background image

Artykuł pobrano ze strony 

eioba.pl

BEREZA Kartuska - Polski Sanacyjny Obóz Koncentracyjny

Bereza Kartuska - dziś na Białorusi - miejsce gdzie stoczono dwie bitwy polsko-radzieckie z 1920 roku, potem stworzono
sanacyjny obóz dla politycznego internowania wrogów ustroju

Bereza - dawniej Bereza Kartuska

Część  Polaków  zapytana  o  to, z  czym  kojarzy  im  się  

Bereza  Kartuska  odpowiada, że  z  niczym.

Wstydliwym   wydaje   się   temat   pierwszego   obozu   koncentracyjnego   stworzonego   przez   sancję   w
Polsce, mającego na celu izolowanie i niszczenie środowisk niechętnych sanacji, dlatego też temat ten
nie jest zwykle poruszany na lekcjach historii w szkołach. 

Miejsce Odosobnienia  zbywane jest jako

„drażliwy symptomat niedomagań społeczno- politycznych”.  Słychać narzekania, że Rosjanie tuszują
Katyń a Niemcy Oświęcim, a czy my sami jako Naród ze swym sumieniem jesteśmy od nich lepsi?

Bereza to do 1940 Bereza Kartuska, białoruskie Бяроза, Biaroza lub Бяро́за-Карту́ская, Rosyjskie:
Берёза  -  miasteczko  dziś  w  zachodniej  Białorusi, obwód  brzeski, liczące  31.000  mieszkańców. W
latach 1921-1939 należało do II Rzeczpospolitej Polskiej. Linia kolejowa Błudeń-Baranowicze, miasto
leży nad rzeką 

Jasiołdą.

Liczba mieszkańców Berezy:

 * 1 stycznia 1878 - 2507 osób, w tym 1386 kobiet (w liczbie ogólnej 1113 Żydów)
 * przed 1939 - 3986 osób.

Wspominana jako osada już w 1477, a prawa miejskie nabyła w XV wieku. W latach 1538 - 1600 silne
centrum   kalwinizmu.   Potem   prywatna   posiadłość   rodu   Radziwiłłów.   W   czasie   wojny   bolszewicko-
polskiej Bereza Kartuska była dwa razy w ogniu większych bitew w których zginęło sporo żołnierzy z
obu stron. Po zajęciu Berezy przez Niemców od czerwca 1942 roku było tam małe żydowskie getto w
którym zginęło do końca II wojny światowej ponad 8 tysięcy żydów zwożonych z okolicznych rejonów.

Klasztor Kartuzów ufundował podkanclerzy litewski Kazimierz Leon Sapieha w roku 1648. Kamień
węgielny pod budowę klasztoru poświęcił nuncjusz apostolski Jan de Torres (abp adrianopolitański).
Kartuzja budowana była przez architekta sprowadzonego z Włoch. Uposażenie klasztoru (okoliczne
miasteczka, wsie, wody i lasy) zatwierdził sejm w 1653. Po zakończeniu budowy kościoła klasztornego
konsekrował go biskup wileński Aleksander Kazimierz Sapieha dnia 6 czerwca 1666. Kościół wraz z
eremami otoczony został wałami tak, że całość miała kształt sześciokątnej twierdzy. W 1706 car Piotr I
Wielki wraz Augustem II zajęli klasztor z wojskiem. W klasztorze pozostał garnizon 1500 dragonów.
Klasztor został zdobyty przez wojska Karola XII w dniu 28 kwietnia 1706. Karol XII w klasztorze spędził
dzień  30  kwietnia. Kasata  klasztoru  nastąpiła  w  roku  1831. Później  kościół  klasztorny  służył  jako
kościół   parafialny   dekanatu   prużańskiego.    W   1866   po  

Powstaniu   Styczniowym   cały   kompleks

klasztorny   został   zlikwidowany   przez   władze   carskie   a   jego   elementy   wykorzystano   do   budowy
carskiego więzienia, które od 1934 roku było Miejscem Odosobnienia dla antysanacyjnej opozycji.

Stacja kolejowa drogi żelaznej moskiewsko - brzeskiej między Liniewem, a Kosowem. Wcześniej gdy
funkcjonowała poczta konna, była tu stacja pocztowa między pobliskimi stacjami Swadbicze i Zapole.
Poczta   konna   obsługiwała   trasę   aż   do   Moskwy.   Przed   1939   miasto   znajdowało   się   w   powiecie
Prużana. Burmistrzem miasta był 

Jan Downar, od 1945 pierwszy starosta powiatu kętrzyńskiego. W

Berezie  był  1  kościół  katolicki  i  1  cerkiew. W mieście  była  też  siedziba  gminy  wiejskiej. W latach
1934–1939 w Berezie Kartuskiej istniał 

obóz koncentracyjny do przetrzymywania głównie więźniów

politycznych.

Miasto  

Bereza  Kartuska  znajduje  się  w  województwie  poleskim. Jeszcze  przed  I wojną  światową

background image

osadzono   w   Berezie   duży   garnizon   wojskowy,   a   po   wojnie   powstała   tam   Szkoła   Podchorążych
Piechoty. Szczytowy okres rozwoju miasteczka przypadł na okres po roku 1848, po wybudowaniu tzw.
szosy brzeskiej, najruchliwszej drogi łączącej Warszawę ze wschodem. Dodatkowo miasto znajdowała
się obok arterii kolejowej Warszawa - Moskwa (1/3 km od miasta). W 1931 roku Bereza liczyła 4571
mieszkańców,   w   tym   50%   Żydów,   30%   rzymskich   katolików.   Około   52%   mieszkańców   stanowili
rzemieślnicy i rolnicy. Miasto, a raczej miasteczko, było charakterystyczne dla Polesia - małe domki,
stosunkowo   ubodzy   mieszkańcy,   podmokłe   tereny.   Życie   obracało   się   tutaj   wokół   targu   oraz
niedzielnych mszy. Idealne na łagier.

Miejsce Odosobnienia w Berezie Kartuskiej

Miejsce Odosobnienia w Berezie Kartuskiej (ang. Polish political prison camp, Place of Isolation at
Bereza Kartuska) to łagier (obóz) dla więźniów politycznych sanacji działający w latach 1934-1939 w
Berezie   Kartuskiej,   w   dawnym   województwie   poleskim.   Obóz   założono   w   budynkach   dawnego
carskiego   więzienia   i   barakach   wojskowych.   Inspiracją   władz   do   stworzenia   w   Polsce   ośrodka
detencyjnego dla więźniów politycznych była  wizyta w Polsce Hermanna Göringa w 1934 roku, ktory
zachwalał Dachau.

Na  początku  lat 30-tych  XX  wieku  Polsce, tak  samo  jak  w  Europie, można  zaobserwować  proces
zaostrzania się kursu władzy wobec opozycji, zresztą na wzór Niemiec i ZSRR. Oczywistym jest, że
proces   ten   w   II   RP   wiązał   się   z   osobą   wodza  

Józefa   Piłsudskiego,   który   sprawował   faktyczną

totalitarną władzę w kraju, chociaż nie aż tak dyktatorską jak Mussolini we Włoszech. Ponieważ nie
udało   się   grupie   skupionej   wokół   Józefa   Piłsudskiego   wyciszyć   opozycji   zwykłymi   środkami,
postanowiono  zastosować środek bardziej  brutalny i  represyjny - dążono  do  stworzenia  obozu  dla
„antypaństwowców” i szukano pretekstu dla jego powstania. Decyzję podjęto po zamachu na ministra
spraw  wewnętrznych  Bronisława  Pierackiego  w  czerwcu  1934  roku. Na  miejsce  powstania  obozu
wybrano Berezę Kartuską, niewielkie miasteczko na Polesiu, chociaż było wiele innych odpowiednich i
używanych miejsc.

Niewątpliwie pomysłodawcą utworzenia miejsca odosobnienia był prof. 

Leon Kozłowski,

sprawujący   wówczas   funkcję   premiera.   Nie   jest   tajemnicą,   że   Leon   Kozłowski
pozostawał pod wpływem wzrastającej popularności faszyzmu niemieckiego i włoskiego,
a zwłaszcza jednego z odczytów J. Goebbelsa, mówiącego o wychowawczej roli obozów
koncentracyjnych  w  Niemczech. 

Józef  Piłsudski wyraził  zgodę  na  utworzenie  obozu

formalnie na okres jednego roku, należy jednak pamiętać, że zmarł jeszcze w roku 1934,
a kolejni premierzy nie zdecydowali się rozwiązać Berezy - funkcjonowała więc do 1939
roku.

Według niektórych źródeł Bereza Kartuska była wzorowana na hitlerowskim obozie koncentracyjnym
Dachau w Bawarii, założonym w marcu 1933 roku, także dla więźniów politycznych. 

Obozy jenieckie

istniały od  początku  II RP, jako  pozostałość po  zaborcach, m.in. w  

Strzałkowie, Dąbiu, Pikulicach,

Wadowicach i Tucholi. Obozy te zostały przejęte po zaborcach, którzy zbudowali je podczas I wojny
światowej. W latach  1919-1922  służyły  około  80-85  tysiącom  znanych  jeńców  armii  sowieckiej, z
których o najmniej 15-20 tysięcy zmarło. Późniejsze ich przeznaczenie nie jest jasne, a niektóre źródła,
w tym rosyjskie sugerują wykorzystywanie ich m.in. do więzienia wrogów ustroju w tym komunistów, ale
brak na to wyraźnej dokumentacji.

Polesie  miało  stosunkowo  słabą  sieć komunikacyjną  - dostatecznie  dobrą, by dowieźć na  miejsce
więźniów i zaopatrzenie, ale także dostatecznie słabą, by stworzyć problem ewentualnym ciekawskim,
których na początku było wielu. Należy tez dodać, że teren Polesia był gęsto zalesiony, a lasy te były
bardzo   zaniedbane   -   wynikało   to   m.   in.   z   naturalnej   bariery,   jaką   stanowiły   w   przypadku
niespodziewanego  ataku  ze  wschodu. Co  za  tym idzie  decyzje  o  budowie  dróg  czy wyrębie  lasów
podejmowali wojskowi, to oni byli faktycznymi administratorami Polesia. Ważnym czynnikiem była także
lokalna   ludność   czyli   społeczeństwo   słabo   wykształcone,   bardzo   nieuświadomione   politycznie,
zainteresowane   wyłącznie   własnymi   sprawami,   mieszkające   w   jednym   z   najuboższych   regionów

background image

Polski. W tej sytuacji nie interesowali się oni 

obozem karnym, znajdującym się na obrzeżach miasta.

Można   było   być   spokojnym   o   to,   że   więźniowie   rzeczywiście   będą   przebywali   w   „miejscu
odosobnienia” i nikt się nimi nie zainteresuje. Kolejnym z istotnych czynników decydujących powstania
łagru w Berezie były budynki, będące pozostałościami po starych rosyjskich koszarach - nie trzeba było
budować wszystkiego od nowa, a miejsca wystarczyło zarówno dla więźniów jak i dla personelu obozu.
Dwie   części   obozu   rozdzielała   szosa   Berestje-   Kobruń,   a   miejsce   już   sprawdzone   z   tajnych   i
nietypowych zastosowań.

Ciekawym  był  sam  proces  wysyłania  podejrzanego  do  miejsca  odosobnienia  w  Berezie. Starosta
występował   do   miejscowego   wojewody   z   wnioskiem   o   skierowanie   określonej   osoby   do   miejsca
odosobnienia czyli do łagru. Jeśli wojewoda wyrażał opinię pozytywną, to wtedy wniosek ten trafiał do
Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, do Departamentu I Politycznego, gdzie dyrektor zbierał codziennie
nadesłane  nazwiska  i  przedstawiał  je  ministrowi. Kiedy  wniosek  o  umieszczenie  jakiejś  osoby  był
rozpatrywany   pozytywnie,   wojewoda   był   o   tym   listownie   informowany,   a   drugi   egzemplarz   tego
dokumentu  trafiał  do  sędziego śledczego, któremu  podlegał  obóz - jego  siedziba znajdowała  się  w
Brześciu  nad  Bugiem. Formalnie  to  on  musiał  zaakceptować  skierowanie  danej  osoby  do  miejsca
odosobnienia, ale nigdy nie odrzucił takiego wniosku, akceptując decyzje MSW. To on także decydował
o   ewentualnym   przedłużeniu   pobytu   więźnia   w   Berezie,   na   wniosek   komendanta   obozu.   Często
zdarzało się także, że z takim wnioskiem występował wojewoda terenu, z którego pochodził więzień. W
czasach,   kiedy  

Felicjan   Sławoj-   Składkowski   był   ministrem   spraw   wewnętrznych,   często   akty   i

dokumenty były podpisywane  przez niego  niejako  automatycznie, bez czytania  - zdawał  się  on  na
wiceministrów, którzy wcześniej  parafowali  podpisywany przez ministra  dokument. I tak można  było
zostać już łagiernikiem w swej Ojczyźnie.

Historia Polskiego Obozu Koncentracyjnego

background image

Utworzony 12  lipca  1934  w  Berezie  Kartuskiej  na  mocy rozporządzenia  z mocą  ustawy prezydenta
Ignacego Mościckiego z dnia 17 czerwca 1934 roku w sprawie osób zagrażających bezpieczeństwu,
spokojowi i porządkowi publicznemu. Pomysłodawcą utworzenia obozu był premier Leon Kozłowski, a
jego pomysł zaakceptował wódz Józef Piłsudski. 

Leon Kozłowski (1892-944) w młodości był szpiclem

inwigilującym wolnomularzy Wielkiej Loży Narodowej Polski, a później latem 1938 był autorem jednej z
głośniejszych  w  historii  II Rzeczypospolitej  politycznych  

kampanii antymasońskich. Kozłowski  od

1941 do śmierci w 1944 roku był 

kolaborantem gestapo w Niemczech, skazany zaocznie na śmierć

przez sąd gen. Andersa, jednak w 1943 roku bierze udział w odkryciu grobów w Katyniu. 

Rozporządzenie zezwalało na utworzenie wielu takich miejsc odosobnienia, ale utworzono oficjalnie
tylko jedno - w Berezie, a raczej tylko o tym obozie mówi się otwarcie. Obiekt ten nosił oficjalną nazwę
"

Miejsce  Odosobnienia" i  był  przeznaczony  dla  osób, "których  działalność  lub  postępowanie  daje

podstawę do przypuszczenia, że grozi z ich strony naruszenie bezpieczeństwa, spokoju, lub porządku
publicznego". Określano go jako "nieprzeznaczony dla osób skazanych lub aresztowanych z powodu
przestępstw".   Konstrukcja   przepisu   prawnego   z   17   czerwca   przypomina   stworzoną   w   Niemczech
instytucję   "

Schutzhaft",   czyli   aresztu   ochronnego   (właściwie   prewencyjnego)   wprowadzonego

zarządzeniem z 28  lutego  1933  roku  o  ochronie  narodu  i  państwa. Dało  to  początek hitlerowskim
obozom koncentracyjnym.

Bezpośrednim  impulsem, który  rzekomo  skłonił  wodza  Józefa  Piłsudskiego  do  podjęcia  decyzji  o
utworzeniu  obozu, było  - dokonane  przez działaczy Organizacji  Ukraińskich  Nacjonalistów  (OUN) –
zabójstwo  ministra  spraw  wewnętrznych  Bronisława  Pierackiego. Osadzano  w  obozie na  podstawie
decyzji administracyjnej bez prawa apelacji na okres 3 miesięcy. Osadzenie mogło być przedłużone na
kolejne   3   miesiące   acz   znane   są   przypadki   osadzenia   trwającego   rok.   Oprócz   podejrzanych   o
działalność   wywrotową   i   przeciwników   politycznych   sanacji   więziono   w   nim   także   przestępców
gospodarczych  lub  podejrzanych  o  takie  przestępstwa  a  wśród  nich  znaczną  część stanowili  Żydzi,
pospolitych przestępców - zwłaszcza recydywistów, a w końcowej fazie istnienia także podejrzewanych
o dywersję i szpiegostwo na rzecz III Rzeszy. Więziono i torturowano za samo podejrzenie, a nie na
podstawie dowiedzionej winy.

Więzienie  w Berezie  Kartuskiej organizowali: dyrektor Departamentu  Politycznego  w  Ministerstwie
Spraw   Wewnętrznych   Wacław   Żyborski   oraz   naczelnik   Wydziału   Narodowościowego   w   tymże
departamencie   płk   Leon   Jarosławski.   Nadzór   nad   nim   ze   względu   na   właściwość   terytorialną
sprawował   wojewoda   poleski  

płk.   Wacław   Kostek-Biernacki,   często   utożsamiany   z   jego

komendantem. Faktycznie  byli  nim  inspektorzy  policji  Bolesław  (niekiedy  podawane  jest  imię  Jan)
Greffner z Poznania, a po nim Józef Kamala-Kurhański. Wojewoda poleski w latach 1932-1939 czyli
Wacław   Kostek   Biernacki,   wcześniej   komendant   twierdzy   brzeskiej   został   po   II   wojnie   światowej
skazany  za  faszyzację  i  zwalczanie  ruchu  komunistycznego  w  okresie  sanacyjnym na  wieloletnie
więzienie w PRL, gdzie zmarł w 1957 roku. Celem obozu było złamanie psychiczne osadzonych, aby
już nigdy nie sprzeciwiali sie władzom państwowym. Zakładano, że wystarczy na to 3 miesiące, ale
opornym można było przedłużyć pobyt. W obozie oprócz tortur psychicznych nieustannie znęcano się
fizycznie nad osadzonymi. Taki areszt wydobywczo- prewencyjny w postaci sanacyjnego łagru.

Obóz zaczął funkcjonować oficjalnie 

6 lipca 1934 roku. Dnia tego przyjęto pierwszych pięciu więźniów:

o godz. 20 przywieziono dwóch endeków z Krakowa, a o godz. 21 trzech komunistów z Nowogródka.
Pierwszymi   osadzonymi   działaczami   ONR   (Obóz   Narodowo-Radykalny)   byli:   Zygmunt   Dziarmaga,
Władysław Chackiewicz, Jan Jodzewicz, Edward Kemnitz, Bolesław Piasecki, Mieczysław Prószyński,
Henryk Rossman, Włodzimierz Sznarbachowski i Bolesław Świderski. Później trafiali do łagru Berezy
przede   wszystkim   komuniści,   nacjonaliści   ukraińscy   oraz   przedstawiciele   skrajnej   prawicy,   w
mniejszym   zakresie   członkowie   opozycyjnych   wobec   piłsudczyków   -   Stronnictwa   Ludowego   i
Stronnictwa   Narodowego,   sporo   antyfaszystów   i   pacyfistów,   a   także   czasami   może   działacze
organizacji zagrażających rzeczywiście bezpieczeństwu państwa, np. szpiedzy na rzecz hitlerowskich
Niemiec, a właściwie podejrzani o szpiegowstwo.

Wśród  około  16  tysięcy osób, które  przewinęły się  przez obóz w  Berezie  Kartuskiej, znajdowali  się

background image

działacze  uważanych  za  nielegalne  Organizacji  Ukraińskich  Nacjonalistów  (OUN), Komunistycznej
Partii Polski (KPP), Obozu Narodowo-Radykalnego (ONR), ale także ludzie związani ze Stronnictwem
Ludowym (SL) i Polską Partią Socjalistyczną (PPS). Przetrzymywani tam byli m.in. Bolesław Piasecki
oraz  przez  kilkanaście  dni  publicysta  Stanisław  Mackiewicz, który  został  tam  osadzony  za  krytykę
polityki  zagranicznej  państwa. Obóz funkcjonował  do  końca II Rzeczypospolitej  w  1939, więźniowie
zostali   wypuszczeni   przez  

Armię   Czerwoną,   którą   traktowali   jak   zbawienie   i   dobrodziejstwo.   Już

wkrótce  po  swym powstaniu  był  nazywany 

obozem  koncentracyjnym, a  jego  istnienie  często  jest

wykorzystywane   w   celach   propagandowych   by   wykazać,   że   istniały   rdzennie   polskie   obozy
koncentracyjne, co jest prawdą.

Początkowo  w  Berezie  Kartuskiej  pracowało  niewielu, bo  zaledwie  kilkudziesięciu  funkcjonariuszy
policji, przed wybuchem II wojny te liczbę zwiększono do 300, gdyż przewidywano, że obóz stanie się
obozem   dla   internowanych   i   potrzebny   będzie   liczniejszy   personel.   Osoba,   która   miała   być
umieszczona  w  Berezie, była  zatrzymana  w  ciągu  48  godzin  od  momentu  podjęcia  decyzji   o  jej
odosobnieniu   przez   policję,   której   zadaniem   było   także   dostarczenie   tej   osoby   do   miejsca
odosobnienia. Więzień był przekazywany przed bramą personelowi obozu, a policjant dostarczający
więźnia   otrzymywał   przy   bramie   potwierdzenie   dostarczenia.   Taki   proceder   sprawiał,   że   żaden   z
dostarczających   więźniów   policjantów   nie   wszedł   na   teren   obozu.   Po   zarejestrowaniu,   więźniów
wielokrotnie przetrzymywano w areszcie blokowym, dopiero potem wysyłano ich do cel aresztanckich.
Trzeba  pamiętać, że  cele  aresztanckie  były  przepełnione, panował  tam  okropny  

zaduch i smród.

Betonowe posadzki cel polewano zimną wodą aby więźniowie nie mogli usiąść ani się położyć, bo w
celach było 15 miejsc leżących, ale nawet 70 osadzonych na detencji. Nie było w celach ani stołów ani
taboretów. Więźniowie  zwolnieni  z Berezy często  mieli  zaburzenia  psychiczne, epilepsje, psychozy,
szybko umierali, co może wskazywać tak na wyniszczenie jak i na podtruwanie.

Każdy nowy więzień  miał  zakładaną  swoją  

kartę  personalną, która  była  następnie  umieszczana  w

archiwum obozowym. W karcie  znajdowały się: imiona  i  nazwisko  zatrzymanego, imiona  rodziców,
wyznanie, datę  i  miejsce  urodzenia, zawód, miejsce  zamieszkania  oraz obywatelstwo. Zaznaczano
przyczynę   umieszczenia   w   obozie,   inną   działalność,   za   którą   umieszczony   był   karany   oraz   datę
umieszczenia  w  obozie  i  datę  zwolnienia  (planowanego  lub  rzeczywistego). Zaraz po  przybyciu  do
obozu   więzień   był   kierowany   do   komendanta   obozu,   potem   przeprowadzana   była   rewizja,
konfiskowano na czas pobytu w obozie większość przedmiotów osobistych. Nie był ten obóz w Berezie
miejscem   masowej   zagłady,   jakimi   była   większość   obozów   hitlerowskich,   ale   był  

ośrodkiem

wyrafinowanego terroru, przy pomocy bezprzykładnego bicia, katorżniczej pracy, ćwiczeń fizycznych
przekraczających   siły   człowieka,   nieustannego   maltretowania   tak   pod   względem   fizycznym,   jak   i
moralnym - to jest całkiem pewne.

Historycy PRL dowodzili, że większość, 80-90 procent więźniów przetrzymywanych w Berezie stanowili
komuniści i socjaliści różnych narodowości. Z początkiem 

1938 roku osadzono w Berezie Kartuskiej na

politycznej   detencji   ponad  

4,5   tysiąca   Ukraińskich   nacjonalistów,   co   wskazuje,   że   obóz

rozbudowywano. Od wiosny 1939 roku zaczęto osadzać w obozie również kobiety. We wrześniu 1939
roku w obozie przebywało 

7 tysięcy internowanych na rządowej detencji: 4,5 tysiąca Ukraińców i 2

tysiące  Niemców, w  tym wszystkim 360  kobiet. Byli  wśród  uwięzionych  także  kryminaliści, nie  tylko
komuniści i socjaliści czy skrajni, radykalni narodowcy i ukraińscy nacjonaliści. Wszystko to świadczy o
faktycznie  bardzo  dużej  pojemności  obozu  i  daje  podstawy do  podejrzeń, że  liczba  więźniów  z lat
poprzednich  była  zaniżana, a  oficjalne  raporty podawały tylko  np. liczbę  tych  co  ich  zwolniono  czy
zwerbowano   do   współpracy   lub   byli   niegroźni   dla   ustroju   sanacji,   podczas   gdy   reszta   formalnie
"zaginionych" mogła być zabijana i grzebana w okolicy. Problemem jest to, że o Berezie Polacy wiedzą
tyle, co Rosjanie o Katyniu, czyli prawie nic.

Organizacja Obozu w Berezie

Ten rozdział o organizacji obozu został opracowany głównie na podstawie raportu komisji powołanej w
związku z wynikami kampanii wojennej z 1939 roku, pod kierownictwem prof. Bohdana Winiarskiego,

background image

która w 1940 na emigracji zajmowała się między innymi przypadkami łamania praw człowieka przez
rządy   sanacji   w   Polsce.   Liczebność   jednorazowo   osadzonych   w   Berezie   wahała   się   od   100   na
początku do ponad 600 więźniów w rozkwicie łagru.  Przy trzech miesiącach pobytu to od 400 do 1200
osób rocznie, ale wielu wracało ponownie. Numery, które otrzymywali przybyli w 1939, zbliżały się do
3000, ale nie wiadomo czy to rzeczywiście była numeracja od początku istnienia obozu. W 1936 było
wedle  oficjalnych  danych  369  osadzonych, w  tym 342  uznanych  za  komunistów. W całym okresie
istnienia Berezy można się doliczyć 71 narodowców z imienia i nazwiska. Żydów wysyłano do Berezy
przede  wszystkim  za  rzekome  nadużycia  finansowe, w  tym  za  niepłacenie  podatków. W ostatnim
okresie wysyłano tam też Niemców. Do Berezy trafiali ci, których z braku dowodów winy nie można było
postawić przed sądem. Groźba wysłania do Berezy była też formą wymuszania zachowań korzystnych
dla władz. Niektórzy badacze uważają te dane za zaniżone. W jednej izbie czyli celi znajdowało się
około trzydziestu więźniów.

Przyjęcie do Obozu (Łagru)

Przybywający, po wstępnych formalnościach, w czasie których obrzucano ich wyzwiskami, pobierano
im    odciski   palców,   kierowani   byli   do   izby   przejściowej   na   kwarantannę,   która   trwała   3   dni.   Izba
przejściowa była nieumeblowana, okna do połowy były zabite dyktą, a górne były otwarte, przez co w
zimie  panowała  tam  zawsze  temperatura  poniżej  zera. Podłoga  była  betonowa. Przez  cały  dzień
więźniowie  musieli  stać zwróceni  twarzami  do  ściany. W nocy mogli  położyć się  bez przykrycia  na
betonowej podłodze, jednak co pół godziny policjant budził osadzonych, każąc im wstawać, stawać
pod ścianą w szeregu, odliczać, biegać, padać, skakać. Po tym więźniowie mogli znowu położyć się na
pół   godziny.   Jakiekolwiek   uchybienie   w   postawie,   które   dowolnie   oceniał   policjant,   powodowało
natychmiastowe bicie pałką. Zresztą w izbie tej bito więźniów stale bez jakiegokolwiek powodu oraz
masakrowano ich do krwi.

Gimnastyka w Obozie Odosobnienia

Gimnastykę prowadzili policjanci lub „instruktorzy" rekrutujący się z więźniów kryminalnych. Chcąc się
zasłużyć, byli często okrutniejsi niż sami policjanci. Była ona jednym z największych udręczeń zarówno
ze względu na długotrwałość (siedem godzin dla tych, których nie kierowano do pracy, i brak przerw),
jak  i  prowadzenie  jej  systemem  karnych  ćwiczeń  wojskowych, stosując  ciągle  komendy  »padnij«,
»czołgaj się«, urządzając całe godziny biegów itd. Celem tych ćwiczeń było osiągnięcie największego
zamęczenia   i   udręczenia   więźnia.   Spośród   »ćwiczących«   wybierano   specjalną   grupę,   ironicznie
nazywaną "podchorążówką". Kierowano do niej opornych tj. tych, których policjanci uznali za opornych
i  nowo  przybyłych. Grupa  ta  ćwiczyła  albo na  sali  służącej  w  lecie  za  pracownię  betoniarską  gdzie
każde poruszenie podnosiło z podłogi tumany betonowego kurzu leżącego grubą warstwą do 5 cm i
powodowało  duże  trudności  w  oddychaniu  lub  za  rogiem bloku  mieszkalnego, w  miejscu, gdzie  z
ustępów wypływała uryna, rozlewając się w wielkie kałuże. W dniach odwilży ćwiczono tam czołganie
się.   Więźniowie   musieli   poruszać   się   biegem.   Nie   wolno   im   było   ze   sobą   rozmawiać.   Policjanci
zwracali się do nich per „skurwysynu", „kurwa mać", „świńskie ścierwo". Palenie było zabronione.

Toalety Więzienne Berezy

Torturą było nawet wypróżnianie się w tym obozie koncentracyjnym zwanym miejscem odosobnienia.
Tę czynność fizjologiczną można było załatwić tylko raz na dobę, rano po obudzeniu. Zatem 20 ludzi
stawało w pokoju z betonową podłogą i na komendę każdy z nich miał obowiązek rozpiąć się, załatwić
się  i  zapiąć się  w  ciągu  kilkunastu  sekund, co  było  oczywiście  czasem niewystarczającym, wobec
czego   ludzie   stale   chodzili   z   niewypróżnionymi   żołądkami,   co   było   dolegliwe   szczególnie   przy
kilkugodzinnej gimnastyce. Konieczność trzymania moczu i kału powodowała awarie za które okrutnie
bito, a i taki ubrudzony moczem czy kałem śmierdział wszystkim, nie mógł się wyprać.

Praca w Łagrze

Do  prac  obozu  więziennego  należało  czyszczenie  ustępów  dokonywane  małą  szmatką, a  więc  w
praktyce gołymi rękami. Przed posiłkiem nie pozwalano umyć rąk ubrudzonych kałem. Za najbardziej

background image

uciążliwą pracę uznawano pompowanie wody, które odbywało się przy użyciu kieratu. Orczyki były tak
przymocowane, że więźniowie musieli pracować w głębokim pochyleniu. Kazano wykonywać również
prace  całkowicie  bezsensowne  jak kopanie  i  zasypywanie  rowów, przenoszenie  ciężkich  kamieni  z
jednego   miejsca   na   drugie   miejsce,   a   po   skończeniu   w   odwrotną   stronę.   Wieźniów   poganiano   i
batożono, bito pałkami gdy zasłabli i zwolnili pracę.

Rozkład Dnia i Nocy w Łagrze

Pobudka  była  o  4  rano, pół  godziny  później  śniadanie  (niesłodzona  kawa  zbożowa  lub  żur  i  400
gramów czarnego chleba na cały dzień. O 6.30 rozpoczynała się "praca" lub "gimnastyka", które trwały
do godziny 11. Obiad podawano o 12, składał się z gorącego płynu bez tłuszczu i porcji ziemniaków.
Po  obiedzie  kontynuowano  zajęcia. Kolację  podawano  o  godzinie  17  i  składała  się  z niesłodzonej
kawy   zbożowej   lub   żuru.   Przygotowania   do   snu   zarządzano   o   18.30.   Racje   żywnościowe   były
niewystarczające, więźniowie obozu Berezy pozostawali wiecznie głodni, a nie zezwalano na paczki
od rodzin. Nie było widzeń z rodziną.

Osadzeni przebywali w obozie we własnych ubraniach, które bardzo szybko niszczyły się, i z braku
możliwości  prania  i  czyszczenia  okropnie  śmierdziały, powodując  dodatkowy  dyskomfort w  postaci
smrodu  z przepocenia  i  niemycia. Rewizje  w  Polskim Łagrze. W nocy przeprowadzano  tak zwane
rewizje, w czasie których wszyscy więźniowie musieli się rozebrać do naga i przejść przez korytarz
biegiem do jednej z sal. W czasie przechodzenia byli bici pałkami. W tym czasie kipiszowano ich cele
czyli dokonywano rewizji pomieszczeń. Rzeczy osobistych oprócz ubrania nie posiadali.

Zwolnienia i Kolaboracja z Sanacją

Istniała możliwość szybszego niż po trzech miesiącach opuszczenia obozu pod warunkiem podpisania
tzw. deklaracji  lojalności  czyli  "lojalki" wobec sanacji. Wiele  osób, które  podpisały  tą  deklarację, po
opuszczeniu   obozu   kontynuowało   działalność   polityczną,   za   co   z   powrotem   były   umieszczane   w
obozie. Po 1938 roku wprowadzono nową deklarację, która zakładała, że, aby zostać zwolnionym z
odbywania   kary,   należy   złożyć   szczegółowe   i   zweryfikowane   zeznania   dotyczące   dotychczasowej
działalności  oraz wyrazić zgodę  na  penetrację  środowiska, w  którym się  dotychczas działało. Inna
drogą  do  wcześniejszego  opuszczenia  obozu  było  uzyskanie  zgody na  zwolnienie  ze  strony MSW,
wydawanej  na  podstawie próśb  rodziny czy współpracowników  uwięzionego. Teraz już wiemy skąd
areszt wydobywczo- śledczy na 3 miesiące, tyle, że przdłużany, jak dotąd w Polsce nawet do 5-7 lat w
praktyce śledczej.

Jedynym dniem wolnym od pracy była 

niedziela. Tylko wtedy więźniowie mogli pisać listy do rodzin, ale

były  

ostro cenzurowane  i  często  niszczone. Ponieważ  listy  można  było  pisać  tylko  po  polsku, to

proceder ten był niedostępny dla umieszczonych w obozie Ukraińców, którzy nie znali polskiego. Taki
to   był   nacjonalistyczny   patriotyzm   wobec   Ukraińców,   którzy   do   dzisiaj   to   Polakom   pamiętają.   W
niedzielę   odbywało   się   także   religijne   nabożeństwo   rzymskokatolickie,   można   było   korzystać   z
biblioteki, w  której  znajdowały  się  wszystkie  

dzieła  wodza  Józefa  Piłsudskiego, mówiące  m. in. o

taktyce   wojennej.    Istniał   okrutny   przymus   uczestniczenia   w   niedzielnych   mszach   w   obrządku
rzymskokatolickim, mimo że większość więźniów była grekokatolikami bądź ateistami. Sporo więźniów
sanacyjnego "dołka" było także wyznania mojżeszowego. Wszyscy musieli poświęcić co najmniej pół
godziny  tygodniowo  na  propagandową  lekturę, np. "Pism" wodza  Piłsudskiego. Tak  uczono  trzech
wartości sanacji: Bóg, Honor, Ojczyzna.

Najbardziej  bodaj  znani  więźniowie  Berezy, to  autorzy wspomnień- 

Edward Wreciona  i  Władysław

Makar, a także Osyp Kohut, poseł na sejm 1928-1930 czy Arseniusz Ryczyński, lekarz z Wołynia. We
wrześniu  1939  roku, kiedy Bereza  przestała  istnieć, na  7  tysięcy więźniów  ponad  połowę  stanowili
Ukraińcy. Może to świadczyć o kondycji stosunków polsko- ukraińskich w tym okresie. Obóz owiany był
tajemnicą, a publiczne opowiadanie o nim przez byłych więźniów mogło skończyć się 

powrotem do

Berezy   i   „specjalnym   traktowaniem”   oznaczającym   uśmiercenie.   Stanisław   Cat   Mackiewicz,   były
łagiernik używa  wobec Berezy określenia  „ogród  tortur”. Zwraca  także  uwagę  na  zakazy modlitw  i
noszenia   symboli   religijnych,   chociaż   było   prawo   do   niedzielnych   mszy,   oczywiście   tylko

background image

rzymskokatolickich. Żydzi nie mieli tam jednak prawa do religii, a przynajmniej nic o tym nie wiadomo,
podobnie grekokatolicy. 

Więźniowie z najcięższych więzień w Polsce mówili, że wolą tam siedzieć rok, niż w Berezie Kartuskiej
miesiąc, a przecież w Berezie nikt na prawdę nie wiedział ani za co siedzi, i jak długo będzie jeszcze
siedział. W Berezie  było  mnóstwo  ludzi  

kompletnie  niewinnych, tak samo  wśród  kryminalnych  jak

politycznych, wystarczała zemsta jakiegoś przodownika policyjnego lub pisarza gminnego, aby osadzić
kogoś w Berezie. Członkowie Stronnictwa Narodowego porównywali do Berezy nawet słynną 

Bastylię,

więzienie dla przestępców politycznych i osób niewygodnych dla państwa z okresu Francji Burbonów.
Złą sławę w pamięci więźniów pozostawiali zwłaszcza posterunkowi Mieczysław Sitek - podczas wojny
w   Policji   Polskiej   w   Generalnej   Guberni,   Mieczysław   Markowski   -   stracony   w   Miednoje   i   starszy
przodownik  Szymborski. Wielu  funkcjonariuszy  i  oprawców  z  Berezy  to  dzisiaj  wielcy  bohaterowie
straceni w Katyniu czy Miednoje, co warto także pamiętać, kto za co i kiedy zginął. Policjanci z nadzoru
łagru  w  Berezie  zdążyli  we  wrześniu  1939  roku  opuścić obóz, gdy nadeszła  

Armia Czerwona  lecz

większość z nich  trafiła  później  i  tak do  

Ostaszkowa  - w  drodze  na  Katyń, a  większość więźniów,

zwłaszcza komunistów i Niemców, Sowieci uwolnili robiąc w tym wypadku na pewno za dobroczyńców.

O łagrze w Berezie Kartuskiej niewiele się mówi w Polsce po 1989 roku, bo istnieje obawa, że laikowi
słowo „obóz” skojarzy się z Oświęcimiem lub z Dachau albo Katyniem. Poleski obóz koncentracyjny
można i trzeba oceniać negatywnie, można i trzeba jego władze winić za szykany, za trudne warunki,
rząd   za   podjęcie   morderczej   decyzji   w   1934   roku,   ale   nie   da   się   skali   przedsięwzięcia    Berezy
Kartuskiej   porównywać   do   Auschwitz-Birkenau.   W   obozie   koncentracyjnym   w   Berezie   Kartuskiej
oficjalnie   zginęło   na   pewno   20   osób.   Celem   obozu   koncentracyjnego   takiego   jak   Oświęcim   było
masowe 

wyniszczanie ludności. Bereza miała głównie na kilka miesięcy usuwać osoby niebezpieczne

dla  zachowania  spokoju  w  państwie  i  zastraszenia  ich  oraz zmuszenia  do  współpracy z Ojczyzną.
Nigdy nie stawiała sobie za cel masowego mordowania ludzi niewygodnych dla II RP i sanacji, chociaż
w kilku przypadkach można mówić o docelowej likwidacji.
_______________________________________________________

 

Obóz Jeniecki pod Strzałkowem

Obóz jeńców pod Strzałkowem to powstały na przełomie 1914 i 1915 roku niemiecki obóz dla jeńców
z frontów I wojny światowej. Położony był przy granicy dwóch państw zaborczych - Prus i Rosji - przy
drodze łączącej dwie przygraniczne miejscowości: Strzałkowo po stronie pruskiej i Słupcę po stronie
rosyjskiej, a  aktualnie  leży przy Drodze  krajowej  nr 92. Po  zakończeniu  I wojny światowej  podjęto
działania zmierzające do jego likwidacji, jednak na skutek podjęcia przez wodza Józefa Piłsudskiego
działań wojennych na froncie wschodnim znanych jako wojna 

polsko-bolszewicka, od 12 maja 1919

zaczął   funkcjonować   jako   obóz   dla   jeńców   radzieckich.   W   dniu   11   lipca   1919   rozporządzeniem
Ministerstwa   Spraw   Wojskowych   nadano   mu   nazwę  

Obóz   jeniecki   nr   1   pod   Strzałkowem.   Po

podpisaniu w Rydze dokumentu kończącego działania wojenne obóz został przekształcony w 

miejsce

przetrzymywania   osób   internowanych.   Ostatecznie   obóz   internowania   przestał   funkcjonować   31
sierpnia 1924 roku. Przy obozie jenieckim położony był cmentarz, a okolice skrywają ofiary internowań
z tamtych  lat. Hasło  Strzałkowo  bywa  dziś często  używane  przez Rosję  jako  odpowiedź na  polskie
żądania ukarania winnych zbrodni katyńskiej.

Cmentarz  jeńców  wojennych  i  internowanych  w  Strzałkowie  funkcjonował  od  1915  do  1923   roku.
Cmentarz jeńców wojennych i internowanych w Strzałkowie to zabytkowy cmentarz założony w 1915
roku  przy obozie  jenieckim pod  Strzałkowem dla  jeńców  z frontów  I wojny światowej, a  potem dla
jeńców   wojny   polsko-bolszewickiej   lat   1919   -1920.   Cmentarz   położony   jest   pomiędzy   Słupcą   a
Strzałkowem,   około   1000   m   od   drogi   krajowej   nr   92.   Pochowano   na   nim   wówczas   w   grobach
zbiorowych i indywidualnych 

około 8.000 lub więcej jeńców różnych narodowości, w tym na pewno:

 *  506  żołnierzy armii  rosyjskiej  - Rosjan, Ukraińców, Polaków  i  żołnierzy innych  narodowości  (lata
1915 - 1918);

background image

 * 

7000 jeńców - żołnierzy Armii Czerwonej różnych narodowości (lata 1919 - 1921);

 *   około   500   jeńców,   osób   internowanych   i   ich   rodzin   oraz   osób   cywilnych   -   głównie   żołnierzy
Ukraińskiej   Halickiej   Armii,   Armii   Ukraińskiej   Republiki   Ludowej,   Rosyjskiego   Korpusu   gen.   N.
Bredowa, internowanych cywilów niemieckich.

Staraniem   Słupeckiego   Towarzystwa   Społeczno   -   Kulturalnego   cmentarz   jest   ogrodzony   i
uporządkowany. Na środku cmentarza znajduje się pomnik upamiętniający zmarłych. Został wpisany
do Krajowej Ewidencji Zabytków w 1994 roku pod numerem A-511/252.

Obozy internowanych żołnierzy armii URL w Polsce

Pierwszych żołnierzy armii URL - Ukraińskiej Armii Ludowej

 internowano w Polsce w końcu 1919 w

Łańcucie,   po   załamaniu   frontu   ukraińskiego.   Niedługo   później   zorganizowano   z   nich   6   Dywizję
Strzelecką. Po porażce armii URL w 1920 i przejściu jej na terytorium Polski 21 października 1920 w
ilości około 20.000 żołnierzy, rozmieszczono ich w kilku obozach internowania – 

Łańcucie, Krakowie-

Dąbiu,   Aleksandrowie   Kujawskim   i   Kaliszu,   oraz   mniejszych   w   Pikulicach,   Częstochowie,
Wadowicach i Piotrkowie Trybunalskim
. W połowie 1921 internowanych przeniesiono z Łańcuta do
obozu pod Strzałkowem, a w końcu 1921 z Aleksandrowa do 

Szczypiorna. W obozach tych, jak i w

sąsiednim   Kaliszu,   internowani   mieszkali   aż   do  

likwidacji   obozów   w   połowie   1924.   W   obozach

rozwinęła   się   podziemna   działalność   kulturalna   i   oświatowa,   działały   chóry,   grupy   teatralne,
stowarzyszenia sportowe, wydawano kilka obozowych gazet, prowadzono kursy czytania i pisania dla
analfabetów,   działało   gimnazjum   w   Kaliszu   oraz   uniwersytet   w   Łańcucie   i   Strzałkowie.   Ilość
internowanych stopniowo malała, między innymi wskutek wyjazdów do Czechosłowacji i Francji. Po
likwidacji obozów niektórzy internowani żołnierze otrzymali status emigrantów politycznych.

_______________________________________________________

 

RELACJE OFIARY Z ŁAGRU BEREZY

Samuel Podhajecki - Wspomnienia z Berezy

Niedziela   19   kwietnia   1936   roku.   Wieczór.   Światła   we   lwowskim   więzieniu   "Brygidki"   zgasły...
Więźniowie układają się do snu. W naszej celi nr 79, w której normalnie siedziało 14-18 więźniów,
przebywa   obecnie   kilkadziesiąt   osób.   Panuje   zaduch   nie   do   zniesienia,   nie   możemy   zasnąć.
Półgłosem rozmawiamy o walkach ulicznych w dniu 16 kwietnia we Lwowie, które pochłonęły wiele
ofiar. Zastanawiamy się, jak zareagują masy na krwawą rzeź we Lwowie. Nagle słychać jakieś odgłosy
z korytarza... Stąpanie  kroków, głuche uderzenia, stłumione  okrzyki... Z hałasem otwierają się  drzwi
naszej  celi. Wpada  grupa  dozorców  z  aspirantem  Koniecznym  na  czele. Cuchnie  od  nich  wódka.
Wywołują nazwiska: "Zbierać się". Nim zdążyliśmy zerwać się z łóżka, dopadają do nas, ściągają na
podłogę, biją, tratują i wloką na korytarz. To samo dzieje się i w innych celach. Z korytarza pędzą nas
na wartownię, której okna wychodzą na ulicę Kazimierzowską.

"Pożegnajcie się na zawsze ze Lwowem!" - krzyczy do nas Konieczny.

Na   dany   przez   niego   znak   rzucają   się   na   nas   dozorcy   więzienni.   Pod   groźbą   skierowanych   luf
rewolwerowych musimy rozebrać się do naga. Pojedynczo wciągają nas do łazienki, biją gumowymi
patkami i rękojeściami od rewolwerów. W bestialski sposób zostali pobici: Nawioka, dr Litwak, Schafel,
Press, Jolles, Sperber, Fischer i inni. Specjalnym okrucieństwem odznaczali się: Konieczny, Sobota i
Huk, którzy  kopali  nas, gdzie  popadło. i  We  lwowskich  ,,Brygidkach" dają  nam  odczuć  przedsmak
Berezy. Po zmasakrowaniu nas w łazience pozwalają się ubrać, ale przez dwie godziny musimy stać
na baczność, twarzą do ściany. O godzinie 11 w nocy zaczyna się "strzyżenie" włosów. Każdy musi
klęknąć, a oprawcy więzienni dosłownie wyrywają nam maszynką elektryczną włosy, zostawiając dla

background image

zeszpecenia "pejsy". Krzyki i jęki rozdzierają ciszą nocną, przedostają się na zewnątrz. Ulice są puste...
we Lwowie panuje stan wojenny.

O północy otwiera się brama więzienna. Uzbrojony od stóp do głów wkracza oddział policji. Zakuwają
nas w  kajdany i  wrzucają  do  stojących  przed  wiezieniem aut ciężarowych. Asystuje  przy tyra  oficer
armii.   Otoczeni   wieńcem   motocykli,   pod   eskortą   policjantów   uzbrojonych   w   ręczne   karabiny
maszynowe jedziemy na Dworzec Główny. Tu dołączają grupę złodziei, zesłanych do Berezy wraz z
nami, kilkudziesięcioma anty faszystami, aby pokazać opinii publicznej, że sprawcami lwowskich zajść
są   nie   tylko   "komuniści",   ale   także   szumowiny   miejskie.   Delegat   Wojewódzkiego   Wydziału
Bezpieczeństwa wygłasza krótkie przemówienie, ostrzegając, byśmy się zachowywali spokojnie, gdyż
w przeciwnym razie policja zrobi użytek z broni.

Pociąg rusza... Myśli krążą wokół bliskich, pozostawionych we Lwowie. Czy naprawdę żegnamy się na
zawsze  ze  Lwowem?  Jak  odbędzie  się  poniedziałkowy  strajk  protestacyjny  we  Lwowie?  Po   kilku
godzinach znajdujemy się na Wołyniu. Z niewiadomych nam przyczyn jedziemy w kierunku Równego.
Na   poszczególnych   stacjach   z   grup   kolejarzy   stojących   na   peronie   podnoszą   się   pięści   do
pozdrowienia antyfaszystowskiego. W południe pociąg przyjeżdża do Kowla. Dołączają do nas wagon,
w  którym znajduje  się  grupa  ukraińskich  działaczy robotniczych  i  chłopskich  z Przemyśla, Sanoka,
Sambora i Drohobycza. Po krótkim postoju ruszamy dalej. Dotychczas eskorta policyjna nie zezwoliła
narn na zakup prowiantu. Przez cały czas jesteśmy skuci, dokucza nam pragnienie. Wszyscy jesteśmy
pobici i zmęczeni.

W Brześciu  doręczają  nam zawiadomienie  wojewody lwowskiego  o  zesłaniu  nas do  Berezy. Teraz
policjanci pozwalają na kupno żywności, lecz wciąż jesteśmy skuci. Przez całą noc pociąg 'nasz stoi w
Brześciu. Nad ranem wyjeżdżamy. Za godzinę jesteśmy w Berezie na bagnistym Polesiu. Rozwiewa
się  mgła  spowijająca  poleskie  miasteczko  i  oczom naszym ukazują  się  rozłożone  po  obu  stronach
szosy dwupiętrowe budynki z czerwonej cegły.

"To obóz koncentracyjny" - szepce Schafel, który zaledwie dwa miesiące temu został stąd zwolniony.

Z zainteresowaniem i  zarazem z trwożnym niepokojem spoglądamy na  te  ongiś wojskowe  koszary
carskiej Rosji. Z daleka widać granatowe mundury policjantów pełniących straż w obozie. Wkraczamy
do   Komendy   Miejsca   Odosobnienia   (tak   brzmi   skromnie   oficjalna   nazwa   polskiego   obozu
koncentracyjnego). Lwowska policja wycofuje się i otaczają nas strażnicy policyjni z Berezy. Od razu
padają wyzwiska i przekleństwa. Popychani szturchańcami wchodzimy do kancelarii komendy.

Na ścianie olbrzymi obraz wojewody poleskiego, Kostka-Biernackiego. Tuż obok niego z prawej strony
małe,   ledwo   widoczne   fotografie   Pilsudskiego   i   prezydenta   Mościckiego.   Jest   to   symboliczne.
Degenerat i sadysta Biernacki, znany ze znęcania się w twierdzy wojskowej w Brześciu w roku 1930
nad   przywódcami   sejmowej   opozycji   demokratycznej:   Witosem,   Liebermanem,   Barlickim,   jest
nieograniczonym  władcą  osadzonych  w  obozie  koncentracyjnym. Jego  przyboczny  sędzia  śledczy
wydaje  na  podstawie  zwykłej  denuncjacji  szpicla  lub  konfidenta  wysłanym do  Berezy przeciwnikom
rządu  nakaz osadzenia  w  obozie  na 3  miesiące, nakaz wciąż potem przedłużany. Kostek-Biernacki
osobiście czuwa nad udoskonaleniem wyrafinowanego systemu maltretowania internowanych.
 

W KATOWNI

W kancelarii urzęduje aspirant Piotr Jarzęcki. Jego zimne oczy, głęboko ukryte w nabrzmiałej twarzy,
patrzą przenikilwie na każdego z nas. Wypytuje o personalia i notuje coś. Wyprowadzają nas. "Biegiem
marsz!"   -   wołają   policjanci   i   rozpoczyna   się   bieg   do   położonego   po   drugiej   stronie   szosy   bloku
aresztanckiego. Po drodze sypią się na nas uderzenia. Zdyszani, nie mogąc złapać tchu, wpadamy na
pierwsze piętro koszar. Tu wpędzają nas do ogołoconej z wszelkich sprzętów sali. Tak jak na wartowni
w "Brygidkach", zmuszeni jesteśmy stać w pozycji na baczność, twarzą do ściany, przez kilka godzin.
Za   najmniejsze   poruszenie   zostaje   się   dotkliwie   pobitym   przez   kręcących   się   policjantów.   Około
południa zjawia się policjant Pytel, komendant bloku aresztanckiego. Zaczyna się nauka regulaminu

background image

obowiązującego w Berezie.

"W Miejscu Odosobnienia panuje bezwzględna cisza" - głosi regulamin.

"To znaczy - dodaje Pytel - że nie wolno Warn, s...syny, słowa wypowiedzieć. Jesteście niemi. Dosyć
pyskowaliście na wolności. Odpowiadać wolno tylko na pytania panów komendantów. Każdy policjant
musi być w Berezie tytułowany przez was: panie komendancie".

"Każdy rozkaz musi być wykonywany przez aresztowanego szybko i ochoczo".

"To znaczy - dodaje Pytel - że przez cały czas pobytu w obozie nie wolno aresztowanemu nawet trzech
kroków zrobić zwykłym krokiem. Zawsze musicie biegać. Przy pracy musicie poruszać się szybko My
wam pokażemy w Berezie amerykańskie tempo".

,"Niewykonanie rozkazu zostanie przełamane siłą. a nawet użyciem broni".

"Bici i tak będziecie - komentuje ochrypłym głosem Pytel - ale biada temu, kto się nam przeciwstawi".

"Reszta regulaminu  nie  jest dla  was ważna  - wtrąca  się  policjant Wieczorek, jeden  z tych, którzy w
Berezie najwięcej się nad nami znęcali - bo i tak nie dostaniecie ani książek, ani gazet, ani paczek
żywnościowych. Również widzenia są zakazane".

Zaczyna się lekcja "meldowania". W Berezie aresztowany na każdym kroku musi się przed policjantem
"posłusznie" meldować.

"Panie komendancie, aresztowany X. Y. prosi posłusznie o pozwolenie pójścia do ustępu".

"Panie komendancie, aresztowany X. Y. prosi posłusznie o pozwolenie splunięcia".

"Panie komendancie, aresztowany X. Y. prosi posłusznie o pozwolenie wytarcia sobie nosa".

Wywijając pałą Pytel krzyczy:

"Nic wam nie wolno robić z własnej inicjatywy, dranie, nawet myśleć..."

Wiedząc, co nas czeka w razie przeciwstawienia się, powtarzamy za Pytlem i Wieczorkiem "lekcję", lecz
słowo "posłusznie" w ustach naszych brzmi niezdarnie i natychmiast z otaczającej nas sfory policyjnej
padają wyzwiska, przekleństwa i uderzenia. Przychodzi kolej na "ćwiczenia". Pada komenda: "Odlicz!"

"Raz!"... "dwa!"... - "Try!" - wykrzykuje młody chłopak ukraiński z zagłębia naftowego, Czuba, który nawet
w Berezie manifestuje w ten sposób swe przywiązanie do ojczystego języka

"Powtórz!"

"Raz!"... "dwa!".,. - "Try!"... - odpowiada hardo ukraiński antyfaszysta Czuba.

Policjanci ze zdumieniem spoglądają na młodego śmiałka.

"Tu nie Ukraina: policzymy się później'' - zapowiada Pytel.

Długo nie czekaliśmy: Czuba został wyciągnięty z szeregu i wyprowadzony do innej sali. Gdy wrócił,
twarz jego  była  sinoczarna  i  nie  mógł  poraszać nogami. Przez cały dzień  staliśmy: nie  wolno  było
oprzeć się o ścianę lub usiąść. Nie dostaliśmy nic do jedzenia i picia. Ani na minutę nie odstępowali
nas policjanci, prowadząc lekcję "dobrego zachowania się" w Berezie przy akompaniamencie pałek
gumowych, i karnych ćwiczeń.

"Padnij! Powstań!"

background image

"Padnij! Powstań!"

"Siadaj! Powstań!"

"Klęknij! Powstań!"

"Padnij! Powstań!"

Z niesłychaną szybkością zwalaliśmy się na cementową posadzkę i w mig zrywaliśmy się, by znowu
upaść. Rozbijaliśmy sobie głowy, kolana i w straszliwym tłoku jeden drugiemu wybijał zęby. Trwało to
tak długo, dopóki większość z nas mimo spadających razów na grzbiety nie mogła się już podnieść.
Wtedy następowała krótka przerwa. Zapada zmrok. Prowadzą nas grupami do lekarza. W przedpokoju
rozbieramy   się   do   naga.   Długo   czekamy   na   rozpoczęcie   badań.   Tymczasem   sadyści   policjanci
poszturchują   i   uderzają   nas   pałkami   gumowymi   gdzie   popadnie:   po   głowie,   karku,   po   plecach,
krzyżach,   nogach.   Pojedynczo   wpędzają   do   lekarza,   który   nawet   nie   patrzy   na   wprowadzonego.
"Zdrów! - krzyczy - odmaszerować!" Pod  gradem piekących  jak ogień  uderzeń  i  brutalnych  kopnięć
ubieramy się. Nie uszanowali nawet siwych włosów. Staruszek, robotnik z Sanoka, Grzegorz Grosz,
został tak brutalnie pobity, że żal było patrzeć. Znowu jesteśmy w sali i znowu lekcje meldowania, karne
ćwiczenia przy akompaniamencie gumy.

"Do depozytu!"

Biegniemy przez długi korytarz do tzw. depozytu w celu złożenia pieniędzy i wszystkich przedmiotów,
jakie posiadamy. Co 5 kroków stoi policjant. Każdego policjanta prosimy "posłusznie" o pozwolenie
przejścia.   Każdy   z   nich   hojnie   częstuje   nas   pałą.   Zdyszany   od   biegu   stanąłem   przed   stupajką
Malinowskim i proszę zgodnie z regulaminem, by mi zezwolił dalej biec do depozytu. W odpowiedzi
otrzymałem straszliwe uderzenie kolanem pod brzuch.

"Ty  łotrze  bolszewicki  -  darł  się  Malinowski, degenerat o  odrażającej  ospowatej  twarzy  -  ja  ciebie
nauczę, z jakiej odległości należy się do mnie zwracać!"

Tak nas "ujeżdżano" do godziny 11 w nocy. Nareszcie dostajemy rozkaz "położyć się spać".

Nie   dają   sienników   ani   koców.   W   samej   bieliźnie,   ponieważ   ubranie   musimy,   podobnie   jak   w
więzieniach,   wynosić   na   korytarz,   kładziemy   się   na   zimną   cementową   posadzkę.   Ciało   każdego
zbolałe, pełne sińców. Nie można zasnąć. Leżymy z otwartymi oczyma, z zaciśniętych kurczowo ust
wyrywają się ciche, stłumione jęki.
 

DZIEŃ W BEREZIE

O godzinie 4, gdy zaczęto świtać, rozległ się gwizdek.

"Pobudka!"

Pospiesznie ustawiamy się w dwuszereg. Za chwilę wpada straż policyjna.

"Odlicz!"

Ktoś się w szeregu pomylił. Natychmiast pada komenda:

"Padnij! Powstań!"

"Siad! Powstań!"

"Padnij! Powstań!"

background image

Poranna gimnastyka karna trwa przeszło kwadrans.

Gwizdek. "Ubierać się!"

Wybiegamy na korytarz. Każdy chwyta przygotowane już dla nas łachmany więzienne. W ciągu 2-3
minut musimy być ubrani. Na  wąskim korytarzu  panuje  niesłychany tłok. Jeden  drugiego  depcze. Z
sadystycznym zadowoleniem policjanci wymachują gumą - to przed śniadaniem. Znowu gwizdek (W
Berezie wszystko robi się na gwizdek). Chwytamy menażki i pędzimy na podwórze myć się. Biegniemy
do beczek z wodą wśród szpaleru policjantów, nie żałujących nam kopnięć.

"Prędzej!"

"Szybciej!"

"My was nauczymy biegać!"

Kulawy   na   obie   nogi   Rosentreber,   szewc   z   Sambora,   musiał   razem   z   nami   brać   udział   w   tym
morderczym   biegu.   Wciąż   się   przewracał.   Policjant   Świerkowski   biegł   koło   niego   i   śmiejąc   się
"pomagał" mu wstawać - butem. Nie zdążyliśmy się umyć, a już znowu gwizdek.

"Do jadalni na śniadanie - biegiem marsz!"

Mamy  pięć  minut czasu. Parzymy  sobie  usta  czarną  kawą. Dławimy  się  kęsami  czarnego  chleba.
Gwizdek.

"Z powrotem do sali". Na schodach witają nas policjanci gumą. Ledwie znaleźliśmy sio, na sali - znowu
gwizdek.

"Do ustępu - biegiem marsz!"

W każdym ustępie w ciągu pięciu minut kilkadziesiąt osób. Gwizdek.

"Biegiem na plac zbiórki!" Znowu biegniemy przez ten sam znęcający się szpaler policjantów.

Na podwórzu oczekuje nas aspirant Jarzecki w zastępstwie przebywającego w Warszawie inspektora
Karmali-Kurhańskiego. Każdy z nas musi podejść do niego i zameldować się:

"Panie  aspirancie, aresztowany X melduje  posłusznie  swoje  przybycie  do  Miejsca  Odosobnienia  w
Berezie Kartuskiej z miasta X".

Gdy ktoś zameldował się niezbyt wyraźnie, natychmiast otrzymywał na rozkaz Jarzęckiego kilka pał od
stojącego w pobliżu policjanta. Meldunek skończony. Wpędzają nas do "jadalni", gdzie otrzymujemy
igły i nici, by przyszyć numery do naszych więziennych bluz. Każdy aresztowany w Berezie dostaje
numer   zależnie   od   kolejności   swego   przybycia   do   obozu.   Policjanci   wołają   nas   po   numerach:
"aresztowany nr 410, aresztowany nr 395" itd. Pod pretekstem, że numery nie są równo przyszyte -
"poprawiają nas gumą".

"Moja pałka - krzyczy Korczyński - zrobi z was, darmozjady, krawców!"

Gwizdek. Rozdzielają nas na grupy. Zaczyna się "praca". W pierwszym dniu nie poznajemy jeszcze
właściwej roboty katorżniczej, ale już teraz odczuwamy jej przedsmak. W bloku aresztanckim zemdlał
Pancer, robotnik ze  Lwowa, mający za  sobą  już kilkuletnie  więzienie. W parku  stracił  przytomność
pobity do krwi Fischer, malarz pokojowy ze Lwowa. Ocucono go pałkami gumowymi. Student filozofii
Izydor Press z Przemyśla musiał z powodu rzekomej "opieszałości" przy pracy pięć razy przebiec tam i
z powrotem długi, 120-metrowy korytarz i wreszcie meldować się stojącemu na drugim końcu korytarza
policjantowi Muszyńskiemu.

background image

"Nic nie słyszę! Głośniej, draniu jeden!" - rechocząc odpowiadał Muszyński.

Przeszło pół godziny mały aresztant o dziecinnej twarzy stał w pozycji na baczność i ochrypłym głosem
z całych sił wołał:

"Panie komendancie, aresztowany Izydor Press melduje się posłusznie na rozkaz!"

"Nie   słyszę!   Do   mnie   -   biegiem   marsz!   Nauczę   cię,   nędzny   filozofie,   głośniej   meldować!"   -   woła
wreszcie policjant.

"Melduję posłusznie - próbuje bronić się Press - że krzyczałem ze wszystkich sił".

"Szczeniaku jeden - ryczy Muszyński - stul pysk!"

Wali go pięścią w zęby i na podłodze poprawia butem.

O godzinie 11 rozlega się gwizdek. Koniec pracy przedpołudniowej. Wracamy na salę i czekamy na
powrót wszystkich  grup  z pracy. Gwizdek, "Po  obiad  - biegiem marsz!" Znowu  szpaler policjantów.
Porcja   uderzeń   i   jesteśmy   w   jadalni.   Prawie   nikt   z   nas   nie   może   przełknąć   obiadu   z   powodu
całkowitego wycieńczenia. Po obiedzie - karkołomny bieg do beczek z wodą w celu umycia menażek, i
z powrotem na salę. Marny trzy kwadranse odpoczynku. Przy otwartych drzwiach stoi policjant i z pałką
w ręku przypomina, że nie wolno zmieniać ani na chwilę swego miejsca oznaczonego "wizytówką" -
wolno   tylko   stać   lub   leżeć   na   cementowej   posadzce.   Wybiegamy   na   plac   zbiórki.   Każda   grupa,
otoczona policyjną eskortą, wraca do swej przedpołudniowej pracy. Znowu nas poganiają. "Prędzej!
Szybciej! Ruszać się!" Znowu przekleństwa i wyzwiska. Razy spadają na zgięte grzbiety. Wieczorem
gwizdek, koniec pracy. Padem wracamy na salę. Za chwilę biegniemy do jadalni na kolację. Gwizdek -
już jesteśmy koło  beczek z wodą  Gwizdek - ruszamy z powrotem. Na  korytarzu  czekają  policjanci,
którzy walą w nas na oślep. Na wpół żywi wpadamy na salę, ale jeszcze nie zdążyliśmy nabrać tchu, a
już musimy - czy ktoś chce, czy nie - biec do ustępu i biegiem wracać. Pokotem leżymy na podłodze. W
otwartych drzwiach obserwuje nas policjant. Co chwilą wywołuje kogoś do siebie.

"Czemu, bandyto jeden, masz taką ponurą minę? Może ci się nie podoba Bereza? Nadstaw grzbiet".

"Panie komendancie, aresztowany X. Y. prosi posłusznie o pozwolenie wrócenia na swoje miejsce"

O godzinie 7 wieczorem gwizdek Pytla - rzucamy się wszyscy na korytarz do rozbierania się. W ciągu
kilku minut musimy być rozebrani, a lachy musimy ułożyć w równą kostkę z numerem na wierzchu.
Pytel i Wieczorek kontrolują, czy kostki są równo ułożone. Raz po raz wywołują kogoś i dają mu na
"dobranoc" kilka pał.

Apel. Odliczamy. Przy tej sposobności:

"Padnij!" "Powstań!"

"Siad!" "Powstań!"

Gwizdek: "Kłaść się spać".

Jak ścięte kłody drzew zwalamy się na sienniki. Upłynął jeden dzień w Berezie, jedno ogniwo w długim
łańcuchu   piekielnych   dni.   Każdy   leży   tak,   jak   padł.   W   uszach   szum.   Ciało   zdrętwiałe   z   bólu   i
przemęczenia, a sen nie nadchodzi. Potem już człowiek stępiał na wszystko. W ciągu pierwszych nocy
zrywamy się niezliczoną ilość razy - wciąż nam się wydaje się że słyszymy gwizdek...

 

ĆWICZENIA

background image

Dryl wojskowy w Berezie, przybierający formy nigdy nie stosowane nawet w polskich pułkach systemu
znęcania się nad nami. Ćwiczeniami kierował przeważnie policjant Próchniewicz, który był jaskrawym
przykładem, jak Bereza deprawowała samą straż policyjną. Wszyscy byliśmy zdumieni, w pierwszych
dniach po naszym przybyciu, zachowaniem się wobec nas policjanta Próchniewicza. Nie brutalny w
obejściu, oględny w  stosowaniu  karnych  ćwiczeń, bił  tylko  na  rozkaz aspiranta  Piotra  Jarzęckiego.
Obecny   czasem   przy   ćwiczeniach   drugi   aspirant   o   nieznanym   nazwisku,   którego   przezwaliśmy
"Garbatym", zwrócił kilkakrotnie z oburzeniem uwagę Próchniewiczowi, że ćwiczenia są za lekkie, a on
za dobry. Wtedy Próchniewicz zmienił się nie do poznania.

"Mnie nie szanują, to i ja was szanować nie będę." - mówił.

W   ciągu   krótkiego   czasu   Próchniewicz   w   swym   zimnym   okrucieństwie   upodobnił   się   do   kata
Świerkowskiego. Nigdy nie bił na oślep, lecz zawsze w krzyż, kark i nerki.

"Raz, dwa, trzy, cztery! Lewa! Lewa! Lewa!"

Szybkim krokiem obchodzi! Próchniewicz maszerujących i palą wybijał takt po karkach.

"Raz, dwa, trzy, cztery! Lewa! Lewa! Lewa! W tył zwrot! Wy ofermy, tak się robi w tył  zwrot? Padnij!
Powstań! Siad! Powstań! Klęknij! Powstań!"

Wymęczone ciała z niesłychaną szybkością uderzają w dziedziniec koszarowy, a unoszące się tumany
kurzu  wdzierają  się  do  oczu, nosa, ust i  gardła. Widząc, że  Próchniewicz każdą  naszą  pomyłkę  w
padaniu  lub  przy zwrotach  wykorzystuje  dla  jeszcze  większego  znęcania  się, staraliśmy się  dobrze
ćwiczyć.   Lecz   nic   nam   nie   pomogło.   Próchniewicz   mrugał   do   złodzieja   Mieczysława   Kochana,
przywiezionego   do   Berezy   po   lwowskich   wypadkach,   aby   umyślnie   mieszał   nam   szyki.   Kochan
skwapliwie wykonywał polecenie i usuwał się z szeregu.

"Biegiem marsz dookoła bloku! Padnij! Czołgaj się! Szybciej się czołgać!"

Uganiając między nami rozdawał kopniaki na prawo i na lewo.

"Aresztowany  Kapłan, powstań! Biegiem  do  mnie! Niewygodnie  ci  się  w  błocie  czołgać?  Zakasuj
rękawy! Marsz pod mur i czołgaj się po kamieniach!"

Wzdłuż muru koszarowego ciągnął się pas ziemi wyłożony ostrymi kamieniami. Z obnażonymi łokciami
czołgał się siedemnastoletni Kapłan, krwią znacząc swój ślad.

"Te, zbolały Press, do mnie! Czego ty, filozofie, ruszasz się jak żółw?"

Długo   padała   gumowa   pała   na   schylonego   Pressa.   Próchniewicz   nie   dawał   nam   ani   chwili
wytchnienia.

"Biegiem marsz na czworakach! Prędzej! Prędzej!"

Wśród ogólnego rechotu policjantów odbywał się nasz bieg na czworakach. Krew uderzała  nam do
głowy, ręce i nogi odmawiały posłuszeństwa, jeden za drugim rozciągaliśmy się bezwładnie.

"Powstań! Porobić odstępy do gimnastyki. Głęboki przysiad - raz! Wyrzut w przód prawej nogi - dwa!
Wyrzut lewej - trzy! Podnieść się, - cztery! Głęboki przysiad - raz!" itd.

Padaliśmy   ze   zmęczenia.   Niezliczoną   ilość   razy   musieliśmy   robić   przysiady   i   wyrzuty   nóg.   Po
kilkunastu   takich   przysiadach   nikt   z   nas   nie   mógł   ruszać   nogami.   Próchniewicz,   Pytel,   starszy
przodownik i "Garbaty" aspirant raz za razem wyciągali kogoś z szeregu i bili. Przy takiej gimnastyce
Próchniewicz tratował nogami tow. Germaniskiego z Wilna, zamordowanego potem 9 maja, grzmocił
pięściami   w   plecy   gruźlika   Princa,   bił   po   twarzy   siwego   jak   gołąb   Edmunda   Cedlera,   kandydata
robotniczego na senatora z Zagłębia Dąbrowskiego, pastwił SIĘ nad młodziutkim Czaplickim z Kielc i

background image

dziesiątkom z nas odbił nerki i płuca. Gdy "gimnastyka" znudziła się już aspirantowi przyglądającemu
się ćwiczeniom, spojrzał porozumiewawczo na Próchniewicza i zaczynał się nowy numer.

"Przysiad   -   raz!   Za   kostki   chwyć   -   dwa!   Naprzód   marsz   -   trzy!"   To   się   nazywał   "kaczy   chód".   Ze
spuchniętymi   nogami,   z   krzyżami   zbolałymi   od   bicia,   popędzani   gumową   palą   posuwaliśmy   się
naprzód.

"Nie zatrzymywać się! Ręce w plon rzucać! Pozostać w przysiadzie! Naprzód marsz!"

Gdy już większość z nas zemdlała z wyczerpania, padła wreszcie komenda: "Dość, powstań!"

"Wy, ofermy! Szereg nie jest równy. Nauczę was zaraz równać! Na jeden sygnał będzie padnij, na- dwa
powstań..."

Długo, bardzo długo rozlegał się w obozie gwizdek Próchniewicza.

Przez jakiś czas ćwiczeniami kierowali policjanci Moszkiewkz i Kalinowski, którzy swoim zachowaniem
się   wobec   nas   odróżniali   się   od   Świerkowskiego   i   Próchniewicza.   Pytel   wściekał   się.   Posyłał
Kalinowskiego   na   śniadanie   i   osobiście   obejmował   komendę   nad   nami.   Swym   okrucieństwem
doprowadzi! nas  do  rozpaczy  i  nie  licząc  się  z  następstwami  odmówiliśmy  mu  posłuszeństwa  -  w
Berezie   rzecz   niesłychana.   Było   to   w   sobotę   l   sierpnia,   rano.   Odesławszy   do   bloku   policyjnego
Kalinowskiego,   Pytel   zaczął   szaleć.   Bez   odpoczynku   biegaliśmy   już   drugą   godzinę.   "Padnij!"
"Powstań!" Wielu z nas padało na ziemię, nie mogąc się więcej podnieść. Niespodziewanie wyskoczył
z szeregu R., przebywający w Berezie już drugi rok, i krzyknął: "Dość tej męczarni! Nie będę więcej
ćwiczył!" Nie czekając na komendę przestaliśmy biegać. Wśród policjantów zrobiło się zamieszanie.
Pytel stracił głowę, zostawił nas i ciągnął R. do karceru. Ku naszemu zdziwieniu eskorta policyjna nie
rzuciła się na nas i udając, że nic nie zaszło, pozwalała nam maszerować zwykłym krokiem. Przyczyną
tego było ciche zadowolenie policjantów z kompromitacji Pytla, którego wszyscy nienawidzili za jego
donosicielstwo do inspektora.

Po   południu   zjawił   się   nadkomisarz   i   rozpoczęły   się   karne   ćwiczenia,   wobec   których   wyczyny
Próchniewicza były niczym.

 

PRZYBYWAJĄ NOWE TRANSPORTY

W dniu  naszego  przybycia  do  Berezy  zwolniono  wszystkich  endeków  i  ukraińskich  nacjonalistów.
Jedyny   w   Polsce   obóz   koncentracyjny   zaczął   zaludniać   się   wyłącznie   antyfaszystami.   Kilka   razy
dziennie   nadchodziły   "transporty".   Nowo   przybyłym   zgotował   "przywitanie"   komendant   Berezy,
inspektor Kamala-Kurhański, który przywiózł z Warszawy specjalne instrukcje o zaostrzeniu reżymu. Z
pochodzenia  Tatar, sadysta, zrobił  karierę  jako  szef słynnej  katowni  defensywiackiej  w  Białymstoku,
odznaczając   się;   niesłychanym   okrucieństwem.   Dwa   dni   po   naszym   przyjeździe   przywieziono   do
Berezy kilkunastu działaczy robotniczych z Łodzi. Już w komendzie pobito ich do krwi. Po drodze do
bloku aresztanckiego rzuciło się na nich kilkudziesięciu zbirów policyjnych ze Świerkowskim na czele.
Rozdzierające  jęki  rozlegały  się  po  całym  obozie. Sprowadzono  ich  do  osobnej  sali  i  tu  dopiero
zaczęło się dla nich piekło. Policjant Goslawski specjalnie wyszukiwał Żydów.

"Bolszewickie parchy! Kiszki z was wypuszczę!"

Pieniąc się miotał przekleństwa i obelgi, pastwiąc się nad Ojzerem i Ajzenern.

Z sadystycznym uśmiechem zwraca się Swierkowski do reżysera teatralnego, Stanisława Krengla:

"Po co ty, kochaneczku, przyjechałeś do Berezy?"

"Nie wiem" - odpowiada Krengel.

background image

"..Nadstaw kark, to się dowiesz" - i wymierza mu kilkadziesiąt pał.

Nad gruźlikiem Krupką, który odsiedział już pięć lat w polskich więzieniach, rozbestwiony Świerkowski
tak długo się znęcał, aż Krupka zemdlał. Wówczas jedną ręką chwycił go za włosy i głową uderzał w
cementową posadzkę, drugą zaś bił w kark.

"Tak, s... - wykrzykiwał Swierkowski dziko - będę was cucił, gdy będziecie mdleć!"

Policjant   Kowalski   zwraca   się   do   Szymańskiego,   nakazując   mu,   by   uderzył   chłopa   ukraińskiego,
którego dopiero co przyprowadzili.

"Melduję posłusznie - odpowiada Szymański - że nie będę bił".

"Co? Łajdaku! - ryczy z wściekłością Kowalski - nie chcesz wykonać mego rozkazu?"

Szymański został powalony na podłogę, kilku policjantów rzuciło się na niego bijąc go  po twarzy, w
pierś,   w   brzuch   -   gdzie   popadnie.   "Będziesz   bił?"   "Nie!"   Łódzki   robotnik   Szymański   odmówił
podniesienia ręki na chłopa ukraińskiego i został tak ciężko pobity, że przeszło 5 miesięcy leżał w izbie
chorych.   Wstrząsająca   była   scena   "przywitania"   grupy   aresztowanych   z   Warszawy.   Policjantów
rozwścieczyło to, że mimo okrutnego bicia nikt z nich nie jęknął. Wśród warszawiaków znajdował się
członek zarządu Związku Zawodowego Handlowców, Hagiel, którego aresztowano w marcu 1936 r.
Oślepł  w  więzieniu, skąd  wysłano  go  do  Berezy. Gdy trzeba  było  przebiec przez szpaler  policyjny,
towarzysze brali go pod ramię.

"Puścić go!" - padł rozkaz. Z rękoma wyciągniętymi do przodu, drżąc na całym ciele, próbował Hagiel
biec, lecz przewracał się o podstawione mu nogi. Ledwo się podniósł, powalono go kopnięciem na
ziemię.

"Dziadu przeklęty! - darł się Swierkowski - czego się pchasz na mnie?!"

"Panowie - wołał Hagiel - jestem ślepy!"

"Cha! cha! cha!" - pokładali się ze śmiechu oprawcy, bijąc wciąż przewracającego się Hagiela.

"S...synu, prędzej! Szybciej! Biegiem, ofermo ślepa!"

Hagiela   wraz   z   całą   warszawską   grupą   sprowadzono   do   sali   dla   nowo   przybyłych.   Gosławski
natychmiast go bierze w obroty. Zaczyna się "lekcja" meldowania.

"Musisz stać twarzą zwrócony do mnie w oddaleniu trzech kroków".

"Kuku, gdzie jestem?" - wola Gosławski.

Hagiel rzuca się w kierunku, skąd dochodzi głos, chcąc się zameldować. Gosławski szybko ucieka,
zachodząc Hagiela z tylu, i waląc go w kark pałką gumową, wykrzykuje:

"To ty także i głuchy jesteś!" Zabawa w meldunkową "ciuciubabkę" zaczyna się na nowo. Przerywa ją
zjawienie się Pytla, który zastępuje Gosławskiego. "Aresztowany Hagiel, co to jest 1 maj?"

Hagiel milczy, rozumie bowiem, że odpowiedź będzie pretekstem do bicia.

"Mów, Żydzie parszywy, bo skórę z ciebie zedrę!"

"1 Maja - odpowiada Hagiel - to święto robotnicze".

Z rozmachem uderza go Pytel w twarz. "Ty wyrodku bolszewicki, ja ci dam święta robotnicze, 1 maja to
pierwszy dzień miesiąca maja. Powtórz to 20 razy". W trakcie spadających nań uderzeń musiał ślepiec

background image

Hagiel skandować za policjantem Pytlem, czym jest 1 Maja. Przybył transport z Krakowa. Witają ich
policjanci pod przewodem samego Pytla. Chory gruźlicę kości Samuel Markus, mając już za sobą 9 lat
więzienia, nie może tak biegać jak inni.

"Dlaczego nie biegasz?" - skoczył na niego Pytel.

"Panie komendancie, melduję posłusznie, że jestem chory na gruźlicę kości".

"Ja cię wyleczę! Zdejm buty!"

Samuel Markus otrzymał od Pytla kilkadziesiąt uderzeń pałką w pięty i nie mógł teraz nie tylko biegać,
ale nawet chodzić. Sześć tygodni przeleżał w izbie chorych. Wśród przybyłych z Wilna znajdował się
robotnik budowlany, Mustejtis, Litwin. Aspirant Piotr Jarzęcki wziął go od razu na oko. Kilku policjantów
rzuciło się na niego. Silny jak dąb Mustejtis odrzucił ich od siebie jednym potrząśnięciem ramion. Cała
eskorta   zabrała   się   do   "upartego"   Litwina   i   zbito   go   w   straszliwy   sposób.   Górnika   z   Zagłębia
Dąbrowskiego, Borowika, bito w plecy tak długo, aż mu dosłownie wyrwano płat ciała. Wskutek gnicia
powstałej  rany zrobiła  mu  się  dziura  wielkości  pięści. Prawie  cały czas pobytu  w  Berezie  Borowik
przeleżał w izbie chorych. Młodziutki Lewkowicz ze Skierniewic zostił w dniu przybycia do Berezy tak
zmasakrowany, że przez długie miesiące- chodził spuchnięty. Okrutnie znęcano się nad aplikantem
adwokackim   ze   Lwowa,   M.   Horowicem,   którego   przywieziono   w   tydzień   po   naszym   przybyciu   do
Berezy. Zasądzony na osiem lat w słynnym procesie łuckim, został na podstawie amnestii w marcu
1936 r. zwolniony po odsiedzeniu 6 lat. Sześć tygodni był zaledwie M. Horowic na wolności - do czasu
lwówskich wypadków. Choć wówczas aktywnego udziału w życiu politycznym nie brał i z wypadkami
nie miał nic wspólnego, 16 kwietnia w nocy aresztowano go.

W "Brygidkach" Horowic, jako bezwyznaniowy, nie chciał stawać w szeregu do modlitwy więziennej.
Zbito go łańcuchami i wtrącono do karceru. Naczelnik więzienia, Pawlik, nie zadowolił się tym i zwrócił
się  do  Wojewódzkiego  Wydziału  Bezpieczeństwa  z wnioskiem wysłania  "buntownika" Horowica  do
Berezy. Policja, która  nie  mogła  mu  zapomnieć bohaterskiego  zachowania  się  na  procesie  łuckim,
przyklasnęła   Pawlikowi.   Okazała   tusza   Horowica   i   jego   pogodna   twarz,   z   której   nie   znikał   nigdy
uśmiech, budziły nieopisaną wściekłość policjantów.

"U nas w ciągu jednego dnia schudniesz!" - krzyczeli.

Były dozorca więzienny Muszyński zmusił Horowica, by ustami podnosił piasek, następnie zaprzągł go
jak   konia   do   pompowania   wody   ze   specjalnej   studni   wyposażonej   w   kieraty.   Z   niesłychanym
okrucieństwem bito chłopów ukraińskich i białoruskich.

"Chamy! Hajdamaki! Zbóje! My was oduczymy polityki!"

Wśród   szpaleru   policyjnego   biegnie   białoruski   chłop   (nazwiska   jego   nie   przypominam   sobie).
Podtrzymuje ramieniem omdlewającego towarzysza. Jak wściekłe psy opadli go policjanci. "Puść go!" -
wyli, bijąc na odlew. Cienką strugą spływa krew po twarzy chłopa, który nie jęknąwszy nawet, kurczowo
przyciskając  do  siebie  swego  towarzysza  niedoli, biegnie  dale". Ostatnie  dni  kwietnia  1936  r. na
zawsze  wyryły  się  w  moją  pamięć. Z wszystkich  zakątków  Polski  co  dzień  przywożono  do  Berezy
robotników, chłopów i inteligentów skutych w kajdany.

 

PYTEL DBA O HIGIENĘ

Jedną z największych plag w Berezie był brud, pieczołowicie pielęgnowany przez komendanta bloku
aresztanckiego, Pytla. Nigdy  nie  można  było  jako  tako  umyć  się. Około  300  aresztowanych  musi
zadowalać się  wodą  z dwóch  niewielkich  beczek. Zaledwie  umoczy się  twarz, rozlega  się  gwizdek
policyjny. Po pracy nigdy nie wolno było umyć rąk. Nawet wtedy, kiedy isię czyściło klozet lub - jak to
było w czerwcu - kiedy zmuszano nas rąkoma ugniatać ludzkie wydzieliny. Student prawa Uniwersytetu

background image

Warszawskiego, Józef Rubinsztejn, robotnik Kapłan i student Welker zostali pobici przez Pytla za to, że
po powrocie z pracy próbowali polać sobie ręce wodą. Wprawdzie raz w tygodniu prowadzono nas do
łaźni, ale  nie  dawano  nam czasu  wykąpać się. Aspirant Jarzącki  chętnie  asystował  przy  kąpieli  i  z
nieukrywanym zadowoleniem patrzył  na  nasze  posiniaczone, nagie  ciata. Na  jego  rozkaz policjant
Wilczyński wymierzył kilkanaście pał ślusarzowi z Sanoka, Więckowskiemu, który zbyt długo stał pod
tuszem. Przez pierwsze 6 tygodni nie zmienialiśmy bielizny. Nasze aresztanckie mundury były czarne i
tłuste od brudu. Jedliśmy z zardzewiałych menażek, nie było bowiem czasu porządnie ich wymyć. Pytel
kontrolował "czystość" menażek i upatrzone przez siebie ofiary przedstawiał do raportu karnego.

"Parszywcy - wrzeszczał - nie przestrzegacie higieny!"

Na sali panował okropny zaduch. Okna były zabite deskami i tylko w dzień, gdy przeważnie byliśmy
przy pracy, mały lufcik był otwarty. W nocy dusiliśmy się od obrzydliwego smrodu unoszącego się z
kibla. Już o północy zrywaliśmy się ze snu i na kiblu załatwialiśmy nasze potrzeby, w  dzień bowiem
nawet połowa  z nas nie  mogła  tego  uczynić. Nic dziwnego  więc, że  w  takich  warunkach  rozmaite
choroby, zwłaszcza żołądkowe, szerzyły się wśród nas nagminnie. Były cyrulik Bakalarczyk, pełniący
kiedyś funkcję starszego przodownika w brzeskiej defensywie, został mianowany "lekarzem" w Berezie.
By   móc   się   dostać   do   tego   wybitnego   "lekarza",   trzeba   było   mieć   zezwolenie   Pytla,   który   w
porozumieniu   z   Kamalą-Kurhańskim   wydawał   Bąkalarczykowi   dyrektywy,   jak   trzeba   nas   leczyć.
Chorym był tylko ten, kto miał powyżej 39 stopni gorączki. Ale i tych chorych dzieli! jeszcze na dwie
kategorie: na takich, co mieli "tylko" 39-40 stopni gorączki i na będących w agonii. Pierwsza kategoria
dostawała ten sam wikt co my, "zdrowi", umierających zaś Bakalarczyk wysyłał do odległego o 60 km
szpitala w Kobryniu. Wszystkich leczył przy pomocy jodyny, pigułek i rycynusu... Pewnego razu zabawił
się w chirurga i manipulując przy złamanym palcu studenta Ornsteina (którego zmusił, by jedną ręką
niósł  trzy wielkie  ławki) unieruchomił  mu  na  zawsze  rękę. Każdego, kto  nie  miał  wysokiej  gorączki,
zapisywał   do   raportu   karnego   jako   symulanta.   Nawet   jeśli   ktoś   był   poważnie   chory,   obawiał   się
zapisywać do "lekarza".

Każdej soboty odbywało się przymusowe "golenie i strzyżenie". W długim ogonku podchodziliśmy do
"fryzjera", który mydląc wylenialym pędzlem, maczanym w  brudnej  cieczy, kaleczył  nam twarz tępą
brzytwą.

"Nie używaj za duża mydła! - krzyczeli policjanci. - Prędzej golić! Szybciej!"

Nasi "fryzjerzy" spieszyli się zatem, raz po raz zacinając nas. Po "goleniu" nie wolno było umyć sobie
twarzy, dozwolone było tylko wytrzeć resztki mydła czapką. Wskutek takiego "higienicznego" golenia
absolwent Politechniki ze Lwowa, Pohorille, dostał na calej twarzy straszliwych wrzodów. Do golenia
szliśmy z takim uczuciem, jak się idzie na ciężką operację. Nie odbywało się ono bez poniżających
"kawałów" ze strony policjantów, którzy oczekiwali na chwilę, gdy polowa twarzy była wygolona, i wtedy
wypędzali nas z "fryzjerni" pod rozmaitymi pretekstami. To samo było przy strzyżeniu. Wileński student
Politechniki, Michał  Kozłowski, mimo  swego  żydowskiego  pochodzenia  ze  względu  na  nazwisko  i
wygląd nie uchodzący za Żyda - był na ogół oszczędzany przez policjantów zarówno przy pracy, jak
podczas bicia. Specjalny "sentyment" czuł do niego inspektor Kamala-Kurhański, z nazwiskiem bowiem
Kozłowskiego, byłego premiera rządu w lecie 1934 r., związane było stworzenie Berezy. Pewnego razu
stanął Kozłowski za naszą namową do raportu z prośbą o zezwolenie używania szczotki do zębów.
Inspektor zezwolił. Gdy jednak Kozłowski zwrócił się do Pytla o wydanie mu szczotki z depozytu, ten nie
tylko odmówił, ale jeszcze - w porozumieniu z inspektorem Kamalą-Kurhańskim - wtrącił go za rzekome
"aroganckie" zachowanie się na 7 dni do karceru.

Pan komendant Pytel dbał o "higienę" w Berezie.

 

NOCNA REWIZJA

Jest już po apelu wieczornym. Z głębi korytarza dochodzi nas donośny głos Wieczorka:

background image

"Położyć się spać!"

Skok - i wszyscy leżymy na siennikach. Westchnienie ulgi wyrywa się każdemu z piersi. Po długim,
piekielnym dniu żaden policjant z pałą nie będzie nam mącił spokoju przez 9 godzin...

Jeszcze sen nam powiek nie skleił, gdy wśród nocnej ciszy rozlega się przeraźliwy gwizdek.

Słychać stąpanie ciężkich kroków i szczęk broni, z hałasem otwierają się drzwi, wpadają policjanci.

"Wstać! Rozebrać się do naga!"

"Ręce na karku spleść! Biegiem marsz na dół do jadalni!"

Nie zdążyliśmy zrzucić z siebie koszul, a już nas biją.

"S...syny, prędzej, szybciej!"

Nadzy, z rękoma splecionymi na karku, wybiegamy na korytarz. Jeden obok drugiego stoją policjanci i
kopią nas.

Z uśmiechem na ustach asystują przy tym nadkomisarz, aspirant Jarzęcki i "Garbaty", który drze się
piskliwym głosem:

"Ostatnia wasza chwila nadeszła!"

Nu  schodach  podstawiają  nam nogi, przewracamy się  i  spadając otrzymujemy jedno  uderzenie  za
drugim. Posiniaczeni, zalani krwią, wbiegamy do "jadalni".

"Twarzą do ściany! Nie oglądać się!"

300   nagich   ciał   stłoczono   obok   siebie.   300   bezbronnych   ludzi,   wydanych   na   łup   rozbestwionych
policjantów.

Do uszu naszych dochodzi tajemniczy szept i odgłos ładowania broni. Co to wszystko ma znaczyć?

Będą nas rozstrzeliwać - przychodzi nam na myśl.

Za chwilę wywołują nazwiska:

"Edmund Cedler!

Stanisław Siatkowski!

Szymon Winter!

Stanisław Więckowski!

Micheńko!

Ornstein!

Buraciek!

Wszyscy wywołani - w tył zwrot! Biegiem marsz do góry".

Po kilku minutach z pierwszego piętra dochodzi nas huk podobny do wystrzału.

Znowu wywołują grupę aresztowanych.

background image

Kilka godzin tak staliśmy w trwożnym oczekiwaniu śmierci. Niespodzianie rozległ się gwizdek.

"Z powrotem do góry! Każdy do swojej celi!"

Droga prowadzi przez szpaler bijących nas policjantów. Na sali wszystko rozrzucone - odbywała się
rewizja. Od wywołanych przedtem towarzyszy dowiadujemy się, że Pytel i Wieczorek znęcali się nad
nimi i uderzali ławkami o cementową posadzkę, by u pozostałych w " jadalni" wywołać wrażenie salwy
rewolwerowej. Pierwsza  przeżyta  przez nas rewizja  nocna  w  Berezie  została  tak zainscenizowana,
abyśmy sądzili, że prowadzą nas na rozstrzelanie... Było to w nocy z 30 kwietnia na l  maja. Później
często odbywały się rewizje, ale już nie zaraz po apelu, tylko o północy. W ten sposób nie tylko dzień,
lecz i noc zamieniano nam w piekło.

 

KATORŻNICA PRACA

Obrzucając nas ironicznym spojrzeniem inspektor Karnala-Kurhański mówił na porannym apelu:

"Na wiecach krzyczeliście: "Żądamy pracy, więc proszę bardzo, dajemy wam pracę!"

Na   rozległym   obszarze   obozu   koncentracyjnego   rozsiane   były   liczne   ruiny   starych   koszar,
zniszczonych   podczas   wojny   światowej.   Zapędzono   nas   do   uprzątnięcia   gruzów,   wydobywania
fundamentów i zniwelowania terenu. Mordercza to była praca. Bez chwili wytchnienia harowaliśmy, z
niesłychaną szybkością waląc oskardami w wystające spod ziemi głazy.

"Prędzej! Szybciej!"

"Ruszaj się!"

"Nie oglądać się!"

Bojąc się obejrzeć, bity wciąż przez policjantów, Leon Cukerberg uderzył kilofem w głowę stojącego za
nim Eichla. Do rozciągniętego na ziemi Eichla dopadł policjant Świerkowski.

"Powstań, draniu!"

Z zadowoleniem ogląda Świerkowski rozplataną czaszkę.

,,Biegiem marsz do lekarza!"

Zalewając się krwią próbuje Eichel biec, a za nim pędzi Świerkowski i wymachując pałką krzyczy:

"Szybciej! Prędzej!"

Gnani  tym refrenem wydobywamy z siebie  tempo  pracy widziane  Jeno  w  stynnym filmie  Chaplina
"Dzisiejsze czasy" (,,Modern times'). Nie ratuje nas to jednak od razów. Biada temu, kto by na chwilkę
przerwał pracę.

"Aresztowany nr 387, do mnie! W tył zwrot! Nachyl się!"

Grad uderzeń spada na grzbiet i krzyż "aresztowanego nr 387".

"Aresztowany nr 416, do mnie!"

Ze wszystkich sił kopie go zbir butem.

Specjalnie znęcali się nad inteligentami. W pierwszych dniach maja wciąż byli bici przy pracy dr Litwak,
Press, Pohorille i Horowic.
"Czym jesteś z zawodu?" - pyta policjant.

background image

"Adwokat, aplikant, absolwent Politechniki, student" - pada odpowiedź.

,,G... jesteście! Dranie! Znacie teorię, teraz poznacie praktykę! Marsz do noszy!"

Praca przy noszach była najcięższa. Wielkie, zrobione specjalnie z twardego, ciężkiego drzewa nosze
były  dla  nas  postrachem. Kładliśmy  na  nie  kamienie, cegły, ziemię  i  dźwigaliśmy. W normalnych
warunkach używa się do tego taczek.

"Więcej nabierać! Nie bawić się!"

Dwóch z nas chwyta za nosze. Są tak ciężkie, że urywają nam race. Robimy kilka kroków, chwiejemy
się i nie możemy ruszyć dalej.

"Markieranci!" - ryczy policjant bijąc nas.

Natężając resztki sil docieramy do miejsca, gdzie się wyrzuca gruz. Ledwo wylądowaliśmy, już musimy
biegiem   wracać,   znowu   nakładać   i   znowu   nosić.   Pół   godziny   pracy   przy   noszach   starczyło,   by
całkowicie opaść z sił. Nawet Mozyrko i Sasiuk, mimo że od dzieciństwa pracowali jako robotnicy przy
najcięższych  robotach, nie  potrafili  długo  dźwigać noszy i  przewrócili  się. Świerkowski, Gosławski  i
Korczyński walili w nich pałami, jak w bęben.

W Berezie nie używano zwierząt pociągowych - nas zaprzęgano do wozu z gnojem, kamieniami lub
drzewem.

Cmokając ustami, policjanci pokrzykiwali:

"Wio! Hetta! Wista!"

Uginając się pod ciężarem wóz zapadł się w bagnistą poleską ziemię. Na to tylko czekali Wilczyński lub
Malinowski - bat raz po raz spadał na nasze grzbiety.

"Wio! Hetta! Wiśta!"

9   maja   urządzono   nam   przy   pracy   krwawą   masakrę.   Owego   pamiętnego   ranka   zjawił   się
nieoczekiwanie Kamala-Kurhański i długo szeptał na ucho "Garbatemu", który prężąc się służalczo nie
mógł powstrzymać się od zacierania rąk z uciechy.

"Rozkaz! Tak jest! Wszystko zostanie wykonane!"

Za   chwilę   Próchniewicz,   kierujący   dotychczas   ćwiczeniami,   obejmuje   komendę   nad   tzw.   "grupą
ogólną", przeznaczoną do niwelowania terenu. Spojrzeliśmy na siebie - coś się szykuje... Gdy tylko
zaczęliśmy pracować, na znak dany przez Próchniewicza rzucili się na nas policjanci. Bicie w Berezie
było naszym chlebem powszednim, ale nigdy przedtem and potem nie znęcali się nad nami  tak, jak
wówczas. Próchniewicz uwziął się na szczupłego, wątłej budowy, o typowo żydowskich rysach twarzy
Gertnera, pomocnika  handlowego  ze  Lwowa. Zmuszał  go  do  zgięcia  się  w  ten  sposób, aby prawie
czołem dotykał ziemi, a wtedy mierzył w plecy i w nerki. Po każdym uderzeniu Gertner z jękiem padał
na  ziemię. Kopnięciem  w  bok  przywracał  go  strażnik  do  poprzedniej  pozycji  i  bił, dopóki  się  nie
zmęczył. Gdy  Próchniewicz  pastwił  się  nad  Gertnerem, reszta  policjantów  wpadała  jakby  w  szal  i
prześcigała  się  w  okrucieństwach. Korczyński  wepchnął  Ukraińca  z Tarnopola, Micheńkę, do  jamy i
kazał mu wydobywać się z niej, a gdy ten usiłował to wykonać, bił go pałką po palcach  i szczuł na
niego psa.

Wilczyński zmusił literata Żyrmana, by wykopał sobie dół, a następnie kazał go zasypać aż po szyję.
Gosławski  kazał  pokryć  rozciągniętego  na  ziemi  robotnika  białoruskiego  Mozyrkę  liśćmi  i  urządzał
sobie po nim spacery. Wieczorem tego samego dnia Mozyrko zapadł na ostre zapalenie płuc i w kilka
dni  później  zmarł. W karcerze  zamęczony został  na  śmierć student z Wilna, Germaniski. Bijąc nas

background image

żądali, byśmy krzyczeli: "Nie  będę  więcej  komunistą!" Na  palcach  można  było  policzyć tych, którym
okrzyk   ten   wyrwano   z   ust   -   reszta   milczała...   Doprowadzało   to   katów   do   wściekłości.   Dwa   trupy,
przeszło stu ciężko pobitych, których musiano zabrać na izbę chorych - oto krwawy plon zebrany 9
maja przez siepaczy Berezy. Z początkiem czerwca zapędzono nas do pracy przy "kompocie" (tak się
nazywała w Berezie robienie z ludzkich wydzielin nawozu). Z dołów kloacznych wybieraliśmy wiadrami
ekskrementy,   wlewaliśmy   je   do   specjalnych   beczek-wozów   i   jechaliśmy   w   pole.   Tutaj   kopaliśmy
głębokie  jamy, do  których  zsypywano  słomę, następnie  na  rozkaz  Korczyńskiego  niektórzy  z  nas
schodzili  na  dół. Z góry  wylewano  zawartość  beczkowozów, obryzgując  stojących  na  dole. Teraz
zaczynała się właściwa "praca": wszyscy rękoma i nogami ugniataliśmy słomę zmieszaną z kałem. Co
kilka minut policjanci komenderowali: "Padaj! Powstań!"

Najwięcej  znęcali  się  przy  "kompocie" nad  lekarzem  Rudlem  i  robotnikiem  Szpilmanem. Dr  Rudel
przebywał w Berezie od lipca 1934 r. wykazując niezwykły hart ducha mimo niesłychanych katuszy,
zadawanych mu w ciągu jego dwuletniego tam pobytu. Szpilman, pracownik krawiecki z Łucka, miał już
za sobą 5 lat więzienia i 6 miesięcy Berezy. Po raz drugi przybył do obozu w czerwcu, gdy zaczęła się
praca przy "kompocie". Korczyński wziął go od razu w obroty. Zmuszał go do czołgania się w kale, bijąc
go w straszliwy sposób. Zmasakrowanego Szpilmana wrzucono do karceru - tylko jego niezwykle silny
organizm  sprawił, że  nie  spotkał  go  los  Germaniskiego. Przeszło  dwa  tygodnie  trwała  praca  przy
"kompocie",   przerwana   przez   lekarzy   z   obawy   przed   wybuchem   epidemii,   policjanci   bowiem   nie
pozwalali nam nawet rąk umyć przed jedzeniem, a ubranie nasze i bielizna były oblepione ludzkimi
wydzielinami.

Rąbanie   drzewa   stanowiło   dla   policjantów   równie   świetną   okazję   do   znęcania   się   nad   nami.   W
pierwszych tygodniach brano do tej roboty przeważnie Żydów.

"Ha, Moszki! W domu to "goje" dla was robili, teraz pokażcie, co umiecie".

Gdy jednak okazało się, że tak samo jak ich polscy, ukraińscy i białoruscy towarzysze dają sobie radę z
piłą  i  siekierą, wywołało  to  furię  wściekłości  u  policyjnych  naganiaczy, którzy  puścili  w  ruch  pałki
gumowe.

"S...syny! Nam na złość dobrze pracują!"

W czerwcu Pytel postawił ślepca Hagiela do rżnięcia drzewa. Ukazanie się Hagiela eskorta policyjna
przyjęła radosnym wyciem. Dali go do piły. Hagiel kaleczył sobie palce, pilą wciąż mu wyskakiwała z
kloca. Okładając go pięściami krzyczeli: "Dziadu ślepy! Psujesz nam piłę!"

W sierpniu  robotnik budowlany z Lublina, Jeziora, popędzany przez policjantów  do  coraz szybszej
pracy odrąbał sobie siekierą palec.

,,O jeden palec mniej" - flegmatycznie powiedział Wilczyński.

 

"LEKKA" PRACA

Każda wykonywana praca, choćby najlżejsza, stawała się dla nas piekielną męczarnią. Przy zwykłym
zamiataniu  ludzie  mdleli. Miotełką  długą  na  łokieć, zgięci  i  ciągle  bici, musieliśmy zamiatać szosę
długości kilometra, nie wyprostowując ani na chwilę grzbietu i posuwając się naprzód z niesłychaną
szybkością. Na Zielone Święta wypędzono nas do zamiatania miasteczka. Konna policja uganiała po
ulicach, brutalnie rozpędzając gromadzące się grupki przechodniów. Nawet okna musiano zamykać.
Wtedy rozpoczęły się zwykłe harce pałek po naszych krzyżach i plecach. Jęki katowanych poniósł wiatr
daleko poza krańce Berezy Kartuskiej.

Bardzo   wielu   z   nas   przybyło   do   Berezy   z   rozmaitymi   chorobami,   nabytymi   w   więzieniach.   Sporo
aresztantów  było  już  w  podeszłym  wieku, jak  Cedler, Grosz, Więckowski  i  inni. Inspektor  Kamala-
Kurhański  nakazał  lekarzowi  zwolnić  od  ciężkich  robót tylko  małą  garstkę. Policjanci   nazywali  ich

background image

"umierajkarni"   i   zatrudniali   przy   porządkowaniu   bloków   aresztanckich.   W   drugiej   połowie   maja
inspektor doszedł do wniosku, że czyszczenie klozetów lub szorowanie podłóg to nie żadna praca i
wobec tego trzeba "umierajkom" dać - jak się sam wyraził - "lekką" pracę: tłuczenie cegieł. W głębokim
przysiadzie przez cały czas pracy, ciężko chorzy tłukli drobnymi młotkami cegły. Raz po raz któryś z
nich  nie  mogąc utrzymać się  w  pozycji  nieznośnej  nawet dla  zdrowego  człowieka, przewracał  się  i
mdlał. Korczyński, dowódca eskorty policyjnej, kopnięciami cucił go.

"Na co jesteś chory?" - pytali policjanci.

"Gruźlica płuc, gruźlica kości, przepuklina, wada serca" - pada odpowiedź.

"Pała gumowa to najlepsze dla was lekarstwo".

Najwięcej   tego   policyjnego   "lekarstwa"   dostawało   się   Rumińskiemu,   studentowi   z   Poznania.
Pochodzący   ze   znanej   rodziny   działaczy   sanacyjnych   (ojciec   jego   był   posłem   na   Sejm),   były
przywódca Legionu Młodych, Rumiński-antyfaszysta ściągał na siebie specjalną nienawiść oprawców,
wśród  których  miał  sporo  kolegów  z   ławy   szkolnej.  Ciężko  chorego   na   serce   Rumińskiego  walili
pięściami w klatkę piersiową, bili po nerkach, kopali w brzuch.

"Sługo żydowski! Pachołku Lenina! Okryłeś hańbą swego ojca, zdradziłeś ojczyznę!"

Rumiński dostał ataku serca i ledwo go lekarz uratował. Tak to było przy tej "lekkiej" pracy - tłuczeniu
cegieł. Rano, gdy  przed  pracą  dzielono  nas  na  grupy, z  których  każda  miała  swą  nazwę, jak  np.
"Niwelacja terenu", "Porządek w parku", "Blok policyjny" itd. - Wieczorek, skoro przyszła kolej na grupę
"Tłuczenie cegieł", wykrzykiwał ironicznie: "Tłuczenie aresztowanych!"

 

AŻEBY WAM I NAM SIĘ NIE NUDZIŁO

Pilnująca nas w Berezie straż policyjna ujęta była w karby starej dyscypliny wojskowej. Bez zezwolenia
inspektora nie wolno było policjantom udać się do miasteczka. Z nudów urządzali sobie więc z nami
przy pracy rozmaite  "zabawy". Celował  w  nich  Wilczyński, policjant z akademickim wykształceniem,
który każdy swój "kawał" rozpoczynał słowami:

"Ażeby wam i nam się nie nudziło!"

Ulubionym   jego   "kawałem"   było   wołanie   do   sieni   jakiegoś   "aresztowanego"   i   pod   groźbą   bicia
zmuszanie go do podkradnięcia się do drugiego policjanta i szczekania na niego jak pies: "Hau! Hau!"
“Napadnięty"   w   ten   sposób   policjant   nie   żałował   oczywiście   kułaków   "aresztowanemu",   ale   gdy
Wilczyński  byt w  dobrym  humorze, nie  pozwalał  bić  swego  "psa". Trudno  opisać, jakie  cierpienia
moralne sprawiały nam te "żarty" policyjnych degeneratów, którzy wyli z uciechy. Gosławski, zażarty
endek i - jak sam o sobie mówił - wierzący katolik, lubił religijne "witze". Z miną nabożnego mnicha
wołał do siebie górnika z Zagłębia Dąbrowskiego:

"Odstaw łopatę. Umiesz ty się modlić?"

"Nie, mój ojciec był bezwyznaniowy i ja jestem bezwyznaniowy".

"To nic. W Berezie nauczę cię modlić się. Klęknij!"

Górnik ukląkł. Zidiociały z sadystycznych wyczynów w Berezie Gosławski zaczął bredzić:

"Stalin, ażeby cię jasny szlag trafił! Stalin, ażebyś zdechł jak sobaka" itd., itp.

Przejęty swą osobliwą "modlitwą" Gosławski dopiero po chwili zauważył, że klęczący górnik za nim nie
powtarza. Oczy nabiegły mu krwią.

background image

"Powtórz!" - ryknął.

"Nie będę się modlił - śmiało odpowiedział nasz towarzysz - to nie jest modlitwa".

Długo i okrutnie, lecz bezskutecznie pastwił się nad nim Gosławski.

Pewnego  razu  pracując  w  parku  wykopaliśmy  w  pobliżu  cmentarza  z  czasów  wojny  kość  ludzką.
Świerkowskiemu   uśmiech   rozjaśnił   twarz;   wydał   rozkaz,   byśmy   kolejno   podchodzili   i   całowali
wykopaną kość.

"To są szczątki psubratów bolszewików, których wytłukliśmy tu w roku 1920. Wkrótce i was w Berezie
tak wykończymy! Co ty na to, bałwanie jeden?" - zapytuje Swierkowski jakiegoś robotnika z Sosnowca.

"Tak to bywa, panie komendancie. Hula sobie człek na tym bożym świecie, bije swych bliźnich, znęca
się nad nimi - aż przyjdzie kryska na Matyska..." Kat Swierkowski doskonale zrozumiał aluzję. Blady jak
trup stał nieruchomo kilka chwil, wreszcie mruknął:

"Z powrotem wziąć się do pracy!"

Bernyciak i Wilczyński uważali siebie za bardzo "muzykalnych" i wielkich miłośników tańca. Wywołali
ukraińskiego towarzysza:

"Ano zatańcz kozaka!"

Gdy przez chwilę wahał się, czy wykonać rozkaz, siepacz zaczął pałką bić go po kolanach. Wilczyński
ku uciesze zgrai policyjnej zamiast skocznej melodii gwizdał... arią "Śmiej się pajacu".

 

BEREZA - WYLEGARNIA PROWOKACJI

Cały reżym w Berezie był tak pomyślany, by złamać solidarność między aresztowanymi i wyplenić z
nich "buntowniczego ducha". Mimo okrutnego systemu znęcań się i tortur, mimo całkowitej izolacji od
zewnętrznego świata - katom policyjnym nie udało się złamać internowanych. Wzruszające były objawy
naszej braterskiej solidarności. Pomagaliśmy sobie przy pracy, narażając się na baty, dzieliliśmy się
ostatnim   kąsem   chleba,   nigdy   nie   wykonywaliśmy,   częstych   w   pierwszych   tygodniach,   rozkazów
wzajemnego  bicia. Drut kolczasty  nie  odgrodził  nas  od  wyzwoleńczej  walki  mas  ludowych  świata.
Pracując w bloku policyjnym nauczyliśmy się z daleka jednym oka mgnieniem odczytywać zamazane
tytuły   w   strzępach   gazet.   Serca   nasze   biły   radośnie   na   wieść   o   wspaniałym   zwycięstwie   Frontu
Ludowego   we   Francji,   z   drżeniem   śledziliśmy   bohaterski   opór   stawiany   przez   naród   hiszpański
faszystowskim  interwentom, dochodziły  do  nas  odgłosy  ulicznych  wystąpień  bezrobotnych  w  całej
Polsce i krwawych walk chłopskich w powiecie hrubieszowskim.

Inspektor Kamala-Kurhański nie mogąc się pochwalić wielką ilością deklaracji lojalności wobec rządu,
wymuszanych od słabych i chwiejnych, rozpoczął wielkie łowy na "Garść agitatorów", utrudniających
mu  -  jak  grzmiał  przy  porannym  apelu  -  poprawą  obałamuconych. W tym  celu, jako  były  szpicel,
świetnie - trzeba to przyznać - rozbudował system prowokacji. W każdej sali miał informatorów, którzy
za cenę rychłego wydostania się na wolność donosili policjantom o najmniejszym ruchu, kto do kogo
szepnął   kilka   słów,   kto   się   uśmiechnął   (uśmiech   w   Berezie   doprowadzał   naszych   katów   do
wściekłości),   kto   zostawił   kawałek   czarnego   chleba   dla   towarzysza   wracającego   z   karceru,   kto
przeczytał ukradkiem coś w gazecie i rozpowszechnia to itd.

Na podstawie doniesień zostali 11 czerwca osadzeni w specjalnej sali nr 15 najbardziej "niebezpieczni
agitatorzy" w  liczbie  30. Sala  nr  15  była  "Berezą  w  Berezie" (jak  się  wyraził  policjant Bernyciak).
Trzymano nas w zupełnej izolacji od pozostałych sal, nie dawano nam nawet tyle czasu, co innym, na
jedzenie, umycie menażek, załatwienie fizjologicznych potrzeb. Kiedy inni odpoczywali - po kolacji lub
w niedzielę - myśmy pracowali, bito nas częściej niż innych i stosowano straszliwe karne ćwiczenia.

background image

Wszystko to zawdzięczaliśmy prowokatorom, których razem z nami osadzono w sali nr 15. Donosicieli
otaczaliśmy murem pogardy i nienawiści, co utrudniało im denuncjatorską robotę. Zmusiło to Kamalę-
Kurhańskiego i jego "adiutanta" Pytla do zastosowania bardziej wyrafinowanego systemu prowokacji
przez rzucanie podejrzenia na niewinnych i uczciwych rewolucjonistów.

Wołali oni np. do kancelarii na "poufną" rozmowę; z denuncjatorem kogoś z tych, których zachowaniu
się w Berezie nie można było nic zarzucić, potem nieoczekiwanie dla wszystkich zwalniali go z raportu
karnego i odnosili się do niego dobrze przy pracy, wywołując tym wrażenie, że podpisał deklarację. I na
odwrót: deklaranta i donosiciela wtrącali czasem do karceru, nie szczędząc mu kilku pał. W ten sposób
usiłowali  zdezorientować  nas, wywołać  zamieszanie, zasiać  nieufność  i  zamaskować  prawdziwych
prowokatorów.

 

KARCER

"Jeżeli praca i pała was nie poprawią - krzyczał Kamala-Kurhański - zrobi to karcer!"

W środku  obozu  stał  budynek z czerwonej  cegły, otoczony ze  wszystkich  stron  kolczastym drutem.
Niegdyś   arsenał,   został   przez   poprzednika   Kamali,   Grefnera,   pierwszego   komendanta   Berezy,
przebudowany   w   1934   roku   na   straszliwy   karcer.   Głęboko   wryte   w   ziemię   cele   nie   miały   okien.
Panowała w nich egipska ciemność. W lipcu, gdy upały były nie do zniesienia, w karcerze panowało
dotkliwe   zimno.   Ściany   i   podłoga   zawsze   były   mokre.   Policjanci   często   naumyślnie   dawali   nam
dziurawe "kible". Można było tylko stać lub leżeć. Policjant co 15 minut obowiązany był pukać do drzwi,
aby się przekonać, czy aresztowany jeszcze żyje. Trzeba było natychmiast krzyczeć ze wszystkich sił:
"Jestem!" Nudzący się na warcie policjant pukał co kilka minut i biada temu, kto z pewnym opóźnieniem
lub niezbyt głośno odpowiadał: "Jestem!" Do karceru wtrącano na pięć albo siedem dni. Przez czas
pobytu  w  karcerze  dostawaliśmy połowę  normalnej  porcji  jedzenia, a  co  drugi  dzień  tylko  maleńki
kawałeczek czarnego chleba i trochę wody. Głód, chłód, brud, brak snu powodowały, że więźniowie po
wyjściu z karceru nie mieli sił chodzić. Nie darmo aspirant Jarzęcki mówił:

"Kilka dni pobytu w naszym karcerze - to utrata kilku lat życia!"

Co kilka dni rano odbywał się raport karny, odbierany przez Kamalę-Kurhańskiego. Przedstawieni do
raportu w pozycji na baczność meldowali:

"Panie inspektorze, aresztowany X. Y. melduje posłusznie, że staje do raportu karnego za prowa-

"Panie inspektorze, melduję posłusznie, że staję do raportu karnego za uśmiech" - Itd. Itp. Na zapytanie
inspektora, co  mmamy  do  powiedzenia  na  swoje  usprawiedliwienie  -  odpowiadaliśmy  przeważnie
wzgardliwymm milczeniem, wiedzieliśmy bowiem, że raport karny to komedia, w której się lubował były
pułkownik   Kamala-Kurhański.   Wieczorem   odchodził   "transport"   do   karceru.   Wywołani   gwizdkiem
ustawialiśmy się w szeregu i wysłuchiwaliśmy odczytywanej przez Pytla "decyzji o ukaraniu", która np.
brzmiała:

"Ja, komendant Miejsca  Odosobnienia  w  Berezie  Kartuskiej, Józef Kamala-Kurhański  ukarałem  na
podstawie   regulaminu   M.   O.   przy   raporcie   dnia   23.   VII.   1936   r.   aresztowanego...   samotnym
zamknięciem przez 7  dni, z twardym łożem i  postem w  pierwszym, trzecim, piątym i  siódmym dniu
zamknięcia, ze  zmniejszeniem  racji  żywnościowej  do  połowy  przez  7  dni, za  prowadzenie  agitacji
wśród aresztowanych na sali sypialnej nr... w dniu 15. VII. 1936 r.

Bereza Kartuska 23. VII. 3E.

Komendant Miejsca Odosobnienia Józef Kamala-Kurhański"

Cytowany   wyżej   dokument   jest   autentyczny   i   znajduje   się   w   moim   posiadaniu.   Ukarany
siedmiodniowym karcerem aresztowany leżał 15 lipca obłożnie chory i żadnej "agitacji" nie prowadził.

background image

Czasem   Kamali-Kurhańskiemu   znudziła   się   "praworządność"   regulaminowa,   wtedy   bez   raportu
karnego wtrącał nas do karceru tylko na podstawie donosów prowokatorów.

Specjalną nienawiścią pałał do robotnika z Wilna, Jerozolimskiego, dającego sobie radę z najcięższą
pracą  i  ćwiczeniami, hardo  i  śmiało  spoglądającego  w  oczy  katom  policyjnym. Kamala  postanowił
złamać go karcerem. W tym samym dniu, kiedy Jerozolimski opuścił karcer, wrzucono go tam ponownie
na 7 dni pod błahym pretekstem. Z małymi przerwami Jerozolimski przesiedział w karcerze przeszło
siedemdziesiąt dni! Zmieniony  nie  do  poznania, wychudzony  jak  szkielet, ale  z  ciągle   gorejącymi
oczyma   i   uduchowioną   twarzą,   wywoływał   ów   żydowski   robotnik   podziw   nawet   u   przeżartych
antysemityzmem policjantów. Jeden  z nich  usiłował  mu  nawet podać do  karceru  chleb  z masłem i
złapany na  gorącym uczynku  wyleciał  ze  służby. Stałym mieszkańcem karceru  bywał  dr Ch. Rudel,
mający za sobą sto kilkadziesiąt dni pobytu w owym piekielnym lochu.

Karceru nie uniknął nawet ślepiec Hagiel, którego zadenuncjował prowokator Szor, że opowiadał na
izbie   chorych   Rudlowi   o   uchwałach   VII   Kongresu   Kominternu.   Ciężko   chorego   Hagiela,
zmasakrowanego  w   pamiętną  krwawą  sobotę  9  maja, ściągnięto  z  łóżka   i  wrzucono  do  karceru.
Odznaczający się  szczególnym okrucieństwem policjant Bitner bezustannie pukał  w  drzwi, a  Hagiel
załamującym się głosem wołał: "Jestem!" Niezliczoną ilość dni przebył w karcerze student medycyny
Paweł   Lerner.   Był   on   w   naszej   sali   nr   15   "gospodarzem",   to   jest   tym,   który   chował   chleb   dla
wracających  z  karceru  towarzyszy. Inspektor  obozu, powiadomiony  o  tym  przez  donosicieli, a  nie
mogąc nigdy złapać Lernera przy rozdzielaniu chleba, gnębił go bezustannie karcerem. Gdy odchodził
"transport" do  "budynku  śmierci" (jak  lubił  mówić  policjant Maciaszczyk, tam  bowiem  został  zabity
Germaniski), rzadko  kiedy  zabrakło  studenta  prawa, Czaplińskiego, który  ciągle  stawał  do  raportu
karnego za "uśmiech". Młodziutki Czapliński zawsze miał pogodny wyraz twarzy i to nie podobało się
Pytlowi. W karcerze  gnili  przez  niezliczoną  ilość  dni  Mustejtis, Winter, Jolles, Rubinsztejn, Samuel
Markus, Horowic, Schafel, Szpilman, Władysław  Wicha, Ojzer, Fiszer i  dziesiątki  innych. Największy
"kontyngent" dawała sala nr 15.

Karne ćwiczenia i bicie stosowano wobec nas także w karcerze. Korczyński, Wilczyński, Świerkowski i
inni policjanci otwierali drzwi i dawali nam "padnij-powstań". Baliśmy się wynosić co  dzień kibel, bo
zaraz częstowali palą. Nierzadko przychodzili do celi karceru, by okładać nas. Niektórzy, doprowadzeni
do rozpaczy, próbowali popełnić samobójstwo. Bywały wypadki, że wpadali w obłęd. Przed oczyma
wciąż   stoi   mi   tragiczna   postać   Malarowicza   z   Wilna.   Chory   na   serce,   ciężko   znosił   Malarowicz
katorżniczą  pracę  i  potworne  znęcanie  się  nad  nim. Zawsze  jednak wykonywał  wszystkie  rozkazy i
zachowywał się - można by powiedzieć - potulnie. Przez długi czas udało mu się uniknąć karceru, aż
wreszcie w październiku przyszła na niego kolej. Zrozpaczony Malarowicz, nie zastanawiając się nad
skutkami, napisał w czwartym dniu karceru własną krwią na drzwiach celi:

"Hańba katom faszystowskim! Niech żyje komunizm!"

Nazajutrz  policjant pełniący  straż  w  karcerze  zauważył  napis  i  natychmiast dał  znać  do  komendy.
Kamala-Kurhański  przybył  osobiście. Z celi  Malarowicza  zaczęły  dochodzić  rozdzierające  jęki. Na
skutek straszliwego bicia w głowę Malarowicz zwariował, wpadł w melancholię i przestał mówić, a tym
samym nie mógł się odezwać, gdy pukali do drzwi. Kamala orzekł, że się "zbuntował", udaje wariata i
postanowił go nie wypuścić z karceru. Malarowicz przebywał długie miesiące w karcerze. Codziennie
przychodził lekarz i gdy stwierdzi!, że lada godzina może umrzeć, brano go na izbę chorych, leczono
przez kilka  dni  i  znów  wtrącano  do  karceru, gdzie  go  okrutnie  bito. "My tego  wariata  - chełpili  się
policjanci   -   wyleczymy!".   Wieść   o   straszliwym   znęcaniu   się   nad   chorym   umysłowo   Malarowiczem
dotarła   do   Wilna,   wywołując   powszechne   oburzenie.   Pod   naciskiem   wzburzonej   opinii   publicznej
Malarowicz został zwolniony z Berezy w 1937 r. Stan jego był już jednak nieuleczalny.

 

ZWOLNIENIE

Nigdy nie można wiedzieć, kiedy z Berezy wychodzi się na wolność. Formalnie zostaje się osadzonym
w obozie koncentracyjnym ,,tylko" na 3 miesiące, ale po upływie tego czasu od sędziego śledczego w

background image

Brześciu  nadchodzi  przedłużenie  na  następne  3  miesiące. Faktycznie  takie  przedłużenie  może  się
ciągnąć  w  nieskończoność. Niepewność, jak  długo  będzie  się  przebywało  w  tym  piekle, wtrącała
każdego  w  rozpacz. Nakaz zwolnienia  może  nigdy nie  nadejść, lada  chwila  możemy podzielić los
Germaniskiego i Mozyrki.

Gwizdek   Pytla   i   wywoływanie   przez   niego   nazwisk   budziło   nadzieję,   że   może   wychodzi   grupa
aresztowanych na wolność. Pytel wiedział o tym i od czasu do czasu po kolacji, kiedy zwykle następuje
zwolnienie, wolał do siebie kilkunastu z nas, kazał czekać przed kancelarią, trzymając nas przez pół
godziny w napięciu, wreszcie z ironicznym uśmiechem rozkazywał każdemu z nas nosić po 3 ławki do
policyjnego teatru...

Zupełnie niespodziewanie nadszedł dzień mego zwolnienia. W ogonku stała nasza grupa na korytarzu
i mając w pamięci "żarty" Pytla nikomu nawet na myśl nie przyszło, że wymarzona wolność jest już tak
blisko. W kancelarii przyjmował każdego z nas osobno sam Kamala-Kurhański. Rozparty za biurkiem
cedził każde słowo:

"Z nakazu ministra spraw wewnętrznych i p. premiera generała Sławoja-Składkowskiego aresztowany
X zostaje zwolniony”.

Nic nie wolno opowiadać, co zaszło w Berezie. Jedno słowo aresztowany piśnie, a natychmiast będzie
z  powrotem  w  moim  królestwie". Uśmiech  rozjaśnia  jego  ciemną  twarz: "A  wówczas  nigdy   więcej
aresztowany stąd nie wyjdzie".

Gdy zapadł zmrok, wprowadzają nas do wartowni policyjnej. Kaci witają nas salwami śmiechu.

"Pięknie wyglądacie, nasza kuracja pomogła!"

Wyprowadzają  nas  z  obozu. Odwracamy  się  i  długo  patrzymy  na  oświetlony  blok  aresztancki. Żal
ściska  nam serce. Tam za  kolczastym drutem pozostali  nasi  towarzysze  niedoli. Radość zwolnienia
prysła,   W   uszach   zabrzmiały   jęki   katowanych.   Wynurzają   się   przed   nami   cienie   Germaniskiego   i
Mozyrki. Zwyrodniałe  oblicza  Kamali-Kurhańskiego, Pytla, Malinowskiego, Świerkowskiego  i  innych
oprawców   wyrastają   z   nocnych   ciemności.   Zwierają   się   nasze   pięści,   w   duszy   zapada   twarde
postanowienie: wracamy do szeregu - walkę podejmujemy na nowo!

(Rozdział "Wspomnienia z Berezy" strony 413-461 wyd. Książka i Wiedza 1958 Łódź)
_______________________________________________________

Bibliografia:

Wojciech Śleszyński, Obóz odosobnienia w Berezie Kartuskiej 1934 - 1939;
Siekanowicz, Piotr (1991). Obóz odosobnienia w Berezie Kartuskiej 1934–39;
Ireneusz Polit, Miejsce odosobnienia w Berezie Kartuskiej, wyd. Adam Marszałek, 2003; 

Opracowanie i redakcja materiału:

PremaDharmin

Autor: Prema Dharmin
Artykuł pobrano ze strony

eioba.pl