background image

 

 

 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

  
 Caroline Cross 

 
 

        

Przyjaciółka 

                 z 
        dzieciństwa 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
-  Ja  naprawdę  tak  uważam,  mój  drogi.  Tobie  po  prostu 

potrzebna jest kobieta. 

-  Dzięki  za  radę,  mamo  -  odparł  chłodno  Shane  Wyatt.  - 

Gdybyś  wiedziała,  jak  bardzo  czekałem  na  te  słowa,  kiedy 
byłem młodszy... 

Jessy  Ross,  bujająca  się  na  ogrodowej  huśtawce  w  rogu 

werandy,  nie  mogła  powstrzymać  uśmiechu.  Wiedziała,  że  nie 
powinna podsłuchiwać, ale nie mogła się oprzeć. 

Słuchała  więc  dalej,  choć  już  z  mniejszą  przyjemnością. 

Shane  z  matką  stali  przy  balustradzie,  ale  ich  głosy  były 
donośne i wyraźne. 

-  Żartuj  sobie,  ile  chcesz,  Shane,  ale  to  wcale  nie  jest 

zabawne.  Teraz,  kiedy  ja  i  ojciec  wyjeżdżamy,  aż  do  września 
Chloe będzie potrzebowała opieki. 

-  Mówiłem  ci  już,  że  rozglądam  się  za  nowym  żłobkiem  i 

jakąś dodatkową opiekunką... 

- I na tym właśnie polega problem - przerwała mu ostro Helen 

Wyatt. - Chłoe ma dopiero dwa lata. W jej życiu niezbędna jest 
stabilizacja.  Nie  możesz  jej  stale  komuś  nowemu  podrzucać. 
Wiem,  że  chcesz  dobrze,  ale  uważam,  że  powinieneś  znaleźć 
kogoś,  kto  by  z  wami  zamieszkał.  Rozumiem,  że  od  wypadku 
minęło  dopiero  półtora  roku  i  że  z  początku  trudno  ci  będzie 
zaakceptować kogoś, kto zajmie miejsce Marissy, ale dla dobra 
Chloe... 

Jessy zauważyła, że Shane zesztywniał. Zapanowała złowroga 

cisza.  Dopiero  po  dłuższej  chwili  Shane  wyprostował  się  i 
zdecydowanym ruchem przeczesał ręką włosy. 

-  Posłuchaj,  mamo.  Mogę  ci  obiecać,  że  się  nad  tym 

zastanowię,  dobrze?  Ale  to  nie  takie  proste,  jak  ci  się  wydaje. 
Znaleźć  kogoś,  kogo  i  ja,  i  Chloe  byśmy  polubili,  komu  nie 
przeszkadzałoby  to  pustkowie...  To  wcale  nie  będzie  łatwe  - 
powtórzył. 

1

RS

background image

 

 

Słuchająca tej rozmowy Jessy była tylko częściowo świadoma 

otaczającej ją rzeczywistości - głosów bawiących się za domem 
gości, Chloe śpiącej w jej ramionach, zapachu węgla drzewnego 
z grilla, czerwcowego słońca. 

Coś w głębi niej kazało jej się odezwać. 
- Ja mogłabym się tego podjąć. 
Przez moment nic się nie działo. Potem matka i syn odwrócili 

się w jej stronę. Ona wyraźnie zachwycona, on - niechętny. 

- Jessy? Nie miałem pojęcia, że tu jesteś - mruknął Shane. 
Choć  patrzący  na  nią  mężczyzna  nie  przypominał  zupełnie 

człowieka,  w  którym  kochała  się  jako  nastolatka,  Jessy  nie 
spuściła wzroku. Nie zbiło jej z tropu jego zimne spojrzenie, nie 
zniechęciły zaciśnięte usta. 

-  Przepraszam,  nie  zamierzałam  was  przestraszyć  - 

powiedziała spokojnie. - Powinnam się odezwać, kiedy tylko tu 
przyszliście, ale nie chciałam obudzić Chloe. 

Shane  chyba  dopiero  teraz  zauważył  śpiącą  w  jej  ramionach 

swoją córkę. W jego oczach na ułamek sekundy pojawiło się coś 
dziwnego, coś, czego Jessy nie potrafiłaby nazwać. 

- Naprawdę nie miałam zamiaru podsłuchiwać - dodała. 
Na szczęście Helen Wyatt w końcu odzyskała głos. 
-  Nic  się  nie  stało,  kochanie.  Przecież  byłaś  tu  pierwsza. 

Najważniejsze  jest  to,  co  powiedziałaś.  Naprawdę  mogłabyś 
zająć się Chloe? 

- Oczywiście, że nie, mamo - wtrącił się szybko Shane. - Jessy 

na  pewno  ma  ciekawsze  zajęcia  niż  opieka  nad  Chloe. 
Przyjaciele, zabawa, plaża... prawda, Jess? 

Zwracał się do niej, jakby była uczennicą szóstej klasy, a nie 

nauczycielką. 

Kiedy  ich  spojrzenia  się  spotkały,  Jessy  cofnęła  się 

wspomnieniami  do  czasów,  kiedy  miała  lat  dwanaście,  a  on 
dwadzieścia  i  kiedy  zrobiłaby  wszystko,  by  sprawić  mu 
przyjemność. Nagle wtulona w jej ramiona Chloe poruszyła się i 
Jessy  wróciła  do  teraźniejszości.  Nawet  jeśli  śmierć  żony  nie 

2

RS

background image

 

 

zmieniła  Shane'a,  czasy,  kiedy  Jessy  była  do  szaleństwa 
zakochana  w  najbliższym  przyjacielu  swego  brata,  dawno  już 
minęły. Niezależnie od tego, co myśli Shane, Jessy nie jest już i 
niezdarną,  pozbawioną  własnego  zdania  nastolatką.  To dorosła, 
dwudziestosześcioletnia kobieta, która wie, czego chce od życia, 
i  która  -  dzięki  niemu  -  nauczyła  się  wierzyć  swemu 
instynktowi. 

A  instynkt  mówi  jej  właśnie,  i  to  od  pewnego  czasu,  że  z 

życiem  Shane'a  jest  coś  nie  tak  i  że  nie  ma  to  związku  ze 

śmiercią jego żony. I choć Jessy nie wiedziała, o co chodzi, za 
wszelką cenę chciała mu pomóc. 

Zanim zdążyła mu to powiedzieć, Chloe znów się poruszyła i 

otworzyła  swoje  błękitne  oczy.  Spojrzała  niepewnie  na  Jessy  i 
włożyła do buzi palec. 

-  Hej,  maleńka.  -  Jessy  wsunęła  dziewczynce  za  ucho 

jasnozłoty kosmyk. - Dobrze się spało? 

Mała  kiwnęła  głową  i  rozejrzała  się  dokoła.  Na  widok  ojca 

rozpromieniła się. 

Wyjęła paluszek z buzi i usiadła. 
- Tata? - powiedziała z nadzieją, wyciągając ku niemu ręce. - 

Góry? 

Z początku Shane jakby nie słyszał. Potem nagle ocknął się z 

zamyślenia. Nachylił się i wziął córeczkę na ręce. 

Jego  lekkie,  wymowne  wahanie  i  zmarszczenie  brwi,  kiedy 

Chloe  pisnęła  radośnie  i  objęła  go  za  szyję,  nie  uszło  uwagi 
Jessy.  Choć  obie  te  reakcje  trwały  zaledwie  ułamek  sekundy, 
potwierdziły jej obawy. 

Shane  może  izolować  się  od  rodziny  i  przyjaciół,  ale  nie 

powinien odrzucać swojego dziecka. 

Ta myśl tylko utwierdziła ją we wcześniej podjętej decyzji. 
- Nie, nie mam żadnych - odparła zdecydowanie, kiedy Helen 

spytała ją o plany wakacyjne. - Naprawdę mogę zająć się Chloe. 
Właściwie  to  Shane  zrobi  mi  przysługę.  Mieszkanie,  które 
wynajmuję, właśnie zostało sprzedane, będę więc miała czas, by 

3

RS

background image

 

 

znaleźć sobie coś nowego. A zresztą - Jessy uśmiechnęła się do 
Chloe  -  jestem  pewna,  że  będziemy  się  znakomicie  bawić, 
prawda, słoneczko? 

Mała z powagą kiwnęła główką. 
-  A  więc  postanowione!  -  oznajmiła  uszczęśliwiona  Helen  i 

spojrzała na Shane'a. - Czy to nie wspaniałe, kochanie? 

-  Wspaniałe  -  mruknął  z  kamienną  twarzą  Shane.  Matka 

zupełnie  zignorowała  tę  pozbawioną  entuzjazmu  reakcję  syna  i 
poklepała go po ramieniu. 

- Przejdźmy teraz do konkretów - zwróciła się do Jessy.  
- Kiedy mogłabyś się wprowadzić? 
Shane  nie  wierzył  własnym  oczom.  Miał  trzydzieści  cztery 

lata,  był  twórcą  i  dyrektorem  firmy  zatrudniającej  ponad  setkę 
ludzi  i  tylko  w  tym  roku  spodziewał  się  wielomilionowych 
zysków. Miał własny dom, głosował, płacił podatki, był żonaty i 
owdowiał. 

A  jednak  w  to  niedzielne  popołudnie  stał  w  holu  swojego 

domu  i  przez  okno  patrzył,  jak  Jessy  Ross  zajeżdża  na  jego 
podjazd swym czerwonym samochodzikiem. I musiał uznać, że 
jego matka jest trudnym przeciwnikiem. Ignorując jego protesty, 
przyjęła ofertę Jessy i stało się. 

Właściwie  nie  mógł  mieć  do  niej  o  to  pretensji.  Miała  rację. 

Chloe  potrzebuje  porządku  w  swoim  życiu.  Kiedy  straciła 
matkę, 

była 

czującym 

się 

bezpiecznie, 

szczęśliwym 

siedmiomiesięcznym maluchem. Teraz, półtora roku później, ma 
za  sobą  dwa  żłobki  i  kilkanaście  różnych  opiekunek.  I  jest 
niepewna  siebie,  dziwnie  spokojna,  lepiąca się  do każdego, kto 
okaże jej choć odrobinę zainteresowania. 

Tak? A czyja to zasługa? 
Shane  skrzywił  się,  próbując  zignorować  ogarniające  go 

poczucie  winy.  Przecież  musi  pracować,  no  a  poza  tym...  jest 
coś jeszcze, o czym nie potrafi zapomnieć. 

Owszem, ale co temu wszystkiemu winna jest ta mała istotka? 

Musi  mieć  kogoś,  komu  będzie  mogła  zaufać,  kto  będzie  z  nią 

4

RS

background image

 

 

dłużej niż tylko przez jeden czy dwa wieczory. Więc choć Jessy 
to tylko tymczasowe rozwiązanie, bo jesienią wróci do pracy, jej 
obecność da mu czas na znalezienie kogoś na stałe. 

Wiedział,  że  nie  będzie  łatwo  tolerować  kogoś  obcego  w 

domu. Czasami miał wrażenie, że udało mu się jakoś przeżyć te 
półtora  roku  tylko  dlatego,  że  tak  zdecydowanie  bronił  swojej 
prywatności. 

Całą siłą woli odsunął od siebie te myśli. Przeszłość należy do 

przeszłości.  Zbyt  wiele  go  kosztowało  uporanie  się  ze  swoimi 
uczuciami, z bólem i złością. Teraz, kiedy w końcu udało mu się 
osiągnąć  błogosławiony  stan  obojętności,  nie  pozwoli,  by 
ktokolwiek go zakłócił. 

Jedyną pociechą w całej tej sytuacji był fakt, że Jessy nie jest 

przecież osobą mu obcą. Zna ją praktycznie od urodzenia. 

Patrząc, jak wysiada z auta, zauważył, że bardzo podobna jest 

do swego brata - wysoka, o błękitnych oczach i złotawej skórze. 
W  odróżnieniu  jednak  od  Bai-leya,  urodzonego  sportowca  i 
przystojniaka, do którego kobiety ciągnęły jak muchy do miodu, 
Jessy  była  nieśmiałą,  niezgrabną  panienką,  noszącą  aparat  na 
zębach i potykającą się o własne długie, chude nogi. 

Tak  wyglądała  i  teraz  -  w  granatowym  podkoszulku  i 

szortach,  z  prostymi  włosami  koloru  miodu  związanymi  w 
koński  ogon  wysuwający  się  przez  otwór  w  baseballowej 
czapeczce.  Skoro  więc  ma  już  po  jego  domu  kręcić  się  jakaś 
kobieta,  to  powinien  być  wdzięczny,  że  będzie  to  właśnie  ona. 
Długonoga,  chłopięca,  zwyczajna,  bez  cienia  kobiecej 
zalotności. 

Nawet z tej odległości widział, że małe autko załadowane jest 

aż  po  dach.  Jessy  nigdy  nie  była  mistrzynią  pakowania.  W  tej 
chwili jednak nie zawracała sobie głowy bagażem. Wzięła tylko 
małą,  owiniętą  w  kolorowy  papier  paczkę,  biodrem  zamknęła 
drzwiczki  i  rozglądała  się  dokoła.  Kiedy  jej  wzrok  padł  na 
nowoczesny,  parterowy  dom,  Shane  aż  się  cofnął.  Choć  był 

5

RS

background image

 

 

przekonany, że Jessy nie może go dostrzec, odniósł wrażenie, że 
patrzy mu prosto w oczy. 

- Shane! - Jessy wepchnęła paczkę pod pachę i ruszyła w jego 

stronę.  Po  chwili  stała  już  przed  nim,  po  drugiej  stronie 
szklanych drzwi. - Cześć! Nie zaprosisz mnie do środka? 

- Widzę, że trafiłaś bez trudu - rzekł, otwierając drzwi. 
- Owszem, twoja matka wszystko mi dokładnie wytłumaczyła 

- odparła, wchodząc za nim do chłodnego, ciemnawego holu. 

-  Tak,  to  jej  specjalność  -  mruknął  pod  nosem.  Mimo 

wyraźnej ironii w jego głosie, Jessy uśmiechnęła się. 

- Ładnie tu - zauważyła, rozglądając się po wnętrzu. - Od jak 

dawna  tu  mieszkasz?  -  spytała,  kiedy  przez  otwarte  drzwi 
zajrzała do prawie pozbawionego mebli salonu. 

- Od roku - rzucił przez ramię, zmuszając ją, by poszła za nim 

w głąb domu. 

- Aha. 
W  odróżnieniu  od  holu  dalsza  część  domu  była  jasna  i 

słoneczna.  Szczególnie  kuchnia,  połączona  z  pokojem 
wypoczynkowym, wychodzącym na taras. 

-  O  raju!  Nie  miałam  pojęcia,  że  mieszkasz  nad  samą  wodą. 

Patrząc na front, trudno się tego domyślić. Ależ piękny widok. 

Shane  obojętnym  wzrokiem  spojrzał  na  szmaragdowy, 

porządnie  utrzymany  trawnik,  schodzący  ku  brzegowi  jeziora 
Winston.  Na  horyzoncie  majaczyły  strzeliste,  pokryte  śniegiem 
górskie szczyty. 

- Możliwe. - Shane wzruszył ramionami. 
Znów spojrzała mu prosto w oczy. Ze współczuciem? Troską? 

Smutkiem?  Nie  wiedział.  Ciekawe,  jaka  byłaby  jej  reakcja, 
pomyślał, gdyby się dowiedziała, że po prostu szukał czegoś, co 
nie przypominałoby mu o Marissie. 

Ze  złożonymi  na  piersi  rękami  patrzył,  jak  Jessy  ogląda 

nowocześnie  urządzoną  kuchnię,  chromowane  blaty,  skórzane 
stołki  i  część  wypoczynkową,  z  ogromnym  kamiennym 

6

RS

background image

 

 

kominkiem  i  biało-czarną  kanapą.  Nie  było  to  wnętrze 
szczególnie przeładowane meblami, ale na pewno funkcjonalne. 

Na  widok  Chloe,  siedzącej  na  podłodze  przed  telewizorem  i 

zapatrzonej w ekran, Jessy rozpromieniła się. 

- Cześć, Chloe. Jak się masz? 
Mała  podniosła  główkę.  Przez  chwilę  wyglądała  na 

zaskoczoną, dopiero kiedy zobaczyła, kto to, rozpromieniła się. 

- Jeddy! - zawołała i zapomniawszy o filmie Disneya „Piękna 

i Bestia" wspięła się na kanapę. Nieśmiałość jednak wzięła górę. 
Dziecko spuściło główkę i już tylko spod oka patrzyło na Jessy. 

- Wiesz co, słonko? - Jessy szybko usiadła na kanapie 
i wzięła Chloe na kolana. - Przyniosłam ci prezent. 
- Dla mnie? 
- Tak. - Jessy położyła paczkę na kolanach dziewczynki. 
- O! - Chloe już sięgała po ogromną, różową kokardę, lecz coś 

ją powstrzymało. Spojrzała na Shane'a. - Może? 

Shane  skinął  głową.  Nieśmiałość  córki  po  raz  kolejny 

wzbudziła w nim poczucie winy i bezradności. 

Uspokojona  dziewczynka  zajęła  się  paczką.  Ostrożnie  zdjęła 

wstążkę i aż pisnęła z zachwytu, kiedy Jessy zawiązała ją na jej 
głowie. Niecierpliwie rozerwała kolorowy papier. 

-  O  -  szepnęła  znowu  z  zachwytem,  patrząc  na  małą, 

szmacianą laleczkę. - Dzidzia. 

- Nie miałam pojęcia, co sprawi jej największą przyjemność - 

Jessy zwróciła  się  do  Shane'a  -  ale  uznałam, że  lalek  nigdy  nie 
można mieć za dużo. 

Shane  wzruszył  ramionami.  Ani  myślał  przyznać,  że  do  tej 

chwili uważał, że dwa lata to jeszcze za mało na takie rzeczy. 

-  W  porządku  -  burknął,  przyglądając  się,  jak  mała  ostrożnie 

dotyka paluszkiem zamkniętych oczu lalki. 

- Dzidzia śpi - oznajmiła poważnie Chloe. 
-  Tak,  dopóki...  -  Jessy  podniosła  lalkę  do  góry.  Kiedy  lalka 

otworzyła oczy, mała zamarła z zachwytu. 

7

RS

background image

 

 

-  Prawda,  że  piękna?  Ale  nie  tak  jak  ty.  -  Jessy  mocno 

przytuliła dziewczynkę do siebie. - Jak ją nazwiesz? 

Tym razem Chloe nie wahała się ani chwili. 
- Piękna. 
-  Pewnie.  -  Jessy  wpierw  spojrzała  na  telewizor,  a  potem  na 

Shane'a. 

Shane  zesztywniał.  Nie  tylko  nie  miał  zielonego  pojęcia,  co 

Jessy  miała  na  myśli,  ale  patrząc  na  jej  ciepły,  spontaniczny 
stosunek do Chloe, uświadomił sobie nagle, co stracił. 

Poirytowany, szybkim krokiem podszedł do okna. 
- Shane? Wszystko w porządku? 
Jej ciche pytanie nie od razu do niego dotarło. 
-  Tak,  oczywiście  -  odparł  po  chwili.  -  Pomyślałem  sobie 

tylko, że jest parę rzeczy, o których powinniśmy porozmawiać - 
dodał, odsuwając od siebie tamte niewygodne myśli. 

- Jasne. - Jessy usiadła wygodniej i założyła nogę na nogę. 
- A więc, jakie dni chcesz mieć wolne? 
-  Oj, nie  wiem.  -  Jessy  była  wyraźnie  zaskoczona.  -  Przecież 

dopiero przyjechałam. Nie moglibyśmy tego ustalić później? 

-  Nie.  -  Shane  pokręcił  głową.  -  Muszę  wiedzieć  teraz,  żeby 

wszystko jakoś zorganizować. 

Jessy przygryzła wargę. 
- No, dobrze. Załóżmy, że zajmę się Chloe przynajmniej przez 

najbliższy weekend.  W  ten  sposób  nie  będziesz  musiał  niczego 
organizować, a ja zorientuję się, jak nam się układa. 

Shane  nie  był  tym  zachwycony,  ale  wiedział,  że  to  rozsądne 

rozwiązanie. 

- W porządku. 
- Cieszę się. Co jeszcze? 
-  Twoja  pensja.  Nie  wiem,  na  ile  liczyłaś,  ale  pomyślałem 

sobie, że... może dwa pięćset miesięcznie będzie okay? 

Jessy ze zdziwienia szeroko otworzyła oczy. 
- Chyba żartujesz. 
- To, powiedzmy, trzy tysiące. 

8

RS

background image

 

 

- Nie, Shane. 
- Nie co? 
-  Po  prostu  nie.  Doceniam  twoją  propozycję,  ale  w  szkole 

zarabiam  dość,  by  utrzymać  się  i  przez  wakacje.  Poza  tym  nie 
zapominaj, że to ty robisz mi przysługę. Dzięki tobie mam dwa 
miesiące na szukanie mieszkania. 

Mógł  się  tego  spodziewać.  Jessy  zawsze  była  wrażliwym 

dzieckiem.  Płakała  na  starych  filmach,  przygarniała  bezdomne 
zwierzęta,  broniła  słabszych.  Nic  dziwnego,  że  gotowa  jest 
poświęcić swój wolny czas staremu przyjacielowi rodziny. 

Tyle  tylko,  że  on  wcale  nie  chciał  jej  pomocy  -  a  jeszcze 

mniej uczuć, jakie w nim wywoływała. 

Tak?  Pamiętaj,  że  nie  robisz  tego  dla  siebie,  lecz  dla  Chloe, 

żeby miała jakieś poczucie bezpieczeństwa, którego ty nie jesteś 
w stanie jej zapewnić. 

Nagle  uświadomił  sobie,  że  to  wszystko  nie oznacza jeszcze, 

że on musi tu być. 

Dalsze decyzje były już tylko kwestią sekund. 
-  No,  dobrze,  skoro  tak  uważasz.  -  Po  co  teraz  mają 

dyskutować  o  pieniądzach?  Po  prostu  w  pewnej  chwili  wręczy 
jej jakąś sumę i tyle. Teraz ważniejsze były inne sprawy.  

-  A  teraz  chodź,  pokażę  ci,  gdzie  jest  apteczka  i  parę 

najważniejszych telefonów. Potem obejrzysz sobie swój pokój i 
resztę  domu.  W  ten  sposób  przed  wyjściem  zdążę  ci  jeszcze 
pomóc wyładować bagaże z samochodu. 

- Wychodzisz? 
- Tak. Muszę na kilka godzin pojechać do biura. 
-  No  cóż.  -  Jessy  spojrzała  na  niego  uważnie  i  lekko  skinęła 

głową.  -  Rozumiem.  Chodź,  malutka,  dotrzymasz  nam 
towarzystwa - powiedziała, wyciągając ku małej ręce. 

- Dzidzia też? - zaniepokoiła się Chloe, przyciskając lalkę do 

piersi. 

- Dzidzia też. 

9

RS

background image

 

 

Dziewczynka  przez  chwilę  jakby  się  zastanawiała,  potem, 

wyraźnie zawstydzona, zerwała się z kanapy i przytuliła do nogi 
Shane'a. 

- Chcę tatę - mruknęła. 
-  Chlo...  -  zaczął  protestować  Shane.  Dziewczynka  jeszcze 

mocniej  chwyciła  go  za  spodnie.  Shane  patrzył  z  góry  na  jej 
jasną główkę. 

Chciał wziąć ją na ręce, przytulić, poczuć jej słodki, dziecięcy 

zapach i zapewnić ją, że tatuś jest przy niej i że wszystko będzie 
dobrze. 

Chciał odsunąć się od niej jak najdalej. 
-  Nic  nie  szkodzi.  Naprawdę  -  powiedziała  Jessy.  Wyraźnie 

nie zrozumiała, o co chodzi. 

Już  nigdy  nie  będzie  dobrze,  pomyślał  ze  złością  Shane. 

Nachylił się i wziął córeczkę na ręce. 

-  W  porządku,  słonko  -  mruknął.  -  Jesteśmy  gotowi  -  dodał 

chłodno, spoglądając na Jessy. 

Jessy skinęła głową, ale w jej oczach nadal było pytanie. Nie 

zadane pytanie, którego tak się bał. 

Shane spuścił wzrok. To po prostu zmęczenie. Teraz na kilka 

godzin pojedzie do biura, potem wróci i się prześpi, a jutro lub 
któregoś następnego dnia odzyska nad sobą panowanie. 

Zresztą  było  mu  wszystko  jedno.  Szczerze  mówiąc,  oddałby 

wszystko  -  panowanie  nad  sytuacją,  nad  firmą,  tym  domem  - 
gdyby  tylko  mógł  cofnąć  się  do  dnia,  kiedy  jeszcze  był 
przekonany, że Chloe jest jego córką. 

 
 
 
 
 
 
 
 

10

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
Jessy  stała  przy  oknie  i  patrzyła,  jak  Shane  odjeżdża. 

Spojrzała  na  zegarek.  Było  kilka  minut  po  piątej  -  niecałe  trzy 
godziny od jej przyjazdu. 

A  czego  się  właściwie  spodziewała?  Że  Shane  zostanie  i 

zajmie  się  Chloe,  by  Jessy  mogła  się  rozpakować?  Że  zjedzą 
razem  kolację  i  porozmawiają  -  o  jego  planie  dnia,  o  tym,  kto 
weźmie  na  siebie  poszczególne  domowe  obowiązki,  o  tym,  co 
Chloe lubi, czego nie znosi, czego się boi, czego potrzebuje? 

Albo że Shane w pewnej chwili się załamie i wyzna, że cieszy 

się z jej obecności? 

No cóż... 
Nie wygłupiaj  się,  Jessico.  Sama  tego  chciałaś.  To  na  pewno 

nie  był  pomysł  Shane  'a.  A  jeśli  jego  zachowanie  może  tu  być 
jakąś  wskazówką,  sama  widzisz,  że  nie  jest  zachwycony  twoją 
obecnością w swoim domu. 

Ona sama zresztą, po obejrzeniu tego wspaniałego domu, była 

w stanie zrozumieć powściągliwość Shane'a. 

W  tej  chwili  teatralnym  ruchem  obróciła  się  na  pięcie  i 

jeszcze raz rozejrzała się po salonie i jadalni. Jak reszta 

wnętrza były całe białe - dywany, ściany, parapety i rolety. I, 

jak 

wszędzie, 

wysokie 

sufity 

okna 

rozmieszczono 

strategicznie,  by  jak  najlepiej  ukazać  otaczające  dom  lasy  i 
jezioro. 

Jessy  nie  miała  wątpliwości  co  do  ogromnego  potencjału 

domu.  Na  razie  jednak  cała  ta  biel  plus  całkowity  brak 
jakichkolwiek  rzeczy  osobistych  -  dzieł  sztuki,  jakichś 
drobiazgów, pamiątek czy fotografii, o meblach już nie mówiąc 
- czyniły to miejsce równie przytulnym jak igloo. Owszem, jest 
może  uprzedzona,  przyzwyczajona  do  kolorowego  bałaganu 
klas, ale chyba nikt nie uznałby takiego domu za odpowiedni do 
wychowywania małego dziecka. 

11

RS

background image

 

 

Co  prawda,  Jessy  wiedziała,  że  Shane  nawet  nie  próbowałby 

starać  się  o  tytuł  Ojca  Roku,  ale  jakoś  nie  mogła  tego 
wszystkiego zrozumieć. Pamiętała przecież własne dzieciństwo i 
rolę, jaką w nim odegrał Shane. 

Kiedy matka ich opuściła, ona, Bailey i ojciec przenieśli się z 

Denver  do  Churchill,  które  wtedy  było  tylko  niewielkim 
miasteczkiem leżącym niedaleko Seattle. 

Dla  Jessy  ta  przeprowadzka  oznaczała  utratę  wszystkiego 

drogiego  i  znanego  -  domu,  szkoły,  przyjaciół,  dziadków  i 
kuzynów.  A  w  dodatku  ojciec,  załamany  odejściem  żony, 
odizolował się od ludzi i oddał wyłącznie pracy. 

Bailey  z  kolei  zachowywał  się  tak,  jakby  się  nic  nie  stało  - 

tyle tylko, że wychodził z pokoju, jeśli ktoś wspomniał o matce. 
Miał  siedemnaście  lat  i  całą  swoją  energię  poświęcił 
aklimatyzowaniu  się  w  nowej  szkole,  zżyciu  się  z  nowymi 
kolegami,  a  ponieważ  był  zdolny,  przystojny  i  wysportowany, 
prawie  natychmiast  został  zaakceptowany.  Jessy  zaś  została 
osamotniona, zdezorientowana i smutna. 

Wysłuchała  wielu  opowieści  o  Shanie,  zanim  go  w  końcu 

poznała. Był najbliższym przyjacielem Baileya, więc wiedziała, 

że  jest  kapitanem  drużyny  piłkarskiej  i  przewodniczącym 
samorządu  szkolnego,  że  ma  same  piątki  i  spotyka  się  tylko  z 
najładniejszymi  dziewczynami.  Wydawał  jej  się  tak  idealny,  że 
była  pewna,  iż  go  nie  polubi.  Nie  przejmowała  się  tym 
specjalnie, bo jeśli Shane jest taki jak reszta kolegów jej brata, i 
tak nawet nie zauważy jej istnienia. 

I  tak  się  nieszczęśliwie  złożyło,  że  ich  pierwsze  spotkanie 

doszło  do  skutku  na  zakończenie  jej  wyjątkowo  pechowego 
dnia.  Kiepsko  napisała  klasówkę  z  matematyki,  zgubiła 
wypracowanie i musiała obyć się bez obiadu, bo ojciec znów nie 
zrobił  zakupów.  Bailey  zapomniał  odebrać  ją  ze  szkoły, 
najgorszy  klasowy  łobuz  wepchnął  ją  do  kałuży,  czego 
wynikiem była zdarta skóra z kolan i podarta ulubiona sukienka, 
a kiedy  w  końcu  dotarła  do  domu,  okazało  się, że brat zaprosił 

12

RS

background image

 

 

połowę  swojej  piłkarskiej  drużyny,  a  ojciec  zostawił  kartkę,  że 
wróci późno. 

Tego  już  było  dla  Jessy  za  dużo.  Zbyt  dumna,  by  rozpłakać 

się  przed  bandą  nastolatków,  schroniła  się  za  drzewem  w 
ogrodzie  i  dopiero  tam  dała  upust  bezradnej  złości.  Płakała,  aż 
spuchły jej oczy, zaczęło lecieć z nosa i rozbolało gardło. 

Właśnie za pomocą rękawa próbowała jakoś doprowadzić się 

do  porządku,  kiedy  tuż  za  sobą  usłyszała  pięknie  modulowany 
głos. 

- Masz. Weź to. 
Otworzyła  oczy  i  pierwszą  rzeczą,  jaką  ujrzała,  była  paczka 

chusteczek  do  nosa.  Podawał  ją  jej  przystojny  nieznajomy  o 
gęstych,  czarnych  włosach  i  najcieplejszych,  najpiękniejszych 
szarych oczach, jakie w życiu widziała. 

Przez chwilę nie mogła wydobyć z siebie głosu. W końcu, już 

pewna,  że  uważa  ją  za  strasznego  dzieciucha,  wymamrotała 
podziękowanie, wzięła od niego chusteczki i wytarła nos. Potem 
tylko  siedziała  ze  spuszczoną  głową,  zbyt  zawstydzona,  by 
cokolwiek zrobić lub powiedzieć. 

Ku  jej  ogromnemu  zdziwieniu,  nieznajomy  po  prostu  usiadł 

obok niej, tak blisko, że czuła dotyk jego ciepłego ramienia. 

- Miałaś ciężki dzień, co? 
Jessy  skinęła  głową,  wzruszona  współczuciem  brzmiącym  w 

jego głosie. 

-  Ty  pewnie  jesteś  Jessy  -  rzekł  chłopak.  -  Ja  nazywam  się 

Shane. Jestem jednym z przyjaciół Baileya. 

- Och! 
Tylko tyle była w stanie powiedzieć. 
Shane  chyba  nie  zauważył,  że  jest  ona  nie  tylko  beksą,  ale  i 

kretynką. Oparł się na rękach i wskazał brodą jej obtarte kolana. 

- Chyba będę musiał kogoś pobić, co? 
Jessy  była  tak  zaskoczona  jego  słowami,  że  zapomniała  o 

swoich spuchniętych oczach i zasmarkanym nosie. 

- Naprawdę mógłbyś to dla mnie zrobić? 

13

RS

background image

 

 

Shane  wzruszył  ramionami,  a  w  jego  oczach  pojawiły  się 

iskierki rozbawienia. Jessy od razu poczuła się lepiej. 

- Pewnie. Nie mam własnej siostry. Będzie mi bardzo miło. 
Tak zaczęła się ta zupełnie nieprawdopodobna przyjaźń, która 

podtrzymywała  Jessy  na  duchu  przez  następne  dziesięć  lat.  Od 
tej  pory,  w  ten  czy  inny  sposób,  Shane  zawsze  był  przy  niej, 
kiedy  tylko  go  potrzebowała.  Kiedy  podczas  rozdania 

świadectw  ukończenia  szóstej  klasy  potknęła  się  i  złamała 
nadgarstek,  to  on  dotrzymywał  jej  towarzystwa,  gdy  lekarz 
zakładał jej gips. Kiedy zaczęła nosić aparat prostujący zęby i w 
ciągu  roku  urosła  prawie  trzynaście  centymetrów,  pocieszał  ją, 

że  wcale  nie  wygląda  okropnie.  Nauczył  ją  grać  w  bilard, 
wrzucać piłkę do kosza i oszukiwać w pokera. Chętnie słuchał, 
kiedy czuła potrzebę opowiadania o matce, i zjawił się z jakimś 
superfilmem  na  kasecie  wideo,  kiedy  nie  miała  z  kim  pójść  na 
bal  maturalny.  Przywrócił  jej  życiu  radość  i  poczucie 
bezpieczeństwa, a ona go za to uwielbiała. 

Była  tak  naiwnym  głuptasem,  że  wydawało  jej  się,  iż  Shane 

będzie  przy  niej  zawsze,  bo  są  dia  siebie  stworzeni,  że  Shane 
ożeni  się  z  nią,  kiedy  ona  dorośnie.  Dlatego  więc  była 
całkowicie załamana, kiedy dziesięć dni przed jej wyjazdem do 
college'u  Shane  oznajmił  wszystkim  o  swoich  zaręczynach. 
Owszem,  wiedziała,  że  spotyka  się  z  Marissą  Larson,  drobną, 
bardzo  kobiecą  blondynką,  ale  jakoś  nie  umiała  połączyć  tych 
dwóch rzeczy. 

Teraz  mogła  się  już  z  tego  śmiać,  ale  musiało  minąć  sporo 

czasu,  zanim  zrozumiała,  że  jej  miłość  do  Shane'a  była 
dziecięcym zauroczeniem. 

Nie  zmieniło  to  faktu,  że  nadal  uważała  go  za  jednego  .  ze 

swych najbliższych przyjaciół. 

A w  dodatku  jest  jeszcze  Chloe  -  mała,  bezbronna  i samotna 

istotka.  I  to  o  niej  przede  wszystkim  powinna  myśleć.  Szybko 
weszła  do  pokoju,  w  którym  przed  telewizorem  siedziała 
dziewczynka. 

14

RS

background image

 

 

-  Hej,  słoneczko,  popatrz,  jaki  piękny  dzień  -  powiedziała  z 

uśmiechem.  -  Może  przed  kolacją  wybierzemy  się  na  mały 
spacer? 

- Tak - odparła po chwili wahania mała. 
-  Weźmiemy  chlebek  i  nakarmimy  kaczuszki.  Dziecko 

wyraźnie się ożywiło. 

- Kwa-kwa. 
- Brawo, mała mądralko. 
Nie  martw  się,  żabko,  pomyślała  Jessy.  Tak  czy  inaczej,  czy 

komuś się to podoba, czy nie, usunę ten smutek z oczu twojego 
ojca.  Przecież  po  to,  jak  ją  zapewniał  sam  Shane,  ma  się 
przyjaciół. 

-  Dzień  dobry  -  powiedziała  wesołym  tonem  Jessy.  Z  pewną 

satysfakcją zauważyła, jak na dźwięk jej głosu Shane stanął jak 
wryty  w  progu  kuchni.  Jej  obecność  o  tak  wczesnej  porze 
wyraźnie  go  zdziwiła.  Szybko  jednak  odzyskał  swój  stały, 
obojętny wyraz twarzy. 

- Dzień dobry - odparł krótko. 
W  śnieżnobiałej  koszuli  i  znakomicie  skrojonym  szarym, 

lnianym garniturze, idealnie podkreślającym jego atramentowo-
czarne włosy i oliwkową cerę, wszedł do środka i rzucił na blat 
poranną gazetę. 

- Tak wcześnie wstałaś? Jessy wzruszyła ramionami. 
-  Usłyszałam,  że  wracasz  z  joggingu,  a  ponieważ  już  nie 

spałam, postanowiłam wstać i zaparzyć kawę. 

-  Aha.  -  Shane  przyciągnął  sobie  stołek  i  zajął  się  czytaniem 

gazety. 

Właściwie  wcale  jej  to  nie  zaskoczyło.  Tamtego  pierwszego 

wieczora  po  jej  przyjeździe  wrócił  dopiero  po  północy,  a  rano 
zniknął przed siódmą. Ten sam tryb życia wiódł przez następne 
trzy dni. Oprócz kserograficznej odbitki z jego rozkładem zajęć, 
którą  zostawiał  jej  co  rano,  kontaktowali  się  głównie  przez 
telefon.  Żeby  nie  okazać  się  zupełnie  nieodpowiedzialnym 
ojcem, dzwonił codziennie i pytał, co słychać. 

15

RS

background image

 

 

Jessy  powstrzymała  się  od  komentarza  i  czekała,  aż  zaparzy 

się kawa. Choć nie spodziewała się szczególnego entuzjazmu ze 
strony  swego  pracodawcy,  nie  przypuszczała  jednak,  że  z 
powodu jej obecności Shane zacznie unikać własnego domu jak 
ognia. 

Ale  tak  właśnie  było.  A  ona  miała  już  tego  dość.  Po  trzech 

dniach uznała, że pora na zdecydowane działanie. 

Oczywiście bardzo delikatne. Ekspres do kawy  wydał ostatni 

bulgot. 

- Kawa gotowa. Masz ochotę się napić? 
- Chętnie - odparł po chwili Shane. 
Kiedy  postawiła  przed  nim  kubek,  Shane  wymamrotał 

„dziękuję" i wrócił do lektury gazety. 

A  ona  do  ubijania  masy  jajecznej,  którą  to  czynność 

przerwało jej wejście Shane'a. Po chwili jednak zwróciła się do 
niego znów. 

-  Przepraszam,  że  ci  przeszkadzam  -  szepnęła  -  ale  chcę  cię 

prosić o przysługę. 

- Tak? 
Choć  zza  gazety  widziała  tylko  ręce  Shane'a  i  czubek  jego 

głowy, wyczuła targający nim niepokój. 

-  Wiesz...  pomyślałam  sobie,  że  może  byś  się  zgodził,  bym 

ściągnęła  tu  z  magazynu  swoje  krzesła  i  stół.  Mnie  samej  nie 
przeszkadza jedzenie przy blacie, ale dla Chloe jest za wysoko i 
byłoby lepiej... 

Shane  opuścił  gazetę  i  rzucił  w  jej  stronę  zniecierpliwione 

spojrzenie. 

- Chcesz wstawić tu stół? W porządku. Zadzwoń do 
salonu meblowego i każ sobie coś przysłać. Niech dopiszą to 

do mojego rachunku. 

Ma  rachunek  w  salonie  meblowym?  To  dlaczego  jego  dom 

jest  tak  pusty  jak  portfel  bezrobotnego?  Nie  mogła  go  o  to 
zapytać.  Dawny  Shane  wymyśliłby  na  pewno  jakąś  sprytną, 
dowcipną odpowiedź, ale ten...? 

16

RS

background image

 

 

- Naprawdę? 
- Naprawdę. 
-  Czy  mogłabym  zamówić  także  jakiś  fotel,  żebym  mogła  w 

nim siedzieć i czytać Chloe bajeczki? 

- Zamów wszystko, co chcesz - odparł obojętnie Shane. 
- W porządku. Tak właśnie zrobię. 
-  I  bardzo  dobrze  -  mruknął  Shane  i  natychmiast  znów 

schował się za gazetą. 

Jessy  w  zamyśleniu  odstawiła  miskę,  wyjęła  z  lodówki 

margarynę, a z szafki syrop. Spojrzała na światełko gofrownicy i 
uznała, że nie jest jeszcze dość rozgrzana. 

- Shane? 
- Co? 
-  Chciałabym  cię  jeszcze  o  coś  poprosić.  Pierwszą  jego 

reakcją było głębokie westchnienie. 

Potem opuścił gazetę. 
- O co tym razem? 
-.Co myślisz o tym, żeby przemalować pokój Chloe? 
- Nie podoba ci się? 
-  Jest  taki  jakiś  nijaki.  Chciałabym  dodać  mu  trochę  barw, 

jakoś go ożywić. Dla małego dziecka to ważne. 

Przez  moment  Jessy  miała  wrażenie,  że  Shane  zaprotestuje, 

on jednak odrzekł: 

- Dobrze. Wybierz farbę, a ja znajdę kogoś, kto to zrobi. 
- Nie trzeba. Sama się tym zajmę. Lubię malować. 
-  Rób,  co  chcesz.  -  Shane  wzruszył  ramionami.  Jessy 

uśmiechnęła się słodko. 

- Wspaniale. Zrobię to w sobotę, jeśli będziesz mógł zająć się 

Chloe. 

-  Jasne.  -  Shane  chciał  wrócić  do  gazety,  ale  przedtem  znów 

na nią spojrzał. - Jeszcze coś? 

- No, właściwie to... 
- Co takiego? 
- Czy masz ochotę na śniadanie? Shane pokręcił głową. 

17

RS

background image

 

 

- Nie, dziękuję. Nie jestem głodny. 
- Rozumiem. 
Rozległ się szelest gazety. 
Jessy  w  milczeniu  wlała  ciasto  do  gofrownicy  i  wstawiła 

dzbanek z syropem klonowym do kuchenki mikrofalowej. 

Po kilku sekundach kuchnię wypełniły kuszące zapachy. 
Jessy,  nadal  ignorując  Shane'a,  przygotowała  sobie  talerz  i 

sztućce  oraz  napełniła  szklankę  mlekiem.  Kiedy  pierwszy  gofr 
był już gotowy, zabrała się do jedzenia. 

Shane znieruchomiał. Po chwili opadła gazeta. 
- Nie mówiłaś, że robisz gofry - rzekł. 
- Bo nie pytałeś. 
- Nawet nie wiedziałem, że mam gofrownicę. 
- Bo nie masz. Twoja kuchnia jest kiepsko wyposażona, więc 

przywiozłam trochę swoich rzeczy. 

Shane  obrzucił  ją  długim,  trudnym  do  zinterpretowania 

spojrzeniem,  potem  dokładnie  złożył  gazetę,  odsunął  stołek  i 
wstał. 

- Muszę już iść - mruknął i szybko wyszedł z kuchni. 
-  Miłego  dnia  -  zawołała  za  nim  Jessy.  Gofry  były  jego 

ulubionym przysmakiem. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

18

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
Kiedy  w  piątek  wieczorem  Shane  wrócił  po  pracy  do  domu, 

Jessy, zwinięta na kanapie, czytała jakieś pismo. 

Odgarnęła  z  czoła  grzywę  miodowo-złotych  włosów  i 

obdarzyła go promiennym uśmiechem. 

- Cześć. 
Shane rzucił klucze na blat i rozluźnił krawat. 
- Cześć. 
Wiedział,  że  zabrzmiało  to  niezbyt  grzecznie,  ale  było  mu 

wszystko jedno. Miał za sobą ciężki dzień. Najpierw zaspał i nie 
miał  czasu  na  poranne  bieganie.  Deszcz,  który  od  dwóch  dni 
wisiał  w  powietrzu,  zaczął  padać  dokładnie  w  chwili,  kiedy  na 
szosie  złapał  gumę.  Kiedy  w  końcu  dotarł  do  biura,  zły, 
przemoczony  i  spóźniony  na  ważne  spotkanie,  dowiedział  się, 

że  Grace,  jego  sekretarka,  pośliznęła  się  pod  prysznicem  i 
złamała  obie  ręce.  W  dodatku  okazało  się,  że  przesyłka 
przeznaczona  do  Minnesoty  powędrowała  do  Missouri,  jeden  z 
jego  poważniejszych  dostawców  ma  kłopoty  finansowe,  a 
związek kierowców ciężarówek grozi strajkiem. 

A  teraz  wreszcie  wrócił  do  domu.  No,  w  każdym  razie 

wydawało  mu  się,  że  to  jego  dom,  uzmysłowił  sobie, 
rozglądając  się  dokoła.  Wyglądało  na  to,  że  od  rana  jego  stan 
posiadania  powiększył  się  o  ogromny,  bujany  fotel,  kilka 
stolików,  dwie  stołowe  lampy,  kolorowy  perski  dywan  i 
elegancki stół jadalny. 

- Przywieźli meble - wyjaśniła Jessy. 
- Zauważyłem. 
Nie miał ochoty na pogawędkę. Minęła ósma; po ostrej pizzy, 

którą  zjadł  na  kolację,  miał  niestrawność  i  był  nieludzko 
zmęczony. Marzył, by zostawiono go w spokoju. 

- Późno wracasz. - Jessy podciągnęła nogi i objęła je rękami. 

19

RS

background image

 

 

-  Tak  -  mruknął.  Po  pracy  zajrzał  jeszcze  do  Grace  do 

szpitala,  zaniósł  jej  kwiaty  i  przez  godzinę  zapewniał,  że  nie 
musi martwić się o swoją pracę ani o rachunek za leczenie.  

- Powinienem zadzwonić. 
- Nie ma sprawy - odparła lekkim tonem Jessy.  
- Jadłeś kolację? 
- Tak. - Shane przeglądał leżącą na blacie pocztę. 
- Miałeś ciężki dzień, co? 
- Owszem. 
-  Współczuję  ci.  To  chyba  przez  ten  deszcz.  Chloe  też  była 

wykończona. O pół do ósmej spała już jak zabita. 

Shane  odłożył  listy,  wśród  których,  oprócz  zaproszenia  na 

ślub jednego z jego najlepszych klientów, były tylko reklamy i 
rachunki. 

-  Ja  chyba  też  zaraz  pójdę  w  jej  ślady.  Pobiegam  trochę  i 

kładę się spać, dobrze? 

Nie było to pytanie, lecz raczej deklaracja. 
-  Jasne.  Ja  sobie  jeszcze  trochę  poczytam,  a  potem  obejrzę 

film. Miłego biegania - rzuciła i wróciła do lektury pisma. 

Shane przez chwilę stał w milczeniu. Zrobiło mu się głupio i 

wcale  nie  był  tym  zachwycony.  Już  miał  zamiar  wyjść,  kiedy 
coś sobie przypomniał. 

-  Jeszcze  jedna  sprawa  -  zaczął  bez  zbędnych  wstępów.  Jak 

resztę  dnia,  chciał  i  to  mieć  jak  najszybciej  za  sobą.  -  Jutro 
muszę  polecieć  do  Dallas.  Jeden  z  moich  dostawców  ma 
problemy. Dasz sobie sama radę z Chloe? 

Jessy przyglądała mu się przez długie dwie sekundy. 
- Jasne, niczym się nie martw - odparła i wróciła do czytania. 
Tylko  tyle?  Żadnych  pretensji,  żadnej  awantury?  Zirytowało 

go to, ale ani myślał się do tego przyznać. 

- To dobrze - mruknął i wyszedł z pokoju. 
Po drodze zajrzał do Chloe. Mała leżała na plecach i leciutko 

pochrapywała. Potem przebrał się i wyszedł na dwór. ' 

20

RS

background image

 

 

Było  jeszcze  jasno,  zaczął  więc  biec  szeroką,  dobrze 

utrzymaną ścieżką, otaczającą jezioro. Przez pierwsze dwa, trzy 
kilometry  próbował  w  ogóle  nie  myśleć.  Skoncentrował  się  na 
oddechu i rytmicznej pracy nóg. 

W  pewnej  chwili  jednak  zaczął  zastanawiać  się  nad  swoją 

ostatnią „rozmową" z Jessy. O co jej chodzi? Dlaczego musi być 
tak  cholernie  tolerancyjna?  To  nienormalne,  zwłaszcza  u 
kobiety.  Jest  taka  racjonalna,  rozsądna  i  spokojna.  Zachowuje 
się zupełnie jak facet. 

Tyle,  że  nie  jest  facetem.  To  Jessy,  wychowana  bez  matki 

dziewczynka,  którą  w  liceum  praktycznie  adoptował.  Która, 
mimo  swej  bezpretensjonalności,  namiętności  do  bawełnianych 
podkoszulków  i  szortów,  niechęci  do  makijażu  i  wymyślnych 
fryzur,  zawsze  miała  w  sobie  jakąś  kobiecą  delikatność  i 
wrażliwość na uczucia innych. 

Tak  też  po  kobiecemu  zawsze  na  niego  patrzyła  -jakby  był 

wzorem  doskonałości,  jej  rycerzem,  który  nie  może  zrobić 
niczego złego. 

Shane  aż  parsknął  śmiechem.  Dobre  sobie!  Prawdziwy 

mężczyzna  nie  przejmowałby  się,  że  dziecko,  które  kocha, 
naprawdę nie jest jego. Pogodziłby się ze zdradą żony i żył dalej 
prawdziwym życiem, nie udawanym. 

Nie  po  raz  pierwszy  gnębiły  go  takie  myśli.  Chciał,  by  było 

inaczej, pragnął, by on sam mógł być inny, ale nic z tego. 

A teraz jeszcze Jessy. Cieszył się jej obecnością, bo wiedział, 

że będzie dobra dla Chloe, równocześnie jednak przez cały czas 
bał się  chwili,  kiedy  w  końcu  ta  dziewczyna  przejrzy na oczy  i 
dostrzeże  w  nim  nędznego  skurczybyka,  którym  przecież  w 
gruncie rzeczy jest. 

Do  tej  pory  -  mimo  jego  wyraźnie  niemiłego  zachowania  - 

była  wobec  niego  serdeczna  i  wyrozumiała.  I  oszczędziła  mu 
mnóstwa  kłopotów,  godząc  się  zostać  z  Chloe,  kiedy  będzie 
musiał  polecieć  do  Dallas.  Gdyby  nie  ona,  zamiast  biegać  po 

1

RS

background image

 

 

świeżym powietrzu, siedziałby teraz przy telefonie, dzwoniąc do 
agencji opiekunek dziecięcych. 

Pomyślał też o reszcie minionego tygodnia. Musiał przyznać, 

że  dzięki  Jessy  mógł  robić,  co  chciał,  nie  dostosowując  się  do 
jakichś opiekunek. I nie musiał wysłuchiwać uwag matki, która 
ostatnio  często  miała  do  niego  pretensje,  że  zaniedbuje  swoją 
córkę. A przede wszystkim mógł być pewien, że Jess nigdy nie 
zażąda od niego więcej, niż mógłby jej dać. 

Z  niechęcią  przyznał,  że  za  to  wszystko  powinien  być  jej 

wdzięczny.  A  czy  okazał  jej  choć  odrobinę  uznania?  Akurat. 
Odkąd  się  wprowadziła,  jakby  czekał,  że  będzie  zachowywać 
się jak Marissa. Był pewien, że zacznie domagać się jego uwagi, 
skarżyć  się,  że  rzadko  bywa  w  domu,  awanturować  się,  dąsać, 
płakać. 

A  ona  nie  miała  do  niego  żadnych  pretensji  -  za  co  był  jej 

cholernie wdzięczny. 

Biorąc więc to wszystko pod uwagę, nic by mu się nie stało, 

gdyby zachowywał się trochę uprzejmiej, a mimo to trzymał się 
na dystans. Nie musi przecież wcale spędzać z nią czasu. 

Aż się zdziwił, że ta decyzja tak zdecydowanie poprawiła mu 

humor.  Pobiegał  jeszcze  przez  chwilę,  potem  wrócił  do  domu, 
wziął prysznic i przebrał się w podkoszulek i dżinsy. 

Dopiero  wówczas  kiedy  szedł,  żeby  wrzucić  brudne  ubrania 

do  pojemnika,  usłyszał  melodię  z  „Gwiezdnych  wojen". 
Zaskoczony  stanął  w  progu,  pewien,  że  się  przesłyszał.  Potem 
rzucił okiem na ekran telewizora i zobaczył początkowe napisy 
filmu. Ogarnęła go fala nostalgii - jako młody chłopak uwielbiał 
to dzieło George'a Lucasa. 

Po  chwili  tak  się  zapatrzył  w  ekran,  że  po  prostu  położył 

brudy na podłodze i zasiadł w fotelu. Jessy obrzuciła go krótkim 
spojrzeniem, ale nie powiedziała ani słowa. 

Kiedy  akcja  filmu  zaczęła  się  nieco  dłużyć,  Shane 

odchrząknął. 

- Jess? 

22

RS

background image

 

 

- Hm? 
-  Dzięki,  że  zostaniesz  z  Chloe  przez  weekend.  Jessy 

odpowiedziała mu dopiero po chwili. 

- Nie ma sprawy. Chcesz trochę prażonej kukurydzy? 
- Chętnie. 
Podała  mu  miskę  i  nie  kontynuowała  już  tego  tematu. 

Żadnych skarg czy pretensji. Shane odetchnął z ulgą. 

- O, zupełnie bym zapomniała - powiedziała nagle Jessy.  
-  Dzwonił  Bailey.  Powiedział,  że  w  przyszłym  tygodniu 

zadzwoni do ciebie do biura. 

- Tak? 
Choć  nie  przyjaźnili  się  tak  jak  kiedyś,  Shane  i  Bailey 

utrzymywali  ze  sobą  stały  kontakt  telefoniczny.  A  w  dodatku 
Bailey,  jeden  z  czołowych  graczy  amerykańskiej  Ligi,  miał 
kontrakt z firmą Shane'a. Jak co roku o tej porze był z drużyną 
na letnim obozie. 
    - I co tam u niego? 

Zęby Jessy błysnęły w uśmiechu. 
-  Chyba  jest  zmęczony.  Mówił,  że  młodsi  gracze  dają  mu  w 

kość. Myślę, że to będzie już ostatni jego sezon. 

-  Być  może.  -  Shane  wyciągnął  nogi  i  oparł  się  wygodnie  o 

oparcie fotela. - Ale co będzie robił potem... 

Nie musiał kończyć. Oboje wiedzieli, że futbol to dla Baileya 

całe życie. 

- Na pewno jakoś da sobie radę - odparła zdecydowanie Jessy. 

-  Każdy  musi  kiedyś  dorosnąć.  Nawet  Bailey  -  dodała  z 
uśmiechem. 

Ku  swemu  zdziwieniu,  Shane  też  zapragnął  się  uśmiechnąć. 

Powstrzymał się dopiero w ostatniej chwili. 

-  Tak,  chyba  rzeczywiście  -  przyznał  chłodno.  Nie chciał, by 

Jessy odniosła mylne wrażenie. 

Owszem,  cieszy  się,  że  pomaga  mu  w  opiece  nad  Chloe, 

docenia  jej  sposób  bycia,  a  także  instynkt  i  rozwagę,  ale  to 
wszystko. 

23

RS

background image

 

 

Tak  jak  nie  jest  już  tym  samym  człowiekiem,  którego  Jessy 

znała w młodości, tak i skończyła się ich młodzieńcza przyjaźń. 
I im szybciej  ta  dziewczyna  to  zaakceptuje,  tym  lepiej  dla  nich 
obojga. 

Choć  starał  się  skupić  na  życiu  na  odległej  galaktyce,  nie 

mógł pozbyć się natrętnej myśli, że skoro już musi tolerować w 
domu kogoś obcego, to mógł trafić dużo gorzej. 

- Tata! 
Shane wyjął walizkę ze swego dżipa. Postawił ją obok teczki 

na podjeździe i na dźwięk głosu Chloe odwrócił się w jej stronę. 
Biegła ku niemu ścieżką wiodącą znad jeziora. 

Nie  miał  innego  wyjścia  -  musiał  schylić  się  i  wziąć  ją  w 

ramiona. Wtedy pojawił  się następny problem: mała tak mocno 
objęła go za szyję, że omal go nie udusiła. 

-  Hej,  Chloe,  nie  ściskaj  mnie  tak  mocno.  Dziewczynka 

odpowiedziała mu mokrym pocałunkiem w ucho. 

Shane zesztywniał, zakłopotany tym objawem uczucia. 
- Widać, że się za tobą stęskniła - zauważyła Jessy, podążając 

za małą. 

Ubrana w białe szorty i kakaową koszulkę, wyglądała zdrowo 

i świeżo. 

- Witaj w domu. 
- Dzięki. 
- Jak poszło? 
- W porządku - odparł, wzruszając ramionami. Poklepał lekko 

Chloe po pleckach i bez powodzenia próbował wyswobodzić się 
z  jej  uścisku.  Westchnął  więc  tylko,  przesunął  ją  na  biodro,  by 
wolną ręką móc sięgnąć po walizkę. 

Kiedy  się  wyprostował,  zauważył,  że  Jessy  przygląda  mu się 

uważnie.  Potem  podeszła  do  nich  i  delikatnie  położyła  rękę  na 
ramieniu dziewczynki. 

- Hej, słonko. Może pokażesz tatusiowi, co dostałaś? 

24

RS

background image

 

 

Przez  kilka  sekund  mała  nie  reagowała.  W  końcu  uniosła 

głowę i puściła  szyję  ojca.  Odchyliła  się  do tyłu  i  pokazała  mu 
napełnioną wodą plastikową torebkę, którą ściskała w rączce. 

- O ta ryba, tata - powiedziała. 
Shane 

spojrzał 

na 

pływającą 

wodzie 

maleńką 

pomarańczową rybkę, potem znów na twarz córeczki. 

- Ładna. 
-  Ludy dał mi.  Ludy ma dużo rybek. Shane spojrzał pytająco 

na Jessy. 

-  Rudy  Markovich  -  wyjaśniła  Jessy,  wzięła  z  ziemi  jego 

teczkę i ruszyła w stronę domu, jakby to była najzwyczajniejsza 
rzecz  na  świecie.  Shane'owi  nie  pozostało  nic  innego,  jak 
podążyć  za  nią.  -  Mieszka  na  cyplu,  w  takim  dużym,  szarym 
domu. Jest na emeryturze i hoduje ryby. Głównie tropikalne, ale 
ma też staw ze złotymi rybkami. 

Shane  zapatrzył  się  na  jej  zarumienione,  jedwabiście  gładkie 

policzki. 

- Widzę, że wybrałyście się na spacer? 
- Owszem. 
Kochana,  poczciwa  Jessy.  Jak  zwykle  zawiera  nowe 

przyjaźnie.  A  kiedy  sobie  pójdzie,  ci  ludzie  zostaną  mu  w 
spadku i koniec z prywatnością. 

Kiedy jednak spojrzał na rozpromienioną twarz Jessy, zrobiło 

mu  się  głupio.  Przecież  nie  mógł  od  niej  wymagać,  by  przez 
cały  czas  siedziała  w  domu.  Może  jeszcze  za  zamkniętymi 
okiennicami? 

Już sobie wyobrażał jej reakcję na taką propozycję. 
Kiedy  otworzyła  drzwi,  wymamrotał  podziękowanie  i 

zostawiwszy walizkę w holu, ruszył do pokoju. 

W  progu  stanął  jak  wryty.  Było  to  zupełnie  nowe  wnętrze. 

Owszem, częściowo dzięki nowym meblom, ale nie tylko. 

Na oparciu kanapy leżał pastelowo-różowy dziecięcy pled, na 

samej kanapie kilka wielobarwnych poduszek, na podłodze góra 
niebieskich, zielonych i czerwonych klocków, przy drzwiach na 

25

RS

background image

 

 

taras  para  damskich  sandałów.  Przypięte  do  lodówki, 
przyciągały  wzrok  kolorowe  dziecięce  rysunki,  na  blacie  stało 
zwyczajne plastikowe wiaderko, pełne polnych kwiatów. 

Nie  tylko  pokój  wyglądał  wreszcie  na  zamieszkany.  Przez 

otwarte  drzwi  widać  było  pomost,  a  na  nim  dwa  leżaki, 

ławeczkę  z  turkusowymi  poduchami  i  błękitny  nadmuchiwany 
basenik.  Pływały  w  nim  trzy  gumowe  kaczuszki  i  ogromna 
różowa, nadmuchiwana piłka. Na poręczy powiewały na wietrze 
biało-czarne ręczniki. 

Nareszcie  był  to  prawdziwy  dom.  I  tak  też  pachniał  -  z 

piekarnika  rozchodziły  się  smakowite  aromaty  wołowej 
pieczeni. 

- Coś nieźle pachnie. - Shane nie mógł tego nie zauważyć. 
- Pieczeń. - Jessy wzruszyła ramionami. 
Shane  spojrzał  na  nią  spod  oka.  Po  gofrach  i  „Gwiezdnych 

wojnach" to kolejna jego ulubiona   j rzecz. Czyżby Jess celowo 
pragnęła  sprawić  mu  przyjemność?  Przez  chwilę  zastanawiał 
się, czego też może od niego chcieć, ale szybko odsunął tę myśl. 
Przecież to Jessy, a nie Marissa. 

- Udało ci się rozwiązać te problemy z dostawcą? 
- spytała, przechodząc do części kuchennej.  
- Tak - odparł i odwrócił się, by móc ją widzieć.     
- Nie do końca, ale sprawy są na dobrej drodze.  
- To dobrze. 
Jessy  przeszukiwała  teraz  szafki.  Kiedy  w  końcu  znalazła  to, 

czego  szukała,  wspięła  się  na  palce  i  zdjęła  z  górnej  półki 
olbrzymią, szklaną misę. 

Shane nie mógł nie zauważyć, że nie jest już tak koścista jak 

dawniej. 

- Shane? Czy coś nie tak? - spytała, widząc, jak na nią patrzy. 
Stała  teraz  przy  zlewie  i  napełniała  naczynie  wodą.  Shane 

szybko przeniósł wzrok z jej pupy na twarz. 

- Nie, nic. A skąd to się wzięło? - spytał, by zmienić temat. 
- To? Z mojego domu - odparła, stawiając misę na blacie.  

26

RS

background image

 

 

- Chodź, słoneczko - zwróciła się do Chloe, 
-  włożymy  twoją  rybkę  do  nowego  domku.  Wyciągnęła  ręce 

w stronę dziewczynki. 

- Dobze. 
Kiedy  Jessy  brała  od  niego  dziecko,  jej  ręka  przez  moment 

musnęła  jego  pierś.  Shane  poczuł  jej  zapach  -  delikatną,  miłą 
kombinację mydła i  goździków. Tak, to umiał określić. Ale jak 
nazwałby reakcję swego ciała na tę bliskość? 

Nie, to śmieszne! Przecież to Jessy. Jessy - kumpel, którą zna 

od  dziecka.  Jessy,  która  po  prostu  przez  pewien  czas  chce  mu 
ułatwić życie. 

Tak,  to  wszystko  bierze  się  z  przemęczenia.  Jest  zmęczony  i 

dlatego wziął jej serdeczność wobec Chloe za... Właśnie, za co? 

Nie,  to  tylko  zmęczenie.  Na  pewno.  Bo  przecież  po  tym,  co 

zrobiła  mu  Marissa,  nie  chciał  mieć  nic  wspólnego  z  żadnymi 
kobietami. A nawet gdyby kiedyś miał zmienić zdanie, to nigdy 
nie będzie to Jess, za młoda i zbyt naiwna, by poradzić sobie z 
gnębiącymi go upiorami przeszłości. 

Stojąc przy blacie, Jessy pomagała Chloe delikatnie przełożyć 

rybkę do misy. 

- No, w porządku. Teraz pan Rybka dostanie swoją kolację. A 

ty już jadłeś? - zwróciła się do Shane'a. 

- Nie. 
- To dobrze. Tylko umyję naszą królewnę, przygotuję sałatę i 

możemy jeść. 

-  Zjedzcie  same.  Ja  wpierw  muszę  wziąć  prysznic  i  zmienić 

ubranie. 

Wiedział,  że  stąpa  po  cienkiej  linie,  i  uznał,  że  musi  się 

wycofać. 

- Nie ma sprawy - oznajmiła z uśmiechem Jessy. 
- Zaczekamy. Naprawdę mam ochotę na czyjeś towarzystwo. 

Uwielbiam  nasze  słoneczko  -  oświadczyła  i  z  czułością 
spojrzała  na  Chloe  -  ale  mam  już  dosyć  posiłków  z  bajkami. 

27

RS

background image

 

 

Chętnie  dla  odmiany  posłucham  opowieści  o  prawdziwym 

świecie. 

Shane  przez  chwilę  wpatrywał  się  w  nią  uważnie.  Choć 

starała  się  nadać  swemu  tonowi  jak  najlżejsze  brzmienie, 
dostrzegł na jej twarzy jakieś napięcie. Zrobiło mu się wstyd. Ta 
dziewczyna tkwi tu od dziewięciu dni i opiekuje się jego córką, 
a  on  odmawia  jej  swego  towarzystwa  przy  jednym  krótkim 
posiłku. 

- Dobrze. Zaraz przyjdę - rzucił i wyszedł do holu. 
- Shane? - zawołała za nim Jessy. 
- Tak? 
- Cieszę się, że już wróciłeś. 
Shane przypomniał sobie swoją przysięgę sprzed czterech dni, 

kiedy to postanowił być dla Jessy trochę milszy, i zdobył się na 
małe kłamstewko. 

- Ja też. 
Oczywiście  nie  była  to  prawda.  Ale  i,  po  raz  pierwszy  od 

bardzo dawna, nie było to też stuprocentowe kłamstwo. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

28

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
- Kąpi, kąpi - domagała się Chloe. 
- Tak, słonko, wiem. 
Jessy  wsunęła  do  pieca  ostatnią  blachę  z  czekoladowymi 

ciasteczkami  i  spojrzała  na  małą.  Dziewczynka  z  nosem 
przyklejonym  do  szyby  wpatrywała  się  w  nadmuchiwany 
basenik, który Jessy dla niej kupiła. 

- Zaraz wyjdziemy. Obiecuję. Poczekamy tylko, aż upieką się 

ciasteczka. 

Chloe pokręciła główką. 
- Kąpi, kąpi - powtórzyła. 
- Na dworze wcale nie jest teraz przyjemnie. - Jessy nie traciła 

cierpliwości. - Tatuś kosi trawę i jest straszny hałas. 

Jakby  na  potwierdzenie  jej  słów  Shane  podszedł  z  kosiarką 

prawie pod sam dom. Popołudniowe słońce połyskiwało na jego 
kruczoczarnych  włosach,  mokra  od  potu  koszulka  oblepiała 
ciało, uwydatniając muskularne ramiona i pierś. 

- Jessy? 
- Hm? 
Jessy oderwała wzrok od Shane'a, zaskoczona dziwną reakcją 

swojego  żołądka.  Ostatnio  często  się  to  powtarzało,  ale  tym 
razem  na  pewno  czuła  ucisk  z  powodu  zbyt  dużej  ilości 
surowego ciasta, które próbowała, przygotowując ciasteczka. 

Na pewno. 
- Kąpijus. 
-  Zaczekaj  jeszcze  chwilę,  żabko  -  powiedziała  Jessy,  choć 

wiedziała, że nic to nie da. Jedną z wielu rzeczy, jakich nauczyła 
siew  ciągu  minionych  dwóch  tygodni,  było  to,  że  dwulatki  nie 
mają  poczucia  czasu,  nie  umieją  czekać,  a  mała,  słodka  Chloe 
jeśli  czegoś  chce,  potrafi  być  nieznośna.  A  ponieważ  jej 
charakter jest  taki  sam  jak  jej  anielski  wygląd,  nie  krzyczy,  nie 
płacze  ani  nie  tupie,  lecz  po  prostu  w  kółko  powtarza  swoje 

żądanie. 

29

RS

background image

 

 

I jak kropla drążąca skałę, osiąga swój cel. Po kilku minutach 

słuchania  takiej litanii  człowiek  gotów  jest  zrobić  wszystko dla 
chwili ciszy i spokoju. 

- Prose, Jessy. 
Jessy spróbowała jeszcze czymś odwrócić uwagę małej. 
- Wiesz co? A może weźmiesz Piękną i spróbujesz znaleźć jej 

kostium kąpielowy? Powinien być w twoim pokoju, w koszyku 
z  zabawkami.  Przebierzesz  ją  i  kiedy  wyjdziemy  na  dwór,  ona 
będzie mogła się z tobą kąpać. 

- Piękna tes kąpi? - rozpromieniła się dziewczynka. 
- Tak. Piękna też będzie się kąpać. Najpierw jednak musi się 

rozebrać i tak jak ty włożyć kostium kąpielowy. 

-  Dobze!  -  krzyknęła  uradowana  Chloe,  szczęśliwa,  że 

wreszcie  ma  coś  do  roboty.  Jak  strzała  popędziła  do  swojego 
pokoju. 

Jessy  wzięła  łopatkę  i  zaczęła  przekładać  już  upieczone 

ciasteczka z blachy na talerz. 

Wszystko  się  jakoś  układa,  pomyślała  z  ulgą.  Nie  tylko  ma 

nareszcie  wolną  chwilę  dla  siebie,  ale  i  Shane  dla  odmiany 
spędza  trochę  czasu  w  domu.  Musiała  przyznać,  że  zaskoczyło 
ją, kiedy  poprzedniego  wieczora,  podczas  wspólnego  oglądania 
drugiej  części  „Gwiezdnych  wojen",  oznajmił,  że  właściwie  w 
weekend  nigdzie  się  nie  wybiera.  Było  to  dla  niej  miłe 
zaskoczenie, podobnie jak zmiana jego zachowania. 

Od  powrotu  z  Dallas  Shane  zdawał  się  swobodniejszy,  dużo 

mniej  spięty.  Jessy  nie  wiedziała,  czy  po  prostu  z  rezygnacją 
pogodził  się  z  jej  obecnością,  czy  też  może  zrozumiał,  że 
niezależnie  od  tego,  co  powie  czy  zrobi,  ona  pozostanie  jego 
przyjaciółką, ale i tak poczuła ulgę. A już zaczynała się bać, że 
stosunki między nimi nigdy nie będą normalne. 

Brzęczyk  piekarnika  przerwał  te  rozmyślania.  Jessy  włożyła 

ochronną rękawicę, otworzyła drzwiczki i wyjęła ostatnią blachę 
z  ciasteczkami.  Nagle  zaskoczyła  ją  panująca  w  całym  domu 

30

RS

background image

 

 

cisza.  Dopiero  po  chwili  uświadomiła  sobie,  że  nie  słyszy  już 
warkotu kosiarki. Pewnie Shane skończył pracę. 

Jej przypuszczenia wkrótce się potwierdziły. Shane przeszedł 

przez taras i za chwilę wszedł do domu. 

-  Skończone?  -  spytała,  kiedy  odchodził  do  pojemnika  na 

brudną bieliznę. 

- Tak. 
Po drodze zdjął podkoszulek, wytarł nim twarz i szyję i rzucił 

w stronę kosza na brudy. 

Żołądek  Jessy  znów  dziwnie  zareagował.  Aż  się  przeraziła. 

Co się z nią dzieje? 

- Ależ  gorąco - mruknął Shane, podszedł do zlewu i napełnił 

szklankę wodą. 

- Ciesz się, że nie pada - uśmiechnęła się Jessy. Shane stał tak 

blisko niej, że  czuła zapach świeżo  skoszonej trawy  i piżmowy 
zapach jego potu. 

Kiwnięciem  głowy  zgodził  się  z  jej  obserwacją.  Duszkiem 

wypił  całą  zawartość  szklanki  i  natychmiast  ponownie  ją 
napełnił.  Wypił  wodę,  ale  już  wolniej,  potem  nachylił  się  i 
skradł całą garść ciasteczek. 

Jessy  zareagowała  instynktownie.  Wychowana  z  Baileyem, 

który,  gdyby  mu  pozwolono,  zjadłby  na  raz  całą  blachę  takich 
ciasteczek, odwróciła się i uderzyła winowajcę łopatką w ramię. 

- Nie tyle naraz. 
- Au! - pisnął zaskoczony Shane. 
Wtedy dopiero Jessy zrozumiała, co zrobiła. 
-  O  Jezu  -  powiedziała.  Choć,  szczerze  mówiąc,  bardzo 

chciało  jej  się  śmiać,  starała  się,  by  w  jej  głosie  brzmiała 
autentyczna skrucha. - Przepraszam. 

Shane uniósł brwi. 
-  Akurat!  Ale  chyba  ci  wybaczę.  Zapomniałem,  że  masz  tak 

doskonały refleks - dodał. 

Jessy  odetchnęła  z  ulgą  i  nachyliła  się,  by  strząsnąć  mu  z 

ramienia okruszki. 

31

RS

background image

 

 

-  Przy  Baileyu  musiałam  się  tego  nauczyć.  Nie  zrobiłam  ci 

krzywdy, co? 

- Jakoś to przeżyję - uśmiechnął się kwaśno Shane. Jego skóra 

była  ciepła  i  jedwabiście  gładka.  Jessy  wpatrywała  się  w  jego 
uśmiechniętą  twarz,  w  dołeczek  na  opalonym  policzku,  w 

śnieżnobiałe  zęby  i...  nagle  wszystko  się  zmieniło.  Ku  swemu 
przerażeniu  poczuła,  jak  ogarnia  ją  niepowstrzymana  fala 
pożądania.  Zawstydzona  cofnęła  rękę  i  spuściła  wzrok.  Na  jej 
nieszczęście spoczął on na nagiej piersi Shane'a. 

Chciała się odwrócić. 
Nie mogła. Była jak zahipnotyzowana. 
Przez  krótką  chwilę,  która  trwała  wieczność,  oglądała  jego 

szerokie  ramiona  i  twardy,  płaski  brzuch,  a  potem  prześledziła 
ciemną  ścieżkę  włosów,  zaczynającą  się  przy  obojczyku,  a 
kończącą przy pasku nisko opuszczonych dżinsów... 

Sutki jej  zesztywniały,  ból  z żołądka  przeniósł się  niżej i  nie 

był już wcale taki słaby. Chciała podejść do Shane'a, pogładzić 
te  jego  czarne,  jedwabiste  włoski,  poczuć  pod  ustami 
pulsowanie krwi w zagłębieniu jego szyi... 

- Jess? 
Jessy drgnęła gwałtownie. 
- Co? 
- Czy coś się stało? 
- Nie! 
Jej serce biło jak oszalałe. Była pewna, że Shane wie, co się z 

nią  dzieje,  ale  kiedy  spojrzała  na  jego  twarz,  dojrzała  w  niej 
pewne zaciekawienie. I nic więcej. 

- Na pewno? 
-  Jasne.  Przepraszam.  Chyba  się  zamyśliłam.  Jasne, 

kontemplowałam twoje ramiona, brzuch i... Na szczęście Chloe 
wybrała  akurat  tę  chwilę,  by  wejść  do  kuchni.  Jessy  z  ulgą 
skupiła uwagę na dziecku. 

- Hej, malutka! Znalazłaś swoją laleczkę? 

32

RS

background image

 

 

-  Uhm.  -  Mała  triumfalnie  uniosła  Piękną  do  góry.  Zdołała 

jakoś  ją  rozebrać.  Jaskrawo-pomarańczowy  kostium  kąpielowy 
udało jej się wcisnąć lalce tylko na jedno ramię.  

-  Kąpi  teras?  -  Natychmiast.  -  Jessy  roześmiała  się,  spojrzała 

przepraszająco na Shane'a i wzięła małą na ręce.  

-  Weźmiemy  tylko  coś  do  opalania  i  ręczniki  i  ruszamy  do 

kąpieli.  A  jeśli  chodzi  o  ciebie...  -  po  wzięciu  uspokajającego 
oddechu  Jessy  zwróciła  się  do  Shane'a  -  proszę,  nie  zjedz 
wszystkich ciasteczek. 

Zupełnie  nieświadomy  tego,  jak  bardzo  pociągająco  w  tej 

chwili  wygląda  i  jak  na  nią  działa,  Shane  splótł ręce na piersi  i 
oparł się o blat. 

-  Zastanowię  się  nad  tym.  Choć  nie  jestem  w  stanie  niczego 

obiecać. 

Cóż za ironia losu. Kiedy Shane wreszcie trochę się odprężył i 

uspokoił, jej libido gotowe było wszystko zepsuć. 

A  ona  nic  nie  mogła  na  to  poradzić.  Jej  wzrok  znów 

powędrował  ku  puklowi  kruczoczarnych  włosów  opadających 
mu  na  czoło,  ku  muskularnej  piersi,  wąskim  biodrom  i  długim 
nogom. 

Wiedziała, że musi natychmiast wyjść. Jakoś jej się to udało. 
Stojąc  pod  chłodnym  prysznicem,  Shane  westchnął  z 

zadowoleniem. 

To  był  fajny  dzień,  uznał,  spłukując  z  włosów  resztki 

szamponu.  Spokojny,  cichy,  ale  fajny.  Oprócz  skoszenia 
trawnika  umył  samochód,  zamiótł  garaż,  opłacił  kilka 
rachunków i potwierdził zaproszenie na ślub Martinsona. Nawet 
udało mu się uciąć sobie drzemkę. 

Oczywiście  tak  naprawdę  nic  się  nie  zmieniło,  zreflektował 

się  szybko.  Dzień  spędzony  w  domu  to  nic  szczególnego.  Z 
drugiej  zaś  strony,  naprawdę  miło  było  oderwać  się  od  biura  i 
trochę  odetchnąć.  A  w  dodatku  było  w  ciągu  tego  dnia  kilka 
takich  chwil,  kiedy  rzeczywiście  udało  mu  się  zapomnieć  o 

33

RS

background image

 

 

przeszłości. Na przykład w czasie sprzeczki z Jessy o ciasteczka. 
Dziwne, ale przez moment czuł się prawie dobrze. 

Teraz  zakręcił  w  końcu  kran,  stanął  na  grubym,  białym 

dywaniku, wytarł się do sucha i przeszedł do sypialni. 

Choć  to  skąpo  umeblowane  pomieszczenie  było  ogromne,  z 

wielkim, podwójnym łożem, nocnym stolikiem z lampką, sporą 
czarną komodą i jednym krzesłem, oszklona ściana z szerokimi 
drzwiami  dająca  wspaniały  widok  na  jezioro  łagodziła  jego 
surowość. 

Shane  podszedł  do  komody,  wyjął  świeże  dżinsy  oraz 

podkoszulek  i  zaczął  się  ubierać.  Czuł  jakieś  dziwne 
zniecierpliwienie i ze zdumieniem odkrył, że po prostu czeka na 
wieczorne  oglądanie  ostatniej  części  „Gwiezdnych  wojen".  Co 
jest  najlepszym  dowodem  na  to,  jak  nudne  stało się  jego  życie, 
stwierdził, wracając do salonu. 

Były  tam  już  Jessy  i  Chloe.  Zwinięte  w  kłębek  na  kanapie, 

pogrążone były w lekturze. Może sprawił to jego ogólnie dobry 
humor,  ale  na  ten  widok  przez  moment  poczuł  coś  w  rodzaju 
czułości. Szybko jednak zgryźliwość wzięła w nim górę. 

- Hej, Jess? 
- Hm? 
- Możesz sobie dać spokój z tym czytaniem. 
- Co takiego? - Jessy podniosła wzrok znad książki. 
- Chloe śpi - stwierdził krótko. 
- Naprawdę? Chyba rzeczywiście usnęła - dodała, spoglądając 

na wtuloną w nią małą. 

W  niebieskiej,  skąpej  bluzeczce  i  granatowych  szortach,  z 

włosami  splecionymi  w  warkocz  i  bosymi  nogami,  nie 
wyglądała na więcej niż siedemnaście lat. 

- No dobrze - westchnęła i odłożyła książkę. - Lepiej położę ją 

do łóżeczka. 

Shane  zauważył,  że  jest  nieco  przygaszona.  No  tak.  Ma  za 

sobą  męczący  dzień  -  pieczenie  ciasteczek,  pranie,  wyprawa  z 
Chloe na karmienie kaczek, gotowanie kolejnej pysznej, gorącej 

34

RS

background image

 

 

kolacji. Jest po prostu zmęczona. A, jako fajna dziewczyna, ani 
razu nie poprosiła o pomoc, nawet się nie poskarżyła. 

Shane nagle znalazł się tuż obok niej. Nie była to bynajmniej 

świadoma decyzja. 

- Daj. Ja ją zaniosę. 
- Ale przecież... 
- Nie. Ja to zrobię. 
Shane  nachylił  się  i  przesunął  rękę  po  jej  biodrze,  żeby 

wsunąć dłoń pod ramionka Chloe. Jessy drgnęła gwałtownie. 

- Nadal masz łaskotki? - spytał. 
Jessy  zarumieniła  się  i  tylko  kiwnęła  głową.  Shane  był 

wyraźnie rozbawiony. Po raz drugi tego dnia. 

- Spokojnie. To tylko chwilka. 
Nachylił  się  bardziej,  wsunął  wolną  rękę  pomiędzy  piersi 

Jessy. Chwycił małą w objęcia i wyprostował się. 

O dziwo, miał lekkie kłopoty z oddychaniem. 
- Trzymam ją. 
-  Dzięki.  -  Jessy  też  wstała  i  biorąc  po  drodze  kocyk  i  lalkę 

Chloe, podążyła za nim w stronę sypialni małej. 

Rolety  były  już  zasunięte,  w  pokoju  panował  chłód  i  mrok. 

Shane ostrożnie położył córeczkę w łóżeczku. 

Chloe  przez  sen  lekko  westchnęła,  ułożyła  się  na  boku  i 

włożyła kciuk do buzi. 

Nie  wiadomo  czemu  Shane  przypomniał  sobie  dzień  jej 

narodzin. Mimo tego, co się później wydarzyło, wciąż pamiętał, 
jak się wtedy czuł - podniecony, niecierpliwy, ciekawy, a potem, 
kiedy  już  zobaczył  jej  czerwoną,  pomarszczoną,  słodką  małą 
twarzyczkę - beznadziejnie zakochany. 

I nadal ją kocham, pomyślał z czułością i smutkiem zarazem. 

Mimo  że  nie  był  w  stanie  zapomnieć  tej  wizyty  u  pediatry,  tuż 
przed  pierwszymi  urodzinami  Chloe,  kiedy  to  zauważył  w  jej 
karcie  króciutką  notkę  dotyczącą  jej  grupy  krwi.  Notkę,  która 
zmieniła jego życie. 

35

RS

background image

 

 

Kiedy  minął  pierwszy  szok,  kiedy  wykonano  potwierdzające 

badania, Shane wpadł we wszechogarniającą rozpacz. Rozpaczał 
po swym utraconym ojcostwie, wyidealizowanym małżeństwie, 
straconym zaufaniu. I wszystko to przeżywał w samotności. Nie 
był  w  stanie,  nie  umiał  podzielić  się  z  kimkolwiek  swoim 
upokorzeniem i bólem. 

Jego  żal  i  rozpacz  były  tak  silne,  że  ocalić  go  mógł  tylko 

gniew,  na  który  przyszedł  czas  później.  Shane  był  wściekły  na 
los  i  na  okrutny  figiel,  jaki  ów  los  mu  spłatał.  Był  wściekły  na 
Marissę  -  bo  choć  wiedział,  że  nigdy  nie  dowie  się  prawdy, 
bardzo chciał wiedzieć, dlaczego i z kim go zdradziła. I był też 
wściekły na siebie, na swoją łatwowierność i naiwność. 

Sprzedał dom i wszystko, co w nim było. Ograniczył kontakty 

z rodziną i przyjaciółmi. Trzymał się na uboczu życia. Pewnego 
rodzaju ocalenie znalazł w pracy, poza nią właściwie nic go nie 
obchodziło. 

Tyle tylko, że ostatnio to uczucie zdawało się trochę słabnąć. 

Dopóki  jednak  dotyczyło  to  tylko  Jessy,  specjalnie  się  tym  nie 
przejmował. Byli przecież kumplami z dzieciństwa. 

- Była naprawdę zmęczona - powiedziała cicho Jessy. Otuliła 

małą kocykiem i na poduszce położyła jej laleczkę. 

-  Miała  ciężki  dzień  -  stwierdził  Shane,  ocknąwszy  się  z 

zadumy.  -  Ty  też  -  dodał,  spoglądając  na  idealnie  zarysowany 
profil Jessy. 

-  Nie  robiłam  niczego  specjalnego.  -  Jessy  wzruszyła 

ramionami. 

- A właśnie, że tak. 
- A właśnie, że nie. A teraz bądź cicho. - Jessy położyła palec 

na ustach, uśmiechnęła się i wyszła z pokoju. 

Shane wyszedł za nią do holu i zamknął drzwi. 
-  Hej,  zaczekaj  -  rzekł  i  przytrzymał  ją  za  rękę.  Jessy 

zesztywniała i odwróciła się tak nagle, że Shane omal na nią nie 
wpadł. 

- Co? 

36

RS

background image

 

 

-  Chciałem...  Chciałem  zapytać,  czy  mógłbym  ci  w  czymś 

pomóc. Czy mogę coś dla ciebie zrobić? 

- Nie, oczywiście, że nie - odparła, ale nie tak od razu.  
- A czemu pytasz? 
-  Sam  nie  wiem.  -  Shane  wzruszył  ramionami.  -  Jesteś  jakaś 

taka... zdenerwowana. Więc gdybyś może chciała trochę więcej 
wolnego  czasu,  albo  żebym  zatrudnił  kucharkę  czy  może 
sprzątaczkę... 

- Wszystko jest w porządku, Shane. 
- Na pewno? 
- Tak. Może jestem nieco zmęczona, ale wystarczy trochę snu 

i  będę  jak  nowa.  -  Jessy  na  moment  zawahała  się,  a  potem 
dodała z udawaną wesołością: - Pomyślałam sobie, że pomaluję 
jutro pokój Chloe. Oczywiście, jeśli nie masz nic przeciw temu. 

Shane  odetchnął  z  ulgą.  A  więc  jego  podejrzenia  okazały  się 

trafne. 

- Jasne, że nie. Nawet chętnie ci pomogę. 
- Ależ nie! Nie musisz. 
- Nie muszę, ale chcę. 
- Ale co zrobimy z Chloe? Ktoś będzie musiał jej pilnować. 
- Pomalujemy pokój podczas jej drzemki. Rano na jakieś dwie 

godziny  będę  musiał  zajrzeć  do  biura,  ale  poza  tym  jestem 
wolny. 

- No, skoro tak mówisz... - Jessy nie była chyba  przekonana, 

czy powinna skorzystać z pomocy swego pracodawcy. 

Shane  zrozumiał,  że  nie  chce  mu  się  narzucać.  Kochana, 

dobra Jessy. 

- Tak mówię. 
-  Niech  więc  tak  będzie  -  zgodziła  się  w  końcu.  -No  to... 

dobranoc. 

Shane spojrzał na nią ze zdziwieniem. Ignorując fakt, że było 

dopiero niewiele po ósmej, zdecydował się na pytanie. 

- Nie będziemy oglądać filmu? 

37

RS

background image

 

 

-  A,  film  -  mruknęła  zaskoczona  Jessy.  -  Oczywiście. 

Zupełnie zapomniałam. 

W jej głosie brzmiało wyraźne zmęczenie. 
-  Ale  skoro  jesteś  zmęczona,  to  możemy  sobie  darować  ten 

film  -  rzekł,  kryjąc  rozczarowanie.  -  Obejrzymy  go  innym 
razem. 

Po krótkim wahaniu Jessy podjęła decyzję. 
- Nie, nie wygłupiaj się. I tak za wcześnie, by już iść do łóżka. 
- Wspaniale. 
Shane  poszedł  za  nią  korytarzem.  Odezwał  się  dopiero  w 

drzwiach. 

- Jess? 
- Tak? 
-  Chciałbym,  żebyś  wiedziała...  Naprawdę  fajny  z  ciebie 

kumpel. 

- Dzięki - odparła po chwili. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

38

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
Energicznie  przesuwając  wałkiem  po  ścianie  pokoju  Chloe, 

Jessy uznała, że na rozczarowanie najlepsze jest malowanie. 

Nie chodzi o to, że akurat ona jest rozczarowana. Wcale nie. 
Prędzej  już  zła.  Kiedy  tylko  przypominała  sobie  swoje 

zachowanie  wobec  Shane'a  poprzedniego  dnia,  czuła  się  jak 
idiotka. I to ją irytowało. 

Chociażby  to  szaleństwo  w  kuchni,  kiedy  zachowała  się  tak, 

jakby nigdy nie  widziała  nagiej  męskiej  piersi.  Jakby nigdy  nie 
widziała nagiej piersi Shane'a. A przecież widziała. Przez te lata 
widziała ją  dziesiątki  razy.  I  nagle,  Bóg  wie z jakiego  powodu, 
zareagowała  na  jej  widok  ściśniętym  gardłem  i  maślanym 
wzrokiem. 

Jeszcze gorzej było, kiedy Shane zaoferował jej swoją pomoc 

w  położeniu  Chloe  do  łóżeczka.  W  reakcji  na  jego  nieumyślne 
muśnięcia cała stanęła w płomieniach. 

A  kiedy  później,  w  holu,  zapytał,  czy  czegoś  potrzebuje, 

kusiło  ją,  by  odpowiedzieć:  „Tak,  owszem,  chcę  cię  dotknąć  - 
wszędzie. I chcę, byś i ty mnie dotykał". 

A jeśli chodzi o film... Wystarczy powiedzieć, że świadomość 

bliskości  Shane'a  zupełnie  uniemożliwiała  jej  koncentrację. 
Patrzyła,  co  prawda,  na  ekran,  ale  nie  odróżniała  Luke'a  od 
Hansa. 

Co  się  z  nią  dzieje?  Przecież  to  niemożliwe,  by  nadal  czuła 

coś do Shane'a. 

Zupełnie niemożliwe! 
Owszem,  Shane  jest  niezwykle  przystojny,  tak  po  męsku 

przystojny.  Owszem,  ma  czarujący  uśmiech  i  umie  z  niego 
korzystać.  I,  owszem,  ona  nie  jest  w  stanie  przestać  o  nim 
myśleć. A minionej nocy pojawił się także w jej śnie - półnagi, 
rozpalony,  wpatrujący  się  w  nią  uważnie,  pieszczący  całe  jej 
ciało... 

39

RS

background image

 

 

Stop,  dosyć.  Przecież  to  wszystko  nic  jeszcze  nie  znaczy. 

Wcale  nie  jest  zainteresowana  tym  właśnie  mężczyzną.  To 
wszystko  wynik  sytuacji,  w  jakiej  się  znalazła,  faktu,  że  oboje 

żyją  tak  blisko  siebie,  no  i  wspomnień.  Wspomnień  z  czasów, 
kiedy  tak  wiele  ich  łączyło,  kiedy  ona,  Jessy,  tyle  do  niego 
czuła, kiedy Shane był dla niej najważniejszy. 

W dodatku była pewna, że Shane w ogóle nie myśli o niej w 

ten  sposób,  a  w  jego  stosunku  do  niej  nie  ma  niczego 
erotycznego.  Dał  jej  to  jasno  do  zrozumienia,  mówiąc,  jaki 
dobry z niej kumpel. 

Choć  skrzywiła  się  na  wspomnienie  tych  słów,  uznała,  że 

powinna  być  szczęśliwa,  że  Shane  jest  tak  zupełnie 
nieświadomy jej szalonej walki z własnym pożądaniem. 

Całą siłą woli zmusiła się do skupienia nad tym, co dzieje się 

tu  i  teraz.  Dotarto  do  niej,  że  jest  w  pokoju  Chloe.  Wcześniej 
przeniosła łóżeczko dziewczynki do gościnnej sypialni, a resztę 
-  komodę,  stół  do  przewijania  małej  i  ogromnego  konia  na 
biegunach  -  ustawiła  pośrodku  i  przykryła  plastikową  płachtą. 
Wybrała  farbę  o  ciepłym  odcieniu  błękitu,  ładnie  pasującą  do 
białego  dywanu  i  prostych,  sosnowych  mebli.  Za  kilka  dni 
przyklei  jeszcze  paski  żółto-biało-niebieskiej  tapety,  którą 
wybrały razem z Chloe, i ustawi kilka półek na zabawki. 

Miała nadzieję, że Shane będzie zadowolony. Chciała bowiem 

zakończyć malowanie przed jego powrotem z biura i liczyła, że 
będzie jej tak wdzięczny, że z ochotą zgodzi się zostać z Chloe, 
kiedy  ona  wyjdzie  na  zakupy.  To  nie  dlatego,  że  chciała  go 
unikać.  Po  prostu  musiała  trochę  pobyć  sama,  spojrzeć  na 
wszystko  z  pewnej  perspektywy.  Była  pewna,  że  z  upływem 
czasu  i  odrobiną  dystansu  to  niewłaściwe  zauroczenie  minie  i 
stanie się tylko umiarkowanie zabawnym wspomnieniem. 

- Jessy? Co ty, do jasnej cholery, wyprawiasz? 
Na  ten  niespodziewany  dźwięk  głosu  Shane'a  Jessy  drgnęła 

jak  oparzona.  Odwróciła  się  i  ujrzała  go  stojącego  w  progu, 
zaledwie pół metra od niej. 

40

RS

background image

 

 

- Jezus Maria! Chcesz mnie przyprawić o atak serca? 
- Jeszcze by mi tego brakowało - mruknął, zupełnie jak dawny 

Shane. - Odpowiedz raczej na moje pytanie. 

Jessy zacisnęła  zęby.  Nienawidziła,  kiedy Shane  traktował  ją 

jak pięciolatkę. 

- A jak myślisz? - odparła. - Maluję. 
-  Tyle  to  i  ja  widzę.  Pytam  tylko:  dlaczego?  Mówiłem,  że  ci 

pomogę, kiedy wrócę. 

Jessy  wzruszyła  tylko  ramionami,  bo  wcale  nie  zamierzała 

powiedzieć  mu  prawdy.  Nie  teraz,  kiedy  miała  na  sobie 
zwyczajny, biały podkoszulek i najstarsze, obcięte nad kolanami 
dżinsy,  on  zaś  eleganckie  pantofle,  spodnie  w  kolorze  khaki  i 
bladożółtą  koszulę.  Wyglądał  wspaniale  i  jego  widok 
przyprawiał  Jessy  o  szybsze  bicie  serca,  ból  żołądka  i  ten 
znajomy skurcz nieco niżej. 

Odwróciła  się  do  ściany  i  wróciła  do  malowania,  częściowo 

dla  zaakcentowania  swoich  słów,  ale  głównie  po  to,  by  nie 
musieć na niego patrzeć. 

-  Chloe  zasnęła  wcześniej  niż  zwykle.  -  Wymagało  to  tylko 

półgodzinnych,  gorących  namawiań  i  obietnicy  lodów  po 
obiedzie. - Uznałam więc, że mogę już zacząć malowanie. Mam 
dziś jeszcze parę innych rzeczy do zrobienia. 

- Rozumiem. - Ton głosu Shane'a świadczył o czymś zupełnie 

przeciwnym.  -  Daj  mi  chwilę  na  przebranie  się  i  zaraz  ci 
pomogę. 

- Nie trzeba. Już prawie skończyłam. 
I tak rzeczywiście było. Pozostał jej jeszcze kawałek ostatniej 

ściany. 

-  Tak.  Chyba  masz  rację  -  zauważył  po  chwili  milczenia 

Shane. 

Odpowiedziała mu pełnym wdzięczności uśmiechem. 
- Ale dziękuję za dobre chęci. 
A teraz już sobie idź, dodała w myślach. 

41

RS

background image

 

 

Shane jednak skrzyżował ręce na piersi i oparł się o framugę 

drzwi. 

- Zostawiłaś nie zamalowaną plamę. 
- Wcale nie. 
-  A  właśnie,  że  tak.  -  Uśmiechnął  się.  -  Kobiety  zawsze 

wszystko robią byle jak. 

Jessy  znów  zacisnęła  usta.  Dlaczego,  do  cholery,  po  dwóch 

tygodniach  Shane  wybrał  ten  moment,  by  stać  się  dawnym 
zgryźliwym  facetem?  I  dlaczego  akurat  w  tej  chwili  nie  ma 
ochoty sobie pójść? 

-  Widzisz?  Tutaj.  -  Wskazał  kawałek  ściany,  który  właśnie 

przed chwilą skończyła malować. 

Jessy spojrzała na wskazane miejsce. 
- Nie widzę, co tu jest nie w porządku. 
- Jezus Maria! - Shane westchnął z rezygnacją 
i podszedł do miejsca, o którym mówił. - Nie tylko kiepski z 

ciebie malarz, ale jeszcze uparty. Zobacz sama. 

Później, kiedy było już po wszystkim, Jessy nie miała pojęcia, 

co  w  nią  wstąpiło.  Może  sprawiła  to  jego  bliskość.  Może  była 
wykończona, bo zbyt dużo myślała, a zbyt mało spała? 

A  może  to  dlatego,  że  zauważyła  jednak  maleńki,  nie 

zamalowany pasek ściany? I okazało się, że ten wredny facet ma 
rację? 

Jaki w końcu był tego powód, nie była w stanie usta 
lic.  Kiedy  sięgnęła  po  wałek,  by  zająć  się  tym  kawałkiem 

ściany,  nagle  wstąpił  w  nią  jakiś  diabeł.  Uniosła  wałek  i 
wymalowała  na  gorsie  koszuli  Shane'a  jaskrawo-niebieską 
smugę. 

- Co jest, do... - Shane spojrzał najpierw na swoją pierś, potem 

na Jessy. - Jak mogłaś to zrobić? 

Ona  też  nie  wiedziała,  jak  do  tego  doszło.  Teraz  jednak  nie 

mogła się już powstrzymać. Przesunęła wałkiem po jego twarzy. 

42

RS

background image

 

 

- No - podsumowała swoje działanie. Jeśli to nie zmusi go do 

wyjścia, to już chyba nic. - Wyglądasz jak Mel Gibson w filmie 
„Braveheart". 

Shane  po  prostu  stał  i  wpatrywał  się  w  nią  nieodgadnionym 

wzrokiem. 

-  No,  może  niezupełnie  -  przyznała  z  nerwowym  chichotem. 

Zupełnie  ignorowała  cichy,  lecz  zdecydowany  głos,  który  pytał 
ją, czy zwariowała. - Ale to ten sam odcień. 

-  Naprawdę?  -  Jego  oczy  błyszczały  niebezpiecznie. 

Wyciągnął ze spodni połę koszuli i bardzo wolno otarł sobie nią 
twarz.  -  Na  twoje  nieszczęście  -  w  tej  chwili  nagle  wyjął  jej  z 
ręki  wałek  -  mam  taki  charakter,  że  zawsze  lubię  wszystko 
zobaczyć na własne oczy. 

Nie  trzeba  było  być  geniuszem,  by  wiedzieć,  co  za  chwilę 

nastąpi.  Mimo  to  Jessy  próbowała  jeszcze  przemówić  mu  do 
rozumu. 

- No, Shane, bez przesady... 
Za  późno!  Choć  odskoczyła,  zachował  się  jak  prawdziwy 

Zorro.  Udało  mu  się  wymalować  na  jej  ciele  błękitny  zygzak. 
Potem cofnął się o krok i podziwiał swoje dzieło. 

- Hm... Chyba miałaś rację. 
Jessy  wpatrywała  się  w  niego  rozbawiona  i  jednocześnie 

oniemiała. Znów ten sam kochany, dawny Shane. Widziała to w 
jego  oczach,  słyszała  w  tonie  jego  głosu,  dostrzegała  w 
uśmiechu. 

-  Choć  nie  widząc  tego  na  twojej  twarzy,  trudno  powiedzieć 

dokładnie. 

- Nie! - Jessy szarpnęła  się do tyłu, więc wałek tylko musnął 

jej brodę. Kiedy Shane ponowił atak, próbowała mu go wyrwać. 

Wyraźnie  rozbawiony,  Shane  schował  wałek  za  siebie  i 

chwycił Jessy za nadgarstek. 

- O co chodzi? Przecież sama się o to prosiłaś! 
- Wcale nie... Oj! 

43

RS

background image

 

 

Jessy  pośliznęła  się  na  wyścielającej  podłogę  plastikowej 

płachcie. 

Kiedy  Shane  wypuścił  wałek  i  chwycił  ją  w  objęcia, 

odruchowo zarzuciła mu ręce na szyję. 

- Nic ci nie jest? - spytał. 
- Nnnie. 
Czuła  każdy  centymetr  jego  ciała,  od  klatki  piersiowej,  po 

biodra i uda. Nie była w stanie oddychać, musiała oblizać nagle 
suche wargi. 

Kiedy podniosła wzrok, ich spojrzenia się spotkały. 
Nie  wiedziała,  co  Shane  dostrzegł  w  jej  oczach,  ale  z  jego 

oczu  zniknęło  rozbawienie,  a  na  jego  miejsce  pojawiło  się  coś 
nowego... 

- Shane... - zaczęła, ale nie umiała skończyć. 
- A niech to, Jess - mruknął. 
Potem  jego  usta  spoczęły  na  jej  wargach.  Ależ  on  umiał 

całować! 

Tak często o tym marzyła, ale rzeczywistość była tysiąc razy 

lepsza. 

Zesztywniała,  kiedy  ręce  Shane'a  zsunęły  się  na  jej  biodra, 

potem wsunęły pod gumkę majteczek i objęły jej nagie pośladki. 

Przywarła do niego całą sobą i chciała powiedzieć „tak", ale z 

jej ust wydobył się tylko nieartykułowany jęk. 

Shane  zrozumiał  go  zupełnie  inaczej.  Znieruchomiał  na 

moment i szybko wysunął ręce spod jej szortów, odrywając usta 
od jej warg. 

- Shane? 
- A niech to cholera - warknął i nerwowym ruchem przeczesał 

ręką włosy. 

-  Shane,  wszystko  w  porządku  -  szepnęła  i położyła mu rękę 

na ramieniu. 

-  Wcale  nie.  -  Shane  zrzucił  jej  rękę  i  spojrzał  na  nią 

dziwnym,  nieodgadnionym  wzrokiem.  -  Przepraszam.  Nie 
powinienem tego robić. 

44

RS

background image

 

 

- Co takiego? 
- To nie twoja wina - rzekł szybko. - Ja... sam nie 
wiem,  co  we  mnie  wstąpiło.  Byłaś  tak  blisko  i  po  prostu 

straciłem głowę. To się już nigdy nie powtórzy. 

Jego  słowa  były  jak  policzek.  Zaledwie  przed  chwilą  Jessy 

była w siódmym niebie, a teraz... 

- Jeszcze raz cię przepraszam. 
-  Nie  ma  sprawy  -  mruknęła,  póki  jeszcze  była  w  stanie 

mówić, póki jeszcze nie zrobiła czegoś głupiego. Nie mogła mu 
przecież  powiedzieć,  że  ona  niczego  nie  żałuje,  lecz  wprost 
przeciwnie,  chciałaby  więcej,  dużo  więcej.  -  A  teraz,  jeśli  nie 
masz  nic  przeciw  temu,  skończę  malowanie  i  pójdę  się  umyć. 
Mam  spotkanie...  Jestem  umówiona,  żeby  obejrzeć  mieszkanie 
do wynajęcia... To znaczy, jeśli zostaniesz z Chloe... 

- Tak, ale... 
-  Dzięki.  A  jeśli  martwisz  się  o  dywan,  to  niepotrzebnie.  - 

Jessy  schyliła  się  i  zdjęła  pochlapane  farbą  tenisówki. 
Wiedziała, że zachowuje się idiotycznie, ale nie mogła dopuścić 
Shane'a do głosu. - Widzisz? Niczego nie pobrudzę. 

- Jessy... 
- No to na razie. - Jessy zdobyła się nawet na uśmiech. 
I tak jak poprzedniego dnia, po prostu wybiegła z pokoju. 
Tyle tylko, że tym razem czuła się tysiąc razy gorzej. 
Kiedy  tylko  Jessy  zniknęła  za  progiem,  Shane  stracił  całe 

opanowanie. 

Od razu zaklął siarczyście. A niech to cholera weźmie! Co mu 

wpadło  do  głowy,  by  ją  tak  całować?  Jak  mógł  zrobić  coś  tak 
głupiego? Co myślał? 

Przynajmniej na to ostatnie pytanie odpowiedź była prosta. W 

ogóle nie myślał. W każdym razie nie głową. Po raz pierwszy od 
roku  stracił  panowanie  na  swymi  emocjami  i  pozwolił  sobie 
czuć.  Najpierw  złość  -  kiedy  wrócił  do  domu  i  stwierdził,  że 
Jessy  zaczęła  malowanie  bez  niego.  Potem  zachciało  mu  się  z 
niej naigrawać, a kiedy zachowała się jak dawna Jess i pomazała 

45

RS

background image

 

 

go farbą - był wręcz rozbawiony. A potem, nagle, ni z tego, ni z 
owego poczuł pożądanie! 

Ostre. Nie do opanowania. Nierozsądne. 
I to wobec Jessy! Przyjaciółki z dzieciństwa. Kumpla. 
Shane  aż  pokręcił  głową.  Gdyby  wciąż  nie  czuł  na  wargach 

smaku jej ust i nie pamiętał, jak ciepłe, szczupłe i jędrne jest jej 
ciało, uznałby że to wszystko wcale się nie wydarzyło. 

A jednak nadal czuł smak jej ust. I nadal pamiętał. Na pewno 

nie  zapomni,  co  czuł,  całując  Jess.  Był  gotowy.  Twardy, 
pulsujący, rozpalony. I gdyby nie ten jej cichy jęk, kto wie, jak 
by się to skończyło. 

Ale ten jęk go ostudził. 
Lecz  kiedy  teraz  o  nim  myślał,  zupełnie  nie  rozumiał  swojej 

reakcji.  Bo  Jess  nie  reagowała  jak  kobieta  oburzona,  zła, 
przerażona czy obrażona. 

Właśnie.  Była  wstrząśnięta  tym,  że  facet,  którego  zawsze 

uważała za przyjaciela, nagle chwycił ją za pupę. 

Shane  aż  zazgrzytał  zębami,  przypominając  sobie  jej  minę, 

wzrok,  jej  niepewność.  Tak,  była  wstrząśnięta.  Jego 
zachowaniem.  I  gdyby  postanowiła  się  wyprowadzić,  wiedział, 

że na to zasłużył. 

Tyle tylko, że nie chciał, by Jess odeszła. 
Przeraziła  go  ta  myśl,  choć  gdy  się  głębiej  zastanowił,  nie 

była ona takim znowu zaskoczeniem. 

W  ciągu  minionych  dwóch  tygodni  jego  stosunek  do  Jessy 

stale  ewoluował  -  od  niechęci,  poprzez  pogodzenie  się  z 
sytuacją  aż  do  akceptacji.  Nie,  oczywiście  nie  myślał  o  sobie, 
choć i jego życie dzięki jej obecności stało się łatwiejsze. Myślał 
przede  wszystkim  o  Chloe.  Było  coś  w  Jessy  -  łagodność, 
serdeczność,  ciepło,  energia  -  co  już  zaczynało  pozytywnie 
wpływać na małą. Dzięki niej Chloe zaczynała się otwierać jak 
kwiat  pod  wpływem  delikatnego  słońca.  A  on,  który  tego 
wszystkiego nie był w stanie dziewczynce dać, nie mógł jej tego 
pozbawić. 

46

RS

background image

 

 

Jeśli już nie pozbawił. 
Będzie musiał porozmawiać z Jessy. Zapewnić ją, przekonać, 

że nim nie powinna się przejmować. Powtórzyć jeszcze raz, że 
to,  co  się  stało,  już  się  nigdy  nie  zdarzy.  Wyjaśnić,  że  był  to 
rodzaj szaleństwa. 

Bo był. 
Owszem,  ostatnio  parokrotnie  postrzegał  Jess  jakoś  inaczej  - 

widział  jej  miękką,  gładką  skórę,  czuł  miły  zapach  -  ale  co  z 
tego? 

To jeszcze o niczym nie świadczyło. I Shane wcale nie chciał, 

by o czymkolwiek świadczyło. Po zdradzie Marissy nie pragnął 

żadnych  poważnych  związków  z  kobietami.  Nie  zamierzał,  co 
prawda,  przez  resztę  życia  obywać  się  bez  seksu  tak  jak  przez 
ostatnie  półtora  roku,  ale  nad  jakimiś  ewentualnymi  uczuciami 
do  będących  z  nim  kobiet  miał  zamiar  w  pełni  panować. 
Poszuka  sobie  kogoś,  komu  takie  reguły  gry  będą  odpowiadać, 
komu będzie zależało tylko na miłym spędzaniu  czasu, kto, jak 
on, będzie chciał tylko fizycznego odprężenia i niczego  więcej. 
A to, oczywiście, wyklucza Jess. 

Mimo  wszystko  nadal  uważał,  że  winien  jest  jej  jakiegoś 

rodzaju  wytłumaczenie  tego,  co  się  stało.  Ale  co  mógł 
powiedzieć? Że po ponad roku raz przestał nad sobą panować i 
tak  się  to  skończyło?  Że  jego  dawno  uśpiony  pociąg  seksualny 
akurat ten moment wybrał sobie na przebudzenie i ona była pod 
ręką?  Że  w  jednej  chwili  był  rozbawiony  i  pobłażliwy,  a  zaraz 
potem, kiedy spojrzał w jej twarz i dojrzał szeroko otwarte oczy 
i  rozchylone  usta,  rozum  odmówił  mu  posłuszeństwa,  a  górę 
wzięła dużo prymitywniejsza część jego natury? Że to wszystko 
tylko i wyłącznie jego wina, nie jej? 

Tak, właśnie! Bo przecież taka jest prawda, no nie? 
Oczywiście.  I  im  szybciej  się  do  tego  przyzna,  tym  lepiej 

oboje się poczują. 

Co  postanowiwszy,  Shane  rozejrzał  się  po  pokoju,  znalazł 

porzucony wałek i umoczył go w farbie. Kilko 

47

RS

background image

 

 

ma  szybkimi,  wprawnymi  ruchami  dokończył  malowania 

ściany, bo przecież obiecał to Jessy. Potem odłożył wałek, zdjął 
poplamioną koszulę, wytarł podeszwy butów i opuścił pokój. 

Biorąc pod uwagę sytuację, uznał, że nie powinien pokazywać 

się Jessy niekompletnie ubrany, wstąpił więc do łazienki, by się 
umyć i włożyć czystą koszulę. 

Potem zapukał do drzwi pokoju Jessy. 
- Jess? 
Przez chwilę nie odpowiadała. Dopiero potem odezwał się jej 

głos, cichy, ale wyraźny. 

- O co chodzi? 
- Muszę z tobą porozmawiać. 
Znów zapadła cisza i dopiero po chwili usłyszał: 
- Dobrze. 
Czekał,  aż  Jessy  podejdzie  do  drzwi.  Ponieważ  tak  się  nie 

stało, nacisnął klamkę i wszedł do środka. 

- Ale za chwilę - usłyszał w tym samym momencie. Za późno. 

Widział ją jak na dłoni. Stała obok łóżka, 

z  podkoszulkiem  w  ręku.  Miała  na  sobie  tylko  skąpe  różowe 

figi i koronkowy stanik, który więcej odsłaniał, niż zakrywał. 

Ogarnęło  go  niespodziewane  i  nie  chciane  pożądanie.  Miał 

wrażenie,  że  opadła  jakaś  zasłona  i  po  raz  pierwszy  zobaczył 
Jess  naprawdę.  Nie  była  już  niepewną  nastolatką,  niezgrabną 
panienką,  słodką,  ale  fujarowatą  młodszą  siostrzyczką 
przyjaciela. Była kobietą 

w  każdym  znaczeniu  tego  słowa  -  z  pełnymi  piersiami, 

szczupłą talią i nogami długimi jak u tancerki z wodewilu. 

Na nic samooszukiwanie się. Jego libido nie dało o sobie znać 

ot, tak, bez żadnego powodu. 

To przez nią. Przez Jessy. Boże, ależ jej pragnął. 
A  kiedy  spojrzał  jej  w  oczy,  zrozumiał,  że  i  ona  go  pragnie. 

Widać  to  było  wyraźnie  w  jej  rozchylonych  wargach, 
zarumienionych  policzkach,  urywanym  oddechu.  I  sposobie,  w 
jaki wymówiła jego imię. 

48

RS

background image

 

 

Ten ton i to rozmarzenie w jej błękitnych oczach -tak, Shane 

czuł, że nie może mu się oprzeć. Chciał do niej podbiec, wziąć 
ją na ręce, zanieść na łóżko i kochać się z nią aż do utraty tchu. 

Zrobił jeden krok, potem drugi - i przystanął, bo z głębi domu 

dotarł  do  niego  jakiś  niewyraźny,  nie  zidentyfikowany  z 
początku  odgłos.  Zmieszany,  nasłuchiwał  przez  chwilę.  Po 
chwili już wiedział: to Chloe się obudziła i mówi coś do siebie. 

Ta  myśl  podziałała  na  niego  jak  kubeł  zimnej  wody. 

Znieruchomiał.  Co  się  z  nim  dzieje?  Przecież  wcale  tego  nie 
chce,  prawda?  Nie  tak  dawno  wymienił  sobie  wszystkie 
powody. A jest jeszcze jeden, najważniejszy. Choćby nie wiem 
jak  temu  zaprzeczał,  zależy  mu  na  Jessy  Ross.  Na  tyle  w 
każdym  razie,  by  wiedzieć,  że  Jess  zasługuje  na  kogoś  dużo 
lepszego  niż  on.  Choćby  nawet  ona  sama  była  przeciwnego 
zdania. 

Udało  mu  się  jakoś  opanować  targające  nim  emocje.  Zdobył 

się nawet na spojrzenie Jess prosto w oczy. 

- Przepraszam - rzekł ochrypłym głosem i zrobił krok do tyłu. 

- Nie wiedziałem, że jesteś nie ubrana. 

- Ale... 
- Porozmawiamy później. 
Shane szybko wyszedł do holu i zamknął drzwi przed pokusą. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

49

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 
-  Ooooo!  -  piszczała  Chloe,  wzbijając  się  w  niebo.  -  Wyżej, 

Jessy! 

Jessy  z  uśmiechem  spełniła  prośbę  małej.  Pchnęła  nieco 

mocniej krzesełko huśtawki. 

- Wyżej! - powtórzyła Chloe. 
Jessy pokręciła głową. Wszystkie dzieci są takie same. Chloe, 

gdyby  tylko  mogła,  wzbiłaby  się  ponad  drzewa,  nie  myśląc  o 
konsekwencjach.  Na  szczęście  dla  nich  obu  jest  mocno 
przypięta i łatwo ją zadowolić. 

-  Trzymaj  się!  -  zawołała  do  dziecka,  udając,  że  z  całej  siły 

pcha krzesełko. 

Chloe aż pisnęła z zachwytu. 
Były  w  miejskim  parku.  Gdzieś  z  oddali  dochodziły  odgłosy 

uderzeń  piłki  tenisowej,  ktośjechał  na  rowerze,  czasem 
przemknął  jakiś  chłopak  na  deskorolce.  W  pobliskiej 
piaskownicy bawiły się maluchy. 

Jessy  była  zadowolona,  że  tu  przyszły.  Chloe  wyrzy-nał  się 

ząb  i  od  paru  dni  była  niemożliwa.  Zmiana  otoczenia 
najwyraźniej dobrze jej zrobiła. 

Szkoda,  że  mój  nastrój  nie  tak  łatwo  poprawić,  pomyślała  z 

żalem  Jessy.  Do  tego  potrzeba  czegoś  więcej  niż  piaskownicy 
czy huśtawki. Choć bardzo chciała, by było inaczej, nie potrafiła 
nie  myśleć  o  tym,  co  zaszło  między  nią  i  Shane'em  minionej 
niedzieli. 

Kiedy  odtrącił  ją  po  raz  pierwszy,  bolało.  Podobnie  jak  jego 

stwierdzenie,  że  to  nie  ona  odpowiada  za  rozpalenie  jego 
namiętności.  Mogła  się  tylko  pocieszać  tym,  że  Shane  nie 
orientuje  się,  jak  bardzo  rozpalona  jest  jej  namiętność,  którą 
czuje  do  niego.  Świadomość  tego  faktu  choć  trochę  ukoiła  jej 
zranione serce. 

50

RS

background image

 

 

Niestety,  nie  trwało  to  długo.  Kiedy  Shane  niespodziewanie 

zaskoczył ją w negliżu, była zbyt zraniona i zbyt zaskoczona, by 
cokolwiek udawać. Miała nadzieję, że może zmienił zdanie. 

I co ją spotkało? Następne odtrącenie. 
Jessy  zacisnęła  usta.  Nie  było  sensu  zaprzeczać,  że  ucieczka 

Shane'a  dotknęła  ją  do  żywego.  Owszem,  za  pierwszym  razem 
mógł  się  wycofać,  bo  nie  chciał  jej  zrobić  jej  krzywdy.  Ale 
potem musiał już wiedzieć, że ona też bardzo go pragnie. 

Czuła się poniżona, zraniona, zakłopotana. 
Kiedy drzwi zamknęły się za Shane'em, ubrała się i wybiegła 

z domu. Jednak kiedy już się uspokoiła, uświadomiła sobie coś 
ciekawego.  Owszem,  Shane  odszedł,  ale  nie  dlatego,  że  jej  nie 
chciał. 

Może nie należy do kobiet mających wielkie doświadczenie w 

sprawach seksu, ale wie dość, by rozpoznać pożądanie. 

Kiedy  to  zrozumiała,  jej  ból  nie  był  już  taki  wielki.  Zaczęła 

się zastanawiać. Nad wieloma rzeczami. 

Na przykład: dlaczego Shane tak bardzo się stara ukryć swoje 

uczucia? 

Jeszcze  przed  dwoma  tygodniami  jej  odpowiedź  byłaby 

oczywista i konkretna - bo wciąż opłakuje Marissę. Nawet teraz 
to  przypuszczenie  miało  jakiś  sens,  biorąc  pod  uwagę  fakt,  że 
Shane nigdy nie mówił o swojej zmarłej żonie i że w domu nie 
było  ani  jednego  jej  zdjęcia  czy  czegokolwiek,  co  by  ją 
przypominało.  Jessy  pamiętała  cierpienie  swojego  ojca  i 
wiedziała,  że  bywa  ból  tak  wielki,  że  można  sobie  z  nim 
poradzić, tylko zaprzeczając jego istnieniu. 

W przypadku Shane'a coś jej jednak nie pasowało. 
Choć  nie  wiedziała  wiele  o  małżeństwie  Shane'a  i  Marissy  - 

nie  chciała  wiedzieć,  z  początku  dlatego,  że  było  to  zbyt 
bolesne,  później,  bo  uznała,  że  to  nie  jej  sprawa  -  słyszała  od 
Baileya, że nie był to związek idealny. Wiedziała jednak także, 

że  Shane  był  uradowany  i  dumny,  kiedy  dowiedział  się,  że 
zostanie ojcem. I że był nim w całym tego słowa znaczeniu. Bez 

51

RS

background image

 

 

protestów  zmieniał  pieluchy,  wstawał  do  nocnego  karmienia, 
zaniedbał  interesy,  byle  tylko  jak  najwięcej  czasu  spędzać  z 

żoną  i  córką.  I  że  na  chrzcinach  Chloe  wyglądał  na 
szczęśliwego. 

Wypadek  samochodowy,  w  którym  zginęła  Marissa, 

oczywiście wszystko to zmienił. Shane był załamany. 

Kiedy  minął  początkowy  szok  i  udało  mu  się  przezwyciężyć 

największy ból, bardzo się starał jakoś pozbierać. Mówił wtedy 
Baileyowi,  że  dla  dobra  Chloe  musi  być  silny.  Jessy  jednak 
pomyślała  sobie  wtedy,  że  jego  odwaga  i  zdecydowanie  brały 
się  w  równej  mierze  z  siły  jego  charakteru,  jak  i  z  poczucia 
odpowiedzialności  za  córkę.  Zawsze  starał  się  dostrzec 
najlepsze  strony  życia.  I  choć  bardzo  mu  współczuła,  była 
pewna, że jakoś sobie poradzi. 

Może  dlatego  tak  ją  zaskoczyły  zmiany,  jakie  w  nim 

zauważyła  na  pierwszych  urodzinach  Chloe.  Było  to  sześć 
miesięcy  po  wypadku.  Owszem,  spodziewała  się  w  tym  dniu 
także smutnych chwil i tego, że Shane będzie trochę zamyślony 
i  wyciszony.  Przyjęcie,  które  odbywało  się  w  domu  jego 
rodziców,  było  pierwszym  zgromadzeniem  rodziny  i  przyjaciół 
od dnia pogrzebu Marissy. 

Nie  spodziewała  się  jednak,  że  będzie  taki...  obojętny. 

Zniknęły  ciepło,  spontaniczność,  otwartość,  tak  zawsze  dla 
niego charakterystyczne. Z początku Jessy myślała, że Shane w 
ten  sposób  stara  się  ukryć  swój  smutek  i  ból,  później  jednak, 
kiedy dłużej go poobserwowała, zrozumiała, że odgrywa pewną 
rolę,  rolę  niedawno  owdowiałego  ojca  dobrze  dającego  sobie 
radę.  A  pod  tą  fasadą  krył  się  człowiek  wyobcowany,  daleki, 
obojętny, rozgniewany. 

Była  to  bardzo  niepokojąca  refleksja.  Jessy  próbowała  sobie 

wmówić, że jest to może kolejny normalny etap jego cierpienia i 
Shane wkrótce go przezwycięży. 

Tak się jednak nie stało. 
Ale jeśli nie opłakuje Marissy, to... 

52

RS

background image

 

 

Żadna  odpowiedź  nie  pasowała.  I  żadna  nie  rozwiązywała 

dręczącego Jessy problemu. Od czterech dni Shane znów zaczął 
jej unikać. 

Jessy westchnęła. Musiała uczciwie przyznać, że nie tylko on 

był temu winien, w każdym razie nie z początku. To ona tamtej 
nocy  wróciła  najpóźniej,  jak  mogła,  bo  nie  umiała  spojrzeć  mu 
prosto  w  oczy.  A  kiedy  obudziła  się  nazajutrz  rano,  z  ulgą 
stwierdziła, że Shane już wyszedł. 

Szybko  jednak  zdała  sobie  sprawę,  jak  idiotycznie  się 

zachowuje.  Dzięki  przykładowi  rodziców  wiedziała  dobrze,  że 
wpychanie śmieci pod dywan nie rozwiązuje problemu. Zawsze 
lepiej postawić sprawę jasno i próbować podjąć jakąś decyzję. 

I  na  to  była  gotowa,  jeśli  tylko  Shane  zechce  z  nią 

współpracować.  Niestety,  wyglądało  na  to,  że  znaleźli  się  w 

ślepym  zaułku.  Shane  wcześnie  wychodził  i  późno  wracał.  I 
choć  w  innych  okolicznościach  Jessy  może  i  zdobyłaby  się  na 
cierpliwość,  zaczekałaby,  aż  Shane  zrozumie,  że  ucieczką 
niczego nie załatwi, teraz jednak musiała myśleć o Chloe. 

Zamiast  spędzać  z  ojcem  więcej  czasu  -  bo  przecież  dlatego 

Jessy  zaoferowała  swą  pomoc  -  mała  widywała  go  coraz 
rzadziej. 

No i co? Co z tym zrobisz? 
A raczej - co możesz z tym zrobić? 
Kiedy  drzwi  do  jego  gabinetu  otworzyły  się,  Shane  podniósł 

głowę znad papierów. Spojrzał zdumiony na stojącego w progu 
młodego mężczyznę, który tymczasowo zastępował Grace. 

- O co chodzi, Jeffrey? 
Młodzieniec  zrobił  krok  do  przodu,  jakby  chciał  podejść  do 

biurka, ale szybko zmienił zdanie. 

- Ktoś chce się z panem widzieć. 
Czemu  ten  facet  nie  połączył  się  ze  mną  interkomem? 

zirytował się Shane. 

- Był umówiony? - spytał niechętnie, wracając do papierów. 
- Nie, ale.. 

53

RS

background image

 

 

- Czy to coś pilnego? 
- Nie, proszę pana. Raczej nie, ale... 
- Chyba ci mówiłem, że nie chcę, by mi przeszkadzano. 
- Tak, mówił pan, ale pomyślałem... To opiekunka pańskiego 

dziecka, panna Ross. 

Shane natychmiast podniósł głowę. 
- Co? 
- Jest w poczekalni, razem z pana córką... 
- Już nie. 
W progu rzeczywiście stała Jessy, z Chloe na ręku. 
- Tata - zapiszczała radośnie mała. 
Shane zdobył się na uśmiech i wstał zza biurka. 
- Cześć, Chloe - powiedział. Potem przeniósł wzrok na Jessy. 

Ku  własnemu  oburzeniu  zaczął  się  zastanawiać,  jaka  też 
koronkowa  pokusa  kryje  się  pod  tymi  zwyczajnymi,  czarnymi 
szortami  i  bladozielonym  podkoszulkiem.  -  Cześć  -  rzekł  nieco 
zbyt szorstko. 

-  Cześć  -  odparła  Jessy.  Ominęła  Jeffreya  i  weszła  do 

gabinetu.  -  Mam  nadzieję,  że  nie  przeszkadzam.  Byłyśmy  z 
Chloe w parku i pomyślałam sobie, że skoro jesteśmy tak blisko, 
to  sprawdzę,  czy  jesteś  w  biurze.  Jeśli  masz  chwilę  czasu, 
chciałabym z tobą porozmawiać. 

Shane  miał  zamiar  jej  powiedzieć,  że  właśnie  wychodzi,  ale 

po  chwili  zdrowy  rozsądek  zwyciężył.  Chyba  lepiej  mieć  to  - 
cokolwiek by to było - już za sobą. 

- Jasne. 
- To dobrze. 
Jessy postawiła małą na podłodze, a ta natychmiast podbiegła 

do ojca. 

- Huśtała - oznajmiła z dumą. 
-  Wspaniale  -  odparł,  ale  skupiony  był  na  obserwowaniu 

Jessy. 

- Do  góly,  dół.  -  Chloe  tarmosiła  go  za  rękaw.  Shane patrzył 

na Jessy rozglądającą się po gabinecie. 

54

RS

background image

 

 

-  Góly,  góly  -  nie  rezygnowała  Chloe,  wyciągając  ku  ojcu 

ramiona. 

-  Naprawdę?  -  Shane  niechętnie  skoncentrował  swoją  uwagę 

na córce. 

Kiedy  dziecko  z  zapałem  pokiwało  główką,  coś  w  nim 

zmiękło. Nachylił się i wziął ją na ręce. 

- To znaczy, że dobrze się bawiłyście, co? 
Mała  znów  kiwnęła  główką,  jedną  ręką  objęła  go  za  szyję  i 

zaczęła bawić się jego krawatem. 

Shane  kątem  oka  zauważył  jakiś  ruch  i  zorientował  się,  że 

jego  sekretarz  wciąż  stoi  w  drzwiach.  Wściekł  się,  widząc,  jak 
młodzieniec z zachwytem wpatruje się w pośladki Jessy. 

- To wszystko, panie Bradley - rzekł chłodno. 
-  Tak,  oczywiście  -  zawstydził  się  sekretarz  i  natychmiast 

zniknął za drzwiami. 

- Miły człowiek - zauważyła Jessy. 
-  Tak,  chyba  tak  -  odparł  odruchowo  Shane,  bo  w  ogóle  się 

nad tym nie zastanawiał. 

Jessy podeszła do ściany, na której rzędem wisiały oprawione 

w ramki  fotografie,  i  nachyliła  się,  kiedy  jedna  z nich  zwróciła 
jej uwagę. 

- Szkoda, że narzeczona z nim zerwała, ale, moim zdaniem, to 

jej strata. 

Shane aż zmrużył oczy. 
- Długo byłaś w tej poczekalni? 
-  Nie  wiem.  Chyba  nie.  -  Jessy  wzruszyła  ramionami.  -  Ale 

kilka razy rozmawiałam z nim przez telefon. 

Shane  zmarszczył  brwi.  W  ciągu  dwóch  tygodni  pracy  w 

sekretariacie  Jeffrey  dał  się  poznać  jako  człowiek  dobrze 
zorganizowany,  sprawny  i  nienatrętny.  Po  raz  pierwszy  jednak 
Shane  zdał  sobie  sprawę,  że  jego  sekretarz  jest  całkiem 
niebrzydki i ma mniej więcej tyle samo lat co Jessy. 

Z jakiegoś trudnego do określenia powodu myśl ta zwiększyła 

jego zniecierpliwienie. 

55

RS

background image

 

 

-  Słuchaj,  to  miło,  że  wpadłaś,  ale  mam  sporo  roboty,  więc 

może od razu przejdziesz do rzeczy. 

- Oczywiście. To nie potrwa długo. 
Jess  chce  mu  powiedzieć,  że  już  dłużej  nie  może  się 

zajmować  Chloe.  Był  tego  pewien.  To  albo  coś  innego,  czego 
też nie chciałby usłyszeć. Na przykład, że jej na nim zależy... 

-  Chcę  tylko,  żebyś  wiedział,  że  możesz  bezpiecznie  wrócić 

do domu - powiedziała swobodnie i lekko. 

- Co? 
- Nie musisz trzymać się ode mnie z daleka - sformułowała to 

inaczej.  -  Przysięgam,  że  cię  ani  nie  zaatakuję,  ani  nie  zrobię 
niczego w tym stylu. Obiecuję. 

- Jessy... 
Uciszyła  go skinieniem  dłoni.  Na  całe  szczęście, bo zupełnie 

nie wiedział, co powiedzieć. 

- Jestem gotowa zapomnieć o tym, co się wydarzyło, jeśli i ty 

zapomnisz  -  mówiła  dalej  tym  samym  spokojnym  tonem.  - 
Możemy uznać to za chwilę szaleństwa. Owszem, skłamałabym, 
gdybym  nie  przyznała,  że  tym  pocałunkiem  zrealizowałam 
dawne,  dziecinne  marzenie.  I  że  na  moment  cofnęłam  się  do 
tamtych lat i straciłam głowę. Ale teraz widzę, że nic strasznego 
się  nie  stało.  Przecież  oboje  jesteśmy  dorośli  i  jeden  nic  nie 
znaczący pocałunek i fakt, że zobaczyłeś mnie w bie-liźnie, jest 
zupełnie nieistotny. Prawda? 

- Prawda. 
Shane  kiwnął  głową,  przekonując  samego  siebie,  że  zgadza 

się z Jessy w stu procentach. I że zamiast irytacji powinien czuć 
ulgę. Jessy nie odchodzi. A to jest najważniejsze. 

Jednak  musiał  przyznać,  że  sprawił  mu  przykrość  fakt,  iż  to, 

co się między nimi wydarzyło, Jess potraktowała jako spełnienie 
dziecięcego  marzenia.  On  z  pewnością  nie  nazwałby  tego 
pocałunku nic nie znaczącym. 

Właściwie to było mu wszystko jedno. Ważne było to, że ona 

tak  uważała.  Bo  on  wcale  nie  dlatego  trzymał  się  z  daleka,  że 

56

RS

background image

 

 

bał  się  być  blisko  niej.  Robił  to  wyłącznie  dla  jej  dobra,  chciał 
jej  dać  czas  do  namysłu.  Skoro  chce  zapomnieć,  wybaczyć  i 
zachowywać się tak, jakby tamtej niedzieli w ogóle nie było, to 
on nie ma nic przeciwko temu. U niego nic się nie zmieniło, tyle 
tylko,  że  przestał  w  końcu  myśleć  o  Jess  jak  o  nastolatce  z 
poobijanymi kolanami i dostrzegł w niej kobietę. 

Bardzo ponętną kobietę. 
No  to  co?  Jest  pewien,  że  jakoś  sobie  z  tym  poradzi.  Czy 

będzie  to  trudne?  Przecież  Jess  chyba  nie  ma  zamiaru 
paradować  po  domu  półnaga  ani  nieproszona  pchać  mu  się  do 

łóżka. 

A  jemu  udało  się  przeżyć  bez  seksu  ponad  półtora  roku. 

Wytrzyma jeszcze miesiąc czy dwa. 

Kiedy  Jessy  podeszła  do  niego  i  wyciągnęła  rękę,  przybrał 

spokojny, obojętny wyraz twarzy. 

- No więc jak? - spytała cicho. - Zgoda? 
-  Jasne  -  odparł  i  po  męsku  potrząsnął  jej  dłonią.  Nie  mógł 

jednak nie zauważyć, jak delikatna i miękka jest jej ręka. 

Jakoś sobie z tym poradzi. 
Puścił jej rękę, kiedy zadzwonił interkom. 
- Słucham cię, Jeffrey. 
-  Przepraszam,  że  przeszkadzam,  ale  na  pierwszej  linii  jest 

pan Marcus Finch. 

Finch był doradcą finansowym jego dostawcy z Dallas. 
- Dobrze. Dzięki. 
Zaczekał,  aż  sekretarz  odłoży  słuchawkę,  i  zwrócił  się  do 

Jessy. 

- Przepraszam, ale muszę zająć się sprawą służbową. 
- W porządku. - Jessy uśmiechnęła się szczerze i ciepło.  
-  Spieszę  się,  bo  jestem  umówiona  na  obejrzenie  kolejnego 

mieszkania.  Wracaj  do  pracy.  Powiedz  tatusiowi  pa  pa  - 
zwróciła się do Chloe. 

- Pa pa, tata. 
Jessy wzięła od niego małą i posadziła ją sobie na biodrze. 

57

RS

background image

 

 

- A więc wrócisz na kolację, tak? 
- Pewnie. 
A kiedy Jessy wyszła, wciąż jeszcze czuł lekkie muśnięcie jej 

ręki,  kiedy  brała  od  niego  Chloe.  Nieważne,  jakoś  sobie  z  tym 
poradzi. 

Shane, tak jak obiecał, wrócił po pracy do domu. 
Jessy uznała to za dobry znak. 
Złym  znakiem  był  fakt,  że  choć  wrócił  ze  swego 

dobrowolnego  wygnania,  ich  dobre  stosunki  z  minionego 
weekendu  nie  powróciły.  Był  tu  fizycznie,  ale  atmosfera  w 
domu  niczym  nie  przypominała  tamtej  sprzed  ich  pamiętnego 
pocałunku. 

Odkąd przyszedł do domu, a było to przed dwoma godzinami, 

był  daleki,  obojętny,  prawie...  ostrożny.  Gdyby  go  tak  dobrze 
nie  znała,  mogłaby  pomyśleć,  że  boi  się,  że  jeśli  nie  będzie 
uważał,  ona  przywiąże  go  do  najbliższego  łóżka  i  zrobi  z  nim, 
co chce. 

To oczywiście nie wchodziło w grę. Shane jest inteligentnym 

człowiekiem.  Na  pewno  wie,  że  zapewniając  go  o 
bezpieczeństwie,  tylko  żartowała.  Chciała  zachować  twarz, 
przełamać między nimi lody i zbagatelizować to, co zaszło. 

Prawda? 
Oczywiście, że tak. 
Nie ma sensu się tym martwić. 
Ale  z  drugiej  strony...  Mógłby  coś  powiedzieć,  coś,  co 

wskazywałoby  na  to,  że  to  on  pocałował  ją,  a  nie  ona  jego, 
pomyślała  Jessy,  przetaczając  widelcem  po  talerzu  kawałek 
kurczaka.  Nic  by  mu  się  nie  stało,  gdyby  trochę  ułatwił  jej 
sytuację i poprawił samopoczucie. 

Ale  co  się  właściwie  z  nią  dzieje?  Shane  jest  w  domu,  je 

kolację ze swą córką, tak jak chciała. W czym więc problem? 

Jessy z westchnieniem przyznała, że być może zbyt krótko się 

nad  wszystkim  zastanawiała  przed  wybraniem  się  do  biura 
Shane'a.  Myślała  głównie  o  tym,  co  może  czuć  on,  swoim  zaś 

58

RS

background image

 

 

uczuciom  poświęciła  niewiele  uwagi.  Owszem,  bez  końca 
rozpamiętywała to, co między nimi zaszło, przyznawała, że jego 
odrzucenie ją zabolało, ale ani jedna myśl nie dotyczyła tego, co 
naprawdę czuje do Shane'a. 

Po chwili wahania uznała, że nie warto się oszukiwać. Mimo 

tego,  co  się  stało,  Shane  wciąż  ją  pociąga.  Silnie  i 
niezaprzeczalnie. 

Trudno jej było to zrozumieć. Jeszcze nigdy w życiu nie miała 

takich  seksualnych  pragnień.  Nawet  teraz,  choć  była  trochę 
zakłopotana  i  zbita  z  tropu,  wciąż  zwracała  uwagę  na  rzeczy, 
których nawet nie powinna dostrzegać. 

Na  przykład  to,  jak  gęste  i  błyszczące  są  włosy  Shane^.  Jak 

szerokie  ma  ramiona.  Jak  zręcznie  jego  palce  operują  nożem  i 
widelcem. 

Skoro postanowili się starać, by ich stosunki stały się takie jak 

dawniej,  ona  musi  jakoś  przezwyciężyć  to  zainteresowanie 
walorami jego ciała. 

Tylko...  tylko  nie  bardzo  wiedziała,  jak  to  zrobić.  Ani  czy  w 

ogóle  będzie  w  stanie  panować  nad  sobą,  przyznała,  znów  na 
niego  spoglądając.  Bo,  szczerze  mówiąc,  cudownie  było  na 
niego  patrzeć  -  na  ten  prosty  nos,  rzeźbione  usta  i  te  ocienione 
gęstymi rzęsami oczy. No i na to ciało... 

Kiedy uświadomiła sobie, o czym myśli, poczuła niesmak. Do 

samej  siebie.  Szybko  poszukała  w  myślach  jakiegoś 
bezpiecznego tematu. 

-  Załatwiłeś  wszystko  z  tym  klientem,  który  do  ciebie 

zadzwonił? - spytała. 

Nie  było  to  szczególnie  błyskotliwe  zagajenie,  ale  cóż,  nie 

była  ostatnio  w  formie.  Zresztą  już  poruszyła  temat  pogody, 
omówiła  wyprawę  do  parku  razem  z  Chloe  oraz  wspomniała  o 
pocztówce, która nadeszła od jego matki. 

Shane spojrzał na nią ze zdziwieniem. 
- Owszem. Tylko tyle. 
- To dobrze. 

59

RS

background image

 

 

- Mhm. 
- Mnie w sprawie mieszkania tak dobrze nie poszło. 
- Mhm. 
Jessy  zmarszczyła  nos.  Postanowiła  nie  przejmować  się  jego 

brakiem zainteresowania, choć zaczynało ją to już denerwować. 

-  Samo  mieszkanie  było  ładne,  ale  blok  za  bardzo 

ekskluzywny.  Szukam  czegoś  zwyczajnego.  Czegoś,  gdzie  nie 
będę musiała się malować, żeby wyrzucić śmieci. 

- Rozumiem. - Shane odłożył widelec na pusty talerz. 
- Skończyłeś? 
- Tak. Dziękuję. 
- Jest jeszcze szarlotka na deser. 
- Nie, dzięki. 
Jessy  wcale  to  nie  zaskoczyło.  Może  i  dobrze,  bo  zaczynała 

mieć  już  wszystkiego  dosyć.  Ona  też  odłożyła  widelec.  Im 
szybciej skończy się ten posiłek, tym lepiej. 

Wstała  od  stołu  i  zaczęła  zbierać  talerze,  by  zanieść  je  do 

kuchni.  W  pewnym  momencie  rzuciła  okiem  na  Chloe. 
Dziewczynka  powoli  i  metodycznie  przepuszczała  przez  palce 
nadzienie szarlotki. 

Jessy  wiedziała,  co  nastąpi  za  chwilę.  Od  miesiąca  przecież 

jadała z nią trzy posiłki dziennie. 

- Chloe, nie...! 
Za  późno.  Dziewczynka  pochyliła  się  i  zanurzyła  twarz  w 

jabłecznej masie. 

W  innych  okolicznościach  Jessy  być  może  uznałaby  tę 

sytuację za zabawną. W tej jednak chwili był to dla niej kolejny 
dowód,  że  nic  nie  idzie  po  jej  myśli.  Zacisnęła usta i  ignorując 
wylewającą  się  z  miseczki  masę,  czekała,  aż  Chloe  zdecyduje 
się wynurzyć. 
Nie trwało to długo. Po kilku sekundach mała podniosła głowę i 
spojrzała niepewnie na Jessy. 

- I co? Jesteś zadowolona? 

60

RS

background image

 

 

Bródka Chloe zaczęła drgać. W oczach dziewczynki pojawiły 

się łzy. 

Jessy natychmiast poczuła się jak zła czarownica z bajki. A po 

drugiej stronie stołu siedział szanowny tatuś i swoją miną dawał 
jej wyraźnie do zrozumienia, że nie pochwala takiej surowości. 

To  była  ostatnia  kropla,  która  przepełniła  czarę.  No,  nie, 

przecież Shane ma rację. To na niego jest zła, nie na Chloe. 

- Ale nie przejmujmy się - zwróciła się do małej 
- bo jest z nami tatuś, który  bardzo chętnie zaraz cię umyje i 

położy do łóżeczka. 

- Co? - Shane głośno odsunął swoje krzesło. 
-  Nie  masz  nic  przeciwko  temu,  prawda?  -  zapytała  z 

uśmiechem Jessy, wynosząc do kuchni brudne talerze. 

- Zresztą ja ją już dziś kąpałam. Po powrocie z parku. A teraz 

muszę pozmywać i mam jeszcze górę prania... 

- Dobrze - przerwał jej ostro Shane. - Zajmę się nią. 
- Cieszę się. 
Jessy  postawiła  talerze,  zmoczyła  kawałek  papierowego 

ręcznika i podała go Shane'owi. 

Shane  najpierw  spojrzał  na  ręcznik,  potem  na  uma-zaną 

jabłeczną masą twarzyczkę Chloe. 

-  Tata!  -  zaśmiała  się  mała.  Shane  wyrwał  ręcznik  z  ręki 

Jessy. 

- Bardzo ci dziękuję. 
- Nie ma za co. 
Z  całych  sił  starając  się  zachować  kamienną  twarz,  Jessy 

wróciła  do  sprzątania  ze  stołu.  Kątem  oka  obserwowała,  jak 
Shane  ostrożnie  wyciera  buzię  Chloe,  wyjmuje  ją  z  krzesełka  i 
trzymając z dala od siebie, wynosi do łazienki. 

Uśmiechnęła się dopiero wówczas, kiedy zniknęli jej z oczu. 
Od razu poczuła się lepiej. 
Może  to  jest  wyjście.  Trzeba  jak  najmniej  czasu  spędzać  w 

tym  samym  pokoju  co  Shane  i  po  prostu  traktować  go  jak 
kumpla. 

61

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 
Kiedy w piątek po południu Shane wrócił po pracy do domu, 

panowała w nim cisza. 

Zamknął  za  sobą  drzwi  garażu,  przeszedł  przez  składzik  i 

zatrzymał się w progu kuchni. 

Ani tu, ani w pokoju bawialnym nie było nikogo. 
Przez chwilę poczuł się dziwnie zawiedziony. Potem otrząsnął 

się  i  skarcił  za  własną  głupotę.  A  czego  się  spodziewał?  Że 
Chloe i Jessy ze wstrzymanym oddechem będą na niego czekać? 

Taka  nadzieja  byłaby  głupotą  w  każdych  okolicznościach.  A 

biorąc  pod  uwagę  napięcie,  jakie  panowało  między  nimi,  była 
czystym idiotyzmem. 

Zresztą  przyda  mu  się  chwila  samotności  i  odprężenia, 

stwierdził.  Zdjął  marynarkę  i  rozluźnił  krawat.  Miał  za  sobą 
kilka  ciężkich  dni  w  pracy.  Bardzo  czekał  na  ten  weekend.  Na 
miły, spokojny weekend bez żadnych ekscytujących wydarzeń. 

Wcale  się  niczego  innego  nie  spodziewał,  przyznał, 

przeglądając  pocztę.  Ostatnie  dni  upłynęły  tak,  jak  sobie  tego 

życzył.  Owszem,  było  kilka  krępujących  momentów.  Ostatni 
miał  miejsce  poprzedniego  wieczora  przy  kolacji,  kiedy  i  on,  i 
Jessy  równocześnie  sięgnęli  po  margarynę  i  ich  ręce  się 
spotkały.  A  rano,  kiedy  szykował  się  do  pracy,  zaspana  Jessy 
akurat wyszła ze swego pokoju i wpadła mu prosto w ramiona. 

Żaden  z  tych  incydentów  na  szczęście  nie  wytrącił  go  z 

równowagi..  Załatwił  je  skinieniem  głowy  i  krótkimi 
przeprosinami. Nad wszystkim panował. 

Szedł  właśnie  do  sypialni,  kiedy  z  głębi  domu  usłyszał 

muzykę. Przystanął i przez chwilę nasłuchiwał. Jakaś piosenka, 
potem głos lektora i znów piosenka. Radio. 

Shane wszedł do pokoju Chloe. 
Tak  jak  w  ostatnią  niedzielę,  Jessy  zajęta  była  pracą.  Tylko 

tym  razem  nie  malowała,  lecz,  stojąc  na  drabince,  przyklejała 
tapetę. 

62

RS

background image

 

 

Była  odwrócona  tyłem,  więc  przez  chwilę  stał  po  prostu  w 

progu i przyglądał jej się w zamyśleniu. 

Zauważył,  że  jest  bosa.  I  że  ma  na  sobie  jaskrawo-czerwoną 

obcisłą bluzeczkę i skąpe szorty. 

Pochłonięta  pracą,  podśpiewywała  razem  z  piosenkarką 

produkującą się w radiu. A nawet podrygiwała w rytm piosenki. 

Shane'owi  nagle  zrobiło  się  duszno.  Nie  był  w  stanie 

normalnie oddychać. To pewnie przez opary farby. 

I może by nawet w to uwierzył,  gdyby nie  fakt, że nie był w 

stanie oderwać wzroku od pośladków Jessy. 

Był  pewien,  że  jej  skóra  będzie  w  dotyku  jak  rozgrzana 

słońcem satyna, a pośladki chłodne i twarde... 

Było mu coraz bardziej gorąco. 
Nieświadoma  jego  obecności,  Jessy  rozwijała  akurat  kolejną 

rolkę tapety, kiedy kątem oka dostrzegła stojącą w progu postać. 

- Shane! - Była wyraźnie zła, ale szybko się opanowała. - Co 

ty wyprawiasz? Lubisz podglądać ludzi? 

Widziana z przodu jej czerwona bluzeczka odsłaniała większą 

część gładkiego, złotobrązowego brzucha. I pępek. 

- Przepraszam. - Shane całą siłą woli zmusił się, by przenieść 

wzrok z jej brzucha na twarz. - Gdybyś nie była tak skupiona na 
naśladowaniu  Barbry  Streisand,  na  pewno  byś  słyszała,  jak 
wchodziłem. 

- Słyszałeś? 
- Niestety, tak. 
- No to na drugi raz nie będziesz już się tak skradał - zaśmiała 

się Jessy. 

I on też się uśmiechnął. Tak było dużo lepiej. 
-  Tak,  chyba  rzeczywiście.  Choć  przyznam,  że  nauczka  była 

surowa i niecodzienna. 

- Bardzo śmieszne - skrzywiła się Jessy. 
Przez  chwilę  było  tak  jak  dawniej.  Zwyczajnie,  serdecznie, 

bezproblemowo. 

63

RS

background image

 

 

Ponieważ  jednak  nadal  patrzyli  sobie  w  oczy,  Shane  poczuł, 

że  dowcip  nie  jest  już  żadną  obroną.  Zwyciężyło  coś 
namiętnego, gorącego, zwierzęcego. 

Próbował  temu  zaprzeczyć.  Tak  jak  próbował  zaprzeczyć 

pragnieniu,  by  nagle  do  niej  podejść,  przytulić  policzek  do  jej 
brzucha, zanurzyć język  w zagłębieniu pępka, wsunąć ręce pod 
tę skąpą bluzeczkę... 

- O Boże! - krzyknęła nagle Jessy i oderwała od niego wzrok. 

-  Czemu  Chloe  wciąż  śpi?  Która  właściwie  jest  godzina? 
Słyszałeś jej głos, kiedy wchodziłeś? 

Potok  tych  niewinnych  pytań  przywrócił  Shane'a  do 

rzeczywistości.  Oparł  się  o  framugę  i  wsunął  ręce  do  kieszeni, 
by powstrzymać je od zrobienia czegoś głupiego. Cholera jasna! 
Co się z nim dzieje? 

Wziął  się  w  garść  i  próbował  sobie  przypomnieć  jej  ostatnie 

słowa. 

- Spokojnie - rzekł. - Dopiero minęła czwarta. To ja po prostu 

wróciłem wcześniej. Chloe pewnie jeszcze śpi w najlepsze. 

- Och - uśmiechnęła się z ulgą Jessy. - W takim razie zamiast 

gadać, spróbuję skończyć tapetowanie, zanim mała się obudzi. 

- Dobrze. A ja pójdę pobiegać. 
- Świetny pomysł. Na razie! 
I znów podśpiewując, tym razem z Eltonem Johnem, wróciła 

do pracy. 

A  on  patrzył  na  jej  nogi.  Nie,  stop,  koniec,  basta!  Na  pewno 

sobie z tym poradzi. 

Z  górą  ręczników  w  objęciach,  Jessy  stała  w  holu  przed 

drzwiami do łazienki i słuchała, jak Shane rozmawia z Chloe. 

A  więc  na  razie  wszystko  idzie  dobrze.  Jej  strategia  daje 

pozytywne  rezultaty.  Choć  Shane  wciąż  jest  spięty,  to  wrócił 
wcześniej do domu i sam zaproponował, że wykąpie Chloe. 

Jessy mogła winić tylko siebie, że ostatnie dwadzieścia cztery 

godziny okazały  się trudniejsze, niż przypuszczała.  I że choćby 
nie wiem jak bardzo próbowała to sobie wmówić, nie wierzyła, 

64

RS

background image

 

 

że  to,  co  czuje  do  Shane'a,  to  tylko  przyjacielska  sympatia.  A 
ponieważ nigdy nie miała zdolności aktorskich, udawanie coraz 
trudniej jej przychodzi. 

Wspomniała  ich  niedawne  spotkanie  w  pokoju  Chloe.  Kiedy 

odwróciła się i zobaczyła Shane'a w progu, tak pociągającego w 
rozpiętej  koszuli  i  rozluźnionym  krawacie,  omal  wszystkiego 
nie  popsuła.  Była  tak  oszołomiona  własnym  pożądaniem,  że 
przez  moment  wydawało  jej  się,  że  to  samo  dostrzegła  w  jego 
oczach. 

Ale  nie.  Jego  spokojna  reakcja  udowodniła  jej,  że  to  tylko 

złudzenie. 

Uznała  więc, że  najlepiej  -  dla  niej  i  dla niego  -  będzie,  jeśli 

przez  kilka  dni  da  mu  od  siebie  odpocząć.  Jedynym  powodem, 
dla  którego  się  tu  znalazła,  był  fakt,  że  musiała  gdzieś  odłożyć 

świeżo  uprane  ręczniki.  Wcale  nie  miała  zamiaru  zostawać  w 

łazience. Wejdzie tylko na moment i zaraz wyjdzie. 

Wzięła  głęboki  oddech  i  z  uśmiechem  na  twarzy  weszła  do 

środka. 

- Cześć. Jak wam idzie? 
Shane klęczał  przy  wannie,  a  kiedy  ją  zobaczył, gotowa  była 

przysiąc,  że  w  jego  oczach  błysnęło  coś  dziwnego  i  groźnego. 
Szybko jednak zasłonił je rzęsami. 

- W porządku. 
-  Pats,  Jessy!  -  Leżąc  na  brzuszku,  Chloe  zapamiętale 

wymachiwała rączkami i nóżkami. - Pliwam! 

-  Wystarczy  -  zaprotestował  Shane,  zasłaniając  ręką  oczy 

przed  prysznicem,  jaki  zgotowała  mu  córeczka.  -  Mówiłem  ci 
już: żadnego pływania w wannie. 

- Tatuś ma rację - powiedziała Jessy, kiedy mała spojrzała na 

nią  pytająco.  -  Pomyślałam,  że  może  będą  wam  potrzebne 
dodatkowe ręczniki - oświadczyła. Podeszła do półki i położyła 
na niej ręczniki. Jeden od razu podała Shane'owi. 

- Dzięki. 

65

RS

background image

 

 

Shane najpierw wytarł nim włosy i twarz, potem zabrał się do 

wycierania podłogi. 

- Bardzo proszę. 
Patrzyła,  jak  materiał  koszuli  napina  się  na  jego  ramionach. 

Zaraz  odpadną  guziki.  Albo  te  ciasne  dżinsy,  opinające  jego 
twarde pośladki... 

Przełknęła ślinę. Pora wyjść. 
- No to sobie idę - wyjąkała z trudem. 
Choć  łazienka  była  niewielka,  droga  do  drzwi  zdawała  się 

trwać wieczność. 

- Nie! Jessy, zostań! - Chloe usiadła w wannie. -Zlób babas - 

zażądała. 

Jessy  spojrzała  na  nią  niepewnie.  Mała  już  wcześniej  prosiła 

ją o „babas". Tak jak i teraz, Jessy chętnie by się 

zgodziła, gdyby tylko wiedziała, o co jej chodzi. Niestety, nie 

miała zielonego pojęcia. 

Wybawienie nadeszło z najmniej oczekiwanej strony. 
-  Jessy  nie  chce  się  zmoczyć,  Chloe  -  rzekł  zdecydowanie 

Shane. - Tatuś to zrobi, dobrze? 

- Dobze! 
Jessy spojrzała na niego. 
- Zrobisz to? 
- Jasne. 
- Znakomicie. - Wiedziała, że powinna natychmiast wyjść, ale 

ciekawość, a może coś jeszcze, zwyciężyła. - Pomóc ci? 

- Nie. Podaj mi tylko szampon. 
- Już. 
Wyjęła  go  z  szafki,  potem  wzięła  jakiś  ręcznik,  złożyła  go  i 

klękając obok Shane'a, podłożyła go sobie pod kolana. 

Biorąc od niej buteleczkę, Shane spojrzał na nią ponuro. 
- Dam sobie radę. Naprawdę. 
-  Wiem  -  powiedziała  szybko,  bo  pod  dotknięciem  jego  ręki 

zaswędziały  ją  palce.  -  Pomyślałam  tylko,  że  zostanę  i 
poobserwuję twoją... technikę. 

66

RS

background image

 

 

Słysząc własne słowa, Jessy aż się skrzywiła. Nie mogła tego 

lepiej sformułować. 

- Jak chcesz. - Shane wzruszył ramionami. 
Nalał  odrobinę  szamponu  do  wnętrza  dłoni  i,  przy  okazji 

trącając  Jessy  w  ramię,  zaczął  wcierać  bursztynowy  płyn  w 
delikatne,  jasne  włosy  Chloe.  Kiedy  już  powstała  gęsta  piana, 
zaczął  rzeźbić  włosy  małej  w  odstające  na  wszystkie  strony 
kolce. 

-  No,  gotowe  -  oznajmił  w  końcu,  opłukał  ręce  i  wytarł  je 

ręcznikiem. 

Jessy wpatrywała się w kolczastą głowę Chloe. 
- I to wszystko? 
- Tak. A czego się spodziewałaś? 
- Nie, niczego. Naprawdę wspaniała fryzura. 
- Ja też umiem robić parę rzeczy. 
Jessy spojrzała na niego, lecz od razu zrozumiała, że popełniła 

błąd. Był tak blisko, że widziała w jego oczach maleńkie srebrne 
i czarne plamki. Co gorsza, zapragnęła scałować napięcie, które 
dojrzała  w  kącikach  jego  ust.  To  by  było  naprawdę  łatwe. 
Wystarczyło,  by  się  nachyliła,  odrobinę  przechyliła  głowę,  a 
potem delikatnie musnęła ustami jego wargi... 

-  Tata?  -  przerwała  jej  refleksje  Chloe.  -  Babas  da?  Shane 

drgnął. Z ulgą skupił się na córce. 

- Tak, oczywiście. 
Odwrócił  się i  sięgnął  po  lusterko,  muskając przy  okazji  udo 

Jessy. Podał lusterko Chloe, by mogła się obejrzeć. 

- Oooo! - Mała się rozpromieniła. Oglądając się ze wszystkich 

stron, pokrzykiwała z zachwytu. - Piękne, piękne babas. 

Shane obrzucił wzrokiem twarz Jessy, od oczu po usta, potem 

nagle znów skoncentrował się na Chloe. 

- Tak - mruknął. - Piękne. 
Jessy  zamarła  w  bezruchu.  Wiedziała,  że  to  głupie  odczucie, 

ale przez sekundę miała wrażenie, że Shane mówił o niej. 

67

RS

background image

 

 

Co  było  najlepszym  dowodem,  że  nie  powinna  zbyt  dużo 

przebywać  w jego towarzystwie. Wystarczyło dziesięć minut, a 
jej wyobraźnia oszalała. 

Najwyższy czas, by wyjść. 
- Widzę, że znakomicie sobie radzisz - powiedziała, wstając z 

klęczek. - Zobaczymy się później. 

Shane skinął głową, spokojny i opanowany jak zawsze. 
- Dobrze. Hej, Jess? - dodał, kiedy była już w drzwiach. 
Jej  wyobraźnia  znów  zwariowała.  Przez  ułamek  sekundy 

Jessy miała nadzieję, że Shane powie jej, iż bardzo czeka na to 
„później". Albo że nie chce, żeby odchodziła. Co? 

- Dzięki za ręczniki. 
- Bardzo proszę - mruknęła, czując, że się czerwieni. 
Shane  leżał w  łóżku  i  patrzył,  jak  promyki porannego  słońca 

tańczą  po  suficie.  Nie  spał  już  od  dobrej  półgodziny.  Powinien 
wstawać. 

Ale  właściwie  dokąd  ma  się  spieszyć?  Miło  dla  odmiany 

powylegiwać  się  w  łóżku.  A  ponieważ  już  wcześniej  słyszał 
głosy Jessy i Chloe w holu, nie było powodu, by nie mógł zostać 
tam, gdzie jest. 

Jasne,  może  przeleżysz  w  łóżku  cały  dzień.  Albo  jeszcze 

lepiej,  może  zamkniesz  drzwi  na  klucz  i  spędzisz  tu  cały 
weekend. W ten sposób na pewno unikniesz Jessy. 

Znów ten cholerny wewnętrzny głos. Czemu się nie zamknie? 

I  dlaczego  zawsze  mówi  o  sprawach,  o  których  Shane  wolałby 
nie myśleć? 

Na przykład: o Jessy. 
Owszem, może ignorowanie jej, a raczej własnej reakcji na jej 

obecność,  okazało  się  trudniejsze,  niż  przypuszczał.  Ale  to 
jeszcze nic nie znaczy. Jakoś sobie z tym poradzi. 

Akurat. Zwróć uwagę na dowody. Najpierw, kiedy zastałeś ją 

przy  tapetowaniu,  omal  jej  wzrokiem  nie  pożarłeś.  A  w 

łazience?  Wpierw  ją  zlekceważyłeś,  a  potem  utonąłeś 

68

RS

background image

 

 

spojrzeniem  w  jej  oczach.  No  i  jeszcze  to  znaczące  słowo 
„piękne". 

Zgoda. Gotów był przyznać, że nie zachował się najlepiej. Ale 

dwa  małe  potknięcia  nic  nie  znaczą.  Był  zmęczony. 
Wykończony po tygodniu ciężkiej pracy. A poza tym jego libido 
od tak dawna się nie odzywało, że zupełnie zapomniał, jak sobie 
z nim radzić. 

W dodatku Jessy wcale mu w tym nie pomagała. Owszem, do 

kolacji  zmieniła  tę  szczątkową  górę  i  mikroskopijne  szorty,  w 
których tapetowała pokój Chloe, na podkoszulek i bermudy, ale 
nie  było  to  szczególne  ustępstwo.  Ten  nowy  strój,  pozornie 
skromny  i  przyzwoity,  tak  przylegał  do  jej  piersi,  że  Shane  nie 
mógł oderwać od nich wzroku. 

I  to  wcale  nie  było  jeszcze  takie  złe.  Najgorsze  było  to,  że 

niezależnie od tego, co powiedział czy zrobił, Jessy pozostawała 
miła i uprzejma. 

Dziś jednak jest nowy dzień. Choćby nie wiem ile miało go to 

kosztować,  będzie  panem  sytuacji.  Jest  przecież  kulturalnym, 
dorosłym  człowiekiem,  a  nie  nastolatkiem,  opętanym  przez 
hormony. 

Ziewając, zwlókł się z łóżka i zajrzał do łazienki. Zastanawiał 

się,  czy  wziąć  prysznic,  ale  postanowił  włożyć  coś  na  siebie  i 
najpierw  napić  się  kawy.  Przeczesał  palcami  włosy  i  ruszył  do 
kuchni. 

Chloe, która zobaczyła go pierwsza, powitała go z buzią pełną 

jedzenia. 

- Tata! 
-  Witaj,  Chloe  -  zaczął,  ale  zamilkł  na  widok  Jessy.  Stała  w 

kącie na wysokim stołku. 

-  Czyś  ty  zwariowała?!  -  wrzasnął,  zapomniawszy  o  swoim 

postanowieniu. Podbiegł do niej szybko. - Co ty wyprawiasz? 

Spojrzała  na  niego  przez  ramię,  a  on  prawie  dostał  ataku 

serca, kiedy zachwiał się pod nią stołek. 

69

RS

background image

 

 

-  Dzień  dobry  -  uśmiechnęła  się,  wesoła  jak  zwykle.  - 

Chciałam  wymienić  żarówkę.  Zauważyłam  wczoraj,  że  jest 
przepalona. 

Żarówka,  o  której  mówiła  Jessy,  umieszczona  była  w 

plafonierze, pod samym sufitem. 

- Dlaczego nie wzięłaś drabinki? - Shane ledwo już nad sobą 

panował. 

- Nie mogłam jej znaleźć. No tak, zostawił ją w garażu. 
-  Wiem,  gdzie  jest.  Zaraz  ją  przyniosę,  a  ty  natychmiast złaź 

ze stołka. 

- Szkoda zachodu. Zresztą i tak drabinka będzie za niska. Tak 

jest dobrze. Swobodnie sięgam do sufitu. 

-  Być  może,  ale  to  niebezpieczne.  Zejdź,  a  ja  pójdę  po 

drabinkę. 

-  Nic  mi  się  nie  stanie,  Shane.  Naprawdę.  Już  prawie 

skończyłam. 

Spojrzał na nią ze złością, oburzony jej uporem. 
-  Masz,  weź  to,  -  Jessy  nachyliła  się  i  ostrożnie  podała  mu 

przepaloną  żarówkę  -  i  podaj  mi  nową,  dobrze?  -  Wskazała 
pudełko, leżące na stole. 

Shane wbrew sobie zrobił, o co go prosiła. Zaklął pod nosem, 

kiedy  Jessy  sięgnęła  najwyżej,  jak  mogła  i  zaczęła  wkręcać 

żarówkę. 

- No. 
Bogu dzięki, już koniec. 
- Dobrze, a teraz złaź, zanim... 
W  tej  chwili  usłyszał  za  sobą  jakiś  stuk  i  odwrócił  się 

gwałtownie,  gotów  do  działania.  Na  szczęście  to  tylko  Chloe 
udało się oderwać przyssawkę pełnego zupy mlecznej talerza od 
stołu  i  spuścić  go  z  całą  zawartością  na  podłogę.  Uspokojony, 
spojrzał znów na Jessy i... 

Ona  też  chciała  sprawdzić,  co  się  stało.  Stołek,  na  którym 

stała, zachwiał się i Jessy spadła... prosto w jego ramiona. 

Oboje upadli na podłogę. 

70

RS

background image

 

 

Gruby dywan zamortyzował siłę upadku. Lecz nawet mimo to 

Shane przez dłuższą chwilę nie mógł dojść do siebie. 

W dodatku leżała na nim Jessy. 
- Shane? 
Spojrzał prosto w jej oczy. 
- Co? 
- Nic ci nie jest? 
Ależ błękitne były jej oczy... I ta mleczna cera... Zupełnie jak 

u Chloe. 

-  Jasne  -  mruknął,  dodatkowo  oszołomiony  jej  słodkim 

zapachem. - A tobie? 

- Mnie? Też nic. Dzięki tobie. 
Czuł  łaskotanie  jej  włosów  na  swojej  szyi,  nacisk  jej  piersi, 

brzucha  i  ud.  Świadom  reakcji  własnego  ciała,  próbował  się 
jakoś wysunąć spod Jessy. 

Szerzej otworzyła oczy i zarumieniła się. 
- Ojej, chyba cię przygniatam. Trafne spostrzeżenie. 
- Prawdę mówiąc... 
Wpatrywali się w siebie jeszcze przez sekundę. Potem, jakby 

za  obopólnym  porozumieniem,  oboje  gwałtownie  odsunęli  się 
od siebie i usiedli. 

Nadal się sobie przyglądali, teraz już z bezpiecznej odległości. 

Jessy wsunęła  jakiś  luźno  opadający  kosmyk  włosów  za ucho  i 
zaskoczyła go przepraszającym uśmiechem. 

-  Chyba  miałeś  rację  -  powiedziała  swobodnie,  machinalnie 

rozcierając kostkę lewej nogi. - Powinnam ci pozwolić pójść po 
tę drabinę. 

-  Owszem.  Co  się  stało?  -  spytał,  widząc,  że  nadal  masuje 

nogę. 

Ręka Jessy znieruchomiała. 
- Nic takiego. Musiałam się o coś uderzyć. 
- Pokaż. 
- Nie, to naprawdę nic groźnego. 

71

RS

background image

 

 

Zamilkła,  kiedy  Shane  zdecydowanym  ruchem  odsunął  jej 

ręce i zaczął obmacywać stłuczoną kostkę. 

- Boli? - spytał, udając, że nie zauważa, jak miękka i delikatna 

jest jej skóra. 

- Nie. 
Shane  dalej  metodycznie,  centymetr  po  centymetrze  badał 

całą łydkę. 

Jessy wstrzymała oddech. 
- Tu boli? 
- Nie. 
- To o co chodzi? 
-  O  nic!  -  mruknęła.  Zanim  zdążył  ją  powstrzymać,  wyrwała 

nogę  z  jego  rąk  i  szybko  wstała.  -  Gdybyś  tylko  zechciał 
posłuchać, toby ś wiedział. Cały czas próbuję ci to powiedzieć! 
Nic mi nie jest. Czuję się wspaniale! 

Shane spojrzał na nią uważnie, zaskoczony jej nagłą złością i 

rumieńcem na twarzy. 

- Hej, uspokój się - rzekł, choć sam wcale nie był spokojny. - 

Chciałem ci tylko pomóc. 

Był zaskoczony, że jego słowa rzeczywiście na nią podziałały. 
-  O  Boże,  przepraszam.  Wiem.  I  doceniam  to.  Naprawdę  - 

dodała i wyciągnęła ku niemu rękę. 

Ignorując ten przyjazny gest, Shane wstał bez jej pomocy. 
- Nie ma sprawy - rzucił krótko. - Idę wziąć prysznic. 
-  Dobrze.  -  Jessy  przeszła  przez  pokój  i  podniosła  talerz 

Chloe. 

Shane  zauważył,  że  lekko  kuleje,  ale  nie  powiedział  ani 

słowa. 

- Będziesz chciał zjeść później śniadanie? - spytała. 
- Nie. 
Właściwie nie wiedział, czego chce, ale na pewno nie było to 

jedzenie. 

- Tata? 
- Czego chcesz, Chloe? 

72

RS

background image

 

 

- Barn jesce? 
- Nigdy w życiu. 
- Dobze - uśmiechnęła się mała. 
Czemu, do cholery, wszyscy są tacy weseli, pomyślał, szybko 

wychodząc z kuchni. 

Jessy stała w oświetlonej blaskiem księżyca kuchni i oparta o 

blat, wyjadała z pudełka czekoladowo-miętowe lody. 

Pyszne, chłodne, słodkie. 
Pociecha z pudełka. 
Jessy westchnęła smutno. Już chyba nie pamięta, kiedy ostatni 

raz topiła swoje smutki w lodach. 

Nie, pamięta aż za dobrze. To było prawie dokładnie osiem lat 

temu, kiedy Shane i Marissa ogłosili swoje zaręczyny. Tamtego 
lata  zjadła  tyle  lodów,  że  uratowała  od  bankructwa  niejedną 
lodziarnię. Przytyła także kilkanaście kilo. 

Było to bardzo smutne lato. 
Oczywiście  tamta  sytuacja  była  zupełnie  inna.  Tak  bardzo 

kochała Shane'a, że była pewna, iż nigdy już nikogo innego nie 
pokocha. 

Teraz  było  inaczej.  Jessy  wiedziała  już,  że  złamane  serce  da 

się z czasem wykurować. I że na świecie są też inni mężczyźni, 
nie tylko Shane Wyatt. To prawda, że nigdy do nikogo nie czuła 
tego,  co  do  niego,  ale  to  jeszcze  o  niczym  nie  świadczyło. 
Przyjdzie czas, że pozna tego jedynego, jej przeznaczonego. 

Shane  bynajmniej  nim  nie  jest.  I  mimo  że  ostatnio  niezbyt 

radzi  sobie  ze  swoimi  emocjami,  na  pewno  nie  jest  w  nim 
zakochana. 

Szczególnie po takim zachowaniu. 
Aż  zazgrzytała  zębami  na  samo  wspomnienie.  Ten  facet  jest 

niemożliwy.  Po  kąpieli  postanowił  sam  przygotować  sobie 

śniadanie, mimo że ona wcześniej mu to zaproponowała. Potem 
wycofał się z umówionej wyprawy do sklepu, twierdząc, że ma 
coś  pilnego  do  zrobienia.  Cokolwiek  to  było,  nie  zabrało  mu 
wiele czasu. 

73

RS

background image

 

 

Kiedy  Jessy  wróciła  z  zakupów,  leżał  na  sofie  przed 

telewizorem.  Owszem,  pomógł  jej  wnieść  torby,  ale 
zachowywał wobec niej obojętny dystans. 

Od  tej  chwili  było  coraz  gorzej.  Krzyknął  na  Chloe,  kiedy 

przyłapał  ją  na  wydzieraniu  kartek  z  najnowszego  numeru 
„Sportu". Potem czekał do ostatniej chwili, żeby poinformować 
Jessy,  że  nie  ma  ochoty  na  spaghetti,  choć  cały  dzień  wiedział, 

że to właśnie będzie na kolację. A później, kiedy namówiła go, 
by poszedł z Chloe nakarmić kaczki, ją winił za to, że wpadł do 
jeziora.  Przez  cały  wieczór  był  rozdrażniony  i  poirytowany,  a 
potem  urażony,  kiedy  oznajmiła,  że  ma  ochotę  wcześnie  się 
położyć. 

Jessy  zacisnęła  usta.  Owszem,  gotowa  była  przyznać,  że  już 

od rana nie był to najlepszy dzień. Nikt nie lubi się przewracać, 
szczególnie  przed  śniadaniem.  Zauważyła  też  typowo  męską 
reakcję Shane'a na jej bliskość. 

Wychowała  się  jednak  ze  starszym  bratem  i  wiedziała,  że 

męskie libido nie jest takie łatwe do opanowania. 

Szkoda. Bo mimo że Shane stara się okazywać jej obojętność, 

wiedziała,  że  jej  pragnie.  A  ona...  niezależnie  od  tego,  jak 
paskudnie  się  zachowywał,  czuje  do  niego  coraz  więcej.  To 
oczywiście nie jest miłość. Ale... 

- Jessy? 
Nagłe pstryknięcie światła i oto ujrzała w progu obiekt swoich 

rozmyślań ubrany tylko w granatowe jedwabne bokserki. 

Czym  sobie  na  to  zasłużyła?  Kiedy  go  potrzebowała,  znikał. 

A teraz, kiedy chciała trochę porozmyślać w samotności, zjawia 
się tu niespodziewanie. 

Na  szczęście  Shane  nie  ma  pojęcia,  o  czym  rozmyślała, 

wystarczy więc, że zachowa spokój i jakoś to przetrzyma. 

Shane  nie  odrywał  od  niej  wzroku.  Miała  wrażenie,  jakby 

jego oczy prześwietlały cienki materiał jej piżamy. 

Zrozumiała, że się myliła. Wcale nie jest mu obojętna. 

74

RS

background image

 

 

-  Co  tu  robisz?  -  spytał  ochryple.  Omal  nie  powiedziała  mu 

prawdy. 

- Jem lody - odparła spokojnie. 
-  Po  ciemku?  -  Shane  podszedł  do  szafki  i  wyjął  z  niej 

szklankę. 

- Tak lepiej smakują. A ty? 
- Co ja? 
- Dlaczego nie śpisz? 
-  Zachciało  mi  się  pić  -  odparł  i  by  to  udowodnić,  napełnił 

szklankę wodą i wypił ją do dna. 

Jessy  nie  dała  się  na  to  nabrać.  Gdyby  chodziło  mu  o 

zaspokojenie  pragnienia,  łazienka  była  dużo  bliżej  niż  kuchnia. 
To kolejny znak, że coś się z nim dzieje i że bardzo stara się to 
ukryć. 

Nagle postanowiła, że tym razem mu nie przepuści. 
Trzeba raz na zawsze wyjaśnić sytuację. 
- Shane? 
- Co? - Znów obrzucił ją badawczym spojrzeniem. 
- Musimy porozmawiać. 
- Nie teraz, Jess - mruknął, odchodząc. - Jest strasznie późno. 
- Ale... 
-  Jezu,  ale  jestem  wykończony.  Pogadamy  rano.  Zniknął  w 

holu, zanim zdążyła zaprotestować. 

No,  przynajmniej  o  jedną  rzecz  nie  muszę  się  już  martwić, 

pomyślała  z  westchnieniem.  Na  pewno  nie  utyję.  Zupełnie 
straciłam apetyt. 

 
 
 
 
 
 
 
 

75

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 
Shane  rozłożył  się  wygodnie  na  leżaku.  Ubrany  w  białą, 

bawełnianą, rozpiętą pod szyją koszulę i stare dżinsy, wyciągnął 
przed siebie nogi, zamknął oczy i wystawił twarz do słońca. 

Pogoda  była  idealna  -  słońce  mocno  grzało,  ale  dzięki 

wiejącej od jeziora bryzie nie było zbyt gorąco. 

Shane westchnął z zadowoleniem. Miał za sobą produktywny 

dzień.  Najpierw  biegał  prawie  godzinę,  podyktował  Jeffreyowi 
plan  zajęć  na  nadchodzący  tydzień,  potem  pojechał  do  miasta 
załatwić parę spraw. 

I  to  wszystko  udało  mu  się  osiągnąć,  prawie  w  ogóle  nie 

natykając się na Jessy. 

Bardzo był z tego zadowolony. Jeśli chodzi o młodszą siostrę 

swego najlepszego przyjaciela, to miał już tego dość. 

Prowokowała  go  na  różne  sposoby:  ubraniem  a  właściwie 

jego  brakiem,  zreflektował  się,  przypominając  sobie  skąpą 
koszulkę, w której zastał ją w nocy, oraz nieustanną wesołością, 
która doprowadzała go do szału. 

A  teraz  możesz  sobie  pogratulować,  dodał  w  myślach.  Po 

twoim  zachowaniu  w  czasie  waszego  nocnego  spotkania  masz 
już ją z głowy. 

Ogarnęło go jakieś dziwne uczucie - jakby poczucie winy czy 

wyrzuty  sumienia.  I  wciąż  nawiedzało  go  wspomnienie 
ostatniego  spotkania.  On  wracał  z  porannego  biegania,  ona,  z 
Chloe  na  biodrze,  wybierała  się  na  rozmowę  z  agentem  od 
wynajmu  nieruchomości,  a  przynajmniej  tak  mu  powiedziała. 
Była uprzejma i obca - dokładnie taka, jak od miesiąca pragnął. 

A jednak wcale mu się to nie spodobało. 
Właściwie  nie  powinno  go  to  zdziwić.  Jeszcze  w  ubiegłym 

tygodniu  był  pewien,  że  jakoś  sobie  poradzi  z  tym,  co  do  niej 
czuje. A zaledwie kilka dni później... 

Pocieszał  się  tylko  nadzieją,  że  Jessy  nie zorientowała  się,  iż 

on omal nie stracił nad sobą panowania. 

76

RS

background image

 

 

A  tak  było.  Kiedy  wszedł  do  kuchni,  nie  wiedział,  czy 

przyszedł  po wodę,  czy  po  nią.  Omal  nie  porwał Jessy  na ręce, 
nie posadził na blacie, nie wsunął rąk pod koszulkę... 

I jeszcze. 
Jakimś  cudem  udało  mu  się  jednak  nad  sobą  zapanować  i 

wyjść z  kuchni.  Teraz  wystarczy,  by  do  końca  dnia  trzymał  się 
od  niej  z  daleka,  a  jutro  wróci  do  pracy,  co  da  im  chwilę 
oddechu i wieczorem wszystko będzie już w porządku. 

A jeśli nie? 
Jeśli  nie,  to  on  wyjedzie.  Na  przykład  znów  do  Dallas.  Albo 

do  Kalifornii,  bo  tam  też  ma  interesy.  Wszystko  jedno  dokąd, 
byle  tylko  udało  mu  się  odzyskać  kontrolę  nad  dręczącym  go 
pożądaniem. I nad uczuciami. 

Co  postanowiwszy,  od  razu  poczuł  się  lepiej.  Rozluźnił 

mięśnie i ziewnął. Ależ był zmęczony. Nic dziwnego, skoro całą 
noc nie zmrużył oka, przewracając się z boku na bok. 

Zapadał  już  w  drzemkę,  kiedy  dobiegł  go  odgłos  otwieranej 

furtki.  Zaciekawiony,  otworzył  oczy  i  ujrzał  Jessy.  Albo 
dokładniej  kogoś,  kto  wyglądał  jak  ona,  gdyby  grała  w 
„Słonecznym patrolu". 

Miała  mokre  włosy  i  bose  stopy.  A  resztę  jej  ciała  ledwo 

przykrywał 

neonowo-niebieski 

jednoczęściowy 

kostium 

kąpielowy. 

Krew  zaszumiała  mu  w  uszach.  Usiadł,  wyprostowany  jak 

struna i całkowicie rozbudzony. 

Jessy dopiero wtedy go zauważyła. 
- Cześć. - Zdjęła z szyi ręcznik i zaczęła wycierać nim włosy. 
- Gdzieś ty była? - wycedził przez zęby. 
-  Pływałam  -  odparła,  obwiązując  się  teraz  ręcznikiem  w 

pasie. 

- W jeziorze? 
- Nie, Shane. W nadmuchiwanym baseniku Chloe. Jak mogłeś 

mnie nie zauważyć? 

- To wcale nie jest zabawne. 

77

RS

background image

 

 

- Tak? Ciebie nic nie bawi. 
-  Zostawiłaś  kartkę,  że  położyłaś  Chloe  spać,  a  sama 

zamierzasz poczytać. 

- Owszem, ale zmieniłam zdanie. W porządku? 
-  Wcale  nie  porządku.  Nie  powinnaś  pływać,  nie  mówiąc 

nikomu,  dokąd  idziesz.  W  ogóle  nie  powinnaś  pływać  sama  i 
kropka. 

- Chyba nie mówisz tego poważnie. 
- To niebezpieczne. 
- Na miłość boską, nie jestem dzieckiem. To akurat zauważył. 
-  Tak?  Dopóki  mieszkasz  w  moim  domu,  mam  wszelkie 

prawo... 

-  Co?  Mówić  mi,  co  mam  robić?  -  Jessy  patrzyła  na  niego  z 

niedowierzaniem. - Na pewno nie. 

- Jestem za ciebie odpowiedzialny... 
- Co to, to nie. Wiesz, skończmy może tę rozmowę. Prowadzi 

ona donikąd, a mnie zaczyna być zimno. Więc jeśli pozwolisz... 

Jessy zrobiła krok w stronę tarasowych drzwi. Shane stanął jej 

na drodze. Wiedział, że zachowuje się fatalnie, ale nie mógł się 
opamiętać. 

- Dlaczego ty, do cholery, musisz być zawsze taka uprzejma?! 

- krzyknął, zupełnie bez związku. 

- Ktoś musi. 
- Nie rozumiem? 
- Jesteś niemożliwy. Nie mam pojęcia, czego chcesz. 
- Naprawdę, Jessy? Naprawdę nie wiesz? 
Była  tak  blisko,  że  Shane  czuł  zapach  jej  skóry  i 

doprowadzało go to do szaleństwa. 

- Nie. Ale nawet gdybym wiedziała, byłoby to bez znaczenia. 

Bo ode mnie chyba nie chcesz niczego. 

- Mylisz się - odparł po prostu. 
-  Tak?  Naprawdę?  Udowodnij  to  -  odrzekła  i  próbowała  go 

ominąć. 

I to była ta ostatnia kropla przepełniająca czarę. 

78

RS

background image

 

 

- Bardzo proszę. - Pochylił się ku niej i chwycił ją za ramiona. 

Kiedy  tylko  jej  dotknął,  instynktownie  zrozumiał,  że  popełnia 
błąd. Mimo to nie wycofał się. - To jest to, czego chcę. 

Bez  dalszych  ostrzeżeń  przyciągnął  ją  do  ciebie,  pochylił 

głowę i pocałował jej usta. 

Przez  ułamek  sekundy  Jessy  pozostała  sztywna  w  jego 

ramionach.  Potem  przeszedł  ją  dreszcz,  wsunęła  ręce  w  jego 
włosy i całą sobą do niego przywarła. 

- Tak - szepnęła gorąco. - O, tak... Nie przestawaj... Po wielu, 

wielu  minutach  puściła  jego  głowę  i  zaczęła  rozpinać  mu 
koszulę. 

- Muszę... chcę... chcę cię dotknąć... 
- Dobrze... 
Jessy  mruczała,  pieszcząc  jego  pierś,  sutki,  czarne  włoski  na 

brzuchu i niżej. 

Kiedy  wierzch  jej  dłoni  musnął  wybrzuszenie  jego  dżinsów, 

Shane  odsunął  się  od  niej  odrobinę,  zerwał  otulający  jej  biodra 
ręcznik, a potem, objąwszy ją w pasie, wolniutko, ostrożnie, ale 
zdecydowanie  poprowadził  do  pokoju.  Myślał  o  kanapie,  ale 
podłoga była bliżej... 

A później, dużo później, kiedy Jessy już odpoczywała w jego 

ramionach, sama przed sobą, na razie, przyznała, że go kocha. 

Zawsze go kochała. 
Zawsze będzie go kochać. 
Dopiero po jakimś czasie oddech Shane'a nieco się wyrównał. 

I wtedy zaczął myśleć. 

Co  się  stało?  Jeszcze  nigdy  tak  bardzo  nie  pragnął  seksu, 

nigdy,  nawet  jako  nastolatek,  tak  gwałtownie  się  temu  nie 
poddał. 

I  nigdy,  nigdy  nie  czuł  nadal  takiego  pożądania  wobec 

jakiejkolwiek  kobiety,  leżąc  wyczerpany  po  poprzednim 
orgazmie. 

A  jednak  poczuł,  że  znów  twardnieje,  że  znów  chce  być  w 

niej, bo tam jest jego miejsce. 

79

RS

background image

 

 

Nie  zrobił  tego.  Zacisnął  zęby  i  znieruchomiał.  Nie 

zareagował  nawet,  kiedy  Jessy  zaczęła  masować  mu  plecy,  a 
jego ogarnęła nieposkromiona fala pożądania. 

Na szczęście po kilku minutach jej palce znieruchomiały. 
- Shane? Dobrze się czujesz? Akurat. 
- Tak, Jess. Czemu pytasz? 
-  Bo  jak  na  mężczyznę,  który  przed  chwilą  się  kochał,  jesteś 

trochę... spięty. 

Shane wzruszył ramionami, ale Jessy nie dała się nabrać. 
- O co chodzi? 
Shane westchnął i znów skłamał. 
-  Przepraszam.  Po  prostu...  wszystko  stało  się  tak  szybko. 

Powinienem trochę zaczekać. I nie być taki gwałtowny. 

-  Ależ  wcale  taki  nie  byłeś.  Naprawdę.  Było  cudownie.  Nie 

miałam pojęcia, że może być aż tak. 

On też nie. Ale nie mógł się do tego przyznać - dla dobra ich 

obojga. 

- Nie chciałem tak... 
Jessy przez chwilę się zastanawiała, a potem go zaskoczyła. 
- No, dobrze. To mi teraz wynagrodź. 
- Co takiego? 
- Zrób to jeszcze raz - odparła z figlarnym uśmiechem.  
- Widzę, że jesteś gotowy. 
Po  raz  pierwszy  w  życiu  Shane  był  wściekły  na  swoje 

nieposłuszne ciało. 

-  Jess,  posłuchaj.  Nie  chcę  cię  oszukiwać.  Owszem,  pragnę 

cię. Ale to wcale nie jest dobry pomysł. Dla żadnego z nas. 

Jessy znieruchomiała. 
- Mógłbyś być bardziej konkretny? 
- Dobrze. Ty i ja... My razem... Nie, to się nie uda. 
- Ro...rozumiem. 
Przez  chwilę  przyglądała  mu  się  uważnie,  następnie  wstała, 

znalazła  jego  porzuconą  koszulę  i  włożyła  ją  na  siebie.  Potem 
stanęła przed nim. 

80

RS

background image

 

 

-  Możesz  mi  wyjaśnić,  dlaczego?  Shane  też  wstał  i  zaczął 

wkładać dżinsy. 

-  Bo  nie  jestem  gotowy  do  stałego  związku.  Nie  wiem,  czy 

kiedykolwiek będę. I nie chcę cię zranić. 

- Aha. - Jessy przez chwilę rozważała jego słowa. - Doceniam 

twoją troskę, ale czy nie jesteś zbyt... zarozumiały? 

- Co takiego? 
-  Nie  przypominam  sobie,  bym  cię  prosiła o  związek  na całe 

życie. 

Patrzył na nią zaskoczony. Sam nie potrafiłby powiedzieć, na 

co czekał, ale na pewno nie na to. 

-  No  to  jak?  Chodziło  ci  tylko  o  jeden  raz?  A  może  chciałaś 

zrealizować marzenie z dzieciństwa? 

- Nie, oczywiście, że nie. Chcę ci tylko powiedzieć, że jestem 

dorosła.  Nie  musisz  podejmować  decyzji  za  mnie  lub  chronić 
mnie przede mną samą. Dlaczego nie może być fajnie, dlaczego 
nie  możemy  cieszyć  się  latem,  sobą  i  zobaczyć,  co  z  tego 
będzie?  Kurczę,  przecież  po  paru  tygodniach  może  będziemy 
mieli siebie dość. 

Shane akurat w to poważnie wątpił. A co do innych rzeczy... 
- A jeśli powiem nie, nic z tego nie będzie, to co wtedy? 
Jessy zastanawiała się przez chwilę. 
-  Wtedy...  wtedy  spróbujemy  wrócić  do  tego,  co  było 

przedtem. Choć... 

- Co? 
- Obawiam się, że to będzie bardzo trudne. 
Patrzył z zachwytem na jej błyszczące w słońcu włosy i złotą 

skórę,  na oczy  błękitniejsze  od  nieba,  na  zaróżowione  policzki, 
na obrzmiałe od jego pocałunków usta... 

Powrót  do  tego,  co  było,  nie  będzie  trudny;  będzie 

niemożliwy. 

Jednak  jedyną  alternatywą  byłoby  jej  odejście,  a  do  tego 

Shane nie mógł dopuścić ze względu na Chloe. 

81

RS

background image

 

 

-  Dobrze  -  rzekł  ostrożnie.  -  Spróbujmy  postępować  tak,  jak 

proponujesz.  Jeśli  tylko  zrozumiesz,  że  to  nie  znaczy,  iż 
jesteśmy parą i nie ma mowy o wspólnej przyszłości. 

-  Spokojnie.  -  Jessy  położyła  mu  rękę  na  ramieniu.  -  Jestem 

już 

dużą 

dziewczynką. 

Obiecuję, 

że  nie  będę  cię 

wykorzystywała. 

- Jess... 
-  Wszystko  będzie  dobrze.  Zobaczysz.  Odprężył  się  dopiero 

wtedy, kiedy Jessy się uśmiechnęła. 

Wyciągnął rękę i pogładził ją po włosach. 
-  Może.  Ale  chyba  wiesz,  że  Bailey  mnie  zabije,  jeśli  się 

dowie? 

- Obronię cię - obiecała i zarzuciła mu ręce na szyję. 
- Obiecujesz? 
- Tak. 
-  Trzymam  cię  za  słowo.  Jak  długo  jeszcze  Chloe  będzie 

spała?    

- Nie wiem... Pół godziny? 
-  To  nam  powinno  wystarczyć  -  ucieszył  się  Shane.  Wziął 

Jessy na ręce i zaniósł do sypialni. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

82

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 
Fremont  Bluff  znajdowało  się  na  wschodnim  wybrzeżu 

jeziora Winston. 

Było  to  miejsce  odludne,  z  przepięknym  widokiem,  więc 

jeszcze  przed  dziesięcioma  laty  miejscowa  młodzież  umawiała 
się tu na randki. 

Teraz  przedmieścia  się  rozrosły  i  wokół  całego  jeziora 

wyrosły nowe domy, takie jak Shane'a. Dawne miejsce spotkań 
zniknęło. Teraz był tam  park dla całych rodzin, z miejscami na 
ogniska i pikniki, plażą i małym molo. 

Z  dawnych  czasów  pozostał  tylko  widok,  pomyślała  Jessy, 

patrząc  na  ozłocone  blaskiem  słońca  skały  i  pomarszczoną, 
lazurową taflę jeziora. 

Równie  miło  było  na  to  patrzeć  jak  na  Shane'a,  stwierdziła  i 

przeniosła wzrok na niego. To naprawdę bezstronna obserwacja. 

Bo  przecież  ona  jest  całkowicie  obiektywna,  prawda?  Mimo 

że nieco ogłupiała. 

Trzeba  jej  było  jednak  przyznać,  że  to  akurat  dobrze 

ukrywała.  Postronny  obserwator  nazwałby  ją  zaledwie 
zauroczoną. 

Co było najlepszym dowodem na to, że wpadła po uszy. 
Bo  gdyby  nie  chodziło  o  Shane'a,  duma  nakazałaby  jej 

wycofać się z takiej sytuacji. Już dawno wyrosła z wieku, kiedy 
nie  odwzajemniona  miłość  ma  jakiś  urok.  I  zbyt  wysoko  się 
ceniła,  by  nie  wiedzieć,  że  zasługuje  na  więcej  niż  przelotny 
romans. 

Problem  jednak  polegał  na  tym,  że  kochała  Shane'a.  I  nie 

miała  zamiaru  pozwolić  mu  skrywać  się  za  murem,  którym  się 
otoczył. 

Poza  tym  była  przekonana,  że  Shane  nie  jest  zdolny  do 

wyłącznie  fizycznego  związku.  Gdyby  tak  było,  dawno  by  już 
kogoś  miał.  I  nie  próbowałby  zerwać  ich  stosunków,  zanim 
właściwie się zaczęły. 

83

RS

background image

 

 

Może  się  tylko  łudzi,  ale  jest  pewna,  że to  wszystko dlatego, 

że mu na niej zależy, może nawet bardziej, niż gotów byłby się 
do tego przyznać. 

Dowodem był sposób, w jaki się z nią kochał, w jaki trzymał 

ją  w  objęciach  w  czasie  snu.  Dowodem  był  także  fakt,  że 
przypomniał sobie, jak można się śmiać. 

I choć nie było to wiele, to na początek dobre i to, jest już na 

czym  budować.  Jessy  nie  spodziewała  się  żadnych  gwarancji. 
Prosiła tylko los o szansę. 

Nawet nie zdając sobie z tego sprawy, westchnęła tak smutno, 

że  Shane  oderwał  wzrok  od  pary  narciarzy  wodnych, 
ciągniętych przez motorówkę, i spojrzał na nią zaniepokojony. 

- Wszystko w porządku? 
Jessy uśmiechnęła się i odepchnęła od siebie te niemiłe myśli. 

Trzeba cieszyć się tym, co ma. 

-  Tak.  Myślę  jednak,  że  za  dużo  zjadłam.  -  Po  drodze 

zatrzymali  się  w  jakimś  barze.  -  Jak  zwykle  mój  apetyt  był 
większy niż żołądek. 

-  Wiem,  o  czym  mówisz.  -  Shane  poklepał  się  po  swoim 

płaskim  brzuchu.  -  Jeśli  nadal  będę  jadał  tak  jak  ostatnio, 
wkrótce nie zmieszczę się w dżinsy. 

-  Nie  wygłupiaj  się  -  parsknęła  śmiechem  Jessy.  -W 

odróżnieniu  od  reszty  nas,  śmiertelników,  nie  masz  ani  grama 
tłuszczu. Nigdzie. 

Ich  oczy  się  spotkały  i  od  razu  coś  między  nimi  zaiskrzyło. 

Jessy  przypomniała  sobie  ich  najintymniejsze  chwile,  a 
spojrzenie  Shane'a  powiedziało  jej,  że  i  on  o  tym  myśli. 
Pochyliła się ku niemu i położyła rękę na jego dłoni. 

Dopiero  po  chwili  objęły  ją  jego  palce.  Jakby  była  to  cała 

bliskość,  na  którą  mógł  się  w  tej  chwili  odważyć,  szybko 
odwrócił wzrok i znów patrzył na jezioro. 

-  Mimo  że  jest  tak  miło,  chciałbym  móc  kiedyś  gdzieś  cię 

zaprosić  wieczorem.  Szkoda,  że  nie  znaleźliśmy  jakiejś 
opiekunki dla Chloe. 

84

RS

background image

 

 

Mówił  to  spokojnie,  jednak  Jessy  miała  wrażenie,  że czeka  z 

jej strony na jakąś skargę. 

-  Mówiłam  ci,  że  nie  ma  sprawy.  Kolacja  była  smaczna. 

Chloe  dobrze  się  bawi...  -  oboje  spojrzeli  na  małą,  siedzącą 
razem  z  grupką  innych  maluchów  w  piaskownicy  -  a 
towarzystwo  jest  super.  -  Dla  podkreślenia  tych  słów  Jessy 

ścisnęła  go  za  rękę.  -  Poza  tym  wieczór  jest  zbyt  piękny,  by 
siedzieć w jakimś zadymionym wnętrzu. 

Shane  spojrzał  na  nią  spod  oka,  ale  szybko  znów  odwrócił 

wzrok. Coś ją jednak zaintrygowało. 

- O co chodzi? 
- Czasami cię nie rozumiem. 
- A co tu jest do rozumienia? 
- Jesteś taka cholernie łatwa. 
- Hm... - Jessy przez chwilę udawała, że się zastanawia.  
- Chyba będę musiała uznać to za komplement. 
Wiedziała, że go tym rozbawi. 
- Bardzo śmieszne. Przecież wiesz, o co mi chodzi. 
Owszem,  wiedziała.  I  na  tym  polegał  problem.  Czuła,  że 

Shane  jest  przekonany,  iż  między  nimi  nic  się  nie  ułoży.  To 
tylko  wzmocniło  jej  determinację,  by  udowodnić  mu,  że  się 
myli, i zrobić wszystko, by na jego twarz powrócił uśmiech. 

I  z  tego  właśnie  powodu  zdecydowała,  by  nie  traktować  go 

poważnie. 

-  No  i  co  ja  mam  na  to  powiedzieć?  -  spytała  z  kamienną 

twarzą.  -  Że  wiem,  iż  jestem  wspaniała?  Pogratulować  ci 
dobrego gustu? 

- Jesteś niepoprawna. 
-  Wiem.  Nie  cieszysz  się  z  tego?  -  uśmiechnęła  się.  Wbrew 

sobie odpowiedział jej uśmiechem. 

Nagle  kątem  oka  Jessy  zauważyła  jakieś  zamieszanie  w 

piaskownicy. Chloe i jej nowi przyjaciele pozdejmo 

wali  buty  i  skarpetki,  napełnili  je  piaskiem  i  zaczęli  nimi  w 

siebie rzucać. 

85

RS

background image

 

 

- No, no. 
-  Trzeba  ich  rozdzielić  -  rzekł  Shane,  patrząc  na  Jessy  z 

nadzieją. 

- Nie ma mowy - pokręciła głową. - Teraz twoja kolej. 
- Co? 
- Ja już dwa razy bawiłam się w sędziego. Zresztą myślę, że te 

maluchy szybciej docenią autorytet mężczyzny. 

-  Te  maluchy  docenią  autorytet  każdego  dorosłego.  No, 

dobrze, pójdę, ale doceń moje poświęcenie. 

Jessy  patrzyła,  jak  Shane  odchodzi,  podziwiała  jego  proste, 

silne plecy, wąskie biodra i kształtną, męską pupę. 

Przykucnął  przy  piaskownicy  i  chwilę  mówił  coś  do  dzieci. 

Nagle  wszyscy  trzej  chłopcy  odwrócili  się,  spojrzeli  na  nią  i 
kiwnęli  głowami.  Potem  jak  aniołki  wysypali  piasek  z  butów  i 
skarpetek i wrócili do normalnej zabawy. 

Shane, bardzo z siebie zadowolony, wrócił na swoje miejsce. 
- Cieszysz się? 
- Jestem pod wrażeniem. Coś ty im takiego powiedział? 
- Że jeśli będą grzeczni, włożą buty i skarpetki i nie będą się 

obsypywać piaskiem, to zabierzesz je na karuzelę. 

-  Ty  draniu!  -  Jessy  miała  zamiar  go  uderzyć,  ale  w  porę 

chwycił ją za rękę. - Zapłacisz mi za to później. 

- Na to właśnie liczę. 
- Dobrze zrobiłaś, że już w parku włożyłaś jej piżamę - mówił 

do Jessy Shane, niosąc śpiącą Chloe do sypialni. - Śpi jak zabita. 

- Ma za sobą ciężką walkę z tymi chłopakami, co? 
- Ale dała sobie radę. 
-  Pewnie.  Może  wygląda  jak  aniołek,  ale  ma  charakterek.  I 

wiem, po kim go odziedziczyła. Przecież to twoja córka. 

Ta  wypowiedziana  w  dobrej  wierze  uwaga  sprawiła 

Shane'owi  ból.  Nieświadoma  niczego  Jessy  na  szczęście  go 
nieco  złagodziła.  Stojąc  przy  łóżeczku  małej,  po  prostu  się  do 
niego przytuliła. 

86

RS

background image

 

 

- To cudowne dziecko, Shane. Jak to dobrze, że macie siebie 

nawzajem. 

- Tak. Chyba tak - mruknął. 
-  Wkrótce  trzeba  jej  będzie  sprawić  prawdziwe  łóżko  - 

zauważyła Jessy, kiedy na palcach wychodzili z pokoju. 

- Tak. 
Nie, na myślenie o Chloe przyjdzie czas później. Ten wieczór 

należy do niego i do Jessy. 

A potem leżeli wtuleni w siebie, wsłuchani w swoje oddechy. 
I  nagle  Jessy  po  prostu  się  roześmiała  niskim,  gardłowym, 

radosnym śmiechem. - Ależ było cudownie.  

Shane  znieruchomiał.  W  jego  poprzednim  życiu  śmiech  w 

sypialni  nigdy  się  nie  zdarzał.  Jego  seks  z  Marissą  zawsze  był 
poważny i przykładny. 

Ogarnęła  go  fala  dziwnych,  nowych  uczuć.  Wzruszenie, 

czułość,  radość  posiadania  -  coś  jeszcze,  coś  tak  niezwykłego, 

że z początku nie potrafił tego nawet nazwać. 

Szczęście. 
Ta  ostatnia  myśl  przeraziła  Shane'a.  Z  doświadczenia 

wiedział, że to akurat uczucie nie może być trwałe. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

87

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 
- Piękna pa pa tes. 
-  Wiem,  kochanie.  Nie  martw  się.  Zaraz  ją  znajdę.  Musi  tu 

gdzieś być. 

Jessy spojrzała na zegarek. Jeśli się nie pospieszą, wpadną w 

wieczorny  korek  i  spóźnią  się  do  Margaret.  A  wszyscy  będą 
czekać z kolacją. 

Spieszyła  się  jednak  nie  tylko  dlatego,  że  nie  chciała  się 

okazać  osobą  źle  wychowaną.  Po  prostu  bardzo  się  cieszyła  na 
to spotkanie. 

Choć lubiła spędzać czas z Chloe, a najbardziej z jej ojcem, to 

miło  będzie  dla  odmiany  spotkać  kolegów  ze  szkoły  i  ich 
małżonków. 

Chętnie  usłyszy,  jak  spędzają  wakacje,  co  planują  na 

nadchodzący  rok  szkolny,  pochwali  się  przed  nimi  Chloe  i  po 
prostu trochę się „pokoleguje", jak mawia jeden z jej uczniów. 

Wiedziała  jednak,  że  nie  ma  sensu  tłumaczyć  tego  małej. 

Wiadomo  było,  że  bez  Pięknej  nie  wyjdzie  za  żadne  skarby 

świata,  więc  lepiej  nie  myśleć  o  spóźnieniu  i  skupić  się  na 
szukaniu tej cholernej lalki. 

Próbowała przypomnieć sobie, co robiły i gdzie były w ciągu 

dnia. I nagle doznała olśnienia. 

- Zaraz wracam - zawołała do Chloe i pobiegła do łazienki. 
-  Mowa  -  odparła  dziewczynka.  Było  to  teraz  jej  ulubione 

słowo. Nauczyła się go w piaskownicy. 

Jessy  już  tego  nie  słyszała.  Była  w  łazience,  gdzie  na  szafce 

siedziała Piękna, która po południu „przyglądała się", jak Chloe 
się czesze. 

-  Piękna!  -  uradowała  się  mała,  jakby  odzyskała  dawno  nie 

widzianą przyjaciółkę. 

Jessy podała jej lalkę. 
- Proszę. Cała i zdrowa. Możemy już iść? 
- Mowa. 

88

RS

background image

 

 

- Bogu dzięki. 
Jessy  rozglądała  się  po  pokoju,  sprawdzając,  czy  wzięła 

wszystko, co może jej być potrzebne, kiedy zadzwonił telefon. 

-  Jeszcze  mi  tego  brakowało!  -  Czy  Pan  Bóg  za  jakąś  karę 

chce  ją  skazać  na  tkwienie  w  korku?  -  Poczekaj,  kochanie  - 
powiedziała do Chloe. 

- Mowa! 
Jessy przebiegła przez pokój i podniosła słuchawkę. 
- Halo? 
- Cześć. 
Złość i irytacja Jessy wyparowały w jednej sekundzie. 
- Shane - powiedziała ciepło, zastanawiając się równocześnie, 

co też mogło się stać. Mimo zmiany w ich stosunkach Shane nie 
stał się gadułą, a już na  pewno nie przez telefon. Jeśli dzwonił, 
to w konkretnej sprawie. 

Jego następne słowa potwierdziły jej obserwację. 
- Chciałem dać ci znać, że jednak będę w domu na kolacji. 
- Tak? - Wiedziała przecież, że wybiera się na mecz. 
-  Właśnie.  Neal  Larsen,  facet,  który  ma  bilety,  zadzwonił 

przed  chwilą,  żeby  odwołać  nasze  spotkanie.  Zaszły  jakieś 
rodzinne komplikacje. 

-  Mam  nadzieję,  że  to  nic  poważnego.  Szkoda,  że  stracisz 

mecz. 

- Nie ma sprawy. Mam po drodze kupić coś na kolację? 
- Nie, właśnie wychodzę. 
- Wychodzisz? 
- Tak. Margaret Keogh, jedna z nauczycielek z mojej szkoły, 

urządza  spotkanie  przy  grillu.  Zaprosiła  wszystkich  kolegów  z 
rodzinami. 

- Tak? 
-  Chciałam  ci  o  tym  powiedzieć  wczoraj  wieczorem,  ale 

przyszedłeś tak późno... i od razu wziąłeś mnie do łóżka... więc 
zapomniałam. 

Zapanowała długa cisza. 

89

RS

background image

 

 

- Rozumiem - rzekł w końcu Shane. - Chloe też zabierasz? 
- Oczywiście. 
Jessy  wahała  się  przez  chwilę,  bo  choć  pamiętała,  że  dali 

sobie wolność i że obiecała Shane'owi, że nie będzie wymagała, 
by wszędzie jej towarzyszył, to był jednak wyjątek. 

-  Miło  będzie,  jeśli  i  ty  do  nas  dołączysz  -  powiedziała 

zdecydowanie. 

-  Raczej  nie  -  odparł  po  chwili.  -  Ty  już  jesteś  gotowa  do 

wyjścia,  a  ja  nie  mogę  wrócić  do  domu  wcześniej  niż  za 
godzinę. Jedźcie same. 

Rozczarowana  Jessy  spojrzała  na  zegarek.  Robiło  się  coraz 

później. 

-  W  takim  razie  wyjeżdżamy,  zanim  całe  miasto  stanie  w 

korkach. Zostawiłam ci kartkę z numerem telefonu. 

- Dobrze. 
- Nie wrócimy późno. 
- W porządku. 
- Miłego wieczoru. 
- Wzajemnie. 
Jessy  powoli  odłożyła  słuchawkę.  Może  jest  odrobinę 

przewrażliwiona,  ale  miała  wrażenie,  że  Shane  był  pod  koniec 
rozmowy trochę szorstki. Czy to dlatego, że jego plany wzięły w 

łeb, czy też czuł się urażony, że złamała umowę i poprosiła go, 
by jej towarzyszył? 

Eee,  chyba  jej  się  tak  tylko  wydawało.  A  jeśli  nie,  to  będzie 

się tym martwić jutro. 

Teraz  musi  wyjść,  spotkać  się  z  ludźmi  i  nie  pozwoli,  by 

jakieś głupie myśli popsuły jej wieczór. 

-  Chodź,  maleńka.  -  Jessy  wzięła  torby  i  małą  i  ruszyła  do 

garażu. - Pora jechać. 

Shane  gwałtownym  ruchem  wepchnął  kosiarkę  do  składziku. 

Ta  cholerna  maszyna  wybrała  sobie  akurat  ten  dzień,  by  się 
zepsuć.  Przez  to  zepsuła  mu  sobotnie  przedpołudnie.  Dwa  razy 

90

RS

background image

 

 

jeździł już do sklepu po części, pokaleczył sobie palce, poplamił 
koszulę benzyną, a dżinsy trawą. 

W  poniedziałek  albo  wynajmie  kogoś  do  koszenia,  albo  całe 

podwórko wyleje betonem. 

Otworzył  drzwi  do  patio  i  westchnął  z  ulgą, kiedy  owiało  go 

chłodne  powietrze.  Przynajmniej  klimatyzacja  działała  jak 
należy. 

Kiedy  jednak  zobaczył  Jessy  siedzącą  na  kuchennym  blacie, 

jego zły humor powrócił. 

- Cześć - powitała go z uśmiechem. 
W  żółtej  koszuli  i  śnieżnobiałych  szortach  wyglądała  tak 

świeżo  i  czysto,  podczas  gdy  on  był  zgrzany,  spocony  i  zbyt 
wściekły, by bawić się w uprzejmości. 

- Cześć, Jess - mruknął tylko i podszedł do lodówki. Może łyk 

czegoś zimnego mu pomoże. 

- Udało ci się w końcu naprawić tę kosiarkę? - spytała Jessy, 

odsuwając na bok jakieś papiery. 

Nie był to temat, który mógłby mu poprawić nastrój. 
-  Miałaś  rację.  To  rzeczywiście  sprawa  filtra,  a  nie wtyczki  - 

burknął. 

Wyjął puszkę coli, otworzył ją i pociągnął spory łyk. 
Wiedział, że jest niegrzeczny, ale nie umiał się powstrzymać. 

Tak  kiepsko  czuł  się  od  poprzedniego  wieczora,  oczywiście 
tylko dlatego, że stracił mecz. Jessy rozsądnie zmieniła temat. 

-  Jesteś  głodny?  Zrobiłam  ci  kanapkę.  Leży  na  talerzu  w 

lodówce. 

Shane  usłyszał  dźwięk  odsuwanego  stołka  i  szybko  się 

odwrócił. 

-  Sam  sobie  ją  wezmę  -  rzekł  ostro.  Ostatnią  rzeczą,  na  jaką 

miał ochotę w tej chwili, było to, by ktoś koło niego skakał. 

- Dobrze. - Jessy usiadła z powrotem. - Nie ma sprawy. 
Udając,  że  nie  zauważa  niezręcznej  ciszy,  wyjął  talerz, 

postawił go na blacie, a z szafki wyjął paczkę chipsów. 

91

RS

background image

 

 

No,  dobrze.  To  nie  tylko  stracony  mecz  popsuł  mu  humor. 

Może  jest  i  trochę  zły  na  Jessy  z  powodu  jej  spotkania  z 
przyjaciółmi. Nie, nie miał nic przeciw temu, że wyszła. Ani że 
nawet nie spytała, czy może wziąć ze sobą Chloe. Gniewało go 
to,  że  uznała,  iż  jakaś  głupia  kartka  będzie  wystarczającym 
wytłumaczeniem.  A  w  dodatku  dopiero  wtedy  zaproponowała, 
by z nimi poszedł, kiedy praktycznie ją do tego zmusił. 

Wiedział jednak, że nie może jej tego powiedzieć, bo przecież 

to jemu zależało, by ich stosunki były takie, a nie inne. 

Nigdy  jednak  nie  przyszło  mu  do  głowy,  że  będzie  go 

trzymała za słowo  i  poczynała  sobie  tak,  jakby  jego w  ogóle  w 
jej życiu nie było. I że sprawi mu to taką przykrość. 

Ale tak się stało. Było mu przykro. 
I w dodatku Jess pokonała go jego własną bronią. 
- Shane? 
- Co? 
- Co się stało? 
Nie  miał  ochoty  na  rozmowę.  Był  zbyt  pochłonięty 

rozważaniem, 

czy 

jest 

krótkowzrocznym 

idiotą, 

czy 

samolubnym kretynem. 

- Nic, a czemu pytasz? 
- Bo ostatnio jakoś inaczej się zachowujesz. 
- Jak? 
Jessy nie spuszczała z niego wzroku. 
-  Sam  dobrze  wiesz.  Od  wczorajszego  powrotu  do  domu 

właściwie nie odezwałeś się ani słowem. Przez cały dzień mnie 
unikasz. A kiedy próbuję z tobą porozmawiać, warczysz. 

- Wczoraj byłem zmęczony - próbował się bronić Shane.  
- A dziś bardzo zajęty. 
-  Nie  byłeś  zbyt  zmęczony  ani  zajęty,  by  się  kochać.  Ani 

wczoraj wieczorem, ani dziś rano. 

Kapitalnie. Tylko tego mu było trzeba. 
- No to co? 
- Czy ma to coś wspólnego z moją wizytą u Margaret? 

92

RS

background image

 

 

No tak, Jessy zawsze trafia w sedno. 
-  Nie.  -  Shane  nie  poddawał  się.  -  Skąd  ci  to  przyszło  do 

głowy? 

- Bo tak dziwnie się zachowujesz - tłumaczyła mu cierpliwie. 

- Wczoraj przez telefon twój głos brzmiał trochę nienaturalnie. 

- Wcale nie. 
-  Nie  chcę,  by  okazało  się,  że  mimo  woli  zrobiłam  ci 

przykrość. 

- Wiesz co? Dajmy sobie z tym spokój, dobrze? 
- Nie. 
- Co to znaczy: nie? 
-  To  znaczy,  że  nie  mam  zamiaru  dać  sobie  z  tym  spokoju, 

Shane. - Jessy zaczynała już tracić cierpliwość. 

-  Tak?  No  to  dobrze!  Problem,  jeśli  musisz  już  wiedzieć, 

polega  na  tym,  że  w  przyszły  weekend  jest  ślub  Martinsona  i 
chciałem,  żebyś  ze  mną  poszła,  a  ty  wczoraj  dałaś  mi  aż  nadto 
wyraźnie  do  zrozumienia,  że  nie  chcesz,  by  cię  ze  mną 
widywano! 

- Co takiego?! 
Shane zamilkł, przerażony własną szczerością. I tym, że Jessy 

zaczyna  coraz  więcej  rozumieć.  Patrzył  na  nią  kamiennym 
wzrokiem i czekał. Nie trwało to długo. 

- Naprawdę myślisz, że nie chcę z tobą pójść na ten ślub? 
- Dajmy sobie z tym spokój, Jess. Jessy potrząsnęła głową. 
-  O,  nie,  Shane.  Nie  ma  mowy.  Chcę  być  pewna,  że  to 

rozumiem. Jesteś na mnie wściekły, bo nie pójdę z tobą na ślub, 
na  który  mnie  nawet  nie  zaprosiłeś.  A  wszystko  to  dlatego,  że 
nie od razu zaprosiłam cię do Margaret. Zgadza się? 

Prawda w jej ustach brzmiała jeszcze bardziej absurdalnie, niż 

się  spodziewał.  Złożył  ręce  na  piersiach  i  bardzo  się  starał,  by 
nie wyglądać tak głupio, jak się czuł. 

- No... tak. 
-  Aha.  -  Jessy  spojrzała  na  niego  jakoś  dziwnie  i  kiwnęła 

głową. - Rozumiem. 

93

RS

background image

 

 

Jej  wargi  zaczęły  drżeć.  Próbowała  to  opanować,  ale  nie 

umiała. W końcu przycisnęła rękę do ust i odwróciła wzrok. 

- Jess? 
Kurczę,  ona  płacze.  I  to  przez  niego.  W  końcu  udało  jej  się 

jakoś zażartować. Nawet parsknęła śmiechem. 

-  Przepraszam,  Shane.  Ale  musisz  przyznać,  że  wszystko,  o 

czym mówiliśmy, brzmi dosyć zabawnie, co? 

Shane patrzył na nią z niedowierzaniem. A więc Jess uważa to 

za zabawne? 

Kiedy jednak uświadomił sobie, że Jessy nie krzyczy na niego 

i nie płacze, jak zrobiłaby to Marissa, poczuł ulgę. 

Znając  jednak  Jessy,  wiedział,  że  to  nie  koniec.  Jego 

podejrzenia szybko znalazły potwierdzenie. 

- No? - Uspokojona Jessy spojrzała na niego wyczekująco. 
- Naprawdę chcesz, żebym to powiedział? 
- Tak, zdecydowanie. 
- Dobrze - westchnął. - Przepraszam. 
- Nie, Shane - przerwała mu delikatnie. - Nie to. Przez chwilę 

nie był pewien, czy się nie przesłyszał. 

Potem,  kiedy  dotarło  do  niego,  o  co  jej  chodzi,  poczuł  ulgę 

dużo  większą  niż  tamta  pierwsza  i  taki  przypływ  uczucia,  że  z 
początku nie mógł wydobyć z siebie głosu. 

- Dobrze więc. Czy zechcesz pójść ze mną na ten ślub? 
-  Z  przyjemnością  -  odparła  z  uśmiechem.  Boże,  jakie  to 

proste. 

Uważaj,  Wyatt,  odezwał  się  jeszcze  ten  znany  mu, 

wewnętrzny głos. Uważaj, bo wpadniesz. 

-  Uwielbiam  śluby  -  stwierdziła  Jessy,  z  rozbawieniem 

spoglądając na sześć druhen. 

Dziewczęta  miały  na  sobie  lawendowe  suknie  z  atłasu,  z 

szerokimi  spódnicami,  bufiastymi  rękawami  i  ogromnymi, 
czerwonymi kokardami przy szyjach. 

Pokręciła  z  niedowierzaniem  głową  i  spojrzała  na  Shane'a, 

siedzącego obok niej przy stoliku w ogromnej sali recepcyjnej. 

94

RS

background image

 

 

-  Przy  jakiej  innej  okazji  udałoby  się  namówić  młode, 

inteligentne kobiety,  by  włożyły  na  siebie  takie  przedpotopowe 
stroje? 

- Chyba przesadzasz. Nie są takie straszne. 
-  Łatwo  ci  mówić.  Ja  mam  już  w  swojej  szafie  trzy  takie 

suknie: turkusową, różową i łososiową. 

-  Naprawdę?  -  rozpromienił  się  Shane.  -  Jestem  miłośnikiem 

„Przeminęło z wiatrem". Musisz mi się w nich kiedyś pokazać. 

- Nigdy w życiu. 
- No to chociaż będziesz udawać, że je wkładasz. Co ty na to? 

Tak będzie nawet lepiej. 

Jessy chciała mu powiedzieć, że na to też nie powinien liczyć, 

ale zmieniła zdanie. 

- A co za to dostanę? 
- Będę udawał rycerza i pozwolę ci pobawić się moją szpadą. 
- Shane! Wstydź się! 
Jessy  była  zachwycona  tą  żartobliwą,  swobodną  rozmową. 

Bała się, że ten wieczór  wzbudzi bolesne wspomnienia Shane'a 
wiążące  się  ze  ślubem  z  Marissą  i  jej  przedwczesnym 
odejściem. 

Na  razie  jedynym  przykrym  momentem  była  chwila,  kiedy 

razem  z  weselnym  orszakiem  wychodzili  z  kościoła.  Choć 
większość  uwagi  koncentrowała  się  na  młodej  parze,  ona  i 
Shane  też  byli  obiektem  zainteresowania.  Wiele  osób 
podchodziło  wręcz  do  nich,  by  powiedzieć,  że  cieszą  się,  iż 
wreszcie widzą Shane'a z kobietą. Choć nie dawał tego po sobie 
poznać, Jessy czuła, że Shane jest coraz bardziej spięty. 

Teraz,  po  jedzeniu,  kieliszku  szampana  i  beztroskiej 

pogawędce, nareszcie zaczął dobrze się bawić. 

Jessy  nie  próbowała  się  oszukiwać.  Cieszyła  się  nie  tylko  ze 

względu  na  Shane'a.  Ona  też  odczuła  ulgę,  bo  był  to  jeszcze 
jeden znak, że ich stosunki mają solidne podstawy. Bardzo ją to 
ucieszyło, bo coraz trudniej jej było powstrzymywać się, by nie 
powiedzieć Shane'owi, jak bardzo go kocha. 

95

RS

background image

 

 

- Czemu tak nagle zamilkłaś? - Głos Shane'a przywołał ją do 

rzeczywistości. 

-  Rozmyślałam  nad  tym,  jak  bardzo  jesteś  przystojny  - 

odparła,  z  uznaniem  spoglądając  na  modnie  skrojony, 
trzyczęściowy  granatowy  garnitur  i  śnieżnobiałą  koszulę, 
idealnie  podkreślającą  jego  oliwkową  cerę  i  kruczoczarne 
włosy. 

- Jeśli ktoś tu dobrze wygląda, to na pewno tą osobą jesteś ty. 

- Teraz z kolei Shane z zachwytem spojrzał na jej bladoniebieski 
jedwabny  kostium  i  nogi,  okryte  cienkimi  jak  mgiełka 
pończochami.  -  Nagle  zmarszczył  brwi.  -  To  są  pończochy, 
prawda? 

- A jak myślisz? 
- Jessy, ty mnie wykończysz. 
- Staram się - parsknęła śmiechem. 
Potem  przysunęła  się  bliżej  i  celowo  przycisnęła  kolanem 

jego udo. Nachyliła się ku niemu i musnęła kciukiem kącik jego 
ust. 

-  Lukier  -  wyjaśniła,  widząc  jego  zdumione  spojrzenie.  Nie 

spuszczając z niego wzroku, włożyła kciuk do ust i dokładnie go 
oblizała. 

Shane  miał  wrażenie,  że  na  świecie  jest  tylko  ich  dwoje.  I 

choć ten zdroworozsądkowy głos ostrzegał go, 

że są w miejscu publicznym, nie mógł się powstrzymać. Ujął 

dłoń Jessy i pocałował czubki jej palców. 

- Cześć, stary - rozległ się nagle za nim jowialny, męski głos. 

- Jak leci? Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. 

Był to Kent Howard, szkolny kumpel Shane'a. 
- Cześć, Kent. Miło cię widzieć. 
-  Uważaj,  bo  za  chwilę  możesz  zmienić  zdanie.  Otóż 

towarzysząca  ci  dama  stała  się  centrum  zainteresowania 
wszystkich zgromadzonych. Kilkorgu z nas jej twarz wydaje się 
znajoma,  ale  moja żona  i  jej  koleżanka  -  tu Kent wskazał  dwie 
panie, siedzące w rogu - uważają, że to dlatego, że uczy pani w 

96

RS

background image

 

 

szkole, do której chodzi nasz syn, a reszta twierdzi, że jest pani 
po prostu znaną modelką. 

Jessy uśmiechnęła się, słysząc te słowa. 
-  No  więc  jak  to  jest?  Czy  mam  powiedzieć  żonie,  że 

wygrałem? 

- Muszę pana rozczarować. Żona miała rację. 
- Pani żartuje! Naprawdę? 
- Niestety, ale dziękuję za pochlebną ocenę mojej osoby. 
Shane uznał, że pora dokonać prezentacji. 
- Kent Howard, Jessy Ross. 
-  Ross?  -  Mężczyzna  znów  spojrzał  na  Jessy.  -  Nie... 

Naprawdę? Siostra Bailey a?  

- Ta sama. 
- Jezu, pamiętam cię! Byłaś wtedy takim małym 
chudzielcem.  No,  niech  tylko  powiem  żonie!  Nigdy  mi  nie 

uwierzy. A jak się ma braciszek? 

- Doskonale. 
- Nadal jest na Florydzie? 
Rozmawiali  jeszcze  przez  kilka  minut,  a  potem  Jessy 

przeprosiła panów i poszła do łazienki. 

-  Jezu,  nie  mogę  uwierzyć,  że  to  siostra  Baileya.  -  stwierdził 

Kent, patrząc za odchodzącą. - Co za kobita! 

- Niezła - przyznał spokojnie Shane. 
- No, no. - Kent pokręcił głową. - Kto by pomyślał, że po tylu 

latach zejdziecie się ze sobą. 

Shane  milczał,  bo  nie  było  to  pytanie  wymagające 

odpowiedzi. 

- Ale przypominam sobie, że już niegdyś ta mała się w tobie 

podkochiwała. Widzę, że nic się nie zmieniło. No, ale muszę już 
iść,  bo  żona  mnie  zabije  -  dodał  Kent,  zupełnie  nieświadomy, 
jak podziałały na Shane'a jego słowa. 

W  rozświetlonej  księżycową  poświatą  kuchni  Jessy  jęknęła z 

rozkoszy. 

- Shane? 

97

RS

background image

 

 

- Tak? 
- Czy tobie też tak to smakuje jak mnie? 
- Mam powiedzieć prawdę? 
- Oczywiście. 
- No to bardzo mi przykro, ale nie przepadam za produktami 

mlecznymi.  Kiedy  wspomniałaś  o  jedzeniu,  pomyślałem  raczej 
o kanapce z szynką, a nie o lodowej roladzie. 

-  Kurczę,  to  dlaczego  mi  o  tym  nie  powiedziałeś?  Szybko 

zapaliła  lampkę  nad  kuchenką  i  wyrwała  mu  z  ręki  karton  ze 
wzgardzonym przez niego smakołykiem. 

- Hej, co robisz? - zaprotestował. 
- Nie będę marnować takich pyszności, częstując nimi kogoś, 

kto ich nie doceni. 

Wyjęła  z  lodówki  masło  oraz  szynkę  i  błyskawicznie 

przygotowała Shane'owi kanapkę. 

- Dzięki - rzucił i od razu ugryzł pierwszy kęs. - Pycha. No to 

jak, dobrze się dziś bawiłaś? 

- Zależy kiedy? - Jessy uśmiechnęła się figlarnie. 
- Na weselu. 
- Jasne. Już ci mówiłam. Uwielbiam śluby. Czy może być coś 

wspanialszego  niż  uroczystość,  podczas  której  dwoje  ludzi 
przysięga połączyć swoje losy? 

- Wierzysz w coś takiego? Nawet po przykładzie rodziców? - 

spytał, zdziwiony, że w ogóle kontynuuje ten temat. 

-  Jasne.  Oczywiście  nie  życzę  nikomu  tego,  co  im  się 

przydarzyło,  ale  są  też  szczęśliwe  małżeństwa.  Popatrz  na 
swoich rodziców. Oni są szczęśliwi. 

Wyjątek potwierdza regułę. 
- Tak, chyba tak. 
- Rzecz polega na tym, żeby znaleźć odpowiednią osobę. 
Kiedy  spojrzał  jej  w  oczy,  zrozumiał,  że  Kent  Howard  miał 

rację. Jessy była w nim zakochana. Jak mógł do tego dopuścić? 

- Shane? Czy coś się stało? 
- Nie, po prostu odechciało mi się jeść. Przepraszam. 

98

RS

background image

 

 

- Wyglądasz, jakbyś stracił najlepszego przyjaciela. Bo tak w 

pewnym sensie było. 

- Nie. Po prostu... chciałbym o czymś z tobą porozmawiać. 
- Tak? To dobrze, bo ja też chcę z tobą porozmawiać. No, ty 

pierwszy powiedz, o co ci chodzi. 

Była zupełnie spokojna. 
-  Dobrze.  Uważam,  że  powinniśmy  trochę  ochłodzić  nasze 

stosunki. 

- Co takiego? 
-  Ostatnio  spędzamy  razem  bardzo  dużo  czasu.  Myślę,  że 

obojgu się nam przyda trochę luzu. 

- Ale... 
- Nie bierz tego do siebie, Jess. Ja tylko potrzebuję zaczerpnąć 

trochę oddechu. 

- Czy... czy to z powodu Marissy, Shane? Nadal jesteś w niej 

zakochany? 

- Cholera, nie! - Nie mógł pozwolić, by Jessy miała co do tego 

jakiekolwiek wątpliwości. - Jakoś tak ostatnio nie mogę dojść ze 
sobą do ładu. 

- Ro...rozumiem. 
-  Nie  masz  nic  przeciwko  temu,  prawda?  Przecież  się 

umawialiśmy. 

- Owszem. 
-  No,  to  skoro  już  to  ustaliliśmy,  mów.  Co  chciałaś  mi 

powiedzieć? 

- Nie, już nic. 
- Naprawdę? 
- Tak. 
-  No  to  teraz  chyba  pójdę  już  spać.  Jutro  czeka  mnie  ciężki 

dzień. Nie masz nic przeciw temu? 

- Nie - odpowiedziała jak automat Jessy. 
- Dobranoc. 

99

RS

background image

 

 

Wiedział,  że  to  właśnie  powinien  zrobić.  Tylko  dlaczego 

czuje  się  tak  podle,  zastanawiał  się,  wchodząc  do  swojej 
ciemnej, pustej sypialni. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

100

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 
- Jesce - poprosiła Chloe. 
Jessy  już  chciała  jej  odmówić,  ale  przekonał  ją  błagalny 

wyraz twarzy małej. 

- Plose. 
-  Dobrze,  ale  już  ostatni  raz  -  zgodziła  się  z  westchnieniem. 

Po  raz  czwarty  tego  ranka  otworzyła  leżącą  na  jej  kolanach 
książeczkę. - Co to jest? - spytała, wskazując tak bardzo już im 
obu znany obrazek. 

- Niebeśki piesiek! 
- A to? 
- Zielony kotek! 
- Brawo! 
Chloe sama przewróciła kolejną kartkę. 
-  Calny  ptasek  -  wyrecytowała  i  znów  przewróciła  stronę.  - 

Mokla  lybka.  -  A  potem,  przyciskając  palec  do  obrazka 
przedstawiającego  cytrynowego  królika,  zawołała:  -  Żółty 
klulik. Piękny! 

- Rzeczywiście - zgodziła się Jessy. 
Obejrzały  kolejno  pozostałe  strony,  wymieniając  czerwoną 

krowę,  pomarańczową  świnkę  i  różne  inne  ciekawie 
zaprezentowane  stworzenia.  Potem  Jessy  wróciła  do  pierwszej 
strony książki i zaczął się kolejny etap rytuału. 

- A teraz zobaczymy, czy umiesz liczyć. 
- Mowa. 
Jessy wskazała małej pierwszą stronę. 
-  Jeden  -  powiedziała  Chloe.  Tym  razem  czekała,  żeby  to 

Jessy  przerzucała  strony.  -  Dwa...  tsy...  dziewięć  siedem!  - 
zakończyła ze śmiechem. 

Jessy przytuliła ją do siebie. 
-  Wspaniale!  Jeden,  dwa  i  trzy  było  w  porządku.  Naprawdę 

znakomicie, rybko. Ale potem jest cztery i pięć, zapomniałaś? 

Mała zmarszczyła brwi. 

101

RS

background image

 

 

- Jeden, dwa, tsy, etery... pięć! 
-  Wspaniale,  słoneczko!  Zdolna  dziewczynka  -  pochwaliła  ją 

Jessy,  ignorując  odgłos  brzęczyka  dobiegający  z  drugiego 
pokoju. 

- Jesce? Plose! 
- Nie, żabko. Umawiałyśmy się. Teraz muszę wyjąć rzeczy z 

suszarki. 

Chloe zasmuciła się, ale tylko na moment. 
- Pomogę! 
Choć  niby  zajęta  wyjmowaniem  i  składaniem  wysuszonej 

bielizny, Jessy nie mogła przestać myśleć o Shanie. 

Kiedy  spojrzała  przez  okno  i  zobaczyła  lazurowe  niebo  i 

gładką  taflę  jeziora,  ze  smutkiem  porównała  ten  piękny, 
spokojny, idealny widok ze swoim nastrojem. 

Dlaczego nie potrafi przestać o nim myśleć? Minęło 
już  dziesięć  dni,  od  kiedy  Shane  oznajmił,  że  potrzebuje 

„wziąć oddech". Od tamtej pory prawie go nie widywała. Późno 
wracał,  wychodził  o  świcie,  często  nie  zjawiał  się  nawet  na 
kolacji,  miał  kilka  służbowych  wyjazdów,  w  tym  jeden 
weekendowy. 

Jessy  pocieszać  się  mogła  tylko  tym,  że  jego zachowanie  nie 

jest spowodowane tęsknotą za zmarłą żoną i że kiedy już jest w 
domu, stara się ten czas spędzać z Chloe. 

Choć  przypuszczała,  że  to  ostatnie  robi  dlatego,  żeby  nie 

musieć być z nią, to i tak była zadowolona. Przynajmniej jedna 
pozytywna rzecz wynikła z całego tego bałaganu. 

Poprzedniego  ranka  schowała  dumę  do  kieszeni  i  nie  mogąc 

już  tego  wszystkiego  wytrzymać,  poprosiła  Shane  o  rozmowę. 
Odpowiedział jej krótkim „później" i natychmiast wyszedł. 

Od  tamtej  pory  minęły  dwadzieścia  cztery  godziny  i  to 

„później"  nie  nadeszło.  I  pewnie,  jeśli  będzie  to  od  niego 
zależało, nigdy nie nadejdzie. 

102

RS

background image

 

 

A ona? Czy ma siedzieć w milczeniu, czekać na nie wiadomo 

co?  Nie  jest  przecież  więźniem  w  jego  domu.  Sama  może  coś 
przedsięwziąć. 

Jeśli  Shane  naprawdę  chce  skończyć  to,  co  się  między  nimi 

zaczęło,  to  będzie  musiał  jej  o  tym  powiedzieć.  Tego  przecież 
wymaga choćby zwykła przyzwoitość. 

Najpierw jednak musi sobie uświadomić, co straci. 
Co  postanowiwszy,  Jessy  podniosła  słuchawkę  i  wykręciła 

numer biura swego pracodawcy. 

Chciał  zaczerpnąć  oddechu?  Miał  już  dość  czasu,  by  to 

zrobić. Wystarczy. 

-  Naprawdę  nie  chce  pani,  żebym  powiedział,  że  pani 

przyszła? - spytał sekretarz Shane'a. 

-  Naprawdę  -  zapewniła  go  z  uśmiechem  Jessy.  -Dzięki, 

Jeffrey, że mi pomogłeś, ale teraz sama już sobie poradzę. Chcę 
mu sprawić niespodziankę. 

-  Może  ma  pani  rację.  Przydałaby  mu  się  mała  przerwa.  Nie 

ma teraz dużo roboty, a ostatnio jest jakiś rozkojarzony. 

Końcowa uwaga bardzo Jessy ucieszyła. 
- Naprawdę? 
Z  uśmiechem  wzięła  Chloe  na  ręce,  chwyciła  koszyk  i 

zdecydowanym krokiem weszła do gabinetu Shane'a. 

- Puk, puk - zawołała, przekrzykując dźwięki telewizora. 
- Jess? 
Przez  chwilę  miała  wrażenie,  że  Shane  ucieszył  się  na  jej 

widok. 

- Cześć. Mogę wejść? 
- Tak, chyba tak. Co cię tu sprowadza? 
- Pomyślałyśmy sobie, że skoro jesteś taki zajęty i nie możesz 

przyjść do domu na kolację, to przyniesiemy ci ją tutaj. 

Była to nieco złośliwa uwaga, bo na biurku Shane'a nie leżał 

bowiem  ani  jeden  papierek,  komputer  był  wyłączony,  za  to 
wgłębienie  na  kanapie  wskazywało,  że  ktoś  niedawno  na  niej 
leżał. 

103

RS

background image

 

 

- Jess... 
-  Mogę  wyłożyć  jedzenie  na  ten  stolik?  Usiądziemy  sobie 

wtedy na dywanie i poczujemy się jak na pikniku. 

- Jess... 
Na razie ani myślała dopuścić go do głosu. 
- Lubisz pieczonego kurczaka, prawda? 
- Tak, ale... 
- I jeszcze nie jadłeś? 
- Nie, ale... 
- Przyniosłam obrus, żeby Chloe nie poplamiła dywanu. 
- To dobrze, ale... 
- To w czym problem? 
- Problem polega na tym, że ty i ja nie powinniśmy być razem 

tutaj - odparł po prostu. 

- Shane, nie denerwuj się. Wielkie rzeczy - kolacja przyjaciół. 

Bo przecież nadal jesteśmy przyjaciółmi, prawda? 

- Tak, ale... 
-  No  to  się  odpręż.  Po  prostu  zjemy  razem  kolację  i 

porozmawiamy.  Opowiesz  nam  o  swoich  podróżach.  A  ja 
opowiem ci o wspaniałym domku, który chyba wynajmę. - Jessy 
nachyliła  się  i  ścisnęła  go  za  rękę.  -  Zaufaj  mi.  Będzie  bardzo 
miło. 

Następnego  dnia  Shane  znów  siedział  za  swoim  biurkiem.  I 

znów raczej udawał, że pracuje. 

Przeszkadzały  mu  tylko  czasem  głośne  wybuchy  śmiechu 

dobiegające z sekretariatu. 

Nie, to był tylko pretekst. Myślał o Jessy i za to głównie był 

na siebie zły. 

Ten  wczorajszy  piknik  naprawdę  bardzo  mu  się  spodobał. 

Jedzenie  było  pyszne,  a  rozmowa  swobodna  i  zajmująca.  Choć 
właściwie, a może na szczęście, o niczym. 

W pewnej chwili Shane zaczął nawet żałować, że biesiada ma 

się ku końcowi. 

104

RS

background image

 

 

Nie  pozwalał  sobie  jednak  na  takie  myśli.  Wciąż  był 

przekonany, że nie jest dla Jessy właściwym mężczyzną. 

Rozmyślania  przerwał  mu  kolejny  wybuch  śmiechu,  tym 

razem  chyba  głośniejszy.  Jego  cierpliwość  się  wyczerpała. 
Gwałtownym ruchem otworzył drzwi do sekretariatu. 

-  Przepraszam,  że  przeszkadzam,  ale  niektórzy  tutaj  próbują 

pracować... 

-  Cześć  -  przerwała  mu  radosnym  tonem  Jessy.  Ubrana  w 

króciutką  spódniczkę  i  maleńką  bluzeczkę,  siedziała  na  biurku 
Jeffreya. 

- Co ty tu robisz? 
-  Wpadłam,  żeby  ci  pokazać  zdjęcia,  które  zrobiłam  Chloe, 

ale  Jeffrey  powiedział,  że  jesteś  zajęty,  i  prosił,  żeby  ci  nie 
przeszkadzać, więc... 

- Właśnie skończyłem pracę. 
- Fajnie. Zaraz do ciebie przyjdę - oznajmiła wesoło i wróciła 

do rozmowy z Jeffreyem. - To jedno z moich ulubionych... 

Shane aż zazgrzytał zębami. Obrócił się na pięcie i wrócił do 

swojego gabinetu. Był wściekły. Ale na kogo? 

Jessy  jednak  do  niego  nie  zajrzała.  W  sekretariacie  było  już 

cicho.  Robiło  się  coraz  później.  Nagle  ktoś  zapukał  do  jego 
drzwi. 

- Tak? 
Jeffrey wsunął tylko głowę. 
-  Będę  już  wychodził,  proszę  pana.  Ale  jest  jeszcze  coś  - 

dodał  z  zakłopotaniem.  -  Znalazłem  to  na  podłodze.  Pewnie 
sekretarka zapomniała panu przekazać. 

Shane wziął od niego kartkę i szybko rzucił na nią okiem. 
- Dzięki, Jeffrey. Do widzenia. Życzę miłego weekendu. 
- Wzajemnie, proszę pana. 
Ledwo  tylko  zamknęły  się  za  nim  drzwi,  Shane  uważnie 

przeczytał notatkę. 

Dla pana Wyatta 

105

RS

background image

 

 

Dzwoniła  Jessica  Ross,  żeby  powiedzieć,  że  została 

zaproszona na weekend do przyjaciół. Jeśli nie będzie pan miał 
nic przeciwko temu, chciałaby zabrać ze sobą Chloe. Wyjeżdża 
o trzeciej. Prosiła, żeby życzyć panu miłego weekendu. 

A niech ją cholera. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

106

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 
Jessy  właściwie  nie  wiedziała,  jakiego  przyjęcia  spodziewała 

się po swoim powrocie z weekendu. 

Miała nadzieję, że może Shane odzyska rozsądek i stwierdzi, 

że nie może bez niej żyć. 

Bała  się,  że  w  ogóle  nie  będzie  go  w  domu,  że  wyjedzie  w 

kolejną długą służbową podróż. 

Natomiast  w  ogóle  się  nie  spodziewała,  że  będzie  na  nią 

czekał w drzwiach, w starych dżinsach i szarym podkoszulku, z 
miną jak chmura gradowa. 

-  Cześć  -  powiedziała,  kryjąc  niepewność  pod  wesołym 

uśmiechem. - Jak ci minął weekend? 

Przytrzymał drzwi, ale zignorował jej pytanie. Spojrzał na nią 

spod  oka,  zauważył  błękitną  sukienkę,  krótką  i  obcisłą,  ale 
powstrzymał  się  od  komentarza.  Zwrócił  natomiast  uwagę  na 

śpiącą w jej ramionach Chloe. 

- Długo tak śpi? 
- Jakieś dwadzieścia minut. 
- Już od godziny powinna być w łóżku - zauważył chłodno. - 

Daj, zaniosę ją tam, gdzie jej miejsce. 

Jessy  spojrzała  mu  prosto  w  oczy,  a  on  bez  mrugnięcia 

powieką wytrzymał to spojrzenie. 

- Dobrze - zgodziła się spokojnie i podała mu małą. 
Kiedy  odchodził  bez  słowa,  myślała  o  nim  z  irytacją,  ale  i  z 

miłością. Wróciła do auta, żeby przynieść bagaże. 

Postanowiła cieszyć się tym, co ma. 
W każdym razie Shane jest w domu. 
I bardzo dobrze, bo w ciągu minionych dwóch dni miała dużo 

czasu na myślenie. I uznała, że choć w ubiegłym tygodniu nieźle 
się bawiła, pora zacząć zachowywać się jak osoba dorosła. Musi 
porozmawiać z Sha-ne'em, czy mu się to podoba, czy nie. 

Szła właśnie do swojego pokoju, kiedy w holu natknęła się na 

Shane'a, wychodzącego od Chloe. 

107

RS

background image

 

 

- Chciałbym z tobą porozmawiać - rzucił ochrypłym głosem. - 

W dużym pokoju. 

Jessy,  choć  przecież  tego  chciała,  nagle  się  przestraszyła. 

Wolałaby poczekać z tym do rana. 

- Dobrze. 
Postawiła  walizki  na  podłodze  i  zawróciła  w  stronę  pokoju 

dziennego. 

W progu stanęła jak wryta. Panował tam nieopisany bałagan. 

W  części  kuchennej  wszędzie  walały  się  gazety,  nie  dojedzone 
potrawy z mrożonek, puste butelki po piwie, kilka kartonów po 
płatkach  kukurydzianych  i,  nie  wiadomo  skąd  i  dlaczego,  dwie 
puszki z olejem samochodowym. 

W  samym  pokoju  na  kanapie  leżała  pościel,  na  stoliku  stały 

puste talerze, szklanki i pudełka po pizzy. 

Koło  telewizora  leżało  kilkanaście  kaset  z  wypożyczalni. 

Pośrodku dywanu pyszniła się ogromna plama. 

Najwyraźniej  Shane  spędził  w  domu  cały  weekend.  Tyle 

tylko,  że  zawsze  jest  taki  porządny.  Co  w  takim  razie  oznacza 
ten bałagan? 

-  Gdzie  byłaś?  -  spytał  bez  zbędnych  wstępów.  Stał  przed 

drzwiami na balkon, odwrócony do niej tyłem. 

-  Moja  przyjaciółka  na  domek  na  wyspie  Vashon.  -  Jessy 

przeszła przez pokój i stanęła obok Shane'a. 

Chyba  nawet  nie  zwrócił  na  to  uwagi.  Wsunął  tylko  ręce  do 

kieszeni i wpatrywał się w taflę jeziora. 

- Czy ta przyjaciółka ma telefon? 
- Tak się składa, że nie. 
Shane  zamilkł.  Jessy  gotowa  była  jednak  przysiąc,  że  trochę 

się  uspokoił.  Wtem  jednak  nagle  odwrócił  się  ku  niej  bez 
ostrzeżenia i spytał ze złością: 

-  Co  ty sobie,  do  jasnej cholery,  wyobrażałaś,  że wyjechałaś, 

nic mi o tym nie mówiąc? 

- Co takiego? - Jessy spojrzała na niego z niedowierzaniem. 
- Dobrze słyszałaś. Odpowiedz na moje pytanie! 

108

RS

background image

 

 

- Nie przekazano ci mojej wiadomości? 
-  Owszem,  dostałem  wiadomość.  No  i  co  z  tego?  Powinnaś 

sama ze mną porozmawiać przed wyjazdem. 

Jessy zaczynała tracić cierpliwość. 
- Dobrze, masz rację. Chciałam ci o tym powiedzieć 
w  czwartek  wieczorem.  Tylko  ty  nie  byłeś  nawet  łaskaw 

pojawić się domu. 

- Zostawiłem wiadomość. 
-  Tak?  Ja też.  Tylko,  w  odróżnieniu  od  ciebie, ja  nie miałam 

innego wyjścia, bo kobieta w twoim biurze dała mi wyraźnie do 
zrozumienia, że nie życzysz sobie, by  ci przeszkadzano. To nie 
moja wina, że nie oddzwoniłeś. 

- Kiedy wiadomość do mnie dotarła, ciebie już nie było. 
- I co z tego? Zachowałam się dokładnie tak jak ty. 
- Nie rozumiem? 
- Szkoda. W każdym razie ja próbowałam. Ty zaś ostatnio w 

żadnej sprawie się ze mną nie konsultujesz. 

- To co innego - wycedził Shane przez zaciśnięte zęby. 
- Czyżby? A dlaczego? 
- Wzięłaś ze sobą moją córkę. 
-  Shane,  nie żartuj.  Nie  wykorzystuj  córki  jako  pretekstu.  To 

nie ma nic wspólnego z nią i dobrze o tym wiesz. Po prostu nie 
możesz znieść faktu, że nie ty wszystkimi rządzisz. 

- Co ty wygadujesz! 
-  A  właśnie  że  tak!  -  Jessy  wzięła  głęboki,  uspokajający 

oddech. - Choć wiem, że nie o to naprawdę chodzi. 

- Naprawdę? A o co? 
- Myślę, że spędziłeś długi, samotny weekend... 
- Na miłość boską! 
- A co więcej, wydaje mi się, że za mną tęskniłeś, a jesteś zbyt 

uparty, by się do tego przyznać! 

Dopiero wtedy, kiedy usłyszała własne słowa, zrozumiała, co 

się  stało.  W  głębi  serca  przekonana  była  jednak,  że  ma  rację. 
Upewniła ją w tym zresztą reakcja Shane'a. 

109

RS

background image

 

 

- Mylisz się - stwierdził po prostu. 
- Naprawdę? Udowodnij, że nie mam racji. 
- Jak? - spytał ostrożnie. 
-  Powiedz  mi,  że  w  odróżnieniu  ode  mnie  wcale  tego  nie 

chcesz. 

Zanim  się  zorientował,  chwyciła  go  za  koszulę,  przyciągnęła 

do siebie i pocałowała. 

Przez  chwilę  bała  się,  że  popełniła  błąd.  Ale  tylko  przez 

chwilę. 

Shane jęknął i przywarł do niej całym sobą. 
-  Masz  rację  -  szepnął  jej  do  ucha.  -  Tęskniłem  za  tobą  i  to 

bardzo. 

- Ja też. 
- Bez ciebie było tu jak w grobie. 
Wciąż  objęci,  nie  przerywając  pocałunku,  przenieśli  się  na 

kanapę. 

Kiedy w końcu Shane otworzył oczy i spojrzał na wtuloną w 

niego  Jessy,  zrozumiał,  że  nie  może  się  już  dłużej  oszukiwać. 
Kocha  ją.  Choć  to  pewnie  nierozsądne,  kocha  ją  i  nie  chce  już 
temu zaprzeczać. 

Owszem,  próbował.  Wbrew  sobie.  Po  zdradzie  Marissy 

zamknął  się  przed  światem.  Dopiero  Jessy  przebudziła  go  do 

życia 

Musi  powiedzieć  jej  prawdę.  Jess  ma  prawo  wiedzieć 

wszystko.  Bo  bez  zaufania  nie  może  być  mowy  o  miłości. 
Przeczesał ręką włosy i poczuł, że drży mu ręka. 

- Jess? 
- Hm? 
- Musimy porozmawiać. 
-  Dobrze,  ale  jeśli  chcesz  dyskutować  o  tym,  co 

powiedziałam, to nie mam zamiaru zmienić zdania. Kocham cię, 
Shane. 

-  Nie,  zaczekaj.  Najpierw  wysłuchaj  tego,  co  chcę  ci 

powiedzieć. 

110

RS

background image

 

 

Jessy  kiwnęła  głową  i  wstała  z  kanapy.  Shane  też  wstał, 

wygładził  ubranie  i  przez  chwilę  zastanawiał  się,  od  czego 
zacząć. Wiedział jednak, że musi powiedzieć jej wszystko. 

-  Kiedy  żeniłem  się  z  Marissą,  myślałem,  że  będziemy 

szczęśliwi,  tak  jak  moi  rodzice.  Sądziłem,  że  będziemy 
kochankami,  przyjaciółmi,  partnerami.  I  święcie  wierzyłem,  że 
to  będzie  łatwe.  Ale  nie  było.  Cechy,  które  w  narzeczeństwie 
bardzo  mi  się  u  Marissy  podobały  -  jej  zależność  ode  mnie, 
uległość, to że zawsze spodziewa się, iż to ja podejmę decyzję - 
gwałtownie  przestały  tracić  swój  urok.  Najgorszy  był  ten  rok, 
kiedy urodziła się Chloe. 

Shane nagle zamilkł i przystanął na środku pokoju. 
Bał  się  tego,  co  za  chwilę  nastąpi.  Jessy  zawsze  patrzyła  na 

niego  przez  różowe  okulary.  Głupio  mu  było  się  przyznać,  że 
okazał się idiotą. Nie mógł jednak tego uniknąć. 

- Firma zaczynała się rozwijać i musiałem dużo podróżować. 

Marissa tego nie znosiła. W ogóle nie cierpiała wszystkiego, co 
odrywało  moją  uwagę  od  niej.  Kiedy  zaś  byliśmy  razem,  albo 
się  awanturowała,  albo  płakała.  I  nagle,  kiedy  już  zaczynałem 
myśleć,  że  nam  się  nie  udało,  wszystko  się  zmieniło.  Prawie  z 
dnia  na  dzień  Marissa  wydoroślała  i  zrozumiała,  że  nie  mogę 
być z nią bez przerwy.  Tak się ucieszyłem, że  w ogóle mnie to 
nie zastanowiło. 

Ku  własnemu  zdziwieniu  miał  wrażenie,  że  mówi  o  kimś 

obcym. 

- Choć nadal sporo wyjeżdżałem, mieliśmy kilka spokojnych, 

szczęśliwych  miesięcy,  więc  kiedy  mi  powiedziała,  że  jest  w 
ciąży,  byłem  zachwycony.  W  końcu  wszystko  zaczęło  się 
dobrze  układać.  Dzień  narodzin  Chloe  był  najszczęśliwszym 
dniem mojego życia. Byliśmy prawdziwą rodziną. 

A potem zdarzył się ten wypadek. Nie mogłem w to uwierzyć. 

Cały mój świat legł w gruzach. Musiałem jednak żyć dalej - dla 
Chloe.  I  wszystko  jakoś  szło.  Dopóki  tydzień  przed  swoimi 
urodzinami  Chloe  się  nie  przeziębiła.  Nic  poważnego,  zwykły 

111

RS

background image

 

 

katar. Ale po stracie Marissy byłem przewrażliwiony i zabrałem 
ją do pediatry. Kiedy czekałem w jego gabinecie, z nudów 

rzuciłem  okiem  na  przygotowaną  już  kartę  małej.  Jedna 

rubryka  była  dla  mnie  zaskakująca  -  z  grupą  krwi.  Wynikało  z 
niej, że Chloe ma grupę A. Wiedziałem, że to pomyłka, bo oboje 
z  Marissą  mieliśmy  grupę  O.  Kiedy  przyszedł  lekarz,  zrobiłem 
awanturę.  Zażądałem  powtórnego  badania.  Myślałem,  że  serce 
mi  pęknie.  Potem  były  jeszcze  testy  DNA.  Wtedy  już  nie 
miałem wątpliwości. 

-  O,  Shane.  -  Jessy  szybko  podeszła  do  niego  i  położyła  mu 

rękę na ramieniu. - Tak mi przykro. Biedny mój. 

Shane odsunął się od niej i znów patrzył w ciemność. 
-  Masz  rację.  To  było  straszne.  Jakoś  jednak  doszedłem  do 

siebie.  Zapłaciłem  jednak  za  to  straszną  cenę.  Bo  choć 
wiedziałem,  że  Chloe  w  żaden  sposób  nie  jest  odpowiedzialna 
za  czyny  swojej  matki,  za  każdym  razem,  kiedy  na  nią 
patrzyłem,  myślałem  o  zdradzie  Marissy.  I  choć  nadal  ją 
kochałem,  nie  pozwalałem  jej  się  do  siebie  zbliżać.  Sama 
powiedz,  Jessy,  czy  porządny  człowiek  może  w  ten  sposób 
traktować niewinne dziecko? 

-  Nie  oskarżaj  siebie,  Shane.  To  bardzo  ludzkie  uczucie. 

Zresztą  mimo  to  dawałeś  jej  wszystko,  czego  potrzebowała. 
Nieważne, z czyjej spermy powstała, Chloe jest twoją córką. 

-  Tak.  -  Shane  uśmiechnął  się  słabo.  -  Teraz  chyba  już  to 

wiem.  Patrząc  na  ciebie  z  nią,  widząc,  jak  ją  pokochałaś... 
zacząłem  się  zastanawiać.  A  potem  w  ten  weekend,  kiedy 
wyjechałyście,  bardzo  za  nią  tęskniłem.  Uświadomiłem  sobie, 

że  tamto  wszystko  przestało  być  dla  mnie  ważne.  Chloe  to  po 
prostu... Chloe. Moja córka. 

Tym razem, kiedy Jessy zarzuciła mu ręce na szyję, nie cofnął 

się. 

- Tak się cieszę. Tak bardzo się cieszę! Przez chwilę stali tak 

przytuleni i milczeli. 

112

RS

background image

 

 

-  Rozumiem  teraz,  czemu  tak  bardzo  boisz  się  trwałych 

związków - powiedziała w końcu Jessy - i wiem... 

- Nic nie mów. - Shane położył palec na jej ustach.  
- To jeszcze nie wszystko. 
- Tak? 
- Nie chcę, żebyś się wyprowadzała. Nigdy. Chloe cię kocha i 

potrzebuje matki. I ja cię potrzebuję. Na zawsze. 

- Proszę cię, Shane, nie musisz... 
- Kocham cię, Jess. Część mnie kochała cię już wtedy, kiedy 

jeszcze byłaś małą dziewczynką. Teraz kocham cię całym sobą. 
Wiem, że nie będzie to łatwe, ale chcę, byśmy byli razem. 

- Ja też cię kocham. 
A potem wszelkie słowa były już zbędne. 
 

 

113

RS


Document Outline