background image

Lucy Maud Montgomery
Pat ze Srebrnego Gaju. Cz.1

Nasza Księgarnia
Warszawa 1993
Przełożyła Ewa Fiszer

Na dysk przepisał F. Kwiatkowski
Zaznajamiamy się z Pat 

- Coś mi się widzi, że niezadługo będę się musiała wybrać 
wieczorem na grzą dkę z pietruszką  - oznajmiła Judysia Plum 
zabierają c się do cięcia w cieniutkie paseczki czerwonej sukienki 
Winnie. Bardzo była z siebie rada, gdyż udało jej się przekonać 
panią  Gardinerową , by na to pozwoliła, pani Gardinerowa uważała 
bowiem, że Winni śmiało może pochodzić jeszcze w owej sukience. 
Jak wiadomo, na grzą dce pietruszki można znaleźć różne rzeczy, ale 
nie rosną  tam nigdy czerwone jedwabne suknie. 
Ale Judysi ogromnie na tej sukience zależało, tego koloru bowiem 
powinny być płatki róż ozdabiają cych dywanik, który szydełkowała 
dla ciotki Azalki. 
Judysia Plum słynna była ze swoich dywaników, a ten miał się stać 
dziełem jej życia. Zamierzała ofiarować go ciotce Azalce w 
podarunku ślubnym, jeśli ta młoda dama istotnie wyjdzie tego lata 
za mą ż. Judysia uważała, że już najwyższy czas, nie wolno aż tak 
długo przebierać w konkurentach. 
Pat szalenie zainteresowana przyszłością  dywanika wiedziała tylko, 
że przeznaczony jest dla cioci Azalki, ale nie wiedziała dlaczego. 
Nic także nie wiedziała o innym przewidywanym wydarzeniu i Judysia 
uznała, że pora już ją  uprzedzić. Kiedy ktoś od blisko siedmiu lat 
przyzwyczaił się być beniaminkiem rodziny, nie wiadomo, jak 
przyjmie pojawienie się swego następcy lub następczyni. Judysia 
była przywią zana do wszystkich mieszkańców Srebrnego Gaju, ale 
nade wszystko kochała Pat. A Pat trochę zanadto brała sobie 
wszystko do serca, Judysia mawiała, że "to dziecko ma trudną  
miłość". 
Jeszcze dziś rano Pat popłakała się, bo Judysia chciała wzią ć na 
róże jej stary purpurowy sweterek. Był już za ciasny i wytarty, 
ale Pat za nic nie chciała się z nim rozstać. Uwielbiała go. Tak 
zapalczywie walczyła w jego obronie, że Judysia - rzecz prosta - 
ustą piła. Pat opłakiwała każdą  znoszoną  sukienkę. I nie cierpiała 
nowej - dopóki nie ponosiła jej paru tygodni. A potem 
przywią zywała się do niej równie namiętnie. 
- Powiadam wam, że to dziwny dzieciak - powtarzała Judysia 
potrzą sają c szpakowatą  głową . Ale miałby się z pyszna ten, kto by 
w jej obecności pozwolił sobie skrytykować Pat. 
- Dlaczego ona jest dziwna? - spytał się kiedyś Sidney dość 
wojowniczym tonem. Sidney kochał Pat i nie spodobało mu się to 
określenie. 
- Pewnie w dzień jej narodzin kobold dotkną ł ją  kolcem róży 
- odpowiedziała tajemniczym tonem Judysia. 
Judysia wiele wiedziała o koboldach, elfach, skrzatach, leśnych 
wróżkach i innych fascynują cych stworach. 
- Więc już nigdy nie będzie taka jak wszyscy. Ale to i dobrze. Ona 

background image

będzie potrafiła robić wiele rzeczy, których inni nie potrafią . 
- Na przykład co? - spytał zaciekawiony Sidney. 
- Będzie umiała kochać bardziej niż inni... i to przyniesie jej 
wiele radości. Ale i cierpienia. Takie to są  dary wróżek, trochę 
słodyczy, trochę goryczy. 
- Jeśli to wszystko, czym ją  te kabaty obdarowały, to niewiele 
- oświadczył pogardliwie mały Sidney. 
- Cicho, sza! - Judysia zgorszyła się. - Nie wiesz, kto cię 
słucha! I wcale nie powiedziałam, że to wszystko. Ona będzie 
potrafiła zobaczyć wiele rzeczy. Na przykład jak czarownice lecą  
nocą  na miotłach, a za nimi siedzą  czarne koty. Chciałbyś, co? 
- Ciocia Azalka powiada, że w ogóle nie ma czarownic, a już na 
pewno nie ma ich na Wyspie Księcia Edwarda! 
- Jak się w nic nie wierzy, to niewiele ma się uciechy z życia 
- odpowiedziała zagadkowo Judysia. - Może i na Wyspie nie ma żadnej 
czarownicy, ale nie brakowało ich w naszej starej Irlandii. Moja 
babka była czarownicą . 
- A ty? - ośmielił się spytać Sidney. Już od dawna chciał ją  o to 
spytać. 
- Może i troszkę jestem. Ale już nie taką  prawdziwą . 
- I jesteś pewna, że kabat ukłuł Pat? 
- Pewna? Nikt nie wie na pewno, co robi Zaczarowany Ludek. Może to 
ta jej mieszana krew. Francuska i angielska, i irlandzka, i 
szkocka, i kwakierska... potworna mieszanka! 
- To było dawno - zaprotestował Sidney. - Stryj Tom powiada, że 
teraz jesteśmy Kanadyjczykami. 
- Ha! Ha! - wykrzyknęła srodze urażona Judysia. - Jeżeli wasz stryj 
Tom wie lepiej ode mnie, to czemu mnie zanudzasz pytaniami? Zmykaj 
lepiej, bo ci przyłożę. 
- Nie wierzę ani w czarownice, ani we wróżki! - wrzasną ł Sid, żeby 
ją  jeszcze bardziej rozzłościć. Lubił, jak się złościła. 
- Coś podobnego! Raz w Irlandii jeden bezczelny mężczyzna też tak 
powiedział. I kiedy wracał któregoś wieczoru, lepiej nie mówić 
ską d, to je spotkał. No i miał za swoje! 
- Co one zrobiły? - spytał ochoczo Sid. 
- Lepiej, żebyś nie wiedział! Nigdy już nie przyszedł do siebie, 
ale możesz mi wierzyć, że nauczył się trzymać język za zębami i 
szanować Zaczarowany Ludek. I tobie też radzę uważać, co mówisz, 
nawet wtedy, kiedy myślisz, że jesteś sam, ty zuchwały chłopaku! 

Ii 

Judysia szydełkowała dywanik w swoim pokoiku nad kuchnią ... Dzieci 
ze Srebrnego Gaju uważały, że pokoik ów jest wręcz fantastyczny. 
Nie otynkowano go, ściany i sufit były z belek, które Judysia 
szorowała do białości. Na ogromnym łóżku leżał siennik. Judysia 
gardziła piernatami, a materace uważała za współczesny wynalazek 
diabła. Poszewki na poduszki obszyte były ręcznej roboty koronką , 
łóżko okryte narzutą  wyhaftowaną  "autografami", Judysia kupiła ją  
wiele lat temu na wencie jednego ze stowarzyszeń dobroczynnych. 
- Jak się budzę, to lubię się chwilę pogapić i powspominać. 
Ludziska już dawno gryzą  trawkę, a ja sobie kicam jak zają c. 
Dzieci ze Srebrnego Gaju, póki nie wyrosły, uwielbiały od czasu do 
czasu spać z Judysią  i słuchać opowieści o tych, których nazwiska 
przyozdabiały narzutę. Stare zapomniane romanse... dziwne 
przygody... Judysia wszystko wiedziała, a niejedno potrafiła 
zmyślić. Miała wspaniałą  pamięć i ogromny dar słowa. Nie zawsze 
jednak były to niewinne powiastki. Miała niewyczerpany zapas 

background image

niesamowitych historyjek o duchach i "byczych" morderstwach i aż 
dziw, że dzieci nie przestały ze strachu rosną ć. Ale one czuły 
tylko rozkoszny dreszczyk zgrozy. Wiedziały, że Judysia "haftuje", 
ale nie miało to żadnego znaczenia. Te opowiadania były 
pasjonują ce! 
Judysia cią gnęła swą  epopeję z dnia na dzień, przerywają c zawsze w 
najbardziej emocjonują cym momencie - mógłby jej tego daru 
pozazdrościć pisarz produkują cy seriale. Pat najbardziej lubiła 
przeraźliwą  opowieść o zamordowanym mężczyźnie, którego szczą tki 
rozwleczono po całym domu... ramię znaleziono na strychu, głowę w 
piwnicy, uda w garncu w spiżarni. 
- Ach, Judysiu, czuję taki rozkoszny dreszcz! 
Obok łóżka stał stoliczek nakryty szydełkową  serwetką , leżały na 
nim wyszywana paciorkami poduszeczka na igły w kształcie serca i 
pudełeczko z muszelek, w którym Judysia przechowywała pierwsze 
zęby dzieci i ich loczki. A obok muszla z Australii i kawałek 
wosku; woskiem tym nacierała nici, by nadać im pożą daną  gładkość. 
Leżała tam także Biblia Judysi i gruba ksią żeczka "Co każdy 
wiedzieć powinien", z której Judysia czerpała swoje zadziwiają ce 
wiadomości. Była to jedyna ksią żka, którą  czytała. Powiadała, że 
ludzie są  znacznie ciekawsi. 
Z sufitu zwisały pęki ususzonego krwawnika i wrotycza oraz 
wyhodowanych w ogrodzie ziół. W księżycowe noce wyglą dały jak 
upiory, było to cudowne. Pod ścianą  stała wielka niebieska 
skrzynia, którą  Judysia przed trzydziestu laty przywiozła ze 
Starego Kraju. Kiedy miała wyją tkowo dobry humor, pokazywała 
dzieciom, co się w niej kryje - była tam zbieranina rozmaitych 
fascynują cych przedmiotów, bo Judysia w swoim czasie dużo kręciła 
się po świecie. Urodzona w Irlandii, jeszcze jako nastolatka 
"służyła na zamku"; co zachwycało dzieci ze Srebrnego Gaju. Potem 
pojechała do Anglii, gdzie pracowała przez parę lat, aż jej 
obdarzony włóczęgowskimi skłonnościami brat postanowił jechać do 
Australii i Judysia mu towarzyszyła. Australia mu się nie 
spodobała, zdecydował zatem spróbować, jak będzie w Kanadzie, i 
osiedlił się na jakiś czas na Wyspie Księcia Edwarda, gdzie 
zatrudnił się na farmie. Judysia jeszcze za czasów dziadków Pat 
zaczęła pracować w Srebrnym Gaju i kiedy brat oświadczył jej, że 
zamierza spakować manatki i wybrać się do Klondike, oznajmiła 
twardo, że tym razem pojedzie bez niej. Polubiła Wyspę. Była 
najbardziej podobna do Starego Kraju. Polubiła Srebrny Gaj i 
pokochała rodzinę Gardinerów. 
Odtą d stała się czą stką  Srebrnego Gaju. Była tam, kiedy "Długi 
Alek" Gardiner przywiózł do domu młodą  żonę. Była podczas narodzin 
dzieci. Należała do rodziny. Nie sposób było wyobrazić sobie domu 
bez jej obecności. Miała prawdziwy talent do zapamiętywania 
wszelkich opowieści i legend, i obecnie znała już lepiej niż 
ktokolwiek historię rodziny Gardinerów. 
Nigdy nie wyszła za mą ż. 
- Miałam tylko jednego wielbiciela - zwierzyła się kiedyś Pat. - 
Którejś nocy wyśpiewywał pod moim oknem serenady i wylałam na 
niego wiadro mydlin. Chyba go to zniechęciło... Więcej się nie 
pojawił. 
- Nie żałowałaś? - spytała Pat. 
- Ani chwili, złotko. Pan Bóg poską pił mu rozumu. Hojniej już 
obdarzył gęsi. 
- Czy myślisz, że jeszcze wyjdziesz za mą ż? - spytała niespokojnie 
Pat. To by było straszne, gdyby Judysia wyszła za mą ż i opuściła 
Srebrny Gaj. 

background image

- W moim wieku? Widzisz przecież, że jestem siwa jak gołą b. 
- Ile ty masz lat, Judysiu? 
- To nie jest grzeczne pytanie, ale jesteś za mała, żeby o tym 
wiedzieć. Mam tyle lat, ile ma ich mój język i trochę więcej niż 
moje zęby. Nie martw się. Kto wychodzi za mą ż, ma kłopoty, kto nie 
wychodzi, też ma kłopoty, ale ja już wolę te, które znam. 
- Ja także, Judysiu, nigdy nie wyjdę za mą ż - oświadczyła Pat. - 
Bo jakbym wyszła za mą ż, musiałabym się stą d wyprowadzić, a tego 
bym nie zniosła. Ja i Sid zostaniemy na zawsze w Srebrnym Gaju, a 
ty, Judysiu, też zostaniesz z nami, prawda? I nauczysz mnie, jak 
się robi sery. 
- Sery? Teraz sery robi się po mleczarniach. ¯adna farma na Wyspie 
nie robi już własnych serów, tylko my w Srebrnym Gaju. Ale tego 
lata zrobię je ostatni raz. 
- Och, Judysiu, nie możesz przestać. Judysiu, błagam cię. 
- Cóż, może jeszcze ze dwa lata będę je wyrabiała, ale tylko dla 
rodziny - zgodziła się Judysia. - Twój tata zawsze powiada, że te 
fabryczne sery nie są  takie smaczne jak domowe. Nie mogą  być! 
Robią  je mężczyźni. A co mężczyźni mogą  wiedzieć o wyrobie sera! 
Tak, tak, od czasu kiedy przyjechałam na Wyspę, wiele się tu 
zmieniło. 
- Nienawidzę zmian - zawołała niemal ze łzami Pat. 
Przykro było pomyśleć, że Judysia może kiedyś przestać robić sery. 
Była to cała tajemnicza procedura. Najpierw mieszało się 
"podpuszczkę"... następnego dnia wyglą dała jak piękny biały krem, 
który pakowano w obręcze, wkładano pod "prasę" i przyciskano dużym 
okrą głym kamieniem. A potem sery musiały długo "dojrzewać" i 
schną ć, z wyją tkiem jednego malutkiego, przeznaczonego specjalnie 
dla Pat. Pat wiedziała, że całe Północne Glen uważa Gardinerów za 
staroświeckich - co za pomysł robić własne sery! - ale kogo to 
mogło obchodzić? Szydełkowe dywaniki też były staroświeckie, a 
wszyscy letnicy i turyści zachwycali się nimi i chcieli je 
kupować. Ale Judysia Plum nigdy żadnego nie sprzedała. Wszystkie 
musiały leżeć w Srebrnym Gaju! Iii 

Iii 

Judysia zawzięcie szydełkowała chcą c wykończyć różę, nim 
zmierzchnie". Pat lubiła to wyrażenie. Było i obrazowe, i 
tajemnicze. Siedziała na stołeczku przy otwartych drzwiach do 
pokoiku Judysi, oparła kwadratową  bródkę o ręce, a łokcie o 
kolana. Jej uśmiechnięta buzia, z której uśmiech zdawał się nie 
schodzić, nawet kiedy smuciła się czy złościła, była w zimie biała 
jak śnieg, ale teraz lekko się już opaliła. Włosy Pat miała 
mysiego koloru, proste i długie. Nikt w Srebrnym Gaju z jednym 
wyją tkiem cioci Azalki nie ośmielił się obcią ć włosów. 
Judysia tak się o to awanturowała, że mama nie odważyła się obcią ć 
włosów Winnie i Pat. Co śmieszniejsze, sama Judysia miała krótką  
czuprynę, taką  jaka właśnie weszła w modę, której Judysia 
nienawidziła. Ale Judysia zawsze miała krótko obcięte włosy. 
Twierdziła, że nie ma czasu, by je upinać. 
Obok Pat na najwyższym stopniu siedział Dżentelmen Tom, mrugają c 
bezczelnymi zielonymi ślepiami - miały one taki wyraz, że paręset 
lat temu Judysię skazano by na stos. Był to ogromny chudy kot, 
który zawsze wyglą dał tak, jakby miał jakieś ukryte kłopoty, i 
nigdy, mimo że Judysia podsuwała mu najsmaczniejsze ką ski, nie 
mógł utyć. Czarny kot... "najczarniejszy kot, jakiego widziałam w 
życiu". 

background image

Dłuższy czas nie miał imienia, Judysia uważała, że nie można 
nadawać imienia kotu, który dopiero co się przybłą kał. Nie wiadomo 
komu można by się w ten sposób narazić. Zatem o czarnym kocisku 
mówiło się dłuższy czas Kot Judysi (oczywiście przez duże K), aż 
wreszcie któregoś dnia Sid mówią c o nim nazwał go Dżentelmenem 
Tomem i tak już zostało, nawet Judysia szybko się z tym pogodziła. 
Pat lubiła wszystkie koty, ale w jej uczuciu do Dżentelmena Toma 
tkwiła domieszka nabożnego lęku. Dżentelmen Tom pojawił się nie 
wiadomo ską d i obdarzył miłością  Judysię. Sypiał w nogach jej 
łóżka, chodził za nią  z zadartym ogonem, nigdy nie mruczał. Nie 
można by go nazwać kotem towarzyskim. Nawet Judysia, która nie 
dopuszczała, by go krytykowano, przyznawała, że jest trochę 
zanadto "przebierny". 
- Tak, nie można go nazwać rozmownym kotem, ale i tak ma się z 
jego towarzystwa pociechę. 

Poznajemy Srebrny Gaj 

Kiedy Judysia tak tajemniczo wspomniała o grzą dce pietruszki, 
przejrzyste brunatne oczy Pat wyglą dały przez okrą gły świetlik w 
ścianie nad schodami. Było to jej ulubione okienko, otwierało się 
na zewną trz jak iluminator na okręcie. Pat nigdy nie wchodziła do 
pokoiku Judysi nie wyjrzawszy pierwej przez ów świetlik. Zawsze 
docierał tu powiew kapryśnego wietrzyka, którego nie czuło się w 
ogrodzie, a widok był wręcz przepiękny. 
W rozległej brzezinie na zboczu wzgórza za domem, której Srebrny 
Gaj zawdzięczał swoją  nazwę, mieszkały miłe sówki, które rzadko 
fukały, a za to lubiły się zaśmiewać. Dalej pełno było pagórków i 
kotlinek, gdzie znajdowały się pola. Jedno otoczone było 
znienawidzonym przez Pat kolczastym drutem, inne żywopłotami, w 
narożnikach rosły astry i wiciokrzew. 
Pat kochała wszystkie pola farmy. Razem z Sidem spenetrowali każdy 
skraweczek ziemi. Dla Pat każde pole było żywą  istotą . Na dużym 
polu na stoku wzgórza zasiano tej wiosny żyto i pole wyglą dało 
teraz jak ogromny zielony kobierzec. Pólko Sadzawki - na samym 
środku Pólka oczko wody wyglą dało tak, jakby za czasów młodości 
ziemi jakaś olbrzymka zrobiła tu palcem dołeczek - zarośnięte było 
latem kosaćcami i tatarakiem: w upalne dni Pat i Sid moczyli tu z 
rozkoszą  nogi. Pole Owocowego Tortu było trójką tne i kończyło się 
gęstwiną  świerków. Pole kaczeńców było podmokłe i można było sobie 
wyobrazić, że rosną  tam wszystkie kaczeńce świata. A pole 
Minionego Lata zakwitało we wrześniu kępami astrów. 
Pat najbardziej kochała Ukryte Pólko. Nikt nie podejrzewałby jego 
istnienia widzą c gęsty las, ale ona i Sid zuchwale do tego lasu 
wtargnęli i odkryli je - otoczone jodłami i klonami, zalane 
słońcem, pachną ce rosną cymi wokół paprociami. Wśród pióropuszy 
trawy widać było listki ogromnych leśnych poziomek. Tu i ówdzie 
leżały kopce kamieni, ze szczelin wyrastały wielkie paprocie, a 
naokoło zagnieździły się truskawki na długich łodyżkach. Pat po 
raz pierwszy w życiu zerwała bukiet truskawek. 
W rogu Ukrytego Pólka rosły dwa niewielkie świerki, jeden o stopę 
wyższy. Wyglą dały jak brat i siostra... jak Sid i ona. Natychmiast 
nazwali je Królem Lasu i Księżniczką  Paproci. To znaczy nazwała je 
tak Pat. Lubiła nadawać imiona wszystkim rzeczom tego świata. 
Wtedy coś stawało się kimś - kimś, kogo się kochało. 

background image

Pat i Sid pokochali Ukryte Pólko najbardziej ze wszystkich pól. 
Należało do nich, czuli się tak, jakby je odkryli. Jakże się 
różniło od tego łysego kamienistego pola za stodołą , które w nikim 
nie mogło wzbudzić ciepłych uczuć, oczywiście poza Pat. Pat 
kochała nawet to pole. Należało przecież do Srebrnego Gaju. Dla 
Pat był to wystarczają cy powód. 
Na wschód od domu widać było Wzgórze Mgieł, trochę wyższe od 
wzgórza, na którego zboczu znajdował się Srebrny Gaj. Na samym 
wierzchołku rosły trzy topole, trzy czarne sylwetki strażników. 
Chociaż to wzgórze nie należało już do Srebrnego Gaju, Pat bardzo 
je kochała i co rano pozdrawiała z okna ruchem ręki. 
Tuż pod świetlikiem znajdował się ogródek warzywny, w samym rogu 
widać było tę tajemniczą  grzą dkę pietruszki, równymi rzędami rosła 
fasola i groszek, i cebula. Studnia była już za bramą ... 
staroświecka otwarta studnia z kołowrotkiem i wiadrem na długiej 
linie. Gardinerowie zachowali tę studnię, żeby nie robić 
przykrości Judysi, która wzdragała się na samą  myśl o nowoczesnej 
pompie. Można sobie wyobrazić, co by to była za woda! 
Pat cieszyła się, że Judysia ocaliła starą  studnię. Była taka 
piękna... Ze szczelin między kamieniami wyrastały paprocie, niemal 
przesłaniają c lustro wody widnieją ce o pięćdziesią t stóp pod 
poziomem ziemi, w którym odbijało się błękitne niebo, z którego - 
gdy się nachyliła - wyzierała ku niej jej własna buzia. Nawet w 
zimie paprocie pozostawały zielone, a Patrycja z głębi studni 
spoglą dała na nią  ze świata, któremu niestraszna była żadna burza. 
Nad studnią  rósł wielki klon i wycią gał w stronę domu zielone 
ramiona. 
Ze świetlika widać było także sad... niezwykły sad, w którym żyły 
pospołu jabłonie i świerki, przynajmniej w starej części. W nowej 
części sadu widniały równe rzędy drzew owocowych, było to dużo 
mniej zajmują ce. W starej części rosły drzewa zasadzone przez 
pradziadka Gardinera i drzewa, które zasiały się same, a między 
nimi kręte wą ziutkie ścieżki. Na końcu, w środku kępy młodych 
świerków była maleńka polanka, gdzie urzą dzano pogrzeby zmarłych 
kotów. Pat przychodziła tam zawsze, kiedy miała coś "do 
przemyślenia". Zdarza się to nawet osobom, które nie ukończyły 
jeszcze siedmiu lat. 

Ii 

Za sadem był cmentarzyk. Tak, prawdziwy cmentarzyk. Pochowany tam 
został prapradziadek Nehemiasz Gardiner, który przybył na Wyspę w 
1780 roku, i jego żona, Marie Bonnet, francuska hugonotka. 
Spoczywał tam także pradziadek Tomasz Gardiner wraz z kwakierską  
żoną , Janiną  Wilson. Pochowano ich tam, bo najbliższy cmentarz 
znajdował się w Charlottetown z drugiej strony Wyspy, a ścieżką  
wśród lasów dawało się tam dojechać tylko konno. 
Janina Wilson była pruderyjną  kobietką , która zawsze chodziła w 
szarej kwakierskiej sukni i szarej chuście. Jedna z tych chust 
spoczywała jeszcze w kufrze na strychu Srebrnego Gaju. To Janina, 
by odstraszyć wielkiego czarnego niedźwiedzia, który usiłował 
wejść przez okno do drewnianej chaty, wylała mu prosto w pysk 
garnek z gorą cą  kaszą . Pat uwielbiała opowieść Judysi o tym, jak 
niedźwiedź uciekał potykają c się o pniaki i zatrzymują c co chwila, 
by zdrapać z pyska gorą cą  masę. Jakie to musiały być zajmują ce 
czasy, kiedy w lasach na Wyspie roiło się od niedźwiedzi i 
zaglą dały do okien chat. Co za szkoda, że to już nie może się 
zdarzyć, że niedźwiedzie wyginęły. Pat z bólem rozmyślała o losach 

background image

ostatniego niedźwiedzia. Jakże on musiał czuć się samotny! 
Na cmentarzyku spoczywał też stryjeczny dziadek Ryszard... 
Zawadiacki Dick, który był żeglarzem, walczył z rekinami i, jak 
utrzymywano, zakosztował kiedyś ludzkiego mięsa. Przysięgał, że 
nie pozwoli się zakopać w ziemi. Kiedy umierał na odrę - co za 
wstyd dla dzielnego żeglarza - błagał swego brata, Tomasza, by 
jego zwłoki zabrał na łódź i zatopił w Zatoce. Ale zgorszony 
Tomasz nie miał zamiaru popełniać podobnego szaleństwa i pochował 
Dicka na rodzinnym cmentarzyku. 
I od tego czasu ilekroć Gardinerom coś groziło, Zawadiacki Dick 
wstawał z grobu, siadał na płocie i wyśpiewywał rozpustne piosenki 
aż do chwili, kiedy jego bogobojna rodzina też nie opuściła grobów 
i nie przyłą czyła się do chóru. Tak przynajmniej utrzymywała jedna 
z najbardziej sensacyjnych opowieści Judysi. Pat bardzo by chciała 
w to uwierzyć... 
Na cmentarzyku znajdował się też grób Płaczliwego Willa, brata 
Nehemiasza, który przyjechawszy na Wyspę i zobaczywszy puszczę, 
którą  należało dopiero wykarczować, usiadł i zaczą ł szlochać. 
Nigdy mu tego nie wybaczono. Do śmierci pozostał Płaczliwym Willem 
i żadna dziewczyna nie zgodziła się za niego wyjść - która 
chciałaby zostać panią  Płaczliwą  Willową ? Jako zgorzkniały stary 
kawaler dożył zatem osiemdziesięciu lat i - tak twierdziła Judysia 
- ilekroć jego rodzinie zaczynał sprzyjać los, Płaczliwy Will 
siadał na płaskim nagrobku i szlochał. W to także trudno było 
uwierzyć. Ale Pat bardzo chciała, żeby Płaczliwy Will wyszedł z 
grobu i zobaczył, jak teraz tu wyglą da. Och, gdybyż mógł zobaczyć 
Srebrny Gaj. 
Pochowano tu także wiele dzieci, nikt nie wiedział ile, gdyż na 
ich mogiłkach nie postawiono nagrobków. Cmentarz zarosła gęsta 
trawa. W lecie płyty z piaskowca były gorą ce i lubił się na nich 
wygrzewać Dżentelmen Tom. Wokół cmentarza był płot, który każdej 
wiosny bieliła skrupulatnie Judysia. 
Nigdy nie jedzono jabłek, które spadały na cmentarz. To by był 
"brak uszanowania", twierdziła Judysia. Jabłka te zbierano i 
zanoszono świniom. Pat nigdy nie mogła zrozumieć, dlaczego 
"brakiem uszanowania" było owe jabłka zjadać, skoro wolno było 
nimi karmić świnie. 
Pat była z tego cmentarzyka bardzo dumna i ogromnie żałowała, że 
przestano już tam grzebać Gardinerów. Rozkosznie by było spoczą ć 
na wieki tuż koło domu, przysłuchiwać się głosom rodziny i 
zaprzyjaźnionych zwierzą t. 
Gęsi ze Srebrnego Gaju pogadywały z gęsiami stryja Toma, w 
chlewiku kwiczały świnie, nawet ów kwik radował uszy, świnie te 
bowiem stanowiły także czą stkę domu. Kot imieniem Czwartek 
miauczał żałośnie, żą dają c, by go wpuścić do spichlerza. Ktoś 
śmiał się - oczywiście była to Winnie, Winnie tak ślicznie się 
śmiała... Za stodołą  pogwizdywał Józek, Józek gwizdał często i 
bardzo melodyjnie, zdarzało się, że wcale sobie z tego nie zdawał 
sprawy. Raz zaczą ł gwizdać w kościele... Ale to powinna by 
opowiedzieć Judysia. Twierdziła, że do tej pory nie przyszła 
jeszcze do siebie. 
Zabudowania gospodarskie stały koło sadu, a z sadu Alejka 
Westchnień prowadziła na pobliską  farmę stryja Toma. 
Obok dużej stodoły przykucną ł mały dziwaczny budyneczek z 
nadbudówką , wieżyczką , z podłużnymi oknami w wykuszach 
przypominają cymi okna kościelne. Bo kiedyś budyneczek ten był 
kościołem. Gdy w Północnym Glen wybudowano nowy kościół 
prezbiteriański, dziadek Gardiner kupił stary i przeniósł go na 

background image

farmę, gdyż potrzebna mu była szopa. Był to jego jedyny uczynek, 
którego Judysia nie pochwalała. I kiedy w pięć lat później 
siedemdziesięciopięcioletni pan Gardiner dostał udaru i nie 
przyszedł do siebie aż do śmierci, która nastą piła w 
osiemdziesią tym roku jego życia, Judysia uznała, że tego właśnie 
należało oczekiwać. świnie też przestały być tymi samymi świniami, 
odką d chlew urzą dzono w dawnym kościele. Wszystkie dostały 
reumatyzmu. 

Iii 

Słońce zachodziło. Pat lubiła patrzeć, jak przepych zachodu odbija 
się w szybach okien domu stryja Toma. Była to jej ulubiona pora 
dnia. Liście topoli pobłyskiwały w nadcią gają cym zmierzchu, na 
podwórze wyległy kocięta... W Srebrnym Gaju roiło się od kocią t. 
Nikt nie miał serca ich topić. Najbardziej kochała je Pat. 
Judysia lubiła opowiadać, jak kiedyś pastor zaproponował 
czteroletniej Pat, żeby go spytała, o co zechce. Pat zapytała ze 
smutkiem: - Dlaczego Dżentelmen Tom nie ma kocią t? 
Biedny człowiek wkrótce przeniósł się do innej parafii. £atwo było 
go rozśmieszyć i utrzymywał, że nie może wygłaszać kazań, gdy 
mierzy go poważnym wzrokiem mała Pat. 
Po podwórzu kręciła się czarna Niedziela, łaciaty Poniedziałek, 
biały długowłosy Wtorek, rudawa środa, bury Pią tek i Sobota, 
popielata jak zmierzch. Tylko pręgowany Czwartek wcią ż miauczał 
rozpaczliwie pod drzwiami spichlerza. Czwartek był mało 
towarzyskim kotem i zawsze, jak kot Kiplinga, chadzał własnymi 
drogami. 
Stary indor z czerwonymi koralami przysiadł na płocie. Pojawiły 
się nietoperze, Judysia twierdziła, że nietoperzy dosiadają  
wróżki. W oknach są siednich domów zabłysły światła... U Neda 
Bakera i Kennetha Robinsona, i Duncana Gardinera, i Jakuba Adamsa. 
Pat lubiła im się przypatrywać i wyobrażać sobie, co się w tych 
domach dzieje. 
Tylko jeden dom pozostawał zawsze ciemny, stary biały dom wśród 
gęstych jodeł na wierzchołku wzgórza położonego na południowy 
zachód od Srebrnego Gaju. Był to długi niski budynek. Pat 
przezwała go Długim Samotnym Domem. Od wielu lat nikt tam nie 
mieszkał. Pat było go bardzo żal zwłaszcza o zmierzchu, kiedy 
wszystkie domy ożywały światłami. Jakże musiał się czuć 
opuszczony. 
- Ten dom marzy o tym, żeby ktoś w nim zamieszkał - tłumaczyła 
Judysi. 
W samym środku srebrzystego gaju brzóz rosła wysoka jodła i to nad 
nią  pojawiała się na bladym polu nieba pierwsza wieczorna gwiazda. 
Widok pierwszej gwiazdy zawsze przyprawiał człowieka o rozkoszny 
dreszcz. Cudownie byłoby wzlecieć i przycupną ć na wierzchołku 
jodły między wieczorną  gwiazdą  a ciemnością . 

O grzą dkach pietruszki 

Czerwona róża była już niemal ukończona i Pat przypomniała sobie 
nagle to, co Judysia powiedziała o grzą dce pietruszki. 
- Judysiu - spytała - co ty właściwie chcesz znaleźć w tej 
pietruszce? 

background image

- A co byś powiedziała, gdybym tam znalazła nowego dzidziusia? - 
spytała Judysia, uważnie się jej przyglą dają c. 
Pat odebrało dech. 
- Czy uważasz, Judysiu, że potrzebny nam nowy dzidziuś? 
- Potrzebny, niepotrzebny... Ale miło będzie mieć w domu małe 
dziecko. Dom, w którym nie ma małego dziecka, staje się pusty. 
- Czy ty, Judysiu... czy będziesz to dziecko bardziej kochała niż 
mnie? 
Głosik Pat drżał. 
- O nie, złotko. Jesteś moją  najdroższą  dziewczynką  i na zawsze 
nią  pozostaniesz, choćbym na grzą dce pietruszki znalazła cały 
tuzin dzieci. To twoja matka ma ochotę na nowego dzidziusia, Pat, 
i chcę jej dogodzić, bo ostatnio słabuje. 
- Jeśli mama chce dziecka - powiedziała z namysłem Pat - to 
powinna je dostać... Ale... ale Judysiu, tak nam było w naszej 
rodzinie dobrze... tatuś i mamusia, i ciocia Azalka, i ty... 
Winnie, Józek, Sid i ja. Wolałabym, żeby tak zostało... 
- Może by i było lepiej... Ale twoja mamusia uparła się. I biedna 
Judyta Plum musi pójść nocą  na tych swoich sztywnych, starych 
nogach i przeszukać grzą dkę pietruszki. 
- Czy naprawdę dzieci znajduje się w pietruszce? Janka Foster 
mówi, że dzieci przynosi pan doktor w czarnej walizeczce. Zaś Hela 
Price, że bocian. A Pola Gardiner przysięgała, że przynosi je w 
koszyku babcia Garlandowa. 
- Czego też ta dzieciarnia nie wymyśli! - zawołała Judysia. 
- Widziałaś przecież wiele razy doktora Bentleya, jak tu 
przychodził. Czy miał czarną  walizeczkę? 
- Nie... 
- A widziałaś kiedyś na Wyspie bociana? 
Nie, Pat nie widziała. 
- Co do babci Garland, to nie powiem. Może się zdarzyć, że ma w 
koszyku dzieciaka. Ale na pewno znalazła go właśnie w pietruszce. 
Nie chciałabyś chyba dzieciaka, którego babcia Garland wyszukała 
na własnej grzą dce, co? 
- Nie, nie. Ale czy nie mogłabym ci pomóc? 
- Też pomysł! Nie wiesz, co mówisz. Tylko ktoś, kto ma w sobie 
choćby kroplę krwi czarownicy, może dojrzeć takie dziecko. Ale 
muszę tam pójść, kiedy wzejdzie księżyc, i muszę być sama, 
najwyżej może mi towarzyszyć kot. To poważne przedsięwzięcie, moja 
droga, nie da się tego zrobić byle jak. 
Pat z westchnieniem ustą piła. 
- Ale wybierzesz ładnego dzidziusia, dobrze, Judysiu? Dziecko ze 
Srebrnego Gaju musi być ładne. 
- Zrobię, co będę mogła. Pamiętaj tylko, że niemowlęta nie są  zbyt 
urodziwe. Mają  czerwone pomarszczone buzie. I jeszcze coś ci 
powiem - z ładnych dzieci wyrastają  najczęściej brzydkie 
dziewczynki. Kiedy byłam niemowlęciem... 
- Ty, Judysiu, byłaś niemowlęciem? - Pat nie mogła w to uwierzyć. 
Niemal obraźliwe byłoby wyobrazić sobie Judysię jako niemowlę. A 
świat bez niej wydawał się wręcz niemożliwy. 
- Byłam. I to takim ślicznym, że są siadki wypożyczały mnie sobie, 
żeby pokazywać gościom jako własne dziecko. A teraz - spójrz na 
mnie. I pamiętaj o tym, jeśli nie spodoba ci się dzidziuś, którego 
znajdę w pietruszce! To prawda, że jak byłam mała, to dostałam 
żółtaczki. I potem już zawsze miałam złą  cerę. 
- Ależ, Judysiu, ty wcale nie jesteś brzydka. 
- Brzydka, niebrzydka, ale gdybym miała wybór, to bym nigdy nie 
wybrała sobie takiej twarzy! No, róża gotowa, czas wydoić krowy. A 

background image

ty wpuść lepiej Czwartka do spichlerza, bo się zamiauczy na 
śmierć. I nikomu nie piśnij słówka o tym, co ci powiedziałam o 
pietruszce. 
- Nie pisnę. Ale, Judysiu... tak mnie coś ssie w żołą dku. 
- Spryciula z ciebie! Wiem, o co chodzi. Jak wydoję krowy, możesz 
wpaść do kuchni i usmażę ci jajko. 
- Ale na maśle... 
- Na maśle, na maśle... Będziesz sobie mogła maczać w nim chleb. I 
nic nie obiecuję, ale coś mi się widzi, że z kolacji została 
cynamonowa bułeczka. 
Judysia, która nigdy nie nosiła fartucha, podwinęła płócienną  
spódnicę aż po pas, pokazują c pasiastą  sztywną  halkę, i zeszła na 
dół, cały czas - jak to miała w zwyczaju - coś do siebie gadają c. 
Za nią  poszedł Dżentelmen Tom. Pat pobiegła wpuścić Czwartka do 
spichlerza. Wcią ż się jakoś dziwnie czuła, choć nie była pewna, 
czy naprawdę doskwiera jej głód. Nagle świat wydał jej się zbyt 
wielki. Myśl o nowym dziecku przygnębiła ją . Grzą dka pietruszki 
zamieniła się w złowieszczy zaką tek. Przez chwilę miała ochotę tam 
pójść i wyrwać wszystkie pietruszki. Wtedy Judysi nie uda się 
znaleźć niemowlęcia. Ale przecież mama tego dziecka pragnie. Nie 
wolno jej rozczarować. 
"Ale znienawidzę je - pomyślała. - Po co nam w Srebrnym Gaju ktoś 
obcy?" 
Gdybyż tylko mogła omówić to z Sidem. Obiecała jednak Judysi, że 
nikomu nie piśnie słówka. Po raz pierwszy miała zachować coś wobec 
Sida w tajemnicy, bardzo to było nieprzyjemne. Nagle wszystko 
uległo jakiejś dziwnej zmianie - a Pat nienawidziła zmian. 

Ii 

W pół godziny później udało jej się wygnać z głowy myśl o dziecku 
i pietruszce. Poszła do ogrodu powiedzieć kwiatom dobranoc. Pat 
nigdy o tym nie zapominała. Była pewna, że kwiatom sprawiłoby to 
przykrość. W ogrodzie było pięknie, mrocznie - tylko nad Wzgórzem 
Mgieł pojawiła się srebrna poświata wschodzą cego księżyca. 
Rosną ce wokół ogrodu drzewa - stare klony posadzone przez babkę 
Gardinerową , kiedy jako młoda małżonka przybyła do Srebrnego Gaju 
- gadały coś do siebie, jak zwykle z zapadnięciem nocy. Trzy 
brzózki w rogu szeptały sobie jakieś sekrety. Wielkie karmazynowe 
peonie wyglą dały jak czarne plamy. Dzwoneczki przy ścieżce trzęsły 
się ze śmiechu. 
Pat biegła od rabatki do rabatki i całowała każdy kwiat. 
Towarzyszył jej Wtorek i wyczyniał na ścieżkach dzikie harce. 
ścieżki te Judysia obramowała wielkimi białymi kamieniami znad 
brzegu morza. 
Kiedy Pat ucałowała już na dobranoc wszystkie kwiatki, stała 
chwilę, spoglą dają c na dom. Jak pięknie wyglą dał na tle 
zalesionego wzgórza - jakby z niego wyrastał. Pat lubiła po 
zapadnięciu zmroku stać przed domem i patrzeć w jego oświetlone 
okna. Paliło się w kuchni - tam Sid odrabiał lekcje, paliło się w 
saloniku, gdzie Winnie grała na fortepianie, paliło się w sypialni 
matki. 
- Jaki ja mam kochany dom - szepnęła Pat. - śliczny, przyjazny 
dom... Nikt... nikt nie ma równie cudownego domu. Chciałabym go 
uściskać. 
Pat dostała w kuchni swoje jajko, a potem nastą piła zwykła 
ceremonia: trzeba było zanieść dobrym wróżkom spodeczek mleka i 
postawić go na ocembrowaniu studni. Judysia nigdy o tym nie 

background image

zapominała. 
- Mogłoby nas co złego spotkać. Ale my, w Srebrnym Gaju, wiemy, 
jak należy odnosić się do Zaczarowanego Ludku. 
Wróżki przychodziły nocą  i wypijały mleko. W to Pat wierzyła. Czyż 
Judysia w Starym Kraju nie widziała na własne oczy, jak wróżki 
tańcują ? 
- Ale Józek powiada, że na Wyspie nie ma wróżek - zauważyła ze 
smutkiem Pat. 
- Józek często wygaduje, jakby był niespełna rozumu - odparła z 
oburzeniem Judysia. - Czyż od stu lat nie przyjeżdżają  na Wyspę 
ludzie ze Starego Kraju? I czy wyobrażasz sobie, złotko, że żadna 
przedsiębiorcza wróżka nie schowała się do kufra i tu nie dotarła? 
I pytam się ciebie po dobremu - jest rano mleko na spodeczku czy go 
nie ma? 
Istotnie, rano nie było śladu mleka. To był fakt. 
- Jesteś pewna, Judysiu, że nie wypijają  go koty? 
- Widzieliście ją ! Koty! To prawda, że kot potrafi zrobić 
wszystko, co mu strzeli do łba, ale najodważniejszy kot nie 
ośmieliłby się wypić wróżkom mleka! Koty przed wróżkami czują  
mores i dobrze by było, żeby inni śmiertelnicy brali z nich 
przykład. 
- Czy nie mogłybyśmy, Judysiu, którejś nocy pójść tam? Strasznie 
chciałabym zobaczyć dobrą  wróżkę. 
- Czego ci się zachciewa! ¯eby zobaczyć Zaczarowany Ludek, trzeba 
mieć widzą ce oczy. Ty widziałabyś tylko, jak mleko powoli znika ze 
spodeczka. Zmykaj do łóżka i nie zapomnij odmówić paciorka, bo 
gotowaś obudzić się i ujrzeć licho! 
- Nigdy nie zapominam o paciorku - z godnością  odpowiedziała Pat. 
- I chwała Bogu. Znałam dziewczynkę, która się wieczorem nie 
pomodliła i w nocy pojawił się duch. Nigdy już nie przyszła do 
siebie. 
- A co ten duch jej zrobił? 
- Co zrobił? Rzucił na nią  klą twę. Ile razy chciała się roześmiać 
- musiała płakać, a jak chciało jej się płakać, to wybuchała 
śmiechem. Ciężko została ukarana... No, złotko, co ci dolega? 
Widzę po twojej buzi, że coś cię trapi. 
- Judysiu, cią gle myślę o tym dziecku w pietruszce. Czy nie 
mogłybyśmy zanieść go stryjowi Tomowi? U nich nie ma dzieci... 
Mamusia by tam co dzień zaglą dała... Nas jest już czworo. 
- No, no, czworgiem dzieci nie ma się co przechwalać... Twoja 
praprababka, pani Nehemiaszowa miała siedemnaścioro. I czworo 
zmarło na cholerę, wszystkie tej samej nocy. 
- Och, Judysiu, jak ona to zniosła? 
- Jakoś zniosła. W końcu została jej okrą gła trzynastka. Ale 
mówiono, że potem nie była już tą  samą  kobietą . Marsz do łóżka! 
Ostatni raz ci powtarzam! 

Iii 

Pat na palcach wbiegła po schodach. Na podeście stał stary zegar 
dziadka, który już przed czterdziestu laty przestał chodzić. Oboje 
z Sidem nazywali go "umarłym zegarem", Judysia zaś uporczywie 
powtarzała, że jednak dwa razy dziennie zegar pokazuje właściwy 
czas. Potem przeszła przez sień do swego pokoiku, spoglą dają c 
tęsknie na zamknięte drzwi pokoju gościnnego, zwanego pokojem 
Poety, kiedyś bowiem w Srebrnym Gaju pojawił się prawdziwy poeta i 
spędził w tym pokoju jedną  noc. 
Pat mocno wierzyła, że gdyby dostatecznie szybko otworzyła drzwi 

background image

zamkniętego pokoju, zobaczyłaby meble w najbardziej 
nieoczekiwanych pozycjach. Krzesła pewnie przysuwają  się do 
siebie, by cicho gawędzić, stolik podnosi białą  koronkową  
spódniczkę, by chełpić się różową  jedwabną  halką , szczypce i 
szufla spod kominka wytańcowują  fandango. 
Niestety, zawsze udawało im się usłyszeć zbliżają ce kroki. 
Pat odmówiła paciorek. Aniele Boży, Stróżu mój i Modlitwę Pańską , 
a potem pomodliła się własnymi słowami. To było najmilsze. Nie 
rozumiała, jak można nie lubić się modlić. Maja Binnie powiedziała 
jej ostatnio w niedzielnej szkole, że modli się tylko wówczas, gdy 
się czegoś boi. Coś podobnego! 
Pat modliła się za wszystkich najbliższych i za Judysię, i stryja 
Toma, i ciotkę Edytę, i ciotkę Barbarę... potem za wuja Horacego, 
który żeglował po morzu, i za wszystkich cudzych wujów, którym 
przypadł w udziale ten sam los... Modliła się za wszystkie koty, 
za Dżentelmena Toma, za psiaka Józka, "małego czarnego kundelka z 
zadartym ogonem", żeby Panu Bogu nie pomylił się on z psem stryja 
Toma, który też był czarny, ale duży i jego ogon zwisał... i za 
wszystkie wróżki w okolicy i biedne duchy, które, kto wie, czy nie 
siedzą  na grobach... i za Srebrny Gaj, najdroższy Srebrny Gaj. 
- Proszę Cię, kochany Panie Boże, Niech się tutaj nic nie zmieni - 
błagała Pat - i nie dopuść, żeby wicher łamał drzewa. 
Pat wstała z kolan i przez chwilę walczyła z buntowniczym 
uczuciem, które ją  ogarnęło. 
Wreszcie znów uklękła. 
- Proszę Cię, kochany Panie Boże, jeśli w pietruszce naprawdę leży 
dzidziuś, to spraw, żeby mu dziś w nocy nie było zimno. Tatuś 
mówił, że zanosi się na przymrozek. 

Dziecko urodzone w niedzielę 

W parę dni później w Srebrnym Gaju zaczą ł się wieczorem niezwykły 
ruch... wszyscy kręcili się z pobladłymi twarzami. Ciotka Barbara 
przyszła w białym fartuchu, jakby to nie chodziło o wizytę. 
Judysia krą żyła po domu, pomrukują c coś pod nosem. Ojciec wyszedł 
z sypialni matki i gdzieś zadzwonił, zamkną wszy szczelnie drzwi 
jadalni. W pół godziny później pojawiła się ciotka Franciszka z 
Wybrzeża Zatoki i nieoczekiwanie zabrała na weekend Winnie i 
Józka. 
Pat siedziała na nagrobku Płaczliwego Willa z miną  pełną  godności. 
Czuła się wyrzucona poza nawias wydarzeń i nie chciała okazać, jak 
ją  to boli. Nie mogła udać się do matki, ta bowiem nie wychodziła 
z sypialni. Zatem poszła na cmentarzyk do rodzinnych duchów. Po 
jakimś czasie pojawiła się Judysia, niezwykle uroczysta Judysia, z 
taką  miną  jakby wiedziała coś, czego nie wie nikt. 
- Pat, złotko, może byś dla odmiany poszła na noc do stryja Toma? 
Sid się tam wybiera. 
- Dlaczego? - zapytała chłodnym tonem Pat. 
- Twoją  mamę strasznie boli głowa i w domu musi być cicho. 
Niedługo przyjdzie pan doktor... 
- Mamusia tak się źle czuje, że musi przyjść pan doktor? - zawołała 
zatrwożona Pat. Tydzień temu do matki Marysi May przyszedł lekarz 
i jej mama umarła. 
- Uspokój się, złotko. Pan doktor pomoże twojej mamie na ten ból 
głowy. Mama będzie już jutro zdrowa, ale teraz musi mieć ciszę i 

background image

spokój. Więc ty i Sid idźcie jak grzeczne dzieci do Jaskółczego 
Gniazda. Wiesz, dziś będzie nareszcie pełnia księżyca i zamierzam 
się wybrać na tę grzą dkę pietruszki. Kto wie, co tu jutro 
zobaczysz... 
- Pewnie tego dzidziusia... - pogardliwie zauważyła Pat. - Ja 
uważam, Judysiu, że jeśli mamusię tak strasznie boli głowa, to nie 
jest pora, żeby musiała się zają ć nowym dzieckiem. 
- Tak długo na nie czekała, że ją  to na pewno ozdrowi! 
- oświadczyła Judysia. - Tak czy owak dziś jest odpowiednia noc na 
znalezienie dziecka. Tamtej nocy, kiedy znalazłam w pietruszce 
ciebie, też była pełnia księżyca. 
Pat z niechęcią  spojrzała na księżyc. Wyglą dał jakoś 
nieprawdziwie, wisiał nisko jak czerwona latarnia. 
- No leć, tu w torbie masz nocną  koszulkę. 
- Zaczekam na Sida. 
- Sid zagania mi indyki. Dogoni cię, jak się wszystkie znajdą . 
Chyba się nie boisz iść sama? To tylko parę kroków i od tego 
księżyca jest całkiem jasno. 
- Dobrze wiesz, Judysiu, że nigdy się nie boję. Ale dziś... 
wszystko jest takie dziwne... 
Judysia roześmiała się. 
- Nie zaprzeczę, że coś wisi w powietrzu. Na pewno po lesie 
harcują  dziś czarownice, ale żadna cię nie zaczepi, jeśli nie 
będziesz się im narzucać. Masz tu garstkę rodzynków i nie 
zaprzą taj sobie główki tym, czego nie potrafisz zrozumieć. 
Pat dość niechętnie poszła do Jaskółczego Gniazda, choć było ono 
dla niej drugim domem. Na tej farmie tuż za miedzą  mieszkał stryj 
Tom i ciotka Edyta, i ciotka Barbara. Judysia Plum bardzo ceniła 
ciotkę Barbarę, z ciotką  Edytą  wykłócała się, a o starych 
kawalerach miała jak najgorszą  opinię. Mężczyzna powinien mieć 
żonę. Bo inaczej jakaś biedna kobieta pozostawała bez męża. Ale 
Pat bardzo kochała jowialnego, zamaszystego stryja Toma, lubiła 
jego donośny głos i piękną  długą , czarną  brodę. Był jedynym 
mężczyzną  w Północnym Glen, który jeszcze nosił brodę. Była też 
przywią zana do wesolutkiej, okrą głej ciotki Barbary, za to trochę 
się obawiała zwaśnionej z Judysią  chudej, śniadej ciotki Edyty, 
która się nigdy nie śmiała. 
- Ona już się urodziła starą  panną ! - Nieraz słyszano, jak Judysia 
mruczy pod nosem tę obelgę. 
Pat pobiegła do Jaskółczego Gniazda Alejką  Westchnień, wzdłuż 
której rosły brzozy zasadzone przez którą ś z dawno już nieżyją cych 
panien młodych ze Srebrnego Gaju. Alejka była obramowana dużymi 
kamieniami, które Judysia bieliła aż do bramy. Dalej bieliła je 
ciotka Edyta; stryjowi Tomowi i ciotce Barbarze nie chciało się 
zawracać tym sobie głowy, ale ciotka Edyta nie zamierzała 
dopuścić, żeby Judysia miała zatriumfować. Brama znajdowała się w 
połowie alejki, dalej nie rosły już brzozy, przy płocie pełno było 
paproci, fiołków i kminku. 
Pat kochała Alejkę Westchnień. Kiedy miała cztery lata, zapytała 
Judysi, czy nie jest ona tą  właśnie "drogą  życia", o której 
wspominał w kościele pastor, i dotą d uważała, że za brzozami 
ukrywa się jakaś cudowna tajemnica. 
Wróciła jej pogoda ducha i szła zajadają c rodzynki. Wszędzie 
tańcowały cienie, przyjazne cienie szukają ce towarzyszy zabawy. 
Szary królik przebiegł lękliwie drogę i schował się w kępie 
paproci. Powietrze aż pachniało. Drzewa wyraźnie chciały się z nią  
zaprzyjaźnić. W oborze stryja Toma hasały wełniste jagnią tka, zza 
płotu patrzyły na nią  łagodnymi oczami trzy małe łaciate cielą tka. 

background image

Pat uwielbiała łaciate cielą tka, stryj Tom był jedynym farmerem, 
który hodował holenderskie krowy. 
Na podwórzu pełno było budynków gospodarskich, farma stryja Toma 
wyglą dała jak małe miasteczko. Chlewy, kurniki, owczarnia, 
stodoły, suszarnia warzyw... i osobny "domek jabłek", Pat uważała, 
że to prześliczna nazwa. 
Mieszkańcy Północnego Glen twierdzili, że Tom Gardiner co roku 
stawia jakiś nowy budynek. Wszystkie te budyneczki zgrupowane były 
wokół wielkiej stodoły i Pat uważała, że wyglą dają  jak kurczaki 
wokół kwoki. 
Dom stryja Toma był bardzo stary. Dwa szerokie, niskie okna z obu 
stron balkonu robiły wrażenie oczu z dwóch stron nosa. Pełen 
godności, niemal pruderyjny dom pokazywał jednak czerwony jęzor - 
drzwi. Pat uważała, że dom ten chichocze pod nosem z jakiegoś 
sobie tylko znanego żartu. Lubiła zastanawiać się, jaką  to ukrywa 
tajemnicę. Ale nie zniosłaby tego, gdyby chodziło o Srebrny Gaj. 
Srebrny Gaj nie miał prawa niczego przed nią  ukrywać! 

Ii 

Gdyby nie ból głowy matki i przewidywana wyprawa Judysi, Pat 
uważałaby, że cudownie będzie spędzić noc w Jaskółczym Gnieździe. 
Nigdy dotą d nie została tam na noc - Jaskółcze Gniazdo znajdowało 
się zbyt blisko domu. 
Ale właśnie ta bliskość była rozkoszna... być niemal w domu, lecz 
poza nim... wyglą dać przez okienko z poddasza i widzieć dom... 
dach nad drzwiami i światła w oknach. Pat poczuła się nagle trochę 
osamotniona. Sid był gdzieś z drugiej strony Srebrnego Gaju, a 
stryj Tom perorował bez przerwy o lekarzach z czarnymi 
walizeczkami... Wreszcie uciszyła go ciotka Edyta. Ciotka Edyta 
czy Pat? Bo Pat oświadczyła: 
- Jeśli stryjek chce powiedzieć, że pan doktor Bentley przyniesie 
nam w czarnej walizeczce dzidziusia, to się stryjek bardzo myli. 
My nasze dzieci hodujemy. Judysia Plum poszła właśnie po nasze 
dziecko na grzą dkę pietruszki. 
- Hm... niech mnie licho porwie! - zawołał stryj Tom i wyglą dał na 
zupełnie zbitego z tropu. Ciotka Edyta dała Pat obwarzanek i 
wyprawiła ją  do łóżka. 
Ciotka Edyta otuliła Pat do snu. Ale nie ucałowała jej, tak jak by 
to zrobiła ciotka Barbara. I nie zajrzy tu do niej Judysia, która 
wchodziła na palcach myślą c, że Pat już śpi, i szeptała: - Niech 
ci Bóg błogosławi, moje złotko! - Judysia robiła to co wieczór. Ale 
dziś będzie przeszukiwać grzą dkę pietruszki i nawet o niej nie 
pomyśli. Pat zadrżały usteczka. Bliska była łez... ale wtedy 
pomyślała o Płaczliwym Willu... On okrył rodzinę wystarczają cą  
hańbą . Rodzina nie potrzebuje Płaczliwej Pat. 
Nie mogła jednak zasną ć. Leżała wpatrują c się przez okno w komin 
Srebrnego Gaju i żałowała, że Sid śpi tak daleko od niej. Nagle w 
okienku na poddaszu Srebrnego Gaju zabłysło na chwilę światło. 
Wyglą dało to tak, jakby dom na nią  mrugną ł, jakby ją  wzywał. 
Wyskoczyła z łóżka i usiadła przy oknie w wielkim fotelu. I tak 
nie uśnie, więc posiedzi tu, patrzą c na ukochany Srebrny Gaj. 
Gałęzie rosną cej pod oknem starej jodły uderzały o ściany domu. W 
całym Północnym Glen poszczekiwały psy. Od czasu do czasu o szybę 
obijał się chrabą szcz. Promienie księżyca padły na Długi Samotny 
Dom, jedno z okien rozświetliło się i można by przypuścić, że ktoś 
tam zamieszkał. Pat poczuła rozkoszny dreszcz podniecenia. 
Wierzchołek rosną cego za domem drzewa wyglą dał tak, jakby na dachu 

background image

przykucnęła czarownica zeskoczywszy z miotły. Pat przeszły ciarki, 
było to zupełnie miłe uczucie. Może jednak czarownice istnieją ? 
Może przynoszą  dzieci? O, nie, nie. W Srebrnym Gaju nikt nie 
potrzebuje darów czarownic. Już lepsza grzą dka pietruszki... 
Noc była piękna, bardzo się nadawała na przyjęcie nowego dziecka. 
Czy tam nad drzewami unosi się wielki biały ptak? Nie, to srebrna 
chmurka... Pat zasnęła w fotelu i tak ją  zobaczył Sid, który o 
świcie, nim ktokolwiek w Jaskółczym Gnieździe się obudził, 
wślizną ł się do jej pokoju. 
- Sid! - Pat objęła go za szyję. - Czy to nie zabawne? Przespałam 
tu całą  noc. £óżko było takie wielkie i nieprzyjazne. Jak myślisz, 
Judysia już je znalazła? 
- Co? 
- No jak to, dziecko. - Chyba już teraz mogła o tym powiedzieć 
Sidowi? Tak jej było przykro, że ma przed nim tajemnicę. - Judysia 
miała w nocy poszukać go na grzą dce pietruszki... dla mamusi... 
Sid zrobił mą drą  minę... Był o cały rok starszy od Pat. Chodził do 
szkoły i wiedział, że te opowieści o pietruszce to wierutna 
bzdura... Ale w sam raz dla dziewczynki w wieku Pat. 
- Chodźmy do domu i zobaczmy. 
Pat szybko się ubrała, bezszelestnie zeszli po schodach i wyszli z 
domu. Pachniała wilgotna od rosy ziemia. Pat po raz pierwszy 
znalazła się na dworze przed wschodem słońca. Przyjemnie było iść 
z Sidem ręka w rękę Alejką  Westchnień. 
- Mam nadzieję, że to nowe dziecko okaże się dziewczynką  
- oświadczył Sid. - Dwóch chłopców w rodzinie to w sam raz, a 
dziewczyny nikomu nie przeszkadzają . ¯eby tylko było to ładne 
dziecko. 
Po raz pierwszy w życiu Pat poczuła przykrą  zazdrość. Ale nic nie 
było w stanie naruszyć jej lojalności wobec Srebrnego Gaju. 
- Oczywiście, że będzie ładne. Ale przecież nie polubisz go 
bardziej niż mnie? Sidzie... 
- Jesteś głupia. Nie są dzę, żebym w ogóle mógł je polubić 
- oświadczył wzgardliwie Sid. 
- Trochę musisz, bo mamie będzie przykro. Ale obiecaj mi, Sidzie, 
że nigdy nie polubisz bardziej ode mnie żadnej dziewczynki. 
- Jasne, że nie. - Sid był do Pat bardzo przywią zany i wcale tego 
nie ukrywał. Przy bramie obją ł ją  pulchnymi ramionkami i ucałował. 
- I nigdy się nie ożenisz? 
- No pewnie. Będę starym kawalerem tak jak stryj Tom. On zawsze 
mówi, że lepsze jest spokojne życie. Ja też chcę mieć spokój. 
- I będziemy zawsze mieszkać w Srebrnym Gaju, i ja będę ci 
prowadzić dom - nalegała żarliwie Pat. 
- Aha! Chyba że pojadę na Zachód, wielu chłopców jedzie na Zachód. 
- Och! - To ostatnie zdanie zmroziło Pat. - Nie, Sidzie, nie wolno 
ci jechać na Zachód. Przecież nie możesz opuścić Srebrnego Gaju. 
Na całej ziemi nie ma takiego drugiego miejsca. 
- Cóż, przecież wiesz, że jak dorośniemy, nie będziemy tu mogli 
wszyscy zostać - odparł rozsą dnie Sid. 
- Dlaczego nie? - zawołała Pat, znów bliska łez. Nagle przestał ją  
radować śliczny poranek. 
- Nie martw się, mamy jeszcze przed sobą  wiele lat - uspokajał ją  
Sid. - Chodź. Widzisz, Judysia daje mleczko Pią tkowi i 
Poniedziałkowi. 
- Judysiu - szepnęła Pat - znalazłaś je? 
- No pewnie. Najładniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek widziałaś. 
Słodkie maleństwo. Jak się uwinę z robotą , to włożę moją  
najstrojniejszą  suknię, żeby to uczcić. 

background image

- Cieszę się, że jest ładne, bo przecież teraz należy już do 
naszej rodziny - oznajmiła Pat. - Czy możemy je zaraz zobaczyć? 
- O nie, złotko. Jest już w sypialni twojej mamy, a ona słodko śpi 
i nie wolno jej przeszkadzać. W nocy nie spała, bo ja strasznie 
długo szukałam tego dzieciaka. Nie mam już takich oczu jak 
dawniej. Pewnikiem już nigdy nie znajdę w pietruszce żadnego 
dziecka. 

Iii 

Judysia podała dzieciom śniadanie w kuchni. Nikt jeszcze nie 
wstał. Strasznie przyjemnie było jeść śniadanie z Judysią ; 
nalewała im do owsianki mleka ze swojej "mlecznej krowy" - z 
brunatnego dzbanuszka w kształcie krowy, która miała zupełnie nie 
po krowiemu zadarty ogon. Ogon ten służył za uszko, dzióbkiem był 
pysk. Judysia przywiozła ową  "mleczną  krowę" z Irlandii i ceniła 
ją  nad życie. Obiecała, że zapisze ją  w testamencie Pat. Pat nie 
chciała pogodzić się z myślą , że Judysia kiedyś umrze, ale ta 
obiecała, że dożyje stu lat... Pat może się jeszcze długo nie 
martwić. 
Kuchnia była wesolutka i tak wysprzą tana, że trudno było sobie 
wyobrazić, iż w Srebrnym Gaju tyle się tej nocy działo. ściany 
były śnieżnobiałe, piec błyszczał, na wyszorowanym kredensie stały 
białe i niebieskie dzbany Judysi. W oknach pyszniły się 
pelargonie. Między piecem kuchennym a stołem leżał ciemnoczerwony 
dywan, na którym wyszydełkowane były trzy czarne koty. Miały oczy 
z żółtej włóczki i te oczy wcią ż jeszcze zdawały się błyszczeć i 
patrzyć jak najbardziej po kociemu, mimo że już od wielu lat 
deptało się po tym dywanie. 
Na ławie siedział żywy czarny kot Judysi, bardzo się nad czymś 
głowił. I jakby jeszcze mało było kotów, na ścianie wisiał obraz z 
trzema rozkosznymi kociętami... Obraz ten Judysia także przywiozła 
z sobą  z Irlandii. Trzy błękitnookie kocięta zabawiały się 
kłębkiem splą tanego jedwabiu. W Srebrnym Gaju wcią ż to pojawiały 
się, to znikały różne koty, ale tym kociętom nic nie groziło. 
Kiedy Pat była bardzo malutka, zamartwiała się, że kocięta muszą  
rosną ć. Zawsze było jej przykro, kiedy jakieś ulubione kocię nagle 
zamieniało się w kocura. 
Na ścianach wisiały też inne obrazy. Królowa Wiktoria w momencie 
koronacji, król William na białym koniu, obwieszony girlandami 
kwiatów marmurowy krzyż na czarnej skale sterczą cej pośrodku 
rozszalałego oceanu, wyhaftowane włóczką  maksymy - Dom, słodki 
dom... W górę serca. Przy kolejnych wiosennych porzą dkach 
Gardinerowie chcieli te obrazy wyrzucić, ale Judysia do tego nie 
dopuściła. Pat nie chciałaby ich może widzieć w pokojach, ale tu, 
na ścianach kuchni Judysi, bardzo jej się podobały. Bez nich 
kuchnia nie byłaby tą  samą  kuchnią . 
Pat zajadają c tosty myślała sobie, jak to miło, że w tej kuchni 
nic się nie zmienia. Zawsze bała się panicznie wszelkich zmian. 
Kiedy kończyli śniadanie, wszedł tatuś i Pat do niego podbiegła. 
Tatuś wyglą dał na zmęczonego, ale uśmiechną ł się i podniósł ją  do 
góry. 
- Czy Judysia powiedziała wam, że macie nową  siostrzyczkę? 
- Tak. Bardzo się cieszę. Uważam to za pomyślne wydarzenie 
- oświadczyła z powagą  Pat. 
Tatuś roześmiał się. 
- Masz rację. Parę osób martwiło się, że gotowa jesteś spuścić nos 
na kwintę. 

background image

- Mojemu nosowi nic się nie stało. Zobacz. 
- No pewnie, że nie. Nie wbijaj jej do głowy takich głupot! 
- Judysia rzą dziła kiedyś małym Alkiem i wcią ż traktowała go 
surowo, choć był już dorosłym Długim Alkiem Gardinerem i miał 
własną  rodzinę. - Jak mogłeś przypuszczać, że będzie zazdrosna. W 
tym dzieciaku nie znajdziesz krztyny zawiści! Też pomysł! - W 
zielonkawych oczach Judysi zapłoną ł ogień. 

Iv 

Zbliżało się już południe, gdy pozwolono im pójść na górę. 
Zaprowadziła ich Judysia, okropnie imponują ca w sztywnej 
niebieskiej jedwabnej sukni pochodzą cej z czasów, kiedy przyzwoity 
jedwab powinien stać. Uszyła ją  przed piętnastu laty, by uczcić 
ślub Długiego Alka, i wkładała tylko od wielkiego dzwonu. 
Paradowała w tej sukni za każdym razem, kiedy w Srebrnym Gaju 
rodziło się nowe dziecko, a ostatni raz miała ją  na sobie sześć 
lat temu z okazji pogrzebu babki Gardiner. 
Moda bardzo się zmieniła, ale to Judysi nie dotyczyło. Jedwabna 
suknia jest jedwabną  suknią . Judysia wyglą dała w niej tak 
wspaniale, że dzieci się jej niemal przestraszyły. Wolały ją  w 
codziennej drelichowej spódnicy, ale Judysia przeżywała dzień 
chwały. 
W sypialni matki królowała pielęgniarka w białym fartuszku. Matka 
leżała wsparta o poduszki, blada i wyczerpana tą  straszną  migreną , 
ale jej słodkie złociste oczy błyszczały szczęściem. Ciotka 
Barbara kolebała noworodka w cudacznej czarnej kołysce zniesionej 
ze strychu... Kołyska ta liczyła sobie sto lat, wykonał ją  
własnoręcznie prapradziadek Nehemiasz. W niej kołysano kolejno 
wszystkie dzieci Srebrnego Gaju. Pielęgniarka nie aprobowała ani 
kolebania, ani kołyski, ale cóż mogła zrobić, skoro tak chciały i 
ciotka Barbara, i Judysia. 
- Co, powiada pani, że nie mamy wkładać dzieciaka do kołyski? - 
zawołała zgorszona Judysia. - A niby gdzie? Do kosza? ¯adnego 
dzieciaka w Srebrnym Gaju nie chowaliśmy do kosza jak kociaka. Tę 
kołyskę wyczyściłam własnymi rękami i do kołyski położymy naszą  
małą ! 
Pat ucałowawszy serdecznie matkę podeszła na paluszkach do 
kołyski, drżą c z podniecenia. Judysia wyjęła noworodka i pokazała 
go dzieciom. 
- Och, Judysiu, jaka ona jest słodka - szepnęła zachwycona Pat. - 
Czy mogę ją  sekundeczkę potrzymać? 
- Możesz, kochanie - i nim pielęgniarka i ciotka Barbara zdą żyły 
zaprotestować, Pat trzymała już niemowlę w ramionach. Tak 
zręcznie, jakby to robiła całe życie. Jakie cudne maleńkie stópki. 
Rozkoszne pomarszczone łapki. A te paznokietki różowe jak 
muszelki. 
- Jakiego koloru są  jej oczka, Judysiu? 
- Fiołkowe, tak jak Winnie. I dam głowę, że będzie miała dołeczki 
w policzkach. 

£adne jest i ma szczęścia wiele 
Dziecko urodzone w niedzielę 

- zacytowała ciotka Barbara. 
- Ona by była ładna, nawet jak by się urodziła w pią tek. Ona jest 
naszym dzieckiem! - oświadczyła Pat. 
- Słusznie mówi... - dorzuciła Judysia. 

background image

- Dziecko trzeba z powrotem włożyć do kołyski - nakazała 
pielęgniarka walczą c o swój autorytet. 
Pat niechętnie oddała maleńką . Jeszcze parę minut temu myślała o 
dziecku jak o intruzie, którego należy znieść ze względu na matkę. 
Ale teraz stało się już członkiem rodziny i było tak, jakby od 
zawsze było czą stką  Srebrnego Gaju. Wszystko jedno, ską d się 
wzięło, czy przyniósł je bocian, czy zostało znalezione w 
pietruszce, dziecko należało do nich. 

"Czymże jest imię? * (* Cytat z tragedii Williama Szekspira pt. 
"Romeo i Julia".) 

Dopiero w trzy tygodnie później, gdy matka mogła zejść na dół, a 
pielęgniarka, ku wielkiemu zadowoleniu Judysi, opuściła Srebrny 
Gaj, zabrano się do nadania imienia nowemu dziecku. 
Judysia równie niechętnie odnosiła się do panny Martin, jak panna 
Martin do niej. 
- Same nogi i pomadka do ust - mawiała wzgardliwie, gdy panna 
Martin ubierała się i wychodziła na spacer. Było to krzyczą co 
niesprawiedliwe, gdyż panna Martin wcale nie pokazywała więcej 
nóg, niż to nakazywała moda, a malowała się bardzo dyskretnie. 
Judysia przyglą dała jej się nieżyczliwie. 
- Chętnie bym jej przyłożyła! Też pomysł, żeby chcieć nazwać naszą  
ślicznotkę Gretą ! Gretą ! A sama ma dziadka, który wzią ł i umarł, a 
potem znowu ożył. 
- Naprawdę, Judysiu? 
- Ano. Kuba Martin przez dwa dni leżał martwym bykiem. Doktor 
stwierdził zgon. A potem na złość rodzinie wstał. Ale nie był już 
tym samym człowiekiem, czego należało oczekiwać. Rodzina okropnie 
się wstydziła. Panna Martin nie powinna zadzierać nosa. 
- Ale dlaczego, Judysiu, tak się wstydzili? - spytał Sid. 
- Jak już człowiek umarł, to przyzwoiciej by było pozostać martwym 
- zawyrokowała Judysia. - I panna Martin powinna o tym pamiętać, 
jak próbuje rzą dzić osobami, które jeszcze przed jej urodzeniem 
zajmowały się dziećmi! No, ale mamy ją  z głowy, już się nam nie 
będzie wierciła po domu z tą  fałszywą  miną . Przewróciło się jej w 
głowie, ot co. 
- Przecież to nie jej wina, że miała takiego dziadka - zauważyła 
Pat. 
- Nie mówię, że jej wina, złotko. Nikt nie odpowiada za swoich 
przodków. Czyż moja własna babka nie była czarownicą ? Ale o takich 
rzeczach musimy pamiętać i nie wbijać się w pychę. 
Pat cieszyła się ze zniknięcia panny Martin nie dlatego, że jej 
nie lubiła, ale wiedziała, iż obecnie będzie mogła częściej brać 
na rękę małą  siostrzyczkę. Pat uwielbiała ją . Czy to możliwe, że 
Srebrny Gaj istniał bez niej? Kiedy stryj Tom spytał ją  poważnym 
tonem, czy postanowili zatrzymać dziecko, czy też je utopić, była 
oburzona i zgorszona. 
- Ależ, złotko, on się tylko z tobą  przekomarza - tłumaczyła 
śmieją c się głośno Judysia. - Starych kawalerów trzymają  się 
dziwne żarciki. 
Zwlekali z wybraniem imienia dla malutkiej do odejścia panny 
Martin, nikt bowiem nie chciał, by nazywała się Greta, a nie śmiał 
tego pannie Martin powiedzieć. Tego samego popołudnia, kiedy panna 
Martin wróciła do domu, zajęli się tą  ważną  kwestią . 

background image

Nie było to takie łatwe. Matka chciała nazwać córeczkę Dorotą , bo 
tak miała na imię jej matka, ojciec - Rachelą , bo tak nazywała się 
jego matka. Romantyczna Winnie proponowała Laurę, Józek uważał, że 
miło by było mieć Zuzię. Pat od tygodnia potajemnie nazywała 
siostrzyczkę Mirandą , a Sid twierdził, że dziecko o fiołkowych 
oczach powinno się nazywać Wiolettą . Ciotka Azalka optowała za 
Katarzyną , a Judysia oświadczyła, że prawdziwie wytwornym imieniem 
byłoby Domena. Mieszkańcy Srebrnego Gaju przypuszczali, że Judysia 
myślała o Dominice, ale nikt się tego nigdy nie dowiedział. 
W końcu ojciec zaproponował, żeby każdy zasadził w ogródku ziarnko 
fasoli, czyje ziarnko pierwsze zakiełkuje, ten będzie miał 
zaszczyt nadania imienia nowemu dziecku. 
- Jeśli dwa ziarnka równocześnie wypuszczą  kiełki, zwycięzcy 
jeszcze raz będą  musieli zasadzić fasolę. 
W ten sposób każdy miał szansę, rozstrzygać będzie los. Dzieci 
były ogromnie podekscytowane. Zasadzono ziarenka, wepchnięto 
tabliczki z imionami i co dzień przychodzono patrzyć. Pat 
postanowiła wstawać skoro świt, bo Judysia twierdziła, że rośliny 
lubią  wschodzić nocą . Wieczorem nie widać nic, a rano już jest 
kiełek. I oto Pat zerwała się ósmego dnia z rzędu w chwili wschodu 
słońca. Wszyscy jeszcze spali - poza Judysią . ¯eby ją  wyprzedzić, 
należałoby się w ogóle nie kłaść. 
Pat zobaczyła, że jej ziarenko zakiełkowało. Przez chwilę czuła 
się wniebowzięta. A potem w jej bursztynowych oczkach pojawił się 
namysł. Miranda była ślicznym imieniem. Ale tatuś chciał nazwać 
córeczkę Rachelą ! To mama wybrała imiona dla niej i Sida, stryj 
dla Józka, ciocia Azalka nazwała Winnie Winifredą ... właściwie 
teraz była kolej na ojca. 
Tatuś nie upierał się przy Racheli, ale Pat czuła, że bardzo mu na 
tym imieniu zależy. W głębi duszy Pat przez cały czas miała 
nadzieję, że ziarenko taty wzejdzie pierwsze. 
Rozejrzała się. Wokoło nie było żywego ducha, jeśli nie liczyć 
Dżentelmena Toma, który siedział na kamieniu. Wyrwała fasolę i 
wrzuciła ją  w osty za kurnikiem. Ojciec miał dalej szansę. 
Wszystko jednak sprzysięgło się przeciw biednemu tacie. Następnego 
dnia zakiełkowały ziarenka Winnie i matki. Pat je bezlitośnie 
wyrwała. Winnie nie liczyła się, a mama nadała już imiona dwojgu 
dzieciom. Wystarczy. Nazajutrz ten sam los spotkał fasolkę Józka. 
Potem Sida i Judysi. Pat była już teraz zatwardziałą  
kryminalistką . Zresztą  żadnego dziecka nie powinno się nazywać 
Domeną . 
Następnego dnia nie pojawił się żaden kiełek. Pat zaczęła się 
niepokoić. Nikt nie rozumiał, co się stało. Judysia stwierdziła 
ponuro, że wdał się w to księżyc. Pat obawiała się, że ziarenko 
ojca w ogóle nie wzejdzie, i zaczęła się rozpaczliwie modlić, by 
rano danym jej było zobaczyć kiełek. 
I zobaczyła. 
Rozejrzała się wokół triumfalnym wzrokiem, nie czują c cienia 
skruchy. Oto przyczyniła się do zwycięstwa ojca. 
świat był cudowny! Nad Wzgórzem Mgieł pojawiły się pajęcze 
rozświetlone obłoki. Wśród srebrnych brzóz zasną ł wiatr. Wysokie 
jodły trzęsły się ze śmiechu. W sadzie pojawiło się jedno z 
kocią t. Czwartek mył się leżą c na parapecie okna swego ukochanego 
spichlerza. Z gałęzi rosną cego nad studnią  klonu zagadywała do 
niego ruda wiewiórka. Pojawiła się Judysia z wiadrem. 
- Judysiu, wzeszło ziarenko taty - zawołała Pat. Nie powiedziała, 
że wzeszło pierwsze, bo to nie byłoby prawdą . 
- No, no - Judysia dość chętnie przyjęła wyrok losu. - Co prawda, 

background image

to prawda, tym razem to się twojemu tatusiowi należało. No i 
zawsze to milej mieć w domu Rachelę niż Gretę! Greta! Co za 
pomysł! 

Ii 

To w sześć tygodni później maleńka została Rachelą  w majestacie 
prawa, gdy ochrzczono ją  w kościele, ubraną  w śliczną  sukienkę 
ozdobioną  angielskim haftem, którą  babka Gardinerowa własnoręcznie 
uszyła na uroczystość chrzcin swego pierworodnego. 
Wszystkie dzieci ze Srebrnego Gaju chrzczone były w tym stroju. 
Obecnie wyszedł już z mody, ale Judysia Plum nie uznałaby chrztu 
za ważny, gdyby sukienka nie miała co najmniej półtora metra. Na 
drugie imię dano dziewczynce Dorota, żeby zrobić przyjemność 
matce, ale i tak dzień ten był dniem triumfu taty. 
Pat nie żałowała tego, co zrobiła, czasem jednak gryzło ją  
sumienie i któregoś wieczoru, gdy Judysia jak zwykle zajrzała, by 
polecić ją  boskiej opiece, Pat usiadła na łóżku i objęła Judysię 
za szyję. 
- Judysiu... ja chyba zrobiłam coś bardzo złego... Wiesz, ja 
strasznie chciałam, żeby to tatuś mógł nadać malutkiej imię, i co 
rano wyrywałam inne kiełki... Czy to okropny grzech? 
- No, no, aleś się popisała! - Judysia zganiła ją , lecz w jej 
oczach pojawił się figlarny błysk. - Jeśli dowie się o tym Józek, 
to stłucze cię na kwaśne jabłko. Ja mu nie powiem. Sama byłam za 
tym, żeby to twój tatuś wybrał imię. Kobiety w tym domu strasznie 
jeżdżą  mu po głowie, fakt. 
- Jego ziarenko zakiełkowało ostatnie - westchnęła Pat. - A cioci 
Azalki w ogóle nie wzeszło. 
- Ha, ha, co ty powiesz! - zaśmiała się Judysia. - Wzeszło 
poprzedniego dnia i to ja je wyrwałam! 

Przygotowania weselne 

Tego roku pod koniec sierpnia Pat zaczęła chodzić do szkoły. 
Pierwszy dzień był okropny... niemal równie okropny jak tamten 
przed rokiem, kiedy do szkoły poszedł Sid. Bez niej. Dotą d nigdy 
się nie rozstawali. Stała przy bramie i wpatrywała się w 
oddalają cą  się sylwetkę braciszka, póki nie oślepiły jej łzy. 
- On po południu wróci, złotko. Pomyśl, jak ci będzie przyjemnie 
go powitać - pocieszała Judysia. 
- Popołudnie jest strasznie daleko - łkała Pat. 
I wydawało jej się, że ten dzień nigdy się nie skończy. Ale 
wreszcie wybiło pół do pią tej i Pat pobiegła alejką  na spotkanie 
Sida. Rzeczywiście, cudownie było znów go zobaczyć, to niemal 
wyrównało poranną  przykrość. 
Pat nie miała ochoty chodzić do szkoły. Osiem godzin dziennie 
przez pięć dni w tygodniu poza Srebrnym Gajem wydawało jej się 
prawdziwą  tragedią . Judysia przygotowała wspaniałe drugie 
śniadanie, dała woreczek ulubionych czerwonych jabłuszek i 
ucałowała ją  na pożegnanie. 
- Pamiętaj, kochanie, że idziesz się kształcić. Wykształcenie to 
wielka rzecz, już ja coś o tym wiem, bo nie miałam okazji go 
zdobyć. 
- Ależ, Judysiu, ty wiesz więcej niż inni! - zdziwiła się Pat. 

background image

- Może i wiem, ale wykształcenie to zupełnie inna para kaloszy - 
odparła Judysia. - Nic się nie martw. świetnie sobie poradzisz. 
Znasz elementarz, to już coś. No, leć. I pamiętaj o dobrych 
manierach. Musisz przynosić zaszczyt Srebrnemu Gajowi, wiesz. 
I tylko myśl o tym pozwoliła Pat przetrwać jakoś ten dzień. I nie 
rozpłakać się, gdy trzymają c Sida za rękę odwróciła się na końcu 
alejki, by pomachać na pożegnanie Judysi stoją cej w bramie ogrodu. 
I podtrzymywała na duchu, gdy rozmawiała z panią  nauczycielką , a 
dwanaścioro obcych dzieci utkwiło w niej wzrok. A także potem, 
kiedy siedzą c samotnie w ławce, rysowała kółka. Bardzo jej także 
pomogła podczas pauzy na śniadanie, którą  Winnie spędziła z dużymi 
dziewczynkami, Józek i Sid z chłopakami, a ona znalazła się sama 
wśród uczniów pierwszej i drugiej klasy. 
Kiedy wreszcie skończyły się lekcje, Pat przebiegła w myśli 
wydarzenia dnia i doszła z dumą  do wniosku, że nie zawiodła 
Srebrnego Gaju. 
Cudownie było wrócić do domu. Judysia i matka powitały ją  tak, 
jakby jej nie było cały rok. Malutka uśmiechnęła się i zaczęła 
gaworzyć, Czwartek wybiegł na jej spotkanie. A wszystkie kwiatki w 
ogrodzie ukłoniły się. 
- Wszyscy cieszą  się, że już jestem - zawołała. 
Doprawdy, warto było opuścić dom, żeby zaznać radości powrotu. I 
jaką  frajdą  było opowiadać Judysi o swoich szkolnych przeżyciach. 
- Polubiłam wszystkie dziewczynki poza Mają  Binnie. Przechwala 
się, że kamienie w jej ogrodzie nie są  omszałe. Powiedziałam jej, 
że mnie się mech podoba. Ona uważa, że nasz dom jest staroświecki 
i należałoby go odmalować. I że tapety w naszym gościnnym pokoju 
są  poplamione. 
- No bo są . Koło kominka jest zaciek i nic się nie da zrobić. Kto 
widział słuchać Binnie'ych! Coś ty jej odpowiedziała? 
- ¯e Srebrnego Gaju nie musi się malować tak często jak innych 
domów, bo on nie jest brzydki. 
Judysia parsknęła śmiechem. 
- Jeden zero! To domiszcze Binnie'ych jest najbrzydsze, jakie w 
życiu widziałam, mimo tej świeżutkiej żółtej farby. No i co ona na 
to? 
- Och, Judysiu, ona powiedziała, że różowe zasłony w naszym 
salonie są  wypłowiałe... I to prawda. Poczułam się zdruzgotana. W 
Północnym Glen wszyscy poza nami mają  w salonikach takie śliczne 
koronkowe firanki! 

Ii 

Ale to wszystko działo się trzy tygodnie temu, teraz chodzenie do 
szkoły było czymś najbardziej naturalnym na świecie i Pat polubiła 
szkołę. 
Aż tu któregoś popołudnia Judysia powiedziała od niechcenia coś, 
co podziałało na Pat jak grom z jasnego nieba. 
- Czy wiesz już, że w końcu września twoja ciocia Azalka wychodzi 
za mą ż? 
Z począ tku Pat wcale w to nie chciała uwierzyć... Ciocia Azalka 
nie może wyjść za mą ż i opuścić Srebrnego Gaju! Wreszcie musiała 
przyją ć to do wiadomości i przez tydzień płakała co wieczór. Nawet 
Judysia nie potrafiła jej pocieszyć. Nie pomagała nawet myśl o 
Płaczliwym Willu... 
- Najwyższy czas, żeby twoja ciocia Azalka wyszła za mą ż, jeśli 
nie ma zostać starą  panną . 
- Ciocia Barbara i ciocia Edyta są  starymi pannami i są  bardzo 

background image

szczęśliwe - szlochała Pat. 
- Ejże, ejże, dwie stare panny w rodzinie zupełnie wystarczą ! 
Twoja ciocia Azalka ma rację, że chce wyjść za mą ż. Na tym świecie 
kobiety mają  i tak ciężkie życie... Pewnie, że będzie nam jej 
brakować. Ona zawsze potrafiła umilić każdemu czas. Ale już pora, 
żeby się ustaliła. Najgorszy wróg nie powie, że uganiała się za 
mężczyznami. Ale lubiła poflirtować i parę razy bardzo się bałam, 
że zwią że się z jakimś ladaco... "Judysiu - mówiła - to tak 
przyjemnie mieć wielbicieli". Całe szczęście, że zdecydowała się 
na Roberta Madisona. To solidny człowiek. Polubisz, kochanie, 
twojego nowego wujka. 
- Nie polubię - ponuro odpowiedziała Pat, która zamierzała go 
nienawidzić. - Ty go lubisz, Judysiu? 
- Pewnie, że lubię. Pan Bóg nie poską pił mu rozumu. I ma sklep. 
¯ona sklepikarza ma dużo lżejsze życie niż żona farmera. 
- I uważasz, że jest dość przystojny, by zostać mężem cioci 
Azalki? 
- No, no, widziałam brzydszych. Nie da się zaprzeczyć, że trochę 
nadto obrósł w tłuszczyk, i nie da się zaprzeczyć, że jest 
kłapouchy. Jak cała jego rodzina. Odziedziczyli to po 
Callenderach. Takich uszu jak stary Henry Callender to nie miał 
nikt. Kiedy widziało się tylko jego głowę, można by pomyśleć, że 
to nietoperz... 
Ale Robert ma przyjemną  twarz i wszyscy jesteśmy radzi, że twoja 
ciocia się na niego zdecydowała. Teraz ci mogę powiedzieć, że 
niemałośmy się namartwili. Najpierw był Gordon Rhodes... no, nie 
wierzyłam, żeby wyszła za takiego krętacza! A Will Owen... Długi 
Alek go lubił, ale on miał pypcia na języku. Gdyby Wszechmogą cy 
odebrał mu mowę, nikt by nawet tego nie zauważył. Ja tam wolę, 
żeby mężczyzna miał coś do powiedzenia... Przez jakiś czas 
myśleliśmy, że zdecyduje się na Sida Taylora. Ale kiedyś 
powiedziała mu, że nie podoba jej się jego krawat i tyleśmy go 
widzieli. Trudno się dziwić. Pamiętaj, Pat, jak ci się kto 
spodoba, to nie krytykuj jego krawatów, póki ci w kościele nie 
przysięgnie dochować wierności... 
Twoja mama popierała Cala Gibsona. Owszem, nie powiem, był z niego 
elegancki mężczyzna. Ale pochodził z tych Gibsonów z Letniego 
Brzegu i bałam się, że będzie na nas patrzył z góry... I jakoś 
dziwnie wyglą dał, trochę tak jak zezowaty kot... A tymczasem 
Robert Madison przychodził i przychodził... Jak tylko Azalka 
odprawiła któregoś z konkurentów, zaraz się znów pojawiał. 
Madisonowie jak się na coś zawezmą , zawsze dopną  swego. Weź na 
przykład stryja Roberta, Kubę... Opowiadałam ci chyba, jak 
zamarynował brata i przywiózł go pochować do kraju... 
- Zamarynował? 
- Przecie powiadam. Ned Madison zmarł na statku Kuby, kiedy w 1850 
roku byli na samym środku Oceanu Indyjskiego. Wszyscy oczywiście 
chcieli urzą dzić mu pogrzeb na morzu. Ale Kuba zaklą ł się, że 
pochowa Neda w rodzinnym grobie na Wyspie. Kazał zrobić ołowianą  
trumnę, ułożył w niej Neda i nalał do pełna rumu. No i Ned 
dojechał do domu świeżutki jak pą czek róży. Co prawda Kuba nigdy 
już potem nie przyszedł do siebie... więc sama widzisz, jacy ci 
Madisonowie są ... No, no, wszystko układa się jak najlepiej, a my 
musimy zadbać o honor rodziny i urzą dzić piękne wesele. 
Pat trudno było się z tym pogodzić. Kochała ciotkę Azalkę znacznie 
bardziej niż ciotkę Edytę, a nawet ciotkę Barbarę. Ciotka Azalka 
była taka wesoła i śliczna. Miała ciemną  brzoskwiniową  cerę, oczy 
i włosy brunatne jak orzech, czerwoniutkie usteczka, różowe 

background image

policzki. Wyglą dała jak kwiat, zgodnie ze swoim imieniem. A to 
zdarza się rzadko. Na przykład Liliana Whitney miała krucze włosy, 
a Róża Rhodes była wyblakła i nijaka. 
Reszta dzieci ze Srebrnego Gaju potraktowała to wydarzenie 
bardziej filozoficznie. Sid emocjonował się weselem w rodzinie, a 
Winnie uznała, że miło jest wychodzić za mą ż. 
- Nie widzę, co w tym miłego - oświadczyła rozgoryczona Pat. 
- Przecież trzeba wyjść za mą ż - pouczyła ją  Winnie. - Ty też 
kiedyś wyjdziesz. 
Pat pędem udała się do matki. 
- Mamusiu, powiedz mi... Przecież ja nie będę musiała wyjść za 
mą ż? 
- Tylko wtedy, jeśli zechcesz - zapewniła ją  matka. 
- No to w porzą dku - westchnęła z ulgą  Pat. - Nigdy nie zechcę. 
- Wszystkie dziewczęta tak mówią  - zauważyła Judysia mrugają c do 
pani Gardinerowej. - A kto wie, może i ja się zdecyduję. Miałam 
onegdaj propozycję. Przyczłapał tu stary Drinkwine i chciał, żebym 
została czwartą  panią  Drinkwine'ową . O mały włos nie upuściłam 
nowego czajniczka do herbaty. Długo się naczekałam, ale wreszcie 
ktoś mi się oświadczył. 
- Judysiu! Przecież ty za niego nie wyjdziesz? 
- No, no, a właściwie czemu nie? 
- I odejdziesz od nas? 
- W tym sęk! - oznajmiła Judysia, która odesłała starego Tomasza, 
jak się wyraziła, na zieloną  trawkę. 

Iii 

Któregoś poranka Judysia oznajmiła Pat: 
- ślub odbędzie się w ostatnim tygodniu września, Deus vult. 
Pat zadrżała. Wiedziała, że ten ślub nastą pi, ale żeby mówić o tym 
tak obojętnym tonem! 
- Co to znaczy "Deus vult, Judysiu? 
- No, jeśli Pan Bóg dopuści. 
- A jeśli nie dopuści? 
- Wtedy, złotko, ślub się nie odbędzie. 
Pat zaczęła się zastanawiać, czy nie pomodlić się o to, żeby Pan 
Bóg nie dopuścił. 
- Powiedz, Judysiu, co by się stało, jakby ktoś pomodlił się o coś 
złego? 
- Niewykluczone, że by to wyprosił - odpowiedziała Judysia tak 
złowieszczym tonem, że przerażona Pat postanowiła nie ryzykować. 
W końcu pogodziła się z losem. Koleżanki w szkole zazdrościły jej 
ciotki, która wychodzi za mą ż. I w Srebrnym Gaju zapanowała miła 
atmosfera podniecenia. Mówiono niemal wyłą cznie o przygotowaniach 
do ślubu i do wesela. Starej kotce w stodole "wylęgły się" jak to 
nazwała Judysia, kocięta, ale nikt oprócz Pat tym się nie przeją ł. 
Przyjemnie było mieć tajemnicę. Tylko ona i kotka wiedziały, gdzie 
są  ukryte kocięta. Pat nie zamierzała nikomu o tym powiedzieć aż 
do chwili, gdy kociaki będą  już za duże, by je utopić. 
Większość narodzonych wiosną  kotków zniknęła w niewytłumaczony 
sposób. Został tylko Wtorek i Czwartek, a Wtorka obiecano ciotce 
Azalce. Tak więc Pat bardzo się ucieszyła nowymi kociętami, 
ceremonię nadawania imion odłożyła jednak na "po ślubie", teraz 
jakoś nie mogła się skupić. 
Ku jej wielkiej radości wytapetowano na nowo pokój Poety. Choć 
przykro jej było, gdy zdzierano stary papier... A kiedy matka 
kupiła nowe cieniutkie koronkowe firanki do salonu, Pat 

background image

uświadomiła sobie, że to wesele ma swoje dobre strony. 
Ale zbuntowała się, kiedy zabrano się do odnawiania jej pokoiku. 
Kochała starą  tapetę w czerwone i zielone papugi, które, odką d 
pamiętała, co rano ją  radośnie witały. Pat wcią ż miała tajemną  
nadzieję, że któregoś dnia naprawdę ożyją . 
- Nie wiem, dlaczego ja mam mieć nowe tapety, skoro to ciotka 
Azalka wychodzi za mą ż? 
- Bą dź rozsą dna, złotko - tłumaczyła jej Judysia. - Wiesz 
przecież, że w dzień wesela w domu będzie dziki tłok. Przyjadą  ci 
wasi wytworni krewni z miasta i z Nowej Szkocji... no i ci 
Madisonowie z Nowego Brunszwiku - a to ponoć milionerzy. I będą  
się przebierać w twoim pokoju. Przecież nie chcesz, by się 
krzywili na wypłowiałe tapety? 
Nie, tego Pat nie chciała. 
- Powiedziałam twojej matce, żeby ci pozwoliła samej wybrać nową  
tapetę... w sklepie jest taka w błękitne dzwoneczki, które ci się 
na pewno spodobają . Więc koniec dą som i pomóż mi czyścić srebro. 
Na takie święto wszystko musi lśnić. Już od dwudziestu lat nie 
mieliśmy w Srebrnym Gaju żadnego wesela. Od czasu kiedy twojej 
ciotce Krystynie udało się wyjść za mą ż. Mam nadzieję, że twojej 
cioci Azalce nie przydarzą  się takie tarapaty z welonem jak tej 
biednej Krysi! 
- A co się stało, Judysiu? 
- Co się stało, pyta. To był przepiękny długi welon, który twoja 
praprababka przywiozła ze Starego Kraju. Położyli go na łóżku w 
pokoju Poety. I kiedy po niego przyszli, to wiesz, co zobaczyli, 
złotko? Wtedy w Srebrnym Gaju był mały piesek, wkradł się 
rozpustnik do pokoju i poszarpał welon w strzępy. Nie dziwota, że 
Krysia zaczęła zanosić się od płaczu. 
- Ach, Judysiu... no i co zrobili? 
- Nic. A co mieli robić? Biedna Krysia brała ślub bez welonu i 
cały czas szlochała. Był wielki skandal, powiadam ci. Tym razem 
sama zamknę na klucz pokój Poety, a jeśli złapię tego kundla 
Józka, jak się włóczy po domu, to mu sprawię lanie. No, teraz 
pójdziemy na górę wybrać śliwki. Upiekę twojej cioci Azalce wielki 
placek ze śliwkami. Zawsze mówiła, że nikt nie potrafi upiec 
takiego placka jak Judyta Plum* ... nazwisko zobowią zuje... (* 
Plum [ang.] - śliwka.) 

Iv 

Pat bardzo się ucieszyła, że ma być "dziewczynką  z kwiatkami". Ale 
zaraz zrobiło jej się żal Winnie, która była na to za duża, a 
jednocześnie za mała, żeby zostać druhną . I dziewczynki, i druhny 
miały być - ku zgrozie Judysi - w zielonych sukienkach. Judysia 
oznajmiła, że zielony kolor na ślubie przynosi pecha. 
- Tak, tak, kiedyś w Starym Kraju mieliśmy wesele z ubranymi na 
zielono druhnami. I Zaczarowany Ludek tak się rozwścieczył, że 
obłożył ten dom klą twą . 
- Jaką ? 
- Nie przerywaj. Przecie mówię... w tym domu nigdy już nie miał 
zagościć śmiech. Nigdy. To straszna klą twa. Wyobraź sobie dom, w 
którym nikt się nie śmieje. 
- I tak się stało? 
- Ano stało. Płakać płakano, a śmiechu nikt nie uświadczył. 
Pat poczuła się dość niewyraźnie. A jeśli w Srebrnym Gaju też 
wszyscy przestaną  się śmiać?... Umilknie cichy śmiech ojca i 
tubalny stryja Toma. Winnie śmiała się tak srebrzyście, Judysia 

background image

tak serdecznie... Ale ta sukienka była taka śliczna... seledynowa 
jak wiosenne listki, a na ramieniu pęczek maleńkich różyczek. 
Marszczony zielony kapelusik też był ozdobiony różyczkami. Pat 
zachwycała się nim; klą twa nie klą twa. Nie zdawała sobie sprawy z 
tego, o czym dobrze wiedziała Judysia, że dla jej bladej buzi był 
to kolor bardzo nietwarzowy. Nie miała w sobie jeszcze krztyny 
próżności. 
ślub wyznaczono na popołudnie, owo "ślubne uroczysko", jak to 
nazwała dziesięcioletnia Winnie, mistrzyni w przekręcaniu wyrazów, 
odbyło się w starym kamiennym kościółku w Południowym Glen, do 
tego bowiem kościółka od niepamiętnych czasów uczęszczała rodzina 
Gardinerów. Judysia uznała to za karygodny nowoczesny wymysł. 
- Za dawnych dobrych czasów ślub odbywał się w Srebrnym Gaju 
wieczorem, a potem tańczono całą  noc. Ale wtedy nikomu się nie 
śniło o podróżach poślubnych. Nowożeńcy, jak Pan Bóg przykazał, 
wracali do domu i zaczynali nowe życie. Czasy się zmieniły, 
powiadam wam, i to wcale nie na lepsze. Dawniej tylko 
episkopaliści pobierali się w kościele, a nie przyzwoici 
prezbiterianie. 
- Ty, Judysiu, jesteś prezbiterianką ? 
Pat się nagle zaciekawiła. Nigdy nie zastanawiała się nad religią  
Judysi. Judysia chodziła z nimi w niedzielę do kościółka w 
Południowym Glen, ale nigdy nie siedziała w rodzinnej ławce, 
wchodziła na chór, żeby, jak twierdził stryj Tom, nic nie umknęło 
jej oczu. 
- O tyle, o ile może nią  być Irlandka - odpowiedziała wymijają co 
Judysia. - ¯eby być prawdziwym prezbiterianinem, trzeba być 
Szkotem. Tak czy owak wcią ż się modlę, żeby wszystko dobrze poszło 
i twojej cioci Azalce lepiej się poszczęściło niż kuzynce jej 
dziada. 
- A co się stało kuzynce dziada, Judysiu? 
- Ejże, ejże, nigdy nie słyszałaś? Widzę, że gdyby nie stara 
Judysia, to w ogóle byś nie znała rodzinnej historii... Zmarła 
biedaczka w przeddzień ślubu na zapalenie płuc i pochowano ją  w 
ślubnej sukni. Najsmutniejsze było to, że tak długo nie mogła 
zdobyć męża, miała już dobrą  trzydziestkę... i tu w ostatniej 
chwili taki zawód. Nie płacz, złotko, to stało się już 
pięćdziesią t lat temu. I tak by już pewnie nie żyła... oszczędziła 
sobie przynajmniej wielu życiowych zmartwień. Opowiadano, że pan 
młody był lekkoduchem i zależało mu tylko na posagu. No, pomieszaj 
ciasto i nie wyjadaj śliwek. 

Ostatni tydzień było to czyste szaleństwo. Pozwolono Pat nie 
chodzić do szkoły, częściowo dlatego, że bardzo się przydawała w 
domu, a częściowo dlatego, że w przeciwnym razie gotowa by umrzeć. 
Judysia większość czasu spędzała w kuchni pieką c i gotują c, 
wyglą dała jak stara czarownica pichcą ca jakiś nieziemski dekokt. 
Przychodziła jej pomagać ciotka Barbara, ciotka Edyta zaś piekła 
ciasta w domu, gdyż żadna kuchnia nie byłaby w stanie pomieścić i 
jej, i Judysi. 
Ciotka Azalka robiła kremy, matka - galaretki. Matce poza tym nie 
pozwalano się niczego tkną ć. Uważano, że ma dosyć roboty zajmują c 
się Przylepką , bo po tym całym rwetesie o imię tak teraz małą  
nazywano. Judysia powiedziała kiedyś Pat, że matka wcią ż nie 
przyszła do siebie po tej strasznej migrenie, która nawiedziła ją  
owej nocy, gdy znaleziono w pietruszce Przylepkę, i trzeba o nią  

background image

strasznie dbać. 
Pat ubijała jajka, mieszała ciasto i na zmianę z Sidem wylizywała 
potem miski. Dom od rana do wieczora pełen był rozkosznych 
zapachów. I cały czas słyszała: - Pat, chodź no tutaj... - Albo: 
- Pat, poleć po... - i chwilami zaczynało jej się kręcić w głowie. 
- Tylko spokojnie - napominała Judysia. - Najpierw pomyśl, potem 
zrób. Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach... Musisz się tego 
nauczyć. Za bardzo tobą  ganiają , Judysia do tego nie dopuści. Ale 
co prawda, to prawda: bez ciebie nie udałoby się nam przygotować 
tego weseliska twojej ciotki Azalki... 
Weseliska jak weseliska, ale w każdym razie bez Pat nie byłoby 
masła. Judysia od tygodnia już nie posyłała do mleczarni mleka od 
najbardziej rasowej krowy i w przeddzień wesela zaczęła ubijać 
śmietanę w staromodnej maślnicy, której nie dała sobie odebrać. 
Ubijała i ubijała, i kiedy późnym popołudniem Pat zeszła do 
chłodnej piwnicy, znalazła ją  "całkiem rozstrojoną ". 
- Tę śmietanę coś zaczarowało - oświadczyła zrozpaczona Judysia. - 
Ręce mi opadają , a masła jak nie ma, tak nie ma. 
Nie do pomyślenia było, żeby do ubijania masła miała się zabrać 
matka, a ciotka Azalka miała na głowie sto spraw. Sprowadzono z 
podwórza ojca, który zgodził się spróbować. Ale po półgodzinie dał 
za wygraną . 
- Wylej, Judysiu, tę śmietanę świniom - oświadczył. - Kupimy masło 
w sklepie. 
Judysia nie myślała dopuścić do podobnej hańby. Kupować w sklepie 
masło, które zrobił nie wiadomo kto! Poszła przygotować kolację, 
głęboko przekonana, że zawiniły tu zielone suknie druhen. 
Pat zeskoczyła z beczki, na której siedziała, i postanowiła 
spróbować. Co za świetna zabawa! Od dawna marzyła, żeby pozwolono 
jej ubić masło, ale Judysia nie chciała się zgodzić; nie wolno 
było ubijać ani za szybko, ani za wolno, masło gotowe stać się za 
twarde albo pozostać mazią . Teraz jednak przestało to odgrywać 
rolę i mogła sobie użyć za wszystkie czasy... Bach, bach... 
plum... plum... bach, bach... flap, flap, flap... Coraz trudniej 
było poruszać tłuczkiem i Pat doszła do wniosku, że chyba ma już 
dosyć tego ubijania masła, gdy nagle na schodach pojawiła się 
Judysia, by ją  zawołać na kolację. 
- O, Judysia! A ja ubijałam i ubijałam, aż się spociłam. 
Judysia zgorszyła się. 
- Co to za wyrażenie: spociłam się! ¯ebym tego więcej nie 
słyszała! Gardinerowie się nie pocą . To dobre dla Binnie'ych! No 
cóż, trzeba będzie wylać śmietanę świniom i kupić masło w sklepie! 
Taki wstyd... To te zielone sukienki, można było tego oczekiwać. 
Każdy wie, że... 
Judysia zajrzała do maślnicy i oczy wylazły jej z głowy. 
- Ależ ty, moje złotko, ubiłaś masło! No, no. Piękne masło. Tymi 
twymi małymi rą czkami zrobiłaś coś, co nie udało się ani mnie, ani 
Długiemu Alkowi. No, no, zaraz powiemy całej twojej rodzinie. 
To był prawdziwy triumf. 

Oto oblubienica 

Nadszedł wreszcie dzień ślubu. Od tygodnia Pat liczyła dni. Już 
tylko cztery dni ciocia Azalka zostanie z nimi w Srebrnym Gaju... 
już tylko trzy... dwa... dziś jest ostatni dzień. Tej nocy spała z 

background image

Judysią , bo jej pokoik zajęli przybyli z daleka goście. Obie z 
Judysią  zerwały się przed świtem i zbiegły na dół, by zobaczyć, 
jaka się zapowiada pogoda. 
- Królewski dzień - oznajmiła Judysia tonem głębokiej satysfakcji. 
- Wczoraj wieczorem bałam się deszczu, księżyc paradował w lisiej 
czapie, a wiadomo, że deszcz nie przynosi szczęścia pannie młodej, 
nie mówią c już o błocie, które wnoszą  do domu goście. No, teraz 
pobiegnę powiedzieć słonku, żeby wzeszło, i uporam się z udojem, 
nim wstanie twój ojciec. Biedak ledwo już żyje... 
- Jak to, Judysiu, to słonko nie wstanie, póki mu nie każesz? 
- Wolę nie ryzykować, złotko. 
Judysia poszła wydoić krowy, a Pat kręciła się po Srebrnym Gaju. 
Dziwnie było krą żyć po domu o świcie, kiedy wszyscy jeszcze spali. 
Dom jakby na coś czekał. Oczywiście z powodu wesela pokoje 
wyglą dały inaczej niż zwykle. W salonie płomieniły się jesienne 
liście i chryzantemy. Nowe firanki były tak śliczne, że Pat 
pożałowała, że Binnie'owie nie należą  do zaproszonych gości. 
Chciałaby zobaczyć minę Mai. Salonik pełen był prezentów ślubnych. 
Już poprzedniego wieczora nakryto stół w jadalni. Jakże pięknie 
wyglą dał, lśniło szkło i srebrne świeczniki, w których wysokie 
cienkie świeczki przypominały promienie księżyca. 
Pat wybiegła na dwór. Właśnie wschodziło słońce posłuszne 
rozkazowi Judysi. Powietrze przepojone było miodowym jesiennym 
brzaskiem. Nawet brzozy i topole Srebrnego Gaju wyglą dały jak 
złociste panny. Ogród zmęczył się rośnięciem i przysiadł odpoczą ć, 
tylko okazałe prawoślazy pyszniły się nad starym kamiennym 
murkiem. 
Pat odwróciła się i zobaczyła, jak nieznany wychudzony kot bez 
ucha wypija mleko ze spodeczka dla wróżek. A więc to tak! Zawsze 
to podejrzewała, ale przykro było wiedzieć. Czyżby na tym świecie 
nie było już miejsca na czary? 
- Judysiu... - pisnęła Pat ze łzami w oczach, gdy Judysia podeszła 
do studni z wiadrami mleka. - Judysiu, wróżki nie wypijają  mleka. 
To kot! Sid zawsze mówił, że to kot. 
- No, no, skoro tej nocy wróżki tu nie zajrzały, to czemu nie ma 
się pożywić biedny kot? ¯ałujesz mu? Nigdy nie twierdziłam, że 
wróżki pojawiają  się co noc. Muszą  odwiedzać niejeden dom. 
- Judysiu, powiedz - ale z ręką  na sercu - czyś ty kiedyś widziała 
wróżkę piją cą  mleko? 
- No i co z tego, że nie widziałam? Ale moja babka widziała! Wiele 
razy opowiadała mi o tym! Kobold chłeptał mleko, aż mu się uszy 
trzęsły! I zaraz następnego dnia złamała nogę. Dziękuj 
Najwyższemu, że nigdy nie zobaczyłaś Zaczarowanego Ludku. Oni tego 
bardzo nie lubią . 

Ii 

Dzień ten dostarczył Pat dużo przyjemności, choć nie obyło się bez 
bolesnych chwil. W Srebrnym Gaju aż wrzało, zwłaszcza od momentu, 
kiedy psiaka Józka, Frycka, ugryzła w powiekę osa i trzeba było 
zamkną ć go w stodole. Wszyscy stroili się... Tak, śluby są  
ciekawe, Sid miał rację. Matka włożyła prześliczną  nową  suknię 
koloru złocistobrunatnej chryzantemy i Pat czuła się z niej taka 
dumna, że to aż bolało. 
- Jak to przyjemnie mieć ładną  matkę! - zawołała z zachwytem. 
Zresztą  była dumna z całej rodziny. Z ojca, który nie mógł znaleźć 
krawata, a potem tak się spieszył, że włożył lewy but na prawą  
nogę i nim się spostrzegł - już go zasznurował, ale teraz, ubrany 

background image

i wyświeżony, był już w każdym calu prawdziwym Gardinerem. Była 
dumna z kochanej maleńkiej Przylepki, której jedwabne pończoszki 
opadały pokazują c rozkoszne tłuste nóżki. Z Winnie, która w żółtej 
sukience wyglą dała jak wielki złocisty bratek. Z Sida i Józka w 
nowych garniturach i białych kołnierzykach. I nawet z Judysi, 
która rozkwitła niczym królowa. 
Wycią gnęła z kufra odświętną  suknię, koronkowy szal i błękitny 
jedwabny czepeczek, wspaniały relikt minionego stulecia. Judysia 
umarłaby raczej, niż pokazała się publicznie bez nakrycia głowy. A 
gardziła nowoczesnymi kapelusikami! Włożyła też błyszczą ce 
lakierki na wysokich obcasach. Tak wystrojona, kręciła się po 
domu, sprawdzają c bacznym okiem, czy wszystko jest w porzą dku, i 
witają c nadcią gają cych przyjaciół tym swoim głosem "od gości" 
pozbawionym nagle irlandzkiego akcentu. 
Nikt nie widział jeszcze ciotki Azalki i jej druhen, zamknęły się 
na cztery spusty w pokoju Poety. Matka ubrała Pat w tę śliczniutką  
seledynową  sukienkę i zielonkawy kapelusik. Pat zachwycała się 
sukienką , ale szybko pobiegła na górę do swojej szafy, by 
zawiadomić swą  odświętną  błękitną  szatkę, że wcale o niej nie 
zapomniała. 
Pojawiły się ciotki. Ciotka Barbara wyglą dała bardzo "weselnie" w 
sukni i płaszczu z beżowej koronki, ciotka Edyta uznała, że jest 
to strój "zbyt młodzieńczy". Sukni ciotki Edyty nikt nie nazwałby 
młodzieńczą , ale była to także piękna suknia i Pat pękała z dumy, 
że ma taką  wspaniałą  rodzinę. 
Wuj Brian z Letniego Brzegu miał zabrać pannę młodą  i jej druhny 
swoim nowym autem; wreszcie spłynęły po schodach, był to cudowny 
moment. Pat poczuła, że pieką  ją  oczy. Czyżby tą  tajemniczą  istotą  
w bieli spowitą  w długi welon była naprawdę wesolutka ciocia 
Azalka? Tak, już ją  utracili... Ale nie, ciocia Azalka zatrzymała 
się przy niej i szepnęła: 
- Ukryłam w bukiecie ślubnym te bratki, które mi przyniosłaś. 
Dziękuję ci. Panna młoda musi mieć "coś niebieskiego". 
I przez chwilę znów było cudownie. 
Ojciec wpakował matkę, Winnie, Judysię i Józka do swojego 
wysłużonego auta, a Pat i Sid mieli pojechać powozem stryja Toma. 
Stryj Tom jeździł obszernym faetonem zaprzężonym w parę gniadoszy 
z białymi gwiazdami na czołach. Pat wolała ten powóz od 
najwytworniejszego auta. Ale dlaczego stryj się spóźnia? 
- Przyjedziemy po ślubie... - jęczała. - Już sto aut pojechało w 
stronę kościoła! 
- Nie przesadzaj. 
- W każdym razie pięć! - zawołała oburzona Pat. 
- No, no, stryj już nadjeżdża. Pamiętaj o dobrych manierach! - 
napominała ją  Judysia zniżają c głos do szeptu. 
Ciotka Barbara, Pat i Sid zasiedli na tylnym siedzeniu powozu. Pat 
czuła się ogromnie ważna i aż zadarła do góry głowę, kiedy 
zobaczyła, że z przejeżdżają cego auta przyglą da jej się z 
zazdrością  Maja Binnie. Zwykle oboje z Sidem chodzili do kościoła 
na skrót przez pola. Ale droga też była śliczna, złociły się 
ścierniska, na płotach przysiadały czarne wrony, widnieją ce w 
oddali błękitne morze promieniało szczęściem. 
A potem kościół wśród klonów i świerków. Trzeba było ustawić 
orszak ślubny... ludzie w kościele wstali... Główną  nawą  kroczyła 
ciocia Azalka wsparta o ramię ojca, a za nią  szły Janka Madison i 
Salka Gardiner, no i sama Pat dźwigają c w opalonych łapkach koszyk 
róż... Potem nastą piła cisza... odezwał się uroczysty głos 
pastora... modlitwy... przez witraże wpadało kolorowe światło 

background image

zmieniają c zwykłych śmiertelników w nieziemskie postacie. 
Z począ tku Pat była zbyt oszołomiona, by uświadomić sobie, co 
naprawdę czuje... Widziała, jak rubinowe światło znaczy welon 
cioci Azalki... widziała kłapouchego Roba Madisona... widziała 
kruczoczarne włosy Salki pod zielonym kapelusikiem... widziała 
paprocie i kwiaty... i nagle usłyszała głos cioci Azalki, i 
zobaczyła, jak ciocia Azalka patrzy na pana młodego. 
I wtedy wydarzyło się coś strasznego. Odwróciła się do siedzą cej z 
tyłu Judysi. 
- Judysiu, pożycz mi chusteczkę... zaraz się rozpłaczę - szepnęła 
z przerażeniem. 
Judysia poczuła gęsią  skórkę. Rozpaczliwa sytuacja wymaga 
rozpaczliwych środków. Jej chusteczka była ogromna. A z tyłu 
siedzieli Binnie'owie! Nachyliła się. 
- Jeśli rozpłaczesz się i okryjesz wstydem Srebrny Gaj, nigdy już 
nie dostaniesz sadzonego jajka! 
Pat wzięła się w karby. Czy pomogła myśl o Srebrnym Gaju, czy o 
sadzonym jajku, czy też obie te rzeczy naraz? W każdym razie 
przełknęła łzy i zaczęła mrugać oczyma. Udało się. Ceremonia 
dobiegła końca, nikt nic nie zauważył, wszyscy uważali, że Pat 
zachowała się bardzo dzielnie. Cały Srebrny Gaj doznał ulgi, 
wszyscy drżeli, że Pat się załamie, tak jak kiedyś Kora Gardiner, 
która na ślubie siostry zaczęła histerycznie szlochać, i 
zawstydzona matka musiała ją  zabrać do domu. 
- Pięknie się zachowałaś, złotko - szepnęła z dumą  Judysia. 
Pat udało się jakoś przetrwać przyjęcie i kolację, ale nie mogła 
przełkną ć ani kęsa. I omal się jednak nie rozpłakała, kiedy ktoś 
powiedział do cioci Azalki: 
- Jak się czujesz jako Azalia Madison? Już przestałaś być panną  
Gardinerówną , wiesz? 
Ciocia Azalka przestała być Gardinerówną ! To było nie do 
zniesienia. 

Pokłosie wydarzeń 

Para młodych odjechała. Po raz pierwszy w życiu Pat musiała 
pożegnać kogoś z rodziny, kto odjeżdża na zawsze. Ale teraz było 
już jej wolno płakać, płakali wszyscy prócz Judysi, której 
zdarzało się to bardzo rzadko. 
- Jak czuję, że się gotowam rozpłakać - mawiała - to sobie 
wygodnie siadam i znajduję powód do śmiechu! 
Judysia nie pozwoliła Pat odprowadzić wzrokiem odjeżdżają cej cioci 
Azalki. 
- Nie wolno patrzeć, jak ktoś znika, to przynosi nieszczęście 
- oświadczyła. 
Pat weszła do domu i błą kała się po pustych pokojach. Wszystko 
stało się nagle obce. Nawet owe firanki stanowiły czą stkę tej 
obcości. Piękny o świcie stół wyglą dał teraz żałośnie, pełno 
okruchów, brudne talerzyki... brą zowawe oczy Pat znów napełniły 
się łzami. 
- Chodź, kochanie, musisz mi trochę pomóc - poprosiła Judysia, 
mą dra Judysia. - Twoja mama musiała się położyć, nie dziwota, po 
takim dniu! A Winnie okropnie rozbolał brzuch, objadła się jak 
prosię! Więc my dwie musimy zabrać się do roboty. Jadalni damy do 
jutra spokój, ale uporzą dkujemy salon i sypialnie. Cały dom 

background image

wyglą da na zmęczony. 
Judysia zdjęła jedwabie i lakierki, odłożyła do lamusa swój głos 
"od gości", miała na sobie perkalową  suknię i wygodne kapcie. Pat 
ucieszyła się. W ten sposób stała się "bardziej Judysią ". 
- Czy możemy ustawić meble tak, jak stały przedtem? - spytała 
ochoczo. To już będzie pewna pociecha, kiedy z powrotem wstawi się 
do salonu fotel na biegunach, który został uznany za zbyt 
zniszczony, i wrócą  na miejsce wazony z trawą  pampasów, uznane za 
zbyt staroświeckie. 
- Ano, ano, i to zaraz. Ale nie patrz tak żałośnie, jakby twoja 
ciocia umarła, a nie, jak przystało, wyszła za mą ż. 
- Jakoś trudno mi się uśmiechać. 
- Co prawda, to prawda. Ja też uśmiechałam się dziś tyle, że czuję 
się jak kot z Cheshire. Ale wesele było jak się patrzy, i ta Janka 
Binnie nigdy takiego nie będzie miała, choćby rzeczywiście wyszła 
za tego konkurenta z miasta. I takiej kolacji nie podano by nawet 
w domu gubernatora. Nie mówią c o ceremonii ślubnej! Była tak 
uroczysta, że gdybym chciała wyjść za mą ż, to bym się 
przestraszyła i zmieniła zdanie! 
- Gdyby nie ty, Judysiu, rozpłakałabym się i wszystko popsuła - 
wyznała Pat. 
- No, no, nie przejmuj się. Znałam zupełnie dorosłą  dziewczynę, 
która będą c druhną  rozpłakała się w samym środku ceremonii. I 
zaraz ludzie zaczęli opowiadać, że płakała dlatego, iż to nie ona 
wychodzi za mą ż! Wierutne bzdury, dziewczyna była po prostu 
wrażliwa. Ale i tak lepszy już płacz niż śmiech. Na ślubie 
Izabelli Gardiner jedna z druhen wybuchnęła śmiechem. Nikt nie 
wiedział, co ją  tak rozśmieszyło, ale pan młody uznał, że śmieje 
się ona z niego, i już nigdy się do niej nie odezwał. I tak 
zaczęła się rodzinna kłótnia, która trwała czterdzieści lat. 
Czasem byle drobiazg wywołuje straszne skutki... 
Pat nie uważała śmiechu druhny za nieważny drobiazg. Cieszyła się, 
że nic takiego nie okryło hańbą  ślubu cioci Azalki. 
- No, chodź, najpierw zamieciemy konfetti. Za dawnych dobrych 
czasów obrzucano młodą  parę ryżem. I chociaż kury miały z tego 
jakiś pożytek. No, no, ten stół wyglą da jak pobojowisko! Widzę, że 
jeden z tych srebrnych dzbanuszków jest cokolwiek wyszczerbiony! 
Cóż, po weselu twojej ciotecznej babki Małgorzaty w Wybrzeżu 
Zatoki jeszcze gorzej to wyglą dało! 
- A co się stało, Judysiu! 
- Co się stało, pytasz? A stało, stało. Położyli obrus z frędzlami 
i kuzyn pana młodego, dziś o nim mówią  stary Kuba, a wtedy 
nazywano go brodatym Kubą ... piękną  miał brodę, nie powiem, 
szkoda, że ją  zgolił, kiedy brody wyszły z mody... więc Kuba 
śpiesznie wstał od stołu, jemu zawsze było spieszno, i zaczepił 
guzikiem od surduta o frędzle, i ścią gną ł cały obrus wraz z 
zastawą . Wszystkie talerze się potłukły, jedzenie poleciało na 
dywan, nie mówią c już o sukni biednej panny młodej, na którą  
wylała się filiżanka herbaty. Byłam wtedy młoda i głupia, bardzo 
się więc ubawiłam, ale panie z Wybrzeża Zatoki nigdy już po tym 
nie przyszły do siebie... 
No, leć, zdejmij te wytworne szatki i zabierzemy się do roboty. 
Coś mi się widzi, że w nocy zacznie padać. Zerwał się wiatr i 
ciemno choć oko wykol! 
Wielką  pociechą  było ustawianie sprzętów na ich właściwym miejscu. 
Kiedy skończyły i Srebrny Gaj znów stał się sobą , rzeczywiście 
zapadła ciemność. W okna zaczą ł siec wiatr. 
- Teraz pójdziemy do kuchni i nim się wezmę do chleba, dam ci coś 

background image

do przeką szenia. Widziałam, że nic nie jadłaś. Mam w piekarniku 
gorą cą  grochówkę i znajdzie się jeszcze kawałek kurczaka. 
- Jakoś mi się nie chce jeść... Cią gle myślę o cioci Azalce. 
- Zawszeć to lepiej martwić się na pełny żołą dek, złotko. 
Zasłonimy okno i schowamy się przed ciemnościami. Spójrz na tego 
kota w eleganckim szarym garniturze i białym kołnierzyku. Biedny 
Czwartek marzy o dobrym słowie, cały dzień nikt na niego nie 
zwracał uwagi. 
Zza drzwi dobiegło rozpaczliwe miauczenie. To Dżentelmen Tom 
żą dał, by go wpuścić do domu. 
Pat na chwilę otworzyła drzwi. Po pięknym dniu nastą piła burzliwa 
noc. Deszcz lał strumieniami. Wichura gięła drzewa srebrnego 
gaiku. W stodole wcią ż wył biedny Frycek, gdyż Józek nie wrócił 
jeszcze ze stacji. 
Pat cofnęła się drżą c na całym ciele. Jak rozkosznie było w 
zacisznej kuchni. W piecu żarzył się czerwony ogień. Pod piecem 
zwiną ł się w kłębek Czwartek, rad, że wreszcie wszystko wyglą da 
tak jak powinno. 

Ii 

Pat uwielbiała patrzeć, jak Judysia rozczynia chleb i pogaduje coś 
pod nosem, jak to miała w zwyczaju. Dziś omawiała ślub. 
- No, no, wystroiła się jak się patrzy, ale ciekawa jestem, co 
miała pod spodem. Dobrze jeśli choćby wyłatała bieliznę... Z tej 
Berty Holms to dobry numer... Ma dopiero piętnaście lat, a już 
strzela oczami do chłopaków! Pamiętam wesele jej ciotki, kiedy 
Berta była w wieku Pat. Rzuciła się na podłogę i zaczęła kopać i 
wrzeszczeć! Dużo bym dała, żeby jej sprawić lanie!. 
Szymon Gardiner bardzo się dzisiaj wyelegantował. Jak go 
zobaczyłam takiego wykrochmalonego, kiedy się pysznił, jakby nam 
robił łaskę, że żyje, to aż trudno mi było uwierzyć, że gdy go 
widziałam ostatni raz, był taki pijany, że płaczą c jak dziecko 
uciekał przed stołem ze strachu, że ów stół go dogoni, bo ma aż 
cztery nogi, a on tylko dwie. Trudno było powstrzymać się od 
śmiechu. 
Tak, tak, ludzie nawet nie przypuszczają , co nam się przypomina, 
gdy ich zobaczymy w kościele... 
I trzeba było słyszeć, jak stary Taylor mówi do żony "Pą czuszku", 
a pobrali się już trzydzieści lat temu. Choć zawsze lepiej, niż 
miałby lżyć żonę, jak to stale robi Jerzy Marrey... 
A stary Elmer Davidson spóźnił się i zakłócił swoim człapaniem 
ceremonię. Ten to spóźni się na Są d Ostateczny... 
Przykro było słuchać, jak podczas podpisywania dokumentów Marysia 
Jarris rozdarła gardło. I oni to nazywają  śpiewem! £adny śpiew! 
Twoje cioteczne babki z Wybrzeża Zatoki zachowywały się jeszcze 
majestatyczniej niż zwykle... pewnikiem chciały w ten sposób 
wyrazić swoją  pogardę i dla Gardinerów, i dla Madisonów. Cud, że w 
ogóle raczyły przyjść. No, ale obiad musiał je zaskoczyć, głowę 
dam, że już od dawna nie jadły takich pyszności... 
Nareszcie udało mi się porachować z tą  starą  panną  Sands. 
Powiedziałam jej: "Nie martw się, póki życia, póty nadziei". Ona 
dobrze wiedziała, co mam na myśli. 
Judysia trzęsła się ze śmiechu wyrabiają c ciasto. Potem 
spoważniała. 
- Na tym ślubie był ktoś, kto już żadnego ślubu nie zobaczy. Kasia 
MacKenzie jest naznaczona! 
- Co to znaczy, Judysiu? - spytała odruchowo Pat. 

background image

- Całkiem zapomniałam, że to dziecko słucha! Naznaczona śmiercią . 
Takie już jest życie. Człowiek rodzi się, umiera, a po drodze 
wychodzi za mą ż. 
Pat już niemal spała. Wydało jej się, że czarny kot z dywanika 
zaczyna harcować. 
- Obudź się, złotko, i idź do łóżka. Posłuchaj tej wichury! Jutro 
trzeba będzie zebrać z ziemi jabłka. 
Pat ziewają c podniosła wzrok. Czuła się pocieszona. Mimo 
nieobecności cioci Azalki życie toczyło się dalej. 

Wizyta 

Znów nadszedł wrzesień... Od ślubu cioci Azalki upłyną ł cały rok i 
Pat wydawało się obecnie, że ciocia Azalka zawsze była mężatką . 
Oboje z wujem Bobem często przyjeżdżali z wizytą . Pat bardzo 
przywią zała się do wuja Boba i nawet zaczęły jej się podobać jego 
odstają ce uszy. 
Ostatnim razem ciocia Azalka przywiozła śliczne malutkie dziecko z 
bursztynowymi oczkami podobnymi do oczu Pat. Przylepka stała się 
już dziewczynką . Biegała po całym domu na tłustych nóżkach i była 
siostrą , z której człowiek mógł być naprawdę dumny. Już w 
jedenastym miesią cu życia pojawiły się zą bki. 
Rozkosznie było przyglą dać się, jak Przylepka się budzi, 
rozkosznie było przyglą dać się, jak śpi. Czuła, że się na nią  
patrzy i słodko się uśmiechała. Ale miała temperament! Ledwie 
skończyła osiem miesięcy, ugryzła stryja Toma w palec, kiedy ten 
chciał sprawdzić, czy ma już zą bki. No i przekonał się. 
Nadeszło zaproszenie z Wybrzeża Zatoki, żeby Pat spędziła sobotę u 
ciotecznej babki Franciszki Selby i ciotecznej babki Honoraty 
Atkins, nie wspominają c już o "kuzynie" Danie i ciotecznej 
prababce. Kiedy Pat o nich myślała, wszystko zaczynało się jej 
plą tać. Nie dziwota, powiedziałaby Judysia. 
Pat bardzo się podobało wyrażenie "spędzić dzień". Ale niezbyt 
entuzjastycznie przyjęła to zaproszenie do Wybrzeża Zatoki. Kiedy 
oboje z Sidem byli jeszcze bardzo mali, nazywali dom ciotek Domem 
Niedotykalskim. Wszyscy jego mieszkańcy byli tak okropnie starzy. 
Kiedy dwa lata temu odwiedziła z matką  ciotki, ciotka Franciszka 
bardzo się nastroszyła, gdy Pat zerwała z drzewa cudowną  dojrzałą  
śliwkę. A ciotka Honorata, wysoka dama ze śnieżnobiałymi włosami i 
oczami czarnymi jak jej suknia, kazała Pat recytować biblijne 
wersety i wyraziła swe zdumienie, gdy zdarzyło jej się pomylić. Te 
ciotki stale kazały recytować wersety, utrzymywała Winnie, która 
częściej tam bywała, i człowiek nigdy nie wiedział, czy potem 
dostanie ciastko czy szturchańca. 
A tu miała pojechać sama! Sid też został zaproszony, ale Sid był 
akurat u wuja Briana, żeby w mieście wyleczyć zęby. Może zresztą  
dobrze się złożyło, bo Sid nie cieszył się obecnie łaskami babek. 
Podczas swej ostatniej wizyty zasną ł przy kolacji i spadł z 
krzesła trzymają c w ręku zabytkową  szklankę! 
Pat w pią tek wieczorem zasiadła na kamiennych schodkach przed 
drzwiami kuchni, by omówić swą  wyprawę z Judysią . Równocześnie 
odrabiała rachunki. Tym razem było to odejmowanie i Judysia trochę 
jej pomagała. Judysia świetnie dodawała i odejmowała. Jak miała 
dobry dzień, to potrafiła mnożyć. Do dzielenia nawet się nie 
zabierała. 

background image

Kuchnia pełna była korzennego zapachu marynat. Pod studnią  
siedział Dżentelmen Tom nie spuszczają c oczu z psiaka Józka, który 
drzemał na progu piwnicy nie spuszczają c oczu z Dżentelmena Toma. 
W ką cie podwórza leżał stos chrustu, starannie ułożonego w letnie 
wieczory przez Sida i Pat. Pat była z niego bardzo dumna. 
Wyobrażała sobie wesołe zimowe wieczory, kiedy za oknami będzie 
zawodził wiatr i skarżył się, że go nie wpuszczają  do Srebrnego 
Gaju. Pat czułaby się zupełnie szczęśliwa, gdyby nie ta jutrzejsza 
wizyta. 
- Ciocie są  takie "uroczyste" - zwierzyła się Judysi. Nigdy nie 
ośmieliłaby się krytykować ich wobec matki, matka była z domu 
Selby i bardzo się swoją  rodziną  szczyciła. 
- Ich matka była Chidlawówną  - oznajmiła Judysia, jakby to było 
wytłumaczenie. - Nie zaprzeczę, że są  dosyć ponure, ale los ich 
nie oszczędzał. Twoja ciotka Franciszka straciła męża jeszcze 
przed ślubem, a ciotka Honorata zaraz po ślubie i wcią ż jeszcze 
spierają  się, której stała się większa krzywda. Rzeczywiście, są  
może oszczędne jak na to, że mają  kupę forsy! Ale nie brak im 
serca i bardzo kochają  wszystkie dzieci twojej matki. 
- Ciocia Franciszka i ciocia Honorata są  rzeczywiście zupełnie do 
zniesienia, ale trochę się boję prababki Hanny i kuzyna Dana - 
wyznała Pat. 
- Nie bój się, nie ma czego. Starej damy pewnie nawet nie 
zobaczysz. Od szesnastu lat nie wyszła ze swego pokoju i mało kto 
ją  widuje. Dziewięćdziesią t trzy lata - piękny wiek! A stary Dan 
nikomu by nie wyrzą dził krzywdy. Kiedy był chłopcem, zasną ł u 
wierzchołka schodów i sturlał się na sam dół. I nigdy już nie 
przyszedł do siebie. Mówią , że zobaczył ducha! 
- Judysiu! To w Wybrzeżu Zatoki jest duch? 
- Teraz już nie ma. Ale kiedyś był. Oni się go strasznie 
wstydzili. 
- Dlaczego? 
- Uważali, że to hańba dla domu. Kto inny uznałby to za wielki 
honor. Choć nie przeczę, ten duch z Wybrzeża Zatoki zachowywał się 
dość nieznośnie. Był bardzo przyjazny, ale ukazywał się w najmniej 
odpowiednich momentach. Widać czuł się osamotniony... Siadał nocą  
w nogach łóżka i patrzył żałośliwie, jakby się skarżył, że mu 
nigdy nie powiedzą  dobrego słowa. A kiedy przychodzili goście i 
wszyscy się świetnie bawili, zaraz rozlegało się westchnienie i 
nie potrzebowali się rozglą dać, by go zobaczyć. Ale duch ten 
przestał się pojawiać po śmierci twego ciotecznego prapradziadka, 
kiedy rzą dy objęła twoja cioteczna praprababka. Ona nawet dla 
ducha była już zbyt oszczędna. Więc nie musisz się go bać, za to 
trzymaj się z dala od tego wazonu, który robi miny. 
- Od wazonu, który robi miny? 
- Przecie powiadam. Stoi na gzymsie kominka w salonie i kiedyś, 
kiedy Sara Jenkins ścierała kurze, zrobił do niej straszną  minę. 
Mało nie umarła z przerażenia! 
Pat była zachwycona. Ale doszła do wniosku, że Judysia trochę zbyt 
lekceważą co wyraża się o mieszkańcach Wybrzeża Zatoki. 
- Ciotki mają  wspaniałe stare meble. 
- Wspaniałe?! - Judysia świetnie wiedziała, o co chodzi. - No cóż, 
o wspaniałych meblach to ja mogłabym ci niejedno opowiedzieć. Czyż 
jako dziewczynka nie pracowałam na Zamku MacDermottów? Tam dopiero 
było wspaniale. £oża okryte były jedwabnymi i koronkowymi kapami! 
Białe marmurowe schody ze złotą  poręczą . Talerze też były z litego 
złota! Służyło nas tam trzydzieści osób. Mieli nawet służą ce dla 
służby! A po bożonarodzeniowej kolacji pan przynosił talerz, na 

background image

którym leżały złote monety. Każdy dostawał taką  monetę! Gdzie do 
tego farmie Selbych!... 
No, powtórz sobie na wszelki wypadek wersety z ostatniej 
niedzieli, twoja ciocia Honorata gotowa cię przepytać. 
- Przed tobą , Judysiu, wyrecytuję je na pewno bez błędu. Ale przy 
cioci Honoracie zawsze się peszę. 
- No to zamknij oczy i wyobraź sobie, że deklamujesz główce 
kapusty!... Co prawda staremu Jedowi Cattermole nic nie pomogło! 
Nie zapomnę tego zebrania odrodzenia religijnego. 
- Co ona mu zrobiła, Judysiu? 
- Przecie powiadam. Staremu Jedowi wydawało się, że zjadł 
wszystkie rozumy, bo nie wierzy w Pana Boga. I żeby się popisać, 
poszedł na zebranie odrodzenia religijnego, które w tamtych 
czasach urzą dzał pastor Campbell. I jak się już parę osób 
pokajało, Jed bezczelnie wstał i powiedział: "Ja tam nie wierzę w 
Pana Boga, ale jeśli nawet On istnieje, to jest okrutnym tyranem! 
- Nadą ł się jak indor i cią gną ł: - Więc wyzywam go, żeby na dowód 
swego istnienia położył mnie trupem!" Wszyscy zgorszyli się i 
zapanowała cisza jak makiem zasiał. Aż dopiero twoja ciotka 
Honorata odwróciła się w jego stronę i spokojnie oświadczyła: "Czy 
ty, Jedeodiaszu Cattermole wyobrażasz sobie, że jesteś aż taki 
ważny, żeby Panu Bogu chciało się na ciebie podnieść rękę?" 
Wszyscy zaczęli się śmiać. Widziałaś kiedyś przekłuty balon? Tak 
właśnie wyglą dał ten pyszałek Jed. No, zrobiłaś rachunki, moje 
marynaty gotowe, to możemy się rozerwać i upiec parę jabłuszek, 
nabijają c je goździkami. 
- Szkoda, że nie ma Sida - westchnęła Pat. - On tak lubi te 
jabłuszka! Jak myślisz, Judysiu, czy Sid wróci w niedzielę 
wieczór? Nie wytrzymam bez niego całego następnego tygodnia! 
- Ty za bardzo o niego stoisz, złotko. Co będzie, jak dorośnie i 
będziecie się musieli rozstać! 
- Nigdy się nie rozstaniemy, Judysiu. ¯adne z nas nie będzie miało 
ani żony, ani męża i zostaniemy razem w Srebrnym Gaju. Dawnośmy to 
już zdecydowali. 
Judysia westchnęła. 
- Martwię się o ciebie. Dlaczego nie zaprzyjaźnisz się z 
dziewczynkami w szkole? Winnie ma kupę przyjaciółek. 
- Kiedy ja wolę Sida. Koleżanki są  bardzo miłe, ale ich nie 
kocham! I wcale nie chcę kochać nikogo poza rodziną  i Srebrnym 
Gajem. 

Ii 

Skoro Pat tak czy inaczej musiała pojechać z wizytą  do Wybrzeża 
Zatoki, cieszyła się, że ma to nastą pić właśnie w sobotę, gdyż 
ojciec miał zamiar postawić wokół sadu nowy płot. Pat przykro by 
było patrzeć, jak stary płot pada na ziemię. Był tak ślicznie 
omszały i obrosły dzikim winem. 
Judysia też miała powód do zadowolenia. Padł wyrok na starą  topolę 
w rogu podwórza, do szczętu zmurszała w środku i podczas następnej 
wichury gotowa była upaść na kurnik. Judysia umówiła się z Długim 
Alkiem, że zetnie on ją  podczas nieobecności Pat, wiedziała 
bowiem, że każde uderzenie siekierą  trafi prosto w serduszko 
ukochanej dziewczynki. 
Józek zawiózł Pat autem. Wychyliła się, by pokiwać Srebrnemu 
Gajowi. Na sznurze za domem wisiały pajacyki Przylepki, kołysały 
się na wietrze i wyglą dało to tak, jakby trzy Przylepki wywracały 
koziołki. Pat westchnęła i postanowiła pogodzić się z losem. 

background image

Dzień był śliczny, nasycony jesienną  błękitną  mgiełką . Droga 
prowadziła w dół przez porosłe świerkami "uroczyska", wszędzie 
pełno było paproci, wawrzynów i jagód. A na samym końcu drogi stał 
szary dom twarzą  ku zachodowi słońca i tak blisko morza, że 
podczas burz fale zalewały schodki... Pat zawsze uważała, że ten 
stary dom wie dużo ciekawych rzeczy. Był to dom matki, należało go 
więc kochać, niezależnie od tego, czy kochało się jego 
mieszkańców. 
W Wybrzeżu Zatoki każde nadjeżdżają ce auto wywoływało jeszcze 
sensację. Ciotki wyszły przed dom i uroczyście ją  powitały, a z 
są siedniego pola pomachał jej kuzyn Dan, który akurat orał. 
Józek zawrócił, zostawiają c Pat samą ; jakoś musiała przetrwać te 
chwile powitania i oględzin. Cioteczne babki były tak sztywne jak 
ich krochmalone halki, które wcią ż jeszcze nosiło się w Wybrzeżu 
Zatoki. 
Prawdę mówią c ciotki były też zakłopotane; zupełnie nie wiedziały, 
co powiedzieć temu długonogiemu opalonemu dziecku, które uważały 
za swój obowią zek od czasu do czasu zaprosić. 
Potem na parę minut zabrano Pat do pokoju prababki. Niechętnie 
poszła na górę. Prababka Hanna była tak niewysłowienie stara... 
Maleńka, pomarszczona twarz patrzyła na nią  spod baldachimu 
wielkiego łoża. 
- To ta dziewuszka Marysi? - spytał piskliwy głos. 
- Jestem Patrycja Gardiner - oznajmiła Pat, która nie cierpiała, 
żeby nazywano ją  czyją ś dziewuszką ! Nawet matki. 
Prababka Hanna wysunęła szponiastą  dłoń, ujęła Pat za ramię i 
przycią gnęła ją  do łóżka przyglą dają c się wyblakłymi, niebieskimi 
oczyma. 
- £adna nie jest... ładna nie jest - mruknęła. 
- Pewnie wyładnieje, jak wyrośnie - oświadczyła ciotka Franciszka 
tonem osoby, która stara się zawsze znaleźć dobre strony przykrej 
sytuacji. - Teraz jest strasznie opalona. 
Brunatna buzia Pat oblała się rumieńcem. Mało ją  obchodziło, czy 
jest ładna, ale nikomu nie jest przyjemnie wysłuchiwać krytyk. 
Judysia uznałaby to na pewno za "brak manier". 
Po chwili zeszły na dół i ciotka Honorata oświadczyła przerażonym 
tonem: 
- Ależ, dziecko, ty masz podartą  sukienkę! 
Pat wolałaby, żeby nie zwracano się do niej per dziecko. Chętnie 
pokazałaby ciotce Honoracie język, ale to także byłoby brakiem 
manier. Stała więc tylko sztywno, kiedy ciocia Honorata zszywała 
pęknięty szew rękawa. 
- No tak, Marysi trudno jest się wszystkim zają ć, a Judytę Plum 
mało by to obeszło, gdyby dzieci chodziły w łachmanach - zauważyła 
niby to wyrozumiale ciotka Franciszka. 
- Judysia bardzo o nas dba - zaprotestowała Pat. - I o nasze 
ubrania, i o maniery. A ten rękaw pękł mi w aucie! 
Mimo tego niezbyt zachęcają cego począ tku dzień był zupełnie 
znośny. Pat poprawnie wyrecytowała wersety, ciotka Honorata 
wręczyła jej ciasteczko i pilnie przyglą dała się, gdy jadła. Pat 
strasznie chciało się pić, ale nie śmiała poprosić o szklankę 
wody. 
Ale podczas obiadu podano mleko... "Odcią gane" mleko, zauważyłaby 
zaraz Judysia. Za to szklanki były ze ślicznego złotozielonego 
szkła i najbardziej odcią gane mleko wyglą dało w nich jak najlepsza 
śmietanka. Obiad według standardów Srebrnego Gaju był bardzo 
skromny. Pat otrzymała mizerną  porcyjkę, ale za to na talerzu 
ozdobionym wokół jesiennymi liśćmi, talerzu ze słynnego, liczą cego 

background image

sto lat serwisu Selbych. Pat poczuła się uhonorowana i starała się 
zapomnieć o głodzie. Na deser otrzymała trzy śliwki. 
Po obiedzie ciotka Franciszka oznajmiła, że boli ją  głowa i musi 
się położyć. Kuzyn Dan zaproponował jej aspirynę, a ona zmiażdżyła 
go wzrokiem. 
- Wszechmogą cy nie życzy sobie, byśmy uciekali się do aspiryny, by 
złagodzić ból, który nam raczył zesłać! - oświadczyła wyniośle i 
znikła wą chają c ocet z czerwonej kryształowej buteleczki. 
Ciotka Honorata zaprowadziła Pat do salonu i kazała jej się bawić. 
I Pat się to udało. W salonie było pełno ciekawych rzeczy i teraz, 
kiedy znalazła się tu sama, mogła się wszystkiemu przyjrzeć. 
Zastanawiała się, co by zrobiła, gdyby musiała spędzić popołudnie 
w towarzystwie ciotek. I ona, i ciotka Honorata odczuły wielką  
ulgę rozstają c się. 

Iii 

Meble w salonie były naprawdę wspaniałe i piękne. Wielka klamka z 
brą zu była tak wypolerowana, że widziała w niej lekko zdeformowany 
obraz własnej buzi. Na porcelanowej tabliczce na drzwiach 
wymalowano róże. Zasłony były spuszczone i Pat zachwyciła się 
zielonkawym światłem... czuła się jak syrena w morskim 
przestworzu. 
A ten orszak sześciu słowików z kości słoniowej, który kroczył po 
czarnej tafli gzymsu kominka! I wielkie dropiaste muszle; gdy 
przykładała je do ucha, słyszała szum morza. 
A oto słynny wazon pełen pawich piór, który robił miny do Sary 
Jenkins. Był szklany, rzeczywiście z boku widniało coś, co 
przypominało twarz. Ale ta twarz nie wykrzywiła się, choć 
przyglą dała jej się zachęcają co. Na bocznym stoliczku siedziała na 
żółtym gnieździe wspaniała porcelanowa ruda kura. 
Pat chętnie pomyszkowałaby po domu. Mniej interesowały ją  meble i 
dywany, bardziej listy w pudłach na górze i stare suknie w 
kufrach. Ale to nie było możliwe. Nie śmiała wyjść z salonu. 
Ciotki gotowe by umrzeć z przerażenia, gdyby zobaczyły, że kręci 
się po domu. 
Kiedy obejrzała już dokładnie cały salon, usiadła na kanapie i 
całą  godzinę oglą dała fotografie w starych spłowiałych pluszowych 
albumach. Jakie śmieszne bombiaste długie spódnice i bufiaste 
rękawy, i ogromne kapelusze na czubkach głów. 
Oto zdjęcie ojca - młodziutki mężczyzna bez wą sów. Pat aż się 
roześmiała. A oto matka - okrą gła pulchna twarz, grzywka i wielka 
kokarda we włosach. Cioteczny dziadek Burton, który wyjechał i 
"zaginą ł o nim słuch". Co za fascynują ce zdanie. Przecież słyszało 
się nawet o nieboszczykach! 
Ciocia Honorata jako mała dziewczynka! Wyglą dała zupełnie jak 
Przylepka! Czyżby Przylepka miała kiedyś wyglą dać tak jak ciocia 
Honorata? Nie, niemożliwe! Czyżby ludzie się aż tak zmieniali? Pat 
westchnęła. 

Dziewica w opałach 

Zbliżał się wieczór i zaczęto zastanawiać się, jak Pat ma wrócić 
do domu. Zasadniczo miała ją  odwieźć ciotka Franciszka, która była 
rodzinnym woźnicą . Ale ciotka Franciszka wcią ż jeszcze z Bożej 

background image

woli cierpiała w swojej sypialni, a ciotka Honorata nie powoziła 
już od kilku lat. Kuzynowi Danowi nie ufano. 
Wreszcie ciotka Honorata zadzwoniła do najbliższego są siada. 
- Morton MacLeod wybiera się do miasta. Tak i myślałam, przecież 
dzisiaj sobota. Mówi, że po drodze podrzuci cię do Srebrnego Gaju. 
Nie boisz się pójść do niego sama? Zdą żysz przed zmierzchem. 
Pat bała się tylko jednego - zostania na noc w Wybrzeżu Zatoki. 
Ciemności jej nie przerażały. Często wychodziła wieczorem z domu. 
W Srebrnym Gaju mawiano, że Pat jest "prawdziwą  córką  swego ojca". 
Długi Alek zawsze lubił włóczyć się nocą . Mawiał, że zachwyca się 
"urodą  zmroku". Legenda rodzinna głosiła, że czteroletnia Pat całą  
noc spędziła w sadzie, śpią c smacznie, i nikt tego nie zauważył, 
nim o świcie nie wróciła od chorej są siadki Judysia i nie 
zaalarmowała domu. Pat niewyraźnie pamiętała, jak na jej widok 
rozświetliła się pobladła twarz matki. 
Grzecznie się pożegnała i pobiegła do MacLeodów, gdzie spotkały ją  
złe wiadomości. Auto Mortona "wysiadło" i musiał zrezygnować z 
jazdy do miasta. 
- Więc musisz wrócić do Wybrzeża Zatoki! 
Pat wolno poszła alejką , a kiedy ściana świerków odgrodziła ją  od 
domostwa MacLeodów przystanęła, by się zastanowić. Nie chciała 
wracać do Wybrzeża Zatoki. Nie chciała spędzić nocy w tym 
nieprzyjaznym ogromnym pokoju gościnnym, w którym straszyło 
wielkie łoże. Nie, pójdzie sama do domu. To w końcu tylko trzy 
mile - tyle co do szkoły i z powrotem. 
Pat ruszyła dziarskim krokiem, czują c się bardzo dzielna i 
dorosła. Wyobrażała sobie, z jaką  dumą  spojrzy na nią  Judysia, gdy 
stanie w drzwiach i oznajmi, że sama przyszła z Wybrzeża Zatoki - 
i to po ciemku! 
Aż tu nagle na jej spotkanie wyszła mroźna ciemna noc... droga 
rozwidlała się, w którą  stronę ma skręcić, w lewo? Tak, chyba w 
lewo. Pat zaczęła biec i czuła, jak ogarnia ją  panika. 
Było już zupełnie ciemno. I Pat nagle odkryła, że ciemności o dwie 
mile od domu to zupełnie co innego niż ciemności w sadzie lub w 
Alejce Westchnień, kiedy z dala widnieją  światła Srebrnego Gaju. 
Przyjazne w dzień lasy wydały się jej teraz strasznie obce. 
Porosłe ciemnymi jodłami wzgórza groźnie się ku niej nachylały. 
Czy idzie właściwą  drogą ? Nigdzie nie widać świateł domów... 
Czyżby skręciła w złą  stronę i kroczy ścieżką , która biegnie na 
tyłach farm? Czy uda jej się dojść do domu? Czy jeszcze kiedyś 
zobaczy Sida? Usłyszy śmiech Winnie? Gaworzenie Przylepki? 
Ostatniej niedzieli chór w kościele śpiewał: Ciemna jest noc, a 
droga do domu daleka... Teraz wiedziała, co to znaczy! Biegła... 
rosną ce wzdłuż drogi białe brzozy usiłowały ją  schwytać... Wśród 
świerków skowyczał wiatr... Ach, te dziwne cienie... może to 
jednak są  leśne wróżki? Judysia mówiła, że kiedy człowiek spotka 
wróżkę, to zmienia się nie do poznania... Pat nie wyobrażała sobie 
nic straszniejszego. Miałażby przestać być sobą ? 
Nagle usłyszała czyjś spokojny głos: 
- Może mógłbym ci pomóc? 
Ktoś pojawił się na zakręcie drogi. Chłopiec... niewiele od niej 
wyższy... miał jakieś dziwne oczy... za nim kroczyło coś, co 
wyglą dało na psa... Nagle Pat poczuła się bezpieczna. Ten głos 
wzbudzał zaufanie. 
- Chyba zabłą dziłam... - szepnęła. - Jestem Pat Gardiner... 
musiałam źle skręcić. 
- Jesteś na bocznej drodze - oświadczył chłopiec. - Ale zaraz 
będzie zakręt i potem droga prowadzi do Srebrnego Gaju. Tyle że 

background image

naokoło. Odprowadzę cię. Nazywam się Hilary Gordon, ale wszyscy 
nazywają  mnie Szkrabem. 
Pat od razu wiedziała, kim on jest. Judysia opowiadała, że 
Gordonowie kupili starą  farmę Adamsów opodal Srebrnego Gaju. Nie 
mieli dzieci, ale mieszkał z nimi bratanek i Judysia stale 
powtarzała, że "mały nie ma lekko". Nie chodził do szkoły w 
Północnym Glen, bo chociaż farma Adamsów była tak blisko, należała 
jednak do dystryktu Południowego Glen. 
Szli żwawym krokiem. Niewiele rozmawiali, ale Pat nagle poczuła 
się szczęśliwa. Wzeszedł księżyc i skorzystała z tego, by 
przyjrzeć się swemu towarzyszowi. Na nosie miał ciemne okulary - 
to dlatego jego oczy robiły tak dziwaczne wrażenie. Jedna nogawka 
spodni sięgała do połowy łydki, druga kończyła się powyżej kolana. 
To było dosyć okropne! 
- Ja jestem ze Srebrnego Gaju, wiesz? - oznajmiła. 
- A ja zniką d - odpowiedział smętnie Szkrab. 
Pat nie bardzo rozumiała, co on chce przez to powiedzieć, ale 
bardzo chciała go pocieszyć. Wzięła go za rękę - jego dłoń była 
miła i ciepła. 
- Doką d prowadzi ta ścieżka? - spytała, gdy mijali dróżkę 
prowadzą cą  w mrok. 
- Nie wiem, ale któregoś dnia pójdziemy nią  i zobaczymy 
- odpowiedział Szkrab. 
Czuli się jak starzy przyjaciele. 
I nagle za polem ukazały się światła Srebrnego Gaju... witał ją  
ukochany dom. Pat miała ochotę zaczą ć z radości krzyczeć. 
- Dziękuję ci, żeś mnie odprowadził - powiedziała nieśmiało przed 
furtką  prowadzą cą  na podwórze od strony kuchni. - Strasznie się 
bałam... 
I nagle zebrała się na odwagę, przypomniała sobie, jak Judysia 
mówiła, że przyzwoite dziewczyny zapraszają  do domu 
odprowadzają cych je chłopców. 
- Chciałabym, żebyś w poniedziałek przyszedł do nas na obiad. Będą  
kurczaki, bo to dzień święta Pracy. Bardzo cię proszę... 
- Dobrze - zgodził się Szkrab. - Tak się cieszę, że McGinty i ja 
mogliśmy ci pomóc. 
- McGinty to twój pies? - spytała Pat, przyglą dają c mu się dość 
lękliwie. Znała tylko dwa psy, Frycka Józka i starego Brunona 
stryja Toma. 
- Tak. On jest moim jedynym przyjacielem. 
- Nie jedynym. A ja? - zaprzeczyła Pat. 
Szkrab uśmiechną ł się nagle. Miał bardzo miły uśmiech. 
- Więc już nie jedynym - zgodził się. 
W otwartych drzwiach kuchni ukazała się Judysia. 
- Muszę lecieć - oświadczyła szybko Pat. - No to do poniedziałku. 
Nie zapomnij. I przyprowadź McGinty'ego. Znajdzie się dla niego 
parę kostek. 
- Z kim ty się żegnałaś? - spytała z ciekawością  Judysia. - Co 
prawda to mogłaś tego swojego kawalera zaprosić, żebyśmy się mu 
przyjrzeli. Młodo zaczynasz! 
- To nie żaden kawaler, Judysiu - zawołała zgorszona tym pomysłem 
Pat. - To tylko Szkrab. 
- Coś takiego! A czy można wiedzieć, kim jest ten Szkrab? 
- Nazywa się Hilary Gordon... Wracałam do domu sama i 
zabłą dziłam... Trochę się bałam... Zaprosiłam go w poniedziałek na 
obiad... 
- No, no, szybka z ciebie dziewczyna... - roześmiała się Judysia, 
rada że będzie miała powód do przekomarzania się z Pat... z Pat, 

background image

która jeszcze tego ranka nie widziała świata poza Sidem. 
Ale Pat była zbyt szczęśliwa, żeby się tym przeją ć. Nareszcie była 
w domu, w jasnej kuchni Srebrnego Gaju. Zapomniała o przerażeniu. 
- Schowałaś dla mnie kawałek ciasta? 
- Schowałam, schowałam. Czy to nie wiem, że w Wybrzeżu Zatoki nikt 
jeszcze nie najadł się do syta? I co powiesz na kawałek kiełbasy z 
pieczonymi kartoflami? 
Podczas kolacji Pat opowiedziała Judysi, jak spędziła dzień, a 
potem, co czuła podczas samotnego powrotu. 
- Bardzo byłaś dzielna, że nie bałaś się pójść sama - pochwaliła 
ją  Judysia, tak jak oczekiwała tego Pat. - Ale chwała Najwyższemu, 
że się nawiną ł ten Szkrab. Pamiętaj, żebyś go zapraszała na 
kolację, ile razy trafi się okazja. Larry Gordon mieszkał kiedyś 
na farmie Taylorów, straszny był z niego sknera. 
Judysia zaliczała ludzi, którzy nie grzeszyli rozrzutnością , do 
czterech kategorii. Najpierw byli "oszczędni", to jeszcze 
zasługiwało na pochwałę. Gorzej było, gdy "liczyli każdy grosz", a 
zupełnie źle, kiedy "ską pili sobie masła". Wreszcie byli 
"sknerami", co oznaczało, że przekroczyli granice ską pstwa. 
Judysia nie mogła się oprzeć, by nie przycią ć Pat. 
- No co, pewnie po tych splendorach Wybrzeża Zatoki moja kuchnia 
wydaje ci się bardzo ubożuchna? 
- W kuchni Srebrnego Gaju jest dużo milej niż w salonie Wybrzeża - 
oświadczyła Pat sennym głosikiem. Dzień był jednak zbyt męczą cy 
jak na ośmioletnią  wytrzymałość. 
Matka usypiała Przylepkę śpiewają c jej do snu, ale zeszła na dół 
spytać się, jak Pat spędziła dzień. 
- Wybrzeże Zatoki jest śliczne - odpowiedziała zgodnie z prawdą  
Pat. Było śliczne. A Pat nie chciała ranić uczuć matki wyznają c, 
że ta wizyta w jej rodzinnym domu nie należała do 
najprzyjemniejszych. Matka kochała Wybrzeże Zatoki niemal tak 
bardzo, jak Pat Srebrny Gaj. 

Obiad 

Niedziela była smutna. Pat zobaczyła ściętą  topolę i nie dawała 
się pocieszyć. 
- Spójrz tylko, złotko, jaki teraz mamy piękny widok między 
kurnikiem i tą  pokościelną  szopą  - pokazała jej szybko Judysia. - 
Przedtem nigdy nie widzieliśmy stą d Południowej Rzeczki. No, masz 
twoje niedzielne rodzynki. Zajadaj i zapomnij o tym starym 
drzewie, które należało ścią ć już dobre dziesięć lat temu. 
Co niedziela każde dziecko ze Srebrnego Gaju otrzymywało od Judysi 
garstkę rodzynków: "niedzielny poczęstunek". Pat zjadła je 
posłusznie, wcią ż jednak szlochają c i dopiero wieczorem przyznała, 
iż ten nowy widok jest naprawdę śliczny. Zasiadła przy okrą głym 
okienku i obserwowała, jak srebrzyście wije się rzeczka. Niemniej 
wcią ż jej brakowało przyjaznego zielonego gą szczu kopuły topoli. 
- Nigdy już nie zobaczę, jak hasają  po niej kociaki - ubolewała. - 
Wdrapywały się na gałą ź i zeskakiwały z niej na dach kurnika. Tak 
się świetnie bawiły... Ach, Judysiu, nie myślałam, że drzewa mogą  
się postarzeć! 
W poniedziałek rano przypomniała sobie, że zaprosiła Szkraba na 
obiad. Zaczęła mieć pewne wą tpliwości. A jeśli on pojawi się w 
tych strasznych spodniach z oberwaną  nogawką ? Nie śmiała prosić, 

background image

boją c się przekomarzań, by Judysia ładnie nakryła stół. I bardzo 
ucieszyła się, widzą c srebrne noże i widelce i odświętny srebrny 
dzbanuszek do mleka. 
- Czemu przypisać te wspaniałości? - spytał Józek. 
- Na obiad przyjdzie kawaler Pat - oznajmiła Judysia. - Musimy 
zadbać o honor rodziny! 
- Judysiu! - zawołała z oburzeniem Pat. Ani teraz, ani nigdy 
później nie pozwalała nazywać Szkraba swoim "kawalerem". - On nie 
jest "kawalerem". Do mnie nigdy nie przyjdzie żaden kawaler! 
- Nigdy też nie trwa wiecznie - mruknęła Judysia. - Ty, Józku, 
zamknij lepiej twojego psiaka, bo, o ile wiem, młody człowiek 
przyprowadzi swojego i wolałabym, żeby się nie posprzeczały. 
Wreszcie koło furtki pojawił się Szkrab z McGintym i zatrzymali 
się tam dość nieśmiało. Pat wybiegła na powitanie. Z ulgą  
zobaczyła, że Szkrab ma na sobie trochę wytarte, ale przyzwoite 
ubranie z nogawkami równej długości. Oczywiście był boso, ale to 
nic nie szkodziło. Wszyscy chłopcy w Północnym Glen biegali latem 
boso... choć może nie wówczas, gdy wybierali się z wizytą . Ktoś 
bardzo krzywo obcią ł Szkrabowi włosy. Ciemnoniebieskie okulary 
zasłaniały mu oczy, był blady, usta miał od ucha do ucha. Nie, nie 
był ładny. Ale Pat poczuła, że go naprawdę lubi. I lubi 
McGinty'ego, który okazał się bardzo młodym psem żą dnym życia. 
- Pysznie pachnie to nadzienie, co? - spytała Pat prowadzą c 
Szkraba do kuchni. - I Judysia zrobiła na deser szarlotkę. 
Szarlotka jest zawsze wspaniała. Judysiu, to jest Szkrab... i 
McGinty. 
Rodzina powitała Szkraba życzliwie... Judysia musiała ich 
uprzedzić. Ojciec spytał go poważnym tonem, czy woli udko czy 
skrzydełko, a matka, czy zje szarlotkę z kremem. Pat poczuła, że 
może polegać na rodzinie. Nawet Winnie była serdeczna i namówiła 
Szkraba na drugą  porcję szarlotki. Cudowna rodzina! 
McGinty'emu Judysia podała na schodach do piwnicy ogromną  michę 
mięsa i kości. 
- No, Panie Psie, do roboty. Założę się, że u Marii Gordon niczego 
takiego nie jadłeś! 
Po obiedzie Szkrab zaproponował nieśmiało: 
- Wiesz co, wczoraj widziałem na tym naszym pastwisku za 
strumieniem fajne grzyby. Chodźmy i nazbierajmy. 
Pat zawsze chciała poznać lepiej strumień, który oddzielał Srebrny 
Gaj od farmy starego Adamsa, a potem skręcał na jego pola. Ale 
żadnemu z dzieci ze Srebrnego Gaju nie wolno było tam chodzić. 
Stary pan Adams słyną ł z tego, że nie pozwalał dzieciarni 
"szwendać się po swoich polach". 
- Myślisz, że twój stryj pozwoli? - spytała Pat. 
Okazało się, że ani stryja, ani ciotki nie ma w domu. Pojechali 
spędzić święto Pracy u przyjaciół. 
- To co byś jadł na obiad, gdybyś do nas nie przyszedł? 
- Och, zostawili mi chleb i melasę - odparł Szkrab. 
Chleb z melasą  w świą teczny dzień! To już było gorsze niż 
sknerstwo! 
- ¯ebyście się tylko nie potruli grzybami - ostrzegła Judysia, 
wręczają c im torebkę cynamonowych bułeczek. - Znałam kiedyś dwoje 
dzieci, które najadły się w lesie muchomorów. 
- I pewnie już nigdy nie przyszły do siebie? - zapytał kpią co 
Józek. 
- Czy w grobie można przyjść do siebie? - skwitowała drwinę 
Judysia. 
Kiedy oddalili się od domu, nieśmiałość Szkraba prysła i okazał 

background image

się wspaniałym kompanem... tak wspaniałym, że Pat poczuła się 
nielojalna wobec Sida. Starała się uspokoić sumienie tłumaczą c 
sobie, że biednemu Szkrabowi bardzo potrzeba czyjejś życzliwości. 
To Szkrab zaproponował, żeby nazwać strumień Jordanem, bo "musimy 
go przekroczyć". 
- I płynie między naszymi farmami! - zawołała zachwycona Pat. Oto 
nareszcie znalazła kogoś, kto tak jak ona lubi nadawać nazwy 
ulubionym zaką tkom. 
- Zbudujemy tu z kamieni most, żebyśmy, kiedy zechcemy, mogli 
przechodzić na drugą  stronę - oświadczył Szkrab, który 
najwyraźniej uważał, że będzie się to często zdarzało. 
świetnie się przy tym ubawili, a kiedy most był gotowy - solidny 
most, bo Szkrab nie tolerował byle jakiej roboty - resztę popołudnia 
spędzili na wędrówce. Poszli wzdłuż Jordanu aż do jego źródła, 
które odnaleźli z drugiej strony farmy starego Adamsa, w głębi 
lasu poprzecinanego krętymi ścieżkami. Strumień wił się, od czasu 
do czasu opadał kaskadą  w dół, a mchy na jego brzegach mieniły się 
szmaragdowo i złociście. 
McGinty był wniebowzięty. Taka wyprawa to raj dla psiego serca. 
Wybiegał naprzód, potem przysiadał i czekał, a z pyska zwisał mu 
czerwony jęzor. Pat pokochała McGinty'ego, z przykrością  
stwierdziła, że woli go od kudłatego kundelka Józka, który był 
psem jednego człowieka, a na wszystkich innych warczał. McGinty 
tak strasznie chciał być kochany. Miał białe policzki, 
złocistobrunatny grzbiet i takież uszy, które zwykle wesoło 
sterczały i opadały tylko wówczas, kiedy się czymś zmartwił. A 
ogonkiem wymachiwał jak najęty, ilekroć czuł, że ktoś sobie tego 
życzy. 

Ii 

W końcu znaleźli zupełnie czarowny zaką tek... głębokie jeziorko w 
lesie, do którego spływał strumyk szemrzą c między kamieniami 
wzgórza. Wokół rosły omszałe świerki i wyniosłe klony. To było 
takie piękne, aż bolało. Pat zastanawiała się, czemu tak często 
piękno sprawia człowiekowi ból... 
- To chyba najładniejsze miejsce, jakie kiedykolwiek widziałam - 
szepnęła Pat, dorzucają c zaraz "niemal najładniejsze", bo 
przypomniało jej się Ukryte Pólko. 
- Prawda? - zgodził się radośnie Szkrab. - Chyba nikt go nie 
zna... To będzie nasza tajemnica. 
- Dobrze! - przystała z ochotą  Pat. 
- Zawsze przychodzi mi tu na myśl wiersz, którego nauczyłem się w 
szkole. Zaczarowane źródło... Znasz go? 
Szkrab zadeklamował wiersz. Pat pomyślała, że musi być bardzo 
zdolny. Nawet Sid nie znał na pamięć żadnego tak długiego utworu. 
Niektóre linijki brzmiały jak muzyka. Ale co to jest "wieczorny 
wieśniaka lęk"? Ach, wieśniak to po prostu farmer. "Wieczorny 
farmera lęk"... Nie, to brzmi śmiesznie. Niech już zostanie 
wieśniaka. Oboje ze Szkrabem głośno się roześmiali, ten śmiech 
przypieczętował ich przyjaźń. 
Usiedli na wzgórzu, powietrze słodko pachniało, zajadali 
cynamonowe bułeczki. W dali za polami i lasami widzieli błękitny 
przestwór zatoki. 
Szkrab nauczył ją  wysysać miód z koniczyny. Pod omszałym starym 
kamieniem znaleźli pięć żółtych kwiatków wyglą dają cych jak 
gwiazdeczki i Szkrab nie mógł od nich oderwać oczu. Pat rada była, 
że lubi on kwiaty. Chłopcom rzadko się to zdarzało. Józek i Sid 

background image

uważali, iż to "dobre dla dziewczyn. 
McGinty leżał wsparłszy łebek o kolana Szkraba, a ogonek leżał na 
bosych nogach Pat. Nagle Szkrab wzią ł płat brzozowej kory i za 
pomocą  paru ździebeł trawy zrobił śliczny domek, było w nim 
wszystko - pokoje, okna, ganek, kominy... To zakrawało na czary. 
- Ską d ty tak potrafisz! - westchnęła Pat. 
- Ja zawsze buduję domy - oświadczył z rozmarzeniem Szkrab, 
odsuną ł łeb McGinty'ego i obją ł ramionami kolana. - To znaczy w 
myślach. Nazywam je urojonymi domami. Kiedyś, kiedy dorosnę, będę 
budował prawdziwe domy. I wtedy zbuduję dom dla ciebie, Pat. 
- Naprawdę? 
- Tak. Myślałem już o nim w sobotę wieczorem, jak się położyłem. 
Mam wiele pomysłów. Kiedy go skończę, to będzie najpiękniejszy 
dom, jaki w życiu widziałaś. 
- Na pewno nie będzie ładniejszy od Srebrnego Gaju - zauważyła 
Pat. 
- Srebrny Gaj jest śliczny - przyznał Szkrab. - Lubię na niego 
patrzeć. Na mało który dom mogę spokojnie patrzeć. Zawsze mam 
ochotę zburzyć go i zbudować od nowa. Ale w Srebrnym Gaju niczego 
bym nie zmienił. 
Mą dry Szkrab! Odtą d Pat nie kwestionowała już żadnej jego opinii o 
żadnym domu. 
McGinty przewrócił się na grzbiet i prosił, by go ktoś podrapał w 
brzuch. 
- Chciałbym, żeby ciocia Maria mogła polubić McGinty'ego. Nie 
cierpi go. Kiedy któregoś dnia poszarpał serwetkę, bałem się, że 
go wyrzuci. Ale stryj Lawrence wstawił się za nim. Stryjowi 
Lawrence'owi on nie przeszkadza, ale często się z niego wyśmiewa, 
a McGinty tego nie lubi. 
- Psy nie lubią , żeby się z nich śmiać - oświadczyła z 
przekonaniem Pat, jakby znajomość trzech psów dostarczyła jej na 
ten temat wystarczają cej wiedzy. 
- McGinty musi spać w szopie na słomie. Którejś nocy tak wył, że 
poszedłem tam i spałem z nim. Mama na pewno pozwoliłaby mu spać ze 
mną  i przynosić do domu kości. 
Oczy Pat zaokrą gliły się ze zdumienia. Mama Szkraba! Judysia 
mówiła o nim jak o sierocie! I on sam twierdził, że nie ma nikogo 
poza McGintym. 
- Myślałam, że twoja mama nie żyje... 
Szkrab wzią ł źdźbło i zaczą ł je gryźć udają c obojętność. 
- Nie. Mój ojciec nie żyje. Umarł, kiedy byłem małym dzieckiem. I 
mama drugi raz wyszła za mą ż. Mieszka w Honolulu. 
- Nigdy jej nie widujesz? - Pat nie miała pojęcia, gdzie jest 
Honolulu, ale ton Szkraba nie pozostawiał żadnych wą tpliwości, że 
bardzo daleko. 
- Rzadko - odparł Szkrab, który nie mógł się przemóc, by wyznać, 
że w ogóle nie pamięta matki. - Widzisz, jej mą ż choruje i nie 
zniósłby klimatu Kanady. Ale pisuję do niej. Co niedziela piszę 
list. 
Nie wyznał Pat, że tych listów nie wysyła, tylko chowa do pudła 
pod łóżkiem. Może któregoś dnia będzie mógł osobiście wręczyć je 
matce. 
- No jasne! - Pat przyjęła tę sytuację do wiadomości z 
filozoficznym stoicyzmem ośmiolatki. - Jak ona wyglą da? 
- Jest bardzo ładna - oświadczył stanowczo Szkrab. - Ma złociste 
włosy i wielkie błękitne oczy... tak błękitne jak zatoka... Tylko 
chciałbym, żeby nie mieszkała tak daleko... - Szkrab przełkną ł 
ślinę. I łzy. Dużemu dziesięcioletniemu chłopcu nie wypada płakać, 

background image

a już zwłaszcza w obecności dziewczynki. 
Pat nic nie odpowiedziała. Wzięła go tylko za rękę. Ośmioletniej 
Pat nie brakowało już kobiecej mą drości. 
Dłuższy czas siedzieli w milczeniu, aż zrobiło się chłodno i 
błękitne cienie zaczęły opadać na odległe wzgórza. Pole Larry'ego 
Gordona wydało im się zaczarowaną  krainą . 
- Nadajmy temu miejscu naszą  własną  nazwę - zaproponował Szkrab. - 
I zachowamy ją  w tajemnicy. Może nazwiemy je Sielanką ? 
- Lubię tajemnice - oznajmiła Pat. - Miło jest mieć tajemnicę. 
Spędziliśmy cudowne popołudnie. 

Iii 

Spóźnili się na kolację, ale Judysia nakarmiła ich w kuchni 
pieczoną  szynką  i plackami z kukurydzy. Kiedy Szkrab i McGinty 
poszli do domu, Judysia spytała się Pat, czy dobrze się bawiła z 
nowym koleżką . "Koleżkę" można było zaakceptować, nie było to tak 
obraźliwe słowo, jak kawaler. Pat chciała zaimponować Judysi, 
odpowiedziała więc wyniośle, że mieli sobie dużo do powiedzenia. 
- Ejże, ejże! W to nie wą tpię! Muszę przyznać, że twój pierwszy 
kawaler jest całkiem udany. Podobają  mi się jego maniery. 
Judysi zawsze zależało na manierach. 
- On jest strasznie niezgrabny, Judysiu - Pat uważała, że 
krytykują c Szkraba przekona Judysię, że Szkrab nie jest 
"kawalerem". - Nie widziałaś, jak wychodzą c z jadalni wpadł na 
drzwi i prosił je o wybaczenie? 
- No właśnie. Przecie powiadam, że jest dżentelmenem. Tylko 
dżentelmenowi mogło przyjść na myśl przepraszać drzwi. 
- Kiedy on jest taki niemą dry, że myślał, że wpadł na kogoś, nie 
na coś! 
- O nie, złotko, on wcale nie jest niemą dry. I umie się zachować. 
Kiedy jadł rosół, nie usiłował połkną ć łyżki, a Sida do dziś nie 
mogę tego oduczyć. 
- Ale jest brzydki, Judysiu. Gdzie mu do Sida! 
- No, no, pewnie, że te okulary bardzo go szpecą . I nikomu nie 
pomoże na urodę, jak go ostrzygą  ogrodowymi nożycami. Ale czy nie 
zauważyłaś, jakie ma ładne uszy? I w ogóle ten jest ładny, kto się 
ładnie zachowuje. Zapamiętaj to sobie, panno Pat, kiedy przyjdzie 
odpowiednia pora! Pewnie, że teraz ten twój Szkrab chudy jest jak 
tyka i niezgrabny, ale wkrótce z tego wyrośnie. Nie zapomnij przy 
każdej okazji zaprosić go na małe conieco. Widać, że jest 
niedożywiony. Mówią , że matka wcale o niego nie dba, taka jest 
zajęta tym swoim nowym mężusiem. 
- Czy znasz ją , Judysiu? 
- Nie. Nikt jej tu nie zna. Kuba Gordon ożenił się z nią  w Nowej 
Szkocji i tam mieszkali. Umarł zaraz po urodzeniu się dziecka, a 
jego małżonka niedługo chodziła we wdowich szatkach. Szkrab miał 
zaledwie dwa latka, kiedy po raz drugi wyszła za mą ż i wyjechała 
za granicę, a małego zostawiła u jego stryja. Kuba Gordon był 
uroczym facetem, choć stale próbował ugotować zupę w durszlaku. 
Pewnie się przewraca w grobie, że jego syna wychowuje Larry. Larry 
wdał się w matkę. Ich ojciec był jowialnym mężczyzną , który 
wszystkim schlebiał. Co otworzył usta, to mówił komplement. Ale 
został zaszeptany na śmierć. 
- Zaszeptany na śmierć? 
- Przecie powiadam. Złamał jakiejś dziewczynie serce i umarła. Ale 
odtą d wcią ż słyszał jej głos... zaszeptała go na śmierć. Nawet w 
kościele widać było, że nie słucha modlitw i hymnów, tylko tego 

background image

jej szeptu. No, no, to już było dawno i lepiej o tym zapomnieć. 
Niewiele jest rodzin, które nie miałyby jakiegoś szkieletu w 
szafie... Choćby Salomon Gardiner z Południowego Glen... człowiek, 
który przeklinał Pana Boga! 
- I co się z nim stało? 
- Nic. 
- Nic? 
- No właśnie. Dobry Pan Bóg zostawił go w spokoju. Rodzina ciężko 
to zniosła... No, chodź i pomóż mi zagonić indyki... Złotko, 
widzę, że czymś się martwisz? 
- Boję się, że Szkrab też jest pochlebcą . Powiedział mi... 
powiedział, że... 
- No, wykrztuś! 
- Powiedział, że mam najładniejsze oczy, jakie widział. 
Judysia parsknęła śmiechem. 
- No, no, to nie pochlebstwo. A podczas obiadu wyglą dał tak, jakby 
nie potrafił zliczyć do trzech! Cóż, Gordonowie są  po babce 
Irlandczykami! 
- A jak ty myślisz, Judysiu, ja naprawdę mam ładne oczy? - Pat po 
raz pierwszy zaczęła się zastanawiać nad swoją  urodą . 
- Winnie ma oczy Gardinerów, a ty Selbych i takich oczu nie 
powstydziłaby się żadna dziewczyna. Ale nad tym nie powinnaś się 
zastanawiać. I nie wierz wszystkiemu, co ci powiedzą  chłopcy. 
Komplementy nic nie kosztują . 
Kiedy białe stadko indyków Judysi zagnano wreszcie do kurnika, wuj 
Brian przywiózł do domu Sida. Opowiedziano mu o Szkrabie i mało go 
to obeszło. Pat poczuła ulgę pomieszaną  z przykrością . Powinien 
się trochę przeją ć. Czy tak mało mu na niej zależało? 
- Jemu bardzo potrzeba przyjaciół... - wyjaśniła. - Teraz będę 
mieć trzech braci. Ale i tak najbardziej będę kochała ciebie. 
- Mam nadzieję - odparł Sid. - Bo inaczej ja polubię Maję Binnie 
bardziej niż ciebie. 
- Mnie zawsze najbliższa będzie moja własna rodzina - westchnęła 
Pat. 
Ale Sid pobiegł już do Judysi, by wyprosić jakiś smaczny ką sek. 
Był w świetnym humorze, bo odkrył na ręku nową  brodawkę! I w ten 
sposób pobił Sama Binnie'ego. 

Czarna magia 

McGinty zaginą ł pod koniec października. Pat była tak samo 
zrozpaczona jak Szkrab. Obecnie miała uczucie, że Szkrab i McGinty 
od zawsze należą  do jej życia... że od zawsze w sobotę po południu 
przekraczają  Jordan albo o zmierzchu wślizgują  się do kuchni i 
wszyscy razem cały wieczór dokazują  zaśmiewają c się. 
Dla Szkraba, który nigdy nie miał prawdziwego domu, wieczory owe 
były czymś najcudowniejszym na świecie. Pat psuło przyjemność 
tylko to, że Szkrab i Sid nie zaprzyjaźnili się. Nie to, żeby się 
nie lubili, ale każdy z nich mówił innym językiem. Gdyby byli 
starsi, wyznaliby, że się nawzajem nudzą . Sid uważał Szkraba za 
marzycielskiego dziwaka, który rozwodzi się nad jakimiś 
wyimaginowanymi domami, a w dodatku te jego ciemne okulary i 
podarte spodnie! Sid nie ukrywał swego zdania. A Szkrab uważał, że 
Sid za bardzo się pyszni - ale nigdy nie powiedział tego głośno. 
Zatem Pat w powszednie dni bawiła się po szkole z Sidem, a 

background image

sobotnie popołudnia, kiedy Sid i tak wolał pomagać przy 
gospodarstwie Józkowi, poświęcała Szkrabowi. Włóczyli się razem po 
lasach i uroczyskach, ale Pat nigdy nie pokazała mu Ukrytego 
Pólka. Ono było tajemnicą  jej i Sida, tak jak Sielanka należała 
tylko do Szkraba. Pat była zachwycona. Przyjemnie było mieć 
tajemnice. Często siedzą c w kościele litowała się nad wszystkimi, 
którzy nic nie wiedzą  ani o Ukrytym Pólku, ani o Sielance. 
Wszędzie towarzyszył im McGinty i był wniebowzięty. Aż tu nagle 
znikną ł... 
Któregoś popołudnia Pat przyszedłszy do Sielanki zobaczyła, że 
Szkrab leży z twarzą  ukrytą  w oszronionych paprociach i płacze 
tak, jakby mu miało pękną ć serce. Pat też była w nie najlepszym 
nastroju. Poprzedniego dnia w szkole ta wstrętna Maja Binnie dała 
Sidowi jabłko, na czerwonej skórce widniały zielone inicjały jej i 
Sida. Jaka bezczelność! Maja parę tygodni temu nakleiła na 
niedojrzałym jabłku odpowiednie litery i Sid był zachwycony, ale 
Pat gdyby śmiała, wyrwałaby mu to jabłko i cisnęła do pieca. Sid 
położył je na gzymsie kominka w jadalni i musiała na nie patrzyć 
podczas wszystkich posiłków. A tego poranka Sid nakrzyczał na nią  
za to, że poprzedniego dnia padał deszcz. 
- W czwartek wieczór modliłaś się o deszcz. Sam słyszałem! - robił 
jej gorzkie wymówki. - A wiedziałaś, jak mi zależy, żeby w pią tek 
była pogoda. 
- Nie wiedziałam, Sidzie... A modliłam się o deszcz, bo tatuś 
mówił, że strumyki wysychają ... Strasznie mi przykro, Sideczku. 
- Nie nazywaj mnie Sideczkiem - warkną ł Sid. - Wiesz, że tego nie 
cierpię. 
- Nigdy więcej tego nie zrobię - obiecała Pat. - Proszę cię, nie 
gniewaj się na mnie. Nie zniosę, żebyś się na mnie gniewał. 
- No to się nie zachowuj jak małe dziecko. Jesteś gorsza od 
Przylepki - oświadczył Sid. Poklepał ją  jednak po ramieniu, co 
trochę pocieszyło Pat. Ale tylko trochę. Wyruszyła więc do 
Sielanki z dosyć kiepską  miną , szybko jednak zapomniała o swych 
przykrościach widzą c rozpacz Szkraba. 
- Co ci się stało? 
- Zginą ł McGinty - odpowiedział siadają c Szkrab. - Nie ma go... 
Wczoraj wieczorem poszedł ze mną  do sklepu w Srebrnych Mostach - i 
znikł. Nigdzie go nie mogłem znaleźć. Och, Pat! 
Szkrab spuścił głowę. Przestało go obchodzić, że ktoś widzi jego 
łzy. Pat rozpłakała się także, zapewniała go jednak, że McGinty 
się znajdzie, musi się znaleźć. 
Przeżyli okropny tydzień. Nigdzie śladu McGinty'ego. Judysia 
uważała, że psa musiał ktoś ukraść. Szkrab rozlepił w sklepach 
ogłoszenie ofiarowują c nagrodę za znalezienie psa. Dwadzieścia 
pięć centów - tyle, ile miał. Pat chciała, żeby zaproponować sumę 
czterdziestu pięciu centów. Miała dziesią taka, a drugiego chciała 
pożyczyć od Judysi. Ale Szkrab się nie zgodził. Pat co wieczór 
modliła się, żeby McGinty się odnalazł, a potem w nocy budziła się 
- i znów się modliła. 
- Najdroższy Panie Boże! Spraw, żeby McGinty wrócił! Błagam Cię, 
Panie Boże. Wiesz, że Szkrab ma tylko jednego jedynego 
McGinty'ego. 
Wszystko na próżno. Nikt nigdzie nie widział takiego psiaka. 
Szkrab co wieczór wracał samotnie do domu i torturował się myślą  o 
zabłą kanym gdzieś wśród chłodnej nocy psiaku. 
- Judysiu, czy nie mogłabyś coś zrobić? - zaczęła z rozpaczą  
błagać ją  Pat. - Mówiłaś, że masz w sobie coś z czarownicy. I że 
twoja babka ilekroć zechciała, potrafiła zamienić się w kota. 

background image

Spróbuj znaleźć McGinty'ego. 
Judysia potrzą snęła przeczą co głową , choć dawno już doszła do 
wniosku, że coś trzeba zrobić, nim Pat zamartwi się na śmierć. 
- Próbowałam, złotko, ale nic z tego. Gdybym miała tę księgę o 
czarach mojej babki, to może bym coś poradziła. Ale wybierzcie się 
do Marii Anny McClenahan na drodze do Srebrnych Mostów. Z niej 
jest czarownica jak się patrzy, tyle że zanadto się roztyła, żeby 
jeździć na miotle. Jeśli ona wam nie pomoże, to już nikt. 
Pat musiała już przestać wierzyć we wróżki, ale jeszcze nie 
wyrobiła sobie zdania o czarownicach. Kiedyś na pewno istniały. 
Mówiła o tym Biblia! No i czarownicą  była przecież rodzona babka 
Judysi! 
- Czy ty, Judysiu, jesteś aby pewna, że Maria Anna jest prawdziwą  
czarownicą ? 
- Zawsze wie, co kto myśli. To chyba wystarczają cy dowód. 
Pat pobiegła zawiadomić Szkraba. Stał na mostku z kamieni na 
Jordanie i wygrażał pięścią  niebu. 
- Szkrabie, czy ty w ten sposób się modlisz? 
- Nie! Właśnie powiedziałem Panu Bogu, co o tym wszystkim myślę. 
Ale zgodził się pójść następnego wieczoru do Marii Anny 
McClenahan. Namawiali też Sida, Sid był jednak bardzo zajęty 
wychowywaniem młodej sówki, którą  schwytał w gaju, i oznajmił, że 
nie zamierza zadawać się z czarownicami. 
Poszli więc dzielnie sami, mimo że Józek, który właśnie orał, 
solennie ich przed tym ostrzegł. 
- Stara Maria Anna podpisała cyrograf diabłu. Jakby na mnie 
spojrzała krzywym okiem, tobym chyba wyskoczył ze skóry. 
Niełatwo było przerazić Pat. Ostatecznie skoro Bóg nie odpowiada 
na modlitwy, to chyba nie ma w tym nic złego, że człowiek próbuje 
odwołać się do czarownicy. 
- Tylko wróćcie do domu przed zmrokiem - napominała Judysia. - 
Dziś Zaduszki i mogą  się pojawić umarli. Powiedzcie szybko Marii 
Annie, o co wam chodzi, i zróbcie to, co wam ona poradzi. 

Ii 

Mały wybielony domek pani McClenahan był o dobre dwie mile drogi 
od Srebrnego Gaju. Nad domkiem rosła ogromna wierzba, nad 
niebieskimi drzwiami był wykusz, a w nim dziwaczne okienko. 
- Ach, Pat, spójrz na nie! - szepną ł Szkrab tak zachwycony, że na 
chwilę zapomniał o McGintym. - Nigdy nie widziałem tak ślicznego 
okienka. Będziesz je miała w swoim domu! 
Okienko pewnie i było śliczne, ale parkan walił się, a podwórze 
zarosło ostami. Pat pomyślała roztropnie, że widać nie opłaca się 
być czarownicą . 
Szkrab zapukał do niebieskich drzwi. Usłyszeli kroki. Pat przeszły 
ciarki. A może jednak niebezpiecznie jest mieć do czynienia z 
piekielnymi mocami? Drzwi otworzyły się, na progu stanęła Maria 
Anna McClenahan i spojrzała na nich maleńkimi czarnymi oczkami 
ukrytymi w fałdach tłuszczu. Potargane włosy też były czarne, 
czarne jak węgiel, choć na pewno nie była młodsza od Judysi. Jak 
na czarownicę była i za tłusta, i za wesoła, Pat natychmiast 
przestała się jej obawiać. 
- Kim jesteście, dzieci, i czego sobie życzycie? - spytała pani 
McClenahan, a Judysia mogłaby jej pozazdrościć irlandzkiego 
akcentu. 
Pat zgodnie z tradycją  rodziny Selbych nie marnowała nigdy czasu 
ani słów. 

background image

- Hilaremu Gordonowi zginą ł pies i Judysia uważa, że pani potrafi 
go odnaleźć. Czy pani naprawdę jest czarownicą ? 
Maria Anna zrobiła tajemniczą  minę. 
- Cicho, dziecko... nigdy przy świetle dnia nie wspominaj o 
czarownicach! Sama nie wiesz, co może się przydarzyć. Nie będziemy 
dalej rozmawiać na progu. Chodźcie na stryszek, to będę mogła 
dalej tkać. Tkam obrus dla wróżek. Wszystkie czarownice z Wyspy 
obiecały tym biedaczkom utkać po obrusie. Bo w zeszły wtorek był 
szron i wszystkie obrusy się zmarnowały, te lekkomyślne panienki 
zapomniały je schować na noc. 
Wą skimi schodami weszli na strych, gdzie stał warsztat tkacki pani 
McClenahan, tuż pod okienkiem, które tak zachwyciło Szkraba. Na 
parapecie siedziała lśnią ca czarna kotka i myła się starannie, 
żeby lśnić jeszcze piękniej. Jej ogromne żółte oczy świeciły w 
mroku niesamowitym blaskiem. Chociaż był to kot czarownicy, od 
razu spodobał się Pat. Ciekawe, co by powiedziała, gdyby ją  ktoś 
poinformował, że jest to jej utracona Niedziela, która przed 
rokiem tak tajemniczo znikła, a którą  Judysia po prostu zaniosła 
Marii Annie. Na szczęście Niedziela zmieniła się nie do poznania. 
Pani McClenahan podsunęła dzieciom koślawe krzesło i stołek i 
zabrała się do tkania. 
- Nie mam chwili do stracenia. Królowa czeka. 
Pat dobrze wiedziała, że Maria Anna tka zwykły, szmaciany chodnik, 
ale nie zamierzała narażać się czarownicy. A zresztą , może kiedy 
go ukończy, zaczaruje go i zamieni się on w jedwabną  mgiełkę, jaką  
widzi się na trawie w letni ranek. 
- Zatem przyszliście do mnie, żebym wam pomogła odnaleźć 
McGinty'ego? Tak, wiem, jak się nazywa, znam całą  historię. Kot 
waszej ciotki Edyty opowiedział ją  mojej kotce na naszych 
ostatnich tańcach. Wasza ciotka Edyta gardzi takimi jak my, ale 
nic nie wie o konszachtach swego kocura. Dobrze, że przyszliście 
dzisiaj - księżyc sprzyja poszukiwaniom. W przyszłym tygodniu nie 
mogłabym wam pomóc. Tak, dziś mamy szansę... No co, Hilary 
Gordonie, czemu nigdy nie odwiedza cię twoja wytworna matka? 
Szkrab pomyślał, że czarownice są  co najmniej bezceremonialne. Ale 
skoro się już do takiej czarownicy przyszło... 
- Moja mama mieszka zbyt daleko, aby mogła tu często przyjeżdżać - 
odpowiedział uprzejmie. 
Maria Anna wzruszyła tłustymi ramionami. 
- Twoje prawo jej bronić, ale ja mam na ten temat własne zdanie i 
nie musisz się na mnie wściekać, bo czarownicy nic nie obchodzi, 
że ktoś się na nią  wścieka. No, wróćmy do sprawy psa... Muszę się 
skupić. 
Pani McClenahan nachyliła się i wyjęła z papierowej torby dwie 
garstki rodzynków. 
- Wcinajcie, a ja się zastanowię... 
Chwilę panowała cisza. Dzieci zajadały wpatrują c się w furkoczą ce 
czółenko tkackie. Pat wcią ż zastanawiała się, czy pani McClenahan 
rzeczywiście podpisała diabelski cyrograf. 
Pani McClenahan zobaczyła jej wzrok i skinęła głową . 
- Masz na szyi znamię. To emblemat czarownicy. No, powiedz, nie 
chciałabyś zostać czarownicą ? Pomyśl, jak to miło jeździć na 
miotle! 
Pat rzeczywiście o tym myślała. Owszem, to było ponętne. Ale 
wolałaby wzbić się w górę na grzbiecie jaskółki i stamtą d 
spoglą dać w dzień na pola i lasy. 
- Czy musiałabym podpisać cyrograf diabłu? - spytała szeptem. 
Pani McClenahan skinęła uroczyście głową . 

background image

- Wybrałabym dla ciebie jakiegoś ładnego czarnego diabełka... Choć 
muszę z przykrością  wyznać, że obecnie nawet diabły nie są  już 
takie jak dawniej. 
- Dziękuję pani, ale chyba jestem jeszcze za mała, żeby zostać 
czarownicą  - zadecydowała nagle Pat. 
Pani McClenahan parsknęła śmiechem. 
- Im młodsza czarownica, tym potężniejsza. Nie należy z tym, moje 
dziecko, zwlekać, aż posiwiejesz. Przemyśl to sobie... nie każda 
dziewczyna może zostać czarownicą ... jesteśmy bardzo wymagają ce... 
No, do rzeczy. Więc jeśli chodzi o McGinty'ego, to po wyjściu stą d 
idźcie prosto na wzgórze, tam obróćcie się trzy razy i zejdźcie 
drogą  do Srebrnych Mostów. Tuż przed mostem stoi dom z takimi 
drzwiami jak twojego stryja Toma, tyle że wyblakłymi. Znów 
obróćcie się trzy razy dokoła i zapukajcie. I jeśli ktoś otworzy - 
nie gwarantuję, czy otworzy - to skrzyżujcie palce i spytajcie o 
McGinty'ego. A jak go zobaczycie - a wcale wam tego nie obiecuję - 
to o nic nie pytajcie i bierzcie nogi za pas. To wszystko, co mogę 
dla was zrobić. 
- Ile się pani należy za poradę? - spytał Szkrab wycią gają c swoje 
dwadzieścia pięć centów. 
- Tak jakbyśmy mogły brać zapłatę od kogoś, kto ma znamię na szyi! 
Sprzeciwiłoby się to wszystkim naszym regułom. 
- Bardzo pani dziękujemy, pani McClenahan. Zawsze będziemy pani 
wdzięczni. 
- Grzeczne z was dzieciaki - zauważyła pani McClenahan. - Inaczej 
nie próbowałabym wam pomóc. Mam po dziurki w nosie bezczelności 
mieszkają cych tu wokół bachorów. Za moich czasów dzieci musiały 
mieć maniery... No, lećcie... w noc zaduszną  żaden mą dry człowiek 
nie wyjdzie na dwór, kiedy pojawi się księżyc. Nie zapomnijcie 
obrócić się trzy razy, bo inaczej prędzej wam oczy wypadną  z 
głowy, niż zobaczycie McGinty'ego. 
Pani McClenahan stała na progu i patrzyła, jak odchodzą . Potem, 
biorą c pod uwagę, że była czarownicą  - powiedziała coś bardzo 
dziwnego: 
- Niechaj wam Pan Bóg błogosławi. 
I szybko poszła do stoją cego z drugiej strony drogi domu pana 
Aleksandra, by zapytać, czy może zatelefonować. 

Iii 

Kiedy Pat ze Szkrabem wyszli od pani McClenahan, październikowy 
dzień opadał już za ciemne wzgórza. Wdrapali się na szczyt pagórka 
i trzykrotnie okręcili, kłaniają c się uroczyście czterem stronom 
świata. I znów okręcili się staną wszy przed czerwonymi drzwiami w 
Srebrnych Mostach. Skrupulatnie wypełniali zalecenia czarownicy; 
jeśli za tymi drzwiami nie zobaczą  McGinty'ego, to przynajmniej 
nie będzie to ich wina. 
Szkrab dwukrotnie zapukał, drzwi otworzyły się niesamowicie 
szybko, pojawił się w nich olbrzym w skarpetkach, z bujną  rudą  
brodą  i liczą cymi już tydzień bokobrodami. Bił od niego jakiś 
mocny zapach, tak pachniało lekarstwo, które Judysia zimą  
pocią gała z czarnej butelki, ilekroć zmarzła. 
Skrzyżowali palce i Szkrab wyją kał: 
- Czy jest tu McGinty? 
Mężczyzna otworzył drzwiczki z prawej strony sieni. Na koślawym 
krześle siedział McGinty. Rozpacz w jego ślepiach zamieniła się w 
ekstazę. Jednym susem znalazł się w ramionach Szkraba. 
- Przybłą kał się tu przed tygodniem - powiedział mężczyzna. - Był 

background image

zmarznięty i głodny, no to wzięliśmy go do domu. 
- To bardzo ładnie z pana strony - oświadczyła Pat, gdyż Szkrab 
nie był w stanie wykrztusić słowa. 
- Prawda? - uśmiechną ł się szeroko mężczyzna. 
Coś w tym uśmiechu przypomniało Pat, że czarownica radziła, żeby 
jak najszybciej wzięli nogi za pas. 
- Bardzo panu dziękujemy - powiedziała i pocią gnęła Szkraba za 
rękę. 
Czerwone drzwi zatrzasnęły się, znad wzgórza spośród dwóch 
wysokich jodeł spojrzał na nich czerwony księżyc, a z nimi był 
półżywy ze szczęścia McGinty. 
Cudownie było wracać do domu. świat był taki piękny. Poszli na 
skrót przez pola, przed nimi kroczyły długie cienie. Szkrab szedł 
jak w transie, tulą c do siebie McGinty'ego, ale Pat zachwycała się 
urodą  nocy. Minęli uśpioną  Sielankę, przeszli przez Jordan. Potem 
kręta ścieżka wśród srebrnych brzóz zaprowadziła ich na podwórko, 
gdzie Sid zatkną ł na palach bramy wspaniałe latarnie z dyni, a 
Judysia postawiła na oknie w kuchni miedziany świecznik, by ich z 
dala powitał. Z domu dobiegały smakowite zapachy. 
A potem ciepła kuchnia, zachwycona Judysia i pyszna wieprzowina z 
kartoflami w mundurkach. Jedli we trójkę. Sidney i Józek krzą tali 
się jeszcze przy gospodarstwie, Winnie wyszła z przyjaciółką , 
matka usypiała Przylepkę, a tato drzemał w jadalni. 
Po kolacji Pat i Szkrab poszli po jabłka do mrocznej, tajemniczej 
piwnicy, a potem zasiedli wokół pieca z którego bił żar, i omówili 
wyprawę. 
- Tak się cieszę, że jest już chłodno i wieczorami zapalamy ogień 
- oznajmiła Pat. - W zimie będzie jeszcze milej. W naszej kuchni 
jest wtedy tak przytulnie. 
Szkrab nie odpowiedział. Jemu zimowe wieczory kojarzyły się z 
zimną , brudną  kuchnią , dymią cą  olejną  lampką  i wyrkiem na nie 
wykończonym stryszku. Ale i tak w danej chwili był szczęśliwy 
odzyskawszy swego przyjaciela. I cudownie było siedzieć tu z Pat, 
zajadać jabłka i patrzyć, jak Judysia miesi ciasto. 
- No tak, nie na darmo nazywają  ją  czarownicą  - zauważyła Judysia, 
gdy wysłuchała opowieści. - Za dawnych czasów często widywałam 
McClenahanów. On był bardzo przyzwoitym człowiekiem, tyle że mógł 
zagadać człowieka na śmierć. Straszny gaduła. Raz wściekł się na 
Marię Annę, kiedy mu to wymawiała, i przysią gł, że przez miesią c 
nawet się nie odezwie. Wytrzymał dwa dni i nigdy już nie przyszedł 
do siebie. Tak go to zmogło! Maria Anna zawsze twierdziła, że to 
dlatego umarł w rok później! ślicznie grał na skrzypcach, miał 
takie skrzypce, że gdy zaczynał grać, wszyscy musieli tańczyć. 
- Wszyscy? 
- Przecie powiadam. Kto usłyszał, to tańczył. Jego ojciec 
przywiózł je z Irlandii... Ten łotr zagrał raz nawet pastorowi. 
- I pastor zatańczył? 
- A jakże! Zrobił się straszny skandal. Postawili pastora przed 
prezbiteriańskim są dem. Tomasz chciał tam pójść i zagrać, by 
udowodnić, że biedny pastor MacPhee musiał zatańczyć, ale go nie 
wpuścili. Szkoda... To byłby widok. Dwunastu pastorów w sutannach 
wywija w takt skrzypek Toma McClenahana. No ale uniewinnili 
MacPhee'ego i uciszyli sprawę. Co, Szkrabie, idziesz już? Pamiętaj 
zmówić pacierz za biedne duchy i nigdy więcej nie zadawaj się z 
czarownicami. Raz ujdzie, ale nie powinno to przejść w nałóg. 
Szkrab wyszedł, obiecują c sobie spędzić noc z McGintym w szopie, a 
senna Pat udała się do łóżka. 
- Judysiu, dlaczego nabijasz dzieciom głowy tymi bzdurami o 

background image

czarownicach? - spytał z jadalni Długi Alek; śmiał się, ale w jego 
tonie wyczuwało się wymówkę. Właśnie tego dnia Edyta suszyła mu 
głowę, że pozwala Judysi opowiadać dzieciom takie niestworzone 
historie, i uznał, że ma świetną  okazję, by ją  napomnieć. 
Judysia parsknęła śmiechem. 
- Alku Gardiner, idź po olej do głowy! Dzieci i tak nie bardzo 
wierzą , ale mają  mnóstwo uciechy. Jestem pewna, że Maria Anna 
świetnie zagrała swoją  rolę. 
- Dlaczego je tam posłałaś? 
- Bo przyszło mi do głowy, że ona musi coś wiedzieć. Jest za pan 
brat z tą  bandą  ze Srebrnych Mostów, która ukradła collie Roba 
Clarka, a w zeszłym tygodniu gołębie pani Taylor. Maria Anna jest 
przyszywaną  ciotką  Toma Cudahy'ego, wiesz, tego od czerwonych 
drzwi. Ale zacna z niej kobiecina i uwielbia dzieci, pomyślałam 
więc, że na pewno im pomoże. Zaoszczędziła trochę grosza i 
Cudahy'owie tańcują , jak im zagra. Wszystko dobre, co się dobrze 
kończy. Nie martw się. Dzieci miały uciechę ze spotkania z 
czarownicą , no i co? Wam też opowiadałam o czarownicach i jakoś 
wam nie zaszkodziło. 

Jak należy zachowywać się w towarzystwie 

Tegoroczna zima, a w każdym razie jej począ tek, była lekka, zatem 
Pat, to z Sidem, to ze Szkrabem, ale rzadko z obydwoma chłopcami 
naraz, odbywała wszystkie swe ulubione wyprawy. Wracali rumiani 
jak jabłuszka, witani radośnie przez Judysię, która dogadzała im, 
jak mogła, ale czasem uważała za stosowne skarcić. 
To znaczy karciła Pat i Sida, nigdy Szkraba. Szkrabowi było 
przykro, że nikomu na nim na tyle nie zależy, by dał mu burę. 
Nawet ciotka nigdy go nie beształa... w ogóle nie zwracała na 
niego uwagi. 
Mimo braku śniegu zrobiło się bardzo zimno i zamarzła Sadzawka. 
Sid nauczył Pat jeździć na łyżwach, a Szkrab posiadł tę sztukę 
samodzielnie - Judysia znalazła gdzieś na strychu parę starych 
łyżew. ślizgają cy się Szkrab wyglą dał dość dziwacznie, miał na 
sobie te same co zwykle poszarpane spodnie, na łokciach burego 
swetra widniały czerwone cery, spod starego kaszkietu stryja 
sterczały nierówne kosmyki włosów. 
- Ale cudak! - zaśmiał się Sid. 
- To nie jego wina - zaprotestowała lojalnie Pat. 
- No, no, jak dorośnie, to będzie z niego zgrabny chłopak, a teraz 
i tak ma więcej rozumu w małym palcu niż ty, Sidzie, w całej 
mózgownicy, choć tak się szczycisz swą  urodą  - zauważyła Judysia. 
I Pat, bardzo niekonsekwentnie, obraziła się na Judysię za ten 
atak na Sida. 
- Nie mam z wami lekko - westchnęła Judysia. - Czasem myślę, że 
lepiej bym zrobiła wychodzą c za starego Toma. Mówią  mi, że wcią ż 
rozglą da się za żoną . 
Pat natychmiast rozszlochała się, przeprosiła Judysię i zaczęła ją  
błagać, żeby nigdy, nigdy się z nimi nie rozstawała. 
Od czasu do czasu popołudniami lekko prószył śnieg, ale dopiero w 
grudniu zrobiło się biało, w sam czas na Boże Narodzenie, Judysia 
bowiem zawsze twierdziła, że zielone Boże Narodzenie dostarcza 
klientów grabarzowi. 
Pat siedziała zwinięta w kłębek pod okrą głym okienkiem i patrzyła, 

background image

jak bieleje świat. 
- Kocham śnieżycę - zwierzyła się Judysi. 
- No, no, powiedz mi, czego ty nie kochasz? 
- Tak przyjemnie jest kochać... 
- Ale nie zanadto! Oj, nacierpisz ty się w życiu! 
- Przecież nie będę cierpieć dlatego, że kocham Srebrny Gaj! 
- A jak będziesz musiała stą d wyjechać? 
- Przecież wiesz, Judysiu, że nigdy nie wyjadę. Nigdy. Judysiu, 
patrz, jakie białe jest Wzgórze Mgieł. A Długi Samotny Dom wyglą da 
jeszcze samotniej. Chciałabym móc tam pójść i rozpalić ogień, i 
ogrzać go. Zaraz by się lepiej poczuł. 
- Coś ty! Myślisz, że domy coś czują ? 
- Jestem pewna. Szkrab też tak uważa. Zawsze wiem, co czuje 
Srebrny Gaj. Cieszy się, kiedy jesteśmy w domu, i przykro mu, 
kiedy nas nie ma. I gdybyśmy przestali tu mieszkać, to złamałoby 
mu to serce. I czułam, że wstyd mu za mnie, kiedy w pią tki po 
południu nie miałam nigdy odwagi wstać i zadeklamować wiersza. A w 
ostatni pią tek zmusiłam się. Nauczyłam się od Szkraba 
Zaczarowanego źródełka i wstałam... och, Judysiu, to było okropne. 
Trzęsły mi się kolana... Maja Binnie zaczęła chichotać... i nie 
mogłam wykrztusić słowa! Już chciałam wrócić do ławki, ale 
pomyślałam o Srebrnym Gaju - jak mogłabym spojrzeć mu w twarz, 
gdybym okazała się takim tchórzem. Więc zmusiłam się i 
zadeklamowałam wiersz, i panna Derry powiedziała: - Brawo, 
Patrycjo! - a koledzy klaskali. I jestem pewna, że kiedy wróciłam 
do domu, Srebrny Gaj się do mnie uśmiechał. 
- Dziwny z ciebie dzieciak - uśmiechnęła się Judysia. - Ale cieszę 
się, że nie dałaś powodu do kpin Mai Binnie. Nie lubię tej małej. 
- Sid ją  lubi - szepnęła z rozpaczą  Pat. 

Ii 

W Srebrnym Gaju roiło się od tajemnic. Judysia paradowała z miną  
sfinksa. Pat pomogła jej upiec pudding, pomogła matce i Winnie 
udekorować jadalnię i ozdobiła balaski schodów gałęziami z lasu. 
Pomogła także wybrać Sidowi w Srebrnych Mostach prezenty dla całej 
rodziny, oczywiście poza prezentem dla siebie. Więc wcale nie była 
dotknięta, kiedy na chwilę ją  porzucił i pobiegł na piętro sklepu, 
gdzie znajdowały się naczynia stołowe. I gdy wracali do domu, nie 
spytała go, czym ma wypchaną  kieszeń. Choć zastanawiała się, czy 
jest to upominek dla niej, czy dla Mai Binnie. 
Strasznie było przyjemnie nieść z poczty paczki, które otworzy się 
dopiero w poranek Bożego Narodzenia i zobaczy pudełka owinięte w 
srebrny papier i przewią zane złotymi wstą żeczkami. 
Pierwszy dzień świą t był cudowny. Na obiad przyszedł Szkrab z 
McGintym. O mały włos nie doszłoby do tego, bo Pat wściekła się, 
gdy Judysia kazała jej zaprosić swego "kawalera", i wcale o tym 
Szkrabowi nie powiedziała. Dopiero kiedy w Wigilię zaczęło się 
zmierzchać, zmiękła i postawiła w oknie świeczkę. U Gordonów nie 
było telefonu, umówiła się więc ze Szkrabem, że gdy będzie miała 
do niego ważną  sprawę, wejdzie na stryszek i zapali świeczkę. 
Szkrab natychmiast przybiegł, otrzymał więc w ostatniej chwili 
zaproszenie na świą teczny obiad. 
Szkrab po raz pierwszy w życiu naprawdę świętował Boże Narodzenie, 
a McGinty omal nie pękł z przejedzenia. Wszyscy dostali 
prezenty... Szkrab też. Judysia dała mu rękawiczki, a Pat białego 
porcelanowego pieska z niebieskimi ślipkami... wydała na to całą  
resztę pieniędzy, jakie zostały jej po zakupieniu upominków dla 

background image

rodziny. Nikt nie wiedział, na co by się ten piesek mógł zdać 
Szkrabowi, spędził jednak noc pod jego poduszką  i myśl o nim 
rozgrzewała mu serce. Od matki nie dostał nawet listu. Tylko 
obecność błękitnookiego pieska pozwoliła tej nocy Szkrabowi 
stłumić łzy. Starał się znaleźć jakieś racjonalne wytłumaczenie 
milczenia matki. Może w Honolulu, gdzie stale panuje lato, nikt 
nie obchodzi Gwiazdki?... 
Sidney dał Pat brunatny przysadzisty dzbanuszek, który wyglą dał 
tak, jakby pękał ze śmiechu. Pat była zachwycona, ale i tak 
uważała, że najpiękniejszy był prezent od Szkraba. Domek dla 
lalek. Sam go zrobił. Pat nawet nie podejrzewała, jak kunsztownie. 
Długi Alek zobaczywszy go aż gwizdną ł, a stryj Tom zawołał: - 
Prawdziwe cacko! 
- Nie miałem pieniędzy, żeby ci coś kupić - tłumaczył Szkrab, 
który te swoje długo oszczędzane dwadzieścia pięć centów wydał na 
świą teczną  kartkę dla matki - więc zrobiłem ci domek. 
- Wolę prezent zrobiony niż kupiony - zawołała Pat. - Ach, te 
kominy... i okna się naprawdę otwierają . 
- Ech, to tylko zabawka. Kiedyś zbuduję ci prawdziwy dom, Pat. 
Dzień Bożego Narodzenia był równie miły jak co roku. Jedynym 
ewenementem stała się bójka między Dżentelmenem Tomem i Fujarą  - 
oswojoną  sówką . Bo Fujara należała już do rodziny. Ze stoicyzmem 
znosiła obecność Czwartka i Frycka, one też starały się nie 
zwracać na nią  uwagi, ale wypowiedziała wojnę Dżentelmenowi 
Tomowi, a on ją  z entuzjazmem przyją ł. Dżentelmen Tom został 
pokonany i schował się pod piec kuchenny, niemniej dużo piór 
zostało na podłodze. 

Iii 

Zaraz po Gwiazdce śnieg stopniał i styczniowe wiatry hulały po 
zamarzniętych burych pastwiskach i wśród szarych drzew. Tylko w 
rdzawych bruzdach zaoranych pól ocalało trochę śniegu, no i na 
północnym zboczu Wzgórza Mgieł. 
Styczniowe wieczory były bardzo przyjemne. Przychodził stryj Tom, 
zasiadali z ojcem w kuchni obok pieca i gawędzili. Pat, Sid i 
Szkrab pilnie się przysłuchiwali, podczas gdy w jadalni Winnie i 
Józek odrabiali lekcje. Stryj i ojciec rozmawiali o świniach i o 
polityce, a potem zaczynały się wspominki i plotki. Wybielone 
ściany kuchni trzęsły się ze śmiechu. Czasem stryj Tom wpadał w 
gniew i po ścianie zaczynał plą sać cień jego brody. Ale nigdy nie 
gniewał się długo. Walił pięścią  w stół i odzyskiwał dobry humor. 
Czasem pojawiała się matka z Przylepką  i siedziała cichutko, 
wyglą dają c jak zwykle pięknie. Matka odzywała się rzadko. Ale 
patrzyła na Pat, Sida i Przylepkę takim wzrokiem, że Szkraba 
zaczynało dławić w gardle. 
- Judysiu - szepnęła Pat, kiedy po jednym z takich wieczorów spała 
z Judysią , bo Winnie zaprosiła przyjaciółkę - chyba w niebie nie 
może być lepiej. 
- Co ty wygadujesz! - zgorszyła się Judysia. - A ten lodowaty 
wiatr?! Myślisz może, że w niebie także będzie skowyczał wicher? 
- Ja lubię wiatr. Człowiek czuje się w domu jeszcze przytulniej, 
ciepło mu, miło i wie, że ten wicher nic mu złego nie zrobi. 
Słyszysz, jak świszcze? Judysiu, opowiedz mi jaką ś historyjkę o 
duchach... Od tak dawna już u ciebie nie spałam... Judysiu, proszę 
cię. Ale coś strasznego, żeby przeszły mnie ciarki! 
- Czy opowiadałam ci, jak Janka McGuigan w noc po pogrzebie 
wróciła na cmentarz po swoją  ślubną  obrą czkę, którą  mą ż zdją ł jej 

background image

przed pochówkiem z palca? Pewnie uważał, że przyda mu się dla 
następnej żony... McGuiganowie zawsze byli przewidują cy. 
- A ską d się o tym dowiedzieli? 
- Przecie powiadam... Następnego rana Tom zobaczył, że w kasetce 
nie ma obrą czki. A w sześć lat później kupił grób na nowym 
cmentarzu i kiedy przenosili trumnę, trumna rozsypała się, była to 
byle jaka trumna z lichego drewna, i zobaczyli, że Janka ma 
obrą czkę na palcu. Tom już nigdy nie przyszedł do siebie... 
W lutym wcią ż nie było śniegu. Judysia zapragnęła zabrać się do 
wyszydełkowania dywanu pod stół w jadalni, większego niż dywan 
ciotki Edyty, z którego ta była niezwykle dumna. 
- Zrzednie jej mina - cieszyła się Judysia. Judysia sama 
przygotowywała barwniki. Nie dla niej kupne farby. Płowieją , nim 
upłynie rok, twierdziła. Zbierała porosty, korę, mech... Dziki bez 
barwił na fioletowo... kora brzozy na brunatno, zieleń uzyskiwało 
się z pą czków wierzby, włoskie topole dostarczały koloru żółtego. 
Potem nadszedł marzec i rozszalały się wichury. W marcu były 
urodziny ojca i rocznica ślubu rodziców. Gardinerowie z okazji 
takich uroczystości zawsze zapraszali rodzinę. W tym roku 
przyjechał z żoną  i z córką  wuj Brian i ciotka Helena Taylor. 
Mieli pojawić się po południu, obiad zjedzą  wieczorem - Judysia 
uznała to za nowoczesny wymysł. Twierdziła, że na samą  myśl kręci 
jej się w głowie. 
Pat była w swoim żywiole, choć nie cieszyła się na gości tak jak 
zwykle. Nie przepadała za wujem Brianem, ilekroć przyjeżdżał do 
Srebrnego Gaju, pouczał ojca, co by tu należało zmienić. A ciotka 
Helena, starsza siostra ojca, o tyle starsza, że wyglą dała na jego 
ciotkę, chciała potem zabrać z sobą  do Letniego Brzegu Winnie lub 
Pat. 
Pat modliła się, by nie wybrała jej. Za nic nie chciała wyjeżdżać 
ze Srebrnego Gaju, okropnie byłoby nocować poza domem. 
Za to krzą tanina przy gospodarstwie sprawiała jej mnóstwo 
przyjemności, lubiła oddawać domowi drobne przysługi, ścierać 
kurze, czyścić srebro, pomagać przy pieczeniu ciasta i wyjmowaniu 
ze schowka ślubnego serwisu matki ze żłobkowanej porcelany; na 
środku każdego talerza widniał złocisty bratek. 
Judysia gotowała i piekła, a Przylepka wszystkiego chciała 
skosztować. Aż wreszcie polizała oblodzony rygiel i potem przez 
dłuższy czas mogła pić tylko mleko. 
Kiedy nadszedł uroczysty dzień, Pat włożyła sukienkę z niebieskiej 
żorżety. Wolała czerwoną , ale nie chciała sprawić zawodu 
niebieskiej, na którą  była kolej. Och, żeby tylko ciotka Helena 
jej nie wybrała! Nie mogła się już nawet cieszyć na kolację. Może 
udać, że zachorowała? Ale Judysia gotowa by ją  uraczyć rycyną , tak 
jak to się zdarzyło ostatnim razem. 
- Judysiu, daj mi lepiej to lekarstwo, które przechowujesz w 
czarnej butelce! Ono tak przyjemnie pachnie. 
- No, no, czego ci się zachciewa - Judysia miała jaką ś dziwną  
minę. - Tamto lekarstwo jest dla ciebie za mocne! 
- Co to właściwie jest? 
- No, no, właśnie w zeszłym tygodniu odbył się pogrzeb kota, który 
był zbyt ciekawski - oświadczyła Judysia. - Dosyć tych pytań i 
proszę zaraz wypić całą  łyżkę. 
Już nawet ciotka Helena lepsza była od rycyny. Najmilej by było, 
gdyby to ciotka Helena zachorowała i nie przyjechała. Pat 
zastanawiała się, czy można się modlić, by ktoś zachorował; nie 
naprawdę, nie, ale żeby się źle poczuł i nie mógł wyjść z domu w 
chłodny wietrzny marcowy dzień. 

background image

Pat zawią zała na głowie niebieską  chustkę i wraz ze Szkrabem 
wdrapali się na siano w stodole, ską d przez świetlik wyglą dali, 
czy nie nadjeżdżają  goście, a McGinty polował na wyimaginowane 
szczury. 
Wreszcie ciotka Helena przyjechała autem wuja Briana i oto szła 
przez ogród. 
"Wyglą da jak dzban" - pomyślała niechętnie Pat. 
Była z nimi córka wuja Briana, Norma. Pat miała nadzieję, że nie 
przyjedzie. Nie lubiła jej, bo uważano, że jest ładniejsza od 
Winnie. 
- Ja uważam, że jest brzydsza. 
- A ty, Pat, ślicznie wyglą dasz w tej niebieskiej chusteczce 
- powiedział z zachwytem Szkrab. 
Gdybyż tylko na tym poprzestał. Ale nie poprzestał i wszystko 
popsuł. 
- Pat, czy jak dorośniesz, będziesz moją  dziewczyną ? 
Pat spą sowiała z gniewu, wcale nie zauważywszy, że oto w wieku lat 
dziewięciu otrzymała pierwszą  propozycję małżeńską . 
- Hilary Grancie! Jeśli jeszcze raz powiesz coś takiego, to nie 
odezwę się do ciebie, póki żyję. 
- No, dobrze, dobrze. Nie chciałem cię rozgniewać. Myślałem, że 
mnie lubisz. 
- Oczywiście, że cię lubię. Ale nie mam zamiaru być niczyją  
dziewczyną ! 
Szkrab miał tak zdruzgotaną  minę, że to jeszcze bardziej 
rozwścieczyło Pat i zachowała się okrutnie. 
- Gdybym już musiała być czyją ś dziewczyną , to wybrałabym jakiegoś 
ładnego chłopca. 
Szkrab zdją ł okulary. 
- Czy bez okularów nie wyglą dam lepiej? 
Wyglą dał. Pat po raz pierwszy zobaczyła jego oczy. Były duże, 
szare i błyszczą ce. Ale nie była w odpowiednim nastroju, by się 
nimi zachwycać. 
- Nie naprawdę. Masz wyskubane włosy i za szerokie usta. Sid mówi, 
że mógłbyś połkną ć wołu! 
I Pat otrzą snęła się z pyłu siana, i dumnie odeszła. 
- Może jeszcze zmieni zdanie? - zauważył McGinty. 
- Będzie musiała - twardo oświadczył Szkrab. 

Iv 

Tego dnia wszystko szło na opak. Ledwie weszła, pokłóciła się z 
Normą . Norma chodziła po domu potrzą sają c słynnymi rudawymi lokami 
i kręcą c nosem. 
- Więc to jest Srebrny Gaj - powiedziała. - Bardzo staroświecki. 
Pat znów spą sowiała z gniewu. 
- Okiennice dodają  domowi stylu - oświadczyła. 
- Ach, nie mam na myśli okiennic. Nasze są  jeszcze bardziej 
zielone. Powinnaś zobaczyć nasz dom. Widzę, że nie macie werandy. 
Ani nawet garażu. 
- Ale mamy cmentarz! - z triumfem odpowiedziała Pat. 
Norma nieco spuściła z tonu. Cmentarz zrobił swoje. 
- I mamy pokój Poety, i okrą głe okienko - cią gnęła Pat. 
To okienko zainspirowało Normę. 
- Nie macie ani jednego weneckiego okna! - zawołała. - My mamy 
trzy... dwa w salonie i jedno w jadalni. Dom bez żadnego 
weneckiego okna wyglą da wręcz śmiesznie. 
Srebrny Gaj śmieszny! Tego było już za wiele. Pat wymierzyła 

background image

Normie policzek. Uderzyła ją  z całej siły. 
Nastą pił prawdziwy koniec świata, jak to obwieściła Judysia. Norma 
wrzasnęła i wybuchnęła płaczem. Matka była zasmucona i przerażona. 
Ojciec zgorszony i oburzony, choć może trochę to oburzenie udawał. 
Przyszła Judysia i zabrała Pat do kuchni. 
- Ale się popisałaś! 
- Mało mnie to obchodzi... nic mnie to nie obchodzi. Nie pozwolę, 
żeby się wyśmiewała ze Srebrnego Gaju - łkała Pat. - Cieszę się, że 
ją  uderzyłam! Możesz sobie mówić, co chcesz! Cieszę się! 
- Ale temperament! - szepnęła Judysia. Poszła do swego pokoju i 
usiadła na niebieskiej skrzyni, żeby się wyśmiać. 
- No, no, raz się chociaż dostało tej pannie Normie, której już 
tak się przewróciło w głowie, że ośmiela się krytykować dom, w 
którym się wychował jej tata! 
Pat nie pozwolono zjeść obiadu w jadalni. Za karę miała jeść w 
kuchni. Została ukarana za to, że broniła Srebrnego Gaju! Coś 
podobnego! 
- Judysiu, ja wolę jeść z tobą  - szlochała. - Ale zostały 
znieważone moje najgłębsze uczucia! 
Wszystko ma swoje dobre strony. Ciotka Helena była tak zgorszona 
zachowaniem Pat, że nie było mowy o zaprosinach. Pojechała z nią  
Winnie. Pat szybko pogodziła się z rodziną , nikt nie przepadał za 
rozpuszczoną  Normą , i przed pójściem spać wraz z Sidem i Judysią  
ogryzali smakowite kostki indyka, a Judysia opowiedziała im o 
babce Normy ze strony matki. 
- Tak, tak, była to dziwaczna dama i wygadywała niestworzone 
rzeczy. Jej biedny mą ż długo umierał, a ona miała mu za złe każdy 
oddech. Wiele razy powtarzała mi ze łzami, że jeśli to długo 
potrwa, to już nie znajdzie sobie nowego kandydata do małżeństwa. 
I nie znalazła. Nie powiem, żebym się tym martwiła. 

Cienie strachu 

Zaraz po wyjeździe Winnie rozszalała się zima. Okrą głe okienko Pat 
zasypał śnieg. Zaspy pojawiły się na Alejce Westchnień, tatuś i 
stryj Tom poszli tam z szuflami i wykopali wą ską  ścieżkę. Stosy 
kamieni w starym sadzie wyglą dały jak białe piramidy. Wzgórze 
Mgieł lśniło srebrem. Nawet kamieniste pólko wyglą dało 
przepięknie. Pat wyobrażała sobie, jak cudownie musi być na 
Ukrytym Pólku, którego pilnują  Król Lasu i Księżniczka Paproci. 
śnieg na cmentarzu leżał równo z ogrodzeniem. 
- Nawet Zawadiackiemu Dickowi trudno by dziś było wyleźć z grobu - 
zauważyła Judysia. 
Pat lubiła nawałnice śnieżne. Miło było opatulić się puszystymi 
kocami i kpić sobie z ciemnej zimowej nocy tulą c termofor z gorą cą  
wodą . Najpierw kładło się go w nogach, kiedy stopy rozgrzały się, 
brała go w ramiona, a wreszcie wsuwała pod plecy. I już był ranek, 
świeciło słońce, a termofor zamienił się przez ten czas w 
zdechłego szczura. 
Przyjemnie także było mieć dla siebie cały pokój, choć bardzo jej 
brakowało Winnie, tych jej roześmianych oczu i srebrzystego 
głosiku. 
- No, już za dwa tygodnie Winnie wróci - cieszyła się. 
To w szkole dowiedziała się przykrej nowiny. Oczywiście od Mai 
Binnie. 

background image

- Wasza ciotka Helena ma zamiar zaadoptować Winnie! 
Pat spojrzała na nią  ze zdziwieniem. 
- Nic podobnego. 
Maja zachichotała. 
- To ty nic nie wiesz? Mama powiada, że to wielka szansa dla 
Winnie. Gdybyś nie spoliczkowała Normy, to pewnie zaadoptowałaby 
ciebie! 
Pat patrzyła na Maję nieprzytomnym wzrokiem. Była zbyt 
zrozpaczona, by uświadomić sobie, że to Sid musiał opowiedzieć Mai 
o tym policzku, i poczuć do niego żal. 
Działo się to na pauzie, ale Pat chwyciła płaszcz i czapeczkę i 
pobiegła do domu potykają c się i grzęzną c w śniegu. Musi jak 
najszybciej zobaczyć matkę... matkę, nie Judysię. Judysi zwierzała 
się ze wszystkich drobnych zmartwień, ale teraz mogła pomóc tylko 
matka. Tylko matka mogła ją  zapewnić, że to nieprawda, że nikomu 
nawet nie przyszło na myśl oddać Winnie ciotce Helenie. 
- No, no, coś tak wcześnie wróciła? Jak tyś przebrnęła przez tę 
drogę? Przecie stryj Tom miał po was pojechać tymi swoimi nowymi 
saniami! 
- Gdzie mamusia? 
- Twoja mamusia pojechała z tatusiem do Wybrzeża Zatoki. 
Zadzwonili, że ciotka Franciszka dostała zapalenia płuc. No 
powiedz, co ci się stało? 
Ale Pat po raz pierwszy nie mogła zwierzyć się Judysi. To pytanie 
musiała zadać matce. Trochę urażona Judysia dała jej spokój i Pat 
zaczęła krą żyć po domu jak pokutują ca dusza. Jakiż ten dom był 
pusty. Ani matki, ani ojca, ani Przylepki. I już od tak dawna nie 
ma Winnie. I nie wiadomo, czy w ogóle wróci! A jeśli w Srebrnym 
Gaju już nigdy nie zabrzmi jej śmiech? 
- Coś musiało stać się w szkole - rozmyślała Judysia. - Mam 
nadzieję, że nie naraziła się nauczycielce. Rada szkolna musiała 
zwariować, żeby zaangażować córkę starego Artura Sainta z tą  
grzywą  włosów koloru cegły! 
Pat nie zjadła kolacji. Nadeszła pora kładzenia się spać, a 
rodzice wcią ż jeszcze nie wrócili. Pat płakała i płakała, i 
wreszcie uśpił ją  płacz. Ale obudziła się w nocy, usiadła na łóżku 
i wszystko sobie przypomniała. 
Było cicho. Wiatr ustał. ściany trzeszczały od mrozu. Przez okno 
widziała słabe światło nad jodłami. Odkryła, że w ciemnościach, 
wszystko jest jeszcze straszniejsze. Czuła, że natychmiast musi 
dowiedzieć się prawdy. 
śmiało wstała i zapaliła świeczkę. śmiało poszła cichą  sienią , 
minęła drzwi pokoju Józka, minęła drzwi pokoju Poety, oto 
sypialnia rodziców. Tak, są  w domu i smacznie śpią . Przylepka 
leżała w swym maleńkim łóżeczku i wyglą dała jak zwykle rozkosznie, 
ale Pat po raz pierwszy nie nachyliła się nad nią , by się 
pozachwycać. 
Długi Alek i jego żona właśnie zasnęli znużeni mroźną  wyprawą , ale 
obudzili się i zobaczyli jej wystraszoną  buzię. 

 

- Co ci jest?  le się czujesz? 
- Tatusiu, przecież ciocia Helena nie może zaadoptować Winnie? 
Powiedz, że nie może. 
- I ty, Pat - spytał srogo ojciec - budzisz nas po nocy, żeby 
zadać takie głupie pytanie? 
- Tatusiu, ja muszę wiedzieć. 
Matka czule położyła jej na ramieniu rękę. 
- Kochanie, nie ma mowy o adopcji... Ale może Winnie u niej przez 
jakiś czas zostanie, ciotka Helena chce ją  posłać do dobrej 

background image

szkoły. To by było świetnie... 
- Chcesz powiedzieć, że Winnie będzie tam mieszkać? 
- Nic jeszcze nie zostało zdecydowane. Ciocia Helena namyśla się. 
Ale tak czy owak Winnie będzie tu często przyjeżdżać... 

Ii 

Następny tydzień składał się z samych mrocznych dni, 
najprzykrzejszych dni w życiu Pat. Nie mogła nic przełkną ć, 
ilekroć spojrzała na puste miejsce Winnie, napływały jej do oczu 
łzy. Rodzina uważała, że Pat zachowuje się nierozsą dnie. 
- Nie macie serca. Trzeba tego dzieciaka zrozumieć. Jest taka 
nieszczęśliwa, że sama nie wie, co robi. I nawet ptaszek nie 
wyżywiłby się tym, co ona je. 
- Rozpieszczasz ją , Judysiu - powiedział surowo Długi Alek, który 
stracił już cierpliwość. 
- Każdemu przyda się odrobina czułości - odpowiedziała Judysia. 
Ale spróbowała przemówić Pat do rozumu. 
- Powinnaś chcieć, żeby Winnie zdobyła wykształcenie. 
- Może się kształcić w domu. 
- Ja mówię o prawdziwej edukacji. Chcesz, żeby Gardinerowie 
zachowywali się tak jak ci Binnie'owie? Pani Binnie zawsze 
powiada, że nie zamierza kształcić Zuzanny. "Może sobie pochodzić 
rok do Akademii Królowej, a potem i tak wyjdzie za mą ż i tylko by 
się zmarnowało pienią dze". Winnie ma już trzynaście lat. Wkrótce 
musi zaczą ć przygotowywać się do egzaminu do Akademii, a czego ją  
nauczy ta dziewucha od Saintów? Założę się, że nie zna łaciny ani 
francuskiego. 
- Po co to komu? Angielski wystarczy. 
- Ale nie na egzamin. Winnie będzie chodziła do porzą dnej szkoły w 
Letnim Brzegu, a ciocia Helena może dla niej dużo zrobić, więcej 
niż twój tata, który musi wykarmić pięcioro dzieci. Nie martw się, 
złotko, i pomóż mi pocią ć te szmatki, ja zabiorę się do szydełka. 
Wreszcie nadszedł list od ciotki Heleny zaadresowany do ojca. Pat 
założyła z tyłu ręce, żeby nikt nie zobaczył, jak drżą , i 
wpatrywała się w tatę. A on włożył jedne okulary, drugie okulary, 
obejrzał starannie znaczek, zauważył, że ciotka Helena ma wcią ż 
ładny charakter pisma, wzią ł nóż, rozcią ł kopertę i wreszcie wyją ł 
list. Na podwórzu rozległ się czyjś śmiech. Któż to ośmiela się w 
takim momencie śmiać? 
- Helena pisze, że Brian przywiezie Winnie już w najbliższą  sobotę 
- oświadczył beznamiętnym tonem. - Więc pewnie zrezygnowała z 
posłania jej do szkoły. Zresztą  byłem przekonany, że do tego nie 
dojdzie. 
Pat jak na skrzydłach pobiegła do Judysi. Judysia wyraziła 
satysfakcję. 
- No i dobrze się stało. Helena zawsze miała lekkiego bzika. A ja 
i tak byłam przeciwna przedwczesnemu rozbijaniu rodziny. 
- Rodzina jest czymś najcudowniejszym na świecie - zawołała Pat. - 
Spójrz, Judysiu, na Dżentelmena Toma, usiadł, jakby pozował do 
zdjęcia. 
- No, no, ty się zmieniłaś w oczach, rano chodziłaś jak gradowa 
chmura, a teraz wszystko ci się podoba, nawet pozy tego biednego 
kocura - zaśmiała się Judysia. 
Pat wybiegła, by podzielić się dobrą  nowiną  ze srebrną  brzeziną  i 
bezlistnymi klonami. Potem wróciła do domu, weszła na stryszek i 
postawiła w okienku świeczkę, by wezwać Szkraba. W cią gu tego 
potwornego tygodnia jeden Szkrab podtrzymywał ją  na duchu. Nawet 

background image

Sid nie za bardzo przejmował się tym, czy Winnie wróci do domu. 
Miał nadzieję, że wróci, ale nie spędzało mu to snu z powiek. 
Natomiast Szkrab nieustannie ją  pocieszał. Nie ma się czym 
martwić. Winnie na pewno wróci. Któż by się zdecydował pozostać z 
dala od domu, takiego domu jak Srebrny Gaj. Teraz więc przybył 
dzielić jej radość. 
Przeszli przez Jordan i dobrnęli po śniegu do Sielanki. Było tam 
peł

 

no zasp, ale Zaczarowane  ródełko nie zamarzło. Jaki cudowny 

był ten wysrebrzony świat... cudowna biel... Wrócili do domu 
dopiero koło ósmej i Judysia dała im burę. 
- Nie pozwolę ci włóczyć się ze Szkrabem, jeśli nie będziesz 
wracać o przyzwoitej porze, żeby iść spać. 
- Jaka jest przyzwoita pora chodzenia spać? - zaśmiała się Pat. 
Tego wieczoru Pat śmiała się bez przerwy. I z apetytem 
spałaszowała kolację. 
- Mówisz, jakbyś nie wiedziała! - odparła Judysia także się 
śmieją c. 
Nadeszła sobota. Wichura i śnieżyca jeszcze się wzmogły. A to 
właśnie w sobotę miała wrócić Winnie. A jeśli wuj Brian jej nie 
odwiezie? Ale pod koniec popołudnia słońce ukazało się zza chmur i 
świat stał się olśniewają cy. Pokoje Srebrnego Gaju wypełniły się 
złocistym blaskiem. 
I Winnie przyjechała. Była bardzo zadowolona, że ciotka Helena nie 
zdecydowała się jej zatrzymać. 
- Ciocia uskarżała się, że bez przerwy się śmieję, a jej to działa 
na nerwy - opowiadała Winnie Pat. - I jak któregoś dnia nie było 
służą cej, to zamiast posolić kartofle, wsypałam do nich pieprzu... 
I to zdecydowało. Ciocia Helena uznała, że nie będzie ze mnie 
dobra gospodyni. 
- Srebrny Gaj cieszy się słyszą c twój śmiech - szepnęła Pat 
ściskają c ją  z całych sił. 
W nocy znów była nawałnica. Pat obudziła się... przypomniała 
sobie, że nareszcie w domu jest tak, jak być powinno, i 
natychmiast znów pogrą żyła się we śnie. Niech sobie szaleje 
śnieżyca. Wszyscy jej najbliżsi znajdowali się pod tym samym 
życzliwym dachem. 

Pojawia się Elżbieta 

- Pachnie wiosną  - zawołała z zachwytem Pat wcią gają c głęboko 
powietrze. Przed chwilą  znalazła pierwsze kiełki kminku. I tego 
samego wieczoru na Pólku Sadzawki zaczęły rechotać żaby. Usłyszeli 
je ze Szkrabem wracają c do domu z Sielanki. 
- Uwielbiam żaby - oświadczyła Pat. 
Szkrab nie był pewien, czy je lubi. Kumkały tak smętnie, że zaraz 
zaczynał myśleć o matce. 
Nigdy jeszcze, myślała Pat, bogata doświadczeniem swych niemal już 
dziewięciu lat, nie było tak pięknej wiosny. 
Wiosną  wszystko było takie czyste. Nie rosły chwasty, nigdzie nie 
leżały zeschłe liście. W domu też unosił się zapach czystości. 
Matka i Judysia zrobiły wielkie porzą dki, szorują c i pastują c 
podłogi, myją c okna. Winnie i Pat pomagały po powrocie ze szkoły. 
Przyjemnie było upiększać ukochany dom. 
- £amie mnie w kościach - oświadczyła któregoś wieczoru Judysia. I 
następnego dnia leżała już z grypą , na którą  kolejno zapadli 

background image

wszyscy domownicy. Przeszli ją  lekko z wyją tkiem Pat. To dziecko 
wszystko ciężko przeżywa, pomyślała Judysia. Pat długo nie mogła 
przyjść do siebie. Któregoś dnia przyjechała nieoczekiwanie ciotka 
Helena i orzekła, że Pat przyda się zmiana powietrza. Szybko 
zapadła decyzja. Pat spędzi trzy tygodnie w Wią zowni. 
Pat nie miała na to najmniejszej ochoty. Nigdy nie była poza domem 
dłużej niż jedną  noc i trzy tygodnie wydawały jej się wiecznością . 
Ale nikt nie zwracał uwagi na jej protesty i nadszedł ten straszny 
poranek, kiedy ojciec miał ją  odwieźć do Letniego Brzegu. 
Przyszedł ją  pożegnać Szkrab i zjedli śniadanie siedzą c na 
kamiennych schodkach i patrzą c, jak nad Wzgórzem Mgieł wschodzi 
czerwonawe słońce. 
Pat pogodziła się już z losem i poczuła miły dreszcz podniecenia, 
że robi się koło niej tyle szumu. Przyjemnie było poczuć się kimś 
ważnym. Sid był przygnębiony - a może trochę zazdrosny, Szkrab zaś 
bardzo smutny. Przylepka płakała, bo wbiła sobie do głowy, że coś 
złego ma spotkać Pat. Judysia napominała ją , żeby nie zapomniała 
często pisać. Jakby to było możliwe! 
- Ale ty, Judysiu, też będziesz do mnie pisać? - niespokojnie 
dopytywała się Pat. 
- Ja i listy... - mruknęła Judysia. Trzeba wyznać prawdę, że od 
dwudziestu lat Judysi nie zdarzyło się napisać listu. - Nie, listy 
to będą  do ciebie pisać inni, ale ty od czasu do czasu skrobnij do 
mnie słówko. 
Pat poprosiła, żeby Judysia schowała do swojej niebieskiej skrzyni 
trzy najukochańsze lalki... ze łzami w oczach pożegnała się z 
każdym pokojem z osobna, z każdym drzewem i z własnym odbiciem w 
studni. Uściskała McGinty'ego i Czwartka. Wreszcie musiała 
powiedzieć do widzenia rodzinie. Judysia zobaczyła jej zrozpaczoną  
buzię w tylnej szybie auta. 
- Smutno będzie bez niej - westchnęła. 

Ii 

Zaraz po przyjeździe do Wią zowni Pat napisała do matki smętny 
list, błagają c, by zabrano ją  do domu. Pierwsza noc w Wią zowni 
była okropna. W wielkim staroświeckim łożu z baldachimem Pat 
poczuła się wręcz zagubiona. 
- Jestem tu tylko z wizytą  - starała się pocieszyć. - Za 
dwadzieścia jeden dni wrócę do domu. 
Następny list, wysłany z kolei do Judysi, był już bardziej 
pogodny. Pat odkryła, że składanie wizyt ma także swoje dobre 
strony. Ciotka Helena we własnym domu była zadziwiają co miła, 
opodal mieszkał wuj Brian. Przyjemnie było co dzień bywać w 
mieście i oglą dać wystawy sklepowe. Czasem Amelka i Norma 
zabierały ją  do miasta w sobotę wieczór, kiedy wszystkie wystawy 
były oświetlone i robiły wrażenie świata bajek, zwłaszcza 
drogeria, gdzie stały kolorowe butle i słoje. 
Dom cioci Heleny jest bardzo ładny - pisała Pat, która odkryła 
także, że lubi pisać listy. - Dużo ładniejszy niż Wybrzeże Zatoki. 
A jeszcze ładniejszy jest dom wujka Briana. Ale nie powiedziałam 
tego Normie, bo ona się zawsze tak nim przechwala. I teraz znów 
spytała się mnie: "No co, nie jest tu wytworniej niż w Srebrnym 
Gaju?" A ja odpowiedziałam: "Owszem, wytworniej, ale wcale nie 
ładniej!" 
Polubiłam tu wujka Briana. Podał mi na przywitanie rękę tak, 
jakbym była dorosła. Norma się jak zwykle puszy, ale Amelka jest 
bardzo miła. W salonie cioci Heleny stoi na kominku gipsowy pies, 

background image

strasznie podobny do Sama Binnie'ego. Ciocia Helena opowiedziała 
mi, że myszy poogryzały zimą  wszystkie jabłonie Amasy Taylor i te 
jabłonie uschły. Ach, Judysiu, żeby tylko te myszy nie dobrały się 
nigdy do naszych jabłoni! 
Judysiu, proszę cię, przypomnij tatusiowi, żeby nie nadawał 
imienia nowemu rudemu cielaczkowi, nim ja nie wrócę do domu. 
Przecież wrócę już za dwa tygodnie. I, Judysiu, nie zapominaj 
wieczorem o mleku dla Czwartka, proszę cię, dolej mu czasem 
śmietanki. Czy wzeszły już orliki i laki? Mam nadzieję, że podczas 
mojej nieobecności Przylepka zanadto nie urośnie. 
Ciocia Helena sprawiła mi nową  sukienkę. Nazwała ją  "praktyczną  ". 
Nie lubię praktycznych sukienek. I nie dostaję tu w niedzielę 
rodzynków. 
Ciocia Helena jest wspaniałą  gospodynią . Są siedzi mówią , że można 
by tutaj jeść owsiankę z podłogi. Ale za to jej nie dosala, więc 
nie smakuje mi nawet z talerza. 
Wuj Brian powiada, że Kuba Hartley źle skończy. Kuba mieszka tuż 
obok nas, więc stale mu się przyglą dam i zastanawiam, jak skończy. 
Może go powieszą ? 
Ciocia Helena pozwala mi pić herbatę. Mówi, że to nonsens nie 
dawać dzieciom herbaty, dawniej zawsze piły i dobrze się chowały. 
Kuzyn Jerzy Gardiner, wiesz, ten starszy pan, powiedział, że nie 
jestem podobna do mamy. ¯e mama za młodu była pięknością . 
Poczułam, że zrobiłam mu zawód. Bardzo wychwalał urodę Normy i 
Amelki. Może sobie chwalić ich urodę, ale nie cierpię, kiedy 
zachwyca się domem. Uważam, że okna weneckie są  obrzydliwe. 
Judysiu, mam nadzieję, że do mojego powrotu w Srebrnym Gaju nic 
się nie zmieni. 
Bardzo było przyjemnie otrzymywać listy. Panna Patrycja Gardiner, 
Wią zownia, Letni Brzeg. Najmilsze listy pisał Szkrab, bo opowiadał 
jej o tym wszystkim, co nikomu innemu nie przychodziło na myśl. ¯e 
po strychu w Srebrnym Gaju zaczęły buszować wiewiórki i Judysia 
była wściekła... ¯e w Sielance pojawiły się wawrzyny... Opowiadał, 
które jabłonie najpiękniej kwitną ... Józek obcią ł Dżentelmenowi 
Tomowi wą sy, ale Judysia mówi, że odrosną ... Okociła się kotka w 
stodole... i wreszcie najwspanialsza wiadomość - Długi Samotny Dom 
kupił ktoś, kto zamierza tam zamieszkać. Pat była bardzo 
podekscytowana, niemniej z przykrością  myślała, że w czasie jej 
nieobecności wydarzyło się aż tyle rzeczy! 
- Jeszcze dziesięć dni - powiedziała głośno, patrzą c na kalendarz. 
- Za dziesięć dni będę w domu. 
Judysia nie napisała, ale w każdym liście była od niej jakaś 
wiadomość. Pat najbardziej ucieszyła się z "powiedzcie jej, że 
tęskni do niej dom", a najmniej podobało jej się, gdy Judysia 
kazała jej powtórzyć, "że ten jej wychudzony kawaler wyglą da, 
jakby miał zaraz wyzioną ć ducha". 
Ciotka Jessie zaprosiła na podwieczorek gości, Pat uznała go za 
męczą cy i nudny. Norma i Amelka miały sobie mnóstwo do powiedzenia 
i nie zwracały na nią  uwagi, panował taki zgiełk, że rozbolała ją  
głowa. "Wszyscy mówią  naraz, zupełnie jak gęsi stryja Toma" - 
pomyślała nieżyczliwie Pat. 
Wyśliznęła się z salonu i poszła na górę szukają c spokojnego 
ką cika, gdzie mogłaby usią ść i marzyć o Srebrnym Gaju. Trafiła do 
gabinetu wuja Briana. Ale kiedy odsunęła zasłonę, żeby wdrapać się 
na parapet okna, zobaczyła, że siedzi tam już jakaś dziewczynka... 
dziewczynka w jej wieku, która wyglą dała tak, jakby przed chwilą  
płakała. Spojrzała na Pat na wpół wrogo, a na wpół błagalnie; 
miała prześliczne ogromne szare oczy, były to najpiękniejsze oczy, 

background image

jakie kiedykolwiek widziała Pat, ocienione długimi czarnymi 
rzęsami. 
Oczy te były nie tylko piękne. Pat zobaczyła w nich coś, co 
sprawiło, że wydało jej się, iż zna tę dziewczynkę od zawsze. 
Dziewczynka poczuła chyba to samo, bo potrzą snęła główką , 
odrzucają c w tył gęste kasztanowe loki, podwinęła nóżki i z 
uśmiechem zaprosiła gestem Pat, by usiadła w przeciwnym rogu. Nie 
trzeba im było słów, by zawrzeć przyjaźń. 
- Nazywam się Patrycja Gardiner. Mieszkam w Srebrnym Gaju - 
przedstawiła się Pat. 
- Ja nazywam się Elżbieta Wilcox, ale wszyscy nazywają  mnie Bietką  
- odpowiedziała dziewczynka. 
- Wilcox?! Tak nazywa się pan, który kupił Długi Samotny Dom w 
Północnym Glen - zawołała Pat. 
Bietka skinęła główką . 
- Tak, to tatuś. Dlatego właśnie płakałam... Nie chcę się tak 
daleko przeprowadzić. Nikogo tam nie znam. 
- Znasz mnie. Ja mieszkam tuż obok. 
Bietka rozchmurzyła się. 
- Naprawdę? 
- O trzy kroki. I wasz dom jest piękny. Strasznie go lubię. Zawsze 
marzyłam, żeby zobaczyć w jego oknach światła! Ach, Bietko, jak ja 
się cieszę, że w nim zamieszkasz. 
Bietka mrugnęła oczkami, by odpędzić ostatnie łzy, i pomyślała 
sobie, że kto wie, czy ona też nie będzie z tego rada. Zaczęły 
rozmawiać i gadały jak najęte, aż wreszcie zaczęto ich szukać i 
Bietkę uprowadziła jej ciocia. Ale wtedy obie z Pat wiedziały już 
o sobie niemal wszystko. 

Iii 

Ach, Judysiu - napisała tego wieczoru Pat. - Mam przyjaciółkę. 
Nazywa się Bietka Wilcox i wkrótce zamieszka w Długim Samotnym 
Domu. Jej pełne imię brzmi Elżbieta Gertruda, jest śliczna, dużo 
ładniejsza niż Norma, i przysięgłyśmy sobie, że będziemy 
przyjaciółkami aż do śmierci. 
Pomyśl, Judysiu, wczoraj o tej porze nawet nie wiedziałam, że ona 
istnieje. Ciocia Helena mówi, że Bietka jest bardzo wą tła i 
dlatego właśnie jej ojciec sprzedał swoją  farmę, bo była położona 
na bagnach. 
Nigdy nie myślałam, że potrafię aż tak polubić kogoś spoza 
rodziny. To Norma znalazła nas na oknie i chyba była zazdrosna, bo 
parsknęła: "Widzę, że znalazłaś bratnią  duszę!" I kiedy 
powiedziałam: "Tak", zwróciła się do Bietki: "Uważaj, bo ona jest 
dziewczyną  Hilarego Gordona!" Wtedy oświadczyłam jej... Judysiu, 
oświadczyłam naprawdę z godnością : "Nie, nie jestem jego 
dziewczyną . Przyjaźnimy się". Opowiedziałam już Bietce o Szkrabie. 
Ona uważa, że musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by mu 
ułatwić życie, i myśli tak samo jak ja, że to idiotyzm nazywać go 
moim kawalerem, skoro jest przyjacielem i w ogóle o kawalerach to 
możemy zaczą ć myśleć najwcześniej za siedem lat. Odparłam, że ja 
nigdy nie zamierzam myśleć, ale Bietka są dzi, że kiedy dorośniemy, 
miło będzie mieć wielbicieli. 
Ach, Judysiu, zapomniałam o najważniejszym. Obie urodziłyśmy się 
tego samego dnia. Więc jesteśmy bliźniaczkami, prawda? I obie 
namiętnie kochamy poezję. Bietka mówi, że ich są siad, pan Jerzy 
Palmer, kiedy dowiedział się, iż jego syn pisze wiersze, sprawił 
mu lanie. Bietka pożyczy mi fantastyczną  opowieść pod tytułem 

background image

"Romans hrabiny Berty". Mówi, że występuje w niej cudowny duch. 
Ach, Judysiu, już pojutrze będę w domu. Aż trudno mi w to 
uwierzyć! 

Iv 

- Najmilszą  częścią  wizyty jest powrót do domu - oznajmiła Pat. 
Wuj Brian odwiózł ją  do domu. Dla wuja Briana była to przyjemna 
półgodzinna przejażdżka po męczą cym dniu w biurze. A Pat zapierało 
dech w piersiach, taka była szczęśliwa, że wraca z wygnania. Było 
już ciemno, widziała tylko światła w oknach farm Północnego Glen. 
Znała je wszystkie. Oto światła pana Frencha, światła Floyda, 
światła Kuby Carda, a na prawo, w oddali, światła Srebrnych 
Mostów. O, pali się w oknach Robinsonów, długo ich nie było, ale 
widać powrócili do domu. 
Wreszcie alejka Srebrnego Gaju... to chyba pogwizduje Józek... 
przyjazne drzewa kiwają  jej na powitanie... wszystkie okna domu są  
rozświetlone na jej przyjęcie... na słupku od bramy siedzi 
Dżentelmen Tom... cała rodzina wybiegła, by ją  uściskać... brak 
tylko taty, który musiał pojechać do Srebrnych Mostów na jakieś 
polityczne zebranie... Za to Przylepka, która ukończyła już dwa 
latka, ale ku zmartwieniu wszystkich nie zaczęła jeszcze mówić, 
teraz zawołała "Pat!" 
Czekali też na nią  Szkrab i McGinty. Zjedli kolację w kuchni, 
chrupią c złociste bułeczki i smażonego pstrą ga, którego Szkrab 
złowił dla niej w Jordanie. Judysia miała na sobie nową  perkalową  
suknię i uśmiechała się od ucha do ucha. Nic się nie zmieniło. Pat 
bała się, że może poprzestawiano meble, że kocięta na obrazie 
urosły, że Król William przebył na swym białym koniu rzekę 
Boyne... Cudownie było patrzyć, jak księżyc pojawia się nad 
własnymi polami. Poszczekiwały psy. 
- Judysiu, czy to prawda, że Józek obcią ł Dżentelmenowi Tomowi 
wą sy? 
- Tak, ten nicpoń to naprawdę zrobił! Biedny zwierzak okropnie 
śmiesznie wyglą dał, no, ale już mu odrastają . 
- Muszę się teraz ze wszystkim od nowa zaprzyjaźnić - oświadczyła 
radośnie Pat. - Jak myślisz, Judysiu, czy tatuś wróci, nim pójdę 
spać? 
- Wą tpię - odparła Judysia, która sobie tego wcale nie życzyła. 
Wolała, żeby Pat zobaczyła Długiego Alka dopiero rano, gdy się 
dobrze wyśpi. 
Jak przyjemnie było się obudzić i popatrzeć na Srebrny Gaj w 
świetle dnia. W ogrodzie wszystko strasznie urosło, ale poznał ją  
każdy krzew. Biegła od drzewa do drzewa całują c je, ucałowała 
nawet krzywy świerczek przy bramie, za którym nie przepadała, bo 
wyglą dał tak, jakby się dą sał. Posłała pocałunek Pat z dna studni. 
¯ycie było cudowne. 
I nagle zobaczyła wychodzą cego ze stodoły ojca! 
Długo trwało, nim rodzinie udało się ją  pocieszyć. Przestała 
płakać, dopiero gdy Długi Alek obiecał, że z powrotem zapuści 
wą sy. 
- A mówiłam, że to będzie dla niej szok - skarciła Judysia 
Długiego Alka. - Wiesz przecież, jak ona przeżywa każdą  zmianę. 
Mogłeś poczekać, aż wróci do domu! 
Wcią ż jeszcze przygnębiona Pat poszła Alejką  Westchnień do 
Jaskółczego Gniazda, gdzie ciotki i stryj zgotowali jej serdeczne 
przyjęcie, bardzo jej im bowiem brakowało. I chwała Najwyższemu; 
stryj Tom nie zgolił swych bokobrodów. 

background image

Perypetie pieprza 

Ostatecznie Długi Alek nie musiał zapuszczać z powrotem wą sów. 
Kiedy po paru dniach zapytał z powagą  Pat, co ona teraz o tym 
myśli, Pat doszła do wniosku, że ojciec bez wą sów też jej się 
podoba. I wyznała Judysi, iż obecnie przyjemniej jest go całować. 
Za to popłakała się, kiedy ścięto wreszcie Winnie jej złote loki, 
i to ścięto bardzo krótko. Ale po tygodniu było już tak, jakby 
Winnie od zawsze miała krótko obciętą  czuprynkę. 
Dezaprobata Judysi trwała dłużej. 
- Zrobili z niej chłopaka - kręciła nosem Judysia, troskliwie 
układają c loki w swym skarbczyku. - Co też tym dziewczętom 
przychodzi teraz do głowy! Chcą  z siebie zrobić mężczyzn, a to się 
im i tak nie uda. A w dodatku jak skończą  pięćdziesią t lat, to 
będą  łyse jak kolano. 
Pat bardziej jeszcze niż obcięciem włosów Winnie przejęła się jej 
nagłą  decyzją , że gdy dorośnie, zostanie misjonarką  i pojedzie do 
Indii. Rozpaczała przez wiele tygodni, mimo filozoficznych uwag 
Judysi. 
- Nie przejmuj się na zapas, złotko. Nie uda się to jej wcześniej 
niż za dziesięć lat, a do tego czasu wiele wody popłynie waszym 
Jordanem. Siadaj i wcinaj biszkopt, i nie zaprzą taj sobie głowy 
tymi romantycznymi mrzonkami Winnie. 
- To pewnie brzydko z mojej strony, że nie chcę, by została 
misjonarką  - westchnęła Pat. - Ale Indie są  tak strasznie daleko. 
Jak myślisz, Judysiu, czy mogę się modlić, by Winnie, nim 
dorośnie, zmieniła zdanie? 
- No, no, to by chyba nie było stosowne - odpowiedziała Judysia 
robią c mą drą  minę. - Nigdy nie wiadomo, co z takiej modlitwy 
wyniknie. Pan Bóg udziela czasem nieoczekiwanych odpowiedzi. Ale 
mogłabym się założyć, że Winnie zmieni zdanie. Dziewczynkom w jej 
wieku przychodzą  do głowy rozmaite pomysły. 
Co było robić, Pat usiadła i zabrała się do biszkopta upieczonego 
według przepisu, który Judysia zdobyła w Australii. Judysia 
trzymała go w ścisłej tajemnicy, obiecała jednak, że przekaże go w 
testamencie Pat. 
Dzień, w którym Wilcoxowie zamieszkali w Długim Samotnym Domu, Pat 
uznała za prawdziwe święto. Radośnie pomagała Bietce w urzą dzaniu 
jej pokoiku i zrozumiała, czym może być prawdziwe koleżeństwo. 
Państwo Wilcoxowie byli cichymi, spokojnymi ludźmi, którzy 
uwielbiali córkę i pozwalali jej na wszystko. Gdyby Bietka nie 
była z natury dobra, na pewno by ją  strasznie rozpuścili. 
Pozwolono Bietce wybrać tapetę do jej pokoiku i Pat poszła z nią  
do Srebrnych Mostów. Obu spodobała się ta sama jasnoseledynowa 
tapeta w różyczki. 
- Czy czujesz, jak ten dom cieszy się, że ktoś w nim zamieszkał? - 
spytała Pat. - Pozostanie Długim Domem, ale już przestał być 
samotny! 
Judysia w cichości ducha bardzo była rada, że Pat znalazła 
wreszcie przyjaciółkę w swoim wieku. Winnie miała pół tuzina 
bliskich koleżanek, a Pat, choć z wszystkimi dziewczynkami w 
szkole była w jak najlepszych stosunkach, nie zwią zała się z żadną  
z nich. 
- Bietka jest najładniejszą  dziewczynką  w szkole - oznajmiła z 

background image

dumą  Judysi. - Maja Binnie nawet się do niej nie umywa, nie cierpi 
jej. Ale poza tym wszyscy ją  kochają . Ja kocham ją  z całej duszy. 
- Nie trzeba kochać zanadto, złotko - ostrzegła Judysia. - Oj, nie 
trzeba. 
- Czy można kochać zanadto? - oburzyła się Pat. 
Judysia pokręciła głową . 
- Ta mała nie doczeka się siwych włosów! Ona nie należy do tego 
świata - mruknęła do siebie. Niepokoiły ją  rumieńce Bietki i 
dziwny często wyraz oczu. Patrzyły one wówczas tak, jakby widziały 
jaką ś krainę szczęśliwości, której nikt inny nie oglą da. Kto wie, 
czy część uroku Bietki nie stanowiło właśnie to spojrzenie. A jej 
urokowi ulegali wszyscy, i dzieci, i ludzie starsi. 
- Wiele dziewczynek w szkole zazdrości, że Bietka jest moją  
przyjaciółką  - opowiadała Judysi Pat. - Wcią ż zabiegają  o jej 
względy. Ale my się nie rozstajemy. Naprawdę jesteśmy 
bliźniaczkami. I co dzień odkrywam w niej coś nowego. Czasem 
mówimy do siebie Gertrudo i Małgorzato. Ona ma na drugie imię 
Gertruda tak jak ja Małgorzata i tym imionom musi być przykro, że 
nikt ich nigdy nie używa. Ale to jest nasza tajemnica. Lubię miłe 
tajemnice. W zeszłym tygodniu Maja Bińnie powiedziała mi coś w 
sekrecie, ale było to obrzydliwe. Ach, Judysiu, czy nie cieszysz 
się, że Wilcoxowie zamieszkali w Długim Domu? 
- Pewnie, że się cieszę. Dobry są siad to skarb. A Jerzy Wilcox 
jest spokojnym, zrównoważonym człowiekiem. Nie to, co jego ojciec, 
stary Geordie, straszny był z niego złośnik. Kiedyś chwycił garnek 
z puddingiem i wyrzucił za drzwi! I uparciuch. Raz w kościele 
wierni uchwalili, że się o coś pomodlą , a Geordie nie chciał. No i 
staną ł tyłem do pastora i zaczą ł wodzić po zebranych strasznym 
wzrokiem. Cóż, cóż, teraz jest już biedak w niebie i tylko mam 
nadzieję, że czasem pozwala aniołom robić to, na co mają  ochotę. 
- Ach, Judysiu, ską d ty wiesz o ludziach tyle zabawnych rzeczy - 
zaśmiewała się Pat. 
- No, no, pamięć mi jeszcze dopisuje. Nigdy nie zapomnę tego 
kuzyna Geordiego, Malta Wilcoxa. On miał naprawdę źle w głowie. 
Uważał, że jest opętany przez diabła. 
- Opętany przez diabła? - Pat poczuła miły dreszcz podniecenia. 
- Przecie powiadam. Rodzina się z począ tku nie przejmowała, ale 
potem zaczą ł z tym diabłem gadać. I chwalić sobie to, co tamten 
mówi. Oddali go więc do szpitala psychiatrycznego, ale się tym nie 
przeją ł, bo diabeł mu wiernie towarzyszył. Spędził tam wiele lat 
całkiem szczęśliwy, chciał tylko móc w spokoju wysłuchiwać peror 
szatana. Aż tu któregoś dnia zobaczyli, że płacze, jakby mu miało 
pękną ć serce. 
- Szatan mnie opuścił - powiada - i co ja teraz będę tu robił. 
Uznali, że wyzdrowiał, i odesłali go do domu, ale zawsze 
twierdził, że wszyscy go nudzą . ¯e okropnie mu brak rozmów o... no 
wiesz, Pat, o tym miejscu, o którym lepiej nie wspominać. 
- Chcesz powiedzieć o piekle - spokojnie dopowiedziała Pat ku 
wielkiemu zgorszeniu Judysi. - Wiele już się o piekle nasłuchałam. 
Parobek stryja Toma wcią ż tam wszystkich odsyła. Stryj Tom mówi, 
że on już ma taki niewyparzony język i nic na to nie potrafi 
poradzić. 
- Hm... hm... pewnikiem to i prawda. Jest przecież wnukiem 
Andrzeja Taylora, a stary Andrzej klą ł, ile wlezie. Był zresztą  
jedynym mężczyzną  w całym Południowym Glen, który przeklinał. 
Pewnie inni uważali, że i tak mu nie dorównają . Stary łotr nic 
tylko się śmiał i klą ł. Powiadał, że póki ma się z czego śmiać, to 
wcale nie potrzebuje Pana Boga. Kiedy umarł mu syn, też się tylko 

background image

roześmiał i oświadczył, że biedakowi zostało oszczędzone wiele 
życiowych smutków. Potem umarła mu żona i uznał to za niezły 
pomysł Opatrzności. Ale gdy ten wazeliniarz Jan, z którym się 
wykłócał całe życie, wypadł z dwukółki i skręcił kark, powiedział: 
- To już zbyt ucieszne, można by pękną ć ze śmiechu. Wolę pójść do 
kościoła i pojednać się z religią . - I już do śmierci chodził na 
wszystkie nabożeństwa. 

Ii 

Pat nigdy jeszcze nie przeżyła tak pięknego lata. Cudownie było 
mieć kompankę w drodze do szkoły. Sid coraz częściej szukał 
towarzystwa kolegów, choć wcią ż jeszcze spędzał wiele godzin z 
Pat, włóczą c się z nią  po polach, szukają c w stodole jajek i 
zaganiają c o zmierzchu niesforne indyki. 
Bietka często zachodziła do Srebrnego Gaju, w brzezinie miały obie 
z Pat szałas. Od czasu do czasu Judysia pozwalała im tam zjeść 
kolację. 
Kolacja poza domem była wielkim romantycznym przeżyciem, na deser 
zjadały porzeczki ułożone na liściu sałaty. Kiedy indziej znów 
siadały na schodkach przed kuchennymi drzwiami i słuchały 
opowieści Judysi o rodzinie, duchach, Zaczarowanym Ludku i 
"szarych postaciach", które o zmierzchu i przed świtem snuły się 
po sadach. Pat musiała potem odprowadzać Bietkę do domu - była tak 
przyzwyczajona do historyjek Judysi, że ją  przyprawiały tylko o 
rozkoszny dreszczyk, Bietka zaś, choć je uwielbiała, była jednak 
mniej odporna, a już zupełnie nie wiadomo, co by na to powiedzieli 
jej rodzice. 
Czasem Pat wybierała się na wzgórze do Długiego Domu... szła krętą  
ścieżką  wspinają cą  się zboczem wśród pól... na tej ścieżce każdy 
musiał czuć się szczęśliwy, wytyczyły ją  chyba dobre wróżki. Za 
każdym razem odkrywała coś zachwycają cego... tu rosła kępa 
prześwietlonych słońcem paproci... tam leżał omszały pień... gdzie 
indziej wysiało się nowe drzewko. Wychodziła z domu Alejką  
Westchnień, przechodziła przez skraj ogrodu stryja Toma i tam 
zaczynała się zaczarowana ścieżka. Czasem Bietka wychodziła na jej 
spotkanie; kiedy indziej kiwała jej ręką  z okna. 
Jedyną  tragedią  tego lata stała się śmierć Czwartka. Przez parę 
dni go nie było, potem któregoś ranka znaleziono go na cembrowinie 
studni, leżał sztywny, widać dowlókł się do domu, by tu umrzeć. 
- Judysiu, to straszne, że koty żyją  krócej niż my - szlochała 
Pat. - Ledwo je człowiek pokocha, a już ich nie ma... Judysiu, jak 
myślisz, czy biedny Czwartek bardzo cierpiał? 
Pat ciężko przeżyła jego śmierć, niemniej tego lata Czwartek i tak 
przebywał często poza domem i do serca Pat wkradła się para 
rozkosznych kocią t, Pieprz i Sól. Pieprz był popielaty jak dym, 
Sól zaś była biała, a jej pyszczek wyglą dał jak ciemny bratek. 
Odbył się uroczysty pogrzeb, Sid i Szkrab nieśli zwłoki, a Pieprz 
i Sól w czarnych kokardach dość niechętnie odgrywały rolę 
żałobników. Pat i Bietka uplotły z kwiatów polnych kilka wieńców. 
Pat chciała pochować Czwartka na cmentarzu między Płaczliwym 
Willem i Zawadiackim Dickiem, uważała go za kogoś z rodziny. Ale 
Judysia zgorszyła się, zatem pogrzebano go wśród świerków, tam 
gdzie wszystkie koty ze Srebrnego Gaju spoczywały wiecznym snem. 
Bietka napisała wierszowane epitafium, a Szkrab wyrył je na 
nagrobnej tabliczce. 
- Mam nadzieję, że wolno mi przynosić na grób Czwartka kwiaty? - 
spytała nieco wyzywają cym tonem Pat, która nie mogła wybaczyć 

background image

Judysi, że ta nie pozwoliła pochować Czwartka na cmentarzyku. 

Iii 

Któregoś deszczowego popołudnia Pieprz wleciał do studni. Pieprz 
często popadał w tarapaty. W ostatnią  niedzielę wieczorem wskoczył 
Judysi na plecy i ruszył tam w tany, a działo się to podczas 
rodzinnych modlitw w saloniku. Sid okropnie się skompromitował, bo 
wybuchną ł śmiechem i tatuś bardzo się rozgniewał. 
Całe popołudnie Pieprz był niewidoczny, a kiedy wieczorem Pat 
postawiła na cembrowinie studni spodeczek mleka, usłyszała żałosne 
miauczenie. Obie z Bietką  zaczęły go szukać - bez skutku. Tylko 
ten rozpaczliwy miauk, który zdawał się dobiegać to z brzeziny, to 
z cmentarza, to prosto z nieba. 
- Coś go pewnikiem zaczarowało - zawołała Judysia. - Przecie 
gdzieś musi być. 
Wreszcie Bietka znalazła rozwią zanie zagadki. 
- On wpadł do studni. 
Pat z rozpaczą  podbiegła do studni. Było w niej ciemno, nie mogła 
nic dojrzeć, ale nie ulegało wą tpliwości, że Pieprz tam jest. 
Miauczenie rozległo się ze wzmożoną  siłą . 
- Gdzie się ta bestia mogła podziać? - zastanawiała się Judysia. - 
Ach, widzę go. Zobaczcie, jak mu błyszczą  ślepia. Musiał wpaść do 
wody i wdrapać się na to obmurowanie w środku, mą dry zwierzak. 
Posłuchajcie, jak się drze. Wiele mu to nie pomoże, bo nie widzę, 
kto by go stamtą d mógł wycią gną ć. Twój tata i chłopcy są  w 
Wybrzeżu Zatoki i nie wrócą  przed północą . Prawdziwa katastrofa. 
- Nie możemy go tam zostawić całą  noc - zawołała zrozpaczona Pat. 
Pobiegła na strych i zapaliła świeczkę. ¯eby tylko Szkrab ją  
zobaczył! Szkrab cały wieczór karczował duże pole pana Gordona, 
ale wracają c do domu zobaczył światełko i stawił się po paru 
minutach wraz z nieodłą cznym McGintym. McGinty kiedy zrozumiał, co 
się stało, usiadł i zaczą ł do wtóru wyć. Był to posępny duet. 
- Szkrabie, zrób coś i ocal Pieprza! - błagała Pat. 
Szkrab jako błędny rycerz robił dość komiczne wrażenie, te 
poszarpane spodnie, ciemne okulary i "obskubane" włosy, potrafił 
jednak staną ć na wysokości zadania. 
We trójkę przywlekli ze stodoły drabinę i udało im się jakimś 
cudem spuścić ją  do studni. Szkrab po niej zszedł, a Pat i Bietka 
musiały z całych sił trzymać McGinty'ego, by nie wykonał 
samobójczego skoku. Po paru chwilach grozy Szkrab wylazł ze studni 
trzymają c przerażone mokre kocię, które odwdzięczyło mu się gryzą c 
w nadgarstek. 
- No, no - pojękiwała Judysia - czuję się tak, jakby ktoś mnie 
przepuścił przez wyżymaczkę! Co za koszmarny dzień! Najpierw 
Przylepka przycięła sobie paluszki drzwiami, potem ten kundel 
Józka zeżarł but twojego taty, a sowa Sida odleciała Bóg wie 
gdzie. A teraz - dodała zrozpaczonym tonem - będziemy musieli 
czerpać wodę z tego waszego Jordanu, póki nie oczyści się studni. 
Oj, nałykamy się jaszczurek! 
- Jaszczurek?! 
- Przecie powiadam. Dziadek pana Adamsa napił się raz wody z tego 
potoku i połkną ł jaszczurkę. Nigdy już nie przyszedł do siebie. 
Mówił, że na pusty żołą dek czuje, jak mu się ona wierci we 
wnętrzu. 
Pat pomyślała ze zgrozą , że oboje ze Szkrabem często popijali wodę 
z Jordanu, co prawda zwykle czerpali ją  z samego źródła w 
Sielance... Od razu poczuła, że coś jest nie w porzą dku z jej 

background image

żołą dkiem. No, ale może po prostu był pusty. Zamknęli Pieprza w 
spichlerzu, by wysechł, i poszli do kuchni na gorą cy pieróg z 
mięsem. Po tych przejściach należało się wzmocnić. 
Za to w nocy Pat miała koszmarny sen; śniło jej się, że połknęła 
żabę. 

Iv 

Pat zaczęła od czasu do czasu spędzać u Bietki noc, była to 
zupełnie nowa przyjemność. Pierwszy raz zdarzyło się to na 
począ tku grudnia, Judysia wyprawiła ją  tam zaraz po szkole, bo 
Długi Alek zarzynał świnie, a wówczas nikomu nie udało się 
uspokoić Pat. Choć, jak ironicznie zauważyła Judysia, nie 
przeszkadzało jej to później pałaszować boczku i kiełbasy. 
Pat poszła do Długiego Domu srebrzystą  drogą  wysłaną  śnieżnym 
puchem. Z każdą  chwilą  świat stawał się bielszy. Bietka nie była 
tego dnia w szkole i czekała na nią  pod sosną . Tuż nad nimi 
otoczony jodłami Długi Dom wyłaniał się ze śnieżnego morza jak 
ciemna wyspa. 
Dach opadał nisko, z dachu wystawały okienka, widok ten miał w 
sobie coś urzekają cego. Pokój Bietki był rozkoszny, były tam aż 
cztery okienka w wykuszach, dwa w najdłuższej ścianie i po jednym 
z obu stron. 
Wspaniały pokój, opowiadała Judysi Pat, stały w nim prawdziwe 
meble i wysokie lustro, w którym zachwycone dziewczynki mogły się 
przeglą dać od stóp do głów. Okienko wychodzą ce na zachód było 
obrośnięte dzikim winem, w lecie więc przysłaniała je zielona 
kurtyna, pod okienkiem wychodzą cym na wschód rosła wielka jabłoń. 
Pat i Bietka usiadły obok małego piecyka i zaczęły pałaszować 
jabłka. Gdy zjadły tyle, że można by się obawiać, iż pękną , 
położyły się do łóżka i odbyła się jedna z tych "rozmów od serca", 
które tak uwielbiają  małe dziewczynki. 
- £atwiej jest się zwierzać po ciemku - tłumaczyła Judysi Pat. - 
Czuję wtedy, że mogę powiedzieć Bietce wszystko. 
- No, no, ja bym tam nikomu nie mówiła wszystkiego - napominała ją  
Judysia. 
- Nikomu innemu - zgodziła się Pat. - Bietce mogę. Bietka różni 
się od wszystkich. 
"Oj, różni, różni" - westchnęła w duchu Judysia, ale nie 
powiedziała tego Pat. 
Rozkosznie było leżeć w ciemnościach, słuchać szumu jodeł i 
zwierzać się ze swych "tajemnic". Bietka była ostatnio na weselu i 
Pat wysłuchała długich opowieści o zwiewnej sukni panny młodej, 
ślicznych druhnach, kwiatach, przyjęciu. 
- Jak myślisz, czy my wyjdziemy za mą ż? - spytała Bietka. 
- Ja nie - oświadczyła Pat. - Nie mogłabym opuścić Srebrnego Gaju. 
- Przecież nie zostaniesz starą  panną ! - oburzyła się Bietka. 
- Zresztą  twój mą ż może z tobą  tutaj zamieszkać. 
To był pomysł! W ogóle w obecności Bietki wszystko wydawało się 
proste i łatwe. To także było czą stką  jej czaru. 
- Urodziłyśmy się tego samego dnia - cią gnęła Bietka - więc jeżeli 
wyjdziemy za mą ż, to powinnyśmy także wzią ć ślub tego samego dnia. 
- I tego samego dnia umrzemy! To będzie takie romantyczne 
- zachwyciła się Pat. 
Obudziła się w nocy i nagle ogarnęła ją  tęsknota za domem. Jak 
miewa się Srebrny Gaj? Wysunęła się z łóżka i podeszła do okienka. 
Chuchała chwilę na szybkę, żeby znikły srebrne gwiazdki - i 
wstrzymała z zachwytu oddech. śnieg przestał prószyć, wielki 

background image

księżyc zwisał nad przemarzniętymi wzgórzami. Ośnieżone jodły 
zdawały się zakwitać od jego blasku, dalej srebrzyły się 
filigranowe jabłonie. 
Jak pięknie wyglą dał Srebrny Gaj, gdy patrzyło się na niego z góry 
w księżycową , zimową  noc. Czy aby Przylepka jest ciepło przykryta? 
Tak często skopywała z siebie kołderkę. Czy matkę przestała boleć 
głowa? 
W dali za Srebrnym Gajem widać było brzydki dom Gordonów, którego 
nikt nie kochał. 
To tam śpi Szkrab na tym swoim stryszku. Całe lato sypiał z 
McGintym na sianie. Biedny Szkrab, do którego nigdy nie pisała 
matka. Wydawało się to czymś niepojętym. 
Pat nie chciało się wracać do łóżka, przestałaby oglą dać urodę 
świata. Przypomniał się jej wierszyk, którego musiały nauczyć się 
w szkole na pamięć. 

Przyjdź, noc jest taka zimna, 
A mroźne światło księżyca 
Doliny mroku wypełnia 
I zachwyca. 

To prawdopodobnie właśnie wtedy w Patrycji Gardiner, zgodnie ze 
starym powiedzeniem, "obudziła się dusza". I później uważała tę 
chwilę spędzoną  przy okienku za przełomowy moment swego życia. 

Judysia bierze sprawę w swoje ręce 

- Goła jak ją  Pan Bóg stworzył - zakończyła ciotka Edyta i 
umilkła. Uważała, wszyscy tak uważali, że nic więcej nie da się 
już tu powiedzieć. 
Matka była zgorszona i zawstydzona. Wujowie zgorszeni i ubawieni. 
Zgorszona ciotka Jessie okazywała wzgardę. Norma i Amelka były 
zgorszone i zadowolone. Winnie zgorszona i smutna. A ojciec, Sid i 
Józek po prostu oburzeni. 
Ciotka Edyta trzymała Pat mocno za ramię, a ta stoją c przed 
rodzinnym są dem walczyła ze łzami. Powinna płakać, uważała 
rodzina, nie wiedzą c, że nie są  to łzy wstydu i skruchy, tylko 
strasznego rozżalenia, gdyż ciotka Edyta nieodwracalnie zniszczyła 
coś, co było piękne. 
Ostatni tydzień Pat spędziła niemal zupełnie sama. Bietka 
pojechała odwiedzić rodzinę. Sid i Szkrab pracowali przy 
sianokosach. I stało się coś zupełnie nie do pomyślenia - w domu 
zabrakło Judysi. Odką d Pat pamiętała, Judysia była obecna zawsze. 
Nie uznawała wakacji. 
- Pewnie, że bym nie pracowała, gdybym miała co innego do roboty. 
Sęk w tym, że nie mam. 
Praciotki w Wybrzeżu Zatoki znalazły się w opałach. Kuzyn Danny 
złamał nogę, ciotka Franciszka zachorowała, ubłagały matkę, by im 
wypożyczyła Judysię. 
Dla Pat było to ciężkie przejście. Judysi brakowało jej na każdym 
kroku. Nie pocieszało jej nawet to, że matka większość czasu 
spędza obecnie w kuchni, można jej pomagać i radować się jej 
towarzystwem. 
W dodatku zginą ł Dżentelmen Tom. Znikną ł w dniu wyjazdu Judysi; na 
podwórzu i w kuchni było bez niego bardzo pusto. I co powie 

background image

Judysia, kiedy wróci i dowie się, że zginą ł jej kot? Może pomyśli, 
że Pat zapomniała go karmić... 
Pat dużo czasu poświęcała gorą czkowej pracy w ogródku cieszą c się 
myślą  o pochwałach Judysi. Co wieczór podlewała wszystkie grzą dki. 
Lubiła wycią gać ze studni wiadro z wodą . I lubiła podlewać 
spragnione po upalnym dniu roślinki. Najpierw podlewała zawsze 
ulubione kwiaty Judysi. A na samym końcu róże, żeby móc z nimi jak 
najdłużej zostać. 
Ale tego wieczoru Pat poczuła się zagubiona. Poprzedniej nocy 
padał ulewny deszcz, więc kiedy zaczęło zmierzchać, nie miała nic 
do roboty, a tu nie było z kim porozmawiać. Jednakże ów letni 
wieczór był tak piękny i tajemniczy, że ją  urzekł. Pobiegła z 
rozwianymi włosami przez wysrebrzoną  wschodzą cym księżycem 
brzezinę, po drugiej stronie brzeziny była maleńka polanka usiana 
białymi stokrotkami. Otoczona paprociami wyglą dała jak jeziorko 
wypełnione mroźnym światłem księżyca. 
Przystanęła olśniona. Owego lata z każdym dniem silniej 
przemawiało do niej piękno przyrody. 
Nad Wzgórzem Mgieł pojawiła się srebrna tarcza. Pat od maleńkości 
uważała, że istnieje księżycowy świat, gdzie wszystko jest samym 
szczęściem. 
Była to ciepła, życzliwa noc... noc wróżek. Przez chwilę Pat znów 
wierzyła w ich istnienie. Zawładnęły nią  czary. Przypomniała sobie 
opowieść Judysi o zaklętej królewnie, która w noce pełni księżyca 
tańczyła nago w jego poświacie, i zapragnęła też tak zatańczyć. 
Dlaczegóż by nie? Nikt jej nie zobaczy. To będzie piękne. 
Zrzuciła sukienkę, koszulkę i majteczki i stanęła wśród cieni jak 
maleńka driada, drżą c z podniecenia, gdy dotknęły ją  blade palce 
księżyca. 
Weszła na polankę i zaczęła tańczyć. Czuła pieszczotę wiatru. 
Tańczyła na paprociach, które upajają co pachniały. Gdzieś z dala 
napływał śmiech, to chyba śmiało się

 

 Zaczarowane  ródełko. Czuła 

się tak lekka, jakby była czą stką  księżycowej poświaty. Cudowna 
chwila, nigdy jeszcze nie przeżyła czegoś tak cudownego. 
- Pat! - zawołała ciotka Edyta, a w jej głosie brzmiało sto 
wykrzykników. 
Pat wróciła na ziemię. Koniec snu. Oburzenie w głosie ciotki Edyty 
okryło ją  wstydem. 
- Ubierz się - nakazała jej lodowatym tonem ciotka Edyta. Sytuacja 
przerastała ją . Musi się tym zają ć Długi Alek. Pat bez słowa 
ubrała się i poszła za ciotką  Edytą . W saloniku rodzina 
podejmowała wujostwo z Letniego Brzegu. Oczywiście, pomyślała z 
niechęcią  Pat, Norma i Amelka, które nigdy się nieodpowiednio nie 
zachowywały, będą  teraz świadkami jej upokorzenia. 
- Jak mogłaś, Pat? - spytała z wymówką  w głosie matka. 
- Tak strasznie chciałam się wyką pać w księżycowej poświacie - 
zaszlochała Pat. - Nie myślałam, że to coś złego. Byłam pewna, że 
nikt mnie nie zobaczy. 
- ¯adnemu dobrze wychowanemu dziecku nie przyszłoby to na myśl - 
oświadczyła ciotka Jessie. 
A stryj Tom wybuchną ł gromkim śmiechem. 

Ii 

Rodzina uważała, że zważywszy na ogrom przestępstwa ukarano Pat 
niezbyt surowo, ale w gruncie rzeczy nie mogło jej spotkać nic 
gorszego. Odesłano ją  do Coventry *. (* Potoczne wyrażenie 
angielskie oznaczają ce: zbojkotować.) Przez tydzień do nikogo nie 

background image

wolno jej było się odezwać, do niej odzywano się tylko wówczas, 
kiedy zachodziła "wyższa konieczność". 
Pat nie wiedziała, jak udało jej się przeżyć takie straszne trzy 
dni. Każdy dzień trwał wieczność. Pomyśleć, że Sid zachowywał się 
tak, jakby jej nie widział. Był najbardziej oburzony ze 
wszystkich. Rodzice patrzyli na nią  tak, jakby było im jej żal, 
ale zachowywali się stanowczo. A Winnie... 
"Ona traktuje mnie jak kogoś obcego" - myślała zgnębiona Pat. 
Nie wolno jej było bawić się ze Szkrabem, który nic nie 
podejrzewają c pojawił się zaraz następnego wieczoru. Szkrab 
oburzył się, a Pat go za to ofuknęła. 
- Moja rodzina ma prawo mnie wychowywać - oświadczyła wyniosłym 
tonem. 
Ale co wieczór usypiała z płaczem. Trzeciego dnia wcześnie poszła 
do łóżka, ucałowawszy przedtem na dobranoc wszystkie kwiaty i oba 
kocięta. Na dole dom pełen był wrzawy i śmiechu, ojciec ze stryjem 
Tomem rozprawiali w kuchni, Winnie śpiewała w saloniku, w jadalni 
Józek z Sidem grali w wojnę, a Przylepka gaworzyła siedzą c z matką  
na ganku. A ona, Pat, znalazła się poza nawiasem. Była wyrzutkiem. 
Pat obudziła się w nocy i poczuła zapach smażonego bekonu. 
Usiadła. Zegar w saloniku wybił dwunastą . Kto w Srebrnym Gaju może 
sobie o północy smażyć bekon? Tylko Judysia... Czyli Judysia 
wróciła do domu. 
Pat bezszelestnie wysunęła się z łóżka, boją c się, by nie obudzić 
Winnie, choć obudzona Winnie nawet by jej nie spytała, co się 
stało. Zeszła cichutko na dół wdychają c rozkoszny zapach. Miała 
nadzieję, że Judysia nie odeśle jej do Coventry i w jej ramionach 
przestanie ją  tak nieznośnie boleć serce. 
Otworzyła ostrożnie drzwi. Cudowny widok. Najdroższa Judysia 
smażyła sobie na patelni bekon, po ścianach plą sał jej cień. 
A na ławie siedział Dżentelmen Tom i się w nią  wpatrywał. Pat 
ogarną ł urzekają cy spokój. 
Przed dwiema godzinami w kuchni odbyła się mała burza. Judysia 
wróciła i pierwsza rzecz, spytała, jak się miewają  dzieci. Kiedy 
dowiedziała się o karze, która spotkała Pat i za co została jej 
wymierzona, Judysia, jak to sama określiła, wpadła w furię. Nigdy 
jeszcze w Srebrnym Gaju nie było podobnej awantury. Dostało się 
wszystkim. 
- Przecież mógł ją  zobaczyć ktoś obcy - tłumaczyła matka. 
- Ale nie zobaczył. 
- No, nikt obcy, ale Edyta... 
- No, no, Edyta! I nie miała nic lepszego do roboty, tylko 
przywlec tu dziecko i zrobić skandal. Po co było wypaplać to 
Brianowi i tej jego zadzierają cej nosa małżonce? To do niej 
podobne! Takie rzeczy załatwia się w najbliższej rodzinie. I jak 
można tak okrutnie ukarać wrażliwe dziecko! Tobie, Alku, odebrało 
chyba rozum. Można było na nią  nakrzyczeć, ale żeby tak ją  
torturować! Przecież ona was wszystkich głęboko kocha! Powiadam 
ci, Alku, nie jesteś wart takiej córki! 
- Hm... - mrukną ł zupełnie pognębiony Długi Alek. - Te trzy dni 
jej chyba nie zaszkodziły. Zwolnimy ją  z reszty kary. 
- Zupełnie nie rozumiem, ską d temu dziecku strzeliło to do 
głowy... - zastanawiała się matka. 
- Pewnikiem ta francuska krew... - podsunęła Judysia. 
- Jasne, że nie kwakierska - zaśmiał się stryj Tom. 
- Judysiu! 
I Pat śmieją c się i szlochają c znalazła się w ramionach Judysi. 
Czuła się wniebowzięta. Nawet Dżentelmen Tom okazał jej sympatię. 

background image

Po pięciu minutach Judysia odsunęła Pat i zrobiła srogą  minę. 
- Coś ty nawyrabiała, złotko? Twój tatuś mówi, żeś wytańcowywała w 
brzezinie goła jak turecki święty! 
- Ach, Judysiu, nigdy jeszcze nie widziałam takiego księżyca... 
wyobraziłam sobie, że jestem zaczarowaną  księżniczką ... stryj Tom 
mnie wyśmiał!... To było najgorsze... A zanim przyszła ciocia 
Edyta, było pięknie! 
Judysia wbrew pozorom miała zrozumienie dla poezji. Mocno 
uściskała Pat. 
- No, no, już ja im dałam za swoje. Koniec z Coventry. Ale 
postaraj się nie robić więcej takich dziwnych rzeczy. 
- Kłopot w tym, że wcale nie wydają  mi się dziwne, tylko normalne 
- oświadczyła z powagą  Pat. - A ciocia Edyta była po prostu 
śmieszna! 
- Trafiłaś w sedno! Ale się biedaczka musiała zgorszyć! Ona już w 
ogóle zapomniała, że ma coś takiego jak nogi. No, na przyszłość 
uważaj i jak ci znów przyjdzie chętka na taką  ką piel, to mi 
powiedz, nałapię poświaty księżyca do dzbana i cię obleję. A teraz 
siadaj ze mną , zjedz kawałek bekonu i opowiedz mi, co się działo w 
domu. 
- Judysiu, ską d się tu wzią ł Dżentelmen Tom? Od chwili twego 
wyjazdu w ogóle go nie widywaliśmy... 
- Coś podobnego! Jak wysiadłam z wozu, siedział na schodkach z 
taką  miną , jakby rozmyślał o myszach. Ja tam nie spytam się, gdzie 
był. Wolę nie wiedzieć. Tak czy owak wrócił do domu, ja też 
wróciłam... o, patrz, mam tu dla ciebie śliczną  różową  sukienkę 
wyhaftowaną  przez ciocię Honoratę. Normie to nie będzie w smak! 
- Judysiu, ja resztę nocy będę spała z tobą  - oświadczyła 
stanowczo Pat. 

Nowe zmartwienie 

W połowie września Długi Alek oświadczył nagle rodzinie, że ma już 
żniwa z głowy i chce się wybrać do brata, który dawno temu 
osiedlił się na Zachodzie. Wbrew przewidywaniom rodziny Pat 
przyjęła to dość spokojnie. Oczywiście, przykro było pomyśleć, że 
taty przez cały miesią c nie będzie w domu, ale jak to sam 
powiedział, człowiek musi wyjechać, żeby móc wrócić i można się 
było na ten powrót z góry cieszyć. 
A życie w Srebrnym Gaju upływało tak przyjemnie! Pat lubiła 
jesienne wieczory, zapalano na kominkach ogień. Szkrab robił dla 
niej śliczny domek dla ptaszków, który miał zawisną ć na klonie nad 
studnią . Pan Wilcox obiecał zabrać Bietkę i Pat na Wystawę w 
Charlottetown. Pat nigdy jeszcze nie była na Wystawie. Dla 
dzieciarni z Północnego Glen wyprawa do Charlottetown była tak 
ekscytują ca jak dla dorosłych podróż do Europy. 
Człowiek nie liczył się "towarzysko", jeśli nie widział Wystawy... 
Czekało ją  parę tygodni rozkosznego oczekiwania... potem sama 
podróż... a wreszcie równie miłe wspominki. Zatem Pat dość 
pogodnie myślała o wyjeździe taty. A nieoczekiwanie bardzo się nim 
przejęła Judysia... Pat nie mogła tego zrozumieć. Przez cały 
ostatni tydzień Judysia częściej niż zwykle gadała do siebie. Od 
czasu do czasu pojedyncze zdanie trafiało do uszu Pat. 
- Co też tym mężczyznom potrafi strzelić do głowy. Zupełnie jakby 
nagle dostawali bzika... powiadam wam, że chyba nawiedził go ten 

background image

Zawadiacki Dick... Ta włóczęgowska żyłka... Tak, teraz to się 
łatwo podróżuje. Zwariowany świat! 
Ale kiedy Pat spytała, co ją  tak martwi, Judysia zbyła ją  krótko. 
- Jak się człowiek nie pyta, to nie słyszy kłamstw! 
Ojciec odjechał w pochmurny, wietrzny dzień, wczesnym rankiem. 
Stryj Tom i ciotki nadcią gnęli Alejką  Westchnień, by go pożegnać. 
Wszyscy zachowywali się wstrzemięźliwie. 
- Niech nas Pan Bóg ma w swojej opiece - szepnęła Judysia wracają c 
do kuchni i zaczęła szurać fajerkami. Pat wskoczyła do auta i 
odwiozła tatę aż do szosy. Potem długo patrzyła za znikają cym 
samochodem i kiedy wracała do domu, ściskało ją  w gardle. Ale 
nagle zza ciemnej chmury wyjrzało słońce i oświetliło Srebrny Gaj. 
Znów zobaczyła, jak piękny jest jej dom przytulony do zamglonego 
błękitnawego wzgórza na tle wyzłoconych drzew. 
- Jaki ty jesteś śliczny! - zawołała, wycią gają c ramiona. I łzy, 
które pojawiły się w jej oczach, nie były łzami żalu za tatą , lecz 
łzami aż bolesnego zachwytu. 
Na szczęście Pat obejrzała wyśnioną  Wystawę, nim dotarła do niej 
przerażają ca wiadomość. Jak zwykle usłyszała o tym z ust Binnie... 
Ojciec zamierza kupić farmę na Zachodzie i tam się przenieść. 
- To nieprawda! - krzyknęła. 
Maja się tylko roześmiała. 
- Prawda, prawda... Wszyscy o tym wiedzą . Spytaj Winnie. Pewnie 
się boją  ci powiedzieć. 
Pat poszukała wzrokiem zuchwałych czarnych oczu Mai. 
- Ty cieszysz się, że mi to możesz powiedzieć. I za to cię 
nienawidzę. Dziś wieczorem opowiem o tym Panu Bogu. 
Maja znów się roześmiała, choć zrzedła jej nieco mina. Bała się 
trochę tych "napadów" Pat. I kto wie, co tamta gotowa powiedzieć 
Bogu. 
Pat wróciła do domu chora z rozpaczy. 
- Mamusiu, to nieprawda!... Powiedz, że to nieprawda. 
Matka spojrzała na nią  ze współczuciem. Projekt ten chciano 
utrzymać w tajemnicy przed Pat, mają c nadzieję, że nie dojdzie on 
do skutku. Przecież ojcu może się tam nie spodobać. Ale jeśli się 
spodoba, będą  musieli pojechać. Długi Alek był łatwy we 
współżyciu, jeśli jednak coś postanowił, to nie było siły, która 
by go od tego mogła odwieść. Wiedział o tym cały Srebrny Gaj. 
- Kochanie, nic jeszcze nie zostało ustalone. Owszem, tatuś o tym 
myśli. W swoim czasie strasznie chciał pojechać z Allanem, ale nie 
mógł zostawić rodziców... Nie wiem, co zdecyduje teraz... Bą dź 
dzielna, kochanie. Na Zachodzie jest wspaniale... Przecież 
będziemy razem... Chłopcy będą  tam mieć więcej szans... 
Przerwała. Mą drzej było nie rozwijać tematu. 
Kiedy pobladła Pat wbiegła do kuchni, Judysia pokiwała tylko 
głową . 
- A więc już wiesz... 
- Judysiu, to się nie może stać. Nie może. Judysiu, przecież nie 
dopuści do tego Pan Bóg! 
Judysia nie była taka pewna. 
- Długi Alek, Pat, nie będzie się pytał Pana Boga. Cóż, tym 
światem rzą dzą  mężczyźni i biedne kobiety muszą  się z tym 
pogodzić. 
- To by był koniec! 
- Gorzej niż koniec - mruknęła Judysia. - Wszystko trzeba by 
zaczą ć od nowa. Chyba mi pęknie serce... 
Tego jednak nie powiedziała głośno. Pat nie powinna się 
przedwcześnie dowiedzieć, że Judysia nie pojedzie z nimi na 

background image

Zachód. Judysi myśl o opuszczeniu Srebrnego Gaju wydawała się 
równie straszna jak Pat, a w dodatku miała pozostać na Wyspie. W 
głębi ducha była przekonana, że jeśli Gardinerowie wyjadą  na 
Zachód, to ona resztę swych dni spędzi w Wybrzeżu Zatoki zajmują c 
się zamiast Danny'ego długowieczną  damą , która będzie żyła i 
żyła... no i "zmarnieje" z tęsknoty. 
"Tak, tak, mam tylko ich - ubolewała skrycie. - I myślałam, że 
póki mogę się utrzymać na nogach - będę dla nich pracować. Niech 
diabli porwą  Długiego Alka i te jego pomysły, i ten upór... Niby 
taki zgodny, a jak już coś mu strzeli do głowy... Cóż, ma tę 
włóczęgowską  żyłkę we krwi. Jego stryjeczny dziad był taki sam, 
tyle że miał odrobinę rozsą dku i jak go zaczynało nosić, to golił 
głowę, żeby nie móc wyjść z domu, póki nie odrosną  włosy, a do 
tego czasu zwykle mu przechodziło. Wiele razy o tym słyszałam. 
Cała rodzina z tego żartowała". 
- Kiedy się dowiemy, Judysiu? 
- Tego ci, złotko, nie powiem. Długi Alek powiedział, że napisze, 
jak coś postanowi. Musimy czekać. 
Pat zadrżała. Czekać... skoro jutro może być jeszcze straszliwsze 
niż dzisiaj... 

Ii 

Przez cały następny tydzień Pat czuła się tak, jakby kropla po 
kropli upływała jej z serca krew. I ten straszny niepokój 
przeżywała samotnie. Sid wolałby, żeby ojciec nie osiedlił się na 
Zachodzie, ale myśl ta wcale go nie przerażała. Józek chciał 
wyjechać. Winnie uważała, że może to być zabawne. Matka była jak 
zwykle spokojna i nie zdradzała się ze swymi uczuciami. Judysia 
zamilkła. Oczywiście Bietka i Szkrab byli zrozpaczeni, ale Pat 
odkryła, że nie potrafi z nimi o tym wszystkim rozmawiać. 
Dni w szkole jakoś leciały, a potem krą żyła po Srebrnym Gaju jak 
zdesperowany duch. Nie mogła czytać. Najulubieńsze ksią żki stały 
się nudnym drukowanym słowem. Razem z Bietką  czytały tej jesieni 
pod Czuwają cą  Sosną  na wzgórzu O czym szumią  wierzby *, (* Powieść 
angielskiego pisarza Kennetha Grahame'a [1859-1932], wyd. polskie 
w przekładzie Marii Godlewskiej, NK 1990 r.) ale teraz ta ksią żka 
stała bezczynnie na półce w Długim Domu. Nie chciała, nie mogła 
bawić się z Bietką  i Szkrabem, cały czas dręczyła ją  myśl, że 
będzie musiała rozstać się z nimi na zawsze. Nie mogła bawić się z 
Sidem, bo on bawił się chętnie, co wskazywało, że się bynajmniej 
nie przejmuje. Nie mogła się bawić z Pieprzem i Solą , bo były zbyt 
figlarne i beztroskie. Jeden McGinty zdawał się rozumieć sytuację. 
Obaj ze Szkrabem byli przygnębieni i smutni. 
Pat źle sypiała i nic nie chciała jeść. 
- Okropnie schudła - żaliła się Judysia pani Gardinerowej. - Sama 
skóra i kości. Jeśli Długi Alek zawlecze to dziecko na Zachód, 
gotów je zabić. Ona nie potrafi żyć z dala od Srebrnego Gaju. 
Kocha tu każdy cal ziemi. 
- Tak, zanadto - westchnęła matka. - Ale jest taka młodziutka... 
zapomni... Gorzej z nami, starszymi... - matka nagle przerwała. To 
była cała matka. Nigdy nie okazywała swych uczuć. Zgodnie z 
tradycjami Wybrzeża Zatoki. Emocjonalni i spontaniczni 
Gardinerowie uważali czasem, że nie ma "serca". 
Serce Pat nie przestawało jej dolegać. Na cokolwiek spojrzała - ból 
wracał. 
Nie mogła znieść myśli, że miałoby jej tutaj nie być. ¯e ustaną  
wesołe posiłki w kuchni... opowieści Judysi na kamiennych 

background image

schodkach... poszukiwanie kocią t w stodole... cudowne noce w 
Długim Domu... pielgrzymki nad Jordan. Co stanie się z Sielanką  i 
Ukrytym Pólkiem, i Wzgórzem Mgieł? Tam na Zachodzie nie ma żadnych 
wzgórz wśród bezkresnych prerii. 
To chyba zły sen. Ach, gdyby tylko mogła się obudzić. 
Trudno było wytrzymać rozmowy w szkole. Dziewczynki mówiły o 
wyjeździe Gardinerów na Zachód jak o czymś zupełnie normalnym. 
Niektóre okazywały zazdrość. Joasia Robiner wręcz oświadczyła, że 
dużo by dała, aby wyrwać się z tej dziury. 
A Maja Binnie oznajmiła któregoś dnia spokojnie, że jej ojciec 
zamierza kupić Srebrny Gaj! 
- Jeśli kupi, to zaraz się zabierze do "modernizacji". Powiada, że 
wytnie starą  część sadu i zasieje tam fasolę. I oczywiście 
zbudujemy taras. I tatuś wyrą bie brzezinę. Mówi, że to niezdrowo 
mieć koło domu tyle drzew. 
To ostatnie zdanie dodała z czystej złośliwości. Pat powlokła się 
do domu. 
- Judysiu, Binnie'owie chcą  wycią ć nasze brzozy. 
- No, no, Wszechmogą cy też będzie miał tutaj coś do powiedzenia - 
oświadczyła tajemniczo Judysia. Ale zrobiło jej się ciężko na 
sercu. Wiedziała, że Maks Binnie traktuje już Srebrny Gaj jak 
swoją  własność i opowiada wszystkim, ile tu wprowadzi zmian i 
ulepszeń. 
- Coś takiego! - zawołała kiedyś Judysia. - Jeśli już koniecznie 
musi coś ulepszać, to zadbałby lepiej o maniery córek! No i 
własne! 
- Jeszcze niedawno, Judysiu, byłam taka szczęśliwa. Nigdy już nie 
będę szczęśliwa. 
- Będziesz, będziesz. "Nigdy" nie trwa wiecznie... 
- Nienawidzę Mai Binnie, Judysiu. Nienawidzę jej. 
- ¯ycie, złotko, jest zbyt krótkie, żeby je marnować na nienawiść. 
I ci Binnie'owie nie są  tego warci. 
- Gdybyśmy chociaż mogły coś zrobić, żeby temu przeszkodzić - 
łkała Pat. 
Judysia pokręciła głową . 
- Ale nie możemy. W każdym razie nie tu, w Kanadzie. To za młody 
kraj i ani Pan Bóg, ani szatan jeszcze się tu nie zdą żyli 
urzą dzić. W starym kraju są  źródła, gdzie możesz wrzucić monetę i 
twoje życzenie się spełni. Wystarczyłoby, żebym tam poleciała, gdy 
tylko wzejdzie księżyc. 
Zaraz tego samego wieczoru Pat pobiegła do Sielanki i wrzuciła 
monetę

 

 do Zaczarowanego  ródełka. Kto wie? 

Smutno było żyć w cią głym strachu i niepewności. Pierwszy list 
ojca nadszedł, gdy Pat była w szkole. Kiedy wróciła, Judysia 
poinformowała ją  natychmiast, że wcią ż jeszcze nic nie wiadomo. 
Długiemu Alkowi bardzo się tam podoba... Jego bratu świetnie się 
powodzi... Długi Alek rozglą da się... Napisze im w następnym 
liście. 
- Głowa do góry, Pat. Możemy jeszcze mieć nadzieję. 
- Kiedy ja się boję mieć nadzieję. Boję się rozczarować. 

Iii 

Nadszedł drugi list. Była to sobota i kiedy Pat obudziła się, o 
szyby bębnił deszcz. Wszyscy mieszkańcy Srebrnego Gaju z minuty na 
minutę oczekiwali listu od taty, choć nikt się do tego nie 
przyznawał i Pat uznała deszcz za zły omen. 
- Rozchmurz się, złotko - prosiła Judysia. - Pamiętam wierszyk, 

background image

którego nauczyłam się, jak byłam mała. Często ponury ranek 
zwiastuje pogodny dzień. I wiele razy mi się to sprawdziło. 
W południe przestało padać, choć nad srebrną  brzeziną  wcią ż 
zwisały ciemne chmury. Pat była w ogrodzie, gdy stary listonosz 
podjechał pod skrzynkę pocztową . Wolnym krokiem poszła w stronę 
bramy, wcale nie będą c pewna, czy chce znaleźć w skrzynce ten 
właśnie list. 
Znalazła go. Wzięła do ręki. Pani Aleksandrowa Gardiner, Srebrny 
Gaj, Północne Glen, Wyspa Księcia Edwarda. 
Wróciła alejką  do domu. W pół drogi zatrzymała się i spojrzała na 
kępę złocistych nieśmiertelników. Uginały się pod nią  nogi. 
- Dobry Boże, spraw, żeby w tym liście nie było złych wiadomości - 
szepnęła. 
Kiedy Pat weszła do domu, wszyscy byli w kuchni. Judysia opadła na 
krzesło. Przyleciała zdyszana Bietka, która ze swego okienka 
zobaczyła zbliżają cego się listonosza. Pod drzwiami kręcili się 
Szkrab z McGintym. McGinty miał spuszczone uszy. Na policzkach 
mamy pojawiły się rumieńce, wzięła list i rozejrzała się. Nie 
spojrzała tylko na Pat. Nie zniosłaby wyrazu jej buzi. 
To było tysią c razy gorsze niż tamten list w sprawie Winnie. 
- Musimy wszyscy być dzielni, jeśli okaże się, że ojciec 
zdecydował się przeprowadzić - powiedziała cicho matka. 
Otworzyła list i przeczytała go. Mogłoby się wydawać, że nawet 
drzewa czekają  niespokojnie. 
- Dzięki ci, Boże - szepnęła. 
- Mamusiu... 
- Ojciec wraca. Rozejrzał się i woli Wyspę. Pisze: "Cieszę się, że 
już wkrótce będę w domu". 
- No to klops - mrukną ł Józek, zagwizdał na swego Frycka i z nim 
wyszedł. 
Pat i Bietka rzuciły się sobie w ramiona i zaczęły szlochać. 
Judysia wstała i zganiła je. 
- No, no, po co te łzy. Powinnyście tańczyć z radości. 
- Ty też płaczesz, Judysiu - zaśmiała się przez łzy Pat. 
- Takie już mam głupie usposobienie. Jak widzę, że ktoś płacze, 
zaraz zaczynam się mazać. Płakałam jak bóbr na pogrzebach ludzi, 
którzy mnie wcale nie obchodzili. Czuję się jak królowa. No, no, 
widzę, że mój cytrynowy placek spalił się na węgiel. Nic, zrobię 
nowy. 
Pat ubrała się w radość jak w nową  sukienkę. Zastanawiała się, czy 
można umrzeć ze szczęścia. 
- Nie zniosłabym twojego wyjazdu, Pat - szlochała Bietka. 
Szkrab milczał. Pocią gał desperacko nosem, nie wolno, żeby ktoś 
oglą dał jego łzy. Pobiegł nad Jordan i rzucił się na ziemię, 
ukrywają c twarz w mięcie. Tylko McGinty mógłby nam o tym 
opowiedzieć. Ale McGinty postawił uszy do góry i nie martwił się. 
Wiedział, że choć jego panu tak dziwnie trzęsą  się ramiona, to 
naprawdę jest bardzo szczęśliwy. 

Iv 

Pat tego wieczoru zbiegła ze wzgórza tanecznym krokiem niemal nie 
dotykają c ziemi. Zatrzymała się pod Czuwają cą  Sosną , żeby spojrzeć 
na Srebrny Gaj, na jej twarzyczce malowało się głębokie uczucie. 
Dom był taki piękny i kochany. Tak cudownie było przyglą dać się 
zakrętasom dymu z komina. Wesoło i przytulnie wyglą dały 
przysadziste stodoły, po których będą  hasać setki nie narodzonych 
jeszcze kociaków. 

background image

Wiatr śpiewał wśród drzew. A nad nią  unosiło się miękkie przyjazne 
niebo. Oddychała szczęściem. Była trzciną  w księżycowym 
jeziorze... była wietrzykiem w ogrodzie... była gwiazdą ... 
światłami domu... była... była Pat Gardiner ze Srebrnego Gaju. 
- O której ty wracasz na kolację! - zrzędziła Judysia. 
- Byłam taka szczęśliwa, że zapomniałam o kolacji. Ach, Judysiu, 
będę zawsze kochać ten dzień. Jest mi tak dobrze, że aż się trochę 
boję... Czy wolno być aż tak szczęśliwym? 
- Wolno, wolno. Korzystaj, złotko, z każdej chwili szczęścia. 
- Judysia, jak zwykle, pełna była zdrowego rozsą dku. - Zjedz coś 
szybko i marsz do łóżka! Twoją  mamę już też zapakowałam do łóżka 
razem z Przylepką . Oj, niewiele ona sypiała ostatnimi czasy, 
powiadam ci, choć Selby'owie nie zdradzają  swoich uczuć. No, no, 
tak więc pani Binnie nie będzie się panoszyła w mojej kuchni. Co o 
tym są dzisz, Dżentelmenie Tomie? 
- Chyba dziś nie usnę. To cudowne być aż tak szczęśliwym, że się 
nie może spać. 
Ale kiedy Judysia weszła na górę przynieść dziewczynkom dodatkowy 
koc, Pat spała jak kamień. 
- Tak, tak, przestała już być dzieckiem - szepnęła Judysia. - Za 
dużo przeżyła. Chętnie bym Długiemu Alkowi sprawiła lanie, jak za 
dawnych dobrych czasów. 

"Judysiu, czy naprawdę jestem taka brzydka?" 

Pat po raz pierwszy w życiu wybierała się na przyjęcie, prawdziwe 
wieczorne przyjęcie. Do ciotki Azalki przyjechały dwie bratanice 
jej męża i przyjęcie to stryj Tom nazwał "strzałem z dwururki", 
zaproszono bowiem zarówno chłopców i dziewczynki w wieku Winnie i 
Józka, jak i dziesięcioletnią  dzieciarnię ze względu na młodszą  
bratanicę, Kasię. Sid długo utrzymywał, że gardzi przyjęciami i 
nie zamierza tracić czasu, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie, 
gdy Winnie zaczęła mu dokuczać, iż zniechęca go nieobecność Mai 
Binnie. 
- No pewnie, że jej nie zaproszono - skomentowała Judysia dość 
wyniosłym tonem. - Binnie'owie to nie towarzystwo dla Madisonów, a 
co dopiero dla Gardinerów. 
Pat strasznie się ucieszyła decyzją  Sida, gdyż Bietkę bolało 
gardło i leżała w łóżku, a Szkrab, choć go też zaproszono, nie 
mógł pójść, wyrósł bowiem ze swego jedynego przyzwoitego ubrania. 
- Jak to cudownie, że wkrótce skończę jedenaście lat. Prawda, 
Judysiu, że już prawie jestem "duża"? 
- Ano tak - westchnęła Judysia. 
Przyjemnie było ubierać się na prawdziwe przyjęcie. Winnie była 
już na wielu zabawach i Pat lubiła patrzeć, jak stroi się siostra. 
A teraz przyszła jej kolej! 
- Tak, to twój kolor, złotko - oświadczyła Judysia, gdy Pat 
włożyła zwiewną  sukienkę koloru pierwiosnków. - Matka chciała ci 
sprawić seledynową , ale powiedziałam jej: "Co to, to nie, jedną  
zieloną  kieckę już miała i wystarczy. Nie pamiętasz, jakiego pecha 
przynosiła jej zawsze ta sukienka z wesela Azalki? Ile razy ją  
włożyła, coś jej się musiało przytrafić!" 
- To prawda, Judysiu! To właśnie w niej stłukłam talerz ze 
ślubnego serwisu mamy! A innym razem pokłóciłam się z Sidem, a to 
była nasza pierwsza kłótnia... I miałam ją  na sobie tego 

background image

strasznego dnia, gdy zobaczyłam w kościele, że mam dziurę w 
pończosze... I wtedy, kiedy była u nas ciocia Franciszka, a ja 
wsypałam pieprzu do rzepy! 
- I żeby zamkną ć sprawę, dorzuciłam, że zielony całkiem nie pasuje 
do twojej cery. Więc masz żółciutką  sukienkę i będziesz w niej 
wyglą dała w tańcu, niczym jaskier na łą ce. 
- Nie będę tańczyć, Judysiu. Jestem za mała. Będziemy się bawić w 
gry towarzyskie. Mam nadzieję, że nikt nie zaproponuje 
listonosza... Nie cierpię listonosza, Judysiu, żaden chłopiec mnie 
nie wybiera, bo nie jestem ładna. 
Pat powiedziała to bez goryczy. Nie przejmowała się jeszcze 
brakiem urody. Ale Judysia pokręciła głową . 
- Ci, co tak uważają , zmienią  zdanie, gdy dorośniesz. Chodź, 
skropię ci chusteczkę wodą  kolońską . 
- Ach, Judysiu, i kropelkę za uszami. 
- Co to, to nie. Nie przystoi. Ostatecznie na rą bek sukienki... 
No, głowa do góry, nie zapominaj, że jesteś Gardinerówną . 
Słyszałam, że będziesz deklamować. 
- Tak. Ciocia Azalka mnie poprosiła. ćwiczyłam w tym lasku za 
kurnikiem. Bietka miała śpiewać. To okropne, że zachorowała. 
Cieszyłyśmy się, że razem pójdziemy na naszą  pierwszą  zabawę. Będę 
się czuła strasznie sama. Nie znam tych dziewczynek ze Srebrnych 
Mostów. I będzie mi brak Bietki. Ona jest śliczna, Judysiu. 
Podobno Kasia Madison jest bardzo ładna, ale nie wierzę, żeby była 
ładniejsza od Bietki. 
Józek, Winnie, Sid i Pat władowali się do sań i pojechali do 
Srebrnych Mostów. Wczesny zimowy zmierzch był szafirowy, drzewa 
wzdłuż drogi wyglą dały jak zrobione z czarnej koronki. świetnie 
się po drodze bawili, począ tek przyjęcia był też bardzo przyjemny. 
Kasia Madison była ładna - Pat nigdy jeszcze nie widziała tak 
ładnej dziewczynki. Krótko przycięte loki koloru starego złota, 
białoróżowa buzia, maleńkie czerwone usteczka i błyszczą ce 
zielonkawe oczy. Pat usłyszała, jak Chet Taylor z Południowego 
Glen mówił, że warto było drałować te trzy mile, by ją  zobaczyć. 
Nie zrobiło to Pat żadnej różnicy. Wieczór zaczą ł się wesoło. 
Bawiono się w listonosza, ale Marek Madison przyniósł list Pat, 
więc mało ją  obeszło, że pół tuzina chłopców wybrało Kasię. 
W którymś momencie Pat rozwią zała się kokarda we włosach i 
pobiegła na górę. Spotkała tam Kasię, która spinała rozdartą  
koronkę sukienki. Pat stanęła przed lustrem, podeszła do niej 
Kasia. Kasia nie była szczególnie złośliwą  dziewczynką . I lubiła 
Pat Gardiner, którą  lubili niemal wszyscy. Niestety, zależało jej 
bardzo na Marku Madisonie, a on wybrał Pat. Zatem Kasia zajrzała 
do lustra razem z Pat. 
- świetna zabawa, prawda? - spytała. - Masz bardzo ładną  sukienkę. 
Ale czy naprawdę uważasz, że żółty kolor pasuje do twojej śniadej 
skóry? 
Pat przyjrzała się swemu odbiciu, przyjrzała odbiciu Kasi. I 
ogarnęło ją  dziwne, nieznane uczucie. Nie, nie zazdrość... 
rozpacz. Była taka brzydka! Przy tej promiennej ślicznej 
dziewczynce wydała się sobie wręcz szkaradna... Wypłowiałe 
włosy... brunatna buzia... usta od ucha do ucha, cienkie wargi... 
Pat aż zadrżała. 
- Co ci się stało? - spytała Kasia. 
- Nie, nic, zadławiłam się śliną  - odpowiedziała dzielnie Pat. 
Ale nagle zawalił się świat. Nic jej już nie bawiło. Poczuła 
nienawiść do Marka Madisona, wybrał ją  na pewno z litości, albo, 
co gorsze, poprosiła go o to ciotka Azalka. 

background image

Pat nie przełknęła ani kęsa pysznej kolacji, wiersz zaś wygłosiła 
monotonnym tonem, jak powiedział wuj Robert: "Zabrakło jej 
animuszu". Animuszu! Pat poczuła się zupełnie oklapła. Marzyła 
tylko, by wrócić do domu i móc się wypłakać. Płakała potajemnie w 
saniach. Nie widziała urody nocy, cały czas miała przed oczyma 
swoje odbicie w lustrze obok ślicznej buzi Kasi. 
Kiedy wrócili do domu, pobiegła do pokoju Poety i jeszcze raz 
przejrzała się w lustrze. Tak, jest brzydka. Nie zależało jej, aby 
być ładną . Stryj Brian podczas ostatniej wizyty powiedział jej: 
"Pamiętaj, że masz wyładnieć". Pat śmiała się wraz z wszystkimi - 
jedna Judysia zmierzyła stryja Briana groźnym wzrokiem. 
Człowiek nie musi być ładny, ale żeby od razu być brzydkim! Oczy 
Pat napełniły się łzami. Nigdy dotą d nie przyszło jej na myśl, że 
jest brzydka. Aż do tego momentu, kiedy zobaczyła się obok Kasi. 
Teraz wie. Co za bzdury, że zielony kolor przynosi pecha. Nic 
gorszego nie mogłoby jej spotkać, gdyby miała na sobie zieloną  
sukienkę. To było prawdziwe nieszczęście. Nikt jej nie będzie 
kochał. Bietka wyrzeknie się takiej brzydkiej przyjaciółki. Szkrab 
pewnie sobie z niej zakpił mówią c, że ma zgrabny nosek i piękne 
oczy. Oczy... ni to żółte, ni to piwne, zupełnie oczy kota. 
Następnego dnia przy śniadaniu niemal się nie odzywała. 
Powiedziała Judysi, że zabawa była "bardzo udana". Wędrują c do 
szkoły nawet nie spojrzała na łą ki, nad którymi wirowały śnieżne 
płatki. W szkole trzymała się z dala od dziewczynek, które były na 
przyjęciu. Na pewno zachwycają  się urodą  Kasi. Tego by nie 
zniosła. 
Nigdy dotą d nie zazdrościła ładnym dziewczynkom. Bietka była 
śliczna i napełniało to Pat dumą . Nie cierpiała Normy, ale tylko 
dlatego, że uważano ją  za ładniejszą  od Winnie. Zaczęła się 
zastanawiać, czy Szkrab też widzi jej brzydotę. W saloniku 
Gardinerów wisiał obraz jasnowłosej kobiety, którym zachwycał się 
Szkrab. Pat nie wiedziała, że ktoś powiedział mu, iż ta kobieta 
przypomina jego matkę. A teraz uświadomiła sobie, że jest do niej 
podobna Kasia. Skurczyła się z bólu. 
Czy wszyscy uważają  ją  za szpetną ? Stary handlarz ryb, który co 
tydzień zaglą dał do Srebrnego Gaju, mówił do niej: "ślicznotko". 
Ale tak zwracał się do wszystkich kobiet. Zresztą  ona nigdy nie 
uważała się za ładną . W ogóle o tym nie myślała... A teraz nie 
mogła myśleć o niczym innym. Tak brzydką  istotę wszyscy przestaną  
lubić... Józek i Sid będą  się wstydzić siostry. 
- Patrycjo, czy już skończyłaś wypracowanie? 
Patrycja oczywiście nie skończyła. Jak można pisać wypracowanie, 
kiedy człowiek ma złamane serce? 

Ii 

Tego wieczoru na kolacji w Srebrnym Gaju byli goście i Judysia 
miała za dużo roboty, by móc się zają ć Pat, choć co chwila 
spoglą dała na nią  spod oka. Po kolacji Pat zmywała naczynia. 
Zwykle bardzo to lubiła. Lubiła wszystkie domowe zajęcia, ale 
najlepszą  zabawą  było zmywanie. Przyjemnie było patrzyć, jak 
talerze stają  się znów czyste i błyszczą ce. 
Zazwyczaj zaczynała od najładniejszych naczyń. Te, których nie 
lubiła, musiały najdłużej czekać i wyobrażała sobie, jak się 
złoszczą . Na pewno najbardziej wściekał się ten brzydki 
poobtłukiwany brą zowy talerz. "Już dawno była moja kolej! Jak mnie 
się tu traktuje! Przecież już od pięćdziesięciu lat mieszkam w 
Srebrnym Gaju... A ta pękata filiżanka w niezapominajki jest tu 

background image

dopiero rok!" 
Tym razem Pat zaczęła zmywanie od niego. Biedak, to nie jego wina, 
że jest taki brzydki. 
Ucieszyła się, kiedy przyszła pora kłaść się spać. 
Ale do jej pokoiku wtargnęła Judysia, wróciwszy z udoju. 
- Co ci jest, Pat? Jeśli się tak czujesz, jak wyglą dasz, to 
musiało ci się coś stać! Nie odzywasz się i co chwila patrzysz w 
lustro, jakbyś chciała sprawdzić, czy nie dostałaś zmarszczek. No 
powiedz, złotko. 
Pat usiadła w łóżku. 
- Judysiu, to okropne być brzydką . Judysiu, czy naprawdę jestem 
taka brzydka? 
- Coś takiego! Kto ci to powiedział? 
- Nikt. Ale na zabawie Kasia stanęła koło mnie przed lustrem i 
sama zobaczyłam. 
- No, no, przy Kasi żadna dziewczynka nie wydaje się ładna. Nie 
przeczę, że Kasia jest śliczna. Tak jak jej matka. Ale jej matka 
też miała tylko jednego męża, tak jak jej brzydka siostra, i to 
niezbyt udanego. Piękne dziewczyny rzadko zdobywają  dobrych mężów, 
Pat. Kora Dawidson była śliczna i opowiadano, że szaleją  za nią  
wszyscy mężczyźni. Ale wiem od jej matki, że oświadczył się tylko 
jeden. We wtorek. A w środę zabrano go do czubków. Czy słyszałaś 
kiedyś, co zdarzyło się na weselu jej siostry, Ani? Dawidsonowie, 
żeby zadać szyku, kupili tydzień wcześniej tort w Charlottetown. I 
kiedy panna młoda ukroiła pierwszy kawałek, na stole zaroiło się 
od malutkich myszek. Wszystkie panie zaczęły piszczeć i uciekać... 
Dawidsonowie na długo przestali zadzierać nosa! 
Ale tym razem Pat nie uległa czarowi opowieści Judysi. 
- Judysiu, ja się tak martwię, że rodzina będzie się musiała 
wstydzić mojej szpetoty... Ludzie będą  mnie nazywać "tą  brzydką  
Gardinerówną ". W zeszłym tygodniu na dobroczynnej wencie nikt nie 
kupił ciasta od Misi Frazer tylko dlatego, że jest taka nieładna! 
Głosik Pat załamał się, zaczęła szlochać. Judysia zrozumiała, że 
sprawa jest poważna. Przysiadła na brzegu łóżka Pat i spojrzała na 
nią  z miłością . Ta buzia z wielkimi złocistymi oczyma, zwykle 
przyjaźnie uśmiechnięta - miałaby być brzydka? 
- Nie twierdzę, złotko, że jesteś urodziwa, ale każdy zwróci na 
ciebie uwagę. I za parę lat wyładniejesz. Z takimi oczyma jak 
twoje przy odrobinie szczęścia znajdziesz męża, którego wszystkie 
będą  ci zazdrościć. 
- Ja nie chcę żadnego męża - zniecierpliwiła się Pat. - I wcale 
nie chciałabym być piękna. Czytałyśmy z Bietką  o dziewczynie, 
która była taka urodziwa, że tłumy zlatywały się, by na nią  
spojrzeć, i jeden król umarł z miłości do niej. Wcale bym tego nie 
pragnęła. Ale wolałabym wyglą dać tak, żeby można było spojrzeć na 
mnie bez przykrości. 
- A komu to, chciałabym wiedzieć, przykro było na ciebie patrzeć? 
- oburzyła się Judysia. - Pewnie ta zarozumiała gą ska, Kasia, coś 
ci powiedziała. 
- Nie chodzi o to, co powiedziała, ale jak! "Masz taką  śniadą  
skórę!" Zupełnie jakbym była Indianką . Judysiu, przecież moja 
skóra nie zmieni się, jak dorosnę. 
- Nie brak takich, co uważają , że ciemna cera jest ładniejsza od 
bielutkiej. Kasia ma na pewno latem piegi. 
- I w dodatku nie jestem mą dra... Ale tak strasznie kocham świat. 
- To wielki dar, złotko. Nie każdy umie kochać. No, skupmy się i 
zastanówmy. Tak jak ci to mówił Szkrab, masz piękne oczy. 
- On mówił także, że mam ładny nos. Czy to prawda, Judysiu? 

background image

- Prawda, prawda. I śliczne brewki... A twoje uszka wyglą dają  jak 
różowe muszelki. Założę się, że Kasia nie może się pochlubić 
uszami, nie na darmo jest Madisonówną . 
- Uszu to jej spod loków nie widać... Ale jedno dojrzałam... Tak, 
było odstają ce... - przyznała Pat. 
- Przecie powiadam... Twoje usta są  za duże, ale jak się 
uśmiechasz, to wyglą dają  bardzo ładnie. ślicznie się śmiejesz, 
Pat. I masz bardzo zgrabne nóżki. Kasia ma pewno za tłuste... 
- Tak, Kasia ma grube nogi - przypomniała sobie z radością  Pat. 
- Ale jej włosy są  przepiękne. A moje... wiszą  jak strą ki i są  
takie wyblakłe. 
- Z czasem ściemnieją , złotko. Jaką  ty możesz mieć cerę i włosy, 
jak latacie po słońcu z gołą  głową . Twoja matka i jej siostry 
nosiły kapelusiki! 
- Judysiu, to by było straszne. Ja tak lubię słońce i wiatr. 
- No to nie wyrzekaj, że masz ciemną  skórę i wypłowiałe włosy. Jak 
się zje ciastko, to się go już nie ma, prawda? 
- Winnie ma takie śliczne loki. Dlaczego ja nie mam? 
- Winnie wrodziła się w Selbych, a ty w Gardinerów. Twoja matka 
wyglą dała zawsze, jakby miała trwałą  ondulację, a ciotka Jessie, 
choćby godzinami wysiadywała u fryzjera, dalej by jej mogła 
zazdrościć. Za to kiedy się uśmiechasz, twoje oczy uśmiechają  się 
także. Zupełnie jak oczy babki Gardinerowej, a ona była 
najładniejszą  starszą  panią , jaką  widziałam w życiu. I kiedy na 
kogoś patrzysz, to spuszczasz oczy i znów je podnosisz, i 
człowiekowi topnieje serce. Widziałam, jak to działa na Szkraba. 
- Judysiu... Naprawdę? 
- No, no, może ci nie powinnam tego mówić, ale i tak byś to 
niedługo zauważyła. Powiadam ci, Pat, że takie spojrzenie jest 
więcej warte od wszystkich błękitnych oczu i maleńkich usteczek. 
To spojrzenie twojej matki. Ona znała wszystkie kobiece 
sztuczki... 
- Tatuś mówi, że mama była prawdziwą  pięknością . 
- No i przeżywał ciężkie chwile, nim udało mu się ją  zdobyć. 
Wszyscy myśleli, że wybierze Freda Taylora. Nazywano go 
złotoustym. Potrafił wycyganić od garnka jego pokrywkę! Ale w 
końcu wybrała twego tatę. Na ich ślubie rozpaczało wielu mężczyzn. 
- No, ale ona była śliczna. 
- Za to jej siostra, twoja ciocia Dora, wcale nie była ładna, a 
miała jeszcze więcej konkurentów. Chyba dlatego, że zawsze 
wyglą dała, jakby spała, i mężczyźni chcieli ją  obudzić. Straszny 
był z niej leniuch, ale wszyscy za nią  przepadali, prawie tak jak 
za twoją  matką . Z wszystkich sióstr najładniejsze ręce i ramiona 
miała twoja ciocia Ewelina... Ty też będziesz miała takie, jak się 
wypełnisz... Flora lubiła flirtować, oj, lubiła. Flirtowała z 
każdym mężczyzną , który się napatoczył. Całkiem bez sensu, złotko. 
Owszem, dziewczyna może czasem poflirtować, żeby nie wyjść z 
wprawy, ale powinna się szanować. Pamiętaj o tym, kiedy przyjdzie 
twoja pora... 
- Kasia opowiedziała mi, że Kuba Madison wdrapał się na najwyższe 
drzewo w Srebrnych Mostach, żeby zerwać dla niej gwiazdkę z nieba. 
- No i co, zerwał? No, złotko, chyba teraz możesz już usną ć. 
Uspokoiłaś się? 
- Tak, Judysiu. Pewnie byłam niemą dra. Ale ta moja brunatna 
skóra... 
- Zdradzę ci sekret pięknej cery, Pat. Wiosną  myj co dzień buzię 
poranną  rosą . Nie mówię, że staniesz się taka różowiutka jak 
Kasia, ale będziesz miała skórę jak jedwab. 

background image

- Naprawdę? 
- Naprawdę. Pokażę ci jutro w mojej ksią żce. 
- A dlaczego ty tego nie robiłaś? 
- Ja mam skórę jak słoń, niewiele by pomogło. No i trzeba zaczą ć 
za młodu... Józia Shortreed stała się w ten sposób piękną  panną , a 
żadnej z jej sióstr nie udało się wydać za mą ż. Czy opowiadałam 
ci, jak jedna z jej sióstr, Kitty, zmarnowała swoją  jedyną  szansę? 
Wylała niechcą cy na konkurenta miskę z mydlinami. Stał przed 
progiem i zbierał się na odwagę, by zapukać do drzwi. Był to 
chwacki pięćdziesięcioletni kawaler, nie przyzwyczajony do 
zalecania się; widać podobały mu się brzydkie dziewczęta. Odszedł 
i więcej nie wrócił. Nie dziwota, jego odświętny garnitur już się 
nie nadawał do pokazania. Wszystkie Shortreedówny były flejtuchami 
i po zmywaniu otwierały drzwi i nie patrzą c wylewały za próg 
brudną  wodę. 
Czy słyszałaś, jak ich ojciec, Dick Shortreed, pokłócił się ze 
swoim są siadem Abem Bolingerem o kurę? 
- Nie. - Pat ułożyła się wygodnie, znów mogła rozkoszować się 
historyjkami Judysi. 
- Przez trzy lata wykłócali się, aż wreszcie poszli do są du. Cała 
okolica śmiała się do rozpuku. A kiedy już wydali tyle pieniędzy, 
że można by za to kupić sto kur, córka Aba Bollingera wyszła za 
syna Dicka. No to pogodzili się i na weselną  ucztę upieczono starą  
kurę. Pewnie była twarda... 

Na brzegu morza 

- Dziś się na pewno rozpada - oznajmiła w południe Judysia. - 
Patrz, jak blisko jest Wzgórze Mgieł. 
Pat miała nadzieję że jednak nie będzie deszczu. Mieli po południu 
wybrać się ze Szkrabem nad brzeg morza. Taka wyprawa była wielką  
atrakcją , bo choć z okien Srebrnego Gaju widać było zatokę, to 
jednak morze było o półtorej mili i dzieci ze Srebrnego Gaju 
rzadko tam bywały. 
Pat należała się jakaś pociecha, bo tegoż ranka zdechł Guziczek, 
najukochańszy z kociaków. Pat z płaczem pogrzebała stworzonko, 
które jeszcze wczoraj było tak pełne życia. 
A w dodatku pokłóciła się z Sidem o jego żabę. Pat zawsze żal było 
uwięzionych stworzeń, a Sid od tygodnia trzymał żabę w wiadrze na 
podwórku. I ta żaba tak błagalnie na nią  patrzyła... Pewnie miała 
w stawie rodziców... albo męża czy żonę... No i Pat zaniosła ją  na 
Pólko Sadzawki, a Sid przestał się do niej odzywać. 
Kiedy Pat ze Szkrabem i McGintym wyruszała z domu, było jednak 
pięknie, choć hen w dole unosiły się tu i ówdzie pasma mgły. 
- Tylko się nie potopcie! - ostrzegała Judysia, jak zwykle kiedy 
ktoś wybierał się nad morze. - I uważajcie na przypływ... i nie 
spadnijcie ze skałek... i nie wpadnijcie na szosie pod auto... 
Następnych "i" już nie słyszeli, zniknęli bowiem za zakrętem. 
Pat uwielbiała rdzawą  drogę, która prowadziła nad morze przez 
świerkowe "uroczyska" i co chwilę skręcała tylko dlatego, że miała 
na to ochotę. Szli radośnie, ssą c koniczynę. Czasem rozmawiali, 
czasem nie. Ze Szkrabem równie przyjemnie było milczeć, mówiło się 
tylko wtedy, kiedy miało się coś do powiedzenia. 
Po drodze mieli wstą pić do pana Hughesa, do którego stryj Szkraba 
miał interes. Dom pana Hughesa był ruderą , ale miał śmieszne 

background image

okienka, które spodobały się Szkrabowi. Szkrab zawsze przyglą dał 
się bacznie wszystkim oknom. Fascynowały go. Uważał, że to dzięki 
oknom dom naprawdę istnieje, a nieodpowiednie okna popsują  
najpiękniejszy dom. 
- Chcesz mieć takie okienka w twoim domu, Pat? - spytał. 
Pat roześmiała się. Szkrab nie po raz pierwszy proponował jej 
takie czy inne okna. 
Wolałaby poczekać przed domem, przyglą dają c się tym oknom, choć 
było w nich kilka wybitych szybek i na ich miejsce wepchnięto 
szmaty, ale Szkrab zmusił ją , żeby weszła. Wiedział, że pan Hughes 
ma trzy córki i nie śmiał im samotnie stawiać czoła. 
Pana Hughesa nie było w domu, ale zaproszono ich, by usiedli i 
poczekali. W kuchni panował straszny bałagan, jak by to określiła 
Judysia. Na stole stały brudne talerze, roiło się od much. Salka, 
Ela i Kora Hughes siedziały z drugiej strony stołu i uśmiechały 
się złośliwie, każdy bardziej płochliwy gość mógł się naprawdę 
przerazić. 
- Z którą  z nas ożenisz się, jak dorośniesz? - zwróciła się do 
Szkraba Ela przewracają c oczami. 
Szkrab zaczerwienił się i zaszurał gołymi stopami. 
- Patrzcie go, jaki skromny! - zaśmiała się Salka. - Widzicie, jak 
się zarumienił? 
- Pójdę po centymetr mamy i zmierzę jego usta - zawołała Kora 
pokazują c Szkrabowi język. 
Szkrab wyglą dał jak ścigane zwierzę, wcią ż jednak nie odzywał się, 
pewnie nie mógł wykrztusić słowa. Pat wpadła w furię. Te 
dziewczyniska ośmielają  się kpić ze Szkraba! 
Przypomniało jej się dziwne słowo, którego pastor użył w swym 
ostatnim kazaniu. Nie wiedziała, co ono oznacza, ale brzmiało 
"godnie". 
- Nie zwracaj na nich uwagi, Szkrabie. To protoplazmy - oświadczyła 
wzgardliwym tonem. 
Dziewczynki na chwilę zaniemówiły. A potem dał o sobie znać 
temperament Hughesów. 
- Kościotrup! - krzyknęła Ela. 
- Karlica! - wrzasnęła Kora. 
- Ona ma twarz jak dynia - zawtórowała im Salka. 
I zawołały chórem: 
- Nie wygłupiaj się! 
- Myślicie może, że chcę was znieważyć? O nie, po prostu mi was 
żal - odpowiedziała lodowatym tonem Pat. 
Hughesówny poczuły się obrażone. 
- Nas? - zachichotała Ela. - Lepiej byś się użaliła nad tą  twoją  
starą  czarownicą , Judytą . Jak umrze, pójdzie prosto do piekła. 
Wszystkie czarownice kończą  w piekle! 
¯arty się skończyły. Pat potrzą snęła główką . 
- Judysia nie jest czarownicą . Ale słyszałam, że wasz ojciec jest 
kuzynem Marii Anny McClenahan. 
Temu nie można było zaprzeczyć. Salka postanowiła się zemścić. 
- Dlaczego twoja matka nigdy do ciebie nie przyjeżdża? - spytała 
Szkraba. 
- To nie wasza sprawa! - zawołała Pat. 
- Nie mówiłam do ciebie, ty panno Gardinerówno - wściekła się 
Salka. - Trzymaj język za zębami, jak się do ciebie nie odzywają ! 
- No, no, co to za kłótnie? - do kuchni weszła pani Hughesowa w 
starym kapeluszu męża na głowie. Usiadła na wytartym pluszowym 
krześle i spojrzała z wyrzutem na dzieci. 
- Szkrabie, jesteś taki czerwony na twarzy, jakbyś od kogoś dostał 

background image

w pysk. Pewnie drażniły się z tobą  moje dziewczynki! Dlaczego wy, 
smarkate, zawsze zachowujecie się tak, jakbyście nie były 
"wychowane". Nie przejmuj się, Szkrabie, one tylko lubią  się 
pośmiać! 
Pośmiać! Czyżby w tym domu lżenie gości uważano za dobry żart? 
Wreszcie pojawił się pan Hughes. Szkrab przekazał mu wiadomość od 
stryja i wyszli. McGinty uciekł już dawno temu i czekał na nich na 
drodze. 
- Zapomnijmy o tym - zaproponowała Pat. - Po co mamy psuć sobie 
przyjemność wędrówki myślą c o tych dziewczyniskach. 
- Nie chodzi o mnie! Ale dlaczego ośmieliły się wygadywać na moją  
mamę - jękną ł zrozpaczony Szkrab. 

Ii 

Nad brzegiem morza było tak cudownie, że natychmiast zapomnieli o 
Hughesównach. Minęli stare wysmagane wichrem świerki na Małym 
Przylą dku i pobiegli w dół, gdzie pogadywał z morzem wiatr. 
Rybackie kutry mknęły jak duchy. W oddali huczały fale, ale tu, 
przy brzegu, tylko pluskały. Biegli plażą , siekł ich po twarzach 
piasek. Brodzili w kałużach wody między skałkami. Zbudowali pałac 
z wyrzuconego przez morze drewna i z muszelek: Wreszcie usiedli na 
czerwonej skale i wpatrzyli się w purpurę zmierzchu zwisają cą  nad 
krawędzią  świata. 
- Chciałabyś tam popłyną ć, Pat? 
- O nie - Pat aż się wzdrygnęła. - To za daleko od domu. 
- A ja bym chciał - szepną ł rozmarzony Szkrab. - Tyle jest rzeczy, 
które chciałbym zobaczyć... Pałace i katedry... Muszę się nauczyć, 
jak je budować, ale... 
Szkrab umilkł. Wiedział, że nie ma co marzyć. Spędzi życie 
karczują c pole stryja. 
- Józek mawiał, że chce być marynarzem tak jak wuj Horacy. ¯e nie 
lubi pracy na roli. Ale ojciec nie chciał nawet słuchać i ostatnio 
jakoś o tym nie wspomina. 
- W przyszłym tygodniu zaczyna się szkoła - zauważył Szkrab. 
- Panna Chilter będzie chciała zapisać mnie na przygotowawczy kurs 
do Akademii... i co mi z tego przyjdzie? I tak nigdy nie uda mi 
się pójść do Akademii. 
- A chciałbyś? 
- No jasne. To by był pierwszy krok. Ale to niemożliwe. 
- Za rok będą  chcieli zapisać na ten kurs mnie. Ale ja się nie 
zgodzę - oświadczyła stanowczo Pat. - Nie chcę wyjeżdżać. Zostanę 
w Srebrnym Gaju i będę pomagać Judysi. Ach, Szkrabie, jakie 
cudowne jest to słone powietrze. Chciałabym przychodzić tu 
częściej. 
- Te mgły nad zatoką  wyglą dają  jak duchy, prawda? Spójrz na ten 
samotny stateczek, on na pewno zmierza na kraj świata. Tak, z 
morza wstaje mgła. Powinniśmy już wracać, Pat. 
Nie było to takie łatwe. Kiedy siedzieli na skałkach, nastą pił 
przypływ. Morze było od nich o krok. Spojrzeli na siebie z 
przerażeniem. 
- Nie uda nam się wrócić tą  samą  drogą  - szepnęła Pat. 
Szkrab spojrzał na wznoszą ce się nad nimi skałki. Nie, nie uda im 
się na nie wdrapać. 
- Szkrabie... czy my się utopimy? 
Szkrab obją ł ją  opiekuńczo ramieniem. Ze względu na Pat musi 
zachować zimną  krew. 
- Ależ nie. Widzisz jaskinię w tamtej skale? Musimy się tam 

background image

wdrapać. Jestem pewien, że przypływ tam nie sięga. 
- Ską d wiesz? Ile to razy Judysia opowiadała nam o ludziach, 
których złapał przypływ i potopili się! 
- Ale to działo się zawsze w Irlandii. Nigdy nie słyszałem o 
wypadku na naszym wybrzeżu. Chodź szybko! 
Szkrab wzią ł McGinty'ego pod pachę i pobiegli. Woda sięgała już 
niemal kolan. Przerażeni wdrapali się na skałkę. Bali się zresztą  
niepotrzebnie, przypływ rzeczywiście tu nie sięgał. Ale żadne z 
nich nie było tego pewne. Siedzieli skuleni z McGintym na 
kolanach. On był zupełnie spokojny. W towarzystwie tych dwojga 
dzieci, które kochał, niestraszne by mu były śniegi Laponii. 
Po paru minutach Pat przyszła do siebie. W towarzystwie Szkraba 
czuła się zawsze bezpieczna. Romantycznie było siedzieć w dziurze 
skalnej w zupełnym odcięciu od świata. 
Szkrab, gdyby był zupełnie pewny, że nic im nie grozi, czułby się 
naprawdę szczęśliwy. Nareszcie miał Pat tylko dla siebie, a nie 
zdarzyło się to od czasu, gdy pojawiła się Bietka. Owszem, lubił 
Bietkę. Ale Pat była jedyną  dziewczynką , z którą  czuł się naprawdę 
swobodnie. 
- Gdyby te okropne Hughesówny mogły nas teraz zobaczyć, to by się 
dopiero śmiały - zauważyła Pat. - ¯ałuję, że się tak uniosłam. 
Judysia powiada, że jak się ma do czynienia z hołotą , to nie wolno 
nic po sobie pokazać. 
- Ja tam się nie rozgniewałem - odparł Szkrab. - Tylko zrobiło mi 
się przykro ze względu na matkę. Bo to prawda. 
Pat wzięła go za rękę. 
- Jestem pewna, Szkrabie, że któregoś dnia ona przyjedzie. 
- Ja już straciłem nadzieję - z goryczą  powiedział Szkrab. - Na 
ostatnie Boże Narodzenie nie przysłała mi nawet kartki. 
- Nie odpowiada ci na listy? 
- Ja... ja nie wysyłam tych listów, Pat - wyznał z rozpaczą  
Szkrab. - Piszę co niedziela i chowam je do pudła w skrzyni. Nie 
odpisała mi na pierwszy list, więc przestałem je wysyłać. 
Pat zrobiło się tak strasznie żal Szkraba, że objęła go za szyję i 
pocałowała w policzek. 
- Jesteś najwspanialszą  dziewczynką  na świecie - szepną ł zupełnie 
już pocieszony Szkrab. 
Prawda, prawda - zaświadczył McGinty uderzają c o skałę ogonem. 
Ogarną ł ich mroczny cień nadchodzą cej nocy. 
- Może zaczniemy coś sobie wyobrażać - zaproponowała Pat. - Czas 
nam szybciej zleci. Wyobraźmy sobie, że skałki tańczą ... 
- Lepiej wyobraźmy sobie, co działo się kiedyś w tym starym domu - 
przerwał Szkrab wskazują c na niewyraźnie majaczą cy dom. 
Ów stary dom stał na szczycie przylą dka z prawej strony. Był to 
jeden z rybackich domów, których wiele zagnieździło się na samym 
brzegu morza. Zbudował go dwa pokolenia wstecz ekscentryczny 
Anglik, który zjechał tu z rodziną , zamieszkał, ale nikt nigdy 
niczego się o nim nie dowiedział. Miał mnóstwo pieniędzy i 
urzą dzał bez przerwy przyjęcia. Ale gdy umarła mu żona, opuścił 
Wyspę. 
Nikt nie chciał kupić domu położonego na takim odludziu i teraz 
była to malownicza rudera. Wybite okna, rozpadają ce się kominy. W 
pokojach, w których niegdyś było gwarno, gościły teraz tylko wiatr 
i mgła... 
- Zastanawiam się, czy w tym domu nigdy nikogo nie zamordowano? - 
szepnęła Pat, czują c rozkoszny dreszcz podniecenia. 
Zaludnili dom wyimaginowanymi postaciami. Starali się wymyślić 
najgorsze okropieństwa. Anglik zamordował żonę... zrzucił ją  z 

background image

przybrzeżnych skał... nie, pochował ją  w piwnicy... jej duch w 
takie noce jak dzisiejsza krą ży po całym domu. I często słychać 
szloch... Udało im się przerazić samych siebie i McGinty słyszą c 
ich tragiczne głosy zaczą ł wyć. 
I nagle odechciało im się zabawy, zbyt się już bali. Zrobiło się 
zupełnie ciemno, nie widzieli zatoki, choć słyszeli ją  aż za 
dobrze. £awica piaskowa pojękiwała. Od czasu do czasu do ich 
jaskini wpadała struga deszczu. Zawodził wiatr. Pat przytuliła się 
do Szkraba. 
- Dużo bym dała, żeby się tu ktoś pojawił. 
Podobne życzenia spełniają  się bardzo rzadko, ale życzeniu Pat 
natychmiast stało się zadość. Zobaczyli na wodzie światełko... 
zbliżało się... była to rybacka łódź. Szkrab zaczą ł krzyczeć i 
łódź podpłynęła do skały. Stary Andrzej Morgan podniósł latarnię 
i przyjrzał się im. 
- Kogo ja widzę? Mały Gordon i ta Gardinerówna. Co tu robicie? 
Złapał was przypływ? Macie szczęście, że musiałem popłyną ć po sól 
do Małej Zatoczki. Usłyszałem szczekanie psa i postanowiłem 
zobaczyć, co się stało. Złaźcie do łodzi! Uwaga! No, doką d chcecie 
popłyną ć? 

Iii 

Wdzięczne dzieci wylą dowały na brzegu i nie tracą c czasu pobiegły 
do domu. Padało, ale nie zwracały na to żadnej uwagi. Wpadły 
radośnie do kuchni Judysi zostawiają c za sobą  wiatr, deszcz i 
ciemność. Dom przywitał ich otwartymi ramionami. 
Judysia była przerażona. 
- Przemarzliście do kości! Zapalenie płuc pewne! 
- Nie, Judysiu, rozgrzaliśmy się biegną c. Nie gniewaj się. 
Judysiu, proszę cię, nikomu o tym nie mów. Mamusia martwiłaby się 
za każdym razem, kiedy pójdziemy nad morze. Zaraz przebiorę się, a 
Szkrab może włożyć koszulę Sida. Dasz nam coś zjeść? 
Wygłodnieliśmy jak wilki. 
- Mogliście się potopić! I gdyby nie nadpłyną ł Andrzej Morgan - 
choć raz ten stary niedołęga na coś się przydał - siedzielibyście 
w tej dziurze, póki nie zaczą łby się odpływ. To by był skandal! 
- Hughesówny na pewno próbowałyby z tego zrobić skandal - zaśmiała 
się Pat. 
- Podłe plemię! - ze wzgardą  oświadczyła Judysia, gdy wysłuchała 
całej opowieści. - Strasznie się ta Salka zrobiła wygadana, odką d 
znów zaczęła porzą dnie mówić. Bo jak miała trzy latka, wą ż rzucił 
na nią  urok! 
- Wą ż rzucił urok? 
- Przecie powiadam. Leżał na schodkach i Salka zapatrzyła się w 
jego oczy. Jej matka walnęła go kijem, a Salka wrzasnęła, jakby to 
ją  uderzono. Prawda, nie prawda, ale opowiadał mi o tym sam stary 
Hughes. Może się po prostu wstydzili, że tak sepleni... Bo syczała 
jak nie przymierzają c właśnie wą ż, póki nie skończyła sześciu lat. 
Maria Anna McClenahan mówiła, że ją  "podmieniono". Dobrze 
zrobiłaś, że im wypomniałaś pokrewieństwo z Marią  Anną . Bardzo 
tego nie lubią ... Powiedz no, bo mi nie dopisuje pamięć - jak ty 
je nazwałaś? 
- Protoplazmami - oświadczyła z dumą  Pat. 
- Nic ują ć, nic dodać - pokiwała głową  Judysia. - No, siadajcie i 
proszę mi wszystko zjeść. Twoją  matkę posłałam do łóżka nic jej 
nie mówią c, doką d poszłaś, ale jak się coś takiego jeszcze 
przydarzy, to ci nie ujdzie na sucho. 

background image

- Wiesz, Judysiu, to by chyba było nudno, gdyby się czasem coś nie 
wydarzyło. I nie mielibyśmy co wspominać na starość. 
- Główka pracuje - zauważyła z zachwytem Judysia. 

Co na to powie Judysia? 

Pat dość chętnie pojechała we wrześniu na parodniową  wizytę do 
cioci Azalki, było u niej bardzo wesoło i krótka nieobecność w 
Srebrnym Gaju nie wydawała się już obecnie czymś nie do 
zniesienia. Ale kiedy pod koniec pobytu przyszła wiadomość, że 
Przylepka i Sid dostali odry i Pat ma nie wracać, nim nie minie 
groźba zarażenia, to już była zupełnie inna para kaloszy. Jednakże 
jakoś dało się to wytrzymać, a kiedy tęsknota za domem zaczynała 
za bardzo doskwierać, Pat szukała ulgi piszą c do wszystkich listy. 
Oto list do Bietki. Otoczony wianuszkiem kotków. 

Ukochana Elżbietko! 
Prawda, że "ukochana" to więcej niż kochana? Dziś są  Twoje 
urodziny i moje urodziny, i to potworne, że nie spędzamy ich 
razem. Ale będę myślała o Tobie cały dzień. 
Czy to nie miło, że nasze urodziny przypadają  we wrześniu? To mój 
ulubiony miesią c. Jest przyjacielski, a poza tym właśnie we 
wrześniu rok przestaje się spieszyć i ma czas o Tobie pomyśleć. 
Bietko, czy Ty zdajesz sobie sprawę, że skończyłyśmy dwanaście 
lat? Tak niedawno byłyśmy jeszcze dziećmi. A za rok będziemy już 
pannami. Niezamężna ciotka wuja Roberta powiada, że od tej chwili 
czas zaczyna gnać i człowiek się nawet nie obejrzy, a jest już 
stary. Nie mogę sobie wyobrazić, że będę stara. A Ty? 
Jest mi tu bardzo dobrze. Dom cioci Azalki jest bardzo ładny, ale 
wszystko wydawałoby mi się ładniejsze, gdybym Ci to mogła pokazać. 
Okno mojego pokoiku wychodzi na ogród, a z lewej strony jest 
śliczna dolinka pełna młodych świerków i cieni. To znaczy młode są  
świerki, a nie cienie. Myślę, że cienie są  zawsze stare. Są  
piękne, ale trochę się ich boję, dlatego właśnie że są  stare. 
Ciocia Azalka śmiała się, gdy jej o tym powiedziałam. Uważa, że 
przychodzą  mi do głowy dziwne pomysły, a wszystko dlatego, że 
Judysia nabija nam głowy opowieściami o wróżkach. Ja tak nie 
uważam. Po prostu cienie zawsze wydawały mi się żywe, zwłaszcza 
gdy jeszcze zmierzcha, a już pojawia się księżyc. 
Często chodzę do domu brata wuja Roberta bawić się z Sylwią  Cyrylą  
Madison. Podoba mi się to imię. Ono dźwięczy. Sylwia Cyryla jest 
bardzo miła, ale nigdy nie polubię nikogo tak jak Ciebie. Ją  
lubię, a Ciebie kocham. Sylwia Cyryla uważa, że Sid jest bardzo 
przystojny. Nie wiem czemu, ale nie lubię, kiedy się nim zachwyca. 
Jej dorosła siostra, Maria, też tak powiedziała i wtedy byłam z 
Sida bardzo dumna. A nie lubię, gdy go wychwala Sylwia Cyryla. 
Dlaczego? 
Starszy brat Sylwii Cyryli powiedział jej, że ze mnie fajna 
dziewczynka. Ale pewnie powiedział tak tylko z uprzejmości. 
Ciocia Azalka uczy mnie robić leguminę czekoladową  i obrębiać. 
Lubię prace domowe i Sylwia Cyryla uważa, że jestem staroświecka. 
Obecnie dziewczęta powinny mieć zawód. Ona będzie miała zawód. Nie 
jestem pewna, czy mam na to ochotę. Ktoś musi robić leguminy i 
zauważyłam, że Sylwia Cyryla lubi je jeść jeszcze bardziej niż ja. 
Najbliższą  przyjaciółką  Sylwii Cyryli jest Janka Campbell. Bardzo 

background image

z nią  bywa wesoło, ale we wszystkim musi być pierwsza. Kiedy 
opowiadałam o odrze Sida i Przylepki, zaraz oświadczyła: "Ja już 
miałam i odrę, i świnkę, i szkarlatynę, a teraz mam przejść 
operację migdałków ". Poczułam się okropnie niedoświadczona. 
Janka mówi, że chciałaby być chłopcem. Ja nie. A Ty? Ja uważam, że 
bardzo jest przyjemnie być dziewczynką . 
Piszę do Ciebie na strychu i pada deszcz. Lubię być na strychu, 
kiedy pada. A Ty? Kiedy deszcz tylko sią pi, wydaje się bardzo 
przyjacielski. Wuj Rob nazywa mnie kotem z poddasza. Tak naprawdę 
to lubię tu siedzieć, bo z jednego okna widzę morze, a z drugiego 
Srebrny Gaj. Wyglą da jak biała kropka. Nie widzę Twojego domu, ale 
widzę Wzgórze Mgieł, tyle że teraz jest ono na północ ode mnie 
zamiast na wschód. Czuję się jak Alicja z drugiej strony 
zwierciadła. 
Dziś nad przystanią  lecą  z wiatrem cienie deszczu jak skrzydła 
mgły... Ach, Bietko, czy to nie wspaniałe, że żyjemy i możemy 
oglą dać takie cuda? 
Wyznam Ci tajemnicę. Nikomu innemu bym tego nie powiedziała, ale 
przed Tobą  nie chcę mieć tajemnic. I wiem, że nie będziesz się ze 
mnie śmiać. 
Wydaje mi się, że ostatniej niedzieli zakochałam się. O ósmej 
wieczorem. Ciocia Azalka zabrała mnie na koncert muzyki 
religijnej. Grało trzech niewidomych. Jeden pan grał na 
fortepianie, drugi na skrzypcach, a trzeci śpiewał. Miał ciemne 
włosy, orli nos i choć nic nie widział, jego oczy były błękitne i 
prześliczne. Gdy zaczą ł śpiewać, poczułam, że coś mnie gniecie w 
żołą dku. Najpierw pomyślałam, że religia wtargnęła do mojej duszy, 
jak to nazywa Judysia, ale ugięły się pode mną  kolana i 
zobaczyłam, że trzęsą  mi się ręce. Kiedyś spytałam Judysi, ską d 
człowiek wie, że się zakochał, i powiedziała: "Nie bój się, 
będziesz wiedziała, zaczniesz się cała trzą ść". 
Tak strasznie chciałam, żeby zwrócił na mnie uwagę, chciałam 
zrobić coś niezwykłego, chciałam dla niego umrzeć. Cieszyłam się, 
że mam na sobie moją  błękitną  sukienkę i niebieskie koraliki, a 
ciocia Azalka skropiła mnie wodą  kolońską . On nie mógł mnie 
widzieć, ale to byłoby straszne, gdybym zakochała się mają c na 
sobie starą  sukienkę albo z takim katarem jak Sylwia Cyryla. Ona 
cały czas kichała i wycierała nos. 
Bietko, nigdy tego nie zapomnę. Choć to była nietrwała miłość. W 
poniedziałek rano mi przeszło. To było bardzo dziwne, bo w 
niedzielę wieczorem myślałam, że będę go kochać wiecznie, tak jak 
to piszą  w ksią żkach. Czyżbym była taka niestała? To by było 
okropne! 
Czy to nie cudowne, że niedługo wrócę i znów będziemy razem? Co 
wieczór wykreślam z kalendarza jeden dzień i modlę się, żeby już 
nikt w Srebrnym Gaju nie dostał odry. Proszę Cię, nie czytaj sama 
wierszy pod Czuwają cą  Sosną . Nie mogę znieść myśli, że jesteś tam 
beze mnie. 
Muszę już iść się położyć. "Sen urodzie sprzyja" - mawia zawsze 
wuj Robert. Jak by to było cudownie, gdyby rzeczywiście człowiek 
mógł w nocy wyładnieć. To znaczy cudownie dla mnie, bo Ty i tak 
jesteś piękna. 
Może powinnam mieć niewidomego męża, boby nie widział, że jestem 
brzydka. Ale pewnie go już nigdy nie zobaczę. 
Jak tylko masz chwilę czasu, to o mnie myśl! 
Twoja Patrycja 
P.S. Ciocia Azalka uważa, że powinno się mnie ostrzyc. Ale co na 
to powie Judysia? 

background image

Ii 

(List do matki) 

Najukochańsza Mamusiu! 
Wyobrażam sobie, że jesteś tutaj i obejmujesz mnie. Strasznie do 
Was wszystkich tęsknię. W dzień zawsze się coś dzieje, ale 
wieczorem jesteś tak strasznie daleko. Czy jest Wam mnie brak? A 
Srebrnemu Gajowi? Kochany Srebrny Gaj. Kiedy dziś o zmierzchu 
poszłam na strych i wyjrzałam przez okienko, dom był ciemny, jakby 
był pusty. Ale zapaliły się światła i ożył, i wyobrażałam sobie, 
że widzę Was wszystkich i Judysię, i Dżentelmena Toma, i trochę 
sobie popłakałam. 
Tak się cieszę, że Sid i Przylepka czują  się lepiej. Mam nadzieję, 
że Przylepka mnie nie zapomni. Cieszę się, że upiekłaś list w 
piekarniku i nie złapię zarazków, to by było okropne, gdybym nie 
mogła wrócić, bo dostałabym tutaj odry. Najdroższa Mamusiu, mam 
nadzieję, że nie miewasz tych obrzydliwych migren. 
Co wieczór czytam rozdział Biblii i odmawiam pacierz. Przyjechała 
tu z długą  wizytą  panna Marta Madison, wuj Robert nazywa ją  za jej 
plecami swoją  Niezamężną  Ciotką  takim tonem, że wprost widzisz te 
duże litery. Co wieczór przychodzi i pyta, czy nie zapomniałam 
odmówić pacierza. Nie lubię, żeby obce osoby wtrą cały się do moich 
modlitw. Wkrótce upłynie rok, odką d Tatuś wrócił z Zachodu, ale co 
dzień jeszcze dziękuję za to Panu Bogu. Janka powiada, że ma tam 
kuzynów i że jest to wspaniały kraj. Możliwe... ale nie ma tam 
Srebrnego Gaju. 
Jedna rzecz tutaj sprawia mi dużo przyjemności. Przed łóżkiem leży 
owcza skóra. Strasznie jest miło rano stawać na niej bosymi 
stopami, jak człowiek wyskakuje z łóżka, milej niż na linoleum, a 
nawet na dywaniku. Czy mogłabym dostać taką  owczą  skórę, Mamusiu? 
Jeśli to nie urazi uczuć Judysi. 
Dostałam dziś od Bietki cudowny list. Mamusiu, ja strasznie kocham 
Bietkę. Przyjemnie jest mieć ładną  przyjaciółkę. A jej głos 
przypomina mi szum wiatru w brzezinie. I ma takie oczy jak Twoje, 
wyglą dają , jakby wiedziała o czymś pięknym. 
Jesteś najładniejszą  Mamusią  na całym świecie. Lubię pisać listy, 
łatwiej jest coś napisać niż to powiedzieć. 
Mamusiu, czy moja nowa zimowa sukienka może być czerwona? To taki 
ciepły, rozżarzony kolor. Sylwia Cyryla chciałaby mieć co miesią c 
nową  sukienkę, ale ja nie. Człowiek się musi do każdej nowej 
rzeczy zdą żyć przywią zać. Przykro mi, że wyrosłam z mojej 
zeszłorocznej brą zowej sukni. Tyle miłych chwil w niej przeżyłam. 
Mamusiu, nie pozwól Judysi wzią ć na dywanik tej mojej żółtej 
bluzki. Wiem, że ma na nią  chętkę, ale Ty przecież możesz mi 
przedłużyć rękawy, prawda? 
Nad przystanią  wzeszedł śliczny księżyc, choć wiatr jakoś smętnie 
lamentuje. Judysia mówi, że jak mają c trzy latka zobaczyłam 
księżyc w pełni, to zawołałam: "Kto tam poszedł z latarnią ?"czy to 
prawda? 
Niezamężna Ciotka wkłada między prześcieradła w szafie lawendę. 
Kiedy powiedziałam, że my wkładamy koniczynę, to pokręciła nosem. 
Mama Sylwii Cyryli otacza swój salon nabożną  czcią . Zamyka go na 
klucz, zasłony są  zawsze spuszczone, wchodzi się tam tylko wtedy, 
kiedy przychodzą  goście. Mamusiu, cieszę się, że my mieszkamy we 
wszystkich pokojach naszego domu. 
Niezamężna Ciotka uważa, że dziś w nocy będzie przymrozek. Mam 

background image

nadzieję, że nie. Nie chciałabym, aby przed moim powrotem do domu 
zmarzły kwiaty. Ale dziś z topoli posypały się już żółte listki, 
czyli skończyło się lato. 
Mam nadzieję, że wiatr odda Ci mój pocałunek. W tym liście też 
będzie mnóstwo pocałunków dla wszystkich, plus specjalny całus dla 
Taty i dla Przylepki. Jak to dobrze, że od miłości list nie staje 
się cięższy. Nie starczyłoby mi pieniędzy na znaczki. 
Malutka cioci Azalki jest bardzo milusia, ale nie taka ładna jak 
Przylepka. Ach, Mamusiu, nikt na całym świecie nie jest taki jak 
mieszkańcy Srebrnego Gaju. Jesteśmy strasznie miłą  rodzinką . A ty 
jesteś najmilsza! 
Twoja kochają ca córka 
Pat 
P.S. Ciocia Azalka uważa, że powinno się mnie ostrzyc. Ale co 
powiedziałaby na to Judysia? Sylwia Cyryla mówi, że jak obcięła 
włosy, to jej mama płakała przez cały tydzień, ale teraz już je 
polubiła. 
P. G. 

Iii 

(List do Sida) 

Najdroższy Sidzie! 
Tak się cieszę, że się już lepiej czujesz i możesz jeść! 
Niezamężna Ciotka uważa, że podczas odry powinno się być na 
diecie, ale Judysia wie na pewno lepiej. Strasznie się martwiłam, 
że Ty leżysz taki chory, a mnie nie ma, żeby Ci pomóc. Choć na 
pewno Judysia świetnie się tobą  zajmowała, kiedy mamusia musiała 
siedzieć przy Przylepce. 
Bardzo mi jest tu dobrze. Dom jest miły i przyjazny i ciocia 
Azalka pozwala mi chodzić spać o pół do dziesią tej. Ale i tak będę 
szczęśliwa, kiedy wolno mi będzie wrócić do domu. Mam nadzieję, że 
nie dostanę odry, choć choroba mogłaby być interesują ca. Wszyscy 
by się mną  zajmowali i dogadzali mi! Kiedy będziesz mógł wyjść z 
domu, idź zaraz na Ukryte Pólko i zobacz, jak się miewają  nasze 
świerki. 
Sylwia Cyryla mówi, że Fred Dawidson i jego siostra też się tak 
kochali jak my, a potem pokłócili się i wcale z sobą  nie 
rozmawiają . Sidzie, my się nigdy nie pokłócimy, prawda? Nie 
mogłabym tego znieść. 
Sylwia Cyryla opowiedziała mi także, że Petersonowie z 
Południowego Glen mieli w zeszłym tygodniu straszne przeżycie. 
Myśleli, że Myrtle uciekła z kimś. Ale okazało się, że się tylko 
utopiła. I Sylwia twierdzi, że Maja Binnie jest Twoją  dziewczyną . 
Sidzie, to nieprawda? Przecież nie chodziłbyś z Binnie'ówną ? To 
nie jest dla nas towarzystwo. 
Chciałabym żebyś, jak dorośniesz, ożenił się z Bietką . Ona by 
pasowała do Srebrnego Gaju. Pokochałaby go tak samo jak ja i 
miałbyś śliczną  żonę. I na pewno zgodziłaby się, żebym z Wami 
mieszkała. 
Jeśli ta bura kotka w stodole się okoci, to powiedz Józkowi, żeby 
zatrzymał dla mnie jednego kociaka. 
Niedługo zaczną  się podorywki. Wrócę do domu na czas, żeby pomóc 
zebrać jabłka. Bert Madison uczy mnie robić marynarski węzeł. 
Pokażę Ci, ale musisz obiecać, że nie powiesz, jak się go robi, 
Mai Binnie. 
Twoja ukochana siostra 

background image

Pat 
P.S. Ciocia Azalka mówi, że powinnam obcią ć włosy. Jak myślisz, 
będzie mi do twarzy? Ale co na to powie Judysia? 

Iv 

(List do Szkraba) 

Kochany Szkrabie! 
Jesteś fajny, że tak często do mnie pisałeś. Cieszę się, że Ci 
mnie brakowało. Nikt ze Srebrnego Gaju nie napisał, że za mną  
tęskni: Sid i Przylepka byli pewnie zbyt chorzy, a Winnie i Józek 
są  już duzi i widać już im tak na mnie nie zależy. 
Siedzę na strychu. Lubię tu siedzieć i patrzyć, jak ciemnieją  
drzewa w świerkowej dolinie, i słuchać, jak w kominie świszczy 
wiatr. Dzisiejszy wiatr Judysia nazwałaby wiatrem duchów. 
Przypomniał mi się ten wiersz, który czytałeś mi, kiedy ostatni 
raz byliśmy w Sielance. 

Wiatr o północy skowyczy 
Nabrzmiały głosami umarłych... 

Kiedy słyszę te słowa, przechodzi mnie zawsze rozkoszny dreszcz. 
Cieszę się, Szkrabie, że Ciebie też. Sid mówi, że to bzdury. 
Zawsze się ze mnie śmieje, kiedy zastanawiam się, o czym 
rozmawiają  drzewa i co opłakują  niektóre wiatry. A Ty; Szkrabie, 
nigdy się ze mnie nie śmiejesz. Co wieczór przed uśnięciem wydaje 
mi się, że słyszę, jak szumi źródełko w Sielance. 
Jak się miewa McGinty? Uściskaj go ode mnie. Niezamężna Ciotka ma 
psa, bardzo mi go żal. Nigdy nie spuszcza go z oczu i biedak może 
się tylko bawić swoim gumowym szczurem. 
U Sylwii Cyryli jest dużo psów, pies Berta i pies Miry, i pies 
domowy, ale żaden nie jest tak kochany jak McGinty. Także ojciec 
wuja Roba, który mieszka opodal, ma psa, ale to nudny pies. Wuj 
Robert powiada, że jest zawsze tak zmęczony, że nim zaszczeka, 
musi się oprzeć o płot. 
Zastanawiam się, jak by Ci się spodobał dom ciotki Azalki. Pewnie 
byś uważał, że jest za wysoki. Ale w środku jest bardzo ładnie. 
Tyle że nie ma kuchennych schodków, na których można by przysią ść, 
ani okrą głego okienka, ani umarłego zegara... 
Wiesz, Szkrabie, stary pan Piotr Morgan z przystani opowiedział 
mi, że za młodu był piratem i zakopał na jakiejś karaibskiej 
wyspie skarb, i potem nie mógł go odnaleźć. Gdybym to usłyszała 
parę lat temu, na pewno bym uwierzyła. Szkoda, że człowiekowi z 
biegiem lat coraz trudniej jest w coś wierzyć. 
Płot za domem wuja Roberta stoi na linii granicznej między 
hrabstwem Królowej i hrabstwem Księcia. Przyjemnie jest pomyśleć, 
że przełażą c przez płot mija się granicę. Człowiekowi wydaje się, 
że za granicą  wszystko będzie inaczej. Co dzień przełażę przez 
płot i czuję się jak podróżnik. Ciocia Azalka mówi, że niewiele mi 
potrzeba do szczęścia, uważam, że to dobrze. 
Twoja przyjaciółka 
Pat 
P.S. Ciocia Azalka uważa, że powinno się mnie ostrzyc. Co o tym 
myślisz? 

background image

(List do Judysi wraz z jej komentarzami) 

Moja kochana Judysiu! 
To już całe wieki odką d wyjechałam z domu i strasznie tęsknię do 
Was wszystkich i do naszej kochanej kuchni. Kuchnia cioci Azalki 
jest bardzo nowoczesna, ale nie taka przytulna jak nasza. 
Kiedy wieczorem tęskno mi do domu, idę na strych i patrzę na 
światła Srebrnego Gaju, i wyobrażam sobie, co każdy robi, i widzę, 
jak Ty w kuchni pieczesz chleb i coś do siebie gadasz. (Coś 
takiego!) A Dżentelmen Tom rozmyśla nad czymś leżą c na ławie. (Co 
to, to prawda. Z ciebie, Tom, jest prawdziwy myśliciel i zawsze 
powiadam, że ty więcej myślisz w cią gu jednego dnia niż większość 
ludzi w cią gu tygodnia.) Tu nie ma kotów, bo Niezamężna Ciotka 
wuja Roberta przyjeżdża tu często i na długo, a ona nie cierpi 
kotów. Nie bardzo lubię Niezamężną  Ciotkę. (Oj, nie dziwota.) Jest 
bardzo brzydka. Wiem, że sama nie jestem ładna, ale przynajmniej 
nie mam takiego nosa jak ona. Cała jej twarz, a nawet włosy 
wyglą dają  tak, jakby się go bały i próbowały przed nim uciec. 
(Czego też ten dzieciak nie wymyśli!) 
Ale jest mi jej trochę żal (zawsze mówiłam, że ta mała ma za dobre 
serduszko), bo musi być strasznie samotna. Ona nikogo i niczego 
nie kocha. To musi być okropne. 
Ciocia Azalka ma w pokoju gościnnym prześliczną  błękitną  pikowaną  
narzutę. A ten dywanik w róże, który jej wyszydełkowałaś, leży w 
livingroomie. Jest z niego bardzo dumna i wszystkim go pokazuje. 
(No, no, wkrótce będę sławna.) Nie ma salonu, gdyby miała, to 
dywanik leżałby w salonie. Sylwia Cyryla mówi, że salony wyszły z 
mody. Ciekawa jestem, co by powiedziała, gdyby usłyszała, że my 
mamy dwa. (A kogo by to obeszło? Zawszeć to lepiej mieć salon niż 
livingroom, zupełnie inaczej brzmi!) 
Mamusia napisała, że będę mogła dostać na zimę czerwoną  sukienkę. 
Mam nadzieję, że pozwoli mi kupić czerwony kapelusik. (Będziemy 
mieć szykowną  pannę.) Janka Dawidson mówi, że dostanie dwa nowe 
kapelusze. Mówi, że Dawidsonowie zawsze kupują  na zimę dwa 
kapelusze. Cóż, i tak nie włożę na raz więcej niż jednego 
kapelusza, prawda, Judysiu? (A to filozofka!) Niezamężna Ciotka 
zawsze kręci nosem, kiedy mówię o sukienkach, ale ciocia Azalka 
powiada, że to dlatego, że jej nie stać na nową  suknię i gdyby nie 
wuj Robert, to w ogóle nie miałaby się w co ubrać. 
Ach, Judysiu, Niezamężna Ciotka uważa, że nie wolno opowiadać 
bajek, nawet o świętym Mikołaju. (Chciałabym ją  dostać w swoje 
ręce!) Ale i tak będę wierzyć w tany leśnych wróżek i podkowę nad 
drzwiami, i czarownice na miotłach. ¯ycie jest ciekawsze, jak się 
wierzy w takie rzeczy. I zresztą  jak się w coś wierzy, to 
nieważne, czy to istnieje, czy nie. (To dziecko przegadałoby nawet 
prawnika z Filadelfii.) 
Judysiu, tutaj nie jada się między posiłkami. Może to i zdrowiej, 
ale kiedy człowiek ma iść spać, to chętnie zjadłby Twoje sadzone 
jajko. Uważam, że to zdrowo przeką sić coś przed snem. (No pewnie, 
każdy rozsą dny człowiek tak uważa!) Ale ciocia Azalka świetnie 
gotuje. Robi pyszną  roladę. Judysiu, może byś się nauczyła robić 
roladę? (A to zuchwała smarkata! Starego psa nie uczy się nowych 
sztuczek!) Ale jej ciasto z żurawinami nie jest takie dobre jak 
Twoje, Judysiu, jest za słodkie. (Spryciula, wie, jak mi 
schlebić.) Mama Sylwii Cyryli robi świetny krem Devonshire. (Krem 
Devonshire! Robiłam go, nim się ona urodziła! Ale ską d mam wzią ć 
śmietankę, skoro całe mleko odstawia się do mleczarni!) Ale poza 
tym nie jest dobrą  kucharką . Każda potrawa ładnie wyglą da, gorzej 

background image

jednak smakuje. Albo niedosolona, albo przesolona, coś jej zawsze 
nie wyjdzie. (Do kucharzenia trzeba mieć talent, złotko, trzeba 
mieć talent!) 
Kuzyn ojca Sylwii Cyryli, który mieszka w Charlottetown, próbował 
w zeszłym tygodniu poderżną ć sobie gardło, ale Sylwia mówi, że mu 
się nie udało, i zabrali go do szpitala i zszyli. (Chodzi pewnie o 
Alvina Sultona. Sultonowie słyną  z tego, że zawsze coś zaczynają  i 
nie kończą .) 
Teściowie cioci Azalki mieszkają  bardzo niedaleko. Ciocia często 
mnie tam posyła. Pan Jakub Madison nie uznaje mnie, bo nie chcę 
jeść owsianki. Powiada, że to królewska potrawa. Ale ja nie jestem 
królową . (Owsianka? Nie mam nic przeciwko owsiance, ale staremu 
Madisonowi nie wychodzi to jakoś na zdrowie. Chudy jest jak 
patyk!) Oni są  strasznie dumni ze swojej najstarszej córki, Marii. 
Zrobiła magisterium, miała stypendia i wykłada w Szkole Wyższej. 
Pewnie przyjemnie jest być taką  mą drą , jak myślisz, Judysiu? (Ale 
jakoś nie słychać, żeby miała narzeczonego!) Pan Jakub lubi 
dokuczać żonie. Ojciec Sylwii Cyryli spytał go, czyby się jeszcze 
raz ożenił, a on roześmiał się i powiedział, że owszem, ale już 
nie z tą  samą  kobietą . Pani Jakubowa nie śmiała się. (No, no, 
dobrze wiedziała, że w tym żarcie jest kawał prawdy.) Ludzie 
mówią , że pan Jakub ma bardzo burzliwą  przeszłość, a on śmieje 
się, że powinni się cieszyć, bo mają  o czym opowiadać. 
Słucham tu pilnie wszystkich historyjek, żeby móc je na starość 
opowiadać tak jak Ty, Judysiu. Bardzo ładna jest historyjka o 
duchu na farmie wuja Sylwii Cyryli, który miał bokobrody. To 
znaczy bokobrody miał duch, nie wuj. Czy to nie śmieszne? 
Wyobrażasz sobie ducha z bokobrodami? (Pewnie, że wyobrażam. W 
Irlandii był jeden duch całkiem łysy.) A Janka Dawidson ma kuzyna, 
który jak się upije, to płacze. Myślałam, że to dlatego, iż 
żałuje, że się upił, ale Janka powiada, że mu przykro, że tak 
rzadko może się upić. 
Stary pan McAllister zza mostu przyszedł w poniedziałek do pana 
Jakuba i powiedział, że wybierał się w niedzielę, ale cały dzień 
musiał zmagać się z szatanem. Jak myślisz, Judysiu, czy naprawdę 
się zmagał, czy też tylko tak się poetycznie wyraził? (Pewnikiem 
starał się udobruchać żonę. Ta toby się kłóciła nawet ze świętym! 
A ożenił się z nią  przez przypadek. Niby się jej oświadczył, ale 
był pewien, że mu odmówi, a tymczasem go przyjęła!) Jego brat był 
złym człowiekiem i umarł wygrażają c Panu Bogu pięścią ! (Cóż, 
złotko, trudno nawet na łożu śmierci wymagać od McAllisterów 
dobrych manier.) 
Bracia Maltsby pogodzili się, a od trzydziestu lat się do siebie 
nie odzywali. Wuj Rob powiada, że pogodzili się, bo zapomnieli, o 
co się pokłócili, ale jakby ktoś im przypomniał, to zaczęliby od 
nowa. A pan Gordon Key zza mostu trzyma żonę w karbach szydełkują c 
koronki. Ile razy ona nie chce czegoś zrobić, zaczyna szydełkować, 
a ona nie może na to patrzeć i ustępuje mu. 
Teraz opowiem Ci najśmieszniejszą  historyjkę. Wiele lat temu stary 
Sam McKenzie zachorował w Charlottetown i wszyscy myśleli, że 
umrze. Był bardzo znany i bogaty, więc pan Trotter, przedsiębiorca 
pogrzebowy, wiedział, że rodzina będzie chciała pochować go w 
wytwornej trumnie, no i taką  trumnę sprowadził, bo zanosiło się na 
ostrą  zimę i bał się, że zamarznie cieśnina. 
Tymczasem stary Sam wyzdrowiał i biedny pan Trotter został z 
kosztowną  trumną  i bał się, że nikt nie zechce jej kupić. Ale 
siedział cicho i w parę miesięcy później zmarł nieoczekiwanie 
stary Tomasz Ramsay, który także był wybitny i bogaty. I pan 

background image

Trotter powiedział rodzinie, że ma jedną  wyją tkowo piękną  trumnę,, 
no i Tomasza Ramsaya pochowano w trumnie Sama McKenzie'ego. A 
potem wszystko się wydało i Ramsayowie byli wściekli, ale już nie 
mogli odgrzebać ojca. 
To była najśmieszniejsza historyjka, ale najładniejsza jest o 
starym panu Jerzym  McFadyenie, który umarł cztery lata temu i 
poszedł prosto do nieba. Z począ tku nie mógł znaleźć żadnego 
mieszkańca naszej Wyspy, ale wkrótce dowiedział się, że owszem, 
są , tylko trzeba było ich zamkną ć, aby nie uciekli z powrotem na 
Wyspę. Opowiedział mi to pan Jakub Madison, ale nie chciał 
powiedzieć, ską d o tym wie. Ze mną  byłoby tak samo, Judysiu. 
Gdybym poszła do nieba, to chciałabym wrócić do Srebrnego Gaju. 
Wczoraj była taka wichura, że bałam się, czy nie obali naszych 
drzew. Jeśli Józek będzie miał dla mnie kociaka, to proszę Cię, 
Judysiu, daj mu ode mnie trochę śmietanki. 
Janka Dawidson ma ciotkę, która cztery razy wyszła za mą ż. Janka 
jest z niej bardzo dumna, ale wuj Rob mówi, że to niespołecznie, 
bo potem braknie mężów dla innych kobiet. Wydaje mi się, że 
powiedział to, by rozzłościć Niezamężną  Ciotkę. 
Madzia Dawidson ma wyjść za mą ż za Croftera Cartera. (Pewnie już 
straciła nadzieję na znalezienie męża, boby na niego nie 
spojrzała. Pamiętam czasy, kiedy Dawidsonowie widzą c kogoś z 
Carterów przechodzili na drugą  stronę drogi.) 
Maryna Bailey ze Srebrnych Mostów wyszła za Rossa Hallidaya. Byli 
zaręczeni piętnaście lat, pewnie im się to narzeczeństwo znudziło. 
(Maryna Bailey stale powtarzała, że musi się przyzwyczaić do myśli 
o wyjściu za mą ż. Ona zawsze była przygłupia. Ale mężczyźni takie 
lubią .) 
Umarła pani Samuelowa Carter, w pią tek będzie pogrzeb. U nich 
ostatnio bardzo dużo pogrzebów, ale pan Carter uważa, że z dwojga 
złego pogrzeb tańszy jest od wesela. (Zwłaszcza jeśli po weselu 
trzeba utrzymywać zięcia, a Samuel ma ich kilku!) 
Judysiu, mam nadzieję, że się nie zmęczysz czytają c ten długi 
list. Pisałam go po kawałku przez cały tydzień. Niedługo już będę 
w domu i się narozmawiamy. Nie pozwól nikomu przestawić mebli w 
domu! 
ściskam cię i ściskam! 
Twoja kochają ca 
Pat 
P.S. Ciocia Azalka uważa, że gdyby mi się obcięło włosy, toby 
ściemniały. Co o tym są dzisz, Judysiu? 
(Jaki ten dzieciuch napisał piękny list. Smutno tu było bez naszej 
Pat. Jak się uśmiechnie do człowieka, to aż go chwyta za serce. 
Ale o obcięciu włosów, to pogadamy za rok. Muszę schować ten list 
do mojego skarbczyka.) 

Trzy kuzynki 

Choć po ukończeniu dwunastu lat czas nie zaczą ł galopować, jak to 
przepowiadała Niezamężna Ciotka, niemniej upływał coraz szybciej. 
Bietce i Pat trudno było uwierzyć, że zbliżają  się ich trzynaste 
urodziny. Matka powiedziała Pat, że z St. John przyjadą  w 
odwiedziny jej kuzynki, Dorotka i Joasia, i należałoby urzą dzić 
dla nich przyjęcie. 
- Może w dzień twoich urodzin, Pat. To także dzień urodzin Bietki. 

background image

W ten sposób upieczemy trzy pieczenie przy jednym ogniu! - 
zauważyła ze śmiechem matka. 
Pat nie przepadała za przyjęciami... trochę to martwiło Judysię. 
Niezbyt się też cieszyła na przyjazd Joasi i Dorotki Selbych, choć 
była ich bardzo ciekawa. Wiele się nasłuchała o urodzie Dorotki. 
Zdjęcia obu dziewczynek ukazywały się w rubryce towarzyskiej 
ilustrowanych pism z podpisem "śliczne córeczki państwa 
Albertostwa Selbych z Lipowej Chatki". Chciała się przekonać na 
własne oczy, czy Dorotka jest rzeczywiście taka ładna, jak to 
głosi rodzinna legenda. 
- Nie wierzę, żeby była ładniejsza niż Winnie! 
- No, no, może i nie, gdyby Winnie tak wystroić! Piórka zdobią  
każdego ptaszka. Ale twój wuj Albert był pięknym chłopcem i mówią , 
że Dorotka się w niego wdała. On rzadko przyjeżdża do domu. Jego 
elegancka młoda żona nudzi się tutaj. 
- Joasia i Dorotka są  w klasztornej szkole z internatem. Pewnie są  
strasznie mą dre. 
Judysia pocią gnęła ze wzgardą  nosem. 
- No, no, nawet w klasztornej szkole nikogo nie nauczy się 
mą drości. My tutaj w Srebrnym Gaju też umiemy myśleć. Nie daj im 
się zakrakać, Pat. Ale na pewno są  to miłe dziewczynki. To twoje 
jedyne kuzynki ze strony matki, więc powinnaś się z nimi 
zaprzyjaźnić. 
Po dwudziestu czterech godzinach pobytu Joasi i Dorotki w Srebrnym 
Gaju Pat była już zupełnie pewna, że się z nimi nie zaprzyjaźni. 
Nie przyznałaby się do tego, ale pewnie była trochę zazdrosna o 
urodę Dorotki. Dorotka była ładniejsza od Winnie, choć nikt nie 
zmusiłby Pat, by uznała ją  za ładniejszą  od Bietki. 
Miała ciemne włosy koloru orzecha, które ślicznie okalały jej 
czoło, a przy których włosy Pat były jeszcze bardziej mysie i 
wypłowiałe. Miała aksamitne brunatne oczy, przy których 
bursztynowe oczy Pat wyglą dały na niemal żółte. Miała piękne ręce 
i stale poprawiała włosy, przy tych rękach wszystkie inne wydawały 
się zbyt opalone i kościste. Joasia, o której mówiło się "ta 
zdolna", nie zgłaszała pretensji do urody, ale była bardzo dumna z 
piękności Dorotki i wcią ż ją  wychwalała. 
- Dorotka jest najładniejszą  dziewczynką  w St. John - oznajmiła 
zwracają c się do Pat. 
- Jest bardzo ładna - przyznała Pat. - Niemal tak ładna jak Winnie 
i Bietka Wilcox. 
- Och, Winnie! - Joasia zrobiła rozbawioną  minę. - Winnie wyglą da 
bardzo milutko. Ty byś też miło wyglą dała, gdybyś nie miała takich 
długich, prostych włosów. To wiktoriańska moda. 
Joasia chyba sama nie bardzo wiedziała, co to jest wiktoriańska 
moda, musiała to wyrażenie słyszeć i chciała zaimponować tej 
zuchwałej, prowincjonalnej kuzynce. 
- Judysia nie życzy sobie, żebym obcięła włosy - oznajmiła chłodno 
Pat. 
- Judysia? A, ta wasza dziwaczna stara służą ca? Pozwalasz się jej 
rzą dzić? 
- Judysia nie jest służą cą  - zawołała Pat. 
- No to kim jest? 
- Jest członkiem rodziny. 
- Przecież jej płacicie? 
Pat nigdy się nad tym nie zastanawiała. 
- No tak... 
- Wobec tego jest służą cą . To bardzo ładnie z twojej strony, że ją  
tak kochasz, ale mama powiada, że służą cych nie należy 

background image

rozpuszczać. Bo zapominają , gdzie jest ich miejsce. Zauważyłam, że 
ta wasza Judysia nie odnosi się do was z odpowiednim szacunkiem. 
Oczywiście, inaczej to wyglą da na wsi niż u nas w mieście. Och, 
spójrz na Dorotkę. Czy wśród tych lilii nie wyglą da jak aniołek? 
Pat nie potrafiła się opanować. 
- Słyszałam, że ze ślicznych dzieci rzadko wyrastają  piękne 
kobiety. Słyszałaś o tym, Joasiu? 
- Mamusia była śliczną  dziewczynką  i jest śliczną  kobietą . Mamusia 
należy do rodziny Hiltonów z Charlottetown. 
Pat nigdy nie słyszała o Hiltonach z Charlottetown, ale 
zrozumiała, że Joasia "puszy się", jak by to nazwała Judysia. 
Ta rozmowa miała miejsce już po dobrych paru dniach pobytu kuzynek 
w Srebrnym Gaju. Pierwszego dnia były strasznie uprzejme. Srebrny 
Gaj był "czarują cy", ogród był taki malowniczy, malownicza była 
studnia i przerobiona z kościoła szopa, a cmentarzyk był wręcz 
"niezrównany". Pat od razu zrozumiała, w czym rzecz. Kuzynki 
patrzyły z góry na cały Srebrny Gaj. I na cmentarzyk! 
- Wy pewnie pijecie wodę z kranu? - spytała pogardliwie. 
- Jakaś ty zabawna, kochanie! - zawołała Dorotka ściskają c ją . 
Ale potem już nie zachowywały się tak protekcjonalnie. Wiedziały, 
czego mogą  oczekiwać po Pat, a Pat wiedziała, jak ma je traktować. 
Polubiła zresztą  Dorotkę, gorzej było z Joasią . 
- Szkoda, że nie możesz zobaczyć naszych chryzantem - oświadczyła, 
gdy Pat pokazywała jej ogród. - Tatuś zawsze dostaje za nie 
nagrody na wszystkich wystawach kwiatowych. Dlaczego wuj Alek nie 
zetnie tego starego świerka? Strasznie tu dużo cienia. 
- Ten świerk jest zaprzyjaźniony z naszą  rodziną  - odpowiedziała 
Pat. 
- Fiołki posadziłabym gdzie indziej - zauważyła Dorotka. - O, w 
tamtym rogu. 
- Te fiołki rosną  tu od zawsze - chłodno stwierdziła Pat. 
- Dlaczego ta furtka tak skrzypi? - wzdrygnęła się Joasia. 
- Moglibyście ją  naoliwić. 
- Zawsze skrzypiała - odparła Pat. 
- Wasz ogródek jest malowniczy, ale zanadto zarośnięty. Należałoby 
tu zrobić porzą dek - zauważyła Dorotka, gdy wracały do domu. 
Kiedyś Pat spoliczkowała Normę, ale od tamtego czasu nauczyła się, 
że dla honoru domu gościom należą  się względy. Gdyby nie to, 
trudno powiedzieć, co by spotkało Dorotkę. 
W domu kuzynki zachowywały się jeszcze gorzej. Joasia najchętniej 
poprzestawiałaby wszystkie meble, zupełnie jakby to był jej dom. 
- Wiesz co? Postawiłabym pianino w tamtym rogu. 
- Pianino stoi na swoim miejscu - zawołała Pat. 
- Ależ, kochanie, gdyby tu trochę poprzestawiać meble, pokój 
wyglą dałby dużo ładniej - tłumaczyła Joasia. 
- Ten pokój znienawidziłby każdego, kto by tu coś zmienił 
- oświadczyła Pat. 
Joasia i Dorotka za plecami Pat uśmiechnęły się do siebie z 
rozbawieniem. Pat o tym dobrze wiedziała. Ale wybaczyła im, bo nie 
mogły się nachwalić Bietki. Jest śliczna i ma takie dobre maniery. 
Pat nabrała sympatii do Joasi, gdy ta zachwyciła się zrobionym 
przez Szkraba domkiem dla ptaszków. Szkrab robił zachwycają ce 
domki. Ale kiedy kuzynki poznały Szkraba, Joasia znów się jej 
naraziła. Dorotka była dla niego serdeczna... może nawet ociupinę 
zbyt serdeczna, a Joasia widziała tylko źle obcięte włosy i 
poszarpane ubranie. Za to Dorotka rozwścieczyła Pat po wyjściu 
Szkraba. 
- To bardzo ładnie z twojej strony, że jesteś taka miła dla tego 

background image

biednego chłopca. 
Wyraźnie traktowała ją  z góry. Ją  i Szkraba. A Szkrab tak lubił 
przysłuchiwać się, gdy Dorotka gra na fortepianie. Nie da się 
zaprzeczyć, że umiała grać. Dużo lepiej od Winnie. Obie Selby'ówny 
były bardzo muzykalne. Joasia dniem i nocą  grała na gitarze, a 
Dorotka chętnie pokazywała nad klawiaturą  śliczne rą czki. 
- Wyglą da tak, jakby chciała wyrwać klawisze - mruknęła Judysia, 
nie mogą c się pogodzić z porażką  Winnie. 

Ii 

Zatem wizyta owa nie była sukcesem, choć dorośli - z wyją tkiem 
Judysi - uważali, że dziewczynki bardzo się zaprzyjaźniły. 
Pat z trudem przychodziło zabawianie Joasi i Dorotki... a trzeba 
było zabawiać je cały czas. Pat pokazała im cmentarz i 
przedstawiła im po imieniu wszystkie pola i Alejkę Westchnień. 
Próbowała nie pokazać po sobie, jak ją  zabolało, gdy Sid zabrał 
Dorotkę do lasu i pokazał jej Ukryte Pólko. 
Wiedziała, że rodzina uważa, iż Sid "zadurzył się" w Dorotce. 
Pewnie, że to było lepsze, niż miałby się zadurzyć w Mai Binnie. 
Ale czy on w ogóle musi się w kimś podkochiwać? 
- Jesteś zazdrosna o Dorotkę, bo tak ją  bardzo polubiła Przylepka 
- podkpiwał Sid. 
- Nie jestem... Nie jestem!... - oburzyła się Pat. - Ale to był 
nasz sekret. 
- Jesteśmy już za duzi na takie sekrety jak Ukryte Pólko 
- oświadczył dorośle Sid. 
- Nie chcę dorastać! - szlochała Pat. - Ach, Sidzie, naprawdę nic 
mi to nie przeszkadza, że polubiłeś Dorotkę... Cieszę się, że ją  
lubisz... Ale ją  to nasze Pólko w ogóle nie obeszło! 
- To prawda - przyznał Sid. - Powiedziała, że nie wie, dlaczego 
robimy z tego taką  tajemnicę. Ja też nie wiem. 
- Ach! - Pat poczuła się bezradna. Jeśli Sid nie chce pamiętać, co 
czuli, to nie ma na to żadnej rady. 
Joasię i Dorotkę nie bawił szałas w brzezinie, nie bawiło 
polowanie na kocięta w stodole, mało je obchodziły dwa puszyste 
pomarańczowe kotki, choć Dorotka bawiła się z nimi, gdy tylko 
pojawił się jakiś chłopiec, przytulała je i nawet całowała w 
okrą głe aksamitne łebki. 
- ¯eby chłopcom też się tego zachciało... - mruknęła pod nosem 
Judysia. 
Nie umiały bawić się w "wyobraźnię". Nie lubiły łowić w Jordanie 
ryb ani przesiadywać godzinami na płocie lub gałęzi jabłoni 
rozmawiają c o "wszystkim", co było ulubionym zajęciem Bietki i 
Pat. Nie interesowały ich przedwieczorne wyprawy na cmentarz, 
gdzie siadało się na grobie Płaczliwego Willa i czekało, aż pojawi 
się pierwsza gwiazda. 
Wieczorem Józek zabierał je czasem na przejażdżki autem i to była 
ich największa rozrywka. Wkładały wówczas strojne sukienki, jakich 
dotą d nikt nigdy tutaj nie oglą dał; i żadna dziewczynka, która je 
zobaczyła, nie mogła o tym przez długie lata zapomnieć. 
Ale na ogół nudziły się, choć grzecznie starały się to ukryć. 
Z przyjemnością  jednak przesiadywały wieczorem na kuchennych 
schodkach. Niebo rozpłomieniało się od słońca osuwają cego się za 
ciemne wzgórza, a one zajadały słodkie jabłuszka i przysłuchiwały 
się opowieściom Judysi. Tylko w takich chwilach między trzema 
kuzynkami panowała pełna harmonia. 
I choć Dorotka uważała, że "dziwacznie" jest jadać w kuchni, nie 

background image

gardziły wieczornym poczęstunkiem Judysi. Nie umknęło uwadze Pat, 
że na sadzone jajka spoglą dają  z pewnym rozbawieniem, ale tak 
zachwycały się biszkoptem i pą czkami, że Judysia poczuła do nich 
trochę sympatii. Judysia miała lekkie wyrzuty sumienia, że ich nie 
polubiła, choć przedtem tak srogo nakazywała Pat, żeby się z nimi 
zaprzyjaźniła. Dżentelmen Tom, który dotą d nie zwracał uwagi na 
nikogo poza Judysią , teraz upodobał sobie Joasię i chodził za nią  
krok w krok. Pat bała się, że Judysi będzie przykro, ale nie... A 
przynajmniej nie było tego widać... Zauważyła tylko: 
- On dobrze wie, że trzeba jej pilnować! 
- Owszem, w lecie jest tu bardzo miło - przyznała któregoś takiego 
wieczoru Joasia - ale zimą  musi być okropnie ponuro. 
- O nie. Zimą  jest pięknie. I człowiek tak przytulnie czuje się w 
domu. 
- Nie macie nawet centralnego - zauważyła Joasia. - Musicie 
strasznie marzną ć. 
- Wszędzie są  kominki - odpowiedziała z dumą  Pat. - Mamy mnóstwo 
drewna na opał. Widzisz ten stos? I możemy na ogień patrzyć. 
Joasia roześmiała się. 
- My oprócz kaloryferów też mamy kominki. Jakaś ty zabawna, Pat. 
Jesteś taka drażliwa na punkcie Srebrnego Gaju. Ktoś by mógł 
pomyśleć, że uważasz go za najwspanialsze miejsce na całym 
świecie. 
- Bo uważam - odparła Pat. 
- A Józek nie! On wcale nie jest zadowolony z życia tutaj. 
- Powiedział ci? 
- Powiedzieć nie powiedział. Ale łatwo się domyślić. Nikt z was go 
nie rozumie. On nie lubi pracy na roli. Chciałby być marynarzem. 
Józek wiele przeżywa, ale nie okazuje swoich uczuć. 
- Ona śmie opowiadać mnie, jaki jest Józek - łkała Pat zwierzają c 
się Judysi, gdy kuzynki poszły już spać. - Wiem tak samo dobrze 
jak ona, że Józek wyobraża sobie, że lubiłby żeglować po morzu, 
ale tatuś powiedział, że już wkrótce nabierze rozumu. I Józek na 
pewno nigdy nie zechce żyć z dala od Srebrnego Gaju. 
- I tak, kochanie, nie będziecie tu mogli wszyscy zostać 
- zauważyła ostrzegają co Judysia. 
- Jeszcze upłynie wiele czasu, nim będziemy musieli o tym 
pomyśleć. Józek ma dopiero dziewiętnaście lat. A Joasia przechwala 
się, że tylko ona go "rozumie". 
- Widzę, że to cię zabolało - zaśmiała się Judysia. 
- Joasia spytała mnie dzisiaj, czy widzę, jak ślicznie śmieje się 
Dorotka. Powiedziała, że wszyscy zachwycają  się jej śmiechem. 
Zgodziłam się z uprzejmości, ale, Judysiu... 
- Co by to było, gdybyśmy nie byli uprzejmi! - zachichotała 
Judysia. - Ale jesteśmy. 
- Nie uważam jednak, żeby śmiała się ładniej niż Winnie. O nie! 
- Obie odziedziczyły dźwięczny śmiech Selbych i jak ich nie 
widzisz, to nie zgadniesz, która się śmieje. Ale wiem, że nie 
przekonam o tym ani Joasi, ani ciebie. Kłopot w tym, złotko, że 
jesteście z Joasią  bardzo do siebie podobne, nie dziwota więc, że 
nie zanadto się zgadzacie. 
Pat nie opowiedziała Judysi o wszystkich doznanych przykrościach. 
Joasia zauważyła: 
- Ten twój Szkrab ma naprawdę ładny uśmiech. 
- On nie jest mój - krótko odpowiedziała Pat. 
I co to właściwie obchodzi Joasię, że Szkrab ładnie się uśmiecha? 
Czy nie wyśmiewała się z jego włosów i okularów, i obszarpanych 
spodni? Wyśmiewała się także z brody stryja Toma i z tej ksią żki 

background image

Judysi Co każdy wiedzieć powinien. Brodę nazwała "wiktoriańską ", a 
ksią żkę "przestarzałą ". Obie kuzynki spoglą dały także z góry na 
ciotkę Edytę i ciotkę Barbarę... "takie malownicze staruszki". 
Pat przykrzej było niż zwykle patrzyć na zaciek na suficie w 
jadalni i na wytarty dywan w saloniku, bo zobaczyła, jak im się 
przyglą da Joasia. I dopiero teraz spostrzegła, jak omszały gonty 
na kuchennym daszku, Joasia bowiem któregoś dnia zauważyła 
uprzejmie, że podobają  się jej stare domy. 
- Nasz jest za nowy. Biały tynk i czerwona dachówka... trochę za 
czerwona. Tatuś mówi, że z czasem zblednie. 
- Ja nigdy nie lubiłam nowych domów - oświadczyła Pat. - Nowy dom 
nie ma ducha. 
- Ducha? Wierzysz w duchy? 
- Nie chodziło mi o takiego ducha... 
- A o co? 
- Kiedy w domu przez całe pokolenia mieszkali ludzie, to coś z 
nich w tym domu zostaje... 
- Jakaś ty dziwna, kochanie! - zauważyła Dorotka. 

Iii 

Kiedy kuzynki wyjechały, Pat zachwyciła się ciszą  i swobodą . 
Cudownie było znów być samą . Rozwłóczone po domu ksią żki wróciły 
na swoje miejsca, w pokoju Poety nie walały się już cudze sukienki 
i pantofelki, i szczotki, i naszyjniki. 
- Czy to nie miło, że już nie mamy w domu nikogo obcego? - spytała 
Judysi, gdy usiadły na schodkach. - Mamusia mówi, że bardzo jej 
przykro, że nie pokochałam moich kuzynek. Owszem, kocham je, 
Judysiu, tylko nie bardzo je lubię. 
- Tak, tak, trzy dziewczynki naraz nigdy nie dojdą  z sobą  do ładu. 
Dwie mogą  się dogadać, a we trzy zawsze któraś wejdzie innej w 
paradę. 
- Chwilami lubiłam Joasię... ale zawsze czułam się przy niej taka 
nieważna. Ona mnie cały czas traktowała z góry. 
- A pewnie. Gdyby tylko mogła; toby nawet na księżyc patrzyła z 
góry. Ale to rozumna dziewczynka. 
- I strasznie się przechwalała... Naprawdę! 
- Hiltonowie zawsze lubili się pysznić. A ty, Pat, też czasem 
przechwalałaś się i lekceważyłaś ją . Trzeba być wyrozumiałym. 
Każda rodzina ma swoje wady. I myślę, złotko, że bardziej byś 
polubiła swoje kuzynki, złotko, gdybyś nie była o nie trochę 
zazdrosna. 
- Nie byłam zazdrosna! 
- No, no, złotko, spójrz prawdzie w oczy. Byłaś zazdrosna o 
Joasię, bo polubił ją  Józek, i byłaś zazdrosna o Dorotkę, bo 
przepadali za nią  Sid i Przylepka. Ty też masz wady, Pat, nie 
tylko one. 
- Ale nie kłamię. One odjeżdżają c powiedziały mamusi, że wspaniale 
spędziły czas. A to nieprawda! 
- No, no, to takie kłamstewko z uprzejmości. A może nawet nie. 
Spędziły tu przecież parę miłych chwil. 
- W każdym razie, Judysiu, marzę, żeby już nigdy w życiu nie 
usłyszeć słowa "malownicze". 
- Malownicze, powiadasz. No cóż, jak Joasia powiedziała, że 
Dżentelmen Tom wyglą da malowniczo, to ta bestia na mnie mrugnęła. 
- Czasem, Judysiu, w głębi duszy byłam na nie naprawdę wściekła. 
- Ale tego po sobie nie pokazałaś. To znaczy, żeś dorosła. Bo 
musimy się tego, złotko, nauczyć, jeśli mamy żyć wśród ludzi. A ja 

background image

to nie byłam w głębi duszy wściekła, jak mi się wtrą cały do 
kuchni? I Joasia twierdziła, że należy "iść z duchem czasu"! Tak 
jakby ona szła z "duchem czasu", a nie kręciła się w kółko jak 
pies za własnym ogonem. Wiesz, co mi przyszło do głowy - twoje 
ciotki z Wybrzeża Zatoki były za młodu zupełnie takie same... Cóż, 
rodzina powinna trzymać się razem, a życie i tak nas wyleczy z 
naszych głupot. Jestem pewna, że kiedy dorośniecie, to za parę lat 
spotkasz kuzynki i okaże się, że je lubisz. 
Pat sceptycznie przyjęła tę przepowiednię. Spojrzała na Długi Dom, 
w oknie Bietki jak przyjazna gwiazdka błyszczało światło. 
- W każdym razie cieszę się, że znów będę mogła być sama z Bietką . 
Nie chcę innych przyjaciółek. 
- No i co zrobisz, gdy ona dorośnie i stą d wyjedzie? 
- Ależ, Judysiu, ona nie wyjedzie. Nawet jeśli wyjdzie za mą ż, to 
dalej będzie mieszkała w Długim Domu. Przecież jest jedynaczką . A 
ja też tu przecież zostanę, więc zawsze będziemy razem. Już to 
dokładnie omówiłyśmy! 
Judysia westchnęła. 
- Nie mów takich rzeczy głośno, Pat. Nigdy nie mów. Ską d wiesz, 
kto ciebie słucha? 

Złudna radość 

- Pat, czy możesz zaraz spotkać się ze mną  w Sielance? - zadzwonił 
Szkrab. 
U Gordonów założyli wreszcie telefon, zatem Szkrab i Pat robili, 
co mogli, żeby nie zardzewiały druty. 
Pat z tonu głosu Szkraba wywnioskowała, że coś się wydarzyło, coś 
miłego. Co to mogło być? ¯ycie Szkraba nie obfitowało w miłe 
ewenementy. Tak szybko pobiegła do Sielanki, że przybyła pierwsza 
i czekała na niego w kępie paproci. Szkrab przyglą dał się jej 
chwilę zza kurtyny młodych świerków... te jej złotawe oczy z takim 
rozmarzeniem spoglą dały w niebo... tak czarują co uśmiechała się do 
własnych myśli... ilekroć Szkrab widział ten uśmiech - mocniej 
biło mu serce. O czym ona myśli? O czym rozmyślają  dziewczęta? 
Szkrab nagle doszedł do wniosku, że za mało wie o dziewczętach. 
Pat przestała wpatrywać się w chmury i zobaczyła Szkraba. Nigdy 
jeszcze go takim nie widziała. Miał tak rozpromienione oczy, że 
nawet przez szkła nie można było tego nie zauważyć. 
- Szkrabie... wyglą dasz tak, jakby spełniły się twoje marzenia. 
- Spełniły. - Szkrab rzucił się na trawę i ukrył twarz w opalonych 
rękach. - Pat... przyjeżdża moja matka... Jutro... 
Pat wstrzymała oddech. 
- Szkrabie! Nareszcie! To cudowne! 
- Wczoraj wieczorem przyszedł telegram. Zaraz do ciebie 
zadzwoniłem, ale Judysia powiedziała, że wyszłaś. A dziś rano 
musiałem wstać o pią tej, żeby zawieźć do miasta sery z mleczarni. 
Dopiero teraz wróciłem... Chciałem, żebyś się dowiedziała 
pierwsza. 
- Szkrabie! Jak ja się cieszę! 
- Ja też... Tylko wiesz, Pat, wolałbym, żeby napisała, zamiast 
wysyłać depeszę... 
- Pewnie nie miała czasu. Gdzie teraz jest? 
- W St. John... Pat, pomyśl, mam piętnaście lat i nigdy jeszcze 
nie widziałem matki. To znaczy widziałem, ale tego nie pamiętam. 

background image

Nie mam nawet jej zdjęcia, nie wiem, jak wyglą da. Dawno temu, 
wtedy kiedy znaleźliśmy Sielankę, powiedziałem ci, że ma szafirowe 
oczy i złociste włosy. Ale to sobie tylko wyobrażałem, bo ciocia 
Maria wspomniała kiedyś, że ona jest blondynką . 
- Jestem przekonana, że jest śliczna, niezależnie od tego, jakie 
ma oczy i włosy - zapewniła go Pat. 
- Odką d w waszym saloniku zobaczyłem ten obraz Madonny, tak ją  
sobie właśnie wyobrażałem. Oczywiście trochę starszą ... matka ma 
trzydzieści pięć lat. Nie wiem, jak doczekam się jutrzejszego 
dnia! Wczoraj wieczorem miałem przed sobą  aż dwa jutrzejsze dni. 
Na delikatnej twarzy Szkraba malował się wyraz rozmarzenia, nagle 
znalazł się gdzieś bardzo daleko. Pat rozumiała go i patrzyła na 
niego ze wzruszeniem. 
- Wiem. Judysia opowiada, że kiedy byłam mała i obiecano mi na 
następny dzień jaką ś przyjemność, to cały czas zamęczałam ją  
pytaniami, gdzie teraz jest to "jutro". Twoje jutro już na pewno 
gdzieś istnieje. 
- Cały dzień dzisiaj przeżyłem jak we śnie, Pat. Nie mogłem 
uwierzyć, że to prawda. Sto razy czytałem ten telegram. Ach, gdyby 
to był list; list, który sama napisała, którego dotykała. 
- Jutro ją  zobaczysz i to będzie wspanialsze niż list. Jak długo 
zostanie? 
- Nie wiem. Napisała tylko, że przyjeżdża. Mam nadzieję, że parę 
tygodni... 
- Może zabierze cię ze sobą ? 
Pat przyszło to nagle na myśl i była wstrzą śnięta. ¯ycie bez 
Szkraba i Jordan bez Szkraba! Sielanka bez Szkraba! Przebiegł ją  
niemiły dreszcz. 
Szkrab pokręcił głową . 
- Nie przypuszczam... i wcale nie jestem pewien, czy chciałbym 
wyjechać. Ale tak strasznie chcę ją  zobaczyć, uściskać. I wszystko 
opowiedzieć. Dam jej moje listy. Wczoraj je wyją łem i 
przeczytałem. Te pierwsze, które pisałem jeszcze drukowanymi 
literami, są  strasznie śmieszne. Ale matce się spodobają , prawda? 
- Jestem pewna. 
Szkrab westchną ł z zadowoleniem. 
- Ty, Pat, lepiej wiesz, jakie są  matki. Całe życie miałaś matkę. 
Pat zaczęła mrugać oczyma. Głupio byłoby się rozpłakać. Ale tak 
strasznie zrobiło jej się żal Szkraba, którego nigdy nie 
odwiedzała matka, który miał dla niej listy pisane w cią gu wielu, 
wielu lat. I żal się jej zrobiło tej matki, która nie przeczytała 
dotą d listów syna. 
Ale teraz wszystko będzie dobrze. 
- Musisz przyjść i ją  poznać, Pat. 
- Ależ, Szkrabie, nie... Przecież będziesz chciał być z nią  sam. 
- Większość czasu tak. Ale chcę, żebyś ją  zobaczyła i żeby ona 
zobaczyła ciebie. I zaprowadzimy ją  do Sielanki, dobrze, Pat? 
Zgodzisz się? 
- No jasne. Ona na pewno zechce ją  zobaczyć, skoro jest to 
miejsce, które kochasz. 
- Nie mam czasu, żebym mógł coś dla niej zrobić... 
- Dasz jej bukiet kwiatów. Na pewno się ucieszy. 
- U nas nie ma żadnych kwiatów w ogrodzie.... 
- Przyjdź skoro świt do Srebrnego Gaju, to sobie nazrywasz. A ja 
ci ułożę wią zankę... Judysia mówi, że mam talent do robienia 
bukietów... Szkrabie, jak się teraz nazywa twoja matka? 
- Pani Garrison - odpowiedział niechętnie Szkrab. Przykro mu było, 
że matka nazywa się inaczej niż on. - Na imię ma Doreen. Prawda, 

background image

jakie to ładne imię? 
- No, no, a więc piękna wdowa po Kubie przyjeżdża wreszcie 
odwiedzić swojego malca - mruknęła Judysia, gdy Pat oznajmiła jej 
wielką  nowinę. - Najwyższy czas. Myślę, że Larry Gordon musiał do 
niej napisać. Słyszałam, jak mówił, że chciałby wiedzieć, co ma 
być dalej z chłopcem. Nauczyciel z Południowego Glen chce, żeby 
się przygotowywał do egzaminów do Akademii, a Larry uważa, że to 
strata czasu, bo nie będzie za Akademię płacił, skoro ledwie mu 
starcza na spłacanie rat za farmę. 
- To ty myślisz, że matka Szkraba przyjeżdża właśnie dlatego, a 
nie po to, by go zobaczyć? - przeraziła się Pat. 
- Może i chce go zobaczyć. Ale wiesz przecież, że przez dwanaście 
lat nie przyszło jej to do głowy! Cóż, ludzie się zmieniają , nie 
traćmy więc nadziei. Bo biedny Szkrab bardzo by to sobie wzią ł do 
serca. 
- Ach, Judysiu... On tak na nią  czeka... Może, kiedy ona go 
zobaczy, to... 
- Może... - zgodziła się Judysia tonem pełnym wą tpliwości. 

Ii 

Szkrab rzeczywiście pojawił się skoro świt po bukiet dla matki. 
Włożył to swoje nieszczęsne odświętne ubranie, z którego dawno 
wyrósł. Ciotka znów mu obcięła włosy, tym razem jeszcze bardziej 
krzywo niż zwykle. Ale był zarumieniony ze szczęścia i Pat po raz 
pierwszy przyszło na myśl, że wcale nie jest taki brzydki. Tylko 
te okulary! 
- Szkrabie, zdejmij je na przyjazd twojej mamy. Parę godzin nie 
powinno ci zaszkodzić. 
- Ciocia Maria byłaby niezadowolona. Zapłaciła za moje okulary i 
każe mi je nosić cały czas, żeby się te pienią dze nie zmarnowały. 
Ona wie, że ja ich nienawidzę. Może zdejmę je, kiedy będziemy 
sami... zdejmę je w Sielance... Pat, pomyśl tylko... to już 
dzisiaj moja matka będzie w Sielance! 
Długi czas układali bukiet. Szkrab był bardzo wymagają cy. Tylko 
najpiękniejsze kwiaty miały prawo się w nim znaleźć. I nie chciał 
ostróżek. 
- Ostróżki są  strasznie sztywne i wyniosłe - oświadczył. - I nie 
pachną . Chciałbym dać matce tylko pachną ce kwiaty. 
Jego uśmiech był nieco wymuszony. Ale nie próbował ukryć swoich 
uczuć przed Pat; trudno, może go uważać za sentymentalnego. 
- Włożymy do bukietu parę gałą zek róży-wiśniówki, jej liście tak 
ładnie pachną  jabłkami. Szkoda, że jest tak mało róż... jeszcze na 
nie za wcześnie, ale te różowe pą czki są  słodkie... Wczoraj 
wieczorem zakwitła pierwsza miedziana róża na nowym krzaku ojca. 
Powiedział, że możemy ją  wzią ć... Ale nocą  padał deszcz i 
poobrywał jej płatki. Dziś rano myślałam, że się rozpłaczę... Ale 
na krzaku Winnie jest czerwony pą k i włożę ci go do klapy 
marynarki. 
- Jeszcze trzeba czekać dwie godziny... Pat, czy możesz przyjść 
zaraz po obiedzie, jeszcze przed jej przyjazdem? Proszę cię. 
- Ależ, Szkrabie... przecież z począ tku na pewno będziesz chciał 
być z nią  sam. 
- Ale i tak nie będę sam, tylko ze stryjem Lawrence'em i ciotką  
Marią . Pat... nie wiem... strasznie bym chciał, żebyś przyszła... 
I Pat poszła drżą c z podniecenia i z dosyć usprawiedliwionej 
ciekawości. Poprzedniego wieczora zakręciła sobie papiloty, żeby 
jak najlepiej wypaść w oczach matki Szkraba, ale w rezultacie 

background image

włosy sterczały jej we wszystkich kierunkach. 
- Gdybym miała obcięte włosy, to ułożyłyby się w loki - 
oświadczyła wojowniczo Judysi. 
- A tak, miałabyś wokół głowy aureolę - ironicznie odpowiedziała 
Judysia. 
Pat zaplotła więc warkoczyki i włożyła nowy niebieski sweterek, 
który jej wyszydełkowała Judysia. Bała się, że matka Szkraba uzna 
ją  za małą  prowincjuszkę. 
"E nie, będzie tak zajęta Szkrabem, że na pewno nie zwróci na mnie 
uwagi" - pocieszyła się w myślach. 
Szkrab stał z bukietem w ręku, zaciskają c usta, żeby nie było 
widać, jak drżą  mu wargi. Wreszcie usłyszeli warkot starego auta 
Larry'ego Gordona. 
- Jest... - szepnęła Pat. 
Patrzyli, jak wysiada z auta i idzie kamienną  ścieżką . Szkrab 
zamierzał wybiec jej na spotkanie. Ale nie mógł się ruszyć. Stał z 
niemą drą  miną , trzęsły mu się ręce, w których trzymał bukiet. To 
miała być matka? 
Pat widziała ją  wyraźniej niż Szkrab. Wysoka, smukła, miała na 
sobie suknię z błękitnej mgiełki, złociste włosy pod kapelusikiem 
z niebieskich piór przylegały do jej głowy jak hełm, zielonkawe 
oczy zdawały się nikogo nie widzieć, choćby patrzyły prosto w 
twarz, brwi były cieniutkie i czarne jak smoła, a usta, usta psuły 
wszystko, takie były czerwone i wypukłe. Wyglą dała tak, jakby 
zeszła z okładki ilustrowanego pisma. Piękna... tak, była 
piękna... ale to miała być matka? 
"Wolę matkę, która wyglą da jak matka - pomyślała Pat. - A ta 
kobieta robi wrażenie młodej dziewczyny". 
Doreen Garrison podeszła przyglą dają c im się z ciekawością . Szkrab 
odezwał się pierwszy. 
- Mamo! - powiedział. Po raz pierwszy w życiu użył tego słowa. 
Zabrzmiało jak modlitwa. 
Zdumienie pojawiło się w oczach Doreen Garrison... zaśmiała się 
dźwięcznie. 
- To ty jesteś moim małym Szkrabem? - spytała. - Strasznie jesteś 
dorosły. 
Nachyliła się i pocałowała go w policzek. 
Ona go nie poznała! Pat spojrzała na Szkraba. Przykro było 
patrzeć, jak z jego twarzy znika wyraz szczęścia. 
- To dla ciebie, mamo - Szkrab podał jej bukiet. Spojrzała na 
niego, wzięła do ręki kwiaty, znów się zaśmiała i znów był to 
sztuczny śmiech. Szkrab wyglą dał tak, jakby mu wymierzyła 
policzek. 
- Aniołku, co ja zrobię z takim ogromnym bukietem? On chyba waży 
całą  tonę. Wsadź go do wody, a ja wyjeżdżają c wezmę jeden 
kwiatek... Nie mam dużo czasu... Muszę złapać wieczorny prom, a z 
twoim stryjkiem mam do omówienia wiele spraw. Nie przypuszczałam, 
że aż tak urosłeś. 
Położyła mu na ramieniu białą  rękę z wymalowanymi paznokciami i 
bacznie mu się przyjrzała. 
- Straszny z ciebie chudzielec, aniołku. Czy ty aby dosyć jesz? 
Cóż, pewnie to taki wiek. Zdejmij te ohydne szkła. Musisz je 
nosić? Byłeś ostatnio u okulisty? 
- Nie - odpowiedział Szkrab i tym razem nie dodał "mamo". 
- To jest Pat Gardiner - przedstawił niezręcznie Pat. 
Pani Garrison rzuciła okiem na Pat, a ta uświadomiła sobie, że jej 
pończochy się marszczą , a włosy wyglą dają  jak fryzura tubylca z 
Fidżi. 

background image

Nie wiadomo kiedy znaleźli się w saloniku Gordonów. Wszyscy 
milczeli poza panią  Garrison, która srebrzystym głosem prawiła 
państwu Gordon nieszczere komplementy, podkreślają c każde słowo 
ruchem rą k tak, żeby wszyscy widzieli, jakie ma piękne dłonie. Pat 
pomyślała o dłoniach matki zniszczonych latami pracy. Ale marzyło 
się o ich czułym dotyku. Pat nie potrafiła sobie wyobrazić, żeby 
ktoś mógł chcieć, by go dotknęła pani Garrison. 
Szkrab wpatrywał się w dywan, ale Pat, kiedy minęło pierwsze 
onieśmielenie, nie przestawała się wpatrywać w panią  Garrison. 
Tak, jest śliczna... ale jaka to dziwna twarz... Dopiero po latach 
znalazła odpowiednie określenie - ta twarz była falsyfikatem. Po 
latach zrozumiała, że owa kobieta walczyła ze wszystkich sił, by 
zachować młodość i urodę dla męża, który łatwo ulegał niewieścim 
urokom, i poświęciła temu tyle wysiłku, że po drodze zgubiła samą  
siebie. Stała się własnym cieniem... 
Więc to jest matka Szkraba... Zwraca się do wszystkich, nawet do 
Larry'ego Gordona, per kochanie i od czasu do czasu rzuca jakieś 
słówko synowi, tak jak rzuca się psu kość. Pat nie była w stanie 
zrozumieć, że kobietę tę głęboko zakłopotał widok dorastają cego 
zaniedbanego syna, ale od razu wiedziała, że zostanie tu ona tylko 
tyle czasu, ile będzie musiała. 
- Jaki brzydki psiak! - zaśmiała się Doreen, kiedy do Szkraba 
podbiegł McGinty. McGinty'ego zamknięto w szopie, ale udało mu się 
wymkną ć. Wiedział, że jest potrzebny swemu panu. 
- Tak lubisz pieski, aniołku? Przyślę ci jakiegoś miłego psa. 
- Nie, dziękuję. McGinty jest najmilszym psem na świecie 
- odpowiedział Szkrab czerwienią c się. 
Pat wstała. Szkrab odprowadził ją  do drzwi domu. 
- £adna jest, prawda? - spytał żałosnym głosem. 
- Jest najładniejszą  kobietą , jaką  kiedykolwiek widziałam - 
odpowiedziała serdecznie Pat. Patrzą c na twarz Szkraba nie mogła 
się oprzeć myśli o tej miedzianej róży, która wieczorem tak 
pięknie rozkwitła, a rano pozostały z niej tylko zmięte płatki. 
Znienawidziła Doreen Garrison, nienawidziła jej przez wiele lat, 
dopiero dużo, dużo później poczuła dla niej litość. 
- Wrócisz, jak tylko będziesz mogła, dobrze, Pat? Wiesz, że chcę 
jej pokazać Sielankę... A Sielanka należy także do ciebie. 
Pat obiecała. Wiedziała, że Szkrab zdaje sobie sprawę, że jego 
matce wcale na tym nie będzie zależało, i wiedziała także, że boi 
się zostać z matką  sam na sam. Ale tego dnia nauczyła się, że o 
wielu rzeczach nie wolno mówić. 

Iii 

Wróciła po południu. Doreen Garrison szykowała się do odjazdu. 
- Mamo... - Szkrab wypowiedział to słowo z wyraźnym wysiłkiem. - 
Pat i ja chcielibyśmy ci pokazać Sielankę. To taki uroczy zaką tek. 
- Sielankę? Ską d wam to słowo przyszło na myśl, kochanie? 
- Bo tam jest tak ładnie, że nikt nie może być nieszczęśliwy. 
W oczach Doreen Garrison pojawiło się rozbawienie. Szkrab kiedyś 
wyobrażał sobie, że oczy te są  szafirowe jak rozgwieżdżone niebo. 
- Jak to musi być przyjemnie nic nie wiedzieć o życiu i móc sobie 
wszystko wyobrazić - zauważyła lekkim tonem. - Nie, mój mały 
Szkrabie, nie mogę pójść do twojej Sielanki... Na tych obcasach? I 
muszę zdą żyć na prom. Bo inaczej spóźniłabym się na parowiec do 
San Francisco. Aniołku, nie garb się... o, tak już lepiej. I bez 
tych szkieł dużo ładniej wyglą dasz. ¯ebyś mi ich więcej nie 
wkładał. Powiedziałam, aniołku, twojemu stryjowi, żeby zabrał cię 

background image

do dobrego okulisty i jeśli naprawdę musisz nosić okulary, to żeby 
jakoś wyglą dały! I dostaniesz jakieś przyzwoite ubranie, i 
pójdziesz do fryzjera w Srebrnych Mostach... O, jest już auto... 
Spojrzała niepewnym wzrokiem na Szkraba, jakby się zastanawiała, 
czy go jeszcze raz pocałować. Ale we wzroku Szkraba było coś, co 
nie zachęcało do pocałunku. Doreen Garrison westchnęła z ulgą . Był 
to okropny dzień... Czuła się tak niezręcznie wobec tego syna 
dryblasa w niemożliwym ubraniu, z kudłami na głowie, który w 
dodatku chyba nie umiał mówić. Co się stało z jej rozkosznym 
maleńkim Szkrabem? Ale wypełniła swój obowią zek... zapewniła mu 
przyszłość... szczegółami zajmie się Lawrence. 
Pogłaskała go po głowie. 
- Do widzenia, aniołku. Tak mi przykro, że nie mogę dłużej zostać. 
Proszę cię, przez następne dwanaście lat już tak nie rośnij... Do 
widzenia, Noro, masz na imię Nora, prawda? 
- Do widzenia pani - odpowiedziała wyniośle Pat, myślą c z 
przykrością , że pani Garrison nie zauważy jej tonu. 
Doreen Garrison pobiegła ścieżką  jak ptak wypuszczony z klatki, 
pozostawiają c za sobą  smugę egzotycznych perfum. Szkrab stał na 
schodkach i patrzył, jak odchodzi ta, która tyle lat królowała w 
jego sercu. Czy zatrzyma się i pomacha mu ręką ? Nie, odjechała. 
Jego bukiet stał na stole w sieni. Zapomniała wzią ć kwiatek. 
- No co, jak ci się spodobała twoja matka? - spytała ciotka Maria. 
Szkrab mrugną ł oczami. Dotkną ł go szorstki ton ciotki. 
- Ona jest... jest bardzo piękna - wyją kał. 
Ciotka Maria wzruszyła kościstymi ramionami. 
- No, zadbała w każdym razie o twoją  przyszłość. Na przyszły rok 
będziesz chodził na kurs przygotowawczy, a potem pójdziesz na 
studia. Mówi, że możesz sobie wybrać zawód, a ona poniesie 
wszystkie koszta... Tak wydziwiała nad twoim ubraniem, jakby to 
ona za nie zapłaciła. Masz dostać dwa nowe garnitury, szyte na 
miarę. Jej syn nie będzie chodził w starych łachach. No, no! 
Oburzona ciotka Maria wróciła do kuchni. 
Szkrab spojrzał na Pat zgaszonym wzrokiem. Poczuła, że dławi ją  w 
gardle. 
- Czy po kolacji możesz przyjść do Sielanki? Chcę cię o coś 
poprosić. 

Popiół do popiołu 

Kiedy Pat przyszła do Sielanki, Szkrab leżał z twarzą  ukrytą  w 
paprociach. Koło niego siedział mały piesek o wielkim sercu, 
pilnują c owiniętej w papier paczki. 
Pat bez słowa usiadła obok. Dziś uświadomiła sobie, że życie pełne 
jest milczą cych tragedii. Tak bardzo chciała dopomóc Szkrabowi. 
Judysia chętnie opowiadała, jak uczyła czteroletnią  Pat mówić 
"proszę". Któregoś dnia Pat nie mogła sobie tego słowa 
przypomnieć. - Judysiu - spytała - co ja mam powiedzieć, żeby 
dostać to, czego chcę? - Ach, gdyby teraz potrafiła znaleźć 
magiczne słowo, które pomogłoby Szkrabowi. 
Tego wieczoru w Sielance było niezwykle pięknie. Po bladobłękitnym 
niebie sunęły pierzaste obłoki. W powietrzu unosił się zapach 
koniczyny. Kraniec dolinki spoczywał w cieniu drzew, ale poza tym 
wypełniona była czerwonym jak wino odblaskiem zachodu. 
- ¯ałuję - powiedział Szkrab przewracają c się tak, że jego głowa 

background image

znalazła się na kolanach Pat. - ¯ałuję, że się spełniły moje 
marzenia... były takie piękne... 
- Rozumiem - powiedziała cicho Pat i pogłaskała go z czułością  po 
głowie. W Szkrabie coś się rozluźniło i mógł wylać z siebie całą  
gorycz. 
- Ona... ona dała mi dziesięć dolarów. Czułem jak ten pienią dz 
pali mi rękę. I ona pośle mnie na uniwersytet. Ale wcale jej nie 
obchodzą  moje plany. Pokazałem jej dom, który dla niej 
narysowałem. śmiała się. 
- Szkrabie... mnie się wydaje, że twoja matka była po prostu 
strasznie zaskoczona, że już nie jesteś małym chłopcem... i nie 
potrafiła... miała pewnie uczucie, że ma do czynienia z kimś 
obcym... Kiedy następnym razem przyjedzie, będzie inaczej... 
- Czyja to wina, że jestem obcy? I nie będzie następnego razu... 
Zrozumiałem to, kiedy odjeżdżała. Ona mnie nie kocha... nigdy mnie 
nie kochała. Wiem. Gdybym nie był taki głupi, tobym od dawna 
wiedział. 
Pat nie mogła znieść dźwięczą cej w jego tonie rozpaczy. Znów 
pogłaskała go po głowie. 
- Ale ja kocham ciebie, Szkrabie... Prawie tak bardzo jak Sida. 
Szkrab wzią ł jej rękę i przytulił do mokrego od łez policzka. 
- Dziękuję ci, Pat. I... Pat, czy mogę cię o coś prosić? Od dziś 
nazywaj mnie Hilarym. Szkrab to takie głupie przezwisko dla 
dorosłego chłopca. 
Pat zrozumiała, dlaczego nie chce więcej słyszeć tego słowa, które 
kiedyś było pieszczotliwym przezwiskiem nadanym mu przez matkę. 
Chyba wtedy go kochała? 
- Będę się starała... ale nie będziesz mi miał za złe, jeśli 
czasem zapomnę? - I pomyślała: "Będę do niego mówić Hilary, ale w 
myślach nie przestanę go nazywać Szkrabem". 
- Już ci wspominałem, Pat, że chcę cię prosić o przysługę. Nie 
dałem jej tych listów. Rozpalę na tej skałce ognisko, a ty je 
spalisz, dobrze? 
Pat zgodziła się. Cóż innego można by teraz z tymi listami zrobić? 
Szkrab rozpalił ognisko, Pat otworzyła paczkę i kolejno wrzucała 
listy w wygłodniałe płomienie. Czuła się okropnie. Kiedy Szkrab 
był mały i nie mógł zdobyć papieru, pisał na rozmaitych świstkach, 
na tytułowej stronie starego podręcznika... na odwrotnej stronie 
jakiejś ulotki... czasem nawet na starannie pociętym papierze do 
pakowania. Dla matki takie listy powinny być skarbem. A Doreen 
Garrison nawet ich nie zobaczy! Od czasu do czasu Pat widziała 
jaką ś linijkę... "Najukochańsza mamusiu... może któregoś dnia 
będziesz mogła mnie odwiedzić... w zeszłym tygodniu byłem 
pierwszym uczniem w klasie, to dla ciebie, moja najdroższa 
mamusiu..." Pat bezsilnie zazgrzytała zębami. 
Po spaleniu ostatniego listu Pat wzięła popiół i rozsypała go w 
strumyczku. 
- No, zrobione! - Hilary wstał, wyglą dał na starszego, miał 
zaciśnięte szczęki, jego głos nabrał nowego tonu człowieka, który 
skończył z dziecinnymi głupotami. - Teraz zabiorę się do nauki... 
pójdę na uniwersytet... zostanę architektem i będę sławny. 
Wracali w milczeniu. Wstał księżyc, latały nietoperze. Gdzieś w 
świerkach za Sielanką  nawoływała sowa. Nad Srebrnym Gajem zawisła 
ogromna złota gwiazda. Rozstali się na mostku. Pat spojrzała na 
przyjaciela. 
- Dobranoc, kochany Szkrabie... chcę powiedzieć Hilary. 
- Dobranoc, Pat. Jesteś fajna! Pat... masz takie prześliczne 
oczy... 

background image

- Ejże, tak ci się tylko wydaje w tym księżycowym świetle 
- odpowiedziała Pat. 

Ii 

Pat pomagają c Judysi umyć wiadro po mleku i zagonić kurczęta, 
opowiedziała jej o Doreen Garrison. 
- Judysiu, ona była taka... taka... 
- Co, pyszniła się? 
- O nie, była bardzo uprzejma... tak uprzejma jak wobec obcych 
ludzi... ale miałam wrażenie, że w ogóle nas nie widzi. Trudno mi 
uwierzyć, Judysiu, że może istnieć taka matka... 
- Wstyd pomyśleć, ale różne bywają  matki, dobrze że nic o tym nie 
wiesz. Ale przestań się trapić, taką  ją  już Najwyższy stworzył i 
ty tego nie zmienisz. Pomódl się za biedne sieroty i ciesz się, że 
twoja mamusia ma korzenie. 
- Korzenie? 
- Przecie powiadam. A ta Doreen nie ma. Jak się człowiek nigdzie 
nie zakorzeni, to miota nim wiatr. 
- Cały czas czułam, że ona jest tutaj wbrew swej woli i jak tylko 
wyjedzie, zaraz zapomni o Szkrabie. 
- Przecie powiadam. Maria Gordon mówiła kiedyś, że na całym 
świecie nie ma drugiej takiej, która by o wszystkim na świecie 
umiała zapomnieć, jak ta wdowa po Kubie. ¯al mi twojego Szkraba. 
Zaproś go jutro na obiad. Upiekę dla niego ciasto z jagodami. 
- On teraz chce, żeby go nazywać Hilarym... Taki dziwny zbieg 
okoliczności. W zeszłym tygodniu postanowiłyśmy z Bietką , że 
będziemy mówić do siebie Elżbieto i Patrycjo. Ale oczywiście 
- dodała pospiesznie - nie oczekujemy, żeby tak do nas mówili inni. 
- No to i dobrze, złotko, bo dla mnie jesteś i pozostaniesz Pat. 
- Pat ze Srebrnego Gaju - oświadczyła radośnie Pat. 
Wyszła z domu, bo umówiła się z Bietką , że opowie jej o matce 
Szkraba... Nie, nie powie wszystkiego, ale wystarczają co dużo, 
żeby Bietka wiedziała, jak się mają  sprawy, i nieostrożnym słowem 
nie zraniła uczuć Szkraba. 
Pierwsza przyszła pod Czuwają cą  Sosnę i czekają c przytuliła twarz 
do chropawej kory. Noc była cudowna, Pat czuła swą  przynależność 
do pięknego świata. Gdybyż mogła podzielić się swym zachwytem z 
wszystkimi ludźmi. A tu biedny Szkrab leży z McGintym na kopie 
siana i próbuje zapomnieć o swym złamanym sercu. To 
niesprawiedliwe, że jest taka szczęśliwa, choć on cierpi. Ale była 
szczęśliwa, noc urzekła ją , a u jej stóp znajdował się kochają cy 
Srebrny Gaj, słychać było, jak pogwizduje Józek, jak szczeka jego 
psiak. I czekała na najmilszą  przyjaciółkę, jaką  można sobie było 
wyobrazić. O, Bietka nadchodzi ścieżką . 
- Musimy go teraz jeszcze bardziej kochać, żeby mu było lżej 
- oświadczyła Bietka, kiedy Pat jej wszystko opowiedziała, wszystko 
prócz spalenia listów, wiedziała, że to musi pozostać tajemnicą  
jej i Hilarego. 

Jego miejsce jest na morzu 

Kiedy we wrześniu rozpoczęły się zajęcia szkolne, w Srebrnym Gaju 
odbyła się rodzinna narada. Zdecydowano, że Pat musi chodzić na 
kurs przygotowawczy i następnego roku zdawać egzamin do Akademii 

background image

Królowej. Pat protestowała, ale ojciec był nieugięty. Winnie udało 
się wykręcić, bo zrozumiał, że ta śliczna główka nigdy nie pojmie, 
czym różni się imiesłów od przymiotnika; ale Pat, choć nie 
należała do najlepszych uczennic, przynosiła ze szkoły dobre 
świadectwa, musi więc pójść do Akademii i zdobyć dyplom 
nauczycielki. 
- Potem będziesz pracowała w naszej szkole i mieszkała w domu - 
oświadczył ojciec i była to jedyna pociecha. Pat pobiegła 
rozgoryczona do kuchni i zwierzyła się Judysi. 
- No, no, złotko, powinnaś się kształcić! 
Nie miała nic przeciwko kształceniu się, ale nie chciała wyjeżdżać 
z domu. 
- Ja nie jestem taka jak moje koleżanki, Judysiu. One marzą  o tym, 
by iść do wyższej szkoły i zdobyć zawód. A ja nie... Ja chcę tylko 
zostać w Srebrnym Gaju i pomagać tobie i mamie. Tu bym miała 
mnóstwo do roboty, przecież sama wiesz. Mama nie jest w dobrej 
formie. A jeśli chodzi o wykształcenie to mogę się kształcić 
sama... Lubię się kształcić. 
- No, no, pewnie, że masz trochę racji, złotko. Ale tu chodzi nie 
tylko o to. Pienią dze nie rosną  na drzewach. 
- Jak by to było zabawnie! - Pat wyobraziła sobie na gałęziach 
drzew maleńkie złote dolary, wyglą dają ce z daleka jak pą czki 
kwiatów. 
- Twój tata nie jest bogaty... utrzymanie takiej rodziny dużo 
kosztuje, rośniecie, trzeba was ubrać... Musisz mu trochę dopomóc, 
nim nie wyjdziecie za mą ż i nie opuścicie domu. 
- Wcale nie chcę, żeby ktoś opuszczał dom albo wychodził za mą ż. 
- Bo jesteś bardzo niemą dra. 
Pat powoli zaczęła uświadamiać sobie, że rzeczywiście jest 
niemą dra... pewne rzeczy muszą  się w końcu zdarzyć. Na przykład 
Winnie miała wielbiciela. Nie wielbicieli, ale prawdziwego 
konkurenta; wielbiciele już od roku oblegali dom i Pat 
przyzwyczaiła się do nich, a także do opowieści Winnie o 
"randkach". Ale pojawił się Franek Russell, inni kawalerzy znikli 
i Winnie rumieniła się, gdy Judysia jej nim dokuczała. Pat tak 
znienawidziła Franka, że chwilami przestawała być uprzejma. 
Judysia zniecierpliwiła się. 
- Pójdź po rozum do głowy, Pat. Franek jest dobrą  partią . 
Russellowie wiedzą , że "ręka rękę myje". I jest jedynym synem, 
jego matka nie żyje i biegają  za nim wszystkie dziewczyny z 
Wybrzeża Zatoki. W tym pięknym starym domu Russellów Winnie będzie 
królową  i żadna teściowa nie zacznie kręcić nosem, jak zechce 
przestawić kanapę. No i Wybrzeże Zatoki jest niedaleko domu. 
- Winnie jest jeszcze za młoda, by myśleć o małżeństwie 
- zaprotestowała Pat. 
- No, no, ma już osiemnaście lat. Pewnie, że nie wyjdzie za mą ż 
zaraz, zaloty muszą  potrwać. Ale to poważna sprawa, widziałam, jak 
Franek na nią  patrzy. On wie, gdzie znaleźć dobrą  żonę. 
- Franek nie jest zbyt inteligentny... - parsknęła Pat. 
- Patrzcie ją ! Pewnie, że nie czyta wierszy i nie buduje zamków na 
lodzie jak ten twój Szkrab. Ale zna się na polityce, jak to już 
zauważył Długi Alek, i wcale się nie zdziwię, jeśli, jeszcze nim 
wyłysieje, trafi do parlamentu. Winnie też nie jest uczona, ale 
nikt na Wyspie nie piecze lepszych biszkoptów i będzie wspaniałą  
panią  domu, już ja ci to mówię! 
Pat nie chciała tego słuchać. Myśl, że Winnie choćby po 
najdłuższych zalotach opuści dom, wydawała jej się czymś 
potwornym. 

background image

Dalej nienawidziła Franka, ale pogodziła się z kursem 
przygotowawczym i z determinacją  zabrała się do nauki, żeby nie 
przynieść wstydu Srebrnemu Gajowi. 
Wiedziała, że są siedzi uważają  Gardinerów ze Srebrnego Gaju za 
"mało ambitnych". Józek skończywszy piętnaście lat twardo odmówił 
dalszego uczęszczania do szkoły, Winnie w szkole była "tępa", a 
Sida interesowała wyłą cznie praca na roli. Więc to jej przypadło w 
udziale bronić honoru rodziny. 
- Tak się cieszę, Judysiu, że Bietka też chodzi na ten kurs. Z 
począ tku jej ojciec nie chciał się na to zgodzić, uważał, że ona 
nie ma dosyć sił. Ale Bietka go ubłagała. Jeśli będzie ze mną  w 
Akademii, to jakoś to wytrzymam... jeśli oczywiście zdam. 
- Jeśli zdasz? No pewno, że zdasz, jak się przyłożysz do nauki. 
Mą dra z ciebie dziewczynka. Widzę przecież, że sobie dajesz radę z 
tą  dziwną  algebrą  i tą  geometrią , która przeraża nawet Dżentelmena 
Toma. 
- Geometria jest moim ulubionym przedmiotem, Judysiu. Bietka jej 
nie lubi, ale poza tym lubi to wszystko, co ja. Postanowiłyśmy, że 
przez całą  zimę będziemy się co wieczór dwie godziny razem uczyć, 
a potem gadać! 
- Co to, to wierzę. Nigdy wam się nie zamykają  usta. 
- No tak. Ale czasem wcale nie rozmawiamy. Siedzimy i myślimy. 
Albo i nie myślimy. Po prostu miło nam jest być razem. I wiesz, 
Judysiu, Bietka i ja... 
- Jakoś nie słyszę, żebyście mówiły do siebie Patrycjo i Elżbieto. 
Pat roześmiała się. 
- Próbowałyśmy. Ale nam nie wyszło. Miałyśmy uczucie, że zwracamy 
się do kogoś obcego. Ale chciałam powiedzieć, że postanowiłyśmy 
przeczytać całą  Biblię od począ tku do końca. Nie pominiemy ani 
jednego rozdziału, nawet tych strasznych imion w Księdze Numeri *. 
(* Księga Numeri - czwarta księga biblijnego Pięcioksią gu [Księgi 
Mojżeszowe] przedstawiają ca niektóre wydarzenia z pobytu ¯ydów na 
pustyni, przeplatane różnorodnymi przepisami prawnymi.) Nie masz 
pojęcia, Judysiu, jaka Biblia jest ciekawa, kiedy się ją  czyta tak 
jak powieść. 
- Jak to nie wiem? Czy to ja nie czytałam Biblii jeszcze na długo 
przed tym, nim ty się urodziłaś? Ale ja pomijam te imiona. Zawsze 
się zastanawiałam, czy w tamtych czasach ludzie nie zdrabniali 
imion i jak właściwie do siebie mówili? Jak myślisz, Pat, czy 
matka Jehazafata zwracała się do niego pełnym imieniem wołają c go 
na kolację? 

Ii 

Mijała jesień, rozpłomieniły się klony wokół Ukrytego Pólka, w 
Sielance zbrą zowiały paprocie. Jordan zdą żał do morza wśród 
fioletowych astrów. Po ślicznym wrześniu i łagodnym październiku 
nastą pił smutny listopad, smugi deszczu przesłaniały wzgórza. 
I nagle, najniespodziewaniej w świecie, na rodzinę w Srebrnym Gaju 
spadł cios. 
Wszyscy z wyją tkiem Józka spędzili sobotnie popołudnie i wieczór 
na farmie Wybrzeża Zatoki... tam, odką d pamiętała Pat, nic się nie 
zmieniło. Zaczęła kochać za to Wybrzeże Zatoki. Ciotka Franciszka 
i ciotka Honorata były równie "majestatyczne", tyle że przestały 
przepytywać ją  z Biblii i stukać naparstkiem w głowę, gdy były z 
niej niezadowolone. Często zresztą  bywały z niej niezadowolone, 
ale Pat się to podobało, to też oznaczało, że nie nastą piła żadna 
zmiana. 

background image

Kuzyn Danny wcią ż się tajemniczo uśmiechał. Prababka wcią ż żyła, 
wcią ż miała dziewięćdziesią t osiem lat... i wcale nie wyglą dała 
starzej. Za każdym razem widzą c Pat powtarzała: "ładna to ona nie 
jest" - tym samym opryskliwym tonem, jakby to była wina 
dziewczynki. 
Bietka pojechała z nimi i to dodało jeszcze uroku temu dniu. Tak 
przyjemnie było wszystko jej pokazywać. Ciotki lubiły Bietkę, któż 
mógłby jej nie lubić? Nawet prababka spojrzała na nią  z aprobatą  i 
zapomniała wypomnieć Pat, że nie jest ładna. 
Kiedy wrócili, Pat odprowadziła Bietkę na wzgórze; ochłodziło się, 
zaczą ł prószyć śnieg. Pat weszła do kuchni i od razu zobaczyła, że 
coś się stało, coś bardzo złego. Matka była blada jak ściana... 
Winnie płakała... płakała nawet Judysia. Sid wyglą dał tak, jakby 
walczył ze łzami. Ojciec stał koło stołu trzymają c w ręku list. 
Pat rozejrzała się. W kuchni byli wszyscy... z wyją tkiem... z 
wyją tkiem... 
- Gdzie Józek? - zawołała. 
Przez chwilę nikt się nie odzywał. Potem Winnie wyszlochała: 
- Wyjechał... 
- Wyjechał? Doką d? 
- Jest na morzu. Po południu pojechał do portu, zacią gną ł się na 
statek Pierce'a Morgana i płynie na Karaiby. 
- A ja, głupia, niczego nie podejrzewałam - rozpaczała Judysia. - 
Przyszedł z taką  dziwną  miną  i powiedział, że skoczy do Srebrnych 
Mostów. Gdybym przypuszczała, co mu chodzi po głowie, tobym się go 
uczepiła i nie puściła, nim zacznie się odpływ... 
- Nic by to nie pomogło - zauważył Długi Alek - prędzej czy 
później wyruszyłby na morze. Już od jakiegoś czasu o tym 
wiedziałem. Ale jest jeszcze taki młody... I jak mógł znikną ć bez 
słowa pożegnania... to bezlitosne... no, no, Marychno! 
Bo matka odwróciła się i ze szlochem ukryła twarz na jego 
ramieniu. Ojciec zabrał ją  na górę. Za nimi poszły Winnie i 
Przylepka. Sid wyszedł z domu, a Pat rzuciła się płaczą c w ramiona 
Judysi. 
- Judysiu... ja tego nie zniosę... jak Józek mógł nam to zrobić? 
- No tak, dobrze powiedział Długi Alek. Młodość jest bezlitosna... 
Młodzi nie rozumieją ... No, no, kochanie, uspokój się. Pamiętaj, 
że najciężej jest twojej mamie... A Józek kiedyś wróci... 
- Ale już nie zostanie! Nigdy nie przestanę nienawidzić tego dnia, 
nigdy! 
- No, no, nie bą dź cyniczna - napomniała Judysia, która lubiła 
używać trudnych słów nie bardzo wiedzą c, co znaczą . - Co ci 
zawinił ten biedny dzień? Musimy spojrzeć prawdzie w oczy. Pomyśl 
o Zawadiackim Dicku i o twoim stryjku Horacym. Józek wdał się w 
Horacego. I wiedział, że jakby się zaczą ł żegnać, to Długi Alek 
próbowałby go zatrzymać. No, Pat, głowa do góry. Musisz być 
dzielna ze względu na matkę. Sid zajmie się gospodarstwem, on ma 
do tego żyłkę. Kocha pracę na roli - Józek nigdy jej nie lubił - i 
potrafi nawet prowadzić automobil, choć Najwyższy na pewno czegoś 
takiego nie przewidział. Józek wyjechał, ale nie zabrał z sobą  
Srebrnego Gaju. Czy widziałaś list, który zostawił na biurku 
Długiego Alka? Tam jest prośba do ciebie: "Powiedzcie Pat, żeby 
zajęła się moim Fryckiem". I pomyślał też, kochaneczek, o mnie, 
choć jak zawsze zażartował. "Powiedzcie Judysi, żeby przed moim 
powrotem te kocięta z obrazu wreszcie wyrosły!" Zawsze się z nich 
śmiał! 
Ale Pat długo nie mogła się śmiać. Ostatnia pogodziła się z 
sytuacją . A wtedy zaczęła się tego wstydzić. Ale dopiero w połowie 

background image

zimy przestała spędzać bezsenne noce, ilekroć na morzu był sztorm, 
i mogła cieszyć się listami od Józka z czarują cymi zagranicznymi 
znaczkami, które zaczęła zbierać Przylepka. 
W listach Józek opowiadał o wspaniałych portach i odległych 
krajach, o całej tej swojej wielkiej przygodzie, i Pat wbrew woli 
czuła dreszcz podniecenia. I choć trudno było w to uwierzyć, 
Srebrny Gaj świetnie radził sobie bez Józka. Sid dzielnie zają ł 
jego miejsce, szczerze mówią c Sid był zachwycony, że może przestać 
chodzić do szkoły, matka znów się zaczęła uśmiechać. Franek 
Russell pocieszył Winnie, nikt już nie łapał się na tym, że czeka, 
aż rozlegnie się wesołe pogwizdywanie Józka. 
Najgorsze było to, że widać można przyzwyczaić się do każdej 
zmiany. Upodobnili się do tej dziwnej rodziny w Srebrnych Mostach. 
Jeden syn był w Kalifornii, jeden w Australii, jeden w Indiach, a 
rodzina zdawała się tym wcale nie przejmować. 
- No, no, złotko, jak moglibyśmy żyć, gdyby Najwyższy nie 
ofiarował nam daru zapominania. 
- Ale Gwiazdka była okropnie smutna - westchnęła Pat. - Po raz 
pierwszy nie byliśmy wszyscy razem. Cały czas myślałam o tym, co 
kiedyś usłyszałam. ¯e jeśli raz kogoś z rodziny tego dnia 
zabraknie, to już nigdy nie będą  wszyscy świętować wspólnie Bożego 
Narodzenia. Nie mogłam nic jeść... nie rozumiem, jak inni mogli... 
- Ale wieczorem zajrzałaś do kuchni i zrobiłyśmy sobie ucztę z 
resztek - zauważyła bezlitośnie Judysia. 

Iii 

Wszystko mija. Zanim się spostrzegli, zima przemieniła się w 
wiosnę. Cała rodzina oczekiwała przyjazdu Józka. W marcu nadeszła 
smutna nowina. Nie wróci do domu na statku Pierce'a Morgana. 
Zacią gną ł się na okręt płyną cy do Chin. To było rozczarowanie, ale 
tymczasem marzec przeszedł w kwiecień, w drzewach zaczęły krą żyć 
soki, na Pólku Sadzawki odezwały się żaby, trzeba było zbierać i 
palić gałęzie, które zimą  wiatr zerwał z drzew. 
Zbierali je Pat i Sid, a potem wraz z Bietką  i Hilarym palili 
wieczorem wesołe ognisko... Obecnie Pat nie odprowadzała już do 
domu Bietki... robił to Sid. Nie martwiło to Pat, przeciwnie, była 
szczęśliwa, bo wyglą dało na to, że Sid zakochał się w Bietce. 
- Nareszcie przestało się słyszeć o tej Mai Binnie. Judysiu, czy 
to by nie było cudownie, żeby Sid ożenił się z Bietką ! 
- No, no, nie baw się w swatkę - ironicznie napomniała ją  Judysia. 
Zresztą  niezależnie od tego przyjemnie było zostawać we dwójkę z 
Hilarym na grobie Płaczliwego Willa i omawiać wszystkie sprawy 
świata. Pat nauczyła się już mówić do przyjaciela: Hilary, zaczęła 
tak nawet o nim myśleć i tylko w momentach podniecenia nazywała go 
dawnym przezwiskiem. Ale dla Judysi Szkrab pozostał Szkrabem i 
nawet nie próbowała tego zmieniać. 
- Kochane dzieciska - mówiła do Dżentelmena Toma, patrzą c na nich 
z kuchennego okna. - Co też ich czeka w życiu? Jak długo jeszcze 
uda im się zachować tę beztroskę? 
Dżentelmen Tom nie potrafił jej odpowiedzieć. 
Kwiecień stał się majem, dzika wiśnia w Sielance zapłonęła białym 
płomieniem, po ogrodzie zaczęły wytańcowywać żonkile, zakiełkowały 
irysy - Pat co dzień odkrywała coś nowego. 
- Człowiek w zimie zapomina, jak cudowna jest wiosna, i ma co roku 
miłą  niespodziankę. 
Wreszcie maj przeszedł w czerwiec, koło płotu zakwitł fioletowy 
bez i zabłyszczał Judysiny klomb z bratkami, z wielkimi 

background image

aksamitnymi białymi bratkami, a wzgórza mieniły się wszystkimi 
odcieniami zieleni. 
- Judysiu, nigdzie nie ma takiej wiosny jak w Srebrnym Gaju. 
Spójrz na ten irys, jest biały jak śnieg, ale każdy płatek ma 
szafirowe obramowanie. To irys Józka, zasadził go zeszłej 
wiosny... Gdzie on teraz może być? 
- Wszystko wskazuje na to, że z drugiej strony świata. Powiedz no 
mi, Pat, czy ty rozumiesz, jak się to dzieje, że ludzie z tamtej 
strony trzymają  się powierzchni ziemi? 
Pat próbowała wyjaśnić, ale Judysia pokręciła głową . 
- Muszę być głupia, bo nic nie chwytam... 
- Nie, nie, to moja wina - zaprzeczyła Pat - boli mnie głowa i nie 
potrafię ci dobrze wytłumaczyć. 
- No pewnie, że boli, ty się za dużo uczysz. Pewnikiem ta algebra, 
siedzisz nad nią  dniem i nocą  i nikt mi nie wmówi, że to przedmiot 
dla dziewczą t. 
- Muszę się uczyć, Judysiu. Egzaminy są  już za miesią c, a ja muszę 
zdać. Gdybym nie zdała, strasznie rozczarowałabym rodziców. Nie 
boję się matematyki. Zawsze ją  lubiłam. Ale pamiętasz, jak mi 
zawsze było żal biednych A i B, i C, strasznie się musiały 
napracować. D miało lżej... 
- Pamiętam, pamiętam... Podnosiłaś główkę znad zeszytu i pytałaś 
żałośnie, czy A nigdy nie miewa wakacji... Jestem pewna, że 
dostaniesz dobre stopnie. 
- Nie. Wyłożę się na historii. Nie mogę zapamiętać dat. 
- Dat? A kogo obchodzą  daty? Po co komu dokładna data, kiedy 
wszystko działo się tak dawno temu... 
- Egzaminatorzy będą  innego zdania, Judysiu. A ja tak naprawdę 
znam tylko dwie daty. Juliusz Cezar wylą dował w Brytanii w 55 roku 
p.n.e., a bitwa pod Waterloo miała miejsce w 1815 roku. 
- Mój prapradziad zaginą ł pod Waterloo - oświadczyła Judysia. - I 
zostawił prababkę z dziewięciorgiem dzieci. Ale teraz, po wojnie 
światowej, nikt się już nie rozczula nad jeszcze jedną  wdową . Czy 
pamiętasz wojnę, Pat? 
- Miałam pięć lat, kiedy podpisano zawieszenie broni. Pamiętam 
ognie sztuczne nad miastem... I trochę pamiętam, jak przedtem 
starsi o niej rozmawiali. Teraz to się wydaje złym snem... Ty, 
Judysiu, nigdy nie mówisz o wojnie. 
- O czym tu mówić? Przez całą  wojnę wstydziłam się, że nikt z 
moich nie bierze w niej udziału... i cieszyłam, że Józek i Sid są  
jeszcze dziećmi. Twoja matka i ciotka Azalka, i ja cały czas 
robiłyśmy na drutach skarpety dla żołnierzy. Nie lubię myśleć o 
tamtych czasach, wszyscy wymyślali Kajzerowi, twój tato i stryjek 
Tom rozpaczali, że są  za starzy, by pójść na front, a my nie 
sypiałyśmy po nocach boją c się, czy nie uda im się obejść 
przepisów. A jednocześnie wstydziłyśmy się, że nie możemy nalepić 
na oknie klonowego liścia... 
Och, dużo także było śmiesznych rzeczy. Dziewczyny z taką  dumą  
brały pod rękę chłopców w khaki, a twój stryj Tom co rano przed 
śniadaniem wyśpiewywał na podwórzu ten hymn nienawiści. Jeśli, 
doją c krowy nie słyszałam, jak się wydziera: "Wolę zginą ć w 
okopach niż żyć pod niemieckim jarzmem", to zaraz leciałam do 
Jaskółczego Gniazda, żeby zobaczyć, czy nie łamie go w krzyżu. 
Podczas głosowania za Unią  tak się roznamiętnił, że bałam się, że 
go trafi szlag. Złapał ciotkę Edytę, jak się modliła, żeby 
przegłosowano Unię, i strasznie się wściekł. Krzykną ł, że wyborów 
nie wygrywa się modlitwami, i siłą  zaprowadził ją  do urny, choć 
całą  drogę protestowała, że to nie przystoi kobiecie. Nigdy nie 

background image

widziałaś takiej awantury. Sandy Taylor z Wybrzeża Zatoki dał na 
imię swemu pierworodnemu John Dellico Douglas Haig Lloyd George 
Bonar Law Kitchener. Szkoda, że nie widziałaś twarzy pastora 
podczas chrztu! A potem wszyscy nazywali tego chłopaka Szczapą , bo 
straszny był z niego chudzielec... 
Opowiadano, że Ralf Morgan ożenił się z Janką  Fisher, żeby unikną ć 
poboru. Nie znam się na małżeństwie, ale wydaje mi się, że każdy 
rozsą dny człowiek wolałby stawić czoło Kajzerowi niż żenić się z 
Fisherówną . Ralf też chyba doszedł do tego wniosku. Bo jak 
odprawiano żałobne nabożeństwo za poległych, to westchną ł ciężko i 
szepną ł mi na ucho: "Ach, Judysiu, oni chociaż spoczywają  w 
spokoju"... No cóż, wszystko to minęło i chyba już się nie 
powtórzy, teraz kiedy kobiety też mają  prawo głosu. 
- Stary Bill Smith ze Srebrnych Mostów nie zgodziłby się z tobą , 
Judysiu. Powiada, że kobiety są  nierozgarnięte i na świecie zrobi 
się jeszcze większy bałagan. 
- Jak by to było możliwe - zauważyła ironicznie Judysia. - Stary 
Bill są dzi wszystkie kobiety po własnej żonie... Pamiętam, że jak 
pierwszy raz miałam głosować, to włożyłam moją  jedwabną  niebieską  
suknię i pantofle na wysokich obcasach i taka byłam podniecona, że 
sama nie wiedziałam, gdzie stawiam krzyżyk. Twój tata twierdził, 
że postawiłam koło innego kandydata. Ale mój przeszedł, więc nawet 
jeśli się pomyliłam, to nic nie zaszkodziło. Potem już nigdy nie 
głosowałam, bo ile razy były wybory, miałam coś pilnego do roboty. 
- Stryj Tom mówi, że każdy powinien korzystać z prawa 
wyborczego... że to jego obywatelski obowią zek. 
- Widzieliście go! £adnie mówi, nie powiem. Ale trudno, żeby mi 
zgniły pomidory, zanim je wsadzę w weki, bo mnie zachciało się 
pójść głosować! Rzą dy się zmieniają , a w spiżarni Srebrnego Gaju 
muszą  być weki i konfitury! 

Dżentelmen Tom przesiaduje na schodach 

Pat niepotrzebnie martwiła się egzaminem z historii. Los zrzą dził, 
że owego roku wcale go nie zdawała. Ból głowy, na który się 
uskarżała, nie tylko następnego dnia nie miną ł, ale w dodatku 
rozbolało ją  gardło. Matka poradziła jej, by została w łóżku, i 
Pat zgodziła się tak chętnie, że zaalarmowało to Judysię. 
Następnego ranka, bardzo niespokojna, zajrzała do Pat. 
Pat miała wypieki i spojrzała na nią  rozgorą czkowanymi oczyma. 
- Ten umarły zegar zaczą ł tykać. Judysiu, zrób coś, żeby przestał. 
Tak strasznie boli mnie od tego głowa! 
Judysia wybiegła, obudziła panią  Gardiner i zadzwoniła po doktora 
Bentleya. 
Pat miała szkarlatynę. 
Z począ tku nikt się zbytnio nie przeją ł. Józek i Winnie przeszli w 
dzieciństwie szkarlatynę i nie było to takie straszne. Ale w miarę 
upływu dni nad Srebrnym Gajem zawisła ciemna chmura niepokoju. 
Doktor Bentley ponurym tonem wspomniał o komplikacjach. Matce, 
która nie przechodziła szkarlatyny, zabroniono wstępu do pokoju 
chorej, zajmowała się nią  Winnie i Judysia. 
Judysia nie chciała słyszeć o pielęgniarce. Nie zapomniała panny 
Martin. Nikt nie wiedział, kiedy Judysia sypia i czy w ogóle 
sypia. Całe noce siadywała przy Pat w fotelu z czasów królowej 
Anny, miał wykoślawione nogi i wyblakłe obicie, ale Pat zobaczyła 
go na strychu i pokochała... Judysi nie zdarzało się nawet 
zdrzemną ć, pilnie czuwała, czy Pat nie trzeba podać coś do picia 
lub czule pogłaskać ją  po głowie. Doktor Bentley mówił potem, że 

background image

jest "urodzoną  pielęgniarką , która instynktownie wie to wszystko, 
czego inne kobiety muszą  się uczyć wiele lat". 
Kiedy Pat dostała maligny, znosiła przy sobie tylko Judysię. 
Majaczyła. Wcią ż jej się coś przywidywało. Płaczliwy Will wyrwał 
klamkę z drzwi spiżarni... Szpary w suficie rozpełzły się po całym 
pokoju... Oto idzie pustą  drogą , czyha na nią  ciemność, a ona nie 
może dogonić Szkraba, który nie zwracają c na nią  uwagi oddala się 
niosą c pod pachą  nagrobek Emilki... Nie może wydostać się ze 
studni, do której wrzucił ją  Zawadiacki Dick... Na próżno szuka 
Ukrytego Pólka, zabrała je z sobą  Dorotka... Słyszy pogwizdywanie 
Józka, szuka go i nigdzie nie może znaleźć... Ktoś poprzestawiał 
wszystkie meble w Srebrnym Gaju i Pat na próżno usiłuje ustawić je 
na właściwym miejscu... Niedawno pastor mówił w kościele, że świat 
spoczywa na dłoni Pana Boga. 
- Judysiu, a jeśli Pan Bóg się zmęczy i go upuści? 
- Tego jednego możesz się nie obawiać, kochanie. Uspokój się. 
Potem nadeszły straszliwe dni, kiedy życie Pat wisiało na włosku. 
Doktor Bentley kręcił głową . Rodzina straciła nadzieję. Ale 
Judysia nie załamała się. ¯aden znak nie zwiastował śmierci, a 
Dżentelmen Tom nie ruszył się z podestu schodów, chociaż czasem 
jeżył się i prychał. 
- Ten zwierzak nie dopuści Złego - mówiła z ufnością  Judysia. 
Trzeciej nocy nad ranem, kiedy cały Srebrny Gaj powstrzymywał 
oddech boją c się, co przyniesie świt, Dżentelmen Tom wstał, 
otrzą sną ł się, zszedł na dół i położył się na swojej poduszce w 
kuchni. 
- Wiedział, że już nie musi tu czuwać - oświadczyła Judysia, gdy 
wreszcie wzeszło słońce. - Kryzys miną ł. Jak wchodziłam na górę, 
spotkałam go na schodach i trzeba było widzieć, jak na mnie 
spojrzał. Wiedziałam, że zobaczę zmianę, i zobaczyłam. Spójrzcie, 
jak nasza kochaneczka spokojnie śpi. Wesoły nam dzień dziś nastał. 
Posiedź przy niej, Winnie, a ja sobie zrobię herbaty. Muszę się 
pokrzepić, bo mi się kołuje w głowie. 

Ii 

Rekonwalescencja Pat trwała długo. Upłynęło pięć tygodni, nim 
mogła usią ść na łóżku i sama wypić rosół z prześlicznej miseczki w 
niebieskie kwiatki. Była to zabytkowa miseczka z Wybrzeża Zatoki, 
którą  przysłała jej ciotka Honorata. Ciocia Azalka przysłała jej 
złocistą  jak słońce poduszeczkę... A ciocia Edyta przyniosła 
lizeskę koloru pierwiosnków. Wszyscy byli dla niej strasznie 
dobrzy. Skazana na banicję Bietka przysłała jej leśne poziomki, 
Hilary przynosił pstrą gi. Kiedy Hilary skręcił nogę i przez 
tydzień nie mógł wychodzić z domu, Judysia wzięła wędkę Sida, 
nazbierała robaków i osobiście wybrała się na brzeg Jordanu, gdyż 
Pat nie miała apetytu i trzeba jej było podsuwać smaczne ką ski. 
Matka często stawała w drzwiach i patrzyła na nią  rozpromienionym 
wzrokiem. Zza balasków schodów wyglą dała zaniepokojona buzia 
Przylepki, której nie pozwolono się zbliżać. 
Mimo błagań Pat dopiero po siedmiu tygodniach pozwolono jej wstać. 
- Już mam tak dosyć tego łóżka, Judysiu. Jestem pewna, że nie 
zaszkodziłoby mi, gdybym chwilę posiedziała koło okna. Tak 
strasznie chcę wyjrzeć na świat. Już nie mogę patrzeć na te 
błękitne dzwoneczki na tapecie. Ta kiść nad umywalnią  wyglą da jak 
pękaty krasnoludek w spiczastym czepku i on się do mnie tak 
złośliwie uśmiecha. Nie, Judysiu, nie przerażaj się. Nie majaczę. 
Spójrz sama. 

background image

- Ano prawda... Ale jeszcze przez dwa dni musisz leżeć. Tak kazał 
pan doktor i ja się będę tego twardo trzymać. 
- No to daj mi jeszcze jaką ś poduszkę, żebym mogła porzą dnie 
usią ść i zobaczyć chociaż niebo za oknem. 
To była frajda. Zobaczyła na tle szafirowego nieba wierzchołki 
jodeł rosną cych na końcu ogrodu, ukazywały się i znikały zamki z 
obłoków, jaskółki krą żyły nad dachem stodoły, snuł się dym z 
komina stryja Toma. W ten sposób Pat przeżyła jakoś te dwa dni, a 
trzeciego Judysia pozwoliła jej na pół godziny usią ść przy oknie. 
Pat udało się o własnych siłach dojść do krzesła, choć przyznała, 
że trzęsie się jak galareta. 
W pełni wykorzystała te pół godziny. Choć na samym począ tku 
przeżyła szok. Podczas jej choroby zniknęło lato. Ale świat mienił 
się cudownymi barwami. I znów mogła się wpatrywać w granatowe 
grzbiety wzgórz za przystanią  i zaprzyjaźnione drzewa w ogrodzie. 
Wietrzyk szeptał coś wzgórzom, a potem przynosił jej woń kwiatów. 
Za parkanem cmentarzyka rosło kapryfolium, wokół studni 
zgromadziły się Judysine kaczki. Na parapecie okna pokościelnej 
szopy leżał Bezczelny Pyszałek, a kudłaty czarny psiak z białym 
sercem na piersiach siedział na schodkach spichlerza. 
Co to?... czyżby to była Bietka? Smukła dziewczyna w lila sukience 
z wią zanką  peonii w ramionach machała ku niej z Alejki westchnień. 
Bietka strasznie urosła. 
- Judysia dała mi znać, że będę cię stą d mogła zobaczyć. Ach, Pat, 
tak się cieszę, że cię widzę. Nie masz pojęcia, jak się 
zamartwiałam... Chciałam zawiadomić Hilarego, on wręcz szalał, ale 
Judysia uważała, że zanadto byś się wzruszyła widzą c nas oboje 
naraz. Przyjdzie tu jutro. 
Z każdym dniem Pat wolno było dłużej siedzieć przy oknie, aż 
wreszcie spędzała tam całe popołudnia. Bietce i Hilaremu pozwolono 
przychodzić pod dom i z nią  rozmawiać, tyle że Judysia pilnowała, 
by Pat nie za dużo mówiła. 
Któregoś wieczoru Judysia pozwoliła jej zostać przy oknie po 
kolacji. Cudownie było znów zobaczyć, jak do ogrodu wpełza 
zmierzch. Przypomniała sobie czytaną  z Bietką  bajkę o zaczarowanym 
ogrodzie, w którym rozmawiały kwiaty. A może i tutaj kwiaty 
rozmawiają  nocą ? Kto wie, czy ten pą k czerwonej róży nie szepcze 
czułych słówek rosną cej opodal róży białej! Pyszna chińska lilia 
nie opowiada o swoich przygodach? Maki zwierzają  się ze swych 
tajemnic? A białe lilie pewnie się tylko modlą . 
Od dawna nie widziała gwiazd. A oto wschodzi księżyc! Kiedyś 
czytały z Bietką  wiersz o księżycu, który pojawia się nad Hymetem 
*. (* Hymet - pasmo górskie w Attyce zamykają ce równinę ateńską  od 
południowego wschodu, w starożytności zalesione i słynne ze swoich 
miodów i kamieniołomów białego i niebieskiego marmuru.) Ale nie 
mogło to być piękniejsze niż księżyc nad Wzgórzem Mgieł, za którym 
była przystań. I te cienie drzew... 
Zajrzała Judysia i oburzyła się, że Pat nie wróciła jeszcze do 
łóżka. 
- Kochanie, mam nadzieję, że nie usnęłaś? - zapytała niespokojnie. - 
Nie wolno spać przy świetle księżyca. 
- Nie. Ale dlaczego nie wolno? Ja bym chciała. 
- Co też to dziecko wygaduje! Nie wolno ci usną ć, gdy pada na 
ciebie księżycowe światło. Odbiera człowiekowi rozum. Znałam 
kogoś, kto usną ł... nigdy już nie przyszedł do siebie. 
Pat westchnęła. Przykro było rozstawać się z księżycową  poświatą , 
ale rzeczywiście czuła się już zmęczona. 
Upłynęło dziesięć tygodni od chwili, gdy zachorowała, nim zeszła 

background image

na dół, upojona odzyskaną  swobodą . To był cudowny dzień. Judysia 
spoglą dała triumfalnie. Maki zdawały się na jej cześć tańczyć. 
Znów miała apetyt. Podczas obiadu wszyscy patrzyli na nią  
uszczęśliwionym wzrokiem. Nawet Dżentelmen Tom raczył się otrzeć o 
jej nogi. 
- Cały dom cieszy się, że cię widzi! - radowała się Judysia. 
Wszystko było na swoim miejscu. A tak bała się, że zobaczy jakieś 
zmiany. Zmienił się tylko ogród. A Bietka i Szkrab wydali jej się 
nagle bardziej dorośli. 
- Może to ty się zmieniłaś, kochanie - zauważyła ze smutkiem 
Judysia. Bo Pat zmieniła się... przestała być dzieckiem. 
Reszta rodziny zauważyła tylko, że jest bledziutka i wychudzona. 
Za to stryj Tom zachwycał się jej szkieletem. 
- Szybko utyję na twojej kuchni, Judysiu. ¯ycie ma cudowny smak. 
- No pewnie, że ma! Ja, złotko, jestem tylko biedną  starą  służą cą , 
która ciężko harowała, ale oświadczam uroczyście, że życie ma swój 
smak. Aż się oblizuję, jak o nim myślę. 
- Hilary przyniósł mi taką  ciekawą  ksią żkę... Bietka jest jeszcze 
bardziej kochana niż przedtem. Chociaż nastą piło tyle zmian, świat 
jest cudowny i miło jest znów do niego należeć. 
- Przecie powiadam. Ale ty, złotko, uważaj na siebie. Proszę mi 
nigdzie nie biegać. Siedź spokojnie i przysłuchuj się, jak ci 
rosną  włosy. 

Iii 

Pat zauważyła, że nie może przysłuchiwać się, jak rosną  włosy, 
ponieważ włosy zaczęły jej wypadać. Judysia upewniała, że to 
przejściowy skutek choroby, ale w gruncie rzeczy była przerażona. 
- Judysiu, ja wyłysiałam, dosłownie wyłysiałam. Pewno zostałam 
ukarana za to, że nie podobały mi się moje mysie włosy. Judysiu, 
co ja zrobię, jeżeli nie odrosną ? 
- Odrosną , odrosną  - pocieszała ją  Judysia, która wcale nie była 
tego taka pewna. Zrobiła Pat koronkowy czepeczek, ale następne 
tygodnie były bardzo przykre. Nie szczędzono Pat ponurych 
przepowiedni. Ciotka Edyta znała kobietę, której po chorobie 
wyszły włosy. 
- Odrosły jej, ale siwe! 
W końcu pokazał się ciemny puszek. Na szczęście nie siwy. Potem 
zaczą ł rosną ć, włosy stały się gęste. 
- Coś mi się widzi, że będą  kędzierzawe - szepnęła zachwycona 
Judysia. 
Po raz pierwszy od tygodni Pat zajrzała do lustra. Nie, włosy nie 
były kędzierzawe, ale układały się w fale. I były ciemne... niemal 
brą zowe. Pat myślała, że umrze ze szczęścia. No i były krótkie, 
obeszło się bez "postrzyżyn", które zraniłyby uczucia Judysi, 
teraz była ona szczęśliwa, że jej najmilsza dziewczynka w ogóle ma 
włosy. 
- Widzę, że nareszcie zdecydowałaś się wyładnieć - oświadczył 
stryj Tom, kiedy po raz pierwszy zobaczył ją  bez czepeczka. 
- Hm, ładna to nie jestem - stwierdziła Pat przeglą dają c się 
wieczorem w lustrze. - Ale wyglą dam dużo lepiej. 
W sumie Pat uznała, że opłaciła jej się ta szkarlatyna. Miała 
teraz ciemne faliste włosy i nie musiała już w tym roku jechać na 
studia. 

Uroki młodości 

background image

Bietka zdała egzamin, ale nie chciała jechać na Akademię bez Pat. 
A Pat dopiero za rok mogła zdawać. 
I zdarzyła się jeszcze jedna miła rzecz. Hilary nie zdał - ale 
oczywiście nie to było miłe - nie zdał, bo nauczyciel w szkole 
Południowego Glen bardzo źle uczył i Larry Gordon odebrał Hilarego 
z tamtej szkoły i posłał do szkoły w Północnym Glen. Tak więc 
Hilary wraz z Bietką  i Pat co rano maszerowali razem do szkoły i 
bardzo chwalili sobie życie. Sid przestał się już uczyć. Pomagał 
ojcu. Za to towarzyszyła im Przylepka. Pat przypomniała sobie ów 
dzień, kiedy musiała "zaczą ć szkołę", i z opiekuńczym rozczuleniem 
patrzyła na drepczą cą  przed nimi Przylepkę, która trzymała za rękę 
wesolutką  małą  Robinsonównę. Biedactwa, nic jeszcze nie wiedzą  o 
życiu. Pat poczuła się stara i doświadczona. 
- Czy potrafisz sobie wyobrazić, że my też byłyśmy takie? - spytała 
z niedowierzaniem Bietkę. 
Bietka westchnęła. Nie, nie potrafiła. Ale szły lekkim krokiem, 
jakby i one, tak jak Beatrice *, urodziły się pod "roztańczoną  
gwiazdą ". (* Beatrice - bohaterka komedii Williama Szekspira 
[1564-1616] pt. Wiele hałasu o nic.) Przyjemnie jest być na tyle 
dorosłym, by móc z westchnieniem wspominać swoje dzieciństwo. 
Józek wcią ż nie wracał do domu. Przychodziły od niego listy to z 
tropików, to z Arktyki, to z portów Morza śródziemnego i każdy 
list był wielkim wydarzeniem. Wszyscy je kolejno czytali, potem 
zanosili do "Jaskółczego Gniazda", wreszcie posyłali do Wybrzeża 
Zatoki, ską d wracały do "skarbczyka" matki, tak bowiem nazywano to 
pudełko na cześć skarbczyka Judysi. 
Pat miała teraz też swój skarbczyk, w którym przechowywała 
pamią tki opatrują c je podpisami. Kwiat z ogródka Bietki... Nowy 
plan mojego domu wykonany przez Hilarego Gordona... Listy od mego 
brata, Iózefa A. Gardinera... Moje i Bietki zdjęcia zrobione pod 
Czuwają cą  Sosną ... Listy mojej ukochanej przyjaciółki Elżbiety 
Gertrudy Wilcox... Ołówek, którym napisałam pierwszy list do H. H. 
Inicjały H. H. oznaczały Henryka J. Hynesa - Pat była w nim po 
uszy zakochana. "Wsią kła z kretesem" - zauważyła Winnie. Zdarzyło 
się to w kościele, w ponury listopadowy dzień, kiedy Pat bez 
specjalnych powodów była w dość melancholijnym nastroju. Pewnie po 
prostu miała ochotę się posmucić. Wychodzą c ze Srebrnego Gaju była 
jeszcze zadowolona z życia, włożyła bowiem nowy czerwony 
kapelusik, spod którego błyszczały jej bursztynowe oczy, a cera, 
która przy płowych włosach robiła wrażenie śniadej, przy ciemnych 
wydawała się kremowa. 
- Ale jesteś szykowna - zauważyła z zachwytem Judysia. - Pat, 
kochanie, tylko patrzeć, jak pojawią  się kawalerzy. 
Pat potrzą snęła głową . 
- Wiesz, przecież, Judysiu, że nie zależy mi na kawalerach. 
- No, no, każdej dziewczynie przyda się paru wielbicieli. 
Powiedziałam to w zeszłym tygodniu Tillie Taylor, a ona na to, że 
nie ma do nich cierpliwości. "Albo te ich zalecanki nic nie 
znaczą , albo znaczą  za dużo". Tylko Najwyższy wie, co przez to 
chciała powiedzieć, a i on pewnikiem musiał się nad tym pogłowić! 
- Teraz już nie mówi się "kawalerzy". Mówi się "chłopcy". 
- No, no, złotko, kiedyś dowiesz się, jaka jest różnica między 
chłopcem a kawalerem. 
I Pat, i Bietka rozkoszowały się w drodze do kościoła melancholią  
listopadowego dnia. Poczuły się nagle stare. 

background image

- Ach, Bietko, lata tak szybko lecą ... każdy rok przynosi jaką ś 
zmianę... w końcu wyjdziesz za mą ż i wyjedziesz stą d, a ja tego 
nie zniosę. 
- Ja też nie - zgodziła się Bietka drżą cym głosikiem. 
I zaraz poczuły się lepiej. Cudownie było wspólnie się smucić. 

Ii 

Nastrój Pat przetrwał do drugiego hymnu. A potem wszystko 
zmieniło się w mgnieniu oka. 
On wszedł wraz z innymi chłopcami. Stał z drugiej strony 
przejścia. Patrzył na nią  znad modlitewnika. Patrzył z zachwytem. 
Po raz pierwszy Pat dostrzegła zachwyt we wzroku chłopca. Nagle 
poczuła się piękna. I po raz pierwszy zarumieniła się i spuściła 
oczy. 
Wiedziała, co się stało... to samo, co wówczas na koncercie 
niewidomych... znów ugięły się pod nią  kolana. 
Ale tym razem było to prawdziwe uczucie. 
"Czy ośmielę się na niego spojrzeć?" - pomyślała... I ośmieliła 
się. 
Skończono śpiewać hymny. Wszyscy usiedli. On zainteresował się 
nagle własnymi butami. Pat mogła mu się spokojnie przyjrzeć. 
Był piękny. Wspaniała złocista czupryna, wyraziste rysy, wielkie 
brunatne oczy. Podniósł głowę i znów na nią  spojrzał. Był to 
elektryczny wstrzą s. 
Nie słyszała kazania, ku oburzeniu Długiego Alka nie potrafiła 
powtórzyć ani słowa z czytanego tekstu Biblii - a Długi Alek 
żą dał, żeby przy obiedzie każde z dzieci ten tekst powtórzyło - za 
to na całe życie zapamiętała śpiewane przez chór słowa: Oto niesie 
radość światu. Tak bardzo pasowały do sytuacji. 
Nie spojrzała już w jego stronę, ale gdy wychodziła z kościoła, 
stał na schodach i znów napotkała jego wzrok. Zaparło jej oddech. 
Cały świat zmienił się. Listopad przestał być ponurym miesią cem. 
Zniknęły chmury. Leśną  ścieżkę ożywił blady słoneczny blask. Szare 
drzewa strzegły jakiejś pięknej tajemnicy. 
- Widziałaś Henryka Hynesa? - spytała Bietka. 
- Kto to taki? - odpowiedziała pytaniem Pat, od razu wiedzą c, o 
kogo chodzi, mimo że nigdy dotą d nie słyszała tego nazwiska. 
- No ten obcy chłopiec. Jego rodzice kupili farmę Caldera. 
Siedział zaraz z drugiej strony przejścia. 
- Aha, ten... Tak, widziałam go - odpowiedziała Pat czują c się 
strasznie nielojalna. Po raz pierwszy ukryła coś przed Bietką . 
- Byłby bardzo przystojny, gdyby nie ten jego nos. 
- Nos? Nie widzę, co by miało być w nieporzą dku z jego nosem - 
chłodno odpowiedziała Pat. 
- Jest garbaty. Ale widać to tylko z profilu. Za to ma piękne 
włosy. Podobno chodzi z Mirą  Lockley ze Srebrnych Mostów. 
Miecz przeszył serce Pat. Radość światu! Też coś! Gdzie się 
podziało słońce. Listopad jest jednak ohydnym miesią cem. 
Ale ten jego wzrok... 

Iii 

Następnego dnia przyszło zaproszenie na zabawę u Edny Robinson. 
Czy on tam będzie? Przez dwa dni rozmyślała tylko o tym. Kiedy 
nadszedł środowy wieczór, zrobiło się mroźnie i księżycowo, ale 
ponieważ Henryk Hynes mógł pojawić się na zabawie Edny, Pat nie 
widziała urody świata. 

background image

Nie mogła się zdecydować, jak ma się ubrać... czerwona sukienka 
była najładniejsza, ale w błękitnej wyglą dała doroślej. Włożyła 
ją , uperfumowała włosy i szyję, pożyczyła od Winnie perłowe 
kolczyki. Cudownie było ubierać się dla niego... zastanawiać się, 
czy mu się spodoba... 
Potem zeszła pokazać się Judysi, która robiła w kuchni kiełbasy. 
Judysia poczuwszy zapach perfum, od razu wiedziała, że coś zaszło. 
Ale powiedziała tylko: 
- ślicznie wyglą dasz, złotko. 
Czy on też tak pomyśli? Oto było pytanie. Ale udała, że interesują  
ją  tylko kiełbasy. Czy Judysia nie zapomniała włożyć gałki 
muszkatołowej, inaczej ojcu nie będzie smakowało. Kiedy drzwi 
zamknęły się za Pat, Judysia wybuchnęła śmiechem. 
- Akurat jej w głowie gałka muszkatołowa! Już ja wiem swoje. 
A jeśli on nie przyjdzie? To by było okropne. Ale kiedy spojrzała 
na ciemne wzgórze, za którym znajdowała się farma Caldera, a 
obecnie Hynesów, poczuła miły dreszcz. On tam mieszka. Przypuśćmy 
jednak, że przyjdzie na zabawę i go zobaczy. Co mu powie? Może w 
ogóle nie uda jej się wykrztusić słowa albo przeciwnie, będzie za 
dużo paplać... Czy jego rodzina, jego matka, polubią  ją ? Nie 
słyszała ani słowa z rozmowy Sida i Bietki. Ale kiedy w saloniku 
Robinsonów Maja Binnie zobaczywszy pierwszy raz jej 
srebrnobłękitną  sukienkę zauważyła: 
- To ten nowy kolor, który nazywają  kolorem brzasku, prawda? Ale 
czy ty, Pat, nie jesteś za śniada? - od razu się zdenerwowała. 
Niewiele ją  obchodziło, co myśli o niej Maja Binnie, ale jeżeli on 
też uzna ją  za zbyt śniadą ? Przypomniała sobie, że Mira Lockley ma 
śliczną  karnację. 
Kiedy usłyszała w sieni jego śmiech - przestało jej bić serce. 
Nigdy przedtem nie słyszała jego śmiechu, ale tak się śmiać mógł 
tylko on. Wszedł do pokoju wraz z resztą  chłopców, ale jakże się 
od nich różnił... wyglą dał jak grecki młody bóg. 
Pat naprawdę wsią kła. 
Henryk odbił ją , gdy tańczyła z Pawełkiem Robinsonem. Teraz 
tańczyła z nim. Cudowne zrzą dzenie losu. Nawet nie zostali sobie 
przedstawieni. Ale to nie było potrzebne. Znali się... znają  się 
od zawsze... Całą  wieczność tańczyli bez słowa. Potem... 
- Czy nie spojrzysz na mnie, dziewczyno moich snów? - spytał 
cicho. 
Pat spojrzała. Była nieprzytomna. Ale nie na darmo była Patrycją  
Gardiner i pamiętała nauki Judysi. Postarała się przybrać kpią cy 
wyraz twarzy... On nie może się dowiedzieć... jeszcze nie. 
Choć ona już wiedziała, powiedziały jej o tym jego oczy. Ale 
wiedza daje władzę. 
- Więc to ty jesteś Patrycją ? - Jak czarują co wymówił jej imię. 
Tak jakby uważał je za piękne. - Myślałaś o mnie? 
- Dlaczego miałam myśleć? - spytała zalotnie Pat. Nikt nie 
przypuściłby, że od dwóch dni nie myślała o niczym innym. Nikt nie 
przypuściłby, jaka jest wniebowzięta, że tamto niedzielne 
spotkanie oznaczało dla niego tyleż, co dla niej. 
- Istotnie, dlaczegóż by? - westchną ł. I dodał: - Ale tak 
chciałbym, żebyś była dla mnie miła... 
Odprowadził ją  do domu. Sid i Bietka dyskretnie znikli, szli sami 
kryształową , granatową  nocą . Wiedziała, że nigdy nie zapomni tego 
spaceru z Henrykiem. Kłaniały im się białe brzozy, uśmiechało 
rozgwieżdżone niebo. 
Pat bała się, że powie coś niemą drego. Ale Henryk lubił opowiadać. 
Z zapartym tchem słuchała o jego podróży samolotem. Zamierzał 

background image

zostać lotnikiem. Nie dla niego pospolitość zwykłej egzystencji. 
- Bardzo było nudno - ziewnęła Winnie kładą c się spać. Na zabawie 
nie było Franka. 
A Pat czuła się tak, jakby przeżyła trzęsienie ziemi. Nim 
odwiesiła do szafy sukienkę, przytuliła ją  na chwilę do twarzy. Ta 
sukienka spodobała się jemu. Nigdy się z nią  nie rozstanie. Judysi 
nie uda się zabrać jej na dywanik. Włożyła do skarbczyka kwiecistą  
papierową  serwetkę, którą  on położył przy kolacji na jej kolanach. 
I aż do świtu leżała powtarzają c sobie w myślach każde 
wypowiedziane przez niego słowo. 
Martwiła się, że zachowała się zbyt sztywno. Może on to źle 
zrozumiał. Judysia powtarzała zawsze, że chłopcy lubią  zdobywać 
trudne dziewczyny... Ale Judysia miała takie staroświeckie 
poglą dy... 
Cały dzień chodziła jak we śnie... słyszała jego głos i wcią ż 
przychodził jej na myśl fragment romantycznego wiersza: I 
wyczytaliśmy sobie z oczu, w czym tkwi najgłębszy życia sens. 
Bietka przechowywała ten wiersz w swoim skarbczyku, a Pat uważała 
go dotą d za niemą dry. 
- Pokaż mi język - zażą dała wieczorem Judysia. - Coś mi się widzi, 
że się na tym balu przeziębiłaś... Albo złapałaś katar, albo masz 
kawalera. No, złotko, powiedz twojej starej Judysi. Pojawił się 
jakiś kawaler? 
- Judysiu, nie bą dź śmieszna. 
Mimo wszelkich usiłowań, Pat nie udało się zachować tajemnicy. 
Wkrótce cała rodzina wiedziała, że Pat zadurzyła się w Henryku 
Hynesie, i dostarczało to wielu powodów do uciechy. Nikt, ku 
oburzeniu Pat, nie traktował tego poważnie - poza Bietką  i 
Judysią . Pierwszej nocy, którą  spędziła w Długim Domu, 
opowiedziała wszystko Bietce. Od czasu do czasu musiały spędzić 
razem noc, żeby móc się obie ze wszystkiego zwierzyć. 

Ja i ty 

¯ycie stało się teraz dla Pat nie kończą cym się pasmem szczęścia. 
Za każdym zakrętem najmniej ciekawej drogi mógł się pojawić Henryk 
J. Hynes. W kościele nie nudziło jej żadne kazanie poczciwego 
starego pastora Paxtona, bo tak wymownie patrzyły na nią  oczy 
Henryka. Kiedy niespodziewanie wchodził do pokoju lub otwierał 
przed nią  drzwi, Pat oblewała się rumieńcem. Zachowywał się 
naprawdę elegancko. 
Zaznaczyła kółkiem dzień w kalendarzu, kiedy po raz pierwszy 
powiedział do niej "kochana", i schowała tę kartkę do skarbczyka. 
To on dał jej ten kalendarz mówią c: - Obyś przeżywała same 
szczęśliwe dni. - Winnie kpiła, że to "strasznie sentymentalne". 
Ale Judysia była zachwycona. 
- Kawaler powinien być sentymentalny, Pat. Nie lubię tej mody na 
zblazowanie. 
Pat przeżyła piękną  chwilę, gdy oświadczył jej, że pół nocy 
wpatrywał się w światełko w jej oknie (naprawdę było to okno 
Judysi, ale żadne z nich o tym nie wiedziało). I z zachwytem 
odkryła, że lubi koty i wcale nie przeszkadzało mu, że Bezczelny 
Pyszałek ociera się o jego nogi, zostawiają c na spodniach masę 
włosów. Miał zatem anielskie usposobienie. Pat nie zdziwiłaby się, 
gdyby zobaczyła, że spod granatowej marynarki sterczą  skrzydła. 
Najwyższą  rozkoszą  były wyprawy do kina w Srebrnych Mostach. 

background image

W starym budynku urzędu gminnego zaczęto co środę i co sobotę 
wyświetlać filmy. Raz udało się namówić na film Judysię, ale tylko 
jeden jedyny raz. Stwierdziła, że ją  to "rozstraja". Pat pewna 
była, że nigdy nie zapomni pierwszej takiej wyprawy. 
- Czy ktoś ci już kiedyś powiedział, że jesteś śliczna? - szepną ł 
Henryk pomagają c jej w kuchni włożyć płaszcz. 
- Mnóstwo osób - odpowiedziała kłamliwie Pat z figlarnym błyskiem 
w oczach. (- Dobrze mu powiedziała - zachwyciła się Judysia w 
spiżarni. - No, no, panie Hynes, przekonasz się, że z dziewczętami 
ze Srebrnego Gaju nie jest tak łatwo.)
Pat czuła, że iskrzy się jak rozgwieżdżona noc. Poszli do 
Srebrnych Mostów skrótem przez wzgórze, minęli Długi Dom i zeszli 
polami nad rzekę. Otaczała ich zaczarowana zima, Henryk przytulał 
jej ramię. Tuż przed nimi kroczyła Bietka z Sidem. Ku zachwytowi 
Pat Sid coraz bardziej zachowywał się jak zakochany. 
- Zastanawiam się, kto pierwszy zauważył, jak cudowny jest nów 
księżyca - powiedziała z rozmarzeniem Pat. 
- Dzisiaj nie zamierzam zachwycać się księżycem - odparł znaczą cym 
tonem Henryk. 
Pat poczuła się lekko zmrożona. Henryk chciał powiedzieć 
komplement, ale ten sierp księżyca nad ośnieżonymi świerkami 
wyglą dają cymi jak srebrne palmy był tak niewysłowienie piękny, że 
Pat pragnęła, by Henryk podzielił jej zachwyt. Hilary zrozumiałby, 
co ona czuje... Ale natychmiast zawstydziła się tej myśli. 
W kinie zaraz o tym zapomniała. Było tak wspaniale... Owej zimy 
Pat zamęczyłaby to słowo na śmierć, gdyby nie to, że zastępowała 
je czasem słowem "cudownie". Było tłumnie, ale gdy zapadła 
ciemność, poczuli się sami. W którymś momencie Henryk wzią ł ją  za 
rękę. Pat po chwili chciała ją  cofną ć, ale Henryk szepną ł: - 
Proszę cię. 
Jedynym ciemnym punktem była uroda pojawiają cych się na ekranie 
gwiazd. Czemu one nigdy nie kichnęły... nigdy nie zachrypły... 
nigdy nie zakrztusiły się? Jeśli chłopak przez cały wieczór się w 
nie wpatrywał, to jak potem mogła mu się podobać zwykła 
dziewczyna? Było to jeszcze gorsze niż niedzielny wieczór, kiedy w 
kościele pojawiła się Mira Lockley zaproszona przez Adelę 
Robinson. Pat nie mogła oderwać oczu od jej olśniewają cej cery... 
I była pewna, że Mira cały czas wpatruje się w tył głowy Henryka 
Hynesa, który tym razem usiadł z przodu w rodzinnej ławce. 
Następnego wieczoru, kiedy przy blasku księżyca ślizgali się po 
jeziorku, Pat zaczęła dokuczać Henrykowi Mirą . Henryk się tylko 
roześmiał i oświadczył: - Mira to przeszłość. 
W pierwszej chwili Pat ucieszyła się. A potem przyszło jej na 
myśl, że może nadejść dzień, gdy Henryk powie: "Patrycja? Tak, to 
przeszłość". 

Ii 

Następną  "cudowną " rzeczą  był pierwszy miłosny list. Henryk 
pojechał do miasta odwiedzić przyjaciela, Pat wcale nie 
oczekiwała, że do niej napisze. Ale napisał. Pat wróciwszy ze 
szkoły znalazła list za zegarem Judysi. 
- Schowałam go, żeby go nie zobaczył ten wisus Sid - oznajmiła 
szeptem Judysia. 
Pat zaczęła szukać spokojnego ką ta, by móc ten list przeczytać. 
Cała rodzina była w domu, nawet w pokoju Poety rezydowała ciotka 
Helena, która przyjechała z kilkudniową  wizytą . Nie do pomyślenia 
było czytać w kuchni, gdzie Judysia patroszyła kurczaka. 

background image

Pat nawiedziło natchnienie. Włożyła rakiety od śniegu i przez las 
dobrnęła do Ukrytego Pólka. Było to wymarzone miejsce na czytanie 
miłosnych listów. Usiadła pod klonem. Moja maleńka królowo... 
Odką d przeczytały z Bietką  wiersze Elli Wheeler Wilcox * często 
się zastanawiała, czy ją  też kiedyś ktoś nazwie "swoją  maleńką  
królową ". (* Ella Wheeler Wilcox [1850-1919] - amerykańska poetka, 
autorka sentymentalnych, liryczno-miłosnych wierszy.) Widzę cię w 
każdym momencie, Ty cudowna Patrycjo... Chciałbym, żeby moje pióro 
przemieniło się w różę... i zakończył: Twój na wieki Henryk J. 
Hynes. 
Jakiego imienia inicjałem było to J.? Nigdy nikomu nie chciał tego 
zdradzić. Jej powiedział tylko: 
- Ty się o tym któregoś dnia dowiesz - a jego ton dawał do 
zrozumienia, że chodzi o jaką ś piękną  tajemnicę, która wpłynie na 
ich życie. 
- No, no, pewnie ten twój liścik pełen był całusów - zauważyła 
Judysia, gdy Pat wróciła do domu z pą sowymi nie tylko od mrozu 
policzkami. 
Na Judysię nie można było się gniewać. 
Pat posiała gdzieś wieczne pióro, kałamarz wysechł, poszukała więc 
swojego najładniejszego ołówka, który Sid ofiarował jej na 
urodziny. List został napisany lekko kpią cym tonem i zakochany 
Henryk do reszty stracił głowę. 
Pat skończywszy list owinęła ołówek w kolorową  bibułkę i schowała 
do skarbczyka, przysięgają c sobie w duchu, że więcej nim nie 
będzie pisać... chyba że znów do Henryka. 
I wieczorem długie godziny leżała bezsennie z listem Henryka pod 
poduszką , takiego szczęścia nie wolno było zmarnować na sen. 
- A co o tym wszystkim myśli Szkrab? - zapytała niby to niewinnie 
Judysia. 
Pat drgnęła. Całą  zimę martwiła się zachowaniem Hilarego. 
Wiedziała, że nie cierpi Henryka, zawsze bowiem w jego obecności 
milczał. 
Któregoś wieczoru, kiedy Henryk trochę się przechwalał 
osią gnięciami swoich krewnych - Judysia powiedziałaby, że 
Hynesowie zawsze lubili się chełpić - Hilary zapytał go dość 
nieprzyjemnym tonem: 
- Ale czego ty zamierzasz dokonać w życiu? 
Henryk zachował się wspaniale. Potrzą sną ł tą  swoją  wspaniałą  
grzywą  i roześmiał się. A kiedy Hilary odszedł, szepną ł do Pat: 
- Zamierzam zdobyć najcudowniejszą  dziewczynę z Wyspy Księcia 
Edwarda... To nie udało się jeszcze żadnemu Hynesowi. 
Niemniej Pat było przykro, że między nią  a Hilarego wkradła się 
pewna obcość. Ostatnio nigdy już nie chodzili razem do Sielanki. 
Oczywiście, zimą  było tam trudno dotrzeć, a Hilary uczył się 
zawzięcie, rzadko więc miał czas, by zajrzeć wieczorem do kuchni 
Judysi. Henryk, rzecz prosta, nigdy nie spędzał wieczorów w 
kuchni. Przyjmowała go w saloniku, nazywało się, że pomaga jej w 
nauce francuskiego oraz łaciny. Czasem Pat przychodziło na myśl, 
że weselej byłoby w kuchni. Po odrobieniu lekcji niewiele miała do 
powiedzenia. Nie było to zresztą  ważne. Henryk gadał jak najęty. 
A kiedy w marcu nawałnica zerwała czubek pięknego buka na wzgórzu, 
to Hilary pocieszał zrozpaczoną  Pat, to Hilary rozumiał jej ból. 
Henryk nie pojmował, czemu się tak przejmuje. śmiał się z niej jak 
z nierozsą dnego dziecka. 
- Uspokój się, Pat. Mało to drzew dookoła? 
- Kiedy ktoś umiera, na świecie pozostaje mnóstwo ludzi, ale to 
nie zmniejsza bólu osób, które tego człowieka kochały - 

background image

odpowiedział mu Hilary. 
Henryk roześmiał się. Każde zdanie Hilarego kwitował śmiechem. 
Mówił o Hilarym, że jest "zwariowanym specjalistą  od budowy zamków 
na księżycu" - ale nigdy w obecności Pat. W tym momencie Pat 
przyszło na myśl, że oczy Henryka są  trochę zbyt brunatne i zbyt 
błyszczą ce. Jakoś tego nigdy dotą d nie zauważyła. Dziwne. 
Jak to ładnie, że Hilary ją  rozumie. Kochany Hilary. Ogarnęła ją  
fala serdeczności. 
Tego wieczoru poszła z Henrykiem do kina, ale się trochę nudziła. 
I Henryk był w stosunku do niej odrobinę zbyt zaborczy. Przyjechał 
saniami brata i zbyt troskliwie okrywał ją  baranicą . 
- Jeszcze mi ze starości nie odmówiły posłuszeństwa ręce - 
zauważyła Pat. 
- O, dziewczynka wysuwa pazurki - zaśmiał się Henryk. 
Niczego nie traktował poważnie. 
Kiedy wysadził ją  przed bramą , Pat spojrzała na Srebrny Gaj. A on 
na nią , i to wzrokiem pełnym wymówki. Uświadomiła sobie, że całą  
tę zimę przedkładała Henryka nad ukochany dom. Poczuła wyrzuty 
sumienia. 
- Czy nigdy nie pozwolisz mi się pocałować, Pat? - szepną ł Henryk. 
- Może kiedyś... kiedy dorośniesz... - i teraz z kolei Pat 
wybuchnęła śmiechem. 
Rozgniewany Henryk odjechał, ale Pat nie zakłóciło to snu, choć 
była to ich pierwsza sprzeczka. Henryk cały tydzień nie pokazał 
się w Srebrnym Gaju, Winnie i Sid bardzo jej tym dokuczali, Pat 
jednak nie martwiła się, choć podejrzewała ją  o to Judysia. 
- Chłopcy często się tak zachowują  - pocieszała ją . - Miewają  
dziwaczne pomysły. Wkrótce na pewno przybiegnie. 
- W to nie wą tpię - odparła wzruszają c ramionami Pat. - A póki co 
będę miała nareszcie czas się pouczyć. 

Iii 

Henryk znów zaczą ł przychodzić i wszystko było tak jak przedtem. 
Ale niezupełnie. Część uroku prysła. Pat miała o to żal do samej 
siebie... do Henryka... do całego świata. Potem Henryk zaczą ł 
pracować w sklepie pana Taylora w Srebrnych Mostach. Teoretycznie 
nie ma żadnego powodu, żeby subiekt ze sklepu bławatnego nie mógł 
być romantyczną  postacią . Niemniej był to straszny upadek, 
zwłaszcza że Henryk tyle opowiadał o swych lotniczych planach. Pat 
wydał się on nagle kimś obcym. 
Pan H. Jemuel Hynes obją ł posadę w sklepie pana Taylora ze 
Srebrnych Mostów - obwieściła miejscowa gazeta, notatkę tę 
podszepną ł prawdopodobnie ktoś niezbyt Hynesowi życzliwy. 
- Jemuel! A więc to oznacza owo J! Nie dziwię się, że robił z tego 
taką  tajemnicę! - zaśmiała się Pat, gdy Judysia pokazała jej 
gazetę. 
Tego wieczoru Judysia urabiają c ciasto rozmawiała jak zwykle sama 
ze sobą . Wszyscy wyszli poza Pat, która uczyła się w saloniku. 
- No, no, jeśli się już z niego wyśmiewa, to musiało jej przejść. 
Nie wiem, czemu ten chłopak miałby się wstydzić przyzwoitego 
biblijnego imienia! Ale to całe doświadczenie dobrze małej zrobi. 
Któregoś dnia byli na przyjęciu u Bietki i mogło się zdawać, że 
romans trwa. Henryk był tego wieczoru strasznie miły, gdyby nie 
ten garbaty nos, byłby piękny. świetnie tańczył, miał naprawdę 
cudowne włosy. Wracali do domu urzeczeni czarem zimowej nocy. 
Ostatecznie - jak to często powtarzała Judysia - nie można za dużo 
wymagać. Każdy chłopiec ma jakieś wady. 

background image

- Chodźmy szybciej... strasznie jest zimno - powiedziała 
niecierpliwie Pat. 
Gdyby to usłyszała Judysia, upewniłaby się, że koniec jest już 
blisko. 
Weszli w Alejkę Westchnień, doszli do furtki i Henryk próbował ją  
do siebie przytulić. Pat spojrzała na ogród, śnieg lśnił, ileż tu 
się kryło tajemnic. 
- Spójrz, Henryku - powiedziała i wyrecytowała ulubiony wiersz: 

To tu mój ogród śniegiem wybielony, 
Tutaj mój ogród mrozem uciszony 
Spoczywa... 

- Nie mówmy o pogodzie - przerwał Henryk. - Chcę, żebyś pomyślała 
o mnie! 
Pat poczuła się tak, jakby ktoś zgasił urzekają ce ją  światło. 
- Hilaremu spodobałby się ten wiersz! 
Nie zamierzała powiedzieć tego głośno, cóż, stało się. 
Henryk roześmiał się. Miał talent śmiania się w najbardziej 
nieodpowiednim momencie. 
- Ten mazgaj! 
Pat wpadła w pasję. 
- On nie jest mazgajem! - zawołała. - Ty śmiesz go nazywać 
mazgajem! - Ty z tymi twoimi lokami i krowimi oczyma, dodała w 
myśli. 
Henryk obją ł ją  mocniej. 
- Niech się dziewczynka nie złości. 
Pat cofnęła się o krok, wysuwają c z jego objęć. 
- Nie chcę cię więcej widzieć na oczy, Henryku Jemuelu Hynesie - 
oświadczyła. 
Henryk musiał to w końcu przyją ć do wiadomości. 
- Jesteś niestałą  wietrznicą  - oznajmił z goryczą  na pożegnanie. 
Pat nie zmartwiła się własną  niestałością , martwiła się jednak, że 
chyba na począ tku Henryk traktował ją  jako łatwą  zdobycz. Był z 
niego, jak to brzydko nazywała Maja Binnie, "podrywacz". I ona, 
Pat Gardiner ze Srebrnego Gaju, dała się na to nabrać. 
Judysia mówiła o niektórych dziewczynach, że są  "zbyt chętne". 
"Czyżbym była zbyt chętna?" - pomyślała z przykrością  Pat. 
Kiedy stało się jasne, że Pat przestała się podkochiwać w Henryku, 
bardzo z niej podkpiwano. Jedna Bietka okazała zrozumienie i 
pocieszała ją , Pat jednak czuła się dość niewyraźnie, póki nie 
omówiła tego z Judysią . 
- Judysiu, to było takie "emocjonują ce". Ale mi zupełnie przeszło. 
- No, no, kochanie, nigdy nie są dziłam, że z tej mą ki będzie 
chleb. Jesteś za młoda na poważne uczucie. To było tak, jakbyś 
wybrała się na wycieczkę. Nie chciałam mówić o nim nic złego, 
pókiś się nim interesowała, Pat, ale czy nie uważasz, że 
zachowywał się zbyt pewnie siebie? Ja tam wolę nieśmiałych, a nie 
takich, co za pierwszą  wizytą  spoufalają  się z każdą  krową . I tak 
nieelegancko stał, miał zawsze rozkraczone nogi. Czy zauważyłaś, 
jak ładnie stoi Szkrab? Niczym żołnierz. On w ogóle teraz zupełnie 
inaczej wyglą da, odką d chodzi do fryzjera i ma przyzwoite ubranie. 
Nie mówią c już o tych wymyślnych okularach. 
Dziwna rzecz, ale przyjemnie było znów zażywać spokojnego 
szczęścia bez nagłych wzlotów i upadków. 
- Wolę Sida i Hilarego od wszystkich wielbicieli na świecie, 
Judysiu. Nigdy już się nie zakocham. 
- Aż do następnego razu - mruknęła Judysia. 

background image

- Nie będzie następnego razu. 
- No, no, masz niby rację, zakochana dziewczyna nie ma lekko. 
Powiedz no, złotko, chcesz jeszcze nosić tę niebieską  sukienkę? 
Podarła się pod pachami, a mnie by ten kolor bardzo pasował. 
- Możesz ją  sobie wzią ć - zgodziła się obojętnie Pat. I bez 
zmrużenia oka spaliła list. Ale jeszcze po wielu latach, ilekroć 
zobaczyła owinięty w bibułkę ołówek, uśmiechała się i wzdychała. 
Hilary przyniósł jej naręcze pierwiosnków i wybrali się do 
Sielanki. 
- Ale ten Szkrab musi dziś być szczęśliwy! - zaśmiała się pod 
nosem Judysia. 
"Przyjaźń jest bardziej zadowalają ca niż miłość" - pomyślała przed 
zaśnięciem Pat. 

Kwietniowe czary 

Pochmurnego deszczowego wieczoru w począ tkach kwietnia, kiedy 
świat próbował zmyć z twarzy brud zimy, nim na dobre powita 
wiosnę, Pat, gawędzą c w kuchni z Judysią , przysłuchiwała się 
muzyce wiatru. Matka była zmęczona i posłano ją  do łóżka. Ostatnio 
wszyscy mieszkańcy Srebrnego Gaju, choć nigdy o tym nie 
rozmawiali, starali się oszczędzać matce każdego wysiłku. 
W saloniku wyśpiewywała Przylepka... Przylepka ma taki śliczny 
głosik, pomyślała z miłością  Pat. Judysia rozczyniała ciasto, z 
jednej strony siedział Dżentelmen Tom, z drugiej Bezczelny 
Pyszałek. 
Frycek leżał zwinięty koło pieca i chrapał. Frycek postarzał się, 
choć wszyscy udawali, że tego nie zauważają . 
Nagle rozległy się przed domem czyjeś kroki. Pat pomyślała, że to 
pewnie wraca z obejścia Sid lub tato. Ale Frycek wiedział lepiej. 
Zerwał się i szczekają c jak oszalały, rzucił się do drzwi. 
- Co się temu psiakowi stało? - spytała Judysia. - Już od dawna 
nie zaprzą tał sobie łba obcymi... Tej nocy miałam dziwny sen... 
Wielkie nieba, ja chyba teraz śnię... 
Bo drzwi otworzyły się i staną ł w nich ogorzały młodzieniec... 
Frycek ze szczęścia umilkł, a Pat nie zważają c na to, że Józek 
jest przemoczony do suchej nitki, rzuciła mu się na szyję. Z 
podwórza nadbiegli ojciec i Sid... okazało się, że matka nie 
posłuchała dobrych rad i nie położyła się, i teraz wprost sfrunęła 
po schodach... Pyszałek nastroszył się i zaczą ł pluć, kto to 
widział przyjmować tak serdecznie kogoś zupełnie obcego! 
Wszystkich ogarnęło szaleństwo. Wrócił Józek. Bardzo się zmienił, 
ale wcią ż był ich kochanym Józkiem... ściskał matkę, siostry, 
Judysię, zaśmiewał się z wyczynów Pyszałka i droczył się z Judysią  
udają c zagniewanego, czemu białe kocięta na obrazku wcią ż nie 
urosły. 
Spędzili radosny wieczór. Frycek na krok nie odstępował Józka i 
nie dał się spędzić z jego łóżka; musiał spać u boku swego pana. 
Co dzień wysłuchiwano opowieści o odległych krajach, obcych 
obyczajach i wszyscy byli bardzo szczęśliwi. Judysia uważała, że 
Pat jest zbyt szczęśliwa, i kręciła głową . 
- Moja babka zawsze mówiła, że umieć kochać to dar bogów i trzeba 
za to płacić, oj, płacić. 
Niebawem Józek znów wyjechał. Tym razem wszyscy wiedzieli, że 
Józek nigdy już nie będzie czą stką  Srebrnego Gaju. Od czasu do 

background image

czasu, coraz rzadziej, wpadnie z wizytą . Ale jego żywiołem będzie 
morze. Pat z goryczą  zauważyła, że Józek już teraz stał się kimś 
obcym. Gdy wyjechał, nie wpłynęło to w najmniejszym stopniu na 
bieg życia w Srebrnym Gaju. 
- Judysiu, to okropne... Kiedy Józek pierwszy raz wyjechał, 
myślałam, że mi pęknie serce... Byłam pewna, że nie potrafię bez 
niego żyć. A teraz... Wcią ż tak samo go kocham i przez parę dni po 
jego wyjeździe było mi smutno... ale wkrótce zaczęło się wydawać, 
że on od zawsze jest poza domem... I gdyby nawet chciał wrócić, 
nie znalazłby już tutaj dla siebie miejsca... Judysiu, to 
strasznie smutne. 
- Takie już jest to życie, kochanie. Ludzie przychodzą  i odchodzą . 
Ale spójrz na ślepia biednego Frycka. On już jest za stary, żeby 
znieść jeszcze jedno rozstanie. 
Judysia miała rację. Następnego dnia znaleźli Frycka na łóżku 
Józka, leżał z łbem na jego poduszce. I już nie dało się go 
obudzić. Pat, Sid, Hilary, Bietka i Przylepka pochowali go w rogu 
cmentarzyka. Judysia nie sprzeciwiała się, choć nigdy nie 
pozwalała urzą dzać tam pogrzebu kotom. 
- Myślałam, Judysiu, że ty wolisz koty od psów - zauważyła 
Przylepka. 
- Ano wolę. Ale kot nie ma prawa do miejsca na cmentarzu 
- enigmatycznie odpowiedziała Judysia. 
Wieczorem Przylepka modliła się, żeby Frycek nie czuł się zbyt 
osamotniony. Pat wiedziała, że to mu nie grozi. Leżał wśród 
swoich. Czego więcej mógłby pragną ć stary pies? I kto wie, czy 
kiedy nocą  Zawadiacki Dick zacznie śpiewać, a Will płakać, Frycek 
też nie wstanie z grobu i nie zawtóruje im szczekaniem. 

Ii 

Pat i Bietka stały pod zieloną  furtką  na końcu prowadzą cej na 
wzgórze ścieżki i snuły plany. Miały tyle planów... Na wiosnę i na 
lato... na jesień, kiedy pojadą  do Akademii... na całe życie. Tego 
lata przez tydzień będą  mieszkać w namiocie... nie rozstaną  się 
podczas studiów... a za parę lat razem pojadą  do Europy. Od 
począ tku przyjaźni wyobrażały sobie rozmaite podróże, ale teraz 
mówiły o czymś, co ma naprawdę nastą pić. 
Spędziły razem w Długim Domu całe popołudnie. Pat pokochała Długi 
Dom niemal tak samo jak Srebrny Gaj. Był taki gościnny, wydawało 
się, że mówi: "Jak miło, że tu przyszłaś". Drzwi były otwarte, z 
okien wyglą dały pelargonie... na ganek prowadziły szerokie 
stopnie. 
W środku płoną ł na kominku ogień i nie czuło się chłodu wczesnej 
wiosny. Czytały wiersze, zachwycają c się doborem słów, potem 
omawiały drobne przykrości. Matka Bietki nie uznawała pidżam, 
Bietka musiała spać w nocnej koszuli. A miała ogromną  ochotę na 
żółtą  pidżamę, jaką  pokazała im Sara Robinson. Pidżamy były 
ostatnim krzykiem mody! Gadały i śmiały się, aż podskakują c ze 
śmiechu. Wreszcie Bietka odprowadziła Pat do furtki i już od 
godziny stały tu zagadane. Nigdy nie mogły się nagadać. W dodatku 
następnego dnia Pat miała pojechać z wizytą  do Wybrzeża Zatoki i 
dłuższy czas się nie zobaczą . Zgodziły się, że to rozstanie jest 
prawdziwą  tragedią . 
Był to pierwszy ciepły wieczór opóźniają cej się w tym roku wiosny. 
Morze za polami było srebrzystoszare, tylko horyzont odznaczał się 
złotą  linią . Gdzieś w oddali bił dzwon... może był to dzwon 
zaginionej Atlantydy... Stryj Tom palił gałęzie. Nie istnieje nic 

background image

bardziej fascynują cego niż płomienie ogniska rozpalonego po 
nadejściu nocy... I kiedy były razem, życie wydawało się takie 
upojne. 
- Może latem rozbijemy nasz namiot na Ukrytym Pólku? 
- zaproponowała Bietka. Sid opowiedział jej o istnieniu Ukrytego 
Pólka, a Pat się tym bardzo ucieszyła. Ze względu na umowę z Sidem 
nigdy o tym pólku nie wspominała i bardzo jej było przykro, że ma 
przed Bietką  tajemnicę. 
- Och tak! - zgodziła się z zachwytem. - Pomyśl tylko, wokół 
będzie las... brzozy wysrebrzone księżycem... musimy wybrać taki 
tydzień, kiedy będzie świecił księżyc... Bietko, możesz to sobie 
wyobrazić? 
Bietka mogła. Na jej zaróżowionej buzi pojawił się entuzjazm równy 
entuzjazmowi Pat. Na głowie miała szkarłatną  chusteczkę, bardzo 
jej w niej jest do twarzy, pomyślała Pat. Ale Bietce we wszystkim 
było do twarzy. Jej sukienki zdawały się ją  lubić. W 
najskromniejszej wyglą dała jak księżniczka. Była piękna, ale 
przede wszystkim tak niezwykle urocza. 
- Sid twierdzi, że umrzemy tam ze strachu - powiedziała Pat. - Ale 
to nieprawda! Nie będziemy się bały, nawet jeśli ten Zaczarowany 
Ludek, o którym opowiada Judysia, zejdzie ze wzgórz i zajrzy do 
namiotu. 
Nagle noc położyła im palce na ustach. Poczuły, że działają  czary. 
Rosną ce opodal świerki zdawały się czegoś nadsłuchiwać. W 
zaroślach zaszeleściło, tak jakby przedzierał się przez nie faun. 
Pat i Bietka objęły się instynktownie. Chętnie uklękłyby i 
ucałowały ziemię z radości, że ona istnieje. 
Czy to trwało chwilę czy całą  wieczność? Nie wiedziały. W kuchni 
Srebrnego Gaju zabłysło światło i Pat wróciła na ziemię. 
- Muszę lecieć. Sid ma mnie odwieźć do Wybrzeża Zatoki, jak tylko 
upora się z gospodarstwem. 
- Pozdrów ode mnie ciotki - poprosiła Bietka. 
- ¯ałuję, że nie możesz pojechać ze mną . Bez ciebie wszystko jest 
mniej zajmują ce - Pat ucałowała chłodny policzek Bietki. ¯ycie 
dotą d było dla nich tak dobrotliwe, że rozstanie nie było niczym 
gorszym niż "słodką  udręką ". 
Pat pobiegła ścieżką . Nie wiedziała, że rozstaje się z latami 
beztroski. 
- Judysiu, życie jest takie piękne, wiosna jest taka piękna... 
Judysiu, chce mi się tańczyć... 
- Tańczyć, powiadasz? - Judysia odchrzą knęła i usiadła. Czuła się 
bardzo zmęczona, a to oznaczało, że się starzeje. Judysia bała się 
tylko jednego. ¯e starość nie pozwoli jej dłużej pracować w 
Srebrnym Gaju, że stanie się bezużyteczna. - W moim wieku nie tany 
człowiekowi w głowie, kiedyś się o tym przekonasz... Ale teraz 
tańcz, tańcz, póki możesz... Tylko odpukaj w niemalowane drewno. 

Każdego zabierze śmierć 

Pat miała zostać w Wybrzeżu Zatoki dwa tygodnie. Nie martwiła się 
tym zbytnio. Nauczyła się postępować z ciotkami, a one uważały, że 
"zmieniła się na korzyść". Pewnie dała o sobie znać krew Selbych. 
Praprababka rok temu "przeniosła się do wieczności", ale poza tym 
w Wybrzeżu Zatoki nic się nie zmieniło. Bardzo podobało się to 
Pat. Uważała to za zwycięstwo nad czasem. 

background image

Tymczasem pod koniec pierwszego tygodnia przyjechał po nią  Długi 
Alek. Jego twarz... 
- Tatusiu, co się stało? Mamusia... 
- Nie, nie. Chora jest Bietka. Ma zapalenie płuc. 
Pat poczuła, że lodowaty palec dotyka jej serca. 
- Dlaczego od razu nie daliście mi znać? 
- Do dziś nie było niebezpieczeństwa. Ona chce cię zobaczyć. 
Powinniśmy zdą żyć. 
"Niebezpieczeństwo"? "Zdą żyć"?... Pat poczuła w głowie zamęt. 
Droga do domu była jak zły sen. Wszystko wydawało się 
nierzeczywiste. Nie, to nie mogło być prawdą . Takie rzeczy nie 
zdarzają  się. Nie dopuściłby do tego Pan Bóg. Na pewno się za 
chwilę przebudzi. 
Dojechali do Srebrnego Gaju. Stą d Pat miała pobiec ścieżką , tak 
będzie prędzej. Pat wysiadła z auta i chwyciła ją  w ramiona 
Judysia. 
- Judysiu, czy Bietka... - nie, nie wolno pytać. Nie śmiała 
spytać. 
- Odprowadzę cię, Pat. 
Powiedział to pobladły Hilary, ale powstrzymała go mą dra Judysia, 
szepczą c: 
- Nie, Szkrabie, niech idzie sama, będzie jej lżej... 
- Czy naprawdę nie ma już nadziei, Judysiu? - spytał zachrypniętym 
głosem Hilary. 
Judysia pokręciła przeczą co głową . 
Pat nie wiedziała, czy jest sama, czy nie, biegła na oślep Alejką  
Westchnień, potem polem, wreszcie prowadzą cą  na wzgórze ścieżką . 
Czuwają ca Sosna czuwała... nad czym? W dali dźwięczał dzwon. 
Tydzień temu słuchały go razem z Bietką  i snuły plany na lato. 
Przecież coś tak potwornego nie mogło się zdarzyć w cią gu jednego 
tygodnia, choroby trwają  całe lata... To niemą dre, że się tak 
boi... Na pewno za chwilę się przebudzi... 
W kuchni Długiego Domu siedziała Maja Binnie. "Ta zawsze wejdzie, 
gdzie jej nie proszą " - pomyślała niechętnie Pat. 
Bietka leżała w swym pokoju, tam gdzie zawsze sypiały z Pat, ileż 
było wtedy śmiechu i zwierzeń - bledziutka Bietka, która z trudem 
łapała oddech, ale wcią ż bił od niej ten sam czar. W pokoju 
znajdowali się także jej rodzice i pielęgniarka, ale Pat widziała 
tylko Bietkę. 
- Moja Pat... tak się cieszę, że przyjechałaś - szepnęła Bietka. 
- Kochana!... Jak ty się czujesz? 
- Lepiej, Pat... dużo lepiej... jestem tylko strasznie zmęczona. 
Oczywiście, że jest jej lepiej. Musiało jej się polepszyć... 
Ktoś podsuną ł Pat krzesło i usiadła tuż przy łóżku. Bietka 
wycią gnęła rękę; jaka ta ręka jest zimna i wychudzona, pomyślała 
Pat ściskają c ją  w dłoniach. Podeszła pielęgniarka z zastrzykiem. 
Bietka otworzyła oczy. 
- Niech to zrobi Pat, proszę... 
Pielęgniarka zawahała się. Do pokoju znów ktoś wszedł. Był to 
doktor Bentley. 
- Nie będziemy już jej męczyć zastrzykami - powiedział. - 
Przestała na nie reagować. Pozwolimy jej... odpoczą ć... Pat 
usłyszała przeraźliwy szloch pani Wilcox, pan Wilcox wyprowadził 
ją  z pokoju. Za nimi wyszedł lekarz. Pielęgniarka przysłoniła 
lampę. Pat siedziała bez ruchu. Nie wolno jej mówić, nie wolno 
żadnym słowem zakłócić odpoczynku Bietki... Od czasu do czasu 
czuła lekki uścisk palców przyjaciółki. I wtedy odwzajemniała jej 
czułym uściskiem. Za parę dni będą  się z tego śmiały... Latem 

background image

będzie to cudowny temat do żartów. 
- Tracę... oddech - szepnęła Bietka. 
Potem już się nie odzywała. O wschodzie słońca zmieniła jej się 
twarz. Zmiana była niewielka... i straszna. 
- Bietko! - zawołała błagalnie Pat. Zawsze dotą d Bietka 
odpowiadała na każde wezwanie. Teraz nie podniosła powiek. Ale 
uśmiechała się. 
- Już po wszystkim - powiedziała cicho pielęgniarka. 
Pat usłyszała żałosny jęk... to matka Bietki... Podeszła do okna i 
wyjrzała. Wschód słońca... mgły w dolinie. Dym nad dachami 
Jaskółczego Gniazda i Srebrnego Gaju. 
Gdybyż można było cofną ć się w czasie. Rok temu nie zdarzały się 
takie straszne sny. 
W pokoju było przeraźliwie cicho. Dlaczego nikt się nie odzywa. 
Pielęgniarka porusza się na palcach. Dlaczego? Nic przecież nie 
zakłóci już snu Bietki. 

Ii 

Dom... matka obejmuje ją  z współczuciem... Winnie patrzy na nią  z 
czułością ... Judysia niepokoi się. 
- Kochanie, zjedz coś. Musisz być silna. Złotko, nie rozpaczaj 
tak. Umarła we śnie, uśmiechają c się... wyruszyła w szczęśliwą  
podróż. 
Pat nie rozpaczała. Wcią ż jeszcze nie mogła uwierzyć w tę śmierć. 
Rodzina martwiła się jej spokojem. Ale Judysia rozumiała. 
- Ona w to jeszcze nie wierzy. 
Dnie wcią ż wydawały się snem. Nastą pił pogrzeb. Pat spokojnie 
poszła ścieżką  do Długiego Domu. Nie zdziwiłaby się, gdyby na jej 
spotkanie wybiegła Bietka. Spojrzała w górę, w tym okienku 
pojawiała się zawsze roześmiana twarzyczka Bietki. 
W Długim Domu było mnóstwo ludzi. Maja Binnie płakała... Ta sama 
Maja, która zawsze nie cierpiała Bietki. Usiłowała ją  pocieszyć 
matka. Jakie to śmieszne. Bietka by się ubawiła. 
Ale Bietka leżała z uśmiechem na bladej woskowej twarzy, trzymała 
w rękach pęk bazi przyniesiony przez Hilarego z Sielanki. Szkoła 
niedzielna przysłała krzyż z napisem Witaj w Domu. Z tego też 
można by się pośmiać, tyle że Pat wiedziała, iż nigdy już się nie 
roześmieje. W domu! Dom Bietki był tutaj, ona nie odeszła "do 
Domu", wyruszyła w długą  samotną  podróż. 
Kiedy zamykano trumnę, Maja Binnie dostała ataku histerii. Wielu 
obecnych uznało Pat za osobę nieczułą . Tylko najbardziej 
przenikliwi wiedzieli, że malują cy się na jej twarzy bunt jest 
czymś więcej niż łzy. 
Gdybyż tylko mogła uciec i być sama. ¯eby nikt na nią  nie patrzył. 
Ale zły sen trwał i musiała pojechać na cmentarz. Zabrał ją  stryj 
Tom, gdyż Hilary i Sid mieli nieść trumnę i wzięli auto 
Gardinerów. Oto cmentarzyk na wzgórzu; tyle razy patrzyły, jak nad 
nim zachodzi słońce. Chłopcy, z którymi Bietka zwykła się bawić, 
nieśli ją  teraz ścieżką  wysłaną  zeszłorocznymi, butwieją cymi 
liśćmi. Pat nawet nie drgnęła, gdy rozległ się stukot padają cych 
na trumnę grudek ziemi, najstraszliwszy dźwięk na świecie. 
- Nie płacz, ona jest teraz w Lepszym świecie - powiedziała do 
rozszlochanej Mai stoją ca za Pat pani Binnie. 
- Czy uważa pani, że gdzieś może być lepiej niż w Długim Domu i w 
Srebrnym Gaju? Ja nie... I Bietka także nie... 
- Co to za okropne dziewczynisko! - opowiadała potem pani Binnie. 
- Mówiła jak prawdziwa poganka. 

background image

Wieczorem tego dnia Pat przebudziła się ze snu. Zaszło słońce. 
Zrobiło się ciemno, przybliżyły się wzgórza i drzewa. A w okienku 
Bietki nie zabłysło światło. 
Pat nie wierzyła dotą d, że ktoś, kogo kocha, może umrzeć. 
Otrzymała gorzką  lekcję. 
- Zostaw mnie dziś samą , Winnie - poprosiła i pełna współczucia 
Winnie poszła do pokoju Poety. 
Pat rozebrała się i drżą c położyła się do łóżka. Wicher za oknem 
przestał być przyjacielem... zaczą ł wrogo wyć... Czuła się tak 
strasznie samotna. Tę samotność trudno było znieść. Gdybyż tylko 
mogła zasną ć... Ale przecież i tak obudzi się, i wszystko sobie 
przypomni... 
Bietka nie żyje. Pat ukryła twarz w poduszce i nareszcie się 
rozpłakała. 
- Kochanie... kochanie... nie rozpaczaj tak... 
Wśliznęła się do pokoju Judysia, dobra, poczciwa Judysia. Uklękła 
obok łóżka i objęła umęczoną  dziewczynkę. 
- Judysiu, nie wiedziałam, że można aż tak cierpieć... Ja tego nie 
zniosę... 
- Tak, kochanie, zawsze się nam tak na począ tku zdaje... 
- Nigdy nie przebaczę Panu Bogu, że mi ją  zabrał - szlochała Pat. 
- Dziecko, kto to widział! Nie mówi się takich rzeczy! - 
napomniała ją  zgorszona Judysia. - Ale Pan Bóg ci wybaczy. 

Gdzie się podział urok świata 

Kiedy od śmierci Bietki upłyną ł tydzień, Pat zdawało się, że 
minęły lata, tak dłużyły się wypełnione bólem dni. 
Wszystko skończyło się. A życie musi się toczyć dalej. I to było 
najgorsze. Jak tu żyć, kiedy prysł urok świata. 
- Gdybym tylko mogła o niej zapomnieć, Judysiu... gdybym mogła 
zapomnieć. Każde wspomnienie tak strasznie boli! - zawołała na 
wpół przytomna Pat. - Opowiadałaś o pucharze zapomnienia... 
Chciałabym się z niego napić... 
- Jakby przyszło co do czego, tobyś się nie napiła, złotko. 
Chciałabyś naprawdę zapomnieć, jak ją  kochałaś, jaka z nią  byłaś 
szczęśliwa? Chciałabyś tego? 
Nie, nie chciała. To były piękne wspomnienia. Ale ciężko było z 
nimi żyć. 
- Jak miałaś cztery latka, Pat, to któregoś dnia rano zobaczyłaś 
na dworze ciemne chmury. Strasznie się przeraziłaś. Pobiegłaś do 
matki wołają c: "Mamusiu, mamusiu, gdzie się podziało niebieskie 
niebo". I nie chciałaś nam wierzyć, że znów się pojawi. A już 
następnego ranka uśmiechnęło się do ciebie. 
Ale Pat wcią ż nie wierzyła, że zobaczy znów błękit nieba... nie 
wierzyła, że nadejdzie dzień, kiedy znów poczuje się szczęśliwa. 
Zresztą  byłoby to okropne... byłoby nielojalnością  wobec Bietki, 
nielojalnością  wobec miłości. W dniu kiedy po raz pierwszy zjadła 
coś z apetytem, gardziła samą  sobą . 
Jedyną  pociechą  był Srebrny Gaj. Miłość do niego zapewniła jej 
grunt pod nogami, dawała siłę. 
Nadeszło lato. Kapryfolium wyglą dało zza parkanu cmentarzyka. 
Pomyśleć, że Bietka nie czuje jego zapachu... nie widzi wieczornej 
gwiazdy ani białych róż w poświacie księżyca... ścieżka na wzgórze 
zarosła trawą . Nikt już tędy nie chodził. Wilcoxowie sprzedali 

background image

Długi Dom i przenieśli się do miasta... W oknach domu świeciło się 
światło - ale nie w pokoiku Bietki. Najtrudniejsze były niedziele. 
Dotą d wszystkie popołudnia i wieczory niedzielne spędzała z 
Bietką . Sid nie chciał rozmawiać o Bietce... jej śmierć dla niego 
także była ciosem, ale, jak to chłopiec, starał się ukryć swoje 
uczucia. Mogła mówić o Bietce tylko z Hilarym. 
"Bez Hilarego nie przeżyłabym tego lata" - pomyślała Pat. 
Niemniej życie odzyskiwało swoje prawa. Znów zaczynało do niej 
przemawiać piękno świata. I nienawidziła za to samą  siebie, jak 
może sprawiać jej przyjemność coś, czego nigdy już nie będzie 
oglą dać Bietka. 
- Judysiu, dziś na Ukrytym Pólku było mi przyjemnie... I zaraz 
zrobiło mi się wstyd. Na chwilę zapomniałam o Bietce... A kiedy 
przypomniałam sobie, było mi tak przykro, że mogłam o niej 
zapomnieć... A Ukryte Pólko zmieniło się... było jeszcze 
piękniejsze, ale wydawało się inne. 
Judysia przypomniała sobie wiersz z odległych szkolnych czasów, 
wcią ż wzruszają cy, wiersz zapomnianego już dziś autora. 
- Bo od tamtego czasu miałaś do czynienia ze śmiercią  - szepnęła 
do siebie, ale głośno powiedziała: - Nie powinnaś się tym martwić, 
złotko. Bietka cieszyłaby się, że nie cierpisz... 
- Wiesz, Judysiu, z począ tku każda myśl o Bietce była torturą ... A 
teraz lubię o niej myśleć. Dziś, kiedy wzeszedł księżyc, 
pomyślałam: 
"Na pewno Bietka czeka na mnie pod Czuwają cą  Sosną ..." I przez 
chwilę starałam się sobie to wyobrazić, i czułam ciepło w sercu... 
Ale nigdy nie będę już miała przyjaciółki, Judysiu. Nie chcę mieć. 
Potem się zanadto cierpi. 
- Za wcześnie się o tym dowiedziałaś, złotko, ale wszyscy prędzej 
czy później przekonują  się o tym na własnej skórze. A jeśli chodzi 
o inną  przyjaciółkę... takie rzeczy są  zapisane w niebie... Kiedyś 
mówiłam ci, Pat, że powinnaś mieć przyjaciółkę, ale tak naprawdę 
to przyjaciół się nie wybiera. Przyjaciele pojawiają  się sami... 
albo się nie pojawiają ... 
Minęło lato. I wspomnienie przestało boleć. Oto zakwitł po raz 
pierwszy biały floks, którego sadzonkę dostała od Bietki. 
Zapłonęły złote dalie na tle ciemnego żywopłotu świerków. Znów 
podziwiało się przepych lasów. Tak, Bietka odeszła... W róż 
koronie odeszła w ciemność... Opuścił ich Józek... Ale Wzgórze 
Mgieł we wrześniowe poranki wcią ż było ametystowe i tajemnicze... 
Ukryte Pólko zachwycało... Srebrny Gaj był tym samym, pięknym i 
kochanym Srebrnym Gajem. W kuchni Judysi znów zaczą ł rozbrzmiewać 
śmiech Pat... Znów żartowała ze stryjem Tomem... znów długie 
godziny spędzała z Hilarym w Sielance gadają c o tym, jak będzie na 
studiach. Znów czuła urok świata. 

Jednakże w cieniach zmierzchu 
I ciepłym szarym deszczu 
Czai się, choć jej nie pamiętasz, 
Bolesna przeszłość. 

Nie, ona pamięta. Zawsze będzie pamiętała. Spędziła z Bietką  
dziewięć cudownych lat i nic jej tego nie odbierze. Judysia jak 
zwykle miała rację. Nikt, choćby mógł, nie wychyliłby pucharu 
zapomnienia. 

Wygnanie 

background image

Kiedy w sierpniu opublikowano wyniki egzaminów, okazało się, że 
Hilary zdał świetnie, a Pat zupełnie dobrze. Zatem we wrześniu 
czekała ich Akademia i Pat nawet by się na to cieszyła, gdyby była 
pewna, że przeżyje rozstanie ze Srebrnym Gajem. Zawsze miała dużo 
sympatii dla żony Lota. Jak można było ukarać ją  za to, że 
obejrzała się na swój dom? Pocieszała się myślą  o obecności 
Hilarego, no i co tydzień będzie wracać na weekend. 
- Judysiu, trudno sobie wyobrazić tak miły dom jak Srebrny Gaj. I 
to z wielu względów. Nawet meble są  nie tylko meblami. Są  kimś. 
Ten stary fotel prapradziadka Nehemiasza... kiedy na nim siadam, 
po prostu mnie obejmuje... Czuję to. Wszystkie krzesła lubią , gdy 
się na nich siada... 
- No, ba! O każdą  rzecz w tym domu dbano przez wiele pokoleń, Pat. 
Jasne, że te meble są  nie tylko meblami... 
- Jestem pewnie beznadziejnie wiktoriańska, Judysiu, jak to zawsze 
powtarza mi Norma. To prawda, że niczego innego nie pragnę, tylko 
zostać na zawsze w Srebrnym Gaju i kochać go, i się o niego 
troszczyć. Jeśli w przyszłym roku dostanę dyplom i zacznę pracować 
w szkole, to moją  pensję za pierwszy kwartał wydam na pokrycie 
dachu tymi nowymi czerwonymi gontami. Pomyśl, Judysiu, jak to 
będzie ładnie wyglą dało zimą  na tle srebrnych brzóz. I musimy mieć 
nowy dywan w saloniku. Judysiu, błagam cię, nie zapomnij, że w 
październiku trzeba będzie rozsadzić ostróżki... 
Przyjemnie było szykować wyprawkę... choć cały czas musiała myśleć 
o tym, jak świetnie bawiłyby się z Bietką  omawiają c każdy 
szczegół. W tym roku nie było urodzaju, więc Pat musiała się 
zadowolić minimum niezbędnych rzeczy, ale stryj Tom sprawił jej 
śliczne palto z wielkim futrzanym kołnierzem, ciotka Barbara 
elegancki brą zowy kapelusik, a ciotki z Wybrzeża Zatoki wieczorową  
sukienkę. Judysia wyszydełkowała jej dwa przepiękne sweterki, a 
ciotka Edyta ofiarowałaby jedwabną  bieliznę, gdyby nie pojawiła 
się kwestia pidżam. Cały dom trzą sł się w posadach. Ciotka Edyta, 
która nawet kolorowe nocne koszule uważała za niemoralne, 
oznajmiła, że pidżamy to bezwstyd i obraza boska. Pat marzyła o 
pidżamach. Za pidżamami opowiedziała się nawet Judysia z bardzo 
prostego powodu: potępiała je ciotka Edyta. 
- A co się stanie, Patrycjo, jeżeli umrzesz we śnie i staniesz 
przed twoim Stwórcą  w takiej pidżamie? - spytała uroczyście ciotka 
Edyta. 
Wreszcie, jak zwykle, rozstrzygnęła sprawę matka - i Pat dostała 
pidżamę. 
Ostatniego dnia Pat poszła się pożegnać z Ukrytym Pólkiem i 
wracają c zatrzymała się dłuższą  chwilę na wierzchołku wzgórza... 
Tak, była już jesień. Starą  farmę oświetlał złocisty blask 
łagodnego wieczoru. Znała tu każdy zaką tek. Każde pole było z nią  
osobiście zaprzyjaźnione. Jeziorko połyskiwało tajemniczo. Okrą głe 
okienko w dachu mrugało do niej porozumiewawczo. Kiwały jej 
gałęziami drzewa. W ogrodzie zamieszkał gwiaździsty wszechświat. 
Kochany Srebrny Gaj! Nigdy aż tak nie czuła, że oto tutaj jest jej 
miejsce na ziemi. 

Jako że Srebrny Gaj owego roku cienko przą dł, Pat musiała 
zamieszkać w tanim pensjonacie, gdzie stale unosił się stęchły 
zapach kuchni. 
Kwadratowy nagi dom stał na pozbawionym drzew skrawku ziemi przy 

background image

ulicy, na której tylko w nocy przez parę godzin panowała cisza. 
Ale przynajmniej różnił się nieco od innych budynków. Pat czuła, 
że zamieszkanie w domu, który wyglą dałby identycznie jak wszystkie 
domy danej ulicy, byłoby ponad jej siły. I tuż obok był nieduży 
skwerek, na którym rosło kilka drzew. 
Kiedy wieczorem Pat znalazła się w swoim pokoiku, gdzie na 
podłodze leżał musztardowy dywan, a ściany były obrzydliwie 
brunatne, ogarnęła ją  fala osamotnienia. 
Podeszła do okna. W dole ulicy sapał pocią g. Gdybyż mogła do niego 
wsią ść i wrócić do domu! W dali nieznajome wzgórza ską pane były w 
chłodnym blasku księżyca. 
Zamknęła oczy i wyobraziła sobie Srebrny Gaj. Księżyc oświetla 
Ukryte Pólko. Na ścieżkach między brzozami hasają  króliki. Wiatr 
znad zatoki wzdycha w jodłach, szepczą  klony. Judysia siedzi w 
kuchni szydełkują c, na jej kolanach zwiną ł się w kłębek Bezczelny 
Pyszałek, a obok odpoczywa Dżentelmen Tom... Opodal przykucnęła 
pewnie Przylepka, tak jak dawniej ona, Pat. 
Tak strasznie zatęskniła. Rzuciła się na twarde łóżko i zaczęła 
płakać. 

Ii 

Pat udało się jakoś przetrwać dni najdotkliwszej tęsknoty. Uczyła 
się powoli, że wszystko da się jakoś przeżyć. Po pewnym czasie 
tęsknota do domu dawała o sobie znać tylko w deszczowe wieczory. 
Polubiła Akademię. Podobali jej się profesorowie poza jednym, 
który patrzył na wszystkich trochę z góry i uśmiechał się z 
rozbawieniem. I wyobrażała sobie, że tak samo spojrzałby na 
Srebrny Gaj. Nauka szła jej dość dobrze. Ale jedynym prawdziwym 
talentem Pat była umiejętność kochania, a to niezbyt pomagało we 
wkuwaniu greckich słówek. Za to pomogło w życiu towarzyskim. Pat 
była w Akademii bardzo popularna, choć koledzy uważali, że trzyma 
się od nich trochę z dala. Szybko została członkiem Klubu 
Sobotnich Satelitów i na Nowy Rok była już gwiazdą  Kółka 
Dramatycznego. Uważano, że jest "może nie tyle ładna, ile 
czarują ca". Trochę zbyt dumna, z daleka można ją  było poznać po 
wysoko uniesionej głowie. Trochę zbyt chłodna, z nikim się nie 
przyjaźniła. I dziwaczka - wolała wieczorem przesiadywać na 
skwerku niż iść do kina. 
Pat rzeczywiście lubiła siedzieć o zmierzchu na skwerku i patrzeć, 
jak zapalają  się światła w oknach domów. Większość tych domów 
niczym się nie odznaczała, ale kto wie, co działo się w środku. 
Czasem przychodził tu Hilary. Hilary był jedynym chłopcem, w 
którego towarzystwie mogła swobodnie milczeć. Miło im się razem 
milczało. 
Obecność Hilarego była czymś najbardziej naturalnym na świecie. 
Pat nie zastanawiała się nigdy nad jego wyglą dem, tyle że 
pilnowała, by nie nosił jakichś dziwacznych krawatów. Ale wiele 
dziewczą t z Akademii uważało, że Hilary jest bardzo interesują cym 
młodym człowiekiem i szkoda, że nie widzi świata poza Pat 
Gardiner, choć jej wcale na nim nie zależy. Hilary z zapałem 
oddawał się studiom i nie interesowało go życie towarzyskie, choć 
wyzbył się już swojej nieśmiałości i przestał być niezręczny. 
Jedyną  rozrywką , na którą  sobie pozwalał, której pragną ł, były 
cotygodniowe wyprawy z Pat do domu. 
Te weekendy były rozkoszne. Jechali pocią giem do Srebrnych Mostów 
i stamtą d szli pieszo do domu. Najpierw drogą . Wspinała się na 
zarosłe świerkami wzgórze, schodziła do zielonej doliny, następne 

background image

wzgórze, następna dolina, co chwila jakiś zakręt... 
- Nie cierpię prostych równych dróg - mawiała Pat. - Uwielbiam tę 
drogę... To moja droga. Och, wiem, że formalnie należy do 
hrabstwa, ale naprawdę - to do mnie. Kocham nawet tę ciemną  
kotlinkę, którą  Judysia nazwała Kotlinką  Samobójców. Przed laty 
opowiadała mi o niej cudowne historie, aż się włos jeżył na 
głowie. 
Potem schodzili z drogi i szli na przełaj. Bagniste uroczysko, 
Ukryte Pólko, a potem las, gdzie nie wiadomo ską d pełno było 
krętych ścieżek. Czasem pojawiał się nów księżyca, czasem panowała 
granatowa ciemność. Szmer strumyka... eolskie harfy świerków. 
Każda gwiazda wydawała się zaprzyjaźnionym są siadem. 
Gdybyż tylko mogła im towarzyszyć Bietka! Pat za każdym razem 
myślała o Bietce... o Bietce, której grób zasypany był jesiennymi 
liśćmi. 
Wreszcie pojawiał się Srebrny Gaj! Pojawiał się zawsze nagle, gdy 
wdrapali się na wierzchołek ostatniego wzgórza, i zawsze był 
równie piękny. Witał ich rozjarzonymi oknami... Dbała o to 
Judysia. Raz tylko zasiedziała się w oborze, a matka położyła się 
z bólem głowy. I w Srebrnym Gaju było ciemno. Ale Pat pomyślała, 
że może nawet woli go takim, wyglą dał jak siedzą ca na jajkach 
macierzyńska kwoka. 
Skrzypiała furtka i na Hilarego rzucał się najszczęśliwszy pies 
świata. W pią tek wieczorem McGinty nieodmiennie pojawiał się w 
Srebrnym Gaju, czekają c tam na Hilarego. W kuchni witała ich 
Judysia. Hilary zostawał na kolacji, Judysia zawsze podawała im 
najpierw grochówkę, żeby się trochę rozgrzali. A na McGinty'ego 
czekała kość. 
Wokół domu hulał wiatr... Judysia opowiadała wszystkie nowiny... 
nie było tygodnia, żeby nie zbroił czegoś Pyszałek... po podłodze 
turlały się trzy aksamitne kotki z wą satymi pyszczkami. Ciotka 
Edyta zawsze powtarzała, że w Srebrnym Gaju po prostu "zalęgły 
się" kociaki. Lecz Bezczelny Pyszałek po trochu przestawał być 
kotem i zamieniał się w członka rodziny. 
W poniedziałek rano Judysia wręczała im zawsze paczkę z 
wiktuałami. 
- Póki człowiek ma co włożyć na zą b, to mu nie grozi skapcanienie 
- mawiała. 
Pat zastanawiała się, jak udaje się żyć studentom, którzy tylko od 
wielkiego święta jeżdżą  do domu. Co prawda nie mieszkali oni w 
Srebrnym Gaju. 

Ofiara urojeń 

Pat spotkała go po raz pierwszy na balu Kółka Dramatycznego, 
którym uczczono udane przedstawienie Dam dworu. Pat była jedną  z 
wyżej wspomnianych Dam, wszyscy uznali, że jest świetna, choć 
reżyser narzekał, że w pewnych scenach okazuje za mało 
"namiętności". 
- Z moim nosem? - spytała sceptycznym tonem. I zamiast być 
namiętna, była figlarna i uszczypliwa, co spodobało się widzom. 
On podszedł do niej i oświadczył, że zatańczą . Nigdy nie prosił 
dziewczyny, by z nim zatańczyła lub pojechała na przejażdżkę... 
oznajmiał jej to jako coś oczywistego. Koleżanki z Akademii 
twierdziły, że jest to jego zwykłe "zagranie". I na ogół odnosiło 

background image

sukcesy, choć dziewczęta, których nie zauważał, kręciły nosem na 
te "jaskiniowe maniery". 
- Cały wieczór zastanawiałem się, kim jesteś? 
- Mogłeś się kogoś spytać. 
- Mogłem. Ale wolałem dowiedzieć się tego od ciebie. Zaraz 
pójdziemy na ganek zobaczyć, czy raczył już wstać księżyc i 
wszystkiego się o sobie dowiemy. 
Pat dowiedziała się, że on nazywa się Lester Conway, jest 
studentem trzeciego roku, ale teraz wrócił na Akademię po dłuższej 
przerwie, gdyż miał zapalenie płuc. I dowiedziała się, że mieszka 
w Letnim Brzegu. 
- Wiem, że myślisz to samo, co ja - oświadczył. - Jak to się 
stało, że całe życie mieszkaliśmy tylko o dziesięć mil od siebie, 
a dopiero dziś się spotkaliśmy. 
Jego ton dawał do zrozumienia, że zmarnowali wiele lat. Zresztą  
wszystko, co mówił, nabierało szczególnego znaczenia. I nachylał 
się nad człowiekiem tak, że odcinał go od reszty świata. 
- Udało mi się. Tak mnie ta zabawa znudziła, że miałem 
czmychną ć... i w tym momencie zobaczyłem ciebie. Schodziłaś po 
schodach i bałem się spuścić cię z oczu, byś mi nie zniknęła. 
- Czy mówisz to każdej dziewczynie w pół godziny po poznaniu? - 
spytała Pat mają c nadzieję, że jej głos zagłuszy walenie serca. 
- Nigdy nie powiedziałem tego żadnej dziewczynie i ty o tym wiesz. 
Ty także czekałaś na mnie, prawda? 
Pat zgodziła się z nim w duchu, ale miała dosyć rozsą dku, żeby 
tego nie wyznać. Zarumieniła się. Jej 
francusko-angielsko-szkocko-kwakierska krew zawrzała. Tak, to była 
miłość. Tym razem nie ugięły się pod nią  kolana. Za to ogarnęła ją  
głęboka pewność, że napotkała swe przeznaczenie... oto ktoś, za 
kim pójdzie na koniec świata. 
Oznajmił jej, że odwiezie ją  do domu, i odwiózł. Noc była nasycona 
księżycem. Oznajmił jej, że muszą  się wkrótce zobaczyć. 
- Miną ł ten cudowny dzień, ale jutro wstanie następny - powiedział 
zniżają c głos i ostatnie słowo wyszeptał donoszą c jej o tym 
zdumiewają cym fakcie. 
Pat uznała, że stała się bardzo zrównoważoną  osobą , gdyż owej nocy 
świetnie spała - oczywiście dopiero od chwili, gdy udało jej się 
usną ć. 
Wkrótce cała Akademia wiedziała, że Pat i Lester Conway mają  
"romans". Wszyscy zastanawiali się, jakich to czarów użyła, że się 
zakochał, co mu się dotychczas nigdy nie zdarzyło, choć igrał z 
uczuciami wielu dziewczą t. 
Lester był ciemny i mroczny... Pat wspominają c złote loki Henryka 
Jemuela nie zniosłaby jasnowłosego wielbiciela. Nie był 
szczególnie przystojny, ale Pat wyrosła już z wieku, kiedy szuka 
się gwiazd filmowych. Wyglą dał bardzo dystyngowanie... na jego 
twarzy pojawiał się często wzgardliwy grymas. Lester uważał, że w 
ten sposób wyglą da bardziej interesują co... niczym Lara *... (* 
Lara - bohater romantyczny, tytułowa postać poematu lorda George'a 
Byrona [1788-1824].) Było to psychologicznie trafne. Dziewczęta 
chciały go zobaczyć uśmiechniętym, zabiegały o jego uśmiech. 
Był przeraźliwie zdolny. Wszystko potrafił. Tańczył, jeździł na 
łyżwach, uprawiał sporty takie jak hokej, krykiet i tenis, 
śpiewał, grał na ukulele i rysował. Zrobił projekt ostatniej 
okładki Latarni. Rysunek był bardzo futurystyczny. 
A w lutowym numerze ukazał się nie podpisany wiersz Do leśnego 
fiołka, tytuł był wiktoriański, ale treść śmiała. Wszyscy 
zastanawiali się, kto ten wiersz napisał i kto jest leśnym 

background image

fiołkiem. 
Pat wiedziała. O jej stanie ducha świadczy najlepiej fakt, że nie 
uznała tego za komiczne. Normalnie wiedziałaby, iż do niej 
pasowałby już raczej nagietek. Mimo zadurzenia była trochę 
zdziwiona, że Lester pisze wiersze. Dotychczas podejrzewała go o 
brak zainteresowania poezją . Co prawda Leśny fiołek był napisany 
białym wierszem. Lester oświadczył jej, iż inne gatunki poezji są  
przestarzałe. Koniec z tyranią  rymu! Nie przyznałaby mu się nigdy, 
że kupiła w antykwariacie Poezję miłosną  i popodkreślała co drugą  
linijkę. W proch się obrócę, gdy serce zapomni podkreśliła dwa 
razy. 
Wcią ż się obawiała, że Lester uzna ją  za niemą drą . Któregoś 
wieczoru zaimponował jej wspominają c niedbale o teorii Einsteina - 
i spojrzał na nią  spod oka, by sprawdzić, czy jest wystarczają co 
olśniona. Pat o teorii Einsteina nie wiedziała nic. Nie przyszło 
jej jednak na myśl, że i on nie wie, i pół nocy rozpaczała nad 
swoją  ignorancją . Rano pobiegła do biblioteki i próbowała się 
czegoś dowiedzieć, ale tylko rozbolała ją  głowa i cały dzień czuła 
się potwornie nieszczęśliwa. Wieczorem wszakże przyszedł Lester i 
oznajmił jej, że wyglą da jak kwietniowa noc, gdy na niebie pojawia 
się nów księżyca. 
- Czy przyszło ci to teraz do głowy, czy wymyśliłeś to sobie 
wczoraj? - spytała, bo choć przestała być panią  swych uczuć, 
potrafiła zapanować nad językiem. 
Poczuła się jednak bardzo szczęśliwa i zapomniała o Einsteinie. 
Lester rzadko prawił komplementy, bardzo się je więc ceniło. Nie 
to co Henryk Hynes, który ilekroć otworzył usta, starał się komuś 
pochlebić. Henryk wydawał się jej teraz zupełnie nierealny. 
Pomyśleć, że wyobrażała sobie, iż go kocha. Cóż, dziecinne 
zadurzenie, cielęca miłość. On, biedny, nie zauważał nigdy urody 
świata. Któregoś rozświetlonego księżycem zimowego wieczoru 
pokazała mu Wzgórze Mgieł, a on powiedział, że wyglą da jak 
polukrowane ciasto. Biedny Henryk. 
I biedny Hilary! Znów poszedł w ką t! Nie spędzali już razem 
wieczorów na skwerku, nie chodzili na spacer. Rzadko nawet 
zdarzało mu się jeździć z nią  na weekend do domu. Najczęściej 
odwoził ją  Lester swoim małym czerwonym kabrioletem. Był jedynym 
studentem, który posiadał własne auto. Ale jego Judysia nie 
podejmowała w kuchni grochówką . A Pat modliła się tylko, żeby nie 
dostrzegł szczeliny w suficie jadalni. 

Ii 

Pat martwiła się trochę, że Judysia go wyraźnie nie docenia. Nigdy 
tego zresztą  nie powiedziała. Ale w ogóle o nim nie mówiła. I ten 
jej ton, gdy Pat oznajmiła jej, że nazywa się on Lester B. Conway, 
z tych Conwayów z Letniego Brzegu. 
- No, no, dobre nazwisko. A co oznacza to B? Może to znów 
tajemnica... Czyżby Bartłomiej? 
- Nie. Branchley - odparła krótko Pat. - Jego matka jest z domu 
Branchley. Z tych Branchleyów z Homeburn. 
- Znam, znam. Conwayowie i Branchleyowie. Jego matka przyjeżdżała 
tu, nim stary Conway się dorobił. Wtedy jeszcze nie puszyła się 
jak paw. Wiele razy wycierałam temu twojemu Lesterowi nos. Cóż, 
pewnie teraz to za wysokie progi na moje nogi - oświadczyła 
wyniośle Judysia. - Ale od przybytku głowa nie boli, mą drze się 
zakrzą tnęłaś. 
Judysia była doprawdy niemożliwa. Ośmieliła się dać do 

background image

zrozumienia, że ona, Patrycja Gardiner, wybrała Lestera Conwaya ze 
względu na jego fortunę! 
"Powinna mnie znać lepiej" - pomyślała oburzona Pat. 
Brakowało jej rozmów z Judysią . Gdybyż to żyła ukochana Bietka, 
Bietka by rozumiała. Można by omówić z nią  każdy problem. Bo Pat 
miała problemy. Lester oznajmił jej, że pobiorą  się, jak tylko on 
skończy studia. Nie ma sensu czekać. On zaraz wstą pi do firmy 
ojca. 
Było to po prostu śmieszne. Owszem, kiedyś... ale przez parę 
lat nie zamierza jeszcze myśleć o małżeństwie. Będzie uczyła w 
szkole i pomagała rodzinie... Pokryje dach, odmaluje cały Srebrny 
Gaj... w jadalni położy parkiet... frontowe drzwi otrzymają  
mosiężną  kołatkę... będzie opłacała lekcje muzyki Przylepki. 
Lester, kiedy usłyszał to na wielkanocnym balu Klubu Sobotnich 
Satelitów, tylko się zaśmiał. 
- Jesteś za śliczna, Pat, żeby się dłużej marnować na tej 
obskurnej starej farmie. 
Pat ogarnęło szaleństwo. Poczuła, że wszystko się w niej buntuje. 
- Lesterze Conway, będę ci wdzięczna, jeśli się więcej do mnie nie 
odezwiesz - oświadczyła, a każde słowo było kroplą  zimnej wody. 
- Co ja takiego powiedziałem? - zdziwił się szczerze Lester. 
I to pogorszyło jeszcze sytuację. On nawet nie wie, co powiedział! 
Pat odwróciła się na pięcie i pobiegła na górę. Chwyciła płaszcz, 
w sekundę była na schodach, wypadła na ulicę. Chłód powietrza nie 
ostudził jej gniewu. Patrycja Gardiner ze Srebrnego Gaju jeszcze 
nigdy nie była aż tak wściekła. 
Lester pojawił się następnego wieczoru jeszcze bardziej upozowany 
na Larę. Zachowywał się tak, jakby nic nie zaszło, uznał to za 
najlepszą  taktykę i oznajmił jej, że pójdą  razem na wielkanocne 
rozdanie świadectw. 
- Dziękuję, nie - odparła Pat. - I możesz przestać robić tę twoją  
groźną  minę, bo na mnie to już nie działa. Kiedy mówię komuś, że z 
nim skończyłam, to skończyłam. 
Jej ton kazał mu uwierzyć. 
- Prawdziwa chorą giewka na dachu! - wybuchną ł Lester. Zachował się 
tak samo jak Henryk. To aż nudne, jacy ci mężczyźni są  do siebie 
podobni. 
- Podobno urodziłam się w księżycową  noc - odpowiedziała chłodno 
Pat. - Więc nic dziwnego, że jestem zmienna. Nikomu nie pozwolę, 
żeby w mojej obecności znieważał Srebrny Gaj. I mam dosyć 
wysłuchiwania twoich rozkazów. 
Lester wpadł w szał. Judysia mogłaby jej niejedno opowiedzieć o 
porywczości Conwayów. 
- Widzę, że zwariowałaś! - oświadczył uszczypliwym tonem. - I 
wiedz, że zaczą łem z tobą  chodzić tylko po to, żeby zrobić na 
złość Hilaremu Gordonowi. 
Te słowa bardzo ucieszyły Pat. Poczuła się wyzwolona. Do tej 
chwili nienawidziła go, a nienawiść więzi człowieka tak samo jak 
miłość. A teraz po prostu przestał istnieć. 
- Słyszałam, jak Judysia mówiła o kimś, że jest ofiarą  własnych 
urojeń - szepnęła do siebie Pat, gdy odszedł, tym razem z naprawdę 
groźną  miną . - Cóż, byłam nią ! 

Iii 

Dopiero po jakimś czasie mogła omówić to wydarzenie z Judysią . 
Teraz Judysia okazała zrozumienie. 
- Tak, tak, złotko, wcale mi nie było w smak, że zadajesz się z 

background image

Conwayem, chociaż miał kieszenie pełne złota. Dżentelmen Tom nie 
lubił go... jak tylko go zobaczył, zaraz w jego ślepiach pojawiał 
się dziwny błysk. I te jego wielkopańskie maniery! Mężczyzna, jak 
się zaleca, to ma być pokorniejszy. Bo co będzie potem? 
- Nigdy mu nie wybaczę, że wyśmiewał się ze Srebrnego Gaju. 
- Wyśmiewał ze Srebrnego Gaju? No, no, szkoda, że nie widziałaś 
budy, w której wychował się jego ojciec, rura od pieca sterczała z 
dachu. Tak, tak, Conwayowie nie bardzo mieli co włożyć do garnka. 
Ze starego Conwaya był straszny złośnik. Raz mu się nie spodobał 
kolor halki żony. Kupiła zieloną , a on życzył sobie fioletów... 
Poszedł na strych tego swojego frymuśnego domu w Letnim Brzegu i 
wyrzucił ją  przez okno. Zaczepiła się o wierzchołek topoli i 
resztę lata powiewała na wietrze! Widok był nie z tej ziemi. 
Ludzie zaczęli tę halkę nazywać flagą  Conwayów. Conway nie mógł 
jej zdją ć, bo topola stała na posesji Neda Orleya, a on kłócił się 
z Nedem i Ned nie dopuszczał go do drzewa. Mówił, że jest lepszym 
Irlandczykiem niż Conway i bardzo mu dogadza ta zielona irlandzka 
flaga. 
- Lester nie ukrywał, że jego ojciec zawdzięcza wszystko samemu 
sobie. 
- Samemu sobie? Byłoby to piękne, gdyby było prawdziwe.! 
Zawdzięcza Najwyższemu i handlowi zbożem. Jedno muszę mu przyznać 
że nie oszczędzał na maśle jak jego brat Kuba Z tego to był 
prawdziwy sknera. Jak umierał, to kazał zgasić lampę, mówił, że mu 
wystarczy świeczka. Ludzie to są ! - stwierdziła Judysia. - Ale 
słyszę, że ten biedny Lester, teraz kiedy mu przeszła złość, 
okrutnie cierpi. Zwodziłaś go, Pat. Myślał, że go kochasz. 
- Przyznaję, Judysiu, że zachowałam się jak ostatnia idiotka. 
Kuracja była przykra. Nigdy się już nie zakocham... jeśli mi się 
to uda - dodała uczciwie. 
- No, no, złotko, a dlaczego by nie? - zaśmiała się Judysia. 
- Twoja ciocia Azalka zawsze powtarzała, że to takie miłe 
urozmaicenie życia. Tylko nie posuwaj się za daleko i nie łam 
chłopcom serc, nawet jeśli są  Conwayami. Zakochanie to nie żadna 
miłość. 
- Ską d ty to wiesz, Judysiu? Byłaś kiedyś zakochana? - spytała 
bezczelnie Pat. 
Judysia parsknęła śmiechem. 
- Człowiek patrzy i uczy się - wyjaśniła. 
- Ale po czym się poznaje, czy to zakochanie, czy miłość? 
- Potrzeba doświadczenia - przyznała Judysia. 
Pat spaliła Poezję miłosną , ale kiedy natrafiła na linijkę: pękła 
skorupa i woda wyciekła... - podkreśliła ją . Oto był prawdziwy 
obraz miłości. 
Na wielkanocne rozdanie świadectw poszła z Hilarym. 
- Biedny Szkrab! - zwierzyła się Judysia Dżentelmenowi Tomowi. - 
Już dwa razy przeszedł przez piekło. No, do trzech razy sztuka. 

"Wyobraźmy sobie, że..." 

- "Obejrzmy piękne domy, w których mieszkają  notable" - zacytował 
Hilary. - Innymi słowy, przejdźmy się Aleją  Abegweit. Chcę ci 
pokazać jeden z nowych domów. Sama będziesz wiedziała, który. 
Było sobotnie popołudnie, smagał kwietniowy wiatr. świat w takie 
dni bywa naprawdę przyjazny, pomyślała Pat. Miała na sobie pą sowy 

background image

płaszczyk i berecik i wiedziała, że jest jej w tym do twarzy, 
zauważył to na pewno Lester Conway, który z tą  swoją  wzgardliwą  
miną  przejechał koło nich autem. Niech sobie Lester robi dumne 
miny, dużo milszy był trochę kpią cy, a trochę zakłopotany uśmiech 
Hilarego. Hilary był opalony i wyglą dał jak pą czek w maśle. Niczym 
nie przypominał tego wynędzniałego obdartego chłopca, którego 
dawno temu spotkała w ciemnym lesie. Ale nie zmieniło się jego 
serce. Kochany Hilary. Wierny Hilary, na którym można było 
polegać. Taki przyjaciel lepszy był od tysią ca "kawalerów". 
Na ten weekend nie pojechali do domu, bo wieczorem miał się odbyć 
"zlot" Satelitów. Obecnie Pat nie cierpiała już zbytnio, zostają c 
na weekend w mieście. Choć wcią ż czuła, że omija ją  coś pięknego. 
Na przykład dziś w Sielance pojawiły się na pewno fiołki! A jej 
tam nie będzie... 
Aleja Abegweit była najpiękniejszą  ulicą  dzielnicy willowej, 
kończyła się już za miastem i u jej wylotu widać było zielone 
wzgórza. 
Pat z przykrością  musiała uznać, że na świecie oprócz Srebrnego 
Gaju istnieje parę ładnych domów. W Alei Abegweit stały 
najrozmaitsze budynki - od wiktoriańskich potworności z kopułami i 
wieżyczkami do najnowocześniejszych bungalowów. 
Pat i Hilary lubili tędy spacerować, rozmawiają c, kiedy mieli na 
to ochotę, milczą c, kiedy nie mieli nastroju do rozmowy, omawiają c 
mijane domy, planują c zmiany - tu dodaliby okno, tu by je zwęzili, 
tu należałoby podnieść dach, tam go obniżyć. 
- Niski dach nadaje domowi przyjazny wyglą d - zauważył Hilary. 
Niektóre domy zachwycały ich, inne odstręczały. 
- Chętnie bym tu wybiła szyby - zauważyła Pat, widzą c wyją tkowo 
niesympatyczny dom. 
Interesowały ich także drzwi. Czy te drzwi lubią  wpuszczać kogoś 
do środka, czy wolą , żeby się wychodziło? 
Potem zastanawiali się, który dom przyjęliby w upominku, gdyby 
musieli wybierać. 
- Ja chyba ten miły dom na rogu - oznajmiła Pat. - Ma strych. 
Muszę mieć strych... I wyglą da tak, jakby go kochano. Zauważyłam 
to już wówczas, gdy zobaczyłam go pierwszy raz. 
I czuję, że mógłby mnie polubić. A to śmieszne samotne okienko ma 
ochotę podzielić się ze mną  jakimś żartem. 
- Tym razem ja wybiorę jeden z najnowszych domów - oświadczył 
Hilary. - W gruncie rzeczy wolę nowy dom. Będę się mógł czuć jego 
panem. W starym byłbym niewolnikiem. 
Pat zaczęła się rozglą dać. Spodobało jej się kilka nowych domów. 
Wreszcie zobaczyła ten domek i od razu wiedziała. Był niewielki i 
stał na zboczu wzgórza. Okna pięterka spoglą dały na jego szczyt. 
Nawet kominy wyglą dały romantycznie. Nad domkiem nachylał się 
wspaniały rozłożysty klon. Był taki ogromny, że domek wydawał się 
przy nim zabawką , którą  drzewo podniosło dla rozrywki, a potem się 
do niego przywią zało. Obok domku znajdował się niewielki ogródek, 
na środku obłożony kamieniami staw, wokół którego rosły żonkile, a 
po bokach fiołki. 
- Och! - Pat zaczerpnęła powietrza. - Jak się cieszę, że go widzę! 
Tak, Hilary, weź ten dom. Jest stworzony dla ciebie. 
- Trzeba by jednak ścią ć to rosną ce przed nim drzewko - zauważył z 
namysłem Hilary. - Psuje linię domu. 
- Nie... Pilnuje go jak skarbu. Hilary, przecież nie ścią łbyś 
takiej ślicznej brzozy. 
- ścią łbym każde drzewo, które rośnie w nieodpowiednim miejscu - 
sprzeciwił się z uporem Hilary. 

background image

- Nie istnieje coś takiego jak nieodpowiednie miejsce dla drzewa - 
Pat także upierała się przy swoim. 
- No, może trochę poczekam - ustą pił Hilary. - Ale wiesz, co 
zrobię pierwszej ciemnej nocy? Wkradnę się do tego ogrodu obok, 
porwę tę żelazną  sarnę i utopię w morzu. 
- Chyba nie warto... Cały dom jest obrzydliwy. Nie zdemolujesz 
przecież portyku. Ten budynek robi wrażenie sanatorium. Trudno by 
sobie wyobrazić gorszą  ohydę. 
- Następny dom nie jest brzydki. Ale ma w sobie coś okrutnego. Nie 
podoba mi się. Domy nie powinny być podstępne. O, spójrz, ten dom 
chciałbym kupić i go wyreperować. Rozłazi się w szwach. Gonty 
odłażą , dach nad werandą  się zapadł. 
- No to chociaż się nie pyszni. Ten obok jest okropnie zadowolony 
z siebie. A co powiesz o tym? Podobno kosztował całą  fortunę, a 
jest ponury jak grobowiec rodzinny. 
- Gdyby założyć okiennice, zaraz by inaczej wyglą dał - zauważył 
Hilary. - Nie masz pojęcia, Pat, jak łatwo jednym szczegółem 
popsuć dom, a często wystarczy niewielka zmiana i zaraz nabiera 
urody. Ale w nim i tak nie byłoby miejsca na marzenia ani na 
duchy... W każdym z moich domów będą  one mogły zamieszkać... 
- Patrz, Hilary, tu stoi nie ukończony budynek... aż przykro 
spojrzeć. Dlaczego go nie wykończono? 
- Dowiedziałem się. Ktoś budował go dla żony, a ona umarła. I nie 
miał już do niego serca. 
Trochę dalej była tylko dziura w ziemi i ktoś zakładał tam rury. 
Ciekawe, kto czeka na ten mają cy powstać dom. Może szczęśliwa 
narzeczona? Albo zmęczona życiem staruszka, która chciała przed 
śmiercią  zamieszkać w domu, jaki sobie wymarzyła? 
Stoją cy obok dom wyglą dał tak, jakby go należało obudzić. A z 
następnego wyszedł doktor Ames. Miał strapioną  minę. Pewnie tam 
ktoś umierał. Nie wyglą dałby tak, gdyby dopomógł przyjść na świat 
dziecku... 
- Chciałbym obejrzeć wszystkie budowle świata... albo przynajmniej 
te, które są  piękne - zauważył Hilary. - Mam dla ciebie nowy 
projekt domu. 
Coraz to rysował dla niej nowy dom, ale teraz już nie pokazywał go 
jej ani nie opowiadał, jak on będzie wyglą dał. Miała to być 
niespodzianka. 
Wracali milczą c. Hilary marzył. Wszyscy mężczyźni marzą . On marzył 
o budowaniu pięknych domów, w których zamieszka miłość... domów, 
które osłonią  ludzi przed ostrymi wiatrami, palą cym słońcem i 
samotnością  ciemnych nocy. Cudownie będzie stworzyć dom, stworzyć 
coś pięknego, co przetrwa wiele pokoleń, pięknego i użytecznego. I 
kiedyś zbuduje dom dla Pat, a ona w nim zamieszka. 
Pat znów pomyślała, jak miło jest przechadzać się z Hilarym. W 
towarzystwie Henryka i Lestera czuła, że musi być dowcipna i 
błyskotliwa, by nie uważali jej za nudną . Przy Hilarym dawało się 
odpoczą ć. I nigdy nie mówił nic, co by ją  mogło zakłopotać. Co 
prawda czasem patrzył. Ale nie można mieć komuś za złe spojrzeń. 

Cień i światło 

Patrycja chodziła zatroskana. 
- Judysiu, widzę przed sobą  tylko czarną  otchłań następnego 
tygodnia. Ten dyplomowy egzamin! Judysiu, co będzie, jeśli nie 

background image

zdam? 
- No, no, złotko, na pewno zdasz. Cały rok uczyłaś się jak głupia, 
no może poza tymi paroma tygodniami, kiedy rzą dził tobą  ten 
pyszałek Lester. Nie zamartwiaj się. Idź na spacer do brzeziny i 
ciesz się, że wiosna nigdy nie zapomina pojawić się na ziemi. A 
potem może byś usmażyła dla Sida jego ulubione naleśniki? Nikt ich 
tak dobrze nie robi. 
- Judysiu, ty pochlebnico. Wiesz przecież, że to ty jesteś 
niezrównaną  mistrzynią ! 
- No, no, ciasto, Pat, robisz lepiej. Masz lżejszą  rękę. Ten 
placek, który upiekłaś podczas zeszłego weekendu, wyglą dał tak jak 
w ilustrowanych pismach, które czyta Winnie. 
"Może to ją  rozerwie" - miała nadzieję Judysia. Ale nie rozerwało. 
- Nie mogę przestać o tym myśleć, Judysiu. To by było okropne, 
gdybym nie zdała! Pomyśl, jak by się zmartwiła mama. Przecież nie 
wolno jej się martwić. 
Nikt o tym nie mówił, ale wszyscy mieszkańcy Srebrnego Gaju 
spoglą dali z niepokojem na matkę. Matka na nic się nie skarżyła, 
ale całą  zimę brała gorzkie pigułki na serce i po południu 
"odpoczywała". 
W Srebrnym Gaju pojawił się cień, wkradł się tak podstępnie, że 
wcią ż jeszcze nie w pełni uświadomili sobie jego obecność. Ojciec 
zszarzał na twarzy i miał zatroskaną  minę. ¯adne z dzieci nie 
wiedziało, że lekarz namawia matkę na operację. Judysia po raz 
pierwszy i ostatni zgodziła się z ciotką  Edytą . 
- Potną  ją  tylko dla tych swoich eksperymentów - oświadczyła 
ciotka Edyta. - Już ja ich znam. 
- No właśnie. Ja to bym im nie dała - zawtórowała jej Judysia. 
Matka też nie chciała słyszeć o operacji. Uważała, że ich na to 
nie stać, tego jednak nie powiedziała Długiemu Alkowi. Mówiła, że 
się boi. Długi Alek zdziwił się. Nigdy dotą d nie zauważył, żeby 
jego żona się czegokolwiek bała. Ale też nigdy dotą d nie okazywała 
słabości, a teraz najchętniej leżała i pozwalała, by pracowali za 
nią  inni. Matka co prawda nigdy nie okazywała pośpiechu, mogłoby 
się zdawać, że leniwie kroczy przez życie - Judysia twierdziła, że 
porusza się jak myszka - ale niepostrzeżenie udawało jej się 
odwalić kawał roboty. 
Egzaminy minęły i Pat wydawało się, że wyszła z nich obronną  ręką . 
Akademię opuściła z pewnym żalem, za to bez żalu rozstała się z 
ulicą  Lipową . 
Oto jest znowu w domu, w najdroższym Srebrnym Gaju i już nigdy się 
z nim nie rozstanie. Obiecano jej, że obejmie miejscową  szkołę i 
Pat w wyobraźni wydała już całoroczną  pensję na restaurowanie 
domu. Więcej niż całoroczną !... tyle rzeczy chciała tu ulepszyć. 
Tak bardzo kochała farmę. 
W Biblii był jeden werset, którego nie rozumiała. Zapomnisz o 
twojej rodzinie i domu ojca twego. Jak człowiek mógłby o tym 
zapomnieć. 
Wieczorami chodziła nad Jordan albo na wzgórze, albo błą kała się 
wśród zaczarowanych brzóz i znów pokochała życie. Wiatr... łagodny 
zmierzch... rozgwieżdżona noc... błękitna mgła na nadmorskich 
polach... odświeżona wiosennym deszczykiem zieleń... Wszystko to 
zachwycało ją  i nakazywało myśleć o Bietce, choć wcią ż jeszcze 
drżał jej głos, gdy wymawiała to imię. 

Gdzie była Bietka? 
Ką pie się w niebiańskich potokach 
Czy wśród aniołów tańczy? 

background image

- Czasem się zastanawiam, czy Bietka nie tęskni w niebie do 
wiosny? - Pat wskazała na biały bez koło płota. - I na pewno brak 
jej zachodów słońca. Dziś jest taki wieczór, jaki lubiła. Judysiu, 
jeszcze rok temu była tutaj! Zimą , na Akademii, było mi lżej, tam 
nie aż tak bardzo doskwierała mi jej nieobecność... A tu wszystko 
mi ją  przypomina. Dziś, kiedy zapachniał biały bez, poczułam jej 
obecność. Jakby wstała z martwych i ukryła się gdzieś za płotem. 
Tak strasznie do niej zatęskniłam. 
- Pat! - gdzieś w okolicach jej łokcia zabrzmiał poważny głosik 
Przylepki. - Jak są dzisz, czy ja mam to coś? 
Właśnie tego dnia Judysia zwierzyła się ze swych obaw Pat. 
- Oj, z Przylepką  będziemy mieć kłopoty... Znaczy za parę lat, ale 
ona rośnie w oczach... Twój stryjek Tom też to zauważył. Wczoraj 
powiada do mnie "Oj, da się wam ona we znaki". Ta mała gotowa 
przetańczyć całe życie. 
Pat nie potrafiła przyją ć do wiadomości, że Przylepka jest już 
dużą  dziewczynką . Dopiero wczoraj była rozkosznym bobasem z 
tłustymi rą czkami i z dołeczkami w policzkach i kiedy się na nią  
patrzyło, miało się ochotę chwycić ją  w ramiona. 
Teraz skończyła już jedenaście lat, na czoło zwisał jej niesforny 
lok, nosek zaś był bardziej wydatny niż u innych jedenastolatek. A 
te jej oczy! Nic dziwnego, że była rozpieszczona! Kiedy robiła 
skruszoną , błagalną  minkę, nikt nie miał serca jej ukarać. Nie 
karze się maleńkiej świętej, której zdarzyło się zbłą dzić. Oczy 
Przylepki stale o coś prosiły i zwykle to dostawała. W 
przeciwieństwie do Pat miała mnóstwo przyjaciółek i w Srebrnym 
Gaju aż się od nich roiło. 
- Paplają  jak sroki - mówiła pobłażliwie Judysia. Była dumna, że 
Przylepka jest taka lubiana. Jeśli chodzi o chłopców... cóż, jeśli 
wymiętoszone cukierki; jabłka i mokre całusy o czymś świadczą , to 
Przylepka niewą tpliwie miała owo tajemnicze "coś". 
- Ja w twoim wieku, panno Rachelo - oświadczyła Pat tonem 
osiemdziesięcioletniej staruszki - nie myślałam jeszcze o takich 
rzeczach. 
- Ale ja jestem nowoczesnym dzieckiem - oznajmiła spokojnie 
Przylepka. - A Trysia Binnie powiada, że musi się mieć to "coś", bo 
inaczej nie patrzą  na ciebie chłopcy. 
Judysia potrzą snęła siwą  głową , jakby chciała powiedzieć: "Co z 
tych dzieci wyrośnie". Ale Przylepka nie ustępowała. 
- Powinnaś mnie poinformować, Pat - Przylepka przybrała poważny 
ton. - Chyba lepiej, żebym się dowiedziała od mojej własnej 
rodziny, a nie od Binnie'ych. 
- Mą dry dzieciuch - zauważyła Judysia. 
Pat zabrała Przylepkę na cmentarzyk, usiadły na grobie 
Zawadiackiego Dicka i tam udzieliła siostrze odpowiednich 
"informacji". Czuła że powinna zastą pić Przylepce matkę. Mamę 
należało oszczędzać. 

Ii 

Cień przybliżał się, a wreszcie nie było już przed nim ucieczki. 
Matka była chora... bardzo chora. 
Matce groziła śmierć. 
Nikt tego nie powiedział, ale wszyscy wiedzieli. Z wyją tkiem 
Judysi, która uparcie nie chciała tego przyją ć do wiadomości. 
Judysia nie traciła nadziei, nie ukazał jej się żaden znak. 
- Póki go nie zobaczę, to nie uwierzę - oświadczyła. 

background image

Pat także nie chciała wierzyć. 
- Mama nie umrze - powtarzała. - Nasza mama nie może umrzeć! 
Dotychczas obecność matki była czymś najnaturalniejszym w 
świecie... Nie zwracało się na nią  uwagi. Matka krzą tała się po 
domu, zawsze będzie się krzą tać. Było nie do pomyślenia, żeby się 
to kiedyś miało skończyć. 
W tych trudnych dniach Pat bardzo brakowało Hilarego. Hilary 
pojechał na Zachód pomóc swemu stryjowi budować dom. Był 
zachwycony. Trudno by znaleźć dla niego lepsze zajęcie. I tak 
zresztą  postanowił, że nim zacznie projektować domy, musi się 
nauczyć, jak się je buduje. 
"W zeszłym roku Bietka, teraz matka..." - myślała Pat. 
Nagle pojawiła się nadzieja. Sprowadzony kardiolog namawiał na 
operację. Operacja da szansę życia. Bez operacji matka 
nieuchronnie umrze. 
Judysia usłyszawszy o operacji, straciła nadzieję, znak nie znak. 
- ¯ebym to ja mogła umrzeć zamiast niej - mruczała do siebie. - 
Nie wiem, czemu to nie przyjdzie do głowy Najwyższemu! 
Dżentelmen Tom zamrugał ślepiami. 
- Nic tu nie poradzisz, ty moje kochane kocisko. Do Pat mogłeś nie 
dopuścić Złego. Ale jeśli panią  Aleksandrową  zabiorą  do szpitala, 
to nie będziesz mógł nad nią  czuwać. 
Pat siedziała w sypialni matki. Nowa, wydoroślała, poważna Pat. 
Ale pełna nadziei. Nie wolno tracić nadziei. 
Matka prosiła, by ją  podeprzeć poduszkami, żeby mogła patrzeć 
przez okno na kochane zielone pola. Na kołdrze leżały ręce. 
Dziwnie było patrzeć na przezroczyste, bezczynne dłonie matki. 
Następnego dnia miano ją  przewieźć do szpitala. Matka zachowywała 
się bardzo dzielnie, była spokojna. Tak jak zawsze. Nie podniecała 
się tak łatwo jak Gardinerowie. Cechował ją  wielki wewnętrzny 
spokój, który udzielał się otoczeniu. Jej oczy wcią ż patrzyły 
pytają co jak oczy małej dziewczynki, ale biła od niej 
macierzyńskość i kiedy się człowiek bał albo był zmęczony, marzył 
o tym, by złożyć głowę na jej piersi. 
- Zakwitła jabłoń... Cieszę się, że jeszcze raz mogłam ją  
zobaczyć... Dorastałam pod jabłoniami, Pat, tak samo jak ty... i 
twój ojciec. 
W głosie matki brzmiało echo szczęśliwych wspomnień. 
- Jeszcze wiele razy zobaczysz kwiat jabłoni, najukochańsza 
mamusiu. Wrócisz ze szpitala w świetnej formie... a ja już 
zamówiłam dla ciebie na powitanie przepiękny dzień. 
Matka uśmiechnęła się. 
- Nie tracę nadziei, Pat. Nie poddaję się. Ale chciałabym 
porozmawiać z tobą  o paru rzeczach... na wypadek, gdybym nie 
wróciła... Musimy spojrzeć prawdzie w oczy, kochanie... Winnie 
wyjdzie wkrótce za Franka, a ty, Pat, będziesz musiała zają ć moje 
miejsce. 
- Wiem... - Pat z trudem stłumiła wzruszenie. - I obiecuję ci, że 
nigdy, nigdy nie wyjdę za mą ż. Będę prowadziła dom tatusiowi i 
Sidowi, i Przylepce. I Sid będzie miał mnie, więc też się nigdy 
nie ożeni. 
Matka się znów uśmiechnęła. 
- Nie, kochanie, nie pragnę takiej obietnicy. Owszem, chcę, żebyś 
wyszła za mą ż. Chcę, żebyś była szczęśliwą  żoną , żebyś radowała 
się własnymi dziećmi. Tak jak kiedyś ja. Byłam tu taka szczęśliwa, 
Pat. Miałam dopiero dwadzieścia lat, gdy wyszłam za mą ż... Byłam 
rozpieszczonym dzieckiem... nie miałam pojęcia, jak prowadzić dom 
i gdyby nie Judysia... Judysia była wspaniała i wkrótce się 

background image

wszystkiego nauczyłam... Jeśli nie wrócę, to bą dź dobra dla 
Judysi... Choć po co ci to mówię, wiem, że ją  kochasz. Judysia 
była dla mnie nadzwyczajna. Z począ tku nie chciała mi pozwolić na 
zajęcia, które niszczą  ręce... Miałam ładne ręce, Pat. Ale z 
przyjemnością  zniszczyłam je pracują c dla Srebrnego Gaju. 
Wszystkie pokoje zaprzyjaźniły się ze mną ... Tak lubiłam budzić 
się nocą  i wiedzieć, że mój mą ż i dzieci śpią  spokojnie pod 
życzliwym dachem. To najpiękniejsza rzecz, jaka może się zdarzyć w 
życiu kobiety, Pat. 
Matka nie powiedziała tego wszystkiego jednym tchem... Co chwilę 
przerywała i odpoczywała łapią c oddech. Chwilami strach przebijał 
zbroję nadziei Pat. Kiedy ojciec przyszedł zają ć jej miejsce, 
zbiegła na dół do ciemnego ogrodu. 
Wszyscy już spali, nawet Judysia. Pat czuła, że nie może się 
położyć, że nie zaśnie. Noc była ciepła i życzliwa, objęła ją  po 
macierzyńsku. Białe irysy błyszczały w mroku jak nadzieja. ścieżką  
nadszedł Pyszałek i wlazł jej na kolana. Czasem nawet Bezczelny 
Pyszałek zachowywał się jak chrześcijanin. Wiedział, że trzeba jej 
pociechy, i starał się, jak potrafił. 
Pat siedziała na ławce, póki nad Wzgórzem Mgieł nie wstał świt i 
Pyszałek nie pobiegł polować na myszy. Oto poranek dnia, w którym 
matka wyjedzie. Czy wróci? 
- Czemuś ty, kochanie, tak wcześnie wstała? 
- Wcale się nie kładłam, Judysiu. Siedziałam w ogrodzie... 
modliłam się. 
- Tak, tak, tylko to nam zostało - szepnęła smutnie Judysia. 
Przylepce nie powiedziano najgorszego, ale usłyszała o tym w 
szkole i wieczorem Pat musiała ją  pocieszać. 
- Wiesz, co mówi Trysia Binnie? - szlochała Przylepka. -
Mówi, że mi zazdrości... że to strasznie ciekawe, kiedy w domu 
pojawia się śmierć. - Uklęknij i podziękuj Najwyższemu, że nie 
stworzył cię Binnie'ówną  - nakazała uroczyście Judysia. 
Trzeba było przeżyć ten dzień. Wieczorem ojciec zadzwonił z 
miasta, że operacja się udała i matka obudziła się z narkozy. Tej 
nocy mieszkańcy Srebrnego Gaju wreszcie zasnęli, ale dopiero po 
tygodniu uzyskali pewność, że matka będzie żyła. Ojciec wrócił do 
domu, jego zgaszone oczy znowu nabrały blasku. Tak, matka będzie 
żyła, będzie słaba, resztę życia będzie się musiała oszczędzać, 
ale nie umrze! 
- No, no, cały czas wam to mówiłam - zawołała triumfalnie Judysia, 
zapominają c, jak protestowała przeciwko operacji. 

Iii 

Matka miała wrócić do domu dopiero za sześć tygodni i przez ten 
czas Srebrnym Gajem zajmowały się Judysia z Pat, gdyż obie ciotki 
z Wybrzeża Zatoki zachorowały i Winnie pospieszyła na ratunek. Pat 
była w siódmym niebie. O ile to możliwe, jeszcze bardziej 
pokochała dom. Cienkie, ręcznie obrębiane obrusy... dywaniki 
Judysi... prześcieradła z monogramami... komoda pełna koców... 
haftowane serwetki... błękitne talerze... srebrny serwis do 
herbaty po babce Selby... stare lustra, w których przeglą dało się 
tyle miłych twarzy... Wszystko to nabrało dla niej nowego 
znaczenia. 
Każde okno było drogie sercu, bo przez każde widać było inny 
skrawek ulubionego świata. Ze swojego okienka widziała Wzgórze 
Mgieł... kochała okno pokoju Poety, bo stamtą d mogła dojrzeć 
Zatokę... okrą głe okienko wychodziło na srebrną  brzezinę... 

background image

Z okienka strychu można było zobaczyć wszystko, co na tym świecie 
warto oglą dać, Pat często chodziła tam tylko po to, żeby wyjrzeć. 
Ani ona, ani Judysia nie harowały bez przerwy. Co jakiś czas Pat 
mówiła: 
- Wiesz co, Judysiu, teraz przestaniemy sprzą tać i pójdziemy 
zobaczyć, jak się miewają  poziomki - albo paprocie, albo leśne 
dzwoneczki - i wyruszały na wyprawę. A o zmierzchu siadywały jak 
dawniej na kuchennych schodkach i Judysia opowiadała, a Pat 
zaśmiewała się do rozpuku. 
- No, no, złotko, ty wiesz, jak się powinno pracować... Co jakiś 
czas trzeba przerwać robotę i się pośmiać... Mało kto zna ten 
sekret. Twoje ciotki z Wybrzeża nigdy się nie śmieją  i dlatego tak 
często chorują . 
- Wuj Brian i ciocia Jessie przyjeżdżają  na weekend. Musimy nacią ć 
irysów i postawić je w pokoju Poety. Lubię szykować pokój dla 
gości. I musimy zrobić szarlotkę. To ulubiony deser wujka Briana. 
Pat zawsze pamiętała, co lubi każdy z gości. I jak twierdziła 
Judysia, była uroczą  kucharką . Uwielbiała gotować, czuła, że choć 
w tym podobna jest do wszystkich kobiet świata. Niemal każdy list, 
do matki, do Hilarego, do kolegów z Akademii zaczynała słowami: 
"Właśnie wstawiłam do piekarnika ciasto". W spiżarni zawsze były 
ciasteczka. 
Pat wcią ż znajdowała jakiś nowy przepis i kiedy Kółko Pań 
spotykało się w Srebrnym Gaju, na stole pojawiał się nie znany 
dotą d gatunek ciasta. Godzinami przeglą dała ilustrowane pisma; te 
wszystkie reklamowe zdjęcia... ciasteczka, owoce, warzywa... 
śliczne biało-czerwone rzodkiewki... fryzowana sałata... purpurowe 
buraczki... złociste szparagi z zieloniutkimi czubkami... Lubiła 
jeździć po zakupy do miasta. Niewiele kupowała, ale często 
oglą dają c coś miała uczucie, że staje się to jej własnością . 
Cały czas miała głębokie przeświadczenie, że robi to, do czego 
została stworzona. Rozkoszowała się tym uczuciem, gdy w Srebrnym 
Gaju panowała chwilami piękna cisza, wszyscy się w milczeniu 
krzą tali, a koty wylegiwały się na parapetach okien. 

Balsam dla serc 

- Ojciec teraz wolniej chodzi - zauważyła z westchnieniem Winnie, 
kiedy razem z Pat łuskały na schodkach groszek. 
Było duszne sierpniowe popołudnie, między nimi siedział Bezczelny 
Pyszałek. Od czasu do czasu drżały liście rosną cego koło drzwi 
młodego jesionu. Pat kochała ten jesion. Tak niepostrzeżenie 
urósł... Judysia stale groziła, że go zetnie... a tymczasem stał 
się prawdziwym drzewem. Wtedy postanowił go ścią ć ojciec, ale Pat 
udało się go ubłagać. 
- Za rok, dwa będzie tak ślicznie ocieniał schodki. I pomyśl, 
tatusiu, jak pięknie będzie się przez jego liście przesą czał blask 
księżyca... 
Ojciec wzruszył ramionami i ustą pił. Wszyscy wiedzieli, że Pat 
rozpacza nad każdym wyciętym drzewem. Więc po co ma to dziecko 
wypłakiwać sobie oczy? 
Na Polu Sadzawki Sid stawiał stodołę na owies. Mówiono, że Sid 
potrafi zbudować stodołę lepiej niż ktokolwiek na całej Wyspie. 
Pat patrzyła, jak ojciec idzie podwórzem zmierzają c w stronę Pola 
Sadzawki. Tak, szedł wolniej i bardzo się przygarbił. Ale wcią ż 

background image

nie chciała przyją ć tego do wiadomości. 
- Nic dziwnego. Przez tyle tygodni drżał o życie matki. I wcią ż 
jeszcze nie może się pogodzić z odejściem Józka. - Winnie znów 
westchnęła. Pat bacznie się jej przyjrzała. Od paru dni Winnie 
była jakaś dziwna i smutna. Pat przypomniała sobie nagle, że od 
jakiegoś czasu brak jej śmiechu Winnie. Chyba od ostatniej wizyty 
Franka Russella, a było to tydzień temu. 
Od począ tku roku mówiło się, że Winnie i Franek pobiorą  się na 
jesieni. Całą  zimę Judysia "jak oszalała" szydełkowała dywaniki. 
Pat daleka była od radości, niemniej pogodziła się z tą  myślą . 
- Co ci jest, Winnie? 
- Nic, nic - odparła niecierpliwie Winnie. - Nie bą dź niemą dra, 
Pat. 
- Przecież od tygodnia widzę, że się jakoś dziwnie zachowujesz... 
Czy pokłóciłaś się z Frankiem? 
- Nie - zaprzeczyła Winnie. Ale zbladła i w jej oczach pojawiły 
się łzy. Musi to komuś opowiedzieć, a przecież nie będzie zawracać 
głowy matce. Pat jest jeszcze za młoda, żeby ją  zrozumieć - Winnie 
wcią ż jeszcze traktowała Pat jak dziecko - ale przynajmniej ją  
wysłucha. 
- Franek się trochę rozgniewał, gdy powiedziałam mu, że tej 
jesieni nie będziemy mogli wzią ć ślubu... że kto wie, na jak długo 
musimy go odłożyć... 
- Dlaczego?... Winnie, myślałam, że wszystko jest już ustalone... 
- Bo było. Ale zanim mamusia zachorowała. Przecież wiesz, Pat, że 
teraz wszystko się zmieniło. Musimy spojrzeć prawdzie w oczy. 
Miejmy nadzieję, że mama zostanie z nami jeszcze wiele lat, ale 
nigdy nie wróci już całkiem do zdrowia. Ty będziesz uczyła w 
szkole, a Judysia jest już niemłoda. Nie poradzi sobie z domem i z 
gospodarstwem, nawet jeśli będziesz jej wieczorami pomagała. Ojca 
nie stać, żeby jeszcze kogoś zatrudnić, a nawet gdyby było stać, 
Judysi pękłoby serce. Więc muszę się chwilowo wyrzec myśli o 
małżeństwie. Oczywiście Frankowi się to nie spodobało, będzie 
jednak musiał się z tym pogodzić. A jeśli nie... cóż, niejedna 
dziewczyna chętnie za niego wyjdzie... 
Głos Winnie załamał się. Była to gorzka myśl. A Franek zachował 
się tak... niepoczytalnie. Russellowie nie lubili czekać. 
Wiedziała, że nie wytrzyma on wielu lat. A jeśli nawet... będą  
oboje znużeni, to już nie będzie to... Zofia Wright i Gordon Dodds 
czekali przez piętnaście lat na śmierć jej sparaliżowanego ojca i 
biedna Zofia podczas ślubu wcale nie wyglą dała na szczęśliwą  
oblubienicę. Była steraną  kobieciną , której już nawet nie bardzo 
zależało na wyjściu za mą ż. 
Niemniej Winnie nie zamierzała zmienić swej decyzji. Dziewczęta ze 
Srebrnego Gaju miały kręgosłup. Na pierwszym miejscu stawiały 
obowią zek, choć cały świat krzyczał, że to przestarzałe pojęcie i 
należy brać z życia, ile się da, nie zważają c na nic. 
W pierwszej chwili Pat uradowała się. Winnie nie wyjdzie za 
Franka. W Srebrnym Gaju nic się nie zmieni. Ona, Winnie i Sid 
zostaną  tu na zawsze, będą  się opiekować rodzicami, kochać Srebrny 
Gaj, kochać się nawzajem i nie będą  się przejmować zmianami 
zachodzą cymi w reszcie świata. 
Ale te oczy Winnie! Wyglą dały jak zdeptane fiołki! 
Pat nigdy nie była w stanie poją ć, jak Winnie mogła pokochać 
Franka. Franka - jeśliby się go nie nienawidziło za to, że kradnie 
siostrę, można by pewnie polubić, był miłym chłopcem, rumianym i 
zdrowym, z poczciwie patrzą cymi szarymi oczyma. Ale nie miał w 
sobie nic z romantycznego bohatera... trudno było zrozumieć, 

background image

dlaczego Winnie przeżywa to, co przeżywała, ilekroć słyszała jego 
kroki. 
Co ona w nim widzi? Wyobraźnia zawiodła Pat. 
Niemniej na widok jej oczu przestała się cieszyć. Nie, nie wolno, 
żeby Winnie tak cierpiała. I to zupełnie niepotrzebnie. Ona, Pat, 
już wszystko zaplanowała. 
- Winnie, gadasz głupstwa. Oczywiście, że jesienią  wyjdziesz za 
Franka! Nie będę uczyć w szkole. Postanowiłam to zaraz po powrocie 
mamy. Zostanę w domu i pomogę Judysi. 
- O nie, Pat. Nie po to cały rok ciężko pracowałaś, by zdobyć 
dyplom. Teraz musisz mieć szansę, żeby... 
Pat zaśmiała się. 
- No właśnie mam szansę robienia tego, na co mam naprawdę ochotę. 
Mam szansę zostać w Srebrnym Gaju, zajmować się Srebrnym Gajem. 
Wcale mnie nie cieszyła myśl uczenia w szkole. I kto wie, czybym 
potrafiła? I może za rok przeniesiono by mnie do innej szkoły i 
wtedy... No, ale teraz nie musimy już o tym mówić. Oczywiście, że 
gdybym mogła w ten sposób uzdrowić mamę, pojechałabym na koniec 
świata. Ale skoro jest to niemożliwe, to wielką  pociechą  jest 
myśl, że mogę zostać w domu. 
- Co na to powie tatuś? 
- Tatuś już wie. I wiesz co, Winnie, ucieszył się. Nawet mu nie 
przyszło na myśl, że możesz nie wyjść za mą ż, i sam nie wiedział, 
co robić. Bo nie chciał, bym się poczuła rozczarowana, że nie 
zostanę nauczycielką . Rozczarowana! - Pat znów parsknęła śmiechem. 
- Winnie, rodzice nie są  takimi egoistami, jak to wypisują  w 
powieściach. Nie chcą , żeby dzieci się dla nich poświęcały. Przede 
wszystkim pragną  ich szczęścia. 
- No, no, czasem się zdarzy jakiś cudak - Judysia wyniosła przed 
dom kołowrotek i uważała za stosowne wtrą cić się do rozmowy. - 
Wśród rodziców tak. Ale nie wśród Gardinerów. 
- Pat - niepewnym głosem poprosiła Winnie - może sama skończysz 
łuskać ten groch, a ja na chwilę skoczę na górę. 
Pat uśmiechnęła się. Winnie pobiegła napisać do Franka. 
- Judysiu, jesienią  będziemy mieć ślub - oznajmiła z westchnieniem 
Pat. Zabrzmiało to tak strasznie nieodwołalnie. 
- No i dobrze, złotko. Czemu nie? Umie gotować i umie szyć. I umie 
się bez wielu rzeczy obejść. I wie, kiedy się roześmiać, a kiedy 
nie. Tak, tak, możemy ją  już wydać za mą ż. Od jedenastu lat nie 
mieliśmy w Srebrnym Gaju ślubu. A dom, gdzie nie ma ślubów, trochę 
już zanadto zaczyna przypominać niebo. 
- Jerzy Nicholson ma się ożenić z Marynią  Baker - oznajmiła 
Przylepka, która pojawiła się trzymają c w objęciach łaciatą  kotkę 
ze stodoły. - Mógłby poczekać, aż dorosnę. Ze mną  byłoby mu 
weselej... Ze mną  jest zawsze weselej, jeśli nie dręczy mnie 
sumienie. Ach!... Spójrzcie na Pyszałka! 
Bezczelny Pyszałek spotkał godnego siebie przeciwnika w osobie 
przyniesionej przez Przylepkę kotki. Była ona wychudła i sterana 
życiem, ale nikomu nie dawała sobie dmuchać w kaszę. I Pyszałek 
jej się przeraził. Zabawnie było patrzeć, jak ta mała atakuje 
kocura, który zaczą ł uciekać miauczą c wniebogłosy, choć mógłby ją  
obalić jednym uderzeniem łapy. 
- Zobaczcie no, jak się świetnie bawi Dżentelmen Tom! 
- Nasze koty są  nie tylko miłe, ale interesują ce - oznajmiła z 
dumą  Przylepka. - I mają  prezencję! Spacerują  z dumnie zadartym 
ogonem. A inne koty przemykają  się chyłkiem. Trysia Binnie śmiała 
się ze mnie i powiedziała: "Ty zaczynasz szaleć na punkcie tego 
waszego Srebrnego Gaju, zupełnie jak Pat. Uważasz, że nic mu nie 

background image

dorównuje". "No bo nie dorównuje" - odpowiedziałam jej. Miałam 
rację, prawda, Pat? 
- Miałaś - zgodziła się entuzjastycznie Pat. - Ale patrz, kotka 
wraca, więc lepiej odnieś ją  do stodoły, nim ją  zobaczy tatuś. 
Wiesz przecież, że nie chce, aby koty plą tały się po domu. Mówi, 
że pogodził się już z obecnością  Dżentelmena Toma i Pyszałka, ale 
to zupełnie wystarczy. 
- Ile ma lat Dżentelmen Tom, Judysiu? 
- Ile ma lat? Wie jeden Pan Bóg. Ja wiem tylko tyle, że pojawił 
się tu dwadzieścia lat temu i wyglą dał tak samo jak teraz. Może 
się w ogóle nie narodził - oświadczyła zagadkowo Judysia. - Czy 
możesz go sobie wyobrazić jako małe kocię? 
- Pewna jestem, że miałby nam wiele do opowiedzenia... Co za 
szkoda, Judysiu, że koty nie potrafią  mówić. 
- Nie potrafią ? Kto ci to powiedział, Przylepko? Mój dziadek 
słyszał kiedyś rozmowę dwóch kotów, ale nigdy nie udało się z 
niego wycią gną ć, o czym rozmawiały... Nie chciał się narazić 
kociemu rodowi! W niedzielę powiedziałam Sidowi, jak się wściekł, 
że Pyszałek przespał się na jego niedzielnych spodniach i 
pozostawił mnóstwo sierści: "Myśl sobie o kocie, co chcesz, ale 
nie mów tego głośno. Nigdy nie wiesz, czy nie słucha cię Koci 
Król!" 
- A co by się stało, gdyby usłyszał go Koci Król? 
- To jest opowieść na zimową  noc, kiedy będziesz ze mną  spała. 
Wtedy dowiesz się, co przydarzyło się jednemu człowiekowi w 
Irlandii, który bez szacunku wyrażał się o kotach. To nie jest 
historyjka na letnie popołudnie, i to w przeddzień ślubu! 

Ii

ślub Winnie miał się odbyć pod koniec września i na sześć 
tygodni przedtem w Srebrnym Gaju rozpoczęły się gorą czkowe 
przygotowania. Judysia zawiesiła w piwnicy nową  półkę, która w 
szybkim tempie wypełniała się słoikami z dżemem. W pokoju Poety 
pomalowano na niebiesko (był to piękny niebieski kolor jajka gila) 
wszystkie futryny okien i drzwi, i świetnie się bawiono dobierają c 
odpowiednie tapety. Choć Pat przykro było zdzierać stare. 
Przywykła już do nich... I niechętnie przyjęła nowe obicia mebli w 
salonie. Ten pokój wyglą dał dotą d tak harmonijnie. Każdy nowy 
szczegół był zgrzytem. Ale Srebrny Gaj musiał wystą pić w pełnej 
gali, wesele miało być huczne. 
- Klan Gardinerów lubi się czasem popisać - przygadywała 
zachwycona Judysia. 
- Strasznie z tym macie dużo zachodu - krytykowała ciotka Edyta. 
- Zachodu? Ano mamy. Krzą tamy się jak kwoka wokół kurczą t! Nóg nie 
czuję. Ale jak kto bierze ślub bez wesela, to tak jakby się 
wstydził. ślub będzie jak się patrzy, przyjedzie rodzina z obu 
stron, będą  prezenty i dwie druhny, i dziewczynka z kwiatkami... A 
jaką  Winnie ma wyprawę! Tego jeszcze Srebrny Gaj nie widział. 
Wszystko uszyte ręcznie! Marzę już, żeby przyszedł wieczór, czuję 
się, jakby mnie przepuszczono przez maszynkę do mięsa! 
- Tak, Judysiu, postarzałyśmy się - westchnęła ciotka Barbara. 
Judysia żachnęła się. 
- Ano, niby prawda, ale nie mów tego głośno - szepnęła przesą dnie. 
Winnie miała przecudną  ślubną  suknię... marzyłaby o takiej każda 
dziewczyna. Wszyscy się zachwycali poza jedną  ciotką  Edytą , która 
zgorszyła się, że suknia jest zbyt krótka. Akurat była taka moda. 
Ciotka Edyta od paru lat modliła się, żeby kobiety przestały 

background image

pokazywać nogi, ale jej modlitwy nie zostały jeszcze wysłuchane. 
- Na modę modlitwy nie mają  wpływu - napomniał ją  poważnym tonem 
stryj Tom. 
Winnie błyszczały oczy, na ustach błą kał się rozmarzony uśmiech. 
Franek tyle czasu spędzał w Srebrnym Gaju, że Judysia miała tego 
dosyć. 
- Nic przeciwko niemu nie mam, ale on bez przerwy włazi mi pod 
nogi - pomrukiwała. 
- Franek jest całkowicie oddany Winnie - oświadczyła dość oschle 
Pat. - Uważam, że to piękne. - Zaakceptowała już Franka jako 
członka rodziny, zatem wobec wszystkich, nawet wobec Judysi, 
należało występować w jego obronie. 
- Ciekawa jestem, jak brzmiały oświadczyny Franka - zastanawiała 
się Przylepka, pomagają c Pat ozdabiać placek zielonymi plasterkami 
angeliki i czerwoniutkimi wiśniami. - Mam nadzieję, że zachował 
się romantycznie. Jak myślisz, uklękną ł? 
Sid, który przyszedł napić się wody, parskną ł śmiechem. 
- To nie na nasze czasy, ty dzieciuchu! Franek powiedział jej 
tylko: - "No co, mała, czas się ustatkować!" - Sam słyszałem. - Sid 
za plecami Przylepki mrugną ł do Judysi. 
- Kiedy dorosnę i chłopcy zaczną  mi się oświadczać, to będą  
musieli być bardziej elokwentni! - oświadczyła Przylepka. 

ślub Winnie 

Ku wielkiemu niezadowoleniu Judysi ogłoszono o zaręczynach w 
gazecie. 
- Między ustami a brzegiem pucharu wiele się jeszcze może wydarzyć 
- mruczała. - Jak będziemy wyglą dać, jeśli w cią gu tych trzech 
tygodni coś się Frankowi przytrafi? Narzeczonego Madzi Nicholson w 
przeddzień ślubu zabrano do czubków i siedzi tam do dziś dnia! 
Binnie'owie gotowi by pękną ć ze śmiechu, jeślibyśmy odłożyli ślub! 
ślub więc miał odbyć się za trzy tygodnie i Winnie na zawsze 
opuści Srebrny Gaj. Chwilami Pat wydawało się, że tego nie 
zniesie. Kiedy Vernon Gardiner zażartował: 
- No co, Winnie, jak cię zobaczę następny raz, to będę musiał 
mówić do ciebie "pani Russell" - Pat pobiegła na górę i rozpłakała 
się. Jej Winnie ma być panią  Russell! Zabrzmiało to strasznie 
obco. 
£zy nie pomogły, czas upływał szybko. ślub miał się odbyć w 
kościele. Pat chciała, żeby pastor udzielił ślubu w ogrodzie, pod 
rudym bukiem. Matka nie mogła przecież pojechać do kościoła. Ale 
Frankowi zależało na ślubie w kościele. Russellowie byli 
anglikaninami i nie uznawali innych ślubów. I życzeniu Franka 
stało się zadość. "Oczywiście!" - pomyślała rozgoryczona Pat. 
Pat i Judysia nie przestawały piec. Wygrzebały wiele starych 
przepisów, którymi się od dawna nie posługiwano ze względu na 
ilość jaj. Na tradycyjny w Srebrnym Gaju tort panny młodej zużyto 
ich trzy tuziny! 
Ciotki z Wybrzeża i ciotki z Jaskółczego Gniazda przysłały całe 
kosze łakoci. Kosz cioci Barbary pełen był najróżniejszych 
ciasteczek... pomarańczowych, daktylowych, waniliowych, 
orzechowych i wielu, wielu innych. 
- No, no, nie powstydzimy się weselnego stołu - cieszyła się 
Judysia. - Na weselu Lorny Binnie na oko było dużo ciasteczek, ale 

background image

biedna pani Binnie uważała, że wystarczy im nadać inny kształt, 
żeby nabrały innego smaku. Pat, kochanie, przypilnuj mi kurczaków 
na ogniu, a ja polecę wybielić parkan. 
O świcie rozległ się triumfalny wrzask Bezczelnego Pyszałka, który 
złapał mysz, i na kuchennych schodach zadźwięczały kroki Judysi. 
Poranną  ciszę zakłóciły ostatnie gorą czkowe przygotowania. W nocy 
padało i odświeżony świat mrużył teraz oczy od słońca. 
- Dzień jak na zamówienie - cieszyła się Judysia grabią c trawnik. 
Pat przy śniadaniu nie mogła nic przełkną ć. Ze zdziwieniem 
spojrzała na zajadają cą  wesoło Winnie. Pat była pewna, że gdyby to 
ona miała wyjść za mą ż, to przestałaby jadać na dobry tydzień 
przedtem. Oczywiście nie chciałaby, żeby Winnie zachowywała się 
tak jak ta niemą dra Lena Taylor, która przed ślubem przepłakała 
cały miesią c. Ale jak można mieć apetyt w dniu, w którym ma się 
opuścić Srebrny Gaj? 
Przedpołudnie upłynęło w mgnieniu oka. Nakryto stół... ach, czemuż 
to rodziny muszą  ulegać rozbiciu... Pat jak we śnie ustawiała 
sałatki, galaretki i ciasta... Jutro o tej porze Winnie będzie już 
należała do innej rodziny... Wszystkie nakrycia stały już na swoim 
miejscu, Pat miała talent do sadzania koło siebie odpowiednich 
osób... w Srebrnym Gaju pozostanie już tylko ona, Sid i Przylepka. 
Trzeba nacią ć kwiatów. Pat nie lubiła zrywać kwiatów. Tak bardzo 
się nimi zachwycała, tak bardzo bała się, że cierpią . Ale dziś 
cięła na oślep. 
Stół wyglą dał pięknie. Jaka szkoda, że to długo nie potrwa, po 
obiedzie zamieni się w pobojowisko. Ale, jak mówiła Judysia, takie 
jest życie. 
"Jedno jest faktem - pomyślała - Srebrny Gaj jest śliczny!" 
W pewnym sensie wszystko wydawało się echem ślubu cioci Azalki. 
Znów w domu powstał straszny zamęt, kiedy wszyscy zaczęli się 
ubierać. Spokój zachował jeden jedyny Dżentelmen Tom. Judysia 
niepokoiła się, bo ktoś widział, jak Pyszałek sunie przez sień z 
bardzo dużą  i bardzo martwą  myszą  w pyszczku i tylko Najwyższy 
wiedział, co on z tą  myszą  zrobił. Próżna Przylepka przeglą dała 
się we wszystkich lustrach domu, żeby sprawdzić, w którym wyglą da 
najkorzystniej. Biedna Przylepka była już za duża, by zostać 
dziewczynką  z kwiatkami. Została nią  sześcioletnia Emma cioci 
Azalki i Przylepka postanowiła zaćmić ją  urodą . 
- Jak wyglą da mój nos, Pat? Czy nie są dzisz, że jest za duży? 
Przylepka stale martwiła się swoim noskiem. 
- Nawet jeśli jest, to nic na to nie poradzisz - zaśmiała się Pat. 
- Nie przejmuj się nosem, kochanie. ślicznie wyglą dasz. 
- Czy nie mogłabym go przypudrować, Pat? Proszę cię. Mam już 
jedenaście lat. 
- Jak przypudrujesz, to będzie go tylko bardziej widać - ostrzegła 
ją  Pat. 
Przylepka przyjęła to do wiadomości. Jeszcze raz z zadowoleniem 
przejrzała się w lustrze. 
- Postanowiłam, że wyjdę za mą ż, gdy skończę dwadzieścia lat, i 
będę miała troje dzieci - oświadczyła rzeczowym tonem. - Pat, czy 
muszę pocałować Franka? 
- Ja nie zamierzam - zapalczywie oznajmiła Pat. 
Judysia, która uważała, że należy uczcić "ceremonię ślubną ", 
wyjęła jedwabną  suknię i schowała irlandzki akcent. Tyle że suknia 
była odrobinę przyciasna. Pat namęczyła się, nim dopięła haftki. 
- Ano, jak szyłam tę suknię, to miałam jeszcze kibić - ubolewała 
Judysia. - Jak myślisz, Pat, nie wyglą dam zanadto staroświecko? 
Pat wyjęła koronki i upięła je na sukni. To zdziałało cuda. 

background image

Judysia poczuła się szykowną  damą . 
Ubrana matka siedziała w salonie. Pat z bólem w sercu uprzytomniła 
sobie, że w cią gu ostatniego roku matka bardzo posiwiała. Ale 
wyglą dała ślicznie w srebrzystej sukni, a bursztynowy naszyjnik, 
który po powrocie ze szpitala ofiarował jej ojciec, wyglą dał jak 
krople złotej mgły. Ojciec w ostatniej chwili zdecydował, że nie 
zostawi matki samej i nie pójdzie do kościoła. Stryj Tom 
poprowadzi Winnie. 
Winnie zmartwiła się. Ta ogromna czarna broda stryja była okropnie 
staroświecka. Ale była zbyt szczęśliwa, żeby się naprawdę przeją ć. 
Wyglą dała cudownie. Pat spojrzała na nią  i poczuła, że dławi ją  w 
gardle. Nagle Franek Russel stał się mężczyzną , dzięki któremu 
Winnie aż tak rozkwitła. Pat wybaczyła mu, że zostanie jej 
szwagrem. 
Na kuchennym zegarze było pięć po, w salonie dziesięć minut 
wcześniej, w jadalni zegar wybił godzinę. Oznaczało to, że jest 
kwadrans po i należy wyruszyć do kościoła. 

Ii 

Siedzą c w zatłoczonym kościele przybranym gladiolusami i liliami 
chińskimi Pat z trudem wstrzymywała łzy. Winnie ostrzegła ją :¯ebyś 
mi się nie odważyła płakać! - Pat pamiętała dobrze, że o mały włos 
byłaby rozszlochała się na ślubie cioci Azalki, a dziś było jej 
jeszcze smutniej. 
Pan młody bardzo pobladł - a zwykle był taki rumiany. Ale wyglą dał 
bardzo przystojnie, ucieszyła się Pat. Jeśli w Srebrnym Gaju muszą  
się już pojawiać nowi członkowie rodziny, to niechaj chociaż będą  
ładni. 
W padają cym przez witraż świetle broda stryja Toma wyglą dała 
fioletowo... jak broda asyryjskiego władcy. Winnie powiedziała: 
"Tak". Brzmiało to bardzo uroczyście. Jedno słowo i całe życie 
ulega zmianie... czasem nawet bieg historii... Gdyby matka 
Napoleona powiedziała "Nie" zamiast "Tak"... Co, już koniec?... 
koniec... Winnie stała się panią  Franciszkową  Russelową ... 
Młodożeńcy idą  do zakrystii... Norma śpiewa weselny hymn... Pat 
przypomniała sobie, jak w dzieciństwie spoliczkowała Normę. 
Co do niej szepcze z tyłu ten okropny stary kuzyn, Sam Gardiner? - 
Zastanawiam się, ilu mężów i żon w tym kościele żałuje swoich 
małżeństw? - No właśnie, ilu? Pewnie stary Malcolm Madison, o 
którym mawiano, że roześmiał się tylko trzy razy w życiu. No i 
może także Gerald Black, którego żona z taką  pasją  zabijała muchy, 
że raz nachyliła się w kościele i trzepnęła w łysinę Jacksona 
Russella. 
A co z panią  Henrykową  Green? Jej mą ż wyglą da jak własny nagrobek. 
Pat zastanawiała się, czy prawdziwa była historyjka, którą  
opowiadała o nim Judysia... ¯e kiedyś w szkole dostał lanie, bo na 
tabliczce napisał list miłosny do Lury Perry, która była na wpół 
Cyganką . Nie, to chyba niemożliwe, ma takie zacięte 
prezbiteriańskie usta. 
Stary stryj Jan Gardiner skracał sobie oczekiwanie drzemką . Kiedyś 
ponoć zdrzemną ł się przy kominku i zajęła się od ognia jego 
drewniana noga... Obok siedzi pani Jakubowa Morgan, która nigdy 
nie wybaczyła córce, że ta wyszła za Karola Parkera i ani razu jej 
nie odwiedziła. Jak rodzina może się tak zachowywać? 
Pani Albertowa Cody, z domu Sara Malone... Judysia opowiadała o 
niej: - Tak, tak, chodziła z jednym takim lekkoduchem, chodziła 
całe lata, a on wcale się nie oświadczył. Pojechała do ciotki do 

background image

Halifaxu i zaczęła pisać, jak się świetnie bawi i ilu ma 
adoratorów. No i wtedy on przeraził się i wysłał list z 
oświadczynami. A w tym, co ona pisała, nie było słowa prawdy. Jej 
ciotka była chora i zdziwaczała, i w ogóle nie wychodziły z domu. 
Co szepcze ta okropna pani Stefanowa Russell? - To wielki błą d 
wybrać ładniejszą  od siebie druhnę. - Co za bzdura! Ala Russell 
jest dużo brzydsza od Winnie. Koło niej siedzi stary Grant 
Madison, który powiedział kiedyś ojcu, że naczytał się o tylu 
strasznych rzeczach w historii, iż przestał wierzyć w Boga. To 
musi być straszne. Jak człowiek może żyć nie wierzą c w Boga? 
Pani Scottowa Gardiner pozbyła się jakoś zmarszczek, to te 
"kosmetyczne zabiegi", utrzymywała pogardliwie Judysia. 
Dlaczego Winnie nie wraca? Prawda, Winnie już nie ma... jest tylko 
tajemnicza nieznajoma, pani Franciszkowa Russell. O czym myśli 
najmilsza Przylepka patrzą c rozmarzonym wzrokiem w błękitno-złoty 
witraż? Jest naprawdę czarują ca. Pat przypomniała sobie z 
przerażeniem, że nie życzyła sobie narodzin Przylepki. 

Iii 

Powrót do domu. 
Pocałunki, życzenia, gratulacje. Pat ucałowała jednak Franka. I z 
całych sił uściskała Winnie. 
- Kochanie, żeby ci się naprawdę dobrze działo - szepnęła. 
Potem pobiegła po organdynowy falbaniasty fartuszek. Trzeba było 
wyją ć z lodowni mrożone koktajle, wyłożyć na półmiski potrawkę z 
kurczaka, ustawić ślubne upominki. Dzieci na trawniku wyglą dały 
jak różyczki. Dom był pełen gości. Wszyscy Gardinerowie, wszyscy 
Selby'owie, wszyscy Russellowie. 
- Wyglą da to jak Dzień Są du Ostatecznego - zauważył stary kuzyn 
Ralf Russell. Chwycił za ramię przebiegają cą  obok Pat. 
- Córka Długiego Alka. Podobno masz wyrosną ć na piękność. Muszę ci 
się przyjrzeć... Nie, nie będziesz piękna... mówią , że nie jesteś 
zbyt mą dra... ale masz w sobie coś... znajdziesz męża. 
Czemu wszyscy chcą  człowieka wydawać za mą ż? To wstrętne. Nawet 
podstarzały Ellery Madison, który wcią ż jeszcze winszował sobie, 
że udało mu się unikną ć sideł matrymonialnych, nazwał Pat "Kicią " 
i oświadczył, że gotów się z nią  ożenić. 
- Zastanowię się nad tym, jeśli poczekasz, aż oboje dorośniemy - 
odcięła się Pat. 
- Tak, tak właśnie należy z nimi rozmawiać - pochwaliła ją  
Judysia, gdy zapalały świece. - Ja też mu dałam po nosie, kiedy mi 
powiedział: "Już najwyższy czas, Judysiu, żebyś i ty pomyślała o 
mężu". A ja na to: "Wiem, wiem, mężczyźni nienawidzą  kobiet, które 
sobie bez nich świetnie radzą !" 
Dziś niejednemu musiałam powiedzieć coś do słuchu. Przyłażą  do 
mnie do kuchni, że nie ma się gdzie ruszyć. Stary Jerzy Russell 
spytał się mnie: "Jak pani myśli, panno Plum, czy Bóg jest 
rzeczywiście Bogiem, czy praprzyczyną  świata?" A Marek Russell z 
poważną  jak sędzia miną  mu wtóruje: "Panno Plum, jak pani są dzi, 
czy rzą d ma rację urzą dzają c wybory już tej jesieni?" 
Od razu wiedziałam, że chcą  mnie nabrać, więc powiadam: 
"Chyba żeście postradali rozum, którym was obdarzył Pan Bóg 
zsyłają c na ten świat. To nie wiecie, że wesele to nie pora na 
rozmówki o Panu Bogu i polityce? I będę wam bardzo wdzięczna, 
jeśli przestaniecie mnie tytułować!" Ale zrobili głupie miny... 
Prawda, Pat, że ceremonia była piękna? Kuba Russell powiedział do 
mnie: "Ona jest najładniejszą  panną  młodą , jaka kiedykolwiek 

background image

wyszła ze Srebrnego Gaju", a ja mu na to: "Choć raz w życiu 
powiedziałeś prawdę". 
- Judysiu, jak ja zniosę odjazd Winnie? 
- Musisz ją , kochanie, pożegnać z uśmiechem. Potem możesz sobie 
beczeć, ile chcesz. Ale dopiero potem. 

śmiech i łzy 

No i było już po wszystkim. Winnie odjechała. 
- Moja kochana Pat - szepnęła - wszystko było cudowne. Ty i 
Judysia przeszłyście same siebie. Dzięki wam przeżyłam wspaniały 
dzień. 
Pat, tak jak tego żą dała Judysia, uśmiechnęła się, ale potem nad 
pobojowiskiem stołu zauważyła: 
- Judysiu, czy to nie miło móc... przestać się uśmiechać. Mam 
nadzieję, że przez najbliższe sto lat nie będziemy już mieć 
wesela. 
- No wiesz, ja to bym chciała, żeby wesela bywały co dzień 
- sprzeciwiła się Przylepka. - Następne będzie pewnie twoje. A 
potem przyjdzie moja kolej. Jeśli tylko - dodała z namysłem - uda 
mi się zdobyć męża. Nie chciałabym zostać starą  panną . 
- Pewnie, że nie - oświadczyła Judysia. - Ale czy musisz ranić 
moje uczucia? Ja jestem starą  panną . 
- Zawsze o tym zapominam - powiedziała ze skruchą  Przylepka. - Ale 
ty wcale nie wyglą dasz na starą  pannę. Jesteś... jesteś po prostu 
Judysią . 
- Pan Ronald Russell z St. John powiedział mi, że matka jest 
najpiękniejszą  kobietą , jaką  widział w życiu. 
- A ty teraz będziesz go kochać na wieki wieków! Ale ma rację. Czy 
słyszałaś, jak się spytał Winnie: "No co, będziesz się teraz 
pewnie starała zrobić z niego prezbiterianina?" A ona na to: 
"Prezbiterianinem trzeba się urodzić". Czy to nie zgrabna 
odpowiedź? St. John wiele się jeszcze może od Srebrnego Gaju 
nauczyć! Pan Russell nie zapomniał w domu apetytu! Ale ja chętnie 
patrzę na mężczyznę, który lubi zjeść. 
- On jest posłem do parlamentu. I mówią , że zostanie premierem. 
- Syn Małego Brudasa Russella! Do czego to doszło! - prychnęła 
Judysia. 
- Mam nadzieję, że zdjęcia się udadzą  - zauważyła Przylepka. - 
Byłam na wszystkich. 
- Chwała Najwyższemu, Winnie nie objęła pana młodego tak jak to 
widać na ślubnej fotografi Janki Madison. Taki bezwstyd! No co, 
Pat, sprzą tamy teraz czy odłożymy to na rano? 
- Jak wolisz, Judysiu. 
- No, no, teraz, jak twoją  mamę trzeba zostawić w spokoju, a 
Winnie opuściła dom, ty, złotko, jesteś tu panią . I musisz mi 
wydawać rozkazy. 
- Co ty pleciesz, Judysiu? Ja mam tobie rozkazywać? 
- Proszę cię, Pat - oświadczyła stanowczo Judysia. 
Pat zawahała się. Ale przejęła władzę nad Srebrnym Gajem. 
- Dobrze, Judysiu. Zatem dziś damy spokój porzą dkom. Jesteśmy 
zanadto zmęczone. Pamiętasz, Judysiu, jak po weselu cioci Azalki 
sprzą tałyśmy w nocy jadalnię? 
- Harowałaś jak Murzyn, żeby się nie rozpłakać! 
- A ty opowiadałaś mi zabawne historyjki. Judysiu, rozpalmy na 

background image

kominku ogień, bardzo się ochłodziło, sią dziemy sobie obok kominka 
i będziesz nam opowiadać. 
- Ty, Pat, wszystkie moje historyjki słyszałaś już milion razy. 
Choć może nie opowiadałam ci o Józku Kellerze. Kiedy zobaczyłam 
ich dzisiaj, przypomniałam sobie, że Józef oświadczył się swojej 
obecnej żonie, bo rzuciła go dziewuszka, w której się kochał, a ta 
przyjęła go, bo ją  właśnie rzucił Sam Miller z Wybrzeża. I co 
myślisz... jakie jest to małżeństwo? 
- Na pewno nieudane. 
- Ha, ha, właśnie że nie, złotko. Bardzo są  szczęśliwi. Takie już 
jest to życie. 
- Tak, Judysiu, życie jest bardzo dziwne. Weźmy chociaż Winnie i 
jej Franka... Ona nie miała żadnych wą tpliwości, nie zdradzała 
cienia strachu. Ja bym była przerażona... Cały czas 
zastanawiałabym się, czy naprawdę aż tak go kocham, żeby za niego 
wyjść... A znowu dzisiaj... bardzo się martwiłam, że Winnie 
zniknie z naszego domu, ale nie mogę powiedzieć, żebym się 
jednocześnie nie bawiła... 
- Na szczęście zawsze się znajdzie coś, co nam osłodzi gorzką  
pigułkę - zauważyła bystro Judysia. - I dlatego nic w końcu nie 
jest tak straszne, jak się nam przedtem wydaje. 
Wrócił Hilary, który odwoził gości na stację. Bezczelny Pyszałek 
dą sał się cały dzień, że nikt nie zwraca na niego uwagi, ale teraz 
zwiną ł się w kłębek i postanowił wybaczyć światu. Stara ciotka 
Luiza, która niejedno widziała, spoglą dała na nich życzliwie ze 
ściany. Białe kocięta wcią ż figlowały. Przyjemnie było leniuchować 
i rozkoszować się spokojem... Niemniej Pat obawiała się, że 
boleśnie będzie spotkać się na górze z ciszą . Zatrzymała więc 
Hilarego, jak długo mogła, i była dla niego tak miła, że kiedy 
mówił jej na schodkach dobranoc, ośmielił się poprosić ją  o 
pocałunek. 
- Bardzo chętnie - odparła uprzejmie Pat. - Całowałam dziś tylu 
przyjaciół, że z przyjemnością  pocałuję także i ciebie. 
- Nie prosiłem o przyjazny pocałunek - oświadczył Hilary i 
odszedł. 
- No, no, mogłaś go była pocałować - mruknęła Judysia, która 
zawsze słyszała to, czego nie powinna. - Biedaczysko, już niedługo 
wyjedzie... 
- Przecież chciałam go pocałować - wybuchnęła Pat. - I nie mów mi 
o jego wyjeździe. Dziś wieczorem trudno mi pogodzić się z tą  
myślą . 

Ii 

Pat kładą c się spać odczuła głęboką  samotność. Bez śmiechu Winnie 
dom wydawał się strasznie pusty. W tym lustrze przeglą dała się 
dotą d jej twarz. Pod łóżkiem Winnie zostawiła pantofelki, w 
których tak często wytańcowywała, że aż dziw, że nie tańczyły 
same. Wyglą dały tak, jakby je przed chwilą  zdjęła. Pokój pełen był 
jeszcze zapachu jej perfum. Było to okropne! 
Pat wychyliła się przez okno, by odetchną ć chłodnym, pachną cym 
powietrzem. W brzezinie świstał wiatr. Z Jaskółczego Gniazda 
dobiegało szczekanie psa. 
Pat przed pójściem na górę myślała, że gdy znajdzie się sama, 
rzuci się z rozpaczą  na łóżko. Ale na niebie błyszczał księżyc, w 
brzezinie pohukiwały sowy... Dom był tym samym kochanym domem... i 
trzeba przyznać, że będzie miło mieć pokój tylko dla siebie... 
Następnego ranka po przyjęciu dom wyglą da zawsze dość żałośnie. 

background image

Pat z przyjemnością  doprowadziła go do ładu. Prezenty zapakowano i 
wysłano do Wybrzeża Zatoki. I można się było świetnie ubawić 
czytają c w gazetach wzmianki o ślubie. 
Szczęśliwa młoda małżonka była przedtem panną  Winifredą  Almą  
Gardiner, córką  Aleksandrostwa Gardiner. - Pat oburzyła się. Czyż 
Winnie przestała być córką  swych rodziców? - Druhny miały na sobie 
sukienki z różowej żorżety i różowe moherowe kapelusiki. Mała Emma 
Madison była uroczą  dziewczynką  z kwiatkami. - No, no, mała Emma 
trafiła do gazet! - Panna Patrycja Gardiner, siostra panny młodej, 
w sukni ze złocistego woalu wydała nam się czarują ca. - I 
wreszcie... - Panna Judyta Plum wystą piła w błękitnej toalecie z 
przypiętą  na piersi wią zanką  róż. - Wzmiankę ową  napisał pewno ten 
kpiarz Jan Russell. Judysia była zachwycona. Jej nazwisko pojawiło 
się na poczesnym miejscu tuż koło nazwiska pysznej pani Ronaldowej 
Russell, która paradowała w sukni z czarnej tafty ozdobionej 
wią zanką  storczyków. 
Wkrótce zaczęto odwiedzać Winnie, by pomóc jej urzą dzić się w 
wielkim białym domu nad szafirową  zatoką . Ogród był kolorowy, 
przepojony zapachem jodeł, śpiewał w nich wiatr i pszczoły. 
Pat czułaby się zupełnie szczęśliwa, gdyby nie myśl o wyjeździe 
Hilarego. 

Kasztelanka Srebrnego Gaju 

Na pewno po pięćdziesią tce Pat nie będzie się czuła taka stara jak 
teraz. ¯ycie straciło smak. Hilary miał na pięć lat pojechać do 
Toronto na studia. Zostanie architektem. 
Krótko poinformował Pat, że załatwiła to jego matka. Od tamtego 
bolesnego dnia, kiedy Doreen Garrison definitywnie porzuciła swego 
małego Szkraba, Hilary nigdy nie wspominał o matce. Pat wiedziała, 
że matka nie odzywa się do niego, najwyżej załą cza parę słów, 
przysyłają c czek na opłacenie studiów. 
Oczywiście, ze względu na Hilarego Pat była bardzo rada. Spełnią  
się jego nadzieje i ambicje. Ale czarno widziała własną  
przyszłość. Utraci kompana włóczęg, nie będzie miała z kim 
rozmawiać... Hilary tak świetnie umiał słuchać... Nie będzie miała 
z kim żartować. 
- Zawsze rozśmieszają  nas te same rzeczy, Judysiu! 
- Tak, tak, dlatego właśnie się przyjaźnicie, Pat... Mnie też 
będzie Szkraba brak. Wyrósł na młodego dżentelmena. Mówisz, że ma 
zostać architektem? Tak, tak, mam nadzieję, że nie takim, jak ten 
architekt w starej Irlandii, o którym chodziły dziwne słuchy. 
Kupił plany pięknego domu od samego Złego. I zapłacił duszą  swojej 
ukochanej. Tak, tak, dom był piękny, ale mało kto chciał w nim 
mieszkać. 
- Nie przypuszczam, żeby Hilary chciał kupować od szatana plany 
domów. Potrafi je narysować sam... Ale jak ja to zniosę... Bietka 
umarła... Winnie wyjechała... wyjeżdża Hilary... 
- Zawsze mówiłam, że do trzech razy sztuka, Pat. Teraz możesz już 
spać spokojnie. 
- Ale życie, Judysiu, stanie się takie puste. 
- On przecież kiedyś wróci. 
Pat potrzą snęła głową . Hilary nie wróci. Owszem, przyjedzie 
podczas wakacji na miesią c, dwa. Ale minęły bezpowrotnie 
szczęśliwe lata codziennych koleżeńskich kontaktów. Skończyło się 

background image

dzieciństwo. I pierwszy "urok młodości". 
- Co się stanie z McGintym? Biedny psiak będzie rozpaczał! 
- Hilary chce mi go dać. Wiem, że McGinty się nacierpi. Ale będę 
go kochać... 
Pat zdławiło w gardle. Wyobraziła sobie oczy McGinty'ego, gdy 
zrozumie, że Hilary nie wróci. 
- No, no, to się dobrze składa. Nie lubię, jak w domu nie ma psa. 
Koty, jak powiada Przylepka, są  bardzo interesują ce, ale pies to 
pies. No, nareszcie nie będą  się marnować kości. 
Pat wiedziała, że Hilary czeka na nią  w Sielance. Umówili się, że 
tam się pożegnają . Hilary miał odjechać wieczornym pocią giem. 
Wolnym krokiem poszła na spotkanie. Przechodzą c przez mostek na 
Jordanie spojrzała na dwie ciemne jodły rosną ce w rogu pola na tle 
złocistych klonów. Hilary kochał te jodły. Mawiał, że wyglą dają  
jak filary katedry zachodu słońca. 

Ii 

Hilary czekał na nią  w Sielance siedzą c na omszałym głazie koło 
źródełka. Obok niego siedział wesoły psiak, który jednak 
przeczuwał coś złego. Ale póki miał koło siebie swego pana, nic 
nie było mu straszne. 
Hilary powstrzymał oddech, rozbłysły mu oczy. £ą ką  nadchodzi Pat, 
drobna dziewczyna w pomarańczowym sweterku, blask jesiennego 
zachodu wyzłaca jej ciemne włosy i policzki, które dopraszają  się 
pocałunków. 
Pat usiadła obok niego na głazie. Niewiele mówili, były to urywane 
zdania. 
- Nigdy więcej nie przyjdę do Sielanki - oznajmiła Pat. 
- Dlaczego? Chciałbym móc sobie wyobrażać, że siedzisz tu czasem z 
McGintym... 
- Biedny piesio! - Pat pogłaskała McGinty'ego po łbie. "Ach ta jej 
kochana ręka" - pomyślał Hilary. 
- Nie, nie będę tu przychodzić bez ciebie, Hilary. Bywaliśmy tu 
zawsze razem... od tylu lat się przyjaźnimy... 
- Czy nie mogłoby nas połą czyć coś więcej niż przyjaźń, Pat? 
Pat choć się zarumieniła, zrobiła natychmiast oziębłą  minę. Hilary 
był takim cudownym kolegą ... przyjacielem... bratem... nie miało 
to nic wspólnego z miłością . Pat była tego zupełnie pewna. 
- Hilary, byliśmy zawsze najserdeczniejszymi przyjaciółmi. Nie 
psuj tego. Przecież przyjaźniliśmy się od chwili, kiedy tamtej 
nocy zaopiekowałeś się mną  na bezludnej drodze. To już dziesięć 
lat... 
- To były wspaniałe lata - Hilary przyją ł jej odprawę dość 
filozoficznie. - Ciekaw jestem, jakie będą  następne? 
- Dla ciebie będą  cudowne, Hilary. Wybijesz się, staniesz się 
sławny. I wszyscy twoi dawni przyjaciele, a zwłaszcza ta stara 
panna, Pat ze Srebrnego Gaju, będą  się przechwalać, że cię znali. 
- Tak. Wybiję się - potwierdził przez zaciśnięte zęby Hilary. - Z 
pomocą  twojej... przyjaźni potrafię osią gną ć, co zechcę... Pragnę 
ci powiedzieć, co znaczyła dla mnie ta przyjaźń... i Srebrny Gaj. 
Bez was stałbym się nienawidzą cym ludzi cynikiem. Wszyscy byliście 
tacy pewni, że życie jest piękne... Więc i ja musiałem w to 
uwierzyć... Pat, będziesz do mnie często pisać? Z począ tku będę 
taki strasznie samotny. W Toronto nie znam żywego ducha... 
- No jasne, że będę pisać. I nie zapominaj - tu Pat zaśmiała się 
zalotnie - że masz kiedyś zbudować dla mnie dom. Zamieszkam w nim, 
gdy Sid się ożeni i wyrzuci mnie ze Srebrnego Gaju... I będziesz 

background image

mnie tam odwiedzał, a ja będę ci nalewać herbatę z dzbanka babki 
Selby... Będę miłą  starszą  panią  z siwymi włosami... i będziemy 
sobie opowiadać o naszym życiu... i udawać, że to był tylko sen, a 
my wcią ż jeszcze jesteśmy dawnymi Pat i Szkrabem. 
- Gdziekolwiek ty będziesz, Pat, tam będzie mój dom. 
Znów zaczyna! Gdyby nie to, że wkrótce mieli się pożegnać, Pat by 
się na niego pogniewała. Ale dziś wieczór było to niemożliwe. 
Zresztą  on wkrótce zapomni o tych bzdurach. W Toronto pełno jest 
ślicznych i mą drych panien... Ale zostaną  na zawsze 
przyjaciółmi... bliskimi przyjaciółmi. Nie potrafiła wyobrazić 
sobie życia bez przyjaźni Hilarego. 
Wracali wzdłuż Jordanu rozmawiają c o dawnych czasach. Ileż mieli 
miłych wspólnych wspomnień. Nad Jordanem rosły astry. Hilary 
chciał zerwać dla niej kilka szczególnie pięknych, bardzo 
ciemnoniebieskich. 
- Nie. Nie zrywaj, one zwiędną . A tak będziemy je mogli wspominać 
takimi, jakimi są  dzisiaj. 
To była cała Pat! Hilary przypomniał sobie, że zawsze niechętnie 
zrywała kwiaty... Teraz stała zachwycają c się nimi, piękna i 
tajemnicza jak jesienny zmierzch. Nigdy tej chwili nie zapomni. 
Była taka kochana... tak upragniona. 
Strumień mruczał coś sobie pod nosem. Wysokie jodły, które poznali 
jako wą tłe drzewka, opiekuńczo wysuwały ramiona. W szmerze 
strumyka usłyszeli swe dziecinne głosy. Dwudziestoletni Hilary i 
osiemnastoletnia Pat poczuli się jak sędziwi podróżnicy 
wspominają cy z żalem młodość. 
Zatrzymali się na mostku z kamieni. Pat wycią gnęła do niego obie 
ręce. Miała ochotę rozpłakać się na jego ramieniu, ale wiedziała, 
że nie powinna. Bo obją łby ją  i przytulił. To by było miłe, ale... 
Chciała mu powiedzieć, jak bardzo go kocha. Bardziej niż Józka... 
chyba nawet bardziej niż Sida. Chętnie by go ucałowała, Hilary nie 
chciał jednak pocałunków przyjaźni. Ale przecież nie mogą  się tak 
rozstać... 
- Nie mam zamiaru żegnać się dziesięć razy tak jak ciotka Sara 
Gordon - oświadczył Hilary silą c się na lekki ton. - Do widzenia, 
Pat. 
Ale nie wypuścił jej rą k. 
- Do widzenia, Szkrabie. - Pat bezwiednie nazwała go dawnym 
przezwiskiem. Wysunęła dłonie z ciepłego uścisku i pobiegła 
ścieżką  w stronę księżyca. 
Hilary stał i patrzył za nią . McGinty drżą c tulił się do jego nóg. 
McGinty wiedział, że coś jest nie w porzą dku. 
Hilary zaczą ł myśleć o domu, który zbuduje dla Pat. Widział go... 
widział jego światła w zmierzchu... Dom ten będzie piękniejszy od 
Srebrnego Gaju. Przez chwilę nienawidził Srebrnego Gaju. Był on 
jego najpoważniejszym rywalem. Zacisną ł zęby. 
- Prędzej czy później, zdobędę cię, Pat. 

Iii 

Pat na oślep biegła polem, zatrzymała się przy furtce. Pojawiły 
się wstrzymywane łzy. To wszystko było nie do zniesienia! 
Promienie wschodzą cego księżyca dotknęły srebrnymi palcami Wzgórza 
Mgieł. Noc była granatową  perłą . Powietrze wypełniał szum fal 
uderzają cych o brzeg zatoki. Wzywała ją  cisza uśpionego sadu. 
świeciło się w oknach Srebrnego Gaju. Pat otarła łzy i spojrzała 
na dom. 
Lojalny stary dom, wierny tym, którzy go kochali. Wchodzą c do 

background image

niego czułaś, jaki ci jest przyjazny. Pełen najmilszych i pięknych 
minionych lat. 
Ten dom pamiętał każdy dzień jej życia. Zawsze był taki sam... 
nigdy się nie zmieniał. Nigdy naprawdę. Zmiany były tylko 
powierzchowne. Jakże go kochała! Kochała w różanym świcie i 
bursztynowym zmierzchu, a najbardziej w ciemnościach nocy, kiedy 
blado majaczył w oddali i należał tylko do niej... ¯ycie w 
Srebrnym Gaju nigdy nie będzie puste... Ktoś się kiedyś nad nią  
litował: "Mieszkasz na takim odludziu". Pat roześmiała się. Na 
odludziu! To było serce świata... jej świata. "Mieszkam wśród 
mojego ludu". Mą dra Sulamitka. * (* Sulamitka - w biblijnej Pieśni 
nad Pieśniami: Oblubienica.) 
Poczuła dziwne zadowolenie. Była w domu. 

Spis treści 

Zaznajamiamy się z Pat 
Poznajemy Srebrny Gaj 
O grzą dkach pietruszki 
Dziecko urodzone w niedzielę 
"Czymże jest imię?" 
Przygotowania weselne 
Oto oblubienica 
Pokłosie wydarzeń 
Wizyta 
Dziewica w opałach 
Obiad 
Czarna magia 
Jak należy zachowywać się w towarzystwie 
Cienie strachu 
Pojawia się Elżbieta 
Perypetie Pieprza 
Judysia bierze sprawę w swoje ręce 
Nowe zmartwienie 
"Judysiu, czy naprawdę jestem taka brzydka?" 
Na brzegu morza 
Co na to powie Judysia? 
Trzy kuzynki 
Złudna radość 
Popiół do popiołu 
Jego miejsce jest na morzu 
Dżentelmen Tom przesiaduje na schodach 
Uroki młodości 
Ja i ty 
Kwietniowe czary 
Każdego zabierze śmierć 
Gdzie się podział urok świata 
Wygnanie 
Ofiara urojeń 
"Wyobraźmy sobie, że..." 
Cień i światło 
Balsam dla serc 
ślub Winnie 
śmiech i łzy 
Kasztelanka Srebrnego Gaju