background image

ANDRZEJ PILIPIUK

NORWESKI DZIENNIK

TOM III

PÓŁNOCNE WIATRY

background image

PROLOG

Pierwszego wrze nia, w sobot , na starej drodze  cz cej Bodø i Geitvagan pojawi  si

ś

ę

łą ą

ł ę 

zielony,   nieco   zdezelowany   opel   ascona.   Znad   fiordu   wstawa y   poranne   mg y,   mi dzy

ł

ł

ę

 

drzewami   widoczno

  by

ść

ła   ograniczona   do   kilku   metrów.   Nawet   mocne   halogenowe 

reflektory   niewiele   mogły   tu   pomóc.   Siedzący   za   kierownicą   młodzieniec   wyglądał   na 

zmęczonego. Koło ust odznaczyły się dwie bruzdy, oczy straciły blask. Nieoczekiwanie po 

lewej   stronie   samochodu   pojawiła   się   stara,   zardzewiała   siatka   ogrodzeniowa.   Kierowca 

wyprostował   się   i   zwolnił.   Niebawem   dotarł   do   otwartej   bramy.   Zakręcił   energicznie   i 

zaparkował obok podobnego opla, tyle że białego. Cicho otworzył drzwiczki swojego wozu. 

Spod   siedzenia   pasażera   wyjął   odrapany   nieco   pistolet.   Ostrożnie   obszedł   drugi   pojazd 

dookoła,   a   potem   dotknął   dłonią   maski.   Była   zimna.   Spuścił   powietrze   w   tylnym   kole. 

Zawrócił,   zamknął   bramę   i   spiął   oba   jej   skrzydła   kłódką.   Nie   lubił   niespodzianek. 

Spokojnym, miarowym krokiem ruszył przez las w stronę morza.

Wiązki laserów wyglądały we mgle jak długie czerwone nitki. Przybysz westchnął z 

politowaniem.   Przeskoczył   nad   dwiema,   schyliwszy   się,   przeszedł   pod   trzecią.   Poszukał 

wzrokiem kamery. Zlokalizował ją i obszedł łukiem, przedzierając się między drzewami.

Czujnym spojrzeniem omiatał tonące w mlecznym  oparze kępy choinek. Wszędzie 

panował spokój. Chłopak dotarł  wreszcie  nad zatoczkę. Zatrzymał  się w cieniu ostatnich 

drzew i długo badał wzrokiem okolicę, zanim zdecydował się wyjść na otwartą przestrzeń. 

Przemknął chyłkiem pod ścianę domu. Po półce skalnej dotarł do drzwi. Spodziewał się, że 

będą zamknięte, ale nawet ich nie zatrzaśnięto. Chwiały się leniwie, poskrzypując na wietrze.

Zajrzał do środka, używając lusterka. Alarm? Jest… I to nie byle jaki. Pokonanie go 

zajęło prawie dwadzieścia minut. Wargi wykrzywił chłopakowi złowrogi uśmiech. Wreszcie 

wkroczył do domu. Cisza… Pchnął ostrożnie drzwi do kuchni, a następnie zaopiekował się 

stojącym koło framugi sztucerem. Był tu po raz drugi w życiu, ale znał rozkład pomieszczeń.

Ruszył ostrożnie dalej. W bibliotece na dwu zestawionych fotelach drzemała zwinięta 

w kłębek dziewczyna. Przez chwilę patrzył na nią, usiłując wydedukować, kim może być, aż 

wreszcie sobie przypomniał. Ingrid. Dżinsowa bluza na piersiach była rozchełstana. To i owo 

wychynęło   na   zewnątrz.   Widok   ten   nie   wzbudził   w   przybyszu   jednak   nawet   śladowego 

zainteresowania.   Przemknął   obok   jak   duch,   a   podłoga   nie   śmiała   zaskrzypieć   pod   jego 

stopami. Odwrócił się. Przez ułamek sekundy kontemplował koszmarny skórzany kapelusz 

zakrywający   czoło   dziewczyny,   a   potem   długim   krokiem   przesadził   drzemiącego   u   stóp 

schodów doga i zaczął wchodzić na piętro. Pies poznał człowieka i merdnąwszy ogonem, 

background image

opuścił łeb na łapy.

Powiał wiatr i obluzowane deski ścian zajęczały. W górnym korytarzu było ciemno, 

ale przybysz  bez wahania pchnął pierwsze drzwi na prawo. Tomasz Paczenko spał snem 

sprawiedliwego we własnym łóżku. Na kocu w jego nogach drzemał mały czarny jamnik. W 

zmierzwioną sierść zwierzęcia zaplątała się cała masa leśnych śmieci. Gość spod poduszki 

śpiącego wyjął rewolwer i otworzywszy bębenek, wysypał naboje na stolik. Jamnik przecknął 

się, ale obrzuciwszy znudzonym, zaspanym spojrzeniem dziwnego człeka, zapadł w dalszy 

sen.   Przybysz   kopnął   stołek   i   umieszczona   na   nim   blaszana   miska   spadła   na   podłogę. 

Zadźwięczała złowróżbnie. Pies znowu otworzył oczy, a potem pysk. Wyglądało na to, że 

chce szczeknąć, lecz widocznie zrezygnował, bowiem z jego zapadniętej piersi wydobyło się 

tylko westchnienie.

Chłopak w łóżku nadal spał jak zabity. Przybysz trącił go w nos. Tomasz wykonał 

przez sen gest, jakby odganiał muchę, po czym  leniwie otworzył jedno oko. Gość uniósł 

pistolet, celując w sufit. Przeładował z trzaskiem, zabezpieczył i schował do kieszeni.

- I już nie żyjesz - powiedział spokojnie. - Gdyby mnie nasłali, już leżałby tu twój 

trup, a piętro niżej dogorywałaby twoja przyjaciółka. Dom nie jest zabezpieczony. Każdy 

może tu wejść. Każdy może was wystrzelać jak kaczki. W jednej chwili. Zresztą po co ja ci to 

mówię? Umyj się, ubierz i zejdź do salonu.

Podłoga znowu nawet nie zatrzeszczała pod jego nogami. Z gracją zszedł po schodach, 

a potem potrząsnął za ramię śpiącą Ingrid.

- Wybacz, moja droga - powiedział po norwesku, prawie bez cienia obcego akcentu. - 

Będę potrzebował tych foteli. Idź do kuchni, zagrzej wodę na herbatę i przygotuj śniadanie. 

Mogłabyś się także przebrać i umyć. - Z pewną odrazą popatrzył na jej sponiewierane dżinsy, 

zabłocone adidasy,  z których  wyłaziły brudne skarpetki, oraz powalaną błotem flanelową 

koszulę.

Ingrid   wpatrywała   się   w   chłopaka   przez   chwilę   ze   zdumieniem,   po   czym   wyszła 

posłusznie z biblioteki. Gość ustawił oba fotele przed wygasłym kominkiem i trwał czas jakiś 

w zadumie. Z kuchni dobiegały dziwne dźwięki. Westchnął ciężko i ruszył w tamtą stronę. 

Zatrzymał się w drzwiach i z rozbawieniem obserwował, jak Ingrid na kolanach zagląda pod 

wszystkie szafki. Wyjął z kieszeni zamek od sztucera i obojętnie rzucił na stół.

-   Tego   szukasz?   -   zagadnął   z   kpiącym   uśmiechem.   -   Zagrzej,   proszę,   wodę   - 

przypomniał i wrócił do biblioteki.

Włożył  naręcze drewek do kominka, rozniecił ogień. W drzwiach stanął zdyszany 

Sven. W dłoni trzymał pistolet.

background image

- Macie tu szufelkę do popiołu? - zapytał gość, nie odrywając wzroku od płomieni. - 

Będę też potrzebował wiadra lub kuwety i może pogrzebacza.

Strażnik łowiecki przełknął ślinę.

- Jak tyś tu wlazł? - zapytał po rosyjsku. - Przecież dom jest otoczony takim systemem 

zabezpieczeń, że nawet mysz się nie prześlizgnie!

-   Trzeba   będzie   cię   wysłać,   Sven,   na   uzupełnienie   szkolenia.   Zabezpieczenia 

pokonałem z marszu. A co będzie, jeśli oni naprawdę tu przyjdą?

- Dobrze. Poprawię to. Wspominano nam, że niebawem przyjedziesz. Czy to znaczy, 

że już nadszedł czas? Będziemy działać według wariantu D4?

- Tak. Ciii...

Zaskrzypiały schody i z piętra zszedł Tomasz. Umył się i ubrał, ale nadal wyglądał na 

niewyspanego.

- Kim jesteś? - zapytał.

Gość odwrócił się w jego stronę.

- Zgadnij.

Gospodarz zafrasował się wyraźnie.

- Zdaje mi się, że wiem...

- Jestem Paweł Norwicki - oświadczył przybyły spokojnie. - Wydałem już dyspozycje, 

zaraz powinna być herbata i śniadanie.

- Ekstra. Paweł, Pawcio, mój kumpel z dzieciństwa.

- A ty jesteś Tomasz Paczenko. Co sobie przypomniałeś?

- Nic. Może wreszcie dowiem się, co to za szopki?

- Nie zostałem upoważniony do przekazywania jakichkolwiek informacji. Niestety. 

Musisz nadal ufać swojej pamięci.

- Trudno ufać czemuś, co nie istnieje...

- Co sobie przypomniałeś? - ponownie to samo pytanie zawisło w powietrzu.

Tomasz czuł, że musi odpowiedzieć.

- Nic. Tylko okruchy.

- Proces odzyskiwania wspomnień utraconych na skutek amnezji pourazowej u ludzi 

trwa dość długo i odbywa się etapami. Zazwyczaj najpierw są przebłyski sytuacyjne, potem 

pojawiają się sekwencje, wreszcie niemal z dnia na dzień odzyskuje się wszystko i tylko 

niewielkie   luki   wskazują   miejsca,   w   których   zwoje   mózgowe   uległy   nieodwracalnym 

uszkodzeniom. Zważywszy, ile czasu już upłynęło, trzeba się liczyć z tym, że twój przypadek 

nie jest typowy. Piątego są urodziny księżniczki Tatiany. Jesteś zaproszony...

background image

- Wiem.

- Ja zresztą też - dokończył. - Złapiemy tam księcia Amiredżibi, umówicie się na 

tomografię mózgu i EEG. W zależności od wyników podejmiemy dalsze kroki.

Ingrid wniosła tacę z herbatą i dwa talerze kanapek. Paweł podziękował jej i zaprosił 

do stołu, ale dziewczyna speszona wycofała się do kuchni. Sven wyszedł w ślad za nią.

- Kim jest ta młoda dama? - zapytał Paweł. - Chyba nie wynająłeś sobie służby?

- Ingrid Roslin. Siostra Svena.

- Twoja dziewczyna? - W oczach gościa błysnęło wreszcie jakieś ludzkie uczucie.

- Chciałbym...

Jedli spokojnie i popijali herbatę. Paweł milczał,  a powieki coraz bardziej mu się 

kleiły.

- Mam dla ciebie kilka wiadomości - powiedział wreszcie. - Ale najpierw chciałbym 

się przespać. Tymczasem ogarnij się trochę, bo wstyd tak wyglądać.

Wyszedł.

background image

DZIENNIK TOMASZA PACZENKI

ZESZYT SIÓDMY

1 września 1984, sobota

- Kim jest ten szaleniec? - zapytała Ingrid, gdy Paweł poszedł na piętro.

- To mój znajomy - wyjaśniłem niechętnie. - Nie widzieliśmy się wiele lat, trochę się 

zmienił.

- Tak czy siak, nic tu na razie po mnie - powiedział Sven i zarzuciwszy sobie sztucer 

na ramię, poszedł. Ingrid westchnęła cicho.

- Co ci dolega? - zapytałem z uśmiechem. - Wiesz, Tomaszu… - wreszcie wymówiła 

moje imię poprawnie. - To jakiś dziwny typek, ten twój przyjaciel.

- Dlaczego tak sądzisz?

- On tu będzie teraz rządził. Ma żelazną wolę. Zagonił mnie do robienia śniadania. 

Wystarczyło tylko, że popatrzył mi w oczy.

- Może po prostu jest hipnotyzerem?

- Tobie też to nieźle wychodzi. - Uśmiechnęła się zalotnie. - Ja chyba też już sobie 

pójdę.

- I zostawisz mnie z niebezpiecznym czarownikiem? - zdziwiłem się.

- Przecież sam przed chwilą twierdziłeś, że jest twoim przyjacielem.

Zabrała swój rower i pojechała. Zostałem sam. Siedziałem na progu i patrzyłem na 

morze liżące skałę u moich stóp.

- Znowu zostałeś zabity - powiedział Paweł, stając mi za plecami.

- Aha - zgodziłem się. - No to zostałem. A przez kogo, jeśli wolno zapytać? Agentura 

KGB   nie   zamordowała   dotąd   ani   hrabiego   Dereka,   ani   księcia   Sergieja,   ani   cara 

Włodzimierza. Nie sądzę, żebym był dla niej ważniejszym celem niż oni. Nic nie wiem, nie 

mam pojęcia o waszych emigracyjnych knowaniach. Nie pamiętam nic, co mogłoby im się 

przydać. A ty zapewne nie wyjaśnisz mi nic nowego?

- Trochę ci powiem - odezwał się cicho. - Choć nie powinienem. Nie sądzę, żeby 

Derek   miał   rację   z   tą   amnezją   pourazową.   W   twoim   mózgu   ścieżki   nie   uległy   zatarciu. 

Straciłeś sporą część pamięci. Bezpowrotnie.

Popatrzyłem na niego zaciekawiony. Wreszcie ktoś gada coś nowego.

-  Bezpowrotnie…  Mam  przebłyski.  Czyli   jest  chyba   szansa.  Sam mówiłeś…  Nie, 

zaraz, powiedziałeś, że mój przypadek nie jest typowy. To oznacza...

background image

- Tak. Derek nie jest psychologiem, tylko archiwistą. Wie o amnezji tyle, ile wyczytał 

w   tutejszym   odpowiedniku   „Domowego   poradnika   medycznego”.   Przypominają   ci   się 

okruchy. I czego się z nich dowiedziałeś?

-   Niewiele.   Prawie   nic.   Ale   jednocześnie   to,   co   sobie   przypomniałem…   Ojciec, 

siostra. Bo to chyba moja siostra?

- Tak.

- Wcześniej nawet nie wiedziałem, że ją mam. I to chyba… bliźniaczkę?

- Tak. Widzę, że jesteś na dobrej drodze. Pamiętasz swojego ojca lub dziadka?

Usiadł obok mnie. Chyba zanosiło się na dłuższą rozmowę. Wpatrzyłem się w toń 

wody i westchnąłem z rezygnacją.

- Nie. Nic nie pamiętam. Dziewczynkę i szklaną kulę pod stołem. Coś z wczesnego 

dzieciństwa. I inne kawałki, które do niczego nie pasują. Gdy pojawił  się Maciek, przez 

chwilę szło jakby lepiej, a potem znowu nic.

W oczach Pawła błysnęło zaciekawienie.

- To i tak sporo - mruknął. - A pamiętasz, jak miała na imię? Twoja siostra?

- Nie wiem. Plącze mi się po głowie imię Łesia...

- Łesia. Lubiła to zdrobnienie. Po polsku należałoby powiedzieć Ola, to zdrobnienie 

od imienia Aleksandra.

Zacisnąłem pięści i zebrałem siły, żeby teraz jemu zadać pytanie. Ważne pytanie.

- Słuchaj, czy jestem człowiekiem?

- Nie. To znaczy, no cóż, w pewnym stopniu jesteś. Mniej więcej tak jak, dajmy na to, 

neandertalczyk. Bez urazy, nie mam tu na myśli stopnia rozwoju intelektualnego, tylko pewną 

odmienność fizyczną.

- A wiesz może, skąd przyleciałem? - zagadnąłem ochrypłym  głosem, siląc się na 

spokój.

- Zaczekaj tu - powiedział, wstając. - Opowiem ci o tym.

Za moment wrócił, niosąc atlas nieba. Przez chwilę szukał odpowiedniej strony.

- Popatrz. - Wskazał mi niedużą konstelację. - To gwiazdozbiór Orła. Tu znajduje się 

gwiazda Altair.

- Altair - powtórzyłem. - Ładnie brzmi. Gdzieś już słyszałem tę nazwę.

Popatrzył na mnie uważnie.

- Przypominasz sobie coś? - zapytał.

- Nic. To chyba tylko luźne skojarzenie.

- Altair to jedna z najjaśniejszych gwiazd, nieba. Na razie jest w fazie ciągu głównego, 

background image

ale szykuje się już powoli, aby stać się czerwonym olbrzymem. Znasz się na astronomii? To 

taki...

- Czerwony olbrzym to gwiazda, która wypaliła już cały wodór zawarty w jądrze i 

teraz bierze się za hel.

- Tak. Nasze Słońce też to w przyszłości czeka. No, nieważne. To będzie za pięć 

miliardów lat, i tak tego nie doczekamy. Słyszałeś o projekcie Ozma?

- Coś mi się kołacze w głowie. Amerykański program poszukiwania rozumnego życia 

poza Ziemią? Nasłuch radiowy sygnałów z kosmosu?

- Dokładnie. To był pierwszy projekt programu SETI. W wyniku tych eksperymentów 

zgromadzono ogromne bogactwo szumów i trzasków radiowych  wysyłanych  przez źródła 

leżące poza Układem Słonecznym. Już wówczas zaobserwowano znaczne nasilenie sygnałów 

emitowanych z tego układu. Wiadomo też, że w okolicach Altair znajduje się silne źródło fal 

radiowych  sztucznego pochodzenia. Otrzymujemy stamtąd sieczkę sygnałów, wielokrotnie 

ponakładanych   na   siebie   i   zniekształconych   na   skutek   odległości   i   interferencji.   Istnieje 

pewien instytut naukowy, w którym zresztą pracuje mój ojciec. Analizuje się je od lat. Na 

razie bez większych sukcesów.

- To znaczy, że...

-   Najprawdopodobniej   tam,   przy   gwieździe   Altair,   znajduje   się   cywilizacja   o 

nieznacznie wyższym niż nasz stopniu rozwoju. Od trzech lat odbieramy sygnały kierowane 

w stronę Ziemi.

- Próbują nawiązać z nami kontakt?

-   Raczej   usiłują   skomunikować   się   ze   swoimi   statkami   zdążającymi   w   naszym 

kierunku. Albo ze swoją agenturą działającą tutaj. Masz szczątkowy zmysł  radiowy.  Inni 

przedstawiciele Equoidae Edoni mogą mieć tę część mózgu bardziej rozwiniętą.

- Jak daleko leży Altair?

- Szesnaście lat świetlnych od Ziemi.

- Dlaczego sądzisz, że to moi…?

- To proste, Tomaszu. Altair to gwiazda trochę starsza niż Słońce. Gdyby istniała obok 

niej planeta zamieszkana przez istoty rozumne, to nawet przy powolnej ewolucji i cywilizacji 

osiągnęliby bardzo wysoki stopień rozwoju.

- Stoją na nieco wyższym szczeblu rozwoju, więc już raz tu byli. Wysadzili moich 

przodków i odlecieli. Dlaczego nie przybywają częściej?

- Może i przybywają - westchnął Paweł. - Na dzisiaj wystarczy tych rewelacji. A co do 

twojego   mózgu,   to   bez   dokładnej   tomografii   komputerowej   nie   będziemy   wiedzieli,   co 

background image

straciłeś. Książę Amiredżibi oceni stan i stopień ubytków. Bardziej wierzę jego opinii niż 

idiotycznym teoriom psychologicznym Dereka.

- Jeszcze jedno pytanie. - Tak?

- Czy mam jakichś żyjących krewnych?

-   Tego   nie   wiemy.   Twój   ojciec   zniknął   bez   śladu   przed   pięciu   laty.   Ihor 

prawdopodobnie   nie   żyje.   Ciągle   nie   możemy   trafić   na   żaden   ślad   jego   synów.   Wciąż 

szukamy - powiedział z naciskiem - od kiedy dowiedzieliśmy się o twoim istnieniu.

Czułem, że nie mówi całej prawdy. Zupełnie jak Derek. Postanowiłem na razie robić 

dobrą minę do złej gry.

- Przylecą po mnie? - Wskazałem gestem niebo.

- Nie wiem. Trzeba by dać im jakoś znać, gdzie jesteś. - Uśmiechnął się. - E.T. phone 

home… Pomyślimy o tym. Na razie trzeba będzie przystosować ten dom do nowych zadań. 

Kosmos może poczekać.

Uniosłem brwi w niemym pytaniu.

- Dowiesz się niedługo. Poza tym musimy przeprowadzić remont, i to gruntowny. Ta 

stara buda ledwo się trzyma kupy. To miłe dziewczątko...

- Ingrid - podpowiedziałem.

- Właśnie. Ingrid Roslin. Często tu bywa?

- Odwiedza mnie co kilka dni.

-  To   dobrze.  W  razie  czego  zapewni   nam   częściowe  alibi.   Chyba   że…  -  urwał   i 

zamyślił się.

- Co ty chcesz zrobić? - zaniepokoiłem się.

- Dowiesz się. Wszystko w odpowiednim czasie.

Milczeliśmy dłuższą chwilę.

- Masz jakieś zadania związane ze mną - zaryzykowałem stwierdzenie. - Wiele zadań.

-   Uczę   się   o   tobie.   Ciebie.   Odruchy,   sposób   myślenia,   działania,   instynkty.   Zbyt 

rzadko spotykam się z Derekiem. A muszę poznać takich jak ty. Poznać bardzo dogłębnie. 

Przestudiować, przeanalizować, wyciągnąć wnioski.

- Po co?

Zawahał się na moment.

- Żeby umieć was zabijać - powiedział wreszcie. - Nie wystarczy pistolet czy karabin. 

Broń to tylko  narzędzie. Walczy się głównie przy pomocy umysłu.  Wiedzą, inteligencją. 

Dlatego właśnie wroga trzeba znać.

- Zabijesz mnie?

background image

Spojrzał ze zdziwieniem.

- Po co?

Nie zada em  pyta  cisn cych mi si  na usta. Po obiedzie Pawe  wsiad  do swojego

ł

ń

ą

ę

ł

ł

 

opla i pojecha  do Bodø. Zabra em si  z nim, postanawiaj c zrobi  przy okazji zakupy.

ł

ł

ę

ą

ć

- Niczego sobie to miasto - powiedział, gdy podjechaliśmy do dworca. - Przejdziemy 

się.

Nie oponowałem. Wszedł do holu i rozejrzał się wokoło.

- Kamer nie ma - mruknął do siebie.

Wyszliśmy na peron. Paweł omiótł wzrokiem ścianę budynku.

- Tu też ich nie ma - stwierdziłem. - I co z tego wynika?

- To bardzo dobrze. Teraz przejedziemy się na lotnisko.

- Jest po drugiej stronie miasta - wyjaśniłem. - Zaraz obok supermarketów.

- Wiem.

Zaparkowaliśmy   przed   niezbyt   dużym   pawilonem.   Zdecydowałem   się   zaczekać   w 

samochodzie. Paweł wszedł do budynku lotniska i widocznie też szukał elementów systemu 

zabezpieczeń. Wyszedł po kilkunastu minutach zadowolony.

- Dwie - powiedział. - Przedpotopowe zabytki.

- Czemu szukasz w tym mieście kamer? - zapytałem. - Czyżby niewyżyty instynkt 

filmowania?

- Nie. Wręcz przeciwnie. Nie lubię być filmowany.

- I dlatego pakujesz się wszędzie tam, gdzie mogą cię uwiecznić. - Uśmiechnąłem się 

domyślnie.

- Z portu raczej nie będziemy korzystali - rzucił. - I bardzo dobrze.

- Przyznaj się: cierpisz na ostrą manię prześladowczą? - zagadnąłem.

- Ja nie, ale nasi goście mogą ją mieć - powiedział wreszcie. - Co gorsza, w niektórych 

przypadkach   może   to   być   nawet   usprawiedliwione   okolicznościami.   Co   trzeba   kupić?   - 

zmienił temat.

A więc będą jacyś goście… Wyciągnąłem listę zakupów i podałem mu. Przeleciał ją 

wzrokiem - założyłbym się, że zapamiętał od razu w całości. Zanurkował do supermarketu i 

siedział tam chyba  z pół godziny.  Ja w tym  czasie podziwiałem wnętrze  samochodu.  W 

skrytce obok kierownicy leżał atlas samochodowy Norwegii. Wyciągnąłem go i machinalnie 

przekartkowałem.   Przy   niektórych   miejscowościach   naniesiono   dziwne   oznaczenia 

ołówkiem: A4, B7, W329...

- To zmyła - powiedział Paweł, otwierając drzwiczki. - Nie śpij, bo cię zabiją.

background image

- Jaka zmyła? - zainteresowałem się.

- To proste. Jeżeli włamią mi się do samochodu, to pewnie ukradną ten atlas. Niech 

sobie potem dumają do upojenia.

Zamyśliłem się. Trzeba było przejmować inicjatywę strategiczną.

- Wiesz, co mi chodzi po głowie? - zagadnąłem. - A co, jeśli nie będą mogli złamać 

tego szyfru, ale zaciekawi ich do tego stopnia, że porwą cię i w jakiejś gustownej piwniczce 

spędzisz  resztę   życia,  udowadniając,  że   to  tylko   zmyła?  Choć   zapewne  koniec  nadejdzie 

szybko...

- A niech cię - westchnął. - W drogę.

Objechaliśmy   miasto   od  północy  i   pomknęliśmy   nową   drogą  do  Geitvagan.  Oczy 

Pawła zimno obserwowały okolice.

- Tam mieszka Ingrid. - Wskazałem dom dziewczyny.

- Niezły kurnik - mruknął jakby do siebie.

Nie wiem, czy był to wyraz uznania, ale tak to zabrzmiało.

- Z żadnego miejsca w Geitvagan nie widać twojego domu?

- Nie.

- Znakomicie.

Zawrócił. Pomknęliśmy starą drogą, podskakując na wybojach.

- Nigdzie tu nie zamierzają się budować? - zagadnął trochę niegramatycznie.

- Nic mi na ten temat nie wiadomo - odpowiedziałem.

- Trzeba będzie sprawdzić na planach zagospodarowania przestrzennego. W siedzibie 

okręgu powinni takie mieć. Zajmę się tym.

- Przyznaj się, ty chyba nie lubisz ludzi? Niechętnie skinął głową.

- Ty też ich nie lubisz - odparł. - To w sumie bez znaczenia, lubimy ich czy nie. I tak 

nas otaczają. Czasem mogą stanowić zagrożenie. Nieważne...

- Ostra mania - zdiagnozowałem.

- Jak sobie życzysz.

Wjechaliśmy na działkę. Paweł zaszczycił zamykaną przeze mnie bramę przeciągłym 

spojrzeniem.

- Trzeba będzie wymienić - powiedział.

- I może jeszcze wykopać rów przeciwczołgowy? - zacząłem być trochę złośliwy.

-   Rów   przeciwczołgowy?   Na   razie   nie   trzeba.   Nie   mogą   przerzucić   tu   ciężkiego 

sprzętu - zakpił.

Wprowadził samochód za kępę krzaków, w miejsce, w którym  kiedyś  stał jeep, a 

background image

potem cofnął się do drogi i długo patrzył pod różnymi kątami, czy czasem opla nie widać. 

Podniosłem jedną z wypakowanych z bagażnika walizek i ruszyłem w stronę domu. Waliza 

była ciężka i coś w niej chlupotało. Zapewne nitrogliceryna. Paweł dogonił mnie po chwili, 

niosąc dwa pozostałe tobołki.

- Trzeba będzie zbudować dookoła domu sieć czujników. Te Svena są do niczego.

- Co?

- Wiązki lasera to przeżytek, wystarczy trochę mgły i widać je jak diabli. Może parę 

lat temu to było nowoczesne, ale obecnie, gdy technika tak szybko idzie do przodu...

Policzyłem powolutku do dziesięciu.

-   Sugerujesz,   że   Sven   poustawiał   wokół   mojego   domu   alarmy   jak   w   bankowym 

skarbcu?

- Tak.

Popatrzyłem na Pawła uważnie. Nie żartował. A może faktycznie ma coś nie tak z 

główką?

- Tu nie ma żadnych laserowych czujników!

-   To   popatrz   na   swoje   nogawki   -   parsknął.   Szedłem,   gapiąc   się   w   dół,   i   nagle 

spostrzegłem,   że   mam   na   łydce   krwistoczerwoną   plamkę,   która   powstała   w   chwili,   gdy 

przeciąłem promień. Parę kroków dalej była kolejna wiązka. O choroba...

- A niech mnie - szepnąłem.

- Przydałoby się między nami odrobinę więcej zaufania - powiedział poważnie.

- Mam ufać człowiekowi, który budzi mnie ze spluwą w ręce i beztrosko oświadcza, 

że chce się szkolić w polowaniu na przedstawicieli mojej rasy?

- Przynajmniej jestem szczery. - Wzruszył ramionami. - Ale jak sobie życzysz.

Zaniósł wszystkie trzy walizki do rupieciarni. Ustawił je w kącie i nakrył kawałem 

starej szmaty.

- Jeśli pozwolisz, zajmę część pomieszczenia - powiedział.

- Dlaczego by nie. Bierz całe. To królestwo Maćka, zresztą śmieci - wskazałem stosy 

wiórów - też jego. I tak nieczęsto tu bywam.

Otworzył jedną z walizek. Ze środka wyjął pudełko wypełnione, jak się okazało po 

podniesieniu wieczka, czymś w rodzaju kredek. Wyczułem niebezpieczeństwo… Instynkt czy 

ki diabeł?

- Urządzimy sobie zabawę z fajerwerkami? - zapytałem. - A może ryby w morzu 

pogłuszymy, to na kolację będą?

- Ani mi się waż - powiedział miękko. - To nie zabawa.

background image

- Znaczy się niebezpieczne? Mysz trąci walizkę i bum! - obudzimy się, stojąc u bram 

raju?

Wzniósł oczy ku sufitowi.

-   Rzeczy   niebezpieczne   będę   składował   w   bunkrze   Maćka.   Dysponujemy   bardzo 

dobrym materiałem. Między innymi dlatego, że aby go odpalić, musisz mieć zapalnik.

Podał mi jeden ładunek. Podrzuciłem go w dłoni. Był grubości i długości ołówka.

- Co można zrobić taką bździną? - zdziwiłem się.

- Czterema takimi zamienię w ciągu dziesięciu sekund cały ten budynek w kłąb desek 

wirujących w powietrzu - wyjaśnił. Delikatnie wyjął pałeczkę z mojej dłoni i umieścił ją 

troskliwie w pudełku. - Masz może wiertarkę udarową?

- Leży za tobą, na szafce.

Ujął ją i odczytawszy dane z tabliczki znamionowej, skrzywił się z dezaprobatą.

- Trzysta watów - mruknął. - Mało, mało… Będą też potrzebne worki z piaskiem.

- Worki z piaskiem? - zdumiałem się. - Jeśli chcesz zabezpieczyć nimi okna przed 

ostrzałem, to informuję cię, że ściany i tak są zbyt cienkie. Worki mam ze cztery, tylko z 

piaskiem będzie pewien kłopot. Żwir ujdzie?

- Dobre i cztery. - Uśmiechnął się jakby kpiąco. - Żwir może być. No, nieważne...

Zjedliśmy wcześnie kolację, po czym Paweł zaraz walnął się spać w pokoju Maćka, a 

ja, długo nie mogąc zasnąć, siedziałem w kuchni, wpatrując się w huczące za oknem morze. 

Czułem, że wkroczyłem  w nowy etap życia.  Gdzieś na piętrze spał człowiek, który miał 

ochotę zabijać takich jak ja. Może należało wstać, wdrapać się na poddasze i przy - dzwonić 

mu siekierą w czachę? A potem iść na dworzec, gdzie nie ma kamer, i wskoczyć do pociągu?

Uwaliłem   się   na   łóżko.   Sen,   dawno   nie   śniło   mi   się   nic   podobnego,   nic   równie 

wyrazistego… Szedłem trotuarem. Obok mnie kroczyła Łesia. Byłem ubrany w biały mundur, 

szamerunki połyskiwały złotem. Daszek czapki był za krótki. Sukienka dziewczyny, szyta z 

haftowanego   jedwabiu,   szeleściła   delikatnie   przy   każdym   kroku.   Ulicą   sunął   sznur 

samochodów. Rozpoznałem tylko forda T.

- Głupio się czuję, mając u boku szpadę, a nie szablę - powiedziałem po rosyjsku.

- Jako członek korpusu dyplomatycznego nie możesz paradować po stolicy obcego 

państwa z szaszką czy dragonką - próbowała być surowa, ale tylko mnie to rozbawiło.

Wokół nas wznosiły się drapacze chmur, na razie niezbyt wysokie, dziesięciopiętrowe.

- Kiedyś będzie to najdroższe miejsce świata - powiedziałem. - Już w tej chwili ceny 

ziemi wzrosły niebotycznie.

- Jeśli okaże się, że miałeś rację, będę podziwiała twoją smykałkę do interesów. Ale na 

background image

razie, panie Paczenko, chciałabym to po prostu zobaczyć.

Tak toczno… - bąknąłem speszony.

- Powiedz mi jeszcze jedno, mój niedźwiedziu, czemu akurat tutaj ulokowałeś swoje 

oszczędności? Mało to pięknych miast u nas w Rosji czy w Kraju Pry… w Polsce - poprawiła 

się.

- Nie wiem. Przeczucie.  Kaiser coś knuje.  Zdaniem carskich analityków  wojna  w 

Europie jest nieunikniona. A wtedy może być różnie.

Po prawej otworzył się widok na pasaż handlowy. Kilka kamienic, na parterach sklepy 

i sklepiki. Elewacje lśniły świeżo położonymi tynkami, wypucowane szyby odbijały światło.

- Prowadź. - Stuknęła mnie w pierś rękojeścią parasolki.

Przeszliśmy   kawałek   chodnikiem.   Zatrzymaliśmy   się   przed   witryną   sklepiku.   Na 

przejrzystej szybie biało odcinały się trawione łacińskie litery i chińskie ideogramy.

World of Tea - odczytała. - To znaczy „Świat herbaty”?

- Wejdźmy.

Bardzo   stary   Chińczyk   w   żółtej   szacie   stojący   za   ladą   ukłonił   nam   się   głęboko, 

składając dłonie jak do modlitwy.

- Moja droga, poznaj mistrza Wu. Mistrzu, to moja żona...

- Jestem niezwykle rad, mogąc poznać panią. - Chińczyk ponownie się ukłonił. Mówił 

biegle po rosyjsku. - Witam pana, panie Ałmaz. Księgi rachunkowe...

- To może zaczekać - uspokoiłem go. - Dziś tylko wpadłem w odwiedziny. Zresztą 

mam do was pełne zaufanie.

Skłonił się znowu. Z zaplecza wyszedł  jego syn, dźwigając dwa składane krzesła. 

Ustawił je przed ladą i bez słowa wyszedł.

- Zdumiewające - powiedziała dziewczyna, patrząc na półki zastawione metalowymi 

puszkami. Drugą ścianę zajmowała ekspozycja samowarów.

- Mamy na razie osiemdziesiąt cztery gatunki herbaty - wyjaśnił starzec. - Większość 

pochodzi z Chin, ale są też pierwsze japońskie, indyjskie i wietnamskie. Pojutrze dostawca 

przyniesie  próbki z Birmy.  Docelowo oferta ma liczyć  trzysta  gatunków. Chcę, aby nasi 

klienci mieli większy wybór niż sam cesarz Pu Yi.

- A samowary?

- Te mosiężne są rosyjskie, niklowane to miejscowy wyrób. Mam nawet jeden nie na 

węgiel,   lecz   napędzany   elektrycznością.   Analizując   gusta   tubylców,   ze   smutkiem   muszę 

skonstatować,   że   prawdopodobnie   elektryczne   ekspresy   wyprą   niedługo   to   pożyteczne 

urządzenie.

background image

- Hmm… - Łesia spojrzała na szklane naczynia z wymyślnymi sitkami wewnątrz. - 

Kto wie… Dla mnie to zbyt nowoczesne.

Pożegnaliśmy się z właścicielem i wyszliśmy na ulicę.

- Ciekawy człowiek - powiedziała dziewczyna. - Gdzie go poznałeś?

- W Mandżurii. Japończycy wymordowali pół jego rodziny. Uratowałem mu wtedy 

życie.

- Rozumiem - westchnęła. - Ale nadal nie wyjaśniłeś mi, po co ci ten sklep.

- Refugium. To ostateczne miejsce  schronienia. Gdy coś pójdzie nie tak. Gdy car 

dowie się o naszym romansie i wykluczy mnie ze służby.  Gdy Rosję ogarnie szaleństwo 

rewolucji… Niezależnie od wszystkiego tu mamy schronienie. W najgorszym razie, stojąc za 

ladą, zarobimy na swoje utrzymanie.

- Ile on ma lat?

- Gdy go poznałem, nosił już żółtą szatę.

- Nie rozumiem?

- W Chinach ten kolor przysługuje jedynie cesarzowi i starcom, którzy przekroczyli 

osiemdziesiąty rok życia. Na znak szacunku dla mądrości, którą niesie wiek.

-   Paczenko…   -   Zauważyłem,   że   odwraca   głowę,   by   przeczytać   nazwę   ulicy.   Coś 

trzasnęło. Wiedziałem, że to tylko sen, i czułem, że ona też zdaje sobie z tego sprawę.

- Jesteś kimś takim jak ja - powiedziałem.

- Co? - Spojrzała na mnie zaskoczona.

- Podróżniczką w czasie śniącą o przeszłości. To nie nasz czas. Nie nasz świat. Kiedyś 

już o tym mówiliśmy.

- Tak. Co znaczą te sny? Indianie mówili, że istniejesz naprawdę.

- Śnię chyba przeszłość mojego rodu. Czy jesteś moją siostrą?

- Nie mam rodzeństwa. A w każdym razie nie w ludzkim znaczeniu...

- Jak możemy się spotkać?

Ocknąłem się zlany cuchnącym potem. Dom jęczał i trzeszczał pod naporem silnego 

północnego wiatru. Dłuższą chwilę leżałem, patrząc w okno. Po niebie wicher pędził ciemne 

burzowe chmury.

-   To   było   naprawdę   -   szepnąłem.   -   Mój   pradziadek   miał   w   Ameryce   sklepik   z 

herbatą… A może powinienem się tam udać?

2 września, niedziela

Obudziłem się i leniwie przechlapawszy w wodzie, zszedłem na parter. Paweł musiał 

background image

wstać dużo wcześniej, bo na stole stała opróżniona do połowy puszka szprotek i napoczęta 

paczka chrupkiego chleba. Zajrzałem do łazienki. Klapa kryjąca wejście do podziemia była 

otwarta, ale w lochu było pusto i cicho. Wyszedłem przed dom i wtedy zauważyłem strzałkę 

ułożoną z gałązek. Ruszyłem w kierunku, który wskazywała. Niebawem znalazłem się w dość 

gęsto zarośniętej części parceli, około trzydziestu metrów od domu. Uschłe choinki tworzyły 

zbity gąszcz. Wyrastało zeń kilka wysokich świerków.

- Nieźle Maciek wybrał - powiedział Pawcio gdzieś ze środka kępy. - Spróbuj się tu do 

mnie przedrzeć, tylko uważaj i nie wyłamuj drzewek.

Wszedłem, a raczej wcisnąłem się między uschnięte świerczki. Ta część lasu była 

potwornie przygnębiająca. Drzewka oplecione zostały przez dziwne uschnięte badyle. Chyba 

chmiel.   Szarpałem   się   z   nimi   przez   dłuższą   chwilę,   kierując   się   w   stronę   cichego 

pogwizdywania, gdy nieoczekiwanie wyszedłem na kwadratową polankę o boku około ośmiu 

metrów. Nie sądziłem wcześniej, że coś podobnego może kryć się wewnątrz tego gąszczu. 

Potknąłem się o kawałek przepalonej cegły. Obok leżał kolejny i jeszcze jeden. Coś tu kiedyś 

było?   W   podłożu   ziała   częściowo   wypełniona   liśćmi   dziura   o   podejrzanie   regularnym 

kształcie.

-   Tak   to   wygląda   -   powiedział   Paweł.   W   jego   głosie   słychać   było   głębokie 

zadowolenie.  - Idealne   miejsce.  Strop piwnicy wprawdzie  runął,  ale   to żaden   problem.  - 

Wskazał dwa szpadle.

- Jeśli dobrze zrozumiałem, to stał tu jakiś budynek?

- Tak. Jest zaznaczony na planie z 1934 roku. - Podsunął mi wymiętoszoną odbitkę 

ksero.

-   Teraz   rozumiem,   dlaczego   to   urządzenie   do   wyciągania   statków   i   wrak,   który 

rozwaliliśmy z Maćkiem, znajdują się w tym miejscu - powiedziałem. - To znaczy niedaleko 

stąd, na brzegu - zreflektowałem się.

Kiwnął   głową.  Zeskoczył  na  dno  dziury  i  spokojnie   wbił   łopatę  w   ściółkę.   Przez 

pięćdziesiąt   lat   kisiła   się   tam   gruba   warstwa   gnijących   liści.   Zapach   wydzielały   dość 

intensywny. Mój koński węch podpowiadał, że to danie już dawno utraciło przydatność do 

spożycia. Sądziłem, że piwnicę wyrąbano w skale i będzie w niej stała woda, ale, jak się 

okazało, myliłem się. Dwie ściany były z kamienia, a pozostałe dwie wymurowano z cegieł. 

Dno stanowiła ubita warstwa tłucznia. Przy samym spągu ział wylot rury odprowadzającej 

wodę   gdzieś   w   stronę   plaży.   Do   połowy   wypełniała   ją   gleba,   ale   w   oddali   widać   było 

światełko.

- Drożna… - mruknąłem.

background image

-  Widocznie   tu  obok  granit  opada   w  głąb   -  powiedział  Paweł,   zręcznie  machając 

łopatą. - A tam mogli się przekopać przez ziemię i tylko ostatni odcinek przekuli.

- Nie rozumiem tego - westchnąłem. - Mam pod domem tunel wykuty w granicie, 

długi na kilkadziesiąt metrów. Pod kuchnią jest dziura, jakby ktoś chciał się dokopać do 

Australii… Hitlerowcy budowali tu wyrzutnie V - 2?

- Nie, niedouczku. Rakiety V - 2 miały czternaście metrów długości i ponad półtora 

średnicy.   Nie   zmieściłyby   się   w   naszych   ciasnych   tunelach   -   zakpił.   -   To   ślady   prac 

górniczych z dziewiętnastego wieku - wyjaśnił. - Na wzgórzu za drogą są resztki sztolni. 

Loch pod domem to pozostałości kanału odwadniającego wyrobisko.

- Nie mogli rowem po powierzchni? - zdziwiłem się.

- Widać mieli inną koncepcję.

Wreszcie zadowolony puknął styliskiem w skalną ścianę.

- Wiesz, gdzie jesteśmy? - zagadnął.

- O co chcesz zapytać? - nie zrozumiałem.

- Za tą skałą, a ściślej rzecz biorąc: w jej głębi, znajduje się właśnie tunel biegnący z 

twojej łazienki do lasu - powiedział z uśmiechem.

- Chcesz się przebić? - wyraziłem swoje głębokie zdziwienie.

- Owszem. Wedle moich wyliczeń jesteśmy osiemnaście do dwudziestu metrów od 

niego.

- Czyli przekuwamy się przez dwadzieścia metrów granitu. Gratuluję. Skończymy we 

wrześniu dwa tysiące piątego roku.

- Cztery, może pięć dni - powiedział poważnie.

- Chyba dynamitem - zacząłem i zamilkłem.

- Niezupełnie dynamitem. - Uśmiechnął się lekko. - Ale z grubsza zgadłeś. No nic, na 

razie wyłazimy z tych chaszczy.

Wyleźliśmy, ale zamiast do domu Paweł skręcił do samochodu.

- Gdy spałeś, odwiedziłem specjalistyczny sklep budowlany - powiedział. - I nabyłem 

to.

Podniósł klapę bagażnika. Moim oczom ukazało się coś w rodzaju wielkiej wiertary.

- Co zacz? - zdziwiłem się.

- Młot udarowy. Można nim wykuć pół tony betonu w ciągu godziny.

- Pół tony to faktycznie sporo - mruknąłem - ale granit jest twardszy.

- O ile beton nie zostanie utwardzony.

- Nie masz chyba na myśli zbrojeń?

background image

- Nie. Do płynnej masy betonowej można dolać na przykład kwas fluorokrzemowy. 

Drugą metodą jest wymieszanie ze szkłem wodnym. Z tak przygotowanej masy odlewa się 

potem korpusy wielkich pieców. Utwardzony beton jest twardszy od granitu. Jednak w tym 

przypadku granit mamy wyjątkowo badziewny. - Kopnął odłamek skały.

- No to wykujemy sobie w skale uroczy tunel - rzuciłem z przekąsem. - To zapewne 

poprawi znacznie nasze bezpieczeństwo. Nawiać do lasu będziemy mogli czy cóś...

- Widzę, że zaczynasz rozumieć, o co mi chodzi.

- Takie młoty to zapewne dość rzadki towar? - wyraziłem przypuszczenie.

- Nie - odpowiedział lakonicznie.

Uzbrojeni w latarki zeszliśmy do korytarza. Paweł odmierzył starannie odpowiedni 

odcinek taśmą mierniczą i zaznaczył na ścianie kredą cztery gwiazdki.

- Zabierz się za kucie w tym miejscu, a ja pójdę po worki.

Założyłem   ochronne   nauszniki   i   uruchomiłem   maszynę.   Powietrze   wypełnił 

jednostajny huk. Przyłożyłem wybijak do ściany i z niejakim zaskoczeniem patrzyłem, jak 

powolutku   zagłębia   się   w   twardą   skałę.   Paweł   tymczasem   przynosił   worki   do   połowy 

wypełnione żwirem. Każdy musiał ważyć dobre kilkadziesiąt kilogramów.

Jest bardzo wytrzymały fizycznie, pomyślałem. Choć nie wygląda przecież...

Mój kumpel obłożył starannie workami biegnące wzdłuż ściany rury doprowadzające 

wodę.

- Wybuch mógłby je uszkodzić - wyjaśnił. - No, pokaż, jak ci poszło?

Kończyłem właśnie trzecią dziurę.

- Ładnie - ocenił, po czym przejął młot i wykuł ostatnią. - No to teraz pobawimy się 

materiałami wybuchowymi. Miałeś z tym do czynienia?

- Maciek robił przy mnie bombę amonitową. Ale tylko patrzyłem przez ramię.

Oczy Pawła zrobiły się okrągłe.

- Szaleńcy. - Westchnął jakby z uznaniem. - Ofiary przeżyły?

- Tak, nawet straty materialne były niskie. - Opowiedziałem mu zdarzenie z Ingrid i 

Niemcami.

Słuchał rozbawiony, lecz czułem w jego rozbawieniu jakiś fałsz. Wiedział już o tym. 

Od Dereka, z podsłuchów Svena? Od Maćka? Czemu milczał? Dlaczego pozwalał mi mówić? 

Chciał poznać relację z jeszcze jednej strony?

- Następnym razem staraj się unikać udziału w wypadkach, które mogłyby zwrócić na 

ciebie uwagę policji - odezwał się, kiedy skończyłem. - To, czym się zajmiemy, będzie i tak 

wystarczająco śliskie. Podejrzane.

background image

Gwizdnąłem cicho przez zęby.

-   To   tutaj   zbudowana   zostanie   bomba   atomowa,   która   zmiecie   Kreml   podczas 

kolejnego zjazdu KPZR? - spróbowałem zażartować, ale chyba mi nie wyszło.

W oczach mojego przyjaciela coś błysnęło. Jakaś tęsknota? Żądza krwi?

- Gdyby to było takie proste, to już by to zrobiono - powiedział cicho. - Nasze zadanie 

jest   inne.   Mniej   doniosłe   i   mniej   dostrzegalne.   Wyobraź   sobie   ZSRR   jako   wielką, 

skomplikowaną   maszynę.   Maszynę,   która   posuwa   się   powoli   i   nieubłaganie,   miażdżąc 

wszystko na swej drodze. To, co będziemy robili, to sypanie piachu w łożyska, a od czasu do 

czasu może uda nam się wyszczerbić jakiś trybik.

- Zabijanie to dla ciebie szczerbienie trybików?

- Tak. Są chwile, gdy jedna kula może zmienić historię, jak tego wieczora, gdy zginął 

premier Stołypin.  Zazwyczaj  jednak trzeba  wystrzelić  wiele  razy.  No to teraz czegoś cię 

nauczę o materiałach wybuchowych. Mamy tu… hm… Najbezpieczniej będzie to nazwać 

„preparat X”. Jak sądzisz, w jaki sposób można to zdetonować? - Wetknął laskę w wykuty 

otwór i delikatnie docisnął ją palcem. Tworzywo było miękkie niczym glina.

-   Mówiłeś   o   zapalniku,   więc   zakładam,   że   nie   jest   to   ten   rodzaj   materiału 

wybuchowego, do którego wystarczy doczepić lont i podpalić koniec?

- Osobiście jestem zwolennikiem tradycyjnych zapalników inicjowanych elektrycznie.

Z kolejnego pudełka wyjął garść zapalników. Były mniej więcej wielkości papierosa. 

Ich korpusy wykonano chyba z aluminium. Z końca każdego wychodziły kabelki, biały i 

niebieski. Wcisnął cztery w otwory uprzednio wypełnione materiałem wybuchowym.

- Każdy głupi potrafi zrobić bombę - stwierdził. - Tylko na szczęście nie każdy ma 

dostęp do odpowiednich substancji.

-   Miałem   nudne   dzieciństwo   -   zażartowałem.   -   Wygląda   na   to,   że   teraz   nadrobię 

zaległości.

- Jak sobie życzysz.

Wyjął   z   plecaka   zwitek   dwużyłowego   kabla,   rozizolował   końcówki,   podczepił   je 

zręcznie do drutów od zapalników. Pozbieraliśmy resztę ładunków i pudełko z zapalnikami, 

po czym wycofaliśmy się aż do łazienki. Paweł zatrzasnął klapę i nakrył ją dwoma workami. 

Końcówkę kabla podłączył do detonatora.

- Chcesz sobie wcisnąć? - Wskazał spory czerwony guzik.

- Jasne.

Wdusiłem go. Worki podskoczyły razem z klapą, ale huk bardzo mnie rozczarował. 

Paweł ściągnął zabezpieczenie z włazu i otworzył. Z podziemi wypłynął kłąb kurzu i dziwnie 

background image

cuchnącego dymu.

- Paskudny zapach - zauważyłem. - Kojarzy mi się ze śmiercią...

- Fantazjujesz.

Zeskoczyliśmy na dół. Drabinka też ocalała. W ścianie, w miejscu gdzie planowaliśmy 

zrobić podkop, widniała imponująca, głęboka wyrwa. Paweł podszedł do niej z młotem i kuł 

dobre dwadzieścia minut. Usuwałem gracką odłupane kamienie.

- No, mamy ponad pół metra - powiedział. - Skała jest spękana i dobrze się kruszy.

- Tak się zastanawiam… Wydaje mi się, że ten, jak to nazwałeś, „preparat X” jest 

potwornie silny.

- Tak. Jest silny. - Popatrzył na mnie badawczo.

- To tajne? Znaczy się jakiś wynalazek, którego nie pokazujecie obcym.

- Zgadłeś. I nie pytaj o nic więcej.

Wykuliśmy kolejne cztery dziury i zaprawiliśmy je ładunkami. Znowu cofanie się, 

tym razem nowy kawał kabla, bo z poprzedniego zostały tylko strzępki, ponownie detonacja, 

która wydała się jeszcze cichsza niż poprzednia. Zyskaliśmy jeszcze półtora metra, trzeba 

było   jedynie   młotem   pokruszyć   do   reszty   spękaną   skałę.   No   i   wyciągnąć   kilkadziesiąt 

paskudnie dużych kamieni. Zwaliliśmy je na razie w korytarzu.

- Potem wyciągniemy je do góry i zatopimy w fiordzie - wyjaśnił Paweł.

Wywaliliśmy jeszcze cztery dziury.

- Teraz sam załóż ładunki - zachęcił.

Uwinąłem   się   nad   podziw   szybko.   Albo   było   to   proste,   albo   miałem   dryg  do   tej 

roboty.

-   Brawo.   Zostajesz   mianowany   młodszym   strzałowym   -   uśmiechnął   się   Paweł.   - 

Nominacja jest tajna, więc nie będzie gwiazdek na pagonach. Munduru też nie nosisz...

Do   obiadu   wykuliśmy   prawie   trzy   metry.   Przewaliliśmy   rękami   ładnych   parę   ton 

kamienia.

- Na razie wystarczy - zadecydował. - Kiepsko tu z wentylacją, a lepiej za dużo tego 

nie wdychać. Niech się kilka godzin przewietrzy.  Widzisz, jakie to proste? A ty chciałeś 

walczyć z granitem całe dwadzieścia lat.

- Rzeczywiście proste - przyznałem. - Tyle tylko, że ten chodnik jest wąski, niski i 

dość kręty.

- No cóż, nie będziemy jeździli nim samochodem - powiedział. - To tylko odcinek 

komunikacyjny.   Klapę   w   łazience   trzeba   będzie   lepiej   zamaskować,   myślę   o   położeniu 

ładnych kafelków. Na dole też zamaskujemy. Pod kuchnią jest loszek?

background image

- Piwniczka całkowicie zalana wodą - wyjaśniłem.

- I łączy się z korytarzem? Stoi tam taki mur z cegieł? To dobrze. Zaminujemy go 

później.

- Po co? - zdumiałem się.

- Założymy też ładunek od strony morza, tak żeby można było jednym ruchem ręki 

zatopić podziemia.

- Chyba miałeś trudne dzieciństwo - powiedziałem w zadumie.

-  Bo  ja   wiem,  czy  takie  trudne?   -  Wzruszył   ramionami.   -  No,  może  trochę.   Gdy 

spaliliśmy z Maćkiem pewien samochód… - Przymknął na chwilę oczy. - Zresztą nieważne. 

Zjedzmy coś.

Pogrzebałem w zamrażalniku i po zastanowieniu upiekłem dwie pizze.

- Masz chyba talent kulinarny - stwierdził Paweł po posiłku, ocierając usta serwetką.

- Miło mi to słyszeć, bo Maciek tylko psioczył.

- Powinienem udzielić ci drobnych wyjaśnień...

-   Tu   może   być   podsłuch   -   ostrzegłem   go   szeptem.   -   Sven   naćkał   cały   ten   dom 

mikrofonami. Kasety wysyłał Derekowi.

- Cholera - syknął Paweł. - Nie o wszystkim Derek powinien wiedzieć.

Wyszliśmy z domu. Na plaży leżał kawał drewnianej kłody, w sam raz, by na nim 

usiąść. Patrzyłem na fale leniwie liżące żwir. Wiał lekki wiatr od zachodu. Przypomniałem 

sobie, jak kiedyś, dawno temu, oglądałem atlas geograficzny. Czy mogłem wtedy marzyć, że 

w przyszłości zobaczę to morze na własne oczy?

- Chciałeś wiedzieć, co będziemy robić - zaczął.

- Ponieważ w tej okolicy nie ma nic ciekawego, nic, co usprawiedliwiałoby twoje 

obsesje, zakładam, że będziemy się tylko bawili w szpiegów.

-   Naprawdę   uważasz,   że   nie   ma   tu   nic   ciekawego?   Nic,   co   zainteresowałoby 

prawdziwego szpiega? - Uśmiechnął się lekko.

- Co na przykład?

-   Magazyny   wojsk   NATO   w   sztolniach   pod   górą   Ronvik…   Zresztą   to   nieważne. 

Gramy po tej samej stronie.

-   Czyli   nie   będziemy   bawić   się   w   szpiegów?   W   takim   razie   jak,   siedząc   tu,   w 

Norwegii, koło podziemnych magazynów czegoś tam, mamy sypać wspomniany piasek w 

łożyska wielkiej machiny ZSRR? - zirytowałem się. - Chyba że masz za zadanie stworzyć 

jakąś tajną strukturę na wypadek wkroczenia Armii Czerwonej? - zapytałem z przekąsem.

- Nie ma takiej potrzeby - uspokoił mnie. - Ta struktura już istnieje. Gdy wybuchnie 

background image

trzecia   światowa   i   Ruscy   się   tu   wedrą,   spotkają   gotowych   na   wszystko   partyzantów.   W 

każdym większym mieście Europy Zachodniej jest placówka związku Gladie.

- Co to jest?

-   Zakamuflowana   organizacja,   założona   wiele   lat   temu   przez   NATO.   Coś   jakby 

przygotowana zawczasu partyzantka.

Gdybym siedział na krześle, pewnie bym spadł.

- Tu też? - zdumiałem się.

- Najprawdopodobniej. Nie da się wykluczyć, choć oczywiście nie jesteśmy w stanie 

tego   sprawdzić.   Ta   struktura   działa   w   najściślejszej   konspiracji,   nawet   służby   specjalne 

poszczególnych krajów nie wiedzą, kto należy do organizacji.

- Czy grozi nam wojna?

-   Zawsze   istnieje   takie   ryzyko.   Którejś   jesieni,   gdy   w   Polsce   będzie   klęska 

nieurodzaju,   a   Rosja   nie   zdoła   kupić   zboża   w   wystarczającej   ilości,   mogą   podjąć   próbę 

zbrojnego wypadu po żywność. Oczywiście prawdopodobieństwo czegoś takiego jest nikłe, 

przynajmniej w chwili obecnej, ale nie da się całkowicie wykluczyć.

- To czym konkretnie będziemy się zajmowali?

- Będziemy stanowili jedną z kilkunastu stacji przerzutowych - wyjaśnił. - Tylko przez 

kilka   miesięcy,   może   nawet   tygodni.   ZSRR   opuszcza   nielegalnie   pewna   liczba   ludzi. 

Ponieważ władze większości krajów EWG mają brzydki zwyczaj deportowania uchodźców z 

powrotem do ojczyzny,  trzeba ich w ścisłej konspiracji wysyłać  dalej. Do USA, Kanady, 

Chile, Nowej Zelandii, Australii, RPA i dziesiątków innych państw.

- Hmm… Z pozoru wygląda to niegroźnie. Tylko że z pozoru wiele rzeczy wygląda 

niegroźnie, a potem okazuje się, że człowiek tkwi po uszy w bagnie. Co nam zrobią tubylcy, 

jak już nas złapią?

- Dokładnie nie wiadomo, dlatego lepiej, żeby nas nie złapali. Między innymi w tym 

celu   kujemy   ten   tunel…   Co   do   bagna,   to   już   w   nim   siedzimy,   a   błoto   łaskocze   nas   w 

podbródki. Ja liczę się z tym, że już się nie wygrzebię.

- Dużo jest takich punktów jak nasz? Wzruszył ramionami.

- Nie mam pojęcia. Może kilka, może kilkanaście. Jedne są likwidowane, powstają 

nowe. Będziesz musiał przestrzegać bardzo skomplikowanej procedury.

- Zamieniam się w słuch.

- Przede wszystkim osobom, które będą u nas czasowo przebywały, nie zdradzasz 

niczego.   Ani   naszych   nazwisk,   ani   imion.   Za   każdym   razem   będziemy   się   przedstawiali 

inaczej. Ci ludzie w większości wypadków nie będą znali nazwy tej miejscowości. Postaramy 

background image

się też nie mówić im, w jakim państwie się znajdują.

- To jakaś bzdura - powiedziałem. - Wystarczy, że popatrzą za okno. Niewiele jest 

krajów o tak ukształtowanej linii brzegowej.

- Tak. Ale możemy im zawsze wcisnąć kit, że są w Finlandii.

- W jakim celu będziemy ich okłamywać?

-   No   cóż,   nie   da   się   wykluczyć,   że   na   którymś   etapie   podróży   wpadną   w   ręce 

kontrwywiadu lub służb imigracyjnych. W takim przypadku lepiej, żeby nie byli w stanie nas 

zidentyfikować.

- Cudownie. Nie pomyślałeś tylko o jednym. Moje oczy...

- W walizce mam szkła kontaktowe zmieniające kolor tęczówki i kształt źrenicy - 

powiedział spokojnie. - A na razie trzeba brać się dalej za nasz podkop.

Wróciliśmy do piwnicy i ponownie poszedł w ruch młot udarowy. Granit na szczęście 

był bardzo kruchy. Widocznie wilgoć przenikała skałę od bardzo dawna, a może zaszły tu 

także inne procesy geologiczne? Zakładaliśmy ładunki na zmianę i niebawem doszedłem w 

tym do miłej sercu wprawy. Gruz nosiliśmy na górę i wysypywaliśmy do morza.

Szybko zaczął mnie upiornie boleć kręgosłup. Nie nawykłem do takiej ciężkiej pracy.

- Popracuj parę minut sam - poprosił w pewnym momencie mój towarzysz i zniknął.

Zakląłem   w   duchu,   ale   co   było   robić.   Nosiłem   ciężkie   worki,   wysypywałem   ich 

zawartość w fale. To „parę minut” zajęło Pawłowi blisko godzinę. W chwili gdy prawie już 

podjąłem decyzję o buncie, wrócił i jakby nigdy nic zaczął mi pomagać. Wreszcie nieludzko 

umęczeni przerwaliśmy robotę i siedliśmy w kuchni napić się herbaty.

- Możemy wyjść pogadać? - zapytałem.

- Mów.

- Ale… - Spojrzałem znacząco na ściany.

- Odłączyłem, gdy sprzątałeś na dole - uspokoił mnie. Nie wiem czemu, lecz jakoś nie 

do końca mu wierzyłem.

- Sądzę, że skoro przebijamy się do tamtej zawalonej piwnicy - powiedziałem, gdy 

Paweł okręcał końcówkę kabla wokół bieguna zapalarki - chcesz tam postawić jakiś szałas 

czy coś?

- Nie, maleńki domek. Owszem, trochę kłopotu z tym będzie, bo materiały budowlane 

trzeba   będzie   ciągnąć   tunelem.   Trzeba   też   jak   najszybciej   przystąpić   do   remontu   i 

maksymalnie go rozgrzebać. Nikogo nie będzie dziwiło, że kupuję materiały budowlane, a 

nikt nie policzy, ile czego zużyliśmy...

- Sprytne - przyznałem, wciskając przełącznik zapalarki.

background image

Gruchnęło zdrowo.

- Na dziś wystarczy tych wybuchów.

Zebrał wszystkie materiały i odniósł do bunkra Maćka. Usiadłem sobie na progu i 

posługując się lusterkiem, założyłem na oko soczewkę kontaktową. Wydawało mi się zawsze, 

że robione są z cienkiego szkła, ale teraz przekonałem się, iż są żelowe. Cieniutka błonka 

przylgnęła   ściśle   do   tęczówki.   Popatrzyłem   w   lusterko.   Oko   wyglądało   podejrzanie 

normalnie, tylko zmieniło kolor na ciemnobłękitny.

- Pasuje? - zapytał Paweł.

- Chyba idealnie. Długo można to nosić?

- Do dwunastu godzin na dobę, przy czym najpierw musisz przyzwyczaić oczy do 

obecności obcego ciała. Zaczynasz od dwudziestu minut, codziennie dorzucasz godzinkę.

Kiwnąłem poważnie głową.

-   Nie   ma   ryzyka,   że   wypadnie   ci   podczas   pracy   -  dodał.   -   Nie  pęka,   nie   uciska, 

rewelacyjna rzecz. Co robimy dziś wieczorem?

Zamyśliłem się.

- Moglibyśmy pojechać w odwiedziny do Ingrid - zaproponowałem. - Albo na cypel. 

W lesie jest też jeziorko. Właściwie nie mamy tu zbyt wielu rozrywek. Chyba, że lubisz 

spuszczać łomot tubylcom na dyskotekach.

-   Nie   lubię   dyskotek   -   powiedział   z   niechęcią.   -   Hałas   i   podskakiwanie,   czysty 

atawizm.

- Widocznie też odczuwam niechęć do atawistycznych odruchów, bo również nie lubię 

dyskotek - mruknąłem.

-   To   w   twoim   przypadku   nie   jest   niechęć,   tylko   odrzucanie   wyższego   poziomu 

cywilizacyjnego. Jeśli teorie są słuszne i jesteś potomkiem Equoidae Edoni, to zapewne twoja 

rasa jest na tyle młoda, że nie przejawia jeszcze potrzeby wyższych doznań akustycznych - 

zakpił.

- Jakiś ty miły - warknąłem. -  Homo Sapiens,  który ledwo zlazł z drzewa i jeszcze 

nocami śni o małpach, wykazuje swoją wyższość gatunkową. Może jeszcze zaczniesz mnie 

wyzywać od wyleniałych chabet?

- W twoim przypadku raczej od wyleniałych wałachów - zauważył pogodnie, zupełnie 

nie przejmując się moją złością.

- Och, my, ogiery, nie przejmujemy się przygłupimi szympansami - podchwyciłem 

ton. - Złościsz się, małpiszonie? Pewnie chcesz banana?

Paweł ryknął śmiechem.

background image

- Dobra, kapituluję - wykrztusił. - Jesteśmy ludźmi, jesteśmy kumplami. Jedziemy na 

wycieczkę.   Może   być   do   Ingrid.   Przeproszę   przy   okazji   za   wczorajsze   zachowanie. 

Potraktowałem ją trochę instrumentalnie...

Poszedł   na   piętro   i   po   chwili   wrócił   z   butelką   czerwonego   wina.   Wsiedliśmy   do 

samochodu   i   pojechaliśmy   starą   drogą   do   Geitvagan.   Brama   rezydencji   Roslinów   była 

gościnnie otwarta. Wjechaliśmy na podwórze. Stała tu już mazda. Jeden bok samochodu był 

trochę pokiereszowany. O latarnię zawadziła czy co? Karen grzebała pod uniesioną maską.

- Hej! - zawołałem. Dziewczyna podniosła pokryte smarem dłonie i uśmiechnęła się.

- Coś mi nie kontaktuje - powiedziała.

Przedstawiłem jej Pawła. Ingrid pokazała się na balkonie i zaraz zeszła do nas. Mój 

kumpel wygłosił przeprosiny i wręczył dziewczynie wino. Zaczerwieniła się, co lekko mnie 

zdziwiło, bo nie podejrzewałem jej o nieśmiałość.

-  A   teraz  spójrzmy.   -  Mój   przyjaciel   odwrócił  się  w  stronę  Karen   i  pochylił  nad 

bebechami wozu. Zaczął coś sprawdzać.

- Z czym się zderzyłaś? - zapytałem łagodnie.

- Drzewo wyskoczyło mi na środek szosy - powiedziała z niepewnym uśmiechem.

-   Wbrew   pozorom   nie   było   to   nic   skomplikowanego   -   stwierdził   Paweł   po   kilku 

minutach, prostując się i wycie - rając szmatką dłonie. - Powinnaś jednak jutro wpaść do 

warsztatu, bo widzę, że w twoim samochodzie króluje prowizorka. Gdzie mógłbym umyć 

ręce? - zwrócił się do Ingrid.

Gdy wrócił, usiedliśmy sobie w hallu. Rodziców najwyraźniej nie było w domu. Karen 

zapadła w głęboki fotel i przymknęła lekko oczy. Paweł, jak zauważyłem, spoglądał na nią 

badawczo.

- No i co tam u was słychać? - zapytała. - Jak się panu podoba Bodø?

Poprosił, żeby mówiła mu po imieniu.

- Miasto jest całkiem sympatyczne - powiedział. - Choć, szczerze mówiąc, bardziej 

podobało mi  się Bergen, szczególnie dzielnica  Gamie  Bryggen.  Te  hanzeatyckie  budynki 

portowe pamiętające tyle szczęśliwych stuleci...

Karen wstała i chwiejąc się lekko, wyszła.

- Rozbiła się dzisiaj? - zapytał.

- Tak - przyznała Ingrid.

- Nie powinna prowadzić po morfinie - mruknął bardziej do siebie niż do niej.

- W takim razie mogłaby już nie prowadzić nigdy - odpowiedziała moja przyjaciółka.

- Zatem może powinna dać sobie spokój już na zawsze...

background image

Karen przyniosła swoją gitarę i zaczęła trącać struny. Melodia rwała się, tonęła w 

dysonansach. Mój przyjaciel wyjął jej delikatnie instrument z rąk i chwyciwszy go z wprawą 

znamionującą  duże doświadczenie,  sam zaczął przebierać palcami po strunach. Popłynęła 

melodia.

- Nie to - powiedziała Karen po rosyjsku. - Čiurlionisa...

Na twarzy nie drgnął Pawłowi żaden mięsień. Odłożył gitarę i podszedł do pianina. 

Usiadł,   otworzył   klapę,   ułożył   dłonie   na   klawiaturze.   Popłynęła   nowa   melodia.   Dziwna. 

Bardzo smutna, choć żywa. Szarpała nerwy i koiła je zarazem. Ingrid słuchała zdumiona. 

Kolejne akordy zdawały się wibrować w powietrzu. Grał znakomicie. Wreszcie zakończył i 

jeszcze przez chwilę siedział bez ruchu.

-   Tego   mi   było   trzeba   -   powiedziała   Karen.   Pobladła   bardzo,   ale   wyglądała   na 

szczęśliwą. Odkorkowaliśmy wino. Paweł tylko umoczył  usta, wiedział, że przecież musi 

prowadzić w drodze powrotnej. Usiłowałem go przekonać, że na starej drodze nie spotkamy 

nikogo, ale był niewzruszony. Wzbudziło to mój szacunek. Ingrid wypiła kieliszek wina i od 

razu zrobiła się dziwnie wesoła. Puszczała do mnie oko.

Karen wręcz przeciwnie - spochmurniała.

- Zagraj „Podmoskiewskie wieczory” - poprosiła mnie. Znowu mówiła po rosyjsku.

Teraz   ja   usiadłem   do   pianina.   Biel   klawiszy,   pałce   dotknęły   chłodnego   tworzywa 

udającego   kość   słoniową.   Zagrałem.   Karen   obserwowała   mnie   płonącymi   oczyma.   Nie 

patrzyłem na nią, ale czułem wzrok dziewczyny na swoich plecach.

- Rozluźnij choć trochę nadgarstki - dobiegł mnie życzliwy szept po polsku.

To Paweł. Mimo że bardzo się starałem, granie nie wychodziło mi dobrze. Zastąpił 

mnie. Uderzał w klawisze niezwykle lekko, z ogromną gracją i precyzją. Melodia płynęła. 

Czy tego słuchał Czechów, pisząc swoje nowele?

Otrząsnąłem   się   z   trudem.   Skończył.   Karen   zasnęła.   Paweł   podszedł   i   podniósł 

dziewczynę z fotela.

- Gdzie ją położymy? - zapytał Ingrid.

- Na piętrze.

Bez   wysiłku   wspiął   się   po   schodach.   Dziewczyna   spała   bardzo   głębokim, 

nienaturalnym  snem. Ingrid otworzyła  drzwi pokoju. Paweł położył Karen na tapczanie  i 

delikatnie rozprostował jej zgięte nogi. Ingrid rozsznurowała buty. Poprosiła nas wzrokiem o 

wyjście. Mój przyjaciel zawahał się na moment. Ujął śpiącą za nadgarstek i zbadał puls. 

Pokręcił ponuro głową. Wyszliśmy. Po minucie dołączyła do nas gospodyni.

- Zajrzyj do niej ze dwa razy w nocy - poprosił ją. - Może w każdej chwili umrzeć. 

background image

Powinna leżeć w szpitalu.

- Jeśli mi tu umrze, jakoś’ to zniosę - powiedziała dzielnie. - Przywykłam  już do 

myśli, że wkrótce nie będzie jej z nami. Niedługo… Już jej wybija na skórze.

Przytaknął.

- No cóż - powiedział. - Już pójdziemy, chyba że wolisz, żebyśmy jeszcze trochę z 

tobą posiedzieli?

- Poradzę sobie. A w razie czego mam telefon. Zadzwonię po pogotowie.

- Powinna zmienić rodzaj przyjmowanych środków przeciwbólowych - zauważył. - 

Morfina bardzo źle działa na serce.

Wracaliśmy do domu w milczeniu.

- Tak to wygląda - odezwałem się wreszcie, tylko po to, żeby coś powiedzieć.

- Czasami tak bywa - westchnął. - Nigdy nie mogłem się przyzwyczaić do tego, że 

ludzie giną. Tobie też będzie trudno. Szkoda dziewczyny. Ma w sobie coś...

- Zna rosyjski. Podejrzewałem to już wcześniej. Wiesz, zna Čiurłionisa. Gdzie mogła 

go usłyszeć?

Zamyślił się i dłuższą chwilę jechaliśmy w milczeniu.

- Sądzisz, że może udawać? - zapytał wreszcie.

- Chyba nie. Widać po oczach, że bardzo cierpi.

- To można dość łatwo symulować - odparł. - Wystarczy włożyć za ciasne buty i 

pochodzić w nich kilka godzin. Powłóczy trochę jedną nogą. Sadzę, że to nowotwór uszkodził 

jej nerwy. Jeśli się mylimy, to jesteśmy ugotowani. Co o niej wiesz?

- Nic.

- Spokojnie. Coś musisz wiedzieć.

- Żyje tu zupełnie sama. Rozbija samochody, musi mieć bardzo bogatych rodziców. 

Mieszkają gdzieś na południu, a ona zajmuje dom swojego dziadka, który był stąd.

-   Na   Litwinkę   nie   wygląda   -   zastanawiał   się.   -   W   jej   twarzy   nie   widać   żadnych 

domieszek   ras   kaukaskich   ani   paleoeuropeidalnych.   Wymawia   trochę   twardo.   Założę 

ostrożnie, że jest Niemką. Być może półkrwi, ale skąd w takim razie rosyjski?

- Nie można tego jakoś… sprawdzić?

- Jeśli znasz nazwisko Karen.

- Nie znam.

Zerwał gałązkę choinki i powoli przeżuł jej koniec. Pewnie zamierzał zebrać myśli, a 

to zastępowało mu zaciąganie się papierosem.

- Sądzę - rzekł wreszcie - że jest mniej więcej w moim wieku, to znaczy ma około 

background image

osiemnastu   lat.   Jest   o   rok   lub   dwa   starsza   od   Ingrid.   Do,   nazwijmy   to,   młodzieżowej 

przybudówki przy KGB przyjmują od piętnastego roku życia, jednak w ZSRR osoby poniżej 

szesnastego roku uważane są za zagrożenie dla tajności. Do operacji zagranicznych kieruje się 

ludzi, którzy mają nie mniej niż dwadzieścia jeden lat, o ile oczywiście nasze dane są ścisłe… 

Nie da się wykluczyć wyjątków. Ale w jej przypadku nie sądzę. Za słabo się maskuje.

- Chyba że to prowokacja - podsunąłem.

- Tylko czemu miałaby służyć? Wzruszył ramionami.

- Punkt dla Karen. Przy najbliższej okazji zapytaj,  gdzie nauczyła  się rosyjskiego. 

Może od emigrantów, którzy pracowali na formie jej ojca, a może w szkole. Tu kilka lat temu 

mieli odchył i uczyli się rosyjskiego. Niewykluczone, że ci po prostu powie. Bywa u ciebie?

- Czasem wpada z Ingrid.

- Jeśli jest podstawiona, to po ukończeniu kryjówki za tunelem przyda nam się. Jako 

alibi.

- O ile nie zorientuje się, co robimy.

- O ile. Wybacz głupie pytanie: spałeś z nią? Już nie musisz odpowiadać, po twojej 

minie widzę, że nie.

- Jakie to ma znaczenie?

- Oni lubią stosować takie metody.

- Odwala ci… - Spojrzałem na Pawła spod oka. Kurczę, wyglądało na to, że mówi 

szczerze. Może sam wierzył w te głupoty? A może...

- Załóżmy, że mnie namierzyli, że wiedzą, gdzie jestem.

-   Liczę   się   z   takim   ryzykiem.   Nie   będziesz   już   nigdzie   chodził   sam.   Ale   gdyby 

zależało   im   na   dorwaniu   przedstawiciela   twojej   rasy,   zaczną   raczej   od   Dereka.   Jemu 

wystarczy sypnąć czegoś do piwa, gdy siedzi w knajpie.

- On jest posłem. Jego będą szukali. Mnie nie.

- Nie mogę wykluczyć, że masz rację. Ale mimo wszystko to nie takie łatwe. Jesteś 

azylantem.   Rząd   Norwegii   udzielił   ci   prawa   pobytu,   gdyż   w   Polsce   twoje   życie   było 

zagrożone. Jeśli znikniesz, będą cię szukać równie zaciekle jak Dereka. Na razie nie przejmuj 

się tym. Trzeba będzie trochę ograniczyć twoje kontakty z Rosjanami.

- To dobrze...

- Nie lubisz ich?

- Ty chyba też nie? - Popatrzyłem na kumpla zaciekawiony. - Obaj jesteśmy im do 

czegoś potrzebni… Więc są naszymi przyjaciółmi. Albo udają.

-   Są.   Dla   nich   narzucanie   przyjaźni   to   normalna   praktyka.   Owszem,   pracuję   dla 

background image

Rosjan, ale - spojrzał mi prosto w oczy - realizuję przy okazji cele ważne dla nas. Dla Polski. 

Dziś są silni. A my jesteśmy słabi. Lecz nie zawsze tak będzie.

Dotarliśmy do domu. Wcześnie tego dnia poszedłem spać.

* * *

Strażnik Ducha powoli nabił fajkę. Odruchowo podsunął tytoń Miszczukowi, ale ten 

pokręcił głową.

- A więc w czasie popołudniowej drzemki śniłaś znowu ten dziwny sen - powiedział.

-   To   chyba   nie   jest   przypadek   -   zauważył   mikrobiolog.   -   To   jakieś   zagadkowe 

przesłanie, wezwanie...

- Ja też sądzę, że to ważne - powiedziała Łucja.

- O czym śniłaś tym razem? - Szaman bawił się otwieraczem do butelek ozdobionym 

plemiennymi symbolami.

- Szłam ulicą w towarzystwie tego mężczyzny. Byłam jego żoną, chyba mieliśmy już 

dziecko. Coś było nie tak z tym naszym związkiem. Wzięliśmy ślub potajemnie i w kościele, 

a nie w cerkwi. Bał się, że car się dowie i wyleje go z pracy.

- Ulica - mruknął Strażnik Ducha. - Gdzieś w Rosji?

- W Nowym Jorku.

Indianie wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

- I co było dalej?

- Weszliśmy do uroczego sklepiku z herbatą. Znajdował się w pasażu albo zaułku, na 

parterze kamienicy. Prowadził go stary Chińczyk.

- Czy pamiętasz nazwę ulicy?

-   Chyba   Fifth   Avenue.  Piąta   Aleja.   Odczytałam   tabliczkę,   lecz   nie   zapamiętałam 

numeru budynku.

Obaj Indianie ponownie popatrzyli na siebie. Tym razem nie uszło to uwadze Semena.

- Coś wam to mówi? - zapytał. - Czy to miejsce istnieje naprawdę?

- Nie mam wątpliwości - powiedział Strażnik Ducha. - To nie był sen.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - dociekał mikrobiolog.

- To wizja. Projekcja wydarzenia z przeszłości, która powstała w chwili, gdy dwa 

umysły odnalazły się poprzez przestrzeń.

- To nie może być projekcja z przeszłości - stwierdziła dziewczyna. - Rozmawiałam z 

nim o teraźniejszych sprawach.

- Pamięć tamtego wydarzenia to tylko swojego rodzaju matryca - odezwał się szaman. 

background image

- To miejsce nadal istnieje. Ten budynek wchłonęła nowsza zabudowa, ale sklepik od ponad 

osiemdziesięciu lat znajduje się stale w tym samym miejscu.

- Jak to?! - zdumiała się.

- To nie była wizja. To było swojego rodzaju wezwanie. Tam się spotkacie. Ty i ten 

chłopak. Tu jest adres. - Zapisał na kartce. - Tam spotkacie swoich braci. Wyruszycie jutro.

- Dopiero teraz mówisz? - zirytował się mikrobiolog. - Dlaczego?!

- Przyjacielu, oni już dawno przewidzieli, że ktoś może tu dotrzeć. Nie wiem, kto 

zesłał tę wizję, lecz adres mieliśmy wam podać dopiero w przypadku, gdyby się pojawiła.

- I co mam z tym fantem zrobić? - Łucja obróciła papierek w ręce. - Pojechać tam? 

Może lepiej wysłać kartkę?

- Decyzja należy do ciebie. Kazali przekazać, że kimkolwiek jesteście, będziecie mile 

widziani.

- Kimkolwiek… - podchwyciła.

- Może po prostu chcą zebrać swoje plemię - wyjaśnił Strażnik Ducha.

- Ten chłopak we śnie był moim mężem. Może jeszcze mamy powtórzyć to, co stało 

się wtedy? - prychnęła. - W tajemnicy przed carem mamy się pobrać i spłodzić dzieci?!

- Nie. - Strażnik Ducha pokręcił głową. - To nie jest inkarnacja. Wasze ścieżki losu nie 

biegną tak jak waszych przodków. Poza tym jesteście zbyt blisko spokrewnieni. Sądzę jednak, 

że poznacie się i będziecie blisko, jak brat i siostra.

- Macie w wiosce telefon. Mogłabym skorzystać?

- Oczywiście, ale nie zostawili numeru.

-   To   może   wskazywać,   że   preferują   kontakt   osobisty  -  powiedział   ojciec   Łucji.   - 

Spakuj się. Pora ruszać w drogę. A wam - skłonił się Indianom - dziękujemy serdecznie za 

gościnę.

- Zawsze będziecie tu mile widziani - rzekł Strażnik Ducha. - Jeśli nie spodoba się 

wam w Nowym Jorku, wróćcie do nas. Przyjmiemy was do plemienia. Tu znajdziecie spokój, 

a wykształcony człowiek zawsze się przyda...

Odprowadził wzrokiem dziewczynę. W długiej sukience z cienkiej skóry zdobionej 

paciorkami i frędzelkami zaskakująco przypominała swoje indiańskie rówieśniczki.

- Jeśli znajdzie swoich krewnych, to może powinna tam zostać - powiedział Semen. - 

Wtedy wrócę tu do was.

- Nie rób nic wbrew sobie - poradził mu szaman. - Krew to nie wszystko. Ona jest 

twoją córką. Tak wybrałeś.

- Masz rację.

background image

- Kto wie, może tam znajdziecie lek...

- Z grzywą na plecach też ładnie wygląda. - Mikrobiolog wzruszył ramionami.

3 września, poniedziałek

- Koćko do tablicy! - darta się pani Pszczółka. - Napiszesz nam datę po rosyjsku.

Stanąłem   koło   zielone)   planszy.   W   dłoni   trzymałem   kredę.   Zacząłem   pisać   datę. 

Słownie dzień, miesiąc i rok… Litery cyrylicy skręciły mi się przed oczyma,  znowu nie 

wiedziałem, gdzie wstawić znaki miękkie. Stałem bezradnie, daremnie usiłując powstrzymać 

napływające do oczu łzy.

-   A   więc   jednak   chcesz   dostać   dwóję.   -   Uśmiechnęła   się   ironicznie,   otwierając 

dziennik.

Krzyknąłem   rozpaczliwie   i   usiadłem   na   łóżku.   Norwegia.   Z   westchnieniem   ulgi 

opadłem na poduszkę.

- Co się stało? - zapytał Paweł zza ściany.

- Koszmarny sen - odpowiedziałem. - To tylko zmora o nazwisku Pszczółka.

- Aha - mruknął. - Znam babsztyla. Śpij...

Zamknąłem   oczy,   jednak   sen   nie   nadchodził.   Zegarek   pokazywał   czwartą   rano. 

Ubrałem   się   ciepło   i   wyciągnąłem   z   rupieciarni   rower.   Pojechałem   starą   drogą   w   stronę 

Geitvagan.   Dom   Roslinów   stał   milczący,   spowity   we   wstające   znad   fiordu   mgły. 

Zatrzymałem się przed bramą i dłuższą chwilę wpatrywałem w wijące się stalowe ozdoby - 

wzmocnienia. Objechałem go od tyłu i wtedy zobaczyłem w oknie mojej przyjaciółki światło.

Pewnie   zapomniała   zgasić,   pomyślałem.   Usłyszałem   dźwięk   zapalanego   silnika. 

Objechałem  dom   i  znowu  byłem   przed  bramą.  Z   podwórza   wytoczyła   się  mazda  Karen. 

Właścicielka   siedziała   za   kierownicą.   Na   mój   widok   uśmiechnęła   się,   jak   gdyby   nasze 

spotkanie niemal w środku nocy nie było niczym nadzwyczajnym.

- Witaj, Thomas - powiedziała, spuszczając szybę. - Ranny z ciebie ptaszek.

- Nie mogłem zasnąć. Ty, jak widzę, też nie.

- Zaczep rower o tylny bagażnik i wsiadaj! Przejedziemy się!

Posłusznie przyczepiłem rower do specjalnych uchwytów z tyłu samochodu. Usiadłem 

obok dziewczyny.

- Nie rozbijesz nas? - zapytałem.

-   Teraz   jestem   akurat   wystarczająco   przytomna,   by   prowadzić   -   powiedziała   z 

uśmiechem.

Siedzenia mazdy wyłożone były skórami reniferów. Zapadłem się w nie jak w puch.

background image

Ruszyła powoli, gdy wjechaliśmy na nową szosę, dodała gazu. Po kilkunastu minutach 

byliśmy w Bodę. Miasto spało, ale sklepik na stacji benzynowej był czynny. Zatankowała, a 

ja kupi em cztery kawa ki kie basy zapakowane w foli . Pomkn li my pod gór  i niebawem

ł

ł

ł

ę

ę ś

ę

 

znale li my si  na prze czy. Zostawi a samochód na parkingu. Góra opada a tu do  stromo

ź ś

ę

łę

ł

ł

ść

 

w   stron   Geitvagan.   U   stóp   mieli my  u pione   Bodø.   A   jeszcze   kawa ek   dalej   drze

ę

ś

ś

ł

mało 

górskie jezioro.

Dziewczyna wytaszczyła z bagażnika pięciokilogramowy worek węgla drzewnego i 

kilka  kostek  rozpałki.  Wyciachałem   zręcznie  dwa  kijki.  Porozumiewaliśmy   się bez  słów. 

Siedliśmy na fotelach wyciągniętych z samochodu. Przy brzegu jeziora płonęło ognisko, a my 

piekliśmy na kijach kiełbaski. Zjedliśmy po jednej i zasiliłem żar kolejną porcją opału. Karen 

wstała   z   fotela.  Stanęła   tyłem   do  mnie.   Rozbierała   się  spokojnymi,   miarowymi   ruchami. 

Najwyraźniej nie czuła wstydu. Blask płomienia rzucał refleksy na jej nagą skórę. Ostrożnie 

pomacała wodę stopą, a potem weszła po pas.

- Nie jest zbyt zimno? - zapytałem. - Przeziębisz się, może cię też złapać skurcz.

-   Skutkiem   ubocznym   stosowania   silnych   środków   przeciwbólowych   jest   zanik 

wrażliwości skóry - powiedziała, wchodząc trochę głębiej.

Odwróciła   się   w   moją   stronę.   Zauważyłem,   że   ma   niezwykle   kształtne,   choć 

niewielkie piersi. Na skórze Karen widać było kilka czarnych plamek. Wiedziałem, że to 

nowotwór, który ją zabija. Były jedynym defektem jej nieziemskiej urody...

- Nie masz ochoty popływać? - zapytała.

Rozebrałem się do gatek i wszedłem za nią. Woda była lodowata. Wysiedzieliśmy w 

niej może ze trzy minuty. Błyskawicznie straciłem czucie w palcach u nóg.

Karen   wyszła   na   ląd   i   kucnęła   przy   ognisku.   Usiadłem   po   jego   drugiej   stronie. 

Patrzyliśmy na siebie, powietrze drżało od żaru. Mokre włosy opadały Karen na ramiona. 

Pierwszy raz w życiu  widziałem zupełnie nagą dziewczynę.  Nie czułem pożądania, tylko 

dziwny smutek. Powoli odsunęła się od ognia i zaczęła ubierać. Po chwili znowu usiadła na 

fotelu.

- Wybacz - powiedziała. - Dawno nie pływałam, a to pewnie ostatnia okazja, żeby 

zakosztować chłodnej i czystej wody górskiego jeziora. Nim znów zrobi się na tyle ciepło, by 

można było tu pływać, będziecie już sami.

Podałem jej patyk z upieczoną kiełbasą i też się ubrałem. Ranek był zimny. Karen 

uśmiechnęła   się   lekko.   Przypominała   w   jakiś   nieuchwytny   sposób   Małgorzatę.   Pachniała 

podobnie   -   jaśminem.   Wystarczyło,   żebym   przymknął   oczy,   i   znowu   czułem   muśnięcie 

włosów na policzku i szept: „Powodzenia, źrebaczku”.

background image

- Jesteś Rosjanką? - zapytałem.

- Nie, ale mój tata był na kontrakcie w Związku Sowieckim. Mieszkaliśmy tam przez 

trzy lata. W Wilnie - powiedziała. - Uprzedzając twoje kolejne pytanie: nie wstąpiłam do 

KGB.

Dojadła drugą kiełbaskę i przyniosła sobie z samochodu pudełko oraz strzykawkę.

- Zaczyna się - powiedziała. - Przychodzi falami.

Zręcznie naciągnęła centymetr sześcienny cieczy z ampułki i zastrzyknęła sobie. Przez 

moment nic się nie działo. Potem jej ciało przebiegł silny dreszcz i odprężyła się. Na twarzy 

odmalował się wyraz ulgi.

- Zazwyczaj dobrze obliczam dawkę - powiedziała. - A czasami za dużo, czasami za 

mało…   Trzeba   wracać   do   domu   i   spróbować   zasnąć.   Może   lepiej   będzie,   jeśli   ty 

poprowadzisz?

- Mogę spróbować - powiedziałem, siląc się na obojętność.

Zalaliśmy   ognisko   wodą.   Karen   usiadła   po   stronie   pasażera,   a   ja   za   kierownicą. 

Uruchomiłem silnik, przekręcając kluczyk w stacyjce. Wdepnąłem sprzęgło i przestawiłem 

drążek na pierwszy bieg. Gdy powolutku ruszyłem w dół krętą drogą, wyrzuciłem na luz.

- Dobrze ci idzie - powiedziała.

Na dole wrzuciłem drugi bieg i pojechałem do jej domu.

- Dziękuję - powiedziała. - Pomożesz mi wysiąść? Chwiała się na nogach jak pijana. 

Nie wiedziałem, czy to skutek narkotyku, czy choroby. Nie była ciężka, zarzuciłem sobie jej 

ramię przez bark, ująłem drugą ręką nogi pod kolanami i zaniosłem ją do sypialni. Ostrożnie 

położyłem na łóżku.

- Już dobrze - powiedziała po rosyjsku. - Nie boli… Tylko te zawroty głowy.

Sięgnęła do guzika dżinsów, lecz palce nie chciały słuchać. Pomogłem jej rozpiąć 

spodnie.

- Do diabła - mruknęła, usiłując zsunąć portki z bioder.

Pociągnąłem za nogawki, pomagając jej pozbyć się garderoby. W normalnym świetle 

wszystko widać było wyraźniej. Białe markowe majteczki obwiedzione koronką. Pod cienką, 

elastyczną   tkaniną   wypukły   wzgórek   łona.   Pojedyncze   kręcone   włoski   w   pachwinach. 

Twarde, mocne  uda, dołeczki  pod kolanami.  Ściągnęła  bluzkę  przez głowę.  Piersi Karen 

wyraźnie  rysujące  się pod niepotrzebnym  stanikiem przypominały kształtem i rozmiarami 

połówki pomarańczy. Choć w mieszkaniu było  ciepło, spostrzegłem, że pokrywa ją gęsia 

skórka.

Opanowałem   się.   Troskliwie   nakryłem   dziewczynę   cienką   kołdrą.   Wzorzysta, 

background image

kolorowa poszewka była pognieciona.

- Nie zmarzniesz? - zapytałem. - Może dam ci jeszcze na wierzch pled?

- Poproszę - szepnęła.

Opatuliłem ją. Czułem, jak drży.

- Jeśli źle się czujesz, mogę przy tobie posiedzieć - zaproponowałem.

- Nie, dziękuję, przestaw tylko telefon tak, abym miała go w zasięgu ręki.

Wypełniłem jej prośbę.

- Powiedz mi dlaczego? - zapytała, patrząc na mnie półprzytomnie.

- Co: dlaczego? - nie zrozumiałem.

-   Jesteś   inny…   Chłopak   w   twoim   wieku,   sam   wiesz.   Zobaczyłeś   mnie   nago   nad 

jeziorem. Teraz leżę tu prawie naga, a ty… Żadnych świńskich komentarzy, żadnych aluzji o 

tym, żeby wykorzystać sytuację.

- Wyglądasz uroczo. I w ubraniu, i bez. I skłamałbym,  mówiąc, że widok ten nie 

podziałał na mnie. Jestem podniecony. - Wzruszyłem ramionami. - Ale widzę też dystans. 

Rozebrałaś się, bo chciałaś popływać bez ubrania. To nie była propozycja. Nie masz ochoty 

na, nazwijmy to, zacieśnienie więzów naszej przyjaźni.

- Ładnie to ująłeś - szepnęła. - Tak delikatnie… Ingrid będzie z tobą szczęśliwa. O ile 

to doceni...

- Ingrid?

- Musisz trochę nad nią popracować, to dzika gąska, której brakuje ogłady. Idźcie 

razem do teatru, do muzeum, zmuś ją, aby więcej czytała. Diament wymaga szlifu. Cieszę się, 

że trafiła właśnie na ciebie.

- Dziękuję za zaufanie.

- Kocham ją jak własną siostrę. Norwegowie tego nie rozumieją, myślą, że uczucie 

między dziewczynami  musi od razu oznaczać jakieś  świństwa.  Miłość platoniczna  tu, na 

Zachodzie, dawno temu odeszła do lamusa. Przyjaźń  albo od razu seks. Żadnych  etapów 

pośrednich. Nie sądzą, że może być coś jeszcze pomiędzy...

-   Zbudowali   kulturę,   w   której   seks   jest   wszechobecny   -   westchnąłem   -   więc   nic 

dziwnego, że teraz wszystko kojarzy im się z jednym.

- Twoi kumple, ta ironia w ich oczach… Im też wydawało się, że rozgryźli, co jest 

między nami… To dobre chłopaki, ale ich myśli mimowolnie skręcają w stronę błota.

- Ingrid też cię nie rozumiała.

- Nigdy nie powiedziałam jej, jak bardzo lubię po prostu siedzieć ze świadomością, że 

jest blisko. Ona też… To mnie najbardziej bolało. Jej lęk. Za każdym razem, gdy jadłyśmy 

background image

kolację przy świecach, bała się, że spróbuję zaciągnąć ją potem do łóżka. Dwa razy zdrowo 

się spiła w nadziei, że wykorzystam sytuację i że będzie miała to już za sobą. A ja po prostu 

lubiłam spać z nią w jednym pokoju, tak blisko, choć nigdy jej nie dotknęłam… Nie umiem 

jej tego wytłumaczyć. Ty też nie próbuj. - Spojrzała na mnie jakby z przestrachem.

- Zachowam pełną dyskrecję.

- Wracaj już do siebie, zaraz zasnę. Zatrzaśnij drzwi. I nie myśl o tym, może po prostu 

zwariowałam… Może jestem głupią lesbijką - usta jej drgnęły, gdy wymawiała to słowo - 

która po prostu nie rozumie, czego chce...

-   Nie   sądzę.   -   Pokręciłem   głową.   -   To   chyba   tylko   samotność.   Gdy   dziewczyna 

obejmuje konia za szyję, wtula twarz w jego grzywę czy całuje go w nos, też nie mówimy o 

zoofilii.

- Dziękuję - szepnęła. - Dziękuję, że mnie zrozumiałeś.

- Śpij dobrze. - Poprawiłem jej poduszkę. - Miłych snów.

Odczepiłem   swój   rower   od   bagażnika   i   pojechałem   do   siebie.   Gdy   dotarłem   na 

miejsce, była siódma rano. Paweł napalił w piecu. W kuchni było bardzo ciepło i przyjemnie.

-   Gdzie   byłeś?   -   zagadnął.   -   Ciągnie   od   ciebie   dymem,   paliłeś   domostwa   swoich 

wrogów?

- Niezupełnie. Pływałem w jeziorze i piekłem kiełbasę na ognisku.

-   Dedukuję,   sądząc   po   białych   włoskach   renifera   na   twoim   odzieniu,   że   w 

towarzystwie Karen?

- Tak wyszło.

- Prosiłem, żebyś nie włóczył się sam - przypomniał łagodnie.

- Zapomniałem. - Spuściłem głowę. Nie czynił mi więcej wyrzutów.

- Przedyskutujmy sprawę remontu - zaproponował.

-   Chyba   trzeba   będzie   kupić   drewniane   belki   -   zasugerowałem.   -   Zastosować 

konstrukcję sumikowi - łątkową, jak w Biskupinie. Do tego oczywiście deski na pokrycie 

ścian, bo te są do dupy. Paweł przytaknął.

- Wnętrze przydałoby się wyłożyć czymś ładnym - snułem dalej wizję - choć nagie 

belki też będą nieźle wyglądały.

-   Dobrze   -   powiedział.   -   Zrobimy   po   mojemu.   Kupimy   kilkanaście   metrów 

sześciennych styropianu. Zrobimy coś w rodzaju pruskiego muru, tylko położymy styropian 

zamiast cegieł.

Uniosłem brwi w zdumieniu.

- Po wierzchu  obudujemy  faktycznie  drewnianymi  listwami,  a od środka puścimy 

background image

boazerię.

- Czy to aby dobry pomysł? - zapytałem z niepokojem.

- Dobry, a przy tym tani. Dwudziestocentymetrowa warstwa styropianu wytrzymuje 

bez  problemu  mróz  do  czterdziestu  stopni.  A  tu  damy  przeszło  trzydzieści   centymetrów. 

Styropian jest przy tym lekki, trwały, nie łapie wilgoci. Wytrzyma bez problemu dziesięć czy 

nawet piętnaście lat.

- Domy należy budować tak, żeby przetrwały całą wieczność - zauważyłem.

Uśmiechnął się.

- Nie w dzisiejszych czasach - powiedział. - I nie w tym klimacie. Poza tym, Tomaszu, 

sądzę, że nie pozostaniemy tu długo. - Posmutniał. - Szkoda, bo to piękny kraj, ale i tobie, i 

mnie pisane co innego… Za najdalej kilka miesięcy trzeba będzie ruszać w drogę.

Kiwnąłem ponuro głową, udając,  że rozumiem, choć oczywiście nie zrozumiałem. 

Poszliśmy do samochodu. Usiadłem na miejscu pasażera, a Paweł za kierownicą.

- Prowadziłem dziś w nocy - pochwaliłem się.

- I jak ci szło? - zaciekawił się.

- Jak po grudzie.

- Czyżby Karen bała się siąść za kółkiem?

- Ano tak. Miała bóle i musiała się znieczulić.

- Dobrze, że zachowała wystarczająco dużo rozsądku, żeby powierzyć ci kierownicę. - 

Popatrzył na mnie i uśmiechnął się do swoich myśli.

Zdawałem   sobie   sprawę,   co   chciał   powiedzieć.   Wiedział,   że   nie   mam   żadnego 

doświadczenia.

- Oto jedna z tajemnic tego pojazdu - oznajmił, otwierając klapkę poniżej półki na 

radio. - Widzisz?

- Przyciski jak w tutejszych automatach telefonicznych.

- Wduszasz 1 - 2 - 6, a potem czerwony guzik.

- Aha. I co się wtedy dzieje?

- Po upływie siedmiu sekund samochód wylatuje w powietrze. Różnie może się dziać.

- Sądzisz, że jestem gotów popełnić samobójstwo?

- Nie wiem, czy ja sam jestem gotów - westchnął. - A od ciebie nikt tego na razie nie 

będzie wymagał.

Przejechaliśmy koło domu Karen. Ubranie suszyło się na sznurze, więc pewnie już się 

obudziła.   Czerwona   mazda   stała   tam,   gdzie   ją   zostawiłem.   Zatrzymaliśmy   się   przed 

supermarketem budowlanym na południu miasta, w pobliżu lotniska.

background image

- Czego wypatrujesz? - zagadnął Paweł, widząc, że patrzę na znikającą za zakrętem 

drogę.

- Tam niedaleko jest stadnina - wyjaśniłem. - Mam tam znajomego staruszka.

- Możemy się na dniach wybrać pojeździć konno - zaproponował. - Ja też umiem.

- Skąd wiesz, że ja…?

- Macie to we krwi. Zresztą Julie Ann mi powiedziała.

Zanurkowaliśmy do sklepu. W wielkiej hali nie było specjalnie wielu kupujących. 

Paweł wybrał kafelki i zamówił ich czterdzieści metrów kwadratowych, potem oglądaliśmy 

płyty gipsowo - kartonowe oraz boazerie. Przy boazeriach zatrzymał się na dłużej. Grymasił i 

przebierał, wreszcie kupił znowu kilkadziesiąt metrów.

- Co by nam się jeszcze przydało? - zastanawiał się. - Ach, styropian.

Kupiliśmy   kilka   metrów   sześciennych   styropianu,   metalowe   rynny,   zwoje   kabla, 

kontakty i oprawki, plastikowe rurki i całą masę innych artykułów. Wreszcie przy kasie Paweł 

uregulował rachunek kartą kredytową.  Suma, którą musieliśmy zapłacić, oszołomiła mnie 

lekko.   Facet   z   kasy  obiecał   dostarczyć   wszystko   partiami   w   ciągu   dwu   dni.   Zadowoleni 

wróciliśmy do domu.

- Dobra - powiedział mój przyjaciel. - Teraz pora na odrobinę nauki.

- Czego mam się uczyć? - zaciekawiłem się.

- Przynieś broń.

Poszedłem   i   po   chwili   wróciłem   z   rewolwerem.   Zeszliśmy   do   lochu.   Daleko   w 

korytarzu ustawił tablicę z wyrysowaną sylwetką i oświetlił ją latarką.

- Pokaż, jak umiesz strzelać.

Wycelowałem i pociągając raz za razem, wystrzelałem cały bębenek. Podszedł do 

sylwetki i westchnął.

- Celność fatalna - powiedział. - Spróbuj jeszcze raz.

Załadowałem bębenek nabojami z pudełka, które przyniósł ze sobą, i powtórzyłem 

wyczyn. Poszło mi jeszcze gorzej.

Pokręcił głową.

- Stań tak. - Ustawił mnie w lekkim rozkroku. - Trzymasz broń w ten sposób. Tu 

sztywno. - Klepnął mnie po łokciu. - Szarpiesz strasznie za spust. A trzeba ciągnąć równo i z 

jednakowym naciskiem. To musi być jeden ruch. No, do dzieła.

Wystrzeliłem i teraz wszystkie sześć kul utkwiło w sylwetce.

- I znowu - zażądał. - Tym razem szybciej.

Strzelałem. Obejrzał efekty.

background image

- Będą z ciebie ludzie - powiedział. - No cóż, pora pobawić się w terenie.

Ze   swojego   pokoju   przyniósł   karabin   snajperski   w   futerale.   Wdrapaliśmy   się   na 

stanowisko Svena. Na plaży, na lewo od mojego domu, leżała spora kłoda.

- Dystans sto pięćdziesiąt metrów - stwierdził, majstrując przy lornetce wyposażonej 

w   dalmierz.   -   Teraz   uważaj.   Karabin   składa   się   tak.   -   Kilkoma   wprawnymi   ruchami 

zmontował broń. Założył celownik, popatrzył  przez lunetkę. - Dobra. Ustawiamy dystans 

dzielący nas od celu. Nowsze modele mają dalmierz wmontowany w celownik, żebyś się 

kiedyś nie zdziwił. Tego typu broń jest najczęściej pięciostrzałowa, zresztą bazuje na starych 

konstrukcjach. To zmodyfikowany mosin.

- Ktoś nas może usłyszeć - zauważyłem, widząc, jak wkłada naboje do ładownicy.

- Spokojna marchewka. - Przykręcił do karabinu tłumik długości około trzydziestu 

centymetrów.

- Karabin trochę odda moment pędu pocisku - powiedział. - Mówiąc po ludzku: będzie 

odrzut.

- Nie wybije mi oka? - zaniepokoiłem się.

- Nie, nie powinno. Po to jest ten gumowy kołnierz na obiektywie. Gotów? Trzymasz 

w tej pozycji. - Oparł mi krótką kolbę o ramię. - Potem wyjaśnię ci, jak strzelać na stojąco. - 

Na kłodzie zaczepił się kawałek jakiegoś czerwonego sznurka. - Trafisz w węzeł.

Popatrzyłem w lunetę i po chwili odnalazłem cel.

- Gotów.

- Ognia!

Szarpnąłem za spust. Poczułem ból w ramieniu.  Ależ kopnęło! Popatrzyłem  przez 

lunetę, aby ocenić skutki ostrzału.

- Źle - powiedział Paweł. - Gotów? No to jeszcze raz.

Strzeliłem. Popatrzył przez lornetkę.

- Nieźle. Już zbliżasz się do celu. Jeszcze raz.

Kolejne dwa pociski.

- Nie najgorzej. - Uśmiechnął się lekko. - Nabij i walimy dalej.

- Jak tłumik wpływa na celność? - zagadnąłem.

- Jeśli jest dobrze założony, to minimalnie zwiększa rozrzut.

- A co to jest rozrzut?

Westchnął cicho.

-   Jak   by   ci   to   wytłumaczyć?   Gdy   testowano   ten   karabin,   po   nagwintowaniu   lufy 

zakręcono go w specjalne imadło i strzelano do tarczy oddalonej o dwieście metrów. Lufa nie 

background image

mogła się poruszyć,  ale pociski trafiały w cel i w promieniu sześciu centymetrów  wokół 

niego. To właśnie rozrzut. Po dokręceniu tłumika zwiększył się do dwunastu centymetrów. 

Wówczas karabin spisano na straty. Snajperzy muszą strzelać z większą precyzją.  W ten 

sposób dostałem karabin zupełnie za darmo.

- Jeśli chcecie zrobić ze mnie snajpera, to najpierw chyba wypadałoby spytać, czy się 

zgadzam.

- Nonsens - powiedział. - No nie, czekaj, nonsens nie w pytaniu, tylko w robieniu z 

ciebie snajpera. Snajperem może zostać każdy,  a my jesteśmy przeznaczeni do wyższych 

celów.

- No więc nie będę snajperem...

Naładowałem   karabin   kolejnymi   nabojami   i   przyłożyłem   kolbę   do   policzka.   Z 

odległego pniaka posypały się drzazgi.

- Znakomicie - pochwalił. - Na dziś wystarczy.

Niechętnie oddałem mu broń. Uśmiechnął się, wsuwając w lufę wycior.

- Łatwo się przyzwyczaić? - zagadnął.

- Tak, ręka instynktownie lubi zacisnąć się na kolbie.

Kiwnął w zadumie głową.

- Tak bywa - powiedział wreszcie.

- A jak ty strzelasz? - zapytałem.

Zza paska z tyłu wyciągnął rewolwer i prawie nie celując, wypalił. Pocisk trafił w 

kłodę. Poczułem mimowolny szacunek.

- Mam dwa tysiące naboi do uzi - powiedział. - Ranki będziesz miał pracowite. Musisz 

zżyć się z tą bronią.

- Nauczysz mnie też o materiałach wybuchowych?

- Jeśli sobie życzysz...

Wróciliśmy do domu, ugotowaliśmy obiad. Po posiłku zabrałem rower i pojechałem 

do Karen. Paweł zgodził się, ale kazał mi zabrać rewolwer. Zatrzymałem się przy płocie i 

oddychałem dłuższą chwilę, żeby się uspokoić. Czy dobrze postąpiłem, przyjeżdżając tutaj? 

Może nie życzyła sobie mojego towarzystwa. Stałem przez jakiś czas, a potem wskoczyłem 

na   rower   i   odjechałem.   Przeciąłem   miasto   i   wjechałem   na   drogę   do   Fauske.   Uciekałem. 

Uciekałem   od   nocnego   wspomnienia   kształtnych   piersi   oświetlonych   refleksami   ognia. 

Wreszcie zatrzymałem się koło paru skał. Biło tu źródełko. Piłem lodowatą wodę, później 

zwinąłem się w kłębek na grubym mchu. Kilka brzóz szumiało mi nad głową. - Powoli się 

wyciszyłem. Mogłem już spokojnie myśleć. Wspomnienie bladło.

background image

Może   tutaj   takie   zwyczaje,   rozważałem.   A   może   od   tych   wszystkich   środków 

przeciwbólowych pomieszało jej się w głowie? Może po prostu nie skojarzyła, że fakt, iż jest 

naga, tak silnie na mnie zadziała...

Zerwałem długie pasmo trawy i przeżułem.  Smakowało mi. Bezwiednie  zerwałem 

drugie.   Gdy   po   godzinie   siadłem   na   rower,   żołądek   miałem   sympatycznie   pełen. 

Popedałowałem do domu.

Na polance koło bramki leżały duże białe bloki. Styropian opakowany w folię.

- O - wyraziłem zdumienie. - Niezła piramida. Pawcio, niczym faraon, siedział na 

szczycie.

- Nie najgorsza - przyznał. - Mam dla ciebie dwie wiadomości. Obie złe. Po pierwsze, 

trzeba to przeciągnąć bliżej domu, po drugie, jest szesnasta, więc za remont proponuję brać 

się od razu.

Nosiliśmy   paczki   po   kilkanaście   naraz.   Były   bardzo   lekkie.   Później   przytargałem 

sobie drabinkę i zabrałem się za odrywanie desek od ściany przy kuchni. Szło nam to raczej 

opornie, przybito je dość starannie. Wreszcie poradziliśmy sobie. Paweł dokładnie obejrzał 

belki konstrukcyjne.

- Trochę jeszcze wytrzymają - ocenił. - No to do dzieła.

- Mówisz: pruski mur?

Skinął poważnie głową. Rozpruliśmy pierwszą paczkę. Styropian przywieziono nam w 

postaci   klocków.   Każdy   z   nich   miał   metr   długości,   pół   metra   szerokości   i   trzydzieści 

centymetrów grubości. Dolną belkę pociągnęliśmy warstwą specjalnego kleju. Położyliśmy 

bloki, dociskając je porządnie.  Następna warstwa. Powstająca  ściana  była  piękna. Biała i 

gładka, aż przyjemnie było popatrzeć. Jeszcze jedna warstwa...

- Już dziesiąta na zegarze - zauważył mój przyjaciel. - Położyliśmy siedemdziesiąt 

pięć kawałków w trzy godziny. Sądziłem wprawdzie, że pójdzie nam szybciej, ale trudno. 

Taki jest widać opór materii.

Byłem dziwnie zmęczony. Poszedłem od razu spać. Nie czułem głodu.

4 września, wtorek

-  Jesteś  małym,  bezczelnym  gnojem  -  powiedział   pedagog  szkolny, mierząc  mnie 

zimnym spojrzeniem. - Powinniśmy cię odesłać do Tworek, ty czubku.

Krzyknąłem i obudziłem się. Sufit z desek. Delikatny szum morza.

- Co się stało? - zapytał Paweł przez ścianę. Chyba znowu go obudziłem krzykiem, 

miał bardzo zaspany głos.

background image

- Koszmarny sen - westchnąłem.

- Wczoraj i dziś… Chcesz coś na uspokojenie? - zapytał. - Mam bardzo dobry środek.

W tym momencie poczułem, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Zbiegłem na parter i 

zwymiotowałem do kibla. Torsje szarpały mną kilkakrotnie, za każdym razem wyrzucałem z 

siebie kłęby nadtrawionej trawy.

Przyjaciel zszedł i potrzymał mnie za ramiona.

- Cholera - zaklął. - Nie powinieneś jeść tyle tego na raz.

Popatrzyłem na niego z obłędem w oczach.

- Pawcio...

- Wiem, o co chcesz zapytać. Jedzenie trawy jest dla ciebie instynktowne. Wczoraj po 

prostu  zjadłeś   za  dużo.  Natura  domaga  się  siana,  ale  konstrukcja  i  enzymy   ludzkie -  go 

żołądka nie pasują do tego, co masz zapisane w głowie. Lubisz jeść trawę, ale nie jesteś w 

stanie jej strawić w takiej ilości.

Ponownie  chwyciły  mnie   torsje,   ale  tym  razem  nic  nie  poszło.  Paweł  przyniósł  z 

kuchni butelkę mineralnej. Spuściłem wodę.

- Napij się, to ci pomoże - powiedział. - Na razie masz bardzo podrażniony żołądek. 

Spokojnie.

Usiedliśmy w bibliotece. Nakryłem się skórą renifera, bo było mi dziwnie zimno.

- Zaplątałem się - powiedziałem. - Sam nie wiem, co się ze mną dzieje...

Opowiedziałem   mu   o   Karen   nad   jeziorem,   ale   pominąłem   milczeniem   późniejszą 

rozmowę u niej w domu.

- Spala mnie pożądanie - wyznałem. - Tak nagle. A przecież nic właściwie się nie 

stało.   Po   prostu   zobaczyłem   dziewczynę,   która   nago   się   kąpała,   a   potem   suszyła   przez 

moment przy ognisku. Przedtem nie czułem do niej żadnego pociągu fizycznego. Teraz też 

nie czuję… Ale chwilami mnie bierze.

-   Feromony   -   powiedział   sucho.   -   Prawdopodobnie   zbliża   się   jej   cykl   najwyższej 

płodności.

-   Zuriko   Amiredżibi   mówił   mi   o   tym   -  mruknąłem.   -   Ale   wtedy  to   nie   było   tak 

gwałtowne.

- Och, nałożyły ci się bodźce wzrokowe i zapachowe. Musisz z tym uważać, bo twój 

organizm reaguje bardzo silnie. Dużo silniej niż normalnie.

- Nie chcę działać jak jakiś królik! - wybuchnąłem. - A tymczasem...

- Spokojnie. - Położył mi rękę na ramieniu. - To do opanowania. Nie wiem, jak blisko 

świata zwierzęcego jest twoja rasa, ale po to właśnie mamy cywilizację, żeby móc zapanować 

background image

nad instynktem… Nie jedz za dużo trawy, szkodzi ci.

Popatrzyłem na zegarek. Szósta rano. Nie było już sensu kłaść się spać. Poszedłem na 

dwór i otworzyłem wiaderko z klejem. Paweł nadszedł po chwili. Podawał mi kolejne kostki, 

a ja z zapałem lepiłem. Do ósmej ściana była ukończona.

- Hmm - powiedział mój przyjaciel, patrząc na nią. - Czegoś mi tu brakuje.

- Zewnętrznego pokrycia zapewne - zauważyłem. - Od góry została szpara...

- To nic, zakleimy ją pianką montażową.  Na razie  chodźmy na śniadanie, bo coś 

zgłodniałem...

Weszliśmy do kuchni i odruchowo zapaliłem światło. Paweł zaklął.

- Kumplu, zapomnieliśmy o oknie!

Faktycznie,   ciemność   wewnątrz   pomieszczenia   wynikała   z   braku   odpowiedniego 

otworu.

-   Poprzednie   odstawiłem   pod   drzewem   -   poinformowałem   go.   -   Wytniemy   i   po 

problemie.

- Zamówiłem nowe okna z PVC. Jak przywiozą, to będziemy się martwili.

Zasiedliśmy przy świetle gołej żarówki. Pomyślałem, że przydałaby się lampa… Po 

śniadaniu odrywaliśmy deski tworzące boczną i tylną ścianę biblioteki. Niektóre były nowe, 

te odkładaliśmy na bok. Reszta nadawała się wyłącznie do spalenia.

- To dziwne - mruknął Paweł. - Ten dom chyba nigdy nie został wykończony.

- Z czego to wnosisz?

- Bo to na dobrą sprawę stodoła. Do belek konstrukcyjnych poprzybijano na odwal 

deski. I tylko z zewnątrz. Tymczasem powinny być dwie warstwy. Deski od zewnątrz, deski 

od wewnątrz, a pomiędzy nimi jakieś sensowne wypełnienie.

- Ale ktoś tu mieszkał, i to chyba kilka lat - zauważyłem - Wnętrze było strasznie 

zapuszczone.

Kiwnął bez przekonania głową.

- Może użytkowano dom tylko latem? - Zamyślił się. - Albo nie zdążono ukończyć?

O dziesiątej dostarczono okna, deski pokryciowe, boazerię i całą masę innych rzeczy. 

Skończyliśmy budować styropianową ścianę i osadziliśmy w niej okno. Potem poprawiliśmy 

też kuchnię. Zajęło nam to czas prawie do czwartej.

- Uff, osłabłem - sapnął. - Przydałaby nam się jakaś pomoc.

- Masz pewnie w Tromo jakichś znajomych? - zauważyłem.

- Henry i Zuriko ciężko pracują, więc raczej nie będę ich odrywał od zajęć. Ale znam 

pewnego gastarbeitera, który jest godzien zaufania.

background image

- Zamieniam się w słuch.

- Znasz go.

- Maciek Wędrowycz?

Paweł wyszczerzył zęby.

- Można wysłać  mu zaproszenie.  Wpadnie na jakieś dwa tygodnie.  Wprawdzie  to 

partacz rzadkiej klasy, ale do prostych prac może się przydać.

- Partacz? - zdziwiłem się. - Widziałeś, jakie ładne drzwi zrobił na piętrze?

- Ładne. Nawet klamki mają… Ale ściany cienkie. No nic, to się skoryguje… Boję się, 

że piętro jest za ciężkie. Zwróć uwagę, że opierać się będzie na ścianach o niezbyt dużej 

trwałości, czyli na dobrą sprawę na belkach konstrukcyjnych. No nic, szkielet jest stabilny, 

skoro ten kurnik nie chwieje się podczas wiatrów. Powinien wytrzymać.

- Tylko czy Maciek będzie mógł przyjechać? - zapytałem. - Zwróć uwagę, że znikał 

stąd w pośpiechu...

- Ale nikt go nie powiązał z tamtym nocnym rajdem po mieście.

- Poza tym w Polsce zaczął się rok szkolny.

- Tu trwa już od dwu tygodni - powiedział Paweł. - Byłbym zapomniał. My też na 

dniach   mamy   się   pojawić   w   szkole.   Rodzice   powinni   go   puścić,   a   w   Warszawie   mamy 

znajomego lekarza, który jest pierońsko pazerny na dolary. Sądzę, że bez problemu wypisze 

mu   dwa   tygodnie   zapalenia   oskrzeli.   Zaległości   Maciek   nadrobi   bez   kłopotu,   to   zdolny 

chłopak.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Pawcio zarządził fajrant. Nie miałem apetytu. Chciałem 

nakarmić kota, ale miseczka nad bojlerem była pełna zsiadłego mleka. Pewnie zwierzak miał 

dość psów i ludzkich gości i wyniósł się do lasu na stałe.

- Pojadę sobie - poinformowałem kolegę, wyciągając z rupieciarni rower.

- Znowu bez celu?

- Nad jezioro.

Popatrzył na mnie uważnie i zmarszczył brwi.

- Pojadę z tobą - zaproponował. - Weźmiemy samochód.

- Chciałem, aby wiatr owiewał moje genialne czoło...

- Możemy otworzyć okno.

Wsiedliśmy   do   samochodu.   Od   morza   wiał   silny   wiatr.   Niebo   zasnuły   chmury. 

Popędziliśmy serpentynami pod górę. Paweł zwolnił nieco i w tym momencie zza zakrętu 

wyskoczyła czerwona mazda. Mój przyjaciel szarpnął ostro kierownicą w bok. Samochody 

otarły   się   o   siebie,   zerwane   lusterko   trzasnęło   w   boczną   szybę.   Uderzyliśmy   przednim 

background image

zderzakiem w spory kamień i to uchroniło nas przed wpadnięciem do rowu. Usłyszałem huk 

za plecami. Odwróciłem się. Mazda stała kawałek dalej, opierając się o drzewo. Odpiąłem 

pasy.  Niemal  jednocześnie wyskoczyliśmy  z wozu. Karen siedziała za kierownicą,  włosy 

miała mokre i całkowicie nieobecnym spojrzeniem wpatrywała się w coś, co tylko ona mogła 

zobaczyć. Pomachałem jej przed oczyma, ale nie zaobserwowałem żadnej reakcji.

- Cholera - zaklął Paweł. - Totalny odjazd. Zawrócił do opla i wyjechał tyłem na 

drogę.   Wysiadł   i   rozpiąwszy   dziewczynie   pas   bezpieczeństwa,   przesunął   ją   na   boczne 

siedzenie. Zaczęła powoli reagować. Popatrzyła na niego zaskoczona, a potem jej oczy znowu 

straciły przytomny wyraz. Obejrzałem bok samochodu. Poza otarciem lakieru nie ucierpiał 

specjalnie. Przedni zderzak tylko był rozbity niemal w drobny mak. Paweł przekręcił kluczyk 

w stacyjce mazdy. Silnik zamruczał.

- Odwieziemy ją do rodziców… Ach tak, mieszka sama. Wiesz gdzie?

- Tak.

- Bierz opla. Będziemy jechali wolno. Staraj się naśladować moje ruchy, nie znasz 

przecież przepisów...

- Prawa jazdy też nie mam.

- W razie czego powiedz, że zostawiłeś w domu. Oni tu nie ewidencjonują wydanych. 

Nie, cholera. Musisz jechać pierwszy, ja przecież nie wiem dokąd...

Przez chwilę poczułem jakąś dziwną zawiść, że to Paweł siądzie sobie na wygodnym 

fotelu przykrytym białą skórą renifera, ale potem znalazłem się za kierownicą jego wozu i 

uczucie znikło.

No i pojechaliśmy. Na szczęście w bocznych uliczkach miasta nikogo nie spotkaliśmy. 

Zaparkowałem przed domem Karen, Paweł wjechał  na podwórze. Zamknąłem samochód. 

Dźwignął ją i wniósł na ganek.

- Sprawdź jej kieszenie - powiedział. - W którejś powinna mieć klucze.

Miała w bocznej kieszeni dżinsów. Otworzyłem drzwi i przez niewielki hol weszliśmy 

do salonu.

Pokój jak pokój. Nic nadzwyczajnego. Umeblowany sprzętami z IKEA, brzydkimi i 

funkcjonalnymi.   Rozejrzałem   się,   szukając   czegoś’   niezwykłego.   Jakiegoś   osobistego 

akcentu. Nic… Nawet obraz na ścianie był sztampowy, ot, zwykły bohomaz.

Położył   Karen   na   kanapie.   Po   chwili   usiadła.   Nadal   wyglądała,   jakby   nie   miała 

kontaktu z rzeczywistością. Zamknęła oczy.

- Przedawkowała morfinę - zasugerowałem.

- Nie. Morfina tak nie działa. To musi być coś innego. Delikatnie sprawdził zawartość 

background image

kieszeni dziewczyny i z jednej wydobył torebkę z resztą dziwnego proszku ogniście żółtego 

koloru. Delikatnie nabrał odrobinę na palec i dotknął końcem języka.

- I co to jest? - zaciekawiłem się.

-   Być   może   się   mylę,   ale   to   może   być   to   nowe   świństwo   destylowane   z   gałki 

muszkatołowej - powiedział. - Na receptę, tak czy siak, tego nie kupiła. Powinna się przebrać 

w coś suchego… W tym stanie zaziębienie może ją zabić.

Popatrzyłem ponownie na obraz wiszący nad wersalką. Był dość duży. Przedstawiał 

kulę ziemską, tylko kontynenty były źle zaznaczone. Na kuli opierał się tron, a na nim z kolei 

siedziała sylwetka w filigranowej koronie na głowie. Paskudztwo.

- To obraz Konstantasa Čiurlionisa - stwierdził Paweł, przeglądając notes. - Niezła 

kopia.

Raz   jeszcze   przyjrzałem   się   płótnu.   Khm…   Moim   zdaniem   ten   człowiek   lepiej 

komponował niż malował. Ale mojemu przyjacielowi chyba się spodobało.

- To co teraz zrobimy?

- Ponieważ jesteśmy ze Wschodu, zgodnie z naszymi tradycjami posiedzimy tutaj, aż 

jej przejdzie. Tubylcy pewnie zostawiliby ją samą.

- Nie należałoby przewieźć Karen do szpitala na jakieś odtrucie?

- Sądzę, że narkotyk  już się rozkłada. Jeśli za pół godziny nie dojdzie  do siebie, 

wezwiemy pogotowie.

Kiwnąłem poważnie głową.

- A to - zgniótł torebkę w dłoni - lepiej niech myśli, że zgubiła...

Nakrył dziewczynę pledem i wyszliśmy przed dom. Siedliśmy na ganku.

- Nie podoba mi się ta sprawa - powiedział. - Rozumiem Karen, długo już nie pożyje, 

ale jeżdżąc w takim stanie, stanowi śmiertelne zagrożenie dla innych.

- Przekonanie jej nie powinno być trudne.

- Mylisz się. Jest niemożliwe. To tak jak z pijakiem. Obiecuje, obiecuje i nigdy nie 

dotrzyma słowa. Narkotyki dlatego są tak potwornie zdradliwe, że w pierwszej kolejności 

uszkadzają   tę   część   mózgu,   która   zawiaduje   logicznym   myśleniem   i   przewidywaniem 

skutków. Zabijają odpowiedzialność.

- Rozumiem.

- Jest jeszcze coś - mruknął. - To się nazywa fachowo samobójstwem wspomaganym. 

Czasami ktoś, kto pragnie rozstać się z tym światem, pociąga za sobą innych. Nie mogę 

oczywiście mieć pewności, czy tu to zachodzi. Ale na wszelki wypadek trzeba uważać. Mamy 

teraz duży problem. - Westchnął, wskazując kciukiem drzwi. - Jeśli chcemy uruchomić nasz 

background image

punkt przerzutowy, to najlepiej byłoby poczekać, aż ona umrze.

Wzdrygnąłem się.

- Takie są wymógł bezpieczeństwa - rzekł zimno. - Osoby nadużywające alkoholu i 

zażywające narkotyki, chore umysłowo, młodociane i tym podobne są uważane za zagrożenie 

dla tajności. Przepraszam...

- Rozumiem. Czy to znaczy, że nie należy powierzać im tajemnic? Mam na myśli...

- To znaczy, że nie należy podejmować  żadnych  ryzykownych  działań, jeśli są w 

pobliżu.

- Hm… Podejmiemy?

-   Tak.   Będziemy   musieli   tylko   trochę   bardziej   uważać.   Teraz   wymyślmy   coś   z 

samochodem Karen. Trzeba go unieruchomić.

- Myślę, że to się nie uda. Bo niby jak? Zepsujemy coś, to wezwie mechanika i na 

drugi dzień będzie naprawiony.

- Mam lepszy pomysł. Napiszemy na nią donos. Skrzywiłem się.

-   Wiem.   -   Uśmiechnął   się   smutno.   -   Donosicielstwo   jest   kiepsko   widziane   w 

cywilizacji łacińskiej. Lecz jutro może wpaść na kogoś o wolniejszym refleksie niż mój. I 

może być z tego nieszczęście. Skoro i tak, niestety - wskazał dłonią ziemię - po co ma jeszcze 

kogoś za sobą pociągnąć...

Kiwnąłem bez przekonania głową. Zajrzeliśmy do salonu. Dochodziła już do siebie.

- Ach! - westchnęła zaskoczona. - To wy?

- Pamiętasz coś? - zapytał rzeczowo Paweł.

Zmarszczyła czoło.

- Rozbiłaś mi samochód - oznajmił twardo. - Będzie potrzebna interwencja blacharza i 

lakiernika.

Wyjęła z torebki książeczkę czekową.

- Ile? - zapytała konkretnie.

- Przyślę rachunek. Nie wygląda to poważnie.

- Wypiszesz sobie sam. - Podała mu blankiet. - Mógłbyś nie zdążyć odebrać, gdybyś 

poczekał. Napijecie się herbaty? - Usiłowała wstać, ale nogi się pod nią ugięły i schwyciwszy 

się mojego ramienia, opadła na kanapkę.

Dotknęła swoich włosów.

- Pływałam - przypomniała sobie. - Dorwały mnie utopce… Nie pamiętam, jak tu 

przyjechałam...

- Przywieźliśmy cię - wyjaśniłem.

background image

Wstała   z   kanapy,   pozostawiając   po   sobie   krwawą   plamę.   Narzuciła   ją   poduszką. 

Złapała się ściany, jednak zdołała utrzymać się na nogach.

- Chcecie herbaty? - zapytała ponownie.

- Jeśli nie potrzebujesz naszej pomocy, pójdziemy już - powiedział Paweł.

Kiwnęła głową.

- Poradzę sobie. - Strumyczek krwi wyciekł z nogawki i plamił skarpetkę.

Pożegnaliśmy się, wyszliśmy i wsiedliśmy do samochodu.

- Co jej się stało? - zapytałem.

- No cóż, kobietom się to co jakiś czas zdarza - powiedział Paweł. - Raz w miesiącu 

mniej więcej.

- Aż tyle? Poza tym miała okres jakieś dwa tygodnie temu. Wspominała.

-   Może   przerzut   gdzieś   w   narządach   rodnych   spowodował   krwawienie,   a   może 

organizm, czując, że egzystencja się kończy, przyspieszył zegar biologiczny. Ludzie ciężko 

chorzy są zazwyczaj płodni, na własne nieszczęście… - mruknął.

Wyczułem w nim niechęć do kontynuowania tematu.

- Tu kładę - powiedział, wrzucając dwie pary kluczyków do skrytki.

- To od jej samochodu? Razem z zapasowymi? - zapytałem.

Potwierdził.

- Sądzę, że zrozumie.

- Tubylcy są bardzo odporni na aluzje - zauważyłem.

Po   południu   zerwaliśmy   całą   ścianę   tylną   i   sporą   część   bocznej.   Murowanie   ze 

styropianu   było   zabawnym   zajęciem.   Klej   lekko   nadtrawiał   masę,   bloki   lepiły   się 

natychmiast, musieliśmy więc uważać, żeby nie trzeba było poprawiać.

- Uśmiechasz się - powiedział Paweł. - Nie wierzysz, że to dobra technologia.

- Jakoś dziwnie tak - powiedziałem, klepiąc białą ścianę. - To przecież...

- Masz rację, to zakazane - przyznał. - Gdybym chciał zbudować od podstaw dom ze 

styropianu, każdy urząd natychmiast by mnie wyklął. Zrozum, że ta technologia to najtańszy 

sposób wznoszenia ścian.

- To dlaczego nie jest stosowana na szeroką skalę?

- Właśnie dlatego. Gdyby każdy mógł budować sobie dom za psie pieniądze i we 

własnym zakresie, to splajtowałaby rzesza budowlańców, producentów cegieł, no, może w 

tym  kraju nie mają specjalnie dużo do roboty. Poza tym,  jeśli mieszkasz w bloku, jesteś 

niewolnikiem. Zakręcą ci parę kurków i kaput. Ani wody spuścić, ani kuchenki włączyć. A 

jeśli masz własny dom, jesteś wolny. I czynszu nie musisz płacić...

background image

Zabraliśmy   się   za   obijanie   domu   deseczkami.   Robota   była   bardzo   łatwa,   dzięki 

nacięciom można było szybko je połączyć. Do siódmej skończyliśmy całą jedną ścianę. Tego 

wieczora, gdy wszedłem do środka, poczułem po raz pierwszy różnicę. Wiatr nie wędrował 

już swobodnie przez pomieszczenia. Dom stał się naprawdę ciepły. Przeciągnęliśmy część 

materiałów budowlanych do piwniczki.

- Nikt nie policzy,  ile zużywamy - oświadczył  Paweł z zadowoleniem. - Nikt nie 

interesuje się tym, co robimy. I bardzo dobrze. Chodź, czegoś cię nauczę - dodał, patrząc na 

zegarek.

Weszliśmy   do   pokoju   Maćka,   Paweł   wyciągnął   spod   łóżka   sporą   walizkę.   Była 

pokryta skórą. Miała cyfrowe zamki. Ustawił ją, a potem otworzył.

- Wiesz, to ważne, jeśli nieprawidłowo wpisze się kod i próbuje otworzyć, wylatuje się 

w powietrze - powiedział z powagą.

- Zdradzisz mi kod? - zainteresowałem się.

- Dostaniesz własną walizkę, jeśli zajdzie taka konieczność. - Uśmiechnął się.

- A silny ten wybuch? - Teraz ja przyozdobiłem swoją twarz odpowiednim grymasem.

- W ściankach są ponad dwa kilogramy trotylu.

- Niewiele mi to mówi.

-   Za   pomocą   dwustu   gramów   można   zerwać   tor   kolejowy   -   powiedział.   -   Dwa 

kilogramy wystarczą, by gościa, który się dobierze, wysłać na orbitę.

Wewnątrz   walizy   było   kilkanaście   potencjometrów,   jakieś   zegary,   przełączniki   i 

świecące przyciski. Wydobył kabel, dotąd ukryty w obudowie, i podłączył go do gniazdka. 

Potem wcisnął przełącznik i wstukał kolejny kod.

- Na tym etapie pracy też można wylecieć w powietrze? - zaciekawiłem się.

Potwierdził.

- Tym maleństwem można podsłuchać wszystko - oznajmił z dumą. - Nawet rozmowy 

milicjantów w Moskwie. Tyle tylko, że aby tam sięgnąć, trzeba mieć odpowiednią antenę.

Wprowadził kolejny kod. Czułem zimno w żołądku. Jeśli w każdej chwili narażaliśmy 

się na wybuch… Widocznie jednak wiedział, co robi.

Założył na uszy słuchawki.

- Gęś wzywa stado - rzucił w mikrofon.

W   odpowiedzi   ktoś   zagdakał   z   ożywieniem.   Mówił   jednak   za   cicho,   abym   mógł 

zrozumieć.

- Przyjęte - powiedział Paweł nagle pobladły. - Potwierdzam. Bez odbioru.

Wyłączał po kolei przyciski. Światełka gasły.

background image

- Mamy jakiś problem? - zapytałem.

- Tak. Musimy przenocować kobietę i dwójkę dzieci.

Kiwnąłem głową.

- Dzisiaj?

- Na szczęście dopiero jutro.

Uderzył dłonią w nieheblowane deski ściany.

- Cholera - zaklął. - Dom jeszcze niegotowy, o kryjówce nie wspominając.

-   Będziemy   musieli   zamelinować   ich   gdzieś   tutaj   -   stwierdziłem.   -   Na   piętrze   są 

przecież pokoje.

- Nieszczęsny… Pokoje… Masz, Tomaszu, odchyły od norm estetycznych.

- Bunkier Maćka odpada. Tam jest zbyt wilgotno.

-   I   będzie   nam   potrzebny   do   czego   innego.   No   trudno.   Musimy   kupić   ze   cztery 

składane łóżka… i chyba śpiwory.

Przymknął na chwilę oczy.

- Gdzie mamy ich odebrać?

- W Fauske.

Zeszliśmy do biblioteki. Styropianowe ściany wydały mi się nagle mniej zabawne. 

Poczułem wstyd.

- Teraz posłuchaj, to ważne. Zniszcz albo ukryj wszystkie miejscowe gazety, plany 

miasta i inne duperelki mogące wskazywać na to, gdzie się znajdujemy.

- Zwariowałeś?

- Takie są względy bezpieczeństwa.

- Ale to idiotyzm! Przecież dowiedzą się, gdzie są, po prostu patrząc przez okno! Przy 

szosie są tablice z nazwami miast i odległościami. Chyba że przywiozą ich w trumnach z 

workami na głowach i przepakują nam do bagażnika...

-   Idiotyzm…   Owszem.   W   tym   przypadku   tak.   Ale   czasem   przerzuca   się   ludzi   w 

zamkniętych furgonetkach i oni faktycznie nie wiedzą, gdzie trafili. Procedura jest jedna dla 

wszystkich. Żeby się przyzwyczaić i żeby się nie pomylić.

Zrozumiałem, że ma rację. Trefnych przedmiotów nie było dużo. Wszystkie starannie 

schowałem.

- Będziesz miał na imię Andrzej - powiedział Paweł nieoczekiwanie.

Zmarszczyłem brwi.

- Narodowość? - zagadnąłem.

- Pomyślmy. Oni będą z Litwy… W takim razie Andriej i jesteś Ukraińcem.

background image

- Zapamiętam. A bardziej szczegółowa legenda?

- Nie będzie potrzebna. Ja będę grał tubylca dukającego trochę po rosyjsku. Musisz 

założyć szkła kontaktowe. Wyruszamy o szóstej rano.

Dłuższą chwilę siedziałem przed domem, zastanawiając się. Gdy wreszcie poszedłem 

spać, śniły mi się jakieś głupoty. Obudziłem się w środku nocy. Drżałem, nie z zimna, do tego 

byłem już przyzwyczajony. Dotknąłem policzka. Wspomnienie z Warszawy. Dotyk włosów 

pachnących jaśminem. Delikatne muśnięcie warg na policzku.

Dwaj radzieccy oficerowie. Przyjechali po mnie i musieli umrzeć. Oni zginęli, a ja 

ocalałem. Tak po prostu zostali zabici w ruszającej odrapanej nysce. Jutro spotkamy kogoś, 

kto   tak   jak   ja   musiał   uciekać…   Dlaczego   wszystko   wokoło   naznaczone   było   piętnem 

cierpienia? Karen, księżniczka Tamara, Paweł… Blask żaru na jasnej skórze. Ciemne plamy i 

strzykawka z morfiną. Piętno zagłady...

„Powodzenia, źrebaczku”...

* * *

- Poznaję to miejsce - powiedziała Łucja. - Ale we śnie wyglądało trochę inaczej...

- Minęło sto lat.

- Masz rację, tato.

Weszli przez obrotowe drzwi i znaleźli się w rozległym holu. Po lewej i prawej stronie 

ciągnęły się zachowane fasady stuletnich kamienic. Ich resztę wyburzono i zastąpiono nową 

konstrukcją. Na wysokości czwartego piętra dawny zaułek nakryty był szklanym dachem.

Sklepik z herbatą odnaleźli po trzech minutach. Z zewnątrz wyglądał prawie tak samo. 

Napisy trawione w szkle wzbogacono tylko o jedną informację: Since 1908.

Stary Chińczyk za ladą w nieuchwytny sposób przypominał mistrza Wu.

- Szukamy właściciela - powiedział Semen.

- To ja. - Sprzedawca skłonił głowę.

- Zatem może chodzi nam o współwłaściciela - odezwała się Łucja. - Jeśli oczywiście 

Paczenkowie nadal posiadają udziały w tym przedsiębiorstwie.

- Zobaczę, co mogę dla pani zrobić. - Ukłonił się ponownie i zniknął na zapleczu.

- To idiotyzm - westchnęła. - Przychodzić do sklepu i pytać o człowieka, który tylko 

mi się śnił… Z drugiej strony ten sklep też tylko mi się śnił, a przecież istnieje naprawdę.

- Indianie musieliby śnić dokładnie to samo.

Z   zaplecza   wyłonił   się   mężczyzna.   Mógł   liczyć   około   pięćdziesiątki.   Spojrzał   na 

interesantów i na jego twarzy odmalował się wyraz głębokiego zdumienia.

background image

- A niech mnie - odezwał się po ukraińsku.

- Semen Miszczuk, a to moja przybrana córka Łucja. - Mikrobiolog wyciągnął dłoń na 

powitanie.

- Przyjaciele, póki ich miałem, nazywali mnie Nikita. - Sprzedawca mówił z miękkim 

akcentem, musiał długo przebywać na wschodzie Ukrainy. Chwilami jednak w jego głosie 

pobrzmiewały dziwne nuty. Nie był to jego język ojczysty. - Miło mi was poznać.

Patrzył przez dłuższą chwilę w twarz Łucji.

- Udało się sukinsynom - mruknął z uznaniem i zgrozą. - A może nie powinienem 

pana tak otwarcie obrażać. - Spojrzał na Semena wyzywająco.

- Nie będę zaprzeczał. Przyłożyłem do tego rękę. Teraz jestem zdrajcą i renegatem.

- Naprawdę wam się udało… Jest tylko jedna? - ponownie zwrócił się do Miszczuka.

- Tak.

- Echo. - Nikita puknął się palcami  w  skroń. - Czułem je, wiedziałem,  że ktoś z 

naszych przybył znowu w te strony.

- Skąd pan wiedział, że pojawimy się akurat w tamtej wiosce? - zapytała dziewczyna.

- Bo to szczególne miejsce. Szczególni ludzie. Coś sprawia, że od czasu do czasu 

przyciąga tam kogoś z naszych. Choć nie spodziewałem się, szczerze mówiąc, krewnych.

- Krewnych? Jesteśmy spokrewnieni? - zapytała Łucja.

- Jesteś moją córką - wyjaśnił. - W pewnym sensie...

- To pomyłka - zaprotestował Semen. - Myli się pan...

Nikita wyjął z kieszeni portfel, wyłuskał z niego fotografię i rzucił na stolik przed 

mikrobiologiem.

- Założymy się?

Semen podniósł zdjęcie i popatrzył na nie zdumiony. Na fotografii widniała Łucja i 

jednocześnie nie - Łucja. Sfotografowana dziewczyna była o jakieś dwa lata starsza. Miała 

nieco gęściejsze włosy, grubsze brwi. Była też brunetką, a nie popielatą blondynką.

- Kto to jest? - zapytał.

- Moja córka Aleksandra. Ale wołamy ją Łesia.

- Przecież sam widziałem dokumentację medyczną - jęknął Miszczuk. - Łucja została 

wyklonowana.

Nikita skinął głową.

- Tak, ale przecież skądś musiała się wziąć. Zmajstrowali ją z krwi pobranej mojej 

córce. Widać różnice fenotypu, więc genotyp poddano zapewne jakiejś modyfikacji.

- Cholera. I co dalej?

background image

- Jedną córkę już mam - powiedział. - Nie chcę ingerować w wasze życie. Po prostu, 

Semenie Iwanowiczu...

- Skąd pan zna moje otczestwo? - zdumiał się mikrobiolog.

Gość strzelił w powietrzu palcami.

- Tak mi się wydawało - powiedział zawstydzony.

Łucja podniosła zaciekawione spojrzenie.

- To cecha gatunkowa? - zapytała. - Czy też raczej osobnicze predyspozycje?

- Wydaje mi się, że gatunkowa - powiedział poważnie. - Też to czujesz? Fragmenty 

myśli innych ludzi?

Kiwnęła zawstydzona głową.

- Co zamierzacie dalej? - zapytał.

- No cóż, dysponuję pewnym niewielkim kapitałem - powiedział biolog. - Ale...

- Rodzina Wu od wieku sukcesywnie wykupuje ten zaułek. Po kawałku, sklepik po 

sklepiku. Jeśli szukacie pracy, znajdziemy coś dla was.

- Może to i pomysł.  Tylko  jest jeden  problem. Nie mamy  wystarczająco  dobrych 

dokumentów.

-   Więc   zapraszam   do   mnie   do   domu.   Jeśli   nie   boicie   się   kurzu   tysięcy   książek, 

pościelimy wam w bibliotece. Moja córka też będzie wam rada. Zawsze chciała mieć siostrę. 

O dokumenty nie musicie się martwić, wszystko załatwimy.

- Przy okazji chcielibyśmy dowiedzieć się czegoś więcej… - Łucja omiotła wzrokiem 

ekspozycję.

Antyczne samowary i stuletnie ekspresy do herbaty zajmowały tę samą witrynę co w 

jej śnie.

- Moja  wiedza, choć niekompletna, jest do waszej  dyspozycji  - powiedział  Nikita 

poważnie.

- Najważniejsze pytanie: skąd pochodzę… pochodzimy? - zapytała dziewczyna.

-   Najbardziej   rozpowszechniona   teoria   mówi,   że   nasza   rasa,   a   właściwie   istoty, 

których  geny nosimy,  Equoidae  Edoni,  mają dom  na planecie  Edon obiegającej  gwiazdę 

Altair - odpowiedział.

-   Uczono   nas   o   tym.   Eohippusy,   inna   planeta,   ewolucja   wspomagana   przez 

domniemanych Edonitów… Ale Otto Sigridsen to zbrodniarz i idiota. Zawsze gryzło mnie 

pytanie, w jakim stopniu ta teoria jest prawdziwa - odezwał się mikrobiolog.

- W zerowym. Semenie Iwanowiczu, miejcie odwagę uwierzyć we własne odkrycie. 

Przecież niedawno rozgryźliście ten problem.

background image

- A te wszystkie wizje? - zapytała Łucja. - To nie jest pamięć genetyczna czy coś 

takiego. Sądzę, że to przekaz z zewnątrz. Telepatia albo podobne zjawisko. Ktoś wyświetla 

mi fragmenty, obrazy z przeszłości? Chyba po to, abym lepiej zrozumiała, kim jestem.

- Brawo, młoda damo - rozległo się za jej plecami.

Głos brzmiał głucho, najwyraźniej należał do bardzo starego człowieka. Mikrobiolog 

poczuł przerażenie, ale nie miał dość siły, by się obejrzeć.

background image

DZIENNIK TOMASZA PACZENKI

ZESZYT ÓSMY

5 września, środa

Czerwone  słońce  wychyliło   się zza   gór. Mała  stacyjka   w  Fauske spowita  mgłami 

ciągnącymi   znad   fiordu   wyglądała   nierealnie.   Osada   spała.   Pierwsi   mieszkańcy   dopiero 

wygrzebywali się spod ciepłych kołder. Paweł zaparkował samochód o rzut kamieniem od 

peronu.

- Mgła - westchnął. - Wiesz, co jest w niej najgorsze?

- Zasłania widok? - próbowałem się domyślić.

Pokręcił głową.

- To oczywiście nie jest bez znaczenia. Gorsze jest to, że mgła oszukuje nasze zmysły. 

Działa   trochę   jak   soczewka,   to   ostatecznie   drobiny   wody   zawieszone   w   powietrzu. 

Przedmioty bliskie wydają się oddalone, te zaś, które są daleko...

- Rozumiem - ziewnąłem. - To utrudnia na przykład celowanie.

- Na przykład - potwierdził, rozcierając dłonie. - Z drugiej strony mgła dziś będzie 

naszym sojusznikiem.

- Jeśli posadzili jakiegoś obserwatora na pobliskim wzgórzu, to nie będzie w stanie nas 

wypatrzyć - uzupełniłem.

-   Oczywiście   musielibyśmy   mieć   gigantycznego   pecha,   żeby   ktoś   przybył   tu   nas 

obserwować.   Operacja   przerzucenia   kogoś   pomyślana   jest   zawsze   tak,   by   maksymalnie 

utrudnić wrogom zadanie. Jesteś gotów?

- Żeby oddać życie za nie swoje sprawy?

- Teraz są tak samo twoje, jak i moje, i masz rację, cudze. - Wykonał ręką osobliwy 

gest. - Tkwimy w tym obaj po uszy… To znaczy w sumie ja tkwię, bo ty masz inne kłopoty. 

Jeśli się boisz...

Zamyśliłem się.

- Rozumiem - rzekł cicho po chwili. - Masz szesnaście lat. Wymagam od ciebie za 

dużo. Tak samo jak za dużo wymaga się czasami ode mnie. Pomyśl, w ten sposób właśnie 

dokładamy małe kamyczki do lawiny.

- Nie przejmuj się. Dam radę. Właśnie! Czy nie mają kogoś innego, kogo mogliby tu 

przysłać?

W oczach Pawła odmalował się smutek.

background image

- To, co powiem, może być dla ciebie szokiem. Nie ma nikogo innego. Ludzi godnych 

tak bezwzględnego zaufania jak ja jest niewielu. I z pokolenia na pokolenie ich liczba spada. 

Coraz mniej jest takich, którzy gotowi są dla ocalenia swojego honoru poświęcić życie. To 

wszystko. Nasza cywilizacja schodzi na psy. Miarą wartości człowieka staje się pieniądz. A 

miarą uczciwości kwota, za jaką człowiek gotów jest sprzedać sprawę, ojczyznę, sumienie...

- I z tak szczupłymi siłami chcecie stawić czoła imperium? A jeśli zginiemy w tej 

walce i nikt więcej już jej po nas nie podejmie?

- To trudno. Ale ja swoje zadania wykonam.

Wyjął   spod   siedzenia   pistolet,   odbezpieczył.   Wręczył   mi   go   dyskretnie,   patrząc 

uważnie w oczy. Wytrzymałem jego spojrzenie.

- Nie sądzę, żebyś musiał go użyć - powiedział poważnie. - Lecz jeśli przyjdzie co do 

czego, strzelaj. Na wyrzuty sumienia będzie czas później.

- Bardzo kiepsko strzelam.

- Tak. Kiepsko. Wal na oślep. Panika też bywa cennym sprzymierzeńcem.

Kiwnąłem głową. I nagle się uśmiechnąłem.

- Co się stało? - zaniepokoił się.

- Gdy sobie pomyślę o kumplach z klasy, którzy siedzą teraz w szkole...

Ścisnął   moje   ramię.   Mocno.   A   potem   wysiadł   z   samochodu   i   ruszył   w   mgłę. 

Przesiadłem się na jego miejsce. Silnik chodził na jałowym biegu. Oparłem jedną stopę na 

sprzęgle, drugą na pedale gazu. Czy w razie czego będę umiał uciec? Czy zdążę podjechać po 

niego? Stacyjka, peron, kępa świerków, ulica o nawierzchni utwardzonej asfaltem… Gdyby 

nie idealna czystość, to miejsce wyglądałoby jak kawałek Polski.

Zamknąłem oczy. Broń leżała na kolanach nakryta kurtką. Wystarczyło wsunąć dłoń, 

by poczuć chłód metalu pod palcami. Szorstką powierzchnię spustu. Otworzyłem okno, żeby 

w razie czego nie strzelać przez szybę. Chyba zapomniał mi o tym powiedzieć.

Dotyk  włosów pachnących  jaśminem na policzku. Szept: „Powodzenia, źrebaczku. 

Nie daj się zabić”.

Nie mówiła jakoś nic o strzelaniu do innych. A jeśli będzie trzeba? No to będzie...

Paweł   wszedł   na   jasny   betonowy   peron   i   ustawił   się   w   połowie   jego   długości. 

Czekaliśmy. Rozglądałem się od czasu do czasu, czy nic nam nie grozi. Niżej, nad wodą, 

ludzie szli do sklepów. Przejechała dziewczyna na rowerze, wyobraziłem sobie, jak strzelam 

do   wrogów   kłębiących   się   na   peronie.   Pociski   odbijają   się   od   burty   wagonu,   wszędzie 

czerwienieją kałuże krwi...

Nie, co za bzdura!

background image

Pociąg   nadjechał.   Wysiadło   z   niego   tylko   kilka   osób.   Wszystkie   minęły   Pawła 

obojętnie. Czekał jeszcze chwilę, a potem ruszył wzdłuż składu. Po paru minutach zawrócił i 

spokojnie podszedł do samochodu. Przesiadłem się z powrotem na miejsce pasażera.

- I co? - zapytałem. - Nici z naszej akcji?

- Na to wygląda - mruknął.

Wrzucił pierwszy bieg i pojechaliśmy. Po lewej otwarła się rozlega zatoka, końcowy 

odcinek fiordu. Odpływ odsłonił setki głazów leżących w mule i płytkiej wodzie.

- Ktoś nam nie ufa?

- Nie, to nie dlatego - powiedział. - Czasem w ostatniej sekundzie zmienia się trasę. 

Albo, choć to mało prawdopodobne, coś może pójść nie tak. W naszym przypadku mogło się 

rozchorować któreś z dzieci. Powiem ci od razu: częściej będziemy jeździli na próżno.

Kiwnąłem głową. Kłamał, czułem to. Po co tu przyjechaliśmy? Miał coś odebrać? 

Komuś się pokazać? Coś oddać?

- Wiesz, wyobraziłem sobie strzelaninę na peronie - powiedziałem.

- I do jakich wniosków doszedłeś?

- Głównie zastanawiałem się, jak odebraliby to mieszkańcy miasteczka. Byliby chyba 

nieźle zszokowani. Cisza, spokój, a tu nagle przybywa kilkunastu świrów, by mordować się 

pod ich oknami. Matki bałyby się wypuszczać dzieci na podwórko. Potem nocami męczyłyby 

ich koszmary...

- Och, nie przesadzaj. Może faktycznie taka strzelanina w środku spokojnej osady 

stałaby   się   na   długo   przedmiotem   rozmów,   ale   nie   sądzę,   żeby   kogoś   od   tego   dręczyła 

bezsenność. Skoro jednak jesteśmy przy tym problemie, to udzielę ci kilku wskazówek. Tak 

na przyszłość. Skinąłem.

- Pamiętaj, że jesteśmy w miejscu publicznym, więc jak dojdzie do wymiany ognia, 

trzeba uważać na przypadkowe ofiary.

- Zdarzyło się kiedyś coś takiego? - zaciekawiłem się.

- Tak. - W jednej chwili zrozumiałem, że sam brał udział w czymś podobnym.

Zaciął   się,   przez   dłuższy   czas   milczał   ze   wzrokiem   utkwionym   w   szosie.   Zaraz, 

zaraz… Nie tak dawno były jakieś porachunki gangów w centrum handlowym w Oslo?

- Gdy będziesz walił, musisz prowadzić lufę nisko, tak aby cele stały na tle ściany 

wagonowej   -   powiedział   wreszcie.   -   Ale,   broń   Boże,   nie   na   tle   okien.   Widzisz,   kula, 

przebijając się przez warstwę blachy, ocieplenie i wykładzinę, w środku może komuś jeszcze 

złamać kość czy wywołać rozległe stłuczenie, lecz jej energia będzie na tyle nikła, że raczej 

nikogo nie zabije. Jeśli przejdzie tylko przez szybę, to pomijając możliwość trafienia kogoś, 

background image

wszędzie będzie masa odłamków szkła. No i przygotuj się, że jeśli wywalisz magazynek, 

powiedzmy,   piętnaście   pocisków,   to   w   cel   trafi   nie   więcej   niż   cztery,   pięć.   Oczywiście 

zakładamy, że najpierw nauczysz się dobrze strzelać. Reszta leci dalej.

- Rozumiem.

-   Stacja   to   fatalne   miejsce.   Dużo   ludzi…   Zabrałem   cię   ze   sobą,   bo   ktoś   musiał 

pilnować mi pleców.

Wciąż   kłamał.   Albo   raczej   nie   mówił   całej   prawdy.   Nie   potrzebował   obstawy. 

Zwłaszcza nie potrzebował do tego mnie. W razie jakiejś zadymy nie zdołałbym przecież 

skutecznie pomóc, raczej sam bym, przez braki w wyszkoleniu, zginął.

Braki? - roześmiałem się w duchu. Przecież ja nie mam za sobą nawet wojskowej 

unitarki. A strzelam tak, że dla Pawła bezpieczniej byłoby zostawić mnie w domu...

Zaciekawiłem   się,   czy   naboje   w   magazynku   w   ogóle   były   prawdziwe.   Sprawdzał 

mnie? A   może  tylko  podpuszczał?  Chciał,  żebym   poczuł  się  ważny?   Albo sam  usiłował 

sprawić takie wrażenie?

Gdy dotarli my do Bodø, mg y ju  opad y. Co jak co, ale ulokowano mnie w fajnym

ś

ł

ż

ł

 

miejscu. Szeroka zatoka, góry po drugiej stronie. Sporo zieleni i szare granitowe masywy. 

Niewielkie drewniane domki, proste, lecz funkcjonalne, o pomalowanych na biało ścianach. 

Ogródki otoczone płotkami sięgającymi najwyżej do kolan. Ludzie spokojni, psów prawie się 

nie   trzyma,   to   po   co   wyższe?   Mógłbym   żyć   tak   jak   oni…   Kupić   sobie   mieszkanko   w 

paskudnym kompleksie stawianych właśnie niskich bloków, pracować w księgarni albo w 

sklepie   z   tkaninami   na   rogu.   Odmierzać   kolejne   miesiące   wypłatami,   łazić   po   górach   w 

wolnych chwilach, odwiedzać dyskotekę, pływać z Ingrid i Karen w jeziorze… O ile ta druga 

by żyła. Po paru latach kupiłbym sobie żaglówkę albo używany samochód.

Pomknęliśmy przez las. Znajoma bramka… Przyjemnie było wejść do ciepłego domu. 

Odwaliliśmy kawał dobrej roboty, choć jeszcze dużo pozostawało do zrobienia. Tego dnia 

Paweł zdecydował się zabrać za dach. Od środka poddasza przykręciliśmy do łat płyty sklejki. 

Sporą część trzeba było dopiero przyciąć na wymiar. Od razu jednak zrobiło się na strychu 

dużo cieplej. Potem zwinęliśmy częściowo papę, którą przybiłem zaraz po przyjeździe, i od 

góry na płytach położyliśmy kostki styropianu. Praca nad pierwszą ćwiartką dachu zajęła nam 

czas aż do południa, Paweł jednak twierdził, że i tak mamy  niesamowite tempo. Później 

poszedł robić obiad, a ja pouszczelniałem wypełnienie za pomocą pianki montażowej. Gdy 

zszedłem na dół, w talerzach czekało już gorące leczo z grubo pokrojoną kiełbasą. Na deser 

Paweł zaserwował morele z puszki.

- Świat nie jest taki zły - powiedziałem z zadowoleniem, klepiąc się po brzuchu.

background image

-   Wiesz,   to   zabawne   -   rzucił   mój   przyjaciel   -   ale   to   samo   powtarzał   często   twój 

dziadek Józef.

- Nie pamiętam - skrzywiłem się. - I wydaje mi się, że osiągnąłem już granicę. Że nic 

więcej nie zdołam sobie przypomnieć.

-   Może   spróbujemy   regresji   hipnotycznej   -   mruknął.   -   Choć   to   jeszcze   zawsze 

zdążymy…   Powinieneś   też   pojechać   do   Doniecka   i   Wojsławic,   tylko   że   to   z   kolei 

niemożliwe. Bywałeś w dzieciństwie na Krymie.

- I tam też nie pojadę - westchnąłem. Po obiedzie Paweł sprawdził, czy pianka dobrze 

zastygła.

- Całkiem, całkiem - cmoknął.

Przyciągnął bele folii paroprzepuszczalnej. Obiliśmy wykończony fragment, a potem 

zabraliśmy się za pokrywanie tego miejsca gontem bitumicznym. Do zmroku skończyliśmy.

- Uff - westchnąłem. - Chyba nie nadaję się na budowlańca...

- Wręcz przeciwnie. Sadzę, że masz spory talent - zaoponował. - Trzeba będzie się 

wyspać - zmienił temat. - Mamy za sobą ciężki dzień, a jutro jedziemy.

- Rzeczywiście to już jutro - przypomniałem sobie. - Imieniny księżniczki Tatiany.

- Urodziny - sprostował. - Kończy szesnaście lat. Wkracza w najgorszy wiek.

- Protestuję - powiedziałem z godnością.

Nie   przejął   się  specjalnie.   Zasypiałem   pod  nowym   sufitem.   W  pokoju  zrobiło  się 

jeszcze cieplej niż ostatnio, a zdążyłem się już przyzwyczaić do chłodu. Było mi duszno.

Uchyliłem okno. Potem pomyślałem, jak dobrze się stało, że nikt nie przyjechał tym 

pociągiem. Gdybyśmy mieli gości, pewnie nie moglibyśmy pojechać do Mo.

6 września, czwartek

Kolejny chłodny, wilgotny ranek. Języki mgły snuły się pomiędzy choinkami. Paweł 

otworzył korek i wlał z kanistra benzyny do baku.

- To już jesień - powiedział, obserwując chmury. - A po niej bardzo szybko, szybciej 

niż w Polsce, nastąpi zima. Trzeba będzie się pospieszyć z tym dachem. I z budową domku w 

krzakach...

- A na razie mamy dwa dni z głowy - westchnąłem. - Czy księżniczka nie mogła 

urządzić tej imprezy w niedzielę?

- Nie lubi chodzić do szkoły, więc urodziny są w środku tygodnia. - Zachichotał. - 

Rozumiem ją.

- Tutejsza szkoła… Zapewne nie jest nawet w połowie tak obrzydliwa jak ta, do której 

background image

musiałem chodzić w Polsce.

-   Tu   raczej   nastawiają   się,   żeby   wycisnąć   z   uczniów   to,   co   najlepsze.   W   Polsce 

najbardziej wkurzało mnie właśnie równanie na siłę do średniej. A średnią mamy wyższą, niż 

się to wydaje władzom oświatowym. Nie wiem, czy zwróciłeś uwagę, ale lista lektur dobrana 

jest, jakby sądzono, że uczniowie są kompletnymi debilami.

Wywróciłem oczami, zrobiłem minę zachwyconego szympansa i podrapałem się po 

czubku   głowy.   Pawcio   udawał,   że   nie   widzi,   lecz   wyraz   twarzy   go   zdradził.   W   końcu 

uruchomił silnik i dłuższą chwilę przysłuchiwał się jego pracy. Potem sprawdził światła i 

kopnął w opony.

- Dbasz o samochód, chodzi jak w zegarku...

- Czeka nas długa droga, w tym częściowo przez góry. Wolałbym nie korzystać z 

pomocy drogowej. Zainstalowałem w środku trochę dodatkowego sprzętu.

- Moduł do wysadzania w powietrze. - Uśmiechnąłem się domyślnie.

- To także. Gdzieś za rok trzeba będzie wymienić wóz. Właściwie to powinienem 

wymieniać go co miesiąc, żeby się nie opatrzył, jeśli ktoś nas obserwuje, ale sam rozumiesz...

-   Że   osiemnastolatek   wymieniający   samochody   co   miesiąc   zwróciłby   na   siebie 

natychmiast uwagę - dokończyłem.

- Właśnie.

Wyjechaliśmy na starą drogę. Ingrid czekała przed domem. Miała na sobie obcisłą 

czarną mini i czarne pończochy. Do tego białą bluzkę. Ramiona nakryła bordową kamizelką.

- Rany, chyba nie wybiera się tak na bal - mruknął zgorszony Paweł.

- Ma jeszcze sukienkę - uspokoiłem go.

Z mojej strony widać było zawiniętą w folię kreację z błękitnego jedwabiu.

- Gotowa? - zapytał z uśmiechem.

- Oczywiście. Wracamy jutro? - upewniła się.

-  Tak,  jutro  przed  wieczorem.  Pojedziemy  w  głąb  lądu,  muszę  jeszcze   po drodze 

zgarnąć jedną znajomą.

- Bal u księżniczki - westchnęła Ingrid w rozmarzeniu, gdy jechaliśmy przez miasto. - 

Sądzisz, że będą fajerwerki? - zapytała mnie.

- Będą - odpowiedział poważnie Paweł. - Fajerwerki i ognisko, i muzyka, i cała reszta 

tych atrakcji.

- Będzie Julie Ann? - zagadnąłem.

- Na szczęście w tym roku nie.

Ingrid szybko skleiły się oczy. Nie mogłem zrozumieć, jak można spać, gdy za oknem 

background image

przesuwają   się   tak   piękne   widoki.   Za   Fauske   wjechaliśmy   w   góry.   Szosa   pięła   się   ku 

wysokim przełęczom. Gdzieniegdzie na szczytach leżała cienka warstewka śniegu.

- To już chyba tegoroczny - rzucił Paweł. - Zima przyjdzie wcześnie i będzie ciężka… 

Nie masz zawrotów głowy?

- Dlaczego? - zdziwiłem się.

- Jesteśmy już prawie kilometr nad poziomem morza. A minęła zaledwie godzina. 

Niektórym ludziom ciężko się tak przestawić.

- Nic mi nie jest - uspokoiłem go.

Chłonąłem   widok.   Rozległe   doliny   porośnięte   brzozowymi   i   świerkowymi 

zagajnikami. Mroczne lasy, dzikie rzeki, piana wody rozbijającej się na olbrzymich głazach. 

Maleńkie  domki  zagubione tu i ówdzie.  Farmy, których  właściciele  zajmowali  się  chyba 

wyłącznie zbieraniem jagód.

- To piękny kraj - westchnąłem.

- Piękny - potwierdził. - I wielki. I tak doskonale bezludny. Sąsiadów dzielą dziesiątki 

kilometrów. Tu, w głębi kraju, można w razie czego zaszyć się na dobre. Zbudować domek 

nad potokiem, łowić ryby, a od czasu do czasu wybrać się do lasu z kuszą i upolować coś 

grubszego. Oglądać telewizję satelitarną i pędzić bimberek z żurawin...

Rozmarzyłem się.

- Pozostaje tylko pytanie, kiedy uciec i z czego żyć...

Zamilkł.

- Czyżbyś czuł się już zmęczony nieustannym szumem morza? - zapytał wreszcie.

- Nie, to nie to, ale ta jazda rozpala we mnie coś...

-   Potrzebę   włóczęgi.   Żądzę   wędrówki.   Znam   to   uczucie.   Jechać   przez   cały   dzień 

konno, każdego wieczora położyć głowę na innym  kamieniu. Patrzeć nocami w północne 

konstelacje...

- Podróżowałeś tak? - domyśliłem się.

- W zeszłe wakacje po Szwecji i Norwegii. Trzy miesiące w siodle. Ponad dwa tysiące 

kilometrów. Chodziło mi o to, żeby nabrać trochę odporności, tężyzny, nauczyć się znosić 

nocny chłód… A z drugiej strony wyciszyć się, złapać dystans. Przemyśleć pewne sprawy i 

zapomnieć o innych.

Ingrid poruszyła się przez sen.

- Sądzisz, że ja też będę mógł? - zapytałem.

- Tak. W przyszłe lato. Chcesz zabrać ją ze sobą?

- Nie wiem. Może… Ale myślę, że nie zechce.

background image

Kiwnął poważnie głową, jakby już dawno o tym wiedział.

- Może znajdziesz inną dziewczynę, aby z nią włóczyć się po świecie - powiedział. - 

Może nie będzie to ta, o której myślisz, ale jakaś na pewno się znajdzie. Wyciągniemy od 

hrabiego Dereka forsę na dwa konie dla ciebie i dla niej.

- Nie chcesz jechać ze mną?

- Nie wiem. Jeśli mnie zaprosisz. Jeśli mi pozwolą. Jeśli jeszcze będę żył...

- Nie znam nikogo, z kim mógłbym… Nie chcę ruszać w drogę z księżniczką Tatianą.

- Wiem. Ja też bym nie chciał.

Przymknąłem   oczy.   Karen.   Drobne,   kształtne   piersi,   poblask   ognia   na   skórze. 

Przyjdzie lato, a jej już nie będzie.

Wąska żużlówka odchodziła w bok od szosy. Nie była w żaden sposób oznakowana, 

ale Paweł jej nie przegapił. Maleńki, wysypany tłuczniem placyk  przeznaczony dla kilku 

samochodów. Solidne ławy i stół, wykonane z grubych drewnianych belek. Z boku pędziła, 

skrząc się na kamieniach, dzika górska rzeka.

- Jesteśmy na miejscu spotkania - szepnął. - W razie czego zapamiętaj: jeśli poczekasz 

tu wystarczająco długo, wcześniej czy później pojawi się na tym parkingu ktoś z naszych.

- A jak ich rozpoznam?

- Być może będzie to ktoś, kogo już znasz. Istnieją pewne hasła i gesty rozpoznawcze. 

Później przyjdzie czas na ich naukę.

Wysiadłem z samochodu. Ingrid przeciągnęła się i otworzyła oczy.

- Postój - wyjaśnił Paweł. - Możemy zjeść drugie śniadanie.

Było trochę po jedenastej.

- Tu spotkamy tę twoją znajomą? - zainteresowała się.

- Owszem. Przyjedzie niedługo - odparł.

Nabrałem sobie w dłonie lodowatej wody z rzeki i ugasiłem pragnienie. Była bardzo 

smaczna. Paweł rozłożył na stole kanapki zawinięte w folię. Było chłodno, a z głębi doliny 

wiał wiatr. Liście  brzóz pożółkły. Od czasu do czasu któryś  z nich odrywał  się i gnany 

wiatrem przelatywał nam nad głowami.

- Jesień - westchnąłem.

- W Bodø jej skutków nie odczuwamy a  tak silnie - powiedzia .  

ż

ł - Morze trochę nas 

podgrzewa. Tu, w górach, zima przychodzi bardzo szybko. Zapamiętaj to, jeśli zdecydujesz 

się zamieszkać w którejś z tych dolin. Za dwa miesiące będzie tu kupa śniegu i ze czterdzieści 

stopni mrozu.

Ingrid odkręciła butelkę z colą i wypiła łyk z gwinta. Miała ładne usta. Wąskie wargi, 

background image

na dolnej zatrzymała się brązowa kropelka imperialistycznego napoju. Wyobraziłem sobie, 

jak by to było musnąć je delikatnie swoimi...

- Jadą - powiedział nagle Paweł.

Jak   zdołał   wyłowić   dźwięk   zagłuszony   przez   szum   przetaczającej   się   między 

kamieniami wody?

- Ja nic nie słyszę - poskarżyła się Ingrid nieco rozkapryszonym tonem.

Samochód zatrzymał się na szosie tylko na moment. Wysadził kogoś i odjechał. Za 

moimi plecami dał się słyszeć delikatny chrzęst żwiru. Odwróciłem się w stronę zagajnika. 

Drogą   nadeszła,   kulejąc   trochę,   księżniczka   Tamara.   Trzymała   w   dłoni   swoją   cienką 

bambusową laskę, a przez jedno ramię przerzuciła plecaczek. Dotychczas widywałem ją w 

sukni   do   kostek,   więc   nie   od   razu   poznałem.   Miała   na   sobie   błękitne   dżinsy,   wysokie 

kozaczki z brązowej skóry i szaro - czerwoną turystyczną kurtkę. Włosy splotła w gruby 

warkocz.   Ucieszyłem   się   z   tego   spotkania   tak   bardzo,   że   aż   mnie   to   zdumiało.   Ona   też 

rozpromieniła   się   na   mój   widok.   Pomyślałem,   że   z   nią   chętnie   wyruszyłbym   na   konną 

włóczęgę.

Paweł uśmiechnął się szeroko i ruszył Tamarze na spotkanie. Objęli się i pocałowali 

trzykrotnie po rosyjsku. Pomyślałem, że to pewnie pozostanie najdłużej. Ich dzieci nie będą 

już znały języka przodków, ale przetrwają pewne gesty, obco brzmiące nazwiska… Ile lat, ile 

pokoleń potrzeba, by grupka emigrantów rozpłynęła  się bez śladu w masie tubylców?  A 

gdyby kiedyś udało im się wrócić do Rosji, gdyby faktycznie obalono komunizm, czy nadal 

będzie to ich kraj? Czy ludzie ukształtowani przez przedrewolucyjną tradycję pomieszaną z 

zachodnim stylem życia kiedykolwiek i gdziekolwiek będą tak naprawdę u siebie?

Wyrwałem się z zamyślenia. Tamara stała tuż koło mnie. Popatrzyła znad okularów.

- Nad czym tak rozmyślasz?

- Witaj, księżniczko - szepnąłem.

Nadstawiła mi policzek. Jej skóra pod moimi wargami była chłodna i gładka. Ale 

jednocześnie miękka...

Jak atłas, pomyślałem.

Paweł przedstawił księżniczce zaspaną Ingrid. Patrzyłem  na nie z boku. Uścisnęły 

sobie dłonie. Dłoń księżniczki była wysmukła, z bardzo długimi palcami i krótko przyciętymi 

paznokciami. Miała jasną cerę, jednak wyglądała zdrowo.

Dłoń   Ingrid   była   bardziej   masywna,   a   paznokcie,   co   zauważyłem   dopiero   teraz, 

pomalowane bezbarwnym lakierem. Także twarze były inne. Obie wprawdzie miały lekko 

wystające kości policzkowe, w przypadku Ingrid podejrzewałem lapońską krew, księżniczka 

background image

prawdopodobnie miała wiele pokoleń wstecz domieszkę mongolskiej, lecz wykrój twarzy, 

kształt warg i oczu były inne. Skojarzyły mi się z dwiema rasowymi klaczami, przy czym 

księżniczka byłaby arabską, a Ingrid kucykiem pony. Nagle zawstydziłem się swoich myśli.

Paweł   otworzył   drzwi   i   wykonał   zachęcający   gest.   Tamara   podziękowała   mu 

skinieniem głowy. Prosty ruch, z jakim zajmowała miejsce, jednocześnie tyle gracji… Po 

chwili obok usadowiła się Ingrid.

- Ile pokoleń wstecz sięga pamięć twojej rodziny? - zapytałem Pawła znienacka po 

polsku.

- Pierwsi Norwiccy zostali odnotowani w annałach ludzkości - uśmiechnął się kpiąco - 

gdzieś   w   końcu   szesnastego   wieku.   W   siedemnastym   po   raz   pierwszy   zetknęliśmy   się   z 

Wędrowyczami. A dlaczego pytasz?

- Aby wzbudzić w sobie kompleks niższości - mruknąłem, wsiadając do wozu.

Zatopiłem   się   w   myślach.   Księżniczka   Tamara.   Jej   drzewo   genealogiczne   sięgało 

Bizancjum,   a   pewnie   po   kądzieli   nawet   Cesarstwa   Rzymskiego.   Norwiccy   snuli   się   po 

świecie od czterystu lat albo i dłużej. Dzieje Wędrowyczów, którzy nawet nie byli szlachtą, 

notowano od trzystu. Dom Roslinów przybrał swój ostateczny kształt w osiemnastym wieku. 

A ja? Dawniej nawet nie wiedziałem, jak nazywał się mój dziadek...

- I jak, silny ten kompleks? - zapytał Paweł, nie odrywając wzroku od szosy.

- Silny - przyznałem.

-   Pociesz   się.   Na   wyprawę   kosmiczną   mieszkańcy   planety   Edon   nie   wysłali   byle 

łapserdaków, tylko najgodniejszych - powiedział cicho po polsku.

Obejrzałem się. Księżniczka i Ingrid grały na tylnym siedzeniu w karty.

- Jest wiele rzeczy, o których chciałbym porozmawiać - szepnąłem.

- Wiem, lecz to musi poczekać...

Zajechaliśmy   do   Nowoorłowa   wczesnym   popołudniem.   Paweł   odebrał   na   bramie 

kopertę. Wydobył z niej kartkę papieru i pospiesznie przebiegł ją wzrokiem. Twarz leciutko 

mu się wydłużyła.

- Niech będzie i tak - mruknął.

- Co się stało? - zapytałem.

- Masz spotkanie z księciem Potiomkinem.

- Nie wiedziałam, że tato jest tutaj - zdziwiła się Tamara. - Ale to dobrze.

- Spotkasz się z nim później. - Posłał jej uśmiech, choć jego oczy pozostały spokojne.

Zrozumiała natychmiast.

- Najpierw trzeba coś zjeść i umyć się po podróży - powiedziała mocno kulawym 

background image

norweskim. - Moja droga, chciałabym cię prosić o pomoc...

- W czym? - zainteresowała się Ingrid.

- Zobaczysz. Gdzie się zatrzymamy? - zwróciła się do Pawła.

- Mamy zaproszenie od Mikołaja i Ziny - wyjaśnił. - Ty, Tomaszu, dołączysz do nas w 

porze obiadu.

Skłoniłem głowę. Czułem, że dzieje się coś ważnego, i choć niezbyt wiedziałem co, 

serce biło mi nieco szybciej. Przejechaliśmy przez osadę i mój przyjaciel zatrzymał samochód 

obok szkoły.

-   Drugie   piętro.   Sala   numer   dwadzieścia   osiem   -   poinformował   mnie.   -   Drzwi 

zatrzaśniesz za sobą.

Wysiadłem i spokojnie ruszyłem w stronę szkoły. Powietrze było chłodne, rześkie, 

nieoczekiwanie zacząłem trząść się z zimna. W samochodzie, ogrzewanym przez pracujący 

silnik i cztery ciała, było ciepło… Drzwi zamknęły się za mną bezgłośnie. To chyba nie te 

miałem zatrzasnąć? W każdym razie ani zamek, ani klamka nie wyglądały na przystosowane 

do zablokowania. Wszedłem po drewnianych schodach na piętro. Korytarz ciągnął się w dwie 

strony. Wyłożony był klepką, wyfroterowany. Trwały właśnie lekcje. Zza drzwi słyszałem 

głosy nauczycieli, a czasami lekki gwar. Na ścianie wisiały rzędem portrety absolwentów, a 

po drugiej stronie reprodukcje podobizn kolejnych carów. Za Mikołajem II wisiały jeszcze 

dwa:   Kiryła   i   Włodzimierza.   Nacisnąłem   klamkę   drzwi   opatrzonych   numerem   28.   Były 

zamknięte,   ale   pod   klamką   wypatrzyłem   zamek.   Tkwił   w   nim   klucz.   Przekręciłem   i 

wyciągnąłem  go, jednocześnie  otwierając. Wszedłem do pustej sali lekcyjnej  i zgodnie  z 

instrukcją zatrzasnąłem za sobą drzwi. Klucz wsunąłem w zamek, lecz tylko kawałek, żeby 

ktoś, kto będzie chciał otworzyć z zewnątrz, nie miał z tym problemu.

Rozejrzałem się. Ładne stoliki z litego bukowego drewna, półka z książkami, szerokie 

biurko  nauczyciela,  tablica,   rzutnik  do slajdów  i  ekran.  Na końcu  pomieszczenia   - szafy 

wypełnione książkami. Zdecydowaną większość wydrukowano w ZSRR, jednak były też i 

carskie, i emigracyjne. Krzesła dla dzieci wykonano z profilowanej sklejki. Wysunąłem sobie 

jedno   z   nich   i   usiadłem   na   próbę.   Było   bardzo   wygodne.   Rozległ   się   dźwięk   ręcznego 

dzwonka, a potem korytarz wypełnił gwar uczniów, rozmowy, śmiech. Tkwiłem w pustej 

klasie   jak   owad   zatopiony   w   bursztynie.   Pauza   trwała   chyba   nie   dłużej   niż   pięć   minut. 

Usiadłem wygodniej.  Czekałem. Przerwa się skończyła.  Podszedłem do okna i ostrożnie, 

starając się, aby nikt mnie nie zauważył, wyjrzałem. Widziałem stąd cerkiew i fragment ulicy 

prowadzącej do pałacu.

Nagle   zamek   zachrobotał   i   do   środka   wszedł   książę   Potiomkin.   Niósł   brązową 

background image

skórzaną walizeczkę. Zatrzasnął drzwi identycznie jak ja i rzucił na stół klucz.

- Witaj, Tomaszu - powiedział spokojnie.

- Witajcie, Wasza Wysokość.

- Wybacz, że musiałeś czekać. Przybyłem natychmiast, gdy poinformowano mnie, że 

już jesteś. Siadaj.

Ponownie usiadłem na krześle. Książę otworzył neseser i pomajstrował przez chwilę 

wewnątrz. Coś lekko prztyknęło mi w uszach.

- To naprawdę niezłej klasy zagłuszarka - powiedział. - Dzięki temu będziemy mogli 

konwersować  zupełnie swobodnie. Oczywiście  podsłuch to nie wszystko. Wypowiedziane 

słowa zapisują się jeszcze tutaj. - Stuknął się palcem w środek czoła. - W tym wypadku 

powstaną dwie kopie. Nic z tego, co padnie tu między nami, nie ma prawa opuścić tych 

murów - powiedział po polsku trochę niegramatycznie. - Ani, co ważniejsze, naszej pamięci.

- Rozumiem.

- Domyślasz się, po co się tu spotykamy? - przeszedł na rosyjski.

Zastanowiłem się.

- To ma coś wspólnego z waszą konspiracją… - wysunąłem ostrożne przypuszczenie.

Powoli kiwnął głową, ale nic nie powiedział.

-  Paweł   pracuje  dla  was.  Derek  także.  Jak  sądzę,  to  wasze  struktury, wasi  ludzie 

uratowali mi życie wtedy w Warszawie - brnąłem.

Zaprzeczył. Mógł potwierdzić, ale był uczciwy. Derek nigdy nie mówił wszystkiego. 

Wyczuwałem echo myśli siedzącego przede mną księcia: były czyste, jasne, logiczne...

- Niezupełnie. To nasi przyjaciele. Czasem my pomagamy im, czasem oni nam. Ale 

nie im podlegamy, oni nam również nie. To NTS, stowarzyszenie rosyjskich solidarystów, 

założone przez Arkadiusza Stołypina. Sojusznicy… Lecz nasze cele są odrobinę rozbieżne.

- Moi przyjaciele pracują dla was. Czy to spotkanie oznacza, że nadeszła moja kolej?

- Nie pracują dla mnie. Tylko współpracujemy, i to raczej luźno. Słyszałeś o związku 

Gladie?

Wahałem się przez ułamek sekundy. Czy mogłem sypnąć Pawła?

- Obiło mi się o uszy - przyznałem.

-   Osoby   poniżej   osiemnastego   roku   życia   uważane   są   we   wszystkich   wywiadach 

świata za zagrożenie dla poufności działań. My jednak postanowiliśmy zrobić wyjątek.

Poczułem kroplę potu spływającą po plecach.

- Czy jesteś gotów służyć nam? - zapytał cicho książę.

- To znaczy komu? Związkowi Gladie?

background image

- Tajnej strukturze, która się z niego wyłoniła. Gladie nie podlega nikomu. My też już 

nie.

-   Nie   rozumiem.   -   Wzruszyłem   ramionami.   -   Przecież   musi   być   jakaś   centrala 

dowodzenia...

-   Amerykanie   zainicjowali   powstanie.   Dali   pieniądze   na   początek.   Puścili   w   ruch 

organizację i pozwolili, abyśmy dalej radzili sobie sami. Słyszałeś o wojskowych sieciach 

komputerowych? O schemacie ich działania?

- Coś czytałem. Komputery i banki pamięci są jakoś powiązane. Mogą między nimi 

przepływać informacje, ale nie ma komputera centralnego. Jeśli część zostanie zniszczona, 

cała sieć nadal może działać.

-   Tak   samo   działa   Gladie.   Kilkaset   grup.   Każda   niezależna.   Każda   ma   systemy 

kanałów   łączności   z   paroma   innymi   grupami.   Ścisły   zakaz   kontaktu   fizycznego   czy 

zdradzania   tożsamości.   Wszystko   tajne.   Jeśli   Sowieci   wedrą   się   do   Europy   Zachodniej, 

przeciw nim stanie kilku - dziesięciotysięczna podziemna armia. Armia, której poszczególne 

komórki mogą działać zupełnie autonomicznie. Armia, która nie posiada jednego centrum 

dowodzenia. Którą można zniszczyć, tylko jeśli wyłapie się absolutnie wszystkich członków.

- Brzmi niegłupio.

- Służby specjalne poszczególnych krajów wiedzą oczywiście o istnieniu związku. Na 

pewnych   szczeblach  współpraca   jest  dopuszczalna…   Jednak  mało   kto  wie,  że   w   ramach 

Gladie istnieje także wewnętrzna struktura, która zajmuje się tym, czego oficjalne czynniki 

nie mogą zaaprobować. Jej zadania to głównie przemyt  ludzi oraz likwidacja zdrajców i 

wrogich agentów. Lecz nie tylko.

Poczułem kolejną kroplę potu spływającą mi wzdłuż kręgosłupa. Ciekawe, po co mi to 

gada? Wygląda na to, że chcą mnie zwerbować...

- Tym się pan zajmuje? Tym pan kieruje?

- Nie. Ja jestem tylko godnym zaufania pośrednikiem. Porównaj mnie z listonoszem. 

Mam przekazać ci zaproszenie.

- Rozumiem. A później przekaże pan gdzieś moją odpowiedź...

Potwierdził.

- Czy chcesz się do nas przyłączyć? - zapytał.

Zapadła cisza. Coś mi tu nie grało. Otrzymałem za mało informacji. Co niby miałbym 

robić? Brakuje mi wykształcenia. Kiepsko strzelam. Trzeba się jakoś inteligentnie wyplątać...

- W zamian za deklarację oferujecie śmiertelne ryzyko, być może tortury i śmierć. 

Krótkie,   intensywne   życie,   koszmary   męczące   po   nocach,   konieczność   własnoręcznego 

background image

likwidowania wrogów… - prawie nie poznałem swojego głosu.

Popatrzył na mnie w skupieniu.

- Trafnie oceniłeś sytuację - powiedział spokojnie.

Co mówił Paweł? Aby pociągać za spust, gdy się celuje do człowieka, trzeba wyzbyć 

się wielu odruchów właściwych istocie ludzkiej… Chciałem znaleźć się jak najdalej stąd.

-   Do   tego,   co   odgadłeś,   dodam   jeszcze   życie   w   nieustannym   napięciu,   ciężkie 

szkolenie praktyczne i teoretyczne. W przypadku wojny za niewykonanie rozkazu kula w 

łeb...

Poczułem dreszcze.

- Wojna… Czy ona wybuchnie?

- W tej chwili wielu mądrych ludzi po obu stronach żelaznej kurtyny pracuje ciężko 

nad tym, aby komunizm w miarę łagodnie zdemontować. Prawdopodobnie imperium rozleci 

się jak domek z kart. Jednak równie dobrze któryś z władców na Kremlu może dojść do 

wniosku, że nie zaszkodziłaby mała zwycięska wojenka. Jeśli wybuchnie, nie będziesz mógł 

się wycofać, mówiąc, że nie zostałeś ostrzeżony. Jeśli się do nas przyłączysz, możesz zginąć. 

Ale ty i tak zostałeś’ przez nich skazany. Już żyjesz z ciążącym nad sobą wyrokiem śmierci, 

choć może nie do końca zdajesz sobie z tego sprawę.

- Naprawdę jestem wam potrzebny?

- Tak.

- Ale dlaczego? - jęknąłem.

Zapatrzył się w okno.

-   W   ósmej   klasie   podstawówki   miałeś   wedle   programu   zajęcia   z   rachunku 

prawdopodobieństwa… Przypomnij sobie, co się tam wydarzyło.

Jakim cudem się o tym dowiedział?! Przymknąłem oczy...

Młoda matematyczka trzasnęła moim zeszytem o ławkę.

- Coś ty tu powypisywał? To jakieś bzdury!

Praca domowa polegała na tym, aby rzucić sto razy monetą i zapisać wyniki. Ile razy 

wypadnie orzeł, a ile reszka. Wyniki wszystkich uczniów podstawione do odpowiedniego 

diagramu zilustrować miały częstotliwość wystąpienia poszczególnych przypadków. Wszyscy 

uzyskali wyniki zbliżone do uświęconego prawami rachunku prawdopodobieństwa, pół na 

pół. Tylko u mnie orzeł wypadał dziewięćdziesiąt siedem razy pod rząd.

- Patrz, głuptasie. - Wyjęła z kieszeni dwudziestozłotówkę z Nowotką.

Rzucała ją na mój  zeszyt raz za razem. Wypadał  orzeł. Zawsze orzeł.  Wymieniła 

monetę na inną. Uczniowie zaczęli się odwracać i pokazywać mnie palcami. Ciągle wypadał 

background image

orzeł. Wreszcie matematyczka, zdenerwowana, wetknęła pieniądz do kieszeni i wydobyła z 

niej   kostkę.   Nim   jeszcze   rzuciła,   wiedziałem,   że   wypadnie   szóstka.   Zacząłem   się   bać. 

Zrobiłem   to   co   zwykle.   Wyobraziłem   sobie,   że   jestem   daleko   od   klasy.   Że   nie   ma   tej 

przeklętej kostki. Tym razem wyniki zadowoliły nauczycielkę. Były doskonale różnorodne. 

Wiedziałem jednak, że gdy tylko skupię myśli na klasie, natychmiast zaczną wypadać szóstki. 

Znowu   wyjęła   monetę.   Rzucała   nią   i   zapisywała   wyniki.   Wyszło   51:48.   Ostatni   rzut. 

Wróciłem do rzeczywistości o sekundę za wcześnie. Moneta upadła na krawędź i tak już 

została. Wszyscy wpatrywali się w nią jak zahipnotyzowani. Wreszcie nauczycielka uderzyła 

dłonią i dwudziestka upadła na laminowany blat ławki.

- Szkoła to nie miejsce dla iluzjonistów - powiedziała poirytowana. - Na przyszłość 

nie radzę ci stosować podobnych sztuczek.

Otworzyłem   oczy.   Znowu   klasa,   nawet   podobna   do   tamtej   wielkością,   lecz   pełna 

spokoju i ciepła. Opowiedziałem księciu, co sobie przypomniałem.

- To odpowiedź na pytanie, po co jesteś nam potrzebny - oznajmił. - I po co jest nam 

potrzebny Derek i jego syn...

- Żeby rzucać monetą? Czy może mam coś obstawić w kasynie w Monte Carlo? - 

Spróbowałem się uśmiechnąć. - Tak zdobywacie fundusze na działalność?

- Jesteście chodzącymi anomaliami - rzekł, nie patrząc na mnie. - Wasze zaistnienie na 

tej planecie jest tak bardzo mało prawdopodobne, że zaburzacie odwieczne rytmy tego, co 

Indianie nazywają  pacha. Rzeczywistość wokół was podlega nieco innym prawom. Dlatego 

chcemy mieć was po naszej stronie...

- A jeśli nie zechcę? Może lubię żyć długo i mieć święty spokój? Jeśli gdzieś się 

zaszyję, nie znajdziecie mnie nigdy.

Wyczuł wahanie w moim głosie. Popatrzył mi badawczo w oczy. I zrozumiał, że chcę 

stanąć po ich stronie. Że chcę działać. Chcę być taki jak Paweł lub on.

- Boisz się?

- Tak - odparłem zupełnie szczerze. - To, co proponujecie, jest oczywiście potrzebne, 

ale nie sądzę, żebym nadawał się do waszej drużyny.

-   Fakt,   że   masz   wątpliwości,   paradoksalnie   przemawia   na   twoją   korzyść.   Gdybyś 

zgodził   się   natychmiast,   twoja   kandydatura   zostałaby   automatycznie   odrzucona.   Jesteś 

rozsądnym człowiekiem. Teraz posłuchaj mnie uważnie. Nie podejmiesz decyzji już teraz. 

Kandydatowi dajemy zawsze rok lub dwa do namysłu.

- Czyli równo za rok mam dać odpowiedź? - upewniłem się.

- Tak.

background image

No to się zdziwią, bo za rok powiem „nie”.

- Jak się domyślam, nie będzie żadnej uroczystej odprawy, na której mógłbym poznać 

kolegów po fachu?

- Twoje przypuszczenia są słuszne. Żaden z agentów nie ma prawa znać więcej niż 

dwóch innych członków organizacji. Nikt nie ma prawa znać więcej niż pięciu ludzi, którzy 

mu podlegają… Ja i Paweł - to wystarczy. Reszty dowiesz się w stosownym czasie.

- Paweł… Ma mnie jakoś wprowadzić w temat?

- Nie. Dla niego przewidziano inne zadania.

- Obserwować mnie i uczyć się, jak w przyszłości zabijać takich jak ja...

- Między innymi. Rozumiem, że masz prawo czuć się zaszokowany.

- Sami powiedzieliście kiedyś, że przedstawiciele mojej rasy bywają i dobrzy, i źli. 

Czy mieliście na myśli, że niektórzy grają po tamtej stronie? Czy może chodziło o takich jak 

Derek? O drani, z których usług chwilowo się korzysta, ale których wcześniej czy później 

trzeba będzie zastrzelić?

- Obie odpowiedzi są w zasadzie prawidłowe...

- A ja?

-   Jeśli   zajdzie   konieczność,   zostaniesz   oczywiście   zlikwidowany.   Nie   obrażaj   się. 

Mamy całą listę ludzi, którzy mogą kiedyś okazać się niebezpieczni.

- Ja, Derek, jego syn i pewnie jeszcze inni. Aż tak się nas boicie?

- Po prostu nie dopuścimy do sytuacji, w której musielibyśmy się was bać. I jeszcze 

jedno - powiedział. - To jutrzejsza gazeta.

Położył przede mną artykuł odbity ze szczotki. Przedstawiał kominek w salonie domu 

Mikołaja.   Dwa   ciała   nakryte   prześcieradłami   leżały   na   podłodze.   Spod   jednej   płachty 

wystawały drobne dziewczęce stopy.

Poczułem, jak serce podchodzi mi do gardła. Tytuł rozpływał mi się przed oczyma, 

wreszcie zdołałem zogniskować wzrok na tyle, by móc przeczytać i zrozumieć.

Tragedia w kolonii rosyjskiej. Piętnastoletni emigrant  Mikołaj Melechow zastrzelił 

swoją przyjaciółkę, a następnie popełnił samobójstwo.

Wpatrywałem   się   z   przerażeniem   w   leżącą   przede   mną   kartkę   papieru.   Umysł 

rozpaczliwie miotał się w poszukiwaniu punktu zaczepienia. Przypomniałem sobie, jak książę 

otworzył aktówkę i wyjął kartę. Położył ją tekstem do dołu i rozmawiając ze mną, nie zerknął 

ani razu...

- Darujcie jej życie - poprosiłem. - Ma dopiero piętnaście lat i nic złego wam nie 

zrobiła...

background image

Spojrzał mi prosto w oczy.

- Mam prośbę.

Poczułem zawrót głowy. Każe mi ich pozabijać czy ki diabeł?

- Możesz uratować oboje. To dopiero jutrzejsza gazeta. Potraktuj to jako pierwszy test 

na   inteligencję.   Chcemy   zobaczyć,   co   zrobisz   i   czy   się   do   nas   nadajesz.   Masz   jakieś 

dwanaście godzin. Rusz swoim umysłem godnym Einsteina - dodał jakby kpiąco. - A na razie 

do zobaczenia.

Wręczył   mi   swoją   wizytówkę   i   otworzył   drzwi.   Kolejna   lekcja   dobiegła   końca. 

Dzieciarnia   w   różnym   wieku   wypełniła   korytarz.   Nieoczekiwanie   w   ciżbie   mignęły   dwa 

wysoko upięte kucyki. Przepchnąłem się w tamtą stronę.

Nie myliłem się. Księżniczka Tatiana. Podkradłem się od tyłu i zasłoniłem jej oczy.

- Zgadnij, kto to? - zapytałem głuchym głosem.

- Tomek!

Odwróciła się i pocałowaliśmy  się trzykrotnie.  Rosyjskie zwyczaje  zaczęły mi się 

podobać. Zauważyła moje przygnębienie.

- Co ci się stało? - zapytała. - I skąd się tu wziąłeś?

- To nic takiego - głos mi na szczęście nie drżał. - Zmęczenie po podróży. Byłem 

ciekaw, jak wygląda wasza szkoła, i tak sobie zajrzałem.

W tym momencie z sali obok wyszła Zina.

- Witaj - powiedziała na mój widok. - Przyjechaliście na urodziny księżniczki?

Nie zawahałem się ani sekundy. Postąpiłem krok do przodu i złapawszy ją, okręciłem 

w powietrzu.

- Zina! Jak się cieszę, że cię widzę! - wykrzyknąłem z udawaną radością.

- Zatrzymujesz się ze swoim przyjacielem Pawłem, dobrze zapamiętałam imię, u nas?

- Tak, takie dostaliśmy instrukcje.

- Fajnie, to będzie jeszcze czas porozmawiać po południu. Mnie tu została jeszcze 

jedna lekcja… Będę za pół godziny.

- To tu takie krótkie? - zdziwiłem się.

-   Wuj   zarządził   skrócenie   z   uwagi   na   naszą   małą   uroczystość   -   odparła   z   dumą 

księżniczka.

Pożegnałem się i wyszedłem ze szkoły. Gdy zamykałem drzwi, bez trudu wyobraziłem 

sobie   ponurego   pedla   w   mundurze,   z   dzwonkiem   w   ręce.   Zalała   mnie   fala   chłodnego 

powietrza,   wróciło   echo   strasznej   rozmowy.   Ruszyłem   w   stronę   domu   Mikołaja   i 

jednocześnie   rozpaczliwie   myślałem,   jak   uratować   chociaż   Zinę.   Jeśli   ich   ostrzegę,   to 

background image

prawdopodobnie uda im się uciec. Mikołaj, jeśli rzeczywiście jest szpiegiem, musiał zadbać o 

taką możliwość. Idiotyczny pomysł. Szpieg mający piętnaście lat… Choć z drugiej strony nie 

było to takie wykluczone. Oni uciekną, ale ja nie.

Wyobraziłem sobie park koło pałacu. Dadzą mi saperkę i każą wykopać własny grób. 

A potem poczuję dotyk lufy na potylicy… Usiadłem ciężko na ławce koło cerkwi.

- Co robić? - szepnąłem do siebie. - Gdzie szukać pomocy?

Popatrzyłem na stojącą przede mną świątynię. Drzwi były lekko uchylone. Ruszyłem 

w ich stronę. Prześlizgnąłem się przez szparę i znalazłem w ciemnym wnętrzu. Gdy tylko 

wzrok   przyzwyczaił   się   do   półmroku,   spostrzegłem   kolejne   drzwi,   tym   razem   mniejsze. 

Pchnąłem   je   i   wszedłem   do   głównej   sali.   Była   pusta,   jedynie   przed   ikoną   na   jednym   z 

bocznych ołtarzy klęczała jakaś kobieta. Woń rozgrzanego wosku… Poczułem, jak pamięć 

powoli mi się odtyka.  Z koszyka  wziąłem cienką, długą świecę, wrzuciłem do skarbonki 

dziesięć   koron.   Odpaliłem   knot   od   płomienia   innej   świecy   i   ustawiłem   ją   przed   ikoną 

przedstawiającą warz Chrystusa. Czas zatrzymał  się w  miejscu. Ukląkłem  i zacząłem się 

modlić po ukraińsku. To przyszło nagle. Czułem obok siebie obecność dziewczyny. Miałem 

może siedem lat, może osiem. Klęczała tam, wystarczyło tylko sięgnąć ręką, ale bałem się 

odwrócić głowę. Zamknąłem oczy, a gdy je otworzyłem, wrażenie obecności już się rozwiało.

- Łesia - usłyszałem własny szept.

Modliłem  się nadal.  Myśli,  dotąd goniące w  moim  umyśle  jak chmury  na niebie, 

uspokoiły   się.   Przyszło   oświecenie.   Teraz   wiedziałem   już,   co   powinienem   zrobić. 

Rozwiązanie problemu okazało się nagle proste. Wzniosłem oczy w górę i popatrzyłem w 

twarz malowaną na desce. Złocenie wokoło lśniło, a z oblicza Zbawiciela płynął  spokój. 

Przeżegnałem się na prawo, a potem na wszelki wypadek jeszcze na lewo i pozostawiwszy 

płonącą świecę, ruszyłem do wyjścia.

Zajdź jeszcze kiedyś - myśl narodziła się w mojej głowie, choć nie byłem pewien, czy 

pochodzi   z   mojego   mózgu,   czy   też   z   zewnątrz.   Nie   miało   to   większego   znaczenia. 

Wiedziałem, że niebawem tu powrócę.

Na dworze nadal było chłodno, lecz już nie kojarzyło mi się to z chłodem śmierci. W 

chwili  gdy przekraczałem  bramę  w  murze otaczającym  cerkiew,  jednolita  dotąd powłoka 

chmur pękła nieoczekiwanie i na ziemię spłynął snop światła. Jak znak mający mi dodatkowo 

dodać otuchy.

Dotarłem wreszcie do domu Mikołaja. W holu stał Paweł. Na mój widok skinął dłonią, 

ale w jego oczach dostrzegłem frasunek.

- Tu nie możemy rozmawiać - szepnął.

background image

Nie zdążyłem nic odpowiedzieć. Z biblioteki wyszedł Mikołaj.

- Tomasz Paczenko - ucieszył się. - Witaj. Co dobrego słychać?

- Jakoś się pomału żyje. Mamy rozgrzebany remont domu.

- Zina powinna niedługo przyjść. - Popatrzył na zegarek. - Zjemy lekką przekąskę i 

lecimy na bal do księżniczki.

- Gdzie Ingrid i Tamara? - zapytałem Pawła.

- Przebierają się na górze - wyjaśnił. - Na nas też powoli czas. Zwaliłem twoje rzeczy 

w ostatnim pokoju po lewej stronie.

Wszedłem po szerokich, jasnych, wygodnych schodach. W górnym holu spotkałem 

Ingrid. W swojej błękitnej jedwabnej sukience i z włosami pozwijanymi w loki wyglądała 

uroczo.

-   I   jak?   -   Okręciła   się   przede   mną.   Prezentowała   się   zdecydowanie   lepiej   niż 

zazwyczaj. Na jej nagich, opalonych ramionach widać było sploty delikatnych, dziewczęcych, 

ale twardych mięśni. Dłonie były prawie tak szerokie jak moje, a nos lekko zadarty.

- Wyglądasz jak córka bogatego norweskiego farmera - powiedziałem. - I tak jest 

chyba dobrze. Widać po tobie trudy, które cię zahartowały...

- Paweł powiedział, że wyglądam jak zwiewny motyl lub rusałka z rosyjskiej bajki 

przeglądająca się o świcie w spokojnym oczku wodnym - oznajmiła jakby z pretensją w 

głosie.

Żeby wyglądać jak rusałka, powinna być naga, lecz tego jej nie powiedziałem. Jak się 

domyśliłem, przyjaciel też nie wdawał się w takie szczegóły...

-   Taki   jest   Paweł.   Każdemu   mówi   dokładnie   to,   co   ten   chciałby   usłyszeć,   choć 

oczywiście zawsze stara się jednocześnie mówić prawdę. Jak Tamara?

-   Kończy   się   ubierać   -   powiedziała   moja   przyjaciółka.   -   Wiesz,   po   co   byłam   jej 

potrzebna?

- Hm?

- Założyła  gorset wiązany na plecach. A do tego jakąś strasznie wymyślną suknię 

rodem z dziewiętnastego wieku...

- Cóż. Są epoki, które przypominają im o dawnej świetności. Co do gorsetu, może ma 

problemy z kręgosłupem?

- Może. Sądzisz, że będzie tańczyć? Nosi skarpetki do kolan, ale i tak nie zdołała 

przede mną ukryć, że ma protezę jednej stopy...

-   Zobaczymy   -   mruknąłem.   -   Może   zdoła   tańczyć.   A   może   tylko   chce   sobie 

popatrzeć...

background image

- Widziałam ją nago - zniżyła głos. - Za taki widok, Tomaszu, dałbyś się zastrzelić.

-  Widział nie tylko nagie kobiety, ale nawet kobiety kompletnie obdarte ze skóry  - 

zacytowałem „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa.

A potem długo musiałem wyjaśniać Ingrid kontekst kulturowy.

- Tak czy siak, jest wspaniale zbudowana - podsumowała.

Przypomniałem sobie te podejrzenia jej ojca. Czyżby skrywane skłonności? W oczach 

Ingrid  widziałem   tylko   zazdrość.  I  stanęła  mi   w   pamięci  Karen   nad  jeziorem,   płomienie 

ogniska odbijające się w operlonej zimną wodą skórze. Przeprosiłem dziewczynę i poszedłem 

się przebrać. Wystrojony odświętnie zszedłem na parter. W salonie zebrali się już wszyscy. 

Mikołaj   miał   na   sobie   białogwardyjski   Mundur   z   szamerunkami,   choć   bez   orderów. 

Księżniczka   ubrała   się   w   białą   suknię   haftowaną   jedwabną   nicią,   tylko   Paweł   wyglądał 

jeszcze zupełnie zwyczajnie.

- Mam do ciebie pytanie - zwróciłem się do niego.

- Tak? - Uniósł lekko brwi.

Wyciągnąłem go do sieni.

- Jakiego jestem wyznania? - zapytałem.

- Dlaczego pytasz?

- Wszedłem do cerkwi i wiedziałem, co trzeba zrobić.

- A jak się żegnałeś?

Rzeczywiście, w cerkwi odruchowo przeżegnałem się w sposób prawosławny, potem 

odwrotnie. Czyli sam kontakt z cerkiewną atmosferą wyzwolił we mnie zakodowany gest...

- Czy mój ojciec wyznawał prawosławie?

-   Nie,   byliście   grekokatolikami.   Wspaniała   religia,   biorąca   to,   co   najlepsze,   z 

prawosławia i katolicyzmu. Rzecz dla mnie bez znaczenia, ja jestem protestantem. Czyli dla 

was heretykiem - rzekł zaczepnie.

- Rozumiem - mruknąłem.

Poszedł na górę. W drzwiach stanęła Zina. Była odrobinę zasapana, widocznie biegła 

całą drogę.

- Jak przygotowania? - zapytała.

- Jesteśmy prawie gotowi. Przebieraj się ładnie i do dzieła.

Uśmiechnęła się radośnie i też pobiegła na górę. Przez chwilę czułem zapach jej potu. 

Przymknąłem  oczy  i  węszyłem.   Tak,  percepcja  znowu  uległa  wyostrzeniu.   Wszedłem  do 

salonu. Paweł z Tamarą rozmawiali koło kominka. Opowiadał jej coś, a ona się uśmiechała. 

Mikołaj położył na blacie parę pudełek z tabletkami, dobierał odpowiednią kompozycję.

background image

- Aż tyle? - zdziwiłem się, widząc, jak połyka kilka sztuk i popija wodą mineralną ze 

szklanki.

- Tyle, ile trzeba. - Uśmiechnął się smutno.

Zina i Ingrid zbiegły z góry. Widocznie zdążyły się już poznać, teraz rozmawiały. 

Zina założyła norweski strój ludowy z okolic Mo - i - Rany. Spódnica, kamizelka zapinana na 

zatrzaski podobne do góralskich parzenic, aplikacje z koralików. Jej grube, gruzińskie brwi, 

warkocz i głębokie, ciemne oczy mile komponowały się z ubiorem pochodzącym z drugiego 

końca świata.

- Niezły kontrast - Ingrid oceniła Zinę.

-   Ale   bardzo   ładnie   wygląda   -   wtrącił   się   Paweł.   -   Swojego   czasu   widziałem   w 

reportażu   o   brazylijskiej   Polonii   Murzynkę   w   stroju   krakowskim.   Nawet   całkiem   dobrze 

mówiła   po   polsku.   Jej   pradziadek   był   Polakiem.   I   też   nie   robiło   to   wrażenia   czegoś 

niestosownego.

Ruszyliśmy   na   bal.   Brama   pałacu   była   szeroko   otwarta,   młodzież   schodziła   się 

grupkami. Migały mi najróżniejsze stroje, mundury, suknie balowe, japońskie kimona… W 

parku, o dziwo, było całkiem ciepło, jakby nagle wróciło lato.

- Grzejniki olejowe, podobne do tych, których używa się w Ameryce do ogrzewania 

plantacji   cytrusów.   -   Paweł   wskazał   mi   białe   kształty   majaczące   tu   i   ówdzie   między 

krzewami. Na drzewach wisiały setki chińskich lampionów.

- O rany - jęknęła z zachwytem Ingrid. - To robi wrażenie.

Księżniczka Tatiana, w sukni kremowego koloru, przyjmowała hołdy na placyku koło 

ogniska. Złożyliśmy jej życzenia. Czułem się jak we śnie. Zabawa szybko się rozkręciła. 

Kapela zagrała, na trawniku zrobiło się tłoczno. Paweł porwał księżniczkę Tamarę w objęcia i 

zawirowali wśród innych par.

- Niezła - mruknęła Ingrid.

Księżniczka płynęła niczym niesiona wiatrem, kręciła piruety. Wprawdzie widziałem 

wyraźnie, że stara się nic obciążać kalekiej nogi, ale i tak wrażenie było niesamowite.

- Gdzie ona się tego nauczyła? - zapytała mnie przyjaciółka.

- Zapewne w szkole baletowej - wyjaśniłem. - Mogę cię prosić?

Tańczyłem kiepsko, lecz rozbawiony tłum nie zwracał na nas uwagi. Taniec zawładnął 

moją duszą. Ingrid roześmiała się.

- Co się stało? - zapytałem.

- Bal, prawdziwy bal u księżniczki! To nieprawdopodobne. Żyjemy w dwudziestym 

wieku.

background image

- Nieprawdopodobne - przyznałem. - Ale przecież Norwegia jest monarchią.

- Córki naszego króla nie urządzają chyba balów. - Zamyśliła się. - A nawet jeśli… 

Żadna mnie dotąd nie zaprosiła.

Zmieniła   się   muzyka.   Ingrid   poprosił   do   tańca   miły   młodzieniec,   na   oko 

szesnastoletni.   Ruszyli   w   tany,   a   ja   usiadłem   koło   ogniska.   Mignęła   mi   Zina   z   jakimś 

chłopakiem, za moment Mikołaj z Tamarą. Tańczył kiepsko, dużo gorzej niż ja, ale nie miało 

to chyba żadnego znaczenia. Nadszedł czas radości. Znowu przerwa.

- Co będzie, jeśli się zgubimy? - zapytała mnie Ingrid. Zjawiła się jak spod ziemi.

- Spotkamy się w domu Mikołaja. Trafisz?

-   Jasne.   Poznam   po   tych   czerwonych   kolumienkach.   Nadszedł   Paweł   z   Henrym 

Gagarinem. Przedstawił go Ingrid, a ta zaczerwieniła się, gdy genetyk pocałował ją w rękę. 

Po chwili tańczyli razem na zdeptanej już trawie.

- Zuriko też tu jest? - zapytałem.

- Niewykluczone - odpowiedział mój przyjaciel. - jeszcze go nie spotkałem. Chodź, 

chcę cię komuś przedstawić.

Ruszyłem za nim. W altanie, obok której kiedyś pasły się konie, siedziała bardzo ładna 

Azjatka licząca sobie około dwudziestu lat.

- To panna Wen Cisin - Gioro - przedstawił ją.

Wymieniłem swoje nazwisko. Wydawała się zaciekawiona. Chyba chciała zobaczyć 

moje źrenice, ale maskujące szkła kontaktowe skutecznie to utrudniły. Zatańczyliśmy razem 

dwukrotnie. Była mniej więcej mojego wzrostu. Bardzo wyraźnie czułem woń delikatnych 

wschodnich perfum. Kolejny taniec. Ktoś zabrał ją i odpłynęła w tłum.

Paweł siedział w kucki koło ogniska i patrzył w płomienie.

- Dlaczego zależało ci, żebym ją poznał? - zapytałem.

- Płynie w niej cesarska krew. Krew cesarzy Chin.

- Masz ciekawe znajomości - zauważyłem z pewnym szacunkiem.

- Owszem. Fascynują mnie zwłaszcza bardzo stare rody. Wiesz, Derek przedstawił mi 

kiedyś chłopaka pochodzącego po kądzieli z dynastii rządzącej Etiopią. Dynastia ta wywodzi 

się od Menelika, syna króla Salomona, a więc ród liczy sobie dwa tysiące osiemset lat...

Gwizdnąłem cicho przez zęby.

- Mój kompleks niższości się pogłębia.

- Furda! - Klepnął mnie po ramieniu. - Jakie polecenia wydał ci książę Potiomkin?

- Obawiam się, że nie mogę powiedzieć, choć teraz cholernie przydałaby mi się dobra 

rada - westchnąłem.

background image

Sięgnął do kieszeni i bez słowa podał mi rewolwer.

- Może się przydać - powiedział cicho. - Nie wiadomo, co mu strzeli do głowy, a 

prawdopodobnie jest uzbrojony. Musisz odbezpieczyć. Strzelaj z odległości nie większej niż 

jeden metr.

Zatkało mnie. Przyjąłem broń jak w transie i umieściłem w kieszeni. A więc o to 

chodziło? Wszedłem między drzewa i ścisnąłem skronie rękami. Czego ode mnie oczekiwali? 

Że zabiję Mikołaja, a potem zastrzelę Zinę?

Nie.   Powiedział   przecież   tylko,   że   może   się   przydać.   Gdyby   tego   oczekiwali, 

dostałbym broń solidniejszego kalibru, z tłumikiem… Schowałem spluwę do wewnętrznej 

kieszeni. Zabawa rozkręcała się na całego. Spostrzegłem Ingrid, jak wiruje w tańcu z jakimś 

chłopakiem. Zmęczona Tamara siadła koło mnie.

-   Uch,   to   nie   dla   mnie   -   powiedziała.   -   Jednak   te   protezy   nie   są   tak   dobre,   jak 

opowiadają.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

Ingrid   znowu   przepłynęła   niedaleko.   Chłopak   obracał   nią   w   tańcu   z   niezwykłą 

wprawą. Na jej twarzy odmalowała się ekstaza.

- Wiesz, z kim tańczy twoja przyjaciółka? - zapytała.

- Nie mam pojęcia. Kto to?

-   Fiodor  Nikitycz   Romanow.   Gdy  umrą   car   Włodzimierz,   Mikołaj   i   Dymitr,   jego 

ojciec będzie carem. A potem on.

Przyjrzałem mu się uważnie. Był trochę podobny do mnie, tylko włosy miał o ton czy 

dwa ciemniejsze.

- Przyszłość rosyjskiej monarchii - mruknąłem. - Pod warunkiem, że tamci się nie 

rozmnożą...

- Nasza przyszłość. - Kiwnęła głową.

Knuty,   Sybir,   rosyjska   armia   wlewająca   się   do   Europy,   ręka   drętwiejąca   od 

podpisywania wyroków śmierci.

- Na drodze do korony może mu stanąć tylko jeden człowiek. - Uśmiechnęła się.

- Wnuk cara Włodzimierza?

- To też. - Zamyśliła się na chwilę. - Ale jest jeszcze ktoś. - Nachyliła się do mojego 

ucha. - Mikołaj II miał córkę - Z, można powiedzieć, nieprawego łoża.

Popatrzyłem na nią zaciekawiony.

- Z baletnicą Krzesińską?

Zaprzeczyła.

background image

- Niezbyt wiadomo, kim była ta kobieta. Zachował się tylko jeden portret… A córka 

przepadła bez śladu podczas rewolucji. Choć może nie do końca bez śladu - mruknęła do 

siebie.

- Jej potomkowie nie mieliby chyba żadnych praw - zauważyłem.

- Prawa carskiej Rosji odeszły w niebyt - szepnęła. - Czas pokaże...

Zatrzymał się przed nami Paweł. Wyciągnął dłoń.

- Można panią prosić? - zapytał, kłaniając się.

Schyliła wdzięcznie czoło i poderwała się z ławki. Przyjaciel pokazał mi zegarek. 

Dochodziła   północ.   Zrozumiałem,   że   muszę   się   pośpieszyć.   Zina   tańczyła.   Przez   chwilę 

śledziłem   ją   wzrokiem.   A   potem   ruszyłem   szukać   Mikołaja.   Siedział   pod   drzewem   i   z 

apetytem jadł szaszłyk.

- Musimy pogadać - powiedziałem poważnie.

Spojrzał na mnie uśmiechnięty, ale widząc moją minę, spochmurniał.

- Nie tutaj zapewne? - Rozejrzał się.

Wszędzie kręcili się goście.

- Może chodźmy do ciebie.

Kiwnął   głową.   Poszliśmy.   Zostawiliśmy   za   sobą   tętniący   życiem   i   muzyką   park. 

Osada drzemała. Szybko doszliśmy do jego domu. Powiesiliśmy okrycia w sieni i weszliśmy 

do salonu.

- Sądząc z twojej miny, dzieje się coś niedobrego? - zapytał.

Skinąłem głową.

- Bardzo niedobrego.

Usiedliśmy przy stole. Wyjąłem z kieszeni wydruk od księcia Potiomkina i położyłem 

przed   Mikołajem.   Przebiegł   artykuł   wzrokiem.   Czytał   o   wiele   za   szybko.   Musiał   znać 

norweski, zanim tu przybył...

- Jasna cholera - powiedział cicho.

A potem uniósł wzrok na mnie.

- Jak mam to rozumieć? - w jego głosie wyczułem rezygnację. - Mam ją zabić, a 

potem popełnić samobójstwo?

- To jest test - wyjaśniłem. - Dla mnie na inteligencję, dla ciebie nie wiem na co… Nie 

powiedzieli  mi, czego  od nas oczekują. Jeśli wymyślimy  wspólnie  rozwiązanie,  zapewne 

przeżyjecie.

- To już poszło do druku? Nie ma już innej przyszłości?

- Chyba nie ma.

background image

Siedzieliśmy i patrzyliśmy na siebie. Wyciągnąłem rękę i zabrałem wydruk. Nie wiem 

dlaczego. Może zadziałał instynkt. Nie zostawiać śladów.

- A więc jednak wiecie - westchnął.

- Wiemy. Wiedzą. Zawsze wiedzieliśmy. Od samego początku, gdy tylko tu przybyłeś. 

Gdy budowali ten dom, mogli naćkać go mikrofonami. Może teraz siedzą ze słuchawkami na 

uszach i analizują wszystko, co mówimy. Może już oblałem swój test. Może mam cię zabić, a 

potem   Zinę.   Może   za   to,   co   ci   powiedziałem,   już   kopią   mi   odpowiedni   dołek   między 

drzewami.

Zamyślił się.

- Ciało Ziny, jeśli to jej stopa wystaje spod folii, nie będzie im potrzebne. Fotografia 

już została wykonana...

- To może oznaczać, że darują wam życie - powiedziałem. - Przynajmniej mam taką 

nadzieję...

- Jestem gotów się zastrzelić, aby tylko ona żyła. Chyba  że to ty masz to zrobić. 

Rewolwer jest w łazience, w skrytce za lustrem. Drugi pod progiem drzwi wiodących na 

taras. Nie będę stawiał oporu. Jeśli taka ma być cena za jej życie… Jeśli taka ma być cena 

tylko za twoje - trudno. Jeśli tego chcą, zabij mnie, potem poczekaj na nią. Postaraj się tylko, 

żeby nie cierpiała. Zrób to z zaskoczenia… - głos mu się załamał. - Ty jeden wydajesz mi się 

porządnym człowiekiem.

- Gdzie tam. - Wzruszyłem bezradnie ramionami. - Wiedziałem od dawna. Gdybym 

był   twoim   kumplem,   gdybym   był   tak   dobrym   kumplem,   za   jakiego   mnie   uważasz, 

ostrzegłbym cię przecież. Kiwałem cię tak samo jak reszta.

- Ja ukrywałem, kto mnie tu przysłał… Więc można przyjąć, że w pewien sposób 

jesteśmy kwita. Żałuję tylko, że nie było nam dane spotkać się w lepszym miejscu i lepszych 

czasach...

Uścisnąłem   dłoń   Mikołaja.   Wiedziałem,   że   mówi   szczerze.   Widziałem   to   w   jego 

oczach. Zimną, szaleńczą determinację.

- Może darują wam, jeśli sypniesz wszystko, co wiesz… - powiedziałem w zadumie. - 

Niestety, ja nie znaczę w tej rozgrywce nic. Mogę spróbować ich przekonać… Nie wiem 

nawet,  jaka  przyszłość  jest  wam  pisana…  Z  jednym  wyjątkiem.  -  Uderzyłem  palcami  w 

trzymany ciągle wydruk.

Zapadło długie milczenie.

- Sądzisz, że pozwolą jej żyć? - Mikołaj wracał obsesyjnie do tego samego pytania.

- To zależy od tego, kim ona jest. Kim jest naprawdę… Bo możliwości mają. Ukryć 

background image

piętnastoletnią dziewczynę jest bardzo łatwo.

- Łatwo też zabić i oszczędzić sobie problemu - westchnął. - Choć z drugiej strony 

mogłaby pracować gdzieś w sklepie lub na farmie. Gdzieś, gdzie nikt nigdy jej nie odnajdzie. 

Nawet jeśli Armia Czerwona kiedyś tu przyjdzie...

Znowu milczał dłuższą chwilę.

- Jestem gotów - powiedział poważnie.

Podszedł   do   drzwi   prowadzących   na   ganek.   Zręcznie   podważył   próg   ostrzem 

scyzoryka i wydobył spod niego rewolwer oraz dziesięć kaset magnetofonowych. Złapał broń 

za lufę, jakby trzymał zdechłego szczura za ogon.

- Tu jest wszystko, co wiem - powiedział. - Wszystko o tym, kto mnie szkolił, jak, 

dlaczego i co miałem tu zrobić. Oraz czego nie zrobiłem.

- Przygotowałeś to...

- Spowiedź, testament, nazwij to, jak chcesz. Tyle  jestem im winien za to, że się 

zaopiekowali mną i moją dziewczyną. To moja zapłata, odszkodowanie za to, co przed nimi 

ukrywałem.

Położył pudełka na stole. Podniosłem jedno w zadumie. Kaseta była lekka. A przecież 

zawartość mogła być nieoceniona. Patrząc na taśmy, przestałem zwracać uwagę na to, co robi 

Mikołaj.   Gdy   uniosłem   wzrok,   zobaczyłem,   jak   ujął   broń   i   wycelowawszy   w   siebie, 

wpatrywał się z rozpaczą w oksydowaną lufę.

- Najlepiej przyłożyć do skroni czy wycelować w podniebienie? - zapytał.

Usta lekko mu posiniały, bałem się, że za chwilę zemdleje.

- Nie wiem… Myślę, że lepiej będzie, jeśli zadzwonisz pod ten numer. - Wyjąłem z 

kieszeni wizytówkę księcia.

- Co to jest? - Popatrzył ze zdumieniem na mały kartonik. - Telefon zaufania dla 

radzieckich szpiegów przeżywających kryzys osobowości?

- Coś w tym rodzaju. Tak sądzę. - Spróbowałem się uśmiechnąć, ale zanadto drżały mi 

wargi. - Większość państw nie likwiduje szpiegów, którzy zgłoszą się do kontrwywiadu… 

Nowoorłowo to państwo w państwie.

-   Dysponuje   własnym   wywiadem,   własną   policją,   własnym   szkolnictwem…   - 

mruknął. - Kontroluje firmy, gromadzi kapitały. Pakuje swoich ludzi na różne stanowiska. 

Wywyższa lub niszczy.

Rozsunąłem palce i wizytówka cicho upadła na politurowany blat stołu.

- Jesteś pewien, że mogę tam zadzwonić?

-   Książę   dał   mi   ją   dziś   rano.   Wie,   że   nie   mam   w   domu   telefonu,   więc   chyba 

background image

przeznaczona jest dla ciebie...

- I co mam powiedzieć?

- Chyba, że się poddajesz. Albo coś w tym guście.

Zwiesił głowę.

-   Człowiek,   który   sam   odbiera   sobie   życie,   jest   wolny   -   zacytował   któregoś   ze 

starożytnych filozofów.

- Wszyscy jesteśmy niewolnikami - powiedziałem łagodnie. - Ja i ty. Nie znaczymy 

nic, nie jesteśmy w stanie utrzymać się na powierzchni, w każdym razie nie sami. Jeśli twoje 

winy nie są bardzo poważne, to może pozwolą ci żyć?

- Nie wykonałem dotąd nic z tego, co mi polecono… Zresztą jakie tam życie, zostały 

mi miesiące.

- Samobójstwo może być dobrym rozwiązaniem, ale częściej to objaw tchórzostwa… 

A w razie czego zawsze zdążysz.

Westchnął cicho. Ujął słuchawkę telefonu. Wybrał numer. Ktoś zadał mu pytanie.

- Jestem gotów - powiedział cicho. Posłuchał moment i rzucił:

- Dobrze. Czekam.

Odłożył słuchawkę na widełki.

- Będą za dwadzieścia minut - wyjaśnił.

Teraz, gdy trudny krok był już za nim, odprężył się lekko.

- Chcesz poznać prawdę? - zapytał.

Zawahałem się na ułamek sekundy.

- Tak.

Popatrzył w okno, na ciemne chmury kotłujące się nad morzem.

- Wybrali mnie, gdy miałem sześć lat. Nigdy nie znałem moich rodziców. Testy na 

inteligencję przeszedłem najlepiej z całej grupy. I trafiłem do Kurczatowa.

- Co to?

- Tajne miasto - ściszył głos. - Laboratoria, w których powstają bomby atomowe. 

Laboratoria, gdzie produkuje się broń biologiczną. I ośrodki szkoleniowe KGB. Szkolili mnie 

przez siedem łat. Nie tylko mnie… Kiedyś miałem zostać szpiegiem.

- A Zina?

- Przyjechała do kołchozu w dolinie z grupą dziewcząt z Pskowa. Dostałem zadanie 

wywiadowcze,   takie   ćwiczenie   pomagające   w   zdobywaniu   informacji.   Zaprzyjaźnić   się   i 

wycisnąć informacje. Nauczyć  się, jak zadawać pytania,  by pytana osoba sama wszystko 

wypaplała. Miałem dowiedzieć się wszystkiego o domu dziecka w Pskowie. Pracowaliśmy 

background image

razem przy owcach. Lubię zwierzęta i byłbym szczęśliwy, mogąc to robić w przyszłości… 

Spędzaliśmy razem po osiem, dwanaście godzin. Razem przy owcach, razem włóczyliśmy się 

po   stepie.   Jedyne,   co   mogłem   jej   pokazać,   wiesz,   ja   koniecznie   chciałem   Zinie   czymś 

zaimponować…   Przeżyliśmy   razem   podziemny   wybuch   jądrowy.   Bomba   rozerwała   się 

siedemset   metrów   pod   powierzchnią   ziemi,   w   granitowym   masywie.   Siedzieliśmy   w 

odpowiednim   miejscu   i   czekaliśmy.   Ziemia   drgnęła,   przeszła   fala   sejsmiczna,   ona   mnie 

pocałowała… A gdy znalazłem się tutaj, zdecydowałem się spróbować wyciągnąć ją stamtąd.

Szaleństwo, ale się udało.

- Szkolili cię do jakiegoś zadania, które miałeś wykonać tu, w Mo - i - Ranie?

Kiwnął głową.

- Spodziewano się, że wcześniej czy później przybędzie tu ktoś o kocich źrenicach - 

szepnął. - Equoidae Edoni...

- Chodziło o mnie?

- Nie. Powiedzieli, że tobą zajmie się ktoś inny. Były też inne zadania.

- Co wiesz na temat mojej rasy?

- Tylko tyle, ile mi powiedziano. Jesteście tu obcy. I możecie stanowić śmiertelne 

zagrożenie. KGB na całym świecie staje na uszach, by was odnajdywać i likwidować.

- To jakim cudem żyje jeszcze Derek Tomatow? - mruknąłem.

- Prawdopodobnie więcej korzyści przynosi jego obserwacja niż likwidacja. A może 

chcą go kupić? Może już kupili...

Poczułem chłód.

- Wiedzą, gdzie mieszkam? Co zdążyłeś im przekazać?

-   Nic.   -   Uśmiechnął   się.   -   Miałem   się   zgłosić   do   siedzącego   w   Mo   rezydenta 

radzieckiego wywiadu. On miał mi wyznaczać zadania. Gdy tylko ten dom nadawał się do 

zamieszkania, zgłosiłem się do niego. Gdy mieszkałem sam i mogłem wymknąć się nocą do 

miasta… Dał mi broń, radiostację i inne takie. Trzymał to w skrytce w lesie. Zastrzeliłem go 

zaraz obok. Pewnie ciągle tam leży.

Paweł miał rację. Broń mogła się przydać.

- Zabiłeś - mruknąłem.

-   Tego   mnie   uczyli.   Jestem   naprawdę   kimś   innym,   niż   sądziłeś.   Zabijałem   dla 

zdobycia wprawy. Sam już nie wiem, czym różni się dobro od zła...

- A Mikołaj Melechow? Ten prawdziwy?

- Nie żyje. Szkolili go do tego samego zadania. Mocno przeżył, gdy wyjawili mu, kim 

jest. Nie wiem, może ciągle czuł się gdzieś tam w głębi szlachcicem. Może nie był w stanie 

background image

zaakceptować faktu, że będzie musiał szpiegować członków swojej rodziny. Podciął sobie 

żyły. Bardzo fachowo, obie tętnice szyjne i obie udowe. Zanim go znaleźli i reanimowali, 

mózg zdążył obumrzeć. Byłem do niego najbardziej podobny, testy zgodności tkanek też 

wyszły nieźle. Padło na mnie.

Musnął dłonią włosy.

- Niewiele z Melechowa zostało...

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- Wiedzieli, że książę Gagarin do badań genetycznych, zamiast pobierać krew, bierze 

wycinek skóry z włosami. Ot, taka jego fanaberia, a im ułatwiła zadanie.

Poczułem, że zaraz zwymiotuję. Zdawałem sobie sprawę, że ci zwyrodnialcy zdolni są 

do strasznych rzeczy, ale teraz miałem przed sobą namacalny przykład niezmierzonej otchłani 

ich zezwierzęcenia.

Rozległo  się  pukanie  do  drzwi  sieni.  Wyjrzałem   przez  wizjer,  zanim  otworzyłem. 

Książę Potiomkin, Henry i Paweł. Weszli ostrożnie. Rewolwer leżał daleko, na blacie stołu. 

Mikołaj był blady jak trup.

- Darujecie mi tę resztę życia, która mi została? - zapytał.

Książę kiwnął głową.

- To da się zrobić, ale tu nie możecie zostać. Gazeta jest już wydrukowana… Spakuj 

się. Zina przyjdzie za jakieś dziesięć minut. Wyjeżdżacie.

Paweł odwrócił się do mnie.

- A my chyba wracajmy na bal. Lepiej, żebyśmy byli daleko, gdy przyjedzie ekipa. 

Pożegnaj się.

- Prawdopodobnie nie zobaczymy się więcej. - Uścisnąłem dłoń Mikołaja.

Ukłucie chłodu. Ręka, która już odbierała życie. I jednocześnie człowiek, który w 

innych okolicznościach mógłby zostać moim przyjacielem.

- Do zobaczenia - powiedział Mikołaj.

Miałem   wrażenie,   że   już   go   nigdy   nie   spotkam.   Jeszcze   jeden   człowiek,   który 

przeleciał przez moje życie jak meteor i znika. Jeszcze jedno ludzkie istnienie, po którym nie 

zostaje żaden ślad na piaskach czasu.

Wyszliśmy w ciemną noc. Nad wzgórzami wiał wiatr.

- Zdałeś test - oznajmił sucho Paweł.

- Cholera. Naprawdę darujecie im życie?

- Tak. To teraz bez znaczenia. I tak zostało mu najwyżej kilka tygodni, a co do Ziny, 

będzie trzeba dokładnie sprawdzić na wariografie, czy i w jakim stopniu jest w to zaplątana. 

background image

Chyba nie jest. Zresztą to też mało istotne. Ta sprawa już nas nie dotyczy. Jutro wracamy do 

siebie, na północ.

- I mam się zastanowić, czy chcę się do was przyłączyć… Może mi powiesz, czy 

warto?

Zamyślił się.

- Wiesz, dlaczego się na to zdecydowałem? - zapytał.

- Mów, proszę...

- Bo chcę być potrzebny. Bo nienawidzę socjalizmu, a to jedyny dostępny mi sposób, 

by naprawdę zaszkodzić czerwonej zarazie. Nie lubię ryzyka, ale to taki przypadek, kiedy 

opłaca się je podjąć...

- Ja też nie lubię ryzykować. Czy to znaczy, że się nie nadajemy?

- Wręcz przeciwnie. To znaczy, że jesteśmy odpowiednimi ludźmi. Tylko głupcy nie 

odczuwają lęku.

- Książę powiedział coś podobnego...

Bal ciągle trwał. Wypiłem duszkiem dwa kieliszki szampana. W głowie trochę mi 

zawirowało.   Niebawem   spostrzegłem   Ingrid.   Wyglądało   na   to,   że   nie   zauważyła   mojej 

nieobecności. Przetańczyliśmy następny taniec. Rozkręciłem się. Powoli cichły wspomnienia. 

Widziałem, jak Paweł rozmawia z Ziną, i pomachałem im. Znikli oboje. Mój przyjaciel wrócił 

po półgodzinie. Miał swoją walizkę oraz torby moją i Ingrid.

- Zmiana planów - powiedział, gdy zadyszana znalazła się obok niego. - Zanocujemy 

w pałacu.

- Coś się stało? - zdziwiła się.

- Dojechało jeszcze parę osób i trzeba było  nas trochę zagęścić. Będziesz spała z 

Tamarą w jej apartamencie.

Zabawa już przygasała. Trzecia w nocy. Księżniczka jak spod ziemi pojawiła się koło 

nas.

- Chodź, moja droga - odezwała się. - Pora trochę się zdrzemnąć.

Złapały się za ręce i powędrowały przez park.

- Na nas też już czas - mruknął Paweł.

W pokoju gościnnym, naprzeciwko pokoju Tatiany, zmieściło się rozkładane łóżko. 

Sądziłem, że zmęczony szalonymi wypadkami dnia zasnę od razu jak zabity, ale tak się nie 

stało. Nie mogłem usnąć. Piersi Karen oświetlone blaskiem żaru. Maciek montujący bombę w 

puszce. Ingrid… Księżniczka Tamara ciężko wsparta na cienkiej bambusowej lasce. Książę 

Potiomkin   w   pustej   klasie.   Mikołaj   z   rewolwerem   w   dłoni.   Płomyk   świecy   drżący   w 

background image

półmroku   przed   ikoną…   Paweł   też   nie   spał.   Oddychał   nierówno,   rozmyślał   o   czymś. 

Westchnął ciężko, to  nie były  wesołe  rozważania.  Zasypiałem  już, gdy z głębin  pamięci 

wypłynęło jeszcze jedno wspomnienie. Muśnięcie pachnących jaśminem włosów na policzku. 

I szept: „Powodzenia, źrebaczku”.

Powodzenia…   Czułem,   jak   wokół   mnie   zaciska   się   sieć.   Z   każdym   krokiem 

schodziłem głębiej i głębiej w czeluść grobu...

7 września, piątek

-   Mam   wrażenie,   że   to   tylko   sen   -   powiedziałem.   Leżałem   na   składanym,   lecz 

wygodnym łóżku i patrzyłem w zadumie w sufit.

- Co jest snem? - zdziwił się Paweł.

- Ta rzeczywistość, która nas otacza - mruknąłem. - Szalony bieg wypadków… Tu jest 

podsłuch?

- Na pewno. Dziewiąta rano. Chyba pora się zbierać...

Wstałem i wlazłem na dziesięć minut pod lodowaty prysznic. Doszedłem do siebie. 

Paweł   też   mył   się   długo   i   starannie,   a   potem   założył   czystą   koszulę.   W   pałacu   jeszcze 

wszyscy spali. Wyszliśmy bocznymi drzwiami do ogrodu. Koło ogniska, które jeszcze ciągle 

się żarzyło, na wygasłym grillu leżało kilka szaszłyków i przecięte na pół pieczone kartofle. 

Podgrzaliśmy   to   na   rozdmuchanym   żarze,   nałożyliśmy   na   tacę   i   powędrowaliśmy   z 

powrotem.   Mój   przyjaciel   bez   trudu   odnalazł   apartament   gościnny,   w   którym   nocowała 

księżniczka Tamara. Zapukał.

- Proszę - rozległ się ze środka głos Ingrid.

Weszliśmy.   Księżniczka   siedziała   przed   lustrem,   a   moja   przyjaciółka   zaplatała   jej 

włosy w gruby warkocz. Paweł zaczerwienił się i spuścił wzrok. Zastanawiałem się przez 

ułamek sekundy dlaczego. Czyżby układanie fryzury było zajęciem na tyle  intymnym,  że 

poczuł się niezręcznie? Usiedliśmy do zaimprowizowanego śniadania. Pawcio skoczył gdzieś 

w trzewia budynku po sztućce, przydźwigał też litrową butlę coli prosto z lodówki.

- Wyruszamy niebawem? - zapytała księżniczka, patrząc na zegarek.

- Tak - potwierdził mój przyjaciel.

- Tatianka jeszcze chyba śpi...

- Wszyscy śpią - powiedział. - Zostawimy im kartkę i w drogę.

Dziewczęta były już spakowane. Po chwili maszerowaliśmy przez park.

- Jakbyśmy tak opóźnili wyjazd, to pewnie nie udałoby się uniknąć przesłuchania - 

zapytałem Pawła po polsku, korzystając z tego, że dziewczyny trochę nas wyprzedziły.

background image

- Przesłuchania?

- Skoro chcą upozorować zabójstwo, muszą wszystko  przygotować. Położyć trupy 

wyjęte z lodówki, potem wezwać policję...

- E, ta wydrukowana gazeta była po to, żeby go postraszyć. Żadnych trupów, żadnego 

dochodzenia… Po cholerę?

No   tak,   widać   znowu   popisałem   się   wyjątkową   naiwnością…   Kwadrans   później 

wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w świat.

Dzień był całkiem ładny. Słońce jeszcze trochę grzało, po niebie sunęły lekkie białe 

chmurki. Nad fiordami w okolicach Mo widać było rzednące mgły.

- I jak wam się spało? - zagadnąłem Ingrid.

- Och, cudownie. Mają tu naprawdę wygodne łóżka - powiedziała z ożywieniem.

Paweł zatrzymał się na moment w miasteczku i kupił miejscową gazetę. Popatrzyłem. 

Na pierwszej stronie był artykuł o jakichś bzdurach.

- Takie to uczucie być prawdziwą księżniczką? - zapytała Ingrid.

- Po prostu wspaniałe. Budzę się każdego dnia rano i patrząc w lustro, cieszę się ze 

swojego drzewa genealogicznego - zażartowała Tamara.

Droczyły   się   przez   chwilę.   Czułem   radość.   Koszmarne   myśli   poprzedniego   dnia 

rozwiały się nieomal bez śladu. Paweł też wyglądał na odprężonego.

- Gdy  przyjedziemy  do domu, zaczynam  uczyć  cię sambo  - powiedział.  - Trochę 

umiejętności walki wręcz przyda ci się...

- Sambo - mruknąłem.

- Sztuka walki opracowana przez radzieckich fachowców - wyjaśniła księżniczka. - 

Opiera się, niestety, nie na klasycznych kanonach nakazujących szanowanie przeciwnika, ale 

wręcz odwrotnie. Zawiera wszystkie zdradzieckie i nieprzepisowe ciosy, jakie tylko można 

sobie wymyślić. W sambo liczy się jedynie skuteczność w eliminacji wroga...

Ingrid patrzyła przez okno, od czasu do czasu rzucając uwagi na temat mijanych skał.

- Powinnaś się cieszyć - powiedziała Tamara. - Mieszkasz w naprawdę urokliwym 

kraju.

- A ty? - zapytała. - Gdzie mieszkasz?

-   Na   Aptekarskim   Ostrowiu   w   Petersburgu   wznosi   się   dumny   pałacyk   książąt 

Potiomkinów - mówiła księżniczka rozmarzonym głosem. - Od ulicy fasada wyłożona jest 

piaskowcem, wnętrza wykończono kasztanową boazerią. Sufity zdobią sztukaterie wycięte w 

alabastrze, a posadzki wykładane są marmurem. Pomiędzy pałacem a kanałem bruk ułożono 

pierwotnie z białego granitu wydobywanego tylko w jednym miejscu na Syberii. Okna na 

background image

parterze i piętrze ozdabiają portale z piaskowca o delikatnie różowym odcieniu...

- To ładny dom - zachwyciła się Ingrid.

- Nigdy tam nie byłam - westchnęła księżniczka. - Może za kilka lat, gdy władza 

radziecka upadnie, uda się odzyskać to, co nasze… A na razie mieszkam w Key West na 

Florydzie.

- I codziennie kąpiesz się w ciepłym morzu - rzekła z zazdrością moja przyjaciółka.

-   No,   niezupełnie   codziennie.   Ale   często.   Dom   wzniesiono   w   ubiegłym   wieku   z 

cyprysowego   drewna,   z   mojego   pokoju   widać   plażę.   Wpadnij   kiedyś,   jeśli   będziesz   w 

pobliżu. - Wyłowiła z torebki wizytówkę i podała.

- A ty wdepnij do mnie - ucieszyła się Ingrid. - Mieszkam w Geitvagan.

- Mogę się zdrzemnąć? - zapytałem Pawła.

- Dlaczego pytasz? - zdziwił się.

- Myślałem, że może to ma znaczenie dla bezpieczeństwa - mruknąłem.

- Raczej nie ma. Śpij, jeśli jesteś zmęczony.

Nie zasnąłem. Spod wpółprzymkniętych powiek obserwowałem szosę i otaczający nas 

kraj. Było mi dobrze. Zimne tchnienie śmierci, które czułem na plecach w ciągu ostatnich 

kilku dni, znikło. Zatrzymaliśmy się w Fauske.

- Tu przychodzi nam się rozstać - powiedziała księżniczka.

Paweł poszedł kupić jej bilet na autobus.

- Kiedy spotkamy się znowu? - zapytałem.

-   Może   na   wiosnę.   Na   razie   wracam   do   siebie   -   powiedziała.   -   Chociaż…   Może 

wpadniecie do mnie na sylwestra?

- Z przyjemnością. Tylko, eee… paszporty, bilety… - Ingrid uśmiechnęła się słodko.

- Wobec tego podeślę wam zaproszenia. - Księżniczka zanotowała coś w niedużym 

kalendarzyku oprawionym w jasną skórę. - Tomaszu, czy mógłbyś mi sprawdzić...

Wręczyła mi swoją cienką bambusową laskę.

- Ostrze nie wchodzi do końca.

Obróciłem   bambus   w   dłoniach.   Wewnątrz   drewna   ukryte   było 

siedemdziesięciocentymetrowe   stalowe   ostrze.   Cienkie   i   długie   jak   szpada.   Musnąłem 

krawędź opuszką palca. Żyleta… Wysunąłem całą klingę. Przekręciłem ją w drugą stronę i 

tym razem weszła w całości.

- Dziękuję. - Odebrała broń.

Uśmiechnąłem   się   do   swoich   myśli.   Wyobraziłem   sobie,   jak   ta   drobna,   szczupła 

dziewczyna jednym pchnięciem wysyła potencjalnego napastnika na tamten świat.

background image

Wrócił Paweł z biletem.

- Czy to bezpieczne? - zapytałem. - Tak wysyłać Tamarę zwykłym dalekobieżnym 

autobusem?

- W zasadzie tak. Po pierwsze, nikt na nią już chyba nie poluje, po drugie, mają zbyt 

mało danych, aby wiedzieć, gdzie teraz jest.

Zmroziło mnie to „chyba”.

- Mogą obstawić wszystkie przystanki w Norwegii.

- Wolne żarty. Wiesz, ilu potrzebowaliby ludzi? I ile by to kosztowało?

- Pora na mnie. - Księżniczka popatrzyła na zegarek. Wysypaliśmy się z samochodu. 

Wyjąłem   jej   walizkę   z   bagażnika.   Pocałowała   Ingrid   i   Pawła   na   pożegnanie.   Autobus 

niebawem podstawili.

- Do miłego zobaczenia - powiedziała po polsku, a ściślej, wydawało jej się, że mówi 

po polsku.

- Szerokiej drogi - odpowiedziałem w tym samym języku.

Pocałowaliśmy się. Skóra jej policzka, gładka jak atłas, chłodna. Delikatnie wyjęła mi 

rączkę walizki z dłoni i zręcznie wspięła się po trzech schodkach. Pomachałem ręką, gdy 

sadowiła się na miejscu. Obdarzyła mnie jeszcze jednym, smutnym uśmiechem, który tak 

dobrze   zapamiętałem   z   uroczystości   otwarcia   cerkiewki.   Wreszcie   autokar   ruszył,   a   ja 

powlokłem się do samochodu.

- No i pojechała - mruknęła Ingrid, rozwalając się na całą szerokość tylnego siedzenia. 

- Miła dziewczyna. A żebyście zobaczyli, jaką nosi bieliznę… Dobrze się nie znam, ale te 

koronki to chyba ręcznej roboty.

- I majtki z najcieńszego batystu - rzucił Paweł po polsku.

- Dlaczego z batystu? - zdziwiłem się.

- Kiedyś zrozumiesz...

Ruszył na zachód, nad fiordem, w stronę domu.

- Używa  bardzo  drogich perfum  - ciągnęła Ingrid.  - Pewnie  po kilkaset koron za 

flakonik. I jedwabnych chustek do nosa. I jedwabnych pończoch...

- Cóż, dziewczyna z klasą - odparłem. - Widzisz, znasz już dwie księżniczki. Jedna 

chodzi   w   dresie,   z   diademem   na   głowie,   druga   ubiera   się,   jakby   hołdowała   od   dawna 

zapomnianym zwyczajom.

- Pałac był ekstra - ciągnęła Ingrid. - Choć trochę za bardzo wyrąbany w kosmos. 

Rozumiem boazerię, ale tamta była zrobiona z kasztanowca… Nie lepiej z tego drewna meble 

zmajstrować?

background image

Słuchałem tej paplaniny i coraz bardziej chciało mi się śmiać. Półtorej godziny później 

wysadziliśmy Ingrid przed jej domem i pojechaliśmy do siebie.

-   I   tak   minął   tydzień,   od   kiedy   tu   przybyłem   -   powiedział   Paweł   w   zadumie, 

zamykając samochód.

- Tydzień - mruknąłem. - Przybyłeś i wywracasz moje życie do góry nogami.

- Nie. Po prostu sprawiam, że zaczynasz żyć.

Popatrzyłem mu w oczy.

-   Nie   lubię   cię,   ale   chyba   jesteś   moim   prawdziwym   kumplem   -   powiedziałem 

poważnie.

- Dziękuję za zaufanie. Postaram się go nie zawieść.

Czy życie ma polegać na ciągłym igraniu z potężnymi i niszczycielskimi siłami? Nie 

zadałem mu tego pytania. Obawiałem się odpowiedzi.

Weszliśmy   do   domu.   Rozejrzałem   się   po   wnętrzu.   Ładne   jasne   boazerie.   Nowo 

położone, pełne sęków deski podłogi. Może wystrój nie był przejawem szczególnie dobrego 

gustu, ale lubiłem ten dom. Wiedziałem, że nie chcę go na razie opuszczać. Było zimno. 

Napaliłem w piecu w kuchni i w kominku w bibliotece.

- Jutro zabierzemy się za wymianę reszty dachu - odezwał się Paweł. - Całe ciepło 

ucieka teraz górą. A to niedobrze. I trzeba będzie osuszyć piwnicę pod kuchnią, bo pójdzie 

wilgoć.

- Zabezpieczyłem folią - odpowiedziałem.

- Lepiej mieć piwnicę do trzymania wrogów niż basen w domu.

- Pływałem tam z dziewczętami - westchnąłem. - Było fajnie...

Na   kolację,   czy   też   raczej   obiadokolację,   zrobiliśmy   sobie   cztery   puszki   leczo. 

Jedliśmy z głębokiego talerza, przegryzając nieco już sczerstwiałym chlebem.

- Opowiedz mi o Equoidae Edoni - poprosiłem.

Wpatrzył się w zadumie w sufit.

- Widzisz, Tomku, to nie takie łatwe… Wasza rasa słabo poddaje się badaniom. W 

Oświęcimiu  odzyskano  po wojnie  część  archiwum  doktora Mengele.  W  Sachsenhausen  - 

archiwum Sigridsena.

- Słyszałem, byli hitlerowskimi zbrodniarzami wojennymi.

- Właśnie. Ahnenerbe… Słyszałeś kiedyś tę nazwę?

- Nigdy.

-   To   był   instytut   Himmlera.   Analizowali   wszelkie   dziwne   sprawy.   W   Poznaniu 

pozostał   po   nich   nieprawdopodobny   zbiór   kilkuset   tysięcy   dokumentów   dotyczących 

background image

wszystkiego, co paranormalne. Od wilkołactwa po procesy o czary. Szukali także śladów istot 

z innych planet. Wysyłali ekipy badawcze do Indii i Tybetu. Na wszystkich terenach zajętych 

przez   Trzecią   Rzeszę   poszukiwali   ludzi   o   wrzecionowatych,   kocich   źrenicach.   Należy 

przypuścić,  że  kilkoro  znaleźli.   W większości  przypadków  kształt  oka spowodowany był 

kataraktą, ale w paru...

Equoidae Edoni. Edon to planeta, z której pochodzimy?

- Nie wiadomo. Sigridsen użył tej nazwy jako pierwszy. Może któryś z was wiedział 

coś więcej? Derek nie wie nic na temat swoich korzeni. Nic ponad to, czego dowiedział się od 

przodków lub wydedukował. A może wie, ale nie chce, żeby inni się zorientowali? To dziwny 

i tajemniczy człowiek. Współpracujemy od dawna, jednak nie zdołałam go rozgryźć.

- Kiedy przylecieliśmy?

- Możliwe, że w początkach dziewiętnastego wieku. Hrabia Tomatow pojął za żonę 

dziewczynę   o   kocich   źrenicach.   Nie   umiała   albo   nie   chciała   powiedzieć   nic   o   swoim 

pochodzeniu. Zmarła w połogu. Twojego przodka Hanusza, twojego prapradziadka, pradziad 

Dereka poznał na Syberii.  Pochodziliście z Wojsławic. Jest jeszcze kilkoro na świecie, o 

których wie Derek.

- A może jesteśmy skazańcami za karę zsyłanymi na Ziemię? - mruknąłem. - Czyszczą 

nam pamięć?

- Pamięć… To cecha gatunkowa. Są jakieś problemy białkami pamięciowymi. Wasze 

mózgi   produkują   ich   zbyt   dużo.   Czasami   dochodzi   do   nagłego   wymazania.   Najczęściej 

wtedy, gdy organizm nieoczekiwanie podejmuje walkę z własnymi komórkami nerwowymi. 

Wasze DNA jest dziwne. Być może system immunologiczny dochodzi do wniosku, że są to 

komórki obcych ciał.

- Hm. To chyba nie najlepiej rokuje...

- Niewykluczone.

- A inne cechy gatunkowe?

- Łatwiejszy przyrost masy mięśniowej. Szybkie gojenie się ran i stłuczeń. Szybkie 

zrastanie   kości.   Regenerujące   się   połączenia   nerwowe.   Podwójna   powieka,   jak   u   konia. 

Świetny   węch,   niezły   słuch,   u   wielu   z   was   słuch   absolutny:   zdolność   rozpoznawania 

wysokości bezwzględnej dźwięków. Do tego coś w rodzaju telepatii, prawdopodobnie zmysł 

radiowy, zdolność do łapania szczątkowej emisji sygnałów wysyłanych przez ludzkie, a może 

i zwierzęce mózgi. Na krótki dystans.

- A lewitacja? - spytałem z nadzieją.

- Telekinezy ani lewitacji nie zaobserwowano. Choć twój dziadek twierdził, że coś 

background image

tam mu się udawało.

Siedziałem zamyślony.

- To wszystko?

- Jest jeszcze coś. Nie powinniście krzyżować się między sobą.

- Wiem. Za to możemy z końmi - westchnąłem. - Dziwne te obce geny...

- One nie są obce - powiedział Paweł. - To zwykłe DNA. Nie ma w was ani jednego 

białka, ani jednego aminokwasu, który nie występowałby na Ziemi. Także cząsteczka kwasu i 

sposób kodowania informacji są zupełnie identyczne. Cała biosynteza białka… Wszystko.

- Cholera, a może jednak zmutowaliśmy tu, na Ziemi? - zadumałem się.

- Niemożliwe są mutacje powodujące przeskoczenie cech końskich do ludzkich i na 

odwrót. To dwie odległe, stosunkowo odległe ścieżki ewolucji. A ewolucja nie powtarza się 

w ten sposób.

- Może tak się zaczęło? Zmutanciały zoofil dobrał się nocą do swojej szkapy. Szkapa 

też mogła być zmutowana. No i w końcu się udało. Zamiast źrebaka powstało dziecko.

- Może - mruknął. - Powiedz o tym Henry emu. To on jest fachowcem od genetyki. Ta 

teoria jest niezła, ale nie wyjaśnia telepatii...

Zamilkliśmy.

-   Po   co   tak   naprawdę   jestem   potrzebny   tym   wszystkim   kopniętym   rosyjskim 

monarchistom?   -   zapytałem.   -   Bo   gdyby   chcieli   sobie   po   prostu   pooglądać   egzotyczne, 

kosmiczne zwierzątko, to mają Dereka i jego syna.

- Twój przodek, Ałmaz, przejął część depozytu złota admirała Kołczaka. Wywiózł 

kruszec i zdeponował w jednym z amerykańskich banków. A potem go wcięło. Gigantyczna 

fortuna czeka na tego, kto przyjdzie i poda hasło. Wszyscy sądzą, że ojciec mógł ci o tym 

powiedzieć. Lica, że sobie przypomnisz. Wtedy zaproponują ci spółkę.

- Tatiana… - Spojrzałem na niego wstrząśnięty. - Czy to znaczy, że...

- Tak. To najprawdopodobniej miał być element przetargowy. Ale chyba ci się nie 

spodobała. Może doszli do wniosku, że Tamara będzie bardziej pasować.

- Im chodziło tylko i wyłącznie o pieniądze? Nadskakują mi, bo wydaje im się, że 

mogę być kluczem do tej fortuny?

Wstałem i wyszedłem z biblioteki. Nachyliłem się nad urwiskiem i zwymiotowałem w 

zimne, spienione fale. Torsje szarpały moim żołądkiem, aż wreszcie trochę się uspokoiłem. 

Paweł usiadł koło mnie na mokrym kamieniu.

-   W   filmie   dla   dorosłych   zaproponowałbym   ci   teraz   papierosa   albo   kielicha   - 

powiedział.

background image

- To wszystko jest ukartowane?

-   Z   tego,   co   wiem,   książę   postanowił   przedstawić   ci   bratanicę   i   poczekać,   czy 

zapałacie do siebie uczuciem. Niewiele  wiem. Bardziej się domyślam…  Mogę się mylić. 

Chodźmy na kolację. Łyknij wody, to żołądek się uspokoi.

- Nazwisko… Maciek już mi mówił, że chcą się dowiedzieć...

- Tak. Wiemy, w którym banku zdeponowano pieniądze. Konto jest na hasło. Hasłem 

jest jakieś nazwisko. Wypróbowali już ze dwie setki. Bezskutecznie.

- I ja niby jakimś cudem miałbym je znać?

- Tak przypuszczają.

- Nawet jeśli kiedyś  poznałem tę tajemnicę, to poszła się bujać razem z kawałem 

mojego mózgu - westchnąłem. - A nawet gdybym ją znał, dlaczego sądzą, że powiedziałbym 

akurat im?

- Organizacje, które pozakładali, prowadzą rozmaite działania. Potrzebują sponsora. A 

ty   byłbyś   wtedy   bardzo   bogatym   sponsorem.   Gdybyś   już   miał   te   pieniądze,   znaleźliby 

dziesiątki sposobów, aby je od ciebie wyciągnąć. Jesteśmy niewolnikami.

- Niewolnikami...

- To wielopiętrowa kombinacja. Ktoś jest wyżej, ktoś Jest niżej. Wszyscy służą temu, 

kto ma pieniądze… Wyrwiemy się. Za parę lat, gdy staniemy się na tyle silni, by móc °puścić 

układ, usamodzielnimy się.

- Założymy polską komórkę związku Gladie?

- Zadania Gladie są trochę inne, ale możemy z współpracować. Trzeba coś wreszcie 

zrobić dla naszej ojczyzny.

- Pieniądze… Tobie też by się przydały.

- Nie. No, może trochę. Nie liczę na to, że sobie przypomnisz. Nie sądzę, że w ogóle 

mogłeś znać to hasło. Mam w Polsce trochę broni. Jest tam też kilku godnych zaufania ludzi. 

Jeśli zechcesz mi pomóc, będę zaszczycony. Jeśli nie zechcesz ganiać z pistoletem, też to 

zrozumiem…   Za   wcześnie   o   tym   mówić,   za   wcześnie   podejmować   decyzje.   Sytuacja 

geopolityczna zmienia się jak w kalejdoskopie. Za parę lat może się okazać, że jesteśmy już 

niepotrzebni. A może będę miał już tego tak dość, że się wycofam. O ile mi pozwolą.

-   Właściwie   moglibyśmy   uciec   już   teraz   -   mruknąłem.   -   Pewnie   już   parę   osób 

przerzuciłeś na Zachód?

-   Pomagałem   przerzucać.   Uprzedzę   twoje   pytanie.   Dla   nich   byłem   tylko   jedną   z 

twarzy na drodze ucieczki. Człowiekiem, który wypełniał swój obowiązek. Ich krewni, którzy 

rzecz opłacili, nie mogą być mi wdzięczni, bo po prostu o mnie nie wiedzą...

background image

- Tak czy inaczej, może gdzieś w Kanadzie znajdzie się robota na farmach albo w 

tartaku. Mikołaj marzył o takiej możliwości dla Ziny.

- To jest Zachód - powiedział. - Tu liczy się wykształcenie. Nie wiem, jak ty, ale ja 

wolę pracować głową, a zajęcia wymagające wysiłku traktować jako rozrywkę. Zina… Cóż, 

może coś podobnego jej znajdą. Gdy Mikołaj już… - Wskazał kciukiem podłogę.

Zamyśliłem się. Może za kilka lat mógłbym się nią zaopiekować? Milczałem chwilę.

- A jeśli ja zdecyduję się zniknąć?

Spojrzał mi prosto w oczy.

- Jestem twoim przyjacielem. Nie dlatego, że tak powiedział Derek, tylko z własnej 

woli.   Jeśli   nie   chcesz   być   niewolnikiem,   pomogę   ci.   Ale   to   nie   jest   dobry   moment   na 

ucieczkę...

- A ty? - zapytałem. - Chcesz zostać i służyć im?

- Czerwoni wymordowali połowę mojej rodziny - powiedział cicho. - Chcę wyrównać 

porachunki. Chcę być tym,  który będzie ich ścigał. Do ostatniego żywego. Współpraca z 

Derekiem umożliwia mi zadawanie im bolesnych ciosów...

Wyjął z kieszeni pistolet i przeładował go.

- To jedynie narzędzie - powiedział. - Ale daje możliwość walki na pierwszej linii 

frontu. Sam wybrałem, sam zdecydowałem, że będę ich zabijał. I jeśli trzeba będzie zginąć, to 

chcę umierać z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

Nie umiałem nic na to odpowiedzieć.

Poszedłem wcześnie spać. W pokoju było zimno, a para z oddechu widoczna była w 

świetle lampki. Czyli temperatura spadła poniżej dziesięciu stopni Celsjusza. Zawinąłem się 

w gruby śpiwór i nakryłem kocem. Szybko się zagrzałem. Przewracałem się z boku na bok, 

rozmyślałem. Wreszcie niepostrzeżenie nadszedł sen.

8 września, sobota

Ósma rano. Salka na poddaszu szkoły. Światło słońca odbija się od blatu ławki. Nie 

ma gdzie schować ściągi. Słownik norwesko - polski, czterdzieści dziewięć tysięcy słów. I 

test liczący sobie czterdzieści stron maszynowego wydruku. Dwa stoliki stoją w odległości 

prawie dwu metrów od siebie. Ale nawet gdyby stały bliżej, Paweł nie może mi pomóc. 

Realizuje   inny  program,   przygotowuje   się  już   do   matury.   Mamy   zupełnie   różne   zestawy 

pytań. Hilding Ulv siedzi na biurku. Góruje nad nami, patrzy pod takim kątem, że wszelkie 

matactwa natychmiast zostaną wykryte W jednym uchu ma słuchawkę od walkmana. Nie 

wiem czego słucha, może muzyki, a może książki nagranej na kasetę.

background image

Długopis, papier, własna głowa na karku. Blask od okna przesuwa się powoli. Sunie 

cień. Można by zaznaczyć punkciki na blacie ławek i mieć zegar słoneczny. Ulv nie krzyczy. 

Ulv nie rzuca wyzwiskami. Nie wyrywa do tablicy, nie szarpie za uszy, nie bije linijką po 

twarzy, nie kłuje cyrklem po rękach. Nauczyciel idealny. Nic nie mówi. Nie uczy. Tylko 

wskazuje kierunek, a gdy się czegoś nie wie, mówi, gdzie można doczytać.

Wyciąga z kieszeni zegarek na zerwanej metalowej bransolecie.

- Czas minął.

Ulv ma szablon do sprawdzania odpowiedzi, kartki papieru z wyciętymi dziurkami. W 

ciągu pięciu minut jest w stanie sprawdzić, czy prawidłowo odpowiedziałem na czterysta 

pytań. Przykłada szablon i ciągle milczy. Wygląda, jakby słuchał z uwagą tego, co szepcze 

mu do ucha mikrofon słuchawki. To chyba jednak książka. Muzyce nie poświęciłby aż tak 

wiele uwagi.

Spokojnie zanotował punktację na kartce i podał Pawłowi. Po chwili ja też dostałem.

- Nie jest źle - powiedział zdawkowo.

Pożegnaliśmy się i wyszliśmy.

- No i w porządku - mruknął mój przyjaciel. - Zjemy coś na mieście?

- Jeśli ty stawiasz.

Pojechaliśmy   do   „Chińskiego   Ogrodu”.   Sympatyczna   mała   restauracyjka,   meble   z 

bambusa, w karcie dań różne paskudztwa pływające w morzu.

-   I   cóż   by   tu   zjeść   -   zafrasowałem   się,   patrząc   w   menu.   -   Może   jakieś   morskie 

okropności? Nigdy jeszcze nie próbowałem...

W końcu obaj zamówiliśmy kalmary z warzywami. Po chwili stały przed nami miski z 

potrawą. Poczułem gwałtowny atak głodu. Jedliśmy w milczeniu. Paweł zastanawiał się nad 

czymś.

- O czym myślisz? - zapytałem go.

-   Tak   ogólnie.   -   Wykonał   dłonią   nieokreślony   gest.   -   Za   dużo   przebywałem   z 

Rosjanami i zaraziłem się ich narodową chorobą.

- Alkoholizmem?

-   Melancholią…  U   mienja   melancholija  -   powtórzył   i   naraz   spojrzał   na   mnie   z 

błyskiem w oku. - Chcesz pojeździć konno?

Zastanowiłem się. A potem kiwnąłem głową.

- Weźmiemy Ingrid… I Karen.

- Sądzisz, że utrzyma się w siodle?

- Nie wiem. Może ją odwiedzimy? Zobaczymy co i jak. Wprawdzie nie darzy nas 

background image

chyba specjalnie ciepłymi uczuciami po tym, jak zabrałem jej kluczyki...

- O ile nas podejrzewa.

Poszliśmy.   Wiatr   od   fiordu   był   bardzo   zimny.   Podmuchy   szarpały   listkami   na 

drzewach. Góry wokół miasta z dnia na dzień wyglądały coraz groźniej i mniej przystępnie. 

Nagie krzewy nie zasłonią skały… Jesień.

Paweł szedł przez chwilę zamyślony. Nagle jakby się ocknął.

- Przypomniałeś sobie coś nowego?

-   Na   przykład   gdzie   mój   pradziadek   ukrył   złoto   Kołczaka?   To   znaczy   wiadomo 

gdzie… Więc może jak się do niego dobrać?

Uśmiechnął się.

- Czy pamiętasz, jak przyjechałeś kiedyś do Wojsławic jesienią? Tylko na weekend...

- Nie pamiętam. Słuchaj, jak to możliwe? Przecież mieszkałem na Ukrainie. Tam nie 

dawali ludziom paszportów.

-   Czasem   dawali.   Wojsławice   to   był   pas   przygraniczny,   a   ty   miałeś   w   Polsce 

dziadka… Spotkaliśmy się przed kościołem. Był też Maciek i jego pomylony dziadek Jakub.

Myślałem dłuższy czas. I nie przypomniałem sobie nic.

- Łesia powiedziała wtedy, że zabawnie wyglądam w kowbojskim kapeluszu. Szkoda, 

że gdy gadałem z nią w zeszłym roku...

Celowałem w twarz. Odbił moją pięść w ostatniej chwili. Wyprowadziłem kolejny 

cios, tym razem stopą. Runął na plecy, a ja rzuciłem się na niego. Zacisnąłem mu palce na 

gardle.

- Ty ścierwo - dyszałem, dusząc go. - Ty bydlaku...

Uderzył mnie dłońmi w obie skronie jednocześnie. Cios nie był specjalnie silny, ale i 

tak   zobaczyłem   wszystkie   gwiazdy.   Sekundę   potem   poczułem,   że   mój   policzek   dotyka 

szorstkiej   powierzchni   chodnika.   Paweł   już   wstał.   Usta   miał   jeszcze   sine   i   z   wysiłkiem 

masował sobie gardło. Po tym podwójnym ciosie chciało mi się wymiotować. Wstałem z 

trudem i zogniskowałem wzrok. Mój wróg był spokojny, skoncentrowany. Prawie o głowę 

wyższy, dziesięć kilogramów cięższy i bynajmniej nie porośnięty sadłem.

- Świnia - warknąłem, a później odwróciłem się na pięcie i odszedłem.

Zastanawiałem się, czy podąży za mną. Szedłem, nasłuchując. Kroki. Doganiał mnie. 

Odwróciłem   się   nagłym   ruchem,   ziejąc   żądzą   mordu.   Stał   zupełnie   spokojnie.   Lecz 

wiedziałem, że w razie czego jest gotów się bronić.

- Wybacz - powiedział cicho. - Masz prawo wiedzieć… Tylko nie pozwolono mi o 

tym mówić. Oni twierdzili, że tak będzie lepiej. Że odetka ci się pamięć… To był pomysł 

background image

Dereka, sądził, że sobie przypomnisz. Że obecność moja i Maćka wystarczy, aby przebłyski 

zaczęły zlewać się w całość...

- Od dawna nie miałem żadnego przebłysku - powiedziałem ze smutkiem.

- Chodźmy do domu. Mam w dupie wszystkie instrukcje. Powiem ci to, co wiem… 

Choć od razu zaznaczę, że nie jest tego dużo.

Przytaknąłem. W uszach mi zaszumiało. Ale zaraz przeszło.

- Opowiadaj. - Gestem wskazałem mu uliczkę biegnącą w stronę lasu.

Ruszyliśmy ramię w ramię i wtedy zaczął mówić.

- Dobra. Widziałem się z nią rok temu w USA. Żyje. Ona i twój ojciec. Nie wiem 

gdzie. Możesz w to wierzyć  albo nie. Wpadliśmy na siebie przypadkiem w Metropolitan 

Museum of Art. Chyba mieszkają gdzieś w Nowym Jorku.

- Derek wie?

- Chyba tak.

- To mu przekaż, że chcę dostać adres. I ma go w zębach przynieść!

- Przekażę.

- Co wiesz o mojej rodzinie? Nie do końca mogę to wszystko złożyć do kupy.

- Józef Paczenko, twój dziadek, miał dwóch synów: Igora i Mikołaja. Ihora i Nikitę, 

tak zapisano w greckokatolickich metrykach. Gdy skończyła się wojna, mieli po kilka lat. 

Wywieziono ich razem z ciotką, która się nimi opiekowała. Na Ukrainie założyli rodziny. Nie 

mogli wrócić. Ale od czasu do czasu udawało im się przyjechać na parę dni.

- Ihor nie żyje?

- Skąd wiesz?

- Śnił mi się kiedyś. Wujek Ihor...

-   To   prawda.   Zginął,   gdy   próbował   cię   przeprowadzić   przez   granicę.   Jego   żona 

podobno popełniła wcześniej samobójstwo. Mieli dwóch synów: Piotrka i Sebastiana. Nie 

wiemy, co się z nimi stało.

- W jakim byli… są wieku?

- Piotrek jest od ciebie dwa lata starszy. Sebastian o rok. Przypuszczam, że Ihor znał 

przejścia przez góry do Polski. A tu prawdopodobnie miał kogoś, kto przerzuciłby was dalej 

na zachód.

- Synowie…? Moi kuzyni...

- Albo przeprowadził ich wcześniej, albo zamierzał to zrobić później. Nie zdołaliśmy 

ich odnaleźć. Przepadli jak kamień w wodę.

- Czy mogli być z nami wtedy na granicy i na przykład rozbito im głowy kolbami?

background image

-   Nie.   Gdyby   się   tak   stało,   musieliby   zginąć   jeszcze   po   tamtej   stronie.   Po   tej 

znaleziono zastrzelonego Ihora, wisiał na zasiekach, i ciebie w stanie agonalnym. Przewieźli 

cię do szpitala w Sanoku i tu się urwał trop Dereka.

- Dziadek Józef?

Paweł popatrzył w przestrzeń.

- Zamordowano go - powiedział cicho. - Ktoś odciął mu głowę szablą lub kataną. W 

chałupie były ślady morderczej walki.

Milczałem, patrząc w przestrzeń.

- Mój ojciec i...

- Miał dwoje  dzieci. Ciebie i twoją siostrę bliźniaczkę  Łesię. Mówiąc  po ludzku: 

Aleksandrę, Olę.

- Jeśli zechcę mówić po ludzku - skrzywiłem się i spojrzałem spode łba - w jakim 

języku powinienem to robić?

- Na pograniczu genealogie są tak splątane, że każdy może swobodnie wybrać, czy 

chce być Polakiem, czy Ukraińcem. I na pewno się nie pomyli. Albo zawsze się pomyli.

- Mój dziadek, zdaje się, wybrał… Sądząc po imionach ojca i stryja.

- Twój pradziadek też. - Wzruszył ramionami. - Twój dziadek miał na imię Józef. Ty 

masz na imię Tomasz. To chyba coś znaczy.

- Masz rację, przepraszam.

- Według waszych sąsiadów zniknęliście jednocześnie, co może świadczyć, że Nikita 

poszedł przez góry inną trasą albo w ogóle inną drogą. Derek szukał i twierdził, że nie natrafił 

na żaden trop. Ale twój ojciec kazał go pozdrowić, co wskazuje, że spotykają się od czasu do 

czasu.

- Derek często kłamie, a w każdym razie nie mówi całej prawdy. A ich groby?

- Zwłoki Józefa Paczenki zabrała milicja. Przyjaciele chcieli go pochować, ale nie 

wydano im ciała.

Zamknąłem oczy.

- Semen! - wykrzyknąłem imię.

- Tak. Stary kozak Semen. I hrabia Czernobajew z Chełma. Mój ojciec i dziadek 

Maćka, Jakub Wędrowycz.

- A Ihor?

- Też nie wiadomo. Jeśli chcesz zapalić im świeczkę, możesz to zrobić gdziekolwiek...

Milczałem…   Wróciliśmy   do   domu.   Paweł   poszedł   do   swojego   pokoju   i   wrócił   z 

niedużym albumikiem. Siedliśmy przy stole w bibliotece.

background image

-   Twój   dziadek.   Wujek   Ihor,   jego   synowie,   twoja   siostra,   mama   i   tata.   To   ty   w 

Wojsławicach, miałeś chyba dziewięć lat.

Fotografie migały mi przed oczyma. I ciągle nic. Pokazywał mi wszystko. Blok w 

Doniecku, gdzie mieszkaliśmy, wakacje na Krymie. Kolejne fotki z Wojsławic.

-  Nic.  - Pokręciłem  z  rozpaczą  głową. -  Wyrwało   mi  kawał  mózgu.  Ale  te  kilka 

okruchów, które odszukałem j obracam sobie w umyśle, pasuje do reszty. Więc mogę chyba 

założyć, że mówisz prawdę. I że faktycznie jestem Tomaszem Paczenką.

- Masz co do tego wątpliwości?

-   W   zasadzie   powinienem   mieć,   prawda?   KGB   ma   przecież   swoje   metody.   Z 

pewnością dużo potrafią. Wytrzeć człowiekowi pamięć można farmaceutykami. Potem pod 

hipnozą załadować kilka fałszywych wspomnień… Ot, choćby pokazując zdjęcia podobne do 

tych,   tak   abym   miał   przed   oczyma   obraz.   Póki   nie   przypomnę   sobie   wszystkiego,   nie 

uzyskam pewności.

- Pod koniec miesi ca pojedziesz do Tromsø - powiedzia  powa nie. - Tam zrobi  ci

ą

ł

ż

ą  

tomografi   mózgu   i   b dzie   mo na   oceni   prawdziwy   stopie   uszk

ę

ę

ż

ć

ń

odzeń.   A   później   się 

pomyśli dalej.

Kiwnąłem   głową.   Czułem   się   zmęczony.   Dwoje   zabitych   i   czworo   zaginionych. 

Byłem zupełnie rozbity psychicznie.

- Chodź - rzucił cicho Paweł, dotykając mojego ramienia. - Trzeba zabrać się za dach.

Posłusznie   pozwoliłem  się  prowadzić.  Płyty  sklejki,  styropian,   pianka   montażowa. 

Powoli w wirze gorączkowej,  pospiesznej pracy mój umysł  zaczął się uspokajać.  Robota 

wymagała   uwagi   i   zarazem   ogłupiała.   Pozwalała   wyrwać   się   z   pułapki   obsesyjnego 

roztrząsania zasłyszanych wiadomości. Zapadł wieczór. Paweł wyciągnął z domu dwie lampy 

na przedłużaczach i pracowaliśmy dalej.

- Jutro niedziela - powiedział. - Może zaprosimy Ingrid na obiad?

- Sądzisz, że będzie chciała przyjść?

- Tego nie wiem. W ogóle powinieneś się bardziej postarać. Może zabrać ją do kina?

- Od tego trzeba zacząć. - Uśmiechnąłem się do swoich myśli. - Tylko czy jest tu 

kino?

- W osiem godzin można dojechać pociągiem do Trondheim. Tam jest teatr.

Nie odpowiedziałem. Przypomniała mi się niedawna dziwna rozmowa z Karen.

Wierciłem cienkie otwory, wtykałem w nie śrubki. Dokręcałem elektryczną wkrętarką. 

Gdy skończyliśmy układać styropian, była druga w nocy.

- Idź spać - rozkazał. - Ja poprzykręcam płyty.

background image

Czułem   takie   zmęczenie,   że   nie   zdobyłem   się   na   protest.   Poszedłem   do   mojego 

pokoju.   Było   mi   ciepło,   a   nawet   w   pewien   sposób   duszno.   Przywykłem   do   chłodnych 

powiewów ciągnących przez szpary między deskami. Teraz cienka kołdra i koc wydały mi się 

nagle grube jak puchowe pierzyny. Sen przyszedł szybko.

9 września, niedziela

Obudziłem się i dłuższą chwilę leżałem, patrząc w zadumie w sufit. Nic mi się nie 

chciało. Czułem się wyprany z wszelkich emocji. Powoli wracała pamięć wczorajszego dnia. 

Dwoje   zabitych,   czworo   zaginionych.   Jeden   odnaleziony.   Ja…   Wstałem   i   wyszedłem   na 

korytarz. Drzwi pokoju Pawła były uchylone. Leżał na łóżku, obok drzemały dwa psy. Musiał 

wyczuć, że na niego patrzę, bo zauważyłem minimalne drgnięcie powiek. Obudził się, ale 

udawał, że nadal drzemie.

Zszedłem   na   parter.   Przeszedłem   korytarzem   i   otworzyłem   drzwi   wejściowe.   Od 

morza wiał wiatr. Był chłodny i przyjemnie pachniał. Zauważyłem, że mój węch wraca do 

normy. Ruszyłem po wąskiej półce skalnej i popatrzyłem na dach. Paweł musiał pracować 

jeszcze przez wiele godzin po tym, jak poszedłem spać.

Drzewa lekko kołysały się pod naporem wiatru. Wszedłem pomiędzy pnie. Gałązki 

choinek drapały mnie po twarzy. Było wilgotno i nie miałem jakoś ochoty położyć się na 

mchu. Odnalazłem kamień nakrywający właz do Maćkowego bunkra. Otworzyłem go i po 

drabince zszedłem. Pstryknąłem przełącznikiem, wnętrze zalało światło. W pierwszej chwili 

wydawało   mi   się,   że   czuję   obecność   Maćka,   lecz   wrażenie   to   niemal   natychmiast   się 

rozwiało.

Wciąż wracała do mnie wczorajsza rozmowa. Dwoje zabitych, czworo zaginionych. 

Wylazłem z wilgotnej nory. W skrzynce na listy coś bielało. Wyciągnąłem pocztówkę.

Zapraszam   serdecznie   na   podwieczorek.   Najlepiej   około   16.00. 

Jeśli mogę cię prosić, przyjdź sam. Mamy parę rzeczy do obgadania

Karen

Widocznie   przejeżdżała   albo   przechodziła   tędy   wczesnym   rankiem.   Czego   mogła 

chcieć? Sprawdzi się.

Paweł   wstał   jakieś   dziesięć   minut   później.   Przegryźliśmy   pospiesznie   co   nieco   i 

zabraliśmy się do roboty. Poranek upłynął nam na obijaniu domu deszczułkami. Robota była 

monotonna i upierdliwa. Mój przyjaciel milczał.

background image

-   Dzwoniłeś   do   Dereka?   -   zapytałem   wreszcie.   -   Ach   tak,   adres…   Nadałem 

wiadomość przez radio w walizce. Nie było go w domu.

- Coś się stało?

- Drobne niepowodzenia w morzu sukcesów - próbował robić dobrą minę do złej gry. - 

Zresztą co będę owijał w bawełnę. Dzieje się. Jest jakaś paskudna wsypa, a Ruscy zabili 

wczoraj kilku naszych. Nikogo, kogo byś znał - dodał, widząc przestrach na mojej twarzy. - 

Hrabia jeździ po Szwecji jak kot z pęcherzem i próbuje opanować sytuację.

- Czy to nam jakoś zagrozi?

- Raczej nie. Nasza chata z kraja.

Na   obiad   Paweł   zrobił   spaghetti.   Nareszcie   normalne   jedzenie.   Obrzydła   mi   już 

puszkowina i leczo. Po posiłku nawet nie kazał mi zmywać, tylko znowu zabraliśmy się za 

elewację. Czas mijał bardzo powoli.

-   Mógłbym   się   urwać?   -   zapytałem,   widząc,   że   do   umówionej   godziny   spotkania 

zostało mi nie więcej jak trzydzieści minut.

- Na randkę? - Uśmiechnął się. - Tak jakby...

- Jasne, goń. I tak cholernie mi dzisiaj pomogłeś. Masz smykałkę do pracy z drewnem.

* * *

Tomek wziął zimny prysznic, przebrał się i wsiadłszy na rower, pojechał do miasta.

Dotarł na czas. Karen otworzyła mu natychmiast, jakby czekała pod drzwiami.

- O, Tomasz - powiedziała prawie poprawnie. - Cieszę się, że cię widzę.

Uśmiechnął się skromnie. Dziewczyna chodziła po mieszkaniu o kulach. Jedna noga, 

jak zauważył, niezbyt chciała jej słuchać.

- Zjesz coś? - zapytała.

Pokręcił głową.

- Jestem już po obiedzie. Ale napiłbym się herbaty.

- Obawiam się, że mam tylko yerba mate...

Po   kilku   minutach   siedzieli,   grzejąc   dłonie   o   kubki   wypełnione   gorzkawym 

zielonkawym naparem.

- Jak się czujesz? - zapytał.

- Kiepsko, ale to już nie potrwa długo - powiedziała ze smutnym uśmiechem. - Każdy 

ma swoją drogę, a moja być może niebawem się skończy...

Wpatrzyła   się   w   niego   z   dziwnym   wyrazem   twarzy.   W  jej   wzroku  była   prośba   i 

jednocześnie dziwne pożądanie.

background image

- Za dwadzieścia minut powinien wpaść mój tata - powiedziała. - Chciałby z tobą 

porozmawiać.

- Z przyjemnością. Przedstawisz mi go...

- Nie muszę, wy się już znacie.

Popatrzył zaskoczony.

- Nie znam tu zbyt wielu ludzi - bąknął. - A on podobno mieszka gdzieś daleko...

Uśmiechnęła się lekko.

- Ty też przybywasz z daleka - powiedziała.

Ktoś, kogo znałem wcześniej? - pomyślał. Co, u diabła?

Pił  mate,  zastanawiając się intensywnie. Wreszcie rozległo się pukanie do drzwi, a 

potem   wszedł   do   środka   człowiek,   którego   Tomek   rzeczywiście   znał.   Przybysz   stanął   w 

drzwiach i uśmiechnął się. W pierwszej chwili chłopaka zamurowało, ale zaraz wszystkie 

elementy układanki z trzaskiem wskoczyły na swoje miejsca. Poczuł, jak krew uderza mu do 

głowy.

- Karen Rauber… - wykrztusił.

- Owszem - potwierdził doktor. - Córka szpiega nasłanego z KGB. Rozumiem, że taka 

jest twoja pierwsza interpretacja, i nie obrażam się. Masz prawo tak sądzić.

- Pułapka! - syknął Tomasz. - Ale żywcem mnie nie weźmiecie!

Wyjął z kieszeni rewolwer. Wycelował. Na doktorze nie zrobiło to żadnego wrażenia.

-   Najpierw   trzeba   odbezpieczyć   -   podpowiedział   życzliwie.   -   Gdybym   chciał   cię 

dopaść, nie obroniłbyś się jednym pistolecikiem. - Postawił walizkę na podłogę. - Gdybym 

chciał   cię   schwytać,   straciłbyś   teraz   przytomność   po   wypiciu   zawartości   kubka,   który 

odstawiłeś na stolik. Gdybym chciał cię zabić, strzeliłbym przez okno. Gdybym się ciebie bał, 

dom byłby otoczony przez kompanię żołnierzy radzieckich wojsk MSW.

Przeszedł sprężystym krokiem do kuchni, skąd wrócił z kubkiem  mate.  Usiadł przy 

stole. Karen położyła się na sofie. Tomek patrzył na broń w swojej dłoni. Co mówił Paweł? 

Że celując w człowieka, odczuwa się zawsze pewien opór wewnętrzny?  A może dopiero 

ciągnąc za spust? Nie czuł nic. Mógł doktora zabić. Dlaczego tego nie robił?

- To jakaś idiotyczna gra - mruknął.

- Tak. Tylko że to nie ja zagram z tobą - wyjaśnił gość. - Jeśli chcemy porównać 

sytuację do hazardu, to ty w ogóle nie siedzisz przy stoliku. Jesteś tylko kartą rzuconą na 

sukno, na której skupiły się spojrzenia kilku wytrawnych szulerów. Schowaj broń, nie będzie 

ci potrzebna...

Tomasz popatrzył na doktora spode łba. Tamten miał miły uśmiech. Chłopak nie bał 

background image

się mężczyzny. On też nie bał się Paczenki.

- Szulerów - powtórzył za Rauberem. - A wy chcecie ich wszystkich wystawić do 

wiatru.

- Nie siedzę wśród nich. To nie jest moja rozgrywka. Ale to nie znaczy, że nie jestem 

w pewnym stopniu zainteresowany kartą leżącą na stole. Powiem ci parę rzeczy na stępie. 

Owszem, jestem współpracownikiem KGB. Czasem wynajmują sobie po cichu zagranicznych 

ekspertów,   jeśli   nie   posiadają   własnych   odpowiedniej   klasy.   Zajmuję   się   pracą   w   pionie 

kradzieży   dzieł   sztuki.   Jestem   detektywem   i   rzeczoznawcą,   kimś   takim   jak   ten   -   strzelił 

palcami, usiłując sobie przypomnieć - Pan Samochodzik? Tak to chyba brzmi po polsku. 

Derek nie wspominał?

- Mówił o obrazie, który niósł… A pan zakazał strzelać.

- Owszem. Nie sądzę, żeby powiedział ci specjalnie dużo. A jeszcze mniej było w tym 

prawdy.   Ten   człowiek   rozgrywa   swoją   własną   partię…   To   oszust,   złodziej,   przemytnik, 

zakochany we władzy manipulator. Między nami mówiąc, bydlę nie z tej ziemi. Pozwól, że 

udzielę ci drobnej rady. Uważaj na niego. Derek przeważnie gra po swojej własnej stronie. 

Jeśli interesy są zbieżne, możesz traktować go jako sojusznika. Chwilowego sojusznika. Mnie 

też kilka razy pomógł. Jeśli się nad tym zastanowisz, zdasz sobie sprawę, że wszystkie jego 

posunięcia mają przynieść korzyść przede wszystkim jemu samemu...

- Nawet jeśli, nie zdradzę go.

- Nie będę cię o to prosił. Masz wobec niego dług wdzięczności, nieważne z czego 

wynikający. Nasza rozmowa nie dotyczy twoich spraw. Nie jestem zainteresowany, co tu 

porabiasz i co zamierzasz w życiu robić.

Patrzyli sobie w oczy. Długo patrzyli i doktor pierwszy zrezygnował.

- Widzisz, Tomaszu… - zaczął. - Czy może wolisz imię Paweł? Paweł Koćko?

Chłopak zdrętwiał. - Wiecie?

-   Masz   na   myśli   KGB?   Tak.   Odnotowano   twoje   przybycie.   Mamy   programy 

komputerowe, mamy dojścia do baz danych polskiej milicji. Dowiedzieliśmy się, że w dniu 

kiedy pojawiłeś się na granicy z paszportem syna konsula Oseberga, zgłoszono zaginięcie 

niejakiego Koćki… I dwu oficerów sowieckiego wywiadu.

- Zabije mnie pan?

Doktor uśmiechnął się dziwnie.

- Mnie pytasz? Nie wiem. Jestem historykiem sztuki, a nie fachowcem od mokrej 

roboty. Tym zajmuje się zupełnie inny departament.

- Kłamie pan.

background image

- Może… Parę razy i mnie zdarzyło się wykonywać mokrą robotę. Taka praca, taka 

organizacja. Tylko nie tym razem. Ja zabijałem zupełnie kogo innego i za co innego. Ale 

pomówmy o tobie. Czy w czasie pobytu tutaj nie poczułeś czasem narastającego niepokoju?

- Zbyt wiele osób wiedziało, gdzie mieszkam. I ten krąg się rozszerzał - powiedział 

Tomek wolno.

- Bingo. Bywałeś też w Nowoorłowie.

- I tam również poznałem zbyt wiele osób. Dwa spore przyjęcia, całkiem jakby… - 

urwał.

Domyślał się, że w towarzystwie tego człowieka lepiej nie mówić zbyt dużo.

-   Jakby   komuś   zależało,   żeby   informacja,   że   jesteś   w   Norwegii,   rozeszła   się   jak 

najszerzej - dokończył doktor z satysfakcją.

- Wystawili mnie?!

- Oczywiście.

- Po co? Komu? Wam?

- Powiedzmy, nie mnie osobiście, tylko temu drugiemu departamentowi. Gra. Ktoś 

wyciągnął nam z talii ważną kartę, a potem pokazał z daleka i zaproponował odkupienie.

Tomek popatrzył Rauberowi w oczy. Myśli szpiega były jasne i czyste, mówił prawdę. 

To zaczynało się robić trochę przerażające.

- A w jakim celu rozmawiamy? - zaciekawił się chłopak.

- Masz coś, co jest nam potrzebne. Nie mojej organizacji, nie krajowi, który stał się 

moją ojczyzną. Mam na myśli nas.

Zakreślił gest obejmujący siebie i córkę - teraz dopiero Paczenko zauważył uderzające 

wręcz podobieństwo. Że też nie domyślił się wcześniej...

- Co takiego? - zdziwił się. - To legendarne hasło do sejfów w szwajcarskich bankach?

- Hasła i sejfy. - Szpieg westchnął jakby z ubolewaniem. - Legendy o carskiej fortunie 

strzeżonej   przez   zaginionego   bez   śladu   niezłomnego   Ałmaza   Paczenkę.   Znam   te 

przedrewolucyjne  depozyty,  stosy   zapleśniałych   banknotów  dawno  wycofanych  z   obiegu. 

Albo te konta przeliczone przez sprytnych bankierów wedle wszystkich tabel denominacji. Z 

wpłaconych   milionów   zostają   po   latach   pojedyncze   franki.   Na   papierosy   mnie   stać.   Na 

zapałki też. Zresztą nie palę...

- To czego w takim razie ode mnie chcecie?

- Twoja krew - wyjaśnił łagodnie. - Krow - powtórzył po rosyjsku.

- Krew? - zdziwił się. - Czyżby to była prawda, że Breżniewa utrzymywano przy życiu 

za pomocą krwi wytaczanej z dzieci? Ponoć jeździli po Polsce radzieccy lekarze w czarnej 

background image

wołdze...

- Bzdury. Gdyby zaszła potrzeba, mieli pod dostatkiem własnych. Poza tym czasy 

Breżniewa dawno się skończyły, i całe szczęście.

- A po co wam moja krew?

- Zdajesz sobie sprawę ze swojej odmienności? Z tego, kim jesteś?

- Tak.

-   Widzisz,   książę   Gagarin   robił   niezwykle   ciekawe   eksperymenty   na   królikach. 

Niewiele o tym  wiemy, tylko  to, co udało się wydedukować z resztek, które wywalił na 

śmietnik. Ja wiem jeszcze mniej, bo analizował to kto inny.

- Macie w ambasadzie departament, który grzebie ludziom po śmietnikach?! - Tomek 

wykrzyknął z niesmakiem.

-   Oczywiście.   -   Agent   potwierdził   bez   mrugnięcia   okiem.   -   Rzecz   jasna,   nie   po 

wszystkich śmietnikach, tylko po tych, gdzie wyrzucają śmieci ciekawi ludzie. Mamy całą 

długą listę. A więc nasz przyjaciel eksperymentował z krwią hrabiego Dereka. W twoich 

żyłach płynie coś dziwnego.

- Endemiczna grupa krwi.

- To  też. Ale  masz tam jeszcze  symbionty. Obca forma  życia,  jak przypuszczam. 

Niewiele   wiem,   tyle,   co   usłyszałem   mimochodem   w   stołówce   ambasady.   Małe   zielone 

kuleczki   i   dłuższe   fioletowego   koloru.   Stabilizują   ci   procesy   życiowe.   W   niektórych 

przypadkach po zastrzyknięciu próbek krwi królikom działy się rzeczy straszne, W innych 

symbiont rozwijał się w króliczej krwi, adaptując się do nowego środowiska. Zamierzam 

wstrzyknąć trochę twojej krwi Karen.

Tomasz popatrzył na niego zdumiony.

- Ależ po co?

-   Nie   jesteśmy   w   stanie   rozwikłać   zagadek   twojej   rasy.   Ta   krew   w   niektórych 

przypadkach działa jak broń biologiczna. Atakuje wszelki materiał organiczny, przebudowuje 

jego strukturę DNA… Zresztą sądzę, że to właśnie dlatego hrabia Derek Arturowicz mógł 

spłodzić dziecko z klaczą. Zdziwiony?

- Yyyyy...

- Jednak w niektórych przypadkach, gdy symbiont się przyjmie, przystępuje on do 

naprawiania   drobnych   uszkodzeń   organizmu   i   bezlitośnie   eliminuje   pływające   we   krwi 

paskudztwa w rodzaju wirusów lub bakterii.

- A nowotwory? - zapytał chłopak.

Chyba wiedział, do czego zmierza doktor.

background image

- Nie próbowaliśmy. Lecz sądzę, że tak. Rozpozna je w każdym razie jako coś obcego. 

Wiem, jak wielkie spustoszenia poczyniła choroba w ciele Karen, i nie mam pojęcia, czy po 

zniszczeniu   chorych   tkanek   będzie   ona   jeszcze   zdolna   do   życia,   ale   postanowiliśmy 

spróbować.

Tomek popatrzył w oczy Karen. Miała wzrok zranionej sarny.

- Proszę - powiedziała. - To moja ostatnia szansa...

Milczał długo.

- Po to tu zamieszkałaś? Po to się przyjaźniliśmy? Żebym gdy przyjdzie co do czego, 

nie odmówił? A wtedy nad jeziorem… - urwał i umilkł.

Nie, to przecież nie była oferta. Nie reklamowała swoich wdzięków, nie obiecywała 

seksualnych igraszek. Popływaliśmy sobie w wodzie i tyle, pomyślał.

- Mieszkam tu od wiosny, a wcześniej przyjeżdżałam do dziadków na wakacje. Jak 

niby   to   sobie   wyobrażasz?   -   prychnęła.   -   Że   całe   lata   temu,   ba,   całe   pokolenia   temu, 

przewidzieliśmy, że kiedyś tu trafisz? Gdybym chciała cię przekupić przy użyciu własnego 

ciała, to wtedy nad jeziorem rzeczywiście była okazja. Albo potem, gdy odwiozłeś mnie do 

domu...

Ucichła, ale Tomek wiedział, co chce mu powiedzieć.

- Wiem, przepraszam. - Spuścił wzrok, robiąc minę pełną skruchy.

- Gdybym cię nie znała, poprosiłabym teraz ojca, żeby wyszedł na pół godzinki. Na 

takie rozwiązanie nie pozwala ci honor, więc wyznacz swoją cenę.

- Na szczęście poznaliśmy się wystarczająco dobrze. Przyjaciele nie żądają opłat za 

przysługę. A zwłaszcza nie takich… Jeśli potrzebujesz mojej krwi, jest do waszej dyspozycji. 

- Uniósł dumnie głowę.

Nawet nie wiedział, jak bardzo w tej chwili przypomina swojego pradziadka… Na 

twarzy dziewczyny odmalowała się ulga.

- Jakie są rokowania? - zagadnął doktora. - Jeśli się na to zdecydujemy. Czy Karen ma 

jakąś szansę?

- Sądzę, że około pięciu procent - westchnął Rauber. - Możesz odmówić. Wtedy nie 

będę miał innego wyjścia i poproszę o pomoc hrabiego Dereka. Jeśli chcesz za to pieniędzy, 

to moje konta są do twojej dyspozycji. - Wyjął z kieszeni książeczkę czekową.

Rzucił ją na blat. Dwadzieścia, może trzydzieści czeków opatrzonych jego podpisem 

in blanco.

Ile może mieć odłożone? Ile KGB płaci ludziom, którzy dla niego pracują? - zamyślił 

się Tomek. Zawahał się. Pieniądze nie dają szczęścia, one dają wolność… Myśli pchały mu 

background image

się do głowy jakby same, nieproszone. Wziąć czek na kilkadziesiąt tysięcy koron i zniknąć. 

Zaszyć się gdzieś daleko od Dereka, Pawła i wszystkich tych porąbanych spraw. Wystawili 

go? To może wytnie im paskudny numer? Co warta pułapka bez przynęty? Tylko co dalej?

Wahanie minęło. Sam przed chwilą powiedział, że przyjaciele nie potrzebują płacić. 

Odsunął książeczkę.

- Jak już mówiłem, obejdziemy się bez pieniędzy - mruknął. - Ale w zamian za pomoc 

chcę poznać prawdę.

- O czym?

- Mikołaj Melechow, Zina, moje pochodzenie, moja rodzina - wyliczył.

Szpieg zgarbił się lekko.

- Powiem ci wszystko, co wiem… Jednak nie jest tego dużo. Będziesz rozczarowany. 

To nie jest dobry interes.

- Szczerze i wszystko, co pan wie.

Zapadła cisza i nagle chłopak zrozumiał, że oboje w napięciu czekają na jego zgodę. 

Wyciągnął   przedramię.   I   skinął.   Spostrzegł   lęk   w   oczach   Karen.   Rozumiał   ją.   Doktor 

otworzył  walizkę, wyjął  z niej  metalowy stojaczek i kilkanaście probówek wypełnionych 

roztworami.

- Wiesz, czym są grupy krwi? - zapytał.

- Jeśli są różne, to lepiej ich nie mieszać - odparł Tomek.

- Właśnie. A wiesz dlaczego?

- Nie mam pojęcia. Następuje jakaś interakcja?

- Krwinki się sklejają. Jeśli dojdzie do tego w żyłach, osoba poddana takiej transfuzji 

umrze. Oczywiście są wyjątki. Człowiek posiadający grupę krwi 0 jest idealnym dawcą. Jego 

krew można przetaczać każdemu. Z kolei ktoś o grupie AB jest idealnym biorcą. Jemu można 

przetoczyć każdą. Taką grupę krwi ma Karen, ale nie wiem, jak to pójdzie w przypadku 

endemicznej… Ryzyko może być naprawdę duże.

- Sprawdzi pan?

- W tym celu przydźwigałem tutaj ten zestaw.

Spokojnie obwiązał Tomaszowi ramię gumową opaską i wkłuł się w żyłę. Naciągnął 

do strzykawki kilka centymetrów. Potem po odrobinie wkraplał do kolejnych probówek. I 

otrząsał ich zawartością i oglądał pod światło.

- Nie jest źle - ocenił. - Ba, powiedziałbym, że jest doskonale. Nie reaguje… Zupełnie 

jakbyś miał 0...

- A gdyby zareagowała?

background image

- Wtedy zastosowałbym zastrzyki domięśniowe. Ściągnę ci pięćset mililitrów.

Tomek odczuł lekki niepokój. Aż tyle?  - zdziwił się w duchu. Ile człowiek ma w 

sobie? Dorosły chyba jakieś pięć litrów. A ja?

-   Będziesz   po   tym   do   wieczora   nieco   skołowany   -   powiedział   Rauber.   -   Lecz   to 

bezpieczna   ilość.   Znam   się   na   tym,   miałem   kurs   podobny   do   tego,   który   przechodzą 

sanitariusze.

- W KGB nauczą was wszystkiego - zażartował chłopak.

- Ażebyś wiedział...

Mus to mus… Tomek wyciągnął przedramię. Doktor pokręcił głową. Kazał mu się 

położyć na kanapie. Z pudła wyciągnął sporą maszynę i wbił wenflon w żyłę. Aparat zaczął 

powolutku pracować. Chłopak położył drugą dłoń na rękojeści rewolweru. Doktor uśmiechnął 

się.

- Co za uroczy brak zaufania - powiedział po rosyjsku. - Z drugiej strony, no cóż, ani 

się   nie   dziwię,   ani   nie   potępiam.   Sytuacja,   w   jakiej   się   obaj   znaleźliśmy,   jest   dość 

specyficzna.

- Tak bywa - mruknął Paczenko.

Krew powoli wypełniała plastikową zgrzewkę. Była bardzo czerwona.

- Większość ludzi ma z tym problemy - powiedział szpieg. - Nie wytrzymują.

- Problemy? - Tomek nie zrozumiał.

- Nie mogą patrzeć na krew. Mdleją… Nie mogą znieść myśli, że to, na co patrzą, jest 

żywe… Niesie życie.

-   Czy   to   ma   oznaczać,   że   jestem   szczególnie   twardym,   nieczułym   draniem?   - 

Uśmiechnął się.

-   Derek   nie   wahał   się   strzelać   do   ludzi.   Może   to   cecha   gatunkowa.   Wy   się   nie 

denerwujecie. Nie odczuwacie zaniepokojenia, podejmujecie decyzje. Walicie bez wahania 

między oczy. Może to odmienna budowa mózgu… A może nie? Może to tylko zaburzona 

gospodarka hormonalna.

- A może kwestia wychowania w specyficznych warunkach. W ciągłej ucieczce przed 

waszymi siepaczami.

- E, nie przesadzajmy.

Wyłączył   urządzenie.   Tomek   przycisnął   nasączony   spirytusem   wacik   do   śladu   po 

ukłuciu. Usiadł powoli. Kręciło mu się w głowie, ale jednocześnie czuł lekką euforię. Doktor 

odgadł jego stan.

-   Obniżyłem   ci   ciśnienie   -   powiedział.   -   Mózg   jest   nieco   słabiej   ukrwiony,   serce 

background image

pracuje trochę szybciej.

Nadeszła Karen. Była blada i wyglądała na przestraszoną, lecz chłopak się nie dziwił. 

Sam by panikował na myśl, że mają mu ot tak wstrzyknąć krew jakiegoś ufoka.

-   W   niektórych   filmach   o   wampirach   tak   właśnie   się   to   odbywa   -   powiedziała 

dziewczyna. - Przetacza się krew i nabiera mocy… Zaczyna się drugie życie.

- Boisz się? - zapytał.

Popatrzyła spokojnie, oczy miała świetliste, a na ustach igrał uśmiech.

- Gdy ktoś przyzwyczai się do myśli o rychłej śmierci, niewiele rzeczy jest go w stanie 

tak naprawdę przerazić. Zresztą nie widziałam, co się stało z tamtymi królikami… I zostało 

mi nie więcej niż dziesięć dni… Ale masz rację. Boję się.

Odzyskał już częściowo siły. Patrzył, siedząc w fotelu, jak Rauber zręcznie wkłuł w 

żyłę córki igłę i uruchomił urządzenie. Drgnęła, gdy krew strumyczkiem wnikała w ciało.

Choroba przez ostatnie dni poczyniła straszliwe spustoszenia. Karen była chuda, a jej 

skóra przybrała niezdrowy żółtawy odcień. Upłynęło czterdzieści minut, zanim urządzenie 

przetoczyło całą zawartość zgrzewki.

- Zdrzemnę się chyba - powiedziała dziewczyna. - Jakoś tak osłabłam.

- Śpij - rzekł łagodnie doktor.

Odprowadził ją do sypialni i nakrył ciepłym kocem Zamknęła oczy. Cień rzęs padał na 

policzki. Panowie pozbierali niepotrzebne już rurki i strzykawki i wrzucili do pieca w kuchni.

- Przeżyje? - zapytał Tomek.

Szpieg wzruszył ramionami.

- Skąd mogę wiedzieć? Konfliktu immunologicznego nie powinno być… A co będzie 

dalej, może mógłby powiedzieć Zuriko albo Henry… Zresztą nie sądzę, żeby wyszli poza 

etap eksperymentów na królikach.

- Pora wypełnić pańską część umowy.

- Chcesz poznać prawdę… Cóż, jak już mówiłem, nie będzie tego wiele. W 1980 roku 

na terenie całego Związku Radzieckiego zainicjowano program Delta 2000. Polegać miał na 

pobraniu   krwi   od   grupy   obywateli   i   określeniu,   jaki   procent   populacji   ma   jaką   grupę. 

Następnie   wedle   tych   danych   miano   dostosować   zasoby   krwi   w   szpitalach,   aby   lepiej 

dopasować je do ewentualnych potrzeb… Chodziło o to, żeby na przykład tam, gdzie ludzi z 

grupą krwi A jest więcej, zgromadzić większe zapasy.

- Rozumiem.

-  Przy okazji  chciano  też  zbadać  różne  grupy  ludności,  co  do których  zachodziło 

podejrzenie, że osiadły w pewnych regionach bardzo dawno i zostały zrusyfikowane. Badania 

background image

krwi miały być wstępem do badań genetycznych. Nikita był sprytny i dowiedziawszy się, że 

będzie pobierana krew do badań, urwał się tego dnia z pracy. Nie przewidział, że tydzień 

później podobne badania odbędą się w szkole, do której chodziłeś z siostrą… Potem została 

mu   tylko   ucieczka   -   W   archiwum   KGB   zachowały   się   listy   gończe   za   wszystkimi 

Paczenkami. Lecz nie sądzili, że uda wam się przedrzeć za granicę. I jeszcze jedno - oni 

wiedzieli. W programie Delta pobierano krew co setnego mieszkańca ZSRR. W Doniecku i 

okolicy   pobierano   wszystkim.   Wszystkim   bez   wyjątku.   Oni   mieli   już   próbkę   -   z 

wcześniejszych anonimowych pobrań. Wiedzieli, że mają co najmniej jednego Equoidae  na 

swoim terenie. Szukali go. Was.

Tomek milczał dłuższą chwilę.

- Ciebie rozpoznałem bardzo łatwo. Wtedy na lotnisku. Po oczach...

- Nie prościej było zrobić powszechne badania okulistyczne?

- Nie. Wrzecionowatość źrenicy występuje tylko u około połowy istot twojej rasy. 

Migotki mają nieliczni.

- Cholera. Tak czy inaczej, takich jak ja najłatwiej wyłuskać...

- Gdybyś miał szkła kontaktowe, byłby problem.

- Nie dali mi, bo wtedy zbyt łatwo zgubiłbym się w tłumie. A Mikołaj i Zina?

- Żaden z niego Melechow. Nauczyliśmy się całkiem nieźle kiwać testy genetyczne. 

Rozpracował go kontrwywiad Nowoorłowa i gdzieś go wcięło… Zakładam, że wiesz o tym?

- Tak.

- W ambasadzie w Oslo szykowano już grupę likwidacyjną. Wyrwał się spod kontroli. 

Co   do   jego   dziewczyny,   nie   wiem   nic…   Ale   podejrzewam,   na   podstawie   mojego 

doświadczenia, że też jest nasza. Podstawiona. I on wcale nie musiał o tym wiedzieć. W 

Nowoorłowie   mamy   także   kilka   innych   wtyczek.   Nie   jest   to   zresztą   szczególnie   ważne 

miejsce.

- Co chcecie przez to powiedzieć?

- To zmyłka. Blef.

Chłopak policzył powoli do dziesięciu.

- Zmyłka…  To znaczy,  że udawali szalenie ważnych  szpiegów, żeby wprowadzić 

mnie w błąd?

- Nie. To znaczy tylko, że im się wydaje, iż są strasznie ważnymi szpiegami. Rolą 

ludzi   takich   jak   Derek,   Amiredżibi   czy   Potiomkin   jest   utrzymywanie   ich   w   tym 

przeświadczeniu.

- Po co to?

background image

- Dla takich jak ty. Dla ludzi, których chcą wykiwać. Nie każdy się na to łapie. Ty się 

złapałeś. Zrozum, jeśli chce się kogoś wykorzystać, oskubać, wystawić do wiatru czy zmusić 

do   samobójczej   misji,   to   łatwiej   będzie   go   przekonać,   gdy   zobaczy   baraczek   gdzieś   na 

pustkowiu czy ogromną centralę szpiegowską? A żeby ludzie w niej zatrudnieni odpowiednio 

zaangażowali się w swoje role, najłatwiej wmówić im, że to, co robią, jest bardzo ważne. 

Piętrowe kłamstwo. Jedni oszukani oszukują kolejnych...

Wstał i poszedł do sąsiedniego pokoju. Karen spała. Ujął jej dłoń i liczył puls.

- Stan wygląda na stabilny - powiedział, wróciwszy. - Coś jeszcze chcesz wiedzieć?

- Za dużo można wydedukować z samych pytań - mruknął Tomasz. - Dwaj synowie 

Ihora? Moi kuzyni?

- Masz na myśli swojego wujaszka Ihora Paczenkę, niepokornego poetę publikującego 

w samizdacie pod pseudonimami Siepacz i Katowski? Nic mi o jego synach nie wiadomo...

Wyglądało, że doktor mówi szczerze. Teraz chłopak wstał i podszedł do wersalki. 

Jego przyjaciółka spała. Wyglądała jakby lepiej, na jej policzkach, dotąd bladych, pojawił się 

lekki rumieniec.

-   Jeśli   wyrosną   jej   długie   zęby   i   zacznie   nocami   kąsać   ludzi,   wymyślimy   coś   - 

oznajmił doktor żartobliwym tonem. - Osikowy kołek czy inne takie ludowe sposoby.

- Czosnek albo gardło sierpem - podpowiedział Tomek.

- Dobrze się czujesz?

Kiwnął głową. Zawroty ustępowały, ale był senny. I było mu odrobinę słabo.

- Kim była Łesia? Nie moja siostra, tylko ta, na której cześć dostała imię...

Doktor zamyślił się na ułamek sekundy.

- Chyba wiem, o kogo chodzi - rzekł. - W teczce twojej rodziny była taka kartka… Z 

wnioskiem o likwidację zresztą. Twój pradziadek Ałmaz Paczenko związał się z dziewczyną 

o tym imieniu. Łesia. Była nieślubną córką ormiańskiej baletnicy i cara Mikołaja.

Chłopak patrzył na Raubera zdumiony.

- W moich żyłach płynie...

- Tak. Ale nie oczekuj, że będę ci mówił „Wasza Wysokość”. - Rauber uśmiechnął się 

z przekąsem. - Ostatecznie pracuję dla KGB między innymi dlatego, że wierzę w socjalizm.

Tomek potarł skronie. Był zupełnie skołowany. Ale czy należało się temu dziwić? To 

popołudnie było kompletnie zwariowane.

- Dlatego Derek chciał, żebym zobaczył koronę? - wygadał się głupio.

Oczy doktora zabłysły.

- Koronę - podchwycił.  - Czyli  oni ją mają. Tak podejrzewałem. W Leningradzie 

background image

została kopia...

- To się nie trzyma kupy - przerwał mu Paczenko. - Skoro mnie wystawili, to przecież 

powinni pilnować, żeby nikt od was mnie nie porwał. W tym celu powinni mnie ciągnąć 

gdzieś, gdzie będę pod ręką i...

- Przecież byłeś pilnowany. - Szpieg wzruszył ramionami. - I to bardzo starannie.

Tomka zatkało.

- Przecież ten palant Sven...

- Ten palant, jak to określiłeś, był w norweskiej piechocie morskiej. Jest komandosem.

- Udawał przygłupa?

- Oczywiście. Przecież po to był. Żebyś spostrzegł, że ktoś cię śledzi, a poznawszy 

szpiega,   zaklasyfikował   go   jako   nieszkodliwego   idiotę.   Podobny   kamuflaż   miał   twój 

przyjaciel - doktor skrzywił się ironicznie - Maciek. Miałeś zidentyfikować Svena, a potem 

uznać Maćka za sojusznika w podkładaniu mu świni. Gdybyś okazał się bardzo przebiegły, 

odkryłbyś drugie dno. Trzeciego nawet byś nie szukał.

- Był… Jest jeszcze ktoś?

- Tak przypuszczam… - Na twarzy Raubera odmalował się pewien niepokój. - Ja bym 

tak zrobił - dodał cicho.

- Jakiś obserwator? Może nie wszystkie podsłuchy zainstalował Sven?

- Tu już mówimy o czwartym dnie.

- Ingrid? - wycedził chłopak.

- Ciekawa dziewczyna, nieprawdaż?  Miła, udaje wiejską gąskę, świetnie mówi po 

rosyjsku i w kilku innych językach. Przykleiła się do mojej córki jak rzep do psiego ogona. 

Najlepsza, psiamać, przyjaciółka...

-   Jej   ojciec   podejrzewał,   że   łączy   je   coś  więcej…   -  Tomasz   nie   był   pewien,   czy 

powinien to mówić. - Ale...

- Nie wierz w to. - Doktor pokręcił głową. - To bzdury. Dziewczęta mieszkają czasem 

razem, a nawet sypiają w jednym łóżku, lecz niekoniecznie po to, by od razu uprawiać seks.

- A Paweł?

- To jest problem - westchnął szpieg. - Szukałem o nim czegoś i nie znalazłem prawie 

nic. Jego brat zginął w wypadku samochodowym. Żadnych śladów, żeby dla kogoś pracował. 

A on? Zwykły chłopak. Wyjechał w wieku lat czternastu z Polski z całą rodziną. Bywał 

towarzysko w Nowoorłowie,  mieszka  w Tromsø, odwiedza  Henry’ego, uczyli si  gra  na

ł

ł

ę

ć  

skrzypcach. I tyle. A to mo e znaczy ,  e jest prawdziwym agentem. Zakonspirowanym jak

ż

ć ż

 

diabli.

background image

- Może rzeczywiście jest nikim ważnym? - zaryzykował Tomek. Przecież doskonale 

wiedział, że nie...

- Wierzysz w to? Sądzę raczej, że przysłali go tutaj, bo myślą, że etap prowokowania 

naszych służb dobiega końca i ktoś przyjedzie cię stuknąć. Tylko w ich kombinacji to on ma 

stuknąć naszego, naszych… Może się mylę - dodał z naciskiem - lecz pamiętaj, że przy tym 

waszym   pokerowym   stoliku   nie   ma   miejsca   na   bezinteresowne   przyjaźnie.   Nie   daj   się 

oszukać.

-   Może   dlatego   tak   się   daję   wrobić,   że   potrzebuję   choć   jednego   prawdziwego 

przyjaciela. Albo przyjaciółki… - Tomek czuł, że niepotrzebnie mówi zbyt dużo, lecz nie był 

w stanie przestać. - A po tym, co pan powiedział, mam poważne podejrzenia w stosunku do 

Ingrid.

- I, jak mi się wydaje, słuszne...

Chłopak ścisnął skronie palcami.

- Moi koledzy...

- Czujesz się rozczarowany? Może nie do końca są nieszczerzy - zadumał się Rauber.

- To znaczy?

- Maciek i Ingrid mogą być naprawdę twoimi przyjaciółmi.

- Jaaasne.

- Nie wierzysz mi? Dlaczego?

- Przyjaciele  nie donoszą. Chyba  że mamy  skutkiem  odmiennych  światopoglądów 

zupełnie różne definicje słowa „przyjaźń” - zakpił młody Paczenko.

- Wiesz, jak najczęściej kupuje się i zmusza do współpracy ludzi, którzy są odporni na 

inne metody werbunku? W KGB nazywamy to metodą na przyjaźń. Trzeba tylko wmówić 

komuś, że jego kumpel znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, ale to właśnie on 

może go chronić.. Jeśli powiedzieli Maćkowi, że ktoś na ciebie poluje i że ma cię pilnować, to 

mógł codziennie zostawiać raport pod kamieniem obok furtki. Z czystej przyjaźni, strachu o 

ciebie i poczucia obowiązku.

- A więc nie mam nikogo, komu mógłbym zaufać. Szpieg westchnął jakby z żalem.

- Nie licz na to - powiedział ciepło. - Po przysłudze, którą dziś oddałeś mnie i Karen, 

możesz   liczyć   na   naszą   wdzięczność   i   pomoc.   Ale   nawet   my   nie   będziemy   twoimi 

przyjaciółmi. Zresztą przecież nie chciałbyś...

- Ma pan rację. Nie chciałbym...

- Mimo to dam ci kilka przyjacielskich rad. - Doktor puścił do niego oko. - Byłoby 

dobrze, gdybyś na kolację zjadł solidny talerz wątróbki. To stary indiański sposób. Pomaga 

background image

uzupełnić ubytki krwi. Lepiej weź taksówkę do domu… - Wręczył mu banknot o nominale 

pięciuset koron. - A może nie powinieneś tam wracać? Za czterdzieści minut odchodzi pociąg 

do Fauske. Tam możesz złapać autobusy na trzy strony świata, albo i nocny do Trondheim. 

Tam masz dogodne przesiadki do Oslo czy Sztokholmu… I weź te czeki. Naprawdę mogą ci 

się przydać...

Chłopak wyciągnął rękę i podniósł książeczkę czekową z blatu. Przekartkował ją i 

odłożył. Miał pełną świadomość, że popełnia błąd, lecz nie był w stanie wziąć tych pieniędzy.

- Ostatnie pytanie? - Szpieg uśmiechnął się domyślnie.

- Kim są pastuszkowie?

- Przecież wiesz. Taki bystrzak jak ty musiał się domyślić...

I nagle Rauber zbladł jak ściana. Patrzył w stronę drzwi.

- Uciekaj! - krzyknął, wyrywając spod marynarki pistolet.

Zadziałał   instynkt.   Chłopak   zanurkował   szczupakiem   pod   stolik.   W   powietrzu 

zawirowały drzazgi i pył z płyt gipsowo - kartonowych. Ciało doktora runęło na dywan tuż 

obok.  Tomek   poderwał  się  i   skoczył  w   drzwi  prowadzące  do  kuchni.   Nie  trafił,  uderzył 

barkiem we framugę.

W tym momencie poczuł ukłucie w karku. Nogi ugięły mu się w kolanach. Odwrócił 

się, waląc bezwładnie na podłogę. Doktor Rauber charczał zwinięty w kłębek. Dwaj barczyści 

mężczyźni  w czarnych kombinezonach i kominiarkach spoczywali pod ścianą jak zepsute 

manekiny. Szpieg musiał ich trafić.

Kolejny napastnik celował do chłopaka z pistoletu maszynowego zaopatrzonego w 

okazały tłumik. Jego oczy patrzyły zimno, choć czujnie. Tomek zrozumiał, że jeśli spróbuje 

sięgnąć po rewolwer, ciągle ukryty w kieszeni, zastrzelą go natychmiast i bez wahania. Po 

ciele   rozlewał   mu   się   ohydny   martwy   bezwład.   Czwarty   napastnik   opuszczał   właśnie 

weterynaryjną strzelbę pneumatyczną na lotki usypiające.

Z pokoju Karen dobiegło obrzydliwe mlaśnięcie. Chłopak poczuł, jakby połknął kulę 

lodu. Kolejny zamaskowany mężczyzna wyszedł stamtąd, chowając broń do kabury.

- Załatwione - zameldował po polsku. - Obiekt jeszcze przytomny?

- Są dość odporni, ale zaraz go zetnie - wyjaśnił ten ze strzelbą. - Wszyscy sztywni? 

Pora na nas.

Weszło jeszcze dwóch, nieśli dziwaczne składane nosze. Narkotyk  wygrał, Tomek 

tracił   świadomość.   Z   głębin   pamięci   wypłynął   zapach   jaśminu.   Znowu   poczuł   tamto 

muśnięcie włosów na policzku. Smutny pocałunek. A więc stało się. Przyjaciele sprzedali cię 

jak na targu, wrogowie tylko czekali okazji. Dostali cię. To już koniec. Żegnaj, źrebaczku...

background image

* * *

Ingrid zbiegła na dziedziniec po schodach. Pukanie do bramy nie ustawało.

- Chwileczkę! - krzyknęła.

Popatrzyła przez judasza. Paweł… Przesunęła zasuwkę.

- Co się stało? - zapytała.

- Jest u ciebie Tomek?

- Nie. Może włóczy się gdzieś z Karen?

-  Możliwe.   - Wyraz   troski nie  znikał  z  twarzy  chłopaka. -  No  nic,  sprawdzę…  - 

Skierował się do samochodu.

- Mogę jechać z tobą do miasta? Też chciałam ją odwiedzić. Martwię się o jej stan.

- Jasne.

Ingrid   zachwycił   prosty,   ale   wytworny   gest,   którym   Paweł   zaprosił   ją,   by   zajęła 

miejsce. Prowadził szybko, tak szybko, na ile pozwalały przepisy.

- Coś cię zaniepokoiło? - zapytała po rosyjsku, starannie dobierając słowa.

-   Miał   nie   chodzić   nigdzie   sam.   A   teraz   nie   ma   go   od   ładnych   kilku   godzin   - 

odpowiedział w tym samym języku.

Zrozumiała go. Poczuła dumę, że tak dobrze opanowała obcą mowę. I to jeszcze tak 

trudną.

- A ci z osłony zewnętrznej?

- Nie jestem w stanie ich wywołać. - Usta Pawła zacisnęły się w kreskę.

- Sven ostrzegał, że coś się szykuje.

- Tak, ale miejmy nadzieję, że to jeszcze nie to - przeszedł na norweski. - Bo jeśli 

dorwali go poza naszą maleńką pułapką… To jest gorzej niż źle.

Zaparkował nie przed domem Karen, lecz dwa domy dalej. Przez chwilę lustrował 

uważnie okolicę, wreszcie przekręcił kluczyk i zgasił silnik.

- Może lepiej zostań tutaj. - Wyjął ze skrytki pistolet i przeładował odruchowo.

- Mowy nie ma. Byłam szkolona...

- Takie tam szkolenia - westchnął. - Taktyka Gladie to raczej zamachy terrorystyczne, 

a nie bezpośrednia konfrontacja. Masz kamizelkę kuloodporną?

- Nie.

- Dobra, trzymaj się za mną. Masz broń?

- Nie.

Wręczył   jej   drugą   spluwę.   Odbezpieczyła.   Ruszył   chodnikiem.   Szedł   spokojnie, 

background image

niespiesznie i naturalnie. Prosto w stronę domu Karen. Jeszcze trzy schodki. Stanął na ganku i 

zapukał. Odpowiedziała im głucha cisza.

- Pojechali gdzieś? - szepnęła.

- Samochód stoi...

Wyjął z kieszeni whispera, przyłożył do drzwi i wsunął słuchawkę do ucha. Długo 

wsłuchiwał się w ciszę domu. Przekręcił potencjometr do końca skali. Ingrid starała się stać 

zupełnie nieruchomo i nie oddychać.

-  Ktoś   tam   jest  -  szepnął  Paweł,  wyłączając  urządzenie.   -  Słyszę  ciężki   oddech  i 

szmery.

Ruszył wzdłuż ściany i ostrożnie, używając lusterka, zajrzał przez okno do wnętrza 

saloniku.

- Jasna cholera! - syknął po polsku, a potem zawrócił biegiem do wejścia. - Czekaj tu - 

rozkazał. - Jeśli wewnątrz dojdzie do strzelaniny, uciekaj natychmiast. W razie czego wal bez 

ostrzeżenia. Wejdziesz, dopiero gdy zawołam.

- Tak jest.

Posłusznie stanęła obok ganku, przytuliła się plecami do ściany. Paweł zauważył, że 

pobladła, ale jej dłoń trzymająca spluwę nie drżała. Może jednak dobrze ją wyszkolono? I 

naraz   poczuł   żal.   Ingrid   miała   długie,   zgrabne   palce.   Powinna   zostać   skrzypaczką,   może 

pianistką lub sekretarką. Wyobraził sobie, jak szybko i z wprawą stuka w klawisze maszyny. 

Jak po pracy idzie z przyjaciółmi na kawę… Roześmiana, beztroska, z elegancką teczką pod 

pachą.

A zamiast tego stoi tu, trzyma w dłoni broń i nie zawaha si  jej u y . Zamiast gra  na

ę

ż ć

ć  

skrzypcach, nauczy a si  strzela  i podk ada   adunki wybuchowe, by móc ruszy  dzielnie do

ł

ę

ć

ł

ć ł

ć

 

walki   z   okupantem.   Kiedy ,  za   kilka   lat,   gdy   Ruscy   wtargn   do   Europy   Zachodniej,   w

ś

ą

 

zau kach Bodø spotkaj  j . Wojowniczk  z Glad

ł

ą ą

ę

ie...

Boże, dlaczego, za co? - tłukły mu się w głowie myśli.

Przypomniał   sobie   śliczną   Węgierkę   zastrzeloną   w   Oslo.   Przypomniał   sobie   tych 

wszystkich, którzy zrozumieli, o jak wysoką stawkę toczy się gra. Tych, którzy szykowali się, 

by bronić swojego kraju, i tych, którzy tak jak on walczyli daleko od okupowanej ojczyzny. 

Dziewczęta. Poznał ich kilkanaście. Wszystkie takie same, twarde, nieustępliwe, gotowe. Ale 

przez to, że wzięły broń do ręki, coś jednocześnie straciły… Zachciało mu się płakać. Lecz 

wiedział, że nie można inaczej.

Drzwi nie były zamknięte. Wpadł do wnętrza z pistoletem w dłoni. Zajrzał do kuchni, 

łazienki i sypialni. Sprawdzał pomieszczenia błyskawicznie i dokładnie, zajrzał do szaf i pod 

background image

łóżka.

Ściany były cieniutkie. Od kiedy przyjechał do Skandynawii, kochał ten styl budowy. 

Oszczędna,   prosta,   funkcjonalna   technologia.   Dach   stanowił   jednocześnie   stron   Żadnych 

piwnic, żadnych strychów. Zamiast pchać beton w glebę, lepiej ciągnąć ściany do góry… 

Przekręcił wszystkie żaluzje, na wypadek gdyby gdzieś daleko ustawiono snajperów. Zapalił 

światło.

Żadnych   ludzi   przyczajonych   w   zasadzce.   Żadnych   bomb   podczepionych   pod 

meblami.   Żadnych   czujników   ruchu,   kamer,   niczego,   co   mógłby   zidentyfikować   jako 

elementy pułapki. Chyba czysto.

- Do mnie! - zawołał cicho.

Weszła zalękniona. Paweł, odłożywszy broń, klęczał nad doktorem Rauberem.

- To… - zaczęła.

- Nie wiem, co tu robi, ale znam go z widzenia - powiedział. - Ten człowiek jest 

historykiem sztuki, rzeczoznawcą i agentem pracującym dla KGB.

- Jestem etatowym funkcjonariuszem, oficerem KGB, a nie żadnym agentem - szepnął 

leżący i z wysiłkiem uchylił powieki.

Mrużył oczy, światło trochę go raziło.

- To ojciec Karen! - jęknęła Ingrid.

- Jedno drugiego nie wyklucza. Ważne, że jeszcze żyje… Pomóż, muszę go docucić.

- Pogotowie! Wezwij pogotowie! Jest ciężko ranny.

- Jeszcze nie!

Szpieg uchylił szerzej oczy.

- Ależ oberwałem… - szepnął. - Karen...

- Zastrzelili ją w łóżku, łajdaki! - wyjaśnił chłopak. - Przykro mi.

Za plecami usłyszał głuchy łomot. To Ingrid zatoczyła się na ścianę, lecz na szczęście 

nie zemdlała. Nie miał teraz czasu, by się nią zajmować. Ranny powstrzymał Pawła gestem.

-   Tu   potrzebny   jest   lekarz.   Mam   obrażenia   wewnętrzne,   ale   krwawienie   jest 

minimalne. Wiem o córce - szepnął konsultant. - Słyszałem, o czym gadali. Przyzwyczaiłem 

się do myśli, że ona odejdzie, lecz przecież nie w ten sposób.

Usiłował wesprzeć się na łokciu.

- Doktorze Rauber, proszę się nie ruszać - polecił Paweł. - Ma pan chyba potrzaskane 

żebra. Jej już nie możemy pomóc - westchnął.

- A mówili, że tkanina Szczepanika całkowicie pozbawia kule energii kinetycznej… - 

Teraz dopiero chłopak spostrzegł, że mężczyzna ma pod marynarką sweter o bardzo dziwnym 

background image

splocie.

Tylko   raz,   kilka   lat   wcześniej,   widział   takie   legendarne   wdzianko.   Sądzono,   że 

zachowały się nie więcej niż cztery egzemplarze. A tu proszę, piąty...

-   Szczepanik   nie   przewidział   istnienia   broni   tak   dobrej   jak   nasza   -   powiedział.   - 

Opracował tkaninę dla znacznie niższej energii kinetycznej. Nie ta masa, nie ta prędkość 

początkowa pocisku. Gdzie jest Tomek?

- Zabrali go.

- Wasi?

- Nie. Gadali po polsku. Sojusznicy za dychę. Poliaczki miatieżniki. Wspominali, że na 

morzu czeka na nich okręt. Sądzili, że nie żyję… A musiało im na chłopaku bardzo zależeć, 

skoro nie zawahali się walić we mnie bez ostrzeżenia.

- Hm… A tak właściwie co pan tu robi?

-  Ciekawe  pytanie  w   ustach  kogoś,  kto  sam   za  wszelką   cenę  usiłuje  uchodzić  za 

zwykłego licealistę. Bo co do panny Ingrid miałem już wcześniej pewne podejrzenia.

- Jestem tu zupełnie przypadkiem. Ona też wpadła tylko zobaczyć się z przyjaciółką.

- I zupełnie przypadkiem masz spluwę, i to o całkiem niezłym kalibrze, a na dodatek 

wiesz, kim jestem. Panienka też uzbrojona - doktor oddychał z trudem, lecz nawet teraz nie 

przestał kpić.

- Ja jej dałem broń.

- Tak, od razu widać, że pierwszy raz w życiu ma coś takiego w ręce - pokpiwał dalej. 

-   I   oczywiście   zupełnie   przypadkiem   stoi   tak,   by   zabezpieczać   ci   plecy.   Także   przez 

przypadek lustruje ulicę jednocześnie przez uchylone drzwi i okno. Na agentkę norweskiego 

kontrwywiadu za młoda, nie jest Rosjanką, więc odpada teoria o przynależności do tej bandy 

cudaków z Nowoorłowa. Zostaje nam zatem Gladie.

- Nigdy nie słyszałem o czymś takim. Co to niby jest? Stowarzyszenie gladiatorów?

- Ściśle tajna komórka NATO. Podziemna  partyzancka  armia stworzona zawczasu 

przez… Zresztą co ci będę tłumaczył. Przecież wiesz o tym więcej niż ja.

- Jaja  pan sobie robi. Jestem zwykłym  chłopakiem. Pistolet  noszę, bo uciekłem z 

Polski, a mój ociec i brat wiele lat pracowali dla Amerykanów. Boję się, że kiedyś tacy jak 

pan spróbują dorwać mnie i mojego kumpla Tomka. I tylko po to.

-   Czort   z   tobą.   I   tak   nie   uwierzysz,   po   co   tu   przyjechałem.   Zresztą   to   już   bez 

znaczenia. Karen nie żyje. Możesz wierzyć albo nie: nic mnie nie łączy z porwaniem waszego 

przyjaciela...

Ingrid   stała   na   posterunku,   dyskretnie   ocierając   łzy.   Paweł   podszedł   i   objął   ją 

background image

delikatnie ramieniem.

- Moja droga - powiedział - za chwilę podam doktorowi telefon, a potem musimy się 

stąd szybko ulotnić. Dasz radę iść?

- Tak. Chcę się z nią pożegnać.

- Nie.

- Co? - Popatrzyła na niego bezradnie. - Dlaczego? To moja przyjaciółka!

- Strzelili jej w twarz i w mostek. Uwierz mojemu doświadczeniu. Nie możesz tego 

oglądać. Zapamiętaj Karen taką, jaka była...

- Dobrze - westchnęła ciężko. - Puścimy go ot tak? - Spojrzała na leżącego.

- Czemu nie?

- Szpieg...

- Oczywiście. I co z tego? - Paweł wzruszył ramionami.

- Trzeba go przekazać kontrwywiadowi do rozpracowania. Albo na przykład...

- Nie gęgaj, gąsko, bo on słucha, a zaraz wygęgasz za dużo. - Uniósł ostrzegawczo 

rękę. - Jeśli będzie trzeba, to go sobie złapią w dowolnej chwili. Choćby jutro. Skoro do tej 

pory z jakiegoś powodu tego nie zrobili, nie wchodźmy im w paradę.

- Jak uważasz.

- Uważam, że profilaktycznie należałoby go zastrzelić - westchnął. - Doktorze, oto 

aparat. - Podał rannemu telefon na przedłużaczu. - Jeśli mogę prosić, niech pan nie mówi 

nikomu, że złożyliśmy tu wizytę. Podobno zawsze dotrzymuje pan słowa...

- Zgoda. Kamień w wodę. Choć generalnie też uważam, że należałoby was zastrzelić. 

Profilaktycznie. Ale cóż. Wy nie zabiliście mnie, ja nie zabiję was. Przysługa za przysługę.

- Urazy powstały w wyniku postrzału. Jeśli zadzwoni pan po pogotowie, mogą być 

poważne nieprzyjemności - ostrzegł chłopak.

- Czyli mam do wyboru naszych albo, jak to sugerowała ta młodą dama, norweski 

kontrwywiad.

- Pańska decyzja. W każdym razie uszanujemy ją. Powinien pan przetrzymać jeszcze 

kilka godzin, zanim pańscy kompani dotrą tu samolotem z Oslo albo Tromso. Oczywiście 

miejscowi byliby dużo szybciej, co zwiększa pańskie szanse.

- Jestem patriotą Związku Radzieckiego - wymamrotał. - Wierzę w to, co robię.

- W takim razie radzę zadzwonić później także do dobrego psychiatry. Mam jeszcze 

prośbę...

-   Zdam   oczywiście   gdzie   trzeba   relację.   Z   wszystkimi   szczegółami,   już   się   nasi 

polskiemu sojusznikowi solidnie dobiorą do zada. Własną krwią mi za śmierć córki zapłacą. 

background image

Swoimi wątrobami będą karmić lisy na Czukotce. Całkiem się buntowszczykom we łbach 

poprzewracało, zabijać ludzi z KGB! - W oczach Raubera błyszczała zimna nienawiść. Nagle 

spojrzał przytomniej. - A was tu nie ma i nigdy nie było - powiedział już prawie spokojnie.

- Dziękuję, na to właśnie liczyłem.  - Paweł skłonił głowę. - Nie będę mówił „do 

widzenia”, bo liczę, że już się nie spotkamy. A gdyby przypadkiem do tego doszło...

- Ja też mam taką nadzieję. - Doktor ujął słuchawkę. - Dedukuję, że źle by się to 

mogło   dla   mnie   skończyć.   Ale   gdybyśmy   mieli   się   spotkać   albo   gdybym   na   przykład 

przypadkiem dowiedział się, gdzie trzymają waszego przyjaciela, to zadzwonię.

- Nie mam telefonu.

Lecz doktor tylko wyszczerzył zęby w uśmiechu. Paweł przełknął nerwowo ślinę.

- Znam numer - powiedział Rauber. - Zmykajcie, dzieciaki, już czas...

Ulotnili się posłusznie.

* * *

Światło uderzyło, jakby ktoś wbijał mu gwóźdź w oko. Razem z rozbłyskiem wróciła 

świadomość. Tomek próbował zacisnąć powiekę, ale czyjeś palce trzymały rzęsy. Usiłował 

się szarpnąć, lecz też nic z tego nie wyszło. Tkwił unieruchomiony i oplątany czymś  jak 

mumia egipska.

Zaraz, zaraz, pomyślał, gdzie jestem i co się dzieje? Pamięć wróciła. Spuścił migotki, 

by choć częściowo odgrodzić się od nieznośnego blasku.

- Dochodzi do siebie - usłyszał głos kobiety. - Dać jeszcze pół centymetra?

- Kłuj - tym razem odpowiedział mężczyzna. - Zaszkodzić nie zaszkodzi...

Głosy były lekko stłumione, jakby mówili przez maski. Żarówka zgasła. Przez zielone 

plamy powidoków zobaczył  dłoń w gumowej rękawiczce i cienką jak długopis latarkę w 

palcach.   Teraz   dopiero   do   jego   nosa   dotarła   wstrętna,   jakby   laboratoryjna   woń.   Tomek 

szarpnął się, ostatni raz czuł coś takiego w szkolnym gabinecie dentystycznym.

Uchylił   szerzej   powieki   i   rozejrzał   się   wokoło.   W   jednej   chwili   zrozumiał,   że   to 

wszystko,   co   do   tej   pory   go   spotkało,   to   pryszcz.   Że   prawdziwe   problemy   dopiero   się 

zaczynają.

Pomieszczenie miało jakieś trzy na sześć metrów. Akurat tyle, by wstawić łóżko typu 

szpitalnego,   dygestorium,   biurko   zastawione   monitorami,   oszkloną   gablotkę   z   lekami   i 

metalową szafę. Okna nie było. Ściany odlano z betonu i pomalowano na biało. Wyraźnie 

odcinały się ślady desek szalunków.

Powietrze było lekkie, świeże, coś Tomkowi podpowiadało, że choć wygląda to na 

background image

wnętrze bunkra, znajduje się jednak powyżej powierzchni ziemi. Po co komu taki pokoik 

odlany z żelbetu? Zważywszy na fakt, iż drzwi były stalowe i nie posiadały od wewnątrz 

klamki, można się było domyślać, że solidność murów też nie jest przypadkowa Cela. Cela 

przeznaczona   dla   szczególnie   niebezpiecznych   przestępców.   Więzienie?   Zakład 

psychiatryczny? Cholera wie.

Tomasza   przywiązano   do   łóżka   bardzo   starannie.   Dłonie   przykuto   kajdankami   do 

rurek zabezpieczających po bokach materaca. Kostki nóg - podobnie. Tułów chłopaka nakryto 

grubym   kocem   i   dociśnięto   co   najmniej   sześcioma   skórzanymi   pasami,   które   dotkliwie 

uwierały.  Nie widział ich zapięć. Na szyję  również założono mu grubą obrożę z dwoma 

łańcuchami biegnącymi na boki. W zasadzie wygodnie poruszać mógł co najwyżej palcami i 

gałkami  oczu. Ładny gips. I jeszcze coś. Wszystkie  elementy wyposażenia  wyglądały na 

używane. Widać nie był pierwszym, który tu trafił.

A gdyby jakimś cudem udało mu się uwolnić? Ściany z litego betonu. Maluśki otwór 

wentylacyjny pod sufitem. Drzwi miały nieduże, pokryte siatką okienko. Stalowa ościeżnica, 

dziurki od klucza z tej strony brak. W podłodze kratka ściekowa. Nawet polna mysz nie 

miałaby szans.

W   pomieszczeniu   poza   chłopakiem   znajdowały   się   dwie   odziane   biało   postacie. 

Laboranci? Pielęgniarze? W każdym razie gadali po polsku.

- Gdzie jestem? - wychrypiał.

Gardło   miał   wyschnięte   na   wiór.   Kobieta   w   masce   i   mężczyzna,   który   przedtem 

trzymał latarkę, wymienili spojrzenia. Ale nic nie powiedzieli. Nie zrozumieli? Niemożliwe. 

Nawet jeśli polscy komandosi porwali Tomka i przerzucili na przykład do Murmańska, to 

pytanie każdy Rosjanin powinien bez trudu poj . Nie, bzdura, gadali przecie  po polsku. Z

ąć

ż

 

trudem zebra  my li. Co  go zamuli o. Narkotyki? Co  mu wstrzykn li… Wtedy w Bodø i w

ł

ś

ś

ł

ś

ę

 

znowu.

- Kim jesteście? - spróbował od innej strony. - Dlaczego zostałem uwięziony?

- Znajdujesz się w bezpiecznym miejscu - powiedział mężczyzna. - Niczym się nie 

martw. Komandosi przedawkowali środek znieczulający, musieliśmy ratować ci życie.

Komandosi? Ta banda morderców zabijających  ciężko chorą dziewczynę  leżącą w 

łóżku? - pomyślał Tomek i przekąsem. Polskie siły zbrojne chyba mocno ostatnio zeszły na 

psy...

- Jestem obywatelem Królestwa Norwegii, żądam konsula - sformułował sensowną 

wypowiedź.

-  Nie,   robaczku.  -  Kobieta  chyba   uśmiechnęła  się   pod  maską.  -  Po  pierwsze,  nie 

background image

możesz być obywatelem, bo nie jesteś człowiekiem. Po drugie, nawet gdybyś był, to nigdy 

nie zrzekłeś się obywatelstwa kraju pochodzenia, jak i tego, który cię przygarnął. Jesteś więc 

nasz, na dobre i na złe.

- Nazywam się Tomasz Paczenko i jestem obywatelem...

- …Związku Radzieckiego. Chyba że wolisz się nazywać Paweł Koćko. Wtedy jest 

szansa, że jesteś nasz i może nie trzeba będzie wysyłać cię gdzieś daleko, „gdzie diabeł się boi 

powiedzieć dzień dobry” - mężczyzna zacytował słowa piosenki Rosiewicza.

Tomasz policzył  powoli do dziesięciu. Mówili po polsku. To chyba  oznaczało, że 

przewieziono go nieprzytomnego do kraju. A może jednak tam? Hmm… Nie. W gablotce 

były   pudełka   z   preparatami.   Widział   z   tej   odległości   tylko   poszczególne   litery,   ale   były 

łacińskie. Po tamtej stronie Bugu używano w farmacji pewnie cyrylicy. Zatem chyba jest w 

Polsce. No to pół biedy...

- Chcę iść do toalety.

- Nie musisz, zacewnikowaliśmy cię.

- Co?

- Sikaj sobie, a to rurką popłynie do słoika pod łóżkiem - wyjaśnił mężczyzna. - To 

znaczy w ogóle nie sikaj, pęcherz będzie się opróżniał samoczynnie. Nie przejmuj się tym 

drugim,   jelita   masz   przeczyszczone,   a   dożywianie   odbędzie   się   za   pomocą   kroplówki. 

Odleżyn   też   się   nie   obawiaj,   to   materac   masujący.   Nawiasem   mówiąc,   pierońsko   drogi. 

Dbamy o ciebie.

Odleżyny? Tomek spanikował. Czyli będzie tak spoczywał miesiącami, aż zdechnie 

albo   nie   zdechnie.   Albo   go   odłączą,   albo   go   wykończą.   Nie   ma   co,   milusie   i   cacane 

perspektywy...

- Nie wyrażam zgody na żadne zabiegi medyczne!

- Tym się nie przejmuj. Twój prawny opiekun wyraził - mruknęła kobieta.

- Jaki prawny opiekun?

- Dyrekcja domu dziecka. Już zapomniałeś, skąd zwiałeś?

- Co chcecie mi zrobić?

- Naszym  zadaniem  jest tylko  utrzymanie  cię przy życiu  i zapobieżenie  wszelkim 

próbom samobójstwa. A obrabiać cię będzie zupełnie kto inny - powiedział jej towarzysz. - 

Teraz dostaniesz coś na sen. Musisz dobrze wypocząć po podróży. Nie co dzień wraca się do 

domu w klimatyzowanej trumnie.

- Nie chcę!

- A ktoś cię pyta o zdanie?

background image

Podczepił   przewód   od   kroplówki   do   wenflonu.   Tomasz   Paczenko   patrzył,   jak 

bezbarwna ciecz płynie rurką, a potem nagle poczuł, że zapada się w posłanie. Myśli zgasły.

* * *

Paweł   zapukał   do   znajomych   drzwi.   Derek   musiał   na   niego   czekać,   bo   otworzył 

natychmiast.

- Witaj - powiedział.

- Spieprzyłem...

- Wiem. Nie przejmuj się, czasem się zdarza. Nie po to cię wezwałem, żeby prawić 

morały. Wejdź.

Przeszli do salonu. Pośrodku stołu stało spore tekturowe pudło. Chłopak popatrzył na 

nie uważnie, rejestrując paski pieczęci i nalepkę firmy kurierskiej.

- Co to?

-   Prezent   dla   ciebie   -   powiedział   hrabia.   -   Mamy   dwa   problemy.   Po   pierwsze, 

przyszedł na mój adres, po drugie, nie lubię nadawcy.

- Doktor Rauber - zgadł chłopak.

- Taaa… Jak sądzisz, co jest w środku?

- Bomba?

- To akurat sprawdziłem. Nie tyka, nie zawiera elementów aktywnych elektrycznie. 

Ale skoro do ciebie, to wolałem nie otwierać.

- Choć rentgen pewnie zrobiłeś? - Paweł wyszczerzył zęby.

- Dobrze mnie poznałeś...

- Aż za dobrze, hrabio. A zatem co jest w środku?

-   Wygląda   na   jakieś   szmaty.   Jest   też   chyba   koperta   z   pismem,   lecz   nie   dało   się 

odczytać. Zabezpieczył ją sreberkiem od czekolady.

Paweł rozpruł pakunek.

- O, sweter Szczepanika - stwierdził. - Będzie ciut luźny, ale darowanemu koniowi nie 

zagląda się w zęby. A co do listu...

Wyjął z koperty kartkę papieru.

- Co mieści się w Warszawie przy ulicy Modlińskiej? - zapytał Dereka, podając mu 

papier z adresem.

- Nie wiem, trzeba będzie sprawdzić.

- Pojedziesz, hrabio, ze mną do Polski?

- Hmm… Ten człowiek może ma dług wdzięczności wobec ciebie, ale mnie chyba 

background image

szczerze nienawidzi. To może być pułapka, z drugiej strony sweter… Nie widziałem czegoś 

takiego, no, będzie z dziesięć lat.

- W takim razie pojadę sam.

-   Sprawy   tu,   w   Szwecji,   i   na   południu   w   zasadzie   zostały   już   uporządkowane   - 

powiedział Derek. - W Polsce też wyprostowaliśmy na ile się dało. Z drugiej strony, jeśli to 

pułapka, chyba dostaniemy to, na co zasłużyliśmy?

* * *

Tomek obudził się w ciemności. W zamkniętym pomieszczeniu bez okien nawet jego 

koci wzrok nie potrafił skutecznie się przez nią przebić. Przeciągnął się, na ile pozwalały 

więzy.   Gdzieś,   w   miejscu   gdzie,   jak   zapamiętał,   stał   stolik,   popiskiwała   cicho   aparatura 

medyczna.   Noc?   Dzień?   Cholera   wie.   Dobra,   nie   ma   się   nad   czym   zastanawiać,   trzeba 

kombinować, jak tu wywiać.

Poruszył  ostrożnie nogami. Stopy miał bose. Zabrzęczał łańcuch. Bez przekonania 

pociągnął, sprawdzając jego wytrzymałość. Gucio… Dobra, teraz ręce. Mniej więcej to samo. 

Grube   kajdanki,   chyba   dwuobręczowe.   Maksymalnie   wyginając   palce,   zdołał   musnąć 

powierzchnię metalu. Od nich łańcuchy idące w bok.

Diabli nadali, Tomek poczuł złość. Materaca nie wyłamie. Świetnie zrobiona, solidna 

pułapka.  Skurwiele  muszą  mieć doświadczenie  w  tej  robocie  albo dobrych  nauczycieli… 

Piknięcia aparatury były częstsze i głośniejsze. Monitorują jego akcję serca? Niewykluczone. 

Czuł na ciele jakieś przedmioty. Zapewne okleili go elektrodami. Zacisnął zęby.

Skrzypnęły   drzwi.   Blask   zapalanego   światła   poraził   oczy.   Zapalili   czy   zadziałała 

fotokomórka? Drzwi zatrzasnęły się. Popatrzył na wchodzących. Stary mężczyzna w białym 

kitlu wyglądał na lekarza. Towarzyszyła mu kobieta w garsonce.

-   Jestem   profesor   Otto   -   przedstawił   się   przybyły.   -   To   Laura,   moja   asystentka   i 

tłumaczka - wyjaśnił.

- Proszę zawiadomić ambasadę Norwegii...

Małczi! - warknął, rzucając więźniowi niechętne spojrzenie. Przez chwilę analizował 

wskazania aparatury. - Nazywałeś się Paweł Koćko - zwrócił się do chłopaka po rosyjsku. - 

Chyba że wolisz Tomasz Paczenko.

- Paczenko. - Spojrzał profesorowi w oczy.

-   To   bez   znaczenia.   Sprawdzam   tylko   tożsamość.   Od   dziś   jesteś   preparatem 

biologicznym A - 27.

Kobieta tłumaczyła. W zasadzie nie było to potrzebne, Tomek rozumiał doktora bez 

background image

najmniejszego problemu.

- Jestem obywatelem Królestwa Norwegii - spróbował poprzedniej linii obrony. - Nie 

macie prawa mnie przetrzymywać.

- To bez znaczenia, zwierzęta nie mają praw.

- Co?

-   Jesteś   zwierzęciem.   Nie   człowiekiem,   tylko   zwierzęciem.   Nawiasem   mówiąc, 

śmiertelnie niebezpiecznym. Przekonałem się o tym kilka razy… Nie rób takiej zdziwionej 

miny, badam takich jak wy od czterdziestu lat.

Zaraz, zaraz. Co on powiedział?! Czterdzieści lat temu był przecież rok...

- Doktor Sigridsen! - Tomek nagle przypomniał sobie to, co kiedyś powiedział mu 

Derek. - Hitlerowski zbrodniarz...

- Profesor Otto Sigridsen - sprostował tamten z godnością. - Mam tytuł akademika.

-   Akademik   to   członek   rzeczywisty   Akademii   Nauk   ZSRR   -   podpowiedziała 

tłumaczka.

Zupełnie   niepotrzebnie.   Znał   to   słowo.   Władał   rosyjskim   dużo   lepiej,   niż   im   się 

wydawało, zresztą pobyty u księżniczki też pomogły mu doszlifować język.

- Pracował pan dla nazistów. W Oświęcimiu. Przy tych pseudonaukowych badaniach 

medycznych!

Tomasz   sądził,   że   jest   już   wystarczająco   przerażony,   ale   teraz   dopiero   zaczął   się 

naprawdę bać.

- Chyba nic w tym dziwnego. - Lekarz obraził się jakby. - Byłem kiedyś Niemcem. 

Ech, Auschwitz, potem Sachsenhausen. To były wspaniałe miejsca - rozmarzył się.

Jak   straszliwym   bydlęciem   trzeba   być,   by   wspominać   te   piekła   jako   wspaniałe 

miejsca?! Co tam, u diabła, robił, że mu się tak podobało? Otto chyba  spostrzegł  wyraz 

zdumienia na twarzy więźnia, bo pospieszył z wyjaśnieniami:

- Takich możliwości  badawczych  nie miał  nikt  wcześniej  i, niestety,  nikt później. 

Tysiące ludzi ze wszystkich zakątków kontynentu. Dziesiątki narodów i typów rasowych… 

Pamiętam, jak siedzieliśmy kiedyś z doktorem Mengele i kroiliśmy taką jedną...

Jakby się ocknął.

- Było, minęło - westchnął. - Dla odmiany teraz mamy lepszą aparaturę naukową. No i 

święty   spokój.   Żadne   samoloty   zwiadowcze   nie   latają   nad   głową,   nikt   nie   przekazuje 

meldunków ruchom oporu. A spokój w pracy naukowej jest bardzo ważny… - znowu popadał 

w niekontrolowany słowotok.

Wygłaszał te bzdury, unosząc w natchnieniu wzrok ku sufitowi. Od jego mentorskiego 

background image

tonu Tomkowi chciało się wymiotować.

- Więc i wyniki naszych doświadczeń są lepsze. Bardziej kompletne - zakończył z 

zadowoleniem.

- Doświadczeń...

-   Badanie   rasy  Equoidae   Edoni  pozwala   zdobyć   wiedzę   która   popchnie   nauki 

biologiczne o kilka stuleci naprzód. Będziesz miał w tym swój znaczący udział.

- Co zamierzacie zrobić? - jęknął Tomek.

- Po pierwsze, szereg testów na tolerancję substancji w różnych stężeniach i testy 

psychologiczne. Potem przejdziemy do bardziej szczegółowych analiz. W waszym przypadku 

regeneruje się nieźle tkanka nerwowa. Będę próbował zrozumieć te procesy i czynniki, które 

na to wpływają. Chcę zobaczyć również, jakie są granice możliwości twojego organizmu. 

Zaczniemy   od   kontrolowanych   uszkodzeń   nerwów   rdzeniowych,   może   przetniemy   też 

kręgosłup… Seria poprzednio wykonanych doświadczeń wskazuje też, że warto by zrobić 

trepanację czaszki. Badania na otwartym mózgu mogą być szalenie emocjonujące. Wszystkie 

testy potrwają oczywiście dwa, może trzy lata. Będziemy się starali ograniczyć do minimum 

te najbardziej ryzykowne. Mamy bardzo mało materiału badawczego - westchnął. - Ale sam 

rozumiesz, wcześniej czy później przestaniesz się nadawać do czegokolwiek.

- I co wtedy?

- Dobijemy. Po co masz się męczyć? Zresztą na hodowlach tkankowych też to i owo 

da się sprawdzić.

Tomek nie bardzo był w stanie cokolwiek odpowiedzieć.

- Zaczniemy od tego. - Profesor wyjął z szafki strzykawkę z jakimś preparatem.

- Co to?

- Dla ciebie to nieistotne.

Podczepił strzykawkę do wenflonu i podał chłopakowi dwa centymetry sześcienne 

płynu. Następnie założył mu na głowę dziwną obręcz i dokręcił kilka śrub. Tomek poczuł, jak 

się zaciska. W paru miejscach igły wbiły się głęboko w skórę. Profesor podczepił jakieś 

kable.

- Przenośne krzesło elektryczne? - Paczenko zażartował ponuro.

- Zwykła aparatura diagnostyczna - odburknął. - podrzucam ci temat do przemyśleń. 

Zastanów się, gdzie mógłbyś pobiec, gdyby przypadkiem udało ci się zwiać.

- Na pewno dałbym wam takiego kopa...

- Lauro, próbki krwi mają być analizowane co trzy minuty.

Kobieta uśmiechnęła się sadystycznie i usiadła w kącie z „Trybuną Ludu” w garści. 

background image

Tomasz   zadumał   się.   Co   on   bredził?   Żeby   się   zastanowił,   gdzie   ucieknie?   Przecież   wie 

bydlak, że nie ucieknie… Otrząsnął się. Nie, nie można się poddawać tak od razu. Co znaczy 

„nie ucieknie”? Może jednak się uda, trzeba tylko poczekać na odpowiednią okazję. Albo...

- Tak się zastanawiam - powiedział Tomek, patrząc z ukosa na kobietę - jak można 

pogodzić elementarną humanistyczną etykę z tym, co pani tu robi.

- A co robię? - Wzruszyła ramionami. - Czytam sobie gazetę. Wiesz, że kolejnego 

amerykańskiego szpiona nasi złapali?

Ekstra...

- Mimo wszystko nie sądzę, że jest pani zdolna pomagać mordercom.

- Morduje to się, mój drogi, ludzi.

- Jestem człowiekiem.

- Gówno tam, a nie człowiekiem. - Tomkowi nie udało się wytrącić jej z równowagi. - 

Jakbyś   zobaczył   swoje   DNA   pod   mikroskopem,   padłbyś   na   zawał.   Z   latającego   talerza 

wysiedliście.

- Wierzy w to pani?

- Co mam nie wierzyć? Przecież to jasne jak słońce.

Bez słowa naciągnęła strzykawkę krwi i przelała ją do probówki.

- Domyślam się, co ci chodzi po głowie. - Rozparła się wygodnie na krześle. - Sądzisz, 

że uda ci się mnie skaptować i pomogę ci zwiać. Nie, mój drogi. Nic z tego.

- Teraz powinna pani powiedzieć, że to nic osobistego. - Choć Tomasza z minuty na 

minutę ogarniało coraz większe przygnębienie, zarazem śmieszyły go idiotyczne wypowiedzi 

Laury.

- Nie, to właśnie jest coś jak najbardziej osobistego. Nienawidzę takich pętaków jak 

ty. Dlatego cholernie się ucieszyłam, gdy wiosną zaproponowano mi tę robotę.

Może wcale nie wieźli mnie do Legnicy, tylko tutaj, a NTS odbiło mnie zupełnym 

fartem, bo częściowo pokrywały się trasy, pomyślał Paczenko.

- Zresztą nawet gdybyś  mnie jakimś cudem przekonał, żebym cię uwolniła, nawet 

gdyby udało ci się zwiać z tego obiektu, to i tak nie masz dokąd uciec.

- Raz już mi się udało.

- Nie o tym teraz mówimy. - Znowu wzruszyła ramionami.

Nie załapał, o co jej chodzi.

- Myśl, tępaku - syknęła. - Załóżmy, że zwiałeś. Pal diabli, załóżmy nawet, że pod 

podwoziem TIR - a przedostałeś się za granicę. I co dalej?

- Wrócę do domu - zaczął i urwał.

background image

- Do kumpli, którzy wystawili cię na odstrzał? - Zaśmiała się. - A może do tej twojej 

Ingrid, która całkiem przypadkiem zaprzyjaźniła się z tobą i łaziła krok w krok, co wieczór 

pisząc szczegółowy raport? Albo do tych monarchistycznych świrów, którzy sami nie wiedzą, 

jak ofiarnie pracują dla radzieckich służb?

Co?!   Skąd   wiedziała?   Tomasz   był   przerażony   ogromem   posiadanej   przez   kobietę 

wiedzy.

-   Poza   tym,   że   jestem   tłumaczką,   jestem   też   laborantem   i   wykwalifikowanym 

psychologiem.   Pracowałam   w   zakładzie   poprawczym.   Twój   przypadek   był   szczegółowo 

analizowany, a decyzję o odłowieniu podjęto po starannych przygotowaniach.

Tym stwierdzeniem kobieta zabiła mu klina. I to nie byle jakiego. Faktycznie, dokąd 

by się udać? Do Dereka? Tomasz zaśmiał się gorzko w duchu. Przecież to bydlę od samego 

początku kombinowało, jak go wykorzystać. Obstawił chłopaka swoją agenturą i sprzedał jak 

kota   w   worku…   Ingrid?   Doktor   Rauber   sugerował   to   samo   co   asystentka.   Podstawiona, 

fałszywa przyjaciółka. Dom… Stary dom Tomka nad zatoczką. To znaczy nie jego. Tylko 

Dereka.   Pieniądze?   Kilka   groszy   w   walizce   pod   łóżkiem.   Co   najmniej   miesiąc   na   tym 

przebieduje. Tylko najpierw trzeba by się tam dostać. A co potem? Cholera...

Założył, że jest w Polsce. Ba, zapewne nawet w Warszawie. Może odszukać Maćka. 

Wie, że jego rodzice mają piekarnię gdzieś’ niedaleko szkoły...

Gówno. Maciek to zdrajca. Cały czas pracował dla tego wieprza Dereka, zresztą nigdy 

się z tym nie krył. Ta para, przez którą Tomek został odbity w drodze na lotnisko? Małgorzata 

i jej  facet…  Ona chyba  była  szczera.  Pocałowała  go, życzyła  powodzenia.  Tylko  czy to 

cokolwiek znaczy? A Ingrid? Ci ludzie świetnie umieją udawać. Omal się nie popłakał. Z 

zamyślenia wyrwało go kolejne pobranie krwi.

Dość tego, trzeba coś wymyślić, bo go tu zarżną jak wieprzka. Gdzie ucieknie? Do 

Wojsławic, rzecz jasna. To gdzieś w Lubelskiem, sprawdzi, jak już się stąd wydostanie. Tam 

odszuka dziadka Maćka, starego Jakuba. Był kumplem dziadka Józefa. Nawet jeśli młody 

Wędrowycz stał się czarną owcą, Jakub powinien Tomkowi pomóc przez wzgląd na dawne 

czasy i dawne przyjaźnie… A co później - zobaczy. Na razie trzeba się skoncentrować na 

problemie jak stąd wywiać.

- Tak sobie pomyślałem… Generalnie nie mam szczególnej ochoty tu zostawać.

- Chcesz mnie przekonać?

- Planowałem raczej zaproponować pani skromną gratyfikację finansową.

- Próbujesz mnie przekupić? - Uśmiechnęła się. - Szczeniaku, czym?

- Mój wujek Ihor Paczenko poza samizdatem swoje piękne wiersze publikował też pod 

background image

pseudonimem na Zachodzie - powiedział z niewinną miną. - Ponieważ nie było możliwości 

przekazywania mu honorariów, składano je na koncie w jednym z angielskich banków. Udało 

mi się załatwić sprawy spadkowe i obecnie jestem jego jedynym właścicielem.

Odłożyła gazetę i popatrzyła z zainteresowaniem. Co jak co, ale pazerna to ona chyba 

była. Woniało od niej intensywnie markowym zachodnim dezodorantem.

- Mam tam, licząc z procentami, prawie osiem tysięcy dolarów - zablefował.

Milczała, najwyraźniej rozważając jego słowa.

- Na Zachodzie nie jest to jakaś oszałamiająca kwota - powiedziała wreszcie.

- Ale tutaj, w kraju, gdzie zarabia się na miesiąc dwadzieścia dolców, można za to 

spokojnie żyć przez długie lata. Wystarczy raz na kwartał zanosić banknocik na bazar.

Trzasnęły drzwi, weszła dziewczyna w kitlu, odebrała probówkę i wyszła.

- Rozważę twoją propozycję - powiedziała asystentka. - Może rzeczywiście pora się 

polubić?

Kilka minut później wszedł profesor. Tomasz słyszał, jak przez chwilę tamten stuka w 

klawisze, a potem uszy chłopaka poraził jazgot igłowej drukarki.

- No, no - mruknął Sigridsen, porównując wydruk z papierami, które przyniósł ze 

sobą.

- Zdałem? - więźniowi zebrało się na żarty.

-   Podałem   ci   środek   chemiczny   wywołujący   natychmiastowo   kliniczną   depresję   - 

wyjaśnił. - Analiza krwi wskazywała na gwałtowny spadek stężenia serotoniny. Po upływie 

niespełna kwadransa mózg zaczął produkować endorfinę  w ilościach wystarczających,  by 

zniwelować   skutki   działania   preparatu.   Jednocześnie   obserwacja   pobudzenia   kory 

mózgowej… - urwał w pół zdania. - A ty coś taki ciekawy? - warknął. - To jest tajne.

I wyszedł.

- Mamy kilka problemów - powiedziała Laura. - Po pierwsze, stąd nie da się uciec. 

Nie mam kluczy od twoich kajdanek i nie wiem, gdzie mogłabym je zdobyć. Budynek jest 

strzeżony. Po drugie, nawet gdybyś się stąd wydostał, za granicę i tak nie zwiejesz. Po trzecie 

wreszcie, nawet gdybyś zwiał, nie masz możliwości przekazać mi tych pieniędzy. Po czwarte, 

nie wierzę, że je masz.

- Przyślę pani kartę kredytową.

- I co z nią zrobię? W tym kraju jako zakładki do książki mogę używać.

- W dużych hotelach są bankomaty.

- Co?

-   Urządzenia,   z   których   po   włożeniu   karty   można   wypłacić   pieniądze.   Dolary   - 

background image

wyjaśnił.

Zawahała się.

Tomasz   widział,   jak   na   jej   gębie   pojawia   się   wreszcie   jakieś   ludzkie   uczucie. 

Chciwość.

- Nie mam możliwości, by cię uwolnić - warknęła wreszcie. - Domyślą się, że to ja. 

Poza tym jak drapniesz, jaką będę miała gwarancję, że dotrzymasz słowa?

- Proszę na spokojnie pomyśleć. Wierzę, że oba problemy zdoła pani rozwiązać.

Wszedł profesor.

- Odpocząłeś? - Spojrzał na Tomasza znad okularów. - No to zrobimy sobie kolejny 

teścik. Zawsze mnie ciekawiło, jak działają wasze mózgi, a do tej pory nie miałem nikogo, 

kto wygrzebałby się z takich obrażeń… - Puknął chłopaka palcami w czoło. - Rozległe pola 

corteksu powinny być po tym urazie kompletnie martwe, zobaczymy, czy coś odrosło, czy 

może myślisz partiami, którymi normalnie się nie myśli.

-   Zamierza   pan   wstrzyknąć   mu   kontrast?   -   Nie   wiadomo   skąd   pojawiła   się 

pielęgniarka.

-   Oczywiście,   choć   u   nich   to   kiepsko   działa,   organizm   bardzo   szybko   wyrzuca 

cząsteczki radioaktywne na zewnątrz - wyjaśnił profesor. - Zaczniemy od tomografii, potem 

rezonans magnetyczny… Ale najpierw pół centymetra w kark. - Podał Laurze ampułkę. - Tak 

- zwrócił się do Tomka - poddamy cię działaniu rewelacyjnego preparatu. To zresztą moje 

dzieło.

Asystentka zdjęła chłopakowi obręcz z głowy, zakleiła ranki po igłach plasterkami. 

Poczuł   ukłucie,   od   tego   miejsca   zaczęło   się   rozchodzić   paraliżujące   zimno   i   dziwny 

śmiertelny   bezwład.   Przestawał   czuć   swoje   ciało,   wreszcie   jedyną   częścią,   którą   mógł 

poruszać,   były   gałki   oczne.   Obraz   przesuwał   się   wolno   -   widocznie   nawet   mięśnie   nimi 

poruszające uległy częściowemu porażeniu.

-   Jedziemy   teraz   na   małą   wycieczkę   -   powiedział   profesor.   -   Nic   się   nie   bój, 

stosowaliśmy to niejeden raz.

Ktoś zakrył Tomkowi twarz kawałkiem materiału i łóżko potoczyło się korytarzem. 

Nie czuł nic, również dotyku szmaty na twarzy. Zastanawiał się, czy jeszcze wyjdzie z tego 

stanu.

Tkaninę zdjęto. Leżał na noszach narzucony tylko pledem.

-   To   nie   będzie   bolało   -   powiedziała   pielęgniarka.   -   A   nawet   jeśli,   to   i   tak   nie 

poczujesz.

Preparat musiał zaatakować i uszy, bo Tomasz słyszał ją jak przez grubą warstwę 

background image

waty. Czuł się zamknięty wewnątrz własnej głowy. Profesor osłuchiwał mu w tym czasie 

serce.

- Wszystko w normie, koniku. - Poklepał Tomka po twarzy. - Niczym się nie martw, 

to tylko takie specyficzne prześwietlenia. Zamknij oczy, mogą ci się jeszcze przydać.

Paczenko spróbował zastosować się do polecenia, ale powieki opadły mu tylko do 

połowy. Profesor wyciągnął dłoń i opuścił je do końca. Jakby Tomek był trupem na katafalku. 

Mężczyzna   pchnął   nosze   -   chłopak   poczuł   dalekie   echo   ruchu   i   wjechał   do   wnętrza 

tomografu.

Coś trzasnęło mu pod sklepieniem czaszki.

-  Nasza  przeszłość  w   pewien  sposób   wpłynąć  może   na  naszą   przyszłość   -  mówił 

dziadek Józef.

Siedzieli w szopie. Króliki gryzły koniczynę w swoich klatkach.

- Nasze pochodzenie automatycznie czyni nas ich wrogami. - Pyknął z fajki.

- Czy fakt, że jesteśmy potomkami cara, oznacza, że kiedyś moglibyśmy zasiąść na 

tronie? - zainteresowała się Łesia.

- Nie. Chyba żeby wytłuczono wszystkich poważniejszych pretendentów. Aby mógł 

wrócić car, musiałoby dojść co najmniej do kolejnej wojny światowej… A mam nadzieję, że 

nie   nastąpi   to   za   waszego   życia.   Większy   problem   w   tym,   kim   jesteśmy.   Widzimy   w 

ciemności jak koty. Przeżyjemy najgorszy głód, najgorszą wojnę, jeśli tylko będziemy mieli 

dostęp do trawy i wody. Nasze ciała bez trudu opierają się większości chorób. To wystarczy, 

byśmy   byli   bardzo   niebezpieczni   jako   żołnierze   czy   partyzanci.   Ale   jest   jeszcze   coś. 

Telepatia. Potrafimy słyszeć swoje myśli, a czasami nawet myśli innych ludzi.

Łesia kiwnęła poważnie głową. Spryciara. Była w tym kierunku bardzo uzdolniona. 

Gdy bawili się z Tomkiem w chowanego, zawsze potrafiła go odnaleźć...

- Co jeszcze? - głos chłopaka aż kipiał od podniecenia.

- Telekineza, jesteśmy w stanie przesuwać przedmioty, nie dotykając ich. Gdy miałem 

siedem lat, dziedzic zamknął mnie za karę w piwnicy. Otworzyłem wtedy kłódkę bez klucza 

czy wytrychu, nawet jej nie widząc.

Trzask. Tomasz otworzył z wysiłkiem oczy. Leżał znowu na łóżku, przypięty tak jak 

poprzednio. Oddychał ciężko, ale był przytomny. Czucie powoli wracało. Profesor przeglądał 

na podświetlanym ekranie klisze podobne do zdjęć rentgenowskich.

- Następne zrobimy za jakieś pół roku - powiedział, widząc, że chłopak się obudził. - 

Szkoda, że nie zrobiliśmy badań wcześniej, ale wydaje mi się, gdy porównam to z tym, które 

nam skradziono, a którego kopię wcześniej szczęśliwie wykonałem, że to i owo odrasta.

background image

Przez chwilę więzień rozbierał sobie na czynniki pierwsze bełkot, którym profesor go 

uraczył. Aha. Mózg odrasta. Ekstra… A to, co widział przed chwilą? Na czym pracuje taki 

tomograf? Jakieś promienie pewnie. Może pobudził fragmenty do tej pory martwe i Tomasz 

przypomniał sobie ten kawałek?

- Gotów na kolejne doświadczenie? - Sigridsen zwrócił się do chłopca. - Zobaczymy, 

jak sobie z tym poradzisz. Krew co trzy minuty - polecił jak poprzednio i wyszedł.

Pielęgniarka wykonała związanemu zastrzyk.

- Tak sobie myślę… - powiedział Tomasz, patrząc na asystentkę szaleńca siedzącą na 

krześle.

Kobieta   wstała.   Teraz   dopiero   zauważył,   że   ma   bardzo   długie   paznokcie 

polakierowane na czerwono. Bez słowa wbiła sobie jeden koło ucha. Z rany nie wyciekła ani 

kropla krwi. Poszerzyła nacięcie, a potem zaczęła zdzierać swoją twarz.

- Co pani robi? - wykrztusił.

Ściągnęła ją do końca i jak ścierkę rzuciła na podłogę. Przed Tomkiem stała… pani 

Pszczółka. Chciał się uszczypnąć, ale nie miał jak.

- To niemożliwe… - szepnął.

- Ty mały, bezczelny gnojku - warknęła przesłodzonym głosikiem. - Zapowiadałam ci, 

że jeśli nie weźmiesz się do nauki, to marnie skończysz. I proszę: jak zwykle miałam rację. A 

teraz...

Gdzieś z kąta wyciągnęła duży szkolny cyrkiel do rysowania na tablicy.

- Nie! - wykrztusił przerażony chłopak.

- Serce ci wyrwę… Albo nie. Jeśli poprawnie napiszesz datę na tablicy, to pomogę ci 

w ucieczce. Ale jak zapomnisz choćby jednego znaku miękkiego, postaram się, abyś został tu 

na zawsze.

Zadrżał. Wiedział, że nie da rady zrobić tego bezbłędnie.

- Gotów?

Stał   pod   ścianą,   na   której   wisiała   zwykła   szkolna   zielona   tablica.   Pod   nią   w 

aluminiowej rynience leżała kreda. Ujął kawałek w dłoń. Obejrzał się bezradnie. Cała jego 

klasa śmiała się szyderczo. I nagle znowu leżał na łóżku przypięty pasami. Laura pobierała 

mu krew. Miała swoją normalną twarz, wcale nie zmieniła się w panią Pszczółkę.

- Co to było? - jęknął Tomek.

- Preparat wywołujący najgorsze lęki ukryte w podświadomości - wyjaśnił profesor 

stojący w drzwiach. - Skuteczny?

- Jak cholera… - szepnął.

background image

Ale w duchu chciało mu się śmiać. Jeśli najbardziej lękam się lekcji rosyjskiego, to 

chyba mogę uważać się za szczęśliwego człowieka, pomyślał.

- Na dziś wystarczy - powiedział Sigridsen do pani Laury. - Jutro wykonamy inne 

testy.

Kilka   minut  później  Tomasz   był  w   „swoim”  pokoju.   Światło  zgaszono.   Próbował 

sondować pamięć, obracał w głowie wcześniejszą wizję, ale nie przypomniało mu się nic 

więcej. Czarna plama dokuczająca jak ucięta ręka. Nic, co mógłby dopasować, złożyć  w 

sensowną całość… Leżał i w zadumie patrzył w ciemność.

Asystentka… Połakomi się na nieistniejące dolary czy nie? A może poczuje, że ją 

oszukuje? Działanie preparatu, którym go naszprycowali, mijało. Mógł poruszyć już nawet 

palcami stóp.

Kiedy   się   leży   w   stanie   wymuszonej   bezczynności,   człowiek   ma   masę   czasu   na 

rozmyślanie. Ba, odkrył błyskawicznie, że ma o wiele więcej czasu, niżby potrzebował.

Trzeba rozebrać sobie to wszystko na detale. Skąd wiedzieli, gdzie go dopaść? Cóż, 

niefrasobliwość się mści - Mógł wcześniej pomyśleć  i nikomu z Nowoorłowa nie gadać, 

gdzie   mieszka.   Z   drugiej   strony   Derek   sam   przywiózł   do   Tomka   księżniczkę   Tatianę   i 

Mikołaja… A on sam? No cóż, fakt, wykazał się totalną głupotą - ale przecież działał na 

ślepo. Nie otrzymał żadnych instrukcji.

W dodatku - z wściekłości aż szarpnął łóżkiem - nikomu do głowy nie przyszło, że 

jeśli   będzie   występował   pod   własnym   nazwiskiem,   zostanie   błyskawicznie   namierzony. 

Nazywa się Tomasz Paczenko, pięknie, historycznie, połowa rozmówców zaraz wie, skąd się 

wziął. Ale jest problem, bo pod tym samym mianem figuruje w rejestrach ludzi, którzy zwiali 

z ZSRR. Doktor Rauber, gdy zobaczył go po raz pierwszy, wtedy w Sztokholmie, wiedział od 

razu, kim Tomek jest. A był to przecież facet od zupełnie innych zadań. Z pewnością nie 

tylko on potrafił dodać dwa do dwu.

Akcję NTS w Warszawie zlecił w trybie alarmowym Maciek. A może… Może to była 

tylko inscenizacja? - Tomasz omal nie parsknął śmiechem. To przecież bardzo proste. Uszyć 

dwa   mundury,   podrobić   kilka   papierków   i   odegrać   scenkę   z   ruskimi   oficerami,   a   potem 

wmówić przestraszonemu dzieciakowi, że właśnie uratowano mu życie. W ten sposób można 

było uzyskać jego lojalność i wdzięczność. A przy okazji solidnie go nastraszyć.

Tomek   przypomniał   sobie   zapach   jaśminowych   perfum.   Nie.   Ona   była   szczera. 

Zresztą to, czy został rzeczywiście cudem uratowany, czy też padł ofiarą mistyfikacji, nie 

miało większego znaczenia. W obu przypadkach stał za tym hrabia Derek. W obu Tomek 

trafił   w   jego   ręce.   W   obu   został   umieszczony   we   wcześniej   przygotowanym   miejscu.   A 

background image

później wziął udział w jakiejś grze, której zasad ani celu nie mógł zrozumieć...

Z jakiegoś powodu jestem cenny, pomyślał Tomasz, Derek nie wahał się zaangażować 

znacznych środków, by wyciągnąć go z Polski. Tamci dwaj zastrzeleni oficerowie, jeśli byli 

prawdziwi,   chcieli   wywieźć   go   w   drugą   stronę.   Stał   się   także   obiektem   zainteresowania 

polskiego wywiadu. A i książę Orłow czynił starania, żeby był pod ręką w Nowoorłowie… 

Podano mu oczywiście kilka powodów, lecz prawdopodobnie wszystkie fałszywe. Ale jedno 

jest   pewne.   Derek   go   wystawił.   To   nie   podlega   zastrzeżeniom.   Można   mieć   tylko 

wątpliwości, czy Tomka dopadli ci, którym go sprzedał, czy może ktoś popsuł Derekowi 

plany?

* * *

Tomasz obudził się, słysząc skrzypnięcie otwieranych drzwi.

- Jak tam samopoczucie? - zapytał doktor Sigridsen po rosyjsku. - Nic nie dolega?

Chłopak spojrzał na niego ciężkim wzrokiem.

- Słuchajcie...

- Profesorze - podpowiedział doktor. - Tak należy zwracać się do lekarza z tytułem 

naukowym. Jak samopoczucie? - powtórzone pytanie zawisło w powietrzu.

- Wszystko mnie swędzi i nie mogę się podrapać.

- Dwa, może trzy tygodnie i przywykniesz. Zresztą niebawem te drobne dolegliwości 

zbledną   wobec   poważniejszych   ran   zadanych   w   trakcie   testów.   Coś   jeszcze?   Czy   po 

wczorajszym skanowaniu mózgu włączyły się jakieś wspomnienia?

- Nie - skłamał Tomek.

Nie   widział   najmniejszych   powodów,   by   współpracować   z   doktorem.   Niech   się 

udławi, głupi psychopata.

- Dziś poeksperymentujemy sobie z narkotykami.

Ekstra… Ćpanie za bezdurno, pomyślał z przekąsem. I jeszcze pod kontrolą lekarza. 

Do pokoju weszła pielęgniarka. Przytaszczyła walizę. Profesor zachował się jak gentleman - 

pomógł jej dźwignąć pakunek i położyć na stoliku. Stanęła plecami do nich przy dygestorium 

i zaczęła coś majstrować. Tomek słyszał brzęk probówek. Był ciekaw, gdzie się podziewa 

asystentka Laura. Może zauważyli, że chłopak dobrze rozumie po rosyjsku.

- Profesorze - zaczął - zastanawia mnie pewien problem.

- Tak?

-   Porwali   mnie   polscy   komandosi.   Jesteśmy   w   Polsce?   Dlaczego?   Czy   Związek 

Radziecki nie zapewnia...

background image

-   Polskie   służby   są   obecnie   znacznie   bardziej   zainteresowane   wynikami   moich 

doświadczeń   niż   pion   badawczy   KGB   -   westchnął   Sigridsen.   -   Tamtym   się   wydaje,   że 

dotarłem   do   kresu   moich   możliwości.   Ale   zobaczymy   jeszcze,   kto   kogo…   -   warknął.   - 

Mengele też sądził, że moje badania są gówno warte. I wzajemnie zresztą.

-   Profesorze   Sigridsen   -   powiedział   Tomek   -   powszechnie   wiadomo,   że   wyniki 

pseudomedycznych doświadczeń i eksperymentów przeprowadzonych w Oświęcimiu...

-   Wyniki   badań   doktora   Mengele   faktycznie   można   o   kant   dupy   potłuc.   Ale   ten 

prostak nie miał pojęcia, jak wykorzystać dostęp do tak fascynujących możliwości i takich 

zasobów materiału badawczego. To tragiczne, że Trzecia Rzesza faworyzowała tego akurat 

nieuka, nie doceniając znaczenia choćby moich eksperymentów.

- To rzeczywiście musiało być dla pana niezwykle przykre - Tomasz podtrzymywał 

rozmowę.

- A w dodatku ja pracowałem w dużo trudniejszych warunkach - rzucił doktor. - On 

miał surowca na pęczki.

Tomek wzdrygnął  się. „Materiał”, „surowiec”…  Ten świr traktował ludzi, których 

pomordowali, jak jakieś preparaty.

- Z przeszło dwu milionów ludzi z całej Europy udało mi się wyselekcjonować setkę 

kociookich. Z tego przeszło dziewięćdziesięciu okazało się mieć zwykłą kataraktę.

- I co, zagazowaliście ich? - wyrwało się Tomaszowi.

- Nie mieliśmy wtedy odpowiednio wydajnej instalacji na miejscu, do Birkenau i jego 

komór było daleko, więc normalnie, strzał z karabinka w kark. Co do twoich pobratymców, 

czterech   poszło   do   doświadczeń,   a   jeden   okazał   się   wysokiej   rangi   oficerem   NKWD. 

Opowiedział mi szalenie ciekawe rzeczy i złożył propozycję pracy dla nich.

- I co, pomógł mu pan w ucieczce?

- Nie, obiecałem, że go przeszmugluję poza obóz, a potem oczywiście zastrzeliłem. 

Nie dało się inaczej, był okresowo w telepatycznym kontakcie ze swoimi, a ja czułem, że 

wojna   jest  już  przegrana  i  że  trzeba   sobie  zapewnić   odpowiednią  odskocznię  na  wszelki 

wypadek. Miałem oczywiście stracha, że wykryją, co się stało z ich kumplem, ale jakoś się 

udało.

Sigridsen wiedział, że Niemcy przegrywają, miał w rękach człowieka, dzięki któremu 

mógł nawiązać kontakt z Ruskimi, a mimo to po prostu go zastrzelił? - Tomek pokiwał w 

duchu głową z niedowierzaniem. Pokrętna jakaś logika. A może liczył, że uda mu się uciec na 

Zachód?   Wykończył   pięciu  pobratymców   Paczenków  na   stole  operacyjnym.   Ciekawe,  co 

zrobił z pozostałą piątką. Tomek postanowił na wszelki wypadek o to nie pytać.

background image

- Zdobył pan wiedzę...

- Głównie  anatomiczną.  W warunkach permanentnej  epidemii  tyfusu  i  przy takim 

zagęszczeniu   wszechobecnych   much   niewiele   dało   się   zrobić.   Tłumaczyłem   zresztą 

doktorowi Mengele, że z przyczyn sanitarnych powinniśmy przenieść się poza obóz. Później 

w ZSRR kontynuowałem badania, analizując dla odmiany waszą fizjologię i tolerancję na 

leki. To był kolejny etap pracy. Zarażaliśmy materiał różnego rodzaju bakcylami i wirusami i 

sprawdzaliśmy, co pomaga.

Coś   się   tu   Tomkowi   nie   zgadzało.   Żeby   uzyskać   sensowne   dane,   doktor   musiał 

przecież   testować   szczepionki   czy   leki   na   dziesiątkach,   może   setkach   chorych!?   Czyżby 

przedstawiciele rasy Equoidae Edoni występowali w tamtych krajach aż tak licznie?

- I jak oceniono pańskie ogromne osiągnięcia? - Tomasz kontynuował rozmowę, sam 

nie wiedząc po co. Może po prostu usiłował grać na zwłokę?

- Nijak - warknął doktor ze złością. - Uznali, że wyniki są ciekawe, tylko  trudno 

ocenić, czy miarodajne, bo próbka była za mała. Wierzą w statystykę, choć gołym okiem 

widać, że w waszym przypadku te reguły zawodzą. Wasze ciała działają tak samo. Nie ma 

różnic. Co szkodzi jednemu, identyczne objawy wywoła u wszystkich.

- Dużo jest takich jak ja?

Doktor jakby nie usłyszał pytania. Czyli trafiłem, ucieszył się więzień. Wykończył 

kilku, może kilkunastu przez kilkadziesiąt lat. Nie więcej.

-   Najbardziej   martwi   mnie,   że   leki   stosowane   bezpiecznie   u   koni,   dają   u   was 

niepożądane interakcje.

- Koni?

- A wydaje ci się, że czym jesteś?

- Wspomniał pan poprzednio, że jestem zwierzęciem.

- Koniem. No, przynajmniej z grubsza - dodał.

- Tylko dlatego, że mam podwójną powiekę?

- Nie, są jeszcze inne cechy.  Jesteście rozumnymi  eohippusami.  Hm, może raczej 

potomkami eohippusów uwięzionymi w ludzkiej powłoce.

- Muszę przyznać, że nic z tego nie rozumiem. Czy mógłby mi pan to wyjaśnić?

- Zapewne miliony lat temu ktoś odwiedził Ziemię...

Doktor urwał i obejrzał się, kontrolując, co robi kobieta. Z pozycji, w której leżał 

Tomasz, widać było tylko ruch łokci i łopatek, gdy mieszała w dygestorium jakieś ciecze.

- I… - podchwycił chłopak.

- To przecież proste. Wysiedli sobie obcy z latającego talerza i zobaczyli sympatyczne 

background image

zwierzątka biegające po lesie. No to zabrali kilka ze sobą i wypuścili na swojej planecie. U 

nas przodkowie koni wyruszyli z lasów na sawanny, paluszki poszły w kopyta i generalnie 

zabrnęli w ślepy zaułek. Tam, na Edonie, zostali w lesie milion lat dłużej, wleźli na drzewa, 

palce stały się chwytne, sylwetka się pionizowała. W tym czasie gospodarze planety, Edonici, 

wymarli i konie, gdy tylko dorobiły się własnej archeologii, odkopały resztki tej cywilizacji.

- Sądzi pan, że po upływie tak długiego okresu cokolwiek dało się jeszcze znaleźć? Co 

mogło zostać po układach scalonych? Metale skorodowały, kryształy też się pewnie jakoś 

rozłożyły. Nawet tworzywa sztuczne nie miały szans przetrwać.

Lekarz jakby nie usłyszał kontrargumentów chłopaka.

- Prawdopodobnie mimo upływu milionów lat pewne urządzenia były jeszcze na tyle 

dobrze   zachowane,   że   udało   się   z   ich   pozostałości   zdobyć   wiedzę,   jak   działały.   Koniki 

wydarły z ziemi najpierw sekret maszyn latających, a następnie ruszyły w kosmos szukać 

swej praojczyzny. Znalazły Ziemię, wysadziły ekipę badawczą, a może się rozbiły? Tak czy 

siak,   coś   poszło   nie   tak   jak   trzeba   i   musiały   się   zamaskować,   by  żyć   spokojnie   między 

ludźmi.

- To brzmi bardzo prawdopodobnie - przyznał Tomasz - lecz wyczuwam, że myśli pan 

jeszcze o jakiejś innej możliwości.

- Tak. Jeśli Edonici nadał żyją, możecie być obcą wtyczką przysłaną tu, by podbić 

naszą planetę - warknął profesor. - Albo wyszpiegować, ile się da, przed inwazją. Wleźliście 

między   nas,   by   nas   badać,   by   tworzyć   powiązania,   które   nas   osłabią   i   wydadzą   na   łup 

gwiezdnym agresorom. W takim przypadku moje badania mające na celu poznanie waszych 

organizmów, włącznie z ich słabymi punktami, są po prostu bezcenne.

-   Jaja   pan   sobie   robi,   profesorze   -   wykrztusił,   choć   był   pewien,   że   tamten   mówi 

poważnie.

- No, ale my tu gadu - gadu o gadach - zażartował Sigridsen - a przecież samo się nie 

zrobi.

Wziął   strzykawkę   i   wprowadził   do   krwiobiegu   Tomka   odrobinę   opalizującej 

zawiesiny. Minęło może dwadzieścia sekund. Nic się nie działo. Paczenko już miał nadzieję, 

że preparat nie zadziała, gdy nieoczekiwanie obraz zaczął rozmazywać mu się przed oczyma.

Najpierw   wszystko   wyglądało   jak   bohomaz   impresjonisty,   doktor   coś  mówił,   lecz 

chłopak nie rozumiał  sensu słów. Widział jedynie,  że pod wpływem dźwięków wszystko 

faluje. Niebawem w ogóle nie widział już laboratorium,  tylko  szaloną gmatwaninę plam. 

Zamknął oczy, ale nic to nie pomogło. W uszach pojawił się szum, co jakiś czas przerywany 

trzaskami.   Nawet   zmysł   smaku   zdradził   chłopaka.   Czuł   na   języku   coś   obrzydliwego. 

background image

Zamrugał   powiekami   i   nagle   stwierdził,   że   posmak   się   zmienia.   Nadal   nic   nie   widząc, 

spróbował zrobić zeza. Na języku poczuł więcej goryczy.

I już wiedział, co jest grane. To, co mu podali, rozregulowało układ nerwowy. Tomek 

zaczął odbierać informacje nie tymi partiami mózgu, dla których były przeznaczone. Obraz 

odbierał smakiem, dźwięk wzrokiem, jednolity szum w uszach był zapewne węchem.

- Zatkajcie mi uszy! - krzyknął, na co obraz przed nim eksplodował fioletem.

Zrozumieli? Czy nie słysząc tego, co mówi, był jeszcze w stanie wydawać sensowne 

dźwięki? Nawet jeśli, to zignorowali jego prośbę. Męka była straszliwa. Najgorsze wydawało 

się to, że Tomek nie mógł się od niej uwolnić Normalnie można zamknąć oczy, zatkać uszy 

czy   dziurki   w   nosie.   Tu   nic   z   tego…   Zaciskając   powieki,   pozbył   się   goryczy   z   języka, 

pozostał lekko słony posmak. Eksplozje barw stały się bardziej uporządkowane, chyba puścili 

muzykę.

Ale najbardziej wkurzała chłopaka kompletna bzdurność tego doświadczenia. Z tej 

męki nie płynął  żaden pożytek. Gdyby profesor podczepił mu elektrody i obserwował na 

elektroencefalografie,   co   robi   jego   mózg,   może   wtedy   dałoby   się   wyciągnąć   sensowne 

wnioski...

A   tak?   Czego   się   dowie?   Nie   ustali   nawet,   które   części   kory   mózgowej   uległy 

podrażnieniu. Minęła  wieczność. Uwięziony we własnej głowie Tomasz  nie był  w stanie 

ocenić upływu czasu. Lecz chaos powoli się uspokajał i wreszcie chłopak znowu widział 

najpierw impresjonistyczną wizję celi, później stopniowo wszystko się wyostrzało. I wreszcie 

doszedł do siebie. Leżał zlany potem.

- Cztery godziny, dwadzieścia minut - powiedział ten cały pseudonaukowiec, patrząc 

na duży złoty zegarek.

Skąd   wytrzasnął   taką   „cebulę”?   Dostał   od   pracodawców   czy   stanowiła   smutną 

pamiątkę po kimś, kogo zamordowali w obozie? - mimo bólu Tomasz potrafił rejestrować 

świat zewnętrzny. Pielęgniarka notowała skrzętnie.

- Opowiedz, co się działo? - polecił Sigridsen. Chłopak wzruszył ramionami, na ile był 

w stanie. Więc w ten sposób profesor chciał zbadać efekty podania tego świństwa? Ażeby się 

udławił, bydlak.

- Nic ciekawego - bąknął.

- Nie myśl  sobie, gówniarzu, że będziesz nam tu sabotował badania! - doktor się 

wkurzył.

Przeskok od skupienia do furii wydał się nagły i niespodziewany. W jednej chwili był 

spokojnym uczonym, w następnej twarz ściągnęła mu się w szaleńczym grymasie. Czy tę 

background image

minę widzieli przed śmiercią ludzie, których mordował w obozie?

- To, co przeżyłem,  jest skomplikowane. - Tomek postanowił grać na czas. - Nie 

umiem tego precyzyjnie wyrazić po rosyjsku. Potrzebuję tłumacza. Sprowadźcie panią Laurę.

Sigridsen opanował się powoli.

- Hmm. Tak… Będzie z tym problem - zasępił się.

- Dlaczego?

- No cóż, złożyłeś  jej pewne propozycje  korupcyjne.  Dziwnym trafem zapomniała 

nam o tym powiedzieć przed wyjściem z instytutu. Lecz odsłuchując nagrania...

- Nagrania?

- Tak, tak, mamy tu ukryty mikrofon. Swoją drogą, zakłóciła przebieg testu. Miała 

siedzieć i się nie odzywać. Dziś rano zrewidowaliśmy ją na portierni, gdy przyszła do pracy. 

Znaleźliśmy nożyce do cięcia prętów, komplet ubrań pasujących na kogoś twojego wzrostu, 

butelkę  chloroformu   i  tampony,  pojemnik  milicyjnego   gazu  obezwładniającego  oraz   inne 

takie bzdety.

- Inne takie?

- Przedmioty, które wydały jej się przydatne w akcji dywersyjnej.

Tomek przełknął nerwowo ślinę.

-   Sam   rozumiesz,   że   w   tej   sytuacji   musieliśmy   wywalić   ją   z   roboty   w   trybie 

dyscyplinarnym.

- To znaczy? - pytanie wyrwało mu się mimowolnie, choć wolałby nie wiedzieć.

-   Zaprowadziliśmy   do   ambulatorium   i   wstrzyknęliśmy   środek,   który   w   połowie 

dziewiętnastego wieku stosowany na plantacjach bawełny dla skracania cierpień starym lub 

chorym Murzynom.

- Zabiliście ją?!

- Taka służba. Podpisała regulamin, konsekwencje znała...

Tomasz milczał. Świadomość, że w tej właśnie chwili gdzieś w piwnicy tego budynku 

stygną zwłoki tłumaczki zmroziła go do szpiku kości. A może profesor tylko żartował? Nie, 

chłopak czuł podświadomie, że to prawda.

- Coś tak zamilkł? - Sigridsen spojrzał na niego, podejrzliwie łypiąc okiem.

- A co mam mówić?

- Odpowiadaj na pytanie. Co widziałeś?

- Plamy, dziwne plamy różnego koloru. Poruszały się jakby w sposób uporządkowany, 

ale nie rozumiem tego.

Postanowił   nie   mówić,   że   rozgryzł,   co   się   stało.   Że   widział   dźwięki.   Chce   sobie 

background image

ścierwo badać jego rasę? No to, na ile się da, Tomasz popsuje mu szyki. Tak jak zapewne 

robili inni, ci, których wykończył wcześniej.

To był bardzo długi dzień… Jednak w końcu i po nim przyszła noc.

* * *

Tomasz leżał w półmroku. I wiedział, że musi stąd nawiać Z każdym dniem będzie to 

trudniejsze. Trzeba uciekać. Ba, ale jak? Telepatycznie wezwać pomoc? Za pomocą bilokacji 

przenieść się na korytarz i otworzyć drzwi od zewnątrz A może telekineza?

Skoncentrował   myśli   na   długopisie   leżącym   pośrodku   blatu   biurka.   Jak,   u   diabła, 

sprawić, żeby się poruszył? Widział go niewyraźnie w zielonym blasku padającym z ekranu. - 

Kurczę, co ja mogę zrobić w tym oświetleniu? - zawołał w duchu z rozpaczą.

Myśl była tak oczywista, że gdyby miał wolne ręce, walnąłby się w czoło. Po cholerę 

męczy się po ciemku? Trzeba najpierw zapalić światło. Włącznik. Tomek wyobraził sobie 

niewidzialną dłoń, która wciska go z całej siły. Wyobraził sobie, jak powietrze gęstnieje, 

skrapla się miażdżone potwornym ciśnieniem, wreszcie uderza jako pędząca ciężka kropla w 

biały plastikowy przycisk.

Nagły   rozbłysk   światła   w   pomieszczeniu   kompletnie   chłopaka   zaskoczył.   Zdążył 

spostrzec, że na powierzchni ściany wokół włącznika błyskawicznie paruje błękitna plama 

ciekłego powietrza. Szarpnął kajdankami, a potem się skoncentrował. Jak się ich pozbyć? 

Rozpylić na atomy? Przyspieszyć entropię, aby skorodowały? Nie potrafił zrobić nic z tych 

rzeczy. Złapać? Przesunąć? Tak. Obręcz poruszyła się, łańcuch, przecząc grawitacji, uniósł 

się kawałek do góry.

Tomek przypomniał sobie jakiś epizod „Gwiezdnych wojen”. Skoro już raz złamał 

prawa fizyki, to… Czy jest różnica między podniesieniem kamienia a podniesieniem statku 

kosmicznego?

Pociągnął łańcuch naprawdę mocno. Liczył, że go zerwie, ale zamiast tego oderwał 

łóżko z jednej strony od podłogi. Niewiele brakowało, a runęłoby na bok, miażdżąc więźnia 

swoim ciężarem.  Nie tędy droga. Więc jak, do cholery?  Zamek kajdanek…  Zapadki. Na 

ruchomej   części   obręczy   są   ząbki,   w   które   trafia   taki   fikuśny   haczyk.   Zacisnął   oczy. 

Wszystkie cztery obręcze trzasnęły jednocześnie.

Tomek   zachichotał   histerycznie.   Uwolnił   się   powoli   z   pasów.   Odczepił   i   rozpiął 

obrożę. Wyrwał sobie rurkę z ptaszka. - Goło i wesoło, psiamać… Nie miał nic do ubrania.

Otworzył   szafę   w   nadziei,   że   znajdzie   w   niej   choćby   kombinezon   ochronny   albo 

fartuch laboratoryjny. Niestety. Dobra, bez paniki. Jak sforsować drzwi?

background image

W tym momencie usłyszał cichutki chrobot w zamku. Ktoś wsunął delikatnie klucz do 

dziurki. Tomasz błyskawicznie porwał ciężki metalowy stołek, uniósł nad głowę i stanął tak, 

by   drzwi,   otwierając   się,   zasłoniły   go   skrzydłem.   Uchyliły   się   ze   znajomym   zgrzytem 

zawiasów.

Do   celi   wszedł   Derek   Tomatow.   Mimo   że   stał   do   Tomka   tyłem,   ten   poznał   go 

natychmiast. Walnął z całej siły. Uderzenie okręciło hrabiego w miejscu, padł na podłogę jak 

podcięty. Z dłoni wypadł mu pistolet. Chłopak skoczył, porwał broń i trzymając nisko lufę, 

wyjrzał na korytarz. Pusto, cicho, martwo… Dobra nasza.

Teraz dopiero przyjrzał cię ciału i strzelił pawiem na łóżko. Cios zmiażdżył równo pół 

głowy. Kępy skóry z włosami, potrzaskane kości, szaroróżowe zwoje mózgu widoczne w 

ranie. Derek Arturowicz Tomatow. Człowiek, który kiedyś uratował Tomkowi życie, który 

potem wykorzystał go i sprzedał, a teraz… No właśnie, czego, do cholery, tu szukał?!

Nagle oko w nietkniętej połowie czaszki otworzyło się, a pierś uniosła w rwanym 

oddechu.

- A więc to ty - mruknął. - Cóż, tak widać musiało być… Teraz posłuchaj bardzo 

uważnie.

- Gówno - syknął Tomek. - Zdychaj, zdrajco!

- Wiem. Przepraszam. To nie tak miało być.

- Ty mnie przepraszasz?

Wściekłość   szukała   ujścia.   Hrabia   nie   mógł   już   głośno   mówić,   więc   chłopak 

przyklęknął i nachylił się nad nim. Sam nie wiedział dlaczego. Chyba Derek zmusił go do 

tego telepatycznie.

-   Ja…   przepraszam…   ciebie…   -   Tomatowowi   głos   się   rwał.   -   Ostatnie…   musisz 

wiedzieć… Nowy Jork, Fifth Avenue, galeria handlowa Falcon. Sklep… z… herbatą. Pracuje 

tam… Johan Wurst. Odnajdź… go...

- Gówno. Nie będę wypełniał już żadnych twoich poleceń, ty mendo!

- To twój ojciec… Nikita. Dobij mnie teraz… Nie mogę wpaść żywy… w ich… ręce...

- Co jeszcze ukrywasz, łajzo? Czego jeszcze mi nie powiedziałeś?

- Dobij… mnie...

Tomasz rąbnął stołkiem, potem znowu i wreszcie po raz ostatni. Kości czaszki łamały 

się   z   obrzydliwym   trzaskiem.   Maź   mózgu   i   krwi   bryzgała   naokoło.   Wreszcie   zasapany 

przerwał.   Derek   był   martwy.   Tomek   ściągnął   mu   pospiesznie   skórzaną   kurtkę,   spodnie, 

skarpetki i buty. Pod kranem oczyścił kołnierz z krwi. Ubranie prawie na niego pasowało, 

hrabia był tylko odrobinę wyższy. Tomek podniósł z podłogi pistolet. Odbezpieczony? Tak. 

background image

Więc przeładował. Przestąpił zwłoki i rosnącą kałużę krwi.

Wyjrzał na korytarz. Nadal był pusty. W prawo czy w lewo? W lewo. Doszedł do 

zakrętu, szklane drzwi miały rozwalony zamek. Zaraz za nimi była wnęka, a w niej coś w 

rodzaju dyżurki pielęgniarek. Tomek przez dłuższą chwilę stał, nie rozumiejąc tego, co widzi. 

Dwaj strażnicy spoczywali na podłodze. Każdy z nich miał czarną dziurkę pośrodku czoła. 

Dwa krwawe rozbryzgi na ścianie świadczyły, że stali w momencie, gdy oberwali.

Paczenko zrozumiał w jednym straszliwym ułamku sekundy. Derek… Niezależnie od 

swoich   mętnych   planów   nie   był   aż   takim   ścierwem.   Nie   zdradził   chłopaka.   Jakimś 

nieprawdopodobnym fartem zdołał się dowiedzieć, gdzie jest, i przybył na ratunek. A on go 

zabił...

Coś bezgłośnie wybuchło w mózgu Tomka. Ciemność, znajomy ucisk. Leży na łóżku 

przypięty pasami i kajdankami - Złapali go? A może nigdy nie uciekł? Może ta wizja, że 

zabija Dereka, to halucynacja wywołana narkotykami? A może sen?

Coś zachrobotało pod klamką i drzwi stanęły otworem.

- Moment - usłyszał szept hrabiego. Rozległ się trzask i zapaliło się światło.

- Musiałem zniszczyć kamerę - wyjaśnił.

Zgroza wgniotła więźnia w materac. Byłby przysiągł, że nie śpi, ale to nie mogła być 

jawa. Tomatow stał obok łóżka ubrany dokładnie tak jak przed chwilą. Skórzana kurtka, 

spodnie,  buty… Tomasz rzucił okiem w  kąt  pomieszczenia.  Zlew był zabryzgany  czymś 

czerwonym.   Podłogę   pokrywała   jakaś   breja.   Cuchnęło   krwią   jak   w   centralnej   rzeźni 

miejskiej.

- Wiem - powiedział Derek. - Później ci wytłumaczę.

Wyjął z torby ciężkie nożyce do stalowych prętów i przeciął łańcuszki. Rozpiął pasy. 

Tomek próbował wstać. Stawy zaprotestowały wściekle. Wyrwał rurkę z ptaszka.

Derek bez słowa zdjął z siebie kurtkę. Sięgnęła, tak jak chłopak pamiętał, do ćwierci 

uda.   Co   się   działo?   -   Paczenko   poczuł   się   skołowany.  Co,   u   diabła,   pamiętał?   Krew   na 

podłodze? Plama była dziwnego koloru...

- Osocze - Derek odgadł jego myśli. - Musimy jak najszybciej wiać - powiedział. - To 

jest bardzo niestabilne.

Ruszył  korytarzem   z  bronią  skierowaną   ku ziemi.  Zakręt,  szklane  drzwi,  znajoma 

dyżurka. Dwa trupy, plamy krwi dokładnie w tych miejscach, gdzie je Tomek zapamiętał. Co 

się dzieje?

Uszczypnął się. Chyba nie śpi. Wąskie schody prowadziły gdzieś na dół, pewnie do 

piwnic albo kotłowni. Hrabia cisnął tam coś, co wyglądało jak górnicza petarda. Chłopak 

background image

usłyszał stukot o stopnie.

-   Zapalnik   czasowy   -   wyjaśnił   Tomatow.   -   Mamy   dziesięć   minut.   Daj   mi   rękę   - 

poprosił. - Boję się.

Choć ta prośba wydała się Tomkowi dziwna, ujął dłoń hrabiego. Drzwi na zewnątrz. I 

w tym  momencie  gdzieś w głębi budynku  zawył  alarm. Wyszli na dziedziniec, w oddali 

majaczyło jakieś blokowisko. Zaraz będzie świtać.

- Widzisz to? - szepnął Derek.

Przy ulicy, w odstępie może dziesięciu metrów, stały dwa identyczne samochody. W 

każdym z nich ktoś siedział. Tomasz przysiągłby, że w obu był Paweł Norwicki.

Ten drugi, zaparkowany jakieś trzydzieści metrów dalej, mrugnął światłami, kierowca 

zapuścił silnik i ruszył w ich stronę. Bezgłośnie uderzył w pierwszy, zlały się do kupy i już 

jako jeden zahamowały przed furtką. Wskoczyli do wnętrza, zajmując miejsca, i Paweł ruszył 

co koń wyskoczy.

Pistolet w dłoni hrabiego rozwiał się jak dym. Tomek zobaczył, że Derek jest spocony 

jak mysz. Spojrzał na zegarek, a potem na zegar przy desce rozdzielczej.

- Niebezpieczeństwo minęło, chyba będę żył - szepnął.

- Widzieliście to? - zapytał Paweł. - Czy tylko ja mam zwidy? Witaj, Tomku...

- Cześć, bydlaki… - mruknął Paczenko. - Zdradzieckie chamy...

-   Zaraz   sobie   wszystko   wyjaśnimy   -   odezwał   się   hrabia.   -   Mamy   sporo   czasu. 

Wracając do twojego pytania - zwrócił się do Pawła. - Chodzi ci o ten drugi samochód?

- Mógłbym się założyć, że w środku siedzę ja.

- Fazowaliśmy się.

- Co?

- Dziękuję - Derek zwrócił się do Tomasza. - To ty mnie uratowałeś.

- Co?

-   Zabiłeś   mnie.   Konkretnie:   zarąbałeś   stołkiem   -   wyjaśnił.   -   A   potem   widać 

przemyślałeś problem i cofnąłeś czas.

Szczęka   nie   opadła   Tomkowi   tylko   dlatego,   że   już   dawno   była   na   dole.   Paweł 

prowadził w milczeniu, czekając na wyjaśnienia.

- Wszedłem do instytutu. Zastrzeliłem tych dwóch troglodytów. Rozwaliłem zamek, 

wszedłem do twojej celi. A ty widać uwolniłeś się chwilę wcześniej i dałeś mi stołkiem w łeb. 

Jak daleko uciekłeś?

- Do dyżurki. Tam zrozumiałem… - bąknął.

- Przykre… W każdym razie to twój mózg cofnął nas w czasie o jakieś dziesięć minut. 

background image

Podszedłem do dyżurki, strażnicy gapili się w monitory. Twoja cela była oświetlona, a na 

podłodze leżał mój trup. Zastrzeliłem ich. Popatrzyłem w ekran. Moje ciało się rozpływało, za 

to ty pojawiłeś się przypięty pasami do łóżka. Zrozumiałem wtedy, co się stało.

-   Ja   sobie   przypomniałem,   że   kazałeś   przeparkować   auto   -   powiedział   Paweł.   - 

Ruszyłem do przodu i nagle zorientowałem się, że tam za mną została jakby druga kopia.

-   Nie   mogą   istnieć   jednocześnie   dwie   rzeczywistości   -   wyjaśnił   Derek.   -   Dlatego 

wszystko w pewnej chwili zlało się z powrotem. Gdy mijaliśmy dyżurkę, miałem trzy minuty 

różnicy między moim zegarkiem, a tym, który w niej wisiał. Do momentu gdy czasy się 

wyrównały, bałem się, że jednak zniknę...

Tomek milczał. Chyba po raz pierwszy w życiu nie miał pojęcia, co powiedzieć. I, co 

gorsza, kompletnie nie wiedział, co dalej robić. Przyjechali na ratunek? Nie bardzo chciało 

mu się w to wierzyć. Za długo występował w charakterze celu wystawianego na odstrzał. 

Raczej coś im nie wyszło i robią korektę planów… Uciekać? Szarpnąć za klamkę, wyskoczyć 

z wozu? Tylko jak zwiewać prawie nago, bez dokumentów i pieniędzy? I niby co dalej robić? 

Dotrzeć do norweskiej ambasady? To konsul krył ucieczkę Tomka...

- Na siedzeniu obok ciebie jest mój plecak - powiedział Paweł. - Mam ubranie na 

zmianę, załóż. Będzie ciut luźne, potem coś ci dokupimy.

Tomasz usłyszał głuchy huk wybuchu. Niebo na ułamek sekundy pojaśniało. Co, u 

diabła? Piorun? A może gaz gdzieś strzelił?

- I po instytucie - mruknął Norwicki.

- Jak to? - nie zrozumiał Tomek. - Ta maluśka bombka...

- Czerwona rtęć, prawie ćwierć kilo - powiedział wesoło hrabia.

Coś załomotało w bagażniku.

- Oho, doszedł do siebie.

- Kto? - Paczenko wytrzeszczył oczy.

- Doktor Otto Sigridsen oczywiście - wyjaśnił Derek. - A myślisz, że jakim cudem 

wiedziałem, w której celi siedzisz? Zjedź w pole - polecił.

- Dorwaliście go...

- Poprosiliśmy, żeby opowiedział nam to i owo… I zabraliśmy ze sobą, na wypadek 

gdyby okazało się, że kłamie.

- I teraz...

- No cóż, powiedział prawdę, ale nad hitlerowskim zbrodniarzem nie będziemy się 

litować...

Zatrzymali się.

background image

- Wypadałoby powiesić - zauważył Paweł.

- Nie mamy czasu… - westchnął Derek. - Ja obiecałem darować mu życie...

- Oczywiście. Więc ja to zrobię.

Paweł otworzył bagażnik. Tomek wolał się nie oglądać, ale poczuł lekkie szarpnięcie, 

gdy jego przyjaciel  wydobył  skrępowanego więźnia,  usłyszał  łomot ciała upadającego na 

ziemię.

- Daj te kajdanki. - Derek wyciągnął z kieszeni dentystyczny haczyk do dłubania w 

zębach.

Tomasz   wyciągnął   nadgarstki.   Hrabia   wsadził   drucik   w   zamek   i   po   kilkunastu 

sekundach rozpiął „obrączki”.

Norwicki wrócił po chwili, chowając pistolet do kabury.

-   Rzuć   na   trupa   rękawiczki   i   to.   -   Hrabia   podał   mu   kartkę   pokrytą   robaczkami 

hebrajskich literek.

Paweł znowu poszedł.

-   Wyrok   wydany   w   imieniu   pewnej   żydowskiej   organizacji   -   wyjaśnił   Derek, 

rozpinając obręcze na kostkach nóg Tomka. - Jak milicja znajdzie trupa, będą wiedzieli, kto to 

i za co… Przepraszam, może sam powinieneś łajdaka zabić, ale naprawdę nie sądzę, żebyś się 

do tej roboty nadawał.

- Masz rację, nie nadaję się...

Paweł zasiadł za kierownicą. Wytoczył  samochód na drogę. Ha, i co dalej? Myśli 

nerwowo tłukły się Tomkowi pod czaszką.

- Chcesz o coś zapytać?

- Dokąd jedziemy? - Spojrzał na Dereka.

- Pora na wyjaśnienia. - Spoważniał. - Doszło do największej wsypy w historii naszej 

wojny. KGB i temu podobne służby dokonały masowych aresztowań po tej stronie żelaznej 

kurtyny,  a na Zachodzie w ciągu jednej nocy zamordowano co najmniej siedemdziesięciu 

działaczy różnych organizacji emigracyjnych i lokalnych współpracujących z nami. - Więc...

-   To,   że   dopadli   ciebie   akurat   tego   dnia,   nie   by o   przypadkiem.   Musieli   ci

ł

ę 

obserwowa . W Bodø pojawi o si  co najmniej pi ciu morderców. Na szcz

cie, gdy przyszli

ć

ł

ę

ę

ęś

 

wykona  drugie zadanie, Paw a nie by o w domu, bo szuka  ciebie. Za to zostawili mu, jako

ć

ł

ł

ł

 

niespodziank , kilka bomb - pu ape

ę

ł

k.

- Sądziłem, że to wy mnie wystawiliście...

- I poniekąd słusznie.

- Poproszę o wyjaśnienia.

background image

- Pastuszkowie… Słyszałeś już to słowo.

- Zastanawiałem się nad nim. To tacy jak my,  Equoidae Edoni.  Tylko że grają po 

drugiej stronie? Służą Sowietom...

- Brawo. I jeszcze jedno. Nie tak do końca służą. To raczej Sowieci służą im. Jest ich 

trzydziestu,   może   czterdziestu.   Pełnią   bardzo   różne   funkcje.   Jacyś   wiceministrowie, 

podsekretarze stanu. Takie pluskwy umieszczone w kręgach władzy. Nie podlegają nikomu, 

kontaktują się między sobą. Prawdopodobnie otrzymują rozkazy z Moskwy. Wygląda na to, 

że trzymają w garści rządy wszystkich krajów Układu Warszawskiego.

- Dlatego nazwaliście ich pastuszkami?

- Tak. Pilnują czerwonego bydła.

Tomek milczał dłuższą chwilę.

- Nasze zdolności… Czy one...

-   Tak   jak   każdy   talent,   Tomaszu.   Można   je   rozwinąć   do   nieprawdopodobnych 

poziomów, ale trzeba wcześnie zacząć i intensywnie ćwiczyć. A potem, no cóż, telepatia, 

telekineza, być może lewitacja… Nie radzę się tym chwalić - Nie wszyscy o tym wiedzą i 

lepiej dla nas, żeby tak pozostało.  Sądzę, że pastuszkowie są w stanie  komunikować się 

telepatycznie z równą łatwością, z jaką my korzystamy z telefonu.

- Jest jeszcze coś, o czym nie powiedziałeś - zauważył Tomek.

- Tak. To nie jest tylko hipoteza. Złożono taką propozycję mojemu ojcu, gdy miałem 

trzy lata. Odmówił. Więc zastrzelili mojego brata, gdy miał dwanaście lat. Ja przeżyłem dwa 

zamachy   na   swoje   życie.   I   co   najmniej   cztery   poważne   próby   porwania,   gdy   byłem 

dzieckiem.

- Co…?

- Już wyjaśniam. Pastuszkowie nienawidzą „dzikich”  Equoidae  i tępią ich jak tylko 

mogą. Ale nawet oni mają swoje problemy. Chorują, cierpią, mają problemy z płodnością. 

Stąd ich spółka z doktorem Sigridsenem. Testuje leki, przeprowadza letalne operacje mające 

na celu poznanie naszej biologii i fizjologii. Na Ukrainie jest cały wielki instytut badawczy. 

Pracują   tam   głównie   nad   bronią   biologiczną,   my   jesteśmy   mniej   ważni.   Tu   była   druga 

placówka, trochę mniejsza, gdzie pracowała grupa polskich badaczy. Tylko że Sigridsen to 

dyletant… I poszedł w odstawkę. Do tego stopnia machnęli na niego ręką, że mógł przyjechać 

tutaj i kontynuować swoje badania.

- Od chwili gdy dowiedzieliśmy się o istnieniu pastuszków, próbujemy ich zabijać - 

powiedział Paweł. - Na razie udało nam się zlikwidować trzech.

- Kapuję - mruknął Paczenko. - Zresztą sam powiedziałeś, że zajmujesz się mną, by 

background image

obserwować i uczyć się zabijać takich jak ja.

- Staram się mówić prawdę. O ile to możliwe...

- Ale zapewne nie całą?

- Prawdę - wtrącił się Derek. - Chcesz poznać prawdę o sobie? O swojej roli?

- Tak.

Hrabia westchnął ciężko.

- Nawykłem kłamać - powiedział wreszcie. - Ale Paweł w razie czego potwierdzi moje 

słowa. Tomatowowie byli, można powiedzieć, przyjaciółmi waszych rodzin.

- Hrabio, do cholery jasnej, miała być prawda! - syknął Norwicki.

- Czepiliście się tej prawdy, a ona przecież boli. Dobra. Poznaliśmy się w uroczych 

okolicznościach   przed   setką   z   hakiem   lat.   Mój   prapradziadek   i   jego   brat   byli   oficerami 

żandarmerii   i   prowadzili   w   konwoju   na   Sybir   trzech   buntow…   To   znaczy   zesłanych   na 

katorgę. Tak się składa, że byli to protoplasci waszych rodów, dziedzic Norwicki i jego dwa 

przydu… No, zaufani słudzy, Paczenko i Wędrowycz. Tomatowowie nie wiedzieli, że są inni, 

a   wtedy   po   raz   pierwszy   znaleźli   kogoś   podobnego   do   siebie,   to   znaczy   twojego 

prapradziadka. - Wskazał Tomasza gestem. - Wypuścili wszystkich trzech… To znaczy - 

wzniósł oczy ku sufitowi auta - dali się przekupić. Ułatwili też później twojemu pradziadkowi 

Anzelmowi służbę w korpusie kadetów, a następnie w korpusie kurierów.

-   Kręcił   się   przy   dworze   i   tam   poznał   nieślubną   córkę   cara   Mikołaja   -   uzupełnił 

Tomek.

- Więc wiesz.

- Tak.

- Pięć, nie, sześć lat temu, gdy twój ojciec Nikita zorientował się, że zostanie lada 

chwila   namierzony,   spróbował   zwiać   z   ZSRR.   Rozdzielili   się.   On   z   twoją   siostrą   Łesią 

pojechali   w   okolice   Kłajpedy,   tam   zaiwanili   kajak   i   popłynęli   na   Gotlandię.   Z   wyspy 

zadzwonili   do   mnie.   Młody   szczurek   wtedy   byłem,   ale   to   i   owo   mogłem   załatwić.   Ihor 

poszedł   z   tobą   przez   góry.   Zastrzelili   go.   Ty   oberwałeś   kolbą   w   głowę   i   zostawili   cię 

przekonani, że nie żyjesz. I teraz wyobraź sobie taki zbieg okoliczności: trafiłeś do Warszawy 

i akurat do szkoły, do której...

-   Chodziłem   ja   -   powiedział   Paweł.   -   Tylko   że   krótko.   Tydzień   po   tym,   jak 

niespodziewanie zauważyłem cię na korytarzu, musieliśmy całą rodziną śmigać do Ameryki. 

Tyle co zdążyłem się upewnić, że to naprawdę ty i że straciłeś pamięć.

- Nie bardzo miałem pomysł, co dalej, bo twój ojciec bardzo zręcznie zacierał za sobą 

ślady. Gdy cię znaleźliśmy, nie miałem już z nim kontaktu.

background image

- Znowu łżesz - westchnął chłopak.

- Nie. Tym razem mówię prawdę. Skorzystał z mojej pomocy i zniknął. Przez cztery 

lata nie wiedziałem, co się z nim dzieje, lecz od pół roku znowu się kontaktujemy.

- A nocami nie męczą cię wyrzuty sumienia? - zapytał Tomek złośliwie.

-   Oj   tam.   Przecież   bym   cię   tam   wysłał,   tylko   trochę   później.   Nieważne.   A   więc 

wyczaiłem przez moją agenturę, do którego liceum idziesz, i posmarowałem gdzie trzeba, 

żeby i Maciek tam trafił. Miał cię pilnować i obserwować.

- I nie ujawnił się, kumpel za dychę...

- To bardzo dobry przyjaciel - zaoponował hrabia.

- Tylko z lojalnością ma problemy.

- Mylisz się - odezwał się Paweł. - On uwierzył, że musi milczeć dla twojego dobra, 

abyś sam mógł sobie wszystko przypomnieć. W każdym razie nigdy cię nie zdradził. Tak się 

to robi. Człowiek, żeby dobrze i z oddaniem wypełnić misję, musi być przekonany, że jest 

ona szalenie ważna. Czasem nie ma sensu angażować kogoś, by grał wyuczoną rolę. Lepiej 

mu wmówić, że w ogóle nie stoi na deskach teatru...

- I co było potem?

- Potem wszystko zaczęło się pieprzyć - westchnął Derek. - Planowałem ściągnąć cię 

do   Norwegii   za   rok,   gdy   będziesz   w   wieku   pozwalającym   na   wciągnięcie   do   naszych 

organizacji, ale zostałeś namierzony. Maciek uratował cię wtedy przed wyjazdem do ZSRR, 

gdzie generalnie czekałoby cię to, co w tym wesołym szpitaliku, który dopiero co opuściłeś… 

Później przerzuciłem cię do Norwegii.

- I wystawiłeś jak...

-   Owszem.   Widzisz,   pastuszkowie   polowania   na   „dzikich”  Equoidae  traktują   jak 

swojego rodzaju sport ekstremalny. Duże ryzyko, ciekawe zdolności ofiary, czasem poważny 

opór, jakiego nie daje polowanie na normalnych ludzi. Ulokowałem cię więc w domku, który 

był jedną wielką pułapką. Przynęta… Rozumiesz? Jak w polowaniu na tygrysy. Pod drzewem 

przywiązuje się beczącą kozę, a na drzewie siedzą myśliwi.

Wyglądało na to, że mówi prawdę. I jak tu nie nałożyć mu po ryju?

- W dodatku byłem śledzony niemal bez przerwy. Przez mojego przyjaciela - Tomek 

skrzywił się - Maćka. Przez Ingrid, która z takim oddaniem udawała moją dziewczynę, przez 

ekskomandosa Svena… Tylko dość dziurawa była ta ochrona. Na przykład w nocy spali.

- Nie. Wiedziałem, że możesz się domyślić, więc Sven celowo zachowywał się tak, 

żebyś go rozszyfrował. Braliśmy pod uwagę, że możesz się zorientować, iż twoi przyjaciele 

są   podstawieni.   Poza   tym   pilnowały   cię   jeszcze   dwa   zespoły   po   sześciu   ludzi.   Najlepsi 

background image

możliwi   fachowcy.   Specjalnie   przeszkoleni   łowcy   pastuszków.   Umiemy   zrobić   naprawdę 

nieduże   kamery.   Całą   okolicę   kontrolowało   przeszło   dwadzieścia.   Był   też   posterunek 

obserwacyjny   na   górze   Ronvik.   Na   wypadek   gdybyś   gdzieś   nagle   wypruł   na   rowerze, 

namierzali sygnał z pluskwy pod siodełkiem, aby ochrona cię nie zgubiła.

Tomek zastanawiał się przed zadaniem kolejnego pytania:

- Co powiedzieliście Ingrid?

- Prawie prawdę - odparł hrabia. - Poprosiliśmy, żeby się z tobą zaprzyjaźniła. I nic 

więcej.   -   Uniósł  ostrzegawczo   dłoń.   -  Jeśli   między   wami   zaszło   coś  jeszcze,   to   była   jej 

inicjatywa.   A   może   nawet   było   to   szczere?   To   dobra   dziewczyna,   nie   pasuje   do   naszej 

zdegenerowanej, cynicznej drużyny...

- A Karen?

-   Zgryz.   Wpieprzyła   się   jak   drugi   grzyb   w   barszcz.   W   dodatku   była   z   Ingrid 

zaprzyjaźniona już przed laty. Sprawdziliśmy, że rzeczywiście choruje. I nie wiedzieliśmy, 

jak to ugryźć. Nie sądziliśmy, że się spotkacie.

- Czy wtedy nad jeziorem… - zaczął Tomek.

- Masz na myśli ten poranek, gdy poszedłeś z Karen popływać nago? Oczywiście nie 

spuścili z ciebie oka… Ale nie robili zdjęć. Za daleko i za słabe światło.

- Kuźwa… Ale jednak tamtym udało się mnie porwać… Czyli twoi ludzie dali ciała.

- O umarłych albo źle, albo wcale - Derek rzekł twardo. - Ale masz rację: zawiedli.

Tomka zmroziło. A więc zabito tych, którzy go pilnowali… Ilu jeszcze ludzi umrze, 

aby on mógł żyć?

-   W   świetle   tego,   co   powiedzieliście,   nie   sądzę,   by   jakakolwiek   współpraca   była 

jeszcze możliwa - powiedział sucho.

- Spróbuj wytrzymać z nami jeszcze kilka dni - poprosił Derek.

Chłopak milczał, układając to sobie w głowie.

- Hmm… A ten cały cyrk z porwaniem Ingrid? To też było wyreżyserowane?

- Nie. Ale gdyby coś poszło źle, otrzymałbyś przypadkową pomoc. Zresztą Sven był 

na   miejscu   bardzo   szybko,   błyskawicznie   zawiadomili   go   przez   radiotelefon.   Niemców 

sprawdziliśmy   i   generalnie   okazało   się,   że   to   zwykłe   obszczymurki.   Dzieciaki   bogatych 

rodziców, które popłynęły sobie na coś w rodzaju obozu sportowego, by z dala od czujnego 

oka rodziców ćpać i tankować wódę. Za parę groszy zgodzili się postraszyć Ingrid. A ty 

wlazłeś przypadkiem.

-   Co?   Kto   ich   wynajął…   Wy?   Żeby   zacieśnienie   znajomości   mojej   i   dziewczyny 

wyglądało naturalnie?

background image

- Nie. Norweskim służbom generalnie nie przypadła do gustu idea istnienia Gladie. A 

że rozmowy wychowawcze, które odbywali ze Svenem, nie przyniosły rezultatu, postanowili 

go postraszyć, używając tych gnoi.

- Skąd wiecie?

- Odwiedziło Niemiaszków kilku naszych fachowców, wypytało ich szczegółowo, a 

potem skutecznie zniechęciło do dalszego zwiedzania okolicy. Choć słyszałem, że ich jachcik 

jednak nie zatonął?

Tomek  zamilkł.  Opuścili  Warszawę, pędzili szosą na Lublin. Wstawał świt. Szare 

domy,   brzydkie   wsie   zabudowane   betonowymi   klockami,   zaśmiecone   pobocza,   żadnych 

reklam   czy   przydrożnych   billboardów…   Chłopak   rozglądał   się   zdumiony,   odwykł   od   tej 

siermiężnej rzeczywistości.

- Dokąd jedziemy? - zapytał.

- Do Wojsławic - wyjaśnił Derek. - Co jeszcze chcesz wiedzieć?

- Tylko po to byłem wam potrzebny?

- Tak - potwierdził Paweł. - Liczyliśmy, że uda nam się skasować dwóch lub trzech, 

którzy   przyjdą   cię   zabić,   później   przesiedlilibyśmy   ci   w   okolice   Tromsø.   mier   tych

ę

Ś

ć

 

dupków powinna podzia a  na reszt  jak p achta na byka. Tam za atwiliby my jeszcze kilku,

ł ć

ę

ł

ł

ś

 

potem przerzuciliby my ci  do Kanady, gdzie czeka  ju  trzeci dom - pu apka...

ś

ę

ł ż

ł

- Możesz więc uznać, że byłeś dla nas ważny, choć z zupełnie innych powodów niż te, 

które ci wmawialiśmy - uzupełnił Derek. - Oczywiście dla księcia Orłowa mieliśmy zupełnie 

inną legendę.

- Niezłe z was skurwiele - warknął Tomek. - A gdybym zginął?

- Cóż, prowadzimy wojnę, a w czasie wojny cywile też czasem giną - powiedział 

Tomatow pogodnie.

- Hrabio, czy ty w ogóle jesteś jeszcze zdolny do empatii?

- Ja już nie. Paweł jeszcze tak. Przynajmniej czasami. Czy wiesz, co chcemy osiągnąć?

- Wytłuc pastuszków.

-   Tak.   Lokalne   komunistyczne   mafie   rządzące   w   krajach   Układu   Warszawskiego 

dawno już zerwałyby się z łańcucha, rozwaliły system i na jego gruzach zaczęły kraść co się 

da, gdyby nie ustawiczna kontrola ze strony Moskwy. Kontrola sprawowana przez istoty, 

które   z   racji   swoich   zdolności   i   domniemanego   kosmicznego   pochodzenia   budzą   w   tych 

czerwonych kacykach ogromne przerażenie. Po prawdzie to przerażenie jest dużo większe niż 

faktyczne   możliwości   pastuszków.   Ale   KGB   bardzo   sprytnie   to   wymyśliło.   Speców   od 

psychologii mają pierwsza klasa.

background image

- Pomogę wam - Tomasz podjął nagłą decyzję. - Jeśli chcą sportów ekstremalnych, to 

niech zapolują na uzbrojoną przynętę.

- Nie nadajesz się. - Derek pokręcił głową. - Nigdy nie polubisz zabijania. Nawet w 

obronie własnej przychodzi ci to z najwyższym wysiłkiem.

- Dlaczego tak sądzisz?

- Fakt, że siedzę tutaj i rozmawiamy, jest tego dowodem.

- Nie rozumiem.

- Smarkaczu! Rozwaliłeś mi łeb stołkiem na kawałki. I co, podobało ci się? Gówno, 

wszedłeś z miejsca w taką traumę, że rozpieprzyłeś radośnie podstawowe prawa fizyki, byle 

to cofnąć! Emocje nie są dobre w tym zawodzie.

- Nie. Zabiłem cię i ściągnąłem ubranie. Zmyłem krew z kołnierza. Na zimno i na 

spokojnie. Dopiero gdy się zorientowałem, że się pomyliłem...

- Gucio prawda. Na zimno, mówisz? Widziałem obraz na monitorach, sądząc ze stanu 

moich zwłok, walnąłeś z dziesięć razy!

- A jak niby powinienem?

- Raz, żeby zabić, i ewentualnie powtórnie kontrolnie.

- Skoro waliłem, to może mi się jednak podobało? - odszczeknął. - A co do ilości, 

jakbyś sobie uciął pogawędkę z człowiekiem, który nie ma połowy łba, a patrzy przytomnie i 

gada z sensem, to też byś się postarał  rozsmarować mu mózg po dywanie  możliwie  jak 

najdokładniej!

Derek spojrzał na Tomka bardzo bystro.

- A o czym rozmawialiśmy? - zainteresował się.

- Nic ci do tego. Moja sprawa.

- Może już wystarczy tych wzajemnych pretensji? - powiedział cicho Paweł. - Stało 

się, potem szczęśliwie się odstało. Żyjecie i jesteście wolni. A zaraz się tu pozagryzacie.

- To nie ja chciałem znać całą prawdę! - zaznaczył Derek.

- Po co jedziemy do Wojsławic? - Tomek zmienił temat.

- Bo Wędrowycze byli na liście do wyłapania, ale gdzieś się pochowali. A zależy nam 

na tym, by zabrać ze sobą Maćka.

- Może ich… - Paczenko przesunął dłonią po gardle.

- Nie. Zostawili w umówionym miejscu znacznik, że jest wsypa… Sądzę, że jedynym 

sensownym miejscem, gdzie możemy zasięgnąć informacji, jest właśnie ta wiocha.

background image

DZIENNIK TOMASZA PACZENKI

ZESZYT DZIEWIĄTY

14 września, piątek. Wojsławice

Gdy minęliśmy Krasnystaw, poczułem, jak jakieś echa wspomnień zaczynają budzić 

się w mojej pamięci. Chaty zdobione na węgłach ciętymi w drewnie rombami, krzywe płoty, 

kanki po mleku suszące się na żerdziach. Wszystko to wyglądało dziwnie znajomo, swojsko...

- Ile razy tu byłem? - zapytałem.

- Chyba cztery - odparł Derek. - Trudno było uzyskać zgodę na wyjazd, poza tym 

koszty. Z Doniecka jest daleko. Ponad tysiąc kilometrów.

- Ryzykujemy jazdę przez miasteczko? - Paweł zadał konkretne pytanie.

- Nie bardzo mi się to uśmiecha, ale chyba nie ma wyjścia. On musi to zobaczyć. 

Zaryzykujemy.

- Sądzisz, że mogli zastawić pułapkę? - mruknąłem.

- Nie, ale już raz się pomyliłem. Lepiej dmuchać na zimne. Najlepiej byłoby przebrać 

cię za dziewczynę.

- Co?

- Jak ktoś wypatruje chłopaka, to wszystkie dziewczyny są dla niego niewidzialne. 

Problem w tym, że nie bardzo byś się urodą nadawał - wyjaśnił Paweł.

Minęliśmy cerkiewkę na pagórku. Mignęła tablica z nazwą miejscowości - Bończa. 

Czułem, że to już blisko Bardzo blisko.

Jeszcze kilka kilometrów. Młyn, furmanki na drodze...

- Piątek dzisiaj - mruknął Derek. - I bardzo dobrze.

- Odbywa się odpust! - pamięć znowu zaskoczyła.

- Łatwiej ukryjemy się w tłumie.

Zwolnił. Dziesiąta fala runęła mi na głowę. Stary budynek, dziadek opowiadał, że była 

tu kiedyś szkoła… Punkt skupu owoców, pawilon, gdzie chodziłem po chleb jako dzieciak, 

po drugiej stronie pagórek i kilka bardzo starych drzew, tu przed dwustu laty stała cerkiew, 

krzyżówki i krzyż zespawany z żelaznych elementów. Kasówka: złe miejsce.

Gospodarstwo dziadka, chyląca się ku ruinie chałupa, szopa, stodoła, ogród zarośnięty 

chwastem, pochylona ze starości jabłonka.

- Zwiedzisz sobie później - powiedział Derek. - Najpierw obowiązki.

- Rundka wokół rynku? - zapytał Paweł.

background image

- Nie. Leć Grabowiecką, a potem przez pola.

Przebłysk,   pokój,   mieszkanie   w   bloku,   na   ścianie   makatka.   Pakuję   ubrania   do 

tekturowej walizki obciągniętej dermą.

-   Jedziecie   na   wakacje   do   Polski?   Ale   wam   zazdroszczę!   -   Śliczna   ciemnooka 

dziewczynka. Lena, przyjaciółka mojej siostry.

Szary   betonowy   budynek   szkoły.   Stoję   przed   lustrem,   usiłując   zawiązać   na   szyi 

czerwoną chustę pionierską. Do paska w krótkich  spodenkach  mam doczepioną skórzaną 

koalicyjkę.

Parsknąłem radosnym śmiechem. Pamięć wracała. Łyk po łyku upijałem się własną 

przeszłością.

Dziadek kuje na małym kowadle haczyk do drzwi stodoły.

-   Widzisz,   rolnik   musi   być   po   trosze   wszystkim:   stolarzem,   szewcem,   a   nawet 

kowalem...

Trzask… Szabla w jego dłoni.

- Podobną nosił kiedyś twój pradziadek Anzelm. To nie ta sama, tamtą zabrali mi po 

wojnie w czasie rewizji.

Trzask… Stoję z szablą w dłoni, naprzeciw może jedenastoletni Paweł. Trzask. Stary, 

wysoki mężczyzna podsadza mnie na siodło. Mimo upału ma na głowie karakułową papachę. 

To przyjaciel dziadka, Semen. Trzask… Derek, młodszy o dobre pięć, może osiem lat.

- Ech, ty pomerdańcu - mówi ojciec Pawła. - Naprawdę sądzisz, że tam może być 

cywilizacja?

- Jestem tego pewien.

-  W   trakcie  programu   Ozma  badano   tę  część   nieba.   I  nie  wykryto  absolutnie  nic 

podejrzanego.

- Macie obecnie o wiele lepszą aparaturę...

Wspomnienie   zbladło.   Jechaliśmy   teraz   wyboistą   polną   drogą.   Po   prawej   stronie 

minęliśmy wzgórze zarośnięte brzózkami.

- Kirkut - zidentyfikowałem.

Derek kiwnął głową. Przemknęliśmy przez pola. Wreszcie po wąskiej i paskudnej 

drodze zjechaliśmy do wąwozu. Chałupy, niektóre kryte jeszcze strzechą.

- Stary Majdan! - rozpoznałem. - Jeździliśmy tu na rowerach. Do Maćka!

-   Owszem   -   potwierdził   Paweł.   -   Niejeden   raz…   Choć   może   przesadą   byłoby 

twierdzenie, że codziennie.

Dodał   gazu   i   samochód   wjechał   na   wzgórze.   Jeszcze   jeden   zakręt.   Poznałem 

background image

gospodarstwo Wędrowyczów. Norwicki minął je z pozoru obojętnie i zaparkował na zakręcie.

- Kocioł? - zaniepokoiłem się.

- Sąsiedzi by nas ostrzegli.

Derek wysiadł i ruszył w stronę zdezelowanej bramy. Czterech czy pięciu tubylców 

pojawiło się znikąd, jakby zrodziła ich sama wiocha. W jednej chwili nie było tu żywego 

ducha, w następnej wyrośli za plecami Dereka. Starzy, w kufajkach i gumofilcach. Jeden 

trzymał w ręku widły, drugi solidną dębową lagę, trzeci odchylił połę kurtki, odsłaniając lufę 

jakiegoś samopału.

-   Kto   Jakuba   prześladuje,   szybko   pożałuje.   -   Najmłodszy   zakręcił   nad   głową 

styliskiem od szpadla.

Hrabia odwrócił się w ich stronę.

- Czekaj - warknął ten z widłami. - Poniechaj. Poznaje joho. To swojak.

- Jaki znowu swojak? Okulary ma! - ten od szpadla minimalnie podniósł głos, lecz 

ponure spojrzenia kompanów stłumiły bunt w zarodku.

- Pamiętam tę mordę. Jakuba ni ma doma - chachłaczył wódz.

W tym czasie zza okolicznych płotów wyjrzały łby jeszcze co najmniej dziesięciu 

miejscowych. Działali powoli, acz z chłopską morderczą konsekwencją. Na drodze za nami 

leżały już brony odwrócone kolcami do góry. Od drugiej strony dychawiczny dwudziestoletni 

traktor wyposażony w przyczepę obornika zatarasował przejazd.

- To fatalnie - westchnął Derek. - Mam pytanie. Czy dotarł tu jego wnuk Maciek?

- Tak i pojechali razem. Jeśli jesteś jego kumplem, wiesz, gdzie sprawdzić dokąd.

- Wiem.

Hrabia wszedł śmiało przez bramę, podszedł do szopy - Patrzyli  uważnie, czy nie 

zrobi jakiegoś fałszywego ruchu. Może i uznali go za swojaka, ale mord wisiał w powietrzu.

Derek ze ściany wyciągnął jedną cegłę. Ze skrytki wydobył zwitek papieru. Przejrzał 

go, a potem odłożył na miejsce i zamaskował.

- Wiem już wszystko - zwrócił się do tubylców. - Dziękuję za pomoc.

Chyba raczej za darowanie życia… - pomyślałem.

- Ni ma za szczo - odpowiedział widlarz i rozeszli się bez słowa.

Obejrzałem   się  odruchowo.  Kilku  starców   właśnie  ściągało  brony z  drogi.   Głowy 

obserwujące zza płotów znikały jedna po drugiej. Po chwili wiocha znowu wyglądała jak 

wymarła. Derek wrócił nieco zasępiony.

- Pojechali do Norwegii - powiedział. - Rodzice Maćka zaszyli się gdzieś w kraju, a on 

z dziadkiem ruszyli, żeby cię ostrzec.

background image

- Tak po prostu wsiedli w pociąg i pojechali, bez wiz, paszportów i pieniędzy, na 

drugą stronę żelaznej kurtyny? Jaja sobie robicie! - wybuchnąłem.

- Jakub to umie. Wiele razy przekradał się na tamtą stronę Bugu - wyjaśnił Derek. - 

Nie istnieje chyba granica, która mogłaby zatrzymać tego świra.

- Norwegia jest za morzem. A wcześniej jest jeszcze Szwecja.

- Tym lepiej. Brzeg jest długi, nie da się całego upilnować.

- Nie wierzę.

- Odwiedzał mnie trzy razy - mruknął hrabia.

Sądząc po jego niewyraźnej minie, nie wspominał tych wizyt szczególnie mile.

- A skąd wiedzieli, że coś się kroi? - zainteresowałem się. - Nawet jak była wsypa i 

zaczęli ich zgarniać, to przecież nie mógł przypuszczać, że mnie też.

- Od tego są, żeby wiedzieć to i owo.

-   Pracują   jako   szpiedzy?!   Wasi   szpiedzy?   Są   częścią   jakiejś   siatki?   -   za   późno 

ugryzłem się w język.

O takie rzeczy zapewne nie wolno pytać. Tak w każdym razie twierdzili bohaterowie 

tych kilku filmów o szpiegach które do tej pory widziałem.

-   To   twoja   interpretacja   -   odparł   Derek   obojętnym   tonem.   -   Mamy   problem.   - 

Spoważniał, a nawet jakby posmutniał.

- Duży?

- Jak cholera.  Musicie znale  si  jak najszybciej w Bodø. Najlepiej jeszcze przed

źć ę

 

nimi. Zawiadomimy Svena,  eby pilnowa  dyskretnie domu.

ż

ł

- Jasne - powiedział Paweł. - Załatwione.

- A granica? - zapytałem nerwowo.

-   Przeskoczycie.   W   Bodø   dostaniecie   dokumenty,   e  mucha

ż

  nie   siada,   i   możecie 

ruszać dalej - uspokoił go Derek. - Ja muszę jeszcze trochę zostać w Polsce.

- Skoro już tu jesteśmy - zauważył Paweł - wpadłbym do wujka na Zarowie.

-   Dobrze.   Chwila   nas   nie   zbawi.   Zwłaszcza   że   i   my   mamy   tu   jeszcze   coś   do 

załatwienia. Wysadzisz nas obok domu Paczenków i śmigaj. Masz dwie godziny.

- Tak jest.

I pojechaliśmy.

- Dom moich dziadków… - mruknąłem. - Chcesz, żebym go odwiedził?

-  Tak.  Czymś   innym   jest  oglądanie  zdjęć,  a  czymś  innym  odetchnięcie  atmosferą 

miejsca,   gdzie   żyli   i   gdzie   bywałeś   w   dzieciństwie   -  powiedział   Derek.   -  Chyba   zresztą 

czujesz?

background image

- Nadal nie wszystko pamiętam, ale w życiu nie miałem tak wielu przebłysków i tak 

wyraźnych!

- No i widzisz.

- A jeśli zastawili tam na nas pułapkę?

- Liczę się z tą ewentualnością, lecz jestem gotów walczyć.

Wszedłem   na   podwórze   zarośnięte   trawą.   Każdy   krok   był   dla   mnie   jak   małe 

objawienie.   Każde   spojrzenie   powodowało   kolejne   wspomnienie.   Odnajdowałem   siebie. 

Podmurówka, na której stawiałem miskę z mlekiem dla kotka. Ogródek, dwa wysokie słupki, 

tu na huśtawce bujała się Łesia. Resztki ławeczki. Drzwi, zardzewiały zamek. Bezwiednie 

uniosłem  dłoń,  namacawszy klucz   na  framudze,  wsunąłem  go  w  dziurkę,  przekręciłem   z 

wysiłkiem i wszedłem do sionki. Stolik obity ceratą, na nim miska. Polskie mydło tak ładnie 

pachniało… Na drzwiach zerwane paski milicyjnych pieczęci. Kuchnia. Piec, w którym tyle 

razy   sam   rozpalałem.   Pieczka,   gdzie   dziadek   sypiał   zimą.   Puszka   z   cukrem…   Pchnąłem 

drzwi.

Czas   stanął.   Pokój   z   belką   podtrzymującą   dwustuletni   strop.   Przewrócony   stół, 

strzaskane   krzesło,   zgubiony   kapeć.   Na   ścianie   dwa   haki   i   zerwany   kawałek   rzemienia. 

Rozgrzebane   łóżko.   Wszystko   zostało   tak   jak   wtedy.   Okulary   na   parapecie,   obok   unicki 

modlitewnik oprawiony w wyślizganą ze starości skórę, z której czas starł większość złoceń, 

pozostawiając tylko nieliczne ślady.

Dziadek albo jeszcze leżał w łóżku, albo właśnie wstał. Wyobraziłem sobie tę scenę. 

Józef widzi mordercę, nie skacze do okna, by wezwać pomoc, tylko po szablę. Po drodze 

wpada na stół, odrzuca go kopem, porywa broń. Zaczyna się walka. Osiemdziesięcioletni 

starzec przeciw świetnie wyszkolonemu młodemu byczkowi.

Rozbryzg krwi na ścianie, dziadek musiał trafić choć raz. A potem zadał straszliwe 

cięcie. Ostrze szabli tamtego ugrzęzło głęboko w słupie podpierającym sufit. Wymarzony 

moment dla każdego szermierza, lecz jest już za późno… A może to mój dziadek, walcząc 

bez okularów, spudłował i tak głupio pozbawił się możliwości obrony? Ile minut czy sekund 

trwało to starcie?

Podniosłem z parapetu modlitewnik, okulary wsunąłem do skórzanego etui. Będę miał 

coś na pamiątkę. Wszystką pozostałe rzeczy dawno już padły łupem jakiejś hołoty W drugim 

pokoju nie było nic ciekawego, na ścianie pozostał jasny ślad - przypomniałem sobie obraz, 

który kiedyś tu wisiał. Na tej wersalce spałem, mając dziewięć lat… Przez ułamek sekundy 

miałem ochotę usiąść na niej, ale zawilgła, zardzewiałe sprężyny porwały materiał. Zajrzałem 

pod spód. Tekturowe pudełko po zabawkach nadal tu leżało. Pociągnąłem je.

background image

Wiedziałem, jaka powinna być jego zawartość. Scyzoryk,  notesik, kilka szklanych 

kulek, łuski znalezione na polach Białej Góry i w okopach w lesie. Niestety, i na te chłopięce 

skarby ktoś się połaszczył. Nawet lustro z szafy wymontowano. Przeszedłem z kuchni do 

małej spiżarki. Drabina prowadząca na strych… Wdrapałem się, ale tam znowu spotkało mnie 

rozczarowanie. Wszystko znikło.

A   może   to   dziadek   uprzątnął   przed   śmiercią   wszystkie   szpargały?   Może   jakieś 

przepisy   przeciwpożarowe   tak   nakazywały?   Przeszedłem   cały   strych.   Przebłysk.   To,   co 

przypomniałem sobie w instytucie. Dziadek stoi w niewielkim pomieszczeniu, widzę ściany z 

desek. Tajemnica naszego rodu? Gdzie to mogło być?

Wyszedłem   na   podwórze.   Derek   siedział   w   szopie.   Obok   niego   leżały   dwa 

zardzewiałe szpadle.

- Muszę jeszcze… - zacząłem.

- Wiem. Chcesz to zobaczyć na własne oczy.

- Co…?

- Po to tu przyjechaliśmy. I bardzo dobrze, że jesteśmy sami, bez Pawła. Chodź...

- Ale ja nawet nie wiem...

- Znam drogę.

Tu kiedyś wtaczano wozy. Komórka na narzędzia, dalej klatka na króliki, pusta… Po 

lewej   drewniane  drzwiczki  prowadzące  do  malutkiej   pakamery.   Derek  uchylił  je   i  zrobił 

zachęcający gest.

Tak. To było to pomieszczenie.

- Czy ty...

- Wiem. Pokazał mi. Może to oznacza, że mam prawo. Ale jeśli chcesz zobaczyć sam, 

nie widzę przeszkód. Zaczekam na zewnątrz. Potem podzielę się przemyśleniami. Trudno tak 

na pierwszy rzut oka zrozumieć, co się widzi.

-  Razem…  Tak   wolę.  Możesz  mi   wytłumaczyć,   jakbym   czegoś  nie   wiedział.  Nie 

zrozumiał.

- Dobrze.

Wykopaliśmy   trochę   ziemi   i   naszym   oczom   ukazała   się   stara   plastikowa   płachta. 

Chyba rozpruty worek po nawozie. Usunęliśmy ją. Poniżej była ceglana cembrowina, jak 

wylot dużego komina. Derek uniósł drewnianą klapę.

-   Trochę   śmierdzi   -   powiedział   jakby   przepraszająco.   -   Oddychaj   przez   usta,   aż 

przywykniesz.

Z   otworu   wionęło   takim   zapachem   padliny,   że   omal   mnie   nie   zemdliło.   Hrabia 

background image

wręczył mi latarkę. Po drewnianej drabince zeszliśmy do szybu. Jakieś trzy metry poniżej 

poziomu   gleby   stanęliśmy   na   dziwnej   połyskliwej   masie.   Była   lekko   chropowata   i 

pobrużdżona.

- Szkło?

- Jakiś spiek ceramiczny - odparł. - Cholera wie jak to zrobili. Dałem kawałek do 

analizy. Są w tym związki krzemu powstające przy ciśnieniach rzędu osiemdziesięciu tysięcy 

atmosfer.   Może   Edonici   mają   odpowiednie   fabryki,   a   może   umieją   omijać   bariery 

technologiczne, które dla nas są nie do przeskoczenia...

Przez idealnie owalny otwór spuścił się w dół, do środka tego czegoś… Zeskoczyłem 

w ślad za nim. Podał mi rękę łagodząc upadek. Okrągłe pomieszczenie wysokie na nie więcej 

niż dwa metry. W półmroku majaczyły jakieś sylwetki.

Oświetliłem je latarką. Trzej hitlerowcy, jak prosto z filmu, zastygli w bezruchu z 

wyrazem zaskoczenia na twarzach. Co, u diabła? Rzeźba? Hologram? Wypchani? Zamrożeni?

- Zaskoczyli go w szopie. Zbiegł tu, na dół. Chyba nie miał lepszego pomysłu, a może 

liczył, że zamuruje ich ze zdziwienia. Ruszyli w pościg i tak utknęli. Otacza ich bąbel, w 

którym czas przestał płynąć - powiedział poważnie hrabia.

- A jak bąbel pęknie? - Z niepokojem stwierdziłem, że jeden z Niemców sięga po 

pistolet zatknięty za pasek na brzuchu.

- To będzie po nich. - Wskazał srebrne punkty wiszące nieruchomo w powietrzu.

- Pociski?

- Tak. Twój dziadek to przewidział. Wystrzelał do nich cały magazynek. Jeśli to pole 

się wyłączy, zginą ułamek sekundy później. Sprytny był z niego gość, głowa nie od parady, 

choć miał tylko pięć klas szkoły podstawowej.

W milczeniu rozglądałem się wokoło. Żadnych siedzeń, monitorów, urządzeń. Nijak 

nie przypominało to filmów science fiction. Nierówna podłoga, krzywe ściany, pofałdowany 

sufit...

- Tym przylecieli nasi przodkowie?

- Niezupełnie. To znaczy… My nie mamy przodków. Nie w tym znaczeniu jak inni 

ludzie. Zaraz ci to wyjaśni? - To znaczy raczej przedstawię moje teorie - westchnął. Sam nie 

znam odpowiedzi na wiele pytań.

- Słuchaj, co tu tak niemożebnie śmierdzi? - Ledwo mogłem oddychać. - Przecież oni 

żyją...

- Oni tak. Ale on zdycha od dziesięcioleci.

- On?

background image

- Zobacz. - Derek oświetlił ścianę. - Podejdź i obejrzyj to uważnie. Nie mam, niestety, 

tym razem lupy.

Przyjrzałem   się   z   bliska.   Powierzchnia   wyglądała,   jakby   wygryzły   ją   korniki. 

Srebrzysta   ni   to   gąbka,   ni   to   pajęczyna.   Między   włóknami   metalu   resztki   zaschniętego 

paskudztwa.

- Co to jest?

-   Gigantyczny   mózg.   Chyba.   Wyskrobałem   tego   trochę.   Coś   jakby   komórki,   trzy 

bąbelki wypełnione cytoplazmą, z nich wyrastają długie, rozgałęzione wypustki białka, jak 

dendryty.   Z   metalu   podobnie.   Każdy   element   otoczony   szczoteczką   drucików,   niczym 

porośnięty futerkiem. Struktura biologiczno - cybernetyczna albo coś w tym guście.

- Co?

- Sądziłeś, że w czym jesteśmy?

- To chyba jasne, nie? - Rozejrzałem się bezradnie wokoło. - Pojazd kosmiczny jak z 

niskobudżetowego filmidła.

- To nie jest statek. To istota. Mam nawet teorię, że to Edonita w ostatniej fazie 

ewolucji.

- Pierdolisz - wyrwało mi się. - Przepraszam, chciałem powiedzieć...

- Dobra, dobra.

- No, w każdym razie to chyba niemożliwe - zdobyłem się na szczyty dyplomacji.

- Józef podkopał się pod spód. I wiesz, co znalazł - Żadnych układów napędowych. 

Wszędzie to samo. Szklana skorupa, nie do ruszenia wiertłem czy młotem. Da się od biedy 

zarysować diamentem.

- To jak to przyleciało?

- Cholera wie. Albo na orbicie mieli kosmolot długi na kilometry, który rozrzucił takie 

kule po świecie, albo przerzucili tę sztukę z Edon za pomocą teleportacji. Jeśli leciało przez 

atmosferę, to powolutku, nie ma żadnych śladów obtopienia na powierzchni. W każdym razie 

to coś prawdopodobnie na początku osiemnastego wieku spadło na bagno, wryło się w błoto i 

wypuściło korzenie jak drzewo. I przez pięćdziesiąt lat był spokój. Szukał, może regenerował 

siły, może obserwował lub analizował. A może w chwili upadku miało metr średnicy, a potem 

urosło jak trufla? Zresztą może w ogóle było inaczej, a nasze ziemskie analogie po prostu 

kompletnie nie pasują. Nie umiemy opisać zjawisk, bo nie znamy odpowiednich słów...

- Osiemnasty wiek?

- Jest zapis w księgach grodzkich, że w środku nocy błoto wystrzeliło w górę i wstrząs 

narobił bałaganu. Nie napisano nic o obiekcie, który spadłby z góry.

background image

- Da się przejść gdzieś dalej?

- Nie. Cała reszta, na ile udało mi się zorientować, jest taka sama. Niklowo - irydowa 

gąbka   wypełniona   gnijącą   już   masą   organiczną.   Kilka   rur   jak   żyły,   prowadzących   do 

urządzeń mechanicznych  albo czegoś w tym  rodzaju.  Oglądałem przy użyciu  endoskopu. 

Zresztą to pomieszczenie zajmuje z osiemdziesiąt procent objętości. Ściana nigdzie nie jest 

grubsza niż na półtora metra.

- Jak to?

- Obkopaliśmy go wokoło. Kształt, hm, no cóż, latającego talerza mniej więcej. Tylko 

jest bardziej obłe. Jak patison czy zwykła dynia. Średnica osiem metrów, grubość cztery. W 

dół   ciągnie   się   kilka,   może   kilkanaście   wypustek.   Mają   strukturę   podobną   do   drewna 

bambusowego. Złożone są ty tysięcy szklanych rurek, rozgałęziają się jak korzenie. Dlatego 

sądzimy, że czerpał nimi wodę i jakieś składniki odżywcze z gleby. Być może krzem, bo to, 

co gnije, w połowie składa się z fluorosilikonów, a w połowie z białek nieco podobnych do 

naszych.

- A zatem kim jesteśmy? Skoro to coś to Edonita… A my też przybyliśmy z Edon.

- Kim jesteśmy? Tym...

Oświetlił   kąt.   W   ścianie   ziały   wnęki.   Zarastała   je   metalowa   plątanina   sieci.   W 

największej   tkwił   pożółkły,   rozsypujący   się   szkielet   źrebaka,   obok   był   pies,   dalej   kot   i 

dziecko.

Odwróciłem wzrok.

- Zwabił je jakoś do wnętrza, a może na początku miał jeszcze do pomocy jakieś 

automaty - powiedział Derek cicho. - Schwytał i poddał wiwisekcji, by zbadać, na jakiej 

zasadzie działają; tak przynajmniej sądzę, patrząc na zachowane szczątki. Potem na bazie 

pozyskanego kodu genetycznego stworzył wirusy Gagarina.

- Henry’ego Gagarina?

- No przecież nie Jurija. - Hrabia uśmiechnął się. - Henry nie chwalił ci się jeszcze 

swoją teorią?

- Nie.

- To będzie długa opowieść. - Usiadł na podłodze.

Zająłem miejsce obok niego.

- Wiesz, jak przebiega ewolucja istot żywych?

- Kreacjoniści uważają, że zwierzęta powstały od razu w postaci gotowej.

- Trochę upraszczasz.

- Lamarkiści twierdzą, że organizmy żywe ukształtowały także czynniki środowiska, a 

background image

darwiniści,   że   przeżywały   tylko   istoty   budową   najbardziej   do   środowiska   pasujące   - 

zreferowałem.

- Neodarwiniści, posiłkując się zdobyczami genetyki, uważają, że największe szansę 

rozwoju   mają   osobniki   posiadające   zmutowane   geny   przystosowujące   je   do   danych 

warunków.   To   najpowszechniejsza   teoria.   Henry   założył   sobie,   że   ewolucja   przebiega 

kompletnie inaczej. Wiesz, jak rozmnażają się wirusy?

- Podczepiają się do komórki, wpuszczają do środka nitkę DNA i zmuszają ją, by 

produkowała ich kopie...

- W uproszczeniu masz rację. Nasz przyjaciel założył, że mogą istnieć wirusy, dla 

których namnażanie się nie jest priorytetem. Ich atak nie niszczy komórki, nie uszkadza jej w 

stopniu   odwracalnym.   Ale   oprócz   DNA   koniecznego   do   budowy   repliki   zostawiają   też 

fragmenty nitek, które stają się matrycą. I od tej pory komórka zachowuje się trochę inaczej 

niż dotąd.

- I jeśli...

- I jeśli jest to komórka rozrodcza, to powstający osobnik nie będzie już podobny do 

swojego rodzica. Będzie czymś nowym. Rozumiesz?

- Słonica zamiast słoniątka urodzi gigantyczny miot: pięć tysięcy góralków?

-   Nie   aż   tak.   Ale   antylopa   urodzi   zebrę.   Albo   klacz   urodzi   płodnego   osiołka.   W 

dodatku wirusy stworzone w nowych organizmach przechwytują fragmenty ich DNA i przy 

ataku na kolejny gatunek mogą je tam zostawić. Cecha, która występowała u koni, pojawi się 

na   przykład   u   małp   albo   kotów.   Łaciate   mustangi   i   pieski   dalmatyńczyki.   Albo   motylki 

mające na skrzydłach dokładne odwzorowanie kory drewna. Rozumiesz?

- Teorię Darwina można by włożyć do pieca… O ile oczywiście da się to udowodnić.

- Dokładnie. Żadnych śladów kopalnych ogniw pośrednich, bo ich nie ma, nie było i 

nigdy nie będzie. Zamiast tego następuje epidemia, po której stado mastodontów rodzi małe 

słoniątka, a samo wymiera, zdawałoby się, bezpotomnie. Przeskok. Gigantyczny przeskok. 

Podobne   rozwiązania   ewolucyjne   u   zwierząt   należących   do   zupełnie   odmiennych   gałęzi. 

Gruczoły jadowe u węży, pająków, ryb… Błony lotne u ropuch i nietoperzy. Błony pławne u 

wydr, ptaków i szczątkowe u ludzi...

- Czy to pewne?

-   Nie   wiadomo.   Nigdy   nie   zaobserwowano   czegoś   podobnego   u   zwierząt 

hodowlanych,   a   przecież   trzymamy   ich   miliardy   sztuk.   I   z   drugiej   strony   od   czasów 

Linneusza czy Darwina odkryto tysiące nowych gatunków zwierząt i roślin. Henry szuka. 

Cały czas szuka. Próbował odnaleźć to w mojej krwi, lecz bez skutku. Jednak to truchło jest 

background image

dowodem. I te cztery nieszczęsne kupki kości.

- On...

-   To,   co   ci   powiedziałem,   to   największa   tajemnica.   Ani   słowa   nikomu.   Nawet 

Pawłowi. Maciek mógł słyszeć o tym od dziadka, ale na wszelki wypadek...

- Jasne.

- Pastuszkowie najprawdopodobniej tego nie wiedzą i nie mogą się dowiedzieć. Nie 

spadliśmy z kosmosu. Stworzono nas tutaj. To coś zarżnęło miejscowego dzieciaka, pieska, 

kotka   i   konika,   a   potem   zaczęło   się   bawić.   Dzieciak   był   przedstawicielem   gatunku 

dominującego   na   planecie.   Posłużył   za   wzór.   Od   konia   dostaliśmy   podwójną   powiekę   i 

żołądek, który trawi nawet celulozę.

- To znaczy...

- Że jeśli będzie źle, przeżyjesz, żrąc trawę, liście, siano, słomę, nawet trociny czy 

papier.

- O, w mordę!

- Twój pradziadek dzięki temu przeżył obóz. Od psa mamy węch i słuch, od kota oczy, 

które widzą w ciemności. Prawdopodobnie od siebie statek, Edonita, czy jak go tam zwać, 

dodał szczątkowy zmysł radiowy albo zdolność wyłapywania innych, nieznanych ziemskiej 

nauce fal, co pozwala nam czasem kontaktować się telepatycznie lub słyszeć przebłyski myśli 

innych ludzi. Dodał jeszcze coś. Nie wiem nawet, jak to nazwać...

- To, co sprawia, że czasem wokół nas pewne rzeczy dzieją się wbrew prawom fizyki?

- Nic poza cudami czynionymi  przez świętych nie działa wbrew prawom fizyki. - 

Derek wzruszył ramionami.  - To po prostu prawa, których  jeszcze nie odkryliśmy.  Pętle 

czasowe, jak wtedy w instytucie, przewidziała fizyka kwantowa. Wprawdzie dla kwantów, 

nawet nie dla atomów, ale widać i to jest możliwe.

- A regeneracja?

-   W   naszych   organizmach   żyją   symbionty   ułatwiające   |odbudowę   tkanek,   a   w 

szczególności tkanki nerwowej.

- Hmm...

-   Nie   do   końca   wyszła   mu   ta   zabawa.   Nie   możemy   krzyżować   się   między   sobą. 

Zresztą prawie nie ma kociookich kobiet. Tylko w przypadku ciąży bliźniaczej mole powstać 

istota płci żeńskiej.

- Czemu nazywamy się Equoidae Edoni?

- Edon to planeta, z której to coś przybyło - przypomniał. - A nazwę wymyślił nasz 

stary znajomy, profesor Sigridsen. I jak zwykle spieprzył sprawę. Henry próbował mi kiedyś 

background image

wytłumaczyć   całe   to   nazewnictwo   łacińskie,   mam   nadzieję,   że   dobrze   zapamiętałem. 

Equoidae…  -  dae  to końcówka zarezerwowana dla nazw rodzin, a nie rodzajów, poza tym 

jeśli miał na myśli „koniowate”, to pierwszy człon powinien brzmieć Equidae. Mógł też do 

Edoni  dodać jako nazwę rodzajową  Equus.  Moglibyśmy  się nazywać  na przykład  Equus 

Edoni.  Niestety,   poza   doktorem   Sigridsenem   -   skrzywił   się   -   nikt   nie   przejmował   się 

nomenklaturą i tak już zostało.

- Edon… to brzmi trochę jak „Eden”.

-   Na   pewno   nie   jesteśmy   upadłymi   aniołami.   Bogiem   a   prawdą,   większość 

przedstawicieli   naszego   gatunku   to   cyniczne   ścierwa.   Ja   sam…   -   zamilkł   na   chwilę.   - 

Powinienem cię ostrzec przed sobą, ale przecież wiesz. Rozszyfrowałeś  mnie już dawno. 

Może już nawet przy pierwszym spotkaniu?

- Czułem dziwną obawę.

- I słusznie. Z punktu widzenia psychologii jestem nieomal socjopatą.

-  Equoidae…  Mówiłeś   coś   o   tym,   że   to   była   ewolucja   na   bazie   eohippusa   w 

zbliżonych warunkach...

- Kłamałem. To znaczy zreferowałem ci kawałek teorii tego wariata. Sigridsen miał 

hopla na punkcie konnej jazdy. Trzeciorzędne cechy gatunkowe uznał za pierwszorzędne.

- A po co kłamałeś?

- Z przyzwyczajenia… Poczułem, że zaraz zacznę wyć.

- Poza tym tamta teoria lepiej pasowała do sytuacji. Wolałem, żebyś nie znał od razu 

całej prawdy.

- Ekstra… Mówiłeś też coś, że nie mogę mieć dzieci.

-   Gdybyś   przespał   się   z   dziewczyną   naszej   rasy,   wyszłoby   coś   w   rodzaju 

konioczłowieka. Przynajmniej jeśli wierzyć dokumentacji zabezpieczonej w Sachsenhausen. 

Tylko że te istoty nie żyją długo. Są błędem. Wypaczeniem. Źle działają. Zdychają, czy może 

umierają. Nie wiem. Nie mam pojęcia, czy są rozumne, czy mają duszę. Zresztą czym jest 

dusza, jeśli nawet szczury niekiedy grzebią swoich zmarłych?

- Co zabezpieczono w archiwum doktora po wojnie?

-   Szkice   i   trochę   nadpalonych   zdjęć.   Wśród   tych,   których   złapał   i   poddał   swoim 

pseudodoświadczeniom, była jedna kobieta. No to postanowił skrzyżować i zobaczyć, jakie 

cechy   recesywne   wyjdą.   Wyszło   wszystko.   To,   co   się   urodziło,   było   małe,   pokraczne, 

podobne ni to do dziecka, ni to do źrebięcia. Pożyło kilka miesięcy i padło.

- Forma podstawowa… Tak powiedziałeś.

- Kłamałem. To znaczy inaczej. To jest forma podstawowa. Tylko że ten gatunek nie 

background image

istnieje. To jak muł, skrzyżowanie osła i konia. Albo jak krzyżówka niedźwiedzia brunatnego 

z polarnym. Hybryda. Chyba bezpłodna, w każdym razie nie mająca szans dożycia wieku 

rozrodczego. Zapewne nie bez powodów.

- Rozumiem… I co mam dalej robić?

- To znaczy?

- Ze swoim życiem...

- Żyj. Po prostu żyj. Jak umiesz najlepiej. Narób dzieci z Ingrid, jedź do Nowego 

Jorku,   pogadaj   z   ojcem.   O,   może   wam   błogosławieństwa   udzieli…   Ślub   weź   w   zborze, 

kościele albo cerkwi. Co ci sumienie dyktuje. Ja… Nie jestem może milionerem, lecz coś ci 

odpalę   na   nową   drogę   życia.   Powiedzmy,   będzie   to   częściowe   odszkodowanie   za   to,   że 

próbowałem cię wykorzystać. To było podłe z mojej strony. Teraz, gdy poznałem cię lepiej, 

widzę   własną   głupotę.   Wystarczyło   poprosić,   bez   całego   tego   durnego   kombinowania   i 

wmawiania ci, że jesteś Bóg wie kim.

- Masz rację. Nie odmówiłbym… A co do tego, kim jestem… Czy krew Romanowów 

ma jakiekolwiek znaczenie?

-   Co   najwyżej   świadomość   pochodzenia   z   cesarskiego   rodu   może   ci   poprawić 

samopoczucie. Dziś żyje co najmniej pięćdziesięciu potomków cara Pawła I, z których ze 

trzydziestu pochodzi z legalnych  małżeństw, a reszta różnie, od księżniczek po baletnice. 

Jurni byli ci nasi carowie jak zarodowe buhaje. Pies im buźkę lizał, do dupy ta dynastia. 

Wszystko spieprzyli.

- Mam dużą rodzinę. - Uśmiechnąłem się.

- O tak… Jeżeli chcesz, spiszę ci adresy, pojeździsz z wizytami. Oczywiście do tych, 

którzy będą mieli ochotę poznać jeszcze jednego kuzyna z, nazwijmy to, nieprawego łoża. 

Wiesz, to zabawne.

- Co?

-   Twój   prapradziadek,   car   Mikołaj   II,   został   parę   lat   temu   kanonizowany   przez 

cerkiew   na   wychodźstwie   jako   męczennik   za   wiarę   prawosławną.   Masz   zatem   wśród 

przodków świętego. Może zapewni ci jakieś fory po tamtej stronie. Albo opiekę z nieba.

- Może już zapewnił. Miałem parę razy w życiu farta...

- To prawda.

Derek zamyślił się głęboko, jakby naraz zrozumiał, że to, co powiedział półżartem, 

może kryć w sobie głębsze treści.

- A takich jak my? Ilu jest?

- Paczenków troje, przynajmniej dopóki nie znajdziemy synów Ihora. Tomatowów już 

background image

tylko dwóch, ja i mój syn. Spotkałem w życiu jeszcze ze trzech przedstawicieli naszej rasy. 

Nie wszyscy nadal żyją. Zapewne jest jeszcze trochę takich. Może kiedyś ich spotkamy.

- Twój syn...

- Dedukuję, że ci powiedzieli.

- Że nie miał matki… - Zaczerwieniłem się.

-  Pierdoły.  To  znaczy  nie   pierdoły,  tylko  wersja   mająca  wzbudzić  zabobonny  lęk 

wśród tych, którzy źle nam życzą.

- Julie Ann! - wykrzyknąłem w nagłym przebłysku intuicji.

- Tak. Jest moją żoną, jednak dla dobra naszych spraw nikt nie może o tym wiedzieć. 

Naprawdę uwierzyłeś, że ja tak po zoofilsku?

Wzruszyłem ramionami.

- Tak się nie da. Zbyt odległe gatunki. - Wyszczerzył zęby. - Ale co do samego seksu, 

nie wiem. I nie mam ochoty sprawdzać. Pamiętam, że czułem się dziwnie, gdy dolatywał 

mnie zapach klaczy w rui.

-   Czyli   po   świecie   chodzi   trzydziestu,   może   nawet   czterdziestu   pastuszków   - 

zmieniłem temat.

- Tak. Oczywiście pracujemy nad zredukowaniem ich liczby. To nie jest łatwe.

- Raczej powinno być banalnie wręcz proste. Po oczach… Te wrzecionowate źrenice 

są przecież...

Spojrzał na mnie ciężkim, zmęczonym wzrokiem.

- Po pierwsze, większość nosi szkła kontaktowe - powiedział. - Po drugie, ta cecha 

występuje u mniej więcej połowy Equoidae.

- Są jakieś cechy, których nie mam?

Bez słowa ściągnął sweter i koszulę przez głowę. Odwrócił się tyłem. Na plecach miał 

szeroki na jakieś trzy centymetry pas szczeciny.

- Gdybym tego nie golił, porosłaby mnie grzywa jak u konia - powiedział, ubierając 

się.

- Czy wszyscy pochodzimy z Wojsławic?

- Nie wiadomo. Ale wszyscy, przynajmniej na ile udało mi się sprawdzić, otarli się o 

tę wieś. On  wypuścił  wirusa  jakoś  przed  powstaniem  styczniowym.  Potem przeszły tędy 

oddziały powstańców, następnie Rosjanie, którzy, jak wiadomo, mordowali, palili i gwałcili. 

Być może ktoś z Polaków złapany trafił na Sybir i tam zawlókł zarazę. A może było inaczej?

- Hmm… Wirus musiał szybko stracić zjadliwość, bo w przeciwnym razie po świecie 

snułyby się obecnie stada kociookich telepatów. I byłby deficyt kobiet.

background image

- Masz rację. Może przodkowie tych, którzy nie mają kocich oczu, otrzymali wirusa 

już osłabionego? A może ich organizmy stawiały większy opór?

- Ta woń. Mówisz, że statek… to znaczy to coś umiera?

- Coś poszło nie tak. Sądzę, że ziemskie bakterie okazały się za silne. Może sam się 

załatwił? - Wskazał nisze ze szkieletami. - Może taka ilość padliny spowodowała rozwój 

ogromnej liczby bakterii i nie zdołał tego opanować?

- Dysponując taką wiedzą o wirusach, nie był w stanie się wyleczyć?

-   Nie   wiem.   To   hipoteza.   Może   ze   starości   kopnął   w   kalendarz?   Albo   życie   mu 

zbrzydło.

- Można by zrobić testy wieku izotopów metali.

- To nam nic nie da, bo na tamtej planecie złoża będą w innym wieku niż na Ziemi. 

Poza tym nie wiemy, jak długo toto żyje. Kilkanaście lat temu można było z nim swobodnie 

pogadać. Potem coraz gorzej i gorzej, aż zamilkł. Twój dziadek jeszcze całkiem niedawno był 

w stanie się z nim porozumiewać. Teraz nie czuję już nawet jego obecności...

- Jeśli w jakiejś części jest z krzemu, to może umiera też na raty?

- Może. To, co u nas jest białkiem, tu rozkłada się o wiele wolniej. My się starzejemy, 

to też jakby śmierć na raty, lecz kończy się konkretnym ustaniem procesów życiowych. Może 

u nich przejście od życia  do śmierci trwa dłużej? Gdybyśmy  zapytali  go kilka lat  temu, 

pewnie dostalibyśmy odpowiedź...

- Skąd wiesz, że nie umarł?

- Tak przypuszczam. - Oświetlił latarką trzech Niemców. - Jakby kojfnął, pole by się 

wyłączyło. A może się mylę, może trzyma je automat? Na ile udało mi się sprawdzić, nie ma 

tu   żadnych   poważniejszych   źródeł   energii.   Dokładnie   nie   wiem,   ta   metalowa   pajęczyna 

utrudnia skanowanie. Kamera termowizyjna pokazuje, że gdzieniegdzie trzyma jeszcze stałą 

temperaturę, podczas gdy kawałki martwe gniją mniej lub bardziej intensywnie. Tak czy siak, 

sadzę, że już definitywnie po nim.

- Już nie wstanie?

-  Chyba   że  gdzieś   w  tym   są  jajka,   przetrwalniki   czy  coś  takiego  i   gdy  wszystko 

wygnije, na oczyszczonym szkielecie narośnie nowa struktura biologiczna. Tu niczego nie 

można być pewnym.

- A oni? - Wskazałem Niemców.

- Nie możemy im pomóc. Zresztą nawet gdyby… Wyobrażasz sobie, co by się stało, 

gdyby wyleźli z tego lochu żywi, z dziurą w życiorysie na czterdzieści lat? Wyskakują tak 

wkurzeni, jak wskoczyli, uzbrojeni, niebezpieczni… Lepiej niech sobie tu umrą.

background image

- Do tego chyba nie chcemy im pomóc.

- Masz rację. To okupanci. Zasłużyli na śmierć.

Obszedłem pomieszczenie, raz jeszcze zaglądając we wszystkie kąty. Woń padliny 

kręciła w nosie. Próbowałem wyczuć myśli tego czegoś, ale nie potrafiłem.

-   Może   opadł,   niwelując   grawitację   siłą   woli?   -   Zadumałem   się.   -   A   może 

zminiaturyzował na tyle urządzenia napędowe, że ich nie rozpoznajemy?

- Może wykorzystywał do poruszania się prawa fizyki, których nie znamy. - Derek 

wzruszył ramionami. - A może przez stulecia mknął przez wszechświat, wykorzystując jako 

zapasy   pożywienia   zupę   wypełniającą   to   pomieszczenie.   Bo   przecież   do   czegoś   musiało 

służyć...

- Jakieś wysokokaloryczne żarcie, jak żółtko w jajku? - zasugerowałem.

- A czemu nie? Bardzo wdzięczna teoria. Może i miało się coś z tego wykluć, ale się 

nie   udało?   Nie   zgadniemy   tego,   a   nawet   jak   przypadkiem   trafimy,   nigdy   nie   będziemy 

wiedzieli, czy to prawidłowa odpowiedź. To nie jest po prostu inny gatunek. To inny świat. 

Inna rzeczywistość, ewolucja podlegająca zupełnie innym warunkom. Z pewnością jest to 

najbardziej zagadkowa rzecz na naszej planecie. Setki uczonych mogą przy tym dłubać całe 

dekady. A i to nie wiadomo, czy cokolwiek z tego wyniknie.

- Tak. - Kiwnąłem głową. - Masz rację. A ty, hrabio?

- Co: ja?

- Też jesteś zagadkowy. W każdym razie ja nie jestem w stanie rozgryźć, jaki jesteś 

naprawdę...

- Tak. - Derek zdjął okulary i przez chwilę bawił się, polerując szkła o rękaw koszuli. - 

Nikt tego nie wie. Na szczęście większość zadowala się tym, co wie. Ludzie lubią żyć w 

przekonaniu, że zjedli wszystkie rozumy. Lubią wierzyć w to, co widzą. Wykorzystuję tę 

elementarną   wiedzę   psychologiczną.   Niech   każdy   znajduje   we   mnie   to,   co   mu   pasuje. 

Wariata,   który   hoduje   świnki   morskie,   idiotę,   który   fartem   dostał   się   do   szwedzkiego 

parlamentu i przyszedł na obrady w białogwardyjskim mundurze. Albo wręcz przeciwnie, 

wielkiego,   wybitnego   szpiega,   przywódcę   sprzysiężenia   mającego   poprowadzić   świat   do 

kolejnej wojny z bolszewikami… Jest i inna maska. Drobny cwaniaczek, który tylko udaje 

szpiega. Albo nieziemiec, który spłodził dzieciaka z klaczą.

- I która z tych twarzy jest prawdziwa? - dociekałem. - Może żadna?

- Żadna. A może po trosze każda? Gdy całe życie gra się kogoś, w którymś momencie 

trudno się zatrzymać.

- A gdyby zedrzeć wszystkie maski?

background image

- Może się okazać, że pod spodem nie ma już nic. Że prawdziwy Derek zmarł, mając 

szesnaście lat, gdy zobaczył, jak czerwoni mordują jego ojca i brata… Może od tamtej pory 

już   nigdy   nie   byłem   sobą.   Może   zawsze   udawałem…   Kłamałem,   aż   sam   padłem   ofiarą 

własnej gry. Zatraciłem umiejętność odróżniania prawdy od fikcji.

- Jest coś, co trzyma to wszystko w kupie - powiedziałem.

- Tak. Wszyscy ludzie, których gram, mają jeden cel. Ponury i krwawy… Chodźmy. 

Nic tu już po nas.

Paweł   czekał   na   podwórzu.   Niebawem   dojechaliśmy   do   Chełma.   Widok   zespołu 

katedralnego na Górce znowu zasypał  moją głowę lawiną  wspomnień. Lody z automatu, 

bardzo   dobre,   o   wiele   lepsze   niż   te,   które   jadałem   w   ZSRR.   Bazarek   zawalony 

nieprawdopodobnym bogactwem towarów. Kwietniki i tablice z hasełkiem „Naród z Partią”...

- Na ryneczek - zadysponował Derek.

Zatrzymaliśmy się u stóp schodów prowadzących na szczyt wzniesienia.

- Zaczekaj tu - polecił hrabia Pawłowi. - Powinniśmy się uwinąć w dwadzieścia minut, 

może dwadzieścia pięć. Gdybyśmy się nie pojawili po trzydziestu...

- Pamiętam. Punkt numer dwa i czekać cierpliwie do jutra. - Norwicki kiwnął głową.

Przeszliśmy przez bramę parku. Drzewa gubiły liście. Jesień w Polsce bywa piękna.

- To morwy? - raczej stwierdziłem, niż zapytałem.

- Pamiętasz?

- Zdaje się, że zbieraliśmy je tu z Maćkiem do wiader, a potem stary Jakub pędził z 

nich kaukaską wódkę. - Wspomnienia pchały się do mojej głowy całymi tabunami.

- Możliwe. Nie było mnie przy tym.

- Przyszliśmy pozwiedzać?

- Niezupełnie. Pora na seans łączności - wyjaśnił.

Minęliśmy sobór, przeszliśmy obok budynków dawnego klasztoru. Zardzewiała brama 

prowadziła   do   kolejnego   rozległego   parku   zajmującego   wschodni   stok   wzgórza.   Derek 

zakręcił i ruszył koło muru. Wśród drzew pojawiły się zniszczone przez wandali grobowce. 

Prowadził mnie dziką ścieżką coraz dalej i dalej. Wreszcie zatrzymaliśmy się przy starym, 

omszałym grobowcu.

- Zapamiętaj to miejsce - powiedział poważnie. - Zapewne miną lata, zanim znowu 

pojawisz się w tym kraju, ale kto wie czy ta wiedza kiedyś ci się nie przyda.

- Znam to miejsce. Tu w czasie wojny była bimbrownia mojego dziadka. Z krypty 

tego grobu jest wejście do podziemi.

Zamarł na ułamek sekundy.

background image

- Pamiętasz?

- Z godziny na godzinę coraz więcej.

- Otwórz.

- Nie mam śrubokręta.

- Proszę. - Podał mi narzędzie.

Płytę otaczała girlanda rzeźbionych w piaskowcu kwiatów. Otwór był cienki i trudny 

do wypatrzenia. Wsunąłem ostrze, przekręciłem ćwierć obrotu. Zapadki poddały się z cichym 

trzaskiem.   Pchnąłem   płytę,   a   ona   bezszelestnie   obróciła   się   na   osi,   odsłaniając   wąskie 

przejście w głąb. Weszliśmy do grobu.

Na podłodze stały dwie stare, zardzewiałe metalowe trumny. Derek otworzył pierwszą 

z nich.

-   Nie   ruszaj   tego   nigdy   sam   -   powiedział.   -   Wszystko   zabezpieczone   ładunkami. 

Gdyby dobrał się do tego ktoś niepowołany...

- Autodestrukcja?

- No właśnie. Zabić nie powinny, ale cholera wie. To ciasne pomieszczenie.

Otworzył walizeczkę. Zabłysnął ciekłokrystaliczny wyświetlacz. Derek wprowadził po 

kolei trzy kody, potem wpisał wiadomość.

- Nikt tego nie odczyta?

- Podwójne szyfrowanie. Nie ma szans. To znaczy dobry komputer i kilka tygodni 

pracy, ale musiałby jeszcze wiedzieć, czego dotyczy informacja.

- Kto to odczyta? Każdy czy tylko adresat?

- Każdy, którego sprzęt nasłuchuje w tym paśmie. Lecz tylko adresat ma oba klucze 

do szyfru. Zrobione.

Wyłączył urządzenie i zatrzasnął najpierw walizeczkę, następnie wieko trumny. Przez 

trzy   peryskopy   sprawdził,   czy   teren   wokół   grobu   jest   czysty,   i   dopiero   wyszliśmy   na 

zewnątrz.

- Z drugiej trumny jest wejście do lochów...

- Tak. Gdyby nas tu ktoś zaskoczył, zwialibyśmy tamtędy. Przez tunele do piwnic koło 

rynku, albo i dalej. Całe miasto jest mocno poryte, jeśli wie się, gdzie są wejścia do tych 

labiryntów, można tu dokonać prawdziwych cudów. Kilkuset Żydów przetrwało okupację, 

siedząc w podziemiach.

Wróciliśmy inną drogą przez chaszcze i wyszliśmy prawie dokładnie na bramę.

- Nawet nie przyjrzeliśmy się budynkom - westchnąłem, sadowiąc się w aucie. - Z 

parku niewiele było widać.

background image

- Może kiedyś  będziemy  mieli  trochę  więcej  czasu - powiedział hrabia.  - Zresztą 

bywałeś tu przecież.

Przymknąłem   oczy.   Mówił   prawdę.   Wystarczyło   sobie   przypomnieć,   jak   z   Łesią, 

Maćkiem i Pawłem buszujemy po krzakach  pożerających  starą nekropolię. Jak usiłujemy 

czytać napisy na nagrobkach unickich biskupów… Odnalazłem siebie. Ziemia, która kiedyś 

dała   życie   moim   przodkom,   przywróciła   mi   pamięć.   Jeszcze   nie   wszystko   wiedziałem, 

jeszcze ciągle były tam dziury na miesiące i lata, ale wierzyłem, że powoli wszystko się 

odblokuje.

Jechaliśmy na północny zachód. Zapadł już zmrok. Milczałem, trawiąc i układając 

sobie w umyśle wszystko, co zobaczyłem w rodzinnej wsi. Obce cywilizacje istnieją… Niezłe 

jaja.

- Jak opuścimy Polskę? - zapytałem.

- Wszystko jest już gotowe - wyjaśnił Derek mętnie. - Ja muszę tu jeszcze trochę 

zostać.   Tu   są   klucze   od   mojego   domu.   -   Wyjął   z   kieszeni   pęczek,   co   najmniej   połowę 

stanowiły kodowe.

- Nie będzie czasu. - Paweł pokręcił głową. - Musimy pruć od razu na północ.

Dochodziła   dwunasta   w   nocy,   gdy   wjechaliśmy   na   podwórze   poniemieckiego 

gospodarstwa gdzieś na Pomorzu. W ciemności majaczył zarys murowanej obory i budynku 

mieszkalnego. Siąpił paskudny drobny kapuśniaczek.

- Idealna pogoda. - Derek, nie wiadomo dlaczego, był radosny jak szczygiełek.

- W taką pogodę nawet terrorysty nie wyrzuca się z domu - zażartowałem ponuro. - Co 

tu robimy?

- Rozstajemy się - powiedział hrabia. - Opuszczacie ojczyznę. Może na kilka lat, może 

na zawsze.

- Zaraz powiesz, że w tej stodole ukryty jest samolot...

- Ale bystrzak. - Paweł uśmiechnął się z uznaniem. Policzyłem powoli do dziesięciu.

W   ciemności   pojawił   się   jasny   prostokąt,   ktoś   otworzył   drzwi.   Wysiedliśmy   z 

samochodu. Przez  błoto, człapiąc  kaloszami,  nadszedł  jakiś stary dziadyga.  W  ręce niósł 

wozacką lampę naftową.

- Wszystko gotowe? - zapytał hrabia.

- No ba...

Kuląc się przed deszczem, przebiegliśmy kawał ubłoconego placu i schroniliśmy się w 

stodole. W świetle  latarni | zobaczyłem  wyżki,  masę słomy i siana oraz smutnego konia 

przeżuwającego obrok.

background image

Paweł   i   Derek   zaraz   wytoczyli   z   kąta   częściowo   zdemontowaną   motolotnię. 

Uszczypnąłem się. Widziadło nie znikało. Stałem oparty o słup, a oni tymczasem instalowali 

skrzydło nośne. Chłop przydźwigał dwa dziesięciolitrowe kanistry.

-   Polecimy   tym   do   Szwecji?   -   zapytałem   Pawła.   -   Chyba   ci   odbiło!   To   przecież 

niemożliwe!

- A niby jak inaczej chcesz pokonać Bałtyk? - zdziwił się. - Nie mamy wystarczająco 

dobrych papierów, żeby zrobić to legalnie.

- Pora na was - powiedział Derek. - Tomku… Tomaszu. Tu są czeki. - Podał mi cztery 

papierki. - Każdy na dwadzieścia pięć tysięcy dolarów.

- Ostatnio wszyscy chcą mi dawać jakieś czeki - mruknąłem.

- Dwa dla ciebie, jeden dla Maćka, jeden dla Svena. Powiesz im, że umowa zostaje 

rozwiązana. Jestem zadowolony z ich usług, ale pora, by każdy z nas poszedł własną drogą.

- Spotkamy się jeszcze?

- Nie wiem. Jak Bóg da. Ale chyba już tylko towarzysko. Nie będę cię więcej plątał w 

moje sprawy. W każdym razie będzie mi bardzo miło, jeśli uznasz, że jesteśmy kwita.

Skrzywiłem się w duchu. Z drugiej strony dwa razy uratował mi życie. W tym raz po 

tym, jak wpadłem w kłopoty z jego winy. Ciekawe, czy z kimkolwiek utrzymuje kontakty 

wyłącznie   towarzyskie.   Chyba   rzeczywiście   bezpieczniej   byłoby   nigdy   więcej   go   nie 

spotykać.

- Dobrze - powiedziałem. - Niech tak będzie. Jesteśmy od tej pory kwita.

Schowałem czeki. Miałem ochotę podrzeć papierki i cisnąć je Derekowi pod nogi, lecz 

rozsądek zwyciężył. Przed nami daleka droga. Potem czeka mnie życie… Pieniądze mogą się 

przydać. Za taką kwotę mogę spokojnie przeżyć na Zachodzie parę lat. Wynajmę mieszkanie, 

skończę szkołę, poszukam roboty. Ale najpierw sprawdzę pewien adres.

- Pawle...

- Tak?

- Czy chcesz nadal pracować dla mnie? - zapytał hrabia.

-   Tak.   Choć   przydałby   mi   się   urlop   zdrowotny.   Albo   wypoczynkowy.   Muszę 

przemyśleć kilka spraw.

- Dobrze, daj znać, gdy zechcesz wrócić do roboty. Jeśli uznasz, że masz dość, też 

proszę o informację. Ale najpierw...

- Wiem - uciął.

Chłopina otworzył szeroko tylne drzwi stodoły.

- Pas startowy też tu macie? - nie byłem w stanie usiedzieć cicho.

background image

To pewnie nerwy zmuszały mnie do mówienia. Miałem ochotę dziko chichotać.

- Motolotnia nie potrzebuje pasa startowego - wyjaśnił Paweł. - Wystarczy kawałek 

równego terenu lub szosa. Tu jest placyk do skupu buraków zakończony rampą. To idealne 

rozwiązanie. I jesteśmy zaledwie trzydzieści kilometrów od morza.

- Namierzą nas radarem!

- Nie demonizujmy. Jesteśmy daleko od stacji namiarowych. I będziemy lecieli nisko. 

Poza tym to urządzenie zawiera bardzo niewiele metalu.

-   Ubierajcie   się.   Do   świtu   nie   więcej   niż   pięć   godzin.   Szkoda   czasu   -   zrzędził 

właściciel gospodarstwa. - I wysikajcie się, potem będzie z tym kłopot.

Użyźniłem   glebę   pod   płotem.   Posłusznie   zakładałem   podane   przez   Dereka   grube 

spodnie, skórzaną kurtkę na misiu, czapkę pilotkę, na wierzch papachę, gogle i rękawice.

- Będzie bardzo zimno? - domyśliłem się.

- To też, ale głównie dokuczy wam wiatr - wyjaśnił. - Silniki są, niestety, dość słabe, 

będziecie grzać jakieś pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Z Bogiem, chłopaki.

Usiadłem   na   tylnym   siedzeniu,   zapiąłem   pasy.   Paweł   zajął   przedni   fotel.   Śmigła 

zawyły, poczułem wibracje. I polecieliśmy.

* * *

Tańczył jak młody bóg. Wirował na parkiecie, kokaina rozpalała jego umysł. Młode 

Niemki aż piszczały z uciechy, mogąc podrygiwać razem z nim. Wrzecionowate, jakby kocie 

źrenice nie budziły lęku, tylko zwiększały fascynację dziewcząt młodym dyplomatą. Tuż po 

północy na sali pojawiła się ślicznotka o orientalnych rysach. Nawet w kosmopolitycznym 

Berlinie   Zachodnim   nieczęsto   można   było   spotkać   tak   zjawiskowe   istoty.   Poprosił   ją   do 

tańca. Nie odmówiła.

Kręcili się razem, patrzył jej w oczy. Miała dziwne spojrzenie. Była tam pustka, ale 

uśmiechem   dziewczyna   dawała   do   zrozumienia,   że   jest   gotowa   pogłębić   znajomość   z 

przystojniakiem zza żelaznej kurtyny. Między niedużymi piersiami miała dziwny wisiorek, 

jakby kryształową fiolkę z kroplą opalizującej czerwonej cieczy.

Gdy   zrobili   sobie   przerwę   na   drinka,   powiedziała   mu,   że   ma   na   imię   Damao. 

Dochodziła druga, gdy nieoczekiwanie w rogu sali pojawił się szef ochrony. Chłopak obrzucił 

go niechętnym spojrzeniem, nie cierpiał, gdy przerywano mu zabawę. Goryl pokazał dwa 

palce i wykonał gest, jakby coś przecinał.

Służba nie drużba… Dyplomata z westchnieniem oderwał dłoń od pośladka Azjatki i 

ruszył za nim. Opuścili salę pełną ludzi i weszli w korytarzyk prowadzący do toalety. Dwaj 

background image

kafarzy pilnowali przejścia.

- Co się stało?

-   Wynosimy   się   -   wyjaśnił   szef   obstawy.   -   Tylko   najpierw   rzućcie,   towarzyszu, 

okiem...

Zajrzeli do środka. Na podłodze leżał na wznak mężczyzna. Dostał kilka kul w pierś.

- Czatował tu na mnie? - domyślił się pastuszek.

- Na to wygląda. - Ochroniarz wskazał pistolet maszynowy z tłumikiem pod jedną ze 

ścian.   -   Chłopaki   ubezpieczają   drogę   do   samochodu.   Sala   sprawdzona,   czysta,   ale 

zamachowcy rzadko chodzą w pojedynkę. Myślałem jednak, towarzyszu, że zechcecie sami 

zobaczyć...

- Trzeba było fotkę cyknąć, a nie marnować mój czas. Poznaję chyba tę gębę. To 

człowiek księcia Potiomkina. Nie pamiętam, jak się nazywał.

- Hans, on miał na imię Hans - rozległo się za nimi. Odwrócili się. Szef ochrony 

automatycznym ruchem sięgnął po broń. Damao stała w drzwiach ze smutnym uśmiechem. 

Jej eleganckie pantofelki zostawiały czerwone ślady, jakby przeszła przez dużą kałużę krwi. 

W   ręce   trzymała   swój   wisiorek.   Pastuszek   domyślił   się   w   jednej   chwili   i   z   przerażenia 

rozdziawił usta.

- Tak, to czerwona rtęć - powiedziała dziewczyna. - Pozdrowienia z Birmy - dodała, 

rozwierając palce.

Fiolka upadła na podłogę.

18 września, wtorek

Gdy   wyjechali my  na   szos   do   Bodø,   poczu em   si   wreszcie   jak   w   domu.   Pawe

ś

ę

ł

ę

ł 

prowadzi  niestrudzenie, lecz wid

ł

ać było, że jest już znużony. Motolotnią dolecieliśmy pod 

Sztokholm.   Samolotem   przeskoczyliśmy   do   Narwiku.   Stamtąd,   w   ostatniej   chwili   łapiąc 

norweski pekaes, dostaliśmy się do Fauske, gdzie od Derekowego wspólnika pożyczyliśmy 

samochód. Źle się śpi w autobusie. Trudno wypocząć w trakcie drzemki na fotelu.

- Miałeś, Tomku, dużo szczęścia - mruknął mój towarzysz.

- Że uszedłem z życiem?

- To też, ale chodziło mi raczej o to, że mieszkałeś przez dwa miesiące w tak uroczym 

miejscu.

Oderwałem wzrok od pustej drogi. Woda fiordu w blasku zachodzącego słońca miała 

barwę   wiśniowego   kisielu.   Pasmo   górskie   po   drugiej   stronie   rozlewiska   pogrążało   się   w 

mroku.   Uchyliłem   okno.   Powietrze   było   rześkie,   pachniało   morzem   i   lasem.   Minęliśmy 

background image

drogowskaz do Ronvik. Paweł dodał troch  gazu. Bodø ukaza o si  naszym oczom. Pawe

ę

ł

ę

ł 

zatrzyma   si   ko o   ko cio a,   wysiad   i   podszed   do   budki   telefonicznej.   Wrzuci   monet   i

ł ę

ł

ś ł

ł

ł

ł

ę  

przez chwil  gada .

ę

ł

- I jak? - zapytałem.

- Sven siedzi na dworcu, godzinę temu był pociąg, lecz Maciek się nie zjawił. O 

siódmej rano będzie nocny z Trondheim.

- Czyli wyprzedziliśmy go?

- Mam taką nadzieję. Miał ze czterdzieści osiem godzin przewagi, ale porusza się po 

Skandynawii   nielegalnie,   więc   w   zasadzie   pozostaje   mu   tylko   kolej   lub   autobus.   Lecąc 

samolotem,   zaoszczędziliśmy   bardzo   dużo   czasu.   Bo   druga   możliwość   jest   raczej   mało 

ciekawa. - Przesunął znacząco dłonią po gardle.

Po   chwili   jechaliśmy   przez   ciemny   las.   Paweł   minął   furtkę   i   zaparkował   między 

drzewami jakieś pięćdziesiąt metrów dalej.

- Używałeś kiedyś noktowizora? - zapytał. - Nie...

- No trudno.

Wyjął z bagażnika torbę, założył mi na czoło opaskę i opuścił przed oczy dwie krótkie 

lunetki.

- Dobra. - Pstryknął gdzieś przełącznikiem i ekraniki rozbłysły zielenią. Mrok nocy 

zmienił się w zielono - czarne akwarium.

Ciemny las, zielone cienie drzew… Poruszyłem głową i obraz trochę się rozmazał.

- Nie jest to, niestety, najnowszy model - powiedział Paweł. - Ma lekki bezwład.

Spojrzałem na niego - wyglądał jak jaskrawa plama. Jasna twarz, ciemniejsze spodnie, 

jeszcze ciemniejsza kurtka.

- Ale bomba!

- Uważaj, bo wybuchniesz - zażartował. - Zaraz zobaczysz, ile w tym lesie życia. 

Idziemy?

- Życia?

Ruszyłem  za nim i wtedy to zauważyłem.  Między drzewami tu i ówdzie świeciły 

zielone   punkty.   Niektóre   poruszały   się,   na   co   noktowizor   reagował   z   właściwym   sobie 

opóźnieniem,  rysując  mi na ekranach jakby komety z jasnym  jądrem i gasnącym  powoli 

ogonem.

- Myszy? - domyśliłem się.

- Tak. Myszy i inne gryzonie. Jeśli mogę cię prosić, rozglądaj się bardziej na boki.

-  Jasne  plamy  wysokie   na  sto siedemdziesiąt   pięć  centymetrów,  z  automatem…   - 

background image

próbowałem zażartować, ale mój głos zabrzmiał poważnie.

- Tak. Trzymaj się za mną - polecił. - Raczej nie ma tu żadnych niespodzianek, ale 

wykluczyć nie możemy.

Przeszliśmy nad morze. Dom stał przed nami cichy i ciemny. Przyjaciel nakazał mi 

gestem czekać, a potem wszedł do środka. Po chwili wyjrzał.

- Teren sprawdzony, czysto - zameldował.

- Czyli Maciek nie czeka na nas w środku?

- Nie… Zajrzę jeszcze pro forma do bunkra. Choć sądzę, że jesteśmy wcześniej.

Wszedłem do kuchni. W domu było chłodno, ale bez instrukcji nie chciałem palić w 

piecach.

Wrócił po pięciu minutach.

- I jak? - zapytałem.

Pokręcił głową.

- Co robimy dalej?

- No cóż, jest to ryzykowne jak cholera, jednak poczekałbym tu do rana. To sprytny 

chłopak.   Jeśli   jedzie   pociągiem,   może   wysiąść   na   przykład   stację   wcześniej   i   przejść   tu 

naokoło.   Może   pojechać   autobusem.   Mógł   teoretycznie   pojechać   do   Narwiku   i   wtedy 

przybędzie tu o szóstej rano. Nie wiem.

- A jutro...

- Tak. Najpóźniej jutro musimy stąd definitywnie znikać.

- Będą mnie tu szukać?

-   Najpierw   przekopią   gruzy   instytutu.   Potem   przeszukają   mieszkania   wszystkich, 

których będą podejrzewali, że cię ukrywają. Pobuszują w Wojsławicach. Niewykluczone, że 

nocnym pociągiem jedzie tu  kto  z ambasady w Oslo,  eby zbada , czy nie pojawi e  si

ś

ż

ć

ł ś ę 

czasem w Bodø.

- A może był tu wcześniej?

- Zastawiliby zasadzkę.

- Sądzisz, że to w ogóle możliwe? Chyba by im palma musiała odbić. Szesnastolatek 

ucieka ze szpitala i tak z marszu pokonuje granicę?

- Nie ucieka. Zostaje odbity. Odbity przez ludzi, którzy błyskawicznie zdołali ustalić 

miejsce,   gdzie   jest   przetrzymywany.   Którzy   porwali   lekarza,   zagranicznego   gościa 

mieszkającego w strzeżonej rządowej willi. I którzy na odchodnym wysadzili w powietrze 

miejsce jego uwięzienia.

- Może masz rację.

background image

Przeszliśmy   do   biblioteki.   Zapaliłem   światło.   Bez   ognia   pełgającego   na   kominku 

pomieszczenie wydało mi się dziwnie puste i nieprzyjazne.

- Cicho i martwo - mruknąłem.

- Nie gadaj tak, bo jeszcze zapeszysz - Paweł ofuknął mnie ostro.

- Wiesz, to jakoś… - Strzeliłem w powietrzu palcami. - Gdy dochodziliśmy do domu, 

czułem, że nic z tego. Wydał mi się kompletnie pusty.

- Idź do siebie - polecił. - Jeśli Maciek się nie pojawi, poprosimy Svena, żeby tu na 

niego   poczekał.   O   dziesiątej   rano   ruszamy   dalej.   Spakuj   teraz   wszystko,   co   uważasz   za 

potrzebne do szczęścia.

Choć starał się zachowywać beztroskę, czułem w tym fałsz. Martwił się. Cholernie się 

martwił. Wspięliśmy się po stromych schodkach na piętro.

-   Uruchomię   system   bezpieczeństwa.   -   Wszedł   do   swojego   pokoju.   -   Potem 

zdrzemniemy się trochę.

- Jasne.

W milczeniu przeglądałem moje drobiazgi. Co zabrać ze sobą na, można powiedzieć, 

nową drogę życia?  Nie miałem wiele. Trochę znoszonych  ubrań, jedna czy dwie książki, 

kalkulator, ulubiony scyzoryk,  ale  tego  nie można  chyba  wnieść  na pokład samolotu.  W 

sumie po co mi kalkulator? Kopia brylantu rżnięta w cyrkonii, zestaw monet wybitych w 

Nowoorłowie. Pomyślałem, że wezmę ze sobą tylko zdjęcia dziewczyn. Przesunąłem lampkę 

i zamarłem.

Na ścianie miałem przypięte pinezką zdjęcie Ingrid, a pod nim schowane drugie - 

Tatiany. Nie było ich. Zamiast tego wisiała tu fotka ikony wycięta z kolorowego magazynu.

Za   ścianą   usłyszałem   trzask   przełącznika,   a   chwilę   potem   miarowe   buczenie. 

Wyskoczyłem z pokoju i prawie wpadłem na Pawła.

- Co się dzieje?

- Czujniki ruchu. - Przyjaciel był blady jak ściana. - Mają nas.

- Co?

- Co najmniej kilkunastu. Otaczają dom, kryjąc się po lesie. Coś tak wyskoczył?

- Byli tu. Zabrali mi zdjęcia dziewczyn, zamiast tego wisi wycinek z gazety!

Rzucił szybkie badawcze spojrzenie.

- Kojarzysz ten obrazek?

- Tak. Miała go w swoich bagażach Zina. Dziewczyna Mikołaja...

- O kuźwa...

Podszedł   i   oderwał   kartkę   od   ściany.   Odwrócił.   Po   drugiej   stronie   nic   nie   było 

background image

napisane. Alarm wył paskudnym, drażniącym, pulsującym dźwiękiem. I nagle ucichł.

Spojrzałem   na   kumpla.   Tym   razem   naprawdę   się   przestraszyłem.   Jego   spojrzenie 

dziwnie przygasło. Wyglądało na to, że na zimno skalkulował nasze szansę.

- Wedrą się do domu? Może przygotujemy się jakoś do oblężenia? Zamkniemy klapę 

i...

- Co to za twierdza z drewna i styropianu. - Zobaczyłem w oczach Pawła bezbrzeżny 

smutek.

- Możemy wezwać kogoś na odsiecz? - zapytałem.

- Ludzie Glorssena zostali zdjęci z posterunków po tym, jak cię porwano.

- A twoja magiczna walizka z nadajnikiem radiowym?

- U Svena… A sam Sven w Bodø, na dworcu.

-  Dlaczego  tak?   - zapytałem.   - Gdyby  chcieli   nas   po prostu  zabić,  wystarczyłoby 

zaminować to i owo albo strzelić nam w plecy w lesie. A tymczasem...

- Wleźliśmy na jakiś podłożony czujnik i dlatego tu są. Siedzieli gdzieś ukryci, a alarm 

postawił  ich na nogi - wyjaśnił. - A dlaczego stosują taką  taktykę?  Albo chcą mieć  nas 

żywcem, albo przyszli zapolować...

- Co?

Bez słowa zanurkował do swojego pokoju, wyszedł i wręczył mi pistolet oraz granat. 

Sobie zostawił uzi i rewolwer.

- Nie bardzo umiem z tego strzelać - powiedziałem.

- Wiem. To już bez znaczenia. Po prostu spróbuj trafić choć kilku. Najwyżej się nie 

uda. I bądź ostrożny z tym granatem. Jest dużo silniejszy niż zwykłe. Prezent od księcia 

Potiomkina.

Zobaczyłem, że Paweł płacze. Zaraz wziął się w garść, na jego twarzy odmalował się 

wyraz wściekłości.

- Przepraszam - powiedział wreszcie. - Powinienem sam… Maciek to mój przyjaciel, 

musiałem   go   ratować.   Ale   ty…   Ty   nie   miałeś   z   tym   nic   wspólnego.   Potrzebowałem 

towarzystwa   i   przez   to   moje   wygodnictwo   znowu   wpakowałem   cię   w   bagno   po   uszy… 

Gorzej, tym razem cię zabiłem - szepnął.

- Maciek jest tak samo moim kumplem, jak i twoim. Spróbujemy się przedrzeć? - 

zapytałem. - Do łazienki i tunelem!

- Jest ślepy...

- Deski w rupieciarni ledwo się trzymają. W tamtej ścianie nie ma okien. Może nie 

pilnują? Gdyby skoczyć w wodę i dopłynąć do plaży, a potem w las...

background image

- Sądzę, że to zawodowcy. Pewnie to przewidzieli. No nic. Drogo sprzedamy skóry. - 

Widziałem, jak ogarnia go spokojna, zimna determinacja. Już się opanował. - A może i coś 

się uda.

- Sądzisz, że to pastuszkowie?

- Miejmy nadzieję, że nie! Choć z drugiej strony pociągnąć chociaż jednego ze sobą...

- Jednego i tak pewnie będzie mniej. - Dotknąłem piersi kciukiem.

- Ty się nie liczysz… Jesteś groźny tylko z bliska. No i jesteś po naszej stronie, a nie 

po   tamtej.   A   teraz   po   cichutku   na   parter.   I   do   rupieciarni.   Pewnie   zaczną   strzelać,   gdy 

pojawimy się na schodach. Ale spróbujemy ich trochę wykiwać.

- Tak jest!

Odbezpieczyłem spluwę.

- Tomku?

- Tak?

- Przepraszam cię… Za tamto też. Za to, że potraktowałem cię jak kozę uwiązaną do 

drzewa.

- Policzymy się później - mruknąłem. - Jeśli zginę, przyjmijmy, że ci wybaczyłem.

Uścisnął mi dłoń.

- Dziękuję.

Zdjął kurtkę i rzucił ją w dół schodów. Zabrzęczały wybite szyby, usłyszałem trzask 

łamanego drewna. Potem znowu zapadła głucha cisza.

- Co…?

- Jest źle. Mają noktowizory. Walili przez szyby z lasu, sądząc, że to któryś z nas 

skacze - odszepnął.

- Nie było huku...

- Tłumiki. Tędy się nie przedostaniemy.  Do ostatniego pokoju i spróbujemy przez 

podłogę. Szkoda, że nie ma’ żadnego okna na drugą stro...

Trzasnęły drzwi wejściowe, rozległ się brzęk szyby - ktoś wybił okno do reszty i 

skoczył do środka, lądując ciężko na podłodze. Cofnęliśmy się od dziury.

I   nagle   powietrze   wokół   nas   wypełniło   się   drzazgami.   Chciałem   paść,   ale   Paweł 

przytrzymał   mnie   stalowym   chwytem   dłoni.   Sekundę   później   to   samo   powtórzyło   się   w 

dalszej części korytarza. Zrozumiałem natychmiast. Ci w bibliotece i ci obok kuchni wypruli 

po seryjce w sufit, licząc, że uda im się nas trafić. Za chwilę wyprują kolejną.

Zadziałałem   instynktownie.   Odgiąłem   wąsy,   docisnąłem   z   całej   siły   łyżkę, 

pociągnąłem zawleczkę, czując, jak boleśnie wrzyna mi się w palec. A potem cisnąłem granat 

background image

do biblioteki.

- Nie! - Paweł zareagował ułamek sekundy za późno. Zobaczyłem, jak unosi ręce, by 

zatkać uszy. Otworzył szeroko usta. Nie wiedziałem po co, ale zaufałem jego doświadczeniu i 

zrobiłem to samo. Eksplozja była potworna. Czułem, jak cały dom podskoczył. Coś wbiło mi 

się w obcas buta. I zaraz potem przez połamaną podłogę ciężko runęliśmy w dół. Upadłem jak 

kot na cztery łapy. Kolanem trafiłem w jakieś ochłapy.

Żarówki diabli wzięli, a może i cała instalacja elektryczna przestała działać? Po mocno 

nadwerężonej ścianie koło kominka przesunęły się trzy kropki laserowych znaczników.

Paweł   upadł  obok  mnie  i  przetoczył  się  na   bok.  Trzasnęło   rozdzierane  pociskami 

drewno, ale nie trafili. Resztki umeblowania tworzyły na szczęście barykadę zasłaniającą nas 

choć   trochę.   Podmuch   wypchnął   częściowo   ściany,   naruszył   konstrukcję   budynku. 

Widziałem, jak belki szkieletu powoli się przechylają. Za chwilę piętro runie nam na głowy.

Pomyślałem z żalem o tych wszystkich miłych godzinach, które spędziłem, siedząc w 

fotelu naprzeciw kominka. Przeżyję czy nie, to już nie wróci...

W pomieszczeniu cuchnęło wręcz straszliwie. Dziwna mieszanina woni żarzącego się 

drewna,   trocin,   moczu,   rzygowin,   kału,   krwi,   mięsa…   Człowiek   rozerwany   na   kawałki 

śmierdzi wręcz niemożebnie.

Powiał wiatr. Piętro rozpadało się jak domek z kart. Paweł wychylił się i pociągnął 

serię   gdzieś   w   ciemność.   Ktoś   nieludzko   zawył.   Odpowiedzieli   ogniem.   Przypadłem   do 

podłogi.   Wokół   mnie   fruwały   kawałki   drewna,   okruchy   styropianu,   strzępy   papieru 

wydartego z książek. Poczułem żal. I zaraz za nim napłynęła idiotyczna myśl. Tak niewiele z 

nich zdążyłem przeczytać...

Paweł   gestem   wskazał   mi   na   wpół   uchylone   drzwi   prowadzące   do   korytarzyka. 

Zrozumiałem. Spróbujemy uciekać tamtędy. Przed momentem ktoś tam był, ale chyba zdążył 

przejść do biblioteki, zanim nastąpił wybuch. Mój towarzysz wyjął z kieszeni kolejny granat 

dziwnego kształtu.

- Petarda antyterrorystyczna - szepnął. - Rzucam i zwiewamy. Ja pierwszy, w razie 

gdyby ktoś tam na nas czatował. Trzymaj się za mną. Naprzód!

Cisnął petardę w stronę największej wyrwy w ścianie. Oślepiający blask, wizg jakby 

startującego   odrzutowca.   Paweł   już   znikał   w   korytarzyku,   skoczyłem   za   nim   w   ostatniej 

chwili. Połowa domu z biblioteką i piętrem ponad nią właśnie osiadała. Konstrukcja runęła mi 

za plecami z łomotem. Drzwi zatrzasnęły się. Ułamek sekundy później wywaliłem się jak 

długi na deski korytarzyka. Zahaczyłem o coś? Przekręciłem się, usiadłem i w tym momencie 

rozbłysło światło.

background image

Rzeczywiście, zahaczyłem o linkę. W poprzek korytarza przeciągnięto trzy struny - 

potykacze.   Ja   przewróciłem   się   na   pierwszej,   Paweł   dopiero   na   trzeciej,   obok   drzwi 

prowadzących do łazienki. Pistolet maszynowy leżał poza zasięgiem jego ręki. Przy drzwiach 

do kuchni stali dwaj pastuszkowie.

Zrozumiałem od razu, kim są. Czułem to gdzieś w głębi umysłu. A ułamek sekundy 

później ich poznałem. Wyglądali tylko na kilka lat starszych ode mnie, ale widać było, że 

mają   ogromną   wprawę   w   mordowaniu.   Jeden   trzymał   rewolwer   z   długą   lufą   i   jeszcze 

dłuższym tłumikiem. Drugi, ubrany w drogi garnitur, przypasał szablę. Coś chrupnęło mi w 

głowie i już wiedziałem, że to on zabił mojego dziadka Józefa. Ruszyli.

Paweł usiłował sięgnąć za pazuchę, lecz nie zdążył. Ten z bronią, przechodząc obok, 

dwukrotnie strzelił mu w plecy. Zrobił to jakby od niechcenia, prawie bezmyślnie, wkładając 

w odbieranie człowiekowi życia tyle zaangażowania, co w zabicie packą muchy na ścianie. 

Nawet się nie obejrzał. Stanęli jakiś metr przede mną. Widziałem nieomal swoje odbicie w 

wypolerowanych noskach ich butów.

Na widok ciała przyjaciela dławiło mnie w gardle, ale zacisnąłem zęby. Do diabła, 

przecież dysponuję jakąś tam mocą. Telekineza, cofanie czasu, może nawet jestem w stanie 

ich unieruchomić… Tylko jak?! Wytężyłem wszystkie siły, lecz nic się nie stało. Sufit nie 

spadł im na głowy. Podłoga nie rozstąpiła się pod stopami. Nie rozpyliło ich na atomy, broń 

nie chciała zardzewieć.

Za plecami miałem drzwi przywalone rumowiskiem belek. Znikąd ratunku, żadnej 

możliwości ucieczki. Oczy pastuszków patrzyły  na mnie chłodno, na twarzach mężczyzn 

malowało się ponure zadowolenie. Pistolet… Zgubiłem go podczas upadku. Leżał pewnie 

gdzieś   w   bibliotece,   pod   deskami   i   łatami   z   pierwszego   piętra.   Równie   dobrze   mógłby 

znajdować się na księżycu.

- Tak, to już koniec - powiedział ten wyższy po polsku, spokojnym ruchem odkręcając 

tłumik.

Schował spluwę do kabury. Jego towarzysz płynnym  ruchem wyciągnął z pochwy 

lśniącą szablę.

Kawaleryjska, wzór 1934, wyprodukowana w hucie Ludwików, przemknęło mi przez 

głowę.

O mały włos nie zmoczyłem się ze strachu.

- To nic osobistego - odezwał się tym razem po ukraińsku. - Po prostu polowanie z 

tobą w roli zwierzyny...

- Jesteście synami Ihora - syknąłem. - Poznałem was...

background image

- Jesteśmy.  - Wzruszył  ramionami.  - Nasza ojczyzna  pozwoliła  nam zmyć  grzech 

niewłaściwego   pochodzenia.   Z   rodu   Paczenków   pozwolono   żyć   tylko   nam.   I   tylko   pod 

warunkiem, że was zlikwidujemy.

- Porwały mnie polskie służby, trafiłem w ręce… - za wszelką cenę próbowałem grać 

na zwłokę.

- Sigridsena - dokończył za mnie ten z szablą. - Wiemy. Wykończyliście go. W sumie 

był już niepotrzebny, jego badania od lat nie wnosiły niczego nowego.

- Dlaczego teraz?

- Co: teraz?

- KGB od dawna wiedziało, że tu jestem. Więc czemu zmarnowaliście tyle czasu?

-  Och tak,  ale   sam rozumiesz,   mieliśmy  wakacje…   Szkoda tracić  tak  piękne   dni. 

Riwiera o tej porze roku jest cudownym miejscem. A ty i tak nie miałeś gdzie uciec. To po co 

się spieszyć? Na prawdziwe przyjemności trzeba czasem trochę poczekać.

- I chciało wam się jechać taki kawał ze słonecznej Riwiery do deszczowej Norwegii? 

Tylko po to, żeby wypatroszyć własnego krewniaka? Brata?

Zauważyłem, że Paweł podniósł się z podłogi. Cud? Nie myśleć o tym. Oni mogą 

wyczuć moje myśli!

- Tam też zaczęło padać. Wybieraj, pchnięcie w pierś czy ucięcie głowy?

- A które mniej boli?

- Nie wiem. Dziadek Józef wolał głowę - poczułem, że skłamał.

- Daj  mi broń i przejdźmy do kuchni.  Mam prawo do jakiejś  szansy.  Mężczyzna 

powinien ginąć z orężem w ręce. - Spojrzałem kuzynowi w oczy. - A wam będzie chyba 

przyjemniej trochę się na koniec potrudzić, zanim mnie dostaniecie.

Nie zdążył odpowiedzieć. Paweł wypruł długą serię. Zdołałem uskoczyć, szabla wbiła 

się w podłogę. Zasłoniłem twarz przed kroplami krwi i strzępami tkanki.

Mój   przyjaciel   wstrzymał   ogień.   Wstałem   chwiejnie   na   nogi.   Ująłem   rękojeść 

ludwikówki.   Pasowała   mi   do   dłoni,   jakby   zrobiono   ją   na   obstalunek.   Obaj   pastuszkowie 

jeszcze żyli. Leżeli w kałużach krwi, straszliwie podziurawieni, charczący, ale przytomni i 

żywi...

-   Kłamałeś   -   powiedziałem.   -   Mój   dziadek   nie   wybrał   śmierci   z   waszych   rąk. 

Ucięliście mu głowę, lecz najpierw stoczył z wami długą i ciężką walkę. Gdyby nie był stary i 

słaby, gdybyście nie przyszli we dwóch, zdołałby się obronić przed takimi wszarzami jak wy.

- Nie… rób… tego… - wyjęczał ten, który przyszedł z rewolwerem. - Proszę… ja...

Jego palce powolutku pełzły w stronę kabury. Paweł strzelił mu z bliska trzy razy w 

background image

twarz.

- Dasz radę? - zapytał.

- Nie chciałem… - szepnął drugi pastuszek.

Zamknął oczy. Trząsł się jak osika.

- Nie rób tego. Mam pieniądze - wykrztusił. - Wystarczy ci na lata. Dogadamy się… 

Jesteśmy braćmi...

- Tchórz! - splunąłem. - Nie wstyd ci, mendo? Twoje ofiary umiały umierać z większą 

godnością.

Pchnąłem   szablą,   przebijając   mu   serce.   Potem   przeszedłem   do   drzwi   kuchni, 

podniosłem siekierę, zawróciłem i waląc obuchem, roztrzaskałem mu głowę na kawałki.

- Kumplu - rzekł Paweł - przepraszam… Musiałem...

- Nie przepraszaj. Musiałeś.

- To byli twoi cioteczni bracia.

- Tak. Ale to niczego nie zmienia. Zasłużyli.

- Jesteś teraz mężczyzną.

- Bo nauczyłem się zabijać? - prychnąłem z irytacją.

- Bo umiałeś pomścić krzywdę tego, kto nie zdołał się obronić. Bo potrafiłeś za krew 

zażądać krwi.

-   Biblia   mówi,   że   krzywdy   należy   puszczać   w   niepamięć.   Że   należy   wybaczać 

wrogom. - Patrzyłem na czerwoną kałużę, która rozlewała się po deskach coraz szerzej i 

szerzej.

- Własne krzywdy możesz odpuścić. Tych, którzy zginęli, należy pomścić.

Tak właśnie mi się wydawało...

Poczułem to nagle. Jednym uderzeniem zwaliłem Pawła na ziemię. Drzazgi znowu 

zawirowały w powietrzu. Walili z kałaszy albo podobnej broni. Pociski przechodziły przez 

ścianę kuchni, świszczały w korytarzyku, biły o wannę i sedes w łazience, strącały ze ścian 

narzędzia w rupieciarni. Dla kuli kilka desek nie jest przeszkodą...

- Jest jeszcze co najmniej jeden - szepnął mój przyjaciel. - Na zewnątrz.

- Co?

-   Jeszcze   jeden   pastuszek.   Może   nawet   dwóch?   Nie   strzelali,   póki   nie   sprawdził 

telepatycznie, że ci dwaj na pewno nie żyją… Do rupieciarni. Przy podłodze!

Zabrałem rewolwer zabitego. Poczołgaliśmy się. Kanonada ucichła. Ktoś wskoczył 

przez okno do kuchni. Paweł wystrzelił parę razy przez ścianę. Rozległ się głuchy łoskot, a 

potem dziwny, obrzydliwy bulgot.

background image

- Przebite płuco, topi się we własnej krwi - wyjaśnił szeptem mój przyjaciel.

Dopiero teraz zachciało mi się rzygać. Usłyszałem trzask desek elewacji. Ktoś szedł 

po półce skalnej w stronę drzwi i najwidoczniej pchnięty wiatrem oparł się o ścianę. Paweł 

oddał   kilka   ostatnich   strzałów.   Usłyszeliśmy   wrzask   i   łomot.   Amunicja   się   skończyła. 

Przyjaciel   odłożył   obojętnie   pistolet   maszynowy.   Walili   przez   ściany,   kule   śmigały   nam 

niziutko   nad   głową.   Z   biblioteki   dobiegł   nas   rumor,   później   szuranie.   Najwidoczniej 

opanowali to pomieszczenie i teraz próbowali utorować sobie dostęp do drzwi.

- Ty lepiej strzelasz. - Podałem przyjacielowi zdobyczny rewolwer pastuszka.

Sprawdził   pospiesznie   bębenek.   Dwie   łuski   po   wystrzelonych   nabojach,   cztery 

nietknięte spłonki.

Podniosłem z podłogi szablę. Ostrze zbryzgane posoką lśniło ponuro. Tą bronią zabito 

mojego dziadka. Może mi się nie uda. Może zostanę tu już na zawsze, ale zmyłem krew 

krwią. A przy odrobinie szczęścia wsadzę tę ludwikówkę komuś jeszcze w bebechy aż po 

rękojeść… Poczułem, jak budzi się we mnie żądza zabijania.

Nagle rozległ się łoskot i odgłosy szurania ustały.

- Odsiecz. - Paweł odetchnął z ulgą.

- Co?

- Nie mówi się „co”, tylko „proszę” z zaakcentowanym na końcu pytaniem - pouczył 

mnie. - Tak jest kulturalniej.

Miałem na końcu języka kilka bardzo niekulturalnych słów. Ale nadzieja, która mnie 

opanowała, upajała jak wino, oszałamiała, odbierała dech.

- Żyjecie? - zapytał ktoś.

Znałem ten głos. Doskonale go znałem. Tylko skąd? Serce zabiło mi szybciej.

- Żyjemy! - odkrzyknął Paweł.

Nadal trzymał spluwę, nadal był spięty, lecz na jego twarzy odmalowała się ulga.

- A tak, jeszcze hasło. Co to miało być na te okazje? - silny wschodni akcent mile 

pieścił moje uszy. - „Ohyrdea”?

- „Orchidea”...

- A. No to odzew chyba będzie „sterczyk”.

- „Storczyk”. - Mój przyjaciel z komiczną miną wzniósł oczy ku sufitowi. - Poza tym 

to ja miałem podać odzew.

-   No   to   podałeś   -   zrzędził   głos.   -   Debilne   zabawy.   Wyłaźcie,   teren   oczyszczony, 

zabezpieczony, czy jak się to w waszym szpiegowskim języku nazywa.

Paweł podniósł się i otrzepał spodnie. Wyciągnął do mnie dłoń. Pomógł wstać.

background image

- Możemy mu zaufać? - zapytałem.

- Tak. Jeśli komukolwiek, to tylko jemu...

- Ale kto to, u diabła, jest?

- Stary Jakub - wyjaśnił, a widząc, że nie rozumiem, pokręcił z politowaniem głową. - 

Dziadek Maćka.

- Skąd on się tu wziął?!

- Teren na pewno czysty?! - krzyknął Paweł, wychodząc na zewnątrz.

- No ba! Choć skoro trupy leżą, to czystym chyba nie ma co go nazywać!

Mój przyjaciel ruszył pierwszy, na wszelki wypadek ciągle z rewolwerem w dłoni. Nie 

bardzo mi się to podobało, ale powędrowałem za nim. Na ścieżce wzdłuż urwiska były ślady 

krwi, jednak trup leżał kawałek dalej. Widać ranny usiłował poczołgać się z powrotem i 

dopiero koło węgła budynku dosięgła go śmierć.

- Tomek, aleś wyrósł! - Wysoki starzec uścisnął mnie mocno. - Szkoda, że Józwa tego 

nie doczekał. On cały czas mówił, że na pewno żyjesz...

Poznałem go. Miał gębę wiejskiego przygłupa, lecz jego oczy patrzyły inteligentnie. 

Spomiędzy drzew wyszedł drugi typek. Był, na oko sądząc, jeszcze starszy, ale trzymał się 

prosto.  Sumiaste   kozackie  wąsy  i wygryziona  przez   mole  wysoka papacha.   Był   o głowę 

wyższy   od   swego   towarzysza   i   choć   zniszczony   wiekiem,   wyglądał   na   bardzo   silnego   i 

sprawnego fizycznie. W ręce niósł radzieckie okulary noktowizyjne.

- Semen - zidentyfikowałem.

- Ja też się cieszę, że cię widzę - mruknął. - Wyglądasz całkiem jak twój dziadek, gdy 

był w twoim wieku… Uhetałem się niemożebnie - zmienił temat. - Pracowita nocka była.

- Maciek, zarazo, gdzie żeś polazł? - Jakub rozejrzał się wokoło. - Na minutę z oka 

spuścić nie można!

-   Jestem!   -   Mój   kumpel   wyłonił   się   z   krzaków   w   towarzystwie   Svena.   - 

Sprawdzaliśmy jeszcze na fieldzie.

-   Mamy   u   was   siedem   i   pół   litra   piwa   -   powiedział   zadowolony   Wędrowycz, 

przechodząc płynnie na rosyjski.

- Aha - zgodził się Paweł. - A jaki przelicznik?

- Jak we wojnę. Kufel za kpa.

Zrozumiałem. Nie wiem, jakim cudem, jednak załapałem od razu. Ci trzej, no, czterej, 

zaszlachtowali właśnie w lesie piętnastu ludzi… A my… A ja...

- Macie szczęście, smarkacze, żeśmy przechodzili akurat obok - zażartował Semen.

- A za tamtych dwóch zapłacicie potrójną stawkę - dodał też po rosyjsku Sven.

background image

Nawet się nie zdziwiłem.

- Tamtych? - zapytał Paweł.

- Cechy fizyczne pasujące do opisu, który mi podaliście. Zresztą, patrząc na Tomka, 

nie mam żadnych wątpliwości. Identyczne ślepia mają.

- Czterech pastuszków w jedną noc - szepnął.

Dom wydał przeciągły jęk. Słyszałem, jak na piętrze z chrzęstem pękają kolejne deski. 

Składał się i widać było, że spora część niebawem runie do wody.

- Maciuś! - Stary znowu rozglądał się za wnukiem. - Coś ty gadał, że czekają na nas 

porządne warunki, pokoje gościnne, ciepła herbata i coś mocniejszego? Toż widać, że ta 

rudera ledwo stoi. Wejść nie można, bo deski z sufitu na łeb lecą.

- Wszystko grało, póki ktoś nie rzucił w środku granatem - wyjaśnił Paweł.

Semen zapalił latarkę i przez wywaloną ścianę wszedł do biblioteki. On widać nie bał 

się spadających desek.

- Kuso - powiedział. - Ze czterech rozchlapało tu na kawałki. Nie wyzbieramy tego, 

chyba że grabiami.

- Spierniczymy co grubsze do morza, węgorze przez nockę zjedzą - burknął Jakub. - I 

ślady zatrzemy, i rybkom zrobimy dobrze. Zresztą w miesiąc wygnije nie do rozpoznania, 

byle czaszki i kawałki kości nie zostały, to chryi nie będzie.

- Woda wyrzuci. - Semen pokręcił głową.

- Masz worki z plastiku, takie jak tu do śmieci używają? - Wędrowycz zwrócił się do 

Pawła.

- Tak. W kuchni.

- Dawaj. Ja to pozgarniam, za smarkaci jesteście na takie widoki. A wy ściągnijcie z 

lasu truposzczaków i do bunkra. Niech se w ziemi leżą. Może nikt ścierwa nie znajdzie.

- Chodźmy - polecił Maciek.

- A kieszenie dobrze przepatrz, na taką akcję mogli dać im forsy jak lodu, a nam się 

przyda - krzyknął za nami dziadek.

Robota była ciężka jak diabli i parę razy w jej trakcie zbierało mi się na wymioty. Nie 

sądziłem, że jestem w stanie zrobić coś podobnego. Widać przekroczyłem wszelkie granice, a 

może okazałem się twardszy, niż sądziłem? W mdłym blasku księżyca wlokłem zwłoki za 

nogi i spychałem w czeluść bunkra, gdzie Paweł łapał i ciągnął je dalej w ciemność.

Stary  Jakub,   jego   wnuk   i   Semen   nie   patyczkowali   się.   Większość   nieboszczyków 

miała w plecach głębokie rany zadane szablą, bagnetem albo podobnym narzędziem. Nasi 

przyjaciele bili po kozacku: w kręgosłup, a nie w serce. Niektórym kontrolnie poderżnięto 

background image

gardło. Wielkie kałuże krwi wydawały się idealnie czarne.

Maciek przepatrywał kieszenie zabitych. Dokumenty i portfele wrzucał do torby.

- Daj spokój, obrzydzenie mnie bierze - poprosiłem.

- Z dziadkiem się nie dyskutuje. Kazał, to kazał. Ja mu nie fikam. Ciesz się, że nie 

wpadł na pomysł wyrywania im złotych zębów.

- Ty sobie normalnie jaja robisz?

Nie odpowiedział. Spychanie ciał do loszku wydało mi się idiotyczne. Na co liczyli? 

Ci, którzy ich nasłali, na pewno znają adres. Przyjdą tu, zaczną węszyć i odkryją trupy… 

Sven   pojawił   się   jak   spod   ziemi.   Na   ramieniu   niósł   skrzynkę.   Poznałem   ją   natychmiast. 

Amonit. Już powkładany w stalowe rurki. Paweł wyłonił się z bunkra. Maćkowy dziadek 

nadszedł od strony domu.

- Mamy zapalniki naciągowe?

- Jasne. - Jakub otworzył torbę. - Podczep do wejścia i do belki sufitowej, w razie 

gdyby   nie   znaleźli   włazu   i   próbowali   się   przekopać.   Jak   wywąchają   padlinę,   zechcą   ich 

pewnie zabrać do kraju. Tylko ruszą, to polecą na księżyc. I poczekaj z pięć minut, jeszcze se 

trupy obejrzę. Taka mnie myśl naszła. Może złotą koronkę na zębie któryś miał. - Wyjął z 

kieszeni moje kombinerki.

- Dom też minujemy? - Maciek spojrzał na materiał wybuchowy z błyskiem w oku.

-   Domu   nie.   Tylko   podłogę   zasypiemy   kwaskiem   cytrynowym,   żeby   szybciej   się 

rozłożyło.

Na skraju zagajnika leżała Zina. Spodziewałem się tego od chwili, gdy zobaczyłem 

pocztówkę przypiętą do ściany, ale starałem się nie dopuszczać do siebie myśli o zdradzie 

dziewczyny. Zatrzymałem się nad jej ciałem. Dostała co najmniej trzy kule. Maciek podszedł 

bezszelestnie jak duch.

- To ja - powiedział. - Przepraszam. Musiałem.

Już drugi raz tego wieczora usłyszałem te słowa.

- Musiałeś wpakować piętnastolatce trzy kule w plecy? - Pięść sama zacisnęła mi się 

do ciosu.

- Tak bywa. - Paweł, słysząc naszą rozmowę, też podszedł. - Gdyby jej nie zabił, 

mógłby zginąć któryś z nas.

- Ale ona...

- Tomku, nie możesz być tak łatwowierny, bo kiedyś cię zaszlachtują. Mikołaj się 

poddał. Tym samym miała wybór. Mogła przyznać się do wszystkiego i żyć albo działać 

dalej, i wcześniej czy później tak właśnie skończyć...

background image

- Nie pierdol! Ona nie mogła być agentką.

- Chcesz posłuchać jej historii? Mikołaj dogorywa w szpitalu uniwersyteckim w Lund 

na południu Szwecji. Ją książę Orłow ukrył na jednej z okolicznych farm, aby była blisko 

swojego   chłopaka.   I   co   się   stało?   Po   kilku   dniach   nagle   przepadła   jak   kamień   w   wodę. 

Zobaczyła, że odsunięto ją na boczny tor, więc przerwała misję.

- Nie wierzę...

- A skąd by się tu wzięła? Poza tym czy twoim zdaniem tak ubiera się dziewczyna na 

romantyczną przechadzkę po lesie? - warknął Maciek, wyraźnie rozeźlony.

Zina miała na sobie czarny, obcisły dres i kamizelkę taktyczną. Maciek pochylił się i 

jednym pociągnięciem obrócił sztywniejące zwłoki na plecy. Za pasek zatknięte były trzy 

pary jednorazowych kajdanek. Twarz uczerniła jakąś pastą. Pod pachą wisiała pusta kabura.

- Masz rację - wyszeptałem. - Przepraszam.

-   Nie   masz   za   co   przepraszać.   Mnie   też   jest   łyso!   Dziadek   mówił,   że   kobiet   się 

zazwyczaj nie zabija, a ja musiałem. Dziadek powtarza, że strzela się twarzą w twarz, a tej 

nocy, żeby mieć cień szansy i was uratować, musieliśmy atakować od tyłu!

- Raz my ich, raz oni nas - westchnął Paweł.

- Ale żeby dziewczynkę w tym wieku...

- Metody walki coraz brudniejsze. To może oznaczać, że czują już swój koniec.

- Pochowajmy ją przynajmniej w oddzielnej mogile - poprosiłem.

- Tomku, nie mamy na to czasu… - powiedział Paweł.

- Trudno...

- Pół godziny nas nie zbawi - warknął Maciek. - Łopata jest tam gdzie zwykle? Ja 

strzelałem, więc oddam jej tę przysługę. A ty idź. Pospaceruj. Odpocznij...

Usiadłem na kamieniu i w zadumie popatrzyłem na zegarek. Druga w nocy. Z północy 

ciągnął silny, zimny wiatr. Pozwoliłem, aby owiał mi twarz. Ktoś usiadł koło mnie. Jakub. 

Nabił fajkę jakimś paskudztwem i zaraz spowiła nas chmura cuchnącego dymu.

- Co tak siedzisz? - zapytał przyjaźnie.

Wzdrygnąłem się.

- Nie wiem, poczułem, że zawadzam. Dla was wszystko to jest naturalne. Zastrzelić, 

zakopać, zaminować ciała, na wypadek gdyby przyleźli kolejni. A ja...

Stary   Wędrowycz   pyknął   z   fajki.   A   potem   wyciągnął   zza   pazuchy   aluminiową 

manierkę z czasów pierwszej wojny światowej.

- Uwierz mojemu partyzanckiemu doświadczeniu, łyczek nalewki dobrze ci zrobi.

- Dziękuję, ja...

background image

Pękata butla nadal leżała w wyciągniętej ręce. Wziąłem ją, odkręciłem i pociągnąłem 

łyk. Napój spłynął mi gładko przełykiem, a w żołądku zamienił się w kulę ognia.

- Nalewka?!

- Widać flaszki pomyliłem. - Puścił oko. Rzeczywiście poczułem się ciut lepiej.

- Twój dziadek też taki był - powiedział w zadumie Jakub.

- Nie lubił zabijać?

-   Nie   umiał   zabijać.   Przejmował   się.   Byliśmy   razem   w   lesie.   Zarżnęliśmy   kupę 

Niemców, Ruskich, Ukraińców, Polaków też się zdarzało, folksdojczy, konfidentów… Przy 

mnie wykończył ze siedmiu. Oficera SS zarąbał szewskim młotkiem. Ale mimo wszystko 

czuł obrzydzenie. Fachowo nazywa się to dehumanizacją przeciwnika. On tego nie potrafił. 

Rozumiesz?

- Nie bardzo...

- Jest wojna. Siedzisz w okopie, w drugim siedzą wrogowie. A ty myślisz, że to tacy 

sami kolesie jak ty. Przyszli tu, bo im Hitler kazał. Nie mają ochoty tu być, woleliby raczej 

tankować z kufli piwo na Unter den Linden w Berlinie. I zaczynasz się wahać. Aż ktoś cię 

zabija.   Dehumanizacja   to,   mówiąc   w   skrócie,   odmówienie   drugiemu   człowieczeństwa. 

Przestajesz na niego patrzeć jak na normalną ludzką istotę. Obojętne, czy uznasz go za małpę 

czy za coś innego, nie jest już w twoich oczach człowiekiem. Rozumiesz? Zabijasz go jak 

zwierzę, starając się, żeby nie cierpiał, ale nie zaprzątając sobie głowy tym, kim jest i co tu 

robi… Strzelasz do niego jak do flaszki po jabolu, jak do kółka narysowanego na tarczy. 

Kłujesz bagnetem, jakbyś bił w serce świnię przed świętami.

- I wy…?

- Tak. Patrzymy na socjalistów jak na wszy opite po gardło naszą krwią. Czytałeś 

kiedyś dzieła Marksa i Lenina?

- Nie.

- Ja czytałem. - Pyknął znowu. - Jeśli ktoś jest socjalistą, po tym jak je przeczytał, to 

jest nieuleczalną swołoczą, którą trzeba zabić. Jeśli ktoś jest lewakiem, ale ich nie przeczytał, 

to jest niebezpiecznym durniem, którego też trzeba zabić. Jasne?

- Tak… - potwierdziłem dla świętego spokoju. Stary wariat, takim lepiej grzecznie 

przyznawać rację.

- Jak wszy - powtórzył. - Bez zbędnego okrucieństwa, lecz i bez emocji. Teraz ta myśl 

cię odrzuca. Im dłużej będziesz żył, im więcej socjalistów poznasz, tym silniej będziesz czuł, 

że mam rację.

- Maciek...

background image

- Ma do tego smykałkę. Ale nie chcę, by się tym zajmował. A w każdym razie nie 

zawodowo. Ja jestem stary, pewnie i tak pójdę do piekła, a przed nim całe życie. Co innego 

mu pisane. Będzie kiedyś naprawdę wielkim człowiekiem, jeśli tylko dożyje.

- Zrobione. - Paweł zmaterializował się obok nas.

- Jesteś zombie czy cyborgiem? - zapytałem.

- Co?

- Widziałem, jak pastuszek wpakował ci dwie kule w plecy. I widziałem, jak potem 

wstajesz zupełnie spokojnie, jakbyś się po prostu potknął. Co jest grane?

- Mam sweter Szczepanika.

Odpowiedź wydała mi się idiotyczna.

- Kto to jest Szczepanik? - mruknąłem. - I po kiego grzyba dał ci sweter?

- Nie on, tylko doktor Rauber.

- Z czego jest ten sweter? Z włókna szklanego czy stalowych płyt pancernych?

- Tkanina z jedwabiu - zamiast niego odpowiedział Jakub. - Splot nitek gruby na jakieś 

dwa centymetry, pocisk, który w to wpada, więźnie jak w pajęczej sieci. Traci całą energię 

kinetyczną, zanim przedrze się na drugą stronę.

- To jakaś bzdura! Jedwab jest za słaby! Uderzenie pozrywa nitki! - wybuchnąłem. - 

Kevlar...

- I o to właśnie chodzi, żeby pozrywał - uśmiechnął się Wędrowycz. - Zrywa i zrywa, 

traci przy tym siłę. Po kolei na każdą nitkę, na każdy splot, aż nie zostanie już nic. Cudowna, 

zapomniana dawno temu technologia. Jeden z przykładów myśli naszych przodków, wobec 

której stajemy zagubieni i porażeni ich geniuszem.

A obiecywałem sobie, że nic już mnie nie zdziwi.

- Panowie - Sven podszedł do nas - słyszałem, że obiecano wam kolację i wygodne 

łóżka na noc. Ten dom już tego nie zapewni, ale zapraszam w gościnę do mnie.

- Czy to ten dom, który tak ciepło wspominał Ałmaz? - zapytał Jakub.

- Tak sądzę. Gdy go gościliśmy, nie było mnie jeszcze na świecie.

- Prowadź...

- Czy to bezpieczne? - zapytałem.

-   Tak   -   potwierdził   Sven.   -   Nie   przejmuj   się.   Nasz   dwór   jest   naprawdę   dobrze 

zabezpieczony. Przed paroma minutami postawiłem na nogi połowę siatki Gladie w Bodø i 

okolicach. Je li Ruskie spróbuj  jeszcze jakich  numerów, tej nocy nasi ludzie b d  mieli

ś

ą

ś

ę ą

 

okazj   prze y   chrzest   bojowy.   Jednak   s dz   raczej,   e   wrogowie   w a nie   li

  rany.

ę

ż ć

ą ę

ż

ł ś

żą

 

Natychmiastowe   zorganizowanie   kolejnej   operacji   tak   daleko   od   bazy   przekracza   ich 

background image

możliwości. Poza tym mam w skrytce nowe dokumenty dla was.

- Dokumenty - podchwyciłem. - Czy to oznacza...

- Tak - Paweł potwierdził moje przypuszczenia. - Czeka nas daleka podróż.

- Jak daleka?

- Do tych szczęśliwych krain, gdzie jeszcze o nas nie słyszeli...

* * *

Łucja   ufarbowała   włosy   na   czarno.   Delikatnymi   kreskami   „przedłużyła”   oczy,   by 

wyglądały na bardziej skośne.

-   Nauka   zajmie   ci   ładne   parę   miesięcy   -   powiedział   mistrz   Wu,   biorąc   do   ręki 

metalową szufelkę.

- Spamiętanie trzystu gatunków trochę potrwa.

Pokręcił głową.

- Żeby pracować u mnie, musisz mieć pewną rękę i oko - powiedział. - Przez pierwszy 

rok   będzie   ci   wolno   pomylić   się   o   pięć   gramów.   Przez   drugi   o   dwa.   Musisz   nie   tylko 

zapamiętać, jak nazywa się który gatunek, ale także ile waży. Ile i której mam nabrać?

- Trzydzieści siedem gramów zielonej.

Zanurzył szufelkę w pojemniku, a potem sypnął na szalkę elektronicznej wagi. Gdy 

uruchomił urządzenie, na wyświetlaczu zapłonęły zielenią cyfry. 37,10267.

- To margines błędu, który będzie ci wolno zachować w trzecim roku.

- Rozumiem.

- Może jednak wolisz pracować w drogerii?

- Wolę u pana.

- Ambitna bestyjka.

- Moja krew - odezwał się Nikita z kąta. - Hmm… No, może nie do końca moja, ale i 

tak jestem dumny.

- Niech pan powie… - zagadnął Semen. - Zaoferował nam pan mieszkanie i pracę dla 

mnie oraz dla córki, chce jej pan dać swoje nazwisko. Wyczuwam, że to nie jest zwykła 

uprzejmość, jaką wyświadcza się dalekiej krewnej i jej opiekunowi.

- Drobna przyjacielska przysługa. Ma pan rację. Odczuwam wdzięczność. Usiłowałem 

odnaleźć syna na wiele sposobów. Zarówno zwyczajnych,  jak i kompletnie kuriozalnych. 

Łucja jako pierwsza zdołała w swoich wizjach nawiązać z nim kontakt. Ałmaz twierdzi, że 

tylko razem, wspierając się na ścieżkach ducha, zdołali wyśnić ten sklepik.

- Pański zaginiony syn zna zatem adres. Sądzi pan, że tu przybędzie?

background image

- Wcześniej czy później na pewno. Zawsze był wyjątkowo ciekawskim smarkaczem i 

miewał iście idiotyczne pomysły. Może choć raz ta cecha się do czegoś przyda...

19 września, środa

Mury kościoła Bodin pamiętają trzynaste stulecie. Wieża sygnaturki ozdobiona została 

cebulastym   hełmem.   Jeszcze   jeden   ślad   pobytu   Rosjan   w   tej   okolicy?   Cmentarzyk 

przykościelny od dawna popadł w zapomnienie. O ludziach, którzy tu spoczęli, przypominało 

tylko   osiemnastowieczne   epitafium   wpuszczone   w   ścianę   świątyni   i   dwie   żeliwne   płyty 

nagrobne w pożółkłej trawie.

Po   drugiej   stronie   szosy   leżała   nowa   nekropolia.   Granitowe   obeliski   ozdobiono 

trawionymi   ornamentami.   Wszystko   od   sztancy,   wszystko   na   jedno   kopyto.   Z   jednym 

wyjątkiem. Stałem długą chwilę, patrząc na drewniany prawosławny krzyż wbity w kopczyk 

piaszczystej ziemi. Dzień był wietrzny, słońce świeciło oślepiająco, ale już prawie nie grzało.

Karen Rauber - napis na tabliczce wykonano ozdobną cyrylicą.

- Szwedzkie imię, niemieckie nazwisko, wiara ze Wschodu. Urodzona cholera wie 

gdzie,  wychowana   na okupowanej  przez   Sowietów  Litwie,  zastrzelona  przez  bydlaków  z 

Polski w małym miasteczku na północy Norwegii - powiedziałem w zadumie.

Ingrid łkała cicho. A ja myślałem o innej dziewczynie, tej, która stanęła po drugiej 

stronie   i   teraz   spoczywała   pogrzebana   w   bezimiennym   grobie   na   brzegu   morza.   Zina… 

Zinajda   Goczołkowidze.   Kim   była,   jak   nazywała   się   naprawdę?   Miejsce   jej   spoczynku 

oznaczono tylko trzema nacięciami na korze pobliskiego drzewa… A ci, których zabiłem, 

zrzucając granat do biblioteki?

Tej   nocy   ponad   dwudziestu   ludzi   dotarło   tu,   na   koniec   świata,   aby   mnie   zabić. 

Przyszedł ranek i to ja jestem żywy, a oni są martwi. Kim jestem? Ilu jeszcze umrze, abym 

mógł   żyć?   Dlaczego   to   wszystko   musi   tak   wyglądać?   Czy   ta   spirala,   istny   wir   śmierci, 

wciągnie w końcu także mnie?

-   Wiesz,   ja   i   Karen…   -   zaczęła   Ingrid.   -   Może   z   boku   wyglądało   to…   No,   sam 

rozumiesz, dwie dziewczyny tak… Za blisko. Ale my… Nigdy ze sobą...

- Wiem.

Podniosła na mnie zdumione spojrzenie.

- Powiedziała mi. Rozumiem was. Rozumiem, co między wami było. Potrzebowała 

siostry, a nie kochanki. Czuła się tu chyba rozpaczliwie samotna. A raczej nie, miała ciebie.

- Tak… Miała mnie. Sven powiedział mi już dawno, kim jest jej ojciec, ale nie dałam 

się namówić, by pisać raporty.

background image

- Zresztą i tak nie byłoby o czym. - Wzruszyłem ramionami.

Sven. Jeszcze jeden pechowiec, agent za dychę, któremu pozwolono wierzyć, że to, co 

robi, jest szalenie ważne. Jeszcze jeden człowiek wplątany w kunsztowne piętrowe kłamstwa 

hrabiego Dereka.

Położyłem   na   grobie   białą   różę.   Z   kieszeni   wyjąłem   modlitewnik   po   dziadku   i 

otworzyłem w założonym miejscu. Moja przyjaciółka stanęła tak, by też widzieć literki.

- To prawosławna modlitwa? - zapytała.

- Unicka. Ta religia odrobinę się różni, potem ci to wyjaśnię. Jeśli masz kłopoty z 

czytaniem cyrylicy, odczytam na głos, a ty powtarzaj za mną...

Auto Roslinów czekało przed bramą. Siedliśmy z tyłu, doktor Lars zapuścił silnik.

- Panie doktorze, chciałbym przeprosić...

-   Akurat   ty   najmniej   tu   narozrabiałeś   -   westchnął.   -   I   do   ciebie   trudno   mi   mieć 

pretensje. To Sven wciągnął moją córkę w te sprawy. Zresztą sam nie jestem bez winy, ale 

współpraca   z   wami   to   tradycja   mojej   rodziny.   Ingrid…   Pamiętaj,   żeby   się   nią   dobrze 

opiekować. A jakby co, zaproście mnie na ślub.

- Oczywiście, może mi pan zaufać.

- Psami się nie martw, będą miały u nas dobrze - dodał.

Mam niespełna siedemnaście lat. Cały mój majątek to dwa czeki spoczywające  w 

kieszeni   i   fałszywy   paszport   czyniący   ze   mnie   obywatela   Chile.   Nie,   mam   jeszcze   coś. 

Odzyskałem   pamięć.   To   bezcenny   skarb,   lecz   jego   wartość   ma   raczej   charakter 

sentymentalny,   a   nie   użytkowy.   To   skrzynka   wypełniona   nie   złotem,   ale   pamiątkowymi 

drobiazgami. Tak czy inaczej, pamiętam wszystko. No, prawie.

Ciągle jeszcze nie mam pojęcia, dlaczego wypieprzono mnie z organizacji pionierskiej 

ani dlaczego nie nauczyłem się na sprawdzian, jak działa ślimacznica. Przypomniałem sobie 

też rzeczy, które lepiej byłoby na zawsze zapomnieć.

No i mam dziewczynę na utrzymaniu. Młodą kobietę, którą muszę zabrać ze sobą jako 

towarzyszkę życia. Nie prosiłem o to. Los tak chciał. Jestem za młody, by zapewnić Ingrid 

opiekę, ale nie ma nikogo innego, kto mógłby to zrobić. Doktor zaparkował koło pomostu. 

Idąc  po deskach,  rozejrzałem  się  wokoło  po  raz  ostatni.  Żegnałem  się  z  tym  skrawkiem 

świata… Wyjeżdżałem. Może na lata, może na zawsze. Może nie wrócę tu już nigdy.

Szeroki fiord wcinający się głęboko w ląd. Po jego drugiej stronie góry o zboczach 

pokrytych śniegiem. Ciche, spokojne miejsce. Można by tu żyć. Mógłbym uczyć się jak do tej 

pory, eksternistycznie, pójść do pracy w sklepie, w drodze do domu wpadać na obiad do 

chińskiej restauracji. Jednak widać co innego mi pisane.

background image

Tu jest tak pięknie. Nie tak jak na zapomnianym cmentarzu na zboczach chełmskiej 

Górki, ale też ładnie.

Jakub i Semen stali na końcu pomostu. Ubrani w szwedzkie kurtki, dżinsy, wysokie 

buty z żółtymi sznurówkami mimo wszystko wyglądali na obcych. Maciek, wyprężony przed 

nimi jak struna, gniótł czapkę w dłoniach.

- Nie możemy płynąć z wami - mówił stary po ukraińsku. - Paweł rozwalił jednego 

pastuszka,   w   nocy   wykończyliśmy   jeszcze   czterech.   Derek   twierdzi,   że   w   Budapeszcie 

miejscowi   zaciukali   dwóch.   Kolejnego   wysadzono   w   powietrze   w   Berlinie   Zachodnim. 

Zaczęło się  na dobre. Idą zmiany.  Wielkie i  wspaniałe,  fundamentalne  zmiany.  Może  za 

dziesięć   lat   nie   będzie   już   Związku   Sowieckiego.   Nasze   miejsce   jest   w   Polsce.   Trzeba 

wyciągnąć spluwy ze skrytek, naoliwić… Się nie uśmiechaj, gnoju, co ty sobie wyobrażasz, 

że jak człowiek ma osiemdziesiąt lat, to znaczy, że już wrak?! Jeszcze sobie potańcujemy. 

Jeszcze zobaczę, jak jeden i drugi wierzga nogami, jak go stryczek  przydusi.  Gminnemu 

sekretarzowi od dawna się nazbierało. W zamieszaniu zlikwidujemy dziada.

- I może jeszcze paru z naszej czarnej listy - dodał skromnie Semen.

- Może w takim razie powinienem jechać z wami - zaproponował Maciek. - Przydam 

się. Zresztą widzieliście w nocy! Sam zabiłem dwóch polskich komandosów!

- Już ci mówiłem - burknął dziadek. - Wrócisz, jak się uspokoi. Za młody jesteś, by 

mieszkać   w   lesie.   Poza   tym   jedynie   ty   i   Ingrid   macie   pojęcie   o   żegludze.   A   pokonanie 

Atlantyku o tej porze roku to nie przelewki.

Podszedłem. Wszyscy trzej jak na komendę odwrócili się w moją stronę.

-   Gdybyś   kiedyś   spotkał   swego   pradziadka   Ałmaza,   pozdrów   go   ode   mnie   - 

powiedział Semen. - Pewnie jeszcze pamięta starego towarzysza broni z Mandżurii.

- Na pewno już nie żyje. Miałby ze sto lat… - W mojej głowie otworzyła się kolejna 

klapka.

Poświęcenie cerkiewki w Uppsali. Mija mnie samochód, czuję zza przyciemnianej 

szyby czyjś świdrujący wzrok. Czy to możliwie? Czy ludzie mojej rasy żyją tak długo?

- Ja też nie jestem już młody. - Semen wzruszył ramionami. - A jak trzeba, to jeszcze 

pół litra duszkiem wypiję. A i w mordę potrafię dać. Do korpusu kurierów byle mydłków nie 

brali. Jeśli go gdzie nie zaszlachtowali, to pewnie jeszcze dycha.

- Żeby tylko w mordę - zaśmiał się Jakub. - Pamiętam, jak w zeszłym roku ubekowi 

łeb szpadlem upitoliłeś.

- To był wypadek - odgryzł się kozak.

- Jeśli spotkam pradziadka, przekażę pozdrowienia - zapewniłem.

background image

Ingrid skończyła się żegnać z rodziną. Wskoczyła na pokład. Na mnie też już czas. 

Maciek   zapuścił   motor   i   stanął   za   sterem.   Żagle   postawimy,   dopiero   gdy  wyjdziemy   na 

otwarte   morze.   Paweł   rzucił   cumy.   Silnik   wprawiał   pokład   w   leciutkie   drżenie.   Czułem 

zaklętą w nim moc. Pokona ocean.

- To dobry jacht, przetrzyma wiele sztormów. Można dopłynąć nim choćby na koniec 

świata - powiedział doktor Lars, odpychając nas bosakiem od pomostu. - Budowałem dla 

siebie. Nie sądziłem, że tak szybko będzie potrzebny… Bywajcie.

Brzeg   oddalał   się.   Machający   na   pożegnanie   ludzie   stawali   się   coraz   mniejsi. 

Pomyślałem   z   żalem   o   czeczeńskich   cuglach.   Zapomniałem   o   nich   w   tym   zamieszaniu, 

zostały na ścianie w stajni. A może… Może tak będzie lepiej? Może dzięki temu kiedyś 

znajdzie je mój syn albo i wnuk? Jacht… Przez najbliższe tygodnie to będzie nasz dom. Pod 

pokładem są dwie kajuty. Mniejszą zajmie Ingrid, większą my trzej. Jakoś się pomieścimy.

- A dokąd tak właściwie płyniemy? - zapytałem.

- Do Ameryki - wyjaśnił Paweł. - Pomyślałem, że chcesz kupić herbatę w Nowym 

Jorku.

- To prawda. Chcę. Znasz tę ulicę?

-   Byłem   tam   kiedyś,   nie   wiem,   gdzie   konkretnie   jest   ta   galeria   handlowa,   ale 

znajdziemy.

Miasto przesunęło się obok, wyszliśmy za cypel. Cała naprzód. Lodowaty północny 

wiatr uderzył mnie w twarz. Do Ameryki… Do Nowego Świata, po nowe życie, a może w 

poszukiwaniu   ostatnich   roztrzaskanych   elementów   starego?   Gdzieś   w   głębi   mojej   głowy 

poruszały się trybiki. Jeszcze trochę wysiłku i odnajdę siebie. Jeszcze może parę tygodni i 

wszystko ostatecznie ułoży się w jedną logiczną całość. Gdzieś tam, daleko, czekają na mnie 

ojciec, siostra i ta dziwna dziewczyna ze snów.

Paweł usiadł na dziobie, Maciek ulokował się za sterem. Czy jestem wolny? Czy 

zdołałem się wyrwać, czy nadal pozostaję nieświadomym,  ale ważnym  pionkiem w partii 

szachów   rozgrywanej   przez   hrabiego   Dereka?   Kim   są   dla   mnie   ci   dwaj?   Przyjaciele? 

Wrogowie? Sojusznicy? Czy kiedykolwiek się tego dowiem?

Kątem oka spostrzegłem, że Ingrid stoi obok mnie. Wystarczyło wyciągnąć rękę, by 

objąć ją i przyciągnąć do siebie. Wiedziałem, że na to czeka. Lecz w tym właśnie momencie 

poczułem, że brakuje mi odwagi.

Warszawa - Wojsławice - Kraków 1986 - 2007

background image

POSŁOWIE

Nie   nawykłem   pisać   komentarzy   do   własnych   utworów.   Tekst   literacki   powinien 

bronić się sam. W tym konkretnym przypadku uznałem to jednak za niezbędne. Nie chcę 

zanudzać nikogo opisem moich szkolnych perypetii. Nie czas i nie miejsce na to. Wypada 

jednak podsumować jakoś’ dwadzieścia lat spędzonych nad tą książką.

„Norweski   dziennik”   zacząłem   pisać   zimą   1986   roku.   Byłem   w   szóstej   klasie 

podstawówki. Kontynuowałem tę, pracę przez kolejne siedem lat. Wersję prawie ostateczną 

stworzyłem już u progu studiów. Potem książka głównie leżała i czekała lepszych czasów, a 

ja w wolnych chwilach sobie przy niej dłubałem.

Ta   powieść   to   efekt   chęci   zapisu   przedsennych   wizji.   To   próba   spisania   relacji   z 

krainy,   do   której   wycofywałem   się   przed   ohydną   rzeczywistością   kolejnych   szkół. 

Wspomnienia   chłopca,   który   nie   mogąc   uciec   fizycznie,   podjął   próbę   wędrówki   w   głąb 

własnej   wyobraźni.   I   który   zaszedł   zdecydowanie   za   daleko.   Życiorys   alternatywny:   to 

przeżyłem, gdy byłem wewnątrz swojej głowy.

„Norweski   dziennik”   to   także   zapis   choroby.   Dziś,   gdy   czytam   pierwsze,   bardzo 

niedoskonałe jeszcze wersje, z przerażeniem znajduję setki detali wskazujących na głęboką 

depresję piszącego. Zderzam się z moimi obsesjami i szkolnymi lękami. Z mojego „dzisiaj” 

patrzę   na   siebie   „wówczas”.   Po   drugiej   stronie   zapisanych   maczkiem   zeszytów   widzę 

nastolatka ignorowanego  przez rówieśników  i  zaszczutego przez  nauczycieli.  Wrażliwego 

dzieciaka   wdeptanego   w   masę,   doprowadzonego   na   skraj   obłędu.   Chłopca,   który   tylko 

szczęśliwym trafem zdołał wrócić do rzeczywistości.

Dziś widzę to równie wyraźnie jak wtedy. Tylko pracowite skrobanie w kolejnych 

brulionach uratowało mnie przed autodestrukcją. Ocaliłem fragmenty duszy, tworząc kopię 

zapasową   i   ukrywając   ją   w   małym   drewnianym   domku   nad   fiordem.   Gdy   śmiertelne 

niebezpieczeństwo minęło, mogłem dzięki temu odbudować siebie. A może zbudować od 

nowa?

Publikując trzeci i ostatni tom tej opowieści, zamykam tamten rozdział mego życia na 

zawsze. Dom nad fiordem został zniszczony. Bohater przeżył w obu światach. To był dobry 

dom. Kryjówka, która nigdy mnie nie zawiodła. Budynkom nie stawia się pomników, lecz 

„Norweski dziennik” to taki właśnie pomnik. Jestem pisarzem, więc zbudowałem go ze słów i 

z papieru.

„Norweski  dziennik” to także autoterapia. Ostateczne  wynurzenie na powierzchnię 

życia. Osiemset stron włóczęgi po zakamarkach duszy dobiegło końca. Choroba zwalczona. 

background image

Dzieło zakończone. Pora się obudzić...

Andrzej Pilipiuk