background image

„Naprawa” pęcherzyka żółciowego

przez obce istoty

Będąca dyplomowaną pielęgniarką i byłym przedstawicielem handlowym Melanie Green jest 

aktywistką grupy wsparcia skupiającej ludzi z przeżyciami związanymi z bliskimi spotkaniami i 
wzięciami. Ma trzydzieści dziewięć lat i razem z mężem i dwojgiem dzieci mieszka w północnej 
Wirginii.   Jest   bardzo   energiczną   i   otwartą   osobą,   pochłoniętą   bez   reszty   studiami   w   zakresie 
doradztwa, wypełnianiem obowiązków matki i ochotniczą pracą w grupie wsparcia. Wykonywany 
przez nią zawód sprawił, że potrafiła ze znawstwem opisać szczegóły swoich bliskich spotkań z 
obcymi istotami, które ją leczyły.

Zima bywa dla mnie trudnym okresem ze względu na nękające mnie w tym czasie sezonowe 

zaburzenia nastroju – okresową depresję powodowaną podobno brakiem słońca. Ze względu na 
wręcz nie kończące się migreny nie mogłam użyć mojej pełnospektralnej lampy do naświetleń, 
która pomaga mi w zwalczaniu depresji. Zamiast tego dużo spałam. Niezły opis stanu zdrowia 
kogoś,   kto   uważa,   że   został   uleczony   przez   obce   istoty,   prawda?   Tak   czy   inaczej,   doznałam 
pewnych   niezapomnianych   przeżyć,   które   zdają   się   dowodzić,   że   obce   istoty,   które   mnie 
odwiedzały,   interesowały   się   moim   zdrowiem   bardziej,   niż   to   by   wynikało   z   zasad   zwykłej 
grzeczności.

Moje   życie   przypomina   długi   spacer   po   dwóch   światach.   Ostatnie   osiem   lat   spędziłam   na 

próbach ich połączenia i dowiedzenia się, gdzie byłam i dokąd zdążam.

Ten drugi świat spoczywał uśpiony, jakby był zapomnianym marzeniem, aż do chwili kiedy moje 

dzieci zaczęły dzielić ze mną jego niewielkie skrawki. W roku 1986 mój syn, który miał wtedy 
zaledwie  dwa lata, zaczął  opowiadać  mi o „facecie”,  który wszedł do jego pokoju przez okno 
wprost z ciemnego, nocnego nieba. Zadrżałam do głębi, albowiem miałam podobne sny w okresie 
wczesnego   dzieciństwa.   Moja   córka   podzieliła   się   ze   mną   jeszcze   większą   liczbą   historii 
dotyczących jej nocnych gości. Jej brak lęku i ciekawość dodały mi jednak stopniowo odwagi do 
zbadania   moich   własnych   wspomnień.   W   roku   1990   byłam   już   na   tyle   silna,   aby   nazwać   je 
wspomnieniami a nie snami.

Życie   w   dwóch   światach   przypomina   próbę   ułożenia   puzzli,   których   połowa   kawałków   jest 

namalowana na odwrotnej stronie i trzeba zgadywać, co jest na obrazku. Kiedy odwracam każdy 
kawałek   układanki,   staram   się   widzieć   całość   w   możliwie   najlepszym   świetle,   oddzielić 
uzdrowienie   od   strachu,   rozświetlić   ciemność   światłem.   Wydaje   mi   się,   że   znalazłam   iskierkę 
nadziei   w   odniesieniu   do   moich   bliskich   spotkań   z   obcymi   istotami   u   ludzi,   którzy   dzielą   te 
doświadczenia ze mną.

Głębokie związki między przeżyciami związanymi z obcymi istotami są równie fascynujące jak 

te doznania. Wymiana energii, „kreatywnej energii”, jak ją nazywają te istoty, zawiera w sobie 
ogromny potencjał. Mój przyjaciel, Ron Blevins, poinstruował mnie, jak wykorzystywać tę energię 
jako siłę uzdrawiającą, czego sam nauczył się w czasie kontaktów z grupą wysokich istot, które i ja 
poznałam.   Ron   użył   tej   „kreatywnej   energii”,   aby   doprowadzić   do   rozwiązania,   to   znaczy 
uzdrowienia, pewnych moich problemów zdrowotnych. W pewnym sensie stał się narzędziem, za 
pomocą którego obce istoty uwolniły mnie od bardzo bolesnego schorzenia woreczka żółciowego, 
na które cierpiałam kilka lat temu.

Na początku roku 1996 zaczęłam odczuwać po jedzeniu dokuczliwy ból w górnej prawej części 

brzucha.   W   czasie   obu   ciąż   miałam   problemy   z   woreczkiem   żółciowym,   które   ustępowały   po 
urodzeniu dziecka. Przez kolejne siedem lat nie miałam z tym kłopotów. Kiedy owej zimy ból 
znowu wystąpił, miał charakter nieregularny, jednak na wiosnę nasilił się i już nie ustępował. Nawet 
zupełnie pozbawione tłuszczu posiłki, które nie powinny powodować podrażnienia, wywoływały 
trwający przez wiele godzin ból. Zaczęłam unikać jedzenia i tracić na wadze.

W kwietniu udałam się do lekarza i poddałam się serii testów w celu ustalenia przyczyny bólu. 

background image

Ultrasonograf woreczka żółciowego nie ujawnił kamieni, co oznaczało, że to nie one mogły być 
przyczyną bólu. Lekarz powiedział mi, że są jednak konieczne dalsze testy, ponieważ ultrasonograf 
wykazał istnienie guza na wątrobie.

Byłam   przerażona   i   cały   czas   obolała.   Potem   poddałam   się   skanowaniu   z   zastosowaniem 

radioaktywnego kontrastu, przy pomocy którego lekarze mogli zbadać ukrwienie  wątroby. Aby 
wykonać ten test, wstrzyknięto mi w ramię roztwór z promieniotwórczym znacznikiem, a następnie 
wykonano szereg zdjęć przedstawiających dopływ krwi do guza.

Okazało się, że guz jest niezłośliwą, łagodną postacią naczyniaka z rodzaju hemangioma

1

, który 

nie wymagał leczenia operacyjnego. Mimo to po każdym posiłku, zjedzeniu czegokolwiek, dopadał 
mnie ból. Czasami powodował go nawet łyk wody. Byłam u kresu wytrzymałości.

Gastroenterolog, u którego robiłam testy, poinformował mnie, że prawdopodobnie mam to, co 

lekarze   nazywają   „niedoczynnością   pęcherzyka   żółciowego”,   i   że   mimo   braku   w   nim   kamieni 
trzeba go będzie prawdopodobnie usunąć. Przypuszczał, że pęcherzyk wypełniony jest „osadami”, 
których nie widać na ultrasonografie, i zaordynował jeszcze jeden, skomplikowany, kosztowny i 
nieprzyjemny test, który miał być wykonany w tydzień po skanowaniu wątroby. Potem miano mnie 
oddać w ręce chirurgów i jazda na salę operacyjną.

Planowałam, że w pierwszy majowy weekend pojadę do Południowej Karoliny na konferencję 

poświęconą wzięciom przez UFO. Zmartwiona z racji nieustającego bólu i rozmów o guzie wątroby 
moja rodzina nalegała, aby nie wyjeżdżała. Ostatecznie doszłam do wniosku, że mój brzuch będzie 
bolał tak samo, bez względu na to, czy pojadę, czy nie. Uznałam, że jeśli pojadę na konferencję, to 
przynajmniej  odwróci to moją uwagę od cierpień.  Byłam  zdecydowana  na wyprawę, ponieważ 
miałam jechać z Ronem, który obchodził owego weekendu urodziny, i chciałam mu pomóc w ich 
urządzeniu.

Kiedy okazało się, że mój stan zagraża naszym planom, Ron stwierdził, że musi porozmawiać o 

tym   z   obcymi   istotami.   Pamiętam,   że   kiedy   to   usłyszałam,   spojrzałam   na   niego   z   pewnym 
niedowierzaniem.

Kiedy rodzina upewniła się, że nie mam raka wątroby, przestała protestować. Wieczorem w 

przeddzień   wyjazdu   spakowałam   walizkę   i   poszłam   wcześnie   spać   w   nadziei,   że   ból   żołądka 
ustanie, tak że będę w stanie trochę zdrzemnąć się przed czekającą mnie podróżą.

Wzięci często żartują między sobą na temat tajemniczej trzeciej godziny nad ranem, ponieważ z 

jakichś nie znanych nikomu powodów większość z nas budzi się między 3.15 a 3.30. Co jeszcze 
dziwniejsze, o budzeniu się o tej porze donoszą wzięci zarówno z zachodniego, jak i wschodniego 
wybrzeża – ze wszystkich stref czasowych. Większość z nas uważa, że właśnie o tej godzinie 
wracamy z wzięć.

Otóż we wczesnych godzinach rannych 3 maja 1996 roku obudziłam się nagle i powiedziałam do 

siebie głośno: „Jak to dobrze, teraz już nie muszę usuwać pęcherzyka żółciowego”. Roześmiałam 
się,   zastanawiając   się,   skąd   przyszło   mi   do   głowy   to   absurdalne   zdanie,   po   czym   ponownie 
zapadłam w sen. Stojący obok łóżka zegar wskazywał godzinę 3.25.

Wyruszyliśmy   wcześnie   rano,   ponieważ   mieliśmy   do   przejechania   osiemset   kilometrów. 

Wykształcił się już u mnie nawyk niejedzenia śniadania i lunchu, tak by ranek i wczesne popołudnie 
mogły być bezbolesne i produktywne. Po południu poczułam się głodna i z pewnymi oporami 
zjechałam z autostrady międzystanowej, aby kupić coś do zjedzenia, wiedząc, że pozostała część 
dnia będzie wypełniona znanym mi, gryzącym bólem w brzuchu.

Dopiero kilka godzin później, kiedy rozpakowywałam w hotelowym pokoju, w którym odbywała 

się   konferencja,   walizkę,   dotarło   do   mnie,   że   nic   mnie   nie   boli.   Nagle   przypomniało   mi   owo 
przebudzenie o godzinie 3.25 i myśl, jaka przyszła mi wtedy do głowy, że mimo wszystko nie będę 
musiała poddawać się operacji. To niewiarygodne, ale zaczęłam poważnie rozważać możliwość, że 
mój pęcherzyk żółciowy został poprzedniej nocy jakoś „naprawiony”.

Podniecona tą możliwością zwerbowałam kilku moich kolegów, uczestników konferencji, aby 

udali się ze mną do restauracji Waffle House, która usytuowana była obok hotelu. Zamówiłam 
cheeseburgera z szynką i plasterkami cebuli, najbardziej tłuste danie w menu, jakie tam mieli, i 
zjadłam go do końca. Wciąż żadnego bólu!

Tak oto nagle, bez jakiegokolwiek widocznego powodu, zniknęła bolesność, która nękała mnie 

background image

przez ponad pół roku.

Kiedy   wróciłam   z   konferencji,   odwołałam   pozostałe   testy   diagnostyczne   i   spotkanie   z 

chirurgiem. Spotkałam się z pewnymi oporami z jego strony, ale kiedy wyjaśniłam mu, że ból 
zniknął i nie widzę potrzeby wykonywania dalszych badań, okazał zrozumienie.  Żałuję,  że nie 
starczyło mi odwagi, aby powiedzieć mu: „Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to obce istoty 
naprawiły to, co było popsute w moim pęcherzyku żółciowym”.

Dlaczego jednak obce istoty miałyby mnie uzdrowić i czemu właśnie w tym momencie, po tylu 

miesiącach   bólu?   Nie   mam   świadomej   pamięci   bliskiego   spotkania,   które   odbyło   się   w   nocy 
poprzedzającej moją wyprawę na konferencję. Myślę jednak, że moje problemy z pęcherzykiem 
żółciowym zwróciły ich uwagę z powodu szczątkowego promieniowania, które pozostało w moim 
organizmie po przeprowadzonym tydzień wcześniej badaniu z użyciem izotopu. Być może odkryli 
podczas rutynowego wzięcia niskopoziomowe promieniowanie i po zapytaniu mnie, o co chodzi, 
dowiedzieli się o czekającej mnie operacji, no i naprawili wszystko. Możliwe również, że stało się 
to na skutek interwencji Rona. Czy dokonali tego w akcie dobrej woli, czy też w celu zapobieżenia 
niepożądanemu   wtrącaniu   się   kogoś   innego   w   stan   ich   „laboratoryjnego   okazu”,   pozostaje 
niewiadomą. Wygląda na to, że obce istoty mają swój cel w tym, aby utrzymać mnie w dobrej 
kondycji fizycznej. Jakikolwiek by on nie był, nie zamierzam skarżyć się z tego powodu!

Czasami   zastanawiam   się,   czy   moje,   mniej   istotne,   chroniczne   problemy   zdrowotne   nie   są 

wynikiem moich przeżyć w czasie wzięć. Mam chroniczne bóle głowy, bywam często zmęczona i 
moja pamięć nie jest taka, jaka powinna być u kogoś, kto nie przekroczył jeszcze czterdziestki. Stres 
wynikający z wielu wzięć może mieć niekorzystny wpływ na moje zdrowie. Wydaje mi się jednak, 
że dokonano wielu interwencji na moją korzyść. Ich motywy nie są mi znane. Czy obce istoty 
interweniują   z   chęci   poprawienia   mi   życia?   A   może   chronią,   po   prostu,   to,   co   we   mnie 
zainwestowali?

Wiosną   roku   1991   miałam   wypadek   samochodowy,   gdy   wiozłam   do   szkoły   cały   samochód 

dzieci. Uderzył w nas z tyłu, na światłach, samochód, którego kierowca spóźnił się z hamowaniem. 
Na szczęście, wszystkie dzieciaki miały zapięte pasy i nic się im nie stało. Ja też nie doznałam 
poważnych uszkodzeń, ponieważ także miałam zapięte pasy. Wszystko skończyło się bólem szyi i 
posiniaczeniem kolan, którymi uderzyłam o kolumnę kierownicy. Ubezpieczenie sprawcy wypadku 
zapłaciło za kilka wizyt u specjalisty od chorób nóg, po czym uznałam, że wszystko już w porządku 
i zrezygnowałam z dalszych roszczeń.

Kilka miesięcy później bardzo zaniepokoił mnie stan mojego prawego kolana, które zaczęło mnie 

stopniowo boleć. Kolano „strzelało”, kiedy szłam po schodach, a czasami wręcz blokowało się, 
przez co chodzenie było bardzo utrudnione, a niekiedy wręcz niemożliwe.

Uderzenie,   jakiego  doznałam  w   czasie  wypadku, poluzowało   chrząstkę  w  kolanie  i  stan  ten 

wymagał interwencji chirurgicznej. Ponieważ roszczenia z tytułu wypadku zostały już zamknięte, 
możliwość   przekonania   towarzystwa   ubezpieczeniowego,   aby   zapłaciło   za   operację,   stała   pod 
znakiem zapytania. Zanim jednak zdążyłam umówić się z chirurgiem-ortopedą w sprawie terminu 
operacji, strzelanie i ból w kolanie nieoczekiwanie zniknęły. Jedyny znak, jaki mi po nich pozostał, 
to blizna w dolnej części kolana – nowa, doskonale wygojona, o długości około 0,6 cm.

W  przypadku  kolejnego   uzdrowienia  przez   obce  istoty  mam  niemal  świadome  wspomnienie 

włączenia się obcych istot. Było to uzdrowienie przy zachowaniu pełnej świadomości, żaden sen ani 
coś, co ujawniło się dopiero pod hipnozą. Posiadam ponadto fizyczne dowody, które widzieli wtedy 
także inni ludzie. Lekarze nigdy nie wykryli u mnie tej przypadłości. Zdiagnozowały ją i wyleczyły 
mnie z niej obce istoty, za co jestem im bardzo wdzięczna.

Jesienią roku 1993 wysokie, migotliwe istoty, z którymi mam często do czynienia, wzięły mnie 

ponownie. Są to istoty, które biorą mnie czasami i których nigdy nie widzę dokładnie, albowiem 
ukazują się w postaci migotliwych zgęstków powietrza. Mają około 2 metrów wzrostu. Są bardzo 
dobre, ale nieco sztywne w obyciu. Wydaje mi się, że to te same istoty, które opisywał Ron. Wiem, 
że nie zrobią mi nic złego i dlatego nie boję się, kiedy jestem wśród nich, niemniej odczuwam 
rozczarowanie, jako że często znajduję się za ich sprawą w sytuacji nie będącej moim własnym 
wyborem.

W   tym   szczególnym   przypadku   siedziałam   na   stole   i   przyglądałam   się   dwóm   z   nich,   które 

omawiały mój przypadek, tak jak czynią to lekarze w czasie obchodu. Ich dialog nie był wyrażany 

background image

słowami, a mimo to doskonale rozumiałam, czego dotyczy ich telepatyczna rozmowa. Rozmawiali 
o mnie jak lekarze, jakby mnie tam nie było, mimo iż musieli zdawać sobie sprawę, że „słyszę”, co 
mówią.

Jeden z nich odwrócił się w moją stronę i ręką wskazał na moją klatkę piersiową. Nagle pojawiła 

się   pionowa   tafla   światła,   która   przecięła   mnie   na   wysokości   klatki   piersiowej.   Nie   odczułam 
niczego nieprzyjemnego, żadnych odczuć, ale mimo to podskoczyłam z wrażenia. Ta sama istota 
ponownie wykonała ręką gest w moim kierunku, tyle że tym razem trochę inny. Jak gdyby w 
odpowiedzi ukazała się tafla poziomego światła, które przecięło mnie prostopadle do pierwszej.

Świetlne płaszczyzny wyglądały jak unoszące się w powietrzu jasno oświetlone od wewnątrz 

tafle szkła o własnościach pryzmatu, albowiem oglądane pod pewnym kątem, ukazywały obraz 
tęczy. Czułam jednocześnie fascynację i przerażenie.

Nagle z mojego ciała wypłynął w powietrze przezroczysty, bardzo szczegółowy, trójwymiarowy 

przekrój jednej z moich piersi i zatrzymał się tuż przede mną. Głośno wciągnęłam powietrze. Na 
wprost moich oczu w powietrzu unosił się holograficzny model mojej piersi! Mojej własnej piersi! 
W jego środku migotała malutka świetlna plamka. Jedna z wysokich istot powiedziała do drugiej: 
„To jest jeszcze małe. Ona wcale nie wie, że to tam jest”.

Właśnie w tym miejscu kończy się moja świadoma pamięć tego zdarzenia. Wydaje mi się, że 

ilekroć przejawiam w czasie wzięcia nadmierne pobudzenie lub się z czymś nie zgadzam, istoty te 
„wyłączają” mnie i wprowadzają w stan bardziej ograniczonej świadomości, jak sądzę, dla ich i 
mojego dobra. Pamiętam jednak zaniepokojenie, jako że wydało mi się oczywiste, iż wykryły guza 
piersi.

Miałam wtedy tylko trzydzieści cztery lata i wiedziałam, że jest mało prawdopodobne, aby mój 

lekarz zaordynował mammografię, jako że nie miałam wyczuwalnego guzka w piersi. Nie miałam 
ochoty   mówić   mu,   że   obce   istoty   wykryły   u   mnie   w   piersi   mały,   niewyczuwalny   guzek!   Nie 
podjęłam więc żadnych działań, logicznego w takim przypadku kroku, jaki uczyniłaby większość 
kobiet. Zamiast tego przez szereg kolejnych bezsennych nocy zastanawiałam się, co powinnam 
zrobić.

W   międzyczasie   zaczęły   dziać   się   dziwne   rzeczy   –   na   moim   ciele   zaczęły   ukazywać   się 

stygmaty. Mimo iż nie mam świadomej pamięci wzięć, niemal codziennie na piersi ukazywały się 
ślady,   każdy   o   średnicy   około   1,7   cm,   przypominające   ślady   po   lekkim   oparzeniu,   lekko 
wybrzuszone czerwone  kółka, takie jak po ugryzieniu  przez komara,  zawsze w  okolicy  prawej 
piersi. Czasami w środku czerwonej plamki była mikroskopijna ranka, taka jak ślad po wkłuciu igły. 
Pewnego ranka zbudziłam się i na lewej powiece, tuż pod brwią, odkryłam punktowe ranki. Innym 
razem znalazłam taki ślad na wewnętrznej stronie jednego z ramion, tak jakby pobierano mi krew.

Byłam podekscytowana, przestraszona i na swój sposób odprężona. Aczkolwiek nie wiedziałam, 

kto i co ze mną wyczynia, wyglądało na to, że wysokie, migotliwe obce istoty leczą to, co odkryły 
w czasie sesji z holograficznym obrazem. Nigdy nie słyszałam od innych wziętych o podobnym 
przeżyciu, byłam więc pozostawiona samej sobie. Ale znaki na moim ciele stanowiły dowód, że to 
nie  jest wytwór mojej  wyobraźni.  Zrobiłam  z  siebie  ekshibicjonistkę  i  zapewniłam  sobie  kilku 
świadków, którzy mogli potwierdzić pojawianie się znaków na mojej prawej piersi.

Kiedy skończyłam 34 lata, zrobiłam sobie mammografię, która nie wykazała żadnych anomalii.
W tym roku (1998) skończę 39 lat i ponownie zrobię sobie mammografię. Bardzo chcę uzyskać 

kolejny ujemny wynik, ponieważ rok temu na raka piersi zmarła moja ciotka, z kolei moja mama 
poddała się w roku 1997 lumpektomii

2

. W roku 1993 nie miałam pojęcia o tym, że rak tak często 

występował w mojej rodzinie. Wiedząc to, co wiem obecnie, jestem wdzięczna tym, którzy się mną 
opiekowali, i nie mam żadnych problemów z tym, że wierzę, iż wysokie obcy istoty zdiagnozowały 
i wyleczyły wczesną postać raka mojej prawej piersi.

W   roku   1994   miałam   możliwość   omówienia   mojego   przeżycia   z   hologramem   ze   znanym 

badaczem   zjawiska   UFO.   Usłyszałam   wówczas   od   niego,   że   są   również   inni   ludzie,   którym 
pokazywano hologramy, i że wielu wziętych wierzy, iż ich choroby zostały wykryte i wyleczone 
przez   obce   istoty.   Co   ciekawe,   w   ostatnich   kilku   latach   hologramy   znalazły   zastosowanie   w 
medycynie w pewnych procedurach diagnostycznych i chirurgicznych.

Zjawisko   wzięć   jest   bardzo   głębokie   i   złożone.   Fizyczne   aspekty   przeżyć   z   wzięć   stanowią 

background image

jedynie  wierzchołek  góry lodowej. W  podtekście  tego, co  się dzieje,  leży  głęboka,  aczkolwiek 
nieznana, przyczyna. Z definicji jest ona najprawdopodobniej niezrozumiała dla nas – ich cel jest 
przecież nam obcy.

Jeśli chodzi o mnie,  uważam,  że zainteresowanie  obcych istot naszymi  emocjami,  sercami  i 

duszami   kryje   w   sobie   bardzo   ważny   problem.   Uważam   tak   dlatego,   że   najbardziej   głęboka 
przemiana,   jakiej   doznałam,   dotyczy   zwiększenia   moich   zdolności   do   empatii.   Kiedy   siedzę   i 
słucham kogoś, słyszę uszami jego słowa i jednocześnie odczuwam to, co on. Uczucia innych ludzi 
zdają się wskakiwać we mnie, tak że odczuwam to samo, co oni.

Kiedy uświadomiłam sobie swoją własną historię bliskich spotkań z obcymi istotami, wycofałam 

się z udanej kariery sprzedawcy i dążę teraz do uzyskania magisterium z doradztwa. Odkryłam w 
sobie niezachwiane poczucie misji, której dokładny charakter mam dopiero poznać. Każdy aspekt 
mojego życia zdaje się stanowić kolejny krok w przygotowywaniu się do tego, co nastąpi. Z pasją 
studiuję   metody   alternatywnego   uzdrawiania   i   medycynę   totalną   (leczenie   ciała   i   umysłu). 
Właściwie nie wiem po co. Przypuszczam, że któregoś dnia powód ten zostanie mi ujawniony. Nie 
wiem, czy tego dnia mam oczekiwać z nadzieją, czy przerażeniem.

Moja nadzieja na przyszłość ma swoje źródło w społeczności wziętych. Podczas gdy motywy 

postępowania obcych istot wciąż pozostają nieznane, wzięci wiedzą, że nasze intencje w stosunku 
do innych są dobre i prawdziwe. Kiedy odkładamy na bok nasze różnice w poglądach na to, czy 
kontakty z obcymi istotami są „dobre”, czy „złe”, znajdujemy bogatą i żyzną glebę do budowy 
społeczności.   Unikając   wmawiania   innym   naszych   poglądów,   uczymy   się   akceptować   wartość 
indywidualnych doświadczeń i tolerować różnice między sobą.

Ludzie, którzy doświadczyli bliskich spotkań z obcymi istotami, często narażeni są na izolację. 

Rozmawiałam z setkami z nich i mogę stwierdzić, że właśnie to odizolowanie jest najtrudniejszą 
stroną   życia   większości   z   nich,   nie   wyłączając   tych,   którzy   traktują   swoje   przeżycia   jako   coś 
pozytywnego. Odnajdując innych, z którymi mogą porozmawiać o swoich bliskich spotkaniach, 
ludzie z takimi doświadczeniami czują, jakby wrócili „do domu”.

Ci z nas, którzy są naznaczeni historią kontaktów z obcymi istotami, utracili świat, w którym 

dorastali i który uważali za prawdziwy. Kiedy zdamy sobie sprawę, że nasze życie składa się w 
rzeczywistości   z   dwóch   zupełnie   odmiennych   żyć,   następuje   egzystencjalny   kryzys   o   bardzo 
głębokim podłożu i zostajemy zmuszeni do zsyntetyzowania zupełnie nowego spojrzenia na świat.

Dla tych, którzy doświadczyli bliskich spotkań i wzięć izolacja kończy się, kiedy spotykamy się 

razem.   Przy   wsparciu,   jakiego   udzielamy   sobie   nawzajem,   możemy   nawzajem   się   uzdrawiać 
poprzez   miksowanie   obu   światów,   korygowanie   rozdziału,   jakiego   doznajemy.   Na   tym   polega 
magia,  która  ma  miejsce,  kiedy  zbierają  się  razem  ludzie  mający  za  sobą  przeżycia  z bliskich 
spotkań i wzięć.

Przypisy:

1. Naczyniak typu hemangioma to niezłośliwy guz składający się z warstwy nowo wytworzonych naczyń 

krwionośnych,   które   w   chwili   urodzin   mogą   znajdować   się   w   różnych   częściach   ciała,   w   tym   w 
kościach i wątrobie.

2. Lumpektomia, inaczej guzoktomia, to chirurgiczne usunięcie cysty lub guza piersi.

Autor: Melanie Green
Magazyn UFO NR 2 (50) IV-VI 2002