background image

CAROLINE CROSS

Dziecko zamieci

(The baby blizzard)

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Jasnobłękitny   cadillac,   za   którym   Jack   jechał   od  kilku   godzin,   wpadł   na   zaśnieżonej 

szosie w straszny poślizg. Ranczer zauważył auto, gdy minęło go na autostradzie na północ 
od Casper. 

Trudno uwierzyć, lecz Jack nudził się za kierownicą, choć za oknami jego półciężarówki 

szalała taka śnieżna zawieja, że samochód z trudem opierał się uderzeniom wiatru. Kierowcę 
nużyła   szarość   nieba,   niezwykła   o   tej   porze   roku,   umiarkowana   temperatura   powietrza   i 
jednostajna,  równinna  pustka  po  obu stronach  szosy.  Był  wyjątkowo  ponury,   styczniowy 
dzień. 

Wszystko   razem   dopełniało   złego   nastroju,   w   który   Jack   popadł,   gdy   w   kancelarii 

adwokata ujrzał Jareda i Elise. Chcąc oderwać uwagę od niewesołych myśli, rzucił okiem na 
cadillaca. 

W tej samej chwili silny podmuch wiatru zaatakował ciężarówkę i Jack musiał mocno 

chwycić za kierownicę, by utrzymać się na szosie. Co z tego, że błękitny wóz prowadziła 
kobieta? Czy to wystarczający powód, by tak silnie przeżyć pozbawioną znaczenia wymianę 
spojrzeń?

Nie była nawet specjalnie ładna. Fascynowały go tylko te wspaniałe włosy w kolorze 

grzywy jego ulubionej gniadej klaczy i pełne, soczyste wargi, budzące grzeszne myśli. 

Ale ładna nie była. Może z wyjątkiem momentów, w których. .. się uśmiechała. 
Obdarzyła   go   zagadkowym   uśmiechem,   gdy   przejeżdżał   obok   stacji   benzynowej   w 

Kaycee.  Tam się zatrzymała,  by zatankować  paliwo. Na myśl  o tym  Jack zacisnął  zęby. 
Musiała źle zrozumieć to, że wówczas zwolnił. Pewnie sądziła, iż zapragnął na nią popatrzeć. 
W rzeczywistości zrobił to ze względu na pogodę, bo właśnie zaczął sypać śnieg. 

Teraz   przymrużył   oczy,   chcąc   przebić   wzrokiem   zadymkę.   Niechętnie,   ale   musiał 

przyznać, że choć tam, na stacji, widok trochę mu przesłaniały otwarte drzwi cadillaca, to, co 
zobaczył,   i   tak   mocno   go   poruszyło.   Musiałby   być   ślepy,   żeby   nie   spostrzec   długich, 
zgrabnych nóg, kształtnych ramion, prowokacyjnych warg, mocno zarysowanego podbródka, 
inteligentnych ciemnych oczu. Tylko ktoś wyjątkowo tępy, obserwując, jak facet z obsługi 
stacji skakał wokół tej dziewczyny, nie doszedłby do wniosku, że również to, co zasłaniał 
samochód, było w niej bardzo pociągające. 

No więc dobrze, jak na niezbyt  ładną kobietę,  z tym  swoim uśmiechem  i lśniącymi, 

powiewającymi na wietrze włosami była stworzeniem, na które warto popatrzeć. Jack nie 
przywiązywał wagi do tych spostrzeżeń. 

Jared i Elise nauczyli go obojętności. Po tym, co dzięki nim przeżył, niewiele już go 

poruszało.   Pozbawili   go   idealistycznych   złudzeń,   dziecięcej   ufności   wobec   świata, 
niemądrych nadziei i marzeń. 

Może  dlatego   tak  wstrząsnęło   nim  odkrycie,  że  po  szoku, którego  doświadczył,  jego 

libido jeszcze nie zamarło. Przez trzy lata, które upłynęły od chwili, gdy w sali sądowej 
dowiedział   się,   jak   wielkim   był   głupcem,   właściwie   nie   miał   żadnego   życia   osobistego. 

background image

Wykreślił ze swojego słownika wyrazy „pragnąć” i „potrzebować”. 

Tak było do dzisiaj. 
Jack   parsknął,   niezadowolony   z   siebie.   Nie   pojmował,   co   się   z   nim   dzieje.   Przecież 

istniała   różnica   między   pożądaniem   odczuwanym   wobec   kobiety,   której   chciałoby   się 
dotknąć,  a fantazjami  snutymi  na temat  kogoś  obcego.  Irytowało  go, że  sam przed  sobą 
musiał przyznać, iż ta dziewczyna wywarła na nim wrażenie. 

Zaczął się nawet zastanawiać, czy jej włosy mają naturalny kolor, a pełne usta smakują 

jak wiśnie czy też jak słodkie, dojrzałe jagody. I jak by się czuł, mając te długie, wspaniałe 
nogi owinięte ciasno wokół siebie? A także nad tym, czy ona ma zwyczaj uśmiechać się do 
każdego mężczyzny?

Co za głupota. Od samych tych myśli robiło się gorąco. Tym bardziej że zajmowało go 

wiele innych kwestii. 

Na przykład: dokąd się właściwie ta dziewczyna wybiera? Kiedy z Buffalo skierowała się 

na północ, sądził, że zmierza do Gillette. Potem uznał, iż musi mieć rodzinę albo przyjaciół w 
małym miasteczku Gweneth, ale minęła zjazd z autostrady. Jechał za nią, gdy zwolniła, by 
skręcić na trasę numer dziewięć do Johnson County. 

Wtedy pomyślał, że albo zabłądziła, albo zwariowała, a może stało się jedno i drugie. Bo 

poza Double D, które minęli jakieś dwadzieścia minut temu – jeśli nie liczyć jego posiadłości 
–   w   promieniu   pięćdziesięciu   kilometrów   nie   było   żadnego   rancza.   A   przecież   dobrze 
wiedział,   że   nie   jechała,   by   się   z   nim   zobaczyć.   Poza   ludźmi,   którzy   przyjeżdżali   tu   w 
interesach, nikt go nie odwiedzał. Tak było od chwili, gdy oddał syna. 

Przeniknął go znajomy ból. Z całą bezwzględnością zmusił się, by o tym nie myśleć. To 

już skończone, powiedział sobie i właśnie w tym momencie cadillac wpadł w poślizg. 

Jack przyglądał się z niedowierzaniem, jak auto wykonało obrót o trzysta sześćdziesiąt 

stopni i zniknęło z pola widzenia, niby wchłonięte przez czarną dziurę. 

Natychmiast zwolnił. Nie było sensu jechać dalej. Jared by tak nie postąpił, ale on sam 

zawsze zachowywał się jak harcerz, gorzko pomyślał Jack, wspominając dzisiejszy dzień w 
Casper. Ciężko wyzbyć się starych nawyków. 

Nie zamierzał  się nad tym  zastanawiać.  Skończone. Nieodwołalnie  został  sam. Teraz 

chciał się tylko upewnić, czy kierującej cadillakiem kobiecie nic się nie stało. Ogarnęła go 
konsternacja. Do licha, a więc ją pozna. Przestań się podniecać, Sheridan, skarcił się w duchu, 
nie umiesz nawet normalnie się cieszyć rozgrzewającymi krew w żyłach fantazjami. 

Jeszcze sekunda i pozbył się niesfornych myśli. Nie chodziło teraz o niego. Ktoś inny 

znalazł się w tarapatach i potrzebował pomocy. W najlepszym razie ta kobieta musiała być 
potłuczona. Przeżyła pewnie wstrząs. W najgorszym... 

Jack odpędził niedobre przeczucia. Już i tak źle się stało, że zainteresował się nią jako 

mężczyzna.   Niezależnie   od   tego,   co   się   wydarzyło,   nie   powinien   wykazywać   troski 
zdradzającej osobisty stosunek do całej sprawy. Wystarczy, jeśli udzieli jej pomocy, na jaką 
zwykle w takich sytuacjach liczą poszkodowani, i to wszystko. 

Uważnie obserwując drogę po lewej stronie, zatrzymał ciężarówkę i rozejrzał się dokoła. 

Nic nie było widać. W blasku długich świateł wirowały tylko płatki śniegu. Zaciągnął ręczny 

background image

hamulec, zmienił światła na krótkie i przymknął oczy, by odpoczęły na moment od naporu 
białego pyłu. Po chwili uniósł powieki i dostrzegł w oddali migotanie czerwieni. Odetchnął z 
ulgą, uświadamiając sobie, że to muszą być tylne światła cadillaca. Widział już teraz zarys 
przechylonego   auta,   prawym   bokiem   tkwiącego   w   rowie.   Śnieg   niesiony   wiatrem   zaczął 
właśnie zasypywać jego maskę. Błękit lakieru odcinał się jednak od szarości krajobrazu. 

Jack   poczuł   ucisk   w   sercu.   Jeszcze   kilka   minut   i   w   szybko   zapadającym   zmierzchu 

niczego by nie zauważył. Ponownie włączył długie światła, wyciągnął linkę i latarkę. Zapiął 
podbitą kożuchem kurtkę, postawił kołnierz i mocniej wcisnął stetsona na głowę. Po chwili 
namysłu postanowił nie gasić silnika, by nie wyziębić wnętrza samochodu. Wziął ze sobą 
latarkę i wyskoczył z ciężarówki w zamieć. 

Nie   wpadłam   w   panikę,   powtarzała   sobie   Tess   Danielson.   No   cóż,   zdarzył   się   mały 

wypadek   na   pustej,   wyludnionej   szosie   w   miejscu,   gdzie   diabeł   mówi   dobranoc,   przy 
pogodzie, która wygląda na burzę śnieżną. Próbowała przekonywać samą siebie, że sytuacja 
nie jest beznadziejna i nie ma się czego bać. Choć z drugiej strony wiedziała, iż z pewnością 
by jej ulżyło, gdyby... wrzasnęła w tej chwili ze strachu. 

Na myśl o tym uśmiechnęła się słabo. W momencie poślizgu bezwiednie wstrzymała 

oddech. Dopiero teraz zaczęła normalnie chwytać powietrze. Nie było tak źle, skoro ciągle 
dopisywało jej poczucie humoru. Słyszała, co prawda, opowieści o nieszczęśnikach, którym 
zdarzył   się   podczas   zamieci   wypadek   na   pustkowiach   Wyoming   i   których   znajdowano 
dopiero w czasie wiosennych roztopów, ale przecież to nie mogło dotyczyć jej samej. 

Nie dopuści do tego. Nie po to przez dwadzieścia dziewięć lat zwycięsko brała się za bary 

ze światem, by poddawać się w chwili, gdy zrozumiała, co naprawdę jest ważne i jak wielu 
rzeczy pragnie jeszcze doświadczyć. Nie zrobi tego przecież teraz, kiedy pojawił się w jej 
życiu   ktoś   całkowicie   od   niej   zależny.   Tu   skierowała   opiekuńcze   spojrzenie   na   swój 
zaokrąglony brzuch. 

Spróbowała   odpiąć   pas   i   z   przerażeniem   skonstatowała,   że   się   zablokował.   Niewiele 

brakowało, a zaczęłaby krzyczeć  z rozpaczy.  Jednak w ciągu sekundy opanowała  strach. 
Kiedy tylko samochód wytracił szybkość, wyłączyła silnik, choć to sprawiło, że temperatura 
we   wnętrzu   auta   natychmiast   się   obniżyła.   Zrobiło   się   zbyt   zimno,   by   ryzykować   utratę 
resztek   cennej   energii.   Lepiej   już   marznąć,   niż   zatruć   się   spalinami   z   zatkanej   czy 
uszkodzonej rury wydechowej, zdecydowała. 

Sięgnęła  po  leżącą  obok  obszerną  futrzaną   kurtkę  z  kapturem   i  otuliła  się   szczelnie, 

powtarzając   w   duchu,   by   nie   panikować.   Przecież   w   ciągu   najbliższych   paru   minut   nie 
zamarznie   na   śmierć.   W   najgorszym   razie   wyciągnie   z   torebki   nożyczki   od   paznokci   i 
przetnie pas. Jeśli w ogóle ma przy sobie nożyczki. 

Tess rezolutnie uniosła głowę i postanowiła się nie przejmować. W końcu ma jeszcze asa 

w rękawie. Przypomniała sobie postawnego kowboja, z którym przez ostatnich parę godzin 
bawiła się w samochodowego berka na szosie. Musiał być gdzieś w pobliżu, więc widział, co 
się stało. Pewnie zaraz pospieszy z pomocą. Chyba że serce ma równie twarde jak wyraz 
twarzy i zwyczajnie pojedzie sobie dalej. 

background image

Tess skarciła się za takie myśli. To Wyoming, a nie Nowy Jork czy Los Angeles. Tutaj 

ludzie interesują się sobą wzajemnie. Facet się zatrzyma. Co prawda wyglądał posępnie, a 
nawet odpychająco, lecz pewnie maskował tym nieśmiałość i wrodzoną rezerwę... 

– Proszę pani? – usłyszała nagle męski głos. 
Za szybą zalśniło światło latarki. Oślepiona Tess uniosła rękę, gdy ktoś bezceremonialnie 

otworzył drzwi cadillaca. 

– Wszystko w porządku? – zawołał nieznajomy, próbując przekrzyczeć wycie wiatru. 
Nawet   w   tych   warunkach   jego   głos   rozbrzmiewał   mocą   i   stanowczością.   Pasuje   do 

wyrazu jego twarzy, uznała Tess. Brak w nim rezerwy czy nieśmiałości. Ten mężczyzna miał 
w sobie coś przywódczego. W ogóle wspaniale się prezentował. Spod nasuniętego na czoło 
kapelusza spoglądały na Tess ciemne oczy. W świetle latarki widać było ostre rysy twarzy i 
władcze usta. Stojąc tak blisko, wydawał się jeszcze bardziej odpychający niż wówczas, gdy 
obserwowała go z pewnej odległości. 

– Czy jest pani ranna?
Nieważne,   jak   wyglądał.   Tess   i   tak   była   szczęśliwa,   że   się   pojawił.   Poczuła   tak 

gwałtowną ulgę, że łzy zakręciły się jej w oczach i nie mogła wykrztusić słowa. Przełknęła 
ślinę,   podejrzewając,   że   temu   groźnie   wyglądającemu   człowiekowi   nie   spodobałoby   się 
pewnie, gdyby zatonęła teraz we łzach, a naprawdę niewiele brakowało, by się rozpłakała. 

Jeszcze raz przełknęła ślinę i spróbowała zdobyć się na dowcip. 
– Sporo czasu to panu zabrało. 
– Co takiego? – Jack drgnął, słysząc takie powitanie. Tess uznała, że jej wybawca nie 

grzeszy poczuciem humoru. 

– Nic mi nie jest – powiedziała głośno. 
– Na pewno?
Tess czuła ćmiący ból w plecach, ale że w skali od jednego do dziesięciu dałaby mu za 

intensywność dwa punkty, więc postanowiła go zignorować. 

– Tak – potwierdziła. 
– To dobrze. 
W głosie nieznajomego zadźwięczała ulga, choć nie złagodziła ona wyrazu jego twarzy. 
– Proszę mi podać rękę i wyjść z samochodu. Zawieja wzmaga się z każdą minutą. 
– Pas się zaciął. Nie mogę go rozpiąć. 
Jack spojrzał na figurę okrytej  kurtką dziewczyny.  Wsadził latarkę za pasek spodni i 

pochylił  się nad nią. Nawet przez grubą kurtkę Tess poczuła twardość i ciepło męskiego 
ramienia dotykającego jej brzucha. 

– Co to... ? Co to jest? – spytał zaskoczony. 
– O co panu chodzi?
– O tę bryłę – rzekł, wskazując na wypukłość kurtki. Spojrzała nań z niedowierzaniem. 
– To nie żadna bryła, tylko mój brzuch. Jestem w ciąży – wyjaśniła, ciągle czując na 

sobie ciężar jego ramienia. 

Spojrzał na nią przeciągle, cofnął rękę i wyprostował się. 
– Do licha – powiedział, odwracając wzrok. – To ci dopiero. 

background image

Słowa niesione przez wiatr nie dotarły do uszu Tess. 
– Co pan mówi? – zapytała. 
Przez chwilę się nie odzywał, zaciskając usta w jeszcze węższą linię. 
– Nieważne – mruknął. 
Schylił się, by ponownie sięgnąć do zapięcia pasa. Tym razem udało się je odblokować. 
– No, niech pani wychodzi – burknął, prostując się z pewnym trudem. 
– Ale samochód... – zaczęła, nie ruszając się z miejsca. 
– Nigdzie nie ucieknie. Ani teraz, ani potem. Nawet jeślibym go stąd wyciągnął, droga 

jest  zbyt  oblodzona,   by  holować  auto.   Nie  wiem,   czy  pani   zauważyła,  że   robi  się  coraz 
ciemniej. 

Tess rozejrzała się zdziwiona. Rzeczywiście. Miał rację. To niesamowite, lecz była tak 

pochłonięta swoim wybawcą, iż zapomniała o pogodzie, która pogarszała się z minuty na 
minutę. 

– Nawet nie wiem, jak pan się nazywa – rzekła z wahaniem. 
–   Och,   dajmy   spo...   –   W   oczach   mężczyzny   pojawiła   się   irytacja,   lecz   szybko   się 

opanował. – Jack – powiedział obojętnym tonem. – Nazywam się Jack Sheridan. Teraz w 
porządku?

– A ja Tess... 
– Świetnie. Więc słuchaj, Tess. Musimy natychmiast dostać się do mojej ciężarówki. Póki 

to jeszcze możliwe. 

Oczywiście   znowu   miał   rację.   Tess   była   zła   na   siebie,   że   tak   głupio   się   zachowuje. 

Wysuwając nogi z wozu, zastanawiała się, dlaczego czuje przymus sprzeciwiania się temu 
człowiekowi. Odpowiedź pojawiła się sama, gdy tylko spróbowała wysiąść z auta. Jack bez 
uprzedzenia   pochylił   się,   chwycił   ją   za   łokcie   i   wyciągnął   na   zewnątrz.   Potem   kilkoma 
zdecydowanymi ruchami ubrał Tess w kurtkę i zaciągnął suwak. Sięgnął do cadillaca, wyjął 
kluczyki ze stacyjki, znalazł torebkę i torbę podróżną. 

– Proszę – rzekł, wręczając Tess dwa pierwsze przedmioty. – Schowaj kluczyki i zawieś 

torebkę na szyi, tak żebyś miała wolne ręce. 

Tess   wreszcie   zrozumiała,   o   co   chodzi.   Nigdy   nie   czuła   się   dobrze   w   towarzystwie 

autorytatywnych osób, a ten facet był nawet więcej niż autorytatywny. To jakiś autokrata. 

W chwilę później doceniła jednak Jacka. Gdy uderzenie wiatru o mało nie zwaliło jej z 

nóg, ten mężczyzna natychmiast ją podtrzymał  i przyciągnął do siebie, osłaniając szeroką 
piersią od podmuchów. 

– Dobrze się czujesz? – zapytał. 
Skinęła   głową,   zaskoczona   bliskością   jego   twarzy.   Była   wysoką   kobietą   i   nieczęsto 

zdarzało się, by ktoś spoglądał na nią z góry. Przez moment na siebie patrzyli. Oczy Jacka 
miały niezwykły kolor... 

– Co, u licha, myślał sobie twój mąż, puszczając cię w tym stanie samą w taką pogodę? – 

rzucił z przyganą w głosie. 

Nie   brzmiało   to   jak   pytanie,   lecz   Tess   z   jakichś   przyczyn   zapragnęła   jednak 

odpowiedzieć. 

background image

– Nie jestem zamężna – wyjaśniła, nie dodając, iż nawet gdyby była, nie dopuściłaby do 

tego, by ktokolwiek miał dawać jej jakieś pozwolenia. 

–   Nieważne   –   usłyszała,   rozpoznając   w   tonie   głosu   mężczyzny   ślad   zaskoczenia   i 

zakłopotania. – Mam tu linkę, która doprowadzi nas do ciężarówki – powiedział, szybko się 
opanowując. – Wystarczy,  jeśli będziesz się trzymać  blisko mnie, a unikniemy kłopotów. 
Kiedy się odwrócę, chciałbym,  żebyś  wsunęła ręce pod moją kurtkę i chwyciła za pasek. 
Trzymaj się mocno. Zrozumiałaś?

Tess nie trzeba było powtarzać tego dwa razy. Śnieg zasypywał jej twarz i wyciskał łzy z 

oczu, a przejmujący chłód tamował oddech. 

– Tak. 
– To dobrze – uznał, lustrując jej twarz wzrokiem. 
Odwrócił się i podniósł torbę podróżną, jakby nic nie ważyła. Odczekał chwilę, by Tess 

pod jego grubą kurtką znalazła pasek. Gdy w poszukiwaniach dogodnego uchwytu przesunęła 
mu dłońmi po biodrach i plecach, Jacka ogarnęła fala gorąca. Wreszcie Tess stanęła tuż za 
nim i zacisnęła palce na rzemieniu. 

Jack ruszył do przodu, dostosowując tempo do możliwości ciężarnej. Tess szła po jego 

śladach, brnąc przez zaspy i grudy ziemi. 

Choć marsz nie trwał dłużej niż kilka minut, Tess zdawało się, iż minęły wieki, odkąd 

ruszyli.   Zawsze   bardzo   sprawna,   od   kilku   miesięcy,   gdy   wyraźnie   przesunął   się   środek 
ciężkości jej ciała, poruszała się z większym trudem. Teraz, zacisnąwszy zęby, denerwowała 
się własną nieporadnością i rym, że co chwila potyka się i ślizga. Kilka razy tylko dzięki 
Jackowi utrzymała równowagę. Nim dotarli do ciężarówki, czuła w płucach ogień, ból pleców 
osiągnął natężenie sześciu punktów w dziesięciostopniowej skali, a twarz zmarzła na sopel. 

– Wszystko w porządku? – spytał Jack, wrzucając do ciężarówki torbę Tess. 
– Tak – skłamała, opierając się o samochód. 
Ledwie mogła oddychać, ale w myślach przepraszała kowboja za całą niechęć, którą go 

obdarzyła. 

– To dobrze. 
Po   drodze   musiał   gdzieś   zgubić   kapelusz.   Bez   niego   wyglądał   znacznie   młodziej.   Z 

gęstymi,   ciemnymi   włosami,   które   rozwiewał   wiatr,   przypominał   chłopca.   Z   jakichś 
nieokreślonych powodów przyciągało to uwagę Tess. Zanim zrozumiała, dlaczego tak się 
dzieje, zbliżył się do niej i otrzepał śnieg z jej głowy i ramion, a potem uniósł ją i umieścił w 
kabinie   ciężarówki.   Oczyścił   jej   buty   ze   śniegu,   ściągnął   z   nóg   i   rzucił   obok   siedzenia. 
Schował linkę i latarkę, otrzepał własne obuwie, zdjął rękawice, zrzucił kurtkę i usiadł za 
kierownicą. 

– Zwijamy się – oznajmił. 
Tess odsunęła się, by zrobić mu więcej miejsca, i mocno przylgnęła do siedzenia, chcąc 

zmniejszyć ból w plecach. W porównaniu z tym, co działo się za szybą, w samochodzie było 
zacisznie i ciepło, lecz ciałem Tess wstrząsały dreszcze. Drżała, szczękając zębami. 

Coś w rodzaju współczucia zamigotało w oczach Jacka. Zwiększył ogrzewanie i otulił 

Tess własną kurtką. 

background image

– Teraz lepiej? – zapytał. 
Skinęła głową, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa. 
Wydawało   się,   że   jej   milczenie   odpowiada   temu   mężczyźnie.   Z   właściwym   sobie 

pochmurnym   wyrazem   twarzy   zapiął   pasy,   zwolnił   hamulec   i   włączył   silnik.   Samochód 
potoczył się do przodu. 

Tess szczelniej okryła się kurtką. Chowając twarz w barankowy kołnierz, poczuła znany 

od dzieciństwa zapach koni i wilgotnej skóry. Usadowiła się wygodnie i przymknęła oczy. 
Nie była pewna, ile czasu minęło, nim poczuła się wreszcie jak człowiek. Wyprostowała nogi, 
z przyjemnością wystawiając stopy na powiew ciepłego powietrza. Spróbowała znaleźć taką 
pozycję, by zmniejszyć nieustający ból krzyża. 

Spod rzęs  obserwowała  towarzysza  podróży,  przyznając  w  duchu, że czuje się  nieco 

onieśmielona   jego   milczeniem.   Zaskoczyła   ją   jej   własna   reakcja   na   zachowanie   Jacka. 
Przecież wychowała się wśród kowbojów i wiedziała, że bywają małomówni. 

Jack   wyglądał   na   pogrążonego   w   ponurych   myślach,   na   co   wskazywał   daleki   od 

łagodności wyraz twarzy. Ten mężczyzna sprawiał wrażenie kogoś, kto zachowuje dystans 
wobec ludzi nie dlatego, że lubi samotność, lecz iż nikomu nie ufa. 

A jednak... pospieszył jej na ratunek. I mimo całej szorstkości w zachowaniu obchodził 

się z nią bardzo delikatnie, otaczając troskliwą opieką. Ale jakie to miało znaczenie? Wkrótce 
każde z nich pójdzie w swoją stronę i nigdy więcej sienie zobaczą... 

– Czy nikt ci nie mówił, że to nieładnie tak się komuś przyglądać? – spytał nagle Jack. 
Tess otworzyła szeroko oczy. Nie miała zamiaru przyznać, że ten człowiek ją onieśmiela, 

ani dać się sprowokować do gwałtowniejszej reakcji. 

– Masz rację – rzekła spokojnie. – Przepraszam. 
– Co tu właściwie robisz?
– Jechałam odwiedzić babcię – wyjaśniła, nieco zaskoczona obcesowym pytaniem. 
– Ach! I po drodze zabłądziłaś. – W głosie Jacka zabrzmiała nutka ironii. 
– Nie, tylko przeoczyłam zakręt. 
– Właśnie – zauważył tym samym tonem. – Nie przypuszczam, by przyszło ci na myśl, że 

gdy zacznie sypać śniegiem, możesz sobie nie dać rady. 

– Wychowałam się tutaj i wiem, co to zadymka – wyjaśniła spokojnie. 
– Nie zwiedziesz mnie. 
– Prawdę mówiąc, jedynym powodem moich kłopotów było to, że zwolniłam, chcąc, byś 

mnie wyprzedził, bo zamierzałam zawrócić. 

– Bo zabłądziłaś – poprawił. 
Jeśli zamierzał ją zirytować, to nieźle mu szło. 
– A ty?
– Co ja?
– Rozumiem, że ty zazwyczaj jeździsz właśnie podczas zamieci. 
Jack nie zmienił swojego granitowego wyrazu twarzy. 
– Do licha, ja mam zimowe opony, napęd na cztery koła i wiem, co robię, a poza tym 

czekają mnie obowiązki. Jeśli nie wrócę do domu, nikt nie nakarmi koni. 

background image

– Gdzie mieszkasz? – spytała Tess, bo nie pamiętała kogoś takiego jak Jack Sheridan z 

czasów, gdy była nastolatką. 

– Na ranczu Cross Creek. Będziemy tam za parę minut. Tess nie ukrywała zdziwienia. 
– Och, ale... 
– Słuchaj – przerwał jej Jack. – Też nie jestem zachwycony,  że cię tam wiozę, lecz 

musimy uciec przed śnieżną nawałnicą i gdzieś się schronić, a mój dom jest najbliżej. 

– Skończyłeś? – upewniła się Tess po chwili ciszy. 
– Tak – odparł, zaciskając szczęki. 
– To dobrze. Nie mam nic przeciwko jeździe do ciebie. To miło, że mnie zapraszasz, 

naprawdę doceniam tę uprzejmość i w ogóle wszystko, co dla mnie zrobiłeś. 

– Ale... ? – zapytał Jack, uważnie wpatrując się w drogę, na której, gdy ostrożnie skręcał 

w lewo, mignęła nazwa rancza, umieszczona na wysokiej drewnianej bramie. 

– W czasach gdy tu mieszkałam, ta posiadłość należała do rodziny Langstonów. 
Jack rzucił na Tess krótkie spojrzenie, gdy jechali wewnętrzną drogą między pastwiskami 

dla bydła. Za szybą w śniegu nie było widać niczego poza kilkoma drzewami i pagórkami 
rysującymi się na horyzoncie. 

– Naprawdę mieszkałaś w tej okolicy? – spytał, zwalniając. 
– Tak. Na farmie Double D. Mary Danielson to moja babcia. Nie wiem, jak przeoczyłam 

ten zakręt. 

Jack milczał. 
– Może nie spojrzałaś we właściwą stronę – zauważył. Tess czekała, aż powie coś więcej, 

lecz gdy tego nie zrobił, westchnęła. 

– Mógłbyś to jakoś wyjaśnić?
– Parę lat temu twoja babcia wytyczyła nową drogę. To musiało być zaraz po tym, gdy 

kupiłem ranczo od Langstonów, a więc siedem lat temu. Nieładnie, że tak rzadko bywasz w 
domu. 

– Nie sądzisz, że to nie twoja sprawa?
– Tak? Trochę moja, skoro do mnie trafiłaś. 
– Wierz mi, że jak tylko minie zadymka, ktoś z Double D po mnie przyjedzie. 
–   Trzy   dni   temu   twoja   babcia   wyjechała   na   dłuższe   wakacje.   –   Jack   obrzucił 

współpasażerkę   przeciągłym   spojrzeniem.   –   To   jedna   z   tych   spraw,   o   których   powinnaś 
wiedzieć, gdybyś utrzymywała kontakt z domem lub gdyby cię tu zaproszono. 

Tess  przygryzła  drżącą  wargę. Nie miała  zamiaru  się usprawiedliwiać.  Wyjaśniać,  że 

pisała i dzwoniła, uprzedzając o przyjeździe, albo opowiadać, iż wyjazd babki stanowił jej 
zemstę  za  to,  że  dziesięć  lat  temu   Tess  samowolnie   opuściła   dom.   Takie  informacje   nie 
należały się obcym, źle wychowanym mężczyznom, żeby nie wiem jak ją onieśmielali. 

A poza tym miała teraz znacznie poważniejszy problem. 
– Do licha – zaklął Jack. 
– Co się stało?
– Wysiadł prąd. 
Tess   podążyła   za   jego  wzrokiem   i   dostrzegła   zarysy   podwórka.   Na   werandzie   domu 

background image

warowały dwa psy, ale wszystko tonęło w ciemnościach. W rozległych stajniach, stodole i w 
piętrowym domu, który z czasów dzieciństwa pamiętała jako bardzo ładny, nie widać było 
żadnego światła. 

Tess zmartwiała, uświadamiając sobie, że nie jest w mieście. Tutaj przy awarii prądu nie 

działały telefony. Wzięła głęboki oddech. 

– Jack? 
– Co?
– Masz żonę?
– Już nie – odparł, patrząc przed siebie. – A co? Szukasz pracy?
– Nie. – Tess potrząsnęła głową i zacisnęła palce z bólu, który teraz objął już całe ciało. 

Jęknęła bezwiednie, nie mogąc się opanować. 

– Będę rodzić. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

– Nie – rzucił Jack bez zastanowienia. – To niemożliwe – powtórzył, spoglądając na Tess. 
– Co?
Wielkie, aksamitne oczy Tess wyrażały zdumienie. 
– Nie możesz urodzić dziecka. Tutaj! Teraz! Ze mną!
Przez sekundę nie odrywała wzroku od Jacka. Potem osłoniła dłońmi wypukły brzuch i 

spojrzała w ciemność. Za szybą szalała zamieć. 

– Dobrze – powiedziała. 
Tego się nie spodziewał. Chciał dalej przytaczać jakieś argumenty, w tej sytuacji jednak 

powstrzymał się od zbędnych słów. 

– Świetnie – rzekł, zdając sobie sprawę, że zachował się niewłaściwie. 
Postanowił się tym  nie przejmować.  Lepiej, by Tess nie domyśliła  się, jaki niepokój 

wzbudziło w nim to, co usłyszał. 

–   Dziękuję   za   okrycie   –   powiedziała,   oddając   mu   kurtkę.   Otworzyła   drzwi   kabiny   i 

wysiadła z samochodu. 

– Dokąd masz zamiar iść? – zawołał Jack. 
– Do domu. Musi tam być ktoś, kto mi pomoże – odrzekła i trzasnęła drzwiami. 
Jack zaniemówił z wrażenia. Myśli kłębiły mu się w głowie. Do diabła! Co zrobił, by 

zasłużyć na coś podobnego?

Jeden dobry uczynek i nagle ma na głowie upartą, niepoczytalną w swej niezależności 

kobietę, która stoi tam w śnieżnej zamieci. Ciężarną, która liczy na to, że on odbierze poród. 
Na samą myśl o tym poczuł ucisk w gardle. Wróciły wspomnienia, które dusił w sobie przez 
trzy lata.  Pamiętał,  jaki był  szczęśliwy,  kiedy Elise oznajmiła,  że spodziewa się dziecka. 
Zgodził się nawet przenieść do oddzielnej sypialni, gdy go o to poprosiła, twierdząc, że w ten 
sposób będzie miała lepsze warunki do wypoczynku. Nie stawiał oporu, gdy na jakiś czas 
przed porodem postanowiła zamieszkać w Gweneth, chcąc być bliżej lekarza. Zniósł i to, że 
nie zawiadomiono go na czas o narodzinach dziecka. Nie zdążył na poród, bo ktoś zapomniał 
w porę zadzwonić. Wszystko stało się nieważne w chwili, gdy wziął na ręce maleńkiego 
synka. 

Na myśl  o tym  poczuł bolesną tęsknotę. Teraz chłopiec  miał prawie trzy i pół roku. 

Chodził, mówił, a w jego wielkich zielonych oczach kryły się same pytania... 

Nagle Jack zdał sobie sprawę z tego, co robi. Nie warto siedzieć, użalając się nad sobą. 

Nie zmieni tego, co się stało. Dziecko zostało mu odebrane raz na zawsze... a Tess może 
liczyć tylko na niego. 

Odetchnął głęboko, by się uspokoić i przemyśleć sytuację. Poród Tess dopiero się zaczął. 

Jest szansa, że zanim dziecko przyjdzie na świat, minie kilka godzin. Wszystko może się 
przeciągnąć nawet do jutra. Do tego czasu pogoda się ustabilizuje i naprawią telefony, więc 
będzie można wezwać pomoc, a on sam pozbędzie się kłopotu. 

Tymczasem da rodzącej kobiecie schronienie i spróbuje ją wesprzeć psychicznie. Jeśli 

background image

oboje zachowają spokój i będą zachowywać się jak dorośli, wszystko się uda. Jeżeli coś się 
nie stanie, pomyślał nagle. Na przykład Tess nie potknie się i nie upadnie na tym wietrze... 

Odwrócił się, by sięgnąć po kapelusz, zapomniawszy,  że go zgubił. Wtedy zauważył 

mokre  damskie  buty porzucone w kabinie.  Do licha, ta wariatka  wyskoczyła  na śnieg w 
skarpetach! Z trudem wypracowany spokój Jacka zniknął bez śladu. Zdenerwowany wysiadł z 
ciężarówki. Nie bacząc na to, że jest bez kurtki, pobiegł przez podwórze, by w kilku susach 
dogonić dziewczynę. Ignorując zaskoczenie Tess, chwycił ją w ramiona. 

– Jeszcze nie zrozumiałaś? – zawołał, starając się przekrzyczeć wicher. 
– Czego? – wymamrotała, kryjąc twarz przed zimnem i tuląc się do ramienia mężczyzny. 
–   Że   prócz   ciebie   i   mnie   nikogo   tu   nie   ma   –   rzekł,   wprowadzając   ją   na   werandę   i 

uspokajając psy, które chciały wejść za nim do domu, gdy otworzył drzwi. 

– Co takiego? – W głosie Tess po raz pierwszy zadźwięczała niepewność. – To duże 

ranczo – powiedziała, kiedy znaleźli się w kuchni. – Przecież nie prowadzisz go... sam. 

– Owszem – potwierdził. – Pozbyłem się bydła parę lat temu. Teraz hoduję konie. 
– Och. – Tess przeraziła ta wiadomość. 
Jack   stał   tak   blisko,   że   czuł   jej   delikatny   zapach.   Nagle   przyszła   mu   do   głowy 

zaskakująca myśl. Jak by się czuł, leżąc nago z tą kobietą, dotykając jej aksamitnej skóry... 

O czym on marzył? Tess zaraz miała rodzić. Jack nie poznawał samego siebie. 
– Zostań tutaj – odezwał się po chwili. – Poszukam czegoś, czym można poświecić. Nie 

chcę, żebyś się o coś uderzyła. 

Mimo   szorstkiego   tonu,   poświęcił   jeszcze   chwilę,   by   się   upewnić,   czy   Tess   stoi   w 

bezpiecznym miejscu, i dopiero potem wyszedł z kuchni. Przez cały czas zastanawiał się, co 
się właściwie dzieje. 

Przez trzy lata żył jak mnich, a teraz, gdy w zasięgu ręki znalazła się atrakcyjna kobieta, 

to musi być w ciąży z kimś innym. Gorzki uśmiech wykrzywił wargi Jacka. Ironiczne myśli 
przytłumiły burzę hormonów. W końcu znalazł lampę zasilaną bateriami, włączył światło i 
wrócił do kuchni. 

Tess stała, jak ją zostawił, z pobladłą twarzą i ustami zaciśniętymi z bólu. Jack postawił 

lampę na stole i podsunął Tess krzesło. 

– Lepiej usiądź – burknął. 
Podszedł do Tess i objął ją ramieniem, zamierzając jej w tym pomóc. 
– Nie, Wolę stać, niż siedzieć. Ból trochę słabnie. 
Po   paru   sekundach   odprężyła   się,   zaczęła   normalnie   oddychać   i   wyswobodziła   się   z 

objęcia Jacka. 

– Dziękuję, już w wszystko porządku – rzekła. 
Jack z niezadowoleniem stwierdził, że głośno bije mu serce. Nakazał sobie wewnętrzny 

spokój, obserwując, jak Tess rozgląda się po kuchni. Widział zdziwienie na jej twarzy, gdy 
spostrzegła   ultranowoczesne   wyposażenie   wnętrza.   Tylko   blat   dzielił   pomieszczenie 
kuchenne   od   przestronnego   pokoju   z   dużym,   kamiennym   kominkiem.   Stamtąd   stopnie 
prowadziły do holu, salonu, jadalni, łazienki i głównej klatki schodowej. 

W pokoju z kominkiem na szarozielonym dywanie stała kanapa i dwa fotele. Na prawo 

background image

od kominka umieszczono sprzęt grający.  Stał tam również pusty stolik przeznaczony pod 
telewizor. 

Jack zastanawiał się, jak Tess zareagowałaby na wieść o tym,  że tej nocy,  gdy żona 

oznajmiła, że go opuszcza, rozbił telewizor na tysiąc kawałków. 

– Jak często masz bóle? – zapytał. 
– Nie jestem pewna – odrzekła z wahaniem. – Chyba co cztery minuty. 
– Co? Myślałem, że dopiero się zaczęły. 
– Prawdę mówiąc, pojawiały się od rana, lecz nie zdawałam sobie sprawy, co to może 

oznaczać. 

Chyba nie ma sensu liczyć, że pomoc będzie konieczna dopiero jutro, pomyślał Jack, 

krytycznie lustrując wzrokiem brzuch Tess. 

– Jak długo jesteś w ciąży? – zapytał. 
– Osiem i pół miesiąca. 
Trochę się uspokoił. Z dzieckiem powinno być wszystko w porządku. Z drugiej strony 

jednak czuł, że ogarnia go furia na myśl o tym, jak nieodpowiedzialna jest ta kobieta. 

– Co ty sobie wyobrażałaś, wybierając się w takim stanie w podróż?
Tess zaczerwieniła się gwałtownie. 
– Słuchaj, Jack, nie jechałam tu, żeby sprawić ci kłopot. Niezależnie od tego, jak mnie 

oceniasz, nie jestem lekkomyślna. Wczoraj byłam na badaniach. Lekarka powiedziała, że nic 
nie wskazuje na przyspieszenie terminu porodu. Nie mogłam przewidzieć burzy śnieżnej. Do 
dziś utrzymywała się wyjątkowo umiarkowana temperatura jak na tę porę roku. – Odetchnęła 
głęboko, próbując się opanować. – Poza tym to nie twoja sprawa, więc jeśli możesz, wskaż mi 
tylko jakiś pokój, a obiecuję, że nie będę zawracać ci głowy. 

– Nie wystawiaj na próbę mojej cierpliwości – rzekł Jack, podziwiając w duchu postawę 

dziewczyny, która lada chwila mogła zacząć rodzić. 

Bóle   wracały   co   cztery   minuty.   Powinna   teraz   oszczędzać   energię   na   najważniejszy 

moment. 

– Potrzymaj to – powiedział, podając Tess lampę. 
– Po co? – spytała w chwili, gdy Jack podnosił ją, by zanieść na górę. 
– Bo mam tylko dwie ręce, a ty nie jesteś kruchym stworzonkiem. 
– Puść mnie – zażądała, chwytając go jednocześnie za szyję, by nie upaść. 
Mruknął tylko coś niewyraźnie, gdy łokciem dała mu kuksańca w pierś. 
– Ani myślę. Chyba nie zauważyłaś, że całe skarpety masz w śniegu, a to znaczy, że 

nieźle zmarzły ci nogi. Przez cały czas usiłuję chronić cię przed potknięciem i upadkiem. A 
teraz nie szarp się, bo stracę równowagę i oboje skręcimy kark. 

Tess fuknęła, lecz przestała protestować. 
– Dokąd idziemy? – spytała po chwili. 
– Na piętro. 
– Dlaczego?
– Bo jest zimno i nawet awaryjny generator ogrzeje dom dopiero za parę godzin. Poza 

tym   jedyny   pokój   z   łóżkiem,   łazienką   i   kominkiem,   czyli   ze   wszystkim,   czego   obecnie 

background image

potrzebujesz, znajduje się na górze. Zadowolona? Chcesz jeszcze coś wiedzieć? Potrzebny ci 
numer mojego ubezpieczenia, rozmiar koszuli?

– Słuchaj, przepraszam... 
–   W   porządku.   –   Z   pewnością   nawet   w   połowie   nie   jest   jej   tak   przykro   jak   mnie, 

pomyślał Jack, niosąc ostrożnie swój ciężar i starając się nie zaczepić nim o ścianę. Nie miał 
zamiaru opowiadać Tess, że w ciągu ostatnich trzech lat był na tym piętrze może ze sześć 
razy. Pojawiał się tu w czasie odwiedzin matki, która niekiedy wpadała na ranczo, by zrobić 
trochę zamieszania w jego życiu. Tess nie musi wiedzieć, że ta część domu przywodzi mu na 
myśl  wspomnienia, do których  wolał nie wracać. Nikogo nie zamierzał wtajemniczać we 
własne sprawy. 

Jack przeszedł przez długi hol, stanął przed podwójnymi drzwiami i dopiero wówczas 

postawił Tess na podłodze. Przez ułamek sekundy wahał się, zanim położył rękę na mosiężnej 
klamce. 

– Jack... 
Wyrwany z zamyślenia dotknięciem dłoni Tess obejrzał się gwałtownie. 
– Co?
–   Nie   musisz   mi   oddawać   swojej   sypialni   –   powiedziała   miękko.   Zadowolę   się 

czymkolwiek... 

Jej   nagła   troska   podziałała   na   Jacka   jeszcze   gorzej.   Zaniepokojony,   że   mogła   coś 

wyczytać z jego twarzy, wzruszył ramionami i otworzył drzwi do pokoju. 

– Śpię na dole – mruknął. 
Podszedł do kominka i zaczął przygotowywać drwa do rozpałki. 
– Poświeć mi tutaj – poprosił. 
Zastanawiał się, co Tess pomyśli o pokoju, który Elise urządziła w pseudowiktoriańskim 

stylu, a który on sam uważał za pretensjonalny. Na drewnianej podłodze leżał tu nie pasujący 
do atmosfery rancza gruby, biały dywan. Z okien zwisały koronkowe draperie. Wielkie łoże z 
baldachimem pokrywała kwiecista kapa. Fotele przy kominku miały obicia w geometryczne 
wzory. Efekt ogólny przyprawiał o ból zębów. 

Jack szybko rozpalił ogień. Zasłonił palenisko ekranem i spojrzał na Tess. 
– Usiądź na łóżku, bym mógł obejrzeć, w jakim stanie są twoje nogi. 
Tess na moment zamarła w bezruchu, lecz po chwili odstawiła lampę na nocny stolik i 

przysiadła na krawędzi materaca. Jack przyklęknął obok i zdjął jej skarpety. Zgrabne, małe 
stopy były lodowato zimne, lecz bez śladów odmrożeń. 

– Jak się czujesz? – zapytał. 
– Zimno mi, ale poza tym wszystko w porządku. Dziękuję. 
Jack zauważył ze zdumieniem, że Tess, mimo bólu i zmęczenia, zdobyła się na uśmiech. 

Teraz dopiero spostrzegł, iż ma fiołkowe oczy. 

– Jack?
– Co?
– Czy ty i twoja żona... Czy mieliście dzieci? Nie mógł uwierzyć własnym uszom. 
– Nie twoja sprawa – rzucił krótko i podniósł się z kolan. 

background image

– Masz rację – przyznała. – Przepraszam. Pomyślałam tylko, że mogłoby pomóc, gdyby 

któreś z nas miało jakieś doświadczenie w sprawach związanych z porodem... 

–   Łazienka   jest   tutaj.   –   Jack   wskazał   drzwi   po   prawej   stronie   pokoju.   –   Muszę 

zaparkować ciężarówkę, włączyć  zapasowy generator i zajrzeć do koni, ale zanim wyjdę, 
przyniosę twoją torbę, suche skarpety i dodatkowe koce. 

– Dobrze. 
– Masz zegarek?
– Obawiam się, że nie... 
– Weź ten – powiedział, zdejmując z ręki własny. 
– Dziękuję. 
– Zaraz wrócę – rzekł i opuścił sypialnię. 

Tess miała żelazną kondycję. Rzadko chorowała, a jeśli już jej się to zdarzyło, to szybko 

wracała do zdrowia. Poza tym sprzyjało jej szczęście. Uprawiając wiele sportów, nigdy nie 
doznała nie tylko żadnego złamania, lecz nawet kontuzji. 

Pewnie dlatego teraz tak bardzo się bała, że zaczęła się modlić o złagodzenie skurczów. 

Ogarniało ją przerażenie na myśl o bólach porodowych, których nie zwalczy wypróbowanymi 
dotychczas metodami. Spodziewała się, iż w ciągu najbliższych kilku godzin przeżyje takie 
okropności, że trudno będzie zdobyć się na godne zachowanie i spokój. To mogło okazać się 
upokarzające. 

Zdawała sobie sprawę, iż należy do kobiet silnych zarówno fizycznie, jak i psychicznie. 

Ta  odporność  była   jedną   z  jej  nieodłącznych   cech,   jak  proste   włosy,  zbyt   szerokie   usta, 
skłonność do czynienia wszystkiego, co, bez względu na konsekwencje, jej samej wydawało 
się właściwe. Lecz teraz, gdy tak bardzo potrzebowała wewnętrznej siły i odporności na stres, 
wydawało się, – że ich zabrakło. Podobnie jak szczęścia... 

Przestań się użalać nad sobą i zacznij myśleć o czymś innym, nakazała sobie w duchu. 

Tylko jak to zrobić, skoro okoliczności, w których się znalazła, w niczym nie przypominały 
zaplanowanych?   Chciała   ustrzec   dziecko   Graya   przed   przyjściem   na   świat   w   takich 
warunkach. W separatce szpitala Eastside miała rozlegać się ściszona muzyka Bacha, podczas 
gdy opiekę nad porodem roztaczałaby zaprzyjaźniona lekarka, Joannę Fetzer. W ten sposób 
zamknęłaby się przeszłość, a otworzył nowy okres w życiu Tess. 

Tymczasem   przeszłość   w   osobie   babki   udała   się   w   niewiadomym   kierunku,   dziecko 

miało   urodzić   się   przed   terminem,   a   w   pobliżu   nie   było   spokojnej,  kompetentnej   doktor 
Fetzer.   Zamiast  niej  miała   do  czynienia  z   niesłownym  facetem.   Co  prawda  przyniósł   do 
pokoju obiecane rzeczy, ale to było czterdzieści minut temu. Jeśli natychmiast znów się nie 
pojawi, nie zdąży na najważniejszą chwilę. 

Tess nie sądziła, by Jack Sheridan mógł jej w czymkolwiek pomóc. Prawdę mówiąc, 

wolałaby nawet, żeby nie asystował przy porodzie. Jakoś nie umiała sobie wyobrazić ich 
dwojga w tak intymnym momencie. Byłoby to wystarczająco trudne w towarzystwie kogoś 
przyjaznego,   znajomego,   starszego,   miłego,   a   z   nim...   wydawało   się   wprost   nie   do 
pomyślenia.   Choć   z   drugiej   strony   czyjakolwiek   obecność   była   lepsza   niż   poród   w 

background image

samotności.   Skurcz   zaczął  ustępować.   Tess   odczekała  chwilę,  by się  upewnić,   czy  może 
odetchnąć swobodniej. W tym momencie usłyszała jakiś hałas. Serce zaczęło bić jej głośniej. 
Ostrożnie podeszła do drzwi i wyjrzała na korytarz. Przy schodach zobaczyła Jacka. 

Nareszcie. Po raz drugi tego wieczora w oczach Tess zakręciły się łzy ulgi, tylko że tym 

razem spłynęły po policzkach. Cofnęła się do pokoju i stanęła przy kominku, modląc się, by 
Jack niczego nie zauważył. 

– Co ty wyrabiasz? – spytał ze zdziwieniem. 
Pobyt w stajni nie wpłynął z pewnością dobrze na jego maniery. 
– Było mi zimno – mruknęła. 
– Więc czemu nie leżysz pod kołdrą?
– Bo mnie krzyż boli i nie chcę leżeć – odparła, nie zamierzając przyznać, iż postawa 

pionowa daje jej złudzenie panowania nad sytuacją. 

– Hm. 
Tess czuła, że Jack ją obserwuje. Udawała jednak, iż wpatruje się w płomień na kominku. 
– Jak często miewasz bóle?
– Co dwie minuty. 
– Jesteś pewna?
– Tak. Co cię tak długo zatrzymało?
– Musiałem nakarmić konie. 
– Aha. – Tess obserwowała Jacka kątem oka. 
– Przyniosłem trochę rzeczy. Ręczniki, więcej prześcieradeł oraz koców, nożyczki i nici. 
W pokoju zrobiło się jasno, bo gospodarz rancza zapalił lampę. 
– Aha – powtórzyła  Tess, zastanawiając się, co zamierzał robić z nićmi, lecz szybko 

porzuciła te rozważania, gdyż znowu nasiliły się bóle. 

Zagryzła  wargi i przyłożyła  rękę do pleców, wydając  cichy pomruk  protestu przeciw 

dojmującemu skurczowi. Machinalnie chwyciła za poręcz krzesła i ścisnęła ją mocno. 

Stopniowo   dochodząc   do   siebie,   zaczęła   zdawać   sobie   sprawę,   iż   w   pokoju   panuje 

niezręczna   cisza,   przerywana   trzaskiem   ognia   w   kominku   i   wyciem   wiatru   za   oknami. 
Przetarła dłonią spoconą twarz. Głupio jej było patrzeć na własne drżące palce. 

– Nic ci nie jest? – spytał Jack. 
– Nie. – Tess wyprostowała się i powoli odwróciła w stronę ranczera. 
Ku własnemu zdumieniu spostrzegła, iż stał bardzo blisko, jakby zamierzał podejść do 

niej, lecz w ostatnim momencie zmienił zdanie. Popatrzyli sobie w oczy. Jack miał zaciśnięte 
usta. Tess pomyślała, że błyszczy jej twarz, ma czerwony nos i zapuchnięte oczy. Odwróciła 
głowę. 

–   Nie   chcesz   pić?   Zaparzyłem   kawę   –   powiedział,   wskazując   termos,   stojący   na 

komodzie. 

Na samą myśl o piciu poczuła skurcz żołądka. 
– Nie, dziękuję – odrzekła. 
Jack podszedł do łóżka i odchylił kołdrę. Tess, próbując opanować strach, wpatrywała się 

w   jego   ręce.   Miał   długie,   smukłe   palce   i   wykonywał   nimi   zwinne,   przemyślane   ruchy. 

background image

Pomyślała, że jego dłonie są niezwykle sprawne, lecz jakoś nie potrafiła im zaufać. 

Jack odczuł na sobie spojrzenie Tess i podniósł wzrok. 
– Ciekawy ekwipunek – zauważył, spoglądając na rodzącą, od pasa owiniętą w złożone 

na pół prześcieradło. 

– Odeszły mi wody – wyjaśniła. – Bądź zadowolony, że cię tu nie było, bo nie wyglądało 

to przyjemnie – dodała. 

Jack ogarnął ją krótkim spojrzeniem, wygładził prześcieradło i potrząsnął głową. 
– Założę się, że jako dzieciak nieźle dostawałaś w skórę – powiedział. 
– Dotąd dostaję – odparła z lekkim uśmiechem. Jeszcze raz obrzucił Tess wzrokiem. Tym 

razem w jego zielonych oczach pojawiło się zdziwienie. Przykrył łóżko kołdrą. 

– Tak... przypuszczam, że naprawdę tak było. 
– Co masz na myśli?
– Prowadziłem interesy z twoją babką. Potrafi być... stanowcza. 
– Raczej nietolerancyjna. Uznaje tylko własne zdanie w każdej sprawie. 
Tess poczuła napięcie, gdy Jack podszedł bliżej, by dołożyć drew do ognia na kominku. 
– Wyjechałaś stąd, żeby zdobyć trochę niezależności?
– Można tak to ująć. Pragnęłam pójść do college’u, zobaczyć kawałek świata. Babcia nie 

chciała o tym słyszeć. Dla niej całym światem było Double D. 

Jack dorzucił kolejne polano do ognia. 
– W każdym razie wyjechałaś, prawda? – W jego głosie zabrzmiała nuta, której Tess nie 

umiała rozszyfrować. 

– Tak – przyznała, nie dodając, że pisywała regularnie, bo nie chciała, by babka się o nią 

niepokoiła,   ale   listy   wracały   nie   czytane   z   napisem   na   kopercie   zrobionym   ręką   Mary 
Danielson: „do zwrotu”. 

Jack musiał już wyrobić sobie niepochlebną opinię na temat jej charakteru. Stał teraz tak 

blisko, że Tess mogła dostrzec niewielką bliznę na jego prawym policzku. 

– Więc czemu się teraz pojawiłaś? A zresztą, chyba nie muszę pytać – dodał, spoglądając 

na jej brzuch. 

Tess pomyślała, że pewnie znowu przyjął najgorszą z możliwych wersji wyjaśnienia. 
–   Słuchaj.   Nie   jestem   biedna   i   nie   muszę   żebrać   o   kawałek   dachu   nad   głową. 

Przyjechałam, bo uznałam, że babcia powinna wiedzieć, iż wkrótce będzie miała prawnuka. 

– Tak? Myślę, że ojciec dziecka również to przeżywa – mruknął. 
Po raz drugi tego wieczora napomknął o ojcu dziecka i Tess miała już tego dosyć. 
– Daruj sobie współczucie, przynajmniej  w stosunku do Graya. On nie żyje – rzekła 

szorstko. 

Jeśli zamierzała zaszokować Jacka, to osiągnęła cel. Choć nie zmienił wyrazu twarzy, 

zaskoczenie i cień żalu, że poruszył ten temat, pojawiły się w jego oczach. 

Tess   czuła   się   wyczerpana   i   zawstydzona   swoim   zachowaniem.   Odwróciła   się   do 

kominka. 

– Proszę, wyjdź – powiedziała. – Och! – jęknęła zaraz, gdyż przejmujący ból przeniknął 

jej ciało. 

background image

Zapomniała   o   całej   urazie   wobec   Jacka,   koncentrując   się   na   własnym   cierpieniu. 

Zacisnęła zęby tak mocno, że zabolały ją szczęki, lecz to niewiele pomogło. Ból ciągle się 
wzmagał, przyprawiając ją o panikę. To nie może się stać, pomyślała przerażona. Przymknęła 
powieki, bo jakieś czarne punkty tańczyły jej przed oczami. Mogła znieść wszystko – burzę 
śnieżną, odrzucenie przez babkę, utratę Graya, wrogość nieznajomego ranczera, lecz nie ten 
wszechogarniający ból. Zakołysała się, przygryzając wargę, by nie wybuchnąć płaczem. Bała 
się, że jeśli zacznie szlochać, nie będzie umiała przestać. 

Nagle poczuła, że podtrzymuje ją silne, męskie ramię. 
– Oddychaj głęboko – szepnął Jack. 
– Co? – Tess nie zrozumiała, co powiedział. 
Z wysiłkiem otworzyła oczy. Jack patrzył na nią nieugiętym wzrokiem. 
– Kazałem ci głęboko oddychać. Wciągaj powietrze przez nos i wypuszczaj ustami. O, 

tak – zademonstrował. 

– Nie... mogę. – Potrząsnęła głową. 
– Możesz. Popatrz na mnie i skoncentruj się. 
Upór Jacka i resztki odwagi kazały Tess unieść podbródek. Chwyciła ramię mężczyzny i 

nie zwracając uwagi na łzy, które przesłaniały wzrok, spróbowała go naśladować. To nie było 
łatwe, lecz  dzięki pomocy ranczera  stopniowo zaczęła  oddychać  coraz  głębiej. Po chwili 
wydało się jej, że ból nieco zelżał. Wieki minęły, nim ustał. Drżąc na całym ciele, Tess oparła 
się o Jacka. Wydawał się taki silny, ciepły, że poczuła wdzięczność, iż jest blisko. 

– Dziękuję – wymamrotała,  gdy odzyskała  głos. Jack drgnął, lecz nie poruszył  się z 

miejsca. 

– Czemu, u licha, nie zapisałaś się do szkoły rodzenia?
– Zapisałam się – rzekła z westchnieniem. – Po prostu zawsze przychodziło mi z trudem 

wykonywanie poleceń. 

– Nigdy bym tego nie zgadł – mruknął Jack. 
– A ty?
– Co: ja?
– Uczyłeś się gdzieś nieuprzejmości czy to cecha wrodzona? – zapytała spokojnie. 
Przez dłuższą chwilę mierzyli się spojrzeniami. Trudno było stwierdzić, o czym myślał 

Jack, lecz to on pierwszy spuścił wzrok. 

– Możesz chodzić?
– Tak, a co?
– Nie sądzisz, że powinnaś przejść do łóżka? – spytał sarkastycznie. 
– Dlaczego?
– Bo musisz leżeć, żeby dziecko, gdy zacznie się rodzić, nie uderzyło główką o podłogę. 
– Wiesz, ty naprawdę masz talent do ujmowania rzeczy w słowa. 
– Możesz chodzić czy nie?
– Mogę. 
Tess puściła Jacka. Zrobiła krok do przodu. W chwilę potem wrócił taki ból, że ugięły się 

pod nią kolana. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

– Co ci jest? – spytał Jack, gdy Tess przestała zaciskać palce na jego ręce. 
Cofnął się i przysiadł na krawędzi łóżka. Mimo zewnętrznego opanowania czuł, jak na 

samą myśl, iż przed chwilą rodząca dziewczyna mogła upaść, bije mu serce. 

– Przysięgłaś sobie, że nie poprosisz o pomoc?
Tess uniosła się nieco i oparła na poduszkach, które podsunął jej pod plecy, a potem 

spojrzała nań z wyrzutem. 

– Do licha, Jack, nie staraj się być teraz miły, bo cię nie poznaję. 
Impertynencka odpowiedź Tess dotknęła Jacka. Naprawdę nie lubił tej dziewczyny. Była 

zanadto samowolna i znalazła się zbyt blisko niego, co nie znaczyło, że nie podziwiał jej 
charakteru. 

– Ale jeszcze mnie poznajesz, prawda?
– Tak. Na pocieszenie ci powiem, że nie tak wyobrażałam sobie poród. 
Zmierzyli się wzrokiem. Jack zamarł na moment, spostrzegłszy w oczach dziewczyny 

cień strachu. Tess szybko odwróciła spojrzenie. W tym momencie przyszło Jackowi na myśl, 
że   odkąd   tylko   otworzył   drzwi   cadillaca,   tak   bardzo   był   poruszony   wtargnięciem   Tess 
Danielson w jego życie i tak zajęty własnymi odczuciami spowodowanymi owym faktem, że 
wziął za dobrą monetę opanowanie dziewczyny, ona zaś po prostu udawała, by go nabrać. 

Teraz,   gdy   ją   przejrzał,   spostrzegł   drżące   kąciki   warg,   pulsującą   w   przyspieszonym 

tempie żyłkę na szyi, wysiłek bijący z całej postaci. 

– Hej, co z tobą? – spytał ostrzej, niż zamierzał. 
Świetnie,   przemknęło   mu   przez   głowę,  gdyby   dawali   nagrody  za   głupotę,   dostałbym 

pierwszą. Na szczęście Tess, wpatrzona w ogień płonący w kominku, nie zwróciła na to 
uwagi. 

– Nic. Po prostu... boli. 
Widział, ile ją kosztowało, by się do tego przyznać. 
– Och... – Szukał czegoś sensownego do powiedzenia. – Myślę,  że jesteś w stadium 

przejściowym. To nie potrwa długo. 

Zanim skończył, zrozumiał, że popełnił błąd. Tess odwróciła głowę. W jej spojrzeniu 

wyczytał pytanie, skąd tyle wie na ten temat?

Jack   gotów   był   udzielić   wyjaśnienia,   lecz   co   miał   powiedzieć?   Że   kiedyś   jego   żona 

spodziewała   się   dziecka,   a   on,   starając   się   zasłużyć   na   miano   dobrego   męża   i   ojca, 
przestudiował   wszystko,   co   możliwe   na   temat   ciąży,   porodu,   opieki   nad   położnicą   i 
niemowlęciem? I co dalej? Wyznać Tess, jak to się skończyło? Wypłakać się na jej ramieniu? 
Powiedzieć, w jaki sposób Elise opuściła dom i dlaczego oddał jej syna?

W żadnym razie. 
– Jack... 
– Co? – zapytał, zastanawiając się, jak może brzmieć pierwsza prośba dziewczyny. 
Tess wyciągnęła rękę i zacisnęła palce wokół jego dłoni. 

background image

– Czy mogę dostać... na piśmie, że to nie potrwa długo?
W pierwszej chwili pomyślał, że się przesłyszał. Potem, że Tess z niego żartuje. Spojrzał 

z gniewem, lecz ku jego zdziwieniu rodząca nawet nań nie patrzyła. Miała zamknięte oczy i 
zagryzione wargi. Ściskała jego rękę, ilekroć skurcze napinały brzuch. 

– Och! – jęknęła. – Och, Jack, boli... 
Zaufanie, z jakim wpatrywała się w jego twarz, przełamało wszystkie opory. 
– Spokojnie, będzie dobrze... 
Ale   nie   było.   Ból   wygiął   ciało   dziewczyny.   Otworzyła   szeroko   oczy,   rozpaczliwie 

szukając u Jacka ratunku. 

Jeszcze chwila, a on również wpadłby w panikę. Jednak wziął się w garść, bo wiedział, że 

tak naprawdę tylko spokojem może jej pomóc. Ujął Tess za drugą rękę, pragnąc podzielić się 
z nią własną siłą. 

– Wiem, że boli, ale świetnie się spisujesz – rzekł. – Po prostu pamiętaj o oddychaniu. 
Skinęła głową, a nos i policzki poczerwieniały jej od wysiłku. Nie było już czasu na 

rozmowę,   bo   skurcze   pojawiały   się   coraz   częściej.   Tess   oddychała   ciężko,   jej   mięśnie 
napinały się od wysiłku, a ból wzrastał z każdą sekundą. Jack nie miał pojęcia, ile czasu 
minęło, gdy drgnęła gwałtownie i szeroko rozwarła oczy. 

– Och, już nie mogę... coś... się dzieje... 
Wcześniej,   w   stajni,   wyobrażał   sobie   tę   chwilę   ze   strachem.   Nie   chodziło   o   sam 

mechanizm   porodu,   bo   jak   każdy   ranczer   był   z   nim   obeznany.   Samo   dzielenie   takiej 
intymności z kimś obcym, właśnie z tą dziewczyną, przyprawiało go o niepokój. Oczekiwał, 
iż oboje poczują się niezręcznie, będą zażenowani. 

Lecz w ciągu ostatniej godziny przestał myśleć o Tess jak o nieznajomej, więc teraz 

działał bez wahania. 

– Czekaj! Nie przyj jeszcze, pozwól mi sprawdzić, czy wszystko jest w porządku... 
Sam nie wiedząc, jak to się stało, przyklęknął na łóżku i sięgnął ciepłymi dłońmi między 

gołe, zimne i drżące kolana dziewczyny. Jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie, 
spojrzał w dół i ujrzał wyłaniający się czubek głowy dziecka. Ogarnęło go niezwykłe uczucie 
ciepła i ekscytacji. Miał łzy w oczach. Przełknął ślinę i podniósł wzrok na Tess. 

– Na co czekasz? Przyj!
Znalazła   w   sobie   jeszcze   tyle   energii,   by   zagryźć   wargi,   wcisnąć   się   w   poduszki   i 

ostatnim wysiłkiem napiąć mięśnie. 

Raz. Drugi. I jeszcze raz. Jack obserwował jej walkę z podziwem i rosnącą troską. 
– Dobrze, dobrze... Już widać główkę... Jedno ramionko... Teraz drugie... Dalej... Uda 

się... 

– Och... och... – Tess opadła na materac, ciężko dysząc. Była biała jak kreda. 
– Jeszcze trochę... – zawołał, obawiając się, że rodzącej nie starczy sił. 
– Jestem taka zmęczona... 
– Wiem. – Jack, wiedziony wewnętrznym impulsem, sięgnął do twarzy Tess i odgarnął 

jej włosy. 

– Słuchaj, dokonasz tego, tylko się skoncentruj. 

background image

–   Tak.   –   Usta   Tess   zadrżały   w   słabym   uśmiechu.   Jacka   przeniknęło   uczucie 

przypominające czułość. 

– Nie gadaj teraz, tylko przyj. 
Otworzyła  usta,  by  zaprotestować,  lecz   zmieniła  zdanie,  widząc  wyraz   twarzy  Jacka. 

Zacisnęła zęby, nabrała tchu i zdobyła się na ogromny wysiłek. 

– Tak, dobrze. Już prawie jesteś... 
Tess napięła się jeszcze raz, krzycząc. Przez chwilę nic się nie stało, lecz po sekundzie do 

krzyku rodzącej dołączyło kwilenie dziecka. 

Zdumiony Jack ujrzał niemowlę we własnych dłoniach. Wszystko wydało się nierealne. 

Fala radości uderzyła mu do głowy. Czuł się jak po wypiciu szampana. 

– Tess... – wymamrotał drżącym głosem. – To dziewczynka!
– Co? – spytała słabo. – Myślałam... Jesteś pewien?
– Tak. 
– Czy z nią wszystko w porządku? – wyszeptała świeżo upieczona matka. 
– Jest wspaniała, naprawdę. Ma po pięć ślicznych paluszków u rączek i nóżek. 
Jack szybko owinął dziecko w ręcznik i podał matce. 
– Och, och, moja maleńka. – Tess spojrzała na niemowlę z rozrzewnieniem. – Jesteś... 

piękna. 

– Tak – chrząknął Jack. 
Czuł dziwną wilgoć w oczach i dławienie w gardle. Musiał coś powiedzieć. 
– Spisałaś się... nadzwyczajnie. 
Spojrzała   nań   zdziwiona.   Przez   dłuższą   chwilą   patrzyli   sobie   w   oczy.   Nagle   Tess 

rozpłakała się z wyczerpania, ulgi i radości. Jack podszedł do łóżka i po prostu przytulił 
matkę oraz niemowlę. 

Następnego ranka obudził się z trudem. Uświadomił sobie, że jest już widno i dawno 

minęła   pora,   o   której   zwykle   wstawał.   Zakłopotany   przeciągnął   się   i   z   zaskoczeniem 
skonstatował,   że   siedzi   w   fotelu.   Dlaczego   nie   leży   w   łóżku?   Poruszył   głową,   by 
rozprostować   zesztywniała   szyję   i   zamarł,   bo   policzkiem   musnął   coś   niewypowiedzianie 
jedwabistego   –   główkę   niemowlęcia.   W   tym   momencie   uświadomił   sobie,   że   trzyma   w 
ramionach noworodka. 

Dziecko.   Wróciła   mu   pamięć.   Burza   śnieżna,   wypadek,   Tess...   przedwczesny   poród, 

niezwykła chwila przyjścia na świat małej... 

Uniósł   głowę   i   wstrzymując   oddech,   przypatrzył   się   nowo   narodzonej   istotce.   Z 

rozczuleniem podziwiał pajęczynkę ciemnych rzęs, zaróżowione policzki, guziczek noska i 
maluśkie rozchylone usteczka. Dłonią wyczuwał puls małego ciałka i rytmiczne bicie serca 
dziewczynki. 

Wzruszenie ścisnęło mu serce. Nie przesadzał ostatniej nocy. Rzeczywiście ta kruszyna 

była piękna. Nie pragnął niczego więcej, jak tylko otoczyć ją opieką i chronić przed każdym 
złem. Obiecać, że zawsze przy niej będzie, by pocieszać, gdy stłucze kolano, organizować 
wyprawy na kucykach i przyjęcia dla koleżanek. 

Nagle wróciło poczucie rzeczywistości. Boże, przecież ją straci. Niczego się dotąd nie 

background image

nauczył? Co on wyrabia, siedząc tutaj i snując nierealne marzenia na temat dziecka innego 
mężczyzny? Dziecka, o którym wie, że za dzień czy dwa już go nie zobaczy. 

Jack zawiódł się już na wszystkim, w co wierzył. Na miłości, wierności, lojalności, w 

ogóle na ludziach i to niezależnie od ich wieku. Więc czemu ta mała istotka, która właśnie na 
moment otworzyła oczka, wydaje mu się tak ujmująca?

Przecież dziś jest tym samym człowiekiem, którym był wczoraj. Tylko że wczoraj tej 

małej nie było jeszcze na świecie i dopiero wczoraj Jack natknął się na jej matkę... 

Tess.  To jej  wina,  że  miotały  nim  takie   odczucia.  Jej  odwaga,  nieugiętość,   poczucie 

humoru,  z jakim zachowywała  się wczorajszego wieczora, sprawiły,  iż Jack przypomniał 
sobie, jakim człowiekiem był dawniej. Wtedy jeszcze wierzył w Bożą sprawiedliwość i był 
wystarczająco naiwny, by mniemać, że jeśli będzie uczciwie, ciężko pracował, odniesie w 
życiu sukces. 

Głupiec.   W   świetle   dziennym   wszystko   widział   wyraźniej.   Po   tym   co   przeszedł, 

powinien... 

– Jack?
Miękki   kobiecy   głos   przywołał   go   do   rzeczywistości.   Spojrzał   w   stronę   łóżka.   Tess 

szukała go wzrokiem. W wyrazie oczu tej kobiety, układzie jej ust, była miękkość i czułość, 
które mówiły, iż oczekuje, by zachowywać się wobec niej tak, jak ubiegłej nocy. Przyszła mu 
do głowy niemądra myśl, iż być może Tess uważa go teraz za przyjaciela czy kogoś w tym 
rodzaju. Uznał jednak, że lepiej nie wdawać się w takie rozważania. 

– Obudziłaś się. 
Zabrzmiało to bardziej jak zarzut niż stwierdzenie. Tess usiadła na łóżku, starając się nie 

okazywać zaskoczenia. 

–   Tak   –   odrzekła,   próbując   w   tym   chłodnym,   nieznajomym   człowieku   odnaleźć 

opiekuńczego, opanowanego mężczyznę sprzed paru godzin. 

Tamten nie tylko udzielił jej pomocy przy porodzie, lecz zajął się także wszystkim, na co 

Tess nie starczyło sił. Obmył, zważył i owinął w pieluszki noworodka, jej pomógł przemyć 
twarz i uczesać potargane włosy. Pożyczył  własną flanelową koszulę i sprawdził, czy ma 
suche prześcieradło. Teraz wydawało się jej to głupie, lecz gdy zasypiała, myślała o nim „mój 
bohater”... 

Zapewne wcale nie miał zamiaru odgrywać takiej roli. Tess milczała przez chwilę. 
– Wydaje się, że na zewnątrz ciągle wyje wicher – zauważyła wreszcie. 
Zza okien rzeczywiście dobiegał szum zawieruchy, więc Jack uznał wypowiedź Tess za 

stwierdzenie oczywistości. 

– Raczej tak – powiedział. 
Spróbowała unieść się nieco i oprzeć na poduszkach, ignorując fakt, iż większość mięśni 

odmawiała jej posłuszeństwa. 

– Czy z nią wszystko w porządku? – spytała, spoglądając na córeczkę. 
– Oczywiście. 
Jack   wypowiedział   to   tak   szybko,   że   Tess   nabrała   jakichś   podejrzeń   i   przyjrzała   się 

maleństwu uważniej. 

background image

– Więc czemu ją trzymasz? – zapytała. 
– Wcześniej trochę kaprysiła. 
– Przepraszam, ale nie słyszałam. 
– W porządku... byłaś bardzo zmęczona. A w ogóle jak się czujesz?
– Świetnie. 
– Jakżeby mogło być inaczej. – Uśmiechnął się z ironią. Tess uznała, że nic nie umknie 

uwagi   tych   zielonych   oczu,   więc   wzruszyła   ramionami   i   posłała   Jackowi   rozbrajający 
uśmiech. 

– No dobrze, przyznaję, że czuję się tak, jakby autobus mnie przejechał. Zadowolony?
Naprawdę, po tym wszystkim, co dla niej zrobił, nie chciała się z nim sprzeczać. 
Jack skinął dłonią w stronę nocnego stolika. 
– Może aspiryna by ci pomogła? – zapytał. 
Tess zauważyła teraz buteleczkę z tabletkami i szklankę pełną wody. Znowu ją zaskoczył. 
– Dziękuję – powiedziała. 
Zapadła cisza. Po chwili Jack podniósł się z fotela i z dzieckiem na ręku podszedł do 

łóżka. 

– Proszę, lepiej tyje potrzymaj. 
– Och, ale... – Tess otworzyła usta, by zaprotestować, lecz nie dokończyła zdania. 
Jeszcze wczoraj nic by jej nie powstrzymało przed oświadczeniem, że nigdy nie trzymała 

dziecka poniżej drugiego roku życia. Ale wczoraj nie obchodziło jej, co Jack sobie pomyśli. A 
poza tym chciała wziąć w ramiona własną córkę. Po prostu tylko trochę się denerwowała, czy 
nie zrobi jej krzywdy. 

– W porządku – powiedziała i odbierając małą z rąk Jacka musnęła dłonią jego palce. 
Dotknięcie sprawiło, iż zadrżała, o mało nie upuszczając dziecka. 
– Podtrzymaj jej główkę – mruknął Jack. 
– Oczywiście. 
Szybko podsunęła dłoń pod delikatne plecki i szyjkę noworodka. 
– No co, maleńka, czyż nie jesteś milutka? – spytała, sama nie wiedząc, dlaczego użyła 

takich właśnie słów. – Jestem twoją mamą. 

Poczuła   wzruszenie,   widząc,   jak   dziecko   reaguje   na   głos   i   wlepia   w   jej   twarz 

ciemnoniebieskie oczka. Dotknęła palcem małej rączki, a córeczka zacisnęła wokół niego 
swoją piąstkę. 

– Aż trudno uwierzyć, jak mocno trzyma. – Tess spojrzała na Jacka, chcąc sprawdzić, czy 

podziela jej radość, i zapytać o białą koszulkę, którą miało na sobie dziecko. 

Po raz pierwszy dojrzała jakieś uczucia malujące się na nieodgadnionej twarzy ranczera. 

Jack z takim smutkiem patrzył na dziecko, że zadrżało jej serce. 

– Jack? – Nie miała pewności, czy wymówiła to imię na głos, czy jedynie w myślach. 
Jack drgnął, spojrzał na nią nie widzącym wzrokiem; odwrócił się i podszedł do okna. 

Odchylił zasłonę, by wyjrzeć na zewnątrz. Tess nie wiedziała, co powiedzieć. Najlepiej coś 
niewiele znaczącego. Pochylenie ramion Jacka nie zachęcało do konwersacji. 

Tess ciągle nie mogła zapomnieć, z jakim zapałem pomagał jej ostatniej nocy. Trudno 

background image

było więc pogodzić się z obecnym stanem rzeczy. 

Spojrzała na córeczkę, a potem jeszcze raz na ranczera, zastanawiając się, jak wpłynąć na 

poprawienie atmosfery. 

– Więc co z pogodą? – spytała, karcąc się w duchu za głupie pytanie. 
Przez moment sądziła, że Jack nic nie odpowie. Niemal sobie tego życzyła. 
– Pada śnieg – odrzekł krótko. 
– Czy coś wskazuje na to, że zamierza przestać?
– A czy ja wyglądam na wróżbitę?
Tess uznała, iż nie jest to najlepszy temat do niezobowiązującej rozmowy, ale co miała 

powiedzieć? Że zawdzięcza mu życie dziecka, a to dług, którego nigdy nie spłaci? Że choć 
znają się niecałą dobę, Jack wiele dla niej znaczy? Że chciałaby zostać jego przyjaciółką?

Już   sobie   wyobrażała   jego   reakcję   na   takie   wyznanie.   Na   dodatek   dziecko   zaczęło 

popłakiwać. Nie wiedząc, co robić, Tess przytuliła małą, próbując ją ukołysać. 

– Cicho, malutka... wszystko będzie dobrze – uspokajała niemowlę, patrząc bezradnie na 

buzię dziewczynki. – Co ci jest, kochanie?

– Pewnie jest głodna – usłyszała lekko zniecierpliwiony głos Jacka. 
Spojrzała nań zaskoczona. Nie chodziło o to, co powiedział, ale jak to zrobił. Tylko ktoś 

doświadczony   w   obchodzeniu   się   z   niemowlętami   mógł   tak   zareagować.   Podobnie 
zachowywał   się   ubiegłej   nocy,   każąc   jej   oddychać   w   trakcie   porodu   i   czuwając   nad 
prawidłowym przebiegiem całej akcji. Wtedy była zbyt obolała, by zastanawiać się, skąd on 
tyle wie. 

Teraz   widziała   wszystko   inaczej.   Jej   córeczka   miała   na   sobie   nową   koszulkę   i   była 

owinięta nowym, niebieskim kocykiem. Obrzuciła wzrokiem milczącego mężczyznę. Nie tak 
dawno   w   jego   życiu   musiało   pojawić   się   dziecko,   którego   nieobecność   ciągle   jeszcze 
przeżywał. Słowa, które wypowiedział, tylko potwierdziły jej przypuszczenie. 

– Mój syn – usta Jacka wykrzywił grymas, którego znaczenia Tess nie potrafiła pojąć – 

ma trzy i pół roku. Mieszka w Casper z matką i ojczymem. 

– Och. – Tess próbowała zrozumieć dziwne zawieszenie głosu ranczera. – Często go 

widujesz?

–   Nie.   Wcale.   –   Jack   spojrzał   na   nią   wzrokiem   odbierającym   chęć   kontynuowania 

rozmowy. 

Tess, zaskoczona wyznaniem, zwróciła oczy na córkę, która właśnie rozpłakała się na 

dobre.   Przez   chwilę   nie   miała   pojęcia,   jak   się   zachować,   choć   wiadomo   było,   iż   należy 
działać. Potem przyszło olśnienie. Odsunęła dziecko i zaczęła rozpinać koszulę. 

– Co robisz? – spytał Jack. 
– Powiedziałeś, że mała jest głodna, więc pomyślałam, że ją... nakarmię. 
Jack rzucił wzrokiem na rozchyloną koszulę Tess i zacisnął szczęki. 
– Dobry pomysł – uznał. – Ja też powinienem się czymś zająć. 
– Ale... ?
– Co?
Nie ma powodu do paniki, uspokajała się w duchu Tess. Przecież skoro podróżowałam 

background image

sama po szerokim świecie, to i z dzieckiem sobie poradzę. 

– Nic. Wszystko w porządku. 
Jack ruszył do drzwi i jakby obawiając się, że Tess zmieni zdanie, szybko wyszedł z 

pokoju. 

Co najmniej przez godzinę ciężko pracował w stajni, zanim poczuł się lepiej. Zmusił się 

do wysprzątania boksów wszystkich koni i nakarmił zwierzęta. Przerwał pracę dopiero wtedy, 
gdy pot zaczął spływać mu z czoła i rozbolały go wszystkie mięśnie. Dopiero wtedy ustąpiło 
to dziwne uczucie, którego doznał w chwili, gdy Tess rozpinała koszulę. Ale wcale nie czuł 
się szczęśliwy z tego powodu. 

Kiedy obudził się rano, wydawało mu się, że tylko dziecko szuka w nim oparcia. Nie 

podobało mu się uczucie, które go wtedy ogarnęło. Bolesna tęsknota za tym, by je pieścić, 
pielęgnować, osłaniać, karmić. Sądził jednak, że to zrozumiałe. 

To maleństwo wypełniało bowiem puste miejsce, które powstało w jego życiu, gdy Elise 

zabrała mu syna. 

Z Tess sprawa wyglądała inaczej. Mógł sobie dać radę z tym rodzajem zainteresowania, 

jakie ta kobieta wywołała w nim wczoraj na szosie z Casper, ale nie z tym, które odczuł 
dzisiaj. Dlaczego tak reagował na widok karmiącej matki?

Nie widzącym wzrokiem objął dobrze znaną stajnię i zaczął wrzucać siano do odległego 

żłobu, a nie tego, który miał pod ręką. Ta mała demonstracja silnej woli trochę mu pomogła. 
Teraz mógł już się zmierzyć z właściwym problemem, który go dręczył. Żeby nie wiem jak 
próbował przeczyć, coś się wydarzyło ostatniej nocy. Gdy asystował przy porodzie Tess, czuł 
się jej potrzebny tak, jak nikomu na świecie. 

To nie musiało niczego oznaczać.  Cóż z tego, że dobrze mu robiło poczucie, iż jest 

komuś   potrzebny?   Że   odczuwał   specyficzną   więź   z   Tess,   pragnął   otoczyć   ją   opieką, 
traktować jak królową, bo tak odnosił się jego ojciec do matki i on sam do Elise. 

Dostał niezłą lekcję. Zaufanie, otwartość wobec ludzi niczego mu nie dały poza gorzką 

samotnością i bólem, z którym żył od trzech lat. Nie miał zamiaru przechodzić przez to po raz 
wtóry. 

Powoli się uspokajał. Bliskość zwierząt działała kojąco. Ściągnął rękawice i wsunął je do 

kieszeni, obserwując zachowanie czterech klaczy i pięciu wałachów. Przeszedł wzdłuż stajni, 
kolejno poklepując aksamitne szyje koni. To ostatecznie poprawiło mu nastrój. 

Długonogi, siwy wałach uniósł łeb, czekając na swoją kolej. Jack potrząsnął głową, wziął 

w garść trochę owsa i podsunął zwierzęciu. 

– Spokojnie, stary. Ugryź mnie, a pogadam z facetami, którzy cię przerobią na karmę dla 

psów. 

Siwek   parsknął   tylko,   co   miało   zapewne   wyrażać   jego   opinię   na   ten   temat.   Jack 

zastanawiał się dalej nad swoim stosunkiem do Tess. Być może budziła w nim coś, czego 
dawno nie odczuwał. I co z tego? Zanim opuści ranczo, będzie dzieliła czas między spanie i 
opiekę nad dzieckiem. Elise przez tydzień nie wstawała z łóżka po porodzie. Wystarczy, jeśli 
Jack przez parę dni zachowa odpowiedni dystans, a kiedy pogoda się poprawi, Tess wyjedzie. 

background image

Za miesiąc ledwie ją będzie pamiętał. 

Zgasił światło w stajni, włożył ciepłą kurtkę, a szyję i twarz osłonił grubym szalikiem. Na 

zewnątrz wiatr o mało nie powalił go na ziemię. Z trudem zamknął stajnię i tylko dzięki linie, 
którą poprzedniego wieczora przeciągnął przez podwórze, dotarł do domu. 

W normalnych warunkach pokonanie tej drogi zabierało minutę, teraz trwało pięć razy 

dłużej, a widoczność była tak kiepska, że dopiero gdy potknął się o stopień prowadzący na 
werandę, zorientował się, iż dotarł do domu. Podniósł się, wyplątał ze zwojów zbawczej linki 
i strzepnął śnieg z kurtki oraz dżinsów, nim wszedł do mieszkania. 

Zdejmując   szalik,   zastanawiał   się,   gdzie   się  podziały   psy,   które   zwykle   warowały   w 

przedsionku. Przemarznięty do szpiku kości, postanowił pozbyć się reszty ciepłego ubrania 
dopiero w kuchni. Otworzył drzwi i zastygł w bezruchu. 

– Co tu robisz? – zawołał, nadto zaskoczony widokiem Tess, by złagodzić ton. 
Nozdrza łaskotał aromat smażonego boczku. Rozgrzany piec i zapach jedzenia działały 

jak magnes na głodnego, zmarzniętego mężczyznę. Psy także wybrały kuchnię i smacznie 
spały w ciepłym wnętrzu. 

– Przygotowuję śniadanie. Nie wiem jak ty, ale ja zgłodniałam. Mam nadzieję, że lubisz 

naleśniki. 

To nie w porządku. Tess winna leżeć w łóżku, wypoczywać i zajmować się dzieckiem. 

Zamiast tego wstała, włożyła grube skarpety Jacka, ubrała się w jego flanelową koszulę i 
własne niebieskie spodnie, które wyciągnęła pewnie z podróżnej torby. Wzięła też prysznic, 
bo jej grube, kasztanowate włosy odzyskały piękny połysk, a blada cera nieco się zaróżowiła. 
Wyglądała  na   zmęczoną,  co  jednak  w  niczym  nie   zmieniało   prowokacyjnego   wyrazu   jej 
twarzy. Jack pomyślał, że trudno będzie zachować wobec niej zaplanowany dystans. 

Rozgrzała tłuszcz na patelni. 
– Zaparzyłam kawę – oznajmiła. 
Jack zdjął kurtkę, podszedł do stołu, nalał do kubka kawy i wypił łyk gorącego napoju. 
– Gdzie dziecko? – zapytał. 
Tess wskazała kuchenną szufladę ustawioną na środku stołu. 
– Nie znalazłam kołyski, ale gdzieś wyczytałam, że jej rolę może pełnić szuflada. 
Jack   krytycznym   wzrokiem   obrzucił   zaimprowizowane   łóżeczko,   które   Tess   wysłała 

miękkim kocykiem. Niemowlę właśnie się obudziło i wlepiało oczka w sufit. Jack odstawił 
kubek z kawą, by dokładniej otulić małą kocem. Dziewczynka spojrzała w górę, a on gotów 
był przysiąc, że jej buzia rozjaśniła się na jego widok. 

Cofnął się o krok, surowym wzrokiem mierząc matkę dziecka. 
– Powinnaś być w łóżku. 
– Zapewne. Ale nie jestem – odparła, przygotowując ciasto na naleśniki. – To nie zajmie 

mi dużo czasu. Czemu nie umyjesz się przed jedzeniem?

Zamierzał kazać jej wrócić do sypialni. Pragnął oznajmić Tess, że nie ma prawa wkraczać 

w jego życie  bardziej, niż już to uczyniła. Z drugiej strony odczuwał głód, a uwielbiał i 
boczek,   i   naleśniki.   Nie   było   o   co   kruszyć   kopii.   To   tylko   jeden   posiłek,   a   nie   jakiś 
zobowiązujący układ. Mógł zjeść śniadanie i nadal ignorować Tess. 

background image

– W porządku – rzekł i poszedł się myć. 
Zanim wrócił, Tess przesunęła dziecko na koniec stołu, ustawiła dwa nakrycia i zasiadła 

nad talerzem pełnym gorących naleśników, aromatycznego, smażonego boczku i miseczką 
brzoskwiń z puszki. 

Jack położył serwetkę na kolanach, napełnił sobie talerz i zaczął jeść. Poprosił jedynie o 

przysuniecie słodkiego sosu do naleśników i w milczeniu, ignorując obecność Tess, sycił 
głód. Zjadł z tuzin naleśników i spory kawałek boczku, a Tess bez słowa odłożyła widelec i 
podeszła do piecyka, by wyjąć drugą porcję. Zsunęła na swój talerz jeden naleśnik, resztę 
postawiła przed Jackiem. Usiadła i piła kawę, czekając spokojnie, aż gospodarz upora się z 
dokładką. 

– Z końmi wszystko w porządku? – spytała uprzejmie, gdy kończył repetę. 
Skinął głową. 
– Ile ich masz?
– Teraz dziewięć. Wiosną i latem miewam dwa, trzy razy więcej – odparł, odsuwając 

talerz. 

– Sam dajesz sobie radę z tyloma końmi?
– Jedzenie ci stygnie – zauważył, wskazując widelcem na talerz Tess. 
– Nie szkodzi – odrzekła i popatrzyła nań wyczekująco. 
– Mam kogoś do pomocy – rzekł z westchnieniem. – To bracia. Teraz są w Meksyku. 

Odwiedzają rodzinę – dorzucił. 

– Aha. – Tess wypiła łyk kawy. – A co robisz z końmi?
– Trenuję je. 
– W jakim celu?
– Na rodeo – odparł. 
– To znaczy, że hodujesz konie dla zawodników? Znowu skinął głową. 
– Ale... to bardzo drogie konie. 
Skoro to nie było pytanie, Jack nie odpowiedział. 
– Mieszkasz tu sam... Dlaczego nie masz telefonu komórkowego? Izolujesz się od świata. 

Przydałaby się jakaś łączność w razie wypadku. 

–   Nie   wszyscy   pragną   towarzystwa   –   powiedział   Jack.   –   Niektórzy   żyją   samotnie   – 

Spojrzał znacząco na Tess. – A nawet wolą takie życie. 

– Rozumiem, że nie lubisz o sobie mówić – zauważyła. 
– Zgadłaś. 
– W porządku – rzekła dziewczyna, wstała od stołu i zaczęła zbierać talerze. 
– Co masz zamiar robić? – spytał Jack. 
– Pozmywać. 
Szybko podniósł się z krzesła. 
– Ja się tym zajmę. Czemu nie weźmiesz dziecka i nie pójdziesz na górę odpocząć?
– Dobrze. 
Oczy   Tess   zabłysły   groźnie.   Z   hukiem   odstawiła   naczynia.   Przeszła   kilka   kroków   i 

zatrzymała się niezdecydowana. 

background image

– O co chodzi? – zapytał. 
– Nic. Po prostu... – Zacisnęła usta i uniosła podbródek. – Może najpierw mógłbyś rzucić 

okiem na pieluszkę małej? Starałam się przewinąć ją tak, jak ty to robiłeś, ale chyba mi nie 
wyszło. 

Jack wzruszył ramionami, gotów na wszystko, byle pozbyć się Tess z kuchni. Zbliżył się 

do stołu zirytowany, że ta uparta kobieta nie wyszła, tylko odsunęła się trochę. Odgarnął 
kocyk i zgrabnie rozpiął za duże majteczki małej. Dziecko było suche i czyste, ale nie dzięki 
pieluszce, która zsuwała się z małego ciałka i plątała między nóżkami. Czegoś takiego jeszcze 
nie widział. 

– Co to ma być? Origami?
– Bardzo zabawne – odparła Tess. 
Jack rozplatał pieluchę, nakazując sobie w duchu milczenie, i natychmiast usłyszał swój 

głos. 

– Czy ty kiedykolwiek przewijałaś dziecko?
– Oczywiście, lecz używałam pieluch nowego typu. Być może nie wiesz, że dziś można 

je kupować w odpowiednich rozmiarach i z miękkimi przylepcami, bez tych staromodnych, 
niewygodnych zapięć. 

– Nowe pieluchy są szkodliwe dla środowiska, a do używania tych trzeba tylko trochę 

praktyki – rzucił krótko. 

Powoli złożył tetrową pieluszkę i zgrabnie zawinął w nią dziecko. 
– Masz rację. – W głosie Tess zabrzmiało lekkie rozbawienie. – Więc czemu nie robisz 

tego szybciej? Czułabym się jeszcze bardziej niezdarna. 

Lekko potrząsnęła głową, wyciągnęła rękę i delikatnie dotknęła paluszków niemowlęcia. 

Przy tym ruchu Jack poczuł zapach kobiecej skóry. Zapadła niezręczna cisza. 

– Jak dasz małej na imię? – zapytał. 
– Jeszcze nie wiem. 
Jack odwrócił się i niechcący otarł się o Tess ramieniem, a to go zirytowało. 
– Żartujesz?
– Nie. Byłam pewna, że urodzi się chłopiec... Nie wybrałam imienia dla dziewczynki. 

Zanim o to zapytasz, powiem ci jeszcze, że nigdy nie kąpałam dziecka, nie mierzyłam mu 
temperatury i tak dalej. 

– Wspaniale – mruknął. 
– Ale się nauczę. Poza tym... – Tess spojrzała na błękitny kocyk, potem z wyzwaniem w 

oczach na Jacka. – Ty to robiłeś. 

Zacisnął szczęki. Ta kobieta była stanowczo zbyt przenikliwa. Bez słowa otulił dziecko 

kocykiem i podał je matce. 

– Dziękuję za śniadanie – rzekł. 
– Nie ma za co – odpowiedziała i ruszyła ku schodom prowadzącym na piętro. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

– Proszę – Jack rzucił książkę na kuchenny blat. – Myślę, że ci się przyda. 
Tess   odstawiła   talerz,   który   właśnie   zmywała,   i   odwróciła   się,   by   rzucić   okiem   na 

okładkę. Przeczytała tytuł: Łatwe jak ABC. Opieka nad dzieckiem od chwili narodzin do lat  
trzech. 
Nie wiedziała, jak zareagować: obrazą czy rozbawieniem. 

Zdecydowała   się   na   uśmiech.   Po   sześciu   dniach   od   porodu   stało   się   jasne,   że   nie 

wszystkich rodziców natura obdarzyła tymi samymi talentami. Zakładane przez nią pieluszki 
ciągle się zsuwały i dotąd jeszcze nie wybrała imienia dla córeczki. Jack być może nie należał 
do najrozmowniejszych ludzi na świecie, lecz, jak na to wskazywał książkowy podarunek, 
wcale nie trzymał się tak na uboczu, jak to deklarował, i nie był tak obojętny, jak udawał. 

Pierwszego dnia po wspólnym śniadaniu wrócił na cały dzień do stajni. W domu zjawił 

się wieczorem i to w nastroju nie zachęcającym do pogawędki. Odpowiadał monosylabami, 
włączył radio, zjadł na obiad potrawę z puszki. Po wysłuchaniu prognozy pogody jeszcze 
bardziej   spochmurniał.   Wyglądało   na   to,   iż   czuje   się   osobiście   dotknięty   śnieżycami   w 
Montanie i Wyoming, które potrwają przez cały weekend, a więc jeszcze dwa dni. Potem 
oznajmił, że idzie się położyć, i zniknął w swoim pokoju, a było dopiero pół do ósmej. 

Od tego czasu Tess widywała go rzadko. Albo siedział w stajni, albo w swoim gabinecie. 

Pokazywał się w porach posiłków, by zjeść kanapkę lub podgrzać chili z puszki, ale nigdy nie 
wdawał się w rozmowy. 

Wyraźnie unikał Tess, ona zaś nie była pewna, czemu się tak zachowuje. Może dlatego, 

iż   dzielił   z   nią   jedną   z   najintymniej   szych   chwil   w   życiu,   a   może   drażniła   go   swoim 
zachowaniem  lub po prostu starał się chronić własną samotność,  próbując być  zimnym  i 
gruboskórnym, choć od czasu do czasu zdobywał się również na drobne gesty uprzejmości w 
rodzaju podarowania tej książki. 

Tess podjęła decyzję. Wytarła szybko ręce i wybiegła na werandę, chcąc dogonić Jacka, 

zanim zniknie w śnieżycy. Otworzyła drzwi i... wpadła prosto na niego. 

–   Co   jest...   ?   –   Jack   wypuścił   z   rąk   stos   uprzęży   i   chwycił   Tess,   ratując   ją   przed 

upadkiem, a gdy się zachwiała, przyciągnął ją do siebie. 

Zamarła, nie przygotowana na takie zetknięcie. Odurzył ją zapach świeżego powietrza, 

koni i męskiej wody po goleniu. 

– Potrzebujesz czegoś? – zapytał Jack, odsuwając ją od siebie. 
–   Prawdę   mówiąc,   tak.   Myślę,   że   małą   trzeba   wykąpać.   Zastanawiałam   się,   czy   nie 

znalazłbyś trochę czasu, by mi przy tym pomóc?

Pokręcił głową, zanim skończyła. 
– Zajrzyj do książki. Wszystko tam znajdziesz. 
– Wierzę, że to dobra rada – odparła ze spokojem – lecz książka nie podpowie, gdzie 

znaleźć potrzebne rzeczy: mydło, szampon, ręczniki. 

Jack wskazał na uprzęże piętrzące się na podłodze. 
– Muszę to oczyścić. 

background image

– Mogłabym ci pomóc. 
Jack obrzucił Tess groźnym spojrzeniem. 
– Słuchaj – zaczął – mówiłem ci, że mam ważniejsze sprawy na głowie niż zajmowanie 

się tobą i dzieckiem. Pamiętasz?

– Tak. 
Ostatniego wieczora, gdy Jack zniknął w swoim pokoju, trochę słuchała radia i sprzątała 

kuchnię. Potem włożyła pożyczoną nocną koszulę i leżąc w łóżku, zabrała się do czytania 
powieści, którą znalazła na półce. Wkrótce usnęła. Parę godzin później obudził ją głos Jacka. 
Choć nie mogła rozróżnić wyrazów, ton, jakim się odzywał, był tak łagodny i miękki, iż 
pomyślała, że to sen. Jednak gdy ocknęła się na dobre i otworzyła oczy, okazało się, iż stał 
niedaleko łóżka, oświetlony blaskiem ognia na kominku, i przemawiał do dziecka. 

– Jack?
Drgnął gwałtownie, jakby złapała go na gorącym uczynku. 
– Obudziłaś się... 
– Owszem – przyznała, szukając wzrokiem zegarka. – Która godzina? – spytała. 
– Minęła północ. 
Usiadła   na   łóżku   i   odgarnęła   włosy   z   twarzy.   Kiedy   Jack   odwrócił   się   przodem, 

spostrzegła   zaskoczona,   że   ma   nie   dopięte   dżinsy   i   koszulę,   spod   której   widać   gęsto 
zarośniętą pierś. Z trudem przełknęła ślinę. 

– Co... tu robisz?
Przez chwilę milczał zakłopotany, potem jednak przeszedł do ofensywy. 
– Jak sądzisz? Przyszedłem zobaczyć, co się stało dziecku. 
– Co masz na myśli?
Jack   zacisnął   szczęki,   lecz   spojrzawszy   na   śliniące   się   maleństwo,   nieco   złagodniał. 

Dziewczynka rozpłakała się, jakby chcąc podsunąć mu argument. 

– Oto dlaczego przyszedłem – rzeki. – Jak miałem spać? Tess wyskoczyła z łóżka, nie 

zwracając uwagi na to, iż ma na sobie tylko męską koszulę. 

– Przepraszam, nie słyszałam... Jack odwrócił wzrok. 
– Nieważne. Na przyszłość bądź bardziej czujna, dobrze? Mam ważniejsze sprawy na 

głowie niż zajmowanie się wami dwiema – oznajmił i wyszedł z sypialni. 

Nic więcej nie wydarzyło się aż do tego ranka, gdy Tess zeszła na dół i obejrzała drzwi 

pokoju Jacka. Były tak solidne, że trudno przypuszczać, iż mógł przez nie usłyszeć kwilenie 
dziecka,   które   nie   dotarło   do   uszu   śpiącej   obok   maleństwa   matki.   Może   nie   miała 
doświadczenia w obchodzeniu się z dziećmi, lecz miała za to bardzo lekki sen. W końcu 
przecież ocknęła się, kiedy Jack szeptał coś do małej. 

Musiał kłamać. Cokolwiek przywiodło go na górę do sypialni, z pewnością nie był to 

płacz dziewczynki. 

– Pamiętam,  co mówiłeś, lecz ona jest taka maleńka – tłumaczyła  cicho. – Kiedy ją 

wykąpię, będzie mokra i może wyśliznąć mi się z rąk... – przerwała dla zwiększenia efektu. 

– No dobrze – mruknął niechętnie Jack. – Wejdź teraz do środka, bo wpuszczasz do domu 

zimne powietrze. 

background image

Schylił się, by podnieść z ziemi uprzęże. Tess nie miała zamiaru się z nim sprzeczać. 

Wróciwszy   do   kuchni,   zajrzała   do   dziecka,   które   spokojnie   spało   w   zaimprowizowanym 
łóżeczku, i zabrała się do zmywania. Jack zjawił się chwilę później. Rzucił na krzesło stos 
uprzęży,  przykrył  stół ceratą, przyniósł czyste gałganki, mydło w płynie i garnek gorącej 
wody. Nie minęła minuta, a był tak pochłonięty swymi czynnościami, iż Tess mogłaby stać 
się niewidzialna, bo i tak jej nie zauważał. 

Odłożyła ostatnie naczynie na suszarkę i podeszła do Jacka. Nie zwracał uwagi na jej 

krzątaninę przy czyszczeniu uzd i lejców. 

–   Nie   mocz   za   bardzo   skóry   –   rzucił   ostro,   gdy   zamierzała   przetrzeć   wilgotnym 

gałgankiem rzemień. 

– Nie będę – obiecała, przemilczając dyplomatycznie, iż od dziecka zajmowała się tą 

pracą. 

Nie zamierzała dawać mu pretekstu do rejterady. Działała wolno i dokładnie, póki nie 

uzyskała zadowalającego efektu. 

– Jack?
– Hm. 
– Zastanawiałam się... jak trenujesz konie dla kowboi, skoro nie masz żadnego bydła?
Milczał tak długo, iż Tess uznała, że jej nie odpowie. 
– Twoja babka dostarcza mi kilku sztuk, jeśli chcę. Teraz nie mam takiej potrzeby – rzekł 

w końcu. 

– Och. – To było ostatnie wyjaśnienie, jakiego się spodziewała. 
Nareszcie wydało się, skąd wiedział, że Mary Danielson wyjechała. Tess mogła teraz 

zadać kolejne pytanie. 

– Jak ona się miewa?
– Mary? – Wzruszył ramionami. – Nie wiem. Czemu sama jej nie zapytasz?
Znowu urwał się wątek rozmowy. Jack Sheridan był elokwentny jak niedźwiedź w zimie. 
Z cichym westchnieniem Tess sięgnęła po następny fragment uprzęży. 
–   Jack?   –   zaczęła   po   chwili.   –   Miałbyś   coś   przeciwko   temu,   żebym   zajęła   się 

gotowaniem? Szykowałabym obiady i kolacje, dobrze?

– Dlaczego?
– Na pewno nie po to, by cię otruć, więc nie musisz podejrzewać mnie o najgorsze. I nie 

dlatego, by w ten sposób odwdzięczyć się za wszystko, co dla mnie zrobiłeś, bo tego długu 
nie   spłaci   się   kilkoma   posiłkami   –   powiedziała,   rzucając   na   Jacka   szybkie   spojrzenie.   – 
Chodzi o to, że nie chcę żywić się dłużej kanapkami z masłem orzechowym. 

– Rób, co chcesz – odparł, wzruszywszy ramionami. – W lodówce są jakieś zapasy. 
Tess zdążyła się już zorientować, że zamrożono tam żywność mogącą wystarczyć na rok 

dla   małej   armii.   Zgodę   ranczera   przyjęła   jak   coś   oczywistego.   Zastanawiało   ją   jedynie, 
czemu, rozmawiając z nią, ani na moment nie zmienił wyrazu twarzy. 

– Dziękuję – rzekła. 
– Podziękuj mojej matce. To ona robi zakupy – odpowiedział i jeszcze raz wzruszył 

ramionami. 

background image

– Och, to miłe z jej strony. Czy mieszka gdzieś w pobliżu?
– Nie. 
– Daleko?
– W Rapid City. 
– Tam się wychowałeś?
– Nie. 
– A gdzie? – spytała, starając się nie stracić cierpliwości. 
– Na ranczu, które mama sprzedała po śmierci ojca. 
– Wtedy kupiłeś tę posiadłość?
– Nie. 
Na litość boską, pomyślała Tess, ogarniając gospodarza domu krótkim spojrzeniem. Czy 

w tym cedzeniu słów jest jakiś cel, czy też Jack chce ją w ten sposób rozzłościć? Nie potrafiła 
odgadnąć, co kryją jego zielone oczy, lecz im dłużej się w nie wpatrywała, tym większy 
niepokój rodziła w niej bliskość tego mężczyzny. 

Dobry Boże, dokąd to prowadzi? Młode mamy odczuwają pewnie burze hormonów, ale 

żeby do tego stopnia... Tess odetchnęła głęboko. 

– Słuchaj – zaczął Jack, opacznie tłumacząc sobie wyraz niezadowolenia na twarzy Tess. 

–  Matka   sprzedała   rodzinne   ranczo   dwanaście   lat   temu,   a   ja  mieszkam   tutaj   od   sześciu. 
Przedtem występowałem w rodeo. 

– Naprawdę? – Tess wyraźnie zainteresowała się tematem. – Ja też chciałam brać udział 

w rodeo. Jako piętnastolatka zamierzałam zostać pierwszą kobietą, której pozwolą ujeżdżać 
dzikie konie. 

– Tak? No i co? – Jack prześliznął się po niej wzrokiem. 
– Gdy skończyłam szesnaście lat, uznałam, że tak naprawdę marzę o karierze Madonny. 
Jack nie potrafił ukryć rozbawienia. 
– Myślę, że to normalne – zauważył. 
– Pragnąć kariery gwiazdy rocka?
– Nie, ale nastolatki zwykle mają jakichś idoli. 
– Kto był twoim?
– Nie wiem. Chyba ojciec... Mój brat zawsze mówił... 
–   zamilkł   i   tak   zacisnął   rękę   na   czyszczonym   rzemieniu,   że   brązowa   piana   spłynęła 

między palcami. 

Tess mechanicznie sięgnęła po ściereczkę, by obetrzeć dłoń Jacka. 
– Co mówił? – spytała. 
– Nic – mruknął. – Zapomnijmy o tym. 
Spojrzał na dłoń, której dotykała Tess, i cofnął się tak gwałtownie, aż odsunął krzesło, na 

którym siedział. Poderwał się z miejsca. 

– Muszę iść. Zapomniałem, że mam jeszcze coś do zrobienia poza stajnią – rzekł sucho. 
– Żartujesz. Teraz? To z pewnością może poczekać... 
– Nie. – Jack wskazał stos uprzęży na stole. – Zostaw to – powiedział. – Dokończę, jak 

wrócę. 

background image

– Poczekaj... Nie rozumiem... 
Jack wyszedł z kuchni, pozostawiając osłupiałą Tess. Pomyślała, że Sheridan w niczym 

nie   przypomina   Graya   Maxwella.   Zacisnęła   powieki,   ogarnięta   nagłym   poczuciem 
samotności. Niech cię licho, Gray, jak mogłeś odejść z tego świata i mnie zostawić? Tak 
dobrze rozumiałeś ludzi... 

Westchnęła.   Boże,   tęskniła   za   tym   człowiekiem,   nie   traktując   go   jak   kochanka,   bo 

spędzili   ze   sobą   zaledwie   jedną   noc.   Tess   brakowało   oparcia,   jakie   jej   dawał.   W   ciągu 
ostatnich   dziewięciu   lat   był   jej   najlepszym   przyjacielem.   Należał   do   wesołych,   miłych 
mężczyzn i w przeciwieństwie do Jacka łatwo nawiązywał kontakt z ludźmi. Był otwarty, 
bezpośredni, ciepły,  miał wielu przyjaciół. Tymczasem Sheridan sprawiał wrażenie kogoś 
nieprzewidywalnego, pełnego ukrytych zadr i nadmiernie drażliwego. 

Tess usłyszała trzaśniecie  zewnętrznych  drzwi. Podeszła do okna, odchyliła  zasłonę i 

spróbowała przebić się wzrokiem przez zadymkę. Wydawało się, że wiatr zelżał, lecz śnieg 
padał nieustannie, pokrywając całą okolicę białym puchem. 

Chwilę potem w polu widzenia pojawił się Jack, ciężko stąpający po śniegu, który zdążył 

już zasypać ścieżkę wiodącą do stajni. Zanim zniknął za rogiem domu, zdołała spostrzec, że 
miał spuszczoną głowę i pochylone ramiona. 

Westchnęła.   Nie   rozumiała   tego   człowieka   i   wcale   nie   była   pewna,   czy   pragnie   go 

zrozumieć, lecz zaczynała wierzyć, iż Jack bardziej niż ktokolwiek zasługuje na przyjaźń i 
sympatię. 

Obietnica jest obietnicą, a mężczyzna winien dotrzymywać danego słowa. Jack stał przy 

zlewie kuchennym z rękawami koszuli podwiniętymi do łokci i trzymał w rękach niemowlę. 
To   nic,   że   dziecko   było   urocze,   a   Tess   wyglądała   ponętnie,   gdy   pochylała   się   nad 
maleństwem, polewając je ciepłą wodą. W żadnym razie nie powinien był się na to zgodzić. 
Należało trwać przy swoim, odsyłając niedoświadczoną matkę po rady do książki. Na jego 
miejscu każdy by tak zrobił. 

Ale w nim kołatało się jeszcze jakieś staromodne przywiązanie do kanonu zasad, zgodnie 

z którymi mężczyzna winien kobiecie służyć pomocą. Teraz mógł mieć pretensje wyłącznie 
do siebie, że dał się w to wciągnąć. Rzucił okiem na Tess, która myła dziecko, gdy on je 
podtrzymywał, i zaczął zastanawiać się nad listą jej ostatnich przewinień. 

Przede wszystkim skończyła czyszczenie uprzęży, ignorując jego zapowiedź, że sam się 

tym   zajmie.   Potem   przygotowała   obiad   i   to   nie   zwyczajny,   lecz   złożony   z   pieczonego 
kurczaka z sosem i jarzynami. Na deser było ciasto czekoladowe. Wszystko przyniosła na 
tacy do jego pokoju i zostawiła, choć uprzedził, że nie jest głodny. Nie odezwała się ani 
słowem, gdy po paru sekundach zjawił się w kuchni. Podczas gdy jadł obiad, skończyła 
zmywanie, dokładnie wyszorowała zlew i zaczęła studiować rozdział „Kąpanie dziecka” w 
książce,   którą   kupił.   Przez   cały   czas   odnosiła   się   doń   ciepło   i   przyjaźnie,   jakby   nie 
pamiętając, że wcześniej opuścił dom bez słowa wyjaśnienia. W tej sytuacji, gdy poczuł się 
największym barbarzyńcą od czasów Attyli, nie pozostawało nic innego, jak zawinąć rękawy 
i pomóc przy kąpieli niemowlęcia. 

background image

Jednak wcale nie musiało mu się to podobać. Tess również niekoniecznie miała zyskać 

jego   sympatię.   Jeszcze   raz   obrzucił   ją   spojrzeniem.   Na   zaróżowionej   twarzy   dziewczyny 
malowała   się   koncentracja.   Włosy   spięła   na   czubku   głowy   w   taki   sposób,   że   kilka 
jedwabistych   pasemek   muskało   jej   policzki.   W   rozcięciu   bluzki   widać   było   fragment 
krągłych, pełnych piersi, które każdemu mężczyźnie rozgrzałyby krew w żyłach. 

Jack uświadomił  sobie, że przestępuje z nogi na nogę, nie mogąc  spokojnie ustać  w 

miejscu. Przeniósł wzrok na dziecko, które właśnie rozchyliło usteczka. 

– Popatrz! – zawołała Tess. – Uśmiecha się do ciebie. 
– Akurat. 
– Oczywiście, że tak. – Zwilżyła gąbką włoski niemowlęcia. – Mała cię lubi. 
– Nie jest na tyle duża, by wiedzieć, czy coś lub kogoś lubi. 
Szczęśliwe dziecko, pomyślał, poruszając się niespokojnie, gdy Tess pochyliła się nad 

córeczką i niechcący musnęła go ramieniem. 

– Dlaczego to robisz? – spytała. 
– Co?
– Zawsze przewidujesz najgorsze. 
–   Bo   wyrosłem   z   naiwności   i   oszczędzam   sobie   rozczarowań.   Zawczasu   jestem 

przygotowany na zły obrót spraw. 

–   Nie   wiem,   czy   to   dobrze.   Uważam,   iż   lepiej   jest   żyć   nadzieją   na   lepsze   jutro   – 

powiedziała z uśmiechem. 

– Założę się, że widząc światło w tunelu, nie myślisz o pociągu – mruknął z ironią. 
–   Co   z   tego?   –   spytała,   nalewając   na   dłoń   odrobinę   szamponu.   –   Cóż   dobrego   w 

martwieniu się na zapas czymś, na co i tak nie mamy wpływu?

Jack wzruszył ramionami, poirytowany naiwnością Tess. 
– Może musisz coś przeżyć, by to zrozumieć – rzekł. Tess znieruchomiała na moment, a 

potem spojrzała mu w oczy. 

– Może. 
Jack pojął, że znowu palnął głupstwo. Przypomniał sobie wymianę zdań z Tess: „ Ojciec 

zapewne niepokoi się o dziecko”. „Daruj sobie współczucie. On nie żyje”. 

Wpatrzył się nie widzącym wzrokiem w wypełniony wodą zlew. W głowie kłębiło mu się 

mnóstwo pytań, których nie umiał zadać, bo dotyczyły ojca małej. 

Czy pragnął tego dziecka? Czy w ogóle o nim wiedział? Jeśli tak, to czemu nie ożenił się 

z   Tess?   Jak  zmarł?   Co   się   z  nim   stało?   Plastikowy   kubeczek,   którego   Tess   używała   do 
polewania główki dziecka, znieruchomiał w powietrzu. 

– Co mówisz? – spytała zdumiona. 
Sądząc z wyrazu twarzy Tess, Jack musiał bezwiednie wypowiedzieć głośno którąś ze 

swych wątpliwości. 

– Nic takiego. Nieważne – odrzekł. 
Popatrzyli na siebie uważnie. W oczach Tess malowała się niepewność, czy aby dobrze 

zrozumiała słowa Jacka. Poczuł ulgę, gdy nie wróciła do tematu. 

– W porządku – usłyszał i zobaczył, że wzięła się do wycierania główki niemowlęcia. 

background image

Jeszcze pięć minut i mnie tu nie będzie, pomyślał ranczer. Tymczasem, starając się nie 

okazywać zbytniego pośpiechu, uniósł delikatnie dziecko i wziął je na ręce, by przenieść na 
stół przykryty grubymi, miękkimi ręcznikami. Tess otuliła córeczkę jednym z nich, a drugim 
zaczęła delikatnie osuszać małe ciałko. 

–   Gray  miał   guz   mózgu   –  powiedziała   cicho.   Zamilkła   na   chwilę,   by  unieść   małą   i 

wytrzeć jej plecki. 

–   W   styczniu   zeszłego   roku   zaczął   odczuwać   bóle   głowy.   Miał   też   problemy   ze 

wzrokiem. Gdy zwrócił się do lekarza, okazało się, że jest już za późno. Diagnozę postawiono 
w lutym. Sześć tygodni później już nie żył. 

Tess popudrowała talkiem pupę dziecka i sięgnęła po pieluszkę. Jack nie wiedział, co 

powiedzieć. 

– Przykro mi – mruknął w końcu, co musiało zabrzmieć głupio po jego wypowiedzi na 

temat życiowej naiwności i pociągów w tunelu. – Naprawdę przykro – dodał. 

– Był wspaniałym człowiekiem. Mam nadzieję, że to maleństwo będzie podobne do ojca. 

– Tess posłała córeczce ciepły uśmiech. 

Jack uświadomił sobie, że bębni palcami po stole. Wściekał się, że nie umie znaleźć 

właściwych   słów.   Odebrał   Tess   pieluszkę,   widząc,   że   młoda   mama   nie   radzi   sobie   z 
przewijaniem dziecka. 

– Pozwól, że ja to zrobię – powiedział i kilkoma zgrabnymi ruchami przewinął niemowlę. 
– Dzięki. 
– Nie ma za co. 
Jack schował szampon i wylał wodę ze zlewu, gdy Tess ubierała małą w śpioszki. 
– Jack?
– Hm. 
– Jeśli cię czymś uraziłam, wybacz mi – powiedziała, a on nie zareagował, bo nie chciał 

myśleć ani mówić na ten temat. 

– To nie miało nic wspólnego z tobą. Myślałem, że zostawiłem w stajni włączony piec – 

skłamał, nie mając zamiaru niczego wyjaśniać. 

– Aha. 
Jack widział, że Tess mu nie uwierzyła, lecz wmówił sobie, iż to bez znaczenia. W tym 

momencie dziecko zaczęło kwilić. Tess wzięła córeczkę na ręce i przytuliła do piersi. Jack 
pomyślał, że to cudowne uczucie być tak pieszczonym. 

– Idź na górę. Mała jest głodna. Ja tu sprzątnę – rzekł, z wysiłkiem zdobywając się na 

obojętny ton. 

– Ale... 
– Idź. Chcę spokojnie wysłuchać prognozy pogody, a płacz małej mi przeszkadza. 
Tess dostała wypieków na policzkach. Już otwierała usta, by zaprotestować, lecz zaraz je 

zamknęła. 

– Dobrze. Dziękuję za pomoc. Mam nadzieję, że zobaczymy się jutro – powiedziała. 
Gdy wchodziła na schody, zatrzymała się na chwilę i odwróciła głowę. 
– Jack?

background image

– Co?
– Śpij spokojnie – rzekła i zniknęła na piętrze. 
Dobre sobie. Jack drgnął i przesunął ręką po twarzy. Odkąd spotkał tę kobietę, nie miał za 

sobą ani jednej spokojnej nocy. Starał się nie myśleć, jak wiele Tess znaczy w jego życiu. 
Powtarzał tylko: im szybciej wyjedzie, tym lepiej. Nie mogło być inaczej. Prognoza pogody 
przewidywała, że burze śnieżne ustaną w ciągu najbliższych siedemdziesięciu dwóch godzin. 
Potem miną ze dwa dni, nim drogowcy oczyszczą szosy, i wreszcie Tess opuści jego dom, a 
życie tutaj wróci do normy. 

background image

ROZDZIAŁ PIATY

Świtało. Zimowe słońce wolno wyłaniało się zza horyzontu, oświetlając pokryte śniegiem 

pustkowie. 

– Do licha – mruknął Jack, wyglądając przez kuchenne okno. 
Wokół połyskiwały ogromne zaspy. Wiatr przenosił z jednej na drugą białe płatki śniegu. 

Nigdzie nie było widać ani ptaka, ani królika, ani nawet kojota. Zapowiadał się podobny do 
poprzednich dziewiętnastu, kolejny dzień zadymki. 

Jack   wzruszył   lekko   ramionami,   przypominając   sobie,   co   myślał   podczas   pierwszej 

kąpieli dziecka, przy której pomagał. Wydawało mu się wtedy, że wytrzyma jeszcze ze trzy 
dni. Trzy tygodnie w ogóle nie wchodziły w rachubę. 

Właśnie usłyszał znajome kroki na schodach. Nie musiał się odwracać, by zgadnąć, kto 

schodzi na poranną kawę. 

– Dzień dobry – powiedziała Tess. 
Jak zwykle wniosła do kuchni zapach szamponu i mydła. Jej rozgrzana, zaróżowiona 

skóra   świadczyła   o   wziętym   przed   chwilą   prysznicu.   I   jak   zwykle   Jack   odczuł   napięcie 
wypełnione nieokreślonym oczekiwaniem. Odetchnął głęboko, słuchając, jak jego gość krząta 
się po kuchni i przygotowuje kawę. 

Zamarł, gdy zbliżyła się do okna, by spojrzeć na termometr. 
–   Ojej,   minus   trzydzieści!   Jeszcze   zimniej   niż   wczoraj.   Zatrzęsła   się   w   udawanym 

przerażeniu i spojrzała na Jacka z promiennym uśmiechem. 

– Zauważyłem – odparł kwaśno, dziwnie niezadowolony z faktu, że głos Tess wydał mu 

się przyjemny. 

– Podczas wichury będzie chyba znacznie mroźniej. 
– Pewnie tak – przyznał. 
– Wiesz, nie pamiętam takich chłodów nawet z czasów dzieciństwa. 
–   Może   ich   wcale   nie   było.   Nie   słuchałaś   wczorajszych   wiadomości?   Podobno   to 

najdłużej utrzymujące się mrozy, odkąd w Wyoming w ogóle zaczęto mierzyć temperaturę. 

Jack mieszkał tu od sześciu lat, a po raz pierwszy zdarzyło  się, by pługi nie zdołały 

oczyścić   miejscowej   drogi,   bo,   jak   ogłoszono,   nie   należała   do   tras   pierwszej   kolejności 
odśnieżania. 

–   Hm.   –   Terss   wypiła   łyk   gorącej   kawy   i   sponad   kubka   spoglądała   w   zamyśleniu 

ogromnymi, ciemnymi oczami. 

–   Czy   to   pogoda   tak   cię   przygnębia?   Źle   dziś   spałeś?   Sheridan   nie   zaszczycił   jej 

odpowiedzią, tylko posłał swojemu gościowi ponure spojrzenie. 

– Może humor ci się poprawi, jak zjesz coś dobrego. – Tess poklepała go po ramieniu. – 

Co myślisz o śniadaniu?

– Nie będę niczego jadł. Dziękuję. 
– W porządku. A może poprawi ci nastrój wiadomość, że wybrałam imię dla małej. 
– Naprawdę? – Jack bez powodzenia próbował udać brak zainteresowania. 

background image

– Tak. Co myślisz o... Nicole? W skrócie – Nicki. Zastanawiał się przez moment, a potem 

skinął głową, wstydząc się przyznać nawet przed samym sobą, iż odczuł ulgę, dowiadując się, 
iż nie nazwała dziewczynki Grace, by upamiętnić w ten sposób zmarłego Graya. Nie chodziło 
o to, że przykładał do całej sprawy jakąś wagę. Po prostu imię Grace nie pasowało mu do 
małej. 

– Podoba mi się – rzekł. 
– To dobrze – uśmiechnęła się Tess. 
Przez sekundę patrzyli sobie w oczy, aż Jack poczuł znajome napięcie i odwrócił wzrok. 
– Co będziesz dziś robił? – spytała, delektując się kawą. 
– To co zawsze. 
– Popracujesz w stajni? W milczeniu skinął głową. 
– Nie męczy cię taka praca?
– Nie. 
– Nigdy?
Jack spojrzał na Tess. Wyglądała jakoś inaczej. Była jakby wyższa, szczuplejsza... 
– Pomyślałam sobie, że... może dzisiaj przydałaby ci się pomoc. 
– W czym?
– Przy koniach. 
– Nie zawracaj sobie głowy. 
– Ale, Jack... 
– Nie ma mowy. Musisz zajmować się dzieckiem. Tess machnęła ręką, zniecierpliwiona. 
– Właśnie je nakarmiłam. Dobrze wiesz, że będzie teraz spało ze dwie godziny. 
To była prawda. Mała Nicole w odróżnieniu od swojej matki sprawiała wyjątkowo mało 

kłopotów. Miała dopiero trzy tygodnie i trzy dni, a doskonale ułożyła sobie program dnia. 

– I co z tego?
– To, że Nicki nie wyjdzie z domu ani nie wypadnie z łóżeczka, jeśli opuszczę ją na pół 

godziny.   Pewnie   nawet   nie   przewróci   się   na   drugi   bok.   Dziś   rano   wydawała   się   nieco 
zmęczona, bo przez pół nocy nie spała. 

Tess z wyczekiwaniem popatrzyła na Jacka. 
Nie musiała wiedzieć, że podczas bezsennych nocy czasem zaglądał do jej dziecka, gdy 

słyszał, że popłakiwało lub sądził, iż może czuć się samotne. Tess winna być mu wdzięczna, 
że mogła sobie pospać, podczas gdy on czuwał. 

– Proszę, Jack. Naprawdę chcę zobaczyć twoje konie. 
– Nie. 
Wyraz twarzy Sheridana zdawał się świadczyć, iż nic nie zmusi go do zmiany zdania. 

Mimo to Tess uniosła głowę i zrobiła minę, która zawsze wytrącała Jacka z równowagi. 

– No dobrze, w takim razie obejrzę je jutro – rzekła i odwróciła się w stronę lodówki, 

ucinając ewentualne protesty Jacka. – Masz jakieś życzenia w sprawie obiadu? – spytała. 

– Żadnych – odpowiedział, pragnąc w duchu, by wreszcie wyjechała i dała mu spokój. 
– Szkoda. 
Po chwili do jej uszu dobiegło trzaśniecie drzwiami. W ciągu ostatnich dwóch tygodni 

background image

słyszała ten dźwięk ze czterdzieści razy, a może więcej. Stanowczo zbyt często, pomyślała 
ponuro Tess, odstawiając kubek z kawą. 

Ilekroć sądziła, że czyni  postępy w zbliżaniu się do Jacka, okazywało  się, iż była  w 

błędzie. Naprawdę i w przenośni Sheridan zatrzaskiwał przed nią drzwi i zostawiał ją samą. 

Gdyby nie czuła się tak szczęśliwa, musiałaby się tym martwić. Uderzyła ją absurdalność 

własnych myśli i poczucie, że zależy jej na Jacku Sheridanie. Zadała sobie pytanie, czemu tak 
jest. 

Większa część pozytywnych doznań wiązała się z dzieckiem. Tess oszalała na punkcie 

Nicki. Mimo wszystkich okoliczności związanych z poczęciem i narodzinami córki, uważała, 
iż   dziecko   wniosło   radość   do   jej   życia   i   nadało   mu   sens.   Dobrze   się   czuła,   myśląc   o 
odpowiedzialności, jaka teraz spoczywała na jej barkach w związku z wychowaniem małej. 

Dzięki niej wróciła do Wyoming, za którym tak naprawdę cały czas tęskniła. Zniknął 

wewnętrzny niepokój, który ją dręczył jako nastolatkę. Opuściła rodzinne strony, by zdobyć 
wykształcenie,   zobaczyć   kawałek   świata   i   odnaleźć   samą   siebie.   Gdy   tego   dokonała, 
zapragnęła wrócić do domu. 

Tess nie miała złudzeń. Tylko na razie czuła się szczęśliwa gotując, prowadząc dom, 

czytając,   śpiąc   i   spędzając   cudowne   godziny   z   córeczką.   Wątpiła   jednak,   by   to   mogło 
wypełnić  całe  jej życie.  Czuła w sobie nadmiar  energii. Macierzyństwo  dawało poczucie 
spełnienia.   Była   też   pewna,   iż   pragnie   pozostać   w   Wyoming,   lecz   potrzebowała   jeszcze 
jakiegoś zajęcia. Marzyło jej się czyszczenie boksów w stajni, nakładanie siana do żłobów i w 
ogóle zajmowanie się końmi. 

Ale Jack nie chciał się na to zgodzić. 
A czego się spodziewałam, pomyślała. Przecież jak tylko przestanie sypać śnieg, ten facet 

zrobi wszystko, by przetrzeć drogę do autostrady i pozbyć się jej z domu. Dlaczego miałby ją 
dopuszczać do pracy w gospodarstwie?

Nie   zrobi   tego.   To   nierealne   marzenia.   Podobnie   jak   nadzieja   Tess,   iż   kilkoma 

uśmiechami   i   przyjacielską   rozmową   uda   się   jej   zmienić   podejście   do   życia,   które 
prezentował  Sheridan.   Dobrze   wiedziała,   co  znaczy  arogancja.  Po  zerwaniu   stosunków  z 
babką, jej jedyną krewną, przeżyła dziewięć lat, udowadniając sobie, że nie potrzebuje nikogo 
bliskiego. Dopiero strata Graya i macierzyństwo uświadomiły jej, jak bardzo się myliła. 

Ale czemu Jack miałby postrzegać rzeczywistość w ten sam sposób tylko dlatego, że ona 

sobie tego życzyła. Nie wiedziała też, co zrobić, by przestał traktować ją jak dopust boży, a 
zauważył w niej kobietę. Nie mogła dłużej zaprzeczać, że ją pociągał, mimo iż był ponurym 
człowiekiem i często zachowywał się odpychająco. 

Następny dzień nie przyniósł zmiany pogody. Jack zmrużył oczy, wychodząc ze stajni na 

podwórze roziskrzone zimnymi promieniami popołudniowego słońca. Podmuchy wiatru od 
razu przejęły go chłodem, mimo iż był ciepło ubrany. Dwie pary skarpet i kalesonów, grube 
dżinsy,   flanelowa   koszula   i   ciepła   kurtka,   a   także   wełniana   czapka,   rękawice   i   szalik 
sprawiały, że czuł się jak dobrze utuczony, świąteczny indyk. W dodatku spocił się przy pracy 
i teraz wilgotne plecy przymarzały mu do koszuli. Uszy, nos, palce u rąk i nóg bolały z zimna. 

background image

Postanowił to zignorować. Całą uwagę skupił na wspaniałej klaczy o imieniu Kasjopeja, 

którą właśnie wyprowadził ze stajni na wybieg. Koń zachowywał się niespokojnie. Reagując 
na gwałtowne porywy wiatru, nerwowo przebierał kopytami. Szarpał się na wodzy, jakby 
chciał wyrwać ze stawu ramię swojego właściciela. 

– Spokojnie, kochana – mruknął Jack. 
Uchwycił mocniej lejce, oparł nogę na strzemieniu i usadowił się w siodle, nie przestając 

łagodnie przemawiać do zwierzęcia. 

–   Wszystko   w   porządku,   nie   ma   się  czego   bać...   Klacz   nie   ufała   tym   słowom.   Gdy 

poczuła ciężar jeźdźca, rzuciła się w bok, próbując się go pozbyć. Jack ściągnął wodze, a 
Kasjopeja stanęła dęba. 

– Na litość boską! – krzyknął, ściskając kolanami boki konia i zmuszając go do biegu 

wzdłuż ogrodzenia. 

Początkowo klacz reagowała nerwowo na każdy dźwięk i cień. W końcu jednak łagodny 

ton   głosu   jeźdźca   zaczął   skutkować.   Koń   uspokoił   się   i   zaufał   ranczerowi.   Po   kilku 
okrążeniach biegł wyrównanym truchtem. 

Jack czuł napięcie mięśni. Zwykle spędzał w siodle od trzech do sześciu godzin dziennie, 

zależnie   od   tego,   jak   wiele   koni   trenował.   Teraz,   ze   względu   na   silne   mrozy   i   fakt,   że 
wszystko   musiał   robić   sam,   poświęcał   temu   zaledwie   godzinę,   a   to   oznaczało,   iż   konie 
otrzymywały   dziesiątą   część   tygodniowych   ćwiczeń.   Odkąd   więcej   czasu   przebywały   w 
stajni, czuły nadmiar energii i stały się nerwowe. Podobnie jak ich właściciel. 

Złożono ci ofertę pomocy, lecz ją odrzuciłeś, przypomniał sobie Jack. Tego dnia podczas 

lunchu znów rozmawiał o tym z Tess. Boże, ależ z niej uparciucha. Nie przyjmowała do 
wiadomości niczego, co mówił. Nie wierzyła, że nic nie skłoni go do zmiany zdania. Po 
prostu nie rozumiała, iż spędzanie z nią większej ilości czasu było ostatnią rzeczą, której 
pragnął. W każdym razie nie życzył sobie tego teraz, gdy dowiedział się o niej tak wiele. 

Orientował   się   już,   że   nie   lubi   brokułów,   przepada   za   czytaniem,   irlandzką   muzyką 

ludową i umie w myślach szybciej sumować kolumny liczb niż on na papierze. Wiedział, że 
poprzednich parę lat spędziła w San Francisco, gdzie razem z ojcem małej Nicki prowadziła 
dochodową   firmę   importową.   Jako   jej   przedstawicielka   zjeździła   cały   świat,   a   ostatnio 
sprzedała wszystko, co posiadała, więc nie ma kłopotów materialnych. 

Pojął również, iż Tess odznacza się wyjątkowym opanowaniem. Wiedział, że nie leży w 

jej naturze ani robienie kwaśnych min, ani oczekiwanie, że ktoś dostarczy jej rozrywek na 
odludnym   ranczu,   których   domagała   się   jego   była   żona.   Zauważył,   że   Tess   śpiewa   pod 
prysznicem, śpi na boku i znacznie lepiej wygląda w jego koszulach niż on sam. Domyślał 
się, że wyjazd babki na wieść o jej przyjeździe musiał głęboko ją zranić. W ogóle im lepiej 
poznawał Tess, tym trudniej było mu utrzymać w stosunku do niej dystans. 

Jack rozumiał, że zbyt wiele czasu spędza na myśleniu o tej kobiecie. Choćby wczoraj, 

gdy przyszło mu do głowy, że jakoś inaczej wygląda. Złapał się na tym, iż przypatruje się jej 
jak zauroczony nastolatek, próbując dociec, czemu tak fascynują go jej kształty. 

Wyprostował się w siodle. To chyba pożądanie! Jak mógł być taki ślepy? Tyle czasu 

zajęło mu, by sobie uświadomić, iż po raz pierwszy, odkąd spotkał Tess, nie miała koszuli 

background image

wypuszczonej na spodnie, a wsuniętą za pasek, co pozwalało zachwycać się linią jej bioder. 

Ta myśl poraziła go jak gromem. Sekundę później jeden z kotów przesiadujących zwykle 

w stajni wyskoczył z cienia i śmignął wprost pod kopyta Kasjopei. Klacz przestraszyła się. Jej 
przednie nogi rozjechały się na zmarzniętych grudach ziemi. 

Jack nie miał żadnych szans. Przez głowę przemknęła mu jeszcze jakaś myśl o Tess, a po 

chwili wylatywał z siodła i ponad łbem zwierzęcia lądował na ziemi. Uderzenie o podłoże 
było tak silne, że jeździec ujrzał gwiazdy przed oczami. Znalazł się pod koniem i stracił 
przytomność. 

Tess wcisnęła się głębiej w fotel przy kominku. Z czułością obserwowała kołysaną w 

ramionach córeczkę. 

– No, czemu mi się tak przyglądasz? – przekomarzała się z niemowlęciem, które wielkimi 

niebieskimi oczami wpatrywało się w jej twarz. 

Nie minął miesiąc od porodu, a ona nie umiała wyobrazić sobie życia bez Nicki. 
– Nie chcesz ze mną  rozmawiać?  To pewnie  dyplomatyczne  milczenie  albo bierzesz 

przykład z Jacka. 

Dziecko poruszyło się na dźwięk imienia mężczyzny. Czyżby maleństwo łączyła z nim 

więź psychiczna, o której sama tak marzyłam, pomyślała Tess, pieszcząc brzuszek córeczki. 
Przynajmniej mała była syta. Tess już dawno przygotowała obiad, lecz niczego nie jadła w 
oczekiwaniu   na   Jacka,   który   winien   był   wrócić   prawie   godzinę   temu.   Przez   moment 
zastanawiała  się, czy nic mu się nie stało, lecz zaraz odsunęła od siebie tę myśl,  by nie 
wywoływać   wilka   z   lasu.   Było   przecież   bardziej   prawdopodobne,   że   po   wymianie   zdań 
podczas   lunchu   Jackowi   nie   spieszyło   się   do   domu.   Jedyne,   co   wówczas   zyskała   w 
odpowiedzi na swoją ofertę pomocy, to obietnicę, iż rzecz zostanie rozważona, gdy zelżeją 
mrozy. 

Tess westchnęła ciężko i ułożyła dziecko w wygodniejszej pozycji. 
– Nie powinnam tracić panowania nad sobą w rozmowach z Jackiem, jeśli chcę z nim 

wygrać – wyznała córeczce. – Nie mam, niestety, twoich zalet. Nie jestem ani taka maleńka, 
ani taka słodziutka. Pan Sheridan nie mięknie na sam mój widok. Prawdę mówiąc, chyba go 
irytuję... 

Zamilkła,   zaalarmowana   zachowaniem   psów,   które   zerwały   się   sprzed   kominka   i   ze 

skomleniem pobiegły do drzwi. Po chwili stanął w nich Jack. 

Tess   ogarnęła   go   spojrzeniem   i   ból   ścisnął   jej   serce.   Jack   wszedł   do   mieszkania   z 

pobladłą   twarzą   i   zaciśniętymi   ustami.   Cały   się   trząsł.   Prawą   rękę   obronnym   gestem 
przycisnął   do   boku.   Potargane   włosy   i   oblepione   brudnym   śniegiem   ubranie   stanowiły 
dopełnienie ponurego obrazu. 

Tess poderwała się z fotela. 
– Co się stało? – zawołała. 
– Nic – rzucił krótko, mocniej zaciskając wargi. 
– Oczywiście – powiedziała, odpędzając psy, które łasiły się do pana. – Zwykle wracasz 

do domu właśnie w takim stanie. 

background image

Jack z niejakim zaskoczeniem obejrzał własną kurtkę i westchnął. 
– No dobrze. Miałem mały problem – przyznał, niepewnym krokiem kierując się w stronę 

szafki z lekarstwami. 

Tess podążyła za nim, zastanawiając się, co czuje: zatroskanie czy irytację. 
– Jaki problem? Koń się na ciebie przewrócił?
Jack spojrzał na nią tak, iż zrozumiała, że trafiła w dziesiątkę. 
– Dobry Boże – mruknęła. 
Nie zwracając uwagi na swojego gościa, ranczer z wyraźnym wysiłkiem otworzył szafkę, 

wydobył buteleczkę z aspiryną i stał nieruchomo, jakby się nad czymś zastanawiał. Potem z 
westchnieniem obrócił się do Tess. 

– Mogłabyś wyjąć proszki? – zapytał. 
Tess   otworzyła   buteleczkę   i   wysypała   z   niej   na   dłoń   trzy   pastylki.   Napełniła   wodą 

szklankę. 

– Co z koniem? – zainteresowała się. 
– Nigdy nie czuł się lepiej. 
– A ty? Złamałeś coś sobie?
– Tylko się potłukłem – odparł, biorąc od niej szklankę tak trzęsącą się ręką, że wylał 

trochę wody na podłogę. 

Powinien się rozgrzać, pomyślała Tess. I to zarówno od zewnątrz, jak i wewnętrznie. 
–   Usiądź,   przyniosę   kawę   –   zaproponowała.   Odprowadziła   go   spojrzeniem,   gdy 

chwiejnym krokiem zbliżał się do ognia. Nie usiadł, jak mu radziła, tylko stanął zwrócony 
twarzą do kominka. 

Tess odwróciła wzrok, ciągle zastanawiając się nad sprzecznymi odczuciami, jakie budził 

w niej Jack. Z jednej strony miała ochotę otoczyć go opieką, ukoić ból, przygładzić potargane 
włosy,  a nawet oprzeć mu  głowę na ramieniu  i rozpłakać się z ulgi,  że nie zrobił  sobie 
krzywdy. Z drugiej gotowa była na niego nakrzyczeć. 

Pokiwała głową i poszła zaparzyć  kawę. Po drodze do kuchni zajrzała do garderoby, 

obiecując sobie być cierpliwą w stosunkach z gospodarzem rancza. 

– Jack?
Sheridan otworzył oczy i wziął od Tess kubek z gorącym napojem. Zauważyła, że już nie 

trzęsła mu się ręka. Widać pod wpływem ciepła powoli dochodził do siebie. 

– Dziękuję – powiedział, pijąc gorący napój. 
– Nie ma za co – rzekła Tess i wyciągnęła ku niemu rękę. chcąc rozpiąć kurtkę. 
Jack nabrał powietrza w płuca, by zneutralizować ból. który poczuł, gdy gwałtownym 

ruchem chwycił Tess za przegub dłoni. 

– Co masz zamiar zrobić? – zapytał. 
– Rozebrać cię i obejrzeć potłuczenia. 
– Daj sobie spokój. – Uwolnił jej rękę i cofnął się o krok. 
– Nie ma mowy. 
Tess podeszła bliżej, spokojnie rozpięła guziki kurtki Jacka. 
– Zamierzasz mnie powstrzymać? – spytała. 

background image

– Oczywiście. 
Jacka przeniknął dreszcz. Tess spojrzała mu w oczy i zdecydowała, że czas skończyć z 

udawaniem. 

– Słuchaj – zaczęła lekko drżącym głosem. – Jest tak zimno, że mogłeś zamarznąć. Jeśli 

nic poważnego ci się nie stało i masz tylko parę siniaków, a żadnych odmrożeń, to tym lepiej. 
Upewnijmy się jednak, czy tak jest. 

– Sam sobie poradzę. 
–   Oczywiście,   ale   po   tym   wszystkim,   co   dla   mnie   zrobiłeś,   chciałabym   ci   pomóc. 

Możemy ogłosić zawieszenie broni?

– No dobrze, jeśli ci na tym zależy... 
– Zależy. 
Zanim Jack zdążył zmienić zdanie, Tess szybko rozpięła mu kurtkę, ciepłą kamizelkę i 

koszulę. Starając się nie myśleć o tym, jak intymnej czynności dokonuje, wyciągnęła Jackowi 
koszulę ze spodni i wsunęła dłonie pod jej poły. 

– Najpierw lewy bok, dobrze?
Skinął głową i odstawił kubek z kawą na półkę nad kominkiem, by Tess mogła zsunąć 

trzy warstwy odzieży z lewego ramienia. Westchnęła, wpatrując się we wspaniale umięśnione 
barki i klatkę piersiową tego mężczyzny. Potem delikatnie pomogła mu zsunąć rękaw. Jack 
drgnął raz i drugi, gdy Tess palcami musnęła jego żebra. 

– Boli? – spytała. 
– Nie – odparł, lecz mu nie uwierzyła. 
Po pierwsze wypowiedział to zbyt ostrym tonem, po drugie widziała, jak mocno zaciska 

szczęki. Powoli, bardzo delikatnym ruchem przesunęła ciepłą dłonią po skórze. 

– Na litość boską! – krzyknął. – Możesz się z tym pospieszyć?
Ten okrzyk tak bardzo ją zaskoczył, że instynktownie przylgnęła do niego i dopiero po 

chwili uniosła głowę. 

– Tak, jeśli przestaniesz na mnie wrzeszczeć – powiedziała. 
Patrzyli sobie w oczy, stojąc tak blisko, że Tess poczuła, jak oblewają gorąco i braknie 

tchu w piersiach. Nie wiedziała, czemu nie może oderwać wzroku od tego człowieka. W 
ogóle   nie   była   w   stanie   logicznie   myśleć,   gdy   otoczył   ją   ramieniem   i   mocno   do   siebie 
przycisnął. Zaskoczyła ją reakcja własnego ciała. Była bardzo podniecona. Gdy Jack opuścił 
głowę, rozchyliła wargi, traktując to jak najnaturalniejszą rzecz na świecie. Westchnęła z 
rozkoszy, gdy przykrył je ustami. 

Jack   był   bardzo   spragniony   jej   pocałunków.   Całował   gwałtownie,   gorąco.   Tess   nie 

wyobrażała sobie, że może odczuwać coś podobnego i odpowiadać na erotyczne bodźce z 
równą gorliwością i oddaniem. Brakło jej tchu, a serce tłukło się w piersi jak oszalałe. 

Zarzuciła Jackowi ręce na szyję i przytuliła się do niego mocno. Jęknął głośniej niż za 

pierwszym razem i pogłębił pocałunek. Tess czuła, jak bardzo jest podniecony. Całowali się 
długo, gorąco... dopóki w ciszę pokoju nie wdarł się dźwięk brzęczyka. 

Jak przebudzony ze snu, Jack podniósł głowę, ignorując pomruk protestu Tess, która 

pocałowała   go   w   policzek,   potem   w   szyję,   nie   mogąc   wydobyć   z   siebie   ani   słowa.   Z 

background image

ogromnym trudem uświadomiła sobie, że męskie ramię, do którego tuli policzek, jest dziwnie 
twarde. Podniosła wzrok i osłupiała na widok wyrazu twarzy Sheridana. 

– Zaczekaj... – spróbowała uprzedzić jego reakcję. 
– To był... błąd – powiedział głucho Jack i szybko cofnął się o krok. 
Powstrzymał ją spojrzeniem przed jakimkolwiek ruchem. Ściągnął koszulę i rzucił ją na 

podłogę. 

– Och! – Tess westchnęła głośno. 
Nie   wiedziała,   co   bardziej   wytrąciło   ją   z   równowagi.   Widok   potłuczeń   Jacka,   jego 

zachowanie czy fakt, że pokarm ulał się z jej piersi i zmoczył koszulę. 

Musiała się przesłyszeć. Co Jack mówił?
– Wybacz. To nie powinno się zdarzyć – powtórzył. Tess zbladła. Do jej uszu znów 

dotarł dźwięk brzęczyka. 

– Co to? – spytał poirytowany Jack. 
– Suszarka – odpowiedziała Tess, zastanawiając się, co w tych okolicznościach brzmi 

bardziej surrealistycznie: pytanie czy odpowiedź. – Włożyłam do niej twoją koszulę, żeby się 
ogrzała. 

– Dziękuję, to zbyteczne. 
– Dla ciebie wszystko jest zbyteczne – mruknęła, nim zdążyła ugryźć się w język. 
Zrozumiała, że musi wyjść z tego pokoju, bo wzburzone hormony i zranione serce każą 

jej zaraz zrobić coś głupiego, na przykład zatonąć we łzach lub spoliczkować Jacka. 

– Lepiej położę Nicki spać – rzekła i sięgnęła po dziecko. Niemowlę szybko dało się 

uśpić. Tess wzięła je na ręce i poszła na górę. W drodze do sypialni uświadomiła sobie, że nic 
nie jadła. Za to również Jack winien ponieść odpowiedzialność. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Jack nie mógł włożyć kamizelki. Zdenerwowany stał na środku kuchni i próbował sobie 

wmawiać,   że   to   wszystko   drobiazg.   Wstał   dziś   trochę   później.   Konie   powinny   być 
nakarmione jakąś godzinę temu, lecz biorąc pod uwagę, jak bardzo czuł się wykończony, i tak 
zdobył się na wiele. Jeśli tylko uda mu się naciągnąć na plecy tę diabelną kamizelkę, zaraz 
wyjdzie z domu. 

Zmobilizował wszystkie siły i spróbował jeszcze raz. Obolałą prawą ręką przytrzymał 

materiał, by po raz trzeci już mu się nie wyśliznął. Potem szybko sięgnął zdrową ręką za 
plecy, chcąc schwycić kamizelkę i wsunąć palce w otwór rękawa. 

Tym  razem  szczęście  mu  dopisało.  Właśnie  wkładał  dłoń, gdzie  trzeba,  kiedy z tyłu 

dobiegł kobiecy głos. 

– Dzień dobry – powiedziała Tess. 
Odwrócił   się   gwałtownie   i   natychmiast   poczuł   ostre   ukłucie   w   prawym   boku.   Ciało 

przeniknęła fala dojmującego bólu. Oblał się potem. Drżały mu ręce. Zaklął, widząc, jaki jest 
słaby. 

Tess pozornie nie zwracała uwagi na kłopoty Jacka. Minęła go i podeszła do szafki, by 

wyjąć z niej dzbanek i zaparzyć kawę. 

– Myślałam, że już wyszedłeś – rzuciła obojętnie, napełniając naczynie wodą. 
W jej głosie pobrzmiewał jakiś nie znany Jackowi ton. 
– Jeszcze nie – odparł. 
– Zaspałeś?
– Coś w tym rodzaju. 
Jack nie miał zamiaru przyznać, iż spędził okropną noc w fotelu przy kominku, obawiając 

się, że jeśli się położy, nie zdoła wstać. Tess nie musiała wiedzieć, iż miał na nogach buty 
tylko dlatego, że wieczorem nie mógł ich zdjąć. Nie będzie się z niczym  zdradzał przed 
osobą, która właśnie wyszła odświeżona spod prysznica i aż tryskała energią. Nie w sytuacji, 
gdy wczoraj popełnił kardynalny błąd z pocałunkiem. Dziś Tess wyraźnie nie zwracała nań 
uwagi,  choć   on  każdym  centymetrem   skóry odczuwał  jej  obecność.   A  wydawało  się,   że 
pocałunek   sprawił   jej   przyjemność...   Tess   jeszcze   raz   przeszła   obok   Jacka,   odurzając   go 
swoim   zapachem.   Ostrożnie   odwrócił   się   i   odprowadził   ją   wzrokiem,   gdy   podeszła   do 
kominka, by dorzucić drew do ognia. 

– Nie denerwujesz się, że konie są głodne?
– Właśnie wychodzę – mruknął Sheridan, rezygnując ostatecznie z włożenia kamizelki i 

sięgając po kurtkę. 

– Aha. 
Było coś w głosie Tess, co kazało mu się zatrzymać. 
– O co chodzi? – zapytał. 
– Pomyślałam, że byłoby lepiej, gdybyś zostawił mi numer telefonu swojej matki. 
– Dlaczego?

background image

Jack starał się nie stracić panowania, gdy Tess znów go minęła, idąc po kubek z kawą, co 

zmusiło go do kolejnego obrotu. 

– Bo jeśli ktoś umiera, należy zawiadomić krewnych – wyjaśniła spokojnie i wzięła do 

ręki parujący kubek. 

– Dzięki za troskę, lecz nie sądzę, by mi coś groziło. 
– Tak ubrany nie przetrwasz na mrozie nawet pięciu minut. 
– Jak ubrany?
– Na litość boską, Jack. Nie tylko nie masz na sobie ciepłej kamizelki, lecz nawet koszuli 

nie zapiąłeś. 

– Wcale nie muszę tego robić – odparł, wzruszając ramionami. 
– Oczywiście. Tak bardzo jesteś zajęty udawaniem twardego faceta. 
– Naprawdę? Nie byłbym w takim stanie, gdybyś ty ubierała się i zachowywała inaczej. 
– Co to ma znaczyć?
Dobry   Boże,   czemu   wymknęło   mi   się   z   ust   coś   takiego,   pomyślał   Jack,   walcząc   z 

guzikami kurtki. 

– Nic. Zapomnij o tym – rzekł. 
– Nie. Chcę... 
– Nieważne, czego chcesz – przerwał – a nawet to, czego ja chcę. Wychowałaś się na 

farmie,   więc   musisz   wiedzieć,   że   czy   się   tego   chce,   czy   nie,   zwierzęta   muszą   zostać 
nakarmione. 

Nie   mogąc   za   nic   w   świecie   poradzić   sobie   z   kurtką,   Jack   poddał   się,   zniechęcony. 

Włożył zdrową rękę w lewy rękaw, a na prawe ramię po prostu kurtkę narzucił. W końcu 
uczynił krok w stronę drzwi. 

– Więc pozwól mi to zrobić. 
– Co?
Zatrzymał się i spojrzał na Tess w przekonaniu, że musiał ją źle zrozumieć. Ona sama 

ledwie mogła uwierzyć, iż po tym, jak zachował się ostatniego wieczoru, ofiarowała się mu z 
pomocą, choć nie był tego wart. 

Ale... jest taki potłuczony. Nawet z kurtką sobie nie radzi. Poza tym czuła się spragniona 

świeżego powietrza. 

– Powiedziałam, że mogę to zrobić – powtórzyła. 
– Tak... Dziękuję, ale jednak... nie. Namęczysz się tylko i niewiele zrobisz. Nie wiesz, 

gdzie co jest, ani któremu koniowi dać taką czy inną paszę. Nie masz pojęcia, który gryzie, a 
który kopie... 

Tess już chciała stwierdzić, że gdyby wcześniej pozwolił sobie pomóc, nie byłoby tego 

problemu, lecz się pohamowała. 

– Możesz mi wszystko wyjaśnić – odrzekła. 
– Nie sądzę. Zbyt dużo jest rzeczy do zapamiętania. 
–   Ja   tylko   urodziłam   dziecko,   nie   przechodziłam   lobotomii.   Mogę   sobie   wszystko 

zanotować. 

– Trzeba się nieźle nadźwigać, a ty zaledwie miesiąc temu przeżyłaś poród... 

background image

– Minęło już pięć tygodni. Mam niezłą kondycję. 
– Jeśli coś się stanie... 
– Nic się nie stanie, a jeśli nawet, zajmiesz się mną, tak jak to robiłeś wcześniej. 
Stojąc niedaleko Jacka, Tess mogła obserwować, jak zmienia mu się wyraz twarzy, od 

zniecierpliwienia   przez   zdziwienie   po   konsternację.   Najwyraźniej   nie   odpowiadała   mu 
sytuacja, w której czułby się zależny od kobiety. 

– Nie ustąpisz, prawda? – upewnił się. Potrząsnęła głową. 
– No dobrze, jeśli jesteś pewna... – rzekł z westchnieniem. 
– Tak. Wezmę tylko papier i ołówek. 
Chwilę później siedzieli razem przy stole. Najpierw z rezerwą, potem z coraz większą 

łatwością wyjawiał jej wszystkie szczegóły pracy w stajni, upodobania poszczególnych koni, 
skład   paszy   i   inne   detale.   Wyjaśnił   też,   jak   sprawdzić   system   ogrzewania   i   włączyć 
automatyczne dostarczanie wody do każdego boksu. 

Pół   godziny   później   Tess   uzbrojona   w   kilka   stron   notatek   była   gotowa   do   wyjścia. 

Rzuciła   okiem   na   Sheridana,   który   siedział   na   krześle   tak,   by   nie   urazić   prawego   boku. 
Zastanowiła się, jak uporał się z butami, skoro włożenie kurtki okazało się barierą nie do 
pokonania.   Nagle   uświadomiła   sobie,   że   Jack   jest   w   tym   samym   ubraniu,   co   wczoraj,   i 
wszystko zrozumiała. Nawet to, dlaczego nie wziął prysznica, choć ciepła woda doskonale by 
zrobiła nadwerężonym mięśniom... 

Podjęła nagłą decyzję. Nie namyślając się długo, uklękła przy krześle. 
– Co robisz? – spytał zdumiony Jack. 
– Masz zabłocone buty – odrzekła, nie patrząc mu w oczy – a wczoraj umyłam podłogę. 
Na tyle go już znała, iż zdawała sobie sprawę, że odrzuci każdy przejaw troski z jej 

strony,   twierdząc,   że   sam   się   sobą   zajmie.   Sięgnęła   do   buta   Jacka   i   z   pewnym   trudem 
ściągnęła go z muskularnej nogi. To samo zrobiła z drugim. 

– Tess... 
Uniosła wzrok i od razu pojęła, że to był błąd. Zielone oczy mężczyzny ożywiły w jej 

pamięci   aurę   wczorajszego   pocałunku.   Tess   wprost   czuła   na   wargach   usta   Jacka,   a   pod 
palcami miękkość jego włosów. Przypomniała sobie własne podniecenie w chwili, gdy ją 
przytulał. 

Wstrzymała oddech i uniosła się z kolan, przymykając oczy... 
– Lepiej już idź – powiedział Jack schrypniętym  głosem. Tess zaczerwieniła  się, nie 

wiedząc, co się z nią dzieje. 

Czemu nie przestanie się narzucać temu człowiekowi? Już kładła rękę na klamce, gdy się 

odezwał. 

– Tess?
– Co? Milczał chwilę. 
– Uważaj na siebie – mruknął w końcu. 
Kiedy   wróciła,   Jack   spał   na   fotelu   w   jej   sypialni.   Tak   go   sobie   ustawił,   by   móc 

obserwować dziecko i patrzeć w okno wychodzące na stajnię. 

Jedno spojrzenie wystarczyło, żeby stwierdzić, iż się wykąpał. Świadczyły o tym lśniące 

background image

włosy. Widać próbował nawet się ogolić lewą ręką, bo zaciął się parę razy. Włożył świeżą, 
białą koszulę i jakieś stare, wypłowiałe  dżinsy.  Nicki spała mu na kolanach,  bezpiecznie 
podtrzymywana lewym ramieniem. Tess nie potrafiła oderwać oczu od nich dwojga. 

Stała nieruchomo, choć z nie ogrzewanego korytarza ciągnęło chłodem i wiedziała, że 

powinna zamknąć drzwi, lecz jakoś nie potrafiła tego zrobić. Mówiła sobie, iż nie chce zrobić 
niczego, co obudziłoby śpiących,  lecz tak naprawdę pragnęła patrzeć  na Jacka, sama  nie 
będąc obserwowaną. Sprawiało jej to dziwną przyjemność. Trwała bez ruchu, delektując się 
widokiem. Nawet we śnie zapewniał bezpieczeństwo jej córeczce, choć ciągle był pochmurny 
i gniewnie zaciskał usta. 

Większość ludzi spokojniej wyglądała, śpiąc, ale nie Jack. Najgorsze jednak, że to jej 

wcale nie przeszkadzało. Może pod wpływem świeżego powietrza w ciągu ostatnich godzin 
Tess doszła do paru istotnych wniosków. Po pierwsze, że jej uczucie wobec Jacka to więcej 
niż wdzięczność. Po drugie. że chce być dla niego kimś ważniejszym niż tylko przyjaciółką. 
Bardzo ją obchodził. Możliwe, że... w nim się zakochała. 

Uśmiechnęła się do własnych myśli. No dobrze. Przyznała to, rozważyła taką możliwość. 

Uznała, że reakcja jej ciała na pocałunek Jacka nie była tylko efektem poporodowej burzy 
hormonów. 

Uśmiech   zniknął   jej   z   twarzy.   Mogła   sobie   żartować,   lecz   prawda   była   taka,   iż 

niezależnie   od   jej   wniosków,   ten   mężczyzna   nie   zamierzał   niczego   ułatwiać.   Co   prawda 
pożądał jej fizycznie,  o czym  mogła  się przekonać, jednak z pewnością nie podzielał  jej 
uczuć. 

– Wróciłaś. – Jack otworzył oczy. 
–   Tak   –   odparła,   konstatując   ze   zdumieniem,   że   przez   kilka   sekund   wydawał   się 

uszczęśliwiony jej widokiem. 

– Chyba się trochę zdrzemnąłem. 
– Owszem. 
Jack wyprostował się ostrożnie, by nie zbudzić dziecka, i przetarł ręką twarz. Skrzywił się 

przy tym, bo zabolało go ramię. 

– Wszystko w porządku? – zapytał. 
–   Oczywiście   –   odparła   rozczulona   widokiem   zatroskania   na   twarzy   mężczyzny.   – 

Poradziłam sobie. Konie były głodne, lecz nie rozrabiały. Tylko siwek okazał się bardziej 
niespokojny, więc nakarmiłam go na początku, tak jak mi radziłeś. 

– A co z klaczą? Obejrzałaś ją?
– Ma stłuczoną nogę, ale to nic poważnego. Lepiej wygląda niż ty. 
– Coś jeszcze? Potrząsnęła głową. 
– Wszystko było tak, jak powiedziałeś. Konie są piękne. Trochę je potrenowałam. Byłoby 

świetnie, gdyby nie mróz. 

Przez chwilę w sypialni panowała cisza. 
– Ten pokój inaczej wygląda – zauważył Jack, rozejrzawszy się dokoła. 
Tess   niewiele   zrobiła.   Zdjęła   tylko   falbaniaste   zasłony,   a   powiesiła   coś   praktyczniej 

szego. Zamieniła też pretensjonalną narzutę na zwykły koc. Zlikwidowała baldachim nad 

background image

łóżkiem i pościągała z krzeseł pokrowce, by cieszyły wzrok naturalnym błękitem obić. Pokój 
prezentował   się   teraz   znacznie   skromniej,   lecz   bardziej   po   domowemu,   o   czym   Jack 
przekonał się znacznie wcześniej, składając tu potajemnie nocne wizyty. 

– Pytałam, czy nie masz nic przeciwko temu, pamiętasz?
– Nie narzekam. Sypialnia wygląda lepiej. 
– Cieszę się, że tak uważasz. 
Tess zachęcona komplementem zebrała się na odwagę. 
– Jack, jeśli chodzi o wczorajszy wieczór... Z twarzy Sheridana zniknął przyjazny wyraz. 
– Nie ma o czym mówić – uciął krótko. 
–   Jednak   jest   –   powiedziała   spokojnie.   –   Myślałam   o   tym,   co   zaszło,   i   doszłam   do 

wniosku, że miałeś rację. 

– W jakiej sprawie? – spytał po chwili martwej ciszy. 
– Kiedy uznałeś, że nasz związek nie miałby sensu. 
– Tak... oczywiście. 
– To świetnie – rzekła z udaną obojętnością. – Obawiałam się, iż źle to zrozumiesz. 
– Co?
– Moją reakcję. To, że się tak do ciebie przykleiłam. Po prostu... – Umilkła, szukając 

właściwego słowa. – Chodzi o to, że dawno nikt mnie nie całował. No i te wszystkie zmiany 
hormonalne w ostatnich miesiącach... Teraz uświadomiłam sobie, że nie chodziło o ciebie. To 
kwestia... chwili. Coś... z tych rzeczy. 

Przez moment żadne z nich nie wyrzekło ani słowa. Potem z ust Jacka wyrwał się krótki 

okrzyk. 

– To było... miłe – dorzuciła szybko Tess, by Jack nie pomyślał, iż zamierzała go zranić. 
Popatrzył na nią w sposób, którego nie potrafiła odszyfrować. 
– Miłe – powtórzył. 
– Rozumiem, że o wszystkim, o czym powiedziałam, sam wiedziałeś już dużo wcześniej. 
– O, tak. 
– Nie chcę, byśmy trwali w jakiejś niezręcznej sytuacji. 
– Tess zbliżyła się o kilka kroków. – Bądźmy przyjaciółmi – zaproponowała. 
– Oczywiście – zgodził się Jack. 
Uścisnęli sobie ręce. Dotknięcie dłoni sprawiło, iż ciała obojga przeniknął dreszcz. Jack 

nie dał poznać po sobie, co czuje. 

– Pójdę już – mruknął. 
– Zaczekaj chwilę. – Tess podeszła jeszcze bliżej, by przyjrzeć się stłuczeniu na jego 

skroni. 

– Co ty robisz, u licha? – zirytował się Sheridan. 
Tess starała się nie zwracać uwagi na wzajemną bliskość, która sprawiała, że czuła ciepło 

jego oddechu. 

– Nie najlepiej to wygląda – zauważyła i delikatnie odgarnęła włosy Jacka, by dokładniej 

zbadać obrażenie. – Nie miałeś bólu głowy?

–   Jak   dotąd,   nie   –   odparł,   przesuwając   wzrok   na   usta   dziewczyny,   co   sprawiło,   że 

background image

zarumieniła się i zaczęła szybciej oddychać. 

Nicki uratowała sytuację. Obudziła się właśnie i głośno zapłakała. Jak wyrwany z transu, 

Jack błyskawicznie przeniósł spojrzenie na dziecko. Nie zważając na ból w potłuczonym 
boku, uniósł małą i podał ją matce. 

– Lepiej zajmij się dzieckiem – powiedział. Upewniwszy się, że niemowlę bezpiecznie 

spoczywa w ramionach Tess, wyszedł z pokoju. Tess spojrzała na córeczkę. 

– Trafiłaś w dobry moment – powiedziała. 
Nicki zupełnie nie przejmowała się sprawami dorosłych. Ufnie wpatrywała się w twarz 

matki.   Tess   pokręciła   głową,   lecz   widok   pogodnej   buzi   dziecka   sprawił,   iż   szybko   się 
rozchmurzyła. Właściwie to nawet lepiej, że Jack wyszedł, pomyślała. Jeszcze chwila, a Nicki 
nie byłaby jedyną kobietą w jego ramionach i cały układ o przyjaźni straciłby sens. 

Usiadła   w   fotelu,   z   którego   przed   chwilą   wstał   gospodarz   domu.   Westchnęła   lekko, 

czując jeszcze ciepło jego ciała. Przypomniała sobie wyraz twarzy Sheridana w chwili, gdy 
usłyszał, że jego pocałunek był... miły. 

– Skończyłeś?
Jack zamarł w bezruchu, gdy Tess pochyliła się, by po obiedzie wziąć od niego talerz. 

Niechcący dotknęła piersią jego ramienia. Jack jednocześnie poczuł ciepło jej ciała i delikatny 
zapach skóry. Odsunął się gwałtownie. 

– Mówiłem, że sam pozmywam. 
– Wiem, ale pomyślałam, iż posprzątam tu trochę, zanim nakarmię Nicki. 
Tess   zostawiła   Jackowi   jego   kubek   z   kawą,   zabrała   talerz,   sztućce   i   podeszła   do 

zlewozmywaka. Po drodze włączyła radio i zaczęła podśpiewywać piosenkę sączącą się z 
głośnika. 

Wyglądała... świetnie. Wcześniej też się nieźle prezentowała, ale teraz... Dwa dni ruchu 

na świeżym powietrzu wcale jej nie zaszkodziły. Miała zdrową cerę i zgrabną figurkę. Wcale 
nie wyglądała na matkę niemowlęcia. 

Jack nie dbał o to. W końcu byli jedynie przyjaciółmi. Nic między nimi nie zaszło poza 

„miłym”  pocałunkiem.  Nawet  przed  sobą nie   chciał  przyznać,   jak bardzo  zabolało  go  to 
określenie.   Gorzej,   że   ciągle   wierząc,   iż   całowanie   Tess   było   błędem,   miał   ochotę   na 
powtórkę.   Pragnął   też   innych   rzeczy   i   to   takich,   do   których   słowo   „miłe”   zupełnie   nie 
pasowało. 

Obserwował Tess, która nie bacząc na to, spokojnie zaczęła porządkować talerze. Jej 

smukła, wysoka sylwetka poruszała się rytmicznie w takt muzyki. Odeszła od zlewu, przetarła 
stół, a potem wzięła Nicki na ręce i usiadła z nią przy kominku. Sprawdziła dziecku pieluszkę 
i spojrzała na Jacka. 

– Mówiłam ci, że postanowiłam nie wracać do San Francisco?
– Nie – odparł, próbując sobie wmówić, że jej plany zupełnie go nie obchodzą. – A co 

zamierzasz? – spytał. 

– Jeszcze nie zdecydowałam. Najpierw muszę się przekonać, jak ułożą się stosunki z 

babcią. Ale myślałam o poprowadzeniu turystycznego rancza. 

– Żartujesz. 

background image

– Nie. 
– Słyszałem, że w Montanie jest ładnie. 
Tess roześmiała się, traktując słowa Jacka jak dobry żart. 
– Dzięki za radę, lecz wolę zamieszkać gdzieś bliżej. 
– Bliżej czego?
– Domu. 
Słowa Tess wstrząsnęły Jackiem.  Dotąd zawsze myślał, że jej pobyt  na farmie Mary 

Danielson potrwa tylko przez jakiś czas. Nie przyszło mu do głowy, iż osiedli się tu na stałe. 

Spróbował wyobrazić sobie, jak by to było, gdyby Tess i Nicki zostały z nim na stałe. Na 

samą myśl poczuł ogromne poruszenie. 

– Nie sądzisz, że to nierozsądna decyzja w sytuacji, gdy się ma małe dziecko? Chcesz 

skazać Nicki na życie w tak odludnym miejscu?

Małej   nie   trzeba   było   zmieniać   pieluszki,   więc   Tess   ułożyła   ją   wygodnie,   a   sama 

wyprostowała się w fotelu, co pozwoliło Jackowi spostrzec zarys jej piersi wychylających się 
z bluzki, którą rozpięła przed karmieniem. 

– Co masz na myśli? – spytała. 
– To, że nie każdy nadaje się do egzystencji na pustkowiu. Sama się o tym przekonałaś. 

Nienawidziłaś tego tak bardzo, że stąd uciekłaś – powiedział, wstał od stołu i wziął się za 
zmywanie. 

– Wcale nie nienawidziłam – zaprotestowała. – Ale miałam dziewiętnaście lat i niczego 

jeszcze   w   życiu   nie   widziałam.   Marzyłam   o   college’u,   chciałam   zakosztować   miejskich 
rozrywek   i  zobaczyć   kawałek  świata,   zanim   osiądę  gdzieś   na  stałe.  Tylko   że  babcia  nie 
chciała o tym  słyszeć. Nie godziła się na żaden kompromis. Mogłam zostać albo odejść. 
Nigdy nie będę taka wobec Nicki. 

W   głosie   Tess   słychać   było   gorycz   i   żal,   gdy   wspominała   babkę.   Jack   postanowił 

zignorować  wszystko,  co usłyszał,  choć inaczej  już myślał  o okolicznościach,  w których 
opuściła rodzinną farmę. Nie znaczyło to jednak, że teraz potrafi być szczęśliwa w Wyoming. 

– I tak uważam, że popełnisz błąd – powtórzył z uporem w głosie. – Pomyśl, co tracisz. 

Eleganckie sklepy, kina, restauracje, pralnie chemiczne, bary szybkiej obsługi, nocne życie. 
Nie minie pół roku, a będziesz żałować – powiedział, płucząc naczynia ciepłą wodą. 

– Ty jesteś tu szczęśliwy. 
– To co innego. 
– Dlaczego?
– Nie muszę nieustannie szukać rozrywek ani bez przerwy spotykać się z ludźmi, którzy 

mówiliby mi, kim jestem czy jaki jestem. 

– Ja też nie. 
– Wydaje ci się. To tylko kwestia czasu. 
– Ach, więc to przytrafiło się twojej żonie. 
Jack umilkł i spojrzał na Tess, z przerażeniem uświadamiając sobie, jak wiele już o nim 

wiedziała. Pomyślał, iż chyba nadszedł czas, by mimo wszystkich oporów opowiedzieć jej 
szczegółowo historię swojego życia. 

background image

Tylko... jak to się skończy? Nie, przecież postanowił nikomu nie ufać. Nie potrzebował 

nikogo. A jeśli już, to Tess byłaby ostatnią osobą, której by się zwierzył. Wyobrażał sobie, co 
pomyślałaby o nim, wysłuchawszy tej opowieści. 

– Nie twoja sprawa – uciął i odwrócił się od niej. 
– Jack?
Zorientował się po głosie, że Tess podeszła bliżej. W nadziei, że ta uparta dziewczyna się 

zniechęci, udał, iż pochłonięty zmywaniem, nie zwraca na nią uwagi. 

– Jack, przepraszam. 
Zesztywniał, gdy położyła mu rękę na ramieniu. Co z nią, pomyślał. Nie zrozumiała, że 

uznał temat za wyczerpany?

– Nie chciałam być wścibska – ciągnęła. – I chociaż miło z twojej strony, iż troszczysz 

się o mnie... 

Naprawdę tak myślała?
– ... nie jestem twoją byłą żoną. Musiałeś zapomnieć, że mieszkałam tutaj dwa razy dłużej 

niż gdziekolwiek indziej. Decyzja o powrocie to nie kaprys. Długo nad tym myślałam. 

Tess wzięła się do wycierania talerzy. 
– Co robisz? – spytał Jack. 
– Wycieram naczynia. 
– A co z Nicki? Nie powinnaś się nią zająć?
– Nie wygląda na głodną. 
Jack obrzucił Tess spojrzeniem, które miało znaczyć, że raz na zawsze nie życzy sobie jej 

pomocy i... natychmiast pojął, iż popełnił błąd. 

Stała za blisko. Zdarzało się to już przedtem, lecz wówczas jakoś odsuwał od siebie 

wspomnienie ich jedynego pocałunku. Dziś było inaczej. Spojrzał w jej wielkie, ciemne oczy 
i przypomniał sobie, jak cudownie się wtedy do niego przytuliła. Jak miękkie, słodkie i gorące 
miała  usta.  Jak się  czuł,  gdy piersiami  przylgnęła  do jego piersi,  a on mógł  dotknąć jej 
kształtnych pośladków. 

Westchnął ciężko. 
Nie pozostawało nic innego, jak tylko wyjść stąd, zanim popełni jakieś głupstwo. 
– Naprawdę chcesz wycierać? – zapytał. Uśmiechnęła się i skinęła głową. 
– To dobrze – rzekł, podając jej sztućce. – Mam trochę papierkowej roboty. 
Tess nic nie powiedziała. Popatrzyła nań przeciągle, czyniąc przyzwalający ruch głową. 
– To lepiej się tym zajmij – poradziła mu. 
Nie minęły dwie minuty, a Jack, nieco zaskoczony, że tak łatwo udało mu się wymknąć, 

siedział przy biurku zamknięty w swoim pokoju. 

Tylko dlaczego wcale nie czuł się tu lepiej?

Tess nie była pewna, co ją przebudziło. Przez chwilę pozostawała w półśnie, po chwili 

jednak rozchyliła powieki, mając wrażenie, iż w sypialni coś jest nie w porządku. 

Najpierw sądziła, że to sprawa Nicki. Odwróciła głowę i w ciemnościach wpatrzyła się w 

posłanie dziecka. Dzięki blaskowi księżyca udało się jej spostrzec, iż z dziewczynką nic złego 

background image

się nie dzieje. Smacznie spała. 

Tess   nie   poruszyła   się.   Leżała,   nasłuchując   w   przekonaniu,   że   do   jej   uszu   docierają 

jednak jakieś niezwykłe dźwięki. Po paru sekundach dostrzegła cień odrywający się od drzwi. 
Do pokoju bezszelestnie wśliznął się Jack. 

Wstrzymała oddech. Jak zahipnotyzowana wlepiała wzrok w sylwetkę mężczyzny. Jack 

zatrzymał się przy posłaniu dziecka, rzucił okiem na Tess, a potem pochylił się nad małą. 
Tess nie potrafiła zorientować się, co on robi. Dopiero po chwili okazało się, że przykrywa 
Nicki. 

Gdy uznał, że wszystko jest tak, jak być  powinno, po cichu zawrócił do drzwi. Tess 

odczekała, aż znalazł się przy progu, lecz nie zamierzała pozwolić, by i teraz, jak przy myciu 
naczyń, wymknął się jej z rąk. 

– Jack, czy czegoś potrzebujesz? – zapytała spokojnie. Odwrócił się gwałtownie. 
W   pokoju   panowała   cisza.   Tess   znowu   wstrzymała   oddech,   zaciekawiona,   jak   Jack 

wyjaśni swoją obecność w jej sypialni. 

– Nie – burknął. – Po prostu przyszedłem, żeby ci powiedzieć, iż... nie musisz jutro 

karmić koni. Sam to zrobię. 

– To wszystko?
– Tak. 
– A więc śpij spokojnie. 
– Ty... też. 
Tess uśmiechnęła się w ciemnościach. Jack nie umiał kłamać. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Następnego ranka Tess spała dłużej. Gdy otworzyła oczy i zrzuciła kołdrę, słońce stało 

już dość wysoko, więc musiało być po dziesiątej. 

Ziewnęła, popatrzyła na pyłki tańczące w rozgrzanym powietrzu sypialni i podniosła się, 

by pójść do łazienki. 

Nicki jeszcze spała, więc Tess postanowiła wziąć prysznic. Ciepła kąpiel sprawiła jej 

przyjemność. Przeglądając zawartość szafy uznała, że naprawdę nie ma co na siebie włożyć. 
Cóż za ograniczony wybór. Miała trzy pary zbyt obszernych majtek, przyciasny stanik, trzy 
pary leginsów przeznaczonych dla kobiet w ciąży, jedną tunikę i długi zielony sweter. Całą 
kolekcję uzupełniały rzeczy Jacka: trzy flanelowe koszule, stare dżinsy i długie kalesony. 
Jakkolwiek nigdy nie przywiązywała zbyt wielkiej wagi do strojów, zamarzyła teraz o czymś 
naprawdę   ładnym,   co   pasowałoby   do   jej   obecnej   figury.   Na   razie   nie   było   nad   czym 
rozmyślać. Włożyła dżinsy i zielony sweter. Należało raczej zastanowić się nad nocną wizytą 
Jacka   w   sypialni.   Ile   razy   zaczynała   o   tym   myśleć,   ogarniało   ją   dziwne   rozbawienie 
zmieszane   z   czułością.   Jack   bardzo   się   starał   robić   wrażenie   twardego,   odpychającego 
mężczyzny, ale mu się to nie udawało. Jego prawdziwa, opiekuńcza natura wyraźnie dawała o 
sobie znać. 

Schodząc   na  dół,   Tess   zadała   sobie   pytanie,   jak   zareaguje   Jack.   Będzie   przepraszał? 

Wymyśli jakieś wytłumaczenie? Czy uda, że nic nie zaszło?

Sytuacja szybko się wyjaśniła. Jeden rzut oka wystarczył, by się przekonać, że kuchnia 

jest pusta. Na stole leżała wiadomość od gospodarza domu: „Nakarmiłem konie. Jest cieplej. 
Pojechałem odśnieżać drogę. Wrócę później”. 

Tess   podeszła   do   okna,   by   spojrzeć   na   termometr.   Rzeczywiście   temperatura   nieco 

wzrosła, ale nie tak bardzo, żeby zażywać spacerów w słońcu. Było minus piętnaście stopni. 
Pokręciła głową, próbując sobie wmówić, że nie ma się czym denerwować. Znała upór Jacka. 
Nie doceniała go dotąd. Widać wolał ryzykować odmrożenie, byle tylko nie stykać się z nią 
zbyt często. 

Ale   w   tym   człowieku   tkwił   nie   tylko   upór   i   nieufność   wobec   innych.   Pod   powłoką 

szorstkości   Jack   krył   nieprzebrane   zasoby   odpowiedzialności,   tradycyjnego   rozumienia 
honoru   i   naprawdę   dobre   serce.   Tess   wiedziała,   że   pozyskanie   jego   sympatii   jest   warte 
zachodu. Niech sobie trochę podmarznie, jeśli chce, pomyślała. 

Dzień okropnie się dłużył. Tess przyszykowała lunch, zjadła go, trochę poczytała, uprała 

bieliznę,   zajmowała   się   dzieckiem,   ponownie   zajrzała   do   książki,   uprażyła   kukurydzę   i 
zaczęła gotować obiad. 

Przez   cały   czas   powtarzała   sobie,   że   nie   ma   czym   się   denerwować.   Starała   się   nie 

martwić, gdy o drugiej pojawiły się tylko głodne i przemarznięte psy, wdzięczne za miejsce 
przy kominku. Była jeszcze w miarę spokojna, gdy minęła trzecia i zaczął zapadać zmierzch, 
a także wówczas, gdy Jack nie wrócił na ranczo o czwartej, by nakarmić konie. 

O czwartej dziesięć, kiedy Nicki zasnęła, Tess zdecydowała, że sama da jeść zwierzętom. 

background image

Wszystko wydawało się lepsze niż bezczynne czekanie. Zmniejszyła ogień pod pieczenia, 
nakazała psom pilnowanie dziecka, ubrała się ciepło i wyszła. 

Karmienie koni zajęło ponad czterdzieści minut. Temperatura na zewnątrz może była 

parę stopni wyższa niż przez ostatnie dni, lecz wystarczająco niska, by niepokoić się o Jacka. 
Gdzie on się podziewał? Może coś mu się stało?

Zgasiła światło w stajni i wyszła na podwórze, rozmyślając, co robić. Wtedy rozległ się 

znajomy   dźwięk   silnika   i   na   podjazd   wtoczył   się   ciągnik.   Trzasnęły   drzwi   kabiny.   Jack 
zeskoczył na ziemię i skierował się ku stajni. Widać było, jak bardzo jest zmęczony. Szedł 
wolno, potykając się po drodze. Miał opuszczone ramiona. 

Tess ogarnęło współczucie,  które jednak szybko  zmieniło się w gniew. Przyspieszyła 

kroku, chcąc wrócić do domu. 

– Co tu robisz? – spytał Jack, gdy wreszcie ją zobaczył. 
– Nakarmiłam konie. 
– Nie powinnaś brać się do tego. To mój obowiązek. 
– Zrobiło się późno. 
– Tak. – Jack zmarszczył brwi, uświadamiając sobie, że coś jest nie w porządku, nie 

wiedział tylko, co. – Miałem mały problem – dodał. 

– Jaki?
– Traktor wjechał do rowu i zanim go wyciągnąłem, minęło trochę czasu. 
– Aha. 
Mógł zginąć, pomyślała Tess z przerażeniem. Poczuła ulgę, że wszystko skończyło się 

szczęśliwie, i gniew, iż tak lekkomyślnie wystawił się na niebezpieczeństwo. 

– Wracaj do mieszkania – rzekł stanowczo, widząc, że Tess jest zimno. 
– A ty?
– Zaraz przyjdę, tylko zajrzę do koni. 
Oczywiście, przecież musiał sprawdzić, czy dobrze nakarmiła zwierzęta. 
– Jak chcesz – powiedziała. 
Niewiele brakowało, a wykrzyczałaby mu w twarz, co naprawdę myśli. Skończyła się jej 

cierpliwość. Miała go dosyć. Schyliła się, nabrała śniegu, ulepiła kulę i rzuciła nią w Jacka, 
strącając mu kapelusz. 

Jack zatrzymał się, zaskoczony. Przez chwilę nie drgnął, próbując zrozumieć, co się stało. 

Potem   schylił   się   po   kapelusz,   otrzepał   go   ze   śniegu   i   obejrzał   się   za   siebie.   Tess 
poczęstowała go następną kulą. Ta ugodziła go w czoło, pozostawiając trochę śniegu między 
brwiami. 

Jack zgarnął go z twarzy, próbując zachować spokój. 
– Co ty wyrabiasz? – zawołał. 
– Zasłużyłeś na to. 
– Zasłużyłem? – zapytał zdziwiony. 
– Tak. 
– Dlaczego?
– Nie rozumiesz? Nie było cię przez cały dzień! Denerwowałam się, do licha!

background image

– Tess... 
– Pewnie to objaw nienormalności, ale zależy mi na tobie... taka już jestem głupia. I 

wcale nie chcę być twoją przyjaciółką!

Schyliła się, znów ulepiła kulę i zamierzyła się na Jacka. 
– Nie rób tego – ostrzegł. 
– A co? Przestaniesz się odzywać? Schowasz się do stajni? Uciekniesz traktorem? – Tess 

rzuciła śnieżką. 

– Sama tego chciałaś! – zawołał, podbiegł do niej, próbując ją złapać, a gdy się uchyliła, 

stracił równowagę i padł twarzą w śnieg. 

Jęknął, chcąc się podnieść. Upadł znowu i nie poruszył się więcej. 
Tess przyglądała mu się podejrzliwie. 
– Daj spokój, kowboju. Znam się na takich sztuczkach. Wstawaj!
Nie odpowiedział. 
– No, dalej, wstań, bo zmarzniesz. 
Jack nawet nie westchnął. Tess była przekonana, że ją nabiera. A jeśli nie... ? Co będzie, 

jeśli   połamał   nadwerężone   żebra   i   przebił   sobie   płuco?   Może   stracił   przytomność, 
uderzywszy się o kamień?

Nie ma co dłużej się zastanawiać. Tess westchnęła i ostrożnie zbliżyła się niego. 
– Jack? – Dotknęła go nogą. 
Ku jej konsternacji Sheridan znowu jęknął, więc naprawdę zaczęła się martwić. 
– Jack, nic ci się nie stało? – Schyliła się, dotykając ręką jego policzka. 
Wtedy szybkim ruchem chwycił ją za przegub dłoni i obrócił się na plecy. Tess upadła 

nań zdumiona, obrażona, ale i uspokojona, że nic mu nie jest. Jack puścił jej rękę i złapał za 
kurtkę.   Przytrzymał   Tess,   a   drugą   ręką   nagarnął   jej   śniegu   za   kołnierz.   Wrzasnęła   i 
spróbowała się wyrwać, lecz tylko pogorszyła sytuację, bo Jack szybko zmienił pozycję i 
teraz miał ją pod sobą. 

– Co się stało? Nie chcesz spróbować, jak to smakuje? – zapytał. 
Nie odpowiedziała, próbując go z siebie zepchnąć. Równie dobrze mogłaby spychać głaz. 

W końcu uderzyła go w zdrowe ramię. 

– Na litość boską, złaź ze mnie – mruknęła. – Jest mi zimno i jeszcze trochę, a mnie 

zgnieciesz. 

Jack uniósł się na łokciach, by mogła odetchnąć, pozostając nadal unieruchomiona. 
– Sama zaczęłaś – powiedział. 
Jego infantylna reakcja zaskoczyła Tess. Mimo chłodu czuła na sobie ciepło płynące z 

jego ciała. 

– Jack... – wymamrotała niepewnie. 
– Czy to miałaś na myśli, gdy oznajmiłaś, że nie chcesz już być moją przyjaciółką? – 

spytał z błyskiem w oczach, którego wcześniej nie widziała. 

– Tak. 
– Zdajesz sobie sprawę, że to błąd. 
– To zależy. 

background image

– Tess... 
– Na litość boską, zamknij się wreszcie i pocałuj mnie! Jack nie dał się dwa razy prosić. 

Tym   razem  Tess   była   przygotowana  na  falę  gorącego  pożądania,  która  oblała  jej   ciało  i 
zmąciła myśli. Zanurzyła ręce w jedwabistych włosach Jacka, przyciągnęła go do siebie. Nie 
miała dotąd pojęcia, że potrafi tak zmysłowo rozchylać usta i koniuszkiem języka pieścić 
wargi mężczyzny. 

Jack jęknął, wsunął ręce pod jej głowę i pogłębił pocałunek. Tess, która do dziś nie 

przepadała   za   tego   rodzaju   pieszczotami,   odczuła   rozkosz   i   zapragnęła   ją   przedłużyć. 
Otoczyła nogami biodra Jacka. Przytuliła się do niego tak mocno, że przez warstwę ubrań 
wyczuła, jak bardzo jest podniecony. 

Wpiła się w usta Jacka, chcąc bez słów powiedzieć mu, co czuje. 
Reakcja   Tess   wprowadziła   Jacka   w   stan   wrzenia.   Zapragnął   jej   dotknąć,   poczuć   w 

dłoniach nagie piersi, ściągnąć dżinsy i zanurzyć się w jej ciele. Nie bacząc na zimno ciąg – . 
nące od śniegu, przewrócił się na plecy i ułożył Tess na sobie. Serce zabiło mu mocno, gdy 
ujrzał   pragnienie   wypisane   w   jej   oczach.   Ściągnął   rękawice.   Jedną   rękę   zanurzył   w   jej 
kasztanowych włosach, drugą wsunął pod kurtkę, szukając dostępu do skóry dziewczyny. Z 
trudem przedzierał się przez liczne warstwy ubrania, natykając się na śnieg, który je oblepiał. 

Gdzieś w głębi duszy słyszał głos rozsądku: opamiętaj się, ta kobieta przemarzła i może 

się przeziębić. Co ty wyrabiasz? Naprawdę chcesz się z nią tu kochać? Nawet gdybyście mieli 
sobie odmrozić intymne części ciała? Tak, do licha, odpowiedział sobie w myślach. A jeśli 
skrzywdzę   Tess?   Niedawno   urodziła   dziecko.   Nie   mamy   żadnych   zabezpieczeń. 
Prezerwatywy zostały w domu. Nie dbać o to? Na nic nie zważać?

Tak. 
Nie. 
Jack   jęknął,   lecz   dobrze   wiedział,   iż   jest   zbyt   odpowiedzialnym   człowiekiem,   by 

zapominać się do tego stopnia. Powoli wyjął rękę spod kurtki Tess i przymknął oczy. Tess 
zesztywniała, czując, że partner się wycofuje. 

– Jack?
– Musimy... przestać – szepnął. 
– Co?
– Powinniśmy wejść do domu. 
– Za chwilę – zgodziła się, pieszcząc ustami jego dolną wargę. 
Jack zastanawiał się, czy nie ulec pokusie. To nie byłoby trudne, skoro tak bardzo siebie 

pragnęli. Czy cokolwiek innego miało jakieś znaczenie?

Jednak tak. 
Jack odwrócił głowę. 
– Nie teraz – powiedział. Łagodnie ujął w dłonie chłodną twarz Tess i odsunął ją od 

swojej. 

– Posłuchaj, zamarzniemy, jeśli natychmiast nie wrócimy do domu. 
Tess drgnęła, jakby dopiero w tej chwili dotarło do niej, że bardzo zmarzła. 
– No, chodź – przynaglił Jack. 

background image

– Dobrze. 
Niezgrabnie stanęła na nogi. Jack podniósł z ziemi rękawice, naciągnął je na dłonie i 

zaczął   otrzepywać   ubranie   ze   śniegu,   gdy   zorientował   się,   że   Tess   przygląda   mu   się   w 
milczeniu.   Odczuł   niezręczność   sytuacji.   Po   pierwsze   zaatakował   tę   kobietę,   niewiele 
brakowało, a byłby zgwałcił, teraz zaś po raz drugi w ciągu trzech dni ją odrzucił. 

Ku własnemu zdumieniu spostrzegł, iż Tess uśmiechnęła się lekko, podeszła o krok i 

wzięła go za rękę. 

– Chodźmy – powiedziała miękko. 
Jack popatrzył na ich splecione palce. Zaszokowany pojął, że w ciągu dwudziestu minut 

wiele się między nimi zmieniło. Najgorsze zaś, iż nie miał pojęcia, czy to dobrze, czy źle. 

Nicki spokojnie spała, gdy wrócili. Dała im czas, by otrzepali się ze śniegu, a potem 

zaczęła   kwilić,   jakby   wiedziała,   że   dorośli   potrzebują   teraz   czegoś,   co   pozwoliłoby   im 
odzyskać utrzymywany dotąd wobec siebie dystans. 

– Nie płacz. Mama jest przy tobie. Wszystko w porządku, maleńka – uspokajała Tess 

córeczkę. 

Wzięła dziecko na ręce i zbliżyła się do kominka, a Jack dorzucił drew do ognia, by 

szybciej mogła się ogrzać. 

– Zimno ci? – spytał. 
– Tak. Wiem, że to dziwne, lecz wcześniej nie czułam chłodu. Dopiero teraz w domu. 
Skinął   głową.   Zapadła   niezręczna   cisza.   Tess   pomyślała,   że   Jack   wygląda   na 

zmęczonego. 

– Czemu nie pójdziesz pod prysznic? – zasugerowała. 
– Jesteś pewna, że nie chcesz iść pierwsza? – zapytał z nieodgadnionym wyrazem twarzy. 
– Tak. Nicki jest chyba głodna i tym  razem nie zechce czekać, więc najpierw ty się 

wykąp. 

– Dobrze – odparł i poszedł do łazienki, a Tess odprowadziła go wzrokiem. 
Prawdę mówiąc, chciała zostać sama, by przemyśleć zdarzenia z ostatnich paru godzin. 

Nie przypuszczała, że potrafi przeżywać równie silne żądze jak te, których doznała, leżąc na 
śniegu.  Tak  dziko pragnęła  wówczas  Jacka, chciała,  by ją posiadł.  Nic  więcej  nie miało 
znaczenia.   A   przecież   dotąd   uważała   się   za   osobę   opanowaną.   Widać   instynktownie 
zawierzyła charakterowi gospodarza rancza, obdarzyła go zaufaniem. Mimo całej szorstkości 
w obejściu i widocznego pragnienia, by się z nią kochać, Jack dzisiaj również zadbał przede 
wszystkim o jej bezpieczeństwo, choć musiało go to wiele kosztować. 

Tess   westchnęła   i   wróciła   do   rzeczywistości,   bo   mała   Nicki   zaczęła   ssać   jej   szyję, 

przypominając o macierzyńskich obowiązkach. 

–   Przepraszam,   kochanie   –  szepnęła   rozczulona.   –  Jesteś   taka   grzeczna,   a  mama   cię 

zaniedbuje. 

Usiadła w fotelu przy kominku i ułożyła dziecko do karmienia. 
– Napełnimy ten pusty brzuszek – zażartowała, gdy Nicki chwyciła piąstką za flanelową 

koszulę. 

background image

Nic dziwnego, że lawirując między córeczką i Jackiem czuła się nieco rozstrojona, choć 

żyła taką pełnią życia, o jakiej tylko mogła marzyć. 

Pogładziła dziecko po główce i obserwowała je z rozrzewnieniem, gdy zaczęło ssać jej 

pierś. Nie mogła powstrzymać uśmiechu, kiedy spostrzegła, że Jack stoi w drzwiach i na nią 
patrzy. 

Na widok wilgotnych włosów mężczyzny i blasku jego zielonych oczu serce zabiło jej 

szybciej. Jack był boso, w nie dopiętych dżinsach i wypłowiałej koszuli. W wyrazie jego 
twarzy kryło się coś, czego nie potrafiła nazwać. 

Tęskni za prawdziwym domem, uświadomiła sobie w końcu ze wzruszeniem. Ciekawe, 

czy   zdaje   sobie   z   tego   sprawę,   pomyślała.   Uśmiechnęła   się   ciepło,   nie   pozostawiając 
wątpliwości, jak bardzo się cieszy, że go widzi. 

– Hej – powiedziała miękko. 
Miała wrażenie, że oczach Jacka pojawiło się coś na kształt wahania. Odwrócił głowę w 

kierunku kuchni i nabrał powietrza w płuca. 

– Ładnie pachnie – zauważył. 
– Pieczeń. Zjemy ją, gdy wezmę prysznic, dobrze?
– Oczywiście – rzekł i zbliżył się do Tess. – Czy z małą wszystko w porządku?
– Tak – odpowiedziała, zapinając pospiesznie koszulę, co w tych okolicznościach jej 

samej wydało się zabawne. – Mógłbyś ją potrzymać? Zaraz wrócę. 

– Oczywiście. 
Jack starał się nie okazywać, jak wiele dla niego znaczył ciepły uśmiech tej kobiety, jej 

przyjazne zachowanie. Patrzył na nią, gdy odwróciła się z zamiarem opuszczenia pokoju i 
poczuł się zaskoczony, gdy zatrzymała się nagle. 

– Co się stało? – spytał szorstko w obawie, że zmieniła zdanie i zechce odebrać mu 

dziecko. – Zapomniałaś o czymś?

– Tak, o tym – odrzekła i wspięła się na palce, by pocałować go w usta. 
Miała takie miękkie, delikatne wargi. Jack natychmiast zareagował całym ciałem, lecz 

Tess odwróciła się bez słowa i odeszła. Jack nie mógł  oderwać wzroku od obiecujących 
rozkosz   kształtów   Tess.   Przedsmak   tej   rozkoszy   czuł   jeszcze   na   ustach.   Instynktownie 
przytulił   niemowlę,   starając   się   ułożyć   je   jak   najwygodniej.   Był   zupełnie   wytrącony   z 
równowagi. Ile razy sądził, że zaczyna rozumieć Tess, robiła coś, co sprawiało, że czuł się jak 
pijany lub jakby przeżywał trzęsienie ziemi. Z zamyślenia wyrwała go Nicki, której właśnie 
odbiło się głośno. Jack odchylił się i spojrzał na małą. 

– Co to było? – zapytał. 
Dziecko patrzyło nań uważnie, unosząc brewki zupełnie jak matka. 
– Kto wie, co wy obie jeszcze wymyślicie? – zastanowił się, kręcąc głową. 
Nicki odpowiedziała jeszcze donośniejszym odgłosem. 
– Słuchaj, mała. Myślisz, że twoja mama nie doświadczyła mnie wystarczająco? – spytał 

Jack, uderzając się po wypukłości dżinsów. – Dzięki niej ledwie mogę chodzić. 

Prawdę mówiąc, nie potrafię nawet ustać w miejscu, taki jestem podminowany, pomyślał. 

Równie dobrze mogę nakryć do stołu. 

background image

Włączył radio i zabrał się do dzieła. Z dzieckiem na ręku zaczął rozkładać serwetki, gdy z 

radia dobiegł go komunikat. 

– ... długo oczekiwane ocieplenie. Północne wiatry będą zanikać nad ranem. W okolicach 

Sheridan i Rapid City od pięciu do dziesięciu stopni mrozu. W najbliższych dniach ciśnienie 
wzrośnie, temperatura zbliży się do zera lub nieco je przekroczy. Do czwartku odśnieżone 
zostaną lokalne drogi dojazdowe w okolicach Stilson, MacDwyer, Black Gulch, a także trasa 
numer dziewięć i trzynaście do Johnson County. Pozostałe wiadomości... 

Jack nie wierzył własnym uszom. W końcu pogoda zaczyna się poprawiać. Za dzień lub 

dwa będzie można bez przeszkód poruszać się po drogach. Od tygodni modlił się o takie 
wiadomości,  więc czemu,  słysząc  je, nie czuje żadnej ulgi, nie otwiera  butelki  szkockiej 
whisky, by je uczcić? Przecież to oznaczało, że pozbędzie się nieproszonych gości i wróci do 
normalnego życia. Nikt nie będzie mu zadawał niepotrzebnych pytań, podkradał ubrań i plątał 
się   pod   nogami.   Zostanie   sam,   tak   jak   lubi.   Bez   żadnych   zobowiązań   i   niosących 
przygnębienie rozczarowań. 

Z jakichś przyczyn te perspektywy nie wydały mu się szczególnie pociągające. Jeszcze 

dziś rano gotów był przez cały dzień odśnieżać drogę, byle tylko pozbyć się Tess. Skąd takie 
nagłe zniechęcenie? Przecież nie będzie za nią tęsknił... bardzo. To prawda, że lubił posiłki, 
które gotowała. Poza tym czuł się dobrze, gdy w pobliżu był ktoś, z kim można było pogadać 
o gospodarstwie. No i ta kobieta cieszyła oko... 

Jednak żaden z tych powodów nie wydawał się wystarczająco ważny, by wprawić go w 

stan wrzenia. W każdym razie nie w sytuacji, gdy całymi tygodniami przemyśliwało się nad 
zorganizowaniem wyjazdu Tess Danielson z rancza. 

Chociaż... Jack poczuł ból w lędźwiach. Do licha, oczywiście. To musiało być to. Nie w 

tym rzecz, iż nie chciał, by Tess wyjechała. Pragnął, by nie zrobiła tego, zanim znajdzie się w 
jego łóżku. Dlaczego nie? Po wszystkim, co przeszedł w ciągu ostatnich tygodni, czyż nie 
zasługuje na odrobinę satysfakcji? Z pewnością zasługuje. Raz w życiu ma zamiar sięgnąć po 
to, czego chce, i do diabła z konsekwencjami!

Nicki wydała ciche mruknięcie. Jack przeniósł spojrzenie na małą, lecz unikał jej wzroku. 

Ze zniecierpliwieniem uświadomił sobie, że znowu słyszy głos sumienia. 

Lecz tym razem było inaczej. Przecież Tess pragnęła go równie mocno jak on jej. Mógłby 

się założyć,  iż jest romantyczką.  Pewnie przypominał  jej  jakiegoś  książkowego bohatera, 
czarny charakter, w życie którego kobieta wnosi dobroć oraz słodycz. Nawet jeśli tak było, 
pragnęła go, a to najważniejsze. Czemu z tego nie skorzystać?

– Jack? – rozległ się głos Tess. 
Stała na schodach. Wyglądała... pięknie. Nie wiedział, dlaczego. Może to jej włosy, a 

może rozpięty guzik koszuli lub układ ust, gdy zaczęła mówić. 

– Czy coś się stało? – zapytała. 
– Nie. Wysłuchałem tylko prognozy pogody. 
– Och. – Podeszła tak blisko, że Jacka owionął jej zapach. Popatrzyła z czułością na 

córeczkę. 

– Śpi – powiedziała. 

background image

– Co takiego? – Jack ze zdziwieniem spojrzał na niemowlę, by się przekonać, że ma 

zamknięte oczy i rozchylone usteczka. 

Biedne   maleństwo,   pogodne   jak   ojciec,   pomyślała   Tess,   gładząc   jedwabiste   włoski 

córeczki. 

– Daj mi małą. Zaniosę ją na górę i położę do łóżka – rzekła Tess, muskając ramię Jacka. 
Natychmiast zareagował na dotknięcie. Znów obudziło się w nim pożądanie. 
– Ja to zrobię – powiedział. 
– Jesteś pewien? Dla mnie to żaden problem... – Zamilkła, dostrzegłszy w oczach Jacka 

pragnienie. 

Zarumieniła się gwałtownie. 
– Jack... 
Tak bardzo chciał jej dotykać. Słyszeć, jak szeptem wypowiada jego imię. 
– Wcześniej. Ten pocałunek... – mówił z trudem. – Wiesz, co to znaczy?
– Tak. – Tess nie udawała, że nie rozumie. 
– Zdajesz sobie sprawę... Niczego nie obiecuję. Byłem już raz żonaty i nie zamierzam 

tego powtarzać. Nie chcę, żebyś myślała... 

Tess dotknęła dłonią jego policzka. 
– Wszystko w porządku – zapewniła. 
– To dobrze. – Jack próbował mówić spokojnie, choć serce waliło mu jak młotem. – 

Zaraz wrócę – dodał, patrząc na schody. 

– Jack?
– Co? – spytał niespokojnie. 
– Pospiesz się. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Tess   przysiadła   na   kanapie,   podwinęła   nogi   i   wpatrzyła   się   w   ogień.   Złotoczerwone 

płomienie wolno lizały polana. Słyszała, jak Jack bosymi nogami stąpa po schodach, ale nie 
odwróciła głowy, dalej wpatrując się w ogień. Czekała, wsłuchana w przyspieszone uderzenia 
pulsu. Wiedziała, że Jack za chwilę się do niej zbliży. 

– Zmęczona? – zapytał. 
– Nie – zaprzeczyła, studiując wzrokiem jego twarz. Miał napięte rysy, ciemne włosy 

spadały mu na czoło. Wyglądał tak, jakby się do czegoś przygotowywał. 

– Wyspałam się dzisiaj. A ty? Chyba jesteś wykończony po całym dniu spędzonym na 

mrozie. 

Skinął głową, nie spuszczając wzroku z Tess. 
– Trochę – odrzekł. – Ale jeszcze będzie czas, żeby pospać. Wyciągnął rękę. – Chodź 

tutaj – powiedział. 

Tess   ogarnęła   słabość.   Nabrała   tchu,   czekając,   aż   to   minie.   Wstała.   Jack   zbliżył   się 

jeszcze o krok i ujął jej twarz w dłonie. Jego zielone oczy pałały pożądaniem, gdy zbliżył 
wargi do jej ust. Najpierw całował delikatnie, pieszcząc dotykiem i sprawiając, że w Tess 
gwałtownie narastało pragnienie. Domyślając się odczuć partnerki, Jack wsunął dłonie w jej 
włosy, pochylił głowę i językiem rozchylił usta. 

Oblała ją fala gorąca. Czuła, że z trudem utrzymuje się na nogach, więc zarzuciła Jackowi 

ręce na szyję i przytuliła się do niego mocno, całą sobą wyczuwając twardość jego ciała. 
Poruszyła   biodrami,   aż   jęknął.   Pieścił   ustami   jej   wargi,   policzki,   szyję.   Niemal   przestała 
oddychać. 

– Tess? 
– Hm? – mruknęła, całując jego włosy. 
– Pragnę cię, lecz chcę, by i tobie było dobrze. Jesteś pewna, że to nie zaszkodzi po 

porodzie... ?

– Świetnie się czuję, naprawdę. 
– Autorzy poradników piszą o sześciu tygodniach... 
– Każda kobieta reaguje indywidualnie. Zaufaj mi. Naprawdę nic mi nie jest. 
– Dobrze. 
Tess z czułością odgarnęła mu włosy z czoła. 
– Przyniosłam koc – rzekła. – Pomyślałam, że moglibyśmy zostać tutaj, przy kominku. 
Jack skinął głową, odsunął fotele, a Tess rozłożyła miękką tkaninę na dywanie. Jack z 

zażenowaniem   sięgnął   do   tylnej   kieszeni   dżinsów   i   wyciągnął   pakiecik   z   prezerwatywą. 
Potem rozpiął koszulę, zdjął ją i rzucił na kanapę. Chwilę później był już nagi. 

Tess obrzuciła wzrokiem piękne męskie ciało. W blasku ognia skóra Jacka wyglądała jak 

z brązu. Wspaniale kontrastowała z ciemnym zarostem na szerokiej piersi i poniżej pasa. 

– Twoja kolej – powiedział miękko. 
Uniosła głowę, czując, że się rumieni, i zawahała się przy rozpinaniu guzików koszuli. 

background image

– Co się stało? Zmieniłaś zdanie? – spytał z napięciem w głosie. 
–   Nie.   Jeśli   chcesz   wiedzieć,   pomyślałam   o   swoim   brzuchu,   który   po   porodzie   nie 

odzyskał jeszcze dawnej sprężystości. 

Jack   podszedł   bliżej.   Zanim   się   opamiętała,   rozpiął   jej   dżinsy,   wyciągnął   zza   paska 

koszulę i wsunął pod nią dłonie. Jedną ręką otoczył talię Tess, drugą przesunął po jej brzuchu. 

– Jest wspaniały – zapewnił, patrząc dziewczynie w oczy. Tess przestała oddychać, gdy 

dotarł dłonią do najintymniejszych zakątków ciała. 

– Tak – szepnęła. 
Jack sięgnął teraz do piersi dziewczyny. Ważył w dłoniach ich pełne kształty. 
– Gdzie twój stanik? – zapytał. 
– Zdjęłam go przed kąpielą – odparła, czując ciepło męskich rąk na nagiej skórze. 
Schylił głowę i dotknął językiem napiętego sutka Tess. Przez materiał koszuli zaczął go 

delikatnie ssać. Tess pomyślała, że za chwilę straci kontrolę nad sytuacją. 

– Jack, och, Jack – jęknęła z rozkoszy, przesuwając mu dłońmi po plecach. 
To niesłychanie podniecające, pomyślała. Jestem ubrana, podczas gdy on zupełnie nagi. 
Podczas   pieszczot   Jack   napierał   na   nią   coraz   bardziej,   aż   przesunęła   rękę   w   dół   i 

przekonała się, jak bardzo jest podniecony. 

Podniósł głowę. 
– Nie rób tego – powiedział, odsuwając dłoń Tess. – Jestem już gotowy. 
– To znaczy, że oboje jesteśmy gotowi – odparła drżącym głosem. 
– Pozwól mi cię rozebrać. 
Nie czekając, rozpiął jej koszulę i zsunął z ramion. Zamarł na moment, wpatrzony w 

pełne, zakończone różowymi sutkami kobiece piersi. Dotknął palcem jednego z nich. Tess 
zadrżała. Jacka również przeniknął dreszcz. 

– Zdejmij dżinsy – rzekł schrypniętym głosem. Zapadła taka cisza, że słychać było szelest 

rozsuwanego zamka.  Tess zsunęła spodnie i opuściła je na podłogę. Podniecona  i trochę 
zawstydzona, podeszła bliżej do Jacka. 

– Majtek też nie miałaś? – jęknął, pieszcząc wzrokiem jej kształty.  – Dobrze, że nie 

wiedziałem o tym wcześniej. 

Przyciągnął   ją   do   siebie.   Osunęli   się   na   koc.   Miał   rozpaloną   skórę.   Dotknięciami 

wzbudzał płomień w ciele Tess. Leżał na plecach, tuląc usta do jej warg. Całował mocno, 
gwałtownie, głęboko wsuwając język. Tess dotykała Jacka całą sobą. Czuła, że płonie, gdy 
zaczął docierać dłonią do najintymniej szych zakątków jej ciała. 

Wsunęła mu palce we włosy. Oboje nie panowali nad sobą. Jack ujął Tess za pośladki i 

obrócił na plecy. 

– Jesteś gotowa?
– Tak. 
Szybkim ruchem rozpakował foliowy pakiecik i uniósł się nieco ponad Tess, a potem 

wszedł w jej ciało. Ona zaś uniosła biodra, by wniknął jeszcze głębiej. 

– Och – jęknęła. 
– Boli cię? – Jack zamarł w bezruchu. 

background image

– Nie, nie. 
Tess była przygotowana na pewien dyskomfort, lecz, ku własnemu zdumieniu, odczuła 

tylko rozkosz. Przesunęła ręce na biodra Jacka i przycisnęła się mocno do niego. 

– Jeszcze – szepnęła. 
Zadrżał  i przestał  się hamować.  Poruszał się  w niej  zrazu  wolno i delikatnie,  potem 

szybciej i znacznie gwałtowniej. Tess pierwsza zaczęła popadać w ekstazę. Wygięła się w łuk 
i przez sekundę trwała w oszołomieniu. 

– Och, Jack, jeszcze... 
– Tess... jeszcze chwilę... 
Czuła, że ogarnia ją wrzenie. Wydawało się, iż Jack olbrzymieje wewnątrz jej ciała do 

niepojętych rozmiarów i za chwilę eksploduje. W chwili najwyższej rozkoszy przylgnęła do 
niego spazmatycznie, ogarnięta drżeniem. 

– Nie przestawaj... nie przestawaj... 

Obiad   zjedli   dopiero   po   dziesiątej.   Do   tego   czasu   pieczeń   zrobiła   się   twarda   jak 

podeszwa, więc posilili się kanapkami. Rozmawiali przy kominku o tym, jak dorastali na 
farmach, co widzieli, podróżując trochę po świecie. Tess przy okazji załatwiania interesów 
swojej firmy, Jack jeżdżąc na rozliczne rodea. Potem siedzieli w ciszy ramię przy ramieniu i 
patrzyli   w   ogień.   To   milczące   porozumienie   zupełnie   oszołomiło   Jacka.   Nic   nie   mógł 
poradzić, że przyszło mu na myśl porównanie z własnym małżeństwem. Nawet w pierwszym 
roku,  gdy  jeszcze  w   miarę   normalnie  żył  z  Elise,  nigdy  nie  byli   naprawdę  razem.  Żona 
wymagała, by stale poświęcał jej uwagę, dbał o rozrywki. Początkowo godził ich seks, a gdy 
to ustało, każde poszło swoją drogą. 

Popatrzył na Tess. Rozluźniona, wyglądała wspaniale z tymi długimi, smukłymi nogami 

wyciągniętymi przed siebie. Miała na sobie tylko jego koszulę. 

– A gdzie twoja? – zapytał. 
– Gdzieś tu leży, ale tę wolę bardziej. 
– Dlaczego?
– Bo pachnie tobą – odparła, pieszcząc wargami płatek ucha Jacka. 
Poruszyła go prostota tej odpowiedzi. 
– Kochałaś go? – zapytał nagle, sam zaskoczony tym, co wymknęło mu się z ust. 
– Kogo?
– Ojca Nicki. 
– Tak. Był moim najlepszym przyjacielem. Bardzo za nim tęsknię. 
– Rozumiem. – Jack dobrze wiedział, iż tylko sobie zawdzięcza ucisk w sercu świadczący 

o zazdrości. 

Tess musiała jednak coś wyczuć w jego głosie. 
– To nie było tak jak między tobą i mną – powiedziała spokojnie. – Po prostu bardzo się 

przyjaźniliśmy. 

– Musiało być w tym jakieś uczucie. W końcu masz córkę – rzekł ponuro Jack. 
– Tylko raz byliśmy ze sobą – odrzekła Tess, biorąc go za rękę. – Wtedy, gdy Gray 

background image

dowiedział się, że ma guz na mózgu. Oboje czuliśmy się załamani... Sprawy wymknęły się 
spod kontroli. Lecz ani przez chwilę nie żałowałam. Chyba tylko tego, że umarł, nim się 
dowiedział, że oczekuję dziecka. 

Jack widział czułość malującą się na twarzy Tess, gdy mówiła o ojcu Nicki. Odwrócił 

wzrok. 

– A co z tobą? – zapytała. 
Przez chwilę zastanawiał się, o co jej chodzi, a gdy pojął, zesztywniał wewnętrznie. 
– Kochałeś swoją żonę? Przynajmniej na początku?
–   Chyba   tak   –   odparł,   wzruszywszy   ramionami.   –   Nie   myślałem   o   tym   –   dodał, 

spoglądając na Tess w sposób, który miał świadczyć, iż uważa temat za zamknięty. 

Natychmiast   zrozumiała,   czego   chciał.   W   pokoju   zapadła   cisza.   Tym   razem   nie   tak 

niezmącona jak poprzednio. 

–   Co   mówili   o   pogodzie?   –   spytała   w   końcu   Tess.   Jack,   wdzięczny   za   porzucenie 

przykrego dlań tematu, uświadomił sobie, że zupełnie zapomniał o prognozie. 

– Ma się ocieplić i wiatry też ustaną. 
– Czy to znaczy, że odśnieżą drogi?
– Myślę, że najdalej w piątek można będzie stąd wyjechać. 
– Chcesz, bym opuściła ranczo? – spytała Tess po chwili milczenia. – Do powrotu babci 

mogę zatrzymać się w motelu. Naprawdę nie musisz gościć mnie dłużej ze względu na to, co 
między nami zaszło. 

– A ty tego chcesz? Tess potrząsnęła głową. 
– Więc zostań. Dziecku jest tu dobrze. Po co mu zmieniać warunki? I tak przeżyje szok, 

gdy wróci Mary. 

Tym razem Jack nie mógł niczego wyczytać z wyrazu twarzy Tess. 
– Zgoda – rzekła z wahaniem. – Dla dobra dziecka... zostanę. 
Wstała gwałtownie i zaczęła zbierać talerze. 
– Chciałabym jechać do miasta. Nicki powinna zostać zbadana przez lekarza, muszę też 

załatwić kilka innych spraw. 

– Ciebie również powinien obejrzeć lekarz – zauważył Jack. 
– Wszystko wyjaśni się pod koniec tygodnia. Jeśli wstaniemy wystarczająco wcześnie, 

pojedziemy do Gillette. 

– Wystarczy do Gweneth – uznała Tess. 
Jack starał się nie okazać po sobie, jak bardzo mu nie w smak wzmianka o mieście, w 

którym Elise zamieszkała przed porodem. Plotkarze mieliby o czym gadać. 

– Gillette jest cztery razy większe i ma więcej lekarzy. 
– To za daleko, a poza tym chcę się zobaczyć z doktorem Isaacsem. Ciągle praktykuje, 

prawda?

– Tak, ale... 
– A więc ustalone – stwierdziła. 
Jack otworzył usta, by zaprotestować, lecz nic nie powiedział. Niczego nie osiągnie w 

sprzeczce. Jeśli w ogóle gdzieś pojadą, to winno być Gillette. 

background image

Tess schyliła się, by poskładać koc, a że była tylko w męskiej koszuli, przeżył dodatkowe 

emocje. 

– Chodźmy na górę, mamy za sobą długi dzień – powiedziała, dając mu rękę. 
Seks to było jedno, spanie z kimś to coś zupełnie innego. Jack już sobie wyobrażał, jak by 

to było zasypiać i budzić się, mając przy sobie tę kobietę. 

– To nie najlepszy pomysł – odparł. 
– Proszę! Nie chcę spać bez ciebie – powiedziała spokojnie. Stała tak blisko, że poczuł, iż 

teraz   inaczej   pachnie.   Cztery   godziny   temu   roztaczała   zapach   mydła   i   dziecięcych 
kosmetyków. Teraz była to ranczerska woń Jacka i seksu, a to działało jak afrodyzjak. 

Do   licha,   czemu   nie?   Jack   nie   był   aż   tak   głupi,   by   myśleć   o   tym   w   kategoriach 

wieczności. Ale teraz, przez kilka dni... Czy to mogło komuś zaszkodzić?

– Dobrze – zgodził się, choć w głębi ducha wiedział, że popełnia błąd. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

– Co powiedział? – zapytał Jack, otwierając drzwi samochodu, by wpuścić Tess, która 

weszła właśnie na mały parking przy klinice doktora Isaacsa. 

Wyciągnął ręce, żeby wziąć od niej Nicki ułożoną w specjalnych nosidełkach. Wzrok mu 

złagodniał na widok dziecka, które zaczęło machać rączkami, gdy tylko usłyszało jego głos. 

– Powiedział, iż od trzech lat nie robiłeś żadnych badań i że nie powinieneś żyć  jak 

odludek – odparła, przyglądając się, jak Jack mocuje nosidełka do siedzenia półciężarówki. 

– Tess. 
–   Uznał   również,   iż   Nicki   jest   zupełnie   zdrowa   i   dobrze   się   rozwija.   Wypisał   jej 

świadectwo   urodzenia   i   prosił,   by   za   dwa   tygodnie   przyjechać   na   pierwsze   szczepienia. 
Pochwalił   cię   za  fachową  pomoc  przy porodzie  i  zastanawiał  się,  czy  nie  mianować  cię 
rejonową akuszerką. 

– Wspaniale – mruknął Jack. – A co z tobą? – zapytał. 
– Przecież mówiłam, że szybko odzyskuję kondycję. I tak właśnie jest. 
– To dobrze. 
Jack zrobił Tess miejsce w samochodzie, wysiadł i pomógł jej wdrapać się na wysokie 

siedzenie. Nim zatrzasnęła drzwi, pocałował ją w usta. 

Tess   z trudem  chwyciła  oddech.  Patrząc   na  lśniące  w  zimowym   słońcu  włosy  Jacka 

zastanawiała się, czy kiedykolwiek go zrozumie. Dobrze wiedziała, że nie chciał przyjeżdżać 
do Gweneth. Robił, co mógł, by ją przekonać, że Gillette to lepszy wybór, choć nie wyjaśnił 
własnych   oporów   wobec   mniejszego   miasta.   Nie   potrafił   jednak   niczego   przeciwstawić 
argumentowi, że Gweneth leży o godzinę jazdy bliżej niż Gillette, ani zaprzeczyć, że doktor 
Isaacs jest świetnym lekarzem, a poza tym zna Tess od dzieciństwa. 

W końcu przyjechali tutaj. Tess chciała kupić dziecięcy fotelik do samochodu, więc Jack 

wysadził ją przed centrum handlowym, a sam pojechał po paliwo. Potem odprowadził ją do 
lekarza i odszedł, twierdząc, że ma jakieś spotkanie w sprawie koni. Gdyby nie ten pocałunek, 
Tess mogłaby przypuszczać, iż nie chciał się z nią pokazywać. 

Wsiadł do samochodu i obrzucił Tess nieodgadnionym spojrzeniem. 
– Lekarz mówił coś więcej? – zapytał. 
– Oczywiście – odparła, wzruszając ramionami. 
– Rozmawialiśmy o Mike’u, jego synu, który ma praktykę weterynaryjną w Cody, i o 

klaczy, którą trenujesz dla jego żony. Gawędziliśmy też o babci i o tym, co się zmieniło na 
okolicznych ranczach. 

–   Hm.   –   Jack   zapiął   pasy   i   wyjechał   z   parkingu.   –   Myślę,   że   był   zdziwiony,   gdy 

dowiedział się, że jesteś ze mną. 

Tess   spojrzała   na   niego   z   zastanowieniem.   Ton   jego   głosu   wydawał   się   sztucznie 

obojętny. 

– Może trochę na początku. Potem chyba się ucieszył. Powiedział, że przeżyłeś swoje i 

zasługujesz na trochę szczęścia. 

background image

– To miło z jego strony. – W głosie mężczyzny zabrzmiała ulga. 
– Chcesz to przedyskutować?
– Nie. 
Tess   niechętnie   porzuciła   temat.   Nie   zamierzała   zmuszać   Jacka   do   żadnych   wyznań, 

pragnąc, by sam się zwierzył, gdy uzna, że może jej zaufać. Spojrzała przez szybę na miasto. 

– Wygląda tak jak kiedyś? – spytał Jack, gdy zatrzymali się na jedynych w Gweneth 

światłach. 

Tess skinęła głową. Sklep spożywczy nadal był tu największym ośrodkiem handlowym. 

Nic dziwnego, skoro zaopatrywali się w nim wszyscy okoliczni ranczerzy. Poza tym miasto 
miało centrum ogólnoprzemysłowe, bank, stację obsługi, salon fryzjerski, trzy restauracje, 
dwa kościoły i dwie kawiarnie. Wszystko usytuowane wzdłuż głównej ulicy. 

– Chyba nic się nie zmieniło. Przybył tylko sklep z wideokasetami. 
– Zbankrutował dwa lata temu – roześmiał się Jack. 
– Dokąd jedziemy? – spytała Tess. 
– Do domu. 
– Co takiego?
– Kupiliśmy fotelik dla Nicki, byłaś u lekarza. Czego chcesz jeszcze?
– Coś zjeść. 
– Mamy przecież kanapki. Zatrzymamy się po drodze w Madeline Butte, to je zjemy. 
– Pomyśl, przez ostatni miesiąc jadłam tylko to, co sama przygotowałam. Chcę pójść do 

restauracji Mabel. Doktor mówił, że ciągle ją prowadzi, a ja przez całą ciążę marzyłam o jej 
cieście czekoladowym. 

– Powinniśmy wracać – powtórzył z uporem Jack. 
– Dopiero po dwunastej. To nie zajmie dużo czasu. 
– Nie. 
– Dobrze, ale to będzie twoja wina. 
– Co?
–   Lekarz   powiedział,   że   jestem   trochę   anemiczna.   –   Tess   zdobyła   się   na   maleńkie 

kłamstwo. 

– Twierdziłaś, że wszystko jest w porządku. 
– Bo jest, lecz powinnam regularnie się odżywiać. Śniadanie jedliśmy dawno temu, a do 

Madeline Butte dojedziemy za jakieś czterdzieści minut:

– To teraz zjedz kanapkę. 
– Jedzenie w samochodzie doprowadza mnie do mdłości. 
–   Zgoda   –  ustąpił   Jack  i   skręcił   na  parking   przed   restauracją   wypełniony   pojazdami 

innych ranczerów. 

Gdy   weszli   do   lokalu,   kilka   osób   podniosło   wzrok,   a   niektórzy   mężczyźni   skinęli 

głowami  Jackowi na powitanie.  Szmer  komentarzy odprowadził ich do stolika, lecz Tess 
uznała,   że   to   pewnie   złudzenie.   Przeszłaby   nad   tym   do   porządku   dziennego,   gdyby   nie 
widoczne   napięcie   w   twarzy   towarzyszącego   jej   mężczyzny,   który   zachowywał   się   tak 
sztywno, iż był to cud, że w ogóle usiadł. 

background image

Po chwili podeszła starsza, tęgawa kelnerka o imieniu Betty, widniejącym na przypiętej 

do fartuszka plakietce.  Tess  nigdy dotąd jej  nie widziała,  lecz  tamta  najwidoczniej  znała 
Jacka. 

– Czemu tak dawno pana u nas nie było? Kim są te miłe panie? – spytała wesoło Betty, 

rzucając zaciekawionym wzrokiem na Tess i dziecko. 

Tess oczekiwała, że Jack je przedstawi, lecz nic takiego nie nastąpiło. 
– Jesteśmy przyjaciółmi – powiedział lodowato, wpatrując się w menu. – Chcielibyśmy 

zamówić dwie kawy. Dla mnie stek z kurczaka, a dla pani... 

– Coś z cholesterolem, proszę – dokończyła Tess, pokazując w menu cheeseburgera. 
Kelnerka   zniknęła   w   kuchni,   a   Tess   spojrzała   znacząco   na   Jacka,   oburzona   jego 

zachowaniem. 

– Jack... 
– Zostawmy to – rzekł. 
Niewiele brakowało, a doszłoby do sceny, więc Tess tylko skinęła głową, nie wiedząc, co 

czynić w takich okolicznościach. 

Zjedli w milczeniu, toteż dziewczyna ucieszyła się, gdy podeszła do nich kelnerka, by 

zabrać talerze. 

– Podać coś jeszcze? – zapytała. 
– Tak – odparła Tess, gdy Jack w tej samej chwili rzucił:
– Nie. 
– No więc jak? – roześmiała się Betty. 
–   Proszę   o   kawałek   ciasta   czekoladowego   –   powiedziała   Tess,   obrzucając   Jacka 

morderczym spojrzeniem. – A może... Mabel jest w swoim biurze? – zapytała. 

Jack o mało nie zgniótł filiżanki, tak mocno zacisnął na niej palce. 
– Dzisiaj ma wolny dzień. 
– Och. – Tess była zawiedziona, lecz na twarzy Jacka odmalowała się ulga. – Jakie miłe 

dziecko – zauważyła kelnerka i popatrzyła uważnie na Jacka oraz jego towarzyszkę. – Na 
pewno są państwo tylko przyjaciółmi? Powiedziałabym, że maleństwo jest podobne do pana, 
panie Sheridan. 

– Myli się pani – chłodno odparł Jack. 
– Jeśli pan tak mówi... Zaraz przyniosę ciasto. 
Zaniepokojona   wyrazem   twarzy   Jacka,   Tess   zjadła   deser   w   pośpiechu.   Widząc,   że 

uporała się z ciastem, Jack położył należność na stole, chwycił dziecko i wstał od stołu. 

– Chodźmy – powiedział. 
Zirytowana   dziewczyna   odczekała,   aż   znajdą   się   w   ciężarówce,   by   uzyskać   jakieś 

wyjaśnienia. 

– Czy zechcesz mi powiedzieć, dlaczego tak się zachowywałeś?
– Nie lubię restauracji. Za dużo ludzi. 
– Naprawdę? A możesz chcesz mi odpłacić za to, że nie zgodziłam się jechać do Gillette?
– Do licha, nie. 
– Więc nie będziesz miał nic przeciw temu, żeby zatrzymać się przy sklepie Mardena?

background image

– Niech to diabli, Tess... 
– Słuchaj, muszę kupić nową bieliznę. Moja ma już nieodpowiednie rozmiary i... 
– W porządku – zgodził się pospiesznie. 
Zawrócił i zaparkował po przeciwnej stronie ulicy przed miejskim centrum odzieżowym. 
– Idź. Ja zostanę z dzieckiem. Nie musisz brać małej ze sobą. 
Popatrzyła na Jacka, żałując w duchu, iż nie potrafi pojąć, co się z nim dzieje. 
– Wrócę za jakieś pół godziny – obiecała. Skinął głową. 
– Tess?
Zatrzymała   się   z   ręką   na   klamce,   a   Jack   wsunął   dłoń   w   jej   włosy,   objął   za   szyję   i 

przyciągnął do siebie, by ją pocałować. Znowu zaparło jej dech w piersiach. Czuła, jak bardzo 
Jack jej pragnie. Gdy przestał całować, Tess tak osłabła, że nie miała sił, by wysiąść z auta. 

– Nie marudź tam zbyt długo – powiedział. 
– Nie będę – obiecała. 
Sklep Mardena nie zmienił się przez ostatnie dziesięć lat, pomyślała Tess, wchodząc do 

środka.   Na   półkach   leżały   dżinsy   we   wszystkich   możliwych   rozmiarach,   na   wieszakach 
wisiały sukienki, kąty zapełniały rozmaite drobiazgi od rękawiczek po wstążki. 

Tess szybko przeszła przez dział męski, wybrała trochę ubranek dla Nicki, potem wzięła 

dwie  pary dżinsów  dla siebie, kilka  bawełnianych  bluzeczek,  czerwony sweter, kilka par 
skarpet i majtek. Musiała zmierzyć dwa staniki, nim dobrała odpowiedni rozmiar. Dokupiła 
do nich czarną haleczkę i wreszcie, czując się jak po maratonie, podeszła do kasy. Sklepowy 
zegar wskazywał, iż rozstała się z Jackiem trzydzieści dziewięć minut temu. 

Zaczęła wykładać zakupy na ladę. 
– Znalazła pani wszystko, co trzeba? – spytała kasjerka ż miłym uśmiechem. 
– Tak, dziękuję – odrzekła Tess. 
Jednak trochę się tu zmieniło,  pomyślała,  patrząc na kobietę  przy kasie, której nigdy 

dotąd nie widziała. Kiedyś znała wszystkich mieszkańców Gweneth. Teraz spotykała wielu 
nieznajomych. 

– Jest pani od niedawna w tym mieście? – usłyszała pytanie. 
– Niezupełnie. Wychowałam się na ranczu, siedemdziesiąt kilometrów stąd. 
– Wygląda na to, że przyjechała tu pani nie tylko z wizytą. 
– Możliwe. Jestem Tess Danielson. Moja babcia prowadzi ranczo Double D. 
– Znam panią Mary. Carole Marden – przedstawiła się kasjerka. 
Tess pomyślała przez chwilę. 
– To... musi pani być żoną Jeffa, z którym chodziłam do liceum. 
– Jaki ten świat mały. Jeff ożenił się ze mną osiem lat temu. Jego rodzice przeszli na 

emeryturę, więc teraz my prowadzimy sklep – powiedziała Carole. 

Gdy zadzwonił dzwonek nad drzwiami, obie kobiety odwróciły głowy i zobaczyły, że do 

wnętrza wchodzą dwie rozgadane nastolatki. 

– Dzień dobry, pani Marden – zawołały dziewczęta i podeszły do okna wystawowego, 

kontynuując rozmowę. 

– Mówię ci, Elso, że to on – szepnęła wyższa z nich, ta o rudych włosach. – Ostatniej 

background image

wiosny widziałam go na rodeo w Elmo. Jak myślisz, czyje to dziecko?

– Nie wiem, ale założę się, że nie jego – odparła towarzysząca jej blondynka. – Mama 

mówi, że odejście żony z dopiero co urodzonym synkiem złamało mu serce. Zaczął usychać z 
tęsknoty. 

Tess popatrzyła w okno, sprawdzając, o kim mowa, i zamarła z wrażenia, stwierdziwszy, 

że poza Jackiem nikogo nie ma w zasięgu wzroku. Tylko on siedział w ciężarówce, trzymając 
niemowlę na kolanach. 

–   Mama   uważa,   że   to   hańba,   iż   pozwolił   tej   wszetecznicy   sprawować   opiekę   nad 

dzieckiem   –   dodała   rudowłosa,   wzruszając   ramionami.   –   Żaden   sąd   w   Wyoming   nie 
przyznałby takiego prawa kobiecie, która rzuciła męża dla jego własnego brata. 

– Nie wiem – odrzekła niepewnie blondynka. – Współczuję mu. Musi być trudno żyć ze 

świadomością, iż całe miasto wie, że się zostało okpionym przez żonę... 

– Mama uważa, iż sam sobie winien. Zabrakło mu charakteru. Prawdziwy mężczyzna 

dochodziłby swego. 

Tess słuchała tych rewelacji jak wrośnięta w ziemię. Teraz stało się jasne, czemu Jack nie 

chciał przyjeżdżać do Gweneth. Zacisnęła pięści, mając ochotę rzucić w twarz tej rudej, że jej 
mama nie rozpozna prawdziwego mężczyzny nawet wówczas, gdy znajdzie go nagiego we 
własnym łóżku. 

Wiedziała, że to i tak w niczym nie pomoże ani nie zmieni faktu, iż człowiekiem, który 

skrzywdził Jacka Sheridana, jest jego własny brat. Teraz rozumiała już wiele z zachowania 
Jacka.   Ta   straszna   zdrada   odcisnęła   na   nim   piętno.   Och,   Boże,   Jack,   tak   mi   przykro, 
pomyślała. 

Musiała   wydać   jakiś   dźwięk   rozpaczy,   bo   Carole   Marden   wtrąciła   się   do   rozmowy 

dziewcząt. 

– Dosyć, przestańcie plotkować. Nie za to wam płacę. 
– Tak, pani Marden. – Dziewczęta umilkły i zniknęły na zapleczu sklepu. 
Tess ledwo zwróciła na to uwagę, zbyt zajęta porządkowaniem własnych myśli. 
– Przepraszam, że musiała pani tego wysłuchiwać. – Carole zaczęła pakować zakupy 

klientki do toreb. – Jeśli wychowała się pani w tej okolicy, to wie pani, jak ludzie lubią tu 
plotkować.   Spojrzała   w   kierunku   Jacka   i   pokiwała   głową.   –   Biedny,   nieszczęśliwy 
mężczyzna. To takie smutne... 

– Co pani powiedziała? – spytała Tess, starając się pochwycić sens zasłyszanych słów. 
– Tylko tyle, że to smutne, iż życie tego człowieka zostało zmarnowane... 
Tess zmrużyła powieki. Tego już było za wiele. Nie dość, że jedni uważają, iż sam jest 

sobie winien, to drudzy mu jeszcze współczują. 

– Proszę wybaczyć, lecz w życiu Jacka Sheridana nie ma miejsca na niepowodzenia czy 

nieszczęście. Wiem coś o tym, bo z nim mieszkam – rzuciła ze znaczącym uśmiechem. 

–  Och!  –  Kasjerka   szeroko  otworzyła   oczy.  –  Ach,  więc...   –  Pakując   ostatnią   torbę, 

kobieta połączyła w myślach zakupy Tess z parą siedzącą w ciężarówce. – Tak mi przykro. 
Nie sądziłam... 

Zapadła krępująca cisza, której Tess nie zamierzała przerywać. 

background image

– Ile płacę? – spytała wreszcie. 
– Trzysta osiemdziesiąt sześć dolarów, czterdzieści dwa centy – rzekła z ulgą kasjerka. 
Tess z satysfakcją wyjęła gotówkę i uiściła należność. 
– Dziękuję. Proszę pozdrowić Jeffa – rzuciła na pożegnanie. 
– Oczywiście. 
Tess, czując totalny zamęt w głowie, opuściła sklep i ruszyła do samochodu. 
Wsiadła w milczeniu. Zachowywała się podejrzanie cicho, na jej twarzy malowało się 

poruszenie. Jack obserwował ją kątem oka, domyślając się, że w sklepie Mardena musiało 
zdarzyć się coś złego. Sądził, że Tess zaraz wybuchnie, lecz nic takiego nie nastąpiło. 

– Chcę wrócić do domu – powiedziała tylko. 
Przez godzinę nie wymówiła ani słowa. Jack przyhamował przed zjazdem na drogę do 

Johnson. Zimowe słońce zaczęło właśnie znikać za łańcuchem gór Bighorn. Po obu stronach 
drogi rozciągały się rozległe, pokryte śniegiem przestrzenie. Nawet ciężarówka z napędem na 
cztery koła z trudem radziła sobie z zaspami na wiejskiej drodze. Pod wieczór temperatura 
zaczęła spadać i rozmiękły za dnia śnieg zamienił się w lód. 

Zapowiadała się wyjątkowo trudna, wymagająca pełnej koncentracji jazda. Jack nie mógł 

nic na to poradzić. Przez cały czas nie opuszczała go obawa, że w Gweneth Tess dowiedziała 
się o nim wszystkiego. 

Naprawdę myślisz, że ta dziewczyna  patrzy bez przerwy w okno, bo chce podziwiać 

widoki, zapytał sam siebie. Poczuł skurcz żołądka. No więc co z tego, jeżeli się dowiedziała? 
Co cię to obchodzi? Czyżbyś jej potrzebował? Nieźle sobie radziłeś, nim wtargnęła w twoje 
życie. 

Jedyne co go martwiło, to fakt, iż zapewne nie będą już uprawiać seksu. Tylko że to 

głupie. Lecz właściwie nie słyszał jeszcze o związku między kobietą a mężczyzną,  który 
obywałby się bez komplikacji, a nawet gdyby taki istniał, z pewnością nie mógłby zaistnieć 
między nim a Tess. Żadne z nich nie miało przeszłości usłanej różami, każde nosiło jakiś garb 
na plecach. Przede wszystkim on. 

Czemu   nie   przyznasz   się,   Sheridan,   że   nie   możesz   znieść   myśli,   iż   ona   wie,   że   nie 

satysfakcjonowałeś żony jako mężczyzna? Że twój brat cię zdradził i że bez walki oddałeś 
syna, pomyślał. 

To   też   było   głupie.   Przecież   gdyby   została   tu   na   dłużej   i   tak   by   się   o   wszystkim 

dowiedziała.   To   tylko   kwestia   czasu.   Jazda   do   Gweneth   jedynie   uświadomiła,   jakie   jest 
ryzyko. 

Westchnął, próbując wmówić sobie, że na dłuższą metę tak będzie lepiej dla nich obojga. 

Lepiej przerwać ten związek teraz, gdy jeszcze tak na dobre się ze sobą nie zżyli. Każde 
pójdzie swoją drogą i... 

– Jack?
Dopiero po chwili zorientował się, że Tess coś powiedziała. Zdziwił się, że pogrążony w 

rozmyślaniach nie zauważył nawet, iż przejechali miejsce, w którym parę tygodni temu Tess 
zdarzył się wypadek. 

– Co takiego? – spytał w końcu. 

background image

– Czy twoja była żona wyszła za... twojego brata?
Nawet   jeśli   sądził,   że   jest   przygotowany   na   podobne   pytanie,   postawione   wprost 

podziałało jak cios w żołądek. Jack zacisnął palce na kierownicy i spróbował wziąć się w 
garść. 

– Kto ci o tym powiedział?
– Nikt. Słyszałam, jak jacyś ludzie o tym wspominali, i zdziwiłam się. Czy to prawda?
– Tak – odparł, patrząc przed siebie. 
– Czemu nic mi nie powiedziałeś?
– A powinienem? To nie jest rzecz, którą warto się chwalić. 
– Ale... 
– Nie chcę o tym mówić. 
– Naprawdę? – Popatrzyła nań w zdumieniu. – Może ja chcę. 
– To nie masz szczęścia, bo skończyłem dyskusję. 
– Czy wiedziałeś, że wszyscy o tym gadają? – Tess spróbowała z innej beczki. 
– Oczywiście. Nic mnie to nie obchodzi – rzekł, wzruszając ramionami. 
– Więc czemu większość czasu spędziłeś w ciężarówce, robiąc, co się da, by uniknąć 

kontaktu z mieszkańcami Gweneth?

Jack milczał. 
– Dlaczego? – powtórzyła. 
– Nieważne – odparł, obserwując kątem oka, jak Tess oblewa się rumieńcem. 
– A więc rozumiem, że nie będziesz przywiązywał wagi do faktu, iż powiedziałam Carole 

Marden, że mieszkamy razem, prawda?

– Co? – Jack drgnął gwałtownie i niewiele brakowało, a wjechałby wozem do rowu. – 

Czemu, u licha, to zrobiłaś?

–   A   jak   miałam   zareagować?   Mówiła   o   tobie   „biedny,   nieszczęśliwy   człowiek”, 

„mężczyzna ze złamanym sercem”, więc się zdenerwowałam. 

– Może powinnaś jej wysłuchać?
– Dlaczego?! – krzyknęła Tess. – Wydaje mi się, że i tak zbyt wiele osób ci współczuje. 
Rozmowa urwała się. Jack nie powiedział już ani słowa, tym bardziej że dotarli do Cross 

Creek i należało  się zatrzymać.  Podjechali  pod dom,  Jack wyłączył  silnik i wyskoczył  z 
kabiny. 

– Dokąd idziesz? – zawołała Tess. 
– Nakarmić konie. 
– Ale... 
Zaniepokojona podniesionymi głosami dorosłych Nicki. zaczęła marudzić. 
– Lepiej zajmij się córką – rzucił Jack, trzasnął drzwiami samochodu i zniknął. 
Tess powiedziała sobie, iż nie będzie się tym przejmować. 
W końcu stajnia to właściwe miejsce dla człowieka ślepego niczym nietoperz, upartego 

jak muł i głupiego jak osioł. Jeśli o nią chodzi, Jack mógł tam siedzieć do końca świata. 

Powtarzała to w myślach przez następne trzy godziny, tłumacząc sobie na różne sposoby 

całą sytuację. Nic innego nie robiła, jedząc obiad, kąpiąc i karmiąc małą, wreszcie kładąc ją 

background image

spać   w   nowych   różowych   śpioszkach.   Czyniła   to   również   wówczas,   gdy   stała   w   oknie, 
wpatrując się w ciemne zarysy stajni. 

Część  osobowości Tess  po prostu nie  mogła  w to  uwierzyć.  To  była  ta  część, która 

zapamiętała jakiś cień desperacji w pocałunku Jacka przed sklepem Mardena i dostrzegła 
pobielałe kostki jego palców zaciśniętych na kierownicy, gdy padło pytanie o byłą żonę i 
brata. 

Gdyby nie znała go lepiej, sądziłaby, że się wstydził. Tylko czego?
Na litość boską, pomyślała. Jak bym się czuła na jego miejscu?
Z pewnością zraniona, wściekła, zdradzona, pewna, że nie należy powtarzać tego samego 

błędu po raz drugi, uznała w duchu. Gdyby rana okazała się głęboka, a tak by się stało, jeśli 
zadałby ją ktoś tak bliski jak brat, zaczęłabym się zastanawiać, co ze mną jest nie w porządku, 
co zrobiłam, by zasłużyć na taki los? Szczególnie jeśli sąsiedzi również by nad tym głośno 
debatowali. Wystarczyłoby, żeby odizolować się od świata i wmówić sobie, że o nic się nie 
dba. 

A   co   z...   dzieckiem?   Znając   Jacka,   nie   potrafiła   sobie   wytłumaczyć,   jak   mógł   się 

odwrócić   od   własnego   syna,   niezależnie   od   tego,   jak   bardzo   czuł   się   zraniony.   Przecież 
okazywał taką czułość wobec Nicki i tak wspaniale zaopiekował się Tess... 

Westchnęła, czując, że nie potrafi gniewać się na tego człowieka. Nie miała żadnych 

wątpliwości,  iż go kocha,  lecz  to w  niczym  nie  pomoże  im obojgu, jeśli Jack  z nią nie 
porozmawia. Teraz wiedziała już, co ma zrobić. 

Upewniwszy się, że Nicki spokojnie śpi, zbiegła na dół, ubrała się i wyszła na podwórze. 

Na rozgwieżdżonym niebie świecił księżyc. Ciągle było mroźno. Podniosła kołnierz i wsunęła 
ręce do kieszeni. Doszła do stajni, zebrała się na odwagę i pchnęła drzwi. Jack tylko rzucił na 
nią   okiem   i   wrócił   do   czesania   grzywy   siwka.   Tess   nabrała   tchu,   podeszła   bliżej.   Koń 
wyciągnął ku niej szyję i obwąchał przyjaźnie. Poklepała go po szyi. 

– Myślałem, że do tej pory już się spakowałaś i wyjechałaś z rancza – powiedział Jack. 
Przyjrzała   mu   się   uważnie.   Mimo   chłodu   był   bez   kurtki,   miał   rozpiętą   koszulę   i 

podwinięte rękawy. Na twarzy i piersiach lśniły mu kropelki potu. Nie podniósł wzroku na 
Tess. Wyraźnie nie zamierzał niczego jej ułatwiać. 

– Wyrzucasz mnie? – zapytała. 
–   Po   tym,   co   dziś   usłyszałaś,   czemu   chciałabyś   zostać?   Milczała   przez   chwilę, 

powtarzając sobie w duchu, że nie ma nic do stracenia, a wiele do wygrania. 

– Bo cię kocham – wyznała z bijącym sercem. 
– Nie mówisz serio – rzekł Sheridan pozornie spokojnym głosem, a zgrzebło, którym 

czesał grzywę konia, ześliznęło się gdzieś na bok. 

– Przeciwnie – powiedziała, zbliżając się o krok. 
– Nie. – Jack przeszedł na drugą stronę i zaczął czyścić konia w taki sposób, że Tess 

musiała uskoczyć, by zwierzę na nią nie nastąpiło. 

Czekała, obserwując ranczera spod przymrużonych powiek, gdy ten odprowadzał siwka 

do odległego boksu. Po kilku minutach wrócił, a kiedy zbliżał się z niewyraźnym wyrazem 
twarzy, Tess przecięła mu drogę. 

background image

– Powiedz, dlaczego uparłeś się być sam? Czemu odrzucasz to, co niesie życie? Dlaczego 

odwróciłeś się od własnego dziecka? Czy naprawdę tak kochasz byłą żonę, że nie potrafisz o 
niej zapomnieć?

– Do diabła, nie w tym rzecz! – zawołał. 
– Więc w czym?
– Nie wystarczy ci, że jestem mężczyzną, który nie zdołał zadowolić kobiety? Głupcem, 

który dał się oszukać własnej żonie?

– Nie. 
– To posłuchaj jeszcze o czymś. Mój syn nie jest moim dzieckiem i nigdy nim nie był. 

Wystarczy?

–   Jesteś   tego   pewien?   –   zapytała,   z   góry   znając   odpowiedź.   Teraz   rozumiała   już 

wszystko. 

– Mam wyniki testów. 
– Tak mi przykro... – zaczęła. 
– Przestań. Nie potrzebuję współczucia. 
– Wcale nie to miałam na myśli – rzuciła. 
– Pragnę tylko jednego: zostać sam – rzekł, podchodząc tak blisko, że stali teraz twarzą w 

twarz. 

– Fatalnie, bo to jedyna rzecz, na którą nie mogę ci pozwolić. 
– Dlaczego?
Tess widziała lśnienie jego zielonych oczu. W tej chwili przypominał tygrysa gotującego 

się do skoku. Zaczynało robić się niebezpiecznie. 

– Przecież powiedziałam. Bo cię kocham – powtórzyła. 
– Wcale tak nie myślisz. – Jack pokręcił głową. – Nie możesz. Czy nie słyszałaś... 
–  Słyszałam.  Ale   tylko  ty  jeden   niczego   nie  rozumiesz.  To   już  skończone.   Przeszło, 

minęło. Nic nie poradzisz na to, co się stało, lecz masz wpływ na teraźniejszość. Albo ułożysz 
sobie życie, albo... nie. 

– Do licha, Tess... 
– Możesz mówić, co chcesz – rzekła, kładąc mu palec na ustach. – Ale niczego nie 

zmienisz, więc czemu mnie nie pocałujesz i nie uszczęśliwisz nas obojga?

Jack jęknął głucho i zrobił to, o czym mówiła. Parę sekund później Tess była w jego 

ramionach. Oparta o drewnianą ścianę stajni czuła przy sobie twarde ciało mężczyzny, a na 
wargach jego gorące usta. 

Wypełniło ją gwałtowne uczucie ulgi zmieszanej z radością i czułością. Całując Tess, 

Jack zdawał sobie sprawę, iż narasta w nim podniecenie. Tuliła się do jego piersi, czuł bicie 
jej serca. Słabła w uścisku i traciła oddech pod wpływem pocałunków. Wsunął język między 
wargi   Tess,   smakując   ich   słodycz.   Dziewczyna   wyraźnie   pragnęła   dostać   więcej.   Jack 
przycisnął jej uda do swoich tak mocno, że tworzyli teraz jedną całość. 

Tess   wsunęła   dłonie   we   włosy   Jacka,   ustami   pieściła   mu   dolną   wargę,   aż   jęczał   z 

rozkoszy. Wiedział, że powinien przestać, lecz wcale tego nie pragnął. Podniecał go zapach 
dziewczyny, jej smak, dotknięcia, ciche dźwięki, które dobywały się z jej gardła, sposób, w 

background image

jaki przesuwała dłońmi po jego włosach, szyi, ramionach. 

Tess   wyciągnęła   Jackowi   koszulę   ze   spodni   i   zaczęła   pieścić   jego   brzuch.   Ledwie 

panował nad sobą, gdy wędrowała rękoma ku plecom, biodrom, sutkom piersi. Kiedy ich 
dotknęła, zareagował jak rażony prądem. Drgnął, ogarnięty falą rozkoszy. Odsunął usta od 
warg Tess i oddychając ciężko, przytulił je do jej skroni. 

– Tess... nie mogę... chcę... Musisz przestać albo wezmę cię tu zaraz... 
– Na litość boską... zrób to. 
Tego było za wiele. Nigdy dotąd nie zetknął się z tak nieprzewidywalną kobietą, nigdy 

też nie pragnął żadnej jak Tess. Wydał z siebie niezrozumiały dźwięk, przesunął ręką w dół, 
jednym ruchem rozpiął jej dżinsy, ściągnął je i to samo zrobił ze swoimi. Już chciał sięgnąć 
po nią, gdy powstrzymała go na chwilę. By nie stracić równowagi, chwyciła go za ramię i 
zaczęła wyplątywać but ze spodni. Widok nagości Tess ostatecznie rozbroił Jacka. Nie mógł 
dłużej czekać. Przygarnął ją mocno do siebie. Tess przylgnęła doń bez wahania, zarzuciła mu 
ręce   na   szyję   i   prowokacyjnym   ruchem   zakołysała   się   na   palcach.   Jack,   nie   spuszczając 
wzroku   z   twarzy   dziewczyny,   wsunął   kolano   pomiędzy   jej   nogi.   Widział,   jak   szeroko 
rozwarła oczy, a potem je przymknęła, czuł, jak mocno bije jej serce. 

– Och – szepnęła. 
– Spójrz na mnie – zażądał, wnikając w ciało Tess. Uniosła powieki i poróżowiała na 

twarzy, gdy zaczął poruszać się w niej rytmicznie. 

W stajni słychać było tylko przyspieszone oddechy. Tess rozchyliła wargi i jedną nogą 

otoczyła   biodra   kochanka,   żeby   mógł   wniknąć   w   nią   głębiej.   Jack   obserwował,   jak 
przeżywała   zbliżenie.   Gdy   odchyliła   głowę,   przesunął   kciukiem   po   gorącym,   wilgotnym 
wnętrzu intymnego zakątka jej ciała, szukając najwrażliwszego miejsca. 

– Och! Już nie mogę... – Tess drżała z rozkoszy. Znalazł to, czego szukał, i wzmógł 

pieszczotę.  Ciało  dziewczyny  wyprężyło   się  i  zesztywniało   na  długą   chwilę.  Trzęsła  się, 
krzyczała imię Jacka, trzymając go mocno za ramiona, jakby stanowił jedyną jej więź ze 
światem. 

Jack chwycił ją za pośladki i przycisnął mocno. Był podniecony aż do bólu, więc gdy 

osiągnął szczyt rozkoszy, nie potrafił opanować krzyku. Gdy wrócił do rzeczywistości, zdał 
sobie sprawę, że ciągle kołysze Tess w ramionach, a ona przesuwa mu dłońmi po plecach. 

Uniósł głowę, by spojrzeć na nią. Wargi miała  wilgotne od pocałunków, policzki  jej 

płonęły, w oczach lśniło poczucie zaspokojenia. 

– Hej – powiedziała z uśmiechem. 
– Nie powinniśmy... – zaczął. 
– Nic nie mów... – Przesunęła dłonią po włosach Jacka i pocałowała go w usta. – Było 

cudownie. Nie psuj tego. 

Jack spróbował wmówić sobie, że miała rację, choć jakiś głos szeptał mu w głębi duszy, 

iż będą z tego kłopoty. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Cichy szept Tess obudził Jacka. Upłynęło kilka sekund, nim zorientował się, że nie ma jej 

w łóżku. Podniósł głowę i zobaczył, że stoi przy posłaniu córeczki. 

– Wszystko w porządku? – zapytał. 
– Tak. Właśnie ją nakarmiłam, więc powinna zasnąć, prawda, kochanie? – Tess zwróciła 

się do dziecka. 

Jacka ogarnęło kojące poczucie wewnętrznego uspokojenia. Po raz pierwszy nie czuł się 

dziwnie,   leżąc   w   łóżku,  które   kiedyś  dzielił   z  Elise.  Tylko   że  teraz  wszystko   wyglądało 
inaczej. Jack doznawał czegoś, co zwykli śmiertelnicy nazywają szczęściem. Ciągle jeszcze 
nie myślał o tym, by wiązać się z Tess na stałe, lecz... kto wie. 

Materac ugiął się lekko, dając znać, iż Tess wróciła do łóżka. Jack wyciągnął rękę i 

pogładził ją po plecach. Wyczuł dotykiem, że ma gęsią skórkę. 

– Zimno ci? – zapytał. 
– Trochę. Ale ty jesteś ciepły – powiedziała, przytulając się do niego. 
Przez chwilę leżeli pogrążeni we własnych myślach. 
– Jack? – Tess przesunęła mu dłonią wzdłuż piersi. 
– Hm?
– Opowiedz mi o nich. 
– O kim? – zapytał, dobrze wiedząc, o kogo jej chodzi. 
– O Elise i... 
– Jaredzie – dokończył, wymawiając imię brata po raz pierwszy od trzech lat. 
Gdy przebrzmiało, Jack czekał na znajome uczucie goryczy, które zwykle ogarniało go w 

takich momentach, lecz tym razem, ku jego zdziwieniu, niczego takiego nie doznał. Jeszcze 
bardziej zaskakujące wydało mu się to, iż wreszcie jest zdolny opowiedzieć całą tę bolesną 
historię. 

– W dzieciństwie stanowiliśmy z Jaredem parę najlepszych przyjaciół – zaczął. – Byłem 

od niego dwa lata starszy, więc uważał mnie za autorytet. Sam z natury lubił psocić. Razem 
pasjonowaliśmy   się   rodeo.   Marzyliśmy,   by   wspólnie   prowadzić   ranczo.   Oszczędzaliśmy 
pieniądze   i   wreszcie   udało   się   kupić   tę   posiadłość.   Na   początku   wszystko   się   świetnie 
układało. 

Potem na aukcji bydła w Las Vegas spotkałem Elise. Występowała jako chórzystka w 

jednym z musicali. Wydawała się niezwykła, dzika, zuchwała. Nigdy przedtem nie znałem 
kogoś podobnego. Pobraliśmy się po ośmiu dniach znajomości. 

Nie minął rok, a nasze małżeństwo zaczęło się psuć. Elise uważała, że ranczo leży na 

odludziu, ja za dużo pracuję, mało z nią rozmawiam, zawsze jestem zmęczony i nigdy nie 
zabieram jej do miasta. Życie tutaj przestało ją bawić. Sprzeczaliśmy się na ten temat, lecz ja 
nie zamierzałem się poddawać. Poprosiłem brata o pomoc. Chciałem, by zadbał o rozrywki 
Elise. – Jack westchnął. – Powiesz, że powinienem nabrać podejrzeń, gdy zaszła w ciążę, 
choć nasze życie erotyczne nie układało się najlepiej. Myślę, że w głębi duszy o wszystkim 

background image

wiedziałem,   lecz   nie   chciałem   wierzyć   i   to   nie   ze   względu   na   Elise,   lecz   na   Jareda. 
Wmawiałem sobie, iż nic się nie dzieje. Udawałem, że nie zauważam, jak brat mnie unika i 
nie patrzy mi w oczy. Przekonywałem sam siebie, iż to normalne, gdy Elise poprosiła, bym 
przeniósł się do innego pokoju, a później na jakiś czas przed porodem wyjechała do Gweneth. 

Kiedy urodził się Matthew, tylko ja czułem się szczęśliwy. Miałem syna. Tak było przez 

kilka miesięcy, a potem przyszli do mnie oboje. Twierdzili, że nie zamierzali mnie zranić, 
lecz pokochali się i chcą odejść. – Tess ścisnęła Jacka za ramię, a on uświadomił sobie, że 
mocno trzyma ją za rękę. – Oczywiście potrzebowali pieniędzy. Nie spodziewali się jednak, 
że dam Elise choćby pensa. Uznali, że wystarczy, jeśli spłacę Jareda. Zgodziłem się, pod 
warunkiem, że Matthew... i wtedy powiedzieli mi resztę. Nie wierzyłem. Boże, jaki byłem 
wściekły. Przeprowadziliśmy testy. W dniu, w którym dostałem wyniki, sprzedałem bydło i 
wręczyłem im pieniądze. Wtedy też przyrzekłem sobie, że nigdy więcej... 

Jack musiał przyznać, że opowiadając o tym, nie cierpi już jak kiedyś. Miał wrażenie, iż 

wszystko zdarzyło się bardzo dawno i komuś innemu... 

– Współczuję ci... – Tess ścisnęła go za rękę. 
Jej słowa przywróciły Jackowi poczucie rzeczywistości. Brzmiała w nich szczera troska. 

Jack pomyślał, że w ciągu pięciu tygodni przeżył z Tess więcej niż niektóre małżeństwa przez 
całe życie. To była niepokojąca myśl. Skoro tyle jej wyznał, pewnie Tess zechce wrócić do 
tematu, który poruszyła w stajni, napomykając, iż powinien jakoś ułożyć sobie życie. 

Lecz   ona   milczała.   Jakby   wyczuwając   pewną   rezerwę   Jacka,   położyła   się   mu   na 

piersiach. Gdy dotknęła go całym ciałem, poczuł, jak narasta w nim podniecenie. 

– Co robisz? – zapytał. 
– Daję ci szansę – powiedziała miękko. 
Schyliła głowę i zaczęła całować jego skronie, oczy, policzki, przesuwając ustami coraz 

niżej, aż ciało Jacka przebiegło rozkoszne drżenie. Uniósł ręce, by ją przytulić, lecz Tess 
przygniotła   je   do   materaca   i   dalej   wędrowała   wargami   wzdłuż   szyi   i   ramion,   pieściła 
językiem sutki męskich piersi, pokrywała pocałunkami brzuch. 

Gdy Jackowi zdawało się, że nie wytrzyma  ani sekundy dłużej, osunęła się wargami 

poniżej pasa i zaczęła pieścić językiem tę część ciała mężczyzny.  Nie ustawała, póki nie 
chwycił materaca w dłonie, gniotąc go w spazmatycznym uścisku. 

Wtedy uniosła się lekko i pozwoliła, by wypełnił ją sobą. Jack nie kontrolował sytuacji. 

Oddychał coraz szybciej i szybciej, wreszcie zaczął krzyczeć w ekstazie, powtarzając imię 
Tess. Chwilę potem leżeli spleceni w uścisku. Jack czuł bicie serca Tess tuż przy swoim. W 
tym momencie należała do niego całą sobą. 

– Tess. Chodź tutaj. 
Drgnęła, słysząc ponaglenie w głosie Jacka, który kąpał Nicki. Rzuciła trzymane w ręku 

śpioszki na stos świeżo wypranej bielizny i pospieszyła do niego. 

– Co się stało? – spytała, spoglądając na córeczkę. 
– Spójrz – rzekł Jack i pochylił się nad małą, nie bacząc, że moczy sobie przód koszuli. – 

No, kochanie, pokaż, jak to robisz – zwrócił się do Nicki. 

Dziecko popatrzyło nań uważnie, by po chwili rozpromienić się w uśmiechu. Tess nie 

background image

wiedziała, co w tym nadzwyczajnego, w końcu dziecko uśmiechało się od tygodni. 

Odwróciła się ku Jackowi i popadła w zdumienie. Jego twarz również rozjaśniał uśmiech. 
– No co? – zapytał, widząc zaskoczenie Tess. 
– Nic, po prostu... po raz pierwszy widzę, jak się uśmiechasz. 
– Och, daj spokój. – Jack wydawał się nieco zakłopotany. – Powinnaś patrzeć na Nicki. 

Ona uśmiechała się do mnie!

Tess pokiwała głową z powątpiewaniem. 
– Nie sądzę, by wiedziała, że to ty. 
Jack już chciał zaprotestować, gdy pojął, że to żart. 
– Bardzo zabawne – mruknął. 
Tess  ogarnęła czułość. Naprawdę nie miała  zamiaru  wprawiać Jacka w zakłopotanie. 

Otarła mu kroplę wody z policzka. 

– Też tak myślę – rzekła miękko i jakby nigdy nic wróciła do sortowania bielizny. 
W   głębi   serca   czuła   jednak   niezwykłą   radość.   Minął   tydzień,   odkąd   przyjechali   z 

Gweneth,   a   Jack   z   każdym   dniem   zdawał   się   pozbywać   dawnego   dystansu.   Nadal 
zachowywał się z pewną rezerwą, lecz wiele barier zostało przełamanych. Stał się znacznie 
bardziej otwarty i łatwiejszy w pożyciu. 

Tess   chciała   wierzyć,   że   zapomni   wreszcie   o   złej   przeszłości   i   zacznie   patrzeć   w 

przyszłość. Rozumiała, że sam musi zdecydować, czy chce wieść wspólne życie z nią i Nicki. 
Ona ze swej strony zrobiła wszystko, by ułatwić mu wybór, lecz ostatni krok należał do 
niego. 

Postanowiła jedynie,  iż jeśli nadejdzie czas jej wyjazdu, a nic się nie zmieni,  opuści 

ranczo, nawet jeżeli to będzie trudne. Do tego momentu zamierzała cieszyć się każdą wspólną 
chwilą. Po stracie Graya zrozumiała, że życie jest zbyt krótkie, by martwić się na zapas tym, 
na co nie ma się wpływu. 

Popatrzyła   na   Jacka   wyjmującego   dziecko   z   kąpieli.   Ułożył   niemowlę   na   ręczniku   i 

wycierając delikatne ciałko, przemawiał łagodnie do maleństwa. Ubrał Nicki, a potem małym 
grzebykiem ułożył jej włoski. 

– Co o tym myślisz? – zapytał, prezentując matce dziecka swoje dzieło. 
–   Jack!   –   Tess   zareagowała   okrzykiem   na   niezwykłą   fryzurkę   małej,   której   główkę 

uczesał na jeża. 

– Nie podoba ci się? – roześmiał się. 
– Nie – zawtórowała mu rozbawiona Tess. Wzięła na ręce córeczkę, by zanieść ją na górę 

i nakarmić. 

Gdy wróciła, Jack ciągle był w kuchni. Rozmawiał przez telefon. Słysząc kroki Tess, 

odwrócił się. 

– To Mary, dzwoni do ciebie – powiedział spokojnie. Stanął przy oknie, słuchając cichej 

rozmowy Tess z babką. 

Zastanawiał się, o czym tak długo mogą mówić, skoro z nim starsza pani porozumiała się 

w   kilku   słowach.   Zwięźle   podziękowała   za   gościnę   udzieloną   wnuczce   i   dała   mu   do 
zrozumienia,   że   czas,   by   się   to   skończyło.   Mary   Danielson   życzyła   sobie,   by   Tess   i   jej 

background image

dziecko wróciły na ranczo Double D. 

Przecież  tak miało  być.  Czemu  mam  chęć  rzucić  telefonem  o ścianę, pomyślał  Jack. 

Wzruszył  ramionami,  wstydząc   się  odpowiedzi   na  to  pytanie.   Zaczął  sobie  wmawiać,  że 
wyjazd Tess wcale go nie poruszy. Cóż z tego, że dziewczyna odjedzie. Los zetknął ich przez 
przypadek. Zbliżyli się dzięki niezwykłemu faktowi, że asystował przy narodzinach Nicki, a 
erotyczne przygody wynikły z okoliczności. W końcu Tess nie była jego żoną. 

Właśnie. A obchodzi mnie znacznie bardziej niż Elise, pomyślał i poczuł zaskoczenie. 

Więc poproś ją, by z tobą została, pomyślał. A co potem? Cóż może jej zaoferować prócz 
pustego domu i niepewnej przyszłości? A co będzie z Nicki? Dziecko nie miało ojca. Zresztą 
jak prosić Tess o pozostanie, skoro niczego jej nie obiecywał?

Jack odetchnął głęboko, podejmując decyzję. Najlepsze co można zrobić, to pozwolić na 

odejście, uznał w myślach. 

– No i co? – zapytał, gdy dziewczyna odłożyła słuchawkę. Serce Tess biło niespokojnie 

wcale nie ze względu na wymianę zdań z babką, lecz dlatego, iż nieuchronnie zbliżał się 
moment ostatecznej rozmowy z Jackiem. 

– Nie złagodniała przez te dziesięć lat – rzekła, starając się mówić spokojnie. – Uznała, iż 

mój przyjazd tutaj bez jej zgody świadczy, że jestem równie narwana jak dawniej. Zwróciła 
uwagę, że to wbrew dobrym obyczajom, iż zatrzymałam się u ciebie. – Jack spojrzał na Tess 
pytającym  wzrokiem, a ona wzruszyła  ramionami i ciągnęła dalej: – W drodze do domu 
babka zajechała do Gweneth i tam już o nas usłyszała, bo, jak wiesz, nie utrzymałam języka 
za zębami. Nie jest tym wszystkim zachwycona, lecz zamierza poznać prawnuczkę. Życzy 
sobie, bym spakowała rzeczy i natychmiast przeniosła się do Double D. 

Tess bezskutecznie próbowała rozszyfrować wyraz twarzy Jacka. No, dalej, powiedz coś, 

zachęcała go w myślach. Zaproponuj, bym tylko odwiedziła babcię i została z tobą. Pomóż 
mi. 

– Kiedy chcesz wyjechać? – spytał Sheridan. 
Pytanie   podziałało   jak   cios   wymierzony   w   serce.   Tess   przełknęła   ślinę,   starając   się 

zapanować nad sobą i nie wprawiać ich obojga w zakłopotanie. Przecież zdecydowała, że 
zastosuje się do życzenia gospodarza rancza. Wiedziała, co robi. Jack uczciwie uprzedzał, by 
niczego nie oczekiwała. Powinna się cieszyć, że stało się to teraz... gdy jeszcze może wycofać 
się z godnością. 

– Im szybciej, tym  lepiej  – odparła z wymuszonym  uśmiechem.  – Najlepiej  od razu 

zacznę się pakować, by być gotowa, gdy Nicki się obudzi. 

– Pójdę zamocować jej fotelik w samochodzie – powiedział Jack i wyszedł z kuchni. Tess 

odprowadziła go wzrokiem, mając wrażenie, że to zły sen. Wszystko stało się tak szybko. 
Jeszcze godzinę temu śmieli się wesoło, a teraz... Wszystko skończone, trzeba wziąć się w 
garść. 

Pakowanie nie zabrało jej dużo czasu. 
– Gotowa? – usłyszała głos Jacka. 
Stał w drzwiach, jakby nie mógł doczekać się chwili, gdy Tess zniknie z jego życia. Na 

jego twarzy nie malował się nawet cień żalu czy wzruszenia. 

background image

Tess skinęła głową, wzięła dziecko, a Jack chwycił jej torbę i neseser. Nicki ciągle spała. 

Matka   otuliła   ją   kocykiem   i   zatrzymała   się,   by   obrzucić   pokój   ostatnim   spojrzeniem. 
Pomyślała, jak bardzo zmieniło się jej życie w ciągu paru tygodni. Wzięła głęboki oddech, 
wyprostowała się, a potem opuściła sypialnię. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Jack nie wiedział, kiedy uświadomił sobie, że popełnił błąd. Pomyślał o tym zaraz, gdy 

po wyjeździe Tess sprzątał stajnię. Praca zajęła mu ze cztery godziny. Niezliczoną ilość razy 
mijał miejsce, w którym ledwie parę dni temu kochał się z Tess. Miał sporo czasu, by wrócić 
pamięcią   do   każdego   szczegółu   tamtego   zdarzenia,   zrozumieć,   co   naprawdę   przeżył. 
Bezustannie słyszał w myślach słowa Tess: „nie możesz zmienić przeszłości, lecz nic nie stoi 
na przeszkodzie, byś zdecydował o kształcie teraźniejszości”. 

Początkowo próbował je zignorować, potem zaczął się zastanawiać. Może to prawda? Ale 

skąd ma wiedzieć, czy tym razem postąpi słusznie, skoro już raz się zawiódł?

Do licha,  nie  miałem   nawet   tyle   rozumu,  by  pocałować  ją na  pożegnanie,   pomyślał, 

gasząc światło w stajni. Na zewnątrz spostrzegł ze zdumieniem, że zapadł już wieczór i znów 
obniżyła się temperatura. Był spocony, a mroźne powietrze przenikało go chłodem. 

Normalny   człowiek   pospieszyłby   pewnie   do   domu,   ale   nie   on.   Jeśli   stajnia   była 

wypełniona wspomnieniami o Tess, pusty, ciemny dom tym bardziej. 

Możesz   obwiniać   tylko   siebie,   pomyślał.   Dobrze   wiedziałeś,   że   nie   trzeba   się   było 

angażować. Teraz masz za swoje. 

Z każdym krokiem Jack uświadamiał sobie, że pragnie widoku tej dziewczyny. Wszedł 

do domu i nie bacząc na ośnieżone buty, powędrował od razu do kuchni, by zapalić światło. 
Rozejrzał się po pustym wnętrzu. Na stole ciągle leżał stos upranej bielizny, a na kuchennym 
blacie ręcznik, którym wycierał Nicki po kąpieli. W kominku nie palił się ogień, nie pachniało 
obiadem i nikt go nie witał. 

Jack po raz ostatni spróbował wmówić sobie, że wyjazd Tess nie ma znaczenia, ale nie 

pomogło.   Nie   mógł   dłużej   zaprzeczać,   iż   ta   kobieta   więcej   dla   niego   znaczy  niż   Elise... 
Jared... a nawet mały Matthew. Musiał przyznać, że pozwolił wyjechać pannie Danielson w 
obawie przed odrzuceniem. Podobnie postępował z innymi ludźmi przez ostatnie trzy lata. 
Tylko że strata Tess okazała się znacznie dotkliwsza niż wszystko inne, bo... ją kochał. 

Co miał teraz począć, gdy sam nakłonił ją do odjazdu?

Tess wyjrzała przez szybę cadillaca. Spoglądając na śnieg iskrzący się w słońcu, uznała, 

że musiała zwariować, decydując się na jazdę po pustej, wiejskiej drodze. W końcu na ranczu 
babki wszystko dobrze się ułożyło. Po paru sprzeczkach ona i Mary doszły do porozumienia. 
Co   do   jednego   zgadzały   się   obie,   a   mianowicie,   iż   Nicki   to   najwspanialsze   dziecko   na 
świecie. 

Wczoraj   wieczorem   starsza   pani,   trzymając   prawnuczkę   na   kolanach,   rozpoczęła 

rozmowę. 

– Jak długo zamierzasz się marnować? – zapytała. 
– Słucham?
– Pytam, czemu pozwoliłaś, by ten Sheridan wygnał cię ze swojego rancza. Chyba wiesz, 

jak osiągać to, czego się chce. 

background image

Tess pomyślała, że starsza pani nie zdaje sobie sprawy, o czym mówi, lecz zaraz potem 

zaczęła się zastanawiać, czy aby babka nie ma racji. Może nie należało rezygnować, tylko 
walczyć o Jacka?

Początkowo   odrzuciła   ten   pomysł,   lecz   w   środku   nocy   była   już   innego   zdania. 

Postanowiła działać, by zmienić sytuację. Uznała, iż podejmie ostatnią próbę przekonania 
tego mężczyzny, jak wiele dla siebie znaczą, uświadomienia mu, że potrzebują się wzajemnie, 
a życie jest zbyt krótkie, by je marnować. 

Była tak zatopiona w myślach, iż zbyt późno spostrzegła, że jakieś zwierzę przebiega 

przez drogę. Gwałtownie nacisnęła hamulec. Samochód wpadł w poślizg, zjechał na prawo i 
zarył się w zaspę. Tess zacisnęła ręce na kierownicy. Znowu to samo, pomyślała. I co teraz?

Nie   pozostawało   nic   innego,   jak   ruszyć   pieszo.   Tess   z   westchnieniem   rozejrzała   się 

dokoła. Wygramoliła  się z auta, wyciągnęła  torebkę spod siedzenia i zamknęła  cadillaca. 
Wyszła   na   szosę,   otrząsając   śnieg   z   butów   i   spodni.   Tym   razem   bardziej   nadaję   się   na 
autostopowiczkę, pomyślała. 

Przeszła   około kilometra,   gdy usłyszała  nadjeżdżający  samochód.   Przysłoniwszy  ręką 

oczy, spróbowała dojrzeć, kto się zbliża. Zdrętwiała, rozpoznając na drodze półciężarówkę 
Jacka. 

Wiedziała, że ją spostrzegł. Auto zwolniło, zatrzymało się i wysiadł zeń kierowca. 
Tess poczuła skurcz żołądka. Zauważyła, że Jack ubrany był staranniej niż zazwyczaj. 

Miał ciemne spodnie, białą koszulę i skórzaną kurtkę. Spiesząc ku Tess, zacisnął ręce w 
pięści, co mogło znaczyć, iż tęsknił za nią równie bardzo jak ona za nim.... 

– Tess? Co tu robisz? – Ciemne okulary nie do końca maskowały surowość bijącą z jego 

twarzy. 

Naprawdę oszalałam, pomyślała. Robię z niego romantycznego bohatera, a on jest po 

prostu niemożliwy. Czego oczekiwałam? Że powiem mu parę słów prawdy, wyjaśnię, jakim 
jest głupcem, a on rzuci mi się do stóp i oświadczy? Akurat!

– Potrzebowałam trochę ruchu na świeżym powietrzu – skłamała. 
– Więc postanowiłaś pospacerować sobie po tym odludziu?
– No dobrze, wpadłam w mały poślizg, jakiś kilometr stąd. 
– Masz zamiar pobić w tym rekord? – zapytał. 
– Bardzo zabawne. Podwieziesz mnie czy nie?
– A jak myślisz?
Jack podszedł do samochodu i otworzył drzwi po stronie pasażera. Gdy wsiadała, starał 

się jej nie dotykać. 

–   Zapnij   pasy   –   zarządził,   sadowiąc   się   za   kierownicą.   Nie   zareagowała,   czując,   że 

obojętnym zachowaniem Jack znowu łamie jej serce. Czekał bez słowa. 

– Możemy jechać? – spytała z westchnieniem. 
Nie odpowiedział. W końcu Tess miała dosyć przedłużającej się ciszy. 
– Wybierasz się do miasta?
– Nie. 
– Więc co tu robisz o tej porze tak ubrany?

background image

Jack włączył silnik i nadal bez słowa patrzył przed siebie, więc pomyślała, że jej nie 

słyszy. Jednak zacisnął ręce na kierownicy w sposób, który przeczył temu podejrzeniu. 

Już miał powiedzieć, by pilnowała własnych spraw. 
– Jeśli chcesz wiedzieć, miałem zamiar się z tobą zobaczyć. 
– Och! – Tess nie mogła zdobyć się na nic więcej, czując, że dławi ją wzruszenie. 
–   Zastanawiałem   się   nad   twoim   pomysłem   wiążącym   się   z   ranczem.   Cóż...   moja 

posiadłość nadawałaby się... Jeśli poważnie brałaś to pod uwagę... Dobrze nam się razem 
pracowało, więc myślałem... to znaczy... – Odchrząknął. – To byłoby korzystne dla obu stron. 
Mieszkałabyś   blisko   babci,   a   Nicki   potrzebuje   ojca.   Nie   o   to   chodzi,   że   nie   umiałabyś 
wychować małej, ale ja pomogłem jej przyjść na świat, więc czuję się za nią odpowiedzialny. 

Tess   ciągle   nie   odpowiadała,   więc   Jack   zdobył   się   na   jeszcze   jeden,   rozpaczliwy 

argument. 

–   Nie   wiem,   czy   pamiętasz,   lecz   tamtej   nocy   w   stajni   i   później...   nie   zachowaliśmy 

ostrożności.   Może   nic   się   nie   stało,   w   końcu   jeszcze   karmisz   Nicki,   ale...   –   przerwał   i 
popatrzył Tess w oczy. – Pomożesz mi czy nie?

Pokręciła głową. 
– Nie – powiedziała. 
– Próbuję cię przekonać, byś za mnie wyszła, do licha. 
– Jack?
– Co?
– Zatrzymaj wóz. 
Ciągle patrząc przed siebie, Jack zrobił, o co prosiła. Tess odpięła pasy, odwróciła się i 

zdjęła mu ciemne okulary. 

Wstrzymała oddech, widząc wyraz oczu Jacka. Malowała się w nich nadzieja, obawa, 

niepewność... ufność. 

– Powiedz to – poprosiła cicho. 
– Kocham cię, Tess. Kocham cię bardziej niż kogokolwiek w życiu i pragnę, byś została 

moją żoną. 

– Och, Jack, ja też cię kocham – szepnęła przez łzy. 
– Czy to znaczy, że się zgadzasz?
– Tak. 
– Dzięki Bogu. 
Jack chwycił ją w ramiona i zamknął w uścisku. Przez chwilę trzymał Tess mocno, jakby 

w obawie, że może ją stracić. Potem gorąco pocałował. 

Tess   uśmiechnęła   się   radośnie,   a   Jack   odpowiedział   uśmiechem.   Wreszcie   była 

szczęśliwa. 

– Jak układa się życie z Mary? – zapytał. 
– Nieźle. Jest niemożliwa jak zawsze. 
– Więc jak wydobędziemy od niej naszą córkę? Tęsknię za nią. Jedźmy szybko na ranczo. 
Tak też zrobili. 


Document Outline