background image

 

Labirynt 

Minotaura 

 
 

Hart Jessica 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 

 

 ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Samochód zatrzymał się na skraju drogi u podnóża Bia-

łych  Gór.  Courtney  odgarnęła  z  czoła  kosmyk  jasnych 

włosów i stała bezradnie, z przerażeniem patrząc na prze-

bitą oponę. 

Droga ciągnęła się zygzakiem w górę, znikając gdzieś 

w oddali. Czekanie na jakąkolwiek pomoc w takim miej-

scu nie miało najmniejszego sensu. Otarłszy twarz z ku-

rzu, Courtney spojrzała za siebie. Białe Góry niewątpliwie 

miały  nazwę  adekwatną  do  wyglądu.  Nawet  w  maju  ich 

postrzępione  szczyty  pokrywał  śnieg,  a  w  niższych  par-

tiach  ostre  kreteńskie  słońce  rozświetlało  nagie  skaliste 

grzbiety. Wysoko ponad przybrzeżną równiną był to dziki 

kraj,  ląd  mitów  i  nieokiełznanej  pasji.  Oczy  Courtney 

przywykły  do  delikatnej  zieleni  Anglii,  toteż  tutejszy 

krajobraz  porażał  ją  surowym,  nieodgadnionym  pięknem, 

które  jednocześnie  przerażało  i  fascynowało.  Światło 

słońca  jaśniało  dziwną  ponadczasowością  i  łatwo  mogła 

sobie  wyobrazić  kreteńskich  wojowników,  maszerujących 

po górach w poszukiwaniu wolności i zemsty. 

Tu,  w  górze,  panowała  niczym  nie  zmącona  cisza. 

Courtney  słyszała  jedynie  pszczoły  przelatujące  nad  kęp-

kami tymianku. Była sama, nie licząc kilku kóz pasących 

się po drugiej stronie drogi, których dzwonki pobrzękiwa- 

background image

ły,  gdy  zwierzęta  poruszały  się  wśród  kępek  szałwii  i 
ostrokrzewu. Jedna z kóz na chwilę przestała jeść, by podnieść 

głowę  i  popatrzeć  na  Courtney  niepokojąco  inteligentnym 

wzrokiem, po czym powróciła do skubania, najwyraźniej nie 
wzruszona jej losem. 

Courtney  przywykła  do  obojętnego  spojrzenia.  Tak 

właśnie spojrzeli na nią rodzice, gdy oznajmiła im, że  latem 

zamierza  podjąć  pracę  na  Krecie.  Właściwie  odkąd  sięgała 

pamięcią,  wszyscy  okazywali  jej  obojętność.  Dorastała  w 

świadomości,  że  nie  należy  do  osób  robiących  wrażenie,  w 

przeciwieństwie  do  swojej  siostry.  Miała  włosy  o  bliżej 

nieokreślonym  odcieniu  brązu  i  rozmarzone  szaroniebieskie 

oczy. Właściwie już się pogodziła z tym, że nie jest zbyt mądra, 
praktyczna ani nawet atrakcyjna. Niczym się nie wyróżniała. 
-  Wiem,  nie  wyglądam  najlepiej  -  usprawiedliwiała  się, 

spoglądając na kozę. - Mam ciężki dzień. 

Od szóstej rano była w podróży i właściwie przez cały 

czas prześladował ją pech. Rodzice nawet nie chcieli się z nią 

pożegnać, zamówiona taksówka nie przyjechała, samolot  miał 

opóźnienie,  a  kiedy  wreszcie  wylądowała  w  Iraklionie, 

wskazano  jej  rozklekotany  samochód  i  kazano  jechać  przez 
kolejne  cztery  godziny  po  okropnych  drogach  w  odwrotnym 

kierunku niż ten, w którym zamierzała się udać. A teraz jeszcze 

ta przeklęta opona! 

Po tym wszystkim nic dziwnego, że wyglądam okro-

pnie,  pomyślała,  z  niesmakiem  przyglądając  się  bluzie  i 

szortom,  które  faktycznie  były  zmięte.  Siedząc  w  kli-

matyzowanym samolocie, cieszyła się, że włożyła bluzę, ale w 

samochodzie było okropnie gorąco. Pot ściekał jej 

background image

po  plecach  i  czuła,  że  ma  czerwoną  twarz  i  pozlepiane 

kosmyki włosów na czole. 

Gdyby  chociaż  miała  coś  pod  spodem,  mogłaby  po 

prostu zdjąć bluzę, ale nigdy nie nosiła stanika, a przecież 

nie  może  się  pokazać  topless  w  nowej  pracy!  Chociaż... 

może się przebrać w coś lżejszego, bo dookoła nikogo nie 

ma... prócz kóz, oczywiście. 

Na  samym  wierzchu  walizki  leżał  kolorowy  podkoszu-

lek.  Wyjęła  go  teraz.  Koza  najwyraźniej  nie  zwracała  na 

nią  uwagi.  Courtney  po  prostu  była  typem  dziewczyny, 

której nikt nie zauważał! 

Lekki  wietrzyk,  który  na  chwilę  owiał  jej  gołą  skórę, 

przyjęła  jak  prawdziwe  błogosławieństwo.  Stała  z  bluzą 

przyciśniętą  do  piersi,  spoglądając  na  dolinę,  z  plecami 

wystawionymi  do  słońca.  Poczuła  się  bosko,  z  niechęcią 

myślała o ubraniu się. Wreszcie jednak włożyła podkoszu-
lek. Był lekki i wygodny, pomyślała więc, że teraz łatwiej 

jej będzie zmienić oponę. 

W  zdecydowanie  lepszym  humorze  wyjęła  koło  zapa-

sowe  z  bagażnika.  Przecież  po  to  przyjechała  na  Kretę: 

żeby  udowodnić,  że  da  sobie  radę  sama.  Rodzice  byli 

przekonani,  że  wróci  najdalej  za  tydzień,  ale  ona  im  po-

każe,  że  wcale  nie  jest  taka  bezradna,  za  jaką  ją  wszyscy 

uważają! Zmiana koła to właśnie jej pierwsze wyzwanie. 

Pełna  entuzjazmu  odbiła  koło  o  ziemię,  chcąc  je  wy-

próbować.  Niestety,  było  bez  powietrza,  tak  samo  jak  to 

przebite.  Wpatrywała  się  to  w  jedno,  to  w  drugie  koło, 

czując jednocześnie, że pewność siebie ulatuje z niej bły-

skawicznie. Była w sytuacji bez wyjścia. Łzy zmęczenia i 

rozpaczy napłynęły jej do oczu i, zrezygnowana, nie mo- 

background image

gąc  wymyślić  żadnego  sensownego  rozwiązania  problemu, 

kopnęła koło. 

-  Cholerny samochód! 
-  Kopanie  go  nie  naprawi  -  usłyszała  za  sobą  pogardliwy 

głos. 

Odwróciła się błyskawicznie. Wśród kolczastych krzewów u 

podnóża  wyrastającego  ponad  drogę  stoku  stał  jakiś 

mężczyzna.  Miał  przewieszoną  przez  ramię  strzelbę  i  nóż 

wetknięty  za  pas.  W  czarnej  koszuli  i  spodniach  z 

nogawkami  wsuniętymi  w  długie  buty  był  ucieleśnieniem 

wszystkich  historii,  jakich  się  naczytała  o  rozsławionych 

kreteńskich wojownikach, znanych zarówno z heroizmu, jak też 

z okrucieństwa i namiętności. Brakowało tylko sariki, czarnej 

chusty tradycyjnie noszonej przez mężczyzn na Krecie. 

-  Skąd...  kim  pan  jest?  -  wymamrotała,  cofając  się 

o krok, gdy on lekko wyskoczył na drogę. 

Miał  ogorzałą  twarz  o  surowych  rysach,  z  orlim  nosem  i 

zaciętymi  ustami.  Serce  Courtney  zaczęło  bić  niespokojnie. 

Przerażał ją widok tego groźnego mężczyzny. 

-  Nazywam się Lefteris Markakis - przedstawił się. 

Oczywiście nazwisko nic Courtney nie mówiło, ale 

wypowiedział je z taką arogancją, że przez chwilę zastanawiała 

się,  czy  nie  powinna  go  rozpoznać  jako  kogoś  niezwykle 

ważnego. 

-  Do  czego  potrzebna  panu  ta  strzelba?  -  spytała  za 

niepokojona.  Dopiero  teraz  uświadomiła  sobie,  że  on  mó- 
wi  nienagannie  po  angielsku,  z  ledwie  wyczuwalnym  ob- 
cym  akcentem.  Powinno  ją  to  uspokoić,  ale  gdy  mierzył 

ją lekceważąco wzrokiem, bynajmniej nie czuła spokoju. 

background image

-  I  skąd  pan  tak  dobrze  zna  angielski?  -  dodała,  zbyt 

spięta, by zdać sobie sprawę, jak nieistotne jest to pytanie. 

-  Prowadzę interesy, w których angielski jest niezbędny 

-  odparł  z  pogardliwą  obojętnością,  która  pasowała  do 
aroganckiego wyrazu twarzy. - A co do strzelby... Właśnie 

jestem na polowaniu. Jak widać, bezowocnym - dorzucił z 

błyskiem kpiny w ciemnych oczach. - Nie ma powodu do 
strachu,  despinis.  Wprawdzie  nie  przepadam  za 
angielskimi dziewczynami, ale nie mam zwyczaju do nich 

strzelać. 

-  Skąd  pan  wie,  że  jestem  Angielką?  -  zdziwiła  się, 

zrażona pogardliwym rozbawieniem w jego oczach. 

Lefteris  skinął  głową  w  stronę  kozy,  skubiącej  dolne 

gałęzie drzewa. 

-  Słyszałem,  jak  rozmawia  pani  z  tym  zwierzakiem  - 

powiedział tonem świadczącym, że wprost nie może uwie- 

rzyć, iż ktoś może być aż tak niedorzeczny. 

Courtney zarumieniła się i rzuciła oskarżycielskie spoj-

rzenie na kozę, jakby to ona była winna, że złapano ją na 

idiotycznym  zachowaniu,  i  nagle  uświadomiła  sobie,  że 

skoro słyszał, jak rozmawiała z kozą, to przecież musiał 

ją również widzieć, gdy zdejmowała bluzę! 

-  Nie powinien się pan tak skradać! 
-  Nie ma powodu do zmartwienia - zapewnił z kpiącym 

uśmiechem. - Nie obchodzi mnie pani ciało, chociaż muszę 

przyznać, że jest powabne. Nie miałem wątpliwości, że jest 

pani  Angielką,  zanim  się  pani  odezwała.  Tylko  Angielka 

może obnażać się i tak obnosić ze swoim ciałem, nie bacząc 

na to, że akurat może ktoś przejeżdżać! 

-  Wcale się nie obnosiłam! - zaprotestowała z furią, 

background image

skręcając się w środku na myśl o jego taksującym wzroku. Jak 

on śmie tak do niej mówić! - Po prostu zmieniałam ubranie, bo 

było  mi  za  gorąco.  Trudno  to  uznać  za  robienie  z  siebie 
widowiska! 

-  Dla  mnie  tak  właśnie  to  wyglądało.  Schodziłem  ze 

wzgórza, gdy zauważyłem, jak się pani rozbiera, i przez chwilę 

kuszony  byłem  widokiem  gołych  pleców.  Zrobiła  to  pani 

perfekcyjnie,  sądziłem  więc,  że  doskonale  pani  wie,  że  tu 
jestem - powiedział z nie skrywaną pogardą. 

-  Wcale  pana  nie  widziałam!  -  powiedziała  z  naciskiem, 

purpurowa  z  zakłopotania.  -  Byłam  przekonana,  że  jestem 

sama. Na pewno nie zdjęłabym niczego, gdybym wiedziała, że 

ktoś mnie obserwuje. 

Ten wybuch nie zrobił na nim żadnego wrażenia. 

-  To  dlaczego  stała  pani  tak  długo,  zanim  włożyła 

skąpą  bluzkę?  -  Na  chwilę  zatrzymał  wzrok  na  jej  podko- 

szulku,  po  czym  bez  większego  zainteresowania  powiódł 

oczami  po  smukłych  nogach.  -  Właściwie  powinna  pani 

w  ogóle  darować  sobie  tę  koszulkę,  bo  przecież  i  tak  nie 

wiele zasłania. A może właśnie dlatego ją pani włożyła? 

Czując,  jak  jej  ciało  płonie  pod  wpływem  jego  spojrzenia, 

Courtney  chwyciła  bluzę  i  ściskała  ją  kurczowo,  zasłaniając 
piersi. 

-  Było  mi  gorąco!  -  usprawiedliwiała  się  uparcie  głosem 

drżącym ze złości i poniżenia. - Chyba nie sądzi pan, że miałam 

jakiś inny powód do przebierania się. 

-  Och,  mogła  pani  pomyśleć,  że  łatwiej  jej  będzie  uzyskać 

pomoc - zasugerował zjadliwie. - Który mężczyzna przejedzie 

obojętnie  obok  dziewczyny  rozebranej  niemal  do  naga  i 

błagającej o naprawę samochodu? Angielskie 

background image

dziewczyny  lubią  się  ubierać  nieprzyzwoicie  i  oferować 

swoje  ciała,  gdy  uznają,  że  im  się  to  opłaci.  Na  pani 

nieszczęście nie ma tu innych mężczyzn, a ja jestem ostat-

nią osobą, która da się skusić tak oczywistym atrakcjom, 

więc może sobie pani oszczędzić kłopotu. 

Courtney  zaskoczona  była  wrogością  i  pogardą,  jaką 

jej  okazywał  od  początku,  ale  teraz  naprawdę  przebrał 

miarę. Za kogo on się ma? 

-  A  ja  mogę  pana  zapewnić,  że  guzik  mnie  obchodzi, 

co pan sądzi! Wcale mi niepotrzebny mężczyzna do wy- 

miany  koła, tak samo jak wykład  na temat  moich  ubrań, 

wygłaszany  przez  wywyższającego  się  aroganta!  Sama 

dam sobie radę! 

Twarz miała bladą ze zmęczenia, chociaż hardo uniosła 

podbródek, ale Lefteris był wciąż niewzruszony. Przenosił 

wzrok z jej miękkich włosów, w dzikim nieładzie wymy-

kających się z warkocza, na zmiętą bluzę przyciśniętą do 

piersi  i  wreszcie  na  smukłe  nogi  w  zakurzonych  sanda-

łach. 

-  Nie wygląda pani na taką zdolną - zauważył cierpko. 

-  Ale  z  pewnością  ta  postawa  bezradnej  niewinności  to 
tylko maska? 

Courtney  wprawdzie  nawykła  do  słuchania,  że  nie  jest 

zdolna, ale dotychczas nikt nie podejrzewał, że jest na tyle 

sprytna, by robić to celowo! 

-  I tak zamierzałam sama zmienić koło  -  powiedziała 

z naciskiem. - Jaki sens miałoby bezczynne stanie na dro- 

dze w nadziei, że ktoś nadjedzie i mi pomoże, zwłaszcza 

zważywszy  na  brak  uprzejmości  ludzi  w  tych  stronach, 

czego pan jest dobitnym przykładem! 

background image

-  Skoro  chce  mnie  pani  przekonać  o  swojej  zaradności, 

chętnie popatrzę, jak pani zmienia kolo! - Lefteris spojrzał na 

nią surowo. 

-  Nie mogę - przyznała zrezygnowana. 
-  Tak właśnie myślałem! Oczywiście oczekuje pani, że się 

nad nią zlituję i zaoferuję pomoc? 

-  Proszę  bardzo,  może  pan  spróbować,  jeśli  rzeczywiście 

potrafi pan zrobić użytek z dwóch przebitych opon! 

-  To znaczy, że nie ma pani zapasowego koła?! 
-  Mam, ale z zapasowego też ucieka powietrze. -Courtney 

wskazała na leżące na ziemi koło. 

Lefteris położył strzelbę na dachu samochodu i pochylił się, 

żeby obejrzeć oponę. 

-  Na  tym  daleko  pani  nie  dojedzie  -  zauważył,  prostu- 

jąc  się.  -  Jak  można  wybierać  się  mało  uczęszczanymi 

drogami  bez  koła  zapasowego!  -  dodał  surowym  tonem. 
- Dlaczego nie sprawdziła pani tego przed wyjazdem? 

Spojrzała na niego z urazą, zdziwiona, że nie oskarża jej o 

to,  że  przebiła  oponę  celowo,  by  zwabić  jakiegoś  naiwnego 

mężczyznę do pomocy! 

-  Przyjechałam  do  Iraklionu  prosto  z  lotniska  -  uspra- 

wiedliwiła się. 

Lefteris  swoim  zachowaniem  przypominał  jej  siostrę, 

Ginny. Takim jak oni nic nie wymykało się z ręki. Przeciwnie, 

wszystko  mieli  pod  kontrolą.  Nie  do  pomyślenia  było,  aby 

przyłapano  Ginny  na  rozbieraniu  się.  Przede  wszystkim 

przewidziałaby  wszystko  i  włożyła  lżejsze  i  praktyczne 

ubrania, a nawet gdyby zdejmowała bluzkę, z pewnością nikt 

by tego nie zauważył. No i na pewno by sprawdziła, czy ma 

koło zapasowe. 

background image

-  Przypuszczałam, że sprawdzą samochód, zanim wy-

dadzą mi kluczyki. 

-  Przypuszczenia bywają niebezpieczne. Zwłaszcza na 

Krecie. 

-  Wobec tego ciekawe, dlaczego pan snuje tyle przy-

puszczeń na mój temat. 

Oparłszy się o samochód, wytarła twarz rękawem blu-

zy. Dokuczał jej upał, zmęczenie. Miała już dość uwag 

Lefterisa. Pragnęła, aby zostawił ją w spokoju, by mogła 

się wypłakać w samotności. 

-  Dlatego, że dostałem po nosie od Angielek - wyznał, 

zdejmując strzelbę z dachu samochodu. - Dokąd się pani 
wybiera? 

-  Do Agios Giorgios - odparła ponuro. Miała ochotę 

powiedzieć mu, by pilnował swojego nosa, ale powstrzy-

mała się. - Wie pan, gdzie to jest? 

-  Oczywiście. 
-  Czy można tam dojść pieszo? 
-  Skądże znowu! -  Lefteris przyglądał się badawczo 

jej szczupłej sylwetce. - W każdym razie pani na pewno 

nie dojdzie. To jest po drugiej stronie wzgórza, na samym 

końcu następnej doliny. A sądząc po wyglądzie, nie doj-

dzie  pani  dalej  niż  do  następnego  zakrętu  -  dodał  bez 

ogródek. 

Miał rację. Zupełnie opadła z sił, jej oczy pociemniały, 

gdy  przerażona  spojrzała  na  dolinę  w  miejscu,  gdzie 
droga  wiła  się  serpentyną,  całkowicie  opustoszała. 

Mogłaby  tu  stać  całą  noc,  gdyby  się  uparta  i  chciała 

czekać, aż ktoś ją podwiezie. 

-  Nie mam wyjścia, muszę iść pieszo - powiedziała, 

background image

z  trudem  prostując  się.  -  Przecież  nie  mogę  sterczeć  tu  bez 

końca. 

-  Zaparkowałem  swój  samochód  tam,  na  ścieżce.  -Lefteris 

odwrócił  głowę  w  stronę  wzgórza,  zakładając  strzelbę  na 

ramię. - Cóż, musi pani jechać ze mną. 

-  Wolę  iść  pieszo  -  odparta.  -  Nie  zniosłabym  myśli,  że 

zwabiłam pana, aby mnie pan podwiózł! 

-  Nie ma powodu do obaw, ja nie mam co do pani żadnych 

złudzeń - wyznał szczerze. - Absolutnie nie jestem podatny na 

pani urok, mimo bardzo zachęcającego striptizu! 

-  To dlaczego proponuje mi pan podwiezienie? 
-  W  innej  sytuacji  z  pewnością  nie  składałbym  takiej 

propozycji, ale nie mam wyboru, nie mogę zostawić tu  pani 

na  całą  noc,  chociaż  jest  pani  Angielką.  Poza  tym  mógłby 

nadjechać  jakiś  inny  łatwowierny  głupiec,  który  podwiózłby 

panią,  a  nikomu  nie  życzę  znajomości  z  Angielką.  Ja 

przynajmniej nie będę pani podrywał. 

-  Świetnie!  -  rzuciła,  pobladła  ze  złości.  -  Dzięki  za 

propozycję podwiezienia, ale wolę iść całą noc! 

Wepchnęła  bluzę  do  walizki i  ruszyła, nie  oglądając się  za 

siebie. 

Walizka była bardzo ciężka, a wzgórze strome, ale Courtney 

zawzięła się. Wolała nie patrzeć, co robi Lefteris. Był okrutnym 

arogantem!  Jak  śmiał  mówić  do  niej  w  taki  sposób!  Złość 

dodała jej energii, ale po przejściu jakichś stu metrów zaczęła 

zwalniać.  Wreszcie  postawiła  walizkę  na  ziemi,  by  chwilę 

odpocząć. 

Po  obu  stronach  drogi  skalistą  glebę  porastała  drzewiasta, 

gdzieniegdzie ciernista roślinność, wśród której prze- 

background image

świtywały kępki żółtej szałwii. Pszczoły bzyczały w zio-

łach, od czasu do czasu dobiegało też beczenie kóz, które 

zeszły w dół zbocza, ale poza tymi odgłosami wokół pa-

nowała cisza. 

Courtney zerknęła przez ramię na samochód, który zo-

stawiła na poboczu, ale Lefterisa już tam nie było. Widocz-

nie postanowił zostawić ją samą z jej problemami. Cóż, 

sama tego chciała! Na myśl, że znów mogliby się spotkać, 

ogarnęła ją wściekłość. 

Czy nie powinien nalegać, żeby skorzystała z jego po-

mocy? Widział, jaka jest zmęczona, i zdawał sobie spra-

wę, że ona nie może liczyć na to, że ktokolwiek zatrzyma 

się na tym pustkowiu i podwiezie ją. Spojrzała na wzgórze 

z rozpaczą. Czy kiedykolwiek zdoła dojść do Villa Ami-

na? Pragnęła tylko, żeby ten dzień jak najprędzej się skoń-

czył. Wyobrażała sobie, że wreszcie dociera do willi, bie-
rze prysznic i kładzie się na wygodnym łóżku. Niech tylko 

tam  dotrze,  a  wszystko  będzie  dobrze,  wmawiała  sobie. 

Podniosła walizkę z ziemi i ruszyła znów pod górę. 

Sapiąc  i  dysząc  z  wysiłku,  zatrzymywała  się  jeszcze 

dwukrotnie,  zanim  usłyszała  nadjeżdżający  samochód. 

Obejrzała się uradowana, że wreszcie jej los się odmienił. 

Elegancki wóz pokonał zakręt i sunął w jej stronę. Radość 

szybko  zamieniła  się  w  rezygnację,  gdy  zobaczyła,  kto 

siedzi za kierownicą. 

- Proszę wsiadać - odezwał się Lefteris, po czym wy-

siadł, wziął jej walizkę i wrzucił ją do bagażnika, obok jej 

koła  zapasowego.  -  Duma  na  nic  się  nie  zda,  gdy  się 

ściemni, a pani wciąż będzie wędrowała. 

Nawet nie zapytał, czy ona chce skorzystać z propozy- 

background image

cji  podwiezienia.  Najwyraźniej  uznał,  że  powinna  rzucić  mu 

się na szyję z wdzięczności! Jednak bez sensu było  wlec się 

godzinami,  jeżeli  on  może  ją  podwieźć  w  kilka  minut.  Villa 

Athina kusiła wygodnym łóżkiem, ponadto dokuczał jej głód, 

przecież  nie  miała  nic  w  ustach  od  nędznego  posiłku  w 
samolocie.  Chyba  ktoś  z  firmy  „Poznaj  Kretę"  zostawił  dla 

niej coś do jedzenia w willi... 

-  To jak? Jedzie pani czy nie? 

Rzucając  mu  niechętne  spojrzenie,  Courtney  sztywno 

wsiadła do samochodu. Nie znała się na pojazdach, ale ten był 

szczególnie  wygodny  i  bardzo  drogi.  Kątem  oka  zerknęła  na 

Lefterisa, gdy siadał obok niej. Zastanawiała się, kim on jest z 

zawodu.  Niewątpliwie  piastował  bardzo  intratne  stanowisko, 

ale  na  pewno  nie  płacono  mu  za  urok  osobisty  i  dobre 
maniery. 

Uruchomił  silnik.  Sunęli  pod  górę  bez  przeszkód,  z  ła-

twością pokonując kolejne zakręty. 

-  Nazywam się Courtney Shelbourne - zagaiła, gdy jechali 

dłuższą  chwilę,  a  Lefteris  nawet  nie  próbował  przerwać 

pełnego napięcia milczenia. 

-  Jakież to angielskie - rzucił kpiarskim tonem. - Zapewne 

jest  pani  tak  samo  angielska,  jak  się  pani  nazywa:  Courtney 
Shelbourne. 

-  To  chyba  zależy  od  tego,  co  się  ma  na  myśli,  mówiąc  o 

angielskim  charakterze...  -  zaczęła  ostrożnie,  ale  Lefteris 

roześmiał się gorzko. 

-  Wiem  z  własnego  doświadczenia,  że  Angielki  to 

zdradzieckie,  rozwiązłe,  niemoralne  cwaniary,  które  bez 

skrupułów  wykorzystują  wszystkich  do  spełnienia  swoich 
zachcianek. 

background image

-  Wcale  taka  nie  jestem!  -  zaoponowała,  zaskoczona 

goryczą w jego głosie. 

-  Czyżby? To niby jaka pani jest? 

Courtney  bezradnie  wzruszyła  ramionami.  Wiedziała, 

co odpowiedzieliby jej rodzice: nieśmiała, głupia, nieod-
powiedzialna. 

-  Nie  wyróżniam  się  niczym  szczególnym.  Jestem... 

zwyczajna. 

Czuła  jego  obecność  obok  siebie.  Miał  silną  osobo-

wość, jego z pewnością nie można by uznać za „zwyczaj-

nego".  Twarz  wyrażała  nieugięty  charakter.  Z  gęstymi, 

czarnymi włosami i orlim nosem wyglądał dziko, a zacięte 

usta  jeszcze  bardziej  podkreślały  dumę.  Courtney  od-

wróciła wzrok. Samo przyglądanie się Lefterisowi powo-

dowało skurcz w żołądku. Chociaż... może to tylko głód, 

łudziła się. 

-  Naprawdę sądzi pani, że zwyczajna dziewczyna mo- 

głaby rozebrać się publicznie? Greczynka z pewnością by 

tego nie zrobiła, ale widocznie wy w Anglii kierujecie się 
innymi zasadami. 

Courtney westchnęła z rozpaczą. Że też musiała zdjąć 

tę cholerną bluzę! Wolałaby raczej usychać z gorąca, niż 

teraz wysłuchiwać tych kąśliwych uwag! 

-  Za  to  wy  z  pewnością  macie  inne  zasady  witania 

obcych  w  swoim  kraju  -  ucięła.  -  Mam  nadzieję,  że  nie 

wszyscy w Agios Giorgios są tak nieprzyjaźni jak pan? 

-  Dla pani to chyba bez różnicy, prawda? Przyjechała 

tu pani na tak krótko, że nie ma to większego znaczenia, 

czy  ludzie  są  tu  uprzejmi,  czy  nie.  Po  kilku  godzinach 

dołączy pani do innych turystów, włóczących się po ba- 

background image

rach,  klubach  nocnych  i  innych  atrakcjach,  jakie  wydają  się 

niezbędne  dla  dopełnienia  udanych  wakacji.  Jestem 

przekonany,  że  nie  zabawi  tu  pani  dłużej  niż  dzień,  a  potem 

zawróci i uda się nad morze. 

-  Nie  jestem  na  wakacjach  -  powiedziała  lodowatym 

tonem.  -  Przyjechałam  do  Agios  Giorgios  do  pracy.  Za 
mierzam  tu  spędzić  całe  lato,  będę  przygotowywać  posiłki 

na przyjęcia w willi. 

Choć raz miała satysfakcję, że udało jej się go zaskoczyć. 

-  Przyjęcia  w  willi?  W  Agios  Giorgios?  Ta  miejscowość 

położona jest z boku, z dala od trasy turystycznej! 

-  Reklamowana  jest  jako  miejsce  z  dala  od  zgiełku.  -

Courtney spojrzała na nagie wzgórza i przyszło jej na myśl, 

że pewnie to właściwe miejsce. - Chodzi o to, aby w pobliżu 

nie było innych turystów. Naszymi gośćmi będą ludzie lubiący 

spacerować, malować obrazy, szukać dziko rosnących kwiatów 

bez  martwienia się  o zakupy  czy  gotowanie  w  tak ustronnym 

miejscu.  I  to  wszystko  ja  właśnie  mam  zapewnić.  -  Miała 

nadzieję,  że  mówi  w  miarę  pewnym  głosem,  bo  w  gruncie 

rzeczy obawiała się nowej pracy. Wprawdzie potrafiła gotować, 

była to zresztą jedyna rzecz, jaką umiała robić, ale sama myśl o 

odgrywaniu  roli  wesołej  hostessy  napawała  ją  lękiem.  Na 

proszonych kolacjach u rodziców zawsze miała związany język 
lub jąkała się. 

-  Trudno  w  to  uwierzyć  -  skomentował  uszczypliwie. 

Zerknął na nią, a potem na dzikie wzgórza i potrząsnął głową. - 

Nie wydaje mi się, żeby Agios Giorgios było tym, o co pani 

chodziło, gdy podejmowała pani decyzję o spędzeniu lata na 
Krecie. 

background image

Courtney  zamyśliła  się,  wspominając  przerażenie,  ja-

kiego doznała, gdy przedstawiciel firmy „Poznaj Kretę" w 

Iraklionie wręczał jej kluczyki do samochodu. 

-  Pojedzie pani do  Villa  Athina  w  Agios  Giorgios  -  po-

wiedział,  pokazując  na  mapie  miejsce  na  końcu  długiej, 

krętej drogi w Białych Górach. 

-  Ależ to jest zachodnia część Krety! - protestowała. - 

Podczas  rozmowy  wstępnej  obiecano  mi,  że  zostanę 

wysłana  do  jakiejś  willi  niedaleko  Knossos!  Agios  Gior-

gios jest na drugim końcu wyspy! 

-  Przykro mi. - Grek wzruszył ramionami. - Nic na to nie 

poradzę.  Kazano  mi  wyprawić  panią  tutaj.  Właścicielem 

wilii jest wspólnik firmy „Poznaj Kretę", więc jeśli spotka 

pani Nikosa Papadakisa, niech pani będzie miła dla niego. - 

Wsunął papiery z powrotem do szuflady i rzucił mapę w jej 

stronę. - Właściwie Agios Giorgios nie jest zaznaczone na 

mapie,  ale  jadąc  prosto,  z  łatwością  znajdzie  pani  tę 

posiadłość. - Uśmiechnął się ponuro. - Leży na końcu tej 
drogi. 

I  jednocześnie  z  dala  od  zabytkowych  miejsc,  które 

Courtney pragnęła zwiedzić. 

-  Sądziłam,  że  pojadę  do  willi  we  wschodniej  części 

Krety - zwróciła się do Lefterisa. 

-  To  byłoby  rozsądniejsze  -  zgodził  się.  -  W  Agios 

Giorgios nie ma żadnych atrakcji dla takich dziewczyn jak 
pani.  -  Znów  lekceważąco  powiódł  oczami  po  jej  podko-
szulku i szortach. - Tam przynajmniej pani ubranie byłoby 
bardziej  na  miejscu.  W  Agios  Giorgios  wolimy  kobiety 
ubrane nieco skromniej. 

Courtney zarumieniła się i złożyła ręce w obronnym 

background image

geście.  Miała  nadzieję,  że  pozostali  mieszkańcy  Agios 

Giorgios  nie  są  tak  nietolerancyjni  jak  Lefteris  Markakis. 

Ginny  zawsze  zarzucała  jej,  że  ubiera  się  staroświecko, 

niemodnie i monotonnie. Spojrzała na siebie, zastanawiając się, 
co  Lefteris  ma  jej  do  zarzucenia.  Podkoszulek  nie  miał 

rękawów, to prawda, ale trudno go uznać za nieprzyzwoity, a 

szorty  uszyte  były  z  delikatnej  cienkiej  bawełny  i  sięgały 
niemal  do  kolan.  Co  prawda  teraz,  gdy siedziała, odsłaniały 

trochę ud, pociągnęła je więc ukradkiem. 

Wreszcie dotarli na miejsce. Courtney wolała nie zastanawiać 

się,  ile  czasu  zajęłaby  jej  piesza  wędrówka  z  ciężką  walizką. 

Chyba  jednak  lepiej  było  znosić  kąśliwe  uwagi  Lefterisa. 

Droga nie prowadziła prosto pod górę, jak przypuszczała, lecz 

schodziła do zielonej doliny wciśniętej pomiędzy Białe Góry. 

Na jej odległym końcu widać było okolony drzewami wąwóz 

wchodzący do koryta  rzeki.  Rzeka rozdzielała dwie  wioski, z 

których  jedna  przysiadła  wysoko  pośród  sosen,  a  druga 

przylegała do słonecznego stoku, górując nad gajami oliwnymi 
i winnicami. Zza rzeki wyłaniał się posępny stok górski. 

-  Jesteśmy  w  Agios  Giorgios  -  obwieścił  Lefteris 

z nieoczekiwaną nutą ciepła w głosie. 

Courtney przyjrzała mu się badawczo, bo nagle przyszło jej 

na  myśl,  że  może  za  surową  fasadą  kryje  się  ktoś 

sympatyczniejszy.  Szybko  jednak  przekonał  ją,  jak  bardzo  się 
myli. 

-  Nie  słyszałem,  by  ktokolwiek  w  Agios  Giorgios  wy 

najął  dom  na  lato  -  powiedział  z  namysłem.  -  Czy  na 

pewno przyjechała pani we właściwe miejsce? 

background image

-  Oczywiście!  -  odparła  oburzona.  Zaczęła  szperać 

w torebce w poszukiwaniu informacji, które otrzymała od 
przedstawiciela  biura.  -  Mam  przy  sobie  mapę.  Widzi 
pan?  Tu  jest  napisane:  „Villa  Athina,  Agios...  -  Urwała 

nagle,  krzycząc  z  przerażenia,  bo  Lefteris  gwałtownie  na 

cisnął na hamulec i samochód stanął z piskiem opon. - Co 

się  stało?  -  wykrztusiła,  gdy  opadła  z  powrotem  na  sie- 
dzenie. 

Nie odpowiedział, tylko wyrwał papiery z jej ręki, wpa-

trując  się  w  nie  z  niedowierzaniem,  po  czym  zmiął  je, 

krzycząc  coś  wściekle  po  grecku.  Courtney  cieszyła  się, 

że tego nie rozumie. 

-  Czy to jakiś żart?! 
-  Ż-żart?  -  wyjąkała.  -  Ależ  skąd!  Dlaczego  miałby  to 

być żart? 

-  Jeśli  to  jednak  jakiś  kawał,  to  z  pewnością  nie  jest 

zabawny - skomentował ponuro. Rozpostarł na kierownicy 

papiery,  które  przed  chwilą  zwinął  w  kulkę,  i  wpatrywał 

się  w  nie  nachmurzony.  -  „Poznaj  Kretę"  -  przeczytał 

nagłówek złowieszczo zimnym tonem. - Kim oni są? 

-  To  firma,  dla  której  pracuję  -  wyjaśniła  niepewnie, 

kompletnie wytrącona z równowagi jego dziwną reakcją. - 
O co chodzi? 

-  Villa  Athina  położona  jest  w  samym  środku  mojej 

posiadłości! - warknął. 

Patrzyła na niego z niedowierzaniem. 

-  Ale to nie może być pański dom. On należy do... 
-  Nikosa Papadakisa  -  dokończył za nią.  -  Tak, to jego 

własność. 

background image

-  Nic  nie  rozumiem  -  powiedziała  bezradnie.  -  Nie 

powiedział panu, że zamierza wynająć dom? 

Odwrócił się i spojrzał na nią z nie skrywaną pogardą. 

-  Jak  pani  zapewne  wiadomo,  Nikos  Papadakis  ma  wiele 

powodów, by mi o tym nie powiedzieć. 

-  Zupełnie nie wiem, o czym pan mówi! 
-  Czyżby?  Przecież  wie  pani,  że  Nikos  jest  właścicielem 

domu, i trudno uwierzyć, że przepuściłby okazję pochwalenia 

się,  jaki  mi  wyciął  numer.  Z  całą  pewnością  wiedział, że gdy 

tylko  się  dowiem,  że  dziewczyna  z  Anglii  przekroczyła  mój 

próg  -  nie  wspominając  o  nie  kończących  się  przyjęciach 

turystów  codziennie  przechodzących  obok  mojego  tarasu  - 

powstrzymam  całą  tę  paradę.  Zresztą,  już  zamierzam  to 

zrobić. 

-  Powstrzyma  pan...?  -  powtórzyła  Courtney,  kompletnie 

zbita z tropu. - Co pan ma na myśli? 

-  Ani pani, ani nikt inny nie spędzi lata w mojej posiadłości. 
-  Ale przed chwilą sam pan przyznał, że dom nie należy do 

pana.  -  protestowała.  -  Trzeba  go  było  nie  sprzedawać,  skoro 
nie chce pan, aby ktokolwiek z niego korzystał. 

-  Wcale  go  nie  sprzedałem.  To  sprawka  pewnej  Angielki, 

kolejnego angielskiego niewiniątka o sercu ze stali, wspólniczki 

Nikosa, która na nikogo nie zważała, byle tylko spełnić swoje 
zachcianki. - Lefteris rzucił dokument na jej kolana i uruchomił 
silnik.  -  Nie  dopuszczę,  żeby  to  się  stało  ponownie.  Żadna 

Angielka nie będzie mi tu paradowała przez całe lato. 

-  Na pana miejscu wcale bym się tak tym nie przejmo- 

background image

wała  -  ucięła  Courtney.  -  Jest  pan  ostatnim  mężczyzną, 

przed  którym  chciałabym  paradować!  Co  do  innych 

względów,  cóż,  obawiam  się,  że  musi  się  pan  po  prostu 

przyzwyczaić  do  mojej  obecności.  Nie  przestraszy  mnie 

pan.  Willa  zarezerwowana  jest  do  października  i  zostanę 

tu. dopóki nie wyjadą ostatni goście. 

- Zapewniam, że długo tu pani nie pozostanie - po-

wiedział złowieszczo, wchodząc w ostry zakręt. 

background image

 
 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Courtney patrzyła przez okno, gdy mknęli w dół wzgórza 

wśród  gajów  oliwnych.  Drzewa  były  czarne  i  sękate,  liście 

mieniły się na wietrze srebrnobiałym połyskiem, a trawa w 

dole usłana była kobiercem dzikich kwiatów. Niestety, złość 

nie pozwalała jej docenić piękna tej scenerii. 

Lefteris  był  nieprawdopodobnym  arogantem!  Czy  na-

prawdę  spodziewał  się,  że  ona  zrezygnuje  z  pracy  tylko 
dlatego,  że  on  nie  życzy  sobie,  by  przechodziła  przez  jego 

ogród?  A  wszystko  przez  to,  że  jest  Angielką!  Widocznie 

rzeczywiście  miał  bardzo  przykre  doświadczenia  z  jakąś 

dziewczyną  z  Anglii,  ale  dlaczego  odgrywa  się  na  niej?!  - 

myślała urażona. Musiała się zdobyć na nie lada odwagę, by 

przylecieć do pracy na Kretę, ale powinna przewidzieć, że nie 

wszystko ułoży się po jej myśli. Cieszyła się, że spędzi lato w 

cichej  willi  ze  słonecznym  tarasem  i  sympatycznymi, 

gościnnymi sąsiadami, tymczasem tamte wyobrażenia szybko 

pierzchły. Wystarczyło, by spojrzała na ponuraka siedzącego 
obok. 

Lefteris  Markakis  najwyraźniej  nie  zamierzał  jej  okazać 

pogody ducha ani gościnności. Courtney westchnęła. Pech nie 

opuścił jej i tym razem: wylądowała w samym środku jakiejś 
wendety! 

background image

Spodziewała  się,  że  Lefteris  wyrzuci  ją  z  samochodu, 

gdy tylko dojadą do Agios Giorgios, tymczasem przejechał 

przez  całe  miasteczko  i  zatrzymał  się  przed  zagraconym 

warsztatem.  Na  drodze  stało  kilka  zdemontowanych 

motocykli.  Mechanik  o  kręconych  włosach  i  regularnych 

rysach  twarzy  majstrował  przy  silniku  zdezelowanej  fur-
gonetki. 

-  Ja  wyjaśnię,  w  czym  rzecz  -  szorstko  powiedział 

Lefteris,  wysiadając  z  samochodu.  -  Niech  pani  tu  za 
czeka. 

Wyjął z bagażnika koło zapasowe. Mechanik wycierając 

ręce w zatłuszczoną szmatę ruszył w jego stronę i zaczęli 

ożywioną rozmowę. 

Courtney  postanowiła  zignorować  jego  polecenie  i  wy-

siadła z samochodu,  chcąc dowieść, że potrafi sama zała-

twiać swoje sprawy. Wyjęła z torby podręczny słowniczek, 

by  poszukać  greckiego  odpowiednika  słów  „przebita 

opona", gdy nagle uświadomiła sobie, że narazi się tylko 

na  śmieszność.  Lefteris  mógł  wszystko  wyjaśnić  z  łatwo-

ścią,  w  sposób  bardziej  zrozumiały  niż  ona,  nawet  gdyby 

mówiła o samochodzie po angielsku. Stanęła więc bezrad-
nie,  usiłując  ukryć  zakłopotanie,  co  jednak  niezbyt  się 

udało. 

-  Niech  pani  da  mechanikowi  kluczyki  -  nakazał  Lef-

teris.  -  Założy  obie  opony  i  jutro  dostarczy  pani  samo-

chód. 

-  Niby gdzie go przyprowadzi? - spytała, ciesząc się, że 

tak  łatwo  udało  się  rozwiązać  ten  problem,  ale  równo-

cześnie urażona, że całkowicie wziął sprawę w swoje ręce. 

-  Do Villa Athina, to chyba jasne. - Spojrzał na nią, 

background image

jakby  postradała  zmysły.  -  Przecież  jeszcze  przed  chwilą 

tam właśnie chciała pani zamieszkać. 

-  Owszem,  ale  z  pańskiej  reakcji  wywnioskowałam, 

że zarygluje pan przede mną drzwi! 

Lefteris westchnął poirytowany. 
-  Z pewnością nie dopuszczę do tego, żeby wynajmowano 

ten dom gościom, ale nie mogę pani wyrzucić na ulicę, skoro 

nie ma pani dokąd pójść. 

-  To bardzo wspaniałomyślne z pana strony. 
-  Dom należy do Nikosa Papadakisa, więc może w nim 

pani  zostać  do  czasu,  gdy  przyjedzie  i  powie,  że  trzeba  go 

opuścić!  Jestem  pewien,  że  stanie  się  to  bardzo  szybko. 

Tymczasem niechże pani da te kluczyki. 

-  Jest  pan  bardzo  pomocny  jak  na  kogoś,  kto  chce  się 

mnie jak najszybciej pozbyć - powiedziała z goryczą. 

-  Im szybciej naprawią samochód, tym szybciej pani stąd 

wyjedzie  -  oświadczył.  -  Zaoferuję  nawet  dalszą  pomoc: 

zawiozę panią prosto do willi. Mechanik widział nas razem, 

więc nie mogę pani tak zostawić... 

-  Rozumiem,  że  podwozi  mnie  pan  tylko  dla  uratowania 

własnej reputacji? 

-  Powinna  się  pani  z  tego  cieszyć  -  rzekł,  przekręcając 

kluczyki w stacyjce.  - Wprawdzie z ciężką walizą będzie to 

dość długa wyprawa, ale jeśli taka pani wola, proszę bardzo, 
niech pani wysiada. 

Courtney  spojrzała  na  niego  z  niechęcią.  Jeśli  będzie 

stroiła  fochy,  z  pewnością  bez  wahania  wyrzuci  ją  z  sa-
mochodu. 

-  Wolę  jednak  wykorzystać  pańską  życzliwość  -  za 

kpiła. 

background image

-  Niczego innego nie mógłbym się spodziewać. 

Zatrzymał nagle samochód na widok pochylonej staruszki, 

ubranej  na  czarno,  z  głową  opatuloną  w  chustę.  Szła  za 

stadem owiec, ale słysząc samochód odwróciła się i rozpo-

znając Lefterisa uśmiechnęła się szeroko. 

Czarne oczy  w  ogorzałej, pooranej zmarszczkami  twa-

rzy przyglądały się Courtney z zainteresowaniem. Mówiła 

potoczyście,  co  i  rusz  zanosząc  się  śmiechem.  Unosiła 
sękate  ręce,  to  znów  składała  je  na  wysokości  serca  tak 

dramatycznym  gestem,  że  zaintrygowana  Courtney  żało-

wała, iż nie rozumie, o czym rozmawiają. 

Lefteris uprzejmie słuchał paplaniny staruszki i w pewnej 

chwili  nieoczekiwanie  uśmiechnął  się.  Courtney  miała 

urażenie,  że  jej  zmysły  doznają  wstrząsu.  Nie  przygoto-

wana  na  uśmiech  i  serdeczność  malujące  się  na  zwykle 

surowej twarzy, poczuła ucisk w gardle. Przecież to tylko 

uśmiech,  zganiła  siebie  w  duchu.  Sądziła,  że  nawet 

uśmiech  Lefterisa  jest  zimny  i  bezwzględny,  tymczasem 

zaskoczył  ją.  Z  jego  rozpogodzonej  twarzy  biło  dziwne 

ciepło. Nie widziała jego oczu, bo zwrócone były w stronę 

staruszki. Nagle przyszło jej na myśl, jak by to było, gdyby 

to do niej tak się uśmiechał... 

Nie masz szans, upominała siebie. Przecież nie ukrywał, 

co  sądzi  o  dziewczynach  z  Anglii.  Uśmiech  był  ostatnią 

rzeczą,  jakiej  mogła  od  niego  oczekiwać.  Tłumiąc 

westchnienie, patrzyła przez okno na owce, które zeszły 

z drogi w drzewa oliwne i brodziły w kwiatach. Zastana-

wiała się, co zraziło go tak do Angielek. Przecież musiał 

być jakiś powód jego uprzedzeń... 

-  Courtney? 

background image

Odwróciła głowę w stronę Lefterisa, który dziwnie się jej 

przyglądał. 

-  To  jest  Dymitra  -  powiedział  z  oporem  i  nie  miała 

wątpliwości, że ta prezentacja nie była jego pomysłem. 

Dymitra uśmiechnęła się serdecznie i skinęła głową. 
-  Jassas - powiedziała Courtney niepewnie. 

Było to jedno z niewielu słów, których zdążyła się nauczyć, 

ale najwyraźniej odniosło skutek. Dymitra sprawiała wrażenie 
uradowanej jej pozdrowieniem. 

-  Jassas! - rozpromieniła się. 

Poklepała  Lefterisa po ramieniu  i  powiedziała mu  coś, 

po czym odsunęła się od okna, machając na pożegnanie. 

-  Co  ona  powiedziała?  -  spytała  Courtney  ostrożnie, 

gdy Lefteris ruszył. 

Przez chwilę nie odzywał się. 

-  Uważa, że jesteś śliczną dziewczyną - mruknął wreszcie, ni 

stąd, ni zowąd przechodząc z nią na ty. 

-  Ja? Śliczna? - zdziwiła się. 
-  Nie  udawaj  takiej  skromnej!  -  szydził.  -  Zapewne  od 

dawna ćwiczyłaś ten obojętny wyraz twarzy. Zaraz powiesz, że 

jeszcze nikt nie powiedział ci, że jesteś ładna... 

Naprawdę od nikogo nie słyszała takiej pochwały. Nikt nie 

zwracał na nią uwagi, w przeciwieństwie do jej siostry. Ginny 

była śliczną blondynką o gładkiej skórze, regularnych rysach 

i  wspaniałych  zielonych  oczach.  Kto,  mając  je  dwie  do 

wyboru, spojrzałby na mysie włosy i rozmarzone oczy? 

-  Niektórym  mogą  się  podobać  twoje  wielkie  oczy  - 

powiedział Lefteris, jakby odgadując jej myśli. 

background image

-  Tobie na pewno się nie podobają. 

Zerknął na nią, potem przeniósł wzrok na drogę. 
-  Przekonałem  się,  że  najładniejsze  twarze  kryją  naj- 

twardsze serca - wyznał z goryczą. 

Ujechali z półtora kilometra, po czym skręcił z asfaltu na 

wyboistą drogę prowadzącą przez gaje oliwne i znów pod 

górę. Samochód powoli pokonywał wertepy, aż zatrzymali 

się  przy  wysokim  murze  z  kamienia.  Lefteris  otworzył 

ciężką bramę i gestem zaprosił Courtney do środka. 

Miała  wrażenie,  że  wkracza  do  swoistej  oazy.  Długie 

kamienne  schody  wśród  krzewów  hibiskusa  i  oleandra 

prowadziły  na  duży  taras  ocieniony  winoroślą.  Trudno 

było  dostrzec  dom  za  tymi  krzewami  i  drzewami  owoco-

wymi  ciągnącymi  się  w  dół  od  tarasu.  Courtney  zwróciła 

uwagę na pomarańcze, cytryny, figi i migdały, owoce gra-
natu  i  morwę.  Bujna  roślinność  stwarzała  cichą,  spokojną 

atmosferę,  kontrastującą  z  wyrastającym  z  tyłu  urwistym 
zboczem. 

-  Jak  tu  ślicznie!  -  powiedziała  z  radosnym  uśmie- 

chem,  zupełnie  zapominając  o  wrogim  nastawianiu  Lefte- 
risa. 

Przez chwilę przyglądał się jej badawczo, ale jego twarz 

znów przybrała hardy wyraz. 

-  Nie  sądzę,  aby  mogło  się tu  spodobać  komuś  takiemu 

jak  ty  -  skomentował,  spoglądając  na  dom.  -  Tu,  na  od-

ludziu,  jest  nudno.  Wokoło  panuje  cisza,  brak  kolorowych 

świateł,  blichtru  dużych  miast  -  dodał,  boleśnie  wykrzy-

wiając twarz. 

-  Ależ tu jest pięknie, naprawdę! - krzyknęła zachwy- 

background image

cona,  dziwiąc  się,  że  ktokolwiek  może  pogardzać  tak  do-

skonałą scenerią. - Ja na pewno pokocham to miejsce. 

-  Nie  byłbym  tego  taki  pewien  -  zgasił  jej  zapał.  -  To 

jest mój dom. Athina jest tam. 

Wskazał na stary budynek z kamienia za szpalerem drzew 

owocowych.  W  przeciwieństwie  do  wspaniałego  domu 

Lefterisa  tamten  wyglądał  na  opuszczony  i  zaniedbany. 

Sprawiał  wrażenie  przeczące  temu,  czego  oczekiwała, 

marząc o małej, pogodnie nastrajającej willi. 

Lefteris  z  wyraźnym  zadowoleniem  przyjął  widoczne  na 

jej  twarzy  rozczarowanie.  Postanowiła  nie  dać  się  złamać, 

choćby po to, by nie sprawić mu satysfakcji. 

-  Cóż,  jakoś  to  będzie.  Szybko  się  zadomowię  -  po 

wiedziała,  łudząc  się,  że  jej  głos  brzmi  w  miarę  przekonu- 

jąco. 

Wzięła  walizkę,  a  gdy  ruszyła  ścieżką  wśród  drzew, 

Lefteris krzyknął za nią: 

-  Courtney! 
-  Słucham? 
-  Na twoim miejscu nawet bym się nie rozpakowywał. 

Villa Athina cuchnęła wilgocią i stęchlizną, jakby nikt nie 

otwierał tam okien od wielu lat, a nikłe światło chaotycznie 

rozlokowanych żarówek jeszcze bardziej podkreślało ponury 

nastrój. Courtney oglądała dom z narastającym niepokojem. 

Nierówną  kamienną  podłogę  pokrywała  tak  gruba  warstwa 

kurzu, że pozostawiała na niej ślady, przechodząc z jednego 
pomieszczenia do drugiego. 

Wniosła  walizkę  do  pokoiku  nad  salonem.  Stała  w  nim 

ciężka drewniana szafa, którą czuć było stęchlizną, ale 

background image

Courtney  na  złość  Lefterisowi  powiesiła  w  niej  swoje 

ubrania  i  posłała  łóżko,  choć  prześcieradło  również  pach-

niało wilgocią. Humor poprawił jej się dopiero wtedy,  gdy 

wzięła prysznic. 

Czując  narastający  głód,  weszła  do  kuchni.  Przeszukała 

lodówkę,  wszystkie  szuflady  i  kredens,  nikt  jednak  nie 

pomyślał  o  naszykowaniu  czegokolwiek  na  jej  przyjazd. 

Przeciwnie, wszystko wskazywało, że w ogóle nikt jej tu nie 

oczekiwał. 

Zerknęła  na  zegarek.  Dochodziła  dziewiąta.  Była  zmę-

czona,  ale  wiedziała,  że  głód  nie  pozwoli  jej  zasnąć.  Za 

ciemno było na czytanie, za zimno na bezczynne siedzenie. 

Wstała  więc  i  wyszła  na  taras,  próbując  zapomnieć  o 

pustym  żołądku,  ale  na  świeżym  powietrzu  odczuła  głód 

jeszcze  bardziej.  Światła  z  domu  Lefterisa  pobłyskiwały 

ciepłem,  a  smakowite  zapachy  unoszące  się  z  tamtejszej 

kuchni nęciły nieznośnie. Szczęśliwy Lefteris, pomyślała z 

zazdrością,  ma  zapewne  wspaniałą  kucharkę,  która  właśnie 

przygotowuje mu smaczną kolację. 

Czy zdobędzie się na odwagę, by pójść i poprosić go o 

coś do jedzenia? 

Z chwilą gdy pomysł wpadł jej do głowy, nie mogła już 

pozbyć się tej myśli. Wmawiała sobie, że powinna raczej 

głodować,  niż  poprosić  o  cokolwiek  Lefterisa,  ale 

żołądek domagał się jedzenia. Przecież chyba nie odmówi, 

jeśli go poprosi o kronikę chleba i odrobinę kawy? 

Wahała  się  wciąż,  ale  coraz  trudniej  było  się  oprzeć 

zapachowi kotletów jagnięcych. Powziąwszy nagle decyzję, 

wbiegła do pokoju, by się przebrać. Pamiętając o ką- 

background image

śliwych  uwagach  Leftensa  na  temat  jej  niestosownego 

ubrania,  włożyła  luźną  zieloną  spódniczkę  z  delikatnej 

tkaniny, sięgającą niemal do kostek, i skromną białą bluzkę. 

Na  wierzch  narzuciła  kolorowy  sweterek,  po  czym 

wyszczotkowała włosy, które teraz opadały lśniącymi fałami 

na  ramiona.  Ginny  zapewne  lamentowałaby  na  widok  tak 
niemodnego  ubrania,  ale  teraz  przynajmniej  Lefteris  nie 

może jej zarzucić, że jest nieskromna. 

Wyprostowała  się  i  ruszyła  przez  sad  w  stronę  domu 

Leftensa. Zatrzymała się u stóp schodów prowadzących na 

taras,  czując  znów  niepokój,  ale  głód  dodał  jej  odwagi. 

Trudno,  najwyżej  Lefteris  odmówi  i  nie  poczęstuje  jej  ni-
czym. 

Odchrząknęła i zapukała do drzwi. Otworzył sam Lefteris. 

Miał  na  sobie  pięknie  skrojone  spodnie  i  jasną  koszulę, 

które nadały mu  wygląd układnego, bywałego  w świecie 
eleganta, nie ujmując w niczym jego surowej męskości. Nie 

przygotowana na taką zmianę, Courtney nie mogła oderwać 

od niego wzroku. Gapiła się, zapominając nawet o głodzie. 

Na  ułamek  sekundy  w  oczach  Lefterisa  pojawiło  się 

zaskoczenie  i  coś  nieokreślonego,  ale  szybko  powrócił 

właściwy mu ton wrogości. 

-  Noo,  noo  -  zaczaj  przeciągle.  -  Czemuż  to  zawdzię-

czam ten zaszczyt? Pozwolisz, że sam odgadnę? 

-  Pomyślałam... Jeśli nie sprawi ci to kłopotu... Czy nie 

mógłbyś  mi  dać  czegoś  do  jedzenia?  -  wyjąkała  wreszcie, 

szczerze  żałując,  że  przyszła.  -  Nic  ze  sobą  nie  przy-

wiozłam, a w tamtym domu niczego nie ma. 

-  Nie jestem zaskoczony. Przecież od lat nikt tam  nie 

background image

zaglądał  -  stwierdził,  marszcząc  brwi,  po  czym  gestem 

zaprosił  ją  do  środka.  -  Wejdź.  Przyszłaś  w  samą  porę,  bo 

właśnie siadałem do kolacji. 

-  Nie  chcę  ci  przeszkadzać...  -  zawahała  się.  -  Napra-

wdę wystarczy mi kromka chleba... 

-  Chyba nie ubrałaś się tak starannie tylko dla kromki 

chleba? 

-  Nie  chcę,  żebyś  sobie  myślał,  że  udaję  głód,  by  cię 

uwodzić - odcięła się. 

Nie  miała  już  wątpliwości,  że  chwilowa  uprzejmość 

Lefterisa była tylko grą. 

-  Zapewniam  cię,  że  w  tym  ubraniu  miałabyś  daleko 

większe  szanse  -  powiedział,  taksując  ją  chłodnym  wzro- 
kiem. 

   W Courtney zawrzało. Nie będzie dłużej tolerować tego 
gbura! 

 - Postąpiłam niemądrze, przychodząc tutaj. Pomyśla- 

łam,  że  zdobędziesz  się  choć  na  odrobinę  gościnności  i  po-

zwolisz mi coś zjeść, ale najwyraźniej myliłam się! - Od- 

wróciła się, chcąc wybiec, ale Lefteris żelaznym uściskiem 

chwycił jej rękę. 

Przez  chwilę  oboje  patrzyli  na  palce,  zaciśnięte  wokół 

jej ręki, wreszcie powoli uwolnił ją. 

-  Razem  zjemy  kolację  -  powiedział,  mrużąc  oczy, 

jakby wyraz jej twarzy sprawił mu ból.  - Katina nakryje 

stół dla dwóch osób. 

Miała ochotę powiedzieć mu, co może zrobić ze swoją 

kolacją, ale myśl o dobrym posiłku kazała jej się po- 

wstrzymać. Dochodzące z kuchni zapachy zapowiadały 

ciepłą, smakowitą strawę, jaki więc sens miałoby głodze- 

 

background image

nie się w imię urażonej dumy? Przecież może z nim zjeść, 

chociaż go nie lubi. 

Za jadalnię służył przestronny pokój przedzielony ogrom-

nym kamiennym sklepieniem łukowym, z sufitem z belek i 

podłogą  wyłożoną  zimnymi  płytami.  Pokryte  fakturowym 

tynkiem ściany pomalowane były na biało, co współgrało z 

długimi, luksusowymi kanapami i wieloma poduszkami w 
pastelowych barwach. 

Courtney postanowiła udawać, że oczywiste i nieocze-

kiwane  bogactwo  nie  robi  na  niej  wrażenia.  Przeciwnie, 

siedząc na jednej z kanap, usiłowała dopatrzyć się czegoś, 

co by się jej nie podobało. Niskie tureckie stoliki do kawy, 
zabytkowe  skrzynie  i  masywne  naczynia  z  gliny  kontra-

stowały  z  nowoczesnymi  obrazami  i  kilkoma  pięknymi 
lampami, a całość sprawiała wrażenie szykownej elegancji. 

Nie podobało się Courtney tylko jedno: mężczyzna, który 

wręczał  jej  właśnie  maleńki  kieliszek  z  bezbarwnym 

płynem przypominającym wodę, ale pachnącym jak alko-

hol. Kiedy ostrożnie pociągnęła łyk, paliło ją w gardle, aż 

zakasłała. 

-  To  rakija  -  wyjaśnił  Lefteris,  obserwując  ją  z  namy-

słem.  -  Ona  cię  rozgrzeje,  chociaż  sądząc  po  płonących 
oczach, nie jest  ci  to potrzebne. Powiedz mi, dlaczego 

w końcu postanowiłaś zostać. 

-  Jestem głodna - odparła szczerze. 

Dostrzegła  błysk  rozbawienia  w  jego  oczach.  Właści-

wie nawet się nie uśmiechnął, ale zrobił zabawny grymas, 

a w jego policzku utworzył się dołek i na chwilę Courtney 

straciła  oddech.  Dla  dodania  sobie  animuszu  pociągnęła 

kolejny łyk. 

background image

-  Dobrze  przynajmniej,  że  jesteś  szczera  -  przyznał  i 

nagle  jego  twarz  wyraźnie  spoważniała.  -  Albo  takie 

stwarzasz  pozory.  Wyglądasz  bardzo  skromnie  i  tak... 

schludnie  w  tych  zwiewnych  szatach.  Czy  to  możliwe, 

żebyś naprawdę była taka uczciwa i niewinna? 

-  Oczywiście  -  wypaliła  bez  ogródek,  poirytowana 

drżeniem  własnych  zmysłów  za  każdym  razem,  gdy  Lef-

teris na nią spojrzał. - Mówiłam ci już, że jestem zwyczajną 

dziewczyną. Przyjechałam tu, żeby gotować, ponieważ chcę 

spędzić  lato  na  Krecie.  Czy  może  być  coś  bardziej 
niewinnego? 

-  Gdybyś  naprawdę  była  taka  niewinna,  za  jaką  się 

uważasz,  nie  miałabyś  nic  wspólnego  z  Nikosem  Papada-
kisem - zauważył. 

Courtney  zaryzykowała  kolejny  łyk  rakii.  Trunek  rze-

czywiście  rozgrzał  ją  i  sprawił,  że  poczuła  przypływ  od-
wagi. 

-  O  ile  zrozumiałam,  jedyną  rzeczą,  jaką  masz  mu  do 

zarzucenia, jest wynajęcie domu na lato. Trudno się w tym 

dopatrywać winy - dziwiła się. 

-  Widziałaś, jak blisko są położone nasze domy. Nie ma 

innej  drogi  -  żeby  się  przedostać  do  Villa  Athina,  każdy 

musi  przejść  obok  mojego  tarasu,  a  nie  mogę  dopuścić, by 

przez całe lato naruszano moją prywatność. Szczególnie nie 

zniósłbym tutaj hord turystów z Anglii. 

-  Nie  rozumiem,  dlaczego  sprzedałeś  willę,  skoro  nie 

chcesz, żeby ktokolwiek mieszkał w pobliżu? 

-  Wcale  jej  nie  sprzedałem.  Dałem  ją  mojemu  bratu.  - 

Nagle  spojrzał  na  nią  zimnym,  nieugiętym  wzrokiem.  -To 

jego żona sprzedała dom Nikosowi, zanim wróciła do 

background image

Anglii.  Należała  do  tego  typu  dziewczyn,  które  zawsze 

wpędzają  wszystkich  w  kłopoty.  Ostrzegałem  Christosa, 

żeby  nie  żenił  się  z  Angielką,  miałem  wszelkie  powody, 

żeby jej nie ufać, ale on nie chciał słuchać. 

Z  jego  twarzy  biła  dziwna  zawziętość  i  Courtney  po-

czuła ulgę, gdy weszła Katina, która obwieściła, że kolacja 

jest  gotowa,  i  skinęła,  by  weszli  do  jadalni.  Courtney 

usiadła na końcu długiego stołu obok Lefterisa. 

Zerknęła na niego onieśmielona, zastanawiając się, dla-

czego  żyje  samotnie,  pławiąc  się  w  ewidentnym  zbytku. 

Chyba dobiega już czterdziestki i wszystko wskazuje, że 

powiodło mu się, jest bogaty. To dość dziwne, że nie ma 

żony. Jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, nic mu nie można 

zarzucić.  Przeciwnie,  przyznała  z  niechęcią,  był  niebez-

piecznie atrakcyjny z tą ciemną, zaciętą twarzą i władczą 

postawą. 

Co miał na myśli, mówiąc, że ma powody, by nie ufać 

Angielkom? Wmawiała sobie, że jest jej wszystko jedno, 

jeśli nawet traktuje ją tak, jak każdą inną dziewczynę z 

Anglii. Cóż, Lefteris jest głupio uprzedzony i nierozsądny, 

ale  przecież  to  nie  jej  problem.  W  każdym  razie  kolacja 

warta była poświęcenia, uznała, zajadając ryż z rodzynka-

mi otulony liśćmi winorośli i polany pysznym jogurtem. 

-  Jak  ci  się  podoba  Villa  Athina?  -  spytał  ze  złośliwą 

satysfakcją,  przyglądając  się,  jak  pochłania  jedzenie.  -

Chyba niezupełnie spełniła twoje oczekiwania? 

-  Da się w niej mieszkać, wystarczy ją tylko posprzątać 

- zapewniła, hardo unosząc podbródek. 

Nie  miała  zamiaru  się  przyznać,  jak  przygnębiające 

wrażenie zrobiła na niej willa. 

background image

-  Na  twoim  miejscu  nie  zawracałbym  sobie  głowy 

sprzątaniem  -  poradził,  nalewając  jej  wina  do  kieliszka.  -

Mówiłem  całkiem  poważnie:  nie  pozwolę,  by  Nikos  pa-

noszył  się  na  moim  terenie.  Pomijając  wszystkie  inne 

względy,  nie  jest  to  odpowiednie  miejsce  na  takie  przed-

sięwzięcie.  Ty  i  inni  niczego  nie  podejrzewający  angielscy 

turyści,  których  Nikos  naciągnął  na  dużą  kasę,  możecie 
mieć znacznie lepsze wakacje na wschodzie. Przecież sama 

mówiłaś, że chciałaś pojechać na wschód Krety. Wokół Agios 

Nikolaos toczy się prawdziwe nocne życie... 

-  Nie interesuje mnie nocne życie. Jedynym powodem, dla 

którego  chciałam  właśnie  tam  wyjechać,  jest  bliskość 

zabytków kultury minojskiej. 

-  Kultury minojskiej? -  Lefteris uniósł brwi, kompletnie 

zaskoczony. 

-  Chcę studiować archeologię - wyznała. 

Wpatrywał  się  w  nią  ze  zdziwieniem  i  wyraźnym  bły-

skiem zainteresowania/Jej włosy lśniły, odbijając światło, a 
oczy miały intensywną szaroniebieską barwę. 

-  Nie wyglądasz na dziewczynę, która siedzi z nosem w 

książkach. 

-  Bo nie siedzę - przyznała. - Zawsze chciałam zgłębiać 

kulturę minojską, a zwłaszcza gdy przeczytałam legendy o 
Tezeuszu,  Minotaurze  i  labiryncie  w  Knossos.  -Wysunęła 

twarz do przodu, nie zdając sobie sprawy, ile uroku dodał 
jej entuzjazm. - W tym właśnie celu przyjechałam na Kretę. 

Zamierzałam  podjąć  studia  i  specjalizować  się  w  tym 

temacie,  ale  na  razie  nie  spełniam  wymogów.  Nigdy  nie 

miałam szczęścia do egzaminów, ale tym razem, jeśli tylko 

uzyskam odpowiednią wiedzę podczas 

background image

pobytu na Krecie, po powrocie odważę się przynajmniej 

odbyć rozmowę kwalifikacyjną, 

-  Tym  bardziej  uważam,  że  powinnaś  się  udać  na 

wschód Krety - zauważył. Patrzył na nią i nagle uświado-

miła  sobie,  że  Lefteris  wyraźnie  skrywa  jakieś  głębsze 

uczucia pod pozorem obojętności. - Tam właśnie znajdują 

się najwspanialsze zabytki minojskie. 

-  Wiem o tym - przyznała i z jej twarzy zniknął błysk 

entuzjazmu.  - Kiedy przyjmowałam tę pracę, zapewniano 

mnie,  że  zostanę  wysłana  niedaleko  Knossos.  Planowa-

łam,  że  zrobię  zakupy  i  przygotuję  wszystko  rano,  a  po 

południu miałabym czas na zwiedzanie. Liczyłam, że uda 

mi się nawiązać kontakty i po zakończeniu pracy dołączy-

łabym do jakiegoś zespołu zajmującego się wykopaliska-

mi.  Tymczasem  przysłali  mnie  tutaj.  Wprawdzie  tu  jest 

pięknie,  ale  Białe  Góry  nie  obfitują  w  zabytki  kultury 
minojskiej! 

-  Wobec  tego  zasłużyłem  na  twoją  wdzięczność  -  za-

uważył. 

-  Wdzięczność? Niby za co? 
-  Jeśli goście nie przyjadą, będziesz mogła wyjechać i 

badać ślady Minosa, ile dusza zapragnie. 

-  Nie stać mnie na to - powiedziała, obracając kieliszek 

w dłoni. - Ta praca to dla mnie jedyna szansa. Oszczędza-

łam,  by  tu  przyjechać,  ale  nie  udało  mi  się  zaoszczędzić 

wystarczającej sumy, więc bardzo się ucieszyłam, gdy nada-

rzyła się okazja podjęcia pracy w „Poznaj Kretę". Wszystko 

wydawało się absolutnie doskonałe. - Rzeczywiście, kiedy 

przeczytała  w  gazecie  ogłoszenie,  potraktowała  je  jak 

odpowiedź na swoje modlitwy. - Dali mi bilet i co dwa 

background image

tygodnie  będą  wypłacali  pensję.  W  takim  miejscu  jak 

Agios  Giorgios  przynajmniej  nie  będę  miała  tylu  pokus 

wydawania  pieniędzy,  mam  więc  nadzieję,  że  zdołam  za-

oszczędzić,  by  zostać  jeszcze  jakiś  czas  po  zakończeniu 
sezonu. Obiecali mi powrotny bilet otwarty do Londynu. 

-  Ale  dopóki  nie  spełnią  obietnic,  nie  masz  pieniędzy 

i nie masz biletu na powrót do domu? 

Courtney zarumieniła się. Mówił jak jej ojciec, kiedy był 

zły  i  wprost  nie  mógł  uwierzyć,  że  można  być  tak 
naiwnym. 

-  Mam trochę pieniędzy. 
-  Starczy ci na bilet do domu? 
-  Nie  będzie  mi  potrzebny  -  odcięła  się,  pociągając  łyk 

wina.  Nie  mogła  powiedzieć  Lefterisowi,  że  wystarczy  jej 

najwyżej  na  utrzymanie  do  przyjazdu  pierwszej  grupy  tu-

rystów.  Ale  w  firmie  zapewniono  ją,  że  przedstawiciel, 

który  przywiezie  turystów,  zapłaci  jej  za  pierwsze  dwa 
tygodnie pracy. - A kiedy wreszcie zacznę zarabiać, starczy 
mi na wszystko. 

Na drugie danie Kalina zaserwowała kotlety jagnięce w 

łagodnym sosie z karczochów. Courtney skoncentrowała się 

na jedzeniu, starając się odrzucić wszelkie myśli o firmie 

„Poznaj Kretę". W gruncie rzeczy niewiele o niej wiedziała. 

Rozpaczliwie  pragnęła  wyjechać  na  Kretę,  więc  podjęła 

decyzję  bez  zastanawiania  się,  w  obawie,  że  straci  zimną 

krew i ustąpi rodzicom, którzy odradzali jej ten wyjazd. 

Lefteris  również  milczał,  widocznie  musiał  przemyśleć 

pewne  kwestie,  ale  kiedy  Katina  przyniosła  dwie  filiżanki 

kawy, odsunął krzesło i wstał. 

background image

-  Wypijmy  kawę  na  tarasie,  żeby  Katina  mogła  tu  po 

sprzątać. 

Courtney uśmiechnęła się do Katiny. 

-  Efharisto  -  powiedziała  z  dumą,  że  udało  jej  się  za 

pamiętać  kilka  słów  po  grecku.  -  Dziękuję,  kolacja  była 
pyszna! - Poklepała się po brzuchu na znak uznania, a ura- 

dowana Katina odwzajemniła uśmiech. 

Odwracając się znów do Lefterisa, Courtney zauważyła, 

że  obserwuje  ją  uważnie  z  dziwnym,  dość  zagadkowym 

wyrazem twarzy. Wzruszając ramionami, podążyła za nim 
na taras. 

Courtney  przywiązywała  dużą  wagę  do  jedzenia,  nic 

więc  dziwnego,  że  po  wspanialej  kolacji  poprawił jej  się 

humor  i  wzrosła  pewność  siebie.  Nie  żałowała  już,  że 

przyszła. Dla takiego posiłku warto było zignorować wro-

gość  Lefterisa. Teraz pozostało tylko kurtuazyjne wypicie 

kawy i opuści ten dom, by nie pojawić się w nim do końca 

lata.  Kiedy  Lefteris  przekona  się,  że  jest  skromna  i  nie 
narzuca się, po prostu zaakceptuje sytuację. 

Na  zewnątrz  panował  chłód,  noc  była  cicha,  rozświet-

lona srebrzystym światłem księżyca. Courtney usiadła na 

rzeźbionej  ławie  i  nasłuchiwała  pohukiwania  sowy.  Zale-

dwie  minutę  wcześniej  była  przekonana  o  zyskaniu  pew-

ności siebie, a jednak znów czuła rosnące napięcie. 

Lefteris rozparł się obok niej na ławie, z maleńką fili-

żanką  kawy  w  ręku.  Patrząc  na  niego,  Courtney  poczuła 

pulsowanie  ręki  w  miejscu,  gdzie  niedawno  ją  trzymał. 

Usiłowała  skoncentrować  się  na  kawie,  ale  jej  oczy  wę-

drowały wciąż ku jego profilowi. To dziwne, ale choć znali 

się tak krótko, ta twarz wydała jej się bliska. 

background image

Cóż ona o nim wie? Tyle tylko, że wprawia ją w zakło-

potanie. Niełatwo zrozumieć twardego człowieka gór, który 

wyłonił  się  znienacka  na  stoku,  a  teraz  przeistoczył  w 

bogatego biznesmena. Było w nim coś ostrego, jakaś dzika 

duma i arogancka pewność siebie, która tak ją raziła, ale gdy 

przypomniała  sobie  jego  uśmiech,  albo  ledwo  skrywane 

rozbawienie,  które  raz  czy  dwa  razy  dostrzegła  w  jego 
oczach, nie mięła wątpliwości, że pragnie go poznać bliżej. 

Nagle odwrócił głowę i przyłapał ją na gorącym uczynku. 

Courtney  była  pewna,  że  zauważył,  iż  go  obserwuje.  Na 

szczęście w ciemności nie mógł dostrzec jej rumieńców. 

-  Jesteś  taka  zamyślona  -  powiedział,  gdy  pospiesznie 

odwróciła głowę. 

-  Myślałam  właśnie  o  tobie  -  powiedziała  szczerze, 

przestraszona własnymi słowami. - Czym się zajmujesz? 

-  Chciałaś  raczej  zapytać,  ile  jestem  wart?  -  skomen-

tował  ostro.  -  Jestem  pewien,  że  wypytałaś  o  wszystko, 
zanim tu przyjechałaś. A może zainteresowanie pojawiło się 

dopiero teraz, gdy zobaczyłaś mój dom? 

-  Po prostu to, co widzę, niezupełnie zgadza się z moimi 

oczekiwaniami - przyznała. 

-  Jestem  biznesmenem,  skoro  już  musisz  wiedzieć.  Po-

siadam firmę, prawdę mówiąc, kilka firm. 

-  Co  to  za  firmy?  -  drążyła,  podejrzewając,  że  Lefteris 

celowo mówi obcesowym tonem, by nie śmiała pytać o 

szczegóły. 

-  Głównie  finansowe,  ale  mam  też  udziały  w  przedsię-

biorstwach łączności, nieruchomości i agencji podróży... no 

i oczywiście żeglugi. 

background image

Courtney udała, że nie robi to na niej wrażenia. Tylko 

magnat mógł mówić o tym tak swobodnie i bezceremo-
nialnie. 

-  Czyżbyś  już  żałowała,  że  nie  starałaś  się  być  dla 

mnie  milsza?  -  szydził,  błędnie  odczytując  wyraz  jej 
twarzy.  -  Zaczęłaś  bardzo  obiecująco  dziś  wieczorem, 

gdy stanęłaś, niezwykle pociągająca, w drzwiach mojego 

domu.  Od  razu  pomyślałem,  że  wiesz,  kim  jestem, 

chociaż zaszkodziłaś samej sobie, nie mogąc powstrzymać 

złości, prawda? Musisz się zdobyć na daleko idącą uprzej-

mość, jeśli chcesz się znaleźć bliżej mojej książeczki cze-
kowej ! 

-  Nie obchodzisz mnie i mam w nosie twoje pieniądze - 

powiedziała,  pobladła  ze  złości.  Ostrożnie  postawiła  na' 

ławie  filiżankę  i  wstała.  -  Jestem  wdzięczna  za  kolację, 

ale nie widzę powodu, by tracić więcej czasu i silić się na 

uprzejmość wobec kogoś, kto jest tak nieprzyjemny i cho-

robliwie uprzedzony! Nawet jeśli poznałeś jakąś niesym-

patyczną  Angielkę,  czy  nawet  kilka  takich  Angielek,  to 

wcale nie znaczy, że wszystkie takie jesteśmy! 

-  Czyżby?  -  Podniósł się  również  i  stali  teraz  niebez-

piecznie blisko. - Nie powiesz mi chyba, że będziesz upar-

cie próbowała zmienić moje poglądy na temat dziewczyn 
z twojego kraju? 

-  Uważam  po  prostu,  że  to  niegodziwe  źle  osądzać 

mnie i tym samym wszystkich gości, którzy przyjadą do 
Villa  Athina  tylko  dlatego,  że  rozczarował  cię  ktoś,  kto 
akurat pochodzi z tego samego kraju - wyrzuciła z siebie, 

wsuwając  niesforny  kosmyk  włosów  za  ucho,  co  świad-

czyło o ogromnym zdenerwowaniu. 

background image

-  Wolę  opierać  swoje  opinie  na  własnych  doświadcze-

niach - odparł. - Jak dotąd nie udało mi się dostrzec sym-

patycznej  dziewczyny,  za  jaką  chcesz  uchodzić.  W  jaki 

sposób udowodnisz mi, że taka właśnie jesteś? 

-  Może kiedy będę tu przez całe lato, sam się przekonasz 

- powiedziała odważnie. 

Bliskość Lefterisa wywołała poruszenie w jej sercu. W 

obawie,  by  nie  usłyszał,  jak  mocno  bije,  cofnęła  się  o 

krok,  ale  wtedy  chwycił  jej  nadgarstki  tak  mocno  jak 

przedtem i przyciągnął ją do siebie. 

-  Może  nie  trzeba  na  to  aż  tyle  czasu  -  rzekł,  unosząc 

jej twarz ku swojej. 

Spojrzała  mu  w  oczy,  ale  miał  nieodgadniony  wyraz 

twarzy. Nagle poczuła jego usta na swoich wargach. 

background image

 
 
 
 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Courtney rozchyliła usta i poddała się obezwładniającej 

pieszczocie.  Jak  mogła  kiedykolwiek  pomyśleć  o  jego 

ustach, że są zawzięte? Takie ciepłe i natarczywe... 

Nie była w stanie bronić się, przywarła więc do niego. 

Każdy jego dotyk wprawiał ją w ekstazę. Chciała się od-

sunąć, ale zdradzieckie pożądanie obezwładniło ją i po-

pchnęło głębiej w jego ramiona. 

Lefteris podniósł  głowę ze zduszonym okrzykiem i 

przez chwilę przypatrywali się sobie, ciężko oddychając. 

- Dobry początek, Courtney - odezwał się wreszcie. 

- Ale jeden pocałunek nie załatwi sprawy, nie wystarczy, 

by przekonać mnie, że różnisz się od innych! 

Oszołomiona, nie bardzo rozumiejąc, o co chodzi, pa-

trzyła na niego szeroko otwartymi oczami, aż nagle wró-

ciła jej świadomość. Pocałował ją, żeby udowodnić swoje 

przeklęte racje, a ona przytuliła się do niego jak idiotka! 

Właściwie niemal nie znała tego człowieka, a to, co o nim 

wiedziała,  nie  zasługiwało  na  aprobatę.  Jak  mogła  po-

zwolić mu pocałować się w taki sposób? Jak mogła od-

wzajemniać pocałunki? 

Cofnęła się o krok, przyciskając ręce do rozpalonych 

policzków. 

background image

-  P-pójdę już - wyjąkała. 
-  Faktycznie, lepiej zrobisz, jak sobie pójdziesz. 

Nagle uświadomiła sobie, że Lefteris uznał całą sytuację 

za  zabawną.  Słyszała  kpinę  w  jego  głosie,  widziała 

charakterystyczne  skrzywienie  ust,  którego  tak  nie  znosiła. 

Bawił się jej kosztem, śmieszyło go to, że jej krucha pew-

ność  siebie  zniknęła,  gdy  tylko  musnął  jej  usta,  i  bez 

oporów  stopniała  w  jego  ramionach,  poddając  się  poca-

łunkom. 

Poczuła  narastającą  nienawiść  do  Lefterisa.  Już  chciała 

wyjaśnić, że nigdy w życiu nie całowałaby się z nim, ale 

nawet  nie  zdążyła  zastanowić  się,  co  się  dzieje...  Jednak 
nie  mogła  wydobyć  z  siebie  ani  słowa.  Zrobiła  chwiejny 

krok do tyłu, po czym odwróciła się i pospiesznie zbiegła 

po schodach, a potem pędem puściła się przez sad do Villa 
Athina. 

Wyciągnęła  ostatni  materac  na  taras  i  powiesiła  go 

obok  pozostałych,  żeby  się  wywietrzył.  W  słoneczny 

dzień pokoje wydawały się jeszcze bardziej zaniedbane i 

brudne,  ale  przynajmniej  perspektywa  sprzątania  oddaliła 

jej  myśli  od  Lefterisa.  Miała  wrażenie,  że  spali  się  ze 

wstydu i upokorzenia za każdym razem, gdy przypominała 
sobie  jego  pocałunki.  Dlaczego  to  zrobił?  Żeby  udo-

wodnić, w jak znikomym stopniu działa na niego Angielka, 

czy  po  prostu  po  to,  by  upokorzyć  ją  tak  dalece,  żeby 

szybko  wyjechała?  Jeśli  tak,  to  grubo  się  mylił.  Nic  nie 

mogło bardziej zmobilizować jej do pozostania. Zostanie 

choćby  po  to,  żeby  mu  udowodnić,  jak  mało  on  ją 
obchodzi! 

background image

Otwierając na oścież wszystkie okiennice, zdecydowała, 

że zrobi wszystko, aby zamienić Villa Athina w miejsce, 

do  którego  Anglicy  będą  ściągać  rok  po  roku,  na  złość 

Lefterisowi. Znalazła miotłę i powymiatała kurz w poko-

jach i na tarasie, a potem zmagała się z materacami. Były 

strasznie  ciężkie  od  wilgoci.  Jej  twarz  poczerwieniała  ze 

zmęczenia, gdy je wyniosła. Wyprostowała się, by otrzeć 

pot z czoła i zaczerpnąć trochę tchu, a przy okazji podzi-

wiać widok roztaczający się z tarasu. 

Niebo  miało  głęboką  barwę  błękitnego  hiacyntu,  a 

wszystko  wokoło  tonęło  w  słońcu.  Po  prawej  stronie 

Białe  Góry  połyskiwały  w  tym  świetle,  a  wśród  drzew 

pomarańczowych  powiewał  lekki  wietrzyk,  niosąc  ich 

słodki, lekko mdły zapach. 

Lefteris nie pokazywał się. Courtney była zła na siebie, 

bo  za  każdym  razem,  gdy  wynosiła  materac  na  taras, 

nie mogła się powstrzymać, by nie zerknąć w stronę jego 
domu. 

Już  miała  się  odwrócić,  gdy  zauważyła  kogoś  wśród 

drzew. Serce podskoczyło jej z radości, ale to nie był on, 

lecz ktoś obcy, równie ciemnowłosy i z taką samą oliwko-

wą cerą. Ubrany był w nieskazitelnie czystą koszulę  z 

krótkimi  rękawami  i  jasne  spodnie.  Nawet  okulary  pa-

sowały do ubrań. 

Szedł  wśród  drzew,  a  potem  ruszył  po  schodach  do 

Villa Athina. 

- Zapewne to ty jesteś Courtney - odezwał się z miłym 

uśmiechem, podając jej rękę. - Witam. Nazywam się Ni-
kos Papadakis. 

Courtney wytarła ręce o dżinsy i odwzajemniła uścisk 

background image

dłoni, próbując ukryć zdziwienie. Cóż takiego mogło wy-

wołać  nienawiść  Lefterisa  do  człowieka  o  tak  miłej  po-

wierzchowności? To kolejny dowód na brak rozsądku Lef-

terisa,  pomyślała z  goryczą,  uśmiechając się pogodnie do 

Nikosa,  a  jednocześnie marząc, by  Lefteris  pojawił  się 

w tej właśnie chwili i przekonał, jaka potrafi być urocza 

dla kogoś, kto na to zasługuje. 

-  Przepraszam  za  nieodpowiedni  strój,  ale  nie  spodzie-

wałam się jeszcze gości - usprawiedliwiła się, gestem ręki 

wskazując na znoszone dżinsy. 

-  Widzę,  że  już  ciężko  pani  pracuje  -  powiedział  z 

uznaniem.  -  Niestety,  dom  nie  został  przygotowany  na 

przyjęcie  wczasowiczów,  dlatego  prosiliśmy,  żeby  pani 

przyjechała trochę wcześniej. 

-  Mam  jeszcze  dziesięć  dni  do  przyjazdu  pierwszej 

grupy. Zdążę wszystko przygotować. 

-  Wspaniale. Nasza firma miała szczęście, zatrudniając 

panią. 

Nikos został z nią około dziesięciu minut. Miała ochotę 

zapytać  go,  dlaczego  Lefteris  jest  tak  bardzo  przeciwny 

wynajmowaniu domu, ale ponieważ sam nic na ten temat 

nie  wspomniał,  pomyślała,  że  może  cała  ta  sprawa  była 

wytworem wyobraźni Lefterisa. 

Odprowadzając go do bramy, za którą zaparkował czer-

wonego mercedesa, myślała o swojej sytuacji finansowej. 

Gdyby chciała kupić wszystkie potrzebne środki czyszczące, 

to w krótkim czasie zostanie bez grosza. Zastanawiała się 

więc,  czy  wypada  poprosić  o  zaliczkę.  Myślała  gorącz-

kowo, jak sformułować prośbę, gdy zza rogu wyłonił się 

samochód Lefterisa. 

background image

Było to ich pierwsze spotkanie od czasu, gdy ją poca-

łował. Rozpaczliwie pragnęła zachowywać się swobodnie, 

ale wyprowadzało ją z równowagi niechlujne ubranie, po-

targane  włosy  i  absurdalne  poczucie  winy  spowodowane 

tym, że stoi obok Nikosa. 

W  przeciwieństwie  do  niej  Lefteris  zachował  zimną 

krew. Twarz wydawała się rzeźbiona w  granicie,  a oczy 

patrzyły zimno i nieugięcie, gdy przenosił wzrok z Court-
ney na Nikosa. 

-  Co sądzisz  o moich planach?  -  zwrócił się  Nikos  do 

Lefterisa. Mówił prowokacyjnym tonem, a co gorsza, ob- 

jął  Courtney  swobodnym,  intymnym  gestem.  -  Piękny 

stary dom w sercu kreteńskich gór, ze śliczną dziewczyną 

z Anglii, która będzie  prowadziła  wyśmienitą  kuchnię do 

mową. Turyści będą ściągali tłumnie, zobaczysz. Nie mam 

wątpliwości, że mój pomysł wypali, zwłaszcza z tak uro- 

czą hostessą jak Courtney. 

Twarz  Lefterisa  wyrażała  tak  głęboką  pogardę,  że 

Courtney, wbrew  wcześniejszym zamysłom, przytuliła się 

do Nikosa i uśmiechnęła. Niech Lefteris zobaczy, jak mało 

ją obchodzi, co on sobie o niej pomyśli! 

-  Każdy  plan  może  ponieść  fiasko.  -  Głos  Lefterisa 

był twardy i zimny jak skała. - Kto jak kto, ale ty powi-

nieneś o tym pamiętać. 

-  Jeśli moje plany zawodzą, to tylko przez ciebie - od-

parł  Nikos  głosem  ochrypłym  z  wściekłości.  -  Ty  pocią-

gasz za sznurki finansowe i wszyscy są na twoje zawoła-

nie. Ale tym razem nie zdołasz popsuć mi szyków! Villa 

Athina należy do mnie i nikt, nawet ty, nie może się wtrą-

cać w to, co z nią zrobię. 

background image

-  Nie licz na to. Namówiłeś  Lindę, żeby  ci  sprzedała 

dom,  ale  nie  posiadasz  ziemi  wokół  niego  i  nigdy  nie 

stanie się ona twoja własnością. A teraz wynoś się z mo- 
jego terenu. 

Nikos  odwrócił  się,  ostentacyjnie  ujmując  rękę 

Courtney. 

-  Najwyraźniej  nie  jestem  tu  mile  widziany.  Włożyłaś 

już  sporo  pracy  w  przygotowanie  domu,  Courtney.  Gdy 

byś  miała  jakiekolwiek  kłopoty  -  spojrzał  znacząco  na 
Lefterisa - przyjedź do mnie. - Wyjął z kieszeni wizytów- 

kę.  -  To  mój  adres.  Przyjedź,  gdy  tylko  będziesz  miała 

ochotę. 

Czując na sobie spojrzenie Lefterisa, Courtney uśmiech-

nęła się promiennie do Nikosa. 

-  Bardzo  chętnie  -  zapewniła  z  przesadną  serdeczno- 

ścią. - Świadomość, że mam tu choć jedną przyjazną du- 

szę, bardzo wiele dla mnie znaczy, naprawdę. Postaram 

się wkrótce zajrzeć do pana. 

Wystarczyło jednak, by czerwony mercedes zniknął za 

zakrętem,  by  cała  jej  buta  ulotniła  się.  Udając  brawurę, 

której wcale nie czuła, podeszła do bramy z wysoko pod-

niesioną głową. 

-  Sądziłem,  że  nie  znasz  Nikosa...  -  powiedział  Lef-

teris. 

-  Nie  znałam.  Ale  teraz  już  go  znam.  -  Mijając  go, 

zaryzykowała i spojrzała mu w oczy. Patrzył hardo, a jego 

twarz wyrażała groźbę i zarazem dojmujący smutek. - Nie 

rozumiem, dlaczego jesteś taki podejrzliwy  wobec  niego. 

Przecież jest bardzo sympatyczny - dodała. 

Lefteris roześmiał się gorzko. 

background image

-  Bardzo  sympatyczny  -  powtórzył.  -  Wierz  mi,  Ni-

kos Papadakis nie ma ani jednej sympatycznej cechy cha-
rakteru. 

-  Wolę opierać opinie na własnych doświadczeniach  -

powtórzyła słowa, które powiedział dzień wcześniej. 

-  Szybko  go  polubiłaś  -  skomentował  surowo.  -  Musi 

mieć w sobie coś, co szczególnie podoba się Angielkom. 

Może  rozpoznajecie  w  nim  pokrewną  duszę  i  kamienne 

serce pod piękną powłoką? 

-  On przynajmniej nie groził mi, że stracę pracę. 
-  Zapewniam  cię,  że  z  mojej  strony  nie  są  to  czcze 

groźby  -  powiedział  i  wszedł  po  schodach  do  swojego 
domu. 

Courtney wyrównała ostatni koc i cofnęła się do drzwi, 

by stamtąd ogarnąć spojrzeniem cały. pokój. Ciężko pra-

cowała  przez  cały  tydzień  i  wreszcie  dom  gotów był  na 

przyjęcie pierwszych gości. Pozamiatała podłogi i wypo-

lerowała meble. Pościel została wywietrzona, aż pachniała 

od słońca.  Taras zdobiły  pelargonie, które otrzymała od 
Dymitry. 

Codziennie  chodziła  wyboistą  ścieżką  do  Agios  Gior-

gios i odwiedzała Dymitrę. Staruszka częstowała ją kawą 

i słodkimi ciasteczkami, a potem siadała z westchnieniem 

na łóżku, pocierała kolana i opowiadała Courtney o artre-

tyzmie  albo  pokazywała  podniszczone  zdjęcia  wnuków. 

Courtney znała zaledwie kilka zwrotów po grecku, a jed-

nak  rozumiały  się,  a  dzięki  Dymitrze  z  każdym  dniem 

wzbogacała  słownictwo  i  poprawiała  wymowę.  Kiedy 

wychodziła, Dymitra zawsze jej coś dawała: jajka, śmie- 

background image

tanę  lub  sadzonki  pelargonii,  które  Courtney  przesadzała 

do zardzewiałych puszek po oliwie. 

Polubiła codzienne wyprawy do wioski. Był tam sklep 

mięsny,  piekarenka,  w  której  stały  kosze  pełne  ciepłych 

jeszcze bochnów  chleba, i ciemny,  przypominający  jaski-

nię sklep zapełniony workami z mąką, proszkiem do pra-

nia, margaryną i wielkimi puszkami sera feta. 

Na środku wioski był kafenion, gdzie starcy siedzieli pod 

ogromnym rozłożystym platanem i bez końca grali w tryk--

traka.  Z  początku  Courtney  przerażały  ich  surowe,  stare 

twarze, aż do dnia, w którym zdobyła się na odwagę i przy-

witała z nimi, na co zareagowali serdecznymi uśmiechami. 

-  Jassas!  -  odpowiedzieli,  a  Petros,  balansujący  wśród 

nich z maleńką filiżanką na cynowej tacce, przerwał wycie-

ranie stolika i uniósł ściereczkę, by ją również powitać. 

Czasami  Courtney  ze  zdziwieniem  uświadamiała  sobie, 

że  zdążyła  zapomnieć  o  swoich  planach  zbadania  zabyt-

ków  architektury  minojskiej  we  wschodniej  części  Krety. 

Wracała, nie spiesząc się, do willi. Przynosiła smakowicie 

pachnący chleb, stąpała w sandałach po spękanej od słońca 

ścieżce, słuchając brzęczących wśród maków trzmieli, tak 

ciężkich,  że  kiedy  siadały  na  płatkach,  kwiaty  pochylały 

się  pod  ich  ciężarem.  W  powietrzu  unosił  się  zapach 

stokrotek  zmieszany  z  wonią  jasnofioletowych  dzikich 

kwiatów  geranium,  kwitnących  na  kamienistej ziemi  po-

między kępkami oregano, mlecza i ostu, a nad wszystkim 

górowały jasnożółte główki wielkiego kopru. 

W miarę jak mijały dni i nie kontaktował się z nią ani 

Nikos, ani Lefteris, Courtney uspokajała się. 

Raz tylko, gdy wyszła na taras, by na chwilę odetchnąć 

background image

po sprzątaniu, dostrzegła Lefterisa wśród drzew. Szedł 

w stronę bramy, ubrany w garnitur i krawat, ale tylko na 

mgnienie  oka  spojrzał  w  jej  kierunku.  Wróciła  więc  do 

kuchni i zajęła się szorowaniem drewnianego stołu. 

Innym razem zobaczyła grupę eleganckich mężczyzn 

i wytwornych kobiet, sunących po schodach na taras do-

mu  Lefterisa,  a  potem  ich  śmiech  do  późnej  nocy  roz-

brzmiewał ponad drzewami. Leżąc w łóżku, przewracała 

się z boku na bok, przykrywała głowę poduszką, to znów 

odrzucała ją, zła na siebie, że myśl o Lefterisie wciąż nie 

daje jej spokoju. Zapewne teraz zabawia gości i negocjuje 

multimilionowe  transakcje  z  mężczyznami,  obdarowując 

piękne kobiety czarującym uśmiechem. 

Wreszcie wszystko było gotowe. Courtney po raz ostat-

ni wygładziła koc i weszła do kuchni, by sprawdzić listę 

zakupów, którą zostawiła na stole. Ułożyła menu w naj-

drobniejszych szczegółach, teraz pozostało jej tylko kupno 

wszystkich składników. Niestety, w tym celu musiała się 

wybrać na rynek w Chani. 

Drżała na myśl o prowadzeniu samochodu. Mechanik 

co prawda wymienił opony, ale gdy wybrała się na jazdę 

próbną, samochód szarpał tak nieznośnie, że zawróciła do 

domu i od tamtej pory w ogóle nie jeździła. Przez dłuższą 

chwilę  trzymała  w  ręku  kluczyki,  pełna  wątpliwości. 
Wreszcie chwyciła torbę i ruszyła do bramy. 

U stóp schodów stał Lefteris. Sprawdzała właśnie listę, 

zastanawiając  się,  czy  czegoś  nie  zapomniała,  więc  nie 

zauważyła go do chwili, gdy stanęli na wprost siebie. Na 

sam jego widok poczuła ucisk w sercu. Zdążyła już zapo-

mnieć, jak bardzo na nią działa sama jego obecność. 

background image

-  Nie  zauważyłam  cię  -  wyjaśniła  ledwo  słyszalnym 

głosem, łudząc się, że Lefteris jej dziwną reakcję przypisze 
zaskoczeniu. 

-  Zapewne  wybierasz  się  na  spotkanie  z  sympatycz-

nym przyjacielem Nikosem? - drwił, spoglądając na klu-

czyki, które trzymała w ręku. 

-  Jadę  do  Chani  na  zakupy  -  wyjaśniła,  siląc  się  na 

obojętny ton. Wolała, żeby Lefteris wiedział, że wszystko 
idzie  zgodnie  z  planem.  -  Pojutrze  przyjeżdża  pierwsza 
grupa. 

-  Możesz  sobie  darować  tę  wyprawę.  Nikt  nie  przy-

jedzie. 

-  Co ty wygadujesz?! - Courtney wpatrywała się w 

niego z niedowierzaniem. 

-  Firma „Poznaj Kretę" zbankrutowała. Czyżby cię je-

szcze nie powiadomili? 

-  Nie wierzę. Na pewno by mnie poinformowali. 

Wzruszył ramionami z nieznośną obojętnością. 

-  Przecież  możesz  sama  zapytać  Nikosa.  Nietrudno 

zauważyć,  że  skłonna  jesteś  uwierzyć  we  wszystko,  co 

mówi. 

-  Nie  muszę  go  pytać!  -  wybuchnęła.  -  Ty  kłamiesz! 

Celowo chcesz mnie zmusić do wyjazdu, zanim przyjadą 

wczasowicze, bo wtedy firma będzie musiała zawieźć ich 
gdzie indziej! - krzyczała. - Nie myśl sobie, że napędziłeś 

mi strachu. Nie dam się nabrać! 

-  Wcale nie próbuję cię straszyć. Sugeruję tylko, że nie 

ma sensu, byś wydawała pieniądze na zapasy żywności, 

które nie będą potrzebne. 

Courtney rzuciła mu pełne nienawiści spojrzenie i wy- 

background image

biegła, zatrzaskując bramę. Nie jest idiotką, nie uwierzy 

we wszystko, co on mówi! Wściekła się jeszcze bardziej, 

gdy wyszedł, by patrzeć, jak wsiada do samochodu. Z tru-

dem znosząc jego krytyczne spojrzenie, mocowała się z 

biegami,  aż  zgasł  jej  silnik.  Obwiniając  za  to  Lefterisa, 

mamrotała coś pod nosem, wreszcie uruchomiła właściwy 

bieg i ruszyła. 

Nikos mieszkał w ogromnym domu położonym na wy-

sokiej skarpie nad rzeką. Courtney usłyszała jego głos, gdy 

tylko przestąpiła próg. Rozmawiał z kimś wściekłym to-

nem, a kiedy wprowadzono ją do salonu, zawahała się, 

z trudem rozpoznając wykrzywioną złością twarz mężczy-

zny, który wydał jej się niedawno tak sympatyczny. 

Było  oczywiste,  że  nie  spodziewał  się  jej,  ale  zrobił 

heroiczny  wysiłek,  aby  opanować  wściekłość,  gdy  tylko 

stanęła w drzwiach. 

-  Courtney - powitał ją z uśmiechem, choć nie patrzył 

jej prosto w oczy. - Cóż za przyjemna niespodzianka! 

-  Przyszłam  nie  w  porę  -  powiedziała  z  zakłopota-

niem. - Ale musiałam, bo... Dowiedziałam się od Lefterisa, 

że  firma  „Poznaj  Kretę"  zbankrutowała.  Oczywiście,  nie 

uwierzyłam  mu,  ale  potem  pomyślałam,  że  powinnam 

przyjechać  i  porozmawiać  o  tym...  -  Urwała,  gdy  zoba-

czyła wyraz jego twarzy. 

-  Niestety,  to  prawda  -  przyznał.  -  Sam  przed  chwilą 

się o tym dowiedziałem. 

Courtney opadła na krzesło. 

-  Ale... co się stało? - szepnęła przerażona. 
-  Lefteris Markakis może ci to przedstawić lepiej niż 

background image

ja - rzekł Nikos, patrząc mściwie przez okno w kierunku 
Agios Giorgios. - To jego sprawka. 

-  To  niemożliwe!  -  Courtney  nie  chciała  przyjąć  do 

wiadomości, że nie będzie wczasowiczów, pracy ani lata 

spędzonego na Krecie. 

-  Lefteris  Markakis  może  zrobić,  co  mu  się  żywnie 

podoba  -  rzekł  Nikos  z  goryczą.  -  Jest  znacznie  bardziej 

wpływowym człowiekiem, niż przypuszczasz. Czy  wiesz, 

ile posiada przedsiębiorstw? Ktoś, kto aż tak się wzboga-

cił, musi być bezwzględny w dążeniu do osiągnięcia swo-

ich celów. Z chwilą kiedy poznał nazwę firmy, wystarczy-

ło, by zadzwonił, szepnął słówko kilku osobom w świecie 

biznesu, którym zależy na trzymaniu z nim sztamy, i szlag 

trafił naszą firmę! 

-  Ale  dlaczego?!  -  krzyknęła.  -  Wiem,  że  nie  chciał, 

żeby  turyści  przechodzili  przez  jego  ogród,  ale  przecież 

mogliśmy jakoś  rozwiązać ten  problem.  Nie sprawialiby-

śmy mu kłopotu. 

-  Nie rozumiesz, do czego on zmierza, prawda? - Ni-

kos roześmiał się gorzko. - Ten wyszukany wizerunek to 

tylko pozory, w gruncie rzeczy to bandyta, jak cała jego 

rodzina. Nasze rodziny od wielu pokoleń żyją w nienawi-

ści.  Doprowadzenie  do  bankructwa  firmy,  w  którą  zain-

westowałem,  to  tylko  kolejny  krok  w  jego  osobistej 

wendecie, wymierzonej we mnie. To już trzecia moja fir-

ma, którą zrujnował. 

-  Uważa  pan,  że  zadał  sobie  tyle  trudu,  by  doprowa-

dzić firmę „Poznaj Kretę" do bankructwa i pozbawić jej 

pracowników posad tylko po to, żeby zdobyć nad panem 

przewagę? 

background image

-  To  oczywiste  -  zapewnił  Nikos.  -  Lefteris  Markakis 

nie dba o nikogo. Jest bezwzględnym biznesmenem. 

Courtney przez chwilę wpatrywała się w Nikosa, potem 

wstała i ruszyła do drzwi. 

-  Dokąd idziesz? 
-  Muszę mu wygarnąć, co o nim myślę! 
-  Sądzisz,  że  to  rozsądne?  Potrafi  być  niebezpieczny, 

kiedy mu się nadepnie na odcisk. Już ja to wiem najlepiej. 

-  Guzik mnie obchodzi, czy to rozsądne, czy nie - wy-

cedziła przez zęby. - Jadę do niego. 

Nikos przyjrzał się jej badawczo. 

-  Skoro tak ci na tym zależy, podwiozę cię - zapropo-

nował, biorąc kluczyki ze stołu. 

-  Nie trzeba. Przyjechałam tu samochodem. 
-  Przykro  mi, ale muszę zatrzymać  ten  samochód.  Te-

raz, gdy nasi bankierzy wycofali wsparcie, mamy tak mały 

kapitał... 

-  Oczywiście  -  zgodziła  się  skwapliwie.  -  Przepra-

szam, zapomniałam, że pan stracił znacznie więcej niż ja. - 

Oczywiście, nie był to też dobry moment na wspominanie, 

ile wydała na posprzątanie willi. 

To wszystko przez Lefterisa. Przez całą drogę powrotną 

do  Agios  Giorgios  wyliczała  w  duchu,  co  mu  powie. 

Nikos wysadził ją na końcu ścieżki i ledwo bąknęła  „do 

widzenia",  bo  zbyt  była  wściekła,  by  silić  się  na 

uprzejmość. 

Wokoło  panowała  niczym  nie  zmącona  cisza,  gdy 

Courtney  wchodziła  do  jego  domu  -  bez  pukania.  W 

chłodnym,  wyłożonym  kamiennymi  płytami  holu  za-

trzymała się na chwilę, ale gdy tylko usłyszała głos Lef- 

background image

terisa, skierowała się w stronę gabinetu. Drzwi były uchy-

lone, otworzyła je na oścież. 

Siedział w fotelu odchylony do tyłu, z nogami na biurku, 

i  rozmawiał  przez  telefon.  Nie  zauważył,  kiedy  weszła. 

Ubrany był w granatową koszulę i lekkie spodnie, ale pro-

ste ubranie i swobodna postawa w niczym nie ujmowały 

mu władzy i siły. W przeciwieństwie do pozostałych po-

mieszczeń,  gabinet  urządzony  był  zdecydowanie  nowo-

cześnie. Na ścianach wisiały półki z mnóstwem książek, a 

na  ogromnym  biurku  ustawiono  rząd  komputerów,  kilka 

telefonów  i  faks,  wszystko  po  to,  aby  z  łatwością  mógł 

kontaktować się ze swoimi przedsiębiorstwami na całym 

świecie.  Teraz  dopiero  Courtney  uświadomiła  sobie,  jak 
wpływowym  człowiekiem  jest  Lefteris  Markakis,  ale  nie 

była w odpowiednim nastroju, by to docenić. 

Weszła  do  gabinetu  i  z  hukiem  zatrzasnęła  za  sobą 

drzwi. 

-  Musimy  porozmawiać  -  powiedziała  tonem  nie  zno- 

szącym sprzeciwu. 

Zerknął na nią przez ramię, ale nie okazał cienia zasko-

czenia jej nagłym wtargnięciem. 

-  Oddzwonię do ciebie, Jeff - powiedział do słuchawki. 

- Powiedz Raschowi, że piętnaście milionów to za mało, 

i  przetrzymaj  ich  trochę.  -  Odłożył  słuchawkę  i  zdjął 

nogi z biurka ze swobodą, która do reszty wyprowadziła 

ją z równowagi. 

-  Czy  to  prawda,  że  celowo  doprowadziłeś  „Poznaj 

Kretę" do bankructwa? 

-  Owszem. 
-  Owszem?! - Courtney była kompletnie zbita z tropu 

background image

jego przyznaniem się do winy. - Jak mogłeś! - wykrztu-

siła wreszcie, a jej oczy zdawały się miotać błyskawice. 

-  Nie  rozumiem,  dlaczego  jesteś  zaskoczona  -  rzekł 

spokojnie.  -  Ostrzegałem  cię  przecież,  że  nie  mogę  po-

zwolić, żebyś zajęła tamten dom. 

-  Jak  mogłeś  postąpić  tak  egoistycznie,  tak...  nieludz-

ko!  -  krzyknęła,  odwracając  się  w  jego  stronę  tak  gwał-

townie, że warkocz uderzył ją w policzek. - Przez ciebie 

wielu Bogu ducha winnych ludzi straci szansę wyjazdu na 

urlop! Nie sądzę, abyś choć przez chwilę o nich pomyślał! 

Z pewnością nie, bo i po co! Ty sam jesteś na tyle bogaty, 

że  możesz  się  udać,  gdzie  dusza  zapragnie,  więc  co  cię 

obchodzą  ci  wszyscy,  których  na  to  nie  stać?  Albo  ci, 

którzy pracują w firmie, włączając mnie! A wszystko dla-

tego,  że  nie  zniósłbyś  myśli,  że  Nikosowi  powiodło  się 

lepiej niż tobie. Jesteś podły! 

background image

 
 
 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Jej wybuch nie zrobił wrażenia na Lefterisie. 

-  Może usiądziesz i porozmawiamy o tym spokojnie? - 

zaproponował.  -  Po  pierwsze,  wszystko  wskazywało,  że 

twoja praca i tak nie trwałaby do końca lata. Według uzy-

skanych przeze mnie informacji firma „Poznaj Kretę" była 

fatalnie  zarządzana,  nic  dziwnego,  że  jest  w  opłakanej 
sytuacji  finansowej.  Sama  masz  zapewne  podobne  roze-

znanie.  Wysłali  cię  do  brudnego,  zapuszczonego  domu 

daleko  od  miejsca,  które  ci  przyrzekli,  w  samochodzie, 

który w ogóle nie powinien być dopuszczony do ruchu, i 

nie zapewnili ci żadnego wsparcia. 

-  Nikos na pewno by tu przyjechał, gdybyś nie był tak 

wrogo do niego usposobiony. 

-  Bardzo  chętnie  go  bronisz.  Ale  kiedy  się  tu  urządza-

łaś, Nikos nie raczył się zainteresować, jak sobie radzisz. 

„Poznaj  Kretę"  to  podejrzana  firma  założona  pospiesznie 

przez  niego  i  kilku  wspólników  tylko  po  to,  aby  mnie 

upokorzyć  i maksymalnie się obłowić.  Nie zamierzali za-

dbać o wczasowiczów. Chodziło tylko o szybkie ściągnięcie 

forsy,  zupełnie  nie  zależało  im  na  reputacji,  lecz  na 

zgarnięciu  kasy  przy  minimalnym  nakładzie  pracy,  a  dla 

Nikosa miało to jeszcze dodatkową korzyść: chciał utrzeć 

background image

mi  nosa  jako  właściciel  Villa  Athina.  -  Wsunął  ręce  do 

kieszeni i spojrzał na jej nieprzejednaną twarz. - Nie mia-

łem  najmniejszych  skrupułów,  przystępując  do  likwidacji 
tej firmy. 

-  Jestem  przekonana,  że  zrobiłeś  wszystko,  by  ją  zni-

szczyć. 

-  Wystarczyło,  bym  użył  trochę  wpływów  w  kręgach 

finansowych. 

-  Trochę  wpływów!  -  powtórzyła  z  goryczą.  -  Może 

dla  ciebie  to  tylko  „trochę",  ale  dla  innych  to  całkowita 

klęska! Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się zastanowić, jakie 

skutki taka wendeta może mieć dla innych? Czy w ogóle 

pomyślałeś o ludziach, którzy wpłacili z trudem zarobione 

pieniądze na wakacje na Krecie? 

-  Wszystkim,  którzy  dokonali  rezerwacji  -  a  zapew-

niam,  że  było  ich  znacznie  mniej,  niż  oczekiwałaś  -  za-

oferowano  bezwarunkowy  zwrot  całej  sumy  albo  równo-

ważne  wakacje  zorganizowane  przez  jedno  z  moich 

biur  podróży,  bez  żadnych  dopłat.  Szczerze  mówiąc  -

dodał - takie rozwiązanie jest dla nich korzystniejsze, na-

wet  biorąc  pod  uwagę,  że  pozbawieni  będą  ciebie  jako 

uroczej  hostessy,  i  raczej  wątpię,  by  wpłynęły  jakiekol-
wiek skargi. 

-  A  co  z  tymi,  którzy  stracili  pracę?  -  spytała  natar-

czywie, wciąż jeszcze wściekła. - Czy twoim zdaniem my 

również nie mamy powodów do narzekania? 

-  Wszystkim  przedstawicielom,  którzy  tu  przyjechali, 

zaoferujemy bilety do domu. Oczywiście tobie również. 

-  Ale  ja  wcale  nie  chcę  wracać  do  domu!  Przecież 

wiesz o tym! Widziałeś, że zaharowuję się, sprzątając 

background image

dom, a jednocześnie przez cały czas myślałeś o doprowa-
dzeniu firmy do bankructwa! 

-  Przecież  ostrzegałem  cię.  -  Lefteris  wzruszył  ramio- 

nami. 

Faktycznie, ostrzegał ją. To jeszcze bardziej ją złościło. 
-  Co za wielkoduszność! Naprawdę oczekujesz, że z 

wdzięcznością wezmę od ciebie bilet? 

-  Nie,  nie  spodziewam  się,  że  jesteś  zdolna  do  tak 

rozsądnego  postępowania,  niemniej  moja  oferta  jest  wciąż 
aktualna. 

-  Zostanę tutaj - upierała się. - Jestem pewna, że Nikos 

pozwoli mi pozostać w Villa Athina do czasu, gdy znajdę 

inną pracę. 

-  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  zaprzyjaźniłaś  się  z  Ni-

kosem - powiedział, mrużąc oczy. - Ciekawe, jak bardzo? 

-  Spotkałam  go  dwukrotnie  -  wycedziła.  -  Ale  to  wy-

starczyło, bym się przekonała, że nie dopuści, bym pozo-

stała  bez  pracy  lub  dachu  nad  głową  -  czego  nie  da  się 

powiedzieć o tobie! 

-  Musisz się nauczyć nie osądzać ludzi zbyt pochopnie, 

Courtney  -  powiedział.  -  Właśnie  zamierzałem  za-

proponować ci inną pracę. 

Zdążyła  już  otworzyć  usta,  chcąc  zaznaczyć,  że  akurat 

on  jest  ostatnią  osobą,  która  może  komukolwiek  zarzucać 

pochopną  ocenę  innych,  gdy  dotarło  do  niej,  co  powie-

dział. 

-  Pracę?  Niby  dlaczego  ty  miałbyś  mi  proponować 

pracę? Żeby uspokoić sumienie? 

-  Nie potrzebuję uspokajać sumienia - rzekł lodowatym 

tonem. - Absolutnie nie żałuję, że firma „Poznaj Kre- 

background image

tę" przestała istnieć, a gdybyś i ty miała choć trochę roz-

sądku,  też  nie  żałowałabyś.  Nie  musisz  przyjmować  tej 

pracy, ale proponuję, żebyś mnie przynajmniej wysłucha-

ła, zanim odrzucisz moją ofertę. 

Patrzyła  na  niego  wilkiem,  ale  opadła  z  powrotem  na 

krzesło. 

-  No więc, co to za praca? - burknęła. 
-  Katina  prosiła,  bym  pozwolił  jej  wrócić  do  wioski, 

bo musi się zaopiekować chorą matką. Wyjeżdża jutro i 

chociaż  pozwoliłem jej  tam zostać tak długo, jak zechce, 

przypadło to w bardzo niefortunnym okresie, ponieważ za 

kilka dni urządzam przyjęcie dla dyrektorów z Europy i 

ich  żon.  Dość  regularnie  zapraszam  tu  swoich  pracowni-

ków. Dzięki temu mogą odetchnąć, a jednocześnie jest to 

dobra okazja do lepszego poznania się i rozwiązania nie-

których  problemów  w  przyjemniejszych  i  spokojniej-
szych warunkach. 

Zerknął na Courtney, siedzącą z pochyloną, zasępioną 

twarzą.  Nawet  nie  spojrzała  na  niego,  ale  słuchała 

uważnie. 

-  Przyszło  mi  na  myśl,  że mogłabyś  zastąpić  Katinę 

i gotować dla moich gości. Wprawdzie mam nie najlepsze 

zdanie o firmie „Poznaj Kretę", ale przypuszczam, że nie 

zaoferowaliby ci pracy, gdybyś nie potrafiła dobrze Goto- 

wać. Zresztą to nie musi być nic wyszukanego. Oni uczest- 

niczą w tak wielu oficjalnych kolacjach, że naprawdę sma- 

kują  im  proste  potrawy  przygotowane  przez  Katinę. 
- Przerwał i spojrzał badawczo na Courtney, zwróconą do 
niego profilem. - No więc? Co ty na to? - spytał po dłuż- 
szej chwili milczenia. 

background image

-  Uważam, że to dziwna oferta, zważywszy, że składa ją 

ktoś, kto zarzekał się, że nie chce mieć nic wspólnego  z 
dziewczynami z Anglii - odpowiedziała naburmuszona. 

-  Przyznaję,  że  nie  składałbym  jej,  gdyby  nie  nagła 

potrzeba.  Muszę  zatrudnić  kucharkę,  a  tobie  zależy  na 

pozostaniu  na  Krecie.  Nie  pochlebiaj  sobie,  że  oferta 

wypływa  z  sympatii.  Będziesz  pracowała  w  kuchni,  a  ja 

zajmę  się  gośćmi.  Praktycznie  rzadko  będziemy  się  widy-
wali. 

-  A jeśli odmówię? 

Wzruszył  ramionami,  najwyraźniej  nie  przejmując  się 

taką perspektywą. 

-  Sprowadzę  tu  moją  kucharkę  z  apartamentu  w  Ate-

nach,  a  ty  otrzymasz  bilet  do  Anglii.  Dla  mnie  takie  roz-

wiązanie jest droższe i mniej dogodne, ale nie jest to prob-

lem nie do pokonania. Decyzja, czy zostać, czy wyjechać, 

należy wyłącznie do ciebie. 

-  Właściwie  nie  mam  wyboru,  prawda?  -  Jej  szaronie-

bieskie oczy wciąż pełne były urazy. 

-  Przeciwnie.  Możesz  pozostać  tutaj  i  zarobić  wystar-

czającą  kwotę,  byś  potem  mogła  jeszcze  spędzić  trochę 

czasu  na  Krecie  i  zwiedzić  zabytki  cywilizacji  minojskiej, 

skoro  tak  bardzo  tego  pragniesz.  Albo  możesz  wrócić  do 

domu.  Rozumiem,  że  wolałabyś  otrzymać  ofertę  pracy  od 

kogoś innego, ale nie udawaj, że nie masz wyboru. Z mo-
jego punktu widzenia sprawa jest prosta. 

Courtney  milczała.  Miała  ochotę  odrzucić  propozycję 

Lefterisa i wybiec z gabinetu, ale głos rozsądku powstrzy-

mywał ją. Zaoferował jej szansę pozostania na Krecie. Jej 

alternatywą było pokorne przyjęcie biletu powrotnego 

background image

do Anglii, a jeśli postąpi pochopnie, nie otrzyma nawet 
tego. 

-  Jak  długo  mogłabym  pracować?  -  spytała  z  nie-

chęcią. 

-  Nie  dłużej  niż  dziesięć  dni.  Moi  goście  przyjadą  za 

cztery dni i zostaną tu tydzień. 

-  A co potem? 
-  Będziesz wolna. Jeśli nawet Katina nie wróci, ja sam 

dam  sobie  radę.  Niewykluczone  zresztą,  że  na  jakiś  czas 

wyjadę  do  Aten  albo  do  Paryża.  -  Zawahał  się.  -  Przy-

gotowywanie  posiłków  dla  tylu  osób  trzy  razy  dziennie 
przez  tydzień  to  ciężka  praca,  więc  dam  ci  godziwe  wy-

nagrodzenie. Z pewnością wystarczy ci na trzy lub cztery 

tygodnie pobytu na Krecie po zakończeniu pracy. 

Courtney  wahała  się.  Nie  chciała  wracać  do  domu. 

Doskonale wiedziała, jak zareagują rodzice. „To do ciebie 

podobne. Tylko ty mogłaś zatrudnić się w firmie, która 

zbankrutowała. Przecież od razu mówiliśmy ci, że to nie 

wypali. Ginny nigdy nie postąpiłaby tak nierozsądnie". 

Powrót  do  domu  byłby  jednoznaczny  z  porzuceniem 

planu  podjęcia  studiów  na  wymarzonym  kierunku.  Poza 

tym... musiałaby opuścić  Agios Giorgios. Nie byłoby już 

spacerów  wśród  gajów  oliwnych  ani  spotkań  z  Dymitrą. 

Nie widywałaby też Lefterisa. 

Powinna  się  z  tego  cieszyć.  Gdyby  miała  choć  trochę 

rozsądku,  powinna  natychmiast  stąd  wyjść  i  nie  chcieć 

mieć  z  nim  nic  wspólnego.  Ale  w  głębi  duszy  musiała 

przyznać, że czuła dreszcz podniecenia na myśl, że może 

być tak blisko niego. Może jest podejrzliwym arogantem 

background image

i  w  ogóle  okropnym  człowiekiem,  ale  przynajmniej  nie 

jest  nudny.  Kto  wie,  może  pod  jej  wpływem  zmieniłby 
nawet zdanie na temat dziewczyn z Anglii... 

-  Mogę  ci  dać  trochę  czasu  na  przemyślenie  tej  propo-

zycji - powiedział, widząc jej zmagania. 

-  Nie trzeba - zdecydowała nagle. - Przyjmuję tę pracę. 

Okna jej sypialni wychodziły na ten sam dziedziniec, co 

okna gabinetu Lefterisa. Był to jasny i śliczny pokój. Przy 

ścianie za oknem rósł krzew jaśminu. 

Zaproponowała, że będzie mieszkała w Villa Athina, ale 

bez  żalu  zgodziła  się,  gdy  Lefteris  wyperswadował  jej  to, 

tłumacząc,  że  znacznie  wygodniej  jej  będzie  spać  w  jego 
domu. 

Lefteris.  Wciąż  jeszcze  ogarniało  ją  oburzenie,  ilekroć 

pomyślała,  w  jak  bezwzględny  sposób  pozbył  się  firmy 

„Poznaj  Kretę".  Postanowiła  nie  okazywać  mu  wdzięcz-

ności za to, że umożliwił jej dłuższe pozostanie na wyspie. 
Postara  się  wykonać  tę  pracę  jak  najlepiej,  ale  na  pewno 

nie będzie płaszczyć się przed nim! 

Wpatrując  się  w  światło  słoneczne  wpadające  przez 

żaluzje,  myślała  o  jego  twarzy,  o  lśniących  czarnych 

włosach  i  czarnych  brwiach.  Myślała  o  sile,  jaka  emano-

wała z niego i o dziwnym, nieodgadnionym uśmiechu. A 

potem przypomniała sobie, jak ją całował, i nagle skóra, 

choć  owinięta  chłodnym  prześcieradłem,  zaczęła  ją 

parzyć.  Teraz  on  był  jej  pracodawcą,  a  ona  jego 

kucharką.  Wyraźnie  dał  jej  do  zrozumienia,  że  chce  ją 
spotykać jak najrzadziej. Nie było więc sensu rozpa- 

background image

miętywać  podniecenia,  jakie  wzbudzał  jego  dotyk.  Za 

dziesięć dni zakończy pracę. Nie będzie już musiała znosić 

jego arogancji i zacznie zgłębiać wiedzę o ruinach minoj-
skich. 

Poprzedniego wieczora Lefteris uprzedził ją, że nie bę-

dzie go przez cały dzień, wróci dopiero w nocy. Intrygo-

wało ją, z kim się umówił na kolację, ale nie śmiała zapy-

tać.  Czy  to  oficjalna  kolacja  połączona  z  załatwianiem 

interesów, czy może spotka się z którąś z tych eleganckich 
dam, które zaprosił tamtego wieczoru? 

Dalej,  po  przeciwnej  stronie  niż  Villa  Athina,  tarasy 

schodziły  do  basenu,  pięknie  wkomponowanego  w  stok 

górski.  Ogromne  krzewy  oleandrów  zapewniały  intymne 

zacisze, ale jedną stronę pozostawiono otwartą na malow-
niczy  widok  pokrytych  śniegiem  szczytów  górskich. 

Courtney  przymknęła  oczy  i  usiłowała  sobie  wyobrazić, 

że Lefteris wcale nie jest uprzedzony do Angielek. Przy-

puśćmy, że wyszedł tylko na chwilę, by odebrać telefon, 

i wróci uśmiechnięty, by jej oznajmić, że wszyscy goście 

odwołali wizyty i w związku z tym mogą spędzić ten ty-

dzień we dwoje...? 

Otworzyła oczy. Na miłość boską, co też ona wymyśla! 

Przecież spędzenie tygodnia sam na sam z Lefterisem jest 

ostatnią  rzeczą,  jakiej  by  sobie  życzyła!  Wstała  szybko  i 
ruszyła do kuchni. Jest tu po to, by gotować. Nic więcej. 

Gdy  wrócił  w  nocy,  siedziała  przy  kuchennym  stole, 

czytając o Krecie minojskiej. Oparła policzek na dłoni, 

a zmierzwione włosy opadały jej na twarz, w której widać 

było przede wszystkim rozmarzone oczy, bo właśnie usi- 

background image

łowała  wyobrazić  sobie,  jak  wyglądało  życie  w  tamtych 

czasach.  Skupiona,  nawet  nie  zauważyła  Lefterisa,  który 

stał w drzwiach i przyglądał się jej. 

-  Co  ty  tu  robisz  o  tej  porze?  -  zapytał  gniewnie,  pod-

chodząc bliżej. 

-  O ile pamiętam, miałam przebywać tylko w kuchni, bo 

przecież  nie  znosisz  widoku  Angielek!  -  krzyknęła,  z 

hukiem  zamykając  książkę,  zła  na  siebie  z  powodu 

dziwnych  uczuć,  jakie  w  niej  wzbudzał.  Serce  biło  jej 

mocniej, gdy tylko się zbliżył, ale jednocześnie irytował 

ją. 

-  Nie przesadzaj - powiedział również rozdrażniony. Ku 

jej zaskoczeniu wysunął krzesło i usiadł przy stole, sięgając 

po  jej  książkę.  -  „Religia  na  Krecie  w  epoce  brązu"  - 

przeczytał tytuł i przekartkował tom. - Więc ty  naprawdę 

interesujesz się kulturą minojską! 

-  Sądziłeś, że kłamię? 
-  Nie, chyba nie. 

Wpatrywała  się  w  niego  z  mieszanymi  uczuciami,  gdy 

przeglądał  książkę.  Wyglądał  na  zmęczonego  i  nagle  prze-

raziła  się,  bo  ogarnęło  ją  przemożne  pragnienie,  by  wy-

ciągnąć rękę i pogładzić go po twarzy. 

Nieoczekiwanie  podniósł  wzrok  znad  książki  i  zorien-

tował się, że go obserwuje. 

-  O co chodzi? 
-  O nic -zapewniła ochrypłym głosem, składając ręce, by 

nie zauważył, jak drżą pod wpływem nagłej fali pożądania. - 
O nic - powtórzyła stanowczo. 

Wpatrywał się w nią wnikliwie, ale zapytał tylko: 

-  Czy gotowa jesteś na przyjazd gości? 

background image

Skinęła głową, zadowolona ze zmiany tematu. 
-  Pozostały tylko  zakupy,  a mogę je zrobić tylko  w 

Chani. Czy możesz mi pożyczyć swój samochód? 

-  Nie,  bo  widziałem,  jak  prowadzisz  -  powiedział  z 

nutą rozbawienia, która wydała jej się równie niepokojąca, 

jak  jej  dziwna  reakcja  na  jego  bliskość.  -  Sam  cię 

zawiozę, ale nie ma potrzeby jechać wcześniej niż w pią-

tek.  Przynajmniej  będziesz  miała  wszystko  świeże,  kiedy 

goście przyjadą w sobotę. 

Zamknął  książkę  i  popchnął  ją  po  blacie  stołu  w  jej 

stronę. Przez chwilę jakby zawahał się, najwyraźniej coś 

nie dawało mu spokoju, wreszcie spojrzał na Courtney, 

która siedziała sztywno, nieufnie, z włosami opadającymi 

na oczy wyrażające równocześnie przekorę i dziwną sła-

bość. 

-  Mam jutro spotkanie w Iraklionie. Jeśli nie zaplano-

wałaś sobie nic ciekawszego, możesz jechać ze mną, to po 

spotkaniu zawiozę cię do Knossos. 

-  Do  Knossos?  Jutro?  -  spytała  ostrożnie,  zaskoczona 

niebywałą propozycją, aż wreszcie dotarło do niej, że na-
prawdę zaoferował jej szansę zobaczenia ruin pałacu, o 

którym  tyle  czytała  i  marzyła  od  lat,  by  go  obejrzeć. 

Jakież to miało znaczenie, jeśli nawet ta propozycja nie 

wypłynęła  z  głębi  serca?  Albo  fakt,  że  będzie  musiała 

spędzić  cały  dzień  w  towarzystwie  Lefterisa,  który  tak 

dziwnie  ją  niepokoił?  Nagle  jej  oczy  rozbłysły  radością, 

która przeobraziła całą twarz, przydając jej uroku. - Z naj-

większą ochotą - powiedziała wreszcie. 

-  Wobec tego załatwione. - Wstał i podszedł do drzwi. 

W jego głosie zabrzmiała dziwna nuta, aż Courtney przy- 

background image

szło na myśl, że może żałuje, że jej to zaproponował.  - 

Wyjeżdżamy wcześnie rano - dodał, wychodząc. 

Lefteris  posadził  ją  przy  stoliku  w  cieniu  platanu  i  za-

mówił kawę i baklavę, wyborne lepkie ciastko z orzecha-

mi, nasączone miodem. 

Pijąc kawę, Courtney rozglądała się po głównej ulicy 

miasta.  Iraklion  z  pewnością  nie  należał  do  najpięk-

niejszych  miast,  ale  tętnił  życiem  i  Courtney  szybko 

poddała  się  panującemu  tu  podnieceniu.  Może  nie 

wszystko układało się po jej myśli, ale przynajmniej mogła 

się  wreszcie  znaleźć  w  miejscu,  o  którym  od  dawna  ma-

rzyła.  Odkąd  tylko  sięgnęła  pamięcią,  pragnęła  zobaczyć 

Knossos  i  muzeum  z  baśniowym  zbiorem  skarbów  minoj-
skich. 

Gdyby tylko Lefteris nie rozpraszał jej tak, nie działał na 

nią tak... denerwująco. Nie rozumiała, co się z nią dzieje. 

Przecież  go  nie  lubiła.  Był  arogancki  i  naśmiewał  się  z 

niej,  a  przy  tym  wykorzystał  swą  pozycję,  rujnując  z 

takim  trudem  zdobytą  przez  nią  szansę  spędzenia  lata  na 

Krecie, a później protekcjonalnie zaoferował jej w zamian 

dwa  tygodnie  pracy,  licząc  na  jej  wdzięczność.  Nie,  w 

żadnym wypadku nie zasługiwał na jej sympatię. 

- Courtney? 

Pogrążona w rozmyślaniach poderwała się, kiedy stanął 

przed  nią,  i  odstawiła  filiżankę  chwiejnym  ruchem, 

rozlewając kawę. 

-  Och, to ty - szepnęła. 
-  Widzę, że byłaś daleko stąd - powiedział z ukrytą 

background image

nutą rozbawienia i czymś jeszcze, czego nie mogła ziden-

tyfikować. - O czym myślałaś? 

Nie śmiała spojrzeć mu w twarz w obawie, że wyczyta 

prawdę w jej oczach. Wpatrywała się więc w przechodzący 

tłum, jakby w nim szukała inspiracji. 

-  Ja...  cóż...  próbowałam  odgadnąć  narodowość  prze- 

chodniów - wymyśliła naprędce. - Popatrz, ta rodzina, o, 

tam,  to  chyba  Francuzi,  nie  uważasz?  Tylko  oni  tak  się 

ubierają. Ciekawe, czy mnie też tak łatwo można ziden- 

tyfikować? 

Lefteris  spojrzał  na  nią  uważnie.  Miała  na  sobie  starą 

sukienkę,  miękką  i  wygodną,  ale  nie  elegancką.  Kiedyś 

była  ciemnoniebieska,  ale  dawno  spłowiała  i  teraz  paso-

wała do barwy jej oczu. Chodząc drogą do Agios Giorgios, 

opaliła się lekko, jej skóra miała złotawy odcień, a jasne 

włosy  opadały  na  ramiona,  oplatając  je  gęstymi,  rozjaś-

nionymi przez słońce pasmami. 

-  Moim  zdaniem,  wyglądasz  jak  typowa  Angielka  -

powiedział powoli. 

-  W twoich ustach to nie brzmi jak komplement. Prze-

cież wszystkie dziewczyny z Anglii są zimne, niemoralne i 
skore do manipulowania innymi. 

-  Nie  jesteś  zimną  dziewczyną  -  powiedział  i  znów 

spojrzał na nią w charakterystyczny, zagadkowy sposób. - 

Pamiętam przecież, jak całujesz. 

Fala gorąca zalała jej policzki, aż odwróciła twarz w 

obawie, że Lefteris domyśli się, co ona czuje. Czy musiał 

jej przypominać o tym nieszczęsnym pocałunku? Zresztą, 

sama  wciąż  odtwarzała  tamtą  chwilę  w  najdrobniejszych 

szczegółach. 

background image

Rozpamiętywała ją nawet wtedy, gdy znaleźli się wreszcie 

w Muzeum Archeologicznym. Lefteris przyrzekł jej, że tam 

pójdą, jeśli znajdą czas przed wyjazdem do Knossos, i do-

trzymał słowa. Oto jej dawne marzenie ziściło się i weszła 

wreszcie do słynnego gmachu, mieszczącego eksponaty po-

chodzące z wykopalisk z terenu całej Krety, ilustrujące naj-

dawniejszą historię wyspy: od początku okresu neolityczne-
go do epoki grecko-rzymskiej. 

W  muzeum  było  chłodno  i  cicho.  Grupki  zwiedzają-

cych przesuwały się wokół, rozmawiając szeptem, jedynie 

pracownicy  muzeum  udzielali  objaśnień  nieco  głośniej. 

Courtney ledwo ich zauważała, wciąż zaabsorbowana Lef-

terisem, który to wskazywał palcem na jakiś szczegół eks-

ponatu, to znów pochylał się tuż obok, gdy zaglądali do 
gablot. 

Szczególnie zainteresowały ich statuetki. Na pierwszy 

rzut oka figurki z początków epoki neolitycznej sprawiały 

wrażenie nieporadnych, gdy się im jednak przyjrzeli bliżej, 

urzekały ich harmonią form i niezwykłą finezją obróbki. 

-  Ta postać przypomina mi Dymitrę - odezwał się Lef- 

teris,  wskazując  na  rzeźbę  przedstawiającą  staruszkę 

z otwartymi ustami, jakby jej przerwano w pół zdania. 

Courtney z trudem przeniosła uwagę z jego uśmiechu 

na rzeźbę. Podobieństwo do Dymitry było tak uderzające, 

że roześmiała się. 

-  Jest bardzo gadatliwa, prawda? 
-  Odnoszę wrażenie, że Dymitra bardzo cię polubiła - 

zaznaczył,  gdy  podchodzili  do  kolejnej  gabloty.  -

Wczoraj w drodze do Chani zatrzymałem się na chwilę, 

background image

by z nią porozmawiać, i okazało się, że ona wie o tobie 

więcej niż ja! 

-  Spotykam się z nią za każdym razem, gdy jestem w 

Agios Giorgios. Ona uczy mnie greckiego. 

-  Ach tak? I robisz postępy? 
-  Spore  -  odparła  z  dumą.  -  Potrafię  powiedzieć  co 

nieco o pogodzie i spytać o jej artretyzm i o kozę. 

-  To ci się przyda, kiedy następnym  razem zatrzymasz 

się przy drodze, by porozmawiać z kozami - powiedział z 

kolejnym promiennym, porozumiewawczym uśmiechem. 

Już otworzyła usta, by mu dać ripostę za to, że przypo-

mina jej, jak niedorzecznie się zachowywała, ale spojrzała 

mu  w  oczy  i  uświadomiła  sobie,  że  faktycznie  musiała 

wtedy  wyglądać  absurdalnie.  Odwzajemniła  więc 

uśmiech, wspominając ten zabawny epizod bez wrogości i 

napięcia. 

Uśmiechał się do niej, jakby ją naprawdę lubił. Zerknęła 

na  niego  kątem  oka,  gdy  przeszli  do  kolejnej  sali,  by 

obejrzeć freski. Lefteris skupił uwagę na słynnym  fresku 
księżniczki  minojskiej  nazywanej  „Paryżanką".  Ubrana 

w bogato zdobiony strój, siedziała na krześle, uczestnicząc 

w  obrzędzie  przekazywania  świętego  kielicha.  Jak  onie-

miali wpatrywali się w urzekający subtelnością profil twa-
rzy.  Courtney  z  nie  mniejszym  zaciekawieniem  przyglą-

dała  się  kolejnym  freskom,  stanowiącym  jedną  z  najbar-

dziej  znaczących  form  sztuki  minojskiej.  Tematyka  fre-

sków  obejmowała  wydarzenia  z  życia  codziennego, 

uroczystości, procesje, ale najczęstszym źródłem inspiracji 

była przyroda. 

background image

Gdy  opuścili muzeum i znów znaleźli się na ruchliwej 

ulicy  Iraklionu, Lefteris zaproponował lunch w małej ta-

wernie  poza  miastem.  Usiedli  na  tarasie,  gdzie  słońce 

przedostawało się przez winorośl, rzucając cienie na biały 

obrus. Courtney patrzyła na różowe i czerwone pelargonie 

ustawione wzdłuż ściany i zastanawiała się, jak to możli-

we, że tak bardzo świadoma jest każdego ruchu Lefterisa, 
nawet wtedy, gdy na niego nie patrzy. 

Rozkoszowała  się  prostym,  smakowitym  posiłkiem, 

który zjedli w tej cichej tawernie. Podano im plastry  mi-
zithra,  
delikatnego  twarogu  z  koziego  mleka,  z  grubymi 

kromkami  chleba  i  oliwkami.  Potem  zamówili  pieczeń 

jagnięcą  suto  przyprawioną  tymiankiem  i  oregano  oraz 

sałatkę z ogórków, cebuli i słodkich czerwonych pomido-

rów, polaną lśniącą oliwą. 

Przez cały czas czuła bliskość Lefterisa. Dotychczaso-

wa  wrogość  ulotniła  się  gdzieś,  za  to  oboje  uświadomili 

sobie zupełnie nowe napięcie, jakie się nagle wytworzyło 

między nimi. Musieli bardzo uważać, by nie dotknąć się, 
gdy spacerowali po Knossos. 

W  milczeniu  chodzili  po  ruinach  niegdyś  potężnego 

pałacu  króla  Minosa,  przyglądając  się  odtworzonym  fre-

skom, wspinając się po monumentalnych schodach. Z po-

czątku  Courtney  czuła  rozczarowanie.  Wyobrażała  sobie 

ogromny  kompleks  budynków,  wśród  których  odnajdzie 

wiele śladów dawnych Minojczyków, odczuje ich radość, 

umiłowanie  życia,  na  które  wskazywały  zachowane  skar-

by, głównie freski. Oczekiwała radosnego tańca dziewcząt 

w  zwiewnych  szatach,  frywolnych  gonitw  chłopców  za 
uroczymi wybrankami na tle jasnego błękitu nieba, wśród 

background image

różnobarwnych kwiatów i ptactwa. Marzyła, że tak właśnie 

odczuje  atmosferę  pałacu,  tymczasem  tłum  kłębiący  się 

wciąż  po  centralnym  dziedzińcu  zdawał  się  niszczyć 

magię,  a  wyobrażenia  spektakularnych  rytuałów  ze  ska-

czącymi bykami zniknęły w tumulcie różnych języków i 
wszechobecnych kamer wideo. 

background image

 
 
 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Widząc jej rozczarowanie, Lefteris wyprowadził ją z 

głównej części pałacu w zaciszne miejsce w cieniu sosen. 

Tu  wąskie  korytarze  skręcały  do  mrocznych  pokoi, 

schodków i krętych ślepych uliczek. Z dala od tłumu ła-

twiej było wczuć się w atmosferę przeszłości. Przechodząc 

do  kolejnych  pomieszczeń,  zatrzymywali  się  u  wejścia, 

stąpając  po  suchych  igłach  sosen,  którymi  usiane  były 

kamienie, i oglądali się za siebie, jakby sprawdzali, czy 

przypadkiem któraś z postaci z muzeum nie wślizgnęła się 

nagle pomiędzy światło słoneczne a cień. 

-  To robi wrażenie, prawda? - szepnęła Courtney, gdy 

usiedli  na  krawędzi  dachu  kryjącego  Salę  Podwójnych 

Toporów, spoglądając na kamienne mury, będące jedyną 

pozostałością po labiryncie pokoików i korytarzy. W od-

dali, na końcu doliny, widzieli głęboki, iskrzący się lazur 
morza. 

-  Opowiedz  mi  historię  labiryntu  -  poprosiła  Court-

ney. 

-  Przecież ją znasz. 
-  Oczywiście, ale chciałabym ją usłyszeć tu, w Knos-

sos - nalegała. - Chyba że nie chcesz? 

Odwrócił głowę, jakby z wysiłkiem. 

-  Ależ nie, mogę opowiedzieć - zgodził się. - Żył kie- 

background image

dyś potężny król Minos, który władał wszystkimi morzami 

okalającymi Kretę i mieszkał we wspaniałym pałacu. Król 

miał jednak poważny problem: jego żona Pazyfae urodziła 

potwora,  pół  byka,  pół  człowieka,  zwanego  Minotaurem. 

Było to tak straszne zwierzę, że musiało być zamknięte 

w nie kończącym się labiryncie pod pałacem i starano się 

je udobruchać okropną daniną. Co dziewięć lat Ateńczycy 

musieli wybrać siedem dziewcząt i siedmiu młodzieńców, 

których wpuszczano do labiryntu, gdzie Minotaur ich po-

żerał. 

Courtney zadrżała. 
-  To musiało być okropne. Wyobraź sobie ich sytuację: 

zagubieni  w  ciemności,  w  każdej  chwili  mogli  się  spo-

dziewać, że potwór wyłoni się zza rogu... 

-  Na  szczęście,  to  tylko  legenda  -  powiedział  rozba-

wiony  widocznym  na  jej  twarzy  grymasem.  -  Niewyklu-

czone, że powstała tylko dlatego, że przybywający tu tu-

ryści nie mogli pojąć złożoności pałacu. 

Courtney wolała jednak grozę od tak prozaicznego wy-

jaśnienia. 

-  Teraz kolej na ciebie. Opowiadaj - zaproponował. 
-  Oczywiście, za każdym  razem,  gdy  zbliżała się pora 

składania daniny, okropnie rozpaczano w Atenach. Wresz-

cie syn króla Aten, Tezeusz, poprzysiągł, że położy kres 
tej zgryzocie. Obwieścił, że wejdzie do labiryntu i zabije 

Minotaura. Miał szczęście, ponieważ córka króla Minosa, 

Ariadna, zakochała się w nim i obiecała mu pomóc, jeśli 

przyrzeknie, że się z nią ożeni i zabierze ją do Aten. Oczy-

wiście Tezeusz złożył taką obietnicę, a ona dała mu kłębek 

nici, nakazując, by przywiązał nić u wejścia do labiryntu 

background image

i idąc rozwijał kłębek. Tezeusz, jak przystało na bohatera, 

zgładził potwora i uciekł ze wszystkimi Ateńczykami, 

i oczywiście z Ariadną. 

-  Niestety  -  kontynuował  Lefteris  -  Tezeusz  porzucił 

Ariadnę i popłynął do Aten bez niej. Wcześniej uzgodnił 

z  ojcem,  że  jeśli  będzie  wracał  żywy,  zasygnalizuje  tę 

dobrą wiadomość, zamieniając czarne żagle na białe, ale 

zapomniał to uczynić. Król Egeusz z niecierpliwością wy-

patrywał syna, stojąc na szczycie skały na przylądku Sou-

nion, a ujrzawszy czarne żagle, sądził, że syn nie żyje. 

Z rozpaczy rzucił się ze skały do morza, które od tamtej 

pory  nazywane  jest  Egejskim.  Choć  więc  udało  się 
Tezeuszowi  zgładzić  Minotaura,  zamiast  radości  przeżył 
po powrocie dramat. 

-  Zasłużył  sobie  na  to,  skoro  tak  potraktował  biedną 

Ariadnę - wtrąciła Courtney. - Wykorzystał ją, a kiedy 

już nie była mu potrzebna, porzucił. 

-  Takie postępowanie zdarzało się nie tylko w staro-

żytnych  mitach  -  powiedział  Lefteris  z  goryczą.  -  I  nie 

ogranicza się do mężczyzn. 

Poddał  się  przykrym  wspomnieniom,  więc  w  drodze 

powrotnej milczeli, mijając spokojne, srebrzyste morze 

i  eteryczne  szaroniebieskie  góry  spowite  wieczornym 

światłem. Courtney zastanawiała się, kogo miał na myśli, 

gdy mówił z taką goryczą. Czy Lindę, żonę swojego brata, 

czy inną dziewczynę? 

Zerknęła na niego i przypomniała sobie czuły, głęboki 

głos, gdy opowiadał jej legendę. Pamiętała też cień, jaki 

później spowił jego twarz, i poczuła dziwny ucisk w żo-

łądku. 

background image

Mylące  zakręty  i  nieoczekiwane  ślepe  uliczki  labiryntu 

w Knossos były trafnym symbolem jej uczuć do Lefterisa, 

pomyślała  z  lekką  drwiną.  W  chwili  gdy  sądziła,  że  jest 

nieznośny,  robił  coś,  co  kazało  jej  zmienić  zdanie,  na 

przykład  uśmiechał  się  do  niej  czarująco  -  wtedy  uraza 

nagle zamieniała się  we  wdzięczność, przykre uczucia 

w  pożądanie,  oburzenie  w  sympatię...  Teraz  sama  nie 

wiedziała już, co do niego czuje. Zgubiła się w labiryncie 

uczuć i nie wiedziała, co znajdzie w środku. 

Wkrótce mieli przyjechać jego  goście, wtedy ona  wy-

kona swoją pracę, a potem, po kilku dniach, pożegna go 
na zawsze. 

Lefteris obiecał zawieźć ją na rynek w Chani dopiero 

po  południu,  więc  rano  wybrała  się  po  świeży  chleb  do 

Agios  Giorgios.  Cieszyła  się,  że  znalazła  wymówkę,  by 

wyjść z domu. Atmosfera między nimi nieco się zmieniła, 

była mniej wroga, ale jednocześnie Courtney wyczuwała 

coś niepokojącego. 

Jak zwykle wpadła do Dymitry, by powtórzyć wyuczone 

zwroty  po  grecku,  a  potem  staruszka  ni  stąd,  ni  zowąd 

zaczęła  długą  opowieść,  w  której  skonsternowana  Court-

ney mogła jedynie wyłowić kilkakrotnie powtarzane imię 

Leftensa. Widząc, że jej nie rozumie, Dymitra zaczęła tym 

razem pokazywać na migi, o co chodzi. 

-  Aha!  -  Courtney  wreszcie  pojęła.  -  Tak,  wprowadzi-

łam się do domu Leftensa tymczasowo, dopóki nie wróci 

Katina. Jestem jego kucharką. 

Niestety,  Dymitra  nie  zrozumiała,  więc  teraz  z  kolei 

Courtney zabawiała się w pantomimę, która całkiem się 

background image

skomplikowała,  kiedy  usiłowała  wyjaśnić,  że  mama 
Katiny  jest  chora.  Ku  zaskoczeniu  Courtney  Dymitra 

rozpromieniła się i zaczęła poklepywać się po sercu. Naj-

pierw Courtney przyszło na myśl, że Dymitra sądzi, iż 

matka  Katiny  dostała  zawału,  ale  gdy  staruszka  powta-

rzała wciąż imię Lefterisa, jednocześnie wskazując na nią, 

nagle  dotarło  do  niej,  że  Dymitra  sądzi,  iż  zostali 
kochankami. 

-  Nie!  - zaprzeczyła z płonącymi  policzkami.  -  Lef-

teris  i  ja...  nie!  -  Kiedy  Dymitra  nadal  nie  rozumiała, 

zaryzykowała po grecku: - Nie, nie! Ne, ne, ne! 

-  Ne!  - Dymitra z szerokim uśmiechem potwierdziła 

pełne zrozumienie. 

Kamień spadł Courtney z serca, pożegnała się więc 

i ruszyła w drogę powrotną do wioski. W piekarni było 

pełno ludzi i Courtney słuchała głośnej paplaniny, próbu-

jąc  wyłowić  słowa,  które  rozpoznawała,  na  przykład 
ne i... 

Potok myśli  nagle  urwał  się,  gdy  uświadomiła  sobie 

rzecz  straszną.  Usiłując  za  wszelką  cenę  wyprowadzić 
Dy-mitrę  z  błędu,  sama  popełniła  najbardziej 

elementarny błąd. Ne po grecku wcale nie znaczy „nie", 

lecz „tak". 

Wściekła  na  siebie,  przypomniała  sobie  porozumie-

wawczy uśmiech Dymitry. Zapewne pomyślała, że Court-

ney z największą ochotą przyznaje, że związała się z Lef-

terisem! Chcąc za wszelką cenę wyprowadzić Dymitrę 

z błędu, powędrowała z powrotem, ale nie zastała jej 

w domu. Cóż, nie miała wyjścia, musiała wracać do willi 
Lefterisa. 

Przygotowała lunch z gotowanych pomidorów z psilo- 

background image

tiri,  twardym  serem  z  mleka  kóz  wypasanych  na  najwyż-

szych górach Krety. Kupiła też trochę dziko rosnącej zie-

leniny,  którą  Kreteńczycy  zbierali  na  stokach  górskich. 

Zielone  wiązki  wyglądały  wspaniale  jako  dodatek  do 

dania głównego, wystarczyło je ugotować i wymieszać 

z oliwką i sokiem z cytryny, 

Lefteris wyszedł z gabinetu najwyraźniej wciąż jeszcze 

zaabsorbowany  sprawami  zawodowymi,  ale  siadając 

rzucił  spojrzenie  wyrażające  zarazem  zaskoczenie  i  apro-

batę. 

-  Czyżbyś gotowała przez cały ranek? - spytał. 
-  Nie, zdążyłam też pójść do wioski. - Opuściła wzrok 

na talerz i wciągnęła głęboki oddech. Teraz albo nigdy! -

Muszę przyznać, że zrobiłam coś głupiego. 

-  Tak?  -  W  jego  tonie  słychać  było  raczej  rezygnację 

niż zdziwienie. 

-  Pamiętasz, jak mówiłam ci, że robię postępy w nauce 

greckiego? 

-  No i...? 
-  Dziś  rano  rozmawiałam  z  Dymitrą.  Wiedziała,  że 

wprowadziłam się do ciebie, ale nie wiem, dlaczego ona 

sądzi, że ty i ja... że my... 

-  Że my co? 
-  No, wiesz... - Jej policzki przybrały purpurową barwę, 

a  Lefteris  patrzył  jakoś  dziwnie,  chociaż  trudno  było 

odgadnąć, czy z oburzeniem, czy z rozbawieniem. 

-  Sądzi, że jesteśmy kochankami? 
-  Właśnie. - Ucieszyła się, że nie musi sama wypowia-

dać tych słów. 

-  Dlaczego Dymitrze coś takiego przyszło do głowy? 

background image

-  Nie  wiem!  Miałam  wrażenie,  że  ona  to  sobie  po 

prostu ubzdurała. Próbowałam jej wytłumaczyć, jak bar- 

dzo się myli, ale wszystko mi się pomieszało i powtarza- 

łam wciąż słowo ne, oczywiście przekonana, że oznacza 

ono właśnie „nie", więc teraz ona na pewno sądzi, że to 
prawda. 

Courtney opuściła głowę z poczuciem winy, spodzie-

wając  się,  że  Lefteris  wpadnie  w  złość,  ale  gdy 
zaryzykowała  spojrzenie,  dostrzegła  nieoczekiwany 

uśmiech  czający  się  w  kącikach  jego  ust.  Wyglądał  z 
nim  znacznie  młodziej,  nie  tak  srogo,  i  niepokojąco 
atrakcyjnie. 

-  To chyba dość często popełniany błąd - powiedział 

tylko. 

Patrzyła na niego w osłupieniu, zdumiona jego reakcją. 

-  Myślałam,  że  powinnam  ci  o  tym  powiedzieć  -

odezwała się wreszcie. - Wiedziałam, że nie chciałbyś, 

żeby  w  wiosce  rozpowiadano,  że  jestem  twoją  dziew-

czyną. 

-  Nie bardzo wiem, co mógłbym zrobić w tej spra-

wie. 

-  Sądzę, że dobrze będzie, jeśli wyjaśnisz Dymitrze, 

jakie naprawdę są między nami relacje. 

-  A  jakie  są  te  relacje?  -  spytał  nieoczekiwanie,  pa-

trząc na nią w zamyśleniu. 

-  Jestem twoją kucharką. - Zmusiła się, by spojrzeć 

mu  prosto  w  oczy.  -  Tymczasową  kucharką  - 

podkreśliła. - A ty jesteś moim pracodawcą. 

-  Tymczasowym  pracodawcą  -  poprawił  ją.  -  Więc 

chcesz,  żebym  powiedział  Dymitrze,  że  nie  jesteśmy 

parą, a gdyby nawet tak było, to tylko tymczasem? 

background image

Ewidentna kpina w jego głosie doprowadziła Courtney 

do szału. 

-  Tak, o to mi chodzi - powiedziała stanowczo. 

Nie  musieli  specjalnie  wybierać  się  do  Dymitry,  bo 

spotkali ją przy drodze, gdy jechali do Chani. Waśnie szła 
do swojego stada owiec. 

-  Chyba  powinienem  z  nią  porozmawiać  -  powiedział 

Lefteris żartobliwym tonem - skoro tak bardzo ci zależy, 

by  ją  przekonać,  że  nie  jesteś  we  mnie  do  szaleństwa 
zakochana! 

Purpurowa  ze  wstydu  Courtney  czekała  w  samocho-

dzie,  gdy  Lefteris  podjął  ożywioną  rozmowę.  W  końcu 

Dymitra  poklepała  go  po  ramieniu,  uśmiechnęła  się  do 

Courtney  szerokim,  bezzębnym  uśmiechem  i  pożegnała 

Lefterisa  jakąś  uwagą,  która  wywołała  osobliwy  wyraz 
jego twarzy. 

-  I  co  powiedziała?  -  spytała  Courtney  podejrzliwie, 

gdy ruszyli w dalszą drogę. 

-  Przypuszczam, że wolałabyś nie wiedzieć. 
-  Przeciwnie. Muszę wiedzieć! - obruszyła się. 
Zawahał się, w końcu jednak wzruszył ramionami. 
-  Skoro  tak  bardzo  chcesz...  Powiedziała,  że  możemy 

sobie zaprzeczać, ale ona i tak uważa, że twoja pierwsza 

odpowiedź była prawdziwa. 

-  Ależ...  to  niedorzeczne  -  powiedziała  Courtney,  od-

wracając twarz. 

Zadaszony  rynek  w Chani tętnił życiem,  dzięki  czemu 

Courtney mogła choć na chwilę zapomnieć o swoich za- 

background image

gadkowych uczuciach wobec Lefterisa. Napięcie pomię-

dzy nimi ulotniło się, gdy oglądała melony i gdy odwra-

cała pomidory ręką profesjonalistki, a on ze swoistym po-

czuciem  humoru  wysłuchiwał  żartów  handlarzy 

podśmiewających  się  z  roli,  do  której  nie  nawykł, 
mianowicie tragarza toreb. 

Gdy wreszcie załadowali zakupy do bagażnika, Lefteris 

zaproponował, że oprowadzi ją po mieście. Mijali eleganc-

kie sklepy, które równie dobrze mogłyby się znajdować 

w Paryżu lub Mediolanie, spacerowali po czarujących wą-
skich  uliczkach  starej  dzielnicy  przy  porcie.  Weneckie 

domy niegdyś z pewnością były okazałe, teraz ich kolory 

wyblakły. Wszędzie widać było anteny telewizyjne i kab-

le. Mimo to nadal budynki zachowały swój styl i szyk, 

oceniła Courtney, podziwiając misterne balkony z kutego 

żelaza. 

Chodząc po krętych uliczkach, wmawiała sobie, że bez-

troska,  jaką  czuła,  nie  ma  nic  wspólnego  z  Lefterisem. 

Wynika po prostu z faktu, że Courtney lubi oglądać roz-

sypujące  się  budowle,  lubi  koty  przemykające  miedzy 

prętami balkonowymi i chwasty rosnące za walącym się 
murem. Było to zadziwiająco zaciszne miejsce. Od czasu 

do  czasu  widzieli  przelotnie  ciemne  wnętrza  z 

migoczącym  telewizorem  albo  fragment  ogródka 
ukrytego  za  wysokim  murem.  Rowery  stały  oparte  o 

drzwi,  a  w  małym  oknie  suszyło  się  czyjeś  pranie. 

Podobały jej się skrzynki z pelargoniami i uśmiechnięci 

chłopcy przemykający na skuterach. 

Najbardziej jednak cieszyła ją bliskość Lefterisa, gdy 

stawali obok siebie, by kogoś przepuścić, i dotyk jego 

background image

palców  na  jej  ręce,  gdy  wskazywał  bogato  zdobioną  ko-

łatkę lub mężczyznę niosącego ogromny dzban z terakoty. 

Weszli  do  portu  i  poczuli  się  zupełnie  jak  w  innym 

świecie. Po nabrzeżu spacerował różnojęzyczny tłum, mi-

jając restauracje z markizami, spod których wyłaniali się 

kelnerzy skinieniem ręki zapraszający do środka. 

Nawet w takim tłumie Lefteris wyróżnia się, pomyślała 

Courtney, spoglądając na niego ukradkiem. Rozluźnił kra-

wat, a marynarkę przerzucił przez ramię. Zastanawiała się, 

czy zauważył, ile kobiet odwraca za nim głowę. 

Zaprowadził  ją  do  tawerny  w  odległym  końcu  portu, 

gdzie było spokojnie, bo zaglądało tam niewielu turystów. 
Przywitano go jak dawno nie widzianego syna, a Courtney 

z wielkimi ceremoniami została podprowadzona do stolika 

w rogu. Patrzyła, jak Lefteris rozmawia z właścicielem, po 

raz  kolejny  zaskoczona,  że  tak  młodo  wygląda,  gdy  się 

śmieje. Czuł się swobodnie w tej tawernie z prostymi sto-

likami  nakrytymi  obrusami  z  ceraty,  ale  równie  dobrze 

mogła  go  sobie  wyobrazić  w  ekskluzywnej  francuskiej 

restauracji.  Zauważyła, że  Lefteris czuje się swobodnie 

w  każdej  sytuacji.  Pewność  siebie  i  autorytet,  jakim  się 

cieszył, stanowiły po prostu jego nieodłączne atrybuty. 

Po ożywionej dyskusji właściciel przyniósł im butelkę 

wina i Lefteris napełnił kieliszki, przyglądając się trunkowi 
ze  skupioną  twarzą.  Wzrok  Courtney  bezwiednie  wę-

drował  od  jego  ciemnych  rzęs  do  prostego  nosa  i  ust. 

Bojąc się, że nie zdoła się powstrzymać i sięgnie przez 

stół, by go dotknąć - chwyciła kieliszek. 

-  Na zdrowie! - powiedziała ochrypłym głosem. 
-  Jammas! - odparł z uśmiechem. 

background image

Przez ułamek sekundy ich oczy spotkały się nad kielisz-

kami i uśmiechy zamarły równocześnie. 

-  Myślałam właśnie, że nic o tobie nie wiem - powie-

działa, bawiąc się widelcem. 

-  Wiesz już, że jestem biznesmenem. 
-  Nie chodzi mi o to, w jaki sposób zarabiasz na życie. 

Mam na myśli to, co naprawdę ważne. 

-  Na przykład? 
-  Na przykład twoja rodzina... 

Obrócił kieliszek z winem i wzruszył ramionami. 

-  Jesteśmy od wielu pokoleń tradycyjną kreteńską ro-

dziną. Mój dziadek urodził się w Villa Athina, tak samo 
jak wcześniej jego dziadek. Mój ojciec był ambitny. Wy-

jechał do Ameryki i stworzył firmę, praktycznie zaczyna-

jąc od zera, ale nam, dzieciom, zawsze wpajano, że na-

szym domem jest Kreta. To mój ojciec zbudował dom, 

w którym mieszkam, i dopilnował, byśmy w nim spędzali 

przynajmniej  każde  lato.  Po  śmierci  ojca  ja  przejąłem 

firmę. Od tamtej pory  rozrosła się nie do poznania, ale 

próbuję trzymać się zasad ustanowionych przez ojca i 

Agios Giorgios nadal jest miejscem spotkań całej rodzi-

ny. Moje siostry przyjeżdżają każdego lata i pozwalają się 

tu wyszaleć swoim dzieciom. 

-  A twój brat? Wspomniałeś, że poślubił Angielkę. 
-  Lindę. Tak, poślubił ją na swoje nieszczęście. Była 

piękną  dziewczyną,  ale  zepsutą  do  szpiku  kości.  Za-

leżało jej wyłącznie na pieniądzach. Ty może nie słysza-

łaś o rodzinie Markakis, ale ona doskonale wiedziała, 

kim jesteśmy. Christos poznał ją w Londynie i Linda na-

kłoniła go, by ją poślubił, zanim przyjechali tutaj. Nie 

background image

jestem  pewien,  czego  oczekiwała,  ale  z  pewnością  nie 

było  to  Agios  Giorgios.  Chciała  być  częścią  śmietanki 

towarzyskiej i całymi dniami pławić się w luksusie. Za-

miast tego miała góry, cichą wioskę i gaje oliwne. Wkrót-

ce zaczęła dręczyć Christosa, by zabrał ją stąd do wielkie-

go świata. 

-  To dlatego wróciła do Anglii? - Courtney nie mogła 

sobie wyobrazić, by łatwo jej było wyjechać z Agios Gior-
gios. 

-  To był jeden z powodów. - Twarz Lefterisa stężała. 

-  Christos zginął w  wypadku samochodowym  kilka mie-

sięcy  później.  Nie  mogła  się  doczekać,  kiedy  zabierze 

pieniądze i ucieknie. 

-  Przykro  mi.  Teraz  rozumiem,  dlaczego  nie  lubisz 

Angielek. 

-  Obwiniam  samego  siebie  -  wyznał  nagle.  -  Powi-

nienem ich jakoś powstrzymać, nie dopuścić do tego mał-

żeństwa. Dokładnie wiedziałem, jakie są dziewczyny z 

Anglii. Kiedyś sam miałem jedną poślubić, na szczęście w 

porę  zorientowałem  się,  że  jej  miłość  zależy  od  mojej 

zasobności.  Byłem  wtedy  bardzo  młody  i  firma  była 

znacznie mniejsza niż teraz. Sabrina przez jakiś czas trzy-

mała mnie w niepewności, ale ostatecznie wybrała znacz-
nie bogatszego faceta. Dla Sabriny, podobnie jak dla Lin-

dy, liczyły się tylko pieniądze. 

Jeśli był tak młody, jak twierdzi, musiał bardzo to prze-

żywać.  Courtney  w  zamyśleniu  wpatrywała  się  w  swój 
kieliszek. 

-  Czy to z powodu tamtej dziewczyny nie ożeniłeś się? 

Nie chcesz mieć rodziny? 

background image

-  Kiedyś... może tak, ale doświadczenie Christosa na-

uczyło mnie, że nie warto się żenić, chyba że mężczyzna 

jest absolutnie przekonany, że znalazł właściwą kobietę. 

-  A  nie  znalazłeś  jej?  -  spytała  ze  wzrokiem  wciąż 

utkwionym w winie. 

-  Nie. - Odłamał kromkę chleba i spojrzał na Court-

ney. - Jeszcze nie. 

background image

 
 
 
 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

-  Znasz już moją historię. A ty nawet nie wspomniałaś o 

swojej rodzinie. 

-  Moi  rodzice  są  bardzo  wykształceni,  każde  z  nich 

odniosło sukces w swojej dziedzinie. W przeciwieństwie 

do mnie, nigdy się nie mylą. Trudno się dyskutuje z kimś, 

kto zawsze ma rację. Oni... przytłaczają mnie. Nie sposób 

ich zadowolić, wciąż ich rozczarowuję. Za to moja siostra 

zawsze była ich chlubą. 

-  Czy jesteś podobna do siostry? 
-  Do  Ginny?  -  Ten  pomysł  wydał  jej  się  tak  niedo-

rzeczny, że omal się nie roześmiała. Rodzice wciąż nakła-

niali ją, by choć trochę brała przykład ze swojej siostry. - 

Nie,  zupełnie  nie  jesteśmy  do  siebie  podobne.  Ona  re-

prezentuje te wszystkie cechy, których mi brakuje. Ginny 

jest piękna, a ja przeciętna. Ona jest mądra i dowcipna, 

a ja cicha i nieśmiała. Ona jest rozsądna i praktyczna, ja 

jestem marzycielką. Dorastałam w przeświadczeniu, że je-

stem beznadziejna, ponieważ nie mogę się do niej upodob-

nić.  Kiedy  zdobywała  kolejne  stypendia  i  mistrzostwa 
w tenisie, ja zamykałam się w pokoju i czytałam książki. 

Waśnie dlatego tak lubię historię. Czytanie w samotności 

było  ucieczką  od  próby  sprostania  wygórowanym  ambi-

cjom rodziców. 

background image

-  Dlaczego  nie  studiowałaś  historii,  jeśli  tak  się  tym 

interesujesz? 

-  Wpojono mi, że jestem beznadziejna, więc panicznie 

bałam się wszelkich egzaminów. Gdy skończyłam szkołę, 

rodzice zadecydowali, że powinnam się zapisać na kurs 

gotowania, bo tylko w tej dziedzinie nie byłam komplet-

nym osłem. 

-  Ale marzysz o studiach archeologicznych? 

Skinęła głową. 
-  Wiem, że to niezbyt rozsądny pomysł. Zresztą odwa-

żyłam się wspomnieć o tym rodzicom, ale oni przedstawili 

mi wtedy tysiąc powodów, dla których nawet nie powin-

nam próbować: nie dostanę się na studia, nie dam sobie 

rady, a gdyby mi się cudem powiodło, i tak po studiach 

nie dostałabym porządnej pracy. - Spojrzała na Lefterisa. 
-  Ty  masz  dobrze.  Jesteś  silny.  Nikt  nie  ośmieli  się  ci 

dokuczać. Ja natomiast szybko się załamuję, brak mi pew-

ności siebie. 

-  To niby dlaczego wpadłaś do mojego gabinetu jak 

burza i wykrzyczałaś swoje zdanie po upadku firmy „Po-

znaj Kretę"? - przypomniał jej. 

-  Tutaj jest inaczej - przyznała szczerze. - To jedna 

z przyczyn, dla których nie chcę wracać do domu. Ty jesteś 

inny niż moi rodzice - dodała, składając serwetkę w har-

monijkę.  -  Irytujesz  mnie,  ale  nie  czuję  się  przy  tobie 

bezużyteczna. 

-  Miło mi to słyszeć. - Wyglądał na dziwnie przygnę-

bionego, ale miała wrażenie, że nie z jej powodu. - Przy-

puszczam, że rodzicom nie spodobał się twój pomysł wy-

jazdu na Kretę? 

background image

-  Byli  wręcz  przerażeni.  Uznali,  że  to  szaleństwo  po-

rzucać pracę w winiarni dla głupiej zachcianki, ale upar-

łam się i w końcu dali mi spokój. 

-  Co  spowodowało, że  tym razem sprzeciwiłaś  się  ich 

woli? 

-  Oni  bardzo  często  przyjmują  gości.  Kilka  miesięcy 

temu wydali koktajl, na który zaprosili pewnego historyka. 

Kiedy  dowiedział  się,  że  interesuję  się  kulturą  minojską, 

wspomniał  o  właściwym  dla  mnie  kierunku  studiów.  To 

on  zaproponował,  żebym  przyjechała  na  Kretę,  by  móc 

wykazać podczas rozmowy  kwalifikacyjnej, że  rzeczywi-

ście mi zależy na tych studiach. Podkreślił, że powinnam 

się zawsze kierować instynktem i robić to, na co naprawdę 

mam ochotę, nawet jeśli w danej chwili nie wydaje się to 

rozsądne  ani  praktyczne.  -  Jej  twarz  rozpromienił 

uśmiech- - Właśnie dlatego tu jestem. 

-  Właśnie - zawtórował jej w zamyśleniu. - Jesteś tu. 

Courtney nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy i ode-

tchnęła  z  ulgą  na  widok  podchodzącego  do  ich  stolika 

właściciela tawerny, który przyniósł dwa kieliszki rakii na 
koszt firmy. 

Przełknęła  ognisty  napój,  łudząc  się,  że  alkohol  utopi 

zdradzieckie  pożądanie.  Pragnęła  dotknąć  Lefterisa,  po-

gładzić po policzku i przywrzeć ustami do jego szyi. 

Musi się natychmiast opanować! Jak przez mgłę zoba-

czyła, że  Lefteris  wstaje  i podaje  właścicielowi rękę, po 
czym odwraca się, by odsunąć jej krzesło. Nocne powie-

trze  owiało  rozpaloną  skórę  Courtney  przyjemnym  chło-

dem, za to kolana uginały się pod nią, gdy szli nabrzeżem. 

Blask księżyca obrysował linię nosa i podbródka Lefterisa 

background image

i  musnął  kącik  ust.  Szczęśliwy  księżyc,  pomyślała, 

drżąc z podniecenia. 

-  Zadrżałaś  -  zauważył  rozbawiony.  -  Czy  jest  ci 

zimno? 

-  Troszeczkę - skłamała. 

Zdjął marynarkę i narzucił jej na ramiona. Courtney 

stała bez ruchu, obawiając się, że Lefteris usłyszy głośne 

bicie jej serca. Przez dłuższą chwilę stał obok, przygląda-

jąc się jej uważnie. 

-  O co  chodzi?  -  spytała, nie mogąc już znieść mil- 

czenia. 

Nie od razu odpowiedział. Wyjął jej włosy spod koł-

nierza i wygładził klapę marynarki. 

-  Właśnie sobie przypomniałem, że jesteś Angielką -

przyznał wreszcie. 

-  Nie da się zaprzeczyć. Ale chyba różnię się od Sabri-

ny i Lindy. 

-  Zaczynam myśleć, że możesz być inna - zgodził się, 

wodząc palcem po jej policzku. 

Przez całą drogę powrotną czuła ten dotyk jego dłoni. 

Siedziała sztywno, patrząc przed siebie, przerażona, że tak 

reaguje. Kiedy zatrzymał samochód przed domem i wyłą-

czył silnik, zapanowała cisza nie do zniesienia. Wreszcie 

Courtney  chwyciła  torby  i  chwiejnym  krokiem  ruszyła 
do kuchni. 

Zostawiła  wiktuały  i  postanowiła  wymknąć  się  nie-

postrzeżenie do swojego pokoju, ale widząc światło na 

tarasie, rozmyśliła się. Nie wypadało odejść bez pożegna-

nia, zwłaszcza po wspólnej kolacji w tawernie. 

Lefteris odwrócił się do niej. 

background image

-  Spójrz na to - poprosił, wskazując na góry. 

Chmury nadal kłębiły się, pozostawiając wąski pasek 

czystego nieba nad szczytami gór. Śnieg na wierzchołkach 

błyszczał nieskazitelną bielą w świetle księżyca. 

-  Och  -  westchnęła, wczuwając się w magię tego cza-

rownego  miejsca.  -  Chciałam  tylko  powiedzieć  „dobra-
noc"  -  szepnęła,  zamierzając  się  wycofać,  ale  Lefteris 

chwycił ją za rękę. 

-  Myślałem o  tym,  co  ci  powiedział ten  historyk  - za-

czaj, przyciągając ją do siebie tak mocno, że nie mogła 

mu się oprzeć. 

-  To  znaczy...?  -  Jej  głos  zamienił  się  w  ledwo  sły-

szalny szept. 

-  O tym, że należy się kierować instynktem, nawet jeśli 

nie wydaje się to rozsądne. - Przesunął ręce w górę do jej 

ramion  i  zagłębił  je  w  jedwabistych  włosach,  dotykając 
szyi. -  Może warto wypróbować jego teorię  -  dodał, uno-

sząc jej twarz. 

Courtney otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale Lefte-

ris ubiegł ją, schylił głowę i zamknął jej usta swoimi war-

gami.  Wtedy  tlący  się  od  dawna  w  niej  żar  buchnął  og-

niem, w którym nie istniało już nic prócz jego ust i dotyku 

ciała. 

Przez cały wieczór tęskniła za tym. Teraz topniała pod 

naporem jego siły, mrucząc coś ze szczęścia, ale zarazem 

oburzenia z powodu własnej słabości. Wreszcie zrezygno-

wała z wszelkiego oporu i zarzuciła mu ręce na szyję. 

-  Glykia mou - szepnął jej do ucha, wyplątując palce 

z włosów, by móc przyciągnąć ją bliżej, po czym zaczął 

ją całować głębiej i natarczywiej. 

background image

Gdy ją puścił, patrzyła na niego zdezorientowana, nie 

mogąc wymówić słowa. 

-  Nie postępujemy rozsądnie - rzekł. 

Nuta rozbawienia w jego głosie pomogła jej pozbierać 

się bardziej skutecznie niż uderzenie w twarz. 

-  Może jednak ta teoria nie zawsze się sprawdza - po-

wiedziała załamującym się głosem, rozpaczliwie próbując 

opanować drżenie nóg. 

-  Sam  nie  wiem.  Chyba  twój  przyjaciel  miał  rację. 

Całowanie  cię  nie  było  postępkiem  rozsądnym,  ale 

niewątpliwie bardzo przyjemnym. 

Rano  spotkali  się  tylko  na  chwilę  i  Lefteris 

zachowywał się tak, jakby poprzedniego dnia nic się nie 

stało.  Widocznie  nawet  nie  pamięta  o  pocałunku, 

pomyślała rozczarowana. 

-  Wyjeżdżam na lotnisko po gości - poinformował ją, 

wchodząc do kuchni, gdzie kroiła cebulę. - Czy zdążysz 

przygotować lunch, zanim przyjedziemy? 

-  Oczywiście  -  odpowiedziała  krótko,  oburzona,  że 

Lefteris potrafi zachowywać się tak, jakby jej wcale nie 

trzymał w ramionach i nie całował do utraty tchu. Skoro 

jednak postanowił udawać, że nic się nie stało, to w po-

rządku, niech tak będzie! 

Wśród  gości  byli  dyrektorzy  wydziałów  w  Belgii, 

Portugalii,  Holandii  i  Hiszpanii,  którzy  przybyli  z 

żonami, a także dyrektor z Włoch, Gianni Neri, którego 

żona  podobno  zachorowała,  oraz  Inger,  wysoka 

błękitnooka  blondynka  z  Danii.  Courtney  dowiedziała 

się,  że  Inger  jest  szefową  biura  prasowego  w  firmie 
Lefterisa. 

background image

Courtney przygotowała wspaniały lunch i wszyscy  go-

ście z  wyjątkiem  Inger,  która  była zbyt zajęta  przykuwa-

niem uwagi Lefterisa, wyrażali pełne uznania uwagi. Lef-

teris cudem zdołał oderwać się na chwilę od niewątpliwie 

fascynującej dyskusji o public relations, aby przedstawić 

Courtney, gdy wniosła kawę, ale skorzystała z pierwszej 
okazji, aby uciec do kuchni. 

Ten tydzień dłużył się Courtney niemiłosiernie. Goście 

po  omówieniu  spraw  służbowych  wysiadywali  dookoła 

basenu lub na tarasie. Lefteris dbał, by miło spędzali czas, i 

nic im nie narzucał. 

Każdego ranka dyrektorzy znikali, by omówić interesy, i 

kiedy  Lefteris  i  Inger  nie  zakłócali  jej  spokoju,  Courtney 

siadała na murku i rozmawiała z żonami. Od nich właśnie 

dowiedziała  się  więcej  o  Lefterisie.  Szanowano  go  jako 

naczelnego  szefa  ogromnego  międzynarodowego  koncer-
nu  -  daleko  większego  i  potężniejszego  niż  Courtney  po-

czątkowo sądziła. 

- Lefteris ciągle podróżuje, ale mam wrażenie, że tylko 

to miejsce jest jego właściwym  domem  -  wyjaśniła Con-

suela, żona dyrektora z Hiszpanii. - Zapewne wszystko by 

się  zmieniło,  gdyby  się  ożenił.  Przynajmniej  miałby  do 

kogo wracać. 

Courtney chciała dowiedzieć się czegoś więcej o Inger, 

ale  nikt  nie  wiedział  nic  konkretnego.  Mówiono,  że 

prawdopodobnie  kiedyś  miała  romans  z  Lefterisem. 

Interesowała  ją  wyłącznie  kariera...  i  Lefteris,  dodała 

Courtney  w  duchu.  Ilekroć  widziała  ich  razem,  Dunka 

trzymała rękę na ramieniu Lefterisa albo pochylała jasno- 

background image

blond głowę ku jego twarzy. Spędzali mnóstwo czasu we 
dwoje. 

Courtney nie mogła znieść ich widoku, więc starała się 

unikać Lefterisa. Czasami prosił, by dołączyła do gości 

pijących kawę albo przyszła popływać w basenie, ale od-

mawiała tłumacząc, że ma pracę w kuchni. Kilkakrotnie 

zauważyła,  że  Inger  wpatruje  się  w  nią  zimnymi 
oczami i kobiecy instynkt podpowiadał jej, że Dunka za 

nią nie przepada. 

Courtney z trudem rozpoznawała w Lefterisie mężczy-

znę, który siedział z nią przy stoliku w tawernie i cierpli-

wie słuchał jej paplaniny. Czy ten autokrata, kosmopoli-

tyczny magnat, który wzbudzał u dyrektorów taki respekt, 

to ten sam mężczyzna, który siedział z nią w Knossos 

i opowiadał jej legendę o Tezeuszu i labiryncie? Ten sam, 

który  niósł  jej  torby  z  zakupami  i  wędrował  z  nią  po 

uliczkach  Chani?  Ten,  który  ją  całował?  Ilekroć 

myślała o tym pocałunku, drżała ze wstydu i zarazem 

tęsknoty -a jednocześnie była wściekła na siebie, że tak 
bardzo jej  na nim zależy. Dlaczego w ogóle całował ją, 
skoro  wiedział,  że  wkrótce  przyjedzie  Inger,  atrakcyjna 
dziewczyna,  której  dodatkowym  atutem  było  to,  że  nie 

jest Angielką? 

W któreś popołudnie Courtney właśnie kończyła sprzą-

tać kuchnię po lunchu, gdy drzwi otworzyły się i weszła 
Inger.  Courtney  spojrzała  na  nią  z  zazdrością.  Była  tak 

elegancka i zadbana, że sama czuła się przy niej jak czu-

piradło. 

-  Czy coś podać? - siliła się na uprzejmy ton. 

Przynajmniej tym razem Inger starała się być miła. 
-  Czy mogę prosić o butelkę szampana? I dwa kielisz- 

background image

ki. - Zatrzepotała rzęsami, szczebiocząc słodko: - To ma 

być niespodzianka. 

Ani  słowem  nie  wspomniała,  dla  kogo  był  ten  drugi 

kieliszek ani na czym miała polegać niespodzianka. 

-  Coś  świętujemy?  -  podjęła  ostrożnie  Courtney,  przy 

klejając uśmiech do twarzy. 

Dunka uśmiechnęła się tajemniczo. 

-  Chcemy przyjemnie spędzić czas, tylko we dwoje. 

-  Jej lodowate błękitne oczy napotkały wzrok Courtney. 
-  Wiesz, jak to jest. 

-  Oczywiście  - odparła Courtney, siląc się na obojętny 

ton. 

Więc Lefteris tak spędzał sjestę! Próbowała sobie wmó-

wić, że to nie jej sprawa, ale zazdrość trawiła jej serce. 

Inger  obserwowała  ją,  gdy  sięgała  po  szampana  i  na-

pełniała  wiaderko  lodem.  W  podzięce  ledwo  posłała  jej 

nieszczery uśmiech, po czym chwyciła butelkę i ruszyła 

w stronę pokoju Lefterisa. 

Courtney ze zdenerwowania drżały ręce. Wybiegła z 

kuchni do gaju oliwnego, by ukoić nerwy. Oparłszy się o 

sękaty  pień,  zamknęła  oczy  i  wdychała  słodki  zapach 

koniczyny.  Słyszała  pszczoły  przemykające  wśród  kwia-

tów i odległy brzęk dzwonka owiec, nic jednak nie mogło 

stłumić  myśli  o  tym,  że  Lefteris  i  Inger  piją  szampana, 

śmieją się i kochają. 

Otworzyła oczy. Ból rozdzierał jej serce, z trudem od-

dychała. Zakryła rękoma powieki, chcąc powstrzymać łzy. 

Nie, nie będzie płakała, bo cóż to da? Musi jakoś wytrwać 

przez trzy kolejne dni, a potem będzie wolna i wyjedzie 

stąd. Próbowała sobie wyobrazić, gdzie będzie za tydzień, 

background image

ale  wyobraźnia  płatała  jej  figle:  wciąż  wracała  do 
Agios Giorgios i Lefterisa. 

Idąc  wąską  ścieżką  wśród  drzew  oliwnych,  spotkała 

Gianniego Neri. Miał tak samo żałosną minę jak ona, ale 

chcąc go jakoś pocieszyć, uśmiechnęła się serdecznie na 
powitanie. 

-  Czy coś się stało? - spytała odruchowo, gdy zawrócił 

wraz z nią w stronę domu. 

-  Przepraszam, ale nie jestem dziś w dobrym nastroju. 

Właśnie dlatego wyszedłem na spacer. 

-  Może mogłabym jakoś pomóc? 
-  Nie sądzę. Chodzi o moją żonę, Paolę. Nie chciała 

ze  mną  przyjechać.  Stwierdziła,  że  zmęczyły  ją 

podróże  i  woli  zostać  w  Rzymie.  A  ja  muszę 

podróżować. Należy to do moich obowiązków jako szefa 
oddziału we Włoszech. 

-  Może ona po prostu potrzebuje czasu, by zrozumieć, 

jak ważna dla ciebie jest ta praca - zasugerowała Court-
ney. 

Gianni chyba nie bardzo w to wierzył. 
-  Wątpię. Sytuacja byłaby lepsza, gdyby ona wydawa-

ła przyjęcia, ale nie znosi gotowania i twierdzi, że sama 

myśl  o przygotowaniu wyszukanych potraw przyprawia 

ją o ból głowy. 

-  Rozumiem ją. Dobrze się czuję w kuchni, ale mierzi 

mnie na samą myśl o zorganizowaniu wielkiego, uroczy-

stego przyjęcia. Byłabym w tym beznadziejna. 

-  Trudno w to uwierzyć - powiedział Gianni, spoglą-

dając na nią z zaciekawieniem. - Wszyscy goście twier-

dzą, że jesteś czarującą dziewczyną. Prawdę mówiąc, za- 

background image

stanawialilmy się, czy łączy cię coś z Lefterisem.  - Roz-

postarł  ręce  skruszony,  widząc  zakłopotanie  Courtney.  -
To tylko dlatego, że tak dziwnie patrzył na ciebie, ilekroć 

wchodziłaś do pokoju... 

-  Nic  nas  nie  łączy  -  zapewniła  z  przesadnym  naci-

skiem. - Jestem jego kucharką. 

-  Lefteris  też  tak  mówi  -  pospiesznie  zapewnił  ją 

Gianni. - Słyszałem, jak Inger kpiła z niego z tego powo-

du, a on wyjaśnił jej wtedy, że jesteś tylko jego kucharką  

i  tak  się  szczęśliwie  złożyło,  że  możesz  na  pewien  czas 

zastąpić Katinę. 

Tylko  kucharka.  Courtney  uśmiechnęła  się  niepewnie. 

Cóż, taka jest prawda. Czy mógłby pomyśleć o niej ina-
czej, mając u boku zgrabną, błękitnooką  Inger, częstującą 
go czarownymi niespodziankami z szampanem? 

-  Jak  długo  będziesz  u  niego  pracowała?  -  spytał  na- 

gle Gianni. 

-  Dopóki nie wyjedziecie. Potem wróci Katina. 

Nawet gdyby Katina nie wróciła, Courtney postanowiła 

wyjechać, gdy tylko to będzie możliwe. Nie ma zamiaru 

pałętać  się tu jako „tylko kucharka", choćby to było nie 

wiem jak wygodne dla Lefterisa! Z trudem zmuszała się 
do rozmowy z Giannim. 

-  Prawdopodobnie  pojadę  na  wschód  badać  zabytki 

kultury minojskiej. 

-  Czy nie chciałabyś przyjąć pracy w Rzymie? - Gianni 

chwycił ją za rękę i zatrzymał. 

-  W Rzymie? 
-  Mogłabyś  zostać  naszą  kucharką.  Jestem  pewien,  że 

gdyby Paola nie musiała martwić się o kuchnię, mniej by 

background image

się  bała  przyjęć.  Nie  wiem,  dlaczego  dopiero  teraz 
wpadłem  na  ten  pomysł!  -  wyrzucił  z  siebie  jednym 
tchem. 

-  Zastanowię się nad tą propozycją - przyrzekła. 
-  Wspaniale - ucieszył się. Otworzył bramę i weszli 

na schody.  -  Dziękuję, że mnie  wysłuchałaś, Courtney. 

Teraz, gdy wyrzuciłem to z siebie, czuję się znacznie le-
piej. 

-  To  dobrze  -  powiedziała życzliwie,  kładąc  rękę  na 

jego ramieniu, by dodać mu otuchy. - Może ten tydzień 

w  samotności  skłoni  Paolę  do  przemyśleń.  Zobaczysz, 
jak się ucieszy, kiedy znów zobaczy cię w domu. 

-  Mam  nadzieję  -  przyznał,  przykrywając  jej  rękę 

swoją i dobrotliwie patrząc w oczy. - Dziękuję ci. 

-  Czy coś wam przerwałem? - usłyszeli nagle lodowa-

ty głos Lefterisa, który schodził po schodach z nachmu-

rzoną miną. 

-  Skądże znowu!  -  zapewnił Gianni lekko, ale zaru-

mienił się. - Mówiłem właśnie Courtney, jak bardzo nam 

smakowały przygotowywane przez nią posiłki. 

-  Niewątpliwie jest niezwykle łasa na twoje komple-

menty - uciął Lefteris tak złośliwie, że Gianni spojrzał na 
niego kompletnie zaskoczony. 

Bąknął „przepraszam" i zmył się, wbiegając po scho-

dach. Courtney ruszyła za nim, ale Lefteris zatrzymał ją. 

-  Gdzie byłaś? - zapytał wściekły. 
-  Wyszłam na spacer - powiedziała, uwalniając rękę. 
-  Z Giannim? 
-  Przez chwilę szliśmy razem. Czy masz coś przeciwko 

temu? 

-  Zaangażowałem cię do gotowania. 

background image

-  Sądziłam,  że  od  czasu  do  czasu  mogę  sobie  zrobić 

pięć  minut  przerwy  -  odparła  z  goryczą.  -  Skąd  mogłam 

wiedzieć, że muszę prosić o pozwolenie za każdym razem, 

gdy wychodzę z kuchni?! 

-  Oczywiście, że wolno ci odetchnąć. Rzecz w tym, że 

nie chcę, byś flirtowała z moimi gośćmi. 

-  Ja  nie  flirtuję!  -  oburzyła  się.  -  Przypadkiem  spot-

kałam  Gianniego,  gdy  wracałam  ze  spaceru.  Co  miałam 

zrobić? Przejść obok i powiedzieć, że nie chcę z nim roz-

mawiać?  Powinieneś  się  cieszyć,  że  staram  się  być  miła 

dla twoich gości. 

-  Jest  pewna  różnica  między  byciem  miłym  a  pozwo-

leniem, by cię obmacywano - warknął. - Widziałem prze-

cież, że nawet nie próbowałaś go odsunąć. Ciekawe, o 

czym tak rozprawialiście? 

-  To nie twoja sprawa! 
-  Dobrze  chociaż,  że  nie  próbujesz  mi  wmówić,  że 

przez cały czas słuchałaś   tylko komplementów na temat 
gotowania! 

-  Przez cały czas, czyli jak długo? 
-  Wyszłaś pół godziny temu! 
-  Nie  zdawałam  sobie  sprawy,  że  obserwujesz  każdy 

mój krok - powiedziała dotknięta do żywego. - Sądziłam, 

że dziś po południu miałeś przyjemniejsze zajęcie! Następ-

nym  razem  zamelduję  się,  wychodząc  i  wchodząc,  żebyś 

mógł dokładnie sprawdzać, ile czasu spędzam poza kuch-

nią! W  końcu nie możemy  zapominać, że jestem tu tylko 

kucharką, prawda? - dodała. 

-  Czy Gianni towarzyszył  ci przez  cały  czas?  -  zapytał 

ze złością. 

background image

- Nie rozumiem, co to ma wspólnego z tobą, ale nie, 

tylko przez chwilę byliśmy razem. Spacerowaliśmy nie 

dłużej niż dziesięć minut, a więc sam przyznasz, za krótko 

na przeżycie intensywnej przygody miłosnej. A teraz, jeśli 

skończyłeś wreszcie to śledztwo, pozwolisz, że wrócę do 

kuchni, gdzie, jak wciąż podkreślasz, jest moje miejsce. 

background image

 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Courtney odczuła ulgę, gdy nadszedł ostatni dzień  i 

wszyscy zebrali się na tarasie przed wyjazdem na lotnisko. 

Gianni podał jej rękę, mówiąc: 

-  Pamiętaj,  moja  propozycja  jest  wciąż  aktualna.  - 

Wyjął  wizytówkę  z  kieszeni  marynarki.  -  Proszę,  tu  jest 

mój telefon. Zadzwoń, gdy tylko zechcesz przyjechać. 

Courtney zerknęła na Lefterisa, który obserwował ją z 

marsową miną. 

-  Dziękuję, Gianni. Niewykluczone, że zadzwonię. 

Kiedy wszyscy wyszli, usiadła zmęczona na ławie. Lef- 

teris odwiózł gości na lotnisko, ale zaraz wróci i, sądząc 

po spojrzeniu,  jakie jej rzucił przed wyjazdem,  będzie 
w pieskim humorze. 

Zła  na  siebie,  że  tak  się  tym  przejmuje,  westchnęła 

ciężko. Gotowanie przez cały tydzień naprawdę ją zmę-

czyło.  Dokładnie  posprzątała  kuchnię,  przygotowując  ją 

na przyjazd Katiny, pozostało jej więc tylko spakowanie 

się. 

Właściwie najchętniej wyjechałaby bez pożegnania, uz-

nała jednak, że postąpiłaby niepoważnie. Poza tym Lefte-

ris nie zapłacił jej jeszcze za wykonaną pracę. 

Postawiła walizkę na tarasie i wymieniała w myślach 

background image

wszelkie powody, dla których nie powinna go już zoba-

czyć. Jest samolubnym i apodyktycznym arogantem. Cały 

tydzień  poświęcił  Inger,  a  ma  pretensje  do  niej,  że 

okazała trochę współczucia Gianniemu. Lefteris to pełen 
uprzedzeń szowinista. W ogóle... okropny człowiek. 

Była już wystarczająco zbuntowana, a sytuację pogor-

szyła jeszcze reakcja Lefterisa, gdy zobaczył ją z walizką 
na tarasie. 

-  Co ty wyprawiasz?! 
-  Czekam na zapłatę - wyjaśniła krótko. 
-  Widzę, że nie możesz się doczekać wyjazdu, Court-

ney. Zapewne ma to coś wspólnego z wyjazdem twojego 

przyjaciela Gianniego. Tęsknisz za romantycznymi space-
rami w gaju oliwnym? 

-  Wyjeżdżam, ponieważ skończyłam pracę - oznajmi-

ła lodowatym tonem. - Co do Gianniego... opowiadał mi 

o swojej żonie. 

-  Och, z pewnością skarżył się, że ona go nie rozumie. 

Nie powiesz mi chyba, że dałaś się nabrać na ten stary 
numer? 

-  Nie było żadnych numerów! - Z trudem hamowała 

wybuch  wściekłości.  -  Gianni  zwierzył  mi  się  tylko  ze 

swoich kłopotów. 

-  Czyżby? Ja odebrałem to inaczej. 
-  Szczerze  mówiąc,  jestem  zaskoczona,  że  w  ogóle 

zauważyłeś Gianniego, biorąc pod uwagę, jak bardzo byłeś 

pochłonięty ukradkowymi spotkaniami z Inger. Jak mo-

żesz obwiniać Gianniego o flirtowanie, skoro cały czas 

poświęcałeś tej dziewczynie! 

-  Szanuję Inger jako koleżankę z pracy, to wszystko! 

background image

-  Czyżby?  Ja  odebrałam  to  inaczej  -  powtórzyła  jego 

słowa. 

-  Co zamierzasz teraz zrobić? - zapytał po chwili mil-

czenia. 

-  Jak mogę o tym zadecydować, skoro nie otrzymałam 

jeszcze pieniędzy? 

-  Ach, rzeczywiście. - Poszedł do gabinetu i po chwili 

przyniósł  zwitek  banknotów.  -  Powinienem  był  przewi-

dzieć, że zależy ci wyłącznie na pieniądzach. Linda też 

nie wyjechała, dopóki jej nie zapłacono. 

Zapadła przykra chwila milczenia. To on zaproponował 

jej  tę  pracę.  Chyba  nie  oczekiwał,  że  będzie  harowała 

w  kuchni  przez  cały  tydzień  tylko  po  to,  by  być  blisko 
niego? 

-  Dokąd najpierw pojedziesz? - spytał wreszcie. 
-  Do Chani, a potem do Iraklionu. 
-  A potem? 
-  Będę musiała znaleźć jakąś pracę. 
-  W Rzymie? 
-  Czemu nie?  -  Spojrzała mu prosto w oczy.  - Muszę 

wykorzystać wszystkie szanse. 

-  Do  tej  pory  świetnie  ci  się  to  udawało!  Gdybym  się 

zdobył  na  odrobinę  współczucia,  powinienem  ostrzec 

Gianniego, na co się pokusił, ale właściwie on zasługuje 

na karę. „Zadzwoń, gdy tylko zechcesz przyjechać". Nie-

trudno zgadnąć, co to była za oferta! 

-  Również  nietrudno  zgadnąć,  jakiego  rodzaju  oferty 

składasz  Inger,  tyle  że  ja  nie  wtykam  nosa  w  nie  swoje 

sprawy! Jeśli o mnie chodzi, możesz sobie z nią robić, co 
chcesz. 

background image

-  Nie mam zwyczaju zwracać się do kucharki z prośbą 

o pozwolenie - warknął. 

-  Już  nie  jestem  twoją  kucharką  -  przypomniała  mu, 

podnosząc walizkę. - Nie muszę więc wysłuchiwać takie-
go zadufanego aroganta! 

-  Nie bądź dziecinna. Nie możesz wyjść sama w no-

cy! 

-  Naprawdę? Grubo się mylisz! - zapewniła i zbiegła 

po schodach. 

-  I tak nie dotrzesz do Chani dziś w nocy! - krzyknął, 

patrząc, jak otwiera bramę. - Nie minie godzina, a wrócisz 

tu na klęczkach, bo nie masz gdzie przenocować! 

Courtney stała już w otwartej bramie, a gdy spojrzała 

na niego, jej oczy ciskały gromy. 

Jednak gdy dotarła do drogi, opamiętała się. Nie sły-

szała, by Lefteris ruszył za nią. To jasne, przecież zupełnie 

nie obchodzi go, co się z nią stanie. Łatwo było zatrzasnąć 

za sobą drzwi, ale czy postąpiła rozsądnie? Nagle przypo-

mniała sobie uwagę Lefterisa, że wróci na klęczkach do 

jego willi, i natychmiast hardo podniosła głowę. Nie, nie 
sprawi mu takiej satysfakcji! 

Dochodziła już prawie do wioski, gdy usłyszała za sobą 

samochód. Zeszła na bok, nie zatrzymując się. Kierowca 

wyprzedził ją i zatrzymał się kilka metrów dalej. Był to 

mercedes z otwartym dachem, więc z pewnością nie na-

leżał do Lefterisa. 

-  Courtney? 

To głos Nikosa. Courtney z wahaniem postawiła waliz-

kę. Nie widziała go od czasu, gdy potwierdził wiadomość 

o bankructwie firmy „Poznaj Kretę". 

background image

-  Czy coś się stało?  - zapytał z troską.  -  Gdzie ty ma-

szerujesz o tej porze? 

-  Do Chani. 
-  Jak to? Przecież pracujesz u Lefterisa? 
-  Pracowałam. Ale właśnie skończyłam... 

Nikos przyglądał jej się w zamyśleniu. 

-  Jest  już  późno.  Chyba  rozsądniej  będzie,  jak  wyje- 

dziesz jutro? 

-  Za nic nie wrócę do willi - wycedziła przez zęby. 

Przez ułamek sekundy w oczach Nikosa zabłysła 

iskierka radości. 

-  Cóż, nie mogę cię tu zostawić. Wsiadaj, podwiozę cię. 

Wahała się. Lefteris twierdził, że Nikos jest złym czło-

wiekiem i nie można mu ufać, ale w końcu to tylko opinia 

Lefterisa, a czy ona musi mu wierzyć? Zerknęła na Nikosa. 

Zdążyła  już  zapomnieć,  jaki  jest  przystojny,  a  kiedy 

uśmiechnął  się  czarująco,  trudno  było  uwierzyć,  że  mógł 

założyć  firmę  „Poznaj  Kretę"  tylko  po  to,  by  upokorzyć 

Lefterisa. Musi być jakaś inna przyczyna, dla której  Lef-
teris tak go nienawidzi... 

Spojrzała  przez  ramię,  ale  Lefteris  nie  nadjeżdżał.  To 

jasne, że nie obchodzi go, czy ona da sobie radę. Przeniosła 

wzrok  na  Nikosa  i  jego  wspaniały  samochód.  W  głębi 

duszy czuła, że powinna odmówić, ale czy miała wybór? 

Nie może przecież stać przy drodze przez całą noc. 

-  Jeśli nie sprawię kłopotu... 
-  Ależ skąd - zapewnił pospiesznie. Wrzucił jej walizkę 

na tylne siedzenie i otworzył drzwi. 

-  Skąd  pan  wiedział,  że  pracuję  dla  Lefterisa?  -  zapy-

tała, wsiadając. 

background image

-  Na wsi wieści rozchodzą się lotem błyskawicy - po-

wiedział, uruchamiając silnik. - Muszę przyznać, że czu-

łem  się  trochę  winny  wobec  ciebie,  więc  cieszę  się,  że 
mam okazję ci pomóc. 

-  Winny? 
-  Tego  dnia,  kiedy  przyjechałaś  do  mnie,  chyba  nie 

byłem  w  stanie  myśleć  jasno.  Sam  dopiero  co 

usłyszałem  o  upadku  firmy,  nic  dziwnego,  że  byłem 
zaszokowany. Później chciałem ci zaproponować jakieś 
miejsce, 

gdzie 

mogłabyś 

zamieszkać, 

ale 

dowiedzieliśmy  się,  że  jesteś  u  Markakisa.  -  Nikos 

wzruszył  ramionami.  -  Nie  mam  ci  tego  za  złe.  To 

bardzo ładny dom, więc pomyślałem, że cokolwiek bym 

ci zaproponował, nie będziesz zadowolona, tym bardziej 

że on zapewne oczernił mnie przed tobą. 

-  Chyba  niezbyt  pana  lubi.  O  ile  zrozumiałam,  jest 

jakaś  zadawniona  wendeta  pomiędzy  waszymi 
rodzinami. 

-  To prawda, ale nie tylko o to chodzi. Czy wspomniał 

ci o Lindzie? 

-  Żonie jego brata? - spytała ostrożnie. - Wspomniał, 

że nie byli udanym małżeństwem. 

-  Lefteris chętnie tak mówi, ale to nieprawda. Linda 

była bardzo oddana Chnstosowi, jednak jego rodzina nie 

zaakceptowała  jej.  Kiedy  Christos  przywiózł  Lindę  na 

Kretę, on i cała rodzina wciąż dawali jej do zrozumienia, 

że nie jest mile widziana, bo jest Angielką. Lefteris kazał 

Christosowi  harować  bez  wytchnienia,  żeby  nie  miał 
czasu  dla  żony,  więc  czuła  się  rozpaczliwie  samotna. 

Spotkałem  ją  kiedyś  w  Chani.  Chyba  byłem  jedyną 

osobą, na którą mogła liczyć, więc po śmierci Christosa 

właśnie do mnie uciekła. 

background image

Courtney słuchała uważnie,  nie odzywając się.  Była to 

mniej  więcej  ta  sama  historia,  którą  opowiedział jej  Lef-

teris, tyle że w innej wersji. Która była prawdziwa? 

-  Christos  zginął  w  wypadku  samochodowym  kilka 

miesięcy po ślubie - kontynuował Nikos. - To był tragiczny 

wypadek, ale rodzina obwiniała potem Lindę. Oczywiście, 

ona szalała z rozpaczy i chciała jak najszybciej wyjechać, 

ale  nie  miała  w  ogóle  pieniędzy,  chociaż  wiesz,  jaka 
bogata jest rodzina Lefterisa. - W głosie Nikosa wyczuwało 

się  zazdrość.  -  W  końcu  otrzymała  tylko  Villa  Athina, 

którą  wcześniej  Lefteris  dał  jej  i  Christosowi  w 

prezencie. Zaproponowałem, że odkupię od niej ten dom, 

żeby miała gotówkę na powrót do domu. 

-  Czy  to  dlatego  Lefteris  tak  cię  nienawidzi?  Bo  po-

mogłeś przyjaciółce? 

-  Z  jego  punktu  widzenia  to  była  sprawa  honoru  jego 

rodziny  -  wyjaśnił Nikos.  -  Nigdy  nie  wybaczył  Lindzie, 

że do mnie przyszła po pomoc, a mnie nie wybaczył, że 

jej  udzieliłem.  Wszyscy  wiedzieli,  gdzie  ona  jest  i  że  na 

rodzinę  Markakisów  nie  mogła  liczyć.  Lefteris  nie  mógł 

się z tym pogodzić. 

Courtney  milczała,  pogrążona  w  myślach,  dopóki  nie 

zorientowała się, że Nikos skręcił z drogi prowadzącej do 

Chani i jechał w kierunku wioski. Czuła się dziwnie nie-
swojo. 

-  Dokąd jedziemy? - odważyła się zapytać. 
-  Do  Chani  jest  dość  daleko.  Wyglądasz  na  zmęczoną, 

nie  masz  siły  szukać  noclegu.  Chyba  rozsądniej  będzie, 

jeśli zabiorę cię do swojego domu? Nie obawiaj się, mo-

żesz mi ufać, zresztą mieszkam z matką. 

background image

Cóż  mogła  powiedzieć?  Teraz  żałowała,  że 

skorzystała  z  propozycji  i  pozwoliła  się  podwieźć,  ale 

przecież trudno było wymagać, by zawrócił i zawiózł ją 

do Chani. Zresztą, rzeczywiście była zmęczona, czuła się 

podle i marzyła, by się położyć. 

Nazajutrz obudziła się z uczuciem pustki i znużenia. 

Upłynęła  dłuższa  chwila,  zanim  zorientowała  się,  że 

jest  u  Nikosa.  Rozstała  się  z  Lefterisem  w  kłótni  i 
zapewne już nigdy go nie zobaczy. 

W pokoju było ciemno. Okna domu Nikosa wychodziły 

na  zachód,  więc  słońce  dotrze  tu  późno.  Ciemność 
działała  na  nią  przygnębiająco,  nic  dziwnego,  że  z 

tęsknotą  zerknęła  w  stronę  skąpanego  w  słońcu  Agios 
Giorgios.  Tutaj  boleśnie  odczuwała  samotność,  odcięta 

od  szczęścia,  którego  zaznawała  przez  kilka  ostatnich 

tygodni. Poddawała  się  radosnemu  podnieceniu,  jakie 

zawsze ogarniało ją w obecności Lefterisa, a wszystko 

wokoło wydawało się żywsze i ciekawsze. 

Spojrzała  na  gaje  oliwne.  Willi  nie  było  stąd  widać. 

Lefteris  na  pewno  jest  w  domu,  w  wyobraźni  widziała 
jego dziką, dumną twarz. Czy raczył choćby pomyśleć o 
niej? 

I tak musiałaby wkrótce wyjechać, przypomniała sobie, 

odwracając  się  od  okna.  Przecież  Lefteris  nie  chciał, 
by u niego mieszkała. Jest Angielką, więc on nią gardzi, 

nie  ufa  jej.  Może  nawet w  tej  chwili  dzwoni  do  Inger, 
namawiając  ją  do  przyjazdu,  by  mogli  być  sami...  Z 

bólem  serca  ubrała  się  i  wyszła,  chcąc  porozmawiać  z 
Nikosem.  Łatwiej  jej  będzie  pogodzić  się  z  losem,  gdy 
wyjedzie z tej doliny. 

background image

Ale  kiedy  spytała  go  o  rozkład  autobusów  do  Chani, 

Nikos rozłożył ręce, protestując: 

-  Nie możesz wyjeżdżać tak szybko! 
-  Chcę jak najszybciej dostać się do Iraklionu. 
-  Zostań  chociaż  jeszcze  jedną  noc  -  nalegał.  -  Nie 

chciałbym, żebyś wyjechała stąd, myśląc, że wszyscy trak-

tujemy tu obcokrajowców tak źle, jak Lefteris. - Wskazał 

stos  plastikowych  krzesełek  na  ogromnym  tarasie.  -  Dziś 

wieczorem urządzę  glendi,  przyjęcie na twoją cześć. Za-

prosiłem  wszystkich  z  naszego  okręgu,  żeby  ci  pokazać, 

jak gościnni są Kreteńczycy. 

Courtney poczuła ucisk w sercu. 

-  To bardzo miło z pana strony, ale... 
-  Żadne  ale!  Jesteś  moim  gościem  honorowym.  Nale-

gam! - Mówił pół żartem, pół serio, ale coś w jego głosie 

kazało  jej  zamilknąć.  Czuła,  że  nie  wypada  upierać  się. 

Przecież  Nikos  zadał  sobie  tyle  trudu...  Tylko  dlaczego 

czuła się tak niezręcznie i snuła podejrzenia? 

Dzień dłużył się niemiłosiernie. Nikos był sympatyczny, 

nadskakująco uprzejmy i usłużny, ale z niewiadomych przy-

czyn czuła narastający niepokój. Kilkakrotnie przyłapała go 

na tym, że mrużył oczy i wodził za nią wzrokiem niczym 

myśliwy zadowolony z łupu, ale w chwilę później uśmiechał 

się uroczo, wiec obwiniała się o zbyt wybujałą wyobraźnię. 

Nikos wcale nie przesadził, gdy powiedział, że zaprosił 

wszystkich z okolicy.  Kiedy Courtney wreszcie zdobyła 

się na odwagę i wyszła na taras, zobaczyła pełno ludzi. 

Czuła się jak zdrajczyni tylko dlatego, że tam była, a 

musiała jeszcze znosić towarzystwo Nikosa, który jak 

background image

przystało na dobrego gospodarza, nie odstępował jej na 

krok. Przedstawił ją każdemu z osobna, chociaż i tak po 

chwili nie pamiętała ani twarzy, ani imion. 

To był najgorszy wieczór w jej życiu. Stoły uginały się 

od jedzenia, a goście jedli, pili i bawili się świetnie. Ktoś 

przyniósł grecką lirę, ktoś inny lutnię, śpiewano i tańczo-

no. Głównie tańczyli mężczyźni, podskakując, przytupu-

jąc i wirując z niespożytą energią. Courtney czuła się roz-

paczliwie  samotna  w  tym  mimie.  Nie  mogła  już  dłużej 

udawać, uśmiechać się. Uciekła do swojego pokoju. Tęsk-

niła za Lefterisem i musiała przyznać sama przed sobą, że 
jest w nim zakochana. 

Musi się nauczyć żyć bez niego. Od jutra. Pojedzie do 

Knossos i Fajstos i zdobędzie jak najwięcej wiedzy o kul-

turze  minojskiej.  Zagłębi  się  w  historii  starożytnej  i 
zapomni  o  Kreteńczyku,  który  wciąż  absorbował  jej 

myśli. 

Jednak upłynie jeszcze co najmniej godzina, zanim bę-

dzie  jej  wypadało  oznajmić,  że  jest  zmęczona.  Jeszcze 

godzina i będzie to miała za sobą. 

Ta myśl poderwała ją na nogi. Wygładziła sukienkę, 

zmusiła się do uśmiechu i cichutko otworzyła drzwi, by 

wrócić do gości. Nie chciała, by ktokolwiek zauważył, że 

ukrywa  się  w  pokoju.  Z  salonu  dobiegały  podniesione 

głosy, gdy wyszła na palcach na korytarz. 

Nagle 

usłyszała 

trzask 

odkładanej 

słuchawki 

telefonicznej i głos Nikosa tak wściekły, że z trudem go 

rozpoznała: 

-  Planowaliśmy to przez tyle miesięcy, a teraz głupcy 

nie przyjeżdżają. Masz jakieś wieści z Tripoli? 

-  Tylko tyle, że znów spróbują we wtorek w nocy, 

w tej samej zatoce za Agia Roumeli. 

background image

Ku zaskoczeniu Courtney rozmówca Nikosa odpowiadał 

cockneyem,  co  wyjaśniało,  dlaczego  Nikos  mówił  po 
angielsku. 

Zatrzymała  się  w  ciemnym  korytarzu  i  spojrzała  tam, 

skąd przez uchylone drzwi dochodziło światło. Nie ruszała 

się  w  obawie,  że  jeśli  spróbuje  przemknąć,  zostanie  za-

uważona. A z pewnością nie była to rozmowa, którą można 

było podsłuchiwać bezkarnie. 

-  We wtorek? - powtórzył Nikos pełen oburzenia. 

-  Dopiero  za  dwa  dni?  Muszę  grać  na  zwłokę  wobec 

nabywcy.  Dlaczego  nie  mogą  przywieźć  towaru  jutro 
w nocy? 

-  Z tego samego powodu, dla którego nie mogą dzisiaj 

-  lakonicznie  odpowiedział  facet  mówiący  cockneyem.  - 

Wiedzą,  jakie  wiatry  wieją  na  południowym  wybrzeżu. 

Nie mogliby podpłynąć do brzegu. Mówiłem ci, że powin- 

niśmy wziąć większą łódź. 

-  Chyba  nie  chcesz,  żeby  ją  ktokolwiek  zauważył?  - 

uciął Nikos. - Nie możemy ściągnąć sobie na kark policji! 

Nie,  łódź  rybacka  jest  lepsza.  Na  wybrzeżu  stoi  wiele 

takich łodzi, więc trudno ją odróżnić. 

Słysząc wzmiankę o policji, Courtney przeraziła się i 

chciała uciec. Nie ulegało wątpliwości, że drogo by ją to 

kosztowało, gdyby została przyłapana na podsłuchiwaniu! 

Nikos  najwidoczniej  zapanował  nad  nerwami  i  mówił 

już spokojniej: 

-  Posłużymy się osłami. One będą najlepsze w tak dzi- 

kim kraju i nikt się nie dowie, że tam byłeś. Idź już i po 

wstrzymaj  Andreasa,  zanim  wyruszy  po  odbiór.  Upewnij 

się, czy odpowiada mu wtorek, a ja przyjadę po ciebie 

background image

ciężarówką i spotkamy się na drodze do Imbros. Andreas 
wie, gdzie to jest. 

Chcąc niepostrzeżenie wycofać się do swojego pokoju, 

Courtney  potknęła  się  w  ciemności  o  kota.  Omal  nie 

umarła ze strachu, gdy miauknął przeraźliwie. 

-  Co to było? - ostro zapytał Nikos. - Sprawdź, czy 

nikogo tam nie ma. 

Courtney bezradnie rozglądała się, nie wiedząc, co zro-

bić.  Instynkt  podpowiadał  jej,  że  bezpieczniej  będzie 

uciec, niż zostać i tłumaczyć się. Ale jeśli chce uciec na 

zewnątrz, musi przebiec obok drzwi. Łudząc się, że mu-
zyka i śmiech zagłuszą jej kroki, rzuciła się do ucieczki. 

Przebiegając obok drzwi, usłyszała krzyk Nikosa: 

-  To ta Angielka! Sprowadźcie ją tu z powrotem! 

Wybiegła na taras i wmieszała się w roześmianą grupę, 

która otaczała tańczących. Przecież Nikos nie odważy się 

jej skrzywdzić tutaj, wśród tych wszystkich osób, myślała 

gorączkowo. 

Tłum  wokół  niej  wciąż  wirował  w  tańcu.  Wszystko 

działo się tak szybko, że wydawało się nierealne. Przera-

żona zerknęła na drzwi. Jakiś chudy mężczyzna stał obok 
Nikosa  i  obydwaj  mierzyli  tłum  lodowatym  wzrokiem. 

Schowała się za plecami grubej kobiety, ale ukradkowy 

ruch przyciągnął uwagę Nikosa. Z przerażeniem zauwa-

żyła, że poklepuje chudzielca po ramieniu i wskazuje 
w jej kierunku. 

Nigdy dotąd nie doświadczyła na własnej skórze stanu, 

który można by opisać jako „struchlała ze strachu", ale 

teraz aż nadto dobrze zrozumiała znaczenie tego określe-

nia. Nie była w stanie poruszyć się ani jasno myśleć. Bez- 

background image

radnie rozglądała się wokoło. Gdyby nawet zaczęła krzy-

czeć, jej grecki był na tyle słaby, że nie potrafiłaby wyjaś-

nić,  w  czym  problem,  zresztą  Nikos  bez  trudu  znalazłby 

jakąś wymówkę. 

Chudzielec ruszył w jej stronę. Fakt, że nie śpieszył się 

zbytnio,  dodawał  grozy  całej  sytuacji.  Nagły  przypływ 

adrenaliny  znów  postawił  ją  na  nogi.  Odwróciła  się,  by 

uciekać, ale zanim zrobiła krok, wszyscy zamarli w bez-

ruchu.  Nawet  lira  ucichła  i  oczy  gości  zwróciły  się  ku 

schodom  prowadzącym  do  ogrodu.  Courtney  przestała 

się bać. 

U stóp schodów stał Lefteris. Jego twarz miała nieprze-

nikniony wyraz, mierzył z pistoletu prosto w Nikosa. 

background image

 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

-  Gdzie ona jest? 
-  Tutaj!  -  Potykając  się,  Courtney  przeciskała  się 

przez milczący tłum w stronę  Lefterisa.  - Jestem tutaj! 

Błagam, zabierz mnie stąd! 

Wszyscy zamarli w bezruchu, patrząc na wymierzony 

pistolet  Lefterisa.  Powiedział  coś  po  grecku  do 
Nikosa  i  chociaż  nie  podnosił  głosu,  w  pełnej  napięcia 
atmosferze  jego  słowa  zabrzmiały  donośnie,  wywołując 
pomruk przerażenia. 

Czy możemy już iść? - błagała Courtney. 

Lefteris po raz ostami spojrzał na Nikosa, a potem wol- 

no ogarnął wzrokiem wszystkich zebranych. 

-  Tak,  wychodzimy.  -  Chwycił  ją  za  rękę  i  wręcz 

ściągnął  po  schodach  do  zaparkowanego  w  dole  samo 
chodu. 

Gdy odjeżdżali, z domu dobiegł ich hałas, który jednak 

nie  zagłuszył  krzyku  Nikosa,  zwracającego  się  do 
chudego Anglika: 

-  Nie pozwól im uciec! 
-  Będą nas ścigać - wykrztusiła Courtney, kurczowo 

trzymając Lefterisa za rękę. 

Nie odpowiedział. Ledwo zdążył zrobić unik, gdy kula 

background image

świsnęła mu obok głowy, roztrzaskując szybę samochodu. 

Pociągnął Courtney w zarośla po drugiej stronie drogi i tu 

przykucnęli za ciernistym krzewem, obserwując drogę. 

Nikos dogonił już Anglika i obaj kręcili się przy samo-

chodzie  Lefterisa.  Courtney  jęknęła  przerażona,  widząc 

w świetle księżyca, że są uzbrojeni. 

-  Cicho! - Lefteris zakrył jej usta dłonią. 

Chudy  Anglik  wskazał  na  drzewa  i  gęste  krzewy,  za 

którymi przykucnęli. 

-  W tym gąszczu nigdy ich nie znajdziemy. 
-  Nie mogli uciec tak daleko - odparł Nikos. 

Przemierzał drogę to w jedną, to w drugą stronę, 

w  końcu  wyładował  wściekłość,  strzelając  w  oponę.  Po 

chwili  dołączyli  do  Nikosa  jeszcze  trzej  mężczyźni,  któ-

rym natychmiast wydał jakieś polecenia. 

-  Co im powiedział? - denerwowała się Courtney. 

-  Dwaj  mają  pojechać  do  mojego  domu,  a  trzeci  po 

stara się o latarki i posiłki i ruszy za nami. Nikos i Trevor, 

to chyba ten Anglik, dopilnują, żebyśmy nie uciekli drogą. 

Ruszają  w pościg  -  dodał,  widząc, że  grupka  przy  samo 

chodzie błyskawicznie rozdzieliła się.  - Idź za mną, ale 

rób to bezszelestnie. 

Góra w tym miejscu była dość stroma i z trudem prze-

mykali  pomiędzy  drzewami,  aż  dotarli  na  obszar  poroś-

nięty karłowatą roślinnością. 

-  Powinniśmy  się  kierować  w  stronę  rzeki  -  szepnął 

Lefteris, odwracając się do niej. 

Szła za nim, gdy zygzakiem mijał kępy szałwii i ostro-

krzewy.  Zazdrościła  mu  zręczności  i  energii.  Kłuło  ją 

w boku i marzyła, by choć na chwilę odpocząć, ale tań- 

background image

czący w górze odblask latarek mobilizował ją do dalszej 

wędrówki. Gdy wreszcie dotarli do wyschniętego koryta 

rzeki,  staniała  się  ze  zmęczenia.  Brzeg  opadał  tu 
stromo i z trudem przedzierała się za Lefterisem, omijając 

smukłe  pnie  drzew  i  przeskakując  przez  ogromne 
kamienie. Myślała wyłącznie o tym, by nie stracić go z 
oczu. W szalonej ucieczce w ciemnościach tylko on mógł 

jej zapewnić bezpieczeństwo. 

-  Aż trudno uwierzyć, co mi się przytrafiło - jęknęła, 

gdy nagle pociągnął ją za kępę oleandrów. 

-  Cii... 
-  Co robisz? - szepnęła z przejęciem. 
-  Są tuż za nami. Przykucnij i nie odzywaj się! 

Odgłosy ścigających odbijały się echem o skały i ka-

mieniste koryto rzeki. Byli całkiem blisko. Courtney przy-

sunęła się bliżej do Lefterisa. 

-  Czy słyszysz, co oni mówią? - spytała. 
-  Nie wszystko. Coś o drogach. Jeden uważa, że tracą 

tu czas. Miejmy nadzieję, że inni też tak myślą. - Słuchał 

w  napięciu,  a  po  chwili  skinął  głową.  -  Zawracają. 
Chyba będą próbowali odciąć nam drogę. 

Odczekali jeszcze kilka minut, aż ucichł ostatni odgłos 

ścigających i dopiero wtedy Lefteris skinął na Courtey, by 

wyszła zza oleandrów. 

Pogoń podniosła jej poziom adrenaliny, ale teraz, gdy 

minęło  bezpośrednie  zagrożenie,  nie  mogła  opanować 

drżenia  i  z  trudem  ruszyła  znów  za  Lefterisem  wzdłuż 
koryta rzeki. 

Zaczekał przy zakolu, ukryty w cieniu. Wyciągnął do 

niej rękę, a gdy zrównała się z nim, spojrzał jej w twarz 

background image

z zatroskaniem, choć niewiele mógł dostrzec w świetle 

księżyca. 

-  Nic ci nie jest? 
-  Nie,  wszystko  w  porządku  -  zakpiła.  -  Bawi  mnie 

pogoń  w  ciemności,  szczególnie  gdy  goni  mnie  zgraja 

uzbrojonych bandziorów! 

Mówiła piskliwym głosem i czuła, jak wpada w histerię. 

Lefteris mocno chwycił ją za ramiona i potrząsnął. 

-  Przestali!  Musisz  zapanować  nad  sobą!  Powiedz  mi 

lepiej, o co w tym wszystkim chodzi. Dlaczego Nikosowi 

tak bardzo zależy, żeby cię złapać? Bo chyba nie chodzi 

o twoje piękne oczy? 

-  Na pewno nie. - Wspinali się teraz pod górę i Court-

ney  opowiadała  mu  o  podsłuchanej  rozmowie.  -  Nie 

wiem, o czym mówili, ale przestraszyłam się, a kiedy po-

tknęłam się o kota, zaczęłam uciekać... Boję się pomyśleć, 

co  by  się  stało,  gdybyś  się  wtedy  nie  zjawił.  Wszystko 

wydaje  się  niewiarygodne.  W  jednej  chwili  jestem  na 

przyjęciu, a w chwilę później... uciekamy w ciemności. 

-  I  nie  masz  pojęcia,  o  co  chodzi?  Musi  to  być  coś 

ważnego, skoro zadali sobie tyle trudu. 

-  Nikos  wspomniał  o  „towarze".  Może  chodzi  o  nar-

kotyki? 

-  Z  pewnością  o  coś  nielegalnego.  Nic  dziwnego,  że 

tak  bardzo  mu  zależy  na  złapaniu  cię.  Boi  się,  że  skon-

taktujesz się z policją i przekażesz im, co usłyszałaś. 

-  Co teraz zrobimy? 
-  Musimy zawiadomić policję. 
-  Spróbujemy, gdy zdołamy dotrzeć do Agios Giorgios - 

myślała głośno. 

background image

-  Obawiam  się,  że  ludzie  Nikosa  zdążyli  już  odciąć 

kable telefoniczne. 

-  Nie mogli tego zrobić! 
-  Nie  rozmawiamy  o  spokojnych,  praworządnych 

obywatelach,  Courtney  -  powiedział  z  nutą  zniecierpli-
wienia.  -  To  nie  zabawa.  Skoro  gotowi  są  strzelać  do 

ciebie, a nie przypuszczam, aby chcieli cię tylko zastra-

szyć, to na pewno nie zawahają się i odetną telefon. 

-  I żaden z uczestników przyjęcia nie odważy się za-

dzwonić na policję? 

-  Nie sądzę, aby to w ogóle przyszło komuś do głowy. 

Są zbyt zajęci rozprawianiem, jak to się stało, że odbiłem 

cię Nikosowi. 

Spojrzała na niego z wdzięcznością. Wszystko stało 

się tak nagle, że dopiero teraz dotarło do niej, kto ją 

obronił.   Podziwiała   jego   siłę   i   opanowanie.   Był 

tu, przy niej, tak blisko, że w każdej chwili mogła go do-

tknąć. 

-  Skąd wiedziałeś, gdzie jestem? 
-  Nietrudno  było  się  domyślić.  Kilka osób  widziało 

cię, gdy przejeżdżałaś przez wioskę z Nikosem, a jemu 

bardzo  zależało,  by  jak  najwięcej  osób  dowiedziało  się, 

że  kolejna  Angielka  uciekła  od  okropnej  rodziny 
Markakisa  -  powiedział  z  goryczą.  -  Nikos  chętnie 
rozsiewa  plotki  o  tym,  jak  źle  traktujemy  kobiety. 
Rozpowiada wszystkim, że jesteś moją narzeczoną. 

-  Co takiego? 
-  To  dodaje  pikanterii  całej  historii  -  dodał  z  sarka-

zmem.  - Jak sądzisz, dlaczego zaprosił wszystkich dziś 

wieczór? Po to, żeby zobaczyli, że moja kobieta jest pod 

background image

jego ochroną. Zabranie cię stamtąd było sprawą honoru -

zakończył. 

-  Nie  wiedziałam  -  szepnęła.  Sprawa  honoru?  Więc 

ona tylko tyle dla niego znaczy? - Nie powiedziałam mu, 

że... że... chciałam tylko dojechać do Chani - zapewniła. - 
Przejeżdżał  akurat,  więc  zaproponował,  że  mnie  pod-

wiezie,  a  kiedy  zaoferował  mi  nocleg  w  swoim  domu, 

właściwie  nie  mogłam  odmówić.  Po  prostu  nie  miałam 

dokąd się udać. 

-  Mogłaś wrócić do mnie. Chyba nietrudno było zgad-

nąć, że wcale nie myślałem tego wszystkiego, co ci po-

wiedziałem. 

Obojgu  ciążyło  wspomnienie  tamtej  kłótni.  Zatrzymali 

się na chwilę i Courtney wdychała unoszący się w powie-

trzu  zapach  tymianku.  Ne  śmiała  spojrzeć  Lefterisowi 

w oczy, więc wbiła wzrok w kępkę szałwii rosnącą obok 

jej stóp. 

-  Byłam  tak  zła,  że  nie  mogłam  myśleć  rozsądnie  -

przyznała. - A potem było już za późno. Ale żałowałam, 

że  pojechałam  z  Nikosem.  -  Wreszcie,  choć  z  trudem, 

spojrzała mu w twarz. - Przepraszam. Powinnam cię po-

słuchać, przecież przestrzegałeś mnie przed nim. A tak... i 

ciebie wciągnęłam w tarapaty. 

-  Musiałem ci pomóc - odezwał się wreszcie, po czym 

szybko odwrócił się i ruszył przed siebie, zanim zdążyła 

cokolwiek odpowiedzieć. - Chodź, nie możemy stać w 
miejscu. 

-  Dokąd  idziemy?  -  spytała  zadowolona  ze  zmiany 

tematu. 

-  Do Agios Giorgios. 

background image

-  Do wioski?- zdziwiła się. - Przecież oni na pewno 

czekają tam na nas. 

-  Nie  możemy  się  na  nich  natknąć,  ale  musimy  tam 

zdobyć coś do jedzenia i ciepłe ubrania. 

-  Dlaczego nie możemy pożyczyć samochodu i jechać 

do Chani? 

-  Bo Nikos spodziewa się, że tak właśnie zrobimy. Na 

pewno zastawił zasadzkę przy każdej ścieżce wychodzącej 

z doliny. Nie uda nam się wydostać żadną uczęszczaną 

drogą. 

-  Więc co zrobimy? 
-  Musimy się przedostać na tamten grzbiet, okrążyć go 

i zejść do Ksiloskalo. 

-  Masz na myśli to miejsce przy wąwozie Samaria? 
-  Właśnie. Z samego rana pełno tam autobusów, które 

przywożą ludzi do wąwozu, a potem wracają do Chani 

puste. Zabierzemy się stamtąd. 

-  Ale  upłynie  co  najmniej  kilka  dni,  zanim  się  tam 

dostaniemy  -  zaoponowała  przerażona  perspektywą 
wspinaczki. - Czy nie łatwiej byłoby pójść do sąsiedniej 
doliny? 

-  Wierz  mi,  Ksiloskalo  to  znacznie  bezpieczniejszy 

wybór,  nawet  jeśli  oznacza  dłuższą  wędrówkę.  Ale  nie 

możesz iść tak daleko w cienkiej sukience. Pójdę do Dy-

mitry i poproszę, by ci dała jakieś ciepłe ubrania. 

Gdy dotarli do miejsca, skąd widać było dom Dymitry, 

Courtney dostrzegła w dole sznur samochodów. 

-  Założę się, że to ludzie Nikosa - powiedział Lefteris, 

popychając ją lekko za głaz. - Zostań tutaj i odpocznij. Ja 

postaram się dotrzeć do Dymitry. 

background image

-  Uważaj na siebie - szepnęła, kurczowo trzymając go 

za rękę. 

Przez ułamek sekundy zamajaczył jeszcze w ciemności 

jego uśmiech. 

-  Nie martw się, będę uważał. A ty zachowuj się bar- 

dzo cicho i nie ruszaj się stąd, bo nie mógłbym cię potem 
znaleźć.  -  Uścisnął  lekko  jej  dłoń,  jakby  w  ten  sposób 

chciał dodać jej odwagi, po czym zniknął w ciemnościach. 

Dopóki  szli,  było  jej  ciepło.  Ale  gdy  przykucnęła  za 

głazem,  czekając  na  Lefterisa,  przeniknął  ją  dotkliwy 

chłód. Czas dłużył się niemiłosiernie i niemal zasypiała, 

gdy wreszcie Lefteris wyłonił się z ciemności. Drżąc z 

zimna i wyczerpania, przylgnęła do niego, zapominając o 
dumie. 

-  Nic ci się nie stało? - spytała. 
-  Nie, wszystko w porządku - zapewnił, obejmując ją i 

przytulając  mocno.  -  Zmarzłaś!  -  Wyjął  z  plecaka  grubą 

czarną suknię i podał ją Courtney. - Dymitra nosi ją tylko 

od święta. Włóż ją na wierzch, nie zdejmuj swojej. 

Dymitra  dała  jej  też  swoją  czarną  chustę.  Courtney 

opatuliła  nią  głowę  zadowolona,  że  wreszcie  będzie  jej 

ciepło. 

-  Wyglądasz teraz jak prawdziwa grecka wdowa  - za-

żartował Lefteris. 

-  Rzeczywiście, czuję się jak obolała staruszka. Cieka-

we, skąd Dymitra zdobyła takie cudo? 

-  Jej syn Manolis jest przewodnikiem oprowadzającym 

wycieczki  w  górach.  Dymitra  pożyczyła  mi  też  jego 
sweter  -  pochwalił  się,  wskazując  gruby  sweter,  który 

miał już na sobie. 

background image

-  Jak zareagowała, gdy zaskoczyłeś ją w środku nocy? 
-  Nie była zdziwiona. Mieszkańcy tutejszych górskich 

wiosek  przywykli  do  wspierania  walczących  w  ruchu 
oporu.  Dała  nam  koc,  dwie  butelki  wody  i  żywność, 

więc powinniśmy bez kłopotu dotrzeć do Ksiloskalo. 

W dole widzieli światła Agios Giorgios. 
-  Kiedy wreszcie tam będziemy? - niecierpliwiła się 

Courtney. 

-  Powinniśmy dotrzeć za kilkanaście godzin. 
-  Obawiam się, że nie zdołam zajść tak daleko. Czy 

naprawdę nie ma innej drogi? 

Lefteris wskazał ręką na dwóch uzbrojonych mężczyzn, 

wysiadających właśnie z samochodu na skraju wioski. 

-  Możesz zejść na dół i poprosić tych sympatycznych 

facetów, by nas podwieźli na najbliższy posterunek policji 
- zakpił. 

-  Masz rację, musimy iść górą - przyznała zrezygno-

wana. 

Wspinali się pod górę przez zarośla. Courtney kilka-

krotnie pośliznęła się na kamieniach. Potwornie bolały ją 

nogi, pokaleczone przez cierniste krzewy, i posuwała się 

naprzód z coraz większym wysiłkiem. 

Wreszcie dotarli do kamiennej chaty pasterskiej. Czuć 

w  niej  było  kozami,  ale  pod  ścianą  stały  dwie  ławy 
pokryte słomą. 

-  Nie jest to luksusowe lokum, ale musimy tu przeno-

cować, bo jesteś zmęczona. 

-  Czy nic nam tu nie grozi? - spytała, osuwając się na 

słomę. 

background image

-  Na  razie  nie.  -  Przykrył  ją  kocem  od  Dymitry.  -

Wątpię, żeby szukali nas w nocy. Raczej zaczekają do rana 

i wtedy spenetrują okolicę. Na zboczach nie ma roślinno-

ści,  więc  bez  trudu  można  kogoś  zobaczyć  z  daleka.  -

Spojrzał na Courtney siedzącą na ławie i nieoczekiwanie 

odsunął koc i przykucnął, by zdjąć jej buty. Przez chwilę 

trzymał jej obolałe stopy. 

-  Lefteris? 
-  Tak? 
-  Co dziś powiedziałeś Nikosowi? 
-  Że jeśli jeszcze raz zbliży się do ciebie, to go zabiję. 

Jesteś zmęczona, śpij już - powiedział, delikatnie układa-

jąc jej nogi na ławie. Położył się obok niej, a potem przy-

ciągnął ją do siebie i szczelnie otulił oboje kocem. - Mamy 

tylko jeden koc, ale dzięki temu będzie nam cieplej. 

Położyła głowę na jego piersi i wsłuchiwała się w mia-

rowy rytm bicia serca. Przez otwarte drzwi chaty przenikał 

księżyc  rzucający  na  wzgórze  surrealistyczne  cienie.  To 

nieruchome magiczne światło zamieniło karłowate krzewy 

w kucające kształty, które w każdej chwili mogły przeisto-

czyć się w mityczne postacie starożytnej Krety. Zasypiając 

w objęciach Lefterisa, Courtney już się nie bała. Przyrzekł, 

że się nią zaopiekuje, wiec na pewno nic złego jej się nie 
stanie. 

Westchnęła  i  mocniej  wtuliła  się  w  jego  ciepłe  ciało. 

Czy spał już? Nagle odczuła ogromną potrzebę przekona-

nia go, że między nią a Giannim naprawdę do niczego nie 

doszło. 

-  Lefteris? 
-  Słucham...? 

background image

-  Nie zamierzam wyjechać do Rzymu, do Gianniego. 

I nigdy nie miałam takich planów. 

Milczał  przez  chwilę,  wreszcie  ledwo  wyczuwalnie 

zacieśnił uścisk. 

-  To  dobrze  -  szepnął,  a  potem,  gdy  sądziła  już,  że 

zasnął, dodał: - Inger naprawdę jest tylko koleżanką. 

-  Musi być bardzo bliską koleżanką, skoro przynosi ci 

szampana podczas sjesty - skomentowała, wciąż jeszcze 
zazdrosna. 

-  Szampana? - W jego głosie wyczuła zaskoczenie. -

Ach, wtedy... Skąd o tym wiesz? 

-  Musiałam jej w tym pomóc. 
-  Zapewniała mnie, że sama go sobie wzięła - zdziwił 

się. - Kazałem jej go odnieść i położyć tam, skąd go za-

brała. Nie chcę mieć kłamczuchów wśród swojego perso-

nelu. Inger musi sobie poszukać nowej pracy. 

-  Wyrzucisz ją? Podobno jest bardzo bystra. 
-  Rzeczywiście pracuje świetnie, ale nie jest niezastą-

piona, a poza tym nie znoszę, gdy przerywa mi się sjestę, 

zwłaszcza kiedy robi to ktoś nieproszony. 

-  Ach,  tak  -  szepnęła  i  zasnęła  z  uśmiechem  na 

ustach. 

Obudziła się kilka godzin później. 

-  Czy musimy już iść? - spytała. 
-  Gdy tylko się rozwidni, Nikos wyśle swoich ludzi 

w góry. Szybko znajdą chatę. To jedyna kryjówka w tej 

okolicy, więc nietrudno ją wytropić latarkami. 

Zjedli otrzymane od Dymitry soczyste pomarańcze 

i dopiero wtedy Courtney wstała. 

background image

Szli wąskimi ścieżkami, znaczonymi śladami kóz, przez 

rzadkie ostre krzewy. Krajobraz był tu bardziej surowy: jasne 

nagie skały i skarłowaciałe kępki kolczastych roślin. 

-  Skąd  wiesz,  którędy  iść?  -  spytała,  gdy  wreszcie  za-

trzymali się, by odpocząć. Usiadła w tymianku, chcąc zła-

pać  trochę  tchu,  a  Lefteris  oparł  się  o  skałę  i  rozglądał 
czujnie. 

-  To  mój  kraj.  Na  Krecie  nie  można  uciec  od  gór. 

Jesteśmy twardymi i upartymi ludźmi i góry w dużym sto-

pniu  przyczyniły  się  do  tego.  Mamy  w  sobie  coś  z  ich 

wielkości,  okrucieństwa  i  dumy.  -  Pochylając  się  nad 

Courtney, zerwał gałązkę tymianku i obracał ją w palcach, 

spoglądając na otaczające ich szczyty. - To właśnie góry 

pomogły  nam  zachować  tożsamość.  Kreta  przez  setki  łat 

była okupowana i tu, w górach, w czasie okupacji turec-

kiej chowały się grupy walczących o wolność. Mężczyzna 

żenił  się,  wychowywał  syna,  a  potem  znikał  w  górach, 

gdzie stawał się palikari, dzielnym wojownikiem, a w od-

powiednim czasie jego syn robił to samo. Palikaria znani 
byli  z  męstwa,  honoru  i  waleczności.  Nigdy  się  nie  pod-
dawali.  -  Zatoczył  ręką  półkole  nad  wzgórzami.  -  Ten 

piękny kraj pełen jest jaskiń, więc mogli tu mieszkać przez 

całe lata i nikt ich nie znalazł. 

-  To dlaczego obawiasz się, że Nikos nas znajdzie? 
-  Bo  my  nie  zamierzamy  się  ukrywać.  Chcemy  się 

jakoś dostać na posterunek policji, a najszybciej idzie się 

przez  otwartą  przestrzeń.  Ale  tu,  wysoko  w  górach,  nie 

złapią nas. Rzecz w tym, że musimy niepostrzeżenie zejść 

na dół. Liczę tylko na to, że Nikos nie wierzy, że zdołasz 

przejść aż do Ksiloskalo. 

background image

-  Wątpię, czy mi się to uda - westchnęła. - Tak długo 

już idziemy, a jest dopiero ósma. 

-  Uda ci się na pewno - zapewnił, podając jej pachną-

cą  gałązkę  tymianku.  -  Może  sobie  tego  nie 

uświadamiasz, Courtney, ale jesteś bardzo dzielna. 

Nie odezwała się. Nie miała wątpliwości, że nie dałaby 

sobie rady bez Lefterisa. Tylko z nim mogła się zdobyć na 

odwagę. 

-  Chodź, moja palikari. - Wstał i podał jej rękę. - Po- 

ra ruszać w drogę. 

background image

 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Courtney miała wrażenie, że czas zatrzymał się w miej-

scu. Wysoko ponad drzewami roztaczały się majestatycz-

ne, nagie góry, z rzadka tylko urozmaicone fryganą, drze-

wiastą,  często  ciernistą  roślinnością.  Nieco  niżej  jednak 

gdzieniegdzie  w skalistej  ziemi  cudownie  rozkwitały  ma-

leńkie  kwiatki.  Courtney  nie  mogła  się  oprzeć  pokusie. 

Stanęła i przez chwilę zachwycała się przepięknymi kwia-

tami w kształcie gwiazdek. Zauroczona zapomniała nawet o 

Nikosie. Tu, wysoko, byli kompletnie odcięci od świata i 

sama  myśl  o  niebezpieczeństwie  wydawała  się  niedo-

rzeczna. Usiedli na płaskich skałach, by zjeść kanapki z 

serem i ziołami, naszykowane przez Dymitrę. 

-  Niebo  w  gębie  -  szepnęła  Courtney,  pochłaniając 

skromny, ale jakże smakowity posiłek. 

-  Ciekawe,  dlaczego  odnoszę  wrażenie,  że  twoje  naj-

słodsze  marzenia  zawsze  koncentrują  się  na  jedzeniu?  -

droczył się z nią Lefteris, patrząc, z jakim apetytem prze-

łyka ostatni kęs. 

-  Nie  zawsze  -  odpowiedziała,  przypominając  sobie 

bezsenne noce, gdy rozpamiętywanie pocałunku  Lefterisa 

nie pozwalało jej zasnąć. 

Podniosła głowę i na chwilę ich oczy spotkały się. Lef-

teris uśmiechnął się, więc po chwili wahania odwzajemni- 

background image

ła  uśmiech.  Zupełnie  jakby  odbyli  rozmowę  bez  stów. 

Courtney  najpierw  poczuła  lekkie  mrowienie,  a  potem 

drżała już cała. 

Lefteris odwrócił się nagle i zbadał pakunek otrzymany 

od Dymitry. 

-  Jest  jeszcze  jedna  kanapka  -  powiedział  niemal  na-

turalnym głosem.  - Zjesz ją teraz, czy wolisz zachować 

na później? 

-  Teraz - przytaknęła skwapliwie. 

Śmiejąc się podał jej kanapkę, a ona przełamała ją i od-

dała mu połowę. 

-  Podzielimy się - zaproponowała. 

Jakiś ognik zamigotał w kącikach jego oczu, gdy  brał 

swoją połowę. 

-  Dawniej nigdy bym się nie spodziewał, że Angielka 

może  się  czymś  podzielić  -  wyznał.  -  Sabrina  chyba 

w ogóle nie znała znaczenia tego słowa, a Linda nie znała 

go na pewno. Nie dzieliła się niczym w małżeństwie. Ni- 

gdy nie ufałem Lindzie, ale cóż, była żoną Christosa, więc 

musieliśmy  ją  znosić.  Myślałem,  że  sytuacja  ulegnie  po- 

prawie,  jeśli  będą  mieli  osobny  dom,  więc  podarowałem 
im  Villa  Athina,  w  której  nikt  nie  mieszkał  od  śmierci 

mojej  babki.  Szybko  wyszło  na  jaw,  że  małżeństwo  nie 

jest udane, Christos nie był z nią szczęśliwy, ale duma  nie 

pozwalała mu się do tego przyznać. Linda przez cały czas 

przesiadywała  w  barach  w  Chani.  W  jednym  z  nich  po- 

znała  Nikosa  Papadakisa.  Cała  ich  rodzina  cieszy  się  złą 

opinią.  Ich  firmy  poupadały,  inne  podejrzanie  rozkwitły, 

ale nigdy nie dorównają bogactwem i prestiżem Markaki- 

som. Nikos nie może się z tym pogodzić. Upokarzanie nas 

background image

stało  się  jego  obsesją,  a  Linda  była  idealnym  narzędziem. 

Potrafi  być  uroczy,  nic  dziwnego,  że  on  i  Linda  wkrótce 
zostali kochankami i wcale tego nie ukrywali. Nie wiem, co 

chciała  przez  to  osiągnąć.  Była  bardzo  mściwa  i  zapewne 

wiedziała,  że  zadając  się  z  Nikosem,  ugodzi  nas  w  samo 

serce. Wreszcie Christos poinformował Lindę, że wystąpi 

o rozwód. A jej nie o to chodziło. Nie zamierzała pozbawić 

się dostępu do majątku Markakisów. Wróciła do Christosa i 

odgrywała rolę dobrej żony, ale wtedy było już za późno. 

On nie zmienił decyzji, chociaż bardzo cierpiał, zwłaszcza 

że u nas nie akceptuje się rozwodów tak łatwo, jak w Anglii. 

-  Wspomniałeś,  że  zginął  w  wypadku  samochodo- 

wym? - wtrąciła cicho. 

Lefteris skinął głową. 
-  Nigdy  nie  poznamy  całej  prawdy,  ale  wypadek  jest 

prawdopodobny.  W  każdym  razie  taka  wersja  była  wy 

godna  dla  Lindy.  Myślała,  że  odziedziczy  po  Christosie 

jego część majątku, nic dziwnego, że wściekała się, gdy 

się okazało, że dostanie tylko pewną kwotę pieniędzy i Vil- 

la Athina. Szczerze mówiąc, chętnie daliśmy jej pieniądze, 

byle tylko zniknęła z naszego życia, a ja zaoferowałem jej 

dodatkową  sumę,  chcąc  odkupić  Athinę.  Jednak  Nikos 

zaproponował,  żeby  jemu  sprzedała  willę.  Tłumaczył  jej, 

że będzie to znacznie lepsza zemsta. Właściwie dziwię się, 

że dopiero teraz wpadł na pomysł, aby zaprosić tu turystów 
z Anglii - dodał cynicznie. - To przecież najlepszy sposób 
rozdrapywania starych ran. 

Courtney zerknęła na krokusy rosnące w miejscu, gdzie 

stała.  Były  takie  delikatne,  z  pomarańczowymi  środkami 

okolonymi bielą. 

background image

-  Nie  przypuszczałam,  że  ta  willa  przywołuje  tyle 

złych wspomnień - przyznała. 

-  Moja matka zmarła tuż po śmierci Christosa - kon-

tynuował Lefteris. - Strasznie przeżywała śmierć syna. 

Nie zniosłaby myśli o tym, że Nikos jest właścicielem 

Athiny. Linda wróciła do Anglii, moje siostry powycho-

dziły za mąż, a Nikos nie interesował się willą, dopóki ty 

nie przyjechałaś. - Przerwał i spojrzał na Courtney. - My-

ślałem, że znów będę musiał przez to wszystko przecho-

dzić. Kiedy ujrzałem cię po raz pierwszy, stojącą na dro-
dze...  pomyślałem,  źe  jesteś  tak  samo  bezwstydna  jak 

Linda i Sabrina. Potem jednak... widziałem, ile wysiłku 

włożyłaś w doprowadzenie tego domu do porządku  i 

wszyscy  w  wiosce  zapewniali  mnie,  że  jesteś  bardzo 

sympatyczna. Widywałem cię, gdy spacerowałaś wśród 

drzew  albo  siedziałaś  na  tarasie  z  uśmiechniętą  twarzą 

wystawioną do słońca... Ilekroć się spotykaliśmy, byłaś 

wobec mnie taka oschła, więc wmawiałem sobie, że nie 

różnisz  się  od  tamtych  dziewczyn,  tylko  że...  wbrew 
sobie  polubiłem  cię.  Nawet  nie  wiedziałem,  dlaczego. 

Może dlatego, że wydawałaś się taka szczęśliwa tu, na 
Krecie? 

-  Byłam szczęśliwa, naprawdę - przyznała. Więc jed-

nak  lubi  ją.  To  wprawdzie  nie  to  samo  co  miłość,  ale 
dobre i tyle. Położyła się  na skale i rozprostowała ręce, 
aby  poczuć  ciepło  kamiennego  podłoża.  Zerknęła  na 
Lefterisa. -I jestem szczęśliwa - dodała. 

Wiatr  poplątał  jej  włosy,  zamieniając  je  w 

rozczochrane  złote  pasemka,  a  w  jej  oczach  odbijał  się 

intensywny błękit górskiego nieba. Wciąż jeszcze  miała 

na  sobie  odświętne  ubrania  Dymitry.  Kiedy  wyruszyli 

rano, szybko się roz- 

background image

grzała,  ale  Lefteris  nie  pozwolił  jej  zdjąć  czarnej  sukni, 

tłumacząc, że w górach nikt nie zwróci na nią uwagi, gdy 

będzie w czerni, za to jej różową sukienkę widać na kilo-
metr. 

Leżąc na skale, zamknęła oczy i westchnęła z zadowo-

leniem,  podciągając  suknię,  by  ochłodzić  nogi.  Miała 

szczęście, bo właśnie powiał wiatr. Uśmiechnęła się roz-
leniwiona. 

Lefteris poruszył się niespokojnie. 

-  Co ci się stało? - spytała, otwierając oczy. 
-  Uważam, glykia mou, że popełniłabyś poważny błąd, 

zagłębiając  się  w  przeszłość  teraz,  kiedy  wreszcie  potra-

fisz  cieszyć  się  teraźniejszością.  Czy  nadal  zależy  ci  na 
studiowaniu kultury minojskiej? 

Właśnie przelatywał nad nimi odrzutowiec, znacząc na 

niebie  smugę,  która  rozpływała  się  w  nicość.  Courtney 

wytężyła wzrok, by ją zobaczyć. 

-  Chyba  tak.  Co  znaczy  glykia  mou?  -  spytała,  aby 

zmienić temat. 

-  To  takie  wyrażenie  -  odparł,  mrugając.  -  Znaczy 

„ślicznotka". 

-  Przecież wyglądam jak stateczna wdowa. 
-  Tak  wyglądałaś  wczoraj  wieczorem.  Ale  teraz  nie 

wyglądasz jak stara kobieta. Wręcz przeciwnie...  - Wziął 

w rękę pasmo jej rozjaśnionych słońcem włosów. - Kiedy 

przyjechałaś,  byłaś  szatynką,  ale  słońce zmieniło  ci kolor 

włosów na złoty. 

Courtney z trudem oddychała. Chyba mnie pocałuje, 

przemknęło jej przez głowę. Och, niechże mnie pocałuje... 

Ale nie zrobił tego. Zsunął jej suknię na kolana. 

background image

-  Nie pora  na opalanie  - powiedział sucho.  - Jesteś 

taka spokojna, aż trudno uwierzyć, że ukrywasz się w gó-
rach przed uzbrojonymi bandytami! 

-  Nikos. - Courtney poderwała się, nagle uświadamia-

jąc sobie zagrożenie. 

Wystarczyło wymienić to imię, a nie mogła już myśleć 

o niczym innym. Lefteris zarzucił plecak i ruszył ścieżką 

pod  górę,  a  ona  za  nim.  Wchodzili  coraz  wyżej  i 
Courtney z ogromnym wysiłkiem pokonywała kolejne 
odcinki drogi. 

Zmierzchało  już,  gdy  dotarli  do  miejsca,  w  którym  

leżał płat  śniegu.  Courtney  przypomniała  sobie,  jak  po 
raz pierwszy zauroczona spoglądała na ośnieżone partie 

gór, które wtedy wydawały się tak odległe i niedostępne. 
I  oto  jest  tu  i  dotyka  śniegu.  Z  bliska  stracił  eteryczną 

biel, miejscami był wręcz brudny. Łaty topniały po zimie 
i nawet teraz, na jej oczach, zamieniały się w wodę. 

Courtney jeszcze nigdy nie była tak wysoko. Dotarli na 

sam szczyt niższego łańcucha górskiego, gdzie wierzchoł-

ki były zaokrąglone i zwietrzałe, a zbrązowiałe krzewy 

szałwii zwisały w miejscach, gdzie śnieg przygiął je ku 

ziemi. Wyższe szczyty unosiły się wciąż nad nimi, ale 

długa  wspinaczka  dobiegła  końca.  Stąd  pójdą  już 

poziomą ścieżką wijącą się wzdłuż grzbietu górskiego. 

-  Latem chodzą tędy pasterze - wyjaśnił Lefteris. - Tu 

przynajmniej nie będzie problemów z przejściem, powin-

niśmy dotrzeć ścieżką aż do Kallergi. 

-  Do Kallergi? 
-  To  schronisko  górskie  prowadzone  przez  Austria-

ków. Służy alpinistom i wędrowcom za bazę do ba- 

background image

dań  Białych  Gór,  więc  mam  nadzieję,  że  uda  nam  się 

tam przenocować. Ze schroniska widać wąwóz Samaria, 

więc powinniśmy bez trudu zejść do Ksitoskalo jutro rano. 

Ściemniało się już, gdy wreszcie zauważyli schronisko 

stojące na odsłoniętej skale, z majaczącą z tyłu nagą, stro-

mą ścianą góry Gigilos. 

Schronisko okazało się schludnym, nowoczesnym budyn-

kiem, z którego roztaczał się wspaniały widok na Samarię, 

ale  gdy  wreszcie  dotarli  na  miejsce,  Couitney  była  zbyt 

zmęczona, by podziwiać widoki. Nawet jeśli był to najpięk-

niejszy wąwóz w Europie, marzyła tylko o tym, by wreszcie 

odpocząć. Światła były zapalone i ze środka dochodziły we-

sołe  głosy.  Potężny  mężczyzna  wyszedł  im  na  powitanie. 

Lefteris odciągnął go na bok i wyjaśnił sytuację. Couitney 
tymczasem zdjęła buty i usiadła, patrząc na bose stopy, zmę-

czona  tak  bardzo,  że  prawie  nie  mogła  myśleć.  Po  chwili 

mężczyzna skinął głową i wszedł do środka. 

- Franz spróbuje połączyć mnie z policją przez radio - 

poinformował ją Lefteris, podając jej rękę, by wstała. -Ty 

w tym czasie możesz wziąć prysznic, a potem dadzą nam 

coś do jedzenia. 

Courtney wykąpała się i pomimo wyczerpania poczuła 

się o wiele lepiej. Znalazła Lefterisa w jadalni, gdzie sie-

dział za stołem zajęty rozmową. Panował tu niesamowity 
gwar, kręciło się wielu turystów w sportowych ubraniach. 

Nagle uświadomiła sobie, jak niestosownie wygląda: boso, 

w wymiętych, obszernych ubraniach, z mokrymi włosami 
rozpuszczonymi na plecach. 

Lefteris przywołał ją i przedstawił Austriakom prowa- 

background image

dzącym  schronisko.  Poinformował,  że  nie  dało  się 
skontaktować  z  policją  z  powodu  okropnych  zakłóceń, 
ale  rano  znów  spróbują.  Potem  wrócił  do  przerwanej 
rozmowy,  a  ona  w  tym  czasie  pochłonęła  miskę 

gorącej zupy i ogromny talerz makaronu. 

Courtney  cieszyła się, że jest  ciepło  i w sali  panuje 

przyjemna  atmosfera,  a  ona  wreszcie  jest  bezpieczna  i 
najedzona.  W  pewnej  chwili  talerze  zaczęły  jednak 

tańczyć przed jej oczami i choć resztką woli próbowała 

opanować  zmęczenie,  głowa  co  i  rusz  opadała  jej  na 
piersi.  Lefteris  był  pogrążony  w  rozmowie,  więc  nie 

chciała  mu  przeszkadzać.  Zasnęła,  oparłszy  głowę  o 

jego ramię. 

-  Zmogło ją zmęczenie - skomentował ktoś. 
-  Rzeczywiście 

usłyszała 

głos 

Lefterisa, 

dobiegający  jakby  z  daleka.  -  Czy  znajdziecie  nam 

jakieś  miejsce  do  spania?  Widzę,  że  macie  tylu 

turystów... 

-  Został jeszcze tylko jeden materac. Musicie się nim 

podzielić. 

Słysząc  to,  Courtney  resztką  sił  wstała,  ale  w  tej 

samej  chwili  silne  ręce  chwyciły  ją  i  zaniosły  po 
schodach na górę. Lefteris położył ją na materacu i otulił 
kocem. Z trudem otworzyła oczy, by zobaczyć nad sobą 
jego pochyloną sylwetkę. 

-  Przyjdziesz tu zaraz? - szepnęła, nie do końca świa-

doma swoich słów. - Nie zostawisz mnie samej? 

-  Przyjdę później, agapi mou. Śpij już. 

Uspokojona,  zasnęła  natychmiast.  Nie  wiedziała,  o 

której  godzinie  wrócił.  Poruszyła  się,  gdy  przesunął  ją 
nieco, by móc położyć się obok. Otoczył ją ramieniem, 

mrucząc jakieś słowa, ale znużona nie zrozumiała ich. 

Przycisnęła 

background image

usta do jego szyi i westchnąwszy z zadowoleniem, znów 
pogrążyła się we śnie. 

Rano  znów  nie  udało  im  się  połączyć  przez  radio,  ale 

Franz  przyrzekł,  że  będzie  jeszcze  próbował,  zanim  sami 

dotrą  na  posterunek.  Za  kilka  godzin  może  już  być  po 

wszystkim.  Courtney  w  nocy  odczuwała  strach  przed  Ni-

kosem, ale jasny poranek rozwiał obawy, wszelkie zagro-

żenia wydawały się mniej realne. 

Zeszli na krętą ścieżkę nad płaskowyżem Omalos. Wi-

dzieli stąd maleńkie autobusy i samochody sunące niczym 

zabawki,  wszystkie  w  stronę  budynków  na  szczycie  Sa-

marii.  Zrównali  się  właśnie  z  parkingiem,  gdy  Lefteris 

zatrzymał Courtney. 

-  O co chodzi? 
-  Spójrz tam, na dół. 

Wiedziona  złym  przeczuciem  spojrzała  we  wskazanym 

kierunku.  Na  parkingu  w  dole  kłębiło  się  od  autobusów, 

samochodów  i  turystów  zamierzających  wędrować  wąwo-

zem Samaria. W środku połyskiwał złowieszczo znajomy 
czerwony mercedes. 

-  Nikos! 
-  Widocznie zauważyli nas, gdy wspinaliśmy się w górę 

do  Kallergi  -  domyślił  się  Lefteris.  -  A  stamtąd  nie  ma 

innej  drogi  niż  ta,  którą  podążamy,  więc  bez  trudu  nas 

namierzyli. Cokolwiek  by mówić  o  Nikosie, z  pewnością 

nie jest głupcem i wszystko wskazuje na to, że cholernie 

mu na tobie zależy... 

-  Miło to słyszeć - usiłowała zażartować, ale jej drżą- 

cy głos zdradzał strach. 

background image

-  Nie  bój  się,  palikari  mou.  Wydostaniemy  się  stąd. 

Franz  nam  pomoże.  Uzgodniliśmy,  że  jeśli  nie  uda  mu 

się  połączyć  z  policją  do  południa,  sam  pójdzie  na 
posterunek. 

-  Ale  Nikos  już  tam  na  nas  czeka.  Kiedy  cały  tłum 

wejdzie do wąwozu, nie uda nam się przejść niepostrze-

żenie. 

-  Dlatego my też musimy zejść do wąwozu. Możemy 

liczyć tylko na to, że ukryjemy się w tłumie. - Wskazał 

znów na parking. - Widzisz tę grupę stojącą obok tablicy 

informacyjnej? Powinniśmy przemknąć za nimi. Ja pójdę 

po bilety i zostawię wiadomość dla Franza, by wiedział, 

co się z nami dzieje, a ty idź do sklepu i spróbuj kupić 

coś do jedzenia. 

-  A jeśli Nikos mnie zobaczy? 
-  Bądź ostrożna. On szuka dziewczyny ubranej na ró-

żowo, a w sklepie panuje wciąż ruch, kręci się tam mnó-

stwo ludzi, więc z łatwością schowasz się za nimi. 

-  Łatwo ci powiedzieć. Nie jestem taka odważna, jak ty. 
-  Nieprawda. Do tej pory zachowywałaś się jak pra-

wdziwa palikari. Nie możesz się teraz poddać! 

Podał jej rękę i pomógł pokonać ostatni stromy kawa-

łek  ścieżki,  a  potem  pociągnął  ją  w  sam  środek  grupy 

Niemców,  którzy  słuchali  właśnie  przewodnika 

tłumaczącego,  jak  mają  się  poruszać  w  wąwozie.  Nie 

zważając  na  pełne  dezaprobaty  spojrzenia  turystów, 

Lefteris  odwrócił  Courtney  tak,  by  twarzą  zwrócona 

była ku tablicy informacyjnej. 

-  Wiesz,  co  masz  robić?  -  spytał  i  wręczył  jej  pie- 

niądze. 

background image

-  Tak...  Chyba  tak.  Wejść  do  sklepu  i  kupić  coś  do 

jedzenia. 

-  Ja  tymczasem  poproszę  człowieka  sprzedającego  bi-

lety, by jak najszybciej przekazał wiadomość Franzowi, a 

potem zaczekam tu na ciebie. W porządku? - Pogłaskał ją 

po  policzku,  żeby  dodać  jej  otuchy.  -  Zachowuj  się 
naturalnie, koritsi mou. Pośpiesz się, ale nie biegnij. Mu-

simy się zachowywać tak, by w żaden sposób nie zwrócić 
jego uwagi. 

-  Dobrze, pamiętam o wszystkim. 

Zaczęła  się  przeciskać  między  turystami.  W  pewnej 

chwili  omal  nie  upadła  ze  strachu,  bo  zobaczyła  Nikosa 
lustrującego  tłum.  Doznała  wtedy  dziwnego  uczucia. 

W  pierwszej  chwili  wpadła  w  popłoch,  ale  szok  szybko 

minął i ogarnął ją spokój: przynajmniej wiedziała, gdzie 

on jest. Ze spuszczoną głową dreptała za grupą Włochów, 

którzy  gestykulowali  i  rozprawiali  z  przejęciem,  kierując 

się do sklepu. 

Był to typowy sklepik nastawiony na turystów. Sprze-

dawano tam bułki, słodycze, napoje, widokówki i broszu-

ry. Courtney kupiła cztery bułki i kilka batonów, modląc 

się w duchu, by sprzedawca nie zauważył, jak bardzo trzę-

są jej się ręce, gdy podawała mu pieniądze. 

Dwaj młodzieńcy z ogromnymi plecakami właśnie szy-

kowali się do wyjścia i Courtney wymknęła się z nimi, 

starając  się  dotrzymać im kroku, by  osłonili ją  przed Ni-

kosem.  Gdzie  jest  Lefteris?  Pochłonięta  gorączkowym 
wypatrywaniem  Lefterisa  w  okolicy  tablicy  informacyj-

nej, nie zauważyła, że chłopcy oddalili się. 

Wreszcie dostrzegła go. Rozmawiał z jakąś parą, jakby 

background image

nic mu nie zagrażało. Poczuła nowy przypływ energii 

i zaczęła biec, ale w zdenerwowaniu potknęła się i runęła 

jak długa, nie wypuszczając z rąk bułek. Jej mimowolny 

okrzyk 

zwrócił 

uwagę 

ciekawskich. 

Niestety, 

zamieszanie  przykuło  też  uwagę  stojącego  przy  sklepie 
Nikosa. Lefteris dobiegł do niej pierwszy. 

-  Courtney! Czy nic ci się nie stało? - zapytał z prze-

jęciem. 

-  Nie. Sądzisz, że nas zauważył? - szepnęła, podając 

mu rękę, by pomógł jej wstać. 

-  Obawiam się, że tak. Chodź, musimy się spieszyć. 

Pociągnął ją w stronę grupy turystów stojących w ko-

lejce przed wejściem do wąwozu. Nie zważając na narze-
kania na Brytyjczyków, którym nie chce się przepisowo 

czekać w kolejce, pomachał biletami przed kioskiem bi-

letera, po czym weszli do wąwozu. 

background image

 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Nazwa  wioski  Ksiloskalo  oznacza  „drewniane  sto-

pnie", ponieważ pierwsza ścieżka prowadząca do wąwozu 

została ułożona z drewnianych bali. Później w najbardziej 

stromym  miejscu  dodano  poręcz  chroniącą  przed  upad-

kiem w przepaść, ale nadal niełatwo było tamtędy scho-

dzić i Courtney trzęsły się kolana z wysiłku. Ześlizgiwała 

się po żwirowych kamieniach i potykała o korzenie drzew, 

gdy Lefteris prowadził ją coraz niżej do wąwozu. 

Słońce odbijało się od górującego nad nimi czarownego 

Gigilosa. W oczach Courtney wszystko się zlewało: drze-

wa, skały, ostre zakręty i zdziwione spojrzenia mijanych 

biegiem turystów, nie mogących pojąć, jak można się śpie-

szyć w tak uroczym miejscu. 

Wreszcie dotarli do rzeki z łoskotem przetaczającej wo-

dy wśród głazów i kamieni. Tu platany tworzyły koronę 

nad wodą, oplatając skały zielonymi promykami przebija-

jącego przez nie słońca. Lefteris zatrzymał Courtney, na-

kazując, by odpoczęła schowana za głaz bezpiecznie od-

dalony od ścieżki. 

Przykucnęła nad rzeką, by opryskać twarz wodą i ob-

myć kolana pokaleczone podczas upadku. Woda szemrała 

kojąco i tu, w boskim cieniu platanów, Courtney na chwilę 

odprężyła się. 

background image

-  Bardzo boli? - spytał Lefteris, ujmując w dłonie jej 

pokaleczone  ręce.  Każdy  szczegół  jego  dłoni  wydał  się 
jej znajomy i bliski, gdy  delikatnie dotknął jej otartego 
naskórka. 

-  Tylko troszeczkę. Sama sobie jestem winna. Niepo-

trzebnie  tak  panikowałam.  Gdybym  nie  upadła,  Nikos 
może by mnie nie zauważył. 

-  Widziałem, jak wychodziłaś ze sklepu - powiedział 

głosem, który ledwo rozpoznawała. - Wydawałaś się cał-

kiem bezpieczna pomiędzy jakimiś wędrowcami z pleca-

kami, a w chwilę później leżałaś jak długa. Przestraszyłem 

się, myślałem, że Nikos zastrzelił cię. - Nagle objął ją 

i przytulił mocno. - Nie rób mi tego więcej - szepnął z 

ustami w jej włosach. 

Courtney nie była w stanie wymówić słowa. Potrząs-

nęła  tylko  głową  wtuloną  w  jego  ramiona,  ale  Lefteris 

błyskawicznie  opuścił  ręce,  mobilizując  ją  do  dalszej 

wędrówki. 

-  Ruszamy  w  drogę!  -  ponaglał,  schylając  się  po 

plecak. 

-  Czy naprawdę sądzisz, że Nikos wciąż jeszcze nas 

ściga? - spytała zaskoczona spokojnym tonem własnego 

głosu, bo nawet krótkie zbliżenie rozpaliło jej zmysły. 

-  Na pewno nie zrezygnował. Sądzę jednak, że teraz 

już się tak nie śpieszy, bo wie, że nie możemy się stąd 

wydostać, chyba że dołączymy do turystów schodzących 

w dół do Agia Roumeli, a stamtąd można się wydostać 

tylko płynąc łodzią. Wystarczy, by ustawił tam swoich 

ludzi i kazał im obserwować prom. 

-  To znaczy, że jesteśmy w pułapce? 

background image

-  Niekoniecznie.  -  Lefteris  zatoczył  ręką  krąg.  -  Nie-

dobrze się stało, że Nikos nas zobaczył, ale wokół rozciąga 

się ogromna przestrzeń. Franz na pewno powiadomi poli-

cję. Nikos sądzi zapewne, że podążamy w kierunku Agia 

Roumeli, więc powinniśmy utwierdzać go w tym przeko-

naniu, jednocześnie gubiąc ślad. 

-  Dlaczego  nie  zmylimy  go  od  razu?  Równie  dobrze 

możemy się schować tutaj i przeczekać, aż nas wyprzedzi. 

-  To niemożliwe, bo nie omieszka wypytywać ludzi po 

drodze, czy nas widzieli. Gdy tylko przekona się, że nie 

wyprzedziliśmy go, natychmiast zawróci. 

-  Maszrację. Tylko że czuję się tak, jakbym wędrowała 

od  kilku  tygodni  -  narzekała,  gdy  podał  jej  rękę  i  wpro-

wadził na ścieżkę. 

Tu, nad potokiem, droga była łatwiejsza, dzięki czemu 

Courtney mogła wreszcie podziwiać otaczające ją widoki. 

Obrzeżony  soczystą  roślinnością  górski  strumień  płynął 

wartko, a skały w połączeniu z florą sprawiały, że woda 

mieniła się zielono i turkusowo. Teraz Courtney zrozumia-

ła,  dlaczego  wąwóz  można  było  zwiedzać  tylko  latem: 

zimą ogromny  potok spływał  potężnymi kaskadami, nio-

sąc ze sobą  głazy i drzewa. Teraz woda szemrała cicho, 

wijąc się wśród kamyków, to znów znikając pod ziemią, 
by po chwili wypłynąć i utworzyć wirujące jeziorko. Ota-

czały  ich  strome,  brązowe  tumie  i  góry,  których  wierz-

chołki zapierały jej dech w piersi, ilekroć na nie spojrzała. 

Weszli  teraz  w  bardziej  suchą  okolicę,  porośniętą  nie-

wielkimi  kępami  zarośli. Wreszcie  dotarli  do  wioski  Sa-

maria.  Mieszkańców  przesiedlono  po  utworzeniu  parku 

narodowego. Zwykle opustoszała wioska, latem tętniła 

background image

jednak gwarem turystów, którzy zatrzymywali się tu, by 

odpocząć,  siadali  na  ławach  w  cieniu  drzew  i  jedli 
lunch, by się wzmocnić przed dalszą drogą. 

Courtney i Lefteris usiedli na łące pod drzewem oliw-

nym,  wśród  rozsiewających  słodki  zapach  kwiatów 
maku i koniczyny. Wokół nich krążyły pszczoły i wróble 
czekające na okruszki bułek. 

-  Tu  jest  tak  spokojnie...  -  westchnęła  Courtney.  -

Chciałabym  zapomnieć  o  Nikosie  i  pozostać  tu  na 
zawsze. 

-  Twoje życzenie się spełni - zapewnił Lefteris. - Mu-

sisz  jednak  trochę  poczekać.  Trzeba  utwierdzić 
Nikosa  w  przekonaniu,  że  idziemy  w  kierunku  Agia 
Roumeli.  Na  pewno  jest  już  blisko,  a  powinniśmy  go 

wyprzedzić. 

Puścili  się  pędem  ścieżką,  ale  wkrótce  zwolnili 

kroku, bo szlak niekiedy zanikał i musieli przejść przez 
koryto  potoku,  skacząc  z  kamienia  na  kamień.  Wąwóz 

zwężał się coraz bardziej, a ścieżka była coraz bardziej 

kręta i obrzeżona potężnymi skałami. Wkrótce wyrosło 
przed  nimi  wejście,  które  tworzyły  sterczące,  spękane 

skalne ściany, połyskujące brązowo. 

-  Szkoda, że nie możemy się tu zatrzymać na dłużej, 

żebyś mogła się przyjrzeć Stalowym Bramom - Lefteris 

odgadł jej myśli. 

Stanęli  na  ułamek  sekundy  za  ogromnym  głazem  i 

wtedy dostrzegli z daleka Nikosa. Rozejrzał się dookoła, 

po czym zapytał o coś mężczyznę z kamerą wideo. Gdy 
ten wskazał na ścieżkę, twarz Nikosa rozjaśnił uśmiech 
satysfakcji. 

- Teraz jest przekonany, że idziemy w kierunku Agia 

Roumeli  -  powiedział  Lefteris.  -  Dlatego  musimy 

zawrócić do Samarii. 

background image

Zwykle  jest  tam  strażnik,  więc  przez  jego  radio 

spróbujemy  skontaktować  się  z  policją,  by  sprawdzić, 

czy Franzowi udało się przekazać wiadomość. 

Gdy  jednak  dotarli  do  wioski,  budka  strażnika  była 

zamknięta. 

-  A tak marzyłam o gorącej kąpieli i przyzwoitym po-

siłku. Czy kiedykolwiek jeszcze będę miała szansę wyspać 

się w porządnym łóżku? 

-  Chyba  tak.  Ale  na  razie  musi  nam  wystarczyć  koc 

pod gołym niebem. 

-  Cóż, pójdę się umyć - powiedziała i ruszyła do rzeki. 

Ostatni turyści zniknęli, Lefteris usunął się w cień, 

mogła więc swobodnie zdjąć sukienkę Dymitry i wykąpać 

się. Gdy wróciła i usiadła na kocu, Lefteris poszedł nad 

rzekę. 

Wrócił w samych spodniach i Courtney z trudem ode-

rwała od niego wzrok, gdy siadał obok na kocu. 

-  O  czym  tak  dumasz,  glykia  mou?  -  spytał  głosem, 

który odebrała jak pieszczotę. 

-  Kiedy  przyjechałeś  po  mnie  do  Nikosa...  -  zaczęła 

niepewnie, nie patrząc mu w oczy  - czy  była to rzeczy-

wiście wyłącznie sprawa honoru? 

-  Wiesz przecież, że nie - odpowiedział cicho, patrząc 

jej w oczy. 

Opuściła ręce, którymi przed chwilą próbowała rozcze-

sać włosy, i wreszcie odważyła się spojrzeć mu w twarz. 

-  Kiedy wyszłaś z walizką, byłem wściekły. Wmawia- 

łem sobie, że tak będzie dla mnie lepiej, bo jesteś taka 

sama jak Sabrina i Linda, chociaż już wtedy wiedziałem, 

że to nieprawda. Chyba wiedziałem o tym od chwili, gdy 

background image

po  raz  pierwszy  pocałowałem  cię.  W  tamten  wieczór, 
gdy wróciliśmy z Chani, czułem, że tulę w ramionach 

ogień.  Chciałem  cię  zatrzymać  na  zawsze  i  gdybym 

mógł  odwołać  przyjazd  gości,  sprawy  na  pewno 

potoczyłyby się inaczej. Potem zmagałem się ze sobą 

przez cały tydzień. Nie było to łatwe, widywaliśmy się 

przecież  codziennie  i  dręczyło  mnie  wspomnienie 

tamtego  pocałunku,  a  jednocześnie  nie  śmiałem  cię 

dotknąć w obawie, że całkowicie stracę kontrolę i nie 

będę mógł się powstrzymać. 

Ujął jej ręce i pocałował w miejscach, gdzie otarła 

naskórek podczas upadku. 

-  Dręczyłem się, widząc, że nie zwracasz na mnie 

uwagi.  Przeciwnie,  byłaś  bardzo  miła  dla  wszystkich 

prócz mnie, zwłaszcza dla Gianniego. 

-  Sądziłam, że masz romans z Inger - wyznała, zaci-

skając palce wokół jego dłoni. - Ona jest taka podobna 

do  Ginny.  Tak  samo  piękna,  mądra  i  olśniewająca  i... 
nie jest Angielką. 

-  Wszystko,  co  mówisz,  jest  prawdą,  ale  nigdy  jej 

nie  kochałem.  Zawsze  traktowałem  ją  jako  świetną 

partnerkę w interesach, ale tym razem przeholowała, 

kręciła się wciąż przy mnie i zawracała mi głowę, gdy 

chciałem być sam, odciągała mnie na pogawędki, gdy 

ja wciąż wodziłem oczami za tobą. Domyślała  się,  co 

do ciebie czuję, ale Inger nie jest głupia, wie, że jeśli 

zależy jej na pracy w firmie Markakisów, musi się z 

tym pogodzić. Ja nie mogłem przestać myśleć o tobie i 

Giannim.  Byłem  zazdrosny,  nie  mogłem  myśleć 
racjonalnie. 

-  To dlatego byłeś taki wściekły po powrocie z lot-

niska? 

background image

-  Zachowałem się jak głupiec - przyznał. - Sądziłem, 

że rzeczywiście zamierzasz do niego pojechać, więc zu- 

pełnie straciłem głowę. Powiedziałem ci wtedy niewyba- 

czalne  rzeczy,  ale  nie  minęło  pół  godziny  po  tym,  jak 

wybiegłaś, a uświadomiłem sobie, jak głupio postąpiłem. 

Pojechałem za tobą, myśląc, że jesteś u Dymitry. Ale we 

wsi powiedziano mi, że ktoś cię widział, jak odjeżdżałaś 
z  Nikosem.  -  Zacieśnił  palce  na  jej  dłoni.  -  Byłem  zroz- 
paczony! Przyszło mi na myśl, że może jednak pomyliłem 

się, bo faktycznie jesteś taka sama jak Linda... Mimo to 

jednak postanowiłem cię odzyskać. Zrobiłem to widowi- 

sko u Nikosa, bo zależało mi, żeby wszyscy dowiedzieli 

się, że należysz do mnie. 

Fala szczęścia napłynęła do serca Courtney. Z jej oczu 

bił  blask  i  uśmiechnęła  się  szeroko.  Jakie  to  cudowne 

uczucie, gdy nie musi już niczego udawać. 

-  Masz teraz za swoje - zażartowała gorzko. 
-  To  prawda,  ale  jesteś  tego  warta.  Podczas  wspólnej 

wędrówki po górach z trudem hamowałem się, musiałem 

toczyć ze sobą prawdziwą walkę, by cię nie dotknąć. Przy-

pominałem sobie wciąż, że najważniejszą rzeczą jest za-

pewnienie ci bezpieczeństwa. Powstrzymywałem się, tłu-

macząc sobie, że musimy zaczekać, aż ta ucieczka skoń-

czy  się  wreszcie,  choć  ty  wcale  nie  ułatwiałaś  sytuacji. 

Dziś w nocy przytuliłaś się do mnie i pocałowałaś o, tu. -

Pokazał  miejsce  tuż  pod  uchem.  -  Gdybyś  nie  była  tak 

okropnie zmęczona... Ale ty nawet nie uświadamiałaś so-
bie, co robisz! 

Courtney uśmiechnęła się słodko i pocałowała go do-

kładnie w to samo miejsce. 

background image

- Za to teraz robię to w pełni świadomie -zapewniła. 

Z jego oczu bił żar. Odwzajemnił uśmiech i pociągnął 

ją na koc. 
-  Mamy dla siebie wieczór i całą noc. Od dawna nic 

nie jedliśmy. Na pewno jesteś głodna... 

-  T-tak - zająknęła się, zrażona nagłą zmianą tematu. 
-  Ja też. Powinniśmy coś zrobić, by zapomnieć o głodzie. 

Powiódł dłonią po jej gładkim udzie, aż zadrżała. 
-  Co masz na myśli? - spytała chrapliwie. 
-  Lekcję greckiego. 
-  Ach, tak. 

Nie  potrafiła  ukryć  rozczarowania,  tymczasem 

Lefteris  znów  uśmiechnął  się  znacząco.  Podparł  się 

na łokciu, a drugą rękę wsunął pod jej włosy i rozłożył 

je miękko na kocu. 

-  Dymitra nie nauczyła cię najbardziej użytecznych 

słów. 

Ledwo jej dotykał, a i tak podniecenie pulsowało 

w każdej cząstce jej ciała. 
-  Co to za słowa? 

-  Zaczniemy  od  najważniejszych.  -  Schylił  się 

jeszcze  niżej.  -  Obejmij  mnie  i  powtórz  za  mną: 
s'agapo. 

Ręce Courtney drżały, gdy unosiła je do jego ramion. 
-  Co to znaczy? - spytała. 

-  To znaczy: „Kocham cię"  - szepnął, patrząc jej 

w oczy. - Spróbuj to powtórzyć, inaczej nigdy nie na-

uczysz się greckiego. 
-  S'agapo - powtórzyła posłusznie. 
-  Niezbyt dobrze to wymawiasz. Powiedz jeszcze raz, 

ale tym razem włóż w to więcej uczucia. 

background image

-  S'agapo - szepnęła znów, zacieśniając palce na jego 

skórze. 

-  No, tym razem poszło znacznie lepiej - pochwalił ją 

i zamknął jej usta pocałunkiem. 

Przyciągnęła go mocniej i poddała się zwodniczej mo-

cy  pocałunków  i  natarczywym  pieszczotom  rąk.  Gdy 

brakło im tchu i przerwał na chwilę, by unieść jej głowę, 
wpatrywał się w nią z taką czułością, że zastanawiała się, 

czy to możliwe, by to był ten sam srogi mężczyzna, któ-

rego poznała po przyjeździe. 

-  Kocham  cię  -  szepnął  cicho.  -  Powiedz  mi,  że  to 

prawda. 

-  Tak,  to  najszczersza  pra...  -  Nie  dokończyła,  bo 

znów gorąco ją pocałował. 

-  Courtney,  glykia  mou...  -  Jego  usta  wędrowały  po 

szyi, a palce zsunęły się do guzików sukienki, zdejmując 

ją z ramion, bioder i smukłych nóg. - Czy wciąż jeszcze 

jesteś  głodna?  -  droczył  się  z  nią,  wodząc  ręką  po  jej 
ciele. 

Zaprzeczyła ruchem głowy, myśląc tylko o jego słod-

kich ustach. 

-  Ani trochę? - Przesunął usta w dół, do piersi, budząc 

w niej nową falę pożądania. 

-  Umieram  z  pragnienia...  ale  pragnę  tylko  ciebie  -

powiedziała, z trudem łapiąc powietrze. 

-  Świetnie - ucieszył się i znów zamknął jej usta po-

całunkiem. 

Słońce nie dotarto jeszcze do dna wąwozu, gdy wyru-

szyli w dalszą wędrówkę, ale Courtney nic nie przeszka-

dzało,  nie  czuła  nawet  chłodu  poranka,  odurzona 

cudowną 

background image

nocą  w  ramionach  ukochanego  mężczyzny.  Szli  w 
milczeniu z powrotem w stronę Stalowych Bram, ale za 

każdym razem, gdy Lefteris jej dotykał, miała wrażenie, 

że rozpłynie się w szczęściu. 

Góry budziły się z nią do życia, jakby dzieliły jej ra-

dość,  różowa  szałwia  przylegała  do  skał,  a  wysoko 
nad ich głowami zataczał kręgi orzeł. 

Znów  musieli  przeskakiwać  z  kamienia  na 

kamień  i  Courtney  zmoczyła  buty,  ale  nie 

przejmowała  się  tym,  a  kiedy  Lefteris  ściągnął  ją  z 
ostatniego  kamienia  wprost  w  swoje  ramiona, 

roześmiała się radośnie. 

-  S'agapo - szepnęła mu do ucha. 

W odpowiedzi przytulił ją mocno i znów pocałował. 

-  Mam wrażenie, że dojrzałaś już do drugiej lekcji? 
-  Jakie  to  wzruszające...  -  usłyszeli  szyderczy 

głos i odskoczyli od siebie jak oparzeni. 

Nikos stał na ścieżce, w ręku trzymał pistolet. Nagle 

Courtney uświadomiła sobie, że Lefteris zostawił swój 

pistolet  w  plecaku.  Szczęście,  jakie  oboje  odczuwali 

tego ranka, napełniło ich taką ufnością, że zapomnieli o 
niebezpieczeństwie. 

-  Wiedziałem,  co  się  stało,  gdy  tylko  moi  ludzie 

powiadomili  mnie,  że  nie  wsiedliście  na  prom.  Sam 
chciałem się z wami rozprawić, dlatego opuściłem Agia 

Roumeli  o świcie.  -  Jego  uśmiech  porażał  Courtney.  - 

Sprawiłaś  mi  nie  lada  kłopot,  Courtney  Shelbourne. 

Mnóstwo  kłopotów.  Swoim  wścibstwem  zniszczyłaś 

jedną  z  najbardziej  lukratywnych  akcji,  jakie 
kiedykolwiek 

udało 

mi 

się 

zorganizować. 

Moich 

najlepszych 

ludzi 

aresztowano 

skonfiskowano  cały  towar.  Zapewne  jesteście  z 
siebie bardzo zadowoleni. 

background image

-  Widać, że twój towar miał niezwykłą wartość, skoro 

zadałeś sobie aż tyle trudu, by nas złapać - odparł Lefteris. 
- Ciekawe, co to było? 

-  Narkotyki - uciął Nikos. - Czyżbyś nie dosłyszała, 

gdy ukradkiem podsłuchiwałaś w moim domu? 

-  Domyślałam  się,  że  to  coś  nielegalnego  -  wyznała 

drżącym głosem, instynktownie przysuwając się do Lefte-
risa. 

-  Łatwo ci mówić! - rzucił Nikos z wściekłością, nie-

mal mrożąc ją wzrokiem. - Znalazłaś sobie znacznie lep-

szy kąsek, prawda? Dla twojego kochanka miliony nie 

mają znaczenia. Nie obwiniam cię za to, że tak łatwo mu 

się oddałaś, ale niektórzy z nas muszą pracować na utrzy-
manie. 

-  Handel narkotykami to nie praca - wtrącił Lefteris 

z pogardą, dodając po grecku coś, co wywołało u Nikosa 

natychmiastowy odruch, jakby chciał nacisnąć spust pisto-
letu. 

Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Lefteris rzucił 

się na Nikosa. Courtney usłyszała strzał, którego echo 

długo  odbijało  się  o  okalające  wąwóz  skały.  Wysunęła, 

się  zza  głazu  przerażona,  że  Lefteris  został  zabity,  ale 
nadal  się  mocowali.  W  pewnej  chwili  Lefteris  wykręcił 
Nikosowi rękę, z której wypadł pistolet i utknął między 

głazami. Nikos usiłował sięgnąć po broń, ale Lefteris z 

całej siły przygniótł go do ziemi. Courtney zebrała się na 

odwagę,  podbiegła  i  podniosła  pistolet.  Wydał  jej  się 

strasznie ciężki i chociaż wymierzyła  go w Nikosa, nie 

odważyła  się  strzelić  w  obawie,  że  trafi  Lefterisa. 

Wpatrywała  się  więc  bezradnie  w  walczących.  Lefteris 

cofnął właśnie zaciśniętą pięść, a w chwilę później Nikos 

background image

padł bezwładnie na skały. 

Nagle kilku umundurowanych mężczyzn wpadło na 

ścieżkę  akurat  wtedy,  gdy  Lefteris  wstał  i  oglądał 
swoje zakrwawione ręce. 

Wszyscy  przekrzykiwali  się.  Courtney  stała 

zapłakana,  nie  wypuszczając  pistoletu  z  ręki.  Dopiero 
gdy Lefteris zrobił krok w jej stronę, upuściła broń i w 

ułamku sekundy znalazła się w jego ramionach. 

Rozdzielono  ich  jednak,  więc  usiadła  na  skale  i 

czekała.  Wreszcie  dwaj  policjanci  odprowadzili 

słaniającego  się  na  nogach  Nikosa,  a  trzeci  zamienił 

jeszcze na boku słowo z Lefterisem, po czym wreszcie 
zostawiono ich samych. 

Lefteris  przykucnął  nad  rzeką,  by  obmyć  twarz  i 

ręce, a potem usiadł na skale i objął ją. 

-  Skąd policja wiedziała, gdzie nas szukać? - 

spytała. 
-  Franz  z  pewnością  otrzymał  wiadomość  i  podjął 

działania. Już wcześniej mieli pewne podejrzenia co do 

Nikosa  i  teraz  obserwowali  go,  gdy  tylko  wszedł  do 

wąwozu.  Potem  usłyszeli  strzał,  więc  wiedzieli,  gdzie 
jesteśmy. 

-  Czy to już koniec? - spytała z nadzieją w głosie. 
-  Tak, koniec, jeśli chodzi o Nikosa. Co do nas, to 

dopiero początek - odparł, całując ją. 

Potem  Courtney  pamiętała  wszystko  jak  przez  sen: 

powrót  łodzią  rybacką,  która  zabrała  ich  do  Hora 
Sfakion, dalszą podróż do Imbros i wreszcie na północne 

wybrzeże, do domu wśród drzew pomarańczy. 

Gdy po powrocie stanęła obok Lefterisa na tarasie 

i  spojrzała  na  majaczące  w  oddali  góry,  tamta 
przygoda 

background image

wydala się już odległym, niezbyt rzeczywistym wspo-

mnieniem. Westchnęła z ulgą i przytuliła się do niego. 

-  Widzę, że pora zacząć drugą lekcję  - powiedział 

z uśmiechem. - Jest bardzo łatwa. Tha me pandreftis? 

-  To nie takie proste - przekomarzała się. 
-  To znaczy: „Czy wyjdziesz za mnie"? - Spojrzał jej 

w oczy i mocno ścisnął dłonie. - Wystarczy, byś pamięta-

ła, jak jest „tak" po grecku. Tylko uważaj, pamiętasz, jak 

łatwo jest pomylić „tak" z „nie"? 

Wysunęła się na chwilę z jego ramion. Patrzyła teraz 

bardzo poważnie. 

-  O ile pamiętam mówiłeś, że nie warto się żenić? 
-  Dopóki nie pozna się odpowiedniej osoby. A ja po-

znałem. Jestem tego pewien. 

-  Ale ja... nie pasuję do ciebie... - Nagle ogarnęły ją 

wątpliwości.  Lefteris  był  bogaty,  odnosił  sukcesy  we 

wszystkim, do czego się zabrał. A jeśli ona szybko mu się 
znudzi? - Tobie potrzebna elegancka żona, która będzie 

prowadziła inteligentne rozmowy i odpowiednio zabawia-

ła gości. 

-  Potrzebuję ciebie.  -  Objął ją i przytulił.  - Nie chcę 

nienaturalnej damy, lecz dziewczyny, która przemawia do 

kóz i nigdy nie depcze kwiatów. Jesteś wszystkim, czego 

potrzebuję. I nie zrezygnuję z ciebie. Powiedz, że wyj-
dziesz za mnie, Courtney... 

-  Ne - powiedziała, a Lefteris roześmiał się z ulgą. 

- Mam nadzieję, że nie będziesz tego żałował... 

-  Na pewno nie. A jeśli ty będziesz żałowała, zabiorę 

cię z powrotem w góry i przypomnę, jak to było, gdy nie 

mieliśmy nic prócz siebie. Żadnych luksusów ani wygód, 

background image

w  które  będziesz  odtąd  opływała.  Tam,  w  górach, 

znów będzie tylko to, co absolutnie niezbędne: ty, ja i 
koc. 

-  Nie  miałabym  nic  przeciwko  temu  -  zapewniła, 

zarzucając mu ręce na szyję. - Spanie na ziemi nie było 
takie złe. 

-  Dzisiejsza noc będzie jeszcze wspanialsza - przy-

rzekł. 

-  Chyba  nie  musimy  czekać,  aż  nadejdzie  noc?  - 

szepnęła. 

-  Oczywiście,  że  nie  -  powiedział,  przyciągając  ją 

do siebie.