background image

RICHARD CURTIS 

CZTERY WESELA I POGRZEB 

Tytuł oryginału: FOUR WEDDINGS AND A FUNERAL 

Przekład i adaptacja: Tomasz Mirkowicz 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Miłość w parze z małżeństwem nie chodzi, 

Choć w nich z natury jedne biją tętna. 

Miłość w małżeństwo, jak wino przechodzi 

W ocet; przelewka cierpka, kwaśna, mętna… 

GEORGE BYRON, Don Juan (przeł. Edward Porębowicz) 

background image

I. PIERWSZA SOBOTA MAJA 

Nie  lubię  wcześnie  wstawać.  I  nie  cierpię  budzików.  Zawsze  uważałem,  że  po 

gilotynie budzik jest najbardziej perfidnym ze wszystkich wynalazków człowieka. Śpisz sobie 

smacznie,  śnisz  o  czymś  niezwykle  przyjemnym,  na  przykład  że  leżysz  pod  palmą  w 

towarzystwie  powabnej  blondynki,  dochodzi  cię  szum  morza,  czujesz  na  skórze  delikatny 

powiew wiatru, i akurat w momencie, kiedy dziewczyna przeciąga się lubieżnie i pochyla nad 

tobą,  wpatrując  się  w  ciebie  pełnym  obietnicy  wzrokiem,  budzik  zaczyna  dzwonić. 

DRRRRRRR! Wszyscy reagujemy na ten dźwięk, zupełnie jak psy Pawłowa. Z tym, że jedni 

zrywają się natychmiast z łóżka i w ciągu pięciu sekund są już pod prysznicem, a ja jeszcze 

przez sen wyciągam rękę i wyłączam diabelstwo. 

Najbardziej, oczywiście, nie lubię wstawać wcześnie w soboty i w niedziele. Bo o ile 

w  inne  dni  tygodnia  trzeba  wstawać  rano,  żeby  iść  do  pracy,  te  dwa  dni  zostały  przecież 

stworzone  specjalnie  po  to,  żeby  normalny  człowiek  mógł  się  wreszcie  wyspać.  Dlatego 

uważam za bardzo nietaktowne ze strony znajomych, że pobierają się właśnie w soboty lub w 

niedziele,  w  dodatku  o  nieprzyzwoicie  wczesnej  porze.  Osobiście  w  ogóle  nie  jestem 

zwolennikiem małżeństwa, ale jeśli już ktoś czuje, że inaczej nie potrafi, że nie chce żyć na 

kocią łapę, to mógłby przynajmniej zaczekać do  szóstej albo siódmej wieczorem. Co im tak 

wszystkim spieszno, że pobierają się najpóźniej w południe, nawet jeśli ich ślub odbywa się 

nie w Londynie, tylko na jakimś odległym zadupiu? Śniło mi się akurat, że idę za kobietą w 

olbrzymim  czarnym  kapeluszu.  Była  szczupła,  zgrabna,  z  całej  jej  sylwetki  emanowało  coś 

niezmiernie  pociągającego.  Dotąd  nie  widziałem  jej  twarzy.  Właśnie  miała  skręcić  za  róg, 

więc  przyspieszyłem  kroku,  żeby  nie  stracić  jej  z  oczu.  Chciałem  koniecznie  zobaczyć  jej 

twarz. Wtedy zaterkotał budzik. 

DRRRRRRR! 

Moja  dłoń  wystrzeliła  jak  kamień  z  procy  i  zgasiła  cholerstwo.  Wcisnąłem  głowę  w 

poduszkę i po chwili znów byłem na tej samej ulicy, ale nieznajoma gdzieś znikła. Szedłem i 

szedłem  przez  miasto,  jednakże  nigdzie  nie  widziałem  żywej  duszy.  Wszystkie  sklepy  były 

zamknięte, ulice puste. Wtem… 

- Wstawaj, Charlie! Wstawaj, bo się spóźnimy na ślub! - To Scarlett szarpała mnie za 

ramię. 

Zdarza  się,  że  pary  spędzają  wspólnie  noc  przed  swoim  ślubem,  po  czym  razem 

zjawiają  się  w  kościele.  Jest  to  nowoczesny  obyczaj,  na  który  nie  tylko  księża  i  pastorzy 

background image

patrzą krzywo. Także starsze panie. Ale w tym wypadku nie chodziło bynajmniej o ślub mój i 

Scarlett, lecz Angusa i Laury. Muszę zresztą zaznaczyć, że choć Scarlett i ja mieszkaliśmy w 

tym czasie razem, nigdy nie stanowiliśmy pary. 

Poznaliśmy się w firmie konstrukcyjnej, gdzie ja pracowałem jako architekt, a Scarlett 

jako goniec. Kryzys spowodował, że ceny nieruchomości spadły na łeb, na szyję, więc ludzie 

przestali  budować  nowe  domy,  co  odbiło  się  negatywnie  na  mojej  kieszeni.  W  pewnym 

momencie  doszło  nawet  do  takiego  absurdu,  że  Scarlett  i  inni  gońcy  zarabiali  więcej  ode 

mnie,  bo  byli  na  stałej  pensji,  a  ja  na  procencie  od  wykonanych  projektów.  Tymczasem  nie 

robiłem  żadnych,  gdyż  nasze  biuro  nie  dostawało  w  ogóle  zleceń.  Gdy  skończyły  mi  się 

oszczędności,  zgromadzone  w  bardziej  tłustych  latach,  ledwo  mnie  było  stać  na  opłacenie 

czynszu  za  parterowy  domek  w  eleganckiej  dzielnicy,  który  wynająłem  przed  rokiem,  kiedy 

zerwałem z Henriettą i wyprowadziłem się od niej. W końcu, zupełnie zdesperowany, jakieś 

pół  roku  temu  wywiesiłem  na  korytarzu  w  pracy  ogłoszenie,  że  chętnie  przyjmę 

współlokatora.  Sądziłem,  że  zgłosi  się  któryś  z  równie  ciężko  jak  ja  dotkniętych  przez  los 

młodych  architektów,  ale  zgłosiła  się  właśnie  Scarlett.  Nie  miałem  ochoty  na  mieszkanie  z 

dziewczyną,  lecz  po  pierwsze,  naprawdę  było  u  mnie  bardzo  krucho  z  forsą,  a  po  drugie, 

rozbroiła mnie jej szczerość. 

- Słuchaj, Charlie - zaczęła - dobrze wiem, że nie mam u ciebie żadnych szans. Ale te 

wszystkie  wypindrzone  suki  w  biurze  będą  myślały,  że  sypiamy  ze  sobą,  i  aż  zzielenieją  z 

zazdrości! Ale im utrę nosa! O kurwa, kurwa, kurwa! 

- O  kurwa,  kurwa,  kurwa!  -  zawołałem,  kiedy  Scarlett  dobudziła  mnie  na  tyle,  że 

spojrzałem na budzik. 

Było dwadzieścia po ósmej, a mieliśmy do przejechania ponad dwieście kilometrów. 

Zerwałem  się  z  łóżka  i  pognałem  ogolić  się  i  wziąć  prysznic,  a  Scarlett  poszła  do  kuchni 

zaparzyć kawę. 

Kiedy  wyłoniłem  się  w  szlafroku  z  łazienki,  w  nozdrza  uderzył  mnie  jednak  nie 

zapach  świeżej  kawy,  lecz  palącego  się  pieczywa.  Scarlett  jak  zwykle  wepchnęła  do 

opiekacza  zbyt  grubą  kromkę  bułki  i  teraz  stała  nad  dymiącym  urządzeniem,  starając  się 

wydłubać widelcem zwęglone resztki. Podszedłem do niej i wyłączyłem opiekacz z kontaktu. 

- Uważaj, bo kiedyś w końcu spalisz dom i siebie - powiedziałem spokojnie. 

- Pieprzony  toster!  -  zawołała.  -  Jak  jeszcze  raz  sfajczy  mi  grzankę,  oddam  go  na 

złom! 

Cały  problem  polegał  na  tym,  że  aczkolwiek  Scarlett  już  od  dwóch  lat  pracowała 

wśród  architektów,  sama  nie  miała za  grosz  wyobraźni  przestrzennej.  Albo  na  siłę  wsadzała 

background image

zbyt  grubą  kromkę  do  opiekacza  i  nie  mogła  jej  później  wydobyć,  albo  parkowała  swojego 

mini  coopera  S  w  tak  ciasnej  luce  między  dwoma  innymi  pojazdami,  że  nie  można  było 

otworzyć drzwi ani z jednej, ani z drugiej strony. Szamotała się i klęła jak szewc, ale to nic 

nie dawało. 

Jednakże  na  tym  polegał  urok  Scarlett:  łączyła  w  sobie  cechy  zadziornego  urwisa  z 

bezradnością  małej  dziewczynki.  Potrafiła  z  jednej  strony  każdemu  przygadać  tak,  że  mu  w 

pięty poszło, a z drugiej zachowywać się niewinnie i naiwnie jak dziecko. Właśnie te pozorne 

sprzeczności jej charakteru sprawiły, że nie tylko ja ją szalenie polubiłem, ale zaakceptowało 

ją i pokochało również grono moich najbliższych przyjaciół: Gareth, Matthew, Fiona i Tom, a 

także mój brat David. Stanowiliśmy razem bardzo zgraną paczkę. 

Scarlett pobiegła się umyć, a ja nalałem filiżankę kawy i wypiłem ją na stojąco, parząc 

sobie  usta.  Potem  wróciłem  do  siebie  i  ubrałem  się  pospiesznie.  Kiedy  kilka minut  później 

stanąłem w drzwiach swojego pokoju, Scarlett wciąż nie była gotowa. 

- Pospiesz  się!  Zaczekam  w  samochodzie!  -  zawołałem  i  wybiegłem  na  zewnątrz, 

trzymając  w  ręce  czarny  frak.  Nie  chciałem  wkładać  go  na  siebie,  żeby  nie  wygnieść  w 

drodze. 

Mimo wciąż ponawianych wysiłków i wzrastającej furii moje stare volvo nie chciało 

zapalić.  Silnik  charczał  jakby  go  ktoś  dusił,  ale  nie  zamierzał  zaskoczyć.  Bałem  się,  że  go 

zaleję,  ale  nie  miałem  wyboru.  Raz  po  raz  przekręcałem  kluczyk  i  naciskałem  na  gaz.  Bez 

skutku.  Specjaliści  twierdzą,  że  volvo  należy  do  najbardziej  niezawodnych  samochodów 

ś

wiata, ale wierzcie mi, ta niezawodność kończy się po ośmiu latach. Natomiast po dwunastu 

-  a  tyle  właśnie  liczył  mój  pojazd  -  jest  już  tylko  bardzo,  ale  to  bardzo  odległym 

wspomnieniem. 

Scarlett  wybiegła  wreszcie  z  domu.  Była  ubrana  w  dżinsy  i  białą  bluzkę,  a  w  ręce 

trzymała  jakąś  dziwną,  pomarańczowo  -  fioletową  kreację  i  słomkowy  kapelusz 

przypominający  kształtem  nocnik.  Wszyscy  przywykliśmy  już  do  dość  ekstrawaganckich 

ubiorów  Scarlett;  cały  dowcip  polegał  jednak  na  tym,  że  ona  sama  bynajmniej  nie  pragnęła 

ubierać  się  ekscentrycznie.  Jej  marzeniem  było  nosić  się  dokładnie  z  taką  samą  spokojną 

elegancją, jak „te wszystkie wypindrzone suki w biurze”, których tak nie cierpiała. Ale jakoś 

jej to nie wychodziło. 

- Zamknęłaś drzwi? - zapytałem, kiedy wsiadła do samochodu. 

- Nie. A ty? - spytała rezolutnie. 

Nie miało sensu jej tłumaczyć, że wychodziła po mnie. 

- Mniejsza! - zawyrokowałem, machając ręką. 

background image

W końcu żadne z nas nie ma nic wartego ukradzenia. Ale ten gruchot nie chce zapalić, 

więc będziemy musieli jechać twoim mini. Załamała ręce. 

- O  w  mordę,  spóźnimy  się!  -  zawołała.  -  Możemy  wziąć  mini,  ale  nie  wyciągniesz 

nim więcej niż sześćdziesiątkę. 

Poklepałem ją po ramieniu. 

- Wierz mi, wyciągnę! - oznajmiłem. 

I  dotrzymałem  słowa.  Mini  cooper  Scarlett  dygotał  jak  w  febrze,  silnik  jęczał  jak 

zarzynane  prosię,  ale  dwie  i  pół  godziny  później  byliśmy  już  w  samym  sercu  Somerset. 

Wiedziałem,  że  tuż  za  Sparkford  mam  skręcić  z  szosy  w  boczną  drogę,  żeby  dojechać  do 

Stoke Clandon, gdzie odbywał się ślub. Byłem już kiedyś w tej okolicy, bo jeden z zamków 

odziedziczonych przez Toma znajdował się w pobliżu. Właśnie z tego rejonu wyspy wywodzi 

się  przeważająca  część  starej  angielskiej  arystokracji.  W  końcu  zaledwie  dwadzieścia 

kilometrów  na  północ  leży  Glastonbury,  gdzie  według  tradycji  spoczywa  król  Artur  wraz  z 

Guinevere,  swoją  niewierną  małżonką,  a  człon  Stoke  w  nazwie  Stoke  Clandon,  dość 

popularny  w  tej  części  kraju,  w  języku  staroangielskim  oznacza  „ostrokół”,  co  najlepiej 

ś

wiadczy  o  zamierzchłych  początkach  niewielkiej  miejscowości:  niegdyś  była  siołem 

otoczonym  drewnianą  palisadą.  To  obwarowywanie  osad  struganymi  palami  na  niewiele  się 

zresztą zdało nieszczęsnym mieszkańcom: w najdawniejszych czasach kolejno wycinali ich w 

pień  i  gwałcili  im  żony  Rzymianie,  Duńczycy  i  Normanowie.  A  najsławniejszy  z  książąt 

Somerset,  Edward  Seymour,  opiekun  nieletniego  króla  i  rządca  królestwa,  został  później 

ś

cięty w londyńskiej wieży na rozkaz swojego podopiecznego… 

Nagle  zorientowałem  się,  że  oddawszy  się  rozmyślaniom  nad  historią  regionu, 

przestałem uważać na znaki rozpoznawcze opisane mi przez Angusa. 

- Gdzie  mam  zjechać?  -  spytałem  Scarlett,  która  od  dłuższego  czasu  w  milczeniu 

studiowała atlas samochodowy. 

- Cholera, nie wiem - odpowiedziała zgodnie z prawdą. 

Powstrzymałem  grymas  zniecierpliwienia i spytałem tonem, jakim na ogół rozmawia 

się z dzieckiem: 

- Powiedz mi, droga Scarlett, jak ci wynika z mapy, gdzie my właściwie jesteśmy? 

Przybranie  protekcjonalnego  tonu  nie  było  najlepszym  pomysłem,  bo  zamiast 

odpowiedzieć, wepchnęła mi atlas pod nos. 

- Sam sobie zobacz! 

Nic  dziwnego,  że  nie  mogła  się  zorientować,  którędy  powinniśmy  jechać,  bo  miała 

atlas  otwarty  nie  na  Somerset,  lecz  na  Szkocji.  Zacząłem  szukać  południowo  -  wschodniej 

background image

Anglii, ale trudno mi było jednocześnie przewracać kartki i prowadzić samochód. 

- O kurwa, uważaj, jak jedziesz! - wrzasnęła Scarlett. 

Podniosłem  wzrok  znad  atlasu  i  błyskawicznie  szarpnąłem  kierownicą  w  prawo.  W 

samą  porę,  bo  jeszcze  chwila  i  stoczylibyśmy  się  do  rowu.  Aż  mnie  ciarki  przeszły  po 

grzbiecie. 

- Ta kiecka i kapelusz kosztowały mnie prawie sześćdziesiąt funtów! - burknęła moja 

pasażerka. - Nie zamierzam zginąć, dopóki choć raz nie wystąpię w nich publicznie! 

Miałem  ochotę  odpalić,  że  większość  kobiet  nie  pokazałaby  się  publicznie  w  takim 

stroju, nawet  gdyby  oferowano im nie sześćdziesiąt, lecz sześć tysięcy  funtów, ile ugryzłem 

się  w  język.  Robienie  Scarlett  przykrości  nie  miało  najmniejszego  sensu;  to  nie  jej  wina,  że 

nie oznaczała się dobrym gustem. 

Wreszcie udało mi się otworzyć atlas na właściwej stronie. 

- Słuchaj, mamy skręcić w prawo gdzieś za Sparkiord. Sprawdź numer drogi, dobrze? 

- poprosiłem, przekazując książkę Scarlett. 

Wlepiła wzrok w mapę. 

- Szybciej!  - zawołałem, bo właśnie zobaczyłem  tablicę informującą, że zbliżamy się 

do zjazdu na B359. 

- Zaraz, zaraz… Jeszcze nie znalazłam… Minąłem zjazd i spojrzałem na nią. 

- Mam nadzieję, że to nie tu należało skręcić - oświadczyłem. 

- O kurwa - powiedziała Scarlett. - Należało. 

- O kurwa! 

Nadepnąłem  na  hamulec,  a  kiedy  wóz  zatrzymał  się  z  piskiem  opon,  wrzuciłem 

wsteczny i zacząłem cofać się w kierunku zjazdu. 

- Cholera, uważaj! - wrzasnęła Scarlett. 

Na  szczęście  kierowca  pędzącej  za  mną  ciężarówki  w  porę  nacisnął  hamulec,  więc 

obyło  się  bez  katastrofy.  Machnąłem  mu  na  podziękowanie  ręką  i  zjechałem  na  B359. 

Wiedziałem,  że  dojazd  do  Stoke  Clandon  to  już  tylko  kwestia  minut.  Westchnąłem  z  ulgą  i 

znów wcisnąłem gaz do dechy. 

Po  niespełna  kwadransie  wjechaliśmy  na  ocieniony  podjazd  wiodący  do  starego 

wiejskiego  kościółka.  Wśród zaparkowanych  przed  niewielką  świątynią  pojazdów  ujrzałem 

land  rovera  Toma,  co  oznaczało,  że  on,  Fiona,  a  także  Gareth,  Matthew  i  David,  który  też 

miał  się  z  nimi  zabrać,  są  już  na  miejscu.  Kiedy  tylko  zatrzymałem  mini  coopera,  Scarlett 

zaczęła się przebierać. Wysiadłem, żeby jej nie przeszkadzać, zawiązałem krawat i włożyłem 

frak.  Widziałem  przez  szybę,  jak  moja  pasażerka  szamocze  się  w  ciasnym  wnętrzu 

background image

maleńkiego  wozu,  najpierw  ściągając  bluzkę  i  dżinsy,  a  następnie  wbijając  się  w  ową 

nieszczęsną,  pomarańczowo  -  fioletową  kreację.  Dzień  był  upalny,  więc  kiedy  w  końcu 

otworzyła drzwi i wysiadła, była czerwona na twarzy i zlana potem. 

- Niech  to  szlag,  zamek  mi  się  zaciął!  Pomóż!  -  zawołała,  odwracając  się  do  mnie 

plecami. 

Szarpnąłem zamek błyskawiczny z tyłu sukni raz i drugi, ale bez skutku. 

- Cholera, zaciął się na fest - stwierdziłem. 

W tym momencie przemknął obok nas w stronę kościółka lśniący czarny rolls - royce. 

Domyśliłem się, że w środku siedzi panna młoda. 

- O kurwa! 

W  desperacji  szarpnąłem  zamek  w  górę  mocniej  niż  dotychczas.  Poskutkowało; 

sukienka dała się zapiąć. Wdzięczna Scarlett poprawiła mi krawat, po czym oboje rzuciliśmy 

się  biegiem  w  stronę  kościółka,  posyłając  po  drodze  promienne  uśmiechy  Laurze,  która 

właśnie - w towarzystwie rodziców - wysiadała z czarnej limuzyny. 

Udekorowany  kwiatami  kościół  był  pełen  ludzi.  Idąc  główną  nawą  w  stronę  ołtarza, 

zobaczyłem naszych przyjaciół. Gareth, uśmiechnięty, brzuchaty pięćdziesięcioletni brodacz, 

miał  pod  frakiem  wspaniałą  kamizelkę  ozdobioną  dwoma  nagimi  cherubinami.  Jego 

sympatyczny towarzysz, Matthew, młody Szkot, oraz David, mój młodszy brat, obaj szczupli 

i  gładko  ogoleni,  prezentowali  się  niezwykle  szykownie  w  popielatych  frakach.  Najbardziej 

elegancko  wyglądała  jednak  Fiona,  odziana  w  obcisłą  czarną  suknię  w  białe  groszki  i  we 

wspaniałym,  szerokim  kapeluszu  łososiowej  barwy  na  głowie.  Szczupła,  ładna  i  bardzo 

inteligentna  brunetka  o  arystokratycznych  rysach  była  zupełnym  przeciwieństwem  swojego 

gamoniowatego brata Toma, z którym zaprzyjaźniłem się na studiach. 

- Twoje  spóźnianie  się,  Charlie,  nosi  znamiona  wielkości  -  powiedziała  mi  na 

powitanie. 

- Dziękuję ci, Fi. Wierz mi, wkładam w to wiele wysiłku - odparłem. 

Scarlett  zajęła  miejsce  obok  przyjaciół,  a  ja  ruszyłem  w  kierunku  mocno 

zdenerwowanego  młodego  człowieka  stojącego  w  pobliżu  ołtarza.  Był  nim  oczywiście 

Angus, pan młody. Oczekiwanie w kościele na przyjazd panny młodej należy do najbardziej 

przykrych  chwil  w  życiu  każdego  mężczyzny,  który  zdecydował  się  wstąpić  w  związek 

małżeński. Każda minuta wydaje mu się wiecznością, bo choćby sam był najprzystojniejszym 

i  najbogatszym  kawalerem  na  świecie,  a  jego  wybranka  ubogą  brzydulą,  ogarnia  go  niczym 

nie uzasadniony, lecz mimo to wprost paniczny strach, że dziewczyna wystawi go do wiatru. 

Tak więc nawet jeśli sam miał wcześniej wątpliwości, czy faktycznie słusznie robi się żeniąc, 

background image

już po kwadransie czekania jest tak roztrzęsiony nerwowo i tak bardzo się boi, że dziewczyna 

zrobi  z  niego  balona  na  oczach  całej  jego  rodziny  i  wszystkich  przyjaciół,  że  gdy  ona 

wreszcie  się  zjawia,  z  wdzięczności  gotów  jest  nie tylko  bez  zająknienia  wypowiedzieć 

sakramentalne  „tak”,  ale  również  obiecać,  że  codziennie  będzie  przynosił  jej  śniadanie  do 

łóżka. 

- Tak  mi  przykro,  Angus  -  powiedziałem.  -  Wiem,  że  to  niewybaczalne.  Może 

pocieszy cię wiadomość, że zamierzam się zastrzelić natychmiast po ceremonii. 

Byłem  drużbą  Angusa,  a  jak  wszyscy  wiedzą,  obowiązkiem  drużby  jest  towarzyszyć 

panu  młodemu  od  chwili,  kiedy  pojawi  się  w  kościele,  i  umilać  mu  czas  oczekiwania 

opowiadaniem sprośnych dowcipów. 

- No,  nic  takiego  się  nie  stało  -  powiedział  Angus  z  westchnieniem,  choć  spojrzenie, 

jakie mi posłał, było tak zbolałe, jakbym właśnie rozjechał mu ukochanego psa. - Tom miał 

cię zastąpić, gdybyś nie zdążył. 

Stojący  obok  Tom  uśmiechnął  się  do  mnie  serdecznie.  Nie  wiem,  czy  jego  wygląd 

wiejskiego  przyglupa  wziął  się  stąd,  że  angielscy  arystokraci  od  wielu  pokoleń  żenią  się 

między  sobą,  czy  też  jego  matka,  księżna,  zapatrzyła  się  na  autentycznego  wiejskiego 

przygłupa,  kiedy  była  w  ciąży.  Frak  Toma  wyglądał  jak  spod  igły,  ale  efekt  psuła  - 

oczywiście  poza  jego  fizjonomią,  na  którą  biedak  nie  mógł  nic  poradzić,  chyba  że  zrobiłby 

sobie więcej operacji plastycznych niż Michael Jackson - idiotyczna fryzura z przedziałkiem 

pośrodku. 

- Dzięki,  Tom.  Kochany  jesteś.  Ale  dawno  nie  widziałem  równie  kiepskiej  fryzury. 

Kto cię tak paskudnie ostrzygł? 

Tom uśmiechnął się radośnie od ucha do ucha, biorąc mój docinek za wspaniały żart, 

pokazał mi dwa uniesione do góry kciuki i oddalił się nawą w stronę siostry i przyjaciół. 

- Mam nadzieję, że przynajmniej nie zapomniałeś obrączek - rzekł do mnie Angus. 

- No  wiesz!  Jak  w  ogóle  mogłeś  pomyśleć  coś  takiego!  -  odparłem  z  pewną  siebie 

miną, dotykając kieszonki kamizelki. 

Kiedy Angus spojrzał w inną stronę, dotknąłem jej po raz drugi i trzeci. Niestety, była 

pusta.  Starając  się  nie  zwracać  na  siebie  niczyjej  uwagi,  zacząłem  ukradkiem  sprawdzać 

pozostałe  kieszenie.  Okazało  się,  że  obrączek  nie  ma  w  żadnej.  Po  chwili  przypomniałem 

sobie, że specjalnie położyłem je wieczorem na biurku, aby rano nie zapomnieć ich zabrać. A 

potem,  przez  ten  pośpiech,  zupełnie  wyleciały  mi  z  pamięci.  Trudno,  nie  miałem  co 

wspominać o tym Angusowi, bo biedak i tak był dostatecznie zdenerwowany. 

- Oj, oj, jak ja nie lubię spóźnialskich! Po prostu nie cierpię! - powiedziałem do niego 

background image

na widok dziewczyny w olbrzymim czarnym kapeluszu, która właśnie wkroczyła do kościoła 

i szła nawą w stronę pierwszych rzędów. 

Angus  uśmiechnął  się  do  mnie  blado,  wdzięczny  nawet  i  za  tę  rachityczną  próbę 

rozładowania jego napięcia. W tej samej chwili rozległy się pierwsze takty marsza weselnego. 

- No, zaczynamy - oświadczyłem. 

Angus  odwrócił  się,  żeby  popatrzeć  na  pannę  młodą,  która  weszła  do  kościoła  w 

towarzystwie ojca. Za nią postępowały trzy identycznie ubrane druhny. Dwie z nich miały na 

oko  po  osiem  lat,  a  trzecia  dwadzieścia.  Znałem  tylko  najstarszą,  dość  pulchną  szatynkę  o 

nieprawdopodobnie  błękitnych  oczach.  Na  imię  miała  Lydia.  Sądzę,  że  Laura,  narzeczona 

Angusa, która przytyła trochę w ostatnim czasie, właśnie dlatego wybrała ją na druhnę, żeby 

przez  kontrast  sama  wyglądać  nieco  szczupłej.  Pomyślałem,  że  może  jej się  to  nawet  udało, 

gdyż z tyłu doleciał mnie sceniczny szept Scarlett: 

- O kurwa, jak ona przepięknie wygląda! 

Jednakże Fiona, nieco cichszym szeptem, natychmiast wyprowadziła ją z błędu: 

- Scarlett, nie bądź ślepa. Przecież wygląda jak wielka beza! 

Uwaga  była  tyleż  okrutna,  co  trafna,  bo  kiedy  Laura  zrównała  się  ze  mną, 

stwierdziłem,  że  rumiana,  jasnowłosa  i  pulchna  wybranka  Angusa  faktycznie  wygląda  jak 

wielka,  apetyczna  beza.  Przyłapałem  się  na  tym,  że  myślę,  iż  chętnie  schrupałbym  ją  na 

kolację. I od razu zrobiło mi się głupio, bo w końcu Angus to mój serdeczny przyjaciel. Nie 

będę przecież podrywał mu żony. A zresztą, jak to jest - zapytałem sam siebie w myślach - że 

często zaczynam zwracać uwagę na dziewczyny, dopiero kiedy stają na ślubnym kobiercu? W 

końcu  znam  Laurę  od  dawna,  a  jej  widok  nigdy  dotąd  nie  wywoływał  we  mnie  żadnych 

lubieżnych uczuć. Czyżby zmiana w moim podejściu wynikała z tego, że już nie musiałem się 

obawiać, iż to mnie zapragnie zaciągnąć do ołtarza? 

Angus przyłączył się do Laury i ostatni odcinek drogi pokonali wspólnie. Ruszyłem za 

nimi, trzymając się przepisowo krok z tyłu. Gdy tylko zatrzymaliśmy się przed pastorem, ten 

od razu przystąpił do rzeczy. 

- Drodzy zebrani - zaczął - z największą radością witam was w naszym kościele w tym 

jakże  szczęśliwym  dniu  dla  Angusa  i  Laury.  Jak  wam  zapewne  wiadomo,  rodzice  Laury 

mieszkają w pobliżu, tak więc znam ją od dziecka. Dlatego z tym większą radością… 

Spojrzałem na dziewczynę w olbrzymim czarnym kapeluszu, której spóźnienie chwilę 

wcześniej skomentowałem do Angusa. Siedziała w ławce po przeciwnej stronie nawy niż moi 

przyjaciele, z pięć rzędów od ołtarza, oświetlona od tyłu promieniami słońca wpadającymi do 

ś

rodka przez barwne szkiełka starego witrażu. Nie widziałem jej twarzy, tylko zarys sylwetki 

background image

i  czarny  kapelusz.  Nagle  uzmysłowiłem  sobie,  że  to  właśnie  ona  śniła  mi  się  rano,  zanim 

zadzwonił  budzik.  Przestałem  słuchać  pastora  i  wytężyłem  wzrok,  ale  wciąż  nie  mogłem 

dojrzeć jej rysów. Nie wiedziałem, czy jest ładna, czy brzydka, ale tak jak wcześniej we śnie, 

odniosłem  wrażenie,  że  z  całej  jej  sylwetki  emanuje  coś  niezwykle  pociągającego.  Zaraz, 

zaraz… Przecież widziałem ją, jak szła nawą. Musiałem widzieć jej twarz. No tak, ale wtedy 

ledwo  na  nią  spojrzałem,  przejęty  tym,  że  zostawiłem  w  domu  obrączki.  Przyjrzę  się 

dziewczynie  po  ceremonii,  postanowiłem,  bo  teraz  muszę  coś  jednak  wymyślić  w  sprawie 

tych cholernych obrączek. 

- Zanim  przystąpimy  do  obrzędu  zaślubin,  odśpiewajmy  wspólnie  pierwszy  hymn  - 

zaproponował pastor. 

Wszyscy wstali z miejsc. Z tyłu coś zgrzytnęło raz i drugi, po czym rozległy się nieco 

niezborne tony muzyki organowej. 

No  pięknie,  pomyślałem.  Pies  Rolf  z  Muppetów  dorwał  się  do  instrumentu.  Ale 

prawdę  mówiąc,  nie  w  głowie  były  mi  żarty.  Jeszcze  raz  pomacałem  kieszonkę  kamizelki, 

lecz  nadal  była  pusta.  Pozostałych  kieszeni  nie  miałem  co  ponownie  sprawdzać.  Przez 

moment zastanawiałem się, co robić. W końcu spojrzałem w stronę przyjaciół i zacząłem im 

pokazywać na migi, o co mi chodzi. Zajęci śpiewem nie od razu dostrzegli moje rozpaczliwe 

gesty, a nawet kiedy je w końcu zauważyli, nie od razu zrozumieli, czego od nich oczekuję. 

Pierwszy zorientował się Matthew. Wywrócił oczy do nieba, po czym szepnął coś na 

ucho Garethowi. Ten uniósł nieco do góry obie ręce, żebym zobaczył, że nie ma ani obrączki, 

ani nawet sygnetu, po czym szeptem poinformował Fionę, co się stało. Ona też podniosła ręce 

i  pokazała  mi,  że  są  gołe.  Następnie  to  samo  zrobili  Tom  i  David.  Idioci!  Przecież 

wiedziałem,  że  nikt  z  nich  nie  jest  żonaty.  Chodziło  mi  o  to,  żeby  pożyczyli  obrączki  od 

jakiegoś  obecnego  w  kościele  małżeństwa.  W  końcu  Tom  znał  pewnie  z  połowę  obecnych. 

Mogłem to oczywiście uczynić sam, ale nie chciałem oddalać się od ołtarza, bo jako drużba 

miałem  obowiązek  towarzyszyć  cały  czas  Angusowi.  Zobaczyłem,  jak  Matthew  wyjaśnia 

szeptem  Scarlett,  o  co  mi  chodzi.  Kiedy  ja  też  zacząłem  dawać  jej  znaki,  radośnie  skinęła 

głową. No, bystra dziewczyna, pomyślałem. Przynajmniej na niej mogę polegać. Kto jak kto, 

ale  Scarlett  nie  będzie  się  długo  wahać;  jeśli  nie  zna  nikogo  z  obecnych,  to  siłą  ściągnie 

obrączki jakiejś obcej parze. 

Znów zwróciłem się twarzą do ołtarza. 

- Kochani:  zebraliśmy  się  tu  dzisiaj  przed  obliczem  Pana,  aby  na  oczach  całej  naszej 

kongregacji połączyć świętym węzłem małżeńskim tę oto młodą parę, Angusa i Laurę… 

W  tym  momencie  z  tyłu  rozdarł  się  jakiś  bachor,  kompletnie  zagłuszając  pastora. 

background image

Zerknąłem  za  siebie,  żeby  zobaczyć,  co  się  dzieje,  a  wtedy  Matthew  pochwycił  moje 

spojrzenie, dając mi znak, że ma, co trzeba. 

- Zaraz  wracam  -  szepnąłem  do  Angusa.  Ujrzałem  przerażenie  w  jego  oczach  - 

najchętniej  złapałby  mnie  za  mankiet  i  zatrzymał  przy  sobie,  ale  nie  bardzo  mu  wypadało. 

Klepnąłem go lekko w ramię, żeby mu dodać otuchy, i ruszyłem w stronę Matthewa. 

Spotkaliśmy  się  na  środku  nawy,  akurat  w  pobliżu  ławki,  w  której  siedziała 

nieznajoma  w  olbrzymim  czarnym  kapeluszu.  Matthew  wsunął  mi  do  ręki  zdobyczne 

obrączki. Kiedy na nie spojrzałem, myślałem, że zemdleję. Zupełnie o co innego mi chodziło! 

Posłałem  mu  naprawdę  mordercze  spojrzenie,  na  które  odpowiedział  lekkim  wzruszeniem 

ramion,  jakby  chciał  mi  powiedzieć,  że  sam  sobie  jestem  winien.  Pod  tym  względem  miał 

rację; mogłem w końcu znaleźć sobie bystrzejszych przyjaciół, zamiast zadawać się z bandą 

głupców. Zresztą sam nawet nie wiedziałem, czy w grę wchodziła głupota, czy może chcieli 

zrobić kawał mnie i młodej parze? 

Nie  było  czasu  na  zgadywanie.  Już  miałem  wrócić  na  swoje  miejsce,  kiedy  pastor 

poinformował  surowym  tonem  zebranych,  że  jeśli  ktoś  zna  jakikolwiek  powód  albo 

przyczynę,  dla  których  niniejszy  związek  małżeński  nie  może  zostać  zawarty,  to  powinien 

wystąpić lub po wieki wieków zachować milczenie. 

Zamarłem  bez  ruchu,  aby  dobry  pastor  nie  pomyślał  przypadkiem,  że  chcę  zgłosić 

jakieś  zastrzeżenia.  Tego  Angus  już  nigdy  by  mi  nie  wybaczył.  I  wtedy  dobiegł  mnie  cichy 

szept dziewczyny w czarnym kapeluszu, która nachyliła się do ucha swojej sąsiadki. 

- To,  że  facet  jest  kiepski  w  łóżku,  to  chyba  niedostateczny  argument?  -  zapytała  z 

wyraźnym amerykańskim akcentem. 

Jej  sąsiadka,  stateczna  angielska  matrona,  rozdziawiła  ze  zdumienia  usta,  ale  ja 

parsknąłem  śmiechem.  Cenię  w  kobietach  poczucie  humoru.  Chociaż  zdziwiło  mnie,  że  wie 

takie rzeczy o Angusie. Nigdy nie widziałem ich razem, a przecież zdawało mi się, że znam 

wszystkie jego flamy z ostatnich kilku lat. 

Nikt się nie zgłosił na wezwanie pastora, więc ten zwrócił się do Angusa i przeszedł, 

ż

e tak powiem, do kwestii zasadniczej; 

- Czy przysięgasz kochać ją i tylko ją, dbać i troszczyć się o nią, zarówno w zdrowiu, 

jak i w chorobie, dopóki oboje nie dokonacie żywota? 

- Tak - odparł bez wahania Angus. 

Zacząłem skradać się z powrotem nawą na swoje miejsce, starając się stąpać najciszej, 

jak  umiałem,  aby  nie  zakłócić  ceremonii  w  tym  jakże  ważkim  momencie.  Zakłócił  ją  za  to 

płacz dziecka. Ledwo Laura zaczęła powtarzać za pastorem sakramentalną formułkę, dziecię 

background image

rozdarło się z siłą dwustu decybeli. Przemknęło mi przez głowę, że nie wiem, dlaczego ludzie 

w ogóle mają dzieci, w końcu środki antykoncepcyjne są od dawna powszechnie dostępne. A 

jeśli już zdarzy im się wpadka, mogliby te swoje pociechy zostawiać w domu, zamiast ciągać 

je  na  śluby,  żeby  psuły  bądź  co  bądź  uroczyste  dla  niektórych  okazje.  Całe  szczęście,  że 

przynajmniej wieczorami nie targają kochanych maleństw ze sobą do teatru i na przyjęcia, bo 

można by było zupełnie oszaleć. - …kochać i czcić… dopóki śmierć… nie rozłączy… tak mi 

dopomóż… - Laura natężała głos, ale i tak niemal nie było jej słychać; Musiałaby wrzeszczeć 

na całe gardło, żeby przekrzyczeć dzieciaka. 

Ale zorientowałem się z jej słów, co ma teraz nastąpić - w końcu dość często bywałem 

na ślubach, gdyż od paru lat pragnienie wstępowania w związki małżeńskie rozprzestrzeniało 

się niczym zaraza wśród moich znajomych - więc wykonałem rozpaczliwy sus i znalazłem się 

u  boku  Angusa.  Zdążyłem  dosłownie  w  ostatniej  chwili,  bo  kolejna  kwestia  pastora  była 

skierowana do mnie. 

- Poproszę  obrączki!  -  rzekł  bardzo  donośnie.  Jego  głos  przetoczył  się  jak  grzmot  po 

wnętrzu kościoła, bo sekundę wcześniej dziecię umilkło i zapanowała kompletna cisza. 

Pastor chrząknął, nieco zmieszany, po czym postąpił o krok do przodu i podsunął mi 

pod  nos  otwartą  Biblię.  Położyłem  na  niej  „obrączki”  zdobyte  przez  Matthewa.  Na  twarzy 

pastora  i  młodej  pary  odmalowało  się  lekkie  zdumienie,  ale  pastor  jak  gdyby  nigdy  nic 

kontynuował ceremonię. 

- Niech ta obrączka będzie symbolem naszych zaślubin; od tej chwili będę oddawać ci 

cześć  całym  moim  ciałem,  a  wszystkie  moje  dobra  ziemskie  będą  odtąd  naszą  wspólną 

własnością - wyrecytował, spoglądając znacząco na Angusa, żeby recytował za nim. 

Angus powtórzył słowa pastora, po czym wsunął Laurze na palec jedną z „obrączek”. 

Był to tandetny, plastikowy pierścionek z czerwonym sercem zamiast oczka, wielkości mniej 

więcej  małego  kastetu.  Z  kolei  Laura  wsunęła  Angusowi  na  palec  metalowy  sygnecik  z 

czaszką i piszczelami. 

Były  to  dość  typowe  okazy  biżuterii  preferowanej  przez  Scarlett,  która  zamiast 

pożyczyć  obrączki  od  jakiejś  pary,  po  prostu  ściągnęła  z  palców  i  przekazała  mi  przez 

Matthewa dwa swoje pierścionki. 

Po  zakończonej  ceremonii  państwo  młodzi  wyszli  z  kościoła,  a  za  nimi  wysypali  się 

goście. Ledwo skończyli składać życzenia Angusowi i Laurze, komendę nad zgromadzeniem 

przejął fotograf, który zaczął ustawiać wszystkich przed świątynią i pstrykać zdjęcia. 

Był  piękny,  wiosenny  dzień.  Stanąłem  nieco  z  boku  w  towarzystwie  Matthewa  i 

Garetha.  Mimo  sporej  różnicy  wieku,  stanowili  wyjątkowo  dobraną  parę,  gdyż  to  o  ponad 

background image

dwadzieścia  lat  starszy  Gareth  był  w  tym  związku  bardziej  spontanicznym  i  uczuciowym 

partnerem. 

Poważny,  spokojny  i  znacznie  powściągliwszej  natury  Matthew  musiał  często 

hamować  jego  ekstrawaganckie  pomysły  i  zapędy.  Pogodnie  jednak  przyjmował  na  siebie 

rolę  wyrozumiałego  opiekuna  uroczego  i  rozkapryszonego  bobaska,  za  jakiego  -  mimo 

pięćdziesiątki na karku - Gareth lubił czasami uchodzić. Ale chociaż ekspansywność Garetha 

bywała  chwilami  męcząca  dla  otoczenia,  w  sumie  jego  związek  z  Matthewem  był  znacznie 

bardziej udany od większości znanych mi małżeństw. A może nawet od wszystkich… 

Miałem  ochotę  powiedzieć  coś  przykrego  do  Matthewa  na  temat  tych  przeklętych 

pierścionków  Scarlett,  ale  potem  pomyślałem  sobie,  że  Angus  i  Laura  są  zbyt  przejęci  całą 

uroczystością, żeby żywić do mnie żal. A z czasem będą pewnie opowiadać znajomym o tym, 

jak zapomniałem obrączek i co im dałem w zastępstwie, i śmiać się do rozpuku. I o ile tylko 

Scarlett  się  zgodzi,  pewnie  zapragną  zatrzymać  jej  ohydne  pierścionki  na  pamiątkę.  Akurat 

kiedy  patrzyłem  na  uśmiechniętą,  rozpromienioną  Laurę  pozującą  do  zdjęcia,  sześcioletni 

brzdąc siedzący u jej stóp wsadził nagle głowę pod jej rozłożystą suknię. Angus natychmiast 

rzucił  się  na  kolana,  wyciągnął  malca  i  wymierzył  mu  solidnego  klapsa.  Zastanawiałem  się, 

jaka  by  była  reakcja  Angusa,  gdybym  to  ja  dał  nura  pod  kieckę  Laury.  Wyglądała  tak 

ponętnie, że niemal zazdrościłem brzdącowi, który właśnie oddalał się z bekiem. 

Potem  jednak  spostrzegłem  dziewczynę  w  olbrzymim  czarnym  kapeluszu,  która 

wyłoniła  się  z  tłumu  i  szła  w  naszą  stronę.  Wyglądała  o  niebo  atrakcyjniej  od  Laury. 

Poczułem, że mógłbym się w niej zakochać na zabój. 

- Ładny kapelusz - pochwaliłem, kiedy zrównała się z nami. 

- Dziękuję.  Kupiłam  go  specjalnie  na  tę  okazję  -  powiedziała  z  uśmiechem  i  poszła 

dalej. 

Patrzyłem,  jak  podchodzi  do  jakiejś  pomarszczonej  staruszki  i  zaczyna  z  nią 

rozmawiać. Akurat w tym momencie podbiegła do nas Scarlett. 

- Scarlotta,  moja  droga,  cóż  za  wspaniała  kreacja!  -  zachwycił  się  Gareth,  teatralnym 

gestem wyrzucając na bok ramiona. - Eklezjastyczna purpura i pogańska barwa pomarańczy 

symbolizujące  magiczną  symbiozę  chrześcijańskiej  i  pogańskiej  tradycji,  jaką  od  wieków 

stanowi małżeństwo. O to ci chodziło, tak? 

- Co?  No  tak…  -  przyznała  dość  niepewnym  głosem  moja  skonfundowana 

współlokatorka, posyłając mi bezradne spojrzenie. 

Ale  ja,  wciąż  zły  z  powodu  tych  tandetnych  pierścionków,  nie  zamierzałem 

przychodzić jej z pomocą. Niech sobie Gareth dworuje z niej ile wlezie, pomyślałem. Należy 

background image

jej się! 

Po chwili przyłączyła się do nas Fiona. Wyglądała naprawdę uroczo. 

- Fiona,  ale  ty  dziś  kurewsko  pięknie  wyglądasz!  -  zawołałem.  -  Miałem  ochotę 

powiedzieć ci to wcześniej, ale nie chciałem mówić „kurewsko” w kościele. 

- Dzięki, Charles. - W jej oczach pojawił się błysk radości; tak jak wszystkie kobiety, 

była łasa na nietuzinkowe komplementy. 

- Słuchaj,  wiesz  może,  kim  jest  ta  dziewczyna  w  czarnym  kapeluszu?  -  spytałem, 

wskazując palcem interesującą mnie osobę, która nadal rozmawiała ze staruszką. 

Fiona spojrzała na mnie bacznie. 

- Ma na imię Carrie - powiedziała. 

- Bardzo ładne imię. 

- Jest Amerykanką. 

- Ciekawe. 

- I ma opinię puszczalskiej - dodała, wydymając lekko wargi. 

- Naprawdę? - zapytałem, coraz bardziej zaintrygowany. 

- Jest modelką, kiedyś pracowała w Londynie dla „Vogue”. Obecnie znów mieszka w 

Ameryce. Obraca się w najwyższych sferach i zadaje tylko z nadzianymi facetami. Nie masz 

szans - skonstatowała nie bez cienia satysfakcji. 

- No, wreszcie jakaś miła wiadomość - powiedziałem. - Wielkie dzięki! 

Fotograf przestał w końcu pstrykać zdjęcia. Odprowadzani przez tłum roześmianych i 

pokrzykujących  wesoło  krewnych,  Angus  i  Laura  wsiedli  do  rolls  -  royce'a  i  ruszyli  spod 

kościółka. Goście też zaczęli wsiadać do samochodów, żeby dojechać do oddalonego o dwa 

kilometry  dworku  rodziców  Laury,  gdzie  miało  się  odbyć  przyjęcie  weselne.  Nasza  grupka 

również ruszyła w stronę land rovera Toma i mini coopera Scarlett. Tym razem usiadłem na 

miejscu dla pasażera, pozwalając dziewczynie prowadzić. 

Po kilku minutach byliśmy na miejscu. Ponieważ szeroki żwirowany podjazd był już 

w całości zastawiony samochodami, Tom zaparkował land rovera na skraju szosy, a Scarlett 

stanęła  tuż  za  nim.  Wysiedliśmy  z  wozu  i  przyłączyli  się  do  przyjaciół,  po  czym  wspólnie 

ruszyliśmy na skróty przez pole w stronę rozległego piętrowego domostwa, mijając po drodze 

dwie  krowy  i  stadko  pasących  się  owiec,  z  których  wszystkie  miały  barwne  kokardy 

zawiązane na szyi. 

_  Patrz  jakie  śliczne  owieczki!  -  zawołała  w  zachwycie  Scarlett  na  widok  tych 

obleśnie tłustych muflonów. - Myslisz, że same tak się wystroiły? 

Jako  dziecko  miejskiego  proletariatu  Scarlett  nie  miała  najmniejszego  pojęcia  ani  o 

background image

zwierzętach domowych  ani o ich umysłowych i  zręcznościowych możliwościach. Naprawdę 

była  szczerze  przekonana,  że  kiedy  owce  dowiedziały  się,  iż  córka  ich  właścicieli  wychodzi 

za mąż postanowiły zawiązać sobie kokardy. 

mnie  pomysł  z  kokardami  na  owcach  wydał  się  nieco  kiczowaty,  ale  podobnie  jak 

reszta  przyjaciół,  postanowiłem  nie  wyprowadzać  Scarlett  z  błędu.  W  końcu  nie  należy 

nikogo  pozbawiać  tak  sympatycznych  iluzji.  A  przy  okazji  przypomniałem  sobie  rozmowę, 

którą odbyliśmy jakiś czas temu, kiedy to Scarlett przybiegła do mnie wzburzona i zapłakana. 

Okazało  się,  że  kiedy  li  pierwszej  randce  zamówiła  w  restauracji  żeberka,  miły  chłopak, 

którego  poznała  dzień  wcześniej,  nazwał  ją  „nieczułą  morderczynią”  i  wyszedł  z  lokalu 

trzaskając drzwiami. Dopiero w trakcie długiej rozmowy i licznych prób pocieszenia Scarlett 

zdałem sobie nagle sprawę, że dziewczyna bynajmniej nie kojarzy żadnych dań i produktów 

mięsnych  ani  mleczarskich  z  żywymi  zwierzętami.  Mleko  było  dla  niej  po  prostu  napojem 

kupowanym w sklepie, nad którego metodą produkcji nie zastanawiała się nigdy, zakładając, 

ż

e  wytwarzane  jest  z  jakichś  bliżej  nieokreślonych  składników,  podobnie  jak  Coca  -  cola, 

Sprite czy Pepsi; tak samo mięso i wędliny były dla niej po prostu jedzeniem, równie dobrze 

produkowanym sztucznie, co hodowanym w szklarniach albo na drzewach. Pomysł wielkiego 

drzewa,  z  którego  można  sobie  po  prostu  zrywać  soczyste  szynki  i  polędwice  wydał  mi  się 

niezwykle  zabawny,  wytłumaczyłem  jej  jednak,  skąd  naprawdę  się  biorą  te  tak  chętnie 

spożywane  przez  człowieka  produkty.  Spłakała  się  jeszcze  bardziej  i  potem  przez  całe  trzy 

tygodnie była wegetarianką. Później albo zapomniała o naszej rozmowie, albo znudziła jej się 

jarska dieta, bo pewnego dnia znów zobaczyłem w lodówce salami. A może po prostu Scarlett 

nie  sądziła,  że  salami,  którego  nazwa  nie  padła  w  naszej  rozmowie,  to  też  produkt  mięsny? 

Może myślała, że to warzywo? W końcu każdy chyba przyzna, że salami bardziej przypomina 

z wyglądu ogórek lub bakłażan niż żeberka. 

- Czy ktoś jeszcze wdepnął w krowi placek? - spytał nagle Tom. 

Spojrzeliśmy na niego w milczeniu i pokręcili głowami. 

- Nie? Nikt? - upewnił się mój dobrze urodzony przyjaciel. - Tak też myślałem. Zaraz 

was  dogonię,  muszę  wyczyścić  but.  Nie  chcę  śmierdzieć  gównem  przez  cały  wieczór,  bo 

wtedy na pewno nie uda mi się poderwać żadnej panny. 

Tom  odłączył  się  od  nas,  podszedł  do  stojących  jedna  na  drugiej  kilku  beli  siana  i 

zaczął  energicznie  trzeć  podeszwą  buta  o  najniższą  z  nich.  Odwróciłem  wzrok  akurat  w 

chwili,  kiedy  cała  konstrukcja  zaczęła  się  niebezpiecznie  chwiać.  Wiedziałem,  co  się  za 

chwilę wydarzy, a nie chciałem być świadkiem hańby przyjaciela. 

- Myślicie,  że  nienawidziłabym  go  tak  samo  silnie,  gdyby  nie  był  moim  bratem?  - 

background image

zapytała Fiona. 

Zabrzmiało to jak żart. Gareth dał się nabrać i parsknął śmiechem, ale ja wiedziałem, 

ż

e  Fiona  pyta  śmiertelnie  poważnie.  W  końcu  to  żadna  frajda  mieć  brata  idiotę.  Szansę  na 

dobre małżeństwo od razu spadają do zera. 

Tom,  co  prawda,  nie  był  autentycznym  idiotą,  a  tylko  gamoniem  i  nieudacznikiem. 

Poznaliśmy się i zaprzyjaźnili na studiach, bo trudno było go nie lubić. Tom był i poczciwym, 

uczynnym  i  ograniczonym  arystokratą,  który  w  tym  czasie  studiował  architekturę  już 

dziewiąty  rok.  Nikt  na  uczelni  nie  wiedział,  co  dalej  z  nim  począć.  Z  jednej  strony  żaden  z 

profesorów  nie  miał  serca  wyrzucić  ze  studiów  tak  sympatycznego  i  dobrze  ułożonego 

młodego  człowieka,  a  z  drugiej  strony  było  absolutnie  jasne,  że  nie  mogą  dać  mu  dyplomu, 

gdyż  będą  mieli  na  sumieniu  ludzi,  którzy  zamieszkają  w  zbudowanym  przez  niego  domu, 

albowiem każda konstrukcja projektu Toma na pewno się zawali. Rozwiązałem ten problem - 

a  przy  okazji  zyskałem  dozgonną  wdzięczność  dziekana  -  kiedy  zaprosiwszy  całe  grono 

profesorskie wydziału architektury na suto zakrapiany obiad, uzmysłowiłem starszym panom, 

ż

e  Tom,  dziedzic  naprawdę  wielkiej  fortuny,  nigdy  w  życiu  nie  będzie  musiał  zarabiać  na 

ż

ycie jako architekt, a co więcej, dałem im słowo, że dopilnuję, i ni już nigdy nie zasiadł za 

stołem kreślarskim. Po czym nazajutrz z premedytacją zmiażdżyłem mu kciuk dziadkiem do 

orzechów. Tom wył i miotał się wokół stołu, a ja gniotłem mu kciuk, udając, że nie wiem, iż 

w  dziadku  tkwi  nie  orzech,  lecz  palec  kolegi.  Na  szczęście  Tom  uwierzył,  że  naprawdę  nie 

wiedziałem,  i  wybaczył  im  w  drodze  do  zaprzyjaźnionego  ze  mną  lekarza,  który  stwierdził 

trwałe  kalectwo  i  zakazał  Tomowi  posługiwania  się  przyrządami  kreślarskimi  pod  groźbą… 

nieodwracalnej impotencji. Tom nie bardzo wiedział, jaki to ma związek z jego zmiażdżonym 

kciukiem, ale jak każdy mężczyzna bał się impotencji bardziej niż jakiejkolwiek choroby na 

ś

wiecie. Tak więc solennie obiecał lekarzowi, że absolutnie zastosuje się do jego wskazówek. 

I wkrótce otrzymał upragniony dyplom… 

- Boże,  nigdy  nie  wiem,  co  mówić  rodzicom  państwa  młodych,  witając  się  z  nimi  - 

powiedziała Fiona. 

- Nic prostszego - rzekł Gareth. - Wystarczy, jeśli powiesz, że panna młoda wyglądała 

prześlicznie albo jakie to szczęście, że mamy dziś taki piękny dzień. 

- Na nic oryginalniejszego cię nie stać? - zapytała. 

- No, jak wolisz, możesz ich po prostu wycałować w oba policzki i spytać, w którym 

miesiącu ciąży jest panna młoda, bo na oko nie możesz poznać. 

- Rodzicom nie mówi się rzeczy oryginalnych - wtrącił z powagą Matthew. - Masz do 

wyboru albo to, co ci poradził Gareth, albo: „Muszą być państwo niezmiernie dumni”. 

background image

- Boże miłosierny… - Fiona westchnęła cicho. 

Ale  najwyraźniej  wzięła  sobie  słowa  Matthewa  do  serca,  bo  kiedy  stanęliśmy  w 

kolejce gości witających się z Laurą, Angusem oraz ich rodzicami i wreszcie nadeszła nasza 

kolej, sama też nie zdecydowała się na nic bardzo oryginalnego. 

- Jakie  to  szczęście,  że  mamy  dziś  taki  piękny  dzień  -  powiedziała  do  rodziców 

Angusa. 

Za to Gareth wykazał znacznie więcej fantazji. 

- Wspaniały ślub, wspaniały! - zawołał. - Ja i Matthew natychmiast też zapragnęliśmy 

wstąpić w związek małżeński. 

- Naprawdę? - ucieszył się ojciec Laury. - A gdzie są panów szczęśliwe wybranki? 

Gareth  już  chciał  mu  wytłumaczyć,  że  bynajmniej  nie  chodzi  o  żadne  wybranki,  ale 

Matthew dał mu sójkę w bok. 

- Niestety, nie mogły przybyć - rzekł. - Pracują jako stewardesy. 

Następna w kolejce była Scarlett. 

- Laura wygląda dziś kurewsko pięknie - powiedziała do rodziców panny młodej. - Na 

miejscu Angusa zerżnęłabym ją od razu w kościele. 

Matka  i  ojciec  Laury  spojrzeli  przerażeni  po  sobie,  ale  nie  odezwali  się  słowem. 

Scarlett najwyraźniej miała ochotę jeszcze coś dodać, ale złapałem ją za rękę. 

- Starczy! - syknąłem. 

Tom,  który  nadbiegł  akurat  w  porę,  by  usłyszeć  słowa  Scarlett,  uścisnął  mocno  rękę 

matce Laury. 

- Cześć, cześć, jak leci? - powiedział, strzepując z włosów resztki siana. - Scarlett ma 

absolutnie rację; ja też miałem ochotę zerżnąć Laurę. 

Jak już wspomniałem wcześniej, ja również byłem nie od tego, ale choć jej rodzicom 

niewątpliwie powinno być miło, że uroda ich córki wzbudza aż tak silne emocje wśród gości, 

uznałem, że ograniczę się do bardziej tradycyjnego komplementu. 

- Muszą być państwo z niej niezmiernie, ale to niezmiernie dumni - oświadczyłem. 

W  ogrodzie  za  domem,  pod  baldachimem  rozpostartym  na  słupach  ozdobionych 

girlandami papierowych kwiatów, czekały suto zastawione stoły, z których jeden, najdłuższy, 

znajdował się na niewielkim podwyższeniu. Właśnie przy nim mieli zasiąść państwo młodzi, 

ich rodzice i najbliżsi krewni, a także druhny i drużba - czyli ja. Na razie goście weselni stali 

w niewielkich grupkach na rozległym, równo przystrzyżonym trawniku, prowadząc rozmowy, 

a kelnerzy i kelnerki krzątali się wokół nich, roznosząc na tacy kieliszki szampana. Rodzice 

Laury  najwyraźniej  pospraszali  wszystkich  jak  popadło,  bo  oprócz  eleganckich 

background image

reprezentantów  londyńskiej  śmietanki  widziałem  także  ludzi,  których  czerstwe  i  rumiane 

twarze  oraz  zażywne  sylwetki  wskazywały  niechybnie  na  to,  że  są  prostymi  właścicielami 

ziemskimi  mieszkającymi  w  okolicy.  Ucieszyło  mnie,  że  „apetyczna  blond  beza”,  jak  ją  od 

pewnego czasu nazywałem w myślach, przynajmniej nie została wychowana na snobkę. 

- Kochani,  rozchodzimy  się  -  zakomenderował  Gareth,  kiedy  po  wejściu  do  ogrodu 

przystanęliśmy na skraju tłumu gości. - Spotkamy się w tym samym miejscu, no, powiedzmy 

za siedem godzin. Tylko musimy się umówić, kto nie pije, żeby mógł prowadzić samochód. 

- Proponuję  rzut  monetą  -  powiedział  Matthew,  sięgając  do  kieszeni  po 

dwudziestopensówkę. - Jeśli wypadnie reszka, kierowcą będzie Tom. Jeśli orzeł, to nikt z nas 

pozostałych. 

Podrzucił i złapał monetę, po czym pokazał ją Tomowi. 

- Sam zobacz - rzekł. - Wypadło na ciebie. 

- Trudno  -  mruknął  Tom,  wzruszając  ramionami.  Bynajmniej  nie  zorientował  się,  że 

padł ofiarą podstępu. - Raz na wozie, raz pod wozem… 

- No  dobra,  chodźmy  się  zabawić  -  powiedział  Gareth  i  każdy  z  nas  ruszył  w  inną 

stronę, niczym rycerze pochowanego w Glastonbury króla Artura, twórcy Okrągłego Stołu. 

Zacząłem  rozglądać  się  wkoło  w  poszukiwaniu  Carrie,  dziewczyny  w  olbrzymim 

kapeluszu.  Wiedziałem,  że  musi  gdzieś  tu  być.  Kiedy  stając  na  palcach  wreszcie  ją 

wypatrzyłem,  była  sama.  Wziąłem  z  tacy  od  przechodzącego  obok  kelnera  dwa  kieliszki 

szampana  i  ruszyłem  w  jej stronę,  ale  zanim  zdążyłem  dojść,  podszedł  do  niej  jakiś  facet. 

Niech to szlag, zakląłem w duchu. 

- To  dla  mnie?  -  spytał  Gareth,  który  akurat  wyrósł  obok  mnie  jak  spod  ziemi, 

wskazując na kieliszek. 

- Proszę, bierz. 

- Dzięki  -  rzekł.  -  Właśnie  wypatrzyłem  byłego  kochanka.  Idę  z  nim  porozmawiać  i 

zamierzam być taki zabawny, że za dziesięć minut padnie trupem z żalu, że ze mną zerwał. 

Puścił  do  mnie  oko,  opróżnił  jednym  haustem  kieliszek,  oddał  mi  go,  zarechotał  i 

ruszył  przed  siebie.  Wychyliłem  szybko  drugi  kieliszek  i  podszedłem  do  stołu,  gdzie 

odstawiłem oba puste i wziąłem dwa pełne. Znów zacząłem się rozglądać za Carrie. Kiedy ją 

dojrzałem,  rozmawiała  z  kolejnym  facetem,  wysokim  blondynem.  Cholera  jasna, 

pomyślałem, ale akurat w tym momencie ktoś zawołał blondyna, więc przeprosił dziewczynę 

i  zostawił  ją  samą.  Miałem  ochotę  rzucić  się  biegiem  w  jej  stronę,  ale  się  opanowałem. 

Podszedłem do niej całkiem spokojnym, wręcz leniwym krokiem. 

- Może szampana? - zaproponowałem. 

background image

- Dziękuję - powiedziała z uśmiechem, biorąc ode mnie jeden kieliszek. 

- Aaaa… - Zamierzałem powiedzieć coś niezwykle dowcipnego, ale nagle poczułem w 

głowie  zupełną  pustkę.  Patrząc  z  bliska  na  Carrie  wiedziałem,  że  to  dziewczyna  dla  mnie, 

taka,  o  jakiej  marzyłem  przez  całe  życie,  nawet  jeśli  nie  zdawałem  sobie  z  tego  sprawy. 

Stałem i jak głupi wlepiałem w nią gały, zastanawiając się nerwowo, co by tu powiedzieć, a 

jednocześnie  wiedząc,  że  jeśli  dalej  tak  będę  stał  bez  słowa,  pomyśli,  że  naprawdę  jestem 

idiotą, i nie będzie chciała mieć ze mną nic więcej do czynienia. - Aaaa… 

Wtem  podszedł  do  nas  John,  brat  Henrietty,  dziewczyny,  z  którą  chodziłem  przez 

kilka  miesięcy  i  zerwałem  mniej  więcej  przed  rokiem.  Swoim  pojawieniem  się  bezwiednie 

wybawił mnie z opresji. 

- Cześć,  Charles  -  rzekł,  łypiąc  pożądliwie  okiem  w  stronę  Amerykanki.  -  Chciałem 

się zapytać, czy nie miałbyś ochoty kupić kilku akcji. To prawdziwa okazja… 

Była to żałosna wymówka. Nie oszukujmy się; jeśli do faceta gadającego na przyjęciu 

z obcą, atrakcyjną kobietą, faceta, o którym powszechnie wiadomo, że ostatnio nie śmierdzi 

groszem, podchodzi wzięty makler i proponuje mu kupno akcji, jasne jest, że co innego mu w 

głowie  niż  interesy.  Raczej  własny  interes,  ten,  który  mu  dynda  między  nogami.  Ale 

wiedziałem, że John nie ma szans u Carrie, jeśli dziewczyna posiada choć odrobinę godności. 

Bo choć faktycznie nadziany, był chudy jak patyk, łysy jak kolano, i aczkolwiek nie skończył 

jeszcze czterdziestki, wyglądał na sześćdziesiąt lat. 

- Dzięki,  John  -  powiedziałem.  -  Pozwól,  że  cię  przedstawię…  -  Zawiesiłem  głos, 

udając, że nie wiem, jak moja rozmówczyni ma na imię. 

- Carrie - rzekła szybko. 

- Bardzo mi przyjemnie - oświadczył, ściskając jej szczupłą dłoń. - Jestem John. 

Na moment zapadła cisza. Patrząc na Johna pomyślałem nagle, że dzisiaj jakoś lepiej 

wygląda.  Młodziej.  Najwyżej  na  pięćdziesiątkę.  Postanowiłem  sam  zniechęcić  do  niego 

Carrie. 

- Jak się miewa twoja niezmiernie urodziwa narzeczona? - zapytałem. 

- Już nie jest moją narzeczoną - odparł. 

- Ojej,  szkoda  -  mruknąłem.  -  Ale  wiesz,  nie  martwiłbym  się  zbytnio  na  twoim 

miejscu. Cały czas pieprzyła się z Tobym de Lisie, tak na wszelki wypadek, gdyby z tobą się 

jej nie ułożyło. 

John zaczerwienił się gwałtownie. 

- Mary jest teraz moją żoną - rzekł. 

Ktoś inny może zaniemówiłby z wrażenia, ale ja nie straciłem rezonu. 

background image

- No, to moje serdeczne gratulacje - powiedziałem. 

Carrie parsknęła cichym śmiechem. 

- Przepraszam,  ale  muszę  z  kimś  porozmawiać  -  oznajmiła  i  oddaliła  się, 

pozostawiając nas samych. 

- Bardzo  serdeczne.  Hm…  I  co  jeszcze  nowego  u  was?  -  zapytałem.  -  Spodziewacie 

się potomstwa? A może w waszym domu już słychać tupot małych nóżek? 

John  stał  bez  słowa,  łapiąc  ustami  powietrze;  w  tym  momencie  bardzo  przypominał 

rybę. 

- Nie,  pewnie  na  to  jeszcze  za  wcześnie  -  odpowiedziałem  sam  sobie.  -  Macie  rację, 

nie warto się spieszyć. No cóż, pozdrów ode mnie Mary. A teraz przepraszam cię, ale muszę z 

kimś  porozmawiać  -  dodałem,  biorąc  przykład  z  Carrie,  i  oddaliłem  się  szybkim  truchtem, 

pozostawiając go samego. 

Podszedłem do jednego z umajonych girlandami słupów podtrzymujących baldachim 

rozpostarty nad stołami, przystanąłem przed nim, po czym walnąłem w niego trzy razy głową. 

Nie tak mocno, żeby zobaczyć przed oczami gwiazdy, ale dostatecznie mocno, żeby  poczuć 

ból. 

- Osioł,  osioł,  osioł  -  powiedziałem  do  siebie.  Uznałem,  że  w  pełni  wystarczy,  jeśli 

powtórzę to trzy razy. W końcu nie wyjawiłem Johnowi, że w czasie ich narzeczeństwa Mary 

bzykała  się  nie  tylko  z  Tobym  de  Lisie,  ale  również  z  Douglasem  Boydem  i  Andrew 

McCreebem. 

Przechodząca  obok  znajoma  starsza  dama  zatrzymała  się  i  popatrzyła  na  mnie 

zdumiona. 

- Ten  słup  stał  trochę  krzywo,  więc  musiałem  go  wyprostować  -  oznajmiłem,  żeby 

wyjaśnić swoje dziwne zachowanie. - Chyba już stoi prosto, prawda? 

Zamrugała nerwowo i oddaliła się bez słowa. Pewnie pomyślała, że zwariowałem. W 

następnej chwili podszedł do mnie mój brat, David. 

Co się z tobą dzieje, Charles? - spytał, posługując się językiem migowym. 

David,  młodszy  ode  mnie  o  cztery  lata,  ogłuchł  na  skutek  choroby  przebytej  we 

wczesnym  dzieciństwie,  zanim  jeszcze  nauczył  się  mówić.  Choć  struny  głosowe  ma  w 

całkowitym  porządku,  nie  potrafi  panować  nad  swoim  głosem,  toteż  jeśli  tylko  może,  woli 

porozumiewać  się  językiem  migowym.  Pewnego  lata,  kiedy  mieliśmy  spędzać  wakacje  w 

posiadłości  dziadka  razem  z  resztą  rodzeństwa,  nauczyłem  się  przed  przyjazdem  podstaw 

języka głuchoniemych. To sprawiło, że byłem jedynym, który mógł się z nim porozumiewać 

bez trudu; dzięki temu zaprzyjaźniliśmy się bardzo, o wiele bardziej niż z resztą rodzeństwa. 

background image

Przyrodniego rodzeństwa. Bo David też nie jest moim rodzonym bratem, lecz przyrodnim. 

Tak  się  bowiem  składa,  że  podobnie  jak  pokolenie  hippisów  odkryło  wolną  miłość, 

pokolenie  moich  rodziców  odkryło  rozwody.  Stało  się  to  w  znacznej  mierze  za  sprawą 

Edwarda  VIII,  który  zrezygnował  z  korony,  żeby  móc  poślubić  amerykańską  rozwódkę. 

Obecnie  wiadomo  powszechnie,  że  w  grę  wchodziła  nie  tyle  zakazana  miłość,  co 

prohitlerowskie  sympatie  króla,  z  powodu  których  premier  i  rząd  zmusili  go  do  abdykacji; 

jednakże ponieważ prawdę skrzętnie ukrywano przez lata, w pamięci współczesnych zapisał 

się  przede  wszystkim  jako romantyk,  który  wolał  poślubić  ukochaną  kobietę,  niż  panować 

nad potężnym mocarstwem, jakim w owym czasie nadal była Anglia. Niemniej jego szeroko 

komentowany  na  całym  świecie  wybór  na  żonę  pani  Wallis  Simpson,  dwukrotnej  rozwódki, 

sprawił,  że  rozwody  przestały  być  rzeczą  wstydliwą,  o  której  jeśli  w  ogóle  mówiono  w 

towarzystwie,  to  co  najwyżej  ściszonym  głosem.  Zresztą  nic  dziwnego,  że  stanowiły  temat 

tabu:  w  końcu  aż  do  roku  1858  rozwód  można  było  uzyskać  w  Anglii  tylko  za  specjalną 

uchwałą  parlamentu,  a  w  następnych  latach  jeszcze  przez  długi  czas  jedynym  powodem  w 

miarę  szybkiego  otrzymania  zgody  była  zdrada  żony,  albowiem  zdrada  męża  musiała  być 

połączona z wyjątkowym okrucieństwem lub porzuceniem małżonki na co najmniej dwa lata. 

W każdym razie właśnie za sprawą pani Wallis Simpson zaczęło być w Anglii głośno 

o  znacznie  bardziej  liberalnym  w  tej  kwestii  prawodawstwie  amerykańskim,  a  zwłaszcza 

skandynawskim, co doprowadziło do wydania nowej ustawy rozwodowej w rok po abdykacji 

króla.  Nie  była  wiele  liberalniej  sza  od  poprzedniej:  na  przykład  trzeba  było  żyć  w  związku 

małżeńskim przez trzy lata, zanim mogło się wystąpić o rozwód, a podstawą jego udzielenia 

były  tylko  zdrada,  porzucenie  na  co  najmniej  trzyletni  okres,  okrucieństwo  bądź  trwająca 

przez pięć lat stwierdzona choroba psychiczna jednego ze współmałżonków. Ale czuło się, że 

idzie  nowe.  Potem  nastąpiła  druga  wojna  światowa  i  towarzyszące  jej  rozluźnienie 

obyczajów, później okres odbudowy kraju ze zniszczeń i zaciskania pasa, a wreszcie zamożne 

lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte… 

I rozwody za zgodą stron! Wszyscy rzucili się na nie jak pies na kiełbasę: Bynajmniej 

nie  wyłącznie  dlatego,  że  byli  nieszczęśliwi  w  swoich  dotychczasowych  związkach. 

Zwłaszcza wyższe warstwy chciały przede wszystkim skorzystać z nowych możliwości, jakie 

nagle się przed nimi otworzyły. Życie na kocią łapę nie pasowało do środowisk, z jakich się 

wywodzili;  uważali  je  za  coś  mało  eleganckiego.  Ale  rozwód  i  kolejny  ślub?  Toż  to  tylko 

nowy  pretekst  do  przyjęć  i  zabaw!  Tego  właśnie  chcieli,  tym  bardziej  że  dzieci  nie  były 

przeszkodą,  bowiem  Angielki  z  wyższych  sfer  nigdy  nie  wychowują  własnego  potomstwa; 

najpierw wyręczają je w tym niańki, a potem szkoły z internatem. 

background image

W każdym razie niedługo po moim urodzeniu rodzice zasmakowali w rozwodach jak 

kot w śmietanie, w przerwach między nimi niefrasobliwie płodząc w wypadku ojca, a rodząc 

w  wypadku  matki  całe  rzesze  moich  przyrodnich  sióstr  i  braci.  Między  matką  a  ojcem 

nastąpiło nawet coś w rodzaju współzawodnictwa, jeśli chodzi o liczbę zawartych małżeństw: 

wówczas,  kiedy  odbywał  się  ślub  Angusa  i  Laury,  ojciec  miał  już  dwunastą  żonę,  a  matka 

jedenastego  męża.  David,  mój  głuchy  brat  przyrodni,  był  synem  ojca  z  jego  trzeciego 

małżeństwa. 

- Nic  takiego  -  odpowiedziałem  również  na  migi,  kiedy  zobaczywszy,  jak  uderzam 

głową w słup, David podszedł do mnie i spytał, co się ze mną dzieje. 

Nie kłam

No  dobra.  Pamiętasz,  jak  włączyłeś  kiedyś  silnik  motorówki  dziadka  i  śruba 

poharatała mi nogę? 

- Tak. 

- No więc teraz przechodzę o wiele gorsze katusze. Walenie łbem nic nie dało, idę się 

powiesić. 

- Miłej zabawy - zasygnalizował. - A nie wolisz się upić? Mogę ci towarzyszyć

Nie, dziękuję. Muszę być trzeźwy, bo mam wygłosić mowę - odparłem. 

Jak chcesz. - Wzruszył ramionami i odszedł w stronę stołu z trunkami. 

Kiedy  stałem  patrząc  za  nim,  nagle  doleciała  mnie  rozmowa  Matthewa  z  ładną,  rudą 

dziewczyną, którą widziałem po raz pierwszy. 

- Kim  jest  ten  chłopak  w  popielatym  fraku?  -  zapytała,  wskazując  odchodzącego 

Davida. 

- Na imię ma David - rzekł Matthew. 

- Atrakcyjny kąsek - skomentowała dziewczyna. 

- Też tak uważam - przyznał Matthew. 

- Ale dlaczego oni obaj wykonywali takie dziwne gesty? - zapytała. 

- Kąsek jest głuchy. 

- Ojej! 

- Głuchy, ale zabójczo przystojny - dodał z westchnieniem Matthew. 

Parę metrów dalej Fiona rozmawiała z dość dziwnie ostrzyżonym facetem, którego też 

widziałem po raz pierwszy. 

- Nic  mnie  tak  nie  irytuje  podczas  ślubów  jak  dzieci  -  mówiła  właśnie.  -  Zupełnie 

jakby się gnojki zmawiały wcześniej ze sobą: ja zepsuję początek, ty koniec. 

Mężczyzna roześmiał się trochę sztucznie. 

background image

- Ale  pies  ich  trącał,  porozmawiajmy  o  czymś  przyjemniejszym  -  oświadczyła.  - 

Powiedz, jak ci na imię? 

- Gerald. 

- A czym się zajmujesz? - spytała. 

- Zostałem  niedawno  wyświęcony  na  księdza  -  odparł  nieśmiało  Gerald,  spuszczając 

wzrok. 

- O Boże! A ślubów już udzielasz? 

- Jeszcze  nie  miałem  okazji,  ale  będę  udzielał,  oczywiście.  Chociaż  przyznam  się,  że 

obawiam się pierwszego razu. Ilekroć o tym myślę, po prostu zżera mnie trema. 

- Rozumiem  to  znakomicie!  -  zawołała  Fiona.  -  Sama  na  przykład  byłam  okropnie 

stremowana, zanim po raz pierwszy poszłam z kimś do łóżka. A ty? 

Nie  dosłyszałem,  co  odpowiedział  ksiądz,  bo  w  tym  momencie  rozległ  się  dźwięk 

gongu.  Wszyscy  spojrzeli  w  kierunku,  z  którego  dobiegał.  To  jeden  z  kelnerów  uderzał 

miarowo niewielkim młoteczkiem w mosiężny talerz zawieszony na drewnianym drążku. 

- Panie  i  panowie,  prosimy  do  stołu  -  powiedział  stojący  obok  kelnera  ojciec  panny 

młodej. 

Ruszyliśmy  zgodnie  w  stronę  stołów  -  ja  w  stronę  tego,  przy  którym  mieli  zasiąść 

państwo  młodzi.  Idąc  spojrzałem  z  pewną  obawą  na Johna,  który  właśnie  zajmował  miejsce 

przy sąsiednim stole wraz z Mary, swoją aktualną żoną, o której aktywnym przedmałżeńskim 

ż

yciu  erotycznym  tak  niefortunnie  go  poinformowałem.  Oboje  mieli  rozognione  twarze; 

najwyraźniej  przed  chwilą  doszło  między  nimi  do  ostrej  wymiany  zdań.  Bałem  się,  że  John 

zdradził  jej,  od  kogo  się  dowiedział  o  jej  romansie  z  Tobym  de  Lisie.  Bardzo  nie  lubię,  jak 

ktoś mnie nienawidzi. A zwłaszcza, jeśli tym kimś jest ładna kobieta… 

Usiadłem  na  oznaczonym  moim  nazwiskiem  miejscu,  obok  jakiegoś  nieznajomego 

staruszka. 

- Dzień dobry. Na imię mi Charles - przedstawiłem się. 

- Nie żartuj pan, Charlesa pochowano dwadzieścia lat temu - żachnął się staruszek. 

- Chyba jakiegoś innego Charlesa - powiedziałem, trochę zbity z tropu. 

- Coś pan, przecież to był mój brat! Myślisz pan, że pozwoliłbym pochować w naszej 

rodowej  kaplicy  kogoś  obcego?  -  Łypnął  na  mnie  gniewnie  małymi,  zaczerwienionymi 

oczkami. 

- No  nie,  nie  myślę  nic  podobnego  -  odparłem.  -  Nie  chciałem  pana  urazić,  ale  ja 

naprawdę mam na imię… 

Staruszek  już  nie  słuchał.  Odwrócił  się  do  swojej  równie  wiekowej  sąsiadki  i  coś  jej 

background image

mówił,  stukając  się  palcem  w  czoło.  Po  tym,  jak  wbiła  we  mnie  przerażony  wzrok, 

domyśliłem się, że staruszek ją poinformował, iż siedzą obok wariata, więc powinni się mieć 

na baczności, bo mogę być niebezpieczny. 

Spojrzałem  na  drugi  koniec  stołu,  przy  którym  jakimś  dziwnym  trafem  posadzono 

również Scarlett, choć nie należała ani do rodziny, ani do najbliższych przyjaciół młodej pary. 

Dopiero  po  chwili  przyszło  mi  do  głowy,  że  pewnie  wcale  jej  tam  nie  posadzono,  tylko 

widząc  wolne  miejsce  obok  całkiem  przystojnego  mężczyzny,  sama  je  zajęła.  Kiedy  na  nią 

patrzyłem,  jednym  haustem  wychyliła  kieliszek  wina,  po  czym  zarzuciła  ręce  na  szyję 

swojemu sąsiadowi, którego - daję głowę - widziała po raz pierwszy w życiu. 

- Na  imię  mi  Scarlett  -  zawołała,  całując  go  prosto  w  usta.  -  Pilnuj  mnie,  żebym  za 

dużo nie piła, bo jeszcze naprawdę zacznę cię uwodzić. 

Najskrytszym  marzeniem  Scarlett,  z  którego  kiedyś  mi  się  zwierzyła,  było  poślubić 

arystokratę.  A  jeśli  nie  arystokratę,  to  przynajmniej  milionera.  Uważała,  że  w  tak  ważnej 

kwestii  nie  można  po  prostu  zdawać  się  na  los,  lecz  trzeba  mu  ze  wszech  miar  pomagać. 

Dlatego  kiedy  już  zamieszkaliśmy  razem,  a  ja  wybierałem  się  akurat  na  czyjś  ślub  czy  inną 

uroczystość,  zapytała  mnie  wprost,  czy  nie  mógłbym  jej  zabrać  z  sobą,  bo  chciałaby 

„pokręcić  się  trochę  wśród  dobrze  urodzonych”.  Nie miałem  nic  przeciwko  temu  i  odtąd 

często  ją  zabierałem,  a  jej  bezpośredniość  i  całkowity  brak  ogłady  z  reguły  potrafiły  tchnąć 

element  komizmu  w  najbardziej  napuszone  ceremonie.  Teraz  też  z  dużym  rozbawieniem 

obserwowałem  jej  sąsiada,  który  próbował  uwolnić  się  z  gorących  objęć  mojej 

współlokatorki; Scarlett jakoś nie zauważyła, że po drugiej ręce faceta siedzi jego żona. 

Wziąłem  się  do  jedzenia  tego,  co  jeden  z  kelnerów  kursujących  z  półmiskami  wokół 

stołów  nałożył  mi  na  talerz.  Laura  oznajmiła  mi  wcześniej  z  dumą,  że  urządzaniem  całego 

przyjęcia  zajmie  się  jej  starsza  siostra,  która  prowadzi  w  pobliżu  restaurację.  Z  trudem 

odkroiłem,  a  potem  z  jeszcze  większym  trudem  przełknąłem  kęs  twardej  jak  podeszwa 

pieczeni. Byłem zdziwiony, że w ogóle zdołano ją pokroić w plastry. Na moje oko musieli się 

chyba posłużyć piłą tarczową. Spojrzałem współczująco w stronę Angusa i Laury; w końcu to 

ż

adna przyjemność jeść stare buty na własnym weselu. 

Zobaczywszy, że spoglądam w kierunku panny młodej, siedzący obok staruszek nagle 

pociągnął mnie za rękaw. Widocznie już zapomniał, że niedawno doszedł do przekonania, iż 

jestem groźnym wariatem. 

- Ja też byłem kiedyś żonaty - rzekł. - I to z naprawdę piękną dziewczyną. Oczy miała 

błękitne  jak  niebo,  włosy  barwy  pszenicy,  a  policzki  miękkie  jak  dojrzała  brzoskwinia.  Ale 

móżdżek wielkości ziarnka fasoli, więc nasze małżeństwo nie trwało długo. 

background image

- Szkoda - powiedziałem. - Teraz stanowiliby państwo idealnie dobraną parę. 

Zerkając na inne stoły widziałem, że wszyscy mają dość nieszczególne miny. Jedzenie 

najwyraźniej  nikomu  nie  smakowało  i  nikt  nie  chciał  brać  dokładek  proponowanych  przez 

kelnerów.  Kiedy  jeden  z  nich  stanął  przy  mnie  pokręciłem  głową,  natomiast  mój  wiekowy 

sąsiad zdecydowanym głosem wyraził dezaprobatę. 

- Prędzej zjadłbym jądra mojego zmarłego brata! – zawołał. 

Tylko Tom, który siedział przy sąsiednim stole, zajadał tak, że aż mu się uszy trzęsły. 

Wszyscy obserwowali go z największym zdumieniem i jakby lekką odrazą. 

Kelnerzy zaczęli powoli zbierać talerze, potem wnieśli lody. Wyglądały bardzo ładnie, 

ale  były  twardsze  od  kostek  lodu,  jakie  wrzuca  się  do  drinków.  Kiedy  omal  nie  złamałem 

łyżeczki, a mimo to nie zdołałem ich nawet nadkruszyć, uznałem, że najwyższy czas wygłosić 

mowę.  Uderzyłem  nieco  zgiętą  łyżeczką  w  kieliszek  i  wstałem  z  miejsca.  Oczy  wszystkich 

skierowały się w moją stronę. 

- Panie  i  panowie  -  zacząłem  -  niezmiernie  mi  przykro,  że  odrywam  was  od  jakże 

smakowitego  deseru.  Brawa  dla  siostry  panny  młodej!  Jednakże  jako  drużba  pana  młodego 

muszę  wam  powiedzieć  parę  rzeczy.  Dopiero  po  raz  drugi  w  życiu  jestem  drużbą.  Mam 

nadzieję,  że  poprzednim  razem  dobrze  wywiązałem  się  ze  swoich  obowiązków.  W  każdym 

razie oboje nowożeńcy nadal ze mną rozmawiają, choć niestety, nie rozmawiają już ze sobą. 

Dwa miesiące temu otrzymali rozwód. 

Rozległy  się  salwy  śmiechu.  Wśród  gości  przy  sąsiednim  stole  dojrzałem  Carrie. 

Patrzyła na mnie, z leciutkim uśmiechem. Zachęcony, podjąłem swoją przemowę. 

- Tylko  niech  państwo  nie  myślą,  że  miałem  w  tym  jakikolwiek  udział.  Jak  się 

okazało, Paula wiedziała, że Pierś sypiał z jej młodszą siostrą, zanim wspomniałem o tym w 

swoim przemówieniu. Zaskoczyła ją co prawda wiadomość, że sypiał również z jej matką, ale 

podejrzewam,  że  to  był  tylko  jeden  z  bardzo  wielu  powodów,  dla  których  ich  małżeństwo 

trwało  zaledwie  dwa  dni.  Podobno  wzajemne  oskarżenia  nie  miały  końca  i  doszło  nawet  do 

rękoczynów.  Ale  nie  chciałbym  psuć  uroczystego  nastroju  tego  podniosłego  dnia 

wspominając  niepowodzenia  innej  pary,  do  której  połączenia  poniekąd  przyłożyłem  rękę. 

Nasz  Angus,  w  każdym  razie,  nie  ma  nic  do  ukrycia.  A  przynajmniej  tak  mi  się  wydawało, 

zanim… zanim… 

Zawiesiłem głos, a goście parsknęli pełnym oczekiwania śmiechem. 

- Za chwilę powrócę do tego wątku, lecz na razie chciałbym powiedzieć jedno: jestem 

pełen podziwu dla Angusa i Laury za to, że zdecydowali się na ten jakże ważny w ich życiu 

krok.  Wiem,  że  sam  nie  potrafiłbym  się  na  niego  zdobyć,  ale  to  w  niczym  nie  umniejsza 

background image

radości,  jaką  czuję,  że  postanowili  się  pobrać.  A  wracając  do  Angusa  i  owieczek…  -  znów 

zawiesiłem głos - w sumie nie było to nic ważnego. Panie i panowie, zdrowie młodej pary! - 

zakończyłem, podnosząc kieliszek. 

- Zdrowie młodej pary! - zawołali chóralnie goście, też unosząc kieliszki. 

Angus i Laura pocałowali się, pąsowi z przejęcia. Goście zaczęli klaskać. Kiedy brawa 

umilkły, ojciec panny młodej podziękował mi za przemówienie, po czym dał znak orkiestrze. 

Rozległa się muzyka. Angus i Laura pierwsi ruszyli na parkiet. 

- Niech pan poprosi sąsiadkę i rusza z nią w tany - powiedziałem do sąsiada, wstając z 

miejsca. - Szkoda marnować okazję! 

Wzdrygnął  się  tak,  jakbym  zaproponował  mu  coś  wielce  nieprzyzwoitego,  ale 

odwrócił się do wiekowej damy, więc pomyślałem, że zamierza posłuchać mojej rady. 

Omyliłem sie jednak. Już odchodziłem, kiedy dobiegły mnie pełne oburzenia słowa: 

Ma pani pojęcie?! Ten wariat chciał mnie zaprosić do tańca. 

Wzruszyłem  ramionami.  Facet  miał  o  sobie  o  wiele  za  dobre  mniemanie.  Dlaczego 

miałbym chcieć tańczyć z takim wrednym dziadygą? Ruszyłem na poszukiwanie Carrie. 

Kiedy ją wreszcie dojrzałem, tańczyła z jakimś barczystym szatynem. Stanąłem więc z 

boku  i  zacząłem  przypatrywać  się  parom  na  parkiecie.  Laura  radziła  sobie  całkiem  nieźle, 

nawet jeśli jej ruchy do złudzenia przypominały skręty ciała arabskiej bajadery, za to Angus 

tylko przestępował sztywno z nogi na nogę, jakby tańczył po raz pierwszy w życiu. Co może i 

było  prawdą;  na  przyjęciach  zwykle  wolał  gadać  z  kumplami  i  pić.  Mama  Laury,  starsza 

dama w stroju od Coco Chanel i makijażu tak mocnym, jakby to małpa Coco dorwała się do 

szminki,  podrygiwała  jeszcze  energiczniej  od  córki.  Tom  skakał  z  entuzjazmem  naprzeciw 

Scarlett;  wyglądali  jak  para  kogutów  szykujących  się  do  walki.  Różnica  pomiędzy  nimi 

polegała  na  tym,  że  ona  wiedziała,  jak  zabawnie  muszą  wyglądać,  i  śmiała  się  w  głos, 

natomiast  on  miał  minę  tak  poważną,  jakby  wykonywał  jakąś  niezmiernie  skomplikowaną 

czynność  wymagającą  pełnego  skupienia.  Najbardziej  niezwykłym  tancerzem  ze  wszystkich 

był jednak Gareth; zwijał się, skręcał i skakał po całym parkiecie, energicznie wyrzucając na 

boki ramiona. 

- Kiedy  po  raz  pierwszy  zobaczyłem,  jak  Gareth  tańczy,  przeraziłem  się,  że  zaraz 

niechcący trafi kogoś w nos - powiedział Matthew, stając obok mnie. 

- Fakt,  te  wyrzuty  ramion  wyglądają  dość  niebezpiecznie  -  przyznałem.  -  Ale  za  to 

tańczy z sercem. Chyba  sprawia mu to ogromną  przyjemność.  Znów spojrzałem w kierunku 

Carrie. 

- Bardzo  ładna  dziewczyna,  nic  dziwnego,  że  wciąż  wodzisz  za  nią  oczami  -  rzekł 

background image

Matthew. - A może to miłość od pierwszego wejrzenia? 

- Co ty - obruszyłem się. - Skąd ci przyszło do głowy coś podobnego? Zresztą wcale 

nie patrzę na nią, tylko na gościa, z którym tańczy. Patrzę i patrzę, ale wciąż nie mogę sobie 

przypomnieć,  na  jakiej  pozycji  grał  w  nogę  w  naszej  szkolnej  drużynie.  Był  chyba 

skrzydłowym, jednakże pojęcia nie mam, czy lewym, czy prawym. A gdyby nawet wpadła mi 

w  oko  na  weselu  jakaś  obca  dziewczyna,  co  by  z  tego  wynikło?  Czy  na  świecie  w  ogóle 

istnieją  faceci,  co  to  by  potrafili  po  prostu  podejść  do  babki,  która  im  się  podoba,  i 

powiedzieć:  „Cześć,  mała!  Na  imię  mi  Charles,  masz  fart,  bo  o  dzisiejszej  nocy  będziesz 

mogła opowiadać wnuczkom”? 

- Jeśli istnieją, nie są Anglikami - stwierdził Matthew. 

- Masz rację - przyznałem z westchnieniem. - Co do mnie, muszą minąć przynajmniej 

trzy tygodnie, zanim potrafię się zdobyć na to, żeby zadać dziewczynie zasadnicze pytanie. 

Ponownie  spojrzałem  na  tańczącą  Carrie,  boleśnie  świadom  prawdy  własnych  słów. 

Bo nawet jeśli zatańczę z nią raz czy dwa, co z tego? Może porozmawiamy chwilkę i może 

będziemy  się  dobrze  bawili,  ale  co  dalej?  Po  weselu  wyjedzie  do  Ameryki  i  tyle  ją  będę 

widział. Zresztą pewnie Fiona nie zmyślała mówiąc, że Carrie zadaje się tylko z nadzianymi 

facetami. Więc nawet gdyby nie wracała zaraz do Stanów Zjednoczonych, nie miałbym u niej 

praktycznie żadnych szans, bo z kasą było u mnie autentycznie kiepsko. Poza tym bardzo nie 

lubię  kobiet,  które  polują  tylko  na  facetów  ze  szmalem.  W  ogóle  nie  jestem  zwolennikiem 

małżeństwa, pojęcia nie mam, po co komu ten cholerny papierek, a już poślubienie kogoś, kto 

może  być  stary,  brzydki,  nieciekawy,  tylko  dlatego,  że  ma  pokaźne  konto,  wydaje  mi  się 

najgłupszą  rzeczą,  jaką  może  ze  swoim  życiem  zrobić  atrakcyjna  dziewczyna.  Przecież  to 

piekło, a nie normalne życie! I najgorsza forma prostytucji; już znacznie uczciwsza wydaje mi 

się  dziewczyna,  która  po  prostu  sprzedaje  swój  tyłek  pod  latarnią.  W  dodatku  zawodowa 

prostytutka  sprzedaje  się  klientom  tylko  przez  część  dnia,  resztę  czasu  ma  wyłącznie  dla 

siebie,  podczas  gdy  dziewczyna,  która  wychodzi  za  faceta  dla  pieniędzy,  musi  przebywać  z 

nim dzień w dzień przez następne dwadzieścia, trzydzieści lat albo i dłużej, chodzić z nim do 

łóżka,  rodzić  mu  dzieci,  mieć  go  -  od  obudzenia  do  zaśnięcia  -  ciągle  obok  siebie,  widzieć 

jego twarz i uśmiechać się do niego. Nie bardzo sobie wyobrażałem, jak mógłbym chcieć tak 

spędzić  życie  nawet  z  osobą,  którą  lubię  i  która  mi  się  podoba,  a  co  dopiero  z  kimś,  w  kim 

pociąga mnie tylko jego stan posiadania. Ohyda! 

Poczułem  złość  na  Amerykankę.  I  na  siebie,  że  moje  zauroczenie  nią  było  aż  tak 

widoczne,  by  wywołać  komentarz  Matthewa.  Nie,  kochana,  pomyślałem,  nic  z tego.  Może  i 

jesteś ładna, ale nie będę o ciebie zabiegał. Nie będę tu sterczał i czekał, aż skończysz tańczyć 

background image

z innymi, w nadziei że może potem raczysz zakręcić się ze mną. 

Podszedłem do bufetu i kazałem sobie nalać podwójnego drinka. 

Aż do wieczora nie zwracałem więcej uwagi na Carrie. Piłem, gadałem z przyjaciółmi, 

znajomymi  oraz  ludźmi,  których  widziałem  po  raz  pierwszy,  i  w  sumie  czas  płynął  mi 

całkiem przyjemnie. W pewnym momencie zacząłem rozmawiać z dobrze zakonserwowaną, 

elegancko  ubraną  starszą  panią,  którą  skądś  pamiętałem.  Dopiero  w  trakcie  rozmowy,  kiedy 

zapytała  mnie,  jak  się  miewa  mój  ojciec,  zorientowałem  się,  że  to  Flora,  jego  ósma  czy 

dziewiąta  żona.  Powiedziałem  jej,  że  właśnie  wrócił  z  Abaco,  jednej  z  wysp  Bahama,  gdzie 

zwykle spędza zimy. 

- Och  tak,  pamiętam!  -  zawołała.  -  Przecież  mnie  też  tam  zabierał.  Inni  jeździli  do 

Nassau na New Providence, ale George zawsze zatrzymywał się na Abaco; twierdził, że tam 

są najpiękniejsze plaże. Pozdrów go ode mnie bardzo serdecznie, jak go zobaczysz! 

Kiedy  odeszła,  żeby  porozmawiać  ze  znajomą,  którą  wypatrzyła  w  tłumie,  zacząłem 

się  zastanawiać,  jak  to  się  dzieje,  że  wszystkie  byłe  żony  wręcz  uwielbiają  ojca.  Przecież 

zostawiał  je,  w  dodatku dla  kobiet  sporo  od  nich  młodszych;  jego  aktualna  małżonka  ledwo 

skończyła dwadzieścia lat, kiedy się pobierali. 

Zdołałem  jakoś  w  końcu  unormować  swoje  stosunki  ze  starym  podrywaczem,  choć 

jako nastolatek miałem do niego wiele pretensji o to, że rozszedł się z matką, skazując mnie 

na  szkoły  z  internatem.  Dopiero  z  czasem  zrozumiałem,  że  moje  dzieciństwo,  jako  dziecka 

rozwiedzionych rodziców, nie różniło się specjalnie od tego samego okresu w życiu kolegów, 

których  rodzice  stanowili  zgodne  małżeńskie  stadła,  gdyż  -  jak  wspomniałem  wcześniej  - 

Angielki  z  wyższych  sfer  nigdy  nie  wychowują  własnych  dzieci,  powierzając  je  najpierw 

opiece nianiek, a potem oddając do prywatnych szkół. Co zamożniejsi przedstawiciele klasy 

ś

redniej  naśladują  pod  tym  względem  arystokrację,  tak  więc  w  Anglii  tylko  synowie  i  córki 

robotników  wychowują  się  normalnie  w  rodzinnym  domu,  tak  jak  dzieci  we  Francji, 

Włoszech  i  innych  krajach  świata.  Dla  mnie  natomiast  i  dla  większości  moich  kolegów 

wczesny,  spędzany  w  internacie  okres  życia  stanowił  wyjątkowo  nieprzyjemne 

doświadczenie. 

Zdani  na  sadyzm  wychowawców  i  okrucieństwo  starszych  kolegów,  mali  chłopcy  z 

Eton i innych ekskluzywnych szkół albo popadają w nerwice, albo upodabniają się z czasem 

do swoich prześladowców i w miarę jak sami przechodzą z klasy do klasy, z coraz większym 

zapałem  gnębią  młodszych  uczniów.  Wszelkie  zarzuty  wobec  angielskiego  systemu 

edukacyjnego  długo  odpierano  argumentem,  że  to  właśnie  dzięki  niemu  my,  a  nie  Francuzi 

czy Włosi, podbiliśmy Indie. No dobrze, może i był tu jakiś związek. Ale po jaką cholerę było 

background image

je podbijać, skoro później i tak musieliśmy się wynosić stamtąd jak niepyszni? 

No,  może  jednak  warto  było,  bo  mamy  przynajmniej  w  Anglii  wiele  znakomitych 

hinduskich restauracji, pomyślałem, choć i tak serwowane w nich jedzenie nie umywa się do 

tego,  jakie  osobiście  kosztowałem  w  Indiach.  Mimo  to  jest  o  niebo  lepsze  od  tych 

nieapetycznych ochłapów! Popatrzyłem z niesmakiem na półmiski jadła czekające nietknięte 

na stole. Zbliżała się już ósma, więc powoli czułem się coraz bardziej głodny, ale zupełnie nie 

miałem  ochoty  brać  do  ust  niczego,  co  przygotowała  siostra  Laury.  Pomyślałem,  że  czas 

odszukać  Scarlett  i  ruszać  do  pobliskiego  zajazdu,  w  którym  kilka  dni  wcześniej 

zarezerwowaliśmy telefonicznie pokoje. Może przynajmniej tam podadzą nam coś, co da się 

przełknąć,  nie  wywołując  odruchu  wymiotnego.  Zacząłem  rozglądać  się  za  Scarlett,  kiedy 

podszedł do mnie Tom. 

- Gdzie będziesz nocował? - spytał. 

- Scarlett  i  ja  mamy  zarezerwowane  pokoje  w  tutejszym  zajeździe.  Nazywa  się 

„Wesoły marynarz” czy  jakoś podobnie - odparłem. - Myślałem, że ty,  Fiona i reszta naszej 

paczki też macie się tam zatrzymać? 

- Zamierzaliśmy, ale nastąpiła pewna zmiana planu: wszyscy przenoszą się na noc do 

mnie.  Okazuje  się,  że  Nancy,  moja  gospodyni,  jest  na  miejscu  i  chętnie  upichci  nam  na 

kolację jajecznicę na boczku czy coś takiego. Jak masz ochotę, zapraszam. 

- Świetnie, dzięki. Ale czy znajdzie się też miejsce dla Scarlett? 

- Jasne!  Przecież  wiesz,  że  to  całkiem  spore  zamczysko:  ma  sto  trzydzieści  siedem 

komnat i wszystkie oczywiście, są wolne. 

Korzystając z tego, że obaj byliśmy lekko podpici, postanowiłem zapytać Toma, jak to 

faktycznie  jest  z  tym  jego  bogactwem.  Jeszcze  na  studiach  wiedziałem,  że  jest  dziedzicem 

jednej  z  największych  fortun,  ale  nigdy  nie  zastanawiałem  się,  co  to  właściwie  znaczy. 

Zacząłem o tym myśleć  dopiero parę miesięcy temu, kiedy Scarlett przybiegła do mnie  cała 

rozdygotana,  żeby  pokazać  mi  egzemplarz  jednego  z  londyńskich  brukowców,  w  którym 

opublikowano  zdjęcie  Toma,  jak  leży  na  ziemi  po  upadku  z  konia.  Tak  niefortunnie 

zakończył  się  bowiem  jego  skok  przez  zwalone  drzewo  podczas  pogoni  za  lisem.  Pod 

zdjęciem biegł napis: „Najzamożniejszy człowiek w Anglii nie potrafi utrzymać się w siodle”. 

- Tom, powiedz mi coś, o co już dawno chciałem cię zapytać: czy rzeczywiście jesteś 

najbogatszym człowiekiem w Anglii? 

- Totalna  bzdura!  -  oburzył  się  mój  przyjaciel.  -  Plotka  wyssana  z  palca!  Fiona  i  ja 

jesteśmy  dopiero  gdzieś  na  siódmym  miejscu.  Na  pierwszym  wciąż  figuruje  królowa,”  na 

drugim chyba Branson, ten gość od linii lotniczych… Wierz mi, Charles, naprawdę nie jestem 

background image

najbogatszy. Naprawdę! - powiedział to tak żarliwym tonem, jakby rozmawiał z inspektorem 

urzędu podatkowego. 

- Dobra, wierzę - powiedziałem. - Nie ma sprawy. 

- Świetnie - ucieszył się Tom. - I zanocujesz u mnie, tak? Lecę powiedzieć Scarlett! - 

Już się oddalał, kiedy nagle odwrócił się i dorzucił: - No, chyba że jednak poszczęści ci się tej 

nocy, co? 

Uśmiechnąłem się blado; w końcu za stary jestem, żeby wierzyć w cuda. Zresztą nie ja 

jeden miałem tego wieczoru powód do narzekań. Akurat kiedy patrzyłem na siedzącą nieco z 

boku  Lydię,  pulchną,  ciemnowłosą  druhnę  Laury,  podszedł  do  niej  Bernard,  dość  tęgi  i 

niezbyt  bystry  facet,  którego  znałem  od  lat,  bo  przyjaźnił  się  z  Tomem.  Lydia,  porządnie 

wstawiona, od połowy wieczoru posyłała w moją stronę zachęcające spojrzenia, ale mimo że 

zawsze  podobały  mi  się  jej  niewiarygodnie  błękitne  oczy,  odstraszała  mnie  jej  tusza.  Poza 

tym nie należę do mężczyzn, którzy wykorzystują pijane kobiety. 

- Jak leci, Lydia? - zapytał Bernard. 

- Do dupy - odparła ponuro. 

- Ojej, dlaczego? 

- Liczyłam  na  dobry  seks!  -  zawołała.  -  Wszystkie  znajome  mi  powtarzały,  że  na 

weselach faceci lecą na druhny. Mówiły, że aż się będę musiała opędzać od napalonych gości. 

A tu nic! Ani nawet języczka! Wybuliłam kupę forsy na kieckę i co mam z tego? Guzik! Nikt 

nawet ze mną nie zatańczył! Nudzę się jak mops! Do dupy z takim weselem, słyszysz? 

- Wiesz…  no,  jakby  to  powiedzieć…  -  zaczął  się  jąkać  Bernard  -  jeśli  naprawdę  tak 

bardzo ci zależy… no, to wiesz, może ja mógłbym… no, wiesz, z tobą… 

- Nie wygłupiaj się! - oburzyła się Lydia. - Nie jestem aż tak zdesperowana! 

- No, tak, tak, oczywiście - powiedział szybko Bernard przepraszającym tonem. - Tak 

sobie tylko pomyślałem… Nie chciałem cię bynajmniej urazić… 

Wtem usłyszałem obok siebie miły głos mówiący z lekkim amerykańskim akcentem: 

- Cześć. 

Była to Carrie. 

- Cześć - odpowiedziałem, zdziwiony. - Myślałem, że już poszłaś. 

- Nie, postanowiłam jeszcze trochę zostać. - Uśmiechnęła się. - Dopiero teraz zbieram 

się do wyjścia. Zastanawiałam się, gdzie będziesz nocował. 

- Miałem  się  zatrzymać  w  pobliskim  zajeździe,  nazywa  się  „Wesoły  marynarz”  czy 

jakoś podobnie… 

- „Szczęśliwy żeglarz”. 

background image

- O  właśnie!  Ale  przed  chwilą  przyjaciel  zaproponował  mi,  żebym  przenocował  w 

jego chacie razem z naszymi wspólnymi przyjaciółmi. Tak naprawdę to nie żadna chata, tylko 

ogromny zamek. Jeden z najstarszych w tej okolicy. 

- Szkoda,  bo  ja  wynajęłam  pokój  w  „Szczęśliwym  żeglarzu”.  Myślałam,  że  może 

pojedziemy tam razem. 

- Aaa… 

- No  cóż,  fajnie  było  cię  poznać…  a  raczej  nie  poznać.  Ale  bardzo  podobało  mi  się 

twoje przemówienie. - Na moment umilkła, po czym dodała: - No cóż, czas na mnie. 

- Nie,  zostań  jeszcze!  -  zawołałem.  -  W  końcu  nic nie  stoi  na  przeszkodzie,  żebyśmy 

poznali się teraz. Jeszcze jest wcześnie, zabawa dopiero się rozkręca! 

Carrie  spojrzała  dookoła  na  podsypiających  na  krzesłach  wyczerpanych  tańcami  lub 

podpitych  gości.  Tylko  dwie  pary  kręciły  się  niemrawo  po  parkiecie  do  taktu  równie 

niemrawej muzyki. 

- Oboje  dobrze  wiemy,  że  to  nieprawda  -  powiedziała  dziewczyna,  kręcąc  głową.  - 

Cześć!  -  dodała  i  skierowała  się  w  stronę  wyłożonej  płytami  ścieżki  wiodącej  z  ogrodu  na 

podjazd. 

Miałem ochotę pobiec za nią i próbować ją zatrzymać, ale jak? Zakląłem pod nosem i 

nie ruszyłem się z miejsca. 

Kilka  minut  później  nowożeńcy  też  zaczęli  zbierać  się  do  drogi.  Laura  ściskała  i 

całowała jakichś swoich dalekich kuzynów, powtarzając: 

- Kocham  cię,  Rick,  wiesz,  jak  bardzo  cię  kocham.  Kocham  cię,  kocham,  kocham 

ciebie  i  Mike'a,  kocham  was  obu  bardzo  mocno,  chociaż  widzimy  się  po  raz  pierwszy  w 

ż

yciu. Ale naprawdę was kocham, kocham bardzo mocno, kocham… 

- Nie  zwracaj  na  nią  uwagi  -  mruknął  do  mnie  Angus.  -  Jest  pijana.  A  przynajmniej 

mam nadzieję, że jest pijana - dodał. - Bo jeśli nie, to dopiero wpadłem! 

Zaczęliśmy  iść  wolno  w  stronę  podjazdu,  gdzie  na  nowożeńców  już  czekał  wielki 

czarny rolls - royce, ten sam, który przywiózł pannę młodą do kościoła. Ale teraz zmieniony 

był  nie  do  poznania,  gdyż  podchmieleni  kumple  Angusa  wymalowali  na  nim  różne  napisy 

typu:  UWAGA!  KIEROWCA  PO  PARU  GŁĘBSZYCH!  i  OSTROŻNIE!  DZIEWCZYNA 

W CIĄŻY! Kiedy Angus otworzył drzwi, że środka wyskoczyła, becząc głośno, biała owca z 

czerwoną kokardą, a za nią kilka rozgdakanych kur. Śmiechom zebranych nie było końca. 

Laura odwróciła się plecami do odprowadzających, po czym cisnęła za siebie bukiet; 

zgodnie  z  tradycją  ta  dziewczyna,  która  złapie  bukiet  panny  młodej,  pierwsza  stanie  na 

ś

lubnym kobiercu. Scarlett podskoczyła rozpaczliwie, żeby go chwycić, ale przeleciał nad jej 

background image

głową w kierunku Fiony; ta nawet nie wyciągnęła po niego ręki. Spadł na dziewczynę, która 

stała  przytulona  do  jakiegoś  faceta;  w  półmroku  nie  widziałem  jej  twarzy.  Dopiero  kiedy 

złapała  bukiet,  potrząsnęła  nim  tryumfalnie  w  powietrzu,  po  czym  zarzuciła  ręce  na  szyję 

towarzyszącego jej faceta i zaczęła go namiętnie całować, poznałem, że to Lydia, druhna. A 

facetem, którego całowała z takim zapałem, był spostponowany przez nią wcześniej Bernard. 

Na bezrybiu i rak ryba, przemknęło mi przez głowę, ale gdzieś w głębi poczułem jakby lekką 

zazdrość. Może sam powinienem był się zainteresować Lydią? Co z tego, że nie należała do 

najszczuplejszych? 

Nowożeńcy  wsiedli  do  wozu  i  ruszyli  z  piskiem  opon  oraz  brzękiem  puszek,  które 

przywiązano  im  do  tylnego  zderzaka.  Ich  odjazdowi  towarzyszyły  oklaski,  krzyki  i  gwizdy 

zebranych. 

Wesele  wyraźnie  dobiegało  końca.  Większość  gości  od  razu  wsiadła  do  własnych 

wozów, tylko nieliczni zaczęli wracać w stronę parkietu i stołów. 

Spotkałem się z przyjaciółmi na skraju ogrodu, w miejscu, w którym umówiliśmy się 

siedem godzin temu. 

- No, czas ruszać - rzekł Gareth. - Tom, jesteś trzeźwy? 

- Jasne - zawołał z entuzjazmem Tom, podnosząc do góry oba kciuki. - Przez całą noc 

piłem wyłącznie sok pomarańczowy. 

Ale  gdy  tylko  postąpił  parę  kroków  do  przodu,  potknął  się  i  zwalił  na  ziemię.  Był 

pijany jak bela. 

- No, dobrze, ja będę prowadzić - powiedziała z westchnieniem Fiona, kiedy Matthew 

i David pomogli Tomowi wstać. - Nie wypiłam zbyt dużo. 

Obeszliśmy  wszyscy  dom  i  znaleźli  się  na  podjeździe.  Nadal  stała  tam  całująca  się 

namiętnie  para.  Przylgnęli  do  siebie  tak  mocno,  że  widać  było  po  prostu  jeden  zwalisty 

kształt.  Ale  dobrze  wiedziałem,  że  to  Lydia  i  Bernard.  Zrobiło  mi  się  żal  samego  siebie; 

dlaczego  przez  cały  wieczór  nie  zdołałem  przygruchać  sobie  żadnej  dziewczyny  i  muszę 

wracać  z  wesela  z  kumplami,  a  jedyna  przyjemność,  jaka  mnie  jeszcze  czeka  tego  dnia,  to 

jajecznica na boczku? Lydia miała rację: do dupy z takim weselem, pomyślałem. 

Wsiedliśmy jakoś w szóstkę do land rovera. Tom, mimo naszych protestów, uparł się, 

ż

e jest trzeźwy i będzie prowadził. Ponieważ o tej porze nie było żadnego ruchu, ostatecznie 

uznaliśmy,  że  może  siąść  za  kierownicą,  byleby  nie  jechał  zbyt  szybko.  Zresztą  Tom  nigdy 

nie  jeździł  szybko,  nawet  kiedy  był  kompletnie  trzeźwy.  Wlókł  się  na  ogół  tak  wolno,  że 

zwykle zatrzymywała go policja, by sprawdzić, czy nie jest przypadkiem pijany. 

Kiedy  tylko  wóz  ruszył,  Gareth  od  razu  zaintonował  basem  pieśń,  którą  podjęli 

background image

wszyscy  oprócz  Davida  i  mnie.  Dawno  nie  widziałem  przyjaciół  w  tak  znakomitych 

humorach; fałszowali straszliwie, ale nic im to nie przeszkadzało. 

Powiedz mu, że go kochasz, 

Przecież sobie na to zasłużył, 

Z kim innym czas by mu się tak dłużył? 

Powiedz mu, że go kochasz, 

Daj mu, co masz najcenniejszego, 

Przecież dawałaś wszystkim jego kolegom… 

Przez jakiś czas biłem się sam z sobą w myślach, aż w końcu moje bardziej kochliwe - 

a może raczej chutliwe - „ja” odniosło zwycięstwo. 

- Tom,  czy  mógłbyś  zatrzymać  wóz?  -  poprosiłem.  Tom  tak  gwałtownie  nacisnął 

hamulec, że o mało nie wybiłem głową przedniej szyby. 

- Co się stało? - zapytał. 

- No,  hm,  nic  takiego,  po  prostu  pomyślałem  sobie,  że  chyba  jednak  przenocuję  w 

zajeździe. 

- Dlaczego,  na  miłość  boską?  -  zawołał  zdziwiony.  Ale  reszta  przyjaciół  chyba 

domyśliła się, o co mniej więcej może mi chodzić, bo zaczęli śmiać się i pogwizdywać. 

- Nie wygłupiajcie się - powiedziałem surowym tonem, wysiadając z land rovera. - To 

poważna sprawa. Już od dawna zamierzam napisać monografię starych angielskich zajazdów, 

które  mają  w  nazwie  terminy  „żeglarz”,  „marynarz”  lub  „pirat”.  Sami  rozumiecie,  że  nie 

mogę zmarnować takiej okazji. 

Po  dwudziestu  minutach  szybkiego  marszu  znalazłem  się  na  oświetlonym  kilkoma 

latarniami  rynku  Stoke  Clandon.  Właśnie  tu,  w  samym  centrum  miasteczka,  mieścił  się 

całkiem  elegancki,  otynkowany  na  biało  zajazd,  kryty  czerwoną  dachówką.  „Szczęśliwy 

ż

eglarz” - głosił wielki, złocony napis nad wejściem, a obok drzwi wisiał sporych rozmiarów 

szyld  przedstawiający  marynarza  w  objęciach  ponętnej  syreny;  nieco  niżej,  dwóch  innych 

marynarzy  pożerały  rekiny.  Nietrudno  było  zgadnąć,  który  z  trzech  rozbitków  jest 

szczęśliwcem, na którego cześć nazwano zajazd. 

Pchnąłem ciężkie drzwi i wszedłem do środka. 

Nie żałowałem swojej nagłej decyzji, choć nie wiedziałem, co z tego wyniknie. Może 

Carrie już poszła spać? Jeśli nawet, postanowiłem, że zastukam do jej drzwi i ją obudzę. Żyje 

się raz! 

W  recepcji  nie  było  nikogo.  Podszedłem  jednak  do  kontuaru  i  już  miałem  nacisnąć 

dzwonek,  kiedy  spojrzałem  w  lewo,  gdzie  znajdował  się  niewielki  hali.  Ktoś  siedział  w 

background image

głębokim skórzanym fotelu, zwróconym do mnie tyłem. Widziałem tylko czubek damskiego 

buta.  Pomyślałem,  że  pewnie  recepcjonistka  miała  dość  siedzenia  na  twardym  krześle  i 

przesiadła się na fotel, żeby uciąć sobie drzemkę. 

- Halo, jest tam kto? - zapytałem, podnosząc nieco głos. 

- Cześć  -  powiedziała  Carrie,  wychylając  się  z  fotela  i  obracając  w  moją  stronę.  -  A 

jednak się zjawiłeś. 

- No,  tak  -  przyznałem.  -  W  końcu  okazało  się,  że  nie  ma  miejsca  dla  wszystkich, 

więc… 

- Nie ma miejsca? W zamku? 

- To bardzo mały zamek - oświadczyłem, podchodząc do niej. - Tyci, tyci. Jeden pokój 

na parterze i jeden na piętrze. Już się dzisiaj takich nie buduje, bo to bardzo nieekonomiczne. 

Do hallu wszedł kelner i zatrzymał się przy nas. 

- Czy coś państwu podać? - spytał. 

- Tak,  dla  mnie  whisky  -  odparłem,  po  czym  zwróciłem  się  do  Carrie:  -  A  na  co  ty 

masz ochotę? 

- Też chętnie napiję się whisky. 

- W takim razie dwie whisky - powiedziałem do kelnera. 

Skinął  głową  i  wyszedł.  Obróciłem  się  w  stronę  Carrie,  ale  okazało  się,  że  fotel,  na 

którym  siedziała,  jest  pusty.  Dziewczyna  znikła.  Pomyślałem,  że  robi  mi głupi  kawał,  kiedy 

nagle  w  drzwiach  stanął  George,  jeden  z  gości  Angusa  i  Laury.  Był  to  łysy,  otyły,  pewny 

siebie  i  wyjątkowo  nudny  jegomość,  z  którym  zamieniłem  kilka  słów  na  weselu.  Wyraźnie 

nie należał do ludzi, z jakimi miałbym ochotę bliżej się zaprzyjaźnić. Zorientowałem się, że to 

na jego widok Carrie musiała albo czmychnąć, albo gdzieś się schować. 

- Czołem, czołem! - zawołał, kiedy mnie zauważył. - Też się tu zatrzymałeś? 

- Cześć… 

- Nie widziałeś przypadkiem Carrie? 

- Słucham? - spytałem udając, że nie wiem, o kogo chodzi. 

- Carrie - powtórzył George. - Bardzo ładna Amerykanka. Nogi aż po szyję! Też była 

na weselu. Przyjemnie pachnie. 

- Nie, przykro mi - skłamałem. 

- Cholera!  Niech  to  diabli!  -  zaklął  George.  -  Wyraźnie  na  mnie  leciała!  Byłem 

pewien, że uda mi się zaciągnąć ją do łóżka. 

Carrie wystawiła głowę zza kanapy stojącej za jego plecami, zrobiła oburzoną minę, a 

potem  wysunęła  w  jego  stronę  język.  Najwyraźniej  była  zupełnie  innego  zdania  na  temat 

background image

tego, czy na niego leciała i czy by mu się ulało zaciągnąć ją do łóżka. 

- Słuchaj,  gdybyś  ją  zobaczył  -  ciągnął  George  -  powiedz  jej,  że  poszedłem  na  górę, 

dobrze? Pokój numer siedem. 

- Oczywiście. Życzę dobrej nocy! - zawołałem zadowolony, że facet się zmywa. 

George  wykonał  krok  w  stronę  drzwi,  ale  w  tym  momencie  stanął  w  nich  kelner  z 

tacą. 

- Pańska whisky - powiedział, wręczając mi jedną ze szklanek przyniesionych na tacy. 

- I druga dla… 

- Też dla mnie! - zawołałem, zabierając mu pospiesznie z tacy szklankę przeznaczoną 

dla Carrie. - Na drugą nóżkę! 

- Świetny pomysł - stwierdził George. - Jeśli nie masz nic przeciwko temu, chętnie się 

do ciebie przyłączę. 

- No… Oczywiście… 

- Jeszcze  jedną  whisky  -  powiedział  do  kelnera.  -  I  cygaro.  Albo  nie,  proszę  od  razu 

przynieść  butelkę.  Posiedzimy  tu  sobie  i  pogadamy  do  świtu,  co?  -  dodał,  zwracając  się  do 

mnie. - Chyba nie warto kłaść się spać. 

Usiadłem  na  fotelu,  na  którym  wcześniej  siedziała  Carrie,  a  George  rozsiadł  się 

wygodnie na kanapie. Bez pytania wziął ode mnie jedną ze szklanek whisky, pociągnął spory 

haust i mlasnął ze znawstwem wargami. 

- Dobra! 

Carrie  wystawiła  głowę  nad  oparcie  i  pokręciła  nią,  marszcząc  zabawnie  czoło.  Nie 

miałem  pojęcia,  jak  spławić  George'a.  Założył  nogę  na  nogę  i  rzeczywiście  wyglądał  tak, 

jakby zamierzał siedzieć do białego rana. 

- Piękny ślub, prawda? - zagaił po chwili rozmowę. 

- No… 

- Chodziłem  do  szkoły  z  Buftym,  bratem  Angusa.  Wspaniały  facet.  Był  wyżej  ode 

mnie, więc przez dwa lata musiałem mu usługiwać. Dymał mnie tak, że aż mi sperma tryskała 

uszami. Ale w sumie była to dla mnie dobra lekcja życia. 

Carrie  wysunęła  się  na  czworakach  zza  kanapy  i  zaczęła  skradać  w  stronę  drzwi. 

Jeszcze chwila i udało jej się wymknąć z hallu. Byłem pewien, że zaczeka na mnie gdzieś na 

schodach.  Chciałem  powiedzieć,  że  poczułem  się  senny  i  idę  na  górę,  ale  bałem  się,  że 

George ruszy za mną. Postanowiłem wstrzymać się kilka minut. 

- A ty skąd znasz Angusa i Laurę? - zapytał George, biorąc kolejny haust whisky. 

- Przyjaźnię się z Angusem od studiów - odparłem i też podniosłem szklankę do ust. 

background image

Wbrew  temu,  co  twierdził  mój  rozmówca,  whisky  nie  wydała  mi  się  rewelacyjna.  Ale  nie 

była też najgorsza. 

- A, ze studiów. No, ja tam uznałem, że studia mi na nic. Bo jak ktoś chce pracować 

na giełdzie, to po jakie licho ślęczeć mu kilka lat nad powieściami jakiegoś Wordswortha, co? 

Mam rację? 

- Pewnie - potwierdziłem. - Ballady Shakespeare'a też na nic by ci się nie zdały. 

- Jasne.  Wystarczy  mi,  że  oglądam  telewizję.  Ziewnąłem  udając,  że  robię  się  coraz 

bardziej  śpiący,  kiedy  znów  zjawił  się  kelner.  Postawił  przed  George'em  butelkę  szkockiej  i 

talerzyk, na którym leżało grube cygaro, a następnie zwrócił się do mnie. 

- Przepraszam bardzo - zaczął - ale pańska żona prosi pana na górę. Gdyby był pan tak 

pijany,  że  nie  pamiętałby  numeru  pokoju,  mam  przypomnieć,  że  zatrzymali  się  państwo  w 

dwunastce. 

- Moja żona? - zdziwiłem się. 

- Tak, proszę pana - powiedział kelner, spoglądając na mnie znacząco. 

- A, moja żona! - zawołałem, pojmując wreszcie, o co chodzi. 

- No,  no,  ładnie  się  schlałeś,  jeśli  zapomniałeś,  że  jesteś  żonaty!  -  zawołał  George 

rechocząc. 

- Tak  jakby…  -  Wstałem  wolno  z  fotela  i  zacząłem  się  chwiać,  udając  pijanego.  - 

Przepraszam, ale muszę iść na górę… Dobranoc… - wybełkotałem. 

- Idź,  idź,  nie  ma  sprawy.  -  George  machnął  do  mnie  ręką.  -  Ja  na  szczęście  jestem 

kawalerem, więc mogę siedzieć i pić, jak długo mam ochotę. Chociaż może poszukam jeszcze 

tej Amerykanki, Katie czy jak jej tam. 

- Carrie - poprawiłem go odruchowo. - Jak w tej sztuce Dreisera. 

- Masz  rację,  Carrie.  Ładna  bestia.  I  mówię  ci,  okropnie  była  na  mnie  napalona!  - 

Znów zarechotał, mrugając do mnie porozumiewawczo. 

Wyszedłem z hallu, zataczając się jakbym był pijany w sztok, bo George wciąż mógł 

mnie  widzieć  przez  otwarte  drzwi.  Bałem  się,  że w  drodze  do  schodów  natknę  się  na  kogoś 

znajomego,  kto,  widząc  mnie  w  takim  stanie,  zechce  odprowadzić  mnie  do  pokoju.  Nie 

miałem  ochoty  nikomu  wyjaśniać,  że  wcale  nie  jestem  pijany  i  sam  świetnie  sobie  poradzę; 

zresztą nikt by mi nie uwierzył, bo dokładnie w ten sposób tłumaczą się wszyscy pijacy. Na 

szczęście  nikogo  nie  spotkałem.  Wbiegłem  szybko  na  pierwsze  piętro  i  ruszyłem  w  głąb 

korytarzem, szukając drzwi oznaczonych numerem dwanaście. 

Gruba,  czerwona  wykładzina  tłumiła  moje  kroki.  Kiedy  doszedłem  do  końca 

korytarza,  okazało  się,  że  na  pierwszym  piętrze  jest  tylko  dziesięć  pokoi.  Klnąc  w  duchu, 

background image

wróciłem na schody i wszedłem piętro wyżej. 

Wreszcie  stanąłem  zasapany  przed  właściwymi  drzwiami  i  podniosłem  rękę,  żeby  w 

nie  zastukać.  Nagle  zawahałem  się.  Nie  bardzo  wiedziałem,  co  powiedzieć,  kiedy  Carrie  mi 

otworzy.  A  może  straciła  nadzieję,  że  się  zjawię i  położyła  się  spać?  Minęła  dobra  chwila, 

zanim zdecydowałem się leciutko zapukać. 

Drzwi uchyliły się natychmiast, zupełnie jakby dziewczyna przy nich czekała. Ale nie 

otworzyła ich szeroko, a tylko zrobiła szparę, przez którą wysunęła głowę. 

- Cześć - powiedziała. 

- Cześć.  Przepraszam,  że  to  tak  długo  trwało,  ale  nie  bardzo  wiedziałem,  jak  się 

odczepić od tego nudziarza. Dzięki za pomoc. 

- Drobiazg. - Wciąż nie otwierała szerzej drzwi; patrzyła na mnie przez szparę, jakby 

nie mogąc się zdecydować, czy mnie wpuścić, czy nie. 

- Słuchaj,  może  przyczaimy  się  gdzieś  tu  na  korytarzu  i  poczekamy,  aż  George,  ten 

nudziarz, wreszcie sobie pójdzie, a wtedy znów zejdziemy na dół, dobrze? - zaproponowałem 

w końcu, przysuwając się nieco bliżej drzwi. 

- Zwykle  nie  czaję  się  nocami  na  hotelowych  korytarzach,  ale  jest  to  jakiś  pomysł  - 

powiedziała. - A ty często się czaisz? 

- Niestety,  raczej  nie  mam  pod  tym  względem  doświadczenia  -  przyznałem.  -  Ale 

najwyższy czas spróbować. 

- Może  jednak  lepiej  wejdź  do  środka,  poczaimy  się  tu  trochę  razem,  a  potem 

zobaczymy… 

Otworzyła drzwi szerzej i wpuściła mnie do pokoju. 

Staliśmy naprzeciwko siebie w ciszy, która doskwierała mi coraz bardziej. Żałowałem, 

ż

e  nie  wziąłem  ze  sobą  na  górę  drinka,  bo  przynajmniej  miałbym  jakiś  rekwizyt,  I›ś,  czym 

mógłbym się zająć. Zacząłem rozglądać się po wnętrzu, szukając czegoś, co podsunęłoby mi 

temat rozmowy,  ale  nic  szczególnego  nie  rzucało  mi  się  w  oczy.  Był  to  typowy  pokój 

hotelowy,  urządzony  dokładnie  tak  samo,  jak  inne  pokoje  w  prowincjonalnych  angielskich 

hotelach z pewnymi pretensjami do elegancji: szerokie łóżko, stylowa komoda, nocny stolik z 

lampą przysłoniętą abażurem kremowej barwy i nieciekawy widoczek na ścianie. 

- Palisz? - spytałem w końcu. 

- Nie. 

- Ja  też  nie,  a  szkoda,  bo  gdybyśmy  palili  i  gdybym  miał  przy  sobie  papierosy, 

mógłbym  cię  poczęstować,  a  potem  usiedlibyśmy  naprzeciwko  siebie  i  palili  w  milczeniu 

przez kilka minut, ja zaś nie czułbym, że muszę koniecznie coś powiedzieć. I może przez tych 

background image

kilka  minut zdołałbym  wymyślić  jakąś  niezwykle  zabawną  anegdotę.  A  tak…  -  Rozłożyłem 

bezradnie  ręce.  -  W  głowie  mam  kompletną  pustkę.  Wiem  tylko,  że  ogromnie  mi  się 

podobasz. 

Carrie postąpiła krok bliżej. 

- Zauważyłam, że nowożeńcy nie pocałowali się w kościele, i wydało mi się to bardzo 

dziwne. W Ameryce nowożeńcy zawsze się całują na koniec ceremonii. 

- Rzeczywiście, znam to z amerykańskich filmów. U was, kiedy jest już po wszystkim, 

pastor mówi do pana młodego, że teraz może pocałować pannę młodą. Ale tu ta moda jeszcze 

nie dotarła. My, Anglicy, jesteśmy bardzo konserwatywni. 

- Wiesz, zawsze się boję, że kiedy stanę przed ołtarzem i nadejdzie ta chwila, gdy mój 

ś

wieżo  poślubiony  małżonek  będzie  miał  mnie  pocałować,  dam  się  ponieść  uczuciom  i 

posunę się za daleko. 

- Co rozumiesz przez „za daleko”? - spytałem cicho, robiąc krok w jej stronę. 

- Sama nie wiem… Chyba… - Carrie też przysunęła się bliżej i musnęła mi wargami 

policzek. - Chyba taki pocałunek byłby jak najbardziej na miejscu. 

- Zgadzam się w zupełności. 

Staliśmy tak blisko siebie, że czułem zapach jej perfum i ciepło bijące od jej ciała. 

- A  nie  wydał  ci  się  zbyt  zimny?  -  zapytała  z  leciutkim  uśmiechem.  -  Może  taki…  - 

pocałowała mnie lekko w usta - …byłby bardziej właściwy? 

- Rzeczywiście  -  przyznałem  głosem  niewiele  donośniejszym  od  szeptu.  -  Chociaż 

zbliżamy się niebezpiecznie do granicy, której nie należy przekraczać… 

Mówiąc to, przysunąłem usta do warg Carrie, które rozchyliły się pod naporem moich. 

Czułem ich niewiarygodną miękkość i jakby poziomkowy smak. Wsunąłem jedną rękę w jej 

włosy, poczułem na plecach jej dłonie. 

- …przynajmniej  w  kościele  -  dokończyłem,  kiedy  po  dłuższym  czasie  przerwaliśmy 

pocałunek. 

Zaśmiała się  cicho, po  czym znów zaczęła się ze mną całować.  I nie zaprotestowała, 

kiedy delikatnymi ruchami począłem rozpinać jej bluzkę. 

- A  teraz…  nie  myślisz,  że  pastor  byłby  zły,  gdyby  sprawy  wymknęły  mu  się  tak 

dalece spod kontroli? - zapytałem jakiś czas później. 

Znów zaśmiała się cicho i tylko mocniej do mnie przytuliła. Leżeliśmy oboje nadzy na 

jej  łóżku  i  właśnie  mieliśmy  zacząć  się  kochać.  Ale  ja  jeszcze  nigdy  nie  kochałem  się  z 

dziewczyną na pierwszej randce; czułem się dziwnie nieswój, zdenerwowany, spięty, i tak jak 

wcześniej brakowało mi słów, tak teraz nie umiałem przestać mówić. 

background image

- Chyba  byłby  bardzo  zły  -  kontynuowałem.  -  Coś  takiego  pasuje  nie  do  zaślubin  w 

kościele,  lecz  do  miodowego  miesiąca.  A  wiesz,  dlaczego  miesiąc  miodowy  nazywa  się 

miodowym miesiącem? 

- Nie - szepnęła, łaskocząc mnie w ucho. 

- Bo kiedyś na księżyc mówiło się miesiąc. Chodzi o to, że facet po raz pierwszy widzi 

tyłek  swojej  wybranki,  który  zgodnie  z  dawnymi  kanonami  urody  powinien  wyglądać  jak 

miesiąc, czyli księżyc, w pełni. A „miodowy” dlatego, że jest to bardzo słodki widok. 

- Zabawny jesteś - powiedziała Carrie. - I bardzo cię lubię, wiesz? Ale teraz nie mów 

już nic więcej, dobrze? 

I uciszyła mnie, obejmując mocno i wsuwając mi język między wargi. 

Obudził  mnie  zgrzyt  zaciąganego  zamka  błyskawicznego.  Kiedy  wolno  otworzyłem 

oczy, zobaczyłem Carrie, która w pełni ubrana, właśnie kończyła dopinać torbę podróżną. W 

porannych  promieniach  słońca  wpadających  przez  okno  wyglądała  jeszcze  piękniej  niż 

wczoraj. Patrzyłem na nią przez chwilę, nadal otumaniony snem, nie bardzo wiedząc, co się 

dzieje. 

- Dlaczego  się  pakujesz?  -  spytałem  w  końcu,  przecierając  oczy  wierzchem  dłoni  i 

unosząc się nieco w pościeli. 

- Muszę jechać - odparła. 

- Dokąd? 

- Do Ameryki. O drugiej mam samolot. 

- To  istna  tragedia!  -  zawołałem,  teatralnym  gestem  wyrzucając  w  górę  ramiona  i 

opadając z powrotem na poduszki. 

- Zanim  wyjadę,  chcę  cię  spytać  o  jedno:  uważasz,  że  kiedy  najlepiej  ogłosić 

zaręczyny? 

Poczułem się tak, jakby wylała na mnie kubeł zimnej wody. 

- Czyje zaręczyny? - spytałem niepewnie. 

- Jak to czyje? - zdziwiła się. - Nasze! Przecież przespaliśmy się ze sobą, więc chyba 

mam  prawo  oczekiwać,  że  się  ze  mną  ożenisz.  Chyba…  chyba  nie  zamierzałeś  mnie 

wykorzystać i porzucić? 

Zgłupiałem. I poczułem, jak lodowate ciarki przechodzą mi po grzbiecie. Tej ślicznej 

dziewczynie  naprawdę  odbiło!  Jak  jej  wytłumaczyć,  że  nie  zamierzałem  się  z  nią  żenić? 

Podobała mi się, poszedłem z nią do łóżka i fakt, było nam cudownie, kiedyśmy się kochali, 

ale bez przesady; to jeszcze nie powód, żeby się od razu żenić! Poza tym zawsze myślałem, 

ż

e Amerykanie są bardziej wyzwoleni od nas, ale może - przemknęło mi przez głowę - Carrie 

background image

należy do amiszów czy jakiejś innej zwariowanej staromodnej sekty? 

- Słuchaj,  małżeństwo  to  poważny  krok  -  zacząłem,  siląc  się  na  spokojny  ton,  choć 

wszystko we mnie wrzało. - Trzeba się poważnie zastanowić, żeby nie popełnić błędu. Znamy 

się bardzo krótko, więc… - Podniosłem na nią wzrok i zobaczyłem, że uśmiecha się od ucha 

do ucha. Dopiero wtedy przejrzałem na oczy. - Żartowałaś! - zawołałem. 

Skinęła głową i roześmiała się w głos. 

- O  Boże!  Przez  moment  myślałem,  że  jakimś  cudem  znalazłem  się  w  Fatalnym 

zauroczeniu,  wiesz,  tym  filmie  z  Glenn  Close  i  Michaelem  Douglasem.  I  że  jak  wrócę  do 

domu, okaże się, że wsadziłaś do pieca mojego ukochanego królika… 

- Nic się nie bój - powiedziała. - Chociaż bardzo możliwe, że oboje marnujemy w tym 

momencie wyjątkową szansę. Cześć! 

Mrugnęła do mnie, wzięła torbę i wyszła z pokoju. Miałem ochotę za nią biec, ale po 

pierwsze,  nie  lubię  uganiać  się  nago  za  dziewczynami  po  hotelowych  korytarzach,  a  po 

drugie, nie bardzo wiedziałem, co jej powiedzieć. To, że było nam razem świetnie, wiedziała 

sama. 

Opuściłem głowę na poduszkę, przekręciłem się na bok i po chwili zapadłem w błogi 

sen. 

background image

II. 

TRZY MIESIĄCE PÓŹNIEJ 

Nie ma dwóch zdań, że facet, który wynalazł budziki, od dawna smaży się w piekle. I 

dobrze  mu  tak;  myślę,  że  na  niczyją  głowę  nie  sypie  się  co  rano  tyle  przekleństw.  Kiedyś, 

zaintrygowany  kim  był  ten  gość  -  jakimś  pomylonym  wynalazcą,  któremu  zdawało  się,  że 

zostanie  dobroczyńcą  ludzkości  -  postanowiłem  dowiedzieć  się  o  nim  czegoś  więcej  i 

sięgnąłem do encyklopedii. Okazało się jednak,  że nie wiadomo, kto pierwszy skonstruował 

budzik - czy też „budzidło”, bo tak zwano wcześniej to diabelskie urządzenie - w tej postaci, 

w  jakiej  znamy  go  obecnie.  Zaczęło  się  całkiem  niewinnie  od  repetierów,  czyli  niedużych 

zegarków, które za naciśnięciem sprężyny wybijały godziny, a nawet kwadranse lub minuty. 

Chodziło  o  to,  żeby  można  było  sprawdzić  godzinę  po  ciemku  bez  rozniecania  ognia  za 

pomocą krzemienia i krzesiwa, bowiem zapałek wówczas jeszcze nie wynaleziono. 

Ale prawdziwym prekursorem budzika była po prostu dzwonnica. Zanim wymyślono 

zegary  mechaniczne,  do  odmierzania  czasu  służyły  zegary  słoneczne  i  klepsydry  na  piasek 

albo  wodę.  Starożytnym  było  właściwie  wszystko  jedno,  jaka  akurat  jest  pora;  w  Grecji  i 

Rzymie  dzielono  zresztą  dzień  i  noc  na  dwanaście  godzin  każde,  licząc  od  wschodu  do 

zachodu  słońca,  tak  więc  latem  godziny  były  dłuższe,  a  zimą  krótsze.  I  słusznie,  bo  zimą 

najprzyjemniej jest długo sypiać. 

Dopiero  chrześcijańskie  średniowiecze  dostało  hopla  na  punkcie  punktualności. 

Zaczęło  się  od  wprowadzenia  kanonicznych  pór  modlitw.  Specjalnie  wyznaczony  mnich 

dyżurował  przy  klepsydrze,  po  czym  o  piątej  rano  biegł  do  dzwonnicy  i  ciągnął  za  sznury, 

stawiając  na  nogi  całą  okolicę.  Ale  ponieważ  klepsydry  były  dość  niedokładnymi 

urządzeniami  do  pomiaru  czasu,  godziny  wypadały  w  każdym  kościele  o  nieco  innej  porze; 

na  przykład  w  Paryżu  dzwony  przez  cały  dzień  biły  co  kilka  minut.  Król  Francji  Karol  V, 

któremu  nie  dawały  rano  spać,  tak  się  w  końcu  zirytował,  że  w  1370  roku  zainstalował  na 

swoim pałacu jeden z pierwszych zegarów mechanicznych i rozkazał, aby zsynchronizowano 

z  nim  wszystkie  inne  zegary  oraz  bicie  dzwonów.  Odtąd  o  piątej  budziła  króla  straszliwa 

kakofonia,  lecz  mógł  przynajmniej  wsadzić  głowę  pod  poduszkę  i  po  chwili  zasnąć  z 

powrotem. Nic dziwnego, że przeszedł do historii jako Karol Mądry. 

Budzik  ma  jednak  tę  wyższość  nad  kościelnymi  dzwonami,  że  można  go  po  prostu 

wyłączyć.  Jak  już  mówiłem,  z  biegiem  lat  nabrałem  takiej  wprawy,  że  wyłączam  go  przez 

sen, gdy tylko zaczyna terkotać. Oczywiście, nie czynię tego świadomie; to podświadomość - 

background image

w trosce o moje zdrowie i urodę, bo podobno sen jest dla nich najważniejszy - pilnuje, żebym 

się  dobrze  wysypiał.  Tak  jak  wszystkich  śpiochów  spotykają  mnie  z  tego  powodu 

nieprzyjemności  w  pracy;  mam  za  to  szansę  być  w  przyszłości  całkiem  dziarskim  i 

przystojnym 

staruszkiem. 

Chyba 

ż

wcześniej 

wpadnę 

pod 

samochód… 

Bo 

choć podświadomość  nauczyła  się  już  wygrywać  z  budzikiem,  z  rozpędzonym  samochodem 

nadal nie ma szans. Może z braku doświadczenia? W końcu budzik nastawiamy codziennie, a 

pod samochód na ogół wpadamy raz. I to też nie wszyscy, zaledwie niewielki procent… 

- O kurwa! - zawołałem, kiedy wreszcie obudziłem się sam i spojrzałem na tarczę. 

Było dwadzieścia po dziesiątej, a o jedenastej mieliśmy być ze Scarlett na ślubie! 

Zerwałem  się  z  łóżka  i  od  razu  w  piżamie  pognałem  budzić  Scarlett.  Pchnąłem  na 

oścież  drzwi  jej  pokoju,  wpadłem  do  środka  i  stanąłem  jak  wryty.  Nie  dbam  specjalnie  o 

porządek, ale bałagan, jaki panuje u Scarlett, zaskakuje mnie za każdym razem, kiedy do niej 

wchodzę.  Na  podłodze  piętrzyły  się  rzucone  byle  jak  na  stos  sukienki,  bluzki,  bielizna  i 

pończochy;  obok  poniewierały  się  płyty,  gazety,  pisma,  brudne  talerze,  szklanki,  a  nawet 

ogryzki.  Nadepnąłem  niechcący  na  leżącą  na  mojej  drodze  maskotkę,  pluszowego  pieska, 

który zapiszczał tak głośno, że aż podskoczyłem. Hałas zbudził Scarlett; oderwała  głowę od 

poduszki, przecierając zaspane i zalepione maskarą oczy. 

- Co… co się stało? - zapytała niemrawo. 

- Jak to co?! Spójrz na zegarek, na miłość boską! - zawołałem. 

Scarlett  wyciągnęła  w  bok  rękę,  wzięła  ze  stolika  nocnego  wielki  różowy  budzik  z 

myszką Miki na tarczy i podsunęła go sobie pod nos. 

- O kurwa! - zawołała, gwałtownie siadając na łóżku. - Spóźnimy się na ślub! 

- Zdążymy,  jeśli  się  pospieszysz  -  powiedziałem.  -  Ja  wskakuję  pod  prysznic,  a  ty 

wstawaj! 

Ogoliłem się najszybciej, jak umiałem, po czym wziąłem gorący prysznic i owinąwszy 

się ręcznikiem, wybiegłem mokry z łazienki, żeby Scarlett też mogła się wykąpać. Dopiero w 

pokoju wytarłem się do  sucha, po czym włożyłem czyste  gatki i skarpetki, a następnie białą 

koszulę  i  szarą  kamizelkę.  Zawiązałem  pod  szyją  ciemny  krawat  w  pomarańczowe  koła, 

wciągnąłem spodnie i z frakiem przerzuconym przez ramię przeszedłem do kuchni. 

Znad opiekacza unosiły się gęste kłęby dymu. Najwyraźniej Scarlett wsunęła do niego 

kromkę  pieczywa  ,  zanim  pobiegła  się  umyć  Wyłączyłem  urządzenie,  wyjąłem  spaloną 

grzankę,  po  czym  nalałem  sobie  szklankę  soku  pomarańczowego  z  dzbanka  stojącego  w 

lodówce. Zwykle wolę z rana kawę, ale tym razem nie było czasu na parzenie. 

- Tost ci sie spalił - powiedziałem do Scarlett, kiedy otulona szlafrokiem zjawiła się w 

background image

kuchni. 

- Nie szkodzi - oznajmiła. - Ostatnio czytałam, że węgiel jest bardzo zdrowy. 

Posmarowała  czarną  kromkę  grubą  warstwą  dżemu  zajadać  z  wielkim  apetytem.  Ja 

tymczasem dopiłem sok spojrzałem na zegarek. 

- Za kwadrans jedenasta. Nie jest źle, mamy jeszcze kupę czasu! 

- Dobrze  ci.  mówić!  -  zawołała  Scarlett.  -  Ale  ja  jestem  druhną!  Muszę  być 

punktualnie! 

Cisnęła do ziewu napoczętą grzankę i pognała się ubrać. 

Dosłownie dwie minuty później wybiegliśmy przez frontowe drzwi. Ja wkładałem po 

drodze  frak,  a  Scarlett  długą,  falbaniastą  suknię  z  atłasu  w  brzoskwiniowym  kolorze;  panna 

młoda bowiem zażyczyła sobie, żeby druhny wystąpiły w kreacjach jej ulubionej barwy. 

- Bierzemy  taksówkę,  czy  jedziemy  moim  wozem?  -  zapytała  w  biegu  Scarlett; 

wiedziała, że nie możemy jechać volvo, bo właśnie po raz kolejny stało w warsztacie. 

- Taksówkę  -  zadecydowałem.  -  Nie  ma  sensu  tracić  czasu  na  szukanie  miejsca  do 

parkowania. 

Zaczęliśmy  się  rozglądać  nerwowo  po  naszej  bądź  co  bądź  ruchliwej  ulicy,  ale  nie 

mogliśmy wypatrzyć ani jednej wolnej taksówki. 

- Lepiej jedźmy twoim wozem - postanowiłem w końcu. 

Rzuciliśmy się pędem w stronę mini coopera, ale już z daleka dojrzeliśmy wielką żółtą 

blokadę  na  przednim  kole  od  strony  chodnika.  Scarlett  nie  zapłaciła  dwóch  mandatów  pod 

rząd za złe parkowanie, więc służba drogowa najwyraźniej uziemiła ją na dobre. Prawdziwy 

pech! 

- O kurwa! - zawołaliśmy oboje, zatrzymując się obok wozu. 

- W tył zwrot i biegiem do kościoła! - zakomenderowałem po chwili. - Nie ma sensu 

tracić czasu na łapanie taksówki, bo spóźnimy się na pewno! 

Scarlett  skinęła  głową,  podkasała  brzoskwiniową  suknię  i  ruszyła  ulicą  takim 

sprintem,  że  musiałem  bardzo  szybko  przebierać  nogami,  żeby  dotrzymać  jej  tempa. 

Pędziliśmy ile tchu przez miasto, przebiegając jezdnie na czerwonych światłach i bynajmniej 

nie przejmując się trąbieniem rozzłoszczonych kierowców, którzy musieli hamować, żeby nas 

nie  rozjechać.  Przed  samym  kościołem  przegoniliśmy  parę  biegaczy  w  dresach;  musieliśmy 

stanowić  niecodzienny  widok,  pędząc  tak  na  złamanie karku  w  eleganckich  strojach,  bo 

ludzie  stawali  i  gapili  się  na  nas  W  pewnym  momencie  od  sukni  Scarlett  odpadł  kawa! 

materiału; chciałem zatrzymać się i go podnieść, ale mnie powstrzymała. 

- Mie warto! - zawołała zasapana. - Ta kiecka jest taka obszerna, nikt nie zauważy, że 

background image

czegoś jej brak! 

Wreszcie, spoceni i zziajani, dobiegliśmy do kościoła, akurat w chwili, kiedy dzwony 

na  wieży  zaczęły  wybijać  jedenastą.  Na  ulicy  stała  elegancka  limuzyna,  z  której  właśnie 

wysiadała  panna  młoda.  Scarlett  pomknęła  w  jej  stronę,  żeby  towarzyszyć  jej  podczas 

uroczystego wejścia do kościoła, ja zaś wbiegłem szybko po schodach, biorąc po dwa stopnie 

naraz, i wpadłem do środka dostojnej świątyni przez szeroko otwarte, bogato rzeźbione drzwi. 

Zatrzymałem  się  za  progiem,  zdumiony  przepychem  wnętrza,  liczbą  obrazów,  rzeźb, 

złoceń, lichtarzy i świec. Rzadko bywam w katolickich kościołach, a świątynie anglikańskie 

są  znacznie  ubożej  wyposażone.  W  końcu  ruszyłem  główną  nawą  w  stronę  ołtarza, 

rozglądając  się  dyskretnie  na  boki.  Kiedy  ujrzałem  w  jednej  ławce  Fionę  i  Garetha,  a  w 

rzędzie przed nimi Matthewa i Davida, podszedłem i stanąłem obok brata. 

Nie rozumiem, jak to się dzieje, że oni zawsze zjawiają się punktualnie, a ja i Scarlett 

za każdym razem się spóźniamy. 

- Cześć  -  powiedziałem,  obracając  się  do  Fiony  i  Garetha.  -  Gdyby  nie  te  cholerne 

korki, bylibyśmy ze Scarlett przed wami! 

Popatrzyli na mnie z niedowierzaniem, a potem parsknęli śmiechem. 

- No  dobra,  śmiejcie  się,  śmiejcie.  Ale  przypomnijcie  mi,  kto  się  dziś  żeni  - 

poprosiłem. 

Znów parsknęli śmiechem. 

W ostatnim czasie tyle znajomych par decydowało się stanąć na ślubnym kobiercu, że 

naprawdę łatwo się było pomylić, kto się akurat pobiera. Wiedziałem jednak znakomicie, że 

zaraz  odbędzie  się  ślub  Bernarda,  przyjaciela  Toma,  oraz  Lydii,  pulchnej,  błękitnookiej 

szatynki, która była druhną Laury, kiedy ta na początku maja wychodziła za Angusa. Lydia i 

Bernard widywali się regularnie od wesela Angusa i Laury i w końcu również postanowili się 

pobrać.  Jak  się  Bernard  zwierzył  Tomowi,  nawet  mu  się  nie  śniło,  że  istnieją  dziewczyny  o 

tak gorącym temperamencie jak Lydia. Podobno po powrocie do Londynu z wesela w Stoke 

Clandon przez trzy dni i trzy noce w ogóle nie wstawali z łóżka. Bernard twierdził, że jeszcze 

nie było mu tak dobrze z żadną dziewczyną, a i Lydia też uważała - jak mówiła mi Fiona - że 

jeśli chodzi o seks, są po prostu stworzeni dla siebie. W głowie mi się nie mieściło, że akurat 

w tej dwójce drzemią aż tak silne namiętności! 

Spojrzałem  w  stronę  ołtarza.  Trochę  w  lewo  od  niego  stał  młody  ksiądz  w  krzywo 

nałożonym ornacie. To zerkał w mszał, to poruszał nerwowo ustami, jakby w ostatniej chwili 

uczył  się  na  pamięć  tekstu  mszy.  Kiedy  przyjrzałem  mu  się  bliżej,  rozpoznałem  Geralda, 

księdza,  z  którym  Fiona  rozmawiała  na  weselu  Angusa  i  Laury.  Powiedział  jej  wtedy,  że 

background image

dopiero niedawno został wyświęcony i jeszcze nie udzielał ślubów. Widocznie nauczył się to 

robić  w  ciągu  trzech  miesięcy,  jakie  minęły  od  tamtego  dnia,  pomyślałem.  W  końcu  nie 

powierzono  by  tak  eleganckiego  ślubu  jakiemuś nowicjuszowi, żeby  spartaczył  robotę.  Tym 

bardziej,  że  na  rzeźbionej  ławie  ciągnącej  się  wzdłuż  ściany  kościoła  po  prawej  stronie 

prezbiterium  ujrzałem  kardynała  i  dwóch  biskupów,  zapewne  krewnych  panny  młodej  albo 

pana młodego. 

W  tym  momencie  zamachał  do  mnie  Tom,  który  stał  nieco  za  Bernardem  w  pobliżu 

ołtarza.  Przypomniałem  sobie,  jak  mi  mówił  z  dumą,  że Bernard poprosił go, by został jego 

drużbą. 

Tom był zachwycony swoją rolą. Najpierw wskazał ręką na nową fryzurę (nie był to 

całkiem  tak  modny  wśród  nastolatków  indiański  czub,  ale  prawie),  potem  poklepał  się  po 

kieszonce kamizelki, wyjął z niej dwie obrączki i mi je pokazał. Pokiwałem z aprobatą głową, 

a wtedy Tom schował obrączki i podniósł do góry oba kciuki. Duma go wręcz rozsadzała. 

Rozległy się pierwsze tony „Wjazdu królowej Saby” Handla i do kościoła wkroczyła 

Lydia,  prowadzona  przez  ojca,  dystyngowanego,  siwego  starszego  pana.  Miała  na  sobie 

niewiarygodnie  bogato  zdobioną  koronkową  białą  suknię,  z  dziesięć  razy  bardziej  obszerną 

niż brzoskwiniowe kreacje Scarlett i drugiej dorosłej druhny, które szły o krok z tyłu. Oprócz 

nich  za  panną  młodą  postępowały  dwie  dziewczynki  w  wieku  siedmiu,  ośmiu  lat,  też  w 

brzoskwiniowych sukniach, oraz dwóch małych paziów, którzy nieśli tren sukni Lydii. Kiedy 

niewielki  pochód  doszedł  powoli  do  ławki,  w  której  stałem,  posłałem  Scarlett  przyjazny 

uśmiech.  Bądź  co  bądź  jej  występ  w  roli  druhny  na  ślubie  arystokratycznej  Lydii  był 

znacznym sukcesem towarzyskim. 

Jednak cały efekt psuł widok sukni Scarlett od tyłu. Myliła się bowiem mówiąc, że nie 

warto podnosić z ziemi kawałka materiału, który odpadł od sukni podczas naszego szalonego 

biegu. Wbrew temu, co sądziła, jego brak był aż nadto widoczny: miała z tyłu nie zamierzony 

dekolt, który odsłaniał nie tylko całe plecy, ale również górną połowę majtek, błękitnych jak 

niebo w pogodny letni dzień. 

Kiedy  pochód  doszedł  do  końca  nawy,  Lydia  zatrzymała  się  u  boku  Bernarda,  a  jej 

ojciec  cofnął  się  i  usiadł  w  najbliższej  ławce.  Bernard  popatrzył  na  swoją  wybrankę  z  taką 

miłością  i  pożądaniem,  że  na  serio  się  przeraziłem,  czy  zaraz  nie  rzuci  się  na  nią  na  oczach 

całego zgromadzenia. Sądząc po sposobie, w jaki Lydia na niego patrzyła, wiedziałem, że ona 

również  ledwo  się  powstrzymuje.  Pierwszy  raz  widziałem  parę  narzeczonych  obrzucających 

się  aż  tak  namiętnymi  spojrzeniami;  pasowali  mi  nie  tyle  do  szacownego  obrządku  w 

chrześcijańskiej świątyni, co do pogańskich Saturnalii. 

background image

Kiedy państwo młodzi uklękli przed ołtarzem, muzyka organowa na moment ucichła, 

po czym znów rozbrzmiała. Kapłan zaintonował hymn, który podjęła tylko część zebranych. 

Większość  obecnych  była  wyznania  anglikańskiego,  więc  nie  znała  słów  i  wolała  milczeć. 

Jeden  Gareth,  choć  też  nie  znał  hymnu,  włączał  się  z  entuzjazmem  i  śpiewał  dudniącym 

basem,  ilekroć  domyślał  się  dalszych  słów  pieśni.  Widziałem,  jak  dwaj  biskupi  z  aprobatą 

patrzą w naszą stronę. Najwyraźniej doceniali jego wysiłki. 

- W Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego - powiedział ksiądz Gerald drżącym głosem, 

kiedy hymn dobiegł końca. - Amen. 

- Amen - powtórzyli chóralnie zebrani; tyle umieli wszyscy. 

- Kochani  bracia  i  siostry,  mód  -  mód  -  módlmy  się  -  kontynuował  wyraźnie 

zdenerwowany  kapłan.  -  Boże,  Tyś  pouczył  ser  -  serca  wiernych  świa  -  światłem  Druha… 

przepraszam, Ducha - Świętego: daj nam w tymże Zuchu… przepraszam, Duchu - poznać, co 

jest pra - pra - prawe i po - pociechą Jego zawsze się weselić. Przez Chrystusa, Pana naszego. 

Amen. 

- To jego pierwszy ślub - szepnął do mnie Matthew. - Jest kuzynem Lydii. 

- Rozumiem - powiedziałem, kiwając głową. 

Spojrzałem  za  siebie  na  Garetha,  który  uśmiechał  się  od  ucha  do  ucha,  najwyraźniej 

ubawiony kłopotami księdza. Mrugnął do mnie wesoło, kiedy zobaczył, że na niego patrzę. 

Ksiądz Gerald zwrócił się tymczasem do Bernarda: 

- Bernardzie Godfreyu… 

- Geoffreyu… - poprawił go szeptem Bernard. 

- Bernardzie Geoffreyu Belaney… 

- Delaney… - szepnął Bernard. 

- Bernardzie  Geoffreyu  Delaney…  -  wyrecytował  ksiądz  i  zerknął  pytająco  na 

Bernarda,  żeby  się  upewnić,  czy  znów  czegoś  nie  przekręcił.  Gdy  ten  skinął  głową,  kapłan 

mówił dalej: - Czy masz dobrą i nieprzymuszoną wolę tę Libię John Hibbott, którą tu przed 

sobą widzisz, za małżonkę sobie pojąć? 

Bernard  spojrzał  na  Lydię  i  zawahał  się,  bo  przecież  chciał  się  ożenić  z  nią,  a  nie  z 

północnoafrykańskim państwem bogatym w ropę naftową albo z jakimś Johnem. 

- Mam, ale Lydię Jane Hibbott - odparł w końcu. 

Kapłan kiwnął głową, po czym zwrócił się do Lydii z podobnym pytaniem, na wszelki 

wypadek ograniczając się tylko do podania pierwszych imion obojga zainteresowanych: 

- Lydio, czy masz dobrą i nieprzymuszoną wolę tego Bernardyna… 

Gareth  zarechotał  głośno,  więc  ksiądz  spojrzał  zdziwiony  w  naszą  stronę,  ale  mówił 

background image

dalej, nie zorientowawszy się, o co chodzi. 

- …którego tu przed sobą widzisz, za małżonka sobie pojąć? 

- Mam - powiedziała Lydia. 

- Bóg  wszechmogący  niech wam u - udzieli Swej laski… przepraszam, łaski, aby to, 

co u - u - usty wypowiadać będziecie, było zasadą całego życia waszego - wydukał ksiądz. 

- Amen - powiedzieli obecni. 

I  tak  to  mniej  więcej  szło  przez  całą  ceremonię.  Ksiądz,  czerwony  na  twarzy  jak 

burak, jąkał się i co rusz mylił ze zdenerwowania, zarówno kiedy błogosławił obrączki, jak i 

kiedy wkładał je na palce oblubieńców. Ostatecznie jednak Bernard i Lydia powtórzyli za nim 

słowa  przysięgi  małżeńskiej,  ksiądz  odmówił  jeszcze  jakąś  modlitwę,  odśpiewano  jeszcze 

jeden hymn i wreszcie było po wszystkim. 

Ogromnie  współczułem  młodemu  kapłanowi;  na  jego  miejscu  najchętniej  zapadłbym 

się  ze  wstydu  pod  ziemię,  ale  on  sam  był  wyraźnie  z  siebie  zadowolony.  Może  się  biedak 

wcześniej  bał,  że  pójdzie  mu  jeszcze  gorzej?  A  może  poczuł  ulgę,  że  jednak  zdołał  jakoś 

dobrnąć  do  końca  ceremonii  i  ma  ją  już  za  sobą?  W  każdym  razie  uśmiechnął  się  szeroko  i 

ukłonił wiernym, niczym aktor na scenie. 

Gareth natychmiast zaczął klaskać, a inni najpierw ociągali się chwilę, a potem poszli 

w jego ślady. Ksiądz znów się ukłonił, Bernard i Lydia również, my zaś wstaliśmy z miejsc i 

biliśmy brawo jak szaleni. Należało im się! 

Przyjęcie  weselne  odbywało  się  w  „Holbein  Hotel”,  jednym  z  najelegantszych 

londyńskich  hoteli  wynajętym  w  całości  przez  rodziców  Lydii  na  tę  uroczystą  okazję. 

Scarlett,  Fiona,  Tom,  Gareth,  Matthew,  David  i  ja  dojechaliśmy  na  miejsce  land  roverem 

Toma, który zostawiliśmy na parkingu, specjalnie zarezerwowanym dla gości młodej pary. 

Weszliśmy  razem  do  obszernego  hallu,  gdzie  na  dużym  stole  przybyli  wcześniej 

goście  kładli  właśnie  prezenty.  Rozpoznałem  wśród  nich  George'a,  łysego  i  otyłego 

nudziarza,  który  na  ślubie  Angusa  i  Laury  chciał  ze  mną  pic  do  rana  w  „Szczęśliwym 

ż

eglarzu”. Skinął mi głową, postawił na stole okazały pakunek owinięty papierem firmowym 

jednego z najdroższych londyńskich sklepów po czym poszedł dalej szerokim korytarzem. Ja 

na  śmierć  zapomniałem  o  prezencie,  więc  nie  położyłem  nic,  natomiast  moi  przyjaciele 

zostawili  na  stole  niewielkie  upominki. Już  ruszaliśmy  dalej,  kiedy  nagle  Otretb  cofnął  się  i 

zamienił wizytówki na swoim prezencie i George'a. 

- Ciekawe, co teraz dostaną ode mnie - powiedział rechocząc. - Bo wiem, co od tego 

nadętego bubka: szklaną popielniczkę! 

Pognał przed siebie. 

background image

- Wiesz, Gareth bardzo często to robi - rzekł do mnie konfidencjonalnie Matthew. - I 

potem  śmieje  się  w  kułak,  szczęśliwy  jak  dziecko,  któremu  udało  się  spłatać  dobrego  figla, 

kiedy nowożeńcy dzwonią podziękować mu za wspaniały prezent! 

W następnej sali rodzice państwa młodych witali gości i przyjmowali życzenia. Kiedy 

ustawiliśmy  się  w  kolejce,  podszedł  do  nas  odziany  w  czerwony  frak  mistrz  ceremonii  i 

każdego z osobna poinformował dyskretnie, że lord Hibbott jest ciut głuchawy. 

Szkopuł  w  tym,  że  uznał,  iż  wszyscy  wiemy,  który  z  dwóch  starszych  panów  jest 

ojcem  Lydii.  I  fakt,  mogliśmy  to  zapamiętać  z  kościoła,  bo  w  końcu  tylko  jeden  z  nich 

prowadził pannę młodą do ołtarza. Ja zapamiętałem, ale Matthew i Gareth najwyraźniej nie. 

Albo patrzyli wyłącznie na Lydię, albo byli zajęci czym innym. W każdym razie podchodząc 

do stojącego na początku powitalnego szeregu ojca Bernarda, sir Johna Delaney, Matthew od 

razu podniósł głos. 

- WSPANIAŁY ŚLUB! OGROMNIE MI SIĘ PODOBAŁ! - zawołał. 

- Dziękuję - odpowiedział zdziwiony starszy pan. Po chwili podszedł do niego Gareth. 

- BRAWO! CZUŁEM SIĘ JAK W NIEBIE! - ryknął. 

- Cieszę  się  -  rzekł  starszy  pan,  patrząc  na  niego  takim  wzrokiem,  jakby  miał  do 

czynienia z wariatem. 

Matthew przesunął się już do ojca Lydii. 

- Kościół wyglądał przepięknie - powiedział. 

- Prawda? Też tak uważam. Krawiec spisał się na medal - rzekł lord Hibbott. 

- Pański syn to bardzo przystojny młodzieniec - pogratulował mu z kolei Gareth. 

- Też…  też  lubię  śledzie  w  śmietanie  -  powiedział  niepewnie  lord  Hibbott,  posyłając 

wściekłe  spojrzenie  w  stronę  mistrza  ceremonii,  zły,  że  nie  uprzedza  gości,  iż  mają  mówić 

nieco głośniej. 

Stałem z Fioną i Scarlett z boku, skręcając się ze śmiechu, gdy wtem do ojca Bernarda 

podszedł ksiądz Gerald. Biorąc przykład z Matthewa i Garetha, również wytężył płuca: 

- NA PEWNO JEST PAN OGROMNIE SZCZĘŚLIWY! 

Starszy pan w końcu nie wytrzymał. 

- PROSZĘ  SOBIE  NIE  STROIĆ  ZE  MNIE  GŁUPICH  ŻARTÓW  I  NIE 

KRZYCZEĆ!  -  wrzasnął.  -  WYPRASZAM  SOBIE!  ŻE  TEŻ  KSIĘDZA  TRZYMAJĄ  SIĘ 

TAKIE KAWAŁY! 

Ksiądz Gerald zbaraniał. 

- Prze - przepraszam bardzo… - wydukał. - Naj - najmocniej przepraszam… 

Na sali, w której odbywała się pierwsza część przyjęcia, było pełno gości. Największy 

background image

ś

cisk panował wokół uśmiechniętych nowożeńców, do których wszyscy chcieli się dopchać, 

ż

eby  złożyć  im  życzenia.  Wzięliśmy  z  Matthewem  i  Garethem  po  kieliszku  szampana  z  tac 

roznoszonych przez kelnerów i stanęliśmy nieco z boku. 

- Mam nową teorię na temat tego, dlaczego ludzie się pobierają - oświadczył Gareth. - 

Zakochują się i zamieszkują razem, po czym pewnego pięknego dnia nagle łapią się na tym, 

ż

e  nie  mają  sobie  nic  więcej  do  powiedzenia.  Wpadają  w  okropną  panikę,  aż  w  końcu 

facetowi przychodzi do głowy, że z kryzysu jest tylko jedno wyjście. 

- Jakie? - zapytałem. 

- Oświadczyć się swojej partnerce. 

- Jak to? - zdziwił się Matthew. 

- Proste  jak  drut!  Pobiorą  się,  urządzą  wspaniałe  wesele  i  odtąd  będą  mieli  o  czym 

rozmawiać  przez  długie  lata.  -  Gareth  uśmiechnął  się  szeroko  i  pociągnął  kolejny  łyk 

szampana,  po  czym  zwrócił  się  do  Toma,  który  akurat  przechodził  obok:  -  Jak  tam  twoje 

przemówienie, Tom? 

Nasz przyjaciel zmrużył z zadowoleniem oczy. 

- Chyba wypadnie świetnie - oznajmił, podnosząc do góry oba kciuki. - Pisałem je pół 

nocy; powinno zarówno wzruszyć, jak i rozbawić słuchaczy. 

- No to brawo! - pochwalił go Gareth. 

Tom poszedł dalej, kierując się w stronę nowożeńców, a my wróciliśmy do przerwanej 

rozmowy. 

- Ciekawa  teoria,  Gareth  -  powiedziałem.  -  I  jeśli  masz  rację,  to  im  wystawniejsze 

wesele, tym lepiej. 

- Mowa! O takim jak dzisiejsze można gadać do końca życia. 

- Istnieje  co  prawda  i  inna  teoria,  a  mianowicie,  że  ludzie  pobierają  się  z  miłości  - 

rzekł Matthew. - Nie uważacie, że jest bardziej prawdopodobna? 

- Nie! - Gareth i ja krzyknęliśmy zgodnie. 

- Jeśli dwoje ludzi się kocha, wcale nie muszą się pobierać - dodałem. - Na co komu 

papierek? 

- Charles ma rację - poparł mnie Gareth. - Żyjemy przecież w końcówce dwudziestego 

wieku;  w  naszych  czasach  prawdziwa  miłość  absolutnie  nie  wymaga  oficjalnego 

potwierdzenia w kościele, synagodze czy urzędzie stanu cywilnego. Jeżeli ludzie się kochają, 

mogą  po  prostu  z«e  sobą  mieszkać,  jak  my  dwaj.  -  Poklepał  przyjaźnie  Nylatthewa  po 

ramieniu.  -  I  dotyczy  to  w  równej  mierze  tych  jakże  dziwnych  dla  mnie  par  złożonych  z 

przedstawicieli odmiennych płci! 

background image

Parsknąłem śmiechem, po czym opróżniłem kieliszek. 

- Ruszam do baru po coś do picia - oznajmiłem. - Warn też przynieść? 

- Dla mnie koniak, tylko dobry - rzekł Gareth. 

- Wątpię,  żeby  na  tym  weselu  podawano  młodszy  niż  piętnastoletni  -  powiedział 

Matthew. - Więc ja też poproszę koniak. 

Skinąłem  głową  i  zacząłem  przedzierać  się  przez  tłum  w  stronę  baru.  Kiedy  tam 

dotarłem,  okazało  się,  że  po  drinka  ustawiła  się  już  kolejka.  Zająłem  miejsce  na  końcu  i 

zacząłem  przysłuchiwać  się  rozmowie,  jaką  prowadzili  stojący  nie  opodal  Scarlett  i  ksiądz 

Gerald. 

- …nie,  nie,  poszło  ci  znakomicie!  -  Scarlett  najwyraźniej  rozwiewała  wątpliwości 

księdza co do tego, jak się spisał, udzielając pierwszego w swoim życiu ślubu. 

- W takim razie cieszę się ogromnie, bo bałem się, że mogłem coś popsuć - powiedział 

kapłan, skromnie spuszczając oczy. 

- No, wiesz, stary, może i co nieco sknociłeś, ale nie przejmuj się! Zwykle nudzę się 

na ślubach jak mops, a tym razem porządnie się ubawiłam - oświadczyła Scarlett. - Chcę cię 

jednak  spytać  o  coś  z  zupełnie  innej  beczki.  Ksiądz  katolicki  to  mniej  więcej  to  samo  co 

pastor, tyle że nie wolno wam się żenić, tak? 

- Tak, mniej więcej - potwierdził Gerald. 

- No dobra, rozumiem, że nie wolno wam się ochajtnąć z żadną babką, ale co z seksem 

jako takim? No, wiesz, czy wolno wam się… 

- Nie - odparł szybko ksiądz. 

- Szkoda. Tak też sądziłam, ale pomyślałam sobie, że nie szkodzi zapytać. Bo gdybyś 

jednak mógł, no, to wiesz, moglibyśmy się kiedyś umówić. 

- Niestety. - Gerald pokręcił głową. - Naprawdę mi nie wolno… 

Nie  wiem,  jaki  przebieg  miała  ich  dalsza  rozmowa,  bo  akurat  w  tym  momencie 

doszedłem do baru. 

- Poproszę  trzy  koniaki  -  powiedziałem  do  jednego  z  czterech  uwijających  się  za 

kontuarem barmanów. 

- Jakie, proszę pana? - zapytał grzecznie. 

- Hmm.  Zacznijmy  od  „B”.  Balluet,  Barlaam,  Bellabre,  Bergier,  Bouron,  Boutinet… 

Macie któryś? 

Barman  popatrzył  na  mnie  z  szacunkiem.  Cóż,  może  nie  zawsze  stać  mnie  na 

najlepsze koniaki, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żebym się znał na trunkach. 

- Przykro mi, proszę pana - rzekł potrząsając głową. - Jest tylko Camus, Courvoisier, 

background image

Hennessy, Martell i Remy Martin. 

- Niech będzie Remy Martin - zadecydowałem. 

Kiedy  brałem  trzy  pękate  kieliszki,  które  barman  postawił  przede  mną,  nagle  ktoś 

dotknął mojego ramienia. Obejrzałem się i zobaczyłem Carrie. 

- Cześć - powiedziała uśmiechając się. 

- Cześć! 

Nie  widziałem  jej,  odkąd  trzy  miesiące  temu  zostawiła  mnie  rano  w  „Szczęśliwym 

ż

eglarzu”,  żeby  wyjechać  do  Stanów  Zjednoczonych.  Była  jeszcze  piękniejsza,  niż 

pamiętałem. 

- Co u ciebie? - zapytała. 

- Wszystko świetnie! Nie było cię w kościele, prawda? 

- Nie. Spóźniłam się. 

- Słuchaj,  błagam,  tylko  mi  znów  nie  znikaj,  nie  wyjeżdżaj  do  Ameryki,  najlepiej  w 

ogóle nigdzie się stąd nie ruszaj, dopóki nie wrócę, dobrze? - poprosiłem, wciąż trzymając w 

rękach kieliszki z koniakiem. 

- Będę na tarasie - powiedziała. 

- Świetnie! 

Pognałem do Garetha i Matthewa i wręczyłem im kieliszki. 

- Trzymajcie! I ten trzeci też, wypijcie za moje zdrowie! Zobaczymy się znów za sześć 

godzin. 

- Co się stało? - spytał Gareth zdziwiony. 

- Nic, nic, to naprawdę znakomite wesele! Bawcie się dobrze! 

Zbiegłem  po  schodkach  na  taras  i  od  razu  zobaczyłem  Carrie.  Podszedłem  do  niej 

szybko. 

- Cześć!  Wyglądasz  cudownie!  I  wiesz,  chyba  w  ogóle  jesteś  najbardziej  cudowną 

dziewczyną, jaką znam. Co u ciebie? 

- Wszystko układa się jak najlepiej - odparła, jakby nieco sztywno. - Charles, pozwól, 

ż

e przedstawię ci Hamisha, mojego narzeczonego. 

Dopiero  w  tym  momencie  spostrzegłem,  że  nie  jest  sama.  Obok  niej  stał  elegancki 

postawny blondyn około pięćdziesiątki. Miałem wrażenie, że ziemia usuwa mi się spod nóg, 

ale nic nie dałem po sobie poznać. 

- Gratuluję,  Hamish,  gratuluję  -  powiedziałem.  -  Miło  mi  cię  poznać.  Niezmiernie 

ucieszyłem się na widok Carrie, bo nie wiedziałem, że znów jest w Anglii. 

- Nie od razu udało mi się ją przekonać, że po tej stronie Atlantyku, u mojego boku, 

background image

jest jej właściwe miejsce - odparł pewnym siebie tonem Hamish, po czym wyciągnął rękę do 

Carrie.  - Ale chodź, moja droga, obiecałem Jamesowi, że cię przyprowadzę. Jeżeli się zaraz 

nie zjawimy, gotów pomyśleć, że już teraz wymykasz mi się spod kontroli. 

Carrie uśmiechnęła się do niego ciepło i ujęła jego dłoń. 

- Może będziemy mieli okazję porozmawiać później - rzuciła mi na odchodnym. 

Przez  chwilę  stałem  kompletnie  oszołomiony.  Nie  mogłem  uwierzyć,  że  Carrie  ma 

narzeczonego. Ale z drugiej strony,  co ja o niej  w ogóle wiedziałem? Widzieliśmy się tylko 

raz, trzy miesiące temu, na ślubie Angusa i Laury. Wprawdzie poszliśmy do łóżka i było nam 

cudownie, ale co z tego? W obecnych czasach przespanie się jeszcze nic nie znaczy. Zresztą 

ja  sam  potraktowałem  tę  naszą  wspólną  noc  jako  miły,  lecz  jednorazowy  uśmiech  losu,  z 

którego  bynajmniej  nic  nie  wynika  na  przyszłość.  Nie  starałem  się  dowiedzieć  o  Carrie 

czegoś więcej, nie próbowałem zdobyć jej adresu ani numeru telefonu. Pewnie wiązało się to 

z  tym,  że  wróciła  do  Stanów.  Bo  gdyby  mieszkała  w  Londynie  albo  przynajmniej  gdzieś  w 

Anglii,  niewątpliwie  usiłowałbym  się  z  nią  ponownie  zobaczyć.  Chociaż  kto  wie?  W  końcu 

pamiętałem, co powiedziała o niej Fiona: że Carrie zadaje się tylko z nadzianymi facetami. 

Na takiego wyglądał mi właśnie Hamish, starszy od Amerykanki o dwadzieścia kilka 

lat.  Elegancki,  na  swój  sposób  przystojny,  zapewne  był  bardzo  bogatym  facetem.  Na  kimś 

takim  jej  zależało,  za  kogoś  takiego  pragnęła  się  wydać.  Tak  postępuje  większość  modelek, 

młodych,  ładnych  dziewczyn,  świadomych  tego,  że  jeśli  chcą  się  dalej  obracać  w 

towarzystwie,  do  którego  wstęp  dała  im  uroda,  muszą  zapewnić  sobie  stałe  miejsce  u  boku 

starszego  partnera,  któremu  wstęp  do  towarzystwa  i  odpowiedni  poziom  życia  gwarantuje 

majątek  odziedziczony  po  przodkach  albo  zgromadzony  w  ciągu  pracowitego  życia.  Zdarza 

się,  że  modelki  wychodzą  za  facetów,  którzy  nie  tylko  mogliby  być  ich  ojcami,  ale  nawet 

dziadkami.  Nie  tak  dawno  temu  głośno  było  o  ślubie  dwudziestoparoletniej  modelki  z 

osiemdziesięciodwuletnim  multimilionerem…  Ale  wiedziałem,  że  nawet  Scarlett,  której 

wyraźnie  zależało  na  upolowaniu  męża  z  wyższych  sfer,  nie  zdecydowałaby  się  na  faceta 

sporo  starszego  od  siebie.  Może  byłem  staroświecki,  jednakże  wydała  mi  się  pod  tym 

względem  jakby  czystsza  i  uczciwsza  niż  Carrie.  Mogę  zrozumieć  fascynację  starszym 

mężczyzną,  który  imponuje  młodej  dziewczynie  inteligencją,  urokiem  osobistym, 

doświadczeniem  i  pozycją,  ale  lecenie  na  starszych  facetów  tylko  dla  pieniędzy  jest  według 

mnie niskie i nikczemne. 

Zdegustowany, wróciłem wolnym krokiem na salę, w której rozmawiałem wcześniej z 

Garethem i Matthewem. Gareth gdzieś znikł, ale Matthew wciąż stał w tym samym miejscu. 

- Jak leci, Charles? - spytał, kiedy podszedłem do niego. 

background image

- Kiepsko. Bardzo nieciekawe wesele! 

- Naprawdę?  -  zdziwił  się  pamiętając,  że  jeszcze niedawno  mówiłem  coś  zupełnie 

innego. - A co się stało? 

- Nic,  nic,  po  prostu  nagle  ogarnęła  mnie  chandra  -  odparłem.  -  Sam  właściwie  nie 

wiem  dlaczego.  Chyba  chodzi  o  to,  że  dość  już  mam  bywania  na  cudzych  ślubach.  Nie 

zazdroszczę  ludziom,  że  się  pobierają.  Jak  wiesz,  jestem  zdecydowanym  przeciwnikiem 

instytucji  małżeństwa.  Ale  zazdroszczę  im  tego,  że  znaleźli  osobę,  o  której  z  najgłębszym 

przekonaniem mogą powiedzieć, że chcą z nią spędzić resztę życia. Co z tego, że statystyka 

przemawia  przeciwko  nim  i  wszyscy  wiemy,  że  większość  z  nich  rozwiedzie  się  w  ciągu 

najbliższych trzech lat. Liczy się to, co czują w danej chwili. A ja, choć mam już trzydzieści 

trzy lata, nigdy nie czułem czegoś takiego do żadnej dziewczyny. Czy to ze mną jest coś nie 

w porządku, czy po prostu jeszcze nie spotkałem tej odpowiedniej? Jak myślisz? 

- Myślę, że gdyby Bozia nie poskąpiła ci urody, miałbyś większe szansę. Ale mówiąc 

poważnie, uważam, że wszystko jeszcze przed tobą. 

Rozległo się kilka głośnych uderzeń łyżką w stół, a następnie głos mistrza ceremonii: 

- Szanowni państwo, bardzo serdecznie zapraszamy do stołów! 

- Chodź, idziemy - powiedział Matthew. - Kto wie, może właśnie za chwilę, podczas 

dzisiejszego przyjęcia, poznasz dziewczynę swojego życia? 

- Mała szansa - odparłem. - Ale dobrze, idziemy! 

Ruszyliśmy  wraz  z  innymi  gośćmi  w  stronę  sali  restauracyjnej.  Tuż  przed  nami  szli 

Gareth i George, nudziarz ze „Szczęśliwego żeglarza”, do którego prezentu Gareth przyczepił 

swoją wizytówkę. Tak się składało, że rozmawiali właśnie o podarunkach. 

- Zawsze  bardzo  troskliwie  wybieram  prezenty  ślubne - powiedział George. - Koszty 

nie mają dla mnie znaczenia, w końcu codziennie zarabiam krocie na giełdzie. Najważniejsze, 

ż

eby obdarowani byli naprawdę zadowoleni, prawda? 

- O  tak,  dla  mnie  koszty  też  w  ogóle  nie  mają  znaczenia  -  przyznał  z  poważną  miną 

Gareth. - Liczy się pomysł. 

Przy  samym  wejściu  do  sali  restauracyjnej  sterta  pokaźnych  rozmiarów  plansza,  na 

której  każdy  mógł  sprawdzić,  gdzie  ma  zająć  miejsce.  Kiedy  znalazłem  na  niej  swoje 

nazwisko,  miałem  ochotę  uciec,  gdzie  pieprz  rośnie.  Ale  zrezygnowany  skierowałem  się  do 

wyznaczonego mi stołu. To po prostu nie był mój dzień. 

Matthew  i  Gareth  usiedli  nie  opodal  przy  stole,  przy  którym  siedziała  już  Carrie  ze 

swoim narzeczonym. 

- Dzień dobry, jestem Gareth - przywitał się z nią starszy z dwójki moich przyjaciół. - 

background image

A jak ty się nazywasz, boska dziewczyno? 

Poszedłem  dalej,  czując  się  tak,  jakbym  miał  nogi  z  ołowiu.  Wolałbym  być  setki 

kilometrów stąd. 

- Cześć  -  powiedziałem,  zatrzymując  się  przy  ośmioosobowym  stole,  przy  którym 

siedział  mój  brat  David,  dwóch  innych  młodych  mężczyzn  oraz  cztery  dziewczyny.  Tylko 

jedno krzesło - moje - nadal było wolne. 

- Cześć,  Charles  -  rzekł  unosząc  się  nieco  Alistair,  jeden  z  dwóch  mężczyzn; 

poznaliśmy się kiedyś u Toma. - Znasz Weronikę, prawda? 

- Tak - potwierdziłem. - Cześć, Weroniko. 

Usiadłem  na  wolnym  krześle  i  dopiero  wtedy  przywitałem  się  z  dziewczynami  po 

mojej prawej i lewej. Tak się składało, że znałem je obie. 

- Cześć, Nicki. Cześć, Martha - powiedziałem. 

Nie miałem ochoty rozmawiać z żadną z nich, więc bardzo się ucieszyłem, że kelnerzy 

od  razu  zaczęli  roznosić potrawy.  Zacząłem  jeść,  udając,  że  jestem  głodny  jak  wilk,  choć  w 

rzeczywistości  z  trudem  przełykałem  każdy  kęs.  Od  stołu,  przy  którym  siedzieli  Gareth  i 

Carrie,  co  rusz  dobiegały  salwy  śmiechu.  Wiele  bym  dał,  żeby  siedzieć  razem  z  nimi,  na 

miejscu  jej  narzeczonego.  Ale  znajdowałem  się  dwa  stoły  dalej  i  wpatrzony  w  talerz, 

modliłem się w duchu o to, żeby posiłek skończył się jak najprędzej. Miałem swoje powody. 

Przy  stole  tuż  obok  siedziała  Fiona.  W  przerwie  między  drugim  daniem  a  deserem 

zaczęła  rozmawiać  z  markizą  Beaumont,  wielce  nobliwą,  chudą  damą  sporo  powyżej 

siedemdziesiątki. Przez chwilę przysłuchiwałem się ich rozmowie. 

- Powiedz  mi,  moja  droga,  jesteś  mężatką?  -  zapytała  wiekowa  dama,  nachylając  się 

konfidencjonalnie w stronę siostry Toma. 

- Nie - odpowiedziała Fiona. 

- Może lesbijką? - Pytanie było tak nieoczekiwane, że aż się zakrztusiłem. 

- Nie, skądże. Dlaczego to w ogóle przyszło pani do głowy? - zdziwiła się Fiona. 

- No wiesz, moja droga,  jest to zawsze jakieś wyjście dla niezamężnych dziewcząt.  I 

znacznie oryginalniej mówić wszystkim, że jest się lesbijką, niż w kółko powtarzać, że się nie 

znalazło właściwego kawalera, prawda? 

- Rzeczywiście - przyznała Fiona. - Mój problem polega jednak na tym, że znalazłam 

właściwego,  tyle  że  on  nie  kocha  się  we  mnie.  I  dopóki  sama  nie  przestanę  go  kochać,  nikt 

inny nie ma u mnie szans. 

- Pech - powiedziała markiza. 

- Prawda?  A  lesbijką  byłam  tylko  raz,  jeszcze  w  szkole,  i  to  tylko  przez  kwadrans, 

background image

więc chyba się nie liczy. 

Fiona opowiadała mi kiedyś o tym krótkim lesbijskim epizodzie w swoim życiu, kiedy 

to koleżanka z klasy wślizgnęła się w internacie do jej łóżka i zaczęła ją całować, mówiąc, że 

jeśli razem poćwiczą, będą potrafiły lepiej całować się z chłopakami. Ale do niczego więcej 

między nimi nie doszło. Nigdy natomiast nie wspomniała mi nawet słowem, że kocha się w 

jakimś facecie, choć byliśmy bardzo bliskimi przyjaciółmi i mówiliśmy sobie wszystko - no, 

może  prawie  wszystko.  Byłem  niezmiernie  ciekaw,  kto  to  taki.  Miałem  ochotę  dalej 

przysłuchiwać się rozmowie Fiony z markizą, w nadziei że padnie jego imię, ale akurat w tym 

momencie Alistair zwrócił się wprost do mnie. 

- Wiesz, Charles - zaczął - istnieje czterysta różnych gatunków herbaty, nie licząc tak 

zwanych  herbat  owocowych,  które  tak  naprawdę  nie  mają  nic  wspólnego  z  herbatą,  bo  są 

tylko wywarami z suszonych owoców. Na święta Bożego Narodzenia zabrałem Weronikę do 

Indii, żebyśmy oboje mogli zwiedzić największe tamtejsze plantacje. 

- Świetny pomysł - powiedziałem. 

- Mówiła mi, że parę lat wcześniej też byłeś z nią w Indiach. 

- Zgadza się - potwierdziłem bez entuzjazmu. 

- Charles zachował się wobec mnie wyjątkowo podle - oznajmiła Weronika. - Byłam 

poważnie chora, a on przez cały czas sobie ze mnie żartował! 

- Chciałem cię trochę rozweselić - oświadczyłem. 

Naprawdę  rzecz  miała  się  następująco:  mniej  więcej  sześć  lat  temu  Weronika  i  ja 

stanowiliśmy w miarę udaną parę. Chodziliśmy ze sobą przez kilka miesięcy i w końcu nawet 

zamieszkaliśmy  razem.  Wszystko  zaczęło  się  psuć  w  momencie,  gdy  znalazła  wśród  moich 

książek  stary,  zniszczony  egzemplarz  Kamasutry.  Za  nic  w  świecie  nie  dawała  sobie 

wytłumaczyć,  że  parę  lat  wcześniej  kupiłem  go w  takim  opłakanym  stanie  w  antykwariacie, 

po pobieżnym przejrzeniu odstawiłem na półkę i więcej do niego nie zaglądałem. 

Była  przekonana,  że  ośle  uszy  książki  są  dowodem  na  to,  jak  namiętnie  się  w  niej 

zaczytuję,  a  po  prostu  wstydzę  się  do  tego  przyznać.  Nasze  pożycie  przerodziło  się  w  istny 

koszmar,  gdyż  Weronika,  z  wielkiej  miłości  do  mnie,  jak  twierdziła,  postanowiła 

urzeczywistnić moje „skryte fantazje”. Od tej pory za każdym razem, kiedy szliśmy do łóżka, 

szczypała mnie,  gryzła i drapała zgodnie z instrukcjami Watsjajany, pozostawiając na moim 

ciele ślady w kształcie sierpa księżyca, tygrysiego pazura, sznura rubinów czy płatka lotosu. 

Może  i  nazywały  się  poetycko,  ale  bolało  jak  cholera,  w  dodatku  Weronika  przez  cały  czas 

piała,  gdakała,  kukała,  bzyczała  i  kwakała,  naśladując  -  znów  zgodnie  z  zaleceniami 

hinduskiego mędrca - głosy synogarlicy, kukułki, gołębicy, papugi, pszczoły, kury, łabędzia, 

background image

kaczki  i  przepiórki.  Doszło  do  tego,  że  celowo  zacząłem  się  wieczorami  upijać  samotnie  w 

pobliskim pubie, żeby nie chciała się ze mną kochać, kiedy wracałem do domu. 

Próżny mój wysiłek! Lała łzy i tym mocniej drapała mnie i gryzła, próbując mi w ten 

sposób udowodnić, że jest dla mnie wymarzoną partnerką, a jej ptasie trele - kojarzące mi się 

przede  wszystkim  z  piskami  zarzynanego  prosięcia  -  coraz  głośniej  rozbrzmiewały  mi  nad 

uchem.  W  końcu  zaproponowała,  żebyśmy  się  wspólnie  wybrali  do  Indii  i  zwiedzili  słynne 

ś

wiątynie  w  Khadźuraho  ozdobione  rzeźbami  par  splecionych  w  miłosnym  uścisku. 

Przystałem  dość  niechętnie,  obawiając  się  z  jej  strony  dalszych  ekscesów  erotycznych  w 

hinduskim  stylu,  ale  jak  się  okazało,  zupełnie  nie  miałem  racji.  Bo  o  ile  ja  przez  cały  pobyt 

zachwycałem  się  Indiami  i  miejscową  kuchnią,  Weronika  już  pierwszego  dnia  dostała 

rozstroju żołądka i żadne ekscesy nie były jej w głowie. Niemal cały pobyt spędziła w łóżku 

w pokoju hotelowym, jęcząc i narzekając. A kiedy rozstaliśmy się na dobre po powrocie do 

Londynu, była święcie przekonana, że zerwałem z nią, ponieważ z powodu niedyspozycji nie 

mogła  zaspokajać  moich  erotycznych  zachcianek.  Było  mi  na  tyle  obojętne,  co  myśli,  że 

nawet nie próbowałem wyprowadzać jej z błędu. 

- Aha,  to  ty  jesteś  ta  Weronika!  -  zawołała  Nicki,  dziewczyna  siedząca  po  mojej 

prawej ręce, włączając się do rozmowy. - Charles wiele mi o tobie opowiadał. 

- Opowiadałeś  jej  o  mnie,  Charles?  -  zdziwiła  się  Weronika,  spoglądając  na  mnie 

podejrzliwie. - A co takiego? 

- Nieważne! - odparłem szybko. - Pamiętasz, Weroniko, nasz pobyt w Bombaju? 

Ale nie udało mi się skierować rozmowy na inne tory. 

- Co  ci  opowiadał?  -  zapytała  gniewnym  głosem  Weronika, tym razem zwracając się 

bezpośrednio do Nicki. 

Nicki uśmiechnęła się słodko. 

- Kiedy Charles i ja chodziliśmy ze sobą, często wspominał, jak to wybrał się do Indii 

ze swoją poprzednią dziewczyną. Nazywał ją „rzygającą Werą”. 

Poczułem, że się rumienię od stóp po czubek nosa. 

- Niemożliwe! - zaprotestowałem czym prędzej. - Najwyżej raz czy dwa wspomniałem 

o tym, że Weronika miała kłopoty z żołądkiem. 

- Czyżby? - Do rozmowy wtrąciła się również Martha, dziewczyna siedząca po mojej 

lewej  ręce.  -  Przecież  kiedy  byliśmy  razem,  mnie  też  opowiadałeś  o  „rzygającej  Werze”. 

Nigdy  nie  chodziłam  z  człowiekiem  mniej  dyskretnym  -  dodała,  zwracając  się  do 

pozostałych. 

- Przesadzasz!  -  próbowałem  się  bronić,  czerwony  jak  burak.  -  Zresztą  to  chyba 

background image

normalne,  że  dwoje  ludzi  opowiada  sobie  o  swoim  wcześniejszym  życiu,  a  tym  samym 

wspomina o wcześniejszych partnerkach bądź partnerach. 

- Ładne mi wspominki! - zawołała Nicki. - Mnie na przykład dokładnie opowiadałeś, 

co która z twoich poprzednich dziewczyn najbardziej lubiła robić w łóżku! 

- A ja pamiętam, jak wciąż gadałeś o takiej jednej, chyba miała na imię Helena, której 

matka usiłowała wpakować ci się do łóżka - powiedziała Martha. 

- Ja  też  to  pamiętam!  -  zawołała  nagle  Weronika.  -  Nie  wiedziałeś,  co  robić,  bo 

uważałeś, że byłoby niegrzecznie odrzucić jej zaloty. 

- Tak, tak! - Oczy Nicki rozbłysły. - Ja również to słyszałam! Opowiadając mi o nich, 

Helenę nazywał panną Świnką, a jej matkę panią Świnią! 

- Słuchajcie,  przesadzacie,  to  wcale  nie  było  tak…  -  powiedziałem,  próbując  jakoś 

ratować sytuację, ale moje słowa kompletnie zagłuszył śmiech trzech dziewcząt i pozostałych 

osób siedzących przy stole. 

Oprócz mnie tylko jedna osoba się nie śmiała. Kiedy inni przestali wreszcie rechotać, 

milcząca  dotąd  czwarta  dziewczyna  nabrała  głęboko  powietrza  w  płuca  i  oświadczyła 

lodowatym tonem: 

- Mama i ja bardzośmy obie schudły od czasu, kiedy chodziłam z Charlesem. 

Była  to  właśnie  Helena.  Wrzuciła  do  ust  kilka  orzechów  w  czekoladzie  i  chrupiąc  je 

głośno,  popatrzyła  na  mnie  nienawistnym  wzrokiem.  Weronika,  Nicki  i  Martha 

spurpurowiały,  z  trudem  tłumiąc  chichot,  jednak  Alistair  i  drugi  chłopak  nie  wytrzymali  i 

parsknęli śmiechem. David śmiał się w kułak. 

Na szczęście w tym momencie wybawił mnie z opresji mistrz ceremonii. 

- Panie i panowie, prosimy o ciszę! Głos ma drużba pana młodego! - obwieścił. 

Na  sali  zapanowała  cisza  jak  makiem  zasiał,  więc  towarzystwo  przy  moim  stole  też 

musiało się opanować. Jeden David zadał mi szybko pytanie w języku migowym: 

No więc jak, waliłeś panią Świnię? 

Miałem ochotę go kopnąć. 

Nie, nie waliłem! - zasygnalizowałem mu. - Ale mogę ci dać jej adres, jeśli sam masz 

na nią chrapkę! 

Skierowałem spojrzenie w stronę Toma, który wstał z miejsca i ukłonił się obecnym, 

po czym wyjął z kieszeni kartkę i zabrał się do czytania przygotowanej przez siebie mowy. 

- Szanowni państwo! Kiedy Bernard powiedział mi, że zamierza się zaręczyć z Lydią, 

gorąco  namawiałem  go  do  tego  kroku,  gdyż  wszystkie  jego  poprzednie  dziewczyny  były 

jeszcze gorszymi szantrapami od niej. Ale oczywiście bardzo mi miło, że tak wiele z nich jest 

background image

dziś obecnych wśród nas na tej niezwykłej uroczystości. - Urwał i podniósł głowę znad kartki, 

spodziewając  się  salw  śmiechu,  które  jednak  nie  nastąpiły.  -  Szczególnie  cieszę  się,  widząc 

Camillę,  która  to,  jak  zapewne  wielu  z  państwa  pamięta,  była  pierwszą  dziewczyną,  jakiej 

Bernard kiedykolwiek się oświadczył. Powiedziała mu, żeby się pocałował w dupę. I bardzo 

dobrze, bo jeszcze nasza kochana Lydia zostałaby starą panną! 

Na  sali  panowała  grobowa  cisza,  którą  przerwał  dopiero  donośny  śmiech  i  oklaski 

Garetha. Ale nikt się do niego nie przyłączył. Wstałem więc szybko z miejsca i zawołałem: 

- Szanowni państwo, zdrowie młodej pary! 

Wszyscy z radością przyjęli moją interwencję. 

- Zdrowie! Zdrowie! Zdrowie! - zaczęto wołać niemal z nadmierną gorliwością, żeby 

zatrzeć przykre wrażenie, jakie pozostawiło wystąpienie Toma. 

Weselnicy  odsuwali  krzesła,  wstawali,  pili  zdrowie  Bernarda  i  Lydii,  a  kiedy 

zaintonowałem „Sto lat”, zgodnie podjęli pieśń. Sytuacja została uratowana. 

Po chwili większość gości ponownie zasiadła do stołów, ale ja skorzystałem z okazji, 

ż

eby chyłkiem wymknąć się z sali. Nie miałem ochoty spędzać więcej czasu w towarzystwie 

Weroniki,  Nicki,  Marthy  i  Heleny.  Wiedziałem,  że  póki  nie  odejdę,  nie  przestaną  się  nade 

mną znęcać. 

Udałem się do położonego obok ogromnego salonu, w którym serwowano drinki, a na 

stolikach  czekały  na  amatorów  cygara  w  otwartych  pudełkach.  Zagłębiłem  się  w  obszernej 

kanapie  o  złotym  obiciu  i  zamówiłem  whisky.  Po  czym,  choć  normalnie  nie  palę, 

poczęstowałem się cygarem. 

Siedziałem  wygodnie  na  kanapie,  paląc  cygaro,  popijając  dobrą  whisky  i  rozczulając 

się  nad  sobą,  kiedy  z  sali  restauracyjnej  wyłonili  się  Gareth  i  Matthew,  a  po  chwili  także 

David z Fioną. Gareth, Matthew i Fiona przysiedli się do mnie, David stanął obok. 

W  ślad  za  nimi  weszła  do  salonu  całkiem  ładna,  szczupła  ruda  dziewczyna,  którą 

zapamiętałem z wesela Angusa i Laury. Rozmawiała wtedy z Matthewem i wypytywała go o 

mojego brata. Tym razem sama od razu podeszła do Davida. 

- Cześć - powiedziała, po czym zaczęła bardzo wolno i niewprawnie sygnalizować mu 

na palcach: - M - a - m n - a y - m - i - ę S - e - r - e - n - a. 

Cześć - odpowiedział David, uśmiechając się do niej przyjaźnie. 

Mój brat oczywiście rozumie, kiedy ludzie mówią do niego normalnie, bo po pierwsze 

umie  czytać  ich  mowę  z  ruchu  warg,  a  po  drugie  nosi  wysokiej  klasy  aparat  słuchowy.  Ale 

faktem jest, że znacznie bardziej lubi komunikować się w języku migowym, zwłaszcza kiedy 

sam  ma  coś  powiedzieć,  gdyż  jego  głos  brzmi  dziwacznie  i  niezbyt  zrozumiale  dla  osoby, 

background image

która słyszy go po raz pierwszy. 

Topiero  się  uczę.  Na  pefno  ropie  bóstfo  błętów  -  zasygnalizowała  z  przejęciem 

dziewczyna. 

David potrząsnął głową. 

Nie, nie, idzie ci znakomicie. Masz może ochotę zatańczyć? 

- Tak! - Rudowłosa wyraźnie się ucieszyła. - Pędzie mi niezbiernie biło! 

Ruszyli uśmiechnięci do sali balowej. 

Gareth  pociągnął  spory  łyk  koniaku,  który  wręczył  mu  kelner,  i  poklepał  się  po 

wyraźnie zaokrąglonym brzuszku opiętym kamizelką w wielkie, barwne kwiaty. 

- Deser  był  palce  lizać,  a  obiad  też  pyszny!  -  rzekł.  -  W  dodatku  przy  naszym  stole 

siedziała naprawdę urocza i bardzo inteligentna dziewczyna, więc uśmiałem się jak nigdy. Ma 

na imię Carrie i jest Amerykanką… Gdybym nie wolał chłopców, sam bym do niej startował. 

Wychodzi za sztywniaka, który też z nami siedział. Chyba jest jednym z najbogatszych gości 

na weselu; należy do niego pół Szkocji. 

Więc  jednak  miałem  rację,  pomyślałem  smutno.  Carrie  wychodzi  za  Hamisha 

wyłącznie  dla  pieniędzy.  Już  wolałbym,  żeby  zakochała  się  w  tym  dwa  razy  starszym  od 

siebie  Szkocie  i  postanowiła  poślubić  go  z  miłości.  Też  bym  się  dziwił,  ale  przynajmniej 

miałbym o niej lepsze zdanie. 

- A  ty  coś  taki  ponury?  -  spytał  Gareth,  dostrzegając  moją  smętną  minę.  -  Źle  się 

bawisz? 

- Czuję się tak, jakby dręczył mnie koszmar, z którego nie mogę się zbudzić. Podczas 

obiadu siedziałem przy jednym stole z czterema swoimi byłymi dziewczynami. Kiedy wzięły 

mnie w obroty, skręcałem się jak na mękach. Brr! - Wzdrygnąłem się. - Jedyne, czego mi dziś 

brak do pełni udręki, to żebym jeszcze gdzieś tu natknął się na Henriettę! 

W następnej sekundzie usłyszałem za plecami znajomy głos: 

- Cześć, Charlie. 

- Cześć, Hen! - zawołałem, zrywając się z miejsca. - Co u ciebie? 

Wyszczerzyłem  zęby  do  Henrietty,  bardzo  ładnej,  ubranej  ze  smakiem  brunetki,  z 

którą  chodziłem  przed  rokiem.  Prawie  natychmiast  jej  oczy  zaszły  łzami;  niestety,  wciąż 

okropnie przeżywała nasze rozstanie. 

- Charlie, dlaczego mnie rzuciłeś?! - wykrzyknęła histerycznie, wybuchając łzami. 

- Och, Hen, nie płacz, proszę cię - powiedziałem, dotykając lekko jej ramienia, żeby ją 

pocieszyć. 

Czułem  się  zupełnie  bezradny;  naprawdę  nie  chciałem jej  skrzywdzić  i  życzyłem  jej 

background image

jak najlepiej, ale co mogłem poradzić na to, że tak strasznie przeżywa nasze zerwanie? 

- Zostaw ją, ty potworze! Nie dotykaj jej! - zawołała podbiegając do nas Helena, która 

właśnie wyłoniła się z sali restauracyjnej. ~~ Nie wystarczy ci, że złamałeś jej życie? Chodź, 

moja  droga,  chodź,  zabiorę  cię  od  tego  okrutnika!  -  dodała,  zwracając  się  do  Henrietty  i 

otaczając pulchnym ramieniem jej rozedrgane szczupłe plecy. 

Patrzyłem  za  nimi,  dopóki  nie  wyszły  z  salonu.  Czułem  się  winny,  choć  z  drugiej 

strony wiedziałem, że nic złego nie zrobiłem celowo. Tak po prostu wyszło i koniec. 

Uznałem, że wyjątkowo nie mam ochoty na towarzystwo przyjaciół. 

- Wybaczcie,  ale  muszę  sobie  przemyśleć  parę  spraw  -  powiedziałem  do  Garetha, 

Matthewa i Fiony. - Zobaczymy się później. 

Zabrałem swoją ledwo napoczętą whisky i opuściłem salon. 

Wszedłem  po  schodach  na  pierwsze  piętro  hotelu  i  nacisnąłem  klamkę  najbliższych 

drzwi.  Były  otwarte.  Wiedziałem,  że  wszystkie  pokoje  zostały  wynajęte  przez  rodziców 

Laury dla krewnych i przyjaciół spoza Londynu, więc do końca wesela nikt nie powinien tu 

zaglądać. Usiadłem na fotelu w pobliżu okna, pociągnąłem spory haust whisky i pogrążyłem 

się w zadumie. 

Jak  to  się  dzieje,  myślałem,  że  z  żadnej  dziewczyną  nie  potrafię  wytrwać  dłużej  niż 

kilka miesięcy? Czy wina rzeczywiście zawsze leży po ich stronie? 

W  wypadku  Weroniki  ewidentnie  tak  było;  w  pewnym momencie  miałem  po  prostu 

dość  jej  erotycznych  pieszczot  rodem  z  Kamasutry.  Chyba  oszukiwała  siebie  i  mnie, 

twierdząc, że robi to z mojego powodu; po prostu nie umiała się przyznać przed samą sobą, że 

taki  seks  od  początku  bardzo  jej  odpowiadał  albo  że  zasmakowała  w  nim  w  trakcie 

pierwszych prób. Bo dlaczego nie chciała kochać się ze mną inaczej, chociaż mówiłem jej, że 

mam dość gryzienia, drapania i szczypania? Zresztą fakt, że Alistair, jej obecny chłopak, też 

interesował  się  Indiami  i  pojechali  tam  razem,  najlepiej  świadczył  o  tym,  że  jej  fascynacja 

tym krajem i jego obyczajami nie wynikała jedynie z chęci dogodzenia mi i zatrzymania przy 

sobie. Co się tyczy Heleny… Podczas obiadu skłamała, że obie z matką schudły, bo jeszcze 

nigdy  nie  widziałem  jej  tak  grubej.  Kiedyśmy  się  poznali,  była  zgrabną,  dobrze  zbudowaną 

dziewczyną,  mającą  najwyżej  kilogram  lub  dwa  nadwagi.  Ale  to  się  zmieniło  po  paru 

miesiącach naszego chodzenia ze sobą. W którymś momencie najwyraźniej uznała, że skoro 

ma już na stałe chłopaka, nie musi się więcej troszczyć o figurę. Zaczęła pożerać takie ilości 

jadła, że wręcz niedobrze mi się robiło, kiedy widziałem ją przy stole. Potrafiła zjeść na obiad 

całego  kurczaka  z  rożna,  oblizując  się  przy  tym,  czkając  i  bekając.  Na  deser  pochłaniała 

pojemnik  lodów  albo  cztery  duże  ciastka.  Patrzyłem  na  nią  z  rosnącym  przerażeniem.  Co  z 

background image

tego,  że  była  inteligentna,  miła  i  dowcipna,  skoro  zbierało  mi  się  na  wymioty,  ilekroć  ją 

widziałem z łyżką lub widelcem w ręku? Najgorsze ze wszystkiego były wizyty u jej matki, 

tej samej, która usiłowała mi się wpakować do łóżka, kiedy spędzaliśmy pewien weekend w 

jej podlondyńskim domu. Obie żarły na wyścigi. Mama Heleny była drobna jak na słonicę, bo 

ważyła  zaledwie  ćwierć  tony.  Jest  to  jednak  bardzo  dużo  jak  na  mającą niespełna  metr 

sześćdziesiąt wzrostu czterdziestokilkuletnią kobietę. Jej widok pomógł mi uzmysłowić sobie, 

ż

e mam tylko jedno wyjście: muszę zerwać z Heleną. Tak też zrobiłem. 

Jeśli  chodzi  o  moje  związki z  Marthą  i  Nicki,  byliśmy  ze  sobą  krótko;  zarówno  one, 

jak  i  ja  w  miarę  szybko  zorientowaliśmy  się,  że  nie  jesteśmy  dla  siebie  stworzeni. 

Rozstawaliśmy się bez żalów i wzajemnych pretensji. 

Inaczej  wyglądała  sprawa  z  Henriettą.  Pod  wieloma  względami  stanowiliśmy  wręcz 

idealną  parę.  Podobała  mi  się,  ceniłem  jej  poczucie  humoru,  przenikliwość,  inteligencję. 

Problemy  zaczęły  się,  kiedy  Henriettą  uznała,  że  powinniśmy  się  pobrać.  Sam  nie  wiem, 

dlaczego  nie  chciałem  się  zdecydować  na  ten  krok.  Ale  ponieważ  w  ogóle  nie  jestem 

zwolennikiem  ślubów,  argumentowałem,  że  przecież  nadal  możemy  mieszkać  razem;  dwoje 

dorosłych ludzi naprawdę nie potrzebuje urzędowego papierka, aby żyć  szczęśliwie.  Lecz w 

miarę  jak  słuchałem  własnych  słów,  zaczęło  do  mnie  docierać,  że  nie  w  tym  rzecz,  bo  choć 

szalenie lubię i cenię Henriettę, w głębi duszy wcale nie jestem przekonany, że jest osobą, z 

którą pragnę spędzić resztę życia. 

Pojąłem, że zostając z nią, wyrządziłbym jej krzywdę, więc spakowałem swoje rzeczy 

i  wyprowadziłem  się  jeszcze  tego  samego  dnia.  Chciałem  zwrócić  jej  wolność,  aby  mogła 

poznać  innego  chłopaka,  wyjść  za  niego,  rodzić  mu  dzieci,  założyć  normalną  rodzinę.  Nie 

sądziłem, że nasze rozstanie okaże się dla niej taką tragedią i tak długo będzie je przeżywać. 

Siedząc  teraz  w  pustym  pokoju  hotelowym  pomyślałem,  że  może  jednak  postąpiłem 

zbyt  pochopnie.  Czy  faktycznie  w  którymś  momencie  człowiek  stwierdza  z  absolutną 

pewnością, że chce z kimś spędzić całe życie? 

Może  taka  chwila  nigdy  nie  następuje,  a  ludzie  po  prostu  mieszkają  razem  albo  się 

ż

enią i w ogóle nie zadają sobie tego rodzaju pytań? A nawet jeśli są przekonani, że wreszcie 

spotkali tę wymarzoną osobę, jakie to ma znaczenie, skoro później się rozwodzą? Może wcale 

nie powinienem był porzucać Henrietty? 

Bałem się, że będę powielać schemat swoich rodziców, podobnie jak ojciec regularnie 

zmieniając  partnerki,  choć  w  odróżnieniu  od  niego,  nie  biorąc  ślubów.  Bynajmniej  tego  nie 

chciałem. Marzył mi się normalny, szczęśliwy dom rodzinny, taki, jakiego sam nie miałem w 

dzieciństwie.  Zawsze  wolałem  być  z  kimś  niż  sam;  dlatego  -  choć  nie  łączyło  nas  nic  poza 

background image

przyjaźnią  -  tak  dobrze  mieszkało  mi  się  przez  te  pół  roku  ze  Scarlett.  Przynajmniej  po 

powrocie z pracy nie obijałem się smętnie po kątach, miałem z kim pożartować czy pogadać. 

Ale  tego  roku  skończyłem  trzydzieści  trzy  lata,  a  wciąż  byłem  w  tym  samym  punkcie,  co 

kiedy jako student podrywałem koleżanki. Musiałem coś zmienić w swoim życiu. 

Wyjrzałem  przez  okno.  Powoli  ściemniało  się;  w  pokoju  panował  już  półmrok,  na 

zewnątrz zapaliły się latarnie. W ich blasku ujrzałem Carrie i Hamisha, którzy akurat wyszli z 

hotelu. Nie chciałem, żeby mnie dostrzegli, więc cofnąłem się od okna w chwili, kiedy portier 

wybiegł na jezdnię, żeby zatrzymać dla nich taksówkę. 

Carrie  podobała  mi  się  znacznie  bardziej  niż  większość  dziewcząt,  jakie  znałem 

dotychczas.  Ale  nie  potrafiłem  zrozumieć,  dlaczego  zgodziła  się  poślubić  faceta,  który 

mógłby być jej ojcem. Czy pieniądze naprawdę były dla niej tak ważne? 

Sam  nie  pochodziłem  z  bardzo  bogatej  rodziny,  ale  jednak  w  miarę  dostatniej.  Ani 

ojciec,  ani  matka  nie  musieli  się  trudnić  pracą  zarobkową.  W  zupełności  wystarczały  im  do 

ż

ycia  pieniądze,  które  odziedziczyli  po  przodkach.  Może  dlatego,  choć  sam  musiałem 

zarabiać  na  utrzymanie,  pieniądze  nigdy  nie  miały  dla  mnie  specjalnego  znaczenia.  Nie 

czułem  się  w  niczym  gorszy  od  swoich  bogatych  przyjaciół,  oni  też  nie  traktowali  mnie  z 

wyższością.  Liczyło  się  to,  że  pochodzimy  z  jednej  sfery  i  kończyliśmy  te  same  szkoły  i 

uczelnie. Jedni z nas posiadali wielkie pieniądze, inni z trudem wiązali koniec z końcem, ale 

to  mogło  się  w  każdej  chwili  zmienić,  gdyż  nawet  najbiedniejszy  miał  szansę  nagle 

odziedziczyć  fortunę  i  książęcy  tytuł  po  jakimś  bezdzietnie  zmarłym  stryjecznym  lub 

ciotecznym dziadku. 

Może  Carrie  pochodziła  z  ubogiej  rodziny,  wiedziała,  co  to  prawdziwa  nędza,  i 

dlatego  chciała  wykorzystać  swoją  urodę  jako  paszport  do  lepszego  życia  dla  siebie  oraz 

swoich  nie  narodzonych  dzieci?  W  końcu  nic  o  niej  nie  wiedziałem.  Czy  miałem  prawo 

potępiać ją w ciemno? 

Nagle  rozległo  się  skrzypnięcie  otwieranych  drzwi.  Do  pokoju  weszły,  chichocząc, 

dwie osoby. Zamknęły szybko drzwi, rzuciły się na łóżko i zaczęły namiętnie całować. 

Zamierzałem  przekraść  się  nie  zauważony  do  drzwi  i  wymknąć  na  korytarz,  kiedy 

nagle dziewczyna zawołała: 

- Poczekaj, nie chcę tak! Chcę widzieć swojego mężusia! Zapal światło! 

Poznałem po głosie, że to Lydia, a kiedy jej towarzysz spełnił polecenie, zobaczyłem, 

ż

e  istotnie  jest  z  nią  Bernard,  jej  świeżo  poślubiony  małżonek.  Traf  chciał,  że  spędziłem 

ostatnią godzinę w pokoju, w którym nowożeńcy mieli się przebrać w mniej uroczyste stroje 

przed wyruszeniem w podróż poślubną. 

background image

Bernard  zapalił  światło,  po  czym  rzucił  się  na  Lydię  i  zaczął  ściągać  z  niej  suknię 

ś

lubną.  Jeszcze  mnie  nie  zauważyli,  jednakże  aby  dojść  do  drzwi,  musiałbym  przejść  obok 

Bernarda i Lydii. Nie chciałem ich peszyć w takim momencie. Wtem tuż przy oknie ujrzałem 

drugie drzwi, wiodące - jak mi się wydało - do sąsiedniego pokoju. Na szczęście były otwarte 

i ustąpiły, gdy nacisnąłem klamkę. 

Kiedy  znalazłem  się  w  środku,  okazało  się  jednak,  że  bynajmniej  nie  jestem  w 

sąsiednim pokoju, lecz w obszernej szafie ściennej. Jedyna droga na korytarz prowadziła koła 

łóżka,  na  którym  -  sądząc  po  odgłosach  -  zaczynali  się  kochać  nowożeńcy.  Postanowiłem 

uzbroić się w cierpliwość i zaczekać, aż skończą. 

Kwadrans  później  wciąż  siedziałem  skulony  w  szafie,  a  z  pokoju  nadal  dobiegały 

krzyki,  jęki  i  steki  kochającej  się  pary.  Ich  głosy  stawały  się  coraz  bardziej  chrapliwe, 

oddechy  coraz  bardziej  urywane;  pomyślałem  z  zadowoleniem,  że  koniec  jest  blisko.  I 

rzeczywiście. 

- Aaaiii!  Aaaiii!  -  zaczęła  wkrótce  piszczeć  Lydia.  -  Aaaiii!  Aaaiii!  Aaaiii!  Aaaiii! 

Aaaiii! 

Lubię  dziewczyny,  które  bez  skrępowania  wyrażają  w  łóżku  swoją  radość,  ale  to  już 

była  przesada.  Zatkałem  palcami  uszy  i  wcisnąłem  się  w  odległy  kąt  szafy.  Stłumione,  ale 

coraz  donośniejsze  piski  Lydii  docierały  do  mnie  jeszcze  przez  następne  pięć  minut.  Była 

jednak coraz bliżej orgazmu. 

- AAAAAAAAAAAAAAiiiiiiiiiiiii! - zawyła na koniec głośno jak syrena fabryczna. 

- AAAAGGHHHhhhhggggaaaagghhhh… - zawtórował jej Bernard i wreszcie było po 

wszystkim. 

Miałem  nadzieję,  że  chwilkę  odsapną,  po  czym  ubiorą  się  i  wyjdą,  więc  ja  również 

wkrótce będę mógł opuścić kryjówkę. Odjąłem palce od uszu i zacząłem nasłuchiwać. 

- No i jak, podobało ci się, mój króliczku? - dobiegł mnie głos Bernarda. 

- Pewnie! Ogromnie kocham swojego mężusia! 

- A ja ogromnie kocham moją żoneczkę! Ale wstawaj, musimy wracać do gości. 

- Masz rację - zgodziła się Lydia. - Chociaż wiesz co? Może jednak byśmy odczekali 

chwilkę i pokochali się znów, zanim stąd wyjdziemy? 

- Chciałabyś? 

- Pewnie! 

- No to obejmij mnie mocno, mój ty niegrzeczny króliczku! 

Ponownie  rozległy  się  chichoty  i  skrzypnięcia  łóżka,  a  po  jakimś  czasie  stękanie  i 

sapanie. 

background image

Miałem  tego  dość;  nie  zamierzałem  siedzieć  w  szafie  do  rana  i  słuchać  odgłosów 

kochającej  się  pary.  Postanowiłem  niczym  się  nie  przejmować,  tylko  wyjść  na  korytarz. 

Wyjąłem z kieszeni długopis i otworzyłem drzwi szafy. 

- Wreszcie  go  znalazłem!  -  zawołałem  do  Lydii  i  Bernarda,  pokazując  im  długopis, 

kiedy  zdumieni  moim  widokiem  poderwali  głowy.  Przeszedłem  szybko  obok  łóżka  i  po 

chwili byłem już na korytarzu. 

Ledwo zdołałem zejść po schodach na dół, kiedy podbiegła do mnie Henrietta. 

- Słuchaj, Charlie, musimy poważnie pogadać - oświadczyła, zbliżając twarz do mojej. 

- Dobrze - zgodziłem się, obawiając się kolejnego ataku histerii. 

- Chodzi o to, że rozmawiałam o tobie z wieloma osobami. 

- O Boże! - Westchnąłem głośno. 

- I  wszyscy  zgadzają  się  ze  mną,  że  masz  kłopoty  z  samym  sobą  -  oznajmiła 

tryumfalnie. 

- Doprawdy? - zdziwiłem się. 

- Widzisz,  stałeś  się  seryjnym  monogamistą.  Nigdy  nie  spotykasz  się  z  kilkoma 

dziewczynami równocześnie, zawsze z jedną, ale żadnej naprawdę nie kochasz, nie dajesz jej 

szansy, nie dopuszczasz jej do siebie. 

- Wprost przeciwnie, Hen - zaprotestowałem. - Wydaje mi się, że… 

- Nie  umiesz  kochać  -  przerwała  mi.  -  Jesteś  czuły,  słodki,  ale  to  jeszcze  nie  miłość. 

Byłeś słodki nawet wtedy, kiedy uważałeś mnie za kompletną idiotkę. 

- Nigdy… 

- Nie  kłam.  A  co  sobie  pomyślałeś  o  mnie,  kiedy  powiedziałam,  że  U2  to  typ  łodzi 

podwodnej? 

- No wiesz, nie pomyliłaś się w końcu aż tak bardzo. Muzyka tego zespołu faktycznie 

brzmi chwilami tak, jakby grali pod wodą - zażartowałem. 

- Mówię poważnie, Charles! Powinieneś dać szansę swoim partnerkom. Nie chodzi o 

to, żebyś w każdej z nas widział potencjalną żonę, ale zmień nastawienie, nie zakładaj z góry, 

ż

e nie chcesz się ożenić i za nic w świecie nie dasz zaprowadzić przed ołtarz. 

- Masz  wiele  racji,  Hen  -  powiedziałem.  -  Ale  znasz  mnie;  ja  naprawdę  niczego  nie 

zakładam z góry, nie rozmyślam nad tym, co będzie. Po prostu żyję z dnia na dzień. 

- Och,  Charlie!  -  Objęła  mnie.  -  O  Boże,  kiedy pomyślę,  jak  na  mnie  patrzyłeś! 

Myślałam,  że  mnie  kochasz,  że  pobierzemy  się  i  będziemy  szczęśliwi,  a  ty  cały  czas  tylko 

zastanawiałeś się, jak ze mną zerwać! O Boże, jaka ja byłam idiotka! 

Rozpłakała  się  i  odeszła.  Chciałem  biec  za  nią,  powiedzieć  jej,  że  się  myli,  że 

background image

naprawdę niczego nie udawałem i nie planowałem wcześniej zerwania. Ale co by to dało? 

Zrezygnowany, wziąłem z baru drinka i usiadłem w fotelu przy najbliższym stole. 

Dopiero po chwili zorientowałem się, że pod stołem siedzą dwie osoby. Jedną z nich 

była  pijana  Scarlett,  a  drugą  mniejsza  z  dwóch  nieletnich  druhen  Lydii.  Doleciała  mnie  ich 

rozmowa. 

- Masz chłopaka? - zapytała Scarlett. 

- Mam. 

- Jak się nazywa? 

- Dolph. Lubi biegać, więc ścigamy się na czas. Ale zawsze jest pierwszy. A ty masz? 

- Nie, niestety - odpowiedziała zgodnie z prawdą Scarlett. 

- Dlaczego? 

- Nie  wiem.  Faceci,  którzy  mi  się  podobają,  uważają,  że  jestem  głupia,  więc  pieprzą 

mnie,  a  potem  zostawiają.  A  ci,  którym  ja  się  podobam,  to  same  niezdary  i  wymoczki,  z 

którymi nie mam ochoty się pieprzyć. A wierz mi, facetom tylko pieprzenie w głowie. 

- Co to jest „pieprzenie”? - spytała rezolutnie ośmioletnia rozmówczyni Scarlett. 

Moja współlokatorka bynajmniej nie dała zbić się z tropu. 

- Wiesz, to też taki wyścig na czas, w którym facet zawsze kończy pierwszy - odparła. 

- Tyle że nie biegnie, a robi nad tobą pompki. 

Nagle  poczułem,  że  ktoś  kładzie  rękę  na  oparciu  mojego  fotela.  Podniosłem  głowę  i 

zobaczyłem Carrie. 

- Dobrze się bawisz? - zapytała. 

- O tak - odpowiedziałem. - To najbardziej szampańska uroczystość od stypy mojego 

dziadka. Myślałem, że już wyszłaś. 

- Nie,  nie.  Odprowadzałam  tylko  na  dół  Hamisha,  który  spieszył  się  na  pociąg. 

Pojechał sypialnym do Edynburga. Ale teraz już chyba będę się zbierać. Odwieziesz mnie do 

domu? 

- Oczywiście - zgodziłem się. 

W taksówce oboje milczeliśmy przez całą drogę. Dopiero kiedy pojazd zatrzymał się 

przez elegancką kamienicą, w której Carrie wynajmowała mieszkanie od powrotu do Anglii, 

dziewczyna przerwała ciszę. 

- Wejdziesz na drinka? - zapytała. 

Zawahałem się. 

- Myślisz, że to rozsądne? 

- Pewnie. - Uśmiechnęła się. - Chyba zdołam ci się jakoś oprzeć. W końcu nie jesteś 

background image

aż tak bardzo przystojny. 

Poczułem, że się rumienię. 

- W takim razie chętnie wstąpię na jednego - powiedziałem. 

Wysiedliśmy z taksówki i ruszyli po schodkach do frontowych drzwi. 

Już  świtało,  kiedy  się  obudziłem.  Podszedłem  nago  do  okna  i  spojrzałem  na  płynące 

wolno brudne wody Tamizy i na domy po drugiej stronie rzeki. A potem skierowałem się do 

krzesła, na które wieczorem cisnąłem w nieładzie ubranie, i najciszej jak mogłem włożyłem je 

na  siebie.  Popatrzyłem  na  śpiącą  Carrie,  na  jej  piękną  twarz,  którą  oświetlały  pierwsze 

promyki  słońca.  Miałem  wrażenie,  że  dziewczyna  uśmiecha  się  do  mnie  przez  sen. 

Wpatrywałem  się  w  nią  przez  kilka  chwil,  po  czym  podszedłem  do  drzwi  i  cichutko 

opuściłem jej sypialnię. 

background image

III. 

PIERWSZA SOBOTA WRZEŚNIA 

Obudziło mnie głośne pukanie do drzwi. Oderwałem głowę od poduszki i zawołałem: 

- Proszę! 

Do środka weszła Scarlett, niosąc na tacy śniadanie. 

- Charlie,  już  dwunasta.  Pora  wstawać,  śpiochu!  Postawiła  tacę  na  moim  łóżku  i 

usiadła obok. 

- Tosty  trochę  mi  się  przypaliły  -  powiedziała  przepraszająco  -  ale  za  to  zaparzyłam 

naprawdę dobrą kawę. 

Nalała  mi  kubek,  po  czym  zaczęła  smarować  masłem  jeden  z  czarnych  jak  węgiel 

tostów. 

Większość  ludzi  uważa,  że  mężczyzna  i  kobieta  nie  mogą  się  przyjaźnić,  ich 

znajomość  zawsze  musi  mieć  jakiś  erotyczny  podtekst.  Wcale  się  z  tym  nie  zgadzam. 

Zdarzają  się  ładne,  naprawdę  atrakcyjne  dziewczyny,  do  których  nic  mnie  nie  ciągnie,  a  z 

którymi  przyjaźń  jest  jak  najbardziej  możliwa.  Właśnie  takie  platoniczne  uczucia  łączyły 

mnie z Fioną, elegancką, ładną i mądrą siostrą Toma. Uroda Scarlett mniej mi odpowiadała, 

za to niezmiernie ceniłem ją samą za bezpośredniość i brak pretensjonalności. I za to, że choć 

była  jeszcze  większą bałaganiarą  ode  mnie  i  nigdy  nic  nie  odkładała  na  miejsce,  co 

doprowadzało  mnie  chwilami  do  furii,  to  jednak  potrafiła  nadać  naszemu  wspólnemu 

zamieszkiwaniu  pewne  cechy  życia  rodzinnego.  Takie,  jak  choćby  to  śniadanie  w  moim 

pokoju  w  pierwszą  od  dawna  sobotę,  kiedy  to  nie  musieliśmy  oboje  budzić  się  skoro  świt  i 

pędzić na czyjś ślub. 

- Co zamierzasz dziś robić? - zapytała Scarlett, nakładając łyżeczką dżem na tost. 

- Może  trochę  poczytam,  a  o  czwartej  umówiłem  się  z  Davidem.  Wybieramy  się  do 

kina.  Grają  jakąś  nową  i  jeśli  wierzyć  recenzjom,  bardzo  zabawną  komedię.  Nazywa  się 

Cztery śluby i stypa czy jakoś podobnie. Chcesz iść z nami? 

- Nie,  uznałam,  że  poszukam  nowej  pracy  -  odparła.  -  Mam  już  dość  bycia  gońcem. 

Znudziło  mi  się  to  ciągłe  jeżdżenie  po  mieście.  Na  sąsiedniej  ulicy  otwarto  nowy  sklep  z 

różnymi  gumowymi  akcesoriami  erotycznymi.  Przechodząc  obok  zobaczyłam  kartkę,  że 

poszukują  sprzedawczyni,  więc  postanowiłam  się  zgłosić.  To  może  być  bardzo  fajna  praca. 

Wszyscy sądzą, że te gumowe maski i fartuszki są przeznaczone głównie dla zboczeńców, ale 

moim  zdaniem  są  bardzo  praktyczne.  Łatwo  dają  się  umyć.  Może  dlatego  zboczeńcy  tak  w 

background image

nich gustują? Zamierzam kupić mamie taki fartuch na urodziny. Jak chcesz, tobie też mogę. 

- Nie, dziękuję. A to co? - zapytałem, zauważywszy sporą białą kopertę leżącą na tacy. 

- Nie wiem, dopiero ją wyciągnęłam ze skrzynki. 

Rozerwałem  kopertę  i  wyjąłem  z  niej  złocone  zaproszenie  ślubne,  do  którego 

dołączona była lista prezentów, jakie nowożeńcy chcieliby otrzymać. 

- Znów ktoś się żeni - stwierdziłem, otwierając zaproszenie. 

- Kto? 

Nie  odpowiedziałem.  Wpatrywałem  się  w  złocony  kawałek  kartonu,  nie  mówiąc  ani 

słowa, bo nie byłem pewien, czy zdołam zapanować nad głosem. 

- Nic ci nie jest, Charlie? - zapytała Scarlett. 

- Nie, nie - odparłem, starając się nie dać nic po sobie poznać. - Po prostu zamyśliłem 

się. To zaproszenie na ślub Carrie, tej młodej Amerykanki. Pamiętasz ją? 

- Pewnie  -  potwierdziła  Scarlett.  -  Bardzo  ładna  dziewczyna.  Nic  dziwnego,  że  jest 

taką wziętą modelką. Miesiąc temu widziałam jej zdjęcie na okładce „Cosmopolitan”. 

Ponieważ był ciepły, pogodny dzień, zrezygnowałem z czytania i wyszedłem z domu. 

Była  pierwsza.  Miałem  się  spotkać  z  Davidem  dopiero  za  trzy  godziny,  więc  postanowiłem 

się  przejść  po  mieście.  Jakimś  dziwnym  trafem  dwadzieścia  minut  później  znalazłem  się 

przed  eleganckim  sklepem,  którego  nazwa  i  adres  figurowały  u  góry  listy  prezentów 

dołączonej do zaproszenia na ślub Carrie i Hamisha. 

Pchnąłem  drzwi  i  wszedłem  do  środka.  Sklep  najwyraźniej  specjalizował  się  w 

egzotycznych  wyrobach  z  całego  świata:  były  tu  wspaniałe  perskie  dywany,  afrykańskie 

rzeźby i maski, wyplatane przez północnoamerykańskich Indian kosze o charakterystycznych, 

geometrycznych  wzorach,  mosiężne  dzbany  o  wschodnich  kształtach,  stoły  i  parawany 

zdobione  macicą  perłową,  porcelanowe  wizerunki  tygrysów  i  słoni.  Czułem  się  jak  w 

muzeum etnograficznym. 

Podszedłem do siedzącej przy niewielkim biurku ekspedientki. 

- Mogę prosić listę prezentów na ślub pana Hamisha Banksa? - zapytałem, ponieważ 

nie zabrałem listy z sobą. 

Sprzedawczyni  popatrzyła  niechętnie  na  moje  szorty  i  wypuszczoną  na  wierzch 

koszulę z podwiniętymi rękawami, zupełnie jakby uważała, że ktoś tak ubrany jak ja nie ma 

czego  szukać  w  snobistycznym  punkcie  łupienia  klientów  ze  skóry,  w  którym  ona  ma 

zaszczyt pracować. 

- Oczywiście  -  odparła  jednak  grzecznie,  wzięła ze  stosu  na  biurku  kartkę  i  wręczyła 

mi  ją.  -  Mamy  wiele  pięknych  i  wcale  nie  tak  drogich  rzeczy.  Kosztują  w  granicach  tysiąca 

background image

funtów. 

- A czy znajdzie się również coś w granicach pięćdziesięciu funtów? 

- Może  pan  kupić  tego  pigmejskiego  wojownika…  -  Wskazała  półtorametrową 

drewnianą rzeźbę Pigmeja w naszyjniku z barwnych kamieni, wspartego o dzidę. - Świetnie! 

Biorę!  -  uradowałem  się,  bo  rzeźba  rzeczywiście  wyglądała  imponująco.  -  …o  ile  uda  się 

panu znaleźć kogoś, kto wyłoży pozostałe trzy tysiące dziewięćset pięćdziesiąt funtów. 

Wyszczerzyłem zęby w sztucznym uśmiechu. 

- Ha, ha. Dobry dowcip. Ma pani może jakąś bardziej praktyczną sugestię? 

- Praktyczną?  Wie  pan,  nasze  torby  reklamowe  są  bardzo  praktyczne  i  kosztują 

zaledwie  półtora  funta  sztuka  -  oznajmiła.  -  Jeśli  kupi  pan  trzydzieści  trzy,  zostanie  panu 

jeszcze pół funta, a nowożeńcy na pewno się ucieszą. 

- Dziękuję  -  powiedziałem.  -  Jeszcze  się  zastanowię.  Była  pani  niezwykle…  hm… 

chyba „pomocna” nie jest najwłaściwszym słowem. 

Odwróciłem się w stronę drzwi… i wpadłem na Carrie. 

Nie  widziałem  jej,  odkąd  spędziłem  z  nią  noc  po  weselu  Bernarda  i  Lydii.  Parę  razy 

kusiło mnie, żeby do niej zadzwonić, ale za każdym razem dochodziłem w końcu do wniosku, 

ż

e nie miałoby to najmniejszego sensu. Bo co właściwie mogłem jej powiedzieć? Że z żadną 

dziewczyną nie było mi tak dobrze i szaleję na jej punkcie? Załóżmy, że tak bym powiedział; 

co by z tego wynikło? Niestety, nic. Poza wspaniałym seksem nic nas nie łączyło. Ona była 

Amerykanką,  ja  Anglikiem;  ona  modelką,  ja  architektem;  ona  wychodziła  za  dwa  razy 

starszego  od  siebie  Szkota,  a  ja  go  nienawidziłem,  odkąd  dowiedziałem się  o  jego  istnieniu. 

Czy mogliśmy snuć jakieś wspólne plany? 

- Co mi kupiłeś? - zapytała prosto z mostu. 

- Jeszcze nic - odparłem, nieco zaskoczony tak bezpośrednim pytaniem. - Dopiero się 

rozglądałem. 

- Miło cię znów widzieć. 

- Ja też się cieszę, żeśmy się ponownie spotkali - powiedziałem. 

Ubrana  w  luźne  szare  spodnie,  kremową  bluzkę  i  rozpiętą  kraciastą  koszulę,  Carrie 

wyglądała  zupełnie  inaczej  niż  w  drogich,  eleganckich  kreacjach,  w  jakich  dotąd  ją 

widywałem, ale równie atrakcyjnie. I jakby młodziej, bardziej niewinnie. 

- Wspaniale  jest  wybierać  prezenty.  Powinnam  była  już  dawno  wyjść  za  mąż.  Czy 

ktoś  zdecydował  się  na  pigmejskiego  wojownika?  -  zapytała,  zwracając  się  do  nieuprzejmej 

ekspedientki. 

- Nie, ale ten młody człowiek się nad nim zastanawiał - powiedziała indagowana. 

background image

- Nie wygłupiaj się!  - zawołała do mnie Carrie. - Kup mi po prostu popielniczkę czy 

podobny drobiazg. Słuchaj, masz wolne pół godzinki? 

- Tak  -  odparłem.  -  Umówiłem  się  na  czwartą  z  Davidem,  ale  do  tego  czasu  jestem 

wolny. 

- To świetnie! - ucieszyła się. - Pomożesz mi podjąć bardzo ważną decyzję. Chodź. 

Skinęła głową sprzedawczyni i wyszliśmy razem ze sklepu. 

Tylko  pamiętaj,  nie  wolno  ci  się  śmiać!  -  zawołała  do  mnie  kwadrans  później  przez 

nie domknięte drzwi. 

- Dobrze - obiecałem. - Nie będę. 

Znajdowaliśmy  się  w  modnym  butiku  położonym  o  kilka  przecznic  od  sklepu  z 

egzotycznymi  wyrobami,  w  którym  się  spotkaliśmy.  Chwilę  później  Carrie  wyłoniła  się  z 

przymierzalni i stanęła przede mną. 

- I co sądzisz? 

Miała na sobie obszerną suknię ślubną z długim, ciągnącym się po ziemi trenem. 

- Wyglądasz absolutnie bosko - powiedziałem zgodnie z prawdą. 

- A nie uważasz, że troszkę bezowato? - spytała. 

- Może  troszkę  -  przyznałem,  bo  suknia  faktycznie  przypominała  kreację,  w  jakiej 

Laura wystąpiła na swoim ślubie. 

- Nie  szkodzi,  to  dopiero  początek  -  oświadczyła  Carrie  i  znów  weszła  do 

przymierzalni. 

Kiedy  ponownie  się  wyłoniła,  miała  na  sobie  białe  atłasowe  szorty  sięgające  kolan  i 

rozpiętą  białą  marynarkę.  Między  połami  marynarki  widać  było  biały,  zdobiony  cekinami 

stanik i goły brzuch. 

- Bardzo odważne - zawyrokowałem. - Jesteś pewna, że chcesz tak wystąpić? 

- No,  może  nie  tym  razem.  -  Zaśmiała  się.  -  Ale  jeśli  kiedykolwiek  będę  powtórnie 

wychodzić za mąż, to kto wie! 

Kolejną  suknię,  jaką  przymierzyła,  zdobiły  bogate  koronki  i  jedwabne  kokardki. 

Całości  dopełniał  wiązany  pod  szyją  kapturek,  w  którym  Carrie  wyglądała  jak  pasterka  ze 

staroświeckiej pocztówki. 

- No, pięknie - powiedziałem. - Gdybyś jeszcze miała laskę, mogłabyś spokojnie pasać 

Hamishowi owce. 

- Nie  bądź  niemiły,  bo  więcej  ci  się  nie  pokażę  -  zganiła  mnie,  znów  znikając  za 

drzwiami. - Następny strój powinien ci się bardzo spodobać! 

Była to obcisła srebrna suknia z opalizującego materiału i z dużym dekoltem, w której 

background image

Carrie  wyglądała  rewelacyjnie,  zupełnie  jak  gwiazda  filmowa  na  uroczystości  wręczania 

Oscarów.  Choć  wcale  nie  chciałem  się  z  nikim  żenić,  poczułem  ukłucie  zazdrości,  że 

wychodzi nie za mnie, a za Hamisha. 

- Gdybym był twoim mężem, umarłbym z dumy - stwierdziłem. 

- Tak?  A  Hamish  po  prostu  by  umarł…  to  znaczy,  gdyby  zobaczył  mnie  w  tym  na 

ś

lubie - oświadczyła. - Muszę zdecydować się na coś bardziej tradycyjnego. 

- Chyba słusznie. Nie ma nic równie odrażającego, jak pastor z ogromną erekcją! 

Carrie przymierzyła jeszcze kilka kreacji, w tym jedną z welonem, krótkimi rękawami 

i wyszywanym koralikami gorsem, w której wyglądała tak ślicznie, że dosłownie zaparło mi 

dech. Mimo że nic nie powiedziała, kiedy zacząłem chwalić suknię, nie miałem wątpliwości, 

ż

e jej również ta podoba się najbardziej ze wszystkich i właśnie w niej wystąpi na ślubie. 

Po  raz  kolejny  znikła  w  przymierzalni.  Kiedy  ponownie  ukazała  się  w  drzwiach, 

ubrana była w szare spodnie, bluzkę i koszulę. 

- Nie poszedłbyś gdzieś na herbatę? - zapytała. 

Spojrzałem na zegarek. Dochodziła trzecia, więc miałem jeszcze godzinę do spotkania 

z Davidem. 

- Chętnie - odparłem. - Dokąd pójdziemy? 

W  głębi  ducha  miałem  nadzieję,  że  Carrie  zaprosi  mnie  do  siebie,  gdyż  mieszkała 

niedaleko, ale zaproponowała kawiarnię znajdującą się za rogiem. \ 

- Wiesz,  na  weselu  Bernarda  i  Lydii  siedziałam  przy  jednym  stole  z  dwoma  twoimi 

przyjaciółmi, Garethem i Matthewem. Ogromnie zabawni ludzie, wysłałam im zaproszenia na 

ś

lub. Myślisz, że się zjawią? 

- Tak  sądzę  -  odparłem.  -  Gareth  wprost  uwielbia  wesela  i  inne  tłumne  uroczystości. 

Lubi być duszą towarzystwa. Matthew ma w sobie więcej z domatora, ale wie, że każda próba 

powstrzymania  Garetha  zakończy  się  fiaskiem,  więc  wszędzie  z  nim  chodzi,  nawet  jeśli 

wolałby pozostać w domu. 

- Wiesz,  kiedy  zgodziłam  się  wyjść  za  Hamisha,  przemknęło  mi  przez  myśl,  że 

chciałabym  jeszcze  raz  pójść  z  tobą  do  łóżka  -  powiedziała  Carrie,  patrząc  mi  głęboko  w 

oczy. - Cieszę się, że zrobiliśmy to po weselu Bernarda i Lydii. 

Siedzieliśmy  na  wprost  siebie  przy  niewielkim  stoliku  przykrytym  białym  obrusem. 

Przed  nami  stały  filiżanki  herbaty  oraz  napoczęte  ciastka.  Choć  jeszcze  dwadzieścia  minut 

temu świeciło słońce, teraz za oknem padał deszcz. 

- Nie  wierzę  w  tak  zwane  otwarte  małżeństwa  -  kontynuowała.  -  Przysięgłam 

Hamishowi, że go zabiję, jeśli się dowiem, że mnie zdradził. I sama też nie zamierzam więcej 

background image

sypiać z nikim oprócz niego. 

- Słusznie  -  pochwaliłem.  -  Może  to  staromodne,  ale  ja  też  jestem  zwolennikiem 

wierności małżeńskiej. Tyle że nie wiem, czy byłbym w stanie przez resztę życia sypiać tylko 

z jedną osobą. 

- Uważam, że dam radę - oznajmiła Carrie. - Zresztą nie mogę powiedzieć, że byłam 

dotąd przesadną cnotką. Chyba zdołałam się wyszumieć. 

- Co  w  Ameryce  w  dzisiejszych  czasach  znaczy  nie  być  „przesadną  cnotką”?  Ilu 

trzeba mieć kochanków? 

- Hm,  sama  nie  wiem.  Chyba…  chyba  więcej  niż  jednego  -  odparła  spuszczając 

wzrok. 

- No,  śmiało,  komu  jak  komu,  ale  mnie  się  możesz  zwierzyć.  W  końcu  widziałem 

twoją suknię ślubną, więc nie powinniśmy mieć przed sobą żadnych tajemnic. 

- Dobra,  skoro  nalegasz  -  rzekła  po  krótkim  wahaniu,  wybuchając  perlistym 

ś

miechem.  -  Najpierw  był  ten  pierwszy,  a  pierwszego  razu  nigdy  się  nie  zapomina. 

Zwłaszcza,  że  było  całkiem  przyjemnie.  Potem  drugi…  Drugi  to  pomyłka,  miał  bardzo 

włochate  plecy.  Trzeci.  Czwarty.  Piąty.  -  Prostowała  kolejno  palce  prawej  ręki;  teraz 

ponownie  zamknęła  ją  w  pięść  i  zaczęła  od  początku  odginać  palce.  -  Szósty…  To  było  w 

moje urodziny. W sypialni moich rodziców. 

- W które urodziny? - zapytałem. 

- Siedemnaste. 

- Siedemnaste, a już mamy sześciu? - zdziwiłem się. Znów się roześmiała. 

- Wiesz,  wychowywałam  się  na  wsi.  Stodoły,  stogi  siana…  Okazja  czyni  złodzieja. 

Numer  siódmy  był  jak  poziomki  ze  śmietaną,  a  numer  ósmy  miał  takiego.  -  Skrzywiła  się  i 

pokazała  mały  palec.  -  Za  dziewiątym  razem  stałam  oparta  o  płot;  bardzo  niewygodna 

pozycja dla dziewczyny, nie radzę ci próbować. 

- Dobrze, zapamiętam - obiecałem. 

- Za to dziesiąty chłopak był niezwykle przystojny i bardzo delikatny, czułam się jak 

w niebie. 

- Nienawidzę go. 

- Na jedenastym bardzo się zawiodłam, absolutnie nic ciekawego. Od dwunastego do 

siedemnastego to okres studiów i kolejne rozczarowania: mili, inteligentni i wrażliwi chłopcy, 

którzy zupełnie nie sprawdzali się w łóżku. - Zmarszczyła nos. - Osiemnasty złamał mi serce. 

Cierpiałam przez dwa lata. 

- Strasznie mi przykro. 

background image

- Potem  był  dziewiętnasty;  w  ogóle  go  nie  pamiętam,  ale  moja  współlokatorka 

twierdziła,  że  kochałam  się  z  nim,  w  dodatku  dwa  razy.  Dwudziesty…  O  Boże,  nie  mogę 

uwierzyć,  że  doszłam  już  do  dwudziestu!  W  każdym  razie  dwudziesty  niczym  się  nie 

wyróżniał,  za  to  dwudziesty  pierwszy  niewątpliwie  był  interesujący.  Miał  język  długi  jak 

trąba  słonia.  Dwudziesty  drugi  wciąż  zasypiał.  Spotkałam  go  podczas  pierwszego  pobytu  w 

Anglii. 

- Oj,  to  przepraszam  za  swojego  rodaka  -  powiedziałem.  -  Może  właśnie  wrócił  z 

Afryki, gdzie ukąsiła go mucha tse - tse? Zdarzają się takie wypadki. 

Carrie uśmiechnęła się i liczyła dalej. 

- Dwudziesty trzeci i dwudziesty czwarty równocześnie, bardzo ciekawe przeżycie… 

- Żartujesz! - wymknęło mi się. 

- Nie,  skądże.  Piliśmy  przez  całą  podróż  samolotem,  potem  na  lotnisku  wspólnie 

kupiliśmy  prezerwatywy…  Fajnie  było!  Dwudziesty  piąty  to  naprawdę  cudowny  Francuz, 

dwudziesty  szósty  też  Francuz,  ale  taki  sobie,  Dwudziesty  siódmy  był  kompletnym 

niewypałem. 

- Jak to? Rozumiem, że mogłaś popełnić pomyłkę przy drugim czy trzecim facecie, ale 

przy dwudziestym siódmym? 

- Skąd  miałam  wiedzieć,  że  będzie  przez  cały  czas  krzyczał?  Tak  się  na  nim 

zawiodłam,  że  w  ogóle  zniechęciłam  się  do  seksu.  Na  szczęście  Spencer  sprawił,  że 

zmieniłam zdanie. On był dwudziesty ósmy, a jego ojciec dwudziesty dziewiąty. 

- Jak mogłaś iść do łóżka z ojcem swojego chłopaka! 

- Po  pierwsze  Spencer  przestał  już  wtedy  być  moim  chłopakiem,  a  po  drugie  jego 

ojciec był bardziej przystojny od niego - oświadczyła. - Później trzydziesty: kompletne zero. 

Trzydziesty  pierwszy…  całkiem,  całkiem.  Trzydziesty  drugi,  naprawdę  uroczy.  A  potem 

trzydziesty trzeci, mój aktualny narzeczony. 

- No, no… A gdzie ja byłem… po twoim narzeczonym? - zapytałem. 

- Nie. Ty byłeś trzydziesty drugi.  - Spojrzała na  mnie i uśmiechnęła się ciepło. - No, 

więc  tak  to  wygląda.  Mniej  niż  Madonna,  ale  więcej,  jak  sądzę,  niż  księżniczka  Diana.  A 

teraz twoja kolej. Z iloma dziewczynami spałeś? 

- Hm… Moja lista będzie znacznie skromniejsza - powiedziałem zgodnie z prawdą. - 

Właściwie  to  sam  nie  wiem,  jak  spędzałem  czas.  Pewnie  pracowałem,  zamiast  pieprzyć 

panienki. Tak, dużo pracowałem. Zwłaszcza ostatnio. 

- Nie wykręcaj się. Mów, ile ich było. 

- Więc…  -  Zacząłem  liczyć  po  cichu  na  palcach,  ale  w  głowie  miałem  pustkę,  nie 

background image

mogłem  przypomnieć  sobie  chyba  z  połowy  dziewczyn,  z  którymi  poszedłem  do  łóżka.  - 

Około dwudziestu - oznajmiłem w końcu, choć dobrze wiedziałem, że było sporo mniej. 

- A tak naprawdę? 

- No,  może  piętnaście.  Wiesz,  Anglia  to  nie  Ameryka.  Rewolucja  seksualna  jeszcze 

nie w pełni do nas dotarła. 

- Czyżby?  -  zdziwiła  się  Carrie.  -  Mój  narzeczony  twierdzi,  że  spał  z 

osiemdziesięcioma czterema kobietami. 

- Kłamie! 

- Nie  sądzę.  Mówi,  że  późne  lata  siedemdziesiąte  były  pod  tym  względem  bardzo 

udanym okresem. 

- Cholera, byłem wtedy jeszcze nastolatkiem, ale przecież mogłem się załapać. Trzeba 

było  pieprzyć  koleżanki,  a  nie  słuchać  z  nimi  Abby.  Zmarnowałem  młodość!  Pewnie 

wszystkiemu są winne moje okulary; już dawno mogłem sobie sprawić kontakty! 

Carrie  uśmiechnęła  się,  po  czym  podniosła  ciastko  do  ust  i  ugryzła  kawałek.  Przez 

dłuższą chwilę oboje milczeliśmy. 

- Żałuję, że nie zadzwoniłem do ciebie po naszym ostatnim spotkaniu - powiedziałem 

przerywając ciszę. - Naprawdę miałem ochotę. Ale ty też nie zadzwoniłaś. Bez najmniejszych 

skrupułów  dwa  razy  zaciągnęłaś  mnie  do  łóżka  i  nawet  nie  zadzwoniłaś,  żeby  mi 

podziękować. 

- Napisałam do ciebie. 

- Jak to? - zapytałem. Nie dostałem od niej żadnego listu. Czyżby zaginął w drodze? 

Poczułem, że jeszcze nic wszystko stracone. 

- Wysłałam ci zaproszenie na ślub. 

- Ach tak, rzeczywiście - przyznałem. - Ale to niezupełnie to samo, co list miłosny… 

- Słuchaj, czas na mnie - powiedziała Carrie. 

Spojrzałem na zegarek i zakląłem szpetnie. Było piętnaście po czwartej. David już od 

kwadransa  czekał  ni  mnie  pod  kinem,  a  obiecałem  mu,  że  tym  razem  na  pewno  przyjdę 

punktualnie. 

- Dobrze,  ale  musisz  zrobić  jedno:  usprawiedliwić  mnie  przed  bratem  -  rzekłem, 

szybko podnosząc się z miejsca. - Inaczej nigdy nie wybaczy mi spóźnienia! 

Już z daleka zobaczyłem Davida, który stał nie w środku, lecz przed kinem, ponieważ 

deszcz przestał padać i znów świeciło słońce. Gdy tylko dostrzegł mnie i Carrie biegnących w 

jego stronę, od razu zaczął sygnalizować w języku migowym. 

Nie jesteś moim bratem! Jesteś dupkiem, którego kiedyś znałem! 

background image

Carrie,  to  jest  David,  mój  brat  przyrodni  -  przedstawiłem  go  dziewczynie,  kiedy 

podeszliśmy bliżej. - To jest Carrie. 

- Cześć - powiedziała Carrie, uśmiechając się. 

- Wybieraliśmy  jej  suknię  ślubną,  dlatego  się  spóźniłem  -  zakomunikowałem 

Davidowi. 

Żałosna wymówka. Za kogo wychodzi? 

- Za totalnego buca. 

- Szkoda jej, całkiem ładna szprota. 

Carrie spojrzała na mnie, zaintrygowana naszą wymianą. 

- Właśnie  powiadomiłem  Davida,  że  wychodzisz  za  Hamisha  -  wyjaśniłem.  - 

Stwierdził, że to bardzo sympatyczny facet. 

Spałeś z nią? 

Pyta, gdzie się odbędzie wasz ślub. 

- W Szkocji - odparła Carrie. 

I  buforki  ma  całkiem  do  rzeczy  -  poinformował  mnie  David,  wykonując  rękami 

dokładnie takie same gesty, jak każdy mężczyzna, kiedy omawia akurat te szczegóły damskiej 

anatomii. 

- Mówi, że Szkocja to piękny rejon - przetłumaczyłem szybko. - Górzysty. 

- Powiedz mu, że będzie mile widziany na moim ślubie. Hamish zna samych ponurych 

sztywniaków, a ja nie chcę, żeby mój ślub wyglądał jak pogrzeb. Ale dobra, idźcie już, bo się 

spóźnicie na film. Do zobaczenia w Szkocji! 

- Do zobaczenia - odpowiedziałem machinalnie. 

Carrie  uśmiechnęła  się  na  pożegnanie,  odwróciła  się  i  ruszyła  w  stronę  bulwaru 

ciągnącego się wzdłuż rzeki. Przez chwilę staliśmy obaj i patrzyli, jak się oddala. 

Mam  problem.  Nie  wiem,  co  powinienem  zrobić  -  zasygnalizowałem  do  Davida.  - 

Ogromnie mi się podoba ta dziewczyna. 

- Trzeba było jej to powiedzieć. Bo za miesiąc będzie już panią Buc i klamka zapadła

Powiedzieć!  Dobrze  ci  mówić.  To  wcale  nie  takie  proste.  Myślisz,  że  jak  tylko 

otworzę  usta,  ona  padnie  mi  w  ramiona  i  będziemy  odtąd  żyli  długo  i  szczęśliwie?  E  tam!  - 

Machnąłem ręką. - Marzenie ściętej głowy! Lepiej wchodźmy do środka, zanim rozpocznie się 

film. 

David  wzruszył  ramionami,  jakby  chciał  oświadczyć  „rób  jak  chcesz,  ja  umywam 

ręce”. Weszliśmy do pustego hallu - pozostali widzowie zdążyli już zająć miejsca - i akurat w 

chwili,  kiedy  David  wyjął  z  kieszeni  bilety,  żeby  wręczyć  je  bileterce,  postanowiłem,  że 

background image

jednak  muszę  coś  zrobić,  nie  mogę  pozwolić,  by  Carrie  wyszła  za  kogo  innego:  muszę  ją 

powstrzymać. A przynajmniej muszę jej wyznać, co do niej czuję. 

Kurwa, masz rację - zasygnalizowałem szybko do Davida. - Wchodź sam, nie czekaj 

na mnie! 

Wybiegłem  z  kina  i  pognałem  w  stronę  bulwaru  nad  Tamizą.  Rozglądałem  się  na 

wszystkie strony, ale nigdzie nie widziałem Carrie. Podbiegłem jeszcze parę kroków i nagle 

ujrzałem ją od tyłu. Znajdowała się tuż przede mną. 

- Carrie! - zawołałem. 

Odwróciła się lekko zdziwiona i przystanęła; podszedłem bliżej. 

- Słuchaj,  wiem,  że  to  kretyńskie  pytanie,  zwłaszcza  w  świetle  twojej  niedawnej 

wizyty  w  sklepie  z  sukniami  ślubnymi,  ale  chciałem  cię  spytać,  czy  przypadkiem…  Nie, 

wiem, że nie, przecież jestem tylko ubogim facetem, który spał z zaledwie… tak, okłamałem 

cię, z zaledwie dziewięcioma dziewczynami, ale pomyślałem sobie, że chyba powinienem… 

Wiem, że będę żałował tego, co zaraz powiem, w końcu nikt nie lubi robić z siebie osła, ale 

naprawdę  czuję…  -  Serce  waliło  mi  jak  młot,  wiedziałem,  że  jestem  czerwony  na  twarzy,  a 

jednak  nie  umiałem  wyartykułować  tego,  co  naprawdę  chciałem  jej  powiedzieć. 

Postanowiłem  spróbować  jeszcze  raz:  -  Nie,  poczekaj,  zacznę  od  początku,  a  więc  cytując 

słowa  Davida  Cassidy  z  okresu,  kiedy  występował  z  Partridge  Family:  „Zdaje  się,  że  cię 

kocham”, i właśnie w związku z tymi słowami chciałem cię spytać, czy przypadkiem jednak 

nie  chciałabyś…  Nie,  oczywiście,  że  nie,  niepotrzebnie  się  wygłupiłem,  w  końcu  kim  ja 

jestem,  nic  dziwnego,  że  wolisz  jego,  to  zrozumiałe.  Jasna  sprawa.  Proste  jak  drut. 

Przepraszam, że ci niepotrzebnie zawracałem głowę. Cześć! 

Odwróciłem się na pięcie, klnąc pod nosem. Wtem dobiegł mnie głos Carrie: 

- To było niesamowicie romantyczne… Natychmiast obróciłem się z powrotem. 

- Tak  uważasz?  No,  wiesz,  długo  zastanawiałem  się  nad  tym,  co  powiedzieć,  całą 

przemowę ułożyłem sobie wcześniej w głowie, bo bardzo mi zależało, żeby wszystko dobrze 

wypadło. W końcu każde słowo jest ważne. Teraz jednak głównie odczuwam ulgę, że mam to 

już za sobą, że już ci wszystko powiedziałem, właśnie tak, jak sobie zaplanowałem. 

- A co właściwie chciałeś mi powiedzieć? - zapytała. 

- No,  wiesz…  to,  co  ci  właśnie  powiedziałem…  no,  to  o  Davidzie  Cassidy…  - 

Czułem, jak strużki potu ściekają mi po plecach. 

- Słodki jesteś - oznajmiła Carrie, podchodząc bliżej i całując mnie w policzek. 

Odsunęła  się  i  popatrzyła  mi  w  oczy.  Wiedziałem,  że  powinienem  powiedzieć  coś 

więcej, ale w głowie miałem totalny zamęt. 

background image

Carrie przyglądała mi się jeszcze przez chwilę, a potem uśmiechnęła się,  odwróciła i 

zaczęła oddalać. Kiedy odeszła jakieś dziesięć metrów, obejrzała się, ale ja nadal stałem tam, 

gdzie mnie zostawiła, zupełnie jakby mi nogi wrosły nagle w ziemię. 

background image

IV. 

MIESIĄC PÓŹNIEJ 

Spojrzałem na zegarek i nacisnąłem mocniej na gaz, co natychmiast wywołało protest 

mojego  starego  volvo;  warkot  silnika  wzmógł  się  nieprzyjemnie,  a  cały  pojazd  zaczął 

dygotać, jakby się zaraz miał rozpaść. 

Z  trudem  wyreperowany  gruchot  nie  nadawał  się  na  jazdę  po  górzystych  terenach 

Szkocji, tym bardziej że miał już za sobą drogę z Londynu do Edynburga, gdzie zatrzymałem 

się  na  parę  godzin  w  sprawach  zawodowych.  Zaledwie  kilka  tygodni  temu  nasza  firma 

architektoniczna  wygrała  konkurs  na  budowę  nowej  siedziby  jednego  z  największych 

szkockich  banków,  ale  jego  dyrekcja  zażądała  od  nas  wprowadzenia  licznych  zmian  do 

wstępnego projektu, co znacznie podwyższało koszty całej inwestycji. Właśnie tego dotyczyła 

moja  rozmowa  z  przedstawicielami  banku.  Na  szczęście  jej  końcowy  efekt  był  bardzo 

pozytywny;  bank  bez  zmrużenia  oka  zaakceptował  nowy  kosztorys.  Ponieważ  byłem 

głównym  autorem  projektu,  wiedziałem,  że  przynajmniej  na  okres  najbliższego  roku  moja 

sytuacja  finansowa  znacznie  się  poprawi.  A  jeśli  gotowy  budynek  będzie  się  podobał,  jest 

duża  szansa,  że  posypią  się  kolejne  zamówienia.  To  sprawiło,  że  choć  rozmowa  się 

przeciągnęła i opuściłem Edynburg później, niż zamierzałem, byłem w doskonałym humorze, 

który jednak stopniowo mnie opuszczał, w miarę jak zbliżałem się do Perth. 

Albowiem  dwadzieścia  kilometrów  na  zachód  od  Perth  znajdowała  się  posiadłość 

Hamisha, na terenie której on i Carrie mieli o siódmej wstąpić w związek małżeński. Długo 

wahałem się, czy jechać na ich ślub, ale ponieważ i tak musiałem stawić się w Edynburgu, w 

końcu  zdecydowałem,  że  pojadę.  Może  w  skrytości  ducha  liczyłem  na  to,  że  albo  Carrie  w 

ostatniej  chwili  się  rozmyśli,  albo  jakaś  interwencja  sił  wyższych  -  pod  postacią 

niespodziewanego  kataklizmu  -  sprawi,  że  nie  dojdzie  do  zawarcia  jej  małżeństwa  z 

Hamishem. 

W  drodze  rozmyślałem  o  tym,  co  Gareth  powiedział  kilka  dni  wcześniej,  kiedy  cała 

nasza paczka zjawiła się u niego i Matthewa na małym przyjęciu. 

Ogromnie lubiliśmy bywać w ich urządzonym ze smakiem niewielkim domku. Ilekroć 

zapraszali  nas  do  siebie,  Gareth  przedzierzgał  się  z  lwa  salonów  w  znakomitego  kucharza  i 

własnoręcznie  przyrządzał  wszystkie  wspaniałe  dania,  które  wjeżdżały  na  stół.  Obwiązany 

kolorowym  fartuchem,  co  rusz  znikał  w  kuchni,  po  czym  wyłaniał  się  dźwigając  na  tacy  to 

prosciutto  z  melonem,  to  pomidory  nadziewane  tuńczykiem  i  kaparami,  to  cannelloni,  to 

background image

indyka  nadziewanego  szynką,  serem  i  truflami,  to  inną  wyśmienitą  włoską  potrawę,  gdyż 

właśnie  kuchnia  włoska  stanowiła  jego  specjalność.  Matthew  tymczasem  otwierał  kolejne 

butelki  markowych  win  z  ich  niedużej,  lecz  znakomicie  zaopatrzonej  piwniczki  i  jak  na 

troskliwego  gospodarza  przystało,  dbał  o  to,  abyśmy  ani  przez  chwilę  nie  mieli  pustych 

kieliszków. 

Nasza hałaśliwa i jak zwykle chaotyczna rozmowa przeszła w pewnym momencie na 

temat  ślubów.  Zaczęła  Scarlett  mówiąc,  że  czytała  ostatnio  w  jakimś  babskim  piśmie  o 

mieszkańcach  Andamanów,  gdzie  ceremonia  zaślubin  wygląda  następująco:  nowożeńcy 

kucają  na  ziemi  naprzeciw  siebie,  rodzice  i  krewni  przykucają  wokół  nich,  otaczając  ich 

ciasnym  pierścieniem,  po  czym  wszyscy  wyją  najgłośniej  jak  potrafią  co  najmniej  przez 

godzinę. 

- Wyobraziłam  sobie,  co  by  to  było,  gdyby  u  nas  obowiązywał  ten  sam  obyczaj,  i 

długo  skręcałam  się  ze  śmiechu  -  powiedziała.  -  Tylko  pomyślcie:  zamiast  w  kościele, 

gromadzimy  się  wystrojeni  w  szczerym  polu,  kucamy  dookoła  młodej  pary  i  drzemy  się  ile 

tchu. Zabawne, nie? 

- A ja z kolei czytałem gdzieś, że u Polinezyjczyków nowożeńcy nie dostają żadnych 

prezentów,  za  to  ich  rodziny  wymieniają  się  podarkami  -  oznajmił  Tom.  -  Rodzina  panny 

młodej daje maty i kawałki płótna, a rodzina pana młodego broń, narzędzia i czółna. Gdyby 

więc Fiona zdecydowała się wyjść za mąż, ja, jako jej brat, dostałbym całą kupę podarków! 

Co  ty  na  to,  moja  droga,  żeby  przeprowadzić  się  na  Polinezję?  -  dodał,  zwracając  się  do 

siostry. 

Fiona  nic  nie  odpowiedziała,  tylko  posłała  mu  lodowate  spojrzenie;  Tom  zamilkł jak 

niepyszny.  A  ja  pomyślałem  sobie,  że  może  naprawdę  byłby  znacznie  szczęśliwszy,  gdyby 

mógł  mieszkać  na  Polinezji,  polować  z  czółna  ościeniem  na  ryby,  uwodzić  tubylki  i 

wylegiwać się na plaży pod palmą. Tam nikt by od niego nie wymagał, żeby zachowywał się 

tak,  jak  w  Anglii  oczekuje  się  od  człowieka  o  jego  majątku  i  pozycji,  a  właśnie  tym 

wymaganiom  biedny  Tom  nie  potrafił  sprostać;  choćby  nie wiedzieć  jak  się  starał,  zawsze 

popełniał jakąś gafę, której Fiona na ogół nie omieszkała mu wytknąć. 

- Jeszcze ciekawiej jest z wiernością małżeńską! - Gareth pociągnął spory łyk wina. - 

Na  przykład  wśród  Beduinów  nie  obowiązuje  ani  mężczyzn,  ani  kobiet.  A  u  pewnych 

afrykańskich  plemion  panuje  tak  zwany  zwyczaj  „czwartego  dnia”:  przez  trzy  dni  kobiecie 

wolno sypiać wyłącznie z mężem, natomiast kolejnego dnia może iść do łóżka z kim chce. Z 

kolei  aborygeni  posunęli  do  ekstremów  jus  primae  noctis,  czyli  prawo  feudalnego  dziedzica 

do  sypiania  w  noc  poślubną  z  małżonkami  swoich  poddanych.  Na  niektórych  obszarach 

background image

Australii w noc poślubną całe plemię pieprzy się z panną młodą! 

- To  tylko  następne  argumenty  potwierdzające  to,  co  powtarzam  od  zawsze  - 

powiedziałem.  -  W  obecnych  czasach  naprawdę  nie  ma  żadnego  powodu,  żeby  przechodzić 

przez ten cały kretyński rytuał, jakim jest ślub, wszystko jedno, czy zawierany w kościele, czy 

przed urzędnikiem. Jeśli dwoje ludzi się kocha, mogą po prostu mieszkać razem i już; nie ma 

powodu, żeby się pobierali! 

- Wiesz,  dotychczas  się  z  tobą  zgadzałem  -  rzekł  Gareth,  nagle  poważniejąc  -  ale 

ostatnio  doszedłem  do  wniosku,  że  jednak  nie  masz  racji.  Znudziło  mi  się  łażenie  na  śluby 

ludzi,  którzy  w  gruncie  rzeczy  nic  mnie  nie  obchodzą.  Chciałbym  wreszcie  pójść  na  ślub 

kogoś,  kogo  kocham  tak  bardzo  jak  was,  moi  mili.  Ślub  naprawdę  może  być  piękną, 

wzruszającą  ceremonią,  która  wszystkim  na  długo  zostanie  w  pamięci.  Zastanówcie  się  nad 

tym. 

- Ja tam wcale nie muszę się zastanawiać - oświadczył Tom. - Od dawna bardzo bym 

chciał się ożenić! To nie moja wina, że wciąż jestem kawalerem. Ale ilekroć oświadczam się 

jakiejś  dziewczynie,  dostaję  od  niej  kosza.  A  oświadczałem  się  już  chyba  wszystkim,  które 

znam! 

- Mnie jeszcze nie - powiedziała z lekką pretensją w głosie Scarlett. 

- Naprawdę? - zdziwił się Tom. - Wybacz mi, moja droga, już się robi. - Zerwał się z 

krzesła, padł przed nią na kolana i spytał: - Scarlett, chcesz zostać moją żoną? 

- Nie - odparła Scarlett. - Ale dziękuję, że mnie poprosiłeś; czułam się pominięta. 

Wszyscy oprócz Toma parsknęli śmiechem i wkrótce rozmowa przeszła na inne tory, 

mnie  jednak  zapadły  w  pamięć  słowa  Garetha  o  tym,  że  chętnie  poszedłby  na  ślub  kogoś, 

kogo  kocha.  Przypomniałem  je  sobie  jadąc  w  stronę  zamku  Hamisha  i  pomyślałem,  że  ja 

również chętnie wybrałbym się na ślub Davida, Toma, Fiony albo Scarlett. Naprawdę byli mi 

najbliżsi  na  świecie  i  ze  wszech  miar  pragnąłem,  żeby  znaleźli  partnerki  i  partnerów,  z 

którymi zechcą spędzić resztę życia, i żeby żyli z nimi długo i szczęśliwie; jak w bajce. 

Zmierzchało  już,  kiedy  minąłem  podłużne  górskie  jezioro  i  wjechałem  na  wąską, 

wijącą  się  przez  las  drogę,  która  wiodła  do  rozległej  posiadłości  Hamisha  Banksa.  Kilometr 

dalej  przejechałem  przez  wielką  bramę  z  kutego  żelaza  i  zobaczyłem  na  końcu  podjazdu 

ogromny,  średniowieczny  zamek  ze  wspaniałymi  basztami,  a  kilkaset  metrów  na  lewo 

niewielki  kamienny  kościółek  z  dzwonnicą,  w  którym  prawdopodobnie  od  wielu  pokoleń 

ż

enili się przodkowie narzeczonego Carrie. Spojrzałem na zegarek. Było dziesięć po siódmej. 

Zakląłem  w  duchu,  parkując  volvo  pod  rozłożystym  dębem  i  obiecałem  sobie,  że  jak  tylko 

wpadnie mi trochę gotówki w związku z projektem banku, od razu wybiorę sobie nowy wóz i 

background image

wpłacę pierwszą ratę. Miałem dość jeżdżenia tym starym szmelcem. 

Szybko zrzuciłem z siebie ciepły sweter i włożyłem frak leżący na tylnym siedzeniu, 

po  czym  przebiegłem  żwawo  przez  murawę  i  otworzyłem  ciężkie  boczne  drzwi  starej 

budowli. Ciasne wnętrze świątyni, rozświetlone dziesiątkami grubych świec, wypełnione było 

po brzegi ludźmi. Stanąłem z boku przy samej ścianie i skierowałem wzrok w stronę ołtarza. - 

…związku, gdy ten przed obliczem Pańskim zostanie zawarty. Jeśli więc ktoś z obecnych zna 

jakikolwiek  powód  bądź  przyczynę,  dla  którego  tych  dwoje  nie  powinno  się  połączyć 

ś

więtym  węzłem  małżeńskim,  niech  wystąpi  teraz  i  to  powie  albo  niech  po  wieki  wieków 

zachowa milczenie. 

Miałem  ochotę  podbiec  do  ołtarza  i  krzyknąć,  że  Carrie  nie  może  zostać  żoną 

Hamisha,  bo  to  ja  ją  kocham  i  pragnę  spędzić  z  nią  resztę  życia,  ale  wiedziałem,  że jedynie 

bym  się  wygłupił  na  oczach  całego  zgromadzenia.  No  bo  na  co  mogłem  liczyć?  Że  Carrie 

rzuci mi się w ramiona? Już raczej do końca życia będzie na mnie wściekła, że zepsułem jej 

ceremonię  ślubną.  Jeśli  ją  rzeczywiście  kochałem,  powinienem  był  powiedzieć  jej  o  tym 

wcześniej.  Nie  zrobiłem  tego,  bo  albo  nie  byłem  pewien  swoich  uczuć,  albo  bałem  się,  że 

mnie wyśmieje. Więc teraz milczałem tak jak wszyscy, wpatrując się w szczupłą sylwetkę w 

bieli stojącą przed ołtarzem obok dwa razy starszego od niej mężczyzny w szkockim kilcie. 

- Powstańcie,  moi  drodzy  -  powiedział  pastor,  a  kiedy  wszyscy  wstali  z  miejsc, 

zwrócił się do Hamisha: - Czy ty, Hamishu, masz dobrą i nieprzymuszoną wolę pojąć za żonę 

tę oto Caroline, którą widzisz przed sobą, i ślubujesz jej miłość, wiarę i uczciwość małżeńską, 

oraz to, że jej nie opuścisz aż do śmierci? 

- Tak - oświadczył Hamish mocnym, zdecydowanym głosem. 

Pastor zwrócił się z kolei do Carrie. 

- Czy  ty,  Caroline,  masz  dobrą  i  nieprzymuszoną  wolę  pojąć  za  męża  tego  oto 

Hamisha,  którego  widzisz  przed  sobą,  i  ślubujesz  mu  miłość,  wiarę  i  uczciwość  małżeńską, 

oraz to, że go nie opuścisz aż do śmierci? 

- Tak - powiedziała Carrie. 

Oparłem  się  o  ścianę  i  wypuściłem  głośno  z  płuc  powietrze.  Nawet  sobie  nie 

zdawałem  sprawy,  że  wstrzymuję  oddech,  jakbym  do  ostatniej  chwili  liczył  na  to,  że  stanie 

się coś nieprzewidzianego i ślub nie dojdzie do skutku. 

- O kurwa, kurwa, kurwa… - powtórzyłem cicho. 

Kiedy  po  skończonej  uroczystości  wszyscy  wysypali  się  z  kościółka,  na  zewnątrz 

panował  mrok.  Rozświetlały  go  jednak  zapalone  pochodnie  poustawiane  w  regularnych 

odstępach między kaplicą i zamkiem, a w rześkim, górskim powietrzu rozbrzmiewała muzyka 

background image

kobz. Nowożeńcy ruszyli przodem, goście powoli za nimi. 

Większość mężczyzn ubrana była tak jak Hamish: w kraciaste szkockie kilty, obcisłe 

czarne  kurtki  ze  złotymi  guzikami  oraz  koszule  z  koronkowymi  żabotami.  Kiedy  w  tłumie 

gości wypatrzyłem Garetha, okazało się, że on też ma na sobie szkocki strój, co dosyć mnie 

zdziwiło, ponieważ nie był Szkotem. Spytałem o to Matthewa, który podobnie jak ja włożył 

na uroczystość frak. 

- To prawda, Gareth nie jest Szkotem - rzekł z uśmiechem. - Ale ponieważ ja jestem, 

uznał, że ma prawo się tak wystroić. Powiedział, że za nic nie przepuści okazji, żeby wystąpić 

w kiecce. Zawsze twierdził, że ma bardzo zgrabne kolana. 

Weszliśmy  do  hallu  zamku  i  zaczęli  wolno  posuwać  się  w  stronę  miejsca,  gdzie 

państwo młodzi witali gości. 

- Gratulacje  -  powiedziałem  do  Hamisha,  ściskając  mu  prawicę,  kiedy  nadeszła  moja 

kolej. 

A po chwili trzymałem w dłoni drobną rączkę Carrie. W sukni, która podobała mi się 

najbardziej ze wszystkich, jakie przymierzała wtedy ze mną w sklepie, wyglądała tak ślicznie, 

ż

e po raz kolejny zaparło mi dech. 

- Wyglądasz cudownie - oznajmiłem. - Nic a nic nie przypominasz bezy. 

- Dziękuję - powiedziała z uśmiechem. Puściłem jej dłoń. 

Dupa  blada!  -  mruknąłem  do  siebie  i  poszedłem  dalej.  Wkrótce  znalazłem  się  w 

ogromnej,  oświetlonej  kryształowymi  żyrandolami  sali,  z  której  na  piętro  wiodły  kręte, 

marmurowe schody, a na ścianach wisiały portrety groźnie spozierających przodków, topory, 

oszczepy  i  trofea  myśliwskie.  Służący  w  szkockich  strojach  roznosili  na  tacach  szampana, 

miejscowa  orkiestra  grała  na  kobzach  jakąś  skoczną  melodię.  Kilka  nastolatek,  też 

wystrojonych na lokalną modłę, podrygiwało na parkiecie. 

- To  przecież  brigadoon!  Mój  ulubiony  taniec!  -  ucieszył  się  Gareth  i  natychmiast 

puścił się w pląsy. 

Matthew  i  ja  zatrzymaliśmy  się  nie  opodal  i  przez  chwilę  obserwowaliśmy  Garetha, 

który  podskakiwał  wysoko  to  na  jednej,  to  na  drugiej  nodze,  od  czasu  do  czasu  wydając 

dziwne, mrożące krew w żyłach okrzyki. Zazdrościłem mu, że umie się tak wspaniale bawić. 

- Mam  ochotę  upić  się  w  trzy  dupy  -  powiedziałem  do  Matthewa.  -  Idę  do  baru. 

Przynieść ci coś? 

- Tak, podwójną whisky. Ale jeśli chcesz pić, lepiej przegryź coś najpierw. - Spojrzał 

na mnie z zatroskaniem. - Na końcu sali jest zimny bufet. 

Nie  byłem  głodny,  ale  od  rana  nic  nie  jadłem,  więc  pomyślałem,  że  rzeczywiście 

background image

powinienem  coś  przekąsić.  Nie  zamierzałem  się  przecież  schlać  jak  bela  i  zrobić  z  siebie 

pośmiewiska.  Przedarłem  się  przez  salę  w  stronę  dwóch  zestawionych  razem  stołów 

przykrytych  bogato  haftowanymi  obrusami;  stały  na  nich  srebrne  półmiski  wędlin  i  mięs  na 

zimno oraz kryształowe salatery przeróżnych sałatek, żeby strudzeni podróżą goście mogli się 

co nieco posilić, zanim o dziewiątej zasiądą do uroczystej kolacji. 

Nałożyłem sobie kopiasty talerz pełen różności, ale kiedy zacząłem jeść, okazało się, 

ż

e  nic  mi  nie  smakuje.  Z  najwyższym  trudem  przeżuwałem  każdy  kęs  i  musiałem  się 

zmuszać,  żeby  w  ogóle  cokolwiek  przełknąć.  Sam  nie  wiedziałem,  czy  to  mój  podły  humor 

odebrał mi apetyt, czy też szkocka kuchnia jest jeszcze gorsza od angielskiej. 

Oprócz mnie przy bufecie kręciła się całkiem ładna dwudziestoparoletnia blondynka w 

czerwonej  sukni  ze  sporym  dekoltem.  Spojrzała  na  mnie  zachęcająco  parę  razy,  więc 

uznałem, że niegrzecznie byłoby się do niej nie odezwać. Co prawda akurat tego dnia gówno 

mnie obchodziły dobre obyczaje, ale w końcu co miałem do stracenia? Przemknęło mi nawet 

przez  myśl,  że  jeśli  się  postaram,  to  może  właśnie  w  ramionach  tej  blondynki.  uda  mi 

zapomnieć o Carrie. 

- Byłem tego lata na ośmiu weselach - powiedziałem, żeby nawiązać rozmowę. 

- Naprawdę? - zapytała blondynka, uśmiechając się przyjaźnie. - Więc pewnie ma pan 

już dość szampana i kanapek z łososiem, prawda? 

- Tak.  Zresztą  jedzenie  na  weselach  na  ogół  bywa  podłe.  W  maju  wybrałem  się  na 

wesele,  które  w  całości  urządziła  siostra  panny  młodej.  Pieczeń  była  tak  twarda,  że  chyba 

wolałbym  pałaszować  własny  but.  Ale  potem  wszyscy  kłamaliśmy  jak  najęci,  mówiąc,  że 

dawno nie jedliśmy takich frykasów. Szczyt hipokryzji, ale co było robić? 

- Fakt. 

- Przyrządzanie potraw to bardzo trudna sztuka, poza tym wszystko należy kupować i 

podawać  w ostatniej chwili, żeby było świeże -  dodałem, zapalając się do tematu. - A niech 

pani  tylko  spojrzy  na  te  kiełbaski  na  moim  talerzu;  są  tak  suche,  że  wyglądają  jak  odchody 

cierpiącego  na  zatwardzenie  pawiana.  Z  kolei  szparagi  wyglądają  i  smakują  jak  dyndaski 

Marsjan,  natomiast  wiosenną  sałatkę  chyba  rzeczywiście  zrobiono  na  wiosnę  i  trzymano  w 

lodówce aż do teraz. No, ale dość o jedzeniu, pomówmy o czymś przyjemniejszym. Kim pani 

jest? Czym się zajmuje? 

- Prowadzę restaurację - odparła. 

- Ach, to na pewno świetnie pani wie, o czym mówię - ucieszyłem się. - A obsługuje 

pani wesela? 

- Tak. 

background image

- Więc szkoda, że nie poproszono pani, żeby urządziła to. 

- Poproszono - oznajmiła. 

- Więc wielka szkoda, że pani odmówiła. 

- Nie odmówiłam. Wszystkie potrawy pochodzą z mojej restauracji. 

Przez chwilę czułem się jak kretyn. Nie miałem pojęcia, jak zareagować. 

- Ten  nóż  rzeźnicki  wydaje  mi  się  odpowiedni  do tego,  żeby  mnie  pani  za  karę 

wykastrowała - rzekłem wreszcie, podnosząc z półmiska z pieczenia długi nóż. 

Blondynka nawet się nie uśmiechnęła. Spojrzała na mnie chłodno, po czym skierowała 

się w stronę innych gości. Najwyraźniej mogłem się pożegnać z planami szukania pociechy w 

jej ramionach. 

Odstawiłem  talerz  i  poszedłem  do  baru,  gdzie  wziąłem  po  podwójnej  whisky  dla 

siebie i Matthewa. Kiedy jednak zacząłem szukać Matthewa w okolicach parkietu, nie było go 

tam, a Gareth też zrezygnował z tańców. W końcu znalazłem wszystkich swoich przyjaciół w 

bibliotece,  do  której  z  głównej  sali  wiodły  otwarte  drzwi.  Siedzieli  w  otoczeniu  ksiąg  na 

kanapie  i  fotelach,  rozmawiali,  sączyli  drinki  i  spozierali  przez  drzwi  na  innych  gości. 

Skinieniem  głowy  przywitałem  się  z  resztą  towarzystwa,  które  przyjechało  z  Londynu  land 

roverem To - ma, po czym usiadłem z boku. 

- Ogromnie  mi  się  podobała  ta  cała  kościelna  uroczystość  -  perorował  w  najlepsze 

Gareth. - Gdybyśmy z Matthewem kiedykolwiek zdecydowali się na ślub, bardzo bym chciał, 

ż

eby tak to właśnie wyglądało. 

Jeden Tom parsknął śmiechem, bo nie zorientował się, że Gareth mówi poważnie. Ale 

natychmiast umilkł speszony, kiedy Fiona na niego syknęła. 

- Przepraszam… - mruknął. 

- Nic nie szkodzi! - Gareth zaśmiał się rubasznie. - To prawda, że w Anglii jeszcze nie 

zalegalizowano ślubów między osobami tej samej płci, ale to przecież tylko kwestia czasu. I 

jestem  pewien,  że  dożyję  tej  chwili.  Pamiętacie,  moi  drodzy,  co  mówiłem  przed  kilkoma 

dniami?  Że  chciałbym  się  wreszcie  wybrać  na  ślub  kogoś,  kogo  naprawdę  kocham?  Więc 

słuchajcie, oto wasz rozkaz na dzisiejszy wieczór: wstańcie i idźcie szukać żon i mężów! 

- Świetny pomysł!  - zawołał Tom, posłusznie zrywając się z miejsca. - Jak tam, Fifi, 

widzisz może na sali potencjalnego męża? 

- Odpieprz się, Tom - powiedziała z niesmakiem jego siostra. 

- Przepraszam… - mruknął ponownie Tom. 

- Nie  kłóćcie  się,  kochani  -  rzekł  Gareth.  -  A  zanim  ruszycie  szukać  partnerek  i 

partnerów,  wypijmy  za  prawdziwą  miłość.  Mam  nadzieję,  że  ją  tutaj  znajdziecie  i  kiedy  już 

background image

będziecie  sklerotycznymi  staruszkami,  każde  z  was  będzie  mogło  oznajmić  z  dumą: 

adorowano mnie. A więc, za prawdziwą miłość! 

- Za  prawdziwą  miłość!  -  powtórzyliśmy,  wznosząc  do  góry  i  opróżniając  kieliszki 

oraz szklanki. 

- A teraz, jak to genialnie ujął David Bowie, nim zupełnie zbzikował: „Pora na tańce!” 

- zawołał Gareth, po czym odstawił kieliszek, zerwał się z miejsca i pognał na parkiet. 

Inni ruszyli za nim, ja jednak nie miałem ochoty tańczyć; zatrzymałem się w drzwiach 

biblioteki i z tego miejsca obserwowałem przyjaciół. 

Tom  najwyraźniej  wziął  sobie  do  serca  słowa  Garetha,  bo  na  ogół  wyjątkowo 

nieśmiały,  kiedy  w  grę  wchodziły  kontakty  z  przedstawicielkami  płci  pięknej,  tym  razem 

odważnie podszedł do całkiem ładnej kobiety stojącej na skraju parkietu. 

- Podobno wiele osób poznaje swoje przyszłe żony i mężów na weselach - oświadczył. 

- To bardzo… hm… ciekawe, nie uważa pani? 

- Ma pan absolutną rację - powiedziała kobieta. Tom aż pokraśniał z zadowolenia, że 

tak się ze sobą zgadzają. 

- Ja też poznałam męża na weselu - dodała. 

- Aha. Aha. 

Mój  przyjaciel  zaczerwienił  się,  zupełnie  zbity  z  tropu;  widziałem,  jak  się  męczy, 

próbując wymyślić, co ma powiedzieć, żeby móc odejść, nie urażając rozmówczyni. Wreszcie 

znalazł rozwiązanie. Wychylił do dna kieliszek, który trzymał w dłoni, podniósł go nóżką do 

góry i pomachał nim przed kobietą. 

- Ojej, pusty! - zawołał. - Muszę wziąć nowy… Przepraszam bardzo… 

Zakręcił się na pięcie i odszedł szybko z miną zbitego psa. Kobieta uśmiechnęła się do 

siebie i wzruszyła lekko ramionami. W następnej chwili podszedł do niej łysawy pastor, który 

udzielał ślubu Hamishowi i Carrie. 

- Jak się bawisz, moja droga? - zapytał, obejmując ją czule ramieniem. 

Parsknąłem  śmiechem.  Biedny  Tom  jak  zawsze  nie  miał  szczęścia.  Nie  dość  że 

próbował  poderwać  -  w  jak  najuczciwszych  zamiarach  -  zamężną  kobietę,  to  jeszcze  w 

dodatku żonę pastora! 

Scarlett  stała  chwilę  pod  ścianą,  przestępując  z  nogi  na  nogę.  Widziałem  po  jej 

zmarszczonym czole, że stara się podjąć jakąś wyjątkowo trudną decyzję - zapewne którego z 

obecnych  na  sali  mężczyzn  zacząć  podrywać.  W  końcu  najwyraźniej  dokonała  wyboru,  bo 

czoło jej się rozpogodziło, a na ustach zakwitł kokieteryjny uśmiech. Ruszyła zdecydowanym 

krokiem  w  kierunku  wysokiego,  dobrze  zbudowanego  młodego  Amerykanina,  który  był 

background image

chyba najprzystojniejszym mężczyzną na sali. 

- Cześć,  mam  na  imię  Scarlett  -  powiedziała,  zadzierając  głowę,  bo  była  co  najmniej 

pół  metra  niższa  od  niego.  -  Nazwano  mnie  tak  na  cześć  Scarlett  O'Hary  z  Przeminęło  z 

wiatrem, ale daję słowo, że jestem znacznie mniej kłopotliwa od niej. A ty jak się nazywasz? 

- Rhett. 

- Nie… naprawdę?! - Ucieszyła się Scarlett. 

- Nie,  nie  naprawdę.  -  Wysoki  Amerykanin  uśmiechnął  się  szeroko.  -  Naprawdę 

nazywam się Chester. 

- Żartowniś  z  ciebie!  -  zawołała  Scarlett.  -  Ale  to  i  dobrze,  bo  zawsze  sądziłam,  że 

wszyscy  Amerykanie  są  nudni  jak  flaki  z  olejem.  Chociaż  to  chyba  bzdura,  co?  Przecież 

Steve Martin jest zabawny, a jest Amerykaninem, nie? 

- Tak - potwierdził Chester. 

- No, widzisz, jak się wszystko dobrze składa? Podobasz mi się, wiesz? 

Przestałem  słuchać  ich  rozmowy,  gdyż  w  tym  momencie  na  parkiecie  pojawili  się 

Carrie  i  Hamish.  Goście  zaczęli  bić  brawo,  a  szkocka  kapela  zagrała  bardziej  spokojną, 

romantyczną  melodię.  Patrzyłem  na  uśmiech  błąkający  się  po  twarzy  Carrie,  na  jej  oczy 

wpatrzone w stąpającego dystyngowanie Hamisha i czułem, jak przepełnia mnie żałość i ból, 

ż

e to nie ja z nią tańczę. 

Nagle usłyszałem za sobą znajomy głos i aż mnie ciarki przeszły po grzbiecie. 

- Cześć, Charles! 

- Och, Hen, błagam cię, nie teraz, dobrze? Zupełnie nie jestem w nastroju do kłótni - 

powiedziałem proszącym tonem, obracając się twarzą do Henrietty. - Wiem, że masz mnie za 

podłego łobuza… 

- Czyżbym  aż  tak  cię  przestraszyła  podczas  naszego  ostatniego  spotkania?  -  zapytała 

ze śmiechem Henrietta. 

Zdumiony, zdałem sobie sprawę, że bynajmniej nie zamierza wybuchnąć zaraz łzami. 

Poczułem wdzięczność i ulgę. 

- Pamiętasz  scenę  z  prysznicem  z  Psychozy  Hitchcocka?  -  spytałem.  -  No,  więc  ja 

bałem się jeszcze bardziej. 

Henrietta  roześmiała  się.  Wyglądała  bardzo  ładnie;  od  czasu  naszego  zerwania  nie 

widziałem jej w tak dobrej formie. 

- Boże, ale mam dziś podły nastrój - wyznałem. - A co u ciebie? 

- Nie  może  być  lepiej  -  oznajmiła.  -  Wreszcie  wzięłam  się  w  garść  i  mam  nawet 

nowego chłopaka. Znasz Freda? 

background image

Wskazała  kieliszkiem  na  kędzierzawego,  dość  sympatycznie  wyglądającego 

młodzieńca,  który  stał  parę  kroków  dalej,  rozmawiając  z  dwoma  starszymi  damami. 

Uśmiechnął się do nas widząc, że patrzymy w jego stronę. 

- Nie - odparłem, potrząsając głową. 

- To  kiedyś  muszę  was  poznać  -  rzekła  Hen.  -  Jest  bardzo  fajny,  wiesz?  Na  pewno 

będę z nim szczęśliwa. 

Poczułem ukłucie zazdrości. W końcu Henrietta ułożyła sobie jakoś życie, a ja? Co mi 

strzeliło do głowy, żeby z nią zrywać? Była ładna, inteligentna i kochała mnie tak bardzo… 

- Cieszę  się,  Hen  -  oświadczyłem,  chociaż  wcale  nie  była  to  prawda.  -  Może  miałaś 

rację i rzeczywiście powinniśmy się byli pobrać? 

- Nie żartuj! - zawołała oburzona. - Nic by z tego nie wyszło. Poza tym wychodząc za 

ciebie musiałabym zaakceptować wszystkich twoich przyjaciół, a wiesz, że nie cierpię Fiony. 

- Dlaczego? Przecież Fiona cię uwielbia. 

- Nazywa mnie Kaczym Kuprem! 

- Nie wierzę! Przy mnie ani razu tak o tobie nie powiedziała - skłamałem szybko. 

- No  dobra,  teraz  to  już  nieważne  -  stwierdziła  Henrietta.  -  Słuchaj,  zadzwoń  kiedyś, 

jak będziesz miał ochotę. Zjemy razem lunch i powspominamy dawne czasy. - Uniosła się na 

palcach i cmoknęła mnie lekko w policzek. - Wciąż cię lubię, wiesz? 

Zostawiła mnie, podeszła do Freda i wzięła go za rękę. Nie miałem ochoty widzieć jej 

z innym chłopakiem, więc obróciłem się do nich plecami i znów spojrzałem na parkiet. Carrie 

i  Hamish  wciąż  tańczyli.  Na  nich  też  nie  miałem  ochoty  patrzeć.  Ogarniało  mnie  coraz 

większe przygnębienie; jeszcze nigdy nie było mi tak ciężko na duszy. Gdybym miał pod ręką 

strzelbę, najchętniej bym sobie palnął w łeb. 

Wtem ktoś stanął tuż obok. Była to Fiona. 

- Jak się miewa Kaczy Kuper? - zapytała. 

- Wygląda na to, że całkiem nieźle. Nawet nie próbowała mi zrobić sceny. 

- Zadurzyłeś się w tej dziewczynie, prawda? - Fiona wskazała brodą Carrie, zaciągając 

się głęboko papierosem, który trzymała w ręce. 

- Tak - przyznałem, bo skoro Fiona mnie przejrzała, bez sensu byłoby ją oszukiwać. - 

To bardzo dziwne, kiedy czuje się coś takiego. 

Przez chwilę oboje milczeliśmy. 

- A co u ciebie, Fifi? Wypatrzyłaś wśród obecnych idealnego partnera? - zapytałem ze 

sztuczną wesołością, na siłę starając się zmienić nastrój. 

Fiona nie podjęła mojego żartobliwego tonu. 

background image

- Nawet  nie  próbowałam  -  odpowiedziała  poważnie.  -  Od  lat  kocham  się  w  tym 

samym facecie. 

- Naprawdę,  Fifi?  -  Nagle  przypomniałem  sobie  jej  rozmowę  ze  starą  markizą 

Beaumont na weselu Bernarda i Lydii; mówiła wtedy to samo. - Kto to taki? 

Fiona  zawahała  się,  jakby  nie  była  pewna,  czy  chce  mi  wyjawić  swoją  tajemnicę.  W 

końcu jednak się przemogła. 

- Ty, Charlie - rzekła. - Kocham się w tobie od dawna, od chwili, kiedy  ujrzałam cię 

po raz pierwszy. 

Nie  miałem  pojęcia,  co  powiedzieć.  Od  wielu  lat  byliśmy  przyjaciółmi,  a  nigdy  mi 

nawet do głowy nie przyszło, że Fiona czuje do mnie coś więcej poza przyjaźnią. Dziewczyna 

znów zaciągnęła się papierosem. 

- Dobrze  pamiętam,  kiedy  to  było.  Zobaczyłam  cię  w  drzwiach  restauracji,  w  której 

umówiłam  się  z  Tomem.  Zakochałam  się  w  tobie,  zanim  jeszcze  podeszliście  obaj  do 

stolika… No, ale mniejsza. Żadne z nas nie jest w stanie nic na to poradzić. Tak już w życiu 

bywa. Zresztą przyjaźń to też coś cennego. Nawet bardzo cennego… 

Ująłem ją za rękę. 

- Fifi, Fifi, jakże mi strasznie przykro! 

- Nie, nie mów tak. To nie twoja wina. Najlepiej zapomnij o tym, co ci przed chwilą 

powiedziałam. Chciałabym, żebyśmy nadal mogli się przyjaźnić. 

W tym momencie podszedł do nas Matthew. 

- Jak  się  bawisz,  Matthew?  -  zapytała  go  Fiona,  siląc  się  na  naturalny  ton.  -  I  co 

porabia Gareth? 

- Jest w salonie na piętrze. Dworuje sobie z Amerykanów. 

- Należy  im  się  za  to,  że  wypowiedzieli  posłuszeństwo  naszemu  królowi.  W  końcu 

Jerzy III nie był żadnym krwawym tyranem, tylko całkiem nieszkodliwym szaleńcem. Zresztą 

niektórzy  uważają,  że  właśnie  utrata  amerykańskich  kolonii  spowodowała,  że  postradał 

zmysły. - Zgasiła papierosa i spojrzała na nas. - Mam ochotę posłuchać, jak Gareth znęca się 

nad Amerykanami. Idziecie? 

- Wezmę drinka i dołączę do was za chwilę - powiedział Matthew. 

Ruszyliśmy więc we dwoje w stronę schodów, z trudem przedzierając się przez tłum 

wypełniający  salę  balową.  Zanim  jednak  do  nich  doszliśmy,  z  góry  zbiegł  Gareth  w 

towarzystwie  siwej  Amerykanki  w  granatowej  sukni  z  gorsem  wyszywanym  srebrną  nitką. 

Kobieta sprawiała wrażenie albo pijanej, albo otumanionej elokwencją Garetha. 

- Nie, nie znam osobiście Oscara Wilde'a - oznajmił nasz przyjaciel, ciągnąc ją za rękę 

background image

w kierunku parkietu - ale mogę dla pani zdobyć numer jego telefonu. Zatańczymy? 

Nie czekając na jej zgodę, zakręcił nią tak energicznie, że upadłaby na ziemię, gdyby 

nie  złapał  jej  w  ramiona.  Widziałem  przerażenie  malujące  się  na  pomarszczonej  twarzy 

kobiety,  gdy  chwilę  później  podnosił  ją  do  góry;  musiała  być  jednak  cięższa,  niż  mu  się 

zdawało,  bo  zaraz  postawił  ją  z  powrotem  na  ziemi.  Odsunął  się  i  uśmiechając  się 

uwodzicielsko,  zaczął  podskakiwać  energicznie,  wyrzucając  na  boki  ramiona;  jego  podrygi 

przypominały nie tyle szkocki taniec, co godowe popisy żurawia. 

Wreszcie,  dojrzawszy  mnie  i  Fionę  stojących  na  skraju  parkietu,  przerwał  pląsy  i 

podszedł do nas, zasapany i czerwony na twarzy. 

- No i co? Znaleźliście już kogoś? - spytał, z trudem łapiąc oddech. 

- Jeszcze  nie.  -  Fiona  odpowiedziała  za  nas  oboje.  -  Nawet  nie  wiesz,  Gareth,  jaki  z 

ciebie szczęściarz. Znalezienie sobie męża lub żony to naprawdę niełatwe zadanie. 

Dalszą rozmowę przerwał nam drużba Hamisha, podstarzały świński blondyn odziany 

w szkocki strój. 

- Panie  i  panowie,  napełnijcie  kieliszki,  a  potem  prosimy  o  ciszę  -  oświadczył, 

podnosząc głos. - Najpierw, co jak przyznacie, jest dość niezwykłe, przemówi panna młoda! 

Podczas  gdy  kelnerzy  szybko  okrążyli  salę,  nalewając  gościom  szampana,  Carrie 

weszła  na  niewielkie  podium  pod  ścianą  obwieszoną  portretami  wąsatych  i  brodatych 

przodków  Hamisha.  Powitały  ją  oklaski.  Stojący  za  mną  Gareth  klaskał  najgłośniej  ze 

wszystkich, a kiedy brawa umilkły, szepnął mi do ucha: 

- Cudowna dziewczyna, nie uważasz? 

Skinąłem głową, bo co miałem powiedzieć? 

- Dziękuję  za  oklaski,  choć  nie  wiem,  czy  rzeczywiście  na  nie  zasługuję  -  zaczęła 

Carrie,  uśmiechając  się  do  zgromadzonych.  -  W  gruncie  rzeczy  chcę  wam  powiedzieć  tylko 

parę  krótkich  słów.  Przede  wszystkim  pragnę  serdecznie  podziękować  wszystkim,  którzy  na 

dzisiejszą  uroczystość  przylecieli  specjalnie  ze  Stanów.  Naprawdę  czuję  się  wzruszona,  że 

przybyliście tak licznie. Jeśli chodzi o resztę gości… wydawać by się mogło, że świadomość 

tego,  iż  zjawi  się  cały  tłum  szalonych  Amerykanów,  jest  znakomitym  pretekstem  do 

pozostania w domu. Dlatego wobec was również mam ogromny dług wdzięczności, że jednak 

postanowiliście zaszczycić mój ślub swoją obecnością. 

Wyglądała  prześlicznie.  Mówiła  spokojnym,  pewnym  siebie  głosem,  zupełnie  nie 

stremowana tym, że wszyscy na nią patrzą. Gareth miał rację; była cudowna. Jaka szkoda, że 

to nie ja stałem u jej boku. 

- Gdyby mój ukochany ojciec mógł tu być dzisiaj z nami - kontynuowała - on, nie ja, 

background image

przemawiałby  teraz  do  was.  Nie  wiem,  co  by  wam  powiedział,  ale  wyobrażam  sobie,  co  by 

powiedział  do  mnie:  „Wspaniałaiecka,  córuś,  ale  dlaczego  wychodzisz  za  gościa  dwa  razy 

starszego od siebie, w dodatku ubranego w spódnicę?” 

Zebrani parsknęli śmiechem. 

- Odparłabym  mu:  ponieważ  go  kocham  -  ciągnęła  Carrie,  kiedy  śmiechy  ucichły.  - 

Jak powiedział John Lennon, który zginął w tym samym roku, co zmarł mój tata: „Liczy się 

tylko miłość, wtedy wiesz na pewno”. Zgadzam się z tym w pełni. 

Dygnęła  i  zeskoczyła  z  podium.  Znów  rozległy  się  oklaski,  a  kiedy  umilkły,  na 

podwyższenie wdrapał się drużba. 

- Szanowni państwo, teraz przemówi sir Hamish Banks, znany przemysłowiec i poseł 

do parlamentu! - zapowiedział pompatycznie. 

- Dziękuję  -  rzekł  Hamish,  całkiem  sprawnie  wskakując  na  podium  i  zdecydowanym 

ruchem dłoni uciszając oklaski. - Każdy, kto tak jak ja od dwudziestu lat zajmuje się polityką, 

przywykł  do  tego,  że  kobiety  zawsze  spychają  mężczyzn  na  dalszy  plan.  Nie  spodziewałem 

się  tylko,  że  przytrafi  mi  się  to  na  własnym  weselu.  Chcę  was  jednak  zapewnić,  że  przez 

resztę życia chętnie będę grał drugie skrzypce u boku tej właśnie kobiety. 

Nagle  tuż  za  plecami  usłyszałem  głośny  rumor.  Obejrzałem  się  przez  ramię  i 

zobaczyłem, że Gareth leży na ziemi. Byłem przekonany, że za dużo wypił i najnormalniej w 

ś

wiecie  stracił  równowagę.  Pokręciłem  z  dezaprobatą  głową,  ale  widząc,  że  jakoś  nie  może 

się  podnieść,  ruszyłem  mu  z  pomocą.  Zanim  zdążyłem  się  schylić  i  podać  mu  rękę,  znów 

opadł z głośnym dudnięciem na posadzkę. Zrozumiałem, że z Garethem dzieje się coś złego. 

- Słyszę z tyłu jakieś hałasy - doleciał mnie od podium głos Hamisha - ale to też coś, 

do  czego  my, politycy,  jesteśmy  przyzwyczajeni.  Chciałbym  podziękować  wszystkim 

obecnym za to, że… 

Przestałem go słuchać. Kucnąłem obok Garetha i rozpiąłem mu żabot. 

- Szybko, Tom, sprowadź lekarza! - rozkazałem Tomowi, który pojawił się koło mnie. 

Za Tomem ujrzałem zatroskane twarze. Fiony i Davida. 

- Dobra, już lecę po Johna; to świetny fachowiec, o nic się martw - powiedział szybko 

Tom. 

Po chwili wrócił w towarzystwie jednej z największych angielskich sław medycznych, 

sir  Johna  Talbota,  który  też  bawił  na  weselu.  Lekarz  uklęknął  obok  Garetha  i  dotknął  jego 

szyi. 

- Niech  ktoś  zadzwoni  po  karetkę  -  polecił  -  a  my  tymczasem  przenieśmy  go  do 

sąsiedniego pokoju, żeby miał więcej powietrza. 

background image

Fiona pobiegła do telefonu, a lekarz, Tom, ja i David, podnieśliśmy Garetha z podłogi 

i przenieśli do biblioteki. Lekarz zaczął masować mu serce, David otworzył szeroko okno. Na 

niewiele się to zdało; kilką sekund później Gareth już nie żył. 

background image

V. 

DZIEŃ SMUTKU 

Pogrzeb  Garetha  miał  się  odbyć  w  Eddington,  małym  przemysłowym  miasteczku 

położonym na północny  wschód od  Londynu. Właśnie tam się urodził i tam nadal mieszkali 

jego  rodzice.  Byłem  zaskoczony,  kiedy  dowiedziałem  się  od  Matthewa,  że  ojciec  Garetha, 

obecnie  na  emeryturze,  całe  życie  pracował  jako  hutnik;  nie  zdawałem  sobie  sprawy,  że 

Gareth  wywodzi  się  z  klasy  robotniczej.  Nie  wiem  dlaczego,  ale  sądziłem,  że 

homoseksualizm  to  coś  przypisanego  do  warstw  średnich  i  wyższych,  natomiast  warstwy 

niższe  zawsze  kojarzyły  mi  się  z  brakiem  tolerancji  wobec  tego  zjawiska.  Ciekawe,  jak  się 

Gareth  musiał  czuć  jako  młody  chłopak,  świadom  swojej  inności,  dorastając  wśród 

rówieśników, którym w głowie były jedynie panienki, piwo i mecze piłki nożnej? Problemem 

musiały  być  dla  niego  nie  tylko  odmienne  upodobania  seksualne,  ale  również  odmienna 

wrażliwość, umiłowanie literatury i sztuki. Na pewno wiele się wycierpiał, zanim pojął, kim 

jest  naprawdę,  i  przestał  się  naginać  do  wzorców  obowiązujących  w  jego  środowisku.  Ale 

może  droga,  jaką  przeszedł,  zanim  został  dyrektorem prosperującego  salonu  z  antykami  w 

samym  centrum  Londynu,  wcale  nie  była  taka  długa  i  bolesna,  jak  mi  się  zdawało?  Może 

przemawiały  przeze  mnie  uprzedzenia  klasowe,  zupełnie  nie  mające  pokrycia  w 

rzeczywistości? W końcu w różnych środowiskach znajdują się zarówno ludzie ograniczeni i 

nietolerancyjni, jak i otwarci, liberalni. Szerokie horyzonty absolutnie nie muszą iść w parze z 

dobrym  urodzeniem.  Przynajmniej  rodzice  Garetha,  jak  mi  powiedział  Matthew,  zawsze 

akceptowali  go  takim,  jakim  był.  Potrafili  zrozumieć,  że  pewne  rzeczy  nie  są  kwestią 

ś

wiadomego wyboru; jesteśmy tacy, jacy przychodzimy na świat. 

Myślałem  o  tym  w  drodze  do  Eddington,  od  czasu  do  czasu  spoglądając  na  siedzącą 

obok, pochlipującą Scarlett. Śmierć Garetha była dla nas wszystkich straszliwym wstrząsem; 

zupełnie  nie  mieściło  się  nam  w  głowie,  jak  ktoś  tak  energiczny  i  -  wydawałoby  się  - 

tryskający  zdrowiem,  może  nagle  umrzeć  na  atak  serca.  Długa  choroba  przygotowuje 

człowieka na najgorsze; czasem zdarza się, że śmierć jest wybawieniem, bo wyzwala od bólu 

i  cierpień.  Ale  żeby  umrzeć  tak  nagle,  i  to  nie  w  żadnym  wypadku,  tylko  bawiąc  się  na 

weselu… poczułem, jak kruchym darem jest życie. Wprawdzie Gareth pił ponad miarę i lubił 

dobrze zjeść, ale na Boga ojca, miał dopiero pięćdziesiąt lat! 

Pamiętałem,  jak  Matthew  spojrzał  na  mnie,  kiedy  odszukałem  go  wśród  gości 

słuchających  przemówienia  Hamisha  i  powiedziałem  mu,  że  przed  chwilą  Gareth  zmarł  na 

background image

zawał.  Na  jego  twarzy  odmalowało  się  niedowierzanie  i  niesmak,  bo  wziął  moje  słowa  za 

kretyński  żart.  Przecież  Gareth  nigdy  nie  chorował,  nigdy  nie  skarżył  się  na  żadne 

dolegliwości.  Rumiany,  tylko  lekko  otyły,  wszystkim  wydawał  się  okazem  zdrowia.  Do 

czasu… 

Kiedy szedłem w stronę Matthewa, większość gości weselnych jeszcze nie wiedziała, 

co się stało. Ci, którzy zauważyli, jak niesiemy Garetha do biblioteki, zapewne pomyśleli, że 

się  upił.  Dlatego  śmiali  się  w  najlepsze  i  bili  brawo,  słuchając  przemówienia  Hamisha.  Na 

zawsze  pozostanie  mi  w  pamięci  kontrast  między  pogrążonymi  w  smutku  przyjaciółmi  w 

bibliotece a radością tłumu w sali balowej. Nie dlatego, że mam komukolwiek za złe to, że się 

akurat  śmiał;  ludzie,  nieświadomi  tragedii,  jaka  się  zdarzyła,  mieli  prawo  dobrze  się  bawić. 

Ale kontrast między nastrojami panującymi w obu pomieszczeniach pomógł mi uzmysłowić 

sobie  naszą  ślepotę  na  cierpienia  innych  i  to,  że  skoncentrowani  na  własnym  życiu  oraz 

własnych przyjemnościach, często nie orientujemy się, co dzieje się dosłownie za ścianą. 

Przez  część  jazdy  wycieraczki  mojego  gruchota  ledwo  nadążały  z  usuwaniem  z  szyb 

kropli  deszczu;  potem  na  szczęście  ulewa  zaczęła  słabnąć.  Kiedy  wjechaliśmy  do  szarego, 

ponurego miasteczka i zatrzymali się przed czarnym od sadzy kościołem, właściwie już tylko 

mżyło. Wysiedliśmy z volvo i ruszyli w stronę wejścia. 

Scarlett  odziana  była  na  czarno,  ale  po  drodze  nasadziła  na  głowę  czapkę  z  barwnej 

włóczki.  Odruchowo  chciałem  zwrócić  jej  uwagę,  żeby  może  ją  zdjęła,  bo  ten  kolorowy 

akcent  nie  pasuje  do  uroczystości  żałobnej,  ale  pomyślałem  sobie,  że  pewnie  Gareth  by  go 

docenił. Bądź co bądź sam też lubił czasem ubierać się nader ekstrawagancko. 

W kruchcie natknęliśmy się na Toma, Davida i Serenę, rudą dziewczynę, z którą mój 

brat widywał się regularnie od wesela Bernarda i Lydii. 

- Spóźniliśmy się?! - spytałem Davida, przerażony, że już jest po wszystkim. 

- Tylko trochę. Ale dziś to naprawdę nie ma znaczenia - odpowiedział. 

Scarlett  i  ja  przywitaliśmy  się  ze  wszystkimi,  po  czym  całą  grupą  weszliśmy  do 

ś

rodka. Zaraz za drzwiami spotkaliśmy Matthewa. 

- Przepraszam za spóźnienie - szepnąłem, podając mu rękę. 

- Nic nie szkodzi - rzekł. - Gareth nie mógłby sobie wybaczyć, gdybyś z jego powodu 

zerwał z tak długą tradycją. 

Kościół  był  pełen  ludzi.  Jego  skromne  wnętrze,  białe  i  czyste,  przywodziło  na  myśl 

pierwsze chrześcijańskie świątynie. Oprócz ławek dla wiernych i pulpitu, przy którym pastor 

czyta  lekcję,  w  środku  znajdowały  się  tylko  organy,  umieszczone  centralnie  na  ścianie,  na 

której  w  domach  modlitwy  urządzonych  z  większym  zbytkiem  znajduje  się  główny  ołtarz. 

background image

Przed nimi stała na podwyższeniu prosta drewniana trumna z mosiężnymi okuciami, na której 

leżał pojedynczy wieniec kwiatów. 

Idąc nawą, zobaczyłem Angusa, Laurę, Bernarda, Lydię i wielu innych znajomych. A 

także wiele osób, których tania odzież i zniszczone twarze wskazywały na to, że myliłem się 

sądząc,  iż  Gareth  nie  miał  przyjaciół  w  robotniczej  mieścinie,  w  której  przyszedł  na  świat  i 

dorastał.  Ci  ludzie,  wyglądający  na  prostych  robotników  pracujących  przy  taśmie 

montażowej, byli jego rówieśnikami, z którymi pewnie przed laty chodził na piwo i na mecze, 

nawet  jeśli  nie  podzielał  ich  zainteresowań  płcią  piękną.  Pamiętali  go  i  lubili  na  tyle,  że 

przyszli się z nim pożegnać. 

Nagle dostrzegłem Carrie. Z gołą głową, w szarym płaszczu, siedziała na środku ławki 

pomiędzy  obcymi  mi  ludźmi.  Nie  było  z  nią  Hamisha.  Zdziwiłem  się,  że  przyjechała 

specjalnie  ze  Szkocji  na  tę  smutną  uroczystość;  bądź  co  bądź  przecież  trwał  jej  miodowy 

miesiąc. 

Zobaczyłem  Fionę  i  usiadłem  obok  niej.  Widząc  jej  smutną,  wymizerowaną  twarz, 

objąłem ją ramieniem i uścisnąłem lekko, starając się ją pocieszyć. Podobnie jak my wszyscy, 

ogromnie  przeżywała  śmierć  Garetha,  choć  wcześniej  irytowała  się  na  niego  niemal  równie 

często jak na Toma. 

- Dzień  dobry  -  powiedział  pastor,  stając  przy  pulpicie.  -  Witam  wszystkich  bardzo 

ciepło  w  tym  chłodnym  dniu.  Za  chwilę  przystąpimy  do  ceremonii  pogrzebowej,  ale 

poprosiłem  Matthewa,  najbliższego  przyjaciela  Garetha,  żeby  najpierw  wygłosił  o  nim  kilka 

słów. 

Matthew,  który  siedział  obok  dwojga  starszych  ludzi,  zapewne  rodziców  Garetha, 

podniósł się i podszedł do trumny. 

- Gareth zawsze przedkładał pogrzeby nad śluby - zaczął, wyjmując z kieszeni kartkę. 

-  Mówił,  że  z  większym  zaangażowaniem  uczestniczy  w  uroczystościach,  w  których  kiedyś 

przyjdzie mu grać główną rolę. 

Wszyscy się roześmieli i zapewne tak jak mnie, zrobiło im się lżej na duszy. Zaledwie 

paroma  słowami  udało  się  Matthewowi  rozładować  panującą  w  kościele  ponurą  atmosferę, 

jakiej Gareth niewątpliwie by sobie nie życzył. 

- Przygotowując  tych  kilka  słów,  które  teraz  wygłaszam  -  kontynuował  Matthew  - 

zatelefonowałem do paru osób, żeby zorientować się, jak postrzegali Garetha ci, co go dobrze 

nie  znali.  Najczęściej  padającym  przymiotnikiem  było  słowo  „gruby”,  choć  określenie 

„grubiański” też miało zwolenników. Tak więc w opinii słabo znającego go ogółu Gareth był 

albo „grubym grubianinem”, albo „grubiańskim grubasem”. Znaleźli się jednak również tacy, 

background image

wielu  z  nich  widzę  tu  dziś  w  kościele,  którzy sami  do  mnie  dzwonili,  ażeby  mi  powiedzieć, 

jak bardzo kochali Garetha i jak ogromnie będzie im go brakowało; jestem pewien, że Gareth 

cieszyłby się niezmiernie, gdyby mógł to słyszeć. 

Matthew przerwał na moment czytanie i powiódł wzrokiem po zebranych. 

- Wspominaliście  jego  niezwykłą  gościnność  i  wspaniałe  umiejętności  kucharskie, 

choć przepisy na niektóre z co bardziej eksperymentalnych potraw, jak kaczka a la banane, na 

szczęście zabiera ze sobą do grobu. Mówiliście o tym, jak zdumiewała was jego radość życia i 

ż

e nigdy nie zapomnicie szalonych tańców, śpiewów i popisów, którym zwykle oddawał się z 

zapałem,  gdy  wypił  za  dużo  alkoholu.  Mam  nadzieję,  że  zapamiętacie  go  właśnie  takim, 

czerpiącym  pełnymi  garściami  z  życia,  a  nie  zamkniętym  w  stojącej  w  kościele  skrzyni. 

Wyobraźcie go sobie w najładniejszej, waszym zdaniem, z jego barwnych kamizelek, i niech 

taki  utrwali  się  wam  w  pamięci:  wielki  człowiek  wielkiego  serca,  które  jednak  okazało  się 

słabe,  najwspanialszy,  najbardziej  rubaszny  i  najweselszy  pedzio,  jakiego  kiedykolwiek 

mieliście przyjemność znać. 

Głos mu się załamał, ale po chwili Matthew przemógł się i mówił dalej: 

- Gdybyście  jednak  mieli  spytać,  jak  ja  go  zapamiętam,  niestety,  brakuje  mi  słów, 

ż

eby  wyrazić,  co  czuję.  Dlatego  wybaczcie,,  ale  posłużę  się  słowami  innego  wspaniałego 

pedzia,  W.H.  Audena…  Bo  właśnie  one  najlepiej  oddają  to,  co  chciałbym  wam  dziś 

powiedzieć: 

Zatrzymajcie zegary, wyłączcie telefony. 

Nad skórkami chleba niech nie kraczą wrony. 

Uciszcie fortepiany i przy werbli grzmocie 

Ponieście wolno trumnę po cmentarnym błocie. 

Niech samoloty z piskiem krążą pod chmurami 

Kreśląc na niebie napis NIE MA GO JUŻ Z NAMI; 

Przypnijcie wstążki z krepy miejskim gołębicom, 

Policjant niech dyryguje ruchem czarną rękawicą

Był mi północą, południem, wschodem i zachodem; 

W zimowe dni kominkiem, a w upały chłodem, 

Moją pracą, wytchnieniem, pieśnią i orędziem; 

Myślałem, że miłość trwać ma wiecznie; byłem w błędzie

Pogaście wszystkie gwiazdy, nie są już potrzebne, 

Rozmontujcie słońce, wsadźcie w płótno zgrzebne 

Wylejcie oceany, zamiećcie pustynie, 

background image

Na nic się nie zdadzą, póki mój czas nie minie. 

Z początku Matthew czytał wiersz z kartki, potem zaczął recytować z pamięci. Kiedy 

skończył i złożył kartkę, w kościele zapanowała martwa cisza. Matthew skłonił się lekko, po 

czym  usiadł  w  pierwszej  ławce,  obok  rodziców  Garetha.  Jego  miejsce  przy  trumnie  zajął 

kapłan. 

Kiedy  uroczystość  żałobna  dobiegła  końca,  czterech  pracowników  zakładu 

pogrzebowego wyniosło trumnę z kościoła i wstawiło do czekającego karawanu, który miał ją 

przewieźć do krematorium. Zgodnie bowiem z wolą Garetha, zwłoki miały zostać spalone. 

Przez  chwilę  staliśmy  na  zewnątrz,  patrząc  za  odjeżdżającym  karawanem,  a  potem 

zaczęliśmy  się  żegnać.  Wciąż  mżyło;  dymy  buchające  z  rysujących  się  w  oddali  kominów 

kładły się nisko po ziemi, spowijając w żałobę ulice piętrowych domków. Właśnie w jednym 

z nich Gareth przyszedł na świat. 

David  i  Serena  odjechali  razem,  a  Fiona  zabrała  do swojego  wozu  wciąż  zapłakaną 

Scarlett.  Szedłem  w  stronę  starego  volvo,  składając  po  drodze  parasol,  kiedy  podbiegła  do 

mnie Carrie. 

- Cześć - powiedziała. 

- Cześć.  Miło,  że  przyjechałaś.  Pewnie  mieliście  najkrótszy  miesiąc  miodowy  w 

historii. 

- Nieważne.  Odbijemy  sobie  innym  razem.  -  Na  moment  umilkła.  -  Wiesz,  wciąż 

pamiętam, co mi powiedziałeś wtedy nad Tamizą… 

- Przepraszam  cię  za  tamto  -  wtrąciłem  szybko,  czując,  że  się  czerwienię.  - 

Wygłupiłem się. To pewnie przez tę wypitą wcześniej herbatę. Herbata zawsze działa na mnie 

jak narkotyk; tracę panowanie nad sobą i nie wiem, co wygaduję. 

- Nie, nie. Nie żartuj. Podobało mi się, co wtedy powiedziałeś. 

Przez chwilę stała naprzeciw mnie, nie mówiąc nic więcej, potem przysunęła się bliżej 

i musnęła wargami mój policzek. 

- No to cześć - rzuciła odchodząc. Obserwowałem jej oddalającą się zgrabną sylwetkę 

i  znów  miałem  ochotę  pobiec  za  nią,  złapać  ją  za  ramiona  i  wyznać,  co  naprawdę  do  niej 

czuję.  Ale  wiedziałem,  że  już  jest  na  to  za  późno;  że  jeżeli  zamierzałem  czynić  miłosne 

wyznania,  powinienem  był  się  na  to  zdobyć  przed  ślubem  Carrie,  a  nie  teraz,  na  pogrzebie 

bliskiego przyjaciela. 

- Masz może ochotę się przejść? - zapytał znienacka Tom. 

Tego dnia on i Fiona przyjechali oddzielnie. 

- Tak, chętnie - odparłem, otwierając parasol. Ruszyliśmy przed siebie. 

background image

- Jeszcze nigdy w życiu nie było mi tak smutno - powiedział Tom. - No, może czułem 

się pod w dzieciństwie po śmierci Jilly… 

- Jilly? 

- To była wspaniała suka. Bardzo ją kochałem. 

Po  chwili  doszliśmy  do  rzeki.  Stanęliśmy  przy  balustradzie  i  spojrzeliśmy  w  dół  na 

mętną, brunatną wodę. 

- Wiesz,  Tom,  dziwne,  ale  przez  cały  czas  myśleliśmy  o  sobie  jako  o  zgranej  paczce 

serdecznych  przyjaciół  zupełnie  nie  zauważając,  że  Gareth  i  Matthew  właściwie  stanowią 

małżeństwo. 

- To prawda - przyznał mi Tom. - Zdrajcy! 

Uśmiechnąłem się. 

- Wydaje mi się, że śmierć jest największym ciosem dla rodziców - kontynuował mój 

przyjaciel. - Mam nadzieję, że umrę przed własnymi dziećmi. 

- A dlaczego sądzisz, że będziesz je miał? - zapytałem. - Nie potrafię zrozumieć, skąd 

bierze  się  twoja  głęboka  pewność,  że  się  kiedyś  ożenisz.  A  może  nigdy  nie  trafisz  na 

odpowiednią dziewczynę? 

- Słucham? - zdziwił się Tom. 

- Jedno  sobie  uzmysłowiłem  podczas  dzisiejszej  uroczystości:  że  naprawdę  istnieją 

idealni  partnerzy.  Ale  co  ma  robić  człowiek,  który  nie  potrafi  znaleźć  tej  jednej  jedynej 

osoby?  Albo  który  pozwala  jej  wyjść  za  kogo  innego?  Jeżeli  nie  możemy  stanowić  takiej 

pary,  jaką  byli  Gareth  z  Matthewem,  to  czy  w  ogóle  jest  sens  wiązać  się  z  kimś  na  dłużej? 

Myślę, że nie, że lepiej zostać starym kawalerem. 

- Sam nie wiem, Charlie - powiedział Tom, prze - stępując z nogi na nogę. - Prawdę 

mówiąc,  w  przeciwieństwie  do  ciebie  nigdy  nie  liczyłem  na  wielką  miłość  od  pierwszego 

wejrzenia.  Zawsze  miałem  nadzieję,  że  uda  mi  się  poznać  jakąś  miłą,  sympatyczną 

dziewczynę, której moja powierzchowność nie wyda się odrażająca. Poproszę ją o rękę, a ona 

się zgodzi. Więc się pobierzemy, a dalej to już jakoś będzie. 

Urwał  i  spojrzał  na  mnie,  żeby  się  upewnić,  czy  czasem  się  z  niego  nie  śmieję.  Ale 

nie; słuchałem go z powagą i coraz bardziej byłem skłonny przyznać mu rację. 

- Tak  było  w  wypadku  moich  rodziców  -  dodał  po  chwili.  -  I  żyli  całkiem 

szczęśliwie… Przynajmniej, dopóki się nie rozwiedli. 

- Mówisz  bardzo  mądrze,  Tom  -  rzekłem.  -  Może  ja  też  powinienem  zapomnieć  o 

wielkiej miłości, bo i tak z tych moich marzeń nic nie wynika. 

Tom pokiwał  głową. Przez chwilę staliśmy jeszcze nad wodą,  a potem  ruszyliśmy w 

background image

stronę zaparkowanych przed kościołem aut. 

- Strasznie mi będzie brak Garetha - oświadczył Tom, kiedyśmy się żegnali. 

background image

VI. 

DZIEWIĘĆ MIESIĘCY PÓŹNIEJ 

Głośny  terkot  budzika  wybił  mnie  ze  snu.  Wysunąłem  szybko  rękę  spod  koca  i 

wyłączyłem  diabelstwo,  ale  w  następnej  chwili  rozległo  się  kolejne  dzwonienie.  Potem 

trzecie,  czwarte,  piąte…  Oderwałem  głowę  od  poduszki  i  nieprzytomnym  wzrokiem 

powiodłem  wkoło.  Na  nocnym  stoliku  stało  osiem  budzików  różnego  kształtu,  barwy  i 

wielkości. Akurat kiedy na nie patrzyłem, rozdzwoniły się następne, a po nich budziki stojące 

na  półce.  DRRRRRRRRRRR!  Harmider  był  taki,  że  czym  prędzej  zerwałem  się  z  łóżka  i 

zacząłem  je  wyłączać.  Potem  spojrzałem  na  Toma,  który  po  wczorajszym  wieczorze 

kawalerskim  został  u  mnie  na  noc.  Siedział  na  łóżku,  ubrany  w  moją  piżamę  w  niebieskie 

paski, i właśnie się przeciągał. 

- Cześć - powiedział, kiedy zobaczył, że na niego patrzę. - Jak ci się spało? 

- Dobrze  -  wymamrotałem.  -  Ale  po  cholerę  nastawiłeś  tyle  budzików?  I  skąd  je  w 

ogóle wziąłeś? 

- Jak to? - spytał zdziwionym tonem. - Przyniosłem ze sobą. Bałem się, że zaśpimy. A 

tak przy okazji, masz bardzo oryginalną fryzurę, wiesz? 

Przejechałem  dłonią  po  głowie,  przyczesując  rozczochrane  włosy.  Dopiero  w  tym 

momencie oprzytomniałem na tyle, żeby przypomnieć sobie, co dziś za dzień. A był to dzień 

mojego ślubu! 

- O kurwa! - zawołałem. - Wstawaj, Tom. Szybko! 

Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Pobiegłem je otworzyć. 

W progu stał Matthew,  ubrany we  frak, spod którego wyzierała barwna  kamizelka w 

szkocką kratę, prawie tak oryginalna, jak kamizelki Garetha. 

- Cześć - przywitałem go, wpuszczając do środka. - Jesteś najprzystojniejszym drużbą, 

jakiego kiedykolwiek widziałem. Dzięki, że zgodziłeś się dziś stać u mojego boku. 

- Cała przyjemność po mojej stronie - odparł. 

Uścisnąłem go serdecznie; te ostatnie miesiące od śmierci Garetha nie były dla niego 

łatwe. 

- Szkoda, że Gareth nie może być dziś z nami - powiedziałem, prowadząc go w stronę 

kuchni. 

- On  pewnie  też  bardzo  tego  żałuje  -  rzekł  Matthew,  uśmiechając  się  łagodnie.  - 

Przepraszam  za  spóźnienie,  ale  był  duży  ruch.  David,  Serena  i  Fiona  parkują  samochód. 

background image

Zostawimy  go  tutaj  i  pojedziemy  wszyscy  razem  z  Tomem.  Ale  pospiesz  się,  bo  mamy  już 

niewiele czasu. 

A która jest? - oznajmił, pokazując mi - Jak to? - zapytałem. -  - Za kwadrans dziesiąta 

zegarek. 

- Co?! Za kwadrans dziesiąta?! 

- Tak. Do rozpoczęcia ceremonii zostało ci tylko czterdzieści pięć minut. 

- O  kurwa!  -  wrzasnąłem.  -  Przecież  mówiłem  wczoraj  wieczorem  Tomowi,  żeby 

nastawił budzik na ósmą! O kurwa, kurwa, kurwa! 

Do  kuchni  weszła  Scarlett.  Była  tak  zaspana,  że  nie  zauważyła  ani  mnie,  ani 

Matthewa; minęła nas bez słowa i podeszła do kuchenki, żeby zaparzyć kawę. 

- Cześć, Scarlett - powiedział Matthew. 

- A, cześć - odparła zdziwiona, odwracając się w jego stronę. - Co tu robisz? 

- Przyjechałem po was. Pospiesz się, bo za chwilę musimy ruszać. Jesteś gotowa? 

- Prawie! - zawołała przytomniejąc. - Daj mi dwadzieścia sekund! 

Wrzuciła tosta do opiekacza i pognała do łazienki. Po chwili jednak wystawiła z niej 

głowę i krzyknęła do nas: 

- Tylko  go  nie  wyjmujcie,  kiedy  zacznie  dymić,  dobrze?  Lubię  tosty  dobrze 

przypieczone! 

Tom  na  ogół  wlecze  się  jak  ślimak,  ale  tym  razem  w  drodze  do  kościoła  niemal  nie 

odrywał  nogi  od  gazu.  Z  kolei  Scarlett,  Fiona  i  Serena  wydzierały  się  ile  tchu,  śpiewając 

ułożoną na poczekaniu piosenkę: 

Za późno, za późno, nasz Charlesie drogi, 

Panna młoda za pas wzięła swe zgrabne nogi, 

Znudzona czekaniem, już zalewa banię, 

Chlup, chlup, w słodki dziób! 

Myślałem, że je rozszarpię. 

Kiedy  wreszcie  land  rover  zatrzymał  się  z  piskiem  opon  przed  świątynią, 

wyskoczyłem  ze  środka  jak  wystrzelony  z  procy  i  pognałem  przed  siebie,  zawiązując  po 

drodze krawat. 

- Która godzina? - zawołałem przez ramię. 

- Naprawdę chcesz wiedzieć, ile zostało ci czasu? - spytał Matthew. 

- No, pewnie! Gadaj! 

- Jest za dziesięć dziewiąta. Pędź! 

Rzuciłem  się  posłusznie  biegiem  w  stronę  drzwi  kościoła;  dopiero  po  kilku  krokach 

background image

dotarło  do  mnie,  że  ślub  ma  się  odbyć  o  dziesiątej  trzydzieści.  Przystanąłem,  po  czym 

wróciłem wolno do land rovera. 

- O sukinsyny! Nabraliście mnie! 

Nawet  nie  próbowali  się  wypierać;  pokiwali  zgodnie  głowami,  zanosząc  się 

ś

miechem.  Specjalnie  poprzestawiali  wszystkie  budziki,  mój  zegarek,  swoje  również,  żeby 

wprowadzić mnie w błąd. Nie miałem im tego za złe; właściwie to nawet się ucieszyłem, że 

do momentu rozpoczęcia uroczystości pozostało jeszcze sporo czasu. Co innego cudze śluby, 

ale akurat na własny naprawdę nie miałem ochoty się spóźnić. 

Kiedy wszyscy wysiedli z wozu, weszliśmy do kościelnego ogrodu i usiedli na ławce. 

Ponieważ ja i Tom nie zdążyliśmy nic zjeść przed opuszczeniem mieszkania - jedynie Scarlett 

po wyjściu z łazienki spałaszowała z wielkim smakiem spalonego na węgiel tosta - Matthew i 

David  wstąpili  do  pobliskiego  baru  i  przynieśli  nam  po  kawie  i  kanapce  z  szynką,  a 

pozostałym po kawie. Siedzieliśmy więc, jedząc i pijąc, a Scarlett pstrykała zdjęcia Ubrana w 

luźne  spodnie  i  skrojony  po  męsku  frak.  wyglądała  znacznie  bardziej  elegancko  niż 

kiedykolwiek dotąd. Zresztą w ostatnim czasie w ogóle zaczęła się lepiej ubierać, co zapewne 

wiązało  się  z  tym,  że  kilka  miesięcy  temu  odeszła  z  naszej  firmy  i  podjęła  pracę  w  nowym 

butiku w samym centrum  Londynu. Ciekawe, pomyślałem patrząc na nią życzliwym okiem, 

co  by  miała  na sobie  teraz,  gdyby  zgłosiła  się  w  porę  do  sklepu  z  gumowymi  akcesoriami 

erotycznymi?  Na  szczęście  już  kogoś  wcześniej  zatrudnili.  Poza  tym  w  życiu  Scarlett  wiele 

rzeczy  zmieniło  się  na  lepsze.  Chester,  przystojny  młody  Amerykanin  z  Teksasu,  którego 

poznała  na  weselu  Carrie,  zakochał  się  w  niej  po  uszy.  Najpierw  codziennie  dzwonił  z 

Ameryki,  a  na  wiosnę  przyjechał  do  Londynu,  żeby  się  z  nią  zobaczyć.  Wracając  do  Dallas 

obiecał,  że  latem  znów  przyleci.  Z  tego,  co  mi  Scarlett  mówiła  tydzień  wcześniej,  miał  się 

zjawić lada dzień. Co prawda, Chester nie był angielskim arystokratą, tylko synem potentata 

naftowego, ale też stanowił nie najgorszą partię; Scarlett była dosłownie wniebowzięta. 

David  i  Serena  siedzieli  obok  siebie,  żywo  gestykulując  i  co  jakiś  czas  chichocząc. 

Przez ponad jedenaście miesięcy, jakie minęły od ślubu Bernarda i Lydii, Serena nauczyła się 

tak  sprawnie  posługiwać  językiem  migowym,  że  ledwo  nadążałem  za  szybkimi  ruchami  jej 

dłoni. Ale nic dziwnego; widywali się regularnie, a niedawno zamieszkali razem. Bardzo się z 

tego cieszyłem, bo Serena była nie tylko ładną,  ale i inteligentną dziewczyną, w dodatku do 

szaleństwa zakochaną w moim przyrodnim bracie. Nie wiem, co za idiota wymyślił, że rude 

są wredne; w wypadku Sereny stwierdzenie to było jak najdalsze od prawdy. Rzadko zdarzają 

się tak sympatyczne dziewczyny. 

- Pyszna  kanapka,  nie?  -  zapytał  mnie  Tom,  wycierając  serwetką  usta  i  strzepując  ze 

background image

spodni okruszki. - Masz ochotę na jeszcze jedną? Mogę skoczyć i przynieść. 

- Nie, dziękuję - powiedziałem. 

Nawet  nie  zauważyłem,  kiedy  wtrząchnąłem  swoją.  Jadłem  machinalnie,  myśląc  o 

innych  rzeczach,  przejęty  tym,  co  za  chwilę  ma  się  wydarzyć.  Wyobrażałem  sobie, że 

dziewczyna, z którą już wkrótce stanę przed ołtarzem, denerwuje się tak samo jak ja. Jej też 

zależy,  żeby  wszystko  poszło  jak  z  płatka,  pomyślałem.  Pewnie  w  tym  momencie  wkłada 

suknię, welon, wianek i szykuje się do drogi… 

Fiona  wstała  z  ławki,  unosząc  do  góry  plastikowy  kubek  z  kawą.  W  słomkowym 

kapeluszu  i  barwnej  marynarce  wyglądała  młodziej  i  bardziej  przystępnie  niż  w  tych 

wszystkich szałowych kreacjach, w jakich na ogół ją widywałem. 

- Mam ochotę wygłosić krótkie przemówienie - rzekła. 

- Świetnie! - zawołała Scarlett, a inni zaczęli klaskać. 

- Moi drodzy - zaczęła z uśmiechem Fiona - jak wiecie, od lat z przejęciem śledziłam 

miłosne  podboje  Charlesa.  Bardzo  się  martwiłam,  że  mój  serdeczny  przyjaciel  nie  zamierza 

się  ustatkować  i  nawet  obwiniałam  o  to  was  i  siebie,  że  tak  doskonale  zastępujemy  mu 

kochającą  żonę  i  dziatki;  bałam  się,  że  może  to  z  naszej  winy  nie  czuje  potrzeby 

poprowadzenia  do  ołtarza  jakiejś  dorodnej  pannicy.  Ale  jak  się  okazuje,  niesłusznie  się 

przejmowałam.  Bo  oto  Charles  wreszcie  postanowił  podjąć  jedyną  słuszną  decyzję.  Co 

prawda wielka szkoda, że dziewczyna, którą wybrał, jest pomylona, ale może dlatego właśnie 

darzy  ją  uczuciem;  w  końcu  Biblia  nakazuje  nam  kochać  wszystkie  upośledzone  istoty. 

Pozwólcie  zatem,  że  w  tym  tragicznym  dniu,  w  którym  Charles  rozstaje  się  ze  stanem 

kawalerskim, wzniosę toast za niego oraz jego wspaniałą narzeczoną. Niech będą szczęśliwi i 

nigdy o nas nie zapomną. Za Charlesa… i Kaczy Kuper! 

- Za Charlesa i Kaczy Kuper! - krzyknęli wszyscy, unosząc kubki z kawą. 

- Ahm…  -  powiedziałem,  kiedy  umilkły  śmiechy.  -  Po  pierwsze,  chciałbym  gorąco 

podziękować  Fionie  za  ten  uroczy  toast  na  cześć  moją  i  mojej  przyszłej  żony.  A  po  drugie, 

chciałbym  przeczytać  wam  kilka  krótkich  słów,  adresowanych  do  was  i  skreślonych 

własnoręcznie przez moją wybrankę. 

- Fajnie! - ucieszył się Tom, kiedy wyjąłem z kieszeni złożoną kartkę papieru. 

Rozprostowałem ją, czując na sobie spojrzenia całej gromadki. 

- Gotowi?  -  zapytałem.  -  No,  to  cytuję  posłanie  Henrietty:  „Jeśli  ktokolwiek  z  was 

zbliży się do mojego domu, każę poszczuć go psami!” 

- Słyszeliście? Poszczuje nas psami! Zabawne, nie? - zawołał Tom rechocząc. 

Ale  oprócz  niego  nikt  więcej  się  nie  śmiał;  ja  też  nie.  Bo  choć  słowa  Henrietty 

background image

przeczytałem  dla  żartu,  wiedziałem,  że  jednym  z  następstw  mojego  małżeństwa  będzie 

znaczne rozluźnienie kontaktów z przyjaciółmi. Hen nie mogła zrozumieć, jak to jest, że wolę 

przebywać w towarzystwie przyjaciół niż rodziny, i z góry szykowała się na to, że najbliższe 

weekendy  spędzimy  odwiedzając  kolejno  wszystkich  jej  i  moich  krewnych.  Nie 

przekonywały jej moje argumenty, że rodziny się nie wybiera, że ma się taką, jaką się ma, że 

poza więzami krwi często zupełnie nic z nią człowieka nie łączy, natomiast przyjaciół dobiera 

się latami według własnego uznania, na ogół są to więc naprawdę fajni i ciekawi ludzie. Dla 

niej  najważniejsze  były  właśnie  więzy  krwi,  a  każdą  najmniejszą  nawet  krytykę  swojej  czy 

mojej rodziny uważała za wołające o pomstę do nieba bluźnierstwo. 

Nie zgadzałem się z nią, oczywiście, a przynajmniej nie zgadzało się z nią moje dawne 

„ja”, romantyczny lekkoduch, jakim byłem, ceniący przede wszystkim humor i dobrą zabawę. 

Ale  ja  też  zmieniłem  się  przez  te  ostatnie  miesiące.  Na  pewno  wpłynęła  na  to  rozmowa  z 

Tomem po pogrzebie Garetha, która uzmysłowiła mi, że może za wiele oczekuję od życia, że 

może najwyższy czas dojrzeć i zrozumieć, że ludzie wstępują w związki małżeńskie nie tylko 

z  wielkiej  miłości,  ale  także  po  to,  aby  dzielić  z  drugą  osobą  radości  i  troski,  a  nie  stawiać 

samotnie czoło przeciwnościom losu. Nie bez znaczenia była też nagła śmierć Garetha, która 

uświadomiła  mi,  że  z  każdym  rokiem  mnie  również  przybywa  lat,  więc  jeśli  naprawdę  nie 

chcę  zostać  starym  kawalerem,  najwyższa  pora,  żebym  się  ożenił.  Pragnąłem  przecież  mieć 

normalną  rodzinę,  dzieci  -  całkiem  niedawno  pojąłem,  że  wcale  nie  muszą  być  aż  takim 

dopustem  Bożym,  jak  mi  się  wcześniej  zdawało  -  a  zwłaszcza  syna;  pragnąłem  mieć  go  w 

wieku, kiedy jeszcze mógłbym grać z nim w piłkę, nie dostając zadyszki. 

Ponadto,  wreszcie  mogłem  sobie  pozwolić  na  założenie  rodziny.  Moja  sytuacja 

finansowa  radykalnie  się  poprawiła.  Budowa  banku  w  Edynburgu  została  zakończona  przed 

czasem;  mniej  więcej  miesiąc  temu  z  wielką  pompą  świętowano  jego  otwarcie.  Nie  tylko 

fachowa prasa poświęciła projektowi sporo uwagi; zdjęcia i pełne pochwał artykuły ukazały 

się  także  w  prasie  codziennej.  Podkreślano  funkcjonalność  budynku,  oryginalność  koncepcji 

oraz  fakt,  że  nowoczesna,  przeszklona  konstrukcja  wkomponowała  się  znakomicie  w  starą 

architekturę  miasta.  Nie  było  to  coś  całkowicie  nowego  -  w  końcu  nie  ja  wymyśliłem 

postmodernizm - ale nie było też prostym naśladownictwem amerykańskich wzorców. 

Albowiem  postmodernistyczni  architekci  ze  Stanów  Zjednoczonych  odwołują  się  na 

ogół  do  stylów  dawniejszych,  umieszczając  w  swoich  konstrukcjach  cytaty  ze  sztuki 

starożytnej  albo  barokowej,  więc  choć  czynią  to  z  przymrużeniem  oka,  ich  dzieła  stanowią 

wyraźny  nawrót  do  neoklasycyzmu.  Ja  natomiast  nawiązałem  w  swoim  projekcie  do  pop  - 

artowskich  rzeźb  Claesa  Oldenburga  powstałych  w  latach  sześćdziesiątych  i  na  początku  lat 

background image

siedemdziesiątych,  takich  jak  metrowej  wielkości  hamburgery  i  lody  na  patyku  lub  ponad 

dwunastometrowa  kielnia  murarska  wbita  w  ziemię  w  nowojorskim  parku.  Od  dawna 

fascynowało  mnie  zjawisko  skali,  tego,  jak  postrzegamy  przedmioty  zależnie  od  ich 

wielkości; już w dzieciństwie Podróże Gulliwera Swifta należały do moich ulubionych lektur. 

Pewnie  dlatego  kiedy  zastanawiałem  się  nad  tym,  jak  powinna  wyglądać  siedziba 

szkockiego  banku,  wpadłem  na  zdawałoby  się  bardzo  prosty  pomysł,  który  ogromnie  się 

spodobał  organizatorom  konkursu.  Postanowiłem,  że  bank  będzie  się  składał  z 

czteropiętrowego  prostopadłościanu  w  kolorze  zielonym,  symbolizującego  plik  banknotów 

oraz z trzech nierównej wielkości złocistych walcowatych wież, przypominających trzy stosy 

monet. Podobieństwo do banknotów i monet było najlepiej widoczne z lotu ptaka, ale z bliska 

konstrukcja też prezentowała się interesująco: szklane powierzchnie przydawały jej lekkości, 

a  przy  okazji  odbijały  okoliczne  zabytkowe  budynki  i  zwielokrotniały  je,  zamiast  z  nimi 

konkurować. W każdym razie do firmy, w której pracowałem, zaczęły napływać zamówienia 

z różnych stron świata. Mogłem co prawda z niej odejść, gdyż dostałem również wiele ofert z 

innych  firm  konstrukcyjnych,  ale  zdecydowałem  się  zostać,  zwłaszcza  gdy  zaproponowano 

mi  awans  na  wspólnika,  co  oczywiście  wiązało  się  ze  znacznym  wzrostem  uposażenia. 

Wreszcie  mogłem  nie  tylko  kupić  nowy  wóz  i  oddać  na  szmelc  stare  volvo,  ale  również 

pomyśleć nad ustabilizowaniem sobie życia. Wtedy to postanowiłem oświadczyć się Hen. 

Tak  się  złożyło,  że  zaczęliśmy  się  znów  widywać.  Pewnego  dnia,  mniej  więcej 

miesiąc po pogrzebie Garetha, kiedy ani ja, ani reszta moich przyjaciół nie otrząsnęliśmy się 

jeszcze  po  jego  śmierci,  naszła  mnie  ochota,  żeby  zobaczyć  się  z  kimś  spoza  stałej  paczki, 

znaleźć się w miejscu, w którym nieobecność Garetha nie będzie tak odczuwalna jak podczas 

naszych  spotkań.  Przypomniałem  sobie,  że  kiedy  rozmawiałem  z  Hen  na  weselu  Carrie, 

zaproponowała, abym do niej zadzwonił, to umówimy się na lunch. Tak też zrobiłem. 

Jeśli  nie  liczyć  naszego  zerwania,  miałem  jak  najprzyjemniejsze  wspomnienia  z 

okresu,  kiedy  mieszkaliśmy  razem.  Teraz  przekonałem  się  na  nowo,  jaką  wspaniałą 

dziewczyną  jest  Henrietta:  bystrą,  inteligentną,  oczytaną,  o  szerokich  horyzontach  i  wielu 

zainteresowaniach.  To  prawda,  że  nie  lubiła  moich  przyjaciół  i  że  na  pierwszym  miejscu 

zawsze stawiała rodzinę, ale czy nie dlatego była idealną kandydatką na żonę dla kogoś, kto 

pragnął zmienić swój dotychczasowy styl życia? Jeśli chciałem być odpowiedzialnym mężem 

i  ojcem,  czy  nie  powinienem  wreszcie  zrozumieć,  że  właśnie  rodzina  jest  najważniejsza? 

Owszem, nie było tak w przypadku moich  rodziców, ale ostatnia  rzecz, jakiej pragnąłem, to 

naśladować  ich  model  życia  rodzinnego.  Zresztą  może  czyniłem  krzywdę  przyjaciołom, 

spędzając  z  nimi  tyle  czasu?  Może  czyniliśmy  ją  sobie  nawzajem?  Bo  przedkładając  swoje 

background image

towarzystwo  nad  towarzystwo  innych,  pozbawialiśmy  się  sposobności  do  nawiązywania 

kontaktów  z  nowymi  osobami,  z  którymi  moglibyśmy  wejść  w  trwałe  związki.  Poza  tym 

nasza paczka i tak się rozpadała. Gareth nie żył; David i Serena zamierzali się pobrać; istniała 

duże szansa, że Scarlett poślubi Chestera i wyjedzie z nim do Ameryki. Zostawali więc tylko 

Matthew,  Tom  i  Fiona,  z  czego  akurat  Fionie  koniec  naszej  przyjaźni  i  poznanie  innych 

mężczyzn  niewątpliwie  mogły  wyjść  na  dobre.  Im  częściej  widywałem  się  z  Hen,  tym 

atrakcyjniejszy  zaczął  mi  się  wydawać  pomysł  małżeństwa,  choć  wcześniej  zerwałem  z  nią 

właśnie dlatego, że nalegała na ślub. Ale wtedy byłem jeszcze za głupi, zbyt niedojrzały, żeby 

podjąć  właściwą  decyzję  Teraz  stałem  się  znacznie  bardziej  rozsądnym  człowiekiem.  Była 

ładna,  inteligentna  i  bardzo  mnie  kochała  -  czy  można  sobie  wyobrazić  odpowiedniejszy 

materiał na żonę? 

Z  zamyślenia  wyrwał  mnie  warkot  silnika  samochodu  parkującego  przed  kościołem. 

Wysiadł  z  niego  John,  brat  Henrietty,  sztywny,  łysy  jak  kolano  makler,  któremu  na  weselu 

Angusa i Laury powiedziałem nieopatrznie, że w okresie narzeczeńskim jego żona bzykała się 

z Tobym de Lisie. 

Wzdrygnąłem  się  na  jego  widok.  Był  to  chyba  największy  nudziarz,  jakiego  znałem. 

Dosłownie  paraliżowała  mnie  myśl,  że  jest  starszym  bratem  Hen  i  odtąd  będę  musiał 

widywać go regularnie. 

Za Johnem wysiadła z wozu Mary, jego niezwykle atrakcyjna żona. Problem polegał 

na  tym,  że  kiedy  ostatnio  odwiedziliśmy  ich  z  Hen,  Mary  cały  czas  robiła  do  mnie  maślane 

oczy i pochylała się tak, żebym mógł zajrzeć głęboko w jej obfity dekolt. 

- Bardzo  się  cieszę,  że  już  niedługo  wejdziesz  do  naszej  rodziny  -  szepnęła  mi  na 

pożegnanie, wzdychając błogo. 

Właśnie  tego  pragnąłem:  wejść  do  rodziny,  a  nie  wskoczyć  do  łóżka  ponętnej 

szwagierki.  Nie  zamierzałem  zdradzać  Henrietty;  nie  miałem  też  ochoty  opędzać  się  na 

każdym rodzinnym spotkaniu od niewyżytej seksualnie małżonki Johna. 

- No,  skoro  zaczynają  się  zjeżdżać  goście,  czas  wchodzić  do  środka  -  oznajmił 

Matthew, podnosząc się z ławki. - Idziemy! 

Ruszyliśmy wszyscy w stronę wejścia. 

- Dobrze, że już jesteś - powiedział John, kiedy przywitałem się z nim i Mary. - Mam 

nadzieję,  że  moja  cholerna  siostra  też  się  pojawi.  Bo  bez  panny  młodej  nie  byłoby  ślubu, 

prawda? A swoją drogą, wielka szkoda, że nie urządziłeś sobie wieczoru kawalerskiego. 

- Jak  to  nie  urządziłem?  -  zdziwiłem  się,  ale  na  szczęście  w  porę  zobaczyłem,  że 

Matthew daje mi rozpaczliwe znaki. Fakt, należało z tej okazji zaprosić przyszłego szwagra. - 

background image

Oczywiście, że nie urządziłem! Uważam, że to bardzo głupi obyczaj, który w dodatku dawno 

się przeżył! 

- Naprawdę? Bo ja sobie urządziłem… 

- Trudno. - Wzruszyłem ramionami. - Stało się. Nie masz pewnie co czynić sobie teraz 

wyrzutów, ale na twoim miejscu bardzo bym się wstydził. 

Zostawiliśmy go skonfundowanego przed drzwiami kościoła i weszli do środka. 

- Jak to dobrze, że się żenisz, Charles - stwierdził nagle Tom. - Na ogół moi wszyscy 

kuzyni żenią się między sobą, więc dostaję o połowę mniej zaproszeń na śluby niż normalni 

ludzie. 

Pokiwałem  głową.  Biedny  Tom!  Gdyby  nie  ten  karygodny  obyczaj,  nie  tylko  jego 

kuzynów, ale również przodków, może jego iloraz inteligencji byłby znacznie wyższy. Za to 

Fiona, osoba wyjątkowo bystra, musiała być albo podrzutkiem, albo wybrykiem natury, albo 

jej matka spłodziła córeczkę z kim innym niż z tatą Toma. 

Podszedłem do przyjaciółki, trochę zawstydzony tą myślą. 

- Ślicznie  dziś  wyglądasz,  Fi  -  powiedziałem.  -  Bardzo  ci  do  twarzy  w  tej  barwnej 

marynarce. 

- Dziękuję.  Postanowiłam  raz  na  zawsze  się  rozstać  ze  swoją  ulubioną  czernią  - 

oświadczyła.  -  Zamierzam  odtąd  ubierać  się  we  wszystkie  kolory  tęczy  i  wreszcie  zadurzyć 

się w kimś, kto też będzie umiał się we mnie zakochać. 

- Życzę  ci  tego  z  całego  serca  -  rzekłem,  przytulając  ją  do  siebie  i  cmokając  w 

policzek. 

Ona  też  mnie  cmoknęła,  po  czym  spojrzała  krytycznie  na  moją  fizys  i  zaczęła  się 

ś

miać. 

- Nie  wypada,  żebyś  szedł  do  ołtarza  ze  szminką  na  policzku.  Daj,  wytrę  cię  - 

powiedziała i zaczęła energicznie wycierać mi twarz. 

Ludzi  wciąż  przybywało.  Zobaczyłem  Angusa  i  Laurę;  on  trzymał  na  rękach  dwa 

dorodne  maleństwa,  a  ona  jedno,  gdyż  kilka  miesięcy  temu  urodziły  im  się  trojaczki.  Nic 

dziwnego,  przemknęło  mi  przez  głowę,  że  na  swoim  ślubie  Laura  wyglądała  bezowato;  już 

wtedy  mogła  być  w  ciąży.  Teraz  też  miała  wyraźnie  zaokrąglony  brzuch,  więc  ich  rodzina 

wkrótce  znów  miała  sie  powiększyć.  Kiedyś  moją  reakcją  byłoby  zdziwienie,  że  dwoje 

zdawałoby  się  inteligentnych  ludzi  nie  umie  sobie  poradzić  z  tak  prostą  rzeczą  jak 

antykoncepcja,  ale  teraz  niemal  z  zazdrością  spojrzałem  na  Angusa.  Też  chciałem  mieć 

dzieci. No, może nie aż tyle w tak krótkim czasie… 

Nagle Scarlett dojrzała kogoś przez otwarte drzwi - Wydała dziki okrzyk, zupełnie jak 

background image

Indianin  szykujący  się  do  oskalpowania  tuzina  bladych  twarzy,  po  czym  wybiegła  na 

zewnątrz  i  skoczyła  w  ramiona  wysokiego, przystojnego  młodzieńca.  Był  to  Chester,  który 

przyleciał z Ameryki w samą porę na mój ślub. 

Umajony  kwiatami  kościół  powoli  się  zapełniał.  Moja  rodzina  przybyła  niemal  w 

komplecie;  dostrzegłem  ojca  z  aktualną  żoną,  matkę  z  nowym  mężem,  a  także  cały  tłum 

przyrodniego rodzeństwa. Podszedłem się przywitać, po czym wróciłem na miejsce w pobliżu 

ołtarza.  Z  zakrystii  wyłonił  się  pastor,  starszy,  chudy  mężczyzna  o  pomarszczonej  twarzy  i 

mądrym spojrzeniu. Uśmiechnął się przyjaźnie, poklepał mnie po ramieniu, po czym rozejrzał 

się  wkoło  i  znów  zniknął.  Moi  przyjaciele  tymczasem  rozsadzali  gości,  kierując  na  lewo  od 

nawy rodzinę i znajomych panny młodej, a na prawo gości pana młodego. 

- Pan  czy  panna?  -  zapytał  Tom  zwracając  się  do  nieśmiało  wyglądającej,  skromnie 

ubranej dziewczyny o milej, sympatycznej buzi. 

- Panna - odparła z uśmiechem. 

Obserwując,  jak  Tom  się  w  nią  wpatruje,  zorientowałem  się,  że  wywarła  na  nim 

niesamowite  wrażenie.  Wyglądało  to  na  miłość  od  pierwszego  wejrzenia:  Tom  zaczerwienił 

się po uszy i stał bez słowa, z wybałuszonymi oczami. 

- Aaaa… Aaaa… Tak, dziękuję… - zaczął bełkotać bez ładu i składu; po chwili zdołał 

się jednak opanować. - Mam wrażenie, jakbyśmy się od dawna znali - rzekł. 

- Bo  to  prawda.  Poznaliśmy  się  jakieś  dwadzieścia  pięć  lat  temu.  Jestem  Deirdre, 

córka twojego stryjecznego kuzyna Harolda. Bo ty jesteś Tom, tak? 

- Ja? Tak, tak - potwierdził Tom. - Dobry Boże, więc jesteśmy spokrewnieni! 

- Tak. Ale to bardzo, bardzo dalekie pokrewieństwo - powiedziała Deirdre, wpatrując 

się  w  swego  rozmówcę  roziskrzonym  wzrokiem.  Najwyraźniej  Tom  również  bardzo  jej  się 

spodobał. 

- Świetnie,  świetnie!  -  zawołał  Tom.  -  Cieszę  się,  że  znów  cię  widzę.  Pozwól,  że 

zaprowadzę cię na miejsce. 

Wskazał  jej,  gdzie  powinna  usiąść,  po  czym  skłonił  się  i  podszedł  do  mnie, 

mamrocząc pod nosem: 

- Boże, jaka piękna… Tylko, czy mnie zechce… Czuję się, jakby mnie piorun uderzył 

albo mi skrzydła wyrosły. Znasz to uczucie, Charles? 

Przypomniałem sobie Carrie i pokiwałem głową, ale nie zdążyłem nic powiedzieć, bo 

najpierw  rodzice  Garetha,  a  potem  Bernard  z  Lydią  podeszli,  żeby  się  przywitać.  Lydia 

wyglądała kwitnąco, lecz Bernard miał podkrążone oczy i znacznie schudł, odkąd widziałem 

go na ich ślubie. 

background image

- Co u was słychać? - spytałem. 

- Bardzo się kochamy! - zawołała Lydia, tuląc się do męża. 

- Ale trochę za często - wymamrotał z ciężkim westchnieniem Bernard. 

Lydia wzięła jego słowa za dobry żart, bo tylko parsknęła śmiechem, po czym złożyła 

na jego policzku wilgotny pocałunek. 

- Chodź, chodź, nie strasz Charlesa; jeszcze się nam rozmyśli! - powiedziała, ciągnąc 

go w stronę ławki. 

Biedny  Matthew  miał  znacznie  mniej  szczęścia  od  Toma,  zwracając  się  z  pytaniem 

„Pan  czy  panna?”  do  siwego,  czerstwego  staruszka.  Jego  wygląd  wydawał  mi  się  dziwnie 

znajomy, ale dopiero kiedy staruszek się odezwał, zorientowałem się, że to ten sam sklerotyk, 

obok  którego  siedziałem  na  weselu  Angusa  i  Laury.  Jak  tylko  usłyszał  pytanie  Matthewa, 

spiorunował go wzrokiem i rzekł: 

- A na kogo ci wyglądam, młody człowieku? Na transwestytę? 

Matthew  uśmiechnął  się  i  nie  wdając  się  w  rozmowę,  zaprowadził  go  do  ławki  po 

lewej stronie nawy. 

- Proszę tu usiąść - rzekł. 

- A czy dobrze będę stąd widział ekran? - zaniepokoił się staruszek. 

- Ależ oczywiście! - zapewnił go Matthew i odszedł, kręcąc głową. 

Jeszcze  przez  chwilę  z  rozbawieniem  obserwowałem  staruszka.  Wyjął  z  kieszeni 

okulary, wytarł je dokładnie, po czym zwrócił się do siedzącej obok obcej damy. 

- Uwielbiam wszystkie filmy ze Schwarzeneggerem, ale najbardziej lubię Terminatora 

2 - powiedział. - Widziałem go już trzy razy i chętnie zobaczę po raz czwarty. A pani? 

Nie czekając na odpowiedź, wsadził okulary na nos i wbił spojrzenie w ołtarz. Na jego 

pomarszczonej, ale rumianej twarzy malowało się pełne wyczekiwania napięcie. 

- Cześć - powiedział znajomy głos. 

Obejrzałem  się  za  siebie  i  zobaczyłem  Carrie.  Jak  zawsze,  wyglądała  prześlicznie, 

choć ubrana była w szary, niepozorny płaszcz, a na jej twarzy nie widziałem śladu makijażu. 

Hamisha z nią nie było. 

- Cześć. - Uśmiechnąłem się. - Ładnie wyglądasz. 

- Ty  też  -  powiedziała,  odwzajemniając  mój  uśmiech.  -  Zawsze  podobałeś  mi  się  we 

fraku. Powiedz, chyba po raz pierwszy przybyłeś punktualnie na ślub? 

- Tak. Niewiarygodne, co? 

- Czytałam w gazecie o tobie i twoim projekcie. Moje gratulacje. 

- Dzięki. - Na moment umilkłem. - Jak się miewa Hamish? 

background image

- Chyba dobrze. 

- Chyba? 

- Nie widziałam go od dłuższego czasu. Nasze małżeństwo okazało się niewypałem. 

- Odeszłaś od niego? - zapytałem. 

- Tak.  Rozwiedliśmy  się  w  kwietniu.  Mało,  że  mnie  zdradzał,  to  jeszcze  wydawał 

moje pieniądze na swoje kochanki. 

- Twoje pieniądze? - zdziwiłem się. - Myślałem, że Hamish jest bardzo bogaty. 

- Ma  w  Szkocji  sporo  ziemi  i  kilka  zamków,  ale  wszystkie  są  w  opłakanym  stanie. 

Trzeba grubych milionów na remont i konserwację. Okazało się, że łajdak ożenił się ze mną 

tylko dla pieniędzy. Szkoda, że nie posłuchałam mamy. Ostrzegała mnie, żebym się miała na 

baczności przed łowcami posagów. Ale tak mi imponowało jego doświadczenie i pozycja, że 

kompletnie straciłam głowę. Trudno, mam nauczkę. 

Cały  mój  wizerunek  Carrie  jako  ubogiej  dziewczyny,  której  udało  się  wyjść  za 

nadzianego faceta, został nieoczekiwanie wywrócony na nice. 

- A skąd ty masz pieniądze? - spytałem. - Przecież mówiłaś mi kiedyś, że wychowałaś 

się na wsi. Rolnicy nie są specjalnie bogaci. Więc co, zarobiłaś jako modelka? 

Carrie parsknęła śmiechem. 

- Nie,  skądże.  Może  rolnicy  nie  są  specjalnie  bogaci  w  Anglii,  ale  w  Teksasie  to 

wygląda  zupełnie  inaczej.  Po  pierwsze,  duże  gospodarstwa  liczą  sobie  nawet  i  po  dwieście 

tysięcy hektarów, a po drugie, pod ziemią znajduje się ropa. Tak się składa, że my też mamy 

kilka szybów… - Wzruszyła lekko ramionami. 

Byłem kompletnie oszołomiony. 

- Szkoda,  że  nie  skontaktowałaś  się  ze  mną  po  rozwodzie  z  Hamishem  - 

powiedziałem. 

- Myślałam o tym. I nawet chciałam. Ale najpierw byłam kompletnie rozbita, a potem 

usłyszałam,  że  zamierzasz  się  ożenić.  Więc  uznałam,  że  lepiej  dać  sobie  spokój.  -  Znów  się 

uśmiechnęła. - No, nic. Nie będę zajmować ci więcej czasu. 

Chciała odejść, ale ją powstrzymałem. 

- Poczekaj, wskażę ci miejsce  - powiedziałem i poprowadziłem ją do ławki po mojej 

stronie nawy. - Powinnaś była zadzwonić, bez względu na to, co słyszałaś. 

- Naprawdę? 

- Tak, naprawdę - odparłem z przekonaniem. - Naprawdę. 

- Zdaje się, że nie bardzo potrafiliśmy się zgrać w czasie, co? - spytała, wpatrując mi 

się intensywnie w oczy. 

background image

- Tak - potwierdziłem. - Nie bardzo, oj, nie bardzo. Można nawet powiedzieć, że nasze 

wysiłki w tym kierunku były wręcz katastrofalne. 

- Masz rację… Katastrofalne… Wiedziałem, że muszę się wziąć w garść. 

- Cieszę  się,  że  znów  cię”  widzę  -  rzekłem.  -  Może  się  jeszcze  kiedyś  spotkamy. 

Naprawdę ślicznie wyglądasz. 

- Dziękuję.  Powodzenia.  Wiesz,  ślub  to  w  sumie  nic  trudnego.  Trzeba  tylko  mówić 

„tak”, ilekroć pastor zadaje pytanie. 

Uśmiechnąłem się i skinąłem głową. 

- Dzięki, będę pamiętał - obiecałem i oddaliłem się nawą. 

Podszedł do mnie Matthew. 

- Charles, zostaw Tomowi rozsadzanie gości, a sam chodź ze mną zająć miejsca przed 

ołtarzem. Henrietta z ojcem zjawi się lada moment. 

- Zaraz  wrócę,  Matthew  -  powiedziałem  czując,  że  w  głowie  mam  totalny  mętlik; 

chciałem sobie wszystko spokojnie przemyśleć. - Muszę na chwilę zniknąć. 

- Pewnie, idź się odlej - rzekł Matthew, myśląc, że chcę zniknąć za potrzebą. - Jak by 

to wyglądało, gdybyś w trakcie ceremonii przestępował gorączkowo z nogi na nogę? 

Zajrzałem do zakrystii. W środku krzątał się pastor i jego pomocnicy, a jeszcze nigdy 

w  życiu  tak  bardzo  nie  pragnąłem  być  sam.  Skinąłem  im  głową  i  wyszedłem  na  długi 

korytarz,  po  którego  obu  stronach  ciągnęły  się  drzwi.  Spróbowałem  najbliższych,  ale  były 

zamknięte.  Kiedy  jednak  nacisnąłem  klamkę  następnych  i  lekko  je  pchnąłem,  ustąpiły. 

Znalazłem się w niewielkiej kaplicy. Na szczęście była pusta. 

- Panie  Boże,  wybacz  mi  to,  co  za  chwilę  powiem  -  poprosiłem,  kierując  wzrok  na 

krzyż wiszący nad ołtarzem. - Kurwa, kurwa, kurwa, KURWA! 

W  tym  momencie  zza  zasłony  odgradzającej  część  kaplicy  wystawił  głowę  młody 

pastor. 

- Czy mogę ci w czymś pomóc, synu? - spytał. 

- Nie, dziękuję - odparłem nieco speszony. - Przepraszam. Po prostu ćwiczyłem głos. 

Bądź co bądź to bardzo duży kościół, a chcę, żeby mnie było dobrze słychać. To znaczy nie 

za głośno, nie za cicho, w sam raz… 

- Doskonale  cię  rozumiem,  synu  -  rzekł  z  uśmiechem  sługa  Boży.  -  Ja  też  robię 

podobne  ćwiczenia,  choć  rzecz  jasna,  posługuję  się  trochę  innym  słownictwem.  Najczęściej 

wołam po prostu „Alleluja”. Ale nie przeszkadzaj sobie, już wychodzę. 

I znikł za drzwiami, pozostawiając mnie samego. 

Podszedłem  do  jednej  z  kolumn  i  rozpalonym  czołem  dotknąłem  zimnego  kamienia. 

background image

W  głowie  kotłowała  mi  się  jedna  myśl:  Co  robić?  Co  robić?  Co  robić?  Gdyby  tylko  Carrie 

dała  mi  znać  zaraz  po  rozwodzie  z  Hamishem!  Gdyby  zadzwoniła  do  mnie  miesiąc,  nawet 

tydzień temu, jakoś zerwałbym zaręczyny z Hen… Ale teraz? Co mogłem zrobić teraz? 

Wtem drzwi się uchyliły i Matthew wsunął głowę do kaplicy. 

- A, tu jesteś - rzekł wchodząc. - Wszędzie cię szukam. Właśnie przyjechała Henrietta 

z  ojcem.  Tom  pobiegł  ich  zatrzymać,  bo  przecież  musisz  stać  przed  ołtarzem,  kiedy  będą 

wchodzić do środka. Idziemy? 

Pokręciłem głową. 

- Jeszcze  chwila,  Matthew.  Powiedz  mi…  jakie  jest  twoje  zdanie  na  temat 

małżeństwa? 

- Hm,  myślę,  że  to  naprawdę  coś  wspaniałego.  O  ile,  oczywiście,  dwoje  ludzi  kocha 

się całym sercem. 

- No, tak, masz rację. Jasne. A jednak… a jednak, chociaż byłem na tylu ślubach, że 

robi  mi  się  niedobrze  na  widok  szampana  i  kanapek  z  łososiem,  to  teraz,  kiedy  sam  mam 

stanąć przed ołtarzem, wciąż się zastanawiam… 

- Czy mogę spytać nad czym? 

- Nie, lepiej nie pytaj - odparłem. 

Klamka  zachrobotała;  ktoś  próbował  wejść  do  kaplicy,  ale  ciągnął  drzwi  zamiast 

pchać. Matthew podszedł i otworzył je na oścież, wpuszczając Toma. 

- Dobrze,  że  was  znalazłem!  -  zawołał  Tom.  -  Powiedziałem  Hen  i  jej  ojcu,  że 

kilkanaście  osób  dostało  kataru  siennego  od  nadmiaru  kwiatów,  więc  muszą  zaczekać  przed 

kościołem,  znaczy  się  Hen  z  ojcem,  dopóki  kościelny  nie  usunie  kwiatów  ze  środka.  - 

Uśmiechnął  się  szeroko.  -  To,  że  uchodzę  za  głupka,  ma  swoje zalety;  ludzie  są  znacznie 

mniej podejrzliwi, kiedy im wciskam kit. Co się dzieje? 

- Sam  chciałbym  wiedzieć  -  stwierdził  Matthew,  po  czym  spojrzał  na  mnie.  -  Czas 

ucieka, Charlie. Jesteś gotów? 

W tym momencie drzwi ponownie się otworzyły i do kaplicy wszedł David. Uderzył 

kłykciami w ołtarz, żeby zwrócić moją uwagę. 

O co chodzi, Charles? - zapytał językiem migowym. 

Przed chwilą rozmawiałem z Carrie. Rozeszła się z Hamishem

Chryste Panie! - Na jego twarzy odmalował się szok. - Przecież za pięć minut żenisz 

się z Henriettą! 

Wiem. Masz jakąś radę? 

- Istnieją trzy możliwości: możesz ożenić się z Henrietta… 

background image

Wiem - zasygnalizowałem, kiwając smętnie głową. 

Możesz  wyjść  i  powiedzieć  wszystkim  :,,Głupia  sprawa,  kochani,  ale  odwołujemy 

uroczystość”. 

Mało kusząca propozycja. A trzecia możliwość? - Spojrzałem na niego z nadzieją. 

Trzecia… - zaczął i urwał, po czym podrapał się w głowę. - Trzeciej nie widzę. 

- Cholera! 

Drzwi znów się uchyliły; tym razem do środka wszedł pastor, który miał nam udzielić 

ś

lubu. 

- A, tu jesteś, mój synu - rzekł, uśmiechając się łagodnie. - Czas iść, bo jeszcze panna 

młoda gotowa pomyśleć, że nie chcesz się z nią ożenić. 

David spojrzał na mnie znacząco. Wzruszyłem ramionami; co mogłem zrobić? 

- Od  tylu  lat  udzielam  ślubów  -  kontynuował  pastor  -  że  mogłoby  się  zdawać,  iż  mi 

spowszedniały.  Ale  nie.  Ilekroć  patrzę  w  lśniące  miłością  oczy  młodej  pary,  mam 

ś

wiadomość,  że  dzieje  się  coś  wyjątkowego.  Powiedziałbym,  że  to  jedna  z  największych 

radości  bycia  duchownym.  Za  każdym  razem  czuję  się  tak,  jakbym  sam  był  ojcem 

nowożeńców. - Znów obdarzył mnie uśmiechem. - No, więc jak, synu? Jesteś gotów? 

Wszystkie  spojrzenia  skierowały  się  na  mnie.  Powiodłem  wzrokiem  po  twarzach 

Davida, Matthewa, Toma i pastora. 

- Ależ tak. Oczywiście - odparłem. 

I pierwszy ruszyłem do drzwi. 

Henrietta,  wysoka,  zgrabna,  wyglądała  jak  królewna  z  bajki,  kiedy  wsparta  na 

ramieniu  ojca  kroczyła  w  stronę  ołtarza  do  taktu  marsza  weselnego.  Biel  długiej  do  ziemi, 

bogato  haftowanej  sukni  wspaniale  kontrastowała  z  jej  mocno  opalonymi  ramionami. 

Wiedziałem, że niejeden młody mężczyzna obecny w kościele chętnie zamieniłby się ze mną 

na  miejsca.  Cały  problem  polegał  na  tym,  że  ja  sam  równie  chętnie  zamieniłbym  się  z 

każdym, kto nadal był stanu wolnego. 

Spojrzałem  tęsknie  w  kierunku  Carrie  siedzącej  w  czwartym  rzędzie  na  prawo  od 

ołtarza.  Opromieniona  słonecznym  blaskiem  wpadającym  do  środka  przez  strzeliste  okna 

ś

wiątyni, wydała mi się postacią jakby nie z tego świata, jakby z krainy snu. Przypomniałem 

sobie, że zanim ujrzałem ją po raz pierwszy na ślubie Angusa i Laury, wcześniej widziałem ją 

we śnie. Wprawdzie nie dojrzałem wtedy jej twarzy, ale byłem przekonany, że to ¦właśnie ona 

mi  się  śniła.  Zupełnie  jakby  los  mówił,  że tylko  Carrie  jest  mi  pisana.  I  tak  niewiele 

brakowało, abyśmy byli razem. Gdybym jeszcze wczoraj dowiedział się, że jest wolna, może 

jakoś  zdołałbym  wytłumaczyć  wszystko  Hen.  Teraz  jednak  było  już  na  to  zdecydowanie  za 

background image

późno. 

Patrzyłem,  jak  Henrietta  idzie  ku  mnie  uśmiechnięta,  i  z  każdym  jej  krokiem  moje 

serce kurczyło się coraz bardziej. Gdzie i kiedy zbłądziłem, że jednak nie Carrie, a Hen miała 

stać się moim przeznaczeniem? 

- Nie tak mocno! - warknęła Hen do ojca, kiedy dzieliły ich ode mnie niespełna cztery 

metry. Widocznie starszy pan w zdenerwowaniu zbyt silnie ścisnął jej rękę, bo mimo welonu 

zakrywającego jej twarz widziałem, jak usta mojej narzeczonej ściągają się gniewem. 

- Witajcie, moi drodzy - powiedział pastor do zgromadzonych w kościele gości, kiedy 

Henrietta stanęła u mojego boku. - Zebraliśmy się tutaj przed obliczem Pana, aby na oczach 

was  wszystkich  połączyć  tę  oto  parę  świętym  sakramentem  małżeństwa.  Właśnie  w  tym 

sakramencie urzeczywistnia się najpełniej dokonana na Krzyżu tajemnica związku Chrystusa 

z  Kościołem,  której  małżeństwo  jest  figurą.  Dlatego  należy  pamiętać,  że  decyzji  o 

małżeństwie  nie  wolno  podejmować  pochopnie,  lecz  z  całkowitym  przekonaniem  i 

odpowiedzialnością; nie beztrosko, lecz w pełni wiary i bojaźni Bożej. 

Pastor  patrzył  wprost  na  mnie;  może  tylko  mi  się  zdawało,  ale  miałem  wrażenie,  że 

jego  łagodne  dotąd  spojrzenie  przybiera  surowy  wyraz,  a  oczy  wwiercają  się  w  moje,  jakby 

chciały wyczytać z nich moje najskrytsze myśli. Spuściłem wzrok. 

- I dlatego - ciągnął pastor - niech żaden człowiek nie waży się rozłączyć związku, gdy 

ten  przed  obliczem Pańskim  zostanie  zawarty.  Jeśli  więc  ktoś  z  obecnych  zna  jakikolwiek 

powód  bądź  przyczynę,  dla  którego  tych  dwoje  nie  powinno  się  połączyć  świętym  węzłem 

małżeńskim, niech wystąpi teraz i to powie albo niech po wieki wieków zachowa milczenie. 

Pastor umilkł na moment i rozejrzał się po kościele. Już miał ponownie zacząć przemawiać, 

gdy nagle usłyszałem za plecami głośne stukanie. Henrietta spojrzała na mnie zaskoczona, ale 

ja również nie wiedziałem, co się dzieje. 

Znów się rozległo stukanie. 

- Przepraszam bardzo, czy ktoś z państwa chce coś powiedzieć? - zapytał pastor. 

Obejrzałem  się  i  zobaczyłem,  że  stojący  między  Fioną  a  Sereną  David  podnosi  rękę. 

W  kościele  zapadła  cisza  jak  makiem  zasiał,  a  wszystkie  spojrzenia  skierowały  się  w  stronę 

mojego ukochanego przyrodniego brata. 

- Chwileczkę - powiedziałem do pastora, po czym zwróciłem się do Davida i zacząłem 

sygnalizować. - Co ty u licha wyprawiasz? 

- Właśnie wymyśliłem trzecią możliwość - odparł. 

- Co takiego?! 

Tłumacz moje słowa, dobrze? 

background image

- Co się dzieje, Charles? - zapytał pastor. 

- Co  się  dzieje,  Charles?  -  Henrietta  gniewnym  głosem  powtórzyła  pytanie 

duchownego. 

- David prosi, żebym tłumaczył to, co mówi - odpowiedziałem. 

- A co mówi? - spytał pastor. 

Skierowałem wzrok na Davida i zacząłem tłumaczyć jego gesty. 

- Mówi: „Podejrzewam, że pan młody ma wątpliwości. Podejrzewam, że chciałby się 

jeszcze  zastanowić.  Podejrzewam…  podejrzewam,  że  pan  młody…”  Urwałem  i  tylko 

ś

ledziłem szybkie ruchy dłoni mojego brata. 

…kocha kogo innego. Bo taka jest prawda, nie, Charlie? Zrozum, Chanie, to co dziś 

robisz,  robisz  na  cale  życie.  Więc  nie  ma  sensu  żenić  się  z  kimś,  kogo  nie  kochasz  całym 

sercem, A poza tym, zapnij rozporek

Wiedziałem,  że  z  tym  rozporkiem  to  żart,  ale  na  wszelki  wypadek  zerknąłem  w  dół, 

ż

eby się upewnić. 

- Co on mówi? - ponaglił pastor. 

- Mówi,  że  podejrzewa,  że  pan  młody  kocha  kogo  innego  -  powiedziałem,  nie 

podnosząc wzroku. 

- Czy to prawda? - zapytał pastor. - Czy rzeczywiście kochasz kogo innego, Charles? 

Czy rzeczywiście? 

Spojrzałem na pastora i nabrałem powietrza w płuca. 

- Tak - oświadczyłem pewnym, zdecydowanym głosem. 

Nie zdążyłem się uchylić; prawy sierpowy Henrietty trafił mnie prosto w twarz. Zanim 

się  zorientowałem,  co  się  dzieje,  leżałem  na  kościelnej  posadzce  i  kręciło  mi  się  w  głowie. 

Podnosząc się wiedziałem, że przynajmniej przez tydzień będę chodził z podbitym okiem. 

Ledwo wstałem, John, brat Hen, rzucił się na mnie z pięściami. Na szczęście Matthew 

i  Tom  podbiegli  do  nas  i  zaczęli  go  odciągać.  W  kościele  wybuchło  istne  pandemonium. 

Ludzie  zrywali  się  z  ławek,  krzyczeli,  popychali  się  i  poszturchiwali,  a  na  środku  nawy 

rozgorzała prawdziwa bójka między krewnymi Henrietty i moimi. Mogłem mieć pewność, że 

tego ślubu długo nikt nie zapomni. 

Mniej więcej to samo powiedział Tom, kiedy pół godziny później, razem ze Scarlett, 

Fioną, Matthewem i Davidem, siedzieliśmy u mnie w kuchni, wciąż dość zszokowani tym, co 

się wydarzyło. 

- Wiecie,  po  jakimś  czasie  większość  ślubów  zlewa  się  w  pamięci,  ale  o  tym  będzie 

głośno jeszcze przez wiele lat - rzekł. 

background image

- Głównie dlatego, że do niego nie doszło - wtrącił z bladym uśmiechem Matthew. 

- Fakt  - przyznał  Tom, po czym spojrzał na mnie. - Wiesz, Charles, wcale się jej nie 

dziwię, że cię walnęła. 

- Ja też nie - oznajmiłem, przyciskając mocniej do oka kawałek surowej  wołowiny.  - 

Myślę, że postąpiła bardzo słusznie. 

- Biedna dziewczyna! - Fiona spojrzała na mnie z wyrzutem. - Nigdy jej specjalnie nie 

lubiłam, ale to, co jej dziś zrobiłeś, jest absolutnie niewybaczalne. 

- Wiem  -  potwierdziłem  smętnym  tonem.  -  Sam  sobie  też  nigdy  tego  nie  wybaczę. 

Naprawdę nie chciałem jej skrzywdzić. Biedna Hen… 

- Chociaż  spójrzmy  prawdzie  w  oczy  -  powiedział  wolno  Tom.  -  Skoro  nie  byłeś 

pewien, czy chcesz się z nią ożenić, to może jednak słusznie zrobiłeś, że się z nią nie ożeniłeś, 

co? 

Fiona wzniosła oczy do  nieba i już myślałem, że powie mu coś ciętego,  ale zmieniła 

zdanie, pogładziła go po włosach i rzekła: 

- Masz zupełną rację, braciszku. 

- Nie  sądzicie,  że  Henrietta  miała  bardzo  ładną  sukienkę?  -  zapytała  Scarlett.  - 

Najbardziej  to  mi  szkoda  jej  kiecki  -  dodała.  -  Ale  w  końcu  nic  straconego,  może  przecież 

chodzić w niej na przyjęcia. 

To wszystko moja wina - powiedział do mnie David językiem migowym. 

- Co on mówi? _ zainteresował się Matthew. 

- Ze to jego wina - wyjaśniłem. 

- Nie, skądże! Nic podobnego! - zaczęli wszyscy wołać jeden przez drugiego. 

Też są tego zdania - przetłumaczyłem ich słowa Davidowi. 

Wtem rozległ się dzwonek do drzwi. 

- To  pewnie  Henrietta.  -  Podniosłem  się  z  miejsca  -  Pozwólcie,  ze  sam  pójdę  z  nią 

porozmawiać. Może jakoś zdołam ją przeprosić i wszystko wyjaśnić. 

Kiedy  jednak  otworzyłem  drzwi  wejściowe,  ujrzałem  poprzez  strugi  deszczu  nie 

Henriettę,  lecz  Carrie  Była  przemoczona  do  suchej  nitki,  bo  wkrótce  po  moim  powrocie  do 

domu rozszalała się burza, która trwała do tej pory. 

- Cześć. 

- Cześć  -  powiedziałem,  otwierając  szeroko  drzwi.  -  Wchodź  szybko,  jesteś  cała 

mokra. Właśnie siedzę z przyjaciółmi i rozmawiamy o tym, co się stało. 

- Nie  nie,  nie  chcę  wchodzić.  Zresztą  jak  ktoś  już  tak  zmókł  jak  ja,  to  parę  kropli 

więcej naprawdę nie robi różnicy - dodała z uśmiechem. 

background image

- Dobrze, w takim razie ja wyjdę do ciebie - oznajmiłem i odważnie wyszedłem przed 

drzwi. 

- Nie,  wracaj  do  domu  ~  zaprotestowała  Carrie.  -  Chciałam  tylko  sprawdzić,  czy 

wszystko  u  ciebie  w  porządku.  No,  wiesz,  czy  nie  próbujesz  się  zabić,  czy  coś  takiego.  I 

chciałam  cię  przeprosić  za  to,  że  przyszłam  na  twój  ślub.  Nie  powinnam  była.  To  wszystko 

moja wina. Pójdę już… 

Zbiegła po schodkach na ulicę. Rzuciłem się w pogoń. 

Lało  tak,  że  dosłownie  w  ciągu  kilku  sekund  byłem  cały  mokry,  zupełnie  jakbym  w 

ubraniu wskoczył do wanny. Złapałem Carrie za ramię. 

- Nie,  poczekaj,  nie  odchodź.  Jeśli  ktoś  jest  winien,  to  tylko  ja  -  rzekłem.  - 

Przynajmniej dzięki tobie przekonałem się dzisiaj na własnej skórze, że po prostu nie jestem 

stworzony  do  żeniaczki.  A  także  coś  zrozumiałem.  Stojąc  tam,  w  kościele,  zrozumiałem  po 

raz pierwszy w życiu, że całą duszą i ciałem kocham jedną osobę… i nie była nią dziewczyna 

w welonie, która stała wtedy obok mnie. Jest nią dziewczyna, która teraz stoi przede mną w 

deszczu. 

Nareszcie  powiedziałem  to,  co  powinienem  był  powiedzieć  dawno  temu;  może 

gdybym uczynił to wcześniej, oboje oszczędzilibyśmy wiele bólu sobie i innym? 

- Czyżby  wciąż  padało? -  zapytała  Carrie,  jakby  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  gęstych 

kropli siekących ją po twarzy. - Nie zauważyłam. 

- Kocham  cię,  odkąd  ujrzałem  cię  po  raz  pierwszy  na  ślubie  Angusa  i  Laury.  I  mam 

nadzieję, że odtąd już zawsze będziemy razem. Chyba nie zamierzasz mi znów uciec, co? 

- Nie - odparła z uśmiechem. - Jeśli się nie utopię albo nie rozpłynę na deszczu, to już 

zawsze będę z tobą. 

- Na wszelki wypadek wejdźmy jednak do środka - rzekłem, ujmując ją za rękę. 

Przeszliśmy kilka kroków, po czym nagle się zatrzymałem. 

- Pozwól, że najpierw cię o coś spytam - powiedziałem, obracając ją twarzą do siebie. 

- Kiedy już wyschniemy, pogadamy i poznamy się lepiej, czy zgodzisz się… nie wychodzić 

za mnie za mąż? Jak myślisz, czy jesteś gotowa spędzić ze mną resztę życia bez wstępowania 

w związek małżeński? 

Podniosła  oczy  i  przez  długą  chwilę  przyglądała  mi  się  z  powagą.  Wreszcie 

uśmiechnęła się promiennie. 

- Tak - powiedziała. 

Objąłem ją i zacząłem całować, i po chwili też zapomniałem o deszczu. 

background image

EPILOG 

No i nie pobraliśmy się, ale zamieszkaliśmy razem. I jesteśmy bardzo szczęśliwi. Od 

kilku miesięcy mamy synka, który przysparza nam wiele radości. 

Serena wyszła za Davida i też są bardzo szczęśliwi. Byłem drużbą na ich ślubie. 

Tom ożenił się z Deirdre, kuzynką, którą spotkał po latach na moim niedoszłym ślubie 

z Henriettą. Na razie kupili sobie sukę, którą nazwali Jilly, ale pewnie niedługo wezmą się do 

płodzenia  nowego  pokolenia  arystokratycznych  idiotów.  I  słusznie;  nie  należy  zrywać  z 

kilkusetletnią  tradycją.  Tom  poprosił  mnie,  żebym  był  jego  drużbą,  a  ja  się  oczywiście 

zgodziłem. 

Scarlett wyszła za Chestera i wyjechała do Ameryki. Nauczyła się jeździć konno i ma 

nawet  zamiar  startować  na  rodeo.  Pisała,  żebyśmy  przyjechali  jej  kibicować.  Ponieważ 

Chester  nie  miał  w  Anglii  wielu  znajomych,  spytał  mnie,  czy  nie  zechciałbym  być  jego 

drużbą. Przystałem z wielką radością; druhnami były Fiona, Serena i Carrie. 

Henriettą pół roku temu wyszła za porucznika gwardzistów królowej. (To ci dryblasi 

w  czerwonych  kurtkach  i  futrzanych  czapach  półmetrowej  wysokości,  którzy pełnią  wartę 

przed  Buckingham  Pałace.)  Nie  tylko  nie  byłem  drużbą  na  ich  ślubie,  ale  w  ogóle  nie 

zostałem  zaproszony.  Jednakże  z  tego,  co  opowiadał  Tom,  była  to  naprawdę  wspaniała 

uroczystość. 

Matthew  ma  nowego,  bardzo  sympatycznego  przyjaciela.  Często  bywamy  u  nich  na 

pysznych kolacjach. 

Fiona zwierzyła mi się ostatnio w wielkim sekrecie, że od pewnego  czasu widuje się 

regularnie  z  księciem  Karolem.  No,  no…  Kto  wie,  może  w  przyszłości  zostanie  królową 

Anglii?  Mam  cichą  nadzieję,  że  jeśli  zdecydują  się  pobrać,  przekona  Karola,  żeby  uczynił 

mnie  swoim  drużbą.  Będzie  to  drugi  ślub  stulecia  (pierwszym  był  jego  ślub  z  Dianą),  więc 

warto,  żeby  miał  u  swojego  boku  kogoś  doświadczonego  pod  tym  względem.  Podejrzewam 

jednak, że Karol będzie wolał żyć na kocią łapę. W końcu małżeństwo z Dianą przysporzyło 

mu  tylko  kłopotów.  A  wtedy,  kto  wie?  Może  podobnie  jak  za  sprawą  jego  stryjecznego 

dziadka  Edwarda  zapanowała  moda  na  rozwody,  tak  teraz  za  sprawą  Karola  młodzi  ludzie 

zrezygnują  z  zawierania  małżeństw?  Nareszcie  będę  mógł  się  w  soboty  wysypiać  do  woli, 

zamiast wciąż ganiać na czyjeś śluby!