przypuszczam, że jest akurat na odwrót – rzekł Joel. 
– Chyba tak – zgodził się łan, cały czas się uśmiechając. – Chociaż nie mogę iść 

na potańcówkę, ona zgodziła się przyjść do szpitala i razem ze  mną spędzić cały 
wieczór. 

– Jakie to romantyczne... – zauważyła z westchnieniem Kirsten. 
– To dobrze, że jesteś taki radosny. Wierz mi, w takim stanie ducha twoje ręce i 

kości szybciej się zagoją – oznajmił Joel. 

– To samo powiedział pański brat. 
– Czyli że mówię prawdę – stwierdził Joel. 
Kirsten  z  Joelem  postali  jeszcze  chwilę  przy  łóżku  lana,  po  czym  udali  się  na 

ortopedię odwiedzić Frances Althorpe. Z powodu złamania kości miednicy była na 
wyciągu, w niewygodnej pozycji, ale to jej nie przeszkodziło podzielić się z nimi 
najnowszą  szpitalną  ploteczką  ani  opowiedzieć  paru  dobrych  dowcipów,  które 
właśnie usłyszała. 

–  Wspaniale  jest  widzieć,  jak  pacjent  szybko  odzyskuje  zdrowie  –  rzekła 

Kirsten  do  Joela  w  drodze  do  samochodu.  –  A  szczególnie  ktoś  taki  jak  Frances. 
Czuję się do pewnego stopnia za nią odpowiedzialna, bo pomagałam ją ratować. 

– Tak, to fantastyczne uczucie, kiedy się kogoś uratuje. – Mówiąc to, Joel objął 

Kirsten, po czym obrócił ją ku sobie i pocałował. – Mmm, masz takie słodkie usta 
– dodał. 

Stanęli przy samochodzie. Ociepliło się i miły wietrzyk owiewał twarz Kirsten. 

Oparła się o drzwi samochodu i podniosła oczy na Joela. Ujął jej twarz w dłonie i 
pocałował ją mocniej. Kolana ugięły się pod nią, uniosła ręce i zaczęła nimi wodzić 
po piersi Joela, wreszcie splotła mu je na karku. 

– A ty obłędnie całujesz – szepnęła. 
Kolejny  pocałunek  miał  taką  moc,  że  Kirsten  zabrakło  tchu.  Pomyślała  w 

upojeniu, że mogłaby tak trwać w objęciach Joela całą wieczność. Kochała go. 

– Hej, nie moglibyście poczekać, aż będziecie w domu?  – zabrzmiał znajomy 

background image

męski  głos.  Oboje  się  obrócili  i  ujrzeli  zmierzającego  ku  nim  Jeda.  –  Coś 
podobnego! – pogroził im palcem. – Na widoku! Wstydu nie macie, czy co? 

Joel przywitał się z bratem serdecznym uściskiem dłoni. 
– Zazdrościsz – zażartował – bo Sally wyjechała. 
– A gdzie ona jest? – spytała Kirsten. 
–  Godzinę  temu  odleciała  do  Sydney,  żeby  razem  z  matką  poczynić 

przygotowania do wesela. 

– Już się stęskniłeś? – spytał Joel. 
– Tak, nie ma co ukrywać – przyznał chętnie Jed. 
– Och, miłość! – westchnęła Kirsten. 
– Teraz jadę do domu, pakuję walizkę i biorę taksówkę na lotnisko. Czeka nas 

pracowity weekend. 

– Uściskaj ode mnie matkę i ojca – powiedział Joel i pożegnał się z bratem. 
– Baw się dobrze – dorzuciła Kirsten i pocałowała Jeda w policzek. 
Wsiadła  do  samochodu  i  wkrótce  znaleźli  się  w  drodze  do  Dawsonów, 

ostatniego dziś miejsca odwiedzin. Kirsten z przyjemnością pomyślała o czekającej 
ją wkrótce kolacji z Joelem i Melissą. 

– Bardzo się cieszę, że Jed i Sally się pobierają. 
–  Czas,  żeby  Jed  się  ustatkował  –  zauważył  Joel.  –  Jest  dwa  lata  starszy  ode 

mnie, teraz już ma z górki. 

– Nie sądź tak pochopnie. Za dwa lata będziesz w jego wieku. 
– Tak, ale on nadal będzie dwa lata starszy niż ja. 
–  A  może  Jordanne  przygląda  się  sobie  i  myśli:  Boże,  jak  to  dobrze,  że  nie 

jestem taka stara jak Joel. Między wami jest sześć lat różnicy. 

– Między nami też jest różnica kilku lat, ale to ci nie przeszkadza. 
–  A  dlaczego  miałoby  mi  przeszkadzać?  –  zapytała.  I  tak niedługo sobie  stąd 

pojedziesz, pomyślała. 

– Alex ma tyle lat co Jed – zauważył Joel. – Czyli że dzieli ich różnica ośmiu 

lat, tak samo jak Sally i Jeda, więc my wcale nie wypadamy najgorzej. 

–  Mhm  –  mruknęła,  usiłując  nie  przywiązywać  wagi  do  jego  słów.  –  Dobrze 

przynajmniej, że Jordanne i Aleksowi udało się rozpoznać dzielącą ich różnicę. 

– Czy coś jest z nimi nie w porządku? – spytał zdziwiony. 
– Och, myślałam, że wiesz! 
– Chodzi ci o trudności z poczęciem dziecka? 
– Tak, ale w końcu to rozpracowali. 
– Jak to Jordanne – rzekł Joel. – Jeśli się zaweźmie... 

background image

– To postawi na swoim – dokończyła za niego Kirsten. – A swoją drogą, Doris 

Dawson szalenie się ucieszy, jak cię znowu zobaczy. 

– Flirtujemy tak bezwstydnie – powiedział Joel z szerokim uśmiechem. 
Kirsten  serdecznie  się  roześmiała,  a  gdy  zajechali  do  Dawsonów,  znowu 

zachwyciła się urodą kuflików. 

– Patrz, zaczynają przekwitać. – Ze smutkiem pokiwała głową, spoglądając w 

dół  na  upstrzoną  czerwonymi  płatkami  zieloną  trawę,  która  wyglądała  jak 
kolorowy kobierzec. – Uwielbiam Boże Narodzenie – powiedziała cicho. 

–  Już  tylko  pięć  tygodni  –  rzekł  Joel,  kładąc  jej  rękę  na  ramieniu.  – 

Niecierpliwie  wyglądam  tegorocznych  świąt.  Przez  ostatnie  kilka  lat  nie 
przyjeżdżałem na Boże Narodzenie do domu, bo zawsze miałem treningi. W tym 
roku ekipa wyjeżdża po świętach. 

Beztroski humor Kirsten prysł w jednej chwili. 
–  Będzie  ci  brak  Bożego  Narodzenia  w  śniegu?  –  zmusiła  się  do  pytania, nie 

podnosząc oczu na Joela. 

– Nie. Miło będzie spędzić święta z przyjaciółmi i rodziną. W tym roku, kiedy 

Alex  i  Sally  przybędą  do  rodziny,  będzie  jeszcze  bardziej  uroczyście  niż 
zazwyczaj. Mama planuje wielkie przyjęcie. 

– Mam nadzieję, że się nie przemęczy. To przecież mnóstwo roboty. 
– Mama jest mądra, zatrudni firmę urządzającą przyjęcia – poinformował Joel. 

–  Sama  lubi  przygotowywać  tylko  karty  z  nazwiskami  i  cukierki  niespodzianki. 
Jasmine i Justin nie cierpieli takiej dłubaniny, ale ja to uwielbiałem. Mama mówiła, 
że  to  był  jedyny  sposób,  żebym  spokojnie  usiedział  przez  kilka  godzin.  –  Joel 
roześmiał się gromkim śmiechem i przysunął bliżej do Kirsten. 

– Czy państwo raczą wejść do domu, czy też my mamy przyjść do ogrodu?  – 

zawołała Doris z ganku. 

–  Przepraszamy  –  zawołali  oboje  i  pospieszyli  do  drzwi.  Beztroski  nastrój 

Kirsten  ustąpił  zatroskaniu,  kiedy  usłyszała  dobiegający  ze  środka  świszczący 
dźwięk. 

Fred  siedział  w  swoim  fotelu  i  uśmiechnął  się  do  nich,  gdy  weszli.  Na 

powitanie uniósł w górę ciasteczko wypieku Doris, które trzymał w ręku. 

– Nie podoba mi się pana oddech – rzekła Kirsten, podchodząc do niego. 
Otworzyła torbę lekarską i wyjęła stetoskop. 
– Dobrze się czuję – odparł, kaszląc. – Jest wiosna. Jak pani często powtarza, to 

niedobra pora dla astmatyków. 

– Proszę podnieść koszulę – poleciła Kirsten. 

background image

– Pani jest zawsze taka obcesowa – zażartował Fred, utkwiwszy wzrok w Joelu. 
Kirsten  nie  podzielała  jego  wesołości/Odczekała,  aż  pacjent  wykona  jej 

polecenie, po czym zaczęła go osłuchiwać. 

–  Niedobrze  –  oznajmiła,  skończywszy  badanie.  –  Czy  zwiększył  pan  dawkę 

inhalatora? 

– Tak, pani doktor – zachrypiał Fred. Uśmiech nie schodził z jego twarzy. 
– Mówię poważnie. To się może źle skończyć. 
– Akurat – zakpił Fred. – Mam astmę od urodzenia i nauczyłem się sobie z nią 

radzić. Nic mi nie będzie. Zawsze tak się czuję o tej porze roku. Nieprawda, Doris? 

– Tak jest – przytaknęła Doris, ale jej oczy zdradzały zaniepokojenie. – Proszę, 

usiądźcie państwo i poczęstujcie się moimi ciastkami. Upiekłam je specjalnie dla 
was. 

Podsunęła talerz Joelowi. Poczęstował się jednym, pochwalił, że są doskonałe, i 

wspomniał, że jego matka prosi o przepis. 

–  Proszę  bardzo  –  odrzekła  Doris.  –  Wie  pan,  panie  Joelu,  pan  mi  bardzo 

przypomina naszego syna Simona. Prawda, Fred? 

– Jak on grzeczny i czarujący – rzekł Fred i sięgnął po następne ciasteczko. 
– Proszę uważać – ostrzegła Kirsten. 
–  Pani  doktor  –  rzekł  Fred  i  pogroził  jej  ciastkiem.  –  Zawsze  dotychczas 

postępowałem według pani zaleceń I dalej będę tak robił, ale jeżeli każe mi pani 
pożegnać się z ciastkami mojej żony, będę walczył jak lew. 

Kirsten uśmiechnęła się do niego i wzniosła ręce w geście poddania. 
–  Powiedziałam  tylko,  żeby  pan  uważał.  Zanim  jeszcze  bardziej  oberwę  – 

rzekła ze śmiechem do Doris – chciałabym zobaczyć, jak pani chodzi. 

Doris podniosła się, ciężko opierając się na balkoniku. Kirsten i Joel uważnie ją 

obserwowali. 

– Bardzo dobrze – pochwaliła pacjentkę Kirsten. 
Następnie Doris zademonstrowała, jak chodzi; poprawa była widoczna. Kirsten 

zainteresowała się, jak postępują sesje z fizjoterapeutą. 

Fred  nagle  się  rozkaszlał  i  wszyscy  utkwili  w  nim  wzrok.  Jego  ciało  skręcał 

paroksyzm kaszlu, z ust wypadły mu okruszyny ciastka. Łowił ustami powietrze, z 
oczu wyglądał mu strach. Desperacko próbował oddychać, ale bez powodzenia. 

– Zadławił się ciastkiem – rzekł Joel i pospieszył Fredowi na pomoc. Stanął za 

nim, dźwignął go z fotela i mocno uderzył między łopatki. Nie pomogło. 

Kirsten  podbiegła  do  nich  i  podtrzymała  Freda,  podczas  gdy  Joel  wykonał 

manewr Heimlicha. Bez skutku! 

background image

Fred  starał  się  chwytać  oddech,  ale  do  jego  płuc  przedostawała  się  tylko 

cieniutka strużka powietrza, a i to lada chwila mogło się skończyć. 

– Nastąpił obrzęk krtani i ciastko nie da się usunąć! 
–  O  Boże!  –  jęknęła  Doris.  Kirsten spojrzała  na nią przez  ramię.  Łzy  płynęły 

strumieniem po jej twarzy. – Ratujcie go, proszę, proszę! 

–  Kirsten,  kiedy  ci  powiem,  ułożysz  Freda  w  pozycji  leżącej  –  nakazał  Joel, 

sięgając po swoją torbę. – Wykonam doraźną tracheotomię – oznajmił, naciągając 
rękawiczki chirurgiczne. 

Kirsten  poczekała,  aż  Joel  się  przygotuje,  i  pomogła  Fredowi  położyć  się  na 

podłodze. 

–  Wszystko  w  porządku  –  uspokajała  go.  –  Za  chwilę  będzie  pan  mógł 

normalnie oddychać. – Patrzyła, jak Joel przeciera wacikiem okolice gardła Freda. 

–  Co  mu  robicie?  –  spytała  przerażona  Doris,  widząc,  jak  Joel  bierze  do  ręki 

skalpel. 

– Ciastko utkwiło za mocno, wystąpił obrzęk krtani i oddech jest niemożliwy. 

Joel  wykona  minimalne  nacięcie  tchawicy,  żeby  powietrze  mogło  dopływać  do 
płuc. W przeciwnym wypadku nastąpiłby zgon z powodu asfiksji. 

– O Boże, o Boże! – zawodziła Doris. 
Kirsten patrzyła, jak Joel robi nacięcie, osusza krew gazą, a potem wprowadza 

do  otworu  ucięty  przed  chwilą  kawałek  rurki  z  zestawu  do  kroplówki.  Nie 
pomogło. 

– Ta rurka jest za cienka. Potrzebuję czegoś większego – rzucił Joel i spojrzał 

pytająco na Kirsten. 

– A... co byś powiedział na... lejek? 
– Przynieś mi. 
Kirsten popędziła do kuchni. 
– Doris! – zawołała. – Gdzie jest lejek? 
–  Zaraz,  zaraz  –  usiłowała  przypomnieć  sobie  Doris.  Tymczasem  Kirsten 

otwierała  i  zamykała  po  kolei  wszystkie  szafki.  –  W  dolnej  szafce,  koło  tej  z 
szufladami! – krzyknęła Doris. 

–  Mam!  –  odkrzyknęła  Kirsten  i  popędziła  do  pokoju.  Nie  było  czasu  na 

sterylizację,  więc  szybko  wręczyła  lejek  Joelowi.  Wprowadził  go  na  miejsce. 
Rozległ się bulgocący, chrypliwy dźwięk: to Fred zaczerpnął powietrza. 

– Dzięki Bogu – rzekła cicho Kirsten i uśmiechnęła się do mężczyzny, którego 

kochała.  –  Dobra  robota.  –  Odpięła  od  paska  telefon  komórkowy  i  wybrała 
zaprogramowany numer karetki szpitalnej. Podała informacje, a potem spojrzała na 

background image

Freda.  Mocno  zacisnął  powieki  i  w  skupieniu  słuchał uspokajających  słów  Joela, 
który go instruował, jak oddychać. 

– Czy on już czuje się dobrze? – spytała Doris. 
– Może teraz oddychać. 
– Och, dziękuję, dziękuję! – Doris wzniosła ręce w górę. 
–  Doris,  lepiej  spakujmy  do  torby  rzeczy  Freda,  zanim  przyjedzie  karetka  – 

rzekła Kirsten. 

– Ja z nim jadę – stanowczo oznajmiła Doris. 
– Więc dla pani też spakujmy torbę. 
Kiedy  przyjechała  karetka,  jej  ekipa  zajęła  się  Fredem  i  wprowadziła  mu  do 

tchawicy odpowiedni przewód. Kirsten z Joelem pojechali za karetką samochodem 
i  w  szpitalu  pomogli  załatwić  formalności  związane  z  przyjęciem  Freda  i  jego 
żony. 

Freda  od  razu  przewieziono  na  blok  operacyjny,  gdzie  zajął  się  nim  chirurg 

otolaryngolog.  Usunął  przeszkodę  i  drożność  została  przywrócona.  Kirsten  i  Joel 
poczekali  razem  z  Doris  do  chwili,  gdy  skończyła  się  operacja  i  Fred  został 
umieszczony  na  noc  na  oddziale  intensywnej  opieki.  Spokojni,  że  oboje  są  w 
dobrych rękach, Kirsten i Joel powędrowali do samochodu i ruszyli do domu. 

–  Telefonowałaś  do  rodziców?  –  spytał  Joel,  spoglądając  na  zegar  na  tablicy 

rozdzielczej. Dochodziła ósma wieczór. 

– Tak. Odprowadzili Melissę do mojego domu, żeby tam zjadła kolację. 
– Czy będzie chciała spać? 
–  Wątpię.  Ona  nie  zasypia  przed  dziesiątą,  chociaż  zwykle  kładziemy  się  o 

wpół do dziewiątej. 

– Wszystko się ułoży – rzekł Joel z przekonaniem. 
– Mam nadzieję... 
– Jesteś głodna? 
– Nie bardzo, ale chyba powinnam coś zjeść. – W tym momencie przypomniała 

sobie o planach kolacyjnych. – Joel? – zagadnęła. 

– Tak? – odparł z uśmiechem wyrozumienia. 
–  Nie  obrazisz  się,  jeżeli  nie  wybierzemy  się  dzisiaj  na  kolację?  Jestem 

wykończona. 

–  Widzę  to.  Ale  kiedy  zawieźliśmy  Freda  do  szpitala,  obmyśliłem  plan 

awaryjny. 

– Boję się pytać – mruknęła, zerknąwszy na niego przelotnie. 
– To będzie niespodzianka. 

background image

– Joel, obiecaj mi, że nie... 
– Ufaj mi, Kirsten. Po prostu mi ufaj. 
Kiedy  przyjechali  do  domu,  zastali  Melissę  siedzącą  na  kanapie  pomiędzy 

rodzicami Kirsten; razem oglądali telewizję. 

– Cześć, Lissy – rzuciła Kirsten, przykucnęła i otworzyła szeroko ramiona. 
Melissa rzuciła się ku niej i objęła ją z całych sił. Ujrzawszy stojącego z tyłu 

Joela, dziewczynka pognała do niego jak pocisk, a on podniósł ją i uściskał. Kirsten 
zmarszczyła  brwi  i  pomyślała,  że  Joel  stał  się  dla  małej  bardzo  ważny  i  nie 
wiadomo, czy to dobrze, czy źle. Jak na razie łatwiej niż wszyscy pobudzał ją do 
śmiechu i radości, co było pozytywne. Ale co się stanie, jak odjedzie? Czy Melissa 
znów zamknie się w sobie? Czy zrozumie, że Joel musiał odjechać i że będą mogły 
go oglądać tylko w telewizji? Czy zrozumie, gdy nie wróci? 

– Hej, figlarko – powiedział i połaskotał jej brzuszek. Melissa zachichotała, ale 

nie odezwała się. – Czy byłaś dzisiaj grzeczna? 

Melissa skinęła główką. 
– Wobec tego mam dla ciebie niespodziankę. W oczach małej zapalił się błysk 

oczekiwania. 

–  Pójdziemy  już  –  rzekła  Isobelle.  Wstała,  a  Greg  za  nią.  –  Mała  niewiele 

dzisiaj  jadła  –  dodała,  zwracając  się  do  Kirsten.  –  Może  zje  więcej  w  waszym 
towarzystwie. 

Kirsten uścisnęła matkę. 
– Dziękuję ci – szepnęła jej do ucha. – Dobrze jest wiedzieć, że mogę liczyć na 

waszą pomoc. 

–  Nie  wyobrażam  sobie,  że  mogłoby  być  inaczej  –  odparła  Isobelle  i 

pocałowała córkę w policzek. 

Kiedy rodzice Kirsten się pożegnali, Joel polecił Melissie, żeby poszła z ciocią 

na górę i pomogła jej się przebrać w coś wygodniejszego. Kirsten włożyła szorty i 
bawełnianą koszulkę, Melissa wyszczotkowała jej włosy, po czym obie wróciły na 
dół.  W  salonie  meble  były  odsunięte  pod  ściany,  a  na  środku  podłogi  królował 
czerwono-granatowy piknikowy dywanik. 

Kubki i talerze były rozstawione, ale nigdzie nie było widać Joela. 
–  Joel!  –  krzyknęła  Kirsten  i  gdy  usłyszała  trzask  zamykanych  drzwi 

samochodu,  odwróciła  się  ku  frontowym  drzwiom.  Były  otwarte.  –  Co  tu  się 
dzieje? – mruknęła pod nosem, podchodząc bliżej. – Joel! – zawołała ponownie. 

Zobaczyła  go,  jak  szedł  podjazdem,  niosąc  dwie  torby.  Wysiadł  z  obcego 

samochodu, który zaraz potem zniknął w ciemnościach. Kirsten uśmiechnęła się. 

background image

– Plan awaryjny? – spytała, kiedy stanął w drzwiach. 
– Tak jest. – Skinął głową. – Piknik dla trojga! 
Kirsten obserwowała, jak Joel razem z Melissą układają przyniesione potrawy 

na  talerzach.  Co  za  świetny  pomysł!  Nie  miała  ochoty  wychodzić  z  domu  ani 
gotować, a w ten sposób odpocznie i się rozerwie. 

Serce jej przepełniło się miłością, gdy patrzyła, jak Joel wciąga do przygotowań 

Melissę. Czteroletni maluch o mało nie pękł z dumy przy pełnieniu powierzonych 
mu obowiązków. 

– Proszę, siadajmy i jedzmy – polecił Joel. 
W  trójkę  zasiedli  do  uczty.  Melissa  skubnęła  trochę  ryżu  I  spróbowała 

kurczaka,  ale  zajadała  się  krewetkowymi  paluszkami  –  pochłonęła  prawie 
wszystkie. 

– Nigdy nie widziałam, żeby tyle jadła  – Kirsten szepnęła Joelowi do ucha.  – 

Mam nadzieję, że to jej nie zaszkodzi. 

–  Będziemy  jej  pilnować  –  obiecał  i  pocałował  Kirsten.  Miło  było  poczuć 

dotknięcie jego warg na ustach. 

Uśmiechnęła się do niego i oboje odwrócili się do Melissy; dziecko patrzyło na 

nich uważnie klejącymi się oczami. 

– Chodź tu, Lissy. – Kirsten przywołała małą gestem ręki. 
Melissa podeszła i usiadła Kirsten na kolanach. Joel opasał je obie ramionami i 

dziewczynka przytuliła się do piersi Kirsten, wzdychając z zadowoleniem. 

– Rodzina – szepnęła, zamknęła oczy i usnęła. 
 

background image

Rozdział 8 

 
Rodzina. To jedno słówko wypowiedziane przez Melisse wzbudziło u Kirsten 

całą gamę emocji. Cieszyła się, że siostrzenica wreszcie przemówiła i że przez trzy 
tygodnie, jakie upłynęły od tego czasu, nie przestała mówić. 

Tamy pękły. 
Z drugiej strony fakt, że Melissa widziała w Joelu zastępczego ojca, zaniepokoił 

ją.  Nie  wiedziała,  co  robić.  Melissa tak  przylgnęła  do  Joela,  że  odsunięcie  jej  od 
niego byłoby okrucieństwem. 

W  dniu,  kiedy  Kirsten  pełniła  dyżur  na  oddziale  nagłych  wypadków  w 

miejscowym  szpitalu,  Melissa  została  z  Joelem.  Alex  wprawdzie  uważał,  że 
rehabilitacja  kolana  Joela  postępuje  pomyślnie,  ale  jeszcze  nie  wyraził  zgody  na 
podjęcie  przez  niego  dyżuru  i  w  sytuacji,  kiedy  rodzice  Kirsten  pojechali  do 
Sydney odwiedzić syna, dobrze się złożyło, że Joel mógł się zaopiekować Melissa. 

Gdy  Kirsten  późno  wieczorem  wróciła  do  domu,  szukała  ich  we  wszystkich 

pokojach. Nikt nie odpowiadał na jej wołania. Wyszła do ogródka na tyłach domu, 
podeszła  do  małego  domku  i  przez  otwarte  drzwi  z  siatki  ujrzała  ich  oboje, 
śpiących jak susły, na leżance Joela. 

Serce zabiło jej mocno, w gardle poczuła suchość. Moja rodzina, pomyślała, i 

od tej pory z całych sił starała się wyprzeć z pamięci ten obraz. 

Stan kolana Joela poprawiał się bardzo szybko. Mógł się już poruszać bez laski. 

Dwa  dni  temu  powiedział  jej,  że  fizjoterapeuta  uznał,  iż  może  przystąpić  do 
sprawdzianu przed świętami Bożego Narodzenia. 

Kirsten  usiłowała  się  z  tego  cieszyć,  ale  wiedziała,  że  poprawa  stanu  kolana 

Joela przybliża jego wyjazd. Nigdy z nią nie rozmawiał o tym, co będzie robił po 
olimpiadzie; parokrotnie chciała go zapytać, ale w ostatniej chwili rejterowała. 

Siedziała za biurkiem, przed chwilą wyszedł ostatni pacjent. Po raz setny zadała 

sobie pytanie, jak postępować. Problem polegał na tym, że im więcej czasu spędza 
z  Joelem,  tym  bardziej  się  do  niego  przywiązuje.  Powtarzała  sobie  w  kółko,  że 
powinna po prostu cieszyć się jego obecnością, ale wciąż dręczyły ją wątpliwości. 

Ktoś zapukał i w uchylonych drzwiach stanął Joel. 
–  Skończyłaś?  –  zapytał,  dzwoniąc  kluczykami  samochodowymi,  a  kiedy 

skinęła głową, dodał: – To dobrze, bo nie mogę się doczekać, kiedy wypróbuję mój 
nowy samochód. 

–  Nie  rozumiem,  po co go  kupiłeś  – powiedziała, starając się nadać swojemu 

background image

głosowi  spokojne  brzmienie,  choć  bynajmniej  nie  była  spokojna.  Kiedy  w 
pierwszej chwili dowiedziała się o tym jego nabytku, zrodziła się w niej  nadzieja, 
że  może  jednak  Joel  zostanie.  Że  po  olimpiadzie  wróci  do  Canberry  –  do  niej  i 
Melissy, i że stworzą rodzinę. Skupiła się na zapisaniu danych, po czym wyłączyła 
komputer. 

–  Ja  go  nie  kupiłem,  Kirsten  –  rzekł,  wkładając  kluczyki  do  kieszeni,  a  ona 

popatrzyła na niego zdziwiona. – Wypożyczyłem go. Myślałem, że ci mówiłem. 

– Nie – zaprzeczyła. 
Nadzieja ulotniła się. 
– Przepraszam – powiedział, gdy Kirsten wstała zza biurka i podeszła do niego. 

– Wyleciało mi z pamięci w tym całym zamieszaniu. 

Pocałował ją w usta. Zakręciło się jej w głowie i zarazem ogarnęła ją złość na 

siebie,  że  nie  jest  w  stanie  mu  się  oprzeć.  Joel,  który  stał  w  progu,  wszedł  do 
pokoju,  zamknął  za  sobą  drzwi  i  dopiero  wtedy  pochylił  się  do  następnego 
pocałunku. Kirsten cicho westchnęła i pozwoliła się objąć. Wiedziała, że musi się 
poddać,  że  pocałunki  i  pieszczoty  Joela  są  jak  narkotyk,  a  ona  jest  całkowicie 
uzależniona.  Rozpacz  rozstania  to  sprawa  przyszłości  i  trzeba  będzie  jakoś  się  z 
tym uporać. A na razie należy korzystać z chwili. 

Usta Joela niecierpliwie szukały jej warg. 
–  W  ostatnich  tygodniach  nie  mieliśmy  dla  siebie  nawet  kilku  sekund  – 

mruknął, odrywając usta od warg Kirsten i obsypując pocałunkami jej szyję. 

Był  grudzień  i  wreszcie  zrobiło  się  ciepło  i  świeciło  słońce,  więc  Kirsten 

włożyła białą bawełnianą sukienkę o szerokich ramiączkach, odsłaniającą dekolt i 
zagłębienie  między  piersiami.  Zaborcze  pocałunki  Joela  przeszywały  Kirsten 
dreszczem. A gdy zaczął pieścić jej piersi, krzyknęła z rozkoszy. Ugięły się pod nią 
kolana  i  Joel  musiał  to  wyczuć,  gdyż  podniósł  ją  i  posadził  na  pustym  blacie 
biurka, i od nowa zawładnął jej ustami. 

Objęła go mocno, jej ciało ogarnęła gorączka. Joel ucałował jej rzęsy, powieki, 

odgarnął jej włosy i zanurzył w nich palce obu rąk. 

Podczas  minionych  trzech  tygodni  rzadko  się  widywali  I  tylko  od  czasu  do 

czasu  wymieniali  przelotne  pocałunki.  Kirsten  zajęta  była  Melissą  i  pracą,  Joel 
spędzał mnóstwo czasu u fizjoterapeuty i na treningach. Ale Kirsten wiedziała, że 
intensywność wzajemnego przyciągania zapowiada niezwykłą głębię przeżyć. 

– Jesteś cudowną – szepnął Joel, musnąwszy ustami jej wargi. Oczy zasnuło mu 

pożądanie,  oddychał  szybko  i  nierówno,  tak  samo  jak  ona.  –  Kirsten  –  szepnął 
znowu  –  tak  bardzo  za  tobą  tęskniłem.  Nie  mogę  się  tobą  nacieszyć.  –  Schylił 

background image

głowę i wtulił w jej szyję. Głęboko odetchnął. – Bosko pachniesz. Twoje ciało jest 
cudowne. Twoje pocałunki są rozkoszne. 

Ugryzła  go  leciutko  w  ucho.  Podrzucił  głowę  i  obdarzył  ją  tym  swoim 

uśmiechem, który sprawiał, że zapierało jej oddech. 

– Czy ty masz pojęcie, jaka jesteś śliczna? – zapytał. 
– A czy ty wiesz, jak bardzo jesteś męski?  – powiedziała głosem stłumionym 

przez pożądanie. 

Joel przygarnął ją mocniej do siebie. 
– Mógłbym tu tkwić cały dzień – oświadczył. 
– Mhm, wiem... Ale nikt nas nie wyręczy w pracy ani nikt nie będzie za ciebie 

trenował  do  olimpiady.  –  Gdy  tylko  Kirsten  wymówiła  to  słowo,  uścisk  Joela 
osłabł. Po chwili wypuścił ją z objęć. 

– Tak, masz rację. – Pocałował ją jeszcze raz, ujął pod ramiona i postawił na 

podłodze.  Potem  wsunął  palce  we  włosy  i  odwrócił  się  od  Kirsten,  spoglądając 
przez okno. 

– Nie mówisz tego z entuzjazmem – rzekła Kirsten, zmartwiona jego tonem. – 

Czy coś jest nie tak? 

Milczał, co wprawiło ją w jeszcze większy niepokój. 
–  Joel?  –  Podeszła  do  niego  i  położyła  mu  rękę  na  ramieniu.  –  Joel,  czy 

wszystko jest w porządku? Czy chodzi o twoje kolano? 

–  Moje  kolano  jest  już  sprawne  –  powiedział  w  końcu.  Obrócił  się  ku  niej  i 

przymusił do uśmiechu. – Czuję się dobrze. – Skinął energicznie głową, a Kirsten 
zastanowiła się, kogo on pragnie przekonać. Czy nie zdawał sobie sprawy, że ona 
za dobrze go zna? 

–  Myślałam,  że  twój  trening  i  zajęcia  z  fizjoterapii  przebiegają  pomyślnie  – 

dodała. 

– Owszem, tyle że to kosztuje sporo zachodu. Ale czuję się dobrze – powtórzył 

i jakby dla potwierdzenia swoich słów pocałował ją w usta. – A teraz może byśmy 
się wybrali na te wizyty? – zagadnął. Włożył rękę do kieszeni i wyciągnął lśniące 
nowością kluczyki. – Jedźmy moim samochodem. 

Kirsten  stłumiła  niepokój  wywołany  jego  zachowaniem,  postanawiając,  że 

pomyśli o tym później. 

Zmusiła się do uśmiechu. 
– Chcesz wypróbować swoją nową zabawkę, tak? – spytała. 
–  Jeżeli  chcesz  tak  nazywać  jaguara  XJ8,  to  proszę  bardzo.  Rzeczywiście, 

chciałbym  się  nim  pobawić.  –  Pokazał  zęby  w  uśmiechu.  –  Nie  prowadziłem 

background image

samochodu od początku sierpnia, kiedy zraniłem kolano. Wezmę tylko moją torbę 
lekarską i spotkajmy się przed domem. – W oczach miał znowu żywy błysk, jakby 
chwili smutku nigdy nie było. 

Najpierw  odwiedzili  Watsonów.  Po  tygodniowym  pobycie  całej  trójki  w 

szpitalu rodzinnym Tony Watson wrócił do pracy. 

– Wszyscy czujemy się o wiele lepiej – powiedziała Gail, zaprosiwszy Kirsten i 

Joela do domu. Patrick spał w swym wózku, a jego mama wyglądała na szczęśliwą 
i zadowoloną. – Nie wiem. jak państwu dziękować za pomoc – ciągnęła Gail. – Są 
jeszcze problemy, ale przynajmniej teraz wszyscy lepiej sypiamy. Co sprawia, że 
człowiek inaczej patrzy na świat. 

Kirsten kiwnęła głową ze zrozumieniem. Sama przecież z trudem i dopiero po 

dłuższym  czasie  nakłoniła  Melissę  do  spania  we  własnym  łóżku  i  chociaż 
dziewczynka  wciąż  jeszcze  się  moczyła,  to  jednak  obie  lepiej  się  wysypiały  niż 
przedtem. 

–  Patrick  dostaje  dodatkowo  dwie  butelki  mieszanki,  jedną  rano  i  jedną 

wieczorem,  bo  zaczyna  mi  brakować  pokarmu.  Tony  mu  je  podaje,  a  ja  mam 
spokój  –  dodała  Gail  z  promiennym  uśmiechem.  Szczęśliwa  i  zdrowa  matka  –  aż 
miło było na nią patrzeć. 

– Tak się cieszę – rzekła Kirsten. 
Rozmowa trwała jeszcze przez pewien czas. Gail poczęstowała Kirsten i Joela 

herbatą i gdy pili, nie mogła się nachwalić, jak wspaniałego ma męża i syna. Potem 
Kirsten poszła z Gail do sypialni, aby ją zbadać, a Joel w tym czasie czuwał nad 
Patrickiem. 

–  Jak  to  miło  widzieć  uszczęśliwionych  ludzi  –  powiedziała  Kirsten,  gdy  po 

wyjściu od Watsonów sadowiła się w ekscentrycznym samochodzie Joela. 

– To twój sukces – odpowiedział. – Dokąd teraz, pani doktor? 
–  Do  szpitala.  Zajrzymy  do  Freda  i  Frances,  a  potem  wpadniemy  na 

rehabilitację zobaczyć lana. 

– Ciekawe, jak tam jego romans z tą dziewczyną... 
– Laurą Hemmingway – podsunęła Kirsten z uśmiechem. 
– A, tak. Czy miłość młodych nie jest czymś wspaniałym? 
Kirsten nie odpowiedziała. Uśmiechała się, choć wcale nie było jej do śmiechu. 

Wolałaby,  żeby  Joel  nie  mówił  o  miłości,  kiedy  nie  było  wiadomo,  co  będzie  z 
nimi. 

– To on – rzekła Doris podekscytowanym tonem, kiedy Kirsten i Joel weszli do 

pokoju zajmowanego przez Freda. – Człowiek, który ocalił ci życie. – Doris wstała 

background image

z krzesła przy łóżku męża i wyciągnęła do Joela rękę na powitanie. 

Kirsten  zaśmiała  się  i  przepuściła  Joela  przodem.  Podszedł  do  Doris,  która 

pociągnęła go za rękę, aby się pochylił, i pocałowała go w policzek. 

– Patrzcie tylko – wychrypiał Fred. – Bo będę zazdrosny. 
–  Dajże  spokój,  Freddie  –  upomniała  go  żona,  puszczając  Joela  i  chwytając 

męża za rękę. – Ja świata nie widzę poza tobą. 

– To jest prawdziwa miłość! – Kirsten westchnęła melancholijnie, uważając, by 

nie  napotkać  spojrzenia  Joela.  –  Cóż,  widzę,  że  pan  Fred  czuje  się  lepiej  – 
zauważyła, zajrzawszy do karty chorego. – Bardzo dobrze. Otolaryngolog też jest 
zadowolony,  chociaż  powrót  do  zdrowia  trwał  trochę  dłużej,  niż  mówią 
podręczniki. 

– Czy można wierzyć podręcznikom? – zauważył Joel. 
– Właśnie – poparła go Kirsten z uśmiechem i podała kartę Freda Joelowi. 
– Jak długo on tu zostanie? – zapytała Doris. 
– Nie może się pani doczekać męża w domu? – zagadnął Joel. 
–  O,  tak!  –  oznajmiła  Doris  z  udawanym  patosem.  –  Brak  mi  jego 

porozrzucanych wszędzie skarpetek, które muszę bez przerwy zbierać, tęsknię do 
nieustannego  pieczenia  ciastek,  które  on  pochłania  jedno  po  drugim.  –  Chociaż 
mówiła to żartobliwie, wszyscy wiedzieli, że w jej słowach jest wiele prawdy. – O, 
proszę! – Wyjęła z torby kartkę. – To przepis dla pańskiej matki. W zamian proszę 
o jedno ciastko do spróbowania. 

– Umowa stoi – rzekł Joel i uśmiechnął się, po czym zwrócił się do Freda. – A 

pan... niech pan pamięta, żeby bardzo uważać, jak będzie pan jadł ciastko. 

– Będę uważał, panie doktorze – odrzekł Fred z powagą. 
–  Przy  każdym  nasileniu  astmy  będę  moczyć  ciastka  w  mleku,  żeby  nie  były 

takie twarde i kruche – oznajmiła Doris stanowczym głosem. 

– Ona mi tym grozi – powiedział z rezygnacją Fred. 
– Jeżeli to ma pomóc... – Kirsten zawiesiła głos I okrążyła łóżko, żeby obejrzeć 

z bliska gardło Freda. – Ładnie się goi. 

–  Ordynator  wyrażał  się  z podziwem  o  cięciu doktora  Joela  –  poinformowała 

Doris. – Mówił, że wykonał kapitalną robotę. – Doris spojrzała z uwielbieniem na 
Joela. 

–  Dziękuję.  Dostałem  od  niego  list  o  operacji  Freda  i  o  jego  powrocie  do 

zdrowia, co  sprawiło  mi  przyjemność  – stwierdził  rzeczowo Joel  i  zaczął oglądać 
gardło Freda. 

Kirsten podała mu stetoskop, by osłuchał pacjenta. 

background image

– Astma też się uspokoiła – ocenił Joel. 
– Będzie żył – powiedziała Kirsten do Doris. 
–  Och,  wiem.  Fred  nie  ośmieli  się  umrzeć,  jeśli  wpierw  mnie  nie  spyta.  Ale 

kiedy będę mogła zabrać go do domu? 

– W głosie Doris drgała teraz błagalna nutka. 
– Pójdę i sprawdzę u siostry oddziałowej – zaofiarowała się Kirsten i wyszła z 

pokoju. 

Wróciła  z orszakiem  gości przybyłych  w  odwiedziny  – dwójką  dzieci Freda i 

Doris wraz z potomstwem. 

–  Patrzcie,  państwo,  kogo  wam  tu  prowadzę  –  rzekła,  otwierając  drzwi  i 

puszczając  przodem  rodzinę  Freda.  Wyściskali  się  i  wycałowali.  Jeszcze  jedna 
zżyta ze sobą rodzina, pomyślała Kirsten z zadumą. 

– I co mówi oddziałowa? – zapytała Doris, uciszając wszystkich. 
– Ze jeżeli wszystko będzie tak dobrze jak dzisiaj, męża będzie można wypisać 

do domu po porannym obchodzie. 

–  Co  za  wspaniała  wiadomość!  –  Twarz  Doris  rozjaśniła  się  radością.  – 

Dziękuję. Do końca życia będziemy państwa dłużnikami. Gdybyśmy kiedyś mogli 
coś dla państwa zrobić, proszę dać nam znać. 

– Hm... – Kirsten się zamyśliła. – Pozwólcie mi państwo podziwiać swój ogród, 

kiedy przyjadę w odwiedziny. 

– A co ze świeżo upieczonymi ciasteczkami? – zagadnął Joel i pogładził się po 

brzuchu. 

– Gwarantujemy – odezwali się razem Fred i Doris. 
– Wpadniemy do państwa w przyszły czwartek – obiecała Kirsten. – Ale gdyby 

było trzeba, proszę mnie wezwać wcześniej. 

– Czy jest jakiś problem? – spytała Doris. 
– O tak, olbrzymi  – zażartował Joel, przewracając oczami.  – Mój starszy brat 

się żeni w przyszły weekend i Kirsten będzie ze mną na weselu. 

– Lecimy wszyscy w piątek do Sydney – dodała Kirsten. 
–  To  wspaniale.  Czy  to  pański  brat  pracuje  w  tym  szpitalu?  Ten,  co  jest 

zaprzyjaźniony z doktorem Page’em? 

–  Tak.  Alex  i  Jordanne  też  będą  na  weselu.  Ciekawe,  jak  szpital  w  Canberze 

poradzi sobie bez czwórki swoich najlepszych ortopedów? – zażartowała Kirsten. 

– Zatem do zobaczenia w czwartek. 
Kirsten i Joel pożegnali się i zostawili starszych państwa z rodziną, a sami udali 

się na ortopedię, do Frances Althorpe. Z zaskoczeniem stwierdzili, że jej łóżko jest 

background image

puste. 

– Została przeniesiona na rehabilitację – poinformowała ich oddziałowa. 
– To dobra wiadomość. Widocznie jej stan zdecydowanie się poprawił. 
–  Tak,  to  prawda  –  odezwał  się  z  tyłu  znajomy  głos.  Odwrócili  się  oboje  i 

zobaczyli Aleksa. 

– Wpadliście sprawdzić, jak się czuje Frances? – zapytał. 
– Tak. I Fred Dawson – odparła Kirsten. 
– Byłem wcześniej u Freda i Doris – oznajmił Alex. 
– Dlaczego? – zdziwił się Joel, ale po chwili sam sobie odpowiedział. – No tak, 

przecież jako chirurg ortopeda opiekujesz się Doris. 

– Właśnie. Ona już dużo lepiej chodzi, a Fred też czuje się dobrze. Martwiłem 

się, jak Doris poradzi sobie sama w domu, ale potem przypomniałem sobie, że oni 
mają sześcioro dzieci. Czy nie po to są dzieci, żeby pomagać w takich sytuacjach? 

– A jak myślisz, czemu moi rodzice mają ich tyle? 
– zaśmiał się Joel. 
–  Miło  było  widzieć  tę  całą  gromadkę  u  Freda  i  Doris  –  rzekła  Kirsten.  –  A 

więc Frances czuje się na tyle dobrze, że można ją było już przenieść? 

– Zdecydowanie tak  – odparł Alex. – Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś 

tak  szybko  wracał  do  siebie  po  tak  wielu  urazach,  jak  ta  kobieta.  Trzeba  będzie 
jeszcze wielu starań, żeby odzyskała pełnię zdrowia, ale z pewnością nastąpi to w 
rekordowym czasie. 

–  Ona  jest  z  natury  optymistką  –  oznajmiła  Kirsten  –  Nawet  kiedy  była 

przysypana i tkwiła w rumowisku, traktowała sytuację z pogodą ducha. 

–  To  zawsze  pomaga.  Mózg  jest  potężnym  organem  i  jeżeli  człowiek  sobie 

mówi, że poczuje się lepiej, w dziewięciu przypadkach na dziesięć tak się dzieje. – 
Rozległ się sygnał pagera. Alex sprawdził numer.  – Wzywają mnie na spotkanie. 
Jeżeli wcześniej się nie zobaczymy, to do widzenia w Sydney. 

Pożegnał się i pospiesznie opuścił oddział. Kirsten z Joelem podążyli za nim. 
Kiedy znaleźli się w klimatyzowanym wnętrzu samochodu Joela, Kirsten oparła 

głowę o fotel i przymknęła oczy. 

– Jesteś zmęczona? – spytał po chwili. 
–  Mhm  –  mruknęła.  –  Zaczyna  mnie  boleć  głowa.  Przejdzie  bez  śladu,  jeżeli 

położę się wcześnie spać. 

–  Więc  się  o  to  postaramy  –  powiedział,  skręcając  na  parking  oddziału 

rehabilitacyjnego. Odwiedzili Frances, która była zadowolona z nowego miejsca. Z 
radością pokazywała, jak sprawnie potrafi się poruszać. 

background image

–  Na  Boże  Narodzenie  będę  całkiem  zdrowa  –  oznajmiła.  –  To  będzie  mój 

prezent  dla  siebie  samej.  Wieczór  w  domu  z  rodziną  i  przyjaciółmi,  muzyka  i 
dzikie tańce! 

– No. z tym lepiej ostrożnie, dopóki Alex nie pozwoli. Chyba że jakiś powolny 

walc albo tango – zasugerował Joel. 

–  Tak  jest,  panie  doktorze  –  odparła  z  szerokim  uśmiechem,  który  wyraźnie 

zdradzał, że nie ma zamiaru go słuchać. – Obiecuję, że spytam pana Aleksa. 

–  Chyba  o  nic  więcej  nie  mogę  panią  prosić  –  rzekł  Joel  i  pokiwał  głową  z 

rezygnacją. 

Okazało się, że łan był w równie dobrym humorze jak Frances. Przy jego łóżku 

siedziała Laura Hemmingway. 

– Nie możemy być u ciebie długo – oznajmiła Kirsten. 
– Jaka szkoda – odparł nieszczerze łan. 
Kirsten i Joel odczytali kartę lana wiszącą na jego łóżku i obejrzeli jego ręce. 
– Goją się fantastycznie – orzekła z zadowoleniem Kirsten. 
– Tak, to prawda. Dziękuję za odwiedziny – powiedział łan. Potraktowali jego 

słowa jak hasło do wyjścia, pożegnali się i zostawili go z Laurą. 

Wrócili  samochodem  Joela  do  domu,  a  potem  spacerkiem  wybrali  się  po 

Melissę. Kiedy szli, zadzwonił telefon komórkowy Joela. Kirsten zaniepokoiła się, 
czy nie telefonują ze szpitala albo czy nie chodzi o któregoś z jej pacjentów. 

Joel skończył rozmowę w momencie, kiedy Isobelle otworzyła drzwi, i Kirsten 

nie zdążyła zapytać, kto dzwonił. 

– Wcześnie wróciliście do domu – pisnęła radośnie Melissa i pobiegła uściskać 

najpierw Joela, a potem Kirsten. 

Ilekroć  Joel  był  obecny,  zawsze  miał  u  dziewczynki  pierwszeństwo.  Co  nie 

powinno  zaskakiwać,  uświadomiła  sobie  Kirsten,  gdyż  Melissa  bardzo  kochała 
swojego ojca, a Jacqui nazywała ją córeczką tatusia. Teraz, jak się zdawało, była 
córeczką Joela. 

Kirsten  odpędziła  nurtujące  ją  wątpliwości  i  uśmiechnęła  się  do  dziecka. 

Zgodnie z obietnicą Joel dopilnował, żeby o wpół do dziewiątej obydwie leżały w 
łóżkach.  Otulił  Melissę  kołderką,  przeczytał  jej  bajkę,  zmówił  z  nią  pacierz  i 
pocałował ją na dobranoc, po czym wyszedł, zgasiwszy światło. 

Potem  poszedł  do  sypialni  Kirsten,  pieczołowicie  ją  okrył,  pogłaskał  po 

rozpuszczonych włosach i zajrzał jej głęboko w oczy. 

– Kirsten, ten telefon, który odebrałem wcześniej... 
– Tak? – Wstrzymała oddech, przejął ją lęk. 

background image

– To dzwonił pierwszy trener naszej drużyny. 
Zaniemówiła, jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki. 
Musiał odgadnąć jej niepokój, bo się pochylił i pocałował ją w usta. 
– Uspokój się, to nic złego. Muszę pojechać do Sydney na sprawdzian. Jest tam 

ośnieżony  stok  pod  dachem,  gdzie  będę  mógł  wykonać  ewolucje,  tak  aby  trener 
ocenił sprawność mojego kolana i podjął ostateczną decyzję. 

– Ale ja myślałam, że masz czas do Wigilii – wyszeptała. 
–  Tak,  lecz  ten  sprawdzian  da  trenerowi  przynajmniej  pojęcie,  jakie  mam 

szanse. 

Kirsten powstrzymywała łzy. Czuła się jak oszustka. Joel myśli, że ona martwi 

się o jego kolano i o jego formę sportową, ale jej nie o to chodzi. Ona martwi się o 
siebie i o Melissę. 

– Kiedy jedziesz? – spytała. 
–  Jutro.  Zostanę  przez  tydzień  w  Sydney,  a  potem  zobaczymy  się  w  piątek 

przed weselem. – Uśmiechnął się do niej. 

– Więc nas opuszczasz – szepnęła z wyrzutem. Łza spłynęła jej po policzku. 
– No, no – powiedział kojącym głosem i delikatnie starł jej łzę. – Wyjeżdżam 

tylko na sześć dni, a potem czeka nas szalony weselny weekend. 

Pochylił się, żeby ją pocałować, lecz nie zareagowała. 
Joel  odjeżdża  –  tak  jak  przewidywała.  Teraz  może  tylko  na  sześć  dni,  ale 

następnym razem na dłużej. Kto wie? Może na zawsze. 

 

background image

Rozdział 9 

 
–  Okropnie  wyglądasz  –  powiedziała  Sally,  która  odwiedziła  Kirsten  w 

niedzielę wieczorem. Kirsten wpuściła przyjaciółkę i zamykając drzwi, kichnęła. 

–  To  wirus  –  wyjaśniła.  –  Wielkie  słowo:  wirus.  –  Kichnęła  znowu  i  wytarła 

nos. – Nie zbliżaj się do mnie. Nie chcesz chyba być chora na własnym ślubie. 

–  To  dopiero  za  sześć  dni  –  rzuciła  beztrosko  Sally.  Tanecznym  krokiem 

wpadła  do  kuchni  i  włączyła  czajnik.  –  Usiądź  i  ułóż  stopy  wysoko  –  poleciła 
przyjaciółce, przyjmując zasadniczy ton, jakim lekarze zwracają się do pacjentów. 
– Gdzie jest Melissa? 

– Zdrzemnęła się. 
– Ona też to złapała? 
Kirsten pokiwała głową. 
–  A  jak  myślisz,  od  kogo  się  zaraziłam?  –  spytała.  –  Chodziłam  z  nią  co 

czwartek  do  przedszkola...  –  Kirsten  znowu  kichnęła.  –  Wczoraj  po  południu, 
następnego dnia po ostatnim tam pobycie, dostała wysokiej gorączki. 

– Jak tylko Joel wyjechał? – spytała Sally, wyjmując filiżanki do herbaty. 
Kirsten wzruszenie ścisnęło gardło i nie mogła wydobyć słowa. Joela nie było 

tylko  dwadzieścia  cztery  godziny,  a  one  już  się  zdążyły  pochorować.  Czy  to  o 
czymś  nie  świadczy?  Potaknęła,  po  czym  ułożyła  głowę  na  oparciu  kanapy  i 
przymknęła oczy. Czuła się okropnie. Była rozgorączkowana, znużona i wściekła 
na  Joela,  że  sobie  pojechał.  Czy  nie  widzi,  że  go  obydwie  kochają?  Ze  jest  im 
potrzebny? 

–  Najpierw  skoczyła  jej  temperatura,  a  potem  zwracała  wszystko,  co  zjadła. 

Zrazu  myślałam,  że  to  z  tęsknoty  za  Joelem  –  przemówiła  w  końcu  Kirsten, 
powstrzymując łzy. Sally przyniosła filiżanki z herbatą i postawiła je na stoliku. – 
Teraz wiem, że to wirus. 

–  Więc  Melissa  tęskni  za  Joelem?  –  spytała  Sally.  Kirsten  otworzyła  oczy  i 

spojrzała na przyjaciółkę. 

–  Kiedy  odjechał,  przyszła  do  mnie  i  zapytała,  czy  on  wróci.  –  Dolna  warga 

Kirsten drżała. 

– I co jej powiedziałaś? 
–  Nie  wiedziałam,  co  mówić.  –  Kirsten  przycisnęła  chusteczkę  do  oczu,  po 

czym  wytarła  nią  nos.  –  Więc  powiedziałam,  że  pod  koniec  tygodnia  polecimy 
samolotem, żeby się z nim zobaczyć. 

background image

– Jak to przyjęła? 
–  Nie  najlepiej.  Pobiegła  do  swojego  pokoju  i  zaczęła  płakać.  Dzisiaj  rano 

zapytała mnie, czy Joel poszedł do nieba, jak jej mama i  tata... – Kirsten zaniosła 
się płaczem. – Ja sobie nie poradzę... 

– Z czym sobie nie poradzisz? 
Kirsten odepchnęła Sally. 
– Nie zbliżaj się. Nie chcę, żebyś się rozchorowała. 
– Uspokój się – rzekła Sally ze śmiechem. – Nic mi nie grozi. Już miałam tego 

wirusa dwa tygodnie temu. 

– Możesz go złapać jeszcze raz  – oświadczyła Kirsten. – Rozchorujesz się na 

swój ślub, a ja znowu będę miała poczucie winy. 

–  Nic  podobnego.  Zresztą  ta  infekcja  przechodzi  po  dwudziestu  czterech 

godzinach i gdybym ją znowu złapała, do soboty będę zdrowa jak rydz. 

– Jesteś dobrą przyjaciółką. – Kirsten wypłakała się na ramieniu Sally, a potem 

podniosła głowę i otarła oczy. Nos miała szorstki od wycierania, oczy ją piekły. 

– Powinnaś się przespać. Czy dzwoniłaś do rodziców? 
– Tak. Oni wiedzą, że Melissa jest trochę niezdrowa, ale wszyscy myśleliśmy, 

że tak mocno przeżywa wyjazd Joela. 

– On wróci – powiedziała z przekonaniem Sally. – A teraz kładź się do łóżka. 
– Ale Melissa lada chwila się obudzi. 
–  Wypij  herbatę  –  poleciła  Sally  i  podała  Kirsten  filiżankę.  –  Kiedy  ostatnio 

wzięłaś paracetamol? 

–  Godzinę  temu.  –  Kirsten  upiła  łyk  i  zrozumiała,  że  to  nie  jest  zwyczajna 

herbata.  Był  w  niej  miód  i  cytryna,  i  jeszcze  coś,  czego  nie  potrafiła 
zidentyfikować. 

–  Kropla  sosu  Tabasco  –  zdradziła  tajemnicę  Sally.  –  Poleciła  mi  to  Jane 

McElroy, kiedy byłam chora, i podziałało fantastycznie. 

Kirsten upiła następny łyk i skrzywiła się. 
– Wypij wszystko – ofuknęła ją Sally. 
Kiedy Kirsten dopiła herbatę, Sally pomogła jej wstać i dopilnowała, żeby się 

położyła do łóżka. 

– Teraz zaśnij. Ja zostanę i wszystkim się zajmę. 
–  Cieszę  się,  że  do  mnie  wpadłaś  –  powiedziała  Kirsten,  zamykając  oczy  i 

wtulając  się  w  poduszkę.  –  Ale  właściwie  dlaczego?  –  zapytała  po  chwili, 
marszcząc brwi. 

–  Po  pierwsze  –  odparła  ze  śmiechem  Sally  –  lubię  być  z  tobą.  Po  drugie, 

background image

ostatnio rzadko się z tobą widywałam, bo byłam zajęta przygotowaniami do ślubu, 
a po trzecie, chcę poprosić Melissę, żeby była moją druhną i niosła kwiaty na moim 
ślubie. 

Kirsten z zachwytem uśmiechnęła się do przyjaciółki, ponownie zamknęła oczy 

i od razu przeniosła się w krainę marzeń: Joel wpatrywał się w nią z uwielbieniem, 
byli  w  ogrodzie  pełnym  pięknych  kwiatów,  ona  miała  na  sobie  białą  suknię  z 
trenem.  To  nie  Sally  brała  ślub,  ale  ona,  Kirsten.  Joel  w  czarnym  smokingu  stał 
przy niej i obiecywał kochać ją i hołubić po kres jej dni. Kirsten westchnęła. Czy 
marzenia rzeczywiście się spełniają? 

 
W  następny  piątek Kirsten  z  Melissą przyleciały  do  Sydney;  Kirsten nigdy  w 

życiu nie była tak zadowolona, że wysiada z samolotu. Obydwie przeżyły okropny 
tydzień  bez  Joela,  ale  Kirsten  wiedziała,  że  to  tylko  przedsmak  tego  co  będzie, 
kiedy on wyjedzie na dłużej. 

Musiała się oswoić z myślą, że sama wychowuje dziecko  – i bardzo jej się to 

nie  podobało.  Rodzice  byli  wielką  podporą,  ale  podczas  nieobecności  Joela  tym 
bardziej przygniatał ją ciężar odpowiedzialności za Melissę. 

Co wieczór Melissa zadawała jej pytanie, czy Joel poszedł do nieba. Czy wróci. 

Obie  płakały  i  jedna  drugą  utulała  do  snu.  Dziewczynkę  od  nowa  zaczęły  nękać 
nocne koszmary, które – jak się wydawało – należały już do przeszłości. 

Po wyjściu z samolotu Kirsten torowała sobie drogę przez tłum na lotnisku ze 

śpiącą  Melissą  na  ręku,  objuczona  ponadto  torebką  i  aparatem  fotograficznym 
zawieszonym  na  drugim  ramieniu.  Kiedy  rano  wyruszały  w  podróż,  Melissa 
wpadła niemal  w  histerię  i  Kirsten  musiała  poprosić  ojca, który  je  odwoził,  żeby 
zatrzymał się przy aptece, by mogła kupić dziewczynce środek uspokajający. 

Isobelle  chciała  nawet  zmienić  termin  odlotu  na  kolejny  dzień,  ale  Kirsten 

podziękowała.  W  Sydney  miała  po  nie  wyjść  Jordanne  i  zawieźć  je  do  domu 
rodziców Sally. Była to obszerna rezydencja, w której znajdowały się liczne pokoje 
gościnne. Wszyscy weselni goście mieli tam spędzić cały weekend. 

–  Pozwól,  że  ją  wezmę  –  powiedział  niski głos.  Serce  Kirsten  załomotało  jak 

szalone. 

– Joel? – szepnęła i poczuła, jak krew wali jej młotem w skroniach. Potknęła 

się, ale on ją objął opiekuńczo ramieniem i zaprowadził do krzesła. Kiedy usiadła, 
wziął z jej rąk śpiącą Melissę i przytulił. – Cco... ? 

– Co ja tu robię? 
Kirsten kiwnęła głową, wciąż zaskoczona jego widokiem. 

background image

– Miała po nas wyjechać Jordanne – rzuciła. 
– Powiedziałem jej, że ja pojadę. – Zmarszczył brwi. – Wydawało mi się, że ci 

mówiłem, że będę czekał na was na lotnisku. 

Kirsten wbiła oczy w dywan, zadowolona, że jej oddech powoli się uspokaja – 

o ile w obecności Joela mógł być spokojny. Wolała, by nie wiedział, że specjalnie 
poprosiła  Jordanne  o  przyjazd  na  lotnisko,  gdyż  chciała  mieć  dla  siebie  kilka 
godzin przed spotkaniem z nim, aby się na nie przygotować. 

Jej  uczucia  wobec  niego  były  złożone.  Czuła  złość,  rozczarowanie, 

rozdrażnienie,  a  zarazem  rozpaczliwie  pragnęła,  by  znów  ją  objął,  całował,  by 
mówił jej słowa miłości, które zwiążą ich na wieczność. 

Ale teraz, gdy tu był, gdy siedział koło niej, wszystkie złe emocje rozwiały się 

jak wiatr i jedyne, co zostało, to świadomość, że bardzo go kocha. Spojrzała mu w 
oczy i głęboko odetchnęła oczyszczającym oddechem, a potem się uśmiechnęła. 

– Tęskniłam za tobą – szepnęła i pochyliła się, by musnąć wargami jego usta. 

Przymknęła oczy i westchnęła. 

– Ja też za tobą tęskniłem – odparł. Pochylił się i pocałował czoło Melissy. – I 

za nią również. 

Spojrzał Kirsten w oczy. Wyglądał, jakby prawie nie sypiał przez ostatnie dni, i 

Kirsten pomyślała, że pewno cały czas ostro trenuje. 

– Jak twoje kolano? – zapytała. 
– Bardzo dobrze – odparł. 
Joel  uśmiechał  się  tylko  ustami.  Oczy  miał  smutne.  Melissa  przebudziła  się  i 

oboje zwrócili na nią uwagę. Przetarła oczy i powoli je otworzyła. Ujrzała Joela. 

– Witaj, malutka – powiedział i posadził ją na kolanach. 
–  To  ty  jesteś  tutaj?  –  zdziwiła  się  dziewczynka  i  zarzuciła  mu  ramiona  na 

szyję. Popatrzyła na Kirsten. – Miałaś rację, ciociu. Joel nie poszedł do nieba jak 
mamusia i tatuś. – Mocno się przytuliła do Joela, jakby nie chciała już nigdy się z 
nim rozstać. Kirsten nie miała jej tego za złe. Sama tak właśnie czuła. 

Joel gwałtownie obrócił głowę i spojrzał na Kirsten. W jego oczach malowała 

się troska. 

– Nie przejmuj się. Chyba czas poszukać naszych walizek, prawda, Lissy? Czy 

pamiętasz, jakiego koloru jest twoja? 

Jednak spojrzawszy na dziewczynkę, Kirsten przekonała się, że mała zamknęła 

oczy, główkę wsparła na ramieniu Joela i rączkami opasała mu szyję. 

– Zasnęła? – zapytał. Kirsten potaknęła. – Czy ona nie przesadza z tym snem? 
– Wszystko w porządku – odparła Kirsten. – Musiałam jej dać prometazynę na 

background image

czas lotu. 

– Dlaczego? 
– Wpadła w histerię, kiedy miała wsiąść do samolotu. 
– Ale dlaczego? 
–  Nie  wiem,  ale  myślę,  że  boi  się  powrotu  do  Sydney.  Ona  tu  mieszkała  od 

urodzenia. 

Joel skinął głową i wstał. 
– Chodźmy po bagaże – powiedział. 
Melissa  znów  się  przebudziła  i  znowu  na  widok  Joela  wpadła  w  zachwyt. 

Obsypywała go pocałunkami, a on, zaśmiewając się, opasał ramieniem Kirsten. 

– Tak się cieszę, że tu jesteś – rzekł. 
Melissa „pomagała” Joelowi pchać wózek z bagażami na parking, gdzie czekał 

jego samochód. Był to biały jaguar XJ6, własność Jeda. Kirsten była zadowolona z 
towarzystwa  dziewczynki,  która  bezustannie  szczebiotała;  w  pewnym  momencie 
wspomniała, jak bardzo były obie chore. 

– Naprawdę? – spytał cicho Joel, zerknąwszy na Kirsten, która zajęła miejsce 

pasażera z przodu samochodu. 

Skinęła  głową,  ale  się  nie  odezwała.  W  końcu  Sally  miała  rację  –  to  był 

jednodniowy wirus. 

– Wygląda na to – rzekł Joel, kładąc jej rękę na kolanie – że miałaś zły tydzień. 
–  Mhm  –  mruknęła,  ale  dalej  trzymała  język  za  zębami.  Joel  nie  był  winien 

temu, że do tego stopnia na nim polegała, tak mocno do niego tęskniła i tak bardzo 
go kochała. 

– I przyszła Sally i opiekowała się ciocią i poprosiła, żebym została jej drużką – 

ciągnęła Melissa. – I jadłyśmy lody na patyku, prawda, ciociu Kirsten? Moje były 
czerwone,  a  cioci  pomarańczowe,  i  ja  miałam  czerwony  język,  a  ciocia 
pomarańczowy. Prawda, ciociu Kirsten? 

– Zgadza się – przyznała Kirsten z udawaną radością. 
–  Kolor  języka  jest  bardzo  ważny,  jak  się  ma  cztery  lata  –  powiadomiła 

konspiracyjnym szeptem Joela. 

Melissa znów zajęła uwagę Joela, opowiadając mu o koleżance, którą poznała 

w  przedszkolu.  Kiedy  zajechali  przed  posiadłość  Bransfordów,  na  powitanie 
wybiegła im Sally. Melissa rzuciła się jej w objęcia. 

– No, no! – rzekł Joel, wysiadając z samochodu, i potarł sobie ucho. 
–  Wiem,  co  myślisz  –  powiedziała  Kirsten  ze  śmiechem.  –  Najpierw  nie 

mogliśmy  z  niej  wydobyć  słowa,  a  teraz  nie  możemy  powstrzymać  jej  paplaniny, 

background image

ale ja się cieszę, że jest, jak jest. – Popatrzyła z czułością na siostrzenicę. 

Weszli do domu i zostali zaprowadzeni do swych pokoi. 
Melissa popiskiwała z zachwytu, oglądając rezydencję. 
Dzień  zaplanowano  w  najdrobniejszych  szczegółach  I  wszyscy  doskonale  się 

bawili.  Park  i  trawniki  wokół  domu  były  pięknie  utrzymane.  Ustawiono  tam 
gigantyczny namiot, w którym miało się odbyć przyjęcie na pięćset osób. Wszędzie 
krzątali się ludzie z firmy przygotowującej ucztę weselną. 

–  Tylko  pięćset  osób?  –  zakpiła  Kirsten,  gdy  trzy  przyjaciółki  usiadły 

wieczorem  w  ogrodzie,  aby  podziwiać  zachód  słońca.  Joel  zajął  się  układaniem 
Melissy do snu i Kirsten z radością znów zdała się na niego, chociaż chciała tego 
unikać. Ale pomyślała, że nic się nie stanie, jeżeli jeszcze raz pozwoli sobie na ten 
luksus. 

–  Też  się  zdziwiłam  –  rzekła  Jordanne.  –  W  końcu  za  mąż  wychodzi  córka 

takiej  znakomitości  jak  Norman  Bransford.  Myślałam,  że  on  zechce  tę  nowinę 
ogłaszać całemu światu. 

– Staruszek Norman Bransford miałby na to wielką ochotę – przyznała Sally ze 

śmiechem – ale musi uszanować nasze życzenie, żeby uroczystość była skromna. 

Kirsten i Jordanne popatrzyły na siebie z osłupieniem. 
– Skromna? Na pięćset osób? 
– To wynik kompromisu – broniła się Sally. 
– Przygotowania wypadły dobrze – rzekła Jordanne. 
–  To  będzie  twój  wielki  dzień  –  dodała  Kirsten.  Wszystkie  trzy  spojrzały  na 

siebie z uśmiechem. 

– Tyle razem przeżyłyśmy – powiedziała Sally ze łzami w oczach. – Jutrzejszy 

dzień będzie dla mnie bardzo ważny i tak się cieszę, że jesteście ze mną. 

Wszystkie trzy złączyły dłonie i mocno się uścisnęły. 
To jest właśnie przyjaźń, pomyślała Kirsten. 
Jordanne pierwsza otrząsnęła się z zadumy. 
–  No,  dosyć  tego  rozczulania  się,  popłakiwania  i  wspominania  przeszłości  – 

oznajmiła, otarłszy oczy – jeżeli nie chcemy jutro mieć spuchniętych twarzy. 

–  Racja  –  przyznała  Sally.  –  Czy  testy  płodności  wykazały  coś  nowego?  – 

spytała z całą otwartością Jordanne. Kirsten wiedziała, że Jordanne się nie obrazi. 
Ich przyjaźń opierała się na szczerości. 

– Alex mówi, że wyniki są lepsze niż kiedyś – odparła Jordanne, wzruszywszy 

ramionami – więc to dobry znak. 

–  Mam  nadzieję  –  rzekła  Sally.  –  Przy  takim  postępie  medycyny  nie 

background image

powinniście mieć trudności z powiększeniem rodziny. 

–  Właśnie.  Jordanne  i  Alex  będą  wspaniałymi  rodzicami  –  dodała  Kirsten, 

czując przypływ macierzyńskiej dumy na myśl o tym, że jej mała dziewczynka w 
tej chwili zasypia. 

– A jak się układa między tobą a Joelem? – zagadnęła Jordanne. 
Kirsten jęknęła i ukryła twarz w dłoniach. 
– Lepiej nie pytaj, bo jutro ja będę miała czerwone i opuchnięte oczy – odparła. 
– Tak źle? O co chodzi? On cię kocha. Mój starszy brat jest w tobie zakochany, 

jestem tego pewna – rzekła Jordanne. 

– To się cieszę, że ktoś jest tego pewien, bo on raczej nie! 
– Powinnaś go widzieć, jak się dowiedział, że Jordanne wybiera się po ciebie i 

Melissę na lotnisko – wtrąciła Sally. 

–  Po  prostu  się  wściekł  –  potwierdziła  Jordanne.  –  Wrzeszczał,  jak  to  on  się 

umawiał, że wyjedzie po ciebie, i że to jego sprawa. 

– Zażądał od Jeda kluczyków i wypadł z domu jak burza. 
– To wcale mnie nie pociesza. Z tego, co wiemy, chciał zobaczyć Melissę. 
Jordanne i Sally potrząsnęły głowami. 
– Nie – zaprzeczyła Jordanne. – On się w tobie zakochał bez pamięci. 
– Dobrze byłoby, gdyby ktoś mu o tym powiedział – skwitowała Kirsten. 
 
Ślub  był  widowiskowy,  jak  się  tego  wszyscy  spodziewali.  Sally  budziła 

zachwyt  w  skromnej,  lecz  eleganckiej  kremowej  sukni  z  surowego  jedwabiu. 
Prosty  krój  podkreślał  jej  idealną  figurę.  Na  głowie  miała  brylantowy  diadem  i 
upięty  welon,  te  same  co  przed  laty  jej  matka,  w  ręku  trzymała  bukiet  róż  w 
ulubionym żółtym kolorze. 

Kirsten i Jordanne wystąpiły w sukienkach z żółtego surowego jedwabiu, każda 

z bukietem białych róż. Obie miały długie włosy i Sally poprosiła, by je po prostu 
spięły  z  tyłu  brylantowymi  klamrami.  Melissa  zaś  była  w  bladocytrynowej 
sukience, miała francuskie loki i niosła wiązankę różnokolorowych różyczek. 

W ogrodzie rozstawiono krzesła wzdłuż alejki, jaką wytyczały kosze z różami. 

Jed  stał  w  towarzystwie  Aleksa  i  Joela,  niecierpliwie  czekając.  Wszyscy  trzej 
oszałamiali  męską  urodą.  Mieli  na  sobie  czarne  fraki  i  jaskrawożółte  kamizelki. 
Pogoda dopisała, jak na połowę grudnia było sucho. 

Wszystko  odbywało  się  jakby  we  śnie,  ale  kiedy  Jed  i  Sally  stanęli  twarzą  w 

twarz i do ślubowania ujęli się za ręce, Kirsten nie mogła się powstrzymać i rzuciła 
ukradkowe  spojrzenie  na  Joela.  Cichutko  westchnęła,  ujrzawszy,  że  on  na  nią 

background image

patrzy z wyrazem, jakiego dotąd u niego nie widziała. Usiłowała dociec, co by to 
miało  znaczyć,  ale  już  po  chwili  podążała  alejką  za  nowożeńcami,  pod  rękę  z 
Joelem. 

– Piękna uroczystość – szepnął jej do ucha, kiedy orszak się rozszedł. 
– O, tak – zdążyła mu odszepnąć, zanim Melissa pociągnęła ją za sukienkę. 
– Nie pamiętam, gdzie jest toaleta – powiedziała alarmującym tonem. 
Kirsten uśmiechnęła się do Joela i wzięła siostrzenicę za rękę. Kiedy wróciły, 

goście zasiadali do uczty weselnej. Wszyscy delektowali się wybornymi potrawami 
i Kirsten z Joelem nie mieli sposobności do rozmowy. Wygłoszono przemówienia, 
zabrał  także  głos  Jed,  który  z  czułością  mówił  o  swej  żonie,  po  czym  zagrała 
orkiestra. 

Melissie zachciało się spać i wdrapała się Kirsten na kolana. 
– Miałaś dzisiaj dużo wrażeń, prawda, maleńka? 
– Tak. – Melissa skinęła główką. – Mojej mamusi by się tu podobało – dodała z 

pełną smutku rezygnacją i Kirsten wzruszenie ścisnęło gardło. To dobrze, że mogły 
mówić o Jacqui i jej mężu. Kirsten pragnęła to kontynuować  – by podtrzymywać 
pamięć o nich. 

– Myślę, że tak, kochanie. 
–  Czy  tęsknisz  za  moją  mamusią?  –  spytała  Melissa  i  podniosła  wzrok  na 

ciotkę. 

– Bardzo tęsknię – wyszeptała Kirsten – ale ty jesteś do niej tak podobna, że za 

każdym  razem,  gdy  się  uśmiechasz,  czuję  się,  jakby  to  ona  była  przy  mnie.  – 
Położyła rękę na sercu. 

– Kocham cię, ciociu Kirsten – rzekła Melissa i ziewnęła. 
–  Ja  też  ciebie  kocham,  Lissy  –  wyszeptała  Kirsten,  powstrzymując  łzy 

napływające jej do oczu. 

Podszedł  Joel  i  usiadł  obok  Kirsten,  spoglądając  na  dziecko  śpiące  w  jej 

ramionach. 

– To był dla niej wielki dzień – powiedział. – Dzielnie sobie radziła. 
– Tak, masz rację – odrzekła Kirsten z uśmiechem. 
– Położę ją spać, a potem zatańczymy, dobrze? 
– A jak się obudzi? Nie będzie wiedziała, gdzie jest. 
W tym momencie podeszła do nich Isobelle i pocałowała wnuczkę w głowę. 
– Uprzedziła mnie – zauważyła ze śmiechem. – Greg i ja idziemy się położyć 

do  naszego  uroczego  pokoju  i  chciałam  wam  powiedzieć  dobranoc.  –  Matka 
Kirsten przeniosła spojrzenie z córki na Joela i z powrotem na córkę.  – Poproszę 

background image

Grega, żeby zaniósł Melissę do domu i położył do łóżka. Jej pokój jest na wprost 
naszego, po drugiej stronie korytarza, więc będziemy mogli nad nią czuwać. A wy 
zostańcie i zabawcie się. 

– Świetny pomysł – rzekł Joel i wstał. – Idę po Grega. Zanim Kirsten zdołała 

zaprotestować,  wszystko  zostało  zorganizowane.  Chociaż  całym  sercem  kochała 
Joela,  teraz  czuła  się  przy  nim  trochę  nieswojo.  W  ich  związku  było  zbyt  dużo 
niewiadomych, a dzisiejszy wieczór nie nadawał się do dyskusji na ten temat. 

– Chodź, moja droga – powiedział, gdy Isobelle i Greg zabrali Melissę. Wziął 

Kirsten za rękę i zaprowadził na parkiet. – Zatańczmy! 

 
W niedzielę Kirsten, Joel i Melissa wrócili do Canberry. Jed i Sally zamierzali 

spędzić kilka dni w pięknych Górach Błękitnych, rozciągających się na zachód od 
Sydney, a potem wrócić na tradycyjne przyjęcie połączone z ubieraniem choinki, 
urządzane przez Jane McElroy dwudziestego czwartego grudnia. W tym roku Jane 
planowała nadać mu szczególnie uroczysty charakter. 

– Kirsten, kiedy zamykasz gabinet? – spytał Joel w środę rano, wybierając się 

na ostatnią sesję z fizjoterapeutą. 

– W piątek po południu – odrzekła Kirsten, która kończyła jeść śniadanie. 
Od powrotu z Sydney starała się zapomnieć o wątpliwościach dotyczących ich 

związku,  lecz  nie  dawały  jej  spokoju.  Usiłowała  cieszyć  się  każdą  minutą,  którą 
ona i Melissa spędzały z Joelem, wiedząc, że wkrótce może je opuścić na zawsze. 

– Kiedy... zamierzasz wrócić do Sydney? 
– W piątek wieczór. A ty i Melissa kiedy lecicie? 
–  W  sobotę  rano.  Moi  rodzice  będą  nam  towarzyszyć,  więc  chyba  nie  będę 

musiała nic jej dawać na uspokojenie. 

– Czy ona naprawdę myślała, że ja nie wrócę? – spytał Joel po chwili wahania. 
–  Owszem.  –  Kirsten  spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  –  Tak  myślała  –  dodała 

spokojnie. 

Wiedziała, jak ważny jest dla niego medal olimpijski, a ponieważ go kochała, 

pragnęła  tylko  jego  szczęścia,  ale  czy  on  nie  widzi,  że  prawdziwe  szczęście  ma 
przed  nosem?  Obie  z  Melissą  bardzo  go  kochają,  a  mimo  to  on  szuka  szczęścia 
gdzie indziej.  Joel nic  więcej  nie  powiedział,  więc  Kirsten  zaniosła  swój kubek  i 
talerz do zlewu. 

–  Później  umyję  naczynia.  Teraz  prędko  zaprowadzę  Melissę  do  mamy,  bo 

inaczej spóźnię się do pracy. 

W czwartek spędzili wieczór razem, siedząc na kanapie i oglądając stary film z 

background image

Mae West. Kirsten wiedziała, że zachowa te chwile z Joelem na zawsze w pamięci. 
Wkroczył w jej życie niecałe dziewięć tygodni temu i to były najlepsze tygodnie, 
jakie kiedykolwiek przeżyła. 

W piątek wieczorem obie odprowadziły Joela na lotnisko, gdyż Kirsten uznała, 

że  dla  Melissy  będzie  lepiej,  jeśli  zobaczy,  jak  on  wsiada  do  samolotu,  a  nie  jak 
odjeżdża taksówką sprzed domu. Ucałowała go czule, a potem obydwie patrzyły, 
jak jego samolot wzbija się w niebo. 

–  Jutro  zobaczymy  Joela,  prawda,  ciociu?  –  spytała  niepewnie  Melissa,  kiedy 

wróciły do samochodu. 

– Oczywiście, kochanie. 
Podczas  jazdy  Melissa  była  dziwnie  milcząca  i  Kirsten  zaniepokoiła  się,  że 

dziewczynka może się znów rozchorować. W końcu dziecko przemówiło: 

– Dlaczego Joel nie jest razem z tobą i ze mną? Tak jak moja mamusia i tatuś 

byli ze sobą? 

–  No  wiesz,  kochanie  –  Kirsten  przełknęła  ślinę,  gdyż  nagle  zaschło  jej  w 

gardle – my nie jesteśmy małżeństwem. 

– Ale przecież cały czas się całujecie. 
– Tak, całujemy się – potwierdziła z uśmiechem. 
– I ty go lubisz. 
– Tak. 
– I on ciebie lubi. 
– Tak. 
– Ale nie mieliście takiego wesela jak Sally i Jed. 
– Nie – odparła Kirsten, zastanawiając się, czy kiedykolwiek się pobiorą, czy 

też złoto olimpijskie dostatecznie ogrzeje Joela w owe lodowate zimowe wieczory, 
za którymi tak przepadał. 

– Może też się pobierzecie i ja będę na waszym weselu – paplała Melissa. – W 

różowej sukience. A czy Jordanne wychodzi za mąż? 

– Tak. – Kirsten starała się stłumić żal. Obydwie przyjaciółki były szczęśliwe 

ze swoimi wybrańcami, a jej ukochany właśnie odleciał – ponownie! 

–  Na  jej  weselu  będę  w  czerwonej  sukience  –  oznajmiła  Melissa.  Po  chwili 

namysłu  zapytała:  –  Kto  jeszcze  wychodzi  za  mąż?  Bo  chciałabym  mieć  też 
niebieską sukienkę. 

Kirsten nie mogła się powstrzymać od śmiechu. 
– Lissy, i bez wesela możesz mieć nową sukienkę. Jeśli chcesz niebieską, to ci 

ją kupię. 

background image

–  Naprawdę,  ciociu?  Ale  fajnie!  Tylko  że  mieć  nową  sukienkę  specjalnie  na 

wesele to większa frajda. 

–  Tak,  masz  rację.  –  Kirsten  westchnęła  ze  smutkiem.  Melissa  bez  ustanku 

szczebiotała,  a  wieczorem  bez  oporu  poszła  do  łóżka,  szczęśliwa,  że  nazajutrz 
zobaczy  kochanego  Joela.  Tym  razem  przy  wsiadaniu  do  samolotu  nie 
histeryzowała  i  –  dzięki  obecności  dziadków  –  zniosła  pogodnie  krótką  podróż  z 
Canberry do Sydney. 

Joel nie czekał na lotnisku i Kirsten zamarło serce. Bezustanne pytania Melissy, 

co się z nim stało, wprawiły ją w jeszcze gorszy nastrój. Zamiast Joela przyjechał 
John  McElroy,  tłumacząc,  że  Joel  właśnie  odbywa  ostatni  sprawdzian 
kwalifikacyjny przed olimpiadą. 

– Myślałam, że ma go po południu – rzekła Kirsten. 
–  Udało  mu  się  go  przenieść  na  wcześniejszą  porę.  Dzięki  temu  po  południu 

będziemy razem. 

Melissa,  przełamawszy  początkową  nieśmiałość,  zaczęła  zasypywać  Johna 

pytaniami. 

Kiedy  przyjechali  do  domu  McElroyów,  Kirsten  i  Melissa  zostały 

zaprowadzone  na  górę,  do  dawnego  pokoju  Jordanne.  Melissa  aż  jęknęła  z 
zachwytu, widząc prześlicznie urządzony pokoik, łóżko okryte kapą z falbankami i 
tapety o kwiatowym wzorze. 

Kirsten  obserwowała  dziecko,  które  stało  bez  ruchu  na  środku  pokoju  i 

przyglądało się wszystkiemu z otwartą buzią. 

–  Czy  chciałabyś,  żeby  twój  pokoik  tak  wyglądał?  –  spytała  z  wahaniem. 

Specjalnie  upodobniła  pokój  Melissy  do  tego  urządzonego  przez  Jacqui,  gdyż 
sądziła, że pomoże to dziecku łatwiej się przystosować. 

– Czy to możliwe? 
–  Pewno,  że  tak.  Po  świętach  pójdziemy  do  specjalnego  sklepu  i  dobierzemy 

farby i kolory. 

–  I  kupimy  nową  kapę  na  łóżko?  –  zapytała  dziewczynka,  podskakując  z 

radości. 

– No jasne – odparła Kirsten, ubawiona jej entuzjazmem. 
– Joel nam pomoże. On jest duży i może wysoko sięgać. 
Kirsten nic na to nie odpowiedziała, zresztą na szczęście uwagę Melissy zajęła 

stara pozytywka Jordanne. Jak ma wyjaśnić dziewczynce, że Joel prawdopodobnie 
nie wróci razem z nimi do domu po świętach Bożego Narodzenia? 

Gdy  były  na  górze,  przyjechał  Joel,  promiennie  uśmiechnięty.  Kiedy  Kirsten 

background image

schodziła  na  dół,  kolana  się  pod  nią  uginały;  była  zła  na  siebie  za  taki  brak 
opanowania.  Patrzyła,  jak  Joel  schwycił  w  objęcia  Melissę,  wycałował  ją  i 
połaskotał w brzuszek. 

–  Teraz  twoja  kolej!  –  powiedział,  widząc  Kirsten  na  schodach.  Wypuścił 

Melissę i gnając po dwa stopnie naraz, dopadł Kirsten, podniósł w górę i pocałował 
w usta. 

–  Ostrożnie.  Widzę,  że  jesteś  zadowolony  –  odezwała  się  ze  zlodowaciałym 

sercem. Z jego zachowania wywnioskowała, że zakwalifikowano go na olimpiadę. 

– Jeszcze jak! – Spojrzał jej w twarz i przestał się uśmiechać. – Co się stało? – 

zapytał i postawił ją na ziemi. 

Nie mogła powstrzymać łez, które napłynęły jej do oczu. 
– Nic... – Urwała i zaczerpnęła tchu. – Najwyższy czas, żebyśmy... Joel, muszę 

z tobą porozmawiać. 

–  No  jasne  –  mruknął  z  zatroskaniem.  –  No  jasne.  –  Zaprowadził  ją  do 

biblioteki. – Co się stało? – spytał, zamykając drzwi. 

Odeszła  od  niego  o  kilka  kroków  i  stanęła  przy  kominku.  W  palenisku, 

oczyszczonym  po  zimie,  nie  było  teraz  drew  ani  papieru.  Spojrzała  na  rodzinny 
portret sprzed lat, wiszący nad kominkiem, i westchnęła. 

– Joel – zaczęła cicho, zwracając ku niemu twarz. – Musimy porozmawiać... o 

nas. 

– Dobrze – odparł. – Ale o co chodzi? 
–  O  ciebie  –  odparła  i  wskazała  go  palcem,  a  potem  poprawiła  włosy. 

Specjalnie je rozpuściła, gdyż wiedziała, jak on lubi na nie patrzeć, a pragnęła mu 
sprawić przyjemność. 

– Nie rozumiem. 
–  Jak  widzisz  naszą  przyszłość?  –  zapytała  i  na  twarzy  Joela  odmalowało  się 

zrozumienie. – Jedziesz na olimpiadę i nie będzie cię co najmniej cztery  miesiące 
albo i dłużej. Co się stanie z nami? Czy mam czekać, aż wrócisz? I czy w ogóle 
wrócisz? Czy chcesz na stałe być moim wspólnikiem i prowadzić ze mną praktykę 
lekarską? Czy chcesz założyć rodzinę? 

– Ho, ho! – Wzniósł ręce do góry. – Chyba to cię od dawna nurtuje, co? – spytał 

i postąpił kilka kroków ku niej, po czym się zatrzymał. 

– Tak. Nie chciałam zakłócać reżimu twoich treningów, bo wiem, ile znaczy dla 

ciebie  olimpiada,  ale  żebym  chociaż  wiedziała,  co  czujesz...  –  Głos  ją  zawiódł, 
odwróciła się i obiema rękoma uchwyciła się półki nad kominkiem. – Czy ty masz 
pojęcie,  jaki  okropny  był  ten  tydzień  bez  ciebie?  –  Mówiła  głębokim  głosem, 

background image

drżącym od udręki. – Mam teraz wiele sympatii i szacunku do osób, które samotnie 
wychowują dzieci, ale coś ci powiem, Joel.  – Obróciła się ku niemu twarzą. – Ja 
nie chcę być samotną matką. Melissa – ciągnęła – była półżywa ze zmartwienia i 
strachu, czy cię jeszcze kiedyś zobaczy. Ona tak bardzo cię kocha i tak bardzo cię 
potrzebuje. 

– Wiem – odparł. – Wiem. 
– Kocham cię – wyszeptała. Jej oczy mówiły to samo. 
– Moja miła – powiedział i jednym skokiem znalazł się przy niej. – Moja miła – 

szepnął, pochylił się i pocałował ją z całą siłą namiętności w usta. 

Ten pocałunek wiele obiecywał, ale Kirsten czekała również na słowa  – małe 

dwa  słówka,  które  by  scaliły  jej  rozchwiane  życie.  Tymczasem  jednak  Joel 
wypuścił  ją  z  objęć,  bo  drzwi  biblioteki  otworzyły  się  i  pojawiła  się  w  nich 
Melissa. 

– Tu jesteś! – zawołała i zaplotła rączki wokół nogi Joela. – Szukałam cię. Jane 

mówiła,  że  musisz iść  do  sklepu,  zanim  go  zamkną,  i że  jeżeli  ciocia się  zgodzi, 
będę  mogła  pójść  z  tobą.  –  Utkwiła  błagalny  wzrok  w  Kirsten.  –  Proszę,  ciociu, 
pozwól mi iść z Joelem. Proszę. 

Kirsten nie wiedziała, co myśleć, co mówić. Była tak rozgorączkowana, że nie 

była pewna, co robić. 

– Prędko wrócimy – rzekł Joel i ujął Melissę za rączkę. 
– Dobrze – odrzekła Kirsten i skinęła głową. 
– Ojej! Dziękuję, ciociu! – pisnęła Melissa, uściskała nogę Kirsten i wybiegła z 

pokoju. 

Joel krótko ucałował Kirsten i wskazał drzwi. 
– Lepiej nie dam... 
– ... jej czekać – dokończyła Kirsten. – Idź! 
– Wkrótce wrócę. Wszystko rozwikłamy – obiecał i podążył za Melissa. 
Kirsten zagłębiła się w wygodnym fotelu i pierwszy raz od tygodni nie była w 

stanie  płakać.  Jednakże,  chociaż  rozmowa  nie  potoczyła  się  tak,  jak  planowała, 
ciężar spadł jej z serca, bo powiedziała Joelowi, że go kocha. 

Nie  wiedziała,  jak  długo  tu  jest,  ale  kiedy  poczuła,  że  ktoś  delikatnie  nią 

potrząsa, zdała sobie sprawę, że musiała się zdrzemnąć. 

– Kirsten, kochanie... 
Poznała głos pani domu, Jane McElroy. 
– Mhm. 
– Kirsten, zbudź się! 

background image

Podskoczyła, omal nie zwalając Jane z nóg. 
–  Och,  przepraszam.  –  Spojrzała  w  okno.  Na  zewnątrz  było  ciemno.  Stłumiła 

ziewnięcie. – Która to godzina? 

– Już niedługo kolacja. Pomyślałam sobie, że dobrze ci zrobi drzemka. – Objęła 

Kirsten matczynym uściskiem. 

–  Krzątamy  się  wszyscy  i  nie  było  nawet  okazji,  żeby  chwilkę  odetchnąć.  – 

Usiadła w fotelu naprzeciwko Kirsten. 

– Czy Melissa i Joel wrócili? – spytała Kirsten z przestrachem. 
– Tak, kochanie. Melissa bawi się w ogrodzie z innymi dziećmi, a Joel pomaga 

ojcu ustawić stół. 

– A czy ja mogłabym w czymś pomóc? 
–  Dziękuję,  kochanie,  ale  wszystko  funkcjonuje  jak  w  zegarku.  A  dzięki 

ludziom z firmy urządzającej przyjęcia nawet ja mam wolną chwilę. – Uśmiechnęła 
się serdecznie do Kirsten i poprosiła: – Opowiedz mi o sobie i Joelu. 

Kirsten sennie się uśmiechnęła i umościła wygodniej w fotelu. 
–  Nic  nie  umknie  twojej  uwagi,  prawda,  Jane?  Chyba  przez  te  wszystkie  lata 

wiedziałaś, że on mi się podoba. 

Jane tylko skinęła głową. 
– Kocham go – powiedziała Kirsten, zamykając oczy. 
– Jest dla mnie wszystkim... ale dla niego wszystkim jest olimpiada. 
– Joel jest bardzo podobny do swojego ojca. Kiedy się na czymś skoncentruje, 

cały się temu oddaje. Dlatego odnosi tyle sukcesów w sporcie. Lecz zarazem, co mi 
się  w  nim  podoba,  ma  zdolność  akceptacji.  Chyba  dzięki  temu  tak  dobrze 
porozumiewa się z dziećmi. Nie zmusza, żeby coś robiły. Po prostu pozwała, żeby 
były  sobą,  i  je  akceptuje  takimi,  jakie  są.  Justin  i  Jasmine  nie  mają  ani  takiej 
cierpliwości, ani tej zdolności akceptacji co on, ale przypuszczam, że z własnymi 
dziećmi jest inaczej. 

Chwilę obydwie  milczały,  nasłuchując oddalonych odgłosów  dużego, pełnego 

ludzi domu. 

–  Ja  zawsze  wierzyłam  w  cuda,  ale  ostatnio...  –  Kirsten  zamilkła  i  potarła  ze 

znużeniem czoło. – Nie wiem, może po prostu jestem zmęczona. Zbyt zmęczona, 
żeby jasno myśleć. 

– Zamąciło ci się w głowie od ciągłego analizowania – podsunęła Jane i Kirsten 

potaknęła. 

– Właśnie. 
–  Więc  przestań.  Przestań  analizować  i  po  prostu...  zaakceptuj.  Pogódź  się  z 

background image

tym, że Joel jest taki, jaki jest, niezależnie od tego, czy bierze udział w zawodach, 
czy  przyjmuje  pacjentów,  i  po  prostu  kochaj  go  za  to,  że  jest  sobą.  Jeżeli  mnie 
posłuchasz, mogę cię zapewnić, że nie popełnisz błędu. – Jane ujęła Kirsten za rękę 
i uścisnęła ją. – A teraz chodźmy ubierać drzewko. 

Kirsten  już  w  lepszym  nastroju  pomknęła  na  górę,  by  się  przebrać.  Po 

rozrzuconym  ubraniu  Melissy  zorientowała  się,  że  widocznie  dziewczynkę  już 
przebrano w żółtą, „weselną” sukienkę. 

Pozbierała ciuszki Melissy, włożyła czarne spodnie i czerwono-zieloną bluzkę z 

ornamentem świątecznym, uczesała włosy, do uszu przypięła kupione na tę okazję 
kolczyki i poprawiła makijaż. Kiedy schodziła ze schodów, czuła się o wiele lepiej. 

Wszędzie  kręcili  się  ludzie.  Przybyli  rodzice  Sally  i  Aleksa,  Isobelle  i  Greg 

także byli obecni. Rodzeństwo Joela zaprosiło krewnych swoich małżonków, tak że 
atmosfera była w pełni rodzinna. 

Wszyscy  rozmawiali,  kiedy  John,  Jed  i  Justin  ustawiali  wysoką  choinkę,  na 

której  wkrótce  miary  być  zawieszane  ozdoby.  Kiedy  wszystko  było  gotowe, 
zaczęła  się  uroczystość.  Były  różnokolorowe  światełka  i  mieniące  się  kolorami 
tęczy bańki, świecidełka, łańcuchy, wszelkiego rodzaju ozdoby. Każdy z gości coś 
przyniósł  i  własnoręcznie  stroił  drzewko.  Kirsten  obserwowała  uważnie 
siostrzenicę, widziała jej zachwyt i zadziwienie przebiegiem uroczystości. Melissa 
bawiła się z dziećmi Jasmine i Justina, szczególnie oczarowała ją maleńka córeczka 
Jareda. 

Kirsten  przypatrywała  się  także  Joelowi,  który  był  uszczęśliwiony,  że  jest  w 

domu,  a  nie  na  drugim  końcu  świata  jak  poprzedniego  roku.  Czuła  się  trochę 
zakłopotana,  wyznawszy  mu  miłość,  ale  przy  tym  cieszyła  się,  że  to  uczyniła. 
Kiedy  spotkali  się  spojrzeniami  ponad  głowami  gości,  Joel  się  uśmiechnął. 
Szczęśliwym, kochającym uśmiechem. 

Niebawem  Jane  obwieściła  początek  kolacji  i  wszyscy  usiedli  przy  długim 

stole, specjalnie przygotowanym na tę okazję. Kirsten z podziwem oglądała pięknie 
wypisane karty i fantazyjnie opakowane cukierki niespodzianki, aż proszące się, by 
je  otworzyć.  Ciekawa  była,  czy  w  tym  roku  Joel  pomagał  matce  w  ich 
przygotowaniu, jak wtedy, gdy był małym chłopcem. 

John  McElroy,  głowa  klanu  rodzinnego,  stuknął  w  kieliszek,  prosząc  o  ciszę. 

Przywitał  wszystkich,  po  czym  poprosił,  aby  pochylili  głowy,  przyjmując 
bożonarodzeniowe błogosławieństwo. Kiedy skończył, a chór głosów wyrecytował 
„amen”,  sięgnął  po  cukierek,  na  którym  wypisano  z  zakrętasami  jego  imię  i 
nazwisko złotym atramentem. 

background image

– A teraz zgodnie z tradycją należy otworzyć cukierki niespodzianki, które Jane 

i  jej  mali  podopieczni  przygotowywali  przez  cały  dzień,  pięknie  je  ozdabiając. 
Dobrej zabawy! 

Wokół  stołu  rozległy  się  szelesty  i  trzaski.  Kirsten  zwróciła  się  do  Melissy, 

która siedziała między nią i Joelem. 

– Otworzysz swój? – spytała. 
Melissa spojrzała najpierw na nią, a potem na Joela, i potrząsnęła główką, a jej 

mała buzia rozjaśniła się uśmiechem. 

– Najpierw ty, ciociu. – Wskazała cukierek z jej imieniem. 
Kirsten  wzruszyła  ramionami  i  wzięła  go  do ręki, którą potem  wyciągnęła do 

Melissy i Joela. 

– Pomożecie mi? – zapytała. 
– Oczywiście – odparł Joel i uczynił zadość jej prośbie. 
Kirsten otworzyła szeroko oczy na widok tego, co wypadło ze środka. Była to 

karteczka  papieru,  ale  nie  owinięta  wstążeczką,  lecz  wsunięta  w  brylantowy 
pierścionek. 

Zdumiona Kirsten wydała stłumiony okrzyk i kilka osób siedzących w pobliżu 

zwróciło głowy w jej stronę, by zobaczyć, co się dzieje. Kirsten ujęła pierścionek 
drżącymi palcami. Popatrzyła na Joela, który się uśmiechał nieśmiało, niepewny jej 
reakcji. 

– Przeczytaj karteczkę, ciociu – przynagliła Melissa. 
Kirsten  zdrewniały  ręce.  Jak  zaklęta  trzymała  karteczkę  i  pierścionek,  nie 

zważając  na  utkwione  w  niej  oczy  wszystkich  gości,  świadoma  tylko  obecności 
dwu istot siedzących obok. 

Joel sięgnął ręką i powoli zsunął pierścionek ze zwitka papieru. Ujął lewą rękę 

Kirsten i włożył pierścionek na jej serdeczny palec. 

– Przeczytaj kartkę – rzekł cicho, i naraz palce Kirsten odzyskały moc. 
Rozwinęła karteczkę i ujrzała wypisane złotym atramentem słowa, obwiedzione 

czerwonym i zielonym ornamentem. 

–  To  ja  namalowałam  obwódkę  –  pochwaliła  się  Melissa,  i  chociaż  Kirsten 

zachwycił ornament, jeszcze bardziej zachwyciły ją słowa. 

Brzmiały one: KOCHAM CIĘ. WYJDŹ ZA MNIE. JOEL. 
Kirsten  głośno  zaczerpnęła  tchu  i  zwróciła  spojrzenie  na  mężczyznę,  który 

wciąż czule trzymał ją za rękę. 

– Więc jak? – zapytał ledwo słyszalnym głosem. 
– A co z olimpiadą? – szepnęła. 

background image

– Nie jadę. 
To była ostatnia rzecz, jaką się spodziewała usłyszeć. 
– Dlaczego? – Jej głos zabrzmiał mocniej. – Byłeś dzisiaj taki szczęśliwy. Byłeś 

szczęśliwy, gdy wróciłeś po spotkaniu z trenerem. 

–  Pewno,  że  byłem  szczęśliwy.  Wreszcie  sobie  uświadomiłem,  że  wszystkie 

olimpijskie  medale  nie  dadzą  mi  tyle  szczęścia  co  ty.  Ty  i  Melissa.  Wy  jesteście 
moimi złotymi medalami. 

Kirsten  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  Spojrzała  na  Melissę,  uświadamiając 

sobie, że dziewczynka została dopuszczona do udziału w spisku. 

– A co ty myślisz, Lissy? 
– Moja mamusia i tatuś umarli  – powiedziała spokojnie Melissa.  – A Joel mi 

obiecał, że będzie moim nowym tatusiem. 

Na  słowa  Melissy  łzy  wytrysnęły  Kirsten  z  oczu,  gardło  ścisnęło  się  ze 

wzruszenia.  Melissa  znowu  utkwiła  w  niej  wzrok  i  Kirsten  niecierpliwie  otarła 
policzki, nie dbając o makijaż. 

– Ciociu Kirsten, czy zostaniesz moją nową mamusią? 
Kirsten  zadrżały  usta.  Nie  wierzyła  swoim  uszom.  Marzyła,  by  usłyszeć  te 

słowa,  i  była  niebotycznie  szczęśliwa,  że  Melissa  uwalnia  się  od  swojej  udręki. 
Pogładziła dziewczynkę czule po policzku. 

– Tak – szepnęła i na potwierdzenie energicznie skinęła głową. Podniosła głowę 

i spojrzała Joelowi w oczy. – Tak – oświadczyła, po czym radośnie się roześmiała. 

Gdy  Joel  przechylił  się  nad  Melissa  i  pocałował  Kirsten  w  usta,  rozległy  się 

oklaski.  Potem  posadził  sobie  dziewczynkę  na  kolanach  i  przesiadł  się  na  jej 
krzesło, żeby mogli wszyscy troje się objąć. 

– Moja rodzina – powiedziało wniebowzięte dziecko. 
 

background image

EPILOG 

 
– Usiądź wreszcie, Matyldo, bo wszędzie porozlewasz sok – upomniała Kirsten 

córeczkę, która w końcu usłuchała. 

–  Szkoda,  że  nie  mam  cierpliwości  Joela  –  powiedziała  do  Jordanne  i  Sally, 

które przybyły na rodzinne przyjęcie. 

– A to maleństwo jest zawsze zadowolone, całkiem jak jej wujkowie  – rzekła 

Sally,  która  wzięła  na  ręce  Jane,  jedno  z  trzymiesięcznych  trojaczków,  które 
urodziła Jordanne. 

Malutka Jane rozpłakała się wniebogłosy i Jordanne wyciągnęła do niej ręce. 
– Daj mi ją. Doprawdy, czasem się czuję jak maszyna do karmienia. 
–  Dobrze,  że  nie  zaszłaś  znowu  w  ciążę  –  rzekła  Kirsten,  na  co  Jordanne 

pokiwała głową. 

– Teraz kolej na Sally! – Jordanne się roześmiała. 
– Tommy ma już prawie trzy lata i przyda się mu siostrzyczka albo braciszek do 

zabawy – odparła Sally i poklepała swój zaokrąglony brzuch. 

–  Wszystko  w  porządku?  –  zabrzmiał  męski  głos  i  w  drzwiach  stanął  Alex. 

Podszedł do wózka i popatrzył na Annabelle i Charlotte, które na szczęście mocno 
spały. 

– To straszne, kiedy cała trójka budzi się o drugiej nad ranem, a mnie czeka w 

szpitalu operacja za operacją. 

– Wyobrażam sobie – powiedziała Kirsten. 
– Jak tam jedzenie? – spytała Sally. 
–  Prawie gotowe  – odparł  Jed.  Podszedł do  żony  i  ją pocałował.  –  Gdzie  jest 

Tommy? – zapytał. 

– Przygląda się, jak Melissa gra na komputerze  – odparła Sally.  – Czas, żeby 

skończyli i umyli ręce. 

– Pójdę po nich – oznajmił Jed i wyszedł. 
– Czy możemy zaczynać? – spytał Joel. 
Kirsten uśmiechnęła się na widok męża, jej wzrok był pełen miłości. Matylda 

dopiła swój sok i podbiegła do ojca. 

– Zasiądźmy już do uczty, bo to nienarodzone maleństwo zacznie protestować, 

że je źle odżywiam – rzekła Sally i wyszła do zalanego słońcem ogrodu. 

Kirsten  podążyła  za  nią  i  stanęła  urzeczona  pięknem  kuflików,  które  Joel 

posadził w ogrodzie trzy lata temu. 

background image

Westchnęła,  gdy  podeszła  do  niej  Melissa  i  ją  objęła.  Siedmioletnia 

dziewczynka  była  tak  podobna  do  Jacqui,  że  czasem  Kirsten  na  jej  widok  nie 
mogła pohamować łez. Wprawdzie Melissa mówiła do niej „mamo”, lecz obydwie 
kultywowały pamięć jej rodziców. 

–  Czy  wszyscy  są?  –  zwrócił  się  Joel  do  gromadki  McElroyów  i  Page’ów.  – 

Jedzenie stygnie, więc proszę, jedzmy. 

Kiedy wszyscy zaczęli sobie nakładać potrawy i w ogrodzie rozległ się szmer 

wesołych rozmów, Joel zbliżył się do Kirsten i musnął ustami jej szyję. 

– Kocham panią, pani McElroy – wyznał. 
– Z wzajemnością – odparła i pocałowała go w usta.