background image

Richard Curtis 

Cztery wesela i pogrzeb 

 

Tytuł oryginału: FOUR WEDDINGS AND A FUNERAL 

Przekład i adaptacja: Tomasz Mirkowicz 

 

     
Miłość w parze z małżeństwem nie chodzi,  
Choć w nich z natury jedne biją tętna.  
Miłość w małżeństwo, jak wino przechodzi  
W ocet; przelewka cierpka, kwaśna, mętna… 
    GEORGE BYRON, Don Juan (przeł. Edward Porębowicz) 
     
PIERWSZA SOBOTA MAJA 
     Nie  lubię  wcześnie  wstawać.  I  nie  cierpię  budzików.  Zawsze  uważałem,  że  po  gilotynie 
budzik jest najbardziej perfidnym ze wszystkich wynalazków człowieka. Śpisz sobie smacz-
nie, śnisz o czymś niezwykle przyjemnym, na przykład że leżysz pod palmą w towarzystwie 
powabnej blondynki, dochodzi cię szum morza, czujesz na skórze delikatny powiew wiatru, i 
akurat w momencie, kiedy dziewczyna przeciąga się lubieżnie i pochyla nad tobą, wpatrując 
się  w  ciebie  pełnym  obietnicy  wzrokiem,  budzik  zaczyna  dzwonić.  DRRRRRRR! Wszyscy 
reagujemy na ten dźwięk, zupełnie jak psy Pawłowa. Z tym, że jedni zrywają się natychmiast 
z łóżka i w ciągu pięciu sekund są już pod prysznicem, a ja jeszcze przez sen wyciągam rękę i 
wyłączam diabelstwo. 
    Najbardziej, oczywiście, nie lubię wstawać wcześnie w soboty i w niedziele. Bo o ile w in-
ne dni tygodnia trzeba wstawać rano, żeby iść do pracy, te dwa dni zostały przecież stworzone 
specjalnie  po  to,  żeby  normalny  człowiek  mógł  się  wreszcie  wyspać.  Dlatego  uważam  za 
bardzo nietaktowne ze strony znajomych, że pobierają się właśnie w soboty lub w niedziele, 
w  dodatku  o  nieprzyzwoicie  wczesnej  porze.  Osobiście  w  ogóle  nie  jestem  zwolennikiem 
małżeństwa, ale jeśli już ktoś czuje, że inaczej nie potrafi, że nie chce żyć na kocią łapę, to 
mógłby przynajmniej zaczekać do szóstej albo siódmej wieczorem. Co im tak wszystkim spi-
eszno, że pobierają się najpóźniej w południe, nawet jeśli ich ślub odbywa się nie w Londy-
nie,  tylko  na  jakimś  odległym  zadupiu?  Śniło  mi  się  akurat,  że  idę za  kobietą  w  olbrzymim 
czarnym  kapeluszu. Była szczupła, zgrabna, z całej jej sylwetki  emanowało  coś  niezmiernie 
pociągającego. Dotąd nie widziałem jej twarzy. Właśnie miała skręcić za róg, więc przyspi-
eszyłem  kroku,  żeby  nie  stracić  jej  z  oczu.  Chciałem  koniecznie  zobaczyć  jej  twarz.  Wtedy 
zaterkotał budzik. 
  DRRRRRRR! 
  Moja dłoń wystrzeliła jak kamień z procy i zgasiła cholerstwo. Wcisnąłem głowę w podusz-
kę i po chwili znów byłem na tej samej ulicy, ale nieznajoma gdzieś znikła. Szedłem i szed-
łem przez miasto, jednakże nigdzie nie widziałem żywej duszy. Wszystkie sklepy były zamk-
nięte, ulice puste. Wtem… 
    - Wstawaj,  Charlie! Wstawaj,  bo się spóźnimy  na ślub!  -  To Scarlett  szarpała mnie za ra-
mię. 
    Zdarza  się,  że  pary  spędzają  wspólnie  noc  przed  swoim  ślubem,  po  czym  razem  zjawiają 
się  w  kościele.  Jest  to  nowoczesny  obyczaj,  na  który  nie  tylko  księża  i  pastorzy  patrzą 
krzywo. Także starsze panie. Ale w tym wypadku nie chodziło bynajmniej o ślub mój i Scar-
lett, lecz Angusa i Laury. Muszę zresztą zaznaczyć, że choć Scarlett i ja mieszkaliśmy w tym 
czasie razem, nigdy nie stanowiliśmy pary. 
    Poznaliśmy się w firmie konstrukcyjnej, gdzie ja pracowałem jako architekt, a Scarlett jako 
goniec.  Kryzys  spowodował,  że  ceny  nieruchomości  spadły  na  łeb,  na  szyję,  więc  ludzie 
przestali budować nowe domy, co odbiło się negatywnie na mojej kieszeni. W pewnym mo-

background image

mencie doszło nawet do takiego absurdu, że Scarlett i inni gońcy zarabiali więcej ode mnie, 
bo byli na stałej pensji, a ja na procencie od wykonanych projektów. Tymczasem nie robiłem 
żadnych, gdyż nasze biuro nie dostawało w ogóle zleceń. Gdy skończyły mi się oszczędności, 
zgromadzone w bardziej tłustych latach, ledwo mnie było stać na opłacenie czynszu za parte-
rowy domek w eleganckiej dzielnicy, który wynająłem przed rokiem, kiedy zerwałem z Hen-
riettą  i  wyprowadziłem  się  od  niej.  W  końcu,  zupełnie  zdesperowany,  jakieś  pół  roku  temu 
wywiesiłem na korytarzu w pracy ogłoszenie, że chętnie przyjmę współlokatora. Sądziłem, że 
zgłosi się któryś z równie ciężko jak ja dotkniętych przez los młodych architektów, ale zgłosi-
ła  się  właśnie  Scarlett.  Nie  miałem  ochoty  na  mieszkanie  z  dziewczyną,  lecz  po  pierwsze, 
naprawdę było u mnie bardzo krucho z forsą, a po drugie, rozbroiła mnie jej szczerość. 
    - Słuchaj,  Charlie  -  zaczęła  -  dobrze  wiem,  że  nie  mam  u  ciebie  żadnych  szans.  Ale  te 
wszystkie  wypindrzone  suki  w  biurze  będą  myślały,  że  sypiamy  ze  sobą,  i  aż  zzielenieją  z 
zazdrości! Ale im utrę nosa! O kurwa, kurwa, kurwa! 
    - O kurwa, kurwa, kurwa! - zawołałem, kiedy Scarlett dobudziła mnie na tyle, że spojrza-
łem na budzik. 
    Było dwadzieścia po ósmej, a mieliśmy do przejechania ponad dwieście kilometrów. Zer-
wałem się z łóżka i pognałem ogolić się i wziąć prysznic, a Scarlett poszła do kuchni zaparzyć 
kawę. 
     
    Kiedy  wyłoniłem  się  w  szlafroku  z  łazienki,  w  nozdrza  uderzył  mnie  jednak  nie  zapach 
świeżej kawy, lecz palącego się pieczywa. Scarlett jak zwykle wepchnęła do opiekacza zbyt 
grubą kromkę bułki i teraz stała nad dymiącym urządzeniem, starając się wydłubać widelcem 
zwęglone resztki. Podszedłem do niej i wyłączyłem opiekacz z kontaktu. 
    - Uważaj, bo kiedyś w końcu spalisz dom i siebie - powiedziałem spokojnie. 
    - Pieprzony toster! - zawołała. - Jak jeszcze raz sfajczy mi grzankę, oddam go na złom! 
    Cały  problem  polegał  na  tym,  że  aczkolwiek  Scarlett  już  od  dwóch  lat  pracowała  wśród 
architektów,  sama  nie  miała  za  grosz  wyobraźni  przestrzennej.  Albo  na  siłę  wsadzała  zbyt 
grubą  kromkę  do  opiekacza  i  nie  mogła  jej  później  wydobyć,  albo  parkowała  swojego  mini 
coopera S w tak ciasnej luce między dwoma innymi pojazdami, że nie można było otworzyć 
drzwi ani z jednej, ani z drugiej strony. Szamotała się i klęła jak szewc, ale to nic nie dawało. 
    Jednakże na tym polegał urok Scarlett: łączyła w sobie cechy zadziornego urwisa z bezrad-
nością  małej  dziewczynki.  Potrafiła  z  jednej  strony  każdemu  przygadać  tak,  że  mu  w  pięty 
poszło,  a  z  drugiej  zachowywać  się  niewinnie  i  naiwnie  jak  dziecko.  Właśnie  te  pozorne 
sprzeczności jej charakteru sprawiły, że nie tylko ja ją szalenie polubiłem, ale zaakceptowało 
ją i pokochało również grono moich najbliższych przyjaciół: Gareth, Matthew, Fiona i Tom, a 
także mój brat David. Stanowiliśmy razem bardzo zgraną paczkę. 
    Scarlett pobiegła się umyć, a ja nalałem filiżankę kawy i wypiłem ją na stojąco, parząc so-
bie usta. Potem wróciłem do siebie i ubrałem się pospiesznie. Kiedy kilka minut później sta-
nąłem w drzwiach swojego pokoju, Scarlett wciąż nie była gotowa. 
    - Pospiesz się! Zaczekam w samochodzie! - zawołałem i wybiegłem na zewnątrz, trzymając 
w ręce czarny frak. Nie chciałem wkładać go na siebie, żeby nie wygnieść w drodze. 
    
    Mimo wciąż ponawianych wysiłków i wzrastającej furii moje stare volvo nie chciało zapa-
lić. Silnik charczał jakby go ktoś dusił, ale nie zamierzał zaskoczyć. Bałem się, że go zaleję, 
ale  nie  miałem  wyboru.  Raz  po  raz  przekręcałem  kluczyk  i  naciskałem  na  gaz.  Bez  skutku. 
Specjaliści  twierdzą,  że  volvo  należy  do  najbardziej  niezawodnych  samochodów  świata,  ale 
wierzcie  mi,  ta  niezawodność  kończy  się  po  ośmiu  latach.  Natomiast  po  dwunastu  -  a  tyle 
właśnie liczył mój pojazd -jest już tylko bardzo, ale to bardzo odległym wspomnieniem. 
    Scarlett wybiegła wreszcie z domu. Była ubrana w dżinsy i białą bluzkę, a w ręce trzymała 
jakąś dziwną, pomarańczowo-fioletową kreację i słomkowy kapelusz przypominający kształ-
tem  nocnik.  Wszyscy  przywykliśmy  już  do  dość  ekstrawaganckich  ubiorów  Scarlett;  cały 
dowcip polegał jednak na tym, że ona sama bynajmniej nie pragnęła ubierać się ekscentrycz-
nie. Jej marzeniem było nosić się dokładnie z taką samą spokojną elegancją, jak „te wszystkie 
wypindrzone suki w biurze", których tak nie cierpiała. Ale jakoś jej to nie wychodziło. 
    - Zamknęłaś drzwi? - zapytałem, kiedy wsiadła do samochodu. 

background image

    - Nie. A ty? - spytała rezolutnie. 
    Nie miało sensu jej tłumaczyć, że wychodziła po mnie. 
    - Mniejsza! - zawyrokowałem, machając ręką.  
    W końcu żadne z nas nie ma nic wartego ukradzenia. Ale ten gruchot nie chce zapalić, więc 
będziemy musieli jechać twoim mini. Załamała ręce. 
    - O  w  mordę,  spóźnimy  się!  -  zawołała.  -  Możemy  wziąć  mini,  ale  nie  wyciągniesz  nim 
więcej niż sześćdziesiątkę. 
    Poklepałem ją po ramieniu. 
    - Wierz mi, wyciągnę! - oznajmiłem. 
     
   I dotrzymałem słowa. Mini cooper Scarlett dygotał jak w febrze, silnik jęczał jak zarzynane 
prosię, ale dwie i pół godziny później byliśmy już w samym sercu Somerset. Wiedziałem, że 
tuż  za  Sparkford  mam  skręcić  z  szosy  w  boczną  drogę,  żeby  dojechać  do  Stoke  Clandon, 
gdzie odbywał się ślub. Byłem już kiedyś w tej okolicy, bo jeden z zamków odziedziczonych 
przez Toma znajdował się w pobliżu. Właśnie z tego rejonu wyspy wywodzi się przeważająca 
część  starej  angielskiej  arystokracji.  W  końcu  zaledwie  dwadzieścia  kilometrów  na  północ 
leży  Glastonbury,  gdzie  według  tradycji  spoczywa  król  Artur  wraz  z  Guinevere,  swoją 
niewierną małżonką, a człon Stoke w nazwie Stoke Clandon, dość popularny w tej części kra-
ju, w języku staroangielskim oznacza „ostrokół", co najlepiej świadczy o zamierzchłych poc-
zątkach niewielkiej miejscowości: niegdyś była siołem otoczonym drewnianą palisadą. To ob-
warowywanie osad struganymi palami na niewiele się zresztą zdało nieszczęsnym mieszkań-
com: w najdawniejszych czasach kolejno wycinali ich w pień i gwałcili im żony Rzymianie, 
Duńczycy i Normanowie. A najsławniejszy z książąt Somerset, Edward Seymour, opiekun ni-
eletniego króla i rządca królestwa, został później ścięty w londyńskiej wieży na rozkaz swoj-
ego podopiecznego… 
    Nagle zorientowałem się, że oddawszy się rozmyślaniom nad historią regionu, przestałem 
uważać na znaki rozpoznawcze opisane mi przez Angusa. 
    - Gdzie mam zjechać? - spytałem Scarlett, która od dłuższego czasu w milczeniu studiowa-
ła atlas samochodowy. 
    - Cholera, nie wiem - odpowiedziała zgodnie z prawdą. 
    Powstrzymałem grymas zniecierpliwienia i spytałem tonem, jakim na ogół rozmawia się z 
dzieckiem: 
    - Powiedz mi, droga Scarlett, jak ci wynika z mapy, gdzie my właściwie jesteśmy? 
    Przybranie  protekcjonalnego  tonu  nie  było  najlepszym  pomysłem,  bo  zamiast 
odpowiedzieć, wepchnęła mi atlas pod nos. 
    - Sam sobie zobacz! 
    Nic dziwnego, że nie mogła się zorientować, którędy powinniśmy jechać, bo miała atlas ot-
warty nie na Somerset, lecz na Szkocji. Zacząłem szukać południowo-wschodniej Anglii, ale 
trudno mi było jednocześnie przewracać kartki i prowadzić samochód. 
    - O kurwa, uważaj, jak jedziesz! - wrzasnęła Scarlett. 
    Podniosłem  wzrok  znad  atlasu  i  błyskawicznie  szarpnąłem  kierownicą  w  prawo.  W  samą 
porę, bo jeszcze chwila i stoczylibyśmy się do rowu. Aż mnie ciarki przeszły po grzbiecie. 
    - Ta kiecka i kapelusz kosztowały mnie prawie sześćdziesiąt funtów! - burknęła moja pasa-
żerka. - Nie zamierzam zginąć, dopóki choć raz nie wystąpię w nich publicznie! 
    Miałem ochotę odpalić, że większość kobiet nie pokazałaby się publicznie w takim stroju, 
nawet  gdyby  oferowano  im  nie  sześćdziesiąt,  lecz  sześć  tysięcy  funtów,  ile  ugryzłem  się  w 
język.  Robienie  Scarlett  przykrości  nie  miało  najmniejszego  sensu;  to  nie  jej  wina,  że  nie 
oznaczała się dobrym gustem. 
    Wreszcie udało mi się otworzyć atlas na właściwej stronie. 
    - Słuchaj,  mamy  skręcić  w  prawo  gdzieś  za  Sparkiord.  Sprawdź  numer  drogi,  dobrze?  - 
poprosiłem, przekazując książkę Scarlett. 
    Wlepiła wzrok w mapę. 
    - Szybciej!  -  zawołałem,  bo  właśnie  zobaczyłem  tablicę  informującą,  że  zbliżamy  się  do 
zjazdu na B359. 
    - Zaraz, zaraz… Jeszcze nie znalazłam… Minąłem zjazd i spojrzałem na nią. 

background image

    - Mam nadzieję, że to nie tu należało skręcić - oświadczyłem. 
    - O kurwa - powiedziała Scarlett. - Należało. 
    - O kurwa! 
    Nadepnąłem na hamulec, a kiedy wóz zatrzymał się z piskiem opon, wrzuciłem wsteczny i 
zacząłem cofać się w kierunku zjazdu. 
    - Cholera, uważaj! - wrzasnęła Scarlett. 
    Na  szczęście  kierowca  pędzącej  za  mną  ciężarówki  w  porę  nacisnął  hamulec,  więc  obyło 
się bez katastrofy. Machnąłem mu na podziękowanie ręką i zjechałem na B359. Wiedziałem, 
że dojazd do Stoke Clandon to już tylko kwestia minut. Westchnąłem z ulgą i znów wcisną-
łem gaz do dechy. 
     
    Po niespełna kwadransie wjechaliśmy na ocieniony podjazd wiodący do starego wiejskiego 
kościółka.  Wśród zaparkowanych  przed  niewielką  świątynią  pojazdów  ujrzałem  land  rovera 
Toma, co oznaczało, że on, Fiona, a także Gareth, Matthew i David, który też miał się z nimi 
zabrać,  są  już  na  miejscu.  Kiedy  tylko  zatrzymałem  mini  coopera,  Scarlett  zaczęła  się  prze-
bierać.  Wysiadłem,  żeby  jej  nie  przeszkadzać,  zawiązałem  krawat  i  włożyłem  frak. 
Widziałem przez szybę, jak moja pasażerka szamocze się w ciasnym wnętrzu maleńkiego wo-
zu, najpierw ściągając bluzkę i dżinsy, a następnie wbijając się w ową nieszczęsną, pomarańc-
zowo-fioletową kreację.  Dzień był  upalny, więc  kiedy  w końcu otworzyła drzwi i  wysiadła, 
była czerwona na twarzy i zlana potem. 
    - Niech to szlag, zamek mi się zaciął! Pomóż! - zawołała, odwracając się do mnie plecami. 
    Szarpnąłem zamek błyskawiczny z tyłu sukni raz i drugi, ale bez skutku. 
    - Cholera, zaciął się na fest - stwierdziłem. 
    W  tym  momencie  przemknął  obok  nas  w  stronę  kościółka  lśniący  czarny  rolls-royce. 
Domyśliłem się, że w środku siedzi panna młoda. 
    - O kurwa! 
    W  desperacji  szarpnąłem  zamek  w  górę  mocniej  niż  dotychczas.  Poskutkowało;  sukienka 
dała  się  zapiąć.  Wdzięczna  Scarlett  poprawiła  mi  krawat,  po  czym  oboje  rzuciliśmy  się 
biegiem w stronę kościółka, posyłając po drodze promienne uśmiechy Laurze, która właśnie - 
w towarzystwie rodziców - wysiadała z czarnej limuzyny. 
     
    Udekorowany  kwiatami  kościół  był  pełen  ludzi.  Idąc  główną  nawą  w  stronę  ołtarza,  zo-
baczyłem  naszych  przyjaciół.  Gareth,  uśmiechnięty,  brzuchaty  pięćdziesięcioletni brodacz, 
miał  pod  frakiem  wspaniałą  kamizelkę  ozdobioną  dwoma  nagimi  cherubinami.  Jego 
sympatyczny towarzysz, Matthew, młody Szkot, oraz David, mój młodszy brat, obaj szczupli 
i  gładko ogoleni,  prezentowali się niezwykle szykownie w popielatych frakach. Najbardziej 
elegancko  wyglądała  jednak  Fiona,  odziana  w  obcisłą  czarną  suknię  w  białe  groszki  i  we 
wspaniałym, szerokim kapeluszu łososiowej barwy na głowie. Szczupła, ładna i bardzo inteli-
gentna brunetka o arystokratycznych rysach była zupełnym przeciwieństwem swojego gamo-
niowatego brata Toma, z którym zaprzyjaźniłem się na studiach. 
    - Twoje spóźnianie się, Charlie, nosi znamiona wielkości - powiedziała mi na powitanie. 
    - Dziękuję ci, Fi. Wierz mi, wkładam w to wiele wysiłku - odparłem. 
    Scarlett zajęła miejsce obok przyjaciół, a ja ruszyłem w kierunku mocno zdenerwowanego 
młodego  człowieka  stojącego  w  pobliżu  ołtarza.  Był  nim  oczywiście  Angus,  pan  młody. 
Oczekiwanie w kościele na przyjazd panny młodej należy do najbardziej przykrych chwil w 
życiu każdego mężczyzny, który zdecydował się wstąpić w związek małżeński. Każda minuta 
wydaje mu się wiecznością, bo choćby sam był najprzystojniejszym i najbogatszym kawale-
rem  na świecie, a jego  wybranka ubogą brzydulą, ogarnia  go niczym  nie uzasadniony, lecz 
mimo to wprost paniczny strach, że dziewczyna wystawi go do wiatru. Tak więc nawet jeśli 
sam  miał  wcześniej  wątpliwości,  czy  faktycznie  słusznie  robi  się  żeniąc,  już  po  kwadransie 
czekania jest tak roztrzęsiony nerwowo i tak bardzo się boi, że dziewczyna zrobi z niego balo-
na  na  oczach  całej  jego  rodziny  i  wszystkich  przyjaciół,  że  gdy  ona  wreszcie  się  zjawia,  z 
wdzięczności  gotów  jest  nie tylko  bez  zająknienia  wypowiedzieć  sakramentalne  „tak",  ale 
również obiecać, że codziennie będzie przynosił jej śniadanie do łóżka. 

background image

    - Tak mi przykro, Angus - powiedziałem. - Wiem, że to niewybaczalne. Może pocieszy cię 
wiadomość, że zamierzam się zastrzelić natychmiast po ceremonii. 
    Byłem drużbą Angusa, a jak wszyscy wiedzą, obowiązkiem drużby jest towarzyszyć panu 
młodemu od chwili, kiedy pojawi się w kościele, i umilać mu czas oczekiwania opowiadani-
em sprośnych dowcipów. 
    - No, nic takiego się nie stało - powiedział Angus z westchnieniem, choć spojrzenie, jakie 
mi posłał, było tak zbolałe, jakbym właśnie rozjechał mu ukochanego psa. - Tom miał cię zas-
tąpić, gdybyś nie zdążył. 
    Stojący obok Tom  uśmiechnął  się do mnie serdecznie. Nie wiem,  czy jego wygląd wiejs-
kiego przyglupa wziął się stąd, że angielscy arystokraci od wielu pokoleń żenią się między so-
bą, czy też jego matka, księżna, zapatrzyła się na autentycznego wiejskiego przygłupa, kiedy 
była w ciąży. Frak Toma wyglądał jak spod igły, ale efekt psuła - oczywiście poza jego fi-
zjonomią,  na  którą  biedak  nie  mógł  nic  poradzić,  chyba  że  zrobiłby  sobie  więcej  operacji 
plastycznych niż Michael Jackson - idiotyczna fryzura z przedziałkiem pośrodku. 
    - Dzięki, Tom. Kochany jesteś. Ale dawno nie widziałem równie kiepskiej fryzury. Kto cię 
tak paskudnie ostrzygł? 
    Tom uśmiechnął się radośnie od ucha do ucha, biorąc mój docinek za wspaniały żart, poka-
zał mi dwa uniesione do góry kciuki i oddalił się nawą w stronę siostry i przyjaciół. 
    - Mam nadzieję, że przynajmniej nie zapomniałeś obrączek - rzekł do mnie Angus. 
    - No  wiesz!  Jak  w  ogóle  mogłeś  pomyśleć  coś  takiego!  -  odparłem  z  pewną  siebie  miną, 
dotykając kieszonki kamizelki. 
    Kiedy Angus spojrzał w inną stronę, dotknąłem jej po raz drugi i trzeci. Niestety, była pus-
ta. Starając się nie zwracać na siebie niczyjej uwagi, zacząłem ukradkiem sprawdzać pozosta-
łe kieszenie. Okazało się, że obrączek nie ma w żadnej. Po chwili przypomniałem sobie, że 
specjalnie położyłem je wieczorem na biurku, aby rano nie zapomnieć ich zabrać. A potem, 
przez  ten  pośpiech,  zupełnie  wyleciały  mi  z  pamięci.  Trudno,  nie  miałem  co  wspominać  o 
tym Angusowi, bo biedak i tak był dostatecznie zdenerwowany. 
    - Oj, oj,  jak ja nie lubię spóźnialskich! Po prostu  nie cierpię! -  powiedziałem do niego na 
widok  dziewczyny  w  olbrzymim  czarnym  kapeluszu,  która  właśnie  wkroczyła  do  kościoła  i 
szła nawą w stronę pierwszych rzędów. 
    Angus uśmiechnął się do mnie blado, wdzięczny nawet i za tę rachityczną próbę rozłado-
wania jego napięcia. W tej samej chwili rozległy się pierwsze takty marsza weselnego. 
    - No, zaczynamy - oświadczyłem. 
    Angus odwrócił się, żeby popatrzeć na pannę młodą, która weszła do kościoła w towarzyst-
wie ojca.  Za nią postępowały trzy identycznie ubrane druhny. Dwie z nich miały na oko po 
osiem lat, a trzecia dwadzieścia. Znałem tylko najstarszą, dość pulchną szatynkę o nieprawdo-
podobnie błękitnych oczach. Na imię miała Lydia. Sądzę, że Laura, narzeczona Angusa, która 
przytyła trochę w ostatnim czasie, właśnie dlatego wybrała ją na druhnę, żeby przez kontrast 
sama wyglądać nieco szczupłej. Pomyślałem, że może jej się to nawet udało, gdyż z tyłu dole-
ciał mnie sceniczny szept Scarlett: 
    - O kurwa, jak ona przepięknie wygląda!  
   Jednakże Fiona, nieco cichszym szeptem, natychmiast wyprowadziła ją z błędu: 
    - Scarlett, nie bądź ślepa. Przecież wygląda jak wielka beza! 
    Uwaga była tyleż okrutna, co trafna, bo kiedy Laura zrównała się ze mną, stwierdziłem, że 
rumiana,  jasnowłosa  i  pulchna  wybranka  Angusa  faktycznie  wygląda  jak  wielka,  apetyczna 
beza. Przyłapałem się na tym, że myślę, iż chętnie schrupałbym ją na kolację. I od razu zrobi-
ło mi się głupio, bo w końcu Angus to mój serdeczny przyjaciel. Nie będę przecież podrywał 
mu żony. A zresztą, jak to jest - zapytałem sam siebie w myślach - że często zaczynam zwra-
cać uwagę na dziewczyny, dopiero kiedy stają na ślubnym kobiercu? W końcu znam Laurę od 
dawna, a jej widok nigdy dotąd nie wywoływał we mnie żadnych lubieżnych uczuć. Czyżby 
zmiana w moim podejściu wynikała z tego, że już nie musiałem się obawiać, iż to mnie zap-
ragnie zaciągnąć do ołtarza? 
    Angus przyłączył się do Laury i ostatni odcinek drogi pokonali wspólnie. Ruszyłem za ni-
mi, trzymając się przepisowo krok z tyłu. Gdy tylko zatrzymaliśmy się przed pastorem, ten od 
razu przystąpił do rzeczy. 

background image

    - Drodzy zebrani - zaczął - z największą radością witam was w naszym kościele w tym jak-
że szczęśliwym dniu dla Angusa i Laury. Jak wam zapewne wiadomo, rodzice Laury miesz-
kają w pobliżu, tak więc znam ją od dziecka. Dlatego z tym większą radością… 
    Spojrzałem  na  dziewczynę  w  olbrzymim  czarnym  kapeluszu,  której  spóźnienie  chwilę 
wcześniej skomentowałem do Angusa. Siedziała w ławce po przeciwnej stronie nawy niż moi 
przyjaciele, z pięć rzędów od ołtarza, oświetlona od tyłu promieniami słońca wpadającymi do 
środka przez barwne szkiełka starego witrażu. Nie widziałem jej twarzy, tylko zarys sylwetki 
i  czarny  kapelusz.  Nagle  uzmysłowiłem  sobie,  że  to  właśnie  ona  śniła  mi  się  rano,  zanim 
zadzwonił budzik. Przestałem słuchać pastora i wytężyłem wzrok, ale wciąż nie mogłem dojr-
zeć jej rysów. Nie wiedziałem, czy jest ładna, czy brzydka, ale tak jak wcześniej we śnie, od-
niosłem  wrażenie,  że  z  całej  jej  sylwetki  emanuje  coś  niezwykle  pociągającego.  Zaraz,  za-
raz… Przecież widziałem ją, jak szła nawą. Musiałem widzieć jej twarz. No tak, ale wtedy 
ledwo  na  nią  spojrzałem,  przejęty  tym,  że  zostawiłem  w  domu  obrączki.  Przyjrzę  się 
dziewczynie  po  ceremonii,  postanowiłem,  bo  teraz  muszę  coś  jednak  wymyślić  w  sprawie 
tych cholernych obrączek. 
    - Zanim przystąpimy do obrzędu zaślubin, odśpiewajmy wspólnie pierwszy hymn - zapro-
ponował pastor. 
    Wszyscy wstali z miejsc. Z tyłu coś zgrzytnęło raz i drugi, po czym rozległy się nieco niez-
borne tony muzyki organowej. 
    No  pięknie,  pomyślałem.  Pies  Rolf  z  Muppetów  dorwał  się  do  instrumentu.  Ale  prawdę 
mówiąc, nie w głowie były mi żarty. Jeszcze raz pomacałem kieszonkę kamizelki, lecz nadal 
była pusta. Pozostałych kieszeni nie miałem co ponownie sprawdzać. Przez moment zastana-
wiałem się,  co robić. W  końcu spojrzałem w stronę przyjaciół  i  zacząłem im pokazywać na 
migi, o co mi chodzi. Zajęci śpiewem nie od razu dostrzegli moje rozpaczliwe gesty, a nawet 
kiedy je w końcu zauważyli, nie od razu zrozumieli, czego od nich oczekuję. 
    Pierwszy zorientował się Matthew. Wywrócił oczy do nieba, po czym szepnął coś na ucho 
Garethowi. Ten uniósł nieco do góry obie ręce, żebym zobaczył, że nie ma ani obrączki, ani 
nawet sygnetu, po czym  szeptem poinformował Fionę, co się stało. Ona też podniosła ręce i 
pokazała mi, że są gołe. Następnie to samo zrobili Tom i David. Idioci! Przecież wiedziałem, 
że nikt z nich nie jest żonaty. Chodziło mi o to, żeby pożyczyli obrączki od jakiegoś obecnego 
w  kościele  małżeństwa.  W  końcu  Tom  znał  pewnie  z  połowę  obecnych.  Mogłem  to  oczy-
wiście  uczynić  sam,  ale  nie  chciałem  oddalać  się  od  ołtarza,  bo  jako  drużba  miałem  obo-
wiązek towarzyszyć cały czas Angusowi. Zobaczyłem, jak Matthew wyjaśnia szeptem Scar-
lett, o co mi chodzi. Kiedy ja też zacząłem dawać jej znaki, radośnie skinęła głową. No, bystra 
dziewczyna,  pomyślałem.  Przynajmniej  na  niej  mogę  polegać.  Kto  jak  kto,  ale  Scarlett  nie 
będzie się długo wahać; jeśli nie zna nikogo z obecnych, to siłą ściągnie obrączki jakiejś ob-
cej parze. 
    Znów zwróciłem się twarzą do ołtarza. 
    - Kochani: zebraliśmy się tu dzisiaj przed obliczem Pana, aby na oczach całej naszej kong-
regacji połączyć świętym węzłem małżeńskim tę oto młodą parę, Angusa 1 Laurę… 
    W tym momencie z tyłu rozdarł się jakiś bachor, kompletnie zagłuszając pastora. Zerkną-
łem za siebie, żeby zobaczyć, co się dzieje, a wtedy Matthew pochwycił moje spojrzenie, da-
jąc mi znak, że ma, co trzeba. 
    - Zaraz wracam - szepnąłem do Angusa. Ujrzałem przerażenie w jego oczach - najchętniej 
złapałby mnie za mankiet i zatrzymał przy sobie, ale nie bardzo mu wypadało. Klepnąłem go 
lekko w ramię, żeby mu dodać otuchy, i ruszyłem w stronę Matthewa. 
    Spotkaliśmy się na środku nawy, akurat w pobliżu ławki, w której siedziała nieznajoma w 
olbrzymim czarnym kapeluszu. Matthew wsunął mi do ręki zdobyczne obrączki. Kiedy na nie 
spojrzałem, myślałem, że zemdleję. Zupełnie o co innego mi chodziło! Posłałem mu napraw-
dę mordercze spojrzenie, na które odpowiedział lekkim wzruszeniem ramion, jakby chciał mi 
powiedzieć,  że  sam  sobie  jestem  winien.  Pod  tym  względem  miał  rację;  mogłem  w  końcu 
znaleźć sobie bystrzejszych przyjaciół, zamiast zadawać się z bandą głupców. Zresztą sam na-
wet nie wiedziałem, czy w grę wchodziła głupota, czy może chcieli zrobić kawał mnie i mło-
dej parze? 

background image

    Nie było czasu na zgadywanie. Już miałem wrócić na swoje miejsce, kiedy pastor poinfor-
mował  surowym  tonem  zebranych,  że  jeśli  ktoś zna  jakikolwiek  powód  albo  przyczynę,  dla 
których  niniejszy  związek  małżeński  nie  może  zostać  zawarty,  to  powinien  wystąpić  lub  po 
wieki wieków zachować milczenie. 
    Zamarłem  bez  ruchu,  aby  dobry  pastor  nie  pomyślał  przypadkiem,  że  chcę  zgłosić  jakieś 
zastrzeżenia.  Tego  Angus  już  nigdy  by  mi  nie  wybaczył.  I  wtedy  dobiegł  mnie  cichy  szept 
dziewczyny w czarnym kapeluszu, która nachyliła się do ucha swojej sąsiadki. 
    - To,  że  facet  jest  kiepski  w  łóżku,  to  chyba  niedostateczny  argument?  -  zapytała  z 
wyraźnym amerykańskim akcentem. 
    Jej sąsiadka, stateczna angielska matrona, rozdziawiła ze zdumienia usta, ale ja parsknąłem 
śmiechem. Cenię w kobietach poczucie humoru. Chociaż zdziwiło mnie, że wie takie rzeczy o 
Angusie. Nigdy nie widziałem ich razem, a przecież zdawało mi się, że znam wszystkie jego 
flamy z ostatnich kilku lat. 
    Nikt się nie zgłosił na wezwanie pastora, więc ten zwrócił się do Angusa i przeszedł, że tak 
powiem, do kwestii zasadniczej; 
    - Czy przysięgasz kochać ją i tylko ją, dbać i troszczyć się o nią, zarówno w zdrowiu, jak i 
w chorobie, dopóki oboje nie dokonacie żywota? 
    - Tak - odparł bez wahania Angus. 
    Zacząłem skradać się z powrotem nawą na swoje miejsce, starając się stąpać najciszej, jak 
umiałem, aby nie zakłócić ceremonii w tym jakże ważkim momencie. Zakłócił ją za to płacz 
dziecka.  Ledwo  Laura  zaczęła  powtarzać  za  pastorem  sakramentalną  formułkę,  dziecię  roz-
darło się z siłą dwustu decybeli. Przemknęło mi przez głowę, że nie wiem, dlaczego ludzie w 
ogóle  mają  dzieci,  w  końcu  środki  antykoncepcyjne  są  od  dawna  powszechnie  dostępne.  A 
jeśli już zdarzy im się wpadka, mogliby te swoje pociechy zostawiać w domu, zamiast ciągać 
je  na  śluby,  żeby  psuły  bądź  co  bądź  uroczyste  dla  niektórych  okazje.  Całe  szczęście,  że 
przynajmniej wieczorami nie targają kochanych maleństw ze sobą do teatru i na przyjęcia, bo 
można by było zupełnie oszaleć. -…kochać i czcić… dopóki śmierć… nie rozłączy… tak mi 
dopomóż… - Laura natężała głos, ale i tak niemal nie było jej słychać; Musiałaby wrzeszczeć 
na całe gardło, żeby przekrzyczeć dzieciaka. 
    Ale zorientowałem się z jej słów, co ma teraz nastąpić - w końcu dość często bywałem na 
ślubach, gdyż od paru lat pragnienie wstępowania w związki małżeńskie rozprzestrzeniało się 
niczym zaraza wśród moich znajomych - więc wykonałem rozpaczliwy sus i znalazłem się u 
boku Angusa. Zdążyłem dosłownie w ostatniej chwili, bo kolejna kwestia pastora była skiero-
wana do mnie. 
    - Poproszę obrączki! - rzekł bardzo donośnie. Jego głos przetoczył się jak grzmot po wnętr-
zu kościoła, bo sekundę wcześniej dziecię umilkło i zapanowała kompletna cisza. 
    Pastor chrząknął, nieco zmieszany, po czym postąpił o krok do przodu i podsunął mi pod 
nos otwartą Biblię. Położyłem na niej „obrączki" zdobyte przez Matthewa. Na twarzy pastora 
i młodej pary odmalowało się lekkie zdumienie, ale pastor jak gdyby nigdy nic kontynuował 
ceremonię. 
    - Niech  ta  obrączka  będzie  symbolem  naszych  zaślubin;  od  tej  chwili  będę  oddawać  ci 
cześć całym moim ciałem, a wszystkie moje dobra ziemskie będą odtąd naszą wspólną włas-
nością - wyrecytował, spoglądając znacząco na Angusa, żeby recytował za nim. 
    Angus powtórzył słowa pastora, po czym wsunął Laurze na palec jedną z „obrączek". Był 
to  tandetny,  plastikowy  pierścionek  z  czerwonym  sercem  zamiast  oczka,  wielkości  mniej 
więcej małego kastetu. Z kolei Laura wsunęła Angusowi na palec metalowy sygnecik z czasz-
ką i piszczelami. 
    Były  to  dość  typowe  okazy  biżuterii  preferowanej  przez  Scarlett,  która  zamiast  pożyczyć 
obrączki  od jakiejś  pary, po prostu  ściągnęła z palców i  przekazała mi przez Matthewa dwa 
swoje pierścionki. 
     
   Po zakończonej ceremonii państwo młodzi wyszli z kościoła, a za nimi wysypali się goście. 
Ledwo skończyli składać życzenia Angusowi i Laurze, komendę nad zgromadzeniem przejął 
fotograf, który zaczął ustawiać wszystkich przed świątynią i pstrykać zdjęcia. 

background image

    Był  piękny,  wiosenny dzień. Stanąłem nieco z boku w towarzystwie  Matthewa i  Garetha. 
Mimo sporej różnicy wieku, stanowili wyjątkowo dobraną parę, gdyż to o ponad dwadzieścia 
lat starszy Gareth był w tym związku bardziej spontanicznym i uczuciowym partnerem. 
    Poważny,  spokojny  i  znacznie  powściągliwszej  natury  Matthew  musiał  często  hamować 
jego ekstrawaganckie pomysły i zapędy. Pogodnie jednak przyjmował na siebie rolę wyrozu-
miałego opiekuna uroczego i rozkapryszonego bobaska, za jakiego - mimo pięćdziesiątki na 
karku - Gareth lubił czasami uchodzić. Ale chociaż ekspansywność Garetha bywała chwilami 
męcząca dla otoczenia, w sumie jego związek z Matthewem był znacznie bardziej udany od 
większości znanych mi małżeństw. A może nawet od wszystkich… 
    Miałem  ochotę  powiedzieć  coś  przykrego  do  Matthewa  na  temat  tych  przeklętych 
pierścionków  Scarlett,  ale  potem  pomyślałem  sobie,  że  Angus  i  Laura  są  zbyt  przejęci  całą 
uroczystością, żeby żywić do mnie żal. A z czasem będą pewnie opowiadać znajomym o tym, 
jak zapomniałem obrączek i co im dałem w zastępstwie, i śmiać się do rozpuku. I o ile tylko 
Scarlett  się  zgodzi,  pewnie  zapragną  zatrzymać  jej  ohydne  pierścionki  na  pamiątkę.  Akurat 
kiedy  patrzyłem  na  uśmiechniętą,  rozpromienioną  Laurę  pozującą  do  zdjęcia,  sześcioletni 
brzdąc siedzący u jej stóp wsadził nagle głowę pod jej rozłożystą suknię. Angus natychmiast 
rzucił się na kolana, wyciągnął  malca i  wymierzył mu  solidnego klapsa. Zastanawiałem się, 
jaka by była reakcja Angusa, gdybym to ja dał nura pod kieckę Laury. Wyglądała tak ponęt-
nie, że niemal zazdrościłem brzdącowi, który właśnie oddalał się z bekiem. 
    Potem  jednak  spostrzegłem  dziewczynę  w  olbrzymim  czarnym  kapeluszu,  która  wyłoniła 
się  z  tłumu  i  szła  w  naszą  stronę.  Wyglądała  o  niebo  atrakcyjniej  od  Laury.  Poczułem,  że 
mógłbym się w niej zakochać na zabój.  
    - Ładny kapelusz - pochwaliłem, kiedy zrównała się z nami. 
    - Dziękuję. Kupiłam go specjalnie na tę okazję - powiedziała z uśmiechem i poszła dalej. 
    Patrzyłem,  jak  podchodzi  do  jakiejś  pomarszczonej  staruszki  i  zaczyna  z  nią  rozmawiać. 
Akurat w tym momencie podbiegła do nas Scarlett. 
    - Scarlotta, moja droga, cóż za wspaniała kreacja! - zachwycił się Gareth, teatralnym  ges-
tem  wyrzucając  na  bok  ramiona.  -  Eklezjastyczna  purpura  i  pogańska  barwa  pomarańczy 
symbolizujące magiczną symbiozę chrześcijańskiej i pogańskiej tradycji, jaką od wieków sta-
nowi małżeństwo. O to ci chodziło, tak? 
    - Co? No tak… - przyznała dość niepewnym głosem moja skonfundowana współlokatorka, 
posyłając mi bezradne spojrzenie. 
    Ale ja, wciąż zły z powodu tych tandetnych pierścionków, nie zamierzałem przychodzić jej 
z pomocą. Niech sobie Gareth dworuje z niej ile wlezie, pomyślałem. Należy jej się! 
    Po chwili przyłączyła się do nas Fiona. Wyglądała naprawdę uroczo. 
    - Fiona, ale ty dziś kurewsko pięknie wyglądasz! - zawołałem. - Miałem ochotę powiedzieć 
ci to wcześniej, ale nie chciałem mówić „kurewsko" w kościele. 
    - Dzięki, Charles. - W jej oczach pojawił się błysk radości; tak jak wszystkie kobiety, była 
łasa na nietuzinkowe komplementy. 
    - Słuchaj, wiesz może, kim jest ta dziewczyna w czarnym kapeluszu? - spytałem, wskazuj-
ąc palcem interesującą mnie osobę, która nadal rozmawiała ze staruszką. 
    Fiona spojrzała na mnie bacznie. 
    - Ma na imię Carrie - powiedziała. 
    - Bardzo ładne imię. 
    - Jest Amerykanką. 
    - Ciekawe. 
    - I ma opinię puszczalskiej - dodała, wydymając lekko wargi. 
    - Naprawdę? - zapytałem, coraz bardziej zaintrygowany. 
    - Jest  modelką,  kiedyś  pracowała  w  Londynie  dla  „Vogue".  Obecnie  znów  mieszka  w 
Ameryce. Obraca się w najwyższych sferach i zadaje tylko z nadzianymi facetami. Nie masz 
szans - skonstatowała nie bez cienia satysfakcji. 
    - No, wreszcie jakaś miła wiadomość - powiedziałem. - Wielkie dzięki! 
    Fotograf  przestał  w  końcu  pstrykać  zdjęcia.  Odprowadzani  przez  tłum  roześmianych  i 
pokrzykujących  wesoło  krewnych,  Angus  i  Laura  wsiedli  do  rolls-royce'a  i  ruszyli  spod 
kościółka. Goście też zaczęli wsiadać do samochodów, żeby dojechać do oddalonego o dwa 

background image

kilometry  dworku  rodziców  Laury,  gdzie  miało  się  odbyć  przyjęcie  weselne.  Nasza  grupka 
również ruszyła w stronę land rovera Toma i mini coopera Scarlett. Tym razem usiadłem na 
miejscu dla pasażera, pozwalając dziewczynie prowadzić. 
     
    Po kilku minutach byliśmy na miejscu. Ponieważ szeroki żwirowany podjazd był już w ca-
łości zastawiony samochodami, Tom zaparkował land rovera na skraju szosy, a Scarlett stanę-
ła tuż za nim. Wysiedliśmy z wozu i przyłączyli się do przyjaciół, po czym wspólnie ruszy-
liśmy na skróty przez pole w stronę rozległego piętrowego domostwa, mijając po drodze dwie 
krowy i stadko pasących się owiec, z których wszystkie miały barwne kokardy zawiązane na 
szyi. 
   _  Patrz  jakie  śliczne  owieczki!  -    zawołała  w  zachwycie  scarlett  na  widok  tych  obleśnie 
tłustych muflonów. – Myslisz, że same tak się  wystroiły?  
   Jako dziecko miejskiego  proletariatu Scarlett nie miała njmniejszego pojęcia ani o zwierzę-
tach  domowych  ani  o  ic  h  umysłowych  i  zręcznościowych  możliwościach.  Naprawdę  była 
szczerze  przekonana,  że  kiedy  owce  dowiedziały  się,  iż  córka  ich  właścicieli  wychodzi  za 
mąż postanowiły zawiązać sobie kokardy. 
   mnie  pomysł  z    kokardami  na  owcach  wydał  się  nieco  kiczowaty,  ale  podobnie  jak  reszta 
przyjaciół, postanowiłem nie wyprowadzać Scarlett z błędu. W końcu nie należy nikogo poz-
bawiać  tak  sympatycznych  iluzji.  A  przy  okazji  przypomniałem  sobie  rozmowę,  którą 
odbyliśmy  jakiś czas temu, kiedy to Scarlett przybiegła do mnie wzburzona i zapłakana. Oka-
zało się, że kiedy li pierwszej randce zamówiła w restauracji żeberka, miły chłopak, którego 
poznała  dzień  wcześniej,  nazwał  ją  „nieczułą  morderczynią"  i  wyszedł  z  lokalu  trzaskając 
drzwiami. Dopiero w trakcie długiej rozmowy i licznych prób pocieszenia Scarlett zdałem so-
bie nagle sprawę, że dziewczyna bynajmniej nie kojarzy żadnych dań i produktów mięsnych 
ani mleczarskich z żywymi zwierzętami. Mleko było dla niej po prostu napojem kupowanym 
w sklepie, nad którego metodą produkcji nie zastanawiała się nigdy, zakładając, że wytwarza-
ne jest z jakichś bliżej nieokreślonych składników, podobnie jak Coca-cola, Sprite czy Pepsi; 
tak samo  mięso  i  wędliny  były dla niej  po prostu  jedzeniem,  równie dobrze produkowanym 
sztucznie, co hodowanym w szklarniach albo na drzewach. Pomysł wielkiego drzewa, z które-
go  można  sobie  po  prostu  zrywać  soczyste  szynki  i  polędwice  wydał  mi  się  niezwykle  za-
bawny, wytłumaczyłem jej jednak, skąd naprawdę się biorą te tak chętnie spożywane przez 
człowieka produkty. Spłakała się jeszcze bardziej i potem przez całe trzy tygodnie była wege-
tarianką.  Później  albo  zapomniała  o  naszej  rozmowie,  albo  znudziła  jej  się  jarska  dieta,  bo 
pewnego dnia znów zobaczyłem w lodówce salami. A może po prostu Scarlett nie sądziła, że 
salami, którego nazwa nie padła w naszej rozmowie, to też produkt mięsny? Może myślała, że 
to warzywo? W końcu każdy chyba przyzna, że salami bardziej przypomina z wyglądu ogó-
rek lub bakłażan niż żeberka. 
    - Czy ktoś jeszcze wdepnął w krowi placek? - spytał nagle Tom. 
    Spojrzeliśmy na niego w milczeniu i pokręcili głowami. 
    - Nie? Nikt? - upewnił się mój dobrze urodzony przyjaciel. - Tak też myślałem. Zaraz was 
dogonię, muszę wyczyścić but. Nie chcę śmierdzieć gównem przez cały wieczór, bo wtedy na 
pewno nie uda mi się poderwać żadnej panny. 
    Tom  odłączył się od  nas,  podszedł  do stojących jedna na drugiej  kilku beli siana i  zaczął 
energicznie trzeć podeszwą buta o najniższą z nich. Odwróciłem wzrok akurat w chwili, kiedy 
cała konstrukcja zaczęła się niebezpiecznie chwiać. Wiedziałem, co się za chwilę wydarzy, a 
nie chciałem być świadkiem hańby przyjaciela. 
    - Myślicie, że nienawidziłabym go tak samo silnie, gdyby nie był moim bratem? - zapytała 
Fiona. 
    Zabrzmiało  to  jak  żart.  Gareth  dał  się  nabrać  i  parsknął  śmiechem,  ale  ja  wiedziałem,  że 
Fiona pyta śmiertelnie poważnie. W końcu to żadna frajda mieć brata idiotę. Szansę na dobre 
małżeństwo od razu spadają do zera. 
    Tom,  co  prawda,  nie  był  autentycznym  idiotą,  a  tylko  gamoniem  i  nieudacznikiem. 
 Poznaliśmy  się  i  zaprzyjaźnili  na  studiach,  bo  trudno  było  go  nie  lubić.  Tom  był  i 
poczciwym, uczynnym i ograniczonym arystokratą, który w tym czasie studiował architekturę 
już dziewiąty rok. Nikt na uczelni nie wiedział, co dalej z nim począć. Z jednej strony żaden z 

background image

profesorów    nie  miał  serca  wyrzucić  ze  studiów  tak  sympatycznego  i  dobrze  ułożonego 
młodego człowieka, a z drugiej strony było absolutnie jasne, że nie mogą dać mu dyplomu, 
gdyż będą mieli na sumieniu ludzi, którzy zamieszkają w zbudowanym przez  niego domu, 
albowiem każda  konstrukcja projektu Toma  na pewno się zawali. Rozwiązałem ten problem 
-  a  przy  okazji  zyskałem  dozgonną  wdzięczność  dziekana  –  kiedy  zaprosiwszy  całe    grono 
profesorskie wydziału architektury na suto zakrapiany obiad, uzmysłowiłem starszym panom, 
że  Tom,  dziedzic  naprawdę  wielkiej  fortuny,  nigdy  w  życiu  nie  będzie  musiał  zarabiać  na 
życie jako architekt, a co więcej, dałem im słowo, że dopilnuję, i ni już nigdy nie zasiadł za 
stołem kreślarskim. Po czym nazajutrz z premedytacją zmiażdżyłem mu kciuk dziadkiem do 
orzechów. Tom wył i miotał się wokół stołu, a ja gniotłem mu kciuk, udając, że nie wiem, iż 
w  dziadku  tkwi  nie  orzech,  lecz  palec  kolegi.  Na  szczęście  Tom  uwierzył,  że  naprawdę  nie 
wiedziałem,  i  wybaczył  im  w  drodze  do  zaprzyjaźnionego  ze  mną  lekarza,  który  stwierdził 
trwałe kalectwo i  zakazał  Tomowi posługiwania  się przyrządami kreślarskimi pod groźbą… 
nieodwracalnej impotencji. Tom nie bardzo wiedział, jaki to ma związek z jego zmiażdżonym 
kciukiem, ale jak każdy mężczyzna bał się impotencji bardziej niż jakiejkolwiek choroby na 
świecie. Tak więc solennie obiecał lekarzowi, że absolutnie zastosuje się do jego wskazówek. 
I wkrótce otrzymał upragniony dyplom… 
    
    - Boże,  nigdy  nie  wiem,  co  mówić  rodzicom  państwa  młodych,  witając  się  z  nimi  -  po-
wiedziała Fiona. 
    - Nic  prostszego  -  rzekł  Gareth.  -  Wystarczy,  jeśli  powiesz,  że  panna  młoda  wyglądała 
prześlicznie albo jakie to szczęście, że mamy dziś taki piękny dzień. 
    - Na nic oryginalniejszego cię nie stać? - zapytała. 
    - No, jak wolisz, możesz ich po prostu wycałować w oba policzki i spytać, w którym miesi-
ącu ciąży jest panna młoda, bo na oko nie możesz poznać. 
    - Rodzicom  nie  mówi  się  rzeczy  oryginalnych  -  wtrącił  z  powagą  Matthew.  -  Masz  do 
wyboru albo to, co ci poradził Gareth, albo: „Muszą być państwo niezmiernie dumni". 
    - Boże miłosierny… - Fiona westchnęła cicho.  
    Ale  najwyraźniej  wzięła  sobie  słowa  Matthewa  do  serca,  bo  kiedy  stanęliśmy  w  kolejce 
gości witających się z Laurą, Angusem oraz ich rodzicami i wreszcie nadeszła nasza kolej, sa-
ma też nie zdecydowała się na nic bardzo oryginalnego. 
    - Jakie to szczęście, że mamy dziś taki piękny dzień - powiedziała do rodziców Angusa. 
    Za to Gareth wykazał znacznie więcej fantazji. 
    - Wspaniały  ślub,  wspaniały!  -  zawołał.  -  Ja  i  Matthew  natychmiast  też  zapragnęliśmy 
wstąpić w związek małżeński. 
    - Naprawdę? - ucieszył się ojciec Laury. - A gdzie są panów szczęśliwe wybranki? 
    Gareth  już chciał  mu wytłumaczyć, że bynajmniej  nie chodzi o żadne wybranki,  ale Mat-
thew dał mu sójkę w bok. 
    - Niestety, nie mogły przybyć - rzekł. - Pracują jako stewardesy. 
    Następna w kolejce była Scarlett. 
    - Laura  wygląda  dziś  kurewsko  pięknie  -  powiedziała    do  rodziców  panny  młodej.  -  Na 
miejscu Angusa zerżnęłabym ją od razu w kościele. 
    Matka  i  ojciec  Laury  spojrzeli  przerażeni  po  sobie,  ale  nie  odezwali  się  słowem.  Scarlett 
najwyraźniej miała ochotę jeszcze coś dodać, ale złapałem ją za rękę. 
    - Starczy! - syknąłem. 
    Tom, który nadbiegł akurat w porę, by usłyszeć słowa Scarlett, uścisnął mocno rękę matce 
Laury. 
    - Cześć, cześć, jak leci? - powiedział, strzepując z włosów resztki siana. - Scarlett ma abso-
lutnie rację; ja też miałem ochotę zerżnąć Laurę. 
    Jak  już  wspomniałem  wcześniej,  ja  również  byłem  nie  od  tego,  ale  choć  jej  rodzicom 
niewątpliwie powinno być miło, że uroda ich córki wzbudza aż tak silne emocje wśród gości, 
uznałem, że ograniczę się do bardziej tradycyjnego komplementu. 
    - Muszą być państwo z niej niezmiernie, ale to niezmiernie dumni - oświadczyłem. 
     

background image

   W ogrodzie za domem, pod baldachimem rozpostartym na słupach ozdobionych girlandami 
papierowych kwiatów, czekały suto zastawione stoły, z których jeden, najdłuższy, znajdował 
się na niewielkim podwyższeniu. Właśnie przy nim mieli zasiąść państwo młodzi, ich rodzice 
i najbliżsi krewni, a także druhny i drużba - czyli ja. Na razie goście weselni stali w niewiel-
kich  grupkach  na  rozległym,  równo  przystrzyżonym  trawniku,  prowadząc  rozmowy,  a  kel-
nerzy i kelnerki krzątali się wokół nich, roznosząc na tacy kieliszki szampana. Rodzice Laury 
najwyraźniej  pospraszali  wszystkich  jak  popadło,  bo  oprócz  eleganckich  reprezentantów 
londyńskiej  śmietanki  widziałem  także  ludzi,  których  czerstwe  i  ru34  miane  twarze  oraz 
zażywne sylwetki wskazywały niechybnie na to, że są prostymi właścicielami ziemskimi mi-
eszkającymi w okolicy. Ucieszyło mnie, że „apetyczna blond beza", jak ją od pewnego czasu 
nazywałem w myślach, przynajmniej nie została wychowana na snobkę. 
    - Kochani, rozchodzimy się - zakomenderował Gareth, kiedy po wejściu do ogrodu przysta-
nęliśmy na skraju tłumu gości. - Spotkamy się w tym samym miejscu, no, powiedzmy za si-
edem godzin. Tylko musimy się umówić, kto nie pije, żeby mógł prowadzić samochód. 
    - Proponuję rzut monetą - powiedział Matthew, sięgając do kieszeni po dwudziestopensów-
kę. - Jeśli wypadnie reszka, kierowcą będzie Tom. Jeśli orzeł, to nikt z nas pozostałych. 
    Podrzucił i złapał monetę, po czym pokazał ją Tomowi. 
    - Sam zobacz - rzekł. - Wypadło na ciebie. 
    - Trudno  -  mruknął  Tom,  wzruszając  ramionami.  Bynajmniej  nie  zorientował  się,  że  padł 
ofiarą podstępu. - Raz na wozie, raz pod wozem… 
    - No dobra, chodźmy się zabawić - powiedział Gareth i każdy z nas ruszył w inną stronę, 
niczym rycerze pochowanego w Glastonbury króla Artura, twórcy Okrągłego Stołu. 
     
    Zacząłem rozglądać się wkoło w poszukiwaniu Carrie, dziewczyny w olbrzymim kapelus-
zu. Wiedziałem, że musi gdzieś tu być. Kiedy stając na palcach wreszcie ją wypatrzyłem, była 
sama. Wziąłem z tacy od przechodzącego obok kelnera dwa kieliszki szampana i ruszyłem w 
jej stronę, ale zanim zdążyłem dojść, podszedł do niej jakiś facet. Niech to szlag, zakląłem w 
duchu. 
    - To dla mnie? - spytał Gareth, który akurat wyrósł obok mnie jak spod ziemi, wskazując 
na kieliszek. 
    - Proszę, bierz. 
    - Dzięki  -  rzekł.  -  Właśnie  wypatrzyłem  byłego  kochanka.  Idę  z  nim  porozmawiać  i 
zamierzam być taki zabawny, że za dziesięć minut padnie trupem z żalu, że ze mną zerwał. 
    Puścił  do  mnie  oko,  opróżnił  jednym  haustem  kieliszek,  oddał  mi  go,  zarechotał  i  ruszył 
przed siebie. Wychyliłem szybko drugi kieliszek i podszedłem do stołu, gdzie odstawiłem oba 
puste i wziąłem dwa pełne. Znów zacząłem się rozglądać za Carrie. Kiedy ją dojrzałem, roz-
mawiała z kolejnym facetem, wysokim blondynem. Cholera jasna, pomyślałem, ale akurat w 
tym  momencie  ktoś  zawołał  blondyna,  więc  przeprosił  dziewczynę  i  zostawił  ją  samą.  Mi-
ałem ochotę rzucić się biegiem w jej stronę, ale się opanowałem. Podszedłem do niej całkiem 
spokojnym, wręcz leniwym krokiem. 
    - Może szampana? - zaproponowałem. 
    - Dziękuję - powiedziała z uśmiechem, biorąc ode mnie jeden kieliszek. 
    - Aaaa… - Zamierzałem powiedzieć coś niezwykle dowcipnego, ale nagle poczułem w gło-
wie zupełną pustkę. Patrząc z bliska na Carrie wiedziałem, że to dziewczyna dla mnie, taka, o 
jakiej marzyłem przez całe życie, nawet jeśli nie zdawałem sobie z tego sprawy. Stałem i jak 
głupi wlepiałem w nią gały, zastanawiając się nerwowo, co by tu powiedzieć, a jednocześnie 
wiedząc, że jeśli dalej tak będę stał bez słowa, pomyśli, że naprawdę jestem idiotą, i nie będ-
zie chciała mieć ze mną nic więcej do czynienia. - Aaaa… 
    Wtem podszedł do nas John, brat Henrietty, dziewczyny, z którą chodziłem przez kilka mi-
esięcy  i  zerwałem  mniej  więcej  przed  rokiem.  Swoim  pojawieniem  się  bezwiednie  wybawił 
mnie z opresji. 
    - Cześć,  Charles  -  rzekł,  łypiąc  pożądliwie  okiem  w  stronę  Amerykanki.  -  Chciałem  się 
zapytać, czy nie miałbyś ochoty kupić kilku akcji. To prawdziwa okazja… 
    Była to żałosna wymówka. Nie oszukujmy się; jeśli do faceta gadającego na przyjęciu z ob-
cą, atrakcyjną kobietą, faceta, o którym powszechnie wiadomo, że ostatnio nie śmierdzi gros-

background image

zem, podchodzi wzięty makler i proponuje mu kupno akcji, jasne jest, że co innego mu w gło-
wie niż interesy. Raczej własny interes, ten, który mu dynda między nogami. Ale wiedziałem, 
że  John  nie  ma  szans  u  Carrie,  jeśli  dziewczyna  posiada  choć  odrobinę  godności.  Bo  choć 
faktycznie nadziany, był chudy jak patyk, łysy jak kolano, i aczkolwiek nie skończył jeszcze 
czterdziestki, wyglądał na sześćdziesiąt lat. 
    - Dzięki, John  -  powiedziałem. -  Pozwól, że cię przedstawię…  -  Zawiesiłem głos,  udając, 
że nie wiem, jak moja rozmówczyni ma na imię. 
    - Carrie - rzekła szybko. 
    - Bardzo mi przyjemnie - oświadczył, ściskając jej szczupłą dłoń. - Jestem John. 
    Na  moment  zapadła  cisza.  Patrząc  na  Johna  pomyślałem  nagle,  że  dzisiaj  jakoś  lepiej 
wygląda. Młodziej. Najwyżej na pięćdziesiątkę. Postanowiłem sam zniechęcić do niego Car-
rie. 
    - Jak się miewa twoja niezmiernie urodziwa narzeczona? - zapytałem. 
    - Już nie jest moją narzeczoną - odparł. 
    - Ojej,  szkoda  -  mruknąłem.  -  Ale  wiesz,  nie  martwiłbym  się  zbytnio  na  twoim  miejscu. 
Cały czas pieprzyła się z Tobym de Lisie, tak na wszelki wypadek, gdyby z tobą się jej nie 
ułożyło.  
    John zaczerwienił się gwałtownie. 
    - Mary jest teraz moją żoną - rzekł. 
    Ktoś inny może zaniemówiłby z wrażenia, ale ja nie straciłem rezonu. 
    - No, to moje serdeczne gratulacje - powiedziałem.  
    Carrie parsknęła cichym śmiechem. 
    - Przepraszam, ale muszę z kimś porozmawiać - oznajmiła i oddaliła się, pozostawiając nas 
samych. 
    - Bardzo serdeczne. Hm… I co jeszcze nowego u was? - zapytałem. - Spodziewacie się po-
tomstwa? A może w waszym domu już słychać tupot małych nóżek? 
    John stał bez słowa, łapiąc ustami powietrze; w tym momencie bardzo przypominał rybę. 
    - Nie,  pewnie  na  to  jeszcze  za  wcześnie  -  odpowiedziałem  sam  sobie.  -  Macie  rację,  nie 
warto  się  spieszyć.  No  cóż,  pozdrów  ode  mnie  Mary.  A  teraz  przepraszam  cię,  ale  muszę  z 
kimś porozmawiać - dodałem, biorąc przykład z Carrie, i oddaliłem się szybkim truchtem, po-
zostawiając go samego. 
    Podszedłem do jednego z umajonych girlandami słupów podtrzymujących baldachim roz-
postarty  nad  stołami,  przystanąłem  przed  nim,  po  czym  walnąłem  w  niego  trzy  razy  głową. 
Nie tak mocno, żeby zobaczyć przed oczami gwiazdy, ale dostatecznie mocno, żeby poczuć 
ból. 
    - Osioł, osioł, osioł - powiedziałem do siebie. Uznałem, że w pełni wystarczy, jeśli powtór-
zę to trzy razy. W końcu nie wyjawiłem Johnowi, że w czasie ich narzeczeństwa Mary bzyka-
ła się nie tylko z Tobym de Lisie, ale również z Douglasem Boydem i Andrew McCreebem. 
    Przechodząca obok znajoma starsza dama zatrzymała się i popatrzyła na mnie zdumiona. 
    - Ten słup stał trochę krzywo, więc musiałem go wyprostować - oznajmiłem, żeby wyjaśnić 
swoje dziwne zachowanie. - Chyba już stoi prosto, prawda? 
    Zamrugała nerwowo i oddaliła się bez słowa. Pewnie pomyślała, że zwariowałem. W nas-
tępnej chwili podszedł do mnie mój brat, David. 
    - Co się z tobą dzieje, Charles? - spytał, posługując się językiem migowym. 
    David, młodszy ode mnie o cztery lata, ogłuchł na skutek choroby przebytej we wczesnym 
dzieciństwie, zanim jeszcze nauczył się mówić. Choć struny głosowe ma w całkowitym por-
ządku, nie potrafi panować nad swoim głosem, toteż jeśli tylko może, woli porozumiewać się 
językiem  migowym.  Pewnego  lata,  kiedy  mieliśmy  spędzać  wakacje  w  posiadłości  dziadka 
razem z resztą rodzeństwa, nauczyłem się przed przyjazdem podstaw języka głuchoniemych. 
To sprawiło, że byłem jedynym, który mógł się z nim porozumiewać bez trudu; dzięki temu 
zaprzyjaźniliśmy się bardzo, o wiele bardziej niż z resztą rodzeństwa. Przyrodniego rodzeńst-
wa. Bo David też nie jest moim rodzonym bratem, lecz przyrodnim. 
    Tak się bowiem składa, że podobnie jak pokolenie hippisów odkryło wolną miłość, pokole-
nie moich rodziców odkryło rozwody. Stało się to w znacznej mierze za sprawą Edwarda VI-
II, który zrezygnował z korony, żeby móc poślubić amerykańską rozwódkę. Obecnie wiado-

background image

mo powszechnie, że w grę wchodziła nie tyle zakazana miłość, co prohitlerowskie sympatie 
króla, z powodu których premier i rząd zmusili go do abdykacji; jednakże ponieważ prawdę 
skrzętnie  ukrywano  przez  lata,  w  pamięci  współczesnych  zapisał  się  przede  wszystkim 
jako romantyk, który wolał poślubić ukochaną kobietę, niż panować nad potężnym mocarst-
wem,  jakim  w  owym  czasie  nadal  była  Anglia.  Niemniej  jego  szeroko  komentowany  na 
całym  świecie  wybór  na  żonę  pani  Wallis  Simpson,  dwukrotnej  rozwódki,  sprawił,  że  roz-
wody przestały być rzeczą wstydliwą, o której jeśli w ogóle mówiono w towarzystwie, to co 
najwyżej  ściszonym  głosem.  Zresztą nic dziwnego, że  stanowiły temat tabu:  w końcu aż do 
roku 1858 rozwód można było uzyskać w Anglii tylko za specjalną uchwałą parlamentu, a w 
następnych latach jeszcze przez długi czas jedynym powodem w miarę szybkiego otrzymania 
zgody była zdrada żony, albowiem zdrada męża musiała być połączona z wyjątkowym okru-
cieństwem lub porzuceniem małżonki na co najmniej dwa lata. 
    W  każdym  razie  właśnie  za  sprawą  pani  Wallis  Simpson  zaczęło  być  w  Anglii  głośno  o 
znacznie  bardziej  liberalnym  w  tej  kwestii  prawodawstwie  amerykańskim,  a  zwłaszcza 
skandynawskim, co doprowadziło do wydania nowej ustawy rozwodowej w rok po abdykacji 
króla. Nie była wiele liberalniej  sza od poprzedniej: na przykład trzeba było żyć w związku 
małżeńskim przez trzy lata, zanim mogło się wystąpić o rozwód, a podstawą jego udzielenia 
były  tylko  zdrada,  porzucenie  na  co  najmniej  trzyletni  okres,  okrucieństwo  bądź  trwająca 
przez pięć lat stwierdzona choroba psychiczna jednego ze współmałżonków. Ale czuło się, że 
idzie nowe. Potem nastąpiła druga  wojna światowa i  towarzyszące jej  rozluźnienie obyczaj-
ów, później okres odbudowy kraju ze zniszczeń i zaciskania pasa, a wreszcie zamożne lata pi-
ęćdziesiąte i sześćdziesiąte… 
    I rozwody za zgodą stron! Wszyscy rzucili się na nie jak pies na kiełbasę: Bynajmniej nie 
wyłącznie  dlatego,  że  byli  nieszczęśliwi  w  swoich  dotychczasowych  związkach.  Zwłaszcza 
wyższe warstwy chciały przede wszystkim skorzystać z nowych możliwości, jakie nagle się 
przed nimi otworzyły. Życie na kocią łapę nie pasowało do środowisk, z jakich się wywodzili; 
uważali je za coś mało eleganckiego. Ale rozwód i kolejny ślub? Toż to tylko nowy pretekst 
do przyjęć i zabaw! Tego właśnie chcieli, tym bardziej że dzieci nie były przeszkodą, bowiem 
Angielki z wyższych sfer nigdy nie wychowują własnego potomstwa; najpierw wyręczają je 
w tym niańki, a potem szkoły z internatem. 
    W każdym razie niedługo po moim urodzeniu rodzice zasmakowali w rozwodach jak kot w 
śmietanie,  w  przerwach  między  nimi  niefrasobliwie  płodząc  w  wypadku  ojca,  a  rodząc  w 
wypadku matki całe rzesze moich przyrodnich sióstr i braci. Między matką a ojcem nastąpiło 
nawet  coś  w  rodzaju  współzawodnictwa,  jeśli  chodzi  o  liczbę  zawartych  małżeństw:  wówc-
zas, kiedy odbywał się ślub Angusa i Laury, ojciec miał już dwunastą żonę, a matka jedenas-
tego męża. David, mój głuchy brat przyrodni, był synem ojca z jego trzeciego małżeństwa. 
    - Nic takiego - odpowiedziałem również na migi, kiedy zobaczywszy, jak uderzam głową w 
słup, David podszedł do mnie i spytał, co się ze mną dzieje. 
    - Nie kłam
    - No  dobra.  Pamiętasz,  jak  włączyłeś  kiedyś  silnik  motorówki  dziadka  i  śruba  poharatała 
mi nogę? 
    - Tak. 
    - No więc teraz przechodzę o wiele gorsze katusze. Walenie łbem nic nie dało, idę się powi-
esić. 
    - Miłej zabawy - zasygnalizował. - A nie wolisz się upić? Mogę ci towarzyszyć
    - Nie, dziękuję. Muszę być trzeźwy, bo mam wygłosić mowę - odparłem. 
    - Jak chcesz. - Wzruszył ramionami i odszedł w stronę stołu z trunkami. 
    Kiedy  stałem  patrząc  za  nim,  nagle  doleciała  mnie  rozmowa  Matthewa  z  ładną,  rudą 
dziewczyną, którą widziałem po raz pierwszy. 
    - Kim jest ten chłopak w popielatym fraku? - zapytała, wskazując odchodzącego Davida. 
    - Na imię ma David - rzekł Matthew. 
    - Atrakcyjny kąsek - skomentowała dziewczyna. 
    - Też tak uważam - przyznał Matthew. 
    - Ale dlaczego oni obaj wykonywali takie dziwne gesty? - zapytała. 
    - Kąsek jest głuchy. 

background image

    - Ojej! 
    - Głuchy, ale zabójczo przystojny - dodał z westchnieniem Matthew. 
    Parę  metrów  dalej  Fiona  rozmawiała  z  dość  dziwnie  ostrzyżonym  facetem,  którego  też 
widziałem po raz pierwszy. 
    - Nic mnie tak nie irytuje podczas ślubów jak dzieci - mówiła właśnie. - Zupełnie jakby się 
gnojki zmawiały wcześniej ze sobą: ja zepsuję początek, ty koniec. 
    Mężczyzna roześmiał się trochę sztucznie. 
    - Ale pies ich trącał, porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym - oświadczyła. - Powiedz, 
jak ci na imię? 
    - Gerald. 
    - A czym się zajmujesz? - spytała. 
    - Zostałem  niedawno  wyświęcony  na  księdza  -  odparł  nieśmiało  Gerald,  spuszczając 
wzrok. 
    - O Boże! A ślubów już udzielasz? 
    - Jeszcze nie miałem okazji, ale będę udzielał, oczywiście. Chociaż przyznam się, że oba-
wiam się pierwszego razu. Ilekroć o tym myślę, po prostu zżera mnie trema. 
    - Rozumiem to znakomicie! - zawołała Fiona. - Sama na przykład byłam okropnie stremo-
wana, zanim po raz pierwszy poszłam z kimś do łóżka. A ty? 
    Nie dosłyszałem, co odpowiedział  ksiądz, bo w tym  momencie rozległ  się dźwięk  gongu. 
Wszyscy  spojrzeli  w  kierunku,  z  którego  dobiegał.  To  jeden  z  kelnerów  uderzał  miarowo 
niewielkim młoteczkiem w mosiężny talerz zawieszony na drewnianym drążku. 
    - Panie i panowie, prosimy do stołu - powiedział stojący obok kelnera ojciec panny młodej. 
    Ruszyliśmy zgodnie w stronę stołów - ja w stronę tego, przy którym mieli zasiąść państwo 
młodzi. Idąc spojrzałem z pewną obawą na Johna, który właśnie zajmował miejsce przy są-
siednim stole wraz z Mary, swoją aktualną żoną, o której aktywnym przedmałżeńskim życiu 
erotycznym  tak  niefortunnie  go  poinformowałem.  Oboje  mieli  rozognione  twarze;  najwy-
raźniej przed chwilą doszło między nimi do ostrej wymiany zdań. Bałem się, że John zdradził 
jej, od kogo się dowiedział o jej romansie z Tobym de Lisie. Bardzo nie lubię, jak ktoś mnie 
nienawidzi. A zwłaszcza, jeśli tym kimś jest ładna kobieta… 
    Usiadłem na oznaczonym moim nazwiskiem miejscu, obok jakiegoś nieznajomego starusz-
ka. 
    - Dzień dobry. Na imię mi Charles - przedstawiłem się. 
    - Nie żartuj pan, Charlesa pochowano dwadzieścia lat temu - żachnął się staruszek. 
    - Chyba jakiegoś innego Charlesa - powiedziałem, trochę zbity z tropu. 
    - Coś pan, przecież to był mój brat! Myślisz pan, że pozwoliłbym pochować w naszej rodo-
wej kaplicy kogoś obcego? - Łypnął na mnie gniewnie małymi, zaczerwienionymi oczkami. 
    - No nie, nie myślę nic podobnego - odparłem. - Nie chciałem pana urazić, ale ja naprawdę 
mam na imię… 
    Staruszek już nie słuchał. Odwrócił się do swojej równie wiekowej sąsiadki i coś jej mówił, 
stukając się palcem w czoło. Po tym, jak wbiła we mnie przerażony wzrok, domyśliłem się, że 
staruszek  ją  poinformował,  iż  siedzą  obok  wariata,  więc  powinni  się  mieć  na  baczności,  bo 
mogę być niebezpieczny. 
    Spojrzałem na drugi koniec stołu, przy którym jakimś dziwnym trafem posadzono również 
Scarlett, choć nie należała ani do rodziny, ani do najbliższych przyjaciół młodej pary. Dopiero 
po chwili przyszło mi do głowy, że pewnie wcale jej tam nie posadzono, tylko widząc wolne 
miejsce  obok  całkiem  przystojnego  mężczyzny,  sama  je  zajęła.  Kiedy  na  nią  patrzyłem, 
jednym haustem wychyliła kieliszek wina, po czym zarzuciła ręce na szyję swojemu sąsiado-
wi, którego - daję głowę - widziała po raz pierwszy w życiu. 
    - Na imię mi Scarlett - zawołała, całując go prosto w usta. - Pilnuj mnie, żebym za dużo nie 
piła, bo jeszcze naprawdę zacznę cię uwodzić. 
    Najskrytszym  marzeniem  Scarlett,  z  którego  kiedyś  mi  się  zwierzyła,  było  poślubić  arys-
tokratę. A jeśli nie arystokratę, to przynajmniej milionera. Uważała, że w tak ważnej kwestii 
nie można po prostu zdawać się na los, lecz trzeba mu ze wszech miar pomagać. Dlatego ki-
edy już zamieszkaliśmy razem, a ja wybierałem się akurat na czyjś ślub czy inną uroczystość, 
zapytała mnie wprost, czy nie mógłbym jej zabrać z sobą, bo chciałaby „pokręcić się trochę 

background image

wśród dobrze urodzonych". Nie miałem nic przeciwko temu i odtąd często ją zabierałem, a jej 
bezpośredniość  i  całkowity  brak  ogłady  z  reguły  potrafiły  tchnąć  element  komizmu  w  na-
jbardziej napuszone ceremonie. Teraz też z dużym rozbawieniem obserwowałem jej sąsiada, 
który  próbował  uwolnić  się  z  gorących  objęć  mojej  współlokatorki;  Scarlett  jakoś  nie  za-
uważyła, że po drugiej ręce faceta siedzi jego żona. 
    Wziąłem się do jedzenia tego, co jeden z kelnerów kursujących z półmiskami wokół stołów 
nałożył mi na talerz. Laura oznajmiła mi wcześniej z dumą, że urządzaniem całego przyjęcia 
zajmie się jej starsza siostra, która prowadzi w pobliżu restaurację. Z trudem odkroiłem, a po-
tem z jeszcze większym trudem przełknąłem kęs twardej jak podeszwa pieczeni. Byłem zdzi-
wiony, że w ogóle zdołano ją pokroić w plastry. Na moje oko musieli się chyba posłużyć piłą 
tarczową. Spojrzałem współczująco w stronę Angusa i Laury; w końcu to żadna przyjemność 
jeść stare buty na własnym weselu. 
    Zobaczywszy, że spoglądam w kierunku panny młodej, siedzący obok staruszek nagle po-
ciągnął  mnie  za  rękaw.  Widocznie  już  zapomniał,  że  niedawno  doszedł  do  przekonania,  iż 
jestem groźnym wariatem. 
    - Ja też byłem kiedyś żonaty - rzekł. - I to z naprawdę piękną dziewczyną. Oczy miała błę-
kitne  jak  niebo,  włosy  barwy  pszenicy,  a  policzki  miękkie  jak  dojrzała  brzoskwinia.  Ale 
móżdżek wielkości ziarnka fasoli, więc nasze małżeństwo nie trwało długo. 
    - Szkoda - powiedziałem. - Teraz stanowiliby państwo idealnie dobraną parę. 
    Zerkając na inne stoły widziałem, że wszyscy mają dość nieszczególne miny. Jedzenie na-
jwyraźniej nikomu nie smakowało i nikt nie chciał brać dokładek proponowanych przez kel-
nerów. Kiedy jeden z nich stanął przy mnie pokręciłem głową, natomiast mój wiekowy sasiad 
zdecydowanym głosem wyraził dezaprobatę.  
   - Prędzej zjadłbym jądra mojego zmarłego brata! – zawołał 
   Tylko  Tom,  który  siedział  przy  sąsiednim  stole,  zajadał  tak,  że  aż  mu  się  uszy  trzęsły. 
Wszyscy obserwowali go z największym zdumieniem i jakby lekką odrazą. 
    Kelnerzy zaczęli powoli zbierać talerze, potem wnieśli lody. Wyglądały bardzo ładnie, ale 
były twardsze od kostek lodu, jakie wrzuca się do drinków. Kiedy omal nie złamałem łyżecz-
ki, a mimo to nie zdołałem ich nawet nadkruszyć, uznałem, że najwyższy czas wygłosić mo-
wę. Uderzyłem nieco zgiętą łyżeczką w kieliszek i wstałem z miejsca. Oczy wszystkich ski-
erowały się w moją stronę. 
    - Panie i panowie - zacząłem - niezmiernie mi przykro, że odrywam was od jakże smakowi-
tego  deseru.  Brawa  dla  siostry  panny  młodej!  Jednakże  jako  drużba  pana  młodego  muszę 
wam powiedzieć parę rzeczy. Dopiero po raz drugi w życiu jestem drużbą. Mam nadzieję, że 
poprzednim razem dobrze wywiązałem się ze swoich obowiązków. W każdym razie oboje no-
wożeńcy nadal ze mną rozmawiają, choć niestety, nie rozmawiają już ze sobą. Dwa miesiące 
temu otrzymali rozwód.  
    Rozległy się salwy śmiechu. Wśród gości przy sąsiednim stole dojrzałem  Carrie. Patrzyła 
na mnie, z leciutkim uśmiechem. Zachęcony, podjąłem swoją przemowę. 
    - Tylko niech państwo nie myślą, że miałem w tym jakikolwiek udział. Jak się okazało, Pa-
ula wiedziała, że Pierś sypiał z jej młodszą siostrą, zanim wspomniałem o tym w swoim prze-
mówieniu.  Zaskoczyła  ją  co  prawda  wiadomość,  że  sypiał  również  z  jej  matką,  ale 
podejrzewam,  że  to  był  tylko  jeden  z  bardzo  wielu  powodów,  dla  których  ich  małżeństwo 
trwało  zaledwie dwa dni. Podobno wzajemne oskarżenia nie miały końca  i  doszło  nawet  do 
rękoczynów. Ale nie chciałbym psuć uroczystego nastroju tego podniosłego dnia wspominaj-
ąc niepowodzenia innej pary, do której połączenia poniekąd przyłożyłem rękę. Nasz Angus, w 
każdym razie, nie ma nic do ukrycia. A przynajmniej tak mi się wydawało, zanim… zanim… 
    Zawiesiłem głos, a goście parsknęli pełnym oczekiwania śmiechem. 
    - Za chwilę powrócę do tego wątku, lecz na razie chciałbym powiedzieć jedno: jestem pe-
łen  podziwu  dla  Angusa  i  Laury  za  to,  że  zdecydowali  się  na ten  jakże ważny  w  ich  życiu 
krok. Wiem, że sam nie potrafiłbym się na niego zdobyć, ale to w niczym nie umniejsza ra-
dości, jaką czuję, że postanowili się pobrać. A wracając do Angusa i owieczek… - znów za-
wiesiłem głos - w sumie nie było to nic ważnego. Panie i panowie, zdrowie młodej pary! - za-
kończyłem, podnosząc kieliszek. 
    - Zdrowie młodej pary! - zawołali chóralnie goście, też unosząc kieliszki. 

background image

    Angus  i  Laura  pocałowali  się,  pąsowi  z  przejęcia.  Goście  zaczęli  klaskać.  Kiedy  brawa 
umilkły, ojciec panny młodej podziękował mi za przemówienie, po czym dał znak orkiestrze. 
Rozległa się muzyka. Angus i Laura pierwsi ruszyli na parkiet. 
    - Niech pan poprosi sąsiadkę i rusza z nią w tany - powiedziałem do sąsiada, wstając z mie-
jsca. - Szkoda marnować okazję! 
    Wzdrygnął się tak, jakbym zaproponował mu coś wielce nieprzyzwoitego, ale odwrócił się 
do wiekowej damy, więc pomyślałem, że zamierza posłuchać mojej rady. 
    Omyliłem sie jednak. Już odchodziłem, kiedy dobiegły 1 ii oburzenia słowa:  
    Ma pani  pojęcie?! Ten wariat chciał mnie zaprosić do tańca. 
Wzruszyłęm ramionami. Facet miał o sobie o wiele za dobre mniemanie. Dlaczego miałbym 
chcieć tańczyć z takim wrednym dziadygą? Ruszyłem na poszukiwanie Carrie  
    Kiedy ją wreszcie dojrzałem, tańczyła z jakimś barczystym szatynem. Stanąłem więc z bo-
ku i zacząłem przypatrywać się parom na parkiecie. Laura radziła sobie całkiem nieźle, nawet 
jeśli jej ruchy do złudzenia przypominały skręty ciała arabskiej bajadery, za to Angus tylko 
przestępował sztywno z nogi na nogę, jakby tańczył po raz pierwszy w życiu. Co może i było 
prawdą; na przyjęciach zwykle wolał gadać z kumplami i pić. Mama Laury, starsza dama w 
stroju od Coco Chanel i makijażu tak mocnym, jakby to małpa Coco dorwała się do szminki, 
podrygiwała  jeszcze  energiczniej  od  córki.  Tom  skakał  z  entuzjazmem  naprzeciw  Scarlett; 
wyglądali  jak  para  kogutów  szykujących  się  do  walki.  Różnica  pomiędzy  nimi  polegała  na 
tym, że ona wiedziała, jak zabawnie muszą wyglądać, i śmiała się w głos, natomiast on miał 
minę  tak  poważną,  jakby  wykonywał  jakąś  niezmiernie  skomplikowaną  czynność  wymaga-
jącą pełnego skupienia. Najbardziej niezwykłym tancerzem ze wszystkich był jednak Gareth; 
zwijał się, skręcał i skakał po całym parkiecie, energicznie wyrzucając na boki ramiona. 
    - Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem, jak Gareth tańczy, przeraziłem się, że zaraz niechcący 
trafi kogoś w nos - powiedział Matthew, stając obok mnie. 
    - Fakt,  te  wyrzuty  ramion  wyglądają  dość  niebez48  piecznie  -  przyznałem.  -  Ale  za  to 
tańczy z sercem. Chyba sprawia mu to ogromną przyjemność. Znów spojrzałem w kierunku 
Carrie. 
    - Bardzo  ładna  dziewczyna,  nic  dziwnego,  że  wciąż  wodzisz  za  nią  oczami  -  rzekł  Mat-
thew. - A może to miłość od pierwszego wejrzenia? 
    - Co  ty  -  obruszyłem  się.  -  Skąd  ci  przyszło  do  głowy  coś  podobnego?  Zresztą  wcale  nie 
patrzę  na  nią,  tylko  na  gościa,  z  którym  tańczy.  Patrzę  i  patrzę,  ale  wciąż  nie  mogę  sobie 
przypomnieć,  na  jakiej  pozycji  grał  w  nogę  w  naszej  szkolnej  drużynie.  Był  chyba 
skrzydłowym, jednakże pojęcia nie mam, czy lewym, czy prawym. A gdyby nawet wpadła mi 
w oko na weselu jakaś obca dziewczyna, co by z tego wynikło? Czy na świecie w ogóle istni-
eją faceci,  co to  by potrafili po prostu  podejść do babki,  która im się podoba, i  powiedzieć: 
„Cześć, mała! Na imię mi Charles, masz fart, bo o dzisiejszej nocy będziesz mogła opowiadać 
wnuczkom"? 
    - Jeśli istnieją, nie są Anglikami - stwierdził Matthew. 
    - Masz rację - przyznałem z westchnieniem. - Co do mnie, muszą minąć przynajmniej trzy 
tygodnie, zanim potrafię się zdobyć na to, żeby zadać dziewczynie zasadnicze pytanie. 
    Ponownie spojrzałem na tańczącą Carrie, boleśnie świadom prawdy własnych słów. Bo na-
wet  jeśli  zatańczę  z  nią  raz  czy  dwa,  co  z  tego?  Może  porozmawiamy  chwilkę  i  może 
będziemy się dobrze bawili, ale co dalej? Po weselu wyjedzie do Ameryki i tyle ją będę wid-
ział. Zresztą pewnie Fiona nie zmyślała mówiąc, że Carrie zadaje się tylko z nadzianymi face-
tami.  Więc  nawet  gdyby  nie  wracała  zaraz  do  Stanów  Zjednoczonych,  nie  miałbym  u  niej 
praktycznie żadnych szans, bo z kasą  było u mnie autentycznie kiepsko. Poza tym bardzo nie 
lubię  kobiet,  które  polują  tylko  na  facetów  ze  szmalem.  W  ogóle  nie  jestem  zwolennikiem 
małżeństwa, pojęcia nie mam, po co komu ten cholerny papierek, a już poślubienie kogoś, kto 
może być stary, brzydki, nieciekawy, tylko dlatego, że ma pokaźne konto, wydaje mi się najg-
łupszą rzeczą, jaką może ze swoim życiem zrobić atrakcyjna dziewczyna. Przecież to piekło, 
a  nie  normalne  życie!  I  najgorsza  forma  prostytucji;  już  znacznie  uczciwsza  wydaje  mi  się 
dziewczyna, która po prostu sprzedaje swój tyłek pod latarnią. W dodatku zawodowa prosty-
tutka  sprzedaje  się  klientom  tylko  przez  część  dnia,  resztę  czasu  ma  wyłącznie  dla  siebie, 
podczas  gdy  dziewczyna,  która  wychodzi  za  faceta  dla  pieniędzy,  musi  przebywać  z  nim 

background image

dzień w dzień przez następne dwadzieścia, trzydzieści lat albo i dłużej, chodzić z nim do łóż-
ka, rodzić mu dzieci, mieć go - od obudzenia do zaśnięcia - ciągle obok siebie, widzieć jego 
twarz i uśmiechać się do niego. Nie bardzo sobie wyobrażałem, jak mógłbym chcieć tak spęd-
zić życie nawet z osobą, którą lubię i która mi się podoba, a co dopiero z kimś, w kim pociąga 
mnie tylko jego stan posiadania. Ohyda! 
    Poczułem złość na Amerykankę. I na siebie, że moje zauroczenie nią było aż tak widoczne, 
by wywołać komentarz Matthewa. Nie, kochana, pomyślałem, nic z tego. Może i jesteś ładna, 
ale nie będę o ciebie zabiegał. Nie będę tu sterczał i czekał, aż skończysz tańczyć z innymi, w 
nadziei że może potem raczysz zakręcić się ze mną. 
    Podszedłem do bufetu i kazałem sobie nalać podwójnego drinka. 
     
    Aż do wieczora nie zwracałem więcej uwagi na Carrie. Piłem, gadałem z przyjaciółmi, zna-
jomymi oraz ludźmi, których widziałem po  raz pierwszy, i  w sumie czas  płynął  mi  całkiem 
przyjemnie. W pewnym momencie zacząłem rozmawiać z dobrze zakonserwowaną, eleganc-
ko ubraną starszą panią, którą skądś pamiętałem. Dopiero w trakcie rozmowy, kiedy zapytała 
mnie, jak się miewa mój ojciec, zorientowałem się, że to Flora, jego ósma czy dziewiąta żona. 
Powiedziałem  jej,  że  właśnie  wrócił  z  Abaco,  jednej  z  wysp  Bahama,  gdzie  zwykle  spędza 
zimy. 
    - Och tak, pamiętam! - zawołała. - Przecież mnie też tam zabierał. Inni jeździli do Nassau 
na  New  Providence,  ale  George  zawsze  zatrzymywał  się  na  Abaco;  twierdził,  że  tam  są 
najpiękniejsze plaże. Pozdrów go ode mnie bardzo serdecznie, jak go zobaczysz! 
    Kiedy  odeszła,  żeby  porozmawiać  ze  znajomą,  którą  wypatrzyła  w  tłumie,  zacząłem  się 
zastanawiać, jak to się dzieje, że wszystkie byłe żony wręcz uwielbiają ojca. Przecież zosta-
wiał  je,  w  dodatku  dla  kobiet  sporo  od  nich  młodszych;  jego  aktualna  małżonka  ledwo 
skończyła dwadzieścia lat, kiedy się pobierali. 
    Zdołałem  jakoś  w  końcu  unormować  swoje  stosunki  ze  starym  podrywaczem,  choć  jako 
nastolatek  miałem  do  niego  wiele  pretensji  o  to,  że  rozszedł  się  z  matką,  skazując  mnie  na 
szkoły z internatem. Dopiero z czasem zrozumiałem, że moje dzieciństwo, jako dziecka roz-
wiedzionych  rodziców,  nie  różniło  się  specjalnie  od  tego  samego  okresu  w  życiu  kolegów, 
których rodzice stanowili zgodne małżeńskie stadła, gdyż - jak wspomniałem wcześniej - An-
gielki z wyższych sfer nigdy nie wychowują własnych dzieci, powierzając je najpierw opiece 
nianiek, a potem oddając do prywatnych szkół. Co zamożniejsi przedstawiciele klasy średniej 
naśladują pod tym względem arystokrację, tak więc w Anglii tylko synowie i córki robotni-
ków  wychowują  się  normalnie  w  rodzinnym  domu,  tak  jak  dzieci  we  Francji,  Włoszech  i 
innych  krajach  świata.  Dla  mnie  natomiast  i  dla  większości  moich  kolegów  wczesny,  spęd-
zany w internacie okres życia stanowił wyjątkowo nieprzyjemne doświadczenie. 
    Zdani na sadyzm wychowawców i okrucieństwo starszych kolegów, mali chłopcy z Eton i 
innych  ekskluzywnych  szkół  albo  popadają  w  nerwice,  albo  upodabniają  się  z  czasem  do 
swoich prześladowców i w miarę jak sami przechodzą z klasy do klasy, z coraz większym za-
pałem  gnębią  młodszych  uczniów.  Wszelkie  zarzuty  wobec  angielskiego  systemu  edukacyj-
nego długo odpierano argumentem, że to właśnie dzięki niemu my, a nie Francuzi czy Włosi, 
podbiliśmy Indie. No dobrze, może i był tu jakiś związek. Ale po jaką cholerę było je podbi-
jać, skoro później i tak musieliśmy się wynosić stamtąd jak niepyszni? 
    No, może jednak warto było, bo mamy przynajmniej w Anglii wiele znakomitych hindus-
kich restauracji, pomyślałem, choć i tak serwowane w nich jedzenie nie umywa się do tego, 
jakie osobiście kosztowałem w Indiach. Mimo to jest o niebo lepsze od tych nieapetycznych 
ochłapów! Popatrzyłem z niesmakiem na półmiski jadła czekające nietknięte na stole. Zbliża-
ła się już ósma, więc powoli czułem się coraz bardziej głodny, ale zupełnie nie miałem ochoty 
brać do ust niczego, co przygotowała siostra Laury. Pomyślałem, że czas odszukać Scarlett i 
ruszać do pobliskiego zajazdu, w którym kilka dni wcześniej zarezerwowaliśmy telefonicznie 
pokoje.  Może  przynajmniej  tam  podadzą  nam  coś,  co  da  się  przełknąć,  nie  wywołując  od-
ruchu wymiotnego. Zacząłem rozglądać się za Scarlett, kiedy podszedł do mnie Tom. 
    - Gdzie będziesz nocował? - spytał. 

background image

    - Scarlett  i  ja  mamy  zarezerwowane  pokoje  w  tutejszym  zajeździe.  Nazywa  się  „Wesoły 
marynarz" czy jakoś podobnie - odparłem. - Myślałem, że ty, Fiona i reszta naszej paczki też 
macie się tam zatrzymać? 
    - Zamierzaliśmy, ale nastąpiła pewna zmiana planu: wszyscy przenoszą się na noc do mnie. 
Okazuje się, że Nancy, moja gospodyni, jest na miejscu i chętnie upichci nam na kolację ja-
jecznicę na boczku czy coś takiego. Jak masz ochotę, zapraszam.  
    - Świetnie, dzięki. Ale czy znajdzie się też miejsce dla Scarlett? 
    - Jasne! Przecież wiesz, że to całkiem spore zamczysko: ma sto trzydzieści siedem komnat i 
wszystkie oczywiście, są wolne. 
    Korzystając  z  tego,  że  obaj  byliśmy  lekko  podpici,  postanowiłem  zapytać  Toma,  jak  to 
faktycznie  jest  z  tym  jego  bogactwem.  Jeszcze  na  studiach  wiedziałem,  że  jest  dziedzicem 
jednej z największych fortun, ale nigdy nie zastanawiałem się, co to właściwie znaczy. Zaczą-
łem o tym myśleć dopiero parę miesięcy temu, kiedy Scarlett przybiegła do mnie cała rozdy-
gotana, żeby pokazać mi egzemplarz jednego z londyńskich brukowców, w którym opubliko-
wano zdjęcie Toma, jak leży na ziemi po upadku z konia. Tak niefortunnie zakończył się bo-
wiem  jego  skok  przez  zwalone  drzewo  podczas  pogoni  za  lisem.  Pod  zdjęciem  biegł  napis: 
„Najzamożniejszy człowiek w Anglii nie potrafi utrzymać się w siodle". 
    - Tom,  powiedz  mi  coś,  o  co  już  dawno  chciałem  cię  zapytać:  czy  rzeczywiście  jesteś 
najbogatszym człowiekiem w Anglii? 
    - Totalna bzdura! - oburzył się mój przyjaciel. - Plotka wyssana z palca! Fiona i ja jesteśmy 
dopiero  gdzieś  na  siódmym  miejscu.  Na  pierwszym  wciąż  figuruje  królowa,"  na  drugim 
chyba Branson, ten gość od linii lotniczych… Wierz mi, Charles, naprawdę nie jestem najbo-
gatszy. Naprawdę! - powiedział to tak żarliwym tonem, jakby rozmawiał z inspektorem urzę-
du podatkowego. 
    - Dobra, wierzę - powiedziałem. - Nie ma sprawy.  
    - Świetnie - ucieszył się Tom. - I zanocujesz u mnie, tak? Lecę powiedzieć Scarlett! - Już 
się oddalał, kiedy nagle odwrócił się i  dorzucił:  - No, chyba że jednak poszczęści  ci  się tej 
nocy, co? 
    Uśmiechnąłem  się  blado;  w  końcu  za  stary  jestem,  żeby  wierzyć  w  cuda.  Zresztą  nie  ja 
jeden miałem tego wieczoru powód do narzekań. Akurat kiedy patrzyłem na siedzącą nieco z 
boku  Lydię,  pulchną,  ciemnowłosą  druhnę  Laury,  podszedł  do  niej  Bernard,  dość  tęgi  i 
niezbyt  bystry  facet,  którego  znałem  od  lat,  bo  przyjaźnił  się  z  Tomem.  Lydia,  porządnie 
wstawiona, od połowy wieczoru posyłała w moją stronę zachęcające spojrzenia, ale mimo że 
zawsze  podobały  mi  się  jej  niewiarygodnie  błękitne  oczy,  odstraszała  mnie  jej  tusza.  Poza 
tym nie należę do mężczyzn, którzy wykorzystują pijane kobiety. 
    - Jak leci, Lydia? - zapytał Bernard. 
    - Do dupy - odparła ponuro. 
    - Ojej, dlaczego? 
    - Liczyłam na dobry seks! - zawołała. - Wszystkie znajome mi powtarzały, że na weselach 
faceci lecą na druhny. Mówiły, że aż się będę musiała opędzać od napalonych gości. A tu nic! 
Ani nawet języczka! Wybuliłam kupę forsy na kieckę i co mam z tego? Guzik! Nikt nawet ze 
mną nie zatańczył! Nudzę się jak mops! Do dupy z takim weselem, słyszysz? 
    - Wiesz… no, jakby to powiedzieć… - zaczął się jąkać Bernard -jeśli naprawdę tak bardzo 
ci zależy… no, to wiesz, może ja mógłbym… no, wiesz, z tobą… 
    - Nie wygłupiaj się! - oburzyła się Lydia. - Nie jestem aż tak zdesperowana! 
    - No, tak, tak, oczywiście - powiedział szybko Bernard przepraszającym tonem. - Tak sobie 
tylko pomyślałem… Nie chciałem cię bynajmniej urazić… 
    Wtem usłyszałem obok siebie miły głos mówiący z lekkim amerykańskim akcentem: 
    - Cześć.  
   Była to Carrie. 
    - Cześć - odpowiedziałem, zdziwiony. - Myślałem, że już poszłaś. 
    - Nie, postanowiłam jeszcze trochę zostać. - Uśmiechnęła się. - Dopiero teraz zbieram się 
do wyjścia. Zastanawiałam się, gdzie będziesz nocował. 
    - Miałem  się  zatrzymać  w  pobliskim  zajeździe,  nazywa  się  „Wesoły  marynarz"  czy  jakoś 
podobnie…  

background image

     - „Szczęśliwy żeglarz". 
    - O  właśnie!  Ale  przed  chwilą  przyjaciel  zaproponował  mi,  żebym  przenocował  w  jego 
chacie razem z naszymi wspólnymi przyjaciółmi. Tak naprawdę to nie żadna chata, tylko og-
romny zamek. Jeden z najstarszych w tej okolicy. 
    - Szkoda,  bo  ja  wynajęłam  pokój  w  „Szczęśliwym  żeglarzu".  Myślałam,  że  może 
pojedziemy tam razem. 
    - Aaa… 
    - No cóż, fajnie było cię poznać… a raczej nie poznać. Ale bardzo podobało mi się twoje 
przemówienie. - Na moment umilkła, po czym dodała: - No cóż, czas na mnie. 
    - Nie, zostań jeszcze! - zawołałem. - W końcu nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy pozna-
li się teraz. Jeszcze jest wcześnie, zabawa dopiero się rozkręca! 
    Carrie  spojrzała  dookoła  na  podsypiających  na  krzesłach  wyczerpanych  tańcami  lub  pod-
pitych gości. Tylko dwie pary kręciły się niemrawo po parkiecie do taktu równie niemrawej 
muzyki. 
    - Oboje dobrze wiemy, że to nieprawda - powiedziała dziewczyna, kręcąc głową. - Cześć! - 
dodała i skierowała się w stronę wyłożonej płytami ścieżki wiodącej z ogrodu na podjazd. 
    Miałem ochotę pobiec za nią i próbować ją zatrzymać, ale jak? Zakląłem pod nosem i nie 
ruszyłem się z miejsca. 
     
    Kilka minut później nowożeńcy też zaczęli zbierać się do drogi. Laura ściskała i całowała 
jakichś swoich dalekich kuzynów, powtarzając: 
    - Kocham cię, Rick, wiesz, jak bardzo cię kocham. Kocham cię, kocham, kocham ciebie i 
Mike'a, kocham  was  obu bardzo mocno, chociaż widzimy się po  raz pierwszy  w życiu.  Ale 
naprawdę was kocham, kocham bardzo mocno, kocham… 
    - Nie zwracaj na nią uwagi - mruknął do mnie Angus. - Jest pijana. A przynajmniej mam 
nadzieję, że jest pijana - dodał. - Bo jeśli nie, to dopiero wpadłem! 
    Zaczęliśmy  iść  wolno  w  stronę  podjazdu,  gdzie  na  nowożeńców  już  czekał  wielki  czarny 
rolls-royce, ten sam,  który  przywiózł  pannę młodą do kościoła. Ale teraz zmieniony był  nie 
do  poznania,  gdyż  podchmieleni  kumple  Angusa  wymalowali  na  nim  różne  napisy  typu: 
UWAGA!  KIEROWCA  PO  PARU  GŁĘBSZYCH!  i  OSTROŻNIE!  DZIEWCZYNA  W 
CIĄŻY!  Kiedy  Angus  otworzył  drzwi,  że  środka  wyskoczyła,  becząc  głośno,  biała  owca  z 
czerwoną kokardą, a za nią kilka rozgdakanych kur. Śmiechom zebranych nie było końca. 
    Laura odwróciła się plecami do odprowadzających, po czym cisnęła za siebie bukiet; zgod-
nie  z  tradycją  ta  dziewczyna,  która  złapie  bukiet  panny  młodej,  pierwsza  stanie  na  ślubnym 
kobiercu. Scarlett podskoczyła rozpaczliwie, żeby go chwycić, ale przeleciał nad jej głową w 
kierunku  Fiony;  ta  nawet  nie  wyciągnęła  po  niego  ręki.  Spadł  na  dziewczynę,  która  stała 
przytulona  do  jakiegoś  faceta;  w  półmroku  nie  widziałem  jej  twarzy.  Dopiero  kiedy  złapała 
bukiet, potrząsnęła nim tryumfalnie w powietrzu, po czym zarzuciła ręce na szyję towarzyszą-
cego  jej  faceta  i  zaczęła  go  namiętnie  całować,  poznałem,  że  to  Lydia,  druhna.  A  facetem, 
którego  całowała  z  takim  zapałem,  był  spostponowany  przez  nią  wcześniej  Bernard.  Na 
bezrybiu  i  rak  ryba,  przemknęło  mi  przez  głowę,  ale  gdzieś  w  głębi  poczułem  jakby  lekką 
zazdrość. Może sam powinienem był się zainteresować Lydią? Co z tego, że nie należała do 
najszczuplejszych? 
    Nowożeńcy wsiedli do wozu i ruszyli z piskiem opon oraz brzękiem puszek, które przywi-
ązano  im  do  tylnego  zderzaka.  Ich  odjazdowi  towarzyszyły  oklaski,  krzyki  i  gwizdy  zeb-
ranych. 
   Wesele wyraźnie dobiegało  końca. Większość gości od razu wsiadła do własnych wozów, 
tylko nieliczni zaczęli wracać w stronę parkietu i stołów. 
    Spotkałem  się  z  przyjaciółmi  na  skraju  ogrodu,  w  miejscu,  w  którym  umówiliśmy  się  si-
edem godzin temu. 
    - No, czas ruszać - rzekł Gareth. - Tom, jesteś trzeźwy? 
    - Jasne - zawołał z entuzjazmem Tom, podnosząc do góry oba kciuki. - Przez całą noc pi-
łem wyłącznie sok pomarańczowy. 
    Ale  gdy  tylko  postąpił  parę  kroków  do  przodu,  potknął  się  i  zwalił  na ziemię.  Był  pijany 
jak bela. 

background image

    - No, dobrze, ja będę prowadzić - powiedziała z westchnieniem Fiona, kiedy Matthew i Da-
vid pomogli Tomowi wstać. - Nie wypiłam zbyt dużo. 
    Obeszliśmy wszyscy dom i znaleźli się na podjeździe. Nadal stała tam całująca się namięt-
nie para. Przylgnęli do siebie tak mocno, że widać było po prostu jeden zwalisty kształt. Ale 
dobrze wiedziałem, że to  Lydia i  Bernard.  Zrobiło  mi się żal  samego siebie; dlaczego przez 
cały wieczór nie zdołałem przygruchać sobie żadnej dziewczyny i muszę wracać z wesela z 
kumplami, a jedyna przyjemność, jaka mnie jeszcze czeka tego dnia, to jajecznica na boczku? 
Lydia miała rację: do dupy z takim weselem, pomyślałem. 
    Wsiedliśmy  jakoś  w  szóstkę  do  land  rovera.  Tom,  mimo  naszych  protestów,  uparł  się,  że 
jest trzeźwy i będzie prowadził. Ponieważ o tej porze nie było żadnego ruchu, ostatecznie uz-
naliśmy, że może siąść za kierownicą, byleby nie jechał zbyt szybko. Zresztą Tom nigdy nie 
jeździł szybko, nawet kiedy był kompletnie trzeźwy. Wlókł się na ogół tak wolno, że zwykle 
zatrzymywała go policja, by sprawdzić, czy nie jest przypadkiem pijany. 
    Kiedy  tylko  wóz  ruszył,  Gareth  od  razu  zaintonował  basem  pieśń,  którą  podjęli  wszyscy 
oprócz Davida i mnie. Dawno nie widziałem przyjaciół w tak znakomitych humorach; fałszo-
wali straszliwie, ale nic im to nie przeszkadzało. 
    Powiedz mu, że go kochasz, 
    Przecież sobie na to zasłużył, 
    Z kim innym czas by mu się tak dłużył? 
    Powiedz mu, że go kochasz,  
    Daj mu, co masz najcenniejszego,  
    Przecież dawałaś wszystkim jego kolegom… 
    Przez jakiś czas biłem się sam z sobą w myślach, aż w końcu moje bardziej kochliwe -  a 
może raczej chutliwe - „ja" odniosło zwycięstwo. 
    - Tom, czy mógłbyś zatrzymać wóz? - poprosiłem. Tom tak gwałtownie nacisnął hamulec, 
że o mało nie wybiłem głową przedniej szyby. 
    - Co się stało? - zapytał. 
    - No,  hm,  nic  takiego,  po  prostu  pomyślałem  sobie,  że  chyba  jednak  przenocuję  w  za-
jeździe. 
    - Dlaczego,  na  miłość  boską?  -  zawołał  zdziwiony.  Ale  reszta  przyjaciół  chyba  domyśliła 
się, o co mniej więcej może mi chodzić, bo zaczęli śmiać się i pogwizdywać. 
    - Nie wygłupiajcie się - powiedziałem surowym tonem, wysiadając z land rovera. - To po-
ważna  sprawa.  Już  od  dawna  zamierzam  napisać  monografię  starych  angielskich  zajazdów, 
które mają w nazwie terminy „żeglarz", „marynarz" lub „pirat". Sami rozumiecie, że nie mo-
gę zmarnować takiej okazji. 
     
    Po dwudziestu minutach szybkiego marszu znalazłem się na oświetlonym kilkoma latarni-
ami rynku Stoke Clandon. Właśnie tu, w samym centrum miasteczka, mieścił się całkiem ele-
gancki, otynkowany na biało zajazd, kryty czerwoną dachówką. „Szczęśliwy żeglarz" - głosił 
wielki, złocony napis nad wejściem, a obok drzwi wisiał sporych rozmiarów szyld przedsta-
wiający marynarza w objęciach ponętnej syreny; nieco niżej, dwóch innych marynarzy poże-
rały rekiny. Nietrudno było zgadnąć, który z trzech rozbitków jest szczęśliwcem, na którego 
cześć nazwano zajazd. 
    Pchnąłem ciężkie drzwi i wszedłem do środka. 
    Nie żałowałem swojej nagłej decyzji, choć nie wiedziałem, co z tego wyniknie. Może Car-
rie już poszła spać? Jeśli nawet, postanowiłem, że zastukam do jej drzwi i ją obudzę. Żyje się 
raz! 
    W recepcji nie było nikogo. Podszedłem jednak do kontuaru i już miałem nacisnąć dzwo-
nek, kiedy spojrzałem w lewo, gdzie znajdował się niewielki hali. Ktoś siedział w głębokim 
skórzanym  fotelu,  zwróconym  do  mnie  tyłem.  Widziałem  tylko  czubek  damskiego  buta. 
Pomyślałem, że pewnie recepcjonistka miała dość siedzenia na twardym  krześle i przesiadła 
się na fotel, żeby uciąć sobie drzemkę. 
    - Halo, jest tam kto? - zapytałem, podnosząc nieco głos. 
    - Cześć - powiedziała Carrie, wychylając się z fotela i obracając w moją stronę. - A jednak 
się zjawiłeś. 

background image

    - No, tak - przyznałem. - W końcu okazało się, że nie ma miejsca dla wszystkich, więc… 
    - Nie ma miejsca? W zamku? 
    - To bardzo mały zamek - oświadczyłem, podchodząc do niej. - Tyci, tyci. Jeden pokój na 
parterze i jeden na piętrze. Już się dzisiaj takich nie buduje, bo to bardzo nieekonomiczne.  
     Do hallu wszedł kelner i zatrzymał się przy nas. 
    - Czy coś państwu podać? - spytał. 
    - Tak,  dla  mnie  whisky  -  odparłem,  po  czym  zwróciłem  się  do Carrie:  -  A  na  co  ty  masz 
ochotę? 
    - Też chętnie napiję się whisky. 
    - W takim razie dwie whisky - powiedziałem do kelnera. 
    Skinął głową i wyszedł. Obróciłem się w stronę Carrie, ale okazało się, że fotel, na którym 
siedziała, jest pusty. Dziewczyna znikła. Pomyślałem, że robi mi głupi kawał, kiedy nagle w 
drzwiach  stanął  George,  jeden  z  gości  Angusa  i  Laury.  Był  to  łysy,  otyły,  pewny  siebie  i 
wyjątkowo nudny jegomość, z którym zamieniłem kilka słów na weselu. Wyraźnie nie nale-
żał  do  ludzi,  z  jakimi  miałbym  ochotę  bliżej  się  zaprzyjaźnić.  Zorientowałem  się,  że  to  na 
jego widok Carrie musiała albo czmychnąć, albo gdzieś się schować. 
    - Czołem, czołem! - zawołał, kiedy mnie zauważył. - Też się tu zatrzymałeś? 
    - Cześć… 
    - Nie widziałeś przypadkiem Carrie? 
    - Słucham? - spytałem udając, że nie wiem, o kogo chodzi. 
    - Carrie  -  powtórzył  George.  -  Bardzo  ładna  Amerykanka.  Nogi  aż  po  szyję!  Też  była  na 
weselu. Przyjemnie pachnie. 
    - Nie, przykro mi - skłamałem. 
    - Cholera! Niech to diabli! - zaklął George. - Wyraźnie na mnie leciała! Byłem pewien, że 
uda mi się zaciągnąć ją do łóżka. 
    Carrie wystawiła głowę zza kanapy stojącej za jego plecami, zrobiła oburzoną minę, a po-
tem wysunęła w jego stronę język. Najwyraźniej była zupełnie innego zdania na temat tego, 
czy na niego leciała i czy by mu się ulało zaciągnąć ją do łóżka. 
    - Słuchaj, gdybyś ją zobaczył - ciągnął George - powiedz jej, że poszedłem na górę, dobr-
ze? Pokój numer siedem. 
     -  Oczywiście. Życzę dobrej nocy!- zawołałem zadowolony, że facet się zmywa. 
    George wykonał krok w stronę drzwi, ale w tym momencie stanął w nich kelner z tacą. 
    - Pańska whisky  - powiedział, wręczając mi jedną ze szklanek przyniesionych na tacy.  -  I 
druga dla… 
    - Też dla mnie! - zawołałem, zabierając mu pospiesznie z tacy szklankę przeznaczoną dla 
Carrie. - Na drugą nóżkę!  
    - Świetny pomysł - stwierdził George. - Jeśli nie masz nic przeciwko temu, chętnie się do 
ciebie przyłączę. 
    - No… Oczywiście… 
    - Jeszcze  jedną  whisky  -  powiedział  do  kelnera.  -  I  cygaro.  Albo  nie,  proszę  od  razu 
przynieść  butelkę.  Posiedzimy  tu  sobie  i  pogadamy  do  świtu,  co?  -  dodał,  zwracając  się  do 
mnie. - Chyba nie warto kłaść się spać. 
    Usiadłem na fotelu, na którym wcześniej siedziała Carrie, a George rozsiadł się wygodnie 
na  kanapie.  Bez  pytania  wziął  ode  mnie  jedną  ze  szklanek  whisky,  pociągnął  spory  haust  i 
mlasnął ze znawstwem wargami. 
    - Dobra! 
    Carrie wystawiła głowę nad oparcie i pokręciła nią, marszcząc zabawnie czoło. Nie miałem 
pojęcia,  jak  spławić  George'a.  Założył  nogę  na  nogę  i  rzeczywiście  wyglądał  tak,  jakby  za-
mierzał siedzieć do białego rana. 
    - Piękny ślub, prawda? - zagaił po chwili rozmowę. 
    - No… 
    - Chodziłem  do  szkoły  z  Buftym,  bratem  Angusa.  Wspaniały  facet.  Był  wyżej  ode  mnie, 
więc przez dwa lata musiałem mu usługiwać. Dymał mnie tak, że aż mi sperma tryskała usza-
mi. Ale w sumie była to dla mnie dobra lekcja życia. 

background image

    Carrie  wysunęła  się  na  czworakach  zza  kanapy  i  zaczęła  skradać  w  stronę  drzwi. Jeszcze 
chwila  i  udało  jej się  wymknąć  z  hallu.  Byłem  pewien,  że  zaczeka  na  mnie  gdzieś  na  scho-
dach.  Chciałem  powiedzieć,  że  poczułem  się  senny  i  idę  na  górę,  ale  bałem  się,  że  George 
ruszy za mną. Postanowiłem wstrzymać się kilka minut. 
    - A ty skąd znasz Angusa i Laurę? - zapytał George, biorąc kolejny haust whisky. 
    - Przyjaźnię  się  z  Angusem  od  studiów  -  odparłem  i  też  podniosłem  szklankę  do  ust. 
Wbrew temu, co twierdził mój rozmówca, whisky nie wydała mi się rewelacyjna. Ale nie była 
też najgorsza. 
    - A,  ze  studiów.  No,  ja  tam  uznałem,  że  studia  mi  na  nic.  Bo  jak  ktoś  chce  pracować  na 
giełdzie, to po jakie licho ślęczeć mu kilka lat nad powieściami jakiegoś Wordswortha, co? 
Mam rację? 
    - Pewnie - potwierdziłem. - Ballady Shakespeare'a też na nic by ci się nie zdały. 
    - Jasne. Wystarczy mi, że oglądam telewizję. Ziewnąłem udając, że robię się coraz bardziej 
śpiący, kiedy znów zjawił się kelner. Postawił przed George'em butelkę szkockiej i talerzyk, 
na którym leżało grube cygaro, a następnie zwrócił się do mnie. 
    - Przepraszam bardzo - zaczął - ale pańska żona prosi pana na górę. Gdyby był pan tak pij-
any, że nie pamiętałby numeru pokoju, mam przypomnieć, że zatrzymali się państwo w dwu-
nastce. 
    - Moja żona? - zdziwiłem się. 
    - Tak, proszę pana - powiedział kelner, spoglądając na mnie znacząco. 
    - A, moja żona! - zawołałem, pojmując wreszcie, o co chodzi. 
    - No,  no,  ładnie  się  schlałeś,  jeśli  zapomniałeś,  że  jesteś  żonaty!  -  zawołał  George 
rechocząc. 
    - Tak  jakby…  -  Wstałem  wolno  z  fotela  i  zacząłem  się  chwiać,  udając  pijanego.  -  Przep-
raszam, ale muszę iść na górę… Dobranoc… - wybełkotałem. 
    - Idź, idź, nie ma sprawy. - George machnął do mnie ręką. - Ja na szczęście jestem kawale-
rem,  więc  mogę  siedzieć  i  pić,  jak  długo  mam  ochotę.  Chociaż  może  poszukam  jeszcze  tej 
Amerykanki, Katie czy jak jej tam.  
   - Carrie - poprawiłem go odruchowo. - Jak w tej sztuce Dreisera. 
    - Masz rację, Carrie. Ładna bestia. I mówię ci, okropnie była na mnie napalona! - Znów za-
rechotał, mrugając do mnie porozumiewawczo. 
     
   Wyszedłem z hallu, zataczając się jakbym był pijany w sztok, bo George wciąż mógł mnie 
widzieć  przez  otwarte  drzwi.  Bałem  się,  że  w  drodze  do  schodów  natknę  się  na  kogoś  zna-
jomego, kto, widząc mnie w takim stanie, zechce odprowadzić mnie do pokoju. Nie miałem 
ochoty  nikomu  wyjaśniać,  że  wcale  nie  jestem  pijany  i  sam  świetnie  sobie  poradzę;  zresztą 
nikt by mi nie uwierzył, bo dokładnie w ten sposób tłumaczą się wszyscy pijacy. Na szczęście 
nikogo  nie  spotkałem.  Wbiegłem  szybko  na  pierwsze  piętro  i  ruszyłem  w  głąb  korytarzem, 
szukając drzwi oznaczonych numerem dwanaście. 
    Gruba,  czerwona  wykładzina  tłumiła  moje  kroki.  Kiedy  doszedłem  do  końca  korytarza, 
okazało się, że na pierwszym piętrze jest tylko dziesięć pokoi. Klnąc w duchu, wróciłem na 
schody i wszedłem piętro wyżej. 
    Wreszcie  stanąłem  zasapany  przed  właściwymi  drzwiami  i  podniosłem  rękę,  żeby  w  nie 
zastukać.  Nagle  zawahałem  się.  Nie  bardzo  wiedziałem,  co  powiedzieć,  kiedy  Carrie  mi  ot-
worzy. A może straciła nadzieję, że się zjawię i położyła się spać? Minęła dobra chwila, za-
nim zdecydowałem się leciutko zapukać. 
    Drzwi uchyliły się natychmiast, zupełnie jakby dziewczyna przy nich czekała. Ale nie ot-
worzyła ich szeroko, a tylko zrobiła szparę, przez którą wysunęła głowę. 
    - Cześć - powiedziała. 
    - Cześć. Przepraszam,  że to  tak długo trwało,  ale nie bardzo wiedziałem, jak się odczepić 
od tego nudziarza. Dzięki za pomoc. 
    - Drobiazg.  -  Wciąż  nie  otwierała  szerzej  drzwi;  patrzyła  na  mnie  przez  szparę,  jakby  nie 
mogąc się zdecydować, czy mnie wpuścić, czy nie. 

background image

    - Słuchaj, może przyczaimy się gdzieś tu na korytarzu i poczekamy, aż George, ten nudzi-
arz,  wreszcie  sobie  pójdzie,  a  wtedy  znów  zejdziemy  na  dół,  dobrze?  -  zaproponowałem  w 
końcu, przysuwając się nieco bliżej drzwi. 
    - Zwykle  nie  czaję  się  nocami  na  hotelowych  korytarzach,  ale  jest  to  jakiś  pomysł  -  po-
wiedziała. - A ty często się czaisz? 
    - Niestety,  raczej  nie  mam  pod  tym  względem  doświadczenia  -  przyznałem.  -  Ale 
najwyższy czas spróbować. 
    - Może jednak lepiej wejdź do środka, poczaimy się tu trochę razem, a potem zobaczymy… 
    Otworzyła drzwi szerzej i wpuściła mnie do pokoju. 
     
    Staliśmy naprzeciwko siebie w ciszy, która doskwierała mi coraz bardziej. Żałowałem, że 
nie  wziąłem  ze  sobą  na  górę  drinka,  bo  przynajmniej  miałbym  jakiś  rekwizyt,  I›ś,  czym 
mógłbym się zająć. Zacząłem rozglądać się po wnętrzu, szukając czegoś, co podsunęłoby mi 
temat rozmowy, ale nic  szczególnego nie rzucało mi się w oczy.  Był  to  typowy pokój  hote-
lowy, urządzony dokładnie tak samo, jak inne pokoje w prowincjonalnych angielskich hote-
lach  z  pewnymi  pretensjami  do  elegancji:  szerokie  łóżko,  stylowa  komoda,  nocny  stolik  z 
lampą przysłoniętą abażurem kremowej barwy i nieciekawy widoczek na ścianie. 
    - Palisz? - spytałem w końcu. 
    - Nie. 
    - Ja  też  nie,  a  szkoda,  bo  gdybyśmy  palili  i  gdybym  miał  przy  sobie  papierosy,  mógłbym 
cię  poczęstować,  a  potem  usiedlibyśmy  naprzeciwko  siebie  i  palili  w  milczeniu  przez  kilka 
minut, ja zaś nie czułbym, że muszę koniecznie coś powiedzieć. I może przez tych kilka mi-
nut zdołałbym wymyślić jakąś niezwykle zabawną anegdotę. A tak… - Rozłożyłem bezradnie 
ręce. - W głowie mam kompletną pustkę. Wiem tylko, że ogromnie mi się podobasz. 
    Carrie postąpiła krok bliżej. 
    - Zauważyłam,  że  nowożeńcy  nie  pocałowali  się  w  kościele,  i  wydało  mi  się  to  bardzo 
dziwne. W Ameryce nowożeńcy zawsze się całują na koniec ceremonii. 
    - Rzeczywiście, znam to z amerykańskich filmów. U was, kiedy jest już po wszystkim, pas-
tor mówi do pana młodego, że teraz może pocałować pannę młodą. Ale tu ta moda jeszcze nie 
dotarła. My, Anglicy, jesteśmy bardzo konserwatywni. 
    - Wiesz, zawsze się boję, że kiedy stanę przed ołtarzem i nadejdzie ta chwila, gdy mój świ-
eżo poślubiony małżonek będzie miał  mnie pocałować, dam  się ponieść uczuciom  i  posunę 
się za daleko. 
    - Co rozumiesz przez „za daleko"? - spytałem cicho, robiąc krok w jej stronę. 
    - Sama nie wiem…  Chyba…  -  Carrie też przysunęła się bliżej  i  musnęła mi wargami po-
liczek. - Chyba taki pocałunek byłby jak najbardziej na miejscu. 
    - Zgadzam się w zupełności. 
    Staliśmy tak blisko siebie, że czułem zapach jej perfum i ciepło bijące od jej ciała. 
    - A nie wydał ci się zbyt zimny? - zapytała z leciutkim uśmiechem. - Może taki… - pocało-
wała mnie lekko w usta -…byłby bardziej właściwy? 
    - Rzeczywiście  -  przyznałem  głosem  niewiele  donośniejszym  od  szeptu.  -  Chociaż  zbli-
żamy się niebezpiecznie do granicy, której nie należy przekraczać… 
    Mówiąc  to,  przysunąłem  usta  do  warg  Carrie,  które  rozchyliły  się  pod  naporem  moich. 
Czułem ich niewiarygodną miękkość i jakby poziomkowy smak. Wsunąłem jedną rękę w jej 
włosy, poczułem na plecach jej dłonie. 
     -…przynajmniej w kościele - dokończyłem, kiedy po dłuższym czasie przerwaliśmy poca-
łunek. 
    Zaśmiała się cicho, po czym znów zaczęła się ze mną całować. I nie zaprotestowała, kiedy 
delikatnymi ruchami począłem rozpinać jej bluzkę. 
     
   -  A  teraz…  nie  myślisz,  że  pastor  byłby  zły,  gdyby  sprawy  wymknęły  mu  się  tak  dalece 
spod kontroli? - zapytałem jakiś czas później. 
    Znów zaśmiała się cicho i tylko mocniej do mnie przytuliła. Leżeliśmy oboje nadzy na jej 
łóżku  i  właśnie  mieliśmy  zacząć  się  kochać.  Ale  ja  jeszcze  nigdy  nie  kochałem  się  z 

background image

dziewczyną  na  pierwszej  randce;  czułem  mi,-  dziwnie  nieswój,  zdenerwowany,  spięty,  i  tak 
jak wcześniej brakowało mi słów, tak teraz nie umiałem i'i/ostać mówić. 
    - Chyba byłby bardzo zły - kontynuowałem. - Coś takiego pasuje nie do zaślubin w kości-
ele,  lecz  do  miodowego  miesiąca.  A  wiesz,  dlaczego  miesiąc  miodowy  nazywa  się  mi-
odowym miesiącem? 
    - Nie - szepnęła, łaskocząc mnie w ucho. 
    - Bo  kiedyś  na  księżyc  mówiło  się  miesiąc.  Chodzi  o  to,  że  facet  po  raz  pierwszy  widzi 
tyłek swojej wybranki, który zgodnie z dawnymi kanonami urody powinien wyglądać jak mi-
esiąc, czyli księżyc, w pełni. A „miodowy" dlatego, że jest to bardzo słodki widok. 
    - Zabawny jesteś - powiedziała Carrie. -  I bardzo cię lubię, wiesz? Ale teraz nie mów już 
nic więcej, dobrze? 
    I uciszyła mnie, obejmując mocno i wsuwając mi język między wargi. 
     
   Obudził  mnie  zgrzyt  zaciąganego  zamka  błyskawicznego.  Kiedy  wolno  otworzyłem  oczy, 
zobaczyłem Carrie, która w pełni ubrana, właśnie kończyła dopinać torbę podróżną. W poran-
nych  promieniach  słońca  wpadających  przez  okno  wyglądała  jeszcze  piękniej  niż  wczoraj. 
Patrzyłem na nią przez chwilę, nadal otumaniony snem, nie bardzo wiedząc, co się dzieje. 
    - Dlaczego się pakujesz? - spytałem w końcu, przecierając oczy wierzchem dłoni i unosząc 
się nieco w pościeli. 
    - Muszę jechać - odparła. 
    - Dokąd? 
    - Do Ameryki. O drugiej mam samolot. 
    - To istna tragedia! - zawołałem, teatralnym gestem wyrzucając w górę ramiona i opadając 
z powrotem na poduszki. 
    - Zanim wyjadę, chcę cię spytać o jedno: uważasz, że kiedy najlepiej ogłosić zaręczyny? 
    Poczułem się tak, jakby wylała na mnie kubeł zimnej wody. 
    - Czyje zaręczyny? - spytałem niepewnie. 
    - Jak to czyje? - zdziwiła się. - Nasze! Przecież przespaliśmy się ze sobą, więc chyba mam 
prawo oczekiwać, że się ze mną ożenisz. Chyba… chyba nie zamierzałeś mnie wykorzystać i 
porzucić? 
    Zgłupiałem. I poczułem, jak lodowate ciarki przechodzą mi po grzbiecie. Tej ślicznej dzi-
ewczynie naprawdę odbiło! Jak jej wytłumaczyć, że nie zamierzałem się z nią żenić? Podoba-
ła mi się, poszedłem z nią do łóżka i fakt, było nam cudownie, kiedyśmy się kochali, ale bez 
przesady;  to  jeszcze  nie  powód,  żeby  się  od  razu  żenić!  Poza  tym  zawsze  myślałem,  że 
Amerykanie  są  bardziej  wyzwoleni  od  nas,  ale  może  -  przemknęło  mi  przez  głowę  -  Carrie 
należy do amiszów czy jakiejś innej zwariowanej staromodnej sekty? 
    - Słuchaj,  małżeństwo  to  poważny  krok  -  zacząłem,  siląc  się  na  spokojny  ton,  choć 
wszystko we mnie wrzało. - Trzeba się poważnie zastanowić, żeby nie popełnić błędu. Znamy 
się bardzo krótko, więc… - Podniosłem na nią wzrok i zobaczyłem, że uśmiecha się od ucha 
do ucha. Dopiero wtedy przejrzałem na oczy. - Żartowałaś! - zawołałem. 
    Skinęła głową i roześmiała się w głos. 
    - O Boże! Przez moment myślałem, że jakimś cudem znalazłem się w Fatalnym zaurocze-
niu
, wiesz, tym filmie z Glenn Close i Michaelem Douglasem. I że jak wrócę do domu, okaże 
się, że wsadziłaś do pieca mojego ukochanego królika… 
    - Nic się nie bój - powiedziała. - Chociaż bardzo możliwe, że oboje marnujemy w tym mo-
mencie wyjątkową szansę. Cześć! 
    Mrugnęła do mnie, wzięła torbę i  wyszła z pokoju.  Miałem ochotę za nią biec, ale po pi-
erwsze, nie lubię uganiać się nago za dziewczynami po hotelowych korytarzach, a po drugie, 
nie bardzo wiedziałem, co jej powiedzieć. To, że było nam razem świetnie, wiedziała sama. 
    Opuściłem głowę na poduszkę, przekręciłem się na bok i po chwili zapadłem w błogi sen. 
     

II. 

 

TRZY MIESIĄCE PÓŹNIEJ 

 

background image

    Nie ma dwóch zdań, że facet, który wynalazł budziki, od dawna smaży się w piekle. I dobr-
ze mu tak; myślę, że na niczyją głowę nie sypie się co rano tyle przekleństw. Kiedyś, zaintry-
gowany kim był ten gość  - jakimś pomylonym  wynalazcą, któremu zdawało się, że zostanie 
dobroczyńcą  ludzkości  -  postanowiłem  dowiedzieć  się  o  nim  czegoś  więcej  i  sięgnąłem  do 
encyklopedii.  Okazało  się  jednak,  że  nie  wiadomo,  kto  pierwszy  skonstruował  budzik  -  czy 
też  „budzidło",  bo  tak  zwano  wcześniej  to  diabelskie  urządzenie  -  w  tej  postaci,  w  jakiej 
znamy go obecnie. Zaczęło się całkiem niewinnie od repetierów, czyli niedużych zegarków, 
które za naciśnięciem sprężyny wybijały godziny, a nawet kwadranse lub minuty. Chodziło o 
to, żeby można było sprawdzić godzinę po ciemku bez rozniecania ognia za pomocą krzemi-
enia i krzesiwa, bowiem zapałek wówczas jeszcze nie wynaleziono. 
    Ale  prawdziwym  prekursorem  budzika  była  po  prostu  dzwonnica.  Zanim  wymyślono  ze-
gary mechaniczne, do odmierzania czasu służyły zegary słoneczne i klepsydry na piasek albo 
wodę. Starożytnym było właściwie wszystko jedno, jaka akurat jest pora; w Grecji i Rzymie 
dzielono zresztą dzień i noc na dwanaście godzin każde, licząc od wschodu do zachodu słoń-
ca, tak więc latem godziny były  dłuższe, a zimą krótsze.  I słusznie, bo zimą najprzyjemniej 
jest długo sypiać. 
    Dopiero chrześcijańskie średniowiecze dostało hopla na punkcie punktualności. Zaczęło się 
od wprowadzenia kanonicznych pór modlitw. Specjalnie wyznaczony mnich dyżurował przy 
klepsydrze, po czym o piątej rano biegł do dzwonnicy i ciągnął za sznury, stawiając na nogi 
całą okolicę. Ale ponieważ klepsydry były dość niedokładnymi urządzeniami do pomiaru cza-
su, godziny wypadały w każdym kościele o nieco innej porze; na przykład w Paryżu dzwony 
przez cały dzień biły co kilka minut. Król Francji Karol V, któremu nie dawały rano spać, tak 
się w końcu zirytował, że w 1370 roku zainstalował na swoim pałacu jeden z pierwszych ze-
garów mechanicznych i rozkazał, aby zsynchronizowano z nim wszystkie inne zegary oraz bi-
cie  dzwonów.  Odtąd  o  piątej  budziła  króla  straszliwa  kakofonia,  lecz  mógł  przynajmniej 
wsadzić głowę pod poduszkę i po chwili zasnąć z powrotem. Nic dziwnego, że przeszedł do 
historii jako Karol Mądry. 
    Budzik  ma  jednak  tę  wyższość  nad  kościelnymi  dzwonami,  że  można  go  po  prostu 
wyłączyć.  Jak  już  mówiłem,  z  biegiem  lat  nabrałem  takiej  wprawy,  że  wyłączam  go  przez 
sen, gdy tylko zaczyna terkotać. Oczywiście, nie czynię tego świadomie; to podświadomość - 
w trosce o moje zdrowie i urodę, bo podobno sen jest dla nich najważniejszy - pilnuje, żebym 
się dobrze wysypiał. Tak jak wszystkich śpiochów spotykają mnie z tego powodu nieprzyj-
emności w pracy; mam za to szansę być w przyszłości całkiem dziarskim i przystojnym sta-
ruszkiem.  Chyba  że  wcześniej  wpadnę  pod  samochód…  Bo  choć podświadomość  nauczyła 
się już wygrywać z budzikiem, z rozpędzonym samochodem nadal nie ma szans. Może z bra-
ku doświadczenia? W końcu budzik  nastawiamy codziennie, a pod samochód na ogół  wpa-
damy raz. I to też nie wszyscy, zaledwie niewielki procent… 
    - O kurwa! - zawołałem, kiedy wreszcie obudziłem się sam i spojrzałem na tarczę. 
    Było dwadzieścia po dziesiątej, a o jedenastej mieliśmy być ze Scarlett na ślubie! 
    Zerwałem  się  z łóżka  i  od  razu  w  piżamie  pognałem  budzić  Scarlett.  Pchnąłem  na  oścież 
drzwi jej pokoju, wpadłem do środka i stanąłem jak wryty. Nie dbam specjalnie o porządek, 
ale bałagan, jaki panuje u Scarlett, zaskakuje mnie za każdym razem, kiedy do niej wchodzę. 
Na  podłodze  piętrzyły  się  rzucone  byle  jak  na  stos  sukienki,  bluzki,  bielizna  i  pończochy; 
obok poniewierały się płyty, gazety, pisma, brudne talerze, szklanki, a nawet ogryzki. Nadep-
nąłem  niechcący  na  leżącą  na  mojej  drodze  maskotkę,  pluszowego  pieska,  który  zapiszczał 
tak głośno, że aż podskoczyłem. Hałas zbudził Scarlett; oderwała głowę  od poduszki,  prze-
cierając zaspane i zalepione maskarą oczy. 
    - Co… co się stało? - zapytała niemrawo. 
    - Jak to co?! Spójrz na zegarek, na miłość boską! - zawołałem. 
    Scarlett wyciągnęła w bok rękę, wzięła ze stolika nocnego wielki różowy budzik z myszką 
Miki na tarczy i podsunęła go sobie pod nos. 
    - O kurwa! - zawołała, gwałtownie siadając na łóżku. - Spóźnimy się na ślub! 
    - Zdążymy, jeśli się pospieszysz - powiedziałem. - Ja wskakuję pod prysznic, a ty wstawaj! 
     
    

background image

    Ogoliłem się najszybciej, jak umiałem, po czym wziąłem gorący prysznic i owinąwszy się 
ręcznikiem,  wybiegłem  mokry  z  łazienki,    żeby  Scariett  też  mogła  się  wykąpać.  Dopiero  w 
pokoju wytarłem się do sucha, po czym włożyłem czyste gatki i skarpetki, a następnie białą 
koszulę  i  szarą  kamizelkę.  Zawiązałem  pod  szyją  ciemny  krawat  w  pomarańczowe    koła, 
wciągnąłem spodnie i z frakiem przerzuconym przez ramię przeszedłem do kuchni.  
     Znad    opiekacza  unosiły  się  gęste  kłęby  dymu.  Najwyraźniej  Scarrlet  wsunęła  do  niego 
kromkę  pieczywa  ,  zanim  pobiegła  się  umyć  Wyłączyłem  urządzenie,  wyjąłem  spaloną 
grzankę,  po czym nalałem sobie szklankę soku pomarańczowego z dzbanka stojącego w lo-
dówce. Zwykle wolę z rana kawę, ale tym razem nie było czasu na parzenie.  
   -  Tost  ci  sie  spalił  -    powiedziałem  do  Scariett,  kiedy  otulona  szlafrokiem  zjawiła  się  w 
kuchni. 
    - Nie  szkodzi - oznajmiła. - Ostatnio czytałam,  że węgiel jest bardzo zdrowy.  
    Posmarowała czarną kromkę grubą warstwą dżemu zajadać z wielkim apetytem. Ja tymcza-
sem dopiłem sok spojrzałem na zegarek. 
    - Za  kwadrans jedenasta. Nie jest źle, mamy jeszcze kupę czasu! 
    - Dobrze ci. mówić! - zawołała Scariett. - Ale ja jestem druhną! Muszę być punktualnie!  
    Cisnęła do ziewu napoczętą grzankę i pognała się ubrać. 
   
   Dosłownie  dwie  minuty  później  wybiegliśmy  przez  frontowe  drzwi.  Ja  wkładałem  po 
drodze frak, a Scarrlett długą, falbaniastą suknię z atłasu w brzoskwiniowym kolorze; panna 
młoda bowiem zażyczyła sobie, żeby druhny wystąpiły w kreacjach jej ulubionej barwy. 
    - Bierzemy taksówkę, czy jedziemy moim wozem? - zapytała w biegu Scariett; wiedziała, 
że nie możemy jechać volvo, bo właśnie po raz kolejny stało w warsztacie. 
    - Taksówkę - zadecydowałem. - Nie ma sensu tracić czasu na szukanie miejsca do parko-
wania. 
    Zaczęliśmy  się  rozglądać  nerwowo  po  naszej  bądź  co  bądź  ruchliwej  ulicy,  ale  nie  mog-
liśmy wypatrzyć ani jednej wolnej taksówki. 
    - Lepiej jedźmy twoim wozem - postanowiłem w końcu. 
    Rzuciliśmy się pędem w stronę mini coopera, ale już z daleka dojrzeliśmy wielką żółtą blo-
kadę na przednim kole od strony chodnika. Scariett nie zapłaciła dwóch mandatów pod rząd 
za złe parkowanie, więc służba drogowa najwyraźniej uziemiła ją na dobre. Prawdziwy pech! 
    - O kurwa! - zawołaliśmy oboje, zatrzymując się obok wozu. 
    - W tył zwrot i biegiem do kościoła! - zakomenderowałem po chwili. - Nie ma sensu tracić 
czasu na łapanie taksówki, bo spóźnimy się na pewno! 
    Scariett skinęła głową, podkasała brzoskwiniową suknię i ruszyła ulicą takim sprintem, że 
musiałem  bardzo  szybko  przebierać  nogami,  żeby  dotrzymać  jej  tempa.  Pędziliśmy  ile  tchu 
przez miasto, przebiegając jezdnie na czerwonych światłach i bynajmniej nie przejmując się 
trąbieniem  rozzłoszczonych  kierowców,  którzy  musieli  hamować,  żeby  nas  nie  rozjechać. 
Przed  samym  kościołem  przegoniliśmy  parę  biegaczy  w  dresach;  musieliśmy  stanowić 
niecodzienny widok, pędząc tak na złamanie karku w eleganckich strojach, bo ludzie stawali i 
gapili  się  na  nas  W  pewnym  momencie  od  sukni  Scarlett  odpadł  kawa!  materiału;  chciałem 
zatrzymać się i go podnieść, ale mnie powstrzymała. 
    - Mie warto!  - zawołała zasapana. - Ta kiecka jest taka obszerna, nikt nie zauważy, że cze-
goś jej brak! 
    Wreszcie,  spoceni  i  zziajani,  dobiegliśmy  do  kościoła,  akurat  w  chwili,  kiedy  dzwony  na 
wieży  zaczęły  wybijać  jedenastą.  Na  ulicy  stała  elegancka  limuzyna,  z  której  właśnie 
wysiadała  panna  młoda.  Scarlett  pomknęła  w  jej  stronę,  żeby  towarzyszyć  jej  podczas 
uroczystego wejścia do kościoła, ja zaś wbiegłem szybko po schodach, biorąc po dwa stopnie 
naraz, i wpadłem do środka dostojnej świątyni przez szeroko otwarte, bogato rzeźbione drzwi. 
    Zatrzymałem  się  za  progiem,  zdumiony  przepychem  wnętrza,  liczbą  obrazów,  rzeźb,  zło-
ceń, lichtarzy i świec. Rzadko bywam w katolickich kościołach, a świątynie anglikańskie są 
znacznie ubożej wyposażone. W końcu ruszyłem główną nawą w stronę ołtarza, rozglądając 
się dyskretnie na boki. Kiedy ujrzałem w jednej ławce Fionę i Garetha, a w rzędzie przed nimi 
Matthewa i Davida, podszedłem i stanąłem obok brata. 

background image

    Nie rozumiem,  jak  to  się dzieje, że oni  zawsze zjawiają się punktualnie, a ja i  Scarlett  za 
każdym razem się spóźniamy. 
    - Cześć  -  powiedziałem,  obracając  się  do  Fiony  i  Garetha.  -  Gdyby  nie  te  cholerne  korki, 
bylibyśmy ze Scarlett przed wami! 
    Popatrzyli na mnie z niedowierzaniem, a potem parsknęli śmiechem. 
    - No dobra, śmiejcie się, śmiejcie. Ale przypomnijcie mi, kto się dziś żeni - poprosiłem. 
    Znów parsknęli śmiechem. 
    W ostatnim czasie tyle znajomych par decydowało się stanąć na ślubnym kobiercu, że nap-
rawdę łatwo się było pomylić, kto się akurat pobiera. Wiedziałem jednak znakomicie, że za-
raz odbędzie się ślub Bernarda, przyjaciela Toma, oraz Lydii, pulchnej, błękitnookiej szatyn-
ki, która była druhną Laury, kiedy ta na początku maja wychodziła za Angusa. Lydia i Ber-
nard  widywali  się  regularnie  od  wesela  Angusa  i  Laury  i  w  końcu  również  postanowili  się 
pobrać.  Jak  się  Bernard  zwierzył  Tomowi,  nawet  mu  się  nie  śniło,  że istnieją  dziewczyny  o 
tak gorącym temperamencie jak Lydia. Podobno po powrocie do Londynu z wesela w Stoke 
Clandon przez trzy dni i trzy noce w ogóle nie wstawali z łóżka. Bernard twierdził, że jeszcze 
nie było mu tak dobrze z żadną dziewczyną, a i Lydia też uważała - jak mówiła mi Fiona - że 
jeśli chodzi o seks, są po prostu stworzeni dla siebie. W głowie mi się nie mieściło, że akurat 
w tej dwójce drzemią aż tak silne namiętności! 
    Spojrzałem  w  stronę  ołtarza.  Trochę  w  lewo  od  niego  stał  młody  ksiądz  w  krzywo  nało-
żonym  ornacie.  To  zerkał  w  mszał,  to  poruszał  nerwowo  ustami,  jakby  w  ostatniej  chwili 
uczył  się  na  pamięć  tekstu  mszy.  Kiedy  przyjrzałem  mu  się  bliżej,  rozpoznałem  Geralda, 
księdza, z którym Fiona rozmawiała na weselu Angusa i Laury. Powiedział jej wtedy, że do-
piero niedawno został wyświęcony i jeszcze nie udzielał ślubów. Widocznie nauczył się to ro-
bić w ciągu trzech miesięcy, jakie minęły od tamtego dnia, pomyślałem. W końcu nie powier-
zono by tak eleganckiego ślubu jakiemuś nowicjuszowi, żeby spartaczył robotę. Tym bardzi-
ej, że na rzeźbionej ławie ciągnącej się wzdłuż ściany kościoła po prawej stronie prezbiterium 
ujrzałem kardynała i dwóch biskupów, zapewne krewnych panny młodej albo pana młodego. 
   W tym momencie zamachał do mnie Tom, który stał nieco za Bernardem w pobliżu ołtarza. 
Przypomniałem sobie, jak mi mówił z dumą, że Bernard poprosił go, by został jego drużbą. 
    Tom był zachwycony swoją rolą. Najpierw wskazał ręką na nową fryzurę (nie był to całki-
em tak modny wśród nastolatków indiański czub, ale prawie), potem poklepał się po kieszon-
ce  kamizelki,  wyjął  z  niej  dwie  obrączki  i  mi  je  pokazał.  Pokiwałem  z  aprobatą  głową,  a 
wtedy Tom schował obrączki i podniósł do góry oba kciuki. Duma go wręcz rozsadzała. 
    Rozległy  się  pierwsze  tony  „Wjazdu  królowej  Saby"  Handla  i  do  kościoła  wkroczyła 
Lydia,  prowadzona  przez  ojca,  dystyngowanego,  siwego  starszego  pana.  Miała  na  sobie  ni-
ewiarygodnie bogato zdobioną koronkową białą suknię, z dziesięć razy bardziej obszerną niż 
brzoskwiniowe  kreacje  Scarlett  i  drugiej  dorosłej  druhny,  które  szły  o  krok  z  tyłu.  Oprócz 
nich  za  panną  młodą  postępowały  dwie  dziewczynki  w  wieku  siedmiu,  ośmiu  lat,  też  w 
brzoskwiniowych sukniach, oraz dwóch małych paziów, którzy nieśli tren sukni Lydii. Kiedy 
niewielki pochód doszedł powoli do ławki, w której stałem, posłałem Scarlett przyjazny uśmi-
ech.  Bądź co bądź jej występ w roli druhny na ślubie arystokratycznej  Lydii był znacznym 
sukcesem towarzyskim. 
    Jednak cały efekt psuł widok sukni Scarlett od tyłu. Myliła się bowiem mówiąc, że nie war-
to podnosić z ziemi kawałka materiału, który odpadł od sukni podczas naszego szalonego bi-
egu. Wbrew temu, co sądziła, jego brak był aż nadto widoczny: miała z tyłu nie zamierzony 
dekolt, który odsłaniał nie tylko całe plecy, ale również górną połowę majtek, błękitnych jak 
niebo w pogodny letni dzień. 
    Kiedy pochód doszedł do końca nawy, Lydia zatrzymała się u boku Bernarda, a jej ojciec 
cofnął się i usiadł w najbliższej ławce. Bernard popatrzył na swoją wybrankę z taką miłością i 
pożądaniem, że na serio się przeraziłem, czy zaraz nie rzuci się na nią na oczach całego zgro-
madzenia.  Sądząc  po  sposobie,  w  jaki  Lydia  na  niego  patrzyła,  wiedziałem,  że  ona  również 
ledwo się powstrzymuje. Pierwszy raz widziałem parę narzeczonych obrzucających się aż tak 
namiętnymi  spojrzeniami;  pasowali  mi  nie  tyle  do  szacownego  obrządku  w  chrześcijańskiej 
świątyni, co do pogańskich Saturnalii. 

background image

    Kiedy  państwo  młodzi  uklękli  przed  ołtarzem,  muzyka  organowa  na  moment  ucichła,  po 
czym znów rozbrzmiała. Kapłan zaintonował hymn, który podjęła tylko część zebranych. Wi-
ększość obecnych była wyznania anglikańskiego, więc nie znała słów i wolała milczeć. Jeden 
Gareth, choć też nie znał hymnu, włączał się z entuzjazmem i śpiewał dudniącym basem, ilek-
roć domyślał się dalszych słów pieśni. Widziałem, jak dwaj biskupi z aprobatą patrzą w naszą 
stronę. Najwyraźniej doceniali jego wysiłki. 
    - W Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego - powiedział ksiądz Gerald drżącym głosem, kiedy 
hymn dobiegł końca. - Amen. 
    - Amen - powtórzyli chóralnie zebrani; tyle umieli wszyscy. 
    - Kochani  bracia  i  siostry,  mód-mód-módlmy  się  -  kontynuował  wyraźnie  zdenerwowany 
kapłan. - Boże, Tyś pouczył ser-serca wiernych świa-światłem Druha… przepraszam, Ducha-
Świętego: daj nam w tymże Zuchu… przepraszam, Duchu-poznać, co jest pra-pra-prawe i po-
pociechą Jego zawsze się weselić. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen. 
    - To jego pierwszy ślub - szepnął do mnie Matthew. - Jest kuzynem Lydii. 
    - Rozumiem - powiedziałem, kiwając głową.  
    Spojrzałem za siebie na Garetha, który uśmiechał się od ucha do ucha, najwyraźniej ubawi-
ony kłopotami księdza. Mrugnął do mnie wesoło, kiedy zobaczył, że na niego patrzę. 
    Ksiądz Gerald zwrócił się tymczasem do Bernarda: 
    - Bernardzie Godfreyu… 
    - Geoffreyu… - poprawił go szeptem Bernard. 
    - Bernardzie Geoffreyu Belaney… 
    - Delaney… - szepnął  Bernard. 
    - Bernardzie  Geoffreyu  Delaney…  -  wyrecytował  ksiądz  i  zerknął  pytająco  na  Bernarda, 
żeby się upewnić, czy znów czegoś nie przekręcił. Gdy ten skinął głową, kapłan mówił dalej: 
- Czy masz dobrą i nieprzymuszoną wolę tę Libię John Hibbott, którą tu przed sobą widzisz, 
za małżonkę sobie pojąć? 
    Bernard spojrzał na Lydię i zawahał się, bo przecież chciał się ożenić z nią, a nie z północ-
noafrykańskim państwem bogatym w ropę naftową albo z jakimś Johnem. 
    - Mam, ale Lydię Jane Hibbott - odparł w końcu.  
    Kapłan  kiwnął  głową,  po  czym  zwrócił  się  do  Lydii  z  podobnym  pytaniem,  na  wszelki 
wypadek ograniczając się tylko do podania pierwszych imion obojga zainteresowanych: 
    - Lydio, czy masz dobrą i nieprzymuszoną wolę tego Bernardyna… 
    Gareth zarechotał głośno, więc ksiądz spojrzał zdziwiony w naszą stronę, ale mówił dalej, 
nie zorientowawszy się, o co chodzi. 
     -…którego tu przed sobą widzisz, za małżonka sobie pojąć? 
    - Mam - powiedziała Lydia. 
    - Bóg wszechmogący niech wam u-udzieli Swej laski… przepraszam, łaski, aby to, co u-u-
usty wypowiadać będziecie, było zasadą całego życia waszego - wydukał ksiądz. 
    - Amen - powiedzieli obecni. 
    I  tak  to  mniej  więcej  szło  przez  całą  ceremonię.  Ksiądz,  czerwony  na  twarzy  jak  burak, 
jąkał się i co rusz mylił ze zdenerwowania, zarówno kiedy błogosławił obrączki, jak i kiedy 
wkładał je na palce oblubieńców. Ostatecznie jednak Bernard i Lydia powtórzyli za nim sło-
wa przysięgi małżeńskiej, ksiądz odmówił jeszcze jakąś modlitwę, odśpiewano jeszcze jeden 
hymn i wreszcie było po wszystkim. 
    Ogromnie współczułem młodemu kapłanowi; na jego miejscu najchętniej zapadłbym się ze 
wstydu pod ziemię, ale on sam był wyraźnie z siebie zadowolony. Może się biedak wcześniej 
bał,  że  pójdzie  mu  jeszcze  gorzej?  A  może  poczuł  ulgę,  że  jednak  zdołał  jakoś  dobrnąć  do 
końca ceremonii i ma ją już za sobą? W każdym razie uśmiechnął się szeroko i ukłonił wi-
ernym, niczym aktor na scenie. 
    Gareth  natychmiast  zaczął  klaskać,  a  inni  najpierw  ociągali  się  chwilę,  a  potem  poszli  w 
jego ślady. Ksiądz znów się ukłonił, Bernard i Lydia również, my zaś wstaliśmy z miejsc i bi-
liśmy brawo jak szaleni. Należało im się! 
     
    Przyjęcie weselne odbywało się w „Holbein Hotel", jednym z najelegantszych londyńskich 
hoteli  wynajętym  w  całości  przez  rodziców  Lydii  na  tę  uroczystą  okazję.  Scarlett,  Fiona, 

background image

Tom,  Gareth,  Matthew,  David  i  ja  dojechaliśmy  na  miejsce  land  roverem  Toma,  który 
zostawiliśmy na parkingu, specjalnie zarezerwowanym dla gości młodej pary.  
  Weszliśmy razem do obszernego hallu, gdzie na dużym stole przybyli wcześniej goście kład-
li właśnie prezenty. Rozpoznałem wsród nich George'a, łysego i otyłego nudziarza, który na 
ślubie    Angusa  i  Laury  chciał  ze  mną  pic  do  rana  w  "Szczęśliwym  żeglarzu".  Skinął  mi 
głową,  postawił  na  stole  okazały  pakunek  owinięty  papierem  firmowym  jednego  z  najd-
roższych londyńskich sklepów po czym poszedł dalej szerokim korytarzem. Ja na śmierć za-
pomniałem o prezencie, więc nie położyłem nic, natomiast moi przyjaciele zostawili na stole 
niewielkie upominki. Już ruszaliśmy dalej, kiedy nagle Otretb cofnął się i zamienił wizytówki 
na swoim prezencie i George'a. 
    - Ciekawe, co teraz dostaną ode mnie - powiedział rechocząc. - Bo wiem, co od tego nadę-
tego bubka: szklaną popielniczkę!  
    Pognał przed siebie. 
    - Wiesz, Gareth bardzo często to robi - rzekł do mnie konfidencjonalnie Matthew. - I potem 
śmieje się w kułak, szczęśliwy jak dziecko, któremu udało się spłatać dobrego figla, kiedy no-
wożeńcy dzwonią podziękować mu za wspaniały prezent! 
    W następnej sali rodzice państwa młodych witali gości i przyjmowali życzenia. Kiedy usta-
wiliśmy się w kolejce, podszedł do nas odziany w czerwony frak mistrz ceremonii i każdego z 
osobna poinformował dyskretnie, że lord Hibbott jest ciut głuchawy. 
    Szkopuł  w  tym,  że  uznał,  iż  wszyscy  wiemy,  który  z  dwóch  starszych  panów  jest  ojcem 
Lydii.  I  fakt,  mogliśmy  to  zapamiętać  z  kościoła,  bo  w  końcu  tylko  jeden  z  nich  prowadził 
pannę  młodą  do  ołtarza.  Ja  zapamiętałem,  ale  Matthew  i  Gareth  najwyraźniej  nie.  Albo 
patrzyli  wyłącznie  na  Lydię,  albo  byli  zajęci  czym  innym.  W  każdym  razie  podchodząc  do 
stojącego na początku powitalnego szeregu ojca Bernarda, sir Johna Delaney, Matthew od ra-
zu podniósł głos. 
    - WSPANIAŁY ŚLUB! OGROMNIE MI SIĘ PODOBAŁ! - zawołał. 
    - Dziękuję - odpowiedział zdziwiony starszy pan. Po chwili podszedł do niego Gareth. 
    - BRAWO! CZUŁEM SIĘ JAK W NIEBIE! - ryknął. 
    - Cieszę się - rzekł starszy pan, patrząc na niego takim wzrokiem, jakby miał do czynienia z 
wariatem. 
    Matthew przesunął się już do ojca Lydii. 
    - Kościół wyglądał przepięknie - powiedział. 
    - Prawda? Też tak uważam. Krawiec spisał się na medal - rzekł lord Hibbott. 
    - Pański syn to bardzo przystojny młodzieniec - pogratulował mu z kolei Gareth. 
    - Też…  też  lubię  śledzie  w  śmietanie  -  powiedział  niepewnie  lord  Hibbott,  posyłając 
wściekłe  spojrzenie  w  stronę  mistrza  ceremonii,  zły,  że  nie  uprzedza  gości,  iż  mają  mówić 
nieco głośniej. 
    Stałem  z  Fioną  i  Scarlett  z  boku,  skręcając  się  ze  śmiechu,  gdy  wtem  do  ojca  Bernarda 
podszedł ksiądz Gerald. Biorąc przykład z Matthewa i Garetha, również wytężył płuca: 
    - NA PEWNO JEST PAN OGROMNIE SZCZĘŚLIWY! 
    Starszy pan w końcu nie wytrzymał. 
    - PROSZĘ  SOBIE  NIE  STROIĆ  ZE  MNIE  GŁUPICH  ŻARTÓW  I  NIE  KRZYCZEĆ!  - 
wrzasnął.  -  WYPRASZAM  SOBIE!  ŻE  TEŻ  KSIĘDZA  TRZYMAJĄ  SIĘ  TAKIE  KA-
WAŁY! 
    Ksiądz Gerald zbaraniał. 
    - Prze-przepraszam bardzo… - wydukał. - Naj-najmocniej przepraszam… 
    Na  sali,  w  której  odbywała  się  pierwsza  część  przyjęcia,  było  pełno  gości.  Największy 
ścisk panował wokół uśmiechniętych nowożeńców, do których wszyscy chcieli się dopchać, 
żeby złożyć im życzenia. Wzięliśmy z Matthewem i Garethem po kieliszku szampana z tac 
roznoszonych przez kelnerów i stanęliśmy nieco z boku. 
    - Mam nową teorię na temat tego, dlaczego ludzie się pobierają - oświadczył Gareth. - Za-
kochują się i zamieszkują razem, po czym pewnego pięknego dnia nagle łapią się na tym, że 
nie mają sobie nic więcej do powiedzenia. Wpadają w okropną panikę, aż w końcu facetowi 
przychodzi do głowy, że z kryzysu jest tylko jedno wyjście. 
    - Jakie? - zapytałem. 

background image

    - Oświadczyć się swojej partnerce. 
    - Jak to? - zdziwił się Matthew. 
    - Proste jak drut! Pobiorą się, urządzą wspaniałe wesele i odtąd będą mieli o czym rozma-
wiać przez długie lata. - Gareth uśmiechnął się szeroko i pociągnął kolejny łyk szampana, po 
czym  zwrócił  się  do  Toma,  który  akurat  przechodził  obok:  -  Jak  tam  twoje  przemówienie, 
Tom? 
    Nasz przyjaciel zmrużył z zadowoleniem oczy. 
    - Chyba  wypadnie  świetnie  -  oznajmił,  podnosząc  do  góry  oba  kciuki.  -  Pisałem  je  pół 
nocy; powinno zarówno wzruszyć, jak i rozbawić słuchaczy. 
    - No to brawo! - pochwalił go Gareth. 
    Tom poszedł dalej, kierując się w stronę nowożeńców, a my wróciliśmy do przerwanej roz-
mowy. 
    - Ciekawa teoria, Gareth - powiedziałem. - I jeśli masz rację, to im wystawniejsze wesele, 
tym lepiej. 
    - Mowa! O takim jak dzisiejsze można gadać do końca życia. 
    - Istnieje  co  prawda  i  inna  teoria,  a  mianowicie,  że  ludzie  pobierają  się  z  miłości  -  rzekł 
Matthew. - Nie uważacie, że jest bardziej prawdopodobna? 
    - Nie! - Gareth i ja krzyknęliśmy zgodnie. 
    - Jeśli  dwoje  ludzi  się  kocha,  wcale  nie  muszą  się  pobierać  -  dodałem.  -  Na  co  komu  pa-
pierek? 
    - Charles ma rację - poparł mnie Gareth. - Żyjemy przecież w końcówce dwudziestego wi-
eku; w naszych czasach prawdziwa miłość absolutnie nie wymaga oficjalnego potwierdzenia 
w kościele, synagodze czy urzędzie stanu cywilnego. Jeżeli ludzie się kochają, mogą po pros-
tu z«e sobą mieszkać, jak my dwaj. - Poklepał przyjaźnie Nvlatthewa po ramieniu. - I dotyczy 
to  w  równej  mierze  tych  jakże  dziwnych  dla  mnie  par  złożonych  z  przedstawicieli  odmien-
nych płci! 
    Parsknąłem śmiechem, po czym opróżniłem kieliszek. 
    - Ruszam do baru po coś do picia - oznajmiłem. - Warn też przynieść? 
    - Dla mnie koniak, tylko dobry - rzekł Gareth. 
    - Wątpię, żeby na tym weselu podawano młodszy niż piętnastoletni - powiedział Matthew. 
- Więc ja też poproszę koniak. 
    Skiinąłem głową i zacząłem przedzierać się przez tłum w stronę baru. Kiedy tam dotarłem, 
okazało  się,  że  po  drinka  ustawiła  się  już  kolejka.  Zająłem  miejsce  na  końcu  i  zacząłem 
przysłuchiwać się rozmowie, jaką prowadzili stojąccy nie opodal Scarlett i ksiądz Gerald. 
    -…nie, nie, poszło ci znakomicie! - Scarlett najwyraźniej rozwiewała wątpliwości księdza 
co do tego, jak się spisał, udzielając pierwszego w swoim życiu ślubu. 
    - W takim razie cieszę się ogromnie, bo bałem się, że mogłem coś popsuć - powiedział kap-
łan, skromnie spuszczając oczy. 
    - No, wiesz, stary, może i co nieco sknociłeś, ale nie przejmuj się! Zwykle nudzę się na ślu-
bach jak mops, a tym razem porządnie się ubawiłam - oświadczyła Scarlett. - Chcę cię jednak 
spytać o coś z zupełnie innej beczki. Ksiądz katolicki to mniej więcej to samo co pastor, tyle 
że nie wolno wam się żenić, tak? 
    - Tak, mniej więcej - potwierdził Gerald. 
    - No dobra, rozumiem, że nie wolno wam się ochajtnąć z żadną babką, ale co z seksem jako 
takim? No, wiesz, czy wolno wam się… 
    - Nie - odparł szybko ksiądz. 
    - Szkoda. Tak też sądziłam, ale pomyślałam sobie, że nie szkodzi zapytać. Bo gdybyś jed-
nak mógł, no, to wiesz, moglibyśmy się kiedyś umówić. 
    - Niestety. - Gerald pokręcił głową. - Naprawdę mi nie wolno… 
    Nie wiem, jaki przebieg miała ich dalsza rozmowa, bo akurat w tym momencie doszedłem 
do baru. 
    - Poproszę trzy koniaki - powiedziałem do jednego z czterech uwijających się za kontuarem 
barmanów. 
    - Jakie, proszę pana? - zapytał grzecznie. 

background image

    - Hmm. Zacznijmy od „B". Balluet, Barlaam, Bellabre, Bergier, Bouron, Boutinet… Macie 
któryś? 
    Barman popatrzył na mnie z szacunkiem. Cóż, może nie zawsze stać mnie na najlepsze ko-
niaki, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żebym się znał na trunkach. 
    - Przykro mi, proszę pana - rzekł potrząsając głową. - Jest tylko Camus, Courvoisier, Hen-
nessy, Martell i Remy Martin. 
    - Niech będzie Remy Martin - zadecydowałem. 
    Kiedy brałem trzy pękate kieliszki, które barman postawił przede mną, nagle ktoś dotknął 
mojego ramienia. Obejrzałem się i zobaczyłem Carrie. 
    - Cześć - powiedziała uśmiechając się. 
    - Cześć! 
    Nie widziałem jej, odkąd trzy miesiące temu zostawiła mnie rano w „Szczęśliwym żeglar-
zu", żeby wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Była jeszcze piękniejsza, niż pamiętałem. 
    - Co u ciebie? - zapytała. 
    - Wszystko świetnie! Nie było cię w kościele, prawda? 
    - Nie. Spóźniłam się. 
    - Słuchaj, błagam, tylko mi znów nie znikaj, nie wyjeżdżaj do Ameryki, najlepiej w ogóle 
nigdzie się stąd nie ruszaj, dopóki nie wrócę, dobrze? - poprosiłem, wciąż trzymając w rękach 
kieliszki z koniakiem. 
    - Będę na tarasie - powiedziała.  
    - Świetnie! 
    Pognałem do Garetha i Matthewa i wręczyłem im kieliszki. 
    - Trzymajcie!  I  ten  trzeci  też,  wypijcie  za  moje  zdrowie!  Zobaczymy  się  znów  za  sześć 
godzin. 
    - Co się stało? - spytał Gareth zdziwiony. 
    - Nic, nic, to naprawdę znakomite wesele! Bawcie się dobrze! 
    Zbiegłem po schodkach na taras i od razu zobaczyłem Carrie. Podszedłem do niej szybko. 
    - Cześć!  Wyglądasz  cudownie!  I  wiesz,  chyba  w  ogóle  jesteś  najbardziej  cudowną  dzi-
ewczyną, jaką znam. Co u ciebie? 
    - Wszystko  układa  się  jak  najlepiej  -  odparła,  jakby  nieco  sztywno.  -  Charles,  pozwól,  że 
przedstawię ci Hamisha, mojego narzeczonego. 
    Dopiero  w  tym  momencie  spostrzegłem,  że  nie  jest  sama.  Obok  niej  stał  elegancki  pos-
tawny blondyn około pięćdziesiątki. Miałem wrażenie, że ziemia usuwa mi się spod nóg, ale 
nic nie dałem po sobie poznać. 
    - Gratuluję, Hamish, gratuluję - powiedziałem. - Miło mi cię poznać. Niezmiernie ucieszy-
łem się na widok Carrie, bo nie wiedziałem, że znów jest w Anglii. 
    - Nie od razu udało mi się ją przekonać, że po tej stronie Atlantyku, u mojego boku, jest jej 
właściwe miejsce - odparł pewnym siebie tonem Hamish, po czym wyciągnął rękę do Carrie. 
-  Ale  chodź,  moja  droga,  obiecałem  Jamesowi,  że  cię  przyprowadzę.  Jeżeli  się  zaraz  nie 
zjawimy, gotów pomyśleć, że już teraz wymykasz mi się spod kontroli. 
    Carrie uśmiechnęła się do niego ciepło i ujęła jego dłoń. 
    - Może będziemy mieli okazję porozmawiać później - rzuciła mi na odchodnym. 
    Przez chwilę stałem kompletnie oszołomiony. Nie mogłem uwierzyć, że Carrie ma narzec-
zonego. Ale z drugiej strony, co ja o niej w ogóle wiedziałem? Widzieliśmy się tylko raz, trzy 
miesiące temu, na ślubie Angusa i Laury. Wprawdzie poszliśmy do łóżka i było nam cudow-
nie, ale co z tego? W obecnych czasach przespanie się jeszcze nic nie znaczy. Zresztą ja sam 
potraktowałem  tę  naszą  wspólną  noc  jako  miły,  lecz  jednorazowy  uśmiech  losu,  z  którego 
bynajmniej nic nie wynika na przyszłość. Nie starałem się dowiedzieć o Carrie czegoś więcej, 
nie próbowałem zdobyć jej adresu ani numeru telefonu. Pewnie wiązało się to z tym, że wró-
ciła do Stanów. Bo gdyby mieszkała w Londynie albo przynajmniej gdzieś w Anglii, niewątp-
liwie usiłowałbym się z nią ponownie zobaczyć. Chociaż kto wie? W końcu pamiętałem, co 
powiedziała o niej Fiona: że Carrie zadaje się tylko z nadzianymi facetami. 
    Na takiego wyglądał  mi właśnie Hamish, starszy od  Amerykanki  o dwadzieścia kilka lat. 
Elegancki, na swój sposób przystojny, zapewne był bardzo bogatym facetem. Na kimś takim 
jej  zależało,  za  kogoś  takiego  pragnęła  się  wydać.  Tak  postępuje  większość  modelek, 

background image

młodych, ładnych dziewczyn, świadomych tego, że jeśli chcą się dalej obracać w towarzyst-
wie,  do  którego  wstęp  dała  im  uroda,  muszą  zapewnić  sobie  stałe  miejsce  u  boku  starszego 
partnera, któremu wstęp do towarzystwa i odpowiedni poziom życia gwarantuje majątek odzi-
edziczony po przodkach albo zgromadzony w ciągu pracowitego życia. Zdarza się, że model-
ki wychodzą za facetów, którzy nie tylko mogliby być ich ojcami, ale nawet dziadkami. Nie 
tak dawno temu głośno było o ślubie dwudziestoparoletniej modelki z osiemdziesięciodwulet-
nim multimilionerem… Ale wiedziałem, że nawet Scarlett, której wyraźnie zależało na upolo-
waniu męża z wyższych sfer, nie zdecydowałaby się na faceta sporo starszego od siebie. Mo-
że byłem staroświecki, jednakże wydała mi się pod tym względem jakby czystsza i uczciwsza 
niż  Carrie.  Mogę  zrozumieć  fascynację  starszym  mężczyzną,  który  imponuje  młodej 
dziewczynie  inteligencją,  urokiem  osobistym,  doświadczeniem  i  pozycją,  ale  lecenie  na 
starszych facetów tylko dla pieniędzy jest według mnie niskie i nikczemne. 
    Zdegustowany, wróciłem wolnym krokiem na salę, w której rozmawiałem wcześniej z Ga-
rethem i Matthewem. Gareth gdzieś znikł, ale Matthew wciąż stał w tym samym miejscu. 
    - Jak leci, Charles? - spytał, kiedy podszedłem do niego. 
    - Kiepsko. Bardzo nieciekawe wesele! 
    - Naprawdę? - zdziwił się pamiętając, że jeszcze niedawno mówiłem coś zupełnie innego. - 
A co się stało? 
    - Nic,  nic,  po  prostu  nagle  ogarnęła  mnie  chandra  -  odparłem.  -  Sam  właściwie  nie  wiem 
dlaczego. Chyba chodzi o to, że dość już mam bywania na cudzych ślubach. Nie zazdroszczę 
ludziom,  że  się  pobierają.  Jak  wiesz,  jestem  zdecydowanym  przeciwnikiem  instytucji  mał-
żeństwa.  Ale  zazdroszczę  im  tego,  że  znaleźli  osobę,  o  której  z  najgłębszym  przekonaniem 
mogą powiedzieć, że chcą z nią spędzić resztę życia. Co z tego, że statystyka przemawia prze-
ciwko nim i wszyscy wiemy, że większość z nich rozwiedzie się w ciągu najbliższych trzech 
lat. Liczy się to, co czują w danej chwili. A ja, choć mam już trzydzieści trzy lata, nigdy nie 
czułem czegoś takiego do żadnej dziewczyny. Czy to ze mną jest coś nie w porządku, czy po 
prostu jeszcze nie spotkałem tej odpowiedniej? Jak myślisz? 
    - Myślę, że gdyby Bozia nie poskąpiła ci urody, miałbyś większe szansę. Ale mówiąc po-
ważnie, uważam, że wszystko jeszcze przed tobą. 
    Rozległo się kilka głośnych uderzeń łyżką w stół, a następnie głos mistrza ceremonii: 
    - Szanowni państwo, bardzo serdecznie zapraszamy do stołów! 
    - Chodź, idziemy - powiedział Matthew. - Kto wie, może właśnie za chwilę, podczas dzisi-
ejszego przyjęcia, poznasz dziewczynę swojego życia? 
    - Mała szansa - odparłem. - Ale dobrze, idziemy! 
    Ruszyliśmy wraz z innymi gośćmi w stronę sali restauracyjnej. Tuż przed nami szli Gareth 
i George, nudziarz ze „Szczęśliwego żeglarza", do którego prezentu Gareth przyczepił swoją 
wizytówkę. Tak się składało, że rozmawiali właśnie o podarunkach. 
    - Zawsze  bardzo  troskliwie  wybieram  prezenty  ślubne  -  powiedział  George.  -  Koszty  nie 
mają  dla  mnie  znaczenia,  w  końcu  codziennie  zarabiam  krocie  na  giełdzie.  Najważniejsze, 
żeby obdarowani byli naprawdę zadowoleni, prawda? 
    - O tak, dla mnie koszty też w ogóle nie mają znaczenia - przyznał z poważną miną Gareth. 
- Liczy się pomysł. 
    Przy samym wejściu  do sali restauracyjnej sterta pokaźnych rozmiarów plansza, na której 
każdy  mógł  sprawdzić,  gdzie  ma  zająć  miejsce.  Kiedy  znalazłem  na  niej  swoje  nazwisko, 
miałem ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie. Ale zrezygnowany skierowałem się do wyznaczo-
nego mi stołu. To po prostu nie był mój dzień. 
    Matthew i Gareth usiedli nie opodal przy stole, przy którym siedziała już Carrie ze swoim 
narzeczonym. 
    - Dzień dobry, jestem Gareth - przywitał się z nią starszy z dwójki moich przyjaciół. - A jak 
ty się nazywasz, boska dziewczyno? 
    Poszedłem dalej, czując się tak, jakbym miał nogi z ołowiu. Wolałbym być setki kilomet-
rów stąd. 
    - Cześć - powiedziałem, zatrzymując się przy ośmioosobowym stole, przy którym siedział 
mój  brat  David,  dwóch  innych  młodych  mężczyzn  oraz  cztery  dziewczyny.  Tylko  jedno 
krzesło - moje - nadal było wolne. 

background image

    - Cześć,  Charles  -  rzekł  unosząc  się  nieco  Alistair,  jeden  z  dwóch  mężczyzn;  poznaliśmy 
się kiedyś u Toma. - Znasz Weronikę, prawda? 
    - Tak - potwierdziłem. - Cześć, Weroniko. 
    Usiadłem  na  wolnym  krześle  i  dopiero  wtedy  przywitałem  się  z  dziewczynami  po  mojej 
prawej i lewej. Tak się składało, że znałem je obie. 
    - Cześć, Nicki. Cześć, Martha - powiedziałem.  
   Nie miałem ochoty rozmawiać z żadną z nich, więc bardzo się ucieszyłem, że kelnerzy od 
razu  zaczęli  roznosić  potrawy.  Zacząłem  jeść,  udając,  że  jestem  głodny  jak  wilk,  choć  w 
rzeczywistości z trudem przełykałem każdy kęs. Od stołu, przy którym siedzieli Gareth i Car-
rie, co rusz dobiegały salwy śmiechu. Wiele bym dał, żeby siedzieć razem z nimi, na miejscu 
jej narzeczonego. Ale znajdowałem się dwa stoły dalej i wpatrzony w talerz, modliłem się w 
duchu o to, żeby posiłek skończył się jak najprędzej. Miałem swoje powody. 
    Przy stole tuż obok siedziała Fiona. W przerwie między drugim daniem a deserem zaczęła 
rozmawiać z markizą Beaumont, wielce nobliwą, chudą damą sporo powyżej siedemdziesiąt-
ki. Przez chwilę przysłuchiwałem się ich rozmowie. 
    - Powiedz mi, moja droga, jesteś mężatką? - zapytała wiekowa dama, nachylając się konfi-
dencjonalnie w stronę siostry Toma. 
    - Nie - odpowiedziała Fiona. 
    - Może lesbijką? - Pytanie było tak nieoczekiwane, że aż się zakrztusiłem. 
    - Nie, skądże. Dlaczego to w ogóle przyszło pani do głowy? - zdziwiła się Fiona. 
    - No wiesz, moja droga, jest to zawsze jakieś wyjście dla niezamężnych dziewcząt. I znacz-
nie oryginalniej mówić wszystkim, że jest się lesbijką, niż w kółko powtarzać, że się nie zna-
lazło właściwego kawalera, prawda? 
    - Rzeczywiście  -  przyznała  Fiona.  -  Mój  problem  polega  jednak  na  tym,  że  znalazłam 
właściwego, tyle że on nie kocha się we mnie. I dopóki sama nie przestanę go kochać, nikt 
inny nie ma u mnie szans. 
    - Pech - powiedziała markiza. 
    - Prawda?  A  lesbijką  byłam  tylko  raz,  jeszcze  w  szkole,  i  to  tylko  przez  kwadrans,  więc 
chyba się nie liczy. 
    Fiona opowiadała mi kiedyś o tym krótkim lesbijskim epizodzie w swoim życiu, kiedy to 
koleżanka  z  klasy  wślizgnęła  się  w  internacie  do  jej  łóżka  i  zaczęła  ją  całować,  mówiąc,  że 
jeśli razem poćwiczą, będą potrafiły lepiej całować się z chłopakami. Ale do niczego więcej 
między nimi nie doszło. Nigdy natomiast nie wspomniała mi nawet słowem, że kocha się w 
jakimś facecie, choć byliśmy bardzo bliskimi przyjaciółmi i mówiliśmy sobie wszystko - no, 
może  prawie  wszystko.  Byłem  niezmiernie  ciekaw,  kto  to  taki.  Miałem  ochotę  dalej 
przysłuchiwać się rozmowie Fiony z markizą, w nadziei że padnie jego imię, ale akurat w tym 
momencie Alistair zwrócił się wprost do mnie. 
    - Wiesz,  Charles  -  zaczął  -  istnieje  czterysta  różnych  gatunków  herbaty,  nie  licząc  tak 
zwanych  herbat  owocowych,  które  tak  naprawdę  nie  mają  nic  wspólnego  z  herbatą,  bo  są 
tylko wywarami z suszonych owoców. Na święta Bożego Narodzenia zabrałem Weronikę do 
Indii, żebyśmy oboje mogli zwiedzić największe tamtejsze plantacje. 
    - Świetny pomysł - powiedziałem. 
    - Mówiła mi, że parę lat wcześniej też byłeś z nią w Indiach. 
    - Zgadza się - potwierdziłem bez entuzjazmu. 
    - Charles  zachował  się  wobec  mnie  wyjątkowo  podle  -  oznajmiła  Weronika.  -  Byłam  po-
ważnie chora, a on przez cały czas sobie ze mnie żartował! 
    - Chciałem cię trochę rozweselić - oświadczyłem.  
    Naprawdę rzecz miała się następująco: mniej więcej sześć lat temu Weronika i ja stanowi-
liśmy w miarę udaną parę. Chodziliśmy ze sobą przez kilka miesięcy i w końcu nawet zami-
eszkaliśmy  razem.  Wszystko  zaczęło  się  psuć  w  momencie,  gdy  znalazła  wśród  moich 
książek  stary,  zniszczony  egzemplarz  Kamasutry.  Za  nic  w  świecie  nie  dawała  sobie  wytłu-
maczyć, że parę lat wcześniej kupiłem go w takim opłakanym stanie w antykwariacie, po po-
bieżnym przejrzeniu odstawiłem na półkę i więcej do niego nie zaglądałem. 
    Była przekonana, że ośle uszy książki są dowodem na to, jak namiętnie się w niej zaczytu-
ję, a po prostu wstydzę się do tego przyznać. Nasze pożycie przerodziło się w istny koszmar, 

background image

gdyż Weronika, z wielkiej miłości do mnie, jak twierdziła, postanowiła urzeczywistnić moje 
„skryte  fantazje".  Od  tej  pory  za  każdym  razem,  kiedy  szliśmy  do  łóżka,  szczypała  mnie, 
gryzła  i  drapała  zgodnie  z  instrukcjami  Watsjajany,  pozostawiając  na  moim  ciele  ślady  w 
kształcie sierpa księżyca, tygrysiego pazura, sznura rubinów czy płatka lotosu. Może i nazy-
wały się poetycko, ale bolało jak cholera, w dodatku Weronika przez cały czas piała, gdakała, 
kukała,  bzyczała  i  kwakała,  naśladując  -  znów  zgodnie  z  zaleceniami  hinduskiego  mędrca  - 
głosy  synogarlicy,  kukułki,  gołębicy,  papugi,  pszczoły,  kury,  łabędzia,  kaczki  i  przepiórki. 
Doszło do tego, że celowo zacząłem się wieczorami upijać samotnie w pobliskim pubie, żeby 
nie chciała się ze mną kochać, kiedy wracałem do domu. 
    Próżny mój wysiłek! Lała łzy i tym mocniej drapała mnie i gryzła, próbując mi w ten spo-
sób  udowodnić,  że  jest  dla  mnie  wymarzoną  partnerką,  a  jej  ptasie  trele  -  kojarzące  mi  się 
przede wszystkim z piskami zarzynanego prosięcia - coraz głośniej rozbrzmiewały mi nad uc-
hem. W końcu zaproponowała, żebyśmy się wspólnie wybrali do Indii i zwiedzili słynne świ-
ątynie w Khadźuraho ozdobione rzeźbami par splecionych w miłosnym uścisku. Przystałem 
dość niechętnie, obawiając się z jej strony dalszych ekscesów erotycznych w hinduskim stylu, 
ale jak się okazało, zupełnie nie miałem racji. Bo o ile ja przez cały pobyt zachwycałem się 
Indiami i miejscową kuchnią, Weronika już pierwszego dnia dostała rozstroju żołądka i żadne 
ekscesy nie były jej w głowie. Niemal cały pobyt spędziła w łóżku w pokoju hotelowym, jęc-
ząc  i  narzekając.  A  kiedy  rozstaliśmy  się  na  dobre  po  powrocie  do  Londynu,  była  święcie 
przekonana, że zerwałem z nią, ponieważ z powodu niedyspozycji nie mogła zaspokajać mo-
ich  erotycznych  zachcianek.  Było  mi  na  tyle  obojętne,  co  myśli,  że  nawet  nie  próbowałem 
wyprowadzać jej z błędu. 
    - Aha, to ty jesteś ta Weronika! - zawołała Nicki, dziewczyna siedząca po mojej prawej rę-
ce, włączając się do rozmowy. - Charles wiele mi o tobie opowiadał. 
    - Opowiadałeś jej o mnie, Charles? - zdziwiła się Weronika, spoglądając na mnie podejrzli-
wie. - A co takiego? 
    - Nieważne! - odparłem szybko. - Pamiętasz, Weroniko, nasz pobyt w Bombaju? 
    Ale nie udało mi się skierować rozmowy na inne tory. 
    - Co ci opowiadał? - zapytała gniewnym głosem Weronika, tym razem zwracając się bez-
pośrednio do Nicki. 
    Nicki uśmiechnęła się słodko. 
    - Kiedy Charles i  ja chodziliśmy ze sobą, często  wspominał,  jak to  wybrał  się do  Indii ze 
swoją poprzednią dziewczyną. Nazywał ją „rzygającą Werą". 
    Poczułem, że się rumienię od stóp po czubek nosa. 
    - Niemożliwe!  -  zaprotestowałem  czym  prędzej.  -  Najwyżej  raz  czy  dwa  wspomniałem  o 
tym, że Weronika miała kłopoty z żołądkiem 
    - Czyżby? - Do rozmowy wtrąciła się również Martha, dziewczyna siedząca po mojej lewej 
ręce. - Przecież kiedy byliśmy razem, mnie też opowiadałeś o „rzygającej Werze". Nigdy nie 
chodziłam z człowiekiem mniej dyskretnym - dodała, zwracając się do pozostałych. 
    - Przesadzasz! - próbowałem się bronić, czerwony jak burak. - Zresztą to chyba normalne, 
że  dwoje  ludzi  opowiada  sobie  o  swoim  wcześniejszym  życiu,  a  tym  samym  wspomina  o 
wcześniejszych partnerkach bądź partnerach.  
    -  Ładne  mi  wspominki!  -  zawołała  Nicki.  -  Mnie  na  przykład  dokładnie  opowiadałeś,  co 
która z twoich poprzednich dziewczyn najbardziej lubiła robić w łóżku! 
    - A ja pamiętam, jak wciąż gadałeś o takiej jednej, chyba miała na imię Helena, której mat-
ka usiłowała wpakować ci się do łóżka - powiedziała Martha. 
    - Ja też to pamiętam! - zawołała nagle Weronika. - Nie wiedziałeś, co robić, bo uważałeś, 
że byłoby niegrzecznie odrzucić jej zaloty. 
    - Tak, tak! - Oczy Nicki rozbłysły. - Ja również to słyszałam! Opowiadając mi o nich, Hele-
nę nazywał panną Świnką, a jej matkę panią Świnią! 
    - Słuchajcie, przesadzacie, to wcale nie było tak… - powiedziałem, próbując jakoś ratować 
sytuację,  ale  moje  słowa  kompletnie  zagłuszył  śmiech  trzech  dziewcząt  i  pozostałych  osób 
siedzących przy stole. 

background image

    Oprócz mnie tylko jedna osoba się nie śmiała. Kiedy inni przestali wreszcie rechotać, milc-
ząca dotąd czwarta dziewczyna nabrała głęboko powietrza w płuca i oświadczyła lodowatym 
tonem: 
    - Mama i ja bardzośmy obie schudły od czasu, kiedy chodziłam z Charlesem. 
    Była  to  właśnie  Helena.  Wrzuciła  do  ust  kilka  orzechów  w  czekoladzie  i  chrupiąc  je 
głośno, popatrzyła na mnie nienawistnym wzrokiem. Weronika, Nicki i Martha spurpurowi-
ały, z trudem tłumiąc chichot, jednak Ałistair i drugi chłopak nie wytrzymali i parsknęli śmi-
echem. David śmiał się w kułak. 
    Na szczęście w tym momencie wybawił mnie z opresji mistrz ceremonii. 
    - Panie i panowie, prosimy o ciszę! Głos ma drużba pana młodego! - obwieścił. 
    Na sali zapanowała cisza jak makiem zasiał, więc towarzystwo przy moim stole też musi-
ało się opanować. Jeden David zadał mi szybko pytanie w języku migowym: 
    - No więc jak, waliłeś panią Świnię?  
    Miałem ochotę go kopnąć. 
    - Nie, nie waliłem! - zasygnalizowałem mu. - Ale mogę ci dać jej adres, jeśli sam masz na 
nią chrapkę! 
    Skierowałem  spojrzenie  w  stronę  Toma,  który  wstał  z  miejsca  i  ukłonił  się  obecnym,  po 
czym wyjął z kieszeni kartkę i zabrał się do czytania przygotowanej przez siebie mowy. 
    - Szanowni państwo! Kiedy Bernard powiedział mi, że zamierza się zaręczyć z Lydią, gorą-
co namawiałem go do tego kroku, gdyż wszystkie jego poprzednie dziewczyny były jeszcze 
gorszymi  szantrapami  od  niej.  Ale  oczywiście  bardzo  mi  miło,  że  tak  wiele  z  nich  jest  dziś 
obecnych  wśród  nas  na  tej  niezwykłej  uroczystości.  -  Urwał  i  podniósł  głowę  znad  kartki, 
spodziewając  się  salw  śmiechu,  które  jednak  nie  nastąpiły.  -  Szczególnie  cieszę  się,  widząc 
Camillę,  która  to,  jak  zapewne  wielu  z  państwa  pamięta,  była  pierwszą  dziewczyną,  jakiej 
Bernard kiedykolwiek się oświadczył. Powiedziała mu,  żeby się pocałował w dupę. I bardzo 
dobrze, bo jeszcze nasza kochana Lydia zostałaby starą panną! 
    Na sali panowała grobowa cisza, którą przerwał dopiero donośny śmiech i oklaski Garetha. 
Ale nikt się do niego nie przyłączył. Wstałem więc szybko z miejsca i zawołałem: 
    - Szanowni państwo, zdrowie młodej pary!  
    Wszyscy z radością przyjęli moją interwencję. 
    - Zdrowie!  Zdrowie!  Zdrowie!  -  zaczęto  wołać  niemal  z  nadmierną  gorliwością,  żeby 
zatrzeć przykre wrażenie, jakie pozostawiło wystąpienie Toma. 
    Weselnicy odsuwali krzesła, wstawali, pili zdrowie Bernarda i Lydii, a kiedy zaintonowa-
łem „Sto lat", zgodnie podjęli pieśń. Sytuacja została uratowana. 
    Po chwili większość gości ponownie zasiadła do stołów, ale ja skorzystałem z okazji, żeby 
chyłkiem wymknąć się z sali. Nie miałem ochoty spędzać więcej czasu w towarzystwie We-
roniki,  Nicki,  Marthy i  Heleny. Wiedziałem, że póki  nie odejdę, nie przestaną się nade mną 
znęcać. 
     
    Udałem się do położonego obok ogromnego salonu, w którym serwowano drinki, a na sto-
likach czekały na amatorów cygara w otwartych pudełkach. Zagłębiłem się w obszernej kana-
pie o złotym obiciu i zamówiłem whisky. Po czym, choć normalnie nie palę, poczęstowałem 
się cygarem. 
    Siedziałem  wygodnie  na  kanapie,  paląc  cygaro,  popijając  dobrą  whisky  i  rozczulając  się 
nad sobą, kiedy z sali restauracyjnej wyłonili się Gareth i Matthew, a po chwili także David z 
Fioną. Gareth, Matthew i Fiona przysiedli się do mnie, David stanął obok. 
    W  ślad  za  nimi  weszła  do  salonu  całkiem  ładna,  szczupła  ruda  dziewczyna,  którą  zapa-
miętałem z wesela Angusa i Laury. Rozmawiała wtedy z Matthewem i wypytywała go o mo-
jego brata. Tym razem sama od razu podeszła do Davida. 
    - Cześć - powiedziała, po czym zaczęła bardzo wolno i niewprawnie sygnalizować mu na 
palcach: - M-a-m n-a y-m-i-ę S-e-r-e-n-a. 
    - Cześć - odpowiedział David, uśmiechając się do niej przyjaźnie. 
    Mój  brat  oczywiście  rozumie,  kiedy  ludzie  mówią  do  niego  normalnie,  bo  po  pierwsze 
umie czytać ich mowę z ruchu warg, a po drugie nosi wysokiej klasy aparat słuchowy. Ale 
faktem jest, że znacznie bardziej lubi komunikować się w języku migowym, zwłaszcza kiedy 

background image

sam ma coś powiedzieć, gdyż jego głos brzmi dziwacznie i niezbyt zrozumiale dla osoby, któ-
ra słyszy go po raz pierwszy. 
    - Topiero się uczę. Na pefno ropie bóstfo błętów - zasygnalizowała z przejęciem dziewczy-
na. 
    David potrząsnął głową. 
    - Nie, nie, idzie ci znakomicie. Masz może ochotę zatańczyć? 
    - Tak! - Rudowłosa wyraźnie się ucieszyła. - Pędzie mi niezbiernie biło! 
    Ruszyli uśmiechnięci do sali balowej. 
    Gareth  pociągnął  spory  łyk koniaku, który wręczył  mu  kelner, i  poklepał  się po wyraźnie 
zaokrąglonym brzuszku opiętym kamizelką w wielkie, barwne kwiaty. 
    - Deser był palce lizać, a obiad też pyszny! - rzekł. - W dodatku przy naszym stole siedziała 
naprawdę urocza i bardzo inteligentna dziewczyna, więc uśmiałem się jak nigdy. Ma na imię 
Carrie  i  jest  Amerykanką…  Gdybym  nie  wolał  chłopców,  sam  bym  do  niej  startował. 
Wychodzi za sztywniaka, który też z nami siedział. Chyba jest jednym z najbogatszych gości 
na weselu; należy do niego pół Szkocji. 
    Więc  jednak  miałem  rację,  pomyślałem  smutno.  Carrie  wychodzi  za  Hamisha  wyłącznie 
dla pieniędzy. Już wolałbym, żeby zakochała się w tym dwa razy starszym od siebie Szkocie i 
postanowiła poślubić go z miłości. Też bym się dziwił, ale przynajmniej miałbym o niej leps-
ze zdanie. 
    - A ty coś taki ponury? - spytał Gareth, dostrzegając moją smętną minę. - Źle się bawisz? 
    - Czuję się tak, jakby dręczył mnie koszmar, z którego nie mogę się zbudzić. Podczas obi-
adu  siedziałem  przy  jednym  stole  z  czterema  swoimi  byłymi  dziewczynami.  Kiedy  wzięły 
mnie w obroty, skręcałem się jak na mękach. Brr! - Wzdrygnąłem się. - Jedyne, czego mi dziś 
brak do pełni udręki, to żebym jeszcze gdzieś tu natknął się na Henriettę! 
    W następnej sekundzie usłyszałem za plecami znajomy głos: 
    - Cześć, Charlie. 
    - Cześć, Hen! - zawołałem, zrywając się z miejsca. - Co u ciebie? 
    Wyszczerzyłem  zęby  do  Henrietty,  bardzo  ładnej,  ubranej  ze  smakiem  brunetki,  z  którą 
chodziłem przed rokiem. Prawie natychmiast jej oczy zaszły łzami; niestety, wciąż okropnie 
przeżywała nasze rozstanie. 
    - Charlie, dlaczego mnie rzuciłeś?! - wykrzyknęła histerycznie, wybuchając łzami. 
    - Och, Hen, nie płacz, proszę cię - powiedziałem, dotykając lekko jej ramienia, żeby ją po-
cieszyć. 
    Czułem  się  zupełnie  bezradny;  naprawdę  nie  chciałem jej  skrzywdzić  i  życzyłem  jej  jak 
najlepiej, ale co mogłem poradzić na to, że tak strasznie przeżywa nasze zerwanie? 
    - Zostaw  ją,  ty  potworze!  Nie  dotykaj  jej!  -  zawołała  podbiegając  do  nas  Helena,  która 
właśnie wyłoniła się z sali restauracyjnej. ~~ Nie wystarczy ci, że złamałeś jej życie? Chodź, 
moja droga, chodź, zabiorę cię od tego okrutnika! - dodała, zwracając się do Henrietty i otac-
zając pulchnym ramieniem jej rozedrgane szczupłe plecy. 
    Patrzyłem  za  nimi,  dopóki  nie  wyszły  z  salonu.  Czułem  się  winny,  choć  z  drugiej  strony 
wiedziałem, że nic złego nie zrobiłem celowo. Tak po prostu wyszło i koniec. 
    Uznałem, że wyjątkowo nie mam ochoty na towarzystwo przyjaciół. 
    - Wybaczcie, ale muszę sobie przemyśleć parę spraw - powiedziałem do Garetha, Matthe-
wa i Fiony. - Zobaczymy się później. 
    Zabrałem swoją ledwo napoczętą właisky i opuściłem salon. 
     
    Wszedłem po schodach na pierwsze piętro hotelu i nacisnąłem klamkę najbliższych drzwi. 
Były  otwarte.  Wiedziałem,  że  wszystkie  pokoje  zostały  wynajęte  przez  rodziców  Laury  dla 
krewnych i  przyjaciół  spoza  Londynu, więc do końca wesela nikt nie powinien tu  zaglądać. 
Usiadłem na fotelu w pobliżu okna, pociągnąłem spory haust whisky i pogrążyłem się w za-
dumie. 
    Jak to się dzieje, myślałem, że z żadnej  dziewczyną nie potrafię wytrwać dłużej  niż kilka 
miesięcy? Czy wina rzeczywiście zawsze leży po ich stronie? 
    W  wypadku  Weroniki  ewidentnie  tak  było;  w  pewnym momencie  miałem  po  prostu  dość 
jej erotycznych pieszczot rodem z Kamasutry. Chyba oszukiwała siebie i mnie, twierdząc, że 

background image

robi to z mojego powodu; po prostu nie umiała się przyznać przed samą sobą, że taki seks od 
początku bardzo jej odpowiadał albo że zasmakowała w nim w trakcie pierwszych prób. Bo 
dlaczego nie chciała kochać się ze mną inaczej, chociaż mówiłem jej, że mam dość gryzienia, 
drapania  i  szczypania?  Zresztą  fakt,  że  Alistair,  jej  obecny  chłopak,  też  interesował  się  In-
diami  i  pojechali  tam  razem,  najlepiej  świadczył  o  tym,  że  jej  fascynacja  tym  krajem  i  jego 
obyczajami  nie  wynikała  jedynie  z  chęci  dogodzenia  mi  i  zatrzymania  przy  sobie.  Co  się 
tyczy Heleny… Podczas obiadu skłamała, że obie z matką schudły, bo jeszcze nigdy nie wid-
ziałem  jej  tak  grubej.  Kiedyśmy  się  poznali,  była  zgrabną,  dobrze  zbudowaną  dziewczyną, 
mającą najwyżej kilogram lub dwa nadwagi. Ale to się zmieniło po paru miesiącach naszego 
chodzenia ze sobą. W którymś momencie najwyraźniej uznała, że skoro ma już na stałe chło-
paka,  nie  musi  się  więcej  troszczyć  o  figurę.  Zaczęła  pożerać  takie  ilości  jadła,  że  wręcz 
niedobrze mi się robiło, kiedy widziałem ją przy stole. Potrafiła zjeść na obiad całego kurcza-
ka z rożna, oblizując się przy tym, czkając i bekając. Na deser pochłaniała pojemnik lodów al-
bo cztery duże ciastka. Patrzyłem na nią z rosnącym przerażeniem. Co z tego, że była inteli-
gentna, miła i dowcipna, skoro zbierało mi się na wymioty, ilekroć ją widziałem z łyżką lub 
widelcem w ręku? Najgorsze ze wszystkiego były wizyty u jej matki, tej samej, która usiło-
wała  mi  się  wpakować  do  łóżka,  kiedy  spędzaliśmy  pewien  weekend  w  jej  podlondyńskim 
domu. Obie żarły na wyścigi. Mama Heleny była drobna jak na słonicę, bo ważyła zaledwie 
ćwierć tony. Jest  to  jednak bardzo dużo jak na mającą niespełna metr sześćdziesiąt  wzrostu 
czterdziestokilkuletnią kobietę. Jej widok pomógł mi uzmysłowić sobie, że mam tylko jedno 
wyjście: muszę zerwać z Heleną. Tak też zrobiłem. 
    Jeśli chodzi o moje związki z Marthą i Nicki, byliśmy ze sobą krótko; zarówno one, jak i ja 
w miarę szybko zorientowaliśmy się, że nie jesteśmy dla siebie stworzeni. Rozstawaliśmy się 
bez żalów i wzajemnych pretensji. 
    Inaczej wyglądała sprawa z Henriettą. Pod wieloma względami stanowiliśmy wręcz idealną 
parę.  Podobała  mi  się,  ceniłem  jej  poczucie  humoru,  przenikliwość,  inteligencję.  Problemy 
zaczęły się, kiedy  Henriettą uznała, że powinniśmy się pobrać. Sam nie  wiem,  dlaczego nie 
chciałem  się  zdecydować  na  ten  krok.  Ale  ponieważ  w  ogóle  nie  jestem  zwolennikiem  ślu-
bów,  argumentowałem,  że  przecież  nadal  możemy  mieszkać  razem;  dwoje  dorosłych  ludzi 
naprawdę nie potrzebuje urzędowego papierka, aby żyć szczęśliwie. Lecz w miarę jak słucha-
łem własnych słów, zaczęło do mnie docierać, że nie w tym rzecz, bo choć szalenie lubię i ce-
nię Henriettę, w głębi duszy wcale nie jestem przekonany, że jest osobą, z którą pragnę spęd-
zić resztę życia. 
    Pojąłem,  że  zostając  z  nią,  wyrządziłbym  jej  krzywdę,  więc  spakowałem  swoje  rzeczy  i 
wyprowadziłem się jeszcze tego samego dnia. Chciałem zwrócić jej wolność, aby mogła poz-
nać innego chłopaka, wyjść za niego, rodzić mu dzieci, założyć normalną rodzinę. Nie sądzi-
łem, że nasze rozstanie okaże się dla niej taką tragedią i tak długo będzie je przeżywać. 
    Siedząc  teraz  w  pustym  pokoju  hotelowym  pomyślałem,  że  może  jednak  postąpiłem  zbyt 
pochopnie. Czy faktycznie w którymś momencie człowiek stwierdza z absolutną pewnością, 
że chce z kimś spędzić całe życie? 
    Może taka chwila nigdy nie następuje, a ludzie po prostu mieszkają razem albo się żenią i 
w ogóle nie zadają sobie tego rodzaju pytań? A nawet jeśli są przekonani, że wreszcie spotka-
li tę wymarzoną osobę, jakie to ma znaczenie, skoro później się rozwodzą? Może wcale nie 
powinienem był porzucać Henrietty? 
    Bałem się, że będę powielać schemat swoich rodziców, podobnie jak ojciec regularnie zmi-
eniając  partnerki,  choć  w  odróżnieniu  od  niego,  nie  biorąc  ślubów.  Bynajmniej  tego  nie 
chciałem. Marzył mi się normalny, szczęśliwy dom rodzinny, taki, jakiego sam nie miałem w 
dzieciństwie.  Zawsze  wolałem  być  z  kimś  niż  sam;  dlatego  -  choć  nie  łączyło  nas  nic  poza 
przyjaźnią - tak dobrze mieszkało mi się przez te pół roku ze Scarlett. Przynajmniej po pow-
rocie z pracy nie obijałem się smętnie po kątach, miałem z kim pożartować czy pogadać. Ale 
tego  roku  skończyłem  trzydzieści  trzy  lata,  a  wciąż  byłem  w  tym  samym  punkcie,  co  kiedy 
jako student podrywałem koleżanki. Musiałem coś zmienić w swoim życiu. 
    Wyjrzałem przez okno. Powoli ściemniało się; w pokoju panował już półmrok, na zewnątrz 
zapaliły się latarnie. W ich blasku ujrzałem Carrie i Hamisha, którzy akurat wyszli z hotelu. 

background image

Nie chciałem, żeby mnie dostrzegli, więc cofnąłem się od okna w chwili, kiedy portier wybi-
egł na jezdnię, żeby zatrzymać dla nich taksówkę. 
    Carrie  podobała  mi  się  znacznie  bardziej  niż większość  dziewcząt,  jakie  znałem  dotychc-
zas. Ale nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego zgodziła się poślubić faceta, który mógłby być jej 
ojcem. Czy pieniądze naprawdę były dla niej tak ważne? 
    Sam nie pochodziłem z bardzo bogatej rodziny, ale  jednak w miarę dostatniej. Ani ojciec, 
ani  matka  nie  musieli  się  trudnić  pracą  zarobkową.  W  zupełności  wystarczały  im  do  życia 
pieniądze, które odziedziczyli po przodkach. Może dlatego, choć sam  musiałem zarabiać na 
utrzymanie,  pieniądze  nigdy  nie  miały  dla  mnie  specjalnego  znaczenia.  Nie  czułem  się  w 
niczym  gorszy  od  swoich  bogatych  przyjaciół,  oni  też  nie  traktowali  mnie  z  wyższością. 
Liczyło się to, że pochodzimy z jednej sfery i kończyliśmy te same szkoły i uczelnie. Jedni z 
nas  posiadali  wielkie  pieniądze,  inni  z  trudem  wiązali  koniec  z  końcem,  ale  to  mogło  się  w 
każdej  chwili  zmienić,  gdyż  nawet  najbiedniejszy  miał  szansę  nagle  odziedziczyć  fortunę  i 
książęcy tytuł po jakimś bezdzietnie zmarłym stryjecznym lub ciotecznym dziadku. 
    Może  Carrie  pochodziła  z  ubogiej  rodziny,  wiedziała,  co  to  prawdziwa  nędza,  i  dlatego 
chciała wykorzystać swoją urodę jako paszport do lepszego życia dla siebie oraz swoich nie 
narodzonych dzieci? W końcu nic o niej nie wiedziałem. Czy miałem prawo potępiać ją w ci-
emno? 
    Nagle  rozległo  się  skrzypnięcie  otwieranych  drzwi.  Do  pokoju  weszły,  chichocząc,  dwie 
osoby. Zamknęły szybko drzwi, rzuciły się na łóżko i zaczęły namiętnie całować. 
    Zamierzałem  przekraść  się  nie  zauważony  do  drzwi  i  wymknąć  na  korytarz,  kiedy  nagle 
dziewczyna zawołała: 
    - Poczekaj, nie chcę tak! Chcę widzieć swojego mężusia! Zapal światło! 
    Poznałem po głosie, że to Lydia, a kiedy jej towarzysz spełnił polecenie, zobaczyłem, że is-
totnie jest z nią Bernard, jej świeżo poślubiony małżonek. Traf chciał, że spędziłem ostatnią 
godzinę  w  pokoju,  w  którym nowożeńcy  mieli  się  przebrać  w  mniej  uroczyste  stroje  przed 
wyruszeniem w podróż poślubną. 
    Bernard zapalił światło, po czym rzucił się na Lydię i zaczął ściągać z niej suknię ślubną. 
Jeszcze mnie nie zauważyli, jednakże aby dojść do drzwi, musiałbym przejść obok Bernarda i 
Lydii.  Nie  chciałem  ich  peszyć  w  takim  momencie.  Wtem  tuż  przy  oknie  ujrzałem  drugie 
drzwi, wiodące - jak mi się wydało - do sąsiedniego pokoju. Na szczęście były otwarte i ustą-
piły, gdy nacisnąłem klamkę. 
    Kiedy znalazłem się w środku, okazało  się jednak, że bynajmniej  nie jestem w sąsiednim 
pokoju, lecz w obszernej szafie ściennej. Jedyna droga na korytarz prowadziła koła łóżka, na 
którym - sądząc po odgłosach - zaczynali się kochać nowożeńcy. Postanowiłem uzbroić się w 
cierpliwość i zaczekać, aż skończą. 
    Kwadrans  później  wciąż  siedziałem  skulony  w  szafie,  a  z  pokoju  nadal  dobiegały  krzyki, 
jęki i steki kochającej się pary. Ich głosy stawały się coraz bardziej chrapliwe, oddechy coraz 
bardziej urywane; pomyślałem z zadowoleniem, że koniec jest blisko. I rzeczywiście. 
    - Aaaiii! Aaaiii! - zaczęła wkrótce piszczeć Lydia. - Aaaiii! Aaaiii! Aaaiii! Aaaiii! Aaaiii! 
    Lubię dziewczyny, które bez skrępowania wyrażają w łóżku swoją radość, ale to już była 
przesada.  Zatkałem  palcami  uszy  i  wcisnąłem  się  w  odległy  kąt  szafy.  Stłumione,  ale  coraz 
donośniejsze  piski  Lydii  docierały  do  mnie  jeszcze  przez  następne  pięć  minut.  Była  jednak 
coraz bliżej orgazmu. 
    - AAAAAAAAAAAAAAiiiiiiiiiiiii! - zawyła na koniec głośno jak syrena fabryczna. 
    - AAAAGGHHHhhhhggggaaaagghhhh…  -  zawtórował  jej  Bernard  i  wreszcie  było  po 
wszystkim. 
    Miałem nadzieję, że chwilkę odsapną, po czym ubiorą się i wyjdą, więc ja również wkrótce 
będę mógł opuścić kryjówkę. Odjąłem palce od uszu i zacząłem nasłuchiwać. 
    - No i jak, podobało ci się, mój króliczku? - dobiegł mnie głos Bernarda. 
    - Pewnie! Ogromnie kocham swojego mężusia! 
    - A ja ogromnie kocham moją żoneczkę! Ale wstawaj, musimy wracać do gości. 
    - Masz  rację  -  zgodziła  się  Lydia.  -  Chociaż  wiesz  co?  Może  jednak  byśmy  odczekali 
chwilkę i pokochali się znów, zanim stąd wyjdziemy? 
    - Chciałabyś? 

background image

    - Pewnie! 
    - No to obejmij mnie mocno, mój ty niegrzeczny króliczku! 
    Ponownie rozległy się chichoty i skrzypnięcia łóżka, a po jakimś czasie stękanie i sapanie. 
    Miałem tego dość; nie zamierzałem siedzieć w szafie do rana i  słuchać odgłosów kochaj-
ącej się pary. Postanowiłem niczym się nie przejmować, tylko wyjść na korytarz. Wyjąłem z 
kieszeni długopis i otworzyłem drzwi szafy. 
    - Wreszcie go znalazłem! - zawołałem do Lydii i  Bernarda, pokazując  im długopis,  kiedy 
zdumieni  moim  widokiem  poderwali  głowy.  Przeszedłem  szybko  obok  łóżka  i  po  chwili 
byłem już na korytarzu. 
     
    Ledwo zdołałem zejść po schodach na dół, kiedy podbiegła do mnie Henrietta. 
    - Słuchaj, Charlie, musimy poważnie pogadać - oświadczyła, zbliżając twarz do mojej. 
    - Dobrze - zgodziłem się, obawiając się kolejnego ataku histerii. 
    - Chodzi o to, że rozmawiałam o tobie z wieloma osobami. 
    - O Boże! - Westchnąłem głośno. 
    - I wszyscy zgadzają się ze mną, że masz kłopoty z samym sobą - oznajmiła tryumfalnie. 
    - Doprawdy? - zdziwiłem się. 
    - Widzisz, stałeś się seryjnym monogamistą. Nigdy nie spotykasz się z kilkoma dziewczy-
nami równocześnie, zawsze z jedną, ale żadnej naprawdę nie kochasz, nie dajesz jej szansy, 
nie dopuszczasz jej do siebie. 
    - Wprost przeciwnie, Hen - zaprotestowałem. - Wydaje mi się, że… 
    - Nie umiesz kochać - przerwała mi. - Jesteś czuły, słodki, ale to jeszcze nie miłość. Byłeś 
słodki nawet wtedy, kiedy uważałeś mnie za kompletną idiotkę. 
    - Nigdy… 
    - Nie  kłam.  A  co  sobie  pomyślałeś  o  mnie,  kiedy  powiedziałam,  że  U2  to  typ  łodzi  pod-
wodnej? 
    - No  wiesz,  nie  pomyliłaś  się  w  końcu  aż  tak  bardzo.  Muzyka  tego  zespołu  faktycznie 
brzmi chwilami tak, jakby grali pod wodą - zażartowałem. 
    - Mówię  poważnie,  Charles!  Powinieneś  dać  szansę  swoim  partnerkom.  Nie  chodzi  o  to, 
żebyś w każdej z nas widział potencjalną żonę, ale zmień nastawienie, nie zakładaj z góry, że 
nie chcesz się ożenić i za nic w świecie nie dasz zaprowadzić przed ołtarz. 
    - Masz wiele racji, Hen - powiedziałem. - Ale znasz mnie; ja naprawdę niczego nie zakła-
dam z góry, nie rozmyślam nad tym, co będzie. Po prostu żyję z dnia na dzień. 
    - Och, Charlie! - Objęła mnie. - O Boże, kiedy pomyślę, jak na mnie patrzyłeś! Myślałam, 
że mnie kochasz, że pobierzemy się i będziemy szczęśliwi, a ty cały czas tylko zastanawiałeś 
się, jak ze mną zerwać! O Boże, jaka ja byłam idiotka! 
    Rozpłakała  się  i  odeszła.  Chciałem  biec  za  nią,  powiedzieć  jej,  że  się  myli,  że  naprawdę 
niczego nie udawałem i nie planowałem wcześniej zerwania. Ale co by to dało? 
    Zrezygnowany, wziąłem z baru drinka i usiadłem w fotelu przy najbliższym stole. 
    Dopiero po chwili zorientowałem się, że pod stołem siedzą dwie osoby. Jedną z nich była 
pijana Scarlett, a drugą mniejsza z dwóch nieletnich druhen Lydii. Doleciała mnie ich rozmo-
wa. 
    - Masz chłopaka? - zapytała Scarlett. 
    - Mam. 
    - Jak się nazywa? 
    - Dolph. Lubi biegać, więc ścigamy się na czas. Ale zawsze jest pierwszy. A ty masz? 
    - Nie, niestety - odpowiedziała zgodnie z prawdą Scarlett. 
    - Dlaczego? 
    - Nie wiem. Faceci, którzy mi się podobają, uważają, że jestem głupia, więc pieprzą mnie, a 
potem zostawiają. A ci, którym ja się podobam, to same niezdary i wymoczki, z którymi nie 
mam ochoty się pieprzyć. A wierz mi, facetom tylko pieprzenie w głowie. 
    - Co to jest „pieprzenie"? - spytała rezolutnie ośmioletnia rozmówczyni Scarlett. 
    Moja współlokatorka bynajmniej nie dała zbić się z tropu. 
    - Wiesz,  to  też  taki  wyścig  na  czas,  w  którym  facet  zawsze  kończy  pierwszy  -  odparła.  - 
Tyle że nie biegnie, a robi nad tobą pompki. 

background image

    Nagle  poczułem,  że  ktoś  kładzie  rękę  na  oparciu  mojego  fotela.  Podniosłem  głowę  i  zo-
baczyłem Carrie. 
    - Dobrze się bawisz? - zapytała. 
    - O  tak  -  odpowiedziałem.  -  To  najbardziej  szampańska  uroczystość  od  stypy  mojego 
dziadka. Myślałem, że już wyszłaś. 
    - Nie,  nie.  Odprowadzałam  tylko  na  dół  Hamisha,  który  spieszył  się  na  pociąg.  Pojechał 
sypialnym do Edynburga. Ale teraz już chyba będę się zbierać. Odwieziesz mnie do domu? 
    - Oczywiście - zgodziłem się. 
     
    W taksówce oboje milczeliśmy przez całą drogę. Dopiero kiedy pojazd zatrzymał się przez 
elegancką  kamienicą,  w  której  Carrie  wynajmowała  mieszkanie  od  powrotu  do  Anglii, 
dziewczyna przerwała ciszę. 
    - Wejdziesz na drinka? - zapytała.  
    Zawahałem się. 
    - Myślisz, że to rozsądne? 
    - Pewnie. - Uśmiechnęła się. - Chyba zdołam ci się jakoś oprzeć. W końcu nie jesteś aż tak 
bardzo przystojny. 
    Poczułem, że się rumienię. 
    - W takim razie chętnie wstąpię na jednego - powiedziałem. 
    Wysiedliśmy z taksówki i ruszyli po schodkach do frontowych drzwi. 
     
    Już świtało, kiedy się obudziłem. Podszedłem nago do okna i spojrzałem na płynące wolno 
brudne wody Tamizy i na domy po drugiej stronie rzeki. A potem skierowałem się do krzesła, 
na  które  wieczorem  cisnąłem  w  nieładzie  ubranie,  i  najciszej  jak  mogłem  włożyłem  je  na 
siebie. Popatrzyłem na śpiącą Carrie, na jej piękną twarz, którą oświetlały pierwsze promyki 
słońca. Miałem wrażenie, że dziewczyna uśmiecha się do mnie przez sen. Wpatrywałem się w 
nią przez kilka chwil, po czym podszedłem do drzwi i cichutko opuściłem jej sypialnię. 
     
III. 
     
PIERWSZA SOBOTA WRZEŚNIA 
     
    Obudziło mnie głośne pukanie do drzwi. Oderwałem głowę od poduszki i zawołałem: 
    - Proszę! 
    Do środka weszła Scarlett, niosąc na tacy śniadanie. 
    - Charlie,  już  dwunasta.  Pora  wstawać,  śpiochu!  Postawiła  tacę  na  moim  łóżku  i  usiadła 
obok. 
    - Tosty  trochę  mi  się  przypaliły  -  powiedziała  przepraszająco  -  ale  za  to  zaparzyłam  nap-
rawdę dobrą kawę. 
    Nalała mi kubek, po czym zaczęła smarować masłem jeden z czarnych jak węgiel tostów. 
    Większość  ludzi  uważa,  że  mężczyzna  i  kobieta  nie  mogą  się  przyjaźnić,  ich  znajomość 
zawsze musi mieć jakiś erotyczny podtekst. Wcale się z tym nie zgadzam. Zdarzają się ładne, 
naprawdę atrakcyjne dziewczyny, do których nic mnie nie ciągnie, a z którymi przyjaźń jest 
jak najbardziej możliwa. Właśnie takie platoniczne uczucia łączyły mnie z Fioną, elegancką, 
ładną i mądrą siostrą Toma. Uroda Scarlett mniej mi odpowiadała, za to niezmiernie ceniłem 
ją  samą  za  bezpośredniość  i  brak  pretensjonalności.  I  za  to,  że  choć  była  jeszcze 
większą bałaganiarą  ode  mnie  i  nigdy  nic  nie  odkładała  na  miejsce,  co  doprowadzało  mnie 
chwilami  do  furii,  to  jednak  potrafiła  nadać  naszemu  wspólnemu  zamieszkiwaniu  pewne 
cechy życia rodzinnego. Takie, jak choćby to śniadanie w moim pokoju w pierwszą od dawna 
sobotę, kiedy to nie musieliśmy oboje budzić się skoro świt i pędzić na czyjś ślub. 
    - Co zamierzasz dziś robić? - zapytała Scarlett, nakładając łyżeczką dżem na tost. 
    - Może trochę poczytam, a o czwartej umówiłem się z Davidem.  Wybieramy się do kina. 
Grają  jakąś  nową  i  jeśli  wierzyć  recenzjom,  bardzo  zabawną  komedię.  Nazywa  się  Cztery 
śluby i stypa czy jakoś podobnie. Chcesz iść z nami? 

background image

    - Nie,  uznałam,  że  poszukam  nowej  pracy  -  odparła.  -  Mam  już  dość  bycia  gońcem. 
Znudziło  mi  się  to  ciągłe  jeżdżenie  po  mieście.  Na  sąsiedniej  ulicy  otwarto  nowy  sklep  z 
różnymi gumowymi akcesoriami erotycznymi. Przechodząc obok zobaczyłam kartkę, że pos-
zukują  sprzedawczyni,  więc  postanowiłam  się  zgłosić.  To  może  być  bardzo  fajna  praca. 
Wszyscy sądzą, że te gumowe maski i fartuszki są przeznaczone głównie dla zboczeńców, ale 
moim  zdaniem  są  bardzo  praktyczne.  Łatwo  dają  się  umyć.  Może  dlatego  zboczeńcy  tak  w 
nich gustują? Zamierzam kupić mamie taki fartuch na urodziny. Jak chcesz, tobie też mogę. 
    - Nie, dziękuję. A to co? - zapytałem, zauważywszy sporą białą kopertę leżącą na tacy. 
    - Nie wiem, dopiero ją wyciągnęłam ze skrzynki. 
    Rozerwałem  kopertę  i  wyjąłem  z  niej  złocone  zaproszenie  ślubne,  do  którego  dołączona 
była lista prezentów, jakie nowożeńcy chcieliby otrzymać. 
    - Znów ktoś się żeni - stwierdziłem, otwierając zaproszenie. 
    - Kto? 
    Nie odpowiedziałem. Wpatrywałem się w złocony kawałek kartonu, nie mówiąc ani słowa, 
bo nie byłem pewien, czy zdołam zapanować nad głosem. 
    - Nic ci nie jest, Charlie? - zapytała Scarlett. 
    - Nie, nie - odparłem, starając się nie dać nic po sobie poznać. - Po prostu zamyśliłem się. 
To zaproszenie na ślub Carrie, tej młodej Amerykanki. Pamiętasz ją? 
    - Pewnie  -  potwierdziła  Scarlett.  -  Bardzo  ładna  dziewczyna.  Nic  dziwnego,  że  jest  taką 
wziętą modelką. Miesiąc temu widziałam jej zdjęcie na okładce „Cosmopolitan". 
     
   Ponieważ był ciepły, pogodny dzień, zrezygnowałem z czytania i wyszedłem z domu. Była 
pierwsza.  Miałem  się  spotkać  z  Davidem  dopiero  za  trzy  godziny,  więc  postanowiłem  się 
przejść po mieście. Jakimś dziwnym trafem  dwadzieścia minut  później  znalazłem się przed 
eleganckim sklepem, którego nazwa i adres figurowały u góry listy prezentów dołączonej do 
zaproszenia na ślub Carrie i Hamisha. 
    Pchnąłem  drzwi  i  wszedłem  do  środka.  Sklep  najwyraźniej  specjalizował  się  w  eg-
zotycznych wyrobach z całego świata: były tu wspaniałe perskie dywany, afrykańskie rzeźby 
i  maski,  wyplatane  przez  północnoamerykańskich  Indian  kosze  o  charakterystycznych,  ge-
ometrycznych wzorach, mosiężne dzbany o wschodnich kształtach, stoły i parawany zdobione 
macicą perłową, porcelanowe wizerunki tygrysów i słoni. Czułem się jak w muzeum etnogra-
ficznym. 
    Podszedłem do siedzącej przy niewielkim biurku ekspedientki. 
    - Mogę  prosić  listę  prezentów  na  ślub  pana  Hamisha  Banksa?  -  zapytałem,  ponieważ  nie 
zabrałem listy z sobą. 
    Sprzedawczyni  popatrzyła niechętnie na moje szorty i  wypuszczoną na wierzch koszulę z 
podwiniętymi rękawami, zupełnie jakby uważała, że ktoś tak ubrany jak ja nie ma czego szu-
kać w snobistycznym punkcie łupienia klientów ze skóry, w którym ona ma zaszczyt praco-
wać. 
    - Oczywiście - odparła jednak grzecznie, wzięła ze stosu na biurku kartkę i wręczyła mi ją. 
- Mamy wiele pięknych i wcale nie tak drogich rzeczy. Kosztują w granicach tysiąca funtów. 
    - A czy znajdzie się również coś w granicach pięćdziesięciu funtów? 
    - Może pan kupić tego pigmejskiego wojownika… - Wskazała półtorametrową drewnianą 
rzeźbę  Pigmeja  w  naszyjniku  z  barwnych  kamieni,  wspartego  o  dzidę.  -  Świetnie!  Biorę!  - 
uradowałem się, bo rzeźba rzeczywiście wyglądała imponująco. -…o ile uda się panu znaleźć 
kogoś, kto wyłoży pozostałe trzy tysiące dziewięćset pięćdziesiąt funtów. 
    Wyszczerzyłem zęby w sztucznym uśmiechu. 
    - Ha, ha. Dobry dowcip. Ma pani może jakąś bardziej praktyczną sugestię? 
    - Praktyczną?  Wie  pan,  nasze  torby  reklamowe  są  bardzo  praktyczne  i  kosztują  zaledwie 
półtora funta sztuka - oznajmiła. - Jeśli kupi  pan trzydzieści  trzy, zostanie panu jeszcze pół 
funta, a nowożeńcy na pewno się ucieszą. 
    - Dziękuję  -  powiedziałem.  -  Jeszcze  się  zastanowię.  Była  pani  niezwykle…  hm…  chyba 
„pomocna" nie jest najwłaściwszym słowem. 
    Odwróciłem się w stronę drzwi… i wpadłem na Carrie. 

background image

    Nie widziałem jej, odkąd spędziłem z nią noc po weselu Bernarda i Lydii. Parę razy kusiło 
mnie, żeby do niej zadzwonić, ale za każdym razem dochodziłem w końcu do wniosku, że nie 
miałoby  to  najmniejszego  sensu.  Bo  co  właściwie  mogłem  jej  powiedzieć?  Że  z  żadną 
dziewczyną nie było mi tak dobrze i szaleję na jej punkcie? Załóżmy, że tak bym powiedział; 
co by z tego wynikło? Niestety, nic. Poza wspaniałym seksem nic nas nie łączyło. Ona była 
Amerykanką, ja Anglikiem; ona modelką, ja architektem; ona wychodziła za dwa razy stars-
zego od siebie Szkota, a ja go nienawidziłem, odkąd dowiedziałem się o jego istnieniu. Czy 
mogliśmy snuć jakieś wspólne plany? 
    - Co mi kupiłeś? - zapytała prosto z mostu. 
    - Jeszcze nic - odparłem, nieco zaskoczony tak bezpośrednim pytaniem. - Dopiero się rozg-
lądałem. 
    - Miło cię znów widzieć. 
    - Ja też się cieszę, żeśmy się ponownie spotkali - powiedziałem. 
    Ubrana w luźne szare spodnie, kremową bluzkę i rozpiętą kraciastą koszulę, Carrie wyglą-
dała zupełnie inaczej niż w drogich, eleganckich kreacjach, w jakich dotąd ją widywałem, ale 
równie atrakcyjnie. I jakby młodziej, bardziej niewinnie. 
    - Wspaniale  jest  wybierać  prezenty.  Powinnam  była  już  dawno  wyjść  za  mąż.  Czy  ktoś 
zdecydował się na pigmejskiego wojownika? - zapytała, zwracając się do nieuprzejmej ekspe-
dientki. 
    - Nie, ale ten młody człowiek się nad nim zastanawiał - powiedziała indagowana. 
    - Nie  wygłupiaj  się!  -  zawołała  do  mnie  Carrie.  -  Kup  mi  po  prostu  popielniczkę  czy  po-
dobny drobiazg. Słuchaj, masz wolne pół godzinki? 
    - Tak - odparłem. - Umówiłem się na czwartą z Davidem, ale do tego czasu jestem wolny. 
    - To świetnie! - ucieszyła się. - Pomożesz mi podjąć bardzo ważną decyzję. Chodź. 
    Skinęła głową sprzedawczyni i wyszliśmy razem ze sklepu. 
     
    Tylko  pamiętaj,  nie  wolno  ci  się  śmiać!  -  zawołała  do  mnie  kwadrans  później  przez  nie 
domknięte drzwi. 
    - Dobrze - obiecałem. - Nie będę. 
    Znajdowaliśmy  się  w  modnym  butiku  położonym  o  kilka  przecznic  od  sklepu  z  eg-
zotycznymi  wyrobami,  w  którym  się  spotkaliśmy.  Chwilę  później  Carrie  wyłoniła  się  z 
przymierzalni i stanęła przede mną. 
    - I co sądzisz? 
    Miała na sobie obszerną suknię ślubną z długim, ciągnącym się po ziemi trenem. 
    - Wyglądasz absolutnie bosko - powiedziałem zgodnie z prawdą. 
    - A nie uważasz, że troszkę bezowato? - spytała. 
    - Może  troszkę  -  przyznałem,  bo  suknia  faktycznie  przypominała  kreację,  w  jakiej  Laura 
wystąpiła na swoim ślubie. 
    - Nie szkodzi, to dopiero początek - oświadczyła Carrie i znów weszła do przymierzalni. 
    Kiedy ponownie się wyłoniła, miała na sobie białe atłasowe szorty sięgające kolan i rozpi-
ętą białą marynarkę. Między połami marynarki widać było biały, zdobiony cekinami stanik i 
goły brzuch. 
    - Bardzo odważne - zawyrokowałem. - Jesteś pewna, że chcesz tak wystąpić? 
    - No,  może  nie  tym  razem.  -  Zaśmiała  się.  -  Ale  jeśli  kiedykolwiek  będę  powtórnie 
wychodzić za mąż, to kto wie! 
    Kolejną  suknię,  jaką  przymierzyła,  zdobiły  bogate  koronki  i  jedwabne  kokardki.  Całości 
dopełniał wiązany pod szyją kapturek, w którym Carrie wyglądała jak pasterka ze staroświec-
kiej pocztówki. 
    - No, pięknie - powiedziałem. - Gdybyś jeszcze miała laskę, mogłabyś spokojnie pasać Ha-
mishowi owce. 
    - Nie bądź niemiły, bo więcej ci się nie pokażę - zganiła mnie, znów znikając za drzwiami. 
- Następny strój powinien ci się bardzo spodobać! 
    Była to obcisła srebrna suknia z opalizującego materiału i z dużym dekoltem, w której Car-
rie  wyglądała  rewelacyjnie,  zupełnie  jak  gwiazda  filmowa  na  uroczystości  wręczania  Osca-

background image

rów. Choć wcale nie chciałem się z nikim żenić, poczułem ukłucie zazdrości, że wychodzi nie 
za mnie, a za Hamisha. 
    - Gdybym był twoim mężem, umarłbym z dumy - stwierdziłem. 
    - Tak? A Hamish po prostu by umarł… to znaczy, gdyby zobaczył mnie w tym na ślubie - 
oświadczyła. - Muszę zdecydować się na coś bardziej tradycyjnego. 
    - Chyba słusznie. Nie ma nic równie odrażającego, jak pastor z ogromną erekcją! 
    Carrie  przymierzyła  jeszcze  kilka  kreacji,  w  tym  jedną  z  welonem,  krótkimi  rękawami  i 
wyszywanym  koralikami  gorsem,  w  której  wyglądała  tak  ślicznie,  że  dosłownie  zaparło  mi 
dech. Mimo że nic nie powiedziała, kiedy zacząłem chwalić suknię, nie miałem wątpliwości, 
że jej również ta podoba się najbardziej ze wszystkich i właśnie w niej wystąpi na ślubie. 
    Po  raz  kolejny  znikła  w  przymierzalni.  Kiedy  ponownie  ukazała  się  w  drzwiach,  ubrana 
była w szare spodnie, bluzkę i koszulę. 
    - Nie poszedłbyś gdzieś na herbatę? - zapytała.  
    Spojrzałem  na  zegarek.  Dochodziła  trzecia,  więc  miałem  jeszcze  godzinę  do  spotkania  z 
Davidem. 
    - Chętnie - odparłem. - Dokąd pójdziemy? 
    W głębi ducha miałem nadzieję, że Carrie zaprosi mnie do siebie, gdyż mieszkała niedale-
ko, ale zaproponowała kawiarnię znajdującą się za rogiem. \ 
 
   -  Wiesz,  na  weselu  Bernarda  i  Lydii  siedziałam  przy  jednym  stole  z  dwoma  twoimi 
przyjaciółmi, Garethem i Matthewem. Ogromnie zabawni ludzie, wysłałam im zaproszenia na 
ślub. Myślisz, że się zjawią? 
    - Tak sądzę - odparłem. - Gareth wprost uwielbia wesela i inne tłumne uroczystości. Lubi 
być  duszą  towarzystwa.  Matthew  ma  w  sobie  więcej  z  domatora,  ale  wie,  że  każda  próba 
powstrzymania Garetha zakończy się fiaskiem, więc wszędzie z nim chodzi, nawet jeśli wo-
lałby pozostać w domu. 
    - Wiesz, kiedy zgodziłam się wyjść za Hamisha, przemknęło mi przez myśl, że chciałabym 
jeszcze raz pójść z tobą do łóżka -  powiedziała Carrie, patrząc mi głęboko w oczy. - Cieszę 
się, że zrobiliśmy to po weselu Bernarda i Lydii. 
    Siedzieliśmy na wprost siebie przy niewielkim stoliku przykrytym białym obrusem. Przed 
nami  stały  filiżanki  herbaty  oraz  napoczęte  ciastka.  Choć  jeszcze  dwadzieścia  minut  temu 
świeciło słońce, teraz za oknem padał deszcz. 
    - Nie wierzę w tak zwane otwarte małżeństwa -kontynuowała.- Przysięgłam Hamishowi, że 
go zabiję, jeśli się dowiem, że mnie zdradził. I sama też nie zamierzam więcej sypiać z nikim 
oprócz niego. 
    - Słusznie - pochwaliłem. - Może to staromodne, ale ja też jestem zwolennikiem wierności 
małżeńskiej. Tyle że nie wiem, czy byłbym w stanie przez resztę życia sypiać tylko z jedną 
osobą. 
    - Uważam, że dam radę - oznajmiła Carrie. - Zresztą nie mogę powiedzieć, że byłam dotąd 
przesadną cnotką. Chyba zdołałam się wyszumieć. 
    - Co  w  Ameryce  w  dzisiejszych  czasach  znaczy  nie  być  „przesadną  cnotką"?  Ilu  trzeba 
mieć kochanków? 
    - Hm, sama nie wiem. Chyba… chyba więcej niż jednego - odparła spuszczając wzrok. 
    - No,  śmiało,  komu  jak  komu,  ale  mnie  się  możesz  zwierzyć.  W  końcu  widziałem  twoją 
suknię ślubną, więc nie powinniśmy mieć przed sobą żadnych tajemnic. 
    - Dobra,  skoro  nalegasz  -  rzekła  po  krótkim  wahaniu,  wybuchając  perlistym  śmiechem.  - 
Najpierw był ten pierwszy, a pierwszego razu nigdy się nie zapomina. Zwłaszcza, że było cał-
kiem  przyjemnie.  Potem  drugi…  Drugi  to  pomyłka,  miał  bardzo  włochate  plecy.  Trzeci. 
Czwarty. Piąty. - Prostowała kolejno palce prawej ręki; teraz ponownie zamknęła ją w pięść i 
zaczęła od początku odginać palce. - Szósty… To było  w moje urodziny. W sypialni  moich 
rodziców. 
    - W które urodziny? - zapytałem. 
    - Siedemnaste. 
    - Siedemnaste, a już mamy sześciu? - zdziwiłem się. Znów się roześmiała. 

background image

    - Wiesz, wychowywałam się na wsi. Stodoły, stogi siana… Okazja czyni złodzieja. Numer 
siódmy był jak poziomki ze śmietaną, a numer ósmy miał takiego. - Skrzywiła się i pokazała 
mały palec. - Za dziewiątym  razem stałam oparta o płot; bardzo niewygodna pozycja dla dzi-
ewczyny, nie radzę ci próbować. 
    - Dobrze, zapamiętam - obiecałem. 
    - Za  to  dziesiąty  chłopak  był  niezwykle  przystojny  i  bardzo  delikatny,  czułam  się  jak  w 
niebie. 
    - Nienawidzę go. 
    - Na  jedenastym  bardzo  się  zawiodłam,  absolutnie  nic  ciekawego.  Od  dwunastego  do 
siedemnastego to okres studiów i kolejne rozczarowania: mili, inteligentni i wrażliwi chłopcy, 
którzy zupełnie nie sprawdzali się w łóżku. - Zmarszczyła nos. - Osiemnasty złamał mi serce. 
Cierpiałam przez dwa lata. 
    - Strasznie mi przykro. 
    - Potem był dziewiętnasty; w ogóle go nie pamiętam, ale moja współlokatorka twierdziła, 
że kochałam się z nim, w dodatku dwa razy. Dwudziesty… O Boże, nie mogę uwierzyć, że 
doszłam  już  do  dwudziestu!  W  każdym  razie  dwudziesty  niczym  się  nie  wyróżniał,  za  to 
dwudziesty  pierwszy  niewątpliwie  był  interesujący.  Miał  język  długi  jak  trąba  słonia. 
Dwudziesty drugi wciąż zasypiał. Spotkałam go podczas pierwszego pobytu w Anglii. 
    - Oj, to przepraszam  za swojego rodaka  - powiedziałem.  - Może właśnie wrócił z Afryki, 
gdzie ukąsiła go mucha tse-tse? Zdarzają się takie wypadki. 
    Carrie uśmiechnęła się i liczyła dalej. 
    - Dwudziesty trzeci i dwudziesty czwarty równocześnie, bardzo ciekawe przeżycie…  
    - Żartujesz! - wymknęło mi się. 
    - Nie, skądże. Piliśmy przez całą podróż samolotem, potem na lotnisku wspólnie kupiliśmy 
prezerwatywy…  Fajnie  było!  Dwudziesty  piąty  to  naprawdę  cudowny  Francuz,  dwudziesty 
szósty też Francuz, ale taki sobie, Dwudziesty siódmy był kompletnym niewypałem. 
    - Jak  to?  Rozumiem,  że  mogłaś  popełnić  pomyłkę  przy  drugim  czy  trzecim  facecie,  ale 
przy dwudziestym siódmym? 
    - Skąd miałam wiedzieć, że będzie przez cały czas krzyczał? Tak się na nim zawiodłam, że 
w  ogóle  zniechęciłam  się  do  seksu.  Na  szczęście  Spencer  sprawił,  że zmieniłam  zdanie.  On 
był dwudziesty ósmy, a jego ojciec dwudziesty dziewiąty. 
    - Jak mogłaś iść do łóżka z ojcem swojego chłopaka! 
    - Po pierwsze Spencer przestał już wtedy być moim chłopakiem, a po drugie jego ojciec był 
bardziej  przystojny  od  niego  -  oświadczyła.  -  Później  trzydziesty:  kompletne  zero. 
Trzydziesty  pierwszy…  całkiem,  całkiem.  Trzydziesty  drugi,  naprawdę  uroczy.  A  potem 
trzydziesty trzeci, mój aktualny narzeczony. 
    - No, no… A gdzie ja byłem… po twoim narzeczonym? - zapytałem. 
    - Nie. Ty byłeś trzydziesty drugi. - Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się ciepło. - No, więc 
tak to wygląda. Mniej niż Madonna, ale więcej, jak sądzę, niż księżniczka Diana. A teraz two-
ja kolej. Z iloma dziewczynami spałeś? 
    - Hm…  Moja  lista  będzie  znacznie  skromniejsza  -  powiedziałem  zgodnie  z  prawdą.  - 
Właściwie to sam nie wiem, jak spędzałem czas. Pewnie pracowałem, zamiast pieprzyć pani-
enki. Tak, dużo pracowałem. Zwłaszcza ostatnio. 
    - Nie wykręcaj się. Mów, ile ich było. 
    - Więc… - Zacząłem liczyć po cichu na palcach, ale w głowie miałem pustkę, nie mogłem 
przypomnieć sobie chyba z połowy dziewczyn, z którymi poszedłem do łóżka. - Około dwud-
ziestu - oznajmiłem w końcu, choć dobrze wiedziałem, że było sporo mniej. 
    - A tak naprawdę? 
    - No, może piętnaście. Wiesz, Anglia to nie Ameryka. Rewolucja seksualna jeszcze nie w 
pełni do nas dotarła. 
    - Czyżby?  -  zdziwiła  się  Carrie.  -  Mój  narzeczony  twierdzi,  że  spał  z  osiemdziesięcioma 
czterema kobietami. 
    - Kłamie! 
    - Nie sądzę. Mówi, że późne lata siedemdziesiąte były pod tym względem bardzo udanym 
okresem. 

background image

    - Cholera, byłem wtedy jeszcze nastolatkiem, ale przecież mogłem się załapać. Trzeba było 
pieprzyć koleżanki, a nie słuchać z nimi Abby. Zmarnowałem młodość! Pewnie wszystkiemu 
są winne moje okulary; już dawno mogłem sobie sprawić kontakty! 
    Carrie uśmiechnęła się, po czym podniosła ciastko do ust i ugryzła kawałek. Przez dłuższą 
chwilę oboje milczeliśmy.  
    -  Żałuję,  że  nie  zadzwoniłem  do  ciebie  po  naszym  ostatnim  spotkaniu  -  powiedziałem 
przerywając ciszę. - Naprawdę miałem ochotę. Ale ty też nie zadzwoniłaś. Bez najmniejszych 
skrupułów dwa razy zaciągnęłaś mnie do łóżka i  nawet  nie zadzwoniłaś, żeby mi podzięko-
wać. 
    - Napisałam do ciebie. 
    - Jak to? - zapytałem. Nie dostałem od niej żadnego listu. Czyżby zaginął w drodze? Poczu-
łem, że jeszcze nic wszystko stracone. 
    - Wysłałam ci zaproszenie na ślub. 
    - Ach tak, rzeczywiście - przyznałem. - Ale to niezupełnie to samo, co list miłosny… 
    - Słuchaj, czas na mnie - powiedziała Carrie.  
    Spojrzałem  na  zegarek  i  zakląłem  szpetnie.  Było  piętnaście  po  czwartej.  David  już  od 
kwadransa czekał ni mnie pod kinem, a obiecałem mu, że tym razem na pewno przyjdę punk-
tualnie. 
    - Dobrze,  ale  musisz  zrobić  jedno:  usprawiedliwić  mnie  przed  bratem  -  rzekłem,  szybko 
podnosząc się z miejsca. - Inaczej nigdy nie wybaczy mi spóźnienia! 
     
    Już  z  daleka  zobaczyłem  Davida,  który  stał  nie  w  środku,  lecz  przed  kinem,  ponieważ 
deszcz przestał padać i znów świeciło słońce. Gdy tylko dostrzegł mnie i Carrie biegnących w 
jego stronę, od razu zaczął sygnalizować w języku migowym. 
    - Nie jesteś moim bratem! Jesteś dupkiem, którego kiedyś znałem! 
    - Carrie, to jest David, mój brat przyrodni - przedstawiłem go dziewczynie, kiedy podesz-
liśmy bliżej. - To jest Carrie. 
    - Cześć - powiedziała Carrie, uśmiechając się. 
    - Wybieraliśmy jej suknię ślubną, dlatego się spóźniłem - zakomunikowałem Davidowi.  
    - Żałosna wymówka. Za kogo wychodzi? 
    - Za totalnego buca. 
    - Szkoda jej, całkiem ładna szprota. 
    Carrie spojrzała na mnie, zaintrygowana naszą wymianą. 
    - Właśnie powiadomiłem Davida, że wychodzisz za Hamisha - wyjaśniłem. - Stwierdził, że 
to bardzo sympatyczny facet. 
    - Spałeś z nią? 
    - Pyta, gdzie się odbędzie wasz ślub. 
    - W Szkocji - odparła Carrie.  
    - I  buforki ma całkiem do rzeczy - poinformował mnie David, wykonując rękami dokładnie 
takie same gesty, jak każdy mężczyzna, kiedy omawia akurat te szczegóły damskiej anatomii. 
    - Mówi, że Szkocja to piękny rejon - przetłumaczyłem szybko. - Górzysty.  
    -  Powiedz  mu,  że  będzie  mile  widziany  na  moim  ślubie.  Hamish  zna  samych  ponurych 
sztywniaków, a ja nie chcę, żeby mój ślub wyglądał jak pogrzeb. Ale dobra, idźcie już, bo się 
spóźnicie na film. Do zobaczenia w Szkocji!  
   - Do zobaczenia - odpowiedziałem machinalnie. 
    Carrie uśmiechnęła się na pożegnanie, odwróciła się i ruszyła w stronę bulwaru ciągnącego 
się wzdłuż rzeki. Przez chwilę staliśmy obaj i patrzyli, jak się oddala.  
    - Mam problem. Nie wiem, co powinienem zrobić - zasygnalizowałem do Davida. - Ogrom-
nie mi się podoba ta dziewczyna.  
   - Trzeba było jej to powiedzieć. Bo za miesiąc będzie już panią Buc i klamka zapadła
!  
    - Powiedzieć! Dobrze ci mówić. To wcale nie takie proste. Myślisz, że jak tylko otworzę us-
ta, ona padnie mi w ramiona i będziemy odtąd żyli długo i szczęśliwie? E tam!
 - Machnąłem 
ręką. - Marzenie ściętej głowy! Lepiej wchodźmy do środka, zanim rozpocznie się film. 
    David  wzruszył  ramionami,  jakby  chciał  oświadczyć  „rób  jak  chcesz,  ja  umywam  ręce". 
Weszliśmy do pustego hallu - pozostali widzowie zdążyli już zająć miejsca - i akurat w chwi-

background image

li,  kiedy  David  wyjął  z  kieszeni  bilety,  żeby  wręczyć  je  bileterce,  postanowiłem,  że  jednak 
muszę coś zrobić, nie mogę pozwolić, by Carrie wyszła za kogo innego: muszę ją powstrzy-
mać. A przynajmniej muszę jej wyznać, co do niej czuję. 
    - Kurwa, masz rację  -  zasygnalizowałem szybko do Davida.  -  Wchodź sam, nie czekaj  na 
mnie! 
    Wybiegłem z kina i pognałem w stronę bulwaru nad Tamizą. Rozglądałem się na wszystkie 
strony, ale nigdzie nie widziałem Carrie. Podbiegłem jeszcze parę kroków i nagle ujrzałem ją 
od tyłu. Znajdowała się tuż przede mną. 
    - Carrie! - zawołałem. 
    Odwróciła się lekko zdziwiona i przystanęła; podszedłem bliżej. 
    - Słuchaj, wiem, że to kretyńskie pytanie, zwłaszcza w świetle twojej niedawnej wizyty w 
sklepie z sukniami ślubnymi, ale chciałem cię spytać, czy przypadkiem… Nie, wiem, że nie, 
przecież jestem tylko ubogim facetem, który spał z zaledwie… tak, okłamałem cię, z zaledwie 
dziewięcioma dziewczynami, ale pomyślałem sobie, że chyba powinienem… Wiem, że będę 
żałował tego, co zaraz powiem, w końcu nikt nie lubi robić z siebie osła, ale naprawdę czu-
ję… - Serce waliło mi jak młot, wiedziałem, że jestem czerwony na twarzy, a jednak nie umi-
ałem  wyartykułować  tego,  co  naprawdę  chciałem  jej  powiedzieć.  Postanowiłem  spróbować 
jeszcze raz: -Nie, poczekaj, zacznę od początku, a więc cytując słowa Da-vida Cassidy z okre-
su, kiedy występował z Partridge Family: „Zdaje się, że cię kocham", i właśnie w związku z 
tymi słowami chciałem cię spytać, czy przypadkiem jednak nie chciałabyś… Nie, oczywiście, 
że nie, niepotrzebnie się wygłupiłem, w końcu kim ja jestem, nic dziwnego, że wolisz jego, to 
zrozumiałe. Jasna sprawa. Proste jak drut. Przepraszam, że ci niepotrzebnie zawracałem gło-
wę. Cześć! 
    Odwróciłem się na pięcie, klnąc pod nosem. Wtem dobiegł mnie głos Carrie: 
    - To było niesamowicie romantyczne… Natychmiast obróciłem się z powrotem. 
    - Tak uważasz? No, wiesz, długo zastanawiałem się nad tym, co powiedzieć, całą przemo-
wę ułożyłem sobie wcześniej w głowie, bo bardzo mi zależało, żeby wszystko dobrze wypad-
ło. W końcu każde słowo jest ważne. Teraz jednak głównie odczuwam ulgę, że mam to już za 
sobą, że już ci wszystko powiedziałem, właśnie tak, jak sobie zaplanowałem. 
    - A co właściwie chciałeś mi powiedzieć? - zapytała. 
    - No, wiesz… to, co ci właśnie powiedziałem… no, to o Davidzie Cassidy… - Czułem, jak 
strużki potu ściekają mi po plecach. 
    - Słodki jesteś - oznajmiła Carrie, podchodząc bliżej i całując mnie w policzek. 
    Odsunęła się i popatrzyła mi w oczy. Wiedziałem, że powinienem powiedzieć coś więcej, 
ale w głowie miałem totalny zamęt. 
    Carrie przyglądała mi się jeszcze przez chwilę, a potem uśmiechnęła się, odwróciła i zaczę-
ła oddalać. Kiedy odeszła jakieś dziesięć metrów, obejrzała się, ale ja nadal stałem tam, gdzie 
mnie zostawiła, zupełnie jakby mi nogi wrosły nagle w ziemię. 
     
IV. 
     
MIESIĄC PÓŹNIEJ 
     
    Spojrzałem na zegarek i nacisnąłem mocniej na gaz, co natychmiast wywołało protest mo-
jego  starego  volvo;  warkot  silnika  wzmógł  się  nieprzyjemnie,  a  cały  pojazd  zaczął  dygotać, 
jakby się zaraz miał rozpaść. 
    Z trudem wyreperowany gruchot nie nadawał się na jazdę po górzystych terenach Szkocji, 
tym  bardziej  że miał  już za  sobą drogę z  Londynu do Edynburga,  gdzie zatrzymałem się na 
parę  godzin  w  sprawach  zawodowych.  Zaledwie  kilka  tygodni  temu  nasza  firma  architekto-
niczna  wygrała  konkurs  na  budowę  nowej  siedziby  jednego  z  największych  szkockich  ban-
ków, ale jego dyrekcja zażądała od nas wprowadzenia licznych zmian do wstępnego projektu, 
co  znacznie  podwyższało  koszty  całej  inwestycji.  Właśnie  tego  dotyczyła  moja  rozmowa  z 
przedstawicielami  banku.  Na  szczęście  jej  końcowy  efekt  był  bardzo  pozytywny;  bank  bez 
zmrużenia  oka  zaakceptował  nowy  kosztorys.  Ponieważ  byłem  głównym  autorem  projektu, 
wiedziałem, że przynajmniej na okres najbliższego roku moja sytuacja finansowa znacznie się 

background image

poprawi. A jeśli gotowy budynek będzie się podobał, jest duża szansa, że posypią się kolejne 
zamówienia. To  sprawiło, że choć rozmowa się przeciągnęła i opuściłem Edynburg później, 
niż zamierzałem, byłem w doskonałym humorze, który jednak stopniowo mnie opuszczał, w 
miarę jak zbliżałem się do Perth. 
    Albowiem dwadzieścia kilometrów na zachód od Perth znajdowała się posiadłość Hamisha, 
na  terenie  której  on  i  Carrie  mieli  o  siódmej  wstąpić  w  związek  małżeński.  Długo  wahałem 
się, czy jechać na ich ślub, ale ponieważ i  tak musiałem stawić się w  Edynburgu, w końcu 
zdecydowałem, że pojadę. Może w skrytości ducha liczyłem na to, że albo Carrie w ostatniej 
chwili się rozmyśli, albo jakaś interwencja sił wyższych - pod postacią niespodziewanego ka-
taklizmu - sprawi, że nie dojdzie do zawarcia jej małżeństwa z Hamishem. 
    W drodze rozmyślałem o tym, co Gareth powiedział kilka dni wcześniej, kiedy cała nasza 
paczka zjawiła się u niego i Matthewa na małym przyjęciu. 
    Ogromnie lubiliśmy bywać w ich urządzonym ze smakiem niewielkim domku. Ilekroć zap-
raszali nas do siebie, Gareth przedzierzgał się z lwa salonów w znakomitego kucharza i włas-
noręcznie  przyrządzał  wszystkie  wspaniałe  dania,  które  wjeżdżały  na  stół.  Obwiązany  kolo-
rowym fartuchem, co rusz znikał w kuchni, po czym wyłaniał się dźwigając na tacy to pros-
ciutto  z melonem,  to  pomidory nadziewane tuńczykiem  i  kaparami, to  cannelloni,  to  indyka 
nadziewanego  szynką,  serem  i  truflami,  to  inną  wyśmienitą  włoską  potrawę,  gdyż  właśnie 
kuchnia  włoska  stanowiła  jego  specjalność.  Matthew  tymczasem  otwierał  kolejne  butelki 
markowych win z ich niedużej, lecz znakomicie zaopatrzonej piwniczki i jak na troskliwego 
gospodarza przystało, dbał o to, abyśmy ani przez chwilę nie mieli pustych kieliszków. 
    Nasza hałaśliwa i jak zwykle chaotyczna rozmowa przeszła w pewnym momencie na temat 
ślubów. Zaczęła Scarlett mówiąc, że czytała ostatnio w jakimś babskim piśmie o mieszkań-
cach  Andamanów,  gdzie  ceremonia  zaślubin  wygląda  następująco:  nowożeńcy  kucają  na 
ziemi  naprzeciw  siebie,  rodzice  i  krewni  przykucają  wokół  nich,  otaczając  ich  ciasnym 
pierścieniem, po czym wszyscy wyją najgłośniej jak potrafią co najmniej przez godzinę. 
    - Wyobraziłam  sobie,  co  by  to  było,  gdyby  u  nas  obowiązywał  ten  sam  obyczaj,  i  długo 
skręcałam się ze śmiechu - powiedziała. - Tylko pomyślcie: zamiast w kościele, gromadzimy 
się wystrojeni w szczerym polu, kucamy dookoła młodej pary i drzemy się ile tchu. Zabawne, 
nie? 
    - A ja z kolei czytałem gdzieś, że u Polinezyjczyków nowożeńcy nie dostają żadnych pre-
zentów, za to ich rodziny wymieniają się podarkami - oznajmił Tom. - Rodzina panny młodej 
daje maty i kawałki płótna, a rodzina pana młodego broń, narzędzia i czółna. Gdyby więc Fi-
ona zdecydowała się wyjść za mąż, ja, jako jej brat, dostałbym całą kupę podarków! Co ty na 
to, moja droga, żeby przeprowadzić się na Polinezję? - dodał, zwracając się do siostry. 
    Fiona  nic  nie  odpowiedziała,  tylko  posłała  mu  lodowate  spojrzenie;  Tom  zamilkł  jak 
niepyszny.  A  ja  pomyślałem  sobie,  że  może  naprawdę  byłby  znacznie  szczęśliwszy,  gdyby 
mógł mieszkać na Polinezji, polować z czółna ościeniem na ryby, uwodzić tubylki i wylegi-
wać się na plaży pod palmą. Tam nikt by od niego nie wymagał, żeby zachowywał się tak, jak 
w Anglii oczekuje się od człowieka o jego majątku i pozycji, a właśnie tym wymaganiom bi-
edny Tom nie potrafił sprostać; choćby nie wiedzieć jak się starał, zawsze popełniał jakąś ga-
fę, której Fiona na ogół nie omieszkała mu wytknąć. 
    - Jeszcze  ciekawiej  jest  z  wiernością  małżeńską!  -  Gareth  pociągnął  spory  łyk  wina.  -  Na 
przykład wśród Beduinów nie obowiązuje ani mężczyzn, ani kobiet. A u pewnych afrykańs-
kich  plemion  panuje  tak  zwany  zwyczaj  „czwartego  dnia":  przez  trzy  dni  kobiecie  wolno 
sypiać wyłącznie z mężem, natomiast kolejnego dnia może iść do łóżka z kim chce. Z kolei 
aborygeni  posunęli  do  ekstremów  jus  primae  noctis,  czyli  prawo  feudalnego  dziedzica  do 
sypiania w noc poślubną z małżonkami swoich poddanych. Na niektórych obszarach Australii 
w noc poślubną całe plemię pieprzy się z panną młodą! 
    - To  tylko  następne  argumenty  potwierdzające  to,  co  powtarzam  od  zawsze  - 
powiedziałem.  -  W  obecnych  czasach  naprawdę  nie  ma  żadnego  powodu,  żeby  przechodzić 
przez ten cały kretyński rytuał, jakim jest ślub, wszystko jedno, czy zawierany w kościele, czy 
przed urzędnikiem. Jeśli dwoje ludzi się kocha, mogą po prostu mieszkać razem i już; nie ma 
powodu, żeby się pobierali! 

background image

    - Wiesz, dotychczas się z tobą zgadzałem - rzekł Gareth, nagle poważniejąc - ale ostatnio 
doszedłem  do  wniosku,  że  jednak  nie  masz  racji.  Znudziło  mi  się  łażenie  na  śluby  ludzi, 
którzy w gruncie rzeczy nic mnie nie obchodzą. Chciałbym wreszcie pójść na ślub kogoś, ko-
go kocham tak bardzo jak was, moi mili. Ślub naprawdę może być piękną, wzruszającą cere-
monią, która wszystkim na długo zostanie w pamięci. Zastanówcie się nad tym. 
    - Ja tam wcale nie muszę się zastanawiać - oświadczył Tom. - Od dawna bardzo bym chciał 
się ożenić! To nie moja wina, że wciąż jestem kawalerem. Ale ilekroć oświadczam się jakiejś 
dziewczynie, dostaję od niej kosza. A oświadczałem się już chyba wszystkim, które znam! 
    - Mnie jeszcze nie - powiedziała z lekką pretensją w głosie Scarlett. 
    - Naprawdę? - zdziwił się Tom. - Wybacz mi, moja droga, już się robi. - Zerwał się z krzes-
ła, padł przed nią na kolana i spytał: - Scarlett, chcesz zostać moją żoną? 
    - Nie - odparła Scarlett. - Ale dziękuję, że mnie poprosiłeś; czułam się pominięta. 
    Wszyscy oprócz Toma parsknęli śmiechem i wkrótce rozmowa przeszła na inne tory, mnie 
jednak  zapadły  w  pamięć  słowa  Garetha  o  tym,  że  chętnie  poszedłby  na  ślub  kogoś,  kogo 
kocha. Przypomniałem je sobie jadąc w stronę zamku Hamisha i pomyślałem, że ja również 
chętnie wybrałbym się na ślub Davida, Toma, Fiony albo Scarlett. Naprawdę byli mi najbliżsi 
na świecie i ze wszech miar pragnąłem, żeby znaleźli partnerki i partnerów, z którymi zechcą 
spędzić resztę życia, i żeby żyli z nimi długo i szczęśliwie; jak w bajce. 
     
   Zmierzchało już, kiedy minąłem podłużne górskie jezioro i wjechałem na wąską, wijącą się 
przez las drogę, która wiodła do rozległej posiadłości Hamisha Banksa. Kilometr dalej przej-
echałem przez wielką bramę z kutego żelaza i zobaczyłem na końcu podjazdu ogromny, śred-
niowieczny zamek ze wspaniałymi basztami, a kilkaset metrów na lewo niewielki kamienny 
kościółek  z  dzwonnicą,  w  którym  prawdopodobnie  od  wielu  pokoleń  żenili  się  przodkowie 
narzeczonego  Carrie.  Spojrzałem  na  zegarek.  Było  dziesięć  po  siódmej.  Zakląłem  w  duchu, 
parkując volvo pod rozłożystym dębem i obiecałem so139 bie, że jak tylko wpadnie mi trochę 
gotówki w związku z projektem banku, od razu wybiorę sobie nowy wóz i wpłacę pierwszą 
ratę. Miałem dość jeżdżenia tym starym szmelcem. 
    Szybko  zrzuciłem  z  siebie  ciepły  sweter  i  włożyłem  frak  leżący  na  tylnym  siedzeniu,  po 
czym  przebiegłem żwawo przez murawę i  otworzyłem ciężkie boczne drzwi starej  budowli. 
Ciasne wnętrze świątyni, rozświetlone dziesiątkami grubych świec, wypełnione było po brze-
gi ludźmi. Stanąłem z boku przy samej ścianie i skierowałem wzrok w stronę ołtarza. -…zwi-
ązku, gdy ten przed obliczem Pańskim zostanie zawarty. Jeśli więc ktoś z obecnych zna jaki-
kolwiek  powód  bądź  przyczynę,  dla  którego  tych  dwoje  nie  powinno  się  połączyć  świętym 
węzłem  małżeńskim,  niech  wystąpi  teraz  i  to  powie  albo  niech  po  wieki  wieków  zachowa 
milczenie. 
    Miałem ochotę podbiec do ołtarza i krzyknąć, że Carrie nie może zostać żoną Hamisha, bo 
to ja ją kocham i pragnę spędzić z nią resztę życia, ale wiedziałem, że jedynie bym się wygłu-
pił na oczach całego zgromadzenia. No bo na co mogłem liczyć? Że Carrie rzuci mi się w ra-
miona? Już raczej do końca życia będzie na mnie wściekła, że zepsułem jej ceremonię ślubną. 
Jeśli ją rzeczywiście kochałem, powinienem był powiedzieć jej o tym wcześniej. Nie zrobi-
łem tego, bo albo nie byłem pewien swoich uczuć, albo bałem się, że mnie wyśmieje. Więc 
teraz milczałem tak jak wszyscy, wpatrując się w szczupłą sylwetkę w bieli stojącą przed oł-
tarzem obok dwa razy starszego od niej mężczyzny w szkockim kilcie. 
    - Powstańcie, moi drodzy - powiedział pastor, a kiedy wszyscy wstali z miejsc, zwrócił się 
do Hamisha: - Czy ty, Hamishu, masz dobrą i nieprzymuszoną wolę pojąć za żonę tę oto Ca-
roline, którą widzisz przed sobą, i ślubujesz jej miłość, wiarę i uczciwość małżeńską, oraz to, 
że jej nie opuścisz aż do śmierci? 
    - Tak - oświadczył Hamish mocnym, zdecydowanym głosem. 
    Pastor zwrócił się z kolei do Carrie. 
    - Czy  ty,  Caroline,  masz  dobrą  i  nieprzymuszoną  wolę  pojąć  za  męża  tego  oto  Hamisha, 
którego widzisz przed sobą, i ślubujesz mu miłość, wiarę i uczciwość małżeńską, oraz to, że 
go nie opuścisz aż do śmierci? 
    - Tak - powiedziała Carrie. 

background image

    Oparłem  się  o  ścianę  i  wypuściłem  głośno  z  płuc  powietrze.  Nawet  sobie  nie  zdawałem 
sprawy,  że  wstrzymuję  oddech,  jakbym  do  ostatniej  chwili  liczył  na  to,  że  stanie  się  coś 
nieprzewidzianego i ślub nie dojdzie do skutku. 
    - O kurwa, kurwa, kurwa… - powtórzyłem cicho. 
    
    Kiedy po skończonej uroczystości wszyscy wysypali się z kościółka, na zewnątrz panował 
mrok.  Rozświetlały  go  jednak  zapalone  pochodnie  poustawiane  w  regularnych  odstępach 
między kaplicą i zamkiem, a w rześkim, górskim powietrzu rozbrzmiewała muzyka kobz. No-
wożeńcy ruszyli przodem, goście powoli za nimi. 
    Większość mężczyzn ubrana była tak jak Hamish: w kraciaste szkockie kilty, obcisłe czar-
ne kurtki ze złotymi guzikami oraz koszule z koronkowymi żabotami. Kiedy w tłumie gości 
wypatrzyłem Garetha, okazało się, że on też ma na sobie szkocki strój, co dosyć mnie zdziwi-
ło,  ponieważ  nie  był  Szkotem.  Spytałem  o  to  Matthewa,  który  podobnie  jak  ja  włożył  na 
uroczystość frak. 
    - To prawda, Gareth nie jest Szkotem - rzekł z uśmiechem. - Ale ponieważ ja jestem, uznał, 
że  ma  prawo  się  tak  wystroić.  Powiedział,  że  za  nic  nie  przepuści  okazji,  żeby  wystąpić  w 
kiecce. Zawsze twierdził, że ma bardzo zgrabne kolana. 
    Weszliśmy  do  hallu  zamku  i  zaczęli  wolno  posuwać  się  w  stronę  miejsca,  gdzie  państwo 
młodzi witali gości. 
    - Gratulacje - powiedziałem do Hamisha, ściskając mu prawicę, kiedy nadeszła moja kolej. 
    A  po  chwili  trzymałem  w  dłoni  drobną  rączkę  Carrie.  W  sukni,  która  podobała  mi  się 
najbardziej ze wszystkich, jakie przymierzała wtedy ze mną w sklepie, wyglądała tak ślicznie, 
że po raz kolejny zaparło mi dech. 
    - Wyglądasz cudownie - oznajmiłem. - Nic a nic nie przypominasz bezy. 
    - Dziękuję - powiedziała z uśmiechem. Puściłem jej dłoń. 
    Dupa blada! - mruknąłem do siebie i poszedłem dalej. Wkrótce znalazłem się w ogromnej, 
oświetlonej  kryształowymi  żyrandolami  sali,  z  której  na  piętro  wiodły  kręte,  marmurowe 
schody, a na ścianach wisiały portrety groźnie spozierających przodków, topory, oszczepy i 
trofea myśliwskie. Służący w szkockich strojach roznosili na tacach szampana, miejscowa or-
kiestra grała na kobzach jakąś skoczną melodię. Kilka nastolatek, też wystrojonych na lokalną 
modłę, podrygiwało na parkiecie. 
    - To przecież brigadoon! Mój ulubiony taniec! - ucieszył się Gareth i natychmiast puścił się 
w pląsy. 
    Matthew i ja zatrzymaliśmy się nie opodal i przez chwilę obserwowaliśmy Garetha, który 
podskakiwał  wysoko  to  na  jednej,  to  na  drugiej  nodze,  od  czasu  do  czasu  wydając  dziwne, 
mrożące krew w żyłach okrzyki. Zazdrościłem mu, że umie się tak wspaniale bawić. 
    - Mam ochotę upić się w trzy dupy - powiedziałem do Matthewa. - Idę do baru. Przynieść 
ci coś? 
    - Tak,  podwójną  whisky.  Ale  jeśli  chcesz  pić,  lepiej  przegryź  coś  najpierw.  -  Spojrzał  na 
mnie z zatroskaniem. - Na końcu sali jest zimny bufet. 
    Nie  byłem  głodny,  ale  od  rana  nic  nie  jadłem,  więc  pomyślałem,  że  rzeczywiście  powi-
nienem  coś  przekąsić.  Nie  zamierzałem  się  przecież  schlać  jak  bela  i  zrobić  z  siebie 
pośmiewiska.  Przedarłem  się  przez  salę  w  stronę  dwóch  zestawionych  razem  stołów 
przykrytych bogato  haftowanymi obrusami;  stały  na nich srebrne półmiski  wędlin i  mięs  na 
zimno oraz kryształowe salatery przeróżnych sałatek, żeby strudzeni podróżą goście mogli się 
co nieco posilić, zanim o dziewiątej zasiądą do uroczystej kolacji. 
    Nałożyłem sobie kopiasty talerz pełen różności, ale kiedy zacząłem jeść, okazało się, że nic 
mi nie smakuje. Z najwyższym trudem przeżuwałem każdy kęs i musiałem się zmuszać, żeby 
w  ogóle  cokolwiek  przełknąć.  Sam  nie  wiedziałem,  czy  to  mój  podły  humor  odebrał  mi 
apetyt, czy też szkocka kuchnia jest jeszcze gorsza od angielskiej. 
    Oprócz  mnie  przy  bufecie  kręciła  się  całkiem  ładna  dwudziestoparoletnia  blondynka  w 
czerwonej  sukni  ze  sporym  dekoltem.  Spojrzała  na  mnie  zachęcająco  parę  razy,  więc  uzna-
łem, że niegrzecznie byłoby się do niej nie odezwać. Co prawda akurat tego dnia gówno mnie 
obchodziły dobre obyczaje, ale w końcu co miałem do stracenia? Przemknęło mi nawet przez 

background image

myśl, że jeśli się postaram, to może właśnie w ramionach tej blondynki. uda mi zapomnieć o 
Carrie. 
    - Byłem tego lata na ośmiu weselach - powiedziałem, żeby nawiązać rozmowę. 
    - Naprawdę?  -  zapytała  blondynka,  uśmiechając  sięprzyjaźnie.  -  Więc  pewnie  ma  pan  już 
dość szampana i kanapek z łososiem, prawda? 
    - Tak. Zresztą jedzenie na weselach na ogół bywa podłe. W maju wybrałem się na wesele, 
które w całości urządziła siostra panny młodej. Pieczeń była tak twarda, że chyba wolałbym 
pałaszować  własny  but.  Ale  potem  wszyscy  kłamaliśmy  jak  najęci,  mówiąc,  że  dawno  nie 
jedliśmy takich frykasów. Szczyt hipokryzji, ale co było robić? 
    - Fakt. 
    - Przyrządzanie potraw to bardzo trudna sztuka, poza tym wszystko należy kupować i po-
dawać w ostatniej chwili, żeby było świeże - dodałem, zapalając się do tematu. - A niech pani 
tylko  spojrzy na te kiełbaski  na moim talerzu;  są tak suche, że wyglądają jak odchody cier-
piącego na zatwardzenie pawiana. Z kolei szparagi wyglądają i smakują jak dyndaski Marsj-
an, natomiast wiosenną sałatkę chyba rzeczywiście zrobiono na wiosnę i trzymano w lodówce 
aż  do  teraz.  No,  ale  dość  o  jedzeniu,  pomówmy  o  czymś  przyjemniejszym.  Kim  pani  jest? 
Czym się zajmuje? 
    - Prowadzę restaurację - odparła. 
    - Ach, to na pewno świetnie pani wie, o czym mówię - ucieszyłem się. - A obsługuje pani 
wesela? 
    - Tak. 
    - Więc szkoda, że nie poproszono pani, żeby urządziła to. 
    - Poproszono - oznajmiła. 
    - Więc wielka szkoda, że pani odmówiła. 
    - Nie odmówiłam. Wszystkie potrawy pochodzą z mojej restauracji. 
    Przez chwilę czułem się jak kretyn. Nie miałem pojęcia, jak zareagować. 
    - Ten nóż rzeźnicki wydaje mi się odpowiedni do tego, żeby mnie pani za karę wykastro-
wała - rzekłem wreszcie, podnosząc z półmiska z pieczenia długi nóż. 
    Blondynka nawet się nie uśmiechnęła. Spojrzała na mnie chłodno, po czym skierowała się 
w stronę innych gości. Najwyraźniej mogłem się pożegnać z planami szukania pociechy w jej 
ramionach. 
    Odstawiłem  talerz  i  poszedłem  do  baru,  gdzie  wziąłem  po  podwójnej  whisky  dla  siebie  i 
Matthewa. Kiedy jednak zacząłem szukać Matthewa w okolicach parkietu, nie było go tam, a 
Gareth też zrezygnował z tańców. W końcu znalazłem wszystkich swoich przyjaciół w bibli-
otece, do której z głównej sali wiodły otwarte drzwi. Siedzieli w otoczeniu ksiąg na kanapie i 
fotelach,  rozmawiali,  sączyli  drinki  i  spozierali  przez  drzwi  na  innych  gości.  Skinieniem 
głowy przywitałem się z resztą towarzystwa, które przyjechało z Londynu land roverem To-
ma, po czym usiadłem z boku. 
    - Ogromnie mi się podobała ta cała kościelna uroczystość - perorował w najlepsze Gareth. - 
Gdybyśmy z Matthewem kiedykolwiek zdecydowali się na ślub, bardzo bym chciał, żeby tak 
to właśnie wyglądało. 
    Jeden  Tom  parsknął  śmiechem,  bo  nie  zorientował  się,  że  Gareth  mówi  poważnie.  Ale 
natychmiast umilkł speszony, kiedy Fiona na niego syknęła. 
    - Przepraszam… - mruknął. 
    - Nic nie szkodzi! - Gareth zaśmiał się rubasznie. - To prawda, że w Anglii jeszcze nie zale-
galizowano ślubów między osobami tej samej płci, ale to przecież tylko kwestia czasu. I jes-
tem  pewien,  że  dożyję  tej  chwili.  Pamiętacie,  moi  drodzy,  co  mówiłem  przed  kilkoma  dni-
ami? Że chciałbym się wreszcie wybrać na ślub kogoś, kogo naprawdę kocham? Więc słucha-
jcie, oto wasz rozkaz na dzisiejszy wieczór: wstańcie i idźcie szukać żon i mężów!  
    - Świetny pomysł! - zawołał Tom, posłusznie zrywając się z miejsca. - Jak tam, Fifi, wid-
zisz może na sali potencjalnego męża? 
    - Odpieprz się, Tom - powiedziała z niesmakiem jego siostra. 
    - Przepraszam… - mruknął ponownie Tom. 
    - Nie kłóćcie się, kochani - rzekł Gareth. - A zanim ruszycie szukać partnerek i partnerów, 
wypijmy  za  prawdziwą  miłość.  Mam  nadzieję,  że  ją  tutaj  znajdziecie  i  kiedy  już  będziecie 

background image

sklerotycznymi staruszkami, każde z was będzie mogło oznajmić z dumą: adorowano mnie. A 
więc, za prawdziwą miłość! 
    - Za  prawdziwą  miłość!  -  powtórzyliśmy,  wznosząc  do  góry  i  opróżniając  kieliszki  oraz 
szklanki. 
    - A teraz, jak to genialnie ujął David Bowie, nim zupełnie zbzikował: „Pora na tańce!" - za-
wołał Gareth, po czym odstawił kieliszek, zerwał się z miejsca i pognał na parkiet. 
    Inni ruszyli za nim, ja jednak nie miałem ochoty tańczyć; zatrzymałem się w drzwiach bib-
lioteki i z tego miejsca obserwowałem przyjaciół. 
    Tom  najwyraźniej  wziął  sobie  do  serca  słowa  Garetha,  bo  na  ogół  wyjątkowo  nieśmiały, 
kiedy  w  grę  wchodziły  kontakty  z  przedstawicielkami  płci  pięknej,  tym  razem  odważnie 
podszedł do całkiem ładnej kobiety stojącej na skraju parkietu. 
    - Podobno wiele osób poznaje swoje przyszłe żony i mężów na weselach - oświadczył. - To 
bardza… hm… ciekawe, nie uważa pani? 
    - Ma  pan  absolutną  rację  -  powiedziała  kobieta.  Tom  aż  pokraśniał  z zadowolenia,  że  tak 
się ze sobą zgadzają. 
    - Ja też poznałam męża na weselu - dodała. 
    - Aha. Aha. 
    Mój przyjaciel zaczerwienił się, zupełnie zbity z tropu; widziałem, jak się męczy, próbując 
wymyślić, co ma powiedzieć, żeby móc odejść, nie urażając rozmówczyni. Wreszcie znalazł 
rozwiązanie. Wychylił do dna kieliszek, który trzymał w dłoni, podniósł go nóżką do góry i 
pomachał nim przed kobietą. 
    - Ojej, pusty! - zawołał. - Muszę wziąć nowy… Przepraszam bardzo… 
    Zakręcił  się  na  pięcie  i  odszedł  szybko  z  miną  zbitego  psa.  Kobieta  uśmiechnęła  się  do 
siebie i wzruszyła lekko ramionami. W następnej chwili podszedł do niej łysawy pastor, który 
udzielał ślubu Hamishowi i Carrie. 
    - Jak się bawisz, moja droga? - zapytał, obejmując ją czule ramieniem. 
    Parsknąłem śmiechem. Biedny Tom  jak zawsze nie miał  szczęścia. Nie dość że próbował 
poderwać  -  w  jak  najuczciwszych  zamiarach  -  zamężną  kobietę,  to  jeszcze  w  dodatku  żonę 
pastora! 
    Scarlett  stała  chwilę  pod  ścianą,  przestępując  z  nogi  na  nogę.  Widziałem  po  jej  zmarszc-
zonym  czole,  że  stara  się  podjąć  jakąś  wyjątkowo  trudną  decyzję  -  zapewne  którego  z 
obecnych  na  sali  mężczyzn  zacząć  podrywać.  W  końcu  najwyraźniej  dokonała  wyboru,  bo 
czoło jej się rozpogodziło, a na ustach zakwitł kokieteryjny uśmiech. Ruszyła zdecydowanym 
krokiem  w  kierunku  wysokiego,  dobrze  zbudowanego  młodego  Amerykanina,  który  był 
chyba najprzystojniejszym mężczyzną na sali. 
    - Cześć,  mam  na  imię  Scarlett  -  powiedziała,  zadzierając  głowę,  bo  była  co  najmniej  pół 
metra niższa od niego. - Nazwano mnie tak na cześć Scarlett O'Hary z Przeminęło z wiatrem
ale daję słowo, że jestem znacznie mniej kłopotliwa od niej. A ty jak się nazywasz? 
    - Rhett. 
    - Nie… naprawdę?! - Ucieszyła się Scarlett. 
    - Nie, nie naprawdę. - Wysoki Amerykanin uśmiechnął się szeroko. - Naprawdę nazywam 
się Chester.  
    - Żartowniś z ciebie! - zawołała Scarlett. - Ale to i dobrze, bo zawsze sądziłam, że wszyscy 
Amerykanie są nudni jak flaki z olejem. Chociaż to chyba bzdura, co? Przecież Steve Martin 
jest zabawny, a jest Amerykaninem, nie? 
    - Tak - potwierdził Chester. 
    - No, widzisz, jak się wszystko dobrze składa? Podobasz mi się, wiesz? 
    Przestałem słuchać ich rozmowy, gdyż w tym momencie na parkiecie pojawili się Carrie i 
Hamish. Goście zaczęli bić brawo, a szkocka kapela zagrała bardziej spokojną, romantyczną 
melodię. Patrzyłem na uśmiech błąkający się po twarzy Carrie, na jej oczy wpatrzone w stą-
pającego dystyngowanie Hamisha i czułem, jak przepełnia mnie żałość i ból, że to nie ja z nią 
tańczę. 
    Nagle usłyszałem za sobą znajomy głos i aż mnie ciarki przeszły po grzbiecie. 
    - Cześć, Charles! 

background image

    - Och, Hen, błagam cię, nie teraz, dobrze? Zupełnie nie jestem w nastroju do kłótni - powi-
edziałem proszącym tonem, obracając się twarzą do Henrietty. - Wiem, że masz mnie za pod-
łego łobuza… 
    - Czyżbym  aż  tak  cię  przestraszyła  podczas  naszego  ostatniego  spotkania?  -  zapytała  ze 
śmiechem Henrietta. 
    Zdumiony,  zdałem  sobie  sprawę,  że  bynajmniej  nie  zamierza  wybuchnąć  zaraz  łzami. 
Poczułem wdzięczność i ulgę. 
    - Pamiętasz  scenę  z  prysznicem  z  Psychozy  Hitchcocka?  -  spytałem.  -  No,  więc  ja  bałem 
się jeszcze bardziej. 
    Henrietta  roześmiała się. Wyglądała bardzo ładnie; od czasu  naszego  zerwania nie widzi-
ałem jej w tak dobrej formie. 
    - Boże, ale mam dziś podły nastrój - wyznałem. - A co u ciebie? 
    - Nie  może  być  lepiej  -  oznajmiła.  -  Wreszcie  wzięłam  się  w  garść  i  mam  nawet  nowego 
chłopaka. Znasz Freda? 
    Wskazała  kieliszkiem  na  kędzierzawego,  dość  sympatycznie  wyglądającego  młodzieńca, 
który stał parę kroków dalej, rozmawiając z dwoma starszymi damami. Uśmiechnął się do nas 
widząc, że patrzymy w jego stronę. 
    - Nie - odparłem, potrząsając głową. 
    - To kiedyś muszę was poznać - rzekła Hen. - Jest bardzo fajny, wiesz? Na pewno będę z 
nim szczęśliwa. 
    Poczułem  ukłucie  zazdrości.  W  końcu  Henrietta  ułożyła  sobie  jakoś  życie,  a  ja?  Co  mi 
strzeliło do głowy, żeby z nią zrywać? Była ładna, inteligentna i kochała mnie tak bardzo… 
    - Cieszę się, Hen - oświadczyłem, chociaż wcale nie była to prawda. - Może miałaś rację i 
rzeczywiście powinniśmy się byli pobrać? 
    - Nie  żartuj!  -  zawołała  oburzona.  -  Nic  by  z  tego  nie  wyszło.  Poza  tym  wychodząc  za 
ciebie musiałabym zaakceptować wszystkich twoich przyjaciół, a wiesz, że nie cierpię Fiony. 
    - Dlaczego? Przecież Fiona cię uwielbia. 
    - Nazywa mnie Kaczym Kuprem! 
    - Nie wierzę! Przy mnie ani razu tak o tobie nie powiedziała - skłamałem szybko. 
    -  No  dobra,  teraz  to  już  nieważne  -  stwierdziła  Henrietta.  -  Słuchaj,  zadzwoń  kiedyś,  jak 
będziesz miał ochotę. Zjemy razem lunch i powspominamy dawne czasy. - Uniosła się na pal-
cach i cmoknęła mnie lekko w policzek. - Wciąż cię lubię, wiesz? 
    Zostawiła  mnie,  podeszła  do  Freda  i  wzięła  go  za  rękę.  Nie  miałem  ochoty  widzieć  jej  z 
innym chłopakiem, więc obróciłem się do nich plecami i znów spojrzałem na parkiet. Carrie i 
Hamish wciąż tańczyli. Na nich też nie miałem ochoty patrzeć. Ogarniało mnie coraz większe 
przygnębienie; jeszcze nigdy nie było mi tak ciężko na duszy. Gdybym miał pod ręką strzel-
bę, najchętniej bym sobie palnął w łeb. 
    Wtem ktoś stanął tuż obok. Była to Fiona. 
    - Jak się miewa Kaczy Kuper? - zapytała. 
    - Wygląda na to, że całkiem nieźle. Nawet nie próbowała mi zrobić sceny. 
    - Zadurzyłeś się w tej dziewczynie, prawda? - Fiona wskazała brodą Carrie, zaciągając się 
głęboko papierosem, który trzymała w ręce. 
    - Tak  - przyznałem, bo skoro Fiona mnie przejrzała, bez sensu  byłoby  ją oszukiwać.  - To 
bardzo dziwne, kiedy czuje się coś takiego. 
    Przez chwilę oboje milczeliśmy. 
    - A  co  u  ciebie,  Fifi?  Wypatrzyłaś  wśród  obecnych  idealnego  partnera?  -  zapytałem  ze 
sztuczną wesołością, na siłę starając się zmienić nastrój. 
    Fiona nie podjęła mojego żartobliwego tonu. 
    - Nawet nie próbowałam - odpowiedziała poważnie. - Od lat kocham się w tym samym fa-
cecie. 
    - Naprawdę, Fifi? - Nagle przypomniałem sobie jej rozmowę ze starą markizą Beaumont na 
weselu Bernarda i Lydii; mówiła wtedy to samo. - Kto to taki? 
    Fiona zawahała się, jakby nie była pewna, czy chce mi wyjawić swoją tajemnicę. W końcu 
jednak się przemogła. 

background image

    - Ty, Charlie - rzekła. - Kocham się w tobie od dawna, od chwili, kiedy ujrzałam cię po raz 
pierwszy. 
    Nie miałem pojęcia, co powiedzieć. Od wielu lat byliśmy przyjaciółmi, a nigdy mi nawet 
do głowy nie przyszło, że Fiona czuje do mnie coś więcej poza przyjaźnią. Dziewczyna znów 
zaciągnęła się papierosem. 
    - Dobrze pamiętam, kiedy to było.  Zobaczyłam cię w drzwiach restauracji, w której umó-
wiłam  się  z  Tomem.  Zakochałam  się  w  tobie,  zanim  jeszcze  podeszliście  obaj  do  stolika… 
No,  ale  mniejsza.  Żadne  z  nas  nie  jest  w  stanie  nic  na  to  poradzić.  Tak  już  w  życiu  bywa. 
Zresztą przyjaźń to też coś cennego. Nawet bardzo cennego… 
    Ująłem ją za rękę. 
    - Fifi, Fifi, jakże mi strasznie przykro! 
    - Nie, nie mów tak. To nie twoja wina. Najlepiej  zapomnij o tym,  co ci  przed chwilą po-
wiedziałam. Chciałabym, żebyśmy nadal mogli się przyjaźnić. 
    W tym momencie podszedł do nas Matthew. 
    - Jak się bawisz, Matthew? - zapytała go Fiona, siląc się na naturalny ton. - I co porabia Ga-
reth? 
    - Jest w salonie na piętrze. Dworuje sobie z Amerykanów. 
    - Należy im się za to, że wypowiedzieli posłuszeństwo naszemu królowi. W końcu Jerzy III 
nie  był  żadnym  krwawym  tyranem,  tylko  całkiem  nieszkodliwym  szaleńcem.  Zresztą  niek-
tórzy uważają, że właśnie utrata amerykańskich kolonii spowodowała, że postradał zmysły. - 
Zgasiła  papierosa  i  spojrzała  na  nas.  -  Mam  ochotę  posłuchać,  jak  Gareth  znęca  się  nad 
Amerykanami. Idziecie? 
    - Wezmę drinka i dołączę do was za chwilę - powiedział Matthew. 
    Ruszyliśmy  więc  we  dwoje  w  stronę  schodów,  z  trudem  przedzierając  się  przez  tłum 
wypełniający  salę  balową.  Zanim  jednak  do  nich  doszliśmy,  z  góry  zbiegł  Gareth  w  to-
warzystwie siwej Amerykanki w granatowej sukni z gorsem wyszywanym srebrną nitką. Ko-
bieta sprawiała wrażenie albo pijanej, albo otumanionej elokwencją Ga-retha. 
    - Nie, nie znam osobiście Oscara Wilde'a - oznajmił nasz przyjaciel, ciągnąc ją za rękę w 
kierunku parkietu - ale mogę dla pani zdobyć numer jego telefonu. Zatańczymy? 
    Nie czekając na jej zgodę, zakręcił nią tak energicznie, że upadłaby na ziemię, gdyby nie 
złapał jej w ramiona. Widziałem przerażenie malujące się na pomarszczonej twarzy kobiety, 
gdy chwilę później podnosił ją dó góry; musiała być jednak cięższa, niż mu się zdawało, bo 
zaraz postawił  ją z powrotem na ziemi. Odsunął  się i  uśmiechając się uwodzicielsko, zaczął 
podskakiwać  energicznie,  wyrzucając  na  boki  ramiona;  jego  podrygi  przypominały  nie  tyle 
szkocki taniec, co godowe popisy żurawia. 
    Wreszcie, dojrzawszy mnie i Fionę stojących na skraju parkietu, przerwał pląsy i podszedł 
do nas, zasapany i czerwony na twarzy. 
    - No i co? Znaleźliście już kogoś? - spytał, z trudem łapiąc oddech. 
    - Jeszcze nie. - Fiona odpowiedziała za nas oboje. - Nawet nie wiesz, Gareth, jaki z ciebie 
szczęściarz. Znalezienie sobie męża lub żony to naprawdę niełatwe zadanie. 
    Dalszą  rozmowę  przerwał  nam  drużba  Hamisha,  podstarzały  świński  blondyn  odziany  w 
szkocki strój. 
    - Panie i  panowie, napełnijcie kieliszki,  a potem prosimy o ciszę  -  oświadczył,  podnosząc 
głos. - Najpierw, co jak przyznacie, jest dość niezwykłe, przemówi panna młoda! 
    Podczas gdy kelnerzy szybko okrążyli salę, nalewając gościom szampana, Carrie weszła na 
niewielkie podium pod ścianą obwieszoną portretami wąsatych i brodatych przodków Hamis-
ha. Powitały ją oklaski. Stojący za mną Gareth klaskał najgłośniej ze wszystkich, a kiedy bra-
wa umilkły, szepnął mi do ucha: 
    - Cudowna dziewczyna, nie uważasz?  
    Skinąłem głową, bo co miałem powiedzieć? 
    - Dziękuję za oklaski,  choć nie  wiem,  czy  rzeczywiście na nie zasługuję - zaczęła Carrie, 
uśmiechając  się  do  zgromadzonych.  -  W  gruncie  rzeczy  chcę  wam  powiedzieć  tylko  parę 
krótkich słów. Przede wszystkim pragnę serdecznie podziękować wszystkim, którzy na dzisi-
ejszą  uroczystość  przylecieli  specjalnie  ze  Stanów.  Naprawdę  czuję  się  wzruszona,  że 
przybyliście tak licznie. Jeśli chodzi o resztę gości… wydawać by się mogło, że świadomość 

background image

tego, iż zjawi się cały tłum szalonych Amerykanów, jest znakomitym pretekstem do pozosta-
nia w domu. Dlatego wobec was również mam ogromny dług wdzięczności, że jednak posta-
nowiliście zaszczycić mój ślub swoją obecnością. 
    Wyglądała prześlicznie. Mówiła spokojnym,  pewnym  siebie  głosem,  zupełnie nie stremo-
wana tym, że wszyscy na nią patrzą. Gareth miał rację; była cudowna. Jaka szkoda, że to nie 
ja stałem u jej boku. 
    - Gdyby mój ukochany ojciec mógł tu być dzisiaj z nami - kontynuowała - on, nie ja, prze-
mawiałby teraz do was. Nie wiem, co by wam powiedział, ale wyobrażam sobie, co by powi-
edział do mnie: „Wspaniałaiecka, córuś, ale dlaczego wychodzisz za gościa dwa razy starsze-
go od siebie, w dodatku ubranego w spódnicę?"  
    Zebrani parsknęli śmiechem. 
    - Odparłabym mu: ponieważ go kocham - ciągnęła Carrie, kiedy śmiechy ucichły. - Jak po-
wiedział John Lennon, który zginął  w tym  samym  roku, co zmarł  mój tata: „Liczy się tylko 
miłość, wtedy wiesz na pewno". Zgadzam się z tym w pełni. 
    Dygnęła i zeskoczyła z podium. Znów rozległy się oklaski, a kiedy umilkły, na podwyższe-
nie wdrapał się drużba. 
    - Szanowni  państwo,  teraz  przemówi  sir  Hamish  Banks,  znany  przemysłowiec  i  poseł  do 
parlamentu! - zapowiedział pompatycznie. 
    - Dziękuję  -  rzekł  Hamish,  całkiem  sprawnie wskakując na podium  i zdecydowanym  ruc-
hem dłoni uciszając oklaski. - Każdy, kto tak jak ja od dwudziestu lat zajmuje się polityką, 
przywykł do tego, że kobiety zawsze spychają mężczyzn na dalszy plan. Nie spodziewałem 
się tylko, że przytrafi mi się to na własnym weselu. Chcę was jednak zapewnić, że przez resz-
tę życia chętnie będę grał drugie skrzypce u boku tej właśnie kobiety. 
    Nagle tuż za plecami usłyszałem głośny rumor. Obejrzałem się przez ramię i zobaczyłem, 
że Gareth leży na ziemi. Byłem przekonany, że za dużo wypił i najnormalniej w świecie stra-
cił równowagę. Pokręciłem z dezaprobatą głową, ale widząc, że jakoś nie może się podnieść, 
ruszyłem mu z pomocą. Zanim zdążyłem się schylić i podać mu rękę, znów opadł z głośnym 
dudnięciem na posadzkę. Zrozumiałem, że z Garethem dzieje się coś złego. 
    - Słyszę  z  tyłu  jakieś  hałasy  -  doleciał  mnie  od  podium  głos  Hamisha  -  ale  to  też  coś,  do 
czego  my, politycy,  jesteśmy  przyzwyczajeni.  Chciałbym  podziękować  wszystkim  obecnym 
za to, że… 
    Przestałem go słuchać. Kucnąłem obok Garetha i rozpiąłem mu żabot. 
    - Szybko, Tom, sprowadź lekarza! - rozkazałem Tomowi, który pojawił się koło mnie. 
    Za Tomem ujrzałem zatroskane twarze. Fiony i Davida. 
    - Dobra,  już  lecę  po  Johna;  to  świetny  fachowiec,  o  nic  się  martw  -  powiedział  szybko 
Tom. 
    Po chwili wrócił w towarzystwie jednej z największych angielskich sław medycznych, sir 
Johna Talbota, który też bawił na weselu. Lekarz uklęknął obok Garetha i dotknął jego szyi. 
    - Niech ktoś zadzwoni po karetkę - polecił - a my tymczasem przenieśmy go do sąsiedniego 
pokoju, żeby miał więcej powietrza. 
    Fiona  pobiegła  do  telefonu,  a  lekarz,  Tom,  ja  i  David,  podnieśliśmy  Garetha  z  podłogi  i 
przenieśli do biblioteki. Lekarz zaczął masować mu serce, David otworzył szeroko okno. Na 
niewiele się to zdało; kilką sekund później Gareth już nie żył. 
     
V. 
     
DZIEŃ SMUTKU 
     
    Pogrzeb  Garetha  miał  się  odbyć  w  Eddington,  małym  przemysłowym  miasteczku  poło-
żonym na północny wschód od Londynu. Właśnie tam się urodził i tam nadal mieszkali jego 
rodzice. Byłem zaskoczony, kiedy dowiedziałem się od Matthewa, że ojciec Garetha, obecnie 
na  emeryturze,  całe  życie  pracował  jako  hutnik;  nie  zdawałem  sobie  sprawy,  że  Gareth 
wywodzi się z klasy robotniczej. Nie wiem dlaczego, ale sądziłem, że homoseksualizm to coś 
przypisanego do warstw średnich i wyższych, natomiast warstwy niższe zawsze kojarzyły mi 
się z brakiem tolerancji wobec tego zjawiska. Ciekawe, jak się Gareth musiał czuć jako młody 

background image

chłopak, świadom swojej inności, dorastając wśród rówieśników, którym w głowie były jedy-
nie panienki, piwo i mecze piłki nożnej? Problemem musiały być dla niego nie tylko odmien-
ne  upodobania  seksualne,  ale  również  odmienna  wrażliwość,  umiłowanie  literatury  i  sztuki. 
Na  pewno  wiele  się  wycierpiał,  zanim  pojął,  kim  jest  naprawdę,  i  przestał  się  naginać  do 
wzorców obowiązujących w jego środowisku. Ale może droga, jaką przeszedł,  zanim został 
dyrektorem prosperującego salonu z antykami w samym centrum Londynu, wcale nie była ta-
ka długa i bolesna, jak mi się zdawało? Może przemawiały przeze mnie uprzedzenia klasowe, 
zupełnie nie mające pokrycia w rzeczywistości? W końcu w różnych środowiskach znajdują 
się zarówno ludzie ograniczeni i nietolerancyjni, jak i otwarci, liberalni. Szerokie horyzonty 
absolutnie nie muszą iść w parze z dobrym urodzeniem. Przynajmniej rodzice Garetha, jak mi 
powiedział Matthew, zawsze akceptowali go takim, jakim był. Potrafili zrozumieć, że pewne 
rzeczy nie są kwestią świadomego wyboru; jesteśmy tacy, jacy przychodzimy na świat. 
    Myślałem o tym w drodze do Eddington, od czasu do czasu spoglądając na siedzącą obok, 
pochlipującą Scarlett. Śmierć Garetha była dla nas wszystkich straszliwym wstrząsem; zupeł-
nie nie mieściło się nam w głowie, jak ktoś tak energiczny i  - wydawałoby się - tryskający 
zdrowiem, może nagle umrzeć na atak serca. Długa choroba przygotowuje człowieka na na-
jgorsze; czasem zdarza się, że śmierć jest wybawieniem, bo wyzwala od bólu i cierpień. Ale 
żeby umrzeć tak nagle, i to nie w żadnym wypadku, tylko bawiąc się na weselu… poczułem, 
jak kruchym darem jest życie. Wprawdzie Gareth pił ponad miarę i lubił dobrze zjeść, ale na 
Boga ojca, miał dopiero pięćdziesiąt lat! 
    Pamiętałem, jak Matthew spojrzał na mnie, kiedy odszukałem go wśród gości słuchających 
przemówienia Hamisha i powiedziałem mu, że przed chwilą Gareth zmarł na zawał. Na jego 
twarzy  odmalowało  się  niedowierzanie  i  niesmak,  bo  wziął  moje  słowa  za  kretyński  żart. 
Przecież  Gareth  nigdy  nie  chorował,  nigdy  nie  skarżył  się  na  żadne  dolegliwości.  Rumiany, 
tylko lekko otyły, wszystkim wydawał się okazem zdrowia. Do czasu… 
    Kiedy  szedłem  w  stronę  Matthewa,  większość  gości  weselnych  jeszcze  nie  wiedziała,  co 
się stało. Ci, którzy zauważyli, jak niesiemy Garetha do biblioteki, zapewne pomyśleli, że się 
upił. Dlatego śmiali się w najlepsze i bili brawo, słuchając przemówienia Hamisha. Na zaws-
ze pozostanie mi w pamięci kontrast między pogrążonymi w smutku przyjaciółmi w bibliote-
ce a radością tłumu w sali balowej. Nie dlatego, że mam komukolwiek za złe to, że się akurat 
śmiał; ludzie, nieświadomi tragedii, jaka się zdarzyła, mieli prawo dobrze się bawić. Ale kont-
rast  między  nastrojami  panującymi  w  obu  pomieszczeniach  pomógł  mi  uzmysłowić  sobie 
naszą ślepotę na cierpienia innych i  to,  że skoncentrowani  na własnym  życiu  oraz własnych 
przyjemnościach, często nie orientujemy się, co dzieje się dosłownie za ścianą. 
    Przez część jazdy wycieraczki mojego gruchota ledwo nadążały z usuwaniem z szyb kropli 
deszczu; potem na szczęście ulewa zaczęła słabnąć. Kiedy wjechaliśmy do szarego, ponurego 
miasteczka  i  zatrzymali  się  przed  czarnym  od  sadzy  kościołem,  właściwie  już  tylko  mżyło. 
Wysiedliśmy z volvo i ruszyli w stronę wejścia. 
    Scarlett odziana była na czarno, ale po drodze nasadziła na głowę czapkę z barwnej włócz-
ki. Odruchowo chciałem zwrócić jej uwagę, żeby może ją zdjęła, bo ten kolorowy akcent nie 
pasuje do uroczystości żałobnej, ale pomyślałem sobie, że pewnie Gareth by go docenił. Bądź 
co bądź sam też lubił czasem ubierać się nader ekstrawagancko. 
    W kruchcie natknęliśmy się na Toma, Davida i Serenę, rudą dziewczynę, z którą mój brat 
widywał się regularnie od wesela Bernarda i Lydii. 
    - Spóźniliśmy się?! - spytałem Davida, przerażony, że już jest po wszystkim. 
    - Tylko trochę. Ale dziś to naprawdę nie ma znaczenia - odpowiedział. 
    Scarlett i ja przywitaliśmy się ze wszystkimi, po czym całą grupą weszliśmy do środka. Za-
raz za drzwiami spotkaliśmy Matthewa. 
    - Przepraszam za spóźnienie - szepnąłem, podając mu rękę. 
    - Nic nie szkodzi - rzekł. - Gareth nie mógłby sobie wybaczyć, gdybyś z jego powodu zer-
wał z tak długą tradycją. 
    Kościół był pełen ludzi. Jego skromne wnętrze, białe i czyste, przywodziło na myśl pierws-
ze chrześcijańskie świątynie. Oprócz ławek dla wiernych i pulpitu, przy którym pastor czyta 
lekcję, w środku znajdowały się tylko organy, umieszczone centralnie na ścianie, na której w 
domach modlitwy urządzonych z większym zbytkiem znajduje się główny ołtarz. Przed nimi 

background image

stała na podwyższeniu prosta drewniana trumna z mosiężnymi okuciami, na której leżał poj-
edynczy wieniec kwiatów. 
    Idąc nawą, zobaczyłem Angusa, Laurę, Bernarda, Lydię i wielu innych znajomych. A także 
wiele osób, których tania odzież i zniszczone twarze wskazywały na to,  że myliłem się sąd-
ząc, iż Gareth nie miał przyjaciół w robotniczej mieścinie, w której przyszedł na świat i doras-
tał. Ci ludzie, wyglądający na prostych robotników pracujących przy taśmie montażowej, byli 
jego rówieśnikami, z którymi pewnie przed laty chodził na piwo i na mecze, nawet jeśli nie 
podzielał  ich  zainteresowań  płcią  piękną.  Pamiętali  go  i  lubili  na  tyle,  że  przyszli  się  z  nim 
pożegnać. 
    Nagle dostrzegłem Carrie. Z gołą głową, w szarym płaszczu, siedziała na środku ławki po-
między obcymi mi ludźmi. Nie było z nią Hamisha. Zdziwiłem się, że przyjechała specjalnie 
ze Szkocji na tę smutną uroczystość; bądź co bądź przecież trwał jej miodowy miesiąc. 
    Zobaczyłem Fionę i usiadłem obok niej. Widząc jej smutną, wymizerowaną twarz, objąłem 
ją ramieniem i uścisnąłem lekko, starając się ją pocieszyć. Podobnie jak my wszyscy, ogrom-
nie przeżywała śmierć Garetha, choć wcześniej irytowała się na niego niemal równie często 
jak na Toma. 
    - Dzień dobry - powiedział pastor, stając przy pulpicie. - Witam wszystkich bardzo ciepło 
w  tym  chłodnym  dniu.  Za  chwilę  przystąpimy  do  ceremonii  pogrzebowej,  ale  poprosiłem 
Matthewa, najbliższego przyjaciela Garetha, żeby najpierw wygłosił o nim kilka słów. 
    Matthew, który siedział obok dwojga starszych ludzi, zapewne rodziców Garetha, podniósł 
się i podszedł do trumny. 
    - Gareth  zawsze  przedkładał  pogrzeby  nad  śluby  -  zaczął,  wyjmując  z  kieszeni  kartkę.  - 
Mówił,  że  z  większym  zaangażowaniem  uczestniczy  w  uroczystościach,  w  których  kiedyś 
przyjdzie mu grać główną rolę. 
    Wszyscy się roześmieli i zapewne tak jak mnie, zrobiło im się lżej na duszy. Zaledwie pa-
roma słowami udało się Matthewowi rozładować panującą w kościele ponurą atmosferę, jaki-
ej Gareth niewątpliwie by sobie nie życzył. 
    - Przygotowując tych kilka słów, które teraz wygłaszam - kontynuował Matthew - zatelefo-
nowałem  do  paru  osób,  żeby  zorientować  się,  jak  postrzegali  Garetha  ci,  co  go  dobrze  nie 
znali. Najczęściej padającym przymiotnikiem było słowo „gruby", choć określenie „grubiańs-
ki"  też  miało  zwolenników.  Tak  więc  w  opinii  słabo  znającego  go  ogółu  Gareth  był  albo 
„grubym grubianinem", albo „grubiańskim grubasem". Znaleźli się jednak również tacy, wi-
elu z nich widzę tu dziś w kościele, którzy sami do mnie dzwonili, ażeby mi powiedzieć, jak 
bardzo  kochali  Garetha  i  jak  ogromnie  będzie  im  go  brakowało;  jestem  pewien,  że  Gareth 
cieszyłby się niezmiernie, gdyby mógł to słyszeć. 
    Matthew przerwał na moment czytanie i powiódł wzrokiem po zebranych. 
    - Wspominaliście  jego  niezwykłą  gościnność  i  wspaniałe  umiejętności  kucharskie,  choć 
przepisy  na  niektóre  z  co  bardziej  eksperymentalnych  potraw,  jak  kaczka  a  la  banane,  na 
szczęście zabiera ze sobą do grobu. Mówiliście o tym, jak zdumiewała was jego radość życia i 
że nigdy nie zapomnicie szalonych tańców, śpiewów i popisów, którym zwykle oddawał się z 
zapałem, gdy wypił za dużo alkoholu. Mam nadzieję, że zapamiętacie go właśnie takim, czer-
piącym  pełnymi  garściami  z życia,  a  nie  zamkniętym  w  stojącej  w  kościele  skrzyni.  Wyob-
raźcie go sobie w najładniejszej, waszym zdaniem, z jego barwnych kamizelek, i niech taki 
utrwali się wam w pamięci: wielki człowiek wielkiego serca, które jednak okazało się słabe, 
najwspanialszy,  najbardziej  rubaszny  i  najweselszy  pedzio,  jakiego  kiedykolwiek  mieliście 
przyjemność znać. 
    Głos mu się załamał, ale po chwili Matthew przemógł się i mówił dalej: 
    - Gdybyście  jednak  mieli  spytać,  jak  ja  go  zapamiętam,  niestety,  brakuje  mi  słów,  żeby 
wyrazić,  co  czuję.  Dlatego  wybaczcie,,  ale  posłużę  się  słowami  innego  wspaniałego  pedzia, 
W.H. Audena… Bo właśnie one najlepiej oddają to, co chciałbym wam dziś powiedzieć: 
 
Zatrzymajcie zegary, wyłączcie telefony.  
Nad skórkami chleba niech nie kraczą wrony.  
Uciszcie fortepiany i przy werbli grzmocie  
Ponieście wolno trumnę po cmentarnym błocie. 

background image

 
Niech samoloty z piskiem krążą pod chmurami  
Kreśląc na niebie napis NIE MA GO JUŻ Z NAMI;  
Przypnijcie wstążki z krepy miejskim gołębicom,  
Policjant niech dyryguje ruchem czarną rękawicą

 
Był mi północą, południem, wschodem i zachodem;  
W zimowe dni kominkiem, a w upały chłodem,  
Moją pracą, wytchnieniem, pieśnią i orędziem;  
Myślałem, że miłość trwać ma wiecznie; byłem w błędzie

 
Pogaście wszystkie gwiazdy, nie są już potrzebne,  
Rozmontujcie słońce, wsadźcie w płótno zgrzebne 
Wylejcie oceany, zamiećcie pustynie,  
Na nic się nie zdadzą, póki mój czas nie minie. 
    
    Z  początku  Matthew  czytał  wiersz  z  kartki,  potem  zaczął  recytować  z  pamięci.  Kiedy 
skończył i złożył kartkę, w kościele zapanowała martwa cisza. Matthew skłonił się lekko, po 
czym usiadł w pierwszej ławce, obok rodziców Garetha. Jego miejsce przy trumnie zajął kap-
łan. 
     
   Kiedy  uroczystość  żałobna  dobiegła  końca,  czterech  pracowników  zakładu  pogrzebowego 
wyniosło trumnę z kościoła i wstawiło do czekającego karawanu, który miał ją przewieźć do 
krematorium. Zgodnie bowiem z wolą Garetha, zwłoki miały zostać spalone. 
    Przez chwilę staliśmy na zewnątrz, patrząc za odjeżdżającym karawanem, a potem zaczę-
liśmy się żegnać. Wciąż mżyło; dymy buchające z rysujących się w oddali kominów kładły 
się nisko po ziemi, spowijając w żałobę ulice piętrowych domków. Właśnie w jednym z nich 
Gareth przyszedł na świat. 
    David i Serena odjechali razem, a Fiona zabrała do swojego wozu wciąż zapłakaną Scarlett. 
Szedłem w stronę starego volvo, składając po drodze parasol, kiedy podbiegła do mnie Carrie. 
    - Cześć - powiedziała. 
    - Cześć. Miło, że przyjechałaś. Pewnie mieliście najkrótszy miesiąc miodowy w historii. 
    - Nieważne.  Odbijemy  sobie  innym  razem.  -  Na  moment  umilkła.  -  Wiesz,  wciąż  pami-
ętam, co mi powiedziałeś wtedy nad Tamizą… 
    - Przepraszam cię za tamto - wtrąciłem szybko, czując, że się czerwienię. - Wygłupiłem się. 
To  pewnie  przez  tę  wypitą  wcześniej  herbatę.  Herbata  zawsze  działa  na  mnie  jak  narkotyk; 
tracę panowanie nad sobą i nie wiem, co wygaduję. 
    - Nie, nie. Nie żartuj. Podobało mi się, co wtedy powiedziałeś. 
    Przez  chwilę  stała  naprzeciw  mnie,  nie  mówiąc  nic  więcej,  potem  przysunęła  się  bliżej  i 
musnęła wargami mój policzek. 
    - No  to  cześć  -  rzuciła  odchodząc.  Obserwowałem  jej  oddalającą  się  zgrabną  sylwetkę  i 
znów miałem ochotę pobiec za nią, złapać ją za ramiona i wyznać, co naprawdę do niej czuję. 
Ale wiedziałem, że już jest na to za późno; że jeżeli zamierzałem czynić miłosne wyznania, 
powinienem  był  się  na  to  zdobyć  przed  ślubem  Carrie,  a  nie  teraz,  na  pogrzebie  bliskiego 
przyjaciela. 
    - Masz może ochotę się przejść? - zapytał znienacka Tom. 
    Tego dnia on i Fiona przyjechali oddzielnie. 
    - Tak, chętnie - odparłem, otwierając parasol. Ruszyliśmy przed siebie. 
    - Jeszcze nigdy w życiu nie było mi tak smutno - powiedział Tom. - No, może czułem się 
pod w dzieciństwie po śmierci Jilly… 
    - Jilly? 
    - To była wspaniała suka. Bardzo ją kochałem. 
Po  chwili  doszliśmy  do  rzeki.  Stanęliśmy  przy  balustradzie  i  spojrzeliśmy  w  dół  na  mętną, 
brunatną wodę  

background image

    -  Wiesz, Tom,  dziwne, ale przez cały czas  myśleliśmy  o sobie jako o zgranej  paczce ser-
decznych przyjaciół zupełnie nie zauważając, że Gareth  i  Matthew właściwie stanowią mał-
żeństwo. 
    - To prawda - przyznał mi Tom. - Zdrajcy!  
    Uśmiechnąłem się. 
    - Wydaje  mi  się,  że  śmierć  jest  największym  ciosem  dla  rodziców  -  kontynuował  mój 
przyjaciel. - Mam nadzieję, że umrę przed własnymi dziećmi. 
    - A  dlaczego  sądzisz,  że  będziesz  je  miał?  -  zapytałem.  -  Nie  potrafię  zrozumieć,  skąd 
bierze się twoja głęboka pewność, że się kiedyś ożenisz. A może nigdy nie trafisz na odpowi-
ednią dziewczynę? 
    - Słucham? - zdziwił się Tom. 
    - Jedno sobie uzmysłowiłem podczas dzisiejszej uroczystości: że naprawdę istnieją idealni 
partnerzy. Ale co ma robić człowiek, który nie potrafi znaleźć tej jednej jedynej osoby? Albo 
który  pozwala  jej  wyjść  za  kogo  innego?  Jeżeli  nie  możemy  stanowić  takiej  pary,  jaką  byli 
Gareth z Matthewem, to czy w ogóle jest sens wiązać się z kimś na dłużej? Myślę, że nie, że 
lepiej zostać starym kawalerem. 
    - Sam nie wiem, Charlie - powiedział Tom, prze-stępując z nogi na nogę. - Prawdę mówiąc, 
w  przeciwieństwie  do  ciebie  nigdy  nie  liczyłem  na  wielką  miłość  od  pierwszego  wejrzenia. 
Zawsze  miałem  nadzieję,  że  uda  mi  się  poznać  jakąś  miłą,  sympatyczną  dziewczynę,  któ-
rej moja  powierzchowność  nie  wyda  się  odrażająca.  Poproszę  ją  o  rękę,  a  ona  się  zgodzi. 
Więc się pobierzemy, a dalej to już jakoś będzie. 
    Urwał  i  spojrzał  na  mnie,  żeby  się  upewnić,  czy  czasem  się  z  niego  nie  śmieję.  Ale  nie; 
słuchałem go z powagą i coraz bardziej byłem skłonny przyznać mu rację. 
    - Tak  było  w  wypadku  moich  rodziców  -  dodał  po  chwili.  -  I  żyli  całkiem  szczęśliwie… 
Przynajmniej, dopóki się nie rozwiedli. 
    - Mówisz bardzo mądrze, Tom - rzekłem. - Może ja też powinienem zapomnieć o wielkiej 
miłości, bo i tak z tych moich marzeń nic nie wynika. 
    Tom pokiwał głową. Przez chwilę staliśmy jeszcze nad wodą, a potem ruszyliśmy w stronę 
zaparkowanych przed kościołem aut. 
    - Strasznie mi będzie brak Garetha - oświadczył Tom, kiedyśmy się żegnali. 
     
VI. 
     
DZIEWIĘĆ MIESIĘCY PÓŹNIEJ 
     
    Głośny terkot budzika wybił mnie ze snu. Wysunąłem szybko rękę spod koca i wyłączyłem 
diabelstwo,  ale  w  następnej  chwili  rozległo  się  kolejne  dzwonienie.  Potem  trzecie,  czwarte, 
piąte…  Oderwałem  głowę  od  poduszki  i  nieprzytomnym  wzrokiem  powiodłem  wkoło.  Na 
nocnym  stoliku  stało  osiem  budzików  różnego  kształtu,  barwy  i  wielkości.  Akurat  kiedy  na 
nie  patrzyłem,  rozdzwoniły  się  następne,  a  po  nich  budziki  stojące  na  półce. 
DRRRRRRRRRRR! Harmider był taki, że czym prędzej zerwałem się z łóżka i zacząłem je 
wyłączać. Potem spojrzałem na Toma, który po wczorajszym wieczorze kawalerskim został u 
mnie na noc. Siedział na łóżku, ubrany w moją piżamę w niebieskie paski, i właśnie się prze-
ciągał. 
    - Cześć - powiedział, kiedy zobaczył, że na niego patrzę. - Jak ci się spało? 
    - Dobrze  -  wymamrotałem. -  Ale po  cholerę nastawiłeś tyle budzików? I skąd je w ogóle 
wziąłeś? 
    - Jak to? - spytał zdziwionym tonem. - Przyniosłem ze sobą. Bałem się, że zaśpimy. A tak 
przy okazji, masz bardzo oryginalną fryzurę, wiesz? 
    Przejechałem dłonią po głowie, przyczesując rozczochrane włosy. Dopiero w tym momen-
cie oprzytomniałem na tyle, żeby przypomnieć sobie, co dziś za dzień. A był to dzień mojego 
ślubu! 
    - O kurwa! - zawołałem. - Wstawaj, Tom. Szybko! 
    Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Pobiegłem je otworzyć. 

background image

    W progu stał Matthew, ubrany we frak, spod którego wyzierała barwna kamizelka w szkoc-
ką kratę, prawie tak oryginalna, jak kamizelki Garetha. 
    - Cześć  -  przywitałem  go,  wpuszczając  do  środka.  -  Jesteś  najprzystojniejszym  drużbą, 
jakiego kiedykolwiek widziałem. Dzięki, że zgodziłeś się dziś stać u mojego boku. 
    - Cała przyjemność po mojej stronie - odparł.  
    Uścisnąłem go serdecznie; te ostatnie miesiące od śmierci Garetha nie były dla niego łatwe. 
    - Szkoda,  że  Gareth  nie  może  być  dziś  z  nami  -  powiedziałem,  prowadząc  go  w  stronę 
kuchni. 
    - On pewnie też bardzo tego żałuje - rzekł Matthew, uśmiechając się łagodnie. - Przepras-
zam za spóźnienie, ale był duży ruch. David, Serena i Fiona parkują samochód. Zostawimy go 
tutaj i pojedziemy wszyscy razem z Tomem. Ale pospiesz się, bo mamy już niewiele czasu. 
     
    A która jest? - oznajmił, pokazując mi - Jak to? - zapytałem. - - Za kwadrans dziesiąta ze-
garek. 
    - Co?! Za kwadrans dziesiąta?! 
    - Tak. Do rozpoczęcia ceremonii zostało ci tylko czterdzieści pięć minut. 
    - O kurwa! - wrzasnąłem. - Przecież mówiłem wczoraj wieczorem Tomowi, żeby nastawił 
budzik na ósmą! O kurwa, kurwa, kurwa! 
    Do kuchni weszła Scarlett. Była tak zaspana, że nie zauważyła ani mnie, ani Matthewa; mi-
nęła nas bez słowa i podeszła do kuchenki, żeby zaparzyć kawę. 
    - Cześć, Scarlett - powiedział Matthew. 
    - A, cześć - odparła zdziwiona, odwracając się w jego stronę. - Co tu robisz? 
    - Przyjechałem po was. Pospiesz się, bo za chwilę musimy ruszać. Jesteś gotowa? 
    - Prawie! - zawołała przytomniejąc. - Daj mi dwadzieścia sekund! 
    Wrzuciła tosta do opiekacza i pognała do łazienki. Po chwili jednak wystawiła z niej głowę 
i krzyknęła do nas: 
    - Tylko go nie wyjmujcie, kiedy zacznie dymić, dobrze? Lubię tosty dobrze przypieczone! 
     
   Tom na ogół wlecze się jak ślimak, ale tym razem w drodze do kościoła niemal nie odrywał 
nogi  od  gazu. Z kolei Scarlett,  Fiona i  Serena wydzierały się ile tchu, śpiewając ułożoną na 
poczekaniu piosenkę: 
 
Za późno, za późno, nasz Charlesie drogi,  
Panna młoda za pas wzięła swe zgrabne nogi,  
Znudzona czekaniem, już zalewa banię,  
Chlup, chlup, w słodki dziób! 
     
     Myślałem, że je rozszarpię. 
    Kiedy wreszcie land rover zatrzymał się z piskiem opon przed świątynią, wyskoczyłem ze 
środka jak wystrzelony z procy i pognałem przed siebie, zawiązując po drodze krawat. 
    - Która godzina? - zawołałem przez ramię. 
    - Naprawdę chcesz wiedzieć, ile zostało ci czasu? - spytał Matthew. 
    - No, pewnie! Gadaj! 
    - Jest za dziesięć dziewiąta. Pędź! 
    Rzuciłem się posłusznie biegiem w stronę drzwi kościoła; dopiero po kilku krokach dotarło 
do mnie, że ślub ma się odbyć o dziesiątej trzydzieści. Przystanąłem, po czym wróciłem wol-
no do land rovera. 
    - O sukinsyny! Nabraliście mnie! 
    Nawet  nie  próbowali  się  wypierać;  pokiwali  zgodnie  głowami,  zanosząc  się  śmiechem. 
Specjalnie  poprzestawiali  wszystkie  budziki,  mój  zegarek,  swoje  również,  żeby  wprowadzić 
mnie w błąd. Nie miałem im tego za złe; właściwie to nawet się ucieszyłem, że do momentu 
rozpoczęcia uroczystości pozostało jeszcze sporo czasu. Co innego cudze śluby, ale akurat na 
własny naprawdę nie miałem ochoty się spóźnić. 
    Kiedy wszyscy wysiedli z wozu, weszliśmy do kościelnego ogrodu i usiedli na ławce. Po-
nieważ ja i  Tom nie zdążyliśmy nic zjeść przed opuszczeniem  mieszkania  - jedynie Scarlett 

background image

po wyjściu z łazienki spałaszowała z wielkim smakiem spalonego na węgiel tosta - Matthew i 
David  wstąpili  do  pobliskiego  baru  i  przynieśli  nam  po  kawie  i  kanapce  z  szynką,  a  pozos-
tałym po kawie. Siedzieliśmy więc, jedząc i pijąc, a Scarlett pstrykała zdjęcia Ubrana w luźne 
spodnie  i  skrojony  po  męsku  frak.  wyglądała  znacznie  bardziej  elegancko  niż  kiedykolwiek 
dotąd. Zresztą w ostatnim czasie w ogóle zaczęła się lepiej ubierać, co zapewne wiązało się z 
tym, że kilka miesięcy temu odeszła z naszej firmy i podjęła pracę w nowym butiku w samym 
centrum  Londynu.  Ciekawe,  pomyślałem  patrząc  na  nią  życzliwym  okiem,  co  by  miała 
na sobie  teraz,  gdyby  zgłosiła  się  w  porę  do  sklepu  z  gumowymi  akcesoriami  erotycznymi? 
Na szczęście już kogoś wcześniej zatrudnili. Poza tym w życiu Scarlett wiele rzeczy zmieniło 
się na lepsze. Chester, przystojny młody Amerykanin z Teksasu, którego poznała na weselu 
Carrie,  zakochał  się  w  niej  po  uszy.  Najpierw  codziennie  dzwonił  z  Ameryki,  a  na  wiosnę 
przyjechał do Londynu, żeby się z nią zobaczyć. Wracając do Dallas obiecał, że latem znów 
przyleci.  Z  tego,  co  mi  Scarlett  mówiła  tydzień  wcześniej,  miał  się  zjawić  lada  dzień.  Co 
prawda, Chester nie był angielskim arystokratą, tylko synem potentata naftowego, ale też sta-
nowił nie najgorszą partię; Scarlett była dosłownie wniebowzięta. 
    David  i  Serena siedzieli obok siebie, żywo  gestykulując i co jakiś  czas chichocząc. Przez 
ponad  jedenaście  miesięcy,  jakie  minęły  od  ślubu  Bernarda  i  Lydii,  Serena  nauczyła  się  tak 
sprawnie posługiwać językiem migowym, że ledwo nadążałem za szybkimi ruchami jej dłoni. 
Ale nic dziwnego; widywali się regularnie, a niedawno zamieszkali razem. Bardzo się z tego 
cieszyłem, bo Serena była nie tylko  ładną, ale i  inteligentną dziewczyną, w dodatku do sza-
leństwa zakochaną w moim przyrodnim bracie. Nie wiem, co za idiota wymyślił, że rude są 
wredne;  w  wypadku  Sereny  stwierdzenie  to  było  jak  najdalsze  od  prawdy.  Rzadko  zdarzają 
się tak sympatyczne dziewczyny. 
    - Pyszna kanapka, nie? - zapytał mnie Tom, wycierając serwetką usta i strzepując ze spodni 
okruszki. - Masz ochotę na jeszcze jedną? Mogę skoczyć i przynieść. 
    - Nie, dziękuję - powiedziałem. 
    Nawet nie zauważyłem, kiedy wtrząchnąłem swoją. Jadłem machinalnie, myśląc o innych 
rzeczach, przejęty tym, co za chwilę ma się wydarzyć. Wyobrażałem sobie, że dziewczyna, z 
którą  już  wkrótce  stanę  przed  ołtarzem,  denerwuje  się  tak  samo  jak  ja.  Jej  też  zależy,  żeby 
wszystko poszło  jak z płatka, pomyślałem. Pewnie w tym  momencie  wkłada suknię, welon, 
wianek i szykuje się do drogi… 
    Fiona wstała z ławki, unosząc do góry plastikowy kubek z kawą. W słomkowym kapeluszu 
i  barwnej  marynarce  wyglądała  młodziej  i  bardziej  przystępnie  niż  w  tych  wszystkich  sza-
łowych kreacjach, w jakich na ogół ją widywałem. 
    - Mam ochotę wygłosić krótkie przemówienie - rzekła.  
    - Świetnie! - zawołała Scarlett, a inni zaczęli klaskać. 
    - Moi drodzy - zaczęła z uśmiechem Fiona - jak wiecie, od lat z przejęciem śledziłam mi-
łosne podboje Charlesa. Bardzo się martwiłam, że mój serdeczny przyjaciel nie zamierza się 
ustatkować i nawet obwiniałam o to was i siebie, że tak doskonale zastępujemy mu kochającą 
żonę i dziatki; bałam się, że może to z naszej winy nie czuje potrzeby poprowadzenia do oł-
tarza  jakiejś  dorodnej  pannicy.  Ale  jak  się  okazuje,  niesłusznie  się  przejmowałam.  Bo  oto 
Charles  wreszcie  postanowił  podjąć  jedyną  słuszną  decyzję.  Co  prawda  wielka  szkoda,  że 
dziewczyna,  którą  wybrał,  jest  pomylona,  ale  może  dlatego  właśnie  darzy  ją  uczuciem;  w 
końcu Biblia nakazuje nam kochać wszystkie upośledzone istoty. Pozwólcie zatem, że w tym 
tragicznym  dniu,  w  którym  Charles  rozstaje  się  ze  stanem  kawalerskim,  wzniosę  toast  za 
niego oraz jego wspaniałą narzeczoną. Niech będą szczęśliwi i nigdy o nas nie zapomną. Za 
Charlesa… i Kaczy Kuper! 
    - Za Charlesa i Kaczy Kuper! - krzyknęli wszyscy, unosząc kubki z kawą. 
    - Ahm…  -  powiedziałem,  kiedy  umilkły  śmiechy.  -  Po  pierwsze,  chciałbym  gorąco 
podziękować  Fionie  za  ten  uroczy  toast  na  cześć  moją  i  mojej  przyszłej  żony.  A  po  drugie, 
chciałbym przeczytać wam kilka krótkich słów, adresowanych do was i skreślonych własno-
ręcznie przez moją wybrankę. 
    - Fajnie! - ucieszył się Tom, kiedy wyjąłem z kieszeni złożoną kartkę papieru. 
    Rozprostowałem ją, czując na sobie spojrzenia całej gromadki. 

background image

    - Gotowi?  -  zapytałem.  -  No,  to  cytuję  posłanie  Henrietty:  „Jeśli  ktokolwiek  z  was zbliży 
się do mojego domu, każę poszczuć go psami!"  
     - Słyszeliście? Poszczuje nas psami! Zabawne, nie? - zawołał Tom rechocząc. 
    Ale oprócz niego nikt więcej się nie śmiał; ja też nie. Bo choć słowa Henrietty przeczyta-
łem  dla  żartu,  wiedziałem,  że  jednym  z  następstw  mojego  małżeństwa  będzie  znaczne  roz-
luźnienie kontaktów z przyjaciółmi. Hen nie mogła zrozumieć, jak to jest, że wolę przebywać 
w towarzystwie przyjaciół niż rodziny, i z góry szykowała się na to, że najbliższe weekendy 
spędzimy odwiedzając kolejno wszystkich jej i moich krewnych. Nie przekonywały jej moje 
argumenty,  że  rodziny  się  nie  wybiera,  że  ma  się  taką,  jaką  się  ma,  że  poza  więzami  krwi 
często zupełnie nic z nią człowieka nie łączy, natomiast przyjaciół dobiera się latami według 
własnego uznania, na ogół są to więc naprawdę fajni i ciekawi ludzie. Dla niej najważniejsze 
były właśnie więzy krwi, a każdą najmniejszą nawet krytykę swojej czy mojej rodziny uważa-
ła za wołające o pomstę do nieba bluźnierstwo. 
    Nie  zgadzałem  się  z  nią,  oczywiście,  a  przynajmniej  nie  zgadzało  się  z  nią  moje  dawne 
"ja",  romantyczny  lekkoduch,  jakim  byłem,  ceniący  przede  wszystkim  humor  i  dobrą  zaba-
wę. Ale ja też zmieniłem się przez te ostatnie miesiące. Na pewno wpłynęła na to rozmowa z 
Tomem po pogrzebie Garetha, która uzmysłowiła mi, że może za wiele oczekuję od życia, że 
może najwyższy czas dojrzeć i zrozumieć, że ludzie wstępują w związki małżeńskie nie tylko 
z wielkiej miłości, ale także po to, aby dzielić z drugą osobą radości i troski, a nie stawiać sa-
motnie  czoło  przeciwnościom  losu.  Nie  bez  znaczenia  była  też  nagła  śmierć  Garetha,  która 
uświadomiła  mi,  że  z  każdym  rokiem  mnie  również  przybywa  lat,  więc  jeśli  naprawdę  nie 
chcę zostać starym kawalerem, najwyższa pora, żebym się ożenił. Pragnąłem przecież mieć 
normalną rodzinę, dzieci - całkiem niedawno pojąłem, że wcale nie muszą być aż takim do-
pustem Bożym, jak mi się wcześniej zdawało - a zwłaszcza syna; pragnąłem mieć go w wi-
eku, kiedy jeszcze mógłbym grać z nim w piłkę, nie dostając zadyszki. 
    Ponadto, wreszcie mogłem sobie pozwolić na założenie rodziny. Moja sytuacja finansowa 
radykalnie  się  poprawiła.  Budowa  banku  w  Edynburgu  została  zakończona  przed  czasem; 
mniej więcej miesiąc temu z wielką pompą świętowano jego otwarcie. Nie tylko fachowa pra-
sa poświęciła projektowi sporo uwagi; zdjęcia i pełne pochwał artykuły ukazały się także w 
prasie codziennej. Podkreślano funkcjonalność budynku, oryginalność koncepcji oraz fakt, że 
nowoczesna,  przeszklona  konstrukcja  wkomponowała  się  znakomicie  w  starą  architekturę 
miasta. Nie było to coś całkowicie nowego - w końcu nie ja wymyśliłem postmodernizm - ale 
nie było też prostym naśladownictwem amerykańskich wzorców. 
    Albowiem  postmodernistyczni  architekci  ze  Stanów  Zjednoczonych  odwołują  się  na  ogół 
do stylów dawniejszych, umieszczając w swoich konstrukcjach cytaty ze sztuki starożytnej al-
bo barokowej, więc choć czynią to z przymrużeniem oka, ich dzieła stanowią wyraźny nawrót 
do  neoklasycyzmu.  Ja  natomiast  nawiązałem  w  swoim  projekcie  do  pop-artowskich  rzeźb 
Claesa Oldenburga powstałych w latach sześćdziesiątych i na początku lat siedemdziesiątych, 
takich jak metrowej wielkości hamburgery i lody na patyku lub ponad dwunastometrowa kiel-
nia  murarska  wbita  w  ziemię  w  nowojorskim  parku.  Od  dawna  fascynowało  mnie  zjawisko 
skali, tego, jak postrzegamy przedmioty zależnie od ich wielkości; już w dzieciństwie Podró-
że Gulliwera
 Swifta należały do moich ulubionych lektur. 
    Pewnie  dlatego  kiedy  zastanawiałem  się  nad  tym,  jak  powinna  wyglądać  siedziba  szkoc-
kiego banku, wpadłem na zdawałoby się bardzo prosty pomysł, który ogromnie się spodobał 
organizatorom konkursu. Postanowiłem, że bank będzie się składał z czteropiętrowego pros-
topadłościanu w kolorze zielonym, symbolizującego plik banknotów oraz z trzech nierównej 
wielkości  złocistych  walcowatych  wież,  przypominających  trzy  stosy  monet.  Podobieństwo 
do banknotów i monet było najlepiej widoczne z lotu ptaka, ale z bliska konstrukcja też pre-
zentowała się interesująco: szklane powierzchnie przydawały jej lekkości, a przy okazji odbi-
jały  okoliczne  zabytkowe  budynki  i  zwielokrotniały  je,  zamiast  z  nimi  konkurować.  W 
każdym razie do firmy, w której pracowałem, zaczęły napływać zamówienia z różnych stron 
świata.  Mogłem  co  prawda  z  niej  odejść,  gdyż  dostałem  również  wiele  ofert  z  innych  firm 
konstrukcyjnych, ale zdecydowałem się zostać, zwłaszcza gdy zaproponowano mi awans na 
wspólnika, co oczywiście wiązało się ze znacznym wzrostem uposażenia. Wreszcie mogłem 

background image

nie tylko kupić nowy  wóz i oddać na szmelc stare volvo, ale również pomyśleć nad ustabili-
zowaniem sobie życia. Wtedy to postanowiłem oświadczyć się Hen. 
    Tak się złożyło, że zaczęliśmy się znów widywać. Pewnego dnia, mniej więcej miesiąc po 
pogrzebie Garetha, kiedy ani ja, ani reszta moich przyjaciół nie otrząsnęliśmy się jeszcze po 
jego śmierci, naszła mnie ochota, żeby zobaczyć się z kimś spoza stałej paczki, znaleźć się w 
miejscu, w którym nieobecność Garetha nie będzie tak odczuwalna jak podczas naszych spot-
kań. Przypomniałem sobie, że kiedy rozmawiałem  z Hen na weselu  Carrie, zaproponowała, 
abym do niej zadzwonił, to umówimy się na lunch. Tak też zrobiłem. 
    Jeśli  nie  liczyć  naszego  zerwania,  miałem  jak  najprzyjemniejsze  wspomnienia  z  okresu, 
kiedy mieszkaliśmy razem. Teraz przekonałem się na nowo, jaką wspaniałą dziewczyną jest 
Henrietta: bystrą, inteligentną, oczytaną, o szerokich horyzontach i wielu zainteresowaniach. 
To prawda, że nie lubiła moich przyjaciół i że na pierwszym miejscu zawsze stawiała rodzinę, 
ale  czy  nie  dlatego  była  idealną  kandydatką  na  żonę  dla  kogoś,  kto  pragnął  zmienić  swój 
dotychczasowy styl życia? Jeśli chciałem być odpowiedzialnym mężem i ojcem, czy nie po-
winienem wreszcie zrozumieć, że właśnie rodzina jest najważniejsza? Owszem, nie było tak 
w przypadku moich rodziców, ale ostatnia rzecz, jakiej pragnąłem, to naśladować ich model 
życia rodzinnego. Zresztą może czyniłem krzywdę przyjaciołom, spędzając z nimi tyle czasu? 
Może czyniliśmy ją sobie nawzajem? Bo przedkładając swoje towarzystwo nad towarzystwo 
innych,  pozbawialiśmy  się  sposobności  do  nawiązywania  kontaktów  z  nowymi  osobami,  z 
którymi moglibyśmy wejść w trwałe związki. Poza tym nasza paczka i tak się rozpadała. Ga-
reth  nie  żył;  David  i  Serena  zamierzali  się  pobrać;  istniała  duże  szansa,  że  Scarlett  poślubi 
Chestera i wyjedzie z nim do Ameryki. Zostawali więc tylko Matthew, Tom i Fiona, z czego 
akurat Fionie koniec naszej przyjaźni i poznanie innych mężczyzn niewątpliwie mogły wyjść 
na  dobre.  Im  częściej  widywałem  się  z  Hen,  tym  atrakcyjniejszy  zaczął  mi  się  wydawać 
pomysł małżeństwa, choć wcześniej zerwałem z nią właśnie dlatego, że nalegała na ślub. Ale 
wtedy byłem jeszcze za głupi, zbyt niedojrzały, żeby podjąć właściwą decyzję Teraz stałem 
się znacznie bardziej rozsądnym człowiekiem. Była ładna, inteligentna i bardzo mnie kochała-
czy można sobie wyobrazić odpowiedniejszy materiał na żonę? 
    Z  zamyślenia  wyrwał  mnie  warkot  silnika  samochodu  parkującego  przed  kościołem. 
Wysiadł  z  niego  John,  brat  Henrietty,  sztywny,  łysy  jak  kolano  makler,  któremu  na  weselu 
Angusa i Laury powiedziałem nieopatrznie, że w okresie narzeczeńskim jego żona bzykała się 
z Tobym de Lisie. 
    Wzdrygnąłem się na jego widok. Był to chyba największy nudziarz, jakiego znałem. Dos-
łownie paraliżowała mnie myśl, że jest starszym bratem Hen i odtąd będę musiał widywać go 
regularnie. 
    Za  Johnem  wysiadła  z  wozu  Mary,  jego  niezwykle  atrakcyjna  żona.  Problem  polegał  na 
tym, że kiedy ostatnio odwiedziliśmy ich z Hen, Mary cały czas robiła do mnie maślane oczy 
i pochylała się tak, żebym mógł zajrzeć głęboko w jej obfity dekolt. 
    - Bardzo się cieszę, że już niedługo wejdziesz do naszej rodziny - szepnęła mi na pożegna-
nie, wzdychając błogo. 
    Właśnie tego pragnąłem: wejść do rodziny, a nie wskoczyć do łóżka ponętnej szwagierki. 
Nie  zamierzałem  zdradzać  Henrietty;  nie  miałem  też  ochoty  opędzać  się na  każdym  rodzin-
nym spotkaniu od niewyżytej seksualnie małżonki Johna. 
    - No,  skoro  zaczynają  się  zjeżdżać  goście,  czas  wchodzić  do  środka  -  oznajmił  Matthew, 
podnosząc się z ławki. - Idziemy! 
    Ruszyliśmy wszyscy w stronę wejścia. 
    - Dobrze,  że  już  jesteś  -  powiedział  John,  kiedy  przywitałem  się  z  nim  i  Mary.  -  Mam 
nadzieję,  że  moja  cholerna  siostra  też  się  pojawi.  Bo  bez  panny  młodej  nie  byłoby  ślubu, 
prawda? A swoją drogą, wielka szkoda, że nie urządziłeś sobie wieczoru kawalerskiego. 
    - Jak to nie urządziłem? - zdziwiłem się, ale na szczęście w porę zobaczyłem, że Matthew 
daje  mi  rozpaczliwe  znaki.  Fakt,  należało  z  tej  okazji  zaprosić  przyszłego  szwagra.  -  Oczy-
wiście, że nie urządziłem! Uważam, że to bardzo głupi obyczaj, który w dodatku dawno się 
przeżył! 
    - Naprawdę? Bo ja sobie urządziłem… 

background image

    - Trudno.  -  Wzruszyłem  ramionami.  -  Stało  się.  Nie  masz  pewnie  co  czynić  sobie  teraz 
wyrzutów, ale na twoim miejscu bardzo bym się wstydził. 
    Zostawiliśmy go skonfundowanego przed drzwiami kościoła i weszli do środka. 
    - Jak to dobrze, że się żenisz, Charles - stwierdził nagle Tom. - Na ogół moi wszyscy kuzy-
ni żenią się między sobą, więc dostaję o połowę mniej zaproszeń na śluby niż normalni lud-
zie. 
    Pokiwałem  głową.  Biedny  Tom!  Gdyby  nie  ten  karygodny  obyczaj,  nie  tylko  jego  kuzy-
nów,  ale  również  przodków,  może  jego  iloraz  inteligencji  byłby  znacznie  wyższy.  Za  to 
Fiona, osoba wyjątkowo bystra, musiała być albo podrzutkiem, albo wybrykiem natury, albo 
jej matka spłodziła córeczkę z kim innym niż z tatą Toma. 
    Podszedłem do przyjaciółki, trochę zawstydzony tą myślą.  
    - Ślicznie dziś wyglądasz, Fi - powiedziałem. - Bardzo ci do twarzy w tej barwnej marynar-
ce. 
    - Dziękuję. Postanowiłam raz na zawsze się rozstać ze swoją ulubioną czernią - oświadczy-
ła. - Zamierzam odtąd ubierać się we wszystkie kolory tęczy i wreszcie zadurzyć się w kimś, 
kto też będzie umiał się we mnie zakochać.  
     - Życzę ci tego z całego serca - rzekłem, przytulając ją do siebie i cmokając w policzek. 
    Ona też mnie cmoknęła, po czym spojrzała krytycznie na moją fizys i zaczęła się śmiać. 
    - Nie wypada, żebyś szedł do ołtarza ze szminką na policzku. Daj, wytrę cię - powiedziała i 
zaczęła energicznie wycierać mi twarz. 
    Ludzi wciąż przybywało. Zobaczyłem Angusa i Laurę; on trzymał na rękach dwa dorodne 
maleństwa,  a  ona  jedno,  gdyż  kilka  miesięcy  temu  urodziły  im  się  trojaczki.  Nic  dziwnego, 
przemknęło mi przez głowę, że na swoim ślubie Laura wyglądała bezowato; już wtedy mogła 
być w ciąży. Teraz też miała wyraźnie zaokrąglony brzuch, więc ich rodzina wkrótce znów 
miała sie powiększyć. Kiedyś moją reakcją byłoby zdziwienie, że dwoje zdawałoby się inteli-
gentnych ludzi nie umie sobie poradzić z tak prostą rzeczą jak antykoncepcja, ale teraz niemal 
z  zazdrością  spojrzałem  na  Angusa.  Też  chciałem  mieć  dzieci.  No,  może  nie  aż  tyle  w  tak 
krótkim czasie… 
    Nagle Scarlett dojrzała kogoś przez otwarte drzwi-Wydała dziki okrzyk, zupełnie jak Indi-
anin szykujący się do oskalpowania tuzina bladych twarzy, po czym wybiegła na zewnątrz i 
skoczyła w ramiona wysokiego, przystojnego młodzieńca. Był  to  Chester, który przyleciał  z 
Ameryki w samą porę na mój ślub. 
    Umajony kwiatami kościół powoli się zapełniał. Moja rodzina przybyła niemal w komple-
cie; dostrzegłem ojca z aktualną żoną, matkę z nowym mężem, a także cały tłum przyrodni-
ego rodzeństwa. Podszedłem się przywitać, po czym wróciłem na miejsce w pobliżu ołtarza. 
Z  zakrystii  wyłonił  się  pastor,  starszy,  chudy  mężczyzna  o  pomarszczonej  twarzy  i  mądrym 
spojrzeniu. Uśmiechnął się przyjaźnie, poklepał mnie po ramieniu, po czym rozejrzał się wko-
ło  i  znów  zniknął.  Moi  przyjaciele  tymczasem  rozsadzali  gości,  kierując  na  lewo  od  nawy 
rodzinę i znajomych panny młodej, a na prawo gości pana młodego. 
    - Pan czy panna? - zapytał Tom zwracając się do nieśmiało wyglądającej, skromnie ubranej 
dziewczyny o milej, sympatycznej buzi. 
    - Panna - odparła z uśmiechem. 
    Obserwując, jak Tom się w nią wpatruje, zorientowałem się, że wywarła na nim niesamo-
wite  wrażenie.  Wyglądało  to  na  miłość  od  pierwszego  wejrzenia:  Tom  zaczerwienił  się  po 
uszy i stał bez słowa, z wybałuszonymi oczami. 
    - Aaaa… Aaaa… Tak, dziękuję… - zaczął bełkotać bez ładu i składu; po chwili zdołał się 
jednak opanować. - Mam wrażenie, jakbyśmy się od dawna znali - rzekł. 
    - Bo  to  prawda.  Poznaliśmy  się  jakieś  dwadzieścia  pięć  lat  temu.  Jestem  Deirdre,  córka 
twojego stryjecznego kuzyna Harolda. Bo ty jesteś Tom, tak? 
    - Ja? Tak, tak - potwierdził Tom. - Dobry Boże, więc jesteśmy spokrewnieni! 
    - Tak. Ale to bardzo, bardzo dalekie pokrewieństwo - powiedziała Deirdre, wpatrując się w 
swego rozmówcę roziskrzonym wzrokiem. Najwyraźniej Tom również bardzo jej się spodo-
bał.  
    - Świetnie,  świetnie!  -  zawołał  Tom.  -  Cieszę  się,  że  znów  cię  widzę.  Pozwól,  że  zapro-
wadzę cię na miejsce. 

background image

    Wskazał jej, gdzie powinna usiąść, po czym skłonił się i podszedł do mnie, mamrocząc pod 
nosem: 
    - Boże, jaka piękna… Tylko, czy mnie zechce… Czuję się, jakby mnie piorun uderzył albo 
mi skrzydła wyrosły. Znasz to uczucie, Charles? 
    Przypomniałem  sobie  Carrie  i  pokiwałem  głową,  ale  nie  zdążyłem  nic  powiedzieć,  bo 
najpierw  rodzice  Garetha,  a  potem  Bernard  z  Lydią  podeszli,  żeby  się  przywitać.  Lydia 
wyglądała kwitnąco, lecz Bernard miał podkrążone oczy i znacznie schudł, odkąd widziałem 
go na ich ślubie. 
    - Co u was słychać? - spytałem. 
    - Bardzo się kochamy! - zawołała Lydia, tuląc się do męża. 
    - Ale trochę za często - wymamrotał z ciężkim westchnieniem Bernard. 
    Lydia wzięła jego słowa za dobry żart, bo tylko parsknęła śmiechem, po czym złożyła na 
jego policzku wilgotny pocałunek. 
    - Chodź, chodź, nie strasz Charlesa; jeszcze się nam rozmyśli! - powiedziała, ciągnąc go w 
stronę ławki. 
    Biedny  Matthew  miał  znacznie  mniej  szczęścia  od  Toma,  zwracając  się  z  pytaniem  „Pan 
czy panna?" do siwego, czerstwego staruszka. Jego wygląd wydawał mi się dziwnie znajomy, 
ale dopiero kiedy staruszek się odezwał, zorientowałem się, że to ten sam sklerotyk, obok któ-
rego siedziałem na weselu Angusa i Laury. Jak tylko usłyszał pytanie Matthewa, spiorunował 
go wzrokiem i rzekł: 
    - A na kogo ci wyglądam, młody człowieku? Na transwestytę? 
    Matthew  uśmiechnął  się  i  nie  wdając  się  w  rozmowę,  zaprowadził  go  do  ławki  po  lewej 
stronie nawy. 
    - Proszę tu usiąść - rzekł. 
    - A czy dobrze będę stąd widział ekran? - zaniepokoił się staruszek. 
    - Ależ oczywiście! - zapewnił go Matthew i odszedł, kręcąc głową. 
    Jeszcze przez chwilę z rozbawieniem  obserwowałem staruszka. Wyjął  z kieszeni  okulary, 
wytarł je dokładnie, po czym zwrócił się do siedzącej obok obcej damy. 
    - Uwielbiam wszystkie filmy ze Schwarzeneggerem, ale najbardziej lubię Terminatora 2 - 
powiedział. - Widziałem go już trzy razy i chętnie zobaczę po raz czwarty. A pani? 
    Nie czekając na odpowiedź, wsadził okulary na nos i wbił spojrzenie w ołtarz. Na jego po-
marszczonej, ale rumianej twarzy malowało się pełne wyczekiwania napięcie. 
    - Cześć - powiedział znajomy głos. 
    Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem Carrie. Jak zawsze, wyglądała prześlicznie, choć ub-
rana była w szary, niepozorny płaszcz, a na jej twarzy nie widziałem śladu makijażu. Hamisha 
z nią nie było. 
    - Cześć. - Uśmiechnąłem się. - Ładnie wyglądasz. 
    - Ty też - powiedziała, odwzajemniając mój uśmiech. - Zawsze podobałeś mi się we fraku. 
Powiedz, chyba po raz pierwszy przybyłeś punktualnie na ślub? 
    - Tak. Niewiarygodne, co? 
    - Czytałam w gazecie o tobie i twoim projekcie. Moje gratulacje. 
    - Dzięki. - Na moment umilkłem. - Jak się miewa Hamish? 
    - Chyba dobrze. 
    - Chyba? 
    - Nie widziałam go od dłuższego czasu. Nasze małżeństwo okazało się niewypałem. 
    - Odeszłaś od niego? - zapytałem. 
    - Tak. Rozwiedliśmy się w kwietniu. Mało, że mnie zdradzał, to jeszcze wydawał moje pi-
eniądze na swoje kochanki. 
    - Twoje pieniądze? - zdziwiłem się. - Myślałem, że Hamish jest bardzo bogaty. 
    - Ma w Szkocji sporo ziemi i kilka zamków, ale wszystkie są w opłakanym stanie. Trzeba 
grubych milionów na remont i konserwację. Okazało się, że łajdak ożenił się ze mną tylko dla 
pieniędzy. Szkoda, że nie posłuchałam mamy. Ostrzegała mnie, żebym się miała na baczności 
przed łowcami posagów. Ale tak mi imponowało jego doświadczenie i pozycja, że komplet-
nie straciłam głowę. Trudno, mam nauczkę. 

background image

    Cały mój wizerunek Carrie jako ubogiej dziewczyny, której udało się wyjść za nadzianego 
faceta, został nieoczekiwanie wywrócony na nice. 
    - A skąd ty masz pieniądze? - spytałem. - Przecież mówiłaś mi kiedyś, że wychowałaś się 
na wsi. Rolnicy nie są specjalnie bogaci. Więc co, zarobiłaś jako modelka? 
    Carrie parsknęła śmiechem. 
    - Nie, skądże. Może rolnicy nie są specjalnie bogaci w Anglii, ale w Teksasie to wygląda 
zupełnie inaczej. Po pierwsze, duże gospodarstwa liczą sobie nawet i po dwieście tysięcy hek-
tarów,  a  po  drugie,  pod  ziemią  znajduje  się  ropa.  Tak  się  składa,  że  my  też  mamy  kilka 
szybów… - Wzruszyła lekko ramionami. 
    Byłem kompletnie oszołomiony. 
    - Szkoda, że nie skontaktowałaś się ze mną po rozwodzie z Hamishem - powiedziałem. 
    - Myślałam  o  tym.  I  nawet  chciałam.  Ale  najpierw  byłam  kompletnie  rozbita,  a  potem 
usłyszałam, że zamierzasz się ożenić. Więc uznałam, że lepiej dać sobie spokój. - Znów się 
uśmiechnęła. - No, nic. Nie będę zajmować ci więcej czasu. 
    Chciała odejść, ale ją powstrzymałem. 
    - Poczekaj, wskażę ci miejsce - powiedziałem i poprowadziłem ją do ławki po mojej stronie 
nawy. - Powinnaś była zadzwonić, bez względu na to, co słyszałaś. 
    - Naprawdę? 
    - Tak, naprawdę - odparłem z przekonaniem. - Naprawdę. 
    - Zdaje się, że nie bardzo potrafiliśmy się zgrać w czasie, co? - spytała, wpatrując mi się in-
tensywnie w oczy. 
    - Tak  -  potwierdziłem.  -  Nie  bardzo,  oj,  nie  bardzo.  Można  nawet  powiedzieć,  że  nasze 
wysiłki w tym kierunku były wręcz katastrofalne. 
    - Masz rację… Katastrofalne… Wiedziałem, że muszę się wziąć w garść. 
    - Cieszę się, że znów cię" widzę - rzekłem. - Może się jeszcze kiedyś spotkamy. Naprawdę 
ślicznie wyglądasz. 
    - Dziękuję. Powodzenia. Wiesz, ślub to w sumie nic trudnego. Trzeba tylko mówić „tak", 
ilekroć pastor zadaje pytanie. 
    Uśmiechnąłem się i skinąłem głową. 
    - Dzięki, będę pamiętał - obiecałem i oddaliłem się nawą. 
    Podszedł do mnie Matthew. 
    - Charles, zostaw Tomowi rozsadzanie gości, a sam chodź ze mną zająć miejsca przed oł-
tarzem. Henrietta z ojcem zjawi się lada moment. 
    - Zaraz wrócę, Matthew - powiedziałem czując, że w głowie mam totalny mętlik; chciałem 
sobie wszystko spokojnie przemyśleć. - Muszę na chwilę zniknąć. 
    - Pewnie,  idź  się  odlej  -  rzekł  Matthew,  myśląc,  że  chcę  zniknąć  za  potrzebą.  -  Jak  by  to 
wyglądało, gdybyś w trakcie ceremonii przestępował gorączkowo z nogi na nogę? 
     
     Zajrzałem  do  zakrystii.  W  środku  krzątał  się pastor  i  jego  pomocnicy,  a  jeszcze  nigdy  w 
życiu tak bardzo nie pragnąłem być sam. Skinąłem im głową i wyszedłem na długi korytarz, 
po którego obu stronach ciągnęły się drzwi. Spróbowałem najbliższych,  ale były zamknięte. 
Kiedy jednak nacisnąłem klamkę następnych i lekko je pchnąłem, ustąpiły. Znalazłem się w 
niewielkiej kaplicy. Na szczęście była pusta. 
    - Panie  Boże,  wybacz  mi  to,  co za  chwilę  powiem  -  poprosiłem,  kierując  wzrok  na  krzyż 
wiszący nad ołtarzem. - Kurwa, kurwa, kurwa, KURWA! 
    W tym momencie zza zasłony odgradzającej część kaplicy wystawił głowę młody pastor. 
    - Czy mogę ci w czymś pomóc, synu? - spytał. 
    - Nie, dziękuję - odparłem nieco speszony. - Przepraszam. Po prostu ćwiczyłem głos. Bądź 
co  bądź  to  bardzo  duży  kościół,  a  chcę,  żeby  mnie  było  dobrze  słychać.  To  znaczy  nie  za 
głośno, nie za cicho, w sam raz… 
    - Doskonale  cię  rozumiem,  synu  -  rzekł  z  uśmiechem  sługa  Boży.  -  Ja  też  robię  podobne 
ćwiczenia, choć rzecz jasna, posługuję się trochę innym słownictwem. Najczęściej wołam po 
prostu „Alleluja". Ale nie przeszkadzaj sobie, już wychodzę. 
    I znikł za drzwiami, pozostawiając mnie samego. 

background image

    Podszedłem  do  jednej  z  kolumn  i  rozpalonym  czołem  dotknąłem  zimnego  kamienia.  W 
głowie kotłowała mi się jedna myśl: Co robić? Co robić? Co robić? Gdyby tylko Carrie dała 
mi znać zaraz po rozwodzie z Hamishem! Gdyby zadzwoniła do mnie miesiąc, nawet tydzień 
temu, jakoś zerwałbym zaręczyny z Hen… Ale teraz? Co mogłem zrobić teraz? 
    Wtem drzwi się uchyliły i Matthew wsunął głowę do kaplicy. 
    - A,  tu  jesteś  -  rzekł  wchodząc.  -  Wszędzie  cię  szukam.  Właśnie  przyjechała  Henrietta  z 
ojcem.  Tom  pobiegł  ich  zatrzymać,  bo  przecież  musisz  stać  przed  ołtarzem,  kiedy  będą 
wchodzić do środka. Idziemy? 
    Pokręciłem głową. 
    - Jeszcze chwila, Matthew. Powiedz mi… jakie jest twoje zdanie na temat małżeństwa? 
    - Hm,  myślę,  że  to  naprawdę  coś  wspaniałego.  O  ile,  oczywiście,  dwoje  ludzi  kocha  się 
całym sercem. 
    - No, tak, masz rację. Jasne. A jednak… a jednak, chociaż byłem na tylu ślubach, że robi 
mi się niedobrze na widok szampana i kanapek z łososiem, to teraz, kiedy sam mam stanąć 
przed ołtarzem, wciąż się zastanawiam… 
    - Czy mogę spytać nad czym? 
    - Nie, lepiej nie pytaj - odparłem. 
    Klamka  zachrobotała;  ktoś  próbował  wejść  do  kaplicy,  ale  ciągnął  drzwi  zamiast  pchać. 
Matthew podszedł i otworzył je na oścież, wpuszczając Toma. 
    - Dobrze, że was znalazłem! - zawołał Tom. - Powiedziałem Hen i jej ojcu, że kilkanaście 
osób  dostało  kataru  siennego  od  nadmiaru  kwiatów,  więc  muszą  zaczekać  przed  kościołem, 
znaczy  się  Hen  z  ojcem,  dopóki  kościelny  nie  usunie  kwiatów  ze  środka.  -  Uśmiechnął  się 
szeroko. - To, że uchodzę za głupka, ma swoje zalety; ludzie są znacznie mniej podejrzliwi, 
kiedy im wciskam kit. Co się dzieje? 
    - Sam chciałbym wiedzieć - stwierdził Matthew, po czym spojrzał na mnie. - Czas ucieka, 
Charlie. Jesteś gotów? 
    W  tym  momencie  drzwi  ponownie  się  otworzyły  i  do  kaplicy  wszedł  David.  Uderzył 
kłykciami w ołtarz, żeby zwrócić moją uwagę. 
    - O co chodzi, Charles? - zapytał językiem migowym. 
    - Przed chwilą rozmawiałem z Carrie. Rozeszła się z Hamishem
    - Chryste Panie! - Na jego twarzy odmalował się szok. - Przecież za pięć minut żenisz się z 
Henriettą!
 
    - Wiem. Masz jakąś radę? 
    - Istnieją trzy możliwości: możesz ożenić się z Henrietta
… 
    - Wiem - zasygnalizowałem, kiwając smętnie głową. 
    - Możesz wyjść i powiedzieć wszystkim :,,Głupia sprawa, kochani, ale odwołujemy uroczys-
tość".
 
    - Mało kusząca propozycja. A trzecia możliwość? - Spojrzałem na niego z nadzieją. 
    - Trzecia… - zaczął i urwał, po czym podrapał się w głowę. - Trzeciej nie widzę. 
    - Cholera! 
    Drzwi znów się uchyliły; tym razem do środka wszedł pastor, który miał nam udzielić ślu-
bu. 
    - A, tu jesteś, mój synu - rzekł, uśmiechając się łagodnie. - Czas iść, bo jeszcze panna mło-
da gotowa pomyśleć, że nie chcesz się z nią ożenić. 
    David spojrzał na mnie znacząco. Wzruszyłem ramionami; co mogłem zrobić? 
    - Od tylu lat udzielam ślubów - kontynuował  pastor - że mogłoby się zdawać, iż mi spows-
zedniały. Ale nie. Ilekroć patrzę w lśniące miłością oczy młodej pary, mam świadomość, że 
dzieje  się  coś  wyjątkowego.  Powiedziałbym,  że  to  jedna  z  największych  radości  bycia  duc-
hownym.  Za każdym razem czuję się tak, jakbym sam był ojcem nowożeńców. - Znów ob-
darzył mnie uśmiechem. - No, więc jak, synu? Jesteś gotów? 
    Wszystkie  spojrzenia  skierowały  się  na  mnie.  Powiodłem  wzrokiem  po  twarzach  Davida, 
Matthewa, Toma i pastora. 
    - Ależ tak. Oczywiście - odparłem. 
    I pierwszy ruszyłem do drzwi. 
     

background image

   Henrietta, wysoka, zgrabna, wyglądała jak królewna z bajki, kiedy wsparta na ramieniu ojca 
kroczyła w stronę ołtarza do taktu marsza weselnego. Biel długiej do ziemi, bogato haftowa-
nej  sukni  wspaniale  kontrastowała  z  jej  mocno  opalonymi  ramionami.  Wiedziałem,  że  niej-
eden  młody  mężczyzna  obecny  w  kościele  chętnie  zamieniłby  się  ze  mną  na  miejsca.  Cały 
problem polegał na tym, że ja sam równie chętnie zamieniłbym się z każdym, kto nadal był 
stanu wolnego. 
    Spojrzałem tęsknie w kierunku Carrie siedzącej w czwartym  rzędzie na prawo od ołtarza. 
Opromieniona  słonecznym  blaskiem  wpadającym  do  środka  przez  strzeliste  okna  świątyni, 
wydała mi się postacią jakby nie z tego świata, jakby z krainy snu. Przypomniałem sobie, że 
zanim ujrzałem ją po raz pierwszy na ślubie Angusa i Laury, wcześniej widziałem ją we śnie. 
Wprawdzie nie dojrzałem wtedy jej twarzy, ale byłem przekonany, że to ¦właśnie ona mi się 
śniła.  Zupełnie  jakby  los  mówił,  że tylko  Carrie  jest  mi  pisana.  I  tak  niewiele  brakowało, 
abyśmy byli razem. Gdybym jeszcze wczoraj dowiedział się, że jest wolna, może jakoś zdo-
łałbym wytłumaczyć wszystko Hen. Teraz jednak było już na to zdecydowanie za późno. 
    Patrzyłem,  jak  Henrietta  idzie  ku  mnie  uśmiechnięta,  i  z  każdym  jej  krokiem  moje  serce 
kurczyło się coraz bardziej. Gdzie i kiedy zbłądziłem, że jednak nie Carrie, a Hen miała stać 
się moim przeznaczeniem? 
    - Nie  tak  mocno!  -  warknęła  Hen  do  ojca,  kiedy  dzieliły  ich  ode  mnie  niespełna  cztery 
metry. Widocznie starszy pan w zdenerwowaniu zbyt silnie ścisnął jej rękę, bo mimo welonu 
zakrywającego jej twarz widziałem, jak usta mojej narzeczonej ściągają się gniewem. 
    - Witajcie, moi drodzy - powiedział pastor do zgromadzonych w kościele gości, kiedy Hen-
rietta stanęła u mojego boku. - Zebraliśmy się tutaj przed obliczem Pana, aby na oczach was 
wszystkich  połączyć  tę  oto  parę  świętym  sakramentem  małżeństwa.  Właśnie  w  tym  sakra-
mencie  urzeczywistnia  się  najpełniej  dokonana  na  Krzyżu  tajemnica  związku  Chrystusa  z 
Kościołem, której małżeństwo jest figurą. Dlatego należy pamiętać, że decyzji o małżeństwie 
nie  wolno  podejmować  pochopnie,  lecz  z  całkowitym  przekonaniem  i  odpowiedzialnością; 
nie beztrosko, lecz w pełni wiary i bojaźni Bożej. 
    Pastor patrzył wprost na mnie; może tylko mi się zdawało, ale miałem wrażenie, że jego ła-
godne dotąd spojrzenie przybiera surowy wyraz, a oczy wwiercają się w moje, jakby chciały 
wyczytać z nich moje najskrytsze myśli. Spuściłem wzrok. 
    - I dlatego - ciągnął pastor - niech żaden człowiek nie waży się rozłączyć związku, gdy ten 
przed obliczem Pańskim zostanie zawarty. Jeśli więc ktoś z obecnych zna jakikolwiek powód 
bądź przyczynę, dla którego tych dwoje nie powinno się połączyć świętym węzłem małżeńs-
kim,  niech  wystąpi  teraz  i  to  powie  albo  niech  po  wieki  wieków  zachowa  milczenie.  Pastor 
umilkł  na  moment  i  rozejrzał  się  po  kościele.  Już  miał  ponownie  zacząć  przemawiać,  gdy 
nagle usłyszałem za plecami głośne stukanie. Henrietta spojrzała na mnie zaskoczona, ale ja 
również nie wiedziałem, co się dzieje. 
    Znów się rozległo stukanie. 
    - Przepraszam bardzo, czy ktoś z państwa chce coś powiedzieć? - zapytał pastor. 
    Obejrzałem  się  i  zobaczyłem,  że  stojący  między  Fioną  a  Sereną  David  podnosi  rękę.  W 
kościele zapadła cisza jak makiem zasiał, a wszystkie spojrzenia skierowały się w stronę mo-
jego ukochanego przyrodniego brata. 
    - Chwileczkę  -  powiedziałem  do  pastora,  po  czym  zwróciłem  się  do  Davida  i  zacząłem 
sygnalizować. - Co ty u licha wyprawiasz? 
    - Właśnie wymyśliłem trzecią możliwość - odparł. 
    - Co takiego?! 
    - Tłumacz moje słowa, dobrze? 
    - Co się dzieje, Charles? - zapytał pastor. 
    - Co się dzieje, Charles? - Henrietta gniewnym głosem powtórzyła pytanie duchownego. 
    - David prosi, żebym tłumaczył to, co mówi - odpowiedziałem. 
    - A co mówi? - spytał pastor. 
    Skierowałem wzrok na Davida i zacząłem tłumaczyć jego gesty. 
    - Mówi:  „Podejrzewam,  że  pan  młody  ma  wątpliwości.  Podejrzewam,  że  chciałby  się 
jeszcze zastanowić. Podejrzewam… podejrzewam, że pan młody…" Urwałem i tylko śledzi-
łem szybkie ruchy dłoni mojego brata.  

background image

     -…kocha kogo innego. Bo taka jest prawda, nie, Charlie? Zrozum, Chanie, to co dziś ro-
bisz, robisz na cale życie. Więc nie ma sensu żenić się z kimś, kogo nie kochasz całym sercem, 
A poza tym, zapnij rozporek

    Wiedziałem, że z tym rozporkiem to żart, ale na wszelki wypadek zerknąłem w dół, żeby 
się upewnić. 
    - Co on mówi? - ponaglił pastor. 
    - Mówi,  że  podejrzewa,  że  pan  młody  kocha  kogo  innego  -  powiedziałem,  nie  podnosząc 
wzroku. 
    - Czy to prawda? - zapytał pastor. - Czy rzeczywiście kochasz kogo innego, Charles? Czy 
rzeczywiście? 
    Spojrzałem na pastora i nabrałem powietrza w płuca. 
    - Tak - oświadczyłem pewnym, zdecydowanym głosem. 
    Nie zdążyłem się uchylić; prawy sierpowy Henrietty trafił mnie prosto w twarz. Zanim się 
zorientowałem, co się dzieje, leżałem na kościelnej posadzce i kręciło mi się w głowie. Pod-
nosząc się wiedziałem, że przynajmniej przez tydzień będę chodził z podbitym okiem. 
    Ledwo  wstałem,  John,  brat  Hen,  rzucił  się  na  mnie  z  pięściami.  Na  szczęście  Matthew  i 
Tom  podbiegli  do  nas  i  zaczęli  go  odciągać.  W  kościele  wybuchło  istne  pandemonium. 
Ludzie zrywali się z ławek, krzyczeli, popychali się i poszturchiwali, a na środku nawy roz-
gorzała prawdziwa bójka między krewnymi Henrietty i moimi. Mogłem mieć pewność, że te-
go ślubu długo nikt nie zapomni. 
     
     
    Mniej więcej to samo powiedział Tom, kiedy pół godziny później, razem ze Scarlett, Fioną, 
Matthewem  i  Davidem,  siedzieliśmy  u  mnie  w  kuchni,  wciąż  dość  zszokowani  tym,  co  się 
wydarzyło. 
    - Wiecie, po jakimś czasie większość ślubów zlewa się w pamięci, ale o tym będzie głośno 
jeszcze przez wiele lat - rzekł. 
    - Głównie dlatego, że do niego nie doszło - wtrącił z bladym uśmiechem Matthew. 
    - Fakt - przyznał Tom, po czym spojrzał na mnie. - Wiesz, Charles, wcale się jej nie dziwię, 
że cię walnęła. 
    - Ja  też  nie  -  oznajmiłem,  przyciskając  mocniej  do  oka  kawałek  surowej  wołowiny.  - 
Myślę, że postąpiła bardzo słusznie. 
    - Biedna dziewczyna! - Fiona spojrzała na mnie z wyrzutem. - Nigdy jej specjalnie nie lubi-
łam, ale to, co jej dziś zrobiłeś, jest absolutnie niewybaczalne. 
    - Wiem - potwierdziłem smętnym tonem. - Sam sobie też nigdy tego nie wybaczę. Napraw-
dę nie chciałem jej skrzywdzić. Biedna Hen… 
    - Chociaż spójrzmy prawdzie w oczy  - powiedział  wolno Tom.  -  Skoro nie byłeś pewien, 
czy chcesz się z nią ożenić, to może jednak słusznie zrobiłeś, że się z nią nie ożeniłeś, co? 
    Fiona wzniosła oczy do nieba i już myślałem, że powie mu coś ciętego, ale zmieniła zda-
nie, pogładziła go po włosach i rzekła: 
    - Masz zupełną rację, braciszku. 
    - Nie sądzicie, że Henrietta miała bardzo ładną sukienkę? - zapytała Scarlett. - Najbardziej 
to mi szkoda jej kiecki - dodała. - Ale w końcu nic straconego, może przecież chodzić w niej 
na przyjęcia. 
    - To wszystko moja wina - powiedział do mnie David językiem migowym. 
    - Co on mówi? _ zainteresował się Matthew. 
    - Ze to jego wina  - wyjaśniłem. 
    - Nie, skądże! Nic podobnego! - zaczęli wszyscy wołać jeden przez drugiego. 
    - Też są tego zdania - przetłumaczyłem ich słowa Davidowi. 
    Wtem rozległ się dzwonek do drzwi  
    - To pewnie Henrietta. -Podniosłem się z miejsca -Pozwólcie, ze sam pójdę z nią porozma-
wiać. Może jakoś zdołam ją przeprosić i wszystko wyjaśnić  
     Kiedy jednak otworzyłem drzwi wejściowe, ujrzałem poprzez strugi deszczu nie Henriettę, 
lecz  Carrie  Była  przemoczona  do  suchej  nitki,  bo  wkrótce  po  moim  powrocie  do  domu 
rozszalała się burza, która trwała do tej pory. 

background image

    - Cześć. 
    - Cześć  -  powiedziałem,  otwierając  szeroko  drzwi.  -  Wchodź  szybko,  jesteś  cała  mokra. 
Właśnie siedzę z przyjaciółmi i rozmawiamy o tym, co się stało  
   -  Nie  nie,  nie  chcę  wchodzić.  Zresztą  jak  ktoś  już  tak  zmókł  jak  ja,  to  parę  kropli  więcej 
naprawdę nie robi różnicy - dodała z uśmiechem. 
    - Dobrze,  w  takim  razie  ja  wyjdę  do  ciebie  -  oznajmiłem  i  odważnie  wyszedłem  przed 
drzwi  
    - Nie, wracaj do domu ~ zaprotestowała Carrie. -Chciałam tylko sprawdzić, czy wszystko u 
ciebie  w  porządku.  No,  wiesz,  czy  nie  próbujesz  się  zabić,  czy  coś  takiego.  I  chciałam  cię 
przeprosić za to, że przyszłam na twój ślub. Nie powinnam była. To wszystko moja wina. Pó-
jdę już… 
    Zbiegła po schodkach na ulicę. Rzuciłem się w pogoń. 
    Lało tak, że dosłownie w ciągu kilku sekund byłem cały mokry, zupełnie jakbym w ubraniu 
wskoczył do wanny. Złapałem Carrie za ramię. 
    - Nie,  poczekaj,  nie  odchodź.  Jeśli  ktoś  jest  winien,  to  tylko  ja  -  rzekłem.  -  Przynajmniej 
dzięki tobie przekonałem się dzisiaj na własnej skórze, że po prostu nie jestem stworzony do 
żeniaczki. A także coś zrozumiałem. Stojąc tam, w kościele, zrozumiałem po raz pierwszy w 
życiu, że całą duszą i ciałem kocham jedną osobę… i nie była nią dziewczyna w welonie, któ-
ra stała wtedy obok mnie. Jest nią dziewczyna, która teraz stoi przede mną w deszczu. 
    Nareszcie  powiedziałem  to,  co  powinienem  był  powiedzieć  dawno  temu;  może  gdybym 
uczynił to wcześniej, oboje oszczędzilibyśmy wiele bólu sobie i innym? 
    - Czyżby wciąż padało? - zapytała Carrie, jakby nie zdawała sobie sprawy z gęstych kropli 
siekących ją po twarzy. - Nie zauważyłam. 
    - Kocham cię, odkąd ujrzałem cię po raz pierwszy na ślubie Angusa i Laury. I mam nadzie-
ję, że odtąd już zawsze będziemy razem. Chyba nie zamierzasz mi znów uciec, co? 
    - Nie  -  odparła  z  uśmiechem.  -  Jeśli  się  nie  utopię  albo  nie  rozpłynę  na  deszczu,  to  już 
zawsze będę z tobą. 
    - Na wszelki wypadek wejdźmy jednak do środka - rzekłem, ujmując ją za rękę. 
    Przeszliśmy kilka kroków, po czym nagle się zatrzymałem. 
    - Pozwól,  że  najpierw  cię  o  coś  spytam  -  powiedziałem,  obracając  ją  twarzą  do  siebie.  - 
Kiedy już wyschniemy, pogadamy i poznamy się lepiej, czy zgodzisz się… nie wychodzić za 
mnie za mąż? Jak myślisz, czy jesteś gotowa spędzić ze mną resztę życia bez wstępowania w 
związek małżeński? 
    Podniosła  oczy  i  przez  długą  chwilę  przyglądała  mi  się  z  powagą.  Wreszcie  uśmiechnęła 
się promiennie. 
    - Tak - powiedziała. 
    Objąłem ją i zacząłem całować, i po chwili też zapomniałem o deszczu.  
     

EPILOG 

     
No  i  nie  pobraliśmy  się,  ale  zamieszkaliśmy  razem.  I  jesteśmy  bardzo  szczęśliwi.  Od  kilku 
miesięcy mamy synka, który przysparza nam wiele radości. 
    Serena wyszła za Davida i też są bardzo szczęśliwi. Byłem drużbą na ich ślubie. 
    Tom  ożenił  się  z  Deirdre,  kuzynką,  którą  spotkał  po  latach  na  moim  niedoszłym  ślubie  z 
Henriettą. Na razie kupili sobie sukę, którą nazwali Jilly, ale pewnie niedługo wezmą się do 
płodzenia nowego pokolenia arystokratycznych idiotów. I słusznie; nie należy zrywać z kilku-
setletnią tradycją. Tom poprosił mnie, żebym był jego drużbą, a ja się oczywiście zgodziłem. 
    Scarlett wyszła za Chestera i wyjechała do Ameryki. Nauczyła się jeździć konno i ma na-
wet zamiar startować na rodeo. Pisała, żebyśmy przyjechali jej kibicować. Ponieważ Chester 
nie  miał  w  Anglii  wielu  znajomych,  spytał  mnie,  czy  nie  zechciałbym  być  jego  drużbą. 
Przystałem z wielką radością; druhnami były Fiona, Serena i Carrie. 
    Henriettą  pół  roku  temu  wyszła  za  porucznika  gwardzistów  królowej.  (To  ci  dryblasi  w 
czerwonych kurtkach i futrzanych czapach półmetrowej wysokości, którzy pełnią wartę przed 
Buckingham Pałace.) Nie tylko nie byłem drużbą na ich ślubie, ale w ogóle nie zostałem zap-
roszony. Jednakże z tego, co opowiadał Tom, była to naprawdę wspaniała uroczystość. 

background image

    Matthew  ma  nowego,  bardzo  sympatycznego  przyjaciela.  Często  bywamy  u  nich  na 
pysznych kolacjach. 
    Fiona zwierzyła mi się ostatnio w wielkim sekrecie, że od pewnego czasu widuje się regu-
larnie z księciem Karolem. No, no… Kto wie, może w przyszłości zostanie królową Anglii? 
Mam cichą nadzieję, że jeśli zdecydują się pobrać, przekona Karola, żeby uczynił mnie swo-
im drużbą. Będzie to drugi ślub stulecia (pierwszym był jego ślub z Dianą), więc warto, żeby 
miał  u  swojego  boku  kogoś  doświadczonego  pod  tym  względem.  Podejrzewam  jednak,  że 
Karol będzie wolał żyć  na kocią łapę. W końcu małżeństwo z Dianą przysporzyło  mu  tylko 
kłopotów. A wtedy, kto wie? Może podobnie jak za sprawą jego stryjecznego dziadka Edwar-
da zapanowała moda na rozwody, tak teraz za sprawą Karola młodzi ludzie zrezygnują z za-
wierania małżeństw? Nareszcie będę mógł się w soboty wysypiać do woli, zamiast wciąż ga-
niać na czyjeś śluby! 
     
Spis treści 
    I. Pierwsza sobota maja 
    II. Trzy miesiące później 
    III. Pierwsza sobota września 
    IV. Miesiąc później 
    V. Dzień smutku 
    VI. Dziewięć miesięcy później 
    Epilog