background image

CAROLINE CROSS 

 

Dziecko zamieci 

(The baby blizzard) 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Jasnobłękitny  cadillac,  za  którym  Jack  jechał  od  kilku  godzin,  wpadł  na  zaśnieŜonej 

szosie  w  straszny  poślizg.  Ranczer  zauwaŜył  auto,  gdy  minęło  go  na  autostradzie  na  północ 

od Casper.  

Trudno uwierzyć, lecz Jack nudził się za kierownicą, choć za oknami jego półcięŜarówki 

szalała taka śnieŜna zawieja, Ŝe samochód z trudem opierał się uderzeniom wiatru. Kierowcę 

nuŜyła  szarość  nieba,  niezwykła  o  tej  porze  roku,  umiarkowana  temperatura  powietrza  i 

jednostajna,  równinna  pustka  po  obu  stronach  szosy.  Był  wyjątkowo  ponury,  styczniowy 

dzień.  

Wszystko  razem  dopełniało  złego  nastroju,  w  który  Jack  popadł,  gdy  w  kancelarii 

adwokata ujrzał Jareda i Elise. Chcąc oderwać uwagę od niewesołych myśli, rzucił okiem na 

cadillaca.  

W  tej  samej  chwili  silny  podmuch  wiatru  zaatakował  cięŜarówkę  i  Jack  musiał  mocno 

chwycić  za  kierownicę,  by  utrzymać  się  na  szosie.  Co  z  tego,  Ŝe  błękitny  wóz  prowadziła 

kobieta? Czy to wystarczający powód, by tak silnie przeŜyć pozbawioną znaczenia wymianę 

spojrzeń? 

Nie  była  nawet  specjalnie  ładna.  Fascynowały  go  tylko  te  wspaniałe  włosy  w  kolorze 

grzywy jego ulubionej gniadej klaczy i pełne, soczyste wargi, budzące grzeszne myśli.  

Ale ładna nie była. MoŜe z wyjątkiem momentów, w których. .. się uśmiechała.  

Obdarzyła  go  zagadkowym  uśmiechem,  gdy  przejeŜdŜał  obok  stacji  benzynowej  w 

Kaycee.  Tam  się  zatrzymała,  by  zatankować  paliwo.  Na  myśl  o  tym  Jack  zacisnął  zęby. 

Musiała źle zrozumieć to, Ŝe wówczas zwolnił. Pewnie sądziła, iŜ zapragnął na nią popatrzeć. 

W rzeczywistości zrobił to ze względu na pogodę, bo właśnie zaczął sypać śnieg.  

Teraz  przymruŜył  oczy,  chcąc  przebić  wzrokiem  zadymkę.  Niechętnie,  ale  musiał 

przyznać, Ŝe choć tam, na stacji, widok trochę mu przesłaniały otwarte drzwi cadillaca, to, co 

zobaczył,  i  tak  mocno  go  poruszyło.  Musiałby  być  ślepy,  Ŝeby  nie  spostrzec  długich, 

zgrabnych nóg, kształtnych ramion, prowokacyjnych warg, mocno zarysowanego podbródka, 

inteligentnych  ciemnych  oczu.  Tylko  ktoś  wyjątkowo  tępy,  obserwując,  jak  facet  z  obsługi 

stacji  skakał  wokół  tej  dziewczyny,  nie  doszedłby  do  wniosku,  Ŝe  równieŜ  to,  co  zasłaniał 

samochód, było w niej bardzo pociągające.  

No  więc  dobrze,  jak  na  niezbyt  ładną  kobietę,  z  tym  swoim  uśmiechem  i  lśniącymi, 

powiewającymi  na  wietrze  włosami  była  stworzeniem,  na  które  warto  popatrzeć.  Jack  nie 

przywiązywał wagi do tych spostrzeŜeń.  

Jared  i  Elise  nauczyli  go  obojętności.  Po  tym,  co  dzięki  nim  przeŜył,  niewiele  juŜ  go 

poruszało.  Pozbawili  go  idealistycznych  złudzeń,  dziecięcej  ufności  wobec  świata, 

niemądrych nadziei i marzeń.  

MoŜe  dlatego  tak  wstrząsnęło  nim  odkrycie,  Ŝe  po  szoku,  którego  doświadczył,  jego 

libido  jeszcze  nie  zamarło.  Przez  trzy  lata,  które  upłynęły  od  chwili,  gdy  w  sali  sądowej 

dowiedział  się,  jak  wielkim  był  głupcem,  właściwie  nie  miał  Ŝadnego  Ŝycia  osobistego. 

background image

Wykreślił ze swojego słownika wyrazy „pragnąć” i „potrzebować”.  

Tak było do dzisiaj.  

Jack  parsknął,  niezadowolony  z  siebie.  Nie  pojmował,  co  się  z  nim  dzieje.  PrzecieŜ 

istniała  róŜnica  między  poŜądaniem  odczuwanym  wobec  kobiety,  której  chciałoby  się 

dotknąć,  a  fantazjami  snutymi  na  temat  kogoś  obcego.  Irytowało  go,  Ŝe  sam  przed  sobą 

musiał przyznać, iŜ ta dziewczyna wywarła na nim wraŜenie.  

Zaczął  się  nawet  zastanawiać,  czy  jej  włosy  mają  naturalny  kolor,  a  pełne  usta  smakują 

jak  wiśnie  czy  teŜ  jak  słodkie,  dojrzałe  jagody.  I  jak  by  się  czuł,  mając  te  długie,  wspaniałe 

nogi owinięte ciasno wokół siebie? A takŜe nad  tym, czy ona ma zwyczaj uśmiechać się do 

kaŜdego męŜczyzny? 

Co  za  głupota.  Od  samych  tych  myśli  robiło  się  gorąco.  Tym  bardziej  Ŝe  zajmowało  go 

wiele innych kwestii.  

Na przykład: dokąd się właściwie ta dziewczyna wybiera? Kiedy z Buffalo skierowała się 

na północ, sądził, Ŝe zmierza do Gillette. Potem uznał, iŜ musi mieć rodzinę albo przyjaciół w 

małym  miasteczku  Gweneth,  ale  minęła  zjazd  z  autostrady.  Jechał  za  nią,  gdy  zwolniła,  by 

skręcić na trasę numer dziewięć do Johnson County.  

Wtedy pomyślał, Ŝe albo zabłądziła, albo zwariowała, a moŜe stało się jedno i drugie. Bo 

poza Double D, które minęli jakieś dwadzieścia minut temu – jeśli nie liczyć jego posiadłości 

–  w  promieniu  pięćdziesięciu  kilometrów  nie  było  Ŝadnego  rancza.  A  przecieŜ  dobrze 

wiedział,  Ŝe  nie  jechała,  by  się  z  nim  zobaczyć.  Poza  ludźmi,  którzy  przyjeŜdŜali  tu  w 

interesach, nikt go nie odwiedzał. Tak było od chwili, gdy oddał syna.  

Przeniknął go znajomy ból. Z całą bezwzględnością zmusił się, by o tym nie myśleć. To 

juŜ skończone, powiedział sobie i właśnie w tym momencie cadillac wpadł w poślizg.  

Jack  przyglądał  się  z  niedowierzaniem,  jak  auto  wykonało  obrót  o  trzysta  sześćdziesiąt 

stopni i zniknęło z pola widzenia, niby wchłonięte przez czarną dziurę.  

Natychmiast  zwolnił.  Nie  było  sensu  jechać  dalej.  Jared  by  tak  nie  postąpił,  ale  on  sam 

zawsze  zachowywał  się  jak  harcerz,  gorzko  pomyślał  Jack,  wspominając  dzisiejszy  dzień  w 

Casper. CięŜko wyzbyć się starych nawyków.  

Nie  zamierzał  się  nad  tym  zastanawiać.  Skończone.  Nieodwołalnie  został  sam.  Teraz 

chciał  się  tylko  upewnić,  czy  kierującej  cadillakiem  kobiecie  nic  się  nie  stało.  Ogarnęła  go 

konsternacja. Do licha, a więc ją pozna. Przestań się podniecać, Sheridan, skarcił się w duchu, 

nie umiesz nawet normalnie się cieszyć rozgrzewającymi krew w Ŝyłach fantazjami.  

Jeszcze  sekunda  i  pozbył  się  niesfornych  myśli.  Nie  chodziło  teraz  o  niego.  Ktoś  inny 

znalazł  się  w  tarapatach  i  potrzebował  pomocy.  W  najlepszym  razie  ta  kobieta  musiała  być 

potłuczona. PrzeŜyła pewnie wstrząs. W najgorszym...  

Jack  odpędził  niedobre  przeczucia.  JuŜ  i  tak  źle  się  stało,  Ŝe  zainteresował  się  nią  jako 

męŜczyzna.  NiezaleŜnie  od  tego,  co  się  wydarzyło,  nie  powinien  wykazywać  troski 

zdradzającej osobisty stosunek do całej sprawy.  Wystarczy, jeśli udzieli jej pomocy, na jaką 

zwykle w takich sytuacjach liczą poszkodowani, i to wszystko.  

UwaŜnie obserwując drogę po lewej stronie, zatrzymał cięŜarówkę i rozejrzał się dokoła. 

Nic nie było widać. W blasku długich świateł wirowały tylko płatki śniegu. Zaciągnął ręczny 

background image

hamulec,  zmienił  światła  na  krótkie  i  przymknął  oczy,  by  odpoczęły  na  moment  od  naporu 

białego pyłu. Po chwili uniósł powieki i dostrzegł w oddali migotanie czerwieni. Odetchnął z 

ulgą,  uświadamiając  sobie,  Ŝe  to  muszą  być  tylne  światła  cadillaca.  Widział  juŜ  teraz  zarys 

przechylonego  auta,  prawym  bokiem  tkwiącego  w  rowie.  Śnieg  niesiony  wiatrem  zaczął 

właśnie zasypywać jego maskę. Błękit lakieru odcinał się jednak od szarości krajobrazu.  

Jack  poczuł  ucisk  w  sercu.  Jeszcze  kilka  minut  i  w  szybko  zapadającym  zmierzchu 

niczego by nie zauwaŜył. Ponownie włączył długie światła, wyciągnął linkę i latarkę. Zapiął 

podbitą  koŜuchem  kurtkę,  postawił  kołnierz  i  mocniej  wcisnął  stetsona  na  głowę.  Po  chwili 

namysłu  postanowił  nie  gasić  silnika,  by  nie  wyziębić  wnętrza  samochodu.  Wziął  ze  sobą 

latarkę i wyskoczył z cięŜarówki w zamieć.  

 

Nie  wpadłam  w  panikę,  powtarzała  sobie  Tess  Danielson.  No  cóŜ,  zdarzył  się  mały 

wypadek  na  pustej,  wyludnionej  szosie  w  miejscu,  gdzie  diabeł  mówi  dobranoc,  przy 

pogodzie, która wygląda na burzę śnieŜną. Próbowała przekonywać samą siebie, Ŝe sytuacja 

nie jest beznadziejna i nie ma się czego bać. Choć z drugiej strony wiedziała, iŜ z pewnością 

by jej ulŜyło, gdyby... wrzasnęła w tej chwili ze strachu.  

Na  myśl  o  tym  uśmiechnęła  się  słabo.  W  momencie  poślizgu  bezwiednie  wstrzymała 

oddech.  Dopiero  teraz  zaczęła  normalnie  chwytać  powietrze.  Nie  było  tak  źle,  skoro  ciągle 

dopisywało  jej  poczucie  humoru.  Słyszała,  co  prawda,  opowieści  o  nieszczęśnikach,  którym 

zdarzył  się  podczas  zamieci  wypadek  na  pustkowiach  Wyoming  i  których  znajdowano 

dopiero w czasie wiosennych roztopów, ale przecieŜ to nie mogło dotyczyć jej samej.  

Nie dopuści do tego. Nie po to przez dwadzieścia dziewięć lat zwycięsko brała się za bary 

ze światem, by poddawać się  w  chwili,  gdy zrozumiała, co naprawdę jest waŜne i jak wielu 

rzeczy  pragnie  jeszcze  doświadczyć.  Nie  zrobi  tego  przecieŜ  teraz,  kiedy  pojawił  się  w  jej 

Ŝ

yciu  ktoś  całkowicie  od  niej  zaleŜny.  Tu  skierowała  opiekuńcze  spojrzenie  na  swój 

zaokrąglony brzuch.  

Spróbowała  odpiąć  pas  i  z  przeraŜeniem  skonstatowała,  Ŝe  się  zablokował.  Niewiele 

brakowało,  a  zaczęłaby  krzyczeć  z  rozpaczy.  Jednak  w  ciągu  sekundy  opanowała  strach. 

Kiedy tylko samochód wytracił szybkość, wyłączyła silnik, choć to sprawiło, Ŝe temperatura 

we  wnętrzu  auta  natychmiast  się  obniŜyła.  Zrobiło  się  zbyt  zimno,  by  ryzykować  utratę 

resztek  cennej  energii.  Lepiej  juŜ  marznąć,  niŜ  zatruć  się  spalinami  z  zatkanej  czy 

uszkodzonej rury wydechowej, zdecydowała.  

Sięgnęła  po  leŜącą  obok  obszerną  futrzaną  kurtkę  z  kapturem  i  otuliła  się  szczelnie, 

powtarzając  w  duchu,  by  nie  panikować.  PrzecieŜ  w  ciągu  najbliŜszych  paru  minut  nie 

zamarznie  na  śmierć.  W  najgorszym  razie  wyciągnie  z  torebki  noŜyczki  od  paznokci  i 

przetnie pas. Jeśli w ogóle ma przy sobie noŜyczki.  

Tess rezolutnie uniosła głowę i postanowiła się nie przejmować. W końcu ma jeszcze asa 

w  rękawie.  Przypomniała  sobie  postawnego  kowboja,  z  którym  przez  ostatnich  parę  godzin 

bawiła się w samochodowego berka na szosie. Musiał być gdzieś w pobliŜu, więc widział, co 

się  stało.  Pewnie  zaraz  pospieszy  z  pomocą.  Chyba  Ŝe  serce  ma  równie  twarde  jak  wyraz 

twarzy i zwyczajnie pojedzie sobie dalej.  

background image

Tess  skarciła  się  za  takie  myśli.  To  Wyoming,  a  nie  Nowy  Jork  czy  Los  Angeles.  Tutaj 

ludzie  interesują  się  sobą  wzajemnie.  Facet  się  zatrzyma.  Co  prawda  wyglądał  posępnie,  a 

nawet odpychająco, lecz pewnie maskował tym nieśmiałość i wrodzoną rezerwę...  

– Proszę pani? – usłyszała nagle męski głos.  

Za szybą zalśniło światło latarki. Oślepiona Tess uniosła rękę, gdy ktoś bezceremonialnie 

otworzył drzwi cadillaca.  

– Wszystko w porządku? – zawołał nieznajomy, próbując przekrzyczeć wycie wiatru.  

Nawet  w  tych  warunkach  jego  głos  rozbrzmiewał  mocą  i  stanowczością.  Pasuje  do 

wyrazu jego twarzy, uznała Tess. Brak w nim rezerwy czy nieśmiałości. Ten męŜczyzna miał 

w  sobie  coś  przywódczego.  W  ogóle  wspaniale  się  prezentował.  Spod  nasuniętego  na  czoło 

kapelusza spoglądały na  Tess ciemne oczy. W świetle latarki widać było  ostre rysy twarzy i 

władcze usta. Stojąc tak blisko, wydawał się jeszcze bardziej odpychający niŜ wówczas, gdy 

obserwowała go z pewnej odległości.  

– Czy jest pani ranna? 

NiewaŜne,  jak  wyglądał.  Tess  i  tak  była  szczęśliwa,  Ŝe  się  pojawił.  Poczuła  tak 

gwałtowną  ulgę,  Ŝe  łzy  zakręciły  się  jej  w  oczach  i  nie  mogła  wykrztusić  słowa.  Przełknęła 

ś

linę,  podejrzewając,  Ŝe  temu  groźnie  wyglądającemu  człowiekowi  nie  spodobałoby  się 

pewnie, gdyby zatonęła teraz we łzach, a naprawdę niewiele brakowało, by się rozpłakała.  

Jeszcze raz przełknęła ślinę i spróbowała zdobyć się na dowcip.  

– Sporo czasu to panu zabrało.  

–  Co  takiego?  –  Jack  drgnął,  słysząc  takie  powitanie.  Tess  uznała,  Ŝe  jej  wybawca  nie 

grzeszy poczuciem humoru.  

– Nic mi nie jest – powiedziała głośno.  

– Na pewno? 

Tess  czuła  ćmiący  ból  w  plecach,  ale  Ŝe  w  skali od  jednego  do  dziesięciu  dałaby  mu  za 

intensywność dwa punkty, więc postanowiła go zignorować.  

– Tak – potwierdziła.  

– To dobrze.  

W głosie nieznajomego zadźwięczała ulga, choć nie złagodziła ona wyrazu jego twarzy.  

– Proszę mi podać rękę i wyjść z samochodu. Zawieja wzmaga się z kaŜdą minutą.  

– Pas się zaciął. Nie mogę go rozpiąć.  

Jack  spojrzał  na  figurę  okrytej  kurtką  dziewczyny.  Wsadził  latarkę  za  pasek  spodni  i 

pochylił  się  nad  nią.  Nawet  przez  grubą  kurtkę  Tess  poczuła  twardość  i  ciepło  męskiego 

ramienia dotykającego jej brzucha.  

– Co to... ? Co to jest? – spytał zaskoczony.  

– O co panu chodzi? 

– O tę bryłę – rzekł, wskazując na wypukłość kurtki. Spojrzała nań z niedowierzaniem.  

–  To  nie  Ŝadna  bryła,  tylko  mój  brzuch.  Jestem  w  ciąŜy  –  wyjaśniła,  ciągle  czując  na 

sobie cięŜar jego ramienia.  

Spojrzał na nią przeciągle, cofnął rękę i wyprostował się.  

– Do licha – powiedział, odwracając wzrok. – To ci dopiero.  

background image

Słowa niesione przez wiatr nie dotarły do uszu Tess.  

– Co pan mówi? – zapytała.  

Przez chwilę się nie odzywał, zaciskając usta w jeszcze węŜszą linię.  

– NiewaŜne – mruknął.  

Schylił się, by ponownie sięgnąć do zapięcia pasa. Tym razem udało się je odblokować.  

– No, niech pani wychodzi – burknął, prostując się z pewnym trudem.  

– Ale samochód... – zaczęła, nie ruszając się z miejsca.  

–  Nigdzie  nie  ucieknie.  Ani  teraz,  ani  potem.  Nawet  jeślibym  go  stąd  wyciągnął,  droga 

jest  zbyt  oblodzona,  by  holować  auto.  Nie  wiem,  czy  pani  zauwaŜyła,  Ŝe  robi  się  coraz 

ciemniej.  

Tess  rozejrzała  się  zdziwiona.  Rzeczywiście.  Miał  rację.  To  niesamowite,  lecz  była  tak 

pochłonięta  swoim  wybawcą,  iŜ  zapomniała  o  pogodzie,  która  pogarszała  się  z  minuty  na 

minutę.  

– Nawet nie wiem, jak pan się nazywa – rzekła z wahaniem.  

–  Och,  dajmy  spo...  –  W  oczach  męŜczyzny  pojawiła  się  irytacja,  lecz  szybko  się 

opanował.  –  Jack  –  powiedział  obojętnym  tonem.  –  Nazywam  się  Jack  Sheridan.  Teraz  w 

porządku? 

– A ja Tess...  

– Świetnie. Więc słuchaj, Tess. Musimy natychmiast dostać się do mojej cięŜarówki. Póki 

to jeszcze moŜliwe.  

Oczywiście  znowu  miał  rację.  Tess  była  zła  na  siebie,  Ŝe  tak  głupio  się  zachowuje. 

Wysuwając  nogi  z  wozu,  zastanawiała  się,  dlaczego  czuje  przymus  sprzeciwiania  się  temu 

człowiekowi.  Odpowiedź  pojawiła  się  sama,  gdy  tylko  spróbowała  wysiąść  z  auta.  Jack  bez 

uprzedzenia  pochylił  się,  chwycił  ją  za  łokcie  i  wyciągnął  na  zewnątrz.  Potem  kilkoma 

zdecydowanymi ruchami ubrał Tess w kurtkę i zaciągnął suwak. Sięgnął  do cadillaca, wyjął 

kluczyki ze stacyjki, znalazł torebkę i torbę podróŜną.  

– Proszę – rzekł, wręczając Tess dwa pierwsze przedmioty. – Schowaj kluczyki i zawieś 

torebkę na szyi, tak Ŝebyś miała wolne ręce.  

Tess  wreszcie  zrozumiała,  o  co  chodzi.  Nigdy  nie  czuła  się  dobrze  w  towarzystwie 

autorytatywnych osób, a ten facet był nawet więcej niŜ autorytatywny. To jakiś autokrata.  

W  chwilę  później  doceniła  jednak  Jacka.  Gdy  uderzenie  wiatru  o  mało  nie  zwaliło  jej  z 

nóg,  ten  męŜczyzna  natychmiast  ją  podtrzymał  i  przyciągnął  do  siebie,  osłaniając  szeroką 

piersią od podmuchów.  

– Dobrze się czujesz? – zapytał.  

Skinęła  głową,  zaskoczona  bliskością  jego  twarzy.  Była  wysoką  kobietą  i  nieczęsto 

zdarzało  się,  by  ktoś  spoglądał  na  nią  z  góry.  Przez  moment  na  siebie  patrzyli.  Oczy  Jacka 

miały niezwykły kolor...  

– Co, u licha, myślał sobie twój mąŜ, puszczając cię w tym stanie samą w taką pogodę? – 

rzucił z przyganą w głosie.  

Nie  brzmiało  to  jak  pytanie,  lecz  Tess  z  jakichś  przyczyn  zapragnęła  jednak 

odpowiedzieć.  

background image

– Nie jestem zamęŜna – wyjaśniła, nie dodając, iŜ nawet gdyby była, nie dopuściłaby do 

tego, by ktokolwiek miał dawać jej jakieś pozwolenia.  

–  NiewaŜne  –  usłyszała,  rozpoznając  w  tonie  głosu  męŜczyzny  ślad  zaskoczenia  i 

zakłopotania. – Mam tu linkę, która doprowadzi nas do cięŜarówki – powiedział, szybko się 

opanowując.  –  Wystarczy,  jeśli  będziesz  się  trzymać  blisko  mnie,  a  unikniemy  kłopotów. 

Kiedy  się  odwrócę,  chciałbym,  Ŝebyś  wsunęła  ręce  pod  moją  kurtkę  i  chwyciła  za  pasek. 

Trzymaj się mocno. Zrozumiałaś? 

Tess nie trzeba było powtarzać tego dwa razy. Śnieg zasypywał jej twarz i wyciskał łzy z 

oczu, a przejmujący chłód tamował oddech.  

– Tak.  

– To dobrze – uznał, lustrując jej twarz wzrokiem.  

Odwrócił się i podniósł torbę podróŜną, jakby nic nie waŜyła. Odczekał chwilę, by Tess 

pod jego grubą kurtką znalazła pasek. Gdy w poszukiwaniach dogodnego uchwytu przesunęła 

mu  dłońmi  po  biodrach  i  plecach,  Jacka  ogarnęła  fala  gorąca.  Wreszcie  Tess  stanęła  tuŜ  za 

nim i zacisnęła palce na rzemieniu.  

Jack  ruszył  do  przodu,  dostosowując  tempo  do  moŜliwości  cięŜarnej.  Tess  szła  po  jego 

ś

ladach, brnąc przez zaspy i grudy ziemi.  

Choć  marsz  nie  trwał  dłuŜej  niŜ  kilka  minut,  Tess  zdawało  się,  iŜ  minęły  wieki,  odkąd 

ruszyli.  Zawsze  bardzo  sprawna,  od  kilku  miesięcy,  gdy  wyraźnie  przesunął  się  środek 

cięŜkości jej ciała, poruszała się z większym trudem. Teraz, zacisnąwszy zęby, denerwowała 

się  własną  nieporadnością  i  rym,  Ŝe  co  chwila  potyka  się  i  ślizga.  Kilka  razy  tylko  dzięki 

Jackowi utrzymała równowagę. Nim dotarli do cięŜarówki, czuła w płucach ogień, ból pleców 

osiągnął natęŜenie sześciu punktów w dziesięciostopniowej skali, a twarz zmarzła na sopel.  

– Wszystko w porządku? – spytał Jack, wrzucając do cięŜarówki torbę Tess.  

– Tak – skłamała, opierając się o samochód.  

Ledwie  mogła  oddychać,  ale  w  myślach  przepraszała  kowboja  za  całą  niechęć,  którą  go 

obdarzyła.  

– To dobrze.  

Po  drodze  musiał  gdzieś  zgubić  kapelusz.  Bez  niego  wyglądał  znacznie  młodziej.  Z 

gęstymi,  ciemnymi  włosami,  które  rozwiewał  wiatr,  przypominał  chłopca.  Z  jakichś 

nieokreślonych  powodów  przyciągało  to  uwagę  Tess.  Zanim  zrozumiała,  dlaczego  tak  się 

dzieje, zbliŜył się do niej i otrzepał śnieg z jej głowy i ramion, a potem uniósł ją i umieścił w 

kabinie  cięŜarówki.  Oczyścił  jej  buty  ze  śniegu,  ściągnął  z  nóg  i  rzucił  obok  siedzenia. 

Schował  linkę  i  latarkę,  otrzepał  własne  obuwie,  zdjął  rękawice,  zrzucił  kurtkę  i  usiadł  za 

kierownicą.  

– Zwijamy się – oznajmił.  

Tess odsunęła się, by zrobić mu więcej miejsca, i mocno przylgnęła do siedzenia, chcąc 

zmniejszyć ból w plecach. W porównaniu z tym, co działo się za szybą, w samochodzie było 

zacisznie i ciepło, lecz ciałem Tess wstrząsały dreszcze. DrŜała, szczękając zębami.  

Coś  w  rodzaju  współczucia  zamigotało  w  oczach  Jacka.  Zwiększył  ogrzewanie  i  otulił 

Tess własną kurtką.  

background image

– Teraz lepiej? – zapytał.  

Skinęła głową, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa.  

Wydawało  się,  Ŝe  jej  milczenie  odpowiada  temu  męŜczyźnie.  Z  właściwym  sobie 

pochmurnym  wyrazem  twarzy  zapiął  pasy,  zwolnił  hamulec  i  włączył  silnik.  Samochód 

potoczył się do przodu.  

Tess szczelniej okryła się kurtką. Chowając twarz w barankowy kołnierz, poczuła znany 

od  dzieciństwa  zapach  koni  i  wilgotnej  skóry.  Usadowiła  się  wygodnie  i  przymknęła  oczy. 

Nie była pewna, ile czasu minęło, nim poczuła się wreszcie jak człowiek. Wyprostowała nogi, 

z przyjemnością wystawiając stopy na powiew  ciepłego powietrza. Spróbowała znaleźć taką 

pozycję, by zmniejszyć nieustający ból krzyŜa.  

Spod  rzęs  obserwowała  towarzysza  podróŜy,  przyznając  w  duchu,  Ŝe  czuje  się  nieco 

onieśmielona  jego  milczeniem.  Zaskoczyła  ją  jej  własna  reakcja  na  zachowanie  Jacka. 

PrzecieŜ wychowała się wśród kowbojów i wiedziała, Ŝe bywają małomówni.  

Jack  wyglądał  na  pogrąŜonego  w  ponurych  myślach,  na  co  wskazywał  daleki  od 

łagodności  wyraz  twarzy.  Ten  męŜczyzna  sprawiał  wraŜenie  kogoś,  kto  zachowuje  dystans 

wobec ludzi nie dlatego, Ŝe lubi samotność, lecz iŜ nikomu nie ufa.  

A  jednak...  pospieszył  jej  na  ratunek.  I  mimo  całej  szorstkości  w  zachowaniu  obchodził 

się z nią bardzo delikatnie, otaczając troskliwą opieką. Ale jakie to miało znaczenie? Wkrótce 

kaŜde z nich pójdzie w swoją stronę i nigdy więcej sienie zobaczą...  

– Czy nikt ci nie mówił, Ŝe to nieładnie tak się komuś przyglądać? – spytał nagle Jack.  

Tess otworzyła szeroko oczy. Nie miała zamiaru przyznać, Ŝe ten człowiek ją onieśmiela, 

ani dać się sprowokować do gwałtowniejszej reakcji.  

– Masz rację – rzekła spokojnie. – Przepraszam.  

– Co tu właściwie robisz? 

– Jechałam odwiedzić babcię – wyjaśniła, nieco zaskoczona obcesowym pytaniem.  

– Ach! I po drodze zabłądziłaś. – W głosie Jacka zabrzmiała nutka ironii.  

– Nie, tylko przeoczyłam zakręt.  

– Właśnie – zauwaŜył tym samym tonem. – Nie przypuszczam, by przyszło ci na myśl, Ŝe 

gdy zacznie sypać śniegiem, moŜesz sobie nie dać rady.  

– Wychowałam się tutaj i wiem, co to zadymka – wyjaśniła spokojnie.  

– Nie zwiedziesz mnie.  

– Prawdę mówiąc, jedynym powodem moich kłopotów było to, Ŝe zwolniłam, chcąc, byś 

mnie wyprzedził, bo zamierzałam zawrócić.  

– Bo zabłądziłaś – poprawił.  

Jeśli zamierzał ją zirytować, to nieźle mu szło.  

– A ty? 

– Co ja? 

– Rozumiem, Ŝe ty zazwyczaj jeździsz właśnie podczas zamieci.  

Jack nie zmienił swojego granitowego wyrazu twarzy.  

–  Do  licha,  ja  mam  zimowe  opony,  napęd  na  cztery  koła  i  wiem,  co  robię,  a  poza  tym 

czekają mnie obowiązki. Jeśli nie wrócę do domu, nikt nie nakarmi koni.  

background image

–  Gdzie  mieszkasz?  –  spytała  Tess,  bo  nie  pamiętała  kogoś  takiego  jak  Jack  Sheridan  z 

czasów, gdy była nastolatką.  

– Na ranczu Cross Creek. Będziemy tam za parę minut. Tess nie ukrywała zdziwienia.  

– Och, ale...  

–  Słuchaj  –  przerwał  jej  Jack.  –  TeŜ  nie  jestem  zachwycony,  Ŝe  cię  tam  wiozę,  lecz 

musimy uciec przed śnieŜną nawałnicą i gdzieś się schronić, a mój dom jest najbliŜej.  

– Skończyłeś? – upewniła się Tess po chwili ciszy.  

– Tak – odparł, zaciskając szczęki.  

–  To  dobrze.  Nie  mam  nic  przeciwko  jeździe  do  ciebie.  To  miło,  Ŝe  mnie  zapraszasz, 

naprawdę doceniam tę uprzejmość i w ogóle wszystko, co dla mnie zrobiłeś.  

– Ale... ? – zapytał Jack, uwaŜnie wpatrując się w drogę, na której, gdy ostroŜnie skręcał 

w lewo, mignęła nazwa rancza, umieszczona na wysokiej drewnianej bramie.  

– W czasach gdy tu mieszkałam, ta posiadłość naleŜała do rodziny Langstonów.  

Jack rzucił na Tess krótkie spojrzenie, gdy jechali wewnętrzną drogą między pastwiskami 

dla  bydła.  Za  szybą  w  śniegu  nie  było  widać  niczego  poza  kilkoma  drzewami  i  pagórkami 

rysującymi się na horyzoncie.  

– Naprawdę mieszkałaś w tej okolicy? – spytał, zwalniając.  

– Tak. Na farmie Double D. Mary Danielson to moja babcia. Nie wiem, jak przeoczyłam 

ten zakręt.  

Jack milczał.  

– MoŜe nie spojrzałaś we właściwą stronę – zauwaŜył. Tess czekała, aŜ powie coś więcej, 

lecz gdy tego nie zrobił, westchnęła.  

– Mógłbyś to jakoś wyjaśnić? 

–  Parę  lat  temu  twoja  babcia  wytyczyła  nową  drogę.  To  musiało  być  zaraz  po  tym,  gdy 

kupiłem ranczo od Langstonów, a więc siedem lat temu. Nieładnie, Ŝe tak rzadko bywasz w 

domu.  

– Nie sądzisz, Ŝe to nie twoja sprawa? 

– Tak? Trochę moja, skoro do mnie trafiłaś.  

– Wierz mi, Ŝe jak tylko minie zadymka, ktoś z Double D po mnie przyjedzie.  

–  Trzy  dni  temu  twoja  babcia  wyjechała  na  dłuŜsze  wakacje.  –  Jack  obrzucił 

współpasaŜerkę  przeciągłym  spojrzeniem.  –  To  jedna  z  tych  spraw,  o  których  powinnaś 

wiedzieć, gdybyś utrzymywała kontakt z domem lub gdyby cię tu zaproszono.  

Tess  przygryzła  drŜącą  wargę.  Nie  miała  zamiaru  się  usprawiedliwiać.  Wyjaśniać,  Ŝe 

pisała  i  dzwoniła,  uprzedzając  o  przyjeździe,  albo  opowiadać,  iŜ  wyjazd  babki  stanowił  jej 

zemstę  za  to,  Ŝe  dziesięć  lat  temu  Tess  samowolnie  opuściła  dom.  Takie  informacje  nie 

naleŜały się obcym, źle wychowanym męŜczyznom, Ŝeby nie wiem jak ją onieśmielali.  

A poza tym miała teraz znacznie powaŜniejszy problem.  

– Do licha – zaklął Jack.  

– Co się stało? 

– Wysiadł prąd.  

Tess  podąŜyła  za  jego  wzrokiem  i  dostrzegła  zarysy  podwórka.  Na  werandzie  domu 

background image

warowały dwa psy, ale wszystko tonęło w ciemnościach. W rozległych stajniach, stodole i w 

piętrowym  domu,  który  z  czasów  dzieciństwa  pamiętała  jako  bardzo  ładny,  nie  widać  było 

Ŝ

adnego światła.  

Tess zmartwiała, uświadamiając sobie, Ŝe nie jest w mieście. Tutaj przy awarii prądu nie 

działały telefony. Wzięła głęboki oddech.  

– Jack? – Co? 

– Masz Ŝonę? 

– JuŜ nie – odparł, patrząc przed siebie. – A co? Szukasz pracy? 

– Nie. – Tess potrząsnęła głową i zacisnęła palce z bólu, który teraz objął juŜ całe ciało. 

Jęknęła bezwiednie, nie mogąc się opanować.  

– Będę rodzić.  

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

– Nie – rzucił Jack bez zastanowienia. – To niemoŜliwe – powtórzył, spoglądając na Tess.  

– Co? 

Wielkie, aksamitne oczy Tess wyraŜały zdumienie.  

– Nie moŜesz urodzić dziecka. Tutaj! Teraz! Ze mną! 

Przez  sekundę  nie  odrywała  wzroku  od  Jacka.  Potem  osłoniła  dłońmi  wypukły  brzuch  i 

spojrzała w ciemność. Za szybą szalała zamieć.  

– Dobrze – powiedziała.  

Tego się nie spodziewał. Chciał dalej przytaczać jakieś argumenty, w tej sytuacji jednak 

powstrzymał się od zbędnych słów.  

– Świetnie – rzekł, zdając sobie sprawę, Ŝe zachował się niewłaściwie.  

Postanowił  się  tym  nie  przejmować.  Lepiej,  by  Tess  nie  domyśliła  się,  jaki  niepokój 

wzbudziło w nim to, co usłyszał.  

–  Dziękuję  za  okrycie  –  powiedziała,  oddając  mu  kurtkę.  Otworzyła  drzwi  kabiny  i 

wysiadła z samochodu.  

– Dokąd masz zamiar iść? – zawołał Jack.  

– Do domu. Musi tam być ktoś, kto mi pomoŜe – odrzekła i trzasnęła drzwiami.  

Jack  zaniemówił  z  wraŜenia.  Myśli  kłębiły  mu  się  w  głowie.  Do  diabła!  Co  zrobił,  by 

zasłuŜyć na coś podobnego? 

Jeden  dobry  uczynek  i  nagle  ma  na  głowie  upartą,  niepoczytalną  w  swej  niezaleŜności 

kobietę, która stoi tam w śnieŜnej zamieci. CięŜarną, która liczy na to, Ŝe on odbierze poród. 

Na samą myśl o tym poczuł ucisk w gardle. Wróciły wspomnienia, które dusił w sobie przez 

trzy  lata.  Pamiętał,  jaki  był  szczęśliwy,  kiedy  Elise  oznajmiła,  Ŝe  spodziewa  się  dziecka. 

Zgodził się nawet przenieść do oddzielnej sypialni, gdy go o to poprosiła, twierdząc, Ŝe w ten 

sposób  będzie  miała  lepsze  warunki  do  wypoczynku.  Nie  stawiał  oporu,  gdy  na  jakiś  czas 

przed porodem postanowiła zamieszkać w Gweneth, chcąc być bliŜej lekarza. Zniósł i to, Ŝe 

nie zawiadomiono go na czas o narodzinach dziecka. Nie zdąŜył na poród, bo ktoś zapomniał 

w  porę  zadzwonić.  Wszystko  stało  się  niewaŜne  w  chwili,  gdy  wziął  na  ręce  maleńkiego 

synka.  

Na  myśl  o  tym  poczuł  bolesną  tęsknotę.  Teraz  chłopiec  miał  prawie  trzy  i  pół  roku. 

Chodził, mówił, a w jego wielkich zielonych oczach kryły się same pytania...  

Nagle  Jack  zdał  sobie  sprawę  z  tego,  co  robi.  Nie  warto  siedzieć,  uŜalając  się  nad  sobą. 

Nie  zmieni  tego,  co  się  stało.  Dziecko  zostało  mu  odebrane  raz  na  zawsze...  a  Tess  moŜe 

liczyć tylko na niego.  

Odetchnął głęboko, by się uspokoić i przemyśleć sytuację. Poród Tess dopiero się zaczął. 

Jest  szansa,  Ŝe  zanim  dziecko  przyjdzie  na  świat,  minie  kilka  godzin.  Wszystko  moŜe  się 

przeciągnąć  nawet  do  jutra.  Do  tego  czasu  pogoda  się  ustabilizuje i  naprawią  telefony,  więc 

będzie moŜna wezwać pomoc, a on sam pozbędzie się kłopotu.  

Tymczasem  da  rodzącej  kobiecie  schronienie  i  spróbuje  ją  wesprzeć  psychicznie.  Jeśli 

background image

oboje  zachowają  spokój  i  będą  zachowywać  się  jak  dorośli,  wszystko  się  uda.  JeŜeli  coś  się 

nie stanie, pomyślał nagle. Na przykład Tess nie potknie się i nie upadnie na tym wietrze...  

Odwrócił  się,  by  sięgnąć  po  kapelusz,  zapomniawszy,  Ŝe  go  zgubił.  Wtedy  zauwaŜył 

mokre  damskie  buty  porzucone  w  kabinie.  Do  licha,  ta  wariatka  wyskoczyła  na  śnieg  w 

skarpetach! Z trudem wypracowany spokój Jacka zniknął bez śladu. Zdenerwowany wysiadł z 

cięŜarówki. Nie bacząc  na to, Ŝe jest bez kurtki, pobiegł przez podwórze, by w kilku susach 

dogonić dziewczynę. Ignorując zaskoczenie Tess, chwycił ją w ramiona.  

– Jeszcze nie zrozumiałaś? – zawołał, starając się przekrzyczeć wicher.  

– Czego? – wymamrotała, kryjąc twarz przed zimnem i tuląc się do ramienia męŜczyzny.  

–  śe  prócz  ciebie  i  mnie  nikogo  tu  nie  ma  –  rzekł,  wprowadzając  ją  na  werandę  i 

uspokajając psy, które chciały wejść za nim do domu, gdy otworzył drzwi.  

–  Co  takiego?  –  W  głosie  Tess  po  raz  pierwszy  zadźwięczała  niepewność.  –  To  duŜe 

ranczo – powiedziała, kiedy znaleźli się w kuchni. – PrzecieŜ nie prowadzisz go... sam.  

– Owszem – potwierdził. – Pozbyłem się bydła parę lat temu. Teraz hoduję konie.  

– Och. – Tess przeraziła ta wiadomość.  

Jack  stał  tak  blisko,  Ŝe  czuł  jej  delikatny  zapach.  Nagle  przyszła  mu  do  głowy 

zaskakująca myśl. Jak by się czuł, leŜąc nago z tą kobietą, dotykając jej aksamitnej skóry...  

O czym on marzył? Tess zaraz miała rodzić. Jack nie poznawał samego siebie.  

– Zostań tutaj – odezwał się po chwili. – Poszukam czegoś, czym moŜna poświecić. Nie 

chcę, Ŝebyś się o coś uderzyła.  

Mimo  szorstkiego  tonu,  poświęcił  jeszcze  chwilę,  by  się  upewnić,  czy  Tess  stoi  w 

bezpiecznym miejscu, i dopiero potem wyszedł z kuchni. Przez cały czas zastanawiał się, co 

się właściwie dzieje.  

Przez trzy lata Ŝył jak mnich, a teraz, gdy w zasięgu ręki znalazła się atrakcyjna kobieta, 

to musi być w ciąŜy z kimś innym. Gorzki uśmiech wykrzywił wargi Jacka. Ironiczne myśli 

przytłumiły  burzę  hormonów.  W  końcu  znalazł  lampę  zasilaną  bateriami,  włączył  światło  i 

wrócił do kuchni.  

Tess stała, jak ją zostawił, z pobladłą twarzą i ustami zaciśniętymi z bólu. Jack postawił 

lampę na stole i podsunął Tess krzesło.  

– Lepiej usiądź – burknął.  

Podszedł do Tess i objął ją ramieniem, zamierzając jej w tym pomóc.  

– Nie, Wolę stać, niŜ siedzieć. Ból trochę słabnie.  

Po  paru  sekundach  odpręŜyła  się,  zaczęła  normalnie  oddychać  i  wyswobodziła  się  z 

objęcia Jacka.  

– Dziękuję, juŜ w wszystko porządku – rzekła.  

Jack  z  niezadowoleniem  stwierdził,  Ŝe  głośno  bije  mu  serce.  Nakazał  sobie  wewnętrzny 

spokój,  obserwując,  jak  Tess  rozgląda  się  po  kuchni.  Widział  zdziwienie  na  jej  twarzy,  gdy 

spostrzegła  ultranowoczesne  wyposaŜenie  wnętrza.  Tylko  blat  dzielił  pomieszczenie 

kuchenne  od  przestronnego  pokoju  z  duŜym,  kamiennym  kominkiem.  Stamtąd  stopnie 

prowadziły do holu, salonu, jadalni, łazienki i głównej klatki schodowej.  

W  pokoju  z  kominkiem  na  szarozielonym  dywanie  stała  kanapa  i  dwa  fotele.  Na  prawo 

background image

od  kominka  umieszczono  sprzęt  grający.  Stał  tam  równieŜ  pusty  stolik  przeznaczony  pod 

telewizor.  

Jack  zastanawiał  się,  jak  Tess  zareagowałaby  na  wieść  o  tym,  Ŝe  tej  nocy,  gdy  Ŝona 

oznajmiła, Ŝe go opuszcza, rozbił telewizor na tysiąc kawałków.  

– Jak często masz bóle? – zapytał.  

– Nie jestem pewna – odrzekła z wahaniem. – Chyba co cztery minuty.  

– Co? Myślałem, Ŝe dopiero się zaczęły.  

–  Prawdę  mówiąc,  pojawiały  się  od  rana,  lecz  nie  zdawałam  sobie  sprawy,  co  to  moŜe 

oznaczać.  

Chyba  nie  ma  sensu  liczyć,  Ŝe  pomoc  będzie  konieczna  dopiero  jutro,  pomyślał  Jack, 

krytycznie lustrując wzrokiem brzuch Tess.  

– Jak długo jesteś w ciąŜy? – zapytał.  

– Osiem i pół miesiąca.  

Trochę  się  uspokoił.  Z  dzieckiem  powinno  być  wszystko  w  porządku.  Z  drugiej  strony 

jednak czuł, Ŝe ogarnia go furia na myśl o tym, jak nieodpowiedzialna jest ta kobieta.  

– Co ty sobie wyobraŜałaś, wybierając się w takim stanie w podróŜ? 

Tess zaczerwieniła się gwałtownie.  

–  Słuchaj,  Jack,  nie  jechałam  tu,  Ŝeby  sprawić  ci  kłopot.  NiezaleŜnie  od  tego,  jak  mnie 

oceniasz, nie jestem lekkomyślna. Wczoraj byłam na badaniach. Lekarka powiedziała, Ŝe nic 

nie wskazuje na przyspieszenie terminu porodu. Nie mogłam przewidzieć burzy śnieŜnej. Do 

dziś utrzymywała się wyjątkowo umiarkowana temperatura jak na tę porę roku. – Odetchnęła 

głęboko, próbując się opanować. – Poza tym to nie twoja sprawa, więc jeśli moŜesz, wskaŜ mi 

tylko jakiś pokój, a obiecuję, Ŝe nie będę zawracać ci głowy.  

– Nie wystawiaj na próbę mojej cierpliwości – rzekł Jack, podziwiając w duchu postawę 

dziewczyny, która lada chwila mogła zacząć rodzić.  

Bóle  wracały  co  cztery  minuty.  Powinna  teraz  oszczędzać  energię  na  najwaŜniejszy 

moment.  

– Potrzymaj to – powiedział, podając Tess lampę.  

– Po co? – spytała w chwili, gdy Jack podnosił ją, by zanieść na górę.  

– Bo mam tylko dwie ręce, a ty nie jesteś kruchym stworzonkiem.  

– Puść mnie – zaŜądała, chwytając go jednocześnie za szyję, by nie upaść.  

Mruknął tylko coś niewyraźnie, gdy łokciem dała mu kuksańca w pierś.  

–  Ani  myślę.  Chyba  nie  zauwaŜyłaś,  Ŝe  całe  skarpety  masz  w  śniegu,  a  to  znaczy,  Ŝe 

nieźle zmarzły  ci nogi.  Przez cały  czas usiłuję chronić cię przed potknięciem i upadkiem.  A 

teraz nie szarp się, bo stracę równowagę i oboje skręcimy kark.  

Tess fuknęła, lecz przestała protestować.  

– Dokąd idziemy? – spytała po chwili.  

– Na piętro.  

– Dlaczego? 

–  Bo  jest  zimno  i  nawet  awaryjny  generator  ogrzeje  dom  dopiero  za  parę  godzin.  Poza 

tym  jedyny  pokój  z  łóŜkiem,  łazienką  i  kominkiem,  czyli  ze  wszystkim,  czego  obecnie 

background image

potrzebujesz, znajduje się na górze. Zadowolona? Chcesz jeszcze coś wiedzieć? Potrzebny ci 

numer mojego ubezpieczenia, rozmiar koszuli? 

– Słuchaj, przepraszam...  

– W porządku. – Z pewnością nawet w połowie nie jest jej tak przykro jak mnie, pomyślał 

Jack, niosąc ostroŜnie swój cięŜar i starając się  nie zaczepić nim o ścianę. Nie miał zamiaru 

opowiadać  Tess,  Ŝe  w  ciągu  ostatnich  trzech  lat  był  na  tym  piętrze  moŜe  ze  sześć  razy. 

Pojawiał się tu w czasie odwiedzin matki, która niekiedy wpadała na ranczo, by zrobić trochę 

zamieszania w jego Ŝyciu. Tess nie musi wiedzieć, Ŝe ta część domu przywodzi mu na myśl 

wspomnienia,  do  których  wolał  nie  wracać.  Nikogo  nie  zamierzał  wtajemniczać  we  własne 

sprawy.  

Jack  przeszedł  przez  długi  hol,  stanął  przed  podwójnymi  drzwiami  i  dopiero  wówczas 

postawił Tess na podłodze. Przez ułamek sekundy wahał się, zanim połoŜył rękę na mosięŜnej 

klamce.  

– Jack...  

Wyrwany z zamyślenia dotknięciem dłoni Tess obejrzał się gwałtownie.  

– Co? 

–  Nie  musisz  mi  oddawać  swojej  sypialni  –  powiedziała  miękko.  Zadowolę  się 

czymkolwiek...  

Jej  nagła  troska  podziałała  na  Jacka  jeszcze  gorzej.  Zaniepokojony,  Ŝe  mogła  coś 

wyczytać z jego twarzy, wzruszył ramionami i otworzył drzwi do pokoju.  

– Śpię na dole – mruknął.  

Podszedł do kominka i zaczął przygotowywać drwa do rozpałki.  

– Poświeć mi tutaj – poprosił.  

Zastanawiał się, co Tess pomyśli o pokoju, który Elise urządziła w pseudowiktoriańskim 

stylu, a który on sam uwaŜał za pretensjonalny. Na drewnianej podłodze leŜał tu nie pasujący 

do atmosfery rancza gruby, biały dywan. Z okien zwisały koronkowe draperie. Wielkie łoŜe z 

baldachimem  pokrywała  kwiecista  kapa.  Fotele  przy  kominku  miały  obicia  w  geometryczne 

wzory. Efekt ogólny przyprawiał o ból zębów.  

Jack szybko rozpalił ogień. Zasłonił palenisko ekranem i spojrzał na Tess.  

– Usiądź na łóŜku, bym mógł obejrzeć, w jakim stanie są twoje nogi.  

Tess  na  moment  zamarła  w  bezruchu,  lecz  po  chwili  odstawiła  lampę  na  nocny  stolik  i 

przysiadła  na  krawędzi  materaca.  Jack  przyklęknął  obok  i  zdjął  jej  skarpety.  Zgrabne,  małe 

stopy były lodowato zimne, lecz bez śladów odmroŜeń.  

– Jak się czujesz? – zapytał.  

– Zimno mi, ale poza tym wszystko w porządku. Dziękuję.  

Jack zauwaŜył ze zdumieniem, Ŝe Tess, mimo bólu i zmęczenia, zdobyła się na uśmiech. 

Teraz dopiero spostrzegł, iŜ ma fiołkowe oczy.  

– Jack? 

– Co? 

– Czy ty i twoja Ŝona... Czy mieliście dzieci? Nie mógł uwierzyć własnym uszom.  

– Nie twoja sprawa – rzucił krótko i podniósł się z kolan.  

background image

– Masz rację – przyznała. – Przepraszam. Pomyślałam tylko, Ŝe mogłoby pomóc, gdyby 

któreś z nas miało jakieś doświadczenie w sprawach związanych z porodem...  

–  Łazienka  jest  tutaj.  –  Jack  wskazał  drzwi  po  prawej  stronie  pokoju.  –  Muszę 

zaparkować  cięŜarówkę,  włączyć  zapasowy  generator  i  zajrzeć  do  koni,  ale  zanim  wyjdę, 

przyniosę twoją torbę, suche skarpety i dodatkowe koce.  

– Dobrze.  

– Masz zegarek? 

– Obawiam się, Ŝe nie...  

– Weź ten – powiedział, zdejmując z ręki własny.  

– Dziękuję.  

– Zaraz wrócę – rzekł i opuścił sypialnię.  

 

Tess miała Ŝelazną kondycję. Rzadko chorowała, a jeśli juŜ jej się to zdarzyło, to szybko 

wracała  do  zdrowia.  Poza  tym  sprzyjało  jej  szczęście.  Uprawiając  wiele  sportów,  nigdy  nie 

doznała nie tylko Ŝadnego złamania, lecz nawet kontuzji.  

Pewnie dlatego teraz tak bardzo się bała, Ŝe zaczęła się modlić o złagodzenie skurczów. 

Ogarniało ją przeraŜenie na myśl o bólach porodowych, których nie zwalczy wypróbowanymi 

dotychczas  metodami.  Spodziewała  się,  iŜ  w  ciągu  najbliŜszych  kilku  godzin  przeŜyje  takie 

okropności, Ŝe trudno będzie zdobyć się na godne zachowanie i spokój. To mogło okazać się 

upokarzające.  

Zdawała sobie sprawę, iŜ naleŜy do kobiet silnych zarówno fizycznie, jak i psychicznie. 

Ta  odporność  była  jedną  z  jej  nieodłącznych  cech,  jak  proste  włosy,  zbyt  szerokie  usta, 

skłonność do czynienia wszystkiego, co, bez względu na konsekwencje, jej samej wydawało 

się właściwe. Lecz teraz, gdy tak bardzo potrzebowała wewnętrznej siły i odporności na stres, 

wydawało się, – Ŝe ich zabrakło. Podobnie jak szczęścia...  

Przestań  się  uŜalać  nad  sobą  i  zacznij  myśleć  o  czymś  innym,  nakazała  sobie  w  duchu. 

Tylko jak to zrobić, skoro okoliczności, w których się znalazła, w niczym nie przypominały 

zaplanowanych?  Chciała  ustrzec  dziecko  Graya  przed  przyjściem  na  świat  w  takich 

warunkach. W separatce szpitala Eastside miała rozlegać się ściszona muzyka Bacha, podczas 

gdy  opiekę  nad  porodem  roztaczałaby  zaprzyjaźniona  lekarka,  Joannę  Fetzer.  W  ten  sposób 

zamknęłaby się przeszłość, a otworzył nowy okres w Ŝyciu Tess.  

Tymczasem  przeszłość  w  osobie  babki  udała  się  w  niewiadomym  kierunku,  dziecko 

miało  urodzić  się  przed  terminem,  a  w  pobliŜu  nie  było  spokojnej,  kompetentnej  doktor 

Fetzer.  Zamiast  niej  miała  do  czynienia  z  niesłownym  facetem.  Co  prawda  przyniósł  do 

pokoju  obiecane  rzeczy,  ale  to  było  czterdzieści  minut  temu.  Jeśli  natychmiast  znów  się  nie 

pojawi, nie zdąŜy na najwaŜniejszą chwilę.  

Tess  nie  sądziła,  by  Jack  Sheridan  mógł  jej  w  czymkolwiek  pomóc.  Prawdę  mówiąc, 

wolałaby  nawet,  Ŝeby  nie  asystował  przy  porodzie.  Jakoś  nie  umiała  sobie  wyobrazić  ich 

dwojga  w  tak  intymnym  momencie.  Byłoby  to  wystarczająco  trudne  w  towarzystwie  kogoś 

przyjaznego,  znajomego,  starszego,  miłego,  a  z  nim...  wydawało  się  wprost  nie  do 

pomyślenia.  Choć  z  drugiej  strony  czyjakolwiek  obecność  była  lepsza  niŜ  poród  w 

background image

samotności.  Skurcz  zaczął  ustępować.  Tess  odczekała  chwilę,  by  się  upewnić,  czy  moŜe 

odetchnąć swobodniej. W tym momencie usłyszała jakiś hałas. Serce zaczęło bić jej głośniej. 

OstroŜnie podeszła do drzwi i wyjrzała na korytarz. Przy schodach zobaczyła Jacka.  

Nareszcie. Po raz drugi tego wieczora w oczach Tess zakręciły się łzy ulgi, tylko Ŝe tym 

razem spłynęły po policzkach. Cofnęła się do pokoju i stanęła przy kominku, modląc się, by 

Jack niczego nie zauwaŜył.  

– Co ty wyrabiasz? – spytał ze zdziwieniem.  

Pobyt w stajni nie wpłynął z pewnością dobrze na jego maniery.  

– Było mi zimno – mruknęła.  

– Więc czemu nie leŜysz pod kołdrą? 

–  Bo  mnie  krzyŜ  boli  i  nie  chcę  leŜeć  –  odparła,  nie  zamierzając  przyznać,  iŜ  postawa 

pionowa daje jej złudzenie panowania nad sytuacją.  

– Hm.  

Tess czuła, Ŝe Jack ją obserwuje. Udawała jednak, iŜ wpatruje się w płomień na kominku.  

– Jak często miewasz bóle? 

– Co dwie minuty.  

– Jesteś pewna? 

– Tak. Co cię tak długo zatrzymało? 

– Musiałem nakarmić konie.  

– Aha. – Tess obserwowała Jacka kątem oka.  

– Przyniosłem trochę rzeczy. Ręczniki, więcej prześcieradeł oraz koców, noŜyczki i nici.  

W pokoju zrobiło się jasno, bo gospodarz rancza zapalił lampę.  

–  Aha  –  powtórzyła  Tess,  zastanawiając  się,  co  zamierzał  robić  z  nićmi,  lecz  szybko 

porzuciła te rozwaŜania, gdyŜ znowu nasiliły się bóle.  

Zagryzła  wargi  i  przyłoŜyła  rękę  do  pleców,  wydając  cichy  pomruk  protestu  przeciw 

dojmującemu skurczowi. Machinalnie chwyciła za poręcz krzesła i ścisnęła ją mocno.  

Stopniowo  dochodząc  do  siebie,  zaczęła  zdawać  sobie  sprawę,  iŜ  w  pokoju  panuje 

niezręczna  cisza,  przerywana  trzaskiem  ognia  w  kominku  i  wyciem  wiatru  za  oknami. 

Przetarła dłonią spoconą twarz. Głupio jej było patrzeć na własne drŜące palce.  

– Nic ci nie jest? – spytał Jack.  

– Nie. – Tess wyprostowała się i powoli odwróciła w stronę ranczera.  

Ku  własnemu  zdumieniu  spostrzegła,  iŜ  stał  bardzo  blisko,  jakby  zamierzał  podejść  do 

niej, lecz w ostatnim momencie zmienił zdanie. Popatrzyli sobie w oczy. Jack miał zaciśnięte 

usta. Tess pomyślała, Ŝe błyszczy jej twarz, ma czerwony nos i zapuchnięte oczy. Odwróciła 

głowę.  

–  Nie  chcesz  pić?  Zaparzyłem  kawę  –  powiedział,  wskazując  termos,  stojący  na 

komodzie.  

Na samą myśl o piciu poczuła skurcz Ŝołądka.  

– Nie, dziękuję – odrzekła.  

Jack podszedł do łóŜka i odchylił kołdrę. Tess, próbując opanować strach, wpatrywała się 

w  jego  ręce.  Miał  długie,  smukłe  palce  i  wykonywał  nimi  zwinne,  przemyślane  ruchy. 

background image

Pomyślała, Ŝe jego dłonie są niezwykle sprawne, lecz jakoś nie potrafiła im zaufać.  

Jack odczuł na sobie spojrzenie Tess i podniósł wzrok.  

–  Ciekawy  ekwipunek  –  zauwaŜył,  spoglądając  na  rodzącą,  od  pasa  owiniętą  w  złoŜone 

na pół prześcieradło.  

– Odeszły mi wody – wyjaśniła. – Bądź zadowolony, Ŝe cię tu nie było, bo nie wyglądało 

to przyjemnie – dodała.  

Jack ogarnął ją krótkim spojrzeniem, wygładził prześcieradło i potrząsnął głową.  

– ZałoŜę się, Ŝe jako dzieciak nieźle dostawałaś w skórę – powiedział.  

– Dotąd dostaję – odparła z lekkim uśmiechem. Jeszcze raz obrzucił Tess wzrokiem. Tym 

razem w jego zielonych oczach pojawiło się zdziwienie. Przykrył łóŜko kołdrą.  

– Tak... przypuszczam, Ŝe naprawdę tak było.  

– Co masz na myśli? 

– Prowadziłem interesy z twoją babką. Potrafi być... stanowcza.  

– Raczej nietolerancyjna. Uznaje tylko własne zdanie w kaŜdej sprawie.  

Tess poczuła napięcie, gdy Jack podszedł bliŜej, by dołoŜyć drew do ognia na kominku.  

– Wyjechałaś stąd, Ŝeby zdobyć trochę niezaleŜności? 

– MoŜna tak to ująć. Pragnęłam pójść do college’u, zobaczyć kawałek świata. Babcia nie 

chciała o tym słyszeć. Dla niej całym światem było Double D.  

Jack dorzucił kolejne polano do ognia.  

– W kaŜdym razie wyjechałaś, prawda? – W jego głosie zabrzmiała nuta, której Tess nie 

umiała rozszyfrować.  

– Tak – przyznała, nie dodając, Ŝe pisywała regularnie, bo nie chciała, by babka się o nią 

niepokoiła,  ale  listy  wracały  nie  czytane  z  napisem  na  kopercie  zrobionym  ręką  Mary 

Danielson: „do zwrotu”.  

Jack musiał juŜ wyrobić sobie niepochlebną opinię na temat jej charakteru. Stał teraz tak 

blisko, Ŝe Tess mogła dostrzec niewielką bliznę na jego prawym policzku.  

– Więc czemu się teraz pojawiłaś? A zresztą, chyba nie muszę pytać – dodał, spoglądając 

na jej brzuch.  

Tess pomyślała, Ŝe pewnie znowu przyjął najgorszą z moŜliwych wersji wyjaśnienia.  

–  Słuchaj.  Nie  jestem  biedna  i  nie  muszę  Ŝebrać  o  kawałek  dachu  nad  głową. 

Przyjechałam, bo uznałam, Ŝe babcia powinna wiedzieć, iŜ wkrótce będzie miała prawnuka.  

– Tak? Myślę, Ŝe ojciec dziecka równieŜ to przeŜywa – mruknął.  

Po raz drugi tego wieczora napomknął o ojcu dziecka i Tess miała juŜ tego dosyć.  

–  Daruj  sobie  współczucie,  przynajmniej  w  stosunku  do  Graya.  On  nie  Ŝyje  –  rzekła 

szorstko.  

Jeśli  zamierzała  zaszokować  Jacka,  to  osiągnęła  cel.  Choć  nie  zmienił  wyrazu  twarzy, 

zaskoczenie i cień Ŝalu, Ŝe poruszył ten temat, pojawiły się w jego oczach.  

Tess  czuła  się  wyczerpana  i  zawstydzona  swoim  zachowaniem.  Odwróciła  się  do 

kominka.  

– Proszę, wyjdź – powiedziała. – Och! – jęknęła zaraz, gdyŜ przejmujący ból przeniknął 

jej ciało.  

background image

Zapomniała  o  całej  urazie  wobec  Jacka,  koncentrując  się  na  własnym  cierpieniu. 

Zacisnęła  zęby  tak  mocno,  Ŝe  zabolały  ją  szczęki,  lecz  to  niewiele  pomogło.  Ból  ciągle  się 

wzmagał, przyprawiając ją o panikę. To nie moŜe się stać, pomyślała przeraŜona. Przymknęła 

powieki, bo jakieś  czarne punkty  tańczyły  jej przed oczami. Mogła znieść wszystko – burzę 

ś

nieŜną,  odrzucenie  przez  babkę,  utratę  Graya,  wrogość  nieznajomego  ranczera,  lecz  nie  ten 

wszechogarniający ból. Zakołysała się, przygryzając wargę, by nie wybuchnąć płaczem. Bała 

się, Ŝe jeśli zacznie szlochać, nie będzie umiała przestać.  

Nagle poczuła, Ŝe podtrzymuje ją silne, męskie ramię.  

– Oddychaj głęboko – szepnął Jack.  

– Co? – Tess nie zrozumiała, co powiedział.  

Z wysiłkiem otworzyła oczy. Jack patrzył na nią nieugiętym wzrokiem.  

–  Kazałem  ci  głęboko  oddychać.  Wciągaj  powietrze  przez  nos  i  wypuszczaj  ustami.  O, 

tak – zademonstrował.  

– Nie... mogę. – Potrząsnęła głową.  

– MoŜesz. Popatrz na mnie i skoncentruj się.  

Upór Jacka i resztki odwagi kazały Tess unieść podbródek. Chwyciła ramię męŜczyzny i 

nie zwracając uwagi na łzy, które przesłaniały wzrok, spróbowała go naśladować. To nie było 

łatwe,  lecz  dzięki  pomocy  ranczera  stopniowo  zaczęła  oddychać  coraz  głębiej.  Po  chwili 

wydało się jej, Ŝe ból nieco zelŜał. Wieki minęły, nim ustał. DrŜąc na całym ciele, Tess oparła 

się o Jacka. Wydawał się taki silny, ciepły, Ŝe poczuła wdzięczność, iŜ jest blisko.  

–  Dziękuję  –  wymamrotała,  gdy  odzyskała  głos.  Jack  drgnął,  lecz  nie  poruszył  się  z 

miejsca.  

– Czemu, u licha, nie zapisałaś się do szkoły rodzenia? 

– Zapisałam się – rzekła z westchnieniem. – Po prostu zawsze przychodziło mi z trudem 

wykonywanie poleceń.  

– Nigdy bym tego nie zgadł – mruknął Jack.  

– A ty? 

– Co: ja? 

– Uczyłeś się gdzieś nieuprzejmości czy to cecha wrodzona? – zapytała spokojnie.  

Przez  dłuŜszą  chwilę  mierzyli  się  spojrzeniami.  Trudno  było  stwierdzić,  o  czym  myślał 

Jack, lecz to on pierwszy spuścił wzrok.  

– MoŜesz chodzić? 

– Tak, a co? 

– Nie sądzisz, Ŝe powinnaś przejść do łóŜka? – spytał sarkastycznie.  

– Dlaczego? 

– Bo musisz leŜeć, Ŝeby dziecko, gdy zacznie się rodzić, nie uderzyło główką o podłogę.  

– Wiesz, ty naprawdę masz talent do ujmowania rzeczy w słowa.  

– MoŜesz chodzić czy nie? 

– Mogę.  

Tess puściła Jacka. Zrobiła krok do przodu. W chwilę potem wrócił taki ból, Ŝe ugięły się 

pod nią kolana.  

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

– Co ci jest? – spytał Jack, gdy Tess przestała zaciskać palce na jego ręce.  

Cofnął  się  i  przysiadł  na  krawędzi  łóŜka.  Mimo  zewnętrznego  opanowania  czuł,  jak  na 

samą myśl, iŜ przed chwilą rodząca dziewczyna mogła upaść, bije mu serce.  

– Przysięgłaś sobie, Ŝe nie poprosisz o pomoc? 

Tess  uniosła  się  nieco  i  oparła  na  poduszkach,  które  podsunął  jej  pod  plecy,  a  potem 

spojrzała nań z wyrzutem.  

– Do licha, Jack, nie staraj się być teraz miły, bo cię nie poznaję.  

Impertynencka odpowiedź Tess dotknęła Jacka. Naprawdę nie lubił tej dziewczyny. Była 

zanadto  samowolna  i  znalazła  się  zbyt  blisko  niego,  co  nie  znaczyło,  Ŝe  nie  podziwiał  jej 

charakteru.  

– Ale jeszcze mnie poznajesz, prawda? 

– Tak. Na pocieszenie ci powiem, Ŝe nie tak wyobraŜałam sobie poród.  

Zmierzyli  się  wzrokiem.  Jack  zamarł  na  moment,  spostrzegłszy  w  oczach  dziewczyny 

cień strachu. Tess szybko odwróciła spojrzenie. W tym momencie przyszło Jackowi na myśl, 

Ŝ

e  odkąd  tylko  otworzył  drzwi  cadillaca,  tak  bardzo  był  poruszony  wtargnięciem  Tess 

Danielson w jego Ŝycie i tak zajęty własnymi odczuciami spowodowanymi owym faktem, Ŝe 

wziął za dobrą monetę opanowanie dziewczyny, ona zaś po prostu udawała, by go nabrać.  

Teraz,  gdy  ją  przejrzał,  spostrzegł  drŜące  kąciki  warg,  pulsującą  w  przyspieszonym 

tempie Ŝyłkę na szyi, wysiłek bijący z całej postaci.  

– Hej, co z tobą? – spytał ostrzej, niŜ zamierzał.  

Ś

wietnie,  przemknęło  mu  przez  głowę,  gdyby  dawali  nagrody  za  głupotę,  dostałbym 

pierwszą.  Na  szczęście  Tess,  wpatrzona  w  ogień  płonący  w  kominku,  nie  zwróciła  na  to 

uwagi.  

– Nic. Po prostu... boli.  

Widział, ile ją kosztowało, by się do tego przyznać.  

–  Och...  –  Szukał  czegoś  sensownego  do  powiedzenia.  –  Myślę,  Ŝe  jesteś  w  stadium 

przejściowym. To nie potrwa długo.  

Zanim  skończył,  zrozumiał,  Ŝe  popełnił  błąd.  Tess  odwróciła  głowę.  W  jej  spojrzeniu 

wyczytał pytanie, skąd tyle wie na ten temat? 

Jack  gotów  był  udzielić  wyjaśnienia,  lecz  co  miał  powiedzieć?  śe  kiedyś  jego  Ŝona 

spodziewała  się  dziecka,  a  on,  starając  się  zasłuŜyć  na  miano  dobrego  męŜa  i  ojca, 

przestudiował  wszystko,  co  moŜliwe  na  temat  ciąŜy,  porodu,  opieki  nad  połoŜnicą  i 

niemowlęciem? I co dalej? Wyznać Tess, jak to się skończyło? Wypłakać się na jej ramieniu? 

Powiedzieć, w jaki sposób Elise opuściła dom i dlaczego oddał jej syna? 

W Ŝadnym razie.  

– Jack...  

– Co? – zapytał, zastanawiając się, jak moŜe brzmieć pierwsza prośba dziewczyny.  

Tess wyciągnęła rękę i zacisnęła palce wokół jego dłoni.  

background image

– Czy mogę dostać... na piśmie, Ŝe to nie potrwa długo? 

W pierwszej chwili pomyślał, Ŝe się przesłyszał. Potem, Ŝe Tess z niego Ŝartuje. Spojrzał 

z gniewem, lecz ku jego zdziwieniu rodząca nawet nań nie patrzyła. Miała zamknięte oczy i 

zagryzione wargi. Ściskała jego rękę, ilekroć skurcze napinały brzuch.  

– Och! – jęknęła. – Och, Jack, boli...  

Zaufanie, z jakim wpatrywała się w jego twarz, przełamało wszystkie opory.  

– Spokojnie, będzie dobrze...  

Ale  nie  było.  Ból  wygiął  ciało  dziewczyny.  Otworzyła  szeroko  oczy,  rozpaczliwie 

szukając u Jacka ratunku.  

Jeszcze chwila, a on równieŜ wpadłby w panikę. Jednak wziął się w garść, bo wiedział, Ŝe 

tak naprawdę tylko spokojem moŜe jej pomóc. Ujął Tess za drugą rękę, pragnąc podzielić się 

z nią własną siłą.  

– Wiem, Ŝe boli, ale świetnie się spisujesz – rzekł. – Po prostu pamiętaj o oddychaniu.  

Skinęła  głową,  a  nos  i  policzki  poczerwieniały  jej  od  wysiłku.  Nie  było  juŜ  czasu  na 

rozmowę,  bo  skurcze  pojawiały  się  coraz  częściej.  Tess  oddychała  cięŜko,  jej  mięśnie 

napinały  się  od  wysiłku,  a  ból  wzrastał  z  kaŜdą  sekundą.  Jack  nie  miał  pojęcia,  ile  czasu 

minęło, gdy drgnęła gwałtownie i szeroko rozwarła oczy.  

– Och, juŜ nie mogę... coś... się dzieje...  

Wcześniej,  w  stajni,  wyobraŜał  sobie  tę  chwilę  ze  strachem.  Nie  chodziło  o  sam 

mechanizm  porodu,  bo  jak  kaŜdy  ranczer  był  z  nim  obeznany.  Samo  dzielenie  takiej 

intymności z kimś obcym, właśnie z tą dziewczyną, przyprawiało go o niepokój. Oczekiwał, 

iŜ oboje poczują się niezręcznie, będą zaŜenowani.  

Lecz  w  ciągu  ostatniej  godziny  przestał  myśleć  o  Tess  jak  o  nieznajomej,  więc  teraz 

działał bez wahania.  

– Czekaj! Nie przyj jeszcze, pozwól mi sprawdzić, czy wszystko jest w porządku...  

Sam nie wiedząc, jak to się stało, przyklęknął na łóŜku i sięgnął ciepłymi dłońmi między 

gołe,  zimne  i  drŜące  kolana  dziewczyny.  Jakby  to  była  najnaturalniejsza  rzecz  na  świecie, 

spojrzał w dół i ujrzał wyłaniający się czubek głowy dziecka. Ogarnęło go niezwykłe uczucie 

ciepła i ekscytacji. Miał łzy w oczach. Przełknął ślinę i podniósł wzrok na Tess.  

– Na co czekasz? Przyj! 

Znalazła  w  sobie  jeszcze  tyle  energii,  by  zagryźć  wargi,  wcisnąć  się  w  poduszki  i 

ostatnim wysiłkiem napiąć mięśnie.  

Raz. Drugi. I jeszcze raz. Jack obserwował jej walkę z podziwem i rosnącą troską.  

–  Dobrze,  dobrze...  JuŜ  widać  główkę...  Jedno  ramionko...  Teraz  drugie...  Dalej...  Uda 

się...  

– Och... och... – Tess opadła na materac, cięŜko dysząc. Była biała jak kreda.  

– Jeszcze trochę... – zawołał, obawiając się, Ŝe rodzącej nie starczy sił.  

– Jestem taka zmęczona...  

– Wiem. – Jack, wiedziony wewnętrznym impulsem, sięgnął do twarzy Tess i odgarnął jej 

włosy.  

– Słuchaj, dokonasz tego, tylko się skoncentruj.  

background image

–  Tak.  –  Usta  Tess  zadrŜały  w  słabym  uśmiechu.  Jacka  przeniknęło  uczucie 

przypominające czułość.  

– Nie gadaj teraz, tylko przyj.  

Otworzyła  usta,  by  zaprotestować,  lecz  zmieniła  zdanie,  widząc  wyraz  twarzy  Jacka. 

Zacisnęła zęby, nabrała tchu i zdobyła się na ogromny wysiłek.  

– Tak, dobrze. JuŜ prawie jesteś...  

Tess napięła się jeszcze raz, krzycząc. Przez chwilę nic się nie stało, lecz po sekundzie do 

krzyku rodzącej dołączyło kwilenie dziecka.  

Zdumiony  Jack  ujrzał  niemowlę  we  własnych  dłoniach.  Wszystko  wydało  się  nierealne. 

Fala radości uderzyła mu do głowy. Czuł się jak po wypiciu szampana.  

– Tess... – wymamrotał drŜącym głosem. – To dziewczynka! 

– Co? – spytała słabo. – Myślałam... Jesteś pewien? 

– Tak.  

– Czy z nią wszystko w porządku? – wyszeptała świeŜo upieczona matka.  

– Jest wspaniała, naprawdę. Ma po pięć ślicznych paluszków u rączek i nóŜek.  

Jack szybko owinął dziecko w ręcznik i podał matce.  

–  Och,  och,  moja  maleńka.  –  Tess  spojrzała  na  niemowlę  z  rozrzewnieniem.  –  Jesteś... 

piękna.  

– Tak – chrząknął Jack.  

Czuł dziwną wilgoć w oczach i dławienie w gardle. Musiał coś powiedzieć.  

– Spisałaś się... nadzwyczajnie.  

Spojrzała  nań  zdziwiona.  Przez  dłuŜszą  chwilą  patrzyli  sobie  w  oczy.  Nagle  Tess 

rozpłakała  się  z  wyczerpania,  ulgi  i  radości.  Jack  podszedł  do  łóŜka  i  po  prostu  przytulił 

matkę oraz niemowlę.  

Następnego  ranka  obudził  się  z  trudem.  Uświadomił  sobie,  Ŝe  jest  juŜ  widno  i  dawno 

minęła  pora,  o  której  zwykle  wstawał.  Zakłopotany  przeciągnął  się  i  z  zaskoczeniem 

skonstatował,  Ŝe  siedzi  w  fotelu.  Dlaczego  nie  leŜy  w  łóŜku?  Poruszył  głową,  by 

rozprostować  zesztywniała  szyję  i  zamarł,  bo  policzkiem  musnął  coś  niewypowiedzianie 

jedwabistego  –  główkę  niemowlęcia.  W  tym  momencie  uświadomił  sobie,  Ŝe  trzyma  w 

ramionach noworodka.  

Dziecko.  Wróciła  mu  pamięć.  Burza  śnieŜna,  wypadek,  Tess...  przedwczesny  poród, 

niezwykła chwila przyjścia na świat małej...  

Uniósł  głowę  i  wstrzymując  oddech,  przypatrzył  się  nowo  narodzonej  istotce.  Z 

rozczuleniem  podziwiał  pajęczynkę  ciemnych  rzęs,  zaróŜowione  policzki,  guziczek  noska  i 

maluśkie  rozchylone  usteczka.  Dłonią  wyczuwał  puls  małego  ciałka  i  rytmiczne  bicie  serca 

dziewczynki.  

Wzruszenie  ścisnęło  mu  serce.  Nie  przesadzał  ostatniej  nocy.  Rzeczywiście  ta  kruszyna 

była piękna. Nie pragnął niczego więcej, jak tylko otoczyć ją opieką i chronić przed kaŜdym 

złem.  Obiecać,  Ŝe  zawsze  przy  niej  będzie,  by  pocieszać,  gdy  stłucze  kolano,  organizować 

wyprawy na kucykach i przyjęcia dla koleŜanek.  

Nagle  wróciło  poczucie  rzeczywistości.  BoŜe,  przecieŜ  ją  straci.  Niczego  się  dotąd  nie 

background image

nauczył?  Co  on  wyrabia,  siedząc  tutaj  i  snując  nierealne  marzenia  na  temat  dziecka  innego 

męŜczyzny? Dziecka, o którym wie, Ŝe za dzień czy dwa juŜ go nie zobaczy.  

Jack  zawiódł  się  juŜ  na  wszystkim,  w  co  wierzył.  Na  miłości,  wierności,  lojalności,  w 

ogóle na ludziach i to niezaleŜnie od ich wieku. Więc czemu ta mała istotka, która właśnie na 

moment otworzyła oczka, wydaje mu się tak ujmująca? 

PrzecieŜ  dziś  jest  tym  samym  człowiekiem,  którym  był  wczoraj.  Tylko  Ŝe  wczoraj  tej 

małej nie było jeszcze na świecie i dopiero wczoraj Jack natknął się na jej matkę...  

Tess.  To  jej  wina,  Ŝe  miotały  nim  takie  odczucia.  Jej  odwaga,  nieugiętość,  poczucie 

humoru,  z  jakim  zachowywała  się  wczorajszego  wieczora,  sprawiły,  iŜ  Jack  przypomniał 

sobie,  jakim  człowiekiem  był  dawniej.  Wtedy  jeszcze  wierzył  w  BoŜą  sprawiedliwość  i  był 

wystarczająco  naiwny,  by  mniemać,  Ŝe  jeśli  będzie  uczciwie,  cięŜko  pracował,  odniesie  w 

Ŝ

yciu sukces.  

Głupiec.  W  świetle  dziennym  wszystko  widział  wyraźniej.  Po  tym  co  przeszedł, 

powinien...  

– Jack? 

Miękki  kobiecy  głos  przywołał  go  do  rzeczywistości.  Spojrzał  w  stronę  łóŜka.  Tess 

szukała go wzrokiem. W wyrazie oczu tej kobiety, układzie jej ust, była miękkość i czułość, 

które mówiły, iŜ oczekuje, by zachowywać się wobec niej tak, jak ubiegłej nocy. Przyszła mu 

do  głowy  niemądra  myśl,  iŜ  być  moŜe  Tess  uwaŜa  go  teraz  za  przyjaciela  czy  kogoś  w  tym 

rodzaju. Uznał jednak, Ŝe lepiej nie wdawać się w takie rozwaŜania.  

– Obudziłaś się.  

Zabrzmiało to bardziej jak zarzut niŜ stwierdzenie. Tess usiadła na łóŜku, starając się nie 

okazywać zaskoczenia.  

–  Tak  –  odrzekła,  próbując  w  tym  chłodnym,  nieznajomym  człowieku  odnaleźć 

opiekuńczego, opanowanego męŜczyznę sprzed paru godzin.  

Tamten nie tylko udzielił jej pomocy przy porodzie, lecz zajął się takŜe wszystkim, na co 

Tess  nie  starczyło  sił.  Obmył,  zwaŜył  i  owinął  w  pieluszki  noworodka,  jej  pomógł  przemyć 

twarz  i  uczesać  potargane  włosy.  PoŜyczył  własną  flanelową  koszulę  i  sprawdził,  czy  ma 

suche prześcieradło. Teraz wydawało się jej to głupie, lecz gdy zasypiała, myślała o nim „mój 

bohater”...  

Zapewne wcale nie miał zamiaru odgrywać takiej roli. Tess milczała przez chwilę.  

– Wydaje się, Ŝe na zewnątrz ciągle wyje wicher – zauwaŜyła wreszcie.  

Zza  okien  rzeczywiście  dobiegał  szum zawieruchy,  więc  Jack  uznał  wypowiedź  Tess  za 

stwierdzenie oczywistości.  

– Raczej tak – powiedział.  

Spróbowała unieść się nieco i oprzeć na poduszkach, ignorując fakt, iŜ większość mięśni 

odmawiała jej posłuszeństwa.  

– Czy z nią wszystko w porządku? – spytała, spoglądając na córeczkę.  

– Oczywiście.  

Jack  wypowiedział  to  tak  szybko,  Ŝe  Tess  nabrała  jakichś  podejrzeń  i  przyjrzała  się 

maleństwu uwaŜniej.  

background image

– Więc czemu ją trzymasz? – zapytała.  

– Wcześniej trochę kaprysiła.  

– Przepraszam, ale nie słyszałam.  

– W porządku... byłaś bardzo zmęczona. A w ogóle jak się czujesz? 

– Świetnie.  

– JakŜeby mogło być inaczej. – Uśmiechnął się z ironią. Tess uznała, Ŝe nic nie umknie 

uwagi  tych  zielonych  oczu,  więc  wzruszyła  ramionami  i  posłała  Jackowi  rozbrajający 

uśmiech.  

– No dobrze, przyznaję, Ŝe czuję się tak, jakby autobus mnie przejechał. Zadowolony? 

Naprawdę, po tym wszystkim, co dla niej zrobił, nie chciała się z nim sprzeczać.  

Jack skinął dłonią w stronę nocnego stolika.  

– MoŜe aspiryna by ci pomogła? – zapytał.  

Tess zauwaŜyła teraz buteleczkę z tabletkami i szklankę pełną wody. Znowu ją zaskoczył.  

– Dziękuję – powiedziała.  

Zapadła  cisza.  Po  chwili  Jack  podniósł  się  z  fotela  i  z  dzieckiem  na  ręku  podszedł  do 

łóŜka.  

– Proszę, lepiej tyje potrzymaj.  

– Och, ale... – Tess otworzyła usta, by zaprotestować, lecz nie dokończyła zdania.  

Jeszcze wczoraj nic by jej nie powstrzymało przed oświadczeniem, Ŝe nigdy nie trzymała 

dziecka poniŜej drugiego roku Ŝycia. Ale wczoraj nie obchodziło jej, co Jack sobie pomyśli. A 

poza tym chciała wziąć w ramiona własną córkę. Po prostu tylko trochę się denerwowała, czy 

nie zrobi jej krzywdy.  

– W porządku – powiedziała i odbierając małą z rąk Jacka musnęła dłonią jego palce.  

Dotknięcie sprawiło, iŜ zadrŜała, o mało nie upuszczając dziecka.  

– Podtrzymaj jej główkę – mruknął Jack.  

– Oczywiście.  

Szybko podsunęła dłoń pod delikatne plecki i szyjkę noworodka.  

–  No  co,  maleńka,  czyŜ  nie  jesteś  milutka?  –  spytała,  sama  nie  wiedząc,  dlaczego  uŜyła 

takich właśnie słów. – Jestem twoją mamą.  

Poczuła  wzruszenie,  widząc,  jak  dziecko  reaguje  na  głos  i  wlepia  w  jej  twarz 

ciemnoniebieskie  oczka.  Dotknęła  palcem  małej  rączki,  a  córeczka  zacisnęła  wokół  niego 

swoją piąstkę.  

– AŜ trudno uwierzyć, jak mocno trzyma. – Tess spojrzała na Jacka, chcąc sprawdzić, czy 

podziela jej radość, i zapytać o białą koszulkę, którą miało na sobie dziecko.  

Po raz pierwszy dojrzała jakieś uczucia malujące się na nieodgadnionej twarzy ranczera. 

Jack z takim smutkiem patrzył na dziecko, Ŝe zadrŜało jej serce.  

– Jack? – Nie miała pewności, czy wymówiła to imię na głos, czy jedynie w myślach.  

Jack  drgnął,  spojrzał  na  nią  nie  widzącym  wzrokiem;  odwrócił  się  i  podszedł  do  okna. 

Odchylił  zasłonę,  by  wyjrzeć  na  zewnątrz.  Tess  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  Najlepiej  coś 

niewiele znaczącego. Pochylenie ramion Jacka nie zachęcało do konwersacji.  

Tess  ciągle  nie  mogła  zapomnieć,  z  jakim  zapałem  pomagał  jej  ostatniej  nocy.  Trudno 

background image

było więc pogodzić się z obecnym stanem rzeczy.  

Spojrzała na córeczkę, a potem jeszcze raz na ranczera, zastanawiając się, jak wpłynąć na 

poprawienie atmosfery.  

– Więc co z pogodą? – spytała, karcąc się w duchu za głupie pytanie.  

Przez moment sądziła, Ŝe Jack nic nie odpowie. Niemal sobie tego Ŝyczyła.  

– Pada śnieg – odrzekł krótko.  

– Czy coś wskazuje na to, Ŝe zamierza przestać? 

– A czy ja wyglądam na wróŜbitę? 

Tess  uznała,  iŜ  nie  jest  to  najlepszy  temat  do  niezobowiązującej  rozmowy,  ale  co  miała 

powiedzieć?  śe  zawdzięcza  mu  Ŝycie  dziecka,  a  to  dług,  którego  nigdy  nie  spłaci?  śe  choć 

znają się niecałą dobę, Jack wiele dla niej znaczy? śe chciałaby zostać jego przyjaciółką? 

JuŜ  sobie  wyobraŜała  jego  reakcję  na  takie  wyznanie.  Na  dodatek  dziecko  zaczęło 

popłakiwać. Nie wiedząc, co robić, Tess przytuliła małą, próbując ją ukołysać.  

– Cicho, malutka... wszystko będzie dobrze – uspokajała niemowlę, patrząc bezradnie na 

buzię dziewczynki. – Co ci jest, kochanie? 

– Pewnie jest głodna – usłyszała lekko zniecierpliwiony głos Jacka.  

Spojrzała nań zaskoczona. Nie chodziło o to, co powiedział, ale jak to zrobił. Tylko ktoś 

doświadczony  w  obchodzeniu  się  z  niemowlętami  mógł  tak  zareagować.  Podobnie 

zachowywał  się  ubiegłej  nocy,  kaŜąc  jej  oddychać  w  trakcie  porodu  i  czuwając  nad 

prawidłowym przebiegiem całej akcji. Wtedy była zbyt obolała, by zastanawiać się, skąd on 

tyle wie.  

Teraz  widziała  wszystko  inaczej.  Jej  córeczka  miała  na  sobie  nową  koszulkę  i  była 

owinięta nowym, niebieskim kocykiem. Obrzuciła wzrokiem milczącego męŜczyznę. Nie tak 

dawno  w  jego  Ŝyciu  musiało  pojawić  się  dziecko,  którego  nieobecność  ciągle  jeszcze 

przeŜywał. Słowa, które wypowiedział, tylko potwierdziły jej przypuszczenie.  

–  Mój  syn  –  usta Jacka  wykrzywił  grymas,  którego  znaczenia  Tess  nie  potrafiła  pojąć  – 

ma trzy i pół roku. Mieszka w Casper z matką i ojczymem.  

–  Och.  –  Tess  próbowała  zrozumieć  dziwne  zawieszenie  głosu  ranczera.  –  Często  go 

widujesz? 

–  Nie.  Wcale.  –  Jack  spojrzał  na  nią  wzrokiem  odbierającym  chęć  kontynuowania 

rozmowy.  

Tess,  zaskoczona  wyznaniem,  zwróciła  oczy  na  córkę,  która  właśnie  rozpłakała  się  na 

dobre.  Przez  chwilę  nie  miała  pojęcia,  jak  się  zachować,  choć  wiadomo  było,  iŜ  naleŜy 

działać. Potem przyszło olśnienie. Odsunęła dziecko i zaczęła rozpinać koszulę.  

– Co robisz? – spytał Jack.  

– Powiedziałeś, Ŝe mała jest głodna, więc pomyślałam, Ŝe ją... nakarmię.  

Jack rzucił wzrokiem na rozchyloną koszulę Tess i zacisnął szczęki.  

– Dobry pomysł – uznał. – Ja teŜ powinienem się czymś zająć.  

– Ale... ? 

– Co? 

Nie  ma  powodu  do  paniki,  uspokajała  się  w  duchu  Tess.  PrzecieŜ  skoro  podróŜowałam 

background image

sama po szerokim świecie, to i z dzieckiem sobie poradzę.  

– Nic. Wszystko w porządku.  

Jack  ruszył  do  drzwi  i  jakby  obawiając  się,  Ŝe  Tess  zmieni  zdanie,  szybko  wyszedł  z 

pokoju.  

 

Co najmniej przez godzinę cięŜko pracował w stajni, zanim poczuł się lepiej. Zmusił się 

do wysprzątania boksów wszystkich koni i nakarmił zwierzęta. Przerwał pracę dopiero wtedy, 

gdy pot zaczął spływać mu z czoła i rozbolały go wszystkie mięśnie. Dopiero wtedy ustąpiło 

to dziwne uczucie, którego doznał w chwili, gdy Tess rozpinała koszulę. Ale wcale nie czuł 

się szczęśliwy z tego powodu.  

Kiedy  obudził  się  rano,  wydawało  mu  się,  Ŝe  tylko  dziecko  szuka  w  nim  oparcia.  Nie 

podobało  mu  się  uczucie,  które  go  wtedy  ogarnęło.  Bolesna  tęsknota  za  tym,  by  je  pieścić, 

pielęgnować, osłaniać, karmić. Sądził jednak, Ŝe to zrozumiałe.  

To maleństwo wypełniało bowiem puste miejsce, które powstało w jego Ŝyciu, gdy Elise 

zabrała mu syna.  

Z Tess sprawa wyglądała inaczej. Mógł sobie dać radę z tym rodzajem zainteresowania, 

jakie  ta  kobieta  wywołała  w  nim  wczoraj  na  szosie  z  Casper,  ale  nie  z  tym,  które  odczuł 

dzisiaj. Dlaczego tak reagował na widok karmiącej matki? 

Nie widzącym wzrokiem objął dobrze znaną stajnię i zaczął wrzucać siano do odległego 

Ŝ

łobu, a nie tego, który miał pod ręką. Ta mała demonstracja silnej woli trochę mu pomogła. 

Teraz mógł juŜ się zmierzyć z właściwym problemem, który  go dręczył. śeby nie wiem jak 

próbował przeczyć, coś się wydarzyło ostatniej nocy. Gdy asystował przy porodzie Tess, czuł 

się jej potrzebny tak, jak nikomu na świecie.  

To nie musiało niczego oznaczać. CóŜ z tego, Ŝe dobrze mu robiło poczucie, iŜ jest komuś 

potrzebny?  śe  odczuwał  specyficzną  więź  z  Tess,  pragnął  otoczyć  ją  opieką,  traktować  jak 

królową, bo tak odnosił się jego ojciec do matki i on sam do Elise.  

Dostał  niezłą  lekcję.  Zaufanie,  otwartość  wobec  ludzi  niczego  mu  nie  dały  poza  gorzką 

samotnością i bólem, z którym Ŝył od trzech lat. Nie miał zamiaru przechodzić przez to po raz 

wtóry.  

Powoli się uspokajał. Bliskość zwierząt działała kojąco. Ściągnął rękawice i wsunął je do 

kieszeni, obserwując zachowanie czterech klaczy i pięciu wałachów. Przeszedł wzdłuŜ stajni, 

kolejno poklepując aksamitne szyje koni. To ostatecznie poprawiło mu nastrój.  

Długonogi, siwy wałach uniósł łeb, czekając na swoją kolej. Jack potrząsnął głową, wziął 

w garść trochę owsa i podsunął zwierzęciu.  

– Spokojnie, stary. Ugryź mnie, a pogadam z facetami, którzy cię przerobią na karmę dla 

psów.  

Siwek  parsknął  tylko,  co  miało  zapewne  wyraŜać  jego  opinię  na  ten  temat.  Jack 

zastanawiał  się  dalej  nad  swoim  stosunkiem  do  Tess.  Być  moŜe  budziła  w  nim  coś,  czego 

dawno nie odczuwał. I co z tego? Zanim opuści ranczo, będzie dzieliła czas między spanie i 

opiekę nad dzieckiem. Elise przez tydzień nie wstawała z łóŜka po porodzie. Wystarczy, jeśli 

Jack przez parę dni zachowa odpowiedni dystans, a kiedy pogoda się poprawi, Tess wyjedzie. 

background image

Za miesiąc ledwie ją będzie pamiętał.  

Zgasił światło w stajni, włoŜył ciepłą kurtkę, a szyję i twarz osłonił grubym szalikiem. Na 

zewnątrz wiatr o mało nie powalił go na ziemię. Z trudem zamknął stajnię i tylko dzięki linie, 

którą poprzedniego wieczora przeciągnął przez podwórze, dotarł do domu.  

W  normalnych  warunkach  pokonanie  tej  drogi  zabierało  minutę,  teraz  trwało  pięć  razy 

dłuŜej,  a  widoczność  była  tak  kiepska,  Ŝe  dopiero  gdy  potknął  się  o  stopień  prowadzący  na 

werandę, zorientował się, iŜ dotarł do domu. Podniósł się, wyplątał ze zwojów zbawczej linki 

i strzepnął śnieg z kurtki oraz dŜinsów, nim wszedł do mieszkania.  

Zdejmując  szalik,  zastanawiał  się,  gdzie  się  podziały  psy,  które  zwykle  warowały  w 

przedsionku.  Przemarznięty  do  szpiku  kości,  postanowił  pozbyć  się  reszty  ciepłego  ubrania 

dopiero w kuchni. Otworzył drzwi i zastygł w bezruchu.  

– Co tu robisz? – zawołał, nadto zaskoczony widokiem Tess, by złagodzić ton.  

Nozdrza  łaskotał  aromat  smaŜonego  boczku.  Rozgrzany  piec  i  zapach  jedzenia  działały 

jak  magnes  na  głodnego,  zmarzniętego  męŜczyznę.  Psy  takŜe  wybrały  kuchnię  i  smacznie 

spały w ciepłym wnętrzu.  

– Przygotowuję śniadanie. Nie wiem jak ty, ale ja zgłodniałam. Mam nadzieję, Ŝe lubisz 

naleśniki.  

To  nie  w  porządku.  Tess  winna  leŜeć  w  łóŜku,  wypoczywać  i  zajmować  się  dzieckiem. 

Zamiast  tego  wstała,  włoŜyła  grube  skarpety  Jacka,  ubrała  się  w  jego  flanelową  koszulę  i 

własne  niebieskie  spodnie,  które  wyciągnęła  pewnie  z  podróŜnej  torby.  Wzięła teŜ  prysznic, 

bo jej grube, kasztanowate włosy odzyskały piękny połysk, a blada cera nieco się zaróŜowiła. 

Wyglądała  na  zmęczoną,  co  jednak  w  niczym  nie  zmieniało  prowokacyjnego  wyrazu  jej 

twarzy. Jack pomyślał, Ŝe trudno będzie zachować wobec niej zaplanowany dystans.  

Rozgrzała tłuszcz na patelni.  

– Zaparzyłam kawę – oznajmiła.  

Jack zdjął kurtkę, podszedł do stołu, nalał do kubka kawy i wypił łyk gorącego napoju.  

– Gdzie dziecko? – zapytał.  

Tess wskazała kuchenną szufladę ustawioną na środku stołu.  

– Nie znalazłam kołyski, ale gdzieś wyczytałam, Ŝe jej rolę moŜe pełnić szuflada.  

Jack  krytycznym  wzrokiem  obrzucił  zaimprowizowane  łóŜeczko,  które  Tess  wysłała 

miękkim  kocykiem.  Niemowlę  właśnie  się  obudziło  i  wlepiało  oczka  w  sufit.  Jack  odstawił 

kubek z kawą, by dokładniej otulić małą kocem. Dziewczynka spojrzała w górę, a on gotów 

był przysiąc, Ŝe jej buzia rozjaśniła się na jego widok.  

Cofnął się o krok, surowym wzrokiem mierząc matkę dziecka.  

– Powinnaś być w łóŜku.  

– Zapewne. Ale nie jestem – odparła, przygotowując ciasto na naleśniki. – To nie zajmie 

mi duŜo czasu. Czemu nie umyjesz się przed jedzeniem? 

Zamierzał kazać jej wrócić do sypialni. Pragnął oznajmić Tess, Ŝe nie ma prawa wkraczać 

w  jego  Ŝycie  bardziej,  niŜ  juŜ  to  uczyniła.  Z  drugiej  strony  odczuwał  głód,  a  uwielbiał  i 

boczek,  i  naleśniki.  Nie  było  o  co  kruszyć  kopii.  To  tylko  jeden  posiłek,  a  nie  jakiś 

zobowiązujący układ. Mógł zjeść śniadanie i nadal ignorować Tess.  

background image

– W porządku – rzekł i poszedł się myć.  

Zanim wrócił, Tess przesunęła dziecko na koniec stołu, ustawiła dwa nakrycia i zasiadła 

nad  talerzem  pełnym  gorących  naleśników,  aromatycznego,  smaŜonego  boczku  i  miseczką 

brzoskwiń z puszki.  

Jack połoŜył serwetkę na kolanach, napełnił sobie talerz i zaczął jeść. Poprosił jedynie o 

przysuniecie  słodkiego  sosu  do  naleśników  i  w  milczeniu,  ignorując  obecność  Tess,  sycił 

głód. Zjadł z tuzin naleśników i spory kawałek boczku, a Tess bez słowa odłoŜyła widelec i 

podeszła  do  piecyka,  by  wyjąć  drugą  porcję.  Zsunęła  na  swój  talerz  jeden  naleśnik,  resztę 

postawiła  przed  Jackiem.  Usiadła  i  piła  kawę,  czekając  spokojnie,  aŜ  gospodarz  upora  się  z 

dokładką.  

– Z końmi wszystko w porządku? – spytała uprzejmie, gdy kończył repetę.  

Skinął głową.  

– Ile ich masz? 

–  Teraz  dziewięć.  Wiosną  i  latem  miewam  dwa,  trzy  razy  więcej  –  odparł,  odsuwając 

talerz.  

– Sam dajesz sobie radę z tyloma końmi? 

– Jedzenie ci stygnie – zauwaŜył, wskazując widelcem na talerz Tess.  

– Nie szkodzi – odrzekła i popatrzyła nań wyczekująco.  

–  Mam  kogoś  do  pomocy  –  rzekł  z  westchnieniem.  –  To  bracia.  Teraz  są  w  Meksyku. 

Odwiedzają rodzinę – dorzucił.  

– Aha. – Tess wypiła łyk kawy. – A co robisz z końmi? 

– Trenuję je.  

– W jakim celu? 

– Na rodeo – odparł.  

– To znaczy, Ŝe hodujesz konie dla zawodników? Znowu skinął głową.  

– Ale... to bardzo drogie konie.  

Skoro to nie było pytanie, Jack nie odpowiedział.  

– Mieszkasz tu sam... Dlaczego nie masz telefonu komórkowego? Izolujesz się od świata. 

Przydałaby się jakaś łączność w razie wypadku.  

–  Nie  wszyscy  pragną  towarzystwa  –  powiedział  Jack.  –  Niektórzy  Ŝyją  samotnie  – 

Spojrzał znacząco na Tess. – A nawet wolą takie Ŝycie.  

– Rozumiem, Ŝe nie lubisz o sobie mówić – zauwaŜyła.  

– Zgadłaś.  

– W porządku – rzekła dziewczyna, wstała od stołu i zaczęła zbierać talerze.  

– Co masz zamiar robić? – spytał Jack.  

– Pozmywać.  

Szybko podniósł się z krzesła.  

– Ja się tym zajmę. Czemu nie weźmiesz dziecka i nie pójdziesz na górę odpocząć? 

– Dobrze.  

Oczy  Tess  zabłysły  groźnie.  Z  hukiem  odstawiła  naczynia.  Przeszła  kilka  kroków  i 

zatrzymała się niezdecydowana.  

background image

– O co chodzi? – zapytał.  

– Nic. Po prostu... – Zacisnęła usta i uniosła podbródek. – MoŜe najpierw mógłbyś rzucić 

okiem  na  pieluszkę  małej? Starałam  się  przewinąć  ją  tak,  jak  ty  to  robiłeś,  ale  chyba  mi  nie 

wyszło.  

Jack wzruszył ramionami, gotów na wszystko, byle pozbyć się Tess z kuchni. ZbliŜył się 

do  stołu  zirytowany,  Ŝe  ta  uparta  kobieta  nie  wyszła,  tylko  odsunęła  się  trochę.  Odgarnął 

kocyk i zgrabnie rozpiął za duŜe majteczki małej. Dziecko było suche i czyste, ale nie dzięki 

pieluszce, która zsuwała się z małego ciałka i plątała między nóŜkami. Czegoś takiego jeszcze 

nie widział.  

– Co to ma być? Origami? 

– Bardzo zabawne – odparła Tess.  

Jack rozplatał pieluchę, nakazując sobie w duchu milczenie, i natychmiast usłyszał swój 

głos.  

– Czy ty kiedykolwiek przewijałaś dziecko? 

– Oczywiście, lecz uŜywałam pieluch nowego typu. Być moŜe nie wiesz, Ŝe dziś moŜna 

je  kupować  w  odpowiednich  rozmiarach  i  z  miękkimi  przylepcami,  bez  tych  staromodnych, 

niewygodnych zapięć.  

–  Nowe  pieluchy  są  szkodliwe  dla  środowiska,  a  do  uŜywania  tych  trzeba  tylko  trochę 

praktyki – rzucił krótko.  

Powoli złoŜył tetrową pieluszkę i zgrabnie zawinął w nią dziecko.  

–  Masz  rację.  –  W  głosie  Tess  zabrzmiało  lekkie  rozbawienie.  –  Więc  czemu  nie  robisz 

tego szybciej? Czułabym się jeszcze bardziej niezdarna.  

Lekko potrząsnęła głową, wyciągnęła rękę i delikatnie dotknęła paluszków niemowlęcia. 

Przy tym ruchu Jack poczuł zapach kobiecej skóry. Zapadła niezręczna cisza.  

– Jak dasz małej na imię? – zapytał.  

– Jeszcze nie wiem.  

Jack odwrócił się i niechcący otarł się o Tess ramieniem, a to go zirytowało.  

– śartujesz? 

–  Nie.  Byłam  pewna,  Ŝe  urodzi  się  chłopiec...  Nie  wybrałam  imienia  dla  dziewczynki. 

Zanim  o  to  zapytasz,  powiem  ci  jeszcze,  Ŝe  nigdy  nie  kąpałam  dziecka,  nie  mierzyłam  mu 

temperatury i tak dalej.  

– Wspaniale – mruknął.  

– Ale się nauczę. Poza tym... – Tess spojrzała na błękitny kocyk, potem z wyzwaniem w 

oczach na Jacka. – Ty to robiłeś.  

Zacisnął  szczęki.  Ta  kobieta  była  stanowczo  zbyt  przenikliwa.  Bez  słowa  otulił  dziecko 

kocykiem i podał je matce.  

– Dziękuję za śniadanie – rzekł.  

– Nie ma za co – odpowiedziała i ruszyła ku schodom prowadzącym na piętro.  

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

– Proszę – Jack rzucił ksiąŜkę na kuchenny blat. – Myślę, Ŝe ci się przyda.  

Tess  odstawiła  talerz,  który  właśnie  zmywała,  i  odwróciła  się,  by  rzucić  okiem  na 

okładkę.  Przeczytała  tytuł:  Łatwe  jak  ABC.  Opieka  nad  dzieckiem  od  chwili  narodzin  do  lat 

trzech. Nie wiedziała, jak zareagować: obrazą czy rozbawieniem.  

Zdecydowała  się  na  uśmiech.  Po  sześciu  dniach  od  porodu  stało  się  jasne,  Ŝe  nie 

wszystkich rodziców natura obdarzyła tymi samymi talentami. Zakładane przez nią pieluszki 

ciągle się zsuwały i dotąd jeszcze nie wybrała imienia dla córeczki. Jack być moŜe nie naleŜał 

do  najrozmowniejszych  ludzi  na  świecie,  lecz,  jak  na  to  wskazywał  ksiąŜkowy  podarunek, 

wcale nie trzymał się tak na uboczu, jak to deklarował, i nie był tak obojętny, jak udawał.  

Pierwszego  dnia  po  wspólnym  śniadaniu  wrócił  na  cały  dzień  do  stajni.  W  domu  zjawił 

się  wieczorem  i  to  w  nastroju  nie  zachęcającym  do  pogawędki.  Odpowiadał  monosylabami, 

włączył  radio,  zjadł  na  obiad  potrawę  z  puszki.  Po  wysłuchaniu  prognozy  pogody  jeszcze 

bardziej  spochmurniał.  Wyglądało  na  to,  iŜ  czuje  się  osobiście  dotknięty  śnieŜycami  w 

Montanie  i  Wyoming,  które  potrwają  przez  cały  weekend,  a  więc  jeszcze  dwa  dni.  Potem 

oznajmił, Ŝe idzie się połoŜyć, i zniknął w swoim pokoju, a było dopiero pół do ósmej.  

Od tego czasu Tess widywała go rzadko. Albo siedział w stajni, albo w swoim gabinecie. 

Pokazywał się w porach posiłków, by zjeść kanapkę lub podgrzać chili z puszki, ale nigdy nie 

wdawał się w rozmowy.  

Wyraźnie unikał Tess, ona zaś nie była pewna, czemu się tak zachowuje. MoŜe dlatego, iŜ 

dzielił  z  nią  jedną  z  najintymniej  szych  chwil  w  Ŝyciu,  a  moŜe  draŜniła  go  swoim 

zachowaniem  lub  po  prostu  starał  się  chronić  własną  samotność,  próbując  być  zimnym  i 

gruboskórnym, choć od czasu do czasu zdobywał się równieŜ na drobne gesty uprzejmości w 

rodzaju podarowania tej ksiąŜki.  

Tess podjęła decyzję. Wytarła szybko ręce i wybiegła na werandę, chcąc dogonić Jacka, 

zanim zniknie w śnieŜycy. Otworzyła drzwi i... wpadła prosto na niego.  

–  Co  jest...  ?  –  Jack  wypuścił  z  rąk  stos  uprzęŜy  i  chwycił  Tess,  ratując  ją  przed 

upadkiem, a gdy się zachwiała, przyciągnął ją do siebie.  

Zamarła,  nie  przygotowana  na  takie  zetknięcie.  Odurzył  ją  zapach  świeŜego  powietrza, 

koni i męskiej wody po goleniu.  

– Potrzebujesz czegoś? – zapytał Jack, odsuwając ją od siebie.  

–  Prawdę  mówiąc,  tak.  Myślę,  Ŝe  małą  trzeba  wykąpać.  Zastanawiałam  się,  czy  nie 

znalazłbyś trochę czasu, by mi przy tym pomóc? 

Pokręcił głową, zanim skończyła.  

– Zajrzyj do ksiąŜki. Wszystko tam znajdziesz.  

–  Wierzę,  Ŝe  to  dobra  rada  –  odparła  ze  spokojem  –  lecz  ksiąŜka  nie  podpowie,  gdzie 

znaleźć potrzebne rzeczy: mydło, szampon, ręczniki.  

Jack wskazał na uprzęŜe piętrzące się na podłodze.  

– Muszę to oczyścić.  

background image

– Mogłabym ci pomóc.  

Jack obrzucił Tess groźnym spojrzeniem.  

– Słuchaj – zaczął – mówiłem ci, Ŝe mam waŜniejsze sprawy na głowie niŜ zajmowanie 

się tobą i dzieckiem. Pamiętasz? 

– Tak.  

Ostatniego wieczora, gdy Jack zniknął w swoim pokoju, trochę słuchała radia i sprzątała 

kuchnię.  Potem  włoŜyła  poŜyczoną  nocną  koszulę  i  leŜąc  w  łóŜku,  zabrała  się  do  czytania 

powieści, którą znalazła na półce. Wkrótce usnęła. Parę godzin później obudził ją głos Jacka. 

Choć  nie  mogła  rozróŜnić  wyrazów,  ton,  jakim  się  odzywał,  był  tak  łagodny  i  miękki,  iŜ 

pomyślała,  Ŝe  to  sen.  Jednak  gdy  ocknęła  się  na  dobre  i  otworzyła  oczy,  okazało  się,  iŜ  stał 

niedaleko łóŜka, oświetlony blaskiem ognia na kominku, i przemawiał do dziecka.  

– Jack? 

Drgnął gwałtownie, jakby złapała go na gorącym uczynku.  

– Obudziłaś się...  

– Owszem – przyznała, szukając wzrokiem zegarka. – Która godzina? – spytała.  

– Minęła północ.  

Usiadła  na  łóŜku  i  odgarnęła  włosy  z  twarzy.  Kiedy  Jack  odwrócił  się  przodem, 

spostrzegła  zaskoczona,  Ŝe  ma  nie  dopięte  dŜinsy  i  koszulę,  spod  której  widać  gęsto 

zarośniętą pierś. Z trudem przełknęła ślinę.  

– Co... tu robisz? 

Przez chwilę milczał zakłopotany, potem jednak przeszedł do ofensywy.  

– Jak sądzisz? Przyszedłem zobaczyć, co się stało dziecku.  

– Co masz na myśli? 

Jack  zacisnął  szczęki,  lecz  spojrzawszy  na  śliniące  się  maleństwo,  nieco  złagodniał. 

Dziewczynka rozpłakała się, jakby chcąc podsunąć mu argument.  

–  Oto  dlaczego  przyszedłem  –  rzeki.  –  Jak  miałem  spać?  Tess  wyskoczyła  z  łóŜka,  nie 

zwracając uwagi na to, iŜ ma na sobie tylko męską koszulę.  

– Przepraszam, nie słyszałam... Jack odwrócił wzrok.  

–  NiewaŜne.  Na  przyszłość  bądź  bardziej  czujna,  dobrze?  Mam  waŜniejsze  sprawy  na 

głowie niŜ zajmowanie się wami dwiema – oznajmił i wyszedł z sypialni.  

Nic więcej nie wydarzyło się aŜ do tego ranka,  gdy Tess zeszła na dół i obejrzała drzwi 

pokoju Jacka. Były tak solidne, Ŝe trudno przypuszczać, iŜ mógł przez nie usłyszeć kwilenie 

dziecka,  które  nie  dotarło  do  uszu  śpiącej  obok  maleństwa  matki.  MoŜe  nie  miała 

doświadczenia  w  obchodzeniu  się  z  dziećmi,  lecz  miała  za  to  bardzo  lekki  sen.  W  końcu 

przecieŜ ocknęła się, kiedy Jack szeptał coś do małej.  

Musiał  kłamać.  Cokolwiek  przywiodło  go  na  górę  do  sypialni,  z  pewnością  nie  był  to 

płacz dziewczynki.  

–  Pamiętam,  co  mówiłeś,  lecz  ona  jest  taka  maleńka  –  tłumaczyła  cicho.  –  Kiedy  ją 

wykąpię, będzie mokra i moŜe wyśliznąć mi się z rąk... – przerwała dla zwiększenia efektu.  

– No dobrze – mruknął niechętnie Jack. – Wejdź teraz do środka, bo wpuszczasz do domu 

zimne powietrze.  

background image

Schylił  się,  by  podnieść  z  ziemi  uprzęŜe.  Tess  nie  miała  zamiaru  się  z  nim  sprzeczać. 

Wróciwszy  do  kuchni,  zajrzała  do  dziecka,  które  spokojnie  spało  w  zaimprowizowanym 

łóŜeczku,  i  zabrała  się  do  zmywania.  Jack  zjawił  się  chwilę  później.  Rzucił  na  krzesło  stos 

uprzęŜy,  przykrył  stół  ceratą,  przyniósł  czyste  gałganki,  mydło  w  płynie  i  garnek  gorącej 

wody.  Nie  minęła  minuta,  a  był  tak  pochłonięty  swymi  czynnościami,  iŜ  Tess  mogłaby  stać 

się niewidzialna, bo i tak jej nie zauwaŜał.  

OdłoŜyła  ostatnie  naczynie  na  suszarkę  i  podeszła  do  Jacka.  Nie  zwracał  uwagi  na  jej 

krzątaninę przy czyszczeniu uzd i lejców.  

–  Nie  mocz  za  bardzo  skóry  –  rzucił  ostro,  gdy  zamierzała  przetrzeć  wilgotnym 

gałgankiem rzemień.  

–  Nie  będę  –  obiecała,  przemilczając  dyplomatycznie,  iŜ  od  dziecka  zajmowała  się  tą 

pracą.  

Nie  zamierzała  dawać  mu  pretekstu  do  rejterady.  Działała  wolno  i  dokładnie,  póki  nie 

uzyskała zadowalającego efektu.  

– Jack? 

– Hm.  

– Zastanawiałam się... jak trenujesz konie dla kowboi, skoro nie masz Ŝadnego bydła? 

Milczał tak długo, iŜ Tess uznała, Ŝe jej nie odpowie.  

– Twoja babka dostarcza mi kilku sztuk, jeśli chcę. Teraz nie mam takiej potrzeby – rzekł 

w końcu.  

– Och. – To było ostatnie wyjaśnienie, jakiego się spodziewała.  

Nareszcie  wydało  się,  skąd  wiedział,  Ŝe  Mary  Danielson  wyjechała.  Tess  mogła  teraz 

zadać kolejne pytanie.  

– Jak ona się miewa? 

– Mary? – Wzruszył ramionami. – Nie wiem. Czemu sama jej nie zapytasz? 

Znowu urwał się wątek rozmowy. Jack Sheridan był elokwentny jak niedźwiedź w zimie.  

Z cichym westchnieniem Tess sięgnęła po następny fragment uprzęŜy.  

–  Jack?  –  zaczęła  po  chwili.  –  Miałbyś  coś  przeciwko  temu,  Ŝebym  zajęła  się 

gotowaniem? Szykowałabym obiady i kolacje, dobrze? 

– Dlaczego? 

– Na pewno nie po to, by cię otruć, więc nie musisz podejrzewać mnie o najgorsze. I nie 

dlatego,  by  w  ten  sposób  odwdzięczyć  się  za  wszystko,  co  dla  mnie  zrobiłeś,  bo  tego  długu 

nie  spłaci  się  kilkoma  posiłkami  –  powiedziała,  rzucając  na  Jacka  szybkie  spojrzenie.  – 

Chodzi o to, Ŝe nie chcę Ŝywić się dłuŜej kanapkami z masłem orzechowym.  

– Rób, co chcesz – odparł, wzruszywszy ramionami. – W lodówce są jakieś zapasy.  

Tess zdąŜyła się juŜ zorientować, Ŝe zamroŜono tam Ŝywność mogącą wystarczyć na rok 

dla  małej  armii.  Zgodę  ranczera  przyjęła  jak  coś  oczywistego.  Zastanawiało  ją  jedynie, 

czemu, rozmawiając z nią, ani na moment nie zmienił wyrazu twarzy.  

– Dziękuję – rzekła.  

–  Podziękuj  mojej  matce.  To  ona  robi  zakupy  –  odpowiedział  i  jeszcze  raz  wzruszył 

ramionami.  

background image

– Och, to miłe z jej strony. Czy mieszka gdzieś w pobliŜu? 

– Nie.  

– Daleko? 

– W Rapid City.  

– Tam się wychowałeś? 

– Nie.  

– A gdzie? – spytała, starając się nie stracić cierpliwości.  

– Na ranczu, które mama sprzedała po śmierci ojca.  

– Wtedy kupiłeś tę posiadłość? 

– Nie.  

Na litość boską, pomyślała Tess, ogarniając gospodarza domu krótkim spojrzeniem. Czy 

w tym cedzeniu słów jest jakiś cel, czy teŜ Jack chce ją w ten sposób rozzłościć? Nie potrafiła 

odgadnąć,  co  kryją  jego  zielone  oczy,  lecz  im  dłuŜej  się  w  nie  wpatrywała,  tym  większy 

niepokój rodziła w niej bliskość tego męŜczyzny.  

Dobry  BoŜe, dokąd to prowadzi? Młode mamy  odczuwają pewnie burze hormonów, ale 

Ŝ

eby do tego stopnia... Tess odetchnęła głęboko.  

– Słuchaj – zaczął Jack, opacznie tłumacząc sobie wyraz niezadowolenia na twarzy Tess. 

–  Matka  sprzedała  rodzinne  ranczo  dwanaście  lat  temu,  a  ja  mieszkam  tutaj  od  sześciu. 

Przedtem występowałem w rodeo.  

– Naprawdę? – Tess wyraźnie zainteresowała się tematem. – Ja teŜ chciałam brać udział 

w  rodeo.  Jako  piętnastolatka  zamierzałam  zostać  pierwszą  kobietą,  której  pozwolą  ujeŜdŜać 

dzikie konie.  

– Tak? No i co? – Jack prześliznął się po niej wzrokiem.  

– Gdy skończyłam szesnaście lat, uznałam, Ŝe tak naprawdę marzę o karierze Madonny.  

Jack nie potrafił ukryć rozbawienia.  

– Myślę, Ŝe to normalne – zauwaŜył.  

– Pragnąć kariery gwiazdy rocka? 

– Nie, ale nastolatki zwykle mają jakichś idoli.  

– Kto był twoim? 

– Nie wiem. Chyba ojciec... Mój brat zawsze mówił...  

–  zamilkł  i  tak  zacisnął  rękę  na  czyszczonym  rzemieniu,  Ŝe  brązowa  piana  spłynęła 

między palcami.  

Tess mechanicznie sięgnęła po ściereczkę, by obetrzeć dłoń Jacka.  

– Co mówił? – spytała.  

– Nic – mruknął. – Zapomnijmy o tym.  

Spojrzał na dłoń, której dotykała Tess, i cofnął się tak gwałtownie, aŜ odsunął krzesło, na 

którym siedział. Poderwał się z miejsca.  

– Muszę iść. Zapomniałem, Ŝe mam jeszcze coś do zrobienia poza stajnią – rzekł sucho.  

– śartujesz. Teraz? To z pewnością moŜe poczekać...  

– Nie. – Jack wskazał stos uprzęŜy na stole. –  Zostaw to – powiedział. – Dokończę, jak 

wrócę.  

background image

– Poczekaj... Nie rozumiem...  

Jack  wyszedł  z  kuchni,  pozostawiając  osłupiałą  Tess.  Pomyślała,  Ŝe  Sheridan  w  niczym 

nie  przypomina  Graya  Maxwella.  Zacisnęła  powieki,  ogarnięta  nagłym  poczuciem 

samotności.  Niech  cię  licho,  Gray,  jak  mogłeś  odejść  z  tego  świata  i  mnie  zostawić?  Tak 

dobrze rozumiałeś ludzi...  

Westchnęła.  BoŜe,  tęskniła  za  tym  człowiekiem,  nie  traktując  go  jak  kochanka,  bo 

spędzili  ze  sobą  zaledwie  jedną  noc.  Tess  brakowało  oparcia,  jakie  jej  dawał.  W  ciągu 

ostatnich  dziewięciu  lat  był  jej  najlepszym  przyjacielem.  NaleŜał  do  wesołych,  miłych 

męŜczyzn  i  w  przeciwieństwie  do  Jacka  łatwo  nawiązywał  kontakt  z  ludźmi.  Był  otwarty, 

bezpośredni,  ciepły,  miał  wielu  przyjaciół.  Tymczasem  Sheridan  sprawiał  wraŜenie  kogoś 

nieprzewidywalnego, pełnego ukrytych zadr i nadmiernie draŜliwego.  

Tess  usłyszała  trzaśniecie  zewnętrznych  drzwi.  Podeszła  do  okna,  odchyliła  zasłonę  i 

spróbowała  przebić  się  wzrokiem  przez  zadymkę.  Wydawało  się,  Ŝe  wiatr  zelŜał,  lecz  śnieg 

padał nieustannie, pokrywając całą okolicę białym puchem.  

Chwilę potem w polu widzenia pojawił się Jack, cięŜko stąpający po śniegu, który zdąŜył 

juŜ zasypać ścieŜkę wiodącą do stajni. Zanim zniknął za rogiem domu, zdołała spostrzec, Ŝe 

miał spuszczoną głowę i pochylone ramiona.  

Westchnęła.  Nie  rozumiała  tego  człowieka  i  wcale  nie  była  pewna,  czy  pragnie  go 

zrozumieć,  lecz  zaczynała  wierzyć,  iŜ  Jack  bardziej  niŜ  ktokolwiek  zasługuje  na  przyjaźń  i 

sympatię.  

 

Obietnica jest obietnicą, a męŜczyzna winien dotrzymywać danego słowa. Jack stał przy 

zlewie kuchennym z rękawami koszuli podwiniętymi do łokci i trzymał w rękach niemowlę. 

To  nic,  Ŝe  dziecko  było  urocze,  a  Tess  wyglądała  ponętnie,  gdy  pochylała  się  nad 

maleństwem, polewając je ciepłą wodą. W Ŝadnym razie nie powinien był się na to zgodzić. 

NaleŜało  trwać  przy  swoim,  odsyłając  niedoświadczoną  matkę  po  rady  do  ksiąŜki.  Na  jego 

miejscu kaŜdy by tak zrobił.  

Ale w nim kołatało się jeszcze jakieś staromodne przywiązanie do kanonu zasad, zgodnie 

z  którymi  męŜczyzna  winien  kobiecie  słuŜyć  pomocą.  Teraz  mógł  mieć  pretensje  wyłącznie 

do  siebie,  Ŝe  dał  się  w  to  wciągnąć.  Rzucił  okiem  na  Tess,  która  myła  dziecko,  gdy  on  je 

podtrzymywał, i zaczął zastanawiać się nad listą jej ostatnich przewinień.  

Przede wszystkim skończyła czyszczenie uprzęŜy, ignorując jego zapowiedź, Ŝe sam się 

tym  zajmie.  Potem  przygotowała  obiad  i  to  nie  zwyczajny,  lecz  złoŜony  z  pieczonego 

kurczaka  z  sosem  i  jarzynami.  Na  deser  było  ciasto  czekoladowe.  Wszystko  przyniosła  na 

tacy  do  jego  pokoju  i  zostawiła,  choć  uprzedził,  Ŝe  nie  jest  głodny.  Nie  odezwała  się  ani 

słowem,  gdy  po  paru  sekundach  zjawił  się  w  kuchni.  Podczas  gdy  jadł  obiad,  skończyła 

zmywanie,  dokładnie  wyszorowała  zlew  i  zaczęła  studiować  rozdział  „Kąpanie  dziecka”  w 

ksiąŜce,  którą  kupił.  Przez  cały  czas  odnosiła  się  doń  ciepło  i  przyjaźnie,  jakby  nie 

pamiętając,  Ŝe  wcześniej  opuścił  dom  bez  słowa wyjaśnienia.  W  tej  sytuacji,  gdy  poczuł  się 

największym barbarzyńcą od czasów Attyli, nie pozostawało nic innego, jak zawinąć rękawy 

i pomóc przy kąpieli niemowlęcia.  

background image

Jednak  wcale  nie  musiało  mu  się  to  podobać.  Tess  równieŜ  niekoniecznie  miała  zyskać 

jego  sympatię.  Jeszcze  raz  obrzucił  ją  spojrzeniem.  Na  zaróŜowionej  twarzy  dziewczyny 

malowała  się  koncentracja.  Włosy  spięła  na  czubku  głowy  w  taki  sposób,  Ŝe  kilka 

jedwabistych  pasemek  muskało  jej  policzki.  W  rozcięciu  bluzki  widać  było  fragment 

krągłych, pełnych piersi, które kaŜdemu męŜczyźnie rozgrzałyby krew w Ŝyłach.  

Jack  uświadomił  sobie,  Ŝe  przestępuje  z  nogi  na  nogę,  nie  mogąc  spokojnie  ustać  w 

miejscu. Przeniósł wzrok na dziecko, które właśnie rozchyliło usteczka.  

– Popatrz! – zawołała Tess. – Uśmiecha się do ciebie.  

– Akurat.  

– Oczywiście, Ŝe tak. – ZwilŜyła gąbką włoski niemowlęcia. – Mała cię lubi.  

– Nie jest na tyle duŜa, by wiedzieć, czy coś lub kogoś lubi.  

Szczęśliwe  dziecko,  pomyślał,  poruszając  się  niespokojnie,  gdy  Tess  pochyliła  się  nad 

córeczką i niechcący musnęła go ramieniem.  

– Dlaczego to robisz? – spytała.  

– Co? 

– Zawsze przewidujesz najgorsze.  

–  Bo  wyrosłem  z  naiwności  i  oszczędzam  sobie  rozczarowań.  Zawczasu  jestem 

przygotowany na zły obrót spraw.  

–  Nie  wiem,  czy  to  dobrze.  UwaŜam,  iŜ  lepiej  jest  Ŝyć  nadzieją  na  lepsze  jutro  – 

powiedziała z uśmiechem.  

– ZałoŜę się, Ŝe widząc światło w tunelu, nie myślisz o pociągu – mruknął z ironią.  

–  Co  z  tego?  –  spytała,  nalewając  na  dłoń  odrobinę  szamponu.  –  CóŜ  dobrego  w 

martwieniu się na zapas czymś, na co i tak nie mamy wpływu? 

Jack wzruszył ramionami, poirytowany naiwnością Tess.  

– MoŜe musisz coś przeŜyć, by to zrozumieć – rzekł. Tess znieruchomiała na moment, a 

potem spojrzała mu w oczy.  

– MoŜe.  

Jack pojął, Ŝe znowu palnął głupstwo. Przypomniał sobie wymianę zdań z Tess: „ Ojciec 

zapewne niepokoi się o dziecko”. „Daruj sobie współczucie. On nie Ŝyje”.  

Wpatrzył się nie widzącym wzrokiem w wypełniony wodą zlew. W głowie kłębiło mu się 

mnóstwo pytań, których nie umiał zadać, bo dotyczyły ojca małej.  

Czy pragnął tego dziecka? Czy w ogóle o nim wiedział? Jeśli tak, to czemu nie oŜenił się 

z  Tess?  Jak  zmarł?  Co  się  z  nim  stało?  Plastikowy  kubeczek,  którego  Tess  uŜywała  do 

polewania główki dziecka, znieruchomiał w powietrzu.  

– Co mówisz? – spytała zdumiona.  

Sądząc  z  wyrazu  twarzy  Tess,  Jack  musiał  bezwiednie  wypowiedzieć  głośno  którąś  ze 

swych wątpliwości.  

– Nic takiego. NiewaŜne – odrzekł.  

Popatrzyli  na  siebie  uwaŜnie.  W  oczach  Tess  malowała  się  niepewność,  czy  aby  dobrze 

zrozumiała słowa Jacka. Poczuł ulgę, gdy nie wróciła do tematu.  

– W porządku – usłyszał i zobaczył, Ŝe wzięła się do wycierania główki niemowlęcia.  

background image

Jeszcze  pięć  minut  i  mnie  tu  nie  będzie,  pomyślał  ranczer.  Tymczasem,  starając  się  nie 

okazywać zbytniego pośpiechu, uniósł delikatnie dziecko i wziął je na ręce, by przenieść na 

stół przykryty grubymi, miękkimi ręcznikami. Tess otuliła córeczkę jednym z nich, a drugim 

zaczęła delikatnie osuszać małe ciałko.  

–  Gray  miał  guz  mózgu  –  powiedziała  cicho.  Zamilkła  na  chwilę,  by  unieść  małą  i 

wytrzeć jej plecki.  

–  W  styczniu  zeszłego  roku  zaczął  odczuwać  bóle  głowy.  Miał  teŜ  problemy  ze 

wzrokiem. Gdy zwrócił się do lekarza, okazało się, Ŝe jest juŜ za późno. Diagnozę postawiono 

w lutym. Sześć tygodni później juŜ nie Ŝył.  

Tess  popudrowała  talkiem  pupę  dziecka  i  sięgnęła  po  pieluszkę.  Jack  nie  wiedział,  co 

powiedzieć.  

–  Przykro  mi  –  mruknął  w  końcu,  co  musiało  zabrzmieć  głupio  po  jego  wypowiedzi  na 

temat Ŝyciowej naiwności i pociągów w tunelu. – Naprawdę przykro – dodał.  

– Był wspaniałym człowiekiem. Mam nadzieję, Ŝe to maleństwo będzie podobne do ojca. 

– Tess posłała córeczce ciepły uśmiech.  

Jack  uświadomił  sobie,  Ŝe  bębni  palcami  po  stole.  Wściekał  się,  Ŝe  nie  umie  znaleźć 

właściwych  słów.  Odebrał  Tess  pieluszkę,  widząc,  Ŝe  młoda  mama  nie  radzi  sobie  z 

przewijaniem dziecka.  

– Pozwól, Ŝe ja to zrobię – powiedział i kilkoma zgrabnymi ruchami przewinął niemowlę.  

– Dzięki.  

– Nie ma za co.  

Jack schował szampon i wylał wodę ze zlewu, gdy Tess ubierała małą w śpioszki.  

– Jack? 

– Hm.  

– Jeśli cię czymś uraziłam, wybacz mi – powiedziała, a on nie zareagował, bo nie chciał 

myśleć ani mówić na ten temat.  

– To nie miało nic wspólnego z tobą. Myślałem, Ŝe zostawiłem w stajni włączony piec – 

skłamał, nie mając zamiaru niczego wyjaśniać.  

– Aha.  

Jack widział, Ŝe Tess mu nie uwierzyła, lecz wmówił sobie, iŜ to bez znaczenia. W tym 

momencie  dziecko  zaczęło  kwilić.  Tess  wzięła  córeczkę  na  ręce  i  przytuliła  do  piersi.  Jack 

pomyślał, Ŝe to cudowne uczucie być tak pieszczonym.  

–  Idź  na  górę.  Mała  jest  głodna.  Ja  tu  sprzątnę  –  rzekł,  z  wysiłkiem  zdobywając  się  na 

obojętny ton.  

– Ale...  

– Idź. Chcę spokojnie wysłuchać prognozy pogody, a płacz małej mi przeszkadza.  

Tess dostała wypieków na policzkach. JuŜ otwierała usta, by zaprotestować, lecz zaraz je 

zamknęła.  

– Dobrze. Dziękuję za pomoc. Mam nadzieję, Ŝe zobaczymy się jutro – powiedziała.  

Gdy wchodziła na schody, zatrzymała się na chwilę i odwróciła głowę.  

– Jack? 

background image

– Co? 

– Śpij spokojnie – rzekła i zniknęła na piętrze.  

Dobre sobie. Jack drgnął i przesunął ręką po twarzy. Odkąd spotkał tę kobietę, nie miał za 

sobą  ani  jednej  spokojnej  nocy.  Starał  się  nie  myśleć,  jak  wiele  Tess  znaczy  w  jego  Ŝyciu. 

Powtarzał tylko: im szybciej wyjedzie, tym lepiej. Nie mogło być inaczej. Prognoza pogody 

przewidywała, Ŝe burze śnieŜne ustaną w ciągu najbliŜszych siedemdziesięciu dwóch godzin. 

Potem miną ze dwa dni, nim drogowcy oczyszczą szosy, i wreszcie Tess opuści jego dom, a 

Ŝ

ycie tutaj wróci do normy.  

background image

ROZDZIAŁ PIATY 

 

Ś

witało. Zimowe słońce wolno wyłaniało się zza horyzontu, oświetlając pokryte śniegiem 

pustkowie.  

– Do licha – mruknął Jack, wyglądając przez kuchenne okno.  

Wokół połyskiwały ogromne zaspy. Wiatr przenosił z jednej na drugą białe płatki śniegu. 

Nigdzie nie było widać  ani ptaka, ani królika,  ani nawet kojota.  Zapowiadał się podobny do 

poprzednich dziewiętnastu, kolejny dzień zadymki.  

Jack  wzruszył  lekko  ramionami,  przypominając  sobie,  co  myślał  podczas  pierwszej 

kąpieli  dziecka,  przy  której  pomagał.  Wydawało  mu  się  wtedy,  Ŝe  wytrzyma  jeszcze ze  trzy 

dni. Trzy tygodnie w ogóle nie wchodziły w rachubę.  

Właśnie  usłyszał  znajome  kroki  na  schodach.  Nie  musiał  się  odwracać,  by  zgadnąć,  kto 

schodzi na poranną kawę.  

– Dzień dobry – powiedziała Tess.  

Jak  zwykle  wniosła  do  kuchni  zapach  szamponu  i  mydła.  Jej  rozgrzana,  zaróŜowiona 

skóra  świadczyła  o  wziętym  przed  chwilą  prysznicu.  I  jak  zwykle  Jack  odczuł  napięcie 

wypełnione nieokreślonym oczekiwaniem. Odetchnął głęboko, słuchając, jak jego gość krząta 

się po kuchni i przygotowuje kawę.  

Zamarł, gdy zbliŜyła się do okna, by spojrzeć na termometr.  

–  Ojej,  minus  trzydzieści!  Jeszcze  zimniej  niŜ  wczoraj.  Zatrzęsła  się  w  udawanym 

przeraŜeniu i spojrzała na Jacka z promiennym uśmiechem.  

– ZauwaŜyłem – odparł kwaśno, dziwnie niezadowolony z faktu, Ŝe głos Tess wydał mu 

się przyjemny.  

– Podczas wichury będzie chyba znacznie mroźniej.  

– Pewnie tak – przyznał.  

– Wiesz, nie pamiętam takich chłodów nawet z czasów dzieciństwa.  

–  MoŜe  ich  wcale  nie  było.  Nie  słuchałaś  wczorajszych  wiadomości?  Podobno  to 

najdłuŜej utrzymujące się mrozy, odkąd w Wyoming w ogóle zaczęto mierzyć temperaturę.  

Jack  mieszkał  tu  od  sześciu  lat,  a  po  raz  pierwszy  zdarzyło  się,  by  pługi  nie  zdołały 

oczyścić  miejscowej  drogi,  bo,  jak  ogłoszono,  nie  naleŜała  do  tras  pierwszej  kolejności 

odśnieŜania.  

–  Hm.  –  Terss  wypiła  łyk  gorącej  kawy  i  sponad  kubka  spoglądała  w  zamyśleniu 

ogromnymi, ciemnymi oczami.  

–  Czy  to  pogoda  tak  cię  przygnębia?  Źle  dziś  spałeś?  Sheridan  nie  zaszczycił  jej 

odpowiedzią, tylko posłał swojemu gościowi ponure spojrzenie.  

– MoŜe humor ci się poprawi, jak zjesz coś dobrego. – Tess poklepała go po ramieniu. – 

Co myślisz o śniadaniu? 

– Nie będę niczego jadł. Dziękuję.  

– W porządku. A moŜe poprawi ci nastrój wiadomość, Ŝe wybrałam imię dla małej.  

– Naprawdę? – Jack bez powodzenia próbował udać brak zainteresowania.  

background image

– Tak. Co myślisz o... Nicole? W skrócie – Nicki. Zastanawiał się przez moment, a potem 

skinął głową, wstydząc się przyznać nawet przed samym sobą, iŜ odczuł ulgę, dowiadując się, 

iŜ nie nazwała dziewczynki Grace, by upamiętnić w ten sposób zmarłego Graya. Nie chodziło 

o  to,  Ŝe  przykładał  do  całej  sprawy  jakąś  wagę.  Po  prostu  imię  Grace  nie  pasowało  mu  do 

małej.  

– Podoba mi się – rzekł.  

– To dobrze – uśmiechnęła się Tess.  

Przez sekundę patrzyli sobie w oczy, aŜ Jack poczuł znajome napięcie i odwrócił wzrok.  

– Co będziesz dziś robił? – spytała, delektując się kawą.  

– To co zawsze.  

– Popracujesz w stajni? W milczeniu skinął głową.  

– Nie męczy cię taka praca? 

– Nie.  

– Nigdy? 

Jack spojrzał na Tess. Wyglądała jakoś inaczej. Była jakby wyŜsza, szczuplejsza...  

– Pomyślałam sobie, Ŝe... moŜe dzisiaj przydałaby ci się pomoc.  

– W czym? 

– Przy koniach.  

– Nie zawracaj sobie głowy.  

– Ale, Jack...  

– Nie ma mowy. Musisz zajmować się dzieckiem. Tess machnęła ręką, zniecierpliwiona.  

– Właśnie je nakarmiłam. Dobrze wiesz, Ŝe będzie teraz spało ze dwie godziny.  

To była prawda. Mała Nicole w odróŜnieniu od swojej matki sprawiała wyjątkowo mało 

kłopotów. Miała dopiero trzy tygodnie i trzy dni, a doskonale ułoŜyła sobie program dnia.  

– I co z tego? 

– To, Ŝe Nicki nie wyjdzie z domu ani nie wypadnie z łóŜeczka, jeśli opuszczę ją na pół 

godziny.  Pewnie  nawet  nie  przewróci  się  na  drugi  bok.  Dziś  rano  wydawała  się  nieco 

zmęczona, bo przez pół nocy nie spała.  

Tess z wyczekiwaniem popatrzyła na Jacka.  

Nie musiała wiedzieć, Ŝe podczas bezsennych nocy  czasem zaglądał do  jej dziecka,  gdy 

słyszał, Ŝe popłakiwało lub sądził, iŜ moŜe czuć się samotne. Tess winna być mu wdzięczna, 

Ŝ

e mogła sobie pospać, podczas gdy on czuwał.  

– Proszę, Jack. Naprawdę chcę zobaczyć twoje konie.  

– Nie.  

Wyraz  twarzy  Sheridana  zdawał  się  świadczyć,  iŜ  nic  nie  zmusi  go  do  zmiany  zdania. 

Mimo to Tess uniosła głowę i zrobiła minę, która zawsze wytrącała Jacka z równowagi.  

–  No  dobrze,  w  takim  razie  obejrzę  je  jutro  –  rzekła  i  odwróciła  się  w  stronę  lodówki, 

ucinając ewentualne protesty Jacka. – Masz jakieś Ŝyczenia w sprawie obiadu? – spytała.  

– śadnych – odpowiedział, pragnąc w duchu, by wreszcie wyjechała i dała mu spokój.  

– Szkoda.  

Po  chwili  do  jej  uszu  dobiegło  trzaśniecie  drzwiami.  W  ciągu  ostatnich  dwóch  tygodni 

background image

słyszała  ten  dźwięk  ze  czterdzieści  razy,  a  moŜe  więcej.  Stanowczo  zbyt  często,  pomyślała 

ponuro Tess, odstawiając kubek z kawą.  

Ilekroć  sądziła,  Ŝe  czyni  postępy  w  zbliŜaniu  się  do  Jacka,  okazywało  się,  iŜ  była  w 

błędzie. Naprawdę i w przenośni Sheridan zatrzaskiwał przed nią drzwi i zostawiał ją samą.  

Gdyby nie czuła się tak szczęśliwa, musiałaby się tym martwić. Uderzyła ją absurdalność 

własnych myśli i poczucie, Ŝe zaleŜy jej na Jacku Sheridanie. Zadała sobie pytanie, czemu tak 

jest.  

Większa  część  pozytywnych  doznań  wiązała  się  z  dzieckiem.  Tess  oszalała  na  punkcie 

Nicki. Mimo wszystkich okoliczności związanych z poczęciem i narodzinami córki, uwaŜała, 

iŜ  dziecko  wniosło  radość  do  jej  Ŝycia  i  nadało  mu  sens.  Dobrze  się  czuła,  myśląc  o 

odpowiedzialności, jaka teraz spoczywała na jej barkach w związku z wychowaniem małej.  

Dzięki  niej  wróciła  do  Wyoming,  za  którym  tak  naprawdę  cały  czas  tęskniła.  Zniknął 

wewnętrzny niepokój, który  ją dręczył jako nastolatkę. Opuściła rodzinne strony, by zdobyć 

wykształcenie,  zobaczyć  kawałek  świata  i  odnaleźć  samą  siebie.  Gdy  tego  dokonała, 

zapragnęła wrócić do domu.  

Tess  nie  miała  złudzeń.  Tylko  na  razie  czuła  się  szczęśliwa  gotując,  prowadząc  dom, 

czytając,  śpiąc  i  spędzając  cudowne  godziny  z  córeczką.  Wątpiła  jednak,  by  to  mogło 

wypełnić  całe  jej  Ŝycie.  Czuła  w  sobie  nadmiar  energii.  Macierzyństwo  dawało  poczucie 

spełnienia.  Była  teŜ  pewna,  iŜ  pragnie  pozostać  w  Wyoming,  lecz  potrzebowała  jeszcze 

jakiegoś zajęcia. Marzyło jej się czyszczenie boksów w stajni, nakładanie siana do Ŝłobów i w 

ogóle zajmowanie się końmi.  

Ale Jack nie chciał się na to zgodzić.  

A czego się spodziewałam, pomyślała. PrzecieŜ jak tylko przestanie sypać śnieg, ten facet 

zrobi wszystko, by przetrzeć drogę do autostrady i pozbyć się jej z domu. Dlaczego miałby ją 

dopuszczać do pracy w gospodarstwie? 

Nie  zrobi  tego.  To  nierealne  marzenia.  Podobnie  jak  nadzieja  Tess,  iŜ  kilkoma 

uśmiechami  i  przyjacielską  rozmową  uda  się  jej  zmienić  podejście  do  Ŝycia,  które 

prezentował  Sheridan.  Dobrze  wiedziała,  co  znaczy  arogancja.  Po  zerwaniu  stosunków  z 

babką, jej jedyną krewną, przeŜyła dziewięć lat, udowadniając sobie, Ŝe nie potrzebuje nikogo 

bliskiego. Dopiero strata Graya i macierzyństwo uświadomiły jej, jak bardzo się myliła.  

Ale czemu Jack miałby postrzegać rzeczywistość w ten sam sposób tylko dlatego, Ŝe ona 

sobie tego Ŝyczyła. Nie  wiedziała teŜ, co zrobić, by  przestał traktować ją jak dopust boŜy,  a 

zauwaŜył w niej kobietę. Nie mogła dłuŜej zaprzeczać, Ŝe ją pociągał, mimo iŜ był ponurym 

człowiekiem i często zachowywał się odpychająco.  

 

Następny dzień nie przyniósł zmiany pogody. Jack zmruŜył oczy, wychodząc ze stajni na 

podwórze  roziskrzone  zimnymi  promieniami  popołudniowego  słońca.  Podmuchy  wiatru  od 

razu przejęły go chłodem, mimo iŜ był ciepło ubrany. Dwie pary skarpet i kalesonów, grube 

dŜinsy,  flanelowa  koszula  i  ciepła  kurtka,  a  takŜe  wełniana  czapka,  rękawice  i  szalik 

sprawiały, Ŝe czuł się jak dobrze utuczony, świąteczny indyk. W dodatku spocił się przy pracy 

i teraz wilgotne plecy przymarzały mu do koszuli. Uszy, nos, palce u rąk i nóg bolały z zimna.  

background image

Postanowił to zignorować. Całą uwagę skupił na wspaniałej klaczy o imieniu Kasjopeja, 

którą właśnie wyprowadził ze stajni na wybieg. Koń zachowywał się niespokojnie. Reagując 

na  gwałtowne  porywy  wiatru,  nerwowo  przebierał  kopytami.  Szarpał  się  na  wodzy,  jakby 

chciał wyrwać ze stawu ramię swojego właściciela.  

– Spokojnie, kochana – mruknął Jack.  

Uchwycił mocniej lejce, oparł nogę na strzemieniu i usadowił się w siodle, nie przestając 

łagodnie przemawiać do zwierzęcia.  

–  Wszystko  w  porządku,  nie  ma  się  czego  bać...  Klacz  nie  ufała  tym  słowom.  Gdy 

poczuła  cięŜar  jeźdźca,  rzuciła  się  w  bok,  próbując  się  go  pozbyć.  Jack  ściągnął  wodze,  a 

Kasjopeja stanęła dęba.  

–  Na  litość  boską!  –  krzyknął,  ściskając  kolanami  boki  konia  i  zmuszając  go  do  biegu 

wzdłuŜ ogrodzenia.  

Początkowo klacz reagowała nerwowo na kaŜdy dźwięk i cień. W końcu jednak łagodny 

ton  głosu  jeźdźca  zaczął  skutkować.  Koń  uspokoił  się  i  zaufał  ranczerowi.  Po  kilku 

okrąŜeniach biegł wyrównanym truchtem.  

Jack czuł napięcie mięśni. Zwykle spędzał w siodle od trzech do sześciu godzin dziennie, 

zaleŜnie  od  tego,  jak  wiele  koni  trenował.  Teraz,  ze  względu  na  silne  mrozy  i  fakt,  Ŝe 

wszystko  musiał  robić  sam,  poświęcał  temu  zaledwie  godzinę,  a  to  oznaczało,  iŜ  konie 

otrzymywały  dziesiątą  część  tygodniowych  ćwiczeń.  Odkąd  więcej  czasu  przebywały  w 

stajni, czuły nadmiar energii i stały się nerwowe. Podobnie jak ich właściciel.  

ZłoŜono ci ofertę pomocy, lecz ją odrzuciłeś, przypomniał sobie Jack. Tego dnia podczas 

lunchu  znów  rozmawiał  o  tym  z  Tess.  BoŜe,  aleŜ  z  niej  uparciucha.  Nie  przyjmowała  do 

wiadomości  niczego,  co  mówił.  Nie  wierzyła,  Ŝe  nic  nie  skłoni  go  do  zmiany  zdania.  Po 

prostu  nie  rozumiała,  iŜ  spędzanie  z  nią  większej  ilości  czasu  było  ostatnią  rzeczą,  której 

pragnął. W kaŜdym razie nie Ŝyczył sobie tego teraz, gdy dowiedział się o niej tak wiele.  

Orientował  się  juŜ,  Ŝe  nie  lubi  brokułów,  przepada  za  czytaniem,  irlandzką  muzyką 

ludową i umie w myślach szybciej sumować kolumny liczb niŜ on na papierze. Wiedział, Ŝe 

poprzednich parę lat spędziła w San Francisco, gdzie razem z ojcem małej Nicki prowadziła 

dochodową  firmę  importową.  Jako  jej  przedstawicielka  zjeździła  cały  świat,  a  ostatnio 

sprzedała wszystko, co posiadała, więc nie ma kłopotów materialnych.  

Pojął równieŜ, iŜ Tess odznacza się wyjątkowym opanowaniem. Wiedział, Ŝe nie leŜy w 

jej  naturze  ani  robienie  kwaśnych  min,  ani  oczekiwanie,  Ŝe  ktoś  dostarczy  jej  rozrywek  na 

odludnym  ranczu,  których  domagała  się  jego  była  Ŝona.  ZauwaŜył,  Ŝe  Tess  śpiewa  pod 

prysznicem,  śpi  na  boku  i  znacznie  lepiej  wygląda  w  jego  koszulach  niŜ  on  sam.  Domyślał 

się,  Ŝe  wyjazd  babki  na wieść  o  jej  przyjeździe  musiał  głęboko  ją  zranić.  W  ogóle  im lepiej 

poznawał Tess, tym trudniej było mu utrzymać w stosunku do niej dystans.  

Jack  rozumiał,  Ŝe  zbyt  wiele  czasu  spędza  na  myśleniu  o  tej  kobiecie.  Choćby  wczoraj, 

gdy przyszło mu do głowy, Ŝe jakoś inaczej wygląda. Złapał się na tym, iŜ przypatruje się jej 

jak zauroczony nastolatek, próbując dociec, czemu tak fascynują go jej kształty.  

Wyprostował  się  w  siodle.  To  chyba  poŜądanie!  Jak  mógł  być  taki  ślepy?  Tyle  czasu 

zajęło  mu,  by  sobie  uświadomić,  iŜ  po  raz  pierwszy,  odkąd  spotkał  Tess,  nie  miała  koszuli 

background image

wypuszczonej na spodnie, a wsuniętą za pasek, co pozwalało zachwycać się linią jej bioder.  

Ta myśl poraziła go jak gromem. Sekundę później jeden z kotów przesiadujących zwykle 

w stajni wyskoczył z cienia i śmignął wprost pod kopyta Kasjopei. Klacz przestraszyła się. Jej 

przednie nogi rozjechały się na zmarzniętych grudach ziemi.  

Jack nie miał Ŝadnych szans. Przez głowę przemknęła mu jeszcze jakaś myśl o Tess, a po 

chwili  wylatywał  z  siodła  i  ponad  łbem  zwierzęcia  lądował  na  ziemi.  Uderzenie  o  podłoŜe 

było  tak  silne,  Ŝe  jeździec  ujrzał  gwiazdy  przed  oczami.  Znalazł  się  pod  koniem  i  stracił 

przytomność.  

 

Tess  wcisnęła  się  głębiej  w  fotel  przy  kominku.  Z  czułością  obserwowała  kołysaną  w 

ramionach córeczkę.  

– No, czemu mi się tak przyglądasz? – przekomarzała się z niemowlęciem, które wielkimi 

niebieskimi oczami wpatrywało się w jej twarz.  

Nie minął miesiąc od porodu, a ona nie umiała wyobrazić sobie Ŝycia bez Nicki.  

–  Nie  chcesz  ze  mną  rozmawiać?  To  pewnie  dyplomatyczne  milczenie  albo  bierzesz 

przykład z Jacka.  

Dziecko  poruszyło  się  na  dźwięk  imienia  męŜczyzny.  CzyŜby  maleństwo  łączyła  z  nim 

więź psychiczna, o której sama tak marzyłam, pomyślała Tess, pieszcząc  brzuszek córeczki. 

Przynajmniej  mała  była  syta.  Tess  juŜ  dawno  przygotowała  obiad,  lecz  niczego  nie  jadła  w 

oczekiwaniu  na  Jacka,  który  winien  był  wrócić  prawie  godzinę  temu.  Przez  moment 

zastanawiała  się,  czy  nic  mu  się  nie  stało,  lecz  zaraz  odsunęła  od  siebie  tę  myśl,  by  nie 

wywoływać  wilka  z  lasu.  Było  przecieŜ  bardziej  prawdopodobne,  Ŝe  po  wymianie  zdań 

podczas  lunchu  Jackowi  nie  spieszyło  się  do  domu.  Jedyne,  co  wówczas  zyskała  w 

odpowiedzi  na  swoją  ofertę  pomocy,  to  obietnicę,  iŜ  rzecz  zostanie  rozwaŜona,  gdy  zelŜeją 

mrozy.  

Tess westchnęła cięŜko i ułoŜyła dziecko w wygodniejszej pozycji.  

–  Nie  powinnam  tracić  panowania  nad  sobą  w  rozmowach  z  Jackiem,  jeśli  chcę  z  nim 

wygrać – wyznała córeczce. – Nie mam, niestety, twoich zalet. Nie jestem ani taka maleńka, 

ani taka słodziutka. Pan Sheridan nie mięknie na sam mój widok. Prawdę mówiąc, chyba go 

irytuję...  

Zamilkła,  zaalarmowana  zachowaniem  psów,  które  zerwały  się  sprzed  kominka  i  ze 

skomleniem pobiegły do drzwi. Po chwili stanął w nich Jack.  

Tess  ogarnęła  go  spojrzeniem  i  ból  ścisnął  jej  serce.  Jack  wszedł  do  mieszkania  z 

pobladłą  twarzą  i  zaciśniętymi  ustami.  Cały  się  trząsł.  Prawą  rękę  obronnym  gestem 

przycisnął  do  boku.  Potargane  włosy  i  oblepione  brudnym  śniegiem  ubranie  stanowiły 

dopełnienie ponurego obrazu.  

Tess poderwała się z fotela.  

– Co się stało? – zawołała.  

– Nic – rzucił krótko, mocniej zaciskając wargi.  

– Oczywiście – powiedziała, odpędzając psy, które łasiły się do pana. – Zwykle wracasz 

do domu właśnie w takim stanie.  

background image

Jack z niejakim zaskoczeniem obejrzał własną kurtkę i westchnął.  

– No dobrze. Miałem mały problem – przyznał, niepewnym krokiem kierując się w stronę 

szafki z lekarstwami.  

Tess podąŜyła za nim, zastanawiając się, co czuje: zatroskanie czy irytację.  

– Jaki problem? Koń się na ciebie przewrócił? 

Jack spojrzał na nią tak, iŜ zrozumiała, Ŝe trafiła w dziesiątkę.  

– Dobry BoŜe – mruknęła.  

Nie zwracając uwagi na swojego gościa, ranczer z wyraźnym wysiłkiem otworzył szafkę, 

wydobył buteleczkę z aspiryną i stał nieruchomo, jakby się nad czymś zastanawiał. Potem z 

westchnieniem obrócił się do Tess.  

– Mogłabyś wyjąć proszki? – zapytał.  

Tess  otworzyła  buteleczkę  i  wysypała  z  niej  na  dłoń  trzy  pastylki.  Napełniła  wodą 

szklankę.  

– Co z koniem? – zainteresowała się.  

– Nigdy nie czuł się lepiej.  

– A ty? Złamałeś coś sobie? 

–  Tylko  się  potłukłem  –  odparł,  biorąc  od  niej  szklankę  tak  trzęsącą  się  ręką,  Ŝe  wylał 

trochę wody na podłogę.  

Powinien się rozgrzać, pomyślała Tess. I to zarówno od zewnątrz, jak i wewnętrznie.  

–  Usiądź,  przyniosę  kawę  –  zaproponowała.  Odprowadziła  go  spojrzeniem,  gdy 

chwiejnym  krokiem  zbliŜał  się  do  ognia.  Nie  usiadł,  jak  mu  radziła,  tylko  stanął  zwrócony 

twarzą do kominka.  

Tess odwróciła wzrok, ciągle zastanawiając się nad sprzecznymi odczuciami, jakie budził 

w niej Jack. Z jednej strony miała ochotę otoczyć go opieką, ukoić ból, przygładzić potargane 

włosy,  a  nawet  oprzeć  mu  głowę  na  ramieniu  i  rozpłakać  się  z  ulgi,  Ŝe  nie  zrobił  sobie 

krzywdy. Z drugiej gotowa była na niego nakrzyczeć.  

Pokiwała  głową  i  poszła  zaparzyć  kawę.  Po  drodze  do  kuchni  zajrzała  do  garderoby, 

obiecując sobie być cierpliwą w stosunkach z gospodarzem rancza.  

– Jack? 

Sheridan otworzył oczy i wziął od Tess kubek z gorącym napojem. ZauwaŜyła, Ŝe juŜ nie 

trzęsła mu się ręka. Widać pod wpływem ciepła powoli dochodził do siebie.  

– Dziękuję – powiedział, pijąc gorący napój.  

– Nie ma za co – rzekła Tess i wyciągnęła ku niemu rękę. chcąc rozpiąć kurtkę.  

Jack  nabrał  powietrza  w  płuca,  by  zneutralizować  ból.  który  poczuł,  gdy  gwałtownym 

ruchem chwycił Tess za przegub dłoni.  

– Co masz zamiar zrobić? – zapytał.  

– Rozebrać cię i obejrzeć potłuczenia.  

– Daj sobie spokój. – Uwolnił jej rękę i cofnął się o krok.  

– Nie ma mowy.  

Tess podeszła bliŜej, spokojnie rozpięła guziki kurtki Jacka.  

– Zamierzasz mnie powstrzymać? – spytała.  

background image

– Oczywiście.  

Jacka  przeniknął  dreszcz.  Tess  spojrzała  mu  w  oczy  i  zdecydowała,  Ŝe  czas  skończyć  z 

udawaniem.  

– Słuchaj – zaczęła lekko drŜącym głosem. – Jest tak zimno, Ŝe mogłeś zamarznąć. Jeśli 

nic powaŜnego ci się nie stało i masz tylko parę siniaków, a Ŝadnych odmroŜeń, to tym lepiej. 

Upewnijmy się jednak, czy tak jest.  

– Sam sobie poradzę.  

–  Oczywiście,  ale  po  tym  wszystkim,  co  dla  mnie  zrobiłeś,  chciałabym  ci  pomóc. 

MoŜemy ogłosić zawieszenie broni? 

– No dobrze, jeśli ci na tym zaleŜy...  

– ZaleŜy.  

Zanim  Jack  zdąŜył  zmienić  zdanie,  Tess  szybko  rozpięła  mu  kurtkę,  ciepłą  kamizelkę  i 

koszulę. Starając się nie myśleć o tym, jak intymnej czynności dokonuje, wyciągnęła Jackowi 

koszulę ze spodni i wsunęła dłonie pod jej poły.  

– Najpierw lewy bok, dobrze? 

Skinął  głową  i  odstawił  kubek  z  kawą  na  półkę  nad  kominkiem,  by  Tess  mogła  zsunąć 

trzy warstwy odzieŜy z lewego ramienia. Westchnęła, wpatrując się we wspaniale umięśnione 

barki  i  klatkę  piersiową  tego  męŜczyzny.  Potem  delikatnie  pomogła  mu  zsunąć  rękaw.  Jack 

drgnął raz i drugi, gdy Tess palcami musnęła jego Ŝebra.  

– Boli? – spytała.  

– Nie – odparł, lecz mu nie uwierzyła.  

Po pierwsze wypowiedział to zbyt ostrym tonem, po drugie widziała, jak mocno zaciska 

szczęki. Powoli, bardzo delikatnym ruchem przesunęła ciepłą dłonią po skórze.  

– Na litość boską! – krzyknął. – MoŜesz się z tym pospieszyć? 

Ten  okrzyk  tak  bardzo  ją  zaskoczył,  Ŝe  instynktownie  przylgnęła  do  niego  i  dopiero  po 

chwili uniosła głowę.  

– Tak, jeśli przestaniesz na mnie wrzeszczeć – powiedziała.  

Patrzyli  sobie  w  oczy,  stojąc  tak  blisko,  Ŝe  Tess  poczuła,  jak  oblewają  gorąco  i  braknie 

tchu  w  piersiach.  Nie  wiedziała,  czemu  nie  moŜe  oderwać  wzroku  od  tego  człowieka.  W 

ogóle  nie  była  w  stanie  logicznie  myśleć,  gdy  otoczył  ją  ramieniem  i  mocno  do  siebie 

przycisnął. Zaskoczyła ją reakcja własnego ciała. Była bardzo podniecona. Gdy Jack opuścił 

głowę,  rozchyliła  wargi,  traktując  to  jak  najnaturalniejszą  rzecz  na  świecie.  Westchnęła  z 

rozkoszy, gdy przykrył je ustami.  

Jack  był  bardzo  spragniony  jej  pocałunków.  Całował  gwałtownie,  gorąco.  Tess  nie 

wyobraŜała  sobie,  Ŝe  moŜe  odczuwać  coś  podobnego  i  odpowiadać  na  erotyczne  bodźce  z 

równą gorliwością i oddaniem. Brakło jej tchu, a serce tłukło się w piersi jak oszalałe.  

Zarzuciła  Jackowi  ręce  na  szyję  i  przytuliła  się  do  niego  mocno.  Jęknął  głośniej  niŜ  za 

pierwszym razem i pogłębił pocałunek. Tess czuła, jak bardzo jest podniecony. Całowali się 

długo, gorąco... dopóki w ciszę pokoju nie wdarł się dźwięk brzęczyka.  

Jak  przebudzony  ze  snu,  Jack  podniósł  głowę,  ignorując  pomruk  protestu  Tess,  która 

pocałowała  go  w  policzek,  potem  w  szyję,  nie  mogąc  wydobyć  z  siebie  ani  słowa.  Z 

background image

ogromnym trudem uświadomiła sobie, Ŝe męskie ramię, do którego tuli policzek, jest dziwnie 

twarde. Podniosła wzrok i osłupiała na widok wyrazu twarzy Sheridana.  

– Zaczekaj... – spróbowała uprzedzić jego reakcję.  

– To był... błąd – powiedział głucho Jack i szybko cofnął się o krok.  

Powstrzymał ją spojrzeniem przed jakimkolwiek ruchem. Ściągnął koszulę i rzucił ją na 

podłogę.  

– Och! – Tess westchnęła głośno.  

Nie  wiedziała,  co  bardziej  wytrąciło  ją  z  równowagi.  Widok  potłuczeń  Jacka,  jego 

zachowanie czy fakt, Ŝe pokarm ulał się z jej piersi i zmoczył koszulę.  

Musiała się przesłyszeć. Co Jack mówił? 

– Wybacz. To nie powinno się zdarzyć – powtórzył. Tess zbladła. Do jej uszu znów dotarł 

dźwięk brzęczyka.  

– Co to? – spytał poirytowany Jack.  

–  Suszarka  –  odpowiedziała  Tess,  zastanawiając  się,  co  w  tych  okolicznościach  brzmi 

bardziej surrealistycznie: pytanie czy odpowiedź. – WłoŜyłam do niej twoją koszulę, Ŝeby się 

ogrzała.  

– Dziękuję, to zbyteczne.  

– Dla ciebie wszystko jest zbyteczne – mruknęła, nim zdąŜyła ugryźć się w język.  

Zrozumiała, Ŝe musi  wyjść z tego pokoju, bo wzburzone hormony i zranione serce kaŜą 

jej zaraz zrobić coś głupiego, na przykład zatonąć we łzach lub spoliczkować Jacka.  

–  Lepiej  połoŜę  Nicki  spać  –  rzekła  i  sięgnęła  po  dziecko.  Niemowlę  szybko  dało  się 

uśpić. Tess wzięła je na ręce i poszła na górę. W drodze do sypialni uświadomiła sobie, Ŝe nic 

nie jadła. Za to równieŜ Jack winien ponieść odpowiedzialność.  

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Jack nie mógł włoŜyć kamizelki. Zdenerwowany stał na środku kuchni i próbował sobie 

wmawiać,  Ŝe  to  wszystko  drobiazg.  Wstał  dziś  trochę  później.  Konie  powinny  być 

nakarmione jakąś godzinę temu, lecz biorąc pod uwagę, jak bardzo czuł się wykończony, i tak 

zdobył  się  na  wiele.  Jeśli  tylko  uda  mu  się  naciągnąć  na  plecy  tę  diabelną  kamizelkę,  zaraz 

wyjdzie z domu.  

Zmobilizował  wszystkie  siły  i  spróbował  jeszcze  raz.  Obolałą  prawą  ręką  przytrzymał 

materiał,  by  po  raz  trzeci  juŜ  mu  się  nie  wyśliznął.  Potem  szybko  sięgnął  zdrową  ręką  za 

plecy, chcąc schwycić kamizelkę i wsunąć palce w otwór rękawa.  

Tym  razem  szczęście  mu  dopisało.  Właśnie  wkładał  dłoń,  gdzie  trzeba,  kiedy  z  tyłu 

dobiegł kobiecy głos.  

– Dzień dobry – powiedziała Tess.  

Odwrócił  się  gwałtownie  i  natychmiast  poczuł  ostre  ukłucie  w  prawym  boku.  Ciało 

przeniknęła fala dojmującego bólu. Oblał się potem. DrŜały mu ręce. Zaklął, widząc, jaki jest 

słaby.  

Tess  pozornie  nie  zwracała  uwagi  na  kłopoty  Jacka.  Minęła  go  i  podeszła  do  szafki,  by 

wyjąć z niej dzbanek i zaparzyć kawę.  

– Myślałam, Ŝe juŜ wyszedłeś – rzuciła obojętnie, napełniając naczynie wodą.  

W jej głosie pobrzmiewał jakiś nie znany Jackowi ton.  

– Jeszcze nie – odparł.  

– Zaspałeś? 

– Coś w tym rodzaju.  

Jack nie miał zamiaru przyznać, iŜ spędził okropną noc w fotelu przy kominku, obawiając 

się,  Ŝe  jeśli  się  połoŜy,  nie  zdoła  wstać.  Tess  nie  musiała  wiedzieć,  iŜ  miał  na  nogach  buty 

tylko  dlatego,  Ŝe  wieczorem  nie  mógł  ich  zdjąć.  Nie  będzie  się  z  niczym  zdradzał  przed 

osobą, która właśnie wyszła odświeŜona spod prysznica i aŜ tryskała energią. Nie w sytuacji, 

gdy  wczoraj  popełnił  kardynalny  błąd  z  pocałunkiem.  Dziś  Tess  wyraźnie  nie  zwracała  nań 

uwagi,  choć  on  kaŜdym  centymetrem  skóry  odczuwał  jej  obecność.  A  wydawało  się,  Ŝe 

pocałunek  sprawił  jej  przyjemność...  Tess  jeszcze  raz  przeszła  obok  Jacka,  odurzając  go 

swoim  zapachem.  OstroŜnie  odwrócił  się  i  odprowadził  ją  wzrokiem,  gdy  podeszła  do 

kominka, by dorzucić drew do ognia.  

– Nie denerwujesz się, Ŝe konie są głodne? 

– Właśnie wychodzę – mruknął Sheridan, rezygnując ostatecznie z włoŜenia kamizelki i 

sięgając po kurtkę.  

– Aha.  

Było coś w głosie Tess, co kazało mu się zatrzymać.  

– O co chodzi? – zapytał.  

– Pomyślałam, Ŝe byłoby lepiej, gdybyś zostawił mi numer telefonu swojej matki.  

– Dlaczego? 

background image

Jack starał się nie stracić panowania, gdy Tess znów go minęła, idąc po kubek z kawą, co 

zmusiło go do kolejnego obrotu.  

–  Bo  jeśli  ktoś  umiera,  naleŜy  zawiadomić  krewnych  –  wyjaśniła  spokojnie  i  wzięła  do 

ręki parujący kubek.  

– Dzięki za troskę, lecz nie sądzę, by mi coś groziło.  

– Tak ubrany nie przetrwasz na mrozie nawet pięciu minut.  

– Jak ubrany? 

– Na litość boską, Jack. Nie tylko nie masz na sobie ciepłej kamizelki, lecz nawet koszuli 

nie zapiąłeś.  

– Wcale nie muszę tego robić – odparł, wzruszając ramionami.  

– Oczywiście. Tak bardzo jesteś zajęty udawaniem twardego faceta.  

– Naprawdę? Nie byłbym w takim stanie, gdybyś ty ubierała się i zachowywała inaczej.  

– Co to ma znaczyć? 

Dobry  BoŜe,  czemu  wymknęło  mi  się  z  ust  coś  takiego,  pomyślał  Jack,  walcząc  z 

guzikami kurtki.  

– Nic. Zapomnij o tym – rzekł.  

– Nie. Chcę...  

–  NiewaŜne,  czego  chcesz  –  przerwał  –  a  nawet  to,  czego  ja  chcę.  Wychowałaś  się  na 

farmie,  więc  musisz  wiedzieć,  Ŝe  czy  się  tego  chce,  czy  nie,  zwierzęta  muszą  zostać 

nakarmione.  

Nie  mogąc  za  nic  w  świecie  poradzić  sobie  z  kurtką,  Jack  poddał  się,  zniechęcony. 

WłoŜył  zdrową  rękę  w  lewy  rękaw,  a  na  prawe  ramię  po  prostu  kurtkę  narzucił.  W  końcu 

uczynił krok w stronę drzwi.  

– Więc pozwól mi to zrobić.  

– Co? 

Zatrzymał  się  i  spojrzał  na  Tess  w  przekonaniu,  Ŝe  musiał  ją  źle  zrozumieć.  Ona  sama 

ledwie mogła uwierzyć, iŜ po tym, jak zachował się ostatniego wieczoru, ofiarowała się mu z 

pomocą, choć nie był tego wart.  

Ale... jest taki potłuczony. Nawet z kurtką sobie nie radzi. Poza tym czuła się spragniona 

ś

wieŜego powietrza.  

– Powiedziałam, Ŝe mogę to zrobić – powtórzyła.  

–  Tak...  Dziękuję,  ale  jednak...  nie.  Namęczysz  się  tylko  i  niewiele  zrobisz.  Nie  wiesz, 

gdzie co jest, ani któremu koniowi dać taką czy inną paszę. Nie masz pojęcia, który gryzie, a 

który kopie...  

Tess  juŜ  chciała  stwierdzić,  Ŝe  gdyby  wcześniej  pozwolił  sobie  pomóc,  nie  byłoby  tego 

problemu, lecz się pohamowała.  

– MoŜesz mi wszystko wyjaśnić – odrzekła.  

– Nie sądzę. Zbyt duŜo jest rzeczy do zapamiętania.  

–  Ja  tylko  urodziłam  dziecko,  nie  przechodziłam  lobotomii.  Mogę  sobie  wszystko 

zanotować.  

– Trzeba się nieźle nadźwigać, a ty zaledwie miesiąc temu przeŜyłaś poród...  

background image

– Minęło juŜ pięć tygodni. Mam niezłą kondycję.  

– Jeśli coś się stanie...  

– Nic się nie stanie, a jeśli nawet, zajmiesz się mną, tak jak to robiłeś wcześniej.  

Stojąc  niedaleko  Jacka,  Tess  mogła  obserwować,  jak  zmienia  mu  się  wyraz  twarzy,  od 

zniecierpliwienia  przez  zdziwienie  po  konsternację.  Najwyraźniej  nie  odpowiadała  mu 

sytuacja, w której czułby się zaleŜny od kobiety.  

– Nie ustąpisz, prawda? – upewnił się. Potrząsnęła głową.  

– No dobrze, jeśli jesteś pewna... – rzekł z westchnieniem.  

– Tak. Wezmę tylko papier i ołówek.  

Chwilę  później  siedzieli  razem  przy  stole.  Najpierw  z  rezerwą,  potem  z  coraz  większą 

łatwością wyjawiał jej wszystkie szczegóły pracy w stajni, upodobania poszczególnych koni, 

skład  paszy  i  inne  detale.  Wyjaśnił  teŜ,  jak  sprawdzić  system  ogrzewania  i  włączyć 

automatyczne dostarczanie wody do kaŜdego boksu.  

Pół  godziny  później  Tess  uzbrojona  w  kilka  stron  notatek  była  gotowa  do  wyjścia. 

Rzuciła  okiem  na  Sheridana,  który  siedział  na  krześle  tak,  by  nie  urazić  prawego  boku. 

Zastanowiła  się,  jak  uporał  się  z  butami,  skoro  włoŜenie  kurtki  okazało  się  barierą  nie  do 

pokonania.  Nagle  uświadomiła  sobie,  Ŝe  Jack  jest  w  tym  samym  ubraniu,  co  wczoraj,  i 

wszystko zrozumiała. Nawet to, dlaczego nie wziął prysznica, choć ciepła woda doskonale by 

zrobiła nadweręŜonym mięśniom...  

Podjęła nagłą decyzję. Nie namyślając się długo, uklękła przy krześle.  

– Co robisz? – spytał zdumiony Jack.  

– Masz zabłocone buty – odrzekła, nie patrząc mu w oczy – a wczoraj umyłam podłogę.  

Na  tyle  go  juŜ  znała,  iŜ  zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  odrzuci  kaŜdy  przejaw  troski  z  jej 

strony,  twierdząc,  Ŝe  sam  się  sobą  zajmie.  Sięgnęła  do  buta  Jacka  i  z  pewnym  trudem 

ś

ciągnęła go z muskularnej nogi. To samo zrobiła z drugim.  

– Tess...  

Uniosła  wzrok  i  od  razu  pojęła,  Ŝe  to  był  błąd.  Zielone  oczy  męŜczyzny  oŜywiły  w  jej 

pamięci  aurę  wczorajszego  pocałunku.  Tess  wprost  czuła  na  wargach  usta  Jacka,  a  pod 

palcami  miękkość  jego  włosów.  Przypomniała  sobie  własne  podniecenie  w  chwili,  gdy  ją 

przytulał.  

Wstrzymała oddech i uniosła się z kolan, przymykając oczy...  

–  Lepiej  juŜ  idź  –  powiedział  Jack  schrypniętym  głosem.  Tess  zaczerwieniła  się,  nie 

wiedząc, co się z nią dzieje.  

Czemu nie przestanie się narzucać temu człowiekowi? JuŜ kładła rękę na klamce, gdy się 

odezwał.  

– Tess? 

– Co? Milczał chwilę.  

– UwaŜaj na siebie – mruknął w końcu.  

Kiedy  wróciła,  Jack  spał  na  fotelu  w  jej  sypialni.  Tak  go  sobie  ustawił,  by  móc 

obserwować dziecko i patrzeć w okno wychodzące na stajnię.  

Jedno spojrzenie wystarczyło, Ŝeby stwierdzić, iŜ się wykąpał. Świadczyły o tym lśniące 

background image

włosy.  Widać  próbował  nawet  się  ogolić  lewą  ręką,  bo  zaciął  się  parę  razy.  WłoŜył  świeŜą, 

białą  koszulę  i  jakieś  stare,  wypłowiałe  dŜinsy.  Nicki  spała  mu  na  kolanach,  bezpiecznie 

podtrzymywana lewym ramieniem. Tess nie potrafiła oderwać oczu od nich dwojga.  

Stała  nieruchomo,  choć  z  nie  ogrzewanego  korytarza  ciągnęło  chłodem  i  wiedziała,  Ŝe 

powinna zamknąć drzwi, lecz jakoś nie potrafiła tego zrobić. Mówiła sobie, iŜ nie chce zrobić 

niczego,  co  obudziłoby  śpiących,  lecz  tak  naprawdę  pragnęła  patrzeć  na  Jacka,  sama  nie 

będąc  obserwowaną.  Sprawiało  jej  to  dziwną  przyjemność.  Trwała  bez  ruchu,  delektując  się 

widokiem. Nawet we śnie zapewniał bezpieczeństwo jej córeczce, choć ciągle był pochmurny 

i gniewnie zaciskał usta.  

Większość  ludzi  spokojniej  wyglądała,  śpiąc,  ale  nie  Jack.  Najgorsze  jednak,  Ŝe  to  jej 

wcale  nie  przeszkadzało.  MoŜe  pod  wpływem  świeŜego  powietrza  w  ciągu  ostatnich  godzin 

Tess doszła do paru istotnych wniosków. Po pierwsze, Ŝe jej uczucie wobec Jacka to więcej 

niŜ wdzięczność. Po drugie. Ŝe chce być dla niego kimś waŜniejszym niŜ tylko przyjaciółką. 

Bardzo ją obchodził. MoŜliwe, Ŝe... w nim się zakochała.  

Uśmiechnęła się do własnych myśli. No dobrze. Przyznała to, rozwaŜyła taką moŜliwość. 

Uznała,  Ŝe  reakcja  jej  ciała  na  pocałunek  Jacka  nie  była  tylko  efektem  poporodowej  burzy 

hormonów.  

Uśmiech zniknął jej z twarzy. Mogła sobie Ŝartować, lecz prawda była taka, iŜ niezaleŜnie 

od  jej  wniosków,  ten  męŜczyzna  nie  zamierzał  niczego  ułatwiać.  Co  prawda  poŜądał  jej 

fizycznie, o czym mogła się przekonać, jednak z pewnością nie podzielał jej uczuć.  

– Wróciłaś. – Jack otworzył oczy.  

–  Tak  –  odparła,  konstatując  ze  zdumieniem,  Ŝe  przez  kilka  sekund  wydawał  się 

uszczęśliwiony jej widokiem.  

– Chyba się trochę zdrzemnąłem.  

– Owszem.  

Jack wyprostował się ostroŜnie, by nie zbudzić dziecka, i przetarł ręką twarz. Skrzywił się 

przy tym, bo zabolało go ramię.  

– Wszystko w porządku? – zapytał.  

–  Oczywiście  –  odparła  rozczulona  widokiem  zatroskania  na  twarzy  męŜczyzny.  – 

Poradziłam  sobie.  Konie  były  głodne,  lecz  nie  rozrabiały.  Tylko  siwek  okazał  się  bardziej 

niespokojny, więc nakarmiłam go na początku, tak jak mi radziłeś.  

– A co z klaczą? Obejrzałaś ją? 

– Ma stłuczoną nogę, ale to nic powaŜnego. Lepiej wygląda niŜ ty.  

– Coś jeszcze? Potrząsnęła głową.  

– Wszystko było tak, jak powiedziałeś. Konie są piękne. Trochę je potrenowałam. Byłoby 

ś

wietnie, gdyby nie mróz.  

Przez chwilę w sypialni panowała cisza.  

– Ten pokój inaczej wygląda – zauwaŜył Jack, rozejrzawszy się dokoła.  

Tess  niewiele  zrobiła.  Zdjęła  tylko  falbaniaste  zasłony,  a  powiesiła  coś  praktyczniej 

szego.  Zamieniła  teŜ  pretensjonalną  narzutę  na  zwykły  koc.  Zlikwidowała  baldachim  nad 

łóŜkiem i pościągała z krzeseł pokrowce, by cieszyły wzrok naturalnym błękitem obić. Pokój 

background image

prezentował  się  teraz  znacznie  skromniej,  lecz  bardziej  po  domowemu,  o  czym  Jack 

przekonał się znacznie wcześniej, składając tu potajemnie nocne wizyty.  

– Pytałam, czy nie masz nic przeciwko temu, pamiętasz? 

– Nie narzekam. Sypialnia wygląda lepiej.  

– Cieszę się, Ŝe tak uwaŜasz.  

Tess zachęcona komplementem zebrała się na odwagę.  

– Jack, jeśli chodzi o wczorajszy wieczór... Z twarzy Sheridana zniknął przyjazny wyraz.  

– Nie ma o czym mówić – uciął krótko.  

–  Jednak  jest  –  powiedziała  spokojnie.  –  Myślałam  o  tym,  co  zaszło,  i  doszłam  do 

wniosku, Ŝe miałeś rację.  

– W jakiej sprawie? – spytał po chwili martwej ciszy.  

– Kiedy uznałeś, Ŝe nasz związek nie miałby sensu.  

– Tak... oczywiście.  

– To świetnie – rzekła z udaną obojętnością. – Obawiałam się, iŜ źle to zrozumiesz.  

– Co? 

–  Moją  reakcję.  To,  Ŝe  się  tak  do  ciebie  przykleiłam.  Po  prostu...  –  Umilkła,  szukając 

właściwego słowa. – Chodzi o to, Ŝe dawno nikt mnie nie całował. No i te wszystkie zmiany 

hormonalne w ostatnich miesiącach... Teraz uświadomiłam sobie, Ŝe nie chodziło o ciebie. To 

kwestia... chwili. Coś... z tych rzeczy.  

Przez moment Ŝadne z nich nie wyrzekło ani słowa. Potem z ust Jacka wyrwał się krótki 

okrzyk.  

– To było... miłe – dorzuciła szybko Tess, by Jack nie pomyślał, iŜ zamierzała go zranić.  

Popatrzył na nią w sposób, którego nie potrafiła odszyfrować.  

– Miłe – powtórzył.  

– Rozumiem, Ŝe o wszystkim, o czym powiedziałam, sam wiedziałeś juŜ duŜo wcześniej.  

– O, tak.  

– Nie chcę, byśmy trwali w jakiejś niezręcznej sytuacji.  

– Tess zbliŜyła się o kilka kroków. – Bądźmy przyjaciółmi – zaproponowała.  

– Oczywiście – zgodził się Jack.  

Uścisnęli  sobie  ręce.  Dotknięcie  dłoni  sprawiło,  iŜ  ciała  obojga  przeniknął  dreszcz. Jack 

nie dał poznać po sobie, co czuje.  

– Pójdę juŜ – mruknął.  

–  Zaczekaj  chwilę.  –  Tess  podeszła  jeszcze  bliŜej,  by  przyjrzeć  się  stłuczeniu  na  jego 

skroni.  

– Co ty robisz, u licha? – zirytował się Sheridan.  

Tess starała się nie zwracać uwagi na wzajemną bliskość, która sprawiała, Ŝe czuła ciepło 

jego oddechu.  

– Nie najlepiej to wygląda – zauwaŜyła i delikatnie odgarnęła włosy Jacka, by dokładniej 

zbadać obraŜenie. – Nie miałeś bólu głowy? 

–  Jak  dotąd,  nie  –  odparł,  przesuwając  wzrok  na  usta  dziewczyny,  co  sprawiło,  Ŝe 

zarumieniła się i zaczęła szybciej oddychać.  

background image

Nicki uratowała sytuację. Obudziła się właśnie i głośno zapłakała. Jak wyrwany z transu, 

Jack  błyskawicznie  przeniósł  spojrzenie  na  dziecko.  Nie  zwaŜając  na  ból  w  potłuczonym 

boku, uniósł małą i podał ją matce.  

–  Lepiej  zajmij  się  dzieckiem  –  powiedział.  Upewniwszy  się,  Ŝe  niemowlę  bezpiecznie 

spoczywa w ramionach Tess, wyszedł z pokoju. Tess spojrzała na córeczkę.  

– Trafiłaś w dobry moment – powiedziała.  

Nicki  zupełnie  nie  przejmowała  się  sprawami  dorosłych.  Ufnie  wpatrywała  się  w  twarz 

matki.  Tess  pokręciła  głową,  lecz  widok  pogodnej  buzi  dziecka  sprawił,  iŜ  szybko  się 

rozchmurzyła. Właściwie to nawet lepiej, Ŝe Jack wyszedł, pomyślała. Jeszcze chwila, a Nicki 

nie byłaby jedyną kobietą w jego ramionach i cały układ o przyjaźni straciłby sens.  

Usiadła  w  fotelu,  z  którego  przed  chwilą  wstał  gospodarz  domu.  Westchnęła  lekko, 

czując  jeszcze  ciepło  jego  ciała.  Przypomniała  sobie  wyraz  twarzy  Sheridana  w  chwili,  gdy 

usłyszał, Ŝe jego pocałunek był... miły.  

– Skończyłeś? 

Jack  zamarł  w  bezruchu,  gdy  Tess  pochyliła  się,  by  po  obiedzie  wziąć  od  niego  talerz. 

Niechcący dotknęła piersią jego ramienia. Jack jednocześnie poczuł ciepło jej ciała i delikatny 

zapach skóry. Odsunął się gwałtownie.  

– Mówiłem, Ŝe sam pozmywam.  

– Wiem, ale pomyślałam, iŜ posprzątam tu trochę, zanim nakarmię Nicki.  

Tess  zostawiła  Jackowi  jego  kubek  z  kawą,  zabrała  talerz,  sztućce  i  podeszła  do 

zlewozmywaka.  Po  drodze  włączyła  radio  i  zaczęła  podśpiewywać  piosenkę  sączącą  się  z 

głośnika.  

Wyglądała...  świetnie.  Wcześniej  teŜ  się  nieźle  prezentowała,  ale  teraz...  Dwa  dni  ruchu 

na świeŜym powietrzu wcale jej nie zaszkodziły. Miała zdrową cerę i zgrabną figurkę. Wcale 

nie wyglądała na matkę niemowlęcia.  

Jack nie dbał o to. W końcu byli jedynie przyjaciółmi. Nic między nimi nie zaszło poza 

„miłym”  pocałunkiem.  Nawet  przed  sobą  nie  chciał  przyznać,  jak  bardzo  zabolało  go  to 

określenie.  Gorzej,  Ŝe  ciągle  wierząc,  iŜ  całowanie  Tess  było  błędem,  miał  ochotę  na 

powtórkę.  Pragnął  teŜ  innych  rzeczy  i  to  takich,  do  których  słowo  „miłe”  zupełnie  nie 

pasowało.  

Obserwował  Tess,  która  nie  bacząc  na  to,  spokojnie  zaczęła  porządkować  talerze.  Jej 

smukła, wysoka sylwetka poruszała się rytmicznie w takt muzyki. Odeszła od zlewu, przetarła 

stół, a potem wzięła Nicki na ręce i usiadła z nią przy kominku. Sprawdziła dziecku pieluszkę 

i spojrzała na Jacka.  

– Mówiłam ci, Ŝe postanowiłam nie wracać do San Francisco? 

–  Nie  –  odparł,  próbując  sobie  wmówić,  Ŝe  jej  plany  zupełnie  go  nie  obchodzą.  –  A  co 

zamierzasz? – spytał.  

–  Jeszcze  nie  zdecydowałam.  Najpierw  muszę  się  przekonać,  jak  ułoŜą  się  stosunki  z 

babcią. Ale myślałam o poprowadzeniu turystycznego rancza.  

– śartujesz.  

– Nie.  

background image

– Słyszałem, Ŝe w Montanie jest ładnie.  

Tess roześmiała się, traktując słowa Jacka jak dobry Ŝart.  

– Dzięki za radę, lecz wolę zamieszkać gdzieś bliŜej.  

– BliŜej czego? 

– Domu.  

Słowa  Tess  wstrząsnęły  Jackiem.  Dotąd  zawsze  myślał,  Ŝe  jej  pobyt  na  farmie  Mary 

Danielson potrwa tylko przez jakiś czas. Nie przyszło mu do głowy, iŜ osiedli się tu na stałe.  

Spróbował wyobrazić sobie, jak by to było, gdyby Tess i Nicki zostały z nim na stałe. Na 

samą myśl poczuł ogromne poruszenie.  

–  Nie  sądzisz,  Ŝe  to  nierozsądna  decyzja  w  sytuacji,  gdy  się  ma  małe  dziecko?  Chcesz 

skazać Nicki na Ŝycie w tak odludnym miejscu? 

Małej  nie  trzeba  było  zmieniać  pieluszki,  więc  Tess  ułoŜyła  ją  wygodnie,  a  sama 

wyprostowała się w fotelu, co pozwoliło Jackowi spostrzec zarys jej piersi wychylających się 

z bluzki, którą rozpięła przed karmieniem.  

– Co masz na myśli? – spytała.  

– To, Ŝe nie kaŜdy nadaje się do egzystencji na pustkowiu. Sama się o tym przekonałaś. 

Nienawidziłaś  tego  tak  bardzo,  Ŝe  stąd  uciekłaś  –  powiedział,  wstał  od  stołu  i  wziął  się  za 

zmywanie.  

–  Wcale  nie  nienawidziłam  –  zaprotestowała.  – Ale  miałam  dziewiętnaście  lat  i  niczego 

jeszcze  w  Ŝyciu  nie  widziałam.  Marzyłam  o  college’u,  chciałam  zakosztować  miejskich 

rozrywek  i  zobaczyć  kawałek  świata,  zanim  osiądę  gdzieś  na  stałe.  Tylko  Ŝe  babcia  nie 

chciała  o  tym  słyszeć.  Nie  godziła  się  na  Ŝaden  kompromis.  Mogłam  zostać  albo  odejść. 

Nigdy nie będę taka wobec Nicki.  

W  głosie  Tess  słychać  było  gorycz  i  Ŝal,  gdy  wspominała  babkę.  Jack  postanowił 

zignorować  wszystko,  co  usłyszał,  choć  inaczej  juŜ  myślał  o  okolicznościach,  w  których 

opuściła rodzinną farmę. Nie znaczyło to jednak, Ŝe teraz potrafi być szczęśliwa w Wyoming.  

– I tak uwaŜam, Ŝe popełnisz błąd – powtórzył z uporem w głosie. – Pomyśl, co tracisz. 

Eleganckie  sklepy,  kina,  restauracje,  pralnie  chemiczne,  bary  szybkiej  obsługi,  nocne  Ŝycie. 

Nie minie pół roku, a będziesz Ŝałować – powiedział, płucząc naczynia ciepłą wodą.  

– Ty jesteś tu szczęśliwy.  

– To co innego.  

– Dlaczego? 

– Nie muszę nieustannie szukać rozrywek ani bez przerwy spotykać się z ludźmi, którzy 

mówiliby mi, kim jestem czy jaki jestem.  

– Ja teŜ nie.  

– Wydaje ci się. To tylko kwestia czasu.  

– Ach, więc to przytrafiło się twojej Ŝonie.  

Jack umilkł i spojrzał na Tess, z przeraŜeniem uświadamiając sobie, jak wiele juŜ o nim 

wiedziała.  Pomyślał,  iŜ  chyba  nadszedł  czas,  by  mimo  wszystkich  oporów  opowiedzieć  jej 

szczegółowo historię swojego Ŝycia.  

Tylko...  jak  to  się  skończy?  Nie,  przecieŜ  postanowił  nikomu  nie  ufać.  Nie  potrzebował 

background image

nikogo. A jeśli juŜ, to Tess byłaby ostatnią osobą, której by się zwierzył. WyobraŜał sobie, co 

pomyślałaby o nim, wysłuchawszy tej opowieści.  

– Nie twoja sprawa – uciął i odwrócił się od niej.  

– Jack? 

Zorientował się po głosie, Ŝe Tess podeszła bliŜej. W nadziei, Ŝe ta uparta dziewczyna się 

zniechęci, udał, iŜ pochłonięty zmywaniem, nie zwraca na nią uwagi.  

– Jack, przepraszam.  

Zesztywniał,  gdy połoŜyła mu rękę na ramieniu.  Co z nią, pomyślał. Nie  zrozumiała, Ŝe 

uznał temat za wyczerpany? 

– Nie chciałam być wścibska – ciągnęła. – I chociaŜ miło z twojej strony, iŜ troszczysz się 

o mnie...  

Naprawdę tak myślała? 

– ... nie jestem twoją byłą Ŝoną. Musiałeś zapomnieć, Ŝe mieszkałam tutaj dwa razy dłuŜej 

niŜ gdziekolwiek indziej. Decyzja o powrocie to nie kaprys. Długo nad tym myślałam.  

Tess wzięła się do wycierania talerzy.  

– Co robisz? – spytał Jack.  

– Wycieram naczynia.  

– A co z Nicki? Nie powinnaś się nią zająć? 

– Nie wygląda na głodną.  

Jack obrzucił Tess spojrzeniem, które miało znaczyć, Ŝe raz na zawsze nie Ŝyczy sobie jej 

pomocy i... natychmiast pojął, iŜ popełnił błąd.  

Stała  za  blisko.  Zdarzało  się  to  juŜ  przedtem,  lecz  wówczas  jakoś  odsuwał  od  siebie 

wspomnienie ich jedynego pocałunku. Dziś było inaczej. Spojrzał w jej wielkie, ciemne oczy 

i przypomniał sobie, jak cudownie się wtedy do niego przytuliła. Jak miękkie, słodkie i gorące 

miała  usta.  Jak  się  czuł,  gdy  piersiami  przylgnęła  do  jego  piersi,  a  on  mógł  dotknąć  jej 

kształtnych pośladków.  

Westchnął cięŜko.  

Nie pozostawało nic innego, jak tylko wyjść stąd, zanim popełni jakieś głupstwo.  

– Naprawdę chcesz wycierać? – zapytał. Uśmiechnęła się i skinęła głową.  

– To dobrze – rzekł, podając jej sztućce. – Mam trochę papierkowej roboty.  

Tess nic nie powiedziała. Popatrzyła nań przeciągle, czyniąc przyzwalający ruch głową.  

– To lepiej się tym zajmij – poradziła mu.  

Nie minęły dwie minuty, a Jack, nieco zaskoczony, Ŝe tak łatwo udało mu się wymknąć, 

siedział przy biurku zamknięty w swoim pokoju.  

Tylko dlaczego wcale nie czuł się tu lepiej? 

 

Tess  nie  była  pewna,  co  ją  przebudziło.  Przez  chwilę  pozostawała  w  półśnie,  po  chwili 

jednak rozchyliła powieki, mając wraŜenie, iŜ w sypialni coś jest nie w porządku.  

Najpierw sądziła, Ŝe to sprawa Nicki. Odwróciła głowę i w ciemnościach wpatrzyła się w 

posłanie dziecka. Dzięki blaskowi księŜyca udało się jej spostrzec, iŜ z dziewczynką nic złego 

się nie dzieje. Smacznie spała.  

background image

Tess nie poruszyła się. LeŜała, nasłuchując w przekonaniu, Ŝe do jej uszu docierają jednak 

jakieś  niezwykłe  dźwięki.  Po  paru  sekundach  dostrzegła  cień  odrywający  się  od  drzwi.  Do 

pokoju bezszelestnie wśliznął się Jack.  

Wstrzymała  oddech.  Jak  zahipnotyzowana  wlepiała  wzrok  w  sylwetkę  męŜczyzny.  Jack 

zatrzymał  się  przy  posłaniu  dziecka,  rzucił  okiem  na  Tess,  a  potem  pochylił  się  nad  małą. 

Tess  nie  potrafiła  zorientować  się,  co  on  robi.  Dopiero  po  chwili  okazało  się,  Ŝe  przykrywa 

Nicki.  

Gdy  uznał,  Ŝe  wszystko  jest  tak,  jak  być  powinno,  po  cichu  zawrócił  do  drzwi.  Tess 

odczekała, aŜ znalazł się przy progu, lecz nie zamierzała pozwolić, by i teraz, jak przy myciu 

naczyń, wymknął się jej z rąk.  

– Jack, czy czegoś potrzebujesz? – zapytała spokojnie. Odwrócił się gwałtownie.  

W  pokoju  panowała  cisza.  Tess  znowu  wstrzymała  oddech,  zaciekawiona,  jak  Jack 

wyjaśni swoją obecność w jej sypialni.  

–  Nie  –  burknął.  –  Po  prostu  przyszedłem,  Ŝeby  ci  powiedzieć,  iŜ...  nie  musisz  jutro 

karmić koni. Sam to zrobię.  

– To wszystko? 

– Tak.  

– A więc śpij spokojnie.  

– Ty... teŜ.  

Tess uśmiechnęła się w ciemnościach. Jack nie umiał kłamać.  

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Następnego  ranka  Tess  spała  dłuŜej.  Gdy  otworzyła  oczy  i  zrzuciła  kołdrę,  słońce  stało 

juŜ dość wysoko, więc musiało być po dziesiątej.  

Ziewnęła, popatrzyła na pyłki tańczące w rozgrzanym powietrzu sypialni i podniosła się, 

by pójść do łazienki.  

Nicki  jeszcze  spała,  więc  Tess  postanowiła  wziąć  prysznic.  Ciepła  kąpiel  sprawiła  jej 

przyjemność. Przeglądając zawartość szafy uznała, Ŝe naprawdę nie ma co na siebie włoŜyć. 

CóŜ  za  ograniczony  wybór.  Miała  trzy  pary  zbyt  obszernych  majtek,  przyciasny  stanik,  trzy 

pary  leginsów  przeznaczonych  dla  kobiet  w  ciąŜy,  jedną  tunikę  i  długi  zielony  sweter.  Całą 

kolekcję  uzupełniały  rzeczy  Jacka:  trzy  flanelowe  koszule,  stare  dŜinsy  i  długie  kalesony. 

Jakkolwiek nigdy nie przywiązywała zbyt wielkiej wagi do strojów, zamarzyła teraz o czymś 

naprawdę  ładnym,  co  pasowałoby  do  jej  obecnej  figury.  Na  razie  nie  było  nad  czym 

rozmyślać. WłoŜyła dŜinsy i zielony sweter. NaleŜało raczej zastanowić się nad nocną wizytą 

Jacka  w  sypialni.  Ile  razy  zaczynała  o  tym  myśleć,  ogarniało  ją  dziwne  rozbawienie 

zmieszane  z  czułością.  Jack  bardzo  się  starał  robić  wraŜenie  twardego,  odpychającego 

męŜczyzny, ale mu się to nie udawało. Jego prawdziwa, opiekuńcza natura wyraźnie dawała o 

sobie znać.  

Schodząc  na  dół,  Tess  zadała  sobie  pytanie,  jak  zareaguje  Jack.  Będzie  przepraszał? 

Wymyśli jakieś wytłumaczenie? Czy uda, Ŝe nic nie zaszło? 

Sytuacja  szybko  się  wyjaśniła.  Jeden  rzut  oka  wystarczył,  by  się  przekonać,  Ŝe  kuchnia 

jest pusta. Na stole leŜała wiadomość od gospodarza domu: „Nakarmiłem konie. Jest cieplej. 

Pojechałem odśnieŜać drogę. Wrócę później”.  

Tess  podeszła  do  okna,  by  spojrzeć  na  termometr.  Rzeczywiście  temperatura  nieco 

wzrosła, ale nie tak bardzo, Ŝeby zaŜywać spacerów w słońcu. Było minus piętnaście stopni. 

Pokręciła głową, próbując sobie wmówić, Ŝe nie ma się czym denerwować. Znała upór Jacka. 

Nie doceniała go dotąd. Widać wolał ryzykować odmroŜenie, byle tylko nie stykać się z nią 

zbyt często.  

Ale  w  tym  człowieku  tkwił  nie  tylko  upór  i  nieufność  wobec  innych.  Pod  powłoką 

szorstkości  Jack  krył  nieprzebrane  zasoby  odpowiedzialności,  tradycyjnego  rozumienia 

honoru  i  naprawdę  dobre  serce.  Tess  wiedziała,  Ŝe  pozyskanie  jego  sympatii  jest  warte 

zachodu. Niech sobie trochę podmarznie, jeśli chce, pomyślała.  

Dzień okropnie się dłuŜył. Tess przyszykowała lunch, zjadła go, trochę poczytała, uprała 

bieliznę,  zajmowała  się  dzieckiem,  ponownie  zajrzała  do  ksiąŜki,  upraŜyła  kukurydzę  i 

zaczęła gotować obiad.  

Przez  cały  czas  powtarzała  sobie,  Ŝe  nie  ma  czym  się  denerwować.  Starała  się  nie 

martwić,  gdy o drugiej pojawiły się tylko  głodne  i przemarznięte psy, wdzięczne za miejsce 

przy kominku. Była jeszcze w miarę spokojna, gdy minęła trzecia i zaczął zapadać zmierzch, 

a takŜe wówczas, gdy Jack nie wrócił na ranczo o czwartej, by nakarmić konie.  

O czwartej dziesięć, kiedy Nicki zasnęła, Tess zdecydowała, Ŝe sama da jeść zwierzętom. 

background image

Wszystko  wydawało  się  lepsze  niŜ  bezczynne  czekanie.  Zmniejszyła  ogień  pod  pieczenia, 

nakazała psom pilnowanie dziecka, ubrała się ciepło i wyszła.  

Karmienie koni zajęło ponad czterdzieści minut. Temperatura na zewnątrz moŜe była parę 

stopni  wyŜsza  niŜ  przez  ostatnie  dni,  lecz  wystarczająco  niska,  by  niepokoić  się  o  Jacka. 

Gdzie on się podziewał? MoŜe coś mu się stało? 

Zgasiła  światło  w  stajni i  wyszła  na  podwórze,  rozmyślając,  co  robić.  Wtedy  rozległ  się 

znajomy  dźwięk  silnika  i  na  podjazd  wtoczył  się  ciągnik.  Trzasnęły  drzwi  kabiny.  Jack 

zeskoczył  na  ziemię  i  skierował  się  ku  stajni.  Widać  było,  jak  bardzo  jest  zmęczony.  Szedł 

wolno, potykając się po drodze. Miał opuszczone ramiona.  

Tess  ogarnęło  współczucie,  które  jednak  szybko  zmieniło  się  w  gniew.  Przyspieszyła 

kroku, chcąc wrócić do domu.  

– Co tu robisz? – spytał Jack, gdy wreszcie ją zobaczył.  

– Nakarmiłam konie.  

– Nie powinnaś brać się do tego. To mój obowiązek.  

– Zrobiło się późno.  

–  Tak.  –  Jack  zmarszczył  brwi,  uświadamiając  sobie,  Ŝe  coś  jest  nie  w  porządku,  nie 

wiedział tylko, co. – Miałem mały problem – dodał.  

– Jaki? 

– Traktor wjechał do rowu i zanim go wyciągnąłem, minęło trochę czasu.  

– Aha.  

Mógł  zginąć,  pomyślała  Tess  z  przeraŜeniem.  Poczuła  ulgę,  Ŝe  wszystko  skończyło  się 

szczęśliwie, i gniew, iŜ tak lekkomyślnie wystawił się na niebezpieczeństwo.  

– Wracaj do mieszkania – rzekł stanowczo, widząc, Ŝe Tess jest zimno.  

– A ty? 

– Zaraz przyjdę, tylko zajrzę do koni.  

Oczywiście, przecieŜ musiał sprawdzić, czy dobrze nakarmiła zwierzęta.  

– Jak chcesz – powiedziała.  

Niewiele brakowało, a wykrzyczałaby mu w twarz, co naprawdę myśli. Skończyła się jej 

cierpliwość.  Miała  go  dosyć.  Schyliła  się,  nabrała  śniegu,  ulepiła  kulę  i  rzuciła  nią  w  Jacka, 

strącając mu kapelusz.  

Jack zatrzymał się, zaskoczony. Przez chwilę nie drgnął, próbując zrozumieć, co się stało. 

Potem  schylił  się  po  kapelusz,  otrzepał  go  ze  śniegu  i  obejrzał  się  za  siebie.  Tess 

poczęstowała go następną kulą. Ta ugodziła go w czoło, pozostawiając trochę śniegu między 

brwiami.  

Jack zgarnął go z twarzy, próbując zachować spokój.  

– Co ty wyrabiasz? – zawołał.  

– ZasłuŜyłeś na to.  

– ZasłuŜyłem? – zapytał zdziwiony.  

– Tak.  

– Dlaczego? 

– Nie rozumiesz? Nie było cię przez cały dzień! Denerwowałam się, do licha! 

background image

– Tess...  

–  Pewnie  to  objaw  nienormalności,  ale  zaleŜy  mi  na  tobie...  taka  juŜ  jestem  głupia.  I 

wcale nie chcę być twoją przyjaciółką! 

Schyliła się, znów ulepiła kulę i zamierzyła się na Jacka.  

– Nie rób tego – ostrzegł.  

– A co? Przestaniesz się odzywać? Schowasz się do stajni? Uciekniesz traktorem? – Tess 

rzuciła śnieŜką.  

– Sama tego chciałaś! – zawołał, podbiegł do niej, próbując ją złapać, a gdy się uchyliła, 

stracił równowagę i padł twarzą w śnieg.  

Jęknął, chcąc się podnieść. Upadł znowu i nie poruszył się więcej.  

Tess przyglądała mu się podejrzliwie.  

– Daj spokój, kowboju. Znam się na takich sztuczkach. Wstawaj! 

Nie odpowiedział.  

– No, dalej, wstań, bo zmarzniesz.  

Jack nawet nie westchnął. Tess była przekonana, Ŝe ją nabiera. A jeśli nie... ? Co będzie, 

jeśli  połamał  nadweręŜone  Ŝebra  i  przebił  sobie  płuco?  MoŜe  stracił  przytomność, 

uderzywszy się o kamień? 

Nie ma co dłuŜej się zastanawiać. Tess westchnęła i ostroŜnie zbliŜyła się niego.  

– Jack? – Dotknęła go nogą.  

Ku jej konsternacji Sheridan znowu jęknął, więc naprawdę zaczęła się martwić.  

– Jack, nic ci się nie stało? – Schyliła się, dotykając ręką jego policzka.  

Wtedy  szybkim  ruchem  chwycił  ją  za  przegub  dłoni  i  obrócił  się  na  plecy.  Tess  upadła 

nań zdumiona, obraŜona, ale i uspokojona, Ŝe nic mu nie jest. Jack puścił jej rękę i złapał za 

kurtkę.  Przytrzymał  Tess,  a  drugą  ręką  nagarnął  jej  śniegu  za  kołnierz.  Wrzasnęła  i 

spróbowała  się  wyrwać,  lecz  tylko  pogorszyła  sytuację,  bo  Jack  szybko  zmienił  pozycję  i 

teraz miał ją pod sobą.  

– Co się stało? Nie chcesz spróbować, jak to smakuje? – zapytał.  

Nie odpowiedziała, próbując go z siebie zepchnąć. Równie dobrze mogłaby spychać głaz. 

W końcu uderzyła go w zdrowe ramię.  

–  Na  litość  boską,  złaź  ze  mnie  –  mruknęła.  –  Jest  mi  zimno  i  jeszcze  trochę,  a  mnie 

zgnieciesz.  

Jack uniósł się na łokciach, by mogła odetchnąć, pozostając nadal unieruchomiona.  

– Sama zaczęłaś – powiedział.  

Jego  infantylna  reakcja  zaskoczyła  Tess.  Mimo  chłodu  czuła  na  sobie  ciepło  płynące  z 

jego ciała.  

– Jack... – wymamrotała niepewnie.  

–  Czy  to  miałaś  na  myśli,  gdy  oznajmiłaś,  Ŝe  nie  chcesz  juŜ  być  moją  przyjaciółką?  – 

spytał z błyskiem w oczach, którego wcześniej nie widziała.  

– Tak.  

– Zdajesz sobie sprawę, Ŝe to błąd.  

– To zaleŜy.  

background image

– Tess...  

– Na litość boską, zamknij się wreszcie i pocałuj mnie! Jack nie dał się dwa razy prosić. 

Tym  razem  Tess  była  przygotowana  na  falę  gorącego  poŜądania,  która  oblała  jej  ciało  i 

zmąciła myśli. Zanurzyła ręce w jedwabistych włosach Jacka, przyciągnęła go do siebie. Nie 

miała  dotąd  pojęcia,  Ŝe  potrafi  tak  zmysłowo  rozchylać  usta  i  koniuszkiem  języka  pieścić 

wargi męŜczyzny.  

Jack  jęknął,  wsunął  ręce  pod  jej  głowę  i  pogłębił  pocałunek.  Tess,  która  do  dziś  nie 

przepadała  za  tego  rodzaju  pieszczotami,  odczuła  rozkosz  i  zapragnęła  ją  przedłuŜyć. 

Otoczyła  nogami  biodra  Jacka.  Przytuliła  się  do  niego  tak  mocno,  Ŝe  przez  warstwę  ubrań 

wyczuła, jak bardzo jest podniecony.  

Wpiła się w usta Jacka, chcąc bez słów powiedzieć mu, co czuje.  

Reakcja  Tess  wprowadziła  Jacka  w  stan  wrzenia.  Zapragnął  jej  dotknąć,  poczuć  w 

dłoniach nagie piersi, ściągnąć dŜinsy i zanurzyć się w jej ciele. Nie bacząc na zimno ciąg – . 

nące od śniegu, przewrócił się na plecy i ułoŜył  Tess na sobie. Serce zabiło mu mocno, gdy 

ujrzał  pragnienie  wypisane  w  jej  oczach.  Ściągnął  rękawice.  Jedną  rękę  zanurzył  w  jej 

kasztanowych  włosach,  drugą  wsunął  pod  kurtkę,  szukając  dostępu  do  skóry  dziewczyny.  Z 

trudem przedzierał się przez liczne warstwy ubrania, natykając się na śnieg, który je oblepiał.  

Gdzieś w głębi duszy słyszał głos rozsądku: opamiętaj się, ta kobieta przemarzła i moŜe 

się przeziębić. Co ty wyrabiasz? Naprawdę chcesz się z nią tu kochać? Nawet gdybyście mieli 

sobie  odmrozić  intymne  części  ciała?  Tak,  do  licha,  odpowiedział  sobie  w  myślach.  A  jeśli 

skrzywdzę  Tess?  Niedawno  urodziła  dziecko.  Nie  mamy  Ŝadnych  zabezpieczeń. 

Prezerwatywy zostały w domu. Nie dbać o to? Na nic nie zwaŜać? 

Tak.  

Nie.  

Jack  jęknął,  lecz  dobrze  wiedział,  iŜ  jest  zbyt  odpowiedzialnym  człowiekiem,  by 

zapominać  się  do  tego  stopnia.  Powoli  wyjął  rękę  spod  kurtki  Tess  i  przymknął  oczy.  Tess 

zesztywniała, czując, Ŝe partner się wycofuje.  

– Jack? 

– Musimy... przestać – szepnął.  

– Co? 

– Powinniśmy wejść do domu.  

– Za chwilę – zgodziła się, pieszcząc ustami jego dolną wargę.  

Jack zastanawiał się, czy nie ulec pokusie. To nie byłoby trudne, skoro tak bardzo siebie 

pragnęli. Czy cokolwiek innego miało jakieś znaczenie? 

Jednak tak.  

Jack odwrócił głowę.  

–  Nie  teraz  –  powiedział.  Łagodnie  ujął  w  dłonie  chłodną  twarz  Tess  i  odsunął  ją  od 

swojej.  

– Posłuchaj, zamarzniemy, jeśli natychmiast nie wrócimy do domu.  

Tess drgnęła, jakby dopiero w tej chwili dotarło do niej, Ŝe bardzo zmarzła.  

– No, chodź – przynaglił Jack.  

background image

– Dobrze.  

Niezgrabnie  stanęła  na  nogi.  Jack  podniósł  z  ziemi  rękawice,  naciągnął  je  na  dłonie  i 

zaczął  otrzepywać  ubranie  ze  śniegu,  gdy  zorientował  się,  Ŝe  Tess  przygląda  mu  się  w 

milczeniu.  Odczuł  niezręczność  sytuacji.  Po  pierwsze  zaatakował  tę  kobietę,  niewiele 

brakowało, a byłby zgwałcił, teraz zaś po raz drugi w ciągu trzech dni ją odrzucił.  

Ku  własnemu  zdumieniu  spostrzegł,  iŜ  Tess  uśmiechnęła  się  lekko,  podeszła  o  krok  i 

wzięła go za rękę.  

– Chodźmy – powiedziała miękko.  

Jack popatrzył na ich splecione palce. Zaszokowany pojął, Ŝe w ciągu dwudziestu minut 

wiele się między nimi zmieniło. Najgorsze zaś, iŜ nie miał pojęcia, czy to dobrze, czy źle.  

 

Nicki  spokojnie  spała,  gdy  wrócili.  Dała  im  czas,  by  otrzepali  się  ze  śniegu,  a  potem 

zaczęła  kwilić,  jakby  wiedziała,  Ŝe  dorośli  potrzebują  teraz  czegoś,  co  pozwoliłoby  im 

odzyskać utrzymywany dotąd wobec siebie dystans.  

–  Nie  płacz.  Mama  jest  przy  tobie.  Wszystko  w  porządku,  maleńka  –  uspokajała  Tess 

córeczkę.  

Wzięła  dziecko  na  ręce  i  zbliŜyła  się  do  kominka,  a  Jack  dorzucił  drew  do  ognia,  by 

szybciej mogła się ogrzać.  

– Zimno ci? – spytał.  

– Tak. Wiem, Ŝe to dziwne, lecz wcześniej nie czułam chłodu. Dopiero teraz w domu.  

Skinął  głową.  Zapadła  niezręczna  cisza.  Tess  pomyślała,  Ŝe  Jack  wygląda  na 

zmęczonego.  

– Czemu nie pójdziesz pod prysznic? – zasugerowała.  

– Jesteś pewna, Ŝe nie chcesz iść pierwsza? – zapytał z nieodgadnionym wyrazem twarzy.  

–  Tak.  Nicki  jest  chyba  głodna  i  tym  razem  nie  zechce  czekać,  więc  najpierw  ty  się 

wykąp.  

– Dobrze – odparł i poszedł do łazienki, a Tess odprowadziła go wzrokiem.  

Prawdę  mówiąc,  chciała  zostać  sama,  by  przemyśleć  zdarzenia  z  ostatnich  paru  godzin. 

Nie przypuszczała, Ŝe potrafi przeŜywać równie silne Ŝądze jak te, których doznała, leŜąc na 

ś

niegu.  Tak  dziko  pragnęła  wówczas  Jacka,  chciała,  by  ją  posiadł.  Nic  więcej  nie  miało 

znaczenia.  A  przecieŜ  dotąd  uwaŜała  się  za  osobę  opanowaną.  Widać  instynktownie 

zawierzyła charakterowi gospodarza rancza, obdarzyła go zaufaniem. Mimo całej szorstkości 

w obejściu i widocznego pragnienia, by się z nią kochać, Jack dzisiaj równieŜ zadbał przede 

wszystkim o jej bezpieczeństwo, choć musiało go to wiele kosztować.  

Tess  westchnęła  i  wróciła  do  rzeczywistości,  bo  mała  Nicki  zaczęła  ssać  jej  szyję, 

przypominając o macierzyńskich obowiązkach.  

–  Przepraszam,  kochanie  –  szepnęła  rozczulona.  –  Jesteś  taka  grzeczna,  a  mama  cię 

zaniedbuje.  

Usiadła w fotelu przy kominku i ułoŜyła dziecko do karmienia.  

– Napełnimy ten pusty brzuszek – zaŜartowała, gdy Nicki chwyciła piąstką za flanelową 

koszulę.  

background image

Nic dziwnego, Ŝe lawirując między córeczką i Jackiem czuła się nieco rozstrojona, choć 

Ŝ

yła taką pełnią Ŝycia, o jakiej tylko mogła marzyć.  

Pogładziła  dziecko  po  główce  i  obserwowała  je  z  rozrzewnieniem,  gdy  zaczęło  ssać  jej 

pierś. Nie mogła powstrzymać uśmiechu, kiedy spostrzegła, Ŝe Jack stoi w drzwiach i na nią 

patrzy.  

Na  widok  wilgotnych  włosów  męŜczyzny  i  blasku  jego  zielonych  oczu  serce  zabiło  jej 

szybciej.  Jack  był  boso,  w  nie  dopiętych  dŜinsach  i  wypłowiałej  koszuli.  W  wyrazie  jego 

twarzy kryło się coś, czego nie potrafiła nazwać.  

Tęskni  za  prawdziwym  domem,  uświadomiła  sobie  w  końcu  ze  wzruszeniem.  Ciekawe, 

czy  zdaje  sobie  z  tego  sprawę,  pomyślała.  Uśmiechnęła  się  ciepło,  nie  pozostawiając 

wątpliwości, jak bardzo się cieszy, Ŝe go widzi.  

– Hej – powiedziała miękko.  

Miała wraŜenie, Ŝe oczach Jacka pojawiło się coś na kształt wahania. Odwrócił głowę w 

kierunku kuchni i nabrał powietrza w płuca.  

– Ładnie pachnie – zauwaŜył.  

– Pieczeń. Zjemy ją, gdy wezmę prysznic, dobrze? 

– Oczywiście – rzekł i zbliŜył się do Tess. – Czy z małą wszystko w porządku? 

–  Tak  –  odpowiedziała,  zapinając  pospiesznie  koszulę,  co  w  tych  okolicznościach  jej 

samej wydało się zabawne. – Mógłbyś ją potrzymać? Zaraz wrócę.  

– Oczywiście.  

Jack  starał  się  nie  okazywać,  jak  wiele  dla  niego  znaczył  ciepły  uśmiech  tej  kobiety,  jej 

przyjazne  zachowanie.  Patrzył  na  nią,  gdy  odwróciła  się  z  zamiarem  opuszczenia  pokoju  i 

poczuł się zaskoczony, gdy zatrzymała się nagle.  

–  Co  się  stało?  –  spytał  szorstko  w  obawie,  Ŝe  zmieniła  zdanie  i  zechce  odebrać  mu 

dziecko. – Zapomniałaś o czymś? 

– Tak, o tym – odrzekła i wspięła się na palce, by pocałować go w usta.  

Miała  takie  miękkie,  delikatne  wargi.  Jack  natychmiast  zareagował  całym  ciałem,  lecz 

Tess  odwróciła  się  bez  słowa  i  odeszła.  Jack  nie  mógł  oderwać  wzroku  od  obiecujących 

rozkosz  kształtów  Tess.  Przedsmak  tej  rozkoszy  czuł  jeszcze  na  ustach.  Instynktownie 

przytulił  niemowlę,  starając  się  ułoŜyć  je  jak  najwygodniej.  Był  zupełnie  wytrącony  z 

równowagi. Ile razy sądził, Ŝe zaczyna rozumieć Tess, robiła coś, co sprawiało, Ŝe czuł się jak 

pijany lub jakby  przeŜywał trzęsienie ziemi.  Z zamyślenia wyrwała  go Nicki, której właśnie 

odbiło się głośno. Jack odchylił się i spojrzał na małą.  

– Co to było? – zapytał.  

Dziecko patrzyło nań uwaŜnie, unosząc brewki zupełnie jak matka.  

– Kto wie, co wy obie jeszcze wymyślicie? – zastanowił się, kręcąc głową.  

Nicki odpowiedziała jeszcze donośniejszym odgłosem.  

– Słuchaj, mała. Myślisz, Ŝe twoja mama nie doświadczyła mnie wystarczająco? – spytał 

Jack, uderzając się po wypukłości dŜinsów. – Dzięki niej ledwie mogę chodzić.  

Prawdę mówiąc, nie potrafię nawet ustać w miejscu, taki jestem podminowany, pomyślał. 

Równie dobrze mogę nakryć do stołu.  

background image

Włączył radio i zabrał się do dzieła. Z dzieckiem na ręku zaczął rozkładać serwetki, gdy z 

radia dobiegł go komunikat.  

– ... długo oczekiwane ocieplenie. Północne wiatry będą zanikać nad ranem. W okolicach 

Sheridan i Rapid City od pięciu do dziesięciu stopni mrozu. W najbliŜszych dniach ciśnienie 

wzrośnie,  temperatura  zbliŜy  się  do  zera  lub  nieco  je  przekroczy.  Do  czwartku  odśnieŜone 

zostaną lokalne drogi dojazdowe w okolicach Stilson, MacDwyer, Black Gulch, a takŜe trasa 

numer dziewięć i trzynaście do Johnson County. Pozostałe wiadomości...  

Jack nie wierzył własnym uszom. W końcu pogoda zaczyna się poprawiać. Za dzień lub 

dwa  będzie  moŜna  bez  przeszkód  poruszać  się  po  drogach.  Od  tygodni  modlił  się  o  takie 

wiadomości,  więc  czemu,  słysząc  je,  nie  czuje  Ŝadnej  ulgi,  nie  otwiera  butelki  szkockiej 

whisky, by je uczcić? PrzecieŜ to oznaczało, Ŝe pozbędzie się nieproszonych gości i wróci do 

normalnego Ŝycia. Nikt nie będzie mu zadawał niepotrzebnych pytań, podkradał ubrań i plątał 

się  pod  nogami.  Zostanie  sam,  tak  jak  lubi.  Bez  Ŝadnych  zobowiązań  i  niosących 

przygnębienie rozczarowań.  

Z  jakichś  przyczyn  te  perspektywy  nie  wydały  mu  się  szczególnie  pociągające.  Jeszcze 

dziś rano gotów był przez cały dzień odśnieŜać drogę, byle tylko pozbyć się Tess. Skąd takie 

nagłe zniechęcenie? PrzecieŜ nie będzie za nią tęsknił... bardzo. To prawda, Ŝe lubił posiłki, 

które gotowała. Poza tym czuł się dobrze, gdy w pobliŜu był ktoś, z kim moŜna było pogadać 

o gospodarstwie. No i ta kobieta cieszyła oko...  

Jednak Ŝaden z tych powodów nie wydawał się  wystarczająco waŜny, by wprawić  go w 

stan wrzenia. W kaŜdym razie nie w sytuacji, gdy całymi tygodniami przemyśliwało się nad 

zorganizowaniem wyjazdu Tess Danielson z rancza.  

ChociaŜ... Jack poczuł ból w lędźwiach. Do licha, oczywiście. To musiało być to. Nie w 

tym rzecz, iŜ nie chciał, by Tess wyjechała. Pragnął, by nie zrobiła tego, zanim znajdzie się w 

jego  łóŜku.  Dlaczego  nie?  Po  wszystkim,  co  przeszedł  w  ciągu  ostatnich  tygodni,  czyŜ  nie 

zasługuje na odrobinę satysfakcji? Z pewnością zasługuje. Raz w Ŝyciu ma zamiar sięgnąć po 

to, czego chce, i do diabła z konsekwencjami! 

Nicki wydała ciche mruknięcie. Jack przeniósł spojrzenie na małą, lecz unikał jej wzroku. 

Ze zniecierpliwieniem uświadomił sobie, Ŝe znowu słyszy głos sumienia.  

Lecz tym razem było inaczej. PrzecieŜ Tess pragnęła go równie mocno jak on jej. Mógłby 

się  załoŜyć,  iŜ  jest  romantyczką.  Pewnie  przypominał  jej  jakiegoś  ksiąŜkowego  bohatera, 

czarny  charakter,  w  Ŝycie  którego  kobieta  wnosi  dobroć  oraz  słodycz.  Nawet  jeśli  tak  było, 

pragnęła go, a to najwaŜniejsze. Czemu z tego nie skorzystać? 

– Jack? – rozległ się głos Tess.  

Stała  na  schodach.  Wyglądała...  pięknie.  Nie  wiedział,  dlaczego.  MoŜe  to  jej  włosy,  a 

moŜe rozpięty guzik koszuli lub układ ust, gdy zaczęła mówić.  

– Czy coś się stało? – zapytała.  

– Nie. Wysłuchałem tylko prognozy pogody.  

–  Och.  –  Podeszła  tak  blisko,  Ŝe  Jacka  owionął  jej  zapach.  Popatrzyła  z  czułością  na 

córeczkę.  

– Śpi – powiedziała.  

background image

–  Co  takiego?  –  Jack  ze  zdziwieniem  spojrzał  na  niemowlę,  by  się  przekonać,  Ŝe  ma 

zamknięte oczy i rozchylone usteczka.  

Biedne  maleństwo,  pogodne  jak  ojciec,  pomyślała  Tess,  gładząc  jedwabiste  włoski 

córeczki.  

– Daj mi małą. Zaniosę ją na górę i połoŜę do łóŜka – rzekła Tess, muskając ramię Jacka.  

Natychmiast zareagował na dotknięcie. Znów obudziło się w nim poŜądanie.  

– Ja to zrobię – powiedział.  

– Jesteś pewien? Dla mnie to Ŝaden problem... – Zamilkła, dostrzegłszy  w oczach Jacka 

pragnienie.  

Zarumieniła się gwałtownie.  

– Jack...  

Tak bardzo chciał jej dotykać. Słyszeć, jak szeptem wypowiada jego imię.  

– Wcześniej. Ten pocałunek... – mówił z trudem. – Wiesz, co to znaczy? 

– Tak. – Tess nie udawała, Ŝe nie rozumie.  

–  Zdajesz  sobie  sprawę...  Niczego  nie  obiecuję.  Byłem  juŜ  raz  Ŝonaty  i  nie  zamierzam 

tego powtarzać. Nie chcę, Ŝebyś myślała...  

Tess dotknęła dłonią jego policzka.  

– Wszystko w porządku – zapewniła.  

–  To  dobrze.  –  Jack  próbował  mówić  spokojnie,  choć  serce  waliło  mu  jak  młotem.  – 

Zaraz wrócę – dodał, patrząc na schody.  

– Jack? 

– Co? – spytał niespokojnie.  

– Pospiesz się.  

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Tess  przysiadła  na  kanapie,  podwinęła  nogi  i  wpatrzyła  się  w  ogień.  Złotoczerwone 

płomienie wolno lizały polana. Słyszała, jak Jack bosymi nogami stąpa po schodach, ale nie 

odwróciła głowy, dalej wpatrując się w ogień. Czekała, wsłuchana w przyspieszone uderzenia 

pulsu. Wiedziała, Ŝe Jack za chwilę się do niej zbliŜy.  

– Zmęczona? – zapytał.  

–  Nie  –  zaprzeczyła,  studiując  wzrokiem  jego  twarz.  Miał  napięte  rysy,  ciemne  włosy 

spadały mu na czoło. Wyglądał tak, jakby się do czegoś przygotowywał.  

–  Wyspałam  się  dzisiaj.  A  ty?  Chyba  jesteś  wykończony  po  całym  dniu  spędzonym  na 

mrozie.  

Skinął głową, nie spuszczając wzroku z Tess.  

–  Trochę  –  odrzekł.  –  Ale  jeszcze  będzie  czas,  Ŝeby  pospać.  Wyciągnął  rękę.  –  Chodź 

tutaj – powiedział.  

Tess  ogarnęła  słabość.  Nabrała  tchu,  czekając,  aŜ  to  minie.  Wstała.  Jack  zbliŜył  się 

jeszcze  o  krok  i  ujął  jej  twarz  w  dłonie.  Jego  zielone  oczy  pałały  poŜądaniem,  gdy  zbliŜył 

wargi  do  jej  ust.  Najpierw  całował  delikatnie,  pieszcząc  dotykiem  i  sprawiając,  Ŝe  w  Tess 

gwałtownie narastało pragnienie. Domyślając się  odczuć partnerki, Jack wsunął dłonie w jej 

włosy, pochylił głowę i językiem rozchylił usta.  

Oblała ją fala gorąca. Czuła, Ŝe z trudem utrzymuje się na nogach, więc zarzuciła Jackowi 

ręce  na  szyję  i  przytuliła  się  do  niego  mocno,  całą  sobą  wyczuwając  twardość  jego  ciała. 

Poruszyła  biodrami,  aŜ  jęknął.  Pieścił  ustami  jej  wargi,  policzki,  szyję.  Niemal  przestała 

oddychać.  

– Tess?  

– Hm? – mruknęła, całując jego włosy.  

–  Pragnę  cię,  lecz  chcę,  by  i  tobie  było  dobrze.  Jesteś  pewna,  Ŝe  to  nie  zaszkodzi  po 

porodzie... ? 

– Świetnie się czuję, naprawdę.  

– Autorzy poradników piszą o sześciu tygodniach...  

– KaŜda kobieta reaguje indywidualnie. Zaufaj mi. Naprawdę nic mi nie jest.  

– Dobrze.  

Tess z czułością odgarnęła mu włosy z czoła.  

– Przyniosłam koc – rzekła. – Pomyślałam, Ŝe moglibyśmy zostać tutaj, przy kominku.  

Jack  skinął  głową,  odsunął  fotele,  a  Tess  rozłoŜyła  miękką  tkaninę  na  dywanie.  Jack  z 

zaŜenowaniem  sięgnął  do  tylnej  kieszeni  dŜinsów  i  wyciągnął  pakiecik  z  prezerwatywą. 

Potem rozpiął koszulę, zdjął ją i rzucił na kanapę. Chwilę później był juŜ nagi.  

Tess obrzuciła wzrokiem piękne męskie ciało. W blasku ognia skóra Jacka wyglądała jak 

z brązu. Wspaniale kontrastowała z ciemnym zarostem na szerokiej piersi i poniŜej pasa.  

– Twoja kolej – powiedział miękko.  

Uniosła głowę, czując, Ŝe się rumieni, i zawahała się przy rozpinaniu guzików koszuli.  

background image

– Co się stało? Zmieniłaś zdanie? – spytał z napięciem w głosie.  

–  Nie.  Jeśli  chcesz  wiedzieć,  pomyślałam  o  swoim  brzuchu,  który  po  porodzie  nie 

odzyskał jeszcze dawnej spręŜystości.  

Jack  podszedł  bliŜej.  Zanim  się  opamiętała,  rozpiął  jej  dŜinsy,  wyciągnął  zza  paska 

koszulę i wsunął pod nią dłonie. Jedną ręką otoczył talię Tess, drugą przesunął po jej brzuchu.  

–  Jest  wspaniały  –  zapewnił,  patrząc  dziewczynie  w  oczy.  Tess  przestała  oddychać,  gdy 

dotarł dłonią do najintymniejszych zakątków ciała.  

– Tak – szepnęła.  

Jack sięgnął teraz do piersi dziewczyny. WaŜył w dłoniach ich pełne kształty.  

– Gdzie twój stanik? – zapytał.  

– Zdjęłam go przed kąpielą – odparła, czując ciepło męskich rąk na nagiej skórze.  

Schylił  głowę i dotknął językiem napiętego sutka Tess. Przez materiał koszuli zaczął go 

delikatnie ssać. Tess pomyślała, Ŝe za chwilę straci kontrolę nad sytuacją.  

– Jack, och, Jack – jęknęła z rozkoszy, przesuwając mu dłońmi po plecach.  

To niesłychanie podniecające, pomyślała. Jestem ubrana, podczas gdy on zupełnie nagi.  

Podczas  pieszczot  Jack  napierał  na  nią  coraz  bardziej,  aŜ  przesunęła  rękę  w  dół  i 

przekonała się, jak bardzo jest podniecony.  

Podniósł głowę.  

– Nie rób tego – powiedział, odsuwając dłoń Tess. – Jestem juŜ gotowy.  

– To znaczy, Ŝe oboje jesteśmy gotowi – odparła drŜącym głosem.  

– Pozwól mi cię rozebrać.  

Nie  czekając,  rozpiął  jej  koszulę  i  zsunął  z  ramion.  Zamarł  na  moment,  wpatrzony  w 

pełne,  zakończone  róŜowymi  sutkami  kobiece  piersi.  Dotknął  palcem  jednego  z  nich.  Tess 

zadrŜała. Jacka równieŜ przeniknął dreszcz.  

– Zdejmij dŜinsy – rzekł schrypniętym głosem. Zapadła taka cisza, Ŝe słychać było szelest 

rozsuwanego  zamka.  Tess  zsunęła  spodnie  i  opuściła  je  na  podłogę.  Podniecona  i  trochę 

zawstydzona, podeszła bliŜej do Jacka.  

–  Majtek  teŜ  nie  miałaś?  –  jęknął,  pieszcząc  wzrokiem  jej  kształty.  –  Dobrze,  Ŝe  nie 

wiedziałem o tym wcześniej.  

Przyciągnął  ją  do  siebie.  Osunęli  się  na  koc.  Miał  rozpaloną  skórę.  Dotknięciami 

wzbudzał  płomień  w  ciele  Tess.  LeŜał  na  plecach,  tuląc  usta  do  jej  warg.  Całował  mocno, 

gwałtownie,  głęboko  wsuwając  język.  Tess  dotykała  Jacka  całą  sobą.  Czuła,  Ŝe  płonie,  gdy 

zaczął docierać dłonią do najintymniej szych zakątków jej ciała.  

Wsunęła mu palce we włosy. Oboje nie panowali nad sobą. Jack ujął Tess za pośladki i 

obrócił na plecy.  

– Jesteś gotowa? 

– Tak.  

Szybkim  ruchem  rozpakował  foliowy  pakiecik  i  uniósł  się  nieco  ponad  Tess,  a  potem 

wszedł w jej ciało. Ona zaś uniosła biodra, by wniknął jeszcze głębiej.  

– Och – jęknęła.  

– Boli cię? – Jack zamarł w bezruchu.  

background image

– Nie, nie.  

Tess  była  przygotowana  na  pewien  dyskomfort,  lecz,  ku  własnemu  zdumieniu,  odczuła 

tylko rozkosz. Przesunęła ręce na biodra Jacka i przycisnęła się mocno do niego.  

– Jeszcze – szepnęła.  

ZadrŜał  i  przestał  się  hamować.  Poruszał  się  w  niej  zrazu  wolno  i  delikatnie,  potem 

szybciej i znacznie gwałtowniej. Tess pierwsza zaczęła popadać w ekstazę. Wygięła się w łuk 

i przez sekundę trwała w oszołomieniu.  

– Och, Jack, jeszcze...  

– Tess... jeszcze chwilę...  

Czuła,  Ŝe  ogarnia  ją  wrzenie.  Wydawało  się,  iŜ  Jack  olbrzymieje  wewnątrz  jej  ciała  do 

niepojętych  rozmiarów  i  za  chwilę  eksploduje. W  chwili  najwyŜszej  rozkoszy  przylgnęła  do 

niego spazmatycznie, ogarnięta drŜeniem.  

– Nie przestawaj... nie przestawaj...  

 

Obiad  zjedli  dopiero  po  dziesiątej.  Do  tego  czasu  pieczeń  zrobiła  się  twarda  jak 

podeszwa,  więc  posilili  się  kanapkami.  Rozmawiali  przy  kominku  o  tym,  jak  dorastali  na 

farmach,  co  widzieli,  podróŜując  trochę  po  świecie.  Tess  przy  okazji  załatwiania  interesów 

swojej firmy, Jack jeŜdŜąc na rozliczne rodea. Potem siedzieli w ciszy ramię przy ramieniu i 

patrzyli  w  ogień.  To  milczące  porozumienie  zupełnie  oszołomiło  Jacka.  Nic  nie  mógł 

poradzić, Ŝe przyszło mu na myśl porównanie z własnym małŜeństwem. Nawet w pierwszym 

roku,  gdy  jeszcze  w  miarę  normalnie  Ŝył  z  Elise,  nigdy  nie  byli  naprawdę  razem.  śona 

wymagała, by stale poświęcał jej uwagę, dbał o rozrywki. Początkowo godził ich seks, a gdy 

to ustało, kaŜde poszło swoją drogą.  

Popatrzył na Tess. Rozluźniona, wyglądała wspaniale z tymi długimi, smukłymi nogami 

wyciągniętymi przed siebie. Miała na sobie tylko jego koszulę.  

– A gdzie twoja? – zapytał.  

– Gdzieś tu leŜy, ale tę wolę bardziej.  

– Dlaczego? 

– Bo pachnie tobą – odparła, pieszcząc wargami płatek ucha Jacka.  

Poruszyła go prostota tej odpowiedzi.  

– Kochałaś go? – zapytał nagle, sam zaskoczony tym, co wymknęło mu się z ust.  

– Kogo? 

– Ojca Nicki.  

– Tak. Był moim najlepszym przyjacielem. Bardzo za nim tęsknię.  

– Rozumiem. – Jack dobrze wiedział, iŜ tylko sobie zawdzięcza ucisk w sercu świadczący 

o zazdrości.  

Tess musiała jednak coś wyczuć w jego głosie.  

– To nie było tak jak między tobą i mną – powiedziała spokojnie. – Po prostu bardzo się 

przyjaźniliśmy.  

– Musiało być w tym jakieś uczucie. W końcu masz córkę – rzekł ponuro Jack.  

–  Tylko  raz  byliśmy  ze  sobą  –  odrzekła  Tess,  biorąc  go  za  rękę.  –  Wtedy,  gdy  Gray 

background image

dowiedział  się,  Ŝe  ma  guz  na  mózgu.  Oboje  czuliśmy  się  załamani...  Sprawy  wymknęły  się 

spod  kontroli.  Lecz  ani  przez  chwilę  nie  Ŝałowałam.  Chyba  tylko  tego,  Ŝe  umarł,  nim  się 

dowiedział, Ŝe oczekuję dziecka.  

Jack  widział  czułość  malującą  się  na  twarzy  Tess,  gdy  mówiła  o  ojcu  Nicki.  Odwrócił 

wzrok.  

– A co z tobą? – zapytała.  

Przez chwilę zastanawiał się, o co jej chodzi, a gdy pojął, zesztywniał wewnętrznie.  

– Kochałeś swoją Ŝonę? Przynajmniej na początku? 

–  Chyba  tak  –  odparł,  wzruszywszy  ramionami.  –  Nie  myślałem  o  tym  –  dodał, 

spoglądając na Tess w sposób, który miał świadczyć, iŜ uwaŜa temat za zamknięty.  

Natychmiast  zrozumiała,  czego  chciał.  W  pokoju  zapadła  cisza.  Tym  razem  nie  tak 

niezmącona jak poprzednio.  

–  Co  mówili  o  pogodzie?  –  spytała  w  końcu  Tess.  Jack,  wdzięczny  za  porzucenie 

przykrego dlań tematu, uświadomił sobie, Ŝe zupełnie zapomniał o prognozie.  

– Ma się ocieplić i wiatry teŜ ustaną.  

– Czy to znaczy, Ŝe odśnieŜą drogi? 

– Myślę, Ŝe najdalej w piątek moŜna będzie stąd wyjechać.  

– Chcesz, bym opuściła ranczo? – spytała Tess po chwili milczenia. – Do powrotu babci 

mogę zatrzymać się w motelu. Naprawdę nie musisz gościć mnie dłuŜej ze względu na to, co 

między nami zaszło.  

– A ty tego chcesz? Tess potrząsnęła głową.  

– Więc zostań. Dziecku jest tu dobrze. Po co mu zmieniać warunki? I tak przeŜyje szok, 

gdy wróci Mary.  

Tym razem Jack nie mógł niczego wyczytać z wyrazu twarzy Tess.  

– Zgoda – rzekła z wahaniem. – Dla dobra dziecka... zostanę.  

Wstała gwałtownie i zaczęła zbierać talerze.  

– Chciałabym jechać do  miasta. Nicki powinna zostać zbadana przez lekarza, muszę teŜ 

załatwić kilka innych spraw.  

– Ciebie równieŜ powinien obejrzeć lekarz – zauwaŜył Jack.  

–  Wszystko  wyjaśni  się  pod  koniec  tygodnia.  Jeśli  wstaniemy  wystarczająco  wcześnie, 

pojedziemy do Gillette.  

– Wystarczy do Gweneth – uznała Tess.  

Jack  starał  się  nie  okazać  po  sobie,  jak  bardzo  mu  nie  w  smak  wzmianka  o  mieście,  w 

którym Elise zamieszkała przed porodem. Plotkarze mieliby o czym gadać.  

– Gillette jest cztery razy większe i ma więcej lekarzy.  

–  To  za  daleko,  a  poza  tym  chcę  się  zobaczyć  z  doktorem  Isaacsem.  Ciągle  praktykuje, 

prawda? 

– Tak, ale...  

– A więc ustalone – stwierdziła.  

Jack  otworzył  usta,  by  zaprotestować,  lecz  nic  nie  powiedział.  Niczego  nie  osiągnie  w 

sprzeczce. Jeśli w ogóle gdzieś pojadą, to winno być Gillette.  

background image

Tess schyliła się, by poskładać koc, a Ŝe była tylko w męskiej koszuli, przeŜył dodatkowe 

emocje.  

– Chodźmy na górę, mamy za sobą długi dzień – powiedziała, dając mu rękę.  

Seks to było jedno, spanie z kimś to coś zupełnie innego. Jack juŜ sobie wyobraŜał, jak by 

to było zasypiać i budzić się, mając przy sobie tę kobietę.  

– To nie najlepszy pomysł – odparł.  

– Proszę! Nie chcę spać bez ciebie – powiedziała spokojnie. Stała tak blisko, Ŝe poczuł, iŜ 

teraz  inaczej  pachnie.  Cztery  godziny  temu  roztaczała  zapach  mydła  i  dziecięcych 

kosmetyków. Teraz była to ranczerska woń Jacka i seksu, a to działało jak afrodyzjak.  

Do  licha,  czemu  nie?  Jack  nie  był  aŜ  tak  głupi,  by  myśleć  o  tym  w  kategoriach 

wieczności. Ale teraz, przez kilka dni... Czy to mogło komuś zaszkodzić? 

– Dobrze – zgodził się, choć w głębi ducha wiedział, Ŝe popełnia błąd.  

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

–  Co  powiedział?  –  zapytał  Jack,  otwierając  drzwi  samochodu,  by  wpuścić  Tess,  która 

weszła właśnie na mały parking przy klinice doktora Isaacsa.  

Wyciągnął ręce, Ŝeby wziąć od niej Nicki ułoŜoną w specjalnych nosidełkach. Wzrok mu 

złagodniał na widok dziecka, które zaczęło machać rączkami, gdy tylko usłyszało jego głos.  

–  Powiedział,  iŜ  od  trzech  lat  nie  robiłeś  Ŝadnych  badań  i  Ŝe  nie  powinieneś  Ŝyć  jak 

odludek – odparła, przyglądając się, jak Jack mocuje nosidełka do siedzenia półcięŜarówki.  

– Tess.  

–  Uznał  równieŜ,  iŜ  Nicki  jest  zupełnie  zdrowa  i  dobrze  się  rozwija.  Wypisał  jej 

ś

wiadectwo  urodzenia  i  prosił,  by  za  dwa  tygodnie  przyjechać  na  pierwsze  szczepienia. 

Pochwalił  cię  za  fachową  pomoc  przy  porodzie  i  zastanawiał  się,  czy  nie  mianować  cię 

rejonową akuszerką.  

– Wspaniale – mruknął Jack. – A co z tobą? – zapytał.  

– PrzecieŜ mówiłam, Ŝe szybko odzyskuję kondycję. I tak właśnie jest.  

– To dobrze.  

Jack  zrobił  Tess  miejsce  w  samochodzie,  wysiadł  i  pomógł  jej  wdrapać  się  na  wysokie 

siedzenie. Nim zatrzasnęła drzwi, pocałował ją w usta.  

Tess  z  trudem  chwyciła  oddech.  Patrząc  na  lśniące  w  zimowym  słońcu  włosy  Jacka 

zastanawiała się, czy kiedykolwiek go zrozumie. Dobrze wiedziała, Ŝe nie chciał przyjeŜdŜać 

do Gweneth. Robił, co mógł, by ją przekonać, Ŝe Gillette to lepszy wybór, choć nie wyjaśnił 

własnych  oporów  wobec  mniejszego  miasta.  Nie  potrafił  jednak  niczego  przeciwstawić 

argumentowi, Ŝe Gweneth leŜy o godzinę jazdy bliŜej niŜ Gillette, ani zaprzeczyć, Ŝe doktor 

Isaacs jest świetnym lekarzem, a poza tym zna Tess od dzieciństwa.  

W końcu przyjechali tutaj. Tess chciała kupić dziecięcy fotelik do samochodu, więc Jack 

wysadził  ją  przed  centrum  handlowym,  a  sam  pojechał  po  paliwo.  Potem  odprowadził  ją  do 

lekarza i odszedł, twierdząc, Ŝe ma jakieś spotkanie w sprawie koni. Gdyby nie ten pocałunek, 

Tess mogłaby przypuszczać, iŜ nie chciał się z nią pokazywać.  

Wsiadł do samochodu i obrzucił Tess nieodgadnionym spojrzeniem.  

– Lekarz mówił coś więcej? – zapytał.  

– Oczywiście – odparła, wzruszając ramionami.  

–  Rozmawialiśmy  o  Mike’u,  jego  synu,  który  ma  praktykę  weterynaryjną  w  Cody,  i  o 

klaczy,  którą  trenujesz  dla  jego  Ŝony.  Gawędziliśmy  teŜ  o  babci  i  o  tym,  co  się  zmieniło  na 

okolicznych ranczach.  

–  Hm.  –  Jack  zapiął  pasy  i  wyjechał  z  parkingu.  –  Myślę,  Ŝe  był  zdziwiony,  gdy 

dowiedział się, Ŝe jesteś ze mną.  

Tess  spojrzała  na  niego  z  zastanowieniem.  Ton  jego  głosu  wydawał  się  sztucznie 

obojętny.  

–  MoŜe  trochę  na  początku.  Potem  chyba  się  ucieszył.  Powiedział,  Ŝe  przeŜyłeś  swoje  i 

zasługujesz na trochę szczęścia.  

background image

– To miło z jego strony. – W głosie męŜczyzny zabrzmiała ulga.  

– Chcesz to przedyskutować? 

– Nie.  

Tess  niechętnie  porzuciła  temat.  Nie  zamierzała  zmuszać  Jacka  do  Ŝadnych  wyznań, 

pragnąc, by sam się zwierzył, gdy uzna, Ŝe moŜe jej zaufać. Spojrzała przez szybę na miasto.  

–  Wygląda  tak  jak  kiedyś?  –  spytał  Jack,  gdy  zatrzymali  się  na  jedynych  w  Gweneth 

ś

wiatłach.  

Tess  skinęła  głową.  Sklep  spoŜywczy  nadal  był  tu  największym  ośrodkiem  handlowym. 

Nic  dziwnego,  skoro  zaopatrywali  się  w  nim  wszyscy  okoliczni  ranczerzy.  Poza  tym  miasto 

miało  centrum  ogólnoprzemysłowe,  bank,  stację  obsługi,  salon  fryzjerski,  trzy  restauracje, 

dwa kościoły i dwie kawiarnie. Wszystko usytuowane wzdłuŜ głównej ulicy.  

– Chyba nic się nie zmieniło. Przybył tylko sklep z wideokasetami.  

– Zbankrutował dwa lata temu – roześmiał się Jack.  

– Dokąd jedziemy? – spytała Tess.  

– Do domu.  

– Co takiego? 

– Kupiliśmy fotelik dla Nicki, byłaś u lekarza. Czego chcesz jeszcze? 

– Coś zjeść.  

– Mamy przecieŜ kanapki. Zatrzymamy się po drodze w Madeline Butte, to je zjemy.  

– Pomyśl, przez ostatni miesiąc jadłam tylko to, co sama przygotowałam. Chcę pójść do 

restauracji Mabel. Doktor mówił, Ŝe ciągle ją prowadzi, a ja przez całą ciąŜę marzyłam o jej 

cieście czekoladowym.  

– Powinniśmy wracać – powtórzył z uporem Jack.  

– Dopiero po dwunastej. To nie zajmie duŜo czasu.  

– Nie.  

– Dobrze, ale to będzie twoja wina.  

– Co? 

–  Lekarz  powiedział,  Ŝe  jestem  trochę  anemiczna.  –  Tess  zdobyła  się  na  maleńkie 

kłamstwo.  

– Twierdziłaś, Ŝe wszystko jest w porządku.  

– Bo jest, lecz powinnam regularnie się odŜywiać. Śniadanie jedliśmy dawno temu, a do 

Madeline Butte dojedziemy za jakieś czterdzieści minut: 

– To teraz zjedz kanapkę.  

– Jedzenie w samochodzie doprowadza mnie do mdłości.  

–  Zgoda  –  ustąpił  Jack  i  skręcił  na  parking  przed  restauracją  wypełniony  pojazdami 

innych ranczerów.  

Gdy  weszli  do  lokalu,  kilka  osób  podniosło  wzrok,  a  niektórzy  męŜczyźni  skinęli 

głowami  Jackowi  na  powitanie.  Szmer  komentarzy  odprowadził  ich  do  stolika,  lecz  Tess 

uznała,  Ŝe  to  pewnie  złudzenie.  Przeszłaby  nad  tym  do  porządku  dziennego,  gdyby  nie 

widoczne  napięcie  w  twarzy  towarzyszącego  jej  męŜczyzny,  który  zachowywał  się  tak 

sztywno, iŜ był to cud, Ŝe w ogóle usiadł.  

background image

Po  chwili  podeszła  starsza,  tęgawa  kelnerka  o  imieniu  Betty,  widniejącym  na  przypiętej 

do  fartuszka  plakietce.  Tess  nigdy  dotąd  jej  nie  widziała,  lecz  tamta  najwidoczniej  znała 

Jacka.  

– Czemu tak dawno pana u nas nie było? Kim są te miłe panie? – spytała wesoło Betty, 

rzucając zaciekawionym wzrokiem na Tess i dziecko.  

Tess oczekiwała, Ŝe Jack je przedstawi, lecz nic takiego nie nastąpiło.  

–  Jesteśmy  przyjaciółmi  –  powiedział  lodowato,  wpatrując  się  w  menu.  –  Chcielibyśmy 

zamówić dwie kawy. Dla mnie stek z kurczaka, a dla pani...  

– Coś z cholesterolem, proszę – dokończyła Tess, pokazując w menu cheeseburgera.  

Kelnerka  zniknęła  w  kuchni,  a  Tess  spojrzała  znacząco  na  Jacka,  oburzona  jego 

zachowaniem.  

– Jack...  

– Zostawmy to – rzekł.  

Niewiele brakowało, a doszłoby do sceny, więc Tess tylko skinęła głową, nie wiedząc, co 

czynić w takich okolicznościach.  

Zjedli  w  milczeniu,  toteŜ  dziewczyna  ucieszyła  się,  gdy  podeszła  do  nich  kelnerka,  by 

zabrać talerze.  

– Podać coś jeszcze? – zapytała.  

– Tak – odparła Tess, gdy Jack w tej samej chwili rzucił: 

– Nie.  

– No więc jak? – roześmiała się Betty.  

–  Proszę  o  kawałek  ciasta  czekoladowego  –  powiedziała  Tess,  obrzucając  Jacka 

morderczym spojrzeniem. – A moŜe... Mabel jest w swoim biurze? – zapytała.  

Jack o mało nie zgniótł filiŜanki, tak mocno zacisnął na niej palce.  

– Dzisiaj ma wolny dzień.  

– Och. – Tess była zawiedziona, lecz na twarzy Jacka odmalowała się ulga. – Jakie miłe 

dziecko  –  zauwaŜyła  kelnerka  i  popatrzyła  uwaŜnie  na  Jacka  oraz  jego  towarzyszkę.  –  Na 

pewno są państwo tylko przyjaciółmi? Powiedziałabym, Ŝe maleństwo jest podobne do pana, 

panie Sheridan.  

– Myli się pani – chłodno odparł Jack.  

– Jeśli pan tak mówi... Zaraz przyniosę ciasto.  

Zaniepokojona wyrazem twarzy Jacka, Tess zjadła deser w pośpiechu. Widząc, Ŝe uporała 

się z ciastem, Jack połoŜył naleŜność na stole, chwycił dziecko i wstał od stołu.  

– Chodźmy – powiedział.  

Zirytowana  dziewczyna  odczekała,  aŜ  znajdą  się  w  cięŜarówce,  by  uzyskać  jakieś 

wyjaśnienia.  

– Czy zechcesz mi powiedzieć, dlaczego tak się zachowywałeś? 

– Nie lubię restauracji. Za duŜo ludzi.  

– Naprawdę? A moŜesz chcesz mi odpłacić za to, Ŝe nie zgodziłam się jechać do Gillette? 

– Do licha, nie.  

– Więc nie będziesz miał nic przeciw temu, Ŝeby zatrzymać się przy sklepie Mardena? 

background image

– Niech to diabli, Tess...  

– Słuchaj, muszę kupić nową bieliznę. Moja ma juŜ nieodpowiednie rozmiary i...  

– W porządku – zgodził się pospiesznie.  

Zawrócił i zaparkował po przeciwnej stronie ulicy przed miejskim centrum odzieŜowym.  

– Idź. Ja zostanę z dzieckiem. Nie musisz brać małej ze sobą.  

Popatrzyła na Jacka, Ŝałując w duchu, iŜ nie potrafi pojąć, co się z nim dzieje.  

– Wrócę za jakieś pół godziny – obiecała. Skinął głową.  

– Tess? 

Zatrzymała  się  z  ręką  na  klamce,  a  Jack  wsunął  dłoń  w  jej  włosy,  objął  za  szyję  i 

przyciągnął do siebie, by ją pocałować. Znowu zaparło jej dech w piersiach. Czuła, jak bardzo 

Jack jej pragnie. Gdy przestał całować, Tess tak osłabła, Ŝe nie miała sił, by wysiąść z auta.  

– Nie marudź tam zbyt długo – powiedział.  

– Nie będę – obiecała.  

Sklep  Mardena  nie  zmienił  się  przez  ostatnie  dziesięć  lat,  pomyślała  Tess,  wchodząc  do 

ś

rodka.  Na  półkach  leŜały  dŜinsy  we  wszystkich  moŜliwych  rozmiarach,  na  wieszakach 

wisiały sukienki, kąty zapełniały rozmaite drobiazgi od rękawiczek po wstąŜki.  

Tess szybko przeszła przez dział męski, wybrała trochę ubranek dla Nicki, potem wzięła 

dwie  pary  dŜinsów  dla  siebie,  kilka  bawełnianych  bluzeczek,  czerwony  sweter,  kilka  par 

skarpet  i  majtek.  Musiała  zmierzyć  dwa  staniki,  nim  dobrała  odpowiedni  rozmiar.  Dokupiła 

do nich czarną haleczkę i wreszcie, czując się jak po maratonie, podeszła do kasy. Sklepowy 

zegar wskazywał, iŜ rozstała się z Jackiem trzydzieści dziewięć minut temu.  

Zaczęła wykładać zakupy na ladę.  

– Znalazła pani wszystko, co trzeba? – spytała kasjerka Ŝ miłym uśmiechem.  

– Tak, dziękuję – odrzekła Tess.  

Jednak  trochę  się  tu  zmieniło,  pomyślała,  patrząc  na  kobietę  przy  kasie,  której  nigdy 

dotąd  nie  widziała.  Kiedyś  znała  wszystkich  mieszkańców  Gweneth.  Teraz  spotykała  wielu 

nieznajomych.  

– Jest pani od niedawna w tym mieście? – usłyszała pytanie.  

– Niezupełnie. Wychowałam się na ranczu, siedemdziesiąt kilometrów stąd.  

– Wygląda na to, Ŝe przyjechała tu pani nie tylko z wizytą.  

– MoŜliwe. Jestem Tess Danielson. Moja babcia prowadzi ranczo Double D.  

– Znam panią Mary. Carole Marden – przedstawiła się kasjerka.  

Tess pomyślała przez chwilę.  

– To... musi pani być Ŝoną Jeffa, z którym chodziłam do liceum.  

–  Jaki  ten  świat  mały.  Jeff  oŜenił  się  ze  mną  osiem  lat  temu.  Jego  rodzice  przeszli  na 

emeryturę, więc teraz my prowadzimy sklep – powiedziała Carole.  

Gdy zadzwonił dzwonek nad drzwiami, obie kobiety odwróciły głowy i zobaczyły, Ŝe do 

wnętrza wchodzą dwie rozgadane nastolatki.  

–  Dzień  dobry,  pani  Marden  –  zawołały  dziewczęta  i  podeszły  do  okna  wystawowego, 

kontynuując rozmowę.  

–  Mówię  ci,  Elso,  Ŝe  to  on  –  szepnęła  wyŜsza  z  nich,  ta  o  rudych  włosach.  –  Ostatniej 

background image

wiosny widziałam go na rodeo w Elmo. Jak myślisz, czyje to dziecko? 

–  Nie  wiem,  ale  załoŜę  się,  Ŝe  nie  jego  –  odparła  towarzysząca  jej  blondynka.  –  Mama 

mówi, Ŝe odejście Ŝony z dopiero co urodzonym synkiem złamało mu serce. Zaczął usychać z 

tęsknoty.  

Tess popatrzyła w okno, sprawdzając, o kim mowa, i zamarła z wraŜenia, stwierdziwszy, 

Ŝ

e poza Jackiem nikogo nie ma w zasięgu wzroku. Tylko on siedział w cięŜarówce, trzymając 

niemowlę na kolanach.  

–  Mama  uwaŜa,  Ŝe  to  hańba,  iŜ  pozwolił  tej  wszetecznicy  sprawować  opiekę  nad 

dzieckiem  –  dodała  rudowłosa,  wzruszając  ramionami.  –  śaden  sąd  w  Wyoming  nie 

przyznałby takiego prawa kobiecie, która rzuciła męŜa dla jego własnego brata.  

– Nie wiem – odrzekła niepewnie blondynka. – Współczuję mu. Musi być trudno Ŝyć ze 

ś

wiadomością, iŜ całe miasto wie, Ŝe się zostało okpionym przez Ŝonę...  

–  Mama  uwaŜa,  iŜ  sam  sobie  winien.  Zabrakło  mu  charakteru.  Prawdziwy  męŜczyzna 

dochodziłby swego.  

Tess słuchała tych rewelacji jak wrośnięta w ziemię. Teraz stało się jasne, czemu Jack nie 

chciał przyjeŜdŜać do Gweneth. Zacisnęła pięści, mając ochotę rzucić w twarz tej rudej, Ŝe jej 

mama  nie  rozpozna  prawdziwego  męŜczyzny  nawet  wówczas,  gdy  znajdzie  go  nagiego  we 

własnym łóŜku.  

Wiedziała, Ŝe to i tak w niczym nie pomoŜe ani  nie zmieni faktu, iŜ człowiekiem, który 

skrzywdził  Jacka  Sheridana,  jest  jego  własny  brat.  Teraz  rozumiała  juŜ  wiele  z  zachowania 

Jacka.  Ta  straszna  zdrada  odcisnęła  na  nim  piętno.  Och,  BoŜe,  Jack,  tak  mi  przykro, 

pomyślała.  

Musiała  wydać  jakiś  dźwięk  rozpaczy,  bo  Carole  Marden  wtrąciła  się  do  rozmowy 

dziewcząt.  

– Dosyć, przestańcie plotkować. Nie za to wam płacę.  

– Tak, pani Marden. – Dziewczęta umilkły i zniknęły na zapleczu sklepu.  

Tess ledwo zwróciła na to uwagę, zbyt zajęta porządkowaniem własnych myśli.  

–  Przepraszam,  Ŝe  musiała  pani  tego  wysłuchiwać.  –  Carole  zaczęła  pakować  zakupy 

klientki  do  toreb.  –  Jeśli  wychowała  się  pani  w  tej  okolicy,  to  wie  pani,  jak  ludzie  lubią  tu 

plotkować.  Spojrzała  w  kierunku  Jacka  i  pokiwała  głową.  –  Biedny,  nieszczęśliwy 

męŜczyzna. To takie smutne...  

– Co pani powiedziała? – spytała Tess, starając się pochwycić sens zasłyszanych słów.  

– Tylko tyle, Ŝe to smutne, iŜ Ŝycie tego człowieka zostało zmarnowane...  

Tess  zmruŜyła  powieki.  Tego  juŜ  było  za  wiele.  Nie  dość,  Ŝe  jedni  uwaŜają,  iŜ  sam  jest 

sobie winien, to drudzy mu jeszcze współczują.  

– Proszę wybaczyć, lecz w Ŝyciu Jacka Sheridana nie ma miejsca na niepowodzenia czy 

nieszczęście. Wiem coś o tym, bo z nim mieszkam – rzuciła ze znaczącym uśmiechem.  

–  Och!  –  Kasjerka  szeroko  otworzyła  oczy.  –  Ach,  więc...  –  Pakując  ostatnią  torbę, 

kobieta  połączyła  w  myślach  zakupy  Tess  z  parą  siedzącą  w  cięŜarówce.  –  Tak  mi  przykro. 

Nie sądziłam...  

Zapadła krępująca cisza, której Tess nie zamierzała przerywać.  

background image

– Ile płacę? – spytała wreszcie.  

– Trzysta osiemdziesiąt sześć dolarów, czterdzieści dwa centy – rzekła z ulgą kasjerka.  

Tess z satysfakcją wyjęła gotówkę i uiściła naleŜność.  

– Dziękuję. Proszę pozdrowić Jeffa – rzuciła na poŜegnanie.  

– Oczywiście.  

Tess, czując totalny zamęt w głowie, opuściła sklep i ruszyła do samochodu.  

Wsiadła  w  milczeniu.  Zachowywała  się  podejrzanie  cicho,  na  jej  twarzy  malowało  się 

poruszenie.  Jack  obserwował  ją  kątem  oka,  domyślając  się,  Ŝe  w  sklepie  Mardena  musiało 

zdarzyć się coś złego. Sądził, Ŝe Tess zaraz wybuchnie, lecz nic takiego nie nastąpiło.  

– Chcę wrócić do domu – powiedziała tylko.  

Przez  godzinę  nie  wymówiła  ani  słowa.  Jack  przyhamował  przed  zjazdem  na  drogę  do 

Johnson. Zimowe słońce zaczęło właśnie znikać za łańcuchem gór Bighorn. Po obu stronach 

drogi rozciągały się rozległe, pokryte śniegiem przestrzenie. Nawet cięŜarówka z napędem na 

cztery  koła  z  trudem  radziła  sobie  z  zaspami  na  wiejskiej  drodze.  Pod  wieczór  temperatura 

zaczęła spadać i rozmiękły za dnia śnieg zamienił się w lód.  

Zapowiadała się wyjątkowo trudna, wymagająca pełnej koncentracji jazda. Jack nie mógł 

nic na to poradzić. Przez cały czas nie opuszczała go obawa, Ŝe w Gweneth Tess dowiedziała 

się o nim wszystkiego.  

Naprawdę  myślisz,  Ŝe  ta  dziewczyna  patrzy  bez  przerwy  w  okno,  bo  chce  podziwiać 

widoki, zapytał sam siebie. Poczuł skurcz Ŝołądka. No więc co z tego, jeŜeli się dowiedziała? 

Co cię to obchodzi? CzyŜbyś jej potrzebował? Nieźle sobie radziłeś, nim wtargnęła w twoje 

Ŝ

ycie.  

Jedyne  co  go  martwiło,  to  fakt,  iŜ  zapewne  nie  będą  juŜ  uprawiać  seksu.  Tylko  Ŝe  to 

głupie.  Lecz  właściwie  nie  słyszał  jeszcze  o  związku  między  kobietą  a  męŜczyzną,  który 

obywałby  się  bez  komplikacji,  a  nawet  gdyby  taki  istniał, z  pewnością  nie  mógłby  zaistnieć 

między nim a Tess. śadne z nich nie miało przeszłości usłanej róŜami, kaŜde nosiło jakiś garb 

na plecach. Przede wszystkim on.  

Czemu  nie  przyznasz  się,  Sheridan,  Ŝe  nie  moŜesz  znieść  myśli,  iŜ  ona  wie,  Ŝe  nie 

satysfakcjonowałeś  Ŝony  jako  męŜczyzna?  śe  twój  brat  cię  zdradził  i  Ŝe  bez  walki  oddałeś 

syna, pomyślał.  

To  teŜ  było  głupie.  PrzecieŜ  gdyby  została  tu  na  dłuŜej  i  tak  by  się  o  wszystkim 

dowiedziała.  To  tylko  kwestia  czasu.  Jazda  do  Gweneth  jedynie  uświadomiła,  jakie  jest 

ryzyko.  

Westchnął, próbując wmówić sobie, Ŝe na dłuŜszą metę tak będzie lepiej dla nich obojga. 

Lepiej  przerwać  ten  związek  teraz,  gdy  jeszcze  tak  na  dobre  się  ze  sobą  nie  zŜyli.  KaŜde 

pójdzie swoją drogą i...  

– Jack? 

Dopiero po chwili zorientował się, Ŝe Tess coś powiedziała. Zdziwił się, Ŝe pogrąŜony w 

rozmyślaniach nie zauwaŜył nawet, iŜ przejechali miejsce, w którym parę tygodni temu Tess 

zdarzył się wypadek.  

– Co takiego? – spytał w końcu.  

background image

– Czy twoja była Ŝona wyszła za... twojego brata? 

Nawet  jeśli  sądził,  Ŝe  jest  przygotowany  na  podobne  pytanie,  postawione  wprost 

podziałało  jak  cios  w  Ŝołądek.  Jack  zacisnął  palce  na  kierownicy  i  spróbował  wziąć  się  w 

garść.  

– Kto ci o tym powiedział? 

– Nikt. Słyszałam, jak jacyś ludzie o tym wspominali, i zdziwiłam się. Czy to prawda? 

– Tak – odparł, patrząc przed siebie.  

– Czemu nic mi nie powiedziałeś? 

– A powinienem? To nie jest rzecz, którą warto się chwalić.  

– Ale...  

– Nie chcę o tym mówić.  

– Naprawdę? – Popatrzyła nań w zdumieniu. – MoŜe ja chcę.  

– To nie masz szczęścia, bo skończyłem dyskusję.  

– Czy wiedziałeś, Ŝe wszyscy o tym gadają? – Tess spróbowała z innej beczki.  

– Oczywiście. Nic mnie to nie obchodzi – rzekł, wzruszając ramionami.  

–  Więc  czemu  większość  czasu  spędziłeś  w  cięŜarówce,  robiąc,  co  się  da,  by  uniknąć 

kontaktu z mieszkańcami Gweneth? 

Jack milczał.  

– Dlaczego? – powtórzyła.  

– NiewaŜne – odparł, obserwując kątem oka, jak Tess oblewa się rumieńcem.  

– A więc rozumiem, Ŝe nie będziesz przywiązywał wagi do faktu, iŜ powiedziałam Carole 

Marden, Ŝe mieszkamy razem, prawda? 

–  Co?  –  Jack  drgnął  gwałtownie  i  niewiele  brakowało,  a  wjechałby  wozem  do  rowu.  – 

Czemu, u licha, to zrobiłaś? 

–  A  jak  miałam  zareagować?  Mówiła  o  tobie  „biedny,  nieszczęśliwy  człowiek”, 

„męŜczyzna ze złamanym sercem”, więc się zdenerwowałam.  

– MoŜe powinnaś jej wysłuchać? 

– Dlaczego?! – krzyknęła Tess. – Wydaje mi się, Ŝe i tak zbyt wiele osób ci współczuje.  

Rozmowa urwała się. Jack nie powiedział juŜ ani słowa, tym bardziej Ŝe dotarli do Cross 

Creek  i  naleŜało  się  zatrzymać.  Podjechali  pod  dom,  Jack  wyłączył  silnik  i  wyskoczył  z 

kabiny.  

– Dokąd idziesz? – zawołała Tess.  

– Nakarmić konie.  

– Ale...  

Zaniepokojona podniesionymi głosami dorosłych Nicki. zaczęła marudzić.  

– Lepiej zajmij się córką – rzucił Jack, trzasnął drzwiami samochodu i zniknął.  

Tess powiedziała sobie, iŜ nie będzie się tym przejmować.  

W  końcu  stajnia  to  właściwe  miejsce  dla  człowieka  ślepego  niczym  nietoperz,  upartego 

jak muł i głupiego jak osioł. Jeśli o nią chodzi, Jack mógł tam siedzieć do końca świata.  

Powtarzała to w myślach przez następne trzy godziny, tłumacząc sobie na róŜne sposoby 

całą sytuację. Nic innego nie robiła, jedząc obiad, kąpiąc i karmiąc małą, wreszcie kładąc ją 

background image

spać  w  nowych  róŜowych  śpioszkach.  Czyniła  to  równieŜ  wówczas,  gdy  stała  w  oknie, 

wpatrując się w ciemne zarysy stajni.  

Część  osobowości  Tess  po  prostu  nie  mogła  w  to  uwierzyć.  To  była  ta  część,  która 

zapamiętała  jakiś  cień  desperacji  w  pocałunku  Jacka  przed  sklepem  Mardena  i  dostrzegła 

pobielałe  kostki  jego  palców  zaciśniętych  na  kierownicy,  gdy  padło  pytanie  o  byłą  Ŝonę  i 

brata.  

Gdyby nie znała go lepiej, sądziłaby, Ŝe się wstydził. Tylko czego? 

Na litość boską, pomyślała. Jak bym się czuła na jego miejscu? 

Z pewnością zraniona, wściekła, zdradzona, pewna, Ŝe nie naleŜy powtarzać tego samego 

błędu po raz drugi, uznała w duchu. Gdyby rana okazała się głęboka, a tak by się stało, jeśli 

zadałby ją ktoś tak bliski jak brat, zaczęłabym się zastanawiać, co ze mną jest nie w porządku, 

co  zrobiłam,  by  zasłuŜyć  na  taki  los?  Szczególnie  jeśli  sąsiedzi  równieŜ  by  nad  tym  głośno 

debatowali. Wystarczyłoby, Ŝeby  odizolować się  od świata i wmówić sobie, Ŝe o nic się nie 

dba.  

A  co  z...  dzieckiem?  Znając  Jacka,  nie  potrafiła  sobie  wytłumaczyć,  jak  mógł  się 

odwrócić  od  własnego  syna,  niezaleŜnie  od  tego,  jak  bardzo  czuł  się  zraniony.  PrzecieŜ 

okazywał taką czułość wobec Nicki i tak wspaniale zaopiekował się Tess...  

Westchnęła,  czując,  Ŝe  nie  potrafi  gniewać  się  na  tego  człowieka.  Nie  miała  Ŝadnych 

wątpliwości,  iŜ  go  kocha,  lecz  to  w  niczym  nie  pomoŜe  im  obojgu,  jeśli  Jack  z  nią  nie 

porozmawia. Teraz wiedziała juŜ, co ma zrobić.  

Upewniwszy się, Ŝe Nicki spokojnie śpi, zbiegła na dół, ubrała się i wyszła na podwórze. 

Na rozgwieŜdŜonym niebie świecił księŜyc. Ciągle było mroźno. Podniosła kołnierz i wsunęła 

ręce do kieszeni. Doszła do stajni, zebrała się na odwagę i pchnęła drzwi. Jack tylko rzucił na 

nią  okiem  i  wrócił  do  czesania  grzywy  siwka.  Tess  nabrała  tchu,  podeszła  bliŜej.  Koń 

wyciągnął ku niej szyję i obwąchał przyjaźnie. Poklepała go po szyi.  

– Myślałem, Ŝe do tej pory juŜ się spakowałaś i wyjechałaś z rancza – powiedział Jack.  

Przyjrzała  mu  się  uwaŜnie.  Mimo  chłodu  był  bez  kurtki,  miał  rozpiętą  koszulę  i 

podwinięte  rękawy.  Na  twarzy  i  piersiach  lśniły  mu  kropelki  potu.  Nie  podniósł  wzroku  na 

Tess. Wyraźnie nie zamierzał niczego jej ułatwiać.  

– Wyrzucasz mnie? – zapytała.  

–  Po  tym,  co  dziś  usłyszałaś,  czemu  chciałabyś  zostać?  Milczała  przez  chwilę, 

powtarzając sobie w duchu, Ŝe nie ma nic do stracenia, a wiele do wygrania.  

– Bo cię kocham – wyznała z bijącym sercem.  

–  Nie  mówisz  serio  –  rzekł  Sheridan  pozornie  spokojnym  głosem,  a  zgrzebło,  którym 

czesał grzywę konia, ześliznęło się gdzieś na bok.  

– Przeciwnie – powiedziała, zbliŜając się o krok.  

–  Nie.  –  Jack  przeszedł  na  drugą  stronę  i  zaczął  czyścić  konia  w  taki  sposób,  Ŝe  Tess 

musiała uskoczyć, by zwierzę na nią nie nastąpiło.  

Czekała,  obserwując  ranczera  spod  przymruŜonych  powiek,  gdy  ten  odprowadzał  siwka 

do  odległego  boksu.  Po  kilku  minutach  wrócił,  a  kiedy  zbliŜał  się  z  niewyraźnym  wyrazem 

twarzy, Tess przecięła mu drogę.  

background image

– Powiedz, dlaczego uparłeś się być sam? Czemu odrzucasz to, co niesie Ŝycie? Dlaczego 

odwróciłeś się od własnego dziecka? Czy naprawdę tak kochasz byłą Ŝonę, Ŝe nie potrafisz o 

niej zapomnieć? 

– Do diabła, nie w tym rzecz! – zawołał.  

– Więc w czym? 

– Nie wystarczy ci, Ŝe jestem męŜczyzną, który nie zdołał zadowolić kobiety? Głupcem, 

który dał się oszukać własnej Ŝonie? 

– Nie.  

–  To  posłuchaj  jeszcze  o  czymś.  Mój  syn  nie  jest  moim  dzieckiem  i  nigdy  nim  nie  był. 

Wystarczy? 

– Jesteś tego pewien? – zapytała, z góry znając odpowiedź. Teraz rozumiała juŜ wszystko.  

– Mam wyniki testów.  

– Tak mi przykro... – zaczęła.  

– Przestań. Nie potrzebuję współczucia.  

– Wcale nie to miałam na myśli – rzuciła.  

– Pragnę tylko jednego: zostać sam – rzekł, podchodząc tak blisko, Ŝe stali teraz twarzą w 

twarz.  

– Fatalnie, bo to jedyna rzecz, na którą nie mogę ci pozwolić.  

– Dlaczego? 

Tess widziała lśnienie jego zielonych oczu. W tej chwili przypominał tygrysa gotującego 

się do skoku. Zaczynało robić się niebezpiecznie.  

– PrzecieŜ powiedziałam. Bo cię kocham – powtórzyła.  

– Wcale tak nie myślisz. – Jack pokręcił głową. – Nie moŜesz. Czy nie słyszałaś...  

–  Słyszałam.  Ale  tylko  ty  jeden  niczego  nie  rozumiesz.  To  juŜ  skończone.  Przeszło, 

minęło. Nic nie poradzisz na to, co się stało, lecz masz wpływ na teraźniejszość. Albo ułoŜysz 

sobie Ŝycie, albo... nie.  

– Do licha, Tess...  

–  MoŜesz  mówić,  co  chcesz  –  rzekła,  kładąc  mu  palec  na  ustach.  –  Ale  niczego  nie 

zmienisz, więc czemu mnie nie pocałujesz i nie uszczęśliwisz nas obojga? 

Jack  jęknął  głucho  i  zrobił  to,  o  czym  mówiła.  Parę  sekund  później  Tess  była  w  jego 

ramionach.  Oparta  o  drewnianą  ścianę  stajni  czuła  przy  sobie  twarde  ciało  męŜczyzny,  a  na 

wargach jego gorące usta.  

Wypełniło  ją  gwałtowne  uczucie  ulgi  zmieszanej  z  radością  i  czułością.  Całując  Tess, 

Jack zdawał sobie sprawę, iŜ narasta w nim podniecenie. Tuliła się do jego piersi, czuł bicie 

jej serca. Słabła w uścisku i traciła oddech pod wpływem pocałunków. Wsunął język między 

wargi  Tess,  smakując  ich  słodycz.  Dziewczyna  wyraźnie  pragnęła  dostać  więcej.  Jack 

przycisnął jej uda do swoich tak mocno, Ŝe tworzyli teraz jedną całość.  

Tess  wsunęła  dłonie  we  włosy  Jacka,  ustami  pieściła  mu  dolną  wargę,  aŜ  jęczał  z 

rozkoszy.  Wiedział,  Ŝe  powinien  przestać,  lecz  wcale  tego  nie  pragnął.  Podniecał  go  zapach 

dziewczyny,  jej  smak,  dotknięcia,  ciche  dźwięki,  które  dobywały  się  z  jej  gardła,  sposób,  w 

jaki przesuwała dłońmi po jego włosach, szyi, ramionach.  

background image

Tess  wyciągnęła  Jackowi  koszulę  ze  spodni  i  zaczęła  pieścić  jego  brzuch.  Ledwie 

panował  nad  sobą,  gdy  wędrowała  rękoma  ku  plecom,  biodrom,  sutkom  piersi.  Kiedy  ich 

dotknęła,  zareagował  jak  raŜony  prądem.  Drgnął,  ogarnięty  falą  rozkoszy.  Odsunął  usta  od 

warg Tess i oddychając cięŜko, przytulił je do jej skroni.  

– Tess... nie mogę... chcę... Musisz przestać albo wezmę cię tu zaraz...  

– Na litość boską... zrób to.  

Tego  było  za  wiele.  Nigdy  dotąd  nie  zetknął  się  z  tak  nieprzewidywalną  kobietą,  nigdy 

teŜ nie pragnął Ŝadnej jak Tess. Wydał z siebie niezrozumiały dźwięk, przesunął ręką w dół, 

jednym ruchem rozpiął jej dŜinsy, ściągnął je i to samo zrobił ze swoimi. JuŜ chciał sięgnąć 

po  nią,  gdy  powstrzymała  go  na  chwilę.  By  nie  stracić  równowagi,  chwyciła  go  za  ramię  i 

zaczęła wyplątywać but ze spodni. Widok nagości Tess ostatecznie rozbroił Jacka. Nie mógł 

dłuŜej czekać. Przygarnął ją mocno do siebie. Tess przylgnęła doń bez wahania, zarzuciła mu 

ręce  na  szyję  i  prowokacyjnym  ruchem  zakołysała  się  na  palcach.  Jack,  nie  spuszczając 

wzroku  z  twarzy  dziewczyny,  wsunął  kolano  pomiędzy  jej  nogi.  Widział,  jak  szeroko 

rozwarła oczy, a potem je przymknęła, czuł, jak mocno bije jej serce.  

– Och – szepnęła.  

–  Spójrz  na  mnie  –  zaŜądał,  wnikając  w  ciało  Tess.  Uniosła  powieki  i  poróŜowiała  na 

twarzy, gdy zaczął poruszać się w niej rytmicznie.  

W  stajni  słychać  było  tylko  przyspieszone  oddechy.  Tess  rozchyliła  wargi  i  jedną  nogą 

otoczyła  biodra  kochanka,  Ŝeby  mógł  wniknąć  w  nią  głębiej.  Jack  obserwował,  jak 

przeŜywała  zbliŜenie.  Gdy  odchyliła  głowę,  przesunął  kciukiem  po  gorącym,  wilgotnym 

wnętrzu intymnego zakątka jej ciała, szukając najwraŜliwszego miejsca.  

–  Och!  JuŜ  nie  mogę...  –  Tess  drŜała  z  rozkoszy.  Znalazł  to,  czego  szukał,  i  wzmógł 

pieszczotę.  Ciało  dziewczyny  wypręŜyło  się  i  zesztywniało  na  długą  chwilę.  Trzęsła  się, 

krzyczała  imię  Jacka,  trzymając  go  mocno  za  ramiona,  jakby  stanowił  jedyną  jej  więź  ze 

ś

wiatem.  

Jack  chwycił  ją  za  pośladki  i  przycisnął  mocno.  Był  podniecony  aŜ  do  bólu,  więc  gdy 

osiągnął  szczyt  rozkoszy,  nie  potrafił  opanować  krzyku.  Gdy  wrócił  do  rzeczywistości,  zdał 

sobie sprawę, Ŝe ciągle kołysze Tess w ramionach, a ona przesuwa mu dłońmi po plecach.  

Uniósł  głowę,  by  spojrzeć  na  nią.  Wargi  miała  wilgotne  od  pocałunków,  policzki  jej 

płonęły, w oczach lśniło poczucie zaspokojenia.  

– Hej – powiedziała z uśmiechem.  

– Nie powinniśmy... – zaczął.  

–  Nic  nie  mów...  –  Przesunęła  dłonią  po  włosach  Jacka  i  pocałowała  go  w  usta.  –  Było 

cudownie. Nie psuj tego.  

Jack spróbował wmówić sobie, Ŝe miała rację, choć jakiś głos szeptał mu w głębi duszy, 

iŜ będą z tego kłopoty.  

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Cichy szept Tess obudził Jacka. Upłynęło kilka sekund, nim zorientował się, Ŝe nie ma jej 

w łóŜku. Podniósł głowę i zobaczył, Ŝe stoi przy posłaniu córeczki.  

– Wszystko w porządku? – zapytał.  

– Tak. Właśnie ją nakarmiłam, więc powinna zasnąć, prawda, kochanie? – Tess zwróciła 

się do dziecka.  

Jacka ogarnęło kojące poczucie wewnętrznego uspokojenia. Po raz pierwszy nie czuł się 

dziwnie,  leŜąc  w  łóŜku,  które  kiedyś  dzielił  z  Elise.  Tylko  Ŝe  teraz  wszystko  wyglądało 

inaczej.  Jack  doznawał  czegoś,  co  zwykli  śmiertelnicy  nazywają  szczęściem.  Ciągle  jeszcze 

nie myślał o tym, by wiązać się z Tess na stałe, lecz... kto wie.  

Materac  ugiął  się  lekko,  dając  znać,  iŜ  Tess  wróciła  do  łóŜka.  Jack  wyciągnął  rękę  i 

pogładził ją po plecach. Wyczuł dotykiem, Ŝe ma gęsią skórkę.  

– Zimno ci? – zapytał.  

– Trochę. Ale ty jesteś ciepły – powiedziała, przytulając się do niego.  

Przez chwilę leŜeli pogrąŜeni we własnych myślach.  

– Jack? – Tess przesunęła mu dłonią wzdłuŜ piersi.  

– Hm? 

– Opowiedz mi o nich.  

– O kim? – zapytał, dobrze wiedząc, o kogo jej chodzi.  

– O Elise i...  

– Jaredzie – dokończył, wymawiając imię brata po raz pierwszy od trzech lat.  

Gdy przebrzmiało, Jack czekał na znajome uczucie goryczy, które zwykle ogarniało go w 

takich  momentach,  lecz  tym  razem,  ku  jego  zdziwieniu,  niczego  takiego  nie  doznał. Jeszcze 

bardziej  zaskakujące  wydało  mu  się  to,  iŜ  wreszcie  jest  zdolny  opowiedzieć  całą  tę  bolesną 

historię.  

– W dzieciństwie stanowiliśmy z Jaredem parę najlepszych przyjaciół – zaczął. – Byłem 

od niego dwa lata starszy, więc uwaŜał mnie za autorytet. Sam z natury lubił psocić. Razem 

pasjonowaliśmy  się  rodeo.  Marzyliśmy,  by  wspólnie  prowadzić  ranczo.  Oszczędzaliśmy 

pieniądze  i  wreszcie  udało  się  kupić  tę  posiadłość.  Na  początku  wszystko  się  świetnie 

układało.  

Potem  na  aukcji  bydła  w  Las  Vegas  spotkałem  Elise.  Występowała  jako  chórzystka  w 

jednym  z  musicali.  Wydawała  się  niezwykła,  dzika,  zuchwała.  Nigdy  przedtem  nie  znałem 

kogoś podobnego. Pobraliśmy się po ośmiu dniach znajomości.  

Nie  minął  rok,  a  nasze  małŜeństwo  zaczęło  się  psuć.  Elise  uwaŜała,  Ŝe  ranczo  leŜy  na 

odludziu,  ja  za  duŜo  pracuję,  mało  z  nią  rozmawiam,  zawsze  jestem  zmęczony  i  nigdy  nie 

zabieram jej do miasta. śycie tutaj przestało ją bawić. Sprzeczaliśmy się na ten temat, lecz ja 

nie  zamierzałem  się  poddawać.  Poprosiłem  brata  o  pomoc.  Chciałem,  by  zadbał  o  rozrywki 

Elise.  –  Jack  westchnął.  –  Powiesz,  Ŝe  powinienem  nabrać  podejrzeń,  gdy  zaszła  w  ciąŜę, 

choć  nasze  Ŝycie  erotyczne  nie  układało  się  najlepiej.  Myślę,  Ŝe  w  głębi  duszy  o  wszystkim 

background image

wiedziałem,  lecz  nie  chciałem  wierzyć  i  to  nie  ze  względu  na  Elise,  lecz  na  Jareda. 

Wmawiałem sobie, iŜ nic się nie dzieje. Udawałem, Ŝe nie zauwaŜam, jak brat mnie unika i 

nie  patrzy  mi  w  oczy.  Przekonywałem  sam  siebie,  iŜ  to  normalne,  gdy  Elise  poprosiła,  bym 

przeniósł się do innego pokoju, a później na jakiś czas przed porodem wyjechała do Gweneth.  

Kiedy urodził się Matthew, tylko ja czułem się szczęśliwy. Miałem syna. Tak było przez 

kilka  miesięcy,  a  potem  przyszli  do  mnie  oboje.  Twierdzili,  Ŝe  nie  zamierzali  mnie  zranić, 

lecz  pokochali  się  i  chcą  odejść.  –  Tess  ścisnęła  Jacka  za  ramię,  a  on  uświadomił  sobie,  Ŝe 

mocno trzyma ją za rękę. – Oczywiście potrzebowali pieniędzy. Nie spodziewali się jednak, 

Ŝ

e  dam  Elise  choćby  pensa.  Uznali,  Ŝe  wystarczy,  jeśli  spłacę  Jareda.  Zgodziłem  się,  pod 

warunkiem,  Ŝe  Matthew...  i  wtedy  powiedzieli  mi  resztę.  Nie  wierzyłem.  BoŜe,  jaki  byłem 

wściekły.  Przeprowadziliśmy  testy.  W  dniu,  w  którym  dostałem  wyniki,  sprzedałem  bydło  i 

wręczyłem im pieniądze. Wtedy teŜ przyrzekłem sobie, Ŝe nigdy więcej...  

Jack musiał przyznać, Ŝe opowiadając o tym, nie cierpi juŜ jak kiedyś. Miał wraŜenie, iŜ 

wszystko zdarzyło się bardzo dawno i komuś innemu...  

– Współczuję ci... – Tess ścisnęła go za rękę.  

Jej słowa przywróciły Jackowi poczucie rzeczywistości. Brzmiała w nich szczera troska. 

Jack pomyślał, Ŝe w ciągu pięciu tygodni przeŜył z Tess więcej niŜ niektóre małŜeństwa przez 

całe  Ŝycie.  To  była  niepokojąca  myśl.  Skoro  tyle  jej  wyznał,  pewnie  Tess  zechce  wrócić  do 

tematu, który poruszyła w stajni, napomykając, iŜ powinien jakoś ułoŜyć sobie Ŝycie.  

Lecz  ona  milczała.  Jakby  wyczuwając  pewną  rezerwę  Jacka,  połoŜyła  się  mu  na 

piersiach. Gdy dotknęła go całym ciałem, poczuł, jak narasta w nim podniecenie.  

– Co robisz? – zapytał.  

– Daję ci szansę – powiedziała miękko.  

Schyliła  głowę i zaczęła całować jego skronie, oczy, policzki, przesuwając ustami coraz 

niŜej,  aŜ  ciało  Jacka  przebiegło  rozkoszne  drŜenie.  Uniósł  ręce,  by  ją  przytulić,  lecz  Tess 

przygniotła  je  do  materaca  i  dalej  wędrowała  wargami  wzdłuŜ  szyi  i  ramion,  pieściła 

językiem sutki męskich piersi, pokrywała pocałunkami brzuch.  

Gdy  Jackowi  zdawało  się,  Ŝe  nie  wytrzyma  ani  sekundy  dłuŜej,  osunęła  się  wargami 

poniŜej  pasa  i  zaczęła  pieścić  językiem  tę  część  ciała  męŜczyzny.  Nie  ustawała,  póki  nie 

chwycił materaca w dłonie, gniotąc go w spazmatycznym uścisku.  

Wtedy uniosła się lekko  i pozwoliła, by wypełnił ją sobą. Jack nie kontrolował sytuacji. 

Oddychał  coraz  szybciej  i  szybciej,  wreszcie  zaczął  krzyczeć  w  ekstazie,  powtarzając  imię 

Tess. Chwilę potem leŜeli spleceni w uścisku. Jack czuł bicie serca Tess tuŜ przy swoim. W 

tym momencie naleŜała do niego całą sobą.  

– Tess. Chodź tutaj.  

Drgnęła, słysząc ponaglenie w głosie Jacka, który kąpał Nicki. Rzuciła trzymane w ręku 

ś

pioszki na stos świeŜo wypranej bielizny i pospieszyła do niego.  

– Co się stało? – spytała, spoglądając na córeczkę.  

– Spójrz – rzekł Jack i pochylił się nad małą, nie bacząc, Ŝe moczy sobie przód koszuli. – 

No, kochanie, pokaŜ, jak to robisz – zwrócił się do Nicki.  

Dziecko  popatrzyło  nań  uwaŜnie,  by  po  chwili  rozpromienić  się  w  uśmiechu.  Tess  nie 

background image

wiedziała, co w tym nadzwyczajnego, w końcu dziecko uśmiechało się od tygodni.  

Odwróciła się ku Jackowi i popadła w zdumienie. Jego twarz równieŜ rozjaśniał uśmiech.  

– No co? – zapytał, widząc zaskoczenie Tess.  

– Nic, po prostu... po raz pierwszy widzę, jak się uśmiechasz.  

– Och, daj spokój. – Jack wydawał się nieco zakłopotany. – Powinnaś patrzeć na Nicki. 

Ona uśmiechała się do mnie! 

Tess pokiwała głową z powątpiewaniem.  

– Nie sądzę, by wiedziała, Ŝe to ty.  

Jack juŜ chciał zaprotestować, gdy pojął, Ŝe to Ŝart.  

– Bardzo zabawne – mruknął.  

Tess  ogarnęła  czułość.  Naprawdę  nie  miała  zamiaru  wprawiać  Jacka  w  zakłopotanie. 

Otarła mu kroplę wody z policzka.  

– TeŜ tak myślę – rzekła miękko i jakby nigdy nic wróciła do sortowania bielizny.  

W  głębi  serca  czuła  jednak  niezwykłą  radość.  Minął  tydzień,  odkąd  przyjechali  z 

Gweneth,  a  Jack  z  kaŜdym  dniem  zdawał  się  pozbywać  dawnego  dystansu.  Nadal 

zachowywał  się  z  pewną  rezerwą,  lecz  wiele  barier  zostało  przełamanych.  Stał  się  znacznie 

bardziej otwarty i łatwiejszy w poŜyciu.  

Tess  chciała  wierzyć,  Ŝe  zapomni  wreszcie  o  złej  przeszłości  i  zacznie  patrzeć  w 

przyszłość. Rozumiała, Ŝe sam musi zdecydować, czy chce wieść wspólne Ŝycie z nią i Nicki. 

Ona  ze  swej  strony  zrobiła  wszystko,  by  ułatwić  mu  wybór,  lecz  ostatni  krok  naleŜał  do 

niego.  

Postanowiła  jedynie,  iŜ  jeśli  nadejdzie  czas  jej  wyjazdu,  a  nic  się  nie  zmieni,  opuści 

ranczo, nawet jeŜeli to będzie trudne. Do tego momentu zamierzała cieszyć się kaŜdą wspólną 

chwilą. Po stracie Graya zrozumiała, Ŝe Ŝycie jest zbyt krótkie, by martwić się na zapas tym, 

na co nie ma się wpływu.  

Popatrzyła  na  Jacka  wyjmującego  dziecko  z  kąpieli.  UłoŜył  niemowlę  na  ręczniku  i 

wycierając delikatne ciałko, przemawiał łagodnie do maleństwa. Ubrał Nicki, a potem małym 

grzebykiem ułoŜył jej włoski.  

– Co o tym myślisz? – zapytał, prezentując matce dziecka swoje dzieło.  

–  Jack!  –  Tess  zareagowała  okrzykiem  na  niezwykłą  fryzurkę  małej,  której  główkę 

uczesał na jeŜa.  

– Nie podoba ci się? – roześmiał się.  

– Nie – zawtórowała mu rozbawiona Tess. Wzięła na ręce córeczkę, by zanieść ją na górę 

i nakarmić.  

Gdy  wróciła,  Jack  ciągle  był  w  kuchni.  Rozmawiał  przez  telefon.  Słysząc  kroki  Tess, 

odwrócił się.  

– To Mary, dzwoni do ciebie – powiedział spokojnie. Stanął przy oknie, słuchając cichej 

rozmowy Tess z babką.  

Zastanawiał się, o czym tak długo mogą mówić, skoro z nim starsza pani porozumiała się 

w  kilku  słowach.  Zwięźle  podziękowała  za  gościnę  udzieloną  wnuczce  i  dała  mu  do 

zrozumienia,  Ŝe  czas,  by  się  to  skończyło.  Mary  Danielson  Ŝyczyła  sobie,  by  Tess  i  jej 

background image

dziecko wróciły na ranczo Double D.  

PrzecieŜ  tak  miało  być.  Czemu  mam  chęć  rzucić  telefonem  o  ścianę,  pomyślał  Jack. 

Wzruszył  ramionami,  wstydząc  się  odpowiedzi  na  to  pytanie.  Zaczął  sobie  wmawiać,  Ŝe 

wyjazd Tess wcale go nie poruszy. CóŜ z tego, Ŝe dziewczyna odjedzie. Los zetknął ich przez 

przypadek.  ZbliŜyli się dzięki niezwykłemu faktowi, Ŝe asystował przy narodzinach Nicki, a 

erotyczne przygody wynikły z okoliczności. W końcu Tess nie była jego Ŝoną.  

Właśnie.  A  obchodzi  mnie  znacznie  bardziej  niŜ  Elise,  pomyślał  i  poczuł  zaskoczenie. 

Więc  poproś  ją,  by  z  tobą  została,  pomyślał.  A  co  potem?  CóŜ  moŜe  jej  zaoferować  prócz 

pustego domu i niepewnej przyszłości? A co będzie z Nicki? Dziecko nie miało ojca. Zresztą 

jak prosić Tess o pozostanie, skoro niczego jej nie obiecywał? 

Jack odetchnął głęboko, podejmując decyzję. Najlepsze co moŜna zrobić, to pozwolić na 

odejście, uznał w myślach.  

– No i co? – zapytał,  gdy  dziewczyna odłoŜyła słuchawkę. Serce Tess biło niespokojnie 

wcale  nie  ze  względu  na  wymianę  zdań  z  babką,  lecz  dlatego,  iŜ  nieuchronnie  zbliŜał  się 

moment ostatecznej rozmowy z Jackiem.  

– Nie złagodniała przez te dziesięć lat – rzekła, starając się mówić spokojnie. – Uznała, iŜ 

mój przyjazd tutaj bez jej zgody  świadczy, Ŝe jestem równie narwana jak  dawniej.  Zwróciła 

uwagę, Ŝe to wbrew dobrym obyczajom, iŜ zatrzymałam się u ciebie. – Jack spojrzał na Tess 

pytającym  wzrokiem,  a  ona  wzruszyła  ramionami  i  ciągnęła  dalej:  –  W  drodze  do  domu 

babka zajechała do Gweneth i tam juŜ o nas usłyszała, bo, jak wiesz, nie utrzymałam języka 

za  zębami.  Nie  jest  tym  wszystkim  zachwycona,  lecz  zamierza  poznać  prawnuczkę.  śyczy 

sobie, bym spakowała rzeczy i natychmiast przeniosła się do Double D.  

Tess bezskutecznie próbowała rozszyfrować wyraz twarzy Jacka. No, dalej, powiedz coś, 

zachęcała  go  w  myślach.  Zaproponuj,  bym  tylko  odwiedziła  babcię  i  została  z  tobą.  PomóŜ 

mi.  

– Kiedy chcesz wyjechać? – spytał Sheridan.  

Pytanie  podziałało  jak  cios  wymierzony  w  serce.  Tess  przełknęła  ślinę,  starając  się 

zapanować  nad  sobą  i  nie  wprawiać  ich  obojga  w  zakłopotanie.  PrzecieŜ  zdecydowała,  Ŝe 

zastosuje się do Ŝyczenia gospodarza rancza. Wiedziała, co robi. Jack uczciwie uprzedzał, by 

niczego nie oczekiwała. Powinna się cieszyć, Ŝe stało się to teraz... gdy jeszcze moŜe wycofać 

się z godnością.  

–  Im  szybciej,  tym  lepiej  –  odparła  z  wymuszonym  uśmiechem.  –  Najlepiej  od  razu 

zacznę się pakować, by być gotowa, gdy Nicki się obudzi.  

– Pójdę zamocować jej fotelik w samochodzie – powiedział Jack i wyszedł z kuchni. Tess 

odprowadziła  go  wzrokiem,  mając  wraŜenie,  Ŝe  to  zły  sen.  Wszystko  stało  się  tak  szybko. 

Jeszcze  godzinę  temu  śmieli  się  wesoło,  a  teraz...  Wszystko  skończone,  trzeba  wziąć  się  w 

garść.  

Pakowanie nie zabrało jej duŜo czasu.  

– Gotowa? – usłyszała głos Jacka.  

Stał w drzwiach, jakby nie mógł doczekać się chwili, gdy Tess zniknie z jego Ŝycia. Na 

jego twarzy nie malował się nawet cień Ŝalu czy wzruszenia.  

background image

Tess skinęła głową, wzięła dziecko, a Jack chwycił jej torbę i neseser. Nicki ciągle spała. 

Matka  otuliła  ją  kocykiem  i  zatrzymała  się,  by  obrzucić  pokój  ostatnim  spojrzeniem. 

Pomyślała,  jak  bardzo  zmieniło  się  jej  Ŝycie  w  ciągu  paru  tygodni.  Wzięła  głęboki  oddech, 

wyprostowała się, a potem opuściła sypialnię.  

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

Jack nie wiedział, kiedy uświadomił sobie, Ŝe popełnił błąd. Pomyślał o tym zaraz, gdy po 

wyjeździe  Tess  sprzątał  stajnię.  Praca  zajęła  mu  ze  cztery  godziny.  Niezliczoną  ilość  razy 

mijał miejsce, w którym ledwie parę dni temu kochał się z Tess. Miał sporo czasu, by wrócić 

pamięcią  do  kaŜdego  szczegółu  tamtego  zdarzenia,  zrozumieć,  co  naprawdę  przeŜył. 

Bezustannie słyszał w myślach słowa Tess: „nie moŜesz zmienić przeszłości, lecz nic nie stoi 

na przeszkodzie, byś zdecydował o kształcie teraźniejszości”.  

Początkowo próbował je zignorować, potem zaczął się zastanawiać. MoŜe to prawda? Ale 

skąd ma wiedzieć, czy tym razem postąpi słusznie, skoro juŜ raz się zawiódł? 

Do  licha,  nie  miałem  nawet  tyle  rozumu,  by  pocałować  ją  na  poŜegnanie,  pomyślał, 

gasząc światło w stajni. Na zewnątrz spostrzegł ze zdumieniem, Ŝe zapadł juŜ wieczór i znów 

obniŜyła się temperatura. Był spocony, a mroźne powietrze przenikało go chłodem.  

Normalny  człowiek  pospieszyłby  pewnie  do  domu,  ale  nie  on.  Jeśli  stajnia  była 

wypełniona wspomnieniami o Tess, pusty, ciemny dom tym bardziej.  

MoŜesz  obwiniać  tylko  siebie,  pomyślał.  Dobrze  wiedziałeś,  Ŝe  nie  trzeba  się  było 

angaŜować. Teraz masz za swoje.  

Z  kaŜdym  krokiem  Jack  uświadamiał  sobie,  Ŝe  pragnie  widoku  tej  dziewczyny.  Wszedł 

do domu i nie bacząc na ośnieŜone buty, powędrował od razu do kuchni, by zapalić światło. 

Rozejrzał się po pustym wnętrzu. Na stole ciągle leŜał stos upranej bielizny, a na kuchennym 

blacie ręcznik, którym wycierał Nicki po kąpieli. W kominku nie palił się ogień, nie pachniało 

obiadem i nikt go nie witał.  

Jack  po  raz  ostatni  spróbował  wmówić  sobie,  Ŝe  wyjazd  Tess  nie  ma  znaczenia,  ale  nie 

pomogło.  Nie  mógł  dłuŜej  zaprzeczać,  iŜ  ta  kobieta  więcej  dla  niego  znaczy  niŜ  Elise... 

Jared...  a  nawet  mały  Matthew.  Musiał  przyznać,  Ŝe  pozwolił  wyjechać  pannie  Danielson  w 

obawie  przed  odrzuceniem.  Podobnie  postępował  z  innymi  ludźmi  przez  ostatnie  trzy  lata. 

Tylko Ŝe strata Tess okazała się znacznie dotkliwsza niŜ wszystko inne, bo... ją kochał.  

Co miał teraz począć, gdy sam nakłonił ją do odjazdu? 

 

Tess wyjrzała przez szybę cadillaca. Spoglądając na śnieg iskrzący się w słońcu, uznała, 

Ŝ

e musiała zwariować, decydując się na jazdę po pustej, wiejskiej drodze. W końcu na ranczu 

babki wszystko dobrze się ułoŜyło. Po paru sprzeczkach ona i Mary doszły do porozumienia. 

Co  do  jednego  zgadzały  się  obie,  a  mianowicie,  iŜ  Nicki  to  najwspanialsze  dziecko  na 

ś

wiecie.  

Wczoraj  wieczorem  starsza  pani,  trzymając  prawnuczkę  na  kolanach,  rozpoczęła 

rozmowę.  

– Jak długo zamierzasz się marnować? – zapytała.  

– Słucham? 

– Pytam, czemu pozwoliłaś, by ten Sheridan wygnał cię ze swojego rancza. Chyba wiesz, 

jak osiągać to, czego się chce.  

background image

Tess pomyślała, Ŝe starsza pani nie zdaje sobie sprawy, o  czym mówi, lecz zaraz potem 

zaczęła  się  zastanawiać,  czy  aby  babka  nie  ma  racji.  MoŜe  nie  naleŜało  rezygnować,  tylko 

walczyć o Jacka? 

Początkowo  odrzuciła  ten  pomysł,  lecz  w  środku  nocy  była  juŜ  innego  zdania. 

Postanowiła  działać,  by  zmienić  sytuację.  Uznała,  iŜ  podejmie  ostatnią  próbę  przekonania 

tego męŜczyzny, jak wiele dla siebie znaczą, uświadomienia mu, Ŝe potrzebują się wzajemnie, 

a Ŝycie jest zbyt krótkie, by je marnować.  

Była  tak  zatopiona  w  myślach,  iŜ  zbyt  późno  spostrzegła,  Ŝe  jakieś  zwierzę  przebiega 

przez drogę. Gwałtownie nacisnęła hamulec. Samochód wpadł w poślizg, zjechał na prawo i 

zarył się w zaspę. Tess zacisnęła ręce na kierownicy. Znowu to samo, pomyślała. I co teraz? 

Nie  pozostawało  nic  innego,  jak  ruszyć  pieszo.  Tess  z  westchnieniem  rozejrzała  się 

dokoła.  Wygramoliła  się  z  auta,  wyciągnęła  torebkę  spod  siedzenia  i  zamknęła  cadillaca. 

Wyszła  na  szosę,  otrząsając  śnieg  z  butów  i  spodni.  Tym  razem  bardziej  nadaję  się  na 

autostopowiczkę, pomyślała.  

Przeszła  około  kilometra,  gdy  usłyszała  nadjeŜdŜający  samochód.  Przysłoniwszy  ręką 

oczy,  spróbowała  dojrzeć,  kto  się  zbliŜa.  Zdrętwiała,  rozpoznając  na  drodze  półcięŜarówkę 

Jacka.  

Wiedziała, Ŝe ją spostrzegł. Auto zwolniło, zatrzymało się i wysiadł zeń kierowca.  

Tess  poczuła  skurcz  Ŝołądka.  ZauwaŜyła,  Ŝe  Jack  ubrany  był  staranniej  niŜ  zazwyczaj. 

Miał  ciemne  spodnie,  białą  koszulę  i  skórzaną  kurtkę.  Spiesząc  ku  Tess,  zacisnął  ręce  w 

pięści, co mogło znaczyć, iŜ tęsknił za nią równie bardzo jak ona za nim....  

– Tess? Co tu robisz? – Ciemne okulary nie do końca maskowały surowość bijącą z jego 

twarzy.  

Naprawdę  oszalałam,  pomyślała.  Robię  z  niego  romantycznego  bohatera,  a  on  jest  po 

prostu niemoŜliwy. Czego oczekiwałam? śe powiem mu parę słów prawdy, wyjaśnię, jakim 

jest głupcem, a on rzuci mi się do stóp i oświadczy? Akurat! 

– Potrzebowałam trochę ruchu na świeŜym powietrzu – skłamała.  

– Więc postanowiłaś pospacerować sobie po tym odludziu? 

– No dobrze, wpadłam w mały poślizg, jakiś kilometr stąd.  

– Masz zamiar pobić w tym rekord? – zapytał.  

– Bardzo zabawne. Podwieziesz mnie czy nie? 

– A jak myślisz? 

Jack  podszedł  do  samochodu  i  otworzył  drzwi  po  stronie  pasaŜera.  Gdy  wsiadała,  starał 

się jej nie dotykać.  

–  Zapnij  pasy  –  zarządził,  sadowiąc  się  za  kierownicą.  Nie  zareagowała,  czując,  Ŝe 

obojętnym zachowaniem Jack znowu łamie jej serce. Czekał bez słowa.  

– MoŜemy jechać? – spytała z westchnieniem.  

Nie odpowiedział. W końcu Tess miała dosyć przedłuŜającej się ciszy.  

– Wybierasz się do miasta? 

– Nie.  

– Więc co tu robisz o tej porze tak ubrany? 

background image

Jack  włączył  silnik  i  nadal  bez  słowa  patrzył  przed  siebie,  więc  pomyślała,  Ŝe  jej  nie 

słyszy. Jednak zacisnął ręce na kierownicy w sposób, który przeczył temu podejrzeniu.  

JuŜ miał powiedzieć, by pilnowała własnych spraw.  

– Jeśli chcesz wiedzieć, miałem zamiar się z tobą zobaczyć.  

– Och! – Tess nie mogła zdobyć się na nic więcej, czując, Ŝe dławi ją wzruszenie.  

–  Zastanawiałem  się  nad  twoim  pomysłem  wiąŜącym  się  z  ranczem.  CóŜ...  moja 

posiadłość  nadawałaby  się...  Jeśli  powaŜnie  brałaś  to  pod  uwagę...  Dobrze  nam  się  razem 

pracowało, więc myślałem... to znaczy... – Odchrząknął. – To byłoby korzystne dla obu stron. 

Mieszkałabyś  blisko  babci,  a  Nicki  potrzebuje  ojca.  Nie  o  to  chodzi,  Ŝe  nie  umiałabyś 

wychować małej, ale ja pomogłem jej przyjść na świat, więc czuję się za nią odpowiedzialny.  

Tess  ciągle  nie  odpowiadała,  więc  Jack  zdobył  się  na  jeszcze  jeden,  rozpaczliwy 

argument.  

–  Nie  wiem,  czy  pamiętasz,  lecz  tamtej  nocy  w  stajni  i  później...  nie  zachowaliśmy 

ostroŜności.  MoŜe  nic  się  nie  stało,  w  końcu  jeszcze  karmisz  Nicki,  ale...  –  przerwał  i 

popatrzył Tess w oczy. – PomoŜesz mi czy nie? 

Pokręciła głową.  

– Nie – powiedziała.  

– Próbuję cię przekonać, byś za mnie wyszła, do licha.  

– Jack? 

– Co? 

– Zatrzymaj wóz.  

Ciągle  patrząc  przed  siebie,  Jack  zrobił,  o  co  prosiła.  Tess  odpięła  pasy,  odwróciła  się  i 

zdjęła mu ciemne okulary.  

Wstrzymała  oddech,  widząc  wyraz  oczu  Jacka.  Malowała  się  w  nich  nadzieja,  obawa, 

niepewność... ufność.  

– Powiedz to – poprosiła cicho.  

– Kocham cię, Tess. Kocham cię bardziej niŜ kogokolwiek w Ŝyciu i pragnę, byś została 

moją Ŝoną.  

– Och, Jack, ja teŜ cię kocham – szepnęła przez łzy.  

– Czy to znaczy, Ŝe się zgadzasz? 

– Tak.  

– Dzięki Bogu.  

Jack chwycił ją w ramiona i zamknął w uścisku. Przez chwilę trzymał Tess mocno, jakby 

w obawie, Ŝe moŜe ją stracić. Potem gorąco pocałował.  

Tess  uśmiechnęła  się  radośnie,  a  Jack  odpowiedział  uśmiechem.  Wreszcie  była 

szczęśliwa.  

– Jak układa się Ŝycie z Mary? – zapytał.  

– Nieźle. Jest niemoŜliwa jak zawsze.  

– Więc jak wydobędziemy od niej naszą córkę? Tęsknię za nią. Jedźmy szybko na ranczo.  

Tak teŜ zrobili.