DIANA PALMER
RODEO
Tytuł oryginału: That Burke Man
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Todd Burke usiadł pewniej na rozklekotanym krześle i zaczął przyglądać się
uwaŜnie otoczonemu barierką placowi, na którym odbywało się rodeo. Poprawił na
głowie stetsona, a następnie zerknął na buty i nogawki spodni. Nie pomyślał o tym, Ŝe
rodeo to nie kościół. Od wielu lat nie pracował u ojca, a ostatnie występy jeździeckie
Cherry teŜ juŜ poszły w zapomnienie.
Myśl o córce sprawiła mu wyraźną przyjemność. Ta dziewczyna naprawdę
nieźle radziła sobie z koniem. Brakowało jej tylko pewności siebie. Była Ŝona Todda
nie pochwalała tej nagłej pasji. Ale Todd był dumny z córki. Dzięki niej z mniejszą
przykrością wspominał swoje małŜeństwo zakończone sześć lat temu szybkim
rozwodem. Sąd przyznał mu wówczas opiekę nad Cherry, poniewaŜ Marie i jej nowy
mąŜ byli zbyt pochłonięci interesami, Ŝeby zająć się dziewczynką.
Obecnie Cherry była czternastoletnią pannicą i od czasu do czasu mogła mu
nawet pomóc w prowadzeniu firmy komputerowej. Jednak Todd często czynił sobie
wyrzuty, Ŝe nie poświęca córce dostatecznie duŜo czasu i uwagi. CóŜ, był przecieŜ
dyrektorem firmy i nie mógł wszystkiego zrzucać na podwładnych.
Ale praca nudziła go coraz bardziej. Miał juŜ za sobą najtrudniejszy, ale
jednocześnie najciekawszy okres. Zarobił miliony i teraz pozostawało mu odcinanie
kuponów od tego, co wypracował wcześniej. Miał nadzieję, Ŝe parotygodniowy urlop
w czasie wakacji Cherry pozwoli mu znaleźć coś nowego, ekscytującego w jego Ŝyciu
i pracy, jednak szybko stwierdził, Ŝe juŜ samo myślenie o tym za bardzo go nuŜy.
Teraz czekał niecierpliwie na występ córki. Przyjechali do Jacobsville, poniewaŜ miał
tu wystąpić ulubiony jeździec Cherry. Zresztą miasteczko połoŜone było niedaleko
Victorii, gdzie znajdowała się teksaska siedziba firmy. Nie planowali udziału
dziewczynki w konkursie. Córka spytała pod wpływem nagłego impulsu, czy moŜe
wystąpić, a on w końcu się zgodził. Nie liczyli na wiele, poniewaŜ poziom rodeo był
wysoki, a Cherry mogła co najwyŜej uchodzić za zdolną amatorkę.
Głos spikera wyrwał go z zamyślenia. Usłyszał swoje nazwisko, a następnie
zobaczył postać w kapeluszu z szerokim rondem. Przez moment miał wraŜenie, Ŝe to
on sam wyjechał na arenę. Cherry miała podobną sylwetkę, zwłaszcza teraz, kiedy
siedziała pochylona na koniu. Todd obserwował jej przejazd i serce w nim zamarło.
Cherry popełniała podstawowe błędy. Oboje wiedzieli, Ŝe nie wygra rodeo, ale Todd
liczył po cichu na to, Ŝe przynajmniej nie będzie ostatnia.
-
AleŜ to kompromitujące
-
usłyszał jakiś Ŝeński głos.
-
Ta dziewczyna nigdy
nie będzie dobra. Wprawdzie zupełnie nieźle trzyma się na koniu, ale po prostu nie
potrafi jeździć. Czegoś jej brakuje.
Todd wzdrygnął się na dźwięk tego głosu. Dosłyszał w nim poczucie
wyŜszości, którego tak nie znosił. Zwłaszcza jeśli ktoś mówił o jego córce. Szybko
teŜ obejrzał się, Ŝeby sprawdzić, kto pozwala sobie na podobne uwagi. Kiedy w końcu
dostrzegł tę kobietę, jego serce zabiło mocniej.
Piękna wysoka blondynka, która tak obcesowo potraktowała umiejętności
Cherry, zaczęła mówić o sobie towarzyszącemu jej męŜczyźnie. Stwierdziła, Ŝe czuje
się świetnie i Ŝe jest u szczytu formy. Nawet noga doskwiera jej mniej niŜ zwykle.
Oczywiście będzie musiała uwaŜać na plecy, ale to juŜ drobnostka. NajwaŜniejsze, Ŝe
znów pokaŜe się na rodeo.
Oparła się o barierkę i raz jeszcze spojrzała na Cherry. Dziewczynka
wykonywała zwrot. Zachowywała się tak, jakby usłyszała jej uwagę i to speszyło ją
jeszcze bardziej. Jane zrobiło się głupio. Młodociana zawodniczka najwyraźniej bała
się gwałtownych manewrów. Powiedziała o tym stojącemu obok kowbojowi, a on
skinął głową. Ta Chenny czy Cherry musiała być nowicjuszką, poniewaŜ Jane nigdy
nie słyszała jej nazwiska, a przecieŜ od wielu lat brała udział (i wygrywała!) w
róŜnych zawodach.
Jane nie miała ochoty na dalsze obserwacje. Postanowiła rozprostować nogi.
Skierowała się więc do wyjścia, nie rozglądając się dokoła. Nagle na jej drodze
pojawił się ubłocony męski but. Podniosła wzrok, Ŝeby sprawdzić, co się dzieje.
Dostrzegła dryblasa w nieokreślonym wieku, o cięŜkim, stalowym spojrzeniu. Nawet
nie podniósł się z krzesła. Wyciągnął po prostu nogę i zagrodził jej przejście.
Jane otworzyła usta, Ŝeby coś powiedzieć, ale męŜczyzna odezwał się
pierwszy:
-
Kto pani pozwolił krytykować tę dziewczynę?!
-
huknął na nią.
-
Wszystko
słyszałem! Taka lalunia jak pani nie powinna w ogóle zabierać głosu w tych
sprawach!
Jane spojrzała na niego ze zdumieniem. Nie, ten facet równieŜ nie pokazywał
się na rodeach. A przynajmniej nie w Teksasie.
-
Kim pani jest? Modelką? Pewnie pracuje pani tutaj na rodeo, co? Jako
hostessa…
Todd aŜ zaśmiał się w duchu, poniewaŜ blondynka wyglądała na zupełnie
zbitą z pantałyku. Wpatrywała się w niego z otwartymi ustami, jakby ujrzała jakieś
dziwne zwierzę.
-
Czy pani w ogóle rozumie moje pytanie?
-
dodał po chwili, patrząc na nią z
politowaniem.
Jane powoli zaczynała dochodzić do siebie. Nie spodziewała się takiego ataku
i potrzebowała czasu, Ŝeby ochłonąć.
-
Doskonale rozumiem
-
powiedziała twardym, ostro brzmiącym głosem.
-
Nie
mam jednak zamiaru odpowiadać na podobne impertynencje. Chciałabym przejść.
-
Wskazała nogę, która spoczywała przed nią niby szlaban.
-
Nie tędy.
-
MęŜczyzna zarechotał, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony.
-
A właśnie, Ŝe tędy.
Jane schyliła się, syknęła, poniewaŜ poczuła nagły ból w plecach, a następnie
chwyciła nogę męŜczyzny, uniosła ją do góry i pchnęła lekko. Wiedziała, Ŝe
rozchwiane krzesło nie wytrzyma tego naporu. Siedzący obok kowboje, którzy
obserwowali jazdy z kamiennymi twarzami, teraz nie potrafili ukryć rozbawienia.
MęŜczyzna zaczął gramolić się z ziemi, ale to juŜ nie interesowało Jane. Ruszyła do
wyjścia, gdzie czekał jej opiekun, pomocnik i najlepszy przyjaciel, Tim Harley.
Tim nawet nie starał się ukryć dezaprobaty, ale mimo to przyprowadził jej
ulubionego wałacha, Nawiasa. Jane zacisnęła wargi i spróbowała go dosiąść.
-
Nie powinnaś dzisiaj jeździć
-
gderał Tim.
-
Masz jeszcze czas. PrzecieŜ
widzę, co się dzieje.
-
AleŜ, Tim! PrzecieŜ nie mogłam nie przyjąć zaproszenia. Byłoby ci wstyd za
mnie, sam przyznaj
-
tłumaczyła, starając się nie myśleć o bólu.
-
Nikt nie oczekiwał, Ŝe wystąpisz
-
ciągnął Harley.
-
Wszyscy myśleli, Ŝe po
prostu pokaŜesz się na rodeo. Wiesz, jako wielokrotna zwycięŜczyni.
Jane usadowiła się w siodle. W samą porę, poniewaŜ zauwaŜyła, Ŝe zbliŜa się
do niej dryblas w szarym stetsonie. Na szczęście inni jeźdźcy juŜ ją otoczyli i ruszyła
na plac. Jane była tutaj legendą. Niestety, musiała przed rokiem zakończyć występy.
Jednak wszyscy ją jeszcze dobrze pamiętali.
-
Proszę państwa
-
rozległ się głos spikera.
-
Oto Jane Parker. Najpiękniejsza i
najlepsza. ZwycięŜczyni wielu zawodów. Obecnie, jak wiecie, nie występuje, ale
wciąŜ wspaniale trzyma się na koniu.
Jane posłała uśmiech wiwatującym tłumom. Był to prawdziwy wyczyn,
zwaŜywszy, Ŝe plecy bolały ją jak licho. Z trudem utrzymywała się na koniu.
Bob Harris wyszedł na plac i wręczył jej pamiątkową rozetkę.
-
Nawet nie próbuj zsiadać
-
powiedział, zasłoniwszy dłonią mikrofon.
Posłuchała jego rady.
-
Proszę państwa, proszę o chwilę uwagi.
-
Głos Boba znów rozbrzmiewał z
pełną siłą.
-
Wszyscy współczujemy Jane z powodu tragicznej śmierci ojca, Orena
Parkera, wspaniałego jeźdźca i dwukrotnego mistrza świata w rzutach lassem.
Organizatorzy tego rodeo chcieliby uczcić jego pamięć. Jane, przyjmij od nas tę
pamiątkową rozetkę i wiedz, Ŝe jesteśmy z tobą. Proszę państwa, Jane Parker!
Zgromadzeni na rodeo widzowie znowu zaczęli wiwatować. Jane uniosła do
góry rozetkę, a następnie przypięła ją sobie do piersi. Bob podał jej mikrofon.
Podziękowała w krótkich, lecz serdecznych słowach za pamięć i w obawie, Ŝe za
chwilę spadnie z konia, skierowała się szybko do wyjścia.
W końcu znalazła się poza placem. Jednak tutaj czekała na nią pierwsza
niespodzianka
-
nie mogła zsiąść z konia. Zaraz teŜ pojawiła się i druga w postaci
gniewnego kowboja o stalowym spojrzeniu. MęŜczyzna chwycił wędzidło i skrzywił z
pogardą usta.
-
Patrzcie, patrzcie, kto by powiedział, Ŝe taka z ciebie mistrzyni.
-
Bez
ogródek zaczął jej mówić per "ty".
-
Siedzisz na tym koniu, jakbyś połknęła kij.
Dawno nie widziałem kogoś, kto jeździłby gorzej.
Uśmiechnął się do niej kpiąco, a następnie mrugnął porozumiewawczo.
-
A moŜe sędziowie zwracali uwagę na inne twoje walory, co?
Jane z pewnością kopnęłaby go w twarz, gdyby nie to, Ŝe plecy bolały ją
nieludzko. Siły opuściły ją zupełnie. Pobladła tylko z wyczerpania i złości.
-
Tfu!
-
splunął arogancki kowboj.
-
Nie wiedziałem, Ŝe jesteś taka. Zupełnie
bez ikry.
-
Trzymaj się, Jane! JuŜ idę!
-
dobiegł do niej głos opiekuna.
Odwróciła się trochę, Ŝeby móc go widzieć. Biegł do niej z rozwianą brodą.
Zmarszczone czoło i grymas na twarzy powodowały, Ŝe wyglądał na starszego, niŜ był
w rzeczywistości.
-
Mam nadzieję, Ŝe odechce ci się niemądrych popisów
-
ciągnął Tim.
-
I co?
Nie moŜesz zsiąść z konia? Dobrze, zaraz ci pomogę. Tylko spokojnie. Nie musisz się
spieszyć.
Tim pogładził ją delikatnie po nodze. Jane poczuła się nieco lepiej.
-
Czy zawsze trzeba jej pomagać zsiadać z konia?
-
drwił dalej nieznajomy.
-
Wydawało mi się, Ŝe gwiazdy rodeo powinny same sobie z tym radzić.
MęŜczyzna nie mówił z teksaskim akcentem. W ogóle trudno było określić,
skąd pochodzi. Tim łypnął na niego niechętnie.
-
Niech pan lepiej uwaŜa, bo napyta pan sobie biedy
-
powiedział.
-
Ludzie
tutaj są spokojni, ale pewnych rzeczy nie będą tolerować. Zwłaszcza jeśli idzie o Jane.
No chodź, myszko
-
zwrócił się bezpośrednio do swojej ulubienicy.
-
Jakoś sobie z
tym poradzimy.
Nieznajomy wciąŜ patrzył na nich i chyba coś mu powoli zaczęło świtać, Po
pierwsze zauwaŜył, Ŝe twarz blondynki jest biała jak prześcieradło, a po drugie, Ŝe
zaciska zęby tak, jakby walczyła z bólem.
Stary męŜczyzna, który pomagał jej zsiąść z konia, nie wyglądał na siłacza.
Był niski i zasuszony. W zasadzie tylko jego gęsta, długa broda sprawiała wraŜenie
potęŜnej. MoŜna by pomyśleć, Ŝe naleŜała do kogoś innego.
Todd przesunął się nieco do przodu.
-
Zaraz, moŜe pomogę.
Tim zmierzył go badawczym wzrokiem i natychmiast skinieniem głowy
wyraził aprobatę. Jeśli nawet nieznajomy nie był zbyt mądry, to z całą pewnością
bardzo silny.
-
Niech pan pamięta, Ŝe nie moŜe upaść
-
powiedział.
-
Inaczej nawet gorset jej nie pomoŜe.
Gorset? Tak, to wiele wyjaśniało. Todd wyczuł go pod palcami, kiedy chwycił
dziewczynę wpół. DrŜała na całym ciele. Dostrzegł teŜ łzy płynące z jej oczu.
-
Nie mogę
-
szepnęła.
-
Nie mam siły.
-
Niech pani chwyci mnie za szyję.
-
Todd natychmiast powrócił do
oficjalnych form.
-
Trzeba tylko unieść nogę, reszta pójdzie łatwo.
Bruzdy na czole Tima jeszcze się pogłębiły.
-
Nie przejmuj się, Tim
-
powiedziała słabym głosem.
-
Na pewno sobie
poradzę, skoro juŜ udało mi się dosiąść konia.
Ból ponownie przeszył jej ciało. Tym razem był jeszcze silniejszy. Jednak
Jane nawet nie jęknęła. Przywarła tylko z całej siły do ciała nieznajomego, jakby to
była ostatnia deska ratunku.
-
Dokąd teraz?
-
spytał męŜczyzna, kiedy znalazła się w jego ramionach.
Tim podrapał się w czoło i rozejrzał bezradnie dokoła. Dlaczego nie pomyślał
o tym wcześniej? PrzecieŜ Jane nie będzie mogła chodzić po takiej jeździe.
-
Tam
-
powiedział w końcu, wskazując samochód z przyczepą, stojący
kilkadziesiąt metrów dalej.
Todd ruszył w jego kierunku. Drzwi do przyczepy były otwarte. Wewnątrz
znajdował się wózek na kółkach, a takŜe niewielka kanapa. Twarz jasnowłosego
kowboja zasępiła się na widok wózka.
-
Mówiłem ci, mówiłem setki razy
-
gderał Tim.
-
Popatrz, co narobiłaś.
Znowu rehabilitacja się przedłuŜy.
-
Nie, tylko nie tam
-
jęknęła dziewczyna na widok wózka.
-
Tam ci będzie najlepiej
-
mruknął Tim.
-
Nie, wolę usiąść na kanapie.
Todd przystanął zdezorientowany przed otwartym samochodem.
-
Proszę, wolę kanapę
-
powtórzyła Jane, drŜąc z bólu.
-
Zaraz dam ci środki przeciwbólowe.
Tim wskoczył pierwszy do przyczepy i zaczął myszkować w niewielkiej
kuchence. Todd posadził dziewczynę na kanapie najdelikatniej, jak potrafił.
-
Dziękuję
-
szepnęła.
-
Zdaje się, Ŝe zrobiłem z siebie strasznego idiotę
-
powiedział.
-
Ale moja
córka wcale nie jest taka zła. Dopiero zaczęła się uczyć.
Jane powoli kojarzyła fakty. Musiała chwilę pomyśleć, Ŝeby przypomnieć
sobie to, co wydarzyło się, zanim poczuła potworny ból. Po chwili jednak zrozumiała
całą sytuację. Postępowanie męŜczyzny wydało jej się bardziej racjonalne, co nie
znaczyło, Ŝe je pochwalała.
-
Przykro mi, Ŝe tak pan odebrał moją krytykę
-
powiedziała po chwili
namysłu.
-
Wcale nie uwaŜam, Ŝeby pańska córka była zła. Chodzi o to, Ŝe po prostu
boi się zwrotów. To, niestety, widać. Ktoś powinien jej pomóc, Ŝeby nauczyła się
radzić sobie ze strachem.
-
Umiem jeździć konno, ale to wszystko
-
stwierdził nieznajomy.
-
Nie znam
się na rodeo, mimo Ŝe w Wyoming jest ono prawie tak popularne jak w Teksasie.
-
Jesteście z Wyoming?
-
zapytała.
-
Tak. Przenieśliśmy się tu parę tygodni temu, Ŝeby… Ŝeby…
-
Nie wiedział
czemu, ale nie chciał powiedzieć tej kobiecie o rozwijającej się firmie.
-
ś
eby być
bliŜej matki Cherry. Tak ma na imię moja córka
-
dodał po chwili.
Obecność Marie w Victorii nie miała najmniejszego wpływu na tę decyzję.
Zresztą nie wiedzieli w ogóle, Ŝe tam mieszka. Ona równieŜ przeprowadziła się w te
okolice zupełnie niedawno.
Todd spojrzał na blondynkę. Wyglądała na zdziwioną jego wyjaśnieniami, ale
nie pytała o nic.
-
Och, rozwiedliśmy się jakiś czas temu
-
powiedział.
-
Matka Cherry
zamieszkała w Victorii ze swoim drugim męŜem.
Jane skinęła głową.
-
Czy pańska była Ŝona jeździ konno?
-
spytała.
-
MoŜe mogłaby uczyć Cherry.
Oczy nieznajomego pociemniały.
-
Wprost nienawidzi koni
-
odparł.
-
Od początku była przeciwna temu
występowi. Ale Cherry to uwielbia. Ćwiczyła całymi dniami.
-
No tak, zabrakło tylko kogoś, kto by jej pomógł
-
powiedziała Jane.
Zrobiło jej się smutno. Wyglądało na to, Ŝe mała wychowywała się bez matki.
Jane wiedziała, co to znaczy. Jej mama zmarła na zapalenie płuc, kiedy ona jeszcze
chodziła do szkoły.
Spojrzała na męŜczyznę. Powiedział, Ŝe pochodzą z Wyoming. To wyjaśniało,
dlaczego mówił z tak dziwnym akcentem. Ból nieoczekiwanie znowu dał znać o
sobie. Jane syknęła, nie przygotowana na nowy atak, i poczuła, Ŝe robi jej się słabo.
Musiała połoŜyć się na kanapie.
Tim wrócił po chwili z kuchni. Podał jej butelkę z colą i dwa proszki. Jane
połknęła je natychmiast.
-
Uff, zaraz będzie lepiej
-
westchnęła, opadając ponownie na wyściełane
siedzenie.
-
Nic pani nie jest?
-
Nie, nie, juŜ dobrze
-
odparła.
Todd nie miał tu juŜ nic do roboty. PoŜegnał się i wyszedł z przyczepy. Po
chwili jednak dopędził go Tim.
-
Nie podziękowałem panu jeszcze za pomoc
-
powiedział.
-
Drobnostka
-
mruknął Todd.
-
Co jej się stało?
Tim westchnął cięŜko.
-
Miała wypadek samochodowy
-
wyjaśnił.
-
Jej ojciec zginął na miejscu, a
Jane tkwiła w samochodzie przez parę godzin, zanim przyszła pomoc. Lekarze
myśleli, Ŝe złamała kręgosłup.
Todd skrzywił się boleśnie, jakby przydarzyło się to jemu samemu.
-
O nie, na szczęście nie było tak źle
-
uspokoił go Tim.
-
Okazało się, Ŝe
wypadł jej dysk. To na szczęście mniej powaŜne, chociaŜ bolesne i trudne do
wyleczenia. Nawet po paru latach mogą się odzywać jakieś bóle.
-
Rozumiem.
-
Todd pokiwał głową.
Tim uśmiechnął się i pogładził swoją gęstą brodę.
-
Na szczęście Jane się nie poddała. Lekarze mówili, Ŝe nigdy nie widzieli
kogoś takiego. Tylko dzięki olbrzymiemu wysiłkowi woli udało jej się wstać tak
szybko z wózka. Ona zawsze musi być najlepsza. Ma to po ojcu. Na pewno byłby z
niej teraz dumny. Oczywiście, Jane nigdy juŜ nie weźmie udziału w zawodach.
-
Po co więc, do licha, wsiadła dzisiaj na konia?!
Tim pokiwał głową.
-
Chciała pokazać wszystkim, Ŝe się nie poddała i nie podda
-
odparł po prostu.
-
Wie pan… Przepraszam, jak brzmi pana nazwisko, bo nie dosłyszałem?
-
Burke. Todd Burke.
-
Ja nazywam się Tim Harley. Miło mi pana poznać.
MęŜczyźni uścisnęli sobie prawice.
-
Więc wie pan, panie Burke, czasami trzeba zrobić coś głupiego, Ŝeby
zamanifestować swoją postawę. Byłem temu przeciwny, ale oczywiście rozumiem
Jane.
Todd pokiwał głową. W zasadzie nie było juŜ nic do dodania. PoŜegnał się z
Timem i skierował w stronę placu, z którego odpływali kolejni widzowie. Czuł się
dziwnie. Nigdy nie spotkał tak upartej i dumnej kobiety. Nie miał wątpliwości co do
tego, Ŝe za jakiś czas znowu dosiądzie ona konia.
ś
ałował teŜ, Ŝe ich znajomość zaczęła się właśnie w ten sposób. Jasnowłosa
Jane na pewno chciała dobrze. Jej krytyka nie była przecieŜ złośliwa. Todd nie od dziś
wiedział, Ŝe jest przewraŜliwiony na punkcie córki. Cherry była przecieŜ jego
jedynym dzieckiem, jedyną radością. Chciał, Ŝeby spotykało ją wszystko, co
najlepsze.
Bez trudu odnalazł córkę, która rozmawiała właśnie z jednym z młodych
kowbojów.
-
Tato, widziałeś ją?!
-
wykrzyknęła.
-
Tę panią z jasnymi włosami?! To była
sama Jane Parker!
Todd spojrzał na młodego kowboja, a ten przygarbił się, zaczerwienił, a
następnie zniknął z pola ich widzenia.
-
Tak, widziałem. Zaniosłem ją nawet do samochodu.
-
Kogo? Chyba nie Jane Parker? Gdzie jest ten chłopak? Był przecieŜ taki
miły.
Todd pogłaskał córkę po głowie.
-
Przykro mi, kochanie, ale zdaje się, Ŝe go spłoszyłem
-
stwierdził z
westchnieniem.
-
Sama wiesz, Ŝe w takich sytuacjach zachowuję się jak słoń w
składzie porcelany.
Cherry rozglądała się jeszcze przez chwilę, ale później dała temu spokój.
-
Kogo niosłeś? Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
-
Twoją idolkę. Jane Parker. Ma teraz jakieś problemy z plecami i nie moŜe
jeździć.
Cherry zmarszczyła czoło.
-
Słyszałam, Ŝe zrezygnowała z występów, ale nie wiedziałam nic o kontuzji
-
powiedziała.
-
Przyjechałam tu specjalnie dla niej. Widziałam film z zeszłorocznego
rodeo i, mówię ci, była fan
-
ta
-
sty
-
czna!
Toddowi trudno było dzielić entuzjazm córki. Zwłaszcza po tym, co się
zdarzyło.
-
No tak, ja teŜ nie wiedziałem nic o jej kontuzji
-
westchnął.
-
Wszyscy
popełniamy błędy.
Cherry spojrzała z zaciekawieniem na ojca, ale jego mina nie skłaniała do
drąŜenia tematu. Todd był chmurny i wyraźnie z czegoś niezadowolony. Po chwili
jednak rozpogodził się i połoŜył dłoń na ramieniu córki.
-
To twoje pierwsze rodeo
-
powiedział.
-
Dziwnym trafem organizatorzy nie
przyznali ci Ŝadnego trofeum, ale moŜe mógłbym ci to jakoś wynagrodzić?
Córka uśmiechnęła się i spojrzała mu prosto w oczy.
-
Naprawdę, tato? Wiesz, tak chciałabym porozmawiać z Jane Parker. MoŜesz
mnie z nią poznać?
Todd chrząknął. Czy powinien powiedzieć córce, co sądzi o jej jeździe
uwielbiana przez nią mistrzyni?
-
Jest bardzo ładna
-
dodała Cherry, nie czekając na odpowiedź.
-
Mama teŜ
jest ładna, ale nie aŜ tak.
Dziewczynka posmutniała na wspomnienie matki. Spuściła głowę i spojrzała
na czubki swoich butów do konnej jazdy.
-
Mama nie moŜe się ze mną spotkać w przyszłym tygodniu. Będzie zajęta.
Wspominała ci o tym?
-
Mhm.
Nie chciał mówić Cherry, Ŝe pokłócili się z tego powodu. Marie starała się
unikać spotkań z córką. Zwłaszcza jeśli w pobliŜu znajdował się jej nowy mąŜ, dla
którego opuściła ich sześć lat temu.
-
Zupełnie nie wiem, co ona w nim widzi
-
ciągnęła Cherry, lustrując swoje
buty.
-
Ciągle mu się coś nie podoba, a poza tym nie lubi ani zwierząt, ani dzieci. Jak
moŜna z kimś takim wytrzymać?
-
Głos zaczął jej drŜeć niebezpiecznie.
Todd pogładził córkę po ramieniu. Wiedział, Ŝe mimo wielu nieporozumień
wciąŜ kocha matkę i czeka na spotkanie z nią. Nie znosiła tylko nowego męŜa Marie.
Zresztą było to uczucie odwzajemnione.
-
No wiesz, on jest bardzo inteligentny. I napisał ksiąŜkę. Podobno stała się
bestsellerem.
-
PrzecieŜ ty teŜ jesteś inteligentny i bogaty
-
argumentowała Cherry.
-
To co innego. Ja sam doszedłem do wszystkiego. Nie mam dyplomu
uniwersyteckiego.
Cherry zachichotała.
-
On teŜ nie
-
powiedziała.
-
Słyszałam, jak mama mówiła przez telefon, Ŝe nie
skończył studiów. Oczywiście on tego nie słyszał.
Todd ponownie pogładził ją po ramieniu.
-
Nie przejmuj się tym wszystkim. NajwaŜniejsze, Ŝeby mama była szczęśliwa.
-
Nie kochasz jej juŜ?
-
spytała Cherry powodowana nagłym impulsem.
Todd zafrasował się. Nigdy wcześniej nie rozmawiali tak szczerze o tym, co
się stało. Wydawało mu się, Ŝe córka nie jest na tyle dojrzała, Ŝeby móc to wszystko
zrozumieć.
-
W kaŜdym razie nie tak, Ŝeby móc ponownie się z nią oŜenić
-
odparł.
-
MałŜeństwo wymaga dobrej woli dwojga osób. Twoja mama miała juŜ dosyć
czekania, kiedy wrócę z pracy. Dlatego odeszła.
-
Mnie teŜ miała dosyć
-
szepnęła Cherry.
Twarz Todda wykrzywiła się w nagłym grymasie.
-
Nie, to nieprawda. Mama wciąŜ cię kocha… po swojemu. Powinnaś to
zrozumieć.
-
Tak, rozumiem, rozumiem.
-
Cherry zaczęła kiwać głową.
-
Wiem teŜ, Ŝe
powinieneś pomyśleć o ponownym małŜeństwie. Co z tobą będzie, kiedy ja wyjdę za
mąŜ? Todd stłumił uśmiech.
-
Zostanę sam.
-
Właśnie!
-
triumfowała córka.
-
Dlatego, jeśli nie chcesz mamy, powinieneś
pomyśleć o jakiejś innej Ŝonie. JuŜ ja się tym zajmę.
-
Cherry nagle spowaŜniała.
-
Chciałabym pójść jesienią do szkoły w Victorii. Mam juŜ dosyć tego internatu.
-
Nigdy mi o tym nie mówiłaś.
-
Nie chciałam
-
przyznała niechętnie.
-
Nawet nie wiesz, jak się cieszę z tych
wakacji. Nie przeszkadza mi nawet twoja praca. I tak będziemy się widywać częściej
niŜ zwykle.
Todd z trudem przełknął ślinę. Starał się nie patrzeć w szare, podobne do jego
własnych, oczy córki.
-
Więc, hm… Stwierdziłem, Ŝe naleŜy mi się dłuŜszy urlop i Ŝe… Ŝe chętnie
spędziłbym z tobą parę tygodni.
Cherry aŜ podskoczyła do góry. Wiadomość ucieszyła ją tak bardzo, Ŝe nie
zwróciła najmniejszej uwagi na ślady nieszczerości w jego głosie. Todd zastanawiał
się właśnie, jak uda mu się przetrwać bez pracy. Stwierdził jednak, Ŝe gotów jest
wiele poświęcić, byle tylko Cherry była zadowolona.
Wyglądało na to, Ŝe córka zapomniała zupełnie o Jane Parker. On jednak
wciąŜ o niej pamiętał.
-
To cudownie, tato. Będziesz moim trenerem. Pewnie nie zauwaŜyłeś, ale
ciągle mam problemy
-
paplała Cherry.
-
Zwłaszcza ze zwrotami.
Todd skinął głową.
-
Wiesz, myślę, Ŝe da się coś z tym zrobić.
-
Co?
-
Potem ci powiem
-
powiedział z tajemniczą miną.
-
Na razie chciałbym coś
zjeść. Wprost umieram z głodu.
-
Ja teŜ
-
zawtórowała mu Cherry.
-
To co? Pojedziemy moŜe do chińskiej restauracji?
-
zapytał.
-
Ś
wietny pomysł!
-
Cherry po raz kolejny podskoczyła do góry. Wsiedli do
starego forda, którego Todd wypoŜyczył po oddaniu ferrari do przeglądu. Samochód
zarzęził, kiedy Todd przekręcił kluczyk w stacyjce, w końcu jednak zapalił. Po chwili
mknęli juŜ w stronę miasteczka, zostawiając za sobą tuman kurzu.
Znalezienie chińskiej restauracji okazało się dosyć trudne, poniewaŜ w
Jacobsville był tylko jeden taki lokal. Poza tym znajdowało się tu mnóstwo barów i
restauracji oferujących potrawy z grilla czy z roŜna. Po skończonym posiłku mieli
jeszcze trochę czasu na rozmowę, a następnie znów pojechali na rodeo. Zaczynała się
właśnie popołudniowa część zawodów. Cherry miała przed sobą jeszcze jeden
występ.
Tym razem obiecała, Ŝe da z siebie wszystko, ale przejazd wokół beczek znów
jej nie wyszedł. Skończyła zebrawszy słabe oklaski i skierowała się na wybieg. Todd
widział, Ŝe córka z trudem tłumi łzy.
-
No, no, nie przejmuj się
-
powiedział, chcąc ją pocieszyć.
-
Jeszcze wszystko
przed tobą.
-
Nie, to nie ma sensu
-
stwierdziła, wycierając odruchowo suche juŜ oczy.
-
Po prostu nie umiem jeździć. Trzeba się z tym pogodzić.
Todd zatoczył ręką szeroki krąg.
-
Czy wiesz, jak wyglądałby ten plac, gdyby wszyscy rezygnowali po
pierwszym nieudanym występie?
-
spytał.
-
Być moŜe zostałoby tutaj paru
zawodników, a moŜe nie byłoby nikogo! Czy wiesz, co stałoby się ze mną, gdybym
zrezygnował z pracy po pierwszej poraŜce?
Cherry udało się jakoś uśmiechnąć.
-
Nie byłbyś potentatem komputerowym
-
stwierdziła po prostu.
-
A propos,
nad czym teraz pracujesz?
-
Nad programem dla księgowych
-
odparł, zadowolony, Ŝe córka zapomniała
o niedawnej poraŜce.
-
Ee, księgowość, nudy.
-
Cherry skrzywiła się.
-
Kto tego w ogóle potrzebuje?
Wszyscy u mnie w szkole uwaŜają, Ŝe osiągnąłeś szczyty, jeśli idzie o gry.
Todd omal nie wybuchnął śmiechem.
-
Cieszę się z tego
-
powiedział.
-
Nie mogę jednak zapominać o małych
firmach, które potrzebują tego programu. Pamiętaj, Ŝe…
Todd chciał juŜ zaczął wykład na ulubiony temat, ale przerwał mu radosny
pisk Cherry. Spojrzał na córkę, nie bardzo wiedząc, co się stało, a następnie skierował
wzrok tam, gdzie dziewczynka patrzyła z przejęciem i zachwytem.
-
To Jane Parker!
-
zawołała do ojca.
Jednak początkowy zachwyt ustąpił miejsca smutkowi. Jane Parker siedziała
na wózku inwalidzkim. Wyglądała na zmęczoną i przygnębioną. Tim wiózł ją w
kierunku ich domu na kółkach, do którego teraz doczepiono jeszcze przyczepę dla
koni. Wszystko wskazywało na to, Ŝe chcą juŜ odjechać.
Todd nie mógł na to pozwolić. JuŜ wcześniej przyszło mu do głowy, Ŝe
mógłby poprosić jasnowłosą mistrzynię, by udzieliła Cherry paru lekcji. Dzięki temu
córka miałaby znakomitą trenerkę, a Jane nowe zajęcie. Todd nie wątpił, Ŝe wszystko
poszłoby doskonale.
ROZDZIAŁ DRUGI
-
Pani Parker!
-
krzyknął Todd.
Jane obejrzała się za siebie i zauwaŜyła męŜczyznę z jasnowłosą dziewczynką.
Zacisnęła dłonie na poręczach inwalidzkiego wózka. Spotkanie z Toddem Burkę było
ostatnią rzeczą, na którą miałaby ochotę.
-
Słucham?
-
spytała, siląc się na uśmiech. Nie lubiła, gdy widywano ją na
wózku.
-
To moja córka, Cherry
-
przedstawił dziewczynkę.
-
Chciała panią poznać.
Jane skrzywiła się mimowolnie. Oczywiście jej nikt nie zapytał o zdanie.
-
Bardzo mi miło.
-
Co się pani stało? Czy coś panią boli?
-
dopytywała się Cherry.
-
To był
wypadek, prawda?
Jane skrzywiła się jeszcze bardziej.
-
Pani Parker rzeczywiście miała wypadek
-
odparł Todd.
-
Nie powinnaś o to
pytać.
Na twarzy Cherry pojawił się rumieniec.
-
Przepraszam. Naprawdę bardzo mi przykro
-
powiedziała i nie zraŜona
pierwszym niepowodzeniem, podeszła do wózka. Kucnęła przy nim i spojrzała Jane
prosto w oczy.
-
Jest pani naprawdę wspaniała. Widziałam wszystkie kasety z pani
występami. Nie mogłam przyjeŜdŜać na rodea, ale tatuś kupił mi filmy. To było
naprawdę świetne. Chciałabym tak jeździć. Niestety, ciągle mam problemy ze
zwrotami. Tatuś nie moŜe mi pomóc, bo nie jest trenerem
-
paplała dziewczynka.
-
Czy będzie pani jeszcze mogła jeździć?
-
Cherry!
-
zagrzmiał Todd.
-
W porządku
-
powiedziała słabym głosem Jane. Oczy dziewczynki były
czyste i jasne. Nie było w nich fałszu ani zakłamania. Jane rozluźniła się trochę.
Najbardziej bała się udawanego współczucia.
-
Nie
-
odparła szczerze, po chwili zastanowienia.
-
Lekarze twierdzą, Ŝe nie
będę mogła jeździć konno. A w kaŜdym razie nie będę startować w zawodach.
-
Szkoda, Ŝe nie mogę pani pomóc
-
westchnęła Cherry.
-
W przyszłości
chciałabym zostać chirurgiem. Zdecydowałam się zdawać biologię i matematykę na
egzaminie końcowym. Tata mówi, Ŝe mogłabym potem rozpocząć naukę u Johnsa
Hopkinsa. To najlepsza akademia medyczna w kraju.
Jane uśmiechnęła się i tym razem wypadło to znacznie naturalniej.
-
Chirurgiem?
-
powtórzyła.
-
Nie znałam nikogo, kto miałby takie plany.
Cherry rozpromieniła się.
-
To teraz juŜ pani zna
-
stwierdziła.
-
Szkoda, Ŝe pani wyjeŜdŜa, bo chciałam
się poradzić w sprawie tych zwrotów. Coś mnie paraliŜuje i nie potrafię ich dobrze
wykonać. To śmieszne, prawda? A przecieŜ wcale nie boję się na przykład widoku
krwi.
Jane skinęła głową, chociaŜ tak naprawdę nie słyszała pytania. Patrzyła na
promienną twarz Cherry i czuła się pusta w środku. Jeszcze parę lat temu
przypominała tę jasnowłosą dziewczynkę. Gdzie zniknęła radość, beztroska, olbrzymi
głód Ŝycia?
-
Co? Nie, niestety
-
odparła Jane, gdy zrozumiała, Ŝe Cherry pyta ją, czy nie
moŜe dłuŜej zostać,
-
Jestem zmęczona, poza tym mamy dzisiaj wywiady…
-
Wywiady?
-
przerwała jej Cherry.
-
Dla radia czy telewizji?
Kobieta na wózku pokręciła smutno głową.
-
Nic z tych rzeczy
-
odparła.
-
Daliśmy ogłoszenie do gazet, Ŝe potrzebujemy
zarządcy na ranczu. Nie znamy się na tym z Timem. Od śmierci taty straciliśmy
mnóstwo pieniędzy
-
wyznała na koniec.
-
Mój tata zna się świetnie na finansach
-
oznajmiła z niewinną minką Cherry.
-
Naprawdę potrafi dokonać cudów. Sam prowadzi ksiąŜki swojej fir…
-
To znaczy małej firmy komputerowej, dla której pracuję
-
wpadł jej w słowo
Todd.
Miał nadzieję, Ŝe córka domyśli się, o co chodzi. I rzeczywiście; co prawda
była nieco zdziwiona, ale nie powróciła juŜ do kwestii jego firmy.
Tim i Jane spojrzeli po sobie, a następnie utkwili spojrzenia w Toddzie.
-
Umie pan prowadzić księgi rachunkowe?
-
zapytał Tim, kładąc akcent na
ostatnich słowach, Ŝeby nie było wątpliwości, o co mu chodzi.
-
Jasne.
Tim pochylił się nad Jane i rzekł cicho:
-
Domek zarządcy stoi pusty, od kiedy przeprowadziliśmy się z Meg do
głównego budynku. Mogłabyś udzielać dziecku lekcji jazdy konnej, zamiast snuć się
godzinami po domu.
Cherry zastanawiała się, czy nie powinna się obrazić za "dziecko", natomiast
Todd obserwował całą scenę z nie ukrywanym rozbawieniem.
-
AleŜ, Tim! On pewnie juŜ ma pracę!
-
Mimo wysiłków Jane mówiła na tyle
głośno, Ŝe bez trudu ją usłyszał.
-
Pracuję w Victorii dla…
-
zawahał się
-
małej firmy. Ale mam sporo
wolnego czasu. Z przyjemnością spróbowałbym czegoś nowego.
Jane spojrzała na swoje dłonie, a następnie na stopy ustawione na podpórce
przy wózku.
-
Tak chciałabym nauczyć się porządnie jeździć
-
westchnęła, moŜe nazbyt
teatralnie, Cherry.
-
Teraz to nawet szkoda pieniędzy taty na wpisowe.
Jane podniosła wzrok. MęŜczyzna o stalowym spojrzeniu stał przed nią i
czekał na decyzję. Przy okazji nieźle się chyba bawił.
-
Nie zatrudni pana
-
stwierdził Tim.
-
Jest zbyt dumna, Ŝeby przyznać, Ŝe
właśnie o kogoś takiego jej chodziło. Woli tkwić cały dzień na ganku i uŜalać się nad
sobą.
-
Do diabła!
-
warknęła Jane. Chciała wstać, ale nie mogła.
-
Widzi pan. Nie chce się poddać. MoŜe wygląda jak malowana lala, ale
potrafi walczyć. Szkoda tylko, Ŝe nie chce słuchać dobrych rad.
Todd pokiwał z uznaniem głową. Kobieta na wózku z pewnością zasługiwała
na szacunek.
-
Proponuję dwutygodniową próbę
-
powiedział w końcu.
-
Oboje
zorientujemy się, jak nam się razem pracuje. Naprawdę znam się na księgowości.
Poza tym w tak krótkim czasie nie będę mógł narobić wielu szkód.
-
I tak niewiele nam moŜe zaszkodzić
-
stwierdził Tim, kierując te słowa
bardziej do szefowej niŜ Todda.
Jane waŜyła przez chwilę w myśli wszystkie za i przeciw. Jej zaufanie
wzbudził fakt, Ŝe Todd ma córkę. Oznaczało to, Ŝe pragnie stabilizacji. Bała się
samotnych męŜczyzn, z których kaŜdy mógł się okazać złodziejem albo kimś jeszcze
gorszym.
-
MoŜemy spróbować
-
zdecydowała w końcu.
-
Niestety, nie mieliśmy
ostatnio zbyt duŜych zysków, więc pensja będzie niska.
-
Podała sumę.
-
Do tego
dochodzi zakwaterowanie i wyŜywienie. Oczywiście zrozumiem, jeśli uzna pan, Ŝe to
za mało.
Todd podrapał się w brodę.
-
MoŜe być
-
powiedział.
-
Ale pod warunkiem, Ŝe uda mi się utrzymać obecną
pracę. Mogę dojeŜdŜać do Victorii wieczorami.
Starał się nie patrzeć na córkę. Gdyby to zrobił, Cherry na pewno by się jakoś
zdradziła albo oboje wybuchnęliby śmiechem.
-
A co na to pański szef?
-
Och, to bardzo wyrozumiały człowiek
-
odparł Todd.
-
Jestem w końcu
samotnym ojcem, prawda?
Jane skinęła głową.
-
Dobrze. Musimy juŜ jechać. MoŜecie teraz załatwić swoje sprawy.
Oczywiście jeśli nie chcecie zostać jeszcze jakiś czas na rodeo.
Ojciec i córka spojrzeli na siebie.
-
My teŜ jedziemy
-
zdecydowała Cherry.
-
Mam juŜ dosyć rodeo. Jestem
zdegustowana i załamana swoim występem.
-
Nie przesadzaj
-
powiedziała Jane.
-
Strach jest czymś naturalnym. KaŜdy go
przeŜywa.
-
Pani teŜ się bała?
Jane skinęła głową. Nie dodała tylko, Ŝe pozbyła się strachu na długo przed
pierwszym występem.
-
Zaraz wszystko przygotuję
-
powiedział Tim.
-
MoŜe wydaje wam się
dziwne, Ŝe chciało nam się brać ten dom na kółkach, Ŝeby przejechać kilkanaście
kilometrów, ale chodziło o wygodę Jane.
Brodaty męŜczyzna otworzył drzwi przyczepy i pchnął w tym kierunku wózek.
Todd natychmiast pospieszył mu z pomocą.
-
Ja się nią zajmę
-
powiedział.
Tim odetchnął z ulgą. Jane nie była cięŜka, ale jego kręgosłup był w coraz
gorszym stanie. Todd uniósł jego szefową lekko jak piórko i posadził na kanapie w
przyczepie.
-
Co zrobić z tym?
-
spytał, wskazując wózek.
-
TeŜ włoŜyć do środka
-
odparł Tim.
-
Później zaprowadzę go na miejsce.
Todd wstawił więc wózek do przyczepy, a potem wysłuchał dokładnych
instrukcji Tima dotyczących drogi na ranczo. Następnie samochód odjechał, a ojciec i
córka długo jeszcze patrzyli za nim.
-
Naprawdę chcesz to zrobić, tato? A co będzie, jak się Jane dowie?
-
Później będziemy się o to martwić
-
odparł Todd.
-
Prowadzenie rancza to
prawdziwe wyzwanie dla finansisty, a ty nauczysz się lepiej jeździć.
-
Po chwili dodał
jeszcze powaŜniejszym tonem:
-
Myślę, Ŝe obie strony mogą na tym skorzystać.
-
A co z firmą?
-
Cherry nie dawała mu spokoju.
-
No cóŜ, mam dobrych pracowników. Poza tym wziąłem urlop.
-
Pogłaskał
dziewczynkę po głowie.
-
Potraktujmy to jak wakacyjny wypad. Przynajmniej
pobędziemy trochę razem.
-
Ś
wietny pomysł
-
zgodziła się.
-
Potem przecieŜ będę musiała wrócić do
szkoły.
Zawiesiła głos, ale ojciec nie podjął tematu. Najwyraźniej myślał o czymś
innym.
-
Powinieneś być milszy dla pani Parker
-
powiedziała w końcu.
-
Obawiam się, Ŝe ona mnie nie lubi
-
odparł Todd, rozkładając ręce.
-
Ty jej teŜ nie lubisz, prawda?
-
spytała Cherry, przyglądając się mu
ukradkiem.
-
Ee, nie jest tak źle
-
mruknął.
-
Dlaczego więc chcesz jej pomóc, skoro jej nie lubisz?
-
dopytywała się
córka.
Todd nie znał odpowiedzi na to pytanie. Sam się zastanawiał, co w niego
wstąpiło. Jane Parker wcale mu się nie podobała. Pewnie jeszcze rok temu była
trzpiotowatą panienką, która robiła słodkie oczy do wszystkich męŜczyzn w okolicy.
Jednak cóŜ, teraz dotknęło ją nieszczęście i trzeba jej jakoś pomóc.
-
Trochę mi jej szkoda
-
powiedział bez przekonania.
Cherry skinęła głową. Najwidoczniej ta odpowiedź ją zadowoliła.
-
Mnie teŜ
-
stwierdziła.
-
Ale nie moŜemy się z tym zdradzić. Jest bardzo
dumna.
Skinął głową.
-
I w gorącej wodzie kąpana
-
dodał.
-
Właśnie. Skąd my to znamy?
-
podchwyciła córka.
Todd udał, Ŝe nie zrozumiał aluzji.
Szybko dotarli do luksusowego domu, który Todd niedawno kupił w Victorii, i
zabrali się do pakowania najpotrzebniejszych rzeczy. Z trudem udało im się wyjaśnić
gospodyni imieniem Rosa, Ŝe wyjeŜdŜają.
-
Co? JuŜ?
-
dopytywała się kobieta.
-
PrzecieŜ państwo prawie tutaj nie
mieszkali!
Obiecali, Ŝe wkrótce wrócą, i pomknęli wynajętym fordem w stronę
Jacobsville, gdzie mieli odnaleźć ranczo Parkerów. Udało im się to bez trudu.
Dom i obejście nie przedstawiały szczególnie budującego widoku. Rozległe
pastwisko ogrodzono płotem łatanym drutem kolczastym, co miało odstraszyć bydło.
Stara stodoła miała niewątpliwie jedną zaletę
-
tę, Ŝe stała. Dom, wokół którego rosły
ś
liczne kwiaty, z całą pewnością wymagał remontu, a przynajmniej odmalowania, a
stara droga, biegnąca obok wiatraka, bardziej przypominała bezdroŜe niŜ jakikolwiek
uczęszczany szlak. Była piaszczysta, nie pokryta nawet Ŝwirem, a w jej zagłębieniach
zgromadziła się woda po ostatnim deszczu.
Todd i Cherry zatrzymali forda na podwórku, za samochodem z przyczepą. Od
razu zauwaŜyli, Ŝe schodki prowadzące na ganek są spróchniałe, a jedyny nowy
fragment domu to podjazd zrobiony z desek, zapewne dla wózka. W głębi posesji
znajdował się budynek, który mógł, przy duŜej dozie optymizmu, uchodzić za garaŜ, a
dalej, w bujnej, nie koszonej trawie stał domek. Todd domyślił się, Ŝe w nim właśnie
mają zamieszkać. Miał nadzieję, Ŝe jest w nim więcej niŜ jeden pokój.
Ku ich zaskoczeniu okazało się, Ŝe to nie wszystko. Za ich domkiem
znajdował się jeszcze jeden, nowszy budynek. Znacznie mniejszy niŜ wielkie domisko
przy podwórku, ale z pewnością wygodny, zwłaszcza w lecie. Na jego ganku stały
nawet fotele na biegunach.
-
Witamy
-
powiedział Tim, zbliŜając się do nich.
Todd uścisnął mu dłoń.
-
JuŜ jesteśmy
-
oznajmił, jakby nie było to oczywiste.
-
Czy tam moŜemy złoŜyć nasze rzeczy?
Todd skinął dłonią w kierunku domku, ale Tim pokręcił przecząco głową.
-
Nie, nie. Tam mieszka stary Hughes. Pomaga mi trochę przy bydle, ale juŜ
niewiele moŜe. Jest zmęczony i schorowany. Pracuje tutaj od dziecka. Dopiero za dwa
lata przejdzie na emeryturę i będzie mógł gdzieś się przenieść. Zamieszkacie tam.
Todd odetchnął, widząc, Ŝe Tim wskazuje mniejszy z dwóch domów. Jego
córka równieŜ wyraźnie poweselała.
-
Oczywiście ten dom jest trochę zaniedbany
-
ciągnął Tim.
-
Wszystko tutaj
wymaga naprawy, tylko nie ma komu jej przeprowadzić. Zatrudniamy jeszcze trzy
osoby, głównie na godziny. Ale mają dosyć pracy przy ogrodzeniu i maszynach.
Domek, w którym się znaleźli, wcale nie był w najgorszym stanie. Miał trzy
sypialnie i niewielką bawialnię, a w wyglądającej na nie uŜywaną kuchni znaleźli
niewielki piecyk, czajnik i lodówkę.
-
Mogłabym się nauczyć gotować
-
zauwaŜyła Cherry.
-
Daj spokój. Masz na to jeszcze sporo czasu
-
stwierdził Todd.
-
Oczywiście, nie musisz
-
powiedział Tim.
-
Będziecie jedli razem z nami.
Ale jeśli chcesz, moja Ŝona cię nauczy gotować. Nigdy nie mieliśmy własnych dzieci,
więc Meg chętnie zajmuje się cudzymi.
Cherry znowu poczuła się dotknięta określeniem "dziecko", ale stary brodacz
patrzył na nią z tak miłym i rozbrajającym uśmiechem, Ŝe nie potrafiła się długo
gniewać. Dla kogoś w tym wieku musiała jeszcze być oseskiem.
-
Jak czuje się pani Parker?
-
spytała w końcu.
Wesołe błyski w oczach Tima natychmiast zgasły. Stary zasępił się.
-
Kiepsko
-
mruknął.
-
PołoŜyła się, ale ciągle ma bóle. Mówiłem jej, Ŝe nie
powinna wsiadać na konia, ale mnie nie słuchała. Zawsze taka była. Od dziecka kpiła
sobie ze mnie w Ŝywe oczy. Szkoda, Ŝe zabrakło jej ojca. Miał na nią dobry wpływ.
-
Dosiadanie konia rzeczywiście było niepotrzebne
-
zgodził się Todd.
-
Niepotrzebne?! Wręcz szkodliwe! A wszystko dlatego, Ŝe jakiś dureń napisał
w gazecie, Ŝe Jane pewnie zjawi się na rodeo w wózku inwalidzkim.
Rysy Todda stęŜały w nagłym przypływie złości.
-
Co to była za gazeta?
-
spytał.
-
Jakiś tygodnik, który wychodzi w Jacobsville
-
odparł Tim.
-
Nie powinna
brać sobie tego do serca. To sprawka tego dzieciaka od Sikesów. Skończył niedawno
szkołę dziennikarską i wydaje mu się, Ŝe moŜe sobie na wszystko pozwolić.
Todd zapamiętał to nazwisko. Na przyszłość.
-
Czy przyjedzie tu jakiś lekarz?
-
Oczywiście. To przyjaciel domu. Jego ojciec trzymał Jane do chrztu. Jeśli
będzie zajęty, to przyśle swoją zastępczynię, Lou. Miał tyle roboty, Ŝe musiał…
-
Ten doktor nie jest Ŝonaty?
-
Todd przerwał staremu.
Tim potrząsnął przecząco głową.
-
Nie. Kochał się kiedyś w Jane, ale po wypadku z nim zerwała. Poza tym to
było jeszcze przed Lou… A Jane nie chce się z nikim wiązać.
-
PrzecieŜ wstanie kiedyś z tego wózka.
Stary westchnął i szarpnął swoją wspaniałą brodę.
-
Jednak bóle mogą się powtarzać. Poza tym nie będzie mogła brać udziału w
rodeo, a to dla niej przecieŜ najwaŜniejsze w Ŝyciu.
-
To samo powiedziała Cherry
-
wymamrotał do siebie Todd.
Tim spojrzał na niego podejrzliwie.
-
Mam nadzieję, Ŝe nie będzie pan chciał, no… wykorzystać Jane.
Todd uśmiechnął się i potrząsnął głową. Troskliwość starego wydała mu się
wzruszająca.
-
Nie, nic z tych rzeczy. Mam za sobą nieudane małŜeństwo, a nie jestem na
tyle cyniczny, Ŝeby proponować jej chwilowy związek.
Tim odetchnął z ulgą, a następnie poklepał go po plecach, co nie było łatwe,
biorąc pod uwagę róŜnicę wzrostu.
-
Na pewno się jakoś dogadamy
-
stwierdził.
-
Cieszę się, Ŝe pan tu jest. Będę
miał teraz trochę więcej wolnego czasu. MoŜe uda mi się zreperować to i owo. Przede
wszystkim zajmę się schodami.
-
Mogę pomóc
-
zgłosił się na ochotnika Todd.
-
Znam się trochę na stolarce.
-
Naprawdę?!
-
Stary spojrzał na niego uwaŜnie.
-
To wspaniale! Mamy tu
jakieś narzędzia, bo ojciec Jane zajmował się robieniem mebli. To wszystko sam
wykonał.
Z kolei Todd zdziwił się na te słowa. Zarówno kredensy, jak i szafy w
wielkim, starym domu, do którego dotarli, wyglądały na dzieło profesjonalisty.
-
No proszę!
-
powiedział, poklepując mijany stół.
-
To naprawdę świetna
robota.
Weszli do salonu, w którym znaleźli Jane wraz z Cherry. Dziewczynka
siedziała wpatrzona w swoją idolkę. Jane leŜała blada na kanapie, ale chętnie
odpowiadała na pytania nieletniej amazonki.
-
To długo nie potrwa
-
powiedział Tim, gładząc Jane po ramieniu.
-
Zaraz
powinien tu być lekarz.
-
Dzięki, Tim
-
powiedziała słabym głosem.
Do tej pory starała się jakoś trzymać, ale teraz siły zaczęły ją opuszczać.
Nawet Cherry to zauwaŜyła i przestała pytać o konie.
-
Nie ma pani jakichś środków przeciwbólowych?
-
spytał szorstko Todd,
chcąc przynajmniej tonem zamaskować swój niepokój.
-
Mam
-
szepnęła zbielałymi wargami.
-
Nie działają.
-
A jak pani myśli, dlaczego?
-
Próbował utrzymać napastliwy ton, ale głos mu
się zaczął łamać. Ta Parker wyglądała naprawdę kiepsko.
-
Nie wsiadłabym na konia, gdyby nie artykuł o rodeo. Ten facet nazwał mnie
kaleką.
Jane walczyła z sobą, Ŝeby nie zacząć jęczeć.
-
Dobrze, dobrze. Pojedziemy jutro z Cherry do miasteczka i kaŜemy mu zjeść
to, co napisał. Na pewno się otruje.
Na bladej twarzy Jane pojawił się na chwilę uśmiech. Po chwili ustąpił jednak
grymasowi bólu.
-
Zdaje się, Ŝe słyszę samochód
-
powiedział Tim.
-
To pewnie lekarz.
Chora wyraźnie się zmieszała. Todd spojrzał na nią, starając się zgadnąć, o
czym myśli. Jej uczucia względem doktora z pewnością nie były jednoznaczne. Czy to
moŜliwe, Ŝeby go jednak kochała?
Odgłosy silnika umilkły i po chwili do salonu wszedł wysoki rudzielec. Miał
na sobie szary flanelowy garnitur, krawat na gumce i, rzecz rzadka w tych okolicach,
czyste, szare buty. Doktor postawił na stoliku czarną torbę i zdjął kapelusz.
Todd obserwował go uwaŜnie.
-
Doktor Jebediah Coltrain
-
Tim przedstawił nowo przybyłego.
-
Kiedyś
wszyscy nazywali go po prostu: Rudzielec.
-
Teraz juŜ tego nie robią
-
powiedział doktor.
On równieŜ się nie uśmiechał.
-
A to Todd Burke i jego córka Cherry
-
ciągnął Tim jak wytrawny mistrz
ceremonii.
-
Todd ma się zająć u nas księgowością.
Coltrain skinął głową i zwlekał chwilę, zanim uścisnął dłoń Todda. Nieco
przyjaźniej potraktował Cherry. MoŜna było nawet powiedzieć, Ŝe na jego twarzy
pojawiło się coś w rodzaju uśmiechu.
-
No słucham, co zmalowałaś tym razem?
-
zwrócił się bezpośrednio do
chorej.
-
Jeździłaś konno? Mogłem się tego spodziewać. Następnym razem wezmę ze
sobą wieniec zamiast torby.
Doktor zaczął badać Jane. Jego olbrzymie łapska okazały się nadzwyczaj
delikatne w kontakcie z pacjentką. Todd obserwował z niechęcią przebieg badań.
-
NadweręŜyłaś sobie mięśnie
-
zawyrokował w końcu Coltrain.
-
Mam
nadzieję, Ŝe nie wywiąŜe się z tego stan zapalny. Czekaj, zaraz zrobię ci zastrzyk
przeciwbólowy, a potem będziesz musiała odpocząć. W najbliŜszych dniach Ŝadnych
ć
wiczeń. Proszę mi pomóc
-
zwrócił się do Todda.
Miał głos, który wymuszał posłuszeństwo. Todd uśmiechnął się tylko, a
następnie wziął podaną ampułkę z przezroczystą cieczą i ułamał jej czubek. Coltrain
w tym czasie przygotował strzykawkę i igłę jednorazową. Szybko odsłonił ramię Jane
i zrobił jej zastrzyk.
-
Dzięki, Rudzielcu.
Lekarz wzruszył ramionami.
-
Od czego masz przyjaciół. Niedługo zaśniesz. To bardzo silny środek.
Cherry zaofiarowała się, Ŝe posiedzi z chorą. Coltrain wskazał im wzrokiem
podwórko, dając znak, Ŝe chce z nimi porozmawiać.
-
Co się stało?
-
spytał Tim, kiedy znaleźli się w końcu w bezpiecznej
odległości od salonu. Stary był naprawdę zaniepokojony.
-
Muszę ją prześwietlić
-
powiedział Coltrain.
-
NadweręŜenie mięśni to wersja
robocza. Trzeba to sprawdzić. Niepotrzebnie dosiadła konia
-
dodał poirytowany.
-
Próbowałem ją powstrzymać.
-
Tim rozłoŜył ręce.
Doktor machnął ręką.
-
PrzecieŜ wiem, Ŝe to nie twoja wina
-
powiedział.
-
Nie chcę jej dzisiaj
męczyć, ale jutro przyślę tutaj karetkę. Chciałbym, Ŝeby Jane dotarła do szpitala.
NiezaleŜnie od tego, co będzie mówić i… robić.
-
Spojrzał znacząco na męŜczyznę,
którego poznał przed niecałym kwadransem.
Todd skinął głową.
-
MoŜe pan na mnie liczyć.
Coltrain uśmiechnął się. Po raz pierwszy, od kiedy się poznali.
-
Nie chciałbym być na pana miejscu.
Usłyszeli wyraźny dzwonek. Był to stojący w przedpokoju telefon. Tim
poszedł, Ŝeby go odebrać, a następnie wrócił po Coltraina.
-
Do ciebie
-
powiedział.
Po chwili zza drzwi zaczęły docierać do nich fragmenty głośnej rozmowy.
-
Tak, ja… Nie, nic mnie to nie obchodzi… Jestem lekarzem i sam ustalam, co
mam robić… Do cholery z umową! Dobrze, jeszcze o tym porozmawiamy. No, to na
razie.
Doktor wyszedł, trzaskając drzwiami, poŜegnał się i wsiadł do samochodu.
Tim długo patrzył za oddalającym się autem.
-
Nic z tego nie będzie
-
powiedział w końcu.
-
Z czego?
-
zapytał Todd.
-
Chodzi o niego i Lou. Zupełnie do siebie nie pasują. Ona ma ciągle nowe
pomysły i chciałaby wszystko robić nowocześnie, a on woli stare, sprawdzone
metody. Sam nie wiem, dlaczego jeszcze współpracują.
Todd teŜ nie wiedział. Miał jednak nadzieję, Ŝe ta współpraca potrwa długo,
jak najdłuŜej. Sam nie wiedział, dlaczego, ale nie podobał mu się sposób, w jaki
Coltrain traktował Jane.
ROZDZIAŁ TRZECI
Jane szybko zasnęła, ale poniewaŜ jęczała przez sen i przewracała się z boku
na bok, Todd zdecydował się zostać przy niej, gdy Cherry poszła do łóŜka. Wcześniej
dostał od Tima ksiąŜkę przychodów i rozchodów i teraz zabrał się do lektury. Czas
mijał mu szybko. KsiąŜka była czymś w rodzaju podręcznika, któremu nadałby tytuł
"Jak nie naleŜy prowadzić rancza". Straty i zaniedbania widać było gołym okiem.
Poza bydłem na ubój Jane miała cztery ogiery, z których kaŜdy zdobywał
nagrody przed śmiercią jej ojca. Teraz mogłyby spełniać funkcje rozpłodowe, co
zwiększyłoby dochody, ale oczywiście nikt o tym nie pomyślał. W gospodarstwie
uŜywano przestarzałego sprzętu. Gdyby zająć się jego naprawą i konserwacją, moŜna
by odpisać sporą kwotę od podatku. Tego rodzaju moŜliwości pojawiały się niemal
wszędzie. Jego zdaniem ranczo miało szansę rozwoju, a co za tym idzie i
zarobkowania, tylko nikt, jak do tej pory, o tym nie pomyślał.
Todd zdjął okulary i przetarł powieki. Przez moment miał wraŜenie, Ŝe ktoś go
obserwuje. Kiedy spojrzał na Jane, zauwaŜył, Ŝe ma otwarte oczy.
-
Nie wiedziałam, Ŝe nosi pan okulary
-
powiedziała sennym głosem.
-
Jestem dalekowidzem
-
wyjaśnił.
-
Noszę okulary tylko do pracy. Podobno
mnie postarzają.
Przez chwilę przyglądała mu się uwaŜnie. WciąŜ była senna i z trudem
powstrzymywała ziewanie.
-
A ile pan ma lat?
-
spytała w końcu.
-
Trzydzieści pięć. A pani?
-
O całe dziesięć mniej
-
oznajmiła, jak mu się zdawało, triumfalnie.
-
Nawet
trudno mi sobie wyobrazić, jaka będę w pana wieku.
Todd nie chciał ciągnąć tego tematu.
-
Lepiej się pani czuje?
-
Troszkę.
-
Jane spojrzała niechętnie na swoje nogi.
-
Po prostu nie znoszę
takiego stanu. Jestem zupełnie bezsilna. Dobrze, Ŝe juŜ nie czuję bólu.
-
To nie będzie przecieŜ trwało wiecznie
-
przypomniał jej Todd.
Jane potrząsnęła głową. Jasne włosy opadły jej na czoło i oczy. Odgarnęła je
niecierpliwym ruchem.
-
ZałoŜę się, Ŝe pan nigdy nie był w takiej sytuacji. Chodzi mi o bezsilność
-
dodała po chwili, widząc jego zdumione spojrzenie.
Todd zmarszczył w zamyśleniu czoło.
-
Miałem kiedyś zapalenie płuc
-
mruknął niechętnie.
Nazwa choroby brzmiała niewinnie. PrzecieŜ wiele osób choruje na zapalenie
płuc. Dlatego Todd nie zwracał uwagi na swój stan, do momentu kiedy nie mógł juŜ
pracować i z trudem chodził. Lekarze kazali mu zostać w domu tylko pod warunkiem,
Ŝ
e Ŝona się nim zaopiekuje. A Marie miała wtedy akurat waŜne przyjęcie. Zajęła się
właśnie projektowaniem wnętrz i z jakichś względów musiała uczestniczyć w tej
imprezie. Tak mu przynajmniej powiedziała.
-
Co się stało?
-
zaniepokoiła się Jane, widząc jego minę.
-
Nie, nic. Miałem kiedyś zapalenie płuc, a Ŝona pojechała na przyjęcie
-
powiedział.
-
Nie byłoby jeszcze najgorzej, gdyby nie schowała gdzieś lekarstw. Nie
mogłem ich znaleźć. W ogóle z trudem chodziłem. Kiedy przyjechała nad ranem,
miałem czterdzieści stopni gorączki i trzeba mnie było natychmiast umieścić w
szpitalu. To było czternaście lat temu. Nieco później w tym samym roku urodziła się
Cherry.
-
O BoŜe! To straszne!
-
jęknęła Jane.
-
I co? Został pan z Ŝoną?
Toddowi wydawało się, Ŝe nie powinni omawiać jego osobistych problemów.
Jednak leŜąca obok kobieta nie wyglądała na taką, która łatwo daje za wygraną.
Widać było, Ŝe ten temat ją poruszył i zaciekawił.
-
Po pierwsze, mówiłem sobie, Ŝe nie zrobiła tego specjalnie. Marie zawsze
gdzieś chowała rzeczy, a potem nie wiedziała, gdzie są. Po drugie była wtedy w ciąŜy.
Gdybym wystąpił o rozwód, na pewno nie chciałaby mieć ze mną dziecka
-
tłumaczył
cierpliwie.
-
A pan chciał!
-
To było raczej stwierdzenie, a nie pytanie.
-
ZauwaŜyłam, Ŝe
Cherry jest do pana bardzo przywiązana.
-
Zawsze chciałem mieć dzieci
-
przyznał nieco zaŜenowany.
-
Sam jestem
jedynakiem. Wychowałem się na wielkim ranczu. Wiem, co to znaczy samotne
dzieciństwo. Pragnąłem mieć więcej dzieci, ale… skończyło się na jednej córce.
Jego rozmówczyni oblizała wargi. Pytanie, które chciała zadać, było bardzo
osobiste.
-
Czy matka nie chciała Cherry?
-
Twierdziła, Ŝe dziecko przeszkadza jej w pracy
-
powiedział z wyczuwalnym
smutkiem w głosie.
-
Oczywiście, spotykają się. Marie lubi grać rolę dobrej, oddanej
matki. Jest projektantką wnętrz i większość jej klientów to konserwatywni
Teksańczycy. Wie pani, tacy, co lubią, Ŝeby wszystko było na swoim miejscu.
-
Czy Cherry wie…?
-
Trudno pewnych rzeczy nie zauwaŜyć. PrzecieŜ nie jest głupia. Staram się
tylko zapobiegać kolejnym manipulacjom. Nie pozwalam równieŜ, by Marie wtrącała
się w prywatne Ŝycie naszej córki. Weźmy choćby rodeo.
Jane znowu potrząsnęła głową.
-
Nie rozumiem.
-
Marie jest przeciwna występom córki.
-
Ach, a Cherry jednak jeździ!
-
Jane nie mogła powstrzymać okrzyku.
-
Wbrew temu, co sądzi o tym matka.
Skinął powaŜnie głową.
-
To mnie przyznano opiekę nad dzieckiem.
Sytuacja powoli stawała się jasna. Samotny ojciec wychowujący córkę był
wciąŜ jednak kimś niesłychanie rzadko spotykanym i Jane chciałaby zadać mnóstwo
pytań. Teraz czuła, Ŝe jest zmęczona i senna. Pokój, w którym znajdował się Todd,
zaczął od niej powoli odpływać.
-
Tak dziwnie się czuję
-
szepnęła.
-
Nie mam pojęcia, co podał mi ten
Rudzielec.
-
Wygląda na trochę narwanego
-
stwierdził niechętnie Todd.
Jane nie zwróciła uwagi na ton jego głosu.
-
Zawsze taki był
-
powiedziała.
-
Bardzo go lubię.
Lubię. Powiedziała: "lubię". To mogło znaczyć wszystko i nic. Todd
zmarszczył czoło, zastanawiając się nad znaczeniem tego słowa w wypadku Jane.
-
Lubi go pani?
-
spytał.
-
Tak, właśnie
-
odparła, starając się przemóc senność.
-
Lubię. MęŜczyźni jako tacy mnie nie interesują. Nie bawi mnie teŜ seks.
Ostatnie słowa wypowiedziała niemal szeptem, a po chwili juŜ spała. Todd
przyglądał się jej z prawdziwą przyjemnością, zastanawiając się nad sensem
ostatniego stwierdzenia. Jane była prawdziwą pięknością. Jeśli nawet nie interesowała
się męŜczyznami, to męŜczyźni z pewnością interesowali się nią. Pewnie miała
jakiegoś swojego chłopaka. PrzecieŜ Tim mówił mu o Coltrainie.
Dopiero po chwili dotarło do niego, Ŝe siedzi z otwartą ksiąŜką na kolanach.
Miał przecieŜ jeszcze sporo pracy. Lepiej będzie, jeśli zajmie się problemami rancza,
a nie intymnym Ŝyciem jego właścicielki.
Karetka pogotowia przyjechała następnego ranka dokładnie o dziesiątej. W
oczach Jane pojawił się błysk gniewu, kiedy ją zobaczyła.
-
Nie mam zamiaru, słyszycie?! Nie mam zamiaru iść do szpitala!
-
powtarzała, patrząc na Todda rozgorączkowanym wzrokiem.
Todd został sam w domu. Tim znalazł dla siebie jakieś zajęcie na pastwisku, a
Meg zabrała Cherry na zakupy. Todd dopiero teraz przejrzał ich grę.
-
Nikt nie chce, Ŝeby pani tam została
-
przekonywał upartą rekonwalescentkę.
-
Mają panią po prostu prześwietlić, a potem przywieźć do domu.
Jane usiadła na łóŜku. Jasne włosy rozsypały na ramionach. Todd pomyślał, Ŝe
wygląda jak nimfa przy leśnym strumyku. Jak rozzłoszczona nimfa.
-
Na pewno niczego sobie nie złamałam
-
stwierdziła autorytatywnie.
-
Nigdzie
nie jadę.
Stojący w drzwiach pielęgniarze spojrzeli na siebie, a następnie skierowali
pytający wzrok na Todda.
-
Zrobi pani to, co kazał doktor Coltrain!
-
Nigdzie nie jadę. MoŜecie zabrać te nosze
-
zwróciła się bezpośrednio do
pielęgniarzy.
-
Proszę, panowie, podejdźcie bliŜej.
-
Todd równieŜ postanowił ją ignorować.
Omal nie rzuciła się na niego z pięściami.
-
Ty!… Ty!…
-
wyrwało jej się.
Todd nie zwrócił na to uwagi. Podszedł do niej i wziął ją na ręce. Nie chciał
wdawać się w utarczki słowne. Pragnął, by Jane znalazła się jak najszybciej w
szpitalu.
Początkowo chciała podrapać tego wielkiego męŜczyznę, który w tak niemiły
sposób wtargnął w jej Ŝycie. Jednak gdy poczuła tuŜ obok jego szeroki tors, stało się z
nią coś dziwnego. Zaparło jej dech w piersiach i stała się zupełnie niezdolna do
działania. Trwało to zaledwie parę sekund. Po chwili znalazła się na noszach, jeden z
sanitariuszy przykrył ją białym prześcieradłem i ponieśli ją do karetki. Jane czuła się
jak dzikie zwierzę, schwytane nagle w niewidzialne wnyki.
-
Pojadę za wami samochodem
-
rzucił Todd, zaglądając do przestronnego
wnętrza karetki.
Jane spojrzała na niego wymownie i zacisnęła usta. Sprawiło to, Ŝe stracił
pewność siebie. JuŜ wcześniej serce zabiło mu Ŝywiej, kiedy poczuł blisko siebie
drobne ciało dziewczyny. A teraz to spojrzenie zupełnie wytrąciło go z równowagi.
-
Nic mi pani nie powie?
-
spytał, odwracając od niej wzrok.
-
Nie będzie pani
krzyczeć i drapać?
-
JuŜ u mnie nie pracujesz
-
rzuciła przez zaciśnięte zęby.
Todd potrząsnął głową.
-
Nie, nie moŜe mnie pani wylać
-
powiedział z przekonaniem.
-
Niby dlaczego?
-
PoniewaŜ straci pani ranczo
-
odparł z uśmiechem.
-
Myślę, Ŝe z moją
pomocą uda się je zachować.
Jane zmarszczyła brwi. Być moŜe była zbyt porywcza, ale stać ją teŜ było na
przemyślane decyzje.
-
W jaki sposób?
-
zadała kolejne pytanie.
-
Porozmawiamy o tym po prześwietleniu
-
stwierdził, wycofując się z wnętrza
karetki. Pomógł jeszcze pielęgniarzowi zamknąć tylne drzwi, a następnie skierował
się do swego auta.
Coltrain przyglądał się uwaŜnie kliszy. Wyglądał na zadowolonego. Pionowa
zmarszczka nad jego nosem znikła teraz niemal zupełnie.
-
Mówiłam ci przecieŜ, Ŝe nic mi nie jest.
-
Jane zdecydowała się przerwać
panujące w tym sterylnym wnętrzu milczenie.
Rudzielec ze stetoskopem na szyi, wśród rozmaitych przyrządów i narzędzi,
wydawał jej się kimś innym, mało znanym. Kimś, kogo trzeba się trochę obawiać.
Coltrain oderwał wzrok od kliszy.
-
Nie powiedziałem przecieŜ, Ŝe nic ci nie jest.
-
Zrobił efektowną przerwę.
-
Na szczęście moja diagnoza się potwierdziła i nie masz Ŝadnych złamań. Powinnaś
jednak pamiętać, Ŝe jesteś chora. Jeszcze jeden taki wyczyn, a być moŜe będziesz
musiała spędzić całe Ŝycie na wózku inwalidzkim. Czy o to ci chodzi?
Jane spuściła wzrok.
-
Nie
-
szepnęła.
-
Więc przestań się popisywać i udowadniać wszystkim, Ŝe jesteś u szczytu
formy!
-
huknął Coltrain.
-
Ten reporter i tak będzie musiał odpokutować za swoje
grzechy
-
dodał po chwili z dziwnym uśmiechem.
-
Co masz na myśli?
Rudzielec poprawił stetoskop, rozejrzał się dokoła i mrugnął do niej
łobuzersko.
-
Miejscowe Stowarzyszenie Jeździeckie zabroniło mu wstępu na rodeo.
Jane patrzyła na lekarza z niedowierzaniem.
-
PrzecieŜ to największa impreza sportowa w okolicy! Zwłaszcza o tej porze
roku. Skąd o tym wiesz?
-
spytała podejrzliwie.
-
No cóŜ, hm, jestem przecieŜ w zarządzie.
Dziewczyna uderzyła się otwartą dłonią w czoło.
-
AleŜ ze mnie gapa! To twoja sprawka, przyznaj się.
-
Wyciągnęła palec w
kierunku przyjaciela.
-
Nie tylko
-
odparł z powagą Coltrain.
-
Wszyscy się ze mną zgadzają. Zresztą
gazeta i tak miała kłopoty, poniewaŜ właściciele sklepu Ŝelaznego i stacji obsługi
samochodów wycofali swoje reklamy. Znasz ich pewnie. Startowałaś z ich synami w
zawodach. Coś mi mówi, Ŝe powinnaś przeczytać najnowsze wydanie gazety.
Dopiero po chwili dotarło do niej to, co powiedział. Przez chwilę patrzyła na
niego oniemiała, a potem uśmiechnęła się.
-
Mają mnie przeprosić?
-
spytała z niedowierzaniem.
-
Ty stary diable!
-
Jesteś przecieŜ moją przyjaciółką.
Wzruszenie ścisnęło jej gardło. Zdołała jedynie wykrztusić krótkie: "dzięki".
Spontanicznie rzuciła się w ramiona przyjaciela.
W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Todd Burke wszedł do
ś
rodka bez zaproszenia. JuŜ chciał coś powiedzieć, ale na widok połączonej w uścisku
pary stanął jak wryty. Niemal jednocześnie, tyle Ŝe drugimi drzwiami, weszła do
gabinetu doktor Lou Blakely. Lekarka zmierzyła wzrokiem doktora Coltraina i Jane, a
następnie połoŜyła na biurku jakieś papiery.
-
Mam tu wyniki badań Neda Rogersa
-
powiedziała.
-
Obawiam się, Ŝe nie są
zbyt pomyślne.
-
Nie mogła pani poczekać, aŜ skończę rozmowę z pacjentką?
-
zapytał
opryskliwie Coltrain.
Policzki doktor Blakely pokryły się rumieńcem.
-
Zrobiłam juŜ wszystko i chcę wyjść na lunch. PrzecieŜ juŜ dwunasta.
-
Dwunasta?
-
powtórzył z niedowierzaniem Coltrain.
-
A, rzeczywiście.
-
Odwrócił się w stronę Jane.
-
No cóŜ, w zasadzie to juŜ wszystko.
-
Odwiozę ją do domu
-
wtrącił się Todd.
-
Mam parę pytań dotyczących
prowadzenia rancza. Obawiam się, Ŝe to nie moŜe czekać.
Doktor Blakely przyglądała się z uśmiechem nie znanemu męŜczyźnie. W jej
oczach pojawiło się zainteresowanie. Przez moment czekała, aŜ Coltrain ich sobie
przedstawi, a następnie sama wyciągnęła rękę do nieznajomego.
-
Doktor Louise Blakely
-
powiedziała.
-
Miło mi pana poznać, panie…
-
Nazywam się Burke, Todd Burke
-
pospieszył z wyjaśnieniami.
-
Zarządzam
ranczem pani Parker.
-
A ja jestem współpracownicą doktora Coltraina.
-
Asystentką
-
poprawił ją naburmuszony Rudzielec.
Lou spojrzała na niego z wyraźną wrogością, jednak Coltrain udawał, Ŝe jej w
ogóle nie zauwaŜa.
-
W umowie, którą podpisałam, jest wyraźnie napisane, Ŝe zatrudniają mnie
jako pańską współpracownicę, doktorze
-
przypomniała mu.
-
Przez cały rok.
Rudzielec nie zwrócił na nią większej uwagi.
-
Zadzwoń, gdybyś potrzebowała pomocy
-
powiedział do Jane.
-
ł uwaŜaj na
siebie.
Na jego czole znowu pojawiła się charakterystyczna zmarszczka.
-
Dobrze, będę uwaŜać
-
obiecała Jane.
Coltrain poklepał ją po ramieniu, a następnie podszedł do biurka.
-
Teraz obejrzyjmy te wyniki
-
zwrócił się do Lou.
PoŜegnali się z lekarzami i Todd zawiózł Jane na szpitalnym wózku na
parking, gdzie stał jego samochód. Następnie pomógł jej przejść na tylne siedzenie i
ruszył w stronę rancza. Przez dłuŜszą chwilę jechali w milczeniu.
-
Czy jest pani zazdrosna z powodu Lou?
-
spytał niespodziewanie,
przypominając sobie wyraz jej twarzy, kiedy Lou i Coltrain pochylili się nad
biurkiem.
-
O Rudzielca? Nie. Martwię się z powodu Lou
-
dodała.
Todd zerknął do tylnego lusterka. Jane była pochłonięta swoimi myślami.
Wyglądało na to, Ŝe mówi szczerze.
-
Lou nie potrafi sobie z nim poradzić
-
podjęła temat.
-
To dziwne, jest
przecieŜ taka niezaleŜna i stanowcza.
-
MoŜe się w nim kocha
-
podsunął Todd.
-
Mam nadzieję, Ŝe nie. Inaczej srodze się rozczaruje. Rudy to zaprzysięŜony
stary kawaler. Nie widzi niczego poza swoją pracą. Lubi kobiety, ale z Ŝadną nie
potrafiłby się związać.
Na ustach Todda pojawił się lekki uśmiech.
-
Pewnie potrafi go pan zrozumieć, bo pan teŜ taki jest, prawda?
Skinął głową.
-
Kto raz się sparzył, ten dmucha na zimne
-
stwierdził sentencjonalnie.
Zahamował gwałtownie, poniewaŜ właśnie zmieniły się światła. Było to
ostatnie skrzyŜowanie przed wyjazdem z Jacobsville.
Jane syknęła z bólu.
-
Przepraszam, powinienem bardziej uwaŜać.
-
Nie, nic się nie stało
-
szepnęła.
-
Widzi pani, mam juŜ za sobą nieudane małŜeństwo
-
Todd ciągnął zaczęty
wątek.
-
Dlatego będę szczery. Nie interesuje mnie na przykład romans z panią.
Chciałbym natomiast wyprowadzić to ranczo na prostą. Ale uwiedzenie pani zupełnie
nie wchodzi w grę.
Nie odpowiedziała od razu. Todd zerknął do lusterka, Ŝeby sprawdzić, co robi.
Rozczarował się jednak, poniewaŜ Jane nie łkała ani nie załamywała rąk.
-
Dziękuję za szczerość
-
powiedziała.
-
A teraz się pewnie pani na mnie obrazi
-
mruknął, skręcając w boczną drogę.
Jane nie potrafiła powstrzymać śmiechu.
-
Widzę, Ŝe naprawdę świetnie mnie pan poznał, panie Burke
-
zaszczebiotała.
-
A poza tym ta skromność! Oczywiście, wszystkie kobiety czyhają na pana. A jeśli
nie potrafią pana usidlić, to się obraŜają.
Todd był nieco zdezorientowany. Nie spodziewał się takiej dozy sarkazmu i
ironii.
-
ś
e co?
-
wyjąkał.
-
Dziękuję, Ŝe mnie pan uprzedził o swoich zamiarach
-
ciągnęła Jane.
-
Wprawdzie od początku miałam ochotę rzucić się na pana w przypływie nagłej Ŝądzy,
ale teraz, kiedy wiem, ze romans pana nie interesuje, będę się oczywiście pilnować.
Zresztą, łatwo mógłby się pan obronić, gdybym pana molestowała.
-
Jane zatrzepotała
rzęsami.
-
Musi mi pan wybaczyć, ale taki pan ładny. A tak w ogóle nie boi się pan
podróŜować sam z kobietami? Ja nie mogłabym pana uwieść, ale inne nie będą miały
podobnych skrupułów. Niech pan uwaŜa, bo łakomy z pana kąsek.
Todd wydawał jakieś niezrozumiałe pomruki. Ta dziewczyna kpiła sobie z
niego w Ŝywe oczy. Co więcej, sam to sprowokował.
-
Niech się pani nie wygłupia
-
powiedział, oglądając się za siebie.
Samochód omal nie zjechał do rowu. Jane trochę się przestraszyła, ale
jednocześnie była z siebie dumna. Burkę nie wyglądał na faceta, którego łatwo
wyprowadzić z równowagi.
-
Ja się wygłupiam? PrzecieŜ oboje zgadzamy się co do tego, Ŝe jest pan
wspaniały. śadna kobieta nie potrafiłaby się panu oprzeć.
-
Wcale tego nie powiedziałem.
-
Ale tak pan uwaŜa!
-
wypaliła.
Przez resztę drogi milczeli. Todd czuł się jak ostatni idiota. Nie lubił kobiet
tak wygadanych jak Jane Parker. Musiał teŜ pamiętać, Ŝe, sądząc z jej reakcji na
artykuł w gazecie, łatwo ją zranić.
Zatrzymali się na podwórku i Todd wyłączył silnik. Przez chwilę siedzieli w
zupełnej ciszy.
-
Dawno się tak nie ubawiłam
-
powiedziała w końcu Jane.
-
Bardzo pana
przepraszam za te Ŝarty, ale, prawdę mówiąc, po raz pierwszy od niepamiętnych
czasów czułam się tak dobrze.
Todd odwrócił się do niej. Jego oczy przypominały lodowe sople.
-
Bardzo nie lubię, kiedy się ze mnie Ŝartuje
-
stwierdził.
-
Będzie lepiej, jeśli
sobie to pani zapamięta.
Rysy Jane stwardniały.
-
Będzie lepiej, jeśli zapamięta pan, Ŝe nie wolno do mnie mówić tym tonem!
-
oznajmiła.
Otworzyła drzwiczki i zabrała się do wysiadania. Todd chciał jej pomóc, ale
pokręciła głową.
-
Niech pan zawoła Tima z wózkiem
-
powiedziała.
-
Tak będzie lepiej.
Todd zazgrzytał zębami. JuŜ chciał rzucić jakąś niepochlebną uwagę na temat
wózka, ale w porę się opanował. Wiedział, Ŝe Jane uznałaby to za obrazę.
-
Dobrze
-
mruknął.
Wszedł do domu i zaczął szukać Tima. Znalazł go w kuchni, gdzie brodacz
rozmawiał właśnie z Ŝoną.
-
No i co?
-
zapytali jednocześnie na jego widok.
-
Wszystko w porządku.
-
To dlaczego ma pan taką ponurą minę?
-
spytał Tim.
-
Pokłóciliśmy się
-
wyznał.
Meg pokiwała tylko głową, jakby tego właśnie się spodziewała, a Tim aŜ
gwizdnął.
-
To juŜ coś!
-
krzyknął.
-
Pamiętam, jak Jane wspaniale kłóciła się z
Coltrainem. Szkoda, Ŝe juŜ się nim nie interesuje. Stanowiliby idealną parę.
-
Niby dlaczego?
-
spytał naburmuszony Todd.
-
Tylko dlatego, Ŝe jest
lekarzem?
-
I synem farmera
-
dodał Tim.
-
Nigdy by nie pozwolił, Ŝeby ranczo Jane tak
podupadło. Czy uda się panu jakoś podreperować nasze finanse?
Todd zastanawiał się przez chwilę nad odpowiedzią. Nie chciał wzbudzać
złudnych nadziei.
-
Myślę, Ŝe tak. Ale proszę nie oczekiwać ode mnie gotowych recept.
Tim skinął głową, a następnie ponownie spytał o Jane. Z ulgą wysłuchał tego,
co powiedział doktor. Następnie obaj męŜczyźni wyszli do przedpokoju. Todd wziął
wózek i wypchnął go na zewnątrz.
-
Dlaczego pan jej po prostu nie przeniesie?
-
spytał Tim.
Todd wzruszył ramionami.
Tim stanął w drzwiach. Z przyjemnością obserwował to, co działo się przy
samochodzie, chociaŜ zdaje się, Ŝe Jane i Todd znowu się kłócili. Przynajmniej nie
myśli bez przerwy o swoich nogach, ucieszył się stary. No i ma się czym zająć.
Kiedy znaleźli się w domu, z kuchni wyjrzała Meg.
-
Obiad za kwadrans
-
oznajmiła.
-
Mógłby pan poszukać Cherry? Ćwiczy
zwroty wokół beczek. Powinna być na padoku
-
zwróciła się do Todda.
Bez trudu odnalazł córkę na placu. Jeździła wolno wokół beczek.
-
Cześć, tato!
-
krzyknęła i pomachała ręką na jego widok.
-
Cześć. Jak leci?
-
zapytał.
-
MoŜe być. Nie lubię jeździć tak wolno, ale Jane powiedziała, Ŝe powinnam
od tego zacząć.
-
Jane? Jesteście na "ty"?
-
zdziwił się.
-
Tak. Nie mówiłam ci?
-
spytała, zatrzymując konia.
-
Co powiedział lekarz?
Todd pokiwał uspokajająco głową.
-
Wszystko w porządku
-
powiedział.
-
Chodź na lunch. Ma być gotowy za
parę minut.
-
Dobrze. Zrobię tylko jeszcze jedno okrąŜenie.
Todd wsadził ręce w kieszenie i ruszył w stronę domu.
Lunch się nieco opóźniał, więc miał jeszcze chwilę na rozmowę z Timem.
Następnie poszedł do łazienki, Ŝeby się trochę odświeŜyć. Czuł się coraz bardziej
głodny i z utęsknieniem czekał na posiłek.
Cherry oczywiście się spóźniła i od razu rzuciła na jedzenie. Stanowili chyba
wspaniały widok: córka i ojciec pałaszujący obiad z apetytem.
Jane siedziała nad niemal pełnym talerzem. Przed obiadem, kiedy nikt nie
słyszał, wygłosiła jakąś sarkastyczną uwagę na temat wody kolońskiej Todda, ale
teraz milczała.
To Tim pierwszy zaczął rozmowę:
-
Wiesz, Jane, pan Burke uwaŜa, Ŝe znalazł sposób na to, Ŝeby wyjść z
kryzysu. Będziemy tylko musieli zacisnąć pasa i wziąć kredyt.
Jane westchnęła głęboko.
-
Właśnie tego się obawiałam
-
powiedziała ponuro.
-
Nikt juŜ nam nie da
pieniędzy.
-
Z kredytem nie będzie Ŝadnych problemów
-
rzekł pewnym tonem Todd.
Nie chciał wdawać się w wyjaśnienia, dlaczego. KaŜdy bank zdecyduje się na
poŜyczkę, jeśli on będzie poręczycielem. Todd miał zamiar wyciągnąć Jane z
tarapatów. Zwłaszcza Ŝe kwota, której w tej chwili potrzebował, była niczym w
porównaniu z rocznym dochodem jego firmy.
-
Dobrze. Ile potrzebujemy i na co wydamy te pieniądze?
-
spytała
zaintrygowana Jane.
Wyjaśnił jej wszystko pokrótce, starając się, by zrozumiała, na czym polega
skomplikowany system ulg podatkowych i inwestycyjnych. Mówił teŜ o
wydzierŜawieniu niepotrzebnych gruntów, modernizacji parku maszynowego i innych
usprawnieniach.
Jane aŜ zaparło dech z wraŜenia. Wizje, jakie roztaczał Todd, zdawały się być
spełnieniem jej Ŝyczeń. Bardzo chciała, tak jak proponował, prowadzić stadninę,
zamiast hodowli bydła rzeźnego. Małe, nowoczesne ranczo było jej marzeniem.
PrzecieŜ przede wszystkim znała się na koniach!
-
Poza tym
-
ciągnął Todd
-
ma pani znane nazwisko. To wstyd, Ŝe pani tego
nie wykorzystała. Inne gwiazdy rodeo juŜ dawno zajęły się reklamą odzieŜy czy
końskiego oporządzenia. Nie myślała pani o tym?
-
W… wolałabym tego nie robić
-
odparła.
-
Dlaczego?
Jane spojrzała na talerz, z którego ubyło bardzo niewiele zupy. Wzięła łyŜkę
do ręki i zamieszała prawie juŜ chłodną ciecz.
-
Nie pozwolę, Ŝeby fotografowali mnie na wózku!
-
powiedziała.
Todd pokiwał głową.
-
Nikt nie będzie musiał tego robić
-
powiedział.
-
Po pierwsze, nie będzie pani
całe Ŝycie jeździć na wózku. Po drugie, nie musi się pani wcale pokazywać. Kontrakt
reklamowy moŜe dotyczyć nazwiska, portretu, dawnych zdjęć z rodeo.
Jane przyłoŜyła dłonie do skroni i zaczęła je rozmasowywać. Ten Burke
przyprawiał ją o ból głowy.
-
Kto by tam wykorzystał do reklamy kogoś juŜ prawie nieznanego? Jest tylu
nowych zawodników.
-
Nie wygłupiaj się!
-
krzyknęła Cherry, która milczała do tej pory, poniewaŜ
była zajęta pochłanianiem przepysznej grzybowej zupy.
-
PrzecieŜ jesteś legendą! W
stadninie, w której uczyłam się jeździć, wszędzie były plakaty z twoją podobizną.
Jane otworzyła szeroko oczy. Wiedziała o istnieniu plakatów, ale nie sądziła,
by ktoś je kupował.
-
Zapomniałaś, prawda?
-
wtrącił się Tim.
-
Mówiłem ci, Ŝe musieli
dodrukowywać te plakaty, ale pewnie nie zwróciłaś na to uwagi. To było zaraz po
wypadku.
-
Nie, nie zwróciłam na to uwagi
-
przyznała Jane. Następnie spojrzała na
Todda.
-
Zrobię wszystko, Ŝeby uratować ranczo.
ROZDZIAŁ CZWARTY
Todd uparł się, Ŝeby jechać samemu do banku w Jacobsville. Nie chciał, Ŝeby
Jane zauwaŜyła, jak będzie załatwiał poŜyczkę.
Sprawa, jak przypuszczał, okazała się dosyć prosta. Szef banku zadowolił się
jego pisemnym poręczeniem. Potem jeszcze tylko parę telefonów i odpowiednia
kwota znalazła się na koncie Jane. Mógł nią teraz swobodnie dysponować. Przede
wszystkim pomyślał o nowym sprzęcie, a takŜe o firmie, która dokonałaby
niezbędnych napraw na ranczu.
Kiedy Jane zobaczyła pierwszy rachunek, omal nie spadła z wózka. Miała
ochotę poprosić o whisky, ale w końcu uznała, Ŝe nie wypada.
-
Nie mogę sobie na to pozwolić
-
powiedziała, potrząsając świstkiem.
-
Myli się pani
-
zaoponował spokojnie Todd.
-
Konserwacja jest na dłuŜszą
metę znacznie tańsza niŜ wymiana wszystkiego.
-
A to ogrodzenie?!
-
No tak, tutaj rzeczywiście nie miałem wyboru. Musiałem zdecydować się na
nowe. Drewniane ogrodzenie ciągle trzeba łatać drutem kolczastym. To moŜe być
niebezpieczne dla zwierząt
-
tłumaczył spokojnie.
-
Poza tym zamówiłem zbiornik na
wodę…
-
Cysternę
-
przerwała mu.
-
W Teksasie mówimy: "cysternę".
-
Właśnie, cysternę
-
ciągnął.
-
No i oczywiście znalazłem firmę, która dokona
naprawy dachu. Na górze pełno jest garnków i wiader do zbierania deszczówki. Jeśli
nie załatamy dziur, wkrótce cały dach przegnije i trzeba będzie go wymienić na nowy.
Jane przymknęła oczy. Na jej czole pojawiły się zmarszczki.
-
Skąd ja na to wszystko wezmę pieniądze?!
-
jęknęła.
-
Właśnie tego pytania się spodziewałem
-
powiedział Todd z uśmiechem.
Siedział swobodnie rozparty na krześle w rozpiętej, dŜinsowej koszuli, którą
włoŜył zaraz po przyjeździe z Jacobsville, i luźnych spodniach. Musiała przyznać, Ŝe
wyglądał bardzo atrakcyjnie.
-
I cóŜ?
-
ponagliła go.
-
Chcę wykorzystać dwa ogiery na rozpłód
-
odparł.
-
Za zarobione dzięki nim
pieniądze będziemy mogli załoŜyć stadninę. Później sami będziemy sprzedawali
ź
rebięta pełnej czy raczej czystej krwi. Nie wiem, jak się u was nazywa.
Jane chciała wygłosić komentarz na temat liczby mnogiej, której uŜywał w
swoich rozwaŜaniach Burkę, ale zamiast tego rzuciła automatycznie:
-
Pełnej angielskiej, czystej arabskiej.
-
Dopiero po chwili dotarło do niej to,
co powiedział Burke.
-
Będziemy potrzebowali lepszej stajni
-
stwierdziła, uŜywając
narzuconej przez Burke'a liczby mnogiej.
Todd skinął głową.
-
Wiem. Zbudujemy nową. Znalazłem juŜ odpowiednią ekipę wykonawczą.
-
Ale przecieŜ na to trzeba jeszcze więcej pieniędzy!
-
wykrzyknęła.
-
W tej
chwili stoimy na krawędzi bankructwa, a pan mi proponuje nowe wydatki! Pozwoli
pan, Ŝe powtórzę pytanie: skąd brać na to pieniądze?
Todd skinął głową, chcąc dać znak, Ŝe rozumie jej zastrzeŜenia. Przez chwilę
milczał, wpatrując się w okolone jasnymi włosami oblicze Jane, a następnie zaczął
wyjaśnienia.
-
PoŜyczka to pierwsze źródło, ale zgadzam się z panią, Ŝe niewystarczające
-
powiedział.
-
Ogiery, to drugie. A poza tym…
-
urwał i spojrzał niepewnie na Jane.
-
Poza tym?
MęŜczyzna zaczerpnął tchu.
-
Rozmawiałem z duŜą fabryką odzieŜy z Houston. OtóŜ są zainteresowani
współpracą. Chcieliby rozpocząć promocję kowbojskich ubrań dla kobiet. Zdaje się,
Ŝ
e chodzi głównie o dŜinsy i kurtki dŜinsowe.
Jane z trudem przełknęła ślinę.
-
Czy wiedzą o…?
Todd nie pozwolił jej dokończyć pytania.
-
Wiedzą. Nie będą pani fotografować na wózku. To bardzo rozsądna oferta.
Todd podał wysokość proponowanego honorarium. Jane nie mogła uwierzyć
własnym uszom.
-
To chyba jakiś Ŝart
-
powiedziała niepewnie.
Burke pokręcił przecząco głową.
-
Nic podobnego. To wcale nie tak duŜo. Oczywiście, dopiero pani zaczyna.
Radziłbym dokładnie obejrzeć wszystkie rodzaje ubrań, które ma pani reklamować.
Ostatecznie będzie na nich pani nazwisko.
Jane aŜ się zaczerwieniła. Perspektywa ujrzenia swojego nazwiska na
ubraniach kowbojskich była bardzo podniecająca. I pomyśleć, Ŝe w tym będą jeździć
zawodnicy na rodeach. Nie chciała jednak popadać w przesadny optymizm. PrzecieŜ
nie podpisała jeszcze umowy.
-
Tak, nie chciałabym promować tandety.
-
To zrozumiałe
-
stwierdził.
-
Jednak wydaje mi się, Ŝe to przyzwoite
przedsiębiorstwo. Jest juŜ na rynku parę lat. Wszyscy mówili o nim pozytywnie.
Zresztą sama pani się przekona. Mają tu przyjechać w następny piątek. Przepraszam,
Ŝ
e nie konsultowałem z panią sprawy terminu.
Jane wyciągnęła rękę.
-
Nie szkodzi
-
odparła.
-
Mam przecieŜ masę czasu. Nie będę twierdzić, Ŝe
jest inaczej.
Todd obserwował ją uwaŜnie. Błękitne oczy lśniły dziwnym blaskiem. Blade
dotąd policzki nabrały rumieńców. Jane wyglądała na oŜywioną i zadowoloną.
Piękniała z minuty na minutę. Gwałtowny ruch piersi pod cienkim materiałem bluzki
wskazywał, Ŝe jest podniecona.
-
Niech pan przestanie grać rolę uwodziciela
-
powiedziała, zauwaŜywszy jego
spojrzenie.
-
Porozmawiajmy lepiej o interesach.
Todd uśmiechnął się do niej i przymruŜył jedno oko. Efekt był piorunujący.
-
Na pewno pani tego chce?
Jane z trudem powstrzymała drŜenie rąk.
-
Na pewno
-
odparła.
-
Wróćmy do tych ludzi z fabryki. O której mają
przyjechać?
Do czwartku ustalono wszystkie szczegóły spotkania. Następnego dnia rano
Jane miała odbyć rozmowę z dwójką przedstawicieli przedsiębiorstwa. Rozpoczęły
się teŜ prace na ranczu. Od świtu towarzyszył im jęk pił i zgrzyt cięŜkich maszyn, a
takŜe nawoływania robotników.
Aby uciec od hałasu, Jane wyruszała z Cherry do letniej zagrody dla koni.
Dziewczynka robiła spore postępy, ale Todd nie miał okazji tego docenić, poniewaŜ
całymi dniami siedział w pokoju przy biurku i albo sprawdzał rachunki, albo
rozmawiał przez telefon. Jane nie mogła pojąć, jak moŜe pracować w tym hałasie.
PrzecieŜ dobiegał on nawet do pastwiska.
-
BoŜe, trudno to wytrzymać!
-
jęknęła, obserwując swoją uczennicę.
-
Któregoś dnia kaŜę powystrzelać tych ludzi.
Cherry uśmiechnęła się do niej. Skończyła właśnie siodłać klacz, podarowaną
jej przez ojca.
-
Ale moŜe lepiej po tym, jak skończą reperować dach. Inaczej znów będzie
przeciekać
-
zauwaŜyła przytomnie i poklepała klacz po karku.
-
W końcu
zdecydowałam się, jak ją nazwać. Piórko. Dlatego Ŝe galopuje tak lekko. Jane skinęła
głową.
-
To dobre imię
-
zgodziła się.
-
Powinnaś jej na więcej pozwalać. Ta klacz
potrafi sama brać najostrzejsze zakręty. Musisz jej tylko popuścić cugli.
Cherry posmutniała. Spuściła głowę i przysiadła obok Jane na wielkiej beli
siana.
-
Nie mogę
-
powiedziała.
-
Staram się, ale mi nie wychodzi.
-
Boisz się, Ŝe spadniesz, prawda?
Cherry zaczęła wyskubywać siano z beli, na której siedziała. Wyglądała w tej
chwili na bardzo zakłopotaną.
-
To teŜ
-
przyznała.
-
Ale bardziej boję się o konia. Pierwszy raz, kiedy byłam
na rodeo, widziałam upadek. Koń złamał nogę. Chcieli go oddać do rzeźni, ale
ubłagałam tatę i kupił mi go. Jest teraz u krewnych w Wyoming. Od tego czasu mam
problemy z szybką jazdą, a zwłaszcza ze zwrotami.
Jane przytuliła dziewczynkę mocno do siebie. Todd o niczym jej nie
powiedział.
-
Po prostu nie miałaś szczęścia
-
powiedziała.
-
Jeźdźcy kochają swoje konie i
wiedzą, jak unikać okaleczenia zwierząt. Oczywiście zdarza się, Ŝe ktoś zleci z konia.
Sama miałam złamane Ŝebro, kiedy spadłam z klaczy w czasie treningu. Jednak nigdy
nie widziałam powaŜnego wypadku w czasie rodeo. To raczej rzadkość.
-
Naprawdę?
-
spytała Cherry. Na jej twarzy pojawił się nagle promienny
uśmiech.
-
MoŜesz mi wierzyć. Konie instynktownie wyczuwają, co jest dla nich
najlepsze. Zadanie jeźdźca to przede wszystkim nie przeszkadzać…
-
NiemoŜliwe!
-
przerwała jej Cherry nagłym okrzykiem.
Na jej czole pojawiły się zmarszczki. Przed oczami miała tych zawodników,
których uwaŜała za najlepszych. CzyŜby Jane miała rację? Czy wystarczyło zdać się
na koński instynkt? CzyŜby cała sprawa była aŜ tak prosta?
-
To wcale nie jest takie proste
-
dodała Jane, jakby odgadła jej myśli.
-
Trzeba
przezwycięŜyć strach i zaufać zwierzęciu.
-
Chciałabym spróbować
-
powiedziała Cherry.
Zerwała się na równe nogi i podbiegła do skubiącego trawę konia. W oczach
Jane pojawił się wyraz nostalgii i zadumy. Ona teŜ kiedyś odkrywała te proste
prawdy. Kiedy to było? Piętnaście, moŜe osiemnaście lat temu?
-
Dobrze, ale pamiętaj: nie spiesz się
-
ostrzegła swą uczennicę.
-
Musisz się
równieŜ nauczyć, Ŝe koń wyczuwa twoje nastroje. Wie, kiedy jesteś zła, zmęczona lub
teŜ podniecona.
-
Co tu się dzieje?! Spotkanie na szczycie?
-
usłyszała za sobą głos Todda.
-
Widzę, Ŝe pana równieŜ hałasy wygoniły z domu
-
powiedziała.
-
Nie na długo. Zaraz muszę wracać. Mam mnóstwo roboty.
-
Tato, chcesz popatrzeć?!
-
krzyknęła do niego Cherry z końskiego grzbietu.
-
Spróbuję robić zwroty.
Todd rozłoŜył ręce.
-
Właśnie mówiłem, Ŝe jestem zajęty
-
odparł, podchodząc do córki.
-
Wyrwałem się tylko na chwilę. Muszę wracać do pracy.
-
A ja myślałam, Ŝe jesteśmy na wakacjach
-
powiedziała półgłosem Cherry i
mrugnęła do niego.
Jane nic nie słyszała. Siedziała na sianie i mruŜąc oczy, wpatrywała się w jakiś
odległy punkt na horyzoncie.
-
Dobrze, zostanę jeszcze chwilę
-
stwierdził Todd po krótkim namyśle.
Córka uśmiechnęła się do niego.
-
Dzięki.
Podszedł do beli i usiadł obok Jane, która w ciągu ostatnich minut czyniła
olbrzymie wysiłki, Ŝeby nie zwracać na niego uwagi. Musiała jednak przyznać, Ŝe w
dŜinsowej bluzie, spodniach i w szarym stetsonie wyglądał jak prawdziwy kowboj.
Miał sylwetkę urodzonego jeźdźca. Zwłaszcza nogi, długie i mocne, doskonale by mu
słuŜyły w czasie jazdy.
-
Cherry mówiła mi o koniu ze złamaną nogą
-
rzuciła w jego stronę.
-
To było
bardzo miłe z pańskiej strony.
Todd zsunął stetsona na tył głowy.
-
Miłe? Nawet nie próbowałem się sprzeciwiać. Nie potrafię się oprzeć łzom.
Jane uśmiechnęła się.
-
Dobrze o tym wiedzieć.
-
Chodziło mi o łzy Cherry
-
zreflektował się Todd.
-
Wygląda na to, Ŝe znowu nie mam szczęścia
-
powiedziała kpiącym tonem.
Todd spojrzał na nią z ukosa. Wyglądała niezwykle kusząco i bezbronnie.
Ciekawe, czy potrafiłby oprzeć się łzom Jane? Postanowił jednak nie myśleć o tym.
-
Rozmawiałem z moją byłą Ŝoną
-
oświadczył.
-
Powiedziała, Ŝe chce jednak
zaprosić Cherry do siebie. Mają się wybrać po zakupy. Dlatego będę musiał wyjechać
jutro z rana. Jednak przy odrobinie szczęścia powinienem zdąŜyć na negocjacje w
sprawie reklamy. Gdyby mi się to nie udało, proszę niczego nie podpisywać. Najpierw
musi to zobaczyć prawnik.
-
Wiem o tym.
-
To dobrze.
Radosne okrzyki Cherry przerwały im rozmowę. Dziewczynka cieszyła się,
przejechawszy parę razy wokół beczek. Robiła to wolno, ale z coraz większą wprawą.
Pomachali jej, chcąc dać znak, Ŝe patrzą.
-
Czy Cherry lubi swoją matkę?
-
spytała Jane.
-
Jako tako
-
odparł Todd.
-
Nie znosi za to ojczyma.
Jane zmierzyła go spojrzeniem. Nic dziwnego, skoro miała tak wspaniałego
ojca.
-
To normalne
-
powiedziała.
-
Dzieci rozwiedzionych rodziców często chcą,
Ŝ
eby rodzice byli razem.
Todd pokręcił przecząco głową.
-
To nie dotyczy Cherry. Za duŜo widziała.
-
Obrócił się twarzą do Jane.
-
Czy
pani rodzice się kłócili?
Jane wyruszyła ramionami.
-
Nie mam pojęcia. Mama zmarła, kiedy zaczęłam chodzić do szkoły. W
zasadzie wychowywał mnie tata. No i jeszcze Tim i Meg
-
dodała po chwili namysłu.
-
Ś
mierć ojca musiała być wielką stratą dla pani.
Skinęła głową, nie chcąc dać poznać, jak jest wzruszona.
-
Przynajmniej zostali mi Tim i Meg
-
szepnęła.
-
Nie wiem, co bym bez nich
zrobiła.
-
Mój tata zmarł dziewięć lat temu, a mama dwa lata później
-
powiedział
Todd.
-
Bardzo mi ich brakuje.
-
Tak to juŜ jest
-
stwierdziła, nie chcąc poddać się fali Ŝalu.
-
Ludzie po prostu
umierają. Zawsze tak było i będzie.
Todd skinął głową.
-
Jasne. Ale tym, którzy zostają, wcale nie jest z tego powodu łatwiej.
Jane musiała mu przyznać rację. Opanowały ją czarne myśli. Nie wiadomo do
czego by doszło, gdyby nie Cherry, która podjechała do nich i zeskoczyła z konia.
-
A teraz uwaŜajcie
-
powiedziała, patrząc na nich rozognionymi oczami.
Przez chwilę szeptała coś do ucha klaczy, a następnie dosiadła jej i zaczęła
ć
wiczyć zwroty. Widać było, Ŝe popuściła koniowi cugli, dzięki czemu przejazd
wypadł nadspodziewanie dobrze.
-
Brawo!
-
krzyknął Todd.
-
A widzisz, mówiłam ci! Poszło wspaniale!
-
zawtórowała mu Jane.
Cherry wyglądała na uszczęśliwioną.
-
To zasługa Jane
-
wyjaśniła ojcu.
-
Gdyby nie ona, nigdy bym się tego nie
nauczyła.
Jane uśmiechnęła się pobłaŜliwie.
-
To przede wszystkim twoja zasługa
-
powiedziała.
-
PrzecieŜ ty dosiadasz
konia.
Cherry jednak nie słuchała. Poklepała Piórko po karku i ruszyła w stronę
placyku.
-
Poćwiczę jeszcze trochę
-
rzuciła.
-
Tylko uwaŜaj!
-
krzyknął za nią Todd.
-
Pamiętaj, co ci mówiłam! Powoli i ostroŜnie!
-
dodała Jane.
Todd spojrzał na nią. Jane miała na sobie koszulkę z krótkimi rękawami, która
wspaniale podkreślała szczupłość jej ciała i spręŜystość biustu. Zwykle blade policzki
były zaróŜowione z podniecenia. Pewnie nie zdawała sobie sprawy z tego, Ŝe wygląda
piękniej niŜ kiedykolwiek.
-
Powoli i ostroŜnie
-
powtórzył, wpatrując się w nią uporczywie.
Jane wyczuła jego spojrzenie. Podniosła wzrok i napotkała jego przenikliwe,
stalowoszare oczy. Na moment zaparło jej dech z wraŜenia.
Todd uniósł dłoń i dotknął jej policzka. Przesunął palcami wokół ust, brody, a
potem powędrował nimi nieśmiało niŜej. Jane bała się poruszyć. Miała wraŜenie, Ŝe
ktoś ją zaczarował i wystarczy jeden niepotrzebny gest lub zbędne słowo, a czar
pryśnie. Todd chyba czuł to samo. Jego palce zatrzymały się na wiotkiej szyi.
Wyczuwał nimi gwałtowny puls Jane. Jego serce biło chyba równie mocno. Cherry?
Och, Cherry nie mogła ich widzieć. Jazda pochłonęła ją niemal zupełnie. Co jakiś
czas wydawała tylko radosne okrzyki.
Palce Todda przesunęły się niŜej.
-
Todd! Todd! Przyjechał szef ekipy remontowej!
-
usłyszeli głos Tima.
Spojrzeli za siebie. Rzeczywiście, Tim zbliŜał się do nich wolno.
Todd z trudem przełknął ślinę.
-
JuŜ idę!
-
odkrzyknął.
-
Mówiłem ci, Ŝe wcale nie mam ochoty na romans
-
zwrócił się do Jane.
Odsunęła się od niego na odległość, którą zapewne u
-
znała za bezpieczną.
-
Tak, rzeczywiście. To ja rzuciłam się na ciebie! Nie wygłupiaj się lepiej!
-
Todd! Todd! Chodź juŜ!
-
nawoływał Tim.
Todd wstał i spojrzał na Jane.
-
Jeszcze pogadamy
-
rzucił z nutką pogróŜki w głosie.
-
Jeszcze pogadamy
-
zawtórowała mu.
-
Aha, moŜe od razu wyjaśnisz, od
kiedy jesteś na "ty" z moim zarządcą?!
Todd roześmiał się głośno.
-
Od dzisiaj
-
wyjaśnił.
-
Tak samo jak z tobą.
Chciał juŜ odejść, ale Jane nie miała zamiaru go tak puścić.
-
Czekaj! Ja teŜ chcę z nim porozmawiać! Ostatecznie to jest mój dom.
Chciałabym wiedzieć, co tu się będzie działo.
Todd skinął głową.
-
Myślałem o tym
-
powiedział, starając się zapomnieć, jak gładka i jedwabista
jest skóra Jane.
-
Chciałem was umówić na oddzielne spotkanie, ale moŜe tak
rzeczywiście będzie lepiej.
Powiedzieli Cherry o spotkaniu, a następnie ruszyli w stronę domu. Szef ekipy
remontowej, wyglądający bardziej na biznesmena lub przemysłowca, czekał na nich
koło swojego zielonego mercedesa.
-
Poznajcie się. Bill Hayes, Jane Parker
-
powiedział Todd.
-
AleŜ ja juŜ o panu słyszałam!
-
Jane nie potrafiła ukryć podniecenia.
-
Podobno pana firma jest najlepsza!
-
Staramy się
-
powiedział skromnie ciemnowłosy męŜczyzna o pociągłej
twarzy.
-
Ja natomiast nie tylko o pani słyszałem, ale widziałem panią na rodeo.
Wspaniałe przeŜycie! Ten wypadek to straszne nieszczęście.
Jane nie poczuła się uraŜona, chociaŜ zwykle reagowała gwałtownie na słowa
takie jak "wypadek", czy "wózek". Widać jednak było, Ŝe Hayesowi jest naprawdę
przykro.
-
No cóŜ, róŜnie w Ŝyciu bywa. Jednak trzeba jakoś Ŝyć dalej
-
odparła
sentencjonalnie.
Hayes skinął głową.
-
Racja. Myślała juŜ pani o tym, co mogłoby zastąpić rodeo w pani Ŝyciu?
-
zapytał otwarcie i, o dziwo, tym razem Jane równieŜ nie miała o to do niego pretensji.
-
Chcę załoŜyć stadninę i mieć tu same najlepsze konie
-
powiedziała pół
Ŝ
artem, pół serio.
-
Wspaniały pomysł. Ja teŜ hoduję konie i uwaŜam, Ŝe nie ma nic
wspanialszego
-
stwierdził Hayes.
Spojrzeli na siebie z nie ukrywaną sympatią. Mimo iŜ była wciąŜ na wózku,
Jane wyglądała naprawdę pięknie. Tylko ślepiec by tego nie dostrzegł, a Hayes
najwyraźniej nie miał problemów ze wzrokiem.
Todd musiał interweniować.
-
Hm, hm. Mieliśmy obejrzeć plany!
-
A, plany.
-
Bill spojrzał na niego z namysłem.
-
Omówiłem juŜ część spraw z
pani… księgowym
-
zwrócił się znowu do Jane.
-
Jednak to pani dom i pani musi
zdecydować. Zaraz wszystko pokaŜę.
Otworzył tylne drzwiczki samochodu i wyjął duŜą teczkę. Następnie raz
jeszcze spojrzał na Jane, a potem na Todda. Jane wskazała dłonią dom.
-
Porozmawiamy o wszystkim w salonie. Tim, czy mógłbyś poprosić Meg,
Ŝ
eby podała nam kawę?
-
zwróciła się do trzymającego się nieco z boku swego
starego opiekuna.
-
Jasne
-
mruknął zagadnięty.
Jane zaprosiła Hayesa do salonu, sama natomiast zdecydowała, Ŝe zrezygnuje
z wózka i skorzysta teraz z kul. Todd zaoferował swoją pomoc.
-
UwaŜaj
-
powiedział, kiedy zostali sami.
-
Ten facet to kobieciarz. Poza tym
jestem przekonany, Ŝe wcale nie jest dobrym materiałem na męŜa.
-
WaŜne, Ŝe jest dobrym fachowcem
-
stwierdziła Jane i ruszyła w stronę
salonu.
Hayes powitał ich juŜ w progu.
-
Zaraz pani pomogę
-
powiedział, biorąc Jane pod rękę.
-
To bardzo miło z pana strony.
-
Uśmiechnęła się do niego uwodzicielsko.
Todd zazgrzytał zębami. Tak głośno, Ŝe chyba oboje musieli go słyszeć. Los
mu nie sprzyjał. Najpierw ten rudy doktor, a teraz inŜynier
-
elegancik. Nie, Ŝeby sam
miał ochotę na romans z Jane. Ta dziewczyna znajdowała się jednak pod jego opieką i
czuł, Ŝe musi ją chronić przed niebezpieczeństwami Ŝycia.
-
Weźmy się do tych planów
-
powiedział, widząc, Ŝe Hayes znów zaczyna
komplementować Jane.
-
Plany? A tak, proszę bardzo.
Przysunęli się bliŜej do stołu i zaczęli przeglądać papiery. Naprawy domu nie
budziły Ŝadnych kontrowersji. Jane wiedziała, Ŝe są konieczne, zresztą ekipa juŜ i tak
zabrała się do roboty.
Po chwili dostali kawę i wspaniałą babkę upieczoną przez Meg. Jane ukroiła
dwa grube kawałki i jeden znacznie cieńszy.
-
Proszę się częstować
-
powiedziała do obu męŜczyzn.
Hayes pokazał jej plany rozbudowy stajni. To, co zobaczyła, wydało jej się
oszałamiające.
-
Czy naprawdę potrzebujemy aŜ tyle miejsca?
Hayes skinął głową.
-
Tak, jeśli myśli pani o stadninie. Wiem z praktyki, Ŝe jeśli ktoś decyduje się
na kupno konia, to musi mieć czystą i przestronną stajnię.
-
Moim zdaniem jest to konieczne
-
dodał Todd.
Jane milczała przez chwilę.
-
Sama nie wiem…
-
Nie musi pani od razu podejmować decyzji
-
powiedział Hayes.
-
Na razie
zajęliśmy się domem. Proszę się zastanowić i powiadomić mnie, co pani zamierza.
Jane potarła czoło. Koszty związane z przebudową były olbrzymie, ale dzięki
modernizacji ranczo mogłoby zacząć przynosić zyski. Chciała zaczekać do jutra. Być
moŜe uda jej się podpisać kontrakt reklamowy i dzięki temu zarobi potrzebne
pieniądze.
ROZDZIAŁ PIĄTY
Jane prawie nie spała tej nocy. Cały czas zastanawiała się, co wyniknie z
rozmów z przedstawicielami firmy odzieŜowej. Todd twierdził, Ŝe same korzyści, ale
ona nie była tego taka pewna.
-
Przyjadę z powrotem, zanim się tu zjawią
-
pocieszał ją, poganiając zaspaną
córkę.
-
Przestań się martwić.
Jane skinęła głową.
-
Spróbuję. Nigdy czegoś takiego nie robiłam.
-
W jej głosie wyczuwało się
ś
lady niepokoju.
-
Mam nadzieję, Ŝe zaproponują mi jakieś sensowne ubrania.
-
Na pewno. Inaczej cała sprawa mijałaby się z celem
-
stwierdził
autorytatywnie Todd.
-
Reklama jest po to, Ŝeby propagować dobre produkty, a nie po
to, Ŝeby wypromować złe.
Jane nie wyglądała na przekonaną. Uściskała serdecznie Cherry, Ŝycząc jej
miłego pobytu w Victorii. Obie stały się w ciągu tych paru dni prawdziwymi
przyjaciółkami. Dzieliło je niewiele ponad dziesięć lat róŜnicy wieku, a łączyła
wspólna miłość do koni.
-
ś
yczę udanych zakupów
-
powiedziała na koniec Jane.
Cherry uśmiechnęła się do niej.
-
Cześć. Zobaczymy się w poniedziałek. UwaŜaj na siebie,
-
Wskazała kule.
-
ś
adnych tańców.
Jane zaśmiała się cicho. Ostatnio stała się znacznie mniej draŜliwa na punkcie
swojej niesprawności.
-
Dobrze
-
obiecała.
Pomachała im jeszcze ręką na poŜegnanie, a następnie wróciła do domu. Todd
wyglądał na złaknionego wolności. Trudno się było oprzeć wraŜeniu, Ŝe z
przyjemnością zasiada za kierownicą starego forda. Ciekawe, czy spędzi weekend na
ranczu? Wyglądał na męŜczyznę, który lubi i umie się bawić. Poza tym jest tak
przystojny, Ŝe pewnie istnieje wiele kobiet czekających na sygnał od niego.
Jane zajrzała do gabinetu Todda. Nie dlatego, Ŝeby go jej brakowało, ale
chciała obejrzeć ksiąŜki rachunkowe. Todd w krótkim czasie doprowadził wszystkie,
łącznie z główną ksiąŜką przychodów i rozchodów, do naleŜytego porządku. Nawet
ona orientowała się teraz w prowadzonych zapisach. Wydawało się to takie proste, ale
Jane wiedziała, Ŝe prostota jest najtrudniejsza.
Ciekawe, dlaczego ktoś taki jak Todd Burke pracuje dla jakiejś firmy. PrzecieŜ
mógłby załoŜyć biuro i zarabiać dwa, a moŜe nawet trzy razy więcej. Pewnie brakuje
mu ambicji, zdecydowała po długich rozmyślaniach. Tak, to na pewno to.
Jane być moŜe zmieniłaby zdanie, gdyby zobaczyła Todda zasiadającego w
skórzanym fotelu firmy Burke
-
Hathaway Business Systems. Todd wykupił wcześniej
część firmy naleŜącą do starego Hathawaya, zdecydował jednak, Ŝe ze względów
komercyjnych pozostawi dawną nazwę.
Todd zaczął pracę od samego rana. Najpierw podyktował sekretarce kilka
listów, a następnie, wraz z nastaniem odpowiedniej pory, zadzwonił do kilku firm.
Potem wydał dyspozycje dotyczące dalszej pracy. Chciał, aby wszystkie waŜne
dokumenty przesyłano mu faksem, który zainstalował w gabinecie na ranczu. Czuł się
nieco winny z tego powodu, ale przecieŜ umawiał się z Jane, Ŝe pracę u niej będzie
traktował jako dodatkową.
Nie chciał zdradzać, jaka jest naprawdę jego pozycja zawodowa, chociaŜ
wiedział, Ŝe moŜe się to kiedyś na nim zemścić. Jednak kiedy Jane wyzdrowieje,
przestanie moŜe być tak czuła na punkcie swojego czasowego kalectwa. Todd
współczuł jej, ale nie był to jedyny powód, dla którego zdecydował się pomóc
dziewczynie. Paradoksalnie, sukces go zmęczył. Czuł, Ŝe nie ma juŜ nic do roboty.
Mógł teraz korzystać z owoców swojej pracy, ale jakoś go one nie cieszyły. Kiedy
więc na horyzoncie pojawiła się sprawa rancza, potraktował ją jak wyzwanie. Dzięki
niej mógł przypomnieć sobie dawne, pionierskie lata. Cieszył go element ryzyka,
chociaŜ wiedział, Ŝe dysponując odpowiednią kwotą, bez trudu poradzi sobie ze
wszystkimi trudnościami.
Tyle Ŝe nie chciał w ten sposób pomagać Jane. Jego pieniądze przypominałyby
coś w rodzaju protezy albo wózka inwalidzkiego, a on chciał, Ŝeby dziewczyna sama
stanęła na nogi. Tak w sensie dosłownym, jak i przenośnym.
Todd rozejrzał się po luksusowo urządzonym wnętrzu biura, a następnie
przypomniał sobie gabinet na ranczu. Tak, musiał przyznać, Ŝe znajdował
przyjemność w jeszcze jednej rzeczy. Tutaj był multimilionerem, a u Parkerow
traktowano go jak normalnego człowieka. Nie słyszał "ochów" i "achów" na swój
temat. Co więcej, czasami wręcz dawano mu do zrozumienia, Ŝe nie jest najmilej
widzianym gościem. Ta atmosfera bez pochlebstw bardzo mu odpowiadała.
Zapomniał juŜ, na czym polegają normalne stosunki między ludźmi.
Poza tym była jeszcze jedna sprawa. Cherry wspaniale się bawiła! Od razu
polubiła Jane. Co więcej, wiele się od niej nauczyła i to nie tylko jeśli idzie o jazdę,
ale i w ogólnym sensie.
Szkoda tylko, Ŝe on nie potrafił zaprzyjaźnić się z Jane!
Todd zachmurzył się i odsunął od siebie podpisane listy, leŜące na
mahoniowym blacie biurka. Tak, szkoda, Ŝe się nie zaprzyjaźnili. Jane wyraźnie
dawała mu do zrozumienia, Ŝe nie traktuje go jak kogoś bliskiego. Wiedział, Ŝe robi
na niej wraŜenie, ale to było za mało, Ŝeby zbudować trwałe podstawy przyjaźni.
Pomyślał gniewnie, Ŝe dawno nie spotkał nikogo o takim uroku osobistym i
urodzie. Być moŜe gdyby nie zły początek, losy ich znajomości potoczyłyby się
zupełnie inaczej. Todd nieraz zastanawiał się, czy Jane miała kochanków. Nie byłoby
w tym, oczywiście, nic dziwnego. PrzecieŜ ten lekarz kręcił się przy niej od dawna.
Niemniej jednak Todd wyczuwał, Ŝe Jane i Coltrain nigdy nie byli ze sobą blisko.
Siedział za biurkiem pogrąŜony w myślach i nawet nie zauwaŜył, Ŝe obok
zjawiła się sekretarka.
-
Hm, przepraszam, panie Burke
-
zaczęła nieśmiało.
-
Powinien pan jeszcze
podpisać te dwie umowy. O, tu i tu
-
dodała, podsuwając mu dokumenty.
-
A, tak. Oczywiście.
-
ZłoŜył podpis w zaznaczonych miejscach.
-
Czy coś
jeszcze?
-
Nie. Przynajmniej na razie.
-
Dobrze. Zajrzę do biura w przyszłym tygodniu. Gdyby musiała pani się ze
mną skontaktować, proszę skorzystać z numeru, który zostawiłem.
-
Spojrzał na nią
groźnie.
-
Ale proszę pamiętać! Tylko w razie konieczności.
-
Tak, proszę pana.
-
Sekretarka posłusznie skinęła głową.
-
Prosiłbym, Ŝeby w takich wypadkach wysyłała pani faksy. Wystarczy krótkie:
"proszę o kontakt"
-
ciągnął Todd.
-
I gdyby pani mogła podpisywać się imieniem, a
nie nazwiskiem. W ten sposób wszyscy pomyślą, Ŝe jest pani moją dziewczyną.
Pani Emory zachichotała. Jednak po chwili, jak przystało na idealną
sekretarkę, opanowała się i z kamienną twarzą powiedziała:
-
Dobrze, proszę pana.
Todd odsunął od siebie papiery. Teraz miała się nimi zająć pani Emory.
Pomyślał jeszcze, Ŝe musi jej dać w przyszłym miesiącu podwyŜkę, a następnie
poŜegnał się i ruszył do drzwi.
Miał nadzieję, Ŝe nie będzie Ŝałował swojej decyzji wyjazdu do Jacobsville.
Przywitała ją jedna z wice dyrektorek firmy Slim Togs, Micki Lane. Jane od
razu polubiła tę na oko dwudziestoparoletnią kobietę o mocnym uścisku i szczerym
spojrzeniu. Jednak zaraz za nią pojawił się niejaki Rick Wardell, szef marketingu
firmy. Wardell zachowywał się protekcjonalnie, a Micki, która usiłowała protestować,
zbywał głupimi Ŝartami.
Jane początkowo znosiła spokojnie to, Ŝe się ją traktuje z góry. Kiedy jednak
Wardell z zadowoloną miną pogrąŜył się w wywodach na temat szczęścia, jakie ją
spotkało z powodu tej reklamy, Jane podniosła rękę do góry.
-
Stop!
-
powiedziała.
-
PrzecieŜ jeszcze nie zgodziłam się na Ŝadną reklamę.
-
Jak to?
-
Wardellowi dosłownie opadła szczęka.
-
Tak to
-
odparła Jane.
-
Nie mam zamiaru reklamować czegoś, czego jeszcze
nie widziałam.
-
Ale przecieŜ jesteśmy tacy znani!
-
Szef marketingu próbował ratować
sytuację.
-
Nie dla mnie
-
stwierdziła sucho Jane.
-
Miłośnicy rodeo znają od lat mnie i
moją rodzinę. Jeśli zdecyduję się coś reklamować, na pewno wielu z nich mi uwierzy
i kupi te rzeczy. Chcę mieć pewność, Ŝe ich nie oszukam.
Wardell z trudem przełknął ślinę, a następnie połoŜył dłoń na jej ramieniu.
Micki przyglądała się temu z mściwą satysfakcją.
-
Posłuchaj, złotko
-
zaczął Wardell
-
nie rozumiesz chyba, Ŝe to uprzejmość z
naszej strony…
W oczach Jane pojawiły się błyskawice. Gdyby była zdrowa, ten Wardell juŜ
by leŜał na ziemi.
-
Nikt nie mówi do mnie "złotko", chyba Ŝe na to pozwolę
-
wysyczała przez
zęby.
-
Nie jestem jakąś tam modelką!
Wardell skurczył się i zmalał. Dopiero teraz poczuł, Ŝe grunt usuwa mu się
spod nóg. Usłyszeli szum silnika i pisk opon przed domem. To Todd przyjechał
swoim starym fordem. Przez chwilę w salonie panowała cisza, jakby umówili się, Ŝe
będą czekać na Todda.
Na jego widok twarz Wardella rozjaśniła się w szerokim uśmiechu.
-
Dobrze, Ŝe pan jest, Burke
-
powiedział, pewny, iŜ łączą ich więzy męskiej
solidarności.
-
Pani Parker chyba nie rozumie, Ŝe powinna być wdzięczna naszej
firmie za to, Ŝe wybraliśmy ją do tej promocji. MoŜe pan potrafi jej to jakoś
wytłumaczyć.
Todd skinął głową.
-
Oczywiście. Jeśli przyjmiemy, Ŝe ta wdzięczność powinna być udziałem obu
stron.
Wardell zachichotał nerwowo.
-
Powinien pan wiedzieć, Ŝe Jane otrzymała kilka propozycji reklamowych
-
powiedział Todd ze słodkim uśmiechem.
-
Na początek wybraliśmy pana firmę, ale to
się moŜe zmienić.
Wardell zmarkotniał i usunął się w kąt. Todd spojrzał na stojącą obok kobietę,
która wyglądała na mocno poirytowaną przebiegiem rozmowy.
-
Pani Lane?
-
spytał Todd i wyciągnął ku niej swoją dłoń.
-
Myślałem, Ŝe to
pani miała prowadzić rozmowy.
-
Miałam
-
powiedziała ponuro Micki, ściskając wyciągniętą prawicę.
-
Pan
Wardell zajmuje się u nas marketingiem i sprzedaŜą.
-
Czy chce pan nam coś sprzedać?
-
spytała Jane.
-
Nie, raczej nie.
-
Wardell zaczął się powoli wycofywać.
-
Wobec tego moŜe zostawi pan negocjacje swojej bardziej doświadczonej
koleŜance
-
zaproponował przyjaźnie Todd.
Rick Wardell wyglądał na zupełnie pognębionego.
-
Tak, oczywiście.
-
Cofnął się jeszcze bardziej w stronę drzwi.
-
Miło mi było
państwa poznać
-
zwrócił się do Jane i Todda.
Dziewczyna zacisnęła tylko zęby, więc Todd musiał odpowiedzieć za nich
dwoje:
-
Nam równieŜ, panie Wardell. Nam równieŜ.
-
Jeśli podpiszę umowę z pani firmą, musi w niej być zastrzeŜenie, Ŝeby ten
facet nie podchodził do mnie na odległość strzału
-
powiedziała Jane do Micki.
patrząc na zamknięte drzwi.
Micki Lane uśmiechnęła się nieco sztucznie.
-
Och, Rick ma swoje wady, ale teŜ i zalety
-
stwierdziła przepraszającym
tonem.
-
Jest świetnym sprzedawcą. Potrafiłby sprzedać lód Eskimosom. Tyle Ŝe
zŜera go ambicja. WciąŜ powtarza, Ŝe chciałby robić coś ciekawszego.
Wszyscy troje roześmieli się na myśl o wysiłkach Wardella, który pewnie
czekał teraz na Micki w furgonetce firmy. Atmosfera stała się nieco lŜejsza i bardziej
przyjazna.
-
MoŜe zanim zaczniemy negocjacje, pokaŜę pani nasze nowe produkty, które
miałaby pani reklamować
-
zaproponowała Micki.
-
Tak, bardzo proszę.
Jane wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z Toddem. Rozmowa nareszcie
zaczęła przyjmować poŜądany bieg. Micki wyszła, lecz po chwili wróciła z torbą
pełną ubrań. Znajdowały się w niej bluzy z frędzlami i naszytymi cekinami, tak
lubiane przez miłośników rodeo, a takŜe nabijane ćwiekami spodnie.
-
Oczywiście nasza firma gwarantuje odpowiednią jakość
-
powiedziała Micki.
-
Wszystko jest uszyte jak trzeba, a cekiny nie blakną i trzymają się mocno.
Jane przyłoŜyła jedną z bluz do piersi.
-
Fajna
-
powiedziała.
Micki skinęła z aprobatą głową. Była ładna i drobna. Jej oliwkowa cera
wskazywała na to, Ŝe któryś z przodków pochodził z Włoch. W ciemnych oczach
młodej kobiety co i rusz pojawiały się wesołe iskierki, które zgasły jedynie w czasie
tyrady Wardella.
-
Miło mi, Ŝe się to pani podoba
-
powiedziała do Jane.
-
MoŜe teraz uda nam
się spokojnie porozmawiać.
W ciągu dwóch godzin opracowali szczegóły umowy. Micki była
uszczęśliwiona. Co prawda Jane powiedziała, Ŝe chciałaby pokazać ją jeszcze
swojemu prawnikowi, lecz jednocześnie zapewniła, Ŝe jeśli nie wynikną jakieś nowe
okoliczności, to natychmiast ją podpisze.
Czarnowłosa wicedyrektor skinęła głową i uścisnęła ich dłonie.
-
To oczywiste
-
stwierdziła na odchodnym.
Todd patrzył za nią z namysłem, drapiąc się po brodzie.
-
Jest wolna
-
podsunęła mu usłuŜnie Jane.
-
A poza tym bardzo ładna.
Spojrzał na nią przeciągłe, a następnie po raz ostatni podrapał się po brodzie i
wsadził swoje olbrzymie łapska do kieszeni dŜinsów. Jane patrzyła na niego
wyczekująco, on tymczasem pokręcił przecząco głową.
-
Nie jestem zainteresowany.
-
Dlaczego?
-
spytała.
-
Nie podrywam osób, z którymi pracuję.
Jane wzruszyła ramionami.
-
Myślałam, Ŝe księgowi nie przejmują się takimi sprawami.
JuŜ chciał powiedzieć, Ŝe księgowi być moŜe nie, ale szefowie firm powinni
uwaŜać na to, co robią, ale na szczęście w porę ugryzł się w język.
-
Być moŜe kiedyś będę z nią pracował
-
powiedział po chwili.
-
Romans z
przyszłą szefową byłby powaŜnym błędem.
-
Nie mówiąc o obecnej!
-
wpadła mu w słowo.
Przyglądał jej się przez chwilę uwaŜnie. Najwyraźniej nie spodobał mu się
wyraz jej twarzy.
-
Nie masz wcale powodów do radości
-
powiedział ponuro.
Jane poczuła ukłucie w sercu. W tej jednej, jedynej chwili poczuła, Ŝe Todd
być moŜe ma rację. MoŜe rzeczywiście straci wspaniałą przygodę. Jednak szybko
odegnała od siebie te myśli.
-
Jestem potwornie zmęczona i senna
-
powiedziała, aby zmienić temat.
-
Chciałabym trochę odpocząć.
Todd rozejrzał się dookoła.
-
MoŜesz połoŜyć się tutaj. Ja muszę teraz trochę popracować. Meg i Tim
pojechali po zakupy, tak Ŝe nikt ci nie będzie przeszkadzał.
Ekipa remontowa zakończyła chwilowo prace i przygotowywała się do
następnej, bardziej skomplikowanej fazy operacji.
-
Dobrze
-
powiedziała Jane, wyciągając się z cichym jękiem na kanapie.
-
Zdaje się, Ŝe trochę nadweręŜyłam kręgosłup. Nienawidzę wózka, ale chodzenie o
kulach jest bardzo męczące.
Todd nic jej nie odpowiedział. Zresztą Jane nie czekała na odpowiedź.
Zamknęła oczy, westchnęła raz jeszcze i zasnęła mimo bólu, który ją męczył.
Wyglądała naprawdę pięknie. MoŜe nawet zbyt pięknie, jak na jego gust.
Nawet teraz, w domowym stroju i bez makijaŜu, mogłaby zdobić okładki
najpoczytniejszych kobiecych pism.
Todd odwrócił się w stronę drzwi. Nie przyjechał tu, Ŝeby podziwiać śpiące
piękności. Jeszcze tydzień lub dwa i będzie wolny. Znowu zacznie normalną pracę w
swoim biurze. I zapomni o Jane. Tak, z pewnością uda mu się zapomnieć.
W ciągu następnego tygodnia Jane zaprzyjaźniła się jeszcze bardziej z Cherry.
Obie stały się niemal nierozłączne. Najczęściej moŜna je było zobaczyć przy koniach.
Cherry doskonaliła swoją technikę jazdy, a Jane udzielała jej kolejnych rad. Jednak te
rady nie były juŜ tak potrzebne jak poprzednio. Córka Todda nareszcie przełamała
wewnętrzne opory i zaczęła jeździć śmielej i sprawniej. Jane widziała, Ŝe jej
uczennica jest na właściwej drodze, i była dumna z tego powodu.
Todd tymczasem czuł się coraz gorzej w swojej nowej pracy. Prowadzenie
rachunków i nadzorowanie remontu było łatwe. Jednak wystarczyło, Ŝeby na
horyzoncie pojawiła się Jane, a juŜ zapominał, co miał zrobić, i cały jego spokój
diabli brali. Nie mógł się skoncentrować, nie potrafił liczyć, nie nadawał się do
niczego. W głowie mu się nie chciało pomieścić, Ŝe to wszystko z powodu jednej
kobiety. Dlatego kiedy ponownie przybyła Micki Lane, z którą miał omawiać dalsze
szczegóły kontraktu, postanowił wybić klin klinem i nie licząc się z konsekwencjami,
zaprosił ją na tańce.
Tańce w Jacobsville odbywały się raz w miesiącu i były doskonałą okazją do
nawiązywania towarzyskich kontaktów. Poznawało się na nich nowe osoby z
miasteczka i omawiało waŜne wydarzenia, takie jak spęd krów czy epidemię biegunki
u Turnerów. Jane bywała na nich często przed wypadkiem. Mogła pójść i teraz,
traktując je jako pretekst do spotkania ze znajomymi, ale widok tańczących par i sama
nazwa "tańce" działały na nią przygnębiająco. Kiedy Cherry wspomniała przy jakiejś
okazji, Ŝe Todd wybiera się na tańce z tą "czarnulą od spodni", Jane poczuła ukłucie
zazdrości. Lubiła Micki, ale trudno ją sobie było wyobrazić z Toddem. Starała się nie
przejmować, myśląc, Ŝe skoro nie moŜe być z ojcem, to znajdzie pociechę w
towarzystwie jego córki.
Jednak ostatecznie i to się nie powiodło. Cherry przyjęła spóźnione
zaproszenie matki do Victorii i zamiast zostać w sobotę i niedzielę na ranczu,
wyjechała rano autobusem. Trudno było mieć o to do niej pretensje. Na ranczu, poza
jazdą konną, nie mogła przecieŜ liczyć na Ŝadne rozrywki. Jednak kiedy Todd i Meg
oznajmili, Ŝe teŜ wyjeŜdŜają, Jane poczuła się absolutnie pognębiona. Wszyscy ją
opuścili.
Na nikim nie mogła polegać. Musiała teraz trwać jak Ŝeglarz przy sterze i nie
dać po sobie znać, Ŝe jest jej przykro.
Todd zbierał się właśnie do wyjazdu, kiedy nagle wydało mu się, Ŝe Jane jest
bledsza niŜ zwykle.
-
Nie przeszkadza ci to, Ŝe jadę do miasteczka?
-
spytał.
-
Zostaniesz tutaj
całkiem sama.
Jane wypręŜyła dumnie pierś.
-
Jestem do tego przyzwyczajona
-
powiedziała z godnością.
-
Tim i Meg lubią
odwiedzać kuzynów. WyjeŜdŜają przynajmniej raz w miesiącu.
Jednak Todd wyglądał na zakłopotanego. Wcale nie podobało mu się to, Ŝe
Jane ma zostać sama w tak wielkim domu.
-
To małe i bezpieczne miasteczko
-
tłumaczyła mu.
-
Z pewnością nikt na
mnie nie napadnie. Poza tym mam strzelbę.
-
Wskazała przedpotopowy przedmiot
wiszący na ścianie.
-
To moŜe powiesz mi, gdzie są naboje do tego cudu techniki?
-
spytał
złośliwie.
Jane westchnęła cięŜko.
-
Znajdę je, jeśli będą mi potrzebne.
-
Bardzo dobrze!
-
ucieszył się Todd.
-
Mam nadzieję, Ŝe złodziej będzie na
tyle uprzejmy, Ŝe poczeka. A moŜe jeszcze pomoŜe ci w poszukiwaniach.
-
Nie musisz silić się na te złośliwości
-
odparowała.
-
Mam prawie
dwadzieścia sześć lat i potrafię sobie poradzić. Idź juŜ i zajmij się swoimi sprawami.
Mam ochotę na odrobinę samotności i dobrą ksiąŜkę.
Todd wahał się jeszcze przez chwilę.
-
Co to za ksiąŜka?
-
spytał podejrzliwie.
Jane wzruszyła ramionami, ale on wypatrzył juŜ czerwony grzbiet i barwną
obwolutę.
-
"Bitwa o Alamo: fakty i hipotezy"
-
przeczytał.
-
Co to za dziwactwo?
-
Po prostu lubię ksiąŜki historyczne
-
odparła.
-
Nie widzę w tym nic
dziwnego.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Todd starał się zmusić ją, Ŝeby spuściła
oczy, ale ona patrzyła na niego dumnie.
-
Poczytałabyś lepiej coś o miłości. Tak jak wszystkie normalne dziewczyny
-
rzucił.
-
Jeśli będę miała ochotę na romans, to nie muszę zaglądać do ksiąŜek.
Todd chrząknął.
-
Pochlebiasz mi
-
powiedział prowokacyjnie.
-
Tobie? Skąd ci to przyszło do głowy?! Wcale nie ciebie miałam na myśli!
-
Naprawdę?
Pochylił się nad nią i musnął dłonią koniuszki jej włosów. Odsunęła się trochę,
ale Todd chwycił z tyłu jej szyję i przyciągnął Jane do siebie. Zobaczyła jeszcze jego
stalowoszare oczy, zanim poczuła na ustach smak męskich warg.
Chciała go odepchnąć, ale nie była w stanie. Nozdrza wypełniał jej
podniecający zapach wody kolońskiej. Czuła, Ŝe cały świat wokół zawirował. Todd
zaczął pieszczotliwie gładzić jej plecy i kark, a ona znowu nie miała siły, Ŝeby
zaprotestować. Co więcej, poddawała się tej pieszczocie, zdając sobie sprawę, Ŝe
pragnie jej coraz bardziej.
W tej sytuacji mogły pomóc jedynie radykalne środki. Dlatego podniosła do
góry dłonie i… połoŜyła je na ramionach Todda. Pod palcami wyczuła jego twarde
mięśnie.
Todd był coraz bardziej podniecony. To, co zaczęło się jako zamierzona
prowokacja, przybrało nagle niespodziewany bieg. Nie miał siły, Ŝeby oprzeć się
coraz to nowym falom poŜądania, a one niosły go i niosły nie wiadomo dokąd.
Jego ręka wśliznęła się pod bluzkę dziewczyny i zaczęła powolną wędrówkę.
Jane jęknęła z rozkoszy. Czuła się jak ćma, która leci na oślep w migoczący płomień
ś
wiecy.
-
Nie!
-
jęknęła, kiedy ich usta oderwały się na chwilę od siebie.
Było jej słabo, lecz i dobrze zarazem. Jeszcze raz szepnęła coś, co miało być
protestem, a potem rzuciła się na oślep ku nieznanemu światłu.
Nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś takiego. Pocałunki gdzieś w
krzakach na wagarach wydały jej się teraz czymś zupełnie pozbawionym erotyzmu i
niewinnym. Jej skóra była jakby naładowana elektrycznymi ładunkami. Czuła kaŜde
muśnięcie palców Todda.
On tymczasem dotarł do jej piersi. Jane jęknęła, gdy przeszyła ją
niespodziewana rozkosz. Następnie, nie bardzo wiedząc co robi, zaczęła rozpinać
koszulę Todda. Po chwili stał juŜ półnagi przy kanapie, a ona mogła nasycić oczy
widokiem jego szerokiego torsu. To jej jednak nie wystarczyło. Pociągnęła go ku
sobie i zaczęła całować jego klatkę piersiową. Todd jęknął podobnie jak ona przed
chwilą. Nie przypuszczał, Ŝe w lej dziewczynie jest tyle Ŝaru i siły.
Jej usta błądziły po ciele Todda i powoli przesuwały się niŜej. Todd gładził
płowe włosy i mruczał z ukontentowania. Jane chciała, Ŝeby znowu zaczął ją pieścić.
Pragnęła poczuć jego dłoń na swojej piersi. Wyprostowała się więc i spojrzała mu w
oczy.
-
I co? Nie wiesz, co robić?
-
spytał.
-
Potrzebujesz specjalnych instrukcji?
Te pytania otrzeźwiły ją na tyle, Ŝe zdołała się od niego odsunąć. Syknęła z
bólu, czując, Ŝe coś niedobrego stało sicz jej kręgosłupem. Todd chciał jej pomóc, ale
powstrzymała go ruchem ręki. Przez moment patrzyła na niego, mrugając powiekami.
-
Nie, nie potrzebuję
-
wyrwało jej się.
Todd patrzył ze zdziwieniem na jej pałające policzki i błyszczące oczy. Jane w
niczym nie przypominała teraz tej opanowanej, chłodnej dziewczyny, z którą stykał
się na co dzień. Była rozpalona i drŜąca. I patrzyła na niego
-
czy to moŜliwe?
-
z
nienawiścią.
Sięgnął po koszulę i zaczął się ubierać. Jane odwróciła wzrok. Ręce mu się
trzęsły, co doprowadzało go do pasji. W końcu udało mu się zapiąć wszystkie guziki
oraz pasek kremowych spodni, które włoŜył specjalnie na tańce. Coś takiego nie
zdarzyło mu się z Marie. Nigdy nie stracił panowania nad sobą. To równieŜ mu się nie
podobało. Miał juŜ dość Jane razem z jej ranczem.
-
I co mi teraz powiesz?
-
spytał, wlepiając w nią oczy.
-
Nie myślałaś o mnie?
Nawet na niego nie spojrzała. UłoŜyła się wygodnie na kanapie i przymknęła
oczy. Todd podszedł do drzwi.
-
Zamknę za sobą
-
powiedział.
Skinęła głową, ale i tym razem nie zaszczyciła go spojrzeniem. Wyszedł bez
słowa. Czuł, Ŝe oszalałe serce wciąŜ tłucze mu się w piersi. Czy Jane naprawdę go
nienawidzi? Co do niego czuje? Te pytania nie dawały mu spokoju.
Zamknął drzwi na klucz, a następnie podszedł do wysłuŜonego forda. Wieczór
z Micki na pewno dobrze mu zrobi. Pozwoli zapomnieć, zapomnieć, zapomnieć.
ROZDZIAŁ SZÓSTY
Jego plany spaliły jednak na panewce. To prawda, Ŝe Micki była miłą
towarzyszką. Faktem jest, Ŝe świetnie się z nią tańczyło. Jednak Todd w Ŝaden sposób
nie mógł zapomnieć o Jane. WciąŜ czuł na ustach jej ciepłe wargi i dziwił się, Ŝe tak
krucha istota potrafiła wykrzesać z siebie tyle energii.
-
To miło, Ŝe mnie zaprosiłeś
-
powiedziała Micki, z którą bez większych
ceregieli przeszedł na "ty".
-
Ale czy Jane nie miała nic przeciwko temu?
-
Jane to moja szefowa
-
mruknął ponuro w odpowiedzi.
-
No tak
-
zgodziła się Micki.
-
Jednak to, jak na ciebie patrzyła…
Todd zgubił rytm. Szybko jednak odzyskał panowanie nad sobą i kontynuował
taniec.
-
Patrzyła na mnie?
-
zapytał obojętnym tonem z nadzieją, Ŝe uda mu się ukryć
podniecenie.
Micki uśmiechnęła się z ulgą.
-
No, normalnie. Myślałam, Ŝe się w tobie kocha. Wszystko wska…
-
To absurd!
-
niemal krzyknął Todd i natychmiast przerwał taniec. Policzki
nagle zaczęły go palić.
-
AleŜ dlaczego? PrzecieŜ bardzo jej pomogłeś. Jane miała, zdaje się, spore
kłopoty. Jej prawnik, pan Kemble, mówił, Ŝe uratowałeś ją od bankructwa.
-
Przesadzał
-
wtrącił Todd.
-
W kaŜdym razie jej pomogłeś
-
ciągnęła.
-
Tego nie zapomina się tak łatwo.
Micki spuściła wzrok i przez chwilę obserwowała parkiet. Stali z boku, więc
nie przeszkadzali tańczącym parom. Mogli bez przeszkód kontynuować rozmowę.
-
Poza tym Jane jest śliczna
-
zaczęła z innej beczki.
-
Nasi spece od reklamy
nie mogą wyjść z podziwu. Chcą jak najszybciej zacząć kampanię telewizyjną.
-
No owszem, nie jest brzydka
-
zgodził się Todd.
-
A poza tym bardzo skromna
-
stwierdziła Micki.
-
Rzadko spotyka się piękną
kobietę, która nie robiłaby hałasu wokół swojej urody.
Todd miał juŜ dosyć rozmowy o przymiotach Jane. Rozejrzał się po sali.
Właśnie skończył się jeden taniec i miał się zacząć drugi.
-
Zatańczymy jeszcze?
-
spytał.
Micki skinęła radośnie głową.
Todd był tego wieczoru wyraźnie nie w humorze. NieostroŜna uwaga Micki na
temat tego, Ŝe Jane prawdopodobnie się w nim kocha, wtrąciła go w otchłań
niepewności. Wszystko świadczyło przeciw tej tezie i jedyne "za" stanowiły gorące
pocałunki, które wciąŜ tak dobrze pamiętał. Jego nastrój udzielił się partnerce, więc
przetańczyli kilka tańców, a następnie odwiózł ją do domu.
Na poŜegnanie pocałował Micki. W policzek.
Kiedy wyjeŜdŜał z Jacobsville, ledwie dochodziła jedenasta. Zazwyczaj
bawiłby się jeszcze w najlepsze, tak jak kaŜdy normalny męŜczyzna. Zaklął pod
nosem i zawrócił do miasteczka. Zajrzał do baru, gdzie zamówił duŜe piwo, nad
którym spędził półtorej godziny. Następnie, kiedy uznał, Ŝe pora jest juŜ odpowiednia,
znowu ruszył w drogę powrotną.
Początkowo miał zamiar pójść od razu do siebie. Zaniepokoiło go jednak
zapalone światło na ganku i to, Ŝe przed domem nie było samochodu państwa
Harleyów. Postanowił więc sprawdzić, co się dzieje.
Wszedł na ganek i nacisnął klamkę. Drzwi nie były zamknięte. Następne
równieŜ, a takŜe kolejne. W ten sposób dotarł do sypialni, z której sączyło się mdłe
ś
wiatełko. Todd pchnął uchylone drzwi i wszedł do środka.
Jane siedziała na łóŜku i czytała przy nocnej lampce. Miała na sobie satynową
piŜamkę z głęboko wyciętym dekoltem, który odsłaniał wspaniale okrągłe ramiona i
duŜy fragment piersi. Todd stał, wpatrując się niemal bez tchu w zjawisko przed sobą.
Jane wolno podniosła oczy.
-
JuŜ jesteś?
-
spytała retorycznie.
-
Co się stało?
-
dodała, widząc jego minę.
-
Dlaczego, do diabła, nikt nie zamknął drzwi?!
-
zawołał, starając się, by jego
głos brzmiał moŜliwie jak najostrzej.
-
Były otwarte? NiemoŜliwe. Sama je zamknęłam. Zapaliłam tylko światło dla
Tima i Meg.
Todd zmarszczył brwi, starając się nie patrzeć na Jane.
-
Tak, były otwarte. Poza tym Tim i Meg jeszcze nie przyjechali. MoŜe
zostawili jakąś wiadomość na sekretarce?
-
spytał na koniec.
Jane wzruszyła ramionami.
-
Nie mam pojęcia
-
odparła.
-
Po prostu wzięłam aspirynę i połoŜyłam się, bo
bolały mnie plecy.
Todd wycofał się w pośpiechu z sypialni, mrucząc pod nosem, Ŝe zaraz to
sprawdzi. Rzeczywiście, dzwonił Tim i powiedział, Ŝeby na nich nie czekać,
poniewaŜ zostaną na noc u kuzynów.
Todd potarł dłonią czoło. Czuł się jak pijany. Było to dziwne, poniewaŜ wypił
tylko jedno piwo. Myśli o półnagiej Jane powracały do niego uporczywie. W zasadzie
powinien jej powiedzieć, Ŝe Harleyowie nie wracają. A potem co? MoŜe zdjąć z niej
tę piŜamkę? Czy pozwoliłaby mu na to? Czy rzeczywiście go kocha? Co się z nim w
ogóle dzieje?
Wyszedłszy z gabinetu, wymamrotał pod nosem jakieś przekleństwo.
Powinien jak najszybciej stąd uciec i wziąć zimny prysznic.
Udało mu się dotrzeć aŜ do drzwi wejściowych. Tutaj utknął, czując, Ŝe nie
zdoła przekroczyć progu domu, w którym znajduje się Jane. Po krótkiej walce
wewnętrznej zdecydował się wrócić do sypialni dziewczyny.
OdłoŜona ksiąŜka w dalszym ciągu leŜała na stoliku. Mdłe światło lampki
oświetlało Jane. Miał wraŜenie, Ŝe w tej chwili jest piękniejsza niŜ kiedykolwiek.
-
I… i co? Dzwonili?
-
spytała nieswoim głosem.
Ona teŜ pamiętała ich namiętny pocałunek. To, co się z nią działo,
przypominało gwałtowną burzę. Zniknął gdzieś instynkt samozachowawczy. W tej
chwili pragnęła tylko Todda. Chciała z nim być, czuć go obok siebie.
-
Tak. Nie wrócą na noc.
Siedziała z otwartymi oczami. Pragnęła go i bała się jednocześnie. Todd chyba
to odgadł, poniewaŜ zamknął drzwi, a następnie podszedł do łóŜka i zgasił lampkę.
W ciemności słyszeli tylko swoje oddechy. Widzieli kontury swoich ciał. Todd
stał przez chwilę przy łóŜku, jakby zastanawiając się, co dalej robić. W końcu
wyciągnął dłoń w stronę Jane. Poczuła ją na ramieniu i zadrŜała. Odetchnęła głęboko.
Jednocześnie jej ciało zachowywało się tak, jakby nie naleŜało do niej. Wygięło się w
łuk, poddając się pieszczocie. Z ust Jane wyrwał się cichy jęk rozkoszy. Todd dotknął
ich swoimi wargami, a następnie zsunął piŜamę z jej ramion i zaczął całować piersi.
Zupełnie nie przygotowana na to, Jane przeŜyła nagłą ekstazę. Wszystko
wokół niej kręciło się jak na ogromnej karuzeli. Nie miała pojęcia, co się z nią dzieje.
Pragnęła tylko jednego
-
Ŝ
eby "to" trwało wiecznie.
Reagowała jednak prawidłowo. Todd ani przez moment nie domyślił się, Ŝe
brakuje jej doświadczenia. MoŜe dlatego, Ŝe sam był zaślepiony Ŝądzą i, pomimo
małŜeńskich doświadczeń, czuł teraz coś nowego i niepowtarzalnego.
Delikatnie ułoŜył Jane na łóŜku i pozbawił satynowej piŜamki. Czuł obok
siebie drŜące z rozkoszy nagie ciało.
-
Czy jesteś zabezpieczona?
-
spytał.
-
C…co?
-
Czy bierzesz jakieś pigułki albo coś takiego?
-
dopytywał się.
-
N… nie
-
odpowiedziała słabym głosem.
Todd westchnął. Na szczęście on miał zabezpieczenie. JuŜ dawno zwątpił w
sens noszenia przy sobie prezerwatyw, a teraz
-
przydałyby się.
Jego pytanie podziałało na Jane otrzeźwiająco. Ale tylko na chwilę. Kolejne
pocałunki znowu ją oszołomiły. Todd szybko nałoŜył prezerwatywę i kontynuował
pieszczoty.
-
Spokojnie, kochanie, będę bardzo ostroŜny.
UłoŜył ją tak, Ŝeby nie urazić kręgosłupa. Jane poddawała się tym zabiegom,
czując, Ŝe są nieuniknione. Zresztą brakowało jej woli, Ŝeby się sprzeciwić. Pragnęła
Todda, albo, mówiąc ściślej, jej ciało pragnęło go z całą mocą.
RównieŜ Todd czuł, Ŝe dzieje się z nim coś dziwnego.
Nigdy wcześniej nie doświadczył takiej Ŝądzy. Być moŜe, gdyby miał czas,
Ŝ
eby się nad tym zastanowić, uznałby to za niepokojące. Teraz jednak pragnął Jane,
która leŜała przed nim jak kwiat z rozchylonymi płatkami. Nie potrafił juŜ dłuŜej
opierać się zewowi natury.
Starał się wejść w nią bardzo delikatnie. Wiedział, Ŝe nie będą mogli kochać
się normalnie. Nie przypuszczał jednak, Ŝe czeka go taka niespodzianka. Dopiero po
chwili pojął, co się dzieje. Rozsądek krzyczał: "Wycofać się! Wycofać!", ale on nie
potrafił go juŜ usłuchać. Jego ciało wpadło w miłosny trans. Praktycznie stracił nad
nim kontrolę. Usłyszał jeszcze krzyk bólu i pomyślał, Ŝe zawsze będzie siebie
nienawidzić z tego powodu.
Oboje natychmiast osiągnęli szczyt. Jane poczuła, Ŝe boi zamienia się w
rozkosz, a potem w jeszcze większą rozkosz, później natomiast nie czuła juŜ nic.
Kiedy znowu odzyskała pełną świadomość, stwierdziła, Ŝe płacze, a plecy znowu
zaczęły ją boleć. Todd siedział tuŜ obok i scałowywał łzy z jej oczu.
-
Przepraszam, nie wiedziałem
-
szepnął.
-
Jest mi potwornie głupio.
Nic nie powiedziała, tylko zaniosła się jeszcze większym szlochem. Todd
myślał, Ŝe spali się ze wstydu. Dręczyło go ogromne poczucie winy. Sam nie
wiedział, co ze sobą zrobić.
-
Dziewczyno, przecieŜ masz dwadzieścia pięć lat
-
powiedział celowo
szorstkim tonem.
-
Na co czekałaś? Na Ślub?
Jane przełknęła łzy.
-
To nie powód do Ŝartów.
-
Rozumiem. Pochodzisz z rodziny hołdującej tradycyjnym wartościom…
-
Odczep się od mojej rodziny!
Todd zastanawiał się przez chwilę, czy wyjaśniać, Ŝe wcale nie zamierza z niej
kpić. Zamiast tego pochylił się i pocałował jej mokry policzek.
-
Było wspaniale
-
szepnął.
-
Ale bolało
-
poskarŜyła się, wiedząc, Ŝe nie jest to cała prawda.
-
Podobno zawsze boli za pierwszym razem
-
powiedział.
-
Chciałbym
wynagrodzić ci ten ból.
JuŜ miała zamiar powiedzieć, Ŝe nie potrzeba, ale nagle poczuła rękę Todda na
szyi. Dopiero teraz przypomniała sobie, Ŝe w dalszym ciągu jest naga. Chciała zakryć
piersi, ale Todd ją uprzedził i zaczął je całować. Zupełnie zapomniała o bólu
kręgosłupa. Znowu poczuła rozkosz, narastającą w miarę, jak pieszczoty Todda
stawały się coraz śmielsze. Sama nie wiedząc dlaczego, przywarła do niego całym
ciałem. Zapragnęła, Ŝeby w nią wszedł jeszcze raz. Czuła się pusta bez niego. Jednak
on bardzo teraz uwaŜał. Starał sienie poddawać fali poŜądania. Pieścił ją, trzymając
swoje zmysły na wodzy.
Wystarczyło jednak, Ŝeby Jane przytuliła się mocniej, a znów stracił
panowanie nad sobą. UłoŜył ją delikatnie, jak za pierwszym razem, a Jane nie
protestowała. Co więcej, pociągnęła go ku sobie.
-
Chwileczkę, kochanie. Teraz teŜ muszę się zabezpieczyć
-
szepnął.
Ciemność ukryła jej rumieniec. Była tak zaŜenowana, Ŝe nie wiedziała, co
powiedzieć. Na szczęście nic nie musiała mówić. Po chwili znowu się połączyli. Tym
razem teŜ bolało, ale znacznie mniej, a rozkosz, która wypełniła ją niemal
natychmiast, kazała zapomnieć o bólu.
W końcu oderwali się od siebie. Todd pomógł jej ułoŜyć się wygodnie na
pościeli, a następnie połoŜył się tuŜ obok.
Jane juŜ nie płakała. Zastanawiała się nad tym, co się z nią stało.
-
Jak plecy?
-
usłyszała pytanie.
-
W porządku.
Musiała zagryźć wargi, Ŝeby znów nie wybuchnąć płaczem.
-
Jak się czujesz?
-
Dobrze.
Dotknął jej ramienia. Nawet teraz było to przyjemne. Mimo to Jane wykonała
niechętny gest.
-
Lepiej się ubierz
-
powiedziała.
-
Zaczyna robić się zimno.
Todd wstał i zaczął się ubierać. Wcześniej jednak przykrył ją kołdrą, Starała
się na niego nie patrzeć. Na szczęście Todd nie zapalał lampki. Jane ze zgrozą
myślała o chwili, kiedy będzie musiała spojrzeć mu w twarz. Jak się zachowa? Czy
uda jej się ukryć wstyd? A jeśli tak, to kosztem jakich wyrzeczeń? Te i inne pytania
nie dawały jej spokoju. LeŜała sztywno wyprostowana i patrzyła w sufit.
Todd widział, Ŝe się martwi, ale nie wiedział, jak jej pomóc. Chętnie by ją
jeszcze raz przeprosił, ale przeprosiny wydawały mu się czymś zupełnie
niestosownym w obliczu tego, co się stało. Nigdy nie znalazł się w podobnej sytuacji.
Musiał przyznać, Ŝe nie wie, jak się zachować.
Todd ubrał się w końcu i stanął przy łóŜku. Spojrzał na Jane. Co dalej?
ZauwaŜyła, Ŝe skończył się ubierać. Milczał. Co dalej? WciąŜ czekała.
Chrząknął. CzyŜby chciał to powiedzieć teraz? JuŜ najwyŜszy czas!
-
No, cóŜ… Śpij dobrze.
Wyszedł. Pragnęła go zatrzymać, ale nawet nie próbowała tego robić. To i tak
nic by nie dało. Poczuła, Ŝe znów ma mokre policzki. Nie płakała jednak tak jak
przedtem. Płacz przynosi ulgę i uspokaja. Tym razem z oczu ciekły jej po prostu dwie
struŜki łez. Todd ani razu nie powiedział, Ŝe ją kocha. Dlaczego?
Odpowiedź mogła być tylko jedna.
Kiedy obudziła się następnego dnia, cała była obolała. Otworzyła oczy, a
następnie zamknęła je, poraŜona nagłą jasnością. I właśnie w tym momencie
przypomniała sobie, co się stało. Mimo bólu usiadła na łóŜku i z wypiekami na twarzy
zaczęła rozwaŜać wydarzenia ostatniej nocy.
Jej piŜamka leŜała obok łóŜka. Krzywiąc się, wstała i przyjrzała się pościeli.
No tak, wszystko jasne. Nic się jej nie przyśniło. Szybko zdjęła prześcieradło i wraz z
piŜamą wrzuciła je do kosza na brudną bieliznę. Następnie znowu usiadła, Ŝeby trochę
odpocząć. Kiedy zebrała siły, ruszyła do łazienki, Ŝeby jak najszybciej wziąć prysznic.
Przed kabiną odstawiła kule i chwyciła się poręczy zamontowanej tutaj specjalnie dla
niej. Kiedy juŜ się wykąpała i ubrała w Ŝółty golf i dŜinsy, przyszło jej do głowy, Ŝe
nie ma sensu czekać z praniem. Zebrała brudne rzeczy, starając się ukryć nawet przed
sobą prześcieradło i piŜamkę, zaprogramowała pralkę najpierw na płukanie zimną
wodą, a następnie na pranie z gotowaniem. Meg, która pojawiła się w domu koło
jedenastej, wcale nie była z tego zadowolona.
-
Hej, to przecieŜ moja robota
-
powiedziała do Jane.
-
MoŜe przynajmniej
pozwolisz mi to rozwiesić.
Jane pomyślała, Ŝe za Ŝadne skarby nie chciałaby rozwieszać prześcieradła i
piŜamki, i skinęła energicznie głową.
-
Wzięłam się do tego, bo nie miałam czym się zająć
-
wyjaśniła z kamienną
twarzą.
-
Wszyscy wyjechali, a Todd wybrał się na randkę z Micki Lane.
-
Z tą od ubrań?
-
upewniła się Meg.
-
Ta czarnulka jest bardzo ładna.
-
Mhm. I podoba się Toddowi.
Meg zerknęła podejrzliwie na Jane.
-
Myślałam, Ŝe Todd podoba się tobie
-
powiedziała bez ogródek.
-
O, tak. Jest znakomitym księgowym.
Gospodyni skinęła głową. Nie dała po sobie poznać, jakie nadzieje wiązała ze
"znakomitym księgowym". Jej osobiście wydawał się on wcieleniem męskiego ideału
i nie miałaby nic przeciwko temu, Ŝeby oŜenił się z Jane.
Tak była zajęta swoimi myślami, Ŝe nie zauwaŜyła smutku w oczach swojej
podopiecznej i chlebodawczyni.
-
No właśnie, a skoro juŜ o tym mówimy, to gdzie jest Todd?
-
spytała.
-
Od
przyjazdu nigdzie go nie widziałam.
-
Nie mam pojęcia. Nie widziałam go dzisiaj
-
odparła Jane, nie zastanawiając
się nad tym, Ŝe nie jest to zupełnie zgodne z prawdą.
-
To dziwne. O tej porze zawsze kręci się w kuchni. Lubi coś przekąsić przed
lunchem.
-
MoŜe ma randkę z Micki
-
zasugerowała Jane.
Meg podeszła do okna i wyjrzała na podwórko. Po chwili wróciła, kiwając
głową.
-
No tak, nie ma jego samochodu.
Jane czuła się tak, jakby ktoś wbił jej sztylet w serce.
-
Więc jednak randka
-
szepnęła do siebie.
Meg wzruszyła ramionami.
-
A bo to wiadomo. Todd ma róŜne swoje sprawy. Nie musi się przecieŜ za
kaŜdym razem odmeldowywać.
-
Nie musi
-
zgodziła się Jane.
Nawet nie płakała. Poszła do siebie, Ŝeby poczytać. Później, przy lunchu,
słuchała sprawozdania Tima i Meg z pobytu u kuzynów. I nikt, naprawdę nikt, nie
zwrócił uwagi na to, Ŝe jest dzisiaj bledsza i mniej rozmowna. A jeśli nawet
cokolwiek dostrzegł, to złoŜył to na karb choroby.
Todd przywiózł Cherry na ranczo tuŜ przed zmrokiem. Mimo iŜ córka
przekonywała go, Ŝe doskonale sobie poradzi, zdecydował się na podróŜ do Victorii.
Być moŜe jemu równieŜ było głupio i chciał zapomnieć o tym, co się stało, pomyślała
Jane. Jedno tylko się zmieniło
-
juŜ nieodwołalnie przeszedł z nią na "ty". Jednak, ku
jej zdziwieniu, wszyscy przyjęli to jako coś naturalnego.
Spotkali się we trójkę w pokoju telewizyjnym. Jane oglądała właśnie
wiadomości.
-
Jak ci się udał weekend?
-
spytała Cherry.
-
Niespecjalnie
-
odparła zagadnięta, nie wdając się w szczegóły.
-
O BoŜe! Jaka jesteś blada! Czy coś się stało?!
Jane próbowała ukryć zmieszanie. Musiała się teŜ powstrzymywać, Ŝeby nie
spojrzeć na Todda.
-
Nic takiego
-
odparła.
-
Trochę mnie bolą plecy, ale sporo dziś
odpoczywałam.
-
Muszę sprawdzić obliczenia
-
powiedział Todd oficjalnym tonem.
-
Wezmę
księgi rachunkowe do siebie, jeśli pozwolisz.
Wyczuła w nim chłód i obcość. Wiedziała, Ŝe musi odpłacić tym samym, Ŝeby
przetrwać.
-
AleŜ oczywiście
-
powiedziała z wymuszonym uśmiechem.
-
Czy jedliście
coś?
Cherry otworzyła juŜ usta, ale ojciec był szybszy:
-
Tak, po drodze. Teraz juŜ pójdziemy. PoŜegnaj się, Cherry.
Dziewczynka patrzyła to na Jane, to na ojca, świadoma napięcia Jakie
powstało między dorosłymi. W końcu jednak powiedziała "dobranoc" i skierowała się
w stronę wyjścia. Todd podąŜył za córką.
Jane wróciła do oglądania telewizji, ale niewiele do niej docierało. Ani razu
nie spojrzała na Todda. Ciekawe, czy tak juŜ będzie zawsze?
Robotnicy bardzo szybko uwinęli się z remontem domu i przystąpili do
dalszych, niezbędnych napraw. Wszystko szło według planu. Jane zajrzała teŜ do
nowej stajni i była zaskoczona postępem robót. Dziwiło ją równieŜ to, Ŝe jakość nie
ustępuje tempu.
Nadszedł czas, kiedy mogli kupić klacze do przyszłej stadniny. Jane wybrała
się razem z Cherry i Toddem na aukcję do znanej stadniny niedaleko Corpus Christi.
Dorośli zajmowali się przeglądaniem katalogu, a Cherry zachwycała się kaŜdym
koniem, którego wyprowadzano na placyk.
Jane doskonale znała się na koniach. Nawet jej ojciec nie Ŝałował, kiedy
decydował się kierować jej radą. Todd szybko zorientował się, Ŝe najlepiej zrobi idąc
w jego ślady, dlatego głównie milczał. Szybko kupili trzy dorodne klacze i źrebaka.
Todd ustalił z właścicielem warunki transportu i w zasadzie byli juŜ wolni.
-
MoŜe wstąpimy gdzieś na lody
-
zaproponowała Cherry, ocierając pot z
czoła.
-
Jest potwornie gorąco.
Todd z trudem przełknął ślinę.
-
Dobrze. Jeśli Jane nie jest zbyt zmęczona
-
powiedział z wahaniem.
Jane skinęła głową. Po raz pierwszy zdecydowała się iść bez kul i mimo bólu
czuła się dziwnie lekko. Parę razy miała wręcz ochotę wsiąść na konia i pogalopować
przed siebie.
-
Nie jestem zmęczona
-
powiedziała.
Todd skinął głową.
-
Chodźcie do samochodu. Musimy podjechać do miasteczka.
Bez trudu znaleźli małą lodziarnię otoczoną wianuszkiem samochodów. Nie
tylko im było gorąco. Todd rozejrzał się bezradnie. Wszystkie stoliki były zajęte.
-
MoŜemy na razie usiąść pod drzewami
-
powiedziała Cherry do ojca.
-
NajwyŜej zajmiemy stolik, jak się któryś zwolni.
Todd wciąŜ nie wyglądał na przekonanego, więc córka sama podjęła decyzję.
Poprosiła o swoje ulubione lody czekoladowe, a Jane po chwili namysłu wzięła to
samo. Todd jak niepyszny powędrował do kolejki.
Męczyło go jednak nie to, Ŝe musi kupić lody obu dziewczynom. Wiedział, Ŝe
postąpił źle, i wciąŜ czynił sobie z tego powodu wyrzuty. Pozbawił Jane czegoś, co
mogła chcieć ofiarować swojemu przyszłemu męŜowi. Być moŜe nawet kochała się w
nim na początku, ale teraz był pewny, Ŝe go nienawidzi. Świadczył o tym jej chłodny,
wyprany z emocji ton oraz to, Ŝe w ogóle nie chciała na niego patrzeć. Czyniła to
rzadko i niechętnie. Ani razu nie spojrzała mu w oczy. To wszystko świadczyło co
najmniej o wrogości.
Najbardziej martwiło go to, Ŝe Cherry wyczuwa złą atmosferę. Córka nie
pytała o nic, ale wiedział, Ŝe męczy ją zaistniała sytuacja. Kochała zarówno jego, jak i
swoją nauczycielkę i nie mogła zrozumieć, co się między nimi dzieje. Przypominało
to trochę sytuację przed rozwodem jej rodziców i było chyba równie bolesne.
Sprzedawca po raz trzeci spytał go, czym moŜe słuŜyć i Todd ocknął się z
zamyślenia. Zamówił dwie porcje lodów czekoladowych z polewą i wiórkami
kokosowymi, a następnie zaczął się zastanawiać, co wziąć dla siebie. Najchętniej
zamówiłby duŜą whisky z lodem. PoniewaŜ jednak nie podawano jej w lodziarni,
wybrał lody waniliowe z likierem.
Wrócił na placyk i bez trudu wypatrzył Jane i Cherry pod jednym z drzew.
-
Nawet coś się zwolniło, ale wolałyśmy zostać tutaj
-
poinformowała go
córka.
-
Tu jest tak przyjemnie.
Todd podał im lody.
-
Proszę, to dla was.
Cherry rzuciła się na swoją porcję. Jane jadła jednak bardziej powściągliwie.
-
Pycha! Naprawdę świetne. Uwielbiam czekoladę!
-
entuzjazmowała się
Cherry.
Jane skinęła głową.
-
Ja teŜ. Tylko muszę na nią uwaŜać. Jeśli zjem za duŜo albo za szybko, to boli
mnie później głowa.
-
Dlaczego nie powiedziałaś o tym wcześniej?
-
burknął Todd.
-
Kupiłbym ci
coś innego.
Spojrzała na niego, chyba po raz pierwszy tego dnia, jeśli nie liczyć
przypadkowych zerknięć, i powiedziała:
-
Lubię lody. Nikt mi nie będzie dyktował, co mam jeść, a czego nie.
Cherry, która uporała się juŜ z połową swojej porcji, szybko wtrąciła się do
rozmowy:
-
Co myślisz o tym źrebaku, Jane? Wiesz, strasznie mi się podoba.
-
Co takiego?!
-
zawołał Todd, nie słysząc najwyraźniej uwagi córki.
-
Co ty
sobie wyobraŜasz?!
Twarz Jane pociemniała z gniewu. Todd wyprostował się i spojrzał na nią
swoim stalowym wzrokiem. Milczeli, ale było to bardziej wymowne, niŜ gdyby
skoczyli sobie do oczu. Cherry nie wiedziała, co robić.
-
Chyba pójdę po serwetki
-
rzuciła.
Ani ojciec, ani Jane nie zauwaŜyli tego, Ŝe odeszła. Patrzyli na siebie w
napięciu jak dwoje dzikich zwierząt. W końcu Todd rozluźnił się trochę.
-
MoŜe przestaniemy udawać, Ŝe nic się nie stało
-
zaproponował.
ROZDZIAŁ SIÓDMY
Jane poczuła jego palce na swojej dłoni. Chciała ją cofnąć, ale nic mogła. Bała
się, Ŝe jeśli Todd spojrzy jej w oczy, natychmiast odgadnie, co się z nią dzieje.
-
To nie moŜe dłuŜej trwać
-
powiedział, zastanawiając się, dlaczego odwraca
od niego wzrok.
-
WciąŜ cię pragnę. Bardziej niŜ kiedykolwiek.
Niemal czuła na twarzy jego palący oddech.
-
ś
ałuję tego. co się stało
-
powiedziała zduszonym głosem.
-
Tak, wiem. Ale nic juŜ na to nie poradzimy, I muszę ci powiedzieć, Ŝe nigdy
nie było mi tak dobrze. Myślę, Ŝe powinniśmy być razem.
Spojrzała na niego ukradkiem. Co miał na myśli? Nie, w jego oczach nie było
miłości, a tylko poŜądanie.
-
Chodzi ci o romans
-
powiedziała bardziej twierdzącym niŜ pytającym
tonem.
Todd skinął głową, niszcząc w ten sposób jej marzenia o czymś więcej.
-
Nie wierzę w małŜeństwo
-
powiedział z goryczą.
-
Byłem juŜ Ŝonaty i mam
przykre doświadczenia z tego okresu. Ale wracając do nas, to sama przyznasz…
-
A co z Cherry?!
-
przerwała mu gwałtownie.
-
Ma przecieŜ czternaście lat i wie, Ŝe nie jestem mnichem
-
odparł.
-
Poza tym
nie wierzy juŜ w opowieści o księciu zakochanym przez całe Ŝycie.
Jane z trudem przełknęła ślinę. Jej oczy posmutniały. Todd wciąŜ trzymał ją za
rękę.
-
Ale obawiam się, Ŝe ja wciąŜ w nie wierzę.
-
Nie wygłupiaj się! Nie chcesz chyba powiedzieć, Ŝe w naszych czasach
liczysz na trwały związek!
-
szydził.
-
Właśnie, Ŝe wierzę. Taki do grobowej deski. I… i będę wierna męŜowi.
-
Jane uniosła dumnie głowę.
-
I oczywiście powiem mu o tym, co wydarzyło się
między nami.
Todd cofnął się nieco i wyprostował.
-
Myślisz, Ŝe znajdziesz kogoś takiego?
-
spytał juŜ bez kpiny, ale z wyraźną
troską.
-
Myślę, Ŝe warto szukać.
Milczeli przez chwilę. W tym czasie legły w gruzach wszelkie nadzieje Jane.
Jej serce przepełniał ból. Czy to moŜliwe, Ŝe świat trwa nadal w nie zmienionym
kształcie? Świeci słońce? Szumią drzewa? Ludzie jedzą lody i rozmawiają o jakichś
nieistotnych sprawach?
Todd siedział naprzeciwko niej, zmęczony i nagle postarzały. Jane
uśmiechnęła się smutno.
-
Przykro mi, Todd. Ja nie mam za sobą nieudanego małŜeństwa i dlatego
łatwiej mi wierzyć w bajki. Nie, nie chcę się wdawać w romans. Nawet z tobą.
Jego oczy zalśniły dziwnym blaskiem. CzyŜby powiedziała mu nie zamierzony
komplement?
-
Ale podobało ci się wtedy, w nocy
-
powiedział zdławionym głosem.
Jane zebrała te resztki odwagi, które jej zostały. Nie było ich wiele.
-
Jasne, Ŝe tak. Było wspaniale. Dzięki.
Widziała, Ŝe rozzłościła go tylko tym wyznaniem. JuŜ otworzył usta, Ŝeby na
nią krzyknąć, kiedy obok pojawiła się roześmiana Cherry.
-
Mam juŜ serwetki
-
powiedziała.
-
Miło tu posiedzieć w tym cieniu. Straszny
upał. Zjedliście juŜ lody?
Oboje spojrzeli na swoje kubeczki, w których znajdowała się płynna
substancja.
-
W pewnym sensie
-
powiedział Todd wstając.
-
Musimy juŜ ruszać. Mam
trochę zaległości w pracy i chciałbym to nadrobić.
-
AleŜ tato, przecieŜ…
Wystarczyło jedno jego spojrzenie, Ŝeby zamilkła. Co mogło zajść między
ojcem i Jane?
-
No dobrze juŜ, dobrze
-
powiedziała z ociąganiem Cherry.
-
MoŜemy jechać.
Nie zgłaszam Ŝadnych pretensji.
Następne dni były wypełnione pracą. Jane konferowała z Micki Lane w
sprawie kampanii reklamowej, Cherry zajmowała się jazdą, a Todd siedział całymi
godzinami w gabinecie i pracował jak wariat. Harleyowie patrzyli na to wszystko
oczami zdrowych ludzi, którym nagle kazano zamieszkać w domu wariatów. Nie
protestowali jednak, a nawet moŜna było przypuszczać, Ŝe są zadowoleni. Timowi
jakby ubyło parę lat, a zawsze Ŝwawa Meg wykonywała swoje obowiązki z energią
nastolatki.
Siódmego czy ósmego dnia po pamiętnej wyprawie Micki zadzwoniła do Jane
z wiadomością, Ŝe będą musiały wybrać się do Victorii na zdjęcia. Zaproponowała, Ŝe
po nią wpadnie, ale Jane nie chciała, Ŝeby młoda wicedyrektorka spotkała się z
Toddem. Tak się szczęśliwie składało, Ŝe ostatnio zupełnie się nie widywali. Zresztą
Todd spotykał się tylko z Timem, za pośrednictwem którego omawiał z nią sprawy
związane z ranczem, oraz z Meg.
Jane powiedziała, Ŝe dziękuje i poprosi kogoś, Ŝeby ją podwiózł.
-
Dobrze
-
zgodziła się Micki.
-
A jak się miewa Todd? Nie widziałam go
ostatnio.
-
Jest bardzo zapracowany
-
odparła Jane rzeczowym tonem.
-
Ma huk roboty
z wykańczaniem stajni i obejścia. Poza tym kontroluje wszystkie roboty.
-
Rozumiem
-
powiedziała Micki smutnym głosem.
-
To zajmuje sporo czasu.
-
Sporo
-
zgodziła się Jane.
Znacznie więcej niŜ poprzednio, dodała w duchu. Więc pewnie to tylko
pretekst? MoŜe chodzi o to, Ŝeby jak najrzadziej się z nią widywać?
-
Dobrze, wobec tego spotykamy się w piątek
-
zakończyła Micki.
-
W piątek o dziewiątej
-
potwierdziła Jane.
Nie powiedziała o tym wyjeździe ani Toddowi, ani Cherry. Była pewna, Ŝe
Tim zawiezie ją do Victorii, jeśli go o to poprosi. Wcześniej jeszcze musiała się
wybrać do doktora Coltraina na rutynowe badania. Rudzielec opukał ją i osłuchał,
zmierzył ciśnienie krwi, zajrzał do oczu, a takŜe zrobił kilka ponurych min, zanim
oznajmił, Ŝe wszystko jest w jak najlepszym porządku.
-
To wspaniale
-
powiedziała z uśmiechem.
Coltrain zachmurzył się jeszcze bardziej.
-
Tyle tylko, Ŝe masz cienie pod oczami i jesteś blada
-
stwierdził.
-
Chodzi tu
o Burke'a?
-
To nie twoja sprawa
-
ucięła krótko.
-
AleŜ Jane, przecieŜ nie jestem ślepy.
Czerwona ze wstydu Jane odmówiła dalszej rozmowy na ten temat. W ogóle
nie chciała słyszeć o Toddzie. Pragnęła raz na zawsze wymazać go z pamięci.
-
I jeszcze jedno
-
dodał Rudzielec, kiedy zaczęła zbierać się do wyjścia.
-
MoŜesz teraz trochę częściej chodzić.
Twarz Jane rozchmurzyła się natychmiast.
-
A jeździć?
-
No, nie przesadzaj. Musisz bardzo uwaŜać. Upadek z konia mógłby mieć
fatalne skutki.
-
Nawias mnie nigdy nie zrzucił.
-
Co nie znaczy, Ŝe nie moŜe tego zrobić.
Zapomniała, Ŝe Coltrain sam był doskonałym jeźdźcem i znał się na koniach
jak nikt inny. W czasie studiów dorabiał sobie nawet występami na rodeo, chociaŜ
nigdy nie traktował tego powaŜnie.
Lekarz zastanawiał się przez chwilę.
-
Dobrze, spróbuj jeździć. Ale bardzo uwaŜaj
-
dodał.
-
Słyszałem, Ŝe będziesz
reklamowała jakieś ubrania. Czy to prawda?
Jane uśmiechnęła się.
-
Pewnie Meg była ostatnio z wizytą u twojej matki, co?
-
spytała domyślnie.
Nie doczekała się odpowiedzi. Rudzielec wciąŜ wlepiał w nią te swoje zielone
oczy.
-
Mam reklamować stroje do rodeo, głównie dŜinsowe spodnie i kurtki.
Wybieram się nawet w piątek do Victorii na zdjęcia.
Nie zrobiło to na nim specjalnego wraŜenia.
-
Jak masz zamiar tam się dostać?
-
spytał.
-
Pewnie Tim mnie zawiezie.
Coltrain pokręcił przecząco głową.
-
Ja to zrobię
-
powiedział.
-
Mam w Victorii konsylium w sprawie leukemii,
którą leczyłem tutaj. Pacjent się przeprowadził i muszę jechać.
-
Jestem umówiona na dziewiątą i mogę zostać w Victorii ładnych parę godzin
-
uprzedziła go.
-
Znajdę sobie coś do roboty
-
mruknął.
Jane rozpromieniła się na myśl o wspólnej jeździe z przyjacielem.
-
To wspaniale! Będziemy mogli sobie pogadać. Ciągle brakuje nam czasu.
-
Przyjadę do ciebie po ósmej
-
powiedział Coltrain, który równieŜ zaczął się
uśmiechać.
W tym momencie usłyszeli pukanie do drzwi i po chwili do gabinetu zajrzała
doktor Lou Blakely.
-
Przepraszam, ale pan Harris nie chce ze mną rozmawiać o swoich
hemoroidach. Czy mógłbyś…?
-
Jej spojrzenie padło na Jane.
-
Zaraz tam przyjdę
-
powiedział krzywiąc się, jakby widok Lou sprawił mu
przykrość.
-
Nie jesteś dla niej zbyt miły
-
stwierdziła Jane, kiedy lekarka zniknęła za
drzwiami.
-
Tak, wiem
-
powiedział z roztargnieniem i zamyślił się na moment.
Kiedy wychodziła, wciąŜ był zamyślony i poŜegnał się z nią w roztargnieniu.
Na wszelki wypadek przypomniała mu o piątku i wyszła. Rudzielec nigdy się tak nie
zachowywał. W miasteczku był znany z pogodnego usposobienia. Jednak z jakichś
względów nie stosowało się to do Lou. Zachowywał się tak, jakby jej nie znosił.
Dlaczego więc wybrał ją do współpracy?
Poszła na parking, gdzie juŜ czekała na nią Meg z codziennymi sprawunkami.
Droga do domu zajmowała kilkanaście minut. Kiedy zatrzymały się na podwórku,
wypatrująca ich Cherry natychmiast podbiegła do samochodu. Jej policzki pałały, a
oczy świeciły niczym dwie gwiazdy.
-
Udało się! Udało!
-
krzyczała.
-
Pobiłam mój własny rekord! 1 wcale się nie
bałam! Naprawdę.
Jane wysiadła z wozu i ucałowała dziewczynkę.
-
Jestem z ciebie bardzo dumna
-
powiedziała.
-
Zobaczysz, daleko zajdziesz.
Czy raczej zajedziesz
-
dodała z uśmiechem.
W czasie lunchu omawiali najpierw sukcesy Cherry, a potem Jane nieostroŜnie
wygadała się, Ŝe ma sesję zdjęciową w Victorii.
-
To wspaniale!
-
ucieszył się Tim.
-
Ale kto cię tam zawiezie? W zasadzie
mógłbym to zrobić, chyba Ŝeby… Todd znalazł trochę czasu.
Todd siedział pochylony nad talerzem i w milczeniu jadł ziemniaki. Wyglądał
jak nieobecny, chociaŜ kiedy padło jego imię, natychmiast uniósł głowę.
-
Mogę ją odwieźć, jeśli będzie chciała
-
rzucił w przestrzeń.
-
Dziękuję, nie będzie chciała
-
powiedziała, przedrzeźniając go, Jane.
-
Ma
juŜ kierowcę.
-
CzyŜby! A kogo to?
-
spytał Tim.
Todd znowu spuścił głowę i zabrał się do jedzenia ziemniaków.
-
Rudzielec musi pojechać do Victorii w sprawach słuŜbowych
-
wyjaśniła.
-
Obiecał, Ŝe zabierze mnie ze sobą.
Todd odsunął talerz.
-
Pójdę juŜ do pracy
-
oznajmił.
-
Cały dzień pilnowałem robotników. Muszę
się teraz zająć rachunkami.
Meg spojrzała z wyrzutem na prawie pełny talerz, ale nic nie powiedziała.
Przynajmniej na temat jedzenia.
-
Były jakieś pilne faksy do ciebie
-
zwróciła się do Todda.
-
Sprzątałam twój
pokój i połoŜyłam je na szafce. Od niejakiej Julii.
-
Julii? Jakiej Julii?
-
zastanawiała się głośno Cherry, nie zwaŜając na to, Ŝe
ma pełne usta.
-
Aaa!
-
Zrobiła taką minę, jakby zgadła.
Ojciec kopnął ją pod stołem w kostkę. Cherry wydała kolejny okrzyk, a
następnie przełknęła to, co miała w buzi. Dzięki temu zyskała trochę czasu i
zrozumiała, co ma robić dalej.
-
Pewnie bardzo za tobą tęskni
-
zwróciła się do ojca, uśmiechając się
złośliwie.
-
Z całą pewnością
-
potwierdził Todd.
Nie wątpił, Ŝe obłoŜona pracą i nękana przez klientów Julia Emory pragnęłaby
go jak najszybciej zobaczyć. W interesie swoim i firmy.
-
Hm, muszę do niej zadzwonić. Nie przejmuj się, obciąŜę kosztami rozmówcę
-
po raz pierwszy zwrócił się bezpośrednio do Jane.
Jane skinęła głową, nie słysząc, co do niej mówi. Więc Todd miał jakąś
dziewczynę! Nie było w tym nic dziwnego! PrzecieŜ był zupełnie normalnym i w
dodatku przystojnym męŜczyzną!
Kiedy Todd wyszedł, rozmowa potoczyła się swobodniej, jednak wszyscy
mieli wraŜenie, Ŝe jadalnia stała się nagle pusta. Tim skończył lunch i wyszedł, a Meg
zebrała resztki obiadu i zaniosła je swoim kurom.
Jane i Cherry zostały same.
-
Czy myślałaś kiedyś o tym, Ŝeby wyjść za doktora Coltraina?
-
spytała
dziewczynka.
-
Kiedyś, tak
-
odparła Jane.
-
Bardzo go lubię, poza tym mieliśmy ze sobą
wiele wspólnego. Zabrakło nam tylko tego czegoś, czego potrzeba do wspólnego
związku.
-
Czyli po prostu nie chciałaś z nim iść do łóŜka?
-
podsumowała córka Todda.
-
AleŜ Cherry!
-
PrzecieŜ nikt nie trzyma mnie pod kloszem. Wiem o wielu sprawach
-
powiedziała dziewczynka tonem dorosłej osoby.
-
Jednak sama wolałabym zaczekać z
tym aŜ do ślubu. Wiesz, Ŝe niektórzy chłopcy teŜ tak myślą? Na przykład Mark, z
mojej klasy, twierdzi, Ŝe dzięki temu nie trzeba się obawiać chorób wenerycznych.
Jane wydawało się, Ŝe źle słyszy.
-
Czego?
-
Chorób wenerycznych
-
odparła ze śmiechem Cherry.
-
Nigdy o nich nie
słyszałaś?
Jane odchrząknęła.
-
No tak, słyszałam. Ale prawdę mówiąc, nigdy się tym nie interesowałam.
Ani seksem
-
dodała po chwili wahania.
-
Wiesz, jakoś nigdy nie spotkałam chłopaka,
który, który…
-
szukała odpowiednich słów.
Cherry wzniosła oczy ku niebu.
-
O BoŜe! Widzę, Ŝe będę ci musiała wszystko wyjaśnić
-
powiedziała
autorytatywnie.
-
Czy rodzice nie rozmawiali z tobą o tych sprawach?
Jane juŜ chciała odpowiedzieć, ale w jadalni pojawił się nachmurzony Todd.
-
Jeszcze tu jesteście?
-
spytał.
-
Cześć, tato. Właśnie rozmawiałam z Jane o seksie. Mój BoŜe, a wydawało
mi się, Ŝe to ja jestem zacofana! Dobrze, chyba odłoŜymy tę rozmowę. Pójdę teraz do
stajni.
Cherry szybko opuściła jadalnię. Todd spojrzał Jane prosto w oczy.
-
Czy musisz rozmawiać o tym z Cherry? Nie lepiej zapytać mnie?
Jane poczuła, Ŝe drŜy. Zagryzła wargi, Ŝeby się opanować. Narastał w niej
strach, Ŝe Todd za chwilę to zauwaŜy.
-
Daj spokój!
-
ucięła krótko.
Ale Todd nie chciał jej dać spokoju.
-
Jane! Czego się boisz? Jest nam razem dobrze, pragniemy siebie… CzegóŜ
więcej chcieć?
-
Seks to dla mnie za mało
-
odparła.
-
Jesteś pewna?
-
spytał, biorąc ją pod brodę.
Nie doczekał się jednak odpowiedzi.
-
Tak piękna i tak naiwna
-
ciągnął.
-
Chciałabyś, Ŝebym dał ci gwiazdkę z
nieba. Ale ja mogę dać ci tylko rozkosz.
ZbliŜył swe usta do jej warg i jednocześnie chwycił ją za rękę.
-
Ani się waŜ!
-
syknęła Jane, oglądając się w stronę kuchni.
Todd przyciągnął ją lekko do siebie.
-
Nie wygłupiaj się. Meg nawet nie zwróci uwagi na to, Ŝe się całujemy.
Wszyscy przyjmą to normalnie. Wszyscy
-
oprócz ciebie.
Jego usta były coraz bliŜej. Jane chciała go odepchnąć, ale stała jak
sparaliŜowana.
-
Nie potrafisz się nawet przyznać przed sobą, Ŝe mnie pragniesz
-
szepnął
Todd.
-
A przecieŜ poŜądasz mnie, pragniesz aŜ do utraty tchu.
Chciała zaprzeczyć. Pragnęła wyrwać się i uciec z jadalni. Tak się jej
przynajmniej wydawało.
Todd nie pocałował jej, chociaŜ jego usta znajdowały się parę centymetrów od
warg Jane.
-
Wiem, Ŝe mnie pragniesz
-
szeptał, a jego oddech miał w sobie woń kawy.
-
Pocałuj mnie. Pocałuj mnie teraz.
W innych warunkach skwitowałaby śmiechem taką bezczelność. Jednak teraz
jakoś nie mogła tego uczynić. Co gorsza poczuła, Ŝe rzeczywiście ma ochotę
pocałować Todda. Tym większą, im bardziej się od niej oddalał.
W zasadzie trudno było powiedzieć, które z nich wykonało pierwszy gest.
Zdaje się, Ŝe z jakichś powodów Jane straciła równowagę i juŜ po chwili znalazła się
w jego ramionach. Todd zaczął ją pieścić i całować, a ona jęczała z rozkoszy. W
końcu, w przypływie nie tajonego poŜądania, przycisnął ją do siebie.
Jane krzyknęła. Nie był to jednak krzyk rozkoszy.
-
Co się stało?
-
spytał, rozluźniając uścisk.
-
Czy to twój kręgosłup?
Skinęła głową. Musiała się powstrzymywać, Ŝeby nie prosić go, by znów ją
przytulił.
-
Naprawdę nie chciałem cię skrzywdzić!
Jane skinęła głową.
-
Ale skrzywdziłeś.
Todd nie wiedział, co ze sobą zrobić. Ręce zaczęły mu się trząść. Wiedział, Ŝe
nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby coś stało się Jane.
-
Zaraz zadzwonię po lekarza
-
powiedział drŜącym głosem.
Jane pokręciła głową.
-
Nie chodzi mi o to, co stało się teraz
-
powiedziała.
-
Mam na myśli tamtą
noc.
Todd odetchnął z ulgą. Jednocześnie stwierdził, Ŝe powinien jeszcze raz
przeprosić Jane. Wtedy wypadło to jakoś niezręcznie, a potem, cóŜ, starał się jej
unikać.
-
Przepraszam cię, ale naprawdę nie mogłem się wtedy powstrzymać.
Rzeczywiście prosiłaś mnie, Ŝebym przestał, a ja nie mogłem. Do tej pory mam z tego
powodu wyrzuty sumienia. Ale z drugiej strony…
-
urwał na widok jej miny.
-
Z drugiej strony?
-
podchwyciła.
-
Wiesz, miałem wraŜenie, Ŝe jest ci po prostu dobrze. Byłem pewien, iŜ
uwolniłaś się od jakiegoś cięŜaru. Tak wspaniale nam było wtedy. Pomyśl, Ŝe
mogłoby tak być zawsze.
Jane poczuła, Ŝe znowu zrobiło się jej gorąco. "Zawsze" znaczyło spędzenie ze
sobą kilku nocy, a "dobrze"
-
częste zaspokajanie Ŝądzy. Jak on śmiał mówić do niej
w ten sposób! I to teraz, kiedy wydało się, Ŝe ma gdzieś dziewczynę, która niczego się
nie domyśla. Tylko ona, Jane, poznała go jak zły szeląg.
-
Pocałujesz mnie?
-
spytał nagle.
-
Nie. Nie, Todd. Mam tego dość.
-
Więc czego chcesz?
Jane uśmiechnęła się smutno.
-
Chcę związku na całe Ŝycie
-
odparła.
-
I dzieci. Chcę mieć dzieci.
-
Ja juŜ mam dziecko
-
powiedział sztywno.
Spojrzała mu w oczy. Czy naprawdę jej nie rozumiał, czy teŜ nie chciał
zrozumieć?
-
Chodzi mi o własne dziecko. Takie, które nigdy nie tęskniłoby za tatą.
-
Ja chcę ci dać duŜo więcej.
Jane pokręciła głową i westchnęła.
-
Seks bez miłości jest niczym.
Todd aŜ zagotował się na to stwierdzenie.
-
Zaraz zobaczymy, czy niczym, ty mała hipokrytko!
-
krzyknął i wpił się w jej
wargi.
Jane nie miała czasu się bronić. Zaczęli się całować długo i namiętnie i nawet
nie zauwaŜyli, Ŝe w drzwiach pojawiła się Cherry.
ROZDZIAŁ ÓSMY
Cherry stała przez chwilę na progu, obserwując całą scenę. W końcu zauwaŜył
ją Todd i odsunął delikatnie Jane.
-
Przepraszam, szukałam Meg
-
powiedziała dziewczynka i uśmiechnęła się
lekko.
-
Nie przeszkadzajcie sobie.
Jane zaczerwieniła się niczym piwonia i spuściła wzrok. Córka Todda teŜ się
zmieszała i wybiegła na podwórko. Nawet Todd nie wyglądał teraz na zbyt pewnego
siebie.
-
Przepraszam
-
powiedział.
-
Zdaje się, Ŝe znów popełniłem głupstwo.
Jane nie wiedziała, o co mu dokładnie chodzi, więc pozostawiła tę wypowiedź
bez komentarza. Odsunęła się tylko od Todda i usiadła. Dopiero teraz poczuła ból
kręgosłupa. Todd patrzył na nią tak, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze. W końcu
jednak zgarnął papiery ze stołu i zaczął się wycofywać.
-
Jeszcze raz przepraszam
-
powiedział, nawet na nią nie patrząc.
-
Zajmę się
teraz pracą.
Jane nie reagowała. Usłyszała tylko odgłos zamykanych drzwi, co napełniło ją
smutkiem. JuŜ chciała się rozpłakać, kiedy do pokoju wśliznęła się jakaś postać. Jane
z nadzieją podniosła głowę.
-
Cherry?!
-
Przepraszam, widziałam, jak ojciec wychodził. Ja naprawdę nie chciałam
-
tłumaczyła się dziewczynka.
-
O BoŜe! Nigdy nie widziałam, Ŝeby tata kogoś całował.
Nawet mamę, kiedy byłam mała.
Jane zarumieniła się aŜ po korzonki włosów.
-
Nie, Cherry. To była…
-
szukała odpowiedniego słowa
-
pomyłka.
Cherry uśmiechnęła się do niej przyjaźnie. Chciała dać do zrozumienia, Ŝe nie
ma nic przeciwko temu.
-
Ee tam
-
powiedziała.
-
Jaka pomyłka? Powiedz lepiej, czy ci się podoba?
-
Kto?
-
Tata, oczywiście
-
odparła Cherry.
-
Wszystkie moje koleŜanki się w nim
kochają.
Jane pokręciła głową.
-
Nie, Cherry. Nie powinnaś z tym wiązać Ŝadnych nadziei. Przede wszystkim,
gdybym kogoś pokochała, chciałabym wyjść za niego za mąŜ, a twój ojciec nie chce
słyszeć o małŜeństwie.
-
O!
-
Mina Cherry natychmiast zrzedła.
-
Naturalnie wciąŜ jesteś moją przyjaciółką. Prawda?
Dziewczynka z trudem zdobyła się na uśmiech.
-
Jasne
-
powiedziała.
Jane spędziła w Victorii prawie cały dzień. Rudzielec odbył swoje spotkanie i
czekał na nią cierpliwie. Ona natomiast pozowała do zdjęć w róŜnych strojach firmy
Slim Togs. O dziwo, nawet jej się to spodobało. Zwłaszcza Ŝe fotograf i Micki bardzo
dbali o to, Ŝeby jej nie męczyć. Jane nawet nie zauwaŜyła, jak szybko upływa czas.
-
To chyba juŜ wszystko
-
stwierdziła w końcu Micki.
-
Jack mówił, Ŝe
ś
wietnie mu poszło. Powinien mieć wspaniałe zdjęcia. Oczywiście skontaktujemy się
z tobą, kiedy dokonamy wyboru. Poza tym dobrze by było, gdybyś pokazała się na
promocji tych nowych ubrań w naszym sklepie i moŜe na jakimś rodeo.
-
Nie ma problemu. Fajnie mi się pozowało. A poza tym te rzeczy są naprawdę
dobre
-
powiedziała Jane, przesuwając dłonią po zdobionej cekinami kurtce.
-
My teŜ jesteśmy bardzo zadowoleni ze współpracy. Jesteś urodzoną modelką
-
pochwaliła ją Micki i zamyśliła się na chwilę.
-
A co u Todda? Został na ranczu?
Jane skinęła głową.
-
Tak. Ciągle ma jakieś nowe pomysły. Moi ludzie przestali juŜ na mnie
zwracać uwagę. Słuchają tylko jego. Będę miała kłopoty z dyscypliną, kiedy wyjedzie.
-
CzyŜby miał taki zamiar?
-
spytała Micki.
-
Nie. Jeszcze nie.
Jane z trudem osiągnęła względny spokój ducha. Starała się nie myśleć o
Toddzie i o tym, co się stało. Teraz pytania Micki wytrąciły ją z równowagi.
-
Jest bardzo przystojny
-
Micki drąŜyła temat, mimo Ŝe na jej twarzy pojawiły
się ślady smutku.
-
Pewnie ma mnóstwo róŜnych dziewczyn.
-
Pewnie tak
-
potwierdziła Jane.
-
Niektóre nawet przysyłają mu faksy.
Micki zaśmiała się, ale wypadło to raczej ponuro.
-
Zdaje się, Ŝe nie mam Ŝadnych szans. A ty? Miałabyś na niego ochotę?
-
Przede wszystkim nie lubię kolejek
-
odparła wykrętnie Jane.
Micki smutno pokiwała głową.
-
No tak, kiedy w końcu zjawia się ktoś taki jak Todd, zawsze otoczony jest
wianuszkiem kobiet. Myślę, Ŝe w końcu zostanę starą panną.
W jej głosie było tyle smutku, Ŝe Jane poczuła, iŜ po
- -
winna ją jakoś
pocieszyć:
-
MałŜeństwo to nie wszystko
-
powiedziała.
-
MoŜesz przecieŜ jeszcze zostać
szefową swojej firmy.
Micki skinęła głową, ale smutek w jej oczach wcale nie zniknął.
-
To moŜliwe
-
stwierdziła, nabrawszy powietrza w płuca.
-
Tyle Ŝe mam mały
sekret. Po prostu uwielbiam Ŝycie domowe. Gotowanie obiadów, prasowanie koszul,
dzieci.
-
Chciałabyś być kurą domową?
-
spytała z niedowierzaniem Jane.
-
Oczywiście. Ale nie mów o tym nikomu, bo będą się ze mnie śmiali
-
poprosiła Micki.
-
Wiesz, lubię moją pracę, zarabiam fantastycznie, ale raz na jakiś
czas miałabym ochotę się z kimś pokłócić.
-
Nie chcesz być sama
-
domyśliła się Jane.
-
A kto chce?
-
Czasami nie mamy wyboru.
Obie panie zamyśliły się na chwilę. Nie była to pogodna zaduma. Wręcz
przeciwnie, mimo młodego wieku myślały o starości i samotności.
Pierwsza ocknęła się Micki.
-
Wszystko będzie dobrze
-
powiedziała, nie bardzo wiedząc, czy mówi o
zdjęciach, czy teŜ ich przyszłym Ŝyciu.
-
Zadzwonię do ciebie w połowie przyszłego
tygodnia. Trzymaj się. 1 Ŝyczę miłej podróŜy.
-
Dzięki.
Jane zeszła do holu i odszukała w torebce kartkę, na której Coltrain zapisał jej
swój numer telefonu w szpitalu. Zadzwoniła do niego, Ŝeby powiedzieć, Ŝe juŜ jest
gotowa. Rudzielec pewnie zanudził się na śmierć do tej pory.
Nie pojechali jednak z powrotem na ranczo. Coltrain wysadził ją przed
najlepszą restauracją w Victorii.
-
Czas na kolację
-
oznajmił.
-
Daj spokój
-
usiłowała protestować.
-
Nie jestem odpowiednio ubrana.
-
I cóŜ z tego? Ja teŜ nie.
-
Miał na sobie sportową marynarkę i koszulę bez
krawata.
-
Niech się gapią, jeśli mają na to ochotę.
Jane roześmiała się głośno. Przypomniały jej się róŜne ekstrawagancje
Rudzielca jeszcze z czasów szkolnych. Chyba przywykł do tego, Ŝe i tak się wyróŜnia
z racji płomiennej czupryny, i wygłupy stały się dla niego chlebem powszednim.
Potem, na studiach, stał się bardziej stateczny. Pewnie zrozumiał, Ŝe lekarz powinien
być kimś budzącym szacunek, a nie prowokującym do śmiechu.
-
Dobrze, idziemy
-
zdecydowała Jane.
Usiedli przy małym stoliku i zamówili kraby oraz krwiste befsztyki, a na deser
specjalność zakładu
-
lodowy torcik pokryty warstwą czekolady.
-
Będę pamiętała ten deser do końca Ŝycia
-
powiedziała, kiedy juŜ jechali do
domu.
-
Dawno nie jadłam czegoś tak wspaniałego.
-
Ja teŜ
-
mruknął Coltrain.
Kiedy prowadził, skupiał się całkowicie na tej czynności. Być moŜe taki był
teŜ, kiedy operował. Zrobił specjalizację z chirurgii miękkiej, nabył biegłości w
operacjach płuc, jednak w końcu zdecydował się na prowadzenie praktyki
internistycznej w rodzinnym mieście. Dlaczego? Jane nie miała zielonego pojęcia.
-
Czy chciałbyś mieć dzieci?
-
spytała.
-
Jasne. Masz w związku z tym jakąś propozycję?
Jane zarumieniła się. Nie po raz pierwszy tego dnia.
-
Nie wygłupiaj się. Po prostu pytam.
Coltrain zerknął na nią i o mały włos nie zjechał na pobocze. Na drodze
prawie nie było ruchu. Nic im w tej chwili nie groziło.
-
Wiesz, Ŝe mówię powaŜnie. Wystarczyłoby jedno twoje słowo, a…
-
zawiesił
głos.
-
Lubię dzieci i sprawdziłbym się jako mąŜ. Mamy ze sobą więcej wspólnego niŜ
wielu ludzi, którzy zdecydowali się na małŜeństwo.
-
Tak, brakuje nam tylko jednego.
Coltrain pokiwał głową, wypatrując czegoś na drodze.
-
Szkoda
-
szepnął.
Zwolnił trochę. Ręka Jane odnalazła jego dłoń, spoczywającą na dźwigni
zmiany biegów.
-
Nie przejmuj się. Zawsze będziesz moim najlepszym przyjacielem
-
próbowała go pocieszyć.
-
Szkoda, Ŝe wolisz Burke'a.
Nie zaprzeczyła. Spuściła tylko głowę i cofnęła dłoń.
-
Ale on ma ochotę jedynie na romans i szybkie rozstanie.
-
A ty?
-
spytał Coltrain.
-
Na małŜeństwo i gromadkę dzieci
-
odparła, starając się panować nad
głosem.
-
MoŜe on teŜ chce tego samego, tylko mu się wydaje, Ŝe jest inaczej.
Jane pokręciła przecząco głową i uśmiechnęła się gorzko do swoich myśli.
-
Zdaje się, Ŝe ma dosyć małŜeństwa
-
stwierdziła.
-
Nie sądzę, by ktoś taki
mógł być dobrym męŜem. A jednak…
-
nie dokończyła zdania i spuściła głowę.
Rudzielec dostrzegł nieszczęśliwą minę, a następnie połoŜył dłoń na jej udzie
w geście pocieszenia.
-
Ze względu na twoje migreny nie polecałbym ci pigułek antykoncepcyjnych
-
powiedział.
-
Są jednak inne sprawdzone metody.
-
AleŜ, Rudzielcu!
-
wykrzyknęła.
-
Nie ma się na co oburzać. Powinnaś juŜ dorosnąć. Przynajmniej zostaną ci
piękne wspomnienia. To teŜ jest coś warte.
-
Zaskakujesz mnie.
Coltrain uśmiechnął się smutno.
-
Sam siebie równieŜ
-
powiedział
-
Jednak powinnaś pamiętać, Ŝe seks jest
wspaniałym uzupełnieniem miłości. Być moŜe Burke nie chce się z tobą oŜenić, ale
jestem pewien, Ŝe cię kocha.
-
Co?!
-
Myślę, Ŝe ty równieŜ o tym wiesz
-
odparł spokojnym głosem.
-
PrzecieŜ od
samego początku był o mnie zazdrosny. Kocha cię, to jasne.
-
MoŜe chodziło mu tylko o seks?
Rudzielec skinął głową. Minęli zagrodę Desherów, znajdującą się po drodze
do rancza. Za chwilę powinni skręcić, a dalej jechać prosto przed siebie.
-
MoŜliwe, chociaŜ mało prawdopodobne
-
stwierdził po chwili namysłu.
-
Ten Burke za bardzo się o ciebie troszczy. Ma złe doświadczenia małŜeńskie i dlatego
nie chce się Ŝenić powtórnie. Trzeba o niego walczyć, Jane. Czy jesteś na to
zdecydowana?
-
Walczyć?
-
Jane zrobiła zdziwioną minę.
-
Nazywasz to walką? Nie, nie
potrafię zabiegać o względy męŜczyzn. Od tego przecieŜ jest małŜeństwo.
Rudzielec nie protestował.
-
Zgadzam się
-
powiedział.
-
Pomyśl jednak, Ŝe małŜeństwo jest tylko kwestią
czasu. On cię kocha. Poza tym mam wraŜenie, Ŝe Burkę jest bardzo konserwatywny.
No i ma jeszcze córkę, o której musi myśleć.
-
Powiedział, Ŝe nigdy się juŜ nie oŜeni.
-
Prezydent mówił, Ŝe nie zwiększy podatków.
Jane spojrzała koso na przyjaciela i wybuchnęła śmiechem, Był to pierwszy
objaw rozbawienia od chwili incydentu z Toddem.
-
Dobrze, wcale nie musisz poświęcać dla niego swoich ideałów
-
ciągnął
Coltrain ugodowym tonem.
-
Ale są chyba jakieś sposoby na zainteresowanie
męŜczyzny bez konieczności pójścia z nim od razu do łóŜka?
-
Pewnie są
-
rzuciła w przestrzeń.
Spojrzała na Coltraina. Czy to moŜliwe, Ŝeby był aŜ tak szlachetny? Nie
przypuszczała, Ŝe będzie chciał jej pomóc. W kaŜdym razie nie w tej sprawie. I to na
chwilę po tym, jak niemal się jej oświadczył. Tak, jest prawdziwym przyjacielem.
Wiedziała, Ŝe moŜe na niego liczyć.
-
Opowiedz mi o tych zdjęciach
-
poprosił, chcąc zmienić temat.
-
Nie
wymęczyli cię za bardzo?
-
SkądŜe. Było bardzo fajnie.
Jane zaczęła opowiadać o tym, co działo się w czasie sesji zdjęciowej. Nie
trwało to jednak długo, poniewaŜ juŜ po chwili znaleźli się na terenie rancza.
Ś
ciemniało się. Na ganku przed domem paliło się światło. Jane podziękowała
przyjacielowi i sama, o własnych siłach weszła po schodkach na ganek. Tam powitał
ją Todd.
-
Gdzie byłaś?
-
spytał natarczywym tonem.
-
Na kolacji z Rudzielcem.
Spojrzał na zegarek.
-
A potem?
-
Potem kochaliśmy się w samochodzie i siadły nam wszystkie cztery opony
-
wyjaśniła.
Todd zaniemówił. Przez chwilę stał jak raŜony gromem, a następnie
wybuchnął śmiechem.
-
Doprawdy!
Jane dotknęła dłonią przodu jego białej koszuli. CzyŜby włoŜył ją specjalnie
dla niej? Od tej pory chciała być z nim absolutnie szczera.
-
Nie mogłabym się kochać z kimś innym
-
powiedziała z prostotą
-
poniewaŜ
kocham ciebie.
Serce podeszło mu do gardła. Oto stał przed nim jego ideał
-
wspaniała,
kochająca dziewczyna. Dotknął jej pszenicznych włosów, a następnie pogładził Jane
po policzku.
-
Ja teŜ cię kocham
-
powiedział ku własnemu zaskoczeniu.
-
Od samego
początku. Nie mogłoby być nam ze sobą tak wspaniale, gdyby nie łączyło nas uczucie.
To zupełnie jasne.
-
Tak
-
szepnęła.
Todd przytulił ją do siebie. Chciał ją mieć przy sobie. Czuć ją tak jak
pamiętnej nocy, kiedy ziściły się jego marzenia.
-
Czy… czy zmieniłaś zdanie?
-
spytał, gładząc czule jej plecy.
-
Coltrain nie chce mi dać pigułek antykoncepcyjnych, poniewaŜ mam bóle
głowy
-
powiedziała.
Todd zesztywniał. Nie mógł uwierzyć własnym uszom.
-
Co?! Rozmawiałaś z tym konowałem na temat pigułek?!
-
To raczej on ze mną rozmawiał
-
wyjaśniła Jane.
-
Wie, Ŝe cię kocham.
Gniew zaślepił go na chwilę. Puścił Jane i odstąpił od niej na krok.
Wystarczyło jednak, Ŝe na nią spojrzał, a juŜ w jego sercu pojawiły się cieplejsze
uczucia.
-
Więc nie moŜesz przyjmować pigułek?
-
spytał.
-
Tak, z powodu migreny. Dlatego ciągle musielibyśmy się liczyć z tym, Ŝe
mogę zajść w ciąŜę.
-
Zabezpieczyłem się ostatnio.
-
Tak, wiem.
-
Jane skinęła głową.
-
Jednak róŜne rzeczy mogą się zdarzyć. To
nie jest stuprocentowe zabezpieczenie.
Todd musiał jej przyznać rację. Patrzył na nią i zastanawiał się, czy chciałby
mieć z nią dziecko. Nie, to byłaby katastrofa. Nie potrafiłby opuścić matki swego
dziecka. Ślicznej malutkiej blondyneczki, której mogliby urządzać przyjęcia
urodzinowe, tak jak kiedyś Cherry, albo, jeszcze lepiej, chłopca, którego nauczyliby
jeździć konno, rzucać lassem i w ogóle wielu róŜnych sztuczek.
Jane milczała.
-
Dlaczego nic nie mówisz?
-
Powiedziałam juŜ wszystko
-
odparła.
-
Nie chciałabym, Ŝebyś myślał, Ŝe
pragnę cię złapać w pułapkę.
Spojrzał w jej smutne oczy, a następnie dotknął policzka. Był mokry.
-
Marie nie chciała mieć ze mną dziecka
-
powiedział z namysłem.
-
Oboje
byliśmy wtedy pijani. Wiedziałem, Ŝe bierze pigułki, ale była na tyle roztargniona, Ŝe
często o nich zapominała. Tylko dlatego urodziła się Cherry.
-
Todd! Na miłość boską!
-
Jesteś zaszokowana?
-
spytał.
-
Niektórzy ludzie po prostu nie chcą mieć
dzieci. Tak jak moja była Ŝona
-
dodał po chwili.
-
Mam nadzieję, Ŝe nie powiedzieliście o tym Cherry!
-
Prosiłem Marie, Ŝeby tego nie robiła. Zresztą ona na swój sposób kocha
córkę.
-
A ty?
Uśmiechnął się, ale bardziej do siebie niŜ do niej.
-
Jak moŜesz pytać? Pamiętam, kiedy pierwszy raz zobaczyłem tę kruszynę.
AŜ trudno uwierzyć, Ŝe wyrosła juŜ na taką pannicę.
Znowu spojrzeli sobie w oczy. Były jakby rozświetlone wewnętrznym
blaskiem. Obojgu towarzyszyły podobne myśli. ś tym Ŝe jedne dotyczyły dziecka juŜ
narodzonego, a drugie
-
tego, które dopiero mogłoby przyjść na świat. W końcu
jednak Todd pokręcił głową.
-
PrzecieŜ na razie w ogóle nie powinnaś mieć dzieci
-
przypomniał jej.
-
Ze
względów zdrowotnych.
-
To przecieŜ nie będzie trwało wiecznie
-
stwierdziła.
-
Poza tym byłabym
gotowa podjąć ryzyko.
Todd znowu posłał jej spojrzenie pełne czułości. Wzruszyło go to, Ŝe właśnie
z nim.
-
No, no, nie wywołuj wilka z lasu
-
powiedział pełnym ciepła głosem.
Jane pokręciła głową.
-
PrzecieŜ nic się nie stało.
Czy mu się zdawało, czy teŜ wyczuł w jej głosie nutkę rozczarowania? CzyŜby
Jane chciała zajść w ciąŜę? W jej stanie? Nie, to niemoŜliwe.
-
Odnoszę wraŜenie, Ŝe trochę tego Ŝałujesz
-
rzucił, chcąc zbadać jej reakcję.
Ku jego zaskoczeniu była ona dość gwałtowna.
-
To nie twoja sprawa! Przynajmniej nie musisz mieć wyrzutów sumienia.
Będziesz mógł wrócić do pracy w Victorii, a ja zrobię majątek na reklamie jakichś
ciuchów. Oboje będziemy zadowoleni.
-
Czy wyjdziesz za Coltraina?
-
zapytał, spuściwszy smętnie głowę.
-
Niestety, nie kocham go
-
odparła ze smutkiem.
-
Gdybym go kochała,
natychmiast bym to zrobiła.
Todd tylko pokiwał głową.
-
WciąŜ cię pragnę
-
powiedział.
-
Będę na ciebie czekał.
-
Obawiam się, Ŝe nic z tego nie wyjdzie, Todd.
Zostawiła go na ganku i weszła do środka. Teraz chciała się tylko wykąpać.
Ona teŜ go pragnęła, jednak nie darowałaby sobie, gdyby Todd musiał się z nią oŜenić
z powodu dziecka. A Ŝe oŜeniłby się, tego była zupełnie pewna. Znała się na ludziach
i wiedziała, Ŝe trudno byłoby znaleźć kogoś uczciwszego i bardziej opiekuńczego niŜ
Todd Burke.
W następny piątek Todd odwiózł Cherry do matki. Sam równieŜ miał zamiar
zatrzymać się na jakiś czas w Victorii, Ŝeby załatwić najbardziej pilne sprawy
zawodowe. Poza tym chciał zapomnieć o Jane. Pragnienie, jakie odczuwał,
potęgowało się, gdy była tuŜ obok.
Pomachał córce na poŜegnanie, a następnie omal nie wjechał na
wypielęgnowany trawnik przed białym domem w stylu wiktoriańskim, w którym
Marie mieszkała ze swoim nowym męŜem, Williamem.
-
Co się stało twojemu ojcu?
-
spytała Marie córkę.
-
Wygląda na wyprowadzonego z równowagi.
-
To pewnie z powodu Jane
-
odparła Cherry.
-
Przyłapałam ich na tym, jak się
całowali. Naprawdę tak było
-
dodała, widząc wyraz niedowierzania w oczach matki.
Marie zaprowadziła ją na przestronny taras, wypielęgnowany tak, jak cała
posiadłość. Cherry spojrzała na swoje buty. No tak, znowu zapomniała je wyczyścić.
Jak zwykle. I mama będzie się gniewać, teŜ jak zwykle. Czemu wszystko w tym domu
musi być takie czyste i ładne? Dlaczego nie moŜna traktować pewnych rzeczy
normalnie?
Jednak Marie się nie gniewała, a to dlatego, Ŝe nie zauwaŜyła śladów na
czystej podłodze. Myślami błądziła gdzie indziej.
-
PrzecieŜ mówił, Ŝe nie chce się Ŝenić
-
rzuciła w zadumie.
-
Zarzekał się, Ŝe
nigdy w Ŝyciu.
-
Nigdy nie mów nigdy
-
powiedziała Cherry, a następnie uśmiechnęła się,
zadowolona, Ŝe uniknie kazania na temat obowiązku utrzymywania domu w
czystości.
-
Jane uczy mnie jazdy. Jest wspaniała. Chciałabym być taka jak ona.
Marie poczuła kolejne ukłucie zazdrości. Tym razem było jednak o wiele
boleśniejsze. O ile mogła się juŜ nie przejmować byłym męŜem, gdyŜ nie zaleŜało jej
na zdobyciu jego miłości, o tyle, wraz z upływem lat, miłość Cherry stawała się dla
niej coraz waŜniejsza. Marie znała jeden sposób, Ŝeby ją sobie zaskarbić.
-
Jutro wybierzemy się na zakupy
-
powiedziała, klasnąwszy w ręce.
-
Co ty na
to?
I tym razem reakcja córki zaskoczyła ją boleśnie. Cherry westchnęła, zrobiła
znudzoną minę, spojrzała gdzieś nad jej głową i w końcu bąknęła:
-
MoŜe być.
Marie załamała ręce.
-
W twoim wieku powinnaś przede wszystkim myśleć o strojach
-
powiedziała.
-
Chyba lubisz się ładnie ubierać, moja panno?
-
Lubię
-
potwierdziła Cherry.
-
Przynajmniej w stroje do rodeo.
Matka wzniosła oczy ku niebu, natomiast Cherry, natchniona niespodziewaną
myślą, nagle się oŜywiła.
-
Ale skoro juŜ będziemy na zakupach, to moŜe wstąpimy do księgarni
-
powiedziała.
-
Chciałabym kupić parę ksiąŜek medycznych i podręcznik do nauki
jazdy konnej.
-
KsiąŜki?! PrzecieŜ to strata czasu!
-
AleŜ mamo! PrzecieŜ chcę studiować medycynę!
Marie pogładziła córkę po ramieniu.
-
Jesteś jeszcze bardzo młoda, kochanie. Na pewno zmienisz zdanie.
Cherry odsunęła się od niej.
-
Jane mówi co innego. UwaŜa, Ŝe powinnam rozwijać swoje zainteresowania.
Nawet gdybym później zdecydowała się na inne studia, to i tak co nieco zostanie mi w
głowie.
-
Dosyć mam juŜ tej całej Jane! Jak ty do mnie mówisz?! Jestem przecieŜ
twoją matką!
-
oburzyła się Marie.
Cherry natychmiast spokorniała. Wbiła wzrok w podłogę i bąknęła:
-
Przepraszam, mamo.
Marie objęła córkę ramieniem.
-
Chodź, kochanie. Napijemy się herbaty. Miałam dziś od rana wiele zajęć.
Ciekawe, co robiła? zastanawiała się Cherry. Pewnie przymierzała jakąś
suknię albo układała wieczorne menu. śycie matki wydawało jej się puste.
Całkowicie wypełniały je spotkania towarzyskie i zawodowe, w czasie których robiło
się to samo i wypowiadało te same zdania.
Co innego Jane. Nawet kiedy poruszała się o kulach, zawsze starała się jakoś
urozmaicić swoje Ŝycie. A poza tym te rozmowy! Nawet w czasie zwykłej pogawędki
przy herbacie moŜna było usłyszeć coś waŜnego.
Nagle zrobiło jej się cieplej na sercu. Pomyślała, Ŝe być moŜe spotka ukochaną
nauczycielkę w czasie tego weekendu w Victorii. Wiązało się to z kontraktem
reklamowym Jane, ale Cherry nie pamiętała, o co dokładnie chodziło. NiewaŜne.
NajwaŜniejsze, Ŝe będzie mogła ją spotkać.
Cherry zaczęła rozmyślać o Jane i po jakimś czasie stwierdziła, Ŝe nic miałaby
nic przeciwko temu, Ŝeby mistrzyni rodeo została jej macochą.
Cherry nawet nie sądziła, Ŝe tak szybko ujrzy przyjaciółkę. Co prawda nie
spotkała jej w Victorii, ale Marie i William zostali w ostatniej chwili zaproszeni na
waŜne przyjęcie, które miało trwać do późna w nocy, i dlatego zdecydowali, Ŝe
Cherry musi wrócić na ranczo.
Marie zadzwoniła nawet do byłego męŜa, Ŝeby go o tym uprzedzić, ale Todd
załatwiał właśnie jakieś sprawy z klientami. Nie miała wyboru. Wyprowadziła więc
srebrnego mercedesa z garaŜu i wskazała córce miejsce obok siebie. Pomyślała, Ŝe nie
ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, i oto nadarza jej się okazja, Ŝeby przytrzeć
nieco nosa uwielbianej przez córkę kobiecie.
-
Czy ta Jane wie, jaki Todd jest bogaty?
-
spytała zdawkowym tonem.
-
Nie, tata nic jej nie powiedział
-
odparła Cherry.
-
To jest nasz sekret. Wie
tylko, Ŝe tata pracuje w firmie komputerowej w Victorii.
-
Po co ta cała mistyfikacja?
-
Tacie było Ŝal Jane
-
odparła, nie zastanawiając się, dlaczego matka wypytuje
ją o szczegóły.
-
Miała kłopoty ze zdrowiem, prawie nie mogła chodzić, a ranczo było
w opłakanym stanie. Dlatego tata przyjął tę pracę. Nie chciał jednak, Ŝeby Jane
myślała, Ŝe się nad nią lituje. To bardzo szlachetnie z jego strony, prawda?
-
Prawda, prawda
-
powiedziała z roztargnieniem Marie.
-
Mówiłaś, Ŝe to
ranczo teraz kwitnie. A skąd ta Jane wzięła na to pieniądze? Miała jakieś
oszczędności?
Cherry z zapałem pokręciła głową.
-
Tata mówił, Ŝe stała na krawędzi bankructwa. To on załatwił jej poŜyczkę.
Cherry paplała przez całą drogę, a Marie skrzętnie zbierała wszystkie
informacje na temat rywalki. Tak, rywalki.
Nie potrafiła inaczej myśleć o Jane. O ile gotowa była oddać jej Todda (mimo
iŜ w głębi ducha wciąŜ sądziła, Ŝe naleŜy do niej), o tyle o córkę miała zamiar
walczyć jak lwica.
-
O, konie!
-
krzyknęła Cherry.
-
Popatrz, jakie wspaniałe!
-
W zasadzie mogłabyś spędzić ze mną część wakacji.
-
Matka zignorowała
pełne entuzjazmu okrzyki.
-
Wybieramy się z Williamem do Nassau i na Jamajkę, a
moŜe nawet na Martynikę.
-
Och, byłoby fajnie
-
westchnęła Cherry.
-
Ale w sierpniu muszę
przygotowywać się do rodeo. Szkoda byłoby zaprzepaścić tyle pracy. Poza tym mam
wspaniałego konia. Nazwałam go…
-
Och, konie, konie!
-
przerwała jej matka.
-
Nic, tylko te brudne zwierzęta!
-
Konie są bardzo czyste
-
szepnęła Cherry, czując, Ŝe zbiera się jej na płacz.
Wjechały na podwórko i zatrzymały się z piskiem opon. Marie otworzyła
drzwiczki po swojej stronie. Od razu poznała Jane, która rozmawiała z jakimś
zasuszonym, brodatym staruszkiem. Naburmuszona Cherry wygramoliła się ze swego
miejsca.
Jane podeszła do nich. Poruszała się wolno, lecz sprawnie. Nie miała Ŝadnego
makijaŜu, ale nie szkodziło to jej urodzie. Wręcz przeciwnie
-
podkreślało naturalną
czerwień warg i wspaniały błękit oczu. Marie od razu zrozumiała, dlaczego Todd
mógł się w niej zakochać.
-
Jane, to moja mama. Mamo, to Jane.
Marie uśmiechnęła się sztucznie.
-
Miło mi panią poznać
-
powiedziała zdawkowo.
-
Tyle o pani słyszałam.
-
Proszę mi mówić po imieniu
-
powiedziała Jane i uścisnęła jej dłoń.
Następnie objęła Cherry i ucałowała ją gorąco w oba policzki.
-
Brakowało mi ciebie
-
szepnęła.
-
Ja teŜ tęskniłam
-
powiedziała dziewczynka.
Marie zamarła. Gniew, który w niej wzbierał, nie mógł znaleźć ujścia.
-
MoŜe napije się pani herbaty?
-
zaproponowała Jane.
-
Och, mów mi Marie
-
zrewanŜowała się, z trudem starając się nadać głosowi
naturalne brzmienie.
-
PrzecieŜ jesteśmy prawie rodziną.
Jane spłoniła się, ale nic nie powiedziała. Zaprosiła matkę i córkę do salonu, a
następnie poprosiła Cherry, Ŝeby przypomniała Meg o herbacie i ciasteczkach.
Dziewczynka wybiegła w podskokach z pokoju.
Marie rozejrzała się dokoła. To, co zobaczyła, wcale jej nie zachwyciło. Stare
meble w róŜnych stylach, wyblakłe tapety, skrzypiąca podłoga. Jane poprosiła ją, Ŝeby
usiadła.
-
Piękne mieszkanko
-
rzuciła Marie w stronę gospodyni.
-
Nie spodziewałam
się czegoś takiego.
-
Och, to nic nadzwyczajnego. Przede wszystkim wymaga remontu.
-
W ogóle spodziewałam się czegoś innego
-
ciągnęła Marie, nie zwaŜając na
jej słowa.
-
Zwłaszcza kiedy mój mąŜ, mój były mąŜ
-
poprawiła się ze słodkim
uśmiechem
-
powiedział mi, Ŝe ma zamiar pomóc bezbronnej kalece.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Początkowo Jane miała wraŜenie, Ŝe się przesłyszała. Potem jednak, kiedy
spojrzała w chłodne oczy Marie, zrozumiała, Ŝe nie ma kłopotów ze słuchem.
-
Nie jestem kaleką
-
powiedziała dumnie.
-
To tylko czasowa niedyspozycja.
-
Och, przepraszam. Pewnie źle zrozumiałam. To zresztą jest bez znaczenia.
Miło ze strony Todda, Ŝe zechciał się tobą zająć. Rzadko się zdarza, Ŝeby
multimilioner i właściciel olbrzymiej firmy komputerowej poświęcał czas jakiemuś
zadłuŜonemu ranczu.
Jane nie ruszała się i na moment przestała oddychać. Patrzyła tylko na
rozmówczynię nie widzącym wzrokiem.
-
Słu… słucham?
Z kolei Marie wyraziła zdziwienie, uniósłszy w górę swoje cienkie,
wyskubane brwi.
-
Nie wiedziałaś? Naprawdę nie wiedziałaś?
-
dopytywała się z ironicznym
uśmieszkiem.
-
To zadziwiające. Jego zdjęcia pojawiają się regularnie w pismach
poświęconych gospodarce. No, ale pewnie nie czytasz tego rodzaju rzeczy
-
dodała,
spoglądając na leŜący na stoliku miesięcznik poświęcony hodowli koni.
-
Nie, nie czytam
-
wybąkała Jane.
-
Todd musiał się nieźle bawić, udając zwykłego księgowego
-
ciągnęła Marie,
sadowiąc się wygodniej na kanapie.
-
ChociaŜ, z drugiej strony, dziwię się, Ŝe przystał
na takie warunki.
-
Wskazała dłonią wnętrze pokoju.
-
Przywykł do luksusowego
rollsa i ferrari. No i własnego szofera.
-
Szofera?
-
powtórzyła bezwiednie Jane.
Efekty ataku przeszły najśmielsze oczekiwania Marie. Nie spodziewała się, Ŝe
właścicielka rancza będzie tak zdruzgotana. Sądziła raczej, Ŝe wiadomość o
bogactwie Todda ucieszy ją i jednocześnie skłoni do wyjaśnień.
-
Tak, moja droga. Trudno przecieŜ, Ŝeby sam prowadził.
-
Ale przecieŜ Todd zajmuje się ksiąŜkami, prowadzi rachunki…
-
usiłowała
argumentować.
Marie skinęła głową.
-
O tak, zna się na tym świetnie
-
stwierdziła.
-
Jest geniuszem w sprawach
dotyczących finansów. Zwłaszcza Ŝe nie skończył Ŝadnych studiów.
-
Ale dlaczego? Dlaczego nic mi nie powiedział?
-
Pewnie bał się, Ŝe zakochasz się w jego pieniądzach
-
odparła Marie.
-
Miał
w tym względzie pewne doświadczenia, a ty
-
coś niebezpiecznie błysnęło w oczach
Marie
-
miałaś chyba problemy finansowe.
Siedząca do tej pory sztywno Jane wstała i spojrzała groźnie na gościa.
-
Poradziłabym sobie
-
powiedziała.
-
I nie potrzebuję niczyjej litości.
-
Oczywiście, chociaŜ dzięki Toddowi wszystko poszło chyba nadzwyczaj
dobrze
-
rzuciła Marie.
Jane pobladła i zacisnęła pięści. JuŜ chciała coś powiedzieć, kiedy
przeszkodziły jej odgłosy kroków za drzwiami, zza których po chwili wyłoniła się
roześmiana Cherry.
-
Jane, Meg powiedziała, Ŝe jeśli chcecie…
-
Spojrzała na obie kobiety i słowa
zamarły na jej ustach.
-
C… co się tutaj stało?
Cherry skierowała oskarŜycielskie spojrzenie na matkę. Marie nie wytrzymała
tego i wstała, zakładając ręce na piersi, jakby mogło ją to chronić przed gniewem
córki.
-
Co jej powiedziałaś?
-
Cherry skierowała te słowa bezpośrednio do matki.
Marie wypręŜyła pierś.
-
Tylko prawdę
-
odparła.
-
I tak by się w końcu o wszystkim dowiedziała.
-
O tacie?
Marie zdołała tylko skinąć głową. Jej pokłady pewności siebie topniały z
minuty na minutę. Zwłaszcza Ŝe Jane rzeczywiście wyglądała kiepsko. Bladość nie
chciała ustąpić i widać było, Ŝe cierpi.
-
Chyba juŜ pójdę
-
powiedziała Marie drŜącym głosem i sięgnęła po torebkę.
-
To dobry pomysł, mamo
-
stwierdziła chłodno Cherry.
-
Zanim przyjedzie
tata.
Marie zagryzła wargi. O tym teŜ nie pomyślała. Jeszcze jedna komplikacja.
-
Przepraszam, nie chciałam…
-
Po prostu wyjdź
-
przerwała jej córka.
-
Im szybciej, tym lepiej.
Jane skinęła głową, chcąc dać znak, Ŝe w pełni się z tym zgadza.
-
AleŜ Cherry! PrzecieŜ jestem twoją matką!
-
wykrzyknęła Marie, czując, Ŝe
twarz oblewa jej gorący rumieniec.
-
Wiem. I wstyd mi z tego powodu
-
odparowała Cherry.
-
Nigdy nie czułam
się gorzej.
Marie wciągnęła głęboko powietrze. Policzki ją paliły, a łzy same nabiegły do
oczu.
-
Ja tylko chciałam…
-
szepnęła, czując, Ŝe nie ma co liczyć na zrozumienie. I
słusznie. Cherry odwróciła się do niej plecami, a ta Jane, która ukradła jej miłość
córki, nie posunęła się co prawda do tego, ale wciąŜ stała blada jak płótno. Marie
chwyciła torebkę i wybiegła na podwórze. Gorące łzy płynęły po jej policzkach.
Jane dopiero teraz poczuła, Ŝe opuszcza ją gniew. Za to plecy znowu zaczęły
ją boleć, chociaŜ nie robiła przecieŜ niczego, co wymagałoby wysiłku. Usiadła więc
cięŜko na fotelu i spojrzała na tkwiącą przy oknie dziewczynkę.
-
Pojechała
-
rzuciła Cherry.
-
Czy to wszystko prawda?
-
spytała Jane.
-
Czy twój ojciec jest właścicielem
firmy i ma drogie samochody? I czy poświęca swój cenny czas na ratowanie mojego
rancza?
-
Tak, to prawda
-
przyznała z westchnieniem Cherry.
-
Ale nie wiem, co ci
mama nagadała. W jakim świetle to przedstawiła. Obawiam się, Ŝe sama ją
sprowokowałam, opowiadając o tobie. Zdaje się, Ŝe jest po prostu zazdrosna.
Jane pokiwała smętnie głową. Dotarło do niej tylko to, Ŝe Cherry wszystko
potwierdza. Nie zastanawiała się nawet nad tym, Ŝe dziewczynka mówi wyjątkowo
dojrzale jak na swój wiek.
-
Tak, nawet coś podejrzewałam
-
powiedziała do siebie.
-
Wydawało mi się
dziwne, Ŝe zatrudnia się u innych, zamiast załoŜyć własną firmę. Oszukał mnie.
Nabrał jak dziecko.
Cherry wyciągnęła rękę, jakby chciała dotknąć przyjaciółki, ale po chwili
zrezygnowała.
-
Naprawdę nie chciał cię skrzywdzić, Jane
-
powiedziała.
-
Chodziło mu tylko
o to, Ŝeby ci pomóc. Początkowo nie chciał mówić o firmie, a potem jakoś się tak
ułoŜyło. Jednak zapewniam, Ŝe mu na tobie zaleŜy.
ZaleŜy! Powiedział przecieŜ, Ŝe ją kocha! Ale nie oszukuje się tych, których
się kocha. Co więcej, pozwolił, Ŝeby ona się w nim zakochała, wiedząc, Ŝe nie ma dla
nich Ŝadnej przyszłości. Gdyby był zwykłym księgowym, moŜe by coś z tego wyszło.
Jednak okazało się, Ŝe jest multimilionerem! Właścicielem firmy! Po co byłaby mu
dziewczyna ze wsi, która skończyła tylko szkołę średnią i nie wie, jak się zachować w
dobrym towarzystwie? Rzeczywistość była aŜ nadto przygnębiająca.
-
Powiedz coś
-
poprosiła Cherry.
Jane nie mogła wydobyć z siebie głosu. Nagle opanowała ją myśl, Ŝe Todd
wróci jeszcze dzisiaj. Co mu powie? Jak w ogóle będzie mu mogła spojrzeć w twarz?
Wszystkie te myśli sprawiły, Ŝe jeszcze bardziej skuliła się na kanapie.
Równie nagle znalazła rozwiązanie. Rudzielec! PrzecieŜ moŜe zaprosić go na
kolację i umiejętnie rozegrać to spotkanie.
-
Proszę, nie mów ojcu o tym, co się dzisiaj wydarzyło
-
poprosiła wciąŜ
stojącą przy oknie Cherry.
-
Porozmawiam z nim później.
Twarz dziewczynki rozjaśniła się nieco. Nie był to jeszcze uśmiech, ale jego
nikła zapowiedź.
-
Mama wcale nie jest taka zła
-
wystąpiła w obronie Marie.
-
Tylko po prostu
powierzchowna i zazdrosna. Mam nadzieję, Ŝe mi wybaczysz.
Dopiero teraz Jane zrozumiała, co mogła przeŜywać biedna dziewczyna. Do
tej pory pochłaniały ją wyłącznie własne problemy.
-
AleŜ nie mam ci czego wybaczać
-
powiedziała.
Twarz Cherry znowu rozjaśniła się i tym razem był to juŜ uśmiech. Delikatny i
blady, ale uśmiech.
-
Więc ciągle jestem twoją przyjaciółką?
-
Oczywiście.
-
Dzięki Bogu!
-
Cherry odetchnęła z ulgą.
-
A juŜ się bałam, Ŝe wszystko
skończone.
Jane wstała, podeszła do Cherry i objęła ją. Teraz, kiedy juŜ opadły emocje,
cierpiała znacznie mniej.
-
Co ty opowiadasz?! Wszystko będzie po staremu. Tylko, widzisz…
-
spuściła wzrok
-
mam wraŜenie, Ŝe nie pasuję do twojego ojca. Wychowałam się na
ranczu. Nie mogłabym Ŝyć bez koni i świeŜego powietrza.
-
AleŜ tata teŜ się wychował na ranczu
-
stwierdziła Cherry.
-
Jego rodzina
pochodzi z Wyoming.
Jane poklepała ją po ramieniu.
-
Jednak teraz go to juŜ nie interesuje. Ma na głowie inne sprawy. Zresztą
widzisz
-
Jane westchnęła
-
ja i doktor Coltrain znamy się od dziecka. Dorastaliśmy tu
razem. I wydaje nam się, Ŝe do siebie pasujemy. Zaprosiłam go zresztą dzisiaj na
kolację
-
skłamała na koniec.
-
Nic mi nie mówiłaś!
-
PrzecieŜ nie wiedziałam, Ŝe dzisiaj przyjedziesz
-
odparowała Jane.
Wypadło to na tyle przekonująco, Ŝe Cherry juŜ nie nalegała na wyjaśnienia.
Rzeczywiście była tu niespodziewanym gościem. Gdyby nie przyjęcie, w dalszym
ciągu znajdowałaby się w Victorii.
-
Jeśli chcesz, moŜesz zjeść z nami kolację
-
dodała Jane i z ulgą stwierdziła,
Ŝ
e Cherry nie ma na to najmniejszej ochoty.
-
Pewnie pojedziemy gdzieś z tatą
-
powiedziała.
Jane nie protestowała.
-
Naprawdę ci na nim nie zaleŜy?
-
spytała Cherry z Ŝałosną miną.
-
No cóŜ, jest bardzo miły
-
odparła Jane.
-
A poza tym tak wiele mu
zawdzięczam.
Ostatnie zdanie sprawiło, Ŝe Cherry źle się poczuła. Zdobyła się jednak na
uśmiech. Potem szybko poŜegnała się i poszła do swojego pokoju.
Gdy tylko wyszła, Jane wybuchnęła płaczem. Nie mogła powstrzymać się
nawet wówczas, kiedy do pokoju weszła Meg z herbatą i ciasteczkami.
-
Jesteś sama?
-
spytała.
-
A gdzie, do licha, są goście? JuŜ pojechali?
W odpowiedzi Jane jeszcze bardziej zaniosła się płaczem.
-
Cherry teŜ była jakaś nieswoja. Widziałam ją, jak biegła do domku
-
powiedziała Meg.
-
Co się tutaj, u licha, stało?
-
Wszystko
-
odparła zwięźle Jane.
-
Ten drań! Ten wąŜ z płową czupryną.
Jakkolwiek wyobraŜenie sobie węŜa z płową czupryną przekraczało
moŜliwości Meg, to jednak zaraz domyśliła się, o kim mowa.
-
Chodzi ci o Todda? Oszukał cię? A wydawało się, Ŝe jest takim dobrym
księgowym!
-
Wcale nie jest księgowym!
-
zawołała Jane i znowu wybuchnęła płaczem.
Meg załamała ręce. Stanęła jej przed oczami wizja całkowitego bankructwa
rancza, a kto wie, moŜe nawet i długów.
-
Co ty powiesz! A tak mu dobrze z oczu patrzyło! Więc oszukał nas?
-
Nie nas, tylko mnie
-
odpowiedziała Jane.
-
Todd jest właścicielem
olbrzymiej firmy komputerowej i multimilionerem.
Meg najpierw stanęła jak wryta, a potem wybuchnęła śmiechem.
-
Daj spokój! Nie nabijaj się ze starej kobiety!
Zaskoczona jej reakcją Jane przestała płakać, chociaŜ na policzkach wciąŜ
miała ślady łez.
-
Wcale cię nie nabieram
-
powiedziała z urazą w głosie.
-
Ma w domu rollsa i
ferrari.
Meg pokręciła przecząco głową.
-
To niemoŜliwe. Widziałaś, jak jadł moje kluski? AŜ mu się uszy trzęsły!
Jane westchnęła poirytowana tą dziwną argumentacją.
-
Powiedziała mi o tym matka Cherry. Zresztą Cherry to potwierdziła, choć
początkowo nie chciała tego zrobić.
Meg była juŜ mniej pewna siebie.
-
To po co zatrudniałby się jako księgowy?
-
rzuciła w jej stronę.
Jane zaczerpnęła głęboko powietrza. Poczuła, Ŝe znów zbiera jej się na płacz.
-
Z litości
-
odparła.
-
Z litości dla kaleki. Teraz przestało mnie juŜ dziwić to,
Ŝ
e dostałam tę poŜyczkę z banku.
Gospodyni pogłaskała ją po ramieniu.
-
Nie przejmuj się tym wszystkim
-
powiedziała.
-
Todd to Todd. Z pieniędzmi
czy bez.
-
Tak, tyle Ŝe nie będzie teraz wiedział, czy chodzi mi o niego, czy o jego
pieniądze
-
ciągnęła Jane płaczliwym głosem.
-
Jego Ŝona mówiła, Ŝe piszą o nim w
róŜnych gazetach poświęconych gospodarce. Nie czytam ich, ale Todd moŜe o tym
nie wiedzieć.
Meg pokiwała głową. Dopiero teraz pojęła złoŜoność całej sytuacji.
-
Rozumiem
-
mruknęła.
-
To jednak nie potrwa długo
-
stwierdziła Jane.
-
Mam zamiar radykalnie
zmienić całą sytuację.
-
Jak?
-
Z pomocą Rudzielca
-
odparła Jane.
-
Todd od dawna jest o niego zazdrosny.
NajwyŜszy czas, Ŝeby znalazł ku temu powody. Zaproszę go dzisiaj na kolację,
Ŝ
ebyśmy mogli wszystko uzgodnić.
Gospodyni wpadła w popłoch.
-
Tylko nie to!
-
zaprotestowała.
-
Coltrain zasługuje na coś więcej.
-
Oczywiście
-
zgodziła się z nią Jane.
-
Wszystko odbędzie się na niby. Tylko
po to, Ŝeby spławić Burke'a
-
dodała.
-
Tylko Ŝeby Coltrain nie czuł się w tej roli fatalnie
-
przestrzegła ją Meg.
-
Nie będzie
-
powiedziała z całą mocą Jane.
W odróŜnieniu ode mnie, dodała w duchu.
Tak jak sądziła, Rudzielec zgodził się przyjść na kolację. Miał, co prawda,
dyŜur, więc wziął ze sobą pager, za pomocą którego moŜna go było w razie czego
przywołać. Jane miała mało czasu, dlatego upiekła kurczaka i zrobiła sałatkę
warzywną. Więcej czasu poświęciła swojej osobie. Umalowała się nawet i elegancko
ubrała. Nie chciała, Ŝeby Rudzielec zauwaŜył, co się z nią działo. Nic jednak nie
potrafiło zamaskować smutku, który widniał w jej oczach.
-
Czy to naprawdę takie waŜne, Ŝe on ma pieniądze?
-
spytał Coltrain, kiedy
siedzieli przy kawie.
-
Tak. Zwłaszcza jeśli będzie myślał, Ŝe mi na nich zaleŜy
-
odparła.
-
A to juŜ jego problem. MoŜe pozwolisz mu, Ŝeby sam sobie z tym poradził?
-
Niby dlaczego?
-
Bo on cię kocha, idiotko! Powinnaś dać mu jakąś szansę
-
powiedział
Rudzielec.
-
Ten twój plan wcale mi się nie podoba.
-
Nie mam lepszego. Po co się maskował? Odpłacę mu pięknym za nadobne.
Coltrain patrzył przez chwilę na jej rozpłomienioną twarz. Nie chciał
dopuścić, by zrobiła coś, czego później będzie Ŝałować.
-
Pewnie sprawiało mu przyjemność, Ŝe pragniesz go dla niego samego
-
stwierdził.
-
Milionerzy nieczęsto mogą mieć taką pewność.
-
On teŜ nie.
-
Dlaczego?
-
PoniewaŜ mogłam o nim gdzieś przeczytać albo usłyszeć, a potem grać
naiwną gęś.
Rudzielec juŜ chciał jej coś odpowiedzieć, lecz w tym momencie otworzyły się
drzwi i do środka wszedł Todd. Miał na sobie szary dwurzędowy garnitur, na nogach
szyte na miarę buty. Spojrzał najpierw na nich, a następnie na swojego rolexa. Na
lewej ręce miał sygnet z diamentem zdolnym oślepić konia. Dopiero teraz wyglądał
na tego, kim był naprawdę
-
na przemysłowego potentata.
-
Właśnie miałem zebranie, kiedy pani Emory poinformowała mnie o tym, co
się stało
-
wyjaśnił, wskazując strój.
-
Znam juŜ wersję Marie i chciałbym usłyszeć
twoją
-
zwrócił się do Jane.
Coltrain chrząknął, Ŝeby przypomnieć o swoim istnieniu. Todd spojrzał na
niego swoimi stalowoszarymi oczami.
-
Widzę, Ŝe jecie kolację
-
mruknął.
-
I domyślam się z jakiej okazji.
Rudzielec aŜ otworzył usta. Ten Burke był znacznie sprytniejszy, niŜ
przypuszczał.
-
MoŜe byśmy więc tak po prostu powiedzieli sobie prawdę
-
zaproponował.
-
Bez Ŝadnych planów, rozgrywek czy udawania.
-
Posłał Jane znaczące spojrzenie.
-
Co wy na to? Zacznijmy od tego, czy dobrze się pan bawił kosztem Jane?
-
zwrócił
się do Todda.
-
Bawił? To chyba nie jest właściwe słowo. Pracowałem jak wół, zaniedbując
bardzo waŜne sprawy firmy.
-
Ale dlaczego?
-
nie wytrzymała Jane.
-
Bo było mi cię Ŝal. Mogłaś przecieŜ wszystko stracić mimo uporu i wielkiego
hartu ducha.
-
Mogłeś powiedzieć prawdę!
-
Po co? Byłoby ci lŜej?
-
spytał Todd.
-
Chciałem ci po prostu pomóc stanąć
na nogi.
-
Ale teraz juŜ poradzę sobie sama. Nie potrzebuję niczyjej pomocy!
-
Oczywiście
-
zgodził się.
-
Wszystko juŜ jest dopracowane. I tak byś sobie
poradziła, gdybyś znalazła przyzwoitego księgowego.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Jane patrzyła na Todda, a on na nią lub na
Rudzielca. Czas płynął wolno. śadne z nich nie wiedziało, co począć.
-
Tak, hm, no cóŜ…
-
zaczął Coltrain, który najwyraźniej przyjął rolę
mediatora.
Jednak Jane nie pozwoliła mu skończyć.
-
Co masz zamiar teraz robić?
-
spytała Todda, chcąc zakończyć całą sprawę.
-
Będę musiał zająć się swoją firmą
-
odpowiedział, nie patrząc jej w oczy.
-
Poza tym Cherry musi wrócić do szkoły. Moja córka naprawdę wiele ci zawdzięcza.
Ma teraz nawet szansę na rodeo.
Jane pokiwała głową.
-
Tak, Cherry zawsze będzie moją przyjaciółką.
-
Cherry, a ja nie?
-
Jestem ci głęboko wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobiłeś
-
powiedziała
drętwym głosem.
Todd chwycił ją za rękę.
-
AleŜ Jane!
-
Czy mam wyjść?
-
spytał Rudzielec, który najwyraźniej czuł się niezręcznie
w tej sytuacji.
-
Ani mi się waŜ!
-
krzyknęła Jane, wyrywając dłoń z niedźwiedziego uścisku
Todda.
-
Boisz się mnie
-
powiedział oskarŜycielskim tonem Todd.
-
Nie mam juŜ nic więcej do powiedzenia
-
stwierdziła.
-
Poza "Ŝegnaj".
Todd zwiesił smętnie głowę.
-
Cherry będzie przykro.
Usta Jane skrzywiły się w podkówkę. Po chwili jednak opanowała Ŝal.
-
Tak, wiem
-
powiedziała.
-
Mnie teŜ jest przykro.
Todd wstał i wyciągnął ku niej rękę. Skinął teŜ głową Coltrainowi.
-
Jestem głęboko wdzięczna za wszystko.
-
Za wszystko?
-
powtórzył głębokim, pełnym podtekstów tonem.
Jane zaczerwieniła się i chyba właśnie o to mu chodziło. Raz jeszcze skinął im
głową i wyszedł. Rudzielec patrzył na nią z niedowierzaniem.
-
Ty idiotko! Czy duma jest dla ciebie waŜniejsza niŜ uczucie? Do końca Ŝycia
będziesz Ŝałowała tego, Ŝe nie pozwoliłaś mu wszystkiego powiedzieć.
-
Wiem, co ma do powiedzenia
-
Ŝ
achnęła się Jane.
-
To nadęty, samolubny
głupek.
-
Wydawało mi się, Ŝe mu na tobie zaleŜy.
Jane ukryła twarz w dłoniach, Ŝeby nie widział jej miny. Coś jej mówiło, Ŝe
nie wygląda teraz najlepiej. Przez chwilę walczyła z chęcią rozpłakania się na dobre, a
w końcu bąknęła:
-
W dodatku głupek z pieniędzmi.
-
Pieniądze to nie wszystko
-
rzucił Coltrain, który nie bardzo wiedział, co
zrobić z rękami. Najchętniej objąłby przyjaciółkę, Ŝeby ją jakoś pocieszyć.
-
Tak. Dla kogoś, kto je ma.
-
Posłuchaj, on teŜ jest dumny
-
Coltrain wrócił do właściwego tematu
rozmowy.
-
Jeśli pozwolisz mu teraz odejść, to juŜ do ciebie nie wróci.
-
Wcale tego nie chcę.
-
Chcesz!
-
Nie chcę!
Mogli się tak spierać przez najbliŜszą godzinę. Rudzielec westchnął i podniósł
się z miejsca. Niestety, nic nie udało mu się wskórać. Jane potrafiła być uparta jak
osioł.
-
Pójdę juŜ
-
rzucił.
Skinęła głową.
-
Dzięki, Ŝe przyszedłeś. Nie poradziłabym sobie bez ciebie.
-
I tak sobie nie poradziłaś
-
powiedział, czyniąc ostatni wysiłek, by jakoś do
niej przemówić.
-
Kłóciłaś się z nim tylko, zamiast po prostu porozmawiać. A teraz
zostaniesz sama.
Wzruszyła ramionami.
-
To nic nowego.
-
Twój ojciec chciałby, Ŝebyś była szczęśliwa.
-
Ale nie za wszelką cenę. Todd nie jest facetem, który mógłby się oŜenić z
dziewczyną ze wsi. Nie wiedziałabym nawet, jak się zachować w towarzystwie.
Z kolei Rudzielec wzruszył ramionami.
-
Wszystkiego moŜna się nauczyć
-
stwierdził i spojrzał na zegarek.
-
Ojej,
jestem spóźniony. No, trzymaj się. Pędzę na obchód.
PoŜegnała go, a następnie wyszła na ganek, Ŝeby zobaczyć, jak odjeŜdŜa. Po
chwili zauwaŜyła, Ŝe Todd i Cherry skończyli juŜ pakowanie i zabrali się do
przenoszenia bagaŜy do samochodu. Rzeczywiście był to rolls. Jane ukryła się w
bawialni i wyjrzała zza zasłonki. Pojechali. Dom wydawał się teraz znacznie bardziej
pusty niŜ kiedykolwiek.
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
ś
ycie bez Todda i Cherry stało się nudne i męczące, ale ranczo kwitło. Jane
ś
wietnie sobie radziła ze sprawami organizacyjnymi. Odkryła w sobie talenty, o
których istnieniu nawet nie wiedziała. Zwykle to ojciec zajmował się całym ranczem.
Teraz prowadziła rozmowy z hodowcami, podpisywała umowy, zamieszczała
ogłoszenia w pismach poświęconych hodowli koni i jeździła na aukcje. Nawet Tim
był zdziwiony, skąd bierze tyle energii.
Reklama ubrań równieŜ szła znakomicie. Firma zdecydowała się w końcu na
krótki film dla telewizji. Po pierwszych projekcjach sprzedaŜ wzrosła dwukrotnie.
Okazało się teŜ, Ŝe pomogło to jej w interesach. Mogła teraz liczyć na współpracę
najlepszych hodowców. Stała się popularna, Ŝeby nie powiedzieć: sławna.
Uruchomiony przez Todda mechanizm sam się napędzał i pozwalał liczyć na sukcesy
w przyszłości.
Jednak Jane, mimo licznych spotkań i zajęć, prowadziła samotne Ŝycie. Nie
mogła teŜ jeździć konno. Pierwsza powaŜna próba zakończyła się kompletnym
fiaskiem. Musiała później przeleŜeć tydzień w łóŜku, kurując zbolały kręgosłup. Ale
to właśnie wtedy zapisała się na korespondencyjny kurs księgowości, dzięki któremu
udało jej się nauczyć prowadzenia ksiąg rachunkowych. Sprawę ułatwiło to, Ŝe Todd
pozostawił wszystko w idealnym porządku.
Czasami myślała o nim. Zastanawiała się, czy jest zadowolony z tego, Ŝe
wrócił do swojej firmy.
Todd być moŜe był zadowolony, ale większość jego pracowników nie. Od
swojego powrotu stał się uszczypliwy i nieprzyjemny. Nic mu sienie podobało.
Wszyscy pracowali zbyt wolno. W dziale projektów nie wymyślono niczego
sensownego, a w kaŜdym razie niczego, co by mu się podobało. Programiści nie
troszczyli się o sprzęt, a zwłaszcza dyskietki, które kładziono często tuŜ obok kawy.
Na argumenty, Ŝe przecieŜ zawsze tak było, Todd zaciskał tylko gniewnie usta. Nawet
jego nieoceniona sekretarka, pani Emory, podpadła mu, kiedy nie potrafiła znaleźć
jakiegoś dokumentu w ciągu piętnastu sekund. Jednym słowem
-
wszystko było źle.
Wcale nie lepiej przedstawiała się sytuacja w domu. Cherry, która po raz
pierwszy miała pójść do normalnej szkoły bez internatu, nie wiedziała juŜ, czy
powinna się z tego cieszyć. Ojcu nie podobały się jej stroje, muzyka, której słuchała, a
takŜe oglądane przez nią filmy. Doszło do tego, Ŝe Todd po emisji jakiegoś filmu
zadzwonił do lokalnej stacji telewizyjnej i ostro nawymyślał któremuś z redaktorów.
Gdyby mu chociaŜ ulŜyło!
Cherry znosiła to wszystko spokojne. Jednak kiedy ojciec zabronił jej
kupowania magazynu poświęconego koniom, tylko dlatego, Ŝe ukazał się w nim
artykuł o Jane, nie wytrzymała i powiedziała, co o tym sądzi.
-
Wiesz, tato, zrobiłeś się ostatnio potwornie zgryźliwy
-
stwierdziła.
-
Ludzie
boją się do ciebie podchodzić.
Spojrzał na nią znad stron Wall Street Journal. Wyglądał na zaskoczonego tą
wiadomością.
-
Naprawdę? Boją się mnie? Chyba trochę przesadzasz. Wcale nie jestem
zgryźliwy.
Cherry odchrząknęła.
-
To bardzo łagodne określenie
-
powiedziała.
-
Pani Emory uŜyła znacznie
dosadniejszego, kiedy po raz czwarty kazałeś jej przepisać list z powodu zbyt małego
marginesu. Czy rzeczywiście musiałeś go mierzyć linijką? A znowu Chris powiedział,
Ŝ
e zniszczyłeś jego nowy program. Dobrze, Ŝe miał go na twardym dysku.
Todd wzruszył ramionami, a następnie odłoŜył gazetę, której i tak juŜ nie
czytał.
-
To nie moja wina, Ŝe wszyscy oduczyli się pracować. Mogę przecieŜ
oczekiwać odrobiny zaangaŜowania od moich pracowników! A jeśli idzie o to pismo,
to…
-
Todd poczuł, Ŝe się zapędził.
-
Właśnie! Widziałeś zdjęcie Jane? Była na rozkładówce! Wyglądała
naprawdę świetnie!
-
Nie zauwaŜyłem.
-
Naprawdę? Wydawało mi się, Ŝe widziałam to pismo na twoim biurku. A
było tam naprawdę duŜe jej zdjęcie.
Todd sięgnął po "Wall Street Journal" i otworzył go ostentacyjnie.
-
Czy nie zadano ci jakiejś pracy domowej? Jak oni was uczą w tej szkole?
-
Tato, przecieŜ szkoła się jeszcze nie zaczęła!
Brwi Todda powędrowały w górę.
-
Naprawdę?
-
Mógłbyś do niej zadzwonić, wiesz
-
rzuciła jakby od niechcenia Cherry.
-
Do szkoły? Po co?
-
Miałam na myśli Jane.
Todd skrzywił się, jakby mu zaproponowała wspólny mord albo coś równie
odpychającego.
-
Do niej?! Po co?! PrzecieŜ dała mi kosza!
-
CzyŜbyś myślał o tym, Ŝeby się z nią oŜenić?
-
spytała drŜącym głosem.
-
Jane byłaby znakomitą matką.
Todd pokręcił głową.
-
Teraz i tak za mnie nie wyjdzie. Wyraźnie mi to powiedziała. A poza tym ty
masz juŜ matkę
-
dodał po chwili namysłu.
Córka wzniosła oczy do góry.
-
Nie wiem, czy zauwaŜyłeś, Ŝe ostatnio nie rozmawiamy ze sobą. To z
powodu Jane.
Todd ponownie odłoŜył gazetę i podszedł do córki. Jego cięŜka dłoń spoczęła
na jej ramieniu.
-
Ja teŜ zrobiłem jej awanturę
-
powiedział.
Cherry spojrzała błagalnie w jego oczy.
-
Zadzwoń do Jane, tato. PrzecieŜ ona szaleje za tobą, a ty… za nią.
-
Nic z tego
-
uciął krótko Todd.
-
Jane wyjdzie pewnie za tego
płomiennowłosego doktora i będą mieli mnóstwo małych rudzielców.
Cherry pokręciła głową.
-
Tak kiepsko ją znasz? No nic, widzę, Ŝe wolisz męczyć siebie oraz innych i
doprowadzić swoich pracowników do choroby nerwowej lub alkoholowej.
-
Nikt z moich ludzi nie pije
-
warknął.
-
Chris się upił. Po raz pierwszy w Ŝyciu. Po tym, jak potraktowałeś jego nowy
program
-
poinformowała go.
-
Mówi, Ŝe wyjedzie do Kalifornii, Ŝeby stworzyć
program wirtualny dla źle traktowanych pracowników. Będą oni mogli dręczyć
swoich szefów, a nawet ich zabijać.
-
Uuu! Złośliwy chłopak!
-
mruknął Todd.
-
Będę mu chyba musiał dać
podwyŜkę, bo inaczej rzeczywiście to zrobi.
Cherry uśmiechnęła się, zachęcona powrotem ojcowskiego dobrego humoru.
-
A co z Jane?
-
spytała odwaŜnie.
Todd znowu stał się ponury.
-
Nawet mi o niej nie wspominaj!
-
Tak, ona teŜ uwaŜała, Ŝe nie jest dla ciebie dość dobra.
-
Co takiego?
-
Todd spojrzał z ukosa na córkę.
-
Kiedy mama powiedziała jej o firmie i rollsie, zrobiła się biała jak papier.
Mama przekonała ją, Ŝe nie nadaje się na Ŝonę milionera.
-
Jak śmiała!
-
wrzasnął Todd.
-
Jane nadaje się do tego bardziej niŜ ona sama!
-
Nikt jej tego nie powiedział
-
ciągnęła z niewinną minką Cherry.
-
Pewnie
ciągle uwaŜa, Ŝe jest gorsza.
-
Niby dlaczego?
-
mruknął Todd.
-
No cóŜ, skończyła tylko średnią szkołę.
-
Tak jak ja.
-
Poza tym nie wiedziałaby, jak się zachować na przyjęciu.
-
Cherry zagięła
drugi palec.
-
Wiesz, jak nie znoszę przyjęć i tych wszystkich wypindrzonych paniuś z ich
widelczykami, łyŜeczkami i nie wiadomo czym.
-
Jane ma powaŜne podejście do Ŝycia. Chce je ułoŜyć raz na zawsze.
-
A ja? Myślisz, Ŝe ja nie mam? Bardzo powaŜnie potraktowałem swój
związek z twoją matką. No ale cóŜ, Jane jest inna
-
naszła go nagła refleksja.
-
Właśnie. I po namyśle muszę stwierdzić, Ŝe moŜe jednak zdecyduje się na
związek z doktorem Coltrainem
-
oświadczyła z niewinną minką Cherry.
-
PrzecieŜ go nie kocha!
-
odparował Todd.
-
Miłość to nie wszystko. Jane musi myśleć o przyszłości. Doktor Coltrain to
powaŜny partner. A poza tym szaleje za nią.
-
Cherry!
-
AleŜ tato, przecieŜ wcale nie zamierzasz się z nią Ŝenić. Więc nie powinno
cię to martwić.
-
I nie martwi!
-
warknął Todd.
-
Jak cholera!
Cherry spojrzała na niego uwaŜnie.
-
A moŜe jednak?
Wahał się przez chwilę. Przez chwilę miał zamiar skarcić córkę, ale w końcu z
cięŜkim westchnieniem zagłębił się w fotelu.
-
No dobrze, a jeśli nawet? Nie sądzę, Ŝeby Jane chciała ze mną teraz
rozmawiać.
Dziewczynka zaczęła się zastanawiać. Niestety, ojciec miał rację. Jane nie
będzie odbierać telefonów od Todda, a kiedy ten przyjedzie na ranczo. zwieje gdzie
pieprz rośnie. Cherry poznała dobrze reakcje przyjaciółki.
-
Wiem! Rodeo!
-
wykrzyknęła olśniona nagłą myślą.
-
Jane na pewno
przyjedzie, Ŝeby mnie zobaczyć.
Todd zasępił się i potarł zmarszczone czoło. Córka z pewnością miała rację.
-
Na pewno się przebierze
-
powiedział głosem pełnym zwątpienia.
-
A poza
tym usiądzie gdzieś w tylnych rzędach. Nie wypatrzymy jej.
-
Mógłbyś poprosić Chrisa, Ŝeby ją odszukał
-
rzuciła Cherry.
-
Na pewno to
zrobi.
-
Coś ty!
-
Ŝ
achnął się Todd.
-
JuŜ raczej będzie mnie przypiekał ogniem w
przestrzeni wirtualnej.
-
AleŜ tato, po podwyŜce?
Oboje roześmieli się głośno. Todd śmiał się trochę z siebie. Nie od dziś dawał
się córce wodzić za nos. Cherry natomiast śmiała się z radości. Z ulgą stwierdziła, Ŝe
ojciec bez zbędnych sporów przystał na jej plan.
-
Dobrze, porozmawiam z nią
-
powiedział w końcu Todd.
-
Ale co potem?
-
A potem będziemy Ŝyć długo i szczęśliwie.
-
Ciekawe, którzy długo, a którzy szczęśliwie
-
mruknął pod nosem Todd.
Zrobił to jednak bez przekonania. Pomysł Cherry wydawał mu się coraz bardziej
kuszący.
Tego dnia, kiedy Cherry miała wystąpić na rodeo w Victorii, Meg
przygotowała lekki lunch. Mimo to Jane prawie go nie tknęła. Siedziała przy stole,
dłubiąc widelcem w ryŜu.
-
To co? Pojedziesz w końcu na występ swojej uczennicy?
-
spytał Tim
gderliwym tonem, który miał zamaskować troskę.
Jane pokręciła głową.
-
Nie. Bo on tam będzie.
-
Oczywiście, przecieŜ jest jej ojcem.
Jane odsunęła od siebie kawałek marchewki unurzany poprzednio w sosie.
-
Chciałabym ją zobaczyć, ale nie mogę ryzykować spotkania
-
powiedziała.
-
Mogłabyś włoŜyć szal na głowę i okulary słoneczne
-
podpowiedziała jej
Meg.
-
Na pewno cię nie pozna. Aha, i sukienkę. PrzecieŜ nigdy nie nosisz sukienek.
Jane zastanawiała się nad tym przez chwilę. Tak, mogłaby się przebrać. I
usiąść w tylnym rzędzie. Todd na pewno będzie chciał obejrzeć Cherry z bliska.
-
MoŜe rzeczywiście pojadę
-
stwierdziła po pełnej napięcia chwili.
-
Tam
będzie cały tłum. Zresztą nie sądzę, Ŝeby w ogóle chciał mnie spotkać.
-
Jasne, Ŝe by chciał!
-
krzyknął Tim, ale w tym samym momencie Ŝonę
kopnęła go pod stołem w kostkę.
-
Au!
-
jęknął.
-
To jest, chciałem powiedzieć, na pewno by nie chciał. W
ogóle nawet by na ciebie nie spojrzał. No bo po co?
Usta Jane wykrzywiły się w podkówkę, a noga Meg jeszcze raz wylądowała na
obolałej kostce męŜa. Tim jęknął, a potem zamilkł na dobre.
-
Dobrze, pojadę
-
zawyrokowała w końcu Jane.
WłoŜyła prostą biało
-
zieloną sukienkę, sandały, a następnie związała włosy i
ukryła je pod szeroką przepaską zrobioną nie z szalika, lecz z chustki. Potem
przymierzyła ciemne okulary.
-
I jak?
-
spytała.
Meg skinęła z aprobatą głową. Jednocześnie starała się zapamiętać wszystkie
szczegóły stroju, Ŝeby móc przekazać je Cherry przez telefon.
-
Znakomicie. Na pewno nikt cię nie rozpozna.
Jane uśmiechnęła się juŜ nieco pewniej.
-
TeŜ tak pomyślałam, jak zobaczyłam siebie w lustrze
-
powiedziała.
-
Wyglądam zupełnie inaczej. Nawet czuję się jakoś dziwnie.
Jane była skłonna przypisywać zmianę w swoim nastroju nowemu ubraniu.
Nawet jej do głowy nie przyszło, Ŝe moŜe to być spowodowane czymś innym. Na
przykład perspektywą spotkania z Toddem.
WyjeŜdŜając do Victorii, zastanawiała się nad skomplikowanymi kolejami
losu. Wiedziała, Ŝe musi unikać Todda, a jednocześnie Cherry pozostała jej
przyjaciółką. Pisywały nawet do siebie, z tym Ŝe Ŝadna nie wspominała ani słowem o
Toddzie.
Kiedy przyjechali na rodeo, skończyły się właśnie wstępne uroczystości. Z
trudem udało im się znaleźć miejsce na parkingu, a następnie przeszli w stronę
stadionu. Tim kupił bilety. Jane usadowiła się w jednej z ostatnich ławek w obawie,
Ŝ
e towarzystwo Meg i Tima moŜe ją zdradzić. Od razu teŜ zauwaŜyła młodego
człowieka, który intensywnie się w nią wpatrywał. Niech lepiej uwaŜa. Jeśli będzie się
do niej przystawiał, spadnie z bardzo wysoka.
Próbowała skoncentrować się na zawodach, ale jakoś jej się to nie udawało.
Przez cały czas wypatrywała Todda gdzieś w pierwszych rzędach. W duchu mówiła
sobie, Ŝe to ze względów bezpieczeństwa.
Na początku występowali męŜczyźni, próbujący sił w ujeŜdŜaniu i rzucaniu
lassem. Potem kobiety. Potem znów męŜczyźni. Jane nawet nie widziała tego, co
działo się na placyku. Wręczono pierwsze nagrody i ogłoszono występy juniorek.
Cherry miała jechać jako czwarta. Jane przestała rozglądać się dokoła i zaczęła
ś
ledzić przejazdy. Pierwsza dziewczyna była dobra, ale zdenerwowana. Nic
dziwnego, przecieŜ to Ŝadna przyjemność otwierać zawody. Druga pojechała słabo,
ale za to trzecia wypadła rewelacyjnie. W końcu padło nazwisko Burke. Jane
zacisnęła dłonie. Krew zaczęła jej Ŝywiej krąŜyć w Ŝyłach. Cała oblała się rumieńcem.
Wystarczył tylko rzut oka na prosto trzymającą się w siodle zawodniczkę, Ŝeby moŜna
było stwierdzić, iŜ Cherry jest dzisiaj nie do pobicia. Jane aŜ gwizdnęła. Jej skołatane
nerwy uspokoiły się i juŜ spokojnie obejrzała cały występ. Nawet gdyby Cherry nie
wygrała, to i tak odniosła wielki sukces.
Jednak sędziowie teŜ mieli oczy. Ogłoszono wyniki. Cherry była najlepsza.
Jane zapiekły powieki. Czuła się tak, jakby była matką dziewczyny. Jakiś męŜczyzna
podszedł do Cherry i wziął ją w ramiona. Todd!!! Kiedyś Jane teŜ była w jego
ramionach. I ją teŜ przytulał tak czule i serdecznie.
Uznała, Ŝe juŜ czas wracać do domu. Wstała i zaczęła się przeciskać do miejsc
zajmowanych przez Tima i Meg. Nie było ich tam jednak. Być moŜe poszli
pogratulować Cherry, pomyślała Jane. Wiedziała, Ŝe ona się na to nie zdecyduje. Na
pewno nie przy Toddzie.
Westchnęła cięŜko i powlokła się noga za nogą do wyjścia. Postanowiła, Ŝe
zaczeka na swoich opiekunów w samochodzie. Dopiero na parkingu przypomniała
sobie, Ŝe nie ma kluczyków i będzie musiała sterczeć na zewnątrz. Zresztą, prawdę
mówiąc, miała problemy z odnalezieniem własnego auta. Nie zdarzyło jej się to nigdy
wcześniej. Zawsze miała dobrą pamięć do miejsc i przedmiotów. Kiedy tak stała
wśród samochodów, ktoś podszedł i chwycił ją za rękę.
Znała tę dłoń. Znała tego człowieka.
Todd bez słowa zaprowadził ją do czarnego ferrari. Tutaj się zatrzymali.
-
Zdejmij te cholerne ciemne okulary
-
powiedział.
-
PrzecieŜ słońce juŜ
zaszło.
Jane dosłownie zamurowało. Przez dłuŜszą chwilę nie mogła wydobyć z siebie
głosu.
-
S… skąd wiedziałeś?
-
MoŜna cię było poznać choćby po tych okularach
-
powiedział.
-
Jesteś
jedyną osobą, która nosi je o zmierzchu. Ale tak naprawdę, to Cherry uknuła spisek z
Timem i Meg.
-
Gdzie oni teraz są?
-
spytała poirytowana.
Todd otworzył drzwiczki i wskazał jej miejsce obok kierowcy.
-
W domu. Czekają na nas.
-
Spojrzał jej prosto w oczy.
-
Mogą sobie czekać.
Straciliśmy duŜo czasu, Jane, bardzo duŜo czasu.
Patrzyła na niego, niczego nie rozumiejąc. Wszystko działo się zbyt szybko.
-
Zaraz, chwileczkę
-
powiedziała, wciąŜ wahając się, czy wsiąść do
samochodu.
Todd pochylił się i ją pocałował. Jane dotknęła warg.
-
To… to nie moŜe się udać
-
szepnęła do siebie.
Jakimś cudem usłyszał jej głos.
-
To na pewno się uda, Jane. Pobierzemy się i będziemy mieli całą gromadę
dzieci. Tak, Ŝebyśmy mogli prowadzić rodzinne ranczo.
-
AleŜ ja nie jestem wykształcona
-
wyrwało jej się.
-
Ja teŜ.
-
Ani obyta towarzysko.
-
Podobnie jak ja
-
powiedział i popchnął ją lekko w stronę otwartych
drzwiczek.
-
Poza tym nie znoszę przyjęć.
-
ś
ebyś wiedziała, jak ja ich nienawidzę!
Zamknął drzwiczki i przeszedł na drugą stronę samochodu. Dzięki temu
zyskała trochę czasu. Niewiele jednak jej to dało. W dalszym ciągu nie wiedziała, co
robić.
-
Tęskniłem za tobą. A ty?
-
zapytał, sadowiąc się tuŜ obok.
Jane w końcu skapitulowała.
-
Bardzo
-
przyznała.
-
Nigdy w Ŝyciu nie czułam się tak samotna.
-
Zobaczysz, jak będzie nam dobrze! Z wyjątkiem tych chwil, kiedy będziemy
się kłócić. Zdaje się, Ŝe oboje jesteśmy uparci jak osły
-
naszła go nagła refleksja.
-
A
Cherry będzie najszczęśliwszą dziewczyną w Jacobsville
-
dodał po chwili.
-
W Jacobsville? Będziemy mieszkać w Jacobsville?
-
dopytywała się.
-
Jasne. PrzecieŜ nie skończyłem jeszcze pracy na ranczu.
-
Od razu wiedziałam, Ŝe chodzi ci o moje ranczo!
-
wykrzyknęła.
-
Ty
materialisto!
Todd uruchomił silnik. Nie ryczał on tak, jak w innych samochodach, ale
jednocześnie czuło się w nim olbrzymią moc. Te dźwięki przypominały pomruki
tygrysa. Ruszyli bez pisku opon, ale za to szybko. Jane pomyślała, Ŝe oto ziściły się
jej marzenia i sama była zaskoczona tym, Ŝe wszystko poszło tak gładko.
-
Tak przy okazji, powiedz, jak tam twoje ranczo. Pewnie wszystko podupada?
Jane roześmiała się, szczęśliwa, Ŝe moŜe pochwalić się sukcesem.
-
Wręcz przeciwnie
-
odparła.
-
Skończyłam kurs dla księgowych i nieźle sobie
radzę.
Todd spojrzał na nią z ukosa, Ŝeby sprawdzić, czy nie Ŝartuje. Była powaŜna.
-
No i co? Wcale nie było to takie trudne, prawda?
-
O BoŜe! Todd! Dokąd jedziemy?!
Skręcili właśnie z głównej drogi na jakiś leśny trakt. Samochód podskakiwał
na wybojach. Todd zredukował prędkość i spojrzał na nią z czułością.
-
Do domu
-
odparł.
-
Ale pomyślałem, Ŝe zrobimy sobie mały przystanek.
W drodze powrotnej zrobili jeszcze kilka takich "małych przystanków".
Pobrali się parę dni później. Tim i Meg byli świadkami, a podniecona Cherry
druhną. Była to cicha ceremonia. Nie zaprosili na nią nikogo. Być moŜe dlatego nie
mówiono o niej w Jacobsville. Toddowi nie zaleŜało na rozgłosie. Miał go juŜ dosyć.
A Jane, którą po telewizyjnych reklamach równieŜ proszono o autografy, podzielała
jego pogląd.
Po ślubie i weselnej kolacji wyjechali na krótki miesiąc miodowy na Jamajkę.
Nareszcie mogli być sami. Mieli do dyspozycji wspaniały, luksusowy apartament w
Montego Bay z nie mniej wspaniałym i luksusowym łóŜkiem. Todd chciał z niego
skorzystać, gdy tylko się tam zainstalowali.
-
Czy nie powinniśmy raczej pójść i obejrzeć ocean?
-
spytała Jane,
oddychając cięŜko, gdyŜ Todd zaczął ją całować w szyję.
-
Płacimy przecieŜ tak duŜo.
A to, co teraz robimy, moglibyśmy robić wszędzie.
-
No, niezupełnie
-
zaprotestował nowo poślubiony mąŜ, dotykając jej piersi.
Poczuła, Ŝe brakuje jej tchu.
-
Och, Todd
-
jęknęła.
-
To co? Idziemy?
-
spytał, odsuwając się trochę od niej. Chwyciła go mocno i
zaczęła całować. Po chwili byli juŜ zupełnie nadzy. Mimo klimatyzacji w pokoju było
ciepło, więc pościel nie była im potrzebna. Skorzystali natomiast z wielkiego,
podwójnego łoŜa.
-
Chyba nie musimy
-
szepnęła mu wprost do ucha.
LeŜeli przytuleni, całując się bez przerwy. Byli tak spragnieni siebie, Ŝe nie
zwaŜali na nic. Zapomnieli nawet sprawdzić, czy zamknęli drzwi. Dopiero po jakimś
czasie dotarło do Todda, Ŝe musi uwaŜać.
-
Nie boli?
-
spytał, czując pod sobą drobne ciało Jane.
Pokręciła głową. Jej jasne włosy przypominały złotą burzę na błękitnej
poduszce.
-
Nie. Czuję się coraz lepiej. Chodź do mnie.
-
Wyciągnęła ręce.
Toddowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Przywarł do niej i juŜ po
chwili tulił ja, pieszcząc plecy i pośladki.
-
Och, Todd! Tak ciebie pragnę!
Dotknął jej ud, a ona otworzyła się jak róŜa. Kochali się długo i namiętnie, w
zgodnym rytmie ciał. Nawet nie przypuszczali, Ŝe moŜe im być tak dobrze. Kochali
się bez wyrzutów sumienia, bez strachu, bez wzajemnych pretensji, wiedząc, Ŝe mają
przed sobą wspaniałą przyszłość. W końcu legli obok siebie na pościeli. Jane poczuła,
Ŝ
e łzy spływają jej po policzkach.
-
Mój BoŜe! Myślałam, Ŝe umrę.
-
Ze strachu?
-
Nie. Ze szczęścia
-
odpowiedziała, marszcząc brwi.
-
A ty się śmiałeś.
-
RównieŜ ze szczęścia.
-
Wobec tego moŜe spróbujemy jeszcze raz
-
zaproponowała, spuszczając
wzrok.
Todd przytulił ją znowu i zaczął pieścić. Jego ręce błądziły po jej ciele. Jednak
po chwili pomyślało nieszczęsnej chorobie swojej nowo poślubionej Ŝony.
-
A jak twoje plecy?
-
spytał, odsuwając się nieco od niej.
-
Nie bolą?
-
Wręcz przeciwnie. Mam wraŜenie, Ŝe działa to na mnie terapeutycznie.
Todd natychmiast znalazł się tuŜ obok niej.
-
Zatem musimy to powtórzyć.
Znowu się połączyli i tym razem było im jeszcze wspanialej. Jane krzyczała z
rozkoszy. Nigdy dotąd nie czuła się tak pełna. A Todd nigdy nie był tak zaspokojony.
Zasnęli. Dochodziła szósta i tego dnia nie zjedli kolacji. Spali prawie dziesięć
godzin i kiedy się obudzili, złote słońce opromieniało całą zatokę. Pierwszy otworzył
oczy Todd, ale Jane, jakby to wyczuwając, obudziła się zaraz po nim.
-
Mogliśmy przynajmniej zasłonić okno
-
powiedziała.
-
Dlaczego? Tak jest bardzo dobrze.
-
Patrzył na jej nagie ciało, a w jego
oczach widać było niekłamany zachwyt.
-
Bardzo długo spałam
-
stwierdziła, zerkając na zegarek.
-
Zresztą nic
dziwnego. Przed ślubem prawie nie zmruŜyłam oka. Bałam się, Ŝe twoja była Ŝona
znajdzie jakiś sposób, Ŝeby nam zepsuć uroczystość.
-
Niepotrzebnie
-
stwierdził Todd.
-
Widziałaś, jak Cherry sobie z nią
poradziła. Marie była potulna jak trusia. Moja córka powinna zostać psychiatrą, a nie
jakimś zwykłym lekarzem.
-
Chciałbyś tego?
-
O BoŜe, nie!
Oboje wybuchnęli śmiechem. Ich spojrzenia spotkały się, ale Jane szybko
spuściła wzrok.
-
Na szczęście teraz jakoś się dogadały
-
szepnęła.
-
Kto?
-
Todd zdąŜył juŜ zapomnieć, o czym przed chwilą rozmawiali.
-
Cherry i Marie
-
odparła.
-
Są w dobrej komitywie.
-
Aha
-
powiedział.
-
A my jesteśmy w najlepszej z moŜliwych.
Jane skinęła głową.
-
Kocham cię
-
szepnęła.
-
Ja teŜ cię kocham.
Nawet nie zauwaŜyli, kiedy zaczęli się całować. Jane zamknęła oczy.
Wyobraziła sobie wody oceanu, opływającego ich samotną wyspę. Wody oceanu
miłości.