background image

ANDRZEJ PILIPIUK

NORWESKI DZIENNIK

TOM I

UCIECZKA

background image

DOM NAD MORZEM

Pewien odsetek osób, zdarzeń i faktów jest autentyczny. Wszystkie nazwy geograficzne, 

oraz część szczegółów umożliwiających identyfikację zmieniono, aby chronić 

niewinnych...

Wszelkie poszukiwania opisanych miejsc i osób uznać należy za

niewskazane, a przy tym niebezpieczne.

Prolog

Drewniane   domy,   gdy   są   przez   dłuższy   czas   niezamieszkiwane,   szybko  niszczeją. 

Czasem wystarcza kilka miesięcy, aby całkiem solidna konstrukcja zaczęła się rozsypywać. 

Na   północ   od   miasta   Bodo   w   norweskiej   Laponii   stał   nad   brzegiem   morza   taki   właśnie 

drewniany dom. Budynek wzniesiono na szczycie niewysokiego urwiska. Od tyłu otaczał go 

las. Dom stał pusty przez trzy lata. Zimą mróz trzymał go w stalowym uścisku, lecz gdy 

nadchodziła   wiosna,   będąca   w   tej   części   świata   porą   wichrów,   deski   zaczynały   ponuro 

klekotać pod uderzeniami nawałnicy. Wiatr wdzierał się przez szpary do wnętrza i hulał po 

pokojach.   Deszcz   wpadający   przez   dziurawy   dach   powodował   zacieki   na   ścianach.   Na 

podłodze pojawiła się gdzieniegdzie pleśń. Gdy wiał wiatr, wiązania belek skrzypiały. Nikt tu 

nie   zachodził,   jedynie   od   czasu   do   czasu   pojawiała   się   na   tym   brzegu   samotna   postać 

ornitologa lub leśnika. Dom konał. Ostatkiem sił czekał na człowieka, który podźwignąłby go 

z ruiny.

*

Wojsławice, woj. Chełmskie. Dwa lata wcześniej.

Dwadzieścia  cztery kilometry  na południe  od Chełma  przy szosie prowadzącej  na 

Zamość leżą Wojsławice. Na co dzień - niewielka senna prowincjonalna wioska. Kiedyś była 

miastem, jednak utraciła prawa miejskie po powstaniu styczniowym. Utrata praw nastąpiła 

głównie za sprawą niejakiego Hanusza Paczenko, który mimo iż był prostym chłopem zebrał 

spory oddział i w okolicach miasteczka stoczył zwycięską potyczkę z Rosjanami. Pech chciał, 

że nieliczni ocaleni z pogromu wrócili jakiś czas później, wiodąc za sobą oddziały przysłane z 

Chełma w celu ukarania buntowników.

Hanusz Paczenko pozostał na posterunku i miał okazję stać się pierwszym, lecz nie 

ostatnim członkiem rodu, który poległ w walce. Jego sukcesorom zdarzało się to odtąd często 

i   jedynie   wysokiemu   przyrostowi   naturalnemu   zawdzięczać   należy   fakt,   że   ta   szlachetna 

rodzina nie została doszczętnie wytępiona i jeszcze pod koniec dwudziestego wieku pewni jej 

background image

przedstawiciele odegrali swoją skromną rolę w budowaniu historii.

Przez   pięć   pokoleń   Paczenkowie   trzęśli   wsią   i   okolicą.   Członkowie   rodu   chętnie 

angażowali się w rozliczne burdy o charakterze zarówno lokalnym jak i międzynarodowym.

Nie   do   końca   zdefiniowana   przynależność   narodowa   rodziny,   sprawiła   że   po 

zakończeniu drugiej wojny światowej wszyscy niemal jej członkowie wylądowali daleko za 

kołem podbiegunowym i przez następne lata rzadko dawali oznaki życia. W Wojsławicach, a 

raczej   w   otaczających   miasteczko   lasach,   pozostał   tylko   Józef.   Wykopane   w   ścianach 

lessowych wąwozów bunkry opuścił dopiero po amnestii w 1956 roku.

Rodzina   cieszyła   się,   jak   już   wspomnieliśmy,   odpowiednią   renomą.   Mieszkańcy 

Wojsławic snuli przy wódce opowieści o kilkunastu spalonych chałupach, o kilku osobach, 

które usiłowały bruździć i zniknęły jak kamień rzucony w wodę. Byli i tacy, którzy mówili 

szeptem o zakopanych na ogrodzie Paczenków nieboszczykach, wśród których znajdować się 

mieli czterej gestapowcy, trzej volksdojcze, oraz kilku pracowników NKWD i UB. Gdy stary 

Józef   wyszedł   z   lasu   poprzedzała   go   tak   ponura   sława,   że   Polak,   który   zajął   jego 

gospodarstwo   w   ciągu   kilku   godzin   spakował   cały   dobytek   i   rodzinę   na   wóz,   po   czym 

zniknął. Osiedlił się aż pod Szczecinem. Józef nie ścigał go.

Miejscowa policja nie miała jakoś odwagi na przekopanie ogrodu i zbadanie pogłosek. 

Fakt,   że   przez   czterdzieści,   wówczas,   lat   istnienia   posterunku   w   miasteczku   bez   śladu 

zniknęło   także   kilkunastu   jego   pracowników,   działał   odstraszająco.   Ale   w   połowie   lat 

osiemdziesiątych w Wojsławicach nie było już Paczenków...

Pomińmy tą niewielką dygresję. W roku, w którym rozgrywają się opisane poniżej 

przypadki, wskutek ludzkiego niedbalstwa i nikłych środków finansowych, przeznaczonych 

na renowację starego systemu rowów melioracyjnych, odprowadzających nadmiar wody z 

leżących na północ od osady łąk, nastąpił powrót do stanu sprzed melioracji. Łąki zamieniły 

się   tej   wiosny   w   obrzydliwe   trzęsawisko,   które   w   środku   lata,   gdy   rozgrywa   się   nasza 

opowieść,   zdążyło   odrobinę   podeschnąć.   Na   północ   od  miasteczka   droga  prowadząca   do 

Chełma rozwidla się. Koło rozwidlenia stoi tabliczka:

Czarnołozy 2 Km

Od   tabliczki   na   zachód   biegnie   nitka   asfaltowej   szosy,   tak   wąskiej,   że   gdy   dwa 

kombajny mają się na niej minąć zbiega się okoliczna dzieciarnia i przyjmuje zakłady, który z 

nich wyląduje w rowie, choć gwoli ścisłości należy zaznaczyć, że najczęściej sytuacja jest 

remisowa.   Po   lewej   stronie   szosy   znajdują   się   wspomniane   wyżej   łąki,   po   prawej   pola 

background image

podchodzące aż pod ścianę lasu. Mniej więcej w połowie drogi od tabliczki do wsi znajduje 

się niewielki  suchy cypel  wcinający  się kilkadziesiąt  metrów  w bagno.  Tego lata  z  racji 

zabagnienia cypel ten stał się czymś w rodzaju półwyspu. To właśnie miejsce wybrali sobie 

na   obóz   harcerze.   Nie   wnikając   w   ich   przynależność   do   jakiegoś   konkretnego   hufca 

nadmienimy, że zachowywali się w sposób uwłaczający dobremu imieniu swojej organizacji. 

Palenie i picie można by im ostatecznie  wybaczyć, ale druhowie popełnili szereg innych 

czynów   nie   do   końca   akceptowanych   przez   społeczeństwo,   jak   na   przykład   wyprawa   na 

jabłka (oczywiście  cudze) w środku nocy, czy udział  w zabawie  wiejskiej. Zabawy były 

organizowane we wsi raz na jakiś czas, to znaczy, gdy organizatorom udało się wmówić 

miejscowej   milicji,   że   ta   impreza   nie   będzie   miała   tak   burzliwego   przebiegu,   jak 

dotychczasowe. Zapewnienia te były zazwyczaj gołosłowne, bowiem ludzkości nie udało się 

jeszcze opracować metody uspokajania bawiącego się tłumu. W każdym razie ta zabawa była 

typową   dla   tych   stron   miłą   imprezą   folklorystyczną.   W   ruch   poszły   łańcuchy   od   krów, 

butelki,   ponadto   rozebrano   kilka   okolicznych   płotów.   Harcerze   jednak   nie   uszanowali 

miejscowych zwyczajów i użyli gazu łzawiącego w dużej ilości, co wywołało wśród tubylców 

skrajne   oburzenie,   bo   jak   to   tak   można,   broń   masowej   zagłady   na   zupełnie   spokojnej 

dyskotece. Tak więc już następnego dnia padła propozycja, aby podłych wrogów pozbawić 

skalpów. Propozycja spotkała się z wyjątkowo ciepłym przyjęciem.

Noc była ciepła i bezksiężycowa. Nad bagnem snuło się trochę mglistych oparów. 

Dwaj   wartownicy   patrolowali   granicę   obozowiska.   Nic   nie   wskazywało   by   groziło   im 

jakiekolwiek niebezpieczeństwo.

- Nudno, cholera - powiedział jeden z wartowników do drugiego.

- Nudno - potwierdził zagadnięty i ziewnął.

Odwrócił się w stronę łąki nagle poczuł, że serce zjechało mu do gatek.

- O kur...czątko! - zdołał z siebie wykrztusić.

Widok, który ukazał się jego oczom był przerażający i fascynujący zarazem. Przez 

łąki galopowała na koniach banda miejscowych. W łapach trzymali pochodnie. Wartownik 

porwał sygnałówkę i zatrąbił na alarm. Tubylcy odpowiedzieli skowytem tak strasznym, że 

kilku mniej odważnych druhów zaszyło się w krzakach koło latryny. Zastępowy wybiegł z 

namiotu   z   rakietnicą   w   dłoni.   Na   widok   nadciągającej   „kawalerii”   zbladł,   zaraz   jednak 

opanował chęć natychmiastowej ucieczki. Wypalił racę w stronę wrogów. Nikogo wprawdzie 

nie trafił, ale udało mu się nader skutecznie spłoszyć większość koni. Jeźdźcy stracili wiele 

cennych   minut,   na   ich   uspokajanie   i   ponowne   formowanie   szyku.   Przepadła   przewaga 

zaskoczenia. Wreszcie dopadli celu. Jednolita dotąd grupa rozdzieliła się na kilka mniejszych, 

background image

które   opanowały   natychmiast   kuchnię,   magazyn   i   latrynę.   W   wielu   miejscach   obozu 

wywiązała się walka wręcz. Wódz napastników podjechał do pala z powiewającym na nim 

sztandarem i zdarłszy materię podpalił ją swoją pochodnią. Harcerze wpadli w szał. Wódz nie 

cieszył się długo swoim sukcesem, bowiem z ciemności nadleciała duża (750 gram) puszka 

mielonki   i   uderzywszy   go   w   czoło   sprawiła,   że   spadł   ze   swojego   rumaka.   Tubylcy 

przegrywali.   Nie   pomogło   nawet   to,   że   oddział,   który   zdobył   latrynę,   podpalił   obiekt   i 

wmieszał się do walki.

Z zagajnika po drugiej stronie szosy obserwowała te wydarzenia niewielka grupka 

chłopców. Oni także siedzieli na koniach, lecz niewiele łączyło ich z bandą, która przybyła tu, 

aby siać pożogę i zniszczenie. Ci trzej sympatyczni młodzieńcy przybyli tu jedynie w tym 

szlachetnym   celu,   aby   zrabować   harcerzom   ich   sztandar   i   wymienić   go   później   na   jakiś 

niewielki okup.

- Co robimy? - zapytał Maciej Wędrowycz, wnuk znanego w całej okolicy egzorcysty 

amatora, którego zejście ze świata rok wcześniej wprawiło większość autochtonów w stan 

euforii. - Uważam, że powinniśmy pomóc naszym.

- Naszym? - zdziwił się Paweł Norwicki. - Ja się nie poczuwam do jakichkolwiek 

związków z tą dziczą.

Na jego twarzy zagościł wyraz odpychającej pogardy. Wodnisto błękitne oczy Maćka 

rozbłysły w ciemności spod grzywy popielatożółtych włosów.

- Jakby nie było, poddani twojego pradziadka.

- Tak, ale w 1918 roku majątek wrócił w ręce hrabiego Poletyłły. Zresztą poddanymi 

nie byli nigdy a zachowali swoją nienawiść do tej pory.

Paweł   miał   ciemne   włosy,   przenikliwe   spojrzenie,   a   na   jego   twarzy   gościł   wyraz 

lekkiego   zakłopotania.   Był   nieco   wyższy   od   przyjaciela,   ale   wzrost   jego   genetycznie 

warunkowało szlacheckie pochodzenie. Tak przynajmniej twierdził w przypływach nostalgii 

za dawnymi dobrymi czasami.

-   Pomóżmy.   Walczą   może   trochę   brutalnie,   ale   w   słusznej   sprawie   -  odezwał   się 

milczący do tej pory Kurt.

- Wehre das moglisch? - zdziwił się Maciek.

Kurt był dziwnym przypadkiem. Czystej krwi Niemiec, trzecie pokolenie w Polsce. 

Jego przodkowie pochodzili z Bawarii co nadal dało się usłyszeć w jego miękkim południowo 

niemieckim   akcencie,   a   po   pierwszej   wojnie   jakoś   zostali.   Jego   rodzina   słabo   władała 

językiem polskim, ale ludzie specjalnie im nie bruździli.

- To tutaj to robota dla milicji - stwierdził Paweł.

background image

- Dlaczego nie? - w głosie Maćka zabrzmiała ledwo uchwytna nuta buntu.

Paweł   był   ich   przywódcą   od   bardzo   dawna,   ale   panowała   wśród   nich   znaczna 

autonomia,   zresztą   nie   było   właściwie   okazji,   żeby   musieli   określać   kto   tu   rządzi.   Byli 

kumplami a ten najsprytniejszy ogłosił się szefem. Reszta odpuściła sobie ten problem.

- Niech się żrą między sobą. Nie pamiętasz już, jak cię dwa dni temu wyzywali od 

ukraińskich świń?

- Niby racja, ale...

W jego oczach zapaliły się dziwne ogniki, jak gdyby tęsknoty za dawnymi dobrymi 

czasami, gdy jego dziadek Jakub z Józefem Paczenko, robili porządek ze swoimi wrogami 

ogniem, mieczem oraz inną bronią.

- Dobra - podjął decyzję wódz. - Możemy ich trochę przetrzepać.

Banda wyraźnie ucieszyła się na jego słowa. Trzepać wrogów.

- Jaki plan? - zapytał Maciek. - I czym dysponujemy?

- Ja mam trzydzieści petard własnej produkcji - zadeklarował Paweł.

Lubił w wolnych chwilach pichcić różne chemiczne różności. Czasami efekty były 

dość przerażające.

- To znaczy, że co trzecia wybuchnie...

- To bardzo dobry materiał wybuchowy.

Rozdzielili je pomiędzy siebie i zacięli konie do galopu. Kurt pozostał na miejscu. Nie 

umiał jeździć konno. Trzymał się wprawdzie jako tako w siodle, ale zazwyczaj było tak, że 

koń szedł w swoją stronę, niekoniecznie w tą, w którą chciał jeździec. Tym razem nie chciał 

iść wcale. Przyjaciele rzucili petardy, gdy byli już bardzo blisko. Wybuchła co piąta, ale i tak 

narobiły bigosu. Panika ogarnęła zarówno tubylców, jak też harcerzy. Ba, kto nie przeraziłby 

się wielkich kłębów fioletowożółtego ognia. Walka zamieniła się w chaotyczną ucieczkę we 

wszystkie strony. Niespodziewanie Paweł znalazł się w samym sercu bitwy, koło słupa, na 

którym poprzednio wisiał sztandar.  Rozejrzał  się z lekkim  roztargnieniem  i właśnie miał 

skierować konia na łąki, gdy nadbiegli trzej harcerze z kawałem sznura i zręcznie ściągnęli go 

z konia. Gdy znalazł się na ziemi otrzymał cios w głowę, który sprawił, że dalsze ciosy i 

kopanie   podkutymi   butami   uszły   jego   uwadze.   Maciek   wobec   liczebnej   przewagi   wroga 

wycofał się do lasu. Dwaj kumple rozglądali się za swoim szefem przez chwilę, ale nigdzie 

nie mogli go dostrzec. Słaba widoczność wywołana była wielkimi kłębami czarnego dymu, 

nie licząc zmroku.

- Donerwetter - zdenerwował się Kurt.

- Gliny - zauważył Maciek.

background image

Maciek nie lubił milicji. Miał to po dziadku. W dali na szosie widać było migające 

światełka, które zbliżały się całkiem szybko. Rzucił ostatnią petardę, która także okazała się 

być niewypałem.

- Pryskamy? - zagadnął Kurt.

- Odprowadź konia. Ja poszukam wodza.

- Zgoda.

*

Paweł   ocknął   się   w   bardzo   paskudnym   nastroju.   Bolała   go   głowa,   czuł,   że   ma 

zwichniętą rękę w łokciu, a do tego po lewej stronie klatki piersiowej czuł tępy ból w miejscu, 

gdzie swojego czasu miał połamane żebra. Wokoło nie było prześladowców. Nie było także 

przyjaciół. Od strony szosy coś błyskało na niebiesko.

- Milicja - wydedukował.

Poczuł nagłą potrzebę wyparowania z miejsca zajścia. Przywierając do ziemi zaczął 

czołgać się w stronę krzewów. Niespodziewanie uderzył głową w coś dziwnego. Owo coś 

była   to   para   podkutych   oficerek.   Uniósł   głowę   i   zobaczył,   że   należą   do   rosłego 

funkcjonariusza MO.

Bronił się bagnetem wrzeszcząc, że pozabija ich wszystkich, jeśli podejdą, więc użyli 

gazu obezwładniającego.

*

Gdy  radiowozy  wracające   z  akcji  wyjechały  z   szosy  na   ulicę   Chełmską   nastąpiły 

kolejne   wydarzenia   o   gwałtownym   przebiegu.   Oba   pojazdy   jednocześnie   złapały   gumę. 

Dzielni stróże prawa wysiedli, aby sprawdzić co się stało i spostrzegli, że w ich kołach tkwią 

całkiem fachowo wykonane kolce z grubej blachy. Zza drzew na drogę wyjechał na koniu 

jakiś zamaskowany typ z karabinem w ręce.

Był to Maciek. Zresztą kolce to też była jego robota.

- Połóżcie się na szosie - polecił. - Uwolnijcie zatrzymanego.

Nie posłuchali. Jego głos nie brzmiał poważnie. Miał dopiero czternaście lat i mówił 

dość piskliwie. Zaczęli biec w jego stronę. Zaciął konia nahajką i prysnął na łąki. Nie strzelali 

za   nim.   Zajęli   się   porzuconym   karabinem.   Był   to   stary   jak   świat   Mosin,   coniebądź 

zardzewiały i z przepróchniałą kolbą. Po wierzchu odpolerowano go papierem ściernym, ale 

oczywiście nic w nim nie działało. Mechanizmy zarosły rdzą na amen. Za to był nabity, co 

widać było przez przeżartą korozją ściankę magazynka. A gdy wrócili do wozu zobaczyli, że 

aresztant doszedł do siebie i ulotnił się. Może gdyby przeszukali okoliczne rowy, złapali by 

background image

go, ale oni mieli już dość wrażeń na tę noc. Za to następnego ranka szukali uczestników 

nocnej bitwy i nawet kilku znaleźli...

*

30 czerwca 1984. Warszawa.

Stałem   przed   szkołą.   Patrzyłem   przesz   dłuższą   chwilę   na   jej   brudnożółte   mury   i 

wahałem się. Zdawałem sobie oczywiście sprawę z tego, że wahanie to jest zupełnie pozorne. 

Musiałem tam wejść, ale przez tą chwilę, w której wmówiłem sobie, że tak właściwie to 

wcale nie muszę, czułem jakąś dziwną władzę. Władzę nad sobą a może nad swoim losem. I 

byłem prawie szczęśliwy. A potem wszedłem. Zaraz za drzwiami czatowali dwaj dyżurni. 

Podli pachołkowie dyrekcji. Sprawdzali czy każdy ma obuwie na zmianę. W takim dniu. Raz 

w   roku   mogliby   odpuścić,   ale   oczywiście   nie   odpuścili.   Miałem   na   szczęście   w   torbie 

wymięte kapcie specjalnie zabrane dla pokazania im. Przepuścili. Pokręciłem się chwilę w 

szatni   między   innymi   uczniami   ze   swojej   klasy.   Miałem   ich   gdzieś.   Czułem,   że   są   to 

właściwie tylko fantomy a może roboty. Nie przedstawiali sobą żadnej wartości. Mózgi jak 

kosmos, próżnia absolutna, wypełniona sekwencjami z meczy i umiejętnością kopania piłki. Z 

całej   mojej   klasy,   jak   się   mogłem   zorientować,   tylko   moje   ambicje   sięgały   dalej   niż   do 

zawodówki budowlanej. No, ale był jeszcze rok. Cały rok czasu. A potem może pójdzie 

lepiej. A może coś innego stanie na drodze i wreszcie będę mógł błysnąć. Tu w tej budzie nie 

miałem szans. Wszystko co było inne, lepsze lub gorsze, było ścierane przez tryby machiny. 

Nie byłem panem swojego losu. Tłum zepchnął mnie powolutku w stronę sali gimnastycznej. 

Wszedłem. Sala była ogromna. Jeszcze przedwojenna. W jednym jej końcu znajdowała się 

scena jak w teatrze. Na scenę prowadziły wejścia z boków, ale teraz przystawiono od przodu 

schodki. Tam będzie stał dyrektor a potem wejdą nauczyciele. Dla uczniów została ta dolna 

część sali.

Krzeseł oczywiście nie było. Zbyteczna fatyga. Uczniowie w odświętnych ubraniach 

siadali na podłodze. W kurzu i zaduchu. Może dlatego, aby nauczyciele mogli odczuć jeszcze 

raz swoją wyższość. Możliwe. Klasy wymieszały się. Nauczyciele wrzeszczeli starając się 

uspokoić gadającą bandę na podłodze.

Wszedł dyrektor. Popatrzył na nas ponuro. Wydało mi się, że patrzy prosto na mnie, 

ale musiało to być złudzenie. Patrzył po postu na uczniów. Jego spojrzenie wędrowało, aż 

wreszcie zatrzymało się na woźnym. Woźny, zalany nieco, siedział w kącie sali przy krześle 

od   pianina   i   drzemał.   Obok   stała   nauczycielka   muzyki.   Dyrektor   dał   znak   ręką.   Dwaj 

nauczyciele wuefu podeszli do woźnego obudzili i wyprowadzili. Nauczycielka muzyki siadła 

przy pianinie i nerwowym ruchem ręki poprawiła mikrofon.

background image

- Do hymnu - powiedział dyrektor przez drugi mikrofon.

Zaskoczył   praktycznie   wszystkich.   Nauczyciel   przysposobienia   obronnego   biegał   i 

starał   się   ustawić   uczniów   w   rzędy.   Wreszcie   udało   mu   się.   Stanęli.   Kolejna   komenda 

dyrektora sprawiła, że wciągnęli brzuchy i wyprężyli się na baczność. Nauczycielka zagrała. 

Hymn   państowy   zawsze   był   dla   mnie   zagadką.   Znałem   go   na   pamięć   i   nie   miałem 

problemów, zawsze jednak gdy był śpiewany sprawiał, że w nosie pojawiały mi się delikatne 

ukłucia. A w oczach stawały łzy. Może to było wzruszenie? Zakończyliśmy śpiew. Dyrektor 

dał nam minutę odpoczynku a potem zaczęliśmy śpiewać znowu. Tym razem hymn szkoły. 

Hymn zbudowany był z kawałów utworów patrona tej budy.

Hej kolego chwytaj za książkę.

Szukaj prawdy jasnego płomienia.

Szukaj nowych nieodkrytych dróg.

Ucz się pilnie i świat wokół zmieniaj.

Oczywiście można zmieniać  świat tak jak autor wiersza Adam Asnyk, fanatyczny 

socjalistyczny terrorysta i poeta, jeden z inicjatorów zamachu na Aleksandra II - go jedynego 

demokratycznie myślącego rosyjskiego cara... Pierwsza zwrotka zabrzmiała trochę fałszywie. 

Wiązało się to z drobną dywersją, której dokonaliśmy swojego czasu ja i Maciek Wędrowycz 

z równoległej klasy. Rozprowadził mianowicie w szkole pewną ilość odpisów mojej własnej 

wersji hymnu, stąd część dzieci śpiewała mrużąc oczy ze złośliwej radości trochę co innego:

Hej kolego chwytaj za bombę.

Szukaj wiedzy jasnego płomienia

Szukaj nowych nieodkrytych dróg

Ucz się pilnie, by świat zrównać z ziemią

Nauczyciele jeszcze się nie skapowali, że coś nie gra, ale było to tylko kwestią czasu. 

Nie ta uroczystość to następna. Drugiej zwrotki o tym, jak to szkoła nauczy ich być dobrymi 

Polakami nie udało się zmienić. Za trudna. Po śpiewach dyrektor pozwolił usiąść i teraz 

zaczynała się najciekawsza część imprezy. Szef tego cyrku odczytywał długi rząd cyfr, z 

których wynikało, że średnia ocen zwiększa się, ilość zimujących zmniejsza i w ogóle z roku 

a rok jest coraz lepiej i lepiej i niewątpliwie wkrótce szkoła ta stanie się najlepszą w stolicy, a 

może i na całym świecie. Nie wspomniał o dwu uczniach, którzy nie wytrzymali stresów 

nauki i wylądowali w wariatkowie. Moja twarz wyrażała zachwyt. Tak było bezpieczniej. 

Kontrolowanie mimiki stało się odruchem.

background image

Będąc   w   szkole   z   reguły   uśmiechałem   się,   dzięki   czemu   nauczyciele   brali   mnie 

powszechnie   za   nieszkodliwego   przygłupa   i   nie   gnębili   specjalnie.   Wychowawcy 

poszczególnych klas weszli na scenę. Teraz zaczynał się obrzęd uświęcony już kilkuletnią 

tradycją. Woźne spuściły ciężkie ciemne kotary na okna. Reflektor punktowy wypożyczony 

przez ojca jednej z absolwentek z telewizji oświetlił scenę. Drugi snop światła wywołał z 

mroku drewniane schodki.

-   A   teraz   przystąpimy   do   nagradzania   i   karania   -   oświadczył   dyr.   -   Najpierw 

obowiązki potem przyjemności.

Wydobył z kieszeni kartę papieru.

- Lista osób, które nie zostały promowane - odczytał z namaszczeniem. Lista liczyła 

ponad dwadzieścia nazwisk. Sporo jak na pięć równoległych klas siódmych. Sporo jak na 

szkołę, która wkrótce miała stać się najlepsza na świecie.

-   Ale   to   im   musi   psuć   statystykę.   -   mruknęła   jakaś   dziewczyna   siedząca   obok 

poprawiając fryzurę.

Odetchnąłem  z ulgą.  Moje  nazwisko nie  padło. Zawsze  bałem  się tego  momentu. 

Teoretycznie nic się nie mogło stać. Znałem swoje oceny. Doskonale znałem. Ani jednej 

wyższej niż dostateczna. Nie, w tym roku dostałem piątkę z plastyki. No tak. Pierwsza jak do 

tej pory piątka z czegokolwiek. Dyrektor zaczął odczytywać listę uczniów, którzy otrzymali 

świadectwa z czerwonym paskiem, a co za tym idzie, także nagrody. Wyczytany biegł niemal 

kłusem   do   schodków   i   wdrapywał   się   po   nich   do   góry   w   zalane   światłem   regiony 

przeznaczone dla nielicznych wybrańców.

Założę kiedyś prywatną szkołę to tak to właśnie będzie wyglądać - pomyślałem. - 

Tylko że ja to zrobię na wolnym powietrzu w nocy i uczniowie będą trzymali pochodnie a 

mury   zamku   zatrzęsą   się   od   ich   głosów.   Zresztą   kogo   stać   na   posyłanie   dzieciaków   do 

prywatnych szkół? W Polsce i tak nie pozwolą mi takiej otworzyć...

Wybrańcy   maszerowali   w   potokach   światła   na   górę   i   tworzyli   jeden   długi   rząd. 

Dyrektor   ściskał   im   dłonie   i   wręczał   książki.   Wreszcie   uroczystość   dobiegła   końca. 

Odsłonięto okna. Wychowawcy wyłapywali swoich uczniów. Czas i na mnie... Poszedłem 

ponuro   za   panią   Pszczółką.   Weszliśmy   do   klasy.   Kilku   lizusów   zaczęło   pchać   się   z 

kwiatkami, inni z paczkami kawy. Ja nie miałem nic... Bo i skąd? Pachołki - pomyślałem. - 

Podlizują się i podlizują a ona i tak nie bierze sobie tego do serca. Tracą tylko ich rodzice 

dolary w Pewexie i niczego to nie zmieni.

Pachnące mydło i kawa. A od nowego roku szkolnego znowu klasówki i pisanie daty 

po rosyjsku na tablicy. I znowu dwóje. Aż do skutku. Potem pomyślałem, że tak na dobrą 

background image

sprawę to sam mógłbym dać coś na rozpoczęcie roku. Jakiś mały niezobowiązujący prezent. 

Pochwyciłem na sekundę jej taksujący wzrok. Wiedziała, że jak zwykle nic dla niej nie mam. 

Byłem spalony do końca pobytu w tej szkole. Na zawsze. Nic by mnie nie uratowało. Nawet 

worek kawy. Pszczółka odesłała gestem suplikantów na miejsca. Najpierw musiała wygłosić 

kazanie.

- Drogie dzieci - zaczęła. - Spotykamy się po raz ostatni w tym roku szkolnym.

Szkoda,   że   nie   po   raz   ostatni   w   ogóle.   Mogła   by   sobie   wyjechać   do   Związku 

Radzieckiego na szkolenie i zostać tam na zawsze w kopalniach złota - pomyślałem.

- Więc zanim się rozstaniemy chcę zwrócić waszą uwagę na parę rzeczy. Czy Koćko 

mnie słucha?

Paweł Koćko to ja. Zawsze, gdy mówiła do mnie po nazwisku wróżyło to poważne 

kłopoty a tego dnia jak na złość nie miałem nic co mógłbym poczytać sobie na korytarzu.

- Oczywiście, że słucham proszę pani - powiedziałem wstając.

- No, mam nadzieję. A więc drogie dzieci, na wakacjach spotkać was może wiele 

niebezpieczeństw, z których nawet nie zdajecie sobie sprawy.

Tak   oczywiście   mamy   po   trzy   latka   i   opuszczenie   piaskownicy   jest   dla   nas 

śmiertelnym zagrożeniem - przedrzeźniłem ją w myślach.

- Lubicie chodzić po lesie... - (chyba tylko ja lubiłem), - ...a w lesie można zabłądzić 

albo spotkać dzikie zwierzęta...

No tak ci neandertalczycy z miasta, z którymi chodziłem do klasy faktycznie mogą 

zabłądzić.

- ...Leśne zwierzęta są z reguły chore na wściekliznę...

Gdyby z reguły były chore na wściekliznę, to dawno by wszystkie wyzdychały.

- ...A wściekliznę można wyleczyć serią bardzo bolesnych zastrzyków, więc lepiej 

unikajcie nieznajomych zwierząt...

Tak. Serią zastrzyków. Zapomina  dodać, że nawet w Czechosłowacji surowicę od 

dawna już podaje się dożylnie, praktycznie bezboleśnie, i tylko my jesteśmy tak zapóźnieni.

- ...Bardzo niebezpieczne są wsie. Ich mieszkańcy z reguły nienawidzą obcych. Może 

się zdarzyć, że was pobiją albo poszczują psami...

Jeśli będziecie wchodzić do ich sadów kraść jabłka, wydeptywać ścieżki przez pola, 

lub zachowywać się w podobny sposób.

- ...Oczywiście wszelkie zabawy z ogniem są absolutnie wykluczone...

Tak. Należy im zakazać. Neandertalczyk plus ogień...

- ...Uważajcie też z wodą. Wiele dzieci ginie co roku na skutek utonięcia. Pamiętajcie, 

background image

żeby kąpać się tylko w miejscach do tego wyznaczonych pod opieką ratownika. Z wodą nie 

ma żartów. Zwłaszcza nad morzem. Pamiętajcie, żeby nie odpływać daleko od brzegu, bo 

może zacząć się odpływ i ściągnąć was na otwarte morze...

Zwłaszcza w Bałtyku.

- ...Nie jedzcie lodów z niewiadomego źródła. Salmonelloza nie śpi. Nie chodźcie 

sami po górach. Góry są bardzo niebezpieczne. Można spaść do przepaści albo zabłądzić...

I nie karmić misiów.

-   To   już   chyba   wszystko   -   powiedziała   w   zadumie   i   popatrzyła   roztargnionym 

wzrokiem na klasę.

Podniosłem rękę.

- Tak? Słucham.

- Zapomniała pani powiedzieć o niewypałach i zabawie na szosie - podpowiedziałem 

usłużnie.

- Za drzwi!

Wyszedłem i z braku innego zajęcia przyłożyłem ucho do drzwi.

- Pamiętajcie, że nasza ziemia usiana jest niewypałami pochodzącymi z poprzedniej 

wojny światowej. Niech was ręka Boska broni brać coś takiego, a zwłaszcza wrzucać do 

ognia. A co się tyczy zabaw na szosie...

- Znowu cię wyrzucili za drzwi? - usłyszałem sympatyczny wesoły głos. - Jak tyś to 

zrobił. Przecież rok szkolny już się skończył?

Odwróciłem się gwałtownie. Stał przede mną chłopak, mniej więcej w moim wieku. 

Spod grzywki żółtych włosów patrzyły zuchwale błękitne oczy. Jego szerokiego, szczerego 

słowiańskiego   uśmiechu   nie   można   było   zapomnieć.   Druga   z   zakał   tej   budy   -   Maciek 

Wędrowycz.

Rozmawialiśmy ze sobą kilkukrotnie w stołówce.

- Wyrzucili - mruknąłem. - Ciebie też?

Czasami spotykaliśmy się na korytarzu, gdy wylatywaliśmy obaj jednocześnie. Śmiał 

się, że to telepatia...

- Nie, ja poszedłem po kredę - pokazał mi kilka kawałków trzymanych w dłoni. - Ale 

chyba   zabłądziłem   po   drodze.   A   może   nie   mogę   znaleźć   woźnego?   Chyba   to   drugie 

wyjaśnienie będzie bardziej prawdopodobne. Jutro wakacje...

- Aha - zgodziłem się. - Wyjeżdżasz gdzieś?

- Tak, i to daleko, jak najdalej od tego syfu - klepnął ścianę. - A ty?

- W tym roku nic się nie szykuje - powiedziałem.

background image

Kiwnął głową.

- Pokaż mi swoją dłoń - powiedział. - Lewą.

- Jesteś wróżbitą?

- Chiromatą. Nie, nie jestem. Ale dziadek trochę mnie nauczył na ten temat. To był 

zabawny staruszek. Nie miał linii bogactwa więc wypił piwo, stłukł flaszkę i kawałkiem szkła 

poprawił sobie ścieżki losu wypisane na dłoni.

Uśmiechnąłem się.

- No nie jest źle, tylko linia życia coś krótka - powiedział w zadumie. - Widzę tu 

książęcy   diadem   i   daleką   podróż.   Gdy   spotkamy   się   ponownie,   powiesz   mi   czy   się 

sprawdziło. Teraz niestety muszę lecieć...

- Nie ma tam nic o odzyskiwaniu pamięci? - rzuciłem za oddalającym się.

- Było coś - odpowiedział wesoło, - ale w pośpiechu nie zdołałem odczytać...

Poszedł.

*

Ręce pokryły mi się kroplami potu. Czerwcowe słońce stało wysoko. Powietrze było 

ciepłe, zupełnie jak zupa. Papier świadectwa szkolnego pod wpływem wilgoci pomarszczył 

mi się w miejscu gdzie trzymałem. Wiatr gonił po niebie białe chmury. Miałem ochotę rzucić 

się na ziemię i leżąc na wznak obserwować ich gonitwę. Pozbyć się za ciasnych tenisówek, 

pobiec na bosaka po miękkiej jedwabistej trawie. Chciałem poczuć się wolny. Ukończyłem 

siódmą   klasę   podstawówki.   Właśnie   zaczęły   się   wakacje.   Krzywy   chodnik,   ułożony   z 

popękanych płyt. Skrzypnięcie zardzewiałej furtki. Dom dziecka wyrósł przede mną. Drzwi 

także zaskrzypiały. Trzeba by naoliwić. Korytarzem przechodził chłopak ze starszej grupy.

- Kociooki, dyr cię woła - rzucił od niechcenia.

Idiotyczne przezwisko, nigdy nie doszedłem czy stworzyli je od mojego kretyńskiego 

nazwiska, czy może od kształtu moich źrenic.

Mus   to   mus.  Poszedłem.   Po   drodze   spotkałem   jeszcze   ze   trzy   osoby.   Wszystkie 

powtarzały mi to samo. Dotarłem do drzwi i zapukałem.

- Wejść - rozległo się ze środka.

Wszedłem jak automat. Dyrektor siedział za biurkiem. Na mój widok uśmiechnął się z 

przymusem.

- Siadaj - wskazał mi krzesło.

Usiadłem. Moje świadectwo położyłem na biurku Rzucił na nie przelotnie okiem.

- Paweł Koćko - przeczytał. - Słabo poszło - przeleciał wzrokiem wypisane po drugiej 

stronie oceny. - Ale to już nie ma znaczenia.

background image

Z szuflady wyjął kopertę. Bawił się nią przez chwilę.

- Co sobie przypomniałeś? - zapytał.

-   Nic   nowego.   Padający   deszcz,   pokój   z   lamperiami   pomalowanymi   olejną   farbą. 

Szpital.

- Nic wcześniej?

- Nic.

Bawił   się   w   milczeniu   kopertą.   Wreszcie   wyjął   z   niej   fotografię.   Rzucił   na   stół. 

Podniosłem ją do oczu. Człowiek na zdjęciu był do mnie trochę podobny.

- Kto to jest? - zapytałem.

Westchnął.

-   Może   oni   ci   powiedzą   -   powiedział   wreszcie.   -   Minęły   cztery   lata   odkąd   cię 

znaleziono niedaleko radzieckiej granicy z rozbitą głową...

- Czy on?

- Jego zastrzelili a ty oberwałeś w głowę kolbą karabinu. Tak przynajmniej sądzę. 

Oczywiście ani nasze służby pilnujące granicy ani radzieckie z pewnością nie chciałyby cię 

zabić. Sadzę, że ten człowiek zaplątał się w przemyt, albo jakieś szpiegowskie historie.

Gadaj zdrów.

- W każdym razie oberwałeś zdrowo.

Oberwałem. To fakt. Miałem lekkie zaklęśnięcie nad lewym uchem. I nie miałem 

przeszłości.

- W wyniku ciosu nastąpiła całkowita amnezja. Przytomność odzyskałeś po trzech 

miesiącach. Dali ci pierwsze imię i nazwisko jakie przyszło im do głowy. Nawiasem mówiąc 

wybrali kompletnie idiotycznie. Potem trafiłeś do nas.

Westchnął.   Wyjął   z   kieszeni   paczkę   papierosów   i   machinalnie   mnie   poczęstował. 

Dopiero po chwili spostrzegł niezręczność sytuacji. Poczerwieniał i wsadził ją z powrotem do 

kieszeni.

- Uczyłeś się języka od nowa. Cios w głowę wywołał rozległe uszkodzenia mózgu. 

Swoją drogą to dawali ci pięć procent szans na przeżycie i to tylko jako roślina... Ale to inny 

problem. Przed dwoma laty zjawił się u mnie facet. Wręczył mi kopertę. Opłacił ci kurs 

angielskiego i norweskiego.

- Nigdy mi pan nie powiedział jak ten człowiek się nazywał...

Dyrektor skinął głową.

- Mówi ci coś nazwisko Derek Tomatow?

Pokręciłem przecząco głową.

background image

-   No   widzisz,   nic   nie   straciłeś.   W   dziedzinie   języków   obcych   poczyniłeś 

zdumiewające postępy. Derek był zadowolony.

- Dowiadywał się o mnie?

-   Taaa.   Dzwonił   raz   na   pół   roku.   A   dwa   razy   przysłał   po   tysiąc   jogurtów 

czekoladowych szwedzkiej, nie, duńskiej produkcji. Pamiętasz, jedliście je wszyscy.

- Przysłał jeszcze magnetowid, ale zabrali ci z ministerstwa, cholerni złodzieje. W 

dodatku niezbyt umiałem wyjaśnić, skąd się wziął. At, nieważne. Miesiąc temu wpadł znowu. 

Tym razem to dopiero będą problemy.

- Problemy? - zdziwiłem się.

Parsknął rozdrażniony.

- Muszę upozorować twoją ucieczkę. Nie gap się tak. Moi konfidencji donieśli mi już 

dawno że tylko udajesz przygłupa a w wolnych chwilach czytasz podręczniki uniwersyteckie.

Wytrząsnął ze złością z koperty jej zawartość. Paszport. Norweski paszport. I jakaś 

podłużna książeczka. - Za cztery godziny masz samolot.

- Samolot?

- Do Oslo. Lufthansa. Dadzą ci za darmo soczek i sałatkę z krewetek...

-   I   wypuszczą   mnie?   Przecież   nie   mam   paszportu,   na   wizę   czeka   się   miesiącami 

zaproszenia, dewizy...

Uśmiechnął   się   z   przymusem.   Otworzył   paszport   i   pchnął   go   w   moją   stronę. 

Popatrzyłem. Ze zdjęcia gapiła się na mnie moja twarz.

- Marcus Oseberg.

-   To   teraz   ty.   Na  Okęciu   mówisz   wyłącznie   po   norwesku   i  angielsku.   Raczej   po 

norwesku. Nie chlapnij niczego po polsku. Jesteś norweskim nastolatkiem. Synem attache 

kulturalnego   ambasady.   W   razie   czego   żądaj   norweskiego   konsula.   Jest   wprowadzony   w 

sprawę potwierdzi twoją tożsamość.

Muszę przyznać, że udało mu się mnie zaskoczyć. - Jestem teraz szpiegiem? - Bzdura. 

Po prostu ten cały Tomatow dużo może. Bardzo dużo. No cóż, mnie, przyznaję przekupił. Jak 

się zarabia dwadzieścia dolarów na miesiąc, to dodatkowa stówka... Ech, - machnął ręką.

- A na miejscu?

Otworzył szeroko oczy.

- A skąd mogę wiedzieć, co czeka cię tam na miejscu?

- Rozmontują mnie na narządy do przeszczepów. Albo będą wyzyskiwali w fabryce. 

Przecież tam jest kapitalizm.

Parsknął śmiechem.

background image

- Nie inwestowaliby aż tyle. Może ten cały Derek to twój krewny? Cholera wie.

- Jest tylko pewien mały problem - musnąłem dłonią moją, poszarzałą od polskich 

proszków do prania, koszulę.

Wyjął z koperty klucz.

- Przystanek drogi stąd są ogródki działkowe - powiedział. - Znajdziesz działkę numer 

96. Trzeba iść od bramki na lewo a potem w pierwszą na prawo. Budka koloru obleśnie 

zielonego.   Ten   klucz   otwiera   kłódkę   od   budki.   Wewnątrz   czeka   na   ciebie   garderoba. 

Posiedzisz w budce do godziny szesnastej - głos mu stwardniał gdy przekazywał instrukcję. - 

O   szesnastej   wyjdziesz   przed   bramę   ogródków   działkowych.   Tam   stał   będzie   samochód. 

Duży fiat. W środku będę ja. Zawiozę cię na lotnisko. W chwili gdy samolot odleci zgłaszam 

na milicji twoje zaginięcie.

Kiwnąłem głową.

- Nie żegnasz się z nikim. Nie zabierasz żadnych swoich rzeczy. Zresztą nie masz tu 

kumpli.   Nie   twój   poziom.   Cholera   zawsze   wyglądałeś   mi   na   arystokratę.   Ta   zimna 

wyniosłość, nie mieszanie się z pospólstwem. At, nieważne. Może jesteś arystokratą. Sądzę, 

że wyjaśnią ci to tam, po drugiej stronie. Co to ja jeszcze chciałem..? Aha - podał mi saszetkę.

-   Zawartość   twojej   szuflady.   Scyzoryk,   zabroniłem   wam   chyba   posiadania   noży? 

Ogryziony ołówek, kawałek granitu, brazylijska moneta. Było jeszcze sto złotych bilonem, 

ale zatrzymamy. Tam gdzie lecisz te pieniądze nie mają wartości.

- Tu też nie mają, ale ludzie je lubią - zauważyłem.

Poweselał.

- Spoko. Wszystko będzie dobrze.

*

Wszystko poszło dokładnie zgodnie z planem. O piątej zatrzymał samochód przed 

halą odlotów na Okęciu.

- Podchodzisz do stanowiska piątego - powiedział. - Idź pewnie, jesteś tu nie pierwszy 

raz. Wypatrz w grupie ludzi lecących  do Oslo ze dwie osoby i pilnuj się ich, żebyś nie 

przegapił odlotu. W Oslo zgłaszasz się do informacji. Czeka tam na ciebie bilet gdzieś dalej. 

Nie wiem dokąd. I nie chcę wiedzieć.

- A co jest za odprawą?

Wzruszył ramionami.

- Pewnie poczekalnia. Nie wiem. Nigdy tam nie byłem. Poradzisz sobie. Teraz słuchaj 

bo to ważne. W Oslo musisz się zorientować pół godziny po wylądowaniu masz samolot 

dalej. Bilet czeka na ciebie w informacji. Odbierzesz go okazując paszport.

background image

Kiwnąłem głową.

- A tak na marginesie. Ostatnie pytanie. Ty naprawdę straciłeś pamięć? Czy może 

udawałeś tak doskonale przez te pięć lat?

- Naprawdę straciłem.

-  Gówno  prawda.  No  nieważne.  Gratuluję   wytrwałości,  choć   nie  znam  powodów. 

Dobrze, Jeszcze jedno. Nie przysyłaj mi kartki. Uciekłeś, przepadłeś, jak kamień w wodę. 

Zarżnęli cię narkomani w krzakach nad Wisłą i zakopali. Ja nie miałem z tym nic wspólnego.

- Tak jest.

Wręczył mi plik banknotów i poklepał po ramieniu.

- Powodzenia.

Pożegnaliśmy się i poszedłem. I wszystko okazało się łatwiejsze niż myślałem.

*

Niebo było czyste i prawie bezchmurne. Na wysokości dziesięciu tysięcy metrów, na 

jakiej leciał mój samolot wiał silny wiatr. Kołysało fest. Od czasu do czasu zdarzały się także 

dziury powietrzne i wówczas latałka opadała kilka, a może i kilkadziesiąt metrów w dół, a 

moje serce przemieszczało się z gatek do gardła i z powrotem. Widok, który roztaczał się 

przed   moimi   oczami   był   niewątpliwie   piękny   i   imponujący.   Przez   znaczną   część   lotu 

towarzyszyły   nam   góry   miejscami   lesiste,   a   miejscami   zbudowane   z   paskudnych   skał. 

Wyobraźnia podsuwała mi obrazy mojego ciała roztrzaskującego się o nie. Jak to w górach. 

W   dodatku   byłem   bardzo   zmęczony.   Podróż   wlokła   się   od   osiemnastu   godzin,   a   ja   nie 

wróciłem   jeszcze   do   siebie   po   porannym   wstrząsie   psychicznym.   Przyłożyłem   czoło   do 

szyby. Jej chłód pomógł mi zebrać myśli. Rozłożyłem na kolanach sczytaną do cna norweską 

gazetę młodzieżową i usiłowałem skupić wzrok na równych rządkach literek. Wreszcie udało 

mi się, ale po chwili pożałowałem widoków i znowu podniosłem głowę i popatrzyłem przez 

okno. Samolot odbił nieco na zachód w czasie, gdy czytałem  i leciał teraz nad morzem, 

wzdłuż linii brzegu.

Ponownie   zagłębiłem   się  w   lekturze.   Umysł   potrzebował   paliwa.   Nie   mogłem   się 

jednak jakoś skupić. Literki skakały mi przed oczami, a sam tekst stawał się coraz mniej 

zrozumiały. Głos zapowiadający lądowanie przyniósł mi ulgę. Nareszcie koniec. Zapiąłem 

pasy i zamknąłem oczy. Myślałem, że poczuję wstrząs, gdy koła dotkną pasa startowego, ale 

prawie nie poczułem.

Jak się już na wstępie przekonałem, w tej całej Norwegii nie było wcale tak zimno, jak 

by wynikało ze słów mojego nauczyciela geografii. Nie podstawili nam autokaru. Budynki 

były tuż tuż. Zaraz w holu lotniska zauważyłem, że jakiś facet mnie szuka. Stał i przypatrywał 

background image

się wychodzącym. Był też drugi facet w głębi, ale on wycofał się, gdy tylko nasze spojrzenia 

się spotkały.

- Thomas Patzchenko? - zapytał.

- Nie - odpowiedziałem i chciałem go minąć, ale nie dał za wygraną tak łatwo.

- Paweł Koćko? - zagadnął ponownie. - alias Marcus Oseberg.

- Tak, to ja - odpowiedziałem po norwesku.

- Już nie. Teraz będziesz Tomaszem Paczenką.

Ach jak miło. Szkoda, że nie zapytali mnie jak chciałbym się nazywać, tylko przylepili 

kolejne nazwisko jeszcze idiotyczniejsze niż poprzednie. Dlaczego nie mogłem nazywać się 

po ludzku, na przykład Skorliński, albo Chojnacki?

- Jestem Dae Glorssen, jestem pracownikiem Contenblau Corporation - przedstawił się 

facet. - Działam na polecenie Derka Tomatowa. Pokazał mi fotografię identyczną jak ta, którą 

widziałem kilkanaście godzin temu. Tomatow to też lepsze nazwisko niż Paczenko.

- Miło mi poznać - podałem mu dłoń.

- W takim razie proszę do samochodu. Pojedziemy obejrzeć twój dom.

Przyjechał po mnie nowiutkim oplem. Wsiedliśmy i zaraz ruszył.

-   Powinieneś   kupić   sobie   plan   i   kompas   -   powiedział.   -   W   tym   mieście   łatwo 

zabłądzić.

- Aha - zgodziłem się bez przekonania.

Miasto było nieduże. Jakieś 50 tysięcy mieszkańców. Może trochę mniej. Ale skoro 

cała   ludność   Norwegii   liczyła   zaledwie   około   czterech   milionów   musiało   być   sporą 

aglomeracją.   Domy   były   głównie   parterowe   a   samo   centrum   otaczały   dzielnice   małych 

domków z ogródkami poprzecinane w niektórych miejscach pagórkami i kępami choinek. 

Chodniki lśniły czystością. Witryny sklepów połyskiwały jak świeżo umyte.

- Więc tak wygląda kapitalizm? - zagadnąłem.

- Przyzwyczaisz się. Załatwiliśmy ci tu dobrą szkołę i dla tego twojego kumpla też. A 

ten drugi przysłał telegram, że przyjedzie tu na dniach.

- Mój kumpel? - nie zrozumiałem. - Nie mam żadnych kumpli.

-   Masz,   masz.   Dwaj   mili   młodzieńcy.   Hrabia   wiąże   z   nimi   duże   nadzieje   na 

przyszłość. Polubicie się.

- Myślałem zawsze, że przyjaciół samemu się wybiera.

- Szkoda czasu - błysnął zębami w uśmiechu.

- Co to za szkoła? - zapytałem.

- Średnia szkoła, odpowiednik waszego dawnego gimnazjum, albo obecnego liceum. 

background image

Ta akurat jest prywatna i nastawiona na bardzo wysokie wymagania.

- Dam sobie radę?

- Nie doceniasz swoich możliwości.

- Uczyłem się norweskiego przez dwa i pół roku po dziesięć godzin tygodniowo. Mam 

jeszcze dwa miesiące na doszlifowanie go.

- Właśnie po to potrzebni ci są przyjaciele. Mówisz nieźle, ale gramatyka i słownictwo 

to   nie   wszystko.   Jeśli   nie   będziesz   sobie   dawał   rady,   to   skontaktuj   się   z   hrabią,   coś 

wykombinuje.

- Jak mogę się skontaktować?

- W teczce,  która leży obok ciebie znajdziesz  dwie moje  wizytówki. Ja osobiście 

prowadzę filię w Tromso, ale bywam tu mniej więcej dwa razy w miesiącu. Na jednej z nich 

masz numer centrali,  a na drugiej tutejszy. W razie  czego dzwoń. Hrabia Derek sam się 

odezwie. Niech ci się nie wydaje, że możesz tu robić co ci się żywnie podoba. Mam swoje 

metody na kontrolowanie, czy nie przychodzą ci do głowy jakieś głupie pomysły.

- Jak to wszystko będzie wyglądało od strony finansowej?

- Nie powiedzieli ci? Pokrywamy wszystkie świadczenia, ale tylko do pewnego limitu. 

Jeśli zechcesz sobie zainstalować telefon, to niestety rachunki sam będziesz musiał opłacać. 

Zresztą i tak nie masz dokąd dzwonić. Ponadto co miesiąc  w tutejszej siedzibie w kasie 

możesz podjąć trzy tysiące koron, na wydatki.

Nie znałem kursu korony. Nic mi to nie mówiło.

- A od strony prawnej?

- Hrabia Derek jest twoim opiekunem. Wystąpiliśmy już o przyznanie naturalizacji. 

Mogą być problemy z opieką społeczną.

- To znaczy?

- Są tu takie trzy koszmarne babska uważające za swój obowiązek wtrącać się w życie 

innych ludzi. To może być czasami dość przykre. Już miałem z nimi małe starcie. Gdyby się 

pojawiły to lepiej byłoby, gdyby nie było cię w domu. Rozumiesz?

- Tak.

Zatrzymał samochód.

- Jesteśmy na miejscu. Trafisz stąd do miasta?

- Droga jest chyba jedna.

- Tak. Coś jeszcze chcesz wiedzieć?

- Właściwie to nic nie wiem.

- Resztę wyjaśnią ci kumple i hrabia Derek. Wpadnę za kilka dni zobaczyć jak sobie 

background image

radzisz. Tu masz legitymację szkolną, oraz odpis aktu własności. Wystrzegaj się obcych, nie 

pij, nie pal papierosów, i nie rozrabiaj. OK?

- Sure.

Pomachał mi na pożegnanie i odjechał. Rozejrzałem się na boki. Stałem na żużlowej 

drodze przecinającej las. Droga była od czasu do czasu używana, o czym świadczyły ślady 

kilku   pojazdów,   które   najwyraźniej   niedawno   tędy   przejechały.   Obok   drogi   ciągnęło   się 

ogrodzenie z siatki. Stałem niemal dokładnie w jego połowie koło zardzewiałej bramy. W 

teczce pobrzękiwało coś ciężkiego. Pęczek kluczy. Kompletnie zardzewiały skobel zamykała 

nowiutka kłódka. Obok bramki wisiały na siatce metalowe tabliczki. Obłaziły z farby, ale co 

nieco zdołałem odczytać:

135 Vaser gattan. Posiadłość prywatna.

Poborcom podatków wstęp wzbroniony!

Obok wisiała wycięta z miedzianej blachy trupia czaszka, kolejna tabliczka.

Uwaga indianie, tubylcy i inni kolorowi!

Jeśli pojawicie się tu w nocy,

znajdziecie się na liście do odstrzału,

a waszym mięsem zostaną nakarmione wściekłe psy.

Zostaliście ostrzeżeni!

A nieco dalej:

Nie przekraczaj tej granicy.

Jeśli masz swoje życie w pogardzie

to pamiętaj o swojej rodzinie.

Niżej   było   jeszcze   coś   napisane,   ale   nie   zdołałem   odczytać   co.   Weseli   ludzie   tu 

dawniej mieszkali. Przekroczyłem granicę i ruszyłem ścieżką. Nie miałem żony, ani dzieci, a 

z resztą to ostatecznie ja byłem właścicielem. Mogłem się bać jedynie siebie, ale na wszelki 

wypadek   zacisnąłem   dłoń   na   tkwiącym   w   kieszeni   nożu.   Poprzedni   właściciel   nie   był 

problemem, ale kto wiedział, kto lub co mogło się zagnieździć w opuszczonym domu. Dzicy 

lokatorzy, lub dzikie zwierzęta. Albo przyjaciele, których nigdy nie widziałem na oczy. Za 

furtką znajdowała się niewielka polanka pozarastana już samosiejkami świerków. Dalej rósł 

zbity gąszcz kilkunastoletnich drzewek. Rozpoznałem choiny kanadyjskie, świerki srebrne, 

background image

oraz jodły. Znaczna część drzewek była uschnięta, prawdopodobnie na skutek nadmiernego 

zagęszczenia. Warstwa opadłych igieł pokrywała ziemię. Byłem ciekaw, czy są tu grzyby, ale 

nie robiłem sobie zbyt dużych nadziei. I tak nie znałem się na grzybach. Ścieżkę odnalazłem 

łatwo   pomimo   podniesienia   się   poziomu   gruntu.   Korzenie   drzew   powyrywały   płytki 

chodnikowe,   które   sterczały   pod   różnymi   dziwnymi   kątami   ze   ściółki.   Poszedłem   tym 

tropem. Drzewa stały się grubsze, a las mniej zbity. Kawałek dalej jednak znowu zaczęły się 

gęste   choinki.   Przedzierałem   się   przez   nie,   jak   okręt   przez   fale   i   dość   niespodziewanie 

wyszedłem nad morze. Ziemia, po której szedłem zamieniła się w litą skałę, która kawałek 

dalej opadała niewysokim urwiskiem w zielonkawo niebieskie wody niewielkiej zatoczki.

Stanąłem oczarowany widokiem. Po prawej stronie zatoczka wyglądała niemal jak 

fiord z pocztówki. Ostre skały opadające piętnastometrowym urwiskiem do wody. Po lewej 

brzeg był znacznie niższy. U stóp skarpy zbudowanej z kamiennych bloków różnej wielkości 

znajdował się wąski pasek żwirowatej plaży. Na szczycie urwiska rosły świerki, niewielkie i 

poskręcane na skutek wiatrów. A potem zobaczyłem dom.

W pierwszej chwili pomyślałem, że zaszła jakaś pomyłka, ale zaraz odrzuciłem to 

przypuszczenie. To nie była pomyłka. Dom stał na krawędzi urwiska prawie dotykając do 

niego jedną ścianą. Był bardzo stary i bardzo zrujnowany. Z dachu pozostał jedynie szkielet. 

Ze ścian odpadały deski. Okna, o dziwo z szybami, spaczyły się i widać było szerokie na 

palec szpary pomiędzy nimi a framugą. Całość miała smutny głęboko szary kolor i sprawiała 

przygnębiające wrażenie.

Zamyśliłem   się   głęboko.   Postanowiłem   na   początek   dostrzec   w   tej   ruinie   jakieś 

pozytywne strony. Nie była przechylona, co wydawało się świadczyć o mocnej konstrukcji i 

to było właściwie wszystko. Cała reszta szczegółów podnosiła włosy na głowie.

- Trzeba będzie zwiedzić to od środka - powiedziałem sam do siebie. - Może jeszcze 

się coś wyklaruje.

Drzwi znajdowały się w ścianie frontowej i dotrzeć można było do nich jedynie po 

wąskiej półce skalnej. Nie stanowiło to specjalnego problemu, bowiem w ścianie było dużo 

dziur   zapewniających   wygodne   uchwyty   dla   rąk.   Dotarłem   bez   przygód   do   drzwi.   Ktoś 

musiał niedawno przebyć tą drogę, bowiem zamknięte były na zupełnie nowy zamek. Drugi z 

kluczy pasował. Przekręciłem go, potem nacisnąłem klamkę i pociągnąłem. Otwierały się na 

zewnątrz.

Nie chciały jednak tak łatwo się poddać. Z przeraźliwym zgrzytem uchyliły się o parę 

centymetrów.  Dalej  nie  miały  ochoty. Szarpnąłem  potężnie.  Drzwi odpadły  od framugi  i 

pociągnęły mnie do wody. Uderzyłem ciężko plecami, dwa metry niżej i zapadłem się w 

background image

chłodną ciemność. Przekręciłem się rozpaczliwie, tracąc wiele cennego powietrza i wróciłem 

na   powierzchnię.   Ubranie   namokło   oczywiście   natychmiast,   skrępowało   moje   ruchy, 

wciągało mnie w dół. Nie pływałem nigdy dobrze, byłem samoukiem, ale jakoś udało mi się 

dopłynąć do skały, w którą czyjaś litościwa dłoń powbijała metalowe klamry.

Zacząłem się wspinać ku górze. Piąta z kolei była tak zardzewiała, że złamała się pod 

moim ciężarem i wisiałem przez chwilę na jednej ręce, ale jakoś wdrapałem się aż do progu. 

Wszedłem   do   domu.   Wrażenie   jakie   odniosłem   wewnątrz   było   jeszcze   bardziej 

przygnębiające niż na zewnątrz. Podłoga załamywała się pod stopami.

- Jest tu kto? - zawołałem w półmrok.

Odpowiedziała mi nienaturalna cisza. Sufit korytarzyka, w którym się znalazłem był 

powybrzuszany, a deski jego groziły w każdej chwili spadnięciem na głowę. Po lewej stronie 

miałem dwie pary drzwi. Nie otwierały się, unieruchomione w zawiasach przez rdzę. Drzwi 

po prawej stronie zdołałem uchylić tylko kawałek. Na szczęście drzwi na końcu korytarza 

były uchylone. Przecisnąłem się przez nie i znalazłem się w rozległym pomieszczeniu. Było 

tu dość ciemno, bowiem okna zasłaniały  jakieś  szmaty, a sufit o dziwo był prawie cały. 

Pośrodku piętrzył się stos różnych rupieci. Ściągnąłem z siebie mokre łachy i powiesiłem je 

na   jakichś   badylach   sterczących   ze   stosu.   Na   zrolowanym   dywanie   leżał   zwinięty   pled. 

Narzuciłem   się   nim.   Był   bardzo   gruby   i   pachniał   nowością.   Obok   znalazłem   poduszkę. 

Popatrzyłem   na   zegarek.   Na   szczęście   chyba   nie   zamókł.   Pokazywał   niemal   północ. 

Popatrzyłem za okno i zrozumiałem.

- Biała noc - szepnąłem w półmrok.

Położywszy się na zrolowanym dywanie zapadłem niemal natychmiast w sen.

Przyśniła mi się cytadela warszawska. Stałem w białogwardyjskim mundurze przed 

bramą  straceń  i  na  coś  czekałem.   Ale  chyba  nie  na skazańców.  Obudziłem   się,  gdy coś 

miękkiego dotknęło mojej twarzy. Otworzyłem oczy. Szary kot siedział koło mnie i patrzył 

ciekawie. Zasnąłem ponownie. Wrzasnąłem i obudziłem się. Kot siedział nadal niedaleko 

mnie. Sięgnąłem ręką, aby go pogłaskać. Odskoczył. Poczułem się samotny, opuszczony i 

nieszczęśliwy. Zapłakałem, ale zaraz znowu zasnąłem.

*

1 lipca 1984 okolice Lwowa USSR.

Nazywano   to   miejsce   Małą   Ameryką.   Nieoficjalnie.   Faktycznie   wyglądało   dość 

amerykańsko. Nieduże domki o elewacjach wykończonych sidingiem tonęły wśród gęstych 

drzew. Pierwotną, odwieczną dąbrowę przetrzebiono przekształcając w rozległy park. Drzewa 

dawały dużo cienia i nawet w najgorsze upały było tu chłodno. Liście zatrzymywały niesiony 

background image

wiatrem lessowy pył. Osiedle otaczał betonowy mur pięciometrowej wysokości. Za murem 

ciągnęły   się   sosnowe   i   brzozowe   zagajniki.   Zagajniki   otaczał   pierścień   jednostek 

wojskowych,   a   całość   dodatkowo   chroniły   setki   kilometrów   kwadratowych   poligonu. 

Ponieważ   kontaktowanie   się   ze   światem   wymagałoby   pokonywania   kilkunastu   punktów 

kontroli, osada utrzymywała więź z resztą socjalistycznej ojczyzny drogą powietrzną.

Z   niewielkiego   lotniska   startowały   często   awionetki   i   helikoptery.   Blisko   połowę 

osady zajmował dziwny betonowy budynek, zagłębiony częściowo w ziemię. Na jego dachu 

położono grubą warstwę gleby i zasadzono cały las. Miedzy drzewami zawieszono druty i 

puszczono nimi prąd o wysokiej częstotliwości. Tajemnic budynku nie był w stanie rozgryźć 

żaden wraży amerykański satelita. Wewnątrz mieścił się Instytut. Wszyscy mieszkańcy osady 

pracowali   w   Instytucie.   Część   domów   zajmowali   emeryci,   którzy   przestali   pracować   w 

Instytucie.  Nieliczni  pracownicy mieli  dzieci,  które  uczyły się w specjalnej  szkole, by w 

przyszłości pracować w Instytucie.

Semen Miszczuk, genialny mikrobiolog, siedział w salonie przy komputerze. Teraz, 

gdy wreszcie zaczął do czegoś dochodzić nie odrywał się od pracy nawet w domu, robiąc 

tylko kilkugodzinne przerwy na sen. Cząsteczka DNA, którą wyświetlił różniła się zasadniczo 

od   ludzkiej.   Obok   wisiały,   wolniutko   obracając   się   na   kolorowym   ekranie   monitora, 

cząsteczki DNA konia i psa.

- Cholera - mruknął sam do siebie. - Jasna cholera. Dlaczego wcześniej na to nie 

wpadłem? No cóż, nikt nie uczył nas wyższej genetyki...

Łucja   trzymając   w   smukłych   dłoniach   dzbanek   z   wodą   wśliznęła   się   do   pokoju. 

Zaczęła podlewać dużą palmę. Odbijała się w filtrze monitora. Semen uśmiechnął się lekko. 

Była urocza.

Rozległ się melodyjny gong przy drzwiach. Otworzył syn Semena - Ihor. Po chwili do 

gabinetu   weszli   dwaj   mężczyźni   w   mundurach   KGB.   Miszczuk   przerwał   porównywanie 

cząstek i odwrócił się w ich stronę.

- Tak? - zagadnął. - Czym mogę służyć?

Wyższy, pułkownik, chrząknął.

- Semenie Pawłowiczu, dyrektor Ławrenko zadecydował, że trzeba przejść wreszcie 

do etapu drugiego.

Twarz Miszczuka stężała.

- Materiał dojrzał - pułkownik machnął ręką w stronę Łucji. - Musimy przeprowadzić 

eksperymenty toksykologiczne i krzyżowania z homo sapiens.

Omal nie zemdlał. Nie usłyszał jak dzbanek wyślizguje się z rąk córki i roztrzaskuje o 

background image

kamienną posadzkę.

- Protestuję - powiedział. - Procedura podejmowania decyzji w instytucie wymaga 

mojej zgody.

- Gdy przed czternastu laty oddawaliśmy ją twojej żonie na wychowanie zobowiązałeś 

się wydać materiał do badań na pierwsze żądanie profesora.

Łucja zbladła i padła na podłogę prosto w kałużę wody i odłamków szkła. Semen 

uśmiechnął się jednym kącikiem ust. Uspokoił się.

- Myślę że będę musiał zastosować procedurę odwoławczą. - powiedział podchodząc 

do ściany.

Mieszkańcy osady lubili antyki. On nie podzielał ich pasji. Na ścianie wisiał tylko 

jeden   stary   miecz   samurajski,   zdobyty   przez   jednego   z   jego   przodków   w   1905   roku   w 

Mandżurii.

- Nie możesz się odwoływać - warknął towarzyszący pułkownikowi mężczyzna. - Ta 

decyzja jest ostateczna.

- Ostateczna - powtórzył kładąc dłoń na rękojeści.

Trudno   jest   ściąć   dwie   głowy   za   jednym   zamachem,   ale   jemu   się   udało.   Krew 

pułkownika splamiła sufit. Biolog upuścił miecz i podbiegł do Łucji.

- Wszystko w porządku? - zapytał.

Kiwnęła głową. W oczach miała pustkę. Z szuflady za nią wyjął pistolet z tłumikiem i 

odbezpieczył go. Pudełko z nabojami wysunęło mu się z dłoni i upadło na podłogę. Schylił się 

po nie. To uratowało mu życie. Kula wymierzona w jego głowę uderzyła w ścianę. Odwrócił 

się. Strzelał do niego Ihor.

Jego własny syn. Jedynak, następca, podpora starości kontynuator rodu i badań... Ich 

spojrzenia spotkały się. Wzrok Ihora był zimny. Ponownie nacisnął na spust. Pocisk szarpnął 

ojca za kołnierzyk  marynarki  ale  szczęśliwie  ominął szyję. Miszczuk wystrzelił.  Chłopak 

trafiony precyzyjnie w środek czoła padł na wznak. Koniec. Opuścił broń. Łucja patrzyła już 

prawie przytomnie.

- Nie jestem twoją córką - szepnęła.

-   Jesteś.   Może   nie   masz   mojej   krwi   ale   jesteś.   Czytałem   ci   bajki   na   dobranoc. 

Patrzyłem jak rośniesz.

- Jestem materiałem. Owocem jakichś waszych obłąkańczych badań...

-   Jesteś   moją   córką.   Nie   sądziłem,   że   kiedykolwiek   zrealizują   tą   część   planów. 

Sądziłem, oszukiwałem się. Ale miałem nadzieję.

- Domyślałam się. Te dziwne zachcianki... Trawa... Kim jestem? I co teraz?

background image

-   Jesteś   moją   córką,   a   resztę   spróbuję   ci   wyjaśnić,   w   jakimś   stosowniejszym 

momencie.

Podniósł broń i jednym strzałem roztrzaskał komputer. Trzy pudełka dyskietek cisnął 

do kominka. Zaskwierczał płonący plastik.

Piętnaście lat pracy diabli wzięli - pomyślał.

Poczuł dziwną ulgę.

- Musimy uciekać. Pojedziemy na lotnisko i porwiemy samolot.

- Nie uda się.

- Dlaczego nie? Nie spodziewają się. Trzeba spróbować.

Podniósł   ją   ziemi.   Słaniała   się   na   nogach.   Z   podręcznego   laboratorium   zabrał 

walizeczkę   z   kilkoma   probówkami.   Przeszli   koło   pozbawionych   głów   ciał.   Ich   buty 

zakląskały na kałuży krwi, zostawiały potem krwawe ślady. Ihor patrzył w górę szklistym 

wzrokiem.

- Zabiłeś ich - powiedziała.

Głos bardzo jej drżał.

- Po to właśnie, między innymi, ma się rodziców.

2 lipca 1984. Sobota. Bodo Norwegia.

Przebudzenie nie należało do specjalnie przyjemnych. Mimo koca zmarzłem na kość. 

Moje ubranie, podobnie zresztą jak i wszystko wokoło było mokre, a raczej wilgotne, jak 

gdyby polizane wielkim jęzorem. W dodatku, coś okropnie uwierało mnie w plecy. Sięgnąłem 

ręką i wydobyłem spod siebie pistolet zawinięty w kawałek brezentu. Pojęcie o rodzajach 

broni miałem nikłe, ale ten typ akurat znałem. Mały kobiecy rewolwer produkowany w Belgii 

pod   koniec   wojny.   Strzelał   nabojami   tego   typu   jak   do   sportowego   karabinka.   Ołowiany 

czubek bez stalowego płaszcza. Mimo niewielkiego kalibru wyrywał w ciele potężne dziury. 

Schowałem znalezisko pod dywan, odkładając na później sprawdzenie, czy działa.

Popatrzyłem na swoje dłonie. Były potwornie brudne. Rozejrzałem się po pokoju, do 

którego   rzucił   mnie   wczoraj   los.   Pomieszczenie   miało   wymiary   około   dziesięć   na   pięć 

metrów   i   panował   w   nim   potworny   bałagan.   Meble   zwalono   na   stos.   Pomiędzy   nimi 

poniewierały się stosy książek. Książki były zawilgłe i przedstawiały  sobą obraz nędzy i 

rozpaczy.   Większość   sprzętów   rozpadała   się   w   rękach.   Próchno,   ale   na   szczęście   nie 

widziałem   nigdzie   śladów   obecności   korników.   Może   było   tu   na   nie   zbyt   zimno?   Po 

pobieżnym zlustrowaniu pomieszczenia ruszyłem na podbój domu.

Czułem się trochę jak poszukiwacz skarbów, choć wszystko wskazywało na fakt, że 

jakieś męty splądrowały już raz wnętrze. Wyszedłem na korytarz, z którego na skutek braku 

background image

drzwi miałem piękny widok, i energicznie zabrałem się za wyważanie drzwi na lewo, za 

pomocą młotka murarskiego znalezionego w pomieszczeniu w którym spędziłem noc. (Dla 

uproszczenia będę nazywał je biblioteką, choć nazwa ta przyjęła się dopiero w wiele dni 

później).

Drzwi,   które   przyszło   mi   wyłamywać   nie   stawiały   oporu.   Pokonałem   zardzewiałe 

zawiasy i zajrzałem do środka. To była kiedyś łazienka i ubikacja zarazem. Można się było 

tego od razu domyśleć po stosach kafelków, które odpadły od ścian i leżały na podłodze 

popękane, z plamami odłażącego kleju. Wanna, coniebądź obita z emalii, stała pod ścianą. 

Wypełniały   ją   brudne   szmaty,   najwyraźniej   części   garderoby.   Otworzyłem   klapę   sedesu. 

Wewnątrz   pływały   rozkładające   się   szczątki   jakiegoś   gryzonia,   szczura   albo   leminga. 

Spuściłem odruchowo wodę. Zadziałało. Kran nad umywalką również był sprawny.

To było pocieszające. Gorzej przedstawiały się sprawy ze starym bojlerem na węgiel, 

który   wisiał   nad   wanną   strasząc   swoimi   wyrwanymi   drzwiczkami.   Był   kompletnie 

zardzewiały. Zdawałem sobie sprawę, że nigdy już nie uda się go uruchomić. Na odchodnym 

postanowiłem sprawdzić oświetlenie. Niestety, podobnie jak w bibliotece, nie działało.

Następne   pomieszczenie   było   czymś   w   rodzaju   podręcznej   rupieciarni.   Nigdy   nie 

miało   okien,   nie   było   więc   pokojem.   Poprzedni   właściciel   używał   go   zapewne   jako 

magazynu,   środek   jego   bowiem   zawalony   był   deskami.   Deski   podobały   mi   się.   Były 

względnie nowe, i o dziwo nie specjalnie zawilgłe. Pod ścianą stała szafka na narzędzia, 

rozbita w nieprzewidywalnej przeszłości czyjąś chciwą ręką. Wszystko co miało jakąkolwiek 

wartość zniknęło, ale obcęgi, kombinerki i młotki zostały. Były jedynie mocno zardzewiałe. 

Obok znalazłem przystawkę do wiertarki, służącą do mocowania niedużej piły tarczowej. 

Widocznie przegapili ją w pośpiechu. Co krok natrafiałem na ślady byłego właściciela, lub 

grasujących złodziei. Skarpetki wiszące na lampie, pusta butelka po wódce, porzucony łom. 

Właściwie powinienem odczuwać niepokój, ale nie bałem się. Ślady wystygły. To wszystko 

zdarzyło   się   dawno   dawno   temu.   Upewniała   mnie   o   tym   gruba   warstwa   pajęczyn   i 

wszechobecny kurz.

Zlustrowawszy   pomieszczenie   poszedłem   naprzeciwko,   gdzie   po   drugiej   stronie 

korytarza   mieściła   się   kuchnia.   Drzwi   poddały   się.   Kuchnia   była   duża.   Miała   około 

dwudziestu pięciu metrów kwadratowych powierzchni. (Jak potem obliczyłem parter miał 

prawie dokładnie sto metrów kwadratowych). W kuchni paskudnie cuchnęło. Nic dziwnego, 

bowiem jakaś bezpostaciowa masa, zapewne kartofle, gniła w jednym z kątów. W drzwiach 

stał stół. Pokrywał go kożuch pleśni, kropidlaków i pędzlaków , jadowicie zielonych. Tu i 

ówdzie pleśń była powybrzuszana i tworzyła niewielkie pagórki. Gdy pchnąłem stół wywalił 

background image

się   i  rozleciał   na   kilka   mniejszych   stołów,  różnego   kształtu.   Był   całkowicie   spróchniały. 

Przekroczyłem jego mizerne resztki i wkroczyłem. W kuchni znajdował się piec na węgiel, a 

pod ścianą   od biblioteki  -  trzy  potężne   lodówki. Na  piecu  stały  trzy  garnki.  Podniosłem 

ciekawie pokrywki. W jednym była dziura, którą to co w nim było uciekło do paleniska, w 

drugim   dno   pokrywało   jakieś   zaschnięte   paskudztwo.   W   trzecim   paskudztwo   półpłynne 

drżało lekko. Woń którą wydzielało była obrzydliwa.

Podłoga w pomieszczeniu nie należała do najmocniejszych, uginała się niebezpiecznie 

pod   nogami.   Wymagała   z   pewnością   rychłej   wymiany.   Całości   obrazu   nędzy   i   rozpaczy 

dopełniał zlew wypełniany stosem połamanych talerzy. Od lodówek podejrzanie zalatywało. 

Postanowiłem zbadać to dokładniej. Były bardzo wiekowe, myślę, że miały co najmniej po 

jakieś dwadzieścia lat. Nic dziwnego, że od nich zalatywało. Brak prądu musiał doprowadzić 

do rozkładu ich zawartości. Otworzyłem środkową.

Byłem przygotowany na różne paskudne widoki, ale temu, kto załadował ją swojego 

czasu udało się mnie zaskoczyć. Włosy stanęły mi dęba. Instynktownie odskoczyłem do tyłu, 

a potem zawartość żołądka zaczęła się ze mnie wydostawać. Pobiegłem do okna i uderzyłem 

je ramieniem,  w  celu  otworzenia.  Okno wypadło  na zewnątrz.  Zwymiotowałem.  Skurcze 

szarpały   mój   żołądek   ilekroć   podmuch   wiatru   napędzał   w   moją   stronę   smród   bijący   z 

lodówki.

Postarałem się opanować i gdy doszedłem do wniosku, że jestem gotowy popatrzyłem 

przez ramię. Zawsze bałem się do szaleństwa nieboszczyków, duchów, wampirów, bandytów, 

wind, zsypów, luster,  ciemności,  wysokości,  krów,  owadów,  elektryczności,  etc.,  a  to  co 

miałem przed oczyma wyglądało jak ciało człowieka odzianego w futro. Takie częściowo 

zmumifikowane. Szaleńcze myśli przeleciały mi przez głowę: trup poprzedniego właściciela, 

ofiara poprzedniego właściciela, ofiara gangsterskich porachunków miejscowych mafii.

Zmusiłem się, aby podejść. To nie był trup człowieka, to było rozkładające się truchło 

renifera wtłoczone w nieco zbyt ciasną lodówkę. Pomyłka drobna, choć znacząca. Tak to już 

bywa. Na odchodnym postanowiłem zbadać zawartość szafek. Szafki były dwie i stały na 

podłodze. Tylko ślady na ścianie wskazywały na fakt, że kiedyś tam wisiały. W szafkach były 

różności. Miedziane rondle, torby zatęchłej mąki, mole zbożowe, a nawet kilka myszy. O 

dziwo talerze nie potłukły się przy upadku, a w każdym razie nie wszystkie.

Spośród   sztućców   wydobyłem   małą   srebrną   solniczkę   w   kształcie   jelenia.   Była 

zaśniedziała,  w  ten sposób w jaki  śniedzieje  srebro.  Widocznie  złodzieje  przegapili  ją  w 

pośpiechu, a może w ogóle nie otwierali tej szafki.

Z boku szafki ktoś przyszpilił nożem kartkę papieru. Oderwałem ją.

background image

Drogi Tomaszu.

Ogarnij nieco chałupę, nasz kumpel przyjdzie za kilka dni to ci pomoże z wstępnym 

remontem. Ja wpadnę na początku września. Schowałem dla Ciebie dwie butelki piwa w 

bojlerze. Trzymaj się.

Paweł Norwicki.

Zamyśliłem   się.   Z   kieszeni   wyjąłem   legitymację   szkolną   a   ściślej   mówiąc   coś   w 

rodzaju laminowanego identyfikatora z moim zdjęciem.

- Tomasz Paczenko - przesylabizowałem. - A Pawła Koćkę zaszlachtowali narkomani 

w krzakach nad Wisłą i zakopali tak dokładnie, że nigdy nie zostanie znalezione jego ciało. 

Cały problem, że nie znam żadnego Pawła Norwickiego.

Nieoczekiwanie nazwisko to wydało mi się znajome. Czujna myśl rzuciła się w mrok 

umysłu, ale nic nie znalazła. Jak zwykle. Wyszedłem z kuchni z głębokim postanowieniem, 

że jeszcze tam wrócę. Aby jednak podjąć walkę potrzebowałem kilku rzeczy, których nie 

posiadałem. W kieszeń wsadziłem plik banknotów z rupieciarni wyciągnąłem rozklekotany 

rower, wytarłem go jakąś szmatą z kurzu, podpompowałem koła i pojechałem do miasta.

Jechałem powoli ulicą. Czystość kłuła w oczy. Ludzie ubrani byli potwornie jaskrawo, 

a może to moje oczy przywykłe do wyblakłych barw socjalistycznej odzieży nie mogły się 

przystosować? Większość elewacji domów wyglądała jak świeżo odmalowana. Kapitalizm 

zaczynał mi się podobać.

Kupiłem sobie trochę impregnatu do drewna, płyn do mycia podłogi mydło oraz kilka 

puszek jakiejś fasolki. Była dość tania, jak na tutejsze warunki.

Wróciwszy do domu, co na rowerze nie zajęło mi dużo czasu, (jak obliczałem dom 

mój   od   północnego   skraju   miasta   oddzielało   jakieś   sześć   kilometrów   lasu),   na   początek 

zjadłem puszkę fasolki, aby się wzmocnić, a potem zakasałem rękawy i raźno zabrałem się do 

roboty.

W   rupieciarni   odnalazłem   stary   szpadel   i   naostrzyłem   go   pilnikiem.   Następnie 

wykopałem niedaleko domu duży dół na odpadki i ruszyłem do szturmu. W szturmie tym 

szpadel odgrywał znaczącą rolę. W ogóle jest to przyrząd o szerokich zastosowaniach. Można 

nim kopać doły pod drzewka, lub groby dla niechcący zastrzelonych kumpli. O ile się ich ma. 

Ja podobno miałem.

Najpierw pozbierałem odłamki desek i drewniane gonty leżące wokoło domu. Potem 

udałem   się   do   biblioteki,   gdzie   rozwaliłem   szpadlem   część   mebli.   Ich   żałosne   szczątki 

zaniosłem do dołu i zwaliłem na stos. Potem zaszedłem do kuchni, gdzie rozpyliłem trochę 

aerozolu   przeciw   owadom.   Zmęczywszy   się   poszedłem   zwiedzić   swoją   posiadłość. 

background image

Obszedłem dom od tyłu. Ściana południowa także przylegała do urwiska. Zatoczka wcinała 

się w tym miejscu najgłębiej.

Kawałek dalej zszedłem po kamieniach na plażę. Może wyraz „plaża” nie pasuje zbyt 

dobrze do dwumetrowej  szerokości żwirowej  łachy, która w  czasie  przypływu znika  pod 

wodą,   ale   z   braku   lepszego   określenia   nazywałem   ją   plażą.   Plaża   była   fajna.   W 

przeciwieństwie do tej, na której spędziłem wakacje w Polsce, ta była wręcz sterylnie czysta. 

Ani śladu zardzewiałych puszek, brył styropianu, butelek, i innych takich. Placków mazutu 

także nie znalazłem. Morze wyrzucało za to duże ilości kawałków drewna, kijów i konarów. 

Uprzątnąłem   sobie   kawałek   miejsca   i   uwaliłem   się,   aby   odpocząć.   Wzrok   mój   wolno 

przesunął  się po skałach  i spoczął  na wylocie  zatoczki.  Przez  szerokie,  lejkowate  ujście, 

widziałem   kawałek   otwartego   morza.   Było   mi   dobrze,   czułem   się   bezpieczny.   Komfort 

psychiczny.   Daleko   poza   mną   pozostał   świat   zaludniony   przez   rozmaitych   degeneratów. 

Daleko za sobą zostawiłem spaliny i beton wielkich miast, klaustrofobiczną atmosferę domu 

dziecka... Wolność. Wieczór pojawił się na moim zegarku. Nic w przyrodzie nie zwiastowało 

jego nadejścia. W domu ostro pachniały środki owadobójcze. Jak się domyślałem nie był to 

zapach specjalnie zdrowy, toteż postanowiłem zanocować na zewnątrz.

Przy okazji było to nieco bardziej higieniczne. Za pomocą siekiery powaliłem kilka 

uschłych świerków i zbudowałem z nich szałas. Nie za duży, długi na dwa metry, szeroki na 

metr. O wysokości przemilczę. Budowa szałasu dała mi nieoczekiwanie dużo radości. Z domu 

przyniosłem sobie dywan, który posłużył mi za materac. (Był nadal zwinięty). Nakryłem się 

pledem. Nie mogłem zasnąć. Było zbyt jasno.

Poszedłem   do   lasu.   Opadłem   na   czworaki   i   zacząłem   węszyć   tuż   nad   ziemią. 

Niebawem znalazłem kępę długiej miękkiej norweskiej trawy. Skubałem ją zębami i przeżutą 

połykałem. Miała lekko słodkawy posmak.

Leżałem i myślałem o różnych sprawach. Gdy wreszcie zapadłem w sen przyśniły 

ruiny jakiejś wsi. Chałupy rozbite pociskami. Pośród tego rumowiska nietknięty kościół i 

cerkiew   z   częściowo   zerwanym   dachem.   Przed   cerkwią   leżeli   pokotem   na   ziemi   zabici 

rosyjscy   żołnierze.  Obudziłem   się  i  pomyślałem,   że  nie   wiadomo,  gdzie  ich   pochowano. 

Potem znowu zapadłem w sen. Aż do rana nic mi się już więcej nie śniło.

3 lipca niedziela.

Obudziłem się wedle mojego zegarka o godzinie szóstej rano. Powietrze było rześkie, 

nawet trochę za bardzo. Na szczęście mój pled nie przepuścił całej wilgoci, która na nim 

osiadała.   Wygrzebałem   się   z   ciepłego   legowiska.   Naturalną   potrzebą   każdego 

cywilizowanego   człowieka   jest   potrzeba   mycia   się,   ale   zbadawszy   temperaturę   wody   w 

background image

morzu zrezygnowałem. Poszedłem do domu. Wewnątrz było paskudnie zimno i wilgotno, co 

przy takiej ilości dziur w dachu i ścianach specjalnie mnie nie dziwiło.

Aby trochę poprawić sobie warunki bytowania napaliłem solidnie w piecu w kuchni. 

Robaczki które przeżyły trucie wypełzły gromadnie z różnych zakamarków uciekając przed 

gorącem.   Trochę   mnie   to   zmartwiło,   ale   nie   miałem   czasu,   aby   się   nad   tym   głębiej 

zastanawiać.   Czekało   mnie   sprzątanie.   Zjadłem   na   śniadanie   trochę   fasolki,   a   potem 

otworzyłem puszkę mleka skondensowanego dla kota. Wprawdzie nigdzie go nie było widać, 

ale podejrzewałem, że wylezie wcześniej czy później ze swojej kryjówki. Mleko przelałem do 

takiej   śmiesznej   miseczki,   którą   znalazłem   w   ruinach   szafki   i   postawiłem   w   bibliotece. 

Pozbierałem wszystko co mogło się przydać i wyniosłem do rupieciarni, po czym zabrałem 

się   za   to,   co   przydać   się   nie   mogło.   Wszelkie   odpadki   wrzucałem   pod   kuchnię,   gdzie 

zamieniały się w popiół, ogień dym i ciepło. Trochę śmierdziało, ale nic na to nie mogłem 

poradzić.

Zmęczyłem   się   fest.   Dla   rozrywki   postanowiłem   zbadać   jak   działa   instalacja 

elektryczna.   Brak   prądu,   jak   się   okazało,   był   spowodowany   przepaleniem   obu   korków. 

Zesztukowałem je za pomocą drutu. W całym domu zapaliło się światło, a wszystkie trzy 

lodówki   zaczęły   pracować.   Ucieszyło   mnie   to,   bo   pomyślałem,   że   gdy   truchło   renifera 

zamarznie to przestanie śmierdzieć.

Zabrałem się za podłogę. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że pokrywa ją jakaś 

wykładzina z tworzywa sztucznego. Bliższe jednak oględziny pozwoliły mi stwierdzić, że nie 

była to wykładzina, lecz trzycentymetrowa warstwa brudu. Świństwo to z trudem dawało się 

skrobać   łopatą.   Na   piecu   zagrzałem   wody   w   metalowym   wiadrze.   Odskrobaną   część 

potraktowałem   ukropem.  Spod  szarej   warstwy  zhomogenizowanych   nieczystości  wyjrzały 

deski. Były zupełnie do chrzanu. Przepróchniałe i popękane. Wreszcie skończyłem. Zegarek 

powiedział mi, że jest po jedenastej. Kuchnia została względnie uprzątnięta, ale ubranie moje 

lepiło się z brudu.

Pomieszczenie pozbawione mebli wydało się większe. Siadłem na wywróconym do 

góry   dnem   wiadrze   i   spisałem   wszystko   co   tu   znalazłem.   Spis   ten   zamieszczam   tu   dla 

porządku:

- 10 garnków w tym 9 dziurawych.

-   30   miedzianych   rondli,   rondelków   i   patelni,   wszystkie   strasznie   zaśniedziałe. 

Stanowią zapewne kolekcję,  są ślicznie  grawerowane, co wyklucza raczej  ich praktyczne 

zastosowanie.

-   150   różnych   sztućców   w   tym   82   platerowane.   Pochodzą   z   co   najmniej   15 

background image

kompletów.

-   46   talerzy,   kubków   szklanek,   spodków,   w   tym   jeden   ozdobiony   wielką   czarną 

swastyką.

- Dwie wazy do zupy, obie dziurawe.

- 14 dzbanków ozdobionych gotyckimi napisami w języku niemieckim (przysłowia?).

- 6 tasaków.

- Cztery salaterki.

- Miedziana czarka posrebrzana.

Ponadto:

- Piecyk na węgiel drzewny - połamany.

- Mikser - zepsuty.

- Sokowirówka - zepsuta.

- Prodiż bez kabla - chyba zepsuty. (Potem okazało się, że działał).

- Radio turystyczne - zepsute.

Spisawszy to wszystko, za pomocą oleju ze znalezionej w kuchni butelki (nie umiem 

powiedzieć, jakim cudem nie zaśmiardł się), spróbowałem uruchomić obcęgi i kombinerki 

oraz   przystawkę   do   cięcia   piłą   tarczową.   Nakapałem   solidnie   na   wszystkie   złącza   i 

zostawiłem to, aby odmokło. Poszedłem do lasu koło plaży, gdzie poprzednio zauważyłem 

rządek betonowych słupków. Postanowiłem zbadać, co też to takiego. Jak się okazało były to 

smętne resztki pochylni do wyciągania statków na brzeg. Statek zresztą też tam stał.

Był stary jak świat, co można było poznać po jego „stanie technicznym”. Koszmarna 

piętnastometrowa łajba, zdaje się kuter rybacki, wykonana z drewna, które rozłaziło się w 

rękach. Nakryto go brezentem, ale to chyba nic nie dawało. Wokoło rosły spore samosiejki 

brzózek. Nie wchodziłem na pokład, nie było z resztą jak, i poprzestawszy na zewnętrznych 

oględzinach, wróciłem do pracy.

Uprzątnięcie   biblioteki   zajęło   mi   trzy   godziny.   Wszystkie   meble   za   wyjątkiem 

potężnego dębowego stołu nadawały się tylko i wyłącznie do wyrzucenia. Książki, których 

było około dwu tysięcy, ustawiłem na kształt murku wokoło kominka i napaliłem w nim 

solidnie   kawałkami   desek.   Nie   miałem   specjalnych   złudzeń,   że   wyschną,   ale   w   ciągu 

następnych kilku dni wysuszyłem je prawie całkowicie. Wszelkie śmieci zgromadziłem w 

dole   wykopanym   koło   domu.   Potem   zabrałem   się   za   badanie   strychu.   To   zajęcie   jako 

najprzyjemniejsze zostawiłem sobie na deser. Strych nie rozczarował mnie. Znalazłem na nim 

całą   kupę   różnych   przedmiotów,   które   troskliwie   zgromadziłem   w   drewnianej   skrzyni   i 

zdeponowałem   w   rupieciarni.   Przy   okazji   odkryłem   kilka   tarcz   karborundowych   i   dwie 

background image

niewielkie piły tarczowe. Pozbierałem kawałki leżących gontów i szmaty i zwaliłem to na dół.

Następnie zajrzałem do kuchni sprawdzić, jak przebiega zamarzanie renifera. W ogóle 

nie przebiegało,  bo choć lodówka wyła  jak startujący  samolot nie dawała  wcale  ujemnej 

temperatury. Zniechęcony wywlokłem truchło bosakiem, na kawałek plandeki i zaciągnąłem 

do dołu , który już prawie całkowicie wypełniony był śmieciami. Na wierzch narzuciłem 

warstwę   szmat   i   tych   gontów   wyrzuconych   ze   strychu.   Polałem   to   wszystko   spirytusem 

technicznym,   była   to   miejscowa   wersja   denaturatu,   podobna   w   zapachu,   choć   ślicznego 

oliwkowozielonego   koloru,   i   podpaliłem.   Zahajcowało   się   jak   złoto   ,   a   potem   zaczęło 

śmierdzieć. I to strasznie.

Wycofałem się więc na plażę, dokąd zapach nie docierał. Renifer palił się kilka godzin 

i wcale nie spalił się do końca. Podsycałem płomienie śmieciami. Przed wieczorem zaszedłem 

do   biblioteki.   Szukałem   kota.   Od   tamtej   nocy   nie   miałem   okazji   go   widzieć   i   nawet 

zastanawiałem się, czy nie otrułem go nie daj Boże przy okazji likwidowania robactwa, ale 

jak się okazało mleko, które nalałem do miski zniknęło bez śladu. Coniebądź uspokojony 

poszedłem spać, znowu na zrolowanym dywanie. Nie przyśniło mi się nic istotnego.

*

Dziesięć tysięcy metrów nad ziemią Semen zmiął gazetę i wepchnął ją do torby. Łucja 

patrzyła obojętnie przez okno. Gdzieś w dole przesuwały się zimne fale Atlantyku.

- Powiesz mi tato? - zagadnęła.

-   Powiem.   Pod   koniec   lat   sześćdziesiątych   w   ZSSR   przeprowadzono   powszechną 

akcję badania grup krwi. Chodziło o określenie udziału procentowego poszczególnych...

- Rozumiem - kiwnęła głową.

-   Badania   były   anonimowe.   Pośród   kilkudziesięciu   milionów   próbek   odkryto 

kilkanaście, których nie zdołano zidentyfikować. Pomocą okazał się katalog endemicznych 

grup krwi Allenberga, opracowany dwa lata wcześniej po analogicznych badaniach na terenie 

USA. Mieliśmy dwanaście przypadków grupy AQ, cztery przypadki Q1 i dwa przypadki Q2. 

Oraz siedem grupy M. Najciekawsza  okazała się próbka pochodząca  z Doniecka. Próbka 

wykazywała niezwykłe anomalie. Ciałka krwi posiadały jądra komórkowe. Zbudowane były 

ze zmodyfikowanej genetycznie hemoglobiny. Obecność kilku dodatkowych rodzajów ciałek 

nadaje jej fantastyczne właściwości magazynowania tlenu.

- Niech zgadnę. To dlatego mogę wstrzymać powietrze na ponad dziesięć minut?

Kiwnął głową.

- Zrobiliście mnie z jakichś zlewek? Zeskrobanych z próbówki?

Zaczerwienił się lekko.

background image

- Tak. Można tak powiedzieć.

- Czyja to była krew?

- Nie wiadomo. Ktoś spalił archiwum szpitala w Doniecku, gdzie przechowywano 

dokumentację.   Od   tamtej   pory   KGB   szuka   dawcy.   Dla   analizy   tych   dwu   centymetrów 

sześciennych krwi powołano nasz - skrzywił się - instytut.

- Wyklonowaliście mnie z..?

- Tak. Udało się to tylko raz. Ale próbowali wielokrotnie. Przypuszczam, że także z 

twoją krwią.

- Ale ty jesteś mikrobiologiem.

-   Zgadza   się.   Mikrobiologiem   a   ostatnio   także   genetykiem   amatorem.   Jakby   to 

powiedzieć,   twoja   krew   ma   bardzo   specyficzne   właściwości.   Jest   niewrażliwa   na   żadne 

infekcje bakteryjne i wirusowe.

- Żadne?

Skrzywił się lekko.

- Pamiętasz jak zmarła ta mała Olga? Po szczepionce w szkole.

- Aha. Spalili dom Gołubiewów. Z przyczyn epidemiologicznych.

-   Pomyliła   się   pielęgniarka.   Tak   sądzę.   Ty   dostałaś   jej   szczepionkę   a   ona,   cóż... 

wyizolowane pałeczki dżumy, które były dla ciebie.

4 lipca poniedziałek.

Zmysł węchu wyostrzył mi się niespodziewanie. Tego dnia rankiem gdy otworzyłem 

oczy z miejsca zalała mnie fala różnorakich woni. Morze pachniało morzem. Zapach morskiej 

wody zagłuszał większość innych zapachów. Nagrzany słońcem las puszczał olejki eteryczne. 

Z dołu powiew wiatru przyniósł ostrą nutę spalenizny. Coś cuchnęło mi prosto nad głową. 

Otworzyłem   oczy.   Pierwszą   rzeczą   na   jaką   zwróciłem   uwagę   były   wiszące   na   lampie 

skarpetki. Poprzedni właściciel używać ich musiał jako lepu na muchy. Poszedłem do dołu, w 

którym wczoraj spaliłem renifera. Zapach nadal kręcił mnie w nosie, ale zmysł powonienia 

stopniowo wracał mi do normy.

To  co  zobaczyłem  sprawiło,  że  moje  nerwy  napięły   się. W  dole  ktoś   grzebał.  W 

jasnym   popiele   widać   było   niezbyt   starannie   zamaskowane   ślady   kopania.   Ktoś,   a   może 

nawet oni, sprawdzał, co spaliłem. Woń spalonego mięsa była obecnie nikła i nie roztaczała 

się dalej niż na kilka metrów, zatem ten ktoś musiał poczuć ją wczoraj.

Ponieważ   nawet   w   czasie   palenia   się   nie   rozchodziła   się   bardzo   daleko 

wywnioskowałem, że ten, kto to zrobił musiał znajdować się na terenie mojej parceli. Szpieg, 

zbiegły   kryminalista,   może   zboczeniec,   złodziej   czy   morderca...   Albo   hrabia   Derek. 

background image

Właściwie to nie miało znaczenia kim był. Jego zamiary były nieczyste. Wróciłem do domu. 

Wydobyłem z walizki pistolet i otworzyłem go. Wyglądał na zupełnie sprawny. Był nabity, a 

dodatkowe naboje  znalazłem  sprzątając  wczoraj.  Naoliwiłem  go staranie  i  schowałem  do 

kieszeni. Ledwo zdążyłem się uzbroić nadszedł Dae Glorsen.

- No hej - zagadnął - widzę, że urządzasz się pomału?

- Dzień dobry. Sam pan widzi jak to wygląda. Trzeba włożyć dużo pracy. Na razie 

zrobiłem mały krok do przodu.

Przeszedł się po pokojach smętnie kiwając głową.

- Przytulnie tu - zakpił.

- Przydałoby się trochę desek - wyraziłem swoje oczekiwania.

- Ile desek? - zapytał rzeczowo.

- Może pięć metrów sześciennych...

- Pięć metrów - powtórzył w zadumie. - Co jeszcze jest ci potrzebne?

- Właściwie wszystko mam. Lodówki wprawdzie są już stare i nie chcą mrozić, ale 

poradzę sobie sam z kupnem nowych.

- Dobrze. Pamiętasz, że masz się zgłosić siódmego do szkoły?

Pamiętałem. Było to zapisane na kartce którą odkryłem przyszpiloną koło kontaktu w 

bibliotece. Pożegnaliśmy się i poszedł. Obiecał załatwić deski jak najszybciej. Sam nie wiem, 

dlaczego   nie   poinformowałem   go   wówczas   o   swoich   obserwacjach.   Może   myślałem   o 

rozprawie   z   nieznanym   wrogiem   własnymi   środkami,   a   może   bagatelizowałem   powagę 

sytuacji. Pojechałem do miasta, gdzie kupiłem pięć kilo gwoździ, skrzynkę pocztową, zamek 

do drzwi, (poprzedni utonął wraz z drzwiami), oraz pudełko cukierków, dla poprawienia sobie 

nastroju.   Skrzynkę   zawiesiłem   na   bramce,   a   przy   okazji   pozrywałem   wszystkie   tabliczki 

wiszące na siatce. Może poprzedni właściciel lubił wieszać skarpetki na lampie i prowadzić 

wojnę   z   wszystkimi,   przechodzącymi   drogą,   ale   ja   ceniłem   pokojową   koegzystencję   z 

wszystkimi ludźmi na świecie, za wyjątkiem oczywiście nauczycieli i komunistów. Zresztą i 

tak trzeba było je odmalować. Żaden Paweł na razie się nie objawił.

Zjadłem sobie małe drugie śniadanie. Pokrzepiwszy się wlazłem ponownie na strych. 

Zabrałem się za zrywanie desek. Nie była to trudna praca. Posuwając się po belce łamałem 

deski podłogi i zrzucałem je na ziemię. Gdy któraś się nie podawała waliłem ją młotkiem. Z 

belek wyrywałem gwoździe, co było już nieco trudniejsze, ale odrdzewione obcęgi sprawiały 

się w tej pracy bez zarzutu. To zadziwiające, ale zerwanie połowy podłogi zajęło mi zaledwie 

cztery godziny. Akurat piłem sobie szklaneczkę wody na wzmocnienie, gdy przywieźli deski. 

Całe   szczęście,   że   zdążyłem   uprzątnąć   nieco   ścieżkę   poprzez   usunięcie   części   uschłych 

background image

choinek. Dwaj robotnicy nosili dechy, a ja pomagałem im. Te pięć metrów, nie było tego tak 

dużo jak mi się wydawało. Deski były prosto z traka, trochę szorstkie, z zadziorami. Tarcica. 

Poza deskami Dae Glorsen przysłał dziesięć  rolek papy. Dałem robotnikom po 50 koron 

napiwku. Widać było, że ucieszyli się. Pewnie dałem za dużo. Gdy poszli zabrałem się do 

dalszej   pracy.   O   ósmej   wieczorem   skończyłem.   Mięśnie   ramion   bolały   mnie.   Byłem   tak 

zmęczony, że nie mogłem utrzymać młotka w dłoni, ale dokonałem tego. Zerwałem trzysta 

desek  w   niecałe  jedenaście   godzin.  Aby  trochę   się  odprężyć   poszedłem  zobaczyć  co   też 

słychać   na   drodze.   Na   drodze   było   pusto   i   cicho,   za   to   skrzynka   na   listy   była   pełna. 

Wygarnąłem   jej   zawartość   i   zaniosłem   do   domu.   Tam   dokonałem   selekcji.   Wśród 

kilkudziesięciu prospektów reklamowych miejscowych firm były dwie gazety młodzieżowe 

wraz z druczkami zachęcającymi do ich prenumeraty.

Gdy tego wieczora położyłem się spać w bibliotece mogłem przed zaśnięciem patrzeć 

w niebo. Słońce nie zaszło. Biała noc. Delikatny półmrok trwał może godzinę. Na niebie nie 

było ani jednej chmurki. Miałem w duszy cudowny spokój.

5 lipca wtorek Bodo Norge.

Ranek dnia tego zastał mnie na dachu domu, gdzie zajmowałem się dość dziwnym i w 

sumie nie bardzo sensownym zajęciem, jakim było naciąganie papy na szkielet dachu, tak, 

aby tworzyła coś w rodzaju namiotu. Po niebie sunęły niewielkie szare obłoczki i było dosyć 

wietrznie. Wewnątrz domu paliło się w piecu w kuchni i na kominku w bibliotece. Ponieważ 

niezrozumiałym   dla   mnie   zrządzeniem   losu   kominek   nie   był   połączony   z   przewodem 

kominowym a jego wylot znajdował się na strychu czułem się momentami jak w wędzarni. 

Ale ostatecznie nic w życiu nie przychodzi łatwo.

W dodatku patrząc  w  dół odczuwałem  silne ataki  lęku wysokości. Było to o tyle 

zrozumiałe, że szkielet dachu znajdował się w stanie niemalże rozsypki. Wszystkie łaty na 

których stawiałem nogi trzeszczały i uginały się. Skończyłem swoją pracę przed południem i 

zlazłem na ziemię. Zjadłem sobie małą namiastkę obiadu. Nie chciało mi się gotować. Po 

posiłku   poszedłem   nad   morze.   Łaziłem   po   plaży   bez   specjalnego   celu   wygrzebując   z 

wodorostów   kawałki   drewna,   które   wydawały   mi   się  warte   wysuszenia   i   zawieszenia   na 

ścianie. (W końcu jednak wszystkie poszły na podpałkę).

Niespodziewanie znalazłem koński ząb. Siekacz. Wrzuciłem go obojętnie do kieszeni. 

Woda w morzu była bardzo zimna, ale mimo to rozebrałem się do kąpielówek i wskoczyłem. 

Dno opadało stromo, a ja słabo umiałem pływać. Pobiegałem trochę, aby się rozgrzać, a 

potem ubrałem się i wróciłem do domu. Robota czekała i nie było co się zasiadywać.

Zamontowałem  w  przystawkę krążek  piły  tarczowej  i  uruchomiłem  wiertarkę.  Już 

background image

poprzedniego dnia wymierzyłem odległości pomiędzy belkami stropowymi i teraz zabrałem 

się   za   przycinanie   desek   tarcicy   do   odpowiedniej   długości.   Robota   szła   mi   raźno,   choć 

dwukrotnie  piła  zaklinowała  się w  materiale.  Potem  nawierciłem  w  deskach  dziurki,  aby 

łatwiej w nie wchodziły gwoździe. Sporo czasu zajęło mi wciągnięcie desek na piętro. Gdy 

wreszcie się z tym uporałem była prawie szósta wieczorem.

Nieludzko umęczony siadłem przed domem i oddałem się rozmyślaniom. Zajączek 

światła odbitego od czegoś wolno przesunął się po ziemi koło mnie. Zastygłem w bezruchu. 

Zajączek   nie   był   jednolity,   składał   się   z   pasków   jaśniejszych   i   ciemniejszych   ułożonych 

koncentrycznie. Zacząłem wyobrażać sobie od czego też mógł powstać. Wolniutko uniosłem 

głowę i rozejrzałem się po okolicy. Zbadałem położenie słońca. Światło odbiło się od czegoś 

na skałach na prawo od domu. Przeszukiwałem je przez chwilę wzrokiem i spostrzegłem to. 

W   szczelinie   między   dwoma   odłamami   skalnymi   tkwił   obiektyw   teleskopu,   za   pomocą 

którego ktoś mnie obserwował. Gdyby nie przypadek nigdy nie zdołałbym tego zauważyć. 

Zacząłem  się  zastanawiać.   Jeśli  moje   obserwacje   poczynione   przy  ognisku  wiązały  się  z 

obecnością tego nieznanego obserwatora, a mogłem przypuszczać, że wiązały się, to byłem 

od kilku dni obserwowany. Być może nawet od chwili przyjazdu. Intencje szpiega były mi nie 

znane.   Mógł   prowadzić   obserwację   celem   dokonania   napadu,   ale   po   co   w   takim   razie 

zwlekałby tak długo? Nie, on miał inne plany. Co też powiedział Dae Glorssen? Coś o tym, 

żebym nie wariował, że będę pod kontrolą? Czy to facet od niego siedział tam na górze? 

Pomacałem   pistolet   tkwiący   w   kieszeni.   Jeśli   coś   knuł   to   mogło   go   czekać   niemiłe 

rozczarowanie. Odpocząwszy zabrałem się za przybijanie desek na strychu. Szło mi to dosyć 

wolno, byłem bardzo zmęczony. Około dziesiątej wieczorem, gdy właśnie miałem zamiar 

skończyć na dzisiaj usłyszałem złowróżbne bębnienie kropli deszczu w papę.

- Do licha - powiedziałem sam do siebie. - Trzeba zabezpieczyć dom przed deszczem.

Był to pomysł i dobry i niewykonalny zarazem. Nie miałem jak zakryć wszystkich 

szpar w ścianach, a biorąc pod uwagę, że deszcz zacinał musiałem się spodziewać kałuż na 

podłodze parteru. Przełożyłem książki na stół, co zajęło mi godzinę, a potem wciągnąłem 

sobie zrolowany dywan na piętro, gdzie było zupełnie sucho i miło. Potem zgasiłem światło i 

ułożyłem się spać. Nie udawało mi się zasnąć przez bardzo długi okres czasu. Wiatr wył w 

kominie, a na papie deszcz wybijał swoje werble. Pod wpływem uderzeń wiatru dom jęczał i 

trzeszczał.   W   wiązaniach   dachu   ożywiły   się   jakieś   robaczki.   Do   tego   morze   wściekle 

szturmowało skałę na której stał mój dom. Od czasu do czasu uderzał piorun, raz dalej, a raz 

bliżej.   Burza   krążyła.   Wreszcie   zapadłem   w   sen.   I   oczywiście   od   razu   przyśnił   mi   się 

koszmar. Śniło mi się, że się obudziłem i leżałem na zrolowanym dywanie. Obok dywanu 

background image

paliła się lampa naftowa, a kawałek dalej stało krzesło na którym siedział jakiś człowiek. 

Krzesło stało na podłodze, w miejscu w którym w rzeczywistym świecie nie zdążyłem jej 

jeszcze położyć.

- Poznajesz mnie? - zapytał.

- Nie.

Było  zbyt ciemno.  Gość wykonał ruch ręką  i lampa  zaświeciła  jaśniej.  Nadal  nie 

mogłem go poznać. Lampa zgasła a ja czułem, że on nadal jest tam, w ciemnościach.

*

Zatrzymali się na noc w niewielkim motelu. Semen wypił kieliszek koniaku i rozłożył 

na kolanach magazyn „Lancet”. Łucja wzięła prysznic i przebrana w dres siadła na sąsiednim 

fotelu.

- Nadal nie wszystko jest dla mnie jasne - powiedziała.

Odłożył pismo.

- Co chciałabyś wiedzieć? - zapytał.

- Czy jestem ...kosmitką?

Westchnął ciężko.

- Skąd mogę wiedzieć? - zapytał bezradnie. - Badaliśmy twoje DNA. Wszystkie geny 

wydają się być ziemskie. Ale złożone zostały do kupy tak perfekcyjnie, że nie sądzę... My nie 

mieliśmy wystarczającej technologii. I nigdy nie będziemy mieli. Wygląda to tak, jakby ktoś 

wziął   wzorzec   z   homo   sapiens   i   uzupełnił   go   przypadkowo   dobranymi   cechami   różnych 

zwierząt,   które   wpadły   mu   w   ręce.   Masz   znakomity   węch.   Gdybyś   trochę   nad   tym 

popracowała   pewnie   zdołałabyś   tropić   ludzi   po   śladach.   Masz   kocie   źrenice.   Widzisz   w 

ciemności prawie tak dobrze jak w dzień.

- A wmawiali mi, że klinowaty kształt źrenic, spowodowany jest kataraktą.

- Tak myśleliśmy początkowo. Masz dwuwarstwową powiekę, zupełnie jak koń. Słabo 

odkłada ci się tkanka tłuszczowa. Organizm przerabia wszystko na mięśnie. Prawdopodobnie 

możesz znacznie wytracić temperaturę ciała i zapaść w coś w rodzaju snu zimowego.

- To by tłumaczyło senność na mrozie...

Nalał sobie drugi kieliszek.

- Są inni? - zapytała.

-   Byli.   Przechwyciliśmy   po   wojnie   część   dokumentacji   doktora   Sigridsena, 

zbrodniarza   wojennego   z   Sachsenhausen.   Prowadził   eksperymenty   na   kimś...   Pewne 

szczegóły   wskazują,   że   była   to   istota   twojego   gatunku.   Eqoidae   Edoni.   Nie   doszedł 

praktycznie do żadnych wniosków. Wpadł niestety w ręce Amerykańców a nie nasze. Może 

background image

tu w USA kontynuował swoje doświadczenia.

Cisnął szklankę z koniakiem do kominka. Alkohol buchnął błękitnym płomieniem.

6 lipca środa.

Obudziłem się nawet w niezłym nastroju. Zszedłem na parter i napaliłem w obydwu 

piecach. Deski podłogi zawilgły paskudnie zwłaszcza koło ścian, które też były mokre. Na 

dworze   wył   wiatr.   Z   rupieciarni   przyniosłem   sobie   lampę   naftową.   Potrząsnąłem   nią. 

Zachlupotało. Podniosłem klosz i zapaliłem knot. Płomyk zapełgał i przygasł. Przechyliłem 

lampę, aby nafta trochę go zmoczyła.

Niestety, ignorancja mści się. Z otworu nic nie wyciekało, więc potrząsnąłem lampą 

trzymając   ją   przechyloną.   Zachlupotało   i   momentalnie   strzelił   płomień.   Oczywiście 

upuściłem ją ratując ręce przed spaleniem. Po chwili paliła się już podłoga. Kopnąłem lampę 

do kominka i zdarłszy z siebie kurtkę zadusiłem ogień. To znaczy prawie zadusiłem. Podłoga 

przestała się palić, za to moja kurtka chajcowała się jak diabelski płaszcz. Wybiegłem z nią 

przed   dom   i   wrzuciłem   ją   do   morza.   Na   szczęście   w   lampie   musiało   być   tylko   trochę 

zwietrzałej   nafty   na   dnie,   bo   gdy   wróciłem   już   wygasła.   Tak   oto   stanąłem   przed 

koniecznością udania się do miasta po nową kurtkę. Najpierw jednak postanowiłem zjeść 

śniadanie.   Deszcz   ciągle   padał.   Wdrapałem   się   na   strych   i   siadłem   na   podłodze.   Nogi 

zwiesiłem na dół. Deszcz bił w papę nad moją głową. Kopnięciem  pozbyłem się butów. 

Spadły   na   parter.   Zamyśliłem   się.   Spotkałem   w   życiu   kilku   lekarzy.   Wszyscy   zgodnie 

twierdzili, że amnezja taka jak moja mija.

- Paczenko - powiedziałem w przestrzeń. - Tomasz Paczenko.

Nic mi to nie pomogło.

- Paweł Norwicki - rzuciłem w przestrzeń.

Nazwisko  to obudziło   w  moim   mózgu  jakieś   echa.  Ulotne  ale   jednak.  Z  kieszeni 

wyjąłem fotografię faceta którego zastrzelili. Wyjąłem lusterko. Porównałem jego twarz z 

moją. Był podobny. Miał takie same klinowate kocie źrenice. Pewnie katarakta.

- Ojciec? - zastanowiłem się.

Miałem   wtedy   dziesięć   lat.   Powiedzmy,   że   mój   ojciec   mógłby   mieć   wówczas 

trzydzieści. Człowiek ze zdjęcia miał najwyżej dwadzieścia pięć. Brat, albo młody stryjek. 

Wujek? Odłożyłem zdjęcie. Deszcz już trochę zelżał.

Poszedłem do stojącego w lesie statku i pogrzebawszy w jego wnętrzu odnalazłem 

kawał starej sieci. Wygotowałem go w garnku, aby pozbawić go rybiego zapachu i szarego 

koloru. Jedno i drugie zeszło tylko do połowy. Z czterech desek zbiłem ramę i naciągnąłem 

sieć na tą konstrukcję. Deski na strychu były bardzo twarde i należało mi się wygodne łóżko. 

background image

Wprawdzie jak się przekonałem to co zrobiłem nie było specjalnie wygodne, łóżka też nie 

przypominało, ale nie miałem czasu o tym myśleć. Do późna w nocy pracowałem i udało mi 

się pokryć podłogą większą część strychu, zanim zmęczenie zmusiło mnie do zaprzestania 

wysiłków.

7 lipca czwartek.

Na   kartce   wyrwanej   z   zeszytu,   niewyraźnym   charakterem   pisma   Dae   Glorssen 

zanotował następującą informację:

Zgłosić się do Gunnara Ahsensona (pseudo Teufel), Hogre Elementar Larovek 46  

Ibsengatta. 7 lipca godzina dziesiąta.”

Krótko sucho i bez dodatkowych wyjaśnień. Ale wiedziałem o co chodzi. Tacy jak ja 

czują szkołę na kilometr. O wyznaczonej godzinie pojawiłem się na miejscu. Szkoła stała w 

pewnym oddaleniu od ulicy. Był to trzypiętrowy murowany budynek. Otaczały go srebrne 

świerki.   Znowu   miałem   potwornie   wyczulony   węch.   W   dodatku   raziło   mnie   słońce. 

Podszedłem do drzwi i nacisnąłem ostrożnie klamkę. Nie ustąpiły.

- Zamknięte - powiedział ktoś cicho.

Obejrzałem   się.   Dwa   metry   od   wejścia   na   ławeczce   pod   rozłożystym   świerkiem 

siedziała dziewczyna. Ubrana była w jeansy, skórzaną kurtkę, na nogach miała mokasyny, a 

na głowie koszmarny kapelusz ze skóry. Widząc, że na nią patrzę zsunęła go do tyłu. Nie była 

bardzo   ładna.   Miała   wystające   kości   policzkowe,   ciemne   oczy   o   ładnym   wykroju,   oraz 

ciemnobrązowe   włosy.  Wyglądała   sympatycznie.   Poczynienie   tych   wszystkich   obserwacji 

zajęło mi zaledwie kilka sekund. Mimo że siedziała ode mnie dobre cztery metry poczułem jej 

zapach - delikatną mieszaninę potu i dezodorantu.

- Dziękuję - odpowiedziałem.

Uśmiechnęła się lekko.

-   Ty   jesteś   tym   amerykaninem   z   Utah,   który   mieszka   w   domu   starego   Johna 

Wargelanda?

- Nie.

Popatrzyła na mnie uważnie.

- Nie jesteś amerykaninem - stwierdziła. - Oni zupełnie inaczej - zrobiła w powietrzu 

dziwny gest, jak gdyby usiłowała coś obrysować.

- Jestem Tomasz Paczenko - nazwisko w moich ustach zabrzmiało jakby fałszywie.

Nadal czułem się Pawłem Koćko.

- Brat opowiadał mi o tobie. Jestem Ingrid. Ingrid Roslin.

- A skąd u niego te informacje?

background image

Znowu zrobiła ręką nieokreślony gest.

- On jest strażnikiem łowieckim.

Nic mi to nie wyjaśniło.

- Widział cię wczoraj jak naciągałeś papę na dach.

- Co to za miejsce?

- To dobra szkoła. Prywatna, bardzo wysoki poziom, zupełnie co innego niż normalne 

szkoły. C, którzy tu uczęszczają idą później na uniwersytety, i inne wyższe uczelnie. Mój brat 

też ją ukończył.

Doszedłem   do   wniosku,   że   dziewczyna   ma   dwu   braci.   Jeden   ukończył   tą   budę   i 

studiował a drugi nie ukończył i został strażnikiem łowieckim.

- Lubię się uczyć. Myślę, że też sobie poradzę.

- Masz rodzeństwo?

- Nie.

- Mój tata jest weterynarzem. W Geitvagan. Wiesz, gdzie to jest?

- Na północ od mojego domu. Cztery kilometry?

- Sześć. Jesteśmy sąsiadami. Masz zwierzęta?

- Jakie zwierzęta?

- Psa, może kota?

- Nie. Zaraz, mam kota. Przybłąkał się. Taki szary. Czyżby nie wolno było tu mieć 

kota bez obroży?

- Udomowiłeś go, to dobrze. Wiesz do obowiązków strażników łowieckich należy 

zabijanie   zdziczałych   kotów.   Przynoszą   duże   szkody   w   lesie.   Zakłócają   równowagę 

ekologiczną. Ale jeśli teraz jest twój to nic mu się nie stanie.

- Przekażesz swojemu bratu wyrazy szacunku ode mnie i poprosisz go, aby w miarę 

możliwości nie zabijał go?

Uśmiechnęła   się.   Doszedłem   do   wniosku,   że   to   na   skutek   mojej   wypowiedzi.   Z 

pewnością   pakowałem   sporo   błędów   gramatycznych,   ale   to   się   dotrze.   Męczyła   mnie   ta 

rozmowa.

- On już pewnie wie. Ale powiedzieć mu mogę.

- Będę ci wdzięczny.

- Mojemu bratu przysługuje służbowy koń, ale on nie stara się o to.

Nagle urwała i skrzywiła się. Od strony furtki nadchodził jakiś facet. Facet był dość 

stary, wysoki, miał na sobie marynarkę ozdobioną kilkoma szmatkami takimi od orderów. Na 

jego twarzy malowały się wyraźnie jego cechy charakteru. Musiał być złośliwy, surowy i 

background image

mieć stalową wolę.

- Dyrektor - szepnęła.

Facet stanął koło nas i obrzucił mnie taksującym spojrzeniem. Wstałem dla okazania 

szacunku, choć on tego chyba nawet nie zauważył. Jeśli w ogóle zrozumiał ten gest.

- Thomas Patzychenko - wycedził. - Ciekawe, ciekawe.

Zrobił ręką ruch w stronę drzwi. Weszliśmy do wnętrza. Otworzył kolejne drzwi i 

weszliśmy do dziwnego pokoju. Musiał to być jego gabinet. Pokój urządzony był zupełnie 

bez smaku i wyobraźni. Koło wejścia wisiała plątanina rogów reniferów tworząca wieszak. 

Na ścianie wisiało kilka portretów najwyraźniej najwybitniejszych absolwentów. Pośrodku 

królowało wielkie biurko, na którym stał komputer i dwa telefony, oraz piętrzyły się masy 

papieru. Pod ścianą stał stolik. Dyrektor nie bawił się w długie powitania.

- Ty tu - wskazał mi ręką stolik. - Możesz tym razem usiąść. Potem nie. Tu uczniowie 

stoją.

Otworzył szufladę i wydobył niej plik jakichś papierów. Rzucił je zręcznie w moją 

stronę. Złapałem je w powietrzu i udało mi się ich nie upuścić. Za nimi cisnął długopis.

- Wypełnij - polecił.

Usiadłem i rozłożyłem je przed sobą. Cisza za moimi plecami stała się denerwująca. 

Obejrzałem się. Gunar stał wsparty o biurko i świdrował nieszczęsną dziewczynę wzrokiem, a 

potem nabrał w płuca haust powietrza i zaczął się na nią wydzierać, aż przykro było słuchać. 

Rozumiałem piąte przez dziesiąte. Mówił coś na temat dobrego imienia szkoły i dalej w tym 

guście.   Wypełniłem   ankietę   personalną.   Wśród   papierów   leżała   kartka   z   pytaniem   czy 

wyrażam  zgodę  na  objęcie   mnie  eksternistycznym  trybem   nauki.  To  mi  coś  mówiło,  ale 

niezbyt wiedziałem, co.

- Mogę prosić o wyjaśnienia? - zapytałem wykorzystując przerwę w krzykach. Lekko 

go zatkało.

- O co chodzi? – zapytał.

Podałem mu kartkę.

- Będziesz przychodził do szkoły raz w tygodniu, aby zdać przerobiony i przyswojony 

materiał - wyjaśnił. - Nie znając jeszcze dobrze norweskiego działałbyś hamująco na pracę 

całej klasy. Rozumiesz?

- Rozumieć!

Podpisałem z autentyczną radością. Taki układ bardzo mi się spodobał. Pomyślałem 

sobie,   że   będę   mógł   wykorzystać   w   pełni   możliwości   mojego   umysłu.   Tak   się   bowiem 

dziwnie   składało,   że   zapał   do   nauki   miałem   zazwyczaj   między   dziesiątą   wieczorem   a 

background image

pierwszą w nocy. Rankami zaś lubiłem sobie pospać. Skończyłem pisać i oddałem wszystkie 

papiery dyrektorowi. Nie czytając przybił na nich pieczątki i obojętnie wrzucił je do szuflady.

- To wszystko - powiedział wręczając mi kartkę.

- Poczekaj - szepnęła Ingrid.

Nie zrozumiałem o co jej chodzi. Dyrektor gestem wskazał mi drzwi. Wyszedłem. 

Siadłem przed szkołą na ławce i popatrzyłem na kartkę. Jej treść nie była specjalnie ciekawa. 

Nazwisko Hilding Ulv, oraz data i godzina. Nie czekałem długo. Dziewczyna wybiegła ze 

szkoły. Była okropnie zdenerwowana.

- Dziękuję, że zaczekałeś - powiedziała.

- Dla mnie żaden kłopot.

W tym momencie dyrektor wybiegł ze szkoły.

- Jeszcze tu jesteście? - ryknął.

A potem zdjął z nogi but i zamachnął się. Zwialiśmy. Przystanęliśmy za rogiem ciężko 

dysząc.

- Czy on zawsze jest taki miły? - zapytałem.

- Przed  wojną  był podobno całkiem  sympatyczny.  Tyle  tylko,  że w  czasie  wojny 

postanowił zostać bohaterem narodowym i udało mu się.

- Mogę prosić o dodatkowe wyjaśnienia?

- Aha. Ty jesteś Polakiem, tak?

- Tak.

- Mieliście dobrze rozwiniętą partyzantkę. U nas partyzantów było mało. A w Bodo 

nie   było   ich   wcale.   On   był   jedynym   miejscowym   partyzantem.   Zastrzelił   kilku   bardzo 

ważnych   Niemców,   zestrzelił   samolot   i   spalił   dwa   kutry   pościgowe.   Ma   dużo   orderów. 

Niemcy go złapali i wieźli do Oslo, ale po drodze odbili go Rosjanie.

- Armia Czerwona? Tutaj?

- Nie, zupełnie nie. Wiesz, na południu gdzieś mieszka trochę emigrantów. W czasie 

wojny chcieli ich wymordować i oni uciekli w góry. Mam o tym książkę.

- Pozwolisz się odprowadzić?

- Możemy pójść razem twoją drogą. Dawno już nie byłam w tamtych stronach, a 

tamtędy też mogę dojść do siebie. To stara droga do Geitvagan.

- A nowa droga?

- Nowa droga, tak właściwie to wcale nie jest nowa, bo ma już z siedemdziesiąt lat, 

biegnie   o   ponad   kilometr   od   brzegu   morza.   Omija   górę.   To   teraz   wyasfaltowana   szosa. 

Normalnie wsiadam sobie w autobus i jadę te sześć kilometrów. A na co dzień, gdy muszę 

background image

dojechać, to mam rower.

- A zimą?

- Zimą będziesz miał problemy. Czasami leży tu nawet do półtora metra śniegu.

- Półtora metra - szepnąłem w rozmarzeniu.

- Będziesz musiał kupić sobie narty, albo rakiety śnieżne.

- Kupię. Co jeszcze może mnie spotkać?

- No cóż. Będzie zimno. Totalnie zimno. Nocami może być nawet trzydzieści stopni 

mrozu.

- Nas w Polsce uczyli w szkole, że klimat tutaj podlega ogrzaniu przez Golstfrom i że 

średnie temperatury kształtują się tu na granicy pięciu stopni mrozu...

- Owszem, bywają odwilże, ale rzadko. Z reguły to trzyma nielichy mróz, a woda w 

morzu nie zamarza głównie dlatego, że zawiera zbyt dużo soli. Może niezupełnie tak. Woda 

w morzu zamarza, ale w trochę inny sposób. Przypływ nanosi dużo kry, która zbija się w 

jednolite pole lodowe... Rozumiesz?

- Tak, mów dalej.

- Potem odpływ rozbija ją z powrotem na kawałki. Twój dom stoi zbyt blisko morza.

- Dlaczego? Jego położenie bardzo mi się podoba...

-   Będziesz   miał   kłopoty,   kilku   różnych   rodzajów.   Po   pierwsze   od   fiordu   ciągnie 

chłodem.

- To chyba miło. Jest przewiew...

- W lecie tak, ale zimą będziesz z tego niezadowolony.

- Rozumiem.

- Do tego morze podczas sztormów może ochlapywać ci ścianę frontową. Drewno 

będzie gniło.

- Już gnije.

- W zimie będzie tam lodowa skorupa. Lód bardzo niszczy drewno.

- Pomyślę i nad tym. Kto dawniej mieszkał w tym domu?

- Ostatnio był naszą własnością. Tato kupił go w ramach lokowania oszczędności.

- Hm?

-   To   była   dobra  lokata.   Nabył   to   kilka   lat   temu   za   psie   pieniądze,   a   przed   kilku 

tygodniami przyjechał tu taki dziwny facet z Tromso i kupił ją za całkiem sporą sumkę.

- Obejrzał przed kupieniem?

-   Tak.   Był   zachwycony.   Szukał   właśnie   czegoś   takiego.   W   wiejskim   stylu,   jak 

powiedział. Mało mu oczy nie wypadły z zachwytu.

background image

- Ach tak - uśmiechnąłem się do swoich myśli.

- Wybacz głupie pytanie, to nie był twój tata?

- Nie, nie wiem kto to był. Może Derek Tomatow?

- Ach tak. Zapamiętaj.  Jestem Ingrid. Ingrid Roslin.  Jeśli dojdziesz do wniosku, że 

jestem ci potrzebna to możesz mnie poszukać w Geitvagan. Zapytasz o dom weterynarza i 

każdy ci pokaże. Ale lepiej nie pytaj tych, którzy są w twoim wieku. Mamy deficyt dziewcząt 

i mogłoby się to skończyć w paskudny sposób.

- Nie lubią konkurencji?

-   Dokładnie   tak.   Ach   i   jeszcze   jedno.   Gdzieś   tu   w   okolicy   spędza   wakacje   taka 

przyjezdna hołota. Niemcy. Mogą być niebezpieczni. Były już na nich skargi.

- Co zrobili?

- Alkoholizm, narkotyki i zdaje się napadli kogoś i pobili.

- Dziękuję za ostrzeżenia.

- Nie ma problemu. Odwiedzę cię któregoś dnia.

- Będzie mi bardzo miło.

Skręciła w stronę przystanku, a ja poszedłem prosto. W skrzynce siedział telegram i 

list.   Nic   w   domu   nie   wskazywało   na   to,   by   ktokolwiek   składał   mi   wizytę.   Usiadłem   w 

bibliotece i oddałem się lekturze. Na początek zająłem się telegramem. Był dość lakoniczny w 

treści.

„WITAJ W NORWEGII STOP SERGIEJ ORLOV”

Nie znałem żadnego Orlova ani Orłowa. Wzruszyłem ramionami.

- Na zdrowie - powiedziałem w przestrzeń.

Drugi   list   był   pocztówką   z   Tromso.   Na   pocztówce   napisano   piękną   kaligraficzną 

cyrylicą poufną informację:

„Każdy twój krok jest śledzony przez faceta nazwiskiem Sven Roslin. Ma przysyłać 

codziennie raporty. Uważaj.

Paweł Norwicki

Aha. To po to ma się przyjaciół.

- Świnia - powiedziałem pod adresem Ingrid.

Ale   prawdę   mówiąc   nie   myślałem   tak.   Dała   mi   tak   wiele   aluzji,   że   właściwie 

powinienem się był sam wszystkiego domyślić. Ale tak to już bywa. Przejadłem małe drugie 

śniadanie.   Potem   przez   kilka   godzin   przybijałem   podłogę   ma   strychu.   Nie   dałem   rady 

skończyć.   Zanadto   się   zmęczyłem.   Zostało   około   metra,   gdy   ręce   odmówiły   mi 

posłuszeństwa. Zjadłem kolację. Mleko z miski kota zniknęło, więc nalałem mu następną 

background image

porcję.   Po   kolacji   wlazłem   na   strych   i   uwaliłem   się   spać.   Przyśniła   mi   się   moja 

wychowawczyni z podstawówki, niejaka pani Pszczółka.

- Niech ci się nie wydaje, że znasz rosyjski - powiedziała. - Przepiszesz za karę sto 

razy wiersz Majakowskiego o Feliksie Dzierżyńskim.

Na szczęście to był tylko sen.

8 lipca piątek.

Rano przyjechał facet z cegłami żaroodpornymi. Cegły przysłał Dae Glorssen, co było 

miłe z jego strony. Zawlokłem je na swoją działkę, co zajęło mi sporo czasu.

Posiedziałem przez chwilę na brzegu morza wpatrując się w zielonkawe fale. Nagle 

naszła mnie fala jakiegoś takiego zniechęcenia. Morze... Spędzę nad nim cały rok, a nawet 

kilka lat. Przyjdzie  jesień. Wiatry przewieją  dom na wylot.  Potem nadejdzie  zima.  Mróz 

ściśnie wszystko razem w swoim lodowatym uścisku. A  potem  przyjdzie  wiosna i to co 

trzymało się razem rozsypie się na kawałki. Z całego tego kurnika zostaną trociny. Po prostu 

trociny. Ale ja już tego nie zobaczę. Jesienne wiatry zerwą papę z dachu i pierwszy śnieg 

zamrozi mnie na śmierć.

Wycofałem   się   do   lasu.   Z   niedużej   brzózki   urwałem   gałązkę   pokrytą   zielonymi 

listkami i położywszy się na plecach w mchu, zacząłem skubać ją zębami. Przyzwyczaiłem 

się już do swojego wyczulonego węchu. Pożarłem gałązkę. Zamyśliłem się. Zawsze lubiłem 

żuć gałązki i trawki. Ostatnio popadłem niemal w nałóg.

Poderwałem się i wszedłem do środka. Nie mogłem się zasiadywać. W ciągu godziny 

dokończyłem kładzenie podłogi i zabrałem się za pokrywanie jej lakierem. Szło mi to szybko, 

tyle tylko, że gdzieś koło połowy zabrakło lakieru a w dodatku potwornie mnie zemdliło. W 

głowie mi się kręciło. Zatrułem się widać wyziewami tego świństwa. Zbiegłem na parter i 

wybiegłem przed dom. Stanąłem nad skarpą i zwymiotowałem prosto w fale. Potem usiadłem 

i potrząsnąłem kilkakrotnie głową. Przed oczyma latały mi mroczki.

- Oddychaj głęboko - polecił mi jakiś głos. - Musisz pozbyć się związków azotu z 

krwi.   Organizm   wydali   w   ciągu   godziny,   ale   musisz   zwiększyć   wymianę   gazową   z 

otoczeniem.

Odwróciłem się gwałtownie. Za mną w cieniu pierwszych drzew stał Sven Roslin. 

Poznałem od razu. Był uderzająco podobny do swojej siostry. Musiał mieć jakieś dwadzieścia 

dwa, może dwadzieścia trzy lata. Ubrany był w jeansową kurtkę rozpiętą z przodu, bo dzień 

był ciepły. Na piersi miał przypięty identyfikator.

- Kim pan jest? - zapytałem ostrożnie.

- Jestem tu strażnikiem łowieckim - wyjaśnił. - Przechodziłem właśnie obok.

background image

- Rad jestem z wizyty - powiedziałem.

- Nierozsądnie jest tak lakierować bez zapewnienia sobie należytej wentylacji.

Przechodził obok i poczuł woń lakieru? Musiałby mieć węch znacznie lepszy niż mój.

- Ma pan rację.

-   Trzeba   uważać.   Lepiej   użyć   farb   silikonowych,   którymi   maluje   się   łatwiej   i 

bezpieczniej...

- Mam jeszcze jedna prośbę, ale nie wiem, czy uda mi się wyrazić ją po norwesku w 

wystarczająco kulturalny sposób, a nie chciałbym pana urazić...

- Tak?

-  Gdyby  w  swoim   raporcie,  wysyłanym  hrabiemu   mógł  pan  pominąć  ten  przykry 

wypadek... - gestem ręki dałem mu do zrozumienia, że chodzi mi o lakierowanie.

Aż przysiadł. A potem zaczął myśleć.

- Wykluczam moją siostrę jako źródło informacji więc skąd..?

- Dedukcja. Już w pierwszych dniach pobytu zauważyłem, że jestem śledzony. Ktoś 

grzebał w dole, w którym paliłem renifera.

- Tak to ja.

- Wydało mi się logiczne, ze hrabia, który kontrolował mnie w Polsce przez dyrektora 

mojego domu dziecka, tu także znajdzie sobie odpowiedniego szpiega. Skoro istnieje ktoś kto 

mnie śledzi, prawdopodobnie przekazuje wyniki swoich obserwacji na piśmie.

- No cóż. Nie spodziewałem się dekonspiracji. I co my teraz zrobimy?

- Och to zupełnie proste. Mogę udawać, że o niczym nie wiem.

- Hm?

- Właściwie to jest mi obojętne, czy ktoś mnie śledzi, czy nie. Nie zamierzam tu pić, 

palić ani zażywać narkotyków, więc nic co robię nie powinno niepokoić hrabiego.

Roześmiał się i z trudem tylko zdołał się opanować.

- W takim razie wypada nam życzyć sobie owocnej współpracy - powiedział, a ja już 

wiedziałem, że udało mi się go oswoić.

- Napijemy się herbaty, aby uczcić naszą znajomość? - zapytałem.

Coś w tym zdaniu pomerdałem, ale zrozumiał.

- Właściwie to jestem w pracy - powiedział, co musiało być zbliżone do polskiego 

pojęcia picia na służbie, - ale ostatecznie...

Poszliśmy do kuchni. Postawiłem na piecu garnek z wodą. Nie miałem czajnika. Za to 

miałem paczkę herbaty. Woń lakieru ulotniła się prawie całkowicie.

- Trochę tu surowo - powiedział szpieg omiatając wzrokiem puste i dziurawe ściany.

background image

- Mam zamiar zrobić remont.

- Sam nie dasz rady.

- No właśnie. Miałem zapytać. Ponoć ma przyjechać jakiś przyjaciel, którego nigdy na 

oczy nie widziałem. Nie orientuje się pan kiedy?

Kiwnął głową ze zrozumieniem. Potem wydobył z kieszeni zwitek kartek i zajrzał do 

środka.

- Nie podali daty - stwierdził. - Mam tu zapisane, że nie pijasz herbaty - zauważył.

- To prawda. Uważam, że herbata to trucizna, ale dla towarzystwa...

Wypiliśmy. Herbata nieszczególnie mi smakowała, widać odzwyczaiłem się.

- Będziesz się uczył w tej samej szkole co moja siostra? - upewnił się.

- Tak. Eksternistycznie.

- Z kim?

- Uczyć mnie będzie niejaki Hilding Ulv.

- Niedobrze.

- Dlaczego?

- Mnie też uczył kilka lat temu. Ten facet to wariat.

- Może kumpel dyrektora?

Źle sformułowałem.

- No niezupełnie. Oni obaj są wariatami.

Nie zrozumiałem go zbyt dobrze.

- W czym się objawia to, że Ulv jest wariatem? - zapytałem.

- Gdy trafia na tępego ucznia, to wszystko jest w porządku. Wywala go ze szkoły i po 

problemie. Ale jeśli trafi na trochę inteligentniejszego, to stara się zrobić z niego geniusza, a 

to się zazwyczaj źle kończy.

Z dwojga złego wolałem już jak robiono ze mnie na siłę geniusza niż gdy starano się 

nagiąć mnie do średniej klasowej.

-   A   co   chcesz   wiedzieć?   Ja   nie   mogę   ci   powiedzieć   za   dużo.   Zresztą   sam   wiem 

niewiele. Tyle tylko, że straciłeś pamięć.

- Tylko jedno. Czy Hrabia Derek jest moim ojcem?

Popatrzył na mnie uważnie.

- Nie, nie sądzę. Zupełnie nie jesteście do siebie podobni. Zresztą, gdy mnie werbował 

do tej roboty, nie mówił mi zbyt wiele. Tyle tylko, że jesteś z domu dziecka.

- Czuję brak informacji. Potrzebuję dużo ogólnych informacji. To miejsce różni się 

bardzo od wszystkich, w których dawniej mieszkałem.

background image

- Pytaj może w miarę jak będą się pojawiały problemy.

- Jak mogę pana znaleźć?

- Zawołaj.

Wygadał się i nawet nie zauważył. W domu był podsłuch! Ale miałem to gdzieś. 

Pożegnał   się   i   poszedł   w   diabły.   Na   zdrowie.   Wieczorem   poszedłem   nad   morze. 

Potrzebowałem odrobinę przestrzeni. No i oczywiście łyk świeżego powietrza też był nie do 

pogardzenia. Usiadłem sobie na kamieniu i zamyśliłem się. Było ciepło miło, fale szumiały 

jednostajnie. Ale czegoś mi brakowało. Może szarej betonowej pustyni Warszawy. A może 

po prostu towarzystwa. Ja, który zawsze trzymałem się trochę na uboczu, zapragnąłem teraz 

mieć   kogoś,   z   kim   mógłbym   otwarcie   pogadać.   I   po   polsku.   Tajemniczego   przyjaciela 

doczepionego na siłę przez pomysłowego hrabiego. O moje nogi otarło się coś futrzanego. 

Kotka. Schyliłem się i podniosłem ją z ziemi. Trochę się opierała ale potem przestała się 

bronić.

- Tak jest zawsze - powiedziałem w przestrzeń, - łapiesz, to się opiera a potem ty 

głaszczesz i już...

Kotka mruczała.

- Złapać to nie sztuka - powiedziałem sam do siebie. - Znacznie trudniejsze jest to 

głaskanie. A potem trzeba uważać, żeby nie zwiało.

Kotka zwiała. Wywinęła się i uciekła w chwili, gdy prawie była oswojona. Nie uciekła 

całkiem.   Zatrzymała   się   niedaleko   i   mruczała.   Usiadłem   i   obojętnie   wpatrzyłem   się   w 

przestrzeń.   Wróciła  i   znowu  zaczęła  się   o  mnie  ocierać.   Schyliłem  się,   aby  ją  podnieść. 

Odskoczyła.

- Wszystko dla zwycięzcy - powiedziałem w przestrzeń. - Albo poddajesz się zupełnie, 

albo poszukaj innego pachołka do głaskania.

Obraziła się widocznie, bo więcej do mnie nie podchodziła. Siadła niedaleko i czyściła 

sobie futerko. Roześmiałem się cicho. Nie mogła się obrazić. Mówiłem po polsku. Zresztą 

koty, w przeciwieństwie do koni, nie są wcale inteligentne. Ot takie futrzaki z żyłką łowiecką.

Przebłysk pamięci nadszedł niespodziewanie. Dwaj starzy mężczyźni siedzieli przy 

stole.

- Ten koń miał prawo zabić w obronie własnej - powiedział jeden z nich po polsku.

Patrzyłem na nich z dołu. Moja głowa na pewno nie wystawała ponad stół. Zacisnąłem 

skronie dłońmi, ale to już odchodziło.

Wróciłem do domu i wdrapałem się na strych. Spać położyłem się wcześnie. Białe 

noce wybijały mnie z rytmu dnia. Przyśniło mi się, że stałem przed biurkiem w niewielkim 

background image

zacisznym  gabinecie.  Miałem na sobie mundur białogwardzisty.  Za biurkiem  siedział car 

Mikołaj II.

-   Sztylet   patriarchy   Nikona   -   powiedział   w   zadumie   oglądając   trzymaną   w   ręce 

relikwię. - Podobno nikt z jego właścicieli nie przeżył pięciu lat...

- Tak się mówi - powiedziałem.

- Może to tylko zabobony - szepnął sam do siebie, a potem dodał już głośniej. - 

Nominację i nagrodę otrzymasz na dniach.

- Ja nie dla nagrody wasza wysokość...

- Wiem, wiem - uśmiechnął się dobrodusznie - Idź się teraz zabawić. Za godzinę nowy 

rok.

- Nie zaszczycicie nas swoją obecnością wasza wysokość?

- Przyjdę.

Wyszedłem z gabinetu, składając uprzednio dworski ukłon. Na schodach spotkałem 

dziewczynę. Była bardzo ładna i w pierwszej chwili wydawało mi się, że znam ją skądś.

- Anzelm. Sława Bogu. Wróciłeś?

- Łesia. Jak miło cię widzieć.

- Chodź - pociągnęła mnie za sobą.

Weszliśmy do sali, w której był stół i można było siąść i jeść a przy stole siedziało 

kilku oficerów. Potem pociągnęła mnie do innej sali, gdzie tańczyliśmy. A potem w krótkiej 

przerwie   stanąłem   przed   dużym   lustrem.   Pamięć   wróciła   mi.   Znowu   byłem   Tomaszem 

Paczenką. A w lustrze odbijał się jakiś Anzelm. Odbicie było bardzo wyraźne, inaczej niż w 

snach, gdzie zazwyczaj niczemu nie można przyjrzeć się dokładnie. Ordery wiszące na mojej 

piersi były widoczne bardzo dokładnie, ze wszystkimi szczegółami. Twarz była dokładnie 

taka jak na fotografiach w albumie, który gdzieś kiedyś oglądałem.

- To nie jest sen - szepnąłem sam do siebie. - To jest realne!

A potem obudziłem się. Leżałem na niewygodnym jak diabli łóżku, a o papę nad moją 

głową   bębnił   deszcz.   Zasnąłem   natychmiast   znowu,   aby   wrócić   do   pałacu   na   bal,   ale 

oczywiście nie udało mi się.

9 lipca sobota.

Obudziłem się z paskudnym uczuciem, że zapomniałem o czymś bardzo ważnym. 

Pamiętałem z detalami mój sen, to było jakoś z nim związane. Coś o czym zapomniałem? 

Doszedłem   do   wniosku,   że   może   przypomnę   sobie   w   ciągu   dnia.   Zjadłem   skromniutkie 

śniadanko, a potem postanowiłem pobawić się w stolarza. Zmajstrowałem coś pośredniego 

między   trumną   a   leżącą   szafą,   co   szumnie   nazwałem   łóżkiem.   Wyglądało   lepiej   niż 

background image

konstrukcja   wykonana   poprzednio,   ale   później   okazało   się,   że   komfort   wylegiwania   się 

pozostał   taki   sam.   Pomalowałem   lakierem.   Gdy   było   suche   poszedłem   na   piętro   i 

naciągnąłem na to sieć z poprzedniego łóżka. Jako materac była średnio wygodna, w dodatku 

jeszcze   nie   wywietrzała   do   końca.   Wróciłem   do   kuchni.   Deska   koło   drzwi   pękła,   gdy 

postawiłem na niej stopę. Wkurzyłem się jak diabli.

- Jak długo jeszcze wytrzymasz cholero? - zawyłem pod adresem podłogi a potem 

skoczyłem z rozmachem na jej środek.

I wtedy stała się okropna rzecz. Deski trzasnęły mi pod nogami i powstała wielka 

dziura w którą wpadłem. I to cały. Pod podłogą zamiast skalistego podłoża znajdowała się 

nieduża, a za to bardzo głęboka piwniczka wyrąbana w skale. W piwniczce stała woda.

Wpadłem   w   nią   jak   śliwka   w   kompot.   Zanurzyłem   się   bardzo   głęboko,   ale   nie 

dotarłem do dna. Zwinąłem się w kłębek i woda wyrzuciła mnie na powierzchnię. Po chwili 

zacząłem zapadać się z powrotem w głąb. Poruszyłem rękami i nagle uświadomiłem sobie, że 

płynę. Unoszę się w wodzie. A przecież nie umiałem pływać. Ostrożnie wyciągnąłem ciało. 

Woda wypchnęła mnie na powierzchnię. Lekkie ruchy wystarczyły by utrzymywać się na 

niej. I nagle przypomniałem sobie detal ze snu.

- Widziałem gdzieś album ze zdjęciami carskich oficerów - powiedziałem sam do 

siebie. - Gdzie to było?

Podłoga wisiała jakieś półtora metra nad moją głową. Spróbowałem doskoczyć do 

niej, ale woda nie dawała dobrego oparcia. Dopiero za piątym razem udało mi się złapać za 

krawędź dziury. Spróbowałem się podciągnąć, ale deska, której się uczepiłem złamała się pod 

moim   ciężarem.   Otrząsnąłem   się   i   zacząłem   badać   miejsce   swojego   uwięzienia.   Piwnica 

miała  jakieś  trzy  na cztery  metry  przy niezbadanej  głębokości.  Nad głową miałem  deski 

podłogi, wygniłe coniebądź od spodu i pokryte warstwą jakichś zwisających farfocli. Chyba 

starych pajęczyn.

Po środku podłogę podpierał solidny słup. Był dość blisko dziury, toteż wpadłem na 

pomysł, że mogę się po nim wdrapać na górę. Podpłynąłem do niego. Gdy jednak zacząłem 

się nań wspinać, co było bardzo trudne, w głębinie bardziej zgniła jego część pękła i zwaliłem 

się wraz z nim z powrotem do wody. Zakląłem  cicho i podpłynąłem do ściany, w którą 

wbitych było kilka niemożliwie zardzewiałych  klamer. W tym momencie ktoś wbiegł do 

kuchni.

- Uwaga! - krzyknąłem.

Po usunięciu słupa podłoga groziła zawaleniem się w każdej chwili.

- Gdzie ty? - dobiegł mnie głos Svena.

background image

- W dziurze - wyjaśniłem.

Usłyszałem jego kroki, a potem nachylił się i zajrzał.

- Jasny gwint - powiedział.

- Wyciągniesz mnie?

- No nie wiem. Właściwie to miałem tylko obserwować i przekazywać spostrzeżenia. 

Ratowanie cię nie wchodzi w zakres moich obowiązków. Wybacz, to był żart. Masz jakąś 

linę?

- Kawał sznura jest w rupieciarni.

- To tam naprzeciwko, o ile się nie mylę? Wytrzymasz jeszcze chwilę?

- Tak. Mam tu klamry do włażenia, ale problem zasadza się w tym, że nie ma nad nimi 

klapy i ...

- Zaraz wracam.

Wybiegł   i   rzeczywiście   po   chwili   wrócił.   Zrzucił   linę   na   dół.   Złapałem   się,   aby 

wciągnąć się po niej na górę, ale nie udało mi się. Podłoga znowu się wykruszyła. Zresztą 

byłem zbyt słaby, aby móc się po niej podciągnąć.

- Nie da rady - powiedział wreszcie, gdy po raz kolejny zwaliłem się w wodę.

- Może przynieś drabinę.

- Jak się tu u ciebie wchodzi na strych?

- Z ostatniego pokoju - wyjaśniłem.

Zniknął razem z liną. Spróbowałem rozwalić podłogę nad klamrami, ale nie udało mi 

się. Usłyszałem odgłos odrywanego drewna gdzieś z góry. Popatrzyłem. Sven oderwał dwie 

deski i przerzucił linkę przez belkę stropową. Gdy jednak zbiegł na parter okazało się, że lina 

jest   zbyt   krótka,   aby   mógł   wyciągnąć   mnie   tą   metodą.   Pobiegł   do   rupieciarni   poszukać 

dłuższej a ja tym czasem waliłem pięścią w deski podłogi nad klamrami. Wreszcie udało mi 

się   jedną   wyłamać   Z   drugą   poszło   już   łatwiej.   Wrócił   Sven   z   liną.   Na   widok   mnie 

gramolącego się z nowego otworu tak jak gdyby troszkę zmarkotniał.

- Poradziłeś sobie. Zuch chłopak.

Stałem szczękając zębami.

- Brr - powiedziałem. - To były ekscytujące przeżycia.

- Powinieneś napić się grzanego piwa, bo się zaziębisz - poradził.

- Nie mam piwa.

- Przebierz się, a ja przyniosę.

- Ależ proszę sobie nie robić...

Ale jego już nie było. Przebrałem się stosownie do jego rady w suchy dres. Mój szpieg 

background image

i niedoszły wybawca wrócił z piwem. Odrzuciłem jednak z miejsca jego propozycję, aby 

piwo podgrzać w garnku.

- Dlaczego nie? - zdziwił się. - Tak się to u nas pija. Taki mamy zwyczaj.

- Widzi pan panie Sven, w moim kraju do zwyczajów należy mieszanie piwa z wódką 

w proporcji jeden do jednego. Na szklankę piwa, szklankę okowity, dobrze zabełtać i chlu.

- Hmmm...

- A jak nie ma wódki to dodaje się kropli żołądkowych.

Użyłem błędnie polskiego idiomu w dosłownym tłumaczeniu.

- Lekarstwo na żołądek - domyślił się. - A po co?

- One zawierają  dużo spirytusu. Dwie, a jeszcze lepiej  trzy buteleczki.  Żeby było 

mocniejsze.

- I wszyscy tak robią?

- Większość.

- A alkoholicy?

- Alkoholicy to zależy. Jak mają pieniądze to robią tak jak mówiłem. A jeśli nie mają 

pieniędzy, to kupują denaturat.

- Co to jest?

- Takie coś jak wasz spirytus techniczny, tyle tylko, że fioletowe albo niebieskie, a nie 

oliwkowozielone.   Zapach   ma   dość   podobny,   tyle   tylko,   że   mocniejszy   i   jest   skażone 

metanolem, żeby się nie dało pić.

- Zaraz zaraz, przecież metanol to trucizna!

- Nasi pijaczkowie są uodpornieni. A jeśli nie ma akurat denaturatu, to można użyć 

wody brzozowej.

- Co to jest?

- Takie coś jak woda kolońska, ale preparowane na soku brzozowym. Niezłe, jeśli 

chodzi o ilość procentów, ale potem odbija się fryzjerem.

- Skąd wiesz? - zaciekawił się. - Próbowałeś?

- Ja nie, ale w mojej klasie kilku to piło.

- Wcześnie. I co na to nauczyciele?

-   Ich   interesowało   tylko   to,   co   się   działo   w   szkole.   A   i   w   to   się   specjalnie   nie 

wgłębiali. W mojej klasie prawie wszyscy palili papierosy w ubikacji. Parę razy ich na tym 

przyłapano, ale żaden nie wyleciał.

- Komunizm - powiedział. - Wszyscy w komunizmie palą papierosy.

- Och to uogólnienie. Po rewolucji pojawiło się wielu nałogowych palaczy, bo tytoń 

background image

zmniejszał nieco uczucie głodu, no i nieco łatwiej go było kupić. Od tego wzięła się moda. 

Zresztą młodzież pali dla szpanu. Przynajmniej na początku.

- Jaki ma sens palenie i picie?

- Nie wiem, dlatego na wszelki wypadek nie robię ani jednego, ani drugiego.

- Słuchaj no wracając do tego niebieskiego...

- Denaturatu?

- Tak. Jak to możliwe, żeby się nie potruli?

- Na początku pijają go trochę przedestylowanego - wyjaśniłem usłużnie. - Bierze się 

bułkę, odcina górę i przelewa go przez nią. Wycieka dołem prawie czysty.

- Straszne.

- Są jeszcze inne metody. Można wrzucić do środka surowego kartofla. Ale to ściąga 

tylko barwnik. Żeby było mniej szkodliwe można go przecedzić przez skórkę od... - zabrało 

mi słowa.

Pstryknąłem palcami w powietrzu usiłując sobie przypomnieć odpowiednie słowa.

- Od chleba, od bułki? - podpowiedział.

- Od ciemnobrązowego chleba - wyjaśniłem najlepiej jak umiałem.

- To coś pomaga?

- Podobno tak. Sam widziałem  kiedyś trzech pijaczków. Siedzieli  na murku i pili 

denaturat. Mieli jedną butelkę i jedną skórkę, którą podawali sobie nawzajem.

Sven wyglądał, jak gdyby go zemdliło.

- Niemożliwe.

- Widziałem to na własne oczy. Do tego jeszcze oczywiście dochodzi bimber.

- Bimber? - zapytał ostrożnie. Użyłem oczywiście polskiego słowa.

- Spirytus produkowany w domu – wyjaśniłem.

- Ach. Tak. U nas też to się pojawiło, ale tylko w dużych ośrodkach przemysłowych 

na południu kraju.

- U nas to cała plaga. Cała nielegalna gałąź gospodarki narodowej.

- A z czego wy to robicie?

- Ze wszystkiego, co tylko się da. Jabłka, gruszki, buraki, kartofle, cukier, melasa, 

miód... Mogę wymieniać choćby do jutra, ale trochę mi brakuje słownictwa.

Dopiłem   piwa. Poczułem,  że  przydałoby  się  coś   mocniejszego,   ale  odrzuciłem  od 

siebie tą myśl. Nie chciałem popaść w alkoholizm.

- Czy Bodo jest miastem o tradycjach hanseatyckich? - zadałem pytanie nurtujące 

mnie od jakiegoś czasu.

background image

- Nie, zostało założone w 1816 roku, ale z tego okresu nie zachowało się wiele. W 

1940 mieliśmy paskudny nalot dywanowy, który obrócił w perzynę większość zabytkowych 

budowli. Za to w Geitvagan jest bardzo stary grób marynarzy. Chyba nawet z szesnastego 

wieku. Bardzo przyzwoity grób z kamiennych ciosów. I jest na nim napis: „Umarli, lecz 

opłacili pogrzeb”.

- Jak to możliwe?

- Nie mieszkałeś nigdy nad morzem?

- Nie, ale jeździłem raz na wakacje.

- Widzisz jest taki zwyczaj... Może inaczej zapytam. Jak sądzisz, dlaczego marynarze 

noszą często kolczyki w uszach?

- U nas już nie noszą.

- U nas ta tradycja utrzymała się. W ogóle to pochodzi z północnych Niemiec, a może 

Niderlandów.

- Mnie się wydawało, że raczej jest angielska. Albo portugalska.

- Nieistotne. Ważne jest skąd się wzięła. Te kolczyki były koniecznie ze złota i bardzo 

grube.   Chodziło   o   to,   żeby   w   razie   jakiegoś   wypadku,   gdy   zwłoki   marynarza   zostały 

wyrzucone na brzeg ich znalazca mógł być wynagrodzony za trud ich pogrzebania.

- A fe. U nas to by się nazywało - strzeliłem znowu palcami nie mogąc przypomnieć 

sobie odpowiedniego słowa.

- Korsarstwo, rabunek, kradzież... - próbował podpowiedzieć.

-  Nie,  nie  tak.  Świętokradztwo  -  przetłumaczyłem  niemal  dosłownie.  - Być  hieną 

cmentarną.

Wyrazu   hiena   użyłem   po   niemiecku,   ale   musiał   być   podobny,   bo   mój   szpieg 

zrozumiał.

- U nas nie. To była taka jakby nieformalna umowa. W każdym razie wyrzuciło ich 

dwudziestu   kilku   na   raz   i   mieszkańcy   wioski   zarobili   dużo   pieniędzy.   A   jeszcze   więcej 

zarobili na towarach z tego statku. Jego katastrofa stała się początkiem rozkwitu...

-   Mam   głupie   pytanie.   Czy   ci   dzielni   mieszkańcy   nie   pomogli   im   się   rozbić,   za 

pomocą na przykład ruchomych świateł?

- No wiesz! Chodź tak naprawdę to nie wiadomo. A tak swoją drogą to wiem, gdzie 

leży wrak tego statku.

- I nie próbowałeś poszukać jeszcze kilku facetów gotowych opłacić swój pogrzeb?

- Odrobinę zbyt głęboko. Osiemnaście metrów. Mój wujaszek próbował schodzić z 

butlami. Wyciągnął kilka starych butelek, a potem zrezygnował. Ale miejsce znam.

background image

- Można by wybrać się któregoś dnia na drobne poszukiwania.

- No wiesz! Czy to nie będzie świętokradztwo?

- Przecież nie chcę rabować nieboszczyków tylko poszukam ładunku.

- Rozczaruję cię. Statek przewoził zboże z Murmańska.

- Ech, los mi rzuca kłody pod nogi.

- Uważaj, bo jeszcze trochę i kupisz sobie na własność księżyc. Coś trzeba sobie 

zostawić.

- Co takiego?

- Oczywiście trochę marzeń. Pomyśl sobie tak: wiem, gdzie to jest, ale nie wyciągam 

tego, bo mam gdzieś forsę. Pieniądze szczęścia nie dają.

- Tak, ale jakoś nikt nie spostrzega, że bieda często unieszczęśliwia.

- Może i tak. Może, rzeczywiście lepiej jest być bogatym. No i zdrowym. Nie pomoże 

bogactwo, kiedy zdrowie nie pozwala z niego korzystać.

- Najlepiej marzyć o złocie.

Roześmieliśmy się obaj wesoło. Gdyby to było takie proste... Gdy Sven poszedł sobie, 

zapewne   pisać   raport   wyciągnąłem   z   rupieciarni   stary   telewizor.   Udało   mi   się   go   nawet 

uruchomić, co bardzo mnie zaskoczyło. Obraz był bardzo nieostry, dwoił się i troił, a dźwięku 

nie było wcale. Obejrzałem sobie jakiś film.

Film był typowym produktem zgniłego kapitalizmu. Straszny bandzior, dwa metry 

wzrostu   walczył   ogniem,   karate   i   karabinem   z   policjantami   i   chyba   kolesiami   po   fachu. 

Postarałem się oglądać te głupoty z krytycznym nastawieniem, ale oczywiście nie udało mi 

się   to.   Akcja   mimo   braku   dźwięku   była   zbyt   wciągająca.   Po   obiedzie   nie   robiłem   nic 

istotnego. Przybiłem na miejsce dwie deski oderwane przez mojego szpiega, polakierowałem 

do końca podłogę i zerwałem podłogę w kuchni tam, gdzie groziła zawaleniem się. Powstało 

urocze jeziorko, dookoła którego można było na upartego przejść. Zmęczyłem się przy tym 

nieludzko, ale byłem z siebie zadowolony. Spać poszedłem w bibliotece, jako, że na górze po 

polakierowaniu   było   trochę   trudno   oddychać.   Obudziłem   się   w   środku   nocy,   na   skutek 

jakiegoś koszmaru. Zdaje się gonił mnie drabiniastym wozem kościotrup z kosą. Leżałem, 

było   już   całkiem   jasno,   i   rozmyślałem.   Coś   dobijało   się  do   mojej   pamięci.   Coś   o   czym 

zapomniałem.

- Łesia - powiedziałem sam do siebie w zadumie. - Była jakaś Łesia.

A potem nagle zrozumiałem. Album. Album ze zdjęciami. Gdzie mogłem go widzieć? 

Bo przecież widziałem.

- Łesia Paczenko - powtórzyłem.

background image

Nic mi to nie mówiło.

10 lipca 1988 niedziela.

Obudziłem   się   około   dziewiątej   rano.   Ręce   bolały   mnie   jak   diabli.   Poszedłem 

zobaczyć,   jaka   jest   pogoda.   Pogoda   była   niezła,   a   na   drzwiach   wejściowych   od   środka 

przypięta była pinezką kartka od Svena.

„Poszedłem do zboru. Nie top się do dziesiątej.”

Wydobyłem z walizki taśmę mierniczą, blok rysunkowy, ołówek, linijkę i ekierkę i 

zabrałem się za zdejmowanie wymiarów strychu. Potem na jednej kartce narysowałem szkice 

przyszłych   konstrukcji   w   rzucie   prostopadłym   i   aksonometrycznie.   Na   dalszych   kartkach 

umieściłem szereg rysunków technicznych w różnych skalach obrazujących połączenia desek 

i inne istotne elementy. Kończyłem właśnie gdy nadszedł Sven.

- No hej - zagadnął. - Co porabia mój szpiegowany?

- A witam, witam donosiciela. Może pomóc w papierkowej robocie?

Roześmiał się, a potem wziął ze stosika jeden rysunek.

- Całkiem nieźle - powiedział. - Co kombinujesz?

- Będąc człowiekiem wysoce cywilizowanym postanowiłem zagospodarować strych.

- Dobrze rysujesz. Sądzisz, że uda ci się to wybudować? - przerzucał rysunki.

- Mogę przynajmniej spróbować. Znajdę sobie jakąś książkę o stolarce i do dzieła.

- Fakt, że z tą podłogą na strychu uwinąłeś się jak się patrzy, ale to będzie o wiele 

trudniejsze.

- Mogę przynajmniej spróbować. Życie w komunizmie nauczyło mnie radzić sobie z 

trudnymi problemami.

Zdanie nie wyszło mi dobrze, coś pokopałem i ze słownictwem i z gramatyką.

- Może lepiej będzie jeśli nauczysz się mówić po polsku - zaproponowałem.

- Ano, naucz mnie jakiegoś prostego zwrotu.

- Chrząszcz brzmi w trzcinie. - odpaliłem.

- Schybrm, jak dalej?

Dajte bud łaska pokoj.

Wzdrygnął się.

- Może pogadajmy po mojemu, to doszlifujesz sobie akcent - zaproponował.

- Ależ z przyjemnością. Dla mnie nie problem.

Odsunąłem   stosik   rysunków   i   na   nowej   kartce   zacząłem   wykreślać   plan   stołu   do 

kuchni.

- Co to będzie? Stół?

background image

-   Aha.   A   tak   swoją   drogą   to   mamy   w   języku   polskim   bardzo   łatwe   i   proste 

powiedzonko o stole, wprost stworzone dla cudzoziemców.

- Jak ono brzmi?

- Stół z powyłamywanymi nogami.

- Wybacz, nawet nie będę próbował powtórzyć. Szybko rysujesz.

- I tak miałem same tróje.

- Dlaczego?

- Nauczyciel mnie nie lubił. Okropnie mnie nie lubił. Zresztą ja też go nie lubiłem. 

Nikt go nie lubił. On sam siebie nie lubił.

Przeszliśmy do rupieciarni. Zakręciłem deskę w imadło i przystawką do cięcia piłą 

tarczową zręcznie ją przeciachałem. Potem to samo zrobiłem z kolejną.

- Chyba masz talent - stwierdził. - Ale do poddasza jeszcze daleka droga.

- Zrobię poddasze.

- Nie dasz rady.

- Założymy się?

- Dobra.

- Ja zagospodaruję poddasze tak jak zaplanowałem, a ty za to oddasz mi rękę swojej 

siostry.

Użyłem   polskiego   wyrażenia   w   dosłownym   tłumaczeniu.   Nie   zrozumiał   i 

zdenerwował się.

- Dasz mi ją za żonę. - sprostowałem.

Roześmiał się.

- Tak ci się podobała?

- Sympatyczna. I ładna. Czego więcej trzeba?

- Jeszcze się powinna zgodzić. Nie sądzisz?

- U nas w Polsce takie sprawy załatwia się inaczej - zełgałem.

- Tak oczywiście. Ale wy żyjecie jeszcze w średniowieczu - odgryzł się. - A tu jest 

cywilizacja.

- U nas też. Mamy nawet wyższy ewolucyjnie system społeczny. Powiedzmy, że jak 

skończę to postarasz się namówić ją, żeby za mnie wyszła.

- Rozumiem, że zamierzasz budować to przez trzy lata?

- Dlaczego?

- Powinniście być pełnoletni.

- Napisałeś w raporcie o naszym spotkaniu?

background image

- Wspomniałem. Nie mogłem przecież donosić na własną rodzinę - uśmiechnął się.

- Może to i lepiej.

- Ale posłałem im kilka fotek.

- Jakich znowu fotek? - zaniepokoiłem się.

Uśmiechnął się szeroko i wyjął ze swojej raportówki kilka zdjęć.

Przedstawiały mnie przy remoncie domu, mnie idącego przez las, oraz mnie i Ingrid, 

przed szkołą. Przejrzałem je i oddałem mu.

- Niezłe. Jaki masz teleobiektyw?

- Dwa tysiące razy.

- Pożyczysz w razie czego?

- A po co ci?

- Chciałbym sfotografować, taki motyw: ptaszek siedzi na kawałku skały.

- Pożyczę ci. Żaden problem.

Niedługo potem poszedł sobie. Dokończyłem stół. Nawet nieźle wyszedł; kiwał się 

tylko trochę.

Poszedłem  do lasu. Zerwałem  kawał plastiku,  którym był nakryty ten wrak, (jego 

dziobowa część, bo reszta nakryta była uczciwym brezentem) i wróciłem do kuchni. Plastik 

rozpiąłem nad dziurą, (chodziło mi o powstrzymanie idącej ku górze wilgoci), następnie w 

miejsce   brakującej   belki   wstawiłem   nową   zaimprowizowaną   z   kilku   desek   skręconych 

śrubami w coś w rodzaju korytka i umocowawszy to starannie przybiłem nowe deski. Do 

wieczora podłoga była skończona i nawet zabejcowana. Lakier skończył się definitywnie, a 

szkoda. Wdrapałem się na piętro i przypiąłem do ściany zdjęcie przedstawiające mnie i Ingrid 

na drodze. Mój szpieg nawet nie spostrzegł jak mu je zwinąłem. Miałem talent. Biorąc pod 

uwagę wszystkie moje możliwości i okazje, z pewnością dawno byłbym milionerem, gdyby 

nie wrodzona uczciwość.

Byłem zmęczony. Rzuciłem się na łóżko i wyciągnąłem się jak długi. Pamięć nie 

chciała wracać. Za to mój żołądek domagał się długiej jedwabistej trawy, takiej jak ta rosnąca 

koło wraku. Ze znalezionego pudełka wyjąłem indyjskie kadzidełko i zapaliwszy je zapałką 

wetknąłem   w   szczelinę   pomiędzy   deskami.   Żarzyło   się   w   ciemności   i   wydzielało   biały 

dymek.

*

Wetknięta   w   szparę   w   deskach   podłogi   żarzyła   się   trociczka   Chakra.   Tomasz 

Paczenko stał i przez dziurę po sęku wpatrywał się nieskończenie smutnym wzrokiem w 

przestrzeń. Dusza jego, ta wschodnia, ukryta zazwyczaj w najgłębszych zakamarkach umysłu, 

background image

wypełzła   ostrożnie   ze   swojej   kryjówki   i   na   jakiś   czas   zastąpiła   tę   codzienną.   Ogarnęła 

swojego właściciela ciemnością i smutkiem. Czuł popiół w sercu. Czuł czającą się naokoło 

niego pustkę. Po policzkach spływały mu łzy. Nozdrza drażnione delikatnym dymem drgały 

leciutko.   Był   chory.   Chory   na   nostalgię.   Gdyby   go   teraz   zapytano   czym   jest   szczęście 

odpowiedziałby,   że   szczęście   trwa   tak   długo,   jak   długo   pali   się   ostatnia   trociczka   firmy 

Chakra.

background image

DOM NAD MORZEM CZ. II

11 lipca poniedziałek.

Zszedłem na parter i zjadłem niewielkie śniadanko. Kotu nalałem mleka do miski, bo 

porcja, z dnia poprzedniego zniknęła bez śladu. Znaczyło to, że kot żyje i działa, a dopóki żył 

nie miałem się czym martwić. Nie zostawiał po sobie śladów, widocznie załatwiał te sprawy 

gdzieś na dworze. Z pieca wziąłem ogryziony ołówek i naskrobałem na ścianie wierszyk:

Zmrok już za oknem wyczernił świat.

Żegnam cię miła czas już na mnie,

Wychodzę w ciemność by jak twój brat

Umrzeć tej nocy za Irlandię.

Wezmę ze sobą trotylu skrzynkę.

Żegnam cię miła czas ucieka,

Białą do klapy przypnę koniczynkę,

Na moje bomby Belfast czeka.

Wyciągnąłem z rupieciarni rower i pojechałem do miasta. Starałem się poznać trochę 

jego topografię. Zajechałem do portu i patrzyłem na rybaków wracających z nocnego rejsu. 

Potem pojechałem  pod szkołę i wreszcie do parku. Przy alejce była ławeczka. Poczułem 

gwałtowne zmęczenie. Usiadłem, aby odpocząć. Siedziałem kilka minut, z przymkniętymi 

oczami, gdy niespodziewanie jakiś cień zasłonił mi światło. Zanim otworzyłem oczy węch 

upewnił   mnie,   że   w   pobliżu   jest   koń.   Faktycznie.   Przede   mną   stała   kobieta   w   dziwnym 

uniformie. Trzymała za cugle śliczną klaczkę, ciemnobrązową z białą gwiazdą na czole.

- Czy nie potrzebujesz jakiejś pomocy? - zapytała. - Wyglądasz na zagubionego.

- Nie dziękuję, jestem tylko trochę zmęczony. Jest pani policjantką?

- Reprezentuję Armię Zbawienia. Może powinieneś korzystając z chwili czasu zwrócić 

swoje myśli ku Bogu?

- Zwracam je. Ale nie ma w  tym mieście  katolickiego  kościoła,  więc rozważania 

moje...

- Kościół jest. Ale nie ma księdza. Wróci dopiero za kilka miesięcy. Zachorował na 

gruźlicę. Mogę ci podać adres.

Wziąłem ulotkę i podziękowałem. Klaczka nachyliła się i trąciła mnie nosem.

- Jak się ona nazywa? - zapytałem.

background image

- Svea.

- Gdyby się nazywała Karolina, to byłoby ładnie.

- Zabawne imię.

- Gdybym mógł odkupiłbym ją.

Pogłaskałem klaczkę po nosie. Spłynął na mnie cudowny spokój. Kobieta wskoczyła 

zręcznie na konia i odjechała, a ja zostałem. Alejką nadszedł Sven. Prowadził rower.

- No hej - zagadnął.

- Dzień dobry.

- Co u ciebie słychać?

- Chciałbym mieć własnego konia. Taką ładną brązową klacz.

- Poproś hrabiego Derka. Może ci kupi na imieniny.

- Niestety nie był łaskaw zostawić mi adresu. Chyba, że ty mi udostępnisz ten, pod 

który wysyłasz raporty.

- Przecież oficjalnie nie masz o niczym pojęcia!

- A mam?

- Tak właściwie to nie rozumiem  twojego stosunku do koni - powiedział  Sven. - 

Wydaje mi się, że masz do nich bardzo osobiste...

- To cecha narodowa. Polacy lubią konie. Czasy konnicy już się skończyły. Wojna 

została   odhumanizowana,   w   miejsce   pojedynków   dzielnych   ludzi   weszły   masy   wojska   i 

karabiny maszynowe... Ty Sven miałeś kiedy kontakt z końmi?

- Nigdy.

- Więc tego nie zrozumiesz.

- Dlaczego nie? Wydaje mi się, że chwytam motywy, które tobą kierują...

-  Nie,   żebyśmy  mogli  się  zrozumieć   musisz  popatrzeć   koniom  w   oczy  i   dostrzec 

drzemiącą   w   nich   inteligencję.   Koń   wedle   mnie   jest   potencjalnie   prawie   tak   mądry   jak 

człowiek.   A   jeśli   pomyślę   o   pewnych   ludziach,   których   miałem   nieszczęście   spotkać   na 

swojej drodze to myślę, że konie przewyższały ich inteligencją.

-   Widzisz   Thomas,   mam   możliwość   postarać   się   o   przydziałowego   konika   do 

patrolowania lasu...

- Nie wahaj się ani chwili.

- Wolę jeździć na rowerze.

-   Jako   strażnik   łowiecki   powinieneś   się   wstydzić.   Wyobraź   sobie,   że   gonisz 

kłusownika. Na rowerze. On się odwraca i wbija ci nóż w pierś. Trup na miejscu. A jeśli 

gonisz go konno to jesteś wyżej. On cię nie sięgnie a ty go szabelką przez łeb. I głowa toczy 

background image

się po trawie....

- Masz zwyrodniałą wyobraźnię. Tu nie ma kłusowników.

- Może i tak. Załatw sobie tego konia.

- Ale ja nie mam o tym pojęcia. Jeździć umiem wyłącznie na motorze.

- Nauczysz się szybko.

- Nie wiem jak o niego dbać.

- Pomogę ci we wszystkim. Pomagałem kiedyś po lekcjach w stadninie na Kole, w 

Warszawie i nauczyli mnie w nagrodę jeździć.

- No nie wiem. Niby mam nawet gdzie go trzymać, ale...

- Pomyśl o swojej siostrze. Kiedyś zechcecie wydać ją za mąż. Panienka z dobrego 

domu powinna umieć jeździć konno i grać na fortepianie.

- Może u was. U nas liczy się bardziej wykształcenie, choć też nie zawsze. Większość 

ludzi z towarzystwa woli takie kurki domowe.

- Miłe, ale nie bardzo inteligentne?

- Tak.

-   To   jesteś   skończonym   draniem!   To   twoja   siostra.   Powinieneś   postarać   się   aby 

osiągnęła w życiu to co najlepsze.

- Mam inne poglądy na to co jest w życiu potrzebne.

Prychnąłem.

- Pomyśl ile radości może osiągnąć ucząc się jeździć. Pomyśl jak z uśmiechem będzie 

się podnosić z ziemi po upadku.

- Jakim upadku?

- No z konia.

- Tego tylko brakowało! Przecież to niebezpieczne.

- Życie ogólnie jest niebezpieczne.

Zajechaliśmy do mnie. Mój szpieg poszedł na swoje stanowisko obserwacyjne gdzieś 

na   fieldzie   na   lewo   od   domu   (obiecałem   sobie,   że   przy   najbliższej   okazji   wybiorę   się 

zobaczyć   jak   to   wygląda   z   bliska)   a   ja   poszedłem   na   strych   i   zabrałem   się   za 

zagospodarowywanie   wnętrza.   Konkretnie   zacząłem   przycinać   słupki   konstrukcyjne   do 

odpowiednich   wymiarów   wedle   moich   rysunków.   Może   najpierw   należało   podjąć   prace 

bardziej doraźne, jak na przykład załatanie niektórych dziur w ścianach, czy wymiana podłóg 

w całym domu, ale jakoś pogrążywszy się raz w pracy twórczej nie mogłem się od niej 

oderwać. Taki niestety byłem.

Gdy   dorwałem   się   do   ciekawej   książki,   to   nauka   leżała   z   reguły   odłogiem,   ale 

background image

uważałem się częściowo za usprawiedliwionego. Ostatecznie zamiast zaśmiecać sobie umysł 

fizyką,   czy   matematyką,   do   których   żywiłem   serdeczną   nienawiść,   dostarczałem   mu 

treściwego i wysokooktanowego paliwa. A starałem się dbać o swój rozwój intelektualny za 

wszelką cenę.

Dwaj faceci przywieźli nową lodówkę. Przysłał ich Dae i wszystko było już opłacone. 

Zabrali stare i załadowawszy na ciężarówkę ulotnili się.

Postawiłem nabytek koło drzwi. Nie wiedzieć czemu poprzednie stały na tej ścianie, 

która miała z drugiej strony kominek, a przy tym blisko pieca. Zjadłem lekki obiad i do 

wieczora pracowałem na strychu przycinając słupki. Było to zajęcie diabelnie męczące i nie 

dające specjalnej satysfakcji.

Zmęczyłem   się   dość   szybko,   jednak   dopiero   o   ósmej   zrobiłem   sobie   przerwę. 

Wykąpałem się w morzu. Woda była nawet ciepła, ale ostra fala dała mi się we znaki rzucając 

mną co chwila o brzeg. Wreszcie zmarzłem na tyle, że znudziła mi się ta zabawa. Wróciłem 

do domu i poszedłem spać. Nie byłem głodny. Zapewne na skutek opicia się wodą morską.

*

Rodzina Roslinów zebrała się w skali ich domu, przy stole. Byli w komplecie. Doktor 

weterynarii Lars, jego żona Brigitta, córka Ingrid, no i oczywiście niepoprawny syn, szpieg i 

strażnik łowiecki. Opowiadał oczywiście o swojej trudnej pracy.

- Nie mogę już wytrzymać - pożalił się. - Ten cały Thomas to zaraza. Nie sposób 

przewidzieć,   co   zrobi   za   pięć   sekund.   Siedzę   przy   podsłuchu,   słyszę   wstał,   stuka   coś 

młotkiem, myślę sobie zabrał się do jakiejś roboty. A tu nagle przestaje stukać i po dziesięciu 

sekundach   znika   na   rowerze   w   lesie.   Oczywiście   go   nie   dogoniłem,   ale   przypadkiem 

przyuważyłem w parku. Przekonywał jedno babsko z Armii Zbawienia, że powinna zmienić 

imię swojego konia.

- Coś takiego? - zdumiał się Lars.

- A potem mówił, że Ingrid powinna jako panienka z dobrego domu umieć jeździć 

konno i grać na pianinie.

- A o tenisie nic nie wspominał?

- Jakoś nie. Widocznie tenis jest mu obojętny, albo w Polsce nie ma zwyczaju grać w 

tenisa, jeśli jest się „z dobrego domu”.

- Ciekawe. On kim jest z pochodzenia?

- Niewiele wiem. Ma amnezję pourazową. Nie pamięta swojego pochodzenia. Hrabia 

Derek,   który   zatrudnił   mnie   do   tej   fuchy,   twierdzi,   że   sobie   stopniowo   przypomni.   Ale 

chłopaczek jest zupełnie obłąkany. Ma paskudne zaklęśnięcie nad uchem. Chyba mu wgniotło 

background image

połowę mózgu do środka. Zabrało pamięć i wybełtało rozum.

- To może nie tyle obłęd, co różnice kulturowe. Jego myśli biegną innymi ścieżkami.

- A co ty Ingrid o nim powiesz? Spotkałaś go raz i dość długo sobie gawędziliście.

- Tak. Wypytywał o sprawy praktyczne. Jak tu jest zimą i tak dalej. Starał się być 

miły.

- Starał się?

- Trochę to sztucznie wyglądało. Tak, jak gdyby myślał o czymś innym. Jak gdyby coś 

go gryzło. To się pojawiło dopiero po rozmowie z Teuflem.

- Może poczuł się jak gdyby wrócił do swojej komunistycznej szkoły. Tam zdaje się 

stosują wobec uczniów metody, przy jakich Teufel...

- Ciekawe jakie. Każą się uczyć cytatów z Lenina na pamięć?

- Zapytaj go przy okazji Ingrid. Pewnie ucieszy się z twoich odwiedzin.

- No nie wiem...

*

12 lipca wtorek.

Najpierw sny straciły swoje kolory. Potem tłumy gości jakoś się rozpłynęły. Łesia z 

którą przetańczyłem pół nocy uśmiechnęła się po raz ostatni i też rozwiała się w powietrzu 

bez śladu. Złapałem rękoma pustkę. Miotałem się przez chwilę po łóżku, zanim zrozumiałem, 

ze sen odpłynął. Zacisnąłem oczy i z premedytacją zapadłem znowu w sen. Udało mi się. 

Stałem w ubikacji szkoły numer 126.

- Cholera, nie trafiłem - powiedziałem sam do siebie.

- Trafiłeś w sam raz - oświadczył żelazny głos za moimi plecami. Jednocześnie coś 

twardego ukłuło mnie w plecy. Obejrzałem  się. Za mną stała pani Pszczółka. To coś co 

wbijało mi się w plecy to była lufa karabinu maszynowego. Skoczyłem na drzwi. Ponieważ 

była   to   ubikacja   w   tej   właśnie   szkole   nie   miały   klamki,   ani   zamka   i   otworzyły   się   bez 

przeszkód.   Wybiegłem   na   korytarz.   Za   moimi   plecami   rozległ   się   metaliczny   terkot.   To 

wychowawczyni otworzyła ogień.

- Cholera, muszę się obudzić, bo ta baba mnie zabije! - zawyłem.

- Nie uciekniesz - oświadczyła.

Dopadłem ściany i zacząłem tłuc w nią głową, aby się obudzić. Najpierw pociekła 

krew, a potem mózg wypadł mi z czaszki i upadł na ziemię.

- Nie uciekniesz.

Nie mogłem  uciekać,  bo mój mózg leżał  na ziemi.  Podbiegł do niego jakiś  kot i 

obwąchiwał.

background image

- Paskudztwo - oświadczył wreszcie i odszedł machając ogonem. I zaraz potem się 

obudziłem. Leżałem dłuższą chwilę przychodząc do siebie. Popatrzyłem w zadumie na lasek 

słupków konstrukcyjnych poumieszczanych tu i ówdzie na strychu. Niektóre mogłem już 

połączyć w myśli deskami w ściany. Poczułem przypływ energii. Ponieważ nie czułem głodu, 

nie zjadłem śniadania, lecz jedynie przekąsiłem kilka trawek i od razu zabrałem się za dalsze 

zagospodarowywanie strychu. Koło dwunastej zaszedł mój szpieg.

- No cześć - zagadnął. - Przyszedłem trochę z tobą pogadać.

- To miło z twojej strony.

-   No   niezupełnie.   Przyszedłem   tu   z   wyrafinowania.   Widzisz   nie   mogę   napisać   w 

raporcie, że cały dzień tłukłeś młotkiem. Muszę niejako pogłębić obserwacje.

- W takim razie proszę na piętro.

Wdrapał się zwinnie po zaimprowizowanej drabince.

- Całkiem nieźle - powiedział na widok rusztowań.

- Szykuj na przyszły tydzień wesele swojej siostry.

- Biedna Ingrid. Ale i tak nie będzie twoja.

Zamarłem z młotkiem w ręce.

- Dlaczego?

- Pastor jest moim kumplem. Nie udzieli wam ślubu.

- Ślub i tak będzie katolicki.

- Na to nie licz.

- No to weźmiemy sobie w jakimś innym zborze. Macie tu wedle przewodnika cztery 

różne...

- Jesteśmy kalwinitami. A taki zbór jest jeden.

-   Dla   mnie   wszystko   jedno   gdzie,   i   tak   będzie   po   heretycku.   Wezmę   ślub   w 

porządnym katolickim...

- Jesteś fundamentalistą religijnym?

- A dlaczego by nie? Lepiej być za życia fundamentalistą niż po śmierci smażyć się w 

ogniu piekielnym. Wszyscy dobrzy chrześcijanie wiedzą, że Marcin Luter był opętany przez 

diabła.

- Ajajaj. A wiesz, że ksiądz przebywa na Riwierze?

- Żaden problem. Sprowadzę sobie innego księdza.

- Wolne żarty. Wiesz ilu katolików jest w Norwegii?

- Nie wiem.

- Kilka tysięcy.

background image

- Znajdę księdza, choćbym miał pojechać po niego do Polski.

- No to ja sprofanuję budynek.

- I co z tego? Odprawi się egzorcyzm i po kłopocie.

- No to wysadzę w powietrze.

- Ach, dlaczego wcześniej nie powiedziałeś, że też jesteś fundamentalistą religijnym? 

Jeden   fundamentalista   zawsze   się   dogada   z   drugim.   Ale   powiem   ci   coś   jeszcze.   Gdy   ty 

będziesz odsiadywał w mamrze wysadzenie w powietrze miejsca kultu to ja będę brał ślub z 

twoją   siostrą   w   Irlandii.   Macie   połączenie   lotnicze,   Bodo   z   Dublinem.   I   tylko   jedna 

przesiadka.

- Nie wydam siostry za byle kogo. Może i nie umie jeździć konno i grać na pianinie, 

ale za to umie jeździć na motorze i grać w pokera.

- A fe!

- No i jesteśmy klasą średnią, z ziemiańskimi tradycjami.

- Furda. O to nie musicie się martwić. Niewykluczone że jestem następcą tronu. Gdy 

tylko przypomnę sobie szczegóły...

- Nie mogę oddać siostry imigrantowi. Gastarbeiterowi.

- A ja będę miał obywatelstwo. Byłem prześladowany w komunizmie.

- OK. Zostawmy naszych szlachetnych przodków i ich koneksje na boku. Przyjmijmy 

nawet, że jesteśmy równi urodzeniem...

Miałem na końcu języka stwierdzenie, że ja jestem lepszy, ale powstrzymałem się.

- No cóż nie będę ci przeszkadzał w pracy.

Poszedł sobie, a ja nadal przybijałem słupki. W południe zjadłem obiad. Pęcherze na 

dłoniach bolały mnie bardzo, więc darowałem sobie dalszą pracę. Dla odmiany poszedłem w 

odwiedziny do Svena. Skoro on mógł mnie szpiegować to dlaczego nie miałbym postępować 

tak   samo.   Mój   szpieg   urządził   się   całkiem   nieźle.   W   dość   płaskiej   powierzchni   fieldu 

znajdowało   się   zaklęśnięcie.   Stał   tam   namiot,   składane   krzesełko,   potężny   teleskop   na 

statywie, oraz kuchenka turystyczna na gaz. Dzielny wywiadowca właśnie kończył jeść coś z 

menażki.

- No hej - zagadnąłem - wpadłem zobaczyć, jak wygląda tajna baza szpiegowska, aby 

móc to opowiadać swoim dzieciom.

- Jakim dzieciom? - zdziwił się.

- Tym, dla których będziesz wujkiem.

- Ty nawet nie masz gdzie jej wprowadzić po ślubie!

- Do licha, mój dom widać nawet stąd!

background image

- Ten kurnik? Pomijając to, że my mamy ponad dwudziestokrotnie większy metraż, to 

jeszcze nasz jest nieco lepiej zbudowany. Tu wystarczy podmuch wiatru i ściany odpadają. 

Dwa, trzy sztormy i zostanie z niego wielka kupa desek. Zresztą dom nie jest twój tylko 

hrabiego Derka.

- Ja zrobię remont. Gruntowny remont, gdy tylko przyjedzie mój kumpel.

- Nawet jeśli zrobisz remont, to i tak stoi zbyt blisko morza. A ściany ma takie, że w 

środku w zimie krew będzie zamarzała wam w żyłach.

- Napalę w piecu a na nią włożę futerka.

- Jakie futerka?

- Ze zwierząt. Upoluję.

- Ach. Kłusownik! Poślę cię za to do pudla!

- Do pudła? Co z ciebie za strażnik łowiecki, co zamiast pilnować lasu całe dni traci na 

śledzeniu mnie?

- Wspomagam budżet własnego kraju. Robię to za obce pieniądze!

- Wiesz co robisz? Za cudze pieniądze szpiegujesz norweskiego obywatela...

- Prawie obywatela. Nie wiadomo jeszcze czy dostaniesz tu azyl. Ostatecznie nikt cię 

nie prześladował.

- Wysługujesz się obcym siłom. Dostaniesz za to taki wyrok, że się nogami nakryjesz.

- Moja rodzina cię wykończy.

- Proszę bardzo, niech spróbują. Mam się czym bronić.

- Tu cię mam. Zamelduję, że posiadasz broń.

- Melduj. Na siekierę nawet u ruskich nie trzeba zezwolenia.

- A żeń się. Co ja ci będę bronił. Zobaczysz po ślubie jak to miło.

Zadowolony   wróciłem   do   siebie   i   zabrałem   się   do   następnej   pracy.   Poodrywałem 

zmurszałe deski ze ściany frontowej i zastąpiłem je nowymi. Zajęło mi to kilka godzin, ale w 

sumie był to stracony czas. Ilość szpar nie zmniejszyła się w widoczny sposób, a ponadto 

właściwie do wymiany nadawała się cała ściana. Zniechęcony i zmęczony poszedłem sobie na 

plażę. Woda była zbyt zimna, abym mógł się kąpać, połaziłem więc tylko po brzegu morza i 

pogrzebałem w wodorostach, w nadziei znalezienia czegoś ciekawego, najchętniej ze złota.

Znalazłem   dwa   kolejne   końskie   zęby,   kawałek   szkła   z   butelki   i   ładny   kawałek 

bursztynu. Przystanąłem zaskoczony. Okoliczne piaski i skały nie zawierały skamieniałych 

bitumitów.   Problem   ten   wyjaśnił   się,   gdy   go   podniosłem.   To   nie   był   bursztyn.   To   był 

jasnobrązowy cukierek. Zawyłem długo i ponuro. Całe szczęście, że Sven mnie nie usłyszał. 

A   nawet   jeśli   usłyszał,   to   nie   ujawnił   się.  Wróciłem   do  domu   i   przez   następne   godziny 

background image

naprawiałem telewizor. Oczywiście miałem o tym pojęcie jak ślepy o kolorach, ale udało mi 

się   osiągnąć   coś   na   kształt   sukcesu.   Obraz   zanikł   zupełnie   a   za   to   pojawił   się   dźwięk. 

Poszedłem spać bez kolacji. Jakoś nie miałem ochoty jeść.

13 lipca, środa.

Przyśniło   mi   się,   że   stoję   na   skale.   Wokoło   była   nieskończona   pusta   przestrzeń. 

Gdzieś tam w ciemnościach latały białe gołębie. Ale nie byłem w tym śnie sobą. Byłem kimś 

innym,  kimś   kogo  czasami  w   sobie  przeczuwałem,   kimś  kto   czasami   wydostawał  się  na 

zewnątrz. Byłem draniem, kanalią, niepohamowanym okrutnikiem, mordercą, podpalaczem i 

zdrajcą ojczyzny. Jak gdyby doktor Jekryl i mr. Hyde. Drugie wcielenie, druga strona tego 

całego Tomasza Paczenki, który był przecież całkiem cywilizowanym człowiekiem i który 

nigdy nikomu nie zrobił krzywdy, a przynajmniej nie bardzo dużą. To było przerażające. A 

potem obudziłem się. Byłem zmęczony, zmarnowany i nie chciało mi się nic robić. Z trudem 

zmusiłem się aby wstać i ubrać się. Byłem głodny jak wilk, a nawet kilka wilków, ale nie 

mogłem   zmusić   się,   aby   coś   zjeść.   Wreszcie   po   długich   medytacjach   otworzyłem   sobie 

puszkę fasolki. Najpierw wypiłem wodę. Wiedziałem, że zawiera dużo konserwantów, ale 

miałem to gdzieś. Ktoś zapukał do drzwi wejściowych. Sven.

- No hej - zagadnął.

- No hej. Cóż sprowadza dzielnego wywiadowcę wiadomych sił?

- Znalazłem jeszcze jeden powód, dla którego moja siostra nie może cię poślubić.

Weszliśmy do kuchni.

- Poczęstujesz się? - zapytałem gestem wskazując puszkę z mielonką. - Została ze 

śniadania.

- Fur Katze - odczytał z etykietki. - Nie, dziękuję. Znasz niemiecki?

- Trochę.

- I mimo to?

- To jest niezłe - zażartowałem - i tańsze niż normalne żarcie.

- No nie! Jadłeś to już kiedyś? O tej mielonce powinienem napisać w raporcie.

- Nie zamierzałem jej jeść tak naprawdę. Ona jest dla mojego kota.

- Uff, odżywam. Wiesz z czego to świństwo robią?

- Zapewne ze zdechłych koni.

- Kupują u nas w rzeźni sanitarnej mączkę mięsną. Nie wiemy co robią z całością ale 

część idzie na jakieś pasze... A co do mojej niewinnej siostry oddanej przez mój głupi zakład 

na twój łup...

- Wypraszam sobie. Nie głupi tylko...

background image

Nie znalazłem na poczekaniu łagodniejszego określenia.

- Nie dostaniesz jej za żonę, bo jesteś komunistą - wypalił.

Aż mnie zatkało. Ale zaraz poznałem, że tylko żartuje.

-   Wy   kapitaliści   jesteście   sprytni   -   powiedziałem.   -   Ale   rozszyfrowałem   jeden   z 

waszych planów.

- Jaki plan? - zaciekawił się. - Szpiega złapałeś będąc jeszcze w Polsce?

- Nie.  Wasze plany  rozszyfrowałem  już na  zachodzie.  Popatrz  na to - wyjąłem  z 

lodówki paczkę sera. - Wy kapitaliści wyprodukowaliście ser.

- No i co z tego? Ser jak ser. Żółty. Może wy takiego nie macie?

-   Mamy.   Tu  chodzi   głównie   o  opakowanie.   Widzisz,   każdy   plasterek   jest   osobno 

paczkowany w plastik.

- No to co? Dzięki temu nie zsycha się tak bardzo.

- Ech Sven, taki inteligentny człowiek, a taki ogłupiony.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- Robotnik, który na odpakowanie plasterka sera zużywa minutę nigdy nie będzie miał 

wystarczająco dużo czasu, by zorganizować rewolucję.

- O Boże!

Wyjąłem z lodówki butelkę coli.

- Chlapiemy jednego? - zapytałem.

- Oryginalne stwierdzenie - zauważył. - Ale wypić możemy.

Rozlałem colę do szklanek.

- Czy ty jako komunista aby na pewno możesz to pić? - zapytał.

Jeszcze mu było mało. Postanowiłem uderzyć z grubej rury.

-   No   cóż.   Wprawdzie   coca   -   cola   jest   kolejnym   kapitalistycznym   wynalazkiem, 

którego celem jest ogłupianie robotników, ale w jedną rzecz nigdy nie wierzyłem.

- W co mianowicie?

- U nas mówiło się, że otrzymuje się ją z rozgniecionej amerykańskiej stonki.

Zakrztusił się. Nie wiem, czy ze śmiechu, czy z innych powodów.

- Z rozgniecionej stonki? - upewnił się.

- Tak mówiono. Ale ja w to nie wierzę. Widzisz o was kapitalistach mówi się, że 

jesteście krwiopijcami, że wysysacie krew robotników.

- Sugerujesz, że cola jest robiona z krwi robotników?

- Nie. Doszedłem do wniosku, że robotnicy są wam zbyt potrzebni. Zresztą byłaby 

wówczas czerwona.

background image

- Zaciekawiasz mnie. Z czego w takim razie według ciebie jest ona produkowana?

- Z Murzynów. Wskazuje na to jej kolor.

Tym razem parsknął śmiechem tak straszliwym, że aż zwalił się pod stół.

- Muszę to opowiedzieć Ingrid.

- Lepiej napisz w raporcie.

- W jakim celu?

- Och, tak sobie.

-   Thomas,   ty   jesteś   bardzo   sprytny,   ale   nie   uda   ci   się.   Gdybym   przekazał   takie 

informacje   pomyśleliby,   że   zwariowałem,   albo   zmyśliłem   to   po   pijanemu. 

Zdyskredytowałbym się.

- Słusznie.

Zamyślił się a potem coś mu się przypomniało.

- Mają przyjechać do ciebie kumple...

- Czyżby się odzywali?

- Tak jakby. Hrabia dzwonił. Powiedział, że już niedługo. Były problemy z wizą.

Pogadaliśmy jeszcze chwilę i poszedł sobie. Wyszedłem przed dom. Morze pachniało 

oszałamiająco, ale mnie ciągnęło coś innego. Coś, co ukryte było w lesie. Wszedłem między 

choinki, opadłem na kolana. Długa jedwabista trawa miała smak podobny jak żubrówka. Nie 

mogłem się pohamować. Jadłem. Dziąsła i język zaczęły mnie delikatnie piec od zawartych w 

trawie soków. Jakieś źdźbło rozcięło mi wargę. Dopiero smak krwi uwolnił mnie z transu. 

Leżałem na trawie. W ustach miałem jej źdźbła. W żołądku... Zastanawiałem się dlaczego tak 

jest. Czy cios w głowę naruszył do tego stopnia mój mózg? Czy tak zaczynał się obłęd? Po 

tylu latach...

Podjadłszy wdrapałem się na strych popracować. Dokończyłem budowę konstrukcji i 

przybiłem   trochę   desek.   Najpierw   nawierciłem   je   wiertarką,   dzięki   czemu   gwoździe 

wchodziły łatwiej i odpadało ryzyko pękania. Do wieczora skończyłem robić swój pokój. 

Pęcherze na dłoniach podeszły mi krwią. Bolało jak diabli.

„Być twardym w bólu. Nie życzyć sobie tego, co niemożliwe lub bezwartościowe, być 

zadowolonym z dnia takiego  jaki jest, we wszystkim szukać dobra i cieszyć się naturą i 

ludźmi takimi jacy są. Pocieszyć się po tysiącach gorzkich chwil tą jedną, która jest piękna, a 

sercem   i   umiejętnościami   dawać   to   co   najlepsze   nawet   wtedy,   gdy   nie   ma   za   to 

podziękowania”. - jak to słusznie zauważył kajzer Wilhelm  II - gi. Sam nie wiem kiedy 

zasnąłem.

14 lipca, czwartek.

background image

Obudziłem się dość wcześnie rano. Było mi zimno. Dwa tygodnie od przybycia do 

Norwegii. Nie wstawałem jeszcze, bojąc się zanurzenia w chłodzie poranka. Sięgnąłem po 

jeden z przeglądanych dnia poprzedniego zeszytów i na wolnej kartce zapisałem coś takiego.

Resume

- Naprawiona ściana frontowa budynku (przepuszcza wiatr bez przeszkód, o wodzie 

nie wspominając).

- Nowa podłoga na strychu.

- Pokoje na poddaszu,(zaczęte).

- Spalenie renifera i śmieci.

- Nowa podłoga w kuchni,(ale nie na całej powierzchni).

I   to   właściwie   było   wszystko.   Nic   więcej   nie   zdziałałem.   Poczułem   gwałtowny 

przypływ   wstydu.   Trzeba   było   brać   się   do   roboty.   Umyłem   się   zimną   wodą   co   działało 

odświeżająco. Zresztą tak prawdę mówiąc to po prostu nie chciało mi się jakoś zagrzać ciepłej 

na piecu. Właśnie szykowałem śniadanie, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Myślałem, że to 

Sven   więc   przestraszyłem   się   w   pierwszej   chwili   widząc   za   drzwiami   nieznanego   mi 

brodatego   faceta.   Wystarczyła   mi   jednak   niecała   sekunda,   aby   stwierdzić,   ze   broda   jest 

przyklejona. Gość musiał być mniej więcej w moim wieku. Zamaskował się dość staranie. 

Miał ciemne okulary i kapelusz.

- Czego pan sobie życzy? - zapytałem po norwesku.

Uśmiechnął się.

- Jestem  akwizytorem  - odpalił,  chyba  po niemiecku.  Zrozumiałem  go w  każdym 

razie.

- Proszę dalej - zachęciłem go gestem.

Gdy  mijał   mnie,  podniosłem  leżący   na  ziemi  worek  i   zręcznie  zarzuciłem   mu  na 

głowę.   Z   zaskoczenia   upuścił   walizkę   i   pudło,   które   niósł.   Wepchnąłem   go   do   kuchni   i 

spętałem sznurem, co było dosyć trudne, bo szarpał się i wyrywał. Wreszcie leżał opleciony 

jak baleron. Zdarłem worek, przy okazji spadł mu kapelusz.

- A teraz gadaj psie, kto cię tu przysłał? - warknąłem po polsku.

- Tomasz, przyjacielu, nie zabijaj mnie!

Cholernie znajomy głos!

- Kto cię nasłał. KGB?

- Nie powiem - podjął grę.

Wyjąłem z szafki butelkę spirytusu technicznego i pudełko zapałek.

background image

- Josif! - krzyknąłem w stronę biblioteki. - Przynieś jakichś szmat, żeby nie zajuszyć 

dywanu!   -   to   genialne   zdanie   poznałem   swojego   czasu   przy   okazji   czytania   książki 

Karczewskiego „Rok przestępny”. Cytowałem je czasami różnym ludziom i zawsze robiło 

wrażenie.

- Jest was więcej? - zaciekawił się.

Przeszedł na polski.

- Pewnie. Jest nas tu pięciu i teraz będziemy cię torturować, żeby wydusić z ciebie 

wszystko co wiesz, niczym serwatkę z twarogu.

- Tomaszu to ja, Maciek!

- Hm?

-   Maciek   Wędrowycz.   Twój   kumpel   ze   szkoły.   Twój   serdeczny   przyjaciel, 

przyjechałem,   żeby   ci   pomóc   się   urządzić.   Pamiętasz?   Ostatniego   dnia   wywróżyłem   ci 

podróż...

Kurde.

- Ja tam ci szpiegu nie wierzę, ale znaj moje dobre serce - powiedziałem i uwolniłem 

go z więzów.

Zdarł sztuczną brodę, zdjął ciemne okulary i znowu był sobą. Patrzyłem na niego 

zaciekawiony. Jego szczera szeroka słowiańska twarz budziła zaufanie.

- O kurczę kumplu, mogłem się tego po tobie spodziewać. To tak wita się przyjaciół?

- Maciek, kopę lat! Ach jak miło, że przyjechałeś. Nie mogłeś się sukinsynu wcześniej 

ujawnić?

-   W   szkole?   Hrabia   zabronił.   Mówił,   że   sam   powinieneś   przypomnieć   sobie 

siedemdziesiąty dziewiąty rok w Wojsławicach.

- Znaliśmy się wcześniej? - zdumiałem się.

- Straciłeś pamięć... Nie sądziłem, że aż tak. At, to nieistotne. Przypomnisz sobie, a ja 

ci pomogę. Pawcio też.

- Pawcio?

- Paweł Norwicki.

Przbłysk. Znałem to nazwisko... Ach, tak. Z listu.

- Gdzie się spotkaliśmy?

- W Wojsławicach.

Przebłysk. Zamknąłem oczy. Przez ułamek sekundy widziałem jakieś budynki.

- Cholera - zakląłem. - No to kim jestem?

- Tomasz Paczenko. Tomasz Nikitycz.

background image

- Syn Nikity?

-   Tak.   Wnuk   Józefa   Paczenki,   największego   bimbrownika   i   kłusownika   w 

Wojsławicach. No prawie największego. Mój dziadek Jakub był od niego nieco lepszy.

Patrzył mi w twarz. Szukał oznak, że sobie cokolwiek przypominam. Popatrzyłem na 

niego bezradnie.

- Dobra. Wrócimy do tego - powiedział. - Poopowiadaj teraz co to za miejsce.

- Sam widzisz, że to miejsce, to nie są rajskie ogrody, a ten dom, to nie jest pałac. Ale 

jak do tej pory nie narzekam. Ach, jeszcze jedno. Łazi za mną jeden szpieg.

- Jaki szpieg?

- Hrabia Derek przyczepił mi ogona.

- Żaden problem. Chce być na bieżąco informowany, to dostanie takich informacji, że 

mu bokiem wyjdą. Zaraz, a gdyby tak szpiegowi obrzydzić nieco życie?

- Nie warto. Próbuję go oswoić.

-   Ach.   Likwidacja   byłaby   łatwiejsza,   ale   oswojenie   też   może   przynieść   pewne 

rezultaty.   Też  bym   pewnie  tak   zrobił.   Słuchaj,   czy  w   tym  uroczym  slumsie   znajdzie   się 

komórka   z   wiązką   słomy   na   podłodze?   -   ziewnął.   -   Jechałem   całą   noc   pociągiem... 

Wprawdzie cudownie luksusowym, lotnicze siedzenia...

- Ależ oczywiście. Mam siedem wolnych pokoi na piętrze.

- Siedem? Dobra. Pokazuj drogę to wybiorę sobie jakiś.

Weszliśmy po drabince na strych. Zapaliłem światło.

- No wybieraj - zachęciłem.

- Ten jest pewnie twój - odgadł zezując na jedyny ukończony, który objawił się jako 

komórka w kącie pomieszczenia.

- No tak.

- Może więc ten - popatrzył w zadumie na pustą framugę tkwiącą wśród rusztowania 

kawałek dalej.

- Żaden problem.

Zajrzał do środka i cofnął się z wystudiowanym wyrazem rozczarowania na twarzy.

- Wolałbym umeblowany.

- No cóż...

-   Rozumiem.   Meble   będą   jak   się   je   zrobi.   No   nic,   mnie   spać   na   podłodze   nie 

pierwszyzna.

- Prześpij się na moim łóżku. - zaproponowałem. - A ja zrobię dla ciebie...

-   Wolne   żarty.   Wybacz   Tomaszu,   ale   to   ja   jestem   stolarzem   amatorem,   a   nie   ty. 

background image

Wypakuj mój plecak.

- Zrobię.

- Poczekaj. Prześpię się małą godzinkę, albo i dwie i sam zrobię.

- No to miłych snów.

Zszedłem na parter. Gdy byłem w bibliotece usłyszałem, jak Maciek rzucił się na 

łóżko, a ono rozleciało się. Dobiegła mnie wiązanka piekielnie wymyślnych przekleństw w 

językach słowiańskich. Pomyślałem, że chyba go polubię. Nadawał na tej samej fali co ja. 

Zabrałem się za wypakowywanie plecaka. W kieszeni był kawałek końskiej kiełbasy, ponadto 

trochę   książek   i   różne   drobiazgi.   Do   tego   torba   mandarynek.   Na   torbie   widniał   nadruk 

„AIRPORT OSLO”.

Uśmiechnąłem   się   lekko.   Niespodziewanie   jakiś   dźwięk   zakłócił   moje   myśli. 

Szczeknięcie.   Dobiegło   ze   stojącego   na   korytarzu   pudła.   Pies.   Otworzyłem   pudełko   i 

wypuściłem go. Chciał na zewnątrz więc wyprowadziłem. Zrobił co trzeba i zaraz wrócił. 

Zachowywał   się   jakoś   dziwnie,   był   najwyraźniej   czymś   oszołomiony.   Pewnie   na   czas 

podróży dostał jakieś prochy. Na szczęście chyba nie dostał za dużo, bo...

Jak gdyby w odpowiedzi na moje myśli a oknem huknął strzał. Okno było uchylone. 

Mój   kot   skorzystał   z   okazji,   żeby   przez   nie   wskoczyć.   Właśnie   opadał   na   ziemię,   gdy 

zobaczyłem, jak szyba rozpryskuje się na kawałki. Poczułem gwałtowne szarpnięcie w lewym 

ramieniu. Aż mnie zakręciło. Zrozumiałem, że dostałem postrzał. W tej samej niemal chwili 

Sven wpadł przez drzwi z dymiącą jeszcze dubeltówką w ręce.

- Gdzie kot? - zawył.

- Odwal się od mojego kota!

- Jestem strażnikiem łowieckim a ten kot poluje w lesie. Mam obowiązek likwidować 

dzikie koty.

- Oswojony - pokazałem gestem miskę przy drzwiach.

- Dziki!

Wypatrzył kota zaszytego w kąt koło pieca i wycelował w niego. Odbiłem mu kopem 

strzelbę i strzał huknął w sufit. Śrut. Nie przebił desek.

- Panie Sven! - wrzasnąłem. - Postrzelił mnie pan w ramię a teraz demoluje mi pan 

chałupę po to tylko, żeby zabić kota, który jest moją własnością! To wolny kapitalistyczny 

kraj, własność prywatna jest tu chroniona. Ja tego tak nie zostawię, ta sprawa skończy się w 

sądzie!

Krwawiłem z rany na ramieniu jak diabli. Nie zauważył nawet. Maciek bezszelestnie 

zmaterializował się za jego plecami i przyłożył mu obnażone ostrze szabli do gardła.

background image

- Rzuć broń - powiedział.

Powiedział   po   polsku.   Przed   oczyma   stanęła   mi   scena   z   dalekiej   i   zamierzchłej 

przeszłości.   Chłopak   z   szablą.   Ale   to   nie   mógł   być   Maciek.   Tamten   był   ciemnowłosy. 

Przebłysk zniknął. Szpieg zastanawiał się przez chwilę, po czym opuścił dubeltówkę.

- Napaść na urzędnika państwowego? To was będzie drogo kosztowało!

- Strzelanie do nieletnich, wtargnięcie do prywatnego mieszkania z bronią w ręku! - 

odparowałem.

- Zabierz tego pachołka zza moich pleców!

- Macieju, on nazwał cię moim pachołkiem - zwróciłem się po polsku do swojego 

przyjaciela.

- Ty świnio - wrzasnął Maciek po niemiecku. - Jestem rosyjskim szlachcicem!

Sven   popatrzył   na   niego   z   niepokojem.   Maciek   wyglądał   naprawdę   strasznie. 

Niespodziewanie Sven rzucił się do okna i wyskoczył przez nie.

- U do diabła. Co to był za wariat?

- Nasz szpieg, a przy okazji strażnik łowiecki likwidujący okoliczne koty.

- Cholera! Jesteś ranny!

Zdjąłem koszulę i obejrzałem ranę. Nie wyglądała wcale źle. Ot, takie dość głębokie 

draśnięcie. Polałem ją spirytusem.

- Mogły zostać w niej jakieś śruciny - zauważył mój kolesio.

- Boli, cholera.

- Spokojnie. Powinny wyjść razem z ropą.

- Wolne żarty! Ja w ogóle nie chcę, żeby mi ropiało.

- Trochę pewnie będzie.

Zalepiłem sobie plastrem, a potem wyciągnąłem kota zza lodówki.

- Ech ty draniu - powiedziałem do niego. - Ja przelałem za ciebie krew, a ty nadal się 

boczysz?

Kot poddał się. Podniosłem z ziemi szablę i zdumiałem się.

- Co to jest? - zdziwiłem się.

- Pawcio  prosił,  żebym  mu to przywiózł.  Będzie  miał  dużo bagażu,  a ostatecznie 

powtarza ciągle, że jest wątły.

- Ach tak.

- Co zamierzasz zrobić z tym pomylonym szpiegiem? Masz jakiś pomysł?

- Och, liczyłem na twoją inwencję.

- Czy w nocy też nas śledzi?

background image

- Chyba nie. Myślę, że noce spędza w domu.

- Powiedział ci?

- Nie, to tylko moje domysły.

- Wobec tego jest szansa, że masz rację. Myślę, że na początek wykopiemy wilczy dół.

- Wilczy dół?

- Zamaskowaną dziurę w ziemi. Wpadnie i zrobi sobie kuku.

- To nieetyczne.

- Więc przed wilczym dołem ustawimy tabliczkę ostrzegawczą. Będziesz miał swoją 

etykę.

- Przeczyta i nie wpadnie, więc po co kopać?

- Napiszemy po polsku. Nie zrozumie ostrzeżenia i wpadnie, a my będziemy mieli 

czyste sumienia.

Jak się potem przekonałem Maciek zawsze miał genialne pomysły. I sumienie z gumy. 

Na obiad zjedliśmy mięso z puszki, piure ziemniaczane z torebki i zupę z puszki. Po obiedzie 

Maciek zaryglował się w rupieciarni z narzędziami i ołówkiem. Przez następne trzy godziny 

piłował coś, wiercił wiertarką, lub ciął piłą tarczową. Pracował szybko. W chwilach, gdy 

niczym   nie   warczał   słychać   było,   że   pogwizduje   pod   nosem   „serenadę”   Schuberta.   Gdy 

wreszcie wynurzył się był cały upaćkany trocinami, ale sprawiał wrażenie zadowolonego. 

Zmajstrował zgrabną ławę do kuchni, dwa taborety, oraz łóżko dla siebie. Zaniósł je zaraz na 

piętro.

- Co jest jeszcze do roboty? - zapytał wróciwszy.

- Trzeba by postawić kominki w pokojach na piętrze. Ale to ja sam...

- A umiesz?

- A to trudne?

- Tak. Ja sam stawiałem kiedyś piec, ale nie wyszedł bardzo dobrze. Problem będzie 

zwłaszcza z kominami. Nie da się tego zebrać w jeden przewód. Chyba trzeba będzie zrobić 

jeszcze trzy, a to popsuje estetykę...

- Pal diabli estetykę, byle tylko działało.

- Powinieneś się zająć wzornictwem przemysłowym. Tam tak myślących ludzi jest na 

pęczki, zrozumielibyście się. A tak poważnie podchodząc do zagadnienia, to najpierw trzeba 

postawić ściany, a dopiero potem można bawić się dalej.

- Co jeszcze widzisz tu do poprawienia?

- No cóż. Widzę, że w tych pokojach jest ciut ciut ciemno. Ale z tym można sobie 

poradzić, wystarczy wstawić okna. A propos dachu. To był twój pomysł z tą papą nie przybitą 

background image

do krokwi?

- A...

- Dobra, dobra, nie  musisz się  tłumaczyć,  jeśli nie  chcesz.  Powiedzmy,  że  tak to 

zostawił głupi poprzedni właściciel. Odnośnie podłóg. Tą na strychu sam układałeś?

- Aha.

- To się od razu rzuca w oczy. Te szpary szerokie na pół centymetra. Podłogi na 

parterze też warto by wymienić. Że już nie wspomnę o ścianach.

- Frontowa jest całkiem dobra - zaprotestowałem.

- Frontowa mnie najbardziej zastanawia. Co za palant poprzybijał nowe deski na to 

stare próchno.

- E...

- Wybacz stary. Nie wiedziałem, że to ty. Ile masz desek?

- To co w rupieciarni.

- Mało. Bardzo mało. Możesz dokupić? Tak swoją drogą to wylądowałeś w niezłej 

ruderze.   Czy   jesteś   zupełnie   pewien   że   to   właściwy   adres?   Wybacz   głupie   pytanie. 

Oczywiście, że jest właściwy, przecież trafiłem tu, posługując się nim. Obaj nie mogliśmy się 

aż tak pomylić. Więc jeśli odpada pomyłka to widzę tu dwie inne możliwości. Po pierwsze 

hrabia mógł to kupić w ciemno, w co osobiście nie wierzę, bo on jest zawsze przesadnie 

ostrożny, we wszystkich dziedzinach życia.

- Czyli sądzisz że to test?

- Chyba tak, bo forsy mu nie brakuje. Sądzę, że nie poddasz się. Jesteś ulepiony z tej 

samej gliny co ja. A ja bym się nie poddał... Spoko. Jestem tu i pomogę ci we wszystkim, co 

będzie potrzebne... Odszykujemy chałupę tak, że przyjemnie będzie patrzeć.

- Trzymam cię za słowo.

- Zrobię co w mojej mocy. Po pierwsze dlatego, że jesteś moim kumplem, a po drugie 

dlatego,   że   stolarka   to   moje   hobby.   Przejdziemy   się   nad   morze,   bo   jakoś   do   tej   pory 

widziałem je z pewnej odległości...?

Poszliśmy.   Na   plaży   leżało   sporo   różnego   organicznego   śmiecia.   Patyków   i 

wodorostów.

- Niezła plaża - zauważył mój kolesio. - Podczas przypływu cała jest pod wodą?

- Nie, zawsze wystaje kawałek. Czyżbyś chciał zakopać mnie tu w piasku po szyję a 

potem zaczekać na przypływ?

- No wiesz!

Pogrzebał w wodorostach i znalazł koński ząb.

background image

- Ciekawa rzecz - zauważył. - Ząb rekina ani chybi.

Wiedział oczywiście czyj to ząb. Usiłował mnie nabrać, ale nie udało mu się. Nie 

zmartwiło go to specjalnie. Zdjął buty i skarpetki i wlazł po kostki do wody.

-   Mokra   i   zimna   -   stwierdził,   -   ale   czysta   jak   kryształ.   Tak   swoją   drogą   to   nie 

rozumiem, co ludzie widzą w tej zagranicy. Pomijając ten śliczny widoczek, - zrobił ręką gest 

w stronę skał, na których zapewne czatował Sven, - to tu jest zupełnie tak, jak w Polsce. 

Choinki jak przed pałacem kultury w Warszawie. Woda w morzu taka sama, tylko trochę 

lepszego gatunku.

- A zachodziłeś do sklepów?

- Zaglądałem. Żadnych rewelacji. Zupełnie jak u nas w Pewexie. Trochę tu inaczej i to 

wszystko.

- To co cię... Nie widzisz, że to zagranica? Że wszystko tu jest inne?

- Tu większość rzeczy jest taka sama lub podobna. Jedynym problemem jest to, że 

zamiast   mówić   po   polsku,   lub   ukraińsku,   jak   Pan   Bóg   przykazał   posługują   się   jakimś 

niezrozumiałym bełkotem.

- To już taka specyfika.

- Żadna specyfika. To po prostu wkurzające, gdy patrzę na wystawę sklepową a tam 

zamiast szyldu „zabawki” jakieś słowo, którego nawet nie podejmuję się powtórzyć.

- Tak to już bywa. Pociesz się, że jak oni przyjadą do Polski, to będą mieć takie same 

problemy.

Twarz mojego przyjaciela rozjaśniła się w szerokim szczerym słowiańskim uśmiechu. 

Widocznie spodobała mu się taka wizja. Wracaliśmy lasem. Patrzył w zadumie na wysokie 

drzewa.

- Skała musi tu być dosyć głęboko - powiedział w zadumie. - Inaczej nie urosłyby aż 

takie duże.

- Skała jest płytko. Widziałeś na brzegu.

- To nie tak. Ona jest nachylona jak ...hmm... ta część wialni do zboża, w którą sypie 

się ziarno. Nad morzem wyłazi na powierzchnię, a w stronę lądu opada głębiej i stąd tu 

osadza się próchnica.

- Po co ci te informacje?

- Och po prostu z remontu  będzie  dużo złomowanych desek. Zbuduję sobie małą 

przytulną ziemiankę.

Do kolacji pracował. Po kolacji wziął łopatę i poszedł do lasu mówiąc, że niedługo 

wróci.   Wrócił  po  godzinie  i  znowu  zajął   się stolarką   meblową.  Nie  przeszkadzałem  mu. 

background image

Poszedłem spać. Ledwo przyłożyłem głowę do poduszki znalazłem się na ławeczce w jakimś 

zaśnieżonym  parku. Nie wiedzieć skąd wiedziałem,  że to park w Carskim Siole. Ubrany 

byłem, jakżeby inaczej, w mundur. Właśnie zastanawiałem się, na co do licha czekam, gdy 

podeszła do mnie Łesia. Wyglądała uroczo w futerku.

- Car prosi do siebie - powiedziała.

W tym momencie obudziłem się. Była trzecia w nocy, a mój niezrównany kolesio ciął 

coś piłą tarczową.

*

Gdzieś   nad   niewielką   rzeczką   zagubioną   wśród   bezkresnych   połaci   kanadyjskiej 

puszczy stał nieduży szałas. Przed szałasem płonęło niewielkie ognisko. Przy ogniu drzemał 

Semen Miszczuk. Sen jego był bardzo płytki i nawet mysz nie mogła dobrać się do resztek 

kolacji   bez   obudzenia   go.   Semen   ogólnie   sypiał   bardzo   nerwowo,   ale   to   było   nic   w 

porównaniu ze snem jego córki.

Łucja   rzucała   się   we   śnie   i   co   kilka   minut   budziła   się   z   krzykiem.   Starał   się   ją 

wówczas   łagodnie   usypiać.   Śpiewał   ukraińskie   kołysanki.   Jej   stan   był   beznadziejny.   Nie 

reagowała na nic. Umysł uciekł gdzieś do wewnątrz. Ta straszna noc pod Lwowem wypaliła 

myśli. Wypaliła do cna. To co zostało z tej sympatycznej i inteligentnej dziewczyny to było 

tylko ciało, zewnętrzna powłoka duszy. Ale szło jak gdyby powoli ku lepszemu. Zaczęły śnić 

jej się koszmary. Umysł powracał w nich do tamtego potwornego dnia i odnajdywał siebie. W 

ciemnościach tamtej strasznej nocy... To mogło coś dać. W przeciwieństwie do katatonii. O 

świcie Semena obudził plusk. Po drugiej stronie rzeki sarna piła wodę. Przez chwilę rozważał, 

czy nie zastrzelić jej z pistoletu maszynowego, który miał pod poduszką, ale odrzucił ten 

zamiar. Wolno wyciągnął z pochwy miecz samurajski i zebrawszy całą siłę cisnął. Stalowe 

ostrze przeszyło zwierzę prawie na wylot. Przebrodził pospiesznie na drugą stronę i tu przeżył 

szok. Koło sarny stali trzej Indianie. Pojawili się tak cicho, że zauważył ich dopiero, gdy był 

już bardzo blisko. Sprężył się w sobie do ucieczki, ale Indianin zatrzymał go gestem.

- Jesteśmy przyjaciółmi - powiedział po ukraińsku.

- Przyjaciele? Jestem zbyt złym człowiekiem, aby mieć przyjaciół. Weźcie sarnę i 

odejdźcie.

- Nie przybyliśmy tu po to, aby brać coś od ciebie. Obserwujemy cię od dwóch dni. Ty 

jesteś dobrym człowiekiem. Coś ci możemy ofiarować.

- Co możecie mi ofiarować? - zdziwił się. - Nie przybyłem tu, by brać cokolwiek od 

was.

-   Zostałeś   ciężko   skrzywdzony.   A   twoja   córka   jeszcze   bardziej.   Pozwól,   że   ci 

background image

pomożemy. Co jej jest?

- Katatonia - wyjaśnił, ale widząc, że to nic im nie mówi postarał się wytłumaczyć to 

na ich sposób. - Jej dusza uciekła.

Indianin uśmiechnął się olśniewająco.

- Wiem co to jest katatonia - powiedział. - Studiowałem psychologię i socjologię w 

Montrealu. Chodź z nami. Nie obawiaj się. Nie wydamy cię.

- Dlaczego? Skąd wiecie kim jestem?

- Widzieliśmy jaki jesteś. A nasz szaman odnalazł wasze myśli podczas transu jak 

miotały  się w ciemności.  To wystarczy. Wprawdzie  ona nie jest człowiekiem,  ale  to nie 

zmienia faktu, że cierpi.

- Masz rację, ona nie jest człowiekiem. A może wiesz czym jest?

Indianin uśmiechnął się zagadkowo.

- Nie wy pierwsi dotarliście do naszej wioski.

*

15 lipca, piątek.

Świt.   Słońce   przenikające   przez   szczeliny   desek.   Maciek   mylił   się   mówiąc,   że 

wszystko w Norwegii jest takie samo jak w Polsce, a w każdym razie podobne. Takiego świtu 

jak tutaj nie przeżyłem nigdzie a świecie. A jeśli nawet przeżyłem, to o tym nie pamiętałem. 

Ten   świt   przesączający   się   przez   szpary   pomiędzy   deskami   był   zupełnie   inny.   Choć   nie 

potrafię dobrze sprecyzować na czym ta jego inność polegała. Może na zapachu lasu, może na 

tańcu plam światła wraz z ruchami drzew? W powietrzu niósł się zapach kleju stolarskiego, 

lakieru i świeżych trocin. Zajrzałem do pokoju mojego kumpla. Spał jak zabity. Ubrałem się i 

cicho zszedłem na parter. Stół z biblioteki zaskoczył mnie swoim wyglądem. Stary lakier 

został zdarty, a drewno na połowie długości głęboko zeszlifowane papierem ściernym. Na 

stole leżała kartka z wypisanymi zakupami, które powinienem był widocznie wykonać.

Wyprowadziłem   z   rupieciarni   rower.   Po   drodze   prawie   rozdeptałem   Maćkowego 

kundla. Nawet się nie obudził. Zdechlak, a nie pies. W Bodo byłem o siódmej. Zrobiłem 

wszystkie zakupy bez większych kłopotów. Kabel, oprawki, gniazdka i inne takie. Do tego 

oczywiście, żarło. Gdy wracałem do domu zauważyłem na ścieżce świeżo rozsypaną ziemię. 

Widocznie coś kopał w nocy. Ale tak to już bywa. Maciek siedział w kuchni i rozkręcał jakieś 

dziwne urządzenie.

- No cześć - zagadnąłem.

- Cześć. Widzisz co mam?

- Co to?

background image

- Wymontowałem podsłuch spod stołu.

- Wot te na!

- A nawiasem mówiąc to korzystając z okazji, że ten cały szpieg pojechał za tobą, 

wykopałem wilczy dół.

- To fajnie, tylko uważaj, żebyś go nie wykończył.

-   E   tam.   Dół   ma   siedemdziesiąt   centymetrów   głębokości.   Żadna   śmiercionośna 

pułapka. Zwykły potykacz. Ale zada mu bobu. A, nie odnosiłeś czasem wrażenia, że ten twój 

szpieg też jest z KGB?

- Sven?

- Ten wariat z dubeltówką. Nie wiem jak się nazywa. Ale wczoraj wyraźnie chciał cię 

kropnąć. Może on tylko udaje, że nie zna polskiego a w rzeczywistości podsłuchuje nas? Nie, 

cholera. Przecież on jest od Derka. Hrabia twierdzi, że KGB ma na razie małe szanse cię 

wyśledzić.

- Chcesz, żebym dostał manii prześladowczej? Po co ma mnie śledzić KGB? Czy to 

część tego czego nie pamiętam, czy coś bredzisz?

- Ten Sven to chyba nawet jest ruski. Zwróć uwagę na jego nazwisko, na fakt, że nie 

pasuje wyglądem do reszty tych blondynów, którzy łażą tu po ulicach... A jak pięknie wylazł 

z niego ruski, gdy polował na kota. Trach i ze spokojnego człowieka skatina. Strzelał w sufit 

po to, żeby cię nastraszyć?

- Nie, strzelał do kota, a ja podbiłem mu strzelbę.

- To typowo ruskie zachowanie, strzelać w środku mieszkania. Tak swoją stroną to nie 

powiem z kogo kiedyś w dość mogą wyjść przyzwyczajenia pradziadka z carskiej ochrany.

Zaskoczyłem dopiero po chwili.

- Mój pradziadek był agentem ochrany?

- Tego też nie pamiętasz? U cholera.

- Nie pamiętam nic. Cała moja przeszłość zaczyna się pięć lat temu.

Zamyślił się.

- Spróbuję ci pomóc. Tak swoją drogą to ciekawe, czy słowo „chronić” pochodzi od 

rzeczownika „ochrana”. To fascynujące jak zmieniają się języki. Ano nic. Trzeba brać się do 

roboty.

Zabrał się ostro. W nocy zrobił jeszcze dwa stołki, oraz ławę do spania. Twierdził, że 

ławy takie były dawniej bardzo popularne w Wojsławicach. (Normalnie mebel ten wygląda 

jak   szeroka   ława,   z   oparciem,   ale   deskę,   na   której   się   siedzi   można   wysunąć   i   ma   się 

wspaniałe miejsce do spania). Zaciągnęliśmy ją do kuchni. Zmajstrowawszy szafkę nocną dla 

background image

siebie, przeniósł się na piętro, gdzie zajął się budową pokoi. Najpierw zrobił oświetlenie 

górne, a potem przybijał deski. Szło mu to dosyć szybko. Taki kumpel to skarb. Zrobiłem 

obiad. Po obiedzie pomogłem mu. Przycinałem tarczówką deski i bardzo szybko zaczęło ich 

ubywać. Zmartwiło to nas obu. Po obiedzie postanowiliśmy odpocząć i poszliśmy sobie na 

plażę. Maciek wziął ze sobą szklankę z herbatą, by, jak się wyraził, wypić ją w plenerze. 

Dzień był piękny. Słonecznie i ciepło, ale od morza wiał wietrzyk.

- Dobrze mi - oświadczył uwaliwszy się na nagrzanym słońcem kamieniu.

- Aha - zgodziłem się.

- Nie ma tu gdzieś czasem owsa morskiego?

- Nie, nie widziałem. Czemu pytasz?

- Och po prostu przypomniały mi się książki o Muminkach.

- ”Tego samego dnia, gdy tatuś Muminka zakończył budowę mostu na rzece mały 

zwierzaczek Ryjek zrobił odkrycie...”

- Tak. To dobra rzecz dokonywać odkryć. Odkrywać nowe ścieżki. Trzeba będzie się 

tym zająć w jakiejś dobrej chwili. Tak swoją drogą to ta herbata ma strasznie dziwny smak.

- Bo to nie herbata tylko Yerba Mate.

- Co to jest?

- W naszym kraju nie występuje w handlu. To takie coś jak herbata, tylko trochę inne. 

Rośnie w Ameryce Południowej. Sven zostawił.

- Extra. Ale, ale. Ty to pijasz?

- Czasami.

- Przecież twierdziłeś, że herbatę podsunęli podbici Chińczycy Anglikom, żeby ich 

otruć.

- Ja?

- Wtedy, w Wojsławicach.

- Czekaj. To ważne. Po utracie pamięci nadal nie lubię herbaty.

Usiadł i popatrzył na mnie uważnie.

- Może to odruch, a może nie wszystko się zatarło - powiedział.

Wypiwszy wlazł do wody i nawet kawałek przepłynął, ale potem wylazł na brzeg.

- Zapomniałem o odpływie.

- Teraz nie ma odpływu - zauważyłem.

- Nic nie szkodzi. Może przyjść nagle.

Zaparł się i więcej do wody nie wszedł. Domyśliłem się, o co mu chodzi. Nie umiejąc 

dobrze pływać, bał się włazić zbyt daleko.

background image

- Może to i lepiej. Wprawdzie teraz nie sezon na rekiny...

- Rekiny? - zaniepokoił się, a może tylko udawał.

-   Nieduże,   grenlandzkie.   Atakują   stadami.   Obdzierają   człowieka   z   mięsa   w   ciągu 

dziesięciu minut.

Obrzydziłem   mu   kąpiel   do   reszty.   Przed   wieczorem   popracowaliśmy   znowu   nad 

strychem. Nie dużo, tak z godzinkę. Potem zjedliśmy wystawną kolację. Była butelka wina 

Chatenau, (Maciek wyciągnął ją spod wanny, przeczytawszy najpierw instrukcję od hrabiego 

którą znalazł na skrzynce z bezpiecznikami) i końska kiełbasa. Wino było całkiem kwaśne, to 

się   chyba   nazywa   fachowo   wytrawne.   To   określenie   dobrane   jest   wyjątkowo   dobrze,   bo 

faktycznie może wytrawić wszystkie wnętrzności. Ale gdy się człowiek przyzwyczaił to było 

nawet znośne. Maciek pociągał je ze szklanki z miną konesera. Jak się zdążyłem zorientować 

miał talent aktorski. Wreszcie poszedłem spać. Miałem nadzieję, że przyjdzie we śnie ta ładna 

Łesia, ale nie udało się. Zamiast niej przyśniło mi się, że pracowałem w fabryce pułapek na 

myszy.

KONIEC ZESZYTU PIERWSZEGO

16 lipca, sobota Bodo Norwegia.

Obudziłem się w bólu. Rana postrzałowa na ramieniu pulsowała nieznośnie. Zdarłem 

plaster   i   popatrzyłem   uważnie.   Zgodnie   z   przewidywaniami   Maćka   zaropiała   lekko   i 

napuchła. Coś trzeba było z tym zrobić. Mogłem oczywiście pójść z tym do lekarza, ale 

byłem dziwnie pewien, że w przypadku postrzału tajemnica zawodowa nie obowiązywała.

Maciek spał jeszcze. Siadłem na rower i pojechałem do Geitvagan. To była dobra 

okazja dla poszerzania znajomości. Rana reagowała na każdy wybój, do tego droga okazała 

się być dłuższa niż mi się wydawało. W końcu dotarłem. Miasteczko było nieduże. Sklepiki, 

bank,   dealer   samochodów.   Zapytałem   policjanta   o   drogę   do   gabinetu   doktora   Roslina. 

Wyjaśnił mi jak trafić.  Gabinet  urządzony był w niedużym  domku przy głównej drodze. 

Doktor miał chyba dość spaczone poczucie humoru, bo nad drzwiami wisiała imponująca 

kolekcja krowich czaszek. Cóż, myślę, że w Polsce taka reklama raczej odstraszałaby, tu 

widać   ludzie   mieli   inne   poczucie   humoru.   W   poczekalni   było   pusto,   za   to   z   gabinetu 

zabiegowego   dobiegały   odgłosy   intensywnej   wymiany   poglądów.   Po   chwili   wyleciał   ze 

środka   wielki   dog,   a   za   nim   facet   w   mundurze.   Facet   wyglądał   na   wariata.   Za   facetem 

wyszedł doktor. Był szczupły, wysoki, ciemnowłosy. Był nieco podobny do swojego syna, 

(czy też raczej Sven był podobny do niego). Pod nosem miał wąsik, a na nosie okulary w 

drucianej oprawce. Jego wiek oceniłem na jakieś czterdzieści pięć lat.

- Czego pan sobie życzy? - zapytał uprzejmie.

background image

- Jestem Tomasz Paczenko.

- Miło poznać, słyszałem co nieco.

- Mam mały problem natury dość prywatnej.

- Proszę. - gestem zaprosił mnie do środka.

Wszedłem.

- Jaki to problem?

- Jako weterynarz powinien się pan znać także na ludziach.

Zdanie było bardzo skomplikowane i chyba coś poplątałem.

-   Sugerujesz,   że   masz   jakiś   problem   zdrowotny?   Ja   jestem   weterynarzem   i   leczę 

zwierzęta. Ludzi nie. Dwa domy dalej jest lekarz.

- Obawiam się, że nie mogę tam iść.

- Proszę pokazać - zażądał.

Zdjąłem koszulę.

- Postrzał - stwierdził. - Muszę zadzwonić na policję.

Tego się obawiałem.

- Proszę nie dzwonić, bo głupio by panu było, gdyby pański syn poszedł siedzieć.

- Co ty sugerujesz?

- Zostałem postrzelony przez strażnika łowieckiego Svena Roslina. Strzelał do mnie w 

moim własnym mieszkaniu, i co gorsza mam na to świadka.

Zbladł lekko.

- Celowo?

- Bardziej przez przypadek. Celował w mojego kota. Szyba poszła...

Zamyślił się na dwie sekundy.

- Co zmierzasz zrobić w tej sprawie?

- Nie zależy mi na dużej awanturze. Sam się zemszczę.

- Tylko go nie zabij - mruknął.

W jego oczach zapaliły się figlarne iskierki.

- Zabić nie zabiję. Wymyślę coś subtelnego.

Doktor parsknął śmiechem. Śmiał się dłuższą chwilę.

- Jak cię postrzelił? - zapytał wreszcie.

- Przez okno. To był przypadek, bo strzelał do mojego kota - powtórzyłem.

- Dobrze mówisz po norwesku. Posłuchaj. W ranie zostało trochę śrutu i to wywołało 

zakażenie. Niektórzy ludzie są uczuleni w pewien sposób na ołów. Poza tym to ciało obce. 

Rozumiesz?

background image

- Tak.

-   Muszę   to   oczyścić   i   wyjąć   śrut,   ale   nie   mam,   żadnego   środka   znieczulającego 

miejscowo, który byłby bezpieczny dla ludzi.

- No to bez znieczulenia.

- To będzie bolało. Mocno bolało.

- Jestem Polakiem. Powinienem znosić ból z honorem.

To zdanie też mi się poplątało. Ale zrozumiał. Wziął skalpel, wymienił w nim ostrze i 

zdezynfekował mi ramię jakimś środkiem w sprayu. Już to było dość nieprzyjemne. Dalej 

poszło szybciej. Naciął skórę dość głęboko i wydobył z rany śrucinę. Po chwili drugą. Chciało 

mi się wyć, ale zacisnąłem zęby. Męczył mnie przez jakieś  pięć minut, a potem posypał 

zasypką, która też była paskudnie paląca.

- Zuch chłopak - powiedział. - Nawet nie pisnąłeś. Swoją drogą skórę masz jak na 

nosorożcu. Dwa razy grubsza niż normalnie.

- Mam wysoki próg bólu.

- Mimo wszystko. Tak więc umówimy się tak. Ja nie biorę za zabieg ani grosza, ty w 

zamian, zamiast donieść na Svena załatwisz to we własnym zakresie.

- Dokładnie tak. I nie zrobię mu specjalnej krzywdy.

- Ludzie na poziomie zawsze się dogadają.

Zaliczył mnie do swojej grupy. Klasa średnia. Moja klasa. Przez moment nawiązała 

się   miedzy   nami   nić   porozumienia.   Podziękowałem   pożegnałem   się   i   wyszedłem.   Przed 

budynkiem wpadłem  na tego faceta  w mundurze.  Tym razem był bez psa, a za to niósł 

strzelbę. Dwaj policjanci nadbiegli cicho, rozbroili go i skuli kajdankami. Wszystko rozegrało 

się błyskawicznie.

- Biedny pułkownik - zauważył  jakiś  stary mężczyzna  niosący kota w koszyku. - 

Znowu mu odbija.

Wskoczyłem na swój rower i pojechałem do domu. Ból ustąpił prawie całkowicie. W 

domu byłem o dziewiątej. Maciek siedział na strychu i robił elektrykę. Widocznie przez cały 

okres   mojej   nieobecności   przybijał   deski,   a   teraz   zajął   się   dalszą   działalnością.   Strych 

wyglądał  już całkiem  nieźle.  Przez  środek biegł  korytarz  z którego prowadziły  drzwi do 

ośmiu pokoi położonych na prawo i lewo od niego. W pokojach nie było wprawdzie ścianek 

działowych, ale za to było światło. To znaczy prawie było.

- Jak ci idzie? - zapytałem.

- Coś mi tu nie kontaktuje - powiedział wbijając w złącze śrubokręt.

Żarówki zamigotały, a z oprawki śrubokręta poszedł dym. A potem wywaliło korki.

background image

- Na pewno wiesz, jak to zrobić? - zainteresowałem się.

- Obrażasz mnie. Pamiętasz stodołę Osiuka? Tą, która się spaliła? A, przepraszam... Ja 

tam robiłem oświetlenie elektryczne.

No i nic dziwnego, że spłonęła. Na szczęście jak mi potem wyjaśnił żartował z tą 

elektryką. Stodoła Osiuka spaliła się na skutek samozapłonu umieszczonej w niej gorzelni 

samogonu.   Każdemu   co   jego.   (Podobno   podpalili   ją   milicjanci,   bo   nie   chciał   im   płacić 

procentu   od   zysków).   Do   obiadu   mój   przyjaciel   skończył   i   zawołał   mnie   na   oględziny. 

Instalacja wykonana była perfekcyjnie. A światło w pokoju można było zapalać zarówno 

kontaktem koło drzwi, jak także tym, koło ściany schowka. Gdyby ktoś w nocy obudził się i 

bał się duchów, to mógł bez trudu włączyć prąd, posługując się przełącznikiem, znajdującym 

się obok łóżka. Ale z własnego doświadczenia wiedziałem, że gdy budziłem się w nocy po 

jakichś koszmarach to nie zapalałem nigdy nocnej lampki, bo bardziej bałem się tego, co 

mógłbym zobaczyć po włączeniu światła.

Zabrałem się za robienie obiadu. Byłem trochę zamyślony, toteż dopiero głośny plusk 

dobiegający   z   garnka   zwrócił   moją   uwagę.   Zajrzałem   i   zamartwiałem.   W   zamyśleniu 

pomyliłem grochówkę z mielonką dla kotów. Zakląłem cicho i soczyście. A potem poszedłem 

po   rozum   do   głowy.   Z   rupieciarni   przyniosłem   mikser,   który   na   dniach   naprawiałem. 

Przyczepiłem   mu   przystawkę   do   robienia   sałatek   i   uruchomiłem   go.   Zawył   jak   syrena 

przeciwmgielna, ale ruszył z miejsca. Zanurzyłem go w garnku. Mielonka wolno zaczęła się 

rozdrabniać. Niestety po zaledwie paru minutach od włączenia z miksera zaczął wydobywać 

się   dym.   Wyszarpnąłem   wtyczkę   z   kontaktu.   Rozkręciłem   go   zręcznie.   Tak   jak 

podejrzewałem zapaliła się znajdująca się w środku tektura. Wywaliłem ją na aut i skręciwszy 

urządzenie do kupy wpuściłem je do garnka.

Tym razem nie poszedł już dym, a za to mechanizm przetopił dno i wpadł do zupy. 

Wyrwałem   ponownie   wtyczkę   i   wydobywszy   go   za   kabel   wyniosłem   do   rupieciarni   ze 

szlachetnym   zamiarem   uruchomienia   go   w   jakiejś   wolnej   chwili   ponownie.   Potem 

pościerałem   bryzgi   grochówki   ze   ścian,   (chlapało   trochę   przy   tej   robocie).   Właśnie 

kończyłem gdy przyszedł Maciek.

- Warto by coś przekąsić.

Mikser hajcując się wydzielił dużo dymu, ale w całym mieszkaniu cuchnęło spaloną 

izolacją.

- Tak nadymiłeś, że nawet zupę czuć palonym plastikiem - powiedziałem na wszelki 

wypadek.

- Jak się chce mieć oświetlenie na piętrze to tak bywa - zauważył sentencjonalnie.

background image

- No trudno. Zjedzmy.

Nie było to takie złe. Nawet jeśli w tej mielonce były zdechłe konie to nie dało się ich 

wyczuć. Obserwowałem twarz kumpla usiłując odgadnąć, czy smakuje, czy nie, ale on jadł 

zupełnie   spokojnie,   a   nawet   z   apetytem.   Nagle   zakrztusił   się.   Przez   chwilę   obracał   coś 

językiem a potem wyjął z ust kółko zębate.

- Co to jest do licha? - powiedział. - Taka zupa może zabić człowieka. - Dla robotów 

kółka zębate na obiad!

- Cholerni kapitaliści nadziewają blachą mielonkę dla kotów. - zawtórowałem mu w 

swoim oburzeniu.

Maćka ruszyło po minucie.

- Co nadziewają? - zapytał słodziutko.

Nie mogłem się przyznać.  To był mój kumpel,  ale  mimo  wszystko mogło to być 

niebezpieczne.

- Grochówkę - powiedziałem niewinnie.

- Zrozumiałem „grochówkę z kotów”.

- Musiałeś się przesłyszeć.

-   Pewnie   tak   -   zgodził   się   bez   przekonania   i   od   tej   chwili   patrzył   na   talerz 

podejrzliwie.

Po obiedzie poszedłem nad morze, a Maciek wrócił do pracy. Podział obowiązków. 

Każdy z nas robił to, co umiał  robić najlepiej. I to co lubił robić. Ja kochałem samotne 

spacery nad brzegiem morza. Maciek kochał stolarkę. Różniliśmy się, ale pasowaliśmy do 

siebie,   tak   jak   różnie   naładowane   blaszki   przyciągają   się   wzajemnie.   Tak   jak   porządna 

dziewczyna z dobrego domu zawsze znajdzie sobie chłopaka, który jest kawałem drania. Ale 

takie są prawa rządzące wszechświatem.

Znalazłszy się nad morzem zzułem buty i skarpetki po czym usiadłem na kamieniu i 

pozwoliłem, aby lodowata woda zamknęła się wokoło moich stóp. Chciałem, aby wniknęła w 

pory skóry. Słońce ogrzewało mnie swoimi promieniami, a mewy wrzeszczały mi nad głową. 

Powinienem być szczęśliwy, ale z niezrozumiałych przyczyn nie byłem. Wstałem poszedłem 

do lasu i rzuciłem się na mech. W nozdrza uderzyła mnie woń ziemi. Wydało mi się to w 

pierwszej chwili dziwne, ale potem zrozumiałem, że do tej pory nie mogłem jej wychwycić, 

bo tłumił ją silny zapach morza. Zamknąłem oczy i odpłynąłem.

Biegłem po zaoranym polu w dół ku wsi. Zapach świeżo zaoranej ziemi był wszędzie 

wokoło mnie, wypełniał  cały wszechświat. Wieś  była dziwna. Kurne chałupy wrastały w 

ziemię. Z krzywych ścian odpadała polepiająca je glina. Czułem w sobie zmęczenie młodej 

background image

klaczy i lęk przechodzący w panikę. Gdzieś z tyłu słyszałem (słyszałam?) głosy ludzi.

Obudziłem się na skutek chłodu. Leżałem w dziwnej pozycji, na brzuchu, nogi i ręce 

podciągnięte miałem pod siebie. Silny skurcz ściągnął mi nadgarstki prawie wyłamując je ze 

stawów. Rozciąłem sobie wargę. Przez sen znowu gryzłem trawę. Z domu dobiegały mnie 

dźwięki piłowania. Widocznie przyjaciel mój pracował. Poczułem wyrzuty sumienia, że on 

haruje, podczas, gdy ja wyleguję się na mchu, ale zaraz ucichły. Wstałem i poszedłem mu 

pomóc.   Wszedłem   do   domu.   W   powietrzu   unosiła   się   mgiełka   trocinowego   pyłu, 

dominującym zapachem była woń świeżego drewna, i starego drewna, gnijącego drewna i 

nasmołowanego drewna. Zapach bejcy był nikły, ale też zdołałem go wychwycić. Dopiero po 

chwili poczułem ostrą woń potu i jakby jeszcze czegoś innego. To ja tak śmierdziałem. Mój 

kumpel pogwizdując ciął piłą ramową deskę, po linii narysowanej ołówkiem.

- Przyda ci się do czegoś niewykwalifikowany pomocnik? - zapytałem.

Zastanowił się na chwilę.

- Pomoc zawsze może się przydać - powiedział - Ale teraz mam akurat ochotę zrobić 

sobie krótką przerwę. Tak mniej więcej do jutra. Zanieś te deski na strych i myślę, że na 

dzisiaj starczy.

Zaniosłem. Musiałem obrócić wiele razy. Po skończonej pracy wyszliśmy przed dom.

- Chyba zbiera się na burzę - zauważył Maciek. - To dobrze, bo odświeży powietrze. 

Mały sztormik od czasu do czasu jest rzeczą pozytywną. Pożądaną.

- Chyba oszalałeś! Mały sztormik, jak to określiłeś może i oczyści powietrze, ale my 

tego nie poczujemy, bo przystrojeni w wodorosty będziemy leżeli tam na dnie.. - wskazałem 

gestem lekko wzburzone morze przed nami.

Ożywił się, a wyraz apatii zniknął z jego twarzy.

- Dlaczego? - zaciekawił się.

-   Dlatego,   że   ten   sztorm   rozwali   tą   budę   na   kawałki,   a   my   wraz   z   łóżkami   na 

grzbietach fal popłyniemy...

-   Wyobraźnia   cię   ponosi   mój   kumplu.   Wyobraźnia   jest   twoim   podstawowym 

wrogiem.

- Dlaczego..?

- Ta buda Tomaszu wytrzymała już wiele sztormów. I ciągle stoi. Nowa podłoga na 

strychu zwiększyła jej stabilność. A te deski na froncie. Hmm... niefachowo przybite, ale też 

spełnią pozytywną rolę. Zresztą, może nie będzie żadnej burzy.

Pawcio   opowiedział   mi   później,   że   pewnego   lata   w   Wojsławicach   Maciek 

przepowiedział, że niedługo spadnie deszcz, i rzeczywiście nie minęły dwa tygodnie i deszcz 

background image

spadł. Od tamtej pory uważał się za eksperta od przepowiadania pogody.

- Będzie burza - powiedziałem.

- Aha - zgodził  się,  bowiem  myślał  już  o czymś  zupełnie  innym - Nie  widziałeś 

mojego psa?

- Może się utopił? - gdy byłem lekceważony narastała we mnie złośliwość.

- Możliwe - zgodził się bez sprzeciwów. - W którym miejscu wrzuciłeś go do wody z 

kamieniem u szyi?

Nie byłem pewien, czy jest to żart, czy też nie. Z wyrazu twarzy nie mogłem nic 

odczytać, zresztą nigdy nie byłem w tym specjalnie dobry.

- Może powinniśmy wrócić do domu, bo coś mi się zdaje, że ta pogoda rzuca ci się na 

umysł - powiedziałem życzliwie.

Prychnął dziwnie, ale został przed domem, gdy ja wróciłem i wdrapawszy się na swój 

strych rzuciłem się na łóżko. W oczach miałem ciemność. W umyśle też. Wywiesiłem na 

drzwiach kartkę:

Nie przeszkadzać!

I spokojnie walnąłem się spać. Przyśniła mi się dziwna scena. Siedziałem pod stołem i 

bawiłem się jakimiś ścinkami papieru. Musiałem być bardzo mały, miałem może sześć lat, i 

sam   nie   wiem   jak   to   się   stało,   że   pamięć   moja   przechowała   ten   kawałek   rozmowy, 

prowadzonej po ukraińsku. Może po prostu rozumiałem wtedy trochę ten język.

- Rozwija się szybciej niż jego siostra - powiedział ktoś. Znałem skądś ten głos, ale nie 

wiedziałem do kogo należy.

- Udane dzieci. Może chociaż jedno przeżyje.

Gdy   obudziłem   się   w   środku   nocy   zapisałem   starannie,   słowo   po   słowie, 

przeczuwając, że jest to ważne, choć jeszcze nie wiedziałem dlaczego. I może lepiej by się 

stało, gdybym nigdy nie dowiedział się szczegółów.

17 lipca niedziela.

Około szóstej rano z objęć Morfeusza wyrwała mnie koszmarnie kudłata zmora, która 

wlazła pod kołdrę i zaczęła mnie podgryzać. Zerwałem się półprzytomny i silnym wymachem 

nogi uwolniłem  się od uzębionej  paszczęki.  Zmora  poleciała  w kąt i zaskomlała,  ale  już 

próbowała  się odgryzać, więc zarzuciłem  na nią kołdrę i poddusiłem.  Zmora broniła się, 

zaciekle, ale ja w międzyczasie na tyle oprzytomniałem, że zrozumiałem, iż jest to parszywy 

kundel mojego przyjaciela - Gucio, który widocznie wcale nie utopił się poprzedniego dnia. 

Kanalia, nie pies. Pozbawił mnie odrobiny tak ciężko zapracowanego odpoczynku. Należało 

go surowo ukarać.

background image

Złapałem   go   na   ręce   i   zniosłem   na   parter.   Po   drodze   obślinił   mnie   szczodrze   po 

twarzy, co zniosłem z trudem, bo zazwyczaj od takich psich czułości robiło mi się mocno 

niedobrze. Rozważałem nawet, przez chwilę, czy przypadkiem nie należałoby go utopić, ale 

potem zrezygnowałem, z tego ambitnego planu. Wszystko co już raz zaczęło żyć ma prawo 

do   życia,   za   wyjątkiem   oczywiście   niektórych   szkodników,   komunistów   i   nauczycieli. 

Swojego czasu zarąbałem na śmierć, w ogródku domu dziecka, turkucia podjadka. Właściwie 

to czytelnik może się w tym miejscu uśmiechnąć z politowaniem, że traktuję to jak jakiś super 

wyczyn, więc na marginesie powiem, że wsoliłem mu osiem razy na płask łopatą, zanim 

przestał się ruszać.

Umieściłem kundla w szafce stojącej na podłodze w kuchni i podparłem jej drzwi 

stołkiem, aby nie mógł się wydostać, po czym wróciłem do łóżka i ponownie zapadłem w 

słodką drzemkę. Śniło mi się, że znalazłem złotą dwudziestorublówkę, gdy obudził mnie 

Maciek.

- Tomasz! - zawył. - Zabiję cię za to, co zrobiłeś z moim psem!

- Jakim psem? - zdziwiłem się. - Nie wiem nic, o żadnym psie.

- Dlaczego go wsadziłeś do lodówki?

- Jakiej znowu lodówki? Masz urojenia maniakalne! Nikogo nigdzie nie wsadzałem.

- No dobra, nie do lodówki. To ty masz urojenia maniakalne, jesteś neurotykiem u 

którego skrytość charakteru uniemożliwia przewidzenie zachowań! Jeśli nie ty, to kto go tam 

wsadził?

- Pewnie sam wlazł. I się zatrzasnął.

- I podparł drzwi stołkiem? Wyjaśnij mi but' łaska czego on tam szukał?

- Pewnie był głodny.

- No dobra. Pomińmy to, nic mu się na szczęście nie stało. Kiedy wstaniesz?

- Wstać? Nie, nie mam zamiaru. Zapadam w sen zimowy - oświadczyłem z godnością.

- Będziesz się wylegiwał do południa?

- Tak. Muszę odespać wizytę twojego pupilka.

- Ach tak? Więc gdy biedny samotny piesek przychodzi trochę się pobawić, to dla 

ciebie   powód,   żeby   go   katować.   Jak   się   chla   całą   noc,   to   potem   może   się   człowiekowi 

wydawać, że zarzyna świnię w chlewiku, a rano znajduje teściową utopioną w wannie!

- Sugerujesz, że byłem pijany?

- Nic nie sugeruję.

Po   wczesnym   obiedzie   poszliśmy   do   miasta.   Teoretycznie   szedłem   na   pocztę,   bo 

chciałem   obejrzeć   miejscowe   pocztówki,   ale   mój   kumpel   zwrócił   mi   uwagę   na   jakieś 

background image

zamieszanie.

- Jakiś jarmark - zauważył. - Coś się dzieje.

Dostrzegłem kilku policjantów przepychających się przez tłum.

- Pewnie kogoś zabili - wyraziłem swoje przypuszczenie. - Ale możemy zobaczyć.

- Przyjedzie telewizja! - zapalił się Maciek.

- Może.

Ruszyliśmy   w   kierunku   gęstniejącego   tłumu.   To   dziwne,   jak   bardzo   wszelkie 

nieszczęśliwe wypadki przyciągają ludzi. To nie był wypadek. To był jakiś festyn połączony z 

targiem.   Coś   na   kształt   naszego   Jarmarku   Dominikańskiego   w   Gdańsku.   Było   tłoczno   i 

wesoło. Ludzie przepychali się na różne strony, a gdzieś dalej grała muzyczka.

- Weźmiemy udział? - zapytał mój towarzysz.

- Bo ja wiem? A co się właściwie robi na takim festynie?

- Nie mam pojęcia. Chyba należy się bawić.

- Jak?

- Napijmy się piwa. Jeśli wypijemy go odpowiednio dużo, to nie będziemy musieli się 

nad tym zastanawiać. Pomysły same nam przyjdą do głowy.

- Raczej uderzą.

- Ciekawe jaką tu mają izbę wytrzeźwień - chyba zażartował.

Zaczęliśmy buszować po kramach w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Maciek właśnie 

wdał się w pogawędkę z jakąś dziewczyną, która sprzedawała wyroby z rogu renifera, (choć 

nie mam pojęcia jak się dogadywali), gdy niespodziewanie w tłumie niedaleko mnie pojawił 

się zamęt i rozległo się kilka przestraszonych okrzyków, po czym spomiędzy lasu ludzkich 

nóg wyskoczył wielki wypasiony rotweiler. Wpadł na mnie zwalając mnie z nóg i rzucił się 

do gardła  stojącej  obok mnie nieletniej  kici.  Zerwałem  się na równe nogi i rzuciłem  się 

pędem. Durni potomkowie wikingów nawet się nie poruszyli. Kopem zrzuciłem psa z leżącej 

na ziemi dziewczyny. Zostawił ją i obrócił się w moją stronę. Wyglądał jakby był wściekły. 

Przysiadł na moment na zadzie po czym skoczył. Wyprowadziłem wysoki kopniak, który 

trafił go w żebra, w chwili, gdy już leciał. Odrzuciło go na moment  na bok, ale niemal 

natychmiast poderwał się z ziemi. Tym razem ten manewr nie wyszedł mi. Zdążyłem jedynie 

zasłonić ręką gardło. Siła zwierzaka rzuciła mnie na wznak. Uderzenie o ziemię było tak 

silne, że zobaczyłem przed oczyma wszystkie gwiazdy, kilku aniołów, a w uszach zabrzmiały 

mi dzwony wzywające na sąd ostateczny. Deja vu! Nie wiadomo skąd nadleciały  pocisk 

śrutowy rozsadził psu koniec mordy na kawałki. Konkretnie przednią część pyska miej więcej 

do oczodołów. Drugi strzał wyrwał mu cały bok. Poczułem ulgę i straciłem przytomność.

background image

- Ja was, sukinsynu, powieszę wszystkich na suchej gałęzi! - darł się ktoś.

- Tego psa należało zabić gdy tylko się urodził! Jako strażnik łowiecki...

Rozpoznałem ten drugi głos. To mówił ten szpieg z KGB Sven. Teraz dopiero zdałem 

sobie sprawę z tego, że ktoś delikatnie mną potrząsa.

- Tomasz wstawaj do cholery, nie rób wiochy - poradził mi ktoś życzliwie w moim 

ojczystym języku.

Z   głębin   niepamięci   wypłynęło  nazwisko   właściciela   głosu.  Maciej   Wędrowycz.  I 

nagle pojawił się przebłysk. Leżę na plecach trzymam psa na wyciągniętych rękach za obrożę. 

Rwie mi się do gardła. Gdzieś kawałek ode mnie pada strzał. Człowiek z karabinem wyrasta z 

ciemności i bierze potężny zamach kolbą.

- Pan pozwoli kajdanki Kapitanie i niech pan do pioruna nie stawia oporu, bo tylko 

będzie gorzej.

- Tylko nie kajdanki. Zabieraj te łapy! Mam Legię Honorową!

Jaki kapitan? - zdziwiłem się.

Wydało mi się to na tyle ciekawe, że otworzyłem oczy, aby sobie na niego popatrzeć.

- Dochodzi do siebie - powiedział ktoś.

- Jesteś w Bodo Tomaszu - powiedział Maciek.

- Wiem jak się nazywam - wyjaśniłem z godnością, choć niekoniecznie na temat.

Dał mi rękę. Wstałem. Obok dwaj policjanci spisywali zeznania Svena. Tłumaczył im, 

że bronił mnie przed psem i dlatego użył broni, a oni uspokajali go mówiąc, że słusznie 

postąpił.

- Gdzie dziewczyna? - zapytałem.

- Jaka dziewczyna? - zapytał przyjaciel.

- Ta którą ...

- Zwiała, gdy tylko skoczył na ciebie, ale pewnie gdzieś się tu kręci. Właściwie to 

mogłaby podziękować.

- Za młoda, żeby dała mi buzi w podzięce.

Podszedł do mnie policjant. Był młody i sympatyczny.

- Nic ci nie jest? - zapytał.

- Nie, tylko w głowie mi się kręci. Zaraz dojdę do siebie.

- Mogę prosić pana dokumenty?

- O co jestem oskarżony? Ja tego psa odkupię...

- Nie, nie, o nic nie jesteś oskarżony. Po prostu sporządzamy protokół zajścia.

Podałem mu legitymację. Przepisał coś i oddał mi. Podszedł Sven.

background image

- Nic ci nie jest?

- Nie...

- Przyjmiesz tą akcję jako przeprosiny?

Zamyśliłem się.

-   Dwa   razy   w   ciągu   ostatnich   dni   moje   życie   znalazło   się   w   zagrożeniu   - 

powiedziałem. - Przyjmuję przeprosiny.

Maciek musiał zrozumieć, bo zrobił minę pełną ubolewania i popatrzył w zadumie na 

niebo.

- Chodźmy stąd - poradził szpieg. - Odetchniemy trochę świeżym powietrzem i od 

razu ci się poprawi.

Nie mogłem nie przyznać mu racji.

- Co to za kapitan, którego zabrali? - zapytałem.

-   Dyrektor   Teufel   -   wyjaśnił   Sven.   -   Tak   go   niektórzy   tytułują.   Moim   zdaniem 

niepotrzebnie. A co do tego zabrania to nie zabrali go tylko spisali personalia. Kij wie po co, 

bo i tak, każdy go tu zna.

- Aha.

- Chodź do portu.

Mój szpieg mówił po niemiecku, tak, aby Maciek mógł go zrozumieć. Za to ja ledwo 

rozumiałem.

- A co z psem? - zapytał.

- Zawiozą go do nas na sekcję. Chociaż nie, pewnie weźmie go miejscowy szpital. 

Pogryzł kilka osób, będą chcieli sprawdzić, czy nie jest wściekły. Czy nie był wściekły.

- Czy to możliwe? Przecież jest martwy, a z tymi zmianami na mózgu to podobno 

przesąd...

- Jeśli nie widać zmian na mózgu to można zrobić rozmaz płynu rdzeniowego i pod 

mikroskop elektronowy.

- Aha.

W   tym   momencie   z   ulicy   obok   wybiegł   dyrektor   Teufel.   Przykro   było   na   niego 

patrzeć. Włosy na głowie miał zmierzwione a w oczach najczystszy obłęd. Chyba za wcześnie 

go wypuścili.

- Tu jesteście mordercy psów! - zawył. - Ty Sven niech ci się nie wydaje, że jak masz 

strzelbę i legitymację, to możesz bezkarnie zabijać psy na ulicach!

- Dawno już trzeba było go odstrzelić. Tak głupiego i agresywnego bydlęcia...

-   Zamknij   się.   Wytoczę   ci   proces!   Wybulisz   sto   tysięcy   koron   odszkodowania! 

background image

Będziesz mi ustępował z drogi jak wszyscy w tym mieście! Będziesz mnie szanował...

- Nigdy. Niech się panu nie wydaje, że ktokolwiek tu pana szanuje. Po prostu to naród 

tchórzem podszytych fajtłapców, i starają się schodzić z drogi niebezpiecznemu wariatowi!

- Komendant niemieckiej obrony miasta gdy kapitulował przed nami wyraził mi swoje 

najgłębsze uznanie.

- Tak, nie trudno mu było podlizywać się, gdy walczył o życie. A mnie tata opowiadał, 

że wcale nie wyrażał uznania tylko bluzgał po niemiecku, za co go utopiłeś w porcie.

- To potwarz!

- Kotwicę do nóżek i chlup. W środku nocy, żeby mieszkańcy nie widzieli. A potem 

mówiło się, że odesłaliście go na południe przed trybunał.

- Był legalnie sądzony i stracony jako zbrodniarz wojenny.

- Tak, oczywiście. Co zrobimy w sprawie tego psa?

- Słucham propozycji.

Dyrektor nagle się opanował.

- Zwolni pan mojego kumpla na pół roku z opłat za naukę w swojej uroczej szkółce...

- Co!? Jak śmiesz!

- Pies został zdaje się poszczuty?

- Niech cię piekło pochłonie!

- I wzajemnie panie dyrektorze.

Teufel odwrócił się na pięcie i pobiegł ulicą. Po chwili nie było po nim śladu. Szpieg 

splunął ponuro.

- Skąpiec - rzucił za oddalającym się.

Kupił   trzy   puszki   piwa,   irlandzkiego,   usiedliśmy   sobie   na   granitowym   nabrzeżu   i 

stuknęliśmy się puszkami, co było dosyć trudne, ale wykonalne. Wypiliśmy. Świat stał się 

odrobinę weselszy.

- Pokój i przyjaźń - powiedział szpieg.

- Aha - zgodziłem się.

- Ja tam  bym się  nie zgadzał  - powiedział  Maciek.  - Nacjonalizm  słowiański  nie 

powinien znać wybaczenia wobec ras germańskich, no ale trudno.

Spędziliśmy   przyjemnie   parę   chwil.   Maciek   śpiewał   czastuszki   po   ukraińsku,   ja 

wybijałem rytm piętami o kamień, a Sven czyścił swoją flintę. Było mi dobrze. Siedziałem na 

ciepłym   kamieniu.   Na   lewo   ode   mnie   siedział   mój   niedoszły   zabójca,   że   o   kocie   nie 

wspomnę, a obecnie sympatyczny jak dawniej prywatny szpieg. Po prawej stronie siedział 

także mój serdeczny przyjaciel. Uspokoiwszy nerwy zaproponowałem powrót na festyn, co 

background image

moim  towarzyszom  bardzo się spodobało.  Na jarmarku  rozeszliśmy  się, bo Sven spotkał 

jakiegoś znajomego i poszedł z nim na jedno piwko, przykazawszy mi przedtem, żebym nie 

dał się zabić pod jego nieobecność. Maciek poszedł pooglądać sobie stare meble wystawione 

obok na aukcję, bo jako stolarza nęciły go ich szczegóły konstrukcji, ja zatrzymałem się przy 

stoisku,   na   którym   handlowano   medalami,   odznaczeniami   i   innym   tego   typu   barachłem. 

Grzebiąc w stosie różnych rupieci znalazłem coś dla siebie. Wpadł mi w oko nieoczekiwanie. 

Śliczny filigranowy kolczyk, złoty ze zwisającym szmaragdem w kształcie łzy. Poprosiłem 

faceta o lupę i obejrzałem go uważnie. Nie miał nawet prób.

- To złoto? - zapytałem.

- Nie, to tombak - wyjaśnił sprzedawca. - Robi je u nas taki jeden złotnik. Zgubiłem 

gdzieś drugi. Kosztuje dziesięć koron.

- Ajaj. Jestem ubogim studentem który musiał uciekać ze swojego kraju...

- Za młody jesteś na studenta. Ile dasz?

- Może pięć koron.

- Czekaj. Ty jesteś tym Polakiem?

- Aha.

- Masz jakieś polskie monety?

Wydobyłem z kieszeni portfel i wygrzebałem z niego złotówkę, piątkę i dwudziestkę z 

Nowotką.

- Tylko tyle.

- Zamienimy się?

Dobiliśmy targu. Nie miałem wprawdzie dziurek w uszach, żeby go nosić, zresztą 

uważałem to za zupełnie niemęskie zachowanie, ale kolczyk spodobał mi się bardzo. I nie był 

drogi.

- Tomaszu, pozwól tu na moment - z zamyślenia wyrwał mnie głos mojego kumpla 

Maćka.

- Co się stało? - zapytałem odwracając się w jego stronę.

- Coś niesamowitego. Masz forsę?

- Mam kupić szafę? Czy może kredens? Obawiam się, że mnie na to nie stać.

- Fotele. Zresztą co ja ci będę mówił, chodź to sam zobaczysz.

Istotnie na niewielkim podium stało trochę mebli.

-   Numer   dwadzieścia   jeden!   -   krzyknął   licytator.   -   Para   foteli   z   wczesnych   lat 

trzydziestych.   Palisandrowy   szkielet,   angielskie   sprężyny,   pokrycie   skóra   wołową,   stan 

zachowania średni. Cena wywoławcza tylko sto koron, za oba! Kto da więcej?

background image

- Sto dziesięć! - krzyknąłem, bo fotele spodobały mi się od pierwszego wejrzenia.

- Dwieście! - krzyknął ktoś za moimi plecami.

Obejrzałem się. Niedaleko mnie stał Teufel.

- Dwieście dwadzieścia - krzyknąłem.

- Pięćset - zawył dyrektor szkoły.

- Tysiąc - usłyszałem gdzieś z przodu drwiący głos Svena.

- No dalej - ponaglił mnie Maciek.

- Nie mam więcej forsy - wyjaśniłem.

Zmarkotniał.

- Tysiąc po raz pierwszy! - obwieścił licytator.

- Dziesięć tysięcy - zawył Teufel.

Zapadła grobowa cisza. Prawie dwa tysiące dolarów.

- Dziesięć tysięcy po raz pierwszy, po raz drugi po raz trzeci. Sprzedano! - krzyknął 

licytator waląc młotkiem.

Dyrektor obwieścił całemu miastu swój tryumfalny uśmiech i poszedł płacić. Przez 

tłum   przepchnął   się   pomocnik   licytatora,   który   do   tej   pory   wnosił   na   podium,   różne 

przedmioty.

- Nie kupiliście foteli - zagaił. - Ale może mam, coś co się wam spodoba.

- Nie mam dużo pieniędzy - zastrzegłem się.

- Nie będzie wiele potrzeba - zapewnił.

Poszliśmy za nim. Za straganami stała ciężarówka, a na niej dwa identyczne fotele, 

tyle tylko, że bardziej sfatygowane.

- Co o tym powiecie? - zapytał - Wymagają wprawdzie remontu, ale kosztują tak samo 

jak tamte. Sto koron.

- Ładne, ale jestem tylko ubogim emigrantem. Nie dałoby się tak pięćdziesiąt koron za 

oba?

- Właściwie to dlaczego by nie.

- Głupi pomysł sprzedawać je poza licytacją - powiedział Maciek po niemiecku. - 

Gdyby je wystawić na sprzedaż zanim ten facet sobie pójdzie, to możnaby wycisnąć z niego 

jeszcze raz.

-   Chciwość   zgubą   frajerów   -   powiedział   facet.   -   Zresztą   zarobiliśmy   więcej   niż 

zakładaliśmy w najśmielszych przypuszczeniach. Więc niech wam będą na zdrowie. Tylko 

wymknijcie się tak, żeby was nie zobaczył, bo będzie nieszczęście.

Nagle   niespodziewanie   spostrzegłem,   że   go   rozumiem.   Zaskoczyło   mnie   to 

background image

kompletnie.   Zastosowaliśmy   się   do   rady   faceta.   Fotele   miały   kółka,   dzięki   czemu   aż   do 

żużlówki nie mieliśmy z nimi dużych problemów. Potem prowadzić je było znacznie trudniej. 

W połowie drogi dogonił nas szpieg.

- Ojej? - zdziwił się na widok naszego zakupu. - Skąd to macie?

- Kupiliśmy od dyrektora - wyjaśniłem z godnością. - Bał się, że żona go nie wpuści 

do domu z tymi gratami.

- Nie wierzę ci. To nie są te same. A tak swoją drogą to nie macie się czego bać. Ten 

kundel nie był wściekły.

- Nie będziemy musieli brać zastrzyków - powiedział mój koleś z ulgą.

- Nie lubisz zastrzyków - powiedział szpieg domyślnie.

- Raz już miałem i takiego bólu więcej nie wytrzymałbym.

Przełożyłem jego słowa.

- Jakiego bólu? Przecież to prawie bezbolesny zabieg.

- Jak to bezbolesny? - zdenerwował się Maciek - Wbija się aż do jelit, można kota 

dostać!

- Do jelit?!

- A jak ? - teraz z kolei ja się zaciekawiłem.

-   Normalnie   trzy   zastrzyki   dożylne.   Nie   słyszałem,   żeby   zastrzyki   głębokie   były 

stosowane później niż we wczesnych latach pięćdziesiątych.

- Europa - szepnął Maciek, gdy przełożyłem mu. - Jesteśmy zapóźnieni o czterdzieści 

lat.

Wróciwszy   zjedliśmy   sobie   lekki   obiad.   Po   obiedzie   Maciek   poszedł   trochę 

popracować, choć protestowałem przeciw temu z uwagi na świąteczność dnia. Nie udało się 

go jednak przekonać. Kiroshi, pracujący do upadłego. Odpocząwszy poczytałem sobie trochę 

po   norwesku,   co   było   trudne,   ale   potrzebne.   Po   kolacji   siedliśmy   w   bibliotece   przy 

odnowionym stole. Maciek wyjął ze swojej walizki dziwna skórzana saszetkę.

- Co pamiętasz? - zapytał.

-   Dzisiaj   przypomniałem   sobie   jak   oberwałem   w   głowę.   Poszczuli   mnie   psem, 

wcześniej.

Kiwnął poważnie głową.

- No to do dzieła.

Wyjął   z   saszetki   pierwsze   zdjęcie   i   położył   przede   mną.   Popatrzyłem   uważnie. 

Przedstawiało   chłopca   w   indiańskim   piuropuszu   na   głowie.   Za   pasek   zatknięty   miał 

tomahowk, wykonany z kawałka wapiennej skały.

background image

- To ja.

Kiwnął   głową   i   położył   obok   drugie   zdjęcie.   Przedstawiało   trzech   chłopców 

przebranych za Indian. Za nimi znajdował się nieduży szałas.

- Ja i ty. A kim jest ten trzeci? Pawcio?

- Przypominasz sobie cokolwiek?

- Nic. Ale teraz przynajmniej wierzę, że faktycznie spotkaliśmy się wtedy.

Westchnął i położył kolejne zdjęcie. Tym razem to był on. Stał koło jakiegoś dziwnie 

ubranego staruszka na tle zbudowanej z belek ściany domu.

- Nic - pokręciłem głową.

- Ja i mój dziadek Jakub Wędrowycz.

Położył następne. Tym razem to byłem ja z jakimś staruszkiem.

- I jak? To powinieneś pamiętać.

Za nami w głębi fotografii widać było szopę zbudowaną z belek.

- Szopa - powiedziałem. - Króliki w klatce. Koło klatki szło się do ustępu. W ustępie 

przypięta do ściany pocztówka z różą.

Popatrzyłem na niego triumfująco. Śmiał się.

- Bingo! Trafiłeś w dziesiątkę. Co jeszcze?

Zamyśliłem się. Mała komórka pamięci uzyskała połączenie zresztą mózgu, ale nic 

więcej z tego nie wynikało. Żadnych więcej śladów. Powiedziałem mu to.

- Na dziś wystarczy. Jutro ciąg dalszy.

- Dlaczego nie od razu?

- Derek mówił jak trzeba porcjować. Gdybym ci wszystko powiedział to nic by to nie 

dało. Nawet uszkodzony mózg można zmusić do pracy. Trzeba zmusić do pracy.

- Jedno pytanie. Czy ja znałem niemiecki?

- Oczywiście. To znaczy o tyle o ile. Kurt nas uczył. A co?

- Zrozumiałem co mówisz dziś... Ale jeśli chcę dobrać w pamięci jakieś słowa...

- Spoko. Przypomnisz sobie.

Poszedłem   jakoś   bardzo   wcześnie   spać.   Sam   nie   wiem   dlaczego,   widocznie 

wykończyły mnie przejścia tego dnia. I wtedy właśnie przyśnił mi się sen, który przemienił 

całe moje życie. Choć właściwie to nic nie zmienił, a jedynie życie go potem dogoniło. Nie, 

nie potrafię tej myśli odpowiednio sformułować.

Sen zaczął się dość dziwnie. Biegłem przez długie korytarze. Było ciemno, na dworze 

panował   zmierzch.   Musiałem   znajdować   się   w   jakimś   pałacu.   Biegłem.   Okna   były 

powybijane   kamieniami,   a   z   zewnątrz   dobiegał   niczym   pomruk   burzy   skowyt   tłumów. 

background image

Wpadłem do niewielkiego pomieszczenia. Pośrodku podłogi płonął stos papierów. Uwijało 

się   przy   nim   kilka   osób.   Wyszarpywali   z   szaf   jakieś   skoroszyty   i   wrzucali   je   do   ognia. 

Niektóre tylko trafiały do plecaków stojących opodal.

- Jaka sytuacja na zewnątrz? - zapytała mnie Łesia. Była nieco starsza niż poprzednim 

razem, gdy mi się śniła. Musiała mieć jakieś dwadzieścia, może dwadzieścia pięć lat. A może 

nawet jeszcze więcej. Uroda jej już trochę przekwitła.

- Nie ma czasu - krzyknąłem. - Spalmy to wszystko. Oni zaraz tu będą!

- Nie da rady palić więcej - odezwał się jeden z oficerów. - Podłoga już się zajęła. Car 

nie będzie kontent gdy spalimy jeden z najbardziej reprezentacyjnych budynków...

Zamiast mu odpowiedzieć wywaliłem zawartość szafy na ziemię i rzuciłem w nią 

lampą naftową.

-   Musimy   uciekać,   jeśli   nie   chcecie,   aby   ten   ogień   stał   się   naszym   stosem 

pogrzebowym! - krzyknąłem.

Kiwnęli głowami i porwawszy plecaki wybiegli.

- Musimy się pospieszyć kochanie - powiedziałem do dziewczyny.

- Właściwie to nawet nie musimy - odpowiedziała poważnie.

- Dlaczego?

- Widzisz przykro mi to mówić, ale to tylko mój sen.

- Co?

W tym momencie uświadomiłem sobie, że ja także śpię.

- To mój sen! - zaprotestowałem.

Popatrzyła na mnie uważnie.

- Jesteś pewien?

- Tak.

- Udowodnij to .

- Nie mam szczerze mówiąc pojęcia jak.

- To zabawne. Rozmawiamy po rosyjsku. Znasz może ukraiński?

- Oczywiście.

-   Słuchaj   tak   mi   coś   chodzi   po   głowie.   Może   skontaktujemy   się   jakoś   gdy   się 

obudzimy?

- Pomysł sam w sobie genialny. Jesteś śliczna i sympatyczna. Możesz mi podać adres?

- Wolałabym nie. KGB ma chyba zbyt prymitywną technikę, aby wleźć komuś do snu, 

ale może lepiej ty powiesz mi gdzie mieszkasz?

- Mieszkam w Norwegii. Miasto Bodo. zapamiętasz?

background image

-   Nie   wiem.   Często   gdy   budzę   się   nie   pamiętam   co   mi   się   śniło.   Wiesz,   gdzie 

jesteśmy?

-   Tak.   Jesteśmy   w   Petersburgu,   w   gmachu   sądu   na   Aptekarskim   Ostrowie.   Jest 

rewolucja październikowa.

- Skąd wiesz?

- Nie mam pojęcia.

- No to chodu!

Pobiegliśmy.   Właściwie   to   głupio,   bo   na   tych   schodach   mieliśmy   spotkać 

bolszewików,   ale   nie   miałem   jakoś   czasu,   aby   to   przemyśleć.   Byliśmy   już   gdzieś   na 

wysokości parteru, gdy zobaczyliśmy kilkunastu oberwańców biegnących po schodach do 

góry. Dobyłem szabli i rzuciłem się na nich, aby wyrąbać sobie drogę. Zawyłem straszliwie i 

ciąłem z ramienia. Potoczyła się po schodach odrąbana głowa, obcięta ręka padła na podest. 

Dwaj padli z wyprutymi flakami.

Nie krzyczałem już. Rąbałem na odlew. Zginęli wszyscy. Siedmiu rosłych chłopów. 

W tym momencie padło z tyłu kilka strzałów. Dziewczyna osunęła się. Kula karabinowa 

wyszła jej między oczami. Dobyłem pistoletu i strzelałem do góry w stronę trzech stojących 

tam czerwonogwardzistów. Jeden zwinął się jak sprężyna i stoczył po schodach, drugiemu 

kula przeszła przez gardło. Trzeci raniony w rękę potknął się, a potem przechylił przez poręcz 

i   spadł,   roztrzaskując   sobie   głowę   o   schody   dwa   pietra   niżej.   Właśnie   miałem   zawyć   z 

radości, gdy gdzieś z dołu padł strzał i poczułem jak kula przechodzi mi przez pierś. Weszła 

od tyłu pod prawą łopatką i wyszła przodem. Upadłem. Obudziłem się zlany potem. Była 

trzecia nad ranem. Padał deszcz. W ustach miałem zupełnie sucho. Poszedłem do kuchni i 

napiłem się wody. Potem położyłem się i aż do rana nic mi się nie śniło.

*

Semen   siedział   na   werandzie   domu   szamana.   Szaman   ubrany   w   spłowiałą   żółtą 

koszulę huśtał się powoli na bujanym fotelu. Mikrobiolog poszukał wzrokiem córki. Siedziała 

nad rzeką i uczyła się od rówieśniczek wyplatać coś z cienkich kolorowych pasków skóry. Jej 

siwe włosy przefarbowali na czarno. Ogorzała twarz z wystającymi kośćmi policzkowymi 

czyniła ją niezwykle podobną do Indianek. Wrażenie to potęgowały lekko skośne oczy. W 

pewnej chwili przerwała wyplatanie. Zerwała pęk trawy i obojętnie włożyła do ust. Dwie 

koleżanki siedzące obok nie wykazały zdziwienia.

- Wraca - powiedział Szaman. - Szok już jej mija.

- Dlaczego je trawę? - zapytał Semen. - Zauważyłem to gdy była mała.

- Jej natura ciągnie ją do naturalnego sposobu odżywiania - wyjaśnił Szaman. - To 

background image

proste. Gdyby twoje dzieci trafiły do społeczeństwa całkowitych wegetarian, to mimo, że 

dieta taka zawiera teoretycznie wszystkie niezbędne składniki potrzebne do prawidłowego 

funkcjonowania organizmu, to mimo wszystko czułaby pociąg do pokarmów mięsnych.

Zaciągnął się fajką.

- Dawno już nie widzieliśmy istot jej rodzaju - powiedział wreszcie.

18 lipca poniedziałek.

Obudziłem się trochę nie w sosie. Odgniotłem sobie kręgosłup. Wygrzebałem się z 

ciepłego łóżka i poszedłem do łazienki, aby umyć się. W kuchni Maciek śpiewał swoją wersję 

hymnu   Związku   Radzieckiego   („Razruszen   sojuz   rjespublik   hołowuczych”).   Piosenka   ta 

zawierała słowa polskie, rosyjskie, ukraińskie i pośrednie zaś gramatyka była tak jak to się 

mówi murzyńska.

- Ona miała na imię Łesia - powiedziałem sam do siebie. - Czego się tak wydzierasz? - 

zapytałem Maćka przez ścianę.

- Życie jest piękne - odpowiedział.

- E tam. Co w nim takiego pięknego?

- Pomyśl, że nie musimy nerwowo reagować za każdym razem, gdy zechce nam się 

pić, bo ta zdechła kundlina wcale nie była wściekła.

- Ach jak mnie to cieszy - oświadczyłem zgryźliwie.

Ale   cieszyło.   Zrobiliśmy   śniadanie.   Właśnie   byłem   w   jego   trakcie,   gdy   przyszedł 

Sven.

- No cześć - zagadnął po polsku.

Wrażenie było piorunujące, ale dalej mówił w narzeczu swojego plemienia.

- Są do was jakieś kartki w skrzynce.

Poszedłem   to sprawdzić.  Istotnie   w  skrzynce  siedziały   dwie   kartki.  Jedna  była  ze 

Stanów, do Maćka, drugą było awizo na paczkę.

- Co tam? - zapytał mój kumpel.

- Dostaliśmy paczkę - powiedziałem.

- To nie paczka, tylko przesyłka kurierska - zauważył Sven - trzeba ją odebrać na 

dworcu w Bodo w ciągu sześciu godzin.

- Wybierzesz się ze mną? - zapytałem gościa, który siedząc usiłował najwyraźniej 

przeniknąć rozumem o czym mówimy. Niezbyt mu się to chyba udawało.

- Chętnie - powiedział. - Skoczyć po rower?

- Tak. Myślę, że nie będzie to na tyle ciężkie, aby nie można było tego wieść na 

bagażniku.

background image

Pojechaliśmy. Dworzec kolejowy w Bodo nie był bardzo reprezentacyjnym miejscem 

i   nawet   trochę   się   rozczarowałem.   Weszliśmy   do   pomieszczenia   spedycji   bagażowej. 

Odbywała się tu właśnie wesoła zabawa polegająca na poskramianiu psa wielkości cielaka, 

który mimo kagańca najwyraźniej chciał rozszarpać wszystkich obecnych. Podałem awizo 

jedynej nie zajętej zabawą kobitce.

- Ach to ty! - ucieszyła się. - Weź go sobie.

Gestem wskazała bestię.

- To dla mnie?

- Tak. Jest jeszcze paczka.

Ze   stosu  przesyłek  podała  mi   grubą  kopertę.   Poszedłem   do  psa   i  złapałem   go  za 

smycz.   Warknął   głucho   i   groźnie.   Pociągnąłem   mocno   i   zdecydowanie.   Wstał   i   poszedł 

potulnie, jak gdyby rozumiał, kto tu jest panem. Wyszliśmy ze Svenem i postaraliśmy się w 

miarę szybko zagłębić się w lesie.

- Cholera co to za bydlę - zastanawiał się szpieg. - Wielki jak koń.

- Jakaś krzyżówka - zasugerowałem. - Popaśli sterydami to i wyrósł jak się patrzy.

Znowu użyłem polskiego idiomu, przez co musiałem wyjaśnić, że nie chodziło mi 

wcale dokąd patrzy pies, tylko raczej jak wygląda. Psisko pozwalało się prowadzić, od czasu 

do czasu tylko próbowało się buntować, ale wtedy szarpałem mocniej smycz i pies spotulniał. 

Przy   furtce   rozstaliśmy   się.   Sven   poszedł   dalej,   a   ja   skręciłem   do   domu.   Po   drodze 

machinalnie sprawdziłem skrzynkę. Ku swojemu zaskoczeniu znalazłem wewnątrz jeszcze 

jedną kartkę. Znowu do Maćka. Nie zauważyłem jej jakoś poprzednio. Wszedłszy do domu 

zostawiłem zwierza w korytarzu a sam wszedłem do biblioteki, gdzie siedział mój kolega i 

czytał książkę.

- No hej - powiedziałem rzucając mu kartkę. Złapał i przeczytał pospiesznie.

- Od Sylwii - ucieszył się.

Podrapałem   się   po   nodze   w   miejscu,   gdzie   kiedyś   dawno   dawno   temu   Maciek 

rozharatał mi ją szablą.

- Pamiętasz! - ucieszył się.

Zatrzymałem się wpół kroku.

- Rany boskie - szepnąłem. - Waliliśmy się szablami aż miło było popatrzeć. Ale o co 

poszło?

- Spróbuj.

- Piesek. Animowany film... O pieskach z szablami...

- Trzej muszkieterowie. Dobranocka. Pojedynków na śmierć i życie nie zapomina się 

background image

tak łatwo. Nawet jeśli poszło tylko o kobietę, i zdarzyły się w drugiej klasie podstawówki.

- Kobietę?

- Tak. Chodziła ze mną do podstawówki w Warszawie. Rodzicie przywieźli ją na trzy 

dni. Bardzo ci się podobała.

- Niska brunetka... To kto tak właściwie wtedy wygrał? - zapytałem.

- Chyba ty. Mało mi nie rozwaliłeś łba, a sam tylko prawie straciłeś nogę.

- Ech dawne dobre czasy.

- Tak. Niewielu chyba zaczynało karierę pojedynkowiczów w tak młodym wieku.

- Niewielu....

- Ale choć wygrałeś Tomaszu, to moje jest teraz na wierzchu. Ona mnie kocha. Na 

ciebie zawsze patrzyła wilkiem. Miało być do pierwszej krwi! A ty uparłeś się, żeby mnie 

zabić. A nie zapominaj, że to ja pierwszy dziabnąłem cię po nodze.

- Ach tak? - zdziwiłem się.

- Możemy powtórzyć w każdej chwili!

- Chcesz satysfakcji?

- Tak.

- Szable czy pistolety? - przeszedłem do konkretów.

- A może rosyjska ruletka?

-   To   nie   zgodne   z   kodeksem   honorowym.   Rosyjska   ruletka   to   tylko   rozrywka 

towarzyska. A nie metoda roz... załatwiania spraw honorowych.

- Ajaj. Tak dobrze znasz kodeks honorowy?

- Aha.

- Ciekawe skąd. Teraz wymyśliłeś?

- Zabiję! - zawyłem zrywając się na równe nogi.

- Tak, oczywiście. Jesteś kumplu wspaniałym szlachcicem, a nawet szlachtownikiem. 

Może lepiej pobawimy się w tygrysa? Masz pistolet i dzwonek? A co do pojedynków to 

mamy tylko jedną szablę. I to nie naszą.

Na   szczęście   głuche   warczenie   dobiegające   z   korytarza   przerwało   nam   tą   uczoną 

dysputę, bo jeszcze parę minut i jeden z nas spocząłby w kałuży krwi.

- Co to jest? - zdziwił się.

- Moje zwierzątko - wyjaśniłem z prostotą.

- Zwierzątko?

- Ciapuś.

- Ach tak. Oswoiłeś sobie wilka z lasu?

background image

- No nie zupełnie. Przyszło pocztą.

- Ach tak. Pocztą. A od kogo?

- Pewnie od hrabiego Derka.

- Zwierzątko...Pewnie futerkowe?

- Można to tak określić. Niewątpliwie ma futro. A także zęby i pazury.

- Wilk?

- Nie.

- Łasica?

- Też nie.

- Słusznie, głos daje niezły. Tygrys?

- Co ty.

- Lew.

- Zgaduj dalej. A jak zgadniesz to ci pokażę.

- Poddaję się.

- Piesek!

Poszliśmy do korytarza. Maciek długą chwilę wpatrywał się milcząco w bestię.

-   Jest   wielkości   sporego   wilczura,   ale   nie   jest   dorosły.   Ma   wyraźnie   szczenięce 

proporcje - zauważył.

- Aha.

- Nie podoba mi się to.

- Dlaczego?

Podszedł   do   stosu   przy   kominku   i   wziął   książkę   o   wymarłych   zwierzętach,   którą 

przeglądał wcześniej. Zasiadł wygodnie w kupionym wczoraj fotelu i zaczął ją kartkować. Po 

chwili podał mi otwartą na jednej ze środkowych stron.

- Co ty na to?

Na stronie było kilka reprodukcji malarstwa brazylijskiego i kolorowa fotografia psa, 

który najwyraźniej był tego samego gatunku co mój.

- Ładne - oddałem książkę Maćkowi.

- Tylko tyle masz mi do powiedzenia?

- Widocznie wcale nie jest taki wymarły jak się autorom wydawało.

- To dog karaibski!

- Nie słyszałem nigdy.

- To posłuchaj. To była rasa psów używana do polowań na niewolników. Największe i 

najbardziej krwiożercze psy jakie kiedykolwiek chodziły po naszej planecie. Począwszy od 

background image

lat dwudziestych naszego wieku różne organizacje dążyły do całkowitej likwidacji tej rasy i w 

późnych latach trzydziestych kosztem wielkich starań udało się wytłuc wszystkie.

- Jak widać nie wszystkie, skoro jeden tam siedzi.

- Widocznie nie wszystkie...

- A może to tylko jakaś krzyżówka mająca dokładnie udawać...?

-   Nie,   nie   sądzę.   Do   Derka   podobne   są   właśnie   takie   zagrania.   Ale   jeśli   on   jest 

prawdziwy to moja rada Tomaszu jest krótka. Kula w łeb i do piachu.

- Nie mam broni.

- Masz. Widziałem twój pistolet tam na piętrze, gdy rozwaliłem ci łóżko. Mógł mi 

wystrzelić prosto w plecy, jak na niego spadłem.

- Wyjąłem naboje. Nie mogę z zimną krwią zabić psa tylko dlatego, że być może 

należy on do rasy, która została wybita dawno temu z nieznanych mi przyczyn.

- To pies, w porównaniu z którym rotweilier to nieszkodliwy szczeniak. Zobacz jaki 

duży jest w tej chwili i pomyśl, co z niego jeszcze może wyrosnąć!

- Nie strasz mnie. Nie boję się psów. To tylko zwierzę. Jeśli jest niebezpieczne to będę 

trochę bardziej ostrożny i po problemie. To nie jest diabeł a tylko pies. Sobaczka.

- Ale nie mów, że cię nie ostrzegałem.

- Ciekawe, jak zareaguje na niego Gucio.

- Do licha! On go zeżre na śniadanie.

- Jak twój pies zeżre mojego to ...

- Nie odwrotnie. Ciapek zje Gucia.

- Ojej. Jeszcze się biedak struje.

- Wolne żarty. A tak swoją drogą to kretyńsko się nazywa. Sam mu wymyśliłeś to 

imię?

- Szczerze mówiąc tak. Przed chwilą. Uważasz, że jakie byłoby lepsze?

- Może Rezun.

- Ja proszę bez osobistych wycieczek.

Dobraliśmy się wreszcie do pakietu, który dostałem razem z pieskiem. Wewnątrz była 

dziwna   obroża   zaopatrzona   w   pilota   i   kilka   przełączników,   oraz   kilka   kartek   pokrytych 

kaligraficznym pismem w języku rosyjskim.

- Obroża elektryczna - zdziwił się mój kumpel.

- Ty wiesz co to jest?

- Aha. Zakładasz psu, albo wrogowi na szyję i jeśli coś kombinuje to naciskasz guzik i 

dostaje tysiąc wolt.

background image

- Hmm...

- No przeczytaj co tam piszą.

-   ”Suczka   Gwiazda.   Pies   przeszedł   tresurę   na   psa   obronnego.   W   przypadku 

zaatakowania śmiertelnie niebezpieczny. Obroża reaguje na wysokie dźwięki, co umożliwia 

awaryjne włączenie bez użycia pilota. Zasadniczo przeznaczona jest do obrony osobistej na 

niezabudowanym   terenie,   należy   przestrzegać   zasad   dyskrecji   i   raczej   nie   prowadzać   na 

smyczy do miasta. W przypadku wzrastającej agresywności zalecałbym likwidację”.

- Kto to napisał? - zaciekawiłem się. - Bo chyba nie hrabia Derek. On dodałby tu 

kilogram ozdobników.

Nagle zamilkłem. Maciek wyszczerzył zęby.

- Coś tam ci się kołacze. To pisał Ałmaz Wisarionowicz Czerakow.

- Pierwsze w życiu słyszę.

- Służący albo ktoś taki u księcia Sergieja.

- Księcia!

- To znajomy Derka. Poznasz go z pewnością wkrótce. Tak więc masz tresowanego...

Z   korytarza   dobiegły   odgłosy   jakiejś   małej   szamotaniny.   Wybiegliśmy.   Gucio 

niezrażony niczym witał nowego kumpla.

- Wot te na - powiedział Maciek.

Założyłem   Ciapusiowi   (a   właściwie   suczce   Gwieździe),   obrożę   elektryczną   i 

uwolniłem z kagańca. Czułem się trochę niepewnie, bo spodziewałem się natychmiastowego 

ataku i utraty rąk i nóg, ale nic takiego nie nastąpiło. Łasił się do mnie zupełnie jak normalny 

piesek.

- Zupełnie spokojny - zauważyłem. - Gdzie ta wrodzona krwiożerczość?

- Cholera wie. Może objawi się później. A tak swoją drogą to zadziwiające. Choć z 

drugiej strony to słyszałem o przypadkach, że rotweilery trzymane od małego i całkowicie 

obłaskawione nagle zamieniały się w krwiożercze bestie rozrywające dzieciaki na strzępy.

- Oj nie strasz. Boję się o mojego kota...

- E, przywyknie. Zresztą nawet jeśli zamieszka w lesie to nic mu się nie powinno stać. 

Radził sobie tyle lat, myślę, że się wyżywi.

- Nie zapominaj o jednym: gdy zamieszka w lesie przestanie być udomowiony i wtedy 

Sven zastrzeli go jak psa, to znaczy...

- Może i tak, ale myślę, że raczej się nie odważy.

Zjedliśmy obiad. Mój nabytek (prezent?) zachowywał się zupełnie poprawnie, a za to 

żarł za sześciu. Po obiedzie wypuściłem go na spacer do lasu w towarzystwie Gucia. Poza 

background image

teren nie powinny się były wydostać, choć po prawdzie gdyby ukryły się gdzieś na działce w 

niczym nie zmieniało to sytuacji, bo na hektarze takiego paskudnego zagajnika można było 

ukryć pułk wojska a co dopiero dwa niewielkie zwierzątka. Do wieczora czas spędziliśmy w 

ten   sposób,   że   Maciek   pracował   nad   budową   pokoi   na   strychu,   zaś   ja   pomagałem   mu 

przycinając deski i nawiercając w nich dziurki, żeby gwoździe łatwiej wchodziły. Maciek jak 

każdy niemal artysta trochę narzekał, ale pokoje zrobił pierwsza klasa. Zmniejszył nieco ich 

metraż przez dodanie schowków, które zajmowały tą część, najbliższą krawędzi dachu. Było 

to bardzo funkcjonalne rozwiązanie i sam pewnie wpadłbym na ten pomysł, gdybym trochę 

więcej myślał, a mniej roił sobie o niebieskich migdałach. Wieczór był parny i duszny, nawet 

bryza od morza nie poprawiała sytuacji.

- Cholera - powiedział Maciek ocierając pot za czoła.

- Nie przeklinaj, tak często, bo ci to wejdzie w krew.

- Wybacz stary, to wina dzielnicy w której się wychowywaliśmy ja i Pawcio i jej 

proletariacko   -   żulerskich   mieszkańców.   Chciałem   powiedzieć,   że   wysoka   temperatura 

powietrza obniża wydajność.

- Zgodzę się z tą światłą myślą. Ogłosimy fajrant do jutra?

- Pomysł sam w sobie dobry. Chyba będzie burza.

- Wczoraj, czy przedwczoraj też tak mówiłeś.

- No to najwyższy czas, żeby przyszła.

Wieczór nadszedł wreszcie. Wraz z nim zelżał nieco upał, choć duchota z powietrza 

nie ustąpiła. Chciałem posiedzieć sobie na swoim nabytku, ale ciało lepiło się do skórzanych 

obić foteli, w tak nieprzyjemny sposób, że brało obrzydzenie. Nie mieliśmy jakoś apetytu na 

kolację. Przed snem założyliśmy jeszcze drzwi w naszych pokojach. Człowiek cywilizowany 

powinien   mieć   możliwość   odizolowania   się   od   otoczenia.   Drzwi   na   dole   zostawiliśmy 

otwarte, tak, by każdy nawet najsłabszy podmuch wiatru mógł przenikać w głąb domu.

- To zabawne - powiedział mi Maciek przez ścianę układając się spać. - W książkach 

do geografii mówi się o tym, że tu w Skandynawii powinno być chłodno i wilgotno. Wilgotno 

jest, bo człowiek gotuje się we własnym pocie, ale nie wierzę jakoś w ten chłód.

- Może przyjdzie w nocy - zasugerowałem.

- Może, ale wtedy będzie za późno. Te zwierzaki zjedzą na śniadanie pieczyste. Ciebie 

i mnie.

Wreszcie zamknął się i poszedł spać. Ja także zasnąłem. Bywały takie noce, w moim 

życiu, że nie mogłem zupełnie zasnąć. Tej nocy miałem atak bezsenności. Miotałem się po 

łóżku na wszystkie strony. Zapadłem w sen dopiero około drugiej.

background image

Nie spałem długo, bowiem dwie kosmate bestie wlazły mi pod kołdrę i zaczęły mnie 

podgryzać.   Zerwałem   się   na   równe   nogi   i   zdecydowanie   usunąłem   je   na   korytarz. 

Zatrzasnąłem   drzwi   i   właśnie   miałem   zasnąć   znowu,   gdy   Ciapuś   skoczył   na   klamkę   i 

oczywiście   otworzył.   Po   czym   cała   zabawa   zaczęła   się   na   nowo.   Myślałem   przez   długą 

chwilę,   po   czym   wpadłem   na   genialny   pomysł   będący   rozwiązaniem   moich   problemów. 

Zwierzaki chciały się bawić i zamiast się na nie niepotrzebnie złościć powinienem dostarczyć 

im jakiejś  rozrywki. Rozrywek było w moim domu wiele, ale tylko jedna była naprawdę 

dobra. Złapałem jednego kundla za obrożę, drugiego pod pachę i zaniosłem je do pokoju 

Maćka, po czym zamknąłem starannie drzwi. Położyłem się wreszcie spać, ale nie zdołałem 

zasnąć, gdyż przez cienką ścianę dobiegały odgłosy bardzo wesołej zabawy, oraz okrzyki, 

(zapewne radości), które wydawał mój kumpel. Nie minęło dużo czasu jak wpadł do mojego 

pokoju dysząc  najwyraźniej  rządzą zemsty.  Udałem  oczywiście pogrążonego  w głębokim 

śnie.

Postał chwilę nasłuchując mojego oddechu, a potem wrócił do swojego pokoju skąd 

przydźwigał oba pieski i troskliwie umieścił na moim łóżku. A potem poszedł sobie. Łobuz. 

Odczekałem aż zaśnie i zabrawszy zwierzaki poszedłem umieścić je z powrotem u niego. 

Trochę   miałem   pecha,   gdy   w   ciemnościach   kładłem   mu   je   na   łóżku   zapaliło   się 

niespodziewanie   światło.   Ten   drań   wcale   się   nie   położył,   tylko   czekał   przyczajony   za 

drzwiami. W ręce miał siekierę.

- No cześć - powiedziałem.

Co innego mogłem powiedzieć?

- Panie Paczenko, jak w świetle przepisów dobrego zachowania mam rozumieć pańską 

tu obecność? I zabierz te parszywe zwierzęta z mojego pokoju, bo zrobię rzecz tak straszną, 

że kamienie zapłaczą.

-   Oj   Maciuś,   Maciuś,   nerwy   cię   ponoszą.   Czy   to   nie   jest   miłe   spędzać   noc   w 

towarzystwie   tak   miłych   zwierzątek?   Ja   ci   chciałem   sprawić   przyjemność   a   co   mam   w 

zamian? Groźby, wyzwiska, straszenie siekierą...Nie wstyd ci?

- A wiesz, że jakoś nie?

- To pewnie dlatego, że jesteś Ukraińcem.

- No to będziesz miał pecha zginąć z ręki rodaka!

- Ja też jestem Ukraińcem? - zdziwiłem się.

- Prawie. Polakiem wysiedlonym omyłkowo w ramach akcji Wisła. To znaczy twój 

tata. Tak swoją drogę to powinniśmy działać zespołowo, bo w pojedynkę sobie najwyraźniej 

nie radzimy.

background image

- Co sugerujesz?

- Chińską narkozę.

- Szkoda zwierzaków. Może zrzucimy je na parter?

- Nie wiem, czy zauważyłeś, ale zrobiłem całkiem ładne schodki. Nie stanowią dla 

nich dużej przeszkody, bo ostatecznie po kolacji zostały tam na dole.

- Słusznie. Ale gdyby tak nakryć właz deskami i...

Plan był na tyle dobry, że natychmiast przystąpiliśmy do jego realizacji. Oczyszczenie 

strychu   z   agentów   królestwa   zwierząt   poszło   dość   łatwo.   Zbudowaliśmy   barykadę   i 

wróciliśmy do łóżek. Widocznie jednak wszystkie złe moce sprzysięgły się tej nocy przeciw 

nam. Biedne opuszczone pieski zaczęły bowiem żałośnie płakać. Aż skręcało.

-   Może   trzeba   było   zastosować   tą   chińską   narkozę   -   odezwał   się   mój   kumpel   ze 

swojego pokoju.

- Zaraz dostanę kota.

- Po pierwsze masz już kota i to w obu znaczeniach tego słowa, a po drugie wykaż się 

swoim ucywilizowaniem i wymyśl coś.

- Jakoś nic mi nie przychodzi do głowy.

Zniechęceni  rozebraliśmy  barykadę.  Zwierzaki  ruszyły natychmiast  do ataku.  Przy 

okazji zbadaliśmy ciekawy problem, w jaki sposób Maćkowy jamnik pokonywał schody. Po 

prostu mój dog złapał go zębami za kark i wniósł. Gdy Ciapuś był już dość wysoko polaliśmy 

go wodą ze szklanki, co jednak nie wywarło na nim żadnego wrażenia.

- Może chodzi im jedynie o kontakt wzrokowy? - zasugerowałem.

- Zbudujemy sobie klatki?

- Myślałem raczej o moskitierach.

- Pomysł do luftu. Ale mam lepszy. Zrobimy sobie hamaki. Będzie przewiewnej od 

spodu, a zawiesimy, w takim miejscu, że nie doskoczą.

Pomysł był dobry. Nawet bardzo dobry. Przynieśliśmy z rupieciarni dwa kawałki sieci 

i rozpięliśmy je sobie pod sufitem biblioteki. (Konkretnie przybiliśmy do belek stropowych). 

Zasnąłem   prawie   natychmiast.   Po   takich   przejściach   nic   dziwnego.   Przyśniła   mi   się 

dziewczyna   o   imieniu   Ehter.   Była   w   białym   czepku   i   sukience   z   niewielkim   dekoltem. 

Jechałem do niej na koniu, gdy niespodziewanie koń fiknął fikołka i poleciałem w dół w 

głęboką ciemność. Na dnie ciemności był stół biblioteczny, w który walnąłem z taką siłą, że 

przez chwilę nie mogłem złapać oddechu. Wreszcie udało mi się. W pomieszczeniu było 

paskudnie zimno i dość wietrznie. Wiatr i zimno pochodziły z zewnątrz.

Rozejrzałem się po pomieszczeniu i stwierdziłem, że nigdzie nie widać zwierzaków. 

background image

W tym samym momencie Ciapuś zwalił mi się na głowę. W pierwszej chwili pomyślałem, że 

to już przepowiadany przez mojego przyjaciela atak bestii, ale po chwili zorientowałem się w 

swojej pomyłce. Po prostu moje wymajtnięcie z hamaka nie było przypadkowe. Ta kundlina 

wskoczyła  do sieci  i rozbujała  ją do tego  stopnia,  że wypadłem,  a potem  zleciała  sama. 

Skakać musiała ze schodków prowadzących na piętro. Innej możliwości nie było. Postawiłem 

psa na ziemi i poszedłem zobaczyć, co się dzieje na dworze. Działy się tam sceny jak z 

Szekspira, to znaczy szalała burza. Pies przydreptał za mną. Stanąłem na skale koło drzwi i 

podziwiałem   walkę   żywiołów.   Deszcz   lada   chwila   miał   lunąć,   niedaleko   waliły   pioruny. 

Wiatr wył jak tej nocy, gdy Beria dusił Stalina poduszką. Właśnie miałem się cofnąć do 

mieszkania, bowiem trochę marzły mi nogi na skutek stania w kałuży, gdy niespodziewanie 

przyszła wielka fala. Psisko usiłowało schować się za mną i oczywiście zaplątało mi się 

między nogi tak, że straciłem równowagę i poleciałem głową w dół prosto w szalejące fale.

Prawie nie umiałem pływać. Całe moje doświadczenie sprowadzało się do unoszenia 

na wodzie w zatopionej piwniczce. A teraz znalazłem się w atramentowo czarnej wodzie. 

Woda ta była dodatkowo lodowato zimna. Złapałem szczeniaczka za obrożę i wsparłem się na 

nim jak na kole ratunkowym. Miał niezłą wyporność. Poruszałem nogami utrzymując się na 

powierzchni. Rozejrzałem się. Nigdzie nie było widać lądu. Trochę mnie to zaniepokoiło, ale 

ląd odnalazł się, w chwili, gdy woda rąbnęła mną o skałę z taka siłą, aż mi świeczki w oczach 

stanęły. Usiłowałem mimo to jedną ręką, (w drugiej miałem psa), wymacać jakiś uchwyt, ale 

nie   udało   się.   Woda   odciągnęła   mnie   w   głąb   zatoczki   i   obróciwszy   parokrotnie 

wyekspediowała wraz z potężną falą gdzieś w nieprzenikniony mrok. Ku swojej radości po 

kilku minutach rozpaczliwego miotania się w wodzie natrafiłem nogami na twardy grunt. 

Byłem gdzieś na zatopionej wodą plaży. Wlokąc za sobą psa wydostałem się po skarpie na 

górę do lasu. Zaczął padać deszcz. Popatrzyłem, co z psem. Kaszlał i krztusił się, ale po 

chwili doszedł do siebie. To zabawne, ale dopiero gdy stanął na nogi przyszło mi go głowy, 

że może lepiej byłoby, gdybym wcale go nie ratował. Dobre pomysły czasem przychodzą 

zbyt późno, a to był naprawdę dobry pomysł. Wróciłem do domu i starannie zamknąłem 

drzwi. Wytarłem Ciapusia w jakąś szmatę, która nawinęła mi się w ręce. Po kilku minutach 

zapadł w sen. Poszedłem do siebie i uwaliwszy się do łóżka zasnąłem.

*

Strażnik Ducha był stary. Bardzo stary. Jego powykręcane nieco artretyzmem palce 

drżały, gdy delikatnie  obmacywał  głowę Łucji. Szczególnie  uważnie  przypatrywał się jej 

oczom.

- Uwstecznione migotki - powiedział. - Dwuwarstwowa powieka. Tak. To się zgadza. 

background image

Masz jakieś piętnaście lat. Czy byłaś już chora?

- Chora? - zdziwiła się Łucja. - Na co?

- To nie ma nazwy. Przychodzi jak fala i jak fala odchodzi. Zaczyna się od ostrego 

zaostrzenia percepcji - powiedział Strażnik. - Będziesz odbierała bodźce świetlne i zapachowe 

znacznie   silniej   niż   teraz.   Zaostrzy   ci   się  wzrok   i   słuch.  A   potem   zaczną   się   dreszcze   i 

gorączka. Potrwają kilka tygodni.

- Skąd wiecie? - zapytał Semen.

- Gościliśmy w naszym plemieniu ludzi, a raczej istoty, jej rasy - powiedział powoli. - 

W 1911 roku. Przyszli znad rzeki. Było ich dwoje. Dusze błąkające się w mroku.

- Skąd byli? Gdzie możemy znaleźć innych?

- Nie pytamy naszych gości skąd przybyli. Ani nie śledzimy gdy odejdą. Kobieta była 

w ciąży. Urodziła u nas dziecko. Dziwne dziecko. Bardziej wyglądało jak źrebię niż jak 

człowiek. Była zima. Oglądałem je. Żyło tylko kilka dni. Urodziło się za wcześnie.

Pomarszczona twarz ściągnęła mu się.

-   Kobieta   zmarła   na   wiosnę.   Mężczyzna   został   z   nami.   Zginął   w   walce   z 

niedźwiedziem. Był potwornie poharatany. Myśleliśmy, że nie przeżyje nawet godziny, ale on 

żył jeszcze przez dwadzieścia dni. Zmarł na coś, co przypominało raka. Tak jakby jego ciało 

usiłowało się odtworzyć i zaleczyć rany, ale zapomniało jak się to robi.

Wszedł szaman.

- Szukaliśmy im podobnych w ciemnej międzyprzestrzeni, gdzie miotają się dusze 

narkomanów   i   obłąkanych.   Może   was   to   śmieszy,   ale   też   chcieliśmy   wiedzieć.   Lusija   - 

wymówił imię po swojemu - zostawia bardzo charakterystyczne echo telepatyczne. Natrafiam 

na podobne, na szlakach duszy.

- Są inni? - szepnęła.

Kiwnął poważnie głową.

background image

DOM NAD MORZEM CZ. III

19 lipca wtorek.

- Obudź się ty do jasnej... - głos Maćka przedarł się przez opary snu i wprawił mój 

umysł w stan gotowości bojowej.

Z   intonacji   wynikało,   że   mój   przyjaciel   jest   poirytowany   w   najwyższym   stopniu. 

Otworzyłem ostrożnie jedno oko, ale zaraz przezornie je zamknąłem. Maciek stał nad moim 

łóżkiem z siekierą w ręce. Co on mówił na temat swojej narodowości? Wolałem sobie nie 

przypominać. Podobno w Wojsławicach nigdy nie strzelano do człowieka, który niósł chleb. 

Ale może to tylko plotki.

Niestety mój podstęp nie udał się. Ten drań musiał zauważyć, że tylko udaję, bowiem 

walnął siekierą w moje łóżko, konkretnie w jego krawędź. Deska prawie pękła.

- O co chodzi? - zapytałem ostrożnie otwierając oczy.

- A o to! - cisnął we mnie jakąś wilgotną szmatą.

Po bliższych oględzinach stwierdziłem, że jest to koszula, cała pokryta strzępkami 

wodorostów i kłaczkami sierści. Wyglądała, jak gdyby ktoś zwinął ją w kłębek, a potem 

rozprostował.

- Jakaś szmata - wyraziłem swoje przypuszczenia.

Zapominałem, że nie żartuje się z faceta, który ma siekierę w ręce.

- To moja koszula - rąbał słowo po słowie mój przyjaciel. (Jednocześnie rąbał łóżko). - 

I w dodatku wytarłeś w nią swojego zawszonego, parszywego kundla!

- Coś takiego? - zdumiałem się. - On jest zawszony?

- Ty zamknij się nieszczęsny!

- Mój piesek jest wyjątkowo czysty. Zresztą Gucia też wytarłem - zełgałem. - Odkupię 

ci jeśli tak ...

- Nieważne, wypierze się. A tak właściwie to co robiłeś w nocy?

- Zrobiło mi się ciut duszno i poszedłem się wykąpać, a dla towarzystwa zabrałem ze 

sobą pieski.

- Tak. A dlaczego pływałeś w piżamie?

- W piżamie? - zdziwiłem się.

- Suszy się na sznurze w kuchni, a ty śpisz w dresie. Suszy się dokładnie tam, gdzie 

suszyła się moja koszula - uściślił.

- Pływałem w piżamie, żeby nie gorszyć tubylców.

- Ach tak.

background image

- Swoją drogą to przy okazji się wyprała.

- Hy! Wyprała? Wiesz, że pełno na niej wodorostów? Musiał być w nocy nielichy 

sztorm.

- Sztorm?

- Silne  ruchy wody zagoniły  je  do naszej zatoczki.  Musiała  być fala  co najmniej 

dwumetrowa.

- Dziwne. Jakoś nie zauważyłem.

- A dlaczego fotel z biblioteki został przeciągnięty aż do drzwi wejściowych?

Tym razem zabił mi klina. Nie pamiętałem, żebym ciągał fotel dokądkolwiek.

- Nie pamiętam. Może sam się przesunął?

- Krasnoludki wywlokły, albo aniołki niosły do nieba i po drodze zgubiły. Powiem to 

tak.   Poszedłeś   w   nocy   łowić   ryby.   Początkowo   chciałeś   łowić   je   płynąc   na   fotelu,   ale 

zmęczyłeś się jego ciąganiem i zostawiłeś go w połowie drogi na dno. Zwierzaki służyły ci za 

przynętę.

Opowiedziałem mu, jak było naprawdę. Po śniadaniu wziąłem rower i pojechałem do 

miasta. Zanosiło się na deszcz, ale doszedłem do wniosku, że zdążę. Na drodze dogonił mnie 

Sven.

- No hej - zagadnął.

- No hej - odpowiedziałem.

- Wesoło tam u was w nocy było - zauważył.

- Aha. A gdzie to byłeś gdy fale wielkie jak domy miotały mną o skały?

- O!

- Albo gdy serdeczny kumpel chciał mnie zarąbać siekierą dzisiaj o świcie?

- Może w nocy mnie nie było, ale dzisiaj rano czuwałem na swoim posterunku. To nie 

moja wina, że wykłócacie się ze sobą po polsku.

- Trzeba się uczyć obcych języków.

- Trzeba, bo nawet nie mam odzewu, czy wasze rozmowy są ciekawe.

I to miał być szpieg. Patałach. Nawet nie zauważył, że się wygadał. Po pierwsze w 

domu miałem podsłuch i to niezły, skoro był w stanie wychwycić kiedy się obudziłem. Do 

tego   nagrywał   nasze   rozmowy   i   przekazywał   gdzieś   dalej,   do   bliżej   nieokreślonego 

szpiegowskiego ośrodka, gdzie siedziała banda specjalistów, którzy rozszyfrowywali nasze 

pokrętne rozmowy, wywlekali uboczne znaczenia i przekazywali jeszcze wyżej.

Poczułem dreszcz obrzydzenia. Ale maskowałem się. Lepiej  było, aby mój szpieg 

myślał, że jestem głuchy i ślepy. Tak było znacznie lepiej i dla mnie i dla niego. A tak swoją 

background image

drogą to mógł drań ostrzec. Nie gadalibyśmy wtedy ze sobą tak otwarcie. Zamyśliłem się na 

chwilę   nad   problemem:   co   mógł   przekazać.   Powoli   w   miarę   jak   moja   świetna   pamięć 

odtykała   się   włosy   stawały   mi   dęba.   Dziesięć   kłótni   dziennie,   do   tego   ta   niepotrzebna 

rozmowa o dogu karaibskim.

-  Tak   swoją   drogą  to  niedługo  będzie  jesień,  a  potem  zima   i  zdechniesz  na  tych 

skałach - zauważyłem.

- Och drobiazg. Zamieszkam w tej ślicznej ziemiance, którą twój kumpel kopie sobie 

po nocach, gdy mu się wydaje, że mnie nie ma w pobliżu.

- Kopie sobie bunkier?

- Nie bunkier. Ziemiankę.

- Ach tak. Przepraszam, u nas utarło się nazywać podziemne kryjówki ukraińskich 

nacjonalistów bunkrami, podobnie jak żelazobetonowe... blockhauzy?

- U was bunkier betonowy i drewniany nazywają się tak samo?

- Nie, to nie tak. Gdy ma się na myśli bunkier ukraiński lub żydowski z okresu drugiej 

wojny światowej to chodzi o ukrytą w ziemi, w murze na strychu, czy w jakimś podobnym 

miejscu, kryjówkę, która punktem oporu staje się dopiero po jej wykryciu.

- Złożone, ale chwytam, jak to jesteś łaskaw określać.

Aha. Jeszcze jeden idiom.

- To chyba nie był dobry pomysł, takie kryjówki? - zauważył.

- Dlaczego?

- Łatwo znaleźć.

- Veto. Po zamaskowaniu włazu bardzo trudno na to trafić, nawet, gdy się dobrze wie, 

gdzie trzeba szukać.

- Jak można zamaskować?

- Właz może być zamaskowany kamieniem, pniem drzewa, nawet całym drzewem. 

Sadzi się je wówczas w skrzynce. Maciek wyjaśni ci to dokładniej. To przypuszczalnie jego 

hobby.

- Ach tak. Ja go zapytam, a on mnie nożem po gardle.

- Na takie ryzyko naraża się każdy, kto chce zostać szpiegiem.

- Poczekam, aż skończy i sam zobaczę.

- Tylko nie przegap odpowiedniego momentu, bo potem nie znajdziesz.

- Wolne żarty.

Zrobiłem nieduże zakupy i wróciliśmy. Maciek siedział w kuchni i rozmyślał.

- Jak zwierzaki?

background image

- Doszły do siebie i rozrabiają.

Wziąłem kartkę na której miałem listę zakupów i odwróciwszy ją na drugą stronę 

napisałem:

„W   domu   jest   podsłuch.   Sven   wygadał   się,   że   nasze   rozmowy   są   rejestrowane   i 

przekazywane gdzieś wyżej”.

Maciek wyrzucił z siebie długie niecenzuralne przekleństwo i napisał pod moim :

„Proponuję wykopać topór wojenny i pozbawić go skalpu”.

„Przyjmuję przez aklamację. Jak i kiedy?”

- Im szybciej tym lepiej - powiedział głośno.

- Schody na piętro skrzypią - zauważyłem beztrosko.

- Trzeba naoliwić - odpowiedział wesoło.

Poszedłem troszkę się położyć. Byłem jakiś oklapły, zapewne na skutek bezsennej 

nocy. Przyśniło mi się, że razem z Maćkiem uciekałem przez gęsty las przed jakimiś facetami. 

W końcu zabarykadowaliśmy się w domu o niebieskiej podłodze. Tam mieszkał kat, który 

chciał mnie zarąbać toporem, ale czarami zmieszaliśmy mu umysł. Obudził mnie Maciek.

- Obiad na stole.

- Jakoś nie mam apetytu.

- Może jesteś chory?

- Chyba coś mnie bierze. Jestem zupełnie oklapły i głowa mnie boli.

- Pewnie złapałeś jakąś dżumę od tego swojego tygrysa.

- Tygrysa?

- Z Karaibów.

- Ach! - zrozumiałem nareszcie. - Nie, nie sądzę. Co on robi?

- Nie wierzę, że był tresowany. Nie ma w nim ani krztyny inteligencji. Cały czas 

wygłupia się jak szczeniak.

- Widzisz? A ty chciałeś go likwidować.

- Jeśli mam być szczery to nadal doradzałbym likwidację.

- Prezentów się nie zabija.

- Prezentów się nie wyrzuca, o zabijaniu nic nie jest powiedziane.

Po obiedzie poszedłem się trochę przejść. Po deszczu wszystko było mokre i smutne. 

Po niebie sunęły chmury i nawet bez maćkowych zdolności przepowiadania pogody mogłem 

się  założyć,  że  deszcz   znowu  zacznie  padać.  I  to  jeszcze  przed  wieczorem.  Błąkając  się 

zawędrowałem na południe od mojej posiadłości. Tu także była zatoczka, ale zupełnie inna. 

Nie był to fiord, ale wachlarzowate usypisko kamienne schodzące do morza. Piszę kamienne, 

background image

ale to chyba nie jest dobre określenie, bowiem tworzyły je bloki o wielkości dochodzącej do 

rozmiarów samochodu dostawczego. Przejęty urodą tej formacji zagłębiłem się pomiędzy nie. 

Wlazłem w morze aż po kolana nie przejmując się, że moczę sobie spodnie i buty. Wiatr 

gwizdał pomiędzy złomami skały. Wdrapałem się na niewielką wysepkę żwiru, i uwaliłem się 

w   stos   wodorostów.   Przymknąłem   oczy.   Byłem   daleko,   daleko   stąd,   gdzieś   w   dolinie 

Muminków. Było mi zupełnie dobrze i ciepło, ale nie miałem ze sobą panny Migotki. Z 

głębokim westchnieniem wróciłem do świata ludzi, aby ją odnaleźć. Zjawiłem się nagle. Było 

mi   mokro   i   zimno.   Wróciłem   powoli   do   domu.   Zwierzaki   wybiegły   mi   na   spotkanie.   Z 

biblioteki wyjrzał Maciek.

- Gospodi pamiłuj - jęknął. - Coś ty z siebie zrobił?

- Coś nie tak?

- Wyglądasz szczerze mówiąc jak gdybyś najpierw sobie połaził po kolana w wodzie, 

potem uwalił się na stosie gnijących wodorostów...

- Zgadza się.

Nie wierzył, ale dobre wychowanie nie pozwoliło mu zadawać pytań.

- Znajdź mi bud' łaska jakieś poezje lakistów, a ja się przebiorę - poprosiłem.

- Kto to lakiści? Producenci laku?

- Poeci jezior!

- Znaczy Gałczyński?

Westchnąłem   w   sposób,   który   miał   mu   unaocznić   jego   głęboką   niewiedzę,   ale 

oczywiście nie zrobiło to na nim wrażenia. Gdy wróciłem po kilku minutach stwierdziłem ku 

swojemu zdumieniu, że ogląda telewizję. Był dźwięk.

- Działa? - zdziwiłem się.

- Naprawiłem w wolnej chwili - wyjaśnił.

Leciał film. Film był bardzo zabawny. Wariat + ogień + dużo benzyny. Bez przerwy 

coś wylatywało w powietrze, albo ulegało spaleniu. Krew lała się strumieniami, a wrogowie 

faceta padali jak muchy. W oczach Maćka znajdowałem dużo zrozumienia i sympatii dla 

głównego bohatera. Wreszcie film skończył się.

- Oto jak trzeba rozwiązywać problemy - powiedział z namaszczeniem. - Ogniem i 

nożem.

- Zgrywasz się - powiedziałem. - Wcale tak nie myślisz.

- Tak uważasz?

- Pewnie wyzywali cię w szkole od morderców i podpalaczy, aż w to uwierzyłeś.

Parsknął śmiechem.

background image

- Spaliłem samochody dwu ubekom - powiedział. - Rzygać mi się chce od tego całego 

socjalizmu.

- Nie możesz zostać tutaj?

Zamyślił się.

- Nikłe szanse. Żeby się tu zaczepić trzeba mieć znajomości. A mnie hrabia Derek 

chyba nie lubi. Ciebie zresztą też. Tyle lat kazał ci siedzieć tam, ale chociaż zafundował kursy 

norweskiego. Mi nie zafundował z czego wynoszę, że nie jestem mu tutaj potrzebny. Może 

będę mu potrzebny tam? Ktoś musi ich obalić - przeciągnął się. - Twój dziadek siedział w 

lesie do 56' roku. Dziwi mnie, że cała ta nasza Solidarność nie stworzyła jeszcze organizacji 

bojowej na wzór rosyjskich socjalistów  - rewolucjonistów. Komuchy nie spodziewają  się 

zamachu. Można by zająć budynek telewizji w kilkanaście minut. Odczytać przed kamerami 

deklarację niepodległości. A potem nastanie raj na ziemi i nie będzie trzeba prać kupowanych 

w Pewexie ubrań w kupowanym za dolary zagranicznym proszku do prania.

Słuchałem go. Było mi ciepło i dobrze, a potem palnąłem się w głowę, aż dom zadrżał 

w posadach.

- Jesteśmy kretynami! - wrzasnąłem.

- Dlaczego?

- Podsłuch!

- O shiet!

Tknięci jedną myślą rzuciliśmy się do obozowiska Svena. Przeskakiwaliśmy przez 

kałuże, gałęzie chlastały nas po twarzach. Wreszcie wydostaliśmy się na field. Sven siedział 

w   namiocie   ze   słuchawkami   na   uszach,   a   obok   niego   stała   radiostacja   zaprzężona   z 

magnetofonem. Kaseta nie obracała się, widocznie przerwał nagranie gdy umilkliśmy.

- Witam, witam - powiedział. - Co was sprowadza chłopcy?

- Dawaj kasetę! - ryknął Maciek po niemiecku.

Ja nie patyczkowałem się. Wykonałem wślizg na szczupaka pod ramieniem szpiega, 

wyprułem kasetę z magnetofonu.

- Hej, oddaj! - krzyknął Sven.

Widząc, że zaraz mi ją zabierze włożyłem ją do ust i energicznie zacisnąłem szczęki. 

Zachrobotało. Obudowa była z kiepskiego plastiku bo udało mi się ją bez większego trudu 

zmiażdżyć zębami. Pomagając sobie jedną ręką poszarpałem taśmę na kawałki.

- Smacznego - warknął jadowicie.

-   Wybaczy   pan,   ale   te   informacje   były   zbyt   osobiste,   aby   mogły   stanowić   część 

pańskiej pracy - powiedział spokojnie mój kumpel.

background image

- Ech wy - powiedział szpieg z westchnieniem. - I co ja mam teraz napisać w raporcie? 

Że mój podopieczny zeżarł kasetę magnetofonową z kompromitującymi go informacjami?

- Proszę napisać, że kaseta została omyłkowo skasowana - poradziłem.

Popatrzył n nas ciężkim wzrokiem, a potem wyciągnął z plecaka trzy butelki piwa i 

podsunął nam.

- Pokój i przyjaźń - powiedział po polsku.

Zabrzmiało to komicznie.

- Pokój i przyjaźń - powiedział Maciek po norwesku i zabrzmiało to jeszcze gorzej. 

Ale rozumieliśmy się.

Wypiliśmy   piwo   a   potem   śpiewaliśmy.   Wróciliśmy   o   domu   późno   i   ja   od   razu 

poszedłem spać. Co robił mój przyjaciel tego nie wiem, ale być może kopał swój bunkier. 

Śniło mi się, że byłem szpiegiem. Chyba KGB, ale nie mam pewności.

*

W radzieckiej ambasadzie w Ottawie zadzwonił telefon.

- Halo? - odezwał się dyżurny.

- Ambasada? - upewnił się lekko zachrypnięty głos po drugiej stronie. - Połącz mnie 

kochaneńki z jakimś ważnym facetem z KGB.

Głos mówił po rosyjsku. Dyżurny wzruszył ramionami i połączył.

- Pułkownik KGB Szyczkin. Halo, kto mówi?

- Ja emigrant. Szukacie jakiegoś Miszczuka? Semena Miszczuka?

- Chwileczkę proszę się nie rozłączać?

Podszedł   do   terminala   komputerowego   i   wywołał   listę   poszukiwanych.   Komputer 

wypluł szereg informacji.

- Szukamy Miszczuka - powiedział do słuchawki. - Wiecie gdzie jest?

- Leży tu schlany w trupa. Powiem wam gdzie, ale oczywiście nie za darmo.

- Co chcecie w zamian? Paszporty emigracyjne dla rodziny?

- Dwa miliony w używanych banknotach. I order Lenina.

Pułkownik otarł czoło z potu.

- Dwa miliony rubli?

- Dolarów złociutki. Amerykańskich.

- Dwa miliony nie da rady.

- To cześć!

- Chwileczkę proszę zaczekać.

- Tak?

background image

- Dwa miliony to za dużo. Sto tysięcy.

- Żartujecie.

- Pół miliona?

- Milion i order.

- Po co wam ten order?

- On jest ze złota, a Lenin jest z platyny. Przyda się.

- Milion da się załatwić, ale orderu niestety raczej nie.

- Dobra niech  będzie. Proszę przywieźć  pieniądze  za dwadzieścia  minut do starej 

stoczni.

- Nie można by za godzinę?

- Zupełnie nie. Wytrzeźwieje i ucieknie. Pośpiech leży w waszym interesie.

- Muszę wziąć ze sobą jednego człowieka do ochrony. To duża suma.

- Oczywiście. Ale jednego. Nie więcej.

Rozłączył się. Pułkownik zabrał ze sobą oficera operacyjnego i pojechali. Stocznia 

była   od   dawna   opuszczona.   Miejsce   wyglądało   paskudnie.   Ciemne,   puste,   zaśmiecone 

wrakami   samochodów   i   kawałkami   drewna   i   metalu.   Samochód   zatrzymał   się   pośrodku 

pustego placu. Obaj agenci pozostali w środku. Właśnie zaczynali podejrzewać, że nikt się nie 

pojawi,   gdy   z   ciemności   wyszedł   facet   ubrany   w   długi   szary   płaszcz.   Na   głowie   miał 

kapelusz.

- To wy szukacie Miszczuka? - zapytał.

- Tak. Gdzie jest?

- Najpierw pokażcie pieniądze.

Wysiedli z wozu i otworzyli na masce walizkę. Wypełniona była plikami banknotów 

stu - i pięćdziesięcio dolarowych. Nieznajomy przejrzał kilka plików. Pieniądze były z całą 

pewnością prawdziwe. Ilość też się chyba zgadzała.

- Nadal chcecie wiedzieć, gdzie jest Miszczuk? - upewnił się.

- Tak - pułkownik zaczął się niecierpliwić.

- Mam dla was dwie wiadomości. Jedną dobrą a drugą złą. Zacznę od dobrej.

Zrzucił kapelusz i odlepił sobie wąsik.

- Jestem Semen Miszczuk - oświadczył.

Dzieli agenci byli przygotowani na wiele ewentualności, ale takiej akurat nie brali pod 

uwagę.

- A zła wiadomość? - zapytał wreszcie oficer ochraniający pułkownika.

Semen uśmiechnął się złośliwie a potem nagłym ruchem wyrwał sobie zza kołnierza 

background image

płaszcza miecz samurajski, który wisiał mu na plecach. Rozległ się świst. Miecz zatoczył 

długi łuk. Dwie głowy potoczyły się po bruku. Semen obszukał pośpiesznie ciała. Znalazł 

pistolet z tłumikiem. Obszedł wóz od tyłu i strzelił kilkakrotnie w pokrywę bagażnika. W 

środku coś się szarpnęło parokrotnie i znieruchomiało. Otworzył bagażnik. Agent siedzący 

wewnątrz wyglądał na nieżywego ale mikrobiolog nie chciał ryzykować. Strzelił mu w głowę. 

Następnie wydobył z kieszeni fiolkę z bezbarwnym płynem i ochlapał nim ciała oraz wnętrze 

wozu, starając, się, żeby przypadkiem żadna kropla nie kapnęła mu na ubranie. Na koniec 

podniósł walizkę z ziemi i poszedł w stronę nabrzeża. Na brzegu leżała głowa pułkownika, 

która aż tutaj się dotoczyła.

- Miało być tylko dwu - powiedział do niej Miszczuk.

Żart  był   makabryczny,   ale   głowa  nie   poznała   się  na  nim,   a  sam  Semen   nie  miał 

poczucia humoru aż tak rozwiniętego, aby się roześmiać z własnego dowcipu. Gdy był już 

dosyć daleko wydobył z kieszeni telefon komórkowy. Zadzwonił do ambasady.

- Możecie przyjechać po ciała - powiedział do dyżurnego.

O pieniądzach nie wspominał. Bo i po co.

Oczywiście przyjechała ekipa po ciała. Sprawa była śmierdząca, więc ambasada nie 

powiadomiła   żadnych   czynników   państwowych.   W   kilka   dni   po   akcji   biorący   udział   w 

sprzątaniu   trupów   agenci   poczuli   się   bardzo   źle.   Zgłosili   się   do   lekarza.   Obejrzał   ze 

zdziwieniem   ropne   krosty,   którymi   się   pokryli   a   potem   drżącą   ręką   zaczął   wypełniać 

skierowania na leczenie w Moskwie.

- Co nam jest panie doktorze? - zapytał jeden z nich.

Doktor popatrzył mu prosto w oczy.

- Dżuma!

*

20 lipca środa.

Obudziłem   się   bardzo   wcześnie   rano.   Pod   cienkim   kocem   było   chłodno,   ale 

przyjemnie.   Wstałem   i   poszedłem   na   parter.   Stanąłem   w   cienkim   dresie   w   otwartych 

drzwiach. Wiatr  od morza  wypędził  ze mnie resztę  senności. To był dobry dzień.  Dzień 

przeznaczony   dla   mnie.   Dzień   wielkich   możliwości.   Dzień   wielkich   czynów   i   wielkich 

łajdactw. Otrzeźwiwszy się wiatrem i chłodem wlazłem na piętro, gdzie ubrałem się, a potem 

poszedłem obudzić Maćka. Wielkie czyny mają bowiem to do siebie, że najlepiej dokonuje 

się ich, gdy ktoś podziwia, oklaskuje i dodaje zachęty okrzykami pełnymi podziwu. Maciek 

wprawdzie specjalnie się do tego nie nadawał, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się 

ma...

background image

- Wstawaj ukraińcze, czekają nas wielkie czyny - potrząsnąłem śpiącym. - Grzechem 

jest spać w tak piękny poranek!

Powalane błotem buty leżące pod łóżkiem wskazywały na to, że przyjaciel mój sporą 

część nocy spędził kopiąc sobie bunkier, ale nie wzruszało mnie to specjalnie. Ten piękny 

dzień był mi usprawiedliwieniem. Przyjaciel mój otworzył leniwie jedno oko. Wzrok jego 

począł na leżącym na stoliku zegarku, po czym oko zamknęło się. Odwrócił się twarzą do 

ściany. Najwyraźniej nie rozumiał szalonych możliwości jakie się przed nami otwierały, oraz 

wspaniałości   czynów   jakich   mieliśmy   dokonać.   Zawsze   jakaś   jednostka   stoi   na   drodze 

postępu.   Wziąłem   do   ręki   szklankę   z   wodą,   która   zawsze   stawiał   sobie   przy   łóżku   na 

wypadek, gdyby w nocy chciało mu się pić i pokropiłem go wodą.

- Fafluchten Sie - warknął otwierając wreszcie oczy.

Później wyjaśnił mi, że ten interesujący zwrot wymyślili kiedyś wspólnie z Kurtem. 

Nie znaczył nic. Ujmując go od strony naukowej była to forma grzecznościowa od wyrażenia 

„cholera”. Ale tak to już bywa.

Polałem go ponownie.

- O co ci chodzi? - zapytał dość kwaśno.

- Wstawaj. Chcę dzisiejszy dzień upamiętnić jakimś wielkim dziełem, i potrzebuję 

pomocy tak wspaniałego fachowca jak ty.

- Ja fachowiec..? Tak! Oczywiście, że jestem fachowcem. Trzeba było tak od razu. 

Przedstaw plan pracy, a ja przemyślę to podczas drzemki i na wieczór dam ci wykrętną 

odpowiedź.

- Idę robić śniadanie. Oczekuję cię za pięć minut.

Zlazł po jakichś piętnastu. Był z jakiegoś powodu zły, ale starał się maskować. Po 

śniadaniu powiodłem go do lasu, gdzie ściągnąłem brezent ze stojącego tam statku.

- Co o tym powiesz jako fachowiec?

-   Dlaczego   myślisz,   że   jestem   fachowcem   od   statków?   -   zdziwił   się.   -   Zasad 

konstrukcji czajek nie mam we krwi. Moja genetyka podpowiada mi tylko, co robić z takimi, 

którzy włóczą mnie po lesie o świcie...

Jego myśli schodziły na niebezpieczne tory.

- Miałeś żaglówkę. Pamiętam przecież.

Zatrzymał się jak wryty.

- Pamiętasz!

Zatkało mnie.

- Mój Boże - szepnąłem. - Przecież...

background image

Siadłem na kamieniu i objąłem głowę rękami.

- Fotografia. Ona była na fotografii. Ty i Paweł. Pawcio..?

- Brawo. Dalej. Fotografia. Zamknij oczy. Widzisz ją?

Zamknąłem oczy i naprawdę ją zobaczyłem.

-   Fotografia   formatu   pocztówkowego.   Czarno   -   biała.   Trzcinowisko,   Żaglówka. 

Malutka,   jednomasztowa.   Żagiel   jest   zwinięty.   Siedzisz   na   dziobie.   Masz   na   głowie 

kowbojski kapelusz. Paweł stoi za tobą i trzyma wiosło. Macie po jakieś siedem lat. Może 

koło ośmiu.

- Oderwij wzrok od fotografii. Szukaj wokoło.

- Sad. Jesteśmy w sadzie. My dwaj. Pomiędzy drzewami widać jak ziemia opada w 

dół.   Tam   jest   chyba   wąwóz   a   po   drugiej   stronie   wznosi   się   wzgórze.   Stoi   nami   dom 

wymurowany z czerwonej cegły.

- Gówno! - zaklął Maciek.

Wizja uleciała.

- Coś nie tak? - zaniepokoiłem się.

- Tak. Nie widziałeś zdjęcia. To znaczy przypomniałeś sobie tylko to o żaglówce. 

Pokazywałem ci je w domu twojego dziadka.

- Ale ja dokładnie widziałem ten sad...

Objął mnie ramieniem. Uścisnął. Uspokoiłem się.

-   Ten   dom   o   którym   mówisz   zbudowali   na   wiosnę.   Dlatego   jest   jeszcze   nie 

otynkowany. Po prostu ściągnąłeś sobie odpowiedni obrazek prosto z mojej pamięci. Hrabia 

Derek ostrzegał mnie...

- Co zrobiłem?

Zmieszał się. Puścił mnie i popatrzył pod nogi.

- Żaglówka rozsypała się ze starości, gdy byłem w trzeciej klasie podstawówki.

Postanowiłem wybadać go później.

- Ale to była twoja łódź. Dlatego uważam, i niestety będę się przy tym upierał, że 

wiesz więcej niż ja. Referuj co wiesz.

Zamyślił się głęboko.

- Żagle dopiero na końcu - zauważył.

Przybrał   marsową   minę   wilka   morskiego   i   przez   dłuższą   chwilę   wpatrywał   się 

uważnie w różne elementy poszycia. Wreszcie uśmiechnął się promiennie.

- Podobny do kutra rybackiego, ale ma trochę inny kształt.

- To jest pełnomorski jacht. Popłyniemy nim w rejs do Ameryki Południowej!

background image

- Okay. Ale daleko to nie popłynie. Może metr, może dwa, a potem na dno.

- Zbadaj deski. Sam bym sobie lepiej poradził z tymi oględzinami!

- To trzeba było mnie nie budzić.

Popukał   w   burtę   wsłuchując   się   uważnie   w   wydawany   przez   nią   dźwięk.   Potem 

uśmiechnął się złośliwie, tak jak gdyby to co usłyszał potwierdzało jego najgorsze przeczucia.

- Próchno - oświadczył wreszcie z dziwnie zadowoloną miną.

- Możemy go trochę ruszyć?

- Nie ma po co. Dawno przyrósł do gleby. Ale jeśli chcesz...

Usunęliśmy   kołki,   które   go   przytrzymywały   i   pchnęliśmy   ze   wszystkich   sił.   Ani 

drgnął.

- Tylko udajesz, że pchasz - oświadczyłem Maćkowi.

Nawet się nie obraził.

- Tak go nie ruszymy - powiedział. - Trzeba zaatakować z rozpędu.

Wzięliśmy   rozbieg   i   walnęliśmy   z   całej   siły.   Rufa   rozleciała   się   na   kawałki. 

Wpadliśmy do ładowni obijając się o jakieś drewniane i metalowe pozostałości wyposażenia. 

Statek   zatrzeszczał   i   rozwalił   się   niemal   na   kawałki.   Spomiędzy   desek   wypełzły   stada 

robaczków. Wygrzebaliśmy się z rumowiska.

- Nadal chcesz płynąć do Ameryki? - zapytał mój kumpel jadowicie.

- Od przodu nie poniszczył się specjalnie - zauważyłem. - Tył się naprawi...

Ziewnął i popatrzył na zegarek.

- Piąta rano - oświadczył z zimnym spokojem. - Jeśli moja pomoc fachowca nie jest 

już ci potrzebna to idę spać.

I rzeczywiście poszedł. Wróciłem do domu i poczytałem sobie dwie godzinki. Potem 

znudziło mi się to więc poszedłem na drogę zobaczyć, co tam słychać. Droga była pusta ale w 

wilgotnym   porannym   powietrzu   niósł   się   jakiś   znajomy   zapach.   Przez   chwilę   węszyłem 

usiłując go zlokalizować, gdy niespodziewanie skojarzyłem sobie, co to jest. Rozejrzałem się 

i niemal natychmiast znalazłem piramidkę brązowych kulek. Podszedłem bliżej i urwawszy 

sobie z uschłej choinki długi patyk ostrożnie pogrzebałem w tym.

-   Dużo   owsa   -   powiedziałem   sam   do   siebie.   -   Tu   nie   rośnie   owies.   Trzeba   go 

sprowadzać chyba aż ze Skane. Ciekawe, ciekawe. To jednocześnie tłumaczyłoby dlaczego 

tak niewiele tu koni.

Ktoś   usiłował   się   podkraść   do   mnie   od   tyłu.   Szedł   cicho,   myślał   palant,   że   nie 

zauważę. Odwróciłem się gwałtownie. Sven Roslin na szpiegowskiej praktyce.

- No hej - powiedziałem.

background image

- Hej. Co ty tu robisz? - popatrzył na rozgarniętą kupkę nawozu.

- Prowadzę badania naukowe z dziedziny wybiórczości pokarmowej koni. A ty?

- Ja prowadzę badania naukowe z dziedziny kropofagii wśród Słowian. Tak swoją 

drogą to do jakich wniosków doszedłeś?

- To zgubił koń.

- Zupełnie słusznie.

- Macie tu w Bodo konie?

- Och nigdy nie było ich dużo ale mamy kilka. Zaraz niech się zastanowię... W tartaku 

są trzy.

- Macie trak poruszany kieratem? - zainteresowałem się.

Połowa wyrazów była oczywiście polska, toteż szpieg nie za bardzo zrozumiał o co mi 

chodzi.

- One nie pracują - powiedział po krótkim namyśle. - One są bardzo stare. Były cztery, 

ale jeden z nich padł jakiś czas temu. Właściciel trzyma je w szopie i tak karmi, że wielu ludzi 

mogłoby pozazdrościć.

- Dlaczego?

- Lubi je. Są na emeryturze. Uwierzył, że przyniosły mu szczęście. Dlatego trzyma je 

przy sobie.

- Aby nadal przynosiły mu szczęście?

- Tak. Dwa ogiery ma policja. Ale oni patrolują na nich tylko parki.

Zaskoczył mnie. Myślałem, że konne patrole policyjne w parkach to wymysł typowo 

polski. Widać pomyliłem się. Właściwie to konie były optymalnym rozwiązaniem takiego 

problemu. Ciche, szybkie, wysokie, dzięki czemu trudno byłoby ściągnąć z konia policjanta, a 

na pewno trudniej niż z motoru.

- A inne konie? - zapytałem.

-   Armia   Zbawienia   ma   chyba   osiem.   Sam   nie   wiem   po   co.   Kilka   koni   mają 

prominenci, ale on mieszkają na drugim końcu miasta.

- Aha. To by pasowało. Ten koń był pewnie rasowy. Zobacz jak był karmiony  - 

wskazałem gestem swoje znalezisko.

Skrzywił się.

- Daj spokój - poprosił.

- Może prominenci zapuścili się aż tutaj albo policjanci przyjechali na inspekcję.

- Nie wysilaj się. Jestem strażnikiem łowieckim.

- I co z tego?

background image

- Można powiedzieć, że nic w tym lesie nie poruszy się bez mojej wiedzy.

- Jeśli przyjechałeś tą drogą to rzeczywiście mogłeś go zauważyć. Co to był za koń?

- Dziwny. Nigdy takiego nie widziałem. Biały jak mleko. Nieskazitelnie biały. Trochę 

niepraktyczna barwa zwłaszcza w tych lasach. Ale oto i on - dodał.

Zza zakrętu wyjechał facet na koniu. Facet ubrany był z wyszukaną elegancją. Miał na 

sobie białą płócienną kurtkę, białe spodnie z żaglowego płótna, na nogach buty do konnej 

jazdy. Był ciemnowłosy i lekko śniadej cery. Miał duże ciemne oczy. Wyglądał na Gruzina. 

W   twarzy   miał   coś   szlachetnego.   Patrzył   na   nas   w   zadumie.   Otaksowawszy   go   długim 

spojrzeniem skupiłem się teraz na koniu, którego dosiadał. Koń był piękny. Biały arab czystej 

krwi, o idealnych proporcjach. Był tak czysty, jak gdyby dopiero co wyszedł z pralni. Kopyta 

miał polerowane. Staliśmy tak przez chwilę mierząc się wzrokiem przy czym on wyraźnie 

nad nami górował. Wreszcie odezwał się. Mówił po norwesku z jakimś dziwnym śpiewnym 

akcentem.

- Wybaczą panowie, gdzie tu się mieści posiadłość Sventonów?

- To tutaj - wyjaśnił Sven wskazując moją parcelę. - Ale Sventonów nie ma tu już od 

dwudziestu lat.

Facet roześmiał się.

- Nieważny jest właściciel, liczy się nazwa - powiedział.

Skinął nam głową na pożegnanie i odjechał.

- Wot te na - szepnąłem sam do siebie.

- Myślę, że szukał ciebie. - zauważył mój szpieg.

- Jeśli tak, to dlaczego nic nie powiedział?

- Może nie szukał dla siebie.

- Dziwi mnie, dlaczego pytał.

- Dlatego, że twój kumpel odczepił wszystkie tabliczki do odmalowania. Gdy nie ma 

numeru ani wizytówki przy bramie to trudno jest się połapać, który dom jest czyj.

Zapomniałem o tym.

- Ciekawe, kim on jest.

- Ciekawe. Ale myślę, że wiem. Parę dni temu do Bodo przyjechał cyrk.

- Wolne żarty. Wyobrażasz sobie tego człowieka w cyrku?

- Może jego nie, ale za to pasuje mi ten jego koń.

- Może masz rację.

Wróciłem do domu. Maciek wstał już i pogwizdując serenadę Schuberta pracował nad 

kolejnymi   drzwiami.   Te   miały   być   chyba   wejściowe,   bo   obciągał   je   stalowym 

background image

płaskownikiem.

- Co powiesz? - zapytał. - Czego dokonałeś, gdy sobie drzemałem?

-   Nic   wielkiego.   Chciałem   dokonać   wielkich   czynów,   ale   otaczają   mnie   same 

miernoty, na których nie można polegać...

Opowiedziałem mu o spotkaniu w lesie.

- Może to książę Orłow przysłał własnych szpiegów - zasugerował.

- A to po co? Kim on jest? Znasz go?

-   Żeby   sprawdzić,   czy   nie   jesteś   agentem   KGB   i   zlikwidować   w   zależności   od 

wyników.

- Chyba ci stolarka na mózg pada. Kim on jest?

- Raczej zrywanie się o świcie - zaprotestował z prostotą. - Mówiłeś, że koń był rasy 

arabskiej?

Wieczne niedopowiedzenia.

- Słuchaj! Dlaczego ty nigdy nie odpowiadasz na moje pytania? Popatrz mi w oczy i 

odpowiedz. Kim jest książę Orłow?

- Księciem oczywiście.

- Tak. Wyobraź sobie, że tego akurat się domyśliłem ale teraz poproszę o szczegóły.

- Facet, lat trzydzieści pięć, ciemne włosy szlachetna podłużna twarz, z wykształcenia 

filolog słowiański. Nawet trochę mówi po polsku.

- Dzięki - mruknąłem. - Marzy mi się spotkanie z tym całym Derkiem. Taka szczera 

rozmowa w piwnicy. I ja jako śledczy.

Uśmiechnął się szeroko. Szelmowsko.

- Każdy ma swoje marzenia i niech się spełnią. A tak swoją drogą nie marzyła ci się 

czasem urocza kicia siedząca na olśniewająco białej klaczce?

Mówiąc to popatrzył przez okno w kuchni. Powędrowałem, za jego spojrzeniem i 

rzeczywiście, na polance koło domu stał olśniewająco biały koń, obok którego stała jakaś 

kicia.

- Donerwetter - powiedziałem cicho sam do siebie.

Wyszedłem przed dom. Kicia nie znikała, więc doszedłem do wniosku, że jednak jest 

prawdziwa. Była nieco starsza ode mnie, miała jakieś osiemnaście lat. Nie była bardzo ładna, 

ale wyróżniała się z tłumu. Miała lekko wystające kości policzkowe i duże ciemne oczy, w 

których można było się całkiem zagubić.

- Ty jesteś Tomasz Nikitycz Paczenko von Uhersk? - zapytała po norwesku.

- To zależy kto pyta - odpowiedziałem ostrożnie.

background image

-   Tam   w   krzakach   siedzi   facet   z   aparatem   fotograficznym   zaopatrzonym   w 

teleobiektyw - powiedziała po rosyjsku. - Czy wiesz coś o tym?

- Mój ochroniarz - wyjaśniłem w tym samym języku. - Jest trochę nieśmiały.

- Weź - podała mi cugle.

Złapałem je lewą ręką. Były plecione z czerwonych sznurków i rzemieni. Kolejny 

przebłysk. Ściana wymurowana z pustaków, żłób ze starej beczki i cugle wiszące na ścianie 

koło zgrzebła. Chyba z... Czeczenii?

- Jestem Juli - an Bołdyrew - przedstawiła się.

- Miło mi poznać.

Scena była tak nierzeczywista, że wydawało mi się, że śnię.

- Książę Sergiej prosił, żebym cię odwiedziła i sprawdziła czy czegoś ci nie potrzeba.

Sprężyłem się w sobie.

- Nie, dziękuję za troskę, ale jakoś sobie radzę. Za to chętnie posłucham wszelkich 

informacji.

Popatrzyła w zadumie na nieco sypiącą się ścianę domu, ale nic nie powiedziała.

- Lubisz konie - stwierdziła.

- Dlaczego tak myślisz?

- Moja klaczka cię lubi, a ona zna się na ludziach. Chcesz się przejechać?

Popatrzyłem w zadumie na swoje spodnie, potem popatrzyłem w zadumie na swoje 

buty.

- Jestem zbyt brudny.

Uśmiechnęła się a potem wyciągnęła rękę i dotknęła mojego ramienia. To był dziwny 

gest.   Gest   protekcji,   gest   usankcjonowania   władzy   występujący   często   na   egipskich 

malowidłach i reliefach. Wówczas jednak nie rozumiałem, o co jej chodzi.

- Nie obawiaj się - powiedziała. - To mogę ci ofiarować... Prawda na razie będzie 

przed tobą zakryta.

Rosyjski   nie   był   jej   językiem   ojczystym.   Była   taka   dziwna.   Jak   gdyby   na   wpół 

obłąkana. Wsiadłem na konia. Ruszyłem stępa w stronę lasu i zawróciłem. Maciek stał koło 

niej. Wyglądali na starych znajomych.

- Boisz się - powiedziała, gdy oddałem jej cugle. - Lękasz się tego konia. Umiesz 

świetnie jeździć, ale nie na nim. Wydaje ci się, że w każdej chwili może się potłuc, jak gdyby 

był z porcelany.

- Wyobrażam sobie jego wartość.

- Koń niezależnie od jego wartości służy do tego, aby na nim jeździć, a nie do tego, 

background image

aby trzymać go w pudełku wykładanym czerwonym aksamitem. To zwierzę a nie klejnot.

- Jak ona się nazywa? - zapytałem wskazując gestem klacz.

- Tatiana - odpowiedział Maciek.

- Ładnie.

- Pewien człowiek z miasta daleko na południu nazwał ją tak na cześć swojej bratanicy 

- wyjaśniła.

- Czy książę Sergiej ma dla mnie jakieś polecenia?

- Mam dla ciebie kartkę od niego - podała mi małą kopertę koloru kości słoniowej.

- Co słychać u niego? - starałem się podtrzymać rozmowę.

- Pracuje. Ciężko pracuje. Ale pewnie zaprosi cię do siebie za jakiś czas. Jego praca 

dobiega już końca.

- Ach tak...

- Jest ktoś, kto cię tam czeka - uśmiechnął się Maciek.

- Kto? Ktoś kogo znam? Pawcio? Hrabia Derek?

- Nie, ale ona zna ciebie z rozmów. I chce cię poznać.

- Kim ona jest?

- Nie  powiem  ci,  bo straciłbyś  połowę przyjemności.  Dowiesz się we właściwym 

czasie - odezwała się Juli - an.

- Zaciekawiasz mnie.

Wzruszyła ramionami a potem z gracją wskoczyła na konia.

- Do zobaczenia - powiedziała.

- Już odjeżdżasz? - zmartwiłem się. - Może wpadniesz chociaż napić się herbaty.

-   Jesteś   dokładnie   taki,   jak   opowiadał   hrabia   Derek.   Nie   możesz   zrozumieć,   że 

większości ludzi jesteś całkowicie obojętny. Wydaje ci się, że każdy powinien albo cię lubić, 

albo czuć do ciebie niechęć.

Odjechała. Upadłem na kolana i stłumiłem zawrót głowy. Svenowi zrobiło się głupio i 

wylazł z krzaków.

- Co się stało? - zapytał.

- Ona jest zupełnie zmanierowana - wyjaśniłem. - Taka ładna a taka...

- Poznasz moją siostrę to ci przejdzie. Ingrid ma serce po właściwej stronie. O co wam 

poszło?

- Z tego spotkania to ja będę pisał raport - ostudził go Maciek.

Mówił   po   niemiecku,   ale   Sven   musiał   go   zrozumieć.   Ja   na   wszelki   wypadek 

udawałem, że nie rozumiem.

background image

- Powiedz mi, jeśli się kogoś spotyka i rozmawia z nim, to czy można być w stosunku 

do niego obojętnym? Chyba zawsze coś się odczuwa? Niechęć, lub sympatię... - zapytałem 

szpiega.

- Dlaczego? Nie można chyba na przykład robiąc zakupy...

- Wybacz. To ja jestem nienormalny.

- Dała ci kosza?

Zaskoczył mnie.

- Co za pomysł.

- Wyglądasz jak gdyby spotkała cię przykrość.

- Nie zrozumiesz nigdy mojej słowiańskiej duszy!

- Chcesz odbitki? - poklepał swój aparat.

- Może jedną... Na pamiątkę.

- Ja poproszę negatyw - wtrącił się Maciek po czym przeszedł i stanął na brzegu.

- Zdjąłem ciebie na koniu. Ta będzie chyba dobra?

- Tak. Dziękuję.

- Ale nie udało mi się sfotografować tego człowieka, który siedział w krzakach za 

domem z pistoletem w ręce.

- Widział cię?

- Tak. Myślę, że to ktoś takiego samego zawodu jak ja. Nie przeszkadzaliśmy sobie.

Poszedł a ja wróciłem do domu. Maciek przyszedł po chwili. Pokazałem mu kopertę.

- Trochę niewymiarowa - zauważył.

- Taki widocznie standard - odgryzłem się - za to listonoszka niczego sobie.

- A gdzie znaczek?

- Opłatę pocztową uiści nadawca.

Otworzyłem kopertę. Wyjąłem ze środka kartkę. Przeczytałem ją a potem schowałem 

do kieszeni.

- I co?

- Nie wiem. Książę pisze, że przyśle po mnie samochód za kilka dni. Mam być jego 

gościem. To mi pachnie porwaniem.

- Oj daj spokój. Wyobrażasz sobie rosyjskiego arystokratę porywającego ludzi?

- Oczywiście. Hrabia Drakula...

- Drakula był chyba księciem. I to rumuńskim.

- Nie pamiętam, nie będę się kłócił. Był Drakula, byli i inni. Porywali ludzi, żeby 

wysysać z nich krew, mordować dla zaspokojenia żądz...

background image

- Hy?

-  Weź  takiego  Jusupowa.  Książę,   a  wpadł  na   pomysł,  żeby  zabić   Rasputina.  I  to 

dlaczego? Dla jakichś marnych celów politycznych. Muszę się pilnować.

- Weź ze sobą broń - zaproponował.

Poszedłem  do swojego  pokoju. Oba zwierzaki  leżały  na moim  łóżku  i bawiły  się 

kamieniem.   Przypomniało   mi   się,   jak   kiedyś   w   podstawówce   miałem   ciekawe   hobby. 

Kolekcjonowałem   kamienie.   Zbierałem   je   na   wałach,   niedaleko   szkoły.   Wybierałem 

najładniejsze odłamki granitu, bazaltu i kolorowych piaskowców. Znosiłem je w kieszeniach 

do   domu   dziecka   i   wrzucałem   do   dużej   puszki   po   duńskim   mleku   w   proszku.   Gdy   się 

wypełniła przesypywałem jej zawartość do szuflady. Gdy szuflada była pełna wynosiłem je w 

kubełku do piwnicy i wsypywałem do dużej beczki z prasowanego papieru, w której kiedyś 

trzymali cement. Gdy wyjeżdżałem beczka była prawie pełna. Nie wiem, co dyrektor zrobi, 

gdy ją w końcu odkryje. Była zbyt ciężka, aby ją wytoczyć, a żeby wyczerpać ją za pomocą 

kubła trzeba by chyba zrobić ze sto kursów. Robota na cały tydzień. Zjedliśmy obiad. Pogoda 

wspaniała rankiem psuła się stopniowo coraz bardziej. Zachmurzyło się, a morze pokryła 

ostra krótka fala.

- Chyba będziemy mieli następny nocny sztorm - zauważył Maciek.

Siedział   i   malował   wykonane   rankiem   drzwi   lakierem   wodoodpornym.   Drzwi 

wyglądały na dzieło profesjonalisty. Mój przyjaciel dysponując tylko wiertarką z kilkoma 

przystawkami zrobił z nich istne dzieło sztuki.

- Ładne - powiedziałem. - Bardzo ładne.

- Co porobimy teraz?

- A pokoje na piętrze?

- Właściwie to już skończone. Tyle tylko, że deski kończą się.

- Wystarczy na regały w bibliotece?

Zamyślił się.

- Chyba nie za bardzo. Ile jest tych książek?

- Nie dużo. Coś ze dwa tysiące.

- Dwa tysiące... Myślę, że na upartego wystarczy. Ale mocno upartego.

- Zrób, co możesz. Najwyżej część będę trzymał w skrzyni.

- Niezły pomysł. To już tak na zawsze?

- Nie, tylko do czasu, aż przyjdzie dla mnie jakaś forsa na następny miesiąc. Wówczas 

dokupię desek i wszystko będzie...

Zgrzyt  piły tarczowej  przerwał moją wypowiedź.  Maciek nie odkładał  niczego do 

background image

jutra. (Za wyjątkiem nauki). Taki już był. Pracował całe popołudnie. Regały wyszły niemal 

jak fabryczne. Sztorm tymczasem zbliżył się. Fale stały się większe, a niebo nad horyzontem 

pociemniało. Zjedliśmy kolację i zaraz walnąłem się spać. Nie dość, że dzień zaczął się dla 

mnie bardzo wcześnie, to jeszcze wypełniony był wrażeniami. A to był dopiero początek...

*

Maciej Wędrowycz zasiedział się tej nocy w bunkrze. Gdy wreszcie wyrobił dzienną 

normę metrów sześciennych ziemi oczy piekły go jak diabli, ale był zadowolony z siebie. Na 

zewnątrz schronu było diabelnie nieprzyjemnie. Wiał silny wiatr i padał deszcz. Burza jednak 

przeszła bokiem. Nad morzem było trochę jaśniej. Popatrzył na zegarek. Dochodziła druga. 

Ziewnął potężnie i ostrożnie wyjrzał zza rogu domu. Był przypływ. Większe fale podchodziły 

aż do krawędzi urwiska. Na ich grzbietach tańczyła wielka kłoda która od czasu do czasu 

pukała konarem w ścianę.

- Oj niedobrze - powiedział sam do siebie.

Morze zagłuszało wszystko do tego stopnia, że sam siebie nie usłyszał. Wlazł przez 

okno do domu i wyciągnął z rupieciarni bosak i kawał liny. Wyszedł przez świeżo wprawione 

drzwi   wejściowe   i   stanął   na   skale.   Kłoda   walnęła   w   ścianę   obok   niego.   Fala   była 

wystarczająco potężna, aby podrzucić ją aż tak wysoko. To było niepokojące. Zaczepił pień 

bosakiem. Fala cofając się szarpnęła tak mocno, że znalazł się w wodzie. Zgubił przy okazji 

bosak.

- I po co ja tu właziłem? - zapytał sam siebie.

Zaraz jednak sobie przypomniał. Walcząc z żywiołem rękami i nogami dopłynął do 

kłody. Obwiązał sterczący konar linką i spróbował popłynąć z belką na holu. Najpierw woda 

odciągnęła go do tyłu, a potem pień popychany przez falę ruszył do przodu i dzielny potomek 

ukraińskich kozaków omal nie stracił głowy. W ostatniej chwili zrobił unik.

- Nie choczesz nie nada - mruknął sam do siebie.

Gdy mijała go wskoczył na wierzch, jak na konia. Mało nie zleciał do wody gdy 

uderzyła w skałę, ale utrzymał się. Wiosłując nogami trochę ją skręcił, tak, aby ustawiła się 

pod   kątem   do   fali.   Gdy   nadeszła   kolejna   omal   nie   stracił   jednej   nogi,   ale   udało   mu   się 

zepchnąć drzewo z pierwotnego kursu i wypłynął na spokojniejsze nieco wody zatoczki na 

lewo od domu.

Niebawem znalazł się przy skarpie nad plażą. Zeskoczył z pnia. Pod nogami miał 

grunt, ale sypki żwir nie dawał jego stopom wystarczającego oparcia, a ponadto w każdej 

chwili groziło mu rozgniecenie na miazgę. Z linką w zębach wdrapał się po skarpie do góry i 

przywiązał koniec sznura do drzewa. Mając poczucie dobrze spełnionego obowiązku, wrócił 

background image

do   domu.   Nad   piecem   suszyła   się   koszula   Tomka.   Na   twarz   Maćka   wpłynął   straszliwy 

szyderczy grymas. Zemsta! Najpierw użył jej jako ręcznika, a potem wytarł nią podłogę koło 

drzwi. Wreszcie zadowolony z siebie wyrzucił ją w ciemność i kipiel za drzwiami. Potem 

poszedł spać. Spał dobrze. Żadnych wyrzutów sumienia. Nie nastawił budzika. Wiedział, że 

rano   obudzi   go   jego   serdeczny   przyjaciel   i   że   będzie   trzymał   w   ręce   siekierę.   Taki   jest 

porządek wszechświata.

21 lipca czwartek.

Wstałem o ósmej rano. Przyozdobiłem twarz radosnym uśmiechem i poszedłem na 

parter. Wyszedłem przed dom. W nocy musiał być nielichy sztorm, bo pod drzwiami leżało 

sporo   wodorostów,   a   ściana   była   zupełnie   mokra.   Skrzywiłem   się.   Nie   lubiłem   wilgoci. 

Wszedłem do kuchni, aby zdjąć ze sznura swoją wypraną wczoraj koszulę. Ku swojemu 

zaskoczeniu stwierdziłem, że jej nie ma. Łamałem sobie przez chwilę głowę nad tą zagadką, a 

potem zabrałem się za robienie śniadania. Odrzuciłem ambitny pomysł zrobienia jajecznicy z 

jajek w proszku, głównie dlatego, że nie lubiłem jajecznicy. Zamiast tego podgrzałem w 

garnku parówki z puszki. Były kretyńskie, długości najwyżej dwu centymetrów. To zabawne, 

ale   w   moim   kraju   w   tym   okresie   parówki   występowały   tylko   w   jednym   standardowym 

rozmiarze. A do tego wyłącznie na kartki. Podgrzałem w garczku sos z pędami bambusa. 

Niebiański zapach wywabił mojego kumpla z łóżka i zniewolił go do zejścia ma parter. Po 

drodze wdepnął do łazienki, gdzie umył się. Wreszcie wszedł do kuchni. Miał na sobie swoją 

koszulę, co osłabiło nieco moje podejrzenia.

- No cześć - powiedziałem - nie widziałeś gdzieś mojej koszuli?

- Koszuli? - zdziwił się.

Jego  zdziwienie   było  sztuczne,  a  ton   wypowiedzi  obojętnie   niewinny.  Czyli  moje 

podejrzenia były słuszne.

- Wisiała tutaj - pokazałem palcem na sznur.

- Może Gucio zjadł?

- On nie jada ubrań. A przynajmniej nigdy nie słyszałem...

- Ten mój pies jest w sumie bardzo głupi. Nie wiadomo co mu do łba może strzelić.

Ukrywał coś wyraźnie. Pewnie w nocy pociął moją koszulkę na kawałki, albo zrobił z 

nią jeszcze coś gorszego. Postanowiłem zachować się kulturalnie i nie naciskać go dalej. 

Wcześniej czy później i tak się wygada. Po śniadaniu zabraliśmy się za oczyszczanie lasu, to 

znaczy   wycięliśmy   dużą   ilość   uschłych   choinek   dzięki   czemu   te,   które   jakoś   jeszcze 

egzystowały uzyskały nieco więcej światła i przestrzeni życiowej. Zgromadzone za domem 

mieliśmy   pociąć   przy   najbliższej   okazji.   To   męczące   zajęcie   zajęło   nam   ponad   cztery 

background image

godziny.

Byłem tak wykończony, że straciłem nawet apetyt, toteż wymówiłem się od jedzenia 

obiadu i pojechałem na rowerze do Bodo. Kupiłem sobie gazetę i pojechałem nową drogą do 

Geitvagan. Postanowiłem pojechać w odwiedziny do tej sympatycznej Ingrid. Przejechałem 

jakieś trzy kilometry, gdy spotkałem Juli - an. Siedziała sobie na kamieniu na niewielkim 

pagórku kilkadziesiąt metrów od szosy i opalała się a klaczka skubała trawę kawałek dalej. 

Zauważyła mnie i pomachała mi ręką. Zawahałem się na chwilę, a potem zatrzymałem rower 

i podszedłem do niej.

- Priwiet - powiedziała.

- Dzień dobry. Cóż porabia tak ładna dziewczyna jak ty na takim odludziu?

- Masz jeszcze do mnie żal za to wczorajsze - powiedziała. - Wybacz mi, zachowałam 

się trochę sztywno i nieuprzejmie.

- Każdemu co jego.

Gwizdnęła przez zęby. Klaczka podbiegła.

-   Przejechałeś   się   wczoraj   tylko   kawałek.   Skorzystaj   proszę   z   okazji   i   pojeździj 

jeszcze. Wiem, jaką ci to sprawia przyjemność.

Popatrzyłem w zadumie na nią.

- Jesteś dziwna - powiedziałem. - Inna niż wszystkie.

- To moja wada. Normy i zasady nie znaczą dla mnie wiele, dlatego książę Orłow 

niechętnie widzi mnie koło swojej posiadłości. Jestem zbyt zdziczała, aby... Zresztą chyba 

sam to rozumiesz.

- Rozumiem.

Ująłem   w   dłoń   cugle   i   wskoczyłem   na   siodło.   Pojechałem   kawałek,   może   ze   sto 

metrów, a potem wjechałem na szczyt następnego pagórka. Za nim ciągnęły się dacze. Miasto 

wypuściło w tą stronę długą mackę. Zawróciłem.

- Dobrze jeździsz - pochwaliła. - Koń czuje jeźdźca.

- Jeśli wiesz, że dobrze jeżdżę to niepotrzebnie mi to mówisz.

- Słusznie. Ty to wiesz. Mowa jest srebrem.

Podeszła i stała teraz bardzo blisko mnie.

- Podobam ci się?

- Jeśli mam być szczery to nie.

Brwi uniosły się jej do góry.

-   Któregoś   dnia   książę   powiedział   hrabiemu   Derkowi,   że   chętnie   widziałby   mnie 

wreszcie zamężną i ustatkowaną.

background image

- Wybacz, nie jesteś zbyt młoda?

- Mam osiemnaście lat. A hrabia Derek jest ode mnie akurat o tyle starszy, żeby mnie 

pociągać nie narażając się przy tym na złośliwe komentarze, że uwodzi dziewczynę, która 

mogłaby być jego córką.

- I co on na to?

- Hrabia wygarnął mu prosto w twarz, że nie zniesie, aby ktoś próbował układać mu 

życie, a do tego powiedział, że potrzebuje domu, w którym może odpocząć po pracy, do 

którego może  wracać jak do bezpiecznej  przystani po swoich misjach,  a nie dyskoteki z 

wiecznie niezadowoloną histeryczką wewnątrz. Zresztą powołał się na argument, że jestem 

jego kuzynką w trzecim stopniu pokrewieństwa.

- To już nie przeszkadza.

- Nie przeszkadza. Myślę, że gdy się ciebie bliżej pozna to jesteś sympatyczny.

- O! - wyraziłem swoje zaskoczenie.

- Dałabym ci małego całuska na pożegnanie, ale niestety mamy wspólny kłopot. Ty 

masz swojego faceta ze sztucerem w tamtych krzakach, a ja mam po drugiej stronie mojego 

pomylonego braciszka z pistoletem w ręce.

- Ktoś dybie na twoje życie?

- KGB oczywiście. No, może niezupełnie dybią. Poza tym on pilnuje, abym nie zeszła 

na złą drogę. Jesteś monarchistą?

- A wyglądam? Skąd. Nie mam pojęcia o polityce.

Wzruszyła ramionami.

- Przywykłam, że nikt nie jest tym, za kogo się podaje. To wiedza, która gwarantuje 

przeżycie w tym świecie. Ty też się kiedyś tego nauczysz. A tak swoją drogą to dobrze, że 

uważasz się za monarchistę. Czekają cię niespodzianki... raczej miłe.

- Przecież nie jestem. Jakie niespodzianki?

Uśmiechnęła się lekko, jak gdyby z drwiną.

- Do zobaczenia - powiedziała. - Nie szukaj mnie w Bodo. Dzisiaj wyjeżdżam. Nie 

szukaj mnie wcale. Jestem zanadto obłąkana i przyniosłabym ci tylko cierpienie. Nigdy nie 

zdołałbyś mnie pokochać.

Podrywaczka psiakrew.

- Do zobaczenia - powiedziałem, a gdy odjechała szepnąłem cicho do siebie: - Mam 

nadzieję, że nigdy.

Z krzaków wylazł Sven.

- Właśnie przechodziłem obok - wyjaśnił.

background image

Obłudnik, podglądacz, świnia i kapuś.

- No hej. Co widziałeś ciekawego?

- Jakiś facet z pistoletem trzymał was na muszce. Ten, którego wczoraj spotkaliśmy.

- Coś takiego? - udałem zdziwienie. - I co napiszesz w raporcie?

-   Nic   nie   napiszę.   Sądzisz,   że   ktokolwiek   uwierzyłby,   że   przyjechała   do   ciebie 

dziewczyna na białym koniu, a w krzakach czaił się jej ochroniarz? Chociaż może jednak 

napiszę. To znajomi Derka. Tak samo obłąkani jak on.

- To zupełnie prawdopodobne.

- Takie rzeczy się tu nie zdarzają. Zazwyczaj. To cywilizowany kraj.

- To dlaczego mi się to przytrafia?

- Gdyby ktokolwiek na świecie wiedział co ci strzeli za pięć minut do głowy, to moja 

praca stałaby się zbędna. Posadziłoby się jasnowidza i wystarczyły by działania prewencyjne! 

A tak co chwila przydarzają ci się jakieś przygody rodem z sennych koszmarów. Brakuje już 

tylko   agenta   KGB   ostrzącego   nóż   o   piaskowcowy   krawężnik.   Ale   zapewne   wkrótce   się 

objawią.

Złapałem się za głowę.

- KGB! W co wy mnie wrabiacie. Derek, Maciek i ty? Kim jestem, że będzie mnie 

śledziło KGB?

- Hrabia Derek nie byłby zadowolony, gdybym ci to teraz powiedział. Wyjaśnią ci to 

w Nowoorłowie.

- Gdzie?

Westchnął. Sądząc po jego minie sypnął się z jakąś tajemnicą.

- Tak właściwie to dokąd jechałeś?

- Chciałem po prostu zobaczyć dokąd prowadzi ta droga. A potem spotkałem tę kicię.

- Dzisiaj było jakby mniej ostro?

- Przyjąłem jej przeprosiny.

Wróciliśmy   razem.   Maciek   z   braku   desek   bawił   się   w   przycinanie   ściągniętych 

choinek do równej długości.

- Zjesz obiad? - zapytał.

- Chętnie.

- Mam dla ciebie dwie wiadomości. Jedną dobrą drugą złą.

- Zacznij od złej.

- Ten obiad trzeba dopiero zrobić.

- A dobra?

background image

- Możesz go sam zrobić. Własnoręcznie. Cieszysz się?

- Idź się powiesić z takimi wiadomościami.

- Coś nie tak?

Nie słuchałem go. Poszedłem do siebie i uwaliłem się do łóżka. Zasnąłem niemal 

natychmiast. Obudził mnie po godzinie.

- Obiad - powiedział.

Zwlokłem się do kuchni. Wszedłem do środka i rozejrzałem się zdziwiony. Żadnego 

obiadu nie było. Usłyszałem zgrzyt zasuwki w drzwiach.

- Co jest?

- Dosięgła cię kara Boża za lenistwo - powiedział mój kumpel mściwie. - Zrobisz 

obiad, to drzwi się otworzą. Nie wcześniej.

To było bardzo sprytownicze. Wyszedłem przez okno i poszedłem na plażę. Tam miło 

spędziłem czas  odczepiając  od moich spodni białe włoski, które zostały tam po porannej 

przejażdżce.   Spodnie   pachniały   słodko   koniem.   Czułem   napięcie   mięśni.   Ten   zapach 

przyprawiał mnie o dziwne drżenie. Maciek znalazł mnie dość szybko.

- Bardzo śmieszne - powiedział.

- Wykorzystywanie siły niewolniczej jest nieopłacalne - powiedziałem spokojnie. - 

Tak pisał już Karol Marks.

- To nie jest dla mnie żaden autorytet.

- Nie zniosę przymusu.

- Jesteś po prostu Tomaszu potwornie leniwy.

- Coś podobnego? Jakoś nie zauważyłem.

- Wiesz co ci powiem? Zaczątek klęski tkwi w każdym człowieku, a moim zadaniem 

jest usunąć je...

- Z mojego umysłu?

- Tak.

- Powiem ci mądre zdanie. „A wtedy przejrzysz, aby móc usunąć belkę z oka brata 

twego”.

- To nie tak...Belka...

- To nie jest to, o czy myślisz. To fragment jakiegoś starego apokryfu. Usuń źdźbło ze 

swojego oka a potem będziesz mógł zabrać się za belkę tkwiącą w moim oku.

- A jeśli ta belka tkwi w moim oku a w twoim źdźbło?

- Nie  będę się upierał.  Chciałem  być grzeczny  i  dlatego  zasugerowałem,  że  to ja 

jestem bardziej obciążony.

background image

- Cytat nie mówi o źdźble - zastanowił się głośno. - Co było wcześniej?

- Nie wiadomo. Ocalał tylko urywek.

- Może w moim oku tkwi cały las, w twoim tylko belka?

- Nie będę się sprzeczał. A teraz idź i przygotuj obiad. Przynieś mi go tutaj. Chcę 

ucztować pod gołym niebem.

- Ty masz nie tylko belkę w oku, ale cały mózg z drewna!

Nie upierałem się. Postanowiłem być sympatyczny i nawet pomogłem mu szykować 

jedzenie. Pewnie dlatego wyszło troszkę przesolone. Po obiedzie eksperymentowałem trochę 

w   kuchni.   Konkretnie   zbudowałem   szybkowar   na   bazie   zakręcanej   metalowej   puszki   po 

czymś.   Maciek   robił   coś   w   rupieciarni,   ja   zmywałem,   a   eksperyment   stał   na   piecu   i 

podgrzewał się, a potem go rozerwało. Na szczęście kumpel mój akurat piłował coś piłą 

tarczową, więc tego nie usłyszał. Po południu poszedłem sobie na plażę. Wiatr był dość silny, 

ale do tego zdążyłem się już przyzwyczaić. Z nudów pogrzebałem w wodorostach i znalazłem 

kolejny   ząb.   Przyszedł   Sven.   Sam   nie   wiem,   czy   zachodził   do   mnie   dlatego,   że   mu   się 

nudziło, czy też chciał uzyskać jakieś informacje warte tego, aby umieścić je w raporcie. To 

tak trudno powiedzieć.

- Co znalazłeś? - zapytał po powitaniu.

- Ząb - pokazałem mu. - Ząb konia.

Obejrzał.

- Faktycznie ząb konia - zgodził się. - Co w tym takiego nadzwyczajnego?

- Nic, pod warunkiem, że nie postawi się pytania skąd się wziął. Macie tu, jak słusznie 

zauważyłeś chyba przedwczoraj, bardzo mało koni...

- Przed  wojną  była tu  mała  kopalnia  rudy, tam  w  głębi  lasu - pokazał  ręką dość 

nieokreślony kierunek. - Może powrzucali zdechłe konie do wody.

- Nie, nie wydaje mi się. Popatrz, on jest dość świeży. Na pewno nie leży w ziemi od 

półwiecza.

- W takim razie nie mam pojęcia skąd się wziął. Może przypłynął z daleka...

Rzuciłem ząb do niedużej kałuży. Poszedł od razu na dno. Schyliłem się i podniosłem 

go.

- Nie mógł przypłynąć - powiedziałem w zadumie. - Poszedłby na dno.

Wzruszył ramionami.

- Czy to aż takie istotne?

-   To   budzi   mój   niepokój,   ciekawość.   Ciebie   to   nie   dziwi.   Odrzucasz   od   siebie 

problemy, których nie można tak łatwo wyjaśnić.

background image

- Idź do rybaków do Bodo, albo do Geitvagan i po prostu zapytaj ich o to. Myślę, że 

będą wiedzieli. Może to zresztą wcale nie są końskie zęby. Może krowie.

- A widziałeś tu krowę?

- Nie ma ich dużo, ale kilka jest.

Zamyśliłem się. Tak na dobrą sprawę nigdy nie zaglądałem krowie do pyska. Może 

faktycznie był to krowi ząb.

- Mam prośbę.

- Co tylko zechcesz.

Postanowiłem udać że nie zrozumiałem retorycznego sensu jego odpowiedzi.

- Co zechcę? - ucieszyłem się. - Niech no wyliczę.

Parsknął śmiechem.

- W granicach rozsądku - powiedział.

- Wobec tego ograniczenia poproszę cię jedynie o to, abyś zapytał swojego ojca o to, 

czyj to ząb.

- Żaden problem. Jutro będziesz wiedział.

Pożegnaliśmy się i wrócił do siebie, a ja też poszedłem do domu. Maciek skończył 

pracę   na   dzień   dzisiejszy   i   siedział   sobie   na   ławie   w   kuchni.   Był   zmęczony   ale   chyba 

zadowolony   z   siebie.   Nie   miałem   siły   nawiązywać   rozmowy.   Poszedłem   do   biblioteki. 

Maciek zrobił regały, więc zacząłem rozkładać na nich książki. Szło mi to dość szybko, zanim 

nie znalazłem tomiku opowiadań Gajdara. Musiał go przywieźć mój przyjaciel. Przeczytałem 

sobie kilka: o podłych białogwardzistach, którzy podpalili las wokoło fabryki i o kułakach, 

który   zamordowali   przewodniczącego   kołchozu.   Mało   się   nie   popłakałem.   Po   kolacji 

wcześnie poszedłem spać. Przyśniły mi się jakieś koszmary. Konie białe jak mleko tańczyły 

po   stosach   nieboszczyków   a   krew   chlustała   im   spod   kopyt   i   przylepiała   się   do   sierści. 

Wreszcie  stały  się zupełnie  różowe i  nastąpiła  metamorfoza.  Zatraciły  swoje realistyczne 

kształty stając się kucykami z filmu „My little pony”. Jeden z nich przypominał z wyrazu 

pyska Juli - an.

*

- Narkotyk? - zdziwił się Semen.

Szaman   kiwnął   głową   i   pokazał   mu   fiolkę   pełną   pokruszonego   zaschniętego 

paskudztwa.

-   Astralna   wędrówka.   Natychmiast,   na   wiele   godzin.   Ci   różni   nawiedzeńcy   z 

towarzystw   psychotronicznych   i   okultystycznych   daliby   lepszy   grosz   za   taką   możliwość. 

Oczywiście można to wszystko wyjaśnić inaczej. Mózg człowieka odbiera fale radiowe ale 

background image

nie jest w stanie ich przetworzyć. Wysyła także fale radiowe, jednak słabe i rozproszone, 

aparatura może je zarejestrować ale są problemy z odcyfrowaniem. Ten środek uaktywnia 

zmysł   radiowy   w   mózgu.   Wtedy   można   odbierać   fale   innych   ludzi   jeśli   nadane   są   na 

podobnym paśmie. Oczywiście nie jest to przekaz dosłowny, ale garść obrazów, które możesz 

nazwać indiańskimi wizjami. Tamtej nocy stałem na skale a wokoło mnie latały białe gołębie. 

Czułem, że ktoś stał niedaleko mnie.

- Jak się go otrzymuje?

- Na starym łajnie reniferów pojawiają się pleśni. Trzeba zmieszać je z dwunastoma 

rodzajami specjalnie przygotowanych ziół i grzybów. W jednym przypadku na dziesięć udaje 

się dobrze dobrać proporcje.

- Chciałbym spróbować.

Szaman uśmiechnął się.

- To bardziej przyda się, tej którą uważasz za swoją córkę.

22 lipca piątek. Bodo - Geitvagan.

Obudziłem się o siódmej rano. Umyłem się w misce, ubrałem i zszedłem na parter, 

gdzie Maciek stukał coś młotkiem. Sądziłem, że stuka w kuchni i tam też zaszedłem, ale jak 

się   okazało   nie   zgadłem.   Mój   koleś   stał   za   oknem   i   przybijał   zawias   mający   trzymać 

okiennicę.

- Cześć - zagadnąłem.

- Cześć - odpowiedział niewyraźnie, bo trzymał w ustach kilka gwoździ.

- Ładne zęby - zauważyłem. - Po co nam okiennice?

- Och, przydadzą się, a poza tym jak znowu cię zamknę to nie wyleziesz tak łatwo jak 

poprzednio.

- Po śniadaniu idę na wycieczkę. Będziesz mi towarzyszyć?

- Nie mam jakoś ochoty. Dokąd?

- Do Geitvagan. Pójdę skałami.

- To dość daleko.

- Lekarz zalecił mi długie spacery.

- Spacery pomagają na główkę? Gdybym wiedział to już dawno popsułbym ci rower. 

Oczywiście dla twojego dobra.

Bywały takie ranki, kiedy go nie znosiłem.

- Mam zamiar przejść przez field a potem pójdę usypiskami wzdłuż morza wśród 

kamieni wielkości domów.

- Co wykuć ci na nagrobku, jeśli coś takiego cię przywali?

background image

- Wykuj co zechcesz.

- Tu spoczywa wierny syn narodu ukraińskiego. Poległ za cara?

- Jestem Ukraińcem?

- Nie.

- I nie za cara.

- W takim razie wykuję ci cytat z jakiegoś ładnego wiersza.

- Nie lubię poezji.

- Wykuję ci cytat z twojego własnego wiersza. Może i nie lubisz ale przecież trochę 

tego kiedyś napisałeś?

- Ja pisałem wiersze?

- Takie tam nieudolne próby. I tak nikt tego nie pamięta...

Zamknął oczy i zaczął recytować w natchnieniu.

”Na takie dictum Stiepan się zawinął,

Po drodze glinowi portfel z torby zwinął

I porwawszy kufel z barowego stołka,

Strzaskał go na łbie komuny pachołka!”

Zamknąłem oczy i usiłowałem sobie przypomnieć, ale nic z tego nie wyszło.

- No wiesz - zaprotestowałem, - coś takiego wykułbyś mi na nagrobku?

- Pasowałoby.

- Tobie tak, ale ja wolałbym jakieś strofy bardziej wzniosłe i...

- Rozumiem. A pamiętasz taki swój utwór:

„Krwią świeżą się zachłyśniemy.

Zwłoki w kanale skisły,

Na gruzach sztandar nasz zatkniemy”?

- Ja to napisałem?

- A któżby inny?

- Nie pamiętam. Na nagrobek też się nie nadaje.

- ”W ciemności nocy zagajnik druidów...”?

- Nie! Kiedy to miałem niby napisać? Wtedy, gdy się spotkaliśmy?

Westchnął.

background image

- Byłem dumny, że mam kumpla poetę - powiedział. - Szkoda, że nie pamiętasz.

„Nie wrócę nigdy do swego kraju,

Nie ujrzę swego domu.

Bolesne są na sercu blizny,

Pogrzebać mnie nie będzie komu”?

Ten utwór poznałem od razu.

- Skąd ty to znasz?

- Napisałeś  na dniach ołówkiem na stole w bibliotece  i to akurat świeżo po jego 

oczyszczeniu i wypolerowaniu.

- Nie złość się, ale to też się nie nadaje.

”Czas się wypełnił, lecz mam świadomość,

Że nie czas by wygasł mój ród

Koła pociągu stukają wiadomość:

Na wschód, na wschód, na wschód...”

- Ładne. To też ja?

- Na ścianie mojej komórki na Starym Majdanie.

- Oj nie ubyło ci jej.

- Zamknij oczy i przypomnij sobie.

Zamknąłem   oczy.   Znowu   znalazłem   się   w   sadzie.   Odwróciłem   się   powoli   i 

zobaczyłem budynek wymurowany ze starych pustaków. Usłyszałem jęk Maćka. Był bardzo 

blady.

- Idź w cholerę. Mózg mi chcesz uszami wygotować? - jęknął.

- Co się stało?

- Grzebiesz mi w głowie!

-   No   to   gadaj.   Wszystko   co   wiesz.   Skoro   jesteś   moim   kumplem   powinieneś   mi 

powiedzieć. Dlaczego jestem telepatą? Kim ja jestem?

- Jesteś Tomasz Paczenko. A telepatia? Cóż. Wszyscy byliście trochę tego - pokręcił 

palcem jakby wkręcał śrubkę w skroń. - Genetyka pomerdana na wylot. Zresztą co się dziwić. 

Kiedyś,   gdy   będziesz   sławnym   poetą,   wydłubię   ten   kawałek   ze   ściany   i   opchnę 

kolekcjonerom za ciężkie pieniądze.

background image

„Żurawi skrzydła nad głową łopocą,

A ja granicę sforsowałem nocą,

Strzał chybił więc jednak wydarzył się cud,

Fale pluskając niosą wiadomość:

Na wschód, na wschód, na wschód...”

- Zgoda. To mi wykujez.

- Tylko tego brakowało. Jeszcze się tu zaplącze jakiś nasz i przeczyta. I co wtedy? 

Dzieci w szkołach będą się uczyły o nieznanym bohaterze, który przepłynął Bug, pytanie 

tylko w którą stronę i jeszcze do niego strzelali.

- Skąd ta pewność, że chodzi o Bug? Z wiersza to nie wynika.

- Ten chybiony strzał i pluskające fale pasują jak ulał do naszej wschodniej granicy. 

Zresztą napisałeś to na przystanku w Mirczu. Cegłą na asfalcie, jeśli mnie pamięć nie myli.

- Ale tu nikt do mnie nie będzie strzelał.  Żadne nagrobki nie będą mi potrzebne. 

Chyba, że ci agenci KGB, o których bredził Sven...

Maciek uśmiechnął się lekko.

- Nie martw się. Weź ze sobą spluwę i idź. A oni pewnie nigdy się nie pojawią. Skoro 

nie wytropili cię w Polsce, widocznie już im na tym nie zależy.

- Nie powiesz mi?

Westchnął. Wyglądało na to, że mówi szczerze.

- Nie mogę. Przynajmniej dopóki hrabia nie zmieni rozkazu. Już i tak wiesz za dużo. 

Musisz badać swoją pamięć. Tam znajdziesz odpowiedź na wszystkie pytania.

- Znałem księcia Orłowa?

- Znałeś Derka. Na prawie wszystkie pytania.

Zjadłszy   śniadanie,   wyszedłem.   Miałem   ze   sobą   plecak,   zwój   linki   alpinistycznej, 

młotek  geologiczny,  oraz butelkę  wody. Wdrapałem  się najpierw  na field i zajrzałem  do 

obozowiska Svena. Ku swojemu zaskoczeniu stwierdziłem, że nie ma go. W ogóle tego dnia 

nie przyszedł. Troszkę mnie to zdziwiło. Nagle poczułem się mniej pewnie, tak jak gdyby 

zabrakło mi anioła stróża w obliczu bram piekieł.

Przeciąłem skalisty taras. Był tu następny wąwóz schodzący do morza. Wąwóz to 

może za dużo powiedziane. Była to po prostu szczelina w skale szeroka na dwa do trzech 

metrów, która przecinała field i opadała dziesięć lub dwanaście metrów w dół, gdzie wśród 

kamieni buszowało morze. Straciłem trochę czasu aby ją obejść lasem, po czym wróciłem na 

background image

skały   i   ruszyłem   dziarskim   krokiem   naprzód.   Szedłem   po   koronie   klifu,   po   płaskiej 

powierzchni  skały,  nachylonej  lekko  w  stronę  lasu,  który  w  zależności   od rodzaju   gleby 

oddalony był od krawędzi urwiska to o pięćdziesiąt, to o dwieście metrów. W skale pojawiło 

się więcej szczelin, to szerszych, to węższych. Niektóre musiałem obchodzić, nad innymi 

wystarczyło dać duży krok, co nie należało do przyjemności, bo wprawdzie były wąskie, ale 

za to potwornie głębokie.

Krajobraz   zmieniał   się   stopniowo.  Dotarłem   do   prawdziwego   rumowiska   wielkich 

skalnych bloków, nachylonych pod dziwacznymi kątami. Klif gubił się, zamieniał w usypiska 

pozornie   luźno   leżących   na   sobie   bloków   skalnych,   schodzące   aż   do   wody.   Miejscami 

tworzyły istny labirynt. Nie spieszyło mi się. Zapędzałem się dzikimi ścieżkami aż nad wodę, 

potem wdrapywałem się mozolnie na górę. Wreszcie zmęczyłem się. Musiałem zrobić chyba 

ze cztery kilometry z ośmiu dzielących mnie od celu mojej wędrówki, gdy usiadłem, aby 

kapinkę odpocząć. Niespodziewanie w nozdrza uderzył mnie zapach dymu z ogniska, który 

widocznie nadleciał razem z wiatrem. W pierwszej chwili nie wiedzieć czemu pomyślałem 

sobie o bandzie satanistów wędzących jakąś  ofiarę, ale zaraz odrzuciłem  te bezsensowne 

myśli.

Przeszedłem   jeszcze   kawałek   i   stanąłem   nad   dużą   szeroką   doliną.   Wyglądała   jak 

wyschnięty fiord, zasypany odłamkami skał, z których największe miały po pięć metrów 

wysokości. Ekstremalny  krajobraz. Brrr. Wydobyłem  z plecaka  maćkową lornetkę.  Ci od 

ogniska siedzieli nad wodą. Ognisko palili naprawdę spore. Na wodzie kołysał się nieduży 

jachcik oraz dwie mniejsze żaglówki. Przyjrzałem się teraz dla odmiany siedzącym. Ubrani 

byli jak strachy na wróble a wokoło zauważyłem dużą ilość pustych puszek po piwie.

- Nieodpowiednie towarzystwo - powiedziałem sam do siebie, potem zacząłem się 

zastanawiać, w jaki sposób można by ich było ominąć. W przeciwległej do mnie ścianie 

wąwozu   znajdował   się  kamienisty  żleb.  Doszedłem  do  wniosku,  że  jest   to  chyba   jedyna 

droga. Po dnie wąwozu mogłem się przemknąć niepostrzeżenie. Lub prawie niepostrzeżenie. 

Popatrzyłem jeszcze raz w stronę wesołej gromadki przy ognisku i zauważyłem coś na co 

wcześniej nie zwróciłem uwagi. Niedaleko od ognia w kierunku wnętrza lądu rosło drzewo. 

Rosło, to może zbyt eufemistyczne określenie. Sterczał tam z ziemi biały konar, na górze 

rozczapierzony   jak   ręka   kościotrupa.   Problem   polegał   na   tym,   że   do   słupa   ktoś   stał 

przywiązany.

Podregulowałem   nieco   ostrość   i   ku   swojemu   zdumieniu   poznałem   pannę   Ingrid 

Roslin. Niemal natychmiast wydedukowałem, że przywiązali ją ci od ogniska. Przeliczyłem 

ich. Było ich dziewięciu. Ciut, ciut za dużo. Gdyby było ich o siedmiu mniej... Zakląłem. 

background image

Klątwami obłożyłem: swoje dobre serce nakazujące mi ją uwolnić, Maćka, że nie poszedł ze 

mną, Svena za to samo, oraz jeszcze raz siebie za pomysł włóczenia się po skałach bez 

pożytku. Zlezienie na dno wąwozu nie było trudne. Potem czołgając się pomiędzy załomami 

skały zacząłem się zbliżać do ich obozowiska. Podpełzłem tak blisko, że prawie dotykałem 

pnia. Chłopaczkowie byli już nieźle wstawieni i głośno rozważali, co też zrobią ze złapaną 

rano panienką. Palili skręty z marihuany. Wiatr niósł w moją stronę zapach palonych konopi. 

Właściwie   wszyscy   mieli   na   myśli   urządzenie   małej   orgii,   rozważali   tylko   możliwe 

zakończenia.   Kilku   sugerowało   zamordowanie   dziewczyny,   inni   zabranie   jej   ze   sobą   na 

wyspę   ze   sobą   na   wyspę   i   przetrzymanie   jej   tam   jakiś   czas   do   zabawy.   Byli   to   młodzi 

Niemcy. Znowu rozumiałem niemiecki, choć nie wiedziałem, skąd mógłbym znać ten język, 

zwłaszcza,   że   porozumiewali   się   raczej   dość   rynsztokowym   słownictwem.   W   miarę   jak 

kolejne puszki piwa znikały w ich gardłach, nastrój niewymuszonej wesołości pogłębiał się. 

Wreszcie   po   jakiejś   godzinie   posnęli   prawie   wszyscy   za   wyjątkiem   jednego,   który 

utrzymywał, że nie należy spać, bo tubylcy mogą znienacka napaść. Siedział kiwając się przy 

wygasłym   ogniu.   Przeliczyłem   wzrokiem   puste   puszki.   Wyliczyłem,   że   wypili   flaszkę 

Wiskhy   i   po   litrze   z   kawałkiem   piwa   na   łebka.   To   było   niewiele.   Nie   wiedziałem,   jak 

podziałały   na  nich  skręty.   Trzeba   było  działać.   Podniosłem  się   i  podkradłem  od  tyłu   do 

siedzącego. Podniosłem z ziemi spory kamień i trzasnąłem go w łeb. Nie przejmowałem się 

specjalnie możliwością, że mogę łobuza zabić. Im mniej takich jak on na świecie, tym lepiej. 

Chlapnął na ziemię jak worek ze zbożem. Podszedłem do Ingrid. Była przytomna. Zerwałem 

plaster,   którym   miała   zaklejone   usta.   Nie   miałem   przy   sobie   noża,   ale   na   szczęście 

poniewierały się na ziemi kawałki stłuczonych butelek. Przeciąłem kilka sznurków i stanąłem 

przed następnym problemem. Ręce miała skute kajdankami.

- Który ma klucz? - zapytałem, szeptem.

-   Tamten   -  odszepnęła   wskazując   gestem   głowy   jednego   z   nich.   Leżał   w   samym 

środku.  Bałem   się,  że  jeśli  wejdę   pomiędzy   nich   któryś   może  się   obudzić.  Wolałem  nie 

ryzykować. Zamiast tego wyjąłem jej z włosów spinkę. Rozgiąłem drut i zacząłem dłubać w 

zamku kajdanek. Widziałem kiedyś na filmie, jak się takie coś otwiera. Wówczas wydawało 

mi się to łatwym do powtórzenia, ale teraz ku swojemu rozczarowaniu stwierdziłem, że jakoś 

mi to nie idzie. Zniechęcony podniosłem z ziemi leżącą nieopodal siekierę. Rąbnąłem  w 

zamek z całej siły. Było to o tyle ryzykowne, że mogłem niechcący odrąbać Ingrid rękę, ale 

udało mi się trafić bezbłędnie. Zamek pękł. Mało jej nie połamałem nadgarstków. W dodatku 

zdarło jej się trochę skóry. Hałas był taki, że obudziłby śpiących rycerzy pod Giewontem, ale 

o dziwo tylko jeden z nich usiadł i ziewając zaczął się rozglądać.

background image

Przyskoczyłem i mlachnąłem go tyłem siekiery w mordę. Tym razem niestety trochę 

się powstrzymałem, żeby nie zrobić mu krzywdy, na skutek czego wypluł dużą ilość zębów, a 

dopiero  potem  zawył   jak  syrena.   Obejrzałem  się.  Ingrid   wiała   w  stronę   żlebu,  o  którym 

pomyślałem   obserwując   dolinkę.   Poczułem   przez   chwilę   dziwne   rozczarowanie,   że   mnie 

zostawiła, ale zaraz pobudziła się reszta, więc nie miałem czasu się nad tym zastanawiać. 

Wydałem z siebie dziki skowyt i rzuciłem się do ucieczki.

Jeden zastąpił mi drogę, ale ja byłem właśnie w stanie totalnego amoku więc źle się to 

skończyło. Drogę zastąpił mi Niemiec, szwab, szkop, krzyżak, kat mojego narodu, więc moja 

polska dusza poderwała mi trzonek siekiery do ciosu, a moja ukraińska połowa włożyła w 

cios   odpowiednio   dużo   siły   i   skierowała   go   w   nader   żywotny   punkt   niezbędny   do 

przedłużania gatunku. Zawył i wykonał salto w powietrzu, waląc łbem o kamienie. Miałem 

mściwą nadzieję,  że zrobił  sobie  dodatkowo jakąś  krzywdę.  Usłyszałem  huk wystrzału  z 

pistoletu, a w sekundę później nad głową przeleciało mi z gwizdem coś bardzo szybkiego i 

metalowego,   jednak   ta   kula   była   już   elementem   drugiego   strzału.   Odsadziłem   się   od 

prześladowców dość daleko głównie z tego powodu, że miałem na nogach buty, podczas gdy 

oni byli na bosaka ale szczerze mówiąc nie sądziłem, że tacy szmaciarze mogą mieć broń. 

Poczułem gwałtowne szarpnięcie za nogawkę i wywaliłem się jak długi. Zdaje się, że kula 

zaczepiła mi o szew spodni. Zaraz jednak poderwałem się i pobiegłem dalej. Dziękowałem 

Bogu, że byli aż tak pijani, choć może gdyby byli trzeźwi, to obyło by się bez tej strzelaniny. 

Gdy dopadłem żlebu, Ingrid była już dość wysoko. Z bliska żleb okazał się być fatalnym 

miejscem do ucieczki. Był cholernie stromy Wdarłem się do góry i popchnąłem dziewczynę, 

co   wydatnie   pomogło   jej   pokonać   ostatni   odcinek.   Na   górze   było   już   płasko.   Właśnie 

usiłowałem się tam wywindować a ona podała mi rękę, gdy poczułem, że ktoś złapał mnie za 

nogę. Wyprowadziłem drugą nogą silny kopniak, uścisk zwiotczał po czym kopnięty stoczył 

się na dół. Znalazłszy się na górze popatrzyłem. Łobuz siedział na ziemi i trzymał się ręką za 

nos, a spomiędzy palców ciekła mu czerwona jucha. Ale będzie żył. Miałem inne problemy, 

bowiem żlebem wspinali się dwaj następni. Złapałem spory kamień leżący na krawędzi i 

spuściłem im na łby. Właśnie miałem wydać okrzyk bojowy ukraińskich nacjonalistów, gdy 

nadbiegł ten z bronią i wolałem szybko się wycofać z nad krawędzi. Obejrzałem się za Ingrid, 

była   już   dość   daleko,   ale   czekała   na   mnie   przynaglając   mnie   gestami.   Pobiegłem   w   jej 

kierunku a ona biegła dalej. Byliśmy na fieldzie  podobnym do tego, który przebyłem  na 

początku   swojej   wędrówki.   Chłopaczkowie   wdrapali   się   już   na   górę   i   biegli   ze   nami. 

Dogoniłem ją.

- Umiesz pływać? - zapytała.

background image

- Tak!

Zakręciliśmy w stronę urwiska. Las podchodził tu dość blisko morza ale nawet jej do 

głowy nie przyszło, żeby tam się schronić. Może i miała rację, bo nie należał w tym miejscu 

do gęstych a oni dysponowali sporą przewagą liczebną. Dobiegliśmy do krawędzi urwiska. 

Spodziewałem   się,   że   zna   tu   jakąś   ścieżkę   nad   wodę,   marzyła   mi   się   nawet   motorówka 

przywiązana tam na dole. Tymczasem zobaczyłem pionową skałę.

- Umiesz fruwać? - zapytała.

- Nie!

- Najwyższy czas się nauczyć - powiedziała spokojnie, a potem złapała mnie za rękę i 

szarpnęła z całej siły. Lot w dół był po prostu upojny, tyle tylko, że trwał przerażająco długo. 

Od   wody   dzieliło   nas   co   najmniej   dwadzieścia   metrów.   Uderzenie   zamroczyło   mnie   na 

chwilę. Nigdy w życiu  nie skakałem  z takiej  wysokości. Na szczęście  u stóp skały było 

bardzo głęboko. Wbiło nas ze trzy metry a potem woda wypchnęła nas na górę.

- Do licha - powiedziałem - to nieładnie tak kogoś zwalać w wodę.

- Sam byś nigdy nie skoczył.

Skowyt, który dobiegł nas z góry, pozwolił nam się domyśleć, że prześladowcy są już 

nad   nami.   I   rzeczywiście,   po   chwili   woda   zakotłowała   się   od   ogromnych   głazów,   które 

zwalali nam na głowę, najwyraźniej w morderczych intencjach. To zabawne ale pomyślałem 

sobie w pierwszej chwili, że mają prawo do odwetu, w chwilę później jednak uświadomiłem 

sobie,   że   to   my   jesteśmy   ofiarami.   Nastąpiło   przejście   i   byłem   rosyjskim   szlachcicem   z 

polskich Ukraińców a na skale nad moją głową czaiła się banda młodocianych nazistów. 

Podpłynęliśmy do samej skały.

- Umiesz nurkować? - zapytała.

- Tak. Głęboko?

- Tu jest podwodna grota. Jakieś dwa metry. Pod wodą zaczyna się do niej wlot. Dasz 

radę?

- A co mam ... - chciałem powiedzieć, „a co innego mi pozostaje”, ale zdanie było zbyt 

trudne. - Spróbuję.

Udało mi się za trzecim razem a w dodatku dostałem w nogę kamieniem. W grocie 

było ciemno, ale powietrze było świeże.

Usłyszałem ją w ciemnościach jak kokosi się po kamieniach.

- Gdzieś tu miałam słoik z zapałkami i świecę - powiedziała - ale nie mogę znaleźć.

- Nic nie szkodzi - powiedziałem. - Możemy siedzieć po ciemku.

- Wybacz, nie podziękowałam i jeszcze...

background image

- Ależ nic nie szkodzi. To był mój obowiązek.

- Wybacz trochę mną to wstrząsnęło. Czy Polacy rozbijają śpiącym głowy i walą 

siekierą po twarzach?

- Polak nie powinien robić takich rzeczy - zgodziłem się - ale było ich zbyt wielu, 

abym mógł stosować czyste metody walki.

- Jesteś  dziwnym  człowiekiem  - powiedziała.  - Ale  cieszę  się, że byłeś  po mojej 

stronie.

Mój atak szału bojowego przeraził ją widocznie. Nie dziwiłem się specjalnie. Ja sam 

byłem zaskoczony własnymi reakcjami.

- Wybacz - powiedziałem - ale wpadłem w furię widząc co oni...

- Co zrobisz jeszcze w tej sprawie?

- Nie mam pojęcia. Od tego chyba jest policja?

Takich jak oni powinno się rostrzeliwywać i zakopywać głęboko w ziemi. Takie było 

moje osobiste zdanie ale wolałem się nie wypowiadać. Zrobiłem na niej wystarczająco złe 

wrażenie.   Swoją   drogą   to   byłem   nieco   rozczarowany   jej   podejściem.   Spodziewałem   się 

odrobiny wdzięczności za ratunek. Ale oczywiście przeliczyłem się. Ratujący bardziej wiąże 

swoje myśli z osobą ratowaną niż uratowany ze swoim wybawcą ale chłód tej dziewczyny był 

obezwładniający.

- Co porobimy dalej? - zapytałem.

Znowu pomerdałem zdanie, ale zrozumiała o co mi chodzi.

- Teraz? Nic nie będziemy robili. Jesteśmy w oblężeniu.

- Może już sobie poszli. Pójdę sprawdzić.

- Nie zgrywaj się na takiego bohatera.

Wkurzyłem się. Ja się zgrywałem? Wariatka! Już by pewnie ziemię gryzła gdyby nie 

ja a teraz mówi, że ja się zgrywam na bohatera? Ogarnęła mnie wściekłość.

- Do zobaczenia - powiedziałem. - Może ktoś kto się będzie zgrywał wyciągnie cię 

stąd!

Wskoczyłem   do   wody   i   wypłynąłem   z   groty.   Rozejrzałem   się   uważnie   . 

Prześladowców  nigdzie  nie  było widać. Jacht  był na  morzu. Żaglówki  towarzyszyły  mu. 

Znajdowali się w odległości około pół kilometra i szybko oddalali się od lądu wykorzystując 

sprzyjający wiatr. Popłynąłem wzdłuż skały szukając jakiejś możliwości wdrapania się na 

górę. Fale majtały mną o kamienie, w dodatku nie miałem pod stopami gruntu. Wreszcie 

znalazłem wąską ścieżkę wspinającą się zakosami ku szczytowi urwiska. Dwa razy omal nie 

zwaliłem się do wody ale zdołałem się utrzymać. Byłem już blisko krawędzi, gdy usłyszałem 

background image

wystrzał z dubeltówki. Troszkę się wystraszyłem, pomyślałem, że ktoś strzela do mnie ale 

potem przypomniałem sobie słowa hrabiego Derka. „Jeśli słyszysz oddany do ciebie strzał to 

znaczy, że jeszcze żyjesz, bowiem kula jest szybsza niż odgłos”. Wyjrzałem ostrożnie. Sven. 

Ucieszyłem się.

- Tutaj – krzyknąłem.

Odwrócił się i poszedł w moją stronę. Wyszedłem mu naprzeciw. Nagle zatrzymałem 

się zaskoczony, przypomniałem sobie słowa hrabiego Derka. Usiłowałem się skoncentrować i 

może przypomniałbym sobie jeszcze coś, ale Sven mi nie dał.

- No hej - zagadnął. - Co tu się działo? Słyszałem z daleka jakąś strzelaninę...

- Strzelaninę? - zdziwiłem się. - Jakieś łebki chyba zabawiały się petardami. Chcesz 

siekierę? - podałem mu trzymaną w ręce.

- Skąd masz? - zdziwił się.

- Leżała tu między kamieniami. Pomyślałem, że niepotrzebnie się marnuje. Za ciężka, 

żeby mi się chciało wlec ją taki kawał.

- Nie wierz mu - powiedziała Ingrid.

Nadeszła cicho i musiała już dobrą chwilę stać za mną.

- Co tu się naprawdę stało? - zapytał patrząc na jej otarte nadgarstki.

Opowiedziała. Z detalami. Podkreślała szczególnie moje bohaterstwo zimną krew i 

opanowanie. Widać było, że żałuje szczerze tego co powiedziała do mnie w grocie. Jej brat 

był wstrząśnięty.

- Załatwię to - powiedział. - Złapią gnojków i powieszą.

- Powieszą? - ucieszyłem się.

- Może nie powieszą, ale jeśli to Niemcy to wstemplują im wizy administracyjne i 

nigdy w życiu nie będą mogli się pojawić na terenie żadnego państwa skandynawskiego.

- Trochę mało.

-   Posterunkowy   Lunden   to   mój   dobry   kumpel.   Przy   aresztowaniu   oberwą   od 

policjantów w koniecznej obronie własnej.

Poczułem się przez sekundę, jak gdybym wrócił do Polski. Poszliśmy przez las do 

starej drogi. Geitvagan leżało bliżej niż mi się wydawało. Na miejscu byliśmy po niespełna 

półgodzinie. Dom Roslinów stał za miastem, na wzgórzu. Im bardziej się zbliżaliśmy tym 

mniejszy   się   czułem.   Budowla   przytłaczała   swoim   ogromem   i   powiewem   trochę   już 

przebrzmiałej świetności. Na pierwszy rzut oka przypominał mi nieco kozacki chutor. Ten, 

kto w bliżej nieokreślonej przeszłości wzniósł dla siebie i swojej rodziny tą siedzibę musiał 

mieć wielu wrogów. Dom bowiem pełnił  jednocześnie funkcje mieszkalne  i obronne. Na 

background image

podmurówce z kamienia, która nawiasem nie była jednolitej wysokości, wznosiły się ściany 

zbudowane z poczerniałych  ze starości drewnianych belek. Budowniczy dopasował je do 

podmurówki   poprzez   odpowiednie   przycięcie,   tak   jak   gdyby   kamienny   wątek   ściany   był 

szczególnie   bliski   jego   sercu.   Okna   wąskie   i   długie   przywodzące   na   myśl   strzelnice 

znajdowały   się   dopiero   na   wysokości   pierwszego   piętra.   Mój   zachwyt   odmalował   się 

widocznie na mojej twarzy, bowiem Sven mrużąc szyderczo oczy zapytał:

- No i jak, podoba ci się?

- Niesamowite - wyraziłem swoje zdanie.

- Robi wrażenie, no nie? - zapytała Ingrid z tryumfalnym uśmiechem.

- Niesamowite - powtórzyłem. - Kto to wybudował?

- Nasz pradziadek nadał domowi ten kształt, który teraz widzisz. Ale moja rodzina 

żyje w nim już od dziesięciu pokoleń. Od 1725 roku.

Przeszliśmy przez małą furtkę w bramie i znaleźliśmy się na dziedzińcu otoczonym 

jakimiś   pomieszczeniami.   Na   wysokości   pierwszego   piętra   obiegał   go   balkon,   z   którego 

prowadziły liczne drzwi, zapewne do pokoi. Belki podtrzymujące balkon i wyżej daszek nad 

nim   były   gęsto   rzeźbione,   tak   jak   gdyby   nieznany   artysta   spróbował   oddać   w   drewnie 

przepych baroku.

- Czuje się tu powiew historii - powiedziałem z szacunkiem.

Niewesołe   myśli   ogarnęły   mnie   dość   niespodziewanie.   Co   my   Paczenkowie 

osiągnęliśmy? Nie wiedziałem. Poczułem silny kompleks niższości. Rodzina powinna mieć 

swoją siedzibę. Bez tego zanika tradycja. Skrzyżowałem ręce na piersi i złożyłem dworski 

pokłon wszystkim przodkom Svena i Ingrid, którzy kiedykolwiek tu mieszkali.

- Co mu się stało? - usłyszałem szept dziewczyny.

- Nie wiem, on często tak. Zamyśla się, a potem... Chyba chce okazać szacunek.

- Komu? Przecież w domu nikogo nie ma?

- Może historii. A może tym, który to wznieśli? Nie jestem od tego, aby grzebać się w 

jego pokrętnej słowiańskiej duszy.

- Te kamienne części ścian to resztki skali wikingów, prawdopodobnie z dziesiątego 

wieku - powiedziała. - Już nasi przodkowie otaczali je szacunkiem, jak zapewne widzisz.

- Niesamowite - powiedziałem. - Nie znajduję słów uznania...

Dziesiąty wiek. Rotunda na Wawelu i ruiny na Ostrowie Lednickim. Zalążek państwa 

pierwszych Piastów. A tutaj? W prywatnym domu!

- Oprowadź gościa - polecił jej brat. - Ja skoczę do Bodo do Lundena...

- Dobrze - zgodziła się. - Chodź Thomas.

background image

Ładnie   mnie   nazwała,   słyszałem   gorsze   wersje   swojego   imienia   o   nazwisku   nie 

wspominając.

Sven wyciągnął z jednego z pomieszczeń swój rower i pojechał. Stałem przez chwilę 

w milczeniu patrząc na otaczające mnie zabudowania.

- Tam na piętrze były kiedyś pomieszczenia mieszkalne? - zaciekawiłem się.

-   Tak.   Kiedyś   było   nas   więcej.   Część   zajmowała   służba.   Tyle   tylko,   że   potem 

płodność   zaczęła   się   zmniejszać.   W   początkach   wieku,   mamy   taką   fotografię,   było 

dwadzieścioro członków naszej rodziny. A dziś jest nas tylko troje. Nie liczę mamy, bo to 

inna krew.

- To faktycznie przygnębiające.

- Chodź dalej.

Weszliśmy   w   potężne   nabite   żelaznymi   ćwiekami   drzwi   po   przeciwległej   stronie 

dziedzińca niż brama.

- Wiesz po co nabijano drzwi metalem? - zapytała.

- Wiem. Chodziło o to, aby wrogowie próbujący je wyłamać mieli problemy z ich 

rozrąbaniem. Interesowałem się od zawsze archeologią i historią...

Weszliśmy.   Były   tu   schody   prowadzące   na   górę   oraz   drzwi   do   głównego 

pomieszczenia domu. Rzuciłem okiem. Wielki salon, jeśli wierzyć podłodze z kamiennych 

płytek   i   częściowo   kamiennym   ścianom   musiała   się   tu   kiedyś   mieścić   główna   sala 

wikińskiego dworzyszcza. Tylko żeliwny kominek o konstrukcji umożliwiającej dopalanie 

gazów   w   czaszy   troszkę   psuł   efekt.   Weszliśmy   po   schodkach   na   górę   i   po   sforsowaniu 

kolejnych drzwi wykonanych z dranic gęsto oplecionych stalą znaleźliśmy się na balkonie 

obiegającym podwórzec.

Ledwo jednak się tam wdrapaliśmy przez bramę wbiegł doktor Lars.

- No hej - zawołał do nas.

Zeszliśmy na parter. Rzucił się w naszą stronę jak rozjuszony byk, aż się w pierwszej 

chwili przestraszyłem ale nie stało się nic strasznego, poza tym, że uścisnął mnie potężnie, aż 

poczułem swoje połamane żebra.

- Panie Patzchenko - powiedział. - Gdybym tylko mógł coś zrobić dla pana...

- Ależ nie ma za co...

- Nasza dozgonna wdzięczność...

Z jego urywanych zachwytów nad moją skromną osobą wywnioskowałem, że Sven 

już mu wszystko opowiedział. Zacząłem się wymawiać, że to nic takiego i że każdy na moim 

miejscu   postąpiłby   tak   samo   a   pewnie   nawet   jeszcze   lepiej,   bo   ja   cały   czas   mało   nie 

background image

narobiłem w portki ze strachu.

- To że się bałeś nie umniejsza twoich zasług, ale wręcz przeciwnie zwiększa ich 

wartość - powiedział. - To nie sztuka, gdy ktoś odważny dokonuje wielkiego czynu, ale gdy 

ktoś przezwycięża sam siebie...

- Ratowałem ją ze strachu, że wyrzuty sumienia nie dałyby mi spać do końca życia - 

wyjaśniłem.

Trochę   skopałem   gramatykę,   ale   zrozumiał.   Zaraz   przyszła   mama   Ingrid   -   pani 

Brigitta, która już co nieco słyszała ale której musiałem opowiedzieć wszystko jeszcze raz ze 

szczegółami.   Ingrid   pomogła   mi   wychwalając   pod   niebiosa   moją   odwagę.   Poczułem   się 

zażenowany ale właśnie przyjechał Sven z Lundenem; na jego twarzy gościł jak gdyby wyraz 

rozczarowania. Policjant także był mocno nie w sosie.

- Thomas Paczenko? - raczej stwierdził niż zapytał patrząc na mnie w zadumie.

- Tak, to ja.

- Przykra sprawa. Strzelali do ciebie?

- Trzy razy.

- Powiem po kolei o co chodzi. Niecałe dwadzieścia minut przed pojawieniem się na 

posterunku mojego kumpla Svena zjawiła się tam banda, dziesięć sztuk, młodych niemieckich 

turystów.

- Aresztował ich pan?

- Przyszli złożyć doniesienie. Mianowicie wedle ich słów zostali napadnięci a na moje 

barki złożyli ciężar odszukania sprawcy.

- Wot te na! - wyraziłem po rosyjsku swój niepokój.

- Trzeba przyznać, że rzeczywiście mieli pewne podstawy. Jeden dostał kamieniem w 

głowę. Nic szczególnego,  lekki wstrząs  mózgu. Drugi oberwał znacznie  gorzej.  Ktoś  mu 

przyładował siekierą w usta i chłopak  nie może się doliczyć  jedenastu  zębów. Jeden ma 

naderwane jądra, na szczęście niegroźnie, tyle tylko, że musieli mu w szpitalu przyszywać. 

Jeszcze inny ma trzy szwy na głowie po tym, jak jakiś łobuz rzucił do niego kamieniem, zdaje 

się o sporej wadze. Jeszcze inny ma złamany nos po tym, jak ktoś go kopnął w twarz.

- Niesamowite - wyraziłem ostrożnie swoje zdanie.

-   Mimo   moich   pytań   pomocniczych   i   łagodnej   perswazji   twierdzili   uparcie,   że 

zaatakował ich jeden zdziczały tubylec o nieprawdopodobnej sile.

- Wobec tego mam alibi. Każda próba wykaże, że moja siła nie odbiega od przeciętnej.

- Tak czy inaczej jestem pełen podziwu.

- Działałem w koniecznej obronie własnej!

background image

- Szykuje się grubsza afera. Tatuś jednego z tych degeneratów jest jakąś grubą rybą w 

ambasadzie RFN. Zapowiedział już przez telefon, że będzie interweniował.

-   Właściwie   to   gdybym   pojechał   na   lotnisko,   przypuszczalnie   złapałbym   samolot 

gdzieś   i   za   godzinę   znalazłbym   się   poza   granicami   waszej   jurysdykcji   -   powiedziałem 

ostrożnie.

-   Panie   Lunden,   jeśli   aresztuje   pan   człowieka,   który   wydarł   z   łap   bandy 

zwyrodnialców moją córkę... - zaczął doktor Lars.

- Doktorze, niepotrzebnie pan mną tak gardzi - powiedział Lunden z żalem. - Podoba 

ci się w Norwegii? - zwrócił się do mnie.

- Bardzo. To piękny kraj.

- Masz zamiar zostać produktywnym obywatelem?

- Miałem taki zamiar. Teraz...

- Może jestem norweskin szowinistą, ale ja panie doktorze odbieram to w ten sposób. 

Jeśli   p   r   a   w   i   e   nasz   obywatel   wydziera   młodą   Norweżkę,   z   rąk   bandy   zagranicznych 

szumowin, to moim  obowiązkiem  jako norweskiego  policjanta  jest mu  w tym  dopomóc! 

Dzieci to przyszłość naszego kraju. Chrońmy je.

Lars i Sven kiwnęli głowami.

- Tak więc po przesłuchaniu świadka - wykonał ręką gest w stronę Ingrid. - I po 

zasięgnięciu   opinii   miejscowego   notabla   -   skłonił   się   w   stronę   doktora   -   stwierdzam,   że 

odnalezienie   poszukiwanego   osobnika   jest   właściwie   niemożliwe,   gdyż   nikt   z 

zamieszkujących   nasz   okręg   młodzieńców   nie   odpowiada   podanemu   rysopisowi.   Skargę 

rodziny Roslinów dołączymy  do sprawy. Wprawdzie w ich zeznaniach nie było mowy o 

żadnej dziewczynie ale może zmienią zeznania jak pokażemy im wystrzelone kule i inne 

dowody rzeczowe.

- Skąd je wziąć?

- Jutro odbędziemy wizję lokalną na miejscu zdarzenia. Jeśli coś znajdziemy to będzie 

bardzo dobrze. I nie przejmuj się. Nawet jeśli minister nakaże nam odnalezienie winnych to 

tak czy siak nie będzie to takie proste.

- Dziękuję.

- Ależ nie ma za co. Prosiłbym tylko, żebyś w przyszłości używał innych argumentów 

niż siekiery.

- Może wartoby ich zrewidować? - zauważył doktor. - Powinni mieć broń...

- Nie możemy bez nakazu prokuratora.

Mój   szpieg   miał   minę   jak   gdyby   go   zęby   bolały.   Pożegnaliśmy   się   i   poszedł. 

background image

Wkurzyłem się, zresztą moje zdenerwowanie podzielali wszyscy w pokoju.

- Napadli na moją córkę i jeszcze mieli czelność składać doniesienie - wściekł się 

weterynarz.

- Gówno będzie a nie dochodzenie - zawtórował mu Sven. - Poszukają łusek, nic nie 

znajdą, brak dowodów i cześć. Chłopaczkowie uruchomią tatusiów i wywiną się a jeszcze 

nam się oberwie za wytoczenie im sprawy.

Uznałem, że pora działać. Odezwał się we mnie zew krwi. Zapewne po przodkach.

- Na Ukrainie, skąd pochodzę, w przypadkach gdy prawo jest bezsilne lub urzędnicy 

skorumpowani, należy zemstę brać we własne ręce - powiedziałem dobitnie i chyba nawet 

całkiem poprawnie.

- Kim jesteśmy, aby brać zemstę we własne ręce? - powiedział doktor. - Nie mamy 

broni. Zresztą jest ich wielu. Zbyt wielu. Wszystko się we mnie gotuje ale chyba trzeba 

odpuścić. Ja w każdym razie o niczym nie wiem.

Porozmawialiśmy   jeszcze   przez   chwilę,   a   potem   poszedłem   do   domu.   Sven 

zaofiarował się, że mnie odprowadzi, bał się, że rozgromieni rankiem chłopaczkowie mogą 

powrócić w zwiększonej ilości i przetrząsać okolicę. Takie ryzyko istotnie istniało.

- Myślę, że obaj myślimy o tym samym? - zagadnął, gdy opuściliśmy dom Roslinów.

- Myślę, że tak.

- Poważnie chcesz zadać im bobu?

To zabawne, że to akurat wyrażenie po przetłumaczeniu na polski brzmiało niemal 

identycznie.

- Myślę, że trzeba.

- Pomyśl z tym swoim ukraińskim kumplem nad metodą, a ja tymczasem postaram się 

dowiedzieć, gdzie oni siedzą. Coś słyszałem o wyspie Landego ale nie jestem pewien, czy to 

akurat o nich chodziło.

- Nie myślałem, że tu tak jest.

- To znaczy jak?

- Miałem nadzieję, że to państwo prawa. Że przestępcy trafiają tu do więzień...

Uśmiechnął się lekko.

-   Na   razie   organa   ścigania   chronią   jednego   takiego   co   rąbie   śpiących   siekierą. 

Pomyliłeś  ustroje.  To  zdaje  się w  Rosji  wsadzono dziesięć  milionów  ludzi  do łagrów  w 

ramach intensyfikacji walki z chuligaństwem?

- No cóż. W USA jest zapewne podobnie jak u was.

- Powiem ci Thomas, że dosięgnie ich orzeł Temidy. Jeśli nie państwowy, to naszej 

background image

hodowli.

Uścisnąłem mu rękę. Widać odezwała się w nim dobra krew po przodkach wikingach. 

W lesie nie spotkaliśmy nikogo.

- Pewnie liżą rany - zaryzykował stwierdzenie Sven. - Ale przez parę dni lepiej by 

było, gdybyś nie chodził nigdzie sam.

- A czy ja chodzę gdzieś sam? - wyraziłem zdziwienie.

Roześmiał się.

- Faktycznie. Swoją drogą to niezły z ciebie kombinator. W ciągu tygodnia zrobiłeś ze 

mnie, dzielnego wywiadowcy, swojego ochroniarza.

-   Tak   to   już   bywa   -   powiedziałem   z   obłudnym   uśmiechem.   -   Nic   w   życiu   nie 

przychodzi   łatwo.   A   tak   na   marginesie,   o   dzisiejszych   wypadkach   napiszesz   chyba   w 

raporcie?

-   Jeszcze   nie   zgłupiałem.   Wystarczy,   że   wysłałem   ten   o   tej   kici   na   koniu,   choć 

napisałem w nim jedną dziesiątą tego, co tu miało miejsce. Gdybym teraz napisał o waleniu 

siekierą po twarzach i strzelaninie, to nikt nie uwierzyłby mi w dalsze doniesienia.

- Dlaczego?

- Trochę za gęsto tych niesamowitych przygód.

W domu było cicho i spokojnie. Zwierzaki buszowały po parterze. Zamknąłem drzwi 

na zasuwkę. Nieobecność Maćka trochę mnie niepokoiła ale gdy wdrapałem się na piętro 

niepokój prysł. Na drzwiach jego pokoju wisiała kartka:

„Poszedłem spać. Źle się czuję.

PROSZĘ NIE BUDZIĆ”

Zastosowałem się do jego prośby. Zszedłem na parter i zrobiłem coś do jedzenia dla 

siebie i zwierzaków. Po obiedzie wypuściłem je na zewnątrz, aby mogły się wyhasać przed 

nocą. Popatrzyłem na nie przez okno w kuchni. Pobiegły na skraj lasu. Tam przystanęły. 

Przez chwilę węszyły w poszyciu a potem zabrały się za kopanie. Widocznie znalazły jakąś 

obiecującą norę. Może leminga? To zabawne ale przez cały swój dotychczasowy pobyt nie 

spotkałem   ani   jednego.   Gucio   kopał   jak   zawodowiec.   Miał   w   tej   dziedzinie   wieloletnie 

doświadczenie. Zdaje się, że był starszy od Maćka. Ciapuś z kolei był jeszcze szczeniakiem 

ale starał się naśladować. Biorąc pod uwagę jego rozmiar w ciągu minuty wydarł dziurę tak 

głęboką, że chował się w niej do połowy. Maciek obudził się bardzo późno i był wyraźnie nie 

w sosie. Zczłapał na parter zapewne z zamiarem przekąszenia czegoś.

- No cześć - powiedział na mój widok - Jak tam wycieczka?

- Całkiem udana. - powiedziałem.

background image

W tej chwili potknął się o leżącą na podłodze siekierę. Podniósł ją z zaciekawieniem 

do oczu i obejrzał uważnie.

- Co to jest? - zaciekawił się.

- Siekiera.

- Widzę, że nie łopata. Ona jest nasza?

- Teraz już tak.

- To na trzonku to krew. Zabiłeś kogoś?

- Nie czekałem, aby sprawdzić.

- Hmm... A za co?

- Miał nieprzyjemny wyraz twarzy.

- Moją lornetkę też zabrałeś?

Lornetka była w plecaku, a plecak został u Roslinów.

- Jutro będziesz miał ją z powrotem.

- Hm. Pogadamy jutro, co? Trochę źle się czuję. Mam nadzieję, że nikt nie depcze ci 

po piętach?

- Niewykluczone. Na wszelki wypadek trzeba uważać na bandę chłopaczków, takich 

po siedemnaście, osiemnaście lat. Może będą mnie szukać. Nie budź mnie jutro rano, chcę się 

dobrze wyspać.

- Gut.

Podniósł siekierę z ziemi i otworzywszy drzwi wejściowe rzucił ją z rozmachem w 

fale.

- Nigdy nie bierz ze sobą nic co może cię obciążać - pouczył mnie tonem zrzędliwego 

belfra.

Nie mogłem nie przyznać mu racji. Ale trochę było mi żal siekiery, bo była naprawdę 

fajna. Nie zasiadywałem się. Poszedłem spać niedługo po nim. Przyśniło mi się, że kupiłem 

jakieś stare dolary. Te najstarsze były chyba z czasów wojny o niepodległość.

23 lipca sobota.

Obudziłem się o siódmej rano. Właściwie to zostałem obudzony. Maciek potrząsał 

mną. Otworzyłem leniwie oczy. Siódma rano.

- Śpię do południa - przypomniałem mu.

- Wstawaj Tomaszu! Dama do ciebie.

Zwlokłem się z łóżka i umywszy w misce zszedłem na dół. W kuchni na krześle 

maćkowej produkcji siedziała Ingrid. Wyglądała uroczo.

- Wyglądasz jak samuraj zbierający siły przed decydującym starciem - powiedziała.

background image

- Czyżby? - zdziwiłem się.

-   Jesteś   skupiony,   rozważasz   coś   w   myślach,   jak   gdybyś   się   szykował   do   czegoś 

strasznego.

-   Jeśli   już   szukasz   japońskich   analogii   to   powiem   ci   japońskie   przysłowie:   po 

zwycięstwie mocniej naciągnij hełm.

- Dlaczego? Banda oberwała wczoraj solidnie... Więc co według ciebie należałoby 

zrobić?

- Najpierw dokładnie ich zrewidować. Potem zamknąć na trzy dni w izolowanych 

celach bez wody i żarcia a potem na kolanach prosiliby, żebyśmy byli łaskawi odebrać ich 

zeznania.

Zdanie strasznie pokiełbasiłem ale zrozumiała.

- Takich metod nie wolno tu stosować.

- U nas też nie a jednak są powszechnie używane.

- Opowiedz mi coś o sobie - poprosiła. - Tak słabo się znamy a mam wobec ciebie 

dług wdzięczności.

- Zostaniemy przyjaciółmi? - zaproponowałem.

Kiwnęła poważnie głową.

- Co chcesz o mnie wiedzieć? - zapytałem.

- Wszystko.

- To będzie krótkie opowiadanie. Nie wiem kim jestem...

Maciek uśmiechnął się.

- Nie słuchaj go - powiedział po angielsku. - Ma zanik pamięci. Amnezję pourazową. 

Jestem chwilowo jego teraputą.

Zamyśliłem się na dłuższą chwilę.

- Żyję w nieprzeniknionych ciemnościach - powiedziałem. - Moja dusza pełna jest 

mroku i szarych cieni i niekiedy tylko mam w życiu nieco jaśniejsze okresy. Mam problemy z 

oceną tego co jest sprawiedliwe i co jest niesprawiedliwe, zresztą jak większość ludzi, których 

kształtował komunizm. Mam duszę trochę polską a trochę ukraińską. Polska część zmusza 

mnie do pakowania się w różne niemiłe sytuacje, jak na przykład wczoraj ale gdy coś zaczyna 

się psuć, włącza się moje ukraińska dusza i wyciąga mnie z błota, do którego wpadłem.

Maciek wzniósł oczy w stronę sufitu.

- Nie masz duszy ukraińskiej - warknął po polsku. - wszyscy twoi przodkowie byli 

Polakami.

- Ojej. To chyba jest depresja.

background image

- Z całą pewnością.

- A co powiesz o tym mieście? O tej okolicy? Podoba ci się tutaj?

- Umiecie żyć. Nie ma nawet porównania z tym, co jest w moich rodzinnych stronach. 

Ale tu jest tak spokojnie...

- Zwłaszcza wczoraj?

- Nawet tak. Zresztą nie mogę narzekać, bo ostatecznie to ja ich napadłem.

- A ludzie?

- Nie miałem okazji poznać tu zbyt wielu osób ale sądzę, że niewiele będzie na moim 

poziomie. To jest Zachód. Macie inne zainteresowania.

- Na przykład?

- Sex, narkotyki, moda, filmy i dekadencka muzyka.

- Tak nisko nas oceniasz?

- Wybacz ale taki jest mój pogląd. Nie macie w życiu prawdziwych celów, o które 

trzeba walczyć. Nic was nie ogranicza. Jeśli jutro wpadniesz na pomysł, żeby wyrwać się w 

Alpy na narty to kupujesz sobie bilet wsiadasz i lecisz. A jeśli zechcesz popływać w morzu 

karaibskim, to też nie jest to problem.

- To drogie zachcianki.

- Droga Ingrid, nie rozśmieszaj mnie. Dla was nie istnieją rzeczy drogie.

- To znaczy?

-  Tu   się  zarabia  dwadzieścia  dolarów   na  godzinę.   U  nas  dwadzieścia   dolarów   na 

miesiąc. To obrazuje różnicę.

Zamilkła zaskoczona. Maciek milczał. Chyba nie do końca rozumiał o czym mówimy.

- Zaś gdy chcecie gdzieś jechać to wyjmujecie paszport z szuflady i po problemie. U 

nas trzeba złożyć podanie, odczekać kilka lat na jego pozytywne lub, co często się zdarza 

negatywne rozpatrzenie, potem wystać się w kolejkach po wizę, wreszcie na waszej granicy 

czatują faceci z urzędów imigracyjnych, którzy mogą po prostu nie wpuścić do środka. A do 

tego wasze ceny to śmierć dla każdego turysty zza żelaznej kurtyny.

- Ale trochę Polaków przyjeżdża. Na południe...

- Tak ale przybywają tu aby pracować. Tu popracuje dwa trzy miesiące, wróci do 

siebie  i kupi sobie  używany  samochód, albo  działkę  pod miastem,  no może  nie po dwu 

miesiącach, ale to działa na podobnej zasadzie. Tu miesiąc, tam pół życia..

- Nie lubisz swojego kraju?

- Jestem patriotą na tyle, na ile mogę. Strasznie zszedł naród na psy. Wybacz, nie o 

tym miałem mówić.

background image

- Nic nie szkodzi. To bardzo ciekawe, co mówisz. Jak to się stało, że ty nie zszedłeś na 

psy?

Pytanie było ciut obraźliwe, ale takie są skutki różnic kulturowych.

- Nie zdążyłem.

- Też będziesz kiedyś wielkim człowiekiem - wyraziła swoje przypuszczenia.

- Jeśli nie dopadną mnie wcześniej moi wrogowie, na przykład ci, których wczoraj 

porąbałem siekierą.

- Zawsze są jacyś wrogowie - zauważył Maciek i wyszedł.

- Myślisz, że ci wczorajsi będą próbowali cię znaleźć?

- Jestem tego prawie pewien. Ja bym próbował.

- Myślę, że na wszelki wypadek nie powinieneś chodzić na dyskoteki. Przez najbliższe 

kilka tygodni.

- I tak nie chodzę, więc nawet nie poczuję braku.

- Dlaczego nie chodzisz? - zdziwiła się.

-   Wasza   muzyka   nie   przemawia   do   mnie   zupełnie.   Wolę   przebywać   w   ciszy   i 

ciemności.

- To co robisz w wolnych chwilach?

- Rozważam różne problemy i przeglądam swoje wspomnienia.

Zamyśliła się marszcząc czoło.

- Masz aż tyle wspomnień?

- Trochę mam. Może nie bardzo dużo i nie są specjalnie ciekawe ale trudno.

Nudziła mnie ta rozmowa. Ingrid też zaczęła się zbierać. Zaofiarowałem się, że ją 

odprowadzę. Zabrałem rewolwer. Tak na wszelki wypadek. Odprowadziłem ją prawie do jej 

domu, po czym zawróciłem. Zaraz na skraju lasu natknąłem się na Svena.

- Na ile jesteście Ukraińcami, ty i twój kumpel? - zapytał.

- Jeśli chcesz szukać zemsty to trafiłeś na odpowiednich ludzi - powiedziałem. - Może 

i mamy po piętnaście lat ale nie zawahamy się przed niczym.

- Twój kumpel umiałby zrobić bombę?

- Myślę, że tak. Masz jakiś materiał wybuchowy? Jeśli nie to dostarczysz składniki i 

on zrobi. Nawet nitroglicerynę.

- Cholera! Mam skrzynkę czegoś. Chyba trotylu. Pójdziemy sprawdzić?

Kiwnąłem  głową. Zawróciliśmy.  Z patio  ich domu wchodziło  się do niewielkiego 

pomieszczenia przy bramie. W podłodze była klapa prowadząca do piwnicy. Zostałem na 

podwórku i wypatrywałem, czy nie mignie mi gdzieś Ingrid, ale ona zaszyła się wewnątrz 

background image

domu.   Szpieg   wynurzył   się   z   piwnicy   ze   sporą   skrzynką.   Odbił   wieko   i   oczom   naszym 

ukazało   się   kilkadziesiąt   lasek   mniej   więcej   trzydziestocentymetrowej   długości.   Wziąłem 

jedną o ręki i obejrzałem.

- To chyba nie jest trotyl - powiedziałem.  - Dynamit  też  nie. Ale Maciek  będzie 

wiedział.

Ingrid pojawiała się na balkonie.

- Zjecie drugie śniadanie?

Nie odmówiłem poczęstunku. Jedliśmy w Skali.

- Oczarowałeś moją siostrę - powiedział Sven. - Do tej pory jej chłód był nieomal 

przysłowiowy.

Popatrzyłem jej w oczy ponad stołem. Zarumieniła się, ale patrzyła na mnie. To było 

zaskakujące.

„Chyba   mnie   kocha”   -   pomyślałem.   Zacząłem   się   nad   tym   zastanawiać,   ale   nie 

doszedłem, do żadnych wniosków. Może i tak było. Po śniadaniu wsiadłem ze Svenem do 

samochodu   i   pojechaliśmy.   Ingrid   stała   w   otwartej   bramie   i   machała   nam   dopóki   nie 

zniknęliśmy za zakrętem. Odmachnąłem jej. Samochód to jednak dobra rzecz. Nie uchybiając 

oczywiście rowerowi. Maciek siedział w rupieciarni i coś majstrował. Na widok skrzynki 

oczy mu zabłysły.

- Chcemy się zemścić - powiedział szpieg. - Pomożesz nam?

- Zemsta! - ucieszył się Maciek. - Oczywiście, że pomogę.

- Mój plan jest następujący - powiedział Sven. - Wedle moich informacji siedzą na 

wyspie  Landego.  Znam ją  jak  własną kieszeń.  W grę wchodzą trzy  dogodne miejsca  do 

biwakowania. Mój plan jest następujący: Wysadzimy desant na wyspę i wysadzimy im w 

powietrze ich jacht.

-   Trzeba   pomyśleć   o   finansowym   zabezpieczeniu   sprawy   -   powiedziałem.   -   Na 

wypadek, gdyby nas złapali.

- Z tym mógłby być mały problem. Dlatego nie możemy dać się złapać.

- Jakiej pomocy potrzebujecie? - zapytał mój kumpel, gdy przełożyłem mu wszystkie 

dialogi.

- Umiesz zrobić bombę? - zapytał Sven.

- Bombę? Tak, oczywiście. Z tego?

Mój przyjaciel popatrzył uważnie na papier nalepiony na jednej z lasek.

- Amonit, albo melanit - powiedział. - Używany w kopalniach.

- To właśnie z kopalni - wyjaśnił szpieg. - W czasie wojny spółka zatopiła szyb, a 

background image

materiały wybuchowe rozdano górnikom. Tylko Teufel z nich skorzystał.

Maciek wziął nóż i zaczną dłubać przy lasce. Szarpnęliśmy się obaj odruchowo do 

tyłu, ale on wiedział co robi. Zdarł papier i wrzucił pod piec.

-   Amonit   nie   zapala   -   powiedział.   -   Zostałyby   kawałki   papieru.   Gdyby   odczytali 

numery ewidencyjne byłoby źle.

- Czego potrzebujesz do budowy bomby? - zapytał Sven.

-   Blachę   miedzianą,   drut   izolowany,   budzik,   płaską   baterię,   nie,   lepsza   będzie 

dziewięciowoltowa. Metalową puszkę, metalową rurkę około metra długości i średnicy trzy 

centymetry, uszczelniacza... I kondensator.

- Zapisz - podsunąłem mu kartkę.

- Mam ponadto jeszcze jeden pomysł - powiedział mój nieobliczalny kumpel.

- Co to za pomysł? - zainteresowaliśmy się.

-   Walczyć   należy   nie   dynamitem   a   ogniem   i   nożem.   Dynamit   też   się   oczywiście 

przyda. Myślę, że poza wysadzeniem tej łajby w powietrze można by było podchajcować im 

namioty.

Boże - pomyślałem. - On ma zwyrodniałą wyobraźnię!

- Jestem za - powiedział Sven. - Czego będzie potrzeba?

- Dziesięć słoików, litr benzyny, kawałek grubego miedzianego drutu i jeszcze ze dwie 

baterie. I kilogram proszku do prania.

Dopisałem to do listy zakupów i Sven pojechał po to do Bodo.

- Boję się, że trochę przesadzimy - powiedziałem.

- Spokojna marchewka. Chcieli zrobić krzywdę jego siostrze, niech się cieszą, że nie 

pozabijamy ich jak wściekłe psy. Właściwie to tak by należało zrobić, ale niestety jestem 

kiepskim Ukraińcem.

- Daj spokój - poprosiłem. - Wmówiłeś sobie, krwiożerczość i teraz to z ciebie wyłazi.

- Może i tak. Ale zemsta będzie pierwsza klasa.

Bywały   dni   kiedy   bałem   się   swojego   kumpla.   Bywał   nieobliczalny.   I   potwornie 

mściwy.   Sven   wrócił   po   godzinie.   Przywiózł   wszystko   i   gumowe   rękawiczki,   żeby   nie 

zostawiać odcisków palców. Maciek wyprosił nas grzecznie acz stanowczo z kuchni. Przez 

następne   dwie   godziny   słychać   było   z   wnętrza   odgłosy   piłowania   metalowych   rurek, 

wiercenia i inne podejrzane dźwięki. Wreszcie przyjaciel nasz wynurzył się z wnętrza. Niósł 

uśmiechnięty dużą metalową puszkę.

- Oto wasza bomba - powiedział.

- Na pewno zadziała? - zapytał szpieg.

background image

- Niemal  identyczna  wybuchła pod czołgiem  generała  Jakubowskiego w ubiegłym 

roku w Kijowie - powiedział.

Byłem ciekaw, skąd wie, ale wolałem się nie dopytywać.

- Kiedy wyruszamy? - zapytał Maciek.

- Dziś wieczorem. Będzie spore zachmurzenie. Ciemności sprzyjają komandosom.

- Terrorystom - sprostował mój przyjaciel z godnością.

- Terrorystom - zgodził się.

Zabrał przezornie skrzynię z amonitem i poszedł sobie.

- Trzeba wypocząć - powiedziałem. - Szykuje się upojna nocka.

- Zanim wypoczniemy musimy wypełnić nasze obowiązki patriotyczne.

- Chym?

- Wczoraj był dzień żałoby narodowej. Zdaje się, że złożyłeś w ramach obchodów 

krwawą ofiarę z kilku łobuzów, ale to troszkę za mało.

- Więc co mamy robić? - zapytałem rozbawiony.

Mój   kumpel   urządził   fachowo   małą   uroczystość   patriotyczną.   Spaliliśmy   kawał 

czerwonej szmaty z namalowanym sierpem i młotem, potem strzelaliśmy z procy do portretu 

Lenina, i śpiewaliśmy hymn. Zajęło nam, to czas akurat do obiadu. Po obiedzie poszedłem się 

kapinkę zdrzemnąć. Maciek obudził mnie koło szóstej.

- Wstawaj Thomas - powiedział akcentując „h”. - Czekają nas wielkie czyny.

- Ale kwas - podsumowałem jego wypowiedź, ale wstałem.

Koło siódmej było już dosyć ciemno, niebo zaciągnęły szare deszczowe chmury. Sven 

przypłynął motorówką.

- Jesteście gotowi? - zapytał.

- Tak, czekaliśmy już tylko na ciebie.

- Świetnie. Wyruszamy .

Wsiedliśmy o łódki, bomby i słoiki z benzyną umieszczone w plecaku wsadziliśmy 

pod ławkę i ruszyliśmy. Przeprawa przez cieśninę zajęła nam blisko pół godziny. Przybiliśmy 

w uroczej małej zatoczce. W skałę wbita była klamra, do której szpieg przywiązał łańcuchem 

łódkę.

-   Przed   nami   kilometr   do   pierwszego   miejsca,   w   którym   mogli   się   zatrzymać   - 

powiedział. Nie możemy palić świateł, ale mam nadzieję, że poradzimy sobie.

Poprowadził nas po potwornych wertepach. Szliśmy najpierw pod górę, potem przez 

jakiś las. Wreszcie znaleźliśmy się na rozległym wachlażowatym usypisku opadającym w dół 

w stronę morza. Sven wyjął z torby noktowizor i obserwował dłuższą chwilę okolicę.

background image

- To nie tutaj - powiedział. - Tam na dole nie ma niczego żywego.

- Dokąd teraz?

- Jakieś dwa kilometry stąd jest podobne miejsce.

- Nie mogli się ulokować gdzieś na wybrzeżu? - zapytał Maciek.

- Nie. Muszą gdzieś trzymać swój jacht. Tu nie ma wielu dobrych miejsc.

Ruszyliśmy  dalej.  Powietrze  było  wspaniałe.  Woń  lasu  i  morza.  I  to nie   jakiegoś 

sosnowego lasku jak w Polsce nad Bałtykiem, ale prawdziwego świerkowego lasu dalekiej 

północy. Czułem się byczo. Kolejna dolina okazała się także niewypałem. Sven zaklął.

-   Zostało   nam   jeszcze   jedno   miejsce   do   zbadania   -   powiedział,   -   ale   to   będzie 

trudniejsze niż się spodziewałem.

Przeszliśmy jeszcze dwa kilometry. Odległość trochę mnie zaniepokoiła. Gdybyśmy 

mieli uciekać zmniejszała nasze szanse. Wreszcie znaleźliśmy się nad niedużą rzeczką.

- To tutaj - powiedział szpieg. - Rzeka opada w dół aż do morza. To znaczy nie 

bezpośrednio do morza, ale do fiordu. Tam jest duża łacha piaskowo - kamienna. Na niej 

prawdopodobnie siedzą.

- Mamy zejść korytem strumienia?

- To jedyna droga. Ja w każdym razie nie znam innej. Można wprawdzie od strony 

wody, ale nie w naszym przypadku.

Zejście było nieziemsko trudne. Oczywiście przemoczyliśmy sobie spodnie do kolan. 

Na szczęście nie natknęliśmy się na żadne czujki wroga. Po kilkunastu minutach znaleźliśmy 

się  na niewielkiej   półce  skalnej.   Nie potrzebowaliśmy  noktowizora.   Z miejsca  w  którym 

staliśmy widać było dogasające ognisko, oraz kilkanaście namiotów. Rozstawione były dość 

chaotycznie. Na brzegu znajdowała się nieduża przystań, pomost z desek wcinający się dość 

daleko w głąb morza. Cumowało przy nim kilka żaglówek, a na jego końcu znajdował się 

jacht.

- Cholera toż to niemal fort Knox - powiedziałem.

- Poradzimy sobie. Namioty stoją w trzech grupach. Każdy z nas zajmie się jedną - 

polecił Maciek. - Jesteście zupełnie pewni, że to oni?

- Słusznie, nie możemy sfuszerować - zauważył szpieg.

podał mi lornetkę. Przyjrzałem się uważnie jachtowi.

- ”Rat” - odczytałem nazwę wymalowaną wielkimi literami na burcie. - To oni.

Popatrzyłem na twarze tych kilku siedzących przy ogniu. Poznałem tego który do nas 

strzelał.

- Oni - potwierdziłem.

background image

Sven nabił dubeltówkę.

- Każdy minuje jedną grupę namiotów - polecił mój kumpel. - Spotykamy się pod 

tamtym drzewem - pokazał ręką kierunek.

Leżał tam potężny świerk. Doszedłem do wniosku, że też powinienem powiedzieć coś 

wzniosłego.

- Nie dajmy się zabić - powiedziałem z patosem. Najpierw po norwesku, a potem po 

polsku.

Maciek   nic   już   nie   mówił.   Podał   nam   opaski   z   żółto   błękitnej   szmatki   z 

wyhaftowanymi srebrną nitką tryzubami. Założyliśmy je na lewe ramiona. Trzech ukraińskich 

terrorystów wyruszyło do akcji.

W sumie to nie było takie trudne, dostałem cztery słoiki, oraz zwój drutu. Należało 

odkręcić wieczko i odwrócić je do góry nogami tak by dwa druty pełniące rolę elektrod 

zanurzyły się benzynie. Następnie ich dwa górne bieguny okręcić drutem - i przeciągnąć go 

do   następnego   namiotu.   Poruszałem   się   cicho   jak   duch.   Słyszałem   wewnątrz   namiotów 

rozmowy i inne dźwięki, ale oni nie usłyszeli mnie. Słoiki zgodnie z instrukcją umieszczałem 

o pół metra od ścian. Wreszcie z garścią drutów ręce znalazłem się pod drzewem. Obaj moi 

kumple   już   czekali.   Maciek   wziął   moje   druty   i   zręcznie   podłączył   go   skomplikowanego 

urządzenia którego głównymi składnikami były baterie dziewięciowoltowe i budzik.

- Za piętnaście minut wybuch - powiedział spokojnie.

-   Zdążymy   -   odparł   Sven.   -   Rozdzielmy   się.   Spotykamy   się   za   minutę   na   końcu 

pomostu.

Rozeszliśmy   się.   Każdy   poszedł   inną   drogą.   Niebawem   byliśmy   na   umówionym 

miejscu. Jacht stał przed nami w całej swojej okazałości. Nie był nawet taki duży. Było już 

niemal   zupełnie   ciemno.   Zaraz   miało   lunąć.   Niespodziewanie   w   ciszy   nocy   zaskrzypiały 

głośno deski. Ktoś szedł w naszą stronę. Błyskawicznie ale cicho zsunęliśmy się do wody. 

Dwaj chłopaczkowie wleźli na pomost.

- Nikogo tu nie ma - powiedział jeden z nich. - Musiało ci się przywidzieć.

- Wyraźnie widziałem faceta ze strzelbą, jak przemykał się w tą stronę.

- Brednie. Przywidziało ci się.

- Mógł się gdzieś tu schować. Cholera nie trzeba było ściągać tej sieci.

- Może to ci z kontynentu. Pamiętasz, co opowiedział Klaus? On był jeden i uzbrojony 

tylko w siekierę, a sześciu naszych chłopaków mocno oberwało.

- Patałachy. Jednego zasranego tubylca się przestraszyli.

Zeskoczyli na jacht. Przez chwilę buszowali po nim.

background image

- Nic tu nie ma. Nikogo. Coś ci się musiało przywidzieć.

- Niemożliwe. Obudź chłopaków, a ja tu zaczekam. Trzeba przetrząsnąć cały obóz. On 

gdzieś tu jest.

- Dobra, dobra już idę.

Jeden   został,   a   drugi   pobiegł.   Szpieg   cicho   wypełzł   na   pomost   i   jednym 

błyskawicznym ruchem zakneblował wartownika szmatką nasączoną eterem. Po chwili puścił 

go. Wartownik znajdował się w objęciach Morfeusza. Związaliśmy go na wszelki wypadek.

- Ile czasu zostało? - zapytał.

- Siedem minut - powiedział Maciek.

-   Cholera   nie   zdążymy.   A   do   tego   zaraz   zaczną   przetrząsać   obóz   i   znajdą   nasze 

ładunki - zauważyłem.

- Zdążymy - powiedział Sven ze spokojem.

Wśród namiotów zaczął się ruch. Zdjął z ramienia dubeltówkę i strzelił w kłódkę, 

która spinała łańcuch na którym przycumowany był jacht. Strzelił nabojem na dzika. Kłódka 

nie   puściła.   Władował   jeszcze   jedną   kulę.   Pękła.   Rozerwałem   ją   do   reszty   i   uwolniłem 

łańcuch. Przeskoczyliśmy na jacht i odepchnęliśmy go mocno od pomostu. Zaczął oddalać 

się. W tym momencie wiele par butów załomotało na deskach pomostu. Sven urwał lufą 

kłódkę zamykającą wejście do kabiny. Po chwili zawołał Maćka. Obaj zniknęli w środku. 

Jacht był jakieś cztery metry od pomostu i oddalał się wolno. Dwaj ścigający skoczyli do 

wody i rzucili się wpław za nami. Ukryłem się za burtą mocno zaciskając w dłoni krótkie 

ciężkie  wiosło.  Gdy  tylko   pierwsza  głowa  pokazała   się  nad  burtą   walnąłem  ją   na  płask. 

Trafiony wydał z siebie straszliwy skowyt i zwalił się do wody. W tym momencie zaczął 

pracować silnik i łajba popruła naprzód. Ze środka wyszedł mój kumpel.

- Spięliśmy na krótko - pochwalił się.

A potem odsunął mankiet koszuli i popatrzył na swój zegarek.

-   Trzy,   dwa,   jeden   teraz   -   szepnął   wpatrując   się   uważnie   w   głąb   zatoki.   Jak   za 

dotknięciem   czarodziejskiej   różdżki   w   kilkunastu   miejscach   obozowiska   strzeliły   w   górę 

płomienie.  Blask  oświetlił   bandę  na pomoście.   Było  ich  ponad dwudziestu,  w   tym  kilku 

dorosłych.

- Esesmani - powiedział Maciek na ich widok. - Krzyżaki.

Część rzuciła się gasić płomienie, reszta wskoczyła do żaglówek i ruszyła w pościg. 

Wycofaliśmy się do środka. Sven pogwizdując sterował wzdłuż brzegu.

- No, Macieju - powiedział. - Szykuj bombę.

- Wlazł kotek na płotek i mruga, ta bomba to będzie już druga - zadeklamował mój 

background image

koleś.

- Skąd u ciebie znajomość tak pięknej poezji? - zapytałem.

- Z filmu „Misja specjalna” - wyjaśnił. - Na ile nastawić? - zapytał Svena.

-   Dziesięć   minut.   Może   piętnaście,   bo   za   dziesięć   powinniśmy   być   w   miejscu 

dogodnym do lądowania.

Maciek nastawił budzik i połączywszy jakieś kabelki wsadził go do puszki.

- Gotowe - powiedział. W tym momencie gdzieś na wodzie zabłysnął silny reflektor.

- Straż przybrzeżna. Jesteście otoczeni! - wrzasnął ktoś gromko przez megafon.

- Jasna cholera - powiedział Sven.

- Co z tą bombą? - zapytał Maciek.

- Wywal ją do wody, jak by nas z nią złapali to dopiero będą problemy.

Maciek posłusznie wyrzucił ładunek za burtę. Niemal w tym samym momencie lunął 

deszcz. Zakręciliśmy gwałtownie w stronę wyspy. Ląd zbliżał się coraz bardziej. Ścigające 

nas żaglówki też.

- Zaraz nas dorwą - powiedział mój koleś pesymistycznie.

Ale oczka mu świeciły. cieszył się perspektywą walki. W tej chwili coś stuknęło o 

burtę.

- Nasza bomba - powiedział szpieg. - Możesz ją rozbroić?

- Nie da rady - powiedział Maciek.

- Ile jeszcze czasu?

- Trzy minuty.

Deszcz lał już a całego. Sven złapał bombę i cisnął ją za burtę od strony podwietrznej. 

Zaczęła się oddalać.

Nie zdążyliśmy się nawet ucieszyć, bo wpakowaliśmy się z całego rozpędu a skałę. 

Wymajtnęło mnie do przodu. Wpadłem w wodę, trochę uderzyłem się o dno, bo było tu już 

niemal zupełnie płytko. Nie zdążyłem się podnieść, gdy dopadli mnie moi kumple.

- Nic ci nie jest? - zapytał szpieg.

- Nic.

- No to chodu, bo oni zaraz wylądują.

Przebiegliśmy, rozchlapując wodę, płytką zatoczkę i zaczęliśmy się wdzierać na górę . 

Wychwycił nas reflektor z kutra straży przybrzeżnej.

- Widzimy was! - wrzasnął ktoś przez megafon. - Ucieczka nic wam nie pomoże.

W tym momencie gdzieś koło kutra wybuchła maćkowa bomba. W powietrze strzelił 

słup wody wysoki na co najmniej cztery metry.

background image

- Wyłącz ten reflektor - wrzasnął ktoś na kutrze, ale bez megafonu - Oni tam mają 

bazookę!

Zwiewaliśmy tak szybko, że nawet nie mieliśmy czasu się śmiać. Wdrapaliśmy się do 

ścieżki i rzuciliśmy  biegiem przez las w stronę naszej motorówki. Niebawem zgubiliśmy 

pościg.   Przebiegliśmy   chyba   ze   dwa   kilometry,   potem   przeszliśmy   w   szybki   chód. 

Popłynęliśmy motorówką na zgaszonych światłach. W odległości jakichś czterech lub pięciu 

kilometrów   widzieliśmy   kuter   przeszukujący   wybrzeża   wyspy,   a   wyżej   dziesiątki 

błyskających latarek. Gdy byliśmy już przy brzegu kontynentu Sven dodał gazu. poczułem 

straszne zmęczenie i przysnąłem sobie na dnie łódki. Nic więcej nie pamiętam z tej nocy, 

poza jednym oderwanym epizodem, że zdejmuję z siebie mokre spodnie i koszulę.

24 lipca niedziela. Geitvagan.

Obudziły mnie promienie słońca padające przez okno wycięte w ścianie z grubych 

pociemniałych ze starości belek. Leżałem na wąskim łóżku, nakryty skórą renifera. Obok na 

krześle   wisiało   moje   ubranie.   Było   już   suche.   Wzrok   mój   przesuwał   się   po   ścianach   i 

zatrzymał   na   potężnej   rzeźbionej   szafie.   Podziwiałem   ją   przez   dłuższą   chwilę,   po   czym 

spojrzenie moje przesunęło się na prawo. Koło łóżka na fotelu siedziała Ingrid. Wyglądała 

ładnie. Włosy upięte miała w kok, ubrana była w mszystozielony dres.

- No hej - powiedziała.

- Witaj. Jestem w twoim domu?

- Aha.

- A Maciek?

- Twój przyjaciel i mój brat jeszcze śpią. Co zdziałaliście?

- A co mieliśmy zdziałać? - zdziwiłem się.

- Nie udawaj - poprosiła. - Bo i tak przeczytam o tym w gazetach.

- Droga Ingrid. Obawiam się, że nasze ambitne plany spaliły na panewce. Chcieliśmy 

wysadzić tym łobuzom jacht w powietrze, ale nie udało nam się. Za to trochę im popaliliśmy 

namioty.

- Ojej - patrzyła na mnie z wyraźnym zachwytem.

-   To   głównie   dzieło   twojego   brata   i   mojego   kumpla.   Ja   byłem   tylko   ślepym 

narzędziem w rękach tych okrutników. Tylko dzięki mojej obecności nie polała się krew.

- Ojej. Twój kumpel aż tak szalał?

-   Aha.   Ale   w   jego   przypadku   to   zrozumiałe.   Ma   to   we   krwi   po   swoim   dziadku. 

Staruszek był zdaje się hieną cmentarną.

- Dziki wschód - szepnęła.

background image

- Ano dziki wschód. Pozwolisz, że się ubiorę?

Kiwnęła głową i wyszła na moment. Ubrałem się pospiesznie i wyszedłem do niej. Jak 

się słusznie domyśliłem nocowałem w jednym z pokoi na pierwszym piętrze nad patio. Na 

dworze było zimno. Ingrid stała przechylona przez barierkę i patrzyła na coś na podwórku. 

Popatrzyłem i ja. Na ziemi siedziała mewa i dziobała zajadle kawałek czegoś.

- Co powiesz? - zapytałem.

Odwróciła się do mnie. Uśmiechnęła się.

- Nic nie będę mówiła.

Pocałowałem ją. Zaskoczyło ją to w pierwszej chwili, ale nie broniła się.

- Uciekniesz ze mną? - zapytałem.

- Chętnie, a dokąd?

- Nie wiem. Może ty znasz jakieś miłe miejsce? Ja szczerze mówiąc nie znam tego 

kraju.

- Ja też nie. Właściwie to nie wyjeżdżam nigdzie dalej. Raz byłam w Oslo, dwa razy w 

Tromso.

Zdziwiło mnie to.

- Jakie są przyczyny tego, że tak siedzisz w jednym miejscu? - zapytałem zdziwiony.

- Nie ma przyczyn. Co jest tam, czego nie mamy tu?

- Tam jest cały wielki i wspaniały świat. Krajobrazy, góry, rzeki jeziora, inni ludzie...

- Od czasu do czasu produkty tych dalekich stron docierają tutaj. Zresztą miałeś tego 

przedwczoraj przykłady i sam też jesteś przykładem, choć akurat raczej pozytywnym. Tam 

jest źle, tu jest dobrze.

Zaciekawiła mnie. Zupełnie nie było w niej ciekawości świata, która wydawała mi się 

zawsze być przypisana każdemu człowiekowi.

- Różnimy się od siebie - powiedziałem. - Nie wiem, czy to dobrze, czy to źle, ale tak 

to już jest.

- To dobrze, że się różnimy. Nie będę musiała nigdzie jeździć, żeby móc badać obce 

wzorce kulturowe.

Powiedziała to zupełnie obojętnie. Pożałowałem, że w ogóle cokolwiek zacząłem.

-   Obserwator   nigdy   nie   doświadcza   tej   samej   kultury,   co   obserwowany.   - 

zacytowałem. - Ale mogę spróbować ci pomóc.

Uśmiechnęła się lekko.

- W czym pomóc?

- Tkwisz w zgniłym zachodnim dekadentyzmie. Ja cię wyzwolę z tych pęt. Uczynię 

background image

twój umysł jasnym.

- Wczoraj mówiłeś, że tkwisz w metafizycznych ciemnościach.

- Jedno drugiemu nie przeszkadza.

Popatrzyła mi w oczy.

- Uważasz, że są rzeczy, wzorce kulturowe lepsze od tych, które ja reprezentuję?

- Tak.

- Jeśli dobrze rozumiem to uważasz się za wyżej cywilizowanego niż ja!

- Można to tak ująć.

- Chyba mnie obrażasz.

- Wybacz, to nieporozumienie wynika właśnie z różnic kulturowych.

Parsknęła śmiechem.

- Co ty robisz, czego ja nie robię? - zapytała.

- Tego nie wiem.

Zaczęło mnie to denerwować. Miałem zbyt duże luki w słownictwie aby wyjaśnić jej 

dokładniej, o co mi chodzi.

- Chodź do mnie - powiedziała. - Wczoraj nie zdążyłeś zobaczyć, jak mieszkam.

Poszedłem posłusznie. Widziałem tylko kilka dziewczęcych pokoi w moim życiu. U 

nas w komunizmie były standartowe. Biurko, kwiatek w doniczce, wąskie łóżko, szafa i półka 

na książki. I właściwie nic więcej. Bo i co więcej potrzeba? Nauka i sen. Ingrid strzeliła mi 

palcami nad uchem i obudziłem się z zamyślenia. Weszliśmy.

Wnętrze przytłoczyło mnie i zdumiało. Na wprost drzwi wisiała skóra z wilka. Na niej 

krzyżowały   się   dwa   ciemnowiśniowe   wiosła   ozdobione   runicznymi   napisami   w   postaci 

inkrustacji z mosiężnego drutu. Nad skórą wisiała czaszka renifera wraz z porożem. Na lewo 

od   wejścia   całą   ścianę   zajmowało   imponujące   łoże   z   baldachimem,   zaścielone   miękkim 

kocem o barwie jasnego brązu. Na prawo na ścianie wisiała skóra renifera, a na niej dwie 

skrzyżowane strzelby skałkowe. Koło wejścia stała szafa na ubrania, podobnie jak w pokoju 

w   którym   spałem   bogato   rzeźbiona.   Całości   obrazu   dopełniały   sekretarzyk   i   szafka 

zawierająca w swoim wnętrzu kolorowy telewizor. Na podłodze także leżały skóry reniferów.

- Jak ci się podoba mój pokój? - zapytała.

- Godny właścicielki - powiedziałem.

- Moja babcia tu mieszkała, gdy była panienką na wydaniu - wyjaśniła. - Teraz ja 

jestem na wydaniu.

Popatrzyła na mnie zalotnie..

-   To   trudny   problem   -   powiedziałem.   -   Ale   poradzimy   sobie   z   tym.   Znajdę   ci 

background image

odpowiedniego męża.

Daliśmy   sobie   znowu   małe   buzi.   To   wszystko   razem   wzięte   było   najczystszym 

obłędem.

- Tak uważnie się rozglądasz - zauważyła. - Tak jak gdybyś porównywał.

- Porównuję - potwierdziłem. - Ten pokój ma swój styl i swój charakter. Swoją duszę. 

Meble które służyły wielu pokoleniom. Nowe elementy wystroju zręcznie wkomponowane w 

już istniejące. Zresztą ty sama dodajesz mu blasku.

- A twoja rodzina? Czy nie macie swojej rodowej siedziby?

- Nie wiem. Chyba nie. Nie macie problemów z sąsiadami?

- Dlaczego?

- Jestem zwolennikiem izolacji grup społecznych. Każda powinna być zamknięta w 

innej dzielnicy.

-   Tak   właściwie   jest   w   Bodo.   Na  południu   mieszkają   robotnicy   portowi   rybacy   i 

marynarze. Ci którzy pracują w przemyśle mieszkają na wschodzie miasta, klasa średnia w 

centrum.

- A ja? W jakim przedziale mieszczą się ci którzy mieszkają na północy Bodo?

-   Różni   ludzie.   Artyści,   pisarze,   chyba   ze   trzech,   trochę   takich,   co   wolą   świeże 

powietrze. Taka zbieranina, ale porządni ludzie.

- Cieszy mnie to. Widzisz w moim kraju nie da się zrobić tak jak u was.

- Dlaczego?

- Mamy problemy mieszkaniowe. Na mieszkanie trzeba czekać.

- U nas też. Co najmniej półtora roku.

Parsknąłem śmiechem.

- A ile się czeka u was? - zapytała.

- Od piętnastu lat w wzwyż. Zazwyczaj dłużej.

- To głupie. Nie można kupić sobie już gotowego mieszkania?

- Można, tylko za co. Metr kwadratowy kosztuje kilkaset dolarów przy średniej płacy 

w granicach dwudziestu dolarów miesięcznie.

- Wybacz. Nie wiedziałam.

- Nic nie szkodzi. Cieszy mnie jak słyszę, że tu na zachodzie ludzie strajkują żądając 

podniesienia zarobków. Na miejscu waszych rządów pakowałbym do wagonów strajkujących 

i wysyłał do Polski na tygodniową kurację. Gdyby zobaczyli kolejkę po telewizory liczącą 

kilkaset osób, czy podobnej długości kolejkę po mięso to odechciałoby im się strajków. Do 

końca życia myśl o buncie nie zaświtałaby im w głowach.

background image

- Nie masz ochoty tam wrócić.

- Mam. To mój obowiązek.  Ktoś musi wreszcie posprzątać ten śmietnik. Pokazać 

komunistom ich miejsce. Na latarniach.

- Twój przyjaciel. Zrobił wam bomby dwu różnych rodzajów. Musiał mieć wprawę...

- Nie wiem. Czuję, że on przechodzi jakieś szkolenie, ale nie wiem przez kogo ani 

gdzie prowadzone. Nie mówi nigdy dużo o sobie i rzadko prawdę.

- Twój przyjaciel postanowił zostać terrorystą - powiedziała.

- Myślę, że to bardziej zabawa. Ale nie mogę być pewnym. Kopie sobie gdzieś w lesie 

ziemiankę. W tajemnicy przede mną.

- Dobry przyjaciel nie powinien mieć tajemnic.

- Pokaże mi ją pewnie gdy będzie wyjeżdżał. Jako dobry kumpel szanuję jego prawo 

do prywatnych tajemnic.

- Ja też mam dobrą przyjaciółkę, która nie mówi wszystkiego - powiedziała Ingrid i 

posmutniała. - Może powinniście się poznać.

- Ależ bardzo chętnie.

- Któregoś dnia...

W tym momencie przyszli Sven i Maciek. Szpieg objechał siostrę że trzyma mnie 

głodnego zjedliśmy śniadanie i odwiózł nas do domu.

- Jeśli zajdzie do was policja i będą wypytywać o wczoraj to całe popołudnie byliście 

u nas - poinstruował. - Na noc też się zatrzymaliście.

- Fajnie.

- Myślę, że nawet jeśli Lunden będzie miał jakieś podejrzenia, to jego sympatia będzie 

po naszej stronie.

Pożegnaliśmy się i pojechał. Maciek parsknął śmiechem i śmiał się jeszcze długo.

- Z czego się cieszysz? - zapytałem.

- Wyobraź sobie co napisze w raporcie. Przez sporą część popołudnia obserwowane 

obiekty majstrowały bomby, a wieczorem puściliśmy z dymem obóz harcerski. No prawie 

harcerski. Szkoda, że wtedy nie byłeś z nami. Pawcio ci opowie.

- Myślę że raczej stworzy nieco odmienne dzieło. Po południu w moim skromnym 

domu w Geitvagan gościli Tomasz Paczenko, doskonale zapowiadający się młody człowiek 

oraz jego serdeczny druh Maciej Wędrowycz czarujący ukraiński intelektualista.

- Obaj goście stanowili znakomitą wizytówkę swojej nacji. Po długotrwałej dyskusji 

na tematy polityczne i kulturalne...

- ...goście podjęci zostali kolacją. Serwowano świeże langusty z szampanem. Niestety 

background image

późna pora oraz gwałtowne pogorszenie pogody zmusiły ich do spędzenia nocy pod moim 

dachem!

Rechotaliśmy   długo.   Weszliśmy   do   domu.   Nakarmiliśmy   zwierzaki,   a   potem   ja 

poszedłem do swojego pokoju, oddawać się rozmyślaniom, a Maciek został w bibliotece i 

czytał coś sobie. Uwaliłem się na łóżku i oddałem marzeniom. Właśnie zakładałem razem z 

Ingrid szczęśliwą  rodzinę,  gdy pomyślałem  sobie,  że właściwie  to nie  oglądałem  jeszcze 

maćkowego   bunkra.   Mojego   przyjaciela   nie   było   w   bibliotece,   gdy   zszedłem   na   parter. 

Łopaty też nie było. Kopał. Znalezienie go okazało się być trudniejsze niż myślałem. Owszem 

na   ścieżce   było   sporo   świeżej   ziemi,   nieduży   wykrot   po   lewej   jej   stronie   także   został 

zniwelowany, ale nie mogłem znaleźć włazu.

Ciągnąłem za wszystkie choinki po kolei, ale żadna nie ukrywała wejścia. Gdy już się 

prawie zniechęciłem zauważyłem zamaskowany rowek biegnący od domu. Wyjąłem kawałek 

darni i zobaczyłem izolowany kabel. Poszedłem tym tropem. Kabel niknął pod niedużym 

płaskim kamieniem. Pociągnąłem i właz zbudowany w kształcie klapy otworzył się. Wlazłem 

do środka i po drabince z biblioteki (oto po co mój koleś wymienił ją na schodki!), zlazłem na 

dół.  Z  pomieszczenia   obok  sączyło  się   mdłe   światło.  poszedłem  w   tamtą  stronę   krótkim 

korytarzem. Znalazłem się w niedużej całkowicie wykończonej salce.

Miała wymiary dwa metry na dwa. Ściany szalowane były okorowanymi pniami z 

uschłych   choinek,   a   sufit   wiszący   tuż   nad   głową   zrobiony   był   ze   złomowanych   desek. 

Podłoga była nierówna, w kilku miejscach spod cienkiej warstwy ciemnej polepy wystawała 

lita skała. Z pomieszczenia obok dobiegały dźwięki szurania łopatą. Po chwili ustały a ze 

środka wyłonił się gospodarz. W ręce trzymał karabin.

- Witam przyłapanego szpiega - zagaił. - Jaki rodzaj śmierci wybierasz?

- A fe. To bardzo nieładnie zabijać gościa pod własnym dachem - zauważyłem.

- Przyszedłeś za wcześnie. Jeszcze nie skończyłem. Jak trafiłeś?

- Po kablu. przytulnie tu.

- Przytulnie. Wykończy mnie to moje hobby.

- Dlaczego? sporo już zrobiłeś. Całe jedno pomieszczenie...

- Wiesz ile ja stąd wyniosłem ziemi?

- Jakieś osiem metrów sześciennych i jeszcze cztery z korytarza...Dwanaście metrów.

-   To   wydaje   się   niedużo.   Pomyśl   sobie,   że   jeden   metr   sześcienny   to   czterdzieści 

kubłów ziemi. Ale wywalam metr sześcienny dziennie, chociaż łapy mi od tego odpadają. 

Całe szczęście, że jest tu niedaleko w krzakach stary szyb po jakichś pracach wiertniczych to 

mam gdzie wsypywać.

background image

- Szyb? - zdziwiłem się.

- Po świdrze. Trzydzieści centymetrów średnicy, kilkadziesiąt metrów głębokości, ale 

zalany wodą.

- Zwierzaki mogły wpaść.

- Był zabezpieczony drewnianą pokrywą. Była całkiem przepróchniała, więc zrobiłem 

nową. Nie bój się. Nie wpadną.

- Ładna pukawka - zwróciłem uwagę. - Skąd masz?

- Sven podarował. Stary grat, zardzewiały dokumentnie. Ale jak się pomoczy w oleju 

to może da się uruchomić. Amunicji wprawdzie nie ma, ale ...

Pokiwałem   poważnie   głową   i   poszedłem   sobie.   Do   kolacji   nie   robiłem   nic 

specjalnego.   Rozmyślałem.   Spać   poszedłem   wcześnie.   Przyśnił   mi   się   wujek   Ihor. 

Siedzieliśmy przy stole w Bibliotece. Wujek uśmiechał się.

- Kochacie się - powiedział. - Miłość to wielka siła. A dziewczyny to bardzo dobry 

wynalazek.

Obudziłem   się.   Byłem   półprzytomny,   ale   postanowiłem   iść   i   sprawdzić,   czy 

przypadkiem nie siedzi jeszcze w bibliotece. Chciałem go o coś zapytać. Zszedłem na parter. 

W bibliotece ktoś siedział, ale gdy podszedłem bliżej okazało się, że to nie jest wujek Ihor, ale 

Maciek, który zasnął przed telewizorem. Potrząsnąłem nim. Obudził się.

- Kim był Ihor? - zapytałem. - Wujek Ihor?

-   Twoim   stryjkiem   oczywiście.   Ihor   Paczenko.   Poeta   -   wymamrotał   Maciek.   - 

Przypominaj sobie dalej. Na zdrowie.

Poszedłem spać. Nic więcej sobie tego wieczoru nie przypomniałem.

background image

DOM NAD MORZEM CZ. IV

25 lipca poniedziałek. Bodo.

Obudziłem   się  o siódmej   rano. Byłem   wyspany  i  wypoczęty.   Wsiadłem   na  rower 

pojechałem do tartaku w Bodo, gdzie kupiłem dwa metry sześcienne deski (na tyle tylko 

starczyło mi pieniędzy). Obiecali dostarczyć około dziesiątej. Gdy wróciłem, mój koleś nadal 

spał na fotelu trzymając w objęciach mojego pieska. To dobrze, jeśli człowiek lubi zwierzęta. 

Nie budziłem go. Poszedłem do swojego pokoju i rzuciłem się na łóżko, by sobie kapinkę 

spocząć. Obudziło mnie delikatne potrząsanie. Otworzyłem oczy. Na brzegu mojego łóżka 

siedziała Ingrid.

-   Cześć   -   powiedziałem   po   polsku,   ale   myślę,   że   zrozumiała   i   nawet   próbowała 

powtórzyć. Wyszło jej to żałośnie. Bardzo żałośnie.

- Przywieźli deski - powiedziała.

- Już lecę! - poderwałem się.

- Mój brat z twoim kumplem już je wyładowali, a transport opłacony był z góry. 

Możesz leżeć dalej. Nie budziłabym ciebie, ale śniło ci się coś okropnego.

- Często śnią mi się koszmary. Na szczęście najczęściej nie pamiętam ich.

- Trudno się tu do ciebie dostać. - uniosła kawałek spódnicę i pokazała rajstopy tu i 

ówdzie podarte.

- Co się stało?

- Jakiś jamnik bronił schodów.

- Mój kumpel ci odkupi. To jego pies.

- Przy średnich zarobkach dwadzieścia dolarów na miesiąc? Nie śmiałabym wysuwać 

takich żądań. Taki drugi psiak bronił twojego pokoju.

- W takim razie ja odkupię.

- Ależ nie trzeba. Sympatycznie tu u ciebie - rozejrzała się wokoło.

- Niedługo będą okna - poczułem lekkie zawstydzenie.

- Mówiłeś wczoraj o Norwegii i jakoś nie dokończyliśmy...

- Popatrz w niebo droga Ingrid, a zobaczysz samoloty odlatujące bliżej lub dalej.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- Jest takie przysłowie „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”. Ziemia wiąże do siebie. 

Powinnaś wybrać się gdzieś trochę dalej, żeby mieć skalę porównawczą. Mogę ci mówić 

choćby od jutra jak ładnie jest gdzie indziej, ale to nic nie da, jeśli nie zobaczysz tego sama. 

Sam widok lecącego samolotu powinien ci dawać do zrozumienia, jak wiele tracisz.

background image

- Widuję lecące samoloty, ale nie czuję żadnych ciągotek, aby wsiąść i odlecieć.

- Gdy mieszkałem w Polsce widziałem od czasu do czasu na niebie odlatujące....

- Hmm, ty chcesz mi dać coś do zrozumienia?

- Tak. Uważam osobiście, że każdy człowiek powinien wykorzystywać możliwości, 

które ma, przez szacunek dla drugiego człowieka, który jest tych możliwości pozbawiony. 

Pomyśl jak przyjemnie byłoby leżeć na piasku jakiejś egzotycznej plaży, pod palmami...

- Nie lepiej leżeć tu? Wprawdzie nie mamy tu palm...

- Piasku także nie.

- Jak to nie?

- Ty to nazywasz piaskiem? Są plaże, gdzie piasek jest tak miałki jak puder i tak biały, 

że   prawie   oślepia,   gdy   słońce   odbija   się   od   niego.   A   woda   jest   ciepła   jak   z   kranu... 

Przynajmniej tak słyszałem.

-   Hm...   Może   i   masz   rację.   Ale   z   drugiej   strony   tu   mam   żaglówkę   rodziców, 

motorówkę brata i dobrze mi się pływa pomiędzy skałami, podczas, gdy ty chciałbyś, żebym 

leżała...

- Powiem to inaczej. Wszystko to o czym mówisz jest na pewno miłe i przyjemne, ale 

może należy porównać to z czymś innym, aby mieć skalę.

- Znowu proponujesz mi ucieczkę.

- Niekoniecznie zaraz ucieczkę.

- Próbujesz mnie przekształcić na swój obraz. Znowu. Czy dla Słowian normalne jest 

takie dążenie do panowania nad całym otoczeniem?

- Urodziłem się w roku tygrysa. Dążenie do dominacji jest dla mnie normalne. Z 

drugiej   strony   w   moich   żyłach   płynie   krew   narodu,   który   nigdy   nie   poddał   się   obcej 

dominacji.

- Jesteś ciekawym człowiekiem, bo nie mogę znaleźć klucza do twojej osobowości - 

powiedziała.

- Po co szukasz?

- Ty usiłujesz znaleźć do mnie...

- Czy ewentualnie w przyszłym tygodniu mógłbym cię zapytać, czy zostaniesz moją 

dziewczyną?

- Ojej. Lepiej nie.

- Rozumiem. Dam ci więcej czasu.

Popatrzyła na mnie dziwnie.

- Zobaczymy. Nie zapominaj, że to dopiero czwarte nasze spotkanie. Muszę niestety 

background image

już iść. Mam dzisiaj zrobić obiad.

Odprowadziłem   ją   do   furtki.   Wracając   spotkałem   Svena,   był   z   siebie   czegoś 

zadowolony.

-   Nareszcie   materiał   podsłuchowy   w   jakimś   zrozumiałym   języku   -   powiedział 

potrząsając trzymaną w ręce kasetą.

Zaatakowałem go z znienacka. Wykopnąłem mu kasetę z ręki. Drugi kop wylądował 

na jego żołądku. Kaseta potoczyła się po ziemi aż do pniaka, na którym rąbałem drewka. 

Siekiera leżała na miejscu.

Walnąłem kilka razy i z kasety została sieczka. Sven zawył.

- Chcesz się bić?

- No dalej!

Koło mnie zmaterializował się Maciek. Trzymał szablę.

- Chcesz pojedynku, to szable czekają - wrzasnąłem.

- Nie jestem szlachcicem, żeby się siekać szablami! - wrzasnął szpieg. - Chodź na gołe 

ręce!

Wygrałby. Był dużo silniejszy, choć nie specjalnie dobrze umięśniony.

- Żeby  szpiegować  własną  siostrę  trzeba  być kompletną  świnią  - powiedziałem.  - 

Wynoś się z mojej posiadłości, bo zawołam policję, żeby cię usunęła.

- Grozisz mi?

- Tak!

- Uważaj, bo ja też mógłbym co nieco im opowiedzieć!

- Ach tak?

Złapałem szablę i wyciągnąłem ją z pochwy jednym płynnym ruchem. Za mną rozległ 

się metaliczny szczęk. To Maciek odbezpieczył rewolwer.

- Ja tu jeszcze wrócę - odszczeknął się szpieg.

- Jeśli wrócisz to tylko po to, aby wyjechać na taczkach!

Poszedł   sobie.   Przełożyłem   kumplowi   dialogi,   żeby   wiedział   o   co   nam   poszło. 

Niedługo potem zjedliśmy obiad. Maciek go zrobił i o dziwo, nawet nieźle mu to wyszło. 

Wcale nie było czuć, czy przypalił, tyle wsypał red chili. Powiedziałem mu to. Nawet się 

specjalnie nie obraził. Był raczej rozgoryczony.

- Ty już taki jesteś Tomaszu - powiedział ze smutkiem. - Dziewczyna daje ci kosza a 

ty odgrywasz się potem na całym świecie.

Wzruszyłem ramionami.

- Od dzisiaj przyprawy będę trzymał pod kluczem i wydzielał najwyżej po szczypcie.

background image

- Człowiek tyra, wyłazi ze skóry, a co go za to spotyka? Czarna niewdzięczność.

- Nie bierz sobie tego tak do serca proszę - powiedziałem. - Wiesz, że z natury jestem 

upierdliwy i czepiam się wszystkiego dla samej przyjemności czepiania się.

- To nie jest cała prawda. Ty sobie kodujesz w umyśle całe kawałki życia a potem w 

czasie, gdy twoje ciało pracuje wedle odpowiedniego programu, twój umysł oddaje się jakimś 

dziwnym rozmyślaniom. A tak swoją drogą to zadam ci pytanie. Czy głaszczesz swojego 

pieska?

- Nie. A dlaczego pytasz?

- Może zdziwisz się, ale ile razy przechodzisz koło niego to nachylasz się i głaszczesz 

go,   przy   czym,   jest   to   trochę   dziwny   ruch,   bo   głaszczesz   z   włosem,   albo   pod   włos,   w 

zależności jak się ustawi.

- Coś takiego. Musiałem to robić zupełnie bezmyślnie.

- A wiesz jak głaszczesz mojego Gucia? Zawsze pod włos i wsadzasz palce głęboko w 

jego sierść, tak jak gdybyś sprawdzał jakość futra a nie okazywał swoją sympatię wobec 

żywego zwierzęcia.

- Chyba masz rację. W obcowaniu ze zwierzętami brakuje mi poczucia uczestnictwa.

- Nie przejmuj się, to się zdarza. Ty nie lubisz psów, rozumiem zresztą ten uraz.

Po   obiedzie   zabrałem   książkę   oraz   zwierzaki   i   poszedłem   sobie   na   plażę.   Tam 

uwaliłem się na ciepłym i suchym żwirze i oddałem się lekturze. Zwierzaki kotłowały się 

między   sobą   i   bawiły   się   wodą   szczekając   na   nadchodzące   fale   i   uciekając   przed   nimi. 

Zabawę miały przednią. Umiały się cieszyć. We mnie umiejętność ta zanikała. Zamknąłem 

książkę i oddałem się rozmyślaniom. Minęło kilka godzin. Przyszedł Maciek.

- Chyba zbiera się na deszcz - powiedział. - Trzeba zamknąć okiennice.

Podniosłem się z piasku i zauważyłem, że pochłodniało. Niebo zaciągnęło się już do 

połowy chmurami.

- Tak, chyba będziemy mieli deszczową noc. Mamy drewno?

- Drewno?

- Będzie chłodno. Chcę napalić w kominku.

- Jeśli nie ma to zaraz narąbię. To dobry pomysł.

Wróciłem   do   domu   i   pomogłem   pozamykać   okiennice.   Zrobiło   się   ciemno   i 

przytulnie. Postawiłem na stole w bibliotece świece.

-   Pobawimy   się,   że   jesteśmy   w   Wojsławicach   i   że   wyłączyli   światło?   - 

zaproponowałem.

-   Dobra   myśl.   To   zabawne,   że   tam   wyłączają   prąd   przed   każdą   burzą,   a   tu   nie 

background image

wyłączają go nigdy. Ale pamiętasz, że wyłączają.

- To chyba tylko luźne skojarzenie.

- Im więcej takich skojarzeń tym lepiej. Może przypomnisz sobie.

- Może...

Maciek   wyjął   ze   swojego   notatnika   nieduże   zdjęcie   rentgenowskie   i   rzucił   mi   je 

obojętnie. Popatrzyłem na nie zaciekawiony. Przedstawiało ludzką czaszkę. Było opisane. 

Ktoś naniósł flamastrem datę i nazwisko. Koćko.

- To ja?

-   Prawdopodobnie.   Zrobiono   ci   je   przed   trzema   laty.   Widzisz   te   zaciemnienia 

promieniście rozchodzące się od ucha?

- Tak. Co to jest?

- Twój wyrok. Skrzepy krwi, niszczące tkankę mózgową. Wiesz jaką miałeś szansę 

przeżycia takiego urazu?

- Nie wiem.

- Zerową. A wiesz jaką miałeś szansę, że jeśli cudem pozostaniesz przy życiu nie 

będziesz do końca życia sparaliżowany? Też zerową.

- To jakim cudem żyję?

- Tego nie mogę ci powiedzieć.

Popatrzyłem mu prosto w oczy. Spuścił wzrok.

- Przekaż hrabiemu, że wolałbym wiedzieć co jest grane. Jeśli jestem ufoludkiem, to 

może mi to śmiało powiedzieć.

Uśmiechnął się.

-   Ech,   kumplu.   Na   podstawie   jednego   zdjęcia   rentgenowskiego   sądzisz,   że   jesteś 

kosmitą.

- Człowiek by tego nie przeżył...

Usiedliśmy sobie przy stole i gawędziliśmy jak za dawnych dobrych czasów w jego 

chałupce na Starym Majdanie.

- Tak swoja drogą, to czytasz te biologiczne książki i nawet nie zastanawiasz się ,kto 

je pisze.

- W tym akurat przypadku wiem doskonale - poklepałem „Agrobiologię” leżącą na 

skrzyni.

- Nie, nie wiesz. Wyobrażasz sobie spokojnego naukowca a tymczasem ci ludzie to 

notoryczni maniakalni zboczeńcy.

-   Na   marginesie,   lepiej   mówić   „uczonego”.   Naukowiec,   to   brzmi   bardzo   po 

background image

związkoradziecku i to w wykonaniu Pszczółki. Ale ciekawy pogląd.

- Dla mnie uczony to jak z rosyjskiego uczenyj, więc lepiej przemyśl czy to na pewno 

rusycyzm - zmienił temat.

- Może uczenyj to rosyjski polonizm? A ten twój pogląd jest bzdurny.

- I jednocześnie całkiem prawdziwy. Pomyśl, żeby napisać jak się rozmnażają motylki 

i inne takie trzeba je najpierw podejrzeć...

Dalszy ciąg jego wypowiedzi utrzymany był w tym samym duchu i zastosowany do 

szeregu różnych nauk przyrodoznawczych. Początkowo bawiło mnie to, ale potem poczułem 

znudzenie. Wreszcie butelki były puste. Widząc, że ma atak gadulstwa, a próba upicia go nie 

dała   rezultatów   poszedłem   do   kuchni,   skąd   przyniosłem   paczkę   tajlandzkich   trociczek   i 

zapaliłem kilka z nich. Wkrótce kłęby dymu zasłoniły go przed moimi oczami. Gęsty ciężki 

dym z kadzidełek działał lekko otępiająco. W pewnej chwili zamknąłem oczy i nie dałem już 

rady   ponownie   ich   otworzyć.   Zapadłem   w   sen.   Było   mi   ciepło,   miło   bezpiecznie 

wygodnie...Ale wcale nie byłem pijany.

26 lipca wtorek. Mo - i - Rana / Południowy Norrland/

-   Wstawaj   zalkoholowaciały   narkomanie!   -   głos   Maćka   wyrwał   mnie   z   błogiej 

drzemki.

Otworzyłem   oczy.   Ciało   bolało   mnie   na   skutek   spędzenia   całej   nocy   w   fotelu. 

Popatrzyłem na stół. Trzy butelki,  knoty świec pływające w kałużach wosku, oraz kupki 

popiołu z kadzidełek świadczyły o realności wczorajszego wieczoru. Powinienem mieć kaca, 

ale nie miałem. Widocznie wypiłem  mniej niż mi się wydawało. Maciek stał koło stołu. 

Nogawki spodni miał powalane ziemią. Widocznie cały ranek spędził kopiąc swój bunkier.

- Fafluchten Sie - powiedziałem. - I po co ty mnie zbudził, ha?

- Dziewiąta rano, pijaczyno - powiedział, jak gdyby to miało cokolwiek wyjaśniać.

- Sam też się nieźle zaprawiłeś - zaważyłem.

- Ja!? Wypiłem tylko lampkę wina a ty kumplu dwie butelki, flaszkę wódy i jeszcze 

się zaczadzałeś trociczkami.

- Pójdę sobie popływać - powiedziałem, - to mi przejdzie.

- Fala dwa metry i dziesięć stopni w skali Beauforta.

- Sztorm? - zadziwiłem się.

- I to jaki.

Umyłem   się   zimną   wodą,   ubrałem   w   świeżą   koszulę   i   zasiedliśmy   do   śniadania. 

Kończyliśmy właśnie, gdy ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłem. Na skale stał znany mi już 

skądś facet. Miał może ze dwadzieścia jeden lat, nieduży wąsik pod nosem. I ciemne włosy. 

background image

Wysiliłem pamięć. Nie pomogło.

-   Fadej   Wisarionowicz   -   przedstawił   się.   -   Witam   panie   Paczenko.   Zgodnie   z 

przepowiednią hrabiego Derka spotkaliśmy się znowu.

Z kuchni wyszedł Maciek. Zauważyłem że wymienili spojrzenia, tak, jak gdyby już 

się skądś znali.

- Mam polecenie od księcia Sergieja, aby przywieźć pana do nas.

Zabawne,   ale   nikt   ze   znanych   mi   rosyjskich   emigrantów   nigdy   nie   używał   w 

prywatnych rozmowach zwrotu „jego wysokości księcia”, ale mówili o nim tak, jak o jeszcze 

jednym znajomym człowieku, może nieco ważniejszym, ale nic ponadto.

- W odwiedziny do jego wysokości? Nie wiem, nie mam garnituru...

- Nie będzie potrzebny. Przyjaciela możesz wziąć ze sobą...

- Wolę zostać i poczekać tutaj - zaprotestował Maciek. - Panna Bołdyrew ostatnio...

- W takim razie proszę się spakować.

Poszedłem do siebie i w ciągu dziesięciu minut spakowałem wszystko, co mogło mi 

się przydać do niedużej walizki zabranej z pokoju mojego kumpla. Przy okazji zwinąłem mu 

także marynarkę.

- Kiedy mam się ciebie spodziewać? - zapytał mój przyjaciel.

- Za jakieś trzy, może cztery dni - odpowiedział Fadej.

- Nie zabij Svena pod moją nieobecność - dodałem.

- Dlaczego nie? - zdziwił się obłudnie.

- Ja też muszę mieć jakąś rozrywkę - upomniałem go. - Opiekuj się zwierzakami.

- Dobrze. Możesz ma mnie liczyć.

- W takim razie do zobaczenia.

-   Do   zobaczenia   -   odpowiedział,   a   gdy   już   sadowiłem   się   w   samochodzie,   dodał 

konfidencjonalnym szeptem.

- Ładna marynarka.

Przypomniał mi się dowcip własnego autorstwa. (Co to jest marynarka? Marynarka to 

jest strój ochronny używany przy marynowaniu śledzi.) Ale nie miałem już czasu, żeby go 

powiedzieć, bo samochód ruszył.

- Ile czasu potrwa podróż? - zapytałem.

Fadej zamyślił się na chwilę.

- Za dwie godziny będziemy zapewne w Fauske, Myślę, że powinniśmy stanąć na 

miejscu około godziny czternastej. Tak mniej więcej jestem umówiony.

Samochód przetoczył się przez las i po kilku minutach jechał już uliczkami Bodo. Na 

background image

wschód.  Potem  jechaliśmy  długą  i  pełną   zakrętów   szosą.  Właściwie   to  całą  moją   uwagę 

pochłaniało kontemplowanie krajobrazu. Za Fauske wyjechaliśmy na dobrą autostradę, więc 

kierujący samochodem dodał gazu i pomknęliśmy znacznie szybciej. Widoki wokoło znużyły 

mnie dość szybko. Pędziliśmy przez monotonny kawałek kraju. Lasy, to znowu miejscami 

łyse pagórki. Kilka sennych miasteczek.  Momentami  widać było morze. Ruch był raczej 

znikomy. Zatrzymaliśmy się raz przy małej kafejce, która stała sobie przy drodze co najmniej 

dziesięć   kilometrów   od   ostatniej   mijanej   mieściny,   a   jak   się   później   okazało   kilkanaście 

kilometrów  od następnej. Zjedliśmy  po ciastku, a mój towarzysz wypił ponadto szklankę 

kawy.

- Wyjechałem wczoraj wieczorem z Tromso - wyjaśnił. - Trochę się czuję zmęczony.

- Przeze mnie musiał się pan fatygować, nadkładać prawie dwieście kilometrów.

- Dla mnie żaden kłopot - zapewnił.

Ale   byliśmy   już   niedaleko.   Po   następnej   półgodzinie   znaleźliśmy   się   w   sporym 

przemysłowym mieście, rozłożonym dość malowniczo nad brzegiem fiordu.

- Mo - i - Rana - obwieścił mój przewodnik - Tubylcy mówią najczęściej krótko Mo, 

nasza   dzielnica   posiada   nazwę   autonomiczną,   nie   uznawaną   jednak,   przez   władze   i 

kartografów.

Ta jego dzielnica znajdowała się na południe od miasta. Wjechaliśmy na niewielkie 

wzgórze. Zatrzymał samochód i zachęcił mnie abym wysiadł.

- Co ty na to? - zapytał wskazując gestem to wszystko, co leżało niżej. Stało tu kilka 

domków charakterystycznych  dla tych stron. Dalej ciągnął się betonowy mur obejmujący 

swoim zasięgiem spory obszar. Co najmniej sto hektarów. Za murem stała wioska złożona z 

kilkudziesięciu   drewnianych   domów   nawiązujących   stylem   do   rosyjskiej   architektury 

drewnianej przełomu wieków, której przykłady znałem i z Polski. Robiło to bardzo przyjemne 

swojskie   wrażenie.   Wokoło   na   wzgórzach   rozrzuconych   było   kilka   niedużych   dworków. 

Dalej za wsią na następnym pagórku znajdował się mur nieco szlachetniejszy, bo wykonany z 

cegły. Za nim majaczyły drzewa jakiegoś parku lub lasu.

- I co ty na to? - zapytał ponownie.

- Sympatyczne. Obwarowania niemal jak Berlin Zachodni. Ten mur to dla ochrony 

przed tubylcami?

- Po części tak.

Wsiedliśmy i zjechaliśmy na dół. W murze znajdowała się brama i wartownia. Tu 

dopiero zdałem sobie sprawę, gdzie trafiłem. Zajęło się mną dwu rosłych drabów, którzy 

zbadali moją tożsamość, potem zdjęli mi odciski palców, zapowiedzieli, że następnym razem 

background image

przydałby się jeszcze skan genetyczny (cholera wie co to takiego), zrobili zdjęcia z kilku 

różnych   profili,   wpisali   moje   personalia   i   datę   przybycia   łącznie   z   godziną   i   minutą   do 

pamięci komputera, na koniec kazali mi się zapoznać z kilkustronicowym dokumentem.

Dokument   ten   wyliczał   szczegółowo   jakich   informacji   o   życiu   osady   nie   mogę 

ujawniać poza nią. Do tego musiałem podpisać oświadczenie, że zapoznałem się z nim i zdaję 

sobie sprawę, że w razie tych informacji ujawnienia, podlegam takiemu samemu wymiarowi 

kary, jak mieszkaniec tego niewielkiego raju. Zapachniało mi to totalitaryzmem najczystszej 

wody, ale spokojnie złożyłem swój podpis. Wystawili mi przepustkę i mogliśmy jechać dalej.

- Ostre przepisy w dziedzinie bezpieczeństwa - zauważyłem.

Fadej uśmiechnął się.

- Bywały przypadki, że wchodzili tu ludzie, których nasłano, aby sprawdzili co tu się 

dzieje, ale nie wszyscy wydostali się z powrotem na zewnątrz.

Zabrzmiało   to   diabelnie   ponuro.   Przejechaliśmy   przez   osadę   dość   szybko,   ale 

spostrzegłem kilka sklepików z szyldami wypisanymi cyrylicą, potem droga wspięła się pod 

górę  do kolejnej  bramy.  Tu  ponownie  sprawdzono  naszą  tożsamość  i  przepuszczono.  Za 

bramą znajdował się piękny park, choć przeważały w nim drzewa iglaste nad liściastymi. 

Wreszcie samochód zatrzymał się przed pałacem. Była to frymuśna budowla zaprojektowana 

przez najwidoczniej w sztok pijanego architekta cierpiącego dodatkowo na manię wielkości. 

Architekt ten naćkał gęsto kolumienek półokrągłych baszt i innych detali architektonicznych 

zupełnie bez ładu i składu. W sumie robiło to przykre wrażenie. Zaraz też na nasze powitanie 

wyszedł   sam   gospodarz.   Książę   miał   wówczas   dwadzieścia   siedem   lat,   ale   wyglądał   na 

znacznie więcej. Na jego twarzy odbijały się wszystkie trudne chwile, jakich nie szczędził mu 

złośliwy los. Ale od razu było widać, że jest to wielki człowiek. Wielki w każdym calu. 

Wysiadłem z samochodu i złożyłem dworski ukłon.

- Witaj Tomaszu - powiedział po polsku. (Później dowiedziałem się, że studiował 

kiedyś ten język zdaje się na filologii słowiańskiej w USA, ale w pierwszej chwili diabelnie 

się zdziwiłem.) - Cieszę się mogąc cię widzieć.

- Ja także poczytuję sobie za zaszczyt mogąc...

Urwałem w pół słowa. Zza pleców księcia wysunęła się dziewczyna. Mimo, że ubrana 

była   zwyczajnie   w   szary   dres   i   tenisówki   wiedziałem   od   pierwszej   chwili,   że   jest   to 

autentyczna  księżniczka.  Sam nie wiem jak się tego domyśliłem,  ale  jak się okazało  nie 

pomyliłem się. Nie była nawet bardzo ładna, miała typową rosyjską arystokratyczną urodę. 

Owalną twarz, ciemne włosy i nieco mocniej zaznaczone kości policzkowe. Włosy spięła 

sobie w dwa kucyki, które majtały się jej jak uszy spaniela.

background image

- Tomaszu, to moja bratanica księżniczka Tatiana Igorewna Orłow - Astrachańska. 

Moja droga, to Tomasz Nikitycz Paczenko - Uherski, o którym tyle ci opowiadałem. Pokaż 

mu pokój gościnny. Mnie niestety czekają obowiązki.

Minął   mnie   i   ruszył   do   samochodu.   Zauważyłem   jeszcze   kątem   oka   jak   Fadej 

wyprężył się i zasalutował.

- Chodź Tommek? - powiedziała do mnie. - Przepraszam, mówisz po rosyjsku?

- Ależ oczywiście.

Złapała mnie za rękę i pociągnęła do wnętrza. Przeszliśmy długim korytarzem, potem 

pół piętra do góry i kawałek innym korytarzem, do sporego salonu, gdzie przy dużym stole 

siedziało kilku facetów po jakieś osiemnaście - dziewiętnaście lat i notowało słowa jakiegoś 

starszego, który wyjaśniał im wiszący na ścianie schemat czegoś.

- Studenci - powiedziała widząc moje zainteresowanie. - Normalnie powinni być w 

bibliotece, ale tam odnawiają podłogę.

- Co oni studiują? - zaciekawiłem się.

Parę   tygodni   później   nie   odważyłbym   się   zadać   tak   niedyskretnego   pytania.   Ale 

błądziłem chwilowo w niewiedzy.

- Teorię i praktykę odbudowy sieci administracyjnej na prowincji - powiedziała. - I 

inne takie.

Poszliśmy   po   schodkach   na   piętro   i   jeszcze   kawałek   korytarzem.   Pchnęła   drzwi 

pokoju po lewej stronie. Intarsjowane meble, boazeria, kasetony na suficie.

- Tam jest łazienka i ubikacja - pokazała drzwi w głębi. - Ja mieszkam naprzeciwko, 

jakbyś czegoś potrzebował to zapukaj. Obiad będzie za jakieś pół godziny, będzie to impreza 

nieoficjalna.

Z grubsza zrozumiałem, co chce przez to powiedzieć.

- Aha. - zgodziłem się.

- Jakoś dziwnie patrzysz - zauważyła.

- Wybaczcie, po prostu po raz pierwszy w życiu widzę księżniczkę.

Uśmiechnęła się.

- A jak sobie wyobrażałeś? - zapytała. - W diademie na głowie, sukni do ziemi i 

safianowych pantofelkach?

- Coś w tym guście. - uśmiechnąłem się przepraszająco.

- Rozczarowałam cię?

- Nie śmiałbym...

- Nie przejmuj się - poprosiła. - Mam diadem w sejfie w pokoju. Jeśli poczujesz się 

background image

dzięki temu lepiej, to mogę założyć go do obiadu.

- Nie wiem, co powinienem powiedzieć...

Puściła do mnie oczko.

- Rozgość się. Zajdę po ciebie - obiecała.

I poszła sobie. Rozpakowałem walizkę, umyłem się po podróży, zmieniłem koszulę na 

czystą   i   wyszczotkowałem   marynarkę.   Przyczesałem   włosy.   W   międzyczasie   mój   chory 

umysł   podsuwał   mi   wizje   odrodzonej   carskiej   Rosji   ze   mną   jako   namiestnikiem 

Kongresówki. Czułem coraz bardziej dziką euforię.

- Niech żyje autorusyfikacja - powiedziałem sam do siebie. Potem pomyślałem sobie o 

pani Pszczółce, która była moją wychowawczynią i rusycystką w podstawówce. Gdyby ta 

biedna kobieta wiedziała do czego używać będę języka, który wbijała mi do głowy!

Księżniczka przyszła po mnie kilka minut później. Miała na czole piękny diadem, ze 

złota i szmaragdów, ale nie zmieniła swojego dresu na nic innego. Patrzyłem na nią przez 

chwilę a potem uświadomiłem sobie, co mówi moje serce. Pokochałem ją od pierwszego 

wejrzenia. Zauroczyła mnie. Staliśmy przed sobą i uśmiechaliśmy się do siebie.

Jak niebo i zbrukana ziemia....

KONIEC ZESZYTU DRUGIEGO

26 lipca wtorek (dokończenie).

Spodziewałem   się   obiadu   na   sto   osób,   ale   rozczarowałem   się.   Obiad   podano   w 

niedużym pokoju, którego okna wychodziły na lesiste wzgórza, na południe od miasta. Stół 

zastawiony był na trzy osoby i byliśmy tam tylko we trójkę. Książę, księżniczka Tatiana i ja - 

niegodny pachołek.

- Co tam u ciebie słuchać Tomaszu? - zagaił gospodarz.

-   Właściwie   to   nic   specjalnego   -   odpowiedziałem.   -   Dom   kapinkę   się   zastał,   nie 

używano go przez ostatnie lata. Weszła wilgoć, trzeba go będzie wyremontować, co zresztą 

już powoli zacząłem robić. Warunki są prymitywne, ale kilka miesięcy i odszykuję go.

-   Gdybyś   potrzebował   pomocy   to   mamy   tu   w   osadzie   cieślę,   mógłbyś   zasięgnąć 

fachowej porady. Mamy też ekipę budowlaną...

- Naprawdę cieszyć może tylko to, co zrobi się własnymi rękami wasza wysokość, 

toteż pozwolicie, że nie skorzystam z waszej oferty.

Uśmiechnął się lekko. Wiedział co odpowiem.

- Zdaje się, że mieliście tam w Bodo jakąś straszną rozróbę?

- Rozróbę? - zdziwiłem się.

- Wasze brukowce pisały o spaleniu obozu żeglarskiego i zatopieniu jakiegoś jachtu.

background image

Czy to miała być aluzja?

- Nie słyszałem - powiedziałem. - Gazety czytuję rzadko.

Zjadł pierwszy, przeprosił i wyszedł. Widocznie gdzieś mu się spieszyło. Zostaliśmy 

sami przy deserze.

- Umiesz jeździć konno? - zapytała.

- Może nie tak jak Juli - an Bołdyrew, ale nie narzekam.

- Ach, odwiedzała cię. Co tam u niej słychać?

- Nie mam pojęcia. Rozmawialiśmy tylko chwilę. Nawet jeśli starała się być miła, to 

nie było to szczególnie widoczne.

-   Ona   już   taka   niestety   jest.   Byłyśmy   kiedyś   dobrymi   przyjaciółkami,   ale   to   się 

zmieniło od kilku lat.

Po obiedzie zaciągnęła mnie na tyły budynku, gdzie znajdowała się stajnia. Weszliśmy 

do środka. Konie ustawiono w sposób artystyczny. Stały w boksach, rzędem dobrane pod 

kolor. Od karych aż po białe araby. Białych było pięć. Nie wszystkie tak idealnie mlecznej 

barwy, jak te na których jeździli Juli - an i jej brat.

- Wybierz sobie - zrobiła zachęcający gest.

- Nie znam ich. Muszę zdać się tu na was.

Uśmiechnęła się lekko. Poszliśmy na koniec stajni tam, gdzie stały araby.

- Popatrz na tego źrebaka - pokazała mi. - Jeśli byłbyś zainteresowany, to jest na 

sprzedaż.

- Raczej nie byłbym zainteresowany. Nie miałbym gdzie go trzymać, o kosztach nie 

wspominając. A dlaczego?

- Popatrz na jego bok.

Popatrzyłem.  Miał ciemniejszą  plamę.  Wyglądało  to  dość dziwnie,  bo włosy były 

ciemne tylko u swojej nasady.

- Farbowany? - zdziwiłem się.

-   Nie   mogłam   patrzeć,   jak   mój   wuj   się   martwi,   więc   ukradłam   Juli   -   an   butelkę 

rozjaśniacza do włosów i nasmarowałam go. Tyle, że znowu odrasta.

- Ojej - wyraziłem swój zachwyt dla jej inteligencji.

- Wuj był niespecjalnie zachwycony, a Juli - an jeszcze mniej. Myślałam, że dojdzie 

do rękoczynów, ale na szczęście nie odważyła się drapać, ani targać za włosy...księżniczki.

Popatrzyłem jej w oczu. Było w nich coś niepokojącego. Upojenie władzą? Wzięliśmy 

dwa konie. Nie siodłaliśmy ich. Oboje, jak się okazało, lubiliśmy jeździć na oklep. Zanim 

wyjechaliśmy  pojawił się służący. Wyglądał  zupełnie  jak ten staruszek, grający  lokaja w 

background image

„Batmanie”. Wręczył mi pistolet maszynowy Uzi.

- Będziesz się umiał w razie czego z tym obchodzić? - zapytał.

- Tu się odbezpiecza, a potem naciska na to? - upewniłem się.

Uśmiechnął się i skinął głową.

- Tylko nie zapomnij wycelować - powiedział.

W pierwszej chwili myślałem, że kpi, ale patrząc w jego oczy spostrzegłem przyjazne 

iskierki. Wyjechaliśmy do parku. Było chłodno, choć słonecznie.

-   Koniec   lipca,   a   już   prawie   jesień   -   powiedziała   Tatiana.   -   Lubisz   jesień,   mam 

nadzieję?

- Gdzieżbym śmiał nie lubić, jeśli tylko wy lubicie...

Parsknęła śmiechem.

- A tak naprawdę?

- Uwielbiam, gdy liście się sypią z drzew i zacina deszcz, a ja mogę siedzieć sobie w 

ciepłym pokoju i popatrywać na to przez grube szyby. Ale tak swoją drogą to uważam, że nie 

ma złych ani dobrych pór roku.

- Przeżyjesz tu zimę to zmienisz zdanie. Świetnie mówisz po rosyjsku.

- Staram się.

- Co zamierzasz robić w przyszłości?

- Szczerze mówiąc nie mam chwilowo specjalnie przejrzystych planów. Myślałem o 

uniwersytecie w Uppsala, ale obawiam się, że nie znam w wystarczającym stopniu języka, 

żeby sobie poradzić.

Kiwnęła głową, jak gdyby przyznawała mi rację. Ale potem powiedziała:

- Hrabia Derek świetnie mówi po szwedzku, mógłby cię nauczyć. Ponadto zazwyczaj 

przed   zdawaniem   na   uniwersytet   studenci   obcojęzyczni   mają   prawo   do   rocznego   kursu 

językowego, choć nie znam szczegółów. A co potem?

- Jeszcze nie zdecydowałem. Poszukałbym sobie jakiegoś zajęcia.

- Może byłbyś w przyszłości zainteresowany pracą u nas?

- To znaczy?

- Właściwie to miasto jest nasze. Holding Orłowów kontroluje wszystkie ważniejsze 

inwestycje w Mo. Potrzebujemy oddanych i pewnych ludzi o żelaznej uczciwości.

- Jestem wdzięczny za propozycję. Pomyślę o tym - obiecałem. - Ale to jeszcze tyle 

czasu...

Wjechaliśmy na nieduże wzgórze, chyba to, które widać było przez okno z jadalni. Za 

nim znajdowała się niewielka, dość głęboka dolinka. Na jej dnie stała altana a wokoło rosły 

background image

kwitnące drzewka wiśni. Zjechaliśmy na dół. Było tu znacznie cieplej niż w parku, pewnie 

dlatego,   że   znaleźliśmy   się   w   miejscu   zupełnie   osłoniętym   od   wiatru.   Zsiadłszy   z   koni 

puściliśmy je wolno, aby mogły sobie poskubać trawę. Weszliśmy do altany i siedliśmy na 

ławce.

- Ile w tym poezji - powiedziałem patrząc na kwitnące drzewa.

- Nie jesteś zdziwiony?

-   Trochę.   Rozumiem,   że   tu   na   północy   drzewa   kwitną   później.   Jedyne   co   mnie 

zaskakuje to jak udało się utrzymać przy życiu tak delikatne drzewa w tej okolicy.

- Większą część roku są ogacane słomą. Niby mamy tu klimat odznaczający się dużym 

wpływem morza, ale w zimie potrafi być nawet dwadzieścia stopni mrozu, a śnieg może 

padać nawet w maju. Nie mamy z tego owoców. Na jesieni pojawiają się zielone, ale nie 

zdążą dojrzeć, gdy ścina je mróz. Wypaczona wegetacja. Byłeś w Kanadzie?

- Nie, nie zdarzyło mi się.

-  W   Kanadzie   mieszka   wielu  Rosjan.  Polacy  też   się  trafiają.   Jeździłam   trochę  po 

świecie. Najpierw do Francji do cara Włodzimierza...

- O! To macie tu i cara?

- Cara - pretendenta. Nudno w tym całym Saint Briac, a etykieta tak rozbudowana, że 

ciężko   było   głębiej   odetchnąć.   Ale   były   i   zabawne   sceny.   Pojechaliśmy   na   przejażdżkę 

promenadą,   i   spotkaliśmy   jakiegoś   faceta,   któremu   popsuł   się   samochód.   Car   zdjął 

marynarkę, zagrzebał się w trzewiach maszyny i w ciągu dziesięciu minut naprawił. Miłość 

do dawnego zawodu. Czytałam jego biografię, z tego co pamiętam pracował jakiś czas jako 

mechanik samochodowy.

- Biografię?

- Tak autorstwa hrabiego Derka „Droga carów”. Mam nawet własny egzemplarz z 

dedykacją hrabiego. Gdybyś chciał się zapoznać z innymi jego pracami to mamy w bibliotece 

spory wybór jego dzieł.

- Z przyjemnością skorzystam.

Przeciągnęła się kusząco. Poczułem, że mam zupełnie zwyrodniałą wyobraźnię. Ale 

zaraz mi przeszło.

- Potem byłam dziesięć miesięcy w Kanadzie. U ciotki. - wzdrygnęła się na samo 

wspomnienie.

- Aż tak źle?

- Gorzej. Znacznie gorzej.

Oczy jej popatrzyły gdzieś w przestrzeń. Coś sobie przypominała. Nie przeszkadzałem 

background image

jej. Milczała może minutę. Po głowie zaczęły mi chodzić dziwne myśli. Na przykład, co by 

było, gdybym ją teraz pocałował. Wolałem nie sprawdzać. Ocknęła się niespodziewanie.

- Wybacz, zamyśliłam się. Pojedziemy dalej?

Złapaliśmy konie, które nie miały specjalnej ochoty przerywać pożywiania się trawą i 

pojechaliśmy. Zawróciliśmy w stronę morza. Następny pagórek był łysy, a w jego centralnym 

miejscu znajdowało się palenisko.

- Miejsce spotkań czarownic? - zaciekawiłem się.

- Nie, tutaj zazwyczaj odbywają się uroczystości na świeżym powietrzu - powiedziała. 

- Na przykład moje urodziny. W zeszłym roku było wesoło. Juli - an pokazywała nam jak się 

gasi batem świecę i jeden z zaproszonych chłopców omal nie stracił zęba.

- Ojej - wyraziłem swoje współczucie.

- Dostał  świecznikiem  prosto w twarz. Konna jazda jest twardą grą. Trzeba  mieć 

odporność.

Zawróciliśmy do pałacu. Oddałem służącemu broń i sprawdziłem, czy w kopyta koni 

nie nabiły się kamienie.

- Co chcesz teraz robić? - zapytała.

- No cóż, chętnie zapoznałbym się z zasobami waszej biblioteki. Jeśli naturalnie nie 

ma tam zbiorów, których znajomość mogłaby być źle widziana...

- Prohibita trzymamy oddzielnie. Zaprowadzę cię.

Zaprowadziła.  Biblioteka była ciekawym miejscem. Pomieszczenie  miało rozmiary 

sporej sali gimnastycznej. Pośrodku na potężnym stole, stało kilka komputerów. Od podłogi 

do sufitu  ciągnęły  się  regały,  na  których  ustawiono  tysiące  książek.   Wszystkie   tak  samo 

oprawione   w   brązową   skórę,   ze   złoceniami.   Wyobraziłem   sobie   sumę,   jaką   musiało 

pochłonąć   ich   oprawienie   i   lekko   zmiękły   mi   kolana.   W   bibliotece   siedziało   kilka   osób, 

zajętych   czytaniem   lub   pisaniem   czegoś   na   komputerze.   Połowa   podłogi   była   świeżo 

zeszlifowana i czekała na pokrycie lakierem.

- Trafisz stąd do siebie? - zapytała księżniczka.

- Po schodach do góry, potem na lewo, korytarzem do końca, potem jeszcze raz na 

lewo i po schodach na piętro?

- Brawo. Masz świetny zmysł orientacji.

Poszła sobie. Katalog był skomputeryzowany. Poczekałem chwilę, aż miejsce przy 

terminalu zwolni się, bo siedział przy nim jeden z tych dziwnych „studentów”. Siadłem i po 

paru minutach prób, siedziałem przy czymś takim po raz pierwszy w życiu, wywołałem część 

dotyczącą czasopism. Właśnie przeglądałem pliki, gdy inny student podszedł i popatrzył mi 

background image

przez ramię.

- Może wam  pomogę?  - zapytał.  - Podał mi  dyskietkę  i gestem  wskazał  sąsiedni 

komputer.   Włączyłem   go   i   wgrałem   weń   dyskietkę.   Wyświetlił   się   zbiór   artykułów 

prasowych dotyczących śmierci księcia Igora Orłowa.

- Wszyscy za pierwszym razem tego szukają - wyjął dyskietkę i umieścił troskliwie w 

kieszeni. - Wykasuj po przeczytaniu.

Niespodziewanie wiedziałem, jak mam to zrobić. Informacja o kasowaniu wyskoczyła 

gdzieś z głębi mojego mózgu.

Artykuły miały dużo mówiące tytuły: „Książę Igor Orłow nie żyje!” „Ofiary KGB”, 

„Bolszewicka Krucjata przeciw Emigracji”, „Pozostaje nam zemsta”. Przeczytałem pobieżnie 

kilka   i   zrezygnowałem   z   reszty.   Samochód   trafiono   rakietą   Strieła,   w   górach   w   pobliżu 

Kiruny,   już   po   szwedzkiej   stronie.   Wybuch   zwalił   go   z   szosy,   ale   nie   zapalił   się,   więc 

napastnicy   ostrzelali   go   z   pistoletów   maszynowych.   Książę   ostrzeliwywał   się,   ale   mieli 

przewagę liczebną. Księżniczka Tatiana ocalała, bo była nieprzytomna i faceci pomyśleli, że 

nie żyje. Myślałem dotąd, że była córką księcia Sergieja, a teraz przypomniałem sobie co 

mówił gdy ją  przedstawiał. Była jego  bratanicą.  Wykasowałem program i postarałem  się 

zapomnieć.

Wyciągnąłem sobie „Psie serce „ Bułhakowa i przeczytałem od deski do deski w ciągu 

następnych   dwu   godzin.   To   było   extra!   Przeczytawszy   wstawiłem   książkę   na   półkę   i 

poszedłem do siebie. Zaraz też zaszła po mnie księżniczka zawołać mnie na kolację. Zabawne 

jak   ten   czas   szybko   przeleciał.   Jej   wuj   nie   był   obecny,   tak,   że   jedliśmy   we   własnym 

towarzystwie. Wyjaśniła mi przyczyny jego nieobecności. W osadzie na dole (przy okazji 

dowiedziałem się, że nosi wdzięczną nazwę Nowoorłowo), wyniknął jakiś spór i jako arbitra 

poproszono właśnie jego.

-   Wuj   cieszy   się   tu   dużym   prestiżem   -   powiedziała   nalewając   sobie   herbaty   z 

samowara.

- Zawsze chyba tak było, że feudałowie spełniali funkcje sądownicze - wyraziłem 

swoje przypuszczenie.

-   Nie   tutaj.   Zresztą   ci   tam   na   dole   tylko   udają   takich   zachwyconych   faktem,   że 

mieszkamy   tu   pobliżu   -   powiedziała.   -   Naturalnie   są   tacy   co   wodzą   za   mną   cielęcym 

wzrokiem   i   tacy,   którzy   rzucaliby   kamieniami,   gdyby   tylko   zebrali   dość   odwagi,   ale   to 

sporadyczne przypadki. Mój wuj studiował przez dwa lata prawo i dobrze umie interpretować 

zasady   zarówno   kodeksu   honorowego,   jak   także   zbioru   zasad,   którymi   rządzi   się   nasza 

obszczyna. Mir, wspólnota, nazywaj to jak chcesz. Poza tym jest jeszcze coś. Tak go nie 

background image

lubią, że w razie czego będą źli na niego a nie na siebie nawzajem.

- I jakie kary przewidują wasze przepisy?

- Za zdradę kara śmierci. I były już przypadki wykonania. Za mniejsze przewinienie 

zsyłka.

- Na Sybir?

- Dobrze by było, aczkolwiek, po pierwsze nikt dobrowolnie by tam nie pojechał, a po 

drugie byłyby problemy z powrotem.

- Ach. Zaraz, chwileczkę. Dobrowolnie pojechał?

-   Oczywiście   nasze   przepisy   regulują   życie   wsi.   Gdy   komuś   coś   nie   odpowiada 

wystarczy jeśli wyprowadzi się za mur. Jeśli jednak chce tu pozostać, to niestety musi się 

podporządkować.

- Czekaj, to jest fascynujące. W jaki sposób odbywa się zsyłka? I dokąd?

-   To   zależy.   Można   wybrać   krótszą   w   gorszych   warunkach,   lub  dłuższą   w   mniej 

uciążliwych.  Odbywa się ją na zasadzie  nisko odpłatnej  pracy przymusowej w jednym z 

emigracyjnych...   W   jednym   z   przedsiębiorstw   należących   do   emigrantów   zrzeszonych   w 

naszym ruchu. Zazwyczaj Alaska, północna Kanada i Tromso traktowane są jako ekwiwalent 

zesłania na Syberię. Zesłanie na teren USA, lub któregoś z krajów Europy zachodniej jest 

równoważne   dawnemu   zesłaniu   do   Rosji   europejskiej.   A   dla   najcięższych   przypadków 

przewidziane jest zesłanie do Brazylii. Ono nie jest odpowiednikiem niczego, co było dawniej 

i jest bardzo rzadko stosowane.

- A okres?

- Od sześciu miesięcy do piętnastu lat, za spowodowanie śmierci innego Rosjanina z 

zastrzeżeniem,   że   najpierw   trzeba   się   poddać   normalnemu   postępowaniu   karnemu 

przewidzianemu przez miejscowe sądy państwowe.

Zakręciło   mi   się   w   głowie.   Po   kolacji   zaprosiła   mnie   do   siebie.   Jej   pokój   był 

urządzony podobnie jak reszta domu. Luksusowo i ze smakiem. Intarsjowane meble, fotel z 

obiciami z zielonego aksamitu, perski dywan na podłodze. Gęsty, puszysty, stopy zapadały 

się w niego jak w mech. Na stoliku pod oknem stał komputer IBM, a dalej było przejście do 

sypialni. Na ścianach wisiały maskotki w liczbie kilkudziesięciu sztuk. W rogu pokoju kilka 

ikon   w   sukienkach   ze   srebrnej   blachy.   Oceniłem   ich   wiek   na   przełom   siedemnastego   i 

osiemnastego wieku, choć mogłem się pomylić, bo do tej pory ikony widziałem tylko na 

obrazkach   w   książkach.   Z   pewnością   jednak   przedstawiały   znaczną   wartość.   Zaczęliśmy 

gawędzić sobie na temat sztuki w ogóle, potem rozmowa zeszła nam a rzeźbę Vingelanda. 

Potem   wypłynął   problem   ochrony   zbiorów.   Wreszcie   gadaliśmy   o   problemach   ochrony 

background image

osobistej.

- Są z tym problemy - powiedziała księżniczka. - Na noc spuszcza się w parku psy, a 

wszyscy mieszkańcy pałacu śpią z bronią na podorędziu.

- To musi być uciążliwe - zauważyłem.

- Nawet nie specjalnie. Kursy samoobrony były trudniejsze - Uśmiechnęła się.

- Usiłuję sobie wyobrazić was... - zacząłem.

-   Nie   wierzysz?   -   poczułem,   ze   koniecznie   chce   się   popisać   zdobytymi 

umiejętnościami.

- No cóż...

- Stań proszę.

Stanąłem pośrodku dywanu i popatrzyłem a nią. Uśmiechnęła się lekko a potem jej 

dłoń wystrzeliła do przodu i pstryknęła mnie lekko pod brodą. Przez ułamek sekundy nic się 

nie działo, a potem poczułem, że lecę. Upadłem na wznak i przez dłuższą chwilę nie mogłem 

opanować gwałtownych skurczów mięśni, które miotały mną podobnie jak to się dzieje przy 

ataku padaczki. Wreszcie doszedłem do siebie. Księżniczka nachyliła się i podała mi szklankę 

wody.

- Wybacz - powiedziała. - Troszkę przesadziłam.

Troszkę!?

- Co to było? - jęknąłem.

- Gołąb  byłby w  stanie ogłuszyć  człowieka  uderzeniem  skrzydła, gdyby wiedział, 

gdzie uderzyć. Ja po prostu wiem to, czego on nie zdołał nigdy poznać.

- To działa zawsze? Na każdego?

- Nie, mniej więcej w jednej trzeciej przypadków. Niektórzy ludzie są na to prawie 

zupełnie niewrażliwi. Wiesz na jakiej zasadzie to działa?

- Bardzo precyzyjne uderzenie w splot nerwowy?

- Dokładnie. Drugie takie miejsce jest na karku.

- Wierzę ci, nie musisz pokazywać!

Odruchowo przeszedłem w rozmowie z nią na „ty”, co mnie speszyło, ale na szczęście 

nie zauważyła. Właśnie wstawałem z podłogi, gdy przyszedł książę.

- Ech Tatianka, czy ty musisz każdego tak marnować - skarcił ją. - Wybacz Tomaszu, 

ona lubi się popisywać swoimi umiejętnościami...

- Otrzymać cios tak delikatną dłonią to sama przyjemność - powiedziałem.

Roześmieli się oboje.

- Przepraszam moja droga - zwrócił się do niej, - ale chciałem teraz ja skorzystać z 

background image

towarzystwa mojego, bądź co bądź, gościa.

-   Ależ   oczywiście   wuju   -   powiedziała   posyłając   mu   jednocześnie   dość   dziwne 

spojrzenie.

- Pozwól przyjacielu, chciałem ci coś pokazać - zwrócił się do mnie.

Poszliśmy.   Najpierw   trafiliśmy   do   jego   gabinetu.   Gabinet   był   niewielki,   ładnie 

umeblowany, na ścianie wisiał portret cara.  Książę podszedł  do ciężkiej  rzeźbionej  szafy 

bibliotecznej i bez trudu odsunął ją na bok. Ukazały się stalowe drzwi wyposażone w zamek 

kodowy. Otworzył je i oczom moim ukazały się schody biegnące w dół.

- Schodź pierwszy - zachęcił. - Uważaj, bo tam jest dość stromo.

Zacząłem schodzić w głąb, gdy niespodziewanie za plecami usłyszałem metaliczny 

szczęk. Pomyślałem sobie, że to gospodarz odbezpieczył pistolet i zaraz zwalę się ugodzony 

kulą gdzieś na dół, ale po sekundzie uświadomiłem sobie, że to po prostu zaskoczył jakiś 

zatrzask przy drzwiach. Zeszliśmy jakieś piętnaście metrów poniżej poziomu ziemi. Korytarz 

zakręcił i znaleźliśmy się przed wielkimi stalowymi wrotami. U ich stóp leżał kościotrup w 

mundurze radzieckich wojsk MSW. Skąd wiedziałem, że MSW?

- Co mu się stało? - zaciekawiłem się.

- Spadł ze schodów i kark sobie skręcił. Robi wrażenie no nie?

- Niezłe...? Zaraz. skąd się tu wziął radziecki żołnierz w pełnym umundurowaniu?

- Kościotrup jest z gipsu. Kupiłem go w fabryce pomocy naukowych.

Poczułem się odrobinę lepiej. Książę wykręcił na tarczy jakiś długi ciąg liczb i stalowe 

wrota cicho odsunęły się na bok. Wyjął z kieszeni latarkę i błysnął nią w głąb pomieszczenia. 

Zapaliło się światło.

- Zamknij oczy - polecił, - nie z przyczyn bezpieczeństwa. Dla efektu.

Zamknąłem posłusznie. Wziął mnie za rękę i poprowadził do środka skarbca. Potem 

ustawił naprzeciw czegoś.

- Możesz otworzyć - powiedział.

Otworzyłem i zamarłem ze zdumienia. Stałem przed złotym murem. Minęła długa 

chwila, zanim uświadomiłem sobie, że mur ten stanowią setki ikon zawieszonych gęsto jedna 

przy drugiej na betonowej ścianie. Wrażenie było niesamowite.

- Jak w grobowcu Tutanchamona - szepnąłem.

- Lepiej - odpowiedział kniaź.

Wpatrywałem się w milczeniu. Ikon były setki. Wszędzie błyszczało złoto.(Choć z 

całą pewnością koszulki nie były z litego złota ale z mosiądzu lub pozłacane).

- Ile ich tu jest? - zapytałem słabym głosem.

background image

- Niespecjalnie dużo. Pięćset, może niecałe pięćset sztuk. Reszta jest tam.

Odwróciłem się i zamarłem. Na przeciwległej ścianie znajdował się regał, ciągnący się 

wzdłuż całej jej długości dobre trzydzieści metrów, na którym także stały ikony, wstawione 

tak, jak wstawia się książki na półkę.

- Sto dwanaście tysięcy sztuk - pochwalił się. - Gromadzone przez ponad sześćdziesiąt 

lat przez moją rodzinę.

- Niesamowita kolekcja.

- To nie jest kolekcja w ścisłym tego słowa znaczeniu.  To depozyt. W stosownej 

chwili, gdy w bliżej nieokreślonej przyszłości komunizm w Związku Radzieckim zostanie 

obalony, przekażę to wszystko rosyjskiemu ministerstwu kultury i sztuki.

Przeszliśmy   dalej.   Stały   tu   skrzynie   zawierające   serwisy   z   porcelany,   skrzynie 

wypełnione   srebrnymi   kielichami   i   kilka   dużych   pak   wypełnionych   niezbyt   fachowo 

odkutymi freskami.

-   Klasztor   Sołowiecki,   piętnasty   wiek   -   wyjaśnił   książę.   -   Z   soboru,   który   został 

wysadzony w powietrze.

Nie   miałem   pojęcia   jak   można   było   ukraść   kilka   ton   tynku   z   siedziby   KGB,   ale 

widocznie   było   to   możliwe.   Przeszliśmy   do   następnej   sali.   Znajdowała   się   tu   gablota 

zawierająca kilkaset miniatur malowanych na kości słoniowej i porcelanie, oraz duża ilość 

skrzynek zawierających rzeźby. Drewniane i kamienne, niektóre jak mi się wydaje odkute 

zostały z jakichś elewacji. Ponadto był tu potężny sejf. Puntiłowskich zakładów.

- Tego co się tu znajduje nie powinienem ci pokazywać, nie chciałem ci pokazywać...

- Z radością obejdę się bez tej wiedzy.

- Hrabia Derek wymógł na mnie obietnicę, że pokażę ci to nawet jeśli nie będziesz 

chciał. Trudno mi powiedzieć dlaczego, ale pewnie miał jakieś swoje powody, bo nie należy 

do ludzi, którzy lekceważą względy bezpieczeństwa tylko po to, aby się czymś pochwalić.

Gospodarz   otworzył   drzwi   i   wyjął   z   wnętrza   drewnianą   skrzynkę.   otworzył   ją   i 

pokazał mi jej zawartość. W skrzynce leżał masywny złoty krzyż. Musiał ważyć co najmniej 

dwa kilogramy.

- Dar Aleksandra III - go dla Jana z Kronsztadu - wyjaśnił. - Przygotuj się na szok.

-   Już   jestem   zszokowany,   więc   nie   sądzę,   żeby   coś   mogło   mi   zaszkodzić   - 

powiedziałem.

Myliłem się oczywiście. Książę Sergiej wyjął z sejfu niepozorne pudełko po butach, z 

ordynarnej szarej tektury ozdobione polską etykietką. Otworzył je i wyjął ze środka koronę 

carów. Koronę Aleksandra Drugiego.

background image

- I co ty na to? - zapytał.

- Falsyfikat - stwierdziłem z całkowitą pewnością.

Uśmiechnął się szeroko.

- Dlaczego tak sądzisz?

- A skąd by się tu wzięła?

- O  to musiałbyś  zapytać  hrabiego.  Jak także  o to, co  podłożył  na jej  miejsce  w 

Ermitażu. Ale ta jest prawdziwa. Możemy to zresztą łatwo sprawdzić.

Podszedł do gabloty z miniaturami i przeciągnął rantem wysadzanym brylantami po 

szkle. Pojawiły się na nim tysiące matowych rys.

- Niemożliwe - szepnąłem, ale teraz wierzyłem już, że jest ona prawdziwa.

- Teraz rozumiesz dlaczego nie chciałem ci tego pokazywać. Ta informacja to śmierć. 

Oni z całą pewnością dowiedzieli się już, że to co mają u siebie nie jest prawdziwe. Myślę, że 

trwają poszukiwania.

Podał mi ją.

- Przymierz - zachęcił.

- Ojej. Nie czuję się godny.

- Derek mówił, żebyś przymierzył. Sam nie wiem czemu, ale też jestem ciekaw. Tam 

masz lustro - wskazał ciężkie zwierciadło w bogato rzeźbionej ramie.

Podszedłem i założyłem ją na głowę. Zobaczyłem chłopaka w sztruksowej marynarce, 

jeansach i kapciach, o pociągłej wymizerowanej twarzy z koroną carów na głowie. Spod 

korony wymykały się kosmyki włosów niezbyt określonej barwy.

- Nie pasuje - zdjąłem i oddałem mu.

Założył sobie na głowę. Pomijając nieodpowiedniość stroju (miał na sobie garnitur 

zamiast paradnego munduru),pasowała jak ulał.

- Jak na obstalunek zrobiona - powiedziałem.

Tak jak gdybym go kapinkę przestraszył. Zdjął ją z głowy i włożył ponownie do 

pudełka, po czym umieścił w sejfie.

- Lepiej się nie przyzwyczajać - powiedział.

- Chciałbym, dać ci coś na pamiątkę - powiedział. - Hrabia Derek wspominał, że 

zbierasz monety?

Brwi uniosły mi się do góry.

- Pierwsze słyszę.

- Wybierz sobie z tego - podał mi ciężkie jak diabli pudełko wypełnione srebrnymi 

talarami, złotymi rublami i dukatami.

background image

Leciutko   mnie   przymurowało.   Pogrzebałem   przez   chwilę   w   tym   bogactwie   i 

wybrałem   sobie   monetę   ośmiorealową   wicekrólestwa   Peru.   Nieforemny   placek   srebra   z 

wybitym zużytą sztancą herbem.

- Jeśli mógłbym prosić...

Uśmiechnął się lekko.

- Tak skromnie? - zapytał.

-   Wybrałem   to   co   według   mnie   ma   wartość   nie   tylko   historyczną   ale   także 

emocjonalną.

Popatrzył na mnie i kiwnął głową, jak gdyby przyznawał mi rację.

- Srebro z Potosi - powiedział. - Oświęcim czasów konkwisty.

Nie   rozwijał   dalej   swojej   myśli.   Straszliwe   kopalnie   srebra   zanieczyszczonego 

arsenem i rtęcią. Indianie marli w nich jak muchy.

- Pokażę ci jeszcze coś.

Wydobył z szafy bibliotecznej opasły mszał. W książce tkwiła kula.

- Czy ten kto się tym zasłonił przeżył? - zapytałem.

- Nie. Strzelili mu w plecy i dopiero książka zatrzymała kulę. To w pewien sposób 

metafora naszego losu.

- Stając z wami ramię w ramię do walki znajdę się po niewłaściwej stronie.

- Tak. Możesz zginąć od strzału w plecy.

Pokiwałem   głową.   Odprowadził   mnie   do   drzwi   mojego   pokoju.   Spędziliśmy   w 

skarbcu przeszło trzy godziny, a były tam przejścia i do kolejnych pomieszczeń, których mi 

nie pokazał. W głowie miałem mętlik, toteż ucieszyłem się szczerze, gdy wreszcie mogłem 

położyć się w łóżku i zapaść w sen. Myślałem, że po dniu tak pełnym wrażeń będę miał 

nieziemskie sny, ale nie przyśniło mi się nic istotnego.

27 lipca środa. Nowoorłowo.

Bezpośrednią   przyczyną   mojego   przebudzenia   było   dyskretne   pukanie   do   drzwi 

mojego pokoju.

- Tomaszu, wstałeś już? - zapytała mnie księżniczka.

- Za minutę będę do dyspozycji - odpowiedziałem raźno podrywając się z łóżka.

Popatrzyłem na zegarek. Była siódma rano. Księżniczce łatwo było mówić, żebym 

wstawał, sama poszła spać o dziewiątej. Umyłem się pośpiesznie, lecz starannie, ubrałem i 

wyszedłem. Księżniczka ubrana była ładnie. Miała brązową spódnicę, o ton jaśniejszą niż 

barwa jej włosów, do tego białą jedwabną bluzkę z wyhaftowaną żekotką i ciemnobrązową 

skórzaną kamizelkę. Włosy spięła z tyłu w koński ogon, a na czole miała znowu swój diadem.

background image

- Wybacz, że cię niepokoję, ale za kilka minut będzie śniadanie - powiedziała.

- Wybaczcie, to ja kapinkę zaspałem.

- Co chcesz robić po śniadaniu? - zagadnęła.

- Słucham propozycji, lub rozkazów.

Uśmiechnęła się.

- Pojedziemy do wsi. Połazimy po sklepach, a ja spotkam się z jedną kumpelką. A 

potem się zobaczy.

Śniadanie było imprezą nieco bardziej oficjalną niż posiłki dnia poprzedniego. Stół był 

nakryty na cztery osoby, poza mną i Tatianą obecny był książę i jakiś facet, bodajże prawnik, 

który   nie   jadł   dużo,   bo   cały   czas   referował   po   francusku   szczegóły   jakichś   przepisów. 

Księżniczka   stwarzała   nastrój   swobody   i   beztroski   w   ten   sposób,   że   trącała   mnie   swoją 

zgrabną   giczką   pod   stołem   i   chichotała.   Książę   Sergiej   w   pewnej   chwili   trochę   się 

zdenerwował i polecił mi, żebym jej oddał, to może się uspokoi. Nigdy w życiu nie kopałem 

księżniczki,   ale   nie   skorzystałem   z   okazji,   aby   zdobyć   nowe   doświadczenia.   Pod   koniec 

śniadania zapytał mnie, czy umiem prowadzić samochód. Wyjaśniłem, że nie i co gorsza nie 

wiem nawet, który pedał trzeba wcisnąć...

Wzięliśmy   opla   i   pojechaliśmy.   Księżniczka   prowadziła.   Siedziała   obok   i 

pogwizdywała. (Zanim zaczęła, nie podejrzewałem jej nawet o tą umiejętność. Cóż czasy się 

zmieniają, choć to nie znaczy, że na plus). W skrytce na rękawiczki leżał granat obronny F1, a 

na   drzwiach   wisiał   pistolet   maszynowy   Heckler   &   Koch.   Wycieczka.   Nie   byłem   jakoś 

przyzwyczajony do ciągłego widoku broni, ale nie przeszkadzało mi to specjalnie, podczas 

gdy na przykład świętej pamięci Kurt był, wedle słów Pawcia, tak zagorzałym pacyfistą, że 

nawet kolekcja łusek Maćka budziła jego wstręt.

Pojechaliśmy główną ulicą osady, potem zakręciliśmy przy cerkwi i znaleźliśmy się w 

pasażu   handlowym.   Dużo   małych   sklepików.   Księżniczka   wysiadła   przy   jednym   i 

pogwizdując   weszła   do   środka.   Czułem   się   jak   ostatni   kretyn   idąc   za   nią   z   pistoletem 

maszynowym przewieszonym przez ramię, ale jakoś nikt nie zwracał na to specjalnej uwagi. 

W sklepiku wybrała sobie dwie spinki do włosów. Zapłaciła czymś dziwnym. Zapytałem ją o 

to, gdy wróciliśmy do samochodu.

- Ach, nie pokazałam ci? - zdziwiła się po czym wysypała na dłoń kilka monet i 

podała mi do obejrzenia.

Zatkało   mnie.   Zupełnie.   Po   jednej   stronie   ozdobione   były   podobizną   cara 

Włodzimierza, po drugiej był carski orzeł ale bez herbów Polski i Gruzji na skrzydłach, pod 

orłem była podana wartość monety: „1 rubel - dwadzieścia pięć koron norweskich”. Oraz 

background image

krótka a treściwa informacja, że po obaleniu komunizmu zostanie wymieniony na srebrną 

monetę   po   kursie   1:1.   Rubel   miał   wielkość   taką   samą   jak   ruble   emitowane   w   dawnych 

dobrych   carskich   czasach   i   wybity   był   z   uczciwego   srebra.   Obejrzałem   też   drobniejsze 

monety.   Stopa   mennicza   była   zachowana.   Od   denieszki,   do   pięciu   kopiejek   bite   były   z 

miedzi, wyższe nominały także pięciokopiejówki ze srebra.

- Niesamowite - powiedziałem zwracając jej bilon.

- Weź na pamiątkę - podała mi rubla.

- Zapłacę.

- Weź w prezencie. Do kolekcji.

Podziękowałem i schowałem monetę do kieszeni.

- Wy się tym posługujecie przy wszystkich zakupach? - zaciekawiłem się.

-   A   dlaczego   nie?   Tak   jest   ciekawiej.   A   jeśli   ktoś   ma   ochotę   zrobić   zakupy   na 

zewnątrz to wymienia sobie w naszym banku.

- A gdzie jest pułapka?

-   Pułapka   polega   na   tym,   że   wobec   faktu   posiadania   własnej   waluty   blokujemy 

odpływ pieniądza na zewnątrz, bo po co wymieniać, jeśli za pieniądz wewnętrzny można 

kupić to samo i po takiej samej cenie, tyle tylko, że od swoich.

Zatrzymaliśmy się przy następnym sklepiku, z przyborami kreślarskimi i artykułami 

biurowymi.   Weszliśmy.   Za   ladą   stał   chłopak   może   w   moim   wieku,   może   ciut   starszy. 

Księżniczka kupiła sobie ołówek i dwie pachnące chińskie gumki. Stałem koło drzwi, ale gdy 

mijała   mnie   wychodząc   odwróciłem   się   na   moment.   Uderzył   mnie   wyraz   jego   twarzy. 

Ujmująco   grzeczny   i   spokojny,   ale   czułem,   że   planuje   moje   zabójstwo.   Sam   nie   wiem 

dlaczego mi to przyszło do głowy.

- Dokąd teraz? - zapytałem.

- Zawróćmy do cerkwi a potem pojedziemy do ukraińskiej dzielnicy.

Ukraińska dzielnica. W miasteczku liczącym może czterdzieści domów. Myślałem w 

pierwszej chwili, że to żart, dopóki jadąc wedle jej wskazówek nie znalazłem się na uliczce 

po   obydwu   stronach   której   ciągnęły   się   kozackie   chutorki   jakby   żywcem   przeniesione   z 

„Ogniem i mieczem”, zatrzymaliśmy się przed jednym z nich i wysiadła. Poszedłem za nią. 

Weszliśmy na podwórko i zaraz ze stajni, która była z boku, wyszła dziewczyna, uderzająco 

podobna do Maćka. Mogłaby być jego siostrą.

- Poznajcie się - zachęciła księżniczka.

Teoretycznie powinna nas sobie przedstawić.

- Książę Fiodor Nikitycz Romanow? - zdziwiła się dziewczyna patrząc na mnie.

background image

Jeszcze jeden Nikitycz?

-   Wybaczcie,   ale   mylicie   się   -   powiedziałem.   -   Nie   jestem   aż   tak   szlachetnie 

urodzony... Jestem Tomasz Paczenko.

-   Marie   Leamount   -   przedstawiła   się.   -   Wybaczcie   pomyłkę,   jesteście   bardzo 

podobnym do Romanowów.

Dziewczyny zaczęły sobie rozmawiać, na temat, że warto by było pojechać na małą 

przejażdżkę brzegiem morza, zastanawiały się tylko, na czyich koniach. Wyszło w końcu, że 

konie   będą   Marie,   natomiast   księżniczka   wzięła   telefon   komórkowy   i   porozumiała   się   z 

wujem   w   kwestii   ochrony.   Wreszcie   uzgodniła   wszystko.   Wprowadziliśmy   samochód   na 

podwórko chutoru i osiodłaliśmy sobie trzy konie. W tym księżniczka, jako że miała na sobie 

spódnicę, miała jechać w damskim siodle. Obłęd w kratkę. Pistolet maszynowy poleciła mi 

zostawić w samochodzie, bo w razie spotkania z miejskimi służbami porządkowymi mogło 

się to źle skończyć. Za to kazała mi wziąć do kieszeni granat. Nie byłem tym zachwycony, ale 

czego się nie robi dla przyjaciół. (A zwłaszcza dla przyjaciółek).

Wyjechaliśmy za bramę osady, i pojechaliśmy nad morze. Plaża była tu kiepska, ale 

mimo to było na niej trochę osób. Odprowadzali nas spojrzeniami, gdy przegalopowaliśmy 

brzegiem   morza.   Wśród  rudych   lub   jasnowłosych   potomków   wikingów   rozwiane   ciemne 

włosy księżniczki musiały wyglądać dość egzotycznie. Towarzyszył nam samochód terenowy 

jadący skrajem wzgórz. Nigdy dotąd nie zdarzyło mi się jechać konno brzegiem morza i było 

to   upajające   przeżycie.   Te   rozrywki   młodej   arystokracji   zdecydowanie   przypadały   mi   do 

gustu.   Gdy   wjechaliśmy   na   bardziej   dziką   część   plaży   zwolniliśmy.   Nie   było   dokąd   się 

spieszyć i nikt nie mógł ukrywać Kałasznikowa po kocem na którym leżał. Zza wzgórz od 

czasu do czasu majaczyły fragmenty muru otaczającego osadę. Byliśmy już dość daleko, gdy 

zza skał wyjechały dwie konne postaci. Samochód napakowany ochroniarzami przyspieszył i 

wyminął nas, ale zaraz zwolnił i został w tyle. Widocznie nic nam nie groziło. Księżniczka 

wyjęła z torebki okulary w szylkretowej oprawie i popatrzyła na nich.

- Mykoła Żurewlewycz i jego siostra Margaretta - powiedziała.

Podjechali   do   nas   i   wówczas   zdumiałem   się   po   raz   kolejny   od   przyjazdu   w   to 

zwariowane   miejsce,   gdzie   nikogo   nie   dziwił   widok   księżniczki   robiącej   zakupy   w 

towarzystwie   uzbrojonego   w   pistolet   maszynowy   chłopaka,   a   korony   carów   trzymano   w 

pudełkach po butach. Para która do nas  podjechała  posiadała  poza pięknymi ukraińskimi 

nazwiskami domieszkę krwi najwyraźniej murzyńskiej. Mykoła wyglądał niemal dokładnie 

jak   młody   Puszkin,   jego   siostra   była   urocza.   Miała   trójkątną   twarz   o   skośnych   oczach   i 

wystających indiańskich kościach policzkowych, oraz dość ciemną cerę. Zsiedliśmy z koni, 

background image

nastąpiły   powitania   i   prezentacje.   Dziewczyny   zaczęły   paplać   ze   sobą   o   jakimś 

przedstawieniu teatralnym, które będzie wystawiane w Tromso i że trzeba się tam wybrać, 

tylko pytanie komu najlepiej zwalić się na głowę. Ja i Mykoła mierzyliśmy się spojrzeniami. 

Wreszcie ja się przemogłem jako pierwszy.

- Skąd rodem? - zapytałem.

Uśmiechnął się promiennie.

- Jestem z Parana. A mój pradziadek mieszkał w Uchaniach w chełmskiej guberni.

- Ach, to jesteśmy prawie sąsiadami - zauważyłem. - Moja rodzina mieszkała podobno 

w Wojsławicach, a to jest raptem osiem kilometrów.

Przebłysk   pamięci.   Mapa   i   oba   miasteczka,   połączone   drogą.   Gdzie   mogłem   to 

widzieć?

-   Miło   spotkać   krajana.   Gdybyście   się   kiedyś   wybierali   w   rodzinne   strony   i 

potrzebowali ochrony to znam karate.

Roześmiałem się.

- Ochrona nie będzie mi potrzebna, ale w towarzystwie podróż jest przyjemniejsza... 

Nie   wiem   tylko   kiedy   się   tam   wybiorę.   Może   jakoś   na   jesieni.   Jeszcze   się  nad   tym   nie 

zastanawiałem.

Wyłowił z kieszeni bluzy wizytówkę i podał mi.

- Proszę zadzwonić w razie czego - poprosił.

- Będę pamiętał. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy.

- Na pewno. Będziesz tu nie raz wracał.

- Skąd ta pewność?

- Tu znajdziesz ludzi myślących podobnie. Mój dziadek, który Polaków nienawidził 

totalnie,   gdy   pomieszkał   siedem   lat   między   brazylijczykami   tak   zatęsknił   za   jakimś 

kontaktem   ze   Słowianami,   że   zaczął   odwiedzać   polskich   sąsiadów   i   sporo   im   pomagał 

całkiem bezinteresownie. Tak mu dopiekło.

- Zapewne masz rację.

- Wracamy! - zawołała w naszą stronę księżniczka. - Sztorm idzie.

Faktycznie niebo przy horyzoncie zaciągnęły chmury. Znowu przejechaliśmy przez 

nieco bardziej zaludnioną część plaży. Wróciliśmy do osady bez przeszkód. Ochroniarz na 

bramie zasalutował na widok księżniczki. Zostawiliśmy konie w chutorku i pożegnawszy się 

wróciliśmy do pałacu. Moja towarzyszka poszła się kąpać, a mnie książę poprosił na kilka 

minut rozmowy. Wdrapaliśmy się na wieżę, z której roztaczał się widok na okolicę.

- Popatrz na naszą wioskę, Tomaszu - zwrócił się do mnie. - Zawsze trzeba mieć 

background image

dokąd wracać - powiedział poważnie. - W razie czego zapewnimy ci tu całkowitą ochronę. 

Jeśli masz życzenie, możesz się tu przeprowadzić, choćby zaraz.

- Cóż, nie znam opinii hrabiego Derka. Nie bez powodu umieścił mnie w Bodo.

Kiwnął głowa.

- Hrabia miewa dziwne pomysły. Nie wiem zupełnie czemu przez pięć lat trzymał cię 

po tamtej stronie żelaznej kurtyny. Dawno już powinien cię wyciągnąć.

Zamyśliłem się.

- Cenię sobie swobodę - powiedziałem. - U siebie w Bodo nie muszę brać granatu do 

kieszeni, gdy idę do lasu nazbierać chrustu. Tu jak zaobserwowałem...

- Tak, to prawda. KGB najchętniej widziałoby wszystkich Orłowów martwych lub w 

łagrach. Od czasu do czasu zdarzają się wypadki wskazujące na to, że niebezpieczeństwo jest 

realne, nie jest tylko produktem mojej manii prześladowczej. Teraz posłuchaj. Gdybyś chciał 

się   tu   sprowadzić,   dostaniesz   w   wieczystą   bezpłatną   dzierżawę   dom,   jaki   tylko   sobie 

wybierzesz z katalogu. Zapewnimy ci naukę w wybranym przez ciebie języku. Po norwesku, 

rosyjsku czy ukraińsku... Problem nasz polega na tym, że brakuje nam odpowiednich ludzi. Ci 

tam to miernoty. W znacznej części. Postarałem się stworzyć tu raj na ziemi. Zbudowałem 

niemal utopijny socjalizm. Nie wspomnę ile to pochłonęło pieniędzy. Stworzyłem optymalne 

warunki do wyhodowania sobie zastępu ludzi, z których pomocą można by dźwignąć Rosję z 

tego   upadku,   w   jakim   się   znajduje...”Ruszyć   bryłę   z   posad   świata”   -   zacytował 

niespodziewanie   po   polsku.   -   A   tymczasem   wszystko   się   wali.   Wczoraj   wyniknęła 

nieprzyjemna sprawa, porżnęli się tacy dwaj nożami z zazdrości o dziewczynę. Obaj rosyjscy 

szlachcice od co najmniej ośmiu pokoleń. Porżnęli się nożami. Gdyby to były szable, czy 

pistolety  i mieliby  sekundantów, to jeszcze  bym był w  stanie zrozumieć,  ale nożami  jak 

pospolite miejscowe łobuzy... Zaproponowałem im do wyboru rok ścinki drzewa w Kanadzie, 

albo opuszczenie wioski. Powiedzieli, że nie jestem carem, żeby ich zsyłać i wyprowadzili 

się. Pewnie teraz zasilą brukowce w połowie Europy wstrząsającymi relacjami o tym co się tu 

wyrabia, a niejaki Icek, który krąży wokoło nas jak cień kupi od nich informacje jakie obrazy 

wiszą u mnie na ścianach.

- Może trzeba ich było jakoś przyszantażować? - zasugerowałem.

- Właściwie to nie mam jak. Zagrozić im likwidacją ? Wiedzą, że ledwo daję radę 

trzymać   inicjatywę   strategiczną   w   wojnie   z   KGB.   Nie   zdołałbym   ich   prawdopodobnie 

dosięgnąć. Ale może będzie trzeba. Jestem przeciwnikiem stosowania kar nieodwracalnych.

- Jeśli osiedlę się tutaj to nie minie dużo czasu i zrusyfikuję się totalnie.

- Nikt cię nie będzie rusyfikował na siłę. To nie te czasy.

background image

- Wierzę, ale dziękuję za waszą propozycję...

- Pozostaje ciągle otwarta. Gdybyś się zdecydował. Mam jeszcze jedną sprawę. Znasz 

dobrze kilka języków. Może chciałbyś popracować przy tłumaczeniu książek? Pewnie we 

wrześniu ruszy pewien projekt. Chcemy przełożyć na norweski sporą ilość dzieł rosyjskich i 

polskich na rosyjski. Mógłbyś na tym zarobić za stronę tyle ile się w Polsce zarabia przez 

kilka dni... Ja niestety uczyłem się polskiego bardzo krótko i dość dawno, zresztą i tak nie 

mam zbyt dużo czasu.

- To brzmi interesująco. Tylko, że ja nie mówię aż tak dobrze... Czy nie macie tu 

lepszych ode mnie fachowców?

-   Twoja   znajomość   języków   to   zupełny   drobiazg.   Ściągasz   klucz   fonetyczny 

bezpośrednio z umysłu... - złapał się teatralnym gestem za twarz i natychmiast zmienił temat. 

- Znaczna część ludzi mieszkających w tej osadzie jest już zatrudniona w różnych moich 

firmach w mieście. Jak już mówiłem, braki kadrowe. Większość pracuje na półtora etatu. A i 

ich znajomość rosyjskiego często pozostawia sporo do życzenia. Walczymy z tym...

- Nie można uzupełnić w jakiś sposób rezerw ludzkich?

-  Robimy  to.  Także  w   tej  chwili.  Poznałeś  Żurawlewyczów?   Masz  odpowiedź  na 

swoje pytanie. Jeżdżę i szukam. Niewielu jest godnych zaufania. Bywały już pomyłki. Fatalne 

pomyłki.   Sowieci   mają   swoich   ludzi   nawet   wewnątrz   wsi.   Szukamy   ich   i   jeśli   złapiemy 

likwidujemy...Ale   ci   ze   wsi   tego   nie   chcą   akceptować.   Wybacz,   zadręczam   cię   swoimi 

problemami a tam pewnie czekają nas z obiadem.

Obiad był bardzo smaczny. Po obiedzie lunął deszcz. Był to rzęsisty szary deszcz, po 

którym zazwyczaj  w powietrzu pozostaje  wilgoć i chłód. Książę przeprosił nas i poszedł 

porządkować jakieś swoje papiery a ja z Księżniczką Tatianą udaliśmy się do niej.

- To zabawne - powiedziała patrząc przez okno.

- Co jest zabawne? - zaciekawiłem się.

Odwróciła się w moją stronę.

- Mieliśmy wielu gości. Byli książęta krwi, różni studenci, którym wuj zezwolił na 

korzystanie z biblioteki i archiwów, a w sumie z nikim dotąd nie mogłam porozmawiać tak 

otwarcie   jak   z   tobą.   Wszyscy   zachowywali   się   jak   gdyby   połknęli   kij,   i   omijali   mnie 

wzrokiem,   a   ty   otwarcie   się   przypatrujesz   i   mówisz,   że   nigdy   w   życiu   nie   widziałeś 

księżniczki...

- Może po prostu jestem źle wychowany... Może... Sam nie wiem. Zapewne ciągłe 

uchybiam etykiecie. Ale to wina tego, że jestem prostym człowiekiem, którego nie uczyli 

nigdy czy należy patrzeć  na księżniczkę,  czy nie i który znalazł  się tu tylko dlatego, że 

background image

przypadkiem kiedyś ktoś walnął go w głowę, co wyprało całą pamięć.

Zdjęła z głowy diadem i położyła go na nocnej szafce.

- Nie ma księżniczki - powiedziała. - Patrz do woli.

- Jesteś nadal...

Podeszła do mnie bardzo blisko i położyła mi ręce na ramionach.

- Jesteś szlachcicem - powiedziała. - Opisz co czujesz.

- Nie jestem szlachcicem. A przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.

- Widzisz, masz to we krwi. Ilu jest takich, którzy mają dobre nazwiska, a którzy 

doszli do wniosku, że życie wedle jakiejś etyki jest dla nich zbyt trudne. Ja osobiście nie czuję 

się   w   żaden   specjalny   sposób   wyróżniona   przez   to,   że   jestem   księżniczką.   Tytuł   bez 

znaczenia, choć czasem przyjemnie jest popatrzeć, jak komuś wypadają oczy na mój widok. 

Na widok młodej arystokratki. Ilu ominęło by mnie spojrzeniem gdyby nie ta kropla błękitnej 

krwi?

- Ja nigdy! Wydaje mi się jednak, że cierpicie na brak poczucia uczestnictwa.

- Masz rację. Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia?

- Patrząc na was tak.

Pocałowała   mnie.   Poczułem   muśnięcie   jej   warg   jak   delikatne   wyładowanie 

elektryczne. Odsunąłem się.

- Nie jestem godny - powiedziałem.

Uśmiechnęła się do mnie.

- Czas pokaże - powiedziała.

Do kolacji oglądaliśmy  video. Miała sporo filmów. Wybrałem „Świat się śmieje”. 

Kolacja   była   nieoczekiwanie   wystawna.   Świece   kawior   i   łosoś.   I   butelka   wina   o   wiele 

mówiącej   nazwie   „Saint   Briac”   W   czasie   kolacji   wyraziłem   chęć   opuszczenia   jutro 

Nowoorłowa. Książę Sergiej i księżniczka Tatiana protestowali, ale zdołałem się wykazać 

odpowiednią nieugiętością. Po kolacji wcześnie poszedłem spać.

*

Telewizja Norweska wyemitowała film „Fistful of dynamite” Maciek obejrzał go z 

prawdziwą   przyjemnością.   Wprawdzie   sporo   stracił,   z   uwagi   na   barierę   językową,   ale 

wychwycił ogólny sens, a nawet całe kawałki dialogów w miejscach  gdzie przebijała  się 

angielska ścieżka dźwiękowa. Spłynęło na niego natchnienie. Film skończył się po północy. 

Maciek zatarł dłonie i popatrzył w rozczuleniu na swoje cienkie długie palce pianisty, którymi 

zmajstrował już niejeden wynalazek na szkodę swoich bliźnich.

- Garść dynamitu - szepnął sam do siebie. - To da się zrobić.

background image

Z   bunkra   przyniósł   trzy   połówki   lasek   amonitu,   kawałek   stalowej   rurki   i   zwój 

cienkiego izolowanego drutu.

Około pierwszej w nocy ciemno ubrana postać przemknęła się lasem, aż na sąsiednią 

posesję, gdzie na brzegu morza leżała niesłychanie wonna zdechła jałówka. Zawleczenie jej 

na field, do obozowiska Svena zajęło mu godzinę. Właśnie zaczął padać deszcz. Był dość 

gęsty. Amonit wybucha stosunkowo cicho. Deszcz znakomicie wygłusza odgłos eksplozji. 

Maciek   z   wprawą   doświadczonego   dynamitera   wetknął   jałówce   w   odbyt   ładunek 

wybuchowy. Następnie oddalił się dwadzieścia metrów i przytknął druty do obu biegunów 

baterii. Krowie truchło zamieniło się w kilkadziesiąt mniejszych i większych ochłapów, które 

dość równomiernie pokryły cały cypel. Smród był potworny.

- ”Gdy byłem młody i zaczynałem stosować dynamit wierzyłem w wiele rzeczy. Teraz 

został mi już tylko dynamit” - zacytował z dumą i poszedł do domu pogwizdując po drodze 

melodię z filmu. Był młody, wierzył w wiele rzeczy i wprawiał się w stosowaniu dynamitu. A 

gdy zasnął, jego sny także były wybitnie bombowe.

*

28 lipca czwartek Nowoorłowo – Bodo.

Obudziłem   się   podobnie   jak   dnia   poprzedniego   około  siódmej   rano,   tym   razem   z 

własnej inicjatywy. Umyłem się, ubrałem i zszedłem na parter. W salonie siedział książę i z 

wyraźnym rozbawieniem czytał jakieś czasopismo.

- Witaj Tomaszu. Mam dla ciebie sympatyczny artykuł do poczytania.

Przywitałem się. Podał mi gazetę. Usiadłem i rozłożyłem ją. Był to typowy brukowiec 

zamieszczający prognozy dotyczące rychłego lądowania kosmitów, oraz podobne głupoty. 

Środkowe strony wypełnione były wstrząsającym artykułem pod budującym tytułem „SYN 

CARA  Z  WIZYTĄ   U  KSIĘCIA   ORLOVA!”  Na  honorowym  miejscu  pyszniło   się  moje 

zdjęcie.   Zrobione   zostało   teleobiektywem   i   leciutko   podretuszowane.   Następne   zdjęcie 

przedstawiało   mnie   i   obie   dziewczyny   o   zatytułowane   było:   „Czyżby   matrymonialny   cel 

wizyty?”.   Trzecie   z   kolei   zdjęcie   przedstawiało   mnie   i   Mykołę   gawędzących   sobie   nad 

morzem i popisane było skromnie: „Monarchistyczny gabinet cieni”. Za pomocą dobrego 

specjalisty od fotomontażu dorysowano nam karabiny przytroczone przy siodłach.

Sam tekst był jeszcze bardziej budujący. Przestudiowałem go uważnie. Cytowane w 

nim  obszerne   fragmenty  moich   jakoby   wypowiedzi  w   rodzaju:   „Przybyłem  tu  w  tajnej   i 

poufnej misji, przed wyjazdem do Rosji muszę uporządkować część spraw swojej dynastii” 

Etc, wprawiły mnie prawie w stan uniesienia.

- I co ty na to? - zapytał kniaź.

background image

- Jestem pod wrażeniem. Nie wiedziałem, że moja tutaj wizyta ma aż tak podniosłe 

znaczenie. Tak swoją drogą to kto to napisał?

- Jest u nas w Mo taki jeden dziennikarz. Pisuje o nas takie głupoty, że mózg gotuje 

się pod czaszką. Tydzień temu gdy przeciągnęliśmy mój jacht do stoczni remontowej, bo dno 

trochę ucierpiało na skutek uderzenia w skałę, napisał, że mój jacht został poddany przeróbce 

na kanonierkę przed jesiennym rejsem pirackim po Bałtyku, i że w poufnej rozmowie z nim 

zdradziłem gotowość zdobycia Sankt Petersburga w ciągu dziesięciu godzin poprzez desant z 

morza.

Zabawne, ale większość poznanych przeze mnie rosyjskich emigrantów nie mogła się 

zdobyć na wypowiedzenie nazwy Leningrad.

- Mogę zatrzymać to na pamiątkę?

- Tak, zrobiliśmy już skan. Tak swoja drogą to... - urwał nagle swoją myśl, bo po 

schodach  zeszła  księżniczka.  Była  trochę   zaspana.  Ale  wyglądała  uroczo.  Przy  śniadaniu 

książę wyciągnął sprawę mojego wyjazdu.

- Mam pewną koncepcję - powiedział. - Nie masz nic przeciwko lotom samolotem?

- Nie. Zupełnie nic.

Pokiwał  głową,  ale  nic  nie  powiedział.  Zaraz   po posiłku  wyjął  z  kieszeni   telefon 

komórkowy i zadzwonił gdzieś. Gawędził przez dłuższą chwilę z jakimś  Saszą, wreszcie 

rozłączył się.

- O dwunastej na lotnisku w Mo wyląduje samolot po ciebie - zwrócił się do mnie.

Byłem wstrząśnięty.

- Nie martw się, to dla mojego znajomego zupełny drobiazg. Tylko dwa dodatkowe 

międzylądowania. Nawet nie będzie musiał nadkładać drogi.

Po śniadaniu poszedłem z księżniczką na przechadzkę do parku. Po nocnym deszczu 

było chłodno, choć ziemia już wyschła.

- Będzie mi ciebie brakowało - powiedziała. - Tak miło nam się rozmawiało...

- Mnie także...

Popatrzyła na korony drzew. Jak gdyby coś rozważała.

- Słyszałam, że hrabia Derek udaje się na dniach na północ. Może spotkacie się. Myślę 

też, że powinieneś zobaczyć występ Juli - an. Spotkamy się jeszcze z całą pewnością przed 

moimi urodzinami.

- Będę zaszczycony.

- Miło byłoby gdybyś mieszkał w Nowoorłowie. Moglibyśmy się częściej spotykać.

- Wasza wysokość...

background image

- Jesteśmy sami - powiedziała z lekkim naciskiem. - Nie musisz się wygłupiać.

- Wybacz, tak mi łatwiej...Tatiano. Każdy ma swoje życie. Wy macie tu swój dom, 

swoje problemy a ja też mam swój domek daleko na północy w gęstych lasach i tam jest mi 

dobrze. Z dala od cywilizacji. Może i warunki życia są prymitywne, ale ja jestem prostym 

człowiekiem i nie potrzeba mi dużo do szczęścia.

- Odwiedzaj  nas tak  często, jak często poczujesz  samotność. Zawsze będziemy ci 

radzi.

Weszliśmy na wyższe wzgórze z którego widać było morze.

- Woda - powiedziała, - może łączyć, lub dzielić. Wierzę, że nas połączy.

- Byłbym szczęśliwym człowiekiem - odpowiedziałem.

Pocałowaliśmy   się   tam   pod   drzewami.   To   był   smutny   pocałunek.   Wróciliśmy   do 

pałacu. Spakowałem się. Z uwagi na mój wyjazd zjedliśmy wcześniejszy obiad. Po obiedzie 

wsiedliśmy do opla i pojechaliśmy na lotnisko. Książę poszedł pogadać z jednym facetem i 

wpuszczono   nas   na   płytę.   Pojechaliśmy   samochodem   po   starym   pasie   startowym. 

Zatrzymaliśmy się na poboczu. Pozostało nam czekać.

- Chciałbym ci dać jeszcze coś na pamiątkę - powiedział książę.

Podał mi pudełko takie w jakich przechowuje się biżuterię. Wewnątrz znajdował się 

brylant. Największy i najpiękniejszy jaki w życiu widziałem.

- Kopia brylantu „Orłow” wycięta w cyrkonii.

- Dziękuję.

- Gdy będziesz na niego patrzył to przypomni ci się czas spędzony u nas i kto wie, 

może zechcesz tu powracać.

Zadzwonił   telefon   w   jego   kieszeni.   Odebrał   i   przez   chwilę   wsłuchiwał   się   w 

przekazywane treści. Potem uśmiechnął się promiennie i rozłączył się.

- Zaraz będzie.

Nie minęło pięć minut jak na niebie pojawiła się nieduża, ale szybko przemieszczająca 

się   awionetka.   Samolot   wylądował   niedaleko   nas   i   bardzo   szybko   wytraciwszy   szybkość 

zatrzymał się. Podeszliśmy. Z samolotu wysiadł wysoki przystojny mężczyzna z niewielkim 

wąsikiem. Miał około czterdziestki. Ubrany był w jeansy i szarą płócienną koszulę.

-   Jego   wysokość   książę   Aleksander   Timofiejewicz   Gagarin,   Tomasz   Pawłowicz 

Paczenko von Uhersk - przedstawił nas sobie książę Orłow.

Wymieniliśmy   mocny   uścisk   dłoni.   Pożegnałem   się   i   wsiedliśmy   do   samolotu. 

Wnętrze było ciasne, ale przytulne.

- Gdzie cię wysadzić? - zapytał książę Aleksander.

background image

- W Bodo - powiedziałem. - Jeśli można prosić.

- Żaden problem.

Samolot ruszył i po chwili poderwał się do góry.

-   To   ty   byłeś   tym   młodym,   człowiekiem,   który   znalazł   księcia   Sergieja   wtedy   w 

górach w Utah? - zapytał.

- Nie.

-  Miał  szczęście,   że  się nie  zabił.  A  mówiłem   mu,  żeby  zawsze  sprawdzał   przed 

odlotem, czy ktoś mu nie pomajstrował przy mechanizmie. Nie chciał słuchać rad...

- Są więc tacy, którzy majstrują przy mechanizmach? - zdziwiłem się.

- Tak. Może nie bardzo często, ale zdarzają się takie wypadki.

- Szczyt głupoty.

- Proszę?

- Dłubanie przy mechanizmie. Wystarczyłoby dosypać cukru do baku. Silnik się zatrze 

i spada.

- No proszę. To my się zastanawiamy jak unikać niebezpieczeństwa, a ty wskazujesz 

na jeszcze jedną rzecz do sprawdzenia przed startem. To bardzo cenna uwaga.

Skąd mogłem wiedzieć, że i mnie zdarzy się mieć nieprzyjemność obserwować skutki 

takiego pomajstrowania. Samolot pruł jak diabli. W ciągu godziny z kawałkiem byliśmy w 

Bodo. Tu zaczęły się problemy, bowiem nie chciano dać mu pozwolenia na lądowanie na 

lotnisku, z uwagi na trwające  tam jakieś  szopki z powitaniem  zespołu koszykarzy,  który 

wrócił z mistrzostw. Książę wyłączył radio powiedział kilka brzydkich wyrazów po czym 

rozłożył sobie na kolanach plan miasta i studiował go przez chwilę.

- Pasy masz zapięte? - upewnił się. - No to lądujemy.

Minął lotnisko, przeleciał nad miastem i wyleciał nad nową drogę. Była równa prosta i 

szeroka, ale mimo to wylądował na niej dopiero za trzecim podejściem.

- No to do zobaczenia - powiedział. - Trafisz stąd do domu?

- Oczywiście. Dziękuję, za odwiezienie.

Kiwnął mi głową na pożegnanie i odleciał. Awionetka była niewielka. potrzebowała 

niecałych stu metrów rozbiegu, aby wzbić się do góry. Wziąłem walizkę w ręce i poszedłem 

wolno w stronę Geitvagan. Nie zaszedłem daleko, gdy dogoniła mnie na rowerze Ingrid.

- No hej - zagadnęła. - Widziałeś tego wariata co lądował samolotem na szosie?

- Nie, nie zauważyłem.

- Hm... Wybacz głupie pytanie, ale skąd się tu wziąłeś?

- Wróciłem ze swojej wycieczki.

background image

- Czy przypadkiem nie przyleciałeś tym samolotem?

- Droga Ingrid, skąd ci takie głupie pomysły przychodzą do głowy?

- Powiesz mi gdzie byłeś? Wyjechałeś bez uprzedzenia i troszkę za tobą tęskniłam.

- Jeździłem do przyjaciół. Do południowego Nordlandu.

- Widziałeś coś ciekawego?

- Tak, nawet jedną prawdziwą księżniczkę. Mam jej zdjęcie, pokażę ci przy okazji. A 

co tu u was słychać?

-   Twój   kumpel   wstąpił   na   ścieżkę   wojenną   z   moim   bratem.   Podłożył   nabitą 

gwoździami deskę w lesie i rozwalił amonitem jakąś zdechłą krowę akurat na jego stanowisku 

obserwacyjnym. Do tego strzelał z procy petardami.

- Ja tam go nie żałuję. Twój braciszek zachował się po świńsku.

- A jeśli ja cię poproszę?

-   Niech   napisze   list,   podanie   o   łaskę,   złoży   samokrytykę   i   wyrazi   skruchę. 

Rozpatrzymy.

- Dzięki.

Pożegnaliśmy się i poszedłem na skróty przez las. Do domu miałem dwa kilometry. 

Gdy   wróciłem   Maciek   siedział   w   kuchni   i   jadł   kanapkę.   Na   rękawie   miał   swoją 

nacjonalistyczną opaskę, a na stole leżały pakuły, pułapka na myszy, petarda i stała kulka 

czegoś.

- No cześć - powiedziałem.

- Cześć. Fajnie, że jesteś, to pomożesz mi w wojnie z tym łobuzem.

- W wojnie? Ach słyszałem coś o jakiejś jałówce rozerwanej na strzępy dynamitem.

- Kto ci powiedział? - zapytał ostrożnie.

- Jeden znajomy glina z Bodo pytał mnie, czy nie wiem coś na ten temat.

- Jeśli Sven na mnie doniósł to trzeba go będzie...

- Żartowałem. Jak dotąd wie chyba tylko jego siostra.

- Rozniesie...

- Tu chyba nie ma zwyczaju plotkowania o wszystkim co się usłyszy. Zresztą ona nie 

jest taka.

- Skąd wiesz? Tak słabo się znacie.

- Budzi we mnie zaufanie. Myślę, że to odpowiednia osoba, jeśli domyślasz się o co 

mi chodzi. Tak swoją drogą to nasz kochany szpieg ma napisać samokrytykę, i zastanowimy 

się czy mamy mu wybaczyć.

Skrzywił się.

background image

- Niech i tak będzie - powiedział. - Choć doświadczenie wielu pokoleń uczy, żeby nie 

rezygnować z zemsty. Co widziałeś tam na południu?

Opowiedziałem   mu.   Nie   wszystko   oczywiście,   pamiętałem   o   podpisanym 

dokumencie. Słuchał krzywiąc się co chwila. Wreszcie gdy skończyłem  skrzywił się, jak 

gdyby zjadł kawałek cytryny.

- Co ci się nie podoba? - zapytałem.

- Wszystko mi się podoba, choć żałuję tego Mykoły.

- Dlaczego?

- Należeć do mojego narodu to ciężkie brzemię do udźwignięcia, a do tego mieć zły 

wygląd to już zupełnie źle.

- Może masz rację. Zobacz co dostałem - położyłem mu na dłoni pudełko.

- Ładne. - stwierdził sprawdziwszy uprzednio na oknie, czy mój souwenir nie tnie 

szkła.

Wynik   doświadczenia   rozczarował   go.   Parsknąłem   śmiechem   widząc   jego   minę. 

Wzruszył ramionami.

- Co będziesz robił? - zapytał.

- Położę się trochę. Miałem za sobą ciężki dzień. Nie wiesz czasem, po co byłem im 

tam potrzebny?

Wzruszył ramionami.

- W tym samym celu co ja. Żeby księżniczka nie musiała sama jeździć konno po 

parku.

- Przecież ma tam kupę znajomych.

Uśmiechnął się.

- Też nie wiedziałem. Ale się domyśliłem. Im chodzi o kadry. Potrzebują ludzi. A 

właściwie ich mózgów. Położył mi dłonie na ramionach i popatrzył prosto w oczy.

- Jesteśmy tani - powiedział. - Moich rodziców kupili za sto pięćdziesiąt dolarów 

miesięcznie. Organizowali potem mety dla ich szpiegów. A mnie kupili jeszcze taniej. Za 

trzydzieści dolarów miesięcznie, które wydaję na kursy językowe. I za obietnicę, że kiedyś 

będę mógł zamieszkać tutaj. Za możliwość spędzenia wakacji wśród fiordów Norwegii, albo 

na szkierach Szwecji, gdzie hrabia Derek ma daczę. Za parę kilogramów kiełbasy. Ty jesteś 

trochę droższy. Walący się dom i trzy tysiące koron na miesiąc. Ile to będzie? Gdzieś pięćset 

dolarów. Załatwili ci szkołę a gdy już wykażesz się odpowiednimi zdolnościami, zostaniesz 

studentem takim jak ci, których pewnie widziałeś w pałacu.

- Ale co chcą ze mną zrobić?

background image

- Zostaniesz pracownikiem holdingu Orłowów. Zarobisz dla nich miliony dolarów, a 

oni zapłacą ci z tego tysiące. Zarobisz dla nich miliardy, dostaniesz setki tysięcy.

- To brzmi nieźle.

Kiwnął głową.

-   Jesteśmy   niewolnikami   -  powiedział.   -   Jak  cały   nasz   naród.   Ty   będziesz   trochę 

bardziej niewolnikiem, bo inwestują w ciebie więcej. I zdobędziesz trochę więcej wolności. 

W ostatecznym rozrachunku ty się liczysz, a ja nie.

- Przykro mi to słyszeć.

-  Nie  szkodzi,   jestem  przyzwyczajony.   Wędrowycze  zawsze  stali   trochę  niżej.   To 

ustalona od trzech stuleci hierarchia. Norwiccy zawsze mieli ziemię, dochody i pieniądze. 

Wy, Paczenkowie byliście ich zaufanymi pomocnikami. A Wędrowycze co najwyżej zbrojną 

ochroną. Teraz doszli jeszcze Orłowowie. Kupili nas wszystkich.

- Nie mamy szans?

- Szans na co?

- Uwolnić się w przyszłości i samemu stanowić o sobie. Rozkręcić własne interesy i...

- Wiesz ile dostanie w posagu Tatiana?

- Masz na myśli...

- Tak. Księżniczkę Tatianę Orłow.

- Nigdy się nad tym nie zastanawiałem.

- Ćwierć miliarda.

- Koron? to kupa forsy...

- Dolarów. Książę pokazał ci ją. Tak jak swojego czasu pokazał ją mnie i Pawciowi. 

Ma posłużyć za przynętę. Tak myślę. Sadzę, że nie wie.

- Sugerujesz, że za parę lat dostanę ją za żonę, czy to tylko przynęta do pokazywania?

- Nie wiem - bezradnie wzruszył ramionami. - Być może te twoje kocie oczy i mózg, 

który odrasta, są warte ćwierć miliarda.

Poszedłem do siebie i z westchnieniem ulgi uwaliłem się na twardym łóżku. Zasnąłem 

niemal natychmiast. Obudziło mnie potrząsanie.

- Będziesz jadł kolację?

- Chętnie.

- Ktoś musi ją zrobić.

W   odpowiedzi   bluznąłem   stekiem   przekleństw   polskich,   rosyjskich,   ukraińskich, 

niemieckich i takich, które sam wymyśliłem. Czasami budziłem się nie w humorze.

- Kolacja czeka - powiedział, gdy skończyłem.

background image

Zszedłem  na parter. Maciek był czegoś  zły, ale dopiero gdy skończył i otarł  usta 

serwetką, (czasami stawał się bardzo dystyngowany, co z reguły poprzedzało wybuch furii), 

zadał mi jadowite pytanie.

- Nie widziałeś przypadkiem mojego ślicznego jedwabnego krawata, który kupiłem za 

blisko dwadzieścia dolarów?

-   Krawata?   -   ze   zdziwieniem   popatrzyłem   na   zwisającą   mi   pod   brodą   wymiętą 

szmatkę.

Chyba zapomniałem go zdjąć przed położeniem się spać.

- O to ci chodzi? - odplątałem go i podałem mu.

- Pogniotłeś!

- To się wyprasuje?

- Czym, bałwanie, wyprasuje jak w tym domu nie ma nic co przypominałoby żelazko?

- Pożyczę od Ingrid. Po coś się ostatecznie zawiera znajomości.

- Wiesz co...

- Tak, wiem. Gdybyśmy byli czterdzieści lat temu i w Wojsławicach to byś mnie 

wychłostał.

Westchnął ciężko.

- Najlepiej jest kiedy śpisz - powiedział. - Człowiek ma wówczas dużo wolnego czasu 

i może robić na co tylko ma ochotę bez ryzyka, że zniknie mu krawat, koszula, czy para 

butów.

- Co ty mi tu próbujesz imputować?

- Nieważne.

Nie zasiadywałem się. Wróciłem do siebie i znowu uwaliłem się spać. Przyśniła mi się 

księżniczka.

29 lipca piątek. Bodo.

Obudziłem się o piątej rano. Otworzyłem okno, (że też mogłem nie zauważyć, że 

Maciek   wstawił   pod   moja   nieobecność   okno   w   moim   pokoju!)   i   zaczerpnąłem   w   płuca 

głęboki   haust   powietrza.   Powietrze   było   zimne,   ale   pachniało   lasem   morzem   i   wiatrem 

opadającym z wysokich gór. Było jak nektar. W porannych promieniach słońca przyroda 

budziła   się   do   życia.   Ja   też   poczułem,   że   żyję   każdą   komórką   swojego   ciała.   Było   to 

oszałamiające uczucie. Zapragnąłem śpiewać z radości. O, wy ludzie wielkiego miasta. Gdzie 

w waszym życiu chwila na śpiew? Wstajecie rano, biegniecie do pracy, wszystko w szalonym 

pośpiechu. Wy ludzie z wiosek, rzeźnicy kultury ludowej, dlaczego wy nie śpiewacie? Boicie 

się sąsiadów? Gardzę ludźmi, który nie umieją znaleźć czasu na chwilę śpiewu!

background image

Wciągnąłem w płuca haust powietrza tak duży aż poczułem połamane kiedyś żebra. 

Jeśli   chciało   mi   się   śpiewać   dlaczego   miałem   sobie   nie   pofolgować?   Odchrząknąłem   i 

zaśpiewałem.

A jak będę już duży,

Będę palił i burzył!

Będę w worku pękatym,

Przechowywał granaty!

Poszło mi to bardzo ładnie i czysto. Zachęcony własnym sukcesem śpiewałem dalej.

Nu kak prijatno z razjaszczym awtomatom,

Smiertelnoj schwadku prochadit',

Smotriet' kak Kola twoj prijatel,

W kałużu leżit, krowiu brasit!

To też zabrzmiało nieźle. Miało się ten talent.

W Niżnom Noogrod'e,

Na kakoj - to ulice,

Wstrietiłsja ja z diewoczkoj,

Z kotoroj proszła ma żizń!

Śpiewałbym   dalej,   ale   ktoś,   (Maciek   oczywiście),   załomotał   w   ścianę.   Sądząc   po 

odgłosach łomotał starym butem, ale mogłem się mylić.

- O co chodzi? - zapytałem, choć oczywiście świetnie wiedziałem o co mu chodzi.

- Czy człowiek nie może się wyspać rano, gdy go najdzie ochota? - dobiegł mnie 

zbolały głos z sąsiedniego pokoju.

-   Może,   może,   ale   nie   wtedy,   gdy   sługa   całej   ludzkości   rozwija   swój   talent   - 

odpowiedziałem.

A następnie przystąpiłem o dalszego rozwijania swojego talentu.

- Jedenasta godzina, dwa noże w kieszeni.

Dwunasta godzina trup w zaułku leży.

O pierwszej godzinie nyską podjechali.

background image

O drugiej godzinie był już na komendzie i strasznie go tam prali.

Miałem jeszcze ze czterdzieści zwrotek do odśpiewania, ale nie było mi dane. Los 

objawił się pod postacią Maćka, który wpadł przez drzwi mojego pokoju z siekierą w ręce.

- Dwa noże i trup w zaułku? - zapytał jadowicie. - To da się zrobić.

- O co ci chodzi? - zapytałem, choć oczywiście wiedziałem o co.

- Przestań wyć, bo uszy więdną - zażądał.

Prymityw.

- Ja nie wyję. Ja śpiewam - oświadczyłem z godnością.

- Masz taki głos jak gdybyś się uczył śpiewu u wilków.

- A ty się znasz na muzyce jak ślepy na kolorach. I odnieś tą siekierę do rupieciarni, 

bo jeszcze zrobisz komuś krzywdę.

- Jeśli piśniesz jeszcze chociaż słowo to rozwalę ci łeb!

Prawdziwa sztuka zawsze była tępiona przez nieuświadomione elementy. Oczywiście 

nie   przestraszyłem   się,   ale   odeszła   mi   jakoś   ochota   do   śpiewu.   Czułem   jednak   w   sobie 

potężny zew  czegoś, co można  by chyba było określić jako  zew sztuki. Wziąłem  trochę 

pieniędzy, rower i pojechałem do Bodo.

W   jednym   z   supermarketów   kupiłem   sobie   kilka   tubek   farby   oraz   komplet 

odpowiednich pędzelków z ostrymi końcami. Nie wydałem dużo. Wróciwszy wyciągnąłem z 

rupieciarni kawał sklejki o wymiarach prawie metr na metr i namalowałem na nim straszliwy 

obraz. Właściwie to tego ranka stworzyłem zupełnie nowy kierunek malarski, który nazwałem 

debilistyzmem. Nazwę tą należy traktować dosłownie.

Obraz był bardzo fajny. Na pierwszym planie toczyła swe błękitne wody niewielka 

rzeczka. Wyrastały z niej piękne żółto zielonkawe trzciny. Za rzeczką była niewielka łączka, 

na której stał straszliwie plugawy degenerat. Ubranie wisiało na nim w strzępach, w ustach 

trzymał   zgaszony   niedopałek   papierosa,   a   u   jego   stóp   poniewierała   się   pusta   butelka   po 

denaturacie.   W   tle   umieściłem   wielki   szary   budynek,   karetkę   pogotowia   oraz   dwu 

pielęgniarzy powiewających kaftanem bezpieczeństwa.

Degeneratowi   udało   mi   się   całkiem   dobrze   nadać   twarz   wypoczywającego   w 

sąsiednim pokoju przyjaciela. Wysuszyłem obraz suszarką i namoczywszy uprzednio pędzle, 

żeby się nie zmarnowały zawiesiłem go w bibliotece, na lewo od drzwi. Następnie zacząłem 

robić śniadanie. Przygotowania moje w bliżej niewyjaśniony sposób obudziły Maćka, który 

ziewając zszedł na parter. Na widok obrazu dosłownie go zatkało.

- Co to jest? - zawył.

Chyba znowu mu się coś nie podobało. Taki to już z niego był upierdliwiec. Od czasu 

background image

do czasu wstawał lewą nogą.

- Obraz, a co nie widać? - wyraziłem swoje głębokie zdziwienie.

- Czy mam rozumieć, że ten kicz przedstawia mnie?

Trzymał siekierę w ręce. Wcale nie odniósł jej do rupieciarni. Musiałem rozegrać to 

bardzo dyplomatycznie.

- A co, nie podoba ci się?

- Nie!

- No wiesz? Starałem się.

- To mam być ja? W tym radzieckim mundurze? Z taką mordą?

Nie była ta morda taka zła, skoro zdołał się rozpoznać.

- Najpierw namaluj lepszy a potem się wymądrzaj!

- Już ja ci zamaluję - wyrzucił z siebie niezbyt zrozumiałą groźbę.

- Proszę bardzo - powiedziałem udając się do kuchni.

Przy   drzwiach   zauważyłem   stojącą   łopatę.   Pewnie   znowu   coś   w   nocy   kopał. 

Właściwie to marnował się tu w tych lasach. Powinien pójść na archeologię albo zająć się 

pogłębianiem   rowów   melioracyjnych   na   Żuławach.   Jego   praca   przyniosłaby   wówczas 

pożytek całej ludzkości a jego trud stałby się szerzej znany. Powiedziałem mu to nawet i 

chyba się specjalnie nie obraził. Po śniadaniu pozmywałem i zadekowałem się w kuchni, 

gdzie było ciepło i przytulnie, aby sobie trochę poczytać. Nie czytałem specjalnie długo, gdy 

ktoś zapukał do okna. Panna Ingrid. Wyszedłem jej naprzeciw.

- No hej - powiedziała. - Przyniosłam ci podanie o łaskę od mojego brata.

- Wejdź proszę.

Wpuściłem ją do kuchni. Zzuła z nóg wysokie buty i przyłożyła stopy do nagrzanego 

pieca.

- Och jak przyjemnie - powiedziała z zadowoleniem w głosie.

- Brodziłaś po wodzie, jak można sądzić ze stanu twoich butów i uroczych stóp?

- Skąd ty bierzesz tak wymyślne zdania? - zaciekawiła się.

-   Układam   ze   słownikiem,   a  potem   uczę   się   na  pamięć,   aby   mieć   na   podorędziu 

potrzebne zwroty na każdą okazję. Moje pytanie..?

- Weszłam do morza, żeby obejrzeć zdechłą fokę.

- I na co zdechła?

- Była żywa i zwiała, gdy podeszłam zbyt blisko.

- Miałaś więc zajmujący ranek.

- Można to tak określić. A ty?

background image

- Też miałem zajmujący ranek. Najpierw sobie śpiewałem, ale mój kumpel się wściekł 

więc przestałem i zabrałem się dla odmiany za malowanie.

- Umiesz śpiewać?

- Tylko amatorsko. Takie tam nieudolne próby.

- Ja też nie umiem śpiewać - przyznała.

Ciekawe, czy księżniczka umiała.

- Wspominałeś, że musiałeś wyjechać?

- Tak, jeździłem do przyjaciół. Do Mo - i - Rana.

- Masz przyjaciół w Norwegii? Nie wiedziałam. Bo chyba nie poznałeś ich dopiero po 

przybyciu tutaj?

- Nie, to oni poznali mnie.

- Jakie wrażenia przywiozłeś stamtąd?

Delikatnie przesunąłem opuszkami palców po wargach. Od czasu tego pocałunku z 

księżniczką były w jakiś sposób uwrażliwione, aż do bólu. Dostrzegła mój gest.

- Całowałeś się z jakąś dziewczyną? - w głosie jej było wyłącznie zaciekawienie.

- Dostałem całuska na pożegnanie.

- Ładna?

- Ładna, ale to i tak nie ma znaczenia. Nie dla mnie.

- Dwadzieścia dwie korony za minutę rozmowy?

Idiom? Sextelefon?

- Gorzej. Znacznie gorzej.

- Ojciec ceber, matka teściowa ze złej bajki?

- To też. Coś w tym rodzaju. Ale nie zupełnie o to chodzi.

- Inna klasa społeczna?

- Trafiłaś.

- Ty masz pochodzenie inteligenckie. No nie?

- Zapytaj Maćka. Ja nie pamiętam...

- Inteligencja - powiedział Maciek zza ściany. - Fizycy od ciekłych kryształów.

- Ona jest z niższej grupy? Nie wyglądasz na takiego, któremu sprawiało by to jakąś 

różnicę.

- Ona jest wyżej.

- Ponad inteligencją? Wielkoprzemysłowa burżuazja?

- Wyżej.

- Nie ma wyżej.

background image

- Arystokratka.

Popatrzyła na mnie zdumiona.

- Nie przestaniesz mnie zadziwiać. Skąd u licha znasz norweskich arystokratów?

- To nie jest norweska arystokratka. To rosyjska księżniczka.

- Księżniczka!?

- Trochę ich zostało - wtrącił Maciek.

- O rany. W życiu bym nie przypuszczała...Ty przypadkiem nie jesteś księciem?

- Rozczaruję cię. Niestety nie jestem. Choć z drugiej strony, może i jestem.

- Nie jesteś - ostudził mnie przyjaciel.

- Ładna?

Poprosiłem   ją   gestem   w   głąb   domu.   Weszliśmy   na   piętro   i   do   mojego   pokoju. 

Wyjąłem z walizki zdjęcie i podałem jej. Jej rozczarowanie było wręcz komiczne.

- Phi. Właściwie to wcale nie jest ładna.

- Tak to już bywa. Też byłem troszkę rozczarowany. Ale za to jest autentyczna.

Popatrzyła   na  zdjęcie   jeszcze   raz  i oddała   mi.  Włożyłem  je  do  walizki  wyjmując 

jednocześnie z niej pudełko z kopią brylantu.

- Zobacz to - powiedziałem wytrząsając jej na dłoń.

- Śliczne. Co to jest?

Wzrok zatonął jej w migotliwych głębiach klejnotu.

- Kopia brylantu „Orłow” wycięta w cyrkonii. Robi wrażenie?

- Niesamowite. Nigdy nie widziałam jeszcze brylantu. Nie myśl, że jestem głupia, ja 

wiem, że to nie jest prawdziwy brylant, ale to jest podobne więc...

- Rozumiem.

Oddała mi klejnocik z wyraźnym żalem. Nie dziwiłem się, ale nie mogłem jej go 

ofiarować.

- Co masz zamiar robić? - zapytała.

- Chcę wypocząć po trudach podróżowania, to na dzisiaj, zaś jutro chciałbym zażyć 

nieco kulturalnych rozrywek.

- Ach. Jakich rozrywek?

- Uświadomiłem sobie, że nigdy nie byłem w cyrku. A bardzo chciałbym pójść.

- Spóźniłeś się. Odjechali na dniach.

- Wiem dokąd się udali i będę ich gonił.

- Gonił?

- Gonił. Gdybyś zechciała mi towarzyszyć?

background image

- Dokąd oni pojechali?

- Pojechali do Fauske. Byłaś tam kiedyś?

- Obrażasz mnie!

Nie wiedziałem, czy jest to potwierdzenie czy zaprzeczenie, ale w sumie to nie było 

takie ważne.

- Pojechalibyśmy popołudniowym pociągiem, w Fauske obejrzymy przedstawienie, 

zanocujemy w zajeździe i jutro rano będziemy tu z powrotem.

- W jakim zajeździe. Rodzice się chyba nie zgodzą. Wiesz są trochę stroświeccy.

- Weźmiemy dwa pokoje, a zresztą twój brat i tak będzie nas śledził, więc... Zresztą 

mogę dać zobowiązanie na piśmie dotyczące twojej nienaruszalności osobistej.

Roześmiała się.

- Muszę zapytać rodziców - powiedziała.

- Pozwolisz w takim razie, że odwiozę cię do domu.

Kiwnęła głową.

- Pozwolę.

Wziąłem ją na ramę. Jechało się bardzo ciężko, tak że te sześć kilometrów zajęło mi 

ponad   godzinę.   Ingrid   chichotała   całą   drogę,   a   potem   powiedziała   mi,   że   nigdy   tak   nie 

jechała. Widocznie w tym zgniłym kapitalizmie mieli zbyt dużo rowerów, aby wpaść na taki 

pomysł.

Pojechałem do Bodo i sprawdziłem jak odchodzą pociągi go Fauske. Najbardziej mi 

się spodobał ten o 12:07. Zanotowałem to w pamięci i wróciłem do domu. W domu czuć było 

trochę   spalenizną.   Przyjaciel   mój   skończył   już   malować.   Jego   obraz   wisiał   na   lewo   od 

mojego. Nie był specjalnie udany, ale bez trudu wydedukowałem, że przedstawia chłopaka 

siedzącego na koniu tyłem do kierunku jazdy. Chłopak miał przedstawiać mnie, ale tego 

można się było domyśleć jedynie po fryzurze. Za to koń namalowany został bardzo starannie. 

Wiadomo, kozacka krew.

- Całkiem niezłe - powiedziałem, gdy zszedł do biblioteki.

Mówiłem to zupełnie szczerze, ale odebrał to jako złośliwą ironię.

- Twój obiad też - odgryzł się.

- Jaki znowu obiad?

Zaprowadził mnie do kuchni. Na piecu stała patelnia wypełniona spalonymi obierkami 

od kartofli. Same kartofle w garnku nakrytym ścierką stały pod stołem. Widocznie zajęty 

rozmową z Ingrid nie zauważyłem, co robię.

- Dobra - powiedziałem, - ostatecznie nic się nie stało.

background image

- Następnym razem spalisz dom i też powiesz, że nic się nie stało.

- Nie takie rzeczy palili nasi przodkowie w ciężkich wojennych czasach. A tak na 

marginesie, jadę jutro do Fauske, popatrzeć na cyrk. Może wybrałbyś się ze mną?

- Będziesz miał towarzystwo tej miłej kici, nie chciałbym przeszkadzać...

- Nie mam zamiaru ciągać jej w krzaki.

-   Ty   i   krzaki,   nie   rozśmieszaj   mnie.   Po   prostu   będziesz   mi   tłumaczył   wszystkie 

dialogi,   co   wybije   cię   z   rytmu   rozmowy.   A   tak   właściwie   to   po   co   przyszła?   Tak   w 

odwiedziny?

- Przyniosła mi list od jej brata z prośbą o łaskę.

- O! No to poczytajmy.

Przeczytałem mu list. Sven postarał się, napisał bardzo kurtuazyjnie. Maciek pokiwał 

smętnie głową i westchnął.

- To co, wybaczymy mu? - zapytałem.

- No cóż to trochę sprzeczne z moimi zwyczajami, ale ostatecznie...

- Widzę, że masz niewiele ośrodków zbrodniczych w mózgu.

- Mało, to prawda. Właściwie to aż dziwne, że nie wyżywałem się na tobie po naszym 

pojedynku...

- To chyba ja wtedy wygrałem?

- Możliwe. Ale raczej to było nierozegrane. Możemy kiedyś powtórzyć...Nieważne. 

Wybaczamy mu.

- Sven - powiedziałem głośno po norwesku. - Wybaczamy ci, jeśli nas słyszysz błyśnij 

lusterkiem w okno kuchni.

Parę sekund później dostrzegliśmy błysk.

- Jasna cholera, mimo naszych wysiłków ten łobuz nadal nas podsłuchiwał!

- To może mu nie wybaczymy? - zaproponowałem.

- Już za późno, nie mogę cofnąć swojego słowa. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby 

za kilka dni znowu się pokłócić.

- Fajnie.

- Choć z drugiej strony łamanie słowa danego organom ścigania i innym takim nie jest 

chyba grzechem...

Zjedliśmy   sobie   obiad.   Po   obiedzie,   około   szesnastej   wpadła   Ingrid.   Tym   razem 

przyjechała własnym rowerem.

- I jak? - zapytałem.

-   Rodzice   się   zgodzili.   Prawie   tak   jak   chciałeś,   z   tą   tylko   różnicą,   że   mamy   nie 

background image

nocować   w   zajeździe,   ale   wracać   nocnym   pociągiem.   Tata   da   mi   pistolet,   na   wszelki 

wypadek.

- Ach jak to miło. O której się umówimy i gdzie? Pociąg mamy o 12:07.

- Brat mnie odwiezie, wpadniemy po ciebie. Czy przeszkadzałoby ci, gdyby pojechała 

z nami moja przyjaciółka?

- Ależ skądże.

- Świetnie. Zatem do jutra.

- Do jutra.

Zaraz potem poszła sobie. Przed wieczorem zerwał się silny wiatr. Maciek z braku 

odpowiednio niepotrzebnych desek nie poprawiał swojej ziemianki, szumnie nazywanej przez 

niego   bunkrem,   ale   zabrał   się   za   poprawianie   poddasza.   Pomijając   dach   wymagający 

natychmiastowej naprawy i ściany na parterze, można było już całkiem przyjemnie mieszkać. 

Umeblowanie dzięki  staraniom  mojego przyjaciela  także stopniowo uzupełniało  się. Spać 

poszedłem dość wcześnie, nakrywszy uprzednio okno od zewnątrz jakąś szmatą, bo moja 

inwencja   dziwnie   mnie   zawiodła   w   chwili,   gdy   trzeba   było   wymyśleć   zasłonki   do   okna 

umieszczonego w skośnym dachu. Ledwo przyłożyłem głowę do poduszki przyśnił mi się 

straszliwy horror.

Głównym jego bohaterem był jakiś facet. Dwaj gliniarze zakopywali go żywcem do 

ziemi. Ręce mieli upaćkane we krwi po łokcie. Potem gonili mnie po całym lesie, aby mnie 

zabić jako niepożądanego świadka. Brr. Miotałem się po łóżku tak długo, aż się obudziłem. 

Pooddychałem dłuższą chwilę, aby się całkowicie uspokoić. Wreszcie ponownie zapadłem w 

sen.   Juli   -   an   była   przyrośnięta   do   konia.   Gonił   ją   kościotrup   ze   szlachetnym   zamiarem 

odczepienia jej. W ręce miał zardzewiałą kosę. Dwaj gliniarze z poprzedniego snu, z łapami 

zakrwawionymi po łokcie zamierzali zgwałcić kuzynkę Maćka - Miriam. Rąbałem ich szablą 

po pradziadku. Aż przestali obdzierać ją z ubrania. Znowu się obudziłem. Długo leżałem nie 

mając odwagi zapaść ponownie w sen.

*

Strażnik Ducha uśmiechnął się do Łucji. Jego stara pomarszczona twarz wyglądała 

teraz bardzo dobrotliwie.

-   Gdy   w   młodości   czytywałem   książki   SF   ten   kierunek   literatury   był   jeszcze   w 

powijakach. Sądzę jednak, że w waszym przypadku chodzi o klasyczny wariant. Rozbiliście 

się na Ziemi. Bóg raczy wiedzieć jak dawno temu. Załoga statku rozproszyła się i wędruje 

grupkami po świecie. Zapewne możecie krzyżować się z homo sapiens.

- A tamta dwójka? W 1911? Skąd przyszli - zapytał Miszczuk.

background image

- Tak jak wy, z południa. Nie pytaliśmy ich o to. Posiedzicie u nas, wypoczniecie. 

Pójdziecie   dalej.   Co   mamy   powiedzieć   następnym,   którzy   tu   zabłądzą   za   sto   lat?   Że 

przyszliście z południa a potem skierowaliście się na zachód?

- Czy można tu przyciągnąć tych innych? - zapytała Łucja.

Stojący w drzwiach Szaman kiwnął poważnie głową.

- Ile was jest? - zapytał.

Semen popatrzył mu w oczy.

- Na Ukrainie ta proporcja sądząc z wyników badań krwi wynosi jeden do czterdziestu 

pięciu milionów.

Szaman spojrzał na Łucję.

- Czyli jeśli proporcja ta jest zachowana na całym świecie istot twojego rodzaju jest 

nie więcej niż tysiąc. Oblicz teraz prawdopodobieństwo trafienia tu kogoś takiego. Liczbę 

przemnóż przez liczbę wsi i osad na naszej planecie i podziel przez liczbę wsi, które człowiek 

odwiedza w ciągu swojego życia. Fakt, że możemy was gościć oznacza albo że mamy do 

czynienia z przypadkiem, albo też coś w tej ziemi was przyciąga. Dlatego sądzę, że nasze 

wnuki za sto lat doczekają kolejnych odwiedzin. Tamta dwójka była narodowości polskiej. 

Nie wiem czy coś wam to pomoże.

- To może oznaczać, że pochodzimy z bardzo ograniczonego terytorialnie obszaru 

ziemi - powiedziała Łucja. - Może korzeni trzeba szukać w Polsce?

Strażnik Ducha musnął dłonią jej wystające kości policzkowe.

- O ile w Polsce są Indianie.

Semen milczał.

- Skąd wiedzieliście, że jesteśmy w pobliżu i kim jesteśmy? - zapytał. - Czy też raczej 

kim jest moja córka?

- Stawiałem pasjansa - powiedział Szaman. - Prosty fortepian nie wyszedł dwadzieścia 

dwa razy pod rząd.

- Nie rozumiem - jęknęła Łucja. - Jaki to ma związek?

Strażnik Ducha przymknął oczy.

-   Wszystko   co   żyje   na   naszej   planecie   podlega   uniwersalnym   prawom 

matematycznym   i   fizycznym.   Jest   to   w   jakiś   sposób   determinowane.   Ty   jesteś,   wybacz 

brzydkie określenie, anomalią.

- To znaczy?

-   Twoja   obecność   zakłóca   poważnie   rytmy   na   ścieżkach   życia.   Wyjął   z   kieszeni 

kanadyjską jednodolarówkę z wizerunkiem płynącej kaczki.

background image

- Uczyłaś się w szkole statystyki.

- Tak.

- Jeśli rzucę monetę dwadzieścia razy, to ile razy powinna wypaść miła buzia królowej 

Elżiety drugiej, a ile razy płynąca kaczka?

- W przybliżeniu po dziesięć każdego wariantu.

- No to teraz popatrz.

Rzucał   monetę.   Dziewiętnaście   razy   pod   rząd   pojawiły   się   płynące   kaczki.   Za 

dwudziestym razem moneta upadła na krawędź i pozostała w takiej pozycji.

- Rozumiesz? - zagadnął.

30 lipca sobota. Bodo - Fauske - Bodo.

Jest wczesny ranek. Stoję przed dużym lustrem będącym fragmentem ściany budynku 

biurowego niedaleko portu w Bodo. Jest dość chłodno i wietrznie, a ja stoję patrząc na swoje 

odbicie w lustrze. Nie wyglądam tak źle, ale czuję się nie najlepiej, czyli tak jak zazwyczaj. 

Brązowe zamszowe buty, granatowe skarpetki, (tak na marginesie przecierają się trochę od 

spodu, ale tego przez buty nie widać), spodnie z jeansu i to prawdziwe, amerykańskie, puścił 

trochę szew na dole lewej nogawki. Kurtka z żaglowego płótna, kupiona już po przyjeździe 

tutaj, prezentuje się bardzo szykownie. Przez rozpięcie widać, że pod spodem mam koszulę z 

żółtego   jedwabiu,   kupioną   pięć   minut   temu.   Brakuje   mi   jeszcze   krawata,   ale   to   da   się 

nadrobić.

Twarz   nie   wzbudza   zaufania.   Niszczy   zaufanie   wywołane   przez   szykowny   strój. 

Twarz blada, wymizerowana, z zaciśniętymi ustami, wystającymi kośćmi policzkowymi. Nad 

ciemnymi   pałającymi   oczyma   gęste   ciemne   brwi   i   mimowolny   mars   na   czole.   Włosy 

przypominają   słomę,   są   dziwnego   koloru,   coś   pośredniego   pomiędzy   szarym,   a 

jasnobrązowym. Wyglądają jak zakurzone, ale zawsze tak wyglądały. Cera jest czysta, ale 

także wygląda jak gdyby była lekko zakurzona. Poszarzała. Za to trochę się opaliłem. Dobre i 

to.

Nie lubię patrzeć w lustro. Człowiek którego tam widzę nie jest dobrym człowiekiem. 

Nie powinien nazywać się tak ładnie jak ja. To urodzony kryminalista. Taki jak on mógłby 

spalić siedem wsi i nie miałby potem wyrzutów sumienia. W sam raz nadaje się do tego, aby 

rozbijać siekierą głowy śpiącym. Drzemie we mnie. Ja zawładnąłem bezprawnie jego ciałem 

stworzonym do popełniania złych uczynków. Któregoś dnia wylezie z zakamarków mojego 

umysłu. Ja go wykorzystuję. Wykorzystuję jego siłę, jego szał w walce. Gdy on zapanuje w 

ten sam sposób wykorzysta moją inteligencję i zgromadzone przeze mnie wiadomości. Ruszy 

w świat rozrabiać, a gdy skończy wielu ludzi będzie martwych. I nikt go nie zdoła zatrzymać. 

background image

Ale najpierw muszę odnaleźć swoją przeszłość. Wówczas go uwolnię.

W lustrze zobaczyłem Svena. Pojawił się za moimi plecami i znienacka złapał mnie za 

szyję udając, że chce mi wyssać krew.

- Miałem się przestraszyć - zdziwiłem się uprzejmie.

- No pewnie.

- Widziałem cię jak szedłeś.

- Niemożliwe. Wampirów nie widać w lustrach.

- Może waszych zachodnich wampirów nie widać, u nas w Polsce nie należy się zbyt 

długo wpatrywać w lustro, bo można zobaczyć diabła, lub istoty które tam mieszkają.

- Ciekawe te wasze zabobony.

- To nie żadne zabobony. To mądrość życiowa.

- Ojej, już zaczynam się bać.

- Jak mnie znalazłeś?

- Wpadłem do miasta i niespodziewanie zauważyłem, że ktoś wypatruje diabłów w 

zwierciadle.

- Tak bywa. Masz tu coś do załatwienia?

- Nie, wszystko już załatwiłem - potrząsnął siatką.

- Wobec tego wracajmy.

Wsiedliśmy   na   rowery   i   pojechaliśmy   do   domu.   Sven   poszedł   na   swój   punkt 

obserwacyjny a ja poszedłem do łazienki, gdzie gruntownie ucywilizowałem swój wygląd za 

pomocą skarpetek z takim śmiesznym krokodylkiem wyhaftowanym z boku, białych spodni z 

żaglowego płótna, oraz brązowych półbutów. Włosy przyczesałem z użyciem żelu, dzięki 

czemu dobrze się ułożyły. Za to wyglądały jak oblizane przez jałówkę. Gdy wszedłem do 

kuchni Maciek gwizdnął przez zęby na mój widok.

- Chciałem cię właśnie zapytać, gdzie cię wywiało tak o świcie, ale teraz nie muszę.

- Szykownie wyglądam?

- Można to tak określić. Szykownie.

- Ucywilizowałem się.

- Ty i cywilizacja! Nie rozśmieszaj mnie. Może ucywilizowałeś się po wierzchu, ale w 

środku  nadal  pozostałeś  tym   samym  Tomaszem,   który  spał  u  mnie  w   obórce  na   Starym 

Majdanie nakrywając się papierowym workiem po soli.

- Dobra dobra, nie będę przypominał kto buduje ziemiankę godną dzikusa ze starszej 

epoki kamienia łupanego.

- Tak?

background image

-   A   co   do   cywilizacji   to   masz   cywilizowany   podarunek   -   dałem   mu   paczuszkę 

zawiniętą w papier i przewiązaną wstążeczką.

Rozpakował. Podarowałem mu grzebień wykonany z jakiegoś zabawnego tworzywa, 

który w zależności od kąta patrzenia był niebieski, zielony albo czerwony.

- Extra. Dzięki.

Zatkało mnie. Popatrzyłem na niego bezradnie.

- Wcale sobie nie przypomniałem...

- Wiem. To echo moich myśli sprzed pół minuty.

O jedenastej przyjechał Lars Roslin z Ingrid. Zabrałem wszystko, co mogło mi się 

przydać i pojechaliśmy.

- Trzeba było się wybrać do cyrku, gdy był w Bodo - zagaił weterynarz. - A nie jechać 

kilkadziesiąt kilometrów.

- Nie wiedziałem, że on tu jest - wyjaśniłem.

- Co tam będzie takiego ciekawego, że musisz to zobaczyć za wszelką cenę?

-   Moja   znajoma   będzie   pokazywała   co   można   zrobić   z   koniem   przy   odrobinie 

współpracy pomiędzy stronami.

- Ach tak... No cóż pozostaje mi cieszyć się, że moja córka wyrwie się trochę z domu, 

bo ostatnio tylko siedziała  w swoim pokoju i nie przejawiała żadnej inwencji.  Nawet na 

spacery nad morze musiałem ją wyganiać siłą.

- Każdy miewa swoje złe dni - zauważyłem.

- Tak, byle nie  za dużo pod rząd. Dla utrzymania  kondycji  niezbędne  wydają  się 

codzienne spacery po co najmniej dwadzieścia minut.

-  Pan  jest   lekarzem,   więc  przyjmuję   to  jako  diagnozę   i  zalecenie  -  powiedziałem 

poważnie.

- Cieszę się, że przynajmniej ty jeden przyznajesz mi rację.

Dojechaliśmy na dworzec. Kupiłem bilety i usadowiliśmy się w przedziale. Pociąg był 

na dobrą sprawę pusty. Mieliśmy cały przedział dla siebie. Nie minęło wiele minut i pociąg 

ruszył. Na wschód. Popatrzyłem na dziewczynę siedzącą naprzeciw mnie i uśmiechnąłem się. 

Odpowiedziała uśmiechem.

Koń gna po nieskończonym stepie,

Dusza ma w ciele się telepie,

Wnętrzności skręca straszliwy głód.

Końskie kopyta wybijają werble:

background image

Na wschód, na wschód, na wschód. - zacytowałem.

Ożywiła się.

- Co to znaczy?

Mówiłem po polsku. Przełożyłem jej na norweski.

- Sam to ułożyłeś? - zaciekawiła się.

- A nie wyglądam?

Uśmiechnęła   się,   ale   wkrótce   głowa   zaczęła   jej   się   kiwać   i   zapadła   w   drzemkę. 

Poczułem żal. Chciałem z nią porozmawiać.

Do Fauske przybyliśmy o drugiej. Kupiliśmy sobie bilety do cyrku na szesnastą, a 

potem ruszyliśmy na poszukiwanie jakiegoś sympatycznego lokalu, żeby coś zjeść.

Zajazd   wyglądał   dla   mnie   bardzo   swojsko,   dla   Ingrid   natomiast   dość   obco. 

Wzorowany był na drewnianych zajazdach z terenu Polski. Stylizowany na siedemnasty wiek. 

Weszliśmy. Wnętrze było puste i przestronne. Stoły z grubych desek poznaczone milionami 

śladów po kuflach z piwem. Na ścianach smętnie wisiało kilka obrazków przedstawiających 

głównie   różne   widoczki   z   mojego   kraju.   Za   barem   siedział   facet   o   wybitnie   semickim 

wyglądzie w stroju organizacyjnym.

- Chcielibyśmy coś zjeść - zagadnąłem.

Twarz faceta rozjaśnił szeroki uśmiech. Odwrócił się w stronę zaplecza.

- Hrabio przyszedł chłopak, który wygląda jak Tomasz Paczenko von Uhersk.

Z zaplecza wybiegł Derek. Poznałem go od razu, mimo, że nigdy go nie widziałem. 

Miał około trzydziestki, inteligentną twarz, włosy nieco posiwiałe, brakowało mu kawałka 

ucha ale poza tym wyglądał całkiem zwyczajnie. Z jednym wyjątkiem. Miał klinowate kocie 

źrenice w obu oczach. Przebyte trudy można było poznać z jego twarzy.

- Tomasz! - wykrzyknął radośnie, ale zaraz się zreflektował. - Możesz przedstawić mi 

tą uroczą młodą damę?

- To panna Ingrid Roslin - przedstawiłem ją.

- Derek Tomatow - Nowoaleksandrowski - przedstawił się całując ją kurtuazyjnie w 

rękę.

Zaskoczyło mnie trochę przedłużenie jego nazwiska. Spostrzegł to.

- Car mi nadał - wyjaśnił. - Nową Aleksandrię wraz z przyległościami. Opowiem 

później.

- Hm, czy Nowa Aleksandria to nie są czasem Puławy?

- A czy to ważne?

background image

Faktycznie,   czy   to   ważne,   że   przebywający   na   wygnaniu   car   rozdaje   lekką   ręką 

majątki ziemskie, które nigdy nie będą do niego należały? Nijak takiej darowizny ugryźć.

- Jesteście głodni? - zapytał. Po norwesku.

Ingrid przytaknęła.

-   Samuelu,   stawiaj   na   stół   co   tam   masz   najlepszego   w   spiżarce,   trzeba   ugościć 

znajomych.

- Pan hrabia ciągle gości kogoś na mój koszt. Ten geszeft to już nie jest zabawny - 

odgryzł się zagadnięty.

Mówił w jidysz, ale o dziwo go rozumiałem.

-   Tak,   tak,   nie   będę   przez   grzeczność   wspominał   o   twoich   księgach   przychodu   i 

rozchodu.

- Księgi to są dla urzędu skarbowego, a nie dla wspólników - powiedział, ale zaraz 

zniknął na zapleczu.

Nie minęło pięć minut jak przed Ingrid stanął talerz ruskich pierogów.

- Co to jest? - zdziwiła się.

- To smaczne, jedz póki ciepłe - powiedziałem.

- Co tam u ciebie słychać? - zagadnął Derek. - Dawno się nie widzieliśmy...

Mówił po polsku, ze śpiewnym zabużańskim akcentem. Od czasu do czasu dorzucał 

kilka słów po rosyjsku.

- A widzieliśmy się kiedykolwiek? Chciałbym podziękować za wszystkie starania. I 

jeśli można trochę dalszych informacji...

Kiwnął energicznie głową, ale nie odezwał się.

- Rozumiałem o czym rozmawiacie - zauważyłem.

- Och, to zupełnie proste. Ściągasz z mojego umysłu klucz fonetyczny.

Wyjął z kieszeni nóż i przejechał sobie po palcu. Rana prawie nie krwawiła a po 

chwili zaschła.

- Szybka regeneracja. Trawa. Psi węch. Mówi ci to coś? - uśmiechnął się i puścił do 

mnie oko. Klinowate kocie źrenice...

- Hm... Jesteś taki jak ja. Jesteśmy spokrewnieni?

- Jedna krew. Sądziliśmy, że jesteśmy jedyni, zanim w Mandżurii mój pradziadek nie 

spotkał Ałmaza Paczenki.

- To kim jestem? Jesteśmy?

-   Na   razie   nie   do   końca   rozgryzłem   ten   problem.   Będziemy   mieli   czas   o   tym 

porozmawiać.

background image

- Chciałbym dowiedzieć się wszystkiego...

Pokręcił głową.

- Zaufaj swojej pamięci. Musisz odblokować wszystko co się da. Uszkodzenia mózgu 

były   poważne   i   pewne   elementy   zapewne   nie   przypomną   ci   się   nigdy.   Ale   przecież   nie 

wszystko uległo wymazaniu. Na dobrą sprawę powinieneś już nie żyć. Ale skoro twój mózg 

pracuje musimy zbadać jego zasoby. Wspólnie. Jestem twoim terapeutą.

- Pięć lat w murach tego obleśnego zakładu, to jak rozumiem element terapii?

- Zgadnij. Nie, to nie element. Szukałem cię przez trzy lata. Ciebie i Ihora. Byłem 

pewien, że go zabili,  ale sądziłem, że oszczędzili ciebie. Nie wiedziałem  tylko po której 

stronie granicy  jesteś. Straciłem  dużo czasu na poszukiwania  w ZSSR. A gdy znalazłem 

pomyślałem, że trzeba trochę jeszcze utrwalić wzorce kulturowe. Dlatego nie przyjechałeś tu 

dwa lata temu, ale teraz. Pewnie było ci ciężko...

- To prawda.

- To Pawcio cię znalazał. Napisał kartkę, że do jego szkoły chodzi chłopiec z domu 

dziecka, który ma zaklęśnięcie za uchem i kocie oczy. Wydało mi się to niemożliwe, bo zbieg 

okoliczności   byłby   zbyt   duży,   ale   ostatecznie   jesteśmy   anomaliami.   -   Czym?   -   Nasze 

pojawienie się zakłóca przepływ tego, co Indianie keczua nazywają pacha. Wyjął z kieszeni 

garść norweskich monet i podrzucił je w powietrze. upadły na stół. Wszystkie odwróciły się 

reszką do góry.

-   Rozumiesz?   To   nic   dziwnego,   że   się   tu   spotkaliśmy.   Po   prostu   przypadek,   a 

przypadki   będą  nam   zawsze  towarzyszyć.   Co  do  twojej   pamięci:   Maciek  powinien,  jego 

obecność sprawi, że stopniowo co nieco ci się przypomni. Książę pokazał ci swój magazyn?

- Tak. Zawartość sejfu też. Mówił, że to na twoje polecenie. Wyjaśnisz mi dlaczego?

Jakoś naturalnie przeszliśmy na ty. Zamyślił się.

- Powiedzmy, że chciałem ci dostarczyć wrażeń.

- Mydlicie oczy, hrabio. Zbyt dobrze cię znam, żeby wiedzieć, że wszystko co robisz 

wynika z jakichś głębszych pobudek.

- Ojojoj. Z tak błyskotliwą inteligencją zrobiłbyś karierę w KGB. Ale i tu znajdziemy 

dla ciebie zajęcie. Niech no teraz ja posłużę się inteligencją. Przyjechaliście, żeby zobaczyć 

przedstawienie?

Poczułem   jego   myśl,   jak   przeczesuje   mi   mózg,   szukając   odpowiednich   wzorców 

języka norweskiego. Wrażenie było dość nieprzyjemne, pociemniało mi w oczach. Poczuł to, 

bo wycofał się.

- Tak.

background image

- To się dobrze składa, bo ja też mam taki zamiar. Macie już bilety powrotne?

Nie   mieliśmy,   co   okazało   się   szczęśliwym   zrządzeniem   losu,   bo   Derek   był 

samochodem i wybierał się do Bodo. Ingrid poklepała się po brzuchu.

- Pełny - powiedziała z zadowoleniem.

- Smakowało? - zaciekawił się.

- Znakomite. Umiesz Thomas coś takiego przyrządzić?

- Oczywiście. Nauczę cię.

Do   cyrku   pojechaliśmy   samochodem   Derka.   Pod   namiotem   było   raczej   pustawo. 

Widocznie tubylcy nie rozumieli tej formy rozrywki, a może winą należy obciążyć jakąś 

ekologiczną   organizację,   która   nalepiła   na   afiszach   kartki   ze   zniechęcającymi   hasłami. 

Program był bardzo dobrze zrobiony. Jakaś kicia w czymś w rodzaju halki huśtała się na 

trapezie, druga chodziła po linie w towarzystwie małpiej rodzinki. Akrobaci ustawiali się w 

piramidę. Nie zabrakło zręcznego iluzjonisty, który pokazał wyciąganie królików z kapelusza, 

i łykanie ognia. Potem była krótka przerwa i tresura dzikich zwierząt, które reprezentowane 

były przez trzy małe tygryski, oraz dwa duże tygrysy.

W czasie przerwy Ingrid poszła do toalety.

- Telapatia? - zagadnąłem Derka.

Uśmiechnął się.

-   To   działa   tylko   między   nami.   Choć,   zdarzały   mi   się   przypadki   łapania   jakichś 

okruchów z myśli innych. Zasięg około stu metrów. Choć parę razy odbierałem coś w rodzaju 

komunikatów  z daleka.  Miało to swoje dobre strony, jak chodziłem  z bratem do szkoły. 

Zauważyłeś przy nauce języków, że czasami znasz słowa, których jeszcze się nie uczyłeś?

- Tak.

- Ściągasz je mimowolnie z mózgu rozmówcy. Po prostu patrz mu w oczy i mów. 

Opanujesz każdy język. Nawet keczua.

- Co oznacza słowo pacha?

- Czasoprzestrzeń, rzeczywistość znajdującą się w ruchu, jednocześnie to co żywe i to 

co martwe. Relacje pomiędzy materią organiczną i nieorganiczną. Pacha to skondensowane 

życie i skondensowana przestrzeń. I w pewnym sensie także czas. Wszystko co żyje na ziemi 

podlega odwiecznym rytmom wyznaczanym przez fluktuacje pacha.

- Za wyjątkiem nas?

- Tak mi się wydaje. Rozmawiałem z indiańskimi szamanami w Andach. Twierdzą, że 

tkwimy zatopieni w pacha jak owady w bursztynie. Oczywiście przepływa także przez nas, 

ale raczej nas omija.

background image

Po przerwie pokazali parę sztuczek iluzjonistycznych i kobietę - gumę. Wszystko to 

było bardzo zajmujące, ale czekałem na konie. Z twarzy Derka widać było, że też tylko na to 

czeka. Wreszcie doczekaliśmy się. Na arenę wjechało kilku facetów na koniach w tym brat 

Juli - an. Pokazali kilka kozackich sztuczek, w rodzaju chowania się za bokiem konia.

- Też to potrafię - szepnąłem do Derka.

- Już niedługo  - odpowiedział.Po  kilku pokazach w  rodzaju ścinania  w powietrzu 

szablami rzutek, wyjechali z areny. Światła przygasły. Na arenę wjechała Juli - an na swojej 

mleczno białej klaczce. Miała na sobie długą suknię, która opadała zasłaniając zad klaczki. 

Wydawało się że pragnęła zasugerować widzom, że jest przyrośnięta do konia. Gdzieś za 

kulisami ktoś zaczął grać na flecie. Uszy więdły. Klaczka zaczęła tańczyć. Derek skrzywił się. 

Okropnie się skrzywił. - Mówiłem im, że tego nie może być - powiedział po rosyjsku. - To 

niebezpieczne. Można sobie uszy uszkodzić.

Poczułem dziwną lekkość. Dziewczyna zsiadła z konia. Klacz zaczęła dziwnie rżeć. 

Minęło parę sekund zanim zorientowałem się, że próbuje coś powiedzieć. Juli - an coś do niej 

powiedziała. Uspokoiła się. Cyrk był oświetlony jasno, jak przedtem, a klaczka pokazywała 

jak umie liczyć na dużych liczydłach. Odniosłem wrażenie jakby wycięto mi kawałek mózgu.

- Dosypałeś LSD do jedzenia? - zapytałem szeptem Derka.

- Wyjaśnię ci to później - odszepnął. - Patrz, to ładne.

Klown wniósł stolik, na którym stał urodzinowy tort z dużą ilością świeczek. Klaczka 

zdmuchnęła je. Potem pokazali jeszcze ćwiczenia na batucie. Przedstawienie skończyło się 

paradą wykonawców. Wyszliśmy. Juli - an czekała na Derka. Przebrała się już w normalny 

strój.

- Co wyście narobili - wrzasnął na nią po rosyjsku hrabia.

- Polecenie ośrodka badań naukowych w Saint Briac - odgryzła się. - Dziesięć procent.

- Następnym razem, żeby potwierdzić badania na ochotnikach podpalicie tą budę.

- Sterowanie tłumem to pierwszy priorytet...

Urwała nagle. Zobaczyła mnie i Ingrid. Staliśmy wprawdzie w pewnej odległości, ale 

strasznie się wydzierali.

Zaczęli szeptać do siebie, najpierw gniewnie, potem łagodniej. Wreszcie pocałowali 

się na pożegnanie i Derek podszedł do nas.

- Wybaczcie - powiedział. - Jedziemy?

Wsiedliśmy i pojechaliśmy do domu.

- Jak się podobało? - zapytał.

-   Piękne   przedstawienie,   ale   stało   się   coś   dziwnego,   gdy   tańczyła   na   koniu   - 

background image

powiedziała Ingrid. - Tak jak gdyby mnie na moment zamroczyło. Widziałam jak gdyby 

płomyki Św. Elema wokoło konia, co to było?

Najwidoczniej nie widziała tego koszmaru, co ja.

- To taki eksperyment psychologiczny - powiedział Derek. - Widzisz dźwięk fletu 

może wywoływać stany zbliżone do transu. Uboczny skutek. Stosują tą muzykę, bo przy niej 

klaczka lepiej tańczy. Zwracałem im na to uwagę.

Kity. To było coś innego. Czułem  wyraźne mrowienie.  Generator  infradźwięków? 

Wróciliśmy dość późno. Odwieźliśmy dziewczynę do domu, gdzie przekazałem ją jej bratu. 

Była dość zaspana i leciała przez ręce.

Wreszcie znaleźliśmy się na drodze do domu.

- Tak naprawdę to o co chodziło z tym sterowaniem? - zapytałem.

Skrzywił się.

- To nieładnie podsłuchiwać.

- Wiem, ale niechcący mi się usłyszało.

- Więc zapomnij.

- Uczycie konia mówić po ludzku?

-   Więc   to   widziałeś?   No   dobra.   Powiem   ci.   Pracujemy   nad   metodami   ogłupiania 

dużych ilości ludzi i kierowania tłumem jak lawiną w ściśle określonym kierunku. Mówiłem 

tym kretynom, żeby nie ryzykowali na razie w warunkach polowych, ale widać oni wolą 

narażać się na dekonspirację. Nic więcej nie możesz wiedzieć - podniósł ostrzegawczo rękę 

widząc, że chcę zadać pytanie.

Wobec takiego postawienia sprawy nie zadawałem już pytań. Nie mogłem się połapać 

co było realne, a co nie. Czy klacz faktycznie pod wpływem tej hipnotyzującej muzyki starała 

się mówić po ludzku, czy też to tylko mi się uroiło. Maciek czekał z kolacją. Na widok Derka 

ucieszył się. Hrabia przeszedł od razu na ukraiński, co nie sprawiało mu trudu, gdyż operował 

biegle wszystkimi językami słowiańskimi, nawet narzecza słowian połabskich nie były mu 

obce.

Z samochodu wyciągnął butelkę wina Saint Briac i hulaliśmy aż do rana śpiewając 

czastuszki po rosyjsku i ukraińsku, oraz polskie pieśni biesiadne, których znajomość także nie 

była gościowi obcą... Gdzieś nad ranem zadzwonił widelcem o kieliszek. Szumiało mi już 

trochę w uszach a Maciek wyglądał na zupełnie trzeźwego.

- Myślę, że niezależnie od tego co się stanie i jak się dalej rozwiną twoje kontakty 

towarzyskie - zamyślił się na moment - czekają cię tu Tomaszu dobre lata.

Mylił się.

background image

Popatrzyłem   na   jego   wysokie   czoło.   Jakie   tajemnice   kryły   się   w   jego   czaszce? 

Zdecydowałem się je poznać. Przecież jeśli my dwaj jesteśmy tacy, muszą być także inni. 

Tacy jak my. Kocioocy.

*

Wysoko w górach było zimno. Zimno i sucho. Mikołaj Melechow leżał na poboczu 

szosy i cierpiał. Skręcało go z głodu w sposób potworny. Drżącą dłonią wydobył z kieszeni 

kalendarzyk i wpatrzył się w niewyraźnie wydrukowane literki.

- Trzydziesty lipca - wyszeptał.

Gardło miał wyschnięte na wiór. Nie mógł sobie przez dłuższą chwilę przypomnieć 

gdzie jest, po chwili pamięć wróciła.

- Jestem na przełęczy - wymamrotał. - Za tymi górami jest Norwegia. Ale po co ja tam 

właściwie jadę?

Zemdlał z głodu. Umysł wyłączył się. Zaniknęło potworne uczucie łaknienia. Ciało 

wyłączało się sekcja po sekcji. Nogi, ramiona... Oddech spadał, serce biło coraz wolniej, by 

wreszcie ustabilizować się na poziomie jednego uderzenia na minutę. Wychudzone i równie 

niemal jak on głodne psisko zlazło z góry. Przystanęło węsząc. Poczuło woń śmierci. Zaczęło 

skradać się w jego stronę. Nie poruszył się. Pies przystanął nad jego nogą i po chwili wahania 

wgryzł się w ciało. Mikołaj ocknął się. Pies przerażony odskoczył. Leżący uniósł głowę.

Pies - pomyślał w pierwszej chwili obojętnie, ale niespodziewanie w mózgu zapaliła 

mu się jakaś lampka. Pies to mięso! Kundel musiał usłyszeć jego myśli, a może po prostu 

zobaczył wyraz jego twarzy, bo zaskomlał i uciekł w dół drogą. Mikołaj z trudem wdrapał się 

na ramę roweru i pojechał za nim.

Dzięki znacznemu spadkowi stoku rozwinął ogromną prędkość. Pies odwrócił się, aby 

stawić mu czoła zębami i pazurami, ale zrobił to tak pechowo, że dostał się prosto pod koła. 

Rower przejechał mu po gardle pozbawiając życia. Zwierzę jeszcze biło nogami w powietrzu, 

gdy „myśliwy” zeskoczył z roweru i jednym cięciem noża pozbawił je tylnej łapy. Zdarł skórę 

kilkoma cięciami i wgryzł się ze szlochem w dymiący, drgający jeszcze ochłap. Los sprzyjał 

mu. Po pierwszych kilku kęsach spostrzegł niedużą mulistą kałużę. Woda.

Posiliwszy się ukląkł i podziękował Bogu za zesłane pożywienie. Nigdy nie uczył się 

modlić, dobierał słowa tak jak rodziły się w jego głowie. Góry były milczące i odwieczne, 

niebo miało głęboko błękitny kolor. Wiatr ucichł. W pustej przestrzeni rozbrzmiewała tylko ta 

cicha   nieskładna   modlitwa.  Było   coś  nieludzkiego  w   tej   scenie.   Mikołaj  wypoczywał   do 

wieczora,   pozwalając,   aby   zawartość   kałuży   przeniknęła   do   jego   odwodnionych   tkanek. 

Surowe mięso buntowało się trochę w jego wnętrzu. Wieczorem zebrawszy siły wsiadł na 

background image

swój zdezelowany rower i powoli ruszył ku morzu. Wkrótce natrafił na tablicę:

MO - I - RANA 20 KM

Nie znał łacińskiego alfabetu, ale pierwsze dwie litery były takie same. Mo. Miasto o 

którym wspominała mu kiedyś matka. Drugiej części napisu nie mógł zidentyfikować, ale nie 

zrobiło to na nim wrażenia. Z ust wyrwał mu się skowyt tryumfu. Docisnął mocniej pedały i 

pojechał   w   dół   serpentynami   drogi,   a   resztki   psa   przypięte   do   bagażnika   podskakiwały 

wesoło.

Koniec tomu pierwszego.

Warszawa - Wojsławice 1986 - 1999