background image
background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Wciąż padało. Kenna Dean powiesiła płaszcz 

przeciwdeszczowy na wieszaku stojącym opodal 

biurka. Na podłodze pojawiły się kałuże wody. 

Dziewczyna odgarnęła z czoła mokre włosy i ner­

wowo rozejrzała się po pomieszczeniu. Spóźniła się 

zaledwie dziesięć minut, lecz krótki spacer po desz­

czu wystarczył, aby jej nowe, zamszowe buty po­

kryły się błotem, a spódniczka poczęła przypominać 

mokrą ścierkę. Westchnęła ciężko. W sobotę wydała 

dość pokaźną sumę, aby zmienić swój codzienny 

wygląd. Tak bardzo chciała, żeby Denny Cole do­

strzegł w niej kobietę, a nie tylko sekretarkę po­

trafiącą zaparzyć niezłą kawę... Tymczasem lunął 

deszcz, autobus odjechał, nim zdążyła dobiec do 

przystanku, i musiała dotrzeć do biura na piechotę. 

Fatalnie zaczął się ten tydzień! 

Drzwi gabinetu stanęły otworem i w progu ukazała 

się młodzieńcza sylwetka Denny'ego. Mężczyzna 

uniósł brwi. Wyraźnie był rozbawiony. Kenna dosko­

nale zdawała sobie sprawę ze swego wyglądu. Wysoka, 

szczupła, obdarzona przez naturę niewielkim biustem, 

oklejona była w tej chwili przemoczonym ubraniem, 

które zdawało się podkreślać wszelkie wady figury. 

Poczuła, że tusz do rzęs poczyna spływać jej po 

policzkach. 

- Proszę bardzo. Może pan mówić bez skrępowa-

background image

6 BRYLANCIK 

nia. - Lekko wydęła pełne wargi pokryte różową 

szminką. - Wiem, że wyglądam jak klown. 

- Na szczęście jestem dżentelmenem - mruknął 

Cole. Uśmiechnął się szeroko, demonstrując olśniewa­

jąco białe zęby, wsunął ręce w kieszenie i podszedł 

bliżej. - Przynajmniej tak mi się wydaje. Co mamy dziś 

w programie? 

Oczywiście. Myślał wyłącznie o pracy. Nie zwracał 

uwagi na nic, nawet na koszmarny wygląd swej 

sekretarki. Kenna zaklęła w duchu. Gdyby wcześniej 

przewidziała reakcję szefa, zaoszczędziłaby sobie wy­

datków i rozczarowania. 

Sięgnęła po notatnik leżący w górnej szufladzie 

biurka i zaczęła przeglądać stronice. 

- O dziewiątej ma pan spotkanie z panią Baker 

w sprawie roszczeń majątkowych, o dziesiątej trzydzie­

ści rozprawę, a o czternastej trzydzieści spotkanie 

z sędzią Monroe. Czy to właśnie on ma poprowadzić 

proces Jamesa? 

Cole skinął głową. 

- W takim razie, jeśli rozprawa nie zakończy się 

przed czasem, spotkanie nie dojdzie do skutku. 

- Chyba żartujesz - parsknął Cole. - Henry nigdy 

mi tego nie wybaczy. Co mam do roboty wieczorem? 

- Nic. 

- Dzięki Bogu - westchnął z ulgą. - Najwyższy 

czas, żebym się umówił z Margo. Ciężko mi wytrzymać 

bez niej choćby pięć minut. 

Kenna zmusiła się do uśmiechu, choć wcale nie było 

jej wesoło. Przypomniała sobie ciemnowłosą i ciemno-

oką piękność, którą od dwóch miesięcy często widywa-

background image

BRYLANCIK " 7 

no w towarzystwie Cole'a. Sprawa wyglądała na 

poważną. Plotkowano nawet o rychłym małżeństwie. 

Kenna poczuła ucisk w piersiach. Minął już rok od 

czasu, gdy zapalała szczerym uczuciem do swego 

szefa... choć on potrafił docenić wyłącznie jej biegłość 

w sztuce maszynopisania. 

- Regan już przyszedł? - odezwał się Cole. 

Kenna drgnęła. Prawdę mówiąc, nie przepadała za 

starszym bratem Denny'ego. Odczuwała dziwny nie­

pokój na widok jego surowej twarzy i potężnej sylwe­

tki. Regan i Denny byli przyrodnimi braćmi i może to 

właśnie powodowało, że tak bardzo się różnili wy­

glądem i zachowaniem. Dziewczyna nie potrafiła 

zrozumieć, dlaczego Regan porzucił dochodową prak­

tykę adwokacką w Nowym Jorku i przyjechał do 

Atlanty. 

- Nigdzie go nie widziałam - zamruczała w od­

powiedzi. - Dopiero przyszłam i... 

- ...i z całą pewnością nie miałaś zamiaru go szukać 

-dokończył Cole. -Dlaczego w jego obecności stajesz 

się tak nerwowa? Gdy wchodzi, sprawiasz wrażenie, 

jakbyś próbowała się ukryć. 

Kenna poruszyła się niespokojnie. Posiadała dość 

temperamentu, aby uchodzić za osobę „z charak­

terem", lecz sam widok Regana wystarczał, że miała 

ochotę zaszyć się w ciemnym kącie, ewentualnie cisnąć 

popielniczką w tego ponurego mężczyznę. Co gorsza, 

Denny całkowicie polegał na opinii i doświadczeniu 

swego brata. Dziewczyna usiłowała więc uniknąć 

kłopotów i po prostu schodzić mu z drogi. 

- Ostatnio mam wiele pracy - powiedziała wymija-

background image

BRYLANCIK 

jąco. - Porządkuję kartotekę, piszę odwołania, zaba­

wiam niecierpliwych klientów... 

- Wiem, wiem - westchnął Cole. Przechylił głowę, 

przez co kosmyk jasnych włosów opadł mu na czoło. 
- Powiedz prawdę. Po prostu go nie lubisz. 

- W jego obecności czuję się nieco skrępowana 

- odpowiedziała z namysłem, tak dobierając słowa, 

aby nie urazić swego szefa. 

- Dlatego, że jest sławny? - spytał Denny. - Fakt, 

gdy Regąn pojawia się w Hollywood lub Nowym 

Jorku, dziennikarze mają co opisywać. Słyszałem, że 

kobiety lgną do niego niczym muchy do miodu. Nic 

dziwnego, ma spore dochody i potrafi być czarujący... 

Hm... Ciekawe, dlaczego nie przyjechał z Nowego 

Jorku ze swoją sekretarką? 

Przez chwilę zastanawiał się nad czymś. 

- Sandy była całkiem niezła... 

Spojrzał na stojącą przed nim dziewczynę. 

- To znaczy... Nie myśl, że ty... 

Na wargach Kenny pojawił się wątły uśmiech. 

- Może po prostu nie miała ochoty tu przyjechać 

- powiedziała. 

- Może.-Cole odwrócił się.-Jeśli pojawi się pani 

Baker, natychmiast przyślij ją do mnie. Odebrałaś 

pocztę? 

- Już biegnę - odparła pośpiesznie dziewczyna. 
- Zaparzyłaś kawę? - rzucił przez ramię. 

Oczywiście, zamruczała w duchu, poza tym wypas­

towałam podłogę, odkurzyłam meble, wytrzepałam 

dywany i pomalowałam drzwi wejściowe. Wszystko 

w przeciągu trzech minut. 

background image

BRYLANCIK 9 

- Jeszcze nie - odpowiedziała słodkim tonem. 

- Zrobię to zaraz po odebraniu listów, dobrze? 

Cole westchnął ciężko. 

- Nie każ mi zbyt długo czekać - wycedził i wszedł 

do swego gabinetu. 

- Mężczyźni... -jęknęła Kenna i ruszyła w stronę 

drzwi. W progu omal nie wpadła na Regana. 

Z trudem zmusiła się do zachowania spokoju. Brat 

Denny'ego wyglądał imponująco. Niewątpliwie samą 

posturą potrafił odstraszyć potencjalnego napastnika. 

Miał brązowe, prawie czarne oczy, które w chwilach 

złości potrafiły zamienić się w dwa sople lodu. Szeroką 

twarz szpecił dość duży nos, złamany co najmniej 

w dwóch miejscach. 

Kenna lekko zadrżała i szybko usunęła się w bok. 

Regana otaczała niepokojąca aura, ponura mina zdra­

dzała kwaśny humor. Kenny zresztą nigdy nie widziała 

uśmiechu na jego twarzy. 

- Spodziewam się ważnego listu z Nowego Jorku 

- powiedział oschłym tonem. - Proszę przynieść 
pocztę. 

Wszedł do swego gabinetu. Kenna przez chwilę 

wpatrywała się w zamknięte drzwi, po czym uklękła na 

dywanie i złożyła głęboki pokłon. Nim zdążyła pod­

nieść głowę, Regan ponownie ukazał się w progu. Na 

jego twarzy z wolna pojawił się wyraz zdziwienia. 

Kenna zerwała się z klęczek i usiłowała zapanować nad 

drżeniem kolan. 

- Chcę ci podyktować pewne oświadczenie, więc 

gdy wrócisz z listami, weź swój notatnik i przyjdź do 

mnie. - Głos Regana brzmiał niezwykle oficjalnie. 

background image

10 

BRYLANCIK 

- Jeśli masz zamiar wziąć udział w jakimś przed­

stawieniu, ćwicz raczej po godzinach pracy. 

Odwrócił się i trzasnął drzwiami. 

Za plecami dziewczyny rozległ się stłumiony chi­

chot. Kenna odwróciła głowę i zobaczyła Denny'ego, 

który był świadkiem całego przedstawienia. Przez 

chwilę patrzyli na siebie, po czym niemal równocześnie 

wypadli na korytarz i wybuchnęli głośnym śmiechem. 

- Wydawało mi się, że zemdlejesz, gdy Regan 

otworzył drzwi gabinetu -wykrztusił Denny. Oparł się 

plecami o ścianę. - Ale się ubawiłem! 

Kenna popatrzyła na niego z czułością. W niczym 

nie przypominał swego brata. 

- Nic nie poradzę, że mam taki charakter - powie­

działa. - Gdy słyszę rozkazy wydawane tonem zwycię­

skiego konkwistadora... 

- Regan zawsze był taki. Nauczyłem się w skupie­

niu słuchać jego poleceń, kiwać głową i robić swoje. 

W wielu wypadkach podobna metoda okazywała się 

najbardziej skuteczna. 

Spojrzał na dziewczynę. 

- Biedactwo... wiem, że przeżywasz trudne chwile. 

Nie mam pojęcia, dlaczego mój brat uparł się, abyśmy 

mieli wspólną sekretarkę... 

Policzki Kenny nagle pokryły się rumieńcem. 

- Nie ma sprawy - zamruczała. Dla Denny'ego 

była gotowa wykąpać się w jeziorze pełnym krokodyli. 

- Pójdę po listy, zanim jego lordowska mość powróci 

z biczem w dłoni. Potem zaparzę kawę. 

- Bez pośpiechu. - Cole mrugnął porozumiewaczo 

okiem. - Nie daj się zastraszyć. Prawdę mówiąc, Regan 

background image

BRYLANCIK 11 

nie jest tak groźny, na jakiego wygląda. Życie go nie 

rozpieszczało... 

Przerwał i stanął na baczność. 

- Głowa do góry, wciągnąć brzuch! - zakomen­

derował z akcentem brytyjskiego podoficera. - Zro­

zumiano, żołnierzu? 

Kenna zasalutowała. 

- Tak jest, sir! 

Odwróciła się i pobiegła w stronę windy. 

Godzinę później Denny wpadł do sekretariatu. 

W pośpiechu włożył płaszcz przeciwdeszczowy. 

- Znów się spóźnię - westchnął z uśmiechem. 

— Powinienem wrócić około wpół do czwartej. Jeśli 

będziesz musiała się ze mną skontaktować wcześniej, 

szukaj mnie w sądzie. 

- Oczywiście - obiecała. - Powodzenia. 
- Dzięki. Postaram się wypaść jak najlepiej. 

Och... odszukaj akta Myersa i zrób z nich kilka 

kopii. Przygotuj list... Coś w rodzaju: „Szanowny 

Panie Anderson, w załączeniu przesyłam odpis do­

kumentów dotyczących sprawy Myersa o ustalenie 

własności spornego terenu. Z najnowszych ustaleń 

wynika, że obszar, który został przeznaczony pod 

budowę parkingu, rzeczywiście znajduje się w rę­

kach prywatnych. Z niecierpliwością oczekuję na 

Pańską odpowiedź..." I tak dalej. Wszystko zro­

zumiałaś? 

Kenna zapisywała te polecenia na odwrocie koper­

ty, gdyż Cole jak zwykle nie czekał, aż sięgnie po 

notatnik. Skinęła głową. 

- Dobrze. 

background image

12 

BRYLANCIK 

- Trzymaj się, skarbie - zawołał przez ramię. 

W drzwiach przystanął na chwilę. 

- Jeśli zadzwoni Margo, powiedz jej, że będę czekał 

w umówionym miejscu o szóstej. Mam bilety na 

przedstawienie baletowe. 

Wyszedł. Kenna smutnym wzrokiem wpatrywała 

się w podłogę. Była rozżalona. Nienawidziła Margo, 

ponieważ Margo była zbyt piękna. Ognista Argentyn­

ka o kruczoczarnych włosach, przepięknych oczach, 

wspaniałej cerze i boskich kształtach. Dziewczyna 

otworzyła torebkę i smętnie spojrzała w lusterko na 

swoje odbicie. Westchnęła ciężko. Ktoś o podobnym 

wyglądzie nie powinien spodziewać się dowodów 

męskiego uwielbienia. Przestań się nad sobą rozczulać 

i weź do pracy, pomyślała. 

Czas mijał niepostrzeżenie. Regan siedział zamknię­

ty w swym gabinecie. Przyjmował klientów, prze­

prowadził kilka rozmów telefonicznych, ale na szczęś­

cie nie pojawiał się w sekretariacie. Dziewczyna była 

zadowolona z takiego obrotu sprawy. Czuła głęboką 

niechęć do ponurego prawnika, który jej zdaniem 

mógł budzić sympatię najwyżej wśród stada grzechot-

ników. 

Drzwi gabinetu otworzyły się z trzaskiem. Regan 

Cole podszedł do biurka sekretarki. 

- Proszę o dokumenty dotyczące sprawy Myersa 

- wycedził. 

Akta leżały na biurku, lecz przestraszona Kenna 

zerwała się z miejsca, podbiegła do szafki i poczęła 

przetrząsać szuflady. 

Mężczyzna spojrzał na nią z niesmakiem, po czym 

background image

BRYLANCIK 

13 

zerknął na biurko. Powoli wyciągnął rękę i podniósł 

teczkę. 

- Wydaje mi się, że są tutaj - powiedział. 

Dziewczyna odwróciła głowę, zaczerwieniła się 

i spuściła powieki. 

- Tak, proszę pana - odparła. Nie potrafiła wymyś­

lić nic więcej. 

Regan otworzył teczkę i przez chwilę studiował 

akta. Skierował ponury wzrok na dziewczynę. 

- Co miałaś zamiar z tym zrobić? 

- Pan Cole prosił mnie, abym zrobiła kilka odbitek 

i napisała list z krótkim wyjaśnieniem sprawy - od­

powiedziała chłodnym tonem. 

Regan jęknął głucho i rzucił dokumenty na biurko. 

- Mógłby choć raz uprzedzić mnie, że sam zrobi to, 

o co mnie prosił. 

- Bardzo się śpieszył-wyjaśniła Kenna. -Początek 

dzisiejszej rozprawy wyznaczono na dziewiątą trzy­

dzieści. 

Regan wsunął dłonie do kieszeni i obrzucił dziew­

czynę przeciągłym, taksującym spojrzeniem. 

- Koniec oględzin? - spytała po dłuższej chwili. 

- Przyjrzał mi się pan dokładnie? 

- Przyjrzałem ci się już pierwszego dnia po przyjeź­

dzie - odparł mężczyzna i odwrócił głowę. - Czy 

Denny ma zamiar dziś wieczór spotkać się z tą... 

Margo? 

Kenna poczuła nagłą satysfakcję, słysząc ton nie­

chęci w jego głosie. 

- O to musiałby pan zapytać go osobiście - od­

powiedziała. 

background image

14 

BRYLANCIK 

Popatrzył na nią z ukosa. 

- Bez przesady, panno Dean - warknął. - Denny 

jest dorosłym mężczyzną. Nie potrzebuje opieki ze 

strony sekretarki, 

- Większość sekretarek czuwa nad postępowaniem 

swojego szefa - odparowała ze spokojem. 

- Do pewnej granicy. - Regan zmarszczył brwi. 

- Jak długo tu pracujesz? 

- Prawie dwa lata. 

- A kiedy zakochałaś się w moim bracie? - Coś na 

kształt uśmiechu pojawiło się na jego twarzy. 

Kenna poczuła, że blednie jak płótno, lecz po chwili 

jej oczy błysnęły wojowniczo zza szkieł okularów. 

- Trudno zachować obojętność przebywając cały­

mi dniami w towarzystwie takiego mężczyzny - od­

powiedziała. 

Regana najwyraźniej bawiło jej zdenerwowanie. 

- A co sądzisz o mnie? - spytał. 

- Wprost pana uwielbiam - odpaliła. 

- I dlatego dziś rano biłaś pokłony przed drzwia­

mi mojego gabinetu? - spytał z niezmąconym spoko­

jem. 

Kenna poczuła rumieniec na policzkach. Szybko 

opuściła głowę i zaczęła przerzucać papiery leżące na 

biurku. 

- Upuściłam ołówek i po prostu chciałam go 

podnieść. 

- Bez wątpienia - mruknął. 

Uniosła wzrok. 
- Chce pan coś jeszcze wiedzieć? - zapytała. 

- Chcesz, żebym odszedł? - odpowiedział pyta-

background image

BRYLANCIK 15 

niem. - Nie przypuszczałem, ze kobieta z takimi 

zaletami może czuć się skrępowana w obecności 

mężczyzny. 

Kenna nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy. 
- Zaletami? - powtórzyła. 

Przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu. 

- Niewiele tego, ale zawsze... - Znacząco wydął 

usta. - Włożyłaś to śmieszne ubranko, żeby zwrócić 

uwagę Denny'ego? 

Kenna zacisnęła wargi. 

- Słucham? - wykrztusiła. 
- Lepiej wyglądałabyś w górniczym kombinezonie. 

Dziewczyna popatrzyła na swego rozmówcę. 
- Panie Cole... wiem, że jest pan jednym z moich 

pracodawców - powiedziała lodowatym tonem - ale to 

nie daje panu prawa do krytykowania moich strojów. 

- Musisz dbać o swój wygląd - padła odpowiedź. 

- Jesteś swego rodzaju wizytówką firmy. 

Kenna wskazała palcem swoją bluzę. 

- To ostatni krzyk mody - powiedziała. - Podobne 

ubrania nosili pionierzy wyruszający na Dziki Za­

chód... 

- Nic dziwnego, że wciąż byli narażeni na ataki 

Indian - mruknął mężczyzna. 

Dziewczyna zacisnęła pięści. Zagryzła usta. Miała 

ogromną ochotę zaatakować właśnie jego. 

- Musisz zmienić styl, jeśli chcesz, aby mój brat 

zrezygnował z towarzystwa tej Latynoski - dodał 

Regan. - Dziś przypominasz rozkapryszoną dwunas­

tolatkę. Poza tym... masz potargane włosy. Co z nimi 

robisz? Oglądasz horrory przed przyjściem do pracy? 

background image

16 BRYLANCIK 

Kenna ścisnęła trzymany w dłoni skoroszyt. 

- Pan również nie jest ideałem męskiej urody 

- powiedziała. - Ma pan zbyt duży nos i stopy, i... 

- Proszę, proszę. Żabka zaczyna atakować! 
- Och! 

Niewiele myśląc, Kenna cisnęła skoroszytem w je­

go kierunku. Dokumenty rozsypały się po podłodze. 

Regan pokiwał głową. Niespodziewany uśmiech 

złagodził jego ostre rysy. 

- Dobrze, że nie trafiłaś, kotku - powiedział. 

- Potrafię oddać. 

- Pan zaczął! - W zielonych oczach dziewczyny 

płonął ogień. Pomimo zniszczonego makijażu wy­

glądała urzekająco. 

- To zależy od punktu widzenia. 

Spokojnym ruchem włożył papierosa do ust i sięg­

nął po zapalniczkę. Kenna zawahała się chwilę, po 

czym przykucnęła i zaczęła zbierać rozrzucone papie­

ry. Drżały jej dłonie. Nigdy dotąd nie była tak wściekła 

na żadnego mężczyznę. 

Nagle przypomniała sobie, że ów mężczyzna jest 

jednocześnie jej szefem. Że w każdej chwili może 

wyrzucić ją z pracy... i pozbawić towarzystwa Den­

ny'ego. 

Nieśmiało zerknęła w jego stronę. Skończyła ukła­

dać dokumenty i wstała. 

- Czujesz skruchę? - Chłodny uśmiech Regana 

wyraźnie świadczył, że mężczyzna zna powód zmiany 

w jej zachowaniu. 

Kenna głośno przełknęła ślinę. Dla Denny'ego była 

gotowa do wszelkich poświęceń. 

background image

BRYLANCIK 17 

- Bardzo przepraszam, panie Cole — powiedziała 

cicho. - Nigdy więcej to się nie powtórzy. 

- Biedny, mały Kopciuszek. - Regan zaciągnął się 

dymem. - Siedzi przy popielniku, w czasie gdy zła 

siostra odbiera jej ukochanego księcia. 

- To prawie tak przykre, jak pocałować ropuchę. 

- Uśmiechnęła się znacząco. 

Mężczyzna ruszył powoli w kierunku drzwi swego 

gabinetu. 

- Na twoim miejscu pozbyłbym się podobnych 

złudzeń - rzucił przez ramię. - Nie każda kobieta może 

mnie pocałować. 

- Nie wątpię - mruknęła pod nosem Kenna. - Pra­

wdopodobnie musi jej pan najpierw zapłacić. 

- Słucham? - Regan obrócił głowę. 

Dziewczyna zdawała sobie sprawę, że nie może 

przeciągać struny. 

- Nic takiego, panie Cole - powiedziała z uśmie­

chem. — Mówiłam o pogodzie. 

- Wpadłabyś w czarną rozpacz, gdybym cię zwol­

nił, nieprawdaż? - spytał nieoczekiwanie, z ponurym 

wyrazem twarzy. - Dobrze wiesz, że Denny nie 

kiwnąłby palcem w twej obronie. 

- Byłby to cios poniżej pasa, panie mecenasie 

- zduszonym głosem odpowiedziała Kenna. 

- Oczywiście - uśmiechnął się kwaśno. - Chcę ci 

tylko przypomnieć, że zajmuję się ściganiem krymina­

listów. Potrafię uderzyć tam, gdzie najbardziej boli. 

Czy wyraziłem się jasno, panno Dean? 

- Tak jest - wykrztusiła. 
- I jeszcze jedno - dodał Regan, obrzucając ją 

background image

18 

BRYLANCIK 

chłodnym spojrzeniem brązowych oczu. — Nastę­

pnym razem, kiedy spróbujesz we mnie czymś 

rzucić, bądź przygotowana do błyskawicznej ucie­

czki. 

Starannie zamknął drzwi gabinetu. 

O piętnastej trzydzieści w biurze pojawił się Denny. 

Kenna wciąż jeszcze była pod wrażeniem rozmowy 

z Reganem. 

- Cześć - uśmiechnął się Denny. Pochylił się nad 

biurkiem. - Co słychać? 

- Dzwoniły cztery osoby... Przygotowałam także 

całą dokumentację sprawy Mycrsa, włącznie z ko-

pią-

Widok tego mężczyzny działał na nią niczym orzeź­

wiający powiew wiosny, roztapiając chłód bijący zza 

drzwi gabinetu starszego z braci. 

- Jest Regan? 

Dziewczyna nachmurzyła się. 

- Wyszedł pół godziny temu. 

Denny figlarnie przechylił głowę. 

- Skąd ta ponura mina? - spytał. 

- Wolałabym, żeby wyniósł się w najciemniejszy 

zakątek Afryki i zamieszkał wśród ludożerców! - wy-

buchnęła. 

- Hej... A cóż takiego znowu zmajstrował? 

- Nazwał mnie żabą. - Oczy Kenny błysnęły 

z wściekłością. - Wyraził opinię, że jestem wymarzo­

nym celem ataku Indian... 

Twarz Denny'ego przybrała wyraz bezgranicznego 

zdumienia. 

- Słucham? 

background image

BRYLANCIK 19 

- Nieważne - chrząknęła Kenna. - To zbyt skom­

plikowane. 

- Chyba nie przypadliście sobie do gustu - stwierdził 

cicho Denny. - Nie rozumiem postępowania mego brata. 

Zwykle wobec kobiet jest uosobieniem taktu i uprzejmoś­

ci. 

- Jego zdaniem nie zasługuję na miano kobiety. 

Stwierdził, że w tym stroju wyglądam na dwunastolat-

kc. 

Denny nie odpowiedział, lecz jego spojrzenie świad­

czyło, że zgadza się z opinią brata. 

- Czy mógłbym spytać, co wówczas zrobiłaś? 
- Rzuciłam skoroszytem w jego kudłatą głowę! 

- zawołała dziewczyna. -1 nie będę protestować, jeśli 

zostanę zwolniona z pracy. 

Denny parsknął śmiechem. W jego oczach pojawiły 

się iskierki rozbawienia. 

- Nic z tego. Skoro wykazałaś tyle odwagi, masz 

u mnie zapewnioną posadę do końca życia. 

Kenna uśmiechnęła się z ulgą. 

- Pogromczyni smoków... - zamruczała. — Lecz 

każdy smok potrafi zionąć ogniem. 

- Chcesz, żebym z nim porozmawiał? 

Dziewczyna milczała przez chwilę. 

- Lepiej nie - powiedziała w końcu. - Nie chcę mieć 

opinii idiotki i skarżypyty. Postaram się sama załatwić 

tę sprawę. 

- Gdyby sytuacja stała się dla ciebie zbyt uciążliwa, 

zaproponuję mu, żeby sprowadził swoją sekretarkę 

z Nowego Jorku. Może mój brat tęskni za met­

ropolią?... 

background image

20 BRYLANCIK 

~ Spytał, czy jest pan dziś umówiony na spotkanie 

z Margo. 

Denny zmarszczył nos. 

- Co mu odpowiedziałaś? - odezwał się chłodnym 

tonem. 

- Nic — odparła pośpiesznie. - Powiedziałam, że 

z podobnym pytaniem powinien się zwrócić bezpo­

średnio do pana. 

- Mądra dziewczyna. - Spojrzał na nią z wdzięcz­

nością. - Mój romans z Margo to nie jego sprawa. 

Na twarzy Denny'ego pojawił się wyraz sennego 

rozmarzenia. 

- Czyż ona nie jest piękna? Ma w sobie tyle ognia 

i zdecydowania. Pełna wewnętrznej siły... Nigdy dotąd 

nie znałem tak urzekającej kobiety. 

Kenna miała ochotę krzyczeć. Z wysiłkiem zdobyła 

się na przyjazny uśmiech. Denny popatrzył na nią. 

- Możesz podać mi filiżankę kawy? Dokończymy 

najpilniejsze sprawy i będziesz mogła wcześniej wyjść 

do domu. 

Oczywiście, pomyślała Kenna. Pan mecenas po­

trzebuje chwili czasu, aby przygotować się na wieczor­

ną randkę. Wierna sekretarka może wrócić do domu 

i samotnie spędzić popołudnie przed telewizorem. 

- Wezmę notatnik i możemy zaczynać - powiedzia­

ła po chwili wahania i weszła do gabinetu. 

Po powrocie do domu włożyła dżinsy i bluzkę. 

Spojrzała w lustro. Spodnie były zbyt obszerne, a bluz­

ka zwisała jej z ramion. Twarz okolona zmierzwionymi 

background image

BRYLANCIK 

21 

włosami wyglądała na dużo starszą, niż była w rzeczy­

wistości. Chociaż... oczy i usta mogły się podobać 

mężczyznom. Gdyby tak zmienić resztę... 

Kenna wróciła do pokoju, włączyła telewizor, po 

czym poszła do kuchni i zrobiła sobie kanapkę. Nigdy 

nie jadła zbyt wiele, lecz ostatnio niemal zupełnie 

straciła apetyt. Przynajmniej nie musiała się obawiać, 

że utyje. 

Do późnego wieczoru oglądała telewizję. Starała się 

nie myśleć o Dennym i Margo. O tym, jak jej szef 

znakomicie prezentuje się w smokingu... W czarnym 

kolorze zawsze mu było do twarzy. Książę... Książę. 

Przed oczami dziewczyny pojawiło się nagle ponure 

oblicze Regana. Przerwała rozmyślania, wyłączyła 

telewizor i poszła do sypialni. 

Następnego dnia pojawiła się w biurze w różowej 

sukience, która doskonale podkreślała jej smukłą 

sylwetkę. Pozwoliła, aby długie, lekko rozczesane 

włosy opadały swobodnie na ramiona. 

Denny pogwizdując nalał do kubka porcję gorące­

go napoju. Spojrzał z uśmiechem na wchodzącą Ken-

nę. 

- Proszę. -Wyciągnął dłoń w jej kierunku. -Regan 

zaparzył kawę. 

- Naprawdę? - spytała cierpkim tonem. - To 

bardzo miło z jego strony. 

- Lubi wstawać dość wcześnie. 

Kenna odwiesiła płaszcz i zdjęła pokrywę z maszyny 

do pisania. Usiadła za biurkiem. 

- Widzę, że jest pan dziś w świetnym humorze 

- zauważyła. 

background image

22 

BRYLANCIK 

- Uhm. W piątek wyjeżdżam nad jezioro. Zapo­

wiada się długi, wspaniały weekend. 

Zastanowił się przez chwilę. 

- Jeśli Regan nie będzie miał dla ciebie żadnych 

zleceń, możesz wziąć wolny dzień - dodał. 

Przez krótką chwilę miała wrażenie, że szef chce ją 

zaprosić na wspólny wypad. Denny zauważył błysk 

radości w jej oczach. 

- Wspaniały pomysł - powiedziała. 

- Jesteś z kimś umówiona? - spytał. 
- Nie - odpowiedziała na wszelki wypadek. 

- Fatalnie-mruknął. Na jego twarzy znów pojawił 

się wyraz rozmarzenia. - Zabieram Margo nad jezioro 

Lanier. Będziemy wędkować. Czy potrafisz sobie 

wyobrazić kobietę, która lubi łowić ryby? 

Maleńki promyk nadziei w sercu Kenny zniknął, 

niby zgaszony silnym dmuchnięciem. 

- Chyba... potrafię - zamruczała. 
- Potrzebuję odpoczynku - oświadczył Denny. 

- Ostatnio zdarzało się, że pracowałem po dwadzieścia 

cztery godziny na dobę. 

To prawda, ale dlaczego chciał wypoczywać w to­

warzystwie Margo? 

- No, zabierajmy się do roboty - westchnął. - Im 

prędzej skończymy, tym szybciej będziesz wolna. Weź 

notatnik i... 

- Kenna! -dobiegł nagle okrzyk zza drzwi gabine­

tu Regan a. 

Dziewczyna zacisnęła zęby i rzuciła błagalne spo­

jrzenie w stronę Denny'ego. 

- Lepiej idź - westchnął. - Zaczekam na swoją kolej. 

background image

BRYLANCIK 23 

- Dzięki - mruknęła ponuro dziewczyna. Wol­

nym krokiem weszła do gabinetu swego prześladow­

cy. 

Regan doskonale zdawał sobie sprawę, że jej spóź­

nienie było wynikiem celowej opieszałości. Odchylił się 

w fotelu i splótł dłonie na karku. 

- Słucham pana? - głos Kenny był pełen słodyczy. 

Regan zmierzył ją ponurym spojrzeniem. Zawsze 

zachowywał się tak, jakby dokonywał wyceny towaru 

przeznaczonego na sprzedaż. 

- Kolor sukienki niezbyt odpowiedni, ale w porów­

naniu z wczorajszym dniem prezentujesz się dziś 

znacznie lepiej - wycedził. 

Policzki Kenny zabarwił gwałtowny rumieniec. 

Zacisnęła dłonie na notatniku. 

- W czym mogę panu pomóc, panie Cole? 

Pochylił się nad biurkiem. 

- Chcę ci podyktować dwa listy. Siadaj. 

Kenna podeszła w kierunku krzesła. 

- Wypłakałaś się na ramieniu Denny'ego? - spytał 

nieoczekiwanie. 

- Słucham? 
- Dziś rano prosił mnie, żebym ci nie dokuczał. 

Dumnie unisła głowę. 

- Potrafię sama walczyć ze smokiem - odpowie­

działa wyniośle. 

Regan uniósł brwi. 

- Mam zostać poćwiartowany? Wczoraj byłem 

żabą, dziś smokiem... 

- Nie nazwałam pana żabą, panie Cole - wtrąciła 

Kenna. 

background image

24 

BRYLANCIK 

- Nieważne. W każdym razie znalazłaś się w nie­

właściwej baśni. Sporo o tobie myślałem, Kopciuszku. 

Kenna otworzyła szeroko oczy. Regan wydał po­

mruk niezadowolenia. 

- Na litość boską, tylko nie sądź, że aż tak bardzo 

potrzebuję kobiety... 

Policzki dziewczyny zabarwił rumieniec gniewu. 

- Zresztą teraz nie pora na zbędne dyskusje. Za­

czynam dyktować... 

Listy były gotowe, nim minął kwadrans, lecz Kenna 

miała wrażenie, jakby upłynął tydzień. Z trudem 

wstała z krzesła i zamierzała wrócić do sekretariatu. 

- Jeszcze chwilę - odezwał się Regan. - Czy Denny 

wspominał ci, że ma zamiar nie przyjść do pracy 

w piątek? 

Kenna głośno przełknęła ślinę. 

- T a k . 

- I powiedział ci, dlaczego? 

W milczeniu skinęła głową. 
- Przez najbliższe dwa dni nie będzie mnie w biu­

rze... lecz w piątek oczekuję na twoje przybycie 

dokładnie o ósmej trzydzieści. Musimy porozma­

wiać. 

- O czym? - spytała obcesowo. 

- Panno Dean - Regan wydął usta i ponownie 

odchylił się w fotelu - będzie musiała pani nieco 

poczekać, aby zaspokoić swą ciekawość. Proszę prze­

pisać listy i jak najszybciej dostarczyć je na moje 

biurko. Niedługo będę musiał wyjść do sądu. 

- Tak jest - odpowiedziała krótko Kenna, choć na 

usta cisnęło jej się wiele pytań. Wyszła z gabinetu. 

background image

BRYLANCIK 25 

Poinformowała Denny'ego o poleceniu Regana. 

Młody mężczyzna współczująco pokiwał głową. 

- Ma trudną sprawę do rozgryzienia i dlatego jest 

taki zły. Musisz się z tym pogodzić. 

Uśmiechnął się. Kenna przez chwilę spoglądała na 

jego chłopięcą twarz. Był tak blisko... 

- Och, przypomniałem sobie... - odezwał się Den­

ny. - Czy możesz zadzwonić do kwiaciarni i zamówić 

tuzin czerwonych róż? Niech posłaniec dostarczy je do 

mieszkania Mar go. 

Kenna natychmiast spuściła wzrok. Nie chciała, 

aby Denny dostrzegł wyraz bólu, jaki pojawił się w jej 

oczach. 

- Czerwonych? - spytała siląc się na swobodny ton 

głosu. 

- To kolor miłości - roześmiał się Denny. - Moja 

Margo jest prawdziwą tygrysicą. Marzeniem każdego 

mężczyzny. 

- Czyżbym słyszała dźwięk weselnych dzwonów? 

- W słowach Kenny pobrzmiewał źle skrywany niepokój. 

Denny westchnął. Przez chwilę bawił się ołówkiem. 

- Wszystko zależy od damy mego serca - powie­

dział cicho. -Jeśli chodzi o mnie, już dziś jestem gotów 

włożyć obrączkę na palec. Nigdy dotąd nie spotkałem 

tak cudownej kobiety. 

Kenna miała ochotę krzyczeć i rzucać o ziemię 

leżącymi na biurku przedmiotami, jednak z uśmiechem 

wspomniała tylko, że czas wracać do pracy. Denny 

roześmiał się i zaczął dyktować jej pierwszy z listów. 

Nawet nie zauważył pobladłej twarzy sekretarki. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

W piątek Kenna z rozmysłem włożyła kowbojski 

strój, który tak irytował Regana. Po przyjściu do 

pracy zdjęła płaszcz i mrucząc coś pod nosem, 

ściągnęła pokrowiec z maszyny do pisania. Den-

ny'ego nie było - wolała nawet nie myśleć, z kim 

teraz przebywał - więc poranną korespondencję 

należało dostarczyć na biurko Regana. Pogrążona 

w myślach, stanęła w drzwiach... i zderzyła się 

z potężnym mężczyzną, który właśnie zamierzał 

wejść do sekretariatu. 

Regan obrzucił ją taksującym spojrzeniem. 

- Zrobiłaś to celowo? - spytał. 

- Niby co? - odpowiedziała pytaniem. 
- Wyglądasz dziś jeszcze gorzej niż zwykle. 

Pierwszy raz w życiu Kenna podniosła rękę na 

mężczyznę. Stało się tak z powodu narastającej u niej 

frustracji i bólu urażonej dumy. 

Regan błyskawicznie chwycił ją za nadgarstek, 

wciągnął do gabinetu i kopnięciem zatrzasnął drzwi. 

Dziewczyna szarpała się, lecz on nie zwracał na to 

najmniejszej uwagi. Rzucił aktówkę na podłogę 

i mocnym uchwytem unieruchomił drugą dłoń Ken­
ny-

background image

BRYLANCIK 

27 

Minęła długa chwila, nim szamotanina ustała. 

Regan puścił ręce dziewczyny i spojrzał na nią z ukosa. 

- Następnym razem, jeśli podniesiesz na mnie rękę, 

zrobisz to po raz ostatni w życiu - oświadczył stanow­

czo. 

Usta Kenny drżały nerwowo. 

- Mogłabym odpowiedzieć podobnym ostrzeże­

niem, mecenasie - powiedziała łamiącym się głosem. 

- Nie zniosę dalszych obelg. Opuszczę biuro i będzie 

mógł pan sobie znaleźć miłą, uległą blondynkę z twa­

rzą pokrytą grubą warstwą pudru. Taką, która napisze 

coś na maszynie w przerwach między piłowaniem 

i malowaniem paznokci! 

- Uspokój się, Kenno - powiedział Regan. 

Milczał przez chwilę. 

- Siadaj, kotku - dodał. 

Lekko popchnął ją w stronę skórzanego fotela, po 

czym sam usadowił się na blacie biurka. Zapalił 

papierosa. 

- Proszę nie mówić do mnie „kotku" - warknęła 

dziewczyna, 

- Nie przeszkadza ci, kiedy robi to Denny i niemal 

wszyscy prawnicy odwiedzający nasze biuro. Dlaczego 

miałbym należeć do wyjątków? 

- Dlatego że... 

Spojrzała w jego stronę. Nieoczekiwanie poczuła 

dziwne mrowienie w koniuszkach palców. Zawstydzo­

na własnymi myślami, wzięła głęboki oddech i spuściła 

powieki. 

- Nieważne. 
- Denny zadurzył się w Margo - powiedział Regan 

background image

28 BRYLANCIK 

cichym, spokojnym tonem. - Myślę, że chce ją po­

ślubić, a ja nie mam ochoty wyrazić na to zgody. 

Kenna poczuła zawrót głowy. Denny żonaty! Przy­

mknęła oczy. 

- Przestań udawać nieszczęśliwą bohaterkę dzie­

więtnastowiecznego romansu! - warknął Regan. Spło­

szona dziewczyna drgnęła i wyprostowała się w fotelu. 

— Jeszcze nie doszło do ślubu! 

- W jaki sposób zamierza pan przeszkodzić Den-

ny'emu? - spytała słabym głosem. 

- Ty to zrobisz. 

Zamrugała oczami. 

- Przepraszam, ale o tak wczesnej porze mój umysł 

jest nieco przytępiony. Nie rozumiem, co ma pan na 

myśli. 

Po twarzy Regana przemknął cień uśmiechu. 

- Będziesz musiała wyrwać mego brata ze szponów 

Margo - oświadczył. 

Kenna przechyliła głowę i przez chwilę uważnie 

spoglądała w twarz swego rozmówcy. 

- Nie jest pan dobrą wróżką, mecenasie, a ja bez 

pomocy czarów nie potrafię przemienić się w księż­

niczkę. Po pierwsze brak mi urody - przyznała 

z goryczą - zaś po drugie, pracuję tu już dwa lata, 

a jedyne miłe słowa, jakie słyszę z ust Denny'ego, 

brzmią: „Kenno, czy mogłabyś podać mi filiżankę 

kawy?" 

Regan spoglądał na nią bez uśmiechu. Zaciągnął się 

dymem z papierosa i powoli przesunął wzrokiem po 

sylwetce dziewczyny. 

- Przegląd inwentarza? - zamruczała. 

background image

BRYLANCIK 

29 

- W pewnym sensie. - Zatrzymał wzrok na pofał­

dowanej bluzie. - Nosisz biustonosz? 

Kenna zaniemówiła z wrażenia. 

- Spróbuj nie zemdleć, zanim udzielisz odpowiedzi 

-mruknął z kwaśną miną. - Chcę tylko ustalić, czy masz 

płaskie piersi, czy też nie wiesz, że nawet najpiękniejszy 

biust potrzebuje odpowiedniego stanika. 

Policzki dziewczyny spłonęły rumieńcem. Wstała 

z fotela. 

- Panie Cole... 
- W ten sposób zwraca się do mnie moja gospodyni 

-mruknął Regan. Chwycił Kennę za ramię i gwałtow­

nie przyciągnął do siebie. Była zupełnie bezradna 

w jego uścisku. 

- Albo mi odpowiesz, albo sam sprawdzę... 

- Uniósł dłoń. 

- Na miłość boską! - pisnęła dziewczyna. - Nie! 

Nie noszę! 

Puścił ją i z rozbawieniem obserwował, jak usiłowa­

ła się ukryć za oparciem fotela. 

- Wariat! - syknęła. 
- Doprawdy, dziwię się twojemu zachowaniu - po­

wiedział ze spokojem. - Masz dwadzieścia pięć lat... 

- Ale nie włóczę się po knajpach i dyskotekach! 

- wysapała. 

- Chyba zaczynam rozumieć. Jesteś samotna? 

- Chodzę na randki! 

Regan pokiwał tylko głową. 

- Z kim? Założę się, że nigdy nie pocałowałaś 

mężczyzny... A może myślisz, że w ten sposób można 

zajść w ciążę? 

background image

30 BRYLANCIK 

Kenna zerknęła w stronę ciężkiej popielniczki. Jej 

prześladowca zauważył to spojrzenie. 

- Dalej, kotku - zachęcił ją ze złośliwym uśmie­

chem. - Spróbuj. 

- Szkoda, że nie jestem mężczyzną... 

- Słyszałaś o ruchu wyzwolenia kobiet? O równo­

uprawnieniu? Proszę, nie krępuj się. Uderz mnie! 

- Nie ma głupich.—Kenna popatrzyła na barczystą 

sylwetkę Regana. - Potrzebowałabym granatu. 

- Rozsądna uwaga - zgodził się mężczyzna. Po­

chylił się. Wyglądał... niezwykle pociągająco. Kenna 

już dawno zauważyła, że umiał doskonale dobierać 

stroje i zawsze wyglądał elegancko. 

- Ale wróćmy do tematu. - Zgniótł niedopałek 

papierosa. - Chcę sprawić, że przestaniesz wyglądać 

jak Kopciuszek. 

- Nie pytając, czy mam na to ochotę? 

- Nie bądź śmieszna. Oczywiście, że masz ochotę. 

— Po raz kolejny obrzucił uważnym spojrzeniem jej 

sylwetkę, a raczej to, co było widoczne zza oparcia 

fotela. 

- Przede wszystkim powinnaś obciąć włosy. Więk­

szość kobiet uważa, że długie loki podobają się męż­

czyznom, lecz twoje przeważnie przypominają źle 

zwinięty kłąb drutu kolczastego. 

- Za to znakomicie pasują do mojego charakteru 

- warknęła. 

- Jesteś wysoka i masz zgrabne nogi... - Regan 

zdawał się w ogóle nie zwracać uwagi na słowa 

dziewczyny. -Cechujesz się naturalną elegancją ruchu. 

Przy odpowiednim makijażu i właściwym stroju... 

background image

BRYLANCIK 31 

Wydął usta i w zamyśleniu pokiwał głową. 

- Uważam, że mogłabyś wzbudzić zainteresowanie 

mego brata. 

- O czymś pan zapomniał - wtrąciła z przekąsem. 

Zmarszczył brwi. 

- O czym? Zęby masz zdrowe... 

- Dziękuję. Jak dotąd, nie używam sztucznej szczę­

ki. 

Parsknął śmiechem. 

- Znakomicie. Więc co? Chcesz w samotności 

spędzić resztę życia czy zdecydujesz się skorzystać 

z okazji? 

- Nie mogę - odparła z namysłem. Porzuciła 

kryjówkę za oparciem fotela. - Wszystko, o czym pan 

mówi, związanejest z wydatkami, a ja mam wyłącznie 

niewielką pensję... 

- Zdaj się na mnie. 

- Od początku byłam przekonana, że o to chodzi. 

- Kenna wyprostowała dumnie głowę i gniewnie 

zmarszczyła brwi. 

- Powiedziałem: „zdaj się na mnie" — powtórzył 

Regan. - To był mój pomysł i zależy mi na tym, aby 

uratować brata przed małżeństwem z tą zachłanną 

Argentynką. Nie zamierzam tolerować w swojej rodzi­

nie kobiety, której zależy wyłącznie na pieniądzach. 

- Za to woli pan sekretarkę. Biedną, nie posiadają­

cą powiązań ani pozycji towarzyskiej... 

- Czy wyglądam na snoba? - spytał nieoczekiwanie. 

- Tego nie powiedziałam - odparła Kenna. Wes­

tchnęła głęboko. - Co pomyśli Denny, jeśli dowie się, 

że to pan płaci moje rachunki? 

background image

32 BRYLANCIK 

- O niczym nie będzie wiedział - oświadczył stano­

wczo Regan. - Przyjadę do ciebie w sobotę rano 

i podejmiemy pierwsze działania. Wybierzemy się do 

sklepu Fredericksona. 

- Tam jest potwornie drogo... - próbowała za­

protestować. 

- Musimy wyruszyć dość wcześnie - ciągnął Re­

gan - ponieważ czeka nas jeszcze wizyta w „Al-

mon's". 

Wymienił nazwę eleganckiego butiku, w którym 

sprzedawano najmodniejsze kreacje. Kenna nie mogła 

wykrztusić ani słowa. 

- Pójdziesz na bal, Kopciuszku - powiedział męż­

czyzna. - Choć zamiast karocy zaprzężonej w białe 

konie będzie czekał jedynie mercedes... 

- Nie ma żadnego balu... 

- Jest. W przyszłą sobotę, w Biltmore. Pojedziesz 

tam ze mną. - Odchylił mankiet białej koszuli i zerknął 

na zegarek. 

- Tyle na dzisiaj. Wracaj do garnka z popiołem 

i pamiętaj, aby nie zdradzić nikomu naszej tajemnicy. 

- Mam wrażenie, że śnię... - szepnęła Kenna. 

Regan przyglądał się jej przez długą chwilę, po czym 

zapytał: 

- Nigdy dotąd nie miałaś na sobie kosztownej 

sukni? 

Dziewczyna unikała jego wzroku. Ze spuszczoną 

głową podeszła do drzwi. 

- Zgadzam się na pańską propozycję, pod warun­

kiem że będę mogła spłacić zaciągnięty dług... -powie­

działa. - Jeśli istnieje jakiś sposób... 

background image

BRYLANCIK 

33 

- W porządku. Będę ci potrącał niewielką sumę 

z tygodniowej wypłaty. 

Zasiadł za biurkiem. 

— Czy możesz poczęstować mnie filiżanką kawy? 

Kenna skinęła głową i cicho zamknęła drzwi gabi­

netu. Blask poranka zdawał się jaśnieć tajemniczą 

poświatą. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Kenna nie podała Reganowi swego adresu, lecz 

on i tak doskonale wiedział, jak trafić do jej miesz­

kania. Zadzwonił do drzwi punktualnie o ósmej 

trzydzieści. 

Spojrzał surowo na stojącą w progu dziewczynę. 

- Gotowa? - spytał takim tonem, jakby żałował 

swojej decyzji. - Chodźmy. Źle zaparkowałem. 

W drodze do windy Kenna ukradkiem podziwiała 

elegancki strój swego towarzysza. Rozchylony koł­

nierzyk koszuli ukazywał fragment smagłego ciała 

i przyznać należało, że Regan jest bardzo atrakcyjnym 

mężczyzną. 

- Bądź spokojna, nie mam zamiaru cię zgwałcić 

- mruknął, gdy dziewczyna wtuliła się w odległy kąt 

windy. 

- I tak byłby pan rozczarowany - westchnęła. 

- W dzisiejszych czasach dwudziestopięcioletnia dzie­

wica zasługuje najwyżej na lekceważenie. 

Regan spojrzał na nią ze zdziwieniem. Kenna 

uśmiechnęła się lekko. 

- Nie jestem bohaterką dziewiętnastowiecznego 

romansu, z którą usiłował mnie pan porównać - po­

wiedziała. - Wczoraj czułam się po prostu zaskoczona. 

background image

BRYLANCIK 35 

Nigdy bym nie przypuszczała, że może pan otwarcie 

mówić z obcą kobietą o sprawach seksu. 

- Pomyliłaś się - mruknął Regan. 

- Pan także popełnił błąd. 

Westchnęła. 

- Nie jestem olśniewającą blond pięknością, lecz 

nie mdleję na myśl o ramionach kochanka. 

Spojrzała mu prosto w oczy. 

- A biustonosza nie noszę dlatego, że uważam się 

za kobietę wyzwoloną! 

W tej samej chwili w otwartych drzwiach windy 

stanęła niewysoka, elegancka starsza pani. Słysząc 

ostatnie słowa Kenny, zamarła ze zdziwienia. 

Dziewczyna szybko zerknęła na staruszkę i spłonęła 

rumieńcem. 

- O Boże... - szepnęła. 

Regan z trudem usiłował zachować powagę. Chwy­

cił Kennę za ramię i niemal wywlókł na korytarz. 

- „Wyzwolona" - mruknął. 

Spojrzał na nią z ukosa. 

- Przestań udawać. Prawdziwą odwagę umiem 

rozpoznać na pierwszy rzut oka. 

- Nawet nie potrafię się zachowywać jak normalna 

kobieta - westchnęła. 

Wsunęła ręce głęboko do kieszeni. 

- Nic dziwnego, że Denny nie zwraca na mnie 

uwagi. 

- W przeciwieństwie do mnie. 

Kenna szła z nisko opuszczoną głową. 
- Tylko wówczas, gdy trzeba podać kawę lub 

przepisać kilka listów. 

background image

36 BRYLANCIK 

Regan zatrzymał się i popatrzył na nią przenik­

liwym spojrzeniem ciemnych oczu. 

- Wiem, co znaczy samotność, Kenno -powiedział 

cicho. - Wiem, jak to jest, gdy szuka się wokół choć 

jednej przyjaznej twarzy. 

- Może pan mieć wiele kobiet - mruknęła. 
- Mam pieniądze. To prawda, dzięki temu mogę 

być otoczony tłumem wielbicielek - zauważył cynicz­

nie. - Wiesz, że byłem żonaty? 

Na twarzy dziewczyny pojawił się wyraz zaskocze­

nia. Denny nigdy nie wspominał o prywatnym życiu 

Regana. 

- Nie - powiedziała. 
- Jessica miała dwadzieścia sześć lat. Była niebies­

kooką blondynką... Piękną niczym senna zjawa. Nasz 

związek trwał tylko rok. 

W oczach mężczyzny pojawił się cień bólu. 

- Rozwiedliście się? - spytała Kenna. 

- Nie - burknął Regan. - Moja żona zmarła. 

- Och... Tak mi przykro... - powiedziała cicho 

Kenna. 

Regan pokiwał głową. 

- Minęły już prawie trzy lata. Jestem starszy... i chyba 

nieco mądrzejszy. Lecz czasem budzę się w nocy... 

Cofnął się o krok i przypalił papierosa. Kenna stała 

w milczeniu. Po raz pierwszy zrozumiała ciężar samo­

tności spoczywający na barkach tego człowieka. Po­

smutniała. 

- Życie trwa zbyt krótko, aby wciąż myśleć o prze­

szłości - odezwał się Regan po chwili milczenia. 

- Trzeba korzystać z każdej chwili. 

background image

BRYLANCIK 37 

Niebawem dotarli do salonu fryzjerskiego. Kenna 

obserwowała w milczeniu, jak pasma jej długich, 

ciemnych włosów opadają na podłogę. Mistrz Andrew 

uwijał się jak w ukropie i mówił coś o najnowszej 

modzie. Dziewczyna całkowicie poddała się nastrojo­

wi chwili. Czuła dziwne podniecenie. Być może Regan 

miał rację... Mając dwadzieścia pięć lat należy korzys­

tać z uroków życia. 

Z zaciekawieniem spojrzała na swoje odbicie w lust­

rze. Twarz, pozbawiona makijażu, wyglądała świeżo 

i naturalnie. Krótkie włosy naprawdę dodawały jej 

uroku. 

- Nieźle, prawda? - spytał Andrew. - Teraz za­

praszam do naszego salonu piękności. Nie będzie pani 

żałować, obiecuję. 

Minęło kolejne pół godziny, nim była gotowa na 

spotkanie z Reg a nem. Z zachwytem spoglądała na 

dzieło kosmetyczki. Delikatnie podkreślone usta, 

podmalowane brwi i policzki, kunsztownie prze­

dłużone rzęsy i znakomicie dobrany cień na powiekach 

tworzyły obraz zdolny poruszyć serce każdego męż­

czyzny. 

- To naprawdę ja? - spytała z rozbrajającą naiw­

nością. 

- Zaskakująca różnica, prawda? - spytała z uśmie­

chem kosmetyczka. 

Regan czekał w pobliskim salonie mody. Prze­

chadzał się po pomieszczeniu i oglądał prezentujące 

rozmaite kreacje manekiny, nie zwracając uwagi na 

spłoszone spojrzenia ekspedientek. 

- Już jestem. 

background image

38 BRYLANCIK 

, Kenna stanęła tuż za plecami Regana. Spojrzał na 

nią ponurym wzrokiem, lecz nagle w jego oczach 

dostrzegła błysk zdziwienia. 

- Mój Boże... -mruknął. 

Usiłował zachować kamienny wyraz twarzy. Okrą­

żył dziewczynę. 

- Muszę przyznać, Kopciuszku, że wyglądasz nieco 

inaczej. 

- Zanim zdoła pan ustalić, na czym polega ta 

zmiana, proponuję, żebyśmy poszukali innego sklepu. 

Jeśli kupimy coś tutaj, do końca życia nie będę w stanie 

spłacić zaciągniętego długu. 

- Idziemy na bal, nie na plażę - wycedził Regan. 

- Nie możesz pokazać się w Biltmore w tandetnych 

ciuchach. 

- Ale... 

- Cicho — warknął z niecierpliwością. 

Ujął ją za ramię i pociągnął w kierunku najbliższej 

ekspedientki. Starsza kobieta z uwagą wysłuchała jego 

żądań, po czym odeszła na chwilę w głąb sali. 

- To jeden z naszych najnowszych modeli - powie­

działa niosąc długą, zieloną, brokatową suknię z głę­

bokim dekoltem. - Powinien znakomicie pasować na 

panią. 

-

 Przymierz - mruknął Regan do dziewczyny. 

- Potem wyjdź, żebym mógł cię obejrzeć. 

Kenna zniknęła za parawanem. Gdy pojawiła się 

ponownie, ekspedientka wydała okrzyk zdumienia. 

- Niewiarygodnej Suknia wygląda wprost jak uszy­

ta na panią. I ten kolor... znakomicie podkreśla 

karnację skóry. 

background image

BRYLANCIK 39 

Dziewczyna podeszła w stronę stojącego opodal 

Regana, który w milczeniu obrzucił ją uważnym 

spojrzeniem. 

- Czy... wszystko w porządku? - spytała Kenna. 

Tak bardzo pragnęła usłyszeć, że wygląda olśniewa­

jąco, że na sam jej widok Denny rzuci się na kola­

na... 

Regan skinął głową. 

- W porządku - powiedział nieswoim głosem. 

-Teraz musimy poszukać odpowiednich strojów na co 

dzień. Kilka ładnych bluzek i spódnic, coś lżejszego... 

- Ale... po co to wszystko?-wyjąkała dziewczyna. 
- Jeden bal nie wystarczy, abyś zdobyła serce 

Denny'ego - burknął. — Spodziewałaś się, że od razu 

zapomni o bożym świecie? 

Kenna przymknęła oczy. Po włożeniu sukni miała 

wrażenie, że za sprawą magii przeistoczyła się z Kop­

ciuszka w księżniczkę. Cyniczne pytanie zburzyło 

iluzję. Chciała się odwrócić, lecz dłoń Regana zacisnęła 

się na jej ramieniu. 

- Wyglądasz cudownie - szepnął. - Ta suknia 

powoduje, że każdy mężczyzna miałby ochotę zsunąć 

ją z twoich ramion i zobaczyć, co jest pod spodem. 

Kenna wstrzymała oddech. 

-

 Czujesz się zakłopotana? - z drwiącym uśmie­

chem spytał Regan. - Przecież chciałaś wiedzieć... 

Szybkim krokiem odeszła w stronę parawanu. Jej 

serce waliło jak młotem. 

Dalszy ciąg zakupów przypominał wycieczkę do 

krainy marzeń. Kenna stała się właścicielką kompletu 

strojów, na które nie miałaby nawet odwagi spojrzeć, 

background image

40 

BRYLANCIK 

gdyby nie obecność Regana. Zaopatrzył ją nawet 

w koronkową bieliznę. 

- Będę dla pana pracować do końca życia - za­

mruczała po szybkim podliczeniu wydatków. 

Spojrzał na nią w rozbawieniu. 

- Pamiętam, że ostatnio sam musiałem zaparzyć 

kawę... 

Popatrzyła mu prosto w oczy. Przez chwilę stali 

nieruchomo, złączeni niewidzialnymi więzami nieocze­

kiwanego porozumienia. Dopiero głośna rozmowa 

przechodniów sprawiła, że powrócili do rzeczywisto­

ści. 

- Dziękuję za pomoc - powiedziała Kenna, gdy 

podeszli w stronę zaparkowanego w pobliżu szarego 

porsche'a. 

- Nie miałem wyboru. - Regan otworzył drzwiczki 

i pomógł jej wejść do środka. - Gdybym pozostawił cię 

samej sobie, cała wyprawa skończyłaby się zakupem 

paru tandetnych ciuchów. 

- Znam się na modzie - stwierdziła wyniośle. 

- Według ciebie szczytem elegancji jest worek z wy­

ciętymi otworami na ręce i głowę. - Włączył silnik. 

- To lepsze niż strój prostytutki - odparowała 

z gniewem. - Jedna z bluzek ma dekolt, który sięga mi 

prawie do kolan! 

- Nie przesadzaj-mruknąłmężczyzna. Spojrzał na 

nią z ukosa. - Jak dużo tego chowasz na dnie szafy? 

- Niby czego? 

- Tych bezkształtnych ciuchów, pod którymi skry­

wasz ciało. 

- Lubię luźne ubrania. 

background image

BRYLANCIK 41 

- Niewątpliwie. — Położył dłoń na oparciu fotela 

i odwrócił głowę, aby przez tylną szybę widzieć 

nadjeżdżające samochody. Nagle jego twarz znalazła 

się tuż przy twarzy Kenny... Dziewczyna poczuła 

ciepło bijące od ciała mężczyzny. Serce załomotało jej 

w piersi. 

- Spójrz na mnie - rzucił rozkazującym tonem. 

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Później spo­

jrzenie Regana powędrowało w dół i zatrzymało się na 

rozchylonych ustach dziewczyny. Kenna czekała... 

Czuła niepokojący zapach wody kolońskiej, spowitą 

aromatem dymu woń oddechu... 

- Ruszysz się wreszcie?! - zabrzmiał gniewny 

okrzyk, poparty głośnym dźwiękiem klaksonu. 

Regan zerknął w lusterko, przeprosił gestem dłoni 

niecierpliwego kierowcę i skierował samochód na 

szosę. Kenna oddychała z trudem. 

- Możesz mi wyjaśnić, co znaczyło to powłóczyste 

spojrzenie? - odezwał się, gdy sunęli niespiesznie 

ulicami miasta. 

Dziewczyna głośno przełknęła ślinę. 

- Nie patrzyłam na pana. Rozmyślałam - od­

powiedziała słabym głosem. 

- O czym? 

- Stwierdził pan, że nie wystarczy, abym raz poka­

zała się na przyjęciu lub balu. To znaczy?... 

- To znaczy, że jeśli chcesz zwrócić na siebie uwagę 

Denny'ego, musisz częściej przebywać w moim towa­

rzystwie. Wzbudzić w nim chęć rywalizacji. 

- Nie wiem, czy wytrzymam kolejne spotkanie 

z panem - stwierdziła oschle. 

background image

42 BRYLANCIK 

~ Uważam, że to konieczne. I nie mam zamiaru 

zmienić postępowania wobec ciebie. Będę cię uczył 

właściwego sposobu ubierania, chodzenia, flirtowania 

i tym podobnych rzeczy. Musisz uwierzyć we własne 

możliwości. 

- A czy to można osiągnąć nie przenicowując mojej 

osobowości? - spytała z lekką drwiną. 

- Oczywiście. - Skinął głową. - Założę się o każdą 

sumę, że na wszystkich szkolnych zabawach stałaś 

przyklejona do ściany, z rękami założonymi na pier­

siach i w duchu modliłaś się, aby jakiś chłopak poprosił 

cię do tańca. 

Dziewczyna zarumieniła się aż po skronie. 
- Czego się boisz? - spytał Regan. - Czy matka 

nigdy nie uczyła cię sztuczek, jakich używają kobiety, 

aby wzbudzić zainteresowanie mężczyzn? 

- Nie znałam swojej matki — odpowiedziała. - Moi 

rodzice rozwiedli się, gdy byłam niemowlęciem. Póź­

niej mieszkałam z ojcem i macochą, która poświęcała 

mi niewiele uwagi. Rozumie to pan? 

- Spotkałaś kiedyś matkę? 

Kenna potrząsnęła głową. 
- Zmarła kilka lat temu. Czy możemy porozma­

wiać o czymś innym? 

Regan milczał przez chwilę. 

- Chodziłaś z jakimś chłopakiem? 

Kenna wy buchnęła gorzkim śmiechem. 

- Nawet nie miałam okazji -powiedziała chłodno. 

— Dzisiejsi mężczyźni myślą wyłącznie o seksie. Jeśli 

podczas pierwszej randki dziewczyna powie „nie", 

odchodzą na zawsze. 

background image

BRYLANCIK 

43 

- Bzdury - mruknął Regan. - Chyba nie usiłujesz 

mnie przekonać, że każdy facet, którego poznałaś, 

usiłował cię zgwałcić, w chwili gdy wsiedliście do 

samochodu? 

Spojrzała na niego z zaskoczeniem. 

- Chciałam powiedzieć... To znaczy... Och, w koń­

cu to chyba nieważne. Poznałam w życiu czterech 

mężczyzn, w tym dwóch dzięki „Randce w ciemno". 

Nie próbowali mnie zgwałcić, ale bardzo nalegali, 

abym ich odwiedziła. 

- Czujesz się skrępowana naszą rozmową? 

- Mówiąc szczerze, tak - odpowiedziała oschle. 

Sięgnęła do torebki i wyjęła okulary. - A poza tym 

mam dość oglądania rozmazanych plam zamiast ota­

czających mnie ludzi. Bez okularów niemal nic nie 

widzę. 

Regan roześmiał się cicho. 

- To dlatego zdjęłaś je dziś rano? 
- Pomyślałam, że jeśli zobaczę, jak wyglądam 

w nowych strojach, za nic nie zgodzę się na ich kupno. 

- Zachowujesz się jak tchórz. 
- Zgadza się. W szkole chowałam się po kątach, 

ponieważ uważałam, że jestem zbyt wysoka. Teraz 

też mam ochotę uciec, kiedy pomyślę o tych dekol­

tach. 

- Nie pozwolę ci na ucieczkę. 

- Mam ochotę zrezygnować z naszego przedsię­

wzięcia — mruknęła. — Skąd pewność, że nagle spodo­

bam się Denny'emu? 

- Spójrz na Margo - odpowiedział z chłodnym 

uśmiechem. 

background image

44 BRYLANCIK 

- Mimo całej niechęci do niej muszę przyznać, że 

jest cudowna. 

- Jak większość kobiet, poświęca wiele czasu na 

pielęgnację swej urody i właściwym doborze fatałasz-

ków. 

- Pretenduje pan do miana eksperta w dziedzinie 

mody? - spytała oschłym tonem. 

Regan milczał przez chwilę, obserwując jadące 

samochody. 

- Jessica była znaną modelką - powiedział miękko. 
- Och... - Kenna odwróciła głowę, poruszona 

sposobem, w jaki wypowiedział te słowa. 

Regan gwałtownym ruchem zgniótł niedopałek 

papierosa. 

- Obiecuję ci, że już niedługo zdobędziesz Den-

ny'ego. 

- Dlaczego Margo nie cieszy się pana sympatią? 

Nawet jej pan nie widział - zauważyła Kenna, gdy 

skręcili na parking. 

Regan wyłączył silnik, rozparł się w fotelu i spojrzał 

w oczy swej towarzyszki. 

- Nie chcę, aby mój brat ożenił się z kobietą, która 

go zniszczy. Nie znam przeszłości tej damy i to mnie 

niepokoi - dodał ponuro. 

- Myśli pan, że może być agentką obcego wywiadu 

lub kimś w tym rodzaju? 

- Masz bujną wyobraźnię - mruknął. - Uważam, 

że Denny jest dość bogaty i stoi u progu kariery. 

Z tego, co słyszałem, Margo lubi żyć w luksusie. 

Uśmiechnął się kwaśno. 

- Denny zasługuje na coś lepszego. 

background image

BRYLANCIK 45 

Ken na spuściła powieki. 

- Przyjadę do ciebie jutro o drugiej po południu 

— odezwał się Regan. — Zaczniemy pierwszą lekcję. 

Możesz włożyć jakąś sukienkę z tych, które dzisiaj 

wybraliśmy. 

Z przestrachem uniosła głowę. 

- Jutro? 

- Chyba nie jesteś już umówiona? 

- Przypuśćmy, że jestem. 

- Trudno w to uwierzyć, widząc, w co się ubierasz. 

- Gdybym postępowała wyłącznie w myśl pańskich 

wskazówek, musiałabym paradować nago - warknęła. 

- Tym gorzej dla przechodniów — odparł spokoj­

nym tonem. 

Kenna zaniemówiła z gniewu. Miała ochotę rzucić 

w niego torebką. Regan wysiadł z samochodu i wyjął 

z bagażnika torby z zakupami. 

- Skąd dowiedział się pan, gdzie mieszkam? - spy­

tała po chwili, gdy udało jej się zapanować nad 

zdenerwowaniem. Otworzyła drzwi swego mieszkania. 

- Zapytałem o to Denny'ego. 

Rzucił pakunki na kanapę i rozejrzał się dokoła. 

- Założę się, że mój brat nigdy tu nie zajrzał. 

Kenna ze smutkiem skinęła głową, po czym nie­

oczekiwanie wybuchnęła głośnym śmiechem. 

- Nikt tu nigdy nie bywał, z wyjątkiem mnie 

i członków najbliższej rodziny. 

Regan wsunął dłonie do kieszeni. 

- Sądząc po twoich strojach, spodziewałem się 

czegoś gorszego. To pomieszczenie... ma własną oso­

bowość. 

background image

46 BRYLANCIK 

- A ja jej nie mam? - spytała z wyrzutem. 
- Nie wiem - odparł. Spojrzenie ciemnych źrenic 

spoczęło na jej twarzy. -Dotąd nie poświęcałem ci zbyt 

wiele uwagi. 

- Trudno się dziwić - westchnęła. - Widziałam 

zdjęcia kobiet, z którymi lubi pan przebywać. 

Zrobił zdziwioną minę. 

- To znaczy? 

- Niektóre z nich były tak piękne, że przy nich 

nawet Mar go wyglądałaby jak kopciuszek. 

Wyjął kolejnego papierosa i sięgnął po zapalniczkę. 
- Czasem dokucza mi samotność. Ty nigdy nie 

czujesz się podobnie? 

Kenna szeroko otworzyła powieki. Kamienny po­

sąg okazał się istotą z krwi i kości, w dodatku nie 

pozbawioną ludzkich uczuć. 

- To zdarza się... każdemu. 

Odwróciła głowę. 

- Wiem. Lecz w przeciwieństwie do ciebie, nie 

zamierzam użalać się nad własnym losem. Dziew­

czyno, masz dopiero dwadzieścia pięć lat, a żyjesz 

niczym zakonnica! 

Kenna rzuciła mu gniewne spojrzenie. 
- To mój styl bycia! - zawołała. 

- Bez wątpienia. Ile czasu musisz spędzić przed 

telewizorem, zanim stwierdzisz, że masz dość całego 

świata? 

Zagryzła wargi. Słowa Regana poruszyły bolesną 

strunę w jej sercu. 

- Nie zamierza pan odejść? - spytała zimno. 

- Prawdę mówiąc, umówiłem się z pewną kobietą 

background image

BRYLANCIK 47 

- odparł. Uśmiechnął się cierpko na widok instynk­

townej reakcji Kenny. — Nie będę siedział bezczynnie 

w domu. 

- Musi być szalona, skoro zdecydowała się spędzić 

wieczór w pańskim towarzystwie! - wybuchnęła gwał­

townie dziewczyna. 

Regan spojrzał na nią z uśmiechem. Sprawiał 

wrażenie człowieka, który wie wszystko o ukrytej 

naturze kobiety. Kenna spuściła głowę. 

- Mam jeszcze dużo zajęć - powiedziała. 

- Ja także. Jak już mówiłem, wpadnę jutro o czter­

nastej. 

Otworzył drzwi i wyszedł bez pożegnania. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Kenna nie mogła zasnąć. Oczami wyobraźni oglą­

dała Denny'ego i Margo. Widziała też siebie, trium­

fującą, spacerującą u boku ukochanego mężczyzny po 

kryształowych komnatach zamku. O świcie powiodła 

znużonym spojrzeniem po pustym pokoju. Westchnę­

ła. Czekał ją ciężki dzień. W towarzystwie Regana. 

Godzinę przed wyznaczonym czasem przebrała się 

w parę dżinsów i biały sweter z wysokim golfem. 

Z uśmiechem spojrzała w lustro. Zrobiła sobie staran­

ny makijaż, postępując zgodnie z radami kosmetyczki. 

Nawet w okularach wyglądała na odmienioną. Nie 

mogła doczekać się końca weekendu i spotkania 

z młodszym z braci Cole. 

Dzwonek u drzwi wejściowych zadźwięczał punk­

tualnie o drugiej trzydzieści. W progu stanął Regan. 

— Dlaczego nie włożyłaś żadnego z ubrań, które 

kupiliśmy wczoraj? - spytał bez zbędnych wstępów. 

Kenna zmierzyła go wzrokiem. Ponieważ była 

w butach na płaskim obcasie, przyszło jej stać z wyso­

ko zadartą głową. Czuła się nieco przytłoczona i zde­

nerwowana. 

- Myślałam, że w pana obecności nie muszę wy­

glądać zbyt uwodzicielsko - powiedziała. 

background image

BRYLANCIK 

49 

- Dlatego poświęcam ci tyle czasu, abyś się tego 

nauczyła. Powinnaś wyglądać uwodzicielsko... Bez 

obaw, nie chodzi o mnie—dodał chłodno. - Ustaliliśmy 

wcześniej, że nie jesteś w moim typie. 

- Dzięki Bogu - westchnęła z ironicznym uśmie­

chem. Odwróciła się. -W takim razie... włożę sukienkę 

z rozcięciem sięgającym aż do końca pleców. 

- Tylko przedtem zdejmij kalesony! - zawołał za 

nią. -1 włóż biustonosz. 

Kenna zniknęła w sypialni i głośno trzasnęła drzwiami. 

Dziesięć minut później z ponurą miną zjawiła się 

w nowej sukience. Regan oderwał wzrok od leżących 

na stoliku fotografii i spojrzał w stronę dziewczyny. 

- Wyprostuj się - nakazał. Wstał z kanapy. 

Kenna posłusznie, choć z wyraźną niechęcią speł­

niła polecenie. 

- Chodzisz sztywno, niczym przedsiębiorca pogrze­

bowy - zauważył mężczyzna. Ruszył w stronę wyjścia. 

- Dobrze, że chociaż nie mam jego wyglądu - od­

powiedziała znacząco. 

- Nie byłbym tego taki pewien - odparł niewzru­

szonym tonem. — Idziemy. 

- Dlaczego nie możemy tu zostać? - spytała. 
- Nie boisz się przebywać bez świadków w moim 

towarzystwie? - Uśmiechnął się kpiąco. 

- Szkoda czasu na rozmowy o niewinności, skoro 

przypadła mi rola uwodzicielki - odpowiedziała słod­

kim tonem, gdy zmierzali w stronę windy. 

Stanęli przed drzwiami kabiny. 

- I tak mogę mówić o szczęściu, że to nie pan jest 

kandydatem na mojego kochanka. 

background image

50 BRYLANCIK 

W drzwiach windy ukazała się znana już obojgu 

z widzenia starsza pani, która całkiem niedawno 

w podobnych okolicznościach wysłuchała opinii na 

temat noszenia biustonoszy. Z wahaniem zrobiła krok 

do przodu. Kenna spłonęła rumieńcem. 

- Wspaniała pogoda dzisiaj - wymruczała. 

Starsza pani bąknęła coś pod nosem, wyszła z windy 

i pośpiesznym krokiem zniknęła w głębi korytarza. 

Regan z trudem zachowywał powagę. 

- To twoja sąsiadka? - spytał. 

Dziewczyna westchnęła ciężko. 
- Jestem przekonana, że do niedawna uważała 

mnie za miłą, zrównoważoną osobę, szanującą ogólnie 

przyjęte zasady moralne. 

- Przejmujesz się tym, co myślą inni? 

Kenna uniosła wzrok. Zaskoczył ją ton napięcia 

pobrzmiewający w głosie Regana. Po chwili spuściła 

głowę. 

- Nie... chyba nie - odpowiedziała z zakłopota­

niem. 

Regan milczał, lecz przez cały czas wpatrywał się 

w pochyloną głowę dziewczyny. 

- Chodź, diamenciku - zamruczał, gdy winda 

dotarła do parteru. 

- Słucham? 

- Diament wymaga oszlifowania, aby stał się bry­

lantem - odpowiedział. 

- Taki zabieg bywa bolesny - zauważyła Kenna. 

- Nie jestem przecież kamieniem. 

- Bez odrobiny starań piękny Książę nie spojrzy na 

Kopciuszka - przypomniał jej. 

background image

BRYLANCIK 

51 

- Dzięki. W tej chwili czuję się jak dynia, nie jak 

Kopciuszek. 

- Więc musimy czym prędzej przejść do właściwych 

zajęć. 

Wsiedli do samochodu. Kenna czuła narastające 

zdenerwowanie. Próbowała przekonać samą siebie, że 

zdolna jest do największych poświęceń, aby zdobyć 

miłość Denny'ego... 

Regan zajmował luksusowy apartament w śród­

mieściu Atlanty, skąd rozpościerał się widok na Re­

gency Hyatt House. W nocy miliony kolorowych 

świateł zmieniały miasto w baśniową krainę. 

Podłogę pokoju pokrywał gruby, szary dywan, 

a całość urządzono w stylu śródziemnomorskim. Na 

ścianach wisiały murzyńskie maski, a na niewielkim, 

kunsztownie rzeźbionym stoliku stała niewielka, opra­

wiona fotografia z wizerunkiem młodej, roześmianej 

kobiety o rozwichrzonych włosach. Kenna bez pytania 

odgadła, kogo przedstawia zdjęcie. To była Jessica. 

- Nie zachowuj się jak na pogrzebie - warknął Regan. 

-W miarę możliwości mogę zaspokoić twoją ciekawość. 

Dziewczyna spojrzała w jego stronę spłoszonym 

wzrokiem. 

- Przepraszam - powiedziała cicho. - Pańska żona 

była tak piękna... 

Przez twarz Regana przemknął cień. Odwrócił głowę. 

- Siadaj. 

Kenna gwałtownie opadła na kanapę. 

- Właśnie... - zaczął Regan. - Nawet nie potrafisz 

usiąść jak prawdziwa kobieta. Padasz na krzesło lub 

kanapę jak zapaśnik na matę i robisz to bez wdzięku. 

background image

52 BRYLANCIK 

Kenna zacisnęła zęby. Zapowiadała się długa, mę­

cząca lekcja. 

Nie myliła się. Po kilku godzinach spędzonych na 

powtarzaniu rozmaitych czynności dziewczyna po­

kręciła głową. 

- Nie mam pojęcia, jak udało mi się przeżyć 

dwadzieścia pięć lat bez pańskiej pomocy - powiedzia­

ła słodkim tonem. 

- Dlamnieto także zagadka-mruknął z niechęcią. 

- Ostatnia rada na dzisiaj: staraj się myśleć po 

kobiecemu. Pamiętaj, że masz kuszące ciało. Podczas 

chodzenia powinnaś poruszać się ze zmysłowym 

wdziękiem. 

- Możemy wyjdziemy na ulicę i przeprowadzimy 

mały eksperyment? 

Obrzucił ją ponurym spojrzeniem. 

- Istnieje różnica pomiędzy zmysłowością a wul­

garnym erotyzmem. Czy przypatrywałaś się ruchom 

modelek podczas pokazu? 

- Nigdy nie zwracałam na to uwagi. 
- A powinnaś. W telewizji jest sporo programów 

poświeconych wyłącznie modzie. Zacznij je oglądać. 

Może... zapiszesz się do szkółki baletowej? 

- Nic z tego - odparła krótko. - Nie mam czasu, 

aby stroić się w tiule i kręcić piruety przed lustrem. 

Regan obrzucił uważnym spojrzeniem jej sylwetkę. 

- Zatem popatrzmy, jak chodzisz, Kopciuszku. 

Kenna zaczerpnęła głęboko tchu. Próbowała przy­

pomnieć sobie każde słowo z otrzymanych niedawno 

instrukcji. 2 wystudiowaną gracją przeszła przez śro­

dek pokoju. 

background image

BRYLANCIK 53 

W oczach Regana pojawił się błysk zainteresowa­

nia. Jego wzrok spoczął na niewielkich piersiach 

dziewczyny. Kenna zmarszczyła brwi. 

- Nieźle - zamruczał Regan. - Oczywiście, jak na 

kogoś, kto dopiero zaczyna naukę - dodał. - Masz 

jeszcze dużo pracy przed sobą i niewiele czasu. Dzisiaj 

nie pokonałabyś Margo. 

- Wiem -jęknęła Kenna. - Z jej ciałem... 
- Twojemu także nic nie brakuje. - Spojrzenie 

Regana świadczyło wyraźnie, że nie jest to tylko 

komplement. - Musisz jedynie wiedzieć, jak należy je 

wykorzystać. 

Kenna poczuła mrowienie w łydkach. 

- Pomyłka. Nie mam zamiaru zaciągnąć Den-

ny'ego do łóżka! 

Skrzywił usta w kpiącym uśmiechu. 

- Nie odczuwasz pożądania na jego widok? 
- Oczywiście, że... to znaczy... Chodzi o to... -Cał­

kowicie straciła głowę czując na sobie jego natarczywy 

wzrok. 

- Jesteś zupełnie pewna swoich intencji? 

Regan wstał. Zbliżył się do dziewczyny. Poczuła 

zapach wody kolońskiej zmieszany z wonią tytoniu... 

Ciepło bijące od męskiego ciała... 

- Spójrz na mnie. Nie tak... bardziej zalotnie 

-mruknął. Popatrzyłamu prosto w oczy. Zatrzepotała 

rzęsami, uśmiechnęła się nieśmiało. 

- Lepiej?,-spytała. 
Przez długą chwilę nie odpowiadał. 

- Posiadasz ukryte możliwości -odezwał się w koń­

cu. - Nie przykleiłaś sobie sztucznych rzęs, prawda? 

background image

54 

BRYLANCIK 

- Oczywiście! -zawołała, zdumiona niespodziewa­

nym pytaniem. W tej samej chwili zauważyła, że gęste 

rzęsy Regana stanowią wspaniałe obramowanie dla 

ciemnych źrenic. 

Rozchyliła usta. Nagle cofnęła się, pragnąc jak 

najdalej uciec od tego niebezpiecznego człowieka. 

- Chyba powinnam już iść do domu - powiedziała 

nieswoim głosem. 

- Masz rację. - Regan skinął głową. - Nakłoniłem 

Denny'ego do wyjazdu na cały tydzień. Spotkacie się 

dopiero w sobotę, a wówczas... 

- Dokąd pojechał? - W słowach Kenny zabrzmiała 

nuta niepokoju. 

- Nie martw się. - Regan zapalił papierosa i od­

wrócił się w stronę okna. - Jest w Nowym Jorku. 

Pracuje, choć muszę przyznać, że nie był zadowolony 

z tego wyjazdu. Margo została w Atlancie - dodał 

z chytrym uśmieszkiem. 

Kenna poweselała. 

- Dzięki podstępowi czasami łatwiej osiągnąć cel... 

- powiedziała cicho. 

Regan spojrzał w jej kierunku. Dostrzegł błysk 

rozbawienia w oczach dziewczyny. Przez chwilę w mil­

czeniu patrzyli na siebie. 

- Musisz nieco poczekać, aby zobaczyć jego reak­

cję na twój nowy image. 

- Będę trzymać kciuki - mruknęła. 

- Ja również. Potrzebny nam łut szczęścia. 

Przybrał zwykły, poważny wyraz twarzy. 

- Chodźmy. Odwiozę cię do domu i wracam do 

pracy. 

background image

BRYLANCIK 

55 

- Musi pan wciąż pracować? — spytała bezwiednie. 

Regan spojrzał na nią z ukosa. 

- Chcę zachować zdrowy rozsądek - burknął. 

Wyszli na korytarz. Dziewczyna stanęła przy 

drzwiach windy. Ze zdumieniem stwierdziła, że jej 

stosunek do Regana zaczął ulegać zmianie. To tylko ze 

względu na Denny'ego, pocieszała się w myślach. 

- Tęsknisz za żoną? - spytała, nieświadomie prze­

chodząc na „ty". Regan nie zwrócił na to uwagi. 

- Nie rozmawiam o Jessice nawet z najbliższymi 

członkami rodziny - powiedział oschle. - A ty się do 

nich nie zaliczasz. Jeszcze nie. 

Twarz Kenny okryła się szkarłatem. Brutalnie 

skarcona dziewczyna poczuła łzy pod powiekami. Bez 

słowa wsiadła do windy. 

Kolejny tydzień upłynął jej na wytężonej pracy. 

Początkowo próbowała unikać Regana, lecz wkrótce 

przekonała się, że to niemożliwe. Lekcje następowały po 

sobie z nieuchronną regularnością, choćKenna rozmaity­

mi sposobami okazywała swą niechęć wobec nauczyciela. 

Nadeszło piątkowe popołudnie. Kenna z głośnym 

westchnieniem ulgi wyłączyła maszynę do pisania 

i sięgnęła po płaszcz. Drzwi gabinetu otworzyły się 

z trzaskiem i w progu stanął Regan. Był bezmarynarki; 

rękawy koszuli zawinął niemal po łokcie. W milczeniu 

spoglądał w stronę dziewczyny. 

Kenna również stała bez słowa. Miała na sobie 

elegancką beżową bluzkę i dopasowaną kolorem spód­

nicę. Znakomity makijaż podkreślał jej urodę. Nawet 

w okularach wyglądała pociągająco. 

background image

56 

BRYLANCIK 

- Podejdź bliżej - mruknął Regan. 

Zbliżyła się tanecznym krokiem. Śmiało spojrzała 

w ciemne oczy mężczyzny i uśmiechnęła się kusząco. 

- Bardzo ładnie - wycedził przez zęby. - Pierwszy 

etap ma pani za sobą, panno Dean. Jaką sukienkę 

zamierzasz włożyć jutro? Zielonobłękitny strój wró­

żki? 

- Tak - odpowiedziała jednym tchem, zdziwiona, 

że odgadł jej zamiar. 

Regan skinął głową. 

- Dobrze. Przyjadę o wpół do siódmej. Sprawimy 

Denny'emu małą niespodziankę. 

- Założę się, że mnie nie pozna. 

- Musisz jedynie pamiętać, że na razie należysz do 

mnie. Nie próbuj korzystać z pierwszej nadarzającej się 

okazji, bo wszystko popsujesz. 

Rzuciła mu wściekłe spojrzenie. 

- Dość dobrze pamiętam szczegóły naszego planu. 

Nie potrzebuję ciągłych pouczeń, panie mecenasie. 

- Nic na to nie poradzę - odparł wzruszając 

ramionami. -Wiesz, jak bardzo zależy mi na szczęściu 

brata. Musisz sprawić, aby Denny stał się zazdrosny. 

- Czy to znaczy, że w obecności innych osób mam 

trzepotać zalotnie rzęsami i przesyłać ci rozmarzone 

spojrzenia? - spytała z niesmakiem. 

- Właśnie-odpowiedział poważnym tonem.-Na­

wet w biurze powinniśmy zachowywać się jak zako­

chani. 

- Nie będę siadać ci na kolanach. 

- Nigdy bym na to nie pozwolił! - krzyknął z obu­

rzeniem. 

background image

BRYLANCIK 57 

Kenna obróciła się, kurczowo ścisnęła torebkę 

i zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę wyjścia. 

Nagle stanęła jak wryta na widok roześmianej twarzy 

Denny'ego. 

Młody mężczyzna z uwagą przyglądał się swej 

sekretarce. 

- No... no... - mruknął. Stopniowo jego uśmiech 

zmienił się w grymas zdziwienia. 

Regan zbliżył się do dziewczyny i czułym gestem 

otoczył ramieniem jej kibić. 

- Myślałem, że przyjedziesz dopiero jutro - powie­

dział. - Zabierasz Margo na bal? 

- Och... nie... to znaczy... tak, oczywiście - mam­

rotał Denny. Wydawał się kompletnie zbity z tropu. 

- Kenna chciałajuż pójść do domu -ciągnął Regan. 

- Chyba nie zamierzasz obarczyć jej jakimś poleceniem? 

- Nie, skądże - zdecydowanie zaprzeczył Denny. 

- Odprowadzę ją tylko do wyjścia. Potem powia­

domię cię, co zaszło w czasie twojej nieobecności. 

- Popatrzył na Kennę. - Idziemy, kochanie. 

Dziewczyna zerknęła na młodszego z braci. Uśmie­

chnęła się nieśmiało. 

- Miło, że pan już wrócił, szefie - powiedziała. 

- Tak... oczywiście - odparł Denny nieswoim głosem. 

Stał bez ruchu i uważnym spojrzeniem śledził 

odchodzącą parę. 

- Zobaczymy się jutro o wpółdo siódmej -odezwał 

się Regan, gdy doszli do końca korytarza. Zbliżył 

twarz do ust Kenny. Dziewczyna zamknęła oczy, lecz 

żadnym gestem nie zdradziła swych uczuć. Poczuła na 

wargach smak gorącego pocałunku. 

background image

58 BRYLANCIK 

- Wieczorem zadzwonię - powiedział miękko Re­

gan, choć w jego spojrzeniu nie było ani śladu czułości. 

- Nie pracuj zbyt długo - odparła. Starała się, aby 

zabrzmiało to naturalnie. Pożegnała go uśmiechem 

i wsiadła do windy. 

Drzwi kabiny zasunęły się bezszelestnie. Kenna 

westchnęła głęboko i oparła głowę o lustro. Czuła się 

zupełnie wyczerpana. Delikatnie dotknęła ust. Nieda­

wny pocałunek palił ją niczym rana. 

Pogrążyła się w rozmyślaniach. A jeśli Regan się mylił? 

Jeśli Denny jest tak bardzo zakochany wMargo, że cały 

kunsztownie opracowany manewr spali na panewce? 

Nadszedł sobotni wieczór. Kenna włożyła suknię, 

poświęciła więcej czasu niż zwykle na staranny maki­

jaż. Zrezygnowała z okularów. Niezbyt ciekawił ją 

wygląd gości, a poza tym i tak zamierzała spędzić całe 

przyjęcie uczepiona ramienia Regana. 

Mecenas Cole zjawił się z zadziwiającą punktual­

nością. 

Ubrany by! w tradycyjny czarny smoking i białą 

koszulę. 

- Pan do mnie? - spytała z przekąsem Kenna. 

- Nie poznałaś mnie? - burknął. Przesunął wzro­

kiem po smukłej sylwetce dziewczyny. Obcisła suknia 

bardziej odkrywała niż skrywała jej wdzięki. 

- Wspominałam już nieraz, że mam bardzo słaby 

wzrok. - Podeszła do stolika, usiłując odnaleźć toreb­

kę. ~Na dzisiejszy wieczór będę potrzebowała dobrego 

przewodnika. 

background image

BRYLANCIK 

59 

- Okulary znakomicie podkreślają twoją urodę. 

- Zwłaszcza wówczas, gdy ich nie noszę. 

Zerknęła w jego stronę. Twarz mężczyzny przypo­

minała rozmazaną plamę, lecz Kenna i tak zdawała 

sobie sprawę, że jest wściekły. 

- Chodźmy - warknął krótko. 
Posłusznie ruszyła w kierunku wyjścia. Bez okula­

rów czuła się dziwnie bezbronna. 

Regan milczał przez całą drogę do hotelu. Kenna 

rozmyślała o ich ostatnim spotkaniu... i o pocałunku. 

Dlaczego wywarł na niej tak silne wrażenie? Przecież 

kocha zupełnie innego mężczyznę. 

Salę balową wypełniał tłum osób. Na podwyższeniu 

grała orkiestra, a kreacje kobiet lśniły niczym klejnoty. 

Kenna widziała jedynie różnobarwne smugi i musiała 

mrużyć oczy, aby rozpoznać szczegóły. Po chwili 

dostrzegła Denny'ego i Margo. Stali obok bufetu, 

zajęci rozmową. 

- Przestań się krzywić - posłyszała przy uchu szept 

Regana. - Wyglądasz jak osiemdziesięcioletnia staru­

szka. 

- Dziękuję ci, szlachetny czarodzieju, że podaro­

wałeś mi balową suknię i szklane pantofelki - odparła, 

patrząc na niego z ukosa. - Ale teraz bądź łaskaw 

machnąć swą magiczną różdżką i zniknąć. 

- Nic z tego, kochanie -mruknął Regan. -Mam na 

to wielką ochotę, lecz okoliczności zmuszają mnie, 

żebym został. Uśmiechnij się! 

Wykrzywiła usta i mocno przylgnęła do jego ramienia. 

- Cicho - usłyszała w chwili, gdy otworzyła usta, 

aby coś powiedzieć. — Nadchodzą. 

background image

60 BRYLANCIK 

Denny i Margo pomału zmierzali w ich kierunku. 

- Cześć - zawołał Regan. 
- Witaj, wielki bracie - zabrzmiała odpowiedź 

Denny'ego. - Cóż to za piękność widzę u twego boku? 

- Nie poznajesz? - parsknął śmiechem Regan. 

- Poprosiłem Kennę, aby spędziła ze mną dzisiejszy 

wieczór. 

Denny stał wystarczająco blisko, aby dziewczyna 

mogła zobaczyć wyraz zdumienia, jaki odmalował się 

na jego twarzy. 

- Co się z tobą stało? - wyjąkał. - Wyglądasz... 

jakoś inaczej. 

- Po prostu staliśmy się przyjaciółmi - oświadczył 

Regan. 

- Proszę... proszę... - mruknął Denny. - Przed 

wyjazdem byłem przekonany, że mówiąc oględnie, nie 

przepadacie za sobą. 

- Czy mógłbyś mnie przedstawić? - łagodnym 

głosem wtrąciła stojąca u jego boku ciemnooka kobie­

ta o kruczoczarnych włosach. 

- Przepraszam, oczywiście! To mój przyrodni brat, 

Regan Cole oraz moja sekretarka, Kenna Dean. A to 

Margo de la Vera. 

Regan uniósł do ust dłoń kobiety. 

- Seńorita, mucho gusto enconocerla - powiedział 

po hiszpańsku. 

Margo uśmiechnęła się promiennie. 

- Con mucho gusto, senor. Habla usted espanoł? 
- Un poco —

 odpowiedział. - Denny dokonał zna­

komitego wyboru. 

- Nie, senor, to ja miałam szczęście - powiedziała 

background image

BRYLANCIK 

61 

Margo, patrząc z uwielbieniem na swego towarzysza. 

Po chwili z przyjaznym uśmiechem zerknęła na Kennę. 

Jej zachowanie kłóciło się z wizerunkiem zimnej, 

wyrachowanej kobiety, jaki istniał dotąd w wyobraźni 

dziewczyny... 

- Bardzo mi miło panią poznać. - Kenna zmusiła 

się do uśmiechu. Margo była starsza zaledwie o rok, 

lecz miała więcej swobody i naturalności. 

- Wzajemnie. - Argentynka skinęła głową. - Mam 

nadzieję, że zostaniemy przyjaciółkami. Denny twier­

dzi, że bez pani pomocy już dawno straciłby kontrolę 

nad pracą biura. 

- To niezwykle uprzejmie z jego strony - wymam­

rotała Kenna. 

- To szczera prawda — odezwał się Regan. - Bez 

Kenny tkwilibyśmy po uszy w kłopotach. 

- Zatańczymy? - nieoczekiwanie spytał Denny. 

Patrzył na Kennę. Serce dziewczyny zatrzepotało 

radośnie. Nim zdążyła odpowiedzieć, głos zabrał Regan. 

- Przepraszam - powiedział oschle i z wyrzutem 

spojrzał na brata. - Obawiam się, że karnet Kenny jest 

już wypełniony po brzegi. 

Denny chrząknął z zażenowaniem. Po chwili ujął 

dłoń Margo. 

- Wcale ci się nie dziwię - mruknął, zerkając na 

brata. - Z jej wyglądem... Na razie was opuścimy. 

Spotkamy się później. 

- Przed północą możemy wpaść do mnie. Zdążymy 

wypić kieliszek przed snem - zaproponował Regan. 

~

 Znakomicie - odparł Denny. Poprowadził Mar­

go w kierunku parkietu. 

background image

62 BRYLANCIK 

- A niech cię szlag trafi! - syknęła Kenna, gdy 

została sam na sam z Reganem. 

- Uważasz, że odebrałem ci jedyną szansę znalezie­

nia się w objęciach Denny'ego? - Nagle wybuchnął 

śmiechem. - Kochanie, żaden z nas nie lubi tego, co 

może osiągnąć bez trudności. Opór budzi pożądanie. 

Zaczęli tańczyć. W tłumie par mignęła oliwkowa 

sukienka Margo. 

- Narzeczona Denny'ego jest rzeczywiście piękna, 

nieprawdaż? - odezwała się Kenna. •- W niczym nie 

przypomina wyrachowanej spryciary. 

- Pozory często mylą, kochanie -mruknął Regan. 

- Widziałem już niejedną słodką i niewinną dziew­

czynę, która w łóżku zachowywała się niczym do­

świadczona księgowa. 

- Musisz kupować kobiety, mecenasie? - spytała. 

Spojrzał na nią z wściekłością. 

- Za ten dowcip będziesz musiała zapłacić - powie­

dział cicho. 

- Cała drżę z przerażenia - odpowiedziała. - To 

prawdziwe szczęście, że wokół jest tyle osób. 

- Zatem poczekam, aż zostaniemy sami. 
- Byłabym bardziej zadowolona, gdybyś pozwolił 

mi zatańczyć z kimś innym. 

- Wiem, co powinienem robić. 

Przycisnął jąmocniej do siebie. Zawirowali w tańcu. 

Kenna poczuła narastające podniecenie, tym bardziej 

nieoczekiwane, że przecież w dalszym ciągu przebywa­

ła z Reganem... Próbowała uwolnić się z jego uścisku. 

- Przestań się szamotać - warknął. - Denny patrzy 

w naszą stronę. Musimy dać mu powód do zazdrości. 

background image

BRYLANCIK 

63 

- Och... - jęknęła. Jej ciało stało się wiotkie. 

Wsparła głowę na ramieniu partnera. 

- Dobrze... - mruknął. - Właśnie o to chodzi. 

Taniec jest niczym miłość; inicjatywa należy do męż­

czyzny. 

Kenna spłonęła rumieńcem. Regan pieszczotliwym 

ruchem pogładził ją po plecach. 

- Niewiele miałaś okazji, by tańczyć. - Zabrzmiało 

to jak stwierdzenie. - Prężysz ciało za każdym razem, 

gdy ocierasz się o moje biodro. Podejrzewam, że nawet 

ten rodzaj poufałości jest dla ciebie nowym doświad­

czeniem. 

Bała się spojrzeć mu w oczy. Zmysłowy zapach 

wody kolonskiej i żar bijący od męskiego ciała budziły 

w niej nie znane dotąd uczucia. 

- Rozluźnij się - szepnął Regan. - Pozwól, abym 

poczuł dotyk twojego ciała. 

Kenna zaczęła drżeć niczym w febrze. Nie mogła 

zatrzymać ogarniającego ją podniecenia. Zaczerpnęła 

głęboko tchu i... 

- Nie. Nie! - wyszeptała gwałtownie. 

Regan opuścił głowę i delikatnie chwycił zębami jej 

ucho. 

- Chyba wiesz, co robię? - spytał szeptem. 
- Tak...-odpowiedziałanieswoimgłosem.-Ale... 

- Nie wyobrażaj sobie więcej, niż potrzeba-mruk-

nął. - To tylko przedstawienie. Reagujesz tak gwał­

townie, ponieważ jesteś dziewicą. 

Naprawdę chodziło wyłącznie o to? Kenna zaru­

mieniła się pod wpływem własnych myśli. Wszystkimi 

zmysłami pragnęła nowych doświadczeń, nowych... 

background image

64 

BRYLANCIK 

- Regan? - szepnęła zduszonym głosem. 

Wstrzymał oddech. Po raz pierwszy wymówiła jego 

imię. 

- Słucham. 
- Proszę... nie trzymaj mnie w ten sposób. -Wpiła 

palce w klapę smokingu. - Boję się. 

Powoli rozluźnił uścisk. 

- Dlaczego? 

Nie umiała znaleźć sensownej odpowiedzi. Wes­

tchnęła. 

- Przepiękna muzyka... - powiedziała z zakłopota­

niem, próbując zmienić temat. 

Pogładził ją po plecach, po czym roześmiał się 

cicho. 

- Chyba nie myślałaś o tym, aby złożyć mi ofiarę 

z własnego ciała? Podobne zwyczaje wyszły z mody 

wraz z upadkiem starożytnych kultur. Widziałaś kie­

dyś olbrzymie budowle świątyń w Meksyku i Ameryce 

Południowej? 

Spojrzała na niego z zaciekawieniem. 

- Na przykład w Peru? Och... oddałabym wszystko, 

aby móc zobaczyć je z bliska - zaczęła mówić z rosną­

cym ożywieniem. - Chciałam studiować archeologię, 

ale nie miałam dość pieniędzy, aby opłacić czesne... 

Posmutniała. 
- Pokażę ci kolekcję zdjęć, które przywiozłem 

z kilku kolejnych podróży - mruknął Regan. - Kiedyś 

miałem podobne zainteresowania. 

W oczach dziewczyny zamigotały iskierki rozbawie­

nia. 

- Proszę... proszę... Kto by pomyślał? -powiedzia-

background image

BRYLANCIK 65 

ła cicho. -Nie przypuszczałam, że ktoś taki jak ty może 

interesować się archeologią. 

- Próbuje pani ze mną flirtować, panno Dean? 

- spytał. 

Kenna zerknęła w bok. Jej wzrok padł na smukłą 

sylwetkę Denny'ego zasłuchanego w paplaninę Mar-

go. Spoważniała. 

- Opanuj się - warknął Regan. - Wyglądasz, 

jakbyś miała ochotę się rozpłakać. 

- Wszystko na nic - jęknęła. - Nie zwróciłby na 

mnie uwagi, nawet gdybym całkiem nago zaczęła 

tańczyć flamenco. 

- Daj mu nieco więcej czasu, kochanie. Nie możesz 

liczyć na natychmiastowe zwycięstwo. 

- Masz rację. - Kiwnęła głową. Była zadowolona, 

że taniec dobiegł końca. Potrzebowała chwili od­

poczynku. 

Przed północą doszła do wniosku, że słowa wypo­

wiedziane na początku balu przez starszego z braci 

podziałały niczym zaklęcie. Denny ani razu nie pono­

wił zaproszenia do tańca. Ze spuszczoną głową podą­

żyła za wychodzącym Reganem. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Przez całą drogę powrotną Regan milczał, po­

grążony w rozmyślaniach. Kenna nie odzywała się ani 

słowem. Z niechęcią wspominała wydarzenia dzisiej­

szego wieczoru. Coraz bardziej skłaniała się ku wnios­

kowi, że próba rywalizacji z latynoską pięknością 

musiała być z góry skazana na przegraną. Aby zdobyć 

serce Denny'ego, potrzeba było czegoś więcej niż 

eleganckie suknie i dobry makijaż. 

- Zdejmij szklane pantofelki, Kopciuszku. - Regan 

skierował samochód na parking. -Już prawie północ. 

Kenna westchnęła. Otworzyła oczy. 

- Dojechaliśmy? - spytała, rozglądając się dokoła. 

- Wyglądasz jak przestraszony nietoperz - mruk­

nął mężczyzna. - Gdybyś włożyła okulary, nie musia­

łabyś pytać, gdzie jesteśmy. 

- Krótkowzroczność ma też swoje zalety - odpowie­

działa. - Dzięki temu nie widzę dobrze twojej twarzy. 

Wysiadła. Regan z trzaskiem zamknął drzwiczki. 

- Nie igraj z ogniem, Kenno - powiedział oschle. 

Drgnęła na dźwięk swego imienia. Przesunęła ręką 

po włosach. Nagie poczuła żal, że są tak krótkie. 

- Niepotrzebnie zmieniłam fryzurę - mruknęła, 

gdy czekali na windę. 

background image

BRYLANCIK 

67 

- Przynajmniej przestała przypominać kłąb drutu 

kolczastego - odpowiedział Regan. Sięgnął po kolej­

nego papierosa. Stanowczo zbyt dużo palił. 

Wjechali na piętro. Regan otworzył drzwi aparta­

mentu, wpuścił dziewczynę do środka, po czym pod­

szedł do barku. Nalał sobie pokaźną porcję whisky, 

wypił spory łyk i dopiero wówczas zerknął na Kennę. 

- Wypijesz sherry czy brandy? - spytał. 
- Wolałabym coś mocniejszego - odpowiedziała ze 

złością. -Nie myślisz chyba, że pijam wyłącznie mleko. 

- Nawet niewielka porcja whisky szybko uderza 

kobietom do głowy — stwierdził Regan. Wlał nieco 

brandy do kieliszka i wyciągnął rękę. 

- Widzisz, gdzie jest kieliszek? - spytał z kpiącym 

uśmiechem. - Czy mam ci podstawić go pod sam nos? 

- Wsadź sobie... - przerwała, groźnie spoglądając 

w jego stronę. 

- Dokończ. Nie krępuj się-mruknął zachęcająco. 

Wysączył szklankę whisky do ostatniej kropli. 

- Jesteś pełen cynizmu. - Głos Kenny pobrzmiewał 

oskarżycielskim tonem. Dziewczyna pociągnęła łyk 

brandy i odstawiła kieliszek na niewielki stolik obok 

kanapy. Nieznacznie skrzywiła usta. Zdarzało się, że 

podczas rodzinnych uroczystości wypiła lampkę wina, 

lecz na ogół unikała alkoholu. 

- Nie wierzę w twoją bezinteresowność. Usiłujesz 

mnie zmienić... Narzucić swoją wolę... Co się za tym 

kryje? Upiory przeszłości? 

W oczach mężczyzny pojawiły się ogniki gniewu. 

- Czy to uczciwe? Rozdarłeś moją osobowość na 

strzępy, wydajesz polecenia Denny'emu, ajednocześ-

background image

68 BRYLANCIK 

nie nie chcesz ani słowem wspomnieć o własnej 

przeszłości. Co ukrywasz? Czy twoja żona próbowała 

cię opuścić? Czy.., och! 

Nagłe pchniecie przewróciło ją na kanapę. Regan 

stał z zaciśniętymi pięściami i poczerwieniałą z wściek­

łości twarzą. 

- Cholera... -warknął. Nieoczekiwanie pochylił się 

i wycisnął na jej ustach długi, bolesny pocałunek. 

Próbowała uciec, lecz schwycił ją za ręce i przygniótł 

do poduszek. Po raz pierwszy w życiu poczuła strach 

przed mężczyzną. Była zupełnie bezradna. Łzy pociek­

ły jej po policzkach. 

Regan powoli uniósł głowę. Spojrzał na przerażoną 

twarz dziewczyny. Na jej drżące usta, mokre policzki 

i zaczerwienione oczy. 

- Moja żona... - powiedział chrapliwym głosem 

- była w szóstym miesiącu ciąży. Leciała z Charles­

tonu... lecz samolot runął na ziemię. 

Kenna ponownie poczuła łzy pod powiekami. 

Zrozumiała ogrom bólu, jaki przytłaczał tego oschłe­

go na pozór mężczyznę. Spojrzała mu prosto w oczy. 

- Przepraszam... — odezwała się ledwie dosłyszal­

nym głosem. - Tak mi przykro... 

Twarz Regana pozostawała nieruchoma. 

- Kochałem ją - powiedział beznamiętnie. - Minę­

ły trzy lata. Trzy długie, samotne lata... 

Popatrzył na Kennę. 

- Sprawiłem ci ból -mruknął, jakby dopiero teraz 

zauważył, co zaszło. 

Nieznacznie przesunęła językiem po piekących war­

gach. 

background image

BRYLANCIK 

69 

- Nic się nie stało - szepnęła. - Zasłużyłam na 

podobne potraktowanie. Nie miałam zamiaru cię 

dotknąć... 

- W takim razie jesteśmy kwita-powiedział cicho. 

- Nigdy w życiu nie byłem brutalny wobec kobiety... 

Kenna oddychała głęboko, jej piersi poruszały się 

przyśpieszonym rytmem. Nagle ogarnęło ją dziwne 

podniecenie. Regan ponownie pochylił głowę. Delikat­

nie musnął wargami usta dziewczyny. 

Kenna zamarła z przerażenia. 

- Nie bój się - powiedział miękko. - Nie zrobię ci 

krzywdy. 

Okrył pocałunkami jej podbródek. 

- Leż spokojnie - szepnął. - Zapomnij o wszyst­

kim, co słyszałaś na temat mężczyzn. 

Łagodny ton głosu Regana działał niczym czaro­

dziejski balsam. Kenna spojrzała mu prosto w oczy. 

- Jesteś taka miękka... - szepnął. 

Rozchyliła usta. 

- A ty... ogromny - odpowiedziała. Z uwagą 

obserwowała rysy jego twarzy. 

- Na co patrzysz? - mruknął. 

- Na twój nos - odparła. - Jest złamany. 

- I to w dwóch miejscach. - Regan uśmiechnął się 

z dumą. - Służyłem w Wietnamie, w oddziałach 

piechoty morskiej. 

Kenna zapragnęła go dotknąć. 

- Czy możesz uwolnić mi ręce? - spytała. 

Spełnił jej prośbę. Z wahaniem uniosła dłoń. 

- Wszystko w porządku — wyszeptał. - Możesz 

mnie dotknąć. 

background image

70 

BRYLANCIK 

Pogładziła go po gładko wygolonym policzku. 

Zauważyła sieć drobnych zmarszczek w kącikach oczu 

i srebrne pasemko włosów na skroniach. 

Regan trącił nosem jej kształtny nosek. 

- Twoje oczy połyskują barwą bursztynu - powie­

dział. 

- A twoje są niemal czarne - szepnęła. 

- To pozostałość po francuskich przodkach - od­

parł. Zmarszczył brwi. - Nadal się mnie boisz? 

- Nie. 

Była zaskoczona własną odpowiedzią, lecz wiedzia­

ła, że mówi prawdę. Nie odczuwała strachu. 

Palec mężczyzny spoczął na jej ustach. 

- To ciekawe - zamruczał Regan. - Ja w dalszym 

ciągu odczuwam niepokój. 

- Dlaczego? - spytała machinalnie. 

- Hm... Może dlatego, że jesteś dziewicą-mruknął 

z szelmowskim uśmiechem. - Co byś zrobiła, gdybym 

spróbował zdjąć ci suknię? 

- Usiłowałabym zemdleć - odpowiedziała pozor­

nie beztroskim tonem, choć na jej policzkach wykwitł 

szkarłatny rumieniec. 

Mężczyzna pokiwał głową. 

- Jesteś cholernie niedoświadczona. 

- Wiem - odpowiedziała marszcząc nos. - Z moim 

wyglądem... Niemogłam znaleźć dobrego nauczyciela 

— dodała gorzko. 

- A teraz? Niewielu mężczyzn potrafiłoby się 

oprzeć twojemu urokowi. Potrzeba ci tak niewiele... 

- Zniżył glos. - Pomoc kogoś doświadczonego. 

Kenna głośno przełknęła ślinę. 

background image

BRYLANCIK 71 

- Zależy, co masz na myśli... - wykrztusiła. 

Regan zerknął na nią z ukosa, po czym pochylił się 

i złożył delikatny pocałunek na jej powiekach. 

- Nic szczególnego, kochanie. Chodzi mi o krótką 

lekcję miłości. 

Zanim zdobyła się na odpowiedź, poczuła smak 

jego warg na swoich ustach. Tym razem nie sprawił jej 

bólu. Tajemniczy dreszcz przeszył jej ciało. Zadrżała, 

lecz nie próbowała cofnąć głowy. Po dłuższej chwili 

Regan podniósł głowę i spojrzał dziewczynie prosto 

w oczy. 

- Mężczyźni to uwielbiają - powiedział. 

- Ja... chyba także - wyznała cichym głosem. 

- Nikt dotąd nie całował mnie w ten sposób. 

- Coś mi się zdaje, że nikt nawet nie próbował. 

- Przesunął wzrokiem po jej twarzy. - Długo byłaś 

samotna, Kopciuszku? - spytał nieoczekiwanie. 

Kenna drgnęła. W jej oczach zalśniły łzy. 

- Uspokój się - powiedział cicho. Zrozumiał, że 

poruszył czułą strunę w duszy dziewczyny. -Nie płacz. 

Doskonale wiem, czym jest samotność. 

To prawda. Nikt nie mógł lepiej od niego wiedzieć, 

czym jest cierpienie. Kenna uniosła dłoń i lekko 

pogładziła skroń mężczyzny. 

- Najgorsze są noce - wyszeptał. - Szedłem do kina 

i widziałem pary zakochanych, ściskających się za ręce, 

rodziny otoczone dziećmi... 

- Nie mogłeś... znaleźć kogoś? Choć na chwilę... 

Westchnął. 
- Może wydam ci się staroświecki, Kopciuszku, ale 

mam swoje zasady. Nie lubię być zwierzyną łowną. 

background image

72 BRYLANCIK 

- A byłeś? 

Skinął głową. 

- Do tej pory nie zauważyłaś, że jestem bogaty? 

Z uśmiechem pokręciła głową. 

- Niemiałam czasu. Widziałam tylko twój złamany 

nos i zbyt duże stopy... Au! - krzyknęła, gdy wymierzył 

jej solidnego kuksańca. 

Regan uśmiechnął się. 

- I składałaś pokłony przed drzwiami mojego 

gabinetu. Byłem wówczas w nie najlepszym humorze. 

Z trudem powstrzymałem się od gwałtownej reakcji. 

- To dobrze, bo moja polisa ubezpieczeniowa nie 

przewiduje odszkodowania za leczenie siniaków i ran 

zadanych przez rozgniewanego szefa. 

- Masz ostry języczek - zauważył. - Wiesz, co 

powinnaś z nim teraz zrobić? 

Zamknął jej usta kolejnym pocałunkiem. Wypręży­

ła całe ciało, wstrzymała oddech... Tak bardzo prag­

nęła przeżyć chwilę rozkoszy. 

- Twoje oczy mają barwę jesiennych liści - szepnął 

Regan. - Mógłbym patrzeć na nie przez całą wieczność. 

- Proszę... -jęknęła Kenna. 
- Nie - odpowiedział stanowczo. - Jeszcze nie. 

Nadejdzie właściwa chwila... 

- Chcesz zmusić mnie... żebym cię błagała? 

- Nie. Chcę, żebyś zrozumiała, że naprawdę mnie 

pragniesz. Chcę dać ci rozkosz, jakiej nigdy dotąd nie 

zaznałaś. 

Zamarła w bezruchu. Przez chwilę spoglądała wmi-

lczeniu w gorejące oczy mężczyzny. 

- Co się ze mną dzieje? - jęknąła bezradnie. 

background image

BRYLANCIK 

73 

- Poznajesz prawdziwy smak życia - szepnął Re­

gan. Wsunął dłoń za dekolt sukni i począł delikatnie 

pieścić jędrne ciało dziewczyny. 

Kenna miała ochotę krzyczeć. Dać upust szalonej 

radości, przepełniającej jej serce. 

- Widzisz? - odezwał się Regan. Łagodnym ru­

chem dotknął jej małej piersi. - Nie wolno się śpieszyć. 

Kenna załkała. Nie wiedziała, dlaczego płacze. 

Regan otoczył ją ramionami i począł kołysać niczym 

szlochające dziecko. 

- Przepraszam... - wyszeptała. - Nie mam pojęcia, 

co się ze mną dzieje... 

Pogładził ją po włosach. 

- To ja powinienem cię przeprosić -powiedział. - Nie 

zdawałem sobie sprawy, że zareagujesz tak gwałtownie. 

- Wiem - szepnęła, nie odrywając głowy od jego 

ramienia. - Przepraszam za wszystkie okropne rzeczy, 

które wygadywałam... 

- O ile dobrze pamiętam, nie pozostawałem ci 

dłużny. Lecz teraz nie czas i miejsce na podobne 

rozmowy. - Przeciągnął się leniwie. - Czujesz się lepiej? 

- Trafne pytanie - powiedziała Kenna. Usiadła. 

Spojrzała na Regana i oblała się rumieńcem. 

Parsknął śmiechem. 

- Cudowny kolor - mruknął. - Szkarłat... czy 

purpura? 

Prychnęła niczym rozgniewana kotka i niezgrab­

nym ruchem podniosła się z kanapy. Wzięła do ręki 

kieliszek. Wypiła łyk brandy, lecz nawet nie poczuła 

smaku. 

- Kenno... -r odezwał się Regan. 

background image

74 

BRYLANCIK 

- Och... Lada chwila nadejdą Denny i Margo 

- powiedziała z widocznym zdenerwowaniem. 

Regan wstał i położył dłonie na jej ramionach. 

- Nigdy więcej nie sprawię ci bólu - powiedział 

cicho. - Obiecuję. Nie chcę, byś czuła się winna 

z mojego powodu. 

- Czuję się winna wyłącznie z powodu własnego 

zachowania. - Unikała jego spojrzenia. 

- Już dawno jakiś mężczyzna powinien się tobą 

zainteresować.. 

- Żaden nie chciał, -Popatrzyła ponuro w podłogę. 

- Kiepsko wypadłam, prawda? 

- Skądże! - zawołał z przejęciem. - Przykro mi 

tylko, że byłem brutalny. Ty zachowywałaś się bez 

zarzutu. 

Spojrzała mu prosto w oczy. 

- Wydawało ci się... że trzymasz w ramionach żonę? 

- Ruchem głowy wskazała oprawioną fotografię. 

Zmarszczył brwi. 

- Dlaczego tak uważasz? - zapytał. - Kochałem 

Jessicę, przeżyłem tragedię, lecz nie miewam przywi­

dzeń. 

Odszedł kilka kroków i sięgnął po papierosa. 

Kenna spoglądała przez chwilę na jego szerokie 

ramiona. 

- Przepraszam...'- powiedziała. - Zachowuję się 

dzisiaj jak idiotka. 

Regan obrócił się. 

- Czy rozumiesz, dlaczego wciąż walczymy? 

Dotknęła końcem języka niewielkiego skaleczenia 

na dolnej wardze. 

background image

BRYLANCIK 75 

- Rozumiem - powiedziała. 

Regan głęboko zaciągnął się dymem. 

- W takim razie powinnaś także pamiętać, że nie 

mnie pragniesz uwieść. To Denny jest obiektem twoich 

westchnień. 

Kenna oblała się rumieńcem. 

- Nigdy o tym nie zapomniałam - odpowiedziała 

chłodno. 

Regan przesunął spojrzeniem po jej smukłej sylwet­

ce. 

- To właśnie Denny powinien być teraz na moim 

miejscu... - Przerwał mu donośny dźwięk dzwonka, 

- O wilku mowa - roześmiał się gorzko i poszedł 

otworzyć drzwi. 

Kenna pustym wzrokiem wpatrywała się w prze­

strzeń. Dopiero gdy Denny i Margo znaleźli się 

w salonie, zdała sobie sprawę z własnego wyglądu. 

Pośpiesznie przygładziła włosy i usiłowała poprawić 

suknię. Zobaczyła ślad szminki na policzku Rcgana. 

- Zapomniałeś, źe zostaliśmy zaproszeni? - spytał 

Denny, z wyraźnym niepokojem zerkając na brata. 

- Ani przez chwilę - odparł Regan. - Czego się 

napijecie? 

- Dla mnie bourbon - odparł oschle Denny. - Bez 

wody. A dla ciebie, Margo? 

- Kieliszek koniaku. 

Gniewnie patrzyła na swego narzeczonego. 

- A ty, Kenno? - Regan podszedł do barku. 

- Jeszcze jedną brandy - odpowiedziała, wyciąga­

jąc kieliszek. 

- Jak ci się podobał bal? - spytał Denny. Podszedł 

background image

76 BRYLANCIK 

tak blisko, że wyraźnie widział niewielkie skaleczenia 

na ustach dziewczyny. 

- Było bardzo miło. 

- Ja również bawiłam się znakomicie - wtrąciła 

Margo. Zdecydowanym ruchem objęła Denny'ego 

i posłała Kennie ostrzegawcze spojrzenie. 

- Co ci się stało? - Denny nie dawał za wygraną. 

- Masz pokaleczone wargi. 

- Nie twoja sprawa — zabrzmiał przesadnie spokoj­

ny głos Regana. 

Denny zmarszczył brwi i w milczeniu ujął w dłoń 

kieliszek z bursztynowym płynem. 

- To zależy od okoliczności - mruknął po chwili. 

Regan uniósł swoją szklankę. 

- Nolo contendere, mecenasie - powiedział. 

Denny poczerwieniał z wściekłości. Jednym haus­

tem wychylił zawartość kieliszka. Regan skierował 

rozmowę na tematy zawodowe. Po kwadransie Denny 

oświadczył, że najwyższy czas udać się na spoczynek. 

Kenna przeprosiła zebranych i zniknęła w łazience. 

Gdy wróciła, okazało się, ze goście już wyszli. Regan 

stał samotnie pośrodku pokoju. 

- Odnieśliśmy pierwszy sukces - oświadczył. - Wi­

działaś minę Denny'ego? Był skłonny popełnić brato-

bójstwo. 

Oniemiała ze zdumienia. 

- Dlaczego? - wykrztusiła po chwili. 

Lekko dotknął palcem jej zranionej wargi. 
- Był przekonany, że padłaś ofiarą przemocy. 
- Miał ku temu powody - odpowiedziała. - Czy 

wytłumaczyłeś mu... 

background image

BRYLANCIK 

77 

- Nie. To tylko mogłoby pogorszyć całą sprawę. 

Odstawił pustą szklankę. 

- Nie otwieraj nikomu drzwi tej nocy - mruknął. 

- Wydaje mi się, że dla mojego brata Margo bezpo­

wrotnie utraciła dotychczasową słodycz. 

- Zauważyłam - z wątłym uśmiechem powiedziała 

Kenna. - Myślisz, że Denny naprawdę niepokoił się 

o mnie? 

- Bez wątpienia - burknął. - Odwiozę cię do domu. 

Już późno. 

- Mogę wezwać taksówkę - zaproponowała. Sięg­

nęła po torebkę. 

- Nie będziesz wracać sama - oświadczył zdecydo­

wanym tonem. — Po zmierzchu żadne miasto nie jest 

dostatecznie bezpieczne. 

Krótka jazda samochodem upłynęła w milczeniu. 

Regan włączył radio. Kenna obserwowała go spod 

oka. Wciąż czuła dotyk jego rąk na swoim ciele. 

Zadrżała pod wpływem wspomnienia niedawnych 

wydarzeń. Co gorsza, nie potrafiła sobie wyobrazić 

Dermy'ego na miejscu Regana... 

Odprowadził ją do drzwi mieszkania. Przez chwilę 

patrzył bez słowa, jak usiłowała włożyć klucz do zamka, 

po czym z głośnym westchnieniem sam otworzył drzwi. 

- Gdybyś nosiła okulary, miałabyś mniej kłopotów 

- mruknął. 

Spojrzała na niego z gniewem. 

- Dobranoc, mecenasie - powiedziała. 
- Dobra? Nie bardzo, Kopciuszku - zauważył 

z kwaśnym uśmiechem. - Gdzieś po drodze zgubiłaś 
swojego Księcia. 

background image

78 BRYLANCIK 

- I trafiłam w szpony bestii - odcięła się. 

Spojrzał na nią ze smutkiem, lecz po chwili opuścił 

wzrok. 

- Kto wie, czy nie na całe życie - powiedział 

półżartem. - Dobranoc, Kopciuszku. 

Odwrócił się i odszedł, Kenna poczuła łzy pod 

powiekami. Miała ochotę zawołać, by wrócił, lecz w tej 

samej chwili w sąsiednich drzwiach ukazała się znajo­

ma staruszka z plastikową torbą wypełnioną śmiecia­

mi. Kenna westchnęła głęboko i weszła do mieszkania. 

Z kubkiem gorącego kakao krążyła niespokojnie po 

pokoju. Nie mogła sobie darować, że nazwała Regan a 

bestią. 

Bestia. Podeszła do telefonu. Ze złością sięgnęła po 

słuchawkę i wykręciła numer. Sygnał zabrzmiał raz... 

dwa... trzy razy... 

- Halo? - usłyszała znajomy głos. 

Dziewczyna otworzyła usta, lecz musiała dwukrot­

nie chrząknąć, nim udało jej się wykrztusić pierwsze 

słowo. 

- Regan? 

Przez chwilę panowała głęboka cisza. 
- Kenna? 

- Wcale nie uważam, że jesteś bestią - powiedziała 

miękko i odłożyła słuchawkę. 

Odniosła kubek do kuchni, zgasiła światło i wsunęła 

się do łóżka. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Niedziela zapowiadała się całkiem spokojnie. Ken­

na niespiesznie wracała z kościoła. Przyglądała się 

wysmukłym wieżowcom, drzewom i witrynom sklepo­

wym. Z rzadka zaglądała do śródmieścia Atlanty, 

a mimo to wciąż spotykała znajome twarze. Spojrzała 

na rozkwitające pąki kasztanów. Westchnęła cicho na 

widok chłopca i dziewczyny objętych czułym uścis­

kiem, po czym powoli ruszyła w stronę domu. W nowej 

sukience czuła się młodo... i kobieco. Lekka, bia-

ło-lawendowa spódniczka furkotała w powiewach 

wiatru. 

W okularach czy bez, masz w sobie coś, co może 

podobać się mężczyznom, pomyślała. Tanecznym kro­

kiem szła korytarzem. Zbliżała się do swego miesz­

kania, gdy nagle stanęła jak wryta na widok dobrze 

znanej sylwetki. 

Regan stał oparty o ścianę. Wzrok utkwił w zamknię­

tych drzwiach, jedną rękę wsunął do kieszeni, w drugiej 

trzymał zapalonego papierosa. Był ubrany w białą 

koszulę i szare spodnie, miał potargane włosy i... Kenna 

nagle zrozumiała, że odnalazła prawdziwą miłość. 

Zamarła w bezruchu. Nie. To niemożliwe. Przecież 

powinna poślubić Denny'ego. Kopciuszek nie może 

background image

80 BRYLANCIK 

być żoną złego czarnoksiężnika. Nie wolno bezkarnie 

zmieniać treści baśni. 

Regan powoli odwrócił głowę i spojrzał w jej stronę. 

Poczuła gwałtowne bicie serca. Zmusiła się do uśmie­

chu. Podeszła bliżej. 

- Cześć - mruknął. 

- Cześć - odpowiedziała, z trudem łapiąc oddech. 

- Wpadłem spytać, co robisz po południu. Mam 

zamiar odwiedzić rodziców, więc pomyślałem sobie, że 

moglibyśmy pojechać razem... Denny i Margo też tam 

będą - dodał. 

Ostatnie słowa sprawiły jej niespodziewaną przy­

krość. 

- Dziękuję, że o mnie pomyślałeś — odpowiedziała. 

- Uważasz, że powinnam się przebrać? 

- Jak chcesz, chociaż... 

Zmierzył ją uważnym spojrzeniem 

- Podobasz mi się w tym stroju. 
- Wezmę tylko sweter. Na wszelki wypadek. 

Otworzyła drzwi. 

- Wejdziesz? 

Pokręcił głową. 
- Zaczekam tutaj. To chyba nie zajmie ci wiele 

czasu. 

- Oczywiście. Zaraz wracam. 

Pobiegła do sypialni. Otworzyła szafę, wyjęła sweter 

i wróciła na korytarz. W głowie huczało jej od natłoku 

myśli. 

- Czy Denny wie, że przyjedziesz ze mną? - spy­

tała, gdy zajęła miejsce we wnętrzu srebrnego po-

rsche'a. 

background image

BRYLANCIK 

81 

Jechali w stronę Gainesville. Regan roześmiał się, 

lecz twarz miał wciąż ponurą. 

- Taaak... — powiedział przeciągle. - Margo rów­

nież. Będziesz musiała bardzo się starać, kochanie, jeśli 

chcesz zyskać nad nią przewagę. 

Kochanie. Dlaczego dźwięk tego słowa przejmował 

ją dziwnym dreszczem? Niespokojnie poruszyła się 

w fotelu. 

- Co byś zrobił, gdybyś o tej porze mnie nie zastał? 

- spytała. 

- Zadzwoniłbym do szpitala na izbę przyjęć -mru­

knął. 

- Dzięki za troskliwość - odparła. 

Uniósł brwi. 

- Uraziłem panią? Przepraszam, postaram się 

zmienić. Wygląda dziś pani wprost cudownie, panno 

Dean. Gdyby nie to, że myśli pani wyłącznie o moim 

bracie, zatrzymałbym samochód na najbliższym par­

kingu i dożył gorący pocałunek na pani ustach... 

Kenna westchnęła głęboko. Bezwiednie ścisnęła 

trzymaną w dłoni torebkę. 

- Naprawdę? - szepnęła. 

- Tak - padła zdecydowana odpowiedź. -1 wiem, 

że nie napotkałbym na żaden opór. 

Pośpiesznie spojrzała w okno. Nie mogła wykrztu­

sić ani słowa. 

- Dlaczego zadzwoniłaś ubiegłej nocy? - spytał. 
- Było mi wstyd - wyznała. - Powiedziałam zbyt 

wiele niepotrzebnych słów. 

Zdusił niedopałek papierosa. 
- Prawdę mówiąc, zmusiłem cię do tego swym 

background image

82 

BRYLANCIK 

zachowaniem - odezwał się po chwili milczenia. 

- Zwłaszcza przez kilka ostatnich tygodni... 

Spojrzała na niego ze zdziwieniem. 

- Dlaczego postępowałeś w ten sposób? - spytała 

gwałtownie. 

Dojechali do skrzyżowania. Regan zerknął na dzie­

wczynę. 

- Wiesz, dlaczego - powiedział sucho. 

Przymknęła powieki. Słowa mężczyzny brzmiały 

w jej uszach niczym najpiękniejsze wyznanie miłości. 

- Kenno... - mruknął Regan. Samochód wjechał 

na mało uczęszczaną, wiejską drogę. Wokół nie było 

widać innych pojazdów. Regan nacisnął pedał hamul­

ca. 

- Przytul się do mnie, do cholery! - warknął. 

Objął dziewczynę za szyję i wycisnął na jej ustach 

gorący pocałunek. 

Gdy odsunął głowę, w jego oczach Kenna dostrzeg­

ła pożądanie. Ona także nie kryła swych uczuć. 

- Pragnę cię. 
- Wiem - odpowiedziała szeptem. 

Mężczyzna wsparł dłonie na kierownicy i ponuro 

popatrzył przed siebie. Westchnął głęboko. Nacisnął 

starter i przez chwilę wsłuchiwał się w warkot silnika. 

Lewą ręką wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. 

- Możesz zapalić mi jednego? - spytał cicho. 
Kenna spełniła jego prośbę, po czym wyjęła drugie­

go papierosa dla siebie. Regan spojrzał na nią ze 

zdziwieniem. 

- Nie wiedziałem, że palisz. 
- Nie palę. Ale teraz... potrzebuję odprężenia. 

background image

BRYLANCIK 83 

- Mam w sobie tyle uroku? - mruknął z wymuszo­

nym uśmiechem. 

- Nie żartuj, proszę. 

- Muszę - odparł. - Nie mam ochoty angażować 

się w nowy związek. Zbyt wiele wycierpiałem. 

Kenna wsparła czoło na dłoni. Milczała. 

- Nie jesteś dziewczyną, z którą można mieć krót­

kotrwały romans - dodał Regan. - A ja... nie potrafił­

bym zaciągnąć cię do łóżka jedynie dla zaspokojenia 

chwilowego pożądania. 

Z trudem chwytał oddech. 

- Dziękuję - odezwała się dziewczyna. Wsunęła do 

ust zapalonego papierosa, lecz nie próbowała zaciąg­

nąć się dymem. 

- W twojej obecności czuję się... bezbronna. Nie 

przypuszczałam, że sprawy przybiorą taki obrót... 

- Ani ja - wtrącił. 

Skierował samochód w wąską przecznicę. Przez 

chwilę jechali w milczeniu. Wokoło rozpościerała się 

szeroka równina, na której z rzadka można było dostrzec 

kępę drzew lub niewielką zagrodę. Regan roześmiał się. 

- Żadna z kobiet, które poznałem, nie płakała 

w moich ramionach. 

Kenna spoglądała w okno. 

- Musiałeś mieć wiele doświadczeń - mruknęła. 

- W przeciwieństwie do ciebie. Boże... to było coś 

cudownego. 

Zerknął na nią z ukosa. 

- Coś, co zapamiętam do końca życia. 

Rzuciła mu krótkie spojrzenie, po czym szybko 

odwróciła wzrok. 

background image

84 

BRYLANCIK 

- Ja również - wyznała. 

Westchnął. 
- Mam wszelkie szanse, aby zostać następcą świę­

tego Jerzego - wycedził z kwaśnym uśmiechem. - Brak 

mi tylko aureoli i białego konia. 

- Lub jednorożca - dodała. 

- Zwłaszcza że mam do czynienia z dziewicą 

— zauważył. - Dlaczego nie jesteś normalną współ­

czesną kobietą? Moje życie byłoby o wiele łatwiej­

sze. 

Moje także, pomyślała, lecz nie miała ochoty wypo­

wiedzieć tego głośno. 

- Spróbujmy szczerze porozmawiać - odezwał się 

Regan po krótkim milczeniu. - Odczuwasz strach 

przed współżyciem? 

Kenna wtuliła się w oparcie fotela. Wzruszyła 

ramionami. 

- Nie wiem. Chyba nie. Ale nie jestem zwolennicz­

ką przelotnych znajomości. Chciałabym mieć dom 

i dzieci... 

Z wahaniem zerknęła w jego stronę. 

- Mów bez obaw - powiedział spokojnym tonem. 

- Okres żałoby mam już za sobą. Wciąż odczuwam 

smutek, gdy myślę o Jessice, ale... Możeszmówić dalej. 

- Wiem, co czujesz -szepnęła. -Dopiero niedawno 

to zrozumiałam... 

Zgasił niedopałek papierosa i położył dłoń na 

tablicy rozdzielczej. 

- Daj mi rękę. 

Kenna poczuła ciepło bijące od jego palców. Nie­

świadomie wzmocniła uścisk. 

background image

BRYLANCIK 

85 

- Któregoś dnia opowiem ci wszystko o Jessice 

- odezwał się Regan. - Spotkaliśmy się w sylwestrowy 

wieczór i wspólnie płakaliśmy nad butelką irlandzkiej 

whisky... 

- Nie potrafię wyobrazić sobie, że płaczesz -mruk­

nęła dziewczyna. 

- To, że jestem mężczyzną, nie czyni mnie nad-

człowiekiem, kochanie - powiedział łagodnym tonem. 
- Gdy otrzymałem wiadomość o wypadku, wypłaka­

łem morze łez i wcale się tego nie wstydzę. 

- Nie musisz. 
- Nie możemy być kochankami - stwierdził. 

- Nie-odpowiedziałaledwiedosłyszalnymszeptem. 
- W takim razie... pozostańmy przyjaciółmi. 

Kenna usiłowała się uśmiechnąć, choć oczy zaszły jej 

łzami. Pragnęła czegoś więcej niż zwykłej przyjaźni. Lecz 

zdrugiej strony... chodziło jej oDenny'ego. Denny'ego? 

- Co z twoją przyszłą szwagierką? - spytała uszczy­

pliwie. 

Zmarszczył brwi. Puścił jej dłoń. 

- Właśnie. Musimy przygotować plan na następny 

weekend. 

- Dlaczego? 

- Margo wyjeżdża do Argentyny, a mój ojciec 

urządza przyjęcie z okazji rocznicy ślubu. Spróbujemy 

sprowokować Denny'ego do działania. 

Uśmiechnął się chłodno. 

- Mój braciszek już od dawna usiłuje mi we 

wszystkim dorównać. 

- Dlatego ukończył studia prawnicze? - spytała. 

Regan skinął głową. 

background image

86 

BRYLANCIK 

- Tak. Kieruje nim chęć rywalizacji. Szczególnie 

teraz, gdy ojciec zamierza zrezygnować z zarządzania 

korporacją. 

Kenna obrzuciła go uważnym spojrzeniem. 
- I chce, aby któryś z was zajął jego miejsce? 

- Uhm. 

Skierował samochód na drogę prowadzącą do 

domu rodziców. 

- Chciałbyś objąć to stanowisko? 

- Nie wiem. Lubię swą dotychczasową pracę. Oj­

ciec zajmuje się produkcją komputerów, aja... chyba 

wolę być prawnikiem niż biznesmenem. 

- A Denny? 

Zerknął w jej stronę. 

- To całkiem inna para kaloszy. Podejrzewam, że 

zająłby stanowisko ojca bez wahania. 

- Więc na czym polega kłopot? 

- Ojciec uważa, że Denny nie dorósł na tyle, aby 

samodzielnie kierować dużym przedsiębiorstwem. 

- Sprawdził się jako prawnik - zauważyła. 

Regan spochmurniał. 

- To prawda. Lecz zarządzanie korporacją jest 

czymś zupełnie innym niż praca w biurze. 

Miał rację. Denny cechował się zbyt łagodnym 

charakterem. Interesowały go głównie sprawy roz­

wodowe i majątkowe, unikał przypadków o charak­

terze czysto kryminalnym. Nie żądał odwetu, nie miał 

duszy bezwzględnego obrońcy sprawiedliwości. Nic 

dziwnego, że pan Cole wolałby przekazać przesiębiors-

two w ręce starszego ze swych synów. 

.— OczymmyśIisz?-dobiegiojąpytaniemężczyzny. 

background image

BRYLANCIK 

87 

- Zastanawiam się, jak byś wyglądał w powłóczys­

tej szacie, z czarodziejską różdżką w dłoni - mruknęła 

wojowniczym tonem. 

Gniewnie zmarszczył brwi. 

- Poczekaj, aż zatrzymam samochód. 

- Masz mnie za głupią gąskę? - spytała, patrząc 

mu prosto w oczy. - Tylko udajesz złego czarnoksięż­

nika. 

Wybuchnął śmiechem. 

- Chcesz cofnąć ostatnie przeprosiny? A może 

ponownie masz zamiar nazwać mnie bestią? 

- Jest taka baśń: „Piękna i Bestia", w której potwór 

staje się pięknym księciem. 

- Który nie miał zbyt dużych stóp i dwukrotnie 

złamanego nosa. 

- Nie kpij z mojego przyjaciela - powiedziała 

z lekką ironią. 

Wyciągnął dłoń i zmierzwił jej włosy. Samochód 

wjechał na podjazd wiodący do piętrowego, ceglanego 

budynku. 

Kenna dobrze znała okolicę. Bywała tu kilkakrotnie 

w sprawach służbowych. Cichy dom miał w sobie wiele 

uroku. Zbudowany z szarej cegły, w stylu Tudorów, 

choć na zachodnim skrzydle ozdobiony wiktoriańską 

werandą i otoczony przepięknym różanym ogrodem. 

- To najpiękniejsze miejsce na ziemi - powiedziała 

dziewczyna. 

- Dzieło mojego dziadka - odparł Regan. - Budy­

nek został wzniesiony ściśle według jego projektu. 

Tylko ogród jest pomysłem matki. 

- Ile miałeś lat, gdy umarła? 

background image

88 

BRYLANCIK 

- Osiem. 

Uśmiechnął się. 

- Przez dwa lata usiłowałem wypędzić z domu 

macochę. Potem zacząłem darzyć ją szacunkiem. 

- Nic dziwnego - mruknęła Kenna. - Abbie Cole 

jest nieprzeciętną kobietą. 

Regan wprowadził samochód do dużego garażu na 

tyłach budynku. Weszli do domu. Zanim zdołali 

zamienić kilka słów, w korytarzu ukazał się siwowłosy 

mężczyzna w szarym garniturze, ściskający pod pachą 

czarny neseser. Nieco z tyłu stanęła drobna, uśmiech­

nięta kobieta. 

- Dzień dobry i do widzenia - powiedział Angus 

Cole ściskając dłoń syna i uśmiechając się do Kenny. 

- Wyjeżdżam do Seattle na konferencję. Postarajcie się 

zostawić kilka krakersów. I trzymaj się z dala od 

butelki z koniakiem. 

Spojrzał na Regan a. 

- To prawdziwy napoleon. Uważaj na niego, Ab­

bie. 

- Oczywiście, kochanie — odpowiedziała kobieta. 

- Pozwolę Reganowi korzystać jedynie z zapasów 

twojej trzydziestoletniej whisky. 

Angus zamruczał coś pod nosem, wszedł do garażu 

i zasiadł za kierownicą czarnego mercedesa. Włączył 

klakson mijając dziedziniec. 

Pani Cole serdecznie uściskała pasierba. 

- Witaj w domu. 

Zerknęła na stojącą obok dziewczynę. 

- Dzień dobry, Kenno. Cieszę się, że znowu nas 

odwiedziłaś. Kie widziałam cię dwa miesiące i muszę 

background image

BRYLANCIK 89 

przyznać, że jestem zaskoczona twoim wyglądem. Co 

za odmiana! Wyglądasz wprost prześlicznie. 

- Dzień dobry ~ odpowiedziała Kenna. - Co 

słychać? Pani również wygląda wspaniale. 

- Szczególnie w dżinsach i swetrze - roześmiała się 

kobieta. — Przed chwilą skończyłam prace w ogrodzie. 

- Już nieraz ci wspominałem, że piraci ukryli skarb 

na wybrzeżu, a nie pod naszymi oknami - wtrącił 

Regan. 

- Dowcipniś — odparła pani Cole uśmiechając się 

do pasierba. - Szukałam dżdżownic, nie złota. Te 

stworzenia najlepiej spulchniają ziemię. 

- Będziesz miała kłopoty, jeśli ojciec dowie się, że 

tyle przynęty na ryby marnuje się wśród krzewów róż. 

- Masz zamiar mu powiedzieć? Proszę bardzo. 

Zrobiła taką minę, jakby się nad czymś głęboko 

zastanawiała. 

- Zaraz... zaraz... Pamiętam, że tuż po rozdaniu 

świadectw maturalnych ktoś w tajemniczy sposób 

uszkodził mercedesa... 

Regan westchnął. 

- Wygrałaś. Zachowaj to w sekrecie, a ja nigdy nie 

zdradzę twojej tajemnicy. 

- Dobrze. Denny i Margo są nad stawem. Praw­

dopodobnie karmią łabędzie. - Abbie zmieniła temat. 

— Chcecie napić się herbaty? 

Regan potrząsnął głową. 

- Nie. Najpierw pójdziemy ich poszukać. 

Pani Cole z uwagą przyglądała się młodej parze. 

- Czyżby coś szczególnego wisiało w powietrzu? 

- spytała. 

background image

90 BRYLANCIK 

- Wiosna - odparł beztrosko Regan. 

- Naprawdę? Hm... Uważajcie na psa, włóczy się 

gdzieś po podwórzu. 

Pomachała im na pożegnanie. 
- Puch? - odezwała się Kenna. Lubiła nieco zwa­

riowanego owczarka. 

- Puch. Przypuszczam, że jak zwykle będzie wy­

glądał jak kula ulepiona z błota i liści. 

Regan obrzucił ją przelotnym spojrzeniem. 

- Ostrzygę go do gołej skóry, jeśli poplami ci 

sukienkę. Wyglądasz naprawdę prześlicznie. 

Z wdziękiem skłoniła głowę. 

- Dziękuję, szlachetny czarnoksiężniku. 

- Przestań. Lepiej... Hej, uważaj! 

Ostrzeżenie zabrzmiało w ostatniej chwili. Od stro­

ny jeziora pędził brunatny stwór. Z boków zwierzęcia 

ściekały strugi wody, a sierść przypominała splątany 

kłąb trawy. Puch zmierzał w kierunku Kenny. 

Dziewczyna rozejrzała się wokół w poszukiwaniu 

drzewa, na które mogłaby się wdrapać. Nim zdążyła 

podjąć właściwą decyzję, Regan chwycił ją w ramiona 

i bez wysiłku uniósł wysoko w powietrze. 

- Siad! — rozkazał surowo. Puch pohamował swoje 

zapędy i bezzwłocznie spełnił polecenie swego pana. 

Spoglądał na nich rozumnym, niemal ludzkim wzrokiem. 

- Dziękuję-powiedziała Kenna. Czuła ciepło bijące 

od ciała swego wybawiciela. Ciepło dające poczucie 

bezpieczeństwa... i czułości. - Jesteś tak silny... - szepnę­

ła. 

Dopiero po chwili zrozumiała, że zachowuje się jak 

egzaltowana nastolatka. 

background image

BRYLANCIK 

91 

- Przepraszam -wyjąkała.  - T o znaczy... chciałam 

powiedzieć, że... jesteś silny. I wielki jak drzewo. 

- Niezupełnie. 

Wciąż trzymając Kennę w ramionach okręcił się 

w koło. Ukrył twarz w jej miękkich włosach. 

- Jesteś cudowna - zamruczał. - Mam ochotę cię 

schrupać. 

- To grozi zatruciem - odpowiedziała. 
- W takim razie powinienem zachorować ubiegłej 

nocy. - Podniósł głowę. - Dlaczego płakałaś? 

Kenna poruszyła się niespokojnie. 

- Płakałam ze szczęścia. Przeżyłam coś pięknego... 

Regan nie spuszczał wzroku z jej drżących ust. 

- Kiedy cię dotykam... - zawiesił głos - czuję ból 

podniecenia niczym piętnastoletni chłopiec. Pragnę 

cię, Kenno. Chciałbym cię położyć na trawie, zdjąć tę 

sukienkę i pieścić twoje ciało... 

Przymknęła powieki. 

- Pocałuj mnie - wyszeptała. - Z całej siły. 

Bez wahania spełnił jej prośbę. Stali wtuleni w sie­

bie, aż ostrzegawcze warknięcie Pucha przywołało ich 

do rzeczywistości. Pomiędzy drzewami ukazały się 

sylwetki Denny'ego i Margo. 

- Mamy towarzystwo - mrukną! Regan. 

Westchnął głęboko. 

- Wracajmy do ustalonego planu. 
Kenna obdarzyła go nieprzytomnym spojrzeniem. 
- Tak... - powiedziała z wahaniem. 

Popatrzył w jej stronę. 

- Cała drżysz. 
- Ty także. 

background image

92 

BRYLANCIK 

Przesuną! dłonią po włosach. 

- Wcale nie mam zamiaru zaciągnąć cię do łóżka 

- stwierdził. 

- Zaczekaj, aż cię poproszę - mruknęła z przeką­

sem. Powoli odzyskiwała spokój. 

- Kiedy podejmowałem się roli nauczyciela, nie 

przypuszczałem, że zechcesz mnie uwieść. 

- To twoja wina. Dlaczego wciąż mnie całujesz 

i prawisz czułe słówka? 

- Dlaczego wciąż prosisz, żebym cię całował? 

Rzuciła mu ponure spojrzenie. 

- Ponieważ Bóg obdarzył cię talentem prawdziwego 

kochanka. Prawdopodobnie w zamian za brak urody. 

- Kenno... - jęknął Regan. 

- Dobrze, dobrze - westchnęła. - Skoro tak świet­

nie znasz moje słabe strony, nie powinieneś się spodzie­

wać, że zaraz zdejmę sukienkę. 

Parsknął śmiechem. 

- Skończ z tym flirtowaniem. 
- Ja?! - spytała, robiąc obrażoną minę. - Ani mi to 

w głowie. Nie wyobrażaj sobie, że jesteś jedynym 

mężczyzną na świecie, który może przyciągnąć moją 

uwagę! 

- Stworzyłem potwora - powiedział z przekąsem. 

Spojrzał w kierunku nadchodzącej pary. 

- Co się stało z biedną sierotką, która kryła się po 

kątach na mój widok? 

- Powinieneś spytać pewnego czarnoksiężnika-od-

parła. - Może on wie, gdzie zniknęła niezgrabna żabka. 

- Tak cię nazwałem? - Pokręcił głową. - Cudowna 

metamorfoza. 

background image

BRYLANCIK 

93 

- Cieszę się, że jesteś w stanie docenić własne 

dzieło. Mam nadzieję, że opinia Denny'ego będzie 

równie pochlebna. 

Z promiennym uśmiechem popatrzyła na młodsze­

go z braci. Margo przesłała jej gniewne spojrzenie, lecz 

Kenna zdawała się nie zwracać na to uwagi. 

- Cześć, Denny. Przyjechałam tu z Reganem. 

I

- Świetnie. - W głosie Denny'ego brzmiała szczera 

radość. Musnął ustami policzek dziewczyny. Poczuła 

przyjemny dreszcz, lecz ku swojemu zdziwieniu stwier­

dziła, że nie było to tak fascynujące jak pocałunki 

Regana. Niestety... Nagroda za dwa lata cierpliwych 

oczekiwań przyszła zbyt późno. Traktowała Den­

ny'ego jak przyjaciela i nie mogła wyobrazić go sobie 

jako wymarzonego księcia z bajki. 

Miała ochotę płakać. Kochała Regana. Zdawała 

sobie sprawę z beznadziejności tego uczucia, lecz nie 

potrafiła zmienić biegu wydarzeń. 

- Cieszymy się, że znalazłaś chwilę wolnego czasu 

- z wymuszoną uprzejmością powiedziała Margo. 

Mocno przywarła do ramienia Denny'ego. 

- Właśnie wybieraliśmy się nad jezioro - wtrącił 

Regan. Otoczył ramieniem szczupłą kibić Kenny. 

- Chciałem pogawędzić chwilę z ojcem, ale spotkałem 

go jedynie w przelocie. Wybierał się na jakieś ważne 

spotkanie. Abbie zaopatrzyła się w szpadel i poluje na 

dżdżownice. 

Denny zachichotał. Margo wyglądała na lekko 

zdezorientowaną. Ubrana była w czerwoną sukienkę, 

co w połączeniu z jej ciemną karnacją dawało olśnie­

wający efekt. Kenna poprawiła okulary. 

background image

94 

BRYLANCIK 

- Przecudnie wyglądasz w tym stroju - powiedzia­

ła. —Zawsze chciałam nosić czerwone sukienki, lecz tak 

ostry kolor nie pasuje do typu mojej urody. 

Argentynka ze zdumieniem zerknęła w jej stronę. 

Nie spodziewała się komplementu z ust domniemanej 

rywalki. 

- Och... - mruknęła. - Dziękuję... 

- Chcielibyśmy zostać z wami dłużej, lecz Margo 

o ósmej musi być na lotnisku - tłumaczył się Denny. 

- Jedziesz odwiedzić rodzinę? - spytał Regan. 

Margo uśmiechnęła się. 
- W zasadzie... zostałam wezwana. Kilku europejs­

kich hodowców wystąpiło z ofertą zakupu reproduk­

torów. Ojciec uważa, że to ja powinnam podjąć 

ostateczną decyzję. Wie, że kocham każdego ogiera... 

- Ogiera? -mruknął Regan. Spojrzał z ironią na 

brata. j 

- Rodzina Margo zajmuje się hodowlą koni wy­

ścigowych - pośpieszył z wyjaśnieniami Denny. - Poza 

tym posiadają tysiące akrów ziemi, stada krów, kilka 

nieruchomości... 

- Przestań, proszę - szybko wtrąciła Margo. 

- Wprawiasz mnie w zakłopotanie. 

Denny objął ją ramieniem. 

- Napijemy się kawy? - spytał spoglądając na 

brata. - Jezioro może poczekać. 

- Niezły pomysł - odpowiedział Regan. - Co o tym 

myślisz, kochanie? 

Popatrzył na Kennę. 

- Prawdę mówiąc, chce mi się pić. 

Regan skinął głową. 

background image

BRYLANCIK 

95 

- Zatem wracajmy do domu i spróbujmy uratować 

choć kilka dżdżownic przed zachłannością Abbie. 

Kenna szła w milczeniu u boku Regana. Myślała 

o Margo. Pięknej Argentynce nie zależało na pienią­

dzach Denny'ego. Czy to odkrycie będzie miało wpływ 

na plany Regana? 

Przy stole gawędzili niemal godzinę. Regan był 

wyraźnie oczarowany inteligencją i urokiem Margo. 

Denny natomiast nie spuszczał wzroku ze swej sekretarki. 

- Wyglądasz całkiem inaczej, Kenno -powiedział, 

gdy Margo zniknęła w kuchni, aby pożegnać się 

z panią Cole. -Jesteś piękna... 

Dziewczyna spuściła wzrok. 

- Korzystałam z fachowej pomocy... -mruknęła, 

siląc się na beztroski uśmiech. 

- Wiem - odparł Denny. Rzucił okiem na Regana, 

który stał w pobliżu biblioteczki i z obojętną miną 

kartkował jakąś książkę. Zniżył głos. - Nie rób sobie 

wielkich nadziei... 

Kenna zerknęła na niego ze zdziwieniem. 
- Co masz na myśli? 

Nieznacznie skinął głową w stronę brata. 
- Wasz związek nie ma przyszłości. 

- Dlaczego? 

- Regan jest wdowcem - odparł beznamiętnie. 

- Nigdy nie pogodził się ze śmiercią żony. Powinienem 

powiedzieć ci o tym już wcześniej... 

- Wiem o wszystkim - wtrąciła. - Od niego. 

Zamrugał powiekami ze zdumienia. 
- Od niego? Dotąd nie chciał z nikim rozmawiać na 

ten temat. 

background image

96 

BRYLANCIK 

- Ja nie jestem po prostu „kimś", Denny. 

Westchnął głęboko i wsunął ręce do kieszeni. 

- Może... zjemy razem łunch? Jutro. Musimy po­

rozmawiać. 

- Dobrze, szefie. - Z uśmiechem skinęła głową. 

Skrzywił się. 

- Nie mów do mnie w ten sposób. - Spojrzał nad jej 

ramieniem i zobaczył wchodzącą Abbie w towarzyst­

wie Margo. - Pogadamy później. Uważaj na siebie. 

- Jestem pod dobrą opieką - odparła. Podeszła do 

Argentynki. 

- Szczęśliwej podróży - powiedziała. 

Margo obdarzyła ją niepewnym spojrzeniem, po 

czym przeniosła wzrok na Denny'ego. 

- Wrócę za tydzień - mruknęła. 

- Przedtem mówiłaś, że za dwa - wtrącił Denny. 

Margo uśmiechnęła się słodko. 

- Widocznie źle słuchałeś, kochanie. - Ciemne oczy 

błysnęły wojowniczo. 

Denny zmarszczył brwi. 

- Widocznie zapomniałaś poinformować mnie 

o zmianie planów... kochanie - odpowiedział. 

- Musimy już iść. - Margo przerwała dalszą dysku­

sję. - Dziękuję, pani Cole. Mam nadzieję, że następ­

nym razem spędzimy ze sobą nieco więcej czasu. 

Regan, panno Dean... - Z godnością skinęła głową na 

pożegnanie. Spojrzała na Denny'ego i ruszyła w stronę 

wyjścia. 

- Zobaczymy się jutro - rzucił pośpiesznie Denny, 

- Cześć, mamo. Na razie. Dzięki za kawę. 

- Przyjeżdżaj, kiedy tylko zechcesz, synu - mruk-

background image

BRYLANCIK 97 

nęła Abbie, choć myślami błądziła zupełnie gdzie 

indziej. Denny zniknął za drzwiami. Wzrok pani Cole 

spoczął na barczystej sylwetce Regana. 

- Co tu się dzieje? 

Mężczyzna zrobił niewinną minę. 

- Niby skąd mam wiedzieć? 

- Na pewno wiesz wszystko - oświadczyła stanow­

czo Abbie. - Znasz powód zdenerwowania Denny'ego. 

Nie próbuj się wykręcać. Czy to ma związek z tobą 

i z Kenną? Czy Denny ma zamiar poślubić pannę de la 

Vera? 

- Nie, nie mam pojęcia, tak, prawdopodobnie, 

wiem nie więcej niż ty - rzucił jednym tchem Regan, po 

czym ujął Kennę pod ramię. - To chyba była wyczer­

pująca odpowiedź. Teraz spróbuj poukładać wszystkie 

wątki w logiczną całość. Musimy już wracać. Kawa 

była wyśmienita. Ciao. 

Kenna zdążyła jedynie zawołać „do widzenia", nim 

znaleźli się za drzwiami. Regan szybkim krokiem 

ruszył w stronę samochodu. 

- Co ci się stało? - spytała dziewczyna, uwalniając 

się z uścisku i pocierając obolałe ramię. 

- Przepraszam, kochanie, ale gdybyśmy zostali 

choć chwilę dłużej, wpadlibyśmy w sidła inkwizycji. 

- Włączył zapłon. - Chyba zdążyłaś już na tyle 

poznać Abbie, żeby wiedzieć, czym grozi taka roz­

mowa. 

- Prawda... zanim poznała twego ojca, była dzien­

nikarką. Wyczuwa sensację na odległość. 

Samochód ruszył. Regan, podobnie jak jego ojciec, 

kilkakrotnie nacisnął klakson. 

background image

98 

BRYLANCIK 

- Co Denny szeptał ci do ucha? - spytał. 

- Zaprosił mnie na lunch... i rozmowę. Na twój 

temat. - Uśmiechnęła się przekornie. -Jest przekona­

ny, że chcesz mnie sprowadzić na złą drogę. 

- Dobry pomysł. - Spojrzał z nadzieją w jej oczy. 

- U mnie, czy u ciebie? 

- Wspominałeś, że nie lubisz uwodzić dziewic. 

- Cholera - warknął. - Zapomniałem. 

- Będę ci o tym przypominać, żebyś pohamował 

swoje zapędy - obiecała. 

Mężczyzna roześmiał się cicho i sięgnął po papiero­

sa. 

- Dokąd jedziemy? 

- Powłóczmy się chwilę po okolicy. 

- Znakomicie. - Wyciągnął dłoń w stronę radia. 

- Wolisz muzykę klasyczną, rockową czy jakąś słodką 

melodyjkę? 

- Rockową - odpowiedziała bez wahania. 

Otworzył skrytkę i włożył kasetę do magneto­

fonu. Roześmiał się na widok zdumionej miny Ken­

ny. 

- Mam dopiero trzydzieści pięć lat - mruknął. 
Zamrugała oczami. Nagle z całą jasnością uświado­

miła sobie, że Regan Cole nie jest zgrzybiałym wetera­

nem sal sądowych. W niczym nie przypominał starca. 

Był dojrzałym, silnym, pełnym uroku mężczyzną. 

- Jesteś o dziesięć lat starszy ode mnie... -szepnęła. 

- I od Denny'ego - dodał. - Chociaż on wygląda 

najwyżej na dwadzieścia dwa. 

- Dlaczego zostałeś prawnikiem? - spytała z zacie­

kawieniem. 

background image

BRYLANCIK 99 

- Nie wiem - odparł. - W naszej bibliotece zawsze 

było sporo książek o przygodach Perry'ego Masona. 

Lubię skrupulatność, dedukcję i szukanie dowodów... 

- Wzruszył ramionami. - Lubię stawiać czoło roz­

maitym wyzwaniom. 

- Z tego powodu zająłeś się zwalczaniem prze­

stępstw kryminalnych? - nie ustępowała Kenna. 

- To najtrudniejsze sprawy - odpowiedział bez 

wahania. - Często w grę wchodzi ludzkie życie lub 

śmierć... 

- Uhm... -mruknęła z namysłem, przypominając 

sobie kilka listów, pism i dokumentów, które przygo­

towywała na jego życzenie. 

Regan zerknął w jej stronę. 

- Dlaczego podjęłaś pracę jako sekretarka w biurze 

prawniczym? 

- Szukałam zajęcia, a byłam już zmęczona posa­

dą w banku - odpowiedziała z uśmiechem. - Mia­

łam dość zajmowania się jedynie pieniędzmi. Nie­

wielkie biuro Denny'ego dawało mi pewną niezależ­

ność... 

- Dopóki nie pojawił się wspólnik - padła złośliwa 

uwaga. 

-

 Byłeś dla mnie okrutny! - zawołała. - Nie mam 

pojęcia, jak udało mi się przeżyć kilka ostatnich 

miesięcy. Kilka razy w tygodniu miałam ochotę wypi­

sać na twoim biurku podanie o zwolnienie z pracy, 

używając do tego czerwonej szminki. 

-

 W głębi serca miałem nadzieję, że odejdziesz 

- powiedział spokojnie. - Działałaś mi na nerwy. 

Ubierałaś się niczym uczennica, wyglądałaś jak żaba... 

background image

100 

BRYLANCIK 

- Denny twierdzi, że w Nowym Jorku miałeś 

wystrzałową sekretarkę. - Spojrzała w okno. 

- To prawda. Ale nawet gdyby stanęła nago po­

środku korytarza, przeszedłbym obok i zniknął w ga­

binecie. - Zgasił papierosa. - Od śmierci Jessiki 

bardziej interesowałem się pracą niż kobietami. 

Kenna popatrzyła na niego uważnie. Starała się 

uporządkować posiadane informacje w logiczną całość. 

- Masz ponętne młode ciało... - ciągnął Regan 

- i zdawałem sobie sprawę, że nie użyczasz go każ­

demu, kto o to poprosi. Drażnił mnie twój wygląd, lecz 

ciekawiła osobowość. 

- Pozory mylą... - odpowiedziała. - Początkowo 

moja ocena wypadała na twoją niekorzyść, choć nie 

byłam zaskoczona tym, co potem odkryłam... 

- To znaczy? 

- Z dzieciństwa pamiętam aktora występującego 

w telewizyjnych westernach. Był brzydki jak noc, lecz 

kobiety lgnęły do niego jak muchy do miodu. - Roze­

śmiała się nagle. - Oczywiście, miał mniejsze stopy. 

-

 To moje przekleństwo - mruknął Regan. - Gdy 

byłem mały, wciąż się o nie potykałem. 

- Teraz robią to inni. Ostatnio jeden z klientów 

wpadł na stojącą w gabinecie palmę, zahaczywszy 

nogą o wystającą spod biurka stopę mecenasa Cole'a. 

Regan roześmiał się serdecznie. 

- Pięknie wyglądał w koronie z liści. 

Z głośnika zabrzmiała spokojna rockowa ballada. 

Mężczyzna spoważniał. Zerknął na swą towarzyszkę. 

- Wzbudziłaś zainteresowanie Denny'ego. 

- Wiem - odparła. 

background image

BRYLANCIK 

101 

- Margo też to zauważyła. 

- Myślałeś, że panna de la Vera czyha na majątek 

twego brata. 

- Każdy może się pomylić. Hoduje ogiery... Wy­

gląda na to, że chce dołączyć Denny'ego do swego 

stada. 

- W dalszym ciągu uważasz, że powinni się rozstać? 

Nie odpowiedział. Przypalił kolejnego papierosa. 

- Bądź ostrożna podczas jutrzejszej rozmowy. 

Wszystko popsujesz, jeśli zbyt szybko odkryjesz 

karty. 

- Broń Boże! - zawołała. - Kiedy, twoim zdaniem, 

nie będzie „zbyt szybko"?-dodała po chwili z zacieka­

wieniem. 

- Niech się biedak pomęczy przynajmniej przez 

tydzień. 

- Do tej pory Margo powróci. 

Regan zaciągnął się dymem. 

- Owszem. - Przekręcił gałkę i muzyka rozbrzmiała 

głośniej. -Rób co uważasz, Kenno. Przygotowałem ci 

scenę, reszta należy do ciebie. 

Zacisnął zęby, a jego twarz stała się nagle posępna. 

- Mogłabyś trafić o wiele gorzej. 

Kenna obserwowała go w milczeniu. Czyżby pod 

twardą powłoką biło czułe, kochające serce? Czyżby 

chodziło o coś więcej niż seks? Przecież sam powie­

dział, że bardziej pociąga go praca niż kobiety. 

Westchnęła. W głowie kręciło się jej od natłoku 

myśli. Odwróciła twarz w stronę okna. Zdawała sobie 

sprawę, że pewien etap w jej życiu został już zakoń­

czony. Teraz musiała jedynie wyrwać Denny'ego z rąk 

background image

102 BRYLANCIK 

Margo, poślubić go... i żyć długo i szczęśliwie. Koniec 

baśni. Ale czy naprawdę taki powinien być jej koniec? 

Zamknęła oczy. Mężczyzna siedzący u jej boku miał 

ponurą, zaciętą minę. Uśmiech na dobre zniknął z jego 

twarzy. Regan... myślała Kenna. Czy potrafisz być 

moim przyjacielem? Spróbuj... proszę. 

Zanim dotarli do granic miasta, policzki dziew­

czyny były mokre od łez. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Kenna pojawiła się w biurze ubrana w błękitną bluzę 

marynarskiego kroju z głębokim wycięciem ozdobio­

nym białą lamówką i granatową spódnicę. Mimo 

bezsennej nocy wyglądała na świeżą i wypoczętą. 

Denny z zamyśloną miną krążył po sekretariacie, 

Obrzucił spojrzeniem smukłą sylwetkę wchodzącej 

dziewczyny. 

- Wciąż nie mogę uwierzyć własnym oczom -mruk­

nął. 

Kenna zdjęła płaszcz i posuwistym krokiem zbliżyła 

się do biurka, ściśle wypełniając instrukcje Regana. 

- Będziesz musiał się przyzwyczaić - odpowiedzia­

ła z uśmiechem. Zerknęła z niepokojem na zamknięte 

drzwi gabinetu. 

- Wyjechał -mruknął Denny, śledząc jej zachowa­

nie. 

- Wyjechał? - powtórzyła jak echo. 

Poczuła nagły zawrót głowy. 
- Do Nowego Jorku. Na tydzień. - Denny uśmie­

chnął się smutno. -To u niego typowe. Czasem w ciągu 

kilku minut podejmuje decyzję. Działa bez uprzedze­

nia. Dziś rano znalazłem na biurku tylko krótką 

wiadomość. 

background image

104 

BRYLANCIK 

- Zostawił jakąś kartkę dla mnie? - spytała z prze­

jęciem. 

Denny potrząsnął głową. 
- Nie. Nic me wiedziałaś? To dziwne. 
Kenna zmusiła się do spokoju i usiadła za biurkiem. 

- Margo wyjechała bez kłopotów? 

- Margo? - Skrzywił usta w uśmiechu. - Taaak... 

zniknęła w obłokach dymu. 

Spojrzała na niego z zaskoczeniem. Nigdy dotąd 

nie zachowywał się w ten sposób. 

- Pokłóciliśmy się - wyjaśnił. - O ciebie. 
- O mnie? 
- Margo uważa, że poświęcam ci zbyt wiele uwagi. 

Uśmiechnął sie filuternie. To także było coś nowe­

go. 

- W dodatku... ma rację. 

Kenna spojrzała na niego zaskoczona. 

- Naprawdę? 

Słowa Denny'ego sprawiły, że poczuła satysfakcję... 

ale nic więcej. A przecież jeszcze tydzień temu nieomal 

zemdlałaby ze szczęścia, słysząc podobne wyznanie. 

- Jesteś zupełnie inną dziewczyną... -ciągnął Cole. 

- Zadziwia mnie tempo, w jakim dokonałaś zmiany 

swego wyglądu. To sprawka Regana? 

Uśmiechnęła się. 

- Ma swoje sposoby... -mruknęła. 

Denny spochmurniał. 

- Tak, wiem. Poznał w życiu wiele kobiet - powie­

dział chłodno. - Z czasem straciłem rachubę. Ustat­

kował się dopiero wówczas, gdy poślubił Jessicę, choć 

nadal wzbudzał zainteresowanie płci pięknej. 

background image

BRYLANCIK 

105 

Kenna posmutniała. Wiedziała już, że czekają sześć 

bezsennych nocy. Wyobraziła sobie Regana w ob­

jęciach innej kobiety... 

- Jest bogaty - zauważyła. 

- To prawda. I pełen uroku. Zawsze zdobywał to, 

czego pragnął. 

W głosie Denny'ego zabrzmiała nuta zazdrości. 

Kenna uniosła głowę. 

- Niełatwo było ci dorastać w cieniu starszego 

brata? - spytała. 

Roześmiał się, 

- Niełatwo? Regan przewyższał mnie pod każdym 

względem. Miał lepsze oceny w szkole, był znakomi­

tym sportowcem, potrafił przekonać ojca do własnej 

koncepcji zarządzania przedsiębiorstwem... 

Wzruszył ramionami. 

- Do tej pory jestem o niego zazdrosny. To czło­

wiek, który tworzy własne zasady gry i zmusza innych 

do posłuszeństwa. Jedyny w swoim rodzaju. 

Kenna bezwiednie skinęła głową. Zgadzała się 

z każdym słowem. Regan posiadał fascynującą osobo­

wość... lecz zapewne nie zechce rywalizować z własnym 

bratem. 

Zerknęła na swego rozmówcę. 

- Nadal masz ochotę na wspólny lunch? 

- Oczywiście. - Skrzywił usta w uśmiechu. - Zabio­

rę cię na wyśmienite spaghetti. 

- Uwielbiam spaghetti - westchnęła. 
- Wiem, dlatego wybrałem odpowiedni lokal. Nie 

chciałbym psuć nastroju chwili... ale co z dzisiejszą 

pocztą? O dziesiątej muszę być na rozprawie. 

background image

106 BRYLANCIK 

- A więc pora wziąć się do pracy - odpowiedziała 

Kenna. 

Podniosła się zza biurka i wyszła na korytarz. 

Denny śledził ją rozmarzonym wzrokiem. 

Przedpołudnie minęło bardzo szybko. Kenna znala­

zła chwilę czasu, aby położyć stos listów na biurku 

Regana. Tęsknym spojrzeniem obrzuciła skórzany 

fotel, w którym z trudem mieścił się jego użytkownik. 

Pusty gabinet sprawiał ponure wrażenie. 

Denny wrócił w samo południe. Wsiedli do błękit­

nego mercedesa i pojechali do śródmieścia. 

W restauracji było dość tłoczno, lecz kelner za­

prowadził ich do niewielkiej wnęki, gdzie w spokoju 

mogli zjeść zamówione spaghetti. 

Denny wiele mówił o sprawach zawodowych. 

Wspomniał także o planowanym przez ojca przejściu 

na emeryturę. 

- Regan nie nadaje się do kierowania korporacją 

- stwierdził. - Zbyt kocha obecną pracę. Ale ojciec 

uważa, że ja również nie nadaję się na jego następcę... 

- dodał z gorzkim uśmiechem. 

- Mógłbyś go poprosić, aby dał ci szansę udowo­

dnienia posiadanych umiejętności. Aby pozwolił ci 

choć przez krótki okres zarządzać przedsiębiorst­

wem. 

Uśmiechnął się. 

- Nigdy o tym nie pomyślałem. -Wydął usta. -To 

jednak byłby koniec mojej kariery adwokackiej. Re­

gan prawdopodobnie wolałby wrócić wówczas do 

background image

BRYLANCIK 107 

Nowego Jorku. I tak przyjechał do Atlanty tylko po to, 

aby mi pomóc. 

Kenna miała ochotę krzyczeć. Zrozumiała, że swą 

„dobrą radą" niszczyła własną przyszłość. Wyjazd 

Regana oznaczałby koniec znajomości i codziennych 

spotkań. 

- Jesteś blada jak upiór-z niepokojem odezwał się 

Denny. - Źle się czujesz? 

Dziewczyna pośpiesznie przełknęła łyk gorącej ka­

wy. 

- Wszystko w porządku - oświadczyła. - Przez 

chwilę poczułam dotkliwy ucisk w żołądku. Sos był 

dość ostry. 

- W pełni rozumiem twoje obawy - powiedział 

Denny. - Martwisz się, że możesz stracić pracę. Ale nie 

masz powodu do niepokoju. Jeśli będziesz chciała, dam 

ci posadę w korporacji. - Spojrzał na nią z uśmiechem. 

- Na pewno będziesz zadowolona z nowego biura. 

Jest słoneczne i pełne zieleni. Wciąż narzekasz, że mój 

dotychczasowy gabinet przypomina piwnicę. 

Kenna nerwowo skubała koniec obrusa. 

- Dziękuję... 

Przerażała ją myśl o rozstaniu z Reganem. 

- Czy bardzo zaangażowałaś się w związek z moim 

bratem? - spytał Denny łagodnym tonem. 

Wyglądał na szczerze zatroskanego. Kenna uniosła 

głowę. 

- Ja... 

- Nie daj się zwieść - powiedział miękko. - Od 

śmierci Jessiki istnieje dla niego tylko praca. 

Odstawił filiżankę. 

background image

108 BRYLANCIK 

- Musieliśmy siłą oderwać go od trumny - dodał 

z namysłem. - Nigdy w życiu nie widziałem tak 

głębokiej rozpaczy... 

Rzucił na stół serwetkę. Nie zauważył bólu 

w oczach Kenny. 

- Wracajmy. Chciałabyś przespacerować się po 

parku? Widziałem koncertujący zespół. 

- Chętnie. - Skinęła głową. 

Zrobiłaby wszystko, by choć na chwilę zapomnieć 

o Reganie. 

Spacerowali pomiędzy drzewami. Zespół młodych 

muzyków grał ballady w stylu folk dla siedzących na 

trawie słuchaczy. Był słoneczny, wiosenny dzień. Ken-

na mocno ściskała rękę Denny'ego i mogłaby być 

najszczęśliwszą osobą na świecie, gdyby nie powraca­

jące wspomnienie ponurego mężczyzny, który zbyt 

długo znosił samotność... 

Poczuła łzy pod powiekami. Tęskniła za Reganem. 

Chciała własnymi dłońmi wygładzić bruzdy na jego 

twarzy. Chciała ofiarować mu miłość i bezpieczną 

przystań w swoich ramionach. 

Westchnęła. Denny obrzucił ją pełnym niepokoju 

spojrzeniem. 

- Co się stało? - spytał. 
- Nic-odpowiedziała szybko. -Podejdźmy bliżej. 

Stanęli w kręgu słuchaczy. Kenna kołysała się 

w takt muzyki, choć w wyobraźni wciąż pojawiał się 

natrętny obraz Regana pieszczącego obcą kobietę... 

Jasnowłosą dziewczynę o rysach Jessiki. Z trudem 

powstrzymywała szloch. 

Poczuła dłoń Denny'ego na swoim ramieniu. 

background image

BRYLANCIK 

109 

Uśmiechnęła się. Przyjacielski uścisk dodał jej nieco 

otuchy. 

Po pracy zaprosiła Denny'ego do siebie, na kolację. 

Gawędzili przez dwie godziny. 

Przez cały tydzień spędzali ze sobą niemal każdą 

wolną chwilę. W czwartek poszli do kina. Przy poże­

gnaniu Denny złożył na jej ustach delikatny pocału­

nek. 

Był to miły, lekki pocałunek, nie było w nim pasji 

i żaru, z jakimi całował ją Regan. 

- Nie powinieneś tego robić - powiedziała łagod­

nie. - Margo... 

Zmarszczył brwi. 

- Nie obchodzi mnie, co powie Margo. Pojechała 

do Argentyny z jednym z przyjaciół i prawdopodobnie 

każdy wieczór spędza na balu. Czy jeden pocałunek 

może coś zmienić? 

Więc o to chodziło. Zachowanie Margo wzbudzało 

zazdrość Denny'ego, który usiłował samemu sobie 

udowodnić, że niczym się nie przejmuje. Kenna ze 

zrozumieniem pokiwała głową. 

- Z jednym z przyjaciół? - spytała patrząc na 

Denny'ego przez wpółprzymknięte powieki. 

Wzruszył ramionami. 

- Z facetem, którego zna niemal od dzieciństwa. 

- Och... to prawda, tacy również bywają niebezpie­

czni. Choć z drugiej strony, skoro wraca jutro... 

Poweselał. 
- Właśnie. 

Pokiwał głową. 

- No, na mnie już czas. Zobaczymy się jutro. 

background image

110 

BRYLANCIK 

-

 Oczywiście ~ odpowiedziała z uśmiechem. 

Zanim zniknął w głębi korytarza, przystanął i ze­

rknął przez ramię. 

- Miałaś jakąś wiadomość od Regana? 

- Nie — odparła cicho. Otworzyła drzwi miesz­

kania. - Dobranoc. 

Prawdę mówiąc, nie spodziewała się żadnej wiado­

mości. Regan nie myślał o niej, co było całkiem 

zrozumiałe, skoro nie żywił do niej głębszych uczuć. 

- Rano wyjeżdżam z Margo do Gainesville 

- oświadczył w piątek Denny. ~ Chcesz wybrać się tam 

z nami? 

Czuł się nieco winny i nie bardzo wiedział, jak 

postąpić, aby nie obrazić narzeczonej, a jednocześnie 

zachować przyjaźń Kenny. 

- Nie - odpowiedziała dziewczyna. - Zaczekam na 

Regana. Jestem przekonana, że wróci na czas, abyśmy 

mogli zdążyć na przyjęcie. 

- Przyrzekł ojcu, że zjawi się na pewno - powiedział 

Denny. - A Regan zawsze dotrzymuje obietnic. Nie 

zapomnij spakować przyborów toaletowych. Mama 

przygotowała pokój gościnny. Zostaniesz na noc. 

Spuścił oczy. 

- Kenno, jeśli chodzi o ubiegły tydzień... 

Lekko dotknęła jego dłoni. 

- Spędziłam w twoim towarzystwie bardzo miłe 

chwile. To wszystko - powiedziała. - Wiem, że tęsk­

niłeś za Margo, i cieszę się, że udało mi się nieco 

osłodzić ci ból rozstania. 

background image

BRYLANCIK  1 1 1 

Zaczerwienił się niczym uczniak przyłapany na 

drobnym przestępstwie. 

- Boże, tak mi przykro... - zamruczał. - Dopiero 

dziś rano zdałem sobie sprawę, że mogłaś odnieść 

całkiem inne wrażenie... 

- Nie - odpowiedziała stanowczo. - Dobrze wiem, 

co znaczy rozłąka z bliską osobą. 

Zerknął na nią spod oka. 

- Myślisz o Reganie - stwierdził. 

Kenna nałożyła pokrowiec na maszynę do pisania. 
- Czas wracać do domu, mecenasie. Narzeczona 

czeka. 

- Kenno, nie chciałbym, aby mój brat cię skrzyw­

dził - powiedział nieoczekiwanie. 

Roześmiała się gorzko. 

- Dopiero teraz mi to mówisz? 

Bezradnie rozłożył ręce. 

- Jesteś jeszcze niedoświadczona... a Regan to 

szczwana bestia. Nie wiem, jak wpadłaś w jego sidła... 

- Przysiągł, że nie ma zamiaru mnie uwieść, i jak 

dotąd, nie uczynił nic, co mogłoby przynieść mu 

ujmę. Jesteśmy... przyjaciółmi. 

Z trudem wypowiedziała ostatnie słowo. 
- Tylko tyle mógł mi zaoferować i tylko tyle był 

skłonny przyjąć. Chociaż chciałam mu dać o wiele 

więcej... 

Zatrzepotała rzęsami, aby powstrzymać łzy na­

pływające do oczu. 

- Gotowa byłam błagać go nawet na kolanach... 

- powiedziała łamiącym się głosem i przerwała. 

Denny patrzył na nią ze wzruszeniem. 

background image

1 1 2 BRYLANCIK 

- Biedna mała dziewczynka... - mruknął ze współ­

czuciem i serdecznie przytulił ją do siebie. Kenna 

rozpłakała się. Wtuliła twarz w ramiona mężczyzny. 

Potrzebowała odrobiny czułości... Niczego więcej. 

Przez dłuższą chwilę stali bez ruchu. Żadne z nich 

nie zauważyło, że w pomieszczeniu pojawił się ktoś 

trzeci. Regan ponurym spojrzeniem śledził całą tę 

scenę. Zawahał się, zacisnął usta w wąską linię i głośno 

trzasnął drzwiami. 

Odskoczyli od siebie jak oparzeni. Kenna natych­

miast zrozumiała, co się stało. Serce zabiło jej gwałtow­

nie, lecz nie potrafiła znaleźć żadnych słów usprawied­

liwienia. 

- Witaj, braciszku - beztroskim tonem powiedział 

Denny. - Miałeś dobrą podróż? 

Regan skinął głową. Spojrzał na Kennę. 

- Nie chciałbym w niczym przeszkadzać - powie­

dział chłodno. - Przyszedłem jedynie przejrzeć pocztę. 

- Zniknął w gabinecie. Denny uniósł brwi i ze znaczą­

cym uśmiechem zerknął w stronę dziewczyny. 

- Proszę... proszę,.. Ktoś tu jest zazdrosny... - mru­

knął. 

Kenna zachichotała, choć w głębi duszy nie miała 

ochoty do śmiechu. Dlaczego Regan się złościł? Prze­

cież sam pchnął ją w ramiona Denny'ego. 

- Myślisz, że powinnam tam wejść i spytać, czy ma 

dla mnie jakieś polecenia? 

- Pozwól tylko, że wyjdę, zanim to zrobisz. Właśnie 

skończyło mi się ubezpieczenie, a nie zdążyłem wyku­

pić nowej polisy. 

- Szczury zawsze uciekają z tonącego okrętu - rzu-

background image

BRYLANCIK  1 1 3 

ciła oskarżycielskim tonem. - Idź, zostaw mnie. Niech 

zginę w paszczy smoka. 

- Regan trzyma w barku zapas lodu. To na wypa­

dek, gdybyś musiała zrobić sobie zimny okład. - Skie­

rował się w stronę drzwi. - Do jutra... mam nadzieję 

- dodał. 

Pokazała mu język. 

Denny wyszedł i w biurze zapanowała grobowa 

cisza. Kenna zebrała całą odwagę, wygładziła sukien­

kę, po czym weszła do gabinetu. 

Regan stał przy oknie. Jedną rękę włożyłdo kieszeni, 

w drugiej trzymał zapalonego papierosa. W blasku 

słońca wyglądał niemal jak olbrzym. Kenna z waha­

niem zatrzymała się w progu. 

- Jak minęła podróż? - spytała po chwili milczenia. 
- Dobrze, dziękuję. 

W myślach zobaczyła obraz jasnowłosej kobiety, 

obwieszonej brylantami i zmysłowo poruszającej bio­

drami... 

- Wychodzę - powiedziała krótko. - Czy mogę ci 

jeszcze w czymś pomóc? 

Mężczyzna odwrócił się. Zmarszczył brwi. 

- Nie zaczekasz na Denny'ego? 

- Pojechał na lotnisko. Po Margo... 
Nie pozwolił jej skończyć. Roześmiał się chrypliwie. 

- Masz więc pecha, kochanie. Co się stało? Przeli­

czyłaś się z siłami? 

Więc tak miał wyglądać koniec baśni. Nie pozostał 

nawet cień przyjaźni. Wracały dawne dni, pełne wzaje­

mnych oskarżeń i drobnych złośliwości. Postanowiła 

nie poddawać się rozpaczy. 

background image

114 

BRYLANCIK 

- Chciałbyś znać prawdę? - spytała oschłym to­

nem. - Najpierw jednak proszę o pensję, mecenasie, 

żebym mogła spłacić zaległe rachunki. Denny zapo­

mniał dopełnić tego obowiązku. 

- Stałaś tak blisko niego, że mogłaś wyjąć mu 

pieniądze z portfela-zauważył z drwiącym uśmiechem. 

- Nie wiem, co bym poczęła bez pańskich cennych 

rad. Zapamiętam to sobie na przyszłość. 

Przysunął się bliżej. 

- Spałaś z nim? 

Przez chwilę nie potrafiła wykrztusić ani słowa. 

- Nie twój interes! - wysapała. 

- Oczywiście, ale to nie jest odpowiedź na pytanie. 

Spałaś z nim? 

Chwycił dziewczynę za ramię i mocno potrząsnął. 

- Nie! - zawołała. 
Głośno przełknęła ślinę. Regan znów stanął przy 

oknie. Kenna ostrożnie potarła bolącą rękę. 

- Upewnij się, że całkowicie zerwał z Margo, zanim 

skomplikujesz sobie życie. 

- Dziękuję za troskę. 

- Nie chodzi mi o ciebie. - Podszedł do biurka 

i zamaszystym ruchem wypisał czek. - Wolałbym 

uchronić własnego brata przed płaceniem alimentów. 

Kenna poczerwieniała z wściekłości. Jeszcze nigdy 

nie była tak zła na jakiegokolwiek mężczyznę. Opano­

wała się najwyższym wysiłkiem woli, drżącymi rękami 

wzięła czek i wyszła z gabinetu. 

Kilka chwil poświęciła na uporządkowanie biurka. 

Wyjęła z szafki torebkę i naciągnęła bluzę. Gdy chciała 

wyjść, Regan zastąpił jej drogę. 

background image

BRYLANCIK  1 1 5 

Nie miała ochoty na dalszą rozmowę. 

- Proszę mnie przepuścić - odezwała się chłodno. 

Regan westchnął głęboko. 

- Przepraszam. 

Tego się nie spodziewała. Uniosła głowę i spojrzała 

mu prosto w oczy. Zauważyła, że na pooranej bruz­

dami twarzy pojawiło się kilka nowych zmarszczek. 

- Wyglądasz okropnie - burknęła. - Dla własnego 

dobra powinieneś był zrezygnować z kilku przyjęć. 

- Zazdrosna? - mruknął z przekąsem. 

Spłonęła rumieńcem. 

- Nie mam prawa do zazdrości. Nasz pozorny 

związek jest tylko częścią precyzyjnie opracowanego 

planu. To Denny powinien być zazdrosny. Powinien 

porzucić Margo i stanąć ze mną na ślubnym kobiercu. 

Co cię obchodzi, z kim sypiam? 

Zagniewana wyglądała doprawdy prześlicznie. Jej 

policzki okrywał delikatny rumieniec, a roziskrzone 

oczy lśniły jak gwiazdy. Regan sycił wzrok tym 

widokiem. 

- Myślę, że to niewłaściwy moment na podobne 

rozmowy - stwierdził. - Zechcesz pojechać jutro ze 

mną do Gainesville? 

Zacisnęła usta. 
- Denny zaproponował, że mnie tam zawiezie. 

Oczywiście w towarzystwie Margo. 

- Pojedziesz ze mną. Bądź gotowa na dziewiątą. 

Będziemy mieli nieco czasu, aby wypłynąć łódką na 

jezioro. 

Skinęła głową. 

Dotknął palcem jej policzka. 

background image

116 

BHYŁANCIK 

- Pięknie dziś wyglądasz - powiedział. 

Spojrzała mu prosto w oczy. 

- Musiałabym skłamać, żeby odpłacić ci podob­

nym komplementem. Powinieneś więcej wypoczywać, 

a nie korzystać z uroków wielkiego miasta. 

Pogłaskał ją po głowie. 
- Od dnia śmierci Jessiki nie kochałem się z żadną 

kobietą - powiedział cicho. 

Kenny zbladła. 

- Widziałam zdjęcia w gazetach... A Denny powie­

dział... 

Regan wybuchnął śmiechem. 

- Co onmógl ci powiedzieć? Żepodmoimidrzwiami 

stała długa kolejka dziewcząt? Denny wie mniej od 

ciebie o moim prywatnym życiu. Nie miałem żadnego 

romansu od chwili, gdy poznałem Jessicę. Seks bez 

uczuciama dla mnie tyle wartości co zeszłoroczny śnieg. 

Powoli ruszył w stronę gabinetu. 

- Szukałem dowodów, że ktoś zamierzał dokonać 

zabójstwa. Żona jednego z moich klientów uznała, że 

istnieje lepszy sposób zerwania małżeństwa niż rozwód... 

- Boże... —jęknęła Kenna. - Ludzie czasami bywają 

tak okrutni... 

- To prawda - wtrącił gwałtownie. - Ów klient jest 

moim wieloletnim przyjacielem. Gdy poprosił mnie 

o pomoc, nie mogłem mu odmówić. Dlatego właśnie 

spędziłem kilka bezsennych nocy. 

Kenna wzięła głęboki oddech. 
- Byłam o ciebie zazdrosna - wyznała cicho. Spuś­

ciła głowę. - Przepraszam. 

Otworzyła drzwi wiodące na korytarz, lecz w tej 

background image

BRYLANCIK 

117 

samej chwili poczuła na swej dłoni palce Regana. Nie 

odwróciła głowy. 

- Nie możemy ciągnąć tego w nieskończoność 

-powiedział drżącym głosem. - Ustaliliśmy na począt­

ku, że zrobisz wszystko, by uwieść Denny'ego. Nie 

pozwolę ci, Kenno... Nie pozwolę... 

Drżała na całym ciele. Nagle pochwycił ją w ramio­

na, obrócił i mocno przycisnął do siebie. Nie stawiała 

oporu. 

Poczuła jego oddech na swojej szyi. 

- Nie zniosę tego dłużej... - wyszeptał Regan. 

-Musimy znaleźć jakieś rozwiązanie. Nie mogę nadal 

żyć w ten sposób. 

Wiedziała, do czego zmierzał. Otarła się policzkiem 

o jego brodę. 

- Dlaczego po prostu nie pójdziemy do łóżka? 

- spytała cicho. - Zawsze musi być pierwszy raz... 

- Nie powinniśmy - odparł zmęczonym głosem. 

- Nie potrafię ofiarować ci nic więcej niż krótki romans 

lub przypadkowy weekend. A niezależnie od tego, co 

mówi Denny, to nie w moim stylu. 

Uważnie spojrzała w ciemne oczy mężczyzny. 

- Regan... czy wciąż myślisz o Jessice? - zapytała 

łagodnym tonem. - Czy właśnie dlatego... nie możesz 

sypiać z kobietami? 

- I kto to mówi! — mruknął. - A dlaczego ty nie 

sypiasz z różnymi mężczyznami? 

Roześmiała się. 
- Jestem kobietą. Boję się, że zajdę w ciążę. 

- To tylko jeden z powodów - odparł. 

Zmarszczyła nos. 

background image

118 

BRYLANCIK 

- Słyszałam, że diamężczyzn liczy się przede wszys­

tkim seks. 

- Nieprawda. Wiem coś na ten temat z własnego 

doświadczenia. 

Nie spuszczała wzroku z jego twarzy. 

- Nie miałam możliwości porównania teorii z prak­

tyką. 

Westchnął głęboko. 
- Więc zyskasz wiele, gdy zostaniesz mężatką 

- odezwał się po chwili milczenia. Przymknął powieki. 

- Może u boku Denny'ego... 

Dumnie uniosła głowę. 

- Może — powiedziała chłodno. - Muszę już iść. 

Chwycił ją za ramię tak mocno, że poczuła ból. 

W ciemnych źrenicach błysnęła iskra gniewu zmiesza­

nego ze smutkiem. 

- Nie podejmę ryzyka po raz drugi - zawołał. 

- Oczywiście. Musisz dbać przede wszystkim o wła­

sne bezpieczeństwo. ~ Ze zrozumieniem pokiwała 

głową. - Nie wychodź podczas deszczu, bo możesz 

złapać katar, albo co gorsza zapalenie oskrzeli. Nie 

lataj samolotem - zdarzają się katastrofy. 1 nigdy nie 

kochaj, bo twoja wybranka może umrzeć! 

Zmarszczył

 brwi. 

- Co ty wiesz o miłości? - spytał ponuro. 

Zdecydowanym ruchem uwolniła się z jego uścisku. 
- Wiem więcej, niż ci się wydaje - powiedziała 

z godnością, - Przede wszystkim poznałam ból towa­

rzyszący temu uczuciu. 

Obróciła się i wyszła. Regan pozostał sam pośrodku 

pokoju. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Kenna przypuszczała, że dzień rocznicy ślubu pańs­

twa Cole będzie słoneczny i pogodny, więc ze zdziwie­

niem spojrzała na grube krople deszczu spływające po 

szybach. Zły omen, pomyślała. Jedyną pociechę stano­

wiła perspektywa spędzenia kilku godzin w towarzyst­

wie Regana. Z wycieczki łodzią należało raczej zrezyg­

nować. 

Przebrała się w biało-niebieską bluzkę, a do walizki 

spakowała ulubioną suknię. Poweselała na myśl, że 

być może będzie miała okazję zatańczyć z Reganem... 

O dziewiątej zabrzmiał dzwonek do drzwi. Pobiegła 

otworzyć. Regan zrobił zdziwioną minę widząc jej 

pośpiech, lecz powstrzymał się od komentarzy. Powi­

tanie wypadło raczej chłodno. 

- Zaraz będę gotowa. 

Zniknęła w głębi sypialni. 
- Nastąpiła zmiana planów - usłyszała głos swoje­

go gościa. 

Wyjrzała, Na jej twarzy malował się wyraz głębo­

kiego niepokoju. Odwołano przyjęcie albo... może 

Denny.... 

Regan zerknął z niechęcią na zdenerwowaną minę 

dziewczyny. 

background image

120 BRYLANCIK 

- Nie masz się o co martwić, pojedziemy na 

przyjęcie -mruknął. - Chodzi tylko o to, że o pierwszej 

muszę być w Greenville. Denny również. Kilku kole­

gów ojca zwołało krótkie zebranie na temat możliwej 

fuzji przedsiębiorstw. 

- Przecież jest sobota - zawołała. - Rocznica... 

- Nie gorączkuj się, zdążę wrócić - powiedział 

z lekkim sarkazmem. 

- Biznesmeni nie mają dni wolnych od pracy 

- westchnęła. 

- Nie. Ale obiecuję, że Denny nie spóźni się ani 

minuty. 

Odwrócił się i zapalił papierosa. Zauważyła, że dużo 

palił wyłącznie w jej obecności. Kiedy samotnie prze­

siadywał w gabinecie, popielniczka była prawie pusta. 

- Lecicie czarterem? 

Spakowała walizkę i rozejrzała się po pokoju. 

- Nie. Weźmiemy samolot należący do korporacji. 

Z nagłym przestrachem ścisnęła rączkę walizki. 

- Ten sam, w którym miesiąc temu twój ojciec 

ledwie uniknął śmierci? 

- Został dokładnie przejrzany i naprawiony - od­

parł Regan. - Na miłość boską, Denny jest przecież 

dorosłym mężczyzną. Chcesz, żebym go zaniósł do 

Południowej Karoliny na własnych plecach? 

Nie martwiła się o Denny'ego. Bała się o Regana, 

lecz nie umiała mu tego powiedzieć. Z zaciśniętymi 

ustami wyszła na korytarz. Wszystko będzie dobrze, 

myślała. W końcu lot samolotem jest bezpieczniejszy 

niż jazda samochodem. 

background image

BRYLANCIK  1 2 1 

Gdy przybyli na miejsce, Regan bezzwłocznie udał 

się do biblioteki, gdzie jego ojciec i Denny prowadzili 

cichą rozmowę. Po krótkim przywitaniu Kenna spo­

jrzała na młodszego z braci. 

- Gdzie Margo? - spytała. 

Denny uśmiechnął się kwaśno. 

- Nie ma jej tu. Wieczorem zadzwoniła z Argen­

tyny. Zdecydowała, że jeszcze kilka dni spędzi w domu. 

Powiedziałem jej, że nie ma się czym martwić, ponie­

waż większość czasu spędzam z tobą. 

Mrugnął znacząco na Kennę. 

- To był cudowny tydzień, prawda? 

Jęknęła w duchu i spłonęła rumieńcem. Spodziewa­

ła się gwałtownej reakcji Regana, lecz starszy z braci 

Cole zdawał się w ogóle nie zauważać jej obecności. 

- Chciałbym jeszcze raz przejrzeć kontrakt, tato 

- powiedział. 

Angus rzucił okiem na drugiego syna. Wzruszył 

ramionami. 

- Nie ma sprawy. Co ty na to, Denny? 

- Przez ten czas postaram się dotrzymać towarzyst­

wa naszemu gościowi - odparł młodzieniec. 

- Poproś mamę, żeby zaparzyła nam nieco kawy 

- powiedział Regan do Kenny i wyszedł wraz z ojcem. 

- Muszę stwierdzić, że mój brat stał się niemal nie 

do wytrzymania - zauważył Denny. 

- Powinieneś zobaczyć go wczoraj po południu 

- odparła dziewczyna, gdy weszli do kuchni. Abbie 

Cole wyjmowała właśnie z piekarnika tacę pełną 

kruchych ciasteczek. 

- Kogo? - spytała słysząc ostatnie zdanie Kenny, 

background image

122 BRYLANCIK 

a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. - Co się 

stało? 

- Mamo, jesteś niemożliwa. - Denny pochylił się 

nad nią. Chciał być nieco bliżej sterty przysmaków. 

- Zawsze byłam taka. Dlatego twój ojciec mnie 

poślubił. Chodź tu, Kenno. Musisz mi wszystko 

opowiedzieć. Coś tu brzydko pachnie. 

- Może to tylko dżdżownice... -zamruczała dziew­

czyna. 

- Przestań. 

Abbie przełożyła łopatką stos ciastek na krysz­

tałową paterę. 

- Regan zaciągnął Angusa do biblioteki, aby prze­

jrzeć kontrakt, który oglądał tysiące razy. Denny 

sprawia wrażenie, jakby cały świat zwalił mu się na 

głowę, ty - spojrzała na zaczerwienioną twarz Kenny 

-wyglądasz, jakbyś miała ochotę kogoś ugryźć, aMar-

go... 

Popatrzyła na syna. 

- Margo z niewiadomych powodów przedłużyła 

pobyt w Argentynie. I ty śmiesz twierdzić, że nic się nie 

stało? 

- Dlaczego nie zajmiesz się pisaniem kryminałów? 

- spytał Denny. - Zawsze coś podejrzewasz... 

- Chcę wiedzieć tylko jedno - przerwała mu Abbie. 

- Czy chodzi o was dwoje... 

Przez chwilę przyglądała im się z uwagą. 

- ...czy w grę wchodzi inna kombinacja? 
- Denny i Margo - odpowiedziała z uśmiechem 

Kenna. - Przynajmniej mam taką nadzieję. 

- A ty? - spytała Abbie. 

background image

BRYLANCIK 123 

- Zgubiłam szklany pantofelek - padła odpowiedź. 

- Słucham? - Pani Cole zamrugała oczami. 

- Wszystko opowiem, kiedy spotkamy się ponow­

nie z okazji pani urodzin - obiecała Kenna. - To 

bardzo skomplikowana historia. 

- Tak przypuszczałam. 

- Dlaczego odnoszę wrażenie, że także nie znam 

całej prawdy? - spytał Denny. 

- Przypuszczam, że tak jest istotnie - odparła 

Abbie. Przytuliła Kennę do piersi. - Dobrze, kochanie, 

na razie dam ci spokój. Ale w dniu moich urodzin 

będziesz musiała wyznać mi wszystko. 

- Oczywiście - posłusznie odpowiedziała dziew­

czyna. 

- Czy mogę mieć nadzieję, że również zostanę 

zaproszony? - nie rezygnował Denny. 

- Spytaj swoją mamę - powiedziała Kenna. - Och, 

niemal zapomniałam. Regan prosił, żeby zaparzyć 

kawę. 

- Prosił? - powtórzyła ze zdumieniem Abbie. 

-Ostatnim razem, kiedy o coś prosił, był bardzo chory 

i nie mógł podnieść się z łóżka. 

Wręczyła Kennie dwie filiżanki z parującym napo­

jem. 

- Zanieś im je do biblioteki. 
Dziewczyna spuściła głowę. Denny dostrzegł jej 

zakłopotanie i zaoferował swą pomoc. 

- Ja to zrobię. 

Chwycił tackę i mrugnął porozumiewawczo do 

matki. 

- Zbyt ciężka dla słabej niewiasty. 

background image

124 BRYLANCIK 

- Dałabym sobie rade - powiedziała Kenna. - Ale 

dziękuję, że chcesz mnie wyręczyć. 

- Nie ma sprawy. 

- A teraz - odezwała się Abbie, gdy zostały same 

— możesz mi się zwierzyć. Coś mi mówi, że jesteś po 

uszy zakochana w Reganie. 

Kenna z przygnębioną miną opadła na krzesło. 

- To prawda. Początkowo chciałam wzbudzić za­

interesowanie Denny'ego, a Regan tylko usiłował mi 

pomóc. Zabrał mnie do kilku sklepów, namówił do 

zmiany uczesania i makijażu... - Potarła dłonią czoło. 

- Potem uczył, jak powinnam chodzić i rozmawiać, 

aby przyciągnąć męską uwagę i usidlić Denny'ego. 

- Dobra wróżka - roześmiała się Abbie. 
- Raczej zły czarnoksiężnik - pomimo smutku 

uśmiechnęła się Kenna. - Teraz Denny z mojego 

powodu pokłócił się z Margo, a Regan chodzi na­

stroszony niczym jeżozwierz. 

- Zauważyłam. Ale w dalszym ciągu nie wiem, o co 

mu chodzi. 

- Twierdzi, że nie chce znowu angażować się 

w trwały związek - westchnęła dziewczyna. Spojrzała 

na Abbie i przekonana o jej życzliwości zdecydowała 

się wyjawić całą prawdę. 

- Pożąda mnie, lecz unika zbliżenia, ponieważ 

jestem dziewicą. A ponieważ nie dostrzega mych 

prawdziwych uczuć... 

Wzruszyła ramionami, po czym wojowniczo po­

trząsnęła głową. 

- Do licha, nie cierpię mężczyzn. 

- Ja także. - Abbie z uśmiechem skinęła głową. 

background image

BRYLANCIK 125 

- Mam wrażenie, że Regan po prostu się boi. Bardzo 

kochał Jessicę i w dalszym ciągu nie uznaje kom­

promisów. 

Kenna przypatrywała się własnym paznokciom. 
- Chciałabym, żeby ktoś naprawdę mnie poko­

chał... ale nie potrafię sobie tego wyobrazić. 

- W takim razie przygotuj się na miłą niespodzian­

kę. Chodź, pomożesz mi przy ciasteczkach. Denny 

wróci lada chwila, a nie powinien cię widzieć w tym 

stanie. I tak jest zazdrosny o Regana. 

- Wiem. Lecz jednocześnie jest rzutkim i przedsię­

biorczym mężczyzną. Dlaczego pan Cole nie daje mu 

szansy, aby wykazał się odpowiedzialnością? 

- Mój mąż - zamruczała Abbie - jest nabur­

muszonym, aroganckim starcem, który uważa, że zjadł 

wszystkie rozumy, zwłaszcza jeśli chodzi o znajomość 

charakteru innych ludzi. Ale wciąż nad nim pracuję. 

Regan także. Już wkrótce powinien zmienić zdanie 

i inaczej ocenić możliwości Denny'egb. 

- Miło mi to słyszeć. 

- Nie rób tak tragicznej miny, kochanie - powie­

działa pocieszającym tonem pani Cole. - Wieczorem 

urządzimy przyjęcie, będziemy tańczyć i pić szampana. 

Przyszłość pokaże, co nas czeka. Wierzę, że wszystko 

ułoży się po twojej myśli. 

- Mam nadzieję, że się pani nie myli, pani Abbie. 

- A ja mam nadzieję, że włożysz suknię, która 

przyciągnie spojrzenie Regana. 

Kenna uśmiechnęła się. 

- Oczywiście. Chce pani zobaczyć? 
- Prawdę mówiąc, mam na to wielką ochotę. 

background image

126 BRYLANCIK 

Abbie zdjęła fartuch i przewiesiła go przez oparcie 

krzesła. 

- Dość tej krzątaniny. Pójdziemy obejrzeć ciuchy. 

Weszły na górę po schodach. 

- Jak długo jesteście państwo małżeństwem? -spyta­

ła Kenna. 

- Dziś mija dwadzieścia sześć lat od dnia ślubu 

- westchnęła pani Cole. -Jak ten czas leci... Mimo to 

nadal uważam, że Angus jest najbardziej podniecają­

cym mężczyzną na świecie. 

Gdy po dłuższej chwili obie kobiety powróciły na 

parter, drzwi biblioteki były otwarte. Denny dys­

kutował z ojcem, lecz Regan gdzieś zniknął. 

- Dokąd on poszedł? - konfidencjonalnym szep­

tem spytała Abbie. 

- Powiedział, że musi się przebrać - odparł Angus, 

rzucając szybkie spojrzenie w stronę Kenny. - Bardzo 

się śpieszył. Za godzinę musimy jechać na lotnisko. 

Denny bacznie obserwował dziewczynę. Gdy rodzi­

ce oddalili się nieco, skrzywił usta w uśmiechu. 

- Regan udzielił mi swego błogosławieństwa 

- mruknął. - No... może nie bezpośrednio, ale wy­

mamrotał kilka słów, po czym wychylił szklankę dżinu 

i skrył się we własnym pokoju. 

- Cóż... - szepnęła Kenna, uparcie wpatrując się 

w czubki swoich butów. 

- Nic nie rozumiesz - powiedział Denny. - Regan 

nie cierpi dżinu. Prawdopodobnie w ogóle nie zauwa­

żył, co pije. Pójdź i powiedz mu, że poprosiłem cię 

o rękę. Zobaczymy, jak zareaguje. 

- Nie wiem, czy to najwłaściwszy pomysł... 

background image

BRYLANCIK 

127 

- Nie dowiesz się, póki nie spróbujesz. 

- To prawda. 

- Dalej - nalegał. - Co masz do stracenia? 

- Kobiecą dumę, wiarę we własne siły... 
- Nie pleć bzdur. - Chwycił ją za ramiona i przycią­

gną! ku sobie. - Mam zamiar zadzwonić do Margo 

i poprosić ją o rękę. Ty również powinnaś się zdecydo­

wać. Baaaczność! Na górę marsz! - zawołał ze śmie­

chem. 

Kenna stała bezradnie. 
- Na pewno go rozgniewam. 

- Świetnie. Przekona się, co stracił. 

Westchnęła. 

- A więc powinnam postawić wszystko na jedną 

kartę? 

Wygładziła spódnicę i dumnie uniosła głowę. 

- Życz mi szczęścia. 

- Na pewno ci się powiedzie. 

- Chwileczkę. Coś mi się przypomniało. 

Zdjęła okulary i przygładziła dłonią włosy. 

- Pokaż mi, gdzie są schody. 

- Tuż przed tobą. Wejdź na górę i odszukaj pierw­

sze drzwi po prawej stronie. 

- Dzięki, wspólniku. 

Z ciężkim sercem weszła na schody. Boże, spraw, 

aby ów podstęp się udał! modliła się w myślach. 

Stanęła przed właściwymi drzwiami. Denny mówił 

prawdę... cóż miała do stracenia? Jeśli znajdzie dość 

siły, aby zmusić Regana, by na nowo zaczął korzystać 

z uroków życia... 

Zapukała. 

background image

128 

BRYLANCIK 

- O co chodzi? -dobiegło warknięcie z głębi pokoju. 

- Czy możemy porozmawiać przez chwilę? - zawo­

łała. 

Zapanowała cisza. Kenna zastanawiała się, jak 

powinna zareagować w przypadku odmowy. Lecz po 

minucie posłyszała echo ciężkich kroków i drzwi 

stanęły otworem. 

Nie była przygotowana na widok półnagiego 

mężczyzny. Umięśniona sylwetka Regana była ucie­

leśnieniem marzeń każdej kobiety. Kenna zapo­

mniała o swych zmartwieniach i jak urzeczona 

wpatrywała się w śniadego atletę, który ukazał się 

w progu. 

- I co? - spytał oschle. 

Spojrzała mu prosto w oczy. Wszystkie słowa, jakie 

powtarzała w myśli podczas wspinaczki po schodach, 

uleciały jej z głowy. 

Regan trzymał ręcznik. Prawdopodobnie wyszedł 

wprost spod prysznica, ponieważ jego ciemne włosy 

były mokre. Nie okazywał skrępowania. 

Wyciągnął dłoń, chwycił dziewczynę za rękę i zmu­

sił, aby weszła do pokoju. Cicho zamknął drzwi. Przez 

długą chwilę obserwował pobladłą twarz Kenny, po 

czy rzucił ręcznik na krzesło i skrzyżował ramiona na 

piersiach. 

- Słucham - powiedział. 

Nie miała wyboru. Musiała do końca odegrać swą 

rolę, choć w wyobraźni pieściła dłońmi jego potężne 

ciało... 

- Denny... poprosił mnie o rękę - skłamała. 

Pierś mężczyzny uniosła się w głębokim westchnie-

background image

BRYLANCIK 

129 

niu. Jakby czytając w myślach dziewczyny, chwycił ją 

w ramiona, uniósł i delikatnie ułożył na szerokim, 

stojącym nie opodal łóżku. Pochylił się nad leżącą. 

- Zatem usidliłaś Denny'ego? - spytał zimnym 

tonem. - Chcesz jeszcze raz spróbować ze mną, zanim 

udzielisz mojemu bratu ostatecznej odpowiedzi? Dla­

czego nie? Skoro już wkrótce masz włożyć obrączkę... 

Przerwał w pół zdania i wpił w jej usta spragnione 

pocałunku wargi. 

Wahała się tylko kilka sekund. Zbyt długo czekała 

na tę chwilę, aby myśleć o jakimkolwiek oporze. 

Pozbyła się dumy i niepokoju. Z jękiem przytuliła się 

do Regana. 

- Chcesz tego? - warknął nieswoim głosem. 

- Tak - odpowiedziała, odrzucając resztki wsty­

du. Otoczyła ramionami jego szyję. - Jestem goto­

wa. 

Powoli zaczął rozpinać jej bluzkę. Kenna leżała 

spokojnie. Nie miała zamiaru go powstrzymywać. 

- Nie masz wyrzutów sumienia. Kopciuszku? 

- spytał mężczyzna. 

- Nie — szepnęła. 

Spojrzał na jej nagie ciało. 

Kenna oddychała spokojnie, choć jej serce waliło 

jak młotem. Uważnie śledziła zachowanie Regana. 

Dostrzegła błysk w jego oczach. 

- Jesteś zawiedziony? - spytała. 

- Nie. 

Przesunął dłonią po jedwabistej skórze. 

- Nie. Nie jestem zawiedziony. 

Musnął palcami twardniejącą brodawkę. Z ust 

background image

130 BRYLANCIK 

Kenny wyrwało się westchnienie. Dotyk rąk mężczyz­

ny sprawiał jej niewysłowioną rozkosz. 

- Regan... - wyszeptała. 

- Chcę cię całować... wszędzie - mruknął. Gniótł 

dłońmi jej piersi, w jego ruchach czaiło się długo 

hamowane pożądanie. 

- Jesteś miękka jak aksamit... 

Ciemne oczy błyszczały namiętnością. 

Kenna wygięła grzbiet niczym kotka. Nie odczu­

wała wstydu, strachu ani najmniejszego niepokoju. 

Chłonęła każdą pieszczotę, jaką jej ofiarował. 

Regan drżał. 

- Mógłbym cię schrupać - szepnął. - Kiedy cię 

dotykam, ogarnia mnie szaleństwo... 

Przesunęła dłońmi po jego wilgotnych włosach. 

Przymknęła powieki. 

- Ja również odczuwam coś podobnego... - od­

powiedziała szeptem. - Coś pięknego... 

- Przysuń się bliżej. 
Przywarł całym ciałem do jej ciała i zaczął rytmicz­

nie poruszać biodrami. 

- Nie! - krzyknął nieoczekiwanie. Odsunął się, 

usiadł na skraju łóżka i ukrył twarz w dłoniach. - Nie, 

Kenno. 

Dziewczyna nadal leżała w pościeli, patrząc na 

niego niezupełnie przytomnym wzrokiem. Oddychała 

z trudem. 

- Regan? 

Westchnął ciężko. 

- Nie mogę - rzucił krótko. - Czy ty nic nie 

rozumiesz? Nie chcę! 

background image

BRYLANCIK  1 3 1 

Zbladła jak płótno. Przytłoczona niespodziewaną 

odmową, powoli zaczęła się ubierać. 

Regan wstał. Drżącymi rękami zapalił papierosa, 

po czym podszedł do okna i pustym wzrokiem spojrzał 

na ogród. 

- Chodzi ci o to, że nie jestem Jessicą? - spytała 

Kenna. - Uważasz, że nikt nie może zająć jej miejs­

ca? 

Odwrócił się i popatrzył na nią ponuro. 

- O czym, u diabła, mówisz? - spytał szorstko. 

- Nie próbuj mnie obwiniać. To ty zapukałaś do 

mojego pokoju. 

- To prawda - odpowiedziała. - Ale ty zaniosłeś 

mnie do łóżka. 

- Nie protestowałaś! - wybuchnął. - Nie napo­

tkałem na żaden opór. Nie wyobrażaj sobie, że bę­

dziesz mogła zdradzać ze mną Denny'ego - mruknął. 

Spłonęła rumieńcem. 

- Mam nadzieję, że umie pan pisać na maszynie, 

mecenasie, ponieważ po dzisiejszej rozmowie zdecydo­

wałam się porzucić posadę pańskiej sekretarki! 

- Uciekasz? - spytał. 

- Tak! - odpowiedziała stanowczym tonem. - Den­

ny ma zamiar prosić ojca, aby pozwolił mu na próbę 

pokierować korporacją. Będziesz miał całe biuro dla 

siebie! 

- Zbytek łaski. - Ponownie odwrócił się w stronę 

okna. 

- W przyszłym tygodniu wracam do Nowego Jo­

rku. Podjąłem taką decyzję podczas dyskusji z oj­

cem. 

background image

132 BRYLANCIK 

Kenna miała ochotę rzucić się na podłogę i wybuch­

nąć płaczem, choć była przekonana, że to by niewiele 

pomogło. 

Z ciężkim sercem podeszła do drzwi. 

- Przepraszam... - W jej głosie słychać było urażo­

ną dumę. - Nigdy więcej nie będę ci się narzucać. 

- Wiem, że ponoszę część winy za to, co się stało 

— odparł zmęczonym tonem. - Nie potrafiłem utrzy­

mać na wodzy swego pożądania. 

- To prawda. 

Poczuła łzy gromadzące się pod powiekami. 

- Kiedy wyjeżdżasz? 
- W poniedziałek - odparł krótko. - Pod koniec 

przyszłego tygodnia biorę udział w procesie o usiłowa­

nie zabójstwa. Wspomniałem ci o tym. Nie mogę 

przegrać sprawy, więc mam zamiar poświęcić dużo 

czasu na przygotowanie się do rozprawy. 

- Czy kiedykolwiek pan przegrał, mecenasie? - za­

pytała z gryzącą ironią. 

- Oczekuję zaproszenia na wesele - mruknął. 
- Otrzymasz je - odpowiedziała. - Raz jeszcze 

dziękuję za pomoc. Zapłacę za wszystkie suknie, jak 

tylko... 

- Możesz traktować je jako prezent ślubny -wtrą­

cił.  - M a m nadzieję, że będziecie szczęśliwi. Denny to 

dobry chłopak. 

Nie mam zamiaru poślubić Denny'ego, pomyś­

lała. Przez całe życie będę kochać tylko ciebie. 

W milczeniu skinęła głową i położyła dłoń na 

klamce. 

- To nasza ostatnia rozmowa na ten temat - ode-

background image

BRYLANCIK 133 

zwał się Regan. - Od dzisiaj jesteśmy wyłącznie 

przyjaciółmi, Kenno. 

Nie odwróciła głowy. 

-

 Zawsze będziesz moim przyjacielem - wyszep­

tała. — Do końca życia. 

- Płaczesz? - zapytał nieoczekiwanie. 

- Nie. Oczywiście, że nie. 

Wyszła na korytarz. 

- Myślę, że po zakończeniu przyjęcia powinnam 

wrócić do domu. Nie musisz mnie odwozić. Poproszę 

o to Denny'ego. 

- Ucieczka nic nie pomoże - powiedział szorstko. 

- Zostań. Wrócę do Atlanty. 

Dwie krople łez potoczyły się po policzkach dziew­

czyny. 

- Do diabła! - zaszlochała, - Zakop się razem 

z Jessicą w grobie! Nic mnie to nie obchodzi! 

Pobiegła w głąb korytarza, nie zwracając uwagi na 

ciche wołanie Regana. Wpadła do swojego pokoju, 

przekręciła klucz i rzuciła się na łóżko. Wyszła dopiero 

wówczas, gdy była całkiem pewna, że Denny i Regan 

już wyjechali na lotnisko. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Dzień był nadal ponury i dżdżysty. W domu 

państwa Cole pojawiło się kilku wynajętych pracow­

ników, aby przygotować salon do wieczornego przyję­

cia. Angus zaszył się w bibliotece, aKenna zaoferowa­

ła swą pomoc Abbie. 

Stół wyglądał imponująco. Nakryty był białym 

obrusem, przystrojony srebrną zastawą i świeżo ścięty­

mi kwiatami. W kuchni krzątało się kilku kucharzy, 

przygotowujących zimne przekąski. 

Abbie krążyła tu i tam, wydając rozmaite polecenia, 

lecz w miarę upływu czasu na jej twarzy pojawił się 

wyraz zaniepokojenia. Coraz częściej spoglądała na 

zegarek. 

- Powinni już zadzwonić z lotniska - zamruczała. 

— Gdzie oni się podziewają? Za kilka godzin przyjdą 

pierwsi goście... Wiesz, Kenno, mężczyźni są okropni. 

Ruszyła w stronę kuchni. 

- Potrafią tylko narzekać na gadatliwość kobiet. 

Kenna uśmiechnęła się. 

- Niedługo wrócą - powiedziała uspokajającym 

tonem, choć sama była bardzo zdenerwowana. Samo­

lot korporacji już raz odmówił posłuszeństwa... 

Aby odpędzić ponure myśli, zabrała Pucha na 

background image

BRYLANCIK 135 

spacer. Pies wlókł się leniwie, od czasu do czasu 

obwąchując napotkane drzewa. Kenna stanęła nad 

brzegiem jeziora. Rzuciła garść okruchów podpływa­

jącym łabędziom. Regan... Była przekonana, że 

wspomnienia wspólnie spędzonych chwil pomogą jej 

przetrwać długie, samotne wieczory. Tak bardzo 

pragnęła wyrwać go z objęć smutku. Ukoić ból, jaki 

odczuwał po stracie żony. Nie chciała, aby zapo­

mniał o Jessice. Miłość przybiera różne formy... 

a Regan był człowiekiem, który potrafił kochać bez 

granic. Szkoda, że tak bardzo bronił się przed 

nowym uczuciem. 

Dziewczyna pogładziła zmierzwioną sierść Pucha 

i zawróciła w stronę domu. Na ścieżce ukazała się 

Abbie. Wyraz twarzy kobiety wyraźnie świadczył, że 

stało się coś niedobrego. 

- Abbie! - zawołała Kenna, bezwiednie zwracając 

się do niej po imieniu. Była pełna najgorszych prze­

czuć. 

- Wypadek - powiedziała pani Cole schrypniętym 

głosem. 

Kenna zamarła w bezruchu. Pociemniało jej 

w oczach. 

- Samolot'?... - spytała, z trudem łapiąc oddech. 
-

 Tak. 

Abbie chwyciła ją w ramiona i mocno przycisnęła 

do piersi. 

- Och, Kenno... -jęknęła załamana. -Moi chłop­

cy... 

Abbie Cole nigdy nie płakała. Tym razem jednak 

zalała się łzami. Kenna pogładziła ją po włosach, choć 

background image

136 BRYLANCIK 

myślami błądziła gdzieś daleko. Wypadek. Regan 

i Denny... Regan... 

- Nie... - wyszeptała bezradnie. - Nie... 
- Cholerny samolot! - zawołała łamiącym się gło­

sem Abbie. - Przeklęta kupa złomu! Mówili, że został 

naprawiony... 

- Jak to się stało? - spytała Kenna. 

- Nie znamy żadnych szczegółów. 

Abbie wytarła chusteczką załzawione oczy. 
- Opuścili Greenville kilka godzin temu. Kiedy 

w oznaczonym czasie nie dotarli na lotnisko, kontroler 

zadzwonił do nas. To stary przyjaciel. Natychmiast 

połączył się z Greenville, aby ustalić domniemaną trasę 

przelotu. Góry... i ulewa. Boże, dlaczego musieli zwołać 

to zebranie właśnie dzisiaj?! W rocznicę naszego ślubu... 

- Wszystko będzie dobrze - powiedziała cicho 

Kenna, nieświadomie używając słów, które najczęściej 

są wypowiadane w podobnych przypadkach. Słów, 

które tak naprawdę nic nie znaczą. 

- Mam nadzieję -jęknęła Abbie. - Chodź, musimy 

pojechać na lotnisko. Nie mam ochoty siedzieć przy 

telefonie. Muszę być tam, gdzie zapadnąjakieś decyzje. 

Angus był już przy samochodzie. Zasępiony, tak 

bardzo przypominał Regana, że Kenna wybuchnęła 

płaczem. 

- Ustaliliśmy, że Regan siedział za sterami - ode­

zwał się Angus, gdy mercedes ruszył z podjazdu. - Ma 

dużą praktykę w lataniu, w czasie wojny wietnamskiej 

brał udział w wielu akcjach bojowych. Mam nadzieję, 

że udało mu się w jednym kawałku sprowadzić maszy­
nę na ziemię. 

background image

BRYLANCK 137 

- Większość wypadków spowodowana jest błędem 

pilota - skinęła głową Abbie. - Ale samolot też może 

się zepsuć. Szczególnie taki, który już raz zawiódł. 

Spojrzała z niepokojem na męża. Usta jej drżały. 
Kenna siedziała z tyłu. Czuła obezwładniającą 

bezradność, nie potrafiła włączyć się do rozmowy, 

Regan... Boże, zachowaj go przy życiu, modliła się 

w myślach. Nie pozwól mu umrzeć. 

- Jeśli wyszli z tego cało, własnoręcznie rozbiję 

samolot na drobne kawałki i zakopię - mruknął 

Angus. 

- Czy ustalono już przypuszczalne miejsce wypad-

ku? - spytała Abbie. - Mogli spaść w pobliżu Toccoa 

lub Robertstown...

 % 

-

 Oba miejsca leżą poza trasą lotu - odparł Angus, 

- Wiem, lecz pada ulewny deszcz... Mogły zawieść 

przyrządy nawigacyjne... Boże, jeśli obaj zginęli, nie 

przeżyję tej straty! - wybuchnęła. - Jako dziennikarka 

widziałam mnóstwo wypadków samolotowych! Nie' 

których scen wprost nie mogłam opisać... 

- Przestań - cicho powiedział Angus. - Uspokój się 

i nie myśl o najgorszym. Jeszcze nic nie wiemy, 

kochanie. 

- Przepraszam. 

Przetarła załzawione oczy i obróciła się w stronę 

Kenny. 

- Jak się czujesz? 

Dziewczyna odpowiedziała jej słabym uśmiechem. 

- Ile czasu upłynie, zanim dowiemy się czegoś 

konkretnego? ~ spytała. 

Angus wzruszył ramionami. 

background image

138 BRYLANCIK 

- Nie mam pojęcia - powiedział głębokim głosem. 

Zacisnął dłonie na kierownicy. 

- Może, przy odrobinie szczęścia... 
- Nasza rocznica... - wymamrotała Abbie. - Po­

wiedziałam kelnerom, żeby zajęli się gośćmi, jeśli nie 

zdążymy wrócić o właściwej porze. Już za późno, żeby 

odwołać przyjęcie. Poza tym... nie potrafiłabym usie­

dzieć w domu... 

- Nie przejmuj się gośćmi, Abbie - powiedział 

łagodnie Angus. 

Pogładził dłoń żony. 

- Teraz pozostaje nam tylko modlić się i czekać. 

- Masz rację - odpowiedziała kobieta. Umilkła. 

Kenna spojrzała na Angusa Cole'a. Tak jak Regan 

był silny i łagodny, jego obecność stwarzała poczucie 

bezpieczeństwa w chwilach zagrożenia... Sięgnęła do 

torebki po chusteczkę. 

Po kilkunastu minutach dotarli do lotniska. Abbie 

i Kenna usiadły na ławeczce i niemal bez przerwy 

wpatrywały się w niebo. Greenville było oddalone od 

Gainesville zaledwie o dwie godziny lotu. Co mogło się 

zdarzyć? Radiotelegrafista stwierdził, że nie słyszał 

żadnego wezwania o pomoc. Gdy dwusilnikowa ma­

szyna zniknęła z ekranów radarów, ratownicy wszczęli 

poszukiwania, lecz jak do tej pory bez rezultatu. Na 

żadnym z lotnisk nie odbyło się przymusowe lądo­

wanie. 

- Przemokniemy do suchej nitki - stwierdziła Ab­

bie. - Ale wierz mi, nie mogę tkwić wewnątrz budynku 

i wciąż zrywać się na równe nogi słysząc dzwonek 

telefonu. 

background image

BRYLANCIK 139 

Wybuchnęła płaczem. 

- Sama nie wiem, co robić... 

Kenna przytuliła ją do siebie. 

- Ja także... - wyznała. 

Z trudem powstrzymywała się od głośnego szlochu. 

- Abbie, nie mam po co żyć, jeśli coś mu się 

przytrafiło... 

Starsza kobieta spojrzała jej prosto w oczy. 

- Mówisz o Reganie? 

Kenna skinęła głową. 
- Biedne dziecko... 

Abbie z czułością otoczyła ją ramieniem, choć na jej 

twarzy malował się wyraz bezradności. Niebo ciemniało 

powoli, z okolicznych łąk unosiły się opary gęstej mgły. 

Angus przyniósł dwie filiżanki gorącej kawy. 

- Niedługo zapadnie zmrok - powiedział. - Akcję 

ratunkową rozpoczną dopiero wczesnym rankiem. 

Wzruszył ramionami i rzucił okiem na niebo. 

- Jeśli wylądowali bezpiecznie, już dawno zdołali­

by dotrzeć do jakiegoś telefonu. W okolicach Greenvil­

le jest sporo farm... 

- I są też góry—wtrąciła głucho Abbie. -Porośnięte 

lasem. 

- Wejdźcie do środka—powiedział łagodnie Angus. 

- Tutaj najwyżej nabawicie się zapalenia płuc. 

- Nie wytrzymam w tym pomieszczeniu - szepnęła 

Kenna. 

- Ani ja - przytaknęła Abbie. - Możesz nas zawia­

domić... 

- Angus! — zawołał kontroler lotów. - Chodź tu! 

Prędko! 

background image

140 BRYLANCIK 

Cole zawahał się, jakby chciał uchronić obie kobiety 

przed najgorszym, lecz Abbie i Kenna były już we­

wnątrz budynku. Powitał je uśmiechnięty oficer. 

- Wszystko w porządku! - wołał, trzymając w ręku 

mikrofon. - Regan wylądował po mistrzowsku, lecz 
potem obaj musieli spędzić kilka godzin, czekając na 

ratowników. Samolot jest na dużym pastwisku w Geo­

rgii. 

- Co się stało, u diabła? - warknął Angus. 

- Deska rozdzielcza stanęła nagle w płomieniach 

i musieli lądować. Na ślepo, więc zeszli z ustalonego 

kursu. Na szczęście pilot prywatnej awionetki usłyszał 

sygnał alarmowy i zawiadomił naziemną jednostkę 

ratowniczą. 

Uśmiech kontrolera stał się jeszcze szerszy. 

- Chyba nie muszę ci mówić, że próba lądowania 

dwusilnikowcem na pagórkowatym pastwisku jest 

połączona z cholernym ryzykiem? Od razu widać, że 

twój chłopak przeszedł w Wietnamie dobrą szkołę 

pilotażu! 

Angus roześmiał się. Łzy radości płynęły mu po 

policzkach. 

- Dobrą... - przyznał. Odetchnął pełną piersią. 
- Gdzie są teraz moi synowie? 

- W drodze do nas. Lecą z moim kumplem; 

niedługo powinniśmy ich zobaczyć. 

Kenna i Abbie szlochały cicho, wznosząc ku niebu 

gorące podziękowania. Kenna poczuła, że na nowo 

wstępuje w nią życie. Ponury świat nabrał jaśniejszych 

barw... 

Oczekiwanie zdawało się nie mieć końca. Kenna 

background image

BRYLANCIK 

141 

wypiła dwa kubki czarnej, gorącej kawy, lecz ani na 

chwilę nie odrywała wzroku od nieboskłonu, sprag­

niona widoku ukochanej twzrzy Regana. Była całkiem 

przemoknięta, więc jeden z pracowników lotniska 

pożyczył jej swoją kurtkę. Obok siedziała Abbie 

nakryta marynarką Angusa. 

Na końcu pasa startowego pojawił się niewielki, 

jednosilnikowy samolot. Nim pilot zdążył wyhamo­

wać, Kenna zerwała się z ławki i pobiegła w kierunku 

lądującej maszyny. Nie dbała 0 pozory. Kochała 

Regana i musiała go powitać jako pierwsza. Nawet nie 

dostrzegała obecności innych osób. 

Regan i Denny zeszli po schodkach i z uwagą 

obserwowali nadbiegającą dziewczynę. Na twarzy 

starszego z braci widniało kilka zadrapań, lewy rękaw 

marynarki zwisał w strzępach. Denny trzymał się za 

rękę. Lecz obaj żyli. 

- Regan! - krzyknęła Kenna. 

Rzuciła mu się na szyję, nie dostrzegając zaskocze­

nia, jakie pojawiło się na jego posępnej zazwyczaj 

twarzy. Oczy miała pełne łez. Poczuła na szyi ciepły 

oddech ukochanego. Jej Regan... jest bezpieczny. 

Mężczyzna z całej siły przycisnął do piersi szlocha­

jącą dziewczynę. Obsypywała pocałunkami jego poli­

czki, czoło, szyję... Tulili się do siebie, nie zważając na 

zaciekawione spojrzenia stojącej wokół rodziny i pra­

cowników lotniska. Denny uściskał rodziców, Angus 

klepnął Regana po ramieniu, Abbie z miłością patrzyła 

na obu synów... 

Po długiej, nieskończenie długiej chwili, Regan 

uniósł głowę. Z niedowierzaniem wpatrywał się 

background image

142 

BRYLANCIK 

w twarz dziewczyny. Kenna delikatnie dotknęła jego 

policzka. 

- Jesteś ranny - szepnęła. 

- Nie - odparł dziwnie łamiącym się głosem.  - T o 

tylko zadrapanie. 

- Tak się bałam - wtrąciła Abbie. Skorzystała 

z okazji, aby wziąć syna w ramiona. - Lądowanie na 

pastwisku. To coś nowego. 

- Przez kilka minut myślałem, że będzie z nami źle 

— odezwał się Denny. Przeniósł wzrok z pobladłych 

policzków Kenny na poczerwieniałą twarz Regana. 

-Ale pilot wykazał klasę... Tato, jeśli chodzi o samo­

lot... 

- Do diabła z samolotem - burknął Angus. 

Serdecznie potrząsnął dłonią starszego syna. 

- Stopimy szczątki i kupimy całkiem nowąmaszynę. 
- Dzięki Bogu, że mieliśmy hełmy i kamizelki 

ratunkowe-mowiłDenny. -Mogliśmy osłonić twarze 

w momencie uderzenia o ziemię. 

- Złamałeś rękę? - spytał Angus. 

- Chyba nie, choć lepiej będzie, jeśli w drodze do 

domu zajrzymy do szpitala. Trochę się potłukliśmy. 

Angus skinął głową. 
- W ciągu dziesięciu dni musicie złożyć raport 

o wypadku w National Transportation Safety Board. 

- Dzwoniłem do nich, zanim przylecieliśmy tutaj 

- odparł Regan. - Przyślą pocztą wszystkie niezbędne 

formularze. 

Z trudem dobierał słowa, lecz Kenna uznała, że nic 

w tym dziwnego. W }tj spojrzeniu resztki strachu 

mieszały się z uwielbieniem. 

background image

BRYLANCIK 

143 

- Chodźmy - mruknął Angus. Ruszył w kierunku 

budynku. - Chłopcy, jestem wam cholernie wdzięczny 

za pomoc... - zwrócił się do pracowników lotniska. 

Uścisnął im dłonie. 

- Nic ci nie jest? - Abbie położyła dłoń na ramieniu 

Denny'ego. 

- Wszystkowporządku-odpowiedziałzuśmiechem. 

Kenna puściła dłoń Regana i podeszła do młod­

szego z braci. 

- Cieszę się, że wyszliście z tego cało. 

- Zaraz wracam - odezwał się cicho Regan i od­

szedł w ślad za ojcem. 

- Urządziłaś prawdziwe przedstawienie - zamru­

czał Denny. - Nie możesz w ten sposób się za­

chowywać, jeśli nie jesteś zakochana po same uszy. 

Regan na pewno był zaskoczony. 

Dziewczyna westchnęła. 

- To chyba dobrze, że w przyszłym tygodniu 

wyjeżdża do Nowego Jorku? - spytała drżącym gło­

sem. - Nie będzie musiał cierpieć z mojego powodu. 

- Widziałam, jak cię całował, i myślę, że bardziej 

będzie cierpiał z powodu rozstania - zamruczała 

Abbie. 

- Nie miał żadnego wyboru, skoro wisiałam mu na 

szyi — stwierdziła Kenna. 

Odgarnęła z czoła kosmyk mokrych włosów. 

- Pozbyłam się całej dumy. Myślałam tylko o tym, 

że obaj żyjecie. 

- Amen - dodała Abbie. - Chodźmy. 
- Przyjęcie! - Denny zdecydowanym krokiem ru­

szył z miejsca. 

background image

144 BRYLANCIK 

- Jestem przekonana, że goście bawią się znakomi­

cie - powiedziała beztrosko Abbie. - Niedługo do nich 

dołączymy. To, że obaj' żyjecie, jest najwspanialszym 

darem losu, kochanie. 

Pocałowała Denny'ego w policzek. 
Roześmiał się i oddał jej pocałunek. 

Chirurg opatrzył rękę Denny'ego i nałożył kilka 

plastrów na twarz Regana. Po dokładnych oględzi­

nach uznał, że obaj mężczyźni nie doznali poważniej­

szych obrażeń. Można było wyruszyć w drogę powrot­

ną. W samochodzie panował ścisk. Kenna siedziała 

z tyłu, wtłoczona pomiędzy obu braci. Regan za­

chowywał kamienny spokój, lecz nie przejawiał ochoty 

do rozmowy. Za to Denny paplał bez przerwy, opo­

wiadając o wydarzeniach minionego wieczoru. 

Dom był pełen gości. Kenna nie znała prawie 

nikogo. Zgromadzeni powitali wchodzących okrzyka­

mi pełnymi entuzjazmu. Angus w kilku słowach wyjaś­

nił, co się stało. 

- Najważniejsze, że już po wszystkim - zakończył. 

- Teraz pozwólcie nam się przebrać. Za chwilę za­

czniemy przyjęcie. Dziś rzeczywiście mamy powód do 

dużej radości. 

Kenna weszła do swojego pokoju. Uczesała się, 

włożyła wieczorową suknię, poprawiła makijaż i raz 

jeszcze podziękowała Opatrzności za szczęśliwy powrót 

Regana. To znaczy... obu braci, poprawiła się w myślach. 

background image

BRYLANCIK 145 

Z ciężkim sercem wróciła do gości. Abbie wręczyła 

jej kieliszek szampana. 

- Proszę - uśmiechnęła się promiennie. - Czekałam 

z toastem specjalnie na ciebie. 

- Dziękuję. 

Kenna rozejrzała się po salonie. 
- Gdzie Denny? 

- Przy telefonie. Rozmawia z Margo. 

Pani Cole zrobiła znaczącą minę. 

- Opowiada jej o swoich bohaterskich wyczynach 

podczas lotu. 

Kenna wybuchnęła śmiechem. 

- Chyba tym razem nie dojdzie do kłótni. 
- Raczej nie, choć Margo potrafi być uparta. 

Mimo to zyskała moją sympatię. Początkowo myś­

lałam, że chodzi jej wyłącznie o pieniądze Denny'ego... 

Kenna skinęła głową. Smutnym wzrokiem wpatrywa­

ła się w dno kieliszka. Taaak... rodzina Cole nie należała 

do najbiedniejszych, choć w przeciwieństwie do wielu 

znanych jej bogaczy, byli serdeczni i troszczyli się 

o innych. 

- Wygaduję okropne rzeczy, prawda? - mruknęła 

Abbie i lekko dotknęła ramienia Kenny. - Nie chcę, 

żebyś pomyślała, że jestem podejrzliwa wobec każdej 

dziewczyny, jaką zobaczę w towarzystwie któregoś 

z moich synów. Kenno, to, co wydarzyło się na 

lotnisku, bezsprzecznie udowodniło, że naprawdę ko­

chasz Regana. Wiem, co czujesz... ponieważ zachowy­

wałam się podobnie, gdy poznałam Angusa. 

- Dziękuję... - powiedziała cicho Kenna. 

Uniosła wzrok i spostrzegła barczystą sylwetkę 

background image

146 

BRYLANCIK 

Regana. W tej samej chwili mężczyzna odwrócił głowę. 

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, po czym Regan spuścił 

wzrok i powrócił do przerwanej rozmowy z ojcem. 

- Jest przekonany, że masz zamiar poślubić Den-

ny'ego - odezwała się Abbie. 

- Naprawdę? 

Kenna wypiła łyk szampana, choć wcale nie czuła 

smaku doskonałego trunku. 

- Nie dałaś mu żadnych powodów, aby tak myślał? 

Dziewczyna skinęła głową. 

- Myślałam... to znaczy, ja i Denny... myśleliśmy 

oboje... że w ten sposób uda nam się wzbudzić jego 

zazdrość i zmusić go do działania. 

Jej oczy wypełniły się łzami. 

- To wcale nie był dobry pomysł. 

Odwróciła głowę. 

- Na dzisiaj mam już dość wzruszeń. Czy mogę 

powiedzieć ci dobranoc i wrócić na górę? 

- Dopiero dziesiąta, kochanie -łagodnie zaprotes­

towała Abbie. - Ani razu nie zatańczyłaś. 

- Nie czuję się na siłach. 
Kenna odstawiła kieliszek i przytuliła się do swojej 

rozmówczyni. 

- Cieszę się, że obaj są cali i zdrowi. Zobaczymy się 

rano. 

- Oczywiście. Śpij dobrze, kochanie. 
- Ty także. Och... przeproś wszystkich w moim 

imieniu — dodała. 

Abbie ze zrozumieniem skinęła głową. 
- Bądź spokojna. Może przynieść ci tabletkę aspi­

ryny? 

background image

BRYLANCIK 147 

— Nie, dziękuję. Potrzebna mi wyłącznie gorąca 

kąpiel i miękkie łóżko. Wybieracie się jutro do kościo­

ła? 

Abbie uśmiechnęła się. 
— Oczywiście. Mogę ci pożyczyć którąś z moich 

sukienek. 

— Dziękuję, jestem przygotowana na podobną oka­

zję. Dobranoc. 

Odwróciła się i wyszła z pokoju. Czuła na sobie 

uważne spojrzenie ciemnych oczu. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Kenna przymknęła oczy. Leżała w błękitnej wannie, 

wypełnionej po brzegi ciepłą, pachnącą wodą. Czuła 

błogi spokój i rozleniwienie. 

Uniosła się i delikatnym strumieniem spłukała 

pianę z pleców. Dopiero wówczas zdała sobie sprawę, 

że nie jest sama. 

Otworzyła powieki. Przez chwilę zamarła w bez­

ruchu. Regan sycił wzrok widokiem jej nagiego, kuszą­

cego ciała. 

Bez wątpienia on również zrezygnował z udziału 

w przyjęciu, ponieważ zdjął marynarkę i miał na sobie 

jedynie spodnie i koszulę. 

- Biorę kąpiel. - Głos Kenny zabrzmiał piskliwie. 

Dziewczyna nie bardzo wiedziała, jak się zachować. 

Ręcznik wisiał tuż za plecami Regana. 

- Widzę - odparł cicho mężczyzna. Nieoczekiwany 

uśmiech złagodził jego surowe rysy. - Boże... widok 

twego ciała jest prawdziwą ucztą dla oczu. 

Siedziała wyprostowana, czekając, co będzie dalej. 

- Wstań - powiedział. - Wytrę ci plecy. 

Zdjął ręcznik z wieszaka. Kenna zastanawiała się, 

czy powinna zanurzyć się głębiej, czy raczej próbować 

ucieczki. 

background image

BRYLANCIK 

149 

Na jej twarzy pojawił się wyraz niezdecydowania. 

Regan wybuchnął śmiechem. 

- Nie bój się, kochanie. 

Stanął przy wannie. 

- Jesteś cudowna. Uwielbiam patrzeć na ciebie. 

A teraz wstań. Nie możesz wciąż siedzieć w wodzie. 

Zachowywał się całkiem naturalnie. Kenna nie 

wahała się dłużej. Przełożyła nogę przez krawędź 

wanny i stanęła na posadzce. W milczeniu wpatrywała 

się w twarz mężczyzny. 

- Widzisz - powiedział łagodnym tonem, owijając 

ją ręcznikiem. - Nie było się czego wstydzić. Nagość 

jest piękna. To tylko konwenanse wywołują poczucie 

zakłopotania. 

Na jego policzku widniał głęboki ślad zadrapania, 

do niedawna jeszcze zakryty plastrem. Kenna uniosła 

dłoń. Musnęła palcami grudkę świeżo zakrzepłej krwi. 

- Nigdy w życiu tak się nie bałam. Gdy Abbie 

przekazała mi wiadomość o wypadku... - powiedziała 

ledwie słyszalnym szeptem. Łzy napłynęły jej do oczu 

na to wspomnienie. 

- Wiem... - mruknął Regan. Powolnym ruchem 

wycierał jej plecy. 

- Nie potrafię wyrazić słowami, co czułem, gdy 

zobaczyłem cię biegnącą po pasie startowym. Kiedy 

rzuciłaś mi się na szyję... Boże, niemal się rozpłaka­

łem... 

Ukryła twarz w jego ramionach. Czuła podniecają­

cy dotyk rozgrzanego ciała. Jęknęła cicho. 

- Kocham cię - wyszeptała. - Kocham cię i nic 

mnie nie obchodzi, co na to powiedzą inni. 

background image

150 BRYLANCIK 

- Niektórzy z nich wyglądali na zaskoczonych. 

Wspomniał twarze osób otaczających ich na lotnis­

ku. 

- Zwolnij trochę tempo, kochanie - zamruczał. 

Czuł dotyk jej nagich piersi. - Zaczynam tracić kont­

rolę... 

- Chcę, żebyś stracił kontrolę - szepnęła mu wprost 

do ucha. - Chcę, żebyś mnie kochał. Chcę należeć 

wyłącznie do ciebie. Nie dbam o to, czy ofiarujesz mi 

całą wieczność, czy nasz romans skończy się dzisiejszej 

nocy... Kocham cię! 

Zamknął jej usta pocałunkiem. Przez chwilę trwali 

w milczeniu. 

- Nic nie mów - szepnął czule. 

Zaniósł ją do przyległej sypialni i ostrożnie ułożył na 

łóżku. Powoli zaczął się rozbierać. Rzucił koszulę na 

krzesło. Kenna odwróciła głowę. 

Regan położył się obok dziewczyny i łagodnym 

ruchem zmusił ją, aby na niego spojrzała. 

- Wątpię, abyś mogła zobaczyć coś szczególnego, 

skoro nie masz okularów - zauważył z uśmiechem. 

- Ale to i tak nie ma znaczenia. Patrz po prostu na 

mnie. Uważam, że kochankowie nie powinni niczym 

przestępcy kryć się w ciemnościach. 

- Chodzi o coś zupełnie innego - odpowiedziała. 

- Wkraczam na zupełnie nowy obszar... 

- Ja również - westchnął. Obrzucił ją długim, 

namiętnym spojrzeniem. - Jesteś moją pierwszą dzie­

wicą. 

Na twarzy Kenny odmalował się wyraz bezgranicz­

nego zdumienia. 

background image

BRYLANCIK  1 5 1 

- Jessicabyłarozwódką-powiedziałcicho.-Ichciał-

bym ci jeszcze coś wyjaśnić. To już zamknięty rozdział. 

Kochałem moją żonę, lecz zginęła, a życie toczy się dalej. 

Pogładził ją po policzku. 

- Nie wiesz, jak się zabezpieczyć, prawda? - spytał 

nieoczekiwanie i wybuchnął cichym śmiechem na 

widok jej miny.- Nie martw się. Nawet jeśli zajdziesz 

w ciążę, to poradzimy sobie z tym problemem. 

Była czerwona jak burak, ale nie odwróciła wzroku. 

- Nie musisz się niczego obawiać... - zaczęła. 

- Przestań - zawołał. Położył dłoń na jej brzuchu. 

Zadrżała. - Będzie nam dobrze razem. Wiedziałem to 

już od pierwszego dnia, kiedy zobaczyłem cię w biurze 

Denny'ego, Ze wszystkich sił starałem się walczyć 

z rodzącym się uczuciem. Miałem nawet ochotę po­

święcić własnego brata, aby tylko uwolnić się od twojej 

obecności. Wszystko na próżno. 

Spoważniał. 

- Gdy dzisiaj rano oświadczyłaś mi, że Denny 

poprosił cię o rękę, kompletnie straciłem rozum. 

Miałem ochotę go pobić. Dałem mu niezły wycisk 

podczas podróży, a on tylko patrzył na mnie i szczerzył 

zęby. Dopiero gdy na lotnisku padłaś mi wprost 

w ramiona, zacząłem domyślać się prawdy. 

Z uwagą chłonęła każde jego słowo. 

- Pozbyłam się resztek dumy - szepnęła. - Okro­

pnie się bałam. Nadal odczuwam lęk... 

- Dlatego drżysz? - spytał kpiąco. - To nawet 

podniecające. 

- O nic cię nie proszę - szepnęła. - Muszę... Muszę 

być niezależna... 

background image

152 

BRYLANCIK 

Czule pocałował ją w policzek. 

- Możesz zachować niezależność do pewnego stop­

nia - oświadczył. - Ale chcę, żebyś towarzyszyła mi 

w każdej podróży. Nie mam zamiaru dłużej żyć 

w samotności i z dala od ciebie. 

Od pewnej chwili Kenna słuchała go z roztarg­

nieniem, z trudem powstrzymując gwałtowną falę 

namiętności, wzbierającą w jej ciele. 

- Chcesz... powiedzieć, że możemy być razem nie 

tylko podczas weekendów? - spytała. 

- Uhm - zamruczał. Musnął końcem języka jej 

nabrzmiałe piersi. Jęknęła. 

- Jak długo? - nie dawała za wygraną. 

- Jakieś... pięćdziesiąt lat... -Przycisnął usta do jej 

brzucha. - Może jeszcze dłużej. 

- Pięćdziesiąt lat?! - wykrztusiła. 

Podniósł głowę. 

- Opieram swoje przypuszczenia wyłącznie na ak­

tualnych wynikach badań. Kto wie, co jeszcze zdziała­

ją lekarze... 

Przerwał na chwilę. 

- Czy możesz położyć się spokojnie i przestać 

zanudzać mnie pytaniami? Myślałem, że masz ochotę 

na miłość. 

- To prawda... ale... 

- To będzie cudowna miłość, Kenno - powiedział 

z poważnym wyrazem twarzy. - Najwspanialsza, naj­

słodsza i najdziksza z miłości. Coś, czego nawet nie 

potrafisz sobie wyobrazić. 

Patrzyła na niego zamglonymi ze szczęścia oczami. 

- Kocham cię. Nie wiedziałaś o tym? - spytał. 

background image

BRYLANCIK 153 

- W pełni zdałem sobie z tego sprawę po naszej 

porannej rozmowie. Myślałem, że cię straciłem... Wy­

jdziesz za mnie? 

Wybuchnęła płaczem. 

- Tak. Tak! Jeśłi zechcesz, pójdę za tobą boso 

nawet na koniec świata - wyjąkała. 

- Wiedziałem! - zawołał gwałtownie. - Zrobiłbym 

dla ciebie to samo. Kocham cię! 

- Okaż mi swą miłość - szepnęła. Zatrzepotała 

rzęsami, aby strząsnąć napływające do oczu łzy. - Na­

ucz mnie, jak kochać. 

Zbliżył usta do jej twarzy. 
- Tak mi dobrze... - wyszeptał. - Nie bój się. Będę 

cię traktował tak, jakbyś była kruchą figurką z chińs­
kiej porcelany. 

Zadrżała czując jego dotyk, lecz nie okazywała 

strachu. Całkowicie poddała się zabiegom Regana. 

- Chcę sprawić ci jak największą rozkosz - szepnęła. 

- Tak będzie. — Złożył delikatny pocałunek na jej 

ustach. - Przez całą noc będziemy odkrywać, co znaczy 

miłość... ' 

Fala namiętności ogarnęła jej ciało. Czas mijał wśród 

szeptów, jęków i miłosnych uniesień. Kenna poznała 

tajemnicę gwałtownej i pełnej rozkoszy; Regan doświad­

czył, jak słodka może być pierwsza miłość dziewczyny... 

Gdy dopiero kiika godzin później zamarli w bez­

ruchu, Kenna spojrzała w zamglone oczy ukochanego. 

- Okłamałeś mnie - szepnęła bez tchu. - Gdzie 

nabrałeś takiego doświadczenia? Nieważne - dodała 

pośpiesznie, zakrywając mu dłonią usta. - Nie chcę 

wiedzieć. 

background image

154 BRYLANCIK 

Spojrzał na nią, udając zdziwienie. 

- Sama powiedziałaś kiedyś, że Bóg usiłował wyna­

grodzić mi brak urody... 

Roześmiała się. 
Po chwili wyciągnęła rękę i odgarnęła z czoła 

mężczyzny kosmyk ciemnych włosów. 

- Nigdy nie uważałam, że brak ci urody. Kocham 

każdy milimetr twojego złamanego nosa, zbyt duże 

stopy, ponure spojrzenie i gwałtowny temperament... 

- Mogłabyś mnie kochać bez wyliczania tych wszy­

stkich rzeczy? 

- Jeszcze nie doszłam do najważniejszego... 

Spłonęła rumieńcem, gdy zdała sobie sprawę z tego, 

co powiedziała. 

Regan wybuchnął śmiechem. 

- Stajesz się frywolna, cudownie frywolna. Bardzo 

cię bolało? 

- Właśnie usiłowałam ci to powiedzieć. - Pogładzi­

ła go po policzku. 

- Nie wiem. Jeśli dobrze pamiętam, to zupełnie nie 

czułam bólu. Wszystko przypominało sen... Regan, 

czy będziemy się kochać, nawet gdy będziemy starzy? 

- Siebie zapytaj. Ja z wiekiem staję się coraz lepszy. 

Pocałował ją. 

- Ty chyba też. Stanowimy dobraną parę. 

Roześmiała się beztrosko. 

- Kocham cię. I podziwiam. 

- Z wzajemnością. 

Przeciągnęła się leniwie. 

- Jestem taka śpiąca... Czymożeszzostaćzemnąaż 

do rana? Lecz co na to twoi rodzice? 

background image

BRYLANCIK 155 

- Przy śniadaniu ojciec obrzuci nas zdziwionym 

spojrzeniem, Denny wyszczerzy zęby, a Abbie spyta, 

czy mam wobec ciebie uczciwe zamiary. To wszystko. 

Myślę, że doskonale wiedzą, na co się zanosi. Wiedzieli 

o wszystkim wcześniej niż my sami. 

Zdusił niedopałek w popielniczce i zgasił światło. 

- Lepiej spróbuj zasnąć. Niewykluczone, że obudzę 

cię przed świtem. 

Zachichotała i wsunęła się pod kołdrę. Przymknęła 

powieki i przez chwilę leżała w milczeniu. Nagle 

otworzyła szeroko oczy. Spojrzała na majaczącą 

w świetie księżyca sylwetkę. 

- Regan?... - odezwała się cicho. 

- Słucham, kochanie - zamruczał sennym głosem. 

- Dam ci dziecko. 

- Wiem. 

Przyciągnął ją tak gwałtownie do siebie, jakby tulił 

do piersi najcenniejszy ze skarbów świata. Nie powie­

działa: „aby zastąpić to, które straciłeś", choć Regan 

doskonale zrozumiał jej intencje. Kenna uśmiechnęła się 

do własnych myśli. Wyobraziła sobie roześmianą buzię 

dziecka, wyciągającego do rodziców maleńkie rączki. 

Kochać i być kochanym... Poczuła łzy pod powiekami. 

Zaopiekuję się Reganem, Jessico, pomyślała. Przeko­

nasz się o tym. 

Za oknem, wśród gałęzi, odezwał się śpiew nocnego 

ptaka.