background image

 
EDYTA SZAŁEK 
Sen Zielonych Powiek 
Replika 
Copyright © Edyta Szałek, 2007 Copyright © Wydawnictwo Replika, 2007 
Wszelkie prawa zastrzeŜone 
Redaktor Magdalena Piechowiak 
Projekt okładki Iza Szewczyk 
 
Wydanie I 
ISBN 978-83-60383-34-6 
Wydawnictwo Replika 
ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo 
tel./faks 0618944151 
e-mail replika@replika.eu 
www.replika.eu 
PODZIĘKOWANIA: 
Przede wszystkim dziękuję Tomkowi Jastrunowi za to, Ŝe dawno temu odpowiedział na mój 
list, a później mobilizował do pisania. Gdyby nie on, nigdy nie miałabym dość odwagi... 
Po drugie, ale po pierwsze, jeśli chodzi o tę powieść, dziękuję pisarce Danusi Dowjat, która 
pierwsza w nią uwierzyła i wspierała mnie dobrym słowem i praktycznymi radami. 
Po trzecie w końcu, dziękuję moim cierpliwym konsultantom, lekarzom, specjalistom 
psychiatrii: Pani Beacie Borkowskiej i Panu Adamowi Małeckiemu, za cenne uwagi 
dotyczące zagadnień medycznych i stosowną korektę. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
KsiąŜkę dedykuję mojemu męŜowi, dla którego jestem źródłem zarówno radości, jak i 
smutku. 
Jak na deszczu łza, cały ten świat nie znaczy nic a nic. 
Maciej Balcar 
PROLOG 
Otworzyłam powoli oczy. Za oknem szare chmury przesuwały się jak tratwy spławiające 
drewno. Jednostajnie do celu... wiozą drewno do Boga. Ale nikt nie odbierze przesyłki, bo 
tam nikogo nie ma. Was teŜ oszukano? Czuję suchość w gardle. To przez leki, po których śpię 
cały czas i budzę się tylko, gdy ich stęŜenie w osoczu spada. Jak długo mają mnie tu zamiar 
trzymać? Do końca Ŝycia mam spać? Moja dusza będzie miała zamknięte powieki i Ŝyły 
nienaturalnie wydłuŜone przez kroplówkę. Czasami nie do końca wiem, z jakiego powodu tu 
jestem. Jest we mnie smutek rozrywający serce, ale nie wiem, co się stało. Czuję stratę, 
czegoś mi brakuje, ale nic nie pamiętam. Jedyne, co mam przed oczami to popołudnie z 
dzieciństwa, kiedy przeprowadzałam sekcję zwłok małego wróbla, który wypadł z gniazda. 
Rodzina siedziała w domu, piła kawę i jadła urodzinowy tort, gdy ja swoją naiwnością 
próbowałam przywrócić ptaszka do Ŝycia. PołoŜyłam go na murku i przygotowałam 

background image

niezbędne narzędzia: patyczek, chusteczkę obrębioną kordonkiem, szkło róŜnej wielkości i 
krem Gazela. UłoŜyłam ptaka na 
11 
plecach i rozłoŜyłam na boki jego skrzydełka. Głowa opadała mu bezwładnie na bok. Nie 
chciał na mnie patrzeć. Miałam kilka lat i choć wiedziałam, Ŝe ptak nie Ŝyje z powodu 
upadku, Ŝywiłam nadzieję, Ŝe go uratuję. Patyczkiem próbowałam otworzyć mu dzióbek, by 
sprawdzić, czy to tam tkwi przyczyna jego śmierci, ale Ŝółte klamerki na to nie pozwoliły. 
Wzięłam więc kawałek szkła i próbowałam rozciąć mu brzuch w sposób, jaki babcia 
patroszyła kurę. Ale szkło było zbyt tępe, zostawiło tylko jasny ślad na skórze. Gdy 
przymierzałam się do wypróbowania kolejnych narzędzi, nadeszła mama, zobaczyła, co robię, 
i zaczęła lamentować, Ŝe zaraŜę się jakimś paskudztwem i co to w ogóle za pomysły. 
Próbowałam jej wytłumaczyć, jaki mam plan, ale nie chciała słuchać. Kazała mi połoŜyć 
ptaka na chusteczce i zanieść na trawnik, gdzie przyleci po niego mama. Nie rozumiałam 
wtedy jeszcze wielu rzeczy, ale postawa mojej mamy zdziwiła mnie wyjątkowo. Nawet mi 
trudno było uwierzyć, Ŝe operacja się uda, a ona chciała, bym uwierzyła, Ŝe po martwego 
ptaka przyleci jego rodzic. Zgodziłam się. Zapytałam tylko, czy mogę mu posmarować brzuch 
kremem, Ŝeby jego mama się nie zorientowała. Mama przytaknęła, ale odwróciła głowę, gdy 
robiłam to swoiste namaszczenie. Poszłam na trawnik, połoŜyłam pisklę na trawie i 
powiedziałam: „Nie martw się, zaraz przyleci po ciebie mama. Nie mogę tu zostać, aby jej nie 
spłoszyć". 
Po powrocie mama wyszorowała mi ręce pastą bhp i kazała siedzieć w domu. Nazajutrz 
poszłam na dwór sprawdzić, czy się udało. Ptaszka rzeczywiście nie było. Stałam wpatrzona 
w źdźbła i zastanawiałam się, jak to moŜliwe. Więc cuda się zdarzają? 
12 
MoŜna wyczarować szczęśliwe zakończenia smutnych zdarzeń, moŜna sprawić, by Ŝadna 
istota nie była samotna i mogła pochować swoje dziecko, nawet jeśli jest ptakiem? 
Pamiętam to tak dokładnie. Dlaczego pamiętam o tym teraz? Czuję gorące łzy spływające po 
mojej twarzy i wysychające raptownie usta, jakby łzy zabierały im ostatnią wilgoć. 
Z zakamarków moich trzewi dobiega głos, który mówi, co się stało, ale nigdy w to nie 
uwierzę, nigdy, cuda się zdarzają, cuda się zdarzają, nie-eeeeeeeeeeeeeeee!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! 
Ktoś połoŜył dłoń na moim czole. Za oknem nieskończony rejs. Zamykam oczy. 
Dziś wyszłam ze szpitala. Zostawiłam za sobą przesiąknięte rozpaczą łóŜko, sąsiada z bloku 
B, nałogowego onanistę, i pielęgniarkę obciętą na jeŜa z powodu jednego z pacjentów, który 
gdy miała je dłuŜsze, złapał ją za nie i mało nie skręcił jej karku. 
Z kaŜdym oddalającym krokiem staram się zapominać to miejsce. Choć jest dość chłodno, nie 
zapięłam się, by wiatr wywiał resztki zapachu wsączonego w moją skórę. Krok za krokiem. 
Zapominam. Po co tu byłam? Nie wiem. Jakiego koloru były ściany? Nie pamiętam. Czy 
jadłam coś, czy coś mi smakowało? Nic. Pustka. Zapominam twarze lekarzy i pielęgniarek, 
ja, która pamiętałam zawsze najdrobniejsze zmiany i twarze ludzi widzianych przez mgnienie 
oka. Pytali, czy ktoś po mnie przyjedzie, skłamałam, Ŝe tak. Brodaty lekarz pachnący 
fajkowym tytoniem wypisał mi kilka recept, oprócz tego rozpisał, co kiedy mam brać. Te 
tabletki codziennie, bez względu na samopoczucie, dwie rano, dwie w południe, cztery na 
noc. „Czy pani rozumie?" Pokiwałam głową. Jeśli będę czuła się dobrze, przy wi- 
15 
zycie kontrolnej lekarz być moŜe zmniejszy mi dawkę amitryptyliny do czterech tabletek na 
noc. Patrzyłam na lekarza, gdy spokojnie tłumaczył, Ŝe wszystko będzie dobrze. Prosił, bym 
wykupiła witaminy i jak najszybciej po powrocie skontaktowała się z terapeutą, z którym 
mogłabym kontynuować terapię. Wydawało mi się, Ŝe powinnam podziękować. Lekarz 
prosił, bym poczekała chwilę na korytarzu, bo ktoś chce się ze mną poŜegnać. Usiadłam przed 
jego gabinetem wpatrzona w gumoleum na podłodze, którego wzór przypominał drobinki 

background image

herbaty wtopione w szarą masę. Czekałam, nie wiem jak długo, moŜe tylko chwilę, a moŜe o 
wiele dłuŜej, i poszłam. 
Idę. O własnych siłach. Moje bezrozumne nogi gdzieś mnie prowadzą. W dłoni ukrytej w 
kieszeni ściskam recepty, jak chińską wróŜbę na przyszłość. Trzęsę się. Od tak dawna nie 
byłam na świeŜym powietrzu, a ono tak bardzo boli. 
Moje stopy chyba zmalały, buty człapią, a pięta co rusz wyskakuje z cholewy. Czy z Ŝalu 
moŜna maleć? Więc mój smutek nie był wystarczający? Gdyby było inaczej, malałabym po 
kawałku, aŜ któregoś dnia znikłabym zupełnie. 
Mój świat przestał istnieć. Wystarczyło kilka chwil i ktoś zamknął mi przed nosem furtkę do 
mojego wymiaru. Nie mam dokąd pójść. Nie wiem, czy chciałabym, gdybym miała. 
Powinnam wrócić do domu, ale ja juŜ nie mam domu. Wszystko to, czym był, rozpadło się. 
Nie tęsknię juŜ za niczym, nie pragnę niczego, nawet gdybym wróciła, nic nie byłoby moje, 
nie miałabym prawa niczego dotknąć... Nie mogę niczego zmienić. 
Zastanawiam się, czy to otępienie to działanie 
16 
tabletek czy postanowienie mojej duszy o tym, Ŝe rozdział jest zamknięty. PrzecieŜ ludzie 
czasami wracają, dlaczego ja nie mogę? Do końca mojego Ŝycia będę pamiętać ten szept, 
który pojawił się któregoś ranka: „Jak by to było bez troski o drugiego człowieka, gdyby 
nagle zniknęli ludzie, których kochasz... Co czułabym, oglądając przedmioty naszego Ŝycia? 
Czy bardzo bym płakała?" Szept z mojej chorej głowy przerodził się w mój szpitalny krzyk. 
JuŜ wiem, jak to jest. Wiem, jak to jest cierpieć do granic i gryźć dłoń, nie czując bólu. 
Przekonałam się. Czy wobec tego mogę się obudzić jeszcze raz? 
Czy mogę prosić o rozkruszenie tamtych myśli? 
Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina... To była tylko myśl... Jedna z miliona. 
Ktoś powiedział mi kiedyś, Ŝe szatan nie moŜe znać naszych myśli, ten dar ma tylko Bóg i 
mój anioł. Do którego więc powinnam się udać po wyjaśnienia? 
Idę dalej. 
Mijają mnie samochody i piesi. Ktoś mnie wkrótce rozpozna i pokiwa z politowaniem głową. 
A ja będę dalej szła, wiedziona instynktem, aŜ dojdę do miejsca, które mnie zabije, moŜe tym 
razem skutecznie. 
Usłyszałam za sobą tupot stóp. Marta. 
- Dlaczego nie zadzwoniłaś? - zapytała z troską w głosie. - Przyjechałabym po ciebie. Byłam 
w szpitalu, powiedzieli, Ŝe ktoś miał cię odebrać. Co się stało? Nikt nie przyjechał? 
Popatrzyłam na jej delikatną twarz i jasne jak letnie niebo oczy. Tyle w niej świeŜości. 
Ujęła moje dłonie, a w jej oczach wezbrały łzy. 
- Chcę cię o coś prosić - powiedziałam. - Pojedziesz do mojego domu i spakujesz to, co 
według 
17 
ciebie jest mi niezbędne. Klucze weź od mojej mamy, a po wszystkim oddaj jej lub zachowaj, 
jeśli chcesz. Jeśli pozwolisz, zaczekam u ciebie. Chciałabym teŜ, byś sprawdziła rozkład 
pociągów do G. JeŜeli nie będzie szybkiego połączenia, muszę u ciebie przenocować... 
- Nie moŜesz teraz wyjechać... Nie w takim stanie, będziesz w niebezpieczeństwie, co ze 
ś

rodkami do Ŝycia... 

- Dam sobie radę, nie ma innego wyjścia, nie mogę tu zostać... wśród prowincjonalnych 
kondolencji i szeptów potakujących w rytm stempli na poczcie. 
- A ja? Zostawisz mnie tu samą? 
-Ty teŜ dasz sobie radę... masz swój gabinet, delikatne dłonie, klientki chcące do końca świata 
być piękne. Tylko nie przestań się starać. Pamiętaj, całkiem prawdopodobne, Ŝe kiedyś się 
spotkamy, świat jest taki mały... Teraz czuję to wystarczająco wyraźnie, by stawić temu 
czoło. Masz mój numer. 

background image

Patrzyła na mnie z niedowierzaniem. MoŜe ma mnie za wariatkę, która nie wie, co mówi. Nie 
dbam o to. Wsiadłyśmy do jej auta. Wysiadłam pod jej domem, a ona pojechała dalej, spełnić 
moją okrutną prośbę. 
Wróciła po godzinie z rozmazanym tuszem na twarzy, dwoma walizkami i trzema torbami 
wypełnionymi do granic moŜliwości. Bez słowa przytarga-ła wszystko do domu. Nie 
wstałam, aby jej pomóc. 
Nazajutrz odwiozła mnie na dworzec autobusowy. Chciała coś powiedzieć, zanim wsiadłam, 
ale pokręciłam głową. 
- Twoje Ŝycie się nie kończy, nawet moje, chociaŜ bardzo bym tego chciała, zmieniło tylko 
bieg... Nie mogę powiedzieć nic więcej, uwaŜaj na siebie. 
18 
Zasłoniła usta dłonią, a jej ciało zaczęło drŜeć. Miałam świadomość, Ŝe ludzie zachowują się 
tak, gdy jest im smutno... 
Trzy godziny później siedziałam w pociągu. Wiedziałam tylko, w jakim kierunku jedzie, ale 
nie byłam zdecydowana, gdzie wysiądę. Powoli czułam, jak wsysa mnie inne Ŝycie. Z 
upływem drogi stawałam się kimś innym. Nawet tego procesu nie potrafiłam zapamiętywać 
ani odróŜniać od tego, Ŝe coś się zmienia we mnie i wokół mnie. 
Na szybach krople siekące na ukos policzek pociągowego okna... Jakiś męŜczyzna z Ŝółtymi 
od tytoniu palcami i kobieta w tanich rajstopach. 
Czułam, jak moje plecy przybierają inną pozę, jak broda unosi się w górę i przez to opuszcza 
do połowy powieki, w mojej głowie zaczynają rodzić się myśli, nie moje i juŜ moje, 
zaczynam pragnąć od tej chwili rzeczy, których nigdy nie pragnęłam, dłonie starają się szukać 
oparcia w czymś zupełnie innym i chcą dotykać kształtów innych niŜ do tej pory. Patrzę na 
ludzkie twarze... Widzę je bardziej ostro, jak przez soczewkę, którą mój organizm wynalazł w 
przepaści duszy i osadził na lodowisku oka... 
Kobieta siedząca przy drzwiach ma nierówno przebite uszy. Jedna dziurka jest zbyt nisko, 
przez co ma się wraŜenie, Ŝe cięŜki złoty kolczyk przerwie cienką skórę i upadnie na brudną 
podłogę, na ślad tygrysiego prąŜka stworzonego z lepkiej cieczy i odciśniętego bieŜnika 
czyichś butów... 
Zapadł zmrok. 
Mijam światła, albo to one mijają mnie. Nie czuję, jak zmienia się temperatura, nie wiem, czy 
jest mi zimno, jeszcze nie wiem... 
Przed chwilą,  gdy  pociąg stanął  na  peronie, 
19 
zgasła lampa stojąca najbliŜej mnie. Bardzo ciche dźwięki, których do tej pory pewnie bym 
nie usłyszała, teraz odbieram mocniej, niŜ człowieka, który zapytał mnie o godzinę, 
pozostawiając w moim nosie zapach przetrawionej kanapki... 
Nie wiem, która jest godzina. Odpowiadam mu, Ŝe to nieistotne. Patrzy na mnie z pogardą. 
Jeszcze jestem, ale juŜ niedługo; gdy dotrę na właściwą stację, na której będę czuła, Ŝe 
powinnam wysiąść, będę juŜ innym człowiekiem. JuŜ prawie nic nie pamiętam. Na szczęście 
przestaję pamiętać... 
Jakieś niezdecydowane męskie dłonie na klamce przedziału. Ładne dłonie, czułe, miękkie... 
Ale nie wchodzą. Obserwują mnie, a ja je. Mój beznamiętny wzrok je płoszy. 
Wypłoszyć wszystko. Chcę zostać sama, proszę. Wybieram samotność. Ślubuję nie uskarŜać 
się na los, jeśli tylko moja prośba się spełni... 
Zapomnieć zielonego, dmuchanego krokodyla i koc w niebieskie koty... 
DWA LATA PÓŹNIEJ 
Nie jestem dobrym człowiekiem. Nigdy nie byłam. 
Nie potrafię hodować kwiatów. 

background image

Usychają wszystkie po jakimś czasie, znudzone czekaniem na mnie, pochylone i wpatrzone w 
przesuszone stopy. 
Babcia zawsze mawiała, Ŝe jeśli ktoś „nie ma ręki do kwiatów", to coś jest z nim nie tak. 
To tak jak ze „złymi oczami". Są ludzie mogący zauroczyć kwiat, dziecko... Nigdy w to nie 
wierzyłam, choć nigdy teŜ nie próbowałam na ten temat dyskutować, ale teraz... Wydaje mi 
się, Ŝe wszystko, co robiłam do tej pory z pobudek altruistycznych, miało na celu 
równowaŜenie zła, które wyrządzam, więc to nawet nie altruizm, tylko zwykła umowa 
handlowa. 
Po tym wszystkim, co wydarzyło się w moim Ŝyciu, bardzo Ŝałuję, Ŝe nie podjęłam tego 
wątku, moŜe powiedziałaby mi, czy jest jakieś antidotum na złych ludzi, na moje „złe oczy"... 
Odeszła. Mogłam wziąć wszystkie jej kwiaty. 
Mogłabym przez jakiś czas słyszeć nurt zielonej krwi w liściach i sycić oczy rozkoszną 
zielenią. Był- 
21 
by to mój talizman, moja ochrona i dowód, nie, nie dowód, a chęć podjęcia próby walki z 
przeznaczeniem... Ale wiedziałam, Ŝe umrą prędzej czy później. Zawsze byłam ze sobą 
szczera do bólu. Jedyną pociechą jest świadomość, Ŝe prawdopodobnie nie odpowiedziałaby 
mi na pytanie. 
Na wszystko, czego nie dało się wytłumaczyć, miała jedną odpowiedź: „Tak się po prostu 
dzieje"... 
Więc moje Ŝycie działo się do tej pory „tak po prostu", aŜ zaczęłam odkrywać schemat 
pewnych wydarzeń. Z kaŜdym rokiem dostawałam na Wigilię kolejny klocek do układanki... 
Czasami zdarzało mi się słyszeć w głowie dźwięk przypominający ocieranie się kamiennych 
płyt; fałszywe, chrzestne nuty, które czasami pobrzmiewały czystym taktem wpasowania się 
właściwego elementu. Gdziekolwiek wtedy byłam,, zamierałam na moment. Zamykałam oczy 
i czułam, jak ziemia pulsuje pod moimi stopami. Czułam wielką siłę trzymającą mnie w 
ramionach, a jednocześnie pozbawiającą oddechu... 
Zazwyczaj byłam wtedy sama. Zazwyczaj jestem sama. Ale kiedyś zdarzyło mi się to 
oszołomienie, gdy wychodziłam z banku. Wraz z rozsuwającymi się ze Ŝmijowym sykiem 
drzwiami poczułam podmuch, który zatrzymał mnie w miejscu. Był tam pewien męŜczyzna, 
tyle zdąŜyłam zauwaŜyć, resztę znam z opowiadania. Okazało się, Ŝe był lekarzem. 
Opowiedział mi później, Ŝe stałam w miejscu z objawami stresu, jak u osoby skrajnie 
przeraŜonej. Podobno moje źrenice zdominowały tęczówki, układ oddechowy wykonywał 
hiperwentylację, a serce biło w sobie znanym rytmie. Nie było ze mną kontaktu przez kilka 
minut. Nie pamiętam nic poza tym, 
22 
Ŝ

e wpatrywałam się w jego twarz i chłonęłam słowa, których i tak miałam nie zapamiętać. 

Widziałam, jak wpatrzył się we mnie i pragnęłam, by ani na chwilę nie stracił mnie z oczu... 
Wokół działo się wtedy tyle rzeczy, a ja pamiętam tylko to, Ŝe chciałam, Ŝeby patrzył. Po 
kilku minutach po zamieszaniu prawie nie było śladu; zostało kilka moich włosów 
wplecionych w wycieraczkę i wijących się rudymi płomykami i małe plamki atramentu 
tworzące konstelację na zimnym marmurze. 
Po tamtym zdarzeniu zostało mi wspomnienie dłoni lekarza głaszczącego moją zaciśniętą 
dłoń i blizna na palcu po wbitej w amoku stalówce. 
Moim domem są nie miejsca, ale sytuacje. Ta, w której znajduję się obecnie, wprowadza 
mnie w niepokój, bo ma w sobie elementy stagnacji i wyciszenia, a ja tego nie chcę. 
Wybrałam Ŝycie niecierpliwe, wśród wszystkich zdobyczy techniki, w niewoli bycia 
monitorowaną i skazaną na faszerowane antybiotykami i benzoesanem sodu. Próbowałam 
kiedyś walczyć, próbowałam być dobra, ale tak jak wierzy się w przeznaczenie lub Boga, ja 
wierzę w to, Ŝe zło jest subiektywne. Straciłam zbyt wiele lat na oszukiwaniu się, Ŝe potrafię 

background image

być idealna, na wzór stworzony w mojej wyobraźni, ale cóŜ, kiedy okazało się, Ŝe dobro teŜ 
jest subiektywne. To, za co umarłabym z przekonaniem, było dla kogoś skórką od chleba ze 
ś

ladami masła, więc po cóŜ się starać. Postanowiłam wykreować własny świat i Ŝyć według 

własnego kodeksu. W tym świecie mogę hodować pokrzywy zamiast kwiatów i nosić męskie 
koszule, mogę uwodzić czyichś męŜów, wlewać kawę do pucharka z lodami... Jakie to ma 
znaczenie? Najdziwniejsze jest to, Ŝe nie jest to trudne. Odkąd się zdecydowałam, 
23 
czasami nie muszę nawet nic mówić, wystarczy, Ŝe popatrzę, a rzeczy dzieją się same... 
Moja reŜyseria przywiodła mnie do wielkiego polskiego miasta, które jest jak zniszczona 
ławeczka w parku. Niby kunsztownie wygięta nóŜka, niby nowoczesna lampa obok, a farba 
obłazi i widać, Ŝe ktoś kiedyś wstawił zbyt grubą deskę albo nie zagruntował drewna i 
spieprzył sprawę. 
Podczas mojego ostatniego pobytu w Pradze, rzuciła mi się w oczy wystawa sklepu 
odzieŜowego. Manekiny miały powkładany we włosy suchy makaron spaghetti, a u ich stóp 
porozsypywany był makaron w róŜnych kształtach; muszelki wysypujące się z aluminiowego 
wiaderka, kokardki w łubiance na truskawki... Bardzo mi się to podobało. Coś zupełnie 
nieoczekiwanego, prostego, a jednocześnie ładnego, po prostu, bez idiotyzmów projektantów 
silących się na oryginalność i zaraŜających społeczeństwo chorobą „nowe szaty cesarza". 
„Ach, przecudna ta wystawa, dokładnie, dokładnie, co za otwartość, co za styl!" Tam, gdzie 
kiedyś mieszkałam, był mały sklepik rzeźnicki; tam teŜ ktoś miał otwartość i styl, postawił 
lodówkę i wrzucił mięso... 
Patrzyłam na tę wystawę i dostrzegłam odbijającą się w szybie literę: M. „M" jak marskość 
wątroby lub McDonalds, wedle Ŝyczenia. Weszłam nawet do środka. Witajcie w 
zjednoczonym świecie! Gdyby nie najstarszy praski hotel za oknem, mogłabym przysiąc, Ŝe 
jestem gdziekolwiek. Tak teŜ jest tutaj, gdzie teraz mieszkam. Nawet nie wiem, czy moŜna 
kogokolwiek obwiniać, wszak to cywilizacyjne per-petuum mobile. Machina tocząca się bez 
przerwy, zmieniająca narodowe fasady według schematu: my i pięć metrów dookoła nas to 
ś

wiat. TuŜ za tą stre- 

24 
fą moŜe umierać z głodu człowiek lub pośliznąć się starowinka w dziurawej pończosze, ale to 
juŜ nie my, nie nasze sprawy... 
Dawno temu, tam, gdzie kiedyś mieszkałam, przechodziłam przez plac z fallicznym 
pomnikiem pośrodku; miałam wtedy czternaście lat. Na placu, przy nieczynnej fontannie 
siedzieli pijaczkowie. Jeden z nich próbował wstać, poruszał się o kulach. Nie pomogły one 
jednak utrzymać pijanego ciała i męŜczyzna się przewrócił. Byłam przeraŜona. Nie było w 
nim nic z szybkości i lekkości upadku dziecka, albo brawury upadającego nastolatka... Nie 
mógł się podnieść. Poprosiłam koleŜanki, aby mi pomogły, ale Ŝadna się nie ruszyła. 
Podeszłam sama i chwyciłam go pod śmierdzące brudem i alkoholem ramię. Ale byłam za 
słaba. Uniósł się trochę i nagle zauwaŜyłam, Ŝe spadły mu spodnie. Nie zapomnę tego 
poczucia, gdy wszystko wymyka się spod kontroli, świat zaczyna wirować jak na karuzeli, 
tyle Ŝe zamiast koników są śmiejący się ludzie. Zaczęłam płakać. Pobiegłam do pobliskiego 
zakładu fryzjerskiego i poprosiłam o wezwanie karetki. Jakaś kobieta wykręciła numer 
pogotowia: „Jest tu dziewczynka, prosi o pomoc dla jakiegoś pana, który się przewrócił na 
placu, tak, chyba jest pijany, ma kule, chyba coś z nogami, dobrze, dziękuję. Zaraz przyjadą" 
- powiedziała z głupawym uśmiechem. Przyjechali, teŜ z głupawymi uśmiechami i 
taksującym wzrokiem; pytali, czy jestem z rodziny. Czy musiałam być, by mu pomóc? 
Najgorsze jest to, Ŝe z powodu tej sytuacji wcale nie czułam się dumna. Było mi wstyd. 
Czułam się tak, jakby to mi spadły spodnie... Gdybym miała moŜliwość cofnąć czas, nigdy 
bym do niego nie podeszła, bo choć ksiądz grzmiał z ambo- 
25 

background image

ny: „kochaj bliźniego swego", tak naprawdę wszyscy mieli to w dupie. 
Tak więc po wielu próbach wprowadzania w Ŝycie obiektywnego dobra, a przynajmniej 
podręcznikowego dobra, wybrałam subiektywne zło. 
I dzięki Bogu, na razie mniej cierpię. 
Patrzyłam w oczy zebranych. 
- JeŜeli uŜyjemy bawełny z domieszką lycry lub, jak woli pan Rafał, elastanu - tu spojrzałam 
wymownie na szefa działu produkcji - materiał będzie na tyle niewdzięczny przy szyciu, Ŝe 
wszelkie półokrągłe wyszycia, zakończenia i profilowanie w pasie wytkną kaŜdy błąd 
krawcowej. Będzie to skutkowało tym, Ŝe spodnie damskie w rozmiarze na przykład 
dwadzieścia siedem cali, czyli, panie Rafale - zwróciłam się do tępej, silącej się na wygląd 
Mar-lona Brando z czasów jego świetności, twarzy -jakieś sześćdziesiąt siedem centymetrów? 
Prawda? 
Skinął głową. 
- Będą miały siedemdziesiąt centymetrów, czyli mniej więcej tyle, ile w biodrach. Klientki, 
mierząc takie spodnie, będą pytały, czy to opcja dla miłośników National Geographic, którzy 
chcą poczuć się jak kangur. Zaczną się zwroty, moŜe nie z wszystkich punktów naraz, ale 
załóŜmy, Ŝe z największych, z galerii handlowych, gdzie klient jest wybredny, a właściciel, 
płacący kosmiczny czynsz, nie będzie chciał Ŝonglować chłamem. Takich punktów jest około 
pięćdziesięciu. KaŜdy dokonał kontraktacji na plus minus dwieście par w cenie zakupu prawie 
dwie setki za parę. PomnóŜmy to razy dwieście, a później razy pięćdziesiąt - panowie, panie, 
macie 
26 
przed sobą kalkulatory. Proszę wykonać działanie i zobaczyć, ile stracimy. A później proszę 
otworzyć skrypt leŜący przed wami i zobaczyć, jakie straty poniosła firma w bardzo podobnej 
sytuacji dwa lata temu, kiedy zapłaciła za materiał sprowadzany z zagranicy i przecierany 
kamieniami z morza egejskiego, poniewaŜ krajowy barwnik nie spełniał oczekiwań. Zły 
dobór wykończeń i nici spowodował totalną poraŜkę. 
- Moja propozycja jest taka. UŜyjmy samej bawełny, ale nitka niech będzie cieńsza. Nie 
czternaście uncji, ale dziewięć i pół, moŜe dziesięć. Mechaniczne i chemiczne wybarwienia 
jeszcze bardziej ją udelikatnią. Wszyscy wiemy, Ŝe bawełna pracuje, poddaje się rozciąganiu 
w newralgicznych miejscach. Jeśli będzie cieńsza, efekt ten zostanie bardziej uwidoczniony, a 
jednocześnie unikniemy efektu znienawidzonego przez klientki, gdy materiał z lycrą opina się 
tam, gdzie absolutnie nie powinien. 
- Domyślam się, Ŝe część z państwa mimo wszystko ma sentyment, choć przyznam szczerze, 
nie znajduję podstaw dla tego stanowiska, do rzeczy elastycznych, jeśli ta grupa będzie dalej 
większością, proszę o rozwaŜenie zmniejszenia procentowego udziału lycry z absurdalnych 
pięciu procent, bo z tego szyje powszechnie znana Turcja bazarowa, do maksymalnie półtora 
procenta. Dziękuję... 
Cisza. 
Rozprostowałam palce i połoŜyłam dłonie płasko na stole. Czułam, jak para osiada na 
lakierze, tworząc duszę dookoła moich rąk. 
Mimo wszystko się denerwuję. Z jednej strony nie zamierzam popierać większości, tylko 
dlatego, 
27 
Ŝ

e boją się dyrektora, bo poraŜka jest tak oczywista, Ŝe głupotą byłoby to akceptować. Z 

drugiej nie chcę mieć dookoła wrogów, a ludzie przyzwyczajeni do nieomylności za skarby 
nie chcą zmieniać zdania, a zwłaszcza gdy konsekwencją jest zmiana całego projektu. Na 
szczęście nie czuję się z nimi specjalnie związana, więc moŜe dlatego pewne kwestie 
przychodzi mi wygłaszać łatwiej. 

background image

Czekałam na rozwój sytuacji, kątem oka widząc jadowite spojrzenie zza grubych, czarnych 
oprawek. Dominika, w firmowych kuluarach pieszczotliwie nazywana „Suczką". Dopóki jej 
nie spotkałam, myślałam, Ŝe ten typ występuje tylko w filmach. 
Rysopis psychofizyczny: wysoka, nogi (niestety) do nieba, co podkreśla, nosząc (za) krótkie 
spódniczki, ekstrawaganckie rajstopy lub, jak twierdzi męska część ekipy - pończochy. MoŜe 
to i racja, bo niby skąd tyle śliny na wykładzinie. Czarne, lśniące jak futro tchórzofretki 
włosy, zimne niebieskie oczy bez makijaŜu, co zawsze mnie intryguje, bo usta ma 
nieskazitelnie i fachowo pomalowane. 
Ulubiony zwrot Dominiki: oficjalnie: „natychmiast", „rób jak uwaŜasz" (w domyśle: „i tak ja 
mam rację"), nieoficjalnie: „ssij bata, pastuchu!" 
Dominika jest jedyną osobą, na której wszyscy wyjątkowo solidarnie wieszają psy. Nie 
zmienia to faktu, Ŝe po słowach: „Natychmiast do mnie!" faceci bez względu na to, czy są 
przy pisuarze, po uprzednim wypiciu hektolitrów piwa, czy przywaleni segregatorami, 
meldują się niczym Komando Foki. 
Kobiety natomiast zawistnie obserwują kreacje prezentowane przez Dominikę i niby 
przypadkiem siadają jak najbliŜej w firmowym barku, by niby 
28 
przypadkiem podsłuchać, jak szczebiocze po włosku przez telefon. 
Stanowisko: szef działu finansowego. 
Co mnie w niej zastanawia: widziałam na jej biurku Sprawy intymne Marty Tikkanen; 
czytałam tę ksiąŜkę i przyznam szczerze, Ŝe podejrzewałabym Dominikę raczej o literaturę 
faktu, na przykład Ostatnie dni Ŝycia Adolfa Hitlera. Druga rzecz: gdy nikt nie widzi, 
wyjmuje z torebki misie Ŝelki do jedzenia i układa z kaŜdego koloru po jednym na małej 
okrągłej podstawce, na której kładzie się torebkę herbaty. Nie wiem, co się dzieje z tymi 
misiami, ale jest to intrygujące i potwierdza moje przypuszczenia, Ŝe ludzie mają o wiele 
więcej do powiedzenia, niŜ sami przyznają, zwłaszcza przed sobą... 
Nie przejmuję się tym, co myśli o moim wystąpieniu w kategoriach zawodowych, ba, 
podświadomie myślę, Ŝe powinna być mi wdzięczna, poniewaŜ mój wywód, jeśli zostanie 
zaakceptowany, zaoszczędzi jej windykacji niesolidnych kontrahentów. Natomiast jestem w 
stanie uwierzyć, Ŝe moŜe być zwyczajnie zazdrosna, ale to juŜ jej zmartwienie, 
- Pani Greto - odezwał się dyrektor. - Dziękuję za wyłuszczenie problemu. Choć pani 
argumenty brzmią racjonalnie, chciałbym sprawę omówić na osobności z szefem produkcji. 
Zebranie jutro o dziewiątej rano, w moim gabinecie. Dziękuję, miłego dnia. 
Popatrzyłam na tryumfujący wyraz twarzy Ra-fała. 
Niewiele osób tak mnie irytuje. Nie dość, Ŝe w 
29 
powierzchowność blond niechluja, to jego arogancki i cyniczny charakter prowokuje mnie do 
uszczypliwych komentarzy, a bardzo nie chcę schodzić do jego poziomu. Jako szef produkcji 
jest niezastąpiony, potrafi trzymać w ryzach ekipę produkcyjną i wykonać kaŜde zamówienie, 
choćby było na wczoraj; jednakŜe jako męŜczyzna reprezentuje typ faceta, który kobietę 
najchętniej kupiłby na targu lub w mięsnym, bo jest bliŜej: „Dzień dobry, poproszę 
pięćdziesiąt kilogramów kobiety". „Z mózgiem czy bez?" „Bez". 
Nie lubię go. Nie lubię, bo nie szanuje ludzi, odnosi się opryskliwie do współpracowników, 
ba, nawet do dyrektora mówi: easy, easy, panie dyrektorze". 
Nie zastanawia mnie w nim nic oprócz tego, Ŝe gdy zachorowała jego siostrzenica, wziął 
tydzień urlopu. 
Trudno, jeŜeli dyrektor przystanie na propozycję Rafała, jakoś to przełknę. W końcu nie 
chodzi o przeforsowanie mojego projektu, tylko o czuwanie nad tym, by nie poniosła kogoś 
fantazja. W ostateczności CF obetnie im fundusze. 

background image

Wróciłam do swojego biura. Stanęłam przy oknie i obserwowałam, jak gąsienice tramwajów 
mijają się w szarych labiryntach. Po chwili ciche pukanie. 
- Pani Greto? Czy mogę na chwilkę? 
W drzwiach stała Joanna, ciepła i słodka istota, która starała się usprawniać wszystkim pracę. 
Właściwie nie robiła nic specjalnego ani szczególnie odpowiedzialnego, ale miała niebywałe 
wyczucie, czego moŜe potrzebować kaŜdy pracownik; wiedziała, kiedy zaproponować kawę i 
jak posegregować dokumenty, by moŜna je było łatwo odnaleźć. Lubiłam o niej myśleć jak o 
naszym firmowym elfie. 
30 
- Oczywiście - uśmiechnęłam się - siadaj, o co chodzi? 
- Przyszłam, bo wiem, Ŝe jest pani oddelegowana tu na jakiś czas, a jednocześnie zna się na 
stosunkach panujących w firmie... 
Czekałam cierpliwie, aŜ przejdzie do sedna; widziałam, Ŝe jest zaŜenowana i wolałaby 
porozmawiać z kimś spoza firmy, ale nie ma wyboru. 
-OtóŜ... Dostałam propozycję pracy - wyduka-ła w końcu. - Jest to branŜa zupełnie nie 
związana z tym, co robiłam do tej pory, ale dość szybko się uczę i chciałabym spróbować 
czegoś innego... Poza tym zarabiałabym więcej... 
- Więc, w czym problem? Czego się boisz? 
- A jeśli wybiorę źle? Jeśli mi się tam nie spodoba? Tu zŜyłam się z ludźmi, pomimo 
upiornych charakterów co niektórych, szałów kolekcyjnych i pracy po nocach. Nie wiem, co 
robić... 
- MoŜesz mi powiedzieć coś więcej o tej propozycji? 
Joanna popatrzyła na mnie i przez ułamek sekundy zawahała się. 
- Słuchaj, gdybym miała ci zaszkodzić, wystarczyłoby mi to, co powiedziałaś, więc mów 
ś

miało. 

- Zadzwonił do mnie człowiek, który jest przedstawicielem niemieckiej firmy wchodzącej 
właśnie na rynek polski. Zajmują się stolarką PCV. Podobno ich produkty są bardzo dobre i 
konkurencyjne cenowo, a poniewaŜ nie mają jeszcze sieci dystrybutorów, jest pole do popisu. 
Zapewniają wszystko, czyli opłacają punkt handlowy, dają firmowy samochód, wyposaŜają 
biuro, opłacają telefony... 
- Więc, gdzie jest mina? - zapytałam. 
31 
- Słucham? - Joanna zamrugała. - Nie rozumiem, jaka mina? 
- Gdzie leŜy pies pogrzebany? Jak myślisz? PrzecieŜ właśnie to cię dręczy, prawda? 
-Tak... ma pani rację... jeszcze nie wiem... W piątek mam się spotkać, aby dowiedzieć się 
czegoś więcej... ale po tym, co powiedziałam, co pani sądzi? 
Postukałam obcasem w podłogę. Trudno, powiem, co myślę, szkoda, by dziewczyna 
wdepnęła w gówno. 
- Joasiu, widzę to tak. Jak znam Ŝycie, będziesz musiała zarejestrować działalność 
gospodarczą. Nawet jeŜeli nie zmienią warunków, i tak zostaną ci koszty zatrudnienia ekipy 
montaŜowej, bo jeszcze nie wiesz, Ŝe trzeba zdemontować stare okno, zamontować nowe i 
zrobić „obmurówkę", czyli nałoŜyć budowlany make-up, by okno nie wyglądało jak tuŜ po 
wyzwoleniu. MoŜe wystarczy dwóch pracowników, a moŜe będziesz potrzebowała dziesięciu, 
jeśli trafi się zlecenie na montaŜ w urzędzie lub w szkole. Czyli dochodzą składki ZUS, 
ubrania robocze i tak dalej. Przypuśćmy, Ŝe firma jest konkurencyjna cenowo. Zastanawiałaś 
się dlaczego? Pracując tu, wiesz, Ŝe dobre jest droŜsze. Przypuśćmy, Ŝe firma oferuje tani 
profil i nawet nie jest najgorszy, ale oszczędza na okuciach, które siadają po roku... Być moŜe 
uznają ci reklamację, a być moŜe zwalą na twoją ekipę, powiedzą, Ŝe okno było źle 
wypoziomowane. Poza tym rynek w Polsce jest juŜ nasycony w tej branŜy. Oprócz 

background image

rodzinnych firm zgrzewających stolarkę w garaŜu u szwagra jest kilku bardzo dobrych 
producentów krajowych i kilka przedstawicielstw 
32 
zagranicznych. Osobiście uwaŜam, Ŝe jeśli podchodzisz do tego powaŜnie, to o wszystko, o 
czym ci powiedziałam, powinnaś zapytać w piątek. Jeśli facet będzie kręcił lub nie otrzymasz 
konkretnej odpowiedzi na któreś z pytań, moŜesz przyjąć, Ŝe tej propozycji nie było. 
Patrzyłam na rozszerzone ze zdziwienia oczy Joanny. 
-A miałam tylko prosić o koleŜeńską radę. -Uśmiechnęła się. - Skąd pani o tym wszystkim 
wie? 
- Pracowałam kiedyś w tej branŜy. Wieki temu. Choć chciałabym czasami zapomnieć, wciąŜ 
pamiętam przekrój skrzydła i sposoby mocowania okien. 
-No tak... chyba wszystko jasne. Poczekam do piątku. Napije się pani kawy? 
- Z chęcią, zrób mi tej z pianką i cynamonem, nigdzie nie piłam lepszej. - Uśmiechnęłam się. 
- Muszę jeszcze trochę posiedzieć, więc kawa to świetny pomysł... 
- Zaraz przyniosę. - Joanna wstała, przygładziła spódniczkę i upchnęła pszeniczny kłos za 
ucho. 
- Joasiu - zatrzymałam ją w progu - dziękuję i głowa do góry. 
Lubię moją samotność. Nie rozumiem ludzi, którzy się jej boją. Samotność pozwala na 
zaczynanie kaŜdego dnia od nowa bez obawy, Ŝe jest się za kogoś odpowiedzialnym, Ŝe jeśli 
wstaniemy za późno z łóŜka, ktoś nie dostanie na czas śniadania, a ktoś inny będzie miał 
zasikanego pampersa. Samotne powietrze pachnie zawsze tak samo, zawsze wiem, kiedy 
mogę spodziewać się chłodnego wiatru przez uchylone okno, wiem teŜ, Ŝe jeśli poruszę 
33 
gwałtownie pledem, to kolor pyłków będzie zawsze ten sam. 
Moje Ŝycie opiera się o ciszę. O poukładane ksiąŜki, filmy na srebrnych krąŜkach i muzykę. 
Moja cisza ma zapach i smak rozpoznawalny przeze mnie łatwo i nawet po ciemku. 
Próbowałam rozbudzić w sobie uczucie zazdrości lub niechęci do osób Ŝyjących stadnie, ale 
nie potrafię; myślę o ludziach jak o równoległych światach, współistniejących ze mną, jak o 
strunach tego samego instrumentu, ale brzmiących inaczej. 
Czasami chciałabym tęsknić za tym, za czym tęsknią oni, ale nie mogę, nie potrafię... 
Kilka dni temu koleŜanka poprosiła, bym popilnowała jej dziecko. Nie odmówiłam tylko 
dlatego, Ŝe podobają mi się jej usta i zapach. 
Wzięłam dziecko na ręce i czułam, jakie jest mię-ciutkie i delikatne; pachniało mydłem i 
miało sweterek w róŜowe owieczki. Włączyłam muzykę i obserwowałam, jak chodzi po 
mieszkaniu i zostawia wszędzie wilgotne odciski swoich łapek. Nie zamieniłam z nim ani 
słowa. Wiedziałam, czego oczekuje, zanim pociesznymi próbami wyartykułowało dźwięk. 
Czy mam wyrzuty sumienia, Ŝe nie próbowałam wykorzystać okazji i ogrzać moje serce 
dziecięcą miękkością? Nie. 
Tkwiliśmy w mojej ciszy przez dwie godziny; ja, Mozart i mały człowiek. Gdy w którymś 
momencie powiedziało: „Ma-ma", charakterystycznie rozdzielając sylaby, wzięłam je na ręce 
i podeszłam do okna, z którego rozciągała się panorama na wielkomiejski keks. Wszystko 
dookoła było ciemnym ciastem poprzetykanym światłami, niczym kandyzowanymi owocami. 
Wskazałam palcem, a małe wil- 
34 
gotne oczy podąŜyły ich śladem. Maluch odwrócił wzrok od szyby, popatrzył na mnie i 
dotknął mojego policzka. Czułam, jak przyklejają się do niego kukurydziane resztki. Gdyby 
nie to, Ŝe dziecko było subtelne i spokojne, poszłabym do łazienki, zmyła makijaŜ i zrobiła go 
na nowo, ale i tak nigdzie juŜ dziś nie wychodziłam. 
Po jakimś czasie maluch zniknął, ubrany przez mamę w puszyste i pastelowe skrzydełka. Ją 
zobaczę jutro, jego - nie wiem... 

background image

Gdy ostatni szmer zapachów ulotnił się, usunęłam wszystkie ślady ich bytności. Spryskałam i 
wy-lśniłam kaŜdy centymetr podłogi i szyb. 
Nie mogę wyczyścić własnego sumienia, więc nauczyłam się sprzątać i dbać o siebie z 
prawdziwą wirtuozerią. 
Zawsze wieczorem pijam herbatę mandarynkową. Lubię dźwięk słowa „mandarynka", 
przypomina mi turlanie się czegoś lub stukanie palców po stole. Lubię teŜ mandarynki. 
Mieszczą się w dłoni, a ich cząstki mieszczą się w ustach na raz. 
Jest juŜ późno; miałam obejrzeć Tam, gdzie rosną poziomki, ale jutro mam waŜne spotkanie, 
chcę jeszcze raz usystematyzować argumenty i wypocząć, by jutro wygrać. 
Jeszcze tylko wieczorny rytuał dokładnego usunięcia makijaŜu, miękkie ugryzienia ręcznika, 
nałoŜenie kremu pod oczy, na twarz, na ciało, na serce... 
Pomimo mojej dbałości o czystość mam słabość do chodzenia na boso. Odcinek z łazienki do 
łóŜka zawsze pokonuję bez kapci, wystukując ciepły rytm piętami. Później siadam na łóŜku, 
podnoszę po kolei kaŜdą stopę do góry i badam, co zdąŜyło się do nich przykleić. Dziwne, Ŝe 
czasami są to okru- 
35 
chy zupełnie nie z mojego świata, przeniesione jakimś cudem i wprawnie zakamuflowane. 
Widzę je jako tajne drobinki z podniesionymi czarnymi kołnierzami... 
Dziś mam krótki biały włos z psiej albo kociej sierści, mały kształt przypominający mrówczą 
nogę i kilka kolorowych kurzowych paproszków... 
Przy moim łóŜku zawsze ta sama ksiąŜka. 1001 filmów, które warto zobaczyć. Mogę czytać 
teŜ wiele innych, ale ta zawsze musi być pod ręką. To mój podręcznik Ŝycia. Z niej uczę się 
wszystkich zachowań, trików, okazywania uczuć... To moja biblia. Zbyt krótko będę Ŝyła, by 
zgromadzić wszystkie doświadczenia. Niewiele teŜ zdarzy się sytuacji, które uwaŜam za 
ciekawe. Dzięki tej lekturze i w oparciu o kino potrafię indukować wszystko, co moŜe 
przydarzyć się człowiekowi. Moje Ŝycie to film. WitraŜ z dramatu, melodramatu, komedii, 
filmu noir... 
Bo czyŜ Ŝycie nie jest filmem? 
RóŜnica pomiędzy moim filmem a filmami innych ludzi jest taka, Ŝe mi nie wystarcza jedna 
rola, muszę wygrać je wszystkie. 
O ironio! Nawet imię mam filmowe. Kiedyś wydawało mi się pompatyczne, ale z wiekiem 
doceniłam jego oryginalność. 
Zawsze, gdy się przedstawiam, ludzie z głupim uśmiechem pytają: „Garbo?", a ja wtedy w 
zaleŜności od tego, czy człowiek wart jest odpowiedzi, albo się uśmiecham, albo 
odpowiadam: „Nie, siostra Kaja". Nie zawsze rozumieją... Bo Greta i Gerda brzmią tak 
podobnie... 
To taka smutna i zimna bajka... jak moje stopy, które bywają najbardziej samotnymi 
częściami mojego ciała. 
36 
Patrzyłam na parę unoszącą się znad kubka. 
Jedyna nieregularność w moim biurze. 
Oparłam głowę o fotel. BoŜe, jaka jestem zmęczona, bolą mnie plecy i szyja... 
Ale nie będę się okłamywać, lubię to uczucie. Lubię być zmęczona i przeciągać ciało z 
masochistyczną radością. MoŜe to dlatego, Ŝe wracając do domu, nie chcę mieć siły na 
zastanawianie się... 
Na szczęście czuwa nade mną kapitalistyczne błogosławieństwo dziesięciogodzinnego dnia 
pracy oraz przebywania w zasięgu szpiegowskich sieci komórkowych i internetowych... 
Pomyślałam o Człowieku z lasu, nie napisał maila od kilku dni, nie zadzwonił... jak dobrze... 
kolejne zastanawianie się i wątpliwość potrzebna do cierpienia... 
- Nie uwierzysz, jaki prezent dostałem od mojej cichej wielbicielki. 

background image

W drzwiach stał Rafał niedbale oparty o futrynę, z nie do końca zapiętym rozporkiem i 
ołówkiem za uchem. 
- Nie uwierzę... bo nigdy na oczy nie widziałam tego typu zabawek - odparłam spokojnie. 
- I tu się zdziwisz, nic związanego z twoimi perwersyjnymi myślami. 
- W takim razie na pewno nie zgadnę, kaŜdy inny prezent byłby polityczną prowokacją i 
przypuszczeniem, Ŝe jednak ktoś posądza cię o posiadanie inteligencji, szczątkowej, ale 
jednak. 
- Dostałem film na DVD z twoją imienniczką, ten sam, który oglądali w pierdlu w Skazani na 
Shawshank. 
37 
- Więc to nie moja imienniczka. 
- Ta ruda, z rękawiczką do szyi... Garbo, jestem pewien. 
- Nie, to była Rita Hayworth, a banalna scena z rękawiczką przeszła do historii jako 
wyjątkowo sugestywna i ma w sobie więcej erotyzmu, niŜ wszystkie twoje podboje, i tu mam 
dylemat, jak je nazwać, bo nawet seksualne będą dla ciebie komplementem. 
Zaśmiał się głośno. 
- Długo jeszcze z nami zostaniesz? 
- Na tyle długo, by moimi odpowiedziami wymodelować ci brzuch w kaloryfer. 
- Wiesz, Greta, ja naprawdę cię lubię, uwaŜasz mnie za gnoja i łazęgę, i rzeczywiście taki 
jestem, ale byłoby zajebiście, jakbyś od czasu do czasu zmieniła ten uszczypliwy ton. 
- Rafał, wiesz, ja teŜ naprawdę cię lubię, ale, proszę, nie mów do mnie w ten sposób, bo ze 
wzruszenia pierdolnę na zawał - odpowiedziałam, patrząc mu w oczy. 
Popatrzył chwilę, obrócił się na pięcie i poszedł. 
O BoŜe, no i kolejna klapa. 
A miałam nie przeklinać, zawsze wydawało mi się to poniŜej człowieczej godności, ale teŜ 
jedynie przekleństwa ratują mnie przed zagotowaniem się od wewnątrz, zwłaszcza, gdy 
wymawiam literkę „r" z iście szkockim zacietrzewieniem. 
Otworzyłam segregator ze spisem materiałów potrzebnych do produkcji i drugi z cenami. 
Patrzyłam na zestawienia. I jedyne, co czułam, to zapach kartek i moje perfumy. 
Dziś nie zrobię chyba juŜ nic więcej. 
MoŜe w końcu pójdę do tego baru, który zawsze 
38 
mijam po drodze. Moja samotność onieśmiela mnie przed wejściem tam. MoŜe zadzwonię do 
Piotra, wiernego szczeniaka, który zawsze przybiega, gdy tego zechcę. A moŜe dziś jego 
oddanie będzie mnie brzydziło tak bardzo, Ŝe zrobię coś zupełnie innego, na przykład 
poderwę kelnera albo jakiegoś nieudacznika w barze, a później będę mieć wyrzuty sumienia... 
Jest tyle moŜliwości; zastanawiam się, czy inni ludzie teŜ chcieliby lub z nich korzystają. 
Pochowałam zestawienia, wrzuciłam długopisy i ołówki do pojemnika, jak makaron spaghetti 
do garnka... 
Pozostało tylko zgasić światło i mój oficjalny dzień zniknie. Gdyby to był kadr z filmu, 
zostawiłabym w popielniczce dogasającego papierosa, a pod drzwiami widoczny byłby cień 
moich butów... 
Rano odebrałam pocztę. Przyszedł mail od Mikołaja. Znam Mikołaja, choć nie pamiętam 
skąd. Jego dziadek się powiesił. Był weteranem wojennym, więźniem politycznym... Nikt nie 
wie, dlaczego to zrobił. 
Ale ja wiem. Bo nie mógł patrzeć na to, co zrobili z jego ojczyzną, za którą walczył. Przez 
którą w ułoŜonych brylantyną włosach zawsze był pył odbudowywania, ciągłego 
powstawania z martwych. Zadzwoniłam z tą wiadomością do dziadka, który go znał. Słysząc 
jego głos przez słuchawkę, domyślałam się, Ŝe trzęsie mu się broda, gdy go wspomina. „Taki 

background image

fajny chłopak" - powiedział. Chłopak. MęŜczyzna osiemdziesięcioletni, ale chłopak; bo czas 
się zatrzymał, bo wojna dała im prawo, by na 
39 
zawsze być chłopakami w szarych mundurach. Ach! Do licha! Jak ja nienawidzę tego kraju 
bez ideałów, w którym weterani kupują delmę w Plusie i farbowane napoje, by pokolorować 
spłowiałe tęczówki... 
Ludzie odchodzą. Pomimo braku mojej zgody i przeświadczenia, Ŝe to tylko Ŝart... Ŝe 
chowają się gdzieś na chwilę, by później z głośnym „łaaaaaaaa!" wyskoczyć i nas 
przestraszyć. 
JuŜ wiem, Ŝe ten dzień upłynie mi za aŜurowymi srebrnymi firankami, które przyczepiają do 
trumien. Ozdabianie trumien jest dla mnie absurdem nie mającym precedensu. Nienawidzę 
polskich trumien i ołtarzykowej tradycji budowania pomników, zamiast grobów. A moŜe 
drewno ciemne, a moŜe jasne, a moŜe firanka srebrna, a moŜe złota, a podu-szeczka? śyczy 
pani sobie drapowaną czy gładką, ale za to z satyny? Pomnik. Granit. Nie! Przepraszam, nie 
granit, przyjedzie rodzina z Warszawy, powiedzą, Ŝe zaoszczędziłam; niech będzie marmur. 
Tak, ten zagraniczny, a czy na fakturze będzie, Ŝe z zagranicy? Nie? No to niech będzie 
krajowy, bo i tak nikt mi nie uwierzy... Rzygać się chce. 
Jako dziecko byłam ciągana na większość ślubów, jak równieŜ na pogrzeby ciotek, 
znajomych, koleŜanek, obcych i tak dalej. O ile uczestnictwo w ślubach ograniczało się do 
mojego podziwu nad suknią panny młodej oraz wyrecytowania w kościelnej kruchcie: 
Wiwat! Wiwat! Para Młoda! Jak Moniuszko w Halce wołam! Wieczna miłość, wieczna 
zgoda, W tanach Ŝycia dookoła! IdźcieŜ i Wy tymi tory, 
40 
Niech Wam szczęście rękę poda! Twórzcie młode liczne wzory, Niechaj Ŝyje Para Młodych! 
który to występ kończyłam z rumieńcami zaangaŜowania i królewskim dygnięciem, o tyle 
pogrzeby stanowiły torturę nieporównywalną nawet z pokrzywami, którymi babcia karmiła 
mnie dla poprawy apetytu. ZauwaŜyłam, Ŝe tym samym karmiła młode kaczki, więc nie 
rozumiałam jej zdenerwowania, kiedy najadłam się paszy dla drobiu. 
Pogrzeby były okienkami kliszy, prześwietlonymi przez słońce lub niefachowo ustawioną 
lampę. Szłam na cmentarz, powłócząc sandałkami, wśród zawodzących babcinych lub 
maminych koleŜanek. Dookoła szuranie obutych stóp zdeformowanych przez halluksy, 
dźwięk przesuwanych koralików róŜańca, chrząkanie, czyjaś histeria, prosiaczkowate oczka 
grabarzy i trumna, główna atrakcja przedstawienia. A w trumnie nieboszczyk. Pamiętam 
sąsiada mojej babci. LeŜał w czarnym garniturze, a na głowie miał kwiecistą chustkę. Było to 
dla mnie cokolwiek podejrzane, bo po pierwsze, jako kilkuletnia dziewczynka wiedziałam, Ŝe 
męŜczyźni nie noszą chustek, zwłaszcza kwiecistych, a po drugie -chusta nieszczególnie 
komponowała się z posępną otoczką, mało tego, była zupełnie nie na miejscu, aŜ rozglądałam 
się po co bardziej aktywnych dewotach, czy komisyjnie nie nakaŜą wdowie usunąć tę 
kwiatową sól w oku, ale nic takiego się nie wydarzyło. 
Szarpałam babcię za rękaw, by wytłumaczyła mi, dlaczego pan Stanisław ma na głowie tę 
chustkę, ale babcia zajęta była rozsyłaniem swojego al- 
41 
tu na prawo i lewo, więc musiałam czekać do zakończenia pogrzebu. Okazało się, Ŝe pan 
Stanisław spadł z roweru (po pijaku; tego mi co prawda nie powiedziano, ale podsłuchałam 
później rozmowę mamy i babci) i miał ogromną ranę, poza tym otwierała mu się buzia i 
chustka miała temu zapobiec. Dlaczego otwierała mu się buzia, juŜ mi nikt nie wytłumaczył. 
Dowiedziałam się tego, gdy moje zainteresowania wkroczyły w dziedzinę medycyny. 
Gdy umrę, chciałabym mieć skromną, prostą trumnę bez poduszek i firanek. MoŜe tylko jakiś 
materiał w środku, Ŝeby ciało nie obijało się o drewno i nie straszyło ludzi. A mogiła z ziemi. 
Z krzyŜem albo bez. Gdy deszcz rozmyje grudki, moŜe nie zostać nic. I tak nasze istnienie nie 

background image

znaczy zbyt wiele, więc po cóŜ tyle szumu; więcej szumu robimy wokół śmierci, niŜ wokół 
Ŝ

ycia. Niewielu rzeczy zazdroszczę Ameryce, ale podobają mi się ich cmentarze. Gładkie 

trawniki z płytami ukrytymi wśród trawy zamiast krecich kopców. Chcesz pomyśleć o kimś, 
kto odszedł, przynosisz kwiaty, ściągasz buty, dotykasz stopami ziemi... Czy moŜe być 
właściwsze wspominanie? 
Przez chwilę myślisz o uśmiechu zza chmur, o wspólnych posiłkach, o tym, Ŝe odejście boli, i 
nic ci nie przeszkadza... Nie musisz myśleć o tym, Ŝe czeka cię skrobanie wosku lub wydatek 
na sztuczne chryzantemy, które ukradziono siódmy raz w tym roku. 
Pamiętam, Ŝe kiedy byłam mała, moja ciocia nauczyła mnie robić obcasy z ceramicznych 
korków od butelek. Wyjmowała taki korek, przez jego dziur- 
42 
ki przetykała gumkę recepturkę, a następnie związywała ją, tworząc coś na kształt elastycznej 
bransolety z ceramicznym koralem. Zakładało się to na but tak, aby koreczek był pod piętą. 
Pamiętam to cudowne uczucie i delikatną chwiej-ność stawania na moich pierwszych 
obcasach. Chodziłam powoli, wsłuchując się w delikatny stukot... Wszechmocna, dziecięca 
akceptacja nie pozwoliła mi dostrzec kontrastu pomiędzy moimi ubogimi sandałkami i 
frankensteinem nałoŜonym na nie a poczuciem bycia damą... 
Za kaŜdym razem, gdy idę ulicami, na których wieczór połoŜył palec, by przywołać je do 
ciszy, udaje mi się usłyszeć ten dźwięk... mój rytm wpisany w wilgotne chodniki, syk 
autobusów i pikanie świateł dla pieszych. 
Dobrze, Ŝe zmierzch zapada cyklicznie; miasto moŜe korzystać z tej terapii, jak pani Renia z 
kadr z kozetki u psychoanalityka. Na kilka godzin chowają się w kąty kubeczki po coca-coli, 
papierki po batonach i inne cywilizacyjne śmieci. Przez kilka godzin miasto jest 
spokojniejsze, z rozszerzonymi od oparów wieczornego wina źrenicami... I chociaŜ odbijające 
się w nich neony wciąŜ szepczą o klientach, ich barwa trochę to zagłusza, trochę wszystko 
upiększa... 
ZauwaŜyłam, Ŝe ludzie wieczorami teŜ są łagodniejsi. Nawet jeśli spieszą się do domów, są 
milsi i czasami jakby opieszali, tak jakby nie chcieli wracać, jakby im teŜ mrok dodawał 
pewności siebie. Częściej się uśmiechają, nie wstydzą się jak za dnia, kiedy skórzane teczki 
miaŜdŜą im Ŝebra, a komórkowa pijawka wsysa się w mózg. 
A moŜe to tylko łowy. MoŜe to nowy rodzaj wam- 
43 
pirów, ludzi, którzy za dnia nie potrafią być ludźmi, a wieczorami teŜ juŜ nimi nie są. 
Przemieszczają się po ulicach, by złowić coś, lub kogoś, dzięki komu poczują przez chwilę 
bicie serca... 
Stanęłam przed szybą i zajrzałam do środka lokalu. 
Miękki półmrok oświetlał twarze osób siedzących wewnątrz. Gdzie mogę czuć się bardziej 
samotnie niŜ tutaj... na pewno nie w domu, gdzie nie mam odniesienia do nie bycia samą. 
Weszłam do środka i rozejrzałam się dookoła za miejscem ukrytym gdzieś w rogu, skąd 
mogłabym obserwować innych i poić pragnienie wypicia kaŜdej sytuacji, która ma tu miejsce. 
Na końcu sali, pomiędzy filarami z surowego bejcowanego drewna, z którego zwisały 
przedziwne supły z rafii, sizalu i słomy, zobaczyłam migotliwy płomień świeczki, osadzony 
studenckim sposobem w butelce po winie. PoniewaŜ nie zauwaŜyłam, by odbijał się on w 
czyjejś twarzy, postanowiłam tam usiąść. Nad stołem wisiała ogromna sznurowa pajęczyna, a 
na niej chitynowy rycerz. No tak, z daleka będę wyglądała jak jego zdobycz; szczęściarz, do 
tej pory to ja polowałam... 
Usiadłam na drewnianej ławie i przez moment gładziłam, wypolerowaną tysiącem pośladków 
powierzchnię. Słoje, jako miejsca nie poddające się tak łatwo wycieraniu, delikatnie 
wystawały, tworząc tarkę, która pod światło wyglądała jak soczysty filet z ryby... 
- Przepraszam, czy mogę usiąść przy tym stoliku? 

background image

Popatrzyłam do góry prawie z obawą, Ŝe ni mniej, ni więcej, tylko przemówił do mnie pająk. 
44 
Przede mną stał męŜczyzna i uśmiechał się. 
No i co teraz? Trochę przypominało to sytuację jak z przedziału pociągu. Siadasz sama, 
zajmujesz dogodne miejsce, bardzo chciałabyś podróŜować sama, ale poniewaŜ jest to mało 
prawdopodobne, tolerujesz jeszcze dwóch, trzech współpasaŜerów. KaŜdy kolejny 
dosiadający się jakby wiedział o niepisanej umowie, siada więc, nad wyraz rozwlekle 
obkładając się dookoła bagaŜami i stwarzając pozory wypełnionego po brzegi przedziału. 
I wtedy rozsuwają się drzwi i ktoś pyta: „Czy znajdzie się wolne miejsce?" KaŜdy patrzy po 
sobie, po miejscach; na oko widać, Ŝe miejsc jest przynajmniej pięć, ale kaŜdy waha się z 
odpowiedzią, bo a nuŜ zniechęcony milczeniem aspirant do miejsca da za wygraną i pójdzie 
szukać gdzie indziej... 
Tak samo ja teraz się czułam. Chciałam być sa' ma. Zwlekałam z odpowiedzią... a nuŜ się 
zniechęci... 
- Siedziałem tu jeszcze przed chwilą, poszedłem do toalety, po powrocie zastałem panią... 
-A gdzie pana okrycie? - zapytałam podejrzliwie, łudząc się, Ŝe moje zwinne pytanie zbije go 
z tropu. 
- Na wieszaku - wskazał palcem - ale jeśli mi pani nie wierzy, pójdę, a pani sprawdzi, czy w 
kieszeni będzie to, co opiszę. - Uśmiechnął się. 
-Bardzo przepraszam... proszę... oczywiście, niech pan siada... ja zresztą i tak juŜ... 
- JuŜ pani idzie? PrzecieŜ dopiero pani przyszła. 
- Chciałam być sama, nie lubię, gdy ktoś obcy siedzi przy stoliku, sytuacja staje się wtedy 
niezręczna, choćby ludzie nie wiem jak się starali... 
45 
- Hmmm, i to rozglądanie się po suficie, pytanie o pogodę... 
- I chrząkanie, i pytanie, czym się zajmujesz... 
- Albo czy skądś się znamy... 
Popatrzyłam spod rzęs. Kąciki ust drgały mu lekko. Ja teŜ nie mogłam się opanować i 
zaczęłam się śmiać. 
- Mam propozycję - powiedział - zawrzyjmy układ. Przede wszystkim milczenie, a jeŜeli juŜ 
któreś będzie chciało się odezwać, omijamy pytania trywialne lub dotyczące nas osobiście, 
dobrze? 
-Tak... 
- Więc na początek, czego się pani napije? 
- Miało nie być trywialnie. - Uśmiechnęłam się. 
- PrzecieŜ nie będzie pani siedzieć przy lampce wosku. - Wskazał wymownie panierowany 
ś

wiecznik. 

- Czerwone, wytrawne... 
Poszedł, a ja pomyślałam, Ŝe jest dobrze. Przypomniał mi się fragment z Błękitnego Zamku, 
który prześladuje mnie, jak wizerunek idola w wyobraźni nastolatki. Joanna uwaŜała, Ŝe jeśli 
moŜna przebywać z kimś przez dwadzieścia minut, milczeć i nie mieć z tego powodu 
wyrzutów sumienia, jest szansa na przyjaźń... 
-Proszę... - Podał mi wino, a sam postawił przed sobą jakiegoś drinka. 
- Dziękuję, ile jestem winna? Zmarszczył nos. 
- Następnego stawia pani, OK? 
- OK, tylko nie wiem, czy będzie następny... 
- Będzie, a jeśli nie, wypijemy go za kilka lub kilkanaście lat, gdy spotkamy się ponownie... 
- Nie ma przypadkowych spotkań po takim cza- 
46 
sie, tak samo jak nie ma powrotów do czegoś, co się bezpowrotnie utraciło, takie reguły... 

background image

- Mam prośbę, jestem w mieście tylko przez kilka dni, być moŜe rzeczywiście nigdy więcej 
się nie spotkamy, ale dobrze mi się z panią rozmawia, więc czy moglibyśmy mówić sobie po 
imieniu? 
- Proszę uwaŜać, zaczyna być pan banalny, ale poniewaŜ naduŜyłam dziś form 
grzecznościowych... Greta. - Wyciągnęłam dłoń. 
 Uniósł brwi w zdziwieniu. Pomyślałam: „Proszę, nie spieprz tego"... 
- Joachim - i co, teŜ nieźle, prawda? - Zaśmiał się. 
Siedzieliśmy sobie, ja, Joachim i Billie Holiday... 
Dookoła, po szklanych orbitach krąŜyli ludzie. Czasami wymieniałam spojrzenia z kimś z 
sąsiedniego stolika i ocenialiśmy wzajemnie szanse na miłe spędzenie wieczoru. Powietrze 
pachniało goździkami i nie wiadomo dlaczego kompotem śliwkowym... 
Dwukrotnie podeszła do nas młoda kelnerka o bardzo szerokich kościach szczęki. Zrobiło mi 
się jej szkoda, nie wiem dlaczego, przecieŜ zawsze bronię ludzi przed litością. 
Atmosfera stawała się erotycznie leniwa. Zaczęłam zauwaŜać coraz więcej szczegółów, 
bawiłam się włosami i obserwowałam, jak podąŜa wzrokiem za dłonią. Wpatrywałam się w 
jego oczy i ostentacyjnie patrzyłam na usta... Dziecinada, wszystkie triki powtarzane do 
znudzenia, ale za kaŜdym razem skuteczne, poza tym wino, rzeczywiście więcej niŜ jedna 
lampka, i jego słowa, wyjątkowo mądre i waleczne. Pomyślałam, Ŝe mogłabym się z nim 
kochać, z wielu powodów... bo nie drąŜył, skąd to imię, bo gdy się uśmiechał, jego górne 
piątki nieśmiało wystawały zza ust, bo przyjemnie pachniał i czasami 
47 
czuł się zaŜenowany... Wydawało mi się, Ŝe ma znajome dłonie, ale być moŜe było to 
złudzenie wpisane w ich spokój, brak nerwowo wystukiwanego rytmu. 
W którymś momencie wziął mnie po prostu za rękę, uregulował rachunek, nałoŜył płaszcz i 
wyprowadził na dwór. 
Pojechaliśmy do hotelu, w którym się zatrzymał. W windzie czułam jego bliskość bardzo 
mocno, ale specjalnie powstrzymywałam się przed dotknięciem go lub zbyt uporczywym 
wpatrywaniem, które mogłoby sprowokować pocałunek. 
Weszliśmy do pokoju. Nie zapalił światła, delikatnie zsunął z moich ramion płaszcz, a później 
przycisnął mnie plecami do siebie i zapytał szeptem: 
- Boisz się? 
-Przestań... nie jestem dzieckiem... pijana... trochę... ale wiem, po co tu jestem... 
Choć tak naprawdę bardzo się bałam. śe gest, który jest jeszcze embrionem w jego głowie, 
spłoszy moje dłonie, Ŝe nie spodoba mi się jego zapach lub jakiś skrawek skóry... A być moŜe 
on pomyśli, Ŝe kształt moich paznokci u stóp nie jest doskonały, albo przestraszy go blizna... 
- Czy powinienem o czymś wiedzieć? -Nie. 
- Czego pragniesz? - zapytał tak cicho, Ŝe nie byłam pewna, czy pytanie padło. 
- Nigdy ci tego nie powiem... 
Obrócił mnie i zaczął całować. Odepchnęłam go tak, by oparł się o ścianę. Przycisnęłam jego 
ręce do ściany i powoli zbliŜyłam usta do jego ust, trzymałam w odległości milimetra, ale nic 
nie robiłam. Próbowałam uspokoić swój oddech, tak aby wszyst- 
48 
ko mieć pod kontrolą. Powoli wysunęłam czubek języka i dotknęłam nim kącika jego ust, 
poruszałam nim przez chwilę, by poczuć jakikolwiek smak, a zarazem pozostawić niedosyt 
tego, co mogłabym swoimi ustami zrobić. Jego oddech był szybki, starałam się 
zapamiętywać, jak reaguje na róŜne bodźce, sprawiało mi wielką satysfakcję obserwowanie 
jego podniecenia... Jego biodra wysunęły się lekko do przodu. 
- Nie ruszaj się - powiedziałam cicho. 
- Dlaczego? -Bo tak ma być... 
- Jak? - wyszeptał. 

background image

Wsunęłam dłonie pod koszulkę i dotknęłam zimnymi opuszkami jego ciała. 
- Chcesz, Ŝebym cię dotykała? 
- Tak, ale ja teŜ chcę cię dotykać, proszę... -Nie... cicho... tak jest dobrze... Rozsunęłam palce 
i zaczęłam dotykać jego skóry. 
Po kolei kaŜdy palec, w tę i z powrotem. Zmieniałam nacisk i tempo tak, jakbym grała na 
pianinie. 
Podniosłam do ust jego dłoń i odwróciłam wewnętrzną stroną nadgarstka. Polizałam delikatną 
skórę o metalicznym posmaku, a później zębami zaczęłam szczypać kaŜdy opuszek palca, ale 
dla złagodzenia gładziłam miejsca językiem. 
Nie wytrzymał i złapał mnie za ręce. 
- Co ty wyprawiasz, kobieto?! Nie chcę tak! -Przywarł ustami i zaczął mocno całować, jego 
język wdarł się w moje usta i zatańczył desperacko. 
Przez moment chciałam się poddać, przez moment miałam nadzieję, Ŝe dam radę to zrobić, 
ale zaraz potem wykręciłam głowę, by mu uciec. 
- Nie obchodzi mnie to... Czy jest ci dobrze? 
49 
- Greta... wiesz, o co mi chodzi... 
-Wiem... ale, proszę, pozwól mi... - wyszeptałam mu w ucho, wsuwając jednocześnie palec za 
pasek jego spodni. 
Mruknął cicho, a ja zaczęłam odpinać pasek. Zsunęłam się niŜej, kładąc jego dłonie na moich 
włosach. Zgniótł je i lekko pociągnął. Uśmiechnęłam się... 
Był gładki i delikatny. Pachniał czystą bielizną. Zaczęłam pieścić go delikatnie, wsłuchując 
się w westchnienia nad moją głową. Później coraz intensywniej, aŜ nagle przestałam i 
wstałam, by zobaczyć jego spojrzenie, by znów utwierdzić się w przekonaniu, jacy jesteśmy 
nieporadni i bezbronni w takich momentach. Patrzył na mnie z bólem i wyrzutem. Jakie to 
naiwne, przecieŜ nie chce mi chyba przez to powiedzieć, Ŝe sprawiam mu cierpienie tym, Ŝe 
nie moŜe mnie dotykać. Zagłębiałam się w jego spojrzeniu, gotowa zapytać o to, co teraz 
czuje, ale męŜczyźni nie potrafią tego określić na trzeźwo, więc tym bardziej nie mogłam 
oczekiwać tego od podnieconego, pachnącego jeszcze imbirem męŜczyzny. 
Gdy poczuł mój zsuwający się ponownie ruch, przytrzymał mnie za łokcie... 
-Nie... 
- Dlaczego? - zapytałam. 
- Nie... tak nie... to upokarzaj ące... dla nas oboj -ga... dla mnie... pozwól teraz mi... pragnę 
cię... chcę dotykać, poczuć twój zapach, nie rozumiem, dlaczego tak się zachowujesz... to 
mnie deprymuje... 
- Doprawdy? Twoje ciało nie jest zdeprymowane... 
- Greta, ja chcę się z tobą kochać... 
- A co innego teraz robimy? 
50 
-Daj spokój... moŜe na początku przypominało to nawet grę wstępną, ale teraz czuję się... 
jakbyś mnie obsługiwała... 
Zapadła cisza. 
Wyprostowałam się. Wygładziłam spódnicę i odgarnęłam do tyłu włosy. Zawstydzona, 
sięgnęłam po płaszcz. 
- Co robisz? - zapytał cicho. 
- Idę do domu... 
- Zostań... poczekaj, zostaw numer telefonu,,zadzwonię... sprób... 
- Wystarczy - przerwałam. - Pamiętasz, co obiecaliśmy sobie w barze? śadnych banałów... 
Wszystkiego dobrego. 
Nacisnęłam na klamkę z nadzieją, Ŝe wydarzy się coś, czego nie mogłam zaplanować. 

background image

Cisza. Na korytarzu rząd lampek odprowadzających mnie do windy i brak odgłosu 
zamykanych za mną drzwi. 
Jestem zmęczona. Chciałabym pogładzić swoje odbicie w lustrze windy, ale jest takie 
chłodne, Ŝe aŜ boję się dłuŜej trzymać dłoń. Gdzieś w mojej głowie pobrzmiewa głos 
Dietrich: „Bo ja jestem tylko po to, Ŝeby kochać mnie"... Kłamliwy błękitny anioł, w tej 
chwili jedyny mój anioł. Mój prawdziwy pewnie uciekł z reklamacją do Boga; moŜe i dobrze, 
bo kto wie, czy nie próbowałabym zaciągnąć go do łóŜka. 
Wrócę do domu, do mojego świata, gdzie wszystko ma swoje miejsce. A moŜe nie trafię tam i 
będę błąkać się po ulicach jak kundel, z nadzieją, Ŝe ktoś rzuci jakiś ochłap lub przypnie 
łańcuchem do budy, bym juŜ nigdy nie uciekała. 
* * * 
51 
Zerknęłam na zegarek: czwarta piętnaście. Spałam tylko dwie godziny. Pomyślałam o tych 
okrutnych godzinach pomiędzy trzecią a piątą w nocy, które zabierają wszystkich 
niewydolnych krąŜenio-wo. Spada ciśnienie krwi, zwalnia oddech... i ktoś na świecie nie 
powie „dzień dobry"... Ja teŜ mam chore serce, dlaczego mnie nikt nie zabierze z tego świata? 
Zmarzłam. Trzęsę się, choć nie wiem, czy to przez wypity wieczorem alkohol, czy przez 
niego. Udawało nam się pomilczeć bez wstydu, więc moŜe powinnam spróbować... 
A moŜe zaproponować czysto fizyczny układ jak w Intymności... Poruszający obraz o 
akceptacji swojego ciała, o pogrzebaniu wstydu przed nagością. Tak, on by się zgodził. 
Dlaczego zawsze zostaje mi to cholerne poczucie winy? Tak cięŜko pracuję, by nie Ŝałować i 
nie oceniać swojego postępowania, po prostu wygrać to i klaps... 
Odsłoniłam rolety. 
Niebo jeszcze ciemne, ale czuję przez policzki, Ŝe hen, za wieŜowcami rodzi się sinoróŜowy 
ś

wit, jak noworodek z pięcioma punktami w skali Apgar. 

I znów wszystko zacznie się na nowo. Miliony ust wypiją kawę, spieszne kroki pobudzą 
niewyspane chodniki, nieuprzątnięte wczorajsze papiery będą się kuliły po zakamarkach, by 
zrobić miejsce nowym. 
Poszłam do łazienki i odkręciłam wodę pod prysznicem. I tak juŜ nie zasnę. Weszłam pod 
ciepły strumień. Jest coś magicznego w tej prozaicznej czynności. Abstrahując od sentymentu 
istoty ludzkiej do wody, w chwili, kiedy ciepła woda spływa po ciele, czujesz, Ŝe choć w 
małym stopniu moŜesz zacząć 
52 
od nowa. Zmyć wczorajsze zapachy, kolory, wspomnienia... 
Rano do gabinetu wpadła Kaśka, szef Customer Service. Gładko ulizana blondynka, opalona 
na wczesną Brigitte Bardot, z niemiłosierną ilością super brylantowego, powiększającego 
trzykrotnie, albo i lepiej, błyszczyka na ustach. 
- Cześć, Greta! Zgadnij! - wyszeptała scenicznie, zamykając za sobą drzwi. 
- Igor cię w końcu polubił - odparłam z nadzieją, Ŝe choć raz zrozumie dowcip, poniewaŜ 
wszyscy wiedzieli, Ŝe Igor, szef przedstawicieli handlowych, nie cierpi Kaśki, a i ona mawia, 
zaciągając kiepską angielszczyzną: „I wajse wersa". Chciałam przytoczyć jeszcze Ŝart, dla 
dodania mojej wypowiedzi rumieńców, jak to spotkały się dwie blondynki i jedna mówi: 
„Wiesz,fama głosi, Ŝe jesteś szmatą", a druga na to: „To weź powiedz tej famie, Ŝe jest stara 
kurwa i vice versa", ale pomyślałam, Ŝe spędzę później piętnaście minut na tłumaczeniu Kasi, 
o co mi chodziło, jeŜeli wcześniej się nie obrazi. 
- Oj, przestań - obruszyła się. - Dwie rzeczy, jedna super jako news, druga taka sobie, no, 
zgaduj. - Poklepała kolana z radością. 
- Kaśka, wiesz, Ŝe nie interesują mnie plotki. 
- Akurat, plotki interesują wszystkich, tylko nie kaŜdy się do tego przyznaje. 
- Kaśka, albo mówisz, albo out, mam duŜo pracy. 

background image

- No więc, słuchaj... Dominika jest w ciąŜy! 
Prawdę mówiąc, to rzeczywiście był news. Prawdziwe trzęsienie ziemi. Dominika? Sama nie 
wiem, nie chciało mi się wierzyć, nawet nie wiem, czy dla- 
53 
tego, Ŝe w moim przekonaniu dziecko do niej nie pasowało, czy dlatego, Ŝe jakoś trudno było 
mi uwierzyć, by wpakowała się w takie tarapaty. Biedna Dominika, te biurowe harpie poŜrą ją 
Ŝ

ywcem. 

- Skąd to wiesz? - zapytałam spokojnie. 
- Od pani Marii z kadr. Jadła wczoraj śniadanie z Agnieszką, a jak wiesz, ona podlega 
Dominice, więc Agnieszka usłyszała, jak Dominika rozmawia wieczorem przez telefon po 
włosku. Podobno płakała i powtarzała: Bambino, bambino... To moŜe oznaczać tylko jedno, 
jest w ciąŜy z tym Włochem. 
- Jakim Włochem? - zapytałam zdezorientowana. 
- No z tym, z którym ma dziecko - odpowiedziała rezolutnie Kaśka. 
- BoŜe, zwariować z wami moŜna! Po pierwsze, dorabiacie ideologię do kilku słów 
usłyszanych przez telefon, po drugie... Agnieszka? Ta, która naśladuje we wszystkim 
Dominikę i nazywa siebie jej przyjaciółką? Dam ci dobrą radę, trzymaj buzię na kłódkę, bo 
nawet jeśli to prawda, to sprawa Dominiki, nie wasza, a jeśli nie, nie chciałabym być w 
waszej skórze, gdy dowie się, czym zajmujecie się poza jej plecami. A ta druga wiadomość? 
- Izabela pokłóciła się z Igorem o nogawkę, a Ko-sma z dyrektorem o nową reklamę, zebranie 
w gabinecie szefa w południe. - Wstała z fotela i naburmuszona powiedziała: - Nigdy juŜ ci 
nic nie powiem. 
- Świetnie, zaoszczędzisz mi wspomnień z podstawówki, kiedy to jedna przyjaciółka drugiej 
przyjaciółce powiedziała coś w zaufaniu na śmierć i Ŝycie, mamę i tatę, a na drugi dzień 
wiedziała cała klasa. Wybacz, Kaśka, mnie to po prostu nie bawi. O ile informację handlową 
byłabym w stanie wy- 
54 
korzystać, o tyle takie zagrania psują atmosferę w biurze. I jeszcze jedno, stringi wystają ci 
zza paska dŜinsów. 
- To tak specjalnie. - Uśmiechnęła się i puściła oko. 
- Witam - dyrektor zaczął, nie czekając nawet, aŜ wszyscy zajmą miejsca. - Dzisiejsze 
spotkanie dotyczy dwóch kwestii. Po pierwsze, wyłonił się konflikt pomiędzy działem obsługi 
klienta a szefem handlowców, dotyczący preferencji klientów, jeśli chodzi o nogawki o 
długości trzydzieści i trzydzieści sześć cali. Chciałbym, aby wszyscy wyrazili swoją opinię na 
ten temat, oraz zapoznali się ze statystyką. Pani Joanno, proszę o rozdanie materiałów. - Cień 
elfa przebiegł po sali. - Drugi problem to nowa reklama. Kosma przygotował projekt, który 
jest cokolwiek kontrowersyjny w wymowie. PoniewaŜ zawsze wtedy, gdy stanowiska są 
odmienne, staramy się dyskutować, proszę otworzyć umysły i śmiało wypowiedzieć się na ten 
temat, ale najpierw nogawki. Izo - zwrócił się do drobnej szatynki, obciętej na pazia, z ustami 
drobnymi i lekko wydętymi jak u porcelanowej lalki - proszę wyłuszczyć sprawę. 
Izabela wstała. Popatrzyła po zebranych, zatrzymując wzrok dłuŜej na Igorze. 
- Od poprzedniej kolekcji wiosennej systematycznie odbieramy telefony od klientów, którzy 
są niezadowoleni z powodu braku nogawki o długości trzydzieści cali. Początkowo myślałam, 
Ŝ

e jest to chwilowa tendencja, która przeminie, jak wszystkie inne mniejsze lub większe 

fanaberie klientów. 
55 
JednakŜe tak się nie stało. PoniewaŜ nie mamy juŜ, myślę tu o sobie, Kasi i Piotrze, 
argumentów w rozmowach na ten temat z właścicielami sklepów i stoisk handlowych, a 
jednocześnie nie potrafię dojść do konsensusu z szefem handlowców, który ma skrajnie 
odmienny pogląd, poprosiłam dyrektora, byśmy sprawę przedyskutowali razem. Customer 

background image

Service uwaŜa, Ŝe długość ta jest potrzebna, bo po pierwsze, nie kaŜdy klient ma powyŜej stu 
sześćdziesięciu pięciu centymetrów, by łapać się na nogawkę trzydzieści dwa cale, po drugie, 
naszymi klientami coraz częściej stają się osoby po trzydziestym piątym roku Ŝycia, a w ich 
gronie jest większe zapotrzebowanie na nogawkę trzydzieści cali, dotyczy to zwłaszcza 
kobiet. Wobec powyŜszego nasza propozycja jest taka: wszystkie modele bazowe i część linii 
alternatywnej cenowo powinny tę nogawkę mieć w ofercie, jeśli chodzi o ciuchy kolekcyjne i 
inne wy-gibasy, róbcie, jak chcecie. Dzięki. 
Usiadła i zaczęła pstrykać długopisem. 
- Igor - odezwał się dyrektor - proszę... 
Igor, męŜczyzna „nie do wyprowadzenia z równowagi", przystojny, pedantyczny, mówił 
zawsze tym samym tonem - cichym i spokojnym. Podobno to jego taktyka na to, by uwaŜnie 
go słuchano. 
- Jesteśmy firmą młodzieŜową, nie szyjemy ubrań dla dziadków, tylko dla ludzi młodych. 
Nasze kolekcje adresowane są do klientów pomiędzy szesnastym a dwudziestym ósmym 
rokiem Ŝycia. Dziewczyny w wieku czternastu lat mają po sto siedemdziesiąt pięć 
centymetrów wzrostu, a chłopaki po sto osiemdziesiąt pięć... 
W tym momencie Iza parsknęła śmiechem: 
- Chyba w Stanach... 
56 
- Nie przerywaj mi, przedstawiłaś swoje stanowisko, teraz moja kolej. Jeszcze cztery lata 
temu nogawka o długości trzydziestu cali stanowiła prawie połowę sprzedawanych, ale to się 
zmieniło. Sprzedajemy jej mniej na rzecz nogawki trzydzieści sześć, przede wszystkim 
dlatego, Ŝe młodzieŜ jest coraz wyŜsza, ale teŜ dlatego, Ŝe lepiej nosić nogawkę za długą niŜ 
za krótką. Moim zdaniem powinniśmy zapomnieć o nogawce trzydzieści cali. Skupmy się na 
rozmiarach typowo młodzieŜowych, w ostateczności desperaci mogą nogawkę skrócić. 
Rozmawiałem z Rafałem o moŜliwości przeszkolenia personelu w sklepach, świadczących 
usługę skracania spodni, tak aby nie tracić oryginalnego wybarwie-nia. To wszystko, co mam 
do powiedzenia. 
- Czy ktoś chciałby zabrać głos? - zapytał dyrektor. 
- Moim zdaniem - odezwała się Dominika - nie za bardzo wiem, po co roztrząsać tę kwestię 
na forum. Po to mamy dział obsługi klienta, by zgłaszał nam jego potrzeby i reagował na nie. 
Skoro klienci sprzedają nogawkę trzydzieści, to ją szyjmy, w końcu to nie nasza wina, Ŝe 
większość matek pasie dzieci kurczakami z hipermarketów, w których jest więcej hormonów 
niŜ mięsa. Nogawkę trzydzieści sześć cali mamy w ofercie, a na razie, z tego, co widzę, w 
statystykach nie ma aŜ takiej rotacji w tym numerze. Jestem za rozwiązaniem Izabeli, jest 
logiczne, ale oczywiście władza zrobi jak uwaŜa. 
Tego się nikt nie spodziewał. Relacje Dominiki i Igora jako nieliczne były dość poprawne, ba, 
chodziły słuchy, Ŝe Dominika pozostaje niezmiennie obiektem fascynacji Igora. Nie chodziło 
nawet o to, Ŝe tak radykalnie się wypowiedziała, ale o to, Ŝe 
57 
jako szef finansów bezpośrednio nie ma wpływu na decyzje związane z produkcją, więc 
równie dobrze mogłaby darować sobie wywód, choć oczywiście dyrektor liczy się z opinią 
kaŜdego pracownika. 
Popatrzyłam na Igora. Wpatrywał się w biurko i skubał zębami wewnętrzną stronę ust. 
Kurczę! Ale niezręczna sytuacja. Prawie się czuło, Ŝe wypowiedź Dominiki nie miała nic 
wspólnego z nogawką, ale nikt nie wiedział, o co chodzi. 
- Jakieś inne pomysły, propozycje? - odezwał się dyrektor. 
-Jestem za rozwiązaniem Igora - powiedział Rafał. 
A jakŜeby inaczej, gdy trzeba trzymać czyjąś stronę, to lepiej samczą. 

background image

- Dobrze, głosujemy. Kto jest za tym, by utrzymać nogawkę trzydzieści cali w produkcji, 
proszę podnieść rękę... 
- I nacisnąć przycisk - zasyczał Rafał. 
- Dziękuję, widzę, Ŝe większość jest za. PoniewaŜ otrzymałem pilny telefon przed zebraniem, 
muszę teraz wyjść. Kosma przedstawi swój pomysł w innym terminie, o którym poinformuje 
wszystkich pani Joanna. Dziękuję za spotkanie. 
Ekipa zaczęła się rozchodzić. 
ZauwaŜyłam spojrzenie Dominiki, a w nim pytanie: „Wiesz?" 
Opuściłam wzrok bardziej dlatego, Ŝe chciałam jej pokazać, iŜ nawet jeśli wiem, uszanuję jej 
prywatność, niŜ to, Ŝe się swojej wiedzy wstydzę. 
Zabrałam ze stołu papiery. Wychodziłyśmy ostatnie, kątem oka widziałam ociągającego się 
Igora, ale obojętność Dominiki była zbyt oczywista. 
Zatrzymała mnie tuŜ przed drzwiami. 
58 
- To nieprawda - powiedziała. 
Nie wiedziałam, jak zareagować. Dlaczego mi to mówi? 
- Nie interesuje mnie to, bez względu na to, jaka jest prawda - odparłam. 
- Wiem, i dlatego mówię ci, jak jest. Te suki najwyraźniej przechodzą przyspieszone 
klimakterium, ale ty jesteś inna. 
-Jestem taka sama, moŜe nawet gorsza, nie znasz mnie... Zostaw ten lukier dla kogoś innego. 
-A myślałam, Ŝe tytuł zdystansowanej zdziry jest wciąŜ moim udziałem. 
- Dominika, nie wiem, o co ci chodzi, ale jeśli chcesz kogoś prowokować, zacznij od 
Agnieszki albo Kaśki, ja proponuję, byś zaparzyła sobie dobrej herbaty i ochłonęła. 
Wyszłam, zostawiając ją samą w sali konferencyjnej. Wróciłam do swojego biura i zaczęłam 
się zastanawiać. Do licha, gdyby nie te owocowe misie olałabym ją, ale jakiś znak zapytania, 
niczym uciąŜliwy giez, drąŜył ciszę w moim mózgu. 
Otworzyłam szufladę. Z jej zakamarków wyciągnęłam herbatę. Podarował mi ją kiedyś 
Człowiek z lasu, mówiąc, Ŝe to czarodziejska herbata odganiająca stresy. Roześmiałam się 
wtedy, ale czas pokazał, Ŝe ta przedziwna mieszanka melisy i skórki pomarańczowej, i 
uwikłane w nią wspomnienia, bardzo często ratowały moje kubki smakowe przed Ŝółcią. 
Siedziała przy biurku z nogami opartymi o kserokopiarkę. Piękne nogi. Nogi na miarę Moulin 
Rouge. Gdybym była męŜczyzną... 
- O, przypomniała ci się jakaś rada czy złoŜyłyście się na test? 
59 
- Nie zaparzyłaś sobie herbaty... 
- śartujesz! - prychnęła. - Takie jak ja piją drinki na zmianę z red bullami. 
- Proszę. - Postawiłam przed nią kubek z napisem: So many boys, so little time. 
-Fajny kubek... 
- TeŜ go lubię. Myślałam o tym, Ŝeby walnąć sobie takie logo na koszulce. - Uśmiechnęłam 
się. 
- Super pomysł. - Odwzajemniła uśmiech. - Porozmawiaj z szefem, moŜe się zgodzi na 
masową produkcję, ale będzie trzeba pilnować Rafała, by nie zmienił napisu na: So many 
girls, so little time... 
Zapadła cisza. Dominika wpatrywała się w kubek, a ja w nią. 
- Nie będę ci przeszkadzać, wypij herbatę, jest wyjątkowa... i nie przejmuj się. 
-Tak... muszę zrobić listę niesolidnych dłuŜników i przygotować dla ciebie zestawienie 
wpływów z tego miesiąca... Dziękuję. Gdybyś chciała znać prawdę... 
- Naprawdę nie chcę, to twoja sprawa, między nami niewiele by to zmieniło, a ty musisz dbać 
o wizerunek bezdusznej baby. - Uśmiechnęłam się. 
- Hmmm, moŜe skoczymy kiedyś na drinka po pracy? - zapytała. 

background image

- Z chęcią, ale dla bezpiecznego poczucia nie-zobowiązania twojego i mojego uŜyję 
elastycznego sformułowania: będziemy w kontakcie. 
Bywa, Ŝe diablice dają się pogłaskać. 
Weszłam do domu z reklamówką zakupów, w której skomponowałam niezbędnik 
gastronomiczny. Kompilację białek i witamin potrzebnych do Ŝy- 
60 
cia. Jedynym ustępstwem, a jednocześnie ukłonem w stronę dzieciństwa była chałwa, którą 
wcisnęłam pod jogurty po uprzednim stoczeniu bitwy z samą sobą i udawaniu, Ŝe nie widzę 
wartości kalorycznej produktu. 
Czekam niecierpliwie na rozwinięcie się koncepcji powrotu typowo kobiecej sylwetki, choć 
przyznam, Ŝe szczerze wątpię, by tak się stało, zwłaszcza Ŝe naukowcy trąbią o tym, iŜ za ileś 
tam lat kobiety będą miały wąskie biodra, szersze barki i większe piersi, a te ostatnie będą 
agonalną próbą natury rozróŜnienia płci, poza tą oczywistą. 
Poukładałam w lodówce produkty wymagające niskiej temperatury, pozostałe w szafkach. 
Wstawiłam wodę. Bardziej po to, by oprócz mnie było w kuchni inne źródło ciepła. 
Para lecąca z czajnika daje złudzenie przytulno-ści. Czasami nie wyłączam czajnika od razu, 
tylko zdejmuję gwizdek i obserwuję, jak wyrzuca z siebie strumień pary... Czasami zdejmuję 
czajnik z palnika i obserwuję płomienie. Tak dawno nie widziałam prawdziwego ognia, 
Ŝ

erującego na drewnie, ogrzewającego twarz... 

Zaparzyłam sobie kawę. Postanowiłam popracować przy komputerze, wysłać maile, a później 
obejrzeć jakiś film. MoŜe AJ. Sztuczna inteligencja. Podobał mi się ten film, mimo mało 
pochlebnych recenzji. UwaŜam, Ŝe powinien obejrzeć go kaŜdy, kto przychylnym okiem 
patrzy na komputeryzację świata i zastępowanie ludzi robotami. Powinni teŜ obejrzeć ten film 
ludzie, którzy mają dzieci, a nie zdają sobie sprawy z tego, jak mocno dziecko potrafi kochać. 
Bezgranicznie i cierpliwie, i tylko dlatego, Ŝe jest się mamą. To jedyna okazja w Ŝyciu, by 
być ko- 
61 
chanym tylko za to, Ŝe się jest. Nie trzeba być pięknym, bogatym, inteligentnym, pachnieć 
francuskimi perfumami... Wystarczy mieć ramiona do utulenia i usta do pocałowania. 
Nie wiem, dlaczego ten film tak mnie poruszył. Po części z powodu małego Osmonda, 
chłopca, który zagrał teŜ w Szóstym zmyśle. Jego smutne, opadające powieki i twarz 
stworzona do wygrywania bólu... 
W skrzynce pełno spamu. Ale jest teŜ wyczekiwany mail od Człowieka z lasu. 
Brak tematu. 
Kliknęłam. 
Przyjedź. Jak zwykle jest tu pięknie i cicho. Przerobiłem pokój na dwa mniejsze, załoŜyłem 
nową instalację grzewczą, w łazience jest ogrzewanie podłogowe, to waŜna wiadomość dla 
Twoich stóp. Rozprawiłem się ze starą szopą. Mieszkał w niej jeŜ. Pogoniłem drania :) niech 
korzysta z lasu, póki istnieje. Wiesz, Ŝe nie lubię pisać. Po prostu przyjedź, tęsknię za Tobą. 
Wiem. Jest tam sam, skazany na zasypianie o dwudziestej, gdy ja często jestem jeszcze w 
pracy. Przywozi czasami do domu kobiety, które nazywa przyjaciółkami. Spędzają z nim noc, 
a później łaszą się jak kotki i proszą o więcej. Ale on nigdy nie pozwala przyjeŜdŜać im zbyt 
często. 
Nowa. 
Nie mogę przyjechać. Tam, gdzie jesteś, tęskni się najbardziej. Ale zazdroszczę Ci tak 
bardzo... tego, Ŝe moŜesz wyjść bosymi stopami na trawę i słuchać 
62 
deszczu uderzającego o miękką ziemię. Źle, Ŝe pogoniłeś jeŜa. Miałbyś towarzysza, gdy zrobi 
się zimno. Nie myśl o mnie zbyt często, bo będziesz smutny. Ja przyjadę, jeszcze nie wiem 
kiedy, ale przyjadę. Czy Muszka jest jeszcze z Tobą? Pozdrawiam ze świata alternatywnego :) 

background image

Wyślij wiadomość. 
Kolejna od Wioletty ze Stanów. 
Temat: Yo! 
Yo, Sis! What's up? Mam za sobą kolejne skoki na spadochronie. Jarek jest wniebowzięty! 
Nigdy nie sądziłam, Ŝe podzielę jego pasję :) Jest ze mnie dumny i wciąŜ cierpliwie znosi 
moje burze hormonalne. Nie uwierzysz, ten palant, o którym ci pisałam, Ŝe wynajmuję od 
niego mieszkanie, przystawiał się do mnie. Nie mówiłam nic Jarkowi, po prostu się 
wynieśliśmy. Prześlę ci zdjęcia nowego mieszkania. Write back as soon as possible. 
Jest wiadomość od Matyldy. Udaje się między nami utrzymywać luźną więź, bez balastu z 
przeszłości. Bo była jakaś przeszłość, tak przynajmniej twierdzi. Staramy się nie poruszać 
powaŜnych tematów, bo obie jesteśmy zbyt powaŜne na co dzień. 
Temat: Łomen. 
Po pierwsze primo: 100% kobiety! Zamiast identyfikacji płci, przy wszystkich kontrolach i 
wpisach do dokumentów, powinno się zapytywać: czy jest pani gruba? Odpowiedź 
twierdząca dawałaby niepodwaŜalne rozpoznanie: BABA! Po drugie primo: jak za bardzo 
schudniesz, będziesz 
63 
musiała dyktować zestawienia do mikrofonu komputera, bo nie będziesz miała siły ruszyć 
palcem. Po trzecie primo: rozmiaru 30 nie produkuje się dla naszego przedziału wiekowego. 
Po ostatnie: moŜe bezę z kremem? Mniammniamm-niammniammniammniammniam... o 
druga!!!! Mnia- 
mmniammniammniammniammniam...... 
No, kochana, radź sobie :) Całuski, m. 
O nie! Nowa. 
Mogłam się spodziewać po Twojej inteligencji nieszablonowej odpowiedzi na moje rozterki, 
ale przeszłaś samą siebie!!! 
Nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać :) Ty małpo przebrzydła!! Beza z kremem? Phe! A 
jak tam Twoje 3 kilo więcej? Schudłaś juŜ czy wciąŜ tkwisz w rozmiarze 40? 
Wystarczy, bo gotowa jesteś pomyśleć, Ŝe nie zrozumiałam maila. 
Najgorsze jest to, Ŝe człowiek Ŝyje sobie w przekonaniu, Ŝe waŜy ciągle tyle samo; któregoś 
dnia staje na wadze i......... oczywiście! To prowokacja polityczna! Ludzie Janukowycza, nic 
innego! Zaciągasz na wagę męŜa, dziecko, sąsiadkę, wpychasz na siłę psa i porównujesz. 
Cholera! Niedobrze! Widać waga ma pluskwę, skanuje twoje linie papilarne i tylko tobie 
zniekształca wagę. 
Cichcem biegniesz do poradni rodzinnej, bo tam stoi stara waga, niepodwaŜalny autorytet. 
Niby Ŝe czekasz na wizytę, niby Ŝe czytasz informację o myciu zębów i odŜywkach dla 
dzieci, zgrabnie niczym sar- 
64 
na wskakujesz na nią. A potem tak szybko jak wskoczyłaś, zeskakujesz i obserwujesz, czy 
nikt nie podglądał. 
Czy nie z takimi problemami borykał się James? Ten od Bondów? 
Od poniedziałku nakładam na siebie embargo dostaw Ŝywności; juŜ zaczęłam przygotowywać 
się do statusu Kuby, nawet kupiłam sztuczną brodę, by wyglądać jak Fidel. Separacja od 
stołu, ot, co! Trudno, będę - jak to mawiała moja koleŜanka, waŜąca 46 kilo i jedząca same 
niezdrowe i tłuste potrawy - pierdolonym królikiem na sałacie i marchewce. Bo w tym 
wszystkim chodzi o mój imidŜ. W L. Chcę wyglądać jak Calineczka, ostatecznie Pipi, a nie 
jak Jagna od Borynów:) 
Ciekawe podejście do sprawy mają męŜczyźni. Kilka dni temu w chwili słabości i pod presją 
kryzysu lipido-wego wymknęło mi się na głos stwierdzenie: „BoŜe, jaka jestem gruba". 
Słyszący te słowa mój kolega odparł, jakŜe błyskotliwie: „Wszyscy przybierają na zimę". 

background image

Potwarz!!! I ty, Brutusie...? A gdzie delikatność i subtelne zaprzeczenia powtarzane po 
stokroć? Nie rozmawiam z nim, a on nie wie dlaczego. Gbur i arogant. 
Więc ja teŜ Cię kocham i ze łzami w oczach wspominam Twój piegowaty pyszczek :) 
Liczyłaś kiedyś te kropki? 
Jak będziesz znów przy kompie napisz mi coś na wybrany temat. MoŜe uprawa ogórków 
szklarniowych? Ach, Ŝycie, Ŝycie jest nowelą, wczoraj, wczoraj trzy kieliszki, dzisiaj, dzisiaj 
białe myszki... Całusy, C. 
Wyślij. 
65 
Uśmiechnęłam się pod nosem. Lubię te nasze fry-wolności i głupoty. 
Powinnam wysłać dziś zestawienie do CF. Przygotowałam materiały o planach sprzedaŜy i 
bieŜące zestawienie obrotów; szkoda, Ŝe nie porozmawialiśmy dziś o tej reklamie Kosmy, 
moŜe udałoby się nam ustalić, ile będzie kosztowała, wtedy mogłabym wysłać teŜ raport o 
wydatkach na reklamę. Trudno. Wyślę to, co mam. Strasznie mi się nie chce, ale znam siebie, 
im bardziej mi się nie chce, tym bardziej się do tego zmuszam. 
Spojrzałam ponad ekran komputera na okno. Na wieczornym niebie przesuwające się, 
pulsujące światełko. Gromada ludzi ze sztywnymi plecami i pasami na brzuchu unosi się poza 
swoje światy. Za kilka godzin będą w innym miejscu, gdzie mówi się innym językiem i 
uŜywa innych ziół. Chciałabym, by ktoś wymyślił pastylki, zapachowe lub smakowe, które 
moŜna by rozetrzeć w palcach lub spróbować językiem i poczuć którąś ze stron świata. Mam 
osobisty sposób na to, by nie zazdrościć ludziom z samolotu. Poszłam do kuchni. Wyjęłam 
włoską bułkę z zagadkowymi paproszkami na wierzchu i salami z ziołami prowansalskimi. 
Zrobiłam dwie zgrabne półkule, które nie szkodząc nikomu, spięły klamrą Włochy i Francję. 
Smakowite. Jeśli nie ja, to chociaŜ moje kubki smakowe mogą podróŜować. 
 
Postanowiłam nie oglądać dziś filmu. Posłucham go tylko. Czasami tak robię. Włączam 
odtwarzacz i robię róŜne rzeczy, słuchając dialogów i muzyki. Stwarza to wyjątkowy nastrój, 
zwłaszcza gdy film jest z oryginalną ścieŜką dźwiękową. Wybrałam Śniadanie u Tiffany'ego. 
Zebrałam kilka rzeczy, które włoŜyłam do pralki. 
66 
Pragnęłam go. Ale cały czas uczę się, by nie pragnąć, więc tym bardziej nie mogę tego 
okazywać... 
Joachim... takie ciche imię. Zamknięte na języku z bezdźwięcznym „m". 
TuŜ za rogiem kamienicy, w której mieszkam, jest Kawowa Dziupla. Mały punkt, który 
sprzedaje kawy o róŜnych smakach. Miejsce to zaspokaja moją potrzebę na przyjemny 
element poranka. Jeśli nie są to moje włosy ładnie upięte, ulubiona piosenka w radiu lub 
delikatny dotyk tkaniny na ciele, ten przystanek wynagradza mi wszystko. Sprzedaje w nim 
kobieta o młodej twarzy, z przedwcześnie siwymi włosami. Jest ładna. Zawsze uśmiechnięta. 
Ma brązowe oczy i fikuśnie odstające górne części uszu. Choć moŜe jej by się to nie 
spodobało, bardzo pasuje do tego miejsca, do kolorowych, czasami przezroczystych 
kubeczków, do pastelowych przykrywek z małą dziurką do picia. Lubię obserwować, gdy 
komponuje wybraną przez klienta kawę. Kawa, mleko, czekolada, syrop, cynamon, goździki, 
karda-mon, bita śmietana... Wszystko przechodzi przez jej szczupłe palce i posłusznie 
przyczaja się w ku- 
67 
beczku. Często spotykam tam pewnego męŜczyznę. Zawsze przepuszcza mnie pierwszą, 
nawet gdy do budki mam kilka kroków więcej niŜ on. ZauwaŜyłam, Ŝe gdy mnie widzi, 
specjalnie zwalnia, bym nie czuła się tym przepuszczaniem skrępowana. Staram się mu nie 
przyglądać, ale za kaŜdym razem słyszę jego chrapliwy głos. Nigdy nie mogę usłyszeć, co 
zamawia, do moich uszu dobiega tylko: „Dzień dobry, proszę kawę z..." Potem wsiada do 

background image

auta i odjeŜdŜa daleko, ale nie aŜ tak, by nie zdąŜyć na jutrzejszą kawę. A ja idę dalej z 
czekoladowo-kawo-wym sztormem w dłoni. 
Mam jeszcze pięć minut. ZdąŜę. 
Do pokoju wszedł Piotr, jedyny męŜczyzna w ekipie Customer Service. Wysoki, szczupły 
brunet w okularach, na którego wszyscy w firmie przekornie mówią „Dresiarz", z uwagi na 
nieskazitelny ubiór podkreślony krawatem. Nierzadko klienci, wchodząc do ich pokoju, 
myśleli, Ŝe mają do czynienia z szefem lub przynajmniej kierownikiem; niewykluczone, Ŝe 
Piotr ma takie aspiracje. 
- Greto, Joanna prosiła, by przekazać ci, Ŝe spotkanie w sprawie reklamy odbędzie się w 
gabinecie szefa o trzynastej. 
- Dobrze, dzięki. Nie ma jej dzisiaj w pracy? 
- Wyskoczyła na chwilę po prezent dla Kasi, ma dzisiaj urodziny... 
- O psia kostka, nic nie wiedziałam. Składaliście się na prezent? 
- Tak, po dziesięć złotych... 
- Kurczę, ktoś za mnie wyłoŜył czy będę czarną owcą? - zapytałam. 
68 
- Spoko, Aśka załoŜyła, Ŝe oddasz jej, jak wróci. Poszła do kwiaciarni retro, Kasia wypatrzyła 
tam jakąś kompozycję ze świeczek, suchych kwiatów i innych śmieci... Mam nadzieję, Ŝe 
później nie zmieniła zdania, bo z nią nigdy nie wiadomo... 
Po jakichś piętnastu minutach do biura wpadła zdyszana Joanna. 
- Dzień dobry, pani Greto, czy Piotrek przekazał wiadomość? 
- Tak, dziękuję bardzo. - Uśmiechnęłam się. -Jak tam prezent, łowy udane? 
- Hmm, schowałam go u siebie, po południu zrobimy kawę i wręczymy jej prezent. No to 
lecę. 
- Joasiu - zatrzymałam ją w progu - poczekaj, oddam ci pieniądze. - Sięgnęłam do portfela. - 
Proszę. 
- Dziękuję. 
- Jeszcze jedno, jak tam spotkanie w sprawie pracy? 
- Miała pani rację, to nieporozumienie. Bywam naiwna, ale nie do tego stopnia. Nawet się 
cieszę, bo trudno byłoby mi rozstać się z tą bandą głupków, och, przepraszam bardzo - 
Ŝ

achnęła się - miałam na myśli młodszą ekipę, to znaczy pani teŜ jest młoda, aleja myślałam o 

tego... no... to znaczy... przepraszam... 
- W porządku - zaczęłam się śmiać - wiem, co chciałaś powiedzieć. Do zobaczenia. 
O 13.00 do gabinetu zaczęli schodzić się pracownicy. Zabawne, jak prestiŜ gabinetu 
dyrektorskiego Wpływa na miny i sposób bycia zebranych. Atmosfera prawie jak z Dwunastu 
gniewnych ludzi. 
69 
- Witam. Zanim poproszę Igora o zasłonięcie Ŝaluzji, kilka uwag. Za chwilę wyświetlimy 
próbny film przedstawiający pomysł Kosmy na reklamę. Po projekcji proszę o komentarze. 
Dobrze, Igor... 
Igor przekręcił piórka Ŝaluzji i w gabinecie zapadły kinowe ciemności. Film nakręcony 
amatorską kamerą przedstawiał młodzieŜ, maszerującą w równych kolumnach ze wzrokiem 
utkwionym na prawo, gdzie stała osobistość, której oddawali hołd. Wyglądało to jak parada 
pierwszomajowa, a na pewno jak dyktatura rodem z Chin. Na trybunie honorowej, jako obiekt 
uwielbienia tłumów, stały spodnie dŜinsowe z najnowszej kolekcji. 
Koniec. 
Do pokoju ponownie wpadło światło. 
- Słucham - powiedział dyrektor. 
- MoŜe najpierw ja wyjaśnię - odezwał się Ko-sma - dlaczego ten klimat. Wydaje mi się, Ŝe 
tego typu reklama trafi do młodego odbiorcy, dla którego czasy komunizmu, marszów, 

background image

wieców to przeszłość, mało tego - to przeszłość egzotyczna i z jajem. No bo kto bierze dziś 
powaŜnie takie zagrania. Poza tym kolekcja, którą przygotowujemy, jest quasi-politycz-na, a 
reklama to podkreśli, nie mówiąc juŜ o kontraście defilady z dŜinsami jako Duce... 
- Przepraszam, jeśli mogę się wtrącić - odezwała się pani Renia, kadrowa i chyba najstarsza 
osoba po dyrektorze. - Mnie się ta reklama nie podoba. Z całym szacunkiem, panie Kosmo... 
Kaśka parsknęła śmiechem. 
- Kosma... - poprawił Igor. 
- Przepraszam, panie Kosma, niby co w tym takiego przebojowego? Szydzenie z tego, Ŝe ktoś 
kiedyś chodził na pochody? Ja się tego nie wstydzę. 
70 
Wszyscy wtedy chodzili, to miało nawet swój urok... Dlaczego robić z tego przedstawienie? 
- Bez przesady - odezwała się Dominika - reklama nie jest skierowana do pani pokolenia, a 
juŜ nie takie prowokacje w tej dziedzinie widzieliśmy. Moim zdaniem pomysł jest OK. 
Pytanie, czy uda się ją zrealizować, tak aby miała w sobie ducha propagandy... Jest taki film 
zrealizowany przez Leni Rie-fenstahl... zapomniałam tytułu... 
- Triumph des willens - przyszłam jej w sukurs - do tej pory uznawany za najskuteczniejszy 
film propagandowy wszech czasów. 
Dostrzegłam błysk uznania w oczach Dominiki. 
- Oby udało się zrealizować naszą reklamę choć z połowiczną pieczołowitością - 
dopowiedziała. 
- OdwaŜne, ale podoba mi się - dodał Piotr. 
- Cool - wysapał znudzonym głosem Rafał. 
- Dla mnie trochę za bardzo pojechane - powiedział Igor - ale co tam, o ostatnią kolekcję teŜ 
się baliśmy, Ŝe jest za bardzo do przodu, a okazało się, Ŝe trafiliśmy w dziesiątkę, więc moŜe i 
tym razem będzie tak samo... 
- Pani Izo? - zapytał dyrektor. 
- Coś innego, potrzebujemy nowych rozwiązań... 
- A nasze skarbniczki co na to? Ania pokręciła głową. 
- Mnie się nie podoba, widocznie nie jestem na czasie... 
Agnieszka spojrzała badawczo na Dominikę. Po ostatnich plotkach atmosfera między paniami 
była napięta i Agnieszka robiła wszystko, by nie narazić się szefowej. 
Pokiwała głową na tak. 
- CóŜ... - zaczął dyrektor - nie będę ukrywał, Ŝe 
71 
mi pomysł reklamy w tym stylu się nie podoba. Niewykluczone, Ŝe z powodu, który podał 
Kosma, jestem osobą, która pamięta imprezy narodowe i jakoś nieszczególnie widzi w nich 
materiał na reklamę, ale dlatego teŜ zawsze podkreślałem, jak waŜne są wspólne dyskusje. 
Nie chcę autorytarnie skreślać pomysłu, dopóki nie porozmawiam ze wszystkimi. Tworzymy 
zespół, rodzinę, i choć wiem, Ŝe podobne zwroty raŜą co niektórych jako zbyt ckliwe, to 
jednak tak uwaŜam. Dziękuję za obecność. Kosma, pracuj nad reklamą dalej, do końca 
tygodnia chcę mieć jakieś nowe informacje na ten temat. 
Uff. Nareszcie koniec. Popatrzyłam na Kosmę. Ktoś, widząc go na ulicy, mógłby pomyśleć, 
Ŝ

e jest jeszcze uczniem liceum. Miał chłopięcą sylwetkę i dziecięcą urodę. Z tego powodu 

było mi go szkoda. Długo przyzwyczajałam się do jego stylu mówienia, z przeciąganiem 
głosek i wydymaniem ust. Skojarzenia były jednoznaczne, ale podobno ma dziewczynę, więc 
dałam spokój rozmyślaniom. 
Wróciłam do swojego biura. Usiadłam w fotelu i zdjęłam buty. 
Dotknęłam stopami podłogi. Czy byłoby wielkim nietaktem, gdybym pochodziła przez chwilę 
na boso. Podeszłam do okna. Po południu urodziny Kasi, a później, później... moŜe pójdę do 
kina. Dostałam wczoraj SMS-a od Marty; przychodzą coraz rzadziej, czuję przez skórę, jak 

background image

przestaje próbować, jak zmusza się do kolejnego SMS-a, wymyślając wcześniej setki zadań, 
które usprawiedliwiłyby jej zaniechanie. Przestali próbować. Prawie nikt nie utrzymuje juŜ ze 
mną kontaktu. Podziwiałam ich wytrwałość... i swoją w kasowaniu wszystkich wiadomości z 
telefonu i automatycznej sekretarki. 
72 
- Zostajesz na urodzinach Kaśki? - za plecami usłyszałam głos Dominiki. 
Odwróciłam się. 
- Nie wiem, to znaczy pewnie zostanę, bo chyba nie wypada inaczej, ale gdybym mogła 
wybierać, wolałabym się stąd wynieść... 
- Odwieczny problem imprez biurowych, kaŜdy chciałby się wymigać, ale pieprzone wyrzuty 
sumienia nie pozwalają, bo się obraŜą, bo szef pomyśli, Ŝe się nie integrujemy i tak dalej... 
Wyjątek stanowią osoby, które akurat przygruchały sobie kogoś i wieczór chcą wykorzystać 
na szybki numerek w ciemnym socjalu... 
- Hm, a panna zdystansowana zamierza uczestniczyć w tym spotkaniu poniŜej ludzkiej 
godności? - zapytałam złośliwie. 
-Kwadrans... 
- Uuu, aŜ tyle? UwaŜaj, bo zdąŜysz się upić... 
- Bez obaw. Mam swoje miejsce, gdzie się upijam. 
- Zazdroszczę... ja ostatnio próbowałam znaleźć takie miejsce, ale skończyło się 
nieprzyjemnie... a mogło zupełnie inaczej. 
- Słuchaj, jeśli będziesz miała ochotę, wybierz się ze mną, będzie kilka znajomych osób. Nie 
ręczę, Ŝe przypadną ci do gustu, ale gdybyś nie miała planów na wieczór... 
- Dzięki, zastanowię się... 
Właśnie kończyłam pisaninę, gdy zapukała Joanna. 
- Pani Greto, zapraszam w imieniu Kasi na szampana i ciasto. 
- JuŜ idę. 
W pokoju socjalnym urządzonym przytulnie, po 
73 
„ikeowsku", panowała radosna atmosfera luzu i rozpuszczonych w szampanie feromonów. 
Widziałam jak Igor rozgląda się nerwowo w poszukiwaniu Dominiki. 
Rafał rozdał wszystkim kieliszki. 
- Zdrowie solenizantki! - zakrzyknął Kosma. 
Za kaŜdym razem, gdy to słyszę, widzę zastawione stoły z mojego dzieciństwa. Imieninowe 
liturgie z bigosem i schabowym w roli głównej oraz tandetnymi prezentami; ktoś kupił w 
kiosku rajstopy z szerokim klinem, ktoś inny dał bombonierkę albo dezodorant z drogerii 
PSS-u. Szczęśliwa solenizantka całą noc i poprzedni dzień spędzała na gotowaniu, smaŜeniu, 
mieleniu, pieczeniu, by gdy przyjdzie wieczór, napaść grube brzuchy wujków, dziadków, 
ciotek w okularach z grubego szkła. A jeszcze czekała ją przyjemność obsługiwania, za którą 
zamiast napiwków otrzymywała bełkot komplementów... 
Nienawidziłam tych spotkań. Okropieństwa za-ślinionych pocałunków na przywitanie, gdy 
wujkowie ściskali mnie mocno i komentowali, jak to niebywale urosłam. 
- Zdrowie!!! - odkrzyknęli wszyscy. Podchwyciłam ironiczne  spojrzenie  Dominiki. 
Podniosła do góry dłoń i pokazała mi palec wskazujący z prostopadle ustawionym kciukiem. 
Tak, kwadrans. 
Wypiłam szampana. Kasia najwyraźniej zachwycona prezentem piszczała przekonująco, a 
Piotr robił pamiątkowe zdjęcia. 
- Uśmiech proszę. - Stanął przede mną. 
- Och, daj spokój, Ŝadnych zdjęć. - Odwróciłam się. 
74 
- Greta, nie świruj, musimy mieć pamiątkę - nalegał. 

background image

- Ale ja nie chcę być pamiętana, odpuść sobie... Rzeczywiście, nic tu po mnie. Wyszłam 
ukradkiem i poszłam do biura po rzeczy. 
Przy windzie dołączyła do mnie Dominika. 
-I co? 
-Idę. 
Szłyśmy bez słowa po ciemnych zaułkach miasta. Dominika szła równym, dynamicznym i 
zdecydowanym krokiem. Skojarzyła mi się z miejską kotką, ale nie jakimś burym 
dachowcem, ale prawdziwą damą, która wymyka się wieczorami z apartamentu swoich 
właścicieli i szuka przygód. Nad ranem wraca z sierścią pachnącą dymem tytoniowym i 
leniwym upojeniem w oczach... 
Nie wiem dlaczego zdecydowałam się z nią wyjść; nie jestem nawet pewna, czyją lubię. 
Trochę się oszukuję, bo wiem, Ŝe pociąga mnie jej charyzma i sposób, w jaki nie bierze 
róŜnych rzeczy pod uwagę. Ja nazwałabym to lekcewaŜeniem, a ona olaniem. Ja uciekam, 
stwarzam iluzję, a ona goni problemy po ciemnych, stromych dachach, łapie je za ogon i 
skręca kark. Tak myślę, bo przecieŜ jej nie znam... 
Z doświadczenia wiem, Ŝe ludzie, którzy są aŜ tak kontrowersyjni, to ciepłe, spragnione 
czułości istoty, ale nigdy jej tego nie powiem, bo jeŜeli tak jest, to mogłabym niechcący 
wytrącić tarczę z jej dłoni... Kiedyś próbowałam tak postępować z ludźmi, pokazywać, Ŝe są 
warci wielu rzeczy, Ŝe pragną czegoś innego, niŜ daje im Ŝycie, ale gdy juŜ zdali sobie z tego 
sprawę, stawali z przestrachem w oczach, bo nie wiedzieli, co z tą wiedzą począć. Zabierałam 
75 
im płaszcz, nie dając nic w zamian i wszystko byłoby dobrze, gdyby sami go poszukali, ale 
ludzie nie chcą walczyć, chcą mieć swoją szarą podpinkę ze wstydem zaszyfrowanym 
dziurkami po molach, ze starymi paragonami w kieszeniach i zapachem potu pod pachami. To 
kolejne, co mam w moim świecie. Mój świat nie kaŜe mi zmieniać ludzi, nie wymaga ode 
mnie absolutnie nic, poza dostarczeniem porcji ciepła 36,6 stopni. 
- To tutaj - przerwała moje rozmyślania. 
Stałyśmy przed małymi, półkolistymi drzwiami, które były wkomponowane w nasyp pokryty 
trawą. Wyglądało to jak ziemne piwnice, które jeszcze do dzisiaj moŜna oglądać w wioskach 
na zachodzie, gdzie mieszkali kiedyś Niemcy. Trudno mi było wyobrazić sobie, by 
uprawnione słuŜby odebrały tego typu lokal bez tony zezwoleń, projektów, zatwierdzeń i tak 
dalej, no chyba Ŝe ktoś obszedł ten chwalebny, acz nieskuteczny proceder i wręczył im 
gratyfikację. 
Nacisnęła klamkę i weszła pierwsza. Strop był niski, więc trzeba było pochylać się, aby 
uniknąć uderzenia w głowę. Trzy stopnie w dół, krótki prosty korytarz i zakręt. Kolejne 
drzwi, klamka. W środku cicho i prawie ciemno. Zanim moje oczy przyzwyczaiły się do 
półmroku, nie widziałam prawie nic, ale za to wyczułam mnóstwo zapachów. Drewno, 
skórzane ubrania, dym z papierosów i fajki, jakieś kadzidła, choć równie dobrze mogło to być 
zielsko, nie mam doświadczenia w rozróŜnianiu tego typu zapachów, zauwaŜam je, ale nie 
potrafię zdefiniować. Zapach alkoholu, ale nic konkretnego, ot, lekko draŜniąca nos znajoma 
częstotliwość. śołądek niebezpiecznie mi zadrŜał. Podobało mi się. W tle 
76 
celtycka muzyka, którą ktoś zmienił później na Nat King Cole'a. 
Poczułam, Ŝe ktoś dotyka mojej dłoni. 
- Chodź, zaprowadzę cię, nie znasz drogi, a tu jest dość ciemno - wyszeptała mi do ucha. 
Wstrzymałam oddech. To było bardzo miłe, jej szept opierający się o płatek mojego ucha. 
Poszłyśmy dalej. Korytarz nagle rozszerzył się, tworząc obszerną owalną salę. Pod ścianami 
półkoliście biegły kanapy obite czerwonym suknem, które skojarzyły mi się z areną cyrkową. 
Przed nimi stały masywne stoły o nieregularnych kształtach, a za stołami niskie fotele z 
bardzo szerokimi, wygiętymi w podkowę oparciami. Osoby, które siedziały w fotelach były 

background image

zasłonięte oparciami. Tworzyło to widok ptaków bez głów, chroniących to, co znajduje się 
przed nimi. W punkcie najbardziej oddalonym od sali stał barek. Podobnie jak stoły był z 
cięŜkiego drewna z mnóstwem szafeczek, schowków i skrytek, z których męŜczyzna za nim 
stojący wyciągał kieliszki i trunki. 
-I jak? Podoba się? - zapytała Dominika. 
-Tak... bardzo. Nie sądziłam, Ŝe w takim miejscu moŜe być taki lokal. Miejsce naprawdę 
wyjątkowe. Czy duŜo osób o nim wie? 
- Raczej nie, to lokal Daniela, to ten przy barze. Robi interesy w niewiadomej branŜy, stać go 
na to, by utrzymywać lokal dla siebie i grupy przyjaciół. Poznałam go przez znajomego z 
Włoch, tego, z którym będę mieć dziecko. - Zaśmiała się. - To w porządku gość, potrafi 
siedzieć tu dla jednej osoby... wiem, Ŝe to cię nie interesuje, ale byliśmy kiedyś kochankami, 
jesteśmy... czasami. Będziesz mu się podobała, więc uwaŜaj - dodała. 
77 
- Jestem duŜą dziewczynką, dam sobie radę. 
- Aha, ja teŜ tak mówiłam. - Mrugnęła okiem. Usiadłyśmy w fotelach. Dominika poszła do 
baru, 
a ja chłonęłam wszystkie szczegóły. Materiał, którym były obite fotele, okazał się miły i śliski 
w dotyku, moŜna było łatwo się z niego zsunąć, ale nie, gdy usiadło się, a właściwie schowało 
w jego wnętrzu. ZauwaŜyłam, jak męŜczyzna zza baru zerka na mnie w trakcie rozmowy z 
Dominiką; skinął lekko głową, odwzajemniłam ukłon. 
- Czego się napijesz? - zapytała. 
- Zdaję się na barmana - odpowiedziałam. Popatrzyła na mnie badawczo. Niepotrzebnie 
mówiła, Ŝe są kochankami; uruchomiła rodzaj gry, w której sprawdzam, jak silne więzi łączą 
ludzi uwaŜających się za parę, nawet jeśli chodziło jedynie o sypianie ze sobą. 
Poszła i przez chwilę z nim rozmawiała, następnie wróciła, niosąc dwa kieliszki. 
- Za co wypijemy? - zapytałam. 
- Obojętnie, tylko błagam, nic o pokoju na świecie i innych bzdurach, bo zwymiotuję. Ludzie 
wznoszą te toasty, by lepiej się poczuć, i nic ich nie obchodzi pokój na świecie. 
- W takim razie za czarodziejskie kartofle i wełniane skarpetki! I nie próbuj zrozumieć - 
dodałam. 
- Nie będę. - Zaśmiała się głośno, unosząc kieliszek. 
Umoczyłam usta. Alkohol pachniał cytrusami, był słodki, ale teŜ lekko gorzkawy, delikatnie 
bąbelkowa! na języku; po chwili poczułam, Ŝe język mnie piecze. Potarłam nim o 
podniebienie, ale to nic nie pomogło, wzięłam drugi łyk, który na chwilę pomógł... 
78 
Ach, tak... barman wziął sobie do serca moją prośbę. 
Siedziałyśmy w milczeniu, sącząc drinki. 
Pomyślałam, Ŝe szkoda, iŜ wcześniej nikt mnie tu nie przyprowadził. Odpowiednia muzyka, 
dobry alkohol, brak szyb, w których przeglądają się przechodnie, i brak luster, w których ty 
się przeglądasz. Daniel wiedział, co robi, tworząc ten lokal. To trudne wysiedzieć dłuŜej w 
towarzystwie ludzi, gdy dookoła brak alternatywy na skupienie wzroku. MoŜesz patrzeć w 
oczy rozmówcy, na małą lampkę na stole albo nigdzie. Pobyt tu to odreagowanie po dniu 
pełnym synchronizacji; komórka, faks, komputer, mail, telefon, spotkanie... wszystko w 
tempie i na czas. 
Powinnam podziękować Dominice. 
- Dzięki tobie zaczynam się wprowadzać w błogi nastrój słodkiego, alkoholowego lenistwa... 
- Mhmm, ja teŜ dzięki sobie wprowadzam się w błogi nastrój słodkiego, alkoholowego 
lenistwa... 
- Dominika, chcę tylko, Ŝebyś wiedziała, Ŝe mój pobyt tutaj jeszcze nie oznacza, Ŝe będziemy 
pieprzonymi przyjaciółkami... 

background image

- Broń BoŜe! W Ŝyciu! - Prawie się zachłysnęła. - śadnej przyjaźni! Zresztą, widziałaś sukę, 
która z kimś się przyjaźni? 
- Dlaczego tak o sobie mówisz? 
- Wszyscy tak mówią, nie chcę ich rozczarować, więc zachowuję się jak suka, nawet staram 
się przekonywać siebie, Ŝe nią jestem. Mogliby mówić na mnie dziwka, pewnie teŜ bym im 
przytaknęła, ale suka ma szersze pole działania. Wiadomo, dziwka Pieprzy się na prawo i 
lewo, a suka oprócz tego robi jeszcze mnóstwo innych złych rzeczy. 
79 
- Daj spokój, nie mówisz powaŜnie, a gdzie szacunek do siebie? - zapytałam z 
niedowierzaniem. 
- To jest właśnie szacunek. Oswajasz się z taką etykietką i wtedy nic nie zdoła cię dotknąć, 
oszczędzasz własny honor. Nie chodzisz, nie pytasz, a dlaczego tak ktoś uwaŜa, Ŝe jeśli tak, to 
ty przepraszasz, i tak bez końca. PrzecieŜ i tak wszyscy mają w dupie to, kim jesteś. Wracają 
do domu i mają o czym opowiadać troskliwym małŜonkom, okadzając swoją osobę 
kadzidłem świętości. 
- Jesteś pijana i w dodatku masz rację... 
- Greta, czy my miałyśmy okazję się poznać? 
- Masz na myśli zapoznanie? Skinęła głową. 
- Chyba podczas prezentacji, gdy dyrektor przedstawiał mnie wszystkim. 
- W takim razie... - Wstała z miejsca i podeszła do mnie. - Dominika, bardzo mi miło. 
Pochyliła się i pocałowała moje zdziwione usta. Chciałam odpowiedzieć, ale nie odsunęła się. 
Czułam jej miękkie wargi na swoich i nie wiedziałam, co zrobić. Delikatnie poruszyła ustami, 
prowokując moją reakcję. Jej długie włosy opadły kurtyną na moją twarz. Zamknęła siebie i 
mnie w tej spontanicznej czułości... Mimo wszystko czułam się niezręcznie. Próbowałam 
przytrzymać jej ramiona i wyszeptać swoje imię, ale z moich ust wydobyło się tylko 
westchnienie, które oszołomiło mnie i pozbawiło chęci na przeciwstawianie się. 
Powoli odsunęła się, patrząc mi w oczy. 
- Nie Ŝałuję, ale przepraszam, jeśli cię zniesma-czyłam - powiedziała. - To część mojego nie 
biurowego zachowania, wybrałaś lokal z dobrodziejstwem inwentarza. - Uśmiechnęła się. 
80 
-Raczej zaskoczyłaś... Dobrze, Ŝe pijemy, mamy 
alibi. 
Nie wiedziałam, czy próbuje mnie sprawdzić, na ile jej pozwolę, czy to jej normalne 
zachowanie, usprawiedliwione alkoholem i atmosferą. Nie byłam nigdy całowana przez 
kobietę w ten sposób, jednoznacznie i bez wstydu. Jakaś cząstka mnie była zaŜenowana, ale 
nie na tyle, by dosypać mi do drinka wyrzuty sumienia. Odchyliłam głowę i oparłam ją, 
przymykając powieki... W takich chwilach Ŝałuję, Ŝe nie mam w pobliŜu swojego łóŜka, do 
którego mogłabym się połoŜyć i zasnąć ze wspomnieniami tego, co się wydarzyło. 
Po jakimś czasie, gdy siedziałyśmy ze stopami opartymi o fotele, podszedł do nas Daniel. Typ 
latynoskiego łobuza z kruczoczarnymi włosami błyszczącymi od Ŝelu. Na pierwszy rzut oka - 
wenezuelska tandeta, ale w tej szerokości geograficznej nie sposób przejść obok niej 
obojętnie. Usiadł obok mnie ostentacyjnie blisko. Popatrzył na Dominikę, a później pochylił 
się i zapytał, z ustami w moich włosach: 
- Smakowało? 
Jego skóra pachniała pieprzem. 
-Obleci... 
Nie spuszczałam wzroku z Dominiki. Specjalnie pochyliłam się w jego stronę. Potem 
odwróciłam twarz. Przytuliłam policzek do jego policzka i wyszeptałam: 
- Dziękuję, muszę juŜ iść, do zobaczenia. Uśmiechnął się. 
Wstałam i podeszłam do Dominiki. 

background image

- Dziękuję, do jutra... Pocałowałam ją w policzek. 
81 
* * * 
Na zewnątrz uśpione miasto. 
Pojedyncze dzbaneczniki taksówek wyłapujące swe ofiary z chodników. Będę jedną z tych 
ofiar. Bardzo chciałabym, by kierowca o nic nie pytał, po prostu zawiózł mnie pod dom. 
A mój dom cichy jak zwykle. Bez zbędnego dźwięku i światła. Zdjęłam z siebie ubranie i 
wyjątkowo zostawiłam na podłodze łazienki. Odkręciłam wodę. Oparłam dłonie o ścianę i 
czułam, jak spręŜyste ciepło masuje mi kark. Skąd te czarne łzy na moich piersiach? 
Zapomniałam zmyć tusz z rzęs... Moje ciało zbudowane z milionów atomów, z których kaŜdy 
wiedział, gdzie uwić sobie gniazdo. Z mikroskopijnych komórek moich rodziców powstałam 
ja... z małym palcem u stopy, który prawie nie ma paznokcia, z pieprzykami na 
przedramieniu, układającymi się w konstelację Oriona i gładkim ramieniem, z którego lubię 
zlizywać wodę. 
Wytarłam się na tyle, by nie zachlapać mieszkania, i poszłam naga do łóŜka. Czułam, jak 
krople wody z włosów i skóry wsączają się w pościel, poruszyłam się kilka razy, by poczuć 
przyjemny dotyk materiału i ułoŜyć wygodnie policzek na poduszce. 
Nie chcę iść jutro do pracy. Chcę iść tam, gdzie tłum ludzi zagłuszy moje myśli, gdzie będę 
jedną z wielu anonimowych, konsumpcyjnych istot... 
Rano obudziłam się z przekonaniem, Ŝe moje wieczorne postanowienie lekcewaŜenia 
obowiązków słuŜbowych nie wyparowało wraz z alkoholem. Uru- 
82 
chomiłam więc komórkę i zadzwoniłam do pani Re-ni z prośbą, by przekazała dyrektorowi, 
Ŝ

e nie będzie mnie dzisiaj w pracy. Chciałam to zrobić osobiście, ale pomyślałam, Ŝe jest zbyt 

wcześnie. 
Zdecydowałam się pojechać do otwartego niedawno ogromnego kompleksu handlowo-
rozrywko-wego. Miesiąc przed otwarciem społeczeństwo było bombardowane ulotkami i 
reklamami. Na billboardach zmieniano daty: juŜ za miesiąc, juŜ za dwa tygodnie, juŜ za 
tydzień... I stało się. Kolejny moloch. 
Nie jestem przeciwna budowaniu tego typu obiektów, ale uwaŜam, Ŝe jako naród nie 
dorośliśmy do tego. Tak jak do wielu innych zjawisk, które przyszły z Zachodu. Inne kraje 
rozwijały się miarowo, przyzwyczajały do zmian, a u nas jak za dotknięciem czarodziejskiej 
róŜdŜki pojawiło się tyle dobra... Przypomina mi to farsę handlu koralikami. Ludy Afryki, 
Nowej Zelandii, kolonizowane i cywilizowane, oddawały swoje ziemie za kolorowe 
błyskotki. Nie miało znaczenia, Ŝe są one bezwartościowe, liczyło się to, Ŝe są ładne. Czy u 
nas teŜ nie jest tak? Zachwycamy się formą, nie myśląc o treści, a zachodni inwestorzy 
zacierają ręce i patrolują strumień pieniędzy wypływający z kraju. 
Ominęłam dziś Kawową Dziuplę. Ciekawe, czy mój znajomy kawosz zastanowi się, gdzie 
jestem. 
Wsiadłam do auta, samotnego ostatnio, i pojechałam. 
Wielopoziomowy parking. Wszędzie samochody. Połowa z nich z niemieckimi rejestracjami. 
Chyba kaŜdy potrafi rozpoznać niemieckiego turystę, a przynajmniej tego w wieku 
emerytalnym. Jasna kurtka, jasne spodnie w kant, plecione buty, kape- 
83 
lusz, złote oprawki okularów i nienaganny uśmiech z widokiem przerośniętych zębów. Moja 
ciocia, która była kilkanaście lat protetykiem, powiedziała mi, Ŝe Niemcy mają takie 
moŜliwości, by nie moŜna było poznać, czy to sztuczne, czy prawdziwe zęby, ale co z tego, 
gdy chcą, by było widać, Ŝe ich stać na protezę. 
Jednak jako klienci są bardzo uprzejmi i niewybredni, jeśli coś pasuje, to jest po prostu „szik". 
KaŜą zapakować, uśmiechają się, „cius" na do widzenia i juŜ. 

background image

Zaparkowałam w końcu. Przede mną wyjście na któryś tam poziom, ale obok ruchome 
schody prowadzące na parter, gdzie cała zabawa się zaczyna. 
Zdecydowałam, Ŝe zacznę od początku. 
Imponujące, trzeba przyznać. Kraina dostatku i luksusu. Nie mam czasu, ani teŜ ochoty, by 
bywać w takich miejscach, ale lubię obserwować, jak rozwój gospodarczy narzuca nam styl 
„bywania". Więc to tak. Tu spędza weekendy nasza warstwa średnia, której podobno w 
naszym społeczeństwie nie ma, a jeśli nie ma, to naleŜy przyjąć, Ŝe jest to średnia wypadkowa 
warstwy mało zamoŜnej, średnio-i bardzo zamoŜnej. Pierwsza przyjeŜdŜa, bo musi zobaczyć i 
kupić jakiś drobiazg świadczący o pozytywnym zaliczeniu egzaminu. Druga to „szołmeni", 
biegający z dzieciakami między kinem, wyprzedaŜą, pralnią i deserami. Trzecia to leniwy 
nurt w tym zwariowanym tłumie. Chodzą spokojnie w dobrych ciuchach, kupują w 
najdroŜszych boksach, piją kawę w intymnych kafejkach w stylu kolonialnym. 
Dookoła przepych. Starannie dobrana kolorystyka posadzek i ścian, oryginalne oświetlenie, 
dyskretna muzyka, fontanny, kwiaty, akwaria z eg- 
84 
zotycznymi rybami, skałki do wspinaczki... JakiŜ to kontrast. Nasze fabryki rozkradane, 
ludzie gotujący zupę wielowarŜywną z samych ziemniaków, afery, korupcje, głodowe zasiłki, 
pijaństwo, brud... A tu inny świat. Czy doprawdy na świecie są wojny? Jak daleko ta Afryka, i 
całe szczęście, Ŝe tak daleko, bo jak tu zjeść takie duŜe lody i jednocześnie myśleć o 
głodujących Murzyniątkach. Dołączymy do innych krajów, takich jak Egipt. Kair z reklam i 
Kair, w którym za granicami luksusowych hoteli i centrów handlowych padlina leŜy na 
ulicach i puchnie. Jak to się stało, Ŝe taki błyskotliwy naród dał sobie wmówić, Ŝe oto jest 
pępek naszego rozwoju kulturalno-oświatowego. Ale jest przecieŜ Empik, hurraaa! 
A piętro wyŜej kilkuletnie dzieci kupują kubeł coli i megakubeł praŜonej kukurydzy, bo bez 
tego film juŜ tak nie smakuje. Tęsknię do czasów, gdy będąc w liceum, chodziłam do 
Dyskusyjnego Klubu Filmowego z wafelkiem w kieszeni, którego czasami nie zdąŜyłam 
zjeść, bo wciągały mnie Dzieci gorszego Boga albo Pracująca dziewczyna. 
Tak naprawdę to machina nie do zatrzymania. Skoro w telewizji przekonują nas, Ŝe bez coca-
coli nie ma świąt, a dzieci rozpoznają cudowny przedświąteczny okres po ogromnym tirze z 
napojami... Pamiętam tyle sytuacji z dzieciństwa. AŜ strach, Ŝe tak duŜo. Supersam małego 
miasteczka, w którym jako kilkuletni brzdąc błąkałam się pomiędzy półkami z paluszkami i 
krajanką - cukierkami w kształcie małych dropsików z kolorowym kwiatkiem na środku. 
Wiele razy spoglądałam przez te kwiatki na świat i wydawało mi się, Ŝe tak piękne i słodkie 
cukierki całkowicie wystarczą. Rządziły 
85 
tam niepodzielnie panie Stasie, Irenki, które miały białe fartuchy i szpetne ortopedyczne buty 
z wolnymi palcami i piętą. Pewnego dnia, gdy stałam przy koszu pełnym kodŜaków i 
wpatrywałam się w ten ogrom, a ja zawsze się we wszystko wpatrywałam, jedna z nich 
krzyknęła do drugiej: „Irenka, uwaŜaj na tę małą! Chce buchnąć kodŜaka!!!" Nie kaŜdy wie, a 
juŜ na pewno nie pani Irenka, Ŝe mały człowiek teŜ ma poczucie godności wpajanej przez 
mamę, babcię i chrzestnego. Więc co? To ja byłam taka jak Waldek, który ukradł w sklepie 
ś

wiatełko odblaskowe? Od tamtego czasu, wchodząc do sklepu, mam wraŜenie, Ŝe jestem 

obserwowana, bo tak jest w istocie. Śledzą mnie kamery przemysłowe. Czuję się wtedy jak 
idiotka. PręŜę się jak koń na lą-Ŝy, a gdy sięgam po coś do torebki, robię to ostentacyjnie, 
szeroko ją otwierając i prawie pokazując, co wyciągam. Staram się teŜ nie przyglądać zbyt 
długo jednej rzeczy, bo a nuŜ wykrzyknie ktoś za mną: „UwaŜaj na tę rudą! Chce buchnąć 
bluzkę!!!" 
Poszłam dalej. 
Obserwowałam zachowania znudzonych ekspedientek, które zmieniały cięŜar ciała z prawego 
na lewe biodro. Rzadko się uśmiechały. Czy to z powodu marnych zarobków, czy teŜ z 

background image

przeświadczenia, Ŝe klient, jeśli ma kupić, to kupi. Dawno temu rozmawiałam z młodym 
Niemcem, który perfekcyjną angielszczyzną wyznał mi, Ŝe jednego, czego nie rozumie w 
polskich sklepach, to brak uśmiechu ze strony personelu. Dziwił się, Ŝe zamiast gestu „Witaj 
w moim sklepie, cieszę się, Ŝe go wybrałeś i tu chcesz wydać pieniądze", jest znudzenie, 
zniecierpliwienie i czekanie na koniec dnia. Rozumiałam go wtedy, i moje zdanie się nie 
zmieniło. 
86 
KaŜdy oczekuje maksimum wynagrodzenia przy minimalnym zaangaŜowaniu. A jak tu 
jeszcze znaleźć miejsce na bycie po prostu serdecznym? 
Zahaczyłam o kącik z kawą. Przyjemne miejsce, w którym panował półmrok mile 
odpręŜający po prześwietlonych przestrzeniach. Zamówiłam kawę z bitą śmietaną i tartymi 
migdałami. Rozejrzałam się dookoła. Wszystko wymuskane i suwmiarkowe. Panie serwujące 
kawę w tych samych zgrabnych uniformach, z profesjonalnym, mało ciepłym uśmiechem... 
no i zapach nie ten. Nie czuje się świeŜego powietrza. Ale jest dość przyjemnie. Wzięłam z 
wie-szaczka gazetę i usiadłam przy stoliku. Choć próbowałam się opanować, musiałam się 
pochylić i powąchać papier. Zapach druku informujący o smutnych zdarzeniach. Czarne 
literki jak chusty kobiet na Wschodzie i plastikowe worki. Kolorowe tylko reklamy. I ta 
bezsilność na kaŜdej stronie: nie ujęto, nie przedstawiono zarzutów, nie było wystarczających 
dowodów, nie powstrzymano, ugięli się pod... Zastanawiam się, czy nie sięgnąć po jakąś 
babską bzdurę w kolorowej okładce, ale nie... Posiedzę i pooglądam sobie ludzi, to bardziej 
interesujące. 
Spędziłam w tej kapitalistycznej wieŜy Babel prawie cały dzień. Wracałam zmęczona 
nadmiarem hałasu, z błyszczącą się od sztucznego światła skórą i małą reklamówką, w której 
kołysał się poziomkowy komplet bielizny. 
Zaczęło zmierzchać. W windzie znajomy zapach metalu, brudu i papierosów. Napisy, które 
znałam na pamięć, miały bezczelny sposób długo w niej tkwić. 
Pod moimi drzwiami jakaś paczka. I skrzypnięcie drzwi sąsiada. 
87 
- Dobry wieczór. - Skinął głową, nie spuszczając oczu z przesyłki. - Wracałem po drugiej i 
juŜ tu stała. Myślałem, Ŝe moŜe to pani wystawiła coś na chwilę i zaraz to zabierze, ale gdy 
godzinę temu wychodziłem z psem, dalej tu stała. Nie ma nadawcy, tylko pani imię. Proszę 
uwaŜać - wyszeptał podejrzliwie - słyszała pani o wągliku? 
Popatrzyłam na staruszka ze zdziwieniem. Wyglądał na inteligentnego, choć nie miałam zbyt 
wiele okazji, by się o tym przekonać. Do przesłania wąglika wystarczyłaby koperta... 
Przyznam, Ŝe zaniepokoiła mnie ta paczka. Z wielu róŜnych powodów. Przez moment 
pomyślałam, Ŝe to wysłannik z przeszłości; martwa bryła, która ma wysondować moje Ŝycie. 
Nie pomyślałam natomiast o bezpośrednim zagroŜeniu, takim jak wybuch... nawet w moim 
irracjonalnym Ŝyciu byłoby to przesadą. 
Dotknęłam szarego papieru. Pod nim wyczuwalny był twardszy materiał, prawdopodobnie 
karton. Objęłam dłońmi kształt i uniosłam do góry. Pakunek nie był cięŜki, ale odrobinę 
niestabilny, tak jakby cięŜar w środku nie był rozłoŜony równomiernie. 
Nie będę przecieŜ rozpakowywała tego na klatce schodowej. 
-Jeśli będzie wybuch, niech pan nie korzysta z windy, tylko proszę zbiec schodami - 
powiedziałam i puściłam oko do sąsiada. 
Popatrzył na mnie, jakbym postradała zmysły. 
Siedziałam po turecku na podłodze i wpatrywałam się w tajemniczy kształt przede mną. Przez 
moją głowę przemknęło wiele moŜliwości, nie wyłączając obciętej krowiej głowy, zdechłego 
szczura, tuzina 
88 

background image

zbuków... Nie pomyślałam o niczym normalnym, bo przecieŜ prawie nikt nie wiedział, gdzie 
mieszkam. 
Chwyciłam palcami łączenie papieru i delikatnie pociągnęłam. Tak jak przypuszczałam, pod 
papierem był perforowany karton. Gdy zdjęłam papier, poczułam zapach świeŜego drewna. 
Wyjęłam z włosów spinkę i rozcięłam nią taśmę klejącą. Karton rozłoŜył się na cztery strony 
ś

wiata i moim oczom ukazała się klatka. Kolorowa klatka z małym drewnianym domkiem. 

Domek miał czerwone ściany, niebieski dach i okrągłe okienko. 
Osłupiałam. PołoŜyłam się na brzuchu i przysunęłam twarz do klatki, by zobaczyć, czy 
domek jest zamieszkany. Wpatrywałam się w czarny otwór wejściowy, nie mogąc nic 
dostrzec, aŜ w końcu z tej czerni mój wzrok wyodrębnił dwa błyszczące punkty. 
Jest i mieszkaniec. I co teraz? Kici, kici? Popukałam delikatnie w podłogę. Nic. Przejechałam 
opuszkiem po szczebelkach klatki. Nic. 
Wstałam. Wyjdzie, jeśli będzie chciało. 
Zaczęłam krzątać się po domu, choć to określenie nigdy nie jest w moim przypadku 
właściwe. To przez moją głowę, w której określenia nabywają specyficznych kształtów i 
zapachów. I według mnie krzątanie się to poruszanie pomiędzy piecykiem, w którym płonie 
ogień, a stołem, gdzie zagniatane jest ciasto. W tym czasie powinny być wykonywane 
następujące czynności: wycieranie rąk oblepionych mąką o przepasany fartuch, zaglądanie do 
piecyka, podnoszenie pokrywek garnków, krojenie warzyw, wypatrywanie przez okno... Tym 
jest dla mnie krzątanie się. Więc ja chyba się po prostu plączę po tym domu, robię sztuczne 
zamieszanie w osowiałej atmosferze. 
89 
W pewnym momencie usłyszałam szelest trocin. Podeszłam do klatki. TuŜ przed wyjściem 
siedziała brązowo-biała kuleczka z róŜowymi, zaciśniętymi piąstkami i czarnymi paciorkami 
oczu. 
Chomik. 
Uklęknęłam. Wpatrywał się we mnie, ruszając szybciutko wąsikami. I co ja teraz zrobię? Kto 
mógł mi go przysłać? PrzecieŜ ja nie mam czasu na zwierzęta, ja nie chcę mieć zwierzątka, 
nie lubię sierści, nie chcę się opiekować Ŝadną formą Ŝycia... 
A on siedział i patrzył. Kilka gramów sierści z miniaturowym układem krwionośnym i 
przezroczystymi uszkami. Nawet nie wiem, jak go karmić. Na razie wrzucę mu jabłko. 
Poszłam do kuchni i odkroiłam małą, jabłkową łódeczkę. Otworzyłam delikatnie klatkę i, 
trzymając między palcami owoc, połoŜyłam go na dole. Puchate maleństwo czmychnęło do 
domku. Gdy po jakimś czasie przechodziłam obok klatki, zobaczyłam, jak zmaga się z 
owocowym talerzykiem i próbuje zanieść go do domku. Tyle Ŝe kawałek był większy niŜ 
wejście, więc przystawał co jakiś czas, obgryzał delikatnie i znów próbował. Powtarzał 
czynność wielokrotnie, aŜ udało mu się zniknąć wraz z jabłkiem w domku. 
Doprawdy bardzo zabawne zwierzątko i takie mądre. Powinnam nadać mu jakieś imię. 
Matylda nazwała swojego kota Franek. Ale ja mam coś lepszego. To idealne imię dla 
chomika, będzie się nazywał Euzebiusz. W dzieciństwie czytałam piękną ksiąŜkę o 
przygodach stworzonka o tym imieniu. Euzebiusz przyszedł na świat pod liściem łopianu, nie 
wiedząc czy są na świecie inne Euzebiusze. Miał małe ciałko pokryte futerkiem i ogo~ 
90 
nek identyczny, jak mają chomiki. Euzebiusz towarzyszył mi całe Ŝycie, poniewaŜ strasznie 
przeŜywałam jego samotność... Wspomnienie Euzebiusza zawsze ratowało mnie przed 
poczuciem całkowitego osamotnienia. Wiedziałam, Ŝe gdzieś tam na świecie, gdzie rosną 
liście łopianu, są małe Euzebiusze, które nie wiedzą nic o sobie. śyją, budują norki, zawiązują 
przyjaźnie... 
A teraz będę mieć jednego samotnika dla siebie. Dwa Euzebiusze, razem. 
Poszłam do sypialni i usiadłam na łóŜku. 

background image

Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu nie spędzę tej nocy samotnie. Co prawda będzie mi 
towarzyszył tylko chomik, ale poczucie obecności kogoś jeszcze pokryło moje usta 
czekoladową polewą. Mogłabym go wypuścić na trawnik przed domem, albo podrzucić pod 
inne drzwi... Musiałby sobie poradzić, tak jak ja kiedyś. Zresztą Euzebiusze świetnie radzą 
sobie z problemami... 
Gdzie go postawić? Wiem. Zdejmę kwiat, który stoi na stoliczku przy komputerze. To stary 
stoliczek, pamiątka po babci. Pod blatem jest malutka szufladka, będę tam chować 
poŜywienie dla niego. Nocą zostawię mu niezasłonięte rolety, Ŝeby mógł oglądać miasto. 
Będzie wypatrywał bystrymi ślepkami innych, takich jak my, samotnych Euzebiuszów. 
- Nie było cię wczoraj w pracy... - Do pokoju weszła Dominika. 
- Rzeczywiście, nie było, a stało się coś podczas mojej nieobecności? 
- Nic spektakularnego... Zastanawiałam się jed- 
91 
nak, czy twoja nieobecność nie była spowodowana naszym przedwczorajszym wypadem... 
- Daj spokój, świetnie się bawiłam... Nie spłoszył mnie twój pocałunek, jeśli o to pytasz. - 
Uśmiechnęłam się. - Nie powiem, Ŝe spodziewałam się tego, ale zostawiam ludziom z mojego 
otoczenia szeroki margines tolerancji, więc... 
- Więc to oznacza, Ŝe po prostu tolerowałaś moje zachowanie, ale gdybyś mogła, to... 
- Nie, to oznacza, Ŝe nie reaguję na podobne zachowania jak dzierlatka, choć w przyszłości 
będę musiała zdecydować, czy na nie pozwolić, sobie lub innym. 
- Trochę mi ulŜyło, bałam się, Ŝe weźmiesz mnie za jakąś lesbę... 
- Twoja orientacja nie interesuje mnie, ale gdybym ja była homoseksualna, wolałabym inne 
określenie niŜ to, którego uŜyłaś... 
- Greta, przecieŜ to, kurwa, nie przekleństwo... 
- Ale ma pejoratywny ładunek. Ten sam problem mają w Stanach z określeniem białas i 
czarnuch. Lesbijka powie o sobie, Ŝe jest lesbijką, albo Ŝe kocha kobietę, lub coś w tym 
guście, bo „lesba" trochę upadła, a jeśli juŜ analizować nasze zachowanie, to sama przyznaj, 
do siostrzanych nie naleŜało, więc lepiej, by było lesbijskie niŜ lesbowate. Dobra, dosyć tego, 
idę do socjalnego, mam pyszne ciasteczka w kształcie serc. Skusisz się? 
- Ciasteczka w kształcie serca? Litości! 
- W innych kształtach nie robią. Pytałam, z myślą o tobie, czy mają w kształcie penisów, ale 
niestety... - Zaśmiałam się. 
-No dobra... spróbuję, choć wolałabym, by nikt 
92 
nie widział, Ŝe je jem. Mogłoby to zawaŜyć na mojej reputacji. 
Siedziałyśmy przy kawie, krusząc nasze serca, gdy wszedł Igor. 
Atmosfera zagęściła się w tempie mąki ziemniaczanej wlewanej do wrzątku. 
- Cześć, Greta - rzucił szybko. - Dominiko, chciałbym z tobą porozmawiać. 
- Jestem zajęta, to chyba widać - powiedziała, łamiąc smukłymi palcami ciastka. 
By 

ło aŜ nazbyt oczywiste, Ŝe ciastka mogły poczekać. Wstałam. 

- Słuchajcie, ja muszę spadać, czeka na mnie robota, posiedźcie tu sobie i pomolestujcie się 
wzajemnie, ale przypominam o mobbingu, końcu miesiąca i koedukacyjnej funkcji tego 
miejsca. Jakby co, jodyna i bandaŜe są w apteczce. 
Wyszłam, zostawiając najprzystojniejszą dwójkę w firmie na pastwę namiętności. 
Namiętności jako takiej i namiętności wzajemnego upokarzania. 
Zastanawiam się, co ich łączy. Znając bezpośrednie zachowanie Dominiki, nie zdziwiłabym 
się, gdyby sypiała z Igorem od czasu do czasu, tak jak to robi z Danielem. Problem w tym, Ŝe 
 

 

Igor nie wydaje się facetem, któremu wystarczają sporadyczne zbliŜenia. I tu 

chyba le 

Ŝ

y pies pogrzebany. Dominika strasznie się broni przed napastliwą 

uczuciowością Igora, i to właśnie jest zastanawiające... 

background image

PrzecieŜ i tak nawet najbardziej zatwardziałe, niezaleŜne i samowystarczalne single lądują 
pod ciepłą pierzynką małŜeństwa, wpisane w kalendarz dziecięcych szczepień i wyjazdów do 
rodziców. MoŜe Dominika nie lubi pierzyny, a moŜe chce wskoczyć w nią jak najpóźniej. 
KaŜdy ma swojego bzika... 
93 
- Joanno! - zatrzymałam krzykiem przechodzącego obok moich drzwi elfa. - Czy finansowy 
przekazał dla mnie dokumenty? 
- Nie. Pani Agnieszka powiedziała, Ŝe ostatnie dane mają przyjść mailem po szesnastej, więc 
czekają. 
- OK, dzięki. 
Pomyślałam, Ŝe przejdę się i zabiorę te papiery. Jakiś czas później, mijając biuro Dominiki, 
usłyszałam, jak mówi przez telefon stanowczym głosem: 
- Proszę pani, przeterminowanie faktury wynosi sześćdziesiąt dni, a pani prosi mnie o 
cierpliwość, ta prośba nie jest chyba na miejscu. Tak, rozumiem, ale z państwa strony nie było 
Ŝ

adnego ruchu, Ŝadnej wpłaty. Współpracujemy nie od dzisiaj, przecieŜ pani wie, Ŝe inaczej 

patrzymy na klientów, którzy się spóźniają z płatnościami, ale starają się, by na koncie były 
jednak jakieś wpłaty. Proszę pani, dokonuje pani zamówienia na własne ryzyko, więc proszę 
nie oczekiwać zrozumienia... Tak, domyślam się, Ŝe nie sprzedała pani towaru, ale to nie jest 
sprzedaŜ komisowa, za którą płaci pani po sprzedaŜy. Myślę, Ŝe nie mamy o czym 
dyskutować. Do czwartku oczekuję wpłaty przynajmniej jednej czwartej zobowiązania. W 
przeciwnym razie naliczymy odsetki i oddamy panią do windykacji. Dziękuję, do widzenia. 
Trzask odkładanej słuchawki. 
- To nie przez kontakty męsko-damskie, ani nawet biurowe, nazwano cię Suczką... 
Odwróciła się. 
- Taką mam pracę... -Za to ci płacą... 
- Taaa, coś w tym stylu... 
- śadnych wyrzutów sumienia? 
94 
- Raczej nie, choć czasami po kilku takich rozmowach chce mi się rzygać. 
- PrzecieŜ po drugiej stronie są ludzie, czasami z dobrym wykształceniem... a nie jacyś 
kramikarze ze Stadionu Dziesięciolecia... 
- A ty co się tak litujesz? Taka praca. Wymagają ode mnie skutecznej ściągalności długów. 
Dla nich i - wybacz, Ŝe to wytknę - równieŜ dla ciebie waŜne są liczby. Wysyłasz raporty do 
CF o kondycji oddziału, i jeśli będziemy się pieścić z klientami, oni nam za to nie 
podziękują... 
-Niby tak, ale wiesz doskonale, Ŝe sklepy są ostatnim ogniwem. Oni muszą nam w końcu 
zapłacić, a klient nie musi kupić towaru. I z kontraktacją teŜ nie jest do końca tak, jak 
powiedziałaś. Przedstawiciele handlowi mają subtelny zwyczaj sugerowania absolutnych 
hitów, które w efekcie okazują się niewypałami... 
- Greta, przestań pierdolić! Sorry, jestem trochę wkurzona. Nie wiem, skąd w tobie tyle 
współczucia dla naszych odbiorców, moŜe to nawet szlachetne, ale mam takie stanowisko, 
jakie mam, nic nie poradzę, a jak będę miauczeć przez telefon zamiast wymagać, wypieprzą 
mnie stąd, a póki co jest mi tu za-jebiście. Oszczędź mi więc morałów, dobrze? 
-Jasne... zagalopowałam się. Znam po prostu dobrze obie strony medalu... moŜe dlatego... 
-Nie ma o czym mówić... Rozmawiałam z Igorem, podniósł mi ciśnienie. 
-Mhmmm... 
- Co mhmmm?! 
-Mhmmmm... chyba dość często to robi, albo nie robi tego wcale, tylko ty tak gwałtownie 
reagujesz. 
95 

background image

- To dziś jest ten dzień... 
-Aha, powinnam zadać teraz pytanie: jaki dzień? 
- Dzień, w którym nachlam się do nieprzytomności... 
-Uuu? AŜ tak źle? Nie przesadzaj, nie chcesz chyba powiedzieć, Ŝe ciągle nie przyzwyczaiłaś 
się do tego, Ŝe faceci się na twój widok ślinią... 
- Do tego jestem przyzwyczajona, powiem więcej, gdyby nagle przestali to robić, 
pomyślałabym, Ŝe odpadła mi połowa twarzy, albo byli kryptogeja-mi i teraz się ujawnili. Ale 
Igor się nie ślini. On jest powaŜny i bezlitosny w wytykaniu luk moralnych w moim 
zachowaniu. Wiesz co? Masz ochotę gdzieś wyskoczyć wieczorem? Jakieś czterdzieści 
kilometrów od miasta jest mały, uroczy hotelik z sauną, basenem i tak dalej, moŜe się 
zrelaksujemy? 
- Cholera! 
- No dobra, innym razem... 
- Nie o to chodzi... z chęcią się wybiorę. Słuchaj, do której czynne są sklepy zoologiczne? 
Dominika uniosła zdziwione brwi. 
- Bo ja wiem... Zawsze mi się wydaje, Ŝe skoro my siedzimy po nocach, to inni teŜ, ale sklepy 
dla zwierzaków... chyba zwyczajowo do osiemnastej. A co? Chcesz dosypać Rafałowi koci 
Ŝ

wirek do herbaty? - Zaśmiała się. 

-Nie... Zostałam obdarowana ssakiem z rodziny gryzoni. Ktoś mi podrzucił pod drzwi 
wyszykowanego jak panna młoda chomika. Jest wyposaŜony we wszystko, oprócz jedzenia. 
- Jak to podrzucił? Nie było karteczki: „Dla najlepszej klientki wypoŜyczalni filmów porno - 
właściciel"? 
96 
-Dominika, jesteś tendencyjna. - Uśmiechnęłam się. - Nie, nie było nic. Tylko moje imię. 
- No, no, kiedyś wysyłało się babce kwiaty, pra-liny... Zdarzało mi się otrzymać szałową 
bieliznę... ale chomika! Ha, ha, ha! Czekaj, nie mam pojęcia, czym się Ŝywi chomik, ale 
Rafała siostrzenica ma stado chomików, zaraz go zapytamy. 
Podniosła słuchawkę i wystukała numer wewnętrzny. 
- Sie ma, pastuchu, wpadnij do mnie na chwilę, dzięks. 
Zaskakuje mnie za kaŜdym razem. 
- Zaraz przyjdzie... 
- Jak to jest, Ŝe traktujesz ich jak kundle, a oni jedzą ci z ręki? 
- Nigdy nie mówiłam do niego inaczej, więc to chyba przyzwyczajenie. 
- Czym zasłuŜyłem sobie na ten zaszczyt? -W drzwiach stał pan i władca produkcji. 
- Siadaj - rzuciła Dominika - mamy pytanie i uwaŜaj, jeśli będziesz kręcił, dyrektor się dowie, 
a ja osobiście urwę ci jaja. 
Facet najwyraźniej był zbity z pantałyku. Patrzył raz na mnie, raz na Dominikę. Wzruszyłam 
ramionami na znak, Ŝe nic nie mogę poradzić. 
- Ale, ale... O co wam chodzi? - wydukał. Dominika odeszła od biurka i przeszła za fotel 
Rafała, po drodze mrugając do mnie okiem. Stanęła za nim, nachyliła się do jego ucha i 
wyszeptała jadowicie: 
- Dobrze wiesz, o co nam chodzi. Myślałeś, Ŝe nikt się nie dowie? Biedny, rachityczny 
móŜdŜek... 
- Nie wiem, o co wam chodzi, ale na pewno wszystko uda się wyjaśnić. 
97 
Wytrzeszczyłam oczy i przygryzłam wargi, Ŝeby się nie roześmiać. 
Dominika podeszła do drzwi, sprawdziła, czy nikogo nie ma w pobliŜu. Zamknęła je i wróciła 
na swoje miejsce. Oparta o biurko, wbiła wzrok w skonsternowanego Rafała i powiedziała, 
rozdzielając sylaby: 
- Gadaj! Czym się karmi chomiki?! 

background image

Wiele dałabym, by mieć wtedy aparat i sfotografować głupią minę Rafała. Zerwał się jak 
oparzony z fotela. 
- Ja pierdolę! Wystraszyłaś mnie! Jakie, kurwa, chomiki? 
- Takie Ŝywe, podobne do myszy, tylko z obciętym ogonem - powiedziała spokojnie 
Dominika. 
- Zaraz, chwila... muszę pomyśleć... Powariowałyście zupełnie! Nie macie roboty, czy co? 
- Do rzeczy, wiemy z dobrze poinformowanych źródeł, Ŝe twoja siostrzenica hoduje 
chomiki... 
- Dominika, skończ juŜ z tą konspiracją, Ŝart się udał, wystarczy. A o chomikach Eli sam ci 
mówiłem. Więc tak, w sklepach moŜna dostać specjalne mieszanki róŜnych ziaren, pestek, 
pokruszonych roślin i witamin. Dodatkowo moŜna dawać im marchewkę, jabłko, słonecznik i 
tak dalej. Lepiej nie dawać sałaty, bo z powodu pestycydów chomik moŜe się przekręcić. 
MoŜna kupić teŜ specjalne kolby jajeczne, biszkoptowe, owocowe, warzywne. Stanowią 
smakołyk, a oprócz tego pomagają ścierać zęby. Chomik pije wodę, musi mieć do tego 
specjalne poidełko. To chyba tyle. Wszystko moŜna dostać w sklepie zoologicznym. I co? 
Zdałem egzamin? 
- Tak, dzięki. Odmaszerować - powiedziała Dominika. 
98 
- Nie zaproponujecie jakiejś kawy za konsultację weterynaryjną? 
- Och, zapomniałam. Idź do socjalu i zrób sobie kawę... 
-Taaa, super... Miło się z wami gada. To co? pójdę juŜ, co tak będę sam tu siedział... 
- Rafał - odezwałam się. - Dziękuję, naprawdę bardzo mi pomogłeś. Dostałam chomika, a nie 
mam Ŝadnego doświadczenia w opiekowaniu się zwierzątkami. 
- Nie ma sprawy, bierz go często na ręce, bo zdziczeje i moŜe gryźć. 
Machnął ręką i wyszedł. 
- No, to wiemy wszystko - powiedziała Dominika. - Słuchaj, przed twoim przyjściem 
dostałam wszystkie dane, chcesz je przy okazji zabrać? 
- Specjalnie po nie przyszłam, dzięki. 
- Co z wieczorem? 
- Przyjadę po ciebie, tylko podaj mi adres. -śartujesz? Do wieczora jestem tutaj. Mam ze 
sobą strój kąpielowy, bo nieraz zdarzało mi się jechać po pracy na basen. Jeśli skończysz 
wcześniej, przyjedź pod firmę. 
- Dobrze, na razie. 
Dotarłam do domu z zapasem jedzenia dla plutonu chomików. Uprzejmy sprzedawca o 
wyglądzie Davida Copperfielda i o wiotkich nadgarstkach, rezolutnie zasugerował 
sprasowane trociny. 
Przesypałam jeden kartonik karmy w słoiczek po kawie. Wysypałam odrobinę ziaren na dłoń, 
otworzyłam klatkę i umieściłam je w plastikowym spo-deczku. Usłyszawszy dźwięk 
spadających ziarenek, 
99 
Euzebiusz, siedzący na najwyŜszym piętrze swojej klatki, zbiegł szybciutko po spręŜynach 
imitujących tunele. Powąchał jedzenie i chwytając poszczególne ziarenka w kosmate łapki, 
zaczął pakować wszystko do pyszczka, a raczej do specjalnych kieszeni, w których chomiki 
zwykły magazynować zdobycze. 
Zebrawszy wszystko, schował się w domku. 
Postanowiłam przyrządzić sobie na kolację sałatkę grecką. 
Rozgryzając zębami chrupiące listki sałaty lodowej, słuchałam ścieŜki dźwiękowej z 
Pornografii Kolskiego. Czułam się niezręcznie, rozcierając językiem fetę, gdy pamięć 
podsuwała mi obraz bohatera, łakomie chowającego w kieszeni kawałek suchego chleba. 

background image

Kilka dni temu, gdy jeszcze nie miałam karmy dla Euzebiusza, włoŜyłam mu do klatki na 
najwyŜsze pięterko kawałek skórki od chleba. Zabrał ją dopiero po kilku godzinach, gdy juŜ 
trochę podeschła. Męczył się długo, zanim ostrymi ząbkami nadał jej kształt, który pozwolił 
schować zdobycz w domku. 
Chleb ma kosmopolityczną uniwersalność. Dla ludzi i zwierząt. KaŜde stworzenie na ziemi 
instynktownie wyczuwa w jego zapachu bezpieczeństwo. Chleb... spleśniały i wilgotny, 
schowany w kieszeni więźnia, chleb rozmnoŜony przez Jezusa, chleb pyszniący się złotą szatą 
i puszystą kołderką serka z telewizyjnej reklamy. 
Do spotkania z Dominiką mam jeszcze godzinę. Muszę poszperać w komodzie i odnaleźć 
strój kąpielowy, potem prysznic; całe szczęście, Ŝe kilka dni temu wydepilowałam nogi, 
muszę jedynie usunąć dwudniowe włoski pod pachami. Jeszcze dwa- 
100 
dzieścia kilka lat temu było całkiem normalne, Ŝe kobiety tuŜ nad zdobycznymi rumuńskimi 
czółenkami eksponowały owłosioną łydkę, a pod pachami falowały unoszone prądami 
powietrza wodorosty. Natychmiast przypomina mi się Ŝart: upał, autobus miejski. Wchodzi 
kobieta w koszulce na ra-miączkach i chwyta dłonią drąŜek przy suficie, by się przytrzymać. 
Obserwujący to pijaczek, zwraca się do niej: „Te, baletnica, zdejm te nogę z poręczy". Czasy 
obecne delikatnie zaczynają kierować się ku skrajnym rozwiązaniom w tej kwestii. 
Owłosienie to twój wróg. Musisz być gładka, wszędzie, no moŜe prawie wszędzie. Walcz z 
przeklętymi cebulkami, wyrywaj je, traktuj maszynką, laserem, zrywaj woskiem... Ja nawet 
jestem za... Sama bardzo dbam o to, by być przyjemną w dotyku. Mało tego, gdy moja dłoń 
przesuwa się po nodze, a ja wyczuwam delikatne włoski odradzające się po ostatnim 
mechanicznym pieleniu, czuję się brudna, ale... czy to czasem nie jest tak, Ŝe w ten sposób 
chcemy uwolnić się od brzemienia bycia zwierzęciem? Czy ktoś jeszcze wie, Ŝe kichanie i 
gęsia skórka to spadek po przodkach, których organizmy, wyczuwając zmianę temperatury, 
poprzez kichanie stawiały na sztorc włoski, tworząc dodatkową barierę przed utratą ciepła 
przez skórę. Z usuwaniem owłosienia jest tak, jak z perfumowaniem się. Za wszelką cenę 
zabić naturalny zapach ciała. To, co kiedyś było naszym osobistym kodem, walorem, 
pozwalało zwabić partnera, staje się niepoŜądanym balastem. Pamiętam, jak Marta 
opowiadała mi o klientce, która systematycznie przychodzi na woskowanie ud i pachwin, ale 
nigdy nie woskuje łydek, bo jej mąŜ bardzo lubi, gdy ma na nich włoski. KaŜda z nas 
skrzywiła się wtedy 
101 
z niesmakiem. Po pewnym czasie zaczęłam się zastanawiać, Ŝe to wielka odwaga ze strony tej 
kobiety, a i wielka odwaga jej męŜa przyznawać się do tego, co lubi... 
Mam do wyboru dwa stroje. Sportowy, szary, bawełna z lycrą i turkusowy ze stanikiem, który 
sprawia, Ŝe moje piersi stają się dwa razy większe. Wybieram wygodny szary, który upycham 
do torebki, obok szamponu i balsamu do ciała. 
JuŜ czas. Zostawiam zapaloną lampkę nocną. Wiem, Ŝe Euzebiusz jej nie potrzebuje, ale ja 
będę czuła się lepiej, wiedząc, Ŝe czuwa nad nim. 
Powieki wszystkich firmowych okien zamknięte. Za chwilę powinna przyjść Dominika. 
Widzę, jak wychodzi szybkim krokiem z firmy, a tuŜ za nią Igor. Przez muzykę płynącą z 
radia nic nie słyszę, ale widzę, jak Dominika odwraca się i zbliŜa na chwilę do męŜczyzny. 
Gdyby nie to, Ŝe ciemność zacierała ostrość, mogłabym przysiąc, Ŝe jej dłoń przesunęła się 
miękko po jego rozporku. 
Otworzyła tylne drzwi i rzuciła na siedzenie dokumenty i torbę, a później wypełniła swoją 
postacią przestrzeń po prawej stronie. 
- Jak mam jechać? - zapytałam. 
- Wyjedź na trasę główną, a później druga w lewo, w kierunku jezior, zaraz potem w prawo i 
przed siebie. Beret. 

background image

-Hmm? 
- Rzut beretem. - Zaśmiała się. -Jasne... 
* * * 
102 
Jechałyśmy w milczeniu, zostawiając za sobą ludzkie mrówki. Niektóre z nich biegały juŜ w 
piŜamach, inne dźwigały na paciorkowych grzbietach brzemię codziennych spraw. Mrowiska 
duŜych i małych miast mają inny rytm. Miasta duŜe tętnią jeszcze Ŝyciem, gdy 
prowincjonalne kopczyki oddychają miarowo. 
W radiu Lady in red... Zawsze chciałam to zatańczyć... wolno kołysać się... 
- Dlaczego jesteś sama? - wyrwała mnie z zamyślenia. 
- A dlaczego ty jesteś sama? - zapytałam. -Bo takie kobiety jak ja są same... zazwyczaj. 
Albo ze świadomego wyboru, albo z wyboru społeczeństwa. Wiesz, jak to jest. Jeśli długo 
funkcjonujesz w określonym społeczeństwie, jako niereformo-walny samotnik, zaczynasz 
myśleć, Ŝe tak ma być. Zaczynasz przyjmować czyjeś widzenie za swój wybór... 
- Jakoś nie pasuje mi to do ciebie, to podporządkowywanie się... 
- A kto powiedział, Ŝe to robię? Ja jestem tym pierwszym typem. Jestem sama, bo chcę być 
sama, bo to wygodne i słodkie. Jak śliwka w czekoladzie, gdzie zamiast śliwki masz pyszny 
egoizm, bez pestki, czyli kręgosłupa moralnego. Pochodzę z małego miasta, gdzie w liceum 
kaŜda dziewczyna miała juŜ ustrzelonego faceta. Mnie się to nie udawało, bo za kaŜdym 
razem poddawałam faceta wnikliwej inwigilacji, w wyniku której okazywało się, Ŝe nie 
spełniają moich kryteriów. Fakt, poprzeczkę ustawiałam wysoko. A później obserwowałam, 
jak koleŜanki rodzą dzieci, tyją, zapuszczają tłuste blond odrosty i pomyślałam, Ŝe ja tak nie 
skończę. 
103 
Robiłam wszystko, by nie stać się zgnuśniałą babą z pulchnymi łapkami. Jak widzisz, 
standard. Dokładnie wiem, dlaczego jestem taka, Ŝadnej tajemnicy, Ŝadnego domyślania się. 
Czy to, co mówię, jest dla ciebie wyrachowaniem? 
- Dlaczego? Myślę, Ŝe rozumiem, o czym mówisz, właściwie jestem pewna, ale nie chcę, by 
zabrzmiało to zbyt hardo... 
- Teraz twoja kolej, dlaczego dziewczyna z wielkiego miasta jest sama? 
- A skąd przeświadczenie, Ŝe jestem dziewczyną z duŜego miasta? 
- No... nie wiem, po prostu tak załoŜyłam, wydaje mi się, Ŝe pasujesz do duŜego miasta. 
- Nie... nie jestem dziewczyną z duŜego miasta. Pochodzę z małego miasteczka, smutnego, 
ubogiego, gdzie rozmowy w urzędach toczą się w oparciu o formę bezosobową, czyli: „Bry, 
siądzie, pokaŜe, co tam przyniosła". Gdyby nie szerokość geograficzna, mogłyby w nim hulać 
krzaczaste kule, jakie wiatr przegania po bezkresach Ameryki. W moim małym miasteczku 
trzeba było starać się podwójnie, by nie zgubić kroku, by nie rozleniwić duszy... Pragnienia 
nigdy nie były tam waŜniejsze od świeŜego lakieru na płocie. Upłynęło duŜo czasu. Czasami 
myślę, Ŝe za duŜo, czasami myślę, Ŝe za mało... Zostawiłam tam jedno z moich Ŝyć i 
sprawiłam sobie nowe... Nawet nie wiem, co z moich wspomnień jest prawdziwe, a co nie. 
Przepraszam, nie chcę o tym mówić... 
Zapadła cisza. Dominika nie pytała dalej, a ja broniłam się przed wspomnieniami. 
Przed oczami stanął mi obraz mieszkania pogrąŜonego w wieczornej krzątaninie. W 
brokatowe, gwiezdne pieprzyki wplatała się melodyjka z au- 
104 
ta rozwoŜącego lody... Ta chwila broniła się przed światem kolorowymi płachtami rolet. 
Jakieś dziecko pochylone nad kartką papieru, a na niej zamek, który obsiadły maciupeńkie 
postaci rycerzy. Nagle głos dziecka: 
- Podoba ci się, mamo? 

background image

- Przecudnie - odpowiada kobieta. - Jesteś bardzo zdolny, trudno jest narysować tak małe 
ludziki. MoŜe w przyszłości będziesz rysował komiksy? 
- Nie - odpowiada maluch - w przyszłości będę gazownikiem. 
- Kim? - pyta kobieta. 
- Gazownikiem, tym panem, który naprawiał nam junkers, ma fajne narzędzia, nie boi się 
ognia i fajnie pachnie, jak benzyna i twój zmywacz do paznokci... 
Kobieta zaczyna się śmiać. Stawia przy dziecku kubek z ciepłym napojem i głaska je po 
głowie. 
- Greta, co się stało? Dlaczego płaczesz? 
-Nie wiem... coś mi się przypomniało... Przepraszam, nie zwracaj na mnie uwagi. 
Hotelik sprawiał wraŜenie bardzo przytulnego. Mały, ze spadzistym dachem i powiekami 
okien. Za nim niskie zabudowania, w których mieścił się basen. Wielkie witryny oddzielały 
kąpiących się od świata zewnętrznego. 
Dominika poszła do recepcji i wzięła dwa kluczyki do damskiej szatni. 
W szatni niesamowity ukrop i zapach ozonu. Trzy kobiety zatrzymały się przed tablicami 
informującymi o zasadach korzystania z basenu. Mimowolnie słyszałam ich rozmowę. 
105 
-Ale dlaczego mam wziąć prysznic przed wejściem na basen? 
- No bo wiesz, to tak na wypadek, gdybyś się nie miała czasu umyć... Ŝeby nie wchodzić do 
wody spoconym. 
- Aleja się rano myłam... - odpowiedziała pierwsza. 
- No, to chyba ciebie to nie dotyczy. - KoleŜanka wzruszyła bezradnie ramionami. 
- Głupie trochę te zasady, co nie? 
- No, głupie, przecieŜ kaŜdy wie, czy jest brudny czy nie. 
BoŜe, pomyślałam, czy my naprawdę mamy XXI wiek? Dominika równieŜ słyszała tę 
rozmowę i nim kobiety zdąŜyły opuścić szatnię, powiedziała do mnie bardzo głośno: 
-I przez takie właśnie wieśniary na basenie moŜna coś złapać. 
Nabrałam powietrza w płuca. Jedna z zainteresowanych zatrzymała się z ręką na klamce i 
odwróciła w kierunku Dominiki. 
- Mówiłaś coś? 
- Tak - potwierdziła - mówiłam, Ŝe przez takie larwy jak wy basen jest pełen syfu. 
- Co takiego? 
- Prysznic jest po to, byś zmyła z siebie to, co zgromadziłaś przez cały dzień, czyli pot, 
bakterie, resztki antyperspirantu spod pachy, a przede wszystkim ten tandetny makijaŜ, Ŝeby 
inni nie musieli w nim pływać. 
Kobieta otworzyła ze zdziwienia usta. Popatrzyła na Dominikę i powiedziała: 
- A tobie co do tego? 
- Prawie nic, poza tym, Ŝe zaraz wchodzę do wo- 
106 
dy i wolałabym mieć komfort przybywania w nim razem z ludźmi, którzy przestrzegają 
elementarnych zasad higieny... 
Obiekt krytyki, pozostawiony przez koleŜanki, pozostał równieŜ bez wsparcia moralnego, a 
jako Ŝe mało kto moŜe oprzeć się sile sugestii Dominiki, podreptał grzecznie pod prysznic. 
Przebrałyśmy się szybko i prawie w tym samym czasie wyszłyśmy spod prysznica. 
Dominika wyglądała świetnie. śółty strój kontrastował z jej ciemną skórą; włosy zebrała w 
koński ogon. Dziwne, ale nie czułam w jej towarzystwie charakterystycznego w podobnych 
sytuacjach przeświadczenia, Ŝe stanowię tylko tło. 
Woda była idealna. 
Dlaczego wcześniej nie wpadłam na to, by korzystać z basenu jako terapii relaksacyjnej? 
Zamoczyłam się powoli. Czułam, jak woda ściska moje ciało, a jednocześnie wypiera je do 

background image

góry. Poruszyłam ramionami. Obserwowałam zawirowania wody. Podeszłam do brzegu 
basenu i chwyciłam się rękami, pozwalając, by ciało falowało swobodnie. 
Dominika pokonywała któryś raz z kolei długość basenu. Obserwowałam, jak tnie smukłymi 
ramionami wodę. 
Nie umiem pływać. 
Boję się wody. 
Boję się Ŝywiołu. Nawet taki mały, ujarzmiony przez ściany, kafelki stylizowane na 
staroŜytny Egipt, stanowi dla mnie zagroŜenie. Nie mówię o tym nikomu, bo ten strach to 
dziecinada przecieŜ... Jaki Ŝywioł? Otwarte morze, ocean, ale basen? CóŜ... 
Po jednej stronie basenu mnóstwo roślin, a za 
107 
nimi okna kawiarni, z której hotelowi goście mogą oglądać kąpiących się. ZłoŜyłam ramiona, 
podparłam nimi brodę i obserwowałam ludzi zamkniętych w miękkim, kawiarnianym świetle 
Jak by to było, gdyby basen był światem, a oni zamkniętymi świetlikami. Robaczkami, które 
umieją pić z filiŜanek i wycierać usta serwetką. Czy widział ktoś świetlika zostawiającego 
napiwek? A ja widzę. Widzę teŜ znajomy profil, a i on mnie chyba zauwaŜył. Więc jemu teŜ 
zdarza się zdradzać naszą Kawową Dziuplę, ach, jaki ten świat mały... Tak, z pewnością mnie 
zauwaŜył, bo mimo Ŝe jego rozmówca wciąŜ poruszał ustami, on odwrócił głowę w moją 
stronę i skinął. Trochę przekornie przechyliłam głowę na bok. Odepchnęłam się od brzegu, 
nie odrywając od niego wzroku. A więc miałam widownię. Jakie to miłe dla mojej próŜnej 
kobiecości, wiedzieć, Ŝe jest się obserwowaną i specjalnie stroszyć piórka. A w tym świetle 
moja skóra wygląda i smakuje naprawdę świetnie... 
- Dlaczego nie pływasz? - Dominika podpłynęła rasową Ŝabką. 
-Nie umiem... 
- Jak to nie umiesz? 
- No zwyczajnie, nie umiem, po prostu... 
- To po co jeździsz na basen? 
- A dlaczego małe dzieci jeŜdŜą na basen, chociaŜ nie umieją pływać? PoniewaŜ to lubią. Ja 
teŜ lubię się popluskać i poczuć lekkość przebywania w wodzie. 
- Popluskać? Daj spokój. Nauczę cię pływać. 
- Nie, próbowało ze sto osób i nikt mnie nie nauczył. Tobie teŜ się nie uda. 
- Zobaczymy. Chodź na solankę. 
108 
- Dlaczego? 
- Bo słona woda lepiej wypiera ciało. 
Woda w solankowym basenie była duŜo cieplejsza. 
- Złap się rękami za tę rurę i spróbuj wypchnąć całe ciało do góry, tak aby je utrzymać jak 
najdłuŜej u góry. Chciałabym, abyś poczuła, Ŝe unoszenie jest moŜliwe, najpierw z 
trzymaniem, a potem bez. 
Zrobiłam, jak mówiła. Rzeczywiście moje ciało zdawało się samo dąŜyć do powierzchni, ale 
po chwili opadało i choćbym przebierała nogami jak młody źrebak, nic nie mogłam na to 
poradzić. 
-Poruszasz się zbyt gwałtownie - powiedziała Dominika. - Musisz zaufać prawom rządzącym 
niektórymi zjawiskami i mojej obecności. Nic ci się nie stanie. Spróbuj jeszcze raz. Niech 
tylko twoje palce mają kontakt z poręczą, reszcie ciała pozwól się unieść. Nabierz powietrza... 
Spróbuj. 
Spróbowałam, chociaŜ perspektywa wody wlewającej się do uszu napinała moje mięśnie. 
Delikatnie odbiłam się od dna i próbowałam rozprostować nogi, i sprawić, by mięśnie 
utrzymały całe ciało w poziomie. Później rozluźniałam się, wierząc w słowa Dominiki. 

background image

Kawałek po kawałku, najpierw stopy, łydki, uda... powolutku niech sobie dryfują, biodra, 
plecy... na razie nie opadają... 
- Zanurz do połowy głowę... 
- Ale woda... do uszu. 
- Greta, nie jesteś dzieckiem, wpłynie, wypłynie... No, dalej. 
Trzymając się cały czas, odchyliłam głowę. Czułam, jak ciepłe, wodne dłonie obejmują moją 
czaszkę, a włosy zamieniają w rośliny Ŝyjące własnym Ŝyciem... Prawie się udało, ale jeśli 
teraz nagle za- 
109 
nurzy mi się twarz, o BoŜe, o BoŜe... Zerwałam się z zapamiętaniem i zaczęłam walczyć o 
Ŝ

ycie. 

- Greta! Uspokój się! 
- Cholera, mówiłam, Ŝe nie dam rady... 
- Dasz, kwestia czasu. Dobrze, teraz spróbujemy ostatni raz bez trzymania i na dziś 
wystarczy. PołoŜysz się na wodzie, a ja będę cię podtrzymywać od dołu. Zobacz. 
Opadła delikatnie do tyłu, uniosła nogi, połoŜyła głowę i po prostu zawisła pomiędzy światem 
wodnym i powietrznym. 
- Teraz ty, śmiało. 
- No, nie wiem... 
- Aleja wiem... Jeśli ci się uda, stawiam kawę. Sprawa niby prosta, ale jak tu zaufać, Ŝe mnie 
nie puści, nie zrobi głupiego Ŝartu, Ŝeby później śmiać się ze mnie. Odchyliłam się do tyłu, a 
za tym ruchem asekuracyjnie podąŜyły ręce, nie wiem po co, bo przecieŜ nawet nie miały o 
co się oprzeć. Raz kozie śmierć, pomyślałam. Jednym ruchem opadłam do tyłu i wyciągnęłam 
nogi, jednocześnie zanurzając do połowy głowę. W tym samym momencie poczułam dłonie 
Dominiki na moich plecach i pośladkach. Przez chwilę musiała mnie podtrzymywać. Przez 
wodę słyszałam jej głos: „Rozluźnij się, nie napinaj mięśni..." Jakie to trudne, nawet nie 
wiem, kiedy jestem rozluźniona, a kiedy nie. To, Ŝe nie jestem juŜ tak spięta, poznałam po 
ledwie muskających moje ciało dłoniach Dominiki, nie musiała mnie juŜ trzymać, ale jej ręce 
były przy mnie dla bezpieczeństwa. Bardzo przyjemnie... Czułam, jak moje ciało unosi się 
samo, bez niczyjej pomocy. Wyczuwałam obecność Dominiki i jej dłonie opływające mnie 
jak para ryb. Głaskała moją skórę delikat- 
nymi ruchami i czasami wypowiadała słowa, których nie mogłam zrozumieć. Chwilę potem 
byłam sama. Wyobraziłam sobie, Ŝe nie istnieje nic oprócz mnie. śyję i oddycham sama, 
zawieszona w falującej materii, do której nikt nie ma wstępu, a nawet gdyby, w porę mnie 
ostrzeŜe, wysyłając czyjeś dłonie zamiast ryb. Czy to, co teraz odczuwam, to rozluźnienie? 
Które z moich mięśni pracują? Czy serce odczuwa tę róŜnicę, czy mózg przesyła mu pytanie, 
co by było, gdyby było jedynym dryfującym w materii sercem? 
To nie jest zły pomysł. Stworzyć miejsca dla samotnych i zmęczonych serc. Takich, które nie 
chcą juŜ kochać i się zamartwiać. Miejsca łagodnego falowania, w których dźwięki są 
zniekształcone, a światło połamane na milion mniejszych, mniej kłujących promieni. 
Pomyślałam o Euzebiuszu i jego małym serduszku. Gdyby zechciał, teŜ mogłabym go tam 
zabrać. I tak tkwilibyśmy sobie, pływając z naszymi sercami, jak pestki arbuzowe w słodkim 
miąŜszu. Czułam, jak palce ugięte i lekko wystające z wody formują jakiś kształt. 
Wiedziałam, Ŝe nie mogę nawet spróbować delikatnie ich zacisnąć, bo złudzenie zniknie, 
więc wolałam wyobraŜać sobie, Ŝe w moich dłoniach zastyga kolorowa galaretka owocowa 
albo nieznanym sposobem utrzymuję w nich piach morski, który umyka przecieŜ, gdy 
zanurzyć go w wodzie. .. Jestem senna, to prawie dla mnie nieosiągalne stać się senną w 
takim miejscu... 
Jedna z ryb podpłynęła i otoczyła mój nadgarstek. Próbowałam podnieść rozleniwione ciało 
do Pozycji pionowej; niestety udało mi się. 

background image

- I jak? - zapytała Dominika. 
- Nawet nie pytaj. - Westchnęłam. 
111 
- Super, przy kolejnej wizycie będziemy ostro trenować, a solankę będziesz miała na deser. 
Moja próba zaowocowała kawą, tak jak obiecała Dominika. 
Poszłyśmy do kawiarni pełnej świetlików i usiadłyśmy w ratanowych fotelach, pomiędzy 
finezyjnie udrapowanymi zasłonami i firanami. Na kaŜdym stoliku mała łososiowa lampka. 
Łososiowa, bo za szybą woda, i łososiowa, bo ładna w kolorze. Te lampki to podręczna 
apteczka kaŜdego świetlika, wspomaganie, na wypadek gdyby jego własne światełko z 
róŜnych powodów było zbyt słabe... 
A świetliki bywają zmęczone. Mają ludzkie zmarszczki i cięŜko wzdychają, tak jak mój 
znajomy z Kawowej Dziupli. Usiadłyśmy niedaleko, więc ja widziałam jego, a on widział 
słony kosmyk moich włosów, który trzymałam w ustach. Patrzyłam w jego oczy, bo rankiem 
mam mało czasu lub on ma go mało, lub obraz jest zaciemniony przez okulary, albo po prostu 
nie chcemy widzieć. Ale teraz się widzimy. Widzę jego krawat ze zbyt małym węzłem, nie 
pasującym do jego masywnej sylwetki, a on widzi moje zaczerwienione od chlorowanej wody 
policzki. Patrzymy na siebie i wiemy, Ŝe jedyne, co nas łączy, to poranna kawa. Jak stare 
małŜeństwo, lub całkiem młode, spotykają się rano i piją kawę albo herbatę, ale my zawsze 
zgodnie kawę. Wpatrywałam się dalej i myślałam, czy to by wystarczyło. To bycie razem 
przez poranną chwilę. Oczywiście całkiem teoretycznie, bo przecieŜ on ma swoje Ŝycie, a ja 
1001 filmów, które muszę obejrzeć, ale w sprzyjających warunkach, czy wystarczyłoby? 
112 
Wiem, Ŝe tak. Ludziom wystarczą małe chwile, by być ze sobą, wcale nie muszą zszywać 
swoich swetrów... 
Przystojny kelner podał kawę, zatrzymując wzrok na Dominice. Uśmiechnęła się do niego 
pięknie. Nie widziałam takiego jej uśmiechu. Szczerego, z podziękowaniem na górnej 
wardze. FiliŜanka zatrzepotała w jego dłoni i zadzwoniła dzyń, dzyń... 
Chwilę potem znajomy świetlik wstał, wziął do ręki płaszcz i wyszedł. Widziałam kątem oka 
wahanie w jego ruchach, czułam, Ŝe chciałby powołać się na dziuplaną znajomość, ale chyba 
jeszcze nie teraz... Zawsze będzie czas. 
Wracałyśmy do miasta bezszelestnie. Nasze plecy opierały się o fotele całą szerokością, bez 
nerwowego spinania łopatek, a ramiona luźno opadały, pozwalając szyi wydostać się z 
czeluści obojczyków. To taki dziwny odruch. To chowanie się w sobie, skracanie szyi, jakby 
człowiek chciał stać się mniejszy... Złapałam się na tym, Ŝe ze swobodnie opuszczonymi 
ramionami czuję się naga. 
Euzebiusza naleŜało oporządzić. Świadczył o tym niezbicie zapach, unoszący się znad jego 
klatki. Miałam potrzebne akcesoria oraz plan jak tego dokonać, nie wiedziałam natomiast, co 
zrobić z mieszkańcem domku na czas dezynfekcji; pozostawało równieŜ wybrać odpowiednią 
godzinę. Czas akcji 22.00, pora aktywności. Jako izolatkę zaadaptowałam brodzik, w którym 
Euzebiusz biegał zdezorientowany, co rusz przystając i liŜąc łapki. 
113 
Wypełnioną trocinami kuwetę pochyliłam nad wiadrem i wysypałam zawartość. 
Następnie włoŜyłam ją do kuchennego zlewu, bo jedynie on się nadawał prócz brodzika, 
który zajmował w tej chwili Euzebiusz, i odkręciłam ciepłą wodę, wciskając pod strumień 
kilka kropli detergentu. Patrzyłam, jak woda wypełnia pojemnik. Poczekałam, aŜ wypełni go 
całkowicie. Wyszperałam starą szczoteczkę do zębów i zaczęłam oczyszczać wszystkie rogi 
klatki. Wylałam wodę i odkręciłam kran ponownie, by wypłukać pianę. Wtedy to 
zobaczyłam. Na dnie klatki, na plastikowej Euzebiuszowej podłodze czarnym markerem 
zapisany był numer telefonu komórkowego. Nie wierzyłam własnym oczom. Dziewięć cyfr. 
Tajemnica, która czekała cierpliwie, by ją odkryć. Czyj to numer? 

background image

Nie miałam pojęcia. Oczywiście, Ŝe jedyny sposób, by się dowiedzieć, to z niego skorzystać, 
ale czy zrobić to odwaŜnie, natychmiast i bezwarunkowo, czy teŜ przydreptać po cichu i 
dowiadywać się po kawałku, lub próbować odgadnąć samej? 
Wzięłam kawałek kartki i spisałam numer. 
Dokończyłam sprzątanie, a później usiadłam na łóŜku z kartką w dłoni, mając głowę pełną 
niecierpliwości, zapachu świeŜych trocin, a przed oczami Euzebiusza miotającego się po 
starej nowej klatce. 
Napisałam SMS-a: „Kto tam?" 
Raport: „Oczekuje". 
Po jakimś czasie wykręciłam numer: „Wybrany abonent jest w tym momencie nieosiągalny, 
lub ma wyłączoną komórkę..." 
Spojrzałam na zegarek. 22.45. 
Abonent śpi. 
114 
Straszne. Jak moŜna pozostawiać mnie na noc z zagadką? 
Ustawiłam telefon, tak by widzieć jego ekran. Chodziłam po mieszkaniu i robiłam mnóstwo 
niedorzecznych czynności, co chwila zerkając w stronę telefonu. Minął kwadrans. Zrobiłam 
gorącą czekoladę. Usiadłam przy biurku, a przed sobą połoŜyłam znak zapytania. Małe łyki 
słodkiego napoju odmierzały kolejne minuty, a na ekranie wciąŜ plemnik palący skręta, logo, 
które otrzymałam w spadku po złodzieju, który kilka miesięcy wcześniej ukradł mi telefon. 
Zdesperowana poszłam się umyć. 
Przyjemność z uwalniania z buteleczki mandarynek na moment przytłumiła moją ciekawość, 
choć natrętne pytanie: „Kto to moŜe być?" wciąŜ kicało. 
Wytarłam się pospiesznie, by sprawdzić czym prędzej, czy nic się nie zmieniło w tym 
temacie, gdy oto na ekranie dwie nowe wiadomości. Pierwsza, raport: „Dostarczono", druga... 
zanim odczytam, chwila wahania... druga: „Joachim". 
NiemoŜliwe. 
NiemoŜliwe. 
NiemoŜliwe. 
Wyłączyłam komórkę. 
Włączyłam ją ponownie. 
Joachim. 
Więc Euzebiusz nie jest chomikiem. Euzebiusz jest koniem trojańskim, podstępnie 
przemyconym do mojego Ŝycia. Wiedział, Ŝe nie dam mu numeru, więc wynajął emisariusza, 
współudziałowca spisku, małą pokrętną kulkę, która maskowała czarnymi bobkami sedno 
sprawy. 
115 
Podeszłam do klatki i spojrzałam na stworzenie. Chomik stał na tylnych łapkach, a przednie 
zacisnął w pięści i przyciągnął ku sobie. Nie, nie będziemy się bić. Wykiwano nas oboje. 
Tylko dlaczego tak mu zaleŜy? I jak mu się udało mnie odnaleźć? 
PołoŜyłam się do łóŜka z dziwną obawą, Ŝe nie zamknęłam wszystkich zamków w drzwiach 
lub Ŝe przekręciłam zapadkę o jeden raz za mało. 
Klatka Euzebiusza stała się teraz odrębną enklawą. Do tej pory naleŜała do mojego świata, ale 
teraz stanowiła ogniwo łączące mnie z kimś innym. Czy powinnam pozbyć się Euzebiusza i 
udowodnić mu, Ŝe się nie uda, czy teŜ przeciwnie, przyjąć dar i skutecznie to zlekcewaŜyć, by 
gest przestał po jakimś czasie znaczyć cokolwiek? 
Od pewnego czasu depcze mi po piętach. 
Rozpoznaję ją w twarzach przypadkowych osób, które są zupełnie obce, ale dzięki niej 
wyglądają znajomo. Przyszła wczoraj do firmy pewna kobieta, szukała kogoś. Mignęła przed 

background image

moimi oczami, mijając wejście do mojego biura. Jej sylwetka i jasne włosy łudząco 
przypominały Martę. 
Przeszłość. 
Czy ja znałam Martę? Wiem, Ŝe znałam. Mieszkała dawno temu w bloku w centrum małego 
miasteczka. Prowadziła gabinet kosmetyczny. Miała gładkie, spokojne dłonie i niebieskie 
oczy. Jej małe mieszkanko wyglądało jak kwadratowa łupinka po włoskim orzechu. Ciepłe, 
przytulne, z kuchenną szafką w kolorze waniliowym, w której pachniały rozmaite rodzaje 
herbat. Marta była mądra i samot- 
116 
na. Spędzałyśmy razem czas i uczyłyśmy się hiszpańskiego. Miała plany, by wyjechać do 
Anglii, do brata; przytłaczała ją małomiasteczkowa szarzyzna i ignorancja klientek, które nie 
doceniały albo doceniały od niechcenia jej dąŜenie do wiedzy, nowe szkolenia, konkursy, 
sympozja. Wiedziałam wtedy, a teraz jestem pewna, Ŝe takich Mart nie jest duŜo. Mało kto 
jest odporny na tak duŜą ilość bakterii pro-wincjonalizmu. Nie ma na to skutecznego leku, nie 
ma uodporniającej szczepionki... Trudno o wczesną diagnozę, bo objawy są mylące, ot, po 
prostu mniej się uśmiechasz i zaczynasz mieć mniejsze wymagania. A czy nie jest to 
chwalebne mieć małe wymagania, nie chcieć od Ŝycia zbyt wiele? Ksiądz ślubuje 
posłuszeństwo, czystość i ubóstwo, prowincjonal-ność narzuca je sama, nie pytając o zgodę. 
Potem przestajesz się starać. Najpierw o umysł. KsiąŜki są zbyt drogie, kino za daleko, 
polityka w telewizji nudzi i odstręcza wymuskaniem prowadzącego, który zazwyczaj bywa 
równieŜ gwiazdą programu. W kiosku nieco zawstydzona prosisz o kolorową gazetę, bo gratis 
dołączyli kostkę zapachową do we lub plastikowy pojemnik na gotowane jajka, i tę drugą, w 
której pierwszy raz oficjalnie pokazała się znana para. Przejrzysz je później nad nowym 
jogurtem z papuzim ziarnem w środku. Twoje ciało teŜ przestaje się starać. Udajesz, Ŝe jest 
inaczej, wszystkie te an-typerspiranty, szampony nabłyszczające, balejaŜe... Ale gdy stajesz 
przed lustrem, patrzysz na swoje odbicie, nie widzisz juŜ nic do poprawki. Jesteś zadowolona 
ze swojej miernoty, a brak odwagi na nową fryzurę, na wciąganie brzucha i kokieteryjność 
spojrzenia upychasz do szafki z butami, w miejsce, gdzie leŜą najstarsze bambosze dla mało 
lubianych gości. 
117 
Marta była jedną z tych, których ciała i dusze jakimś cudem wyprodukowały surowicę. 
Zadzwonił telefon. 
- Tak, słucham? 
- Dzień dobry, pani Greto, Joanna z tej strony. Szef pyta, czy mogłaby pani zostać dziś dłuŜej, 
bo szykuje się przecena kolekcji, musimy uzgodnić ceny półkowe... 
- Tak - odpowiedziałam. - Co z innymi działami? 
-Będzie Rafał, Iza, Kaśka, Dominika... właściwie prawie wszyscy, choć większość 
niezadowolona, bo dziś piątek, kaŜdy miał jakieś plany... Dlatego dyrektor prosił, bym 
wyczuła nastroje... 
- Ja nie mam planów, zostanę. 
- Dobrze, dziękuję i do zobaczenia w firmie. 
Za oknem nowy dzień. Trudno mi dziś oddychać. Mimo Ŝe w mieszkaniu jest ciepło, czuję 
język chłodu na ramionach. Nie mam ochoty malować się, ale zrobię to na przekór sobie, by 
kolejnym, małym gestem wygrać prawie nic nieznaczącą potyczkę. Wzięłam do ręki telefon. 
Wiadomości. Odebrane. 
„Będę czekał, jak długo zechcesz. Jesteś w smętnym dźwięku trąbki i tęsknym brzmieniu 
saksofonu. J." 
Choćbym potrzebowała go jak morfiny... będę udawać, Ŝe nie istnieję. Mogłabym rozciąć mu 
policzek ripostą, mogłabym zranić tyloma słowami, ale nie zrobiłam nic, bo przecieŜ nie 
istnieję. 

background image

W drodze do pracy wstąpiłam do sklepu piekarniczego. 
Rzadko to robię, ale bywają dni, kiedy chcę zaspokoić w sobie pierwotną chęć zrobienia 
poran- 
118 
nych zakupów. Kupowanie mleka, chleba, bułek, masła stwarza pozory normalności i 
poczucia dbania o kogoś, nawet jeśli tą osobą jesteś ty sam. Lady pełne rozmaitych 
wypieków, w których pysznią się wszelkiej maści dorodne Ŝuki chlebów i kolorowe oczy 
droŜdŜówek. Czuję, jak mój Ŝołądek reaguje na obraz. Wybieram rogala z błyszczącą skórką, 
bo lubię, gdy podczas jedzenia mój język przykleja się do niej, i ciastko francuskie z 
jabłkiem, bo chcę sprawdzić, pod iloma kołderkami śpi. 
Zaraz obok jest mały sklepik spoŜywczy. 
Pomiędzy pętkami jałowcowej i polskiej, surowej wędzonej, dysputy na tematy 
ogólnopaństwo-we, ogólnozdrowotne. 
- A Koperkowa wyszła? - zapytała pewna leciwa dama. 
Przetłumaczyłam sobie błyskawicznie: „Czy zupa się udała?", ale pomyliłam się, bo druga z 
niewiast odpowiedziała: 
- Tak, w piątek. 
Więc ja natychmiast, Ŝe Koperkowa wyszła z więzienia w piątek, ale i tym razem pudło. -1 co 
jej powiedzieli? 
- Ano, powiedzieli, Ŝe musiała się starać, Ŝeby takiego wrzoda wyhodować. 
- A to gdzie ten wrzód był? 
- Na dwunastnicy... 
- Aaaaa... myślałam, Ŝe coś babskiego. 
- Nie, u niej nie, ale BoŜewska ma mięśniaki... Pani da tej łopatki ze sześćdziesiąt deko... 
Widziałam się z Nowakową, jej matka teŜ leŜy w szpitalu, ale nie wiem, na co, ale to ona mi 
powiedziała... 
- Patrz pani, mięśniaki... straszne, jak to się ludzie teraz szybko zawijają. 
119 
- No nie tak szybko, bo najpierw to je wycinają, badają i czasami to juŜ nie odrastają... 
Trzydzieści deko krotoszyńskiej, ale pokrojonej... A czasami się zezłośliwiają i dopiero 
wtenczas ludzie się zawijają. 
-Kiedyś tego nie było... Pani kochana, zobacz, czy są chude Ŝeberka, bo stąd nie widzę... 
- Są chude... Ludzie nie dbają o siebie... 
- A racja, pani, odchudzają się wszystkie i stąd te choróbska... 
- Nie, Ŝeberka są chude, a ludzie to są za grube i dlatego te cholesterole wysokie, no ale na 
coś trzeba umrzeć... 
Gdy nadeszła moja kolej, powiedziałam: 
- Proszę brokuły, maślankę i gumy kulki. Ekspedientka chyba mnie nie zrozumiała. 
Bawełna jest pochłaniaczem zapachów, pomyślałam, gdy odczytałam wiadomość przesłaną 
przez Joachima. „Na mojej koszuli Twój zapach. Schowałem ją do plastikowego worka, bo to 
jedyny ślad, Ŝe istniałaś. Daj znak. Wyślij przecinek, średnik... cokolwiek, bym wiedział, Ŝe 
ciągle jesteś". 
Lubię zapach mojej bluzki po całym dniu, gdy czuję woń ciała, zakopane w przędzy perfumy 
i wszystkie inne zapachy, które wydarzyły się tego dnia. 
Znalazłam dziś chwilę, by zjeść obiad w chińskiej restauracji. Ktoś zamówił banany w 
cieście. Pomieszczenie pachniało smaŜonymi owocami i miodem. A teraz stoję na tle 
wieczornej kuchni i wdycham ten zapach... kontrastowy do zapachu rozgrzanego czajnika i 
obranej chwilę wcześniej pomarańczy. 
120 
Czasami Ŝałuję, Ŝe muszę takie zdobycze wyrzucić do kosza z brudną bielizną. 

background image

Posegregowałam pranie i wstawiłam pralkę, której przykazałam wybielić prześcieradła. 
Później, gdy porządkowałam szafę i układałam torebki, wkładając mniejsze w większe, 
dookoła mnie fruwały papierowe motyle biletów, papierków po cukierkach i naprędce 
notowanych słów. Zagarnęłam je w sieć moich dłoni, ale wśród nich była jedna, niesforna, z 
numerem telefonu. 
Człowiek z lasu. Dawne dzieje. Inny świat. Pamiętam ten dzień, dawno, dawno temu, gdy 
jechałam tam z desperacją i świadomością nieuchronności pewnych zdarzeń. Oszukiwałam 
się, Ŝe ciągle mam wpływ na to, co się wydarzy, choć decyzja zapadła o wiele wcześniej, mi 
pozostała jedynie realizacja. Nie miałam w głowie planu, kształtu tego, co się wydarzy, nie 
uprzedziłam, nie wiedziałam, czy będzie w domu, a mimo to jechałam. Byłam skupiona tylko 
na tym, by tam trafić. śadnego analizowania, czy robię dobrze czy źle. Minęłam po drodze 
stary folwark. Jego zniszczone zabudowania przejęły mnie grozą. MoŜe to znak, symbol, jak 
popsute, chwiejące się we śnie zęby... 
Skręciłam w małą wybrukowaną drogę wijącą się wśród młodych jaworów. Wibracje 
rozedrgały moje uda i pośladki. Poczułam się zaŜenowana przed samą sobą, bo skojarzyło mi 
się to z irracjonalnym przygotowaniem mojego ciała, leśną grę wstępną. Minęłam mały 
wodospad, a przy nim stary dom z atrapą młyńskiego koła. Kilka zaniedbanych domków, 
rozszczekany kundel, trzylatek z parówką w małej rączce. Oczy, w których odbijały się 
wirujące koła mojego samochodu. 
121 
Dwieście metrów za zabudowaniami wjechałam w gęste poszycie lasu, a droga zamieniła się 
w ubitą ziemię z garbami i kałuŜami. Gałęzie zawisły nad maską auta jak posępne, karzące 
ramiona... Kolejny odcinek specjalny, który muszę pokonać. Czułam, Ŝe wszystko dookoła 
kaŜe mi zawrócić. Szlag mnie trafiał na myśl, Ŝe napiętnowałam się sama, zanim cokolwiek 
się wydarzyło. Interpretowałam wszystko na podstawie mojego postanowienia i zadawałam 
sobie ból. Moja psychika chciała sprawić, bym gdy dotrę do jego drzwi, stała w pokutnych 
szatach z róŜańcem na szyi. 
Podjechałam pod stojący pod lasem samotny dom. Obejście było schludne, a trawa równo 
skoszona. Zgasiłam silnik i siedziałam, wpatrując się przez szybę na świat, w który 
przybyłam. Dopóki pozostawałam w samochodzie, dopóty byłam bezpieczna. Jeden ruch 
klamką, a wessie mnie tutejsze powietrze, poplącze włosy, a w usta włoŜy nieznany smak i 
nie moje słowa. 
Drzwi domu otworzyły się. Nie uśmiechnął się, nie zszedł niŜej, wyciągnął tylko rękę... 
Zostawiłam kluczyki w stacyjce i torebkę na przednim siedzeniu. 
Nie pozwolił, bym stanęła przed nim, dotykając całymi stopami podłoŜa. Porwał mnie w 
ramiona i mocno przytulił. Objęcie było mocne i wszechogarniające. Nawet gdybym chciała 
odwzajemnić się, nie poczułby tego. Czułam, jak wplata palce we włosy nad moim karkiem i 
delikatnie wysuwa spinkę, a potem rozdziela pasma włosów na dłoni i wącha je. 
Jak dobrze. Bez słów. Bez wyboru. 
Zaprosił mnie do środka. Zapytał, czy napiję 
122 
się herbaty. Tak, chętnie. Patrzyłam, jak kroi Ŝółty owoc. Usiadłam na skrzynce po jabłkach. 
Na moją spódnicę napadły zazdrosne drzazgi, łapiąc ją w kilku miejscach, reszta spódnicy 
opadła lekko na ziemię. 
Pamiętam dwa metalowe kubki i moje zawstydzenie na myśl, Ŝe będę musiała ugryźć brzeg. 
Zawsze sprawdzam zębami twardość ścianki kubków. Taki zwyczaj. Muszę postukać zębami 
i przesunąć nimi po brzegu, a później dotknąć dziąsłami. Patrzył, co robię, ale nie 
tłumaczyłam. Umoczyłam usta w cytrynowym obłoku i odstawiłam kubek. Podszedł do mnie, 
uklęknął i połoŜył dłonie na moich stopach, a potem delikatnie przesunął je wyŜej po łydkach 

background image

i udach. Czułam jego dotyk i zapach, patrzyłam na wąskie, poruszające się niespokojnie 
nozdrza. Dlaczego mnie nie pocałuje? 
Wstał, złapał mnie za nadgarstki i podciągnął do góry. Wziął na ręce i zaniósł do drugiego 
pokoju. W pokoju było pusto, nie licząc samotnego stołu, stojącego pośrodku. Zamiast 
poddać się fali podniecenia, zaczęłam rozmyślać o tej niespodziewanej samotności, którą 
zastałam przypadkiem. Czy był świadkiem zdarzeń jak to, czy nudziły go odgrywane tu 
sceny, czy teŜ moja obecność była jego uciechą? Człowiek z lasu posadził mnie na 
drewnianym samotniku. Popatrzył na mnie w skupieniu, a po chwili zaczął całować. Jego usta 
i język smakowały jakąś marynatą. MoŜe patisonami w zalewie? Uwielbiam patisony. Małe, 
marynowane statki UFO... 
Poczułam jego biodra mocniej napierające na moje nogi i wymuszające, bym je rozsunęła. 
WciąŜ było mi dobrze, ale w głębi mej duszy podstępna wy- 
123 
obraźnia przygotowywała sprzęt do projekcji. Mała jak ziarenko gorczycy myśl, Ŝe wszystko, 
co mogło być dla mnie ekscytujące, juŜ się wydarzyło. Drobiazgi, które do tej pory tylko 
zauwaŜałam, zaczęły przykuwać moją uwagę z irracjonalną siłą. Widziałam wyraźnie małą 
pajęczynę w rogu pokoju, która falowała w rytm piosenki Beautiful Sound. Prawy róg stołu 
pozbawiony był okleiny i opuszki nie pozwalały mi o tym zapomnieć. W wykładzinie, którą 
pokryta była podłoga pokoju, zauwaŜyłam nierówny odstęp między nitami... 
Dość tego! Wystarczy! Zacisnęłam powieki. Nie mogę się skupić. Nie mogę jednocześnie 
widzieć tak wiele, myśleć, smakować... 
Odepchnęłam go. Oszołomiony, popatrzył rozgorączkowanym wzrokiem. 
- Nie takiej kochanki szukasz - powiedziałam -oboje się pomyliliśmy. Ty, Ŝe spełnię twoje 
oczekiwania, ja, Ŝe dzięki tobie zapomnę o boŜym świecie. Muszę jechać, przepraszam. 
Poprawiłam ubranie. Schylił się i zapiął mi buty. Odprowadził do drzwi i włoŜył w dłoń szarą 
renetę. 
- Jeśli tylko będziesz chciała, zawsze moŜesz tu przyjechać... Nie tylko po to, by się kochać - 
uprzedził moje rozterki. 
-Dziękuję... 
Jechałam do domu z poczuciem spokoju. 
Nie był to spokój zwycięzcy, bo przegrałam duŜo wcześniej, ale spokój wynikający z 
moŜliwości wyobraŜenia sobie pewnych zdarzeń. Czy gdybym się z nim kochała, byłoby 
wyjątkowo? Chyba nie, skoro najwaŜniejszy jest dla mnie pierwszy dotyk i szept śpiący w 
małŜowinie ucha. 
124 
To było tak dawno temu... 
Wsunęłam kawałek papieru do torebki, którą teraz noszę. Nie wiadomo dlaczego, z tym 
papierowym okruchem poczułam się bezpieczniej. Zazdrosny zapach pomarańczy wpełzł mi 
na nogę. Odpisałam Joachimowi: „To przypadek, Ŝe to byłam ja. Twoja koszula mogłaby 
pachnieć kimś innym. Ja Ŝyję pomiędzy dwoma światami. Zawsze. Nie ma w nich miejsca dla 
Ciebie, musisz mi uwierzyć..." 
W firmie wariactwo przeceny sezonowej. Mimo Ŝe w zeszły piątek ustaliliśmy, iŜ schodzimy 
z cen o trzydzieści procent, a sklepy detaliczne poświęcają dziesięć procent swojej marŜy, w 
sobotę przyszedł faks z CF, Ŝe oprócz promocji kwotowej ma być bonus. T-shirt z letniej 
promocji - którym notabene zawalone są całe magazyny z uwagi na chłodne lato - do kaŜdej 
pary dŜinsów. Mieliśmy tydzień na wywiad, co o tym sądzą klienci, zebranie zamówień i 
rozesłanie T-shirtów. Wszyscy biegali po biurze z wypiekami na twarzy, dziewczyny z działu 
obsługi klienta nie odkładały słuchawki od ucha. Przedstawiciele handlowi od rana byli w 
trasie, finansowy próbował propozycją przeceny zmobilizować klientów do szybszej spłaty 

background image

zobowiązań, Rafał ciskał mięsem na prawo i lewo, magazynier łykał raz po raz tabletki na 
nadkwaśność... słowem: młyn. 
Tymczasem okazało się, Ŝe firma kurierska po raz kolejny dostarczyła do kilku odbiorców 
uszkodzone i okradzione paczki. Dyrektor wpadł w szał. Wrzeszczał, Ŝe nawet jego 
cierpliwość kiedyś się kończy i Ŝe jak dorwie tego skurwysyna między 178 
125 
a 185 centymetrów wzrostu - jako Ŝe nasze firmowe śledztwo wykazało, Ŝe zawsze giną 
rzeczy w rozmiarach L - to mu łeb urwie przy samej dupie. 
Miałam dość jeszcze przed południem. Około piętnastej zrobiło mi się niedobrze od 
cukierków z kofeiną, ale na parzenie kawy nie było czasu. Pobiegłam do socjalnego. Miałam 
nadzieję znaleźć torebkę mięty lub trochę zwykłej herbaty. 
Rumianek. Dobre i to, inaczej resztę dnia spędzę w toalecie. 
Po szóstej wpadła do pokoju Dominika. 
- Greta, widziałaś Rafała? 
- Nie, to znaczy jakieś dziesięć minut temu wziął ze sobą Kaśkę i Piotra i zabrał na magazyn. 
Mieli wybrać T-shirty dla sieci Cliq... 
- Ja pierdolę, dawno nie było takiej sieczki. Obiecał mi dać zestawienie wartości wysyłek dla 
zadłuŜonych klientów, kurwa mać! Jeśli nie dostanę tego do siódmej... 
- Ej, wyluzuj, pewnie zaraz tu będzie. Podniosłam słuchawkę. 
-Jest tam Rafał? Daj go do telefonu... Masz. -Podałam słuchawkę Dominice. 
- Rafał? Gdzie jest, kurwa, zestawienie?! U klientów mam ze sto dwadzieścia tysięcy, które 
czekają na to pieprzone zestawienie. Gówno cię obchodzi moje napięcie, zapierdalaj tu, albo 
wyślij jakąś lolę ze szwalni. 
Trzasnęła słuchawką. 
- To się nazywa dzień dynamiczny - powiedziała. - Wiesz, Ŝe pierwszy i ostatni raz sikałam o 
szóstej rano? 
- Jestem o jeden raz lepsza od ciebie. - Uśmiechnęłam się łobuzersko. 
126 
- Jezu, gdy pomyślę, Ŝe czeka mnie jeszcze podróŜ licząca jakieś trzysta kilosów, czuję, jak 
poziom glukozy spada mi do zera. A jeszcze wcześniej muszę zawieźć Fryderykę do 
znajomej. 
- Fryderykę? 
-Uhmm, moja suczka, spanielka... 
- Dominika! Aleście się dobrały, dwie suczki na powierzchni... Ile ma twoje mieszkanie? 
- Pięćdziesiąt pięć metrów... 
- Na powierzchni pięćdziesięciu pięciu metrów kwadratowych. Czy nie powinien tu wkroczyć 
Greenpeace? - Zaśmiałam się. 
-UwaŜaj, bo jeszcze ty dziś oberwiesz. Fryderyka to słodkie stworzenie, czasami, gdy nie jadę 
zbyt daleko, zabieram ją ze sobą, ale dziś nie da rady. Dobra, pędzę, zobaczymy się za dwa 
dni. 
Wyszłam z firmy o 21.00. 
Moje stopy wygięte były fikuśnie na kształt butów. Postanowiłam sprawdzić w encyklopedii 
po powrocie do domu, ile palców u stóp ma dorosły człowiek; według mnie nie ma ich w 
ogóle. W drodze powrotnej SMS od Joachima. 
Za kaŜdym razem, gdy dostaję wiadomość od Joachima lub odsłuchuję jego głos z poczty 
głosowej, mam wraŜenie, Ŝe Joachim nie jest dla mnie nieznajomym człowiekiem. Nie wiem, 
czy wynika to z systematyczności tego kontaktu, z usilnych prób, które mimo wszystko 
sprawiają, Ŝe rozmyślam... Nie wiem... 
Jest obcy, nie znam jego twarzy, z niczym mi się nie kojarzy, a mimo to jakaś część mnie 
rozpoznaje go. Gdy patrzyłam na niego w pubie, wydawało mi 

background image

127 
się, Ŝe nie zaskoczy mnie Ŝadna z jego min, Ŝe nie spłoszy tembr głosu... Tak jakbym 
wiedziała, co nastąpi, jak się zachowa... Zastanawiam się dlaczego. Czy powinnam sięgnąć do 
swojej pamięci, by upewnić się co do tego? Chyba nie. Nie chcę tego, poza tym... Gdybym go 
znała, on znałby mnie, a nic na to nie wskazuje; nasze spotkanie było całkowicie 
przypadkowe. A przynajmniej chcę w to wierzyć, w to, Ŝe Joachim nie jest koniem trojańskim 
podrzuconym do mojego świata, tak jak Euzebiusz. 
AleŜ to malownicze, zupełnie jak w filmach. Weszłam do domu, pstryknęłam światło, 
rzuciłam płaszcz na podłogę i nonszalancko zzułam buty. Usiadłam w kuchni i wpatrzyłam 
się otępiałym wzrokiem, nie wiedząc, czy chce mi się pić, jeść, myć czy spać. Otworzyłam 
szafkę i zamknęłam ją. Wyjęłam z torebki telefon, a z szuflady ładowarkę do niego. Nie wiem 
dlaczego, ale telefon połoŜyłam na stole, a ładowarkę schowałam w lodówce. Zorientowałam 
się dopiero, gdy telefon kolejnym agonalnym piknięciem wrzasnął: „Jeeeeeść!!!!!" 
To dziś będzie ten wieczór, w którym pozwolę bakteriom zgromadzonym na mojej skórze na 
swobodne namnaŜanie się. Zdjęłam ubranie. Właśnie miałam zalec w łóŜku, odcisnąć na nim 
moje spocone linie papilarne, gdy zadzwonił telefon. 
- Halo? 
- Greta, strasznie cię przepraszam, ja nie mam do kogo się zwrócić, ale zanim odmówisz, 
proszę, zrozum mnie, nie mam z kim zostawić Fryderyki. Znajoma musiała pojechać do córki, 
opiekować się jakimś pędrakiem, a ja stoję teraz pod jej domem, jest dziesiąta wieczorem, 
przede mną droga... To 
128 
tylko dwa dni, wszystko mam spakowane, Ŝarcie, legowisko... -Dominika... 
-Tak? 
- Niedaleko firmy jest taki nieduŜy sklep monopolowy... 
- Jest, ale nie rozumiem, o co ci chodzi? 
- O to, Ŝe kupisz tam najdroŜsze wino, jakie mają, i podarujesz mi po swoim powrocie, a teraz 
bierz tego kundla i przywoź go tu. 
- Greta... Kocham cię... -No, jasne... pa. 
Był to ewidentny brak kontroli nad swoim Ŝyciem. Dam sobie rękę uciąć, Ŝe będę dziś śniła o 
psach i chomikach grających w „koci, koci łapki". 
Niecałą godzinę później zasypiałam w pokoju, w którym dźwięk chrupania ziarenek splatał 
się z mlaskaniem spanielskiego języka. 
Podczas porannego spaceru Fryderyka wytarzała się w kupie. 
Sąsiad z mieszkania obok, uwraŜliwiony na ekskrementy wszelkiej maści, jak równieŜ na 
widok krwi, rozciętej skóry i tak dalej, stanowczo odmówił pomocy przy wyczyszczeniu psa. 
Zamknęłam się z nią w łazience, której niezbyt duŜe wymiary naraziły mnie na bezpośrednią 
bliskość odoru i wykonywanie ekwilibrystycznych ewolucji, by uniknąć otarcia się o zwierzę. 
Ubrałam długie, gumowe rękawice, które skojarzyły mi się ze starym filmem, w którym 
występował Anthony Hopkins, kiedy nie był jeszcze tak bardzo znany. Zdaje 
się, Ŝe był to film Wszystkie stworzenia duŜe i małe. Wiem, skąd to skojarzenie: podobnych 
uŜywał bohater, odbierając krowi poród. Upchnęłam Fryderykę do brodzika. Patrzyła na mnie 
oślim wzrokiem. Nienawidziłam jej. Jak cywilizowany pies moŜe wyciąć taki numer? 
Mierzyłyśmy się wzrokiem. Głupi, śmierdzący pies. Najgorsze, Ŝe nie miałam szamponu dla 
psów, nie miałam teŜ szarego mydła. Powiodłam wzrokiem po półkach, gdzie stały akcesoria 
wybielające, usuwające tłuszcz i plamy, płyny zmiękczające... MoŜe pianka do golenia? Jest 
delikatna, zawiera aloes, ale mimo wszystko powinnam zadbać o powłokę lipidową skóry 
tego przeklętego stworzenia. Nie, wypsikałabym całą, a nie wiadomo, czyby wystarczyła... 
ech... 

background image

Pięknie. Więc albo szampon przeciwłupieŜowy z odŜywką, albo Ŝel do prania, albo płyn do 
prania tkanin delikatnych. Wybrałam ostatnią opcję. Wy-dedukowałam, Ŝe skoro jest z 
lanoliną, a lanolina ochrania sierść owcy, to przecieŜ od owcy do psa nie jest znów tak daleko. 
Polałam grzbiet psa płynem i wyszorowałam z pasją. Fryderyka prawie nie drgnęła. Niech się 
cieszy, Ŝe nie uŜyłam proszku do prania. 
Popełniłam błąd. 
Fryderyka całą noc się drapała. Nad ranem wyglądała jak poraŜona prądem tchórzofretka. 
Weterynarzowi powiedziałam, Ŝe wykąpałam ją w przeterminowanym szamponie dla psów. 
Wróciłam do domu z torbą maści, które muszę wcierać, bo inaczej uczulenie się nasili i pies 
zadra-pie się na śmierć. Oczywistym wydaje się być fakt, Ŝe wydatek Dominiki nie ograniczy 
się do zakupu wina. 
130 
Mam nadzieję, Ŝe był to ostatni numer tego pchlarza, który snuje się teraz po domu z miną 
weterana wojennego. 
# * # 
Sytuacja w firmie wróciła do normy. 
Znów wszyscy pracownicy zostają w socjalnym o chwilę dłuŜej, niŜ powinni, a szafka 
pachnie mieszaniną róŜnych zapachów: radosnych herbatników, herbaty róŜanej, białej 
czekolady... 
Postanowiłam, Ŝe wybiorę się dziś do kina. 
Bardzo chciałam zobaczyć ten film. Zmyślona historia na temat genezy pewnego obrazu. Był 
to ostatni seans w mieście, a kino okazało się reliktem przeszłości z lamperią w toalecie i 
twardymi, niewygodnymi fotelami. 
Ale warto było. KaŜdy kadr Dziewczyny z perłą był osobnym obrazem. Zadbano o 
wytłumienie naturalnych barw i nadanie im flamandzkiego charakteru. 
Byłam zadowolona. Utwierdziłam się po raz kolejny o wielkim talencie młodej, występującej 
w filmie aktorki, a piękno obrazu dało mi składniki do rozmyślania. Bardzo o to trudno w 
czasach, gdy wydaje się miliony na filmy, które przechodzą bez echa. 
Dzięki takim filmom między innymi obserwuję u siebie ciekawość doznań zmysłowych, 
jednak pozostają one ze świadomego lub nie wyboru w sferze tęsknot psychicznych. 
Im bardziej oddalone spełnienie, tym bardziej jest ono podniecające. Zaczęłam obserwować, 
ile mi wystarczy, by zaspokoić poŜądliwość umysłową. Czy w moim przypadku będzie tak 
jak w filmie, gdzie 
131 
najbardziej apetyczne usta są te oddalone o milimetr od innych ust, a najbardziej podniecająca 
wilgoć łzy roztartej na wardze? 
Zadaję sobie słodkie tortury i wyobraŜam sobie, do którego momentu mogę pragnąć, nie 
robiąc nic, by to pragnienie zaspokoić... 
To dosyć oczywiste, Ŝe bardziej podoba mi się oczekiwanie na przyjemność niŜ jej 
doświadczanie, ale martwi mnie hierarchia gestów i krańcowych punktów, które wyznaczają 
granicę zniesmaczenia. Sam akt nie wydaje mi się fascynujący... 
Wolę rytmiczne mijanie się, jak we flamenco i gwałtownym tango. Wybieram świadomie 
upajającą mieszankę obrazów, zapachów, uśmiechów, słów, przymkniętych powiek, gestów, 
smaków, kształtów... aŜ do pijaństwa. Wtedy przestaję. Staram się wszystko uporządkować i 
zanurzyć w parafinie pamięci. Kiedy zaczynam odczuwać brak takich doznań, ogrzewam 
moje myśli i uwalniam wszystkie aromaty powtórnie. 
Jakby w przeciwieństwie do tego, co przeŜyłam wieczorem, noc i sen zaproponowały mi coś 
zupełnie innego. Rozluźniona samodzielnym wyborem i komfortem poruszania się własnymi 
ś

cieŜkami śniłam o byciu uwięzioną. Śniłam o byciu kimś innym, osobą pozbawioną 

wolności i przynaleŜnej bezwarunkowo do kogoś innego. 

background image

W sennym Ŝyciu ten ktoś mnie ubierał, dobierał kolory i faktury tkanin, czesał moje włosy, 
kąpał mnie i smarował oliwką, czuwał nad moim snem, zawsze gasił lampkę nocną we 
właściwym momencie, trzymał za rękę, gdy przechodziłam przez jezdnię... 
132 
Byłam lalką, którą ubiera się w czarne frywol-ne pończochy lub kolorowe dziecięce rajstopy. 
Będąc pozbawioną moŜliwości podejmowania tak prozaicznych czynności, nie odpowiadałam 
równieŜ za odczuwanie. Nie czułam. Byłam obojętna fizycznie i psychicznie. Moja czułość 
była owinięta powietrznymi pęcherzykami... Ktoś mógłby powiedzieć, Ŝe dla mojego 
bezpieczeństwa, ale ja wiedziałam, Ŝe to po to, by chronić innych przede mną. 
Oglądałam narzucone przez kogoś filmy i słuchałam czyjejś muzyki... 
Starałam się zrozumieć ten sen. PrzecieŜ indywidualność, niezaleŜność to sens mojego 
obecnego Ŝycia, skąd więc przeświadczenie, niespłoszone przez poranek, Ŝe nie byłoby mi 
ź

le? 

Idąc do pracy, zauwaŜyłam ciemne auto stojące przy chodniku. Nie ono mnie zaintrygowało, 
ale dziwne matowe plamki, którymi pokryta była maska i przednia szyba. 
Podeszłam bliŜej. Niesamowite... 
Ś

lady kocich łap. Rozsiane wszędzie ślady miękkich poduszek, rozbiegane jak błotne wąsate 

biedronki. 
Samochód stał zapewne przez noc na podwórku, a spragnione ciepła koty wygrzewały się na 
masce; a moŜe tańczyły sambę? 
- Dzień dobry - usłyszałam za plecami. Odwróciłam głowę. Przede mną stał kofeinowy 
partner, mój poranny kawowy małŜonek z przypadku. Uśmiechnęłam się. 
- Dzień dobry, to pana samochód? 
-Tak... choć przyznam szczerze nie byłem tego 
133 
pewny, gdy zobaczyłem go rano. Po południu jadę do myjni, mimo Ŝe widok ma swój urok, 
trzeba przyznać... 
- Przeszkadzają? Utrudniają widoczność? 
- Nie, w zasadzie nie, ale... 
- Proszę je zostawić... do jutra. 
- A co wydarzy się jutro? 
- Jutro powiem panu, jak mam na imię, od jutra będziemy oficjalnymi znajomymi - 
powiedziałam prowokacyjnie. 
- Dobrze... Do zobaczenia. 
- Do widzenia. 
Następnego dnia rano czekał na mnie pod Kawową Dziuplą. 
- Nie uwierzy mi pani... 
- Uwierzę. -Wczoraj padał deszcz... 
- Wiem... Greta, miło mi pana poznać. 
- Michał, a ja się cieszę, Ŝe znam twoje imię, zaczynałem wątpić, Ŝe je masz... 
- Dlaczego? 
- Kolor twoich włosów, ta Dziupla... 
- Nigdy nie szukaj zbyt prostych rozwiązań. -Zaśmiałam się. 
Umówiliśmy się na wieczornego drinka. 
Podobało mi się to, Ŝe rzucał duŜy cień, Ŝe przytłaczał swoją obecnością, poza tym chciałam 
wypłoszyć z myśli Joachima. A był on wszędzie. Codziennie rozwijałam go i zwijałam razem 
z roletami, mieszkał między listkami bazylii na parapecie, śpiewał Euzebiuszowi kołysanki, 
pachniało nim moje prześcieradło... 
134 

background image

Było dla mnie oczywiste, Ŝe wypełniam typowy schemat osoby, która nie chce się wiązać, ale 
na miłość boską, ja naprawdę nie chciałam się wiązać. Nie chciałam, bo nie wierzyłam w 
uczucie między ludźmi trwające dłuŜej niŜ chwilę potrzebną, by zapomnieć, jaki dŜem jadło 
się wspólnie na śniadanie, chwilę potrzebną na utlenienie się zapachu. Bycie z kimś rodzi 
obowiązki, Ŝal, straty, smutek... Świat nie sprzyja miłości... Dlaczego wszyscy oszukują się, 
Ŝ

e jest inaczej? Trawią w nieskończoność małŜeńskie terapie, walczą, lub tylko udają, na 

ś

mierć i Ŝycie, zdradzają się i oszukują, by w najbardziej oczywistej sytuacji, na przykład, 

gdy są w łóŜku z kimś zupełnie innym niŜ małŜonek, powiedzieć po amerykańsku: „To nie 
jest tak, jak myślisz". 
Czy to nie Ŝałosne, te wszystkie zmartwienia, źle pofarbowane włosy, zapuszczone brzuszki i 
nieświeŜe skarpety? 
Dlaczego wystarczy jedno kokieteryjne spojrzenie kobiety, by męŜczyzna stawał się 
męŜczyzną, wychodząc ze stadium, wydawałoby się, niemoŜliwego juŜ do dalszej 
transformacji? 
I te pytania w nieskończoność: „Ufa mi? Naprawdę chce być ze mną do końca świata? 
Rzeczywiście nie dostrzega, Ŝe koleŜanka zza biurka ma prześliczne dołeczki?" 
Oczywiście, Ŝe dostrzega, i oczywiście, Ŝe jego pytania nie pokrywają się z naszymi 
odpowiedziami... Więc po cóŜ się szarpać? Człowiek potrzebuje bliskości, zawsze jej 
potrzebował, ale bliskości spontanicznej, czułej, zamkniętej czasami w pociągowym 
przedziale, spokojnie stojącej w kolejce do kina lub delikatnie opierającej się o nasze ramię, 
gdy czekamy na wizytę u lekarza. Im większe przyrzeczenia, 
135 
tym większa poraŜka, im większe zobowiązanie do kochania kogoś, tym większa strata... 
Występować z szeregu na ochotnika: „Tak! Ja chcę kochać!" A po klęsce, po śmierci stawać 
w końcowych rzędach i znów czekać na swoją kolej albo na swoją odwagę... 
Potrafiłabym uwieść kaŜdego męŜczyznę przeze mnie wybranego. Jakie to poniŜające dla 
mnie i dla tych męŜczyzn; wcale nie z powodów moralnych, o nie! Dlatego, Ŝe jest to 
cholernie proste. 
Dlatego umówiłam się z Michałem. Nie wiem, co przyniesie wieczór, nie interesuje mnie to, 
podobnie jak Joachim, który szczeniackimi gestami wdziera się do mojego świata. 
Gdziekolwiek jest, niech wpatruje się na ekran telefonu jak długo chce, niech wspomina 
hotel, mój zapach, cokolwiek... 
Po pracy szybko wróciłam do domu. Starałam się nie patrzeć na telefon, na ludzi... Tuliłam 
się w sobie, by nic mnie nie rozpraszało. 
Odkręciłam wodę pod prysznicem. Rozebrałam się szybko i zanurzyłam ciało w róŜanej 
parze, czując, jak chłodne stopy ze zdziwieniem reagują na tę szybką zmianę temperatury, jak 
kulą pod siebie palce, jak zmniejszają mnie całą, poczynając od swojego początku. 
Mam wypielęgnowane, zawsze czekające ciało. Woda wdziera się w pory pozbawione starego 
naskórka. Właściwie jedyne, co muszę zrobić, by przekonać siebie, Ŝe idę na wieczorne 
spotkanie z męŜczyzną, to nałoŜyć pachnący balsam, zrobić nowy makijaŜ i uŜyć 
mocniejszych perfum. 
Została mi godzina. Włączyłam Moulin Rouge... Przeskoczyłam kilka sekwencji. Roxanne... 
mój ulubiony kawałek... Ostry, szorstki, pełen namięt- 
136 
ności i ognia... You don't have to put on that red Ught... 
KaŜda z nas ma w sobie taką lampę. Zapalają, gdy wabi... Ale męŜczyźni nie mogą jej 
zobaczyć; mogą poczuć jej ciepło, zapach rozgrzanego koloru, ale i tak nie będą potrafili tego 
nazwać. Czułam wypieki na policzkach. Doskonale wiedziałam, co moŜe się wydarzyć... 
Właściwie zaczynałam się bać, Ŝe ktoś lub coś przeszkodzi mi w zrealizowaniu planu. 

background image

Wyszłam z domu, czując wieczorne wibracje zmieszane z tęsknotą, Ŝe to mógłby być inny 
męŜczyzna; mógłby i dlatego będzie ten, a nie inny. 
Kilkanaście minut później siedziałam w szykownej restauracji, w której kelnerzy chodzili 
wyprostowani na swój specyficzny, nonszalancko-cwaniacz-kowaty sposób. Sączyłam wino, 
spoglądając na Michała i próbując rozszyfrować jego intencje; nie, nie intencje, te przecieŜ 
znałam, raczej powody. Zastanawiałam się, czy poruszymy ten temat, czy zdobędzie się na 
jakiś oryginalny wybieg, czy teŜ posłuŜy się wyświechtanymi jak siedzisko pociągu 
argumentami. IleŜ ja daję z siebie, Ŝeby udawać, Ŝe wierzę we wszystko, co mówią. 
Największą niedorzeczność przyjmuję z niebywałym, niekończącym się zdziwieniem i z 
pełnym zrozumieniem, ba, nawet ze współczuciem, gdy zachodzi taka potrzeba... 
Piłam wino, a Michał milczał. Patrzył na mnie, czasami się uśmiechał i milczał. 
Zamiast rozmawiać z męŜczyzną, który był powodem tego spotkania, rozmawiałam z 
szumiącym we mnie winem, które podpowiadało mi szczegóły, wskazywało róŜnicę 
pomiędzy tym, co chciałam czuć, a tym, co czułam... 
137 
Pomyślałam, Ŝe nie zrobię Ŝadnego gestu, by zmienić stan rzeczy. Poczekam, aŜ sytuacja 
zacznie mu ciąŜyć, aŜ zaproponuje coś poza milczeniem podanym na kremowym obrusie. 
Wypowiedział tylko jedno zdanie: 
- Myślę, Ŝe powinniśmy pojechać do mnie... 
Tak, oczywiście, inne rozwiązanie nie wchodziło w grę. 
Starałam się nie patrzeć na mijane budynki, nie rozpoznawać drobiazgów, które dałyby znać o 
sobie w dzień... To jest chwila wieczorna. Wieczorne chwile mają swoje prawa, niektóre z 
nich są w mojej głowie tylko do rana, tak jak ta... Chwila w taksówce o zapachu zielonego 
jabłuszka... 
Weszliśmy do pokoju hotelowego. Ach, jaki znajomy zapach; zupełnie bezbarwny, bez 
zbędnych powiewów, bez czegokolwiek, co mogłoby skojarzyć się z taktownością. 
Michał odwrócił się i wziął ode mnie torebkę i płaszcz, podszedł blisko, ujął dłońmi moją 
twarz i zaczął całować. Miał miękkie, ciepłe usta. Poruszał nimi wolno i ostroŜnie, zupełnie 
jakby całował Ŝonę. Spróbowałam przejąć kontrolę i przytrzymać jego dłonie, ale wypiłam 
zdecydowanie za duŜo. Nie mogłam panować nad sytuacją. Czułam silne ciało Michała, które 
układało moje na swoją modłę. Rozpiął mi spódnicę i zsunął na podłogę, przesunął dłonią po 
udach. Stałam bierna, dryfująca w jego ramionach. Całował mnie całą. Czułam jego ciepłe 
usta na stopach, udach... ciepły oddech na podbrzuszu. Piersi, ramiona, szyja... Próbowałam 
go odepchnąć, ale alkoholowe rozleniwienie było silniejsze. Chwycił moją rękę i schował ją 
za moimi 
138 
plecami, przytrzymując, bym nie mogła powtórnie przeszkodzić... 
MoŜe tak powinno być... Nie pozwolić mi na podejmowanie decyzji... Odetchnęłam głęboko, 
musiałam walczyć, by nie ugryźć jego warg do krwi... 
I nagle zostawił mnie, odszedł. Usiadł na łóŜku i skierował wzrok w stronę zacienionego kąta 
pokoju. Dopiero teraz zauwaŜyłam kobietę siedzącą w fotelu. Jak to moŜliwe, Ŝe jej nie 
wyczułam? Zapachu jej perfum, temperatury ciała, oddechu. Kobieta patrzyła na mnie, ale nie 
wypowiedziała słowa. Michał natomiast kazał mi się powoli rozebrać, ale tak, bym pozostała 
w bieliźnie. Nie rozumiałam. Dlaczego? W czym biorę udział? Komu zaleŜy na patrzeniu? 
Zdjęłam pończochy, powoli bawiąc się ich podnieceniem, nie wiedząc, jak daleko mogę się 
posunąć. Usłyszałam głos Michała: 
- Rozepnij ubranie... i przejdź się po pokoju, tak jakbyś była na wybiegu... 
- Nie chcę - wyszeptałam. - Będę groteskowa, nie chcę taka być... nie kaŜ mi tego robić... 

background image

-Proszę, zrób tak, jak mówię... PokaŜ jej, jaka jesteś cudowna, pokaŜ, jak pięknie się 
poruszasz, niech zobaczy cię, tak jak ja widzę cię rano kaŜdego dnia, niech poŜąda cię tak 
samo mocno... PokaŜ jej swój zajebisty tyłek... Bez ceregieli, rób po prostu to, co mówię. 
Rozebrałam się. Jedynym wartownikiem chroniącym moją nagość był samotny guzik 
przycupnięty na staniku w dolinie między piersiami. Małe, wierne, plastikowe oko z czterema 
bacznymi źrenicami. Zastanawiałam się, kim ona jest. Jego Ŝoną? Powiało nudą w 
małŜeńskim łoŜu i szukają pieprzu? 
139 
Raczej nie. Kobieta była zbyt młoda. Nie pasowała do niego. Była niewysoką brunetką z 
małymi warkoczykami zaplecionymi tuŜ za uszami. Zapewne z powodu ciemności wydawało 
mi się, Ŝe pomadka nałoŜona na usta wychodzi poza czerwień wargową. Przypomniał mi się 
Kochanek z Jane March, która, płynąc promem na spotkanie swego przeznaczenia, wyglądała 
podobnie. 
- Poruszaj się - usłyszałam głos Michała - dalej, nie kaŜ nam czekać, nie udawaj, Ŝe nie 
chcesz... 
Nie chciałam. Opuściłam wzrok na znak sprzeciwu. Rozsunęłam drzwi i podeszłam do zlewu. 
Odkręciłam zimną wodę, zmoczyłam dłonie i zwilŜyłam nimi włosy i twarz. Patrzyłam w 
lustro z pytaniem, co dalej. Bawiłam się włosami, zaczęłam moczyć kaŜdy kosmyk, 
przejechałam opuszkiem po brwiach... 
I nagle głos kobiety: 
- Czy moŜesz zmoczyć szyję, tak by nieco wody spłynęło po dekolcie? 
Te słowa pojawiły się jak wybawienie, jak prośba o coś czułego, delikatnego... 
Popatrzyłam na nią. Wsunęłam dłonie pod wodę. Patrzyłam jej w oczy i jednocześnie 
dotykałam mokrymi dłońmi szyi, policzków, wgłębienia obojczyka, tak by woda sama 
szukała nowej drogi. 
Kobieta patrzyła i uśmiechała się łagodnie. Ja teŜ się uśmiechnęłam. 
Michał przestawał istnieć. Zaczynałam panować niepodzielnie nad przestrzenią pomiędzy 
wodą a oknem. Usłyszałam, jak Michał mówi: 
- Podejdź tu, pokaŜ się nam. 
Widziałam, jak wyjął ze spodni członka i zaczął się masturbować. 
140 
-Dalej, odwróć się i pokaŜ pośladki, pokaŜ, do cholery, tyłek... 
Wyszłam w łagodne światło świeczki, którą ktoś zapalił. Wzbierał we mnie przeraźliwy 
smutek, rodzący się z kontrastu, jak bardzo Michał wszystko psuje i jak bardzo pcha mnie w 
ramiona obcej kobiety, która jedną prośbą tyle sprawiła. 
- Chcesz perwersji? - zapytałam. - Więc co powiesz na to? 
Podeszłam powoli do kobiety pogrąŜonej w cieniu. Czułam, jak krople znaczą kaŜdy mój 
krok i uderzają o ziemię cięŜarem mojego strachu. Uklęknęłam przed nią i pochyliłam się, by 
ją lekko pocałować. Moje usta pachniały rozpaczą, jej usta łagodnością i winem... 
Pocałowałam ją. Delikatnie, na przekór słowom Michała, na przekór niede-likatności tej 
sytuacji. Czułam, jak przestrzeń między nami wypełnia się ciepłem, jak moje pochylone 
ramiona dotykają jej kolan. Jej usta były niemalŜe bierne, prawie niechętne, ale gdy chciałam 
oderwać swoje i spojrzeć na Michała, na samym końcu, nad krawędzią tego oderwania była 
zachęta, była przyjemność. 
- Miałaś tylko patrzeć, siedzieć i się przyglądać. Greta, choć do mnie, zostaw tę cipę i choć do 
mnie. 
W jego głosie było zdenerwowanie. 
Czekałam, co będzie dalej. Stałam i czekałam. A kobieta wstała z fotela i podeszła do mnie. 
Michał patrzył i pieścił się w dalszym ciągu, i mimo podniecenia, próbował nie dopuścić do 
naszego ponownego zbliŜenia. Mówił, Ŝe tamta nie powinna, Ŝe nie tak się umawiali. 

background image

Nie tak się umawiali. Jak moŜna się umawiać w sprawie takich zdarzeń? 
141 
A ja czułam znów bliskość i ten łagodny uśmiech, a w uszach pobrzmiewała prośba... Więc 
pocałowałam ją znów, i znów, a ona połoŜyła dłonie na mojej talii. 
- Chciałeś manipulować, zmuszać, bym robiła to, czego nie chciałam? Popatrz, dokąd mnie i 
ciebie to doprowadziło. 
Kobieta pchnęła mnie lekko na łóŜko. Czując chłód pod plecami, uniosłam do góry ręce i 
rozłoŜyłam nad głową włosy. Wygięłam ciało, by poczuło fakturę materiału... Widziałam, jak 
zdejmuje spodnie i bluzkę, to taki znajomy widok... Ubranie opadające na podłogę, jak moje 
łzy kapiące na męską koszulę... I jej ciało, bezpieczne i groźne zarazem. Poczuć znów na 
sobie cięŜar, nie móc swobodnie oddychać... 
ZbliŜając się do mnie, rozsunęła mi nogi. 
Czekałam. 
Mruknęłam cicho, zawstydzona... 
Usłyszała i odchyliła się, by popatrzeć na moją twarz. Poruszyła się jeszcze raz, nie 
odrywając wzroku... 
Uniosłam biodra, by pokazać, Ŝe jest mi dobrze. Dobrze... Póki działa alkohol, póki nie mogę 
sama zadecydować... 
Gdy na moment uniosła twarz, chwyciłam jej podbródek i popatrzyłam w oczy. Przysunęła do 
mnie twarz i połoŜyła głowę w zagłębieniu mojego obojczyka. Przytuliłam ją i pogłaskałam, a 
potem odwróciłam role. Kątem oka zobaczyłam, Ŝe Michał kładzie się na łóŜku obok nas. 
Odczuwałam przyjemność, widząc jego samczą poraŜkę. Tym czulej dotykałam i pieściłam 
moją niespodziewaną kochankę... 
Jedna krótka chwila. 
142 
Małe, ludzkie przymierze zaklęte w krągłościach ciał i ich zapachach... 
I dwoje ludzi, być moŜe bardziej samotnych po niŜ przed... 
Zasnął. Zasnęli oboje. 
Patrzyłam na ich miarowy oddech i poczułam się nie na miejscu. Poczułam się smutna do 
granic moŜliwości... Smutek zaczął obłapiać mnie jak kochanek, którego wcześniej 
wyprzedził ktoś inny. Włosy opadły obcym chłodem na ramiona i kąsały, mimo Ŝe jeszcze 
przed chwilą namawiały mnie do aktu. Szorstki dotyk pod stopami, nieposłuszne pończochy... 
Wymknę się jak złodziej... znów. Nie zaleŜy mi na nim. Są częścią mojego świata, ale tylko 
po to, bym miała jakieś drogowskazy, bym się nie pogubiła. Spotkała 

ch, by utwierdzić się w przekonaniu, Ŝe moje odczucia i potrzeby to jeszcze rzeczywistość, by 
upewnić się, Ŝe nie zostały gdzieś daleko za mną, w którymś z pociągów, w którymś z hoteli. 
Boli. Jak zwykle. Ma boleć. Taką umowę zawarłam ze sobą dawno temu. 
Wyszłam z hotelu ze świadomością, Ŝe od tego momentu przestaje istnieć dla mnie Kawowa 
Dziupla i świetliki pijące kawę. Od jutra będę szukać od nowa. Jakiegoś nowego znaku, 
wystającej gałązki, o którą zahaczy się moja dusza... 
- Muszę się napić - powiedziałam do Dominiki, stając w drzwiach jej biura. 
Patrzyła chłodnymi oczyma, skanując moją sylwetkę. 
- Gdzie chcesz pójść? - zapytała. 
143 
- Obojętnie, moŜe być tam, gdzie wtedy, albo gdzie indziej, byleby nie było za duŜo ludzi... 
- OK, przyjadę po ciebie o dziewiątej wieczorem. 
Odwróciłam się na pięcie i poszłam. 

background image

Czy Dominika zrozumie moją decyzję? Czy ja ją rozumiem? Strach przed przyzwyczajaniem 
się do Ŝycia zagonił mnie w ślepy zaułek. Poznałam juŜ zbyt wiele osób, a jedwabne linie 
papilarne wplatały się w pokrycie mojego tapczanu. 
Dookoła mnie pojawiło się coś, co mogłabym nazwać zadomowieniem, a to płoszyło mnie 
najbardziej . 
W drodze powrotnej weszłam do sklepu odzieŜowego, bardziej dla zabicia czasu niŜ z 
rzeczywistej potrzeby. Wśród klientów młoda męŜatka. Biega po sklepie, wydymając 
usteczka i narzeka, Ŝe jest taka szczupła, Ŝe nie moŜe dostać na siebie spodni. Tupiąc 
cieniutkimi obcasikami, podbiega co chwila do siwego męŜczyzny z sześciomiesięcznym 
bobasem na ręku. 
- No, Stasiu, i co ja mam zrobić? Sam zobacz, wszystkie odstają w pasie! Jak oni szyją! 
Chyba są jeszcze na świecie szczupłe kobiety! 
Stasio popatrzył zmęczonym wzrokiem na młodą Ŝonę, wytarł usta dziecku i ślad po ślinie na 
drogim płaszczu. Westchnął głęboko i wzruszył ramionami. 
Gdy kobieta się przebierała, zwrócił się do ekspedientki i wyszeptał: 
- Naprawdę nie ma pani mniejszych spodni? Od dwóch godzin chodzimy po sklepach... 
-Przyrzekam... Dwadzieścia pięć cali to najmniejsze, jakie mamy. Obawiam się, Ŝe będziecie 
144 
państwo musieli wstąpić do sklepów z odzieŜą dziecięcą, ale proszę mnie źle nie zrozumieć... 
-Nie, skąd, rozumiem... A wie pani, ona myśli, Ŝe ma to tu, to tam za duŜo tłuszczyku... Nie 
wiem, co się z nią dzieje. 
Skrawkiem ucha usłyszałam, jak inna ekspedientka - z niebywałym poczuciem humoru - 
szepcze pod nosem: „Niedługo koty ją na dach wciąg- 
ną". 
I cóŜ powiedzieć takiemu męŜczyźnie? śe powinien Ŝonę-córkę przełoŜyć przez kolano i 
kazać zjeść porządną porcję spaghetti carbonarra? 
Przesłałam mu rozumiejące spojrzenie. 
Szkoda mi takich męŜczyzn, choć w pewnym sensie sami są sobie winni. Dla ich pokolenia 
kobieta powinna mieć biodra, uda... powinna być miękka i ciepła. I pewnie miał taką kobietę 
kiedyś, ale w którymś momencie jego Ŝycia nagle zaczęło mu to przeszkadzać, więc zamienił 
ukochaną poduszkę z koronkową aplikacją na egzotyczny, japoński wałek. 
Wróciłam do domu z zieloną gawroszką, którą przewiązałam wokół paska torebki. 
Odczytałam wiadomość od Dominiki. Zdecydowała, Ŝe jeŜeli mam się upijać gdziekolwiek, 
to juŜ lepiej u Daniela. Stwierdziła, Ŝe to bezpieczniejsze i zawsze znajdzie się ktoś, kto 
odwiezie mnie do domu. 
Zgodziłam się. Niebawem miałam się znaleźć w pomieszczeniu, w którym Dominika 
przypieczętowała naszą znajomość pocałunkiem. 
Punktualnie o dziewiątej wieczorem zeszłam na dół. Dominika czekała. 
145 
Wsiadając do auta, usłyszałam cichy dźwięk nadejścia wiadomości. Byłam pewna, Ŝe to 
Joachim. 
W lokalu jak zwykle narkotyczna atmosfera. Ciepło, przytulnie, lekka mgła aromatycznego 
dymu i subtelna muzyka; jeśli dobrze kojarzyłam, była to płyta Vangelisa Voices. 
Rozsiadłyśmy się wygodnie w fotelach. Było mi wyjątkowo wszystko jedno, co pomyślą 
sobie nieliczni klienci. Zdjęłam buty, skarpetki i bosymi stopami dotknęłam przeciwległego 
fotela. Daniel zobaczył nas dopiero po chwili, gdy od baru odeszła tandetna blondyna, 
szarpiąca nastrój histerycznym śmiechem. Uśmiechnął się do nas w szczególny sposób, 
mówiący: „Cieszę się, Ŝe wróciłyście, wiem, czego wam potrzeba..." 

background image

Podszedł do naszego stolika, ujął dłoń Dominiki i pocałował. Potem podszedł do mnie, 
spojrzał ukradkiem na moje stopy. Chwycił je za kostki, podniósł do góry, usiadł w fotelu i 
połoŜył je sobie na nogach. A później, jak gdyby nigdy, nic zaczął je delikatnie masować. 
Skłamałabym, mówiąc, Ŝe nie było mi przyjemnie. 
Dominika, jeśli nawet była zdziwiona, nie dawała po sobie niczego poznać. 
- Czego się napijecie? - zapytał. 
- Czegoś, co wypleni z mózgu wyrzuty sumienia - powiedziałam. 
- To moŜe zamiast pić, chciałybyście zapalić? 
- Nie wiem... nie jestem pewna, nigdy nie próbowałam... 
- Daniel, daj spokój - powiedziała Dominika. -Ona chciała się po prostu napić... 
146 
-Tylko pytam... 
_ Dlaczego nie? Miałeś na myśli trawkę? - Nagle stałam się szczeniacko odwaŜna. Było mi 
dobrze, czułam ciepłe dłonie przesuwające się po moich stopach. Udawałam, Ŝe nie czuję, Ŝe 
palce Daniela niby przypadkiem wsuwają się wyŜej pod spodnie, zataczając małe okręgi 
wokół kostek. LekcewaŜyłam podniecenie, które mnie ogarniało, ale widząc twarz 
męŜczyzny, wiedziałam, Ŝe jest on świadom efektu, jaki wywołuje we mnie jego dotyk. 
Co ja tu robię? - pomyślałam. 
Przyszłam tu, bo noc spędzona z Michałem nie zmieniła nic w moim Ŝyciu. Przeciwnie, 
utwierdziła mnie w przekonaniu, Ŝe zawsze będzie tak samo, Ŝe w zdarzeniach tego typu nie 
ma niczego, co pozwoliłoby mi zatrzymać się przy kimś na dłuŜej... Jedyne, czego nie 
rozumiałam to tęsknota za nieznajomą przyjaciółką Michała. Rozpamiętywałam jej dotyk i 
szepty, zbyt długo, zbyt długo jak na mnie... 
A teraz pozwalam kolejnemu męŜczyźnie dotykać siebie w sposób zbyt oczywisty. Więc co 
tym razem? Kolejny sprawdzian tego, czy mogę to zrobić? Chęć zapomnienia o Joachimie? 
MoŜe powinnam do niego napisać, zadzwonić... 
Popatrzyłam na hiacynty stojące na stole. Ich róŜowe, przekwitnięte kropidła... Pragnęłabym, 
by miały moc rozgrzeszania mnie za kaŜdym razem, gdy czegoś Ŝałuję, nie, gdy zrobię coś 
złego, nie tylko wtedy, gdy Ŝałuję... 
Daniel wrócił za bar, a ja zapytałam Dominikę o to, co nurtowało mnie od dłuŜszego czasu. 
- Powiedz mi, do czego słuŜą misie? 
147 
Na początku nie wiedziała, o co chodzi; popatrzyła ze zdumieniem, jakby się przestraszyła, Ŝe 
pod jej nieuwagę łyknęłam coś. 
-Misie, gumowe Ŝelki... Widziałam je kiedyś ułoŜone na małej podstawce... 
- Ach, tak... juŜ wiem, o co ci chodzi. To są moje problemy. Nie jako misie, ale jako symbol. 
Jest ich pięć, po jednym z kaŜdego koloru. WyobraŜam sobie, Ŝe kaŜdy miś to coś, co mnie 
trapi. Budzę się na przykład rano i wiem, Ŝe czeka mnie waŜna rozmowa albo czymś się 
martwię, nawet czymś błahym na pozór. Biorę wtedy misie i po kolei odgryzam problemom 
głowy... Mało, Ŝe jest to sugestywne same w sobie, to jeszcze okazuje się, Ŝe problemy 
smakują całkiem, całkiem... 
- Niesamowite - powiedziałam. 
- Uhmm, dość oryginalny pomysł na własne schi-zy, ale waŜne, Ŝe działa, nie zawsze, ale w 
większości przypadków... 
- Jakie to dziwne, jeszcze nie tak dawno mogłabym próbować się załoŜyć z kimś, Ŝe jesteś 
jedyną osobą, jaką znam, która rządzi swoim Ŝyciem niepodzielnie i bezkompromisowo, a 
problemy to coś, co dotyczy wszystkich, ale nie ciebie. Mimo Ŝe wiem, jak złudne są 
pierwsze oceny... Powinnam prosić cię o wybaczenie... 
- Powinnaś, zwłaszcza Ŝe ja myślałam o tobie, Ŝe jesteś subtelna i... czarodziejska. 
Popatrzyłam na Dominikę. 

background image

- śartujesz ze mnie? - zapytałam. 
- Nie, dlaczego tak sądzisz? Myślisz, Ŝe takiej suce jak ja nikt inny nie wydaje się ciekawszy, 
niŜ ona sama? 
-Nie, przepraszam... Ale powiedz, co we mnie 
148 
ci się podoba? Trudno mi uwierzyć w to, co mówisz, więc co? Z twoich ust będzie to 
waŜniejsze, niŜ gdyby powiedziało to dwadzieścia innych osób... 
-Podobają mi się twoje rude włosy i piegi na granicy ust i to, Ŝe jak zapatrzysz się w okno, to 
wydaje mi się, Ŝe widzisz coś zupełnie innego niŜ ja, niŜ inni ludzie... Jest w tobie coś, co 
sprawia, Ŝe przyjemnie jest po prostu być tuŜ obok... 
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przysiadłam się do niej i objęłam ją ramionami. 
- Dziękuję - powiedziałam cicho - dziękuję, bo dawno nie słyszałam tak miłych słów, a 
wszędzie jestem zbyt krótko, by zdąŜyć oswoić ludzi, a oni mają zbyt mało czasu, by 
powiedzieć mi coś miłego... 
Nie powinnam tego mówić. Nie powinnam stwarzać wraŜenia, Ŝe Dominika staje się dla mnie 
kimś bliskim. Ciągle było we mnie zbyt duŜo odwagi, by zniknąć, więc nie powinnam była 
tego mówić. Oszukuję siebie i ją za kaŜdym razem, gdy uśmiechem potwierdzam słuszność 
jej słów, gdy reaguję na prośby... 
Czy to dlatego, Ŝe zaczynam być zmęczona? 
Czy jest jakaś siła czuwająca nade mną i próbująca uporządkować moje Ŝycie? Przyczepić je 
uczuciową agrafką do słomianki, na której dawno temu wieszałam pocztówki? 
Podniosłam głowę i popatrzyłam na sklepienie lokalu. Wyobraziłam sobie łatwo, jak mój 
wzrok przedziera się przez cegły, przez cementowe fugi, plątaninę rur i wychodzi przez 
pęknięcia trotuarów i dzięki dwóm podskokom znajduje się wyŜej i wyŜej i unosi w rytm 
słyszalnego tylko sobie tańca... Jak ja... gdy w moich ulubionych snach, najpiękniej jak tylko 
mogłabym sobie wyobrazić, tańczę. I na- 
149 
gle wyrastają mi skrzydła i między moje szkliste pióra wpada wiatr i podnosi jeszcze wyŜej... 
I zawsze mam nadzieję, Ŝe w końcu to wyobraŜenie zaprowadzi mnie gdzieś dalej, gdzieś, 
gdzie zobaczę albo zrozumiem... Ale nigdy się tak nie dzieje. Zawsze docieram tylko do 
jednego miejsca, z którego nie mogę ruszyć dalej... Zawsze. MoŜe kiedyś. MoŜe muszę 
zasłuŜyć lub po prostu się odwaŜyć... 
- Przepraszam, będę się zbierać - powiedziałam. 
- Pojadę z tobą - odparła. - Weźmiemy taksówkę, odwiozę cię, a później... odwiozę się sama. 
-Dobrze... 
- Greta, moŜe to zabrzmi głupio, jestem pewna, Ŝe tak będzie, ale moŜe pojechałabyś do mnie 
na kawę, na chwilę... 
Popatrzyłam na jej piękne usta. Nie chciałam nawet myśleć, o czym ona myśli i jak szczera 
była jej propozycja. 
-Innym razem... chcę wrócić do domu... ale wiem, kto chciałby być na moim miejscu... 
- Igor... 
- Hmm... Nie myślałaś nigdy, by spróbować? 
- Myślę o tym częściej, niŜ ci się wydaje, ale boję się tego, Ŝe rozczarowanie będzie nie do 
zniesienia i Ŝe za kaŜdym razem będzie w związku z tym trudniej próbować. Poza tym ta 
pieprzona niezaleŜność, brak ograniczeń czasowych, moralnych, jakichkolwiek... 
-A mnie się wydaje, Ŝe Igora właśnie ta twoja niezaleŜność strasznie kręci i raczej nie starałby 
się tego zmieniać, za bardzo mu zaleŜy... No, ale co ja tam wiem. Nie będę pouczać 
najbardziej ostrej i zdeterminowanej babeczki w naszym teamie. Poza 
150 
tym CF ma mnie wkrótce przenieść, więc tym bardziej... 

background image

- Zaraz, zaraz... - przerwała mi. - Jak to przenieść? PrzecieŜ szef mówił, Ŝe masz być jeszcze 
co najmniej do końca przyszłorocznej kolekcji, więc jeszcze rok... 
- Oj, coś mi się zdaje, moja droga, Ŝe nie masz najświeŜszych informacji - odparłam zbyt 
lekko. -Kto wie, czy nie przerzucą mnie z powrotem do Pragi. Marka się przyjęła i trzeba 
będzie koordynować rozwój nowych punktów. 
Nic nie powiedziała. 
Wstała, wzięła torebkę i poprosiła Daniela, Ŝeby zadzwonił po taksówkę. 
Nowa wiadomość. 
„Czy chomik Ŝyje? Czy Ty Ŝyjesz? Czy ja Ŝyję w Twoim Ŝyciu? Czy mógłbym, gdybyś 
chciała? Czy mogę, choć nie chcesz? J." 
Usuń wiadomość. 
Zasypiam. 
Przez uspokajający się rytm krwi słyszę, jak jakieś dziecko woła mnie po imieniu i prosi, by 
pomóc mu nadmuchać zielonego krokodyla. Zielony krokodyl. Ale przecieŜ krokodyle nie 
pływają w morzu. Ach, dziecko, kochany głuptas, muszę mu powiedzieć, Ŝe lepiej, by była to 
orka lub delfin. MoŜe zdąŜę tym razem mu powiedzieć, zanim do mnie dotrą. Widzę ich przez 
rozedrgane od upału powietrze. Skupiam się, by zdąŜyć szybko wypowiedzieć słowa. 
Wkładam wielką siłę w to, by odpowiednio 
151 
ułoŜyć usta, ale nie mogę wypowiedzieć słowa. Są coraz bliŜej, kobieta z podręczną lodówką 
i męŜczyzna w białym fartuchu. Zastanawiam się, czy nie jest mu za gorąco. Konsultują się 
między sobą. Podadzą mi amitryptylinę i pernazynę. Dziwne, nie rozumiem. Na patyku czy w 
wafelku... Nic nie rozumiem po raz kolejny i po raz kolejny mam przeczucie, Ŝe nie zdąŜę. 
Tak, nie zdąŜę... 
Obudziła mnie kropla potu spływająca z czoła. 
Poszłam do kuchni. Nalałam sobie soku. Przełykałam zimną, kwaskową ciecz ze łzami w 
oczach i Ŝalem do siebie. Dlaczego tak się upieram za kaŜdym razem, Ŝe krokodyle nie 
pływają w morzu. Przez ten upór nie mogę zdąŜyć. Przyrzekam sobie, Ŝe następnym razem 
nadmucham tego krokodyla. Złamię zasady i prawa przyrody i spławię go do morza. Tylko 
niech ten maluch poczeka, niech poczeka, plaŜa jest taka duŜa, tak łatwo się zgubić... 
Muszę odejść. 
Jeszcze nie mam odwagi, by zostać. 
Mówili mi, Ŝe leki pomogą. Nie pomagały. Ale pomogło mi tworzenie rzeczywistości na 
własny uŜytek. 
Gdy otworzyły się drzwi windy, usłyszałam podniesiony głos Agnieszki. Była w biurze 
Dominiki i relacjonowała coś zapalczywie. Przy pierwszej lepszej okazji zapytałam 
Dominikę, o co chodzi. Powiedziała, Ŝe musi powaŜnie porozmawiać z Igo- 
152 
rem, bo jeden z jego podwładnych, obsługujący region północno-zachodni, jest nierzetelny w 
stosunku do klientów. 
- Podobno - mówiła Dominika - był u klientki, która miała zatory w płatnościach, i wspólnie 
ustalili, Ŝe ta sporządzi harmonogram spłaty zobowiązania i prześle mu faksem. Seweryn miał 
go potem przesłać nam i tak dalej. PoniewaŜ babeczka nie dawała znaku Ŝycia, Agnieszka 
przygotowała dokumenty i rozpoczęła procedurę windykacyjną. A tu się okazuje, Ŝe kobieta 
dzwoni zdenerwowana, bo przesłała harmonogram do przedstawiciela, ma potwierdzenie 
nadania i tak dalej. No, a oczywiście po dokumencie ani widu, ani słychu. Sytuacja jest 
niezręczna. Podobno to nie pierwsze zagranie Seweryna. Rok temu obiecał dwóm klientom, 
posiadającym sklepy w tym samym pasaŜu handlowym, wyłączność na naszą markę. Wtedy 
teŜ była niezła jazda, zwłaszcza Ŝe obaj się wyłoŜyli. Muszę koniecznie porozmawiać z 

background image

Igorem. Takie sytuacje nie mogą mieć miejsca. To źle świadczy o marce i o ludziach tu 
pracujących. Zobaczymy. Rozmowa będzie trudna, bo Seweryn jest pupilkiem Igora. 
- MoŜe przy okazji wykorzystasz rozmowę na tematy handlowe i pod tym pretekstem 
zaciągniesz Igora do... baru, na przykład. - Uśmiechnęłam się. 
-Hmm, moŜe... moŜe... Do zobaczenia przy porannej kawie. 
Dominika odwróciła się i poszła, a ja stałam chwilę i patrzyłam na nią. Zastanawiałam się nad 
tym, jak miło jest usłyszeć: „Do zobaczenia przy porannej kawie". 
Włączyłam komputer i zapuściłam się w internetowe głębiny, by odczytać pocztę. 
153 
Oprócz sterty informacji waŜnych i mniej waŜnych wiadomość od Jakuba. Zaprosił mnie na 
swój recital. Byłam na podobnym dwa lata temu. Mała krypta, półmrok, dym tytoniowy, 
fortepian, kontrabas... Siedziałam blisko sceny, wciąŜ pamiętam strukturę pończoch kobiety, 
która na niej występowała... Pojadę na pewno. 
Był teŜ kolejny mail od Człowieka z lasu, w którym zapraszał mnie, jak to określił: „Jeśli nie 
na smacznie wypieczoną kiełbasę z grilla, to chociaŜ na wzajemne przesycenie dymem 
jodłowym"... Miło, Ŝe o mnie pamięta. 
Była teŜ odpowiedź z centrali CF, potwierdzająca, Ŝe mój powrót do Pragi jest kwestią czasu. 
Ujęto to w sposób jak najbardziej elastyczny, tak by moŜna było się z tego wycofać albo 
przyspieszyć termin mojego wyjazdu. „Jeśli nie zajdą nieprzewidziane okoliczności termin 
wskazany moŜliwy do realizacji". 
Jak wszystko na tym świecie. Wszystko jest moŜliwe do realizacji, pod warunkiem, Ŝe nie 
zajdą nieprzewidziane okoliczności. 
Podeszłam do drzwi gabinetu i zamknęłam je cichutko. Postanowiłam spędzić ten dzień w 
spokoju, segregując dokumenty i przyklejając do nich kolorowe karteczki z wyjaśnieniami, na 
wypadek, gdyby okoliczności były jak najbardziej przewidziane, a ja musiałabym wyjechać. 
Poza poranną kawą nie rozmawiałam juŜ tego dnia z Dominiką. Obie rozumiałyśmy swoją 
wolność i niechęć do spotykania się na siłę. 
Wyszłam z firmy ze spokojem człowieka, któremu udało się coś uporządkować. To 
odpręŜające uczucie, nawet jeśli dotyczy zwykłych papierzysk. 
Wsiadłam do auta i ruszyłam w drogę powrotną 
154 
do domu. Gdy wyjechałam na główną drogę, przed maskę auta wyskoczył nagle jakiś 
człowiek, machając rozpaczliwie ręką. Zahamowałam ostro. Szlag by trafił, czy ja wyglądam 
na taksówkarza? MęŜczyzna podbiegł do samochodu i otworzył drzwi. 
- Dzień dobry, czy jedzie pani moŜe w kierunku 
C? 
-Tak, proszę wsiadać - odpowiedziałam, patrząc na krople deszczu na jego skórzanej teczce. 
- Z nieba mi pani spadła, samochód słuŜbowy się zepsuł, a jestem umówiony, w dodatku ta 
pogoda... Przepraszam, Ŝe panią przestraszyłem, z pewnością nie zawsze zabiera pani 
męŜczyzn? 
- Zawsze zabieram tylko tych przystojnych. -Roześmiałam się i dodałam gazu. 
- Nie wiem, co powiedzieć, to chyba jest komplement. - Uśmiechnął się, a ja wyczułam w 
jego głosie fałszywą skromność, moŜe dlatego odpowiedziałam przekornie: 
- Niekoniecznie, to moja subiektywna ocena, nie musi pokrywać się z opinią innych, więc 
proszę nie być zbyt pewnym siebie - dodałam znów z nutą rozbawienia w głosie. 
Jechaliśmy w milczeniu. Dzięki muzyce płynącej z radia to milczenie nie ciąŜyło mi. 
Ś

wiadoma wszystkiego, co robię, pozwalałam dłoniom łagodnie przesuwać się po 

kierownicy, nie poprawiałam płaszcza, gdy odsłonił nogi, nuciłam cichutko, uśmiechając się 
do skrzatów skaczących z drzew na maskę auta. Wszystkie ruchy wykonywałam wolniej, 
kończąc je zdecydowanie i z lekką determinacją. Patrzyłam cały czas na drogę, ale kątem oka 

background image

widziałam małego pajączka wspinającego się po kancie jego spodni i zadbane paznokcie 
ułoŜone na teczce. 
155 
- Czy w rewanŜu za pomoc, mogę panią zaprosić na kawę? - zapytał. 
- Hmmmm... Zaprosić mnie pan moŜe, pytanie, czy się zgodzę - odpowiedziałam pewniej, niŜ 
się czułam. 
- A zgodzi się pani, jeśli zaproszę? - Teraz on był rozbawiony. 
- Tak... ale nie przyjdę lub nie przyjadę... - odparłam. 
- Dlaczego? - zdziwił się. - Uraziłem panią swoją propozycją? 
- Nie, po prostu pana kawa ma cudzysłów... 
- Co takiego? 
- Cudzysłów... Miał pan na myśli „kawę", a nie kawę, to proste. Nie mam nic przeciwko 
kawie w cudzysłowie, ale nie jestem do końca pewna, czy mam na nią ochotę. Przepraszam, 
pewnie mnie pan nie rozumie... 
- Zostawmy tę kawę w spokoju - odrzekł nieco zdezorientowany. - Czy wobec tego mogę 
zaprosić panią któregoś wieczoru na lampkę wina? 
- Tak... choć niczego nie mogę obiecać. 
- Dam pani moją wizytówkę, za dwa dni jadę do Holandii, po powrocie przedzwonię, jeśli da 
mi pani swój numer... 
Dobrze, Ŝe jest taki pewny siebie, nie będę miała wyrzutów, jeśli więcej go nie zobaczę, 
pomyślałam. 
- Proszę mi dać dwie wizytówki, na odwrocie jednej zanotuję swój numer - powiedziałam. 
- Ma pani ulubione miejsca, w których moŜna wypić wino? - zapytał grzecznie, a ja 
zastanawiałam się, czy ta sztuczna grzeczność ma swój koniec... 
- Dyskoteki. Podoba mi się ich chłodny, pstroka- 
156 
ty, czasami tandetny wystrój, lubię zapach przetrawionych przez tytoń ścian... - 
sprowokowałam. 
Popatrzył na mnie przez chwilę, skłonił głowę i odszedł. 
I tak za kaŜdym razem. Z dnia na dzień zaczęłam czytać w ich twarzach. To, czego kiedyś się 
domyślałam, teraz stało się oczywiste. Mnogość sugestywnych i głodnych spojrzeń zaczyna 
mnie męczyć, ale świadomość, Ŝe to jedyne, co mogę w tej chwili mieć od Ŝycia, nie pozwala 
mi przestać. Z kaŜdym z nich odgrywam jakąś scenę, coś, o czym czytałam lub co widziałam 
na filmie. To tak, jakbym dzięki tym krótkim chwilom była kimś innym i gdzie indziej. 
Czasami jest mi niedobrze, gdy na siebie patrzę. 
Wróciłam do domu. Tak bardzo ucieszona, Ŝe mój spokój nie wymknął się cichcem z mych 
trzewi. Zrzuciłam z siebie firmowe rzeczy i rozpuściłam włosy. 
Stanęłam przy oknie. A za nim pogoda, od której mam ciarki. Jest bardzo ciemno, czuć, Ŝe 
kolejny deszcz jest kwestią czasu. Umilkły ptaki, a powietrze pachnie ozonem jak po burzy, 
moŜe nawet była jakaś burza, jakieś drŜenie w kaŜdym z nas, i stąd ten zapach. Gdybym 
miała na to wpływ, chciałabym być teraz w domu z oknami do podłogi, w których powiewają 
długie, białe, lekkie jak mgła firany... 
A ja połoŜyłabym się na podłodze, by mieć na wysokości wzroku wszystko, co dzieje się 
najniŜej, na ziemi, obserwować poruszenie wśród traw i owadów i to, jak pierwsze krople 
burzą ich utarte szlaki i zmieniają bieg rzeczy. Obok mnie gorąca czekolada lub kawa, coś 
ciepłego i aromatycz- 
157 
nego, tak, bym miała poczucie bezpieczeństwa... Na mnie biała koszula ledwie przykrywająca 
pośladki i dopuszczająca do widoku nagie piersi. Taki ubiór, który daje poczucie wolności, 

background image

ale jednocześnie pozostawia ostatni bastion cywilizacyjnej ułudy. Choć tak naprawdę to myśli 
i czynów powinnam się wstydzić, ciało przecieŜ niczemu nie zawiniło... 
Trwałabym tak świadoma kształtu mych ust i zapachu włosów, bez zerkania w oczy 
przechodzących kobiet i męŜczyzn, bez szukania w nich akceptacji... Wiem, Ŝe byłabym 
wtedy szczęśliwa samotnością, tą chwilą, kiedy kochałabym tylko siebie, a mój dotyk na 
skórze byłby jedynym właściwym. Mogłabym pozwolić, by wiatr poruszał koszulą i nie 
czułabym się zaŜenowana. Dotykałabym wszystkiego w zasięgu mych dłoni, tak jak 
dotykałabym kochanka, kiedyś... 
Byłoby tam tak cicho, tak sennie... 
Rano przyszedł SMS od Dominiki: „BondŜiorno, jeśli nie masz planów na dzisiaj wpadnij do 
mnie. Od razu zastrzegam, Ŝe nie bezinteresownie. Muszę wytapetować pokój. PoniewaŜ 
jestem samodzielna, musisz mi w tym pomóc :) Daj znać, kiedy zwleczesz swój śliczny 
tyłeczek z wyrka". 
BoŜe, jest sobota. Jakie tapetowanie? 
Zawlokłam się do łazienki i spojrzałam w lustro. Przypomniały mi się słowa z filmu Kod 46, 
Ŝ

e piegi są seksowne i Ŝe naga piegowata kobieta jest jednocześnie ubrana i naga. Jest coś na 

rzeczy. NałoŜyłam pastę na szczoteczkę i, szorując zęby, zastanawiałam się nad dwoma 
rzeczami: po pierwsze, czy 
158 
pomóc Dominice, po drugie, czy to prawda, co napisano w jednym z nowoczesnych 
miesięczników, Ŝe seks oralny z buzią pełną pasty do zębów to niezapomniane przeŜycie. O 
ile co do pierwszego wciąŜ nie byłam pewna, o tyle co do drugiego nabyłam pewność 
absolutną. Na pewno jest niezapomniany z wielu powodów. 
O jedenastej zadzwoniłam do Dominiki, Ŝe ostatecznie i po długich konsultacjach z moim 
pragnącym sobotniej samotności ,ja" zdecydowałam się jej pomóc. 
Przywitała mnie z szerokim uśmiechem, ubrana jak modelka reklamująca farby do 
malowania. Zabrałyśmy się do dzieła. 
Zdzieranie starej tapety okazało się fantastycznie destrukcyjnym zajęciem. Ujmowałam 
koniuszek tapety i ciągnęłam powolutku w dół, wydzierając klin papierowej skóry. Przyznam 
szczerze, Ŝe bałam się, czy za moment nie usłyszę jękliwego zawodzenia dobiegającego ze 
ś

ciany, bardziej przez fakt przyjemności, jaką odczuwałam, niŜ z oczywistego lęku, Ŝe ściana 

zacznie płakać. Gdybym mogła tak obedrzeć moje Ŝycie z upiorności starych tapet, jakie na 
nie nałoŜono... 
Mnogość tych warstw zaczyna mi ciąŜyć... 
Jestem w nie ubrana jak kobieta nie dbająca o jedność koloru bielizny i stroju. Pod moim 
spodem kwitną olbrzymie brązowe kwiaty, tandetne i wcale nie przypominające kwiatów, 
geometryczne wzory ze srebrnymi lamówkami, zdarza się nawet farba z odciśniętym od 
gumowego wałka wzorem... 
Co z tego, Ŝe tapeta, którą mam w tej chwili na sobie jest zmywalna i w najmodniejszej 
tonacji... Za kilka miesięcy poŜółknie, poodłaŜą jej rogi, upstrzą 
159 
muchy, a ja wyruszę na poszukiwanie nowej, kolejnej warstwy do mojego ciastka 
francuskiego. 
- Myślisz, Ŝe deep blue, byłaby lepsza? - zapytała Dominika, odrywając moje myśli od 
morderstwa, które precyzyjnie popełniałam. 
- Nie, byłaby za ciemna, sahara jest cieplejsza - powiedziałam i zaśmiałam się cicho, dodając 
pod nosem: - Tak, znacznie cieplejsza... 
- Mówiłaś coś?! - krzyknęła ze swojej miniaturowej kuchenki. 
- Gdybyś wzięła deep blue miałabyś pokój jak salon gier! 
- Dostałabyś karnet! - Zaśmiała się. - Herbaty czy kawy? 

background image

- Kawy! 
Uwaga Dominiki o karnecie skierowała moje myśli w stronę moŜliwości otrzymania karnetu 
na Gry i Gierki śyciowe. To by było coś! Za cenę niŜszą niŜ normalnie moŜna by było pograć 
sobie w Ŝycie, ze wszystkimi konsekwencjami. Kończy ci się karnet, koniec. Nie moŜesz 
więcej zdradzić, porzucić, wychowywać dziecka, być panią prezes, pielęgniarką, nie moŜesz 
uwodzić, robić męŜczyznom wodę z mózgu, oddawać się za pieniądze, smaŜyć halibuta w 
budce na plaŜy... Dobrze, jeśli ci to nie odpowiadało, źle, jeśli znalazłaś swoje miejsce, a nie 
masz juŜ pieniędzy, by grać dalej... 
Byłabym najlepszą klientką. Miałabym najdłuŜszy karnet, wystarczający do końca mojego 
ś

ycia. Nie, miałabym kilka karnetów na wszelki wypadek. Kilka opcji, gdybym się nie 

sprawdziła w którejś z ról. 
Rozwiązałoby to tyle spraw, tyle ludzkich Ŝyć udałoby się „naprawić". Ktoś rozczarowany 
Ŝ

yciem 

160 
mógłby spróbować jeszcze raz. Ktoś niefortunnie zakochany mógłby kupić karnet z datą 
wcześniejszą niŜ jego rywal, być moŜe udałoby mu się... Ktoś, kto kogoś stracił, mógłby 
przeskoczyć do innego Ŝycia wsunąć się łagodnie w czyjeś ciepłe kapcie i zapomnieć o bólu. 
Mogłabym zdąŜyć nadmuchać zielonego krokodyla albo polubić placki ziemniaczane z 
powidłami węgierkowymi. 
Tak, oczywiście... Jakie to łatwe, wymyślanie scenariuszy na uniknięcie problemów, na 
kreowanie Ŝycia, jakiego się pragnie... 
Dzięki propozycji Dominiki weekend minął mi nadzwyczajnie szybko. Zmęczenie fizyczne 
zagłuszyło porywy serca i umysłu. Musiałam się pilnować, by Euzebiusz dostał porcję ziaren. 
Przez sobotę i niedzielę nie odczytałam i nie odpowiedziałam na ani jednego maila i na ani 
jeden SMS. 
Po weekendzie nastał kolejny tydzień biurowej gonitwy, która jedynie tym róŜniła się od 
pozostałych, Ŝe osiemdziesiąt procent populacji firmy było zasmarkane i powłóczyło 
spojrzeniem a la królik albinos. 
Kolejna sobota oznaczała wyjazd na recital Jakuba. 
Zazwyczaj planowanie wszystkich wyjazdów zajmuje mi o wiele więcej czasu. Pomijając 
obawy, czy pod moją nieobecność nie wydarzy się w firmie coś, w czym musiałabym 
uczestniczyć, wyjazd w którąkolwiek ze stron ogromnego świata stawia mnie przed 
dylematem, co spakować. I nie chodzi tu wcale o oczywiste przedmioty, których miejsce jest 
w podróŜnej torbie, jak na przykład bielizna, 
161 
kosmetyczka czy ksiąŜka, ale o przedmioty, które mogą się przydać w sytuacjach, których 
nikt się nie spodziewa, ale ja wiem, Ŝe tam, gdzie jestem, tam są te sytuacje. Zupełnie jakbym 
woziła w torbie niewidzialny miniprzybornik z „Drobnymi Zdarzeniami". 
Moje dylematy polegają na tym, Ŝe nie mogę zabrać wszystkiego, muszę więc zdać się na 
intuicję i zapakować rzeczy, których prawdopodobieństwo uŜycia jest większe niŜ innych... 
Siedzę więc w pociągu na stacji w C, a w mojej torbie oprócz osobistych rzeczy jest: 
ciśnieniomierz; na wypadek gdyby któryś z pasaŜerów zasłabł do niego w komplecie krople 
na serce i cukierek z duŜą dawką kofeiny; kilka reklamówek, gdyby się okazało, Ŝe będą 
podróŜować ze mną dzieci, którym zrobi się niedobrze; obok reklamówek w małej kieszonce 
kolorowe cukierki, by te dzieci pocieszyć i imbirowe tabletki, by zapobiec podobnym 
wydarzeniom. W osobnej reklamówce mam kilka bułek z serem -wzięłam nieco więcej, na 
wypadek gdyby podróŜował ze mną ktoś głodny, a muszę przyznać, Ŝe zapowiadają się 
wyjątkowo smacznie, poniewaŜ wczoraj udało mi się kupić mój ulubiony Ŝółty ser. Jego 
wyjątkowość polega na tym, Ŝe skrzypi o zęby i jest spręŜysty, a według mnie te właśnie 
cechy sprawiają, Ŝe ser Ŝółty jest serem Ŝółtym. Zastanawiałam się kiedyś nad genezą mojego 

background image

upodobania i stwierdziłam, Ŝe mój gust niechybnie ukształtowały posiłki na którejś z kolonii 
letnich, które zawsze wspominam z sentymentem i wypiekami na twarzy. Z rzeczy 
przydatnych - niekoniecznie mi - mam kilka długopisów do rozwiązywania krzyŜówek i 
zapasowe opakowania nawilŜanych chusteczek higienicznych. 
162 
Bardzo lubię podróŜować, zwłaszcza gdy nie jestem kierowcą. Podpieram policzek dłonią i 
obserwuję wszystko za oknem w czasie, który jest mi dany przez pęd pociągu. Cieszę się, Ŝe 
mogę czasami pooglądać świat z uwagą, nie zerkając co chwila na zegarek... Poza tym 
podróŜowanie daje namiastkę pozostawiania za sobą wszystkiego, o czym nie chcę myśleć. 
JakŜe róŜni się to miarowe kołysanie od mojej nerwowej jazdy samochodem, tym bardziej Ŝe 
gdy zapada zmrok, nie lubię prowadzić. 
KaŜdego jesiennego wieczoru staję do pojedynku, w którym reflektory innych aut 
przesłuchują mnie raz po raz, wdzierają się za rozchylone poły kurtki albo popisują się 
ksenonowymi światłami. 
Moje nielubienie jazdy nocnej ma jednak zupełnie inne źródło, niŜ ktokolwiek mógłby 
przypuszczać. OtóŜ, gdy zostawiam za sobą regularne okręgi lamp ulicznych, na poboczach 
zaczynają pojawiać się dziwne rzeczy lub postaci. Nie byłoby moŜe w tym nic dziwnego, 
gdyby moje przywidzenia dotyczyły zjawisk nieistotnych lub przynajmniej takich, które w 
sprzyjających okolicznościach mogłyby zaistnieć, na przykład dodatkowe drzewo, którego tak 
naprawdę nie ma, albo lis... 
Tymczasem w ciepłych smugach pojawia się matka z dzieckiem... Matka ma około 
czterdziestu centymetrów wzrostu, a dziecko rozpoznaję po czułym, 
matczynymgeście.Kilometrdalejstojącanabaczność poduszka w kształcie herbatnika, którego 
ząbki są kształtne i zachęcające, niedaleko od niej Ŝółty pingwin... 
Nie pojmuję zasadności tych zjawisk. Czasami mam ochotę zacisnąć mocno powieki, by nie 
widzieć tego wszystkiego. Boję się, Ŝe nie opanuję odruchu 
163 
hamowania, gdy zaczną wchodzić mi na jezdnię. Gdyby nie to, Ŝe przestaję oddychać za 
kaŜdym razem, gdy poszycie stroszy pióra, pomyślałabym, Ŝe moja wyobraźnia chce mi 
pokazać ogrom niewykorzystanych moŜliwości... 
Swoją drogą są tacy, którzy muszą nieźle się natrudzić lub nawąchać, Ŝeby mieć takie 
„wizje", więc tak czy inaczej 1:0 dla mnie. Istnieje oczywiście ryzyko, Ŝe te projekcje to jakiś 
mój autodestrukcyj-ny program, którego koniec, a zarazem mój koniec, jest na drzewie lub w 
metalowym pocałunku czołowego zderzenia. 
Ale teraz jestem bezpieczna. Siedzę w ciepłym przedziale i wodzę wzrokiem po pustych 
miejscach wokół mnie. Czuję radosną ciekawość. Przede mną kilka godzin podróŜy, kilka 
godzin wolności i nie odpowiadania za czas, w którym dotrę, i miejsce, w którym się znajdę... 
Nagle w mój nostalgiczny spokój wdarł się tupot cięŜkich butów i raźno wykrzykiwane 
przekleństwa. Pięknie, pomyślałam, tylko błagam, nie ten przedział. 
Drzwi otworzyły się pod wpływem szarpnięcia. 
- Wolne?! - zakrzyknął młodzieniec w mundurze. 
-Uhmmm... 
- Ruchy, matoły, siadacie z tą panią! 
Obserwowałam, jak moja oaza na szynach zapełnia się zielonym kolorem ostrzyŜonym na 
zero, i podziwiałam bezczelność, z jaką moi współpasaŜerowie moszczą się w przedziale. 
Fantastycznie! Gdzie moŜna czuć się bardziej kobieco niŜ w przedziale z siedmioma 
Ŝ

ołnierzami, z których kaŜdy dzierŜy w dłoni puszkę z piwem? 

164 
Wszak za mundurem panny sznurem... Chryste, ale bagno! 

background image

Zapadło milczenie. Nie za bardzo wiedziałam, gdzie patrzeć. Postanowiłam patrzeć w okno 
najdłuŜej jak się da i poczekać na rozwój sytuacji, w końcu jest biały dzień, chłopaki nie są 
mordercami, tylko Ŝołnierzami na przepustce. Tak teŜ się stało. Po kilku chwilach zaczęli ze 
sobą normalnie rozmawiać, czyli tak jak rozmawiają Ŝołnierze na przepustce, po spoŜyciu: na 
pięć słów w zdaniu przypadały trzy przekleństwa. 
Po jakimś czasie, kiedy udało nam się wymienić uprzejme uśmiechy i równie uprzejme 
zapytania o miejsce podróŜy, jeden z nich zapytał drugiego: 
- Sikor, gdzie są, kurwa, pączki? 
- Kowal ma! 
- A gdzie jest, kurwa, Kowal? 
- W drugim przedziale! 
- To zapierdalaj i przynieś pączki! 
- Tajest! 
Słuchałam w osłupieniu. O wszystko mogłam ich podejrzewać, ale nie o miłość do pączków. 
Poza tym jakoś mi nie pasował ten duet: piwo i pączki. Pomyślałam, Ŝe moŜe to taki 
kryptonim kolejnych puszek z piwem, ale gdy Sikor wrócił do przedziału, w ręku trzymał ni 
mniej, ni więcej, tylko reklamówkę z pączkami. Poczęstował wszystkich kumpli i zwrócił 
reklamówkę w moją stronę. 
- Nie, dziękuję bardzo. - Uśmiechnęłam się potulnie. 
- No, weźnie pani jednego! 
- Ale naprawdę nie trzeba, przed wami dłuŜsza droga, zostawcie sobie na później. 
Popatrzyłam na ich miny. KaŜdy trzymał w rę- 
165 
ku pączka. Niektórzy mieli juŜ wianuszki lukru wokół ust, wyglądało to prześmiesznie i 
rozczulająco. Nie chciałam, by pomyśleli, Ŝe ten pączek to coś niestosownego, sięgnęłam 
zatem do reklamówki i wyjęłam lepki kształt przypominający racuszka. Przez jakiś czas nasz 
przedział rozbrzmiewał zgodnym, rytmicznym mlaskaniem. Taka banalna sytuacja... 
niedorzeczna i radosna. Uśmiechaliśmy się do siebie, oblizując językiem usta i było nam 
dobrze, ot, pączkowa chwila, jakich w Ŝyciu wiele... 
Gdy po pączkach zostały tylko ślady na naszych palcach, obdzieliłam wszystkich 
nasączanymi chusteczkami, które zmyły słodycz z opuszków i ust. 
Wróciłam do mojego świata zza pociągowego okna, a oni do swojego nie wykraczającego 
poza brązowy skórzany pas. 
PodróŜowanie, podróŜowanie... 
Zawsze kojarzy mi się z ucieczką. Z opuszczaniem czegoś. Z opuszczaniem Marty... Z 
opuszczaniem samej siebie... 
Lubię, gdy wiele rzeczy zostaje w tyle. To trochę jak z moimi karnetami, tylko Ŝe ja mam 
swoje opuszczania. Gdy jest mi źle, pakuję się i wyjeŜdŜam. Gdy czuję się bezpiecznie, a w 
tym tkwi niebezpieczeństwo, odchodzę. 
Za dwie godziny będę słuchać, jak Jakub śpiewa Ŝydowskie piosenki. Z wierną Ŝoną przy 
fortepianie i przekonaniem, Ŝe śpiewa całkiem nieźle. Bo rzeczywiście tak jest... Miło, Ŝe 
mnie zaprosił. Stanowią jedną z nielicznych par, które nie starają się mnie wciągać w 
beznadziejny wir uciech małŜeńskich, wspólnych wypadów i kawkowania. I oczywiście nie 
przekonują, Ŝe nic się nie stało. Nie chodzą w krok w krok ze słowami pocieszenia w stylu: 
166 
BoŜe, to straszne, normalnie ja bym umarła z pięć razy, no ale ty to się chyba trzymasz, co 
nie? Nie ma co się łamać, show must go on..." 
Tak, przedstawienie musi trwać. Dlatego jestem wdzięczna Jakubowi, Ŝe dzięki niemu będę 
mogła posłuchać skrzypienia scenicznych desek. 
A juŜ jutro będę z powrotem. Obiecałam Euzebiuszowi, Ŝe obejrzymy razem Świnkę Babę. 

background image

Wróciłam. 
Obolała z tęsknoty. 
Za czymś, co minęło. Co zostawiłam hen za sobą, ale co znalazło furtkę, małe pęknięcie w 
moim wytrwale tkanym płaszczu zapominania. 
Zrezygnowałam z windy i, by się zmęczyć, weszłam po schodach. 
Rozebrałam się. Poukładałam rzeczy na właściwe miejsca i poszłam pod prysznic. 
To trudne, gdy myślisz, Ŝe zdołasz tak wiele przewidzieć, tymczasem zdarzenia, których 
prawie nie zauwaŜasz, indukują w tobie Ŝale i tęsknoty. Jestem gotowa nie odezwać się ani 
słowem do końca Ŝycia do osoby, która świadomie lub nie stan taki u mnie sprowokuje. 
Ale na razie nie mam nikogo... nie mam nikogo... 
Mokra, w byle jak zawiązanym szlafroku usiadłam przy biurku i pomyślałam o mojej 
tęsknocie. 
Potrafię tęsknić. Jest mi to potrzebne do przeraŜenia samej siebie, jak mocno mogę to robić i 
co by było, gdybym się kiedyś temu poddała bez moŜliwości powrotu. Jest taka scena w 
filmie Fortepian. Bohaterka wychodzi na dwór, patrzy na drzewa, poza nie, w niebo... tak 
naprawdę nie wiem gdzie, bo 
167 
jest odwrócona tyłem, i wszystko zaczyna w niej tęsknić. Tęskni rozłoŜysta sukienka, ręce w 
wąskich rękawach i ciasno upięty połyskujący kok. Nie sądziłam, Ŝe włosy mogą tak tęsknić, 
a prawie czułam, jak kaŜdy, pojedynczy kosmyk zaczyna falować i obierać wiadomy 
kierunek... 
Jakie to śmieszne. Ktoś, kto oglądał ten film, być moŜe uwaŜa go za mało ciekawy, a dla mnie 
za kaŜdym razem jest nowym odkryciem. ZauwaŜam nowe szczegóły, które wcześniej 
umknęły mi, bo przymykałam powieki, zbliŜając usta do gorącego kubka, słyszę nowe 
dźwięki, które wcześniej wystraszył tupot Euzebiuszowych nóg... 
Czasami zabieram do auta ścieŜkę dźwiękową z tego filmu i po raz kolejny czuję, Ŝe w jakiś 
sposób mieści w sobie to, co opowiedziałabym o sobie, gdybym była muzyką. Mam w 
związku z tym ogromny dylemat, bo jest tyle klasycznych, wielkich, ambitnych dzieł 
muzycznych, a ja tę lubię najbardziej, ta właśnie przylgnęła do mnie jak babie lato do rzęs. 
Czy to nie wstyd? Czy nie powinnam była wybrać sobie Bacha lub Mozarta? PrzecieŜ 
uwielbiam Amadeusza, a moŜe Preisner, przecieŜ Niebieski i Fortepian dotykają się na półce 
opuszkami klawiszy... ach, teraz zauwaŜyłam. Podniosłam wzrok na półkę, na której stoi 
kilka filmów, a trzy z nich tworzą przedziwną kompilację. Niebieski, Fortepian, Pod 
słońcem... Niebieski fortepian pod słońcem... 
I zrobiłam coś, czego nie powinnam robić. Wzięłam do ręki telefon i wystukałam słowa: 
„Gdyby istniał na świecie człowiek, nie potrafiący tęsknić, jedna moja łza uczyniłaby go 
chorym z tęsknoty". I wysłałam. Patrzyłam, jak mały ekran poinformował mnie, Ŝe 
wiadomość dostarczono. 
168 
Dziesięć minut później otrzymałam odpowiedź: Wiem o Twojej tęsknocie więcej, niŜ Ci się 
wydaje, ale nie dajesz mi szansy, bym Cię o tym przekonał, J." 
W tej chwili było mi wszystko jedno. Przez jedną małą chwilę stałam się bezbronna. 
Gdyby teraz zadzwonił i zapytał, czy moŜe przyjść, pewnie bym mu pozwoliła. Nastała 
chwila mojej słabości; kto wie, czy nie będę musiała za to zapłacić jeszcze dłuŜszą i głębszą 
chwilą samotności później. Kochałabym się z nim samotnie i słodko, rozwaŜając pomiędzy 
oddechami, jak łatwo mogłabym go stracić... Zwinęłam się w kłębek na łóŜku. Schowałam w 
moje cielesne królestwo, w którym panuję niepodzielnie i ofiarowuję sobie tyleŜ łaski, co 
cierpienia. Objęłam się ramionami i podkuliłam nogi. Wszystkie moje egzotyczne kolonie, 
stopy znające ciepło rozgrzanego latem piasku i dłonie rozrywające tropikalne owoce, były 
teraz przy mnie. Ale Joachim nie napisał nic więcej. CzegóŜ innego mogłam się spodziewać, 

background image

traktując go tak, a nie inaczej. Nie zdziwiłabym się, gdyby po odpisaniu na mojego SMS-a 
przytulił się do Ŝony, kochanki, jakiejś jednej z wielu, zwykłych i niezwykłych... Zaczynam 
odczuwać strach. Zaczynam się bać. Po raz kolejny moje sny i troski wypełzają z mojego 
umysłu, gdy śpię, i rozmnaŜają się w ciemności pokoju; i nawet Euzebiusz ich nie płoszy... 
Łapię się na tym, Ŝe nie zmieniam poszewki na poduszkę, która jest uszyta z zielonej kory. 
Jestem zbyt świadoma tego, Ŝe zasypiam na niej z przytulonym policzkiem i niemą prośbą, by 
jej specyficzna, pofalowana powierzchnia wyzwalała sny o krokodylu. Tylko dzięki niej 
mogę mieć nadzieję, Ŝe uda mi się przeniknąć do tamtego świata i spróbować coś zmienić. 
169 
W szafce, gdzie trzymam proszki, zieje pustką, moŜe to dlatego. Nie potrafię przypomnieć 
sobie, czy po-winnam iść do lekarza, czuję, Ŝe powinnam, Ŝe był jakiś termin, ale z kaŜdym 
dniem wydaje się to coraz mniej realne. Euzebiusz, uczepiony róŜowymi łapkami klatki, 
popatrzył na mnie jak więzień. 
- Euzebiuszu, kto ci obciął ogonek? - zapytałam. - Czy to czasem nie było tak, Ŝe miałeś być 
myszką, ale Matka Natura zbyt późno się zreflektowała, Ŝe myszkę juŜ ma, więc postanowiła 
być oryginalną i zmieniła choć to: obcięła ci ogonek? Nie martw się, jest śliczny, ładnie 
zakończony. Zobacz - wystawiłam stopę w kierunku klatki - widzisz mój mały palec? Nie ma 
w nim paznokcia. Nigdy nie było. W moim przypadku postanowiono, Ŝe skoro ma być tak 
mały, prawie niewidoczny, to lepiej, by nie było go wcale. 
Zwierzątko poruszyło wąsikami, zaskoczone brzmieniem mojego głosu w pustym 
mieszkaniu, i umknęło do domku. 
A więc zaczęło się. Rozpoczął się kolejny proces uciekania. Zaczynam wnikać do świata 
drobiazgów, zaczynam mościć sobie legowisko w sierści Euzebiusza, zaczynam odpływać, 
przywiązywać się na siłę do elementów, które w razie niebezpieczeństwa bycia usidloną, 
wyciągną mnie z tego. Przez moment miałam wraŜenie, Ŝe potrafię z tym walczyć, ale było to 
tylko mgnienie prześwietlonej powieki. Nie chcę walczyć. Bo z całą świadomością chcę być 
samotna. A ludzie dookoła przekonują mnie, Ŝe tak być nie moŜe, Ŝe człowiek nie powinien, 
ba, nie ma prawa być samotnym. Ale ja sądzę inaczej. Człowiek powinien być szczęśliwy, 
nawet jeśli jego szczęście to szczęście samotne... MoŜe nie szczęście, nie, moŜe 
170 
spokój... tak, spokój... Człowiek powinien być spokojny, nie powinien się zrywać z 
oszołomieniem w sercu i gnać przez Ŝycie, by na końcu dowiedzieć się, Ŝe odpadł mu tyłek. 
ś

ona Jakuba opowiadała kiedyś taki Ŝart. Pewnego dnia urodził się chłopiec, który zamiast 

pępka miał srebrną śrubkę. Gdy podrósł na tyle, by móc zadawać pytania, zapytał swoją 
matkę: „Mamo, dlaczego, zamiast pępka mam srebrną śrubkę?" Mama odpowiedziała: „Nie 
wiem, kochanie, ale za lasami i za górami jest czarodziejka, ona odpowie ci na to pytanie". 
Chłopiec wyruszył w drogę. Mijały lata. Dotarł w końcu do miejsca, w którym Ŝyła 
czarodziejka, ale gdy zadał jej to samo pytanie, które zadał matce, ta odpowiedziała: „Nie 
wiem, chłopcze, ale za morzami, hen, daleko, mieszka mędrzec, on będzie znał odpowiedź". 
Wyruszył więc w drogę ponownie, juŜ jako młody męŜczyzna. Dotarł po wielu latach za 
morza i odnalazł mędrca. Ale i ten nie znał odpowiedzi na nurtujące męŜczyznę pytanie. Dał 
mu jednak kolejną wskazówkę. Na KsięŜycu mieszka stworzenie, które mu pomoŜe. 
Pragnienie dowiedzenia się, dlaczego zamiast pępka ma srebrną śrubkę, było tak silne, Ŝe 
męŜczyzna wyruszył w podróŜ na KsięŜyc. Maszerował po nim bardzo długo, aŜ w końcu 
odnalazł stworzenie, które wskazało mu miejsce ukrycia odpowiedzi. MęŜczyzna juŜ jako 
starzec dotarł do wskazanego miejsca i odgarnął dłońmi księŜycowy pył. Jego oczom ukazał 
się specjalny klucz, pasujący do jego śrubki. PrzyłoŜył do niej klucz i przekręcił. Gdy to 
zrobił, odpadł mu tyłek. Gdy wszyscy dookoła dosłownie rŜeli ze śmiechu, ja musiałam starać 
się, by w moich oczach nie wezbrały łzy. Dlaczego ich to śmieszyło? Co ich tak śmieszyło? 
Czy nikt z nich nie 

background image

171 
dostrzegł tragedii tego człowieka? Całe Ŝycie spędził na szukaniu odpowiedzi, a tymczasem 
jego wędrówka została ośmieszona, okazała się bezsensowna. Czy nikt z nich nie dostrzegł 
analogii do naszego Ŝycia, Ŝe nie wszystko kończy się happy endem? 
Nie dostrzegli tego. Widzieli tylko głupka, który szwendał się po świecie, a na końcu nie było 
mistycyzmu, tylko brak dupy. Po prostu. 
Mam nadzieję, Ŝe świat przygotował dla mnie coś więcej niŜ kluczyk na KsięŜycu. 
Zasypiałam. A ostatnim obrazem, który widziałam, była doniczka, w której rozkrzewiła się 
zielona soczysta bazylia, ta sama, w której bywa od czasu do czasu Joachim. 
Rano oczekiwała na mnie wiadomość od Joachima: „Myślę, Ŝe dobrze byłoby się spotkać. 
Podaj czas i miejsce". 
Odpisałam: „Przy Tortach Pana Stefana. Musisz odnaleźć. Nie będziesz miał problemu, skoro 
dowiedziałeś się, gdzie mieszkam. Godzina 19.00". 
Pomyślałam, nie wiadomo dlaczego, o tym małym szarym zaułku, który mijam po drodze, ale 
tylko wtedy, gdy idę pieszo. Na starej obdrapanej kamienicy widniał napis: Torty serowe 
Pana Stefana. Zaszłam tam kiedyś zwabiona szyldem, którego wykonanie nie miało nic 
wspólnego z prawidłami reklamy, a tym bardziej atrakcyjnością. Zapukałam. Drzwi otworzył 
mi męŜczyzna około pięćdziesięcioletni, o śniadej karnacji, z łobuzerskim uśmiechem i 
charakterystycznymi bruzdami nosowo-wargowy-mi. Poczułam lekki zapach alkoholu. 
- Dzień dobry, chciałam zamówić tort - powie- 
172 
działam lekko, choć wcale takiego zamiaru nie miałam. 
-Proszę wejść - powiedział męŜczyzna, zapraszając szerokim gestem do środka. 
Gdy szedł przede mną, zauwaŜyłam, Ŝe kuleje. 
- Jaki tort panią interesuje? 
-Jeszcze nie wiem, proszę mi trochę opowiedzieć o tych tortach... Jak pan je robi, z czego, ile 
waŜą, ile kosztują... 
- A torty, droga pani, to ja robię z twarogu, tak jak stoi na szyldzie. Spód jest biszkoptowy, a 
przybranie z czerwonej galaretki, a masa twarogowa jest śmietankowo-kakaowa. Co do ceny, 
to róŜnie, bo płaci się za kilogram, więc w zaleŜności, jaki duŜy tort... 
- Chciałabym taki mały, zupełnie mały, najmniejszy, jaki moŜe pan zrobić. 
- Półkilowy, mniejszego nie dam rady - powiedział i otworzył wysoką szafkę poŜółkłą od 
starości. Wyjął z niej metalowy okrąg przypominający obroŜę. - O, widzi pani, to najmniejsza 
forma. 
- Dobrze, niech będzie... 
- Jaki ma być napis? 
- Napis? 
- No, na przykład „Justysi z okazji piątych urodzin", lub coś w tym rodzaju, chociaŜ z góry 
uprzedzam, Ŝe cudów nie zdziałam, bo miejsca na pisanie będzie mało, no chyba Ŝe ma to być 
tylko cyfra, na przykład osiemnaście i na przykład na pani urodziny... 
- Och, jest pan bardzo miły. - Uśmiechnęłam się. 
- A tam miły, taką fajną babeczkę to ja bym tu od razu do pokoju zaciągnął i nie wychodził z 
niego przez tydzień - rozkręcił się pan Stefan. 
173 
- O tak, z pewnością. - Zaśmiałam się w głos. 
- Nie wierzy mi pani? Przed rokiem umarła mi mama - zasmucił się - a ona zawsze 
powtarzała: „Synku, moŜe być rozwódka, wdowa, kochanka, ale pamiętaj: cnotliwa, synku, 
cnotliwa..." Ja tam wiedziałem, Ŝe mamusi nie chodziło, Ŝe ma być dziewicą, tylko, Ŝe ma być 
cnotliwa z zachowania... i tak sobie pomyślałem... 

background image

- Panie Stefanie, co teŜ pan wygaduje? Nie uwierzę, Ŝe nie ma pan godnych kandydatek na to 
miejsce... 
-A tak, zdziwiłaby się pani, bo nie mam, ale zmuszać pani nie będę. Tylko proszę rozwaŜyć, 
czy w sprzyjających okolicznościach... 
- Obiecuję, panie Stefanie - powiedziałam łagodnie - jeśli tylko nadejdą sprzyjające 
okoliczności, odwiedzę pana, a póki co poprzestanę na torcie, dobrze? 
- Tak, tak, oczywiście, juŜ zapisuję, na kiedy ma być i dla kogo... 
Obserwowałam, jak krząta się po małym pokoiku, w którym ustawione były dwa stoły, a na 
nich wysłuŜona, choć czysta cerata z winogronami. Na półkach nad nimi - róŜnego rodzaju 
formy i papierowe aŜurowe serwetki. Pan Stefan zapisywał moje zamówienie w zeszycie z 
kolumną Zygmunta na okładce i kratką tak wyblakłą, Ŝe pewnie nie wiedział, Ŝe w ogóle tam 
jest. Przez uchylone drzwi zobaczyłam drugi pokój. Polakierowana na wysoki połysk komoda 
z zasuwanymi szybkami, za którymi poustawiane były figurki Matki Boskiej, obrazki 
ś

więtych i karafka z kryształu. Wzorzyste poduszki na tapczanie i zasuszony bukiet hortensji 

na stole. 
174 
Nie zastanawiałam się wtedy, jakie torty robi pan Stefan, ale obserwując skromność tego 
miejsca, wyobraŜałam sobie, Ŝe nie mogę spodziewać się zbyt wiele. A mimo to zostałam 
mile zaskoczona. Tort, choć prosto udekorowany i rzeczywiście nie największych - zgodnie z 
moim wyborem - rozmiarów, rekompensował wszystko smakiem. Był wprost przepyszny. 
Niezbyt słodki, z serem roztartym gładko na jednolitą masę. Tort podzieliłam w firmie na 
cztery części i obdzieliłam nim siebie, Dominikę, Joannę i Rafała. Tak, Rafała, tego samego. 
Nie mogłam przejść obojętnie nad jego błagalnym wzrokiem. 
Tak więc, umówiłam się z Joachimem w zaułku, gdzie czas stoi w miejscu, torty są gładkie na 
języku, a pan Stefan proponuje co bardziej cnotliwym kobietom wiśniówkę własnej roboty i 
amory na postkomunistycznym tapczanie. Wybornie. 
Dzień mijał mi niespiesznie. 
Firma cieszyła się z nagrody, jaką przyznało nam branŜowe czasopismo, za najbardziej 
oryginalną reklamę telewizyjną i prasową. Kosma kraśniał z dumy, a dyrektor klepał go po 
plecach, mówiąc, Ŝe zawsze w niego wierzył. Próbowałam nie pamiętać o jego 
wcześniejszych obiekcjach co do reklamy i o pakcie zawiązanym z kadrową. „Było, minęło" - 
jak to zwykł mawiać Richard Fish w serialu Al-ly McBeal. 
W południe wpadłam na zaaferowaną Dominikę, która wysłała list gończy za Rafałem i do tej 
pory nikt nie dostarczył go Ŝywego lub martwego. 
- Widziałaś Rafała? - zapytała. 
175 
- Nie, nie widziałam go od rana... 
- Cholera, czekam na zestawienie reklamacji, Ŝeby wystawić faktury korygujące... 
- To moŜe masz chwilkę na kawę? Nie jadłam jeszcze śniadania i przyznam szczerze, nie 
mam ochoty na nie, ale upolowałam dziś roŜki w czekoladzie z duuuŜą ilością alkoholu, co 
stanowi słodką alternatywę dla zakazu picia w pracy. Więc moŜe zechcesz upić się ze mną? 
- A kalorie? - mruknęła nie do końca zdecydowana. 
- A endorfiny? 
- A obwód w talii? 
- A przyjemność? Daj spokój, idziemy... Zrobiłam kawę i obserwowałam, jak Dominika 
bierze w swoje długie smukłe palce czekoladowe ciasteczka i smakuje je powoli. Kobiety 
odmawiają sobie tylu przyjemności związanych z jedzeniem, a przecieŜ mają wraŜliwość 
stworzoną do smakowania. 
- Udało ci się porozmawiać z Igorem? - zapytałam. 
- Uhmm - mruknęła i oblizując usta, dodała: -Spędził ze mną sobotni wieczór i noc... 

background image

-I jak? 
- Zajebiście. Trzeba przyznać, Ŝe nijak nie potrafię zrozumieć kontrastu pomiędzy jego 
ugładze-niem, kiedy jest w pracy, a szczodrością, jaką mi okazał, gdy byliśmy sam na sam, 
nie mówiąc juŜ o cudownym ciele... Naprawdę... Spałam z wieloma facetami, a ten nie dość, 
Ŝ

e jest piękny, to jeszcze wie, Ŝe łechtaczka to nie ostryga, którą trzeba siłą wyssać z muszli... 

- Dominika... - wyszeptałam, jednocześnie oglądając się za siebie. 
176 
-Nie przejmuj się, i tak wszyscy plotkują, Ŝe mamy romans. Widziałam, jak dziewczyny 
reagują, gdy się o coś spieramy, dosłownie zamierają. Stawiają uszy na sztorc i boją się 
przełknąć ślinę, by nie uronić ani jednego słowa, zwłaszcza Ŝe czego jak czego, ale tych 
ostrych mam całą gamę. Z drugiej strony pewnie Ŝałują, Ŝe nie mają popcornu. Więc tak 
naprawdę mam w dupie to, co będą o nas opowiadać. 
-No tak... uroki Ŝycia biurowego, uroki bycia piękną, ambitną i pociągającą... - Uśmiechnęłam 
się. 
-Wiesz, czasami się cieszę, bo przynajmniej nie muszę się bać, Ŝe ich uczucia są nieszczere. 
Nie mogą mnie niczym zaskoczyć, bo wszystkie ich zachowania są przewidywalne, jeśli 
rozumiesz, co chcę powiedzieć... 
-Rozumiem, rozumiem... Lepiej, Ŝe sączą jad otwarcie, niŜ miałyby go zbierać, a później wlać 
ci do herbaty. 
- OtóŜ to, moja droga. 
- Wracając do Igora, mieliście czas, by porozmawiać o byciu razem? 
-Tak jakby. 
- To znaczy? 
-Wiesz, Greta, jak to jest. Spędzasz z kimś cudowny wieczór, pijecie wino, atmosfera staje się 
gorąca, nie pragniesz niczego innego poza dotykiem ust, później się kochacie i jest jeszcze 
lepiej, pasujecie do siebie, wasze ciała dają wam rozkosz... 
Zamilkła na chwilę. 
-I leŜycie po wszystkim razem, wtuleni w siebie... i jest tak dobrze, Ŝe aŜ nierealnie, Ŝe 
zamiast cieszyć się z tego, co masz, zaczynasz myśleć, jak 
177 
bolesne będzie przebudzenie i jak łatwo warkniecie na siebie juŜ dnia następnego... Cholera. 
Naprawdę chciałabym spróbować, ale zwyczajnie się boję. Boję się przekonać, Ŝe to nie dla 
mnie, Ŝe tak bardzo rozzuchwaliłam się w swojej próŜności i komforcie samotności, Ŝe nic 
innego nie będzie dla mnie dość dobre. Nie wiem, czy uda ci się zrozumieć, co chcę 
powiedzieć... Nie chcę tracić energii na sytuacje, których rokowania są niepomyślne, i 
poszerzać grono osób niezadowolonych i rozczarowanych. Po prostu nie wchodzę do tej 
rzeki... 
Popatrzyłam na jej ładną twarz i piękne włosy. Rozumiem ją doskonale. Ja teŜ wolę 
samotność, choć z innych powodów, ale byłabym hipokrytką, próbując ją nawracać i zmuszać 
do zmiany stanowiska. Mogę tylko słuchać i zadawać pytania. 
- Nie martw się, wszystko się ułoŜy - powiedziałam. - Jeśli macie być razem szczęśliwi, na 
pewno tak się stanie, tylko, jeśli mogę ci coś doradzić, próbuj. Nie Ŝyć razem, ale być razem, 
zawsze wtedy, gdy odczuwasz potrzebę, by być blisko z drugim człowiekiem. MoŜna nie być 
w związku, ale trzeba umieć być. Nawet przez chwilę, nawet jeśli dany czas to czas do 
ostatniego łyka kawy, taki jak właśnie nam się przydarzył - powiedziałam, przechylając 
ostentacyjnie kubek na znak, Ŝe juŜ nic nie zostało. 
Wstałyśmy z miejsc i ruszyłyśmy do swoich obowiązków. W progu Dominika zapytała: 
- Ta Praga wciąŜ aktualna? -Tak... 
- Szkoda... - odpowiedziała. 
* * * 

background image

178 
Do końca tego dnia prześladowało mnie przeświadczenie, Ŝe mój opór, moja walka słabnie, 
Ŝ

e być moŜe moje ucieczki są bezsensowne. ChociaŜ z drugiej strony, skoro sensem mojej 

egzystencji jest bycie nieprzywiązaną do ludzi i niemartwienie się o nich, to moje 
postępowanie kieruje się jakąś pokrętną logiką, no tak, zwłaszcza Ŝe słowa „logika" i 
„pokrętna", są jak mięso i śliwka, ale zaraz... mięsa podaje się czasami ze śliwką... ach, do 
licha! 
Do domu wróciłam z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony czułam coś na kształt 
oczekiwania i ciekawości, co teŜ się wydarzy, z drugiej strony, jakaś część mnie była 
przekonana, Ŝe nic nie zdoła mnie zaskoczyć i nie nastąpi Ŝadne trzepotanie, które zmieniłoby 
mój stosunek do Joachima. 
Oczywiście ujmował mnie swą „wiernością", oryginalnością w utrzymywaniu więzi, mimo 
wszystko... Pozostawało teŜ we mnie wielkie niespełnienie tamtego wieczoru, kiedy byłam z 
nim tak blisko i kiedy mogłam go zaspokoić, kochać, być z kimś przez chwilę, kimś 
wyjątkowym, kto nie będzie chciał deklaracji i nie zapyta: „Jak było?" lub: „Co będzie dalej?" 
Ten świat, niby taki przewidywalny, niby bez skrupułów moralnych, z upiornie prostym 
uwodzeniem i z równie upiorną łatwością zapominania „po wszystkim"... I nagle okazuje się, 
Ŝ

e zawsze moŜna trafić na osobę pragnącą bliskości, mimo Ŝe nie przeszkadza jej to pójść do 

łóŜka z kobietą poznaną godzinę wcześniej. 
Tak. Takie sytuacje najlepiej świadczą o tym, jak ludzie lgną do siebie. 
179 
A moŜe nie mam racji. PrzecieŜ nie znam Joachima. Nic o nim nie wiem poza tym, co 
podpowiada mi intuicja, i drobnymi przejawami jego egzystencji w moim świecie. 
Poza Euzebiuszem, którego muszę wynosić czasami na noc do kuchni, bo talarki marchewki 
chowa w domku, po czym biegnie za niego i wygrzebuje wszystkie krąŜki, i zanosi do domku 
jeszcze raz, i znów biegnie za domek. Pewnie myśli, Ŝe za domkiem są złoŜa pokrojonej w 
talarki marchewki... 
Jak mały świat tworzymy. Ja, Euzebiusz i Joachim. 
Myślałam o tym, siedząc na podłodze przed otwartą szafą. 
Patrzyłam na wiszące rzeczy i zastanawiałam się, co na siebie włoŜyć. Jaka duŜa ta szafa. 
Pełna poplątanych nogawek i rękawów. Pełna przebrań na róŜne okazje, przesiąknięta moimi 
oczekiwaniami lub niespełnieniem... Z zakopanym w rogu kartonikiem po butach. 
Przechowuję w nim jakieś listy, tak sądzę, dawno tam nie zaglądałam. Kiedyś przez 
przypadek nieomalŜe to zrobiłam. Wieszałam torebkę, która się zsunęła i upadła na ten 
karton. Uderzając, zahaczyła i uniosła lekko wieko. Przez chwilę nie wiedziałam, co zrobić. 
Podniosłam delikatnie torebkę, a później równie ostroŜnie zamknęłam kartonik. 
Nie chciałam wiedzieć, co w nim jest. ZaleŜało mi, by był, ale nie chciałam sobie 
przypominać, co moŜe w nim być... 
Tak jak teraz... Chcę spotkać się z Joachimem, ale nie chcę wiedzieć nic więcej. Skoro juŜ 
jest, niech będzie jeszcze przez chwilę lub tak długo, jak zechce, bez gwarancji oczywiście, Ŝe 
ja będę tego 
180 
chciała równie mocno jak on, ale nic dalej, nic, co jest poza kartonikiem... 
Poszłam do łazienki. 
Stanęłam naga przed lustrem. 
Popatrzyłam na siebie. JuŜ nie krytycznie, tak jak kiedyś. Popatrzyłam z przyzwyczajeniem, 
jak na coś, czego mogę być pewna, jak na talizman, który mam zawsze przy sobie. 
Przyjemnie jest wiedzieć, Ŝe mogę liczyć na moje ciało, Ŝe choć nie idealne, nigdy mnie nie 
zawiedzie, Ŝe dostarczy przyjemności i Ŝe potrafi dać przyjemność innej osobie, Ŝe ma 
właściwą temperaturę i program czułego przytulania. Moje ciało... Przez ostatnie lata ani razu 

background image

nie pomyślałam, Ŝe mnie nie zadowala, Ŝe mam mu coś do zarzucenia. Dbam o nie, a ono dba 
o mnie. Jesteśmy na właściwym miejscu... Lubię tak myśleć. Mam komfort nieoglądania się, 
nierozpamię-tywania, niewracania do tego, co bolesne, co niezrozumiałe... 
Zebrałam włosy i upięłam wysoko. 
Odkryta szyja jest moim kompromisem na przymknięte serce. 
Byłam przed czasem. 
Stanęłam pod starym daszkiem, który ochraniał mnie przed deszczem, ale poniewaŜ nie był 
wystarczająco długi, tłuste krople z niego spadające rozrywały się tuŜ przy moich stopach, 
zraszając półbuty. 
Wpatrywałam się nie uparcie, by nie patrzeć, czy nadchodzi Joachim. 
W oknie tortowni pana Stefana poruszyła się zgrzebna firanka, a z drzwi sąsiedniej kamienicy 
181 
wyszedł czteroletni maluch w zielonych gumowcach, ciągnąc za sobą czerwonego 
plastikowego słonia na kółkach. Słoń przewracał się z boku na bok, czasami jechał na głowie, 
czasami na zwichrowanym ogonie, ale malec zdawał się tego nie dostrzegać. 
Gdy mnie zobaczył, skierował kroki w moją stronę. Dźwięk szurającego po mokrym 
chodniku słonia był nie do zniesienia. 
Chłopiec podszedł do mnie i powiedział: 
- To jest Wiklus, wychodzę z nim, tylko gdy pada, bo mama zabrania mi wynosić inne 
zabawki, Ŝeby się nie zmoczyły i nie zniszczyły... Wiklus lubi deszcz... 
Popatrzyłam na zasmarkany nosek, zielone kalosze i przewróconego Wiklusa. 
- Czy Wiklus zawsze tak się przewraca? - zapytałam. 
Chłopiec pokiwał głową, a później dodał: 
- To przez włóczkę od Dyzia. 
- Przez włóczkę od Dyzia... - powtórzyłam. -Tak, przez włóczkę od Dyzia... Wiklus bawił 
się z nim kiedyś, a Dyzio ma ogon z włóczki, mama mu zrobiła, no i jak się bawili, to ogon 
Dyzia wkręcił się w kółko Wiklusa i tak się porobiło mocno, Ŝe tej włóczki nie moŜna było do 
końca zdjąć. I teraz to kółko źle jeździ i dlatego Wiklus się przewraca. 
Mały chłopczyk odetchnął po wypowiedzianej jednym tchem kwestii. 
Uśmiechnęłam się do niego. 
- TeŜ byś chciała mieć takiego? - zapytał. 
- Tak, ale nie słonia... 
- A ja wiem, co byś chciała mieć. 
- Co takiego? - zaciekawiłam się. 
182 
-Krokodyla, zielonego jak moje kalosze krokodyla - odparł. 
Zamarłam przez moment. Te słowa wdarły się w moją świadomość jak nieoczekiwany 
dźwięk, jak coś, przed czym nie moŜesz się schować lub obronić. 
Malec uśmiechnął się dziwnie, przeszywając mnie wzrokiem na wskroś, a później powiedział: 
- Nie lubisz krokodyli? One są dobre na deszcz, bo nie boją się wody. Wiklus czasami jest 
zły, Ŝe go ciągnę za sobą w taką pogodę. Ale jak nie chcesz krokodyla, to moŜe... to moŜe... 
Chłopiec włoŜył brudny palec do ust i cmokał go przez chwilę. 
A ja ukucnęłam, nie bacząc na to, Ŝe poły płaszcza spoczęły na brudnym, mokrym chodniku. 
Miałam twarz na wysokości twarzy dziecka. 
Zastanawiałam się, jak to się dzieje, Ŝe we współczesnym świecie obok szybkich procesorów, 
podaŜy i popytu, obok kultu ciała i kultu nieprzeciętnych i wyciskanych do ostatniej kropli 
umysłów istnieje równoległy świat, w którym włóczka wplątuje się w koło Wiklusowi, a 
czterolatki wiedzą duŜo o zielonych krokodylach... 
- Dlaczego płaczesz? - zapytał chłopiec. 

background image

- Nie płaczę, coś wpadło mi do oka - powiedziałam, opuszczając głowę w lekkim 
zawstydzeniu. 
-Mama teŜ tak mówi, gdy tata wraca pijany, a jak pytam, co jej wpadło, to mówi za kaŜdym 
razem, Ŝe mucha, a przecieŜ muchy są tylko w lecie... 
-To takie specjalne muchy, które wpadają, gdy jest ci smutno - wyjaśniłam. 
- Niewidoczne muchy? - upewnił się. 
- Całkowicie niewidoczne, wiesz o nich dopiero wtedy, gdy wpadną. 
183 
Patrzył na mnie przez chwilę, chcąc się upewnić, czy nie odwołam wszystkiego albo się nie 
roze-śmieję. 
Ale wiedziałam, Ŝe to, co powiedziałam mu o niewidocznych muchach, jest mu bardzo 
potrzebne. 
Chwilę potem odwrócił się i pomaszerował dalej, ciągnąc za sobą wrzeszczącego 
niemiłosiernie słonia. Nawet gdy zniknął za zakrętem, wciąŜ słychać było szuranie. 
Wyprostowałam się i podniosłam głowę do góry. Ciemne, brzemienne w kolejne opady 
chmury przesuwały się i przenikały wszystkimi odcieniami szarości. 
Przymknęłam powieki, by na moment zapomnieć. 
Z odrętwienia wyrwał mnie głos Joachima: 
- Greta, co się stało z twoim płaszczem? 
Popatrzyłam na niego, przez moment nie wiedząc, dlaczego tu jestem, a później, gdy juŜ 
dotarło do mnie, Ŝe oto stoi przede mną Joachim, sprawca mojego zaniepokojenia 
uczuciowego, powiedziałam tylko: 
- To przez Wiklusa w zielonych gumowcach. Podszedł, objął mnie i mocno przytulił. 
- Bardzo za tobą tęskniłem. Były dni, Ŝe myślałem, Ŝe robię to całe Ŝycie i będę robił tak 
długo, dopóki cię znów nie spotkam... 
Przytulił swój policzek do mojego i rozkołysał mnie lekko. 
- Chodź, pójdziemy w jakieś ciepłe i przytulne miejsce, musimy porozmawiać, muszę ci się 
poprzy-glądać, dobrze zapamiętać, zanim znów znikniesz na nie wiem jak długo. 
Ujął moją dłoń i poprowadził. 
184 
Od tej pory Zakątek Tortów Serowych Pana Stefana stał się dla mnie swoistym portalem, 
łączącym dwa światy. Miałam nadzieję zachodzić tu częściej i mieć okazję porozmawiać z 
małym chłopcem. 
Joachim zaprowadził mnie do lokalu, w którym pachniało świeŜymi ziołami. Jak się później 
okazało, pokryte nimi były wszystkie parapety. Bazylia, oregano, cząber, rozmaryn, szałwia... 
Wszystko w mniejszych i większych doniczkach. W doniczkach ceramicznych i blaszanych, 
w wiaderkach i kubkach, we wszystkim, co mogłoby przyjąć w siebie mieszaninę ziemi i 
korzeni, a w zamian zyskać zapach i zieloną czuprynę. 
Usiedliśmy w kącie, tak by po obu stronach mieć okna z zielonością. 
Poprosiłam Joachima o komfort niepodejmowania decyzji co do zamówienia. 
Patrzyłam na jego usta, gdy zamawiał dla nas dwie kawy po andaluzyjsku i trzy rodzaje 
róŜnych czekolad, z których kaŜda była gorzka, ale za to stanowiła prawdziwy smakołyk ze 
względu na oryginalne dodatki. 
Jedna była, na przykład, z dyniowymi wiórkami... Słodkie Halloween. 
Czekając na kawę, czekałam na pierwsze pytanie, które jak się spodziewałam, powinno paść. 
- Dlaczego nie chciałaś się ze mną spotkać, dlaczego nie odpisywałaś? - zapytał w końcu. 
Zastanowiłam się przez moment nad szczerością odpowiedzi. 
- Bo nie chcę związku... nie chcę mieć nikogo na stałe, a ty jesteś facetem, który się angaŜuje, 
który będzie miał oczekiwania wobec mnie, będzie starał się sklejać kawałki ze swojego i 
mojego Ŝycia, tak by 

background image

18 
powstała całość. A mi się wydaje, Ŝe to ciągle byłyby kawałki, złączone na siłę, ale wciąŜ 
inne... Tak myślę... Nie potrafię z nikim być, nie znasz mnie. Ja nawet gdy jestem naga, mam 
ze sobą kufer tajemnic, win i wyrzutów sumienia. Powiedzmy, Ŝe wspaniałomyślnie chcę ci 
zaoszczędzić rozczarowania co do mojej osoby, a takŜe wszelkich trywializmów, ale to juŜ 
wiesz, a przynajmniej powinieneś pamiętać z naszego pierwszego... pierwszego i ostatniego 
spotkania. śadnych banałów. A wierz mi, rozstania zawsze są banalne. Po prostu ktoś 
odchodzi. Więcej i dalej juŜ nic nie ma. 
- Nie ma w tobie chęci przekonania się, Ŝe moŜe być inaczej, Ŝe warto próbować, bo moŜe 
właśnie teraz jest właściwy moment? 
- Nie, bo tu nie chodzi o właściwych męŜczyzn, tu chodzi o niewłaściwą kobietę. To ona jest 
nie taka... 
- Nie jaka? - wszedł mi w słowo. 
- Niechętna, nieposzukująca i niepragnąca kogoś u boku... To jej wybór. Ona nie chce z kimś 
być, nie chce być kochana... 
- Greta, dlaczego mówisz o sobie w trzeciej osobie? 
-W trzeciej? Osobie... o sobie... Nie wiem, tak jakoś ułoŜyło mi się w myślach... Chyba tak 
jest łatwiej myśleć o sobie, to trochę jakby patrzeć na siebie przez pryzmat kogoś innego, 
obserwować się z dystansu... Łatwiej jest mówić o tej kobiecie, niŜ nią być. 
-Jeśli trudno ci być taką kobietą, to dlaczego w tym tkwisz, dlaczego nie pozwalasz, by ktoś 
się do ciebie zbliŜył, co zyskujesz w takiej sytuacji? 
-Joachim... ty nic nie rozumiesz... powtarzam, nie wiesz nic o moim Ŝyciu, o zdarzeniach... 
186 
-To mi powiedz, pozwól mi zrozumieć cokolwiek, a wtedy będzie dobrze. 
- Pytałeś, co zyskuję? Zyskuję pewność, Ŝe nikt nie wymaga mojej troski, Ŝe o nikogo nie 
muszę się martwić, Ŝe nie będzie strat... 
- Jakie straty masz na myśli? 
- Nie chcę o tym mówić, zmieńmy temat. To, Ŝe się z tobą spotkałam, jest wystarczającym 
kompromisem, a i to zdarzyło się tylko dlatego, Ŝe podesłałeś mi Euzebiusza... 
- Przepraszam, kogo? 
- Chomika... 
- Ach, tak, rozumiem... 
-Przyznam szczerze, Ŝe pomysł był wytrawny. Jego obecność w moim Ŝyciu stanowiła most 
łączący moje i twoje Ŝycie. Lekki, naprędce sklecony, ale jednak... tym sposobem, mimo Ŝe 
cię nie było, to jednak byłeś... 
- Nie myślałem o tym, jak o strategii. Doszedłem do wniosku, Ŝe muszę znaleźć sposób, by 
zbliŜyć się do ciebie, a przypuszczałem, Ŝe metody konwencjonalne zawiodą. To musiało być 
coś, co skupi twoją uwagę i czego nie wyrzucisz do śmieci. A teraz, gdy juŜ udało nam się 
spotkać, chciałbym więcej, chciałbym spróbować być bliŜej ciebie... 
- Co według ciebie oznacza: bliŜej? Szybki numerek w środku tygodnia, wyrafinowane 
pieszczoty w weekend, wspólne kolacje, wspólne śniadania, kupowanie ciuchów, wyjazd za 
miasto? Co to znaczy: bliŜej? - zapytałam poirytowana, a on odpowiedział łagodnie: 
- BliŜej to znaczy mieć pewność, Ŝe zadzwonisz, gdy będziesz chciała, Ŝe spotkasz się ze 
mną, jeśli będziesz chciała. BliŜej oznacza, Ŝe nie będziesz so- 
187 
bie wmawiać, Ŝe tego nie chcesz z powodów, które są dla ciebie waŜne, ale które tak 
naprawdę sprawiają, Ŝe... nie wiem... Ŝe siedzisz na brzegu spragniona i nie zaczerpniesz 
wody, by się napić, bo nie chcesz. To dla mnie jest: bliŜej. 
Popatrzyłam, jak skłonił głowę, jak rycerz ślubujący wierność swojej damie. Wyciągnęłam 
dłoń i wsunęłam palce w jego włosy. Głaskałam go przez chwilę, rozmyślając, jak proste i 

background image

mądre są jego słowa. W pewnym sensie jego potrzeba zbliŜenia się do mnie była urzekająca. 
W tej chwili byłam klepsydrą, w której zamiast piasku przesypuje się ukojenie. Czułam, jak 
łagodność jego słów przepływa przez moją krtań, a jednocześnie byłam boleśnie świadoma, 
Ŝ

e przecieŜ zaraz będzie koniec... Chyba Ŝe miałabym kogoś, kto nieustannie odwracałby 

klepsydrę, by momentów smutku było jak najmniej. Ale to takie trudne. Oddać się w ręce 
innego człowieka... Zaufać, Ŝe cię nie upuści albo nie ściś-nie za mocno... 
- Joachim, czym się zajmujesz? - zapytałam. Podniósł głowę i popatrzył rozkojarzonym 
wzrokiem. 
- Czym się zajmujesz? - powtórzyłam. -Jestem... niewaŜne... nie jestem nikim waŜnym na tę 
chwilę... 
- śartujesz chyba? - zapytałam z niedowierzaniem. 
- Nie, dlaczego miałbym Ŝartować? Zapytałaś, odpowiedziałem... Jeśli chcesz, mogę 
powiedzieć, Ŝe jestem rzeźnikiem lub Ŝe hoduję strusie, ale po co? - Uśmiechnął się 
łobuzersko. 
-Nie, w porządku... Dziwnie to brzmi, Ŝe niewaŜne, kim jesteś. Daje do myślenia... Nie sądzi- 
188 
łam. • • Niby nic o tobie nie wiem, ale myślałam... no tak, tak jest zawsze, niby nie masz 
danych, a twój umysł coś tam podpowiada, szufladkujesz kogoś, myślisz, Ŝe mógłby być na 
przykład księgowym, a jest nauczycielem wychowania fizycznego... Przepraszam, gadam 
głupoty... 
Zaczęłam nerwowo podrygiwać nogą. 
- A z jakim zawodem ci się kojarzyłem? - zapytał. 
-Nie wiem, ale chyba mógłbyś być lekarzem... Tak mi się kojarzyłeś. Twoje dłonie, zapach... 
Nie wiem, to bez sensu i mało oryginalne, ale tak mi się kojarzyłeś... 
Joachim popatrzył na mnie w skupieniu. Patrzył i patrzył, a ja patrzyłam na zmarszczkę 
skupienia na jego czole. 
- Zastanawiam się, dlaczego lekarz, zresztą nie tylko to, chciałbym o tak wiele cię zapytać... 
Zapragnęłam go pocałować. Wyczuł to chyba, bo przerwał i patrzył na mnie. Wstałam i 
podeszłam do niego. Dotknęłam jego twarzy chłodnymi dłońmi, pochyliłam się i chwyciłam 
delikatnie w usta jego dolną wargę. Rozchylił usta w oczekiwaniu na więcej, ale tak bardzo 
chciałam, by poczuł niedosyt, by jego myśli skupiły się właśnie na tym, a nie na zadawaniu 
pytań. 
Usiadłam na swoim miejscu i podjęłam zupełnie inny wątek. 
- Dlaczego zaleŜało ci, by mnie odnaleźć? - zapytałam. 
- Sam nie wiem... Zastanawiałem się nad tym bardzo długo. Zadawałem sobie pytanie: co w 
niej jest takiego, Ŝe zamiast iść, poderwać i przelecieć inną laskę, leŜę na łóŜku w hotelowym 
pokoju i kom- 
189 
binuję, jakby ją odnaleźć. Naprawdę nie wiem, Gre-ta... MoŜe masz w sobie coś, co urzekło 
mnie od razu, co mnie zauroczyło... 
-Joachim, przepraszam, ale przestań pieprzyć - wyszeptałam. 
- Nie rozumiem. 
- Czego nie rozumiesz? Tego, Ŝe wątpię w twoje słowa? Czy ty naprawdę mi się przyjrzałeś? 
Czyja wyglądam na kobietę, która moŜe urzec od pierwszego wejrzenia? 
-A dlaczego w to wątpisz? UwaŜasz, Ŝe przeciętny facet zaczepi tylko blondynkę z wydatnym 
biustem? No, moŜe przeciętny tak, ale nie ja, to po pierwsze, poza tym, jeśli jeszcze 
pamiętasz, spędziliśmy ze sobą kilka upojnych chwil, zanim uciekłaś, a to juŜ coś więcej niŜ 
zwykła pogawędka w barze. A jeśli choć trochę mnie znasz, jeśli jest w tobie choć trochę 
szczerości wobec siebie, to powinnaś wiedzieć, Ŝe... i teraz, proszę państwa, światła na tego 

background image

pana, który powie banał, za który Ŝywcem pójdzie w niepamięć Pięknej Pani... Ŝe jesteś 
wyjątkowa... - Zamilkł i wpatrywał się we mnie, czekając na reakcję. 
-Ciekawe... aŜ boję się pytać, co we mnie jest wyjątkowego, bo zaczniesz głosić peany na 
moją cześć, a ja nie mam przy sobie insuliny... 
- Jesteś cyniczna, zastanawiam się, jak ty opisałabyś kogoś, na kim ci zaleŜy. 
- Masz rację, jestem cyniczna, to dlatego, Ŝe nie potrafię cię do siebie zniechęcić... i chyba nie 
do końca ci wierzę... i nie do końca ufam sobie, gdy chodzi o twoją osobę... 
- To chyba dobrze? To chyba znaczy, Ŝe jest szansa na to, byśmy zbliŜyli się do siebie? - 
zapytał. 
190 
-Nie, to oznacza, Ŝe mogę cię zranić bardziej, niŜ bym chciała, jeśli podejmę decyzję, Ŝe nie 
będziemy razem - powiedziałam ostro. 
- Więc uczucia między tobą a kimś innym to kwestia twojej dyktatorskiej decyzji, tak? Mało 
tego, Ŝe zabraniasz kochać sobie, to jeszcze kwestię pragnienia i kochania ciebie teŜ 
pozostawiasz w swojej gestii? - zapytał wzburzony. - Masz rację - kontynuował - nie wpadłaś 
mi w oko, nie zauroczyłaś od razu, a na pewno nie w tamtym barze. To zdarzyło się duŜo 
wcześniej, ale o tym powiem ci kiedy indziej, i tym razem to ty poprosisz o spotkanie. 
Odsunął gwałtownie krzesło, podszedł do mnie, mocno pocałował i wyszedł, pozostawiając 
wilgoć na moich ustach i zapach skórzanej kurtki w nozdrzach. 
Siedziałam przez chwilę, nieruchomo wpatrzona w miejsce na podłodze, gdzie jeszcze przed 
chwilą leŜała jego torba. 
Co miał na myśli, mówiąc: „To zdarzyło się duŜo wcześniej"? 
Podniosłam do ust filiŜankę z kawą, ale ręce zaczęły mi drŜeć i poczułam się nieswojo. Nagle 
zrobiło mi się zimno i nieprzyjemnie. Czułam się jak ktoś, kto swoim zachowaniem wyrządza 
krzywdę... A przecieŜ nie chcę tego. Zachowuję się tak właśnie po to, by później nie było 
Ŝ

alu. Dlaczego Joachim tego nie rozumie? śe powinien sobie pójść, zostawić mnie w 

spokoju... Bo tu chodzi teŜ o jego bezpieczeństwo, o to, Ŝe bycie ze mną przynosi 
nieszczęścia, Ŝe los podarował mi coś, co nie zdarza się innym, coś, co odkupi moje winy, a 
jednocześnie nikogo więcej juŜ nie zrani. 
Co takiego zdarzyło się duŜo wcześniej? Ta je- 
191 
go bezczelność. Nie zadzwonię. Nic mnie nie obchodzi odnalezienie w czasie jego uczucia. 
Jeśli kocha mnie dłuŜej, niŜ przypuszczałam, tym gorzej dla niego. Jak moŜna mnie kochać? 
Poczułam ciepłą falę wzbierającą pod powiekami. Wcześniej byłam pewna, Ŝe to fascynacja 
nim kieruje, to, Ŝe nie było zaspokojenia tamtego wieczora, Ŝe nie zostawiłam Ŝadnego 
namiaru... Ale teraz? Kiedy tak bezczelnie rzucił słowa „duŜo wcześniej"... Co oznaczają te 
słowa? Co wie o mnie Joachim? 
Poczułam mdłości. Czułam, jak Wielka Niewiadoma otwiera mój mózg i miesza w nim 
kopystką, jak w wielkim garncu, i wyławia to, czego chciałabym nie pamiętać, a Joachim stoi 
tuŜ za nią i składa te kawałki w całość. 
Podeszła do mnie kelnerka i zapytała, czy coś jeszcze podać. Poprosiłam o rachunek, ale ona 
odparła, Ŝe ten pan juŜ zapłacił. 
Wyszłam na zewnątrz. WciąŜ padało. Szłam przez chwilę, czując, jak deszcz zatrzymuje się 
na moich rzęsach. śałowałam, Ŝe w naszej szerokości geograficznej nie padają kolorowe 
deszcze jak w Monsuno-wym weselu. Odgarnęłam włosy, a jakaś taksówka zareagowała na 
ten gest. 
Gdy weszłam do mieszkania, nie potrafiłam przypomnieć sobie, gdzie znajduje się łazienka. 
Zapaliłam światło, by spokojnie zrobić krok do przodu. Zrzuciłam z ramion brudny płaszcz i 
zzułam buty. Bezsilność i całkowite wyczerpanie ostatnimi przemyśleniami rozciągnęło moje 
ramiona wzdłuŜ ciała i rozchyliło usta, których nie miałam siły zamknąć. 

background image

PołoŜyłam się na łóŜku. 
Po raz pierwszy poczułam, Ŝe mimo mojego gnie- 
192 
wu, mimo sprzeciwu wobec tego, czego jeszcze nie powiedział mi Joachim, stanęłam za 
cienką ścianą, za którą jest wszystko to, czego pamiętać nie chcę. Zaczynam rozpoznawać 
dźwięki, a obrazy, które przepływały tylko w snach lub wykorzystywały chwile mojej 
słabości w ciągu dnia, znajdują powiązanie z rzeczywistością. MoŜe Joachim wcale nie chce 
mnie nauczyć pokory? MoŜe nie to miał na myśli, mówiąc, Ŝe teraz to ja zadzwonię... 
Zasypiałam z przeczuciem, Ŝe świat wie o mojej wielkiej tajemnicy, Ŝe gdy zgaśnie światło, 
gdy zamknę oczy wyskoczy z okrzykiem: Surprise!!! I, Ŝe tajemnica będzie tak wielka i nie 
do ogarnięcia, Ŝe mnie zabije. 
Ranek okazał się trudniejszy, niŜ myślałam. Po raz pierwszy od wielu miesięcy Ŝałowałam, Ŝe 
nie uzupełniłam leków i Ŝe nie mam pod ręką Ŝadnego medykamentu przywracającego 
jednostkę społeczną do Ŝycia. Przede mną był normalny dzień pracy, a ja nie czułam się 
normalnie. 
Od wieczoru, kiedy Joachim opuścił ziołową kawiarnię minęły dwa tygodnie. Dwa tygodnie, 
podczas których mój umysł płatał mi figle, bawił się moją pamięcią, a ja byłam rozdarta 
pomiędzy chęcią odwetu, nieŜyczliwości dla Joachima, a mdlącą ciekawością, co mógłby mi 
powiedzieć. Postanowiłam się upokorzyć i skontaktować z nim, ale nie po to, by 
zadośćuczynić jego pewności, Ŝe to zrobię, ale po to, by kontakt z nim był drogą do zemsty. 
Nie byłam do końca pewna, czy chcę to zrobić, 
193 
ale był to jedyny sposób na udowodnienie Joachimowi, Ŝe nie moŜe mną manipulować, bez 
względu na wiedzę, jaką posiada. Wysłałam mu wiadomość, Ŝeby podał miejsce i czas 
spotkania. 
Odpisał mi po godzinie słowami, w których wyczuwałam waŜenie kaŜdej literki. 
„Zdaję się na ciebie". 
I oto w głowie zaświtał mi pomysł. 
Samobójcza idea zaproszenia go do siebie. 
ZadrŜałam na tę myśl. Poczucie zagroŜenia, jakie sprawiłaby obecność Joachima w moim 
domu, sprawiło mi radość. Gdyby nie chodziło o niego, nie byłoby tej satysfakcji; nie 
zaprosiłabym tu na przykład Michała ani Daniela, nikogo innego, ale Joachim... Zaszedł w 
moje Ŝycie wystarczająco daleko, by plan się powiódł. 
Wystukałam na klawiszach: „U mnie, jutro, o 21.00". 
Za chwilę odpowiedź: „Jesteś pewna?" 
Odpowiedziałam: „Jeszcze nie, ale noc mi wystarczy, by tej pewności nabrać". 
Miałam przed sobą noc. Samotną noc. Ostatnich kilka godzin w mieszkaniu, którego nikt 
nigdy nie odwiedził. Podeszłam po cichu do klatki Euzebiusza. Zwierzątko myło się 
szybkimi, zwinnymi ruchami, omiatało róŜowe uszka i przeczesywało wąsiki. Wsypałam mu 
garstkę ziaren i obserwowałam, jak pakuje wszystko do kieszeni. śałuję, Ŝe człowiek nie jest 
wyposaŜony w coś takiego. W kieszenie ukryte we własnym ciele, w które moŜe zapakować 
potrzebne w razie czego rzeczy i przenieść się w inne miejsce. 
Gdy wieczorem następnego dnia zapukał do drzwi, w pierwotnym odruchu chciałam schować 
się 
194 
do szafy i udawać, Ŝe mnie nie ma, ale zaraz potem wstałam, uniosłam hardo brodę, 
przywołałam uniwersalny uśmiech, który jako pierwszy miał dotknąć Joachima, poniewaŜ jak 
się spodziewałam, myślał zapewne, Ŝe zaproszenie go do mnie jest równoznaczne z 
pojednaniem. 
Otworzyłam drzwi. 

background image

Stał wyprostowany z bukietem łososiowych tulipanów. Piękne tulipany. Doprawdy 
przecudne, zwłaszcza o tej porze roku. Nigdy nie widziałam takiego koloru. Podeszłam i 
wyjęłam mu je z rąk, odwróciłam się i poszłam do kuchni, za sobą usłyszałam dźwięk 
zamykanych drzwi. 
Jak to się dzieje, Ŝe drobiazgi potrafią wytrącić mnie ze stanu postanowienia, by być taką, a 
nie inną? 
Tulipany dokonały więcej niŜ kilka zgrabnie zbudowanych zdań. 
Gdy weszłam z kwiatami do pokoju, zastałam Joachima stojącego przy klatce Euzebiusza. 
- Napijesz się czegoś? - zapytałam. 
- Tak, z chęcią, herbaty, jeśli moŜna... Wróciłam do kuchni i przygotowałam dwa kubki. Dwa 
kubki... Jak dawno nie robiłam tej prostej 
czynności podwójnie. Nie pamiętam, kiedy parzyłam herbatę dla więcej niŜ jednej osoby. 
W progu kuchni stanął Joachim. Oparł się o ścianę i obserwował moje ruchy. Czułam się 
niezręcznie. Skrępowana. Pozwoliłam sobie na zaproszenie go do siebie, pewna, Ŝe mogę nad 
wszystkim panować, Ŝe wyreŜyseruję kaŜdy kadr naszego spotkania, tak jak uczyłam się tego 
od mistrzów kina. Ale okazało się, Ŝe nie jest to takie proste. MęŜczyzna stojący w progu 
mojej kuchni był na tyle niepokojący w tej układance i przywołujący emocje, których 
195 
dawno się wyrzekłam, Ŝe poczułam lęk. Lęk przed utratą kontroli nad sobą, nad tym, co 
chciałabym mu powiedzieć, nad tym, co chciałabym od niego usłyszeć, przed tym, Ŝe jest on 
częścią świata, której nie pragnę, ale która poŜąda mojej obecności. 
Trzymałam dłonie na blacie, czekając, aŜ zagotuje się woda na herbatę. 
- A zatem... co oznacza: duŜo wcześniej? Co miałeś na myśli, wypowiadając te słowa w 
kawiarni -zapytałam, a mój głos zabrzmiał samotnie w kuchni, która prawie nigdy nie słyszała 
mojego głosu. 
- Zrób herbatę, pójdziemy do pokoju, wszystko ci opowiem. Będę się starał opowiedzieć tyle, 
ile zdąŜę, ile zechcesz wysłuchać... Chciałbym tylko prosić cię o jedno. Bądź ze mną szczera. 
Nie zaprzeczaj temu, co powiem, jeśli podświadomie czujesz, Ŝe mogę mieć rację, jeśli 
głęboko w twojej duszy tkwi przekonanie, Ŝe moje słowa mogą nieść prawdę, dobrze? 
Popatrzyłam na niego. Wewnątrz mojej głowy zaczął kiełkować chłód. Szedł wzdłuŜ 
kręgosłupa i rozchodził się po kończynach. Gdzieś głęboko we mnie narastał sprzeciw. Jak to 
się stało? Jak dopuściłam do tego, Ŝe obcy męŜczyzna wkradł się w moje Ŝycie chomiczym 
sposobem, jak to się stało, Ŝe polubiłam Dominikę i nie jestem pewna, czy chcę jechać do 
Pragi... Dlaczego moje sny są pełne wspomnień, których nie rozumiem i których się boję. 
Nie, nie chcę słuchać w ogóle. Nie chcę, by wokół mnie rozkrzewiło się coś na kształt 
szczęścia, bo szczęście nie jest mi pisane, tak samo jak osobom, które są mi bliskie. 
- Idź sobie... - wyszeptałam do Joachima. - Idź i nigdy nie wracaj... 
196 
- Greta... musimy porozmawiać... 
-Nic nie musimy. Nie chcę rozmawiać. Wcale nie chcę wiedzieć, co było dawno temu, nie 
interesuje mnie to, zresztą, nic takiego się nie zdarzyło, nie ma o czym mówić... 
Kuchnia dookoła mnie skurczyła się do rozmiarów mojej szafy. Mogłabym przysiąc, Ŝe jeśli 
zajrzeć w róg, znajdzie się kartonik po butach. Postać Joachima stała się duŜa, wypełniła całe 
drzwi. Jak mogłam tak bezmyślnie postąpić, wpuszczając go do domu. 
- Greta... Ty dobrze wiesz, Ŝe coś się wydarzyło. MoŜe nie wszystko chcesz pamiętać, ale 
ś

nisz o tym. To sprawiło, Ŝe Ŝyjesz, jak Ŝyjesz, Ŝe ciągle uciekasz, zmieniasz miejsce pracy, 

nie nawiązujesz przyjaźni, zmieniasz męŜczyzn... Ŝe jesteś samotna. 
Spojrzałam na niego z nienawiścią. 
-Więc kim jesteś?! Jasnowidzem?! - krzyknęłam, - To dlatego nie powiedziałeś mi, czym się 
zajmujesz?! Bałeś się, Ŝe cię wyśmieję?! Przeszkadza ci moja samotność?! Co cię, kurwa, ona 

background image

obchodzi?!!! NaleŜysz do regionalnego koła samarytan?! Biedna Greta, nie ma z kim chodzić 
na karuzelę, biedna dziewczynka, chodź, kochanie, powiem ci, co i jak, nauczę cię, jak 
powinnaś Ŝyć, jak Ŝyją inne kobiety, pokaŜę, jak być szczęśliwą!!! 
-Greta, uspokój się... ja chcę tylko porozmawiać... 
- Ale ja juŜ nie chcę... Rozmyśliłam się. 
- Nie, nie rozmyśliłaś. Przestraszyłaś się. To jest ta szczerość, o którą prosiłem. 
Podświadomie wiesz, o czym chcę rozmawiać, i zaczynasz uciekać jak zwykle... Być moŜe ci 
się uda, ale chciałbym choć spróbować, by tym razem stało się inaczej... 
197 
BoŜe, jaki on pewny siebie. JuŜ nawet nie wiem, ile furii, a ile strachu jest we mnie. 
Podeszłam do niego i popchnęłam go mocno, tak by wyszedł poza drzwi kuchni. Potem 
jeszcze raz i jeszcze, tak by znalazł się na korytarzu. Uderzałam mocno w jego pierś, a on 
cofał się, aŜ znalazł się w pokoju. Popchnęłam go na łóŜko. Usiadłam na nim, pochyliłam się i 
zaczęłam go całować. Rozpacz i strach, które czułam, naznaczyły moje usta namiętnością, 
jakiej nigdy nie znałam. Moje pocałunki były desperackie, spontaniczne, hojne... były 
odpowiedzią na jego słowa... Byle przestał juŜ mówić, nie chcę o tym mówić, mogę się 
kochać, pozwolę mu nawet, by mnie kochał, pozwolę, by mnie pieścił, ale niech juŜ nic nie 
mówi... Całowałam go mocno. Wilgoć z ust i oczu zostawiałam na całej jego twarzy. 
Szarpnęłam koszulę i zaczęłam całować tors, coraz niŜej i niŜej. Próbował mnie przytrzymać, 
ale odepchnęłam jego dłonie, kierując się w stronę rozporka. Zaczęłam odpinać pasek od 
spodni, pieszcząc go przez materiał. Nabrał powietrza i znów chwycił moje ręce. 
- Greta... nie... najpierw musimy porozmawiać. W odpowiedzi ujęłam jego dłonie i połoŜyłam 
na 
swoich piersiach. Zatoczyłam nimi łagodne okręgi. 
Przez moment dotykał ich delikatnie, jakby w obawie, Ŝe zmienię zdanie, ale po chwili 
opuścił dłonie i połoŜył je nieruchomo wzdłuŜ ciała i odwrócił głowę na bok. 
-Nie chcę się z tobą kochać... nie teraz... nie przed rozmową - powiedział. 
Zerwałam się i stanęłam przed nim. 
- Wtedy, w hotelu, nie miałeś oporów, nie chciałeś rozmawiać, chciałeś się pieprzyć!!! Skąd 
ta zmiana?! 
198 
- Ze zwykłej uczciwości, Greto. Chcę, byś kochała się ze mną wtedy, gdy będziesz wiedziała, 
kim jestem, gdy będziesz wiedziała, co ja wiem o tobie, i gdy w końcu zrozumiesz, kim ty 
jesteś... 
-Przeoczyłeś coś, mój drogi. Skoro tak dobrze mnie znasz, powinieneś wiedzieć, Ŝe ja się nie 
kocham, ja się pieprzę. Z kim się da, z kaŜdym, kto da mi pewność, Ŝe następnego dnia nie 
będzie skomlał pod drzwiami... 
-I co? Uszczęśliwia cię to? - zapytał. 
- Gówno cię obchodzi moje szczęście, powtarzam po raz drugi! To moje Ŝycie, ja nie 
wpieprzam się do twojego i nie mam pojęcia, co daje ci prawo, by wpie-przać się w moje 
Ŝ

ycie? 

- Ja teŜ tego nie wiem... Minęło kilka lat, a ja wciąŜ tego nie rozumiem. W chwili, kiedy 
zobaczyłem cię po raz pierwszy, pomyślałem, jak okrutnie postępuje los, sprawiając 
samotność, w której się znalazłaś, i jak współpracujący z nim twój umysł odbierają tobie 
prawo do wolności i szczęścia... Pamiętam, jak rzucałaś migdały wróblom. Poprosiłaś o nie. 
Myślałem, Ŝe to dla ciebie, a ty usiadłaś i po jednym rzucałaś ptakom. Nie zauwaŜałaś, Ŝe są 
dla nicch za duŜe... Nie mogłem oderwać od ciebie wzroku, choć miałaś na sobie ohydny łach 
i usta spierzchnięte do krwi... Ale twoje oczy... Wydawało mi się, Ŝe w źrenicach widzę 
odjeŜdŜający pociąg i, choć to irracjonalne, poczułem, Ŝe jeśli pozwolę mu odjechać, ty teŜ 

background image

przestaniesz istnieć... Więc tylko to daje mi prawo do wtrącania się w twoje Ŝycie i tylko to 
dawało mi siły, by cię w końcu znaleźć... 
Osunęłam się na kolana. Wpatrzona w pęknięcie w doniczce zapytałam: 
199 
- O czym ty mówisz, Joachimie? Nie byłam pewna, czy mnie usłyszał. 
- Spotkałem cię prawie trzy lata temu, kiedy robiłem reportaŜ o najstarszych zakładach 
psychiatrycznych - powiedział cicho. - Byłaś pacjentką jednego z nich. Przebywałaś tam z 
powodu głębokiej depresji spowodowanej śmiercią twojej rodziny... 
Słyszałam, jak mówi do mnie męŜczyzna. Czułam, jak jego słowa docierają do moich oczu i 
powodują, Ŝe łzy spływają po policzkach. Nie miałam siły oponować. Uczucie nierealności 
tego, o czym mówił, było makabrycznie fascynujące, ale mimo swojej nierzeczywistości 
trafiało w moje serce. Moje myśli były lektorem jego słów. On mówił, a ja tłumaczyłam jego 
słowa. 
- O kim ty mówisz? - zapytałam, łagodnie się uśmiechając. - Chyba ci się wszystko pomyliło. 
Ja nie miałam nigdy Ŝadnej rodziny, nikogo, kogo moŜna by stracić... 
- Nie, to teraz tak jest. Teraz Ŝyjesz w świecie, w którym nikogo nie moŜna stracić, ale kiedyś 
miałaś męŜa i dziecko, synka... Obaj zginęli w wypadku samochodowym. Po ich śmierci 
zanurzyłaś się w depresję na tyle głęboką, by być hospitalizowaną i poddaną 
farmakologicznemu otępieniu. Dostawałaś maksymalną, kliniczną dawkę leku, przez którą 
jakiś czas nie mogłaś swobodnie funkcjonować. Stopniowo dawkę leku zmniejszano. Kiedy 
twój stan się poprawił, wychodziłaś na dwór, zaczynałaś rozmawiać... Wtedy cię poznałem. 
Wtedy zostałem w jakiś nieracjonalny sposób związany z tobą... 
Widziałam, jak trzęsą mu się ręce. Biedny. Podeszłam, wzięłam jego dłoń i ucałowałam. 
Pogłaskałam ją delikatnie, uspokajająco. 
200 
- Idź juŜ... - powiedziałam. - Zrobiło się późno, chcę zostać sama. To, o czym mówisz, jest jak 
moje sny, których nie mogę zrozumieć... Pełno w nich tajemnic. 
Joachim wstał, narzucił kurtkę. Zawahał się przez moment, ale pokiwałam przecząco głową. 
Nie, wszystko dobrze, niech idzie. Gdy był juŜ przy drzwiach, zapytałam: 
- Jeśli to byłam ja, to czy mówiłam coś o dziecku? - zapytałam. 
Joachim popatrzył mi prosto w oczy i powiedział: 
- Tak, często wspominałaś, Ŝe nie zdąŜyłaś nadmuchać zielonego krokodyla. 
O BoŜe... - pomyślałam, zanim wszystko inne umknęło. 
Ocknęłam się z powodu chłodu, który lizał moje ramiona. LeŜałam na szpitalnym łóŜku z 
podłączoną kroplówką. Z sąsiedniego pomieszczenia dochodziły głosy rozmawiających 
męŜczyzn. Po chwili dotarło do mnie, Ŝe jeden z głosów naleŜy do Joachima. Powoli 
zaczynałam przypominać sobie, co zdarzyło się ostatniej nocy... W mojej głowie mieszały się 
obrazy z kilku ostatnich lat. Ludzie biegający po korytarzach, w których odbijało się echo ich 
głosów i śmiech. Światło kłujące w oczy, reflektory przeszukujące poły mojego płaszcza, 
Joachim z naręczem tulipanów i z Euzebiuszem wyłaniającym się z kaŜdego kwiatu, 
dziecięce krzyki, ogon zielonego krokodyla wystający spod sterty ręczników, czerwony słoń 
na serowym torcie, gorzki smak tabletek, Dominika w Pradze, ja w Pra- 
201 
dze... Stukot obcasów, jakieś zebranie... Uśmiechnięta Joanna, a za nią Marta... Na przystanku 
Człowiek z lasu, ale dlaczego z Matyldą? PrzecieŜ się nie znają... 
Ktoś do mnie podszedł. Nie mogłam rozpoznać twarzy. Poczułam się senna i zmęczona, 
uśmiechnęłam się i odpłynęłam. 
Gdy obudziłam się po raz drugi, leŜałam w sali. Obok mnie na krześle siedział Joachim. Nie 
wiedział, Ŝe się obudziłam. Widziałam bliznę na płatku jego ucha i czułam zapach jego skóry. 
Miał potargane nieświeŜe włosy, a głowę opartą zmęczonym gestem na złoŜonych dłoniach. 

background image

Czułam się dziwnie spokojna. MoŜe to tylko wyczerpanie, moŜe to leki, które tak sprawnie 
uśmierzają wszelki niepokój... 
Starałam się wrócić myślami do wieczoru, w którym odwiedził mnie Joachim. 
Jak on to zrobił? Jak udało mu się dowiedzieć tego wszystkiego? Co z tego, co mówił, jest 
prawdą, a jeśli jest cokolwiek, to dlaczego go nie pamiętam? Nie pamiętam go... Ale od 
początku wydawał mi się bliski. Przykuwał moją uwagę, był obecny w moich myślach... Czy 
to z powodu, który podał? Z powodu tego, Ŝe znaliśmy się wcześniej? 
Miał słuszność, gdy prosił o moją szczerość, bo choć wielu zdarzeń nie pamiętałam i choć 
wciąŜ wiele jest niejasnych, to jednak jakaś część mnie zawsze miała w sobie tajemnicę, coś, 
czego nie moŜna rozwikłać, ale o czym się po prostu wie. 
Jestem naga. Pozbawiona mojego świata. Nie wiem, do czego lub kogo przynaleŜę. śyjąc w 
nieświadomości, bez zobowiązań, byłam bezpieczna... A teraz? 
202 
Joachim źle zrobił. Wszystkie te lata na marne. Tworzenie, zapominanie, karanie się... 
wszystko nadaremnie. ZbliŜył się do mnie i teraz będzie cierpiał. Czy Joachim mnie kocha? 
Jeśli tak, jeśli Ŝywi do mnie uczucie i wie tyle o mojej przeszłości, to powinien teŜ wiedzieć, 
Ŝ

e ludzie, którzy mnie kochają, odchodzą. Wystarczy, Ŝe tylko o tym pomyślę... Wystarczy, 

Ŝ

e przez moją głowę przemknie zmęczona troską myśl, a ludzie przestają oddychać. 

Poczułam ciepłe krople spływające po skroni. 
Joachim się ocknął. Popatrzył na mnie i oŜywił się. Usiadł na łóŜku, dotknął dłonią mojego 
czoła i powiedział: 
-Greta... Greta... Martwiłem się... Przepraszam, nie chciałem, by tak się stało... Przepraszam... 
Wszystko nie tak, miałem nadzieję, Ŝe... 
- Jak długo tu jestem? 
- Drugą dobę. Gdy odzyskałaś przytomność, byłaś w złym stanie, dostałaś leki na 
uspokojenie... Zrobili ci badania. Miałaś bardzo niski poziom glukozy... 
- Jak długo będą mnie trzymać? - zapytałam zaŜenowana tym, Ŝe ten męŜczyzna siedzi tu i 
mówi, jak ma się moje ciało, Ŝe wie więcej ode mnie, Ŝe się troszczy, choć o to nie prosiłam. 
- Nie wiem. Jeśli twój stan się ustabilizuje, nie będziesz na zmianę spać lub płakać, to moŜe 
nawet jutro. Ogólnie nic ci nie jest, oprócz szoku, którego doznałaś, i zaniedbania organizmu. 
Czy miałaś kiedykolwiek problemy z hipoglikemią? 
- Nie, chyba nie... nie pamiętam - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. 
- To dobrze... to dobrze - powiedział. 
203 
Zapadła niezręczna cisza. Nie wiedziałam, jak się zachować. Czułam suchość w ustach i 
widziałam nieporządek mojego posłania. Powinnam coś powiedzieć, podziękować. Nie 
potrafiłam znaleźć słów na wyraŜenie tego, co czuję. Jak mam mu wytłumaczyć, Ŝe 
samotnym moŜna być wszędzie i z własnego wyboru. W zgiełku kolorów i w kolorze 
hałasów. Wszędzie na świecie. Samotność stanowi dobro lub zło uniwersalne, jak wszystko, 
co otacza ludzkie serca. MoŜna być samotnym z powodu inności wewnętrznego świata, który 
wraŜliwy na temperaturę innycth ludzkich światów boi się ujawniać. Bez względu na czas, 
przestrzeń, szerokość geograficzną, liczbę telefonów i adresów w notatniku moŜna być 
przeraźliwie samotnym; mieć Ŝycie, którego się nie chce, uśmiechać z obawą, Ŝe jeśli się tego 
nie zrobi, ktoś się domyśli... A ludzie nie lubią, by w ich obecności ktoś był samotny. MoŜe to 
z powodu tego, Ŝe skupieni na swojej przeciętnej wyjątkowości, nie wyobraŜają sobie, Ŝe ktoś 
inny mógłby być samotny przy ich boku. To byłaby swoista poraŜka. 
A szkoda... 
Bo ludzie mają prawo do samotności. 

background image

Pamiętam, Ŝe kiedyś przeczytałam słowa Janusza Korczaka o tym, Ŝe dzieci mają prawo do 
ś

mierci. JakieŜ straszne mi się wtedy wydały, nie pasujące do człowieka, który tyle dzieciom 

poświęcił. Ale z czasem zrozumiałam... 
Uznanie tej prawdy jako prawa pozwala zrozumieć sens poddania się, pogodzenia, niestawia-
nia oporu... Walka przecieŜ nic nie zmieni, a pozostawia w ustach wstydliwy smak nietaktu i 
strach w oczach. To tak, jakby czyjaś śmierć była nie na miejscu. 
204 
Tak samo jest z samotnością. 
- Joachim... idź juŜ - moje usta nieoczekiwanie wypowiedziały te słowa. 
Popatrzył na mnie nierozumiejącym wzrokiem i smutkiem między brwiami. 
-Dziękuję za opiekę... za to, Ŝe tu siedziałeś... ale ja cię uprzedzałam... wiedziałeś. Czuję się 
dobrze, dam sobie radę, wiesz, Ŝe tak będzie... w końcu wszystko o mnie wiesz... 
- Greta, nie mów tak. Wiem o tobie to, czego przez przypadek dowiedziałem się kilka lat 
temu 
' to, Ŝe cię odnalazłem, nic więcej... Nic więcej nie chcę wiedzieć, tylko tyle, ile sama mi 
powiesz. 
- Nie zaczynaj - powiedziałam - nie wprowadzaj atmosfery, która połoŜyła mnie do tego 
paskudnego łóŜka... Wiele ci zawdzięczam, moŜe nawet teraz nie potrafię tego docenić, ale i 
tak chcę, byś poszedł, odszedł. 
- Dlaczego?! - podniósł głos. - Dlaczego mnie wyganiasz jak psa? Nie widzisz, Ŝe subtelną 
granicę rozpaczy po stracie dawno juŜ przekroczyłaś? śe stałaś się okrutna dla siebie i 
innych? To juŜ nie jest urzekające, Greta, to staje się Ŝałosne. To tkwienie do znudzenia w 
chorym zapomnieniu, katowanie duszy, ciała, ty teŜ to widzisz, ale z jakichś powodów nie 
chcesz tego zmienić... 
- Wynoś się! - krzyknęłam. - Przestań bawić się w psychologa i wynoś się! Zostaw te bzdury 
do swoich artykułów, mogą ci się przydać. To moje Ŝycie i jeśli je spieprzę, to wyłącznie 
moja sprawa. Czy ja kazałam ci jeździć za sobą i śledzić? Kazałam ci zakochać się? Czy 
zaprosiłam cię, byś karmił ze mną jakieś ptaki? Nie! Nigdy nie zrobiłam niczego, co 
pozwoliłoby ci uwierzyć, Ŝe kiedykolwiek bę- 
205 
dziemy razem. Nawet wieczór w hotelu się nie liczy, bo byłeś dla mnie przypadkowym 
męŜczyzną, pociągającym, ale nie na tyle, by wspólne bycie wykroczyło poza łóŜko! Więc 
proszę, zakończmy to teraz, po prostu mnie zostaw. Próbowałeś, nie udało się, trudno. Jesteś 
rozgrzeszony, nigdy w Ŝyciu nie będziesz sobie wyrzucał, Ŝe mogłeś się postarać zrozumieć 
wariatkę, ale tego nie zrobiłeś. Wykorzystałeś wszystkie moŜliwości. Ale na tym koniec, nic 
więcej się nie wydarzy... MoŜe masz rację, moŜe roztkli-wiłam się w swoim świecie, wśród 
zielonych krokodyli, tak bardzo, Ŝe nie chcę wracać. MoŜe jest we mnie tak wiele 
autodestrukcji, Ŝe juŜ nie ma miejsca na nic innego, ale przyznasz chyba, Ŝe mam do tego 
prawo... 
- Byłem pewien, Ŝe mi się uda - powiedział cicho. - Odkąd cię poznałem, miałem wraŜenie, 
Ŝ

e z kaŜdym dniem rosnę w siłę, która pozwoli ci pomóc. Kiedyś myślałem, Ŝe wystarczy, 

gdy będę w pobliŜu, Ŝe będę czuwał, potem pomyślałem, Ŝe mogę spróbować mijać cię 
codziennie, Ŝe wyczujesz mnie jakoś... A potem, potem... uwierzyłem, Ŝe mogę jeszcze 
więcej, Ŝe mogę cię zatrzymać, nie dla siebie, zatrzymać w miejscu, chwycić za dłonie i 
przytrzymać. Nie sądziłem, Ŝe to prostactwo z mojej strony, bo jakŜeby inaczej to ująć? Jak 
moŜna tak prostymi sposobami chcieć kochać? Jak moŜna uwierzyć, Ŝe pragnieniem bycia 
blisko, opieką, poŜądaniem sprawi się cud? PrzecieŜ kochać kogoś to zupełnie co innego, 
prawda, Greto? Ty wiesz, co to znaczy kochać, ja nie, nic nie wiem, bo dla mnie kochanie to 
wszystko to, co zrobiłem, by cię odnaleźć i zrozumieć, a dla ciebie kochanie to odmawianie 
miłości sobie i innym... Pewnie się mylę, tak, na pewno, 

background image

206 
głupi Joachim ze swoim beznadziejnym chomikiem, idiota, szczeniak trzymający mleczakami 
twoją nogawkę, ale jak ci się wydaje, jeśli tylko cierpienie świadczy o uczuciu, to czy ja przez 
te lata byłem szczęśliwy? 
Wziął z krzesła kurtkę, pochylił się, pocałował mnie w policzek i wyszedł. 
A więc stało się. Kolejny raz postawiłam na swoim. Pozbyłam się z mojego Ŝycia kolejnej 
osoby stanowiącej związek z przeszłością i mogącej zagrozić mojej samotności. 
Moje dłonie zacisnęły się kurczowo na szpitalnym prześcieradle, nie dając wiary temu, Ŝe nie 
wyskoczę z łóŜka i nie pobiegnę za nim, za być moŜe jedyną osobą, która naprawdę mnie 
rozumiała... 
Dzień później wyszłam ze szpitala. Opuszczanie miejsc tego typu wykrzywia moje usta z 
odrazą. Zawsze wydaje mi się, Ŝe cierpienie kaŜdej z przebywających tu osób wŜera się w 
moją skórę juŜ na zawsze i sprawia, Ŝe moja dusza waŜy duŜo więcej niŜ 21 gramów. 
 
TuŜ przy wyjściu sanitariusz przygniótł mnie do ściany. Był w ekipie, która przywiozła do 
szpitala kobietę ranną w wypadku. Jej ciało takie dziwne, wcale nie ludzkie. Zakrwawione jak 
człowieczy zlepek ubrany w sweter z bukli. ZauwaŜyłam, Ŝe obcasy jej butów były innego 
koloru niŜ cholewy. Pamiętam, Ŝe moja mama zaniosła kiedyś buty do szewca z powodu 
zdartych obcasów. Były to piękne wiśniowe botki, które nakładała tylko do kościoła. Były 
zgrabne, na wysokich obcasach, z zamkiem biegnącym przez środek stopy, który sprawiał, Ŝe 
wydawa- 
207 
ła się ona smuklejsza. Szewc naprawił buty; wymienił obcasy. Tyle Ŝe ich kolor był rudawy, 
nie pasujący do całości. Którejś niedzieli, gdy szłam z mamą na spacer, pozwoliłam sobie na 
uwagę, Ŝe buty wyglądają dość szpetnie. Mały dzieciak pozwolił sobie na skrytykowanie 
rodzica, który pracował cięŜko i oszczędzał, by zapewnić mu godne Ŝycie. Pamiętam, jak 
przykro było mojej mamie z powodu tej uwagi. Ta przykrość prześladuje mnie do tej pory. 
Gdybym mogła, cofnęłabym czas i nigdy nie powiedziała tych słów. 
Gdy kobieta na noszach mijała mnie, nie jestem pewna, czy była świadoma... uśmiechnęłam 
się do niej... z powodu tych butów, by się nie martwiła... to nic takiego, prawie nie widać... 
Zatrzymałam taksówkę. 
W domu nic się nie zmieniło. Nie było śladów pazurów, które powinna była zostawić nasza 
rozmowa. Nic, co przypominałoby o tym, co się wydarzyło. MoŜe to dobrze. Wróciłam, jakby 
nigdy nic z wyspy, której nie było na mapie, a o którą mimo ostroŜności zahaczyłam. 
Czułam, Ŝe po raz pierwszy nie mam pomysłu, co zrobić ze swoim Ŝyciem. Na biurku leŜał 
faks z Pragi. Blanka napisała, Ŝe czekają na mnie i Ŝe mogę się juŜ pakować, jeśli chcę. 
Nie, jeszcze nie, choć byłoby najprościej uciec stąd jak najszybciej... 
Muszę zakończyć wszystkie sprawy w Polsce, przekazać dokumenty; wydaje mi się, Ŝe 
mogłabym zaproponować Joannę na moje stanowisko. Przydałby się koordynator na miejscu, 
a ona wydaje mi się mądrą i zaangaŜowaną osobą, ktoś musi dać jej szansę. 
208 
Kogo chcę oszukać? Jestem zmęczona. Jestem zmęczona uciekaniem i podtrzymywaniem 
duszy w przekonaniu, Ŝe nie wydarzyły się rzeczy, które zaistniały, i budowaniem dzień po 
dniu świata, który ciągle jest niedoskonały. Nawet gdybym bardzo się starała, zadbała o 
kaŜdy szczegół, stworzyła symulację tego, co chcę czuć, i tak znajdzie się mała szczelina, 
niezauwaŜona przeze mnie, przez którą zacznie przełazić zielony krokodyl. Bo moje Ŝycie 
jest jak wielka tama, a wspomnienia jak cierpliwa woda; zawsze znajdzie drogę, zawsze... A 
moja tama nigdy nie będzie zbyt silna. 
Więc co powinnam uczynić? Gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla Joachima i czy w ogóle 
jest? Przez moment miałam wątpliwości, czy wróci po tym, jak go potraktowałam, ale jeśli to, 

background image

co mi powiedział, jest prawdą, Ŝe kocha mnie od lat, nie powinnam mieć wątpliwości. BoŜe... 
nie potrafię Ŝyć z prawdziwym człowiekiem, który oddycha, śpi, bywa głodny, zostawia swój 
zapach w pościeli... Nie potrafię Ŝyć z przeświadczeniem, Ŝe wszystko to w ułamku sekundy 
zostaje jedynym, co masz, a i to znika po czasie, a wtedy juŜ tylko jest szum w uszach i 
napastliwe pytanie w twojej głowie: czy to moja wina? Tak, twoja! Nie, nie moja, 
niemoŜliwe... Jeśli nie twoja, to czyja? Zawsze jest czyjaś wina. Złe zdarzenia to nie 
bezpańskie psy, kaŜde ma swojego pana, Ty teŜ jesteś panią jednego z nich... 
Nie mogę tak myśleć... Musisz tak myśleć, bo jedynie ty moŜesz ocalić Joachima przed samą 
sobą, nie pozwalając, by zbliŜył się do ciebie. I tak jesteś na lepszej pozycji niŜ kiedyś, bo 
masz tego świadomość, a wtedy jej nie miałaś. 
209 
Więc jednak pozwolić mu odejść? Nawet nie próbować? 
Po co próbować? Po raz pierwszy w Ŝyciu masz okazję wykazać się prawdziwą determinacją 
w drodze do czyjegoś szczęścia. Inni męŜczyźni byli przypadkowi, więc się nie liczą, ale 
Joachim cię kocha, więc pozwól mu być szczęśliwym bez ciebie. 
Szczęście beze mnie. 
Czyja mogę być szczęśliwa bez niego? 
Czy jest ktoś na świecie, kto wie, jak długo moŜna Ŝyć bez szczęścia? Czy są liofilizowane 
szczęścia w paczuszkach po 100 gramów, które moŜna kupić zamiast tego prawdziwego? 
Nikogo nie ma, nikt nic nie wie. Bóg jest sumą dobroci, jaką wytwarza kaŜdy z nas, a szatan 
sumą zła. Czasami jednak świat zagłusza w nas wewnętrzny głos, który mówi nam, co 
czynić... A kaŜdy taki głos jest głosem dobrym, ale kruchym i zdezorientowanym, bo głosy 
dookoła są silniejsze, agresywne... Więc kuli się czasami i zwija w kłębek pod pachą i śpi 
tam, aŜ do nocy, a wtedy idzie na szepty do snu i tam rozprawia o naszym postępowaniu. 
Chciałabym, by mój głos podpowiedział mi, co powinnam wybrać. Co jest lepsze? Moja 
próba bycia z kimś, wiąŜąca się z ryzykiem, Ŝe ten ktoś będzie cierpiał przeze mnie czy teŜ 
poddanie się z uwagi na tę obawę i pozostawienie spraw swojemu biegowi? 
Joachim karmił Euzebiusza, gdy mnie nie było. W słoiczku ubyło ziaren. 
Wzięłam do ręki telefon. 
- Cześć, Dominika - powiedziałam cicho. 
- Greta... Jak dobrze, Ŝe cię słyszę, gdzie jesteś? 
210 
- W domu. Pomyślałam, Ŝe zadzwonię, zapytam, co słychać u ciebie, w firmie... 
- W firmie OK. Nic się nie wydarzyło, nikt nie umarł, nikt nikogo nie przeleciał, u mnie teŜ 
po staremu... Byłam z Igorem w cerkwi... Jego dziadek był wyznania prawosławnego. 
Zapaliliśmy świeczkę, no i juŜ. Dziwne, nie? Mogłabym ci powiedzieć, Ŝe bzykaliśmy się w 
sali konferencyjnej, i byłoby to mniej dziwne niŜ to, Ŝe byłam raz, Ŝe w cerkwi, dwa, Ŝe z 
Igorem... - mówiła swoim pewnym, zaczepnym głosem. Cała Dominika. Udało jej się 
przywołać uśmiech na mojej twarzy. 
-Dominika, moŜe wpadłabyś do mnie wieczorem? - zapytałam z obawą. 
- Do ciebie? A co? Masz dzień otwarty twierdzy? śartuję. Jasne, o której? 
- O siódmej? 
- Dobra. 
-Mogłabyś kupić pizzę, albo dwie, albo coś do pochrupania... No wiesz, posiedzimy, 
pogadamy, pojemy... Wiem, cholera, jak to brzmi... Zgłodniałam po prostu... Mogłabyś? 
-Nie ma sprawy, przez twoją nieobecność nie bywałam w socjalu, więc mam zaległości 
kaloryczne. Przy okazji, będziemy same? 
- A z kim niby mamy być? 
- Na przykład z tym facetem, który dzwonił do mnie i uprzedzał, Ŝe nie przyjdziesz do pracy... 
- Kurwa... - syknęłam. 

background image

- Przepraszam, Greta, coś przerywa, Ŝe jak on ma na imię? 
-Joachim... - Prawie widziałam szelmowski uśmiech na jej twarzy. 
211 
- Joachim - powtórzyła. - Więc, czy Joachim będzie nam towarzyszył? 
-Nie, nie będzie... 
- A w przyszłości? - próbowała wykorzystać sytuację. 
- W przyszłości teŜ nie będzie towarzyszył, ani nam, ani mi. 
- Uhm... W takim razie melduję się u ciebie wieczorem z przyczepką Ŝarcia. 
- Tak... do zobaczenia. 
Takie drobne prozaiczne zdarzenie, głos Dominiki w słuchawce, a we mnie dziwny spokój, Ŝe 
niektóre wątki w moim Ŝyciu nie uległy zmianie. To pokrzepiające wiedzieć, Ŝe coś trwa 
nadal, bez względu na nieporządek w mojej głowie. 
Zaprosiłam Dominikę do siebie, poniewaŜ perspektywa pozostania sam na sam z 
doświadczeniami ostatnich dni napawała mnie lękiem. Nie umiałam poradzić sobie z tym, o 
czym powiedział mi Joachim, z tym, jak zareagowałam na jego słowa, z tym, jak 
potraktowałam go w szpitalu, z natrętnym pytaniem, czy zadzwoni... Nie potrafiłam złoŜyć 
dokumentu nadesłanego faksem we właściwy kształt... wszystko stało się zbyt trudne. 
A moŜe teŜ zaprosiłam ją, bo podświadomie juŜ czuję zapach ucieczki? Formalności zostały 
załatwione, więc w kaŜdej chwili mogę stąd zniknąć. Nic więc nie ryzykuję, zapraszając ją 
tutaj. 
Zdjęłam ubranie i połoŜyłam się do łóŜka. Gdybym potrafiła w nieskończoność przedłuŜyć 
moment zaśnięcia... Tę wyjątkową chwilę, gdy czuję chłód poduszki na policzku, oddycham z 
ulgą, a cia- 
212 
ło rozluźnia się i ogrzewa tkaninę chowającą mnie w swoim wnętrzu... Chciałabym, by 
zadzwonił. Pomyślę o tym ten jeden raz, korzystając z tego, Ŝe zapadam w sen, więc inne 
myśli nie zdąŜą mi zaprzeczyć. Chciałabym, by mnie przytulił... By poszedł do kuchni i zrobił 
sobie herbatę, bym jeszcze raz mogła usłyszeć odgłos krzątania się kogoś innego niŜ ja sama. 
Ciepła łza zastanowiła się przez moment nad krawędzią mojego nosa, a później popłynęła. 
Mam nadzieję, Ŝe mój dobry, wewnętrzny głos lubi słony smak. 
Dominika przyszła punktualnie. Przed sobą trzymała dwa kartoniki z pizzą, a na nich 
dodatkowe opakowania z tajemniczą zawartością. Przy nodze leŜała reklamówka z kolejnymi 
zakupami. Przeszła samą siebie. 
- Miało być coś do pochrupania. - Uśmiechnęła się. Przestąpiła przez próg, cmoknęła mnie w 
policzek i, kierując się intuicją, ruszyła do kuchni. 
Zamknęłam drzwi ze zdziwieniem w oczach nad lekkością, z jaką przeganiała chmury z 
mojego czoła. 
- Jak samopoczucie?! - zawołała z kuchni. -Dobrze... dobrze, Ŝe przyszłaś - odpowiedziałam 
nie za głośno. 
Wyczuła chyba, Ŝe moje mruczenie nie do końca nadaje się do interpretacji, więc wyszła z 
kuchni i powiedziała: 
-Bardzo proszę o jedną z szablonowych odpowiedzi powszechnie stosowanych w 
społeczeństwie na pytanie: „Jak się czujesz?" No, dalej... 
-Dziękuję, całkiem nieźle, choć nie wiadomo 
213 
 
dlaczego, jestem zaŜenowana tym, Ŝe zaprosiłam cię do siebie... Czuję się trochę jak słabeusz, 
jak miągwa nie potrafiąca posiedzieć w domu sama... Właśnie tak się czuję. 
Dominika popatrzyła na mnie w skupieniu. 
- Zaczynamy od tej z owocami morza czy z kurczakiem? 

background image

Dziękuję za to pytanie. Za drobną bzdurę i normalność. Jak to dobrze, Ŝe się nie wczuwa... 
- Z róŜowymi robakami - odpowiedziałam. 
- Dobra, zaraz przyniosę, a ty znajdź sobie dobre miejsce, takie, w którym będzie duŜo 
przestrzeni na wystający brzuch. 
Po chwili wniosła do pokoju aromatyczne porcje pizzy. 
Byłam bardzo głodna. JuŜ dawno nie odczuwałam takiego apetytu. 
Przez jakiś czas przeŜuwałyśmy, nic nie mówiąc. Cieszyłam się, Ŝe jedzenie mnie 
usprawiedliwia, bo nie za bardzo wiedziałam, co powiedzieć. Starałam się teŜ przygotowywać 
odpowiedzi na pytania, które mogły paść... Tym bardziej zdziwiłam się, gdy po posiłku w 
senną i sytą atmosferę nie wdarły się jej słowa. Musiałam czekać jeszcze, aŜ w kubku 
zabraknie herbaty, by usłyszeć, jak mówi: 
- Greta, pamiętasz sytuację z firmy, gdy moje podopieczne rąbały mi dupę z powodu 
rzekomej ciąŜy? 
Przytaknęłam głową. 
- Nie pytałaś mnie wtedy o nic, choć ja chciałam tłumaczyć, próbowałaś znaleźć sposób, by 
mnie jakoś pocieszyć, wbrew swojemu dystansowi. Ja teŜ o nic nie będę cię pytać. Jeśli 
będziesz chciała, sama mi powiesz, jeśli nie, i tak się cieszę, bo mogłam coś dla ciebie zrobić, 
choćby przynieść jedzenie. Znasz 
214 
mnie, nie lubię tkliwości i głaskać po głowie nie będę, a juŜ na pewno nic radzić, ale mogę 
słuchać... jeśli zechcesz. I pamiętaj, Ŝadnych dylematów, Ŝe skoro za pizzę tyle zapłaciłam, to 
ty musisz mi się zwierzać. - Zaśmiała się w końcu. 
Nie potrafiłam nie zareagować. Jej powaŜny wywód zakończony szkockim akcentem zmusił 
mnie do uśmiechu. Cieszę się, Ŝe przyszła, bardzo... Potrzebowałam jej obecności. 
Sięgnęłam po komórkę, zerknęłam na ekran i odłoŜyłam ją z powrotem. 
Gdy po pizzy nie było śladu, Dominika przyniosła sałatkę grecką. 
-Powinnyśmy zjeść najpierw to, no wiesz, warzywa w Ŝołądku pęcznieją, a później 
fermentują, więc lepiej zjadać je pierwsze, ale byłam za bardzo głodna, ty zresztą teŜ. Trudno, 
dziś będziemy chodzić z bębnami jak krowy po mokrych liściach. 
Parsknęłam śmiechem. 
- A ty skąd o tym wiesz? - zapytałam. -Dawno, dawno temu Dominika miała wujka, 
a wujek miał krowy, które doił codziennie i przynosił Dominice świeŜe mleko. Oprócz tego 
wyprowadzał te krowy na pastwisko. Dbał bardzo o to, by krowy nie jadły mokrej trawy i 
liści, bo później -jak mi tłumaczył - mają duŜe pękate brzuszyska. Nie wiem tak do końca, czy 
to prawda, ale utkwiło mi to w pamięci. 
- Pękate brzuszyska? -Hmm... 
Nie czułam, bym musiała rozmawiać z Dominiką na temat Joachima, jednak tkwiąca we mnie 
sympatia do niej nie pozwoliła mi teŜ faktu przemilczeć. 
215 
-Dominika... chciałabym powiedzieć ci kilka słów o Joachimie. - Uniosłam rękę w geście 
zatrzymania jej kręcącej przecząco głowy, mówiącej, Ŝe nie muszę. - Wiem, Ŝe nie muszę nic 
mówić, ale chcę... To potrzeba na kształt lojalności... Joachima znam, a raczej on mnie zna od 
kilku lat. Od pewnego tragicznego wydarzenia, które zmieniło całe moje Ŝycie, ale o tym nie 
chcę mówić. Ja niestety pamiętam go dopiero od niedawna, kiedy o mało co nie 
wylądowałam z nim w łóŜku, a on sam opowiedział mi o tym, jak długo mnie zna i co do 
mnie czuje, tuŜ przed moim trafieniem do szpitala. Joachim jest od kilku lat moim cieniem, 
tak przynajmniej mówi... zawsze w pobliŜu, na wszelki wypadek. Chyba mnie kocha... co ja 
mówię, nie mogę być aŜ taką ignorantką. Na pewno mnie kocha. Wie o mnie duŜo więcej, niŜ 
chciałabym i niŜ sama wiem. Z wielu powodów nie moŜemy być razem, to znaczy z wielu 
powodów ja nie chcę być z nim, choć odczuwam wielką czułość względem niego... Przez trzy 

background image

dni opiekował się mną w szpitalu, a ja kazałam mu się wynosić z mojego Ŝycia. Zrobiłam to 
wielce niedelikatnie, więc sądzę, Ŝe tak właśnie postąpił... Od jakiegoś czasu ciąŜy mi 
przyzwyczajanie się do tego miasta, kiełkujące powoli, ale konsekwentnie. Chyba nie 
mówiłam ci o tym, ale planuję wyjechać do Pragi. Właściwie wszystko juŜ postanowione. 
ś

yję więc z przeszłością depczącą mi po piętach, zakochanym Joachimem, przywiązaniem do 

ciebie i z przekonaniem, Ŝe potwór mieszkający we mnie pozwoli zniszczyć to w mgnieniu 
oka. To chyba wszystko... - powiedziałam. - Nie oczekuję komentarza ani dobrej rady, 
chciałam po prostu, byś wiedziała. 
216 
Wstałam i poszłam do kuchni przygotować kawę. Gdy wróciłam, Dominika stała przy oknie 
odwrócona tyłem. Podeszłam do niej i podałam kubek. 
- Wiesz, Greta, Ŝycie jest czasami tak popier-dolone, Ŝe rzygać się chce. I nie chodzi o to, by 
obłudnie twierdzić, Ŝe nie ma co narzekać, bo gdzie indziej ludzie mają trudniej, bo nie mają 
co jeść, pić, ich dzieci chorują na czerwonkę i dur, bo syf dookoła i tak dalej, bo prawda jest 
taka, Ŝe Ŝyjemy tu i teraz i mamy prawo wymagać, by Ŝycie toczyło się po naszej myśli i by 
nasze problemy były waŜne. Rozumiem, Ŝe jest ci teraz cięŜko, i rzeczywiście powstrzymam 
się od jakiegokolwiek komentarza. Mam jednak nadzieję, Ŝe prze-myślisz decyzję o 
wyjeździe, jeśli nie są to oczywiście rozgrywki personalne firmy CF. Nigdzie nie znajdę 
takiej fajnej dupci, z którą mogłabym chodzić do pubu, na basen i która z takim sercem 
potrafi zająć się Fryderyką. - Szturchnęła mnie lekko ramieniem, a jej usta uśmiechnęły się 
nad parującym kubkiem. 
Oparłam głowę o jej ramię. Jak to cudownie, gdy ktoś tak prosto pojmuje rzeczy wcale nie 
łatwe. Tak wiele moŜna zawrzeć w ciszy i kilku niewypowiedzianych słowach. 
Spędziłyśmy ze sobą jeszcze godzinę. Na poŜegnanie Dominika przytuliła mnie mocno i na 
swój prowokujący sposób pocałowała w usta. A później, przesuwając swoimi ustami po 
moim policzku, wyszeptała mi do ucha: 
- Ale gdybyś miała ochotę do niego zadzwonić, po prostu zrób to. 
217 
Widziałam, jak przechodziła przez ulicę. Z ciemnymi, rozwianymi pięknie włosami i z mocno 
zaciśniętym paskiem w talii. 
Wieczór wydawał się duŜo spokojniejszy, niŜ przewidywałam. Co prawda zewsząd zwieszały 
się znaki zapytania, niczym jadowite węŜe, ale wizyta Dominiki nadała spokojny rytm 
mojemu powrotowi. 
Na ekranie telefonu pustka. Mimo Ŝe dźwięk nadejścia wiadomości słyszałabym z innego 
pomieszczenia, a tym bardziej sygnał połączenia, przez moment pomyślałam, Ŝe wiadomość 
od Joachima mogłaby przejść nie zauwaŜona przez nikogo do skrzynki telefonu i czekać tam 
na mnie. Infantylizm nie jest charakterystyczny dla konkretnej grupy wiekowej, niestety. 
Zanim się połoŜyłam do łóŜka, chciałam dać Euzebiuszowi kawałek marchewki, ale ta, która 
pozostała w lodówce, przypominała kościsty, pomarszczony palec starej wiedźmy, więc 
wsypałam mu garstkę ziaren, mówiąc: 
- Nie narzekaj, na wolności musiałbyś wszystko sam nazbierać. 
W odruchu współczucia przetknęłam przez szczebelki klatki kawałek suchego ciasta z pizzy. 
Tego na pewno nie upolowałby na wolności, ale gdyby miałoby mu zaszkodzić, pewnie 
instynkt powstrzymałby go od konsumpcji. 
Ś

wiat, który mogłam ogarnąć okiem, kładł się spać. A razem z nim natrętna myśl w mojej 

głowie, Ŝe muszę sprawdzić połączenia lotnicze z Pragą. 
* # * 
218 

background image

W firmie rzeczywiście nic się nie zmieniło. Ten sam rozgardiasz co zwykle, Joanna pędząca 
przez korytarz z próbką minikatalogu, w którym modele i modelki pozują w rzeźni, plus 
utykająca z powodu zapalenia korzonków pani Renia. 
Nie zdąŜyłam odpalić komputera, gdy w drzwiach stanął Rafał. 
- Greta, co za niespodzianka, wciąŜ na miejscu? 
- A niby gdzie miałabym być? - zapytałam, choć było jasne, Ŝe poczta pantoflowa działa 
błyskawicznie. 
-No jak to, gdzie? W przytulnej restauracyjce na Złotej Uliczce, opychając się knedliczkami. 
- Tak się składa, Ŝe akurat tam cięŜko opychać się czymkolwiek, jako Ŝe jest to uliczka 
zabytkowa, wyłączona z turystyki kulinarnej, ale dla ciebie zrobiono by wyjątek. Wiadomo: 
Złota Uliczka i Bazyliszek, to by było coś - odpowiedziałam. 
- No widzisz, Greta. - Rafał rubasznym gestem rozłoŜył ramiona i uśmiechnął się szeroko. - 
Gdzie znajdziesz lepszego sukinsyna do konwersacji? Pe-piczki to cioty. 
-Fakt, nigdzie... Choć z drugiej strony musisz zrozumieć, Ŝe nawet jogurt jest o poziom wyŜej 
od ciebie, bo ma kulturę - powstrzymywałam się od uśmiechu. - A przy okazji, Czesi są 
bardzo przystojnymi facetami, kobiety teŜ, to bardzo ładny naród. 
- Czekaj, czekaj... kobiety teŜ? Bejbe, a nie potrzebujesz bagaŜowego? Albo parzyciela kawy? 
- Parzyciela kawy?! Litości, słowo „parzyciel" kojarzy mi się z tobą jednoznacznie. 
-No właśnie, chciałem, by tak się skojarzyło. -Rafał pokraśniał z dumy. 
219 
- Nie masz nic do roboty? 
- Mam. Wybadać, czy to prawda, Ŝe wyjeŜdŜasz do Pragi, bo nie wiemy, czy magazyn i 
produkcja mają się składać na balony i konfetti... 
- W związku z poŜegnaniem? - zapytałam, nie przeczuwając podstępu. 
- Nie, w związku z radością po tym, jak juŜ wyjedziesz. - Szef produkcji zarŜał na całe gardło. 
- Ale śmieszne. - Zmarszczyłam brwi. - Wciągnij lepiej brzuch, bo wygląda, jakbyś miał 
przepuklinę jąder - dodałam. 
- JuŜ wciągnąłem. - Krztusił się dalej ze śmiechu. - A co? Potrafisz ją naprawić, znaczy się tę 
przepuklinę? Bo jak coś, to... - Zaczął rozpinać rozporek. 
- Spierdalaj, Rafał, nie mam nastroju. 
- Ja teŜ się cieszę, Ŝe jesteś juŜ w pracy, to tak juŜ na serio. Mam nadzieję, Ŝe operacja 
wycięcia migdałków się powiodła i... 
- Migdałków? - zapytałam. - Kto naopowiadał ci takich bzdur? 
- Dominika - odparł. - A czy w związku z tym będziesz mogła swobodniej się udzielać w 
seksie oralnym? 
- Za drzwi, idioto! - krzyknęłam. 
- Idę, idę. O co tyle hałasu? O Złotą Uliczkę? 
Jest w jego zachowaniu tyle prostactwa i wulgarności, Ŝe nawet nie mam sposobu, by z tym 
walczyć, bo za kaŜdym razem schodzę do jego poziomu. 
Opadłam na fotel i uruchomiłam komputer. Dobrze, Ŝe część zaległej poczty odebrałam w 
domu, bo dzisiejszy ranek to istne zatrzęsienie spraw najpilniejszych, na wczoraj lub na 
prośbę kogoś tam waŜnego. 
220 
Byłam w połowie układania chronologicznego wpływów za ostatni miesiąc, gdy do pokoju 
wszedł kolejny gość, Igor. Nie spodziewałam się, by szukał ze mną kontaktu w sprawach 
innych niŜ słuŜbowe, a i te w zasadzie nie krzyŜowały naszych dróg zbyt często. Jak zwykle 
schludnie, wręcz pedantycznie ubrany, z twarzą pozbawioną emocji. Zapytał 
charakterystycznym, lekko przyciszonym głosem: 
- Jak się czujesz? Odpowiedziałam: 
- Dobrze... dziękuję... 

background image

Pokiwał głową na znak, Ŝe rozumie tę zdawkową odpowiedź i uznaje za wyczerpującą. 
Popatrzył jeszcze chwilę, wprowadzając mnie w lekkie zakłopotanie, i zamruczał na koniec: 
- Bo Dominika się martwiła... - i wyszedł. 
Doprawdy, ludzie bywają zaskakujący. Jest prawie pewne, Ŝe to Dominiką się martwi, a nie 
mną, ale poniewaŜ po nitce do kłębka doszedł, Ŝe ja jestem źródłem teŜ jego niepokoju, po 
prostu zapytał. Nawet krótkie pytania i proste odpowiedzi potrafią wiele wyjaśnić. 
Porządkując dokumenty, łapałam się na tym, Ŝe układam je w sposób czytelny i łatwy do 
odszukania, gdy chodzi o poszczególne dane. Na wewnętrznych stronach segregatorów 
umieściłam kilka kolorowych, przyklejanych karteczek informujących, dlaczego nie ma w 
nim pozycji, które jak wynika z tytułu segregatora, powinny się tam znaleźć i gdzie w 
związku z tym naleŜy ich szukać. Niepotrzebne papiery wrzucałam do niszczarki, a pliki w 
komputerze ponumerowałam i nazwałam bardziej czytelnie. Gdy przerzucałam w palcach 
wizytownik z adresami, pomyślałam, Ŝe mimo wszystko wpadam 
221 
w wir wysysający mnie z tego miejsca. Spojrzałam na oszkloną szafkę stojącą obok mnie. 
Moja postać w niej odbita była jak nie moja. Przygarbione plecy, sylwetka skupiona w sobie, 
jakby przestraszona, dłonie na kształt wiewiórczych łapek obracających leśny owoc. Przeraził 
mnie ten obraz. BoŜe, jak ja wyglądam? Jak zaszczute zwierzę, jak pasoŜytniczy organizm 
przyłapany na gorącym uczynku. Mimo Ŝe byłam sama w pokoju, poczułam wstyd i 
upokorzenie. Oszukuję wszystkich, nawet siebie i nic nie mogę na to poradzić. 
W socjalu zaparzyłam sobie kawę, której resztka została w bezimiennym opakowaniu. Część 
grubo zmielonych ziaren nie chciała opaść na dno. Rozgryzałam gorzkie grudki w zębach, jak 
karną przekąskę. 
Po powrocie do pokoju poprosiłam telefonicznie Agnieszkę o zestawienia bieŜących obrotów. 
Udawałam bardzo zajętą, specjalnie przyspieszyłam oddech, a wszystko po to, by 
usprawiedliwić się, dlaczego nie poprosiłam o to Dominiki. A ja po prostu nie chciałam. 
Wracałam do domu w objęciach mroku i zmęczenia. To nie był cięŜki dzień, a mimo to 
czułam się zmęczona odpowiadaniem na pytania zadane i na te, które widziałam w oczach, na 
przykład Joanny. W spontanicznym odruchu wstąpiłam do kina. Widziałam juŜ ten film, ale 
jego atmosfera urzekła mnie tak bardzo, Ŝe postanowiłam powtórzyć wszystkie emocje, 
których doznałam, oglądając go po raz pierwszy. Między słowami... Wszystko, co 
najwaŜniejsze, mieści się właśnie między nimi. I za- 
222 
wsze jest tego nadmiar, jak nadmiar materiału marynarki zebranej klipsami, tylko nie zawsze 
to dostrzegamy. 
Wracając, pomyślałam o tym, Ŝe Joachim mimo wszystko się nie kontaktuje. Mimo wszystko 
czego? Tego, Ŝe myślałam, Ŝe to zrobi? Czy tego, Ŝe w końcu się poddał, a ja miałam jednak 
nadzieję, Ŝe będzie walczył? A jego mimo wszystko nie ma. Jedyne, co muszę zrobić, by to 
zmienić, to wybrać numer jego telefonu... Chciałabym mu zostawić coś, jakieś wspomnienie, 
westchnienie mojego ciała, gdy byłby blisko. Nie udało nam się spędzić ani jednej całej nocy 
ani razu nie byłam z nim na tyle blisko, by poznać jego ciało do końca. Czy to nie okrutne? 
Spędził tyle samotnych nocy, rozmyślając o mnie, a nie dane mu było pieścić mojego ciała. 
Oczywiście. Próbuję teraz przekonać siebie, Ŝe to, o czym myślę, to litość. śe będzie ona 
wystarczającym argumentem, by się z nim spotkać, a jednocześnie czuć się usprawiedliwioną 
z łamania własnych reguł. Ale prawda jest taka, Ŝe cząstka mnie lgnie do niego... 
Wróciłam do domu, rozebrałam się i weszłam pod prysznic. Moje ciało zdawało się zwalniać 
za kaŜdym razem, gdy o nim myślałam. Moje palce dawały mi czas, bym podjęła właściwą 
decyzję, a powieki wolno przecierały zwierciadła, bym dostrzegła coś, co odwróci moją 
uwagę. A ja na przekór temu wszystkiemu zapachniałam wanilią i wysłałam mu SMS: „Nie 
zamknęłam drzwi". 

background image

LeŜałam zwinięta w kłębek przez godzinę, z uderzeniami serca wstrząsającymi moim ciałem. 
Czekałam. Wraz z upływem czasu mój oddech się uspokajał, a serce jak mały przedszkolak 
traciło nadzie- 
223 
ję, Ŝe ktoś je w końcu odbierze. Zasypiałam. Nie czułam rozczarowania, nawet cieszyłam się 
sennie na tę swoistą karę. Na to, jak pięknie moje oczekiwanie spełzło na niczym. Ostatnim 
dźwiękiem, który dotarł do mojej świadomości, był cichy odgłos spręŜyny, jaki słyszy się, 
gdy ktoś przekręca klamkę lub gdy chomik znienacka skoczy z obrotowego kółka. 
Wyczułam go przez ciemność. 
Podszedł do łóŜka i przez chwilę mi się przyglądał. Potem rozebrał się powoli i nagi połoŜył 
obok mnie. Jego chłodne uda przytuliły się do moich. Nie wiedziałam, jak zareagować, więc 
początkowo się nie ruszałam. Bałam się tego bezruchu, bo nie mogłam nic przewidzieć. Ale 
on leŜał cicho, a ja wyczuwałam jedynie dotyk jego ciała. Po chwili poczułam, jak wsuwa 
palce w moje włosy i rzeźbi nimi pięć szlaków wędrujących od czoła do potylicy. Bardzo 
przyjemnie. Wygięłam do tyłu ciało, by pokazać mu, Ŝe jest mi dobrze. Choć gdzieś w głowie 
część mnie nie zgadzała się z tym poddaniem. Ale jakie to miało znaczenie, skoro wszystko 
dookoła było nierealne i spowite przez sen. Poruszyłam biodrami i umości-łam sobie miejsce 
w zagłębieniu jego bioder, a ręce wyciągnęłam do góry. Tak bardzo pragnęłam, by dotknął 
teraz moich piersi; są odsłonięte i spragnione pieszczot. Jego mądre dłonie zaczęły przesuwać 
się po moich nogach. W górę, po pośladkach, talii, Ŝebrach, aŜ jedna z nich objęła pierś i 
pozwoliła palcom na pieszczotę. Ujęłam jego dłoń, a delikatny fałd skóry pomiędzy kciukiem 
a palcem wskazującym chwyciłam z usta i pośliniłam językiem. 
Jego ciało poruszyło się w odruchu zachłanności. 
 
224 
Tak, ja teŜ chcę więcej. Chcę poczuć jego oddech i wilgoć na moim ciele i usłyszeć kaŜdy 
dźwięk, który przemycą jego usta. A ja te dźwięki spiję i zabiorę w głąb siebie, by grały w 
samotne wieczory. Byłby usprawiedliwiony, gdyby jego ruchy były desperackie i natrętne, ale 
wcale tak nie było. Gdybym miała zgadywać, powiedziałabym, Ŝe to raczej rozpaczliwe 
delektowanie się. Kochanie ze świadomością, Ŝe bliskość jest dana „zamiast". 
Na moje powieki padała zielona łuna z ulicznego neonu. Mógłby to być wielki zielony 
krokodyl, którego cielsko świeci w mroku. Przez moment bałam się otworzyć oczy, by nie 
zobaczyć jego odbicia na ścianie mojego pokoju. Wypity przed snem alkohol działał 
nienagannie. 
Gdy się obudziłam, po Joachimie i krokodylu nie było śladu. 
Było mi niedobrze. Nie byłam pewna, co z tego, co się wydarzyło, było prawdą, a mocny 
alkohol dał o sobie znać w postaci zawrotów głowy i nudności. 
Poszłam do kuchni i przygotowałam kubek zielonej herbaty. Z ciepłym napojem wróciłam do 
pokoju i rozejrzałam się, by odnaleźć jakikolwiek dowód na to, Ŝe nie byłam sama ostatniej 
nocy, ale wszystko dookoła było nieskazitelnie moje, bez obcych przedmiotów i zapachów. 
Usiadłam na łóŜku i pochyliłam się, by sprawdzić, czy pościel nie schowała w sobie zapachu 
naszych ciał, ale nawet gdyby mi się tak wydawało, pajęcze nitki minionej namiętności były 
zbyt ulotne, by być pewnym co do nich. 
Wsunęłam do odtwarzacza DVD płytkę z filmem Nieznośna lekkość bytu, a później gapiłam 
się nie- 
225 
wzruszenie na namiętność bohaterów i piękną Ju-liette, i prowokującą Lenę. 
Nie znoszę takiego stanu, kiedy kaŜdy mój ruch wydaje mi się bezcelowy i wykonany z 
wielkim trudem. Nie potrafię zebrać myśli, nie wiem, czy Joachim tu był, a jednocześnie nie 
robię nic, by się upewnić, na przykład zadzwonić lub napisać do niego. 

background image

Włączyłam komputer. W skrzynce wiadomość od Wioletty, Ŝe firma kwitnie, szczęście 
sprzyja, a ona wraz z męŜem wybiera się na koncert do Nowego Jorku, który zresztą 
pokochała miłością bezwarunkową. 
Jest teŜ mail od Matyldy, Ŝe jedzie kopać do Turcji, więc przez jakiś czas nie będzie z nią 
kontaktu, jako Ŝe baza wykopaliskowa skutecznie odetnie ją od świata. Musi jednak zrobić 
przerwę pomiędzy wykopaliskami a konferencją w Irlandii, więc na pewno się odezwie. 
Wiadomość od Człowieka z lasu, której nie otworzę, bo jej waga 1,2 kB sugeruje krótkie, acz 
rozpaczliwe wołanie o spotkanie, a ja nie mam ochoty odwrócić się na jego głos. 
Blanka napisała, Ŝe Petr nie moŜe doczekać się mojego przyjazdu i juŜ odwiedza Stare Mesto 
w poszukiwaniu lokalu na miarę „mojego powrotu". 
Jak to jest? Moje wszystkie plany zazwyczaj nie napotykają Ŝadnych przeszkód. Gdy juŜ 
wprowadzę je w Ŝycie, wszystko idzie gładko, Ŝadnych dylematów, darcia szat, czasu na 
zastanowienie, czy robię dobrze. Zupełnie jakby los sprzyjał moim świadomym lub 
nieświadomym wyborom. Dominika czuje się nieswojo z powodu mojego wyjazdu, a tam 
ktoś inny nie moŜe się doczekać, bym przyjechała. Czy 
226 
dzieje się tak dlatego, Ŝe stwarzam wraŜenie, lub jest tak w istocie, Ŝe mi nie zaleŜy? 
ZauwaŜyłam, Ŝe w wielu sytuacjach unikanie rozemocjonowania wiąŜe ludzi ze mną bardziej, 
niŜ gdybym okazywała, Ŝe zaczyna mi na kimś zaleŜeć. Czy podobnie jest z Joachimem? Czy 
moje odpychanie jest jednocześnie wabikiem? Idiotka ze mnie, cały czas usiłuję znaleźć 
wytłumaczenia inne, bardziej skomplikowane, zamiast dostrzegać prostotę i szczerość jego 
uczucia. 
Ale czy ja potrafię kochać prosto? MoŜe Joachim miał rację, mówiąc, Ŝe staję się Ŝałosna, 
pielęgnując swój smutek jak roślinę w ogródku. MoŜe przeoczyłam fakt, Ŝe jedna sadzonka 
zmieniła się w wielki skalniak, na którym mnogość gatunków i mozaika z kamieni... 
NiewaŜne. Staję się niesubordynowana w moich rozwaŜaniach, których przecieŜ powinnam 
się wystrzegać, a juŜ na pewno tych związanych ze mną i innymi ludźmi. 
Obawiam się, Ŝe to miasto, Joachim, Dominika... to za mało, by mnie tu zatrzymać. Tak, 
postawa na wskroś egoistyczna, i bardzo dobrze. Tak było do tej pory i było łatwiej, nie było 
tyle myślenia i wspomnień. Miejsca i osoby zmieniały się jak w kalejdoskopie. Wszystko 
wirowało na przekór porom roku i pozwalało mi nosić cienkie sukienki w zimie. I nie było 
krokodyla... Tak, nie było krokodyla. Nikt teŜ nie wygadywał bredni o stracie bliskich i o 
byciu mamą dla jakiegoś dziecka... Tak, rzeczywiście. Gdzieś popełniłam błąd. Czy uda mi 
się go naprawić? Co powinnam zrobić? Głupia, naiwna Greta. PrzecieŜ wiesz, co powinnaś 
zrobić. Wsiąść do samolotu do Pragi i nigdy nie wracać. 
227 
Jedna decyzja, a będziesz miała tyle z głowy. Dobrze, dobrze, muszę mieć tylko czas 
poŜegnać się z kim trzeba. Pssst, zły pomysł. Zaczną się szlochy, słowa o tym, byś jeszcze to 
przemyślała. Jak robiłaś to zazwyczaj? No właśnie. Po prostu zostaw wszystko i wyjedź. 
Jakie to smutne i zimne. Dlaczego znów we mnie ta potrzeba uciekania? 
To bardzo boli. Jest we mnie wiele niezgody na tę potrzebę oddalania się za kaŜdym razem, 
gdy ktoś inny się zbliŜa... Ale tak juŜ chyba będzie, tak juŜ być musi. 
Pójdę dziś do pana Stefana i zamówię torty. Jeden zostawię dla Dominiki w firmie, a drugi tu, 
w moim mieszkaniu, dla Joachima, a klucze u sąsiada. Wcale nie jestem pewna, czy Joachim 
tu trafi, ale nawet gdyby się tak nie stało, w końcu zjawi się ktoś, kto sprzątnie spleśniałe 
resztki. 
Tego popołudnia znalazłam się znów w szarym zakątku, w którym mieszkają mali chłopcy z 
Wi-klusami. Nigdzie jednak nie mogłam zobaczyć małego towarzysza i jego koślawego 
słonia. 
Na tortach kazałam napisać: „Przepraszam". 

background image

Odbiorę je jutro. Dziś mam jeszcze czas, by telefonicznie załatwić kilka spraw, a na jutro 
zostawić jedynie to, czego nie da się zrobić dziś. 
Wracałam do domu pozbawiona jakichkolwiek uczuć, mających związek z tęsknotą czy z 
obawą. Wskoczyłam na właściwy tor. Znów byłam Gretą sprzed kilku miesięcy, która miała 
na sobie niewidzialny płaszcz z zielonym krokodylem, jako projekcją snu z zamierzchłych 
czasów. Nie czułam nic. 
* * * 
228 
Miałam jeszcze godzinę do odlotu. Ogarniałam wzrokiem szary ludzki krupnik, przetykany 
gdzieniegdzie kolorem jak kawałkami marchewki. 
Usiadłam na chwilę w kawiarni. Naprzeciwko mnie wysoki męŜczyzna około pięćdziesiątki, 
czytający ksiąŜkę Negocjacje doskonałe. Nie wiem, czy bardziej było mi go Ŝal, czy teŜ 
dziwiła mnie jego odwaga w publicznym czytaniu publikacji, które przeciętnym obywatelom 
kojarzą się z bardziej przystępnym tłumaczeniem tego tytułu jako: „Jak wykręcić klienta 
skutecznie, by on był zadowolony, acz nieświadomy i poczęstował cię kawą ze śmietanką". 
W klapie marynarki dostrzegłam wpięty znaczek jednego z największych towarzystw 
ubezpieczeniowych w kraju. No tak, wszystko jasne. Grunt to wysoka suma ubezpieczenia i 
zdrowy jak byk ubezpieczony. Oczyma wyobraźni widziałam, jak męŜczyzna z 
zaangaŜowaniem rozpościera przed młodą parą wizje wypadków, które ich czekają, a których 
oczywiście im nie Ŝyczy, ale przecieŜ tak bywa. „O, nie dalej jak wczoraj kolega wracał z 
córeczką z weekendu i co? I miał wypadek, drodzy państwo, spłonął Ŝywcem, a dziecko 
cudem ocalało. Ale na szczęście ubezpieczyłem go w porę i oto dziecko ma zapewniony byt i 
zaoszczędzone pieniądze na studia". 
Takie rozmowy mają w sobie specyficzną maka-bryczność, bo chociaŜ celowość 
ubezpieczania jest dla wszystkich oczywista, to jednak sytuacje, w których ludzie zaczynają 
rozmawiać o swojej śmierci lub śmierci współmałŜonka, albo trwałym lub częściowym 
kalectwie, nieodparcie napawają mnie odrazą. „Słuchaj no, Stanisław, a ty tak jeździsz tym 
kombajnem, a jakby ci tak nogę urwało?" „No, rzeczywiście, Hela, nie pomyślałem o tym". 
229 
Normalnie sugestia taka z ust małŜonka byłaby równoznaczna ze stwierdzeniem: „śyczę ci 
ź

le", ale sprytnie przeprowadzona rozmowa stawia potencjalnych ubezpieczonych w sytuacji 

troskliwych zakochanych, w których jedno dba o drugie, by po śmierci druga połówka nie 
musiała jeść produktów dla najuboŜszych. 
Obserwowałam kobietę za ladą. Młoda, bardzo ładna, z wydętymi usteczkami i tuszem zbyt 
grubo nałoŜonym na rzęsy. Miała bardzo szczupłe łokcie i zgrabnie skrojony Ŝółty fartuszek, 
podkreślający jej filigranową sylwetkę. Przemykała pomiędzy stanowiskiem pracy a 
stolikami, z których zabierała osamotnione filiŜanki. Jakie to smutne. KaŜda z nich przez 
moment ma swojego właściciela, czyjeś odciśnięte usta, ślad pomadki, róŜną zawartość w 
ś

rodku, inną zasłyszaną historię, a później wszystkie trafiają do zlewu, gdzie detergent usuwa 

kaŜdy znak. Zostają ustawione obok siebie w szafce jak bezduszne klony i tkwią tak do czasu, 
aŜ ktoś inny chwyci ich uszka w palce. 
Nie wiadomo skąd, pojawił się włóczęga. Zgarbiony, z niechlujną brodą i zapachem uryny. 
Nie zdąŜył wejść do lokalu, bo pracownicy ochrony zareagowali natychmiast i wyprowadzili 
go. Nie opierał się. Bezwład członków był przyzwyczajeniem do tego typu sytuacji. Ach, jak 
my nie lubimy takich widoków. Brudnych nędzarzy, którzy psują nam plisowany świat 
naszych wyobraŜeń. Przypomniał mi się Fisher King. Pamiętam, Ŝe od momentu, gdy 
obejrzałam ten film, w kaŜdym kloszardzie doszukiwałam się niewidocznego, i nie 
potrafiłabym spojrzeć na niego z odrazą lub unieść brodę w wyrazie wyŜszości. 
230 

background image

Tak... W pewnym sensie wciąŜ jestem dziewczynką, która próbowała pomóc pijanemu 
męŜczyźnie, gdy pierzchły jego kule i spadły spodnie. 
Czas upływał, a mi zostawało coraz mniej czasu. 
Jakiś szczegół przepłynął przed moimi oczami. Wiązał się z Joachimem, choć nie mogłabym 
powiedzieć, co to było. MoŜe był to kształt, moŜe dźwięk, moŜe smak, jak smak tortów, które 
zostawiłam dla Dominiki i Joachima. Moje opuszczone mieszkanie wyglądało strasznie z 
kolorowym tortem na stoliku, ustawionym na środku pokoju. Trochę jak dziecięca zabawka 
zostawiona na grobie. Zmieniłam zdanie w sprawie napisu na torcie przeznaczonym dla 
Joachima. Zamiast słowa „przepraszam", kazałam panu Stefanowi uŜyć wszystkich swoich 
zdolności i narysować zielonego krokodyla. Nie wiem, co chciałam tym powiedzieć. MoŜe to, 
Ŝ

e zielony krokodyl jest częścią mojego świata, tak jak ja jestem częścią jego świata, Ŝe nie 

boję się go tak bardzo, jak Joachim przypuszczał. Niewykluczone teŜ, Ŝe zrobiłam to 
złośliwie - zjedz sobie tego krokodyla. Mam nadzieję, Ŝe jego chropowata skóra będzie miała 
posmak młodego groszku. 
Tort dla Dominiki zostawiłam w socjalu. Obok połoŜyłam karteczkę z pospiesznie 
napisanymi słowami: „W podziękowaniu za troskliwe dłonie zanurzone w wodzie i miłe 
rozczarowania. PS Ja bym spróbowała". 
Kiedy wychodziłam z firmy, nikogo jeszcze nie było. Wraz z sykiem zamykanych drzwi 
zamknęłam wszystko, co wiązało się z ludźmi, których tu poznałam. 
A teraz siedzę i czekam. Czekam na skrzydła, które zabiorą mnie gdzie indziej. Ktoś inny, 
stojąc 
231 
w oknie, będzie się zastanawiał, gdzie lecę i jakie smaki odnajdą moje usta. 
Miły głos zapowiedział odprawę. Kiedy wstałam z miejsca i wzięłam do ręki płaszcz, 
wydawało mi się, Ŝe minęła mnie walizka ze znajomą dłonią trzymającą jej rączkę, ale 
pewnie tylko mi się zdawało. 
Szłam. Pantofle z czarnymi róŜyczkami zgrabnie sunęły po błyszczącej tafli. Dłoń trzymająca 
płaszcz spociła się lekko; był to jedyny znak tego, Ŝe wyjazd budził moje emocje. 
Pomyślałam, Ŝe niezwłocznie po przyjeździe do Pragi muszę udać się do lekarza po tabletki. 
Nie ma sensu zostawiać w głowie miejsca na niepotrzebne rozmyślanie. Od tego momentu 
mogłam robić, co chciałam. Znów. Byłam panią moich wyborów, mojego nielubienia siebie. 
A mimo to samotność we mnie tkwiła jak przeszczepiona siła, która w chłopcu szamoczącym 
się z brudną, starą parasolką widzi samotnego małego człowieka... Tego jednego nie byłam 
pewna. Czy mimo mojej odwagi przestanę być kiedykolwiek samotna? I czy bardziej kocham 
moją samotność, czy jednak się jej boję? 
W moim kierunku dość szybko zbliŜał się jakiś męŜczyzna. Byłam przekonana, Ŝe mnie 
ominie, bo nie miał Ŝadnego bagaŜu, tylko poły czarnego płaszcza powiewające niepokojąco 
wokół jego sylwetki. Szedł ze skupionym wzrokiem, pewnie stawiając kroki, zaznaczając 
kaŜde dotknięcie stopy lekkim drŜeniem. Tak mi się wydawało. Był coraz bliŜej. Zrobiło się 
zimno, a promień ostrego światła prześwietlił nagle szybę i oślepił mnie. Zasłoniłam oczy 
dłonią i w tym samym momencie męŜczyzna, mijając mnie, uderzył mocno o mój bark. Nie 
zdołałam utrzymać równowagi. Upadłam na ziemię. 
232 
Przez chwilę nie wiedziałam, co się dzieje. LeŜałam z zamkniętymi oczami, próbując je 
otworzyć, ale było to bardzo trudne, bo światło wciąŜ było oślepiające. Wydawało mi się, Ŝe 
człowiek, który mnie potrącił, nawet tego nie zauwaŜył, jednak gdy na moją twarz padł 
zbawienny cień jego twarzy, zrozumiałam, Ŝe wrócił, by sprawdzić, czy nic mi się nie stało. 
Pochylił się i powiedział głosem, którego brzmienie miałam zapamiętać do końca Ŝycia: 
- Greto, jeszcze nie czas. Musisz się obudzić. Próbowałam dotknąć jego twarzy, ale pokręcił 

background image

przecząco głową i odsunął się. Gdy to zrobił, usłyszałam inny głos, naleŜący do jakiejś 
kobiety: 
- Stan stabilny, ciśnienie w normie. Pani Greto, czy pani mnie słyszy? 
Nie mogłam otworzyć oczu, pokiwałam więc głową. 
- Jak się pani czuje? Dobrze się pani spało? Ktoś połoŜył mi dłoń na czole, a kobiecy głos 
mówił dalej: 
- Operacja przebiegła pomyślnie, chociaŜ był moment, Ŝe narobiła nam pani strachu, ale 
sytuacja została opanowana, powinna pani szybko wracać do zdrowia. Dobrze, Ŝe nikomu 
więcej nie stała się krzywda. 
Próbowałam zapytać, ale nie wiadomo dlaczego, nie mogłam wydobyć głosu, a gardło 
strasznie piekło. Gdy w końcu zmusiłam się wszelkimi siłami, by to zrobić, zapytałam: 
- Co się stało? Gdzie ja jestem? Co z Joachimem i Euzebiuszem? Czy Dominika wie, Ŝe tu 
jestem? 
- Ciiii... - uspokajał mnie głos - proszę się nie męczyć, przyjdzie pora na wyjaśnienia. 
Nic nie rozumiałam. Otworzyłam powoli oczy, z których zaczęły płynąć łzy. Uniosłam głowę 
i popatrzyłam przed siebie. Za drzwiami mojej sali stał mały chłopczyk z opatrunkiem na 
czole i zielonym krokodylem w ręku. 
 
 
 
Replika poleca! 
Marcin Pietraszek 
Poza prawdą i kłamstwem 
Wyszarzeni, kolorowani tylko przez trzymane w rękach czasopisma i odblaski z ekranów te-
lewizorów, błądzimy w specyficznym świecie. Właściwie nie wiadomo, co jest w nim 
istotne? Co jest tak naprawdę waŜne, poza NIM. Pieniądzem. Marketing oblał nas szarym 
klejem, zdaje się, Ŝe skleił nam komórki mózgowe, tłumiąc altruizm, etykę, empatie, a nawet 
- wyobraźnię! Tylko czasem, jakby korzystając z nieruchliwości ciała, podczas snu wydziela 
się w nas to, co niegdyś było codziennością. Marzenia, wyobraŜenia, tworzenia fikcji tak 
szalonej, Ŝe niemoŜliwej dla tego świata... Świata, w którym poza prawdą i kłamstwem, tak 
naprawdę istniejemy. W miejscu, gdzie wszystko moŜna nazwać, jak się komu podoba, 
kaŜdego moŜna skrzywdzić, a dwa serca nie potrafią się odnaleźć... Marcin Pietraszek 
odnajduje i tłumaczy w swoich opowiadaniach, właśnie nasze czasy. Tłumaczy je powoli, 
zaglądając w kaŜdy kąt, nie bojąc się wkroczyć w podświadomość, i w ten sam sposób, z taką 
samą, wielką odwagą, zagląda w najbardziej smętne i niebezpieczne zaułki miast i 
miasteczek. Patrzy na człowieka, a raczej przenika jego człowieczeństwo, zastanawiając się 
nad tym, czy definicja tego słowa jeszcze w ogóle istnieje. Jest dosadny, ale nie bezczelny czy 
„brudny", gdy spojrzymy na sam język. Jego słowa budują obrazy prawdziwe, ale 
specyficznie oddane. Pietraszek jest czarodziejem, gawędziarzem z tych, którzy wymarli... 
zdawało się. Powraca, moŜe by nas nawrócić, a moŜe tylko wskazać nam drogę zmian. Nie 
narzuca, tylko budzi naszą uśpioną czujność. Jest piękny i romantyczny, ale teŜ dosadny, 
ś

wiadomy słów, które powierza stronom. Mam nadzieję, Ŝe okładka, podobnie skromna jak 

autor, zostanie zauwaŜona przez ludzi, którzy mogą jeszcze zostać ocaleni i Ŝyć... nauczyć się 
Ŝ

yć od nowa? W świecie, gdzie czarne jest czarnym, a biel bielą, gdzie mówiąc, patrzymy 

ludziom w oczy... 
Marzena Kowalska 
(Recenzja z portalu merlin.pl. Ocena recenzenta: ***** 5/5)