background image

Janusz   Salamon   SJ:  Tytuł   dzisiejszego   spotkania   w   Krakowskim   Centrum   Medytacji 

Chrześcijańskiej brzmi: „Czy medytacja może być chrześcijańska?” Takie pytanie ma 

sens dlatego, że wiadomo, iż niektórzy chrześcijanie mają wątpliwości, czy medytacja 

jako praktyka duchowa, która wielu kojarzy się dziś głównie z religiami Wschodu, może 

być   uprawiana   przez   chrześcijanina   w   harmonii   z   jego   wiarą.   Zacznijmy   może   tę 

dyskusję   od   pytania   jeszcze   bardziej   fundamentalnego:   czy   istnieje   coś   takiego,   jak 

„medytacja   jako   taka”,   tzn.   jedna   praktyka,   taka   sama   w   różnych   tradycjach 

religijnych? Czy też może powinniśmy od początku mówić o tym, że są różne medytacje, 

czasem bardzo różniące się od siebie i że to, co daną medytację naprawdę definiuje to 

jest   ten   przymiotnik,   który   jej   towarzyszy:   medytacja     chrześcijańska,   medytacja 

buddyjska…

Jan   Bereza   OSB  (mnich   benedyktyński   z   opactwa   w   Lubiniu):   Słowo   medytacja   ma 

rzeczywiście wiele znaczeń i jest wiele praktyk, które określane są jako medytacja. Ale na 

pewno już u początków chrześcijaństwa, a nawet w tradycji starotestamentalnej medytacja 

jest   obecna.   Myślę,   że   to   ostatni   nowożytny   okres   i   wpływ   filozofii   pozytywistyczej     i 

neopozytywistycznej sprawił, że słowo medytacja zniknęło z naszego słownika. Dzisiaj w 

różnych   zgromadzeniach,   klasztorach   tą   samą   rzecz   nazywa   się   jako   modlitwa   serca, 

modlitwa myślna, modlitwa skupienia, itp. W regule św. Benedykta jest słowo „medytacja”, 

łacińskie  meditare,   pochodzi   od   greckiego   słowa  melete,   a   to   oznacza   między   innymi: 

„powtarzanie”.   W   Biblii   to   słowo  melete  pojawia   się   w   greckim   przekładzie   pierwszego 

Psalmu: ”Błogosławiony człowiek, który medytuje nad prawem Pańskim dniem i nocą”. Na 

język polski ten fragment jest najczęściej tłumaczony jako: „Błogosławiony człowiek, który 

rozważa nad prawem Pańskim dniem i nocą”, co nie oddaje tego źródłowego znaczenia. Taka 

forma medytacji, która polega na powtarzaniu jakiegoś słowa czy frazy jest spotykana w 

różnych   tradycjach   religijnych   i   rzeczywiście   jest   obecna   od   początku   także   w   tradycji 

chrześcijańskiej. Najlepszym świadkiem tej praktyki są konferencje starożytnego mnicha Jana 

Kasjana,   którego   św.   Benedykta   uznawał   za   swojego   mistrza.   Jan   Kasjan   nauczył   się 

medytacji polegającej na powtarzaniu jednego słowa czy zdania modlitwy od tzw. Ojców 

pustyni, czyli mnichów chrześcijańskich żyjących w pustelniach Egiptu. Potem przywędrował 

na teren dzisiejszej Francji i tę tradycję medytacji zaszczepił przeniósł mnichom Zachodu, 

która  później  przez  klasztory benedyktyńskie  została spopularyzowana w   całym  Kościele 

rzymskim.   Późniejsze   ślady   obecności   tej   tradycji   medytacyjnej   w   chrześcijaństwie 

zachodnim widać w „Obłoku niewiedzy”, sławnym angielskim traktacie mistycznym z XIV 

background image

wieku, gdzie zalecane jest powtarzanie jednego słowa modlitwy. Podobnie w „Ćwiczeniach 

Duchownych”   autorstwa   św.   Ignacego   Loyoli,   założyciela   zakonu   jezuitów,   mamy 

przedstawiony jako jeden ze sposobów modlitwy powtarzanie w rytm oddechu Imienia Jezus. 

Oczywiście,   w   chrześcijaństwie   wschodnim   ta   tradycja   tak   rozumianej   medytacji   była 

znacznie bardziej żywa niż na Zachodzie.

 

Jacek   Prusak   SJ  (krakowski   jezuita,   psychoterapeuta):   Gdy   się   zastanawiałem   nad 

tytułowym pytaniem: czy medytacja może być chrześcijańska, to przyszło mi do głowy inne 

pytanie: czy hatha joga może być gimnastyką? Z pewnością hatha joga może być traktowana 

jako gimnastyką, ale wszyscy, którzy wiedzą czym w swojej istocie jest hatha joga, zdają 

sobie sprawę, że ma ona inny cel i nie w tym celu powinna być praktykowana. Podstawowe 

pytanie z punktu widzenia teologii chrześcijańskiej to chyba pytanie, czy medytacja, która nie 

jest dyskursywna, nie polega na rozmyślaniu, jest modlitwą? A nawet jeśli jest to czy to 

słowo, które medytujący chrześcijanin można traktować jako chrześcijańską „mantrę”, czy 

może   odgrywa   ono   zupełnie   inną   rolę   w   kontekście   chrześcijańskim?   Na   pewno   można 

powiedzieć, że medytacja chrześcijańska nie byłaby chrześcijańska, gdyby nie była modlitwą. 

Ale   czy,   żeby   być   modlitwą   to   musi   mieć   charakter   relacyjny?   No   bo   istotnie   w 

chrześcijaństwie modlitwę uznaje się za wyraz relacji z Bogiem. Obojętnie czy to będzie 

litania, czy to rozmyślanie, czy adoracja, jest ten aspekt relacyjny. Ale moja teza jest taka, że 

niedyskursywna   medytacja   chrześcijańska,   nawet   kiedy   nie   towarzyszy   mu   powtarzanie 

jakiegokolwiek słowa czy wezwania, może być modlitwą, gdyż u podstaw objawienia judeo-

chrześcijańskiego leży samoobjawienie się Boga, który mówi: „Jestem, Który Jestem”. To 

”Jestem, Który Jestem” wyprzedza wszystkie inne określenia, pojęcia i definicje Boga. „Ten, 

Który Jest” nie daje się uprzedmiotowić. I teraz jeśli chrześcijanin potrafi być uważny na tego 

typu Obecność Boga to moim zdanie uprawia właśnie medytacje chrześcijańską i ten stosunek 

do takiej Obecności Boga może być relacyjny i dlatego może być modlitwą.

Dr Piotr Sikora  (wykładowca teologii w Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie): 

Odnosząc się do pytania: czy jest jedna medytacja, czy jest ich wiele, wydaje mi się, że aby 

na nie odpowiedzieć potrzeba by mieć doświadczenie wielu różnych praktyk, w różnych 

kontekstach religijnych. Mam osobiście zastrzeżenia do osób, które zbyt szybko generalizują i 

mówią: jeśli coś jest podobne w różnych tradycjach, to pewnie to jest to samo; albo na 

odwrót: jeśli wiadomo, że to jest coś, co występuje w innej tradycji, to musi być całkiem coś 

innego, niż praktyka duchowa w mojej tradycji.

background image

JS: Wróćmy może jeszcze do tego podstawowego pytania o ewentualne wątpliwości co do 

tego,   czy   taka   niedyskursywna   medytacja   jest   właściwą   praktyką   duchową   dla 

chrześcijanina? Jakie są te ewentualne wątpliwości? I czy są uzasadnione? 

PS:  Ja się spotkałem z dwoma głównymi rodzajami zarzutów pod adresem tak rozumianej 

medytacji. Jeden zarzut wiąże się z tym, co przed chwilą powiedziałem: ponieważ niektórym 

ludziom medytacja kojarzy się z religiami Wschodu, albo wydaje się podobna do praktyki 

znanej w religiach Wschodu, zatem wnioskują, że taka praktyka nie może być chrześcijańska. 

Jakkolwiek taka reakcja jest zrozumiała, to nie wydaje mi się, żeby dobrym wyjściem było 

budowanie własnej tożsamości na odróżnianiu się od innych. To jest cecha zrozumiała u 

kogoś,   kto   ma   słabą   jeszcze   własną   tożsamość.   Być   może   u   nowicjuszy   jezuitów   albo 

benedyktynów.   Jezuici   i   benedyktyni,   tacy   bardziej   ugruntowani   w   swojej   tożsamości 

jezuickiej  i  benedyktyńskiej,  nie  zajmują  się  już  tak  bardzo,  czym  się  różnią  od  innych. 

Podobnie   powinno   być   z   dojrzałymi   chrześcijanami.   Aby   zobaczyć   czy   dana   praktyka 

duchowa, jak np. medytacja, jest chrześcijańska, nie jest dobrze zaczynać od zastanawiania 

się czy jest ona podobna do jakiejś praktyki w innej religii. Nawet gdyby się okazało, że jest 

bardzo podobne, to i tak by z tego nie wynikało, że to jest coś złego. Chrześcijaństwo przez 

całą swoją historię przejmowało bardzo wiele rzeczy, które początkowo było w pewnym 

sensie były poza jego pierwotną tradycją. Np. jako katolicy powtarzamy co niedziela, że „Syn 

jest współistotny Ojcu”. Tymczasem greckie słowo oznaczające „współistotność”  nie jest 

słowem biblijnym i św. Atanazy Wielki, który je wprowadził do liturgii dostawał za to po 

głowie od swoich współbraci biskupów. A dzisiaj to jest oczywiste i można powiedzieć, że 

gdyby chrześcijaństwo pewnych pierwotnie zewnętrznych wobec swej tradycji rzeczy nie 

zasymilowało,   przekształcając   je   jednocześnie,   to   nie   mielibyśmy   dzisiejszego 

chrześcijańskiego Credo w takiej formie, w jakiej je powtarzamy. To samo dotyczy pewnych 

uświęconych już przez tradycję chrześcijańskich praktyk, także duchowych praktyk.

Natomiast jeśli chodzi o drugi rodzaj zarzutów, to odnosi się on do tego niedyskursywnego 

charakteru   medytacji.   Sugeruje   się,   że   chrześcijański   stosunek   do   Boga   zakłada,   że   na 

modlitwie powinniśmy z Bogiem rozmawiać, mówić, myśleć, rozważać, słuchać (choć z tym 

bywa już gorzej). No więc jak się ma do tego praktyka, która polega na powtarzaniu w koło 

jednego słowa? Ta obawa opiera się na teologicznym nieporozumieniu, co do tego jaka ma 

być nasza relacja z Jezusem. Ponieważ taką relację wyobrażamy sobie na obraz relacji z 

innymi ludźmi jakich znamy, pojmujemy Jezusa jako Kogoś z przeszłości, jak w piosence 

background image

religijnej „Kiedyś o Jezu chodził po świecie”, tyle tylko, że traktujemy Go jako kogoś, kto 

żyje nadal, ale gdzieś dalej, nie ma Go, ale za to ma swoich namiestników, zastępców i kiedyś 

przyjdzie z powrotem, żeby być tak blisko, jak wówczas „kiedy chodził po świecie”. Takie 

podejście do relacji z Jezusem jest może naturalne, ale nie ma oparcia w opisach spotkania 

Apostołów   z   Jezusem   po   Zmartwychwstaniu.   Ta   relacja   ma   już   inną   naturę,   niż   przed 

Zmartwychwstaniem.   Św.   Paweł   mówi   o   tej   przemianie,   że   nawet   jak   według   kiedyś 

poznaliśmy Jezusa wg ciała (gdy chodził po świecie), to teraz nie znamy Go już w ten sposób. 

Zmartwychwstały Chrystus jest obecny w naszym życiu na zupełnie inny sposób, taki sposób, 

że aby mieć z nim głęboką relację, nie musimy zwracać się do niego, tak jak do sąsiada. Sam 

Jezus zapewnia już wcześniej Apostołów, że taka przemiana ich relacji nastąpi i że jest ona 

zarówno konieczna, jak i korzystna. Mówi do nich mniej więcej tak (wg Ewangelii św. Jana): 

Gdybyście mnie miłowali, to byście się cieszyli, że idę do Ojca. Pożyteczne jest dla Was moje 

odejście. Jak nie odejdę, nie poślę Ducha, a jeśli Duch nie przyjdzie, nie dojdziecie do pełni 

prawdy. 

JB:  Na pewno są różne formy chrześcijańskiej modlitwy i różne formy medytacji. Warto 

pamiętać,   że   w   tradycji   chrześcijańskiej   jest   też   termin   „kontemplacja”.   W   tradycji 

benedyktyńskiej   mówi   się   o   jakby   trzech   poziomach   modlitwy:  lectio,  meditatio

contemplatio. Już  meditatio  nie jest tu rozumiane jako myślenie o Bogu, ani wyobrażanie 

sobie Boga, ale przede wszystkim „bycie z Bogiem”. Jan Kasjan mówi, że trzeba odrzucić 

całe bogactwo myśli, jeśli chcemy wejść w głęboką relację z Bogiem. Św. Jana od Krzyża 

mówiąc   jako  praktyk  zapewnia,   że   wyobraźnia   się   tutaj   do  niczego   nie   przyda.   Żeby   to 

zrozumieć,   dobrze   się   jest   odwołać   do   tego   czym   jest   „słowo”   czy   w   ogóle   „język”   w 

rozumieniu   hebrajskim,   tzn.   biblijnym.   We   współczesnych   językach   europejskich   słowo 

oznacza zazwyczaj coś konkretnego. W języku hebrajskim słowo raczej „uobecnia”, w taki 

sposób, że jeśli wymawiamy imię Boga, to Bóg przychodzi, wkracza w rzeczywistość. Stąd 

ogromna   waga   przykazania,   aby   nie   wzywać   imienia   Boga   do   czczych   rzeczy,   bo   Bóg 

wezwany przychodzi. W rozumieniu biblijnym, jeśli powtarzamy Imię Boga, to nie chodzi o 

przywoływanie jakiegoś znaczenia, ani o analizowanie znaczenia, ale o coś znacznie bardziej 

doniosłego, o „uobecnianie Boga”. Słowo jest tu związane z energią, ponieważ jest związane 

z   oddechem.   Tutaj   otwiera   się   następny   wymiar   teologiczny,   biblijnej   teologii   oddechu. 

Oddech rozumiany jest w Biblii jako energia życia. Bóg daje człowiekowi życie, tchnął w 

jego nozdrza dech ożywczy. Ponieważ słowo ma moc, Bóg stwarza świat przez słowo, przez 

słowo we Mszy świętej jest uobecniana ofiara Jezusa, przez słowo w medytacji uobecniany 

background image

jest  Jezus  w   nas   i  między  nami.  Dlatego  myślę   ,  że  to  jest  dobre  rozumienie  medytacji 

chrześcijańskiej, że my uobecniamy Boga w nas i miedzy nami jeśli wzywamy Jego Imienia. 

Ale   też   trzeba   dodać,   ze   powtarzanie   Imienia,   czy   jakiejś   formuły   modlitewnej,   to   nie 

koniecznie jest ostatni etap. Potem następuje contemplatio, które jest całkowitym zatopieniem 

się w Bogu, kiedy struktura podmiot-przedmiot zostaje jakby zapomniana. U św. Jana od 

Krzyża tez tak jest, że w tych stanach mistycznych człowiek jakby nie wie, gdzie był, bo to 

się dzieje poza świadomością refleksyjną. Tak więc zarówno w medytacji, jak i kontemplacji 

chodzi   o   obecność,   o   praktykę   która   ma   nas   doprowadzić   do   spotkania   z   Bogiem,   do 

doświadczenia  Jego  obecności.  Na   początku  słowo  jest  potrzebne,  ale  potem   ta  potrzeba 

często zanika.

PS:  To wspomnienie św. Jana od Krzyża nasunęło mi jeszcze jedną ważną wątpliwość, która 

towarzyszy   niektórym   chrześcijanom,   gdy   słyszą   o   medytacji,   kontemplacji   czy   mistyce. 

Chodzi o to, że takie praktyki prowadzą rzekomo do doświadczenia, kiedy znika rozróżnienie 

podmiot-przedmiot. Tego chrześcijanie się boją. Ale chyba niepotrzebnie, ponieważ kiedy 

mówimy o relacyjności chrześcijańskiej modlitwy, to trzeba pamiętać, że kiedy mówimy o 

naszej relacji z Bogiem, to język się załamuje. Kiedy mówimy o relacji o naszej relacji z 

Bogiem jako międzyosobowej relacji Ja-Ty, to wyobrażamy sobie ją zazwyczaj na sposób 

relacji   międzyludzkiej,   w   której   oczywiście   dwie   osoby   pozostają   zawsze   całkowicie 

oddzielne. Ale przecież, gdy mówimy, że Bóg jest osobą to niepodobieństwo między Osobą 

Boską   a   osobą   ludzką   jest   większe,   niż   podobieństwo.   Zaświadcza   o   tym   cała   tradycja 

chrześcijańska, biblijna, wielu Ojców Kościoła, a bardziej oficjalnie Sobór Laterański IV. To 

dlatego chrześcijanie mówią o Bogu coś paradoksalnego, że Bóg nie jest jedną Osobą tylko 

jest Jeden, ale jest Trójcą Osób. Ale z tego wynikają też konsekwencje dla relacji między 

człowiekiem a Bogiem. Bo zupełnie inaczej wygląda relacyjność pomiędzy dwiema osobami 

skończonymi, a inaczej między osobą skończoną a Osobą Boską. Św. Paweł mówi: „Dzieci w 

bólach   was   rodzę,   aż   Chrystus   w   Was   się   ukształtuje”.   I   to   jest   właśnie   powołanie 

chrześcijanina, o którym potem św. Augustyn powie, że to nie jest naśladowanie Chrystusa, 

tylko stawanie się Chrystusem. Relacja między chrześcijaninem a Chrystusem nie jest relacją 

zewnętrzną jaką znamy między każdą inną osobą, ale relacją wewnętrzną. Oczywiście, trudno 

to opisać ludzkim językiem, ale to że doświadczenie oddzielności przedmiotu i podmiotu 

może   w   relacji   między   człowiekiem   i   Bogiem   może   w   jakimś   sensie   zanikać   jest   jak 

najbardziej zrozumiałe w kontekście teologii chrześcijańskiej, skoro sam św. Paweł mówi, że 

„Nie   ja   żyję,   lecz   żyje   we   mnie   Chrystus”.   Nic   dziwnego,   że   św.   Paweł   pisze,   że   nie 

background image

poznajemy Chrystusa według ciała, bo według ciała poznajemy coś czy kogoś zewnętrznego. 

Ewangeliści w znamienny sposób kończą opis swej ziemskiej drogi z Jezusem. Otóż kiedy po 

śmierci Jezusa, w poranek Wielkanocny, niewiasty szły do grobu, aby wspominać Jezusa, aby 

pielęgnować   kontakt   z   nim   taki,   jak   mamy   ze   zmarłymi,   tzn.   wspominamy   jak   to   było, 

ozdabiamy   grób.   Tymczasem   Anioł   odwodzi   ich   od   takiego   podejścia:   „Czego   szukacie 

żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj”. A później, gdy uczniowie idący do Emaus 

spotkali   Jezusa,   to   dopóki   postrzegali   Go   jako   kogoś   trzeciego,   zewnętrznego, 

rozpoznawalnego, dopóty go nie rozpoznawali. Nie widzieli, że to Jezus. W momencie kiedy 

Go rozpoznali, stał się dla nich niewidzialny! Właśnie w tych biblijnych obrazach można 

zobaczyć,   że   nasz   kontakt   z   Chrystusem   nie   jest   kontaktem   tak   zewnętrznym,   żeby   to 

doświadczenie zjednoczenia jako zaniku oddzielenia podmiot-przedmiot musiało chrześcijan 

niepokoić.

JB: Ja bym chciał teraz odwrócić to pytanie, które dzisiaj zostało nam postawione jako temat 

naszego spotkania. Dlaczego ludzie właśnie stawiają takie pytania: „czy medytacja może być 

chrześcijańska”, albo „czy chrześcijanin może praktykować medytację”? Otóż w Ewangelii 

jest taka celna uwaga narratora komentująca pytanie, które zadał pewien młodzieniec, który 

przyszedł do Jezusa i zapytał go, co ma czynić aby się zbawić. Kiedy Jezus wyjaśnia mu, że 

aby się zbawić potrzebuje wypełniać przykazanie Boga i bliźniego, ten młodzieniec pyta: „A 

kto jest moim bliźnim?” I Ewangelista dodaje wtedy: „Zapytał o to, aby się usprawiedliwić”

żeby  się  usprawiedliwić, że  nie  miłuje bliźniego, bo  niby  trudno jest  ustalić  do  kogo to 

określenie się odnosi. Obawiam się, że z medytacją jest podobnie. Wielu ludzi zadaje pytanie, 

czy medytacja może być chrześcijańska, w podtekście mając już przygotowaną negatywną 

odpowiedź, a czynią to po to, aby się usprawiedliwić, że nie medytują, bo niby nie jest jasne, 

czy chrześcijanin powinien się taką podejrzaną praktyką zajmować. Po tej linii tłumaczyłbym 

też   ten   lęk,   o   którym   wspomniał   mój   przedmówca:   lęk   przed   rzekomym   zaniknięciem 

struktury podmiot-przedmiot w przeżyciach, do których medytacja może prowadzić. Myślę, 

że to jest lęk przed utratą ego, czyli lęk, który jest powodowany ego-izmem, miłością samego 

siebie. Nic dziwnego, że we wszystkich tradycjach medytacyjnych, pouczeniach duchowych, 

ciągle   powraca   problem   „ja”   jako   głównej   przeszkody   w   postępie   duchowym.   W 

chrześcijaństwie   mówi   się   o   konieczności   śmierci   naszego   „ja”,   obumierania   „starego 

człowieka”, że tylko ziarno, które obumrze wyda owoc, a które nie obumrze, zostanie samo. 

Podobnie jest w innych tradycjach duchowych. Człowiek broni się przed medytacją, bo to 

nasze ego walczy o przetrwanie i boi się podjąć takich praktyk, które może je zniwelować czy 

background image

unicestwić.   Ale   dowcip   polega   na   tym,   że   jeśli   jednocześnie   pragniemy   zjednoczenia   z 

Bogiem, to musimy mieć świadomość, że Bóg jako Nieskończoność, może zjednoczyć się 

tylko z „nicością” i dopóki ego istnieje, Bóg musi czekać. Pamiętamy, że Bóg zbliżył się do 

Izraela i wyzwolił Izraela właśnie wtedy, gdy Izrael był w niewoli, bo być niewolnikiem 

znaczyło być nikim. Można powiedzieć, że Bóg powołał Izraela to istnienia „z niczego”. 

Wtedy kiedy człowiek jest nikim, kiedy jest pusty, wtedy może zostać napełniony, kiedy jest 

nikim, wtedy może połączyć się z nieskończonością. Skończoność nie może połączyć się z 

Nieskończonością i dlatego musimy coś stracić, musi stracić siebie. Chrystus mówi: „Kto 

straci swoje życie, ten zachowa je”. Ale my boimy się stracić to, co często budujemy z 

wielkim wysiłkiem przez całe życie, a co ostatecznie jest fałszywym ja. Boimy się śmierci. 

Stąd te lęki przed medytacją. Tymczasem, jak powiedział jeden z mistyków chrześcijańskich: 

„Kto umrze zanim umrze, nie umrze, gdy umrze.” Podobny zwrot jest też w Apokalipsie św. 

Jana: „Kto umrze, tego druga śmierć nie dosięgnie.”

JS: To tytułowe pytanie, „czy medytacja może być chrześcijańska”, kryje jeszcze jeden 

motyw,   który   warto   tutaj   poruszyć.   Otóż   niektórzy   twierdzą,   że   chrześcijanin   nie 

powinien się czymś  takim jak medytacja bawić, bo to może być bardzo groźne, jak 

zabawa   dziecka   zapałkami.   Niewątpliwie   medytacja   uruchamia   proces   schodzenia 

gdzieś głębiny psychiki i duchowości człowieka. I tutaj właściwie są i wątek duchowy i 

psychologiczny.   W   większości   tradycji   duchowych   Wschodu   i   Zachodu   mówi   się   na 

przykład o pewnych siłach demonicznych, różnie rozumianych, ale zawsze ukazywanych 

jako wyzwanie na ścieżce postępu duchowego. Czy z medytacją wiążą się rzeczywiście 

jakieś   zagrożenia   i   czy   w   związku   z   tym   prawdą   jest   to,   o   czym   mówią   niektórzy 

mistycy, że nie powinno się medytować bez mistrza, że konieczne jest tutaj kierownictwo 

duchowe.

JB:  Ja   bym   może   zaczął   od   Pana   Jezusa.   Pan   Jezus   gdy   wyszedł   na   pustynię,   pościł 

czterdzieści dni i czterdzieści nocy. Spotkał szatana, który go kusił. Myślę, że to spotkanie z 

jakimś złym duchem jest jakoś wpisane w każdy rozwój duchowy. Można powiedzieć wręcz, 

że to jest pewien znak, że rzeczywiście na tej drodze duchowej postępujemy. I na każdej 

drodze są niebezpieczeństwa, bo gdy przechodzimy przez jezdnię to może nas przejechać 

samochód. Ale to nie oznacza, że nie powinniśmy wychodzić z domu, chociaż są tacy ludzie, 

którzy tak panicznie boją się wyjść z domu, bo może im się coś złego przydarzyć. Ale takich 

nie traktujemy  jako  zdrowych  osobników.  Myślę,  że  podobnie   jest  na  ścieżce   duchowej. 

background image

Istnieją niebezpieczeństwa, ale musimy się uczyć również je przezwyciężać i w tym pomocny 

jest   oczywiście   jakiś   kierownik   duchowy.   I   tak   to   było   rozumiane   od   samego   początku 

również w chrześcijaństwie. Uczniowie przychodzili do „starców”, pytali się o różne rzeczy, 

otrzymywali wskazówki, zadawano im odpowiednie praktyki duchowe, praktyki dostosowane 

do ich możliwości czy predyspozycji. Dziś istnieje tendencja, żeby wszystkich zrównywać. 

Zresztą to chyba wieczny problem, bo już św. Jan od Krzyża i św. Teresa z Avila też, skarżyli 

się, że są tacy przewodnicy duchowi którzy wszystkich wciskają w jedną obręcz. Św. Jan od 

Krzyża i św. Teresa byli też oskarżani o błędy i to też jest motyw, który towarzyszy każdej 

duchowej. Ale to są wszystko niebezpieczeństwa, które można przezwyciężać. Trwanie w 

lęku, żeby nie wyjść z domu i nie wyruszyć w drogę, to nie jest to żadne rozwiązanie.

JP: Może ja jako praktykujący terapeuta poruszę wątek psychologiczny. Przeczytam Państwu 

kilka   danych.   W   Stanach   Zjednoczonych   medytację   uprawia   ponad   10   milionów   osób, 

dwukrotnie  więcej,  niż  przed  dziesięciu  laty.  Ponad  240  szpitali   i  klinik  w   USA   stosuje 

programy redukcji stresu w oparciu o trening medytacji. Amerykański Narodowy Instytut 

Zdrowia   zaleca   medytację   w   przypadku   łagodnego   nadciśnienia,   jeszcze   przed 

zastosowaniem   środków   farmakologicznych.   Wykazano   też,   że   medytacja   wyostrza 

percepcję,   zmniejsza   roztargnienie,   powoduje,   że   medytujący   wykazują   zwiększona 

niezależność   od   sytuacji,   co   wskazuje   na   silniejsze   poczucie   kontroli,   są   bardziej 

spontaniczni, mają większą zdolność do bliższego kontaktu, bardziej akceptują siebie, mają 

większy   szacunek   wobec   siebie   i   wykazują   mniejszy   lęk   przed   śmiercią.   Medytujący 

porównani z tymi, którzy nie medytują, są znacznie mniej niespokojni, rzadziej donoszą o 

dolegliwościach   psychosomatycznych,   mają   bardziej   pozytywne   nastroje   i   są   mniej 

neurotyczni.   Z   powyższych   powodów   medytacja   jako   technika   relaksacji,   jako   praktyka 

uważności,   kojarzona   dziś   z   tradycją   Vipasany   czyli   medytacji   areligijnej,   jest   bardzo 

popularna i propagowana. Pewne strategie psychoterapii poznawczo-behawioralnej stosują 

tak   rozumianą   medytację,   ale   jest   ona   wyciągnięta   z   kontekstu   duchowego,   jest,   że   tak 

powiem, zoperacjonalizowana do pewnych wymiernych celów. Taka medytacja stosowana 

pod kierunkiem terapeuty jest pewnie bezpieczna. Problem pojawia się wówczas, gdy traktuje 

się  medytację  jako  formę  autoterapii.  Tymczasem,  proszę  pomyśleć,  co  się  dzieje,  kiedy 

przychodzi osoba, która jest mocno skonfliktowana ze sobą i jest poleci się jej, żeby sama 

medytowała, co w praktyce znaczy, żeby została sama z tym, co w niej jest, nie oceniając 

tego, nie uciekając przed tym, nie starając się tego analizować. Jeśli taka osoba zostanie sama 

bez właściwego wsparcia ze strony nauczyciela, który ją wprowadzi w medytację i będzie jej 

background image

towarzyszył,   jeśli   jednocześnie   jej   traumatyczne   doświadczenie   wewnętrzne   nie   będzie 

rozpoznane, to w momencie dłuższej i intensywniejszej medytacji takie osoby padają ofiarą 

dekompensacji,   czyli   załamanie   się   mechanizmów   obronnych,   które   utrzymywały   ją   w 

równowadze psychiczne pomimo traumy. Czy to jest niebezpieczne? Owszem, jest bardzo 

niebezpieczne, bo w większości wypadków takie osoby lądują z ostra psychozą w klinice. Nie 

mówię o tym, żeby odstraszać od medytacji, tylko żeby zwrócić uwagę, że czasem trudność 

medytacji jest banalizowana w idealistyczny sposób, gdy mówi się, że skoro ego jest jedynym 

problemem, to jeżeli „wyeliminujemy” ego, to nie będzie żadnych problemów. Tymczasem z 

medytacją   trzeba   uważać   w   tym   sensie,   że   medytacja,   obojętnie   w   jakiej   tradycji,   ma 

pozytywne skutki, ale  nie jest lekarstwem. To znaczy, medytacja jest dobra dla człowieka 

zdrowego psychicznie, ale nie  jest dobra  dla człowieka, który ma problemy. Ja miewam 

ostatnio   wiele   kontaktów   z   praktykującymi   zen.   Oni   wiedząc,   że   jestem   terapeutą,   sami 

mówią mi o tym, jak na własnych bolesnych błędach się uczyli. Wniosek jest taki, że jeśli 

mam   problemy   w   rodzinie,   to   nie   oznacza   od   razu,   że   nie   mogę   medytować,   ale   nie 

powinienem   mieć   nadziei,   że   jak   będę   medytował   to   te   problemy   znikną.   Nie   wolno 

traktować medytacji jako ucieczki od problemów. Z tego powodu dziś często nauczyciele 

medytacji,   obojętnie   w   jakiej   tradycji,   selekcjonują   kandydatów   na   dłuższe   odosobnienia 

medytacyjne i nie dopuszczają osób, o których wiedzą, że są słabe psychicznie. Trzeba też, 

żeby ci, którzy chcą praktykować medytacje byli samokrytyczni i szczerzy wobec siebie, żeby 

przyznali,   że   może   potrzebna   jest   im   oprócz   medytacji   także   inna,   fachowa, 

psychoterapeutyczna forma pomocy, bo bez tego medytacja może być drogą do nikąd. Zatem 

nie jest prawdą to, o czym pisał jakieś rok temu tygodnik „Wprost”, że medytacja to od strony 

skutków jest jedno wielkie oszustwo. Jest wystarczająco dużo badań psychologii empirycznej, 

żeby   potwierdzić,   że   medytacja,   szczególnie   jako   forma   relaksacji,   jest   jak   najbardziej 

wskazana. Ale medytacja jest pracą z tym, co mamy w świadomości. Jeśli ta świadomość jest 

straumatyzowana,   to   będzie   to   zawsze   trudne   doświadczenie.   Ostatnio   wyszła   książka 

znanego polskiego buddysty o nazwisku Karłowicz, który przeszedł z od buddyzmu zen do 

buddyzmu tybetańskiego. On pisze o tym, że był rozczarowany tymi latami praktyki zen, bo 

przez lata medytował, a jego problemy emocjonalne nie znikały. Szukał w zenie pewnych 

technik   pracy   z   umysłem   na   poziomie   emocji,   ale   one   są   zbyt   ubogie   w   porównaniu   z 

buddyzmem tybetańskim, który oferuje wiele innych technik pracy nad emocjami. Ale on sam 

podkreśla, że medytacja to nie jest autoterapia. 

background image

JS:  Może   wróćmy   jeszcze   do   wątku   duchowego,   do   pytania   o   siły   demoniczne. 

Chrześcijańska tradycja duchowi mówi o tym, że krocząc po ścieżce rozwoju duchowego 

właściwie cały czas poruszamy się w rzeczywistości walki duchowej między siłami dobra 

i siłami zła. To znaczy, nawet jeśli załóżmy, że ktoś kto kroczy ścieżką medytacji jest 

okazem zdrowia psychicznego, to czy nie jest tak, że kierownictwo duchowe jest tutaj 

potrzebne ze względów pozapsychologicznych, bo na tym poziomie duchowym też może 

się w pewnym momencie zacząć coś niebezpiecznego „dziać”?

JB: Ja się tutaj odwołam do dzieła  pewnego uczonego radzieckiego, pod tytułem „Obrona 

psychiczna”. Książka wydana swego czasu w Moskwie, autor jest nieznany, podejrzewam, że 

to jakiś   odprysk  z   badań  KGB,  ponieważ  oni   prowadzili   szeroko  zakrojone  badania  nad 

zjawiskami parapsychicznymi. W tej książce autor zebrał różne „przepisy”, jak się bronić 

przed demonami, złymi siłami, itp. Jeden ze sposobów jaki przytacza, podając na poparcie 

wiele cytatów z Pisma Świętego, to oddać się Bogu w opiekę. Jeśli medytacji nie odrywa się 

od   właściwego   dla   niej   kontekstu   religijnego,   to   tym,   co   „zabezpiecza”   przed 

niebezpieczeństwami duchowymi jest w pierwszym rzędzie oddanie się Bogu w opiekę. Jeśli 

medytując   powtarzamy   Imię   Jezusa   czyli   Boga   i   jeśli   rozumiemy,   że   w   tradycji 

judeochrześcijańskiej Bóg wzywany jest „obecny w swoim Imieniu”, jest uobecniany, gdy go 

przyzywamy  w  Jego  Imieniu,  to  tak  rozumiana   medytacja   jest  jakby  pod  ochroną  Boga. 

Oczywiście, to wszystko zależy od tego, czy my w tego Boga wierzymy. Bo ta ochrona 

duchowa na ścieżce medytacji jest proporcjonalna do naszej wiary w Boga.

JP:  Ja   myślę,   że   trzeba   uważać,   żeby   nie   umiejscowić   medytacji   chrześcijańskiej   w 

manichejskim kontekście, bo to jest herezja. Oto biedny chrześcijanin medytuje, a tutaj za 

jego plecami diabeł z Bogiem się sprzecza o to, kto to wygra. To nie jest chrześcijaństwo. 

Tradycja   chrześcijańska   mówi,   że   na   drodze   praktyki   duchowej   można   wejść   w 

rzeczywistość, który wykracza poza jednostkowa świadomość, poza  psychikę, bo umysł to 

jest cos więcej niż psychika. Natomiast trzeba zwrócić uwagę na jeden szczegół. Rzadko się 

zdarza,   żeby   chrześcijanin   który   praktykuje   medytację   polegającą   na   powtarzaniu   jakiejś 

mantry ma przeżycia, które można by nazwać kontaktem demonicznym. Natomiast sytuacje 

problematyczne tego rodzaju pojawiają się wówczas, gdy chrześcijanie zaczynają uprawiać 

wizualizacyjne techniki wschodnie, związane na przykład z buddyzmem tybetańskim, które 

są osadzone w kontekście dla chrześcijan zazwyczaj obcym. Podobnie problemy mają czasem 

chrześcijanie, którzy praktykują intensywnie medytację zen, liczą oddechy i popadają czasem 

background image

we frustrację, a jeśli sobie z nią nie radzą to w depresję, bo są przyzwyczajeni do relacyjnego 

przeżywania i rozumienia rzeczywistości duchowej, a tymczasem w zazen ta relacyjność jest 

programowo   dekonstruowana,   nie   niszczona,   ale   dekonstruowana.   Bez   właściwego 

nauczyciela chrześcijańscy adepci zen często sobie z tym problemem nie radzą.

PS: Co do tej wizualizacji i stosunku tradycji chrześcijańskiej do wizualizacji w kontekście 

praktyk   duchowych   to   mnie   się   wydaje,   że   rzeczywiście   wizualizacja   jest   obca   tradycji 

biblijnej.   Szczyt   Objawienia   starotestamentowego,   Objawienie   Boga   na   Synaju   zawiera 

między innymi przekaz prawdy, że nie należy tworzyć ani używać obrazów Boga. Człowiek 

ma naturalną tendencję, żeby w kontakcie z Bogiem pomagać sobie obrazami i Lud Izraela tej 

tendencji   do   wizualizacji   poddaje   się   właśnie   w   tym   samym   momencie,   gdy   Mojżesz 

otrzymuje Objawienie na Synaju. Jego ziomkowie u podnóża Synaju tworzą sobie złotego 

cielca i nazwali go Bogiem. Chrześcijaństwo dziedziczy tą tradycję Izraela i również mówi o 

tym,   ze   wszelkiego   typu   obrazy,   wizualizacje,   to   jest   raczej   przeszkoda   niż   pomoc   w 

kontakcie z Bogiem. Św. Jan od Krzyża mówi, w którymś miejscu: „strzeż się obrazów”.

JS:  Ale   czy   ostatecznie   nie   jest   tak,   że   medytacja   chrześcijańska   to   jest   po   prostu 

medytacja chrześcijanina, czyli medytacja, w którą chrześcijanin wchodzi jako człowiek 

wierzący w Boga Jezusa Chrystusa, otwierając się świadomie na relację, na spotkanie z 

Bogiem. Chrześcijanin nie zaczyna medytować z nastawieniem: będę liczył oddechy i o 

niczym innym nie myślał, aż coś się wydarzy. Chrześcijanin chyba już w punkcie wyjścia 

sytuuje tę swoją praktykę duchową w określonym kontekście wyznaczonym przez jego 

wiarę w Chrystusa i na przykład przed rozpoczęciem medytacji powierza wprost Bogu 

tę czynność jako zamierzony wysiłek otwarcia się na Obecność Boga.

PS: No tak, ale tutaj powstaje pytanie: co to jest wiara? Piętnastowieczny kardynał Mikołaj z 

Kuzy, wybitna postać ówczesnego Kościoła i jeden z czołowych katolickich zwolennik tzw. 

teologii negatywnej, napisał taki dialog między poganinem a chrześcijaninem. W pewnym 

momencie poganin mówi do chrześcijanina: „Widzę, że kłaniasz się z wielką czcią, obfite łzy 

lejesz. Kogo tak czcisz?” Chrześcijanin na to: „Nie wiem.” Poganin: „Jakże możesz czcić, nie 

wiedząc kogo?” Chrześcijanin: „Czczę, bo nie wiem”. Bóg, który jest Bogiem  Ukrytym, 

Tajemnicą,   to   jest   też   pewien   trwały   element   chrześcijańskiej   tradycji   duchowej,   dzisiaj 

trochę   zapomniany.   Mamy   chyba   to   poczucie,   że   chrześcijaństwo   wydaje   się   takie 

zbanalizowane przez to, ze wydaje się, że wszystko wiadomo. Wszystko jest ujęte w takie 

background image

regułki   do   nauczenia   się   przez   dzieci   przed   pierwszą   komunią:   sześć   prawd   wiary,   5 

przykazań kościelnych, itd. Wszystko jest jasne, a właśnie to co ludzi pociąga w zen to 

podkreślanie   tajemnicy.   Niewątpliwie   chrześcijanie   stali   się   w   teologii   trochę 

bałwochwalcami   na   skutek   przejęcia   się   zbytnio   pewnym   oświeceniowym   modelem 

poznania. Św. Augustyn, największy klasyk teologii katolickiej sugeruje właśnie, że jeśli 

wydaje nam się nam, że w pełni rozumiemy Boga, to jest zły znak. Pisze: „O Bogu mowa. 

Nie rozumiesz? To dobrze, bo jak byś rozumiał, to by nie było o Bogu”. Bóg jest zawsze 

większy,  znacznie   większy  niż  nasze   rozumienie,  niż  nasze  wizualizacje.  I  to  jest  chyba 

teologiczny fundament praktyki medytacji chrześcijańskiej jako modlitwy niedyskursywnej, 

w trakcie której nie myślimy, nie roztrząsamy, nie analizujemy.

JS:  Warto   może   jeszcze   zadać   pytanie   o   stosunek   hierarchii   Kościoła   do   praktyk 

medytacyjnych. Czy można mówić o jakimś oficjalnym stanowisku Kościoła w kwestii 

zgodności medytacji z wiarą chrześcijańską?

JB:  Historycznie   rzecz   biorąc,   mistycy   chrześcijańscy   mieli   często   wielkie   problemy 

przełożonymi kościelnymi, zwłaszcza Ci uchodzący dziś za największych, jak św. Jan od 

Krzyża,   św.   Teresa   z   Avila,   także   św.   Ignacy   Loyola   był   sądzony   przez   hiszpańską 

Inkwizycję. Ale wiemy, że z czasem zostali ogłoszeni świętymi, więc ten pewien niepokój o 

prawowierności   ich   nauki   został   z   czasem   przezwyciężony.   Natomiast   myślę,   że   istnieje 

pewien   ogólny   problem,   że   chrześcijaństwo   zachodnie   za   bardzo   jest   związane   z   ściśle 

logicznym myśleniem greckiej filozofii, co powoduje pewne trudności w zrozumieniu właśnie 

mistyków, którzy w swoich doświadczeniach właśnie wykraczają poza to logiczne myślenie. 

Trudno   mówić   o   jakimś   oficjalnym   stanowisku   Kościoła   sformułowanym   jednoznacznie 

odnośnie   praktyki   medytacji   niedyskursywnej.   Taka   medytacja   jest   po   prostu   obecna   od 

początku   w   tradycji   chrześcijańskiej.   Ostatnio   został   wydany   dokument   watykańskiej 

Kongregacji Nauki Wiary, gdy jeszcze na jej czele stał kardynał Ratzinger. Dokumenty tej 

kongregacji z reguły służą ostrzeżeniu przed niebezpieczeństwem błędu, więc również ten 

dokument zajmuje się przede wszystkim koniecznością podkreślenia różnic między medytacją 

chrześcijańską a niechrześcijańskimi praktykami medytacyjnymi, podkreślając specyficznie 

chrześcijańskie rozumienie medytacji i modlitwy. Ja natknąłem się na przynajmniej kilka 

znaczących   wypowiedzi   Jana   Pawła   II   o   medytacji   chrześcijańskiej.   On   używał   w   tym 

kontekście   określenia   „modlitwa   serca”   albo   „modlitwa   Jezusowa”,   mówiąc   właśnie   o 

niedyskursywnych   formach   medytacji   chrześcijańskiej.   Przed   niedzielna   modlitwa   „Anioł 

background image

Pański” w dniu 3 listopada 1996 roku, Jan Paweł II mówił o medytacji zwanej „modlitwą 

serca, która poprzez powtarzanie inwokacji: Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade 

mną grzesznym, staje się jakby oddechem duszy. Wypowiadana w głębi serca, posiada jakby 

tajemnicze odniesienie wspólnotowe. Mała modlitwa, jak ja nazywali Ojcowie, jest wielkim 

skarbem, jednoczy w obliczu Chrystusa wszystkich modlących się”. Papież podkreślił, że ta 

modlitwa, zwana modlitwą Jezusową, rozpowszechniona została także na zachodzie, dzięki 

„Opowieściom pielgrzyma”. Może warto wspomnieć w jakich okolicznościach ten tytułowy 

„rosyjski Pielgrzym”  nauczył  się tej  formy medytacji jaką jest  modlitwa Jezusowa. Otóż 

usłyszał w kościele słowa o tym, że trzeba się modlić  nieustannie. Zainspirowało go to do 

poszukania odpowiedzi na pytanie: jak w praktyce można się modlić nieustannie? Znalazł 

„starca”, czyli duchowego mistrza, który mu zalecił powtarzanie najpierw trzy tysiące razy 

dziennie „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną grzesznikiem”, potem sześć tysięcy, potem 

dwanaście tysięcy razy. Początkowo wydawało mu się to absurdalną praktyką, ale posłuszny 

starcowi wypełnił jego polecenie, aby z czasem zauważyć, że potem bez względu na to, czy 

śpi, czy je,  czy robi cokolwiek innego, ta modlitwa niejako sama rozbrzmiewa w jego sercu. I 

wówczas zrozumiał, że można się modlić nieustannie. W podobnym duchu pisał kardynał 

Ratzinger, obecny papież Benedykt XVI: „Nie działamy przecież jedynie przez to, co robimy. 

Działamy nie mniej przez to, kim jesteśmy. Jeśli stajemy się dojrzali, autentyczni i wolni, 

zapuszczając   korzenie   naszego   bytu   w   twórczej   kontemplacji   Boga,   jeśli   szczerze 

wymawiamy te słowa „Panie, zmiłuj się”, jeśli naprawdę z głębi naszej nędzy wołamy do 

Boga, to  uznajemy  kim  my  jesteśmy  i  kim   On  jest.  Jest   to  modlitwa  uwielbienia  Bożej 

Obecności”. Dzisiaj to pragnienie modlitwy kontemplacyjnej jest wśród chrześcijan coraz 

żywsze. Również biskupi zaczynają dostrzegać wagę kontemplacji w Kościele.   Dwa lata 

temu Arcybiskup Poznański Stanisław Gądecki, wiceprzewodniczący Konferencji Episkopatu 

Polski,   zaprosił   przeora   dominikanów   i   karmelitów,   aby   ich   zachęcić   do   tworzenia   grup 

medytacyjnych w Poznaniu. Oni niestety nie odpowiedzieli na to zaproszenie, toteż bardzo się 

ucieszył, gdy w końcu powstała   grupa medytacyjna przy poznańskim klasztorze jezuitów. 

Wysłał na tę okazję taki list dziękczynny. Tak, że widzimy, że w Polsce też w końcu coś z tą 

medytacja   ruszyło,   jeśli   tak   można   powiedzieć.   To   jest   odpowiedź   na   duchowy   głód 

dzisiejszych czasów, na cały ten hałas, zabieganie, które budzą w  nas  tęsknotę za ciszą, 

skupieniem, medytacją. 

JP:   Wspomniano tutaj o tym, że watykańska deklaracja zwracała uwagę na różnice między 

medytacją chrześcijańską i niechrześcijańską. Ja bym jeszcze chciał zwrócić uwagę na to, że 

background image

na niższym niż watykański poziom życia Kościoła mamy już od kilkudziesięciu lat bardzo 

intensywne   zaangażowanie   chrześcijańskich   duchownych   w   dialogu   na   płaszczyźnie 

medytacji   z   tradycjami   niechrześcijańskimi.   Z   tego   zaangażowania   wyłania   się   na   ogół 

zachęta do praktykowania przez chrześcijan medytacji niedyskursywnej. Wyrażają tę zachętę 

już same tytuły książek o medytacji, np. „Dar zen dla chrześcijan”, autorstwa amerykańskiego 

jezuity R. Kennedy’ego. To właśnie benedyktyni i jezuici są pionierami tego monastycznego 

dialogu międzyreligijnego. Co ciekawe, pierwszym „autoryzowanym” nauczycielem zen w 

Indiach   jest   jezuita,   Amisan.   W   Japonii   działa   inny   jezuita,   który   jest   autoryzowanym 

nauczycielem   Zen.   W   Stanach   Zjednoczonych   działa   mistrz   zen,   jezuita,   rosi   Robert 

Kennedy, w Szwajcarii jest dwóch jezuitów, mistrzów zen. Warto mieć świadomość tego, że 

w Kościele katolickim pewne pozytywne nastawienie do medytacji nie jest tylko owocem 

teoretycznych   rozważań,   ale   płynie   z   głębi   praktyki   wielu   osób,   którzy   pozostając 

chrześcijanami   zanurzyli   się   w   praktykę   medytacji   niechrześcijańskiej   odkrywając,   że 

medytacja jako taka nie musi stać w sprzeczności z wiarą chrześcijańską.

JB: Ten dialog najlepiej wychodzi właśnie z buddyzmem, ponieważ buddyzm jest najbardziej 

monastyczna religią Wschodu. Mówiąc trywialnie, mnichom z mnichami jest się najłatwiej 

dogadać. Istnieje też powszechne przekonanie, że dialog między różnymi religiami łatwiej 

jest   nawiązać   na   bazie   doświadczenia,   bo   przecież   różnice   doktrynalne   są   często   nie   do 

przezwyciężenia. Jeśli już mówimy o zen, to warto przypomnieć to, co powiedział znany 

nauczyciel zen, rosi Yamada, który był nauczycielem zen dla wielu chrześcijan i zakonników 

chrześcijańskich, między innymi tych jezuitów, o których wspomniał mój przedmówca. Otóż 

rosi Yamada studiując tradycję chrześcijańską, szczególnie „Dialogi” św. Grzegorza o życiu 

św.   Benedykta,   doszedł   do   wniosku,   że   św.   Benedykt,   „ojciec”   wszystkich   mnichów 

Zachodu, osiągnął oświecenie (satori).

JS: Może warto jeszcze pogłębić wątek modlitwy Jezusowej, bo ta forma modlitwy ma za 

sobą   tak   długą   tradycję,   że   trudno   tutaj   chyba   mieć   jakieś   wątpliwości,   co   do   jej 

„prawowierności”.   Zapytajmy,   jak   modlitwa   Jezusowa   ma   się   do   medytacji 

chrześcijańskiej?   Czy   można   powiedzieć,   że   modlitwa   Jezusowa   jest   jedną   z   form 

niedyskursywnej medytacji chrześcijańskiej? Czy można używać tych różnych określeń 

zamiennie:   medytacja   chrześcijańska,   modlitwa   serca,   modlitwa   prostoty,   modlitwa 

Jezusowa, itp.?

background image

JB:  Tak, ja myślę, że inwokacja Imienia Jezus może przybierać różne formy: może to być 

wprost powtarzanie jednego słowa-imienia: „Jezus”, można wołać: „Kyrie Eleison” (czyli 

„Panie,   zmiłuj   się”,   albo   „Maranatha”   (czy   „Przyjdź,   Panie”),   itd.   Jest   taka   książka 

zatytułowana   „Różaniec   -   modlitwa   Jezusowa   Zachodu”,   w   której   pokazuje   się,   że   w 

przeszłości różaniec był zachodnim odpowiednikiem modlitwy Jezusowej praktykowanej na 

chrześcijańskim   Wschodzie,   to   znaczy   był   bardziej   modlitwą   medytacyjną,   niźli 

„rozmyślaniem”. Różaniec pojawił się na Zachodzie w XII wieku. Dlaczego? Bo przynieśli tę 

praktykę ze Wschodu krzyżowcy. Ale już znacznie wcześniej św. Benedykt w swojej regule 

mniszej przeszczepił na zachodni grunt tę wschodnią praktykę medytacji niedyskursywnej, bo 

przejął ją od Jana Kasjana, który spędził wiele lat na chrześcijańskim Wschodzie i połączył 

doświadczenia mnichów egipskich, syryjskich i zachodnich.

Warto   też   pamiętać,   że   na   chrześcijańskim   Wschodzie   do   dziś   istnieją   pewne   klasztory, 

których tradycja modlitewna sięga IV wieku! Tradycja Ojców Pustyni istnieje do dzisiaj i w 

jej przekazie jest ciągłość. Dzisiaj możemy sięgać do źródeł, bez zapośredniczenia. Istnieje 

klasztor   Św.   Makarego,   założony   ok.   roku   390,   w   którym   tradycja   mnisza   nie   została 

przerwana. Klasztor św. Pawła w Egipcie i cała tradycja kościoła koptyjskiego w Etiopii to 

kolejny   przykład   ciągłości.   Wydawnictwo   tynieckie   wydało   taką   książeczkę   o.   Matta   el-

Maskine z klasztoru św. Makarego. Oczywiście, nie można nie wspomnieć o Górze Athos i 

całej tradycji modlitwy tam przechowanej przez wieki, która opiera się właśnie głównie na 

modlitwie Jezusowej, na praktyce powtarzania bez ustanku Imienia Jezus, czy tego w bardziej 

rozbudowanej formie: „Panie Jezus Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznym”.

JS: Czy mamy jakieś pytania z sali?

PYTANIE Z SALI: Ja mam pytanie do o. Jacka. Nie wiem czy dobrze zrozumiałem, ale 

jak była mowa o ego, powiedział Ojciec, że w kontekście medytacji może się pojawić lęk 

u chrześcijan, który polega na tym, że gdy już unicestwiliśmy ego, to już nie jesteśmy 

tacy pewni, czy to co przeżywamy to jest kontakt z Bogiem, czy to jest po prostu jakiś 

szczególny stan świadomości, który nie jest kontaktem z Bogiem…

JP:  Ego   to   jest   w   ogóle   pewien   skrót   myślowy.   Trzeba   sobie   zdawać   sprawę,   że   w 

psychologii   nie   używa   się   już   takiego   terminu   jak   ego,   chyba,   że   jako   metaforę.   Tutaj 

mówimy o samoświadomości i o umyśle w sensie aparatu psychicznego. Lęki rejestrujemy w 

tym aparacie, więc mówiąc tak w uproszczeniu mechanistycznie, te wszystkie lęki nie mogą 

być   gdzie   indziej,   tylko   w   naszym   umyśle.   Ale   lęki   mam   tak   długo,   jak   długo   jestem 

background image

samoświadomy. Jeśli ma się takie pojęcie, że rozwój duchowy polega na spotkaniu z Bogiem, 

to w praktykę wchodzi się z pewnym aparatem pojęciowym: czy to będzie mowa o „stopieniu 

się” z Nim, czy wejściu w najbardziej intymną relację jaka jest możliwa zwana „zaślubinami 

duchowymi”, „małżeństwem duchowym”, itp. I teraz jeśli praktyka medytacyjna jest praktyką 

niedyskursywną to ona zakłada rezygnację z nazywania, definiowania. I chrześcijanin może 

mieć lęk czy mam do tego prawo? Bo czy ja jako chrześcijanin nie marnuję wówczas życia na 

jakąś technologię umysłu, zamiast spotykać się z Bogiem? W wielkim uproszczeniu można 

zadać   pytanie:   no   dobrze,   w   rezultacie   długotrwałej   praktyki   medytacyjnej   osiągnę 

„oświecenie”,   ale   jaką   ono   ma   wartość,   czy   ono   mnie   zbawi   w   sensie   soteriologii 

chrześcijańskiej? A jeśli to jest tylko najwyższy możliwy stan ludzkiej świadomości i nic 

więcej? Może to jest stan, w którym wie się coś więcej o rzeczywistości, ale nie o Bogu? To 

może jako chrześcijanin powinienem z pokorą zając się inną formą modlitwy, niż medytacja 

niedyskursywna?  To  są  takie  przykłady  chrześcijańskich  lęków.  Ale  ja  myślę,  że  one  są 

nieuzasadnione. Mistycy chrześcijańscy, a są wśród nich Doktorzy Kościoła, jak św. Teresa z 

Avila, mówią: nie bój się tego. Św. Paweł też mówi o jakimś „zniknięciu” ego: „żyję ja, ale 

już   nie   ja,   żyje   we   mnie   Chrystus”.   Ale   czujemy,   że   on   mówi   o   czymś   jednoznacznie 

pozytywnym, a nie negatywnym, czego trzeba się bać. Jeśli umrze moje ego, zostanie Jezus. 

Pozwolić na śmierć ego to znaczy także pozwolić, że to co jest źródłem lęku we mnie i 

pokarmem dla tego lęku, przestanie być.

Z SALI: To mi się wydaje z lekka niekonsekwentne z Ojca strony, dlatego, że z jednej 

strony pokazał Ojciec, że ten lęk spełnia taka pozytywną rolę, że chroni nas przed tym, 

żebyśmy nie poszli w jakimś złym kierunku, czyli odchodząc od Boga w kierunku jakieś 

techniki. A z drugiej strony Ojciec mówi, że ten lęk trzeba usunąć…

JP: Powiem Panu tak: Duch wieje kędy chce. Nie każdy musi medytować. Rozumieją to ci, 

którzy czują w sobie impuls czy wręcz przymus, żeby to robić. Innym jest to dane w swoim 

czasie. Jeśli coś budzi w Panu głęboki niepokój, to niech się Pan zajmie tym, co daje Panu 

duchowy pokój. Tę odpowiedź znajdzie Pan we wszystkich tradycjach, a w chrześcijaństwie 

szczególnie.   Św.   Paweł   mówi,   że   oznakami   obecności   Ducha,   czy   owocami   Ducha,   jest 

pokój, radość, itd. Pewna forma duchowego lęku jest w chrześcijaństwie rozpoznawana jako 

tzw. strapienie duchowe czyli stan generalnie niepożądany. Jeśli jakaś praktyka duchowa na 

dłuższą metę rodzi w Panu duchowy lęk, to albo Pan ją źle praktykuje, albo to nie jest dla 

Pana. Pamiętajmy też, że według nauki chrześcijańskiej, doświadczenie Boga jest niezależne 

background image

od formy modlitwy, jest darem. Żadnymi formami modlitwy nie jesteśmy w stanie wymusić 

tego, żeby doświadczyć Boga. Jeśli byśmy się skupili na formach modlitwy, które budzą w 

nas lęk, to by nam to tylko przeszkadzało w spotkaniu z Bogiem, koncentrując nas na sobie, 

na naszych lękach.

JS:   Można też dodać do tego, że czasami nasze lęki mogą wypływać z naszego błędnego 

rozumienia doktryny chrześcijańskiej. Wówczas mój lęk, np. przed medytacją, to może być 

lęk wynikający z tego, że zostałem jakoś wychowany w tradycji, która tak, a nie inaczej 

rozumie doktrynę chrześcijańską, a rozumie ją błędnie. Zatem oprócz praktyki potrzeba też 

sięgnąć głęboko do tradycji chrześcijańskiej, czytać właściwą literaturę przedmiotu, którą 

można   znaleźć   choćby   na   stronie   internetowej   Krakowskiego   Centrum   Medytacji 

Chrześcijańskiej: 

www.medytacja-chrześcijańska.pl/czytelnia

 :).