background image

TROY DENNING 

 

 

 

GWIAZDA 

PO GWIEŹDZIE

 

(Tłumaczył: Andrzej Syrzycki)

 

background image

Andrii- 

Za rady, zachętę i wszystko inne 

background image

 

Wojownicze  istoty  rasy  Yuuzhan  Vong  zaatakowały  spoza  granicy  galaktyki  bez 

żadnego  ostrzeżenia.  Były  bezwzględne,  podstępne  i  zdradzieckie.  Miały  do  dyspozycji 

wytwory  dziwacznej  organicznej  techniki,  które  dorównywały  systemom  uzbrojenia 

obrońców,  a  niejednokrotnie  okazywały  się  skuteczniejsze  niż  wszystko,  co  mogła  im 

przeciwstawić  Nowa  Republika  i  jej  sojusznicy.  Najeźdźcom  nie  mogli  sprostać  nawet 

kierowani przez Luke’a Skywalkera rycerze Jedi. Nie mogli skorzystać z broni stanowiącej o 

ich  sile,  ponieważ  dziwnym  trafem  Yuuzhanie okazali  się zupełnie  niewrażliwi  na  działanie 

Mocy. 

Pierwszy  atak  zaskoczył  Nową  Republikę  zajętą  tłumieniem  rozruchów,  które 

wzniecali agenci yuuzhańskiego szpiega Noma Anora. Korzystając z tego, że dowódcy wojsk 

Nowej  Republiki  zajmowali  się  innymi  sprawami,  najeźdźcy  zniszczyli  kilka  planet  i  zabili 

wiele  milionów  istot  -  a  wśród  nich  Wookiego  Chewbaccę,  najlepszego  przyjaciela  i 

wieloletniego partnera Hana Solo. 

Podejmując odważną próbę zawarcia pokoju z nieprzyjaciółmi, senator Elegos A’Kla 

stracił  życie.  Zamordował  go  dowódca  yuuzhańskich  wojowników,  Shedao  Shai,  który 

później przekazał ciało senatora bliskiemu przyjacielowi Elegosa, rycerzowi Jedi Corranowi 

Hornowi. Horn wyzwał Yuuzhanina na pojedynek, którego stawką miał być los planety Ithor. 

Rycerz  Jedi  pokonał  Shaia,  ale  mimo  to  istoty  rasy  Yuuzhan  Vong  zdobyły  i  spustoszyły 

planetę. Stanowiło to dotkliwą stratę dla Nowej Republiki i osobistą porażkę Corrana Horna, 

który przyjął na siebie całą winę. 

Każda  następna  porażka  była  poważnym  ciosem  dla  Nowej  Republiki.  Wkrótce  też 

doszło do rozłamu w samym zakonie Jedi. Kierujący poczynaniami rycerzy Luke Skywalker 

zmagał  się  z  problemem  osobistym:  jego  ukochana  żona  Mara  cierpiała  na  tajemniczą  i 

prawdopodobnie śmiertelną chorobę, która z wolna podkopywała jej siły. Niektórzy zarzucali 

mistrzowi Skywalkerowi bezczynność i przesadną ostrożność. 

Nie mogąc się z tym pogodzić, grupa rycerzy pod wodzą Kypa Durrona odłączyła się i 

postanowiła czynnie się przeciwstawić agresji Yuuzhan. Zamierzała wykorzystać w tym celu 

wszystkie możliwe środki i sposoby. Jednym z nich miała być brutalna siła, co jednak mogło 

zawieść rycerzy Kypa jedynie na ciemną stronę Mocy. Różnice zdań w sprawach etycznych 

skłóciły  braci  Solo,  Jacena  i  Anakina.  Ich  siostra  Jaina  została  jednym  z  pilotów  słynnej 

Eskadry Łobuzów i poświęciła całą energię walce z Yuuzhanami. 

Han Solo obwiniał się o to, że nie potrafił ocalić Chewbaccy, ale nie szukał ukojenia 

background image

na  łonie  rodziny.  Usiłując  odkupić  swoją  winę,  przystąpił  do  działania  -  i  wpadł  na  trop 

uknutego  przez  istoty  rasy  Yuuzhan  Vong  spisku  wymierzonego  przeciwko  rycerzom  Jedi. 

Wrócił z lekarstwem, które mogło wyleczyć Marę Jadę Skywalker z choroby. Jednak nawet to 

zwycięstwo  nie  mogło  pocieszyć  go  po  stracie  najwierniejszego  przyjaciela  -  ani  pomóc  w 

jego małżeńskich kłopotach. 

Trudne chwile przeżywała także Leia. Zlekceważyła wizję przyszłości i czuła wyrzuty 

sumienia, że podczas bitwy o Fondor skazała gwiezdną flotę Hapan na zagładę. Zacięta bitwa 

o orbitalne stocznie dobiegła niespodziewanego końca, kiedy użyto broni o niekontrolowanej 

niszczycielskiej  sile.  Okazał  się  nią  gwiazdogrom  stacji  Centerpoint,  uzbrojony  przez 

młodszego syna Leii, Anakina. 

Starszy  syn  Leii,  Jacen  Solo,  również  miał  wizję.  Zobaczył  w  niej,  jak  galaktyka 

ześlizguje się w objęcia ciemności. Obawiając się, że mógłby zakłócić chwiejną równowagę, 

młody  Jedi  na  pewien  czas  całkowicie  wyrzekł  się  władania  Mocą.  Zmienił  zdanie  dopiero 

wówczas, kiedy śmiertelne niebezpieczeństwo zagroziło jego matce. 

By uratować jej życie, musiał stanąć do walki z samym mistrzem wojennym Yuuzhan 

Tsavongiem Lahem. Pokonał go, ale nie zabił. Żądny zemsty Yuuzhanin obiecał tymczasowe 

zawieszenie  broni  -  pod  warunkiem,  że  dostanie  w  swoje  ręce  wszystkich  Jedi,  a  zwłaszcza 

Jacena Solo. 

Rycerze  Jedi  poczuli  się  nagle  osaczeni.  Kiedy  niebezpieczeństwo  zagroziło 

szkolącym  się  w  Akademii  Jedi  na  Yavinie  Cztery  młodym  uczniom,  na  pomoc  pospieszył 

Anakin  Solo.  Ukrywając  się  pośród  przedstawicieli  najniższych  kast  i  wyrzutków 

społeczeństwa Yuuzhan, uwolnił swoją przyjaciółkę Tahiri Yeilę. Okrzyknięto go bohaterem, 

nie zdołał jednak zapobiec zniszczeniu świątyni Jedi. 

Władze  Nowej  Republiki  uznają  Luke’a  i  Marę  Jadę  Skywalkerów  za  zdrajców.  W 

obawie,  czy  nawrót  tajemniczej  choroby  nie  zakłóci  przebiegu  ciąży  jego  żony,  Luke 

postanawia  odzyskać  władzę  nad  rycerzami  Jedi.  Korzystając  z  poparcia  Jainy  Solo,  Kyp 

Durron  namawia  Luke’a  i  wojskowych,  aby  powierzyli  mu  dowództwo  wyprawy,  której 

celem  ma  być  zniszczenie  superbroni  Yuuzhan  Vongów.  Wyprawa  Kypa  kończy  się 

powodzeniem,  Jaina  jednak  dowiaduje  się  poniewczasie,  że  zniszczony  obiekt  nie  był 

superbronią,  ale  hodowanym  światostatkiem  -wypełnionym  cywilami  i  przeznaczonym  dla 

yuuzhańskich dzieci. Wszystko wskazuje, że galaktyka ponownie zaczyna ześlizgiwać się w 

objęcia  ciemności.  Jedynym  jasnym  punktem  są  narodziny  syna  Luke’a  i  Mary,  Bena 

Skywalkera. 

Zniszczenie nowego światostatku i fiasko planów schwytania rycerzy Jedi powodują, 

background image

że Yuuzhan Vongowie ogłaszają koniec zawieszenia broni. Przystępują do szturmu na Jądro 

galaktyki  i  prą  naprzód,  podbijając  kolejne  światy.  Wygląda  na  to,  że  galaktykę  mogą 

uchronić od zagłady tylko rycerze Jedi. Kłopot w tym, że galaktyka nie chce mieć z nimi nic 

wspólnego... 

background image

 

ROZDZIAŁ

 

 

 W przestworzach unosiła się ciemna drzazga odległego liniowca. Zakończona cienką 

błękitną 

igłą 

strumienia 

jonów, 

przesuwała 

się 

powoli 

na 

tle 

olbrzymiej 

jaskrawopomarańczowej tarczy słońca. Podobnie jak milionom takich samych słońc w rejonie 

Jądra galaktyki, temu też nie towarzyszyły planety zasiedlone przez cywilizowane czy choćby 

tylko  półinteligentne  istoty.  Zapewne  nie  zasługiwało  na  nazwę  inną  niż  numer,  nadany 

dawno,  jeszcze  w  czasach  władzy  Imperium.  Jaina  Solo  uświadomiła  sobie  ogrom 

niezamieszkanych przestworzy i wielką liczbę nietkniętych planet. Mogłaby sądzić, że w tej 

sytuacji  wojny  po  prostu  nie  mają  sensu;  że  miejsca  wystarczy  dla  wszystkich,  którzy  go 

szukają. Wiedziała jednak, że komfortowe warunki życia zawsze łatwiej osiągnąć, kradnąc i 

zabijając,  niż  ciężko  pracując.  Jak  wielokrotnie  przypominała  jej  matka,  pokój  łatwiej 

zburzyć,  niż  utrzymać.  Może  właśnie  dlatego  Yuuzhan  Vongowie  zaatakowali  galaktykę, 

która  mogła  powitać  ich  z  otwartymi  ramionami.  Popełnili  błąd,  z  którego  dotąd  nie  zdali 

sobie  sprawy.  Jaina  wiedziała  jednak,  że  pewnego  dnia...  pewnego  dnia  tę  pomyłkę 

uświadomią im rycerze Jedi. 

Astromechaniczny  robot  R2-D2,  dołączony  do  gniazda  terminalu  pokładowego 

systemu komputerowego w rufowej części pokładu lotniczego „Cienia Jade”, nagle pytająco 

zaświergotał. 

- Nie odłączaj się, Artoo - odparła Jaina, nawet nie odwracając głowy w jego stronę. - 

Wciąż jeszcze nie dostaliśmy tego sygnału, a Mara musi odpocząć. 

Mały  robot  przeciągłym  gwizdem  oznajmił,  że  ma  inne  zdanie.  Jaina  spojrzała  na 

ekran monitora i uniosła ręce w geście rezygnacji. 

-  Niech  będzie  -  mruknęła.  -  Jeżeli  tak  ci  powiedziała,  możesz  ją  obudzić.  R2-D2 

wyciągnął manipulator z gniazda i cicho brzęcząc, skierował się do kabiny pasażerskiej. Jaina 

została  sama  na  pokładzie  lotniczym  „Cienia  Jade”.  Statek  krążył  po  parkingowej  orbicie  z 

wyłączonymi wszystkimi systemami i unieruchomioną jednostką napędu jonowego, podobny 

bardziej  do  pancernej  skorupy  niż  siedemdziesięciotonowej  gwiezdnej  jednostki.  Wygodny 

fotel  pilota,  ukośnie  ścięty  hełm  i  zapewniająca  panoramiczny  widok  kopuła  kabiny  dawały 

Jainie  złudzenie,  że  unosi  się  nieruchomo  w  pustce  przestworzy.  System  czujników 

śledzących  położenie  siatkówek  oczu  wyświetlał  nieustannie  aktualizowane  hologramy  w 

background image

miejscu  tuż  pod  płaszczyzną  wzroku.  Systemy  łączności  i  napędu  można  było  uruchamiać 

przełącznikami  na  dźwigni  przepustnicy.  W  podobnie  prosty  sposób  dawało  się  obsługiwać 

wbudowane  w  rękojeść  drążka  przełączniki  czujników,  systemów  uzbrojenia  i  generatorów 

ochronnych  pól  siłowych.  Jeżeli  stanowisko  na  pokładzie  lotniskowym  obsługiwał  astro-

mechaniczny  robot,  nawet  systemy  podtrzymywania  życia  można  było  włączać  i  wyłączać 

głosem. Był to przykład idealnej sterowni. Jama postanowiła, że kiedy nadarzy się okazja, by 

zdobyć  własny  statek,  skopiuje  wszystkie  rozwiązania  w  najdrobniejszych  szczegółach. 

Najbardziej się jej podobało, że pilot siedział sam, w przedniej, najniższej części sterowni, a 

drugi pilot i nawigator w fotelach ustawionych obok siebie, ale nieco wyżej, bezpośrednio za 

plecami pilota. 

Jej  zachwyty  nad  sterownią  przerwało  nagle  uczucie  głębokiego  niepokoju.  Jaina 

poczuła  dziwne  zakłócenie  Mocy,  które  wkrótce  przerodziło  się  w  przedziwne  wrażenie 

czegoś szalonego. Otworzyła się na przepływ Mocy, a wtedy wyczuła straszliwe pragnienie i 

niepohamowany  głód,  może  nie  całkiem  zły,  ale  mroczny,  dziki  i  drapieżny  -  i  na  tyle 

brutalny, że zachłysnęła się i natychmiast zmniejszyła wrażliwość umysłu na oddziaływanie 

Mocy. 

Poczuła,  że  po  czole  spływa  jej  kropla  zimnego  potu.  Włączyła  interkom  i  wezwała 

Marę. Czekając na nią, sprawdziła wskazania sensorów. Nie zauważyła niczego niezwykłego, 

ale  z  doświadczenia  wiedziała,  że  nie  powinna  zbytnio  ufać  wskazaniom  przyrządów.  To 

właśnie  dzięki  nim  „Cień”  znajdował  się  na  orbicie  okrążającej  planetę  najbliższą  po-

marańczowego  słońca  -  otoczoną  rojem  kamieni,  głazów  i  odłamków  skał  kulę  magmy, 

unoszącą się w odległości trochę większej niż dwadzieścia milionów kilometrów od gwiazdy. 

Gdyby R2-D2 nie dokonywał nieustannych poprawek, na ekranie monitora widziałaby tylko 

skutki oddziaływania promieniowania elektromagnetycznego. 

Nagie  zauważyła  na  owiewce  kabiny  odbicie  czegoś,  co  poruszyło  się  za  plecami. 

Spojrzała  na  aktywacyjną  siatkę  umieszczoną  w  przedniej  części  sterowni.  Niewielki 

fragment pleksistopu zmatowiał i przemienił się w lustro. Zobaczyła w nim wiotką sylwetkę 

wchodzącej  na  pokład  lotniczy  Mary  Jade  Skywalker.  Spływające  na  ramiona  złocistorude 

włosy,  pogniecione  teraz  i  splątane,  dowodziły,  że  Mara  jeszcze  przed  chwilą  leżała  albo 

spała.  Z  jej  twarzy  zniknęła  ziemista  bladość,  a  zielone  oczy  nie  były  już  podkrążone  ani 

zapadnięte. Jaina wstała. Czując się trochę jak dziecko przyłapane na podkradaniu słodyczy, 

zwolniła fotel pilota. 

Mara zachęciła ją gestem, aby znów usiadła. 

- Siedź - oznajmiła. - Masz do tego prawo. 

background image

Opadła na stojący z tyłu fotel nawigatora. W powietrzu wyczuwało się delikatną woń 

talku  i  sterylizującego  roztworu,  który  towarzyszył  Marze  chyba  zawsze,  chociaż  jej  nowo 

narodzone  dziecko  dzieliła  od  matki  odległość wielu  tysięcy  lat  świetlnych.  Kobieta  uniosła 

głowę i kiwnęła w kierunku odległego liniowca. 

- To nasze dwie pasażerki? - zapytała. 

- Transponder podaje, że to „Ścigacz Mgławic” - odparła Jaina. Do sterowni wtoczył 

się  Artoo-Deetoo.  Włączył  manipulator  do  gniazda  pokładowego  systemu  komputerowego  i 

krótkim piknięciem potwierdził tożsamość pasażerskiego liniowca. - Nadal jednak nie mamy 

zgody, a chwilę wcześniej poczułam... hmm, dziwne zakłócenie Mocy. 

Mara kiwnęła głową. 

-  Też  je  wyczuwam  -  powiedziała.  -  Ale  to  chyba  żadna  z  naszych  pasażerek. 

Odbierałabym to inaczej. 

-  Nie  podoba  mi  się  to,  co  czuję  -  westchnęła  Jaina.  Tysiącmetrowej  długości 

koreliański liniowiec, korzystając z wyspecjalizowanej jednostki napędu podświetlnego typu 

Hoersch-Kessel, zdołał do tej pory przelecieć mniej więcej połowę odległości dzielącej go od 

skraju pomarańczowej tarczy. Miał teraz długość palca Jainy, a ciągnąca się za nim błękitna 

smuga była przynajmniej trzykrotnie dłuższa. - Wciąż jeszcze nie wysłali tego sygnału. Może 

powinnyśmy  odczekać  jeszcze  jedno  okrążenie,  a  kiedy  skryjemy  się  za  tarczą  planety, 

włączymy napęd jonowy. 

Mara pokręciła głową. 

-  Luke  ma  rację  co  do  tych  dwóch  -  powiedziała.  -  Ilekroć  włączą  świetlne  miecze, 

giną niewinni ludzie. Lepiej zabierzmy je stamtąd, dopóki jeszcze możemy. - Przełożyła przez 

ramię pas ochronnej sieci i z głośnym trzaskiem zapięła klamrę. - Jednak musimy być gotowe 

- dodała. - Włącz silniki. 

- Ja? - zdziwiła się Jaina. Wprawdzie zdarzyło jej się kiedyś pilotować „Cień”, ale gdy 

tu lecieli, wszystkie manewry wykonywała jej ciotka. 

Albo  chciała  skorzystać  z  pierwszej  prawdziwej  okazji  pilotowania  ukochanego 

statku,  odkąd  urodziła  Bena,  albo  wyruszając  na  pierwszą  wyprawę  od  czasu  porodu,  po 

prostu pragnęła zająć myśli czymś innym. -To twój statek. 

-  I  tak  muszę  się  jeszcze  trochę  przespać  -  rzekła  Mara.  -  Nie  dowiesz  się,  jaki  to 

luksus, dopóki sama nie urodzisz dziecka. - Po chwili dodała surowo: - Tylko nie uważaj tego 

za sugestię. 

-  Masz  rację!  -  Jaina  roześmiała  się,  ale  jakby  trochę  z  przymusem.  Miała  już 

wprawdzie dziewiętnaście lat i nieraz umawiała się na randki, ale biorąc udział w wojnie, nie 

background image

miała  czasu  na  nic  poważnego.  Nawet  teraz  korzystała  tylko  z  krótkiego  urlopu,  jakiego 

udzielił jej dowódca Eskadry Łobuzów do czasu, aż senatorowie Nowej Republiki przestaną 

żywić niechęć do rycerzy Jedi. - Pomyślałby kto, że mam mnóstwo czasu. 

Wyciągnęła rękę, aby włączyć zasilanie silników jonowych, ale cofnęła ją, kiedy R2-

D2  ostrzegawczo  zagwizdał.  Umieszczony  nad  jej  głową  holograficzny  ekran  ukazał 

oszałamiającą  mozaikę  barw  i  kształtów,  z  której  po  chwili  wyłonił  się  lecący  ku  nim 

niewielki  gwiezdny  statek  w  kształcie  rury.  Pojawił  się  znacznie  niżej  niż  pomarańczowa 

tarcza słońca. 

-  To  wyjaśnia,  dlaczego  dotąd  się  nie  odezwali  -  zauważyła  Mara.  Stanowisko 

nawigatora  nie  miało  co  prawda  umieszczonego  nad  głową  wyświetlacza  hologramów,  ale 

wyposażono  je  w  kompletny  zestaw  konwencjonalnych  ekranów.  -  Damy  radę  go  pokonać, 

Artoo? - zapytała. 

Na  obu  ekranach  pojawiły  się  napisy,  rzeczowo  informujące,  że  wyświetlany 

wizerunek  nie  jest  przedstawiony  we  właściwej  skali.  Chwilę  potem  ukazały  się  dane  na 

temat prawdziwych rozmiarów, prędkości i prawdopodobnego materiału kadłuba. Jaina cicho 

gwizdnęła i zerknęła przez przyciemnioną owiewkę kabiny na podobną do przecinka sylwetkę 

mniejszego statku, który odłączył się od rury i skierował w stronę rufy „Ścigacza Mgławic”. 

-  Wygląda  jak  odpowiednik  fregaty  -  mruknęła.  -  Co  robimy?  -zapytała,  odwracając 

się do Mary. 

-  Jedyną  rzecz,  jaką  możemy  -  odparła  kobieta.  W  jej  głosie  wyczuwało  się 

ostrożność, której Jaina nigdy nie słyszała, dopóki jej ciotka nie urodziła Bena. - Wyłączymy 

wszystkie podsystemy i zaczekamy. 

 

W osobistej kabinie dowódcy „Ścigacza Mgławic” kapitana Polluksa dwie siostry Rar 

stały obok siebie przed ekranem wideokonsolety. 

Nie  kryjąc drżenia  długich  głowoogonów,  zwanych  lekku,  przyglądały  się,  jak  spora 

bryła  korala  yorik  odłącza  się  od  fregaty  i  kieruje  ku  ich  liniowcowi.  Miała  nieregularny 

kształt,  a  jej  chropowatą  powierzchnię  szpeciły  mniejsze  i  większe  dzioby.  Przypominała 

raczej  wyeksploatowaną  asteroidę  niż  gwiezdny  statek  ekipy  abordażowej.  Wykrywające 

ciepło  ciał  żywych  istot  czujniki  informowały  jednak,  że  na  pokładzie  znajduje  się 

przynajmniej  stu  wojowników.  Znajdowało  się  tam  także  inne  stworzenie,  większe  i 

zimniejsze, ale siostry wiedziały to nawet bez spoglądania na wskazania czujników. Posłużyły 

się  Mocą  i  wykryły  ten  sam  głód  i  pragnienie,  jakie  pojawiły  się  z  chwilą,  kiedy  fregata 

wyłoniła się zza tarczy słońca. Bez względu na to, czym było, zwierzę przystosowało się do 

background image

warunków życia w tej galaktyce o wiele lepiej, niż kiedykolwiek zdołają jego właściciele. 

Alema  wyizolowała  stworzenie  spośród  towarzyszących  mu  wojowników  Yuuzhan  i 

poleciła  komputerowi,  aby  porównał  je  z  informacjami  zarejestrowanymi  w  bazach  danych. 

Kiedy  się  odwróciła,  zobaczyła,  że  jej  siostra  Numa  rozkłada  na  pryczy  kapitana  ich 

przebranie: półprzeźroczyste kostiumy tancerek, szminki i pudry, i właściwie nic więcej. Obie 

spędziły  ostatni  rok,  kierując  ruchem  oporu  na  zajętej  przez  Yuuzhan  planecie  Nowy 

Plympton; z pewnością to ich poszukiwali dowódcy grupy abordażowej. Siostry liczyły na to, 

że ich wrogowie będą szukali samotnej istoty ludzkiej płci żeńskiej, a nie pary twilekiańskich 

tancerek.  Jako  przywódczynie  ruchu  oporu  dokładały  starań,  aby  nikt  nigdy  nie  widział  ich 

razem  ani  bez  przebrania.  Zawsze  też  starały  się  ukrywać  długie  lekku  w  kapturze  płaszcza 

Jedi. 

Kiedy umalowały twarze i zmieniły obcisłe kombinezony na fałdziste stroje tancerek, 

powróciły  do  wideokonsolety.  Zobaczyły,  że  do  śluzy  wkraczają  Yuuzhan  Vongowie. 

Wojownicy o bezwłosych, wypukłych łukach brwiowych i sinych workach pod oczami byli o 

pół głowy wyżsi i o wiele ciężsi niż przeciętni ludzie. Ich budzące grozę twarze przypominały 

obciągnięte  skórą  maski,  z  których  sterczały  chrząstki  i  kości.  Silnie  umięśnione  ciała  były 

oszpecone  rytualnymi  tatuażami  i  zniekształcone,  co  podobno  miało  jakiś  związek  z  ich 

religią. Większość istot miała na sobie pancerze z żywych krabów vonduun i była uzbrojona, 

jak zwykle, w yuuzhańskie amphistaffy - długie węże, które na rozkaz mogły przemieniać się 

w maczugi, zakończone ostrymi brzeszczotami włócznie, a nawet giętkie bicze wyposażone w 

trujące  kły.  W  pewnej  chwili  siostry  ujrzały,  że  przez  krąg  otaczających  kapitana  Polluksa 

strażników przedarł się arogancki wojownik o wyjątkowo odrażającym wyglądzie. Yuuzhanin 

miał spadziste ramiona i wstrętne czarne dziury w miejscu nosa. 

- Ma pan jakichś Jeedai na pokładzie? - zapytał. 

-  Nie  -  skłamał  Pollux  bez  wahania.  -  Czy  właśnie  dlatego  kazaliście  mi  się 

zatrzymać? 

Wojownik zignorował pytanie kapitana. 

- Lecicie z Talfaglia czy z Sakorii? 

- Chyba nie sądzisz, że odpowiem na to pytanie? - odparł Pollux. -Z tego, co ostatnio 

słyszałem, walczy z wami cała galaktyka. 

Odpowiedź  kapitana  spotkała  się  z  niechętnym,  ale  pełnym  szacunku  warknięciem 

yuuzhańskiego wojownika. 

-  Jesteśmy  tylko  załogą  statku  strażniczego,  kapitanie.  A  pan  ma  na  pokładzie 

uchodźców. Nie musicie się nas obawiać... pod warunkiem, że powie mi pan natychmiast, czy 

background image

pośród pasażerów znajdują się jacyś Jeedai

-  Nie  mamy  ani  jednego.  -  Pollux  patrzył  prosto  w  oczy  Yuuzhanina.  Nie  zwlekał  z 

odpowiedzią,  a  głos  mu  nie  drżał.  Nawet  kapitanowie  cywilnych  statków  wiedzieli,  że 

Vongowie  nie  wykazują  najmniejszej  wrażliwości  na  działanie  Mocy.  -  Możesz  sam 

poszukać. 

Na twarzy wojownika pojawił się okrutny uśmiech. 

- Oczywiście, że to zrobimy, kapitanie - odparł. - Może pan być pewien. 

Odwrócił  głowę  i  spojrzał  w  stronę  swojego  statku.  Przechodząc  na  yuuzhański, 

warknął: - Duwin tur vaxyn

W rufowej części yuuzhańskiego statku powstała szczelina. Chwilę później zaczęła się 

rozszerzać.  Obie  krawędzie  korala  yorik  wybrzuszyły  się  na  zewnątrz  jak  wydęte  wargi.  W 

mrocznym  otworze  ukazała  się  para  owalnych  żółtych  ślepi.  Posługując  się  Mocą,  Alema 

wykryła  nasilające  się  uczucie  pragnienia  i  głodu.  Kiedy  mroczny  otwór  osiągnął  pół  metra 

szerokości, z wnętrza statku wyskoczyło czarne jak ebonit stworzenie. Chrobocząc pazurami, 

a może szponami, znieruchomiało na płytach pokładu. 

- Ogniste błyskawice! - mruknęła Numa. 

Stworzenie - znajomość języka istot rasy Yuuzhan Vong pozwoliła Alemie domyślić 

się, że był to voxyn - zaczęło dreptać w miejscu, przebierając ośmioma pałąkowatymi łapami. 

Chociaż  przeciętnemu  człowiekowi  sięgało  zaledwie  do  pasa,  mierzyło  ponad  cztery  metry 

długości; miało spłaszczony łeb i pokryte czarnymi łuskami faliste cielsko. Środkiem grzbietu 

biegło pasmo cienkich spiczastych czułków, a prężny, giętki ogon kończył się haczykowatym 

szpikulcem.  Odrażające  zwierzę  okrążyło  kapitana  i  czujnych  strażników  tylko raz,  a  potem 

poczłapało w kierunku wewnętrznych wrót śluzy. 

Na  ekranie  wideokonsolety  było  widać,  jak  Pollux  wbił  spojrzenie  w  oczy 

Yuuzhanina. 

- Jakim prawem sprowadziliście tę... tę maszkarę na pokład mojego statku? - zapytał. 

Wojownik obrócił się i powalił kapitana na pokład silnym ciosem pięści w głowę. 

- Nie sądzi pan chyba, że odpowiem na to pytanie? - roześmiał się chrapliwie. 

Strażnicy  Polluksa  nie  palili  się  do  walki  z  Yuuzhanami,  ale  kapitan  na  wszelki 

wypadek dał im znak gestem, żeby zachowali spokój, a sam z godnością zerwał się na równe 

nogi. 

Alema zwróciła kierunkową antenę dotychczas wyłączonej kamery ku ciemnej tarczy 

planety,  obok  której  oczekiwał  statek  ich  wybawczyń.  Wybrała  tajny  kanał  łączności, 

używany  wyłącznie  przez  rycerzy  Jedi,  i  zaczęła  przesyłać  oglądane  obrazy.  Domyślała  się, 

background image

że  sąsiedztwo  pomarańczowego  słońca  zakłóci  sygnały,  ale  odbiorcy  mogli  je  wzmocnić  i 

poprawić. Cóż, gdyby ona i siostra nie zdołały uciec, będzie chociaż wiadomo, co się z nimi 

stało. 

Widoczny  na  ekranie  voxyn  jeszcze  kilka  minut  krążył  po  komorze  śluzy,  a  potem 

przeskoczył przez próg włazu i zniknął im z oczu. Siostry nie widziały go, dopóki Alema nie 

znalazła obrazu z innej kamery. Zobaczyły, że paskudny stwór jedzie ruchomym chodnikiem 

głównego  korytarza  tak  beztrosko,  jakby  nic  innego  nie  robił  całe  życie.  Obok  niego,  pod 

ścianą,  biegła  gromada  wojowników  Yuuzhan.  Nie  ufali  urządzeniom  na  tyle,  aby  ośmielić 

się  chociażby  postawić  stopę  na  przesuwającej  się  taśmie.  W  końcu  zrezygnowali  jednak  z 

dotrzymywania  towarzystwa  sunącemu  potworowi  i  stopniowo  zaczęli  zostawać  coraz 

bardziej w tyle. Zaraz rozdzielili się na mniejsze grupy i zaczęli przeszukiwać pomieszczenia 

na własną rękę. 

Alema  namierzyła  czarne  zwierzę,  tak  by  kamery  pokładowego  systemu 

bezpieczeństwa mogły śledzić je bez przerwy. Następną godzinę obie siostry przyglądały się, 

jak  voxyn  krąży  po  pomieszczeniach  głównego  pokładu.  Od  czasu  do  czasu  potwór  okrążał 

zdrętwiałego  ze  strachu  uchodźcę  albo  przekrzywiając  spłaszczony  łeb,  przysłuchiwał  się 

dobiegającym zewsząd odgłosom pracujących urządzeń i mechanizmów. W końcu wskoczył 

do  basenu  niewielkiej  fontanny  i  zaczął  okrążać  umieszczoną  pośrodku  rzeźbę 

przedstawiającą kalamariańskiego jeżowca. W pewnej chwili znieruchomiał, najeżył kolce na 

grzbiecie,  uniósł  łeb  i  wlepił  żółte  ślepia  w  sufit.  Bojąc  się,  że  za  chwilę  zemdleje,  Alema 

odwróciła  się  w  stronę  kontrolnego  pulpitu  projektora  hologramów  i  nakazała  wyświetlić 

trójwymiarowy  schemat  pomieszczeń  „Ścigacza  Mgławic”.  Wybrała  odpowiedni  fragment, 

powiększyła  i  natychmiast  zauważyła,  że  osobista  kabina  kapitana  Polluksa  znajduje  się 

bezpośrednio nad fontanną, tyle że dziesięć poziomów wyżej. 

- Parszywa sytuacja - odezwała się Numa. Końce jej głowoogonów lekko zadrżały. - 

Wygląda na to, że wie, gdzie jesteśmy. 

- To niemożliwe. - Alema uwolniła myśli i posługując się Mocą, wyczuła ten sam głód 

i  pragnienie,  co  poprzednio;  teraz  jednak  o  wiele  silniejsze  i  promieniujące  prosto  z  dołu.  - 

Chyba że także posłużył się Mocą, aby nas odnaleźć. 

Tym razem lekku Numy przebiegło wyraźne drżenie. Twi’lekianka odwróciła głowę i 

spiorunowała Alemę groźnym spojrzeniem. 

-  Muszę  przyznać,  że  masz  talent  do  wymyślania  alarmujących  wyjaśnień,  siostro  - 

powiedziała. 

-  Może  i  alarmujących,  ale  prawdopodobnych  -  odparła  Alema.  Wskazała  ekran 

background image

monitora;  zobaczył,  że  voxyn  wyskoczył  z  fontanny  i  pędzi  korytarzem  w  kierunku  rury 

najbliższej repulsorowej windy, 

Numa obserwowała ekran jakiś czas, a potem kiwnęła głową. 

- Wygląda na to, że masz rację - rzekła w końcu. - Chyba powinnyśmy zamknąć się w 

sobie. 

Poświęciły  kilka  chwil  na  medytacje;  a  potem  zaczęły  wsłuchiwać  się  we  własne 

myśli i stopniowo coraz bardziej ograniczać swoją obecność w Mocy. Kiedy osiągnęły stan, 

że przestały wyczuwać się nawzajem, Alema odwróciła głowę i spojrzała na ekran monitora. 

Widoczny  na  nim  voxyn  właśnie  stanął  przed  drzwiami  szybu  windy.  Wyciągnął  przednią 

łapę  i  przycisnął  odpowiedni  guzik,  a  kiedy  drzwi  się  otworzyły,  wepchnął  przednią  część 

tułowia  do  otworu  i  pozwolił,  aby  repulsorowy  prąd  popchnął  jego  cielsko  w  górę  rury. 

Alema  oceniła,  że  zwierzę  wyskoczy  na  pokładzie  oficerskim,  w  odległości  niespełna  stu 

metrów  od  kabiny  kapitana.  Pomyślała,  że  nie  odnajdzie  jej  bez  błądzenia,  będzie  musiało 

pokonać co najmniej dwieście metrów, a może nawet więcej. 

-  Niedobrze,  siostrzyczko  -  powiedziała.  -  Nadal  nas  wyczuwa.  -Odwróciła  się  i 

sięgnęła po podróżną torbę, w której ukryły kombinezony, płaszcze Jedi i świetlne miecze. - 

Zaatakujemy je, kiedy wyskoczy z szybu windy. 

-  A  co  potem?  -  zapytała  Numa.  -  Vongowie  zorientują  się,  że  kapitan  Pollux  ich 

okłamał. Nie puszczą mu tego płazem. 

- I tak się dowiedzą, kiedy ten potwór zacznie drapać do drzwi naszej kabiny - odparła 

Alema.  Żałując,  że  nie  ma  czasu  przebrać  się  z  powrotem  w  wygodny  kombinezon, 

wyciągnęła  świetlny  miecz  i  włączyła  srebrzyste  ostrze.  -  A  przy  okazji,  powalę  kilku 

Yuuzhan Vongów. 

-  Nie.  -  Numa  wyciągnęła  rękę  i  wyłączyła  świetlistą  klingę  broni  siostry.  -  Nie 

pozwolę na to. Już zapomniałaś, co stało się na Nowym Plymptonie? 

Wściekli,  że  nie  mogą  pokonać  bojowników  planetarnego  ruchu  oporu,  Yuuzhanie 

rozpowszechnili  na  planecie  straszliwą  zarazę,  która  zniszczyła  wszystko  co  żywe.  Siostry  i 

kilka  tysięcy  innych  obywateli  przeczekało  ten  okres  na  pokładach  międzysystemowych 

transportowców  rudy,  a  kiedy  nieprzyjaciele  w  końcu  wynieśli  się  z  wymarłej  planety, 

wszyscy ukradkiem wymknęli się w przestworza. 

-  Przecież  to  Yuuzhan  Vongowie,  siostro  -  przypomniała  Alema.  -Czy  naprawdę 

uważasz, że po prostu wybaczą kapitanowi jego kłamstwo? 

- Masz rację. - Numa wróciła do konsolety. - Musimy ich przekonać, że stworzenie się 

myli. 

background image

Poleciła wyświetlić inny hologram. Przedstawiał fregatę Yuuzhan Vongów, unoszącą 

się  pół  kilometra  od  śluzy  „Ścigacza  Mgławic”.  Nieprzyjacielska  fregata  miała  zaledwie 

dwieście metrów długości w porównaniu z wielkim liniowcem mogła wydawać się niegroźna, 

ale  widoczne  nawet  z  tej  odległości  otwory  wyrzutni  plazmy  czy  pocisków  pozwalały  się 

domyślać, że z jej strony może im grozić poważne niebezpieczeństwo. 

Alema natychmiast zrozumiała, co zamierza jej siostra. 

-A my, biorąc nogi za pas, skierujemy się do kapsuły - odparła. 

Umieściła  z  powrotem  świetlny  miecz  w  podróżnej  torbie  i  rzuciła  ją  Numie.  Ze 

stolika  przymocowanego  obok  pryczy  kapitana  chwyciła  komputerowy  notes  i  poleciła,  aby 

na ekranie ukazywały się obrazy z wideokonsolety. Obie siostry wybiegły z kabiny Polluksa i 

skierowały  się  na  przeciwległy  koniec  pokładu  oficerskiego.  Kiedy  przystanęły  przed 

drzwiami  windy,  Alema  spojrzała  na  miniaturowy  ekran  notesu  i  stwierdziła,  że  voxyn 

znajduje się zaledwie dwa poziomy pod nimi. Stworzenie kierowało żółte ślepia ku sufitowi, 

jakby śledziło, dokąd podążają. 

- Wie, że uciekamy - stwierdziła. 

- Ale chyba nie radzi sobie najlepiej z wyczuwaniem odległości. -Jak zawsze, Numa 

starała się być optymistką. - Dokąd się wybieramy? 

Alema  poleciła  wyświetlić  schemat  pomieszczeń  śródokręcia,  gdzie  znajdowały  się 

wyrzutnie  kapsuł  ratunkowych.  Wybrała  jedną,  po  przeciwległej  stronie  unoszącej  się  w 

przestworzach fregaty Yuuzhan. 

 

- Masz w swojej grupie kogoś, kto nazywa się Travot? - zapytał oficer. 

Numa  zauważyła,  że  jej  siostra  wpatruje  się  w  kobietę.  Ledwo  zauważalnie  skinęła 

głową.  Zrozumiała,  że  Alema,  posługując  się  Mocą,  usiłuje  przekonać  panią  inżynier,  żeby 

twierdząco  odpowiedziała  na  pytanie  Yuuzhanina.  Wiedziały,  że  Yuuzhan  Vongowie  nie 

wykazują  nawet  najmniejszej  wrażliwości  na  oddziaływanie  Mocy,  więc  Numa,  nie  oba-

wiając  się  zdemaskowania,  uwolniła  myśli  i  wyczuła  w  pobliżu  obecność  ponad  stu  osób, 

przeważnie  przerażonych,  rozgniewanych  albo  rannych.  Nie  byli  to  Yuuzhanie,  bo  ich  nie 

dawało  się  wyczuć  za  pośrednictwem  Mocy.  Wyczuła  jednak  promieniujący  od  voxyna 

drapieżny głód i pragnienie. Potwór prawdopodobnie znalazł szyb innej windy i zjeżdżał teraz 

na ich poziom. 

Pani inżynier wahała się chwilę, ale w końcu powiedziała: 

- Pracuje u nas jakiś Travot, ale nie należy do mojej ekipy. 

Yuuzhański podoficer odwrócił się i spojrzał na siostry. Niewątpliwie się zastanawiał, 

background image

jak  je  potraktować.  Alema  postanowiła  mu  trochę  pomóc  i  podpowiedzieć  pani  inżynier 

słowa, które chciała usłyszeć. Już wielokrotnie uciekała się do tej sztuczki, kiedy obie siostry 

musiały harować w kopalni ryllu w Kaia’uunie. 

- Jego pracownia znajduje się trochę dalej, prawda? - zapytała. -W sekcji czterdziestej 

drugiej? 

- Zgadza się. W sekcji czterdziestej drugiej - odparła machinalnie pani inżynier. 

Alema stanęła obok siostry i wymownie spojrzała na żywą laskę, która zagradzała im 

dalszą drogę. Podwładny zerknął niepewnie na podoficera, a ten spiorunował go spojrzeniem 

i gestem przepuścił uciekinierki. 

- Dopilnuj, żeby się z nim zobaczyły, a potem wróć - rozkazał surowo. 

Nie  chcąc  puścić  wojownflcaprzodem,  siostry  prześlizgnęły  się  obok  amphistaffa  i 

ruszyły  dalej.  Przedziały  były  oddzielone  od  siebie  łukowatymi  przegrodami.  Dzieliły 

korytarz  na  odcinki  o  długości  dziesięciu  metrów;  każdą  przegrodę  wyposażono  w  cienkie 

durastalowe  drzwi,  które  opadały  automatycznie  na  pierwszy  sygnał  o  spadku  ciśnienia 

pokładowej  atmosfery.  Drzwi  opuszczały  się  na  ustne  polecenie,  ale  przezorni  członkowie 

załogi  nie  chcieli  uciekać  się  do  tej  metody,  chociaż  umożliwiłoby  im  to  rozdzielenie 

oddziałów wojowników  Yuuzhan  przeszukujących  pomieszczenia  liniowca.  Spiesząc  się,  na 

ile  mogła,  aby  nie  wzbudzić  podejrzeń  towarzyszącego  im  Yuuzhanina,  Alema  uwolniła 

myśli i posługując się Mocą, wyczuła voxyna. Zwierzę znajdowało się na tym samym pozio-

mie co one i bardzo szybko się zbliżało. Uciekinierki docierały właśnie do sekcji trzydziestej 

trzeciej,  co  oznaczało,  że  od  wyrzutni  kapsuły  ratunkowej  dzieli  je  wciąż  jeszcze 

dziewięćdziesiąt metrów. 

-  Ależ  zmarzłam,  siostrzyczko  -  odezwała  się  w  pewnej  chwili  Alema,  pocierając 

obnażone ramiona. - Czy i ty odnosisz wrażenie, że się ochłodziło? 

- Milczeć! - warknął Yuuzhanin. - Takie zrzędzenie to zniewaga dla bogów! 

Alema  poczuła,  że  świerzbią  ją  palce,  jakby  chciały  się  zacisnąć  na  rękojeści 

świetlnego miecza. 

Z tyłu, z części korytarza, którą niedawno pokonały, dobiegł cichy chrobot pazurów. , 

Alema  obejrzała  się  przez  ramię  i  zobaczyła  w  oddali  ciemną,  falująca  plamę 

biegnącego zwierzęcia. 

-  Co  to  jest?!  -  krzyknęła  przerażoną  z  trudem  udając,  że  nie  ma  o  tym  pojęcia.  - 

Dlaczego nas ściga? 

Noma  także  się  obejrzała,  wydała  przerażony  pisk  i  wymachując  rękami,  puściła  się 

biegiem. Alema także pisnęła i zaczęła ją gonić. Zaskoczony strażnik krzyknął, by stanęły, a 

background image

potem  sam  podążył  w  ich  ślady.  Kiedy  uciekinierki  mijały  przegrodę  trzydziestą  ósmą, 

goniący ich wojownik wydał zdumiony okrzyk, a kiedy przebiegający obok voxyn powalił go 

na płyty pokładu, gniewnie warknął coś w swojej mowie. 

Alema nawet się nie obejrzała. 

-  Zamknąć  drzwi  grodzi  trzydziestej  ósmej!  -  zawołała.  -  Hasło  upoważniające: 

mgławica rubantine! 

Usłyszała,  że  drzwi  za  jej  plecami  szczęknęły,  syknęły  i  z  brzękiem  trzasnęły  o 

durastalową płytę. Chwilę później zadrżały, kiedy uderzyło w nie rozpędzone zwierzę. Alema 

była  pewna,  że  zamknięcie  drzwi  zwróci  uwagę  dowódcy  Yuuzhan  Vongów.  Wiedziała 

jednak, że nie może dopuścić, aby zwierzę ją pochwyciło. Miała nadzieję, że potwór skręcił 

kark,  okazało  się  jednak,  że  siostry  nie  miały  tyle  szczęścia.  Zwierzę  otrząsnęło  się  tylko  i 

ponownie grzmotnęło łbem w durastalową płytę. 

W końcu siostry minęły przegrodę czterdziestą drugą. Numa podbiegła do zewnętrznej 

ściany i przyłożyła dłoń do czujnika panelu kontrolnego. 

- Uwaga! Właśnie zażądałaś dostępu do wyrzutni kapsuły ratunkowej. - Generowany 

przez  komputer  damski  głos  miał  równie  radosne  brzmienie,  jak  wtedy,  kiedy  informował, 

jakie potrawy wchodzą w skład codziennego jadłospisu. - Jesteś pewna, że się nie pomyliłaś? 

- Jestem - oznajmiła Twi’lekianka. 

- Jeżeli tam wejdziesz, systemy bezpieczeństwa natychmiast zaalarmują... 

-  Przejmuję  kontrolę  nad  systemami  bezpieczeństwa  -  przerwała  oschle  Alema.  - 

Hasło: Pollux-osiem-jeden-sześć! Start poufny. 

- Przejęcie kontroli potwierdzone. 

Kiedy  broniąca  dostępu  do  wyrzutni  przesłona  zaczęła  się  otwierać,  od  strony  sekcji 

trzydziestej ósmej doleciał stłumiony huk. Alema zrozumiała, że puścił hermetyczny zatrzask 

drzwi. W pierwszej chwili pomyślała, że to ktoś z mostka wydał rozkaz, ale zaraz usłyszała 

zniekształcony głos pani inżynier z induktorni. 

Zaledwie  drzwi  uniosły  się  do  połowy  wysokości,  przez  szczelinę  przecisnął  się 

czarny  voxyn.  Ostre  kolce  na  grzbiecie  zwierzęcia  jeżyły  się  i  drżały,  a  biało  zakończony 

ogon  kołysał  się  z  boku  na  bok.  Stworzenie  wbiło  żółte  ślepia  w  płyty  pokładu  i  wysunęło 

długi rozwidlony jęzor, jakby chciało polizać powietrze. Alema znowu poczuła, że świerzbią 

ją palce. Żałowała bardziej niż kiedykolwiek, że nie ma u boku świetlnego miecza. 

-  Przygotować  kapsułę  ratunkową  -  poleciła  Numa,  wpychając  siostrę  do  zalanego 

błękitnym światłem pomieszczenia. - Pospiesz się, siostrzyczko! 

Alema odwróciła głowę i spojrzała w wylot dyszy prymitywnego silnika rakietowego. 

background image

Dysza  mogła  mieć  zaledwie  metr  średnicy,  ale  to  powinno  wystarczyć,  aby  stuosobowa 

kapsuła pokonała odległość dzielącą ją od najbliższej zamieszkanej planety. 

- Zamknąć drzwi przegrody czterdziestej drugiej! - zawołała stojąca wciąż jeszcze na 

korytarzu Numa. - Hasło upoważniające: mgławica rubantine! 

-  Hasło  upoważniające  tymczasowo  unieważnione  -  poinformował  ją  słodki  głos  z 

komputera.  -  Zalecam  porozumienie  się  w  tej  sprawie  z  kierownikiem  personelu 

inżynieryjnego... 

-  Przejmuję  kontrolę!  -  przerwała  mu  Numa.  -  Rozkazuję  rozbroić  systemy 

bezpieczeństwa. Hasło: Pollux... 

Kiedy  kończyła  wypowiadać  hasło,  Alema  prześlizgnęła  się  obok  dyszy  i  stanęła 

przed klapą włazu kapsuły. Od strony korytarza doleciał przyprawiający o mdłości chrzęst i 

łoskot,  ale  nie  mogła  czekać,  by  zobaczyć,  co  się  tam  wydarzyło.  Przyłożyła  dłoń  do  płytki 

panelu  umożliwiającego  dostęp  do  kabiny.  Klapa  się  otworzyła  i  odsłoniła  jasno  oświetlone 

wnętrze  z  dziesięcioma  rzędami  ustawionych  blisko  obok  siebie  foteli,  odpornych  na  duże 

przeciążenia.  Kapsuła  nie  miała  sterowni  ani  iluminatora,  a  kierował  nią  samotny  android-

pilot,  siedzący  dotąd  nieruchomo  przed  pojedynczym  panelem  kontrolnym.  Kiedy  weszła, 

pokazał jej fotel ustawiony najdalej od wejścia. 

-  Witam  w  kapsule  ratunkowej  czterdziestej  drugiej  -  powiedział.  -Proszę  zająć 

miejsce i zaczekać na pozostałych pasażerów. Nie musisz się... 

-  Przygotuj  się  na  zimny  start  -  przerwała  mu  Alema.  Żałowała,  że  nie  może  się 

zdecydować  na  gorący;  był  to  o  wiele  szybszy  sposób  oddalenia  się  od  burty  liniowca,  ale 

tryskający z dyszy ogień na pewno zwróciłby uwagę pełniących służbę na mostku członków 

załogi.  Co  prawda,  nie  miała  wielkiej  nadziei,  że  umkną  niezauważone,  ale  musiała  spró-

bować. - Na mój rozkaz. Hasło upoważniające: Pollux... 

- Hasło upoważniające zostało już podane - oznajmił rzeczowo android. Odwrócił się i 

zajął  rutynowymi  przygotowaniami  do  startu.  -Po  wejściu  do  kapsuły  nie  trzeba  powtarzać 

hasła umożliwiającego przejęcie kontroli. 

Od  strony  korytarza  doleciał  cichy  syk  i  bulgot.  Chwilę  potem  rozległ  się  wrzask 

Numy.  Alema  wyskoczyła  z  kapsuły  i  zobaczyła,  że  jej  siostra,  chwiejąc  się  na  nogach, 

usiłuje  wskoczyć  do  wyrzutni.  Przyciskała  dłonie  do  twarzy,  jakby  chciała  ją  osłonić. 

Najwyraźniej nic nie widziała. Pokonując próg, potknęła się i upadła tak, że stopy wystawały 

na korytarz. Jej twarz i pierś pokrywał brązowy skwierczący śluz, a oba lekku, spazmatycznie 

drżąc, obijały się raz po raz o durastalowe płyty pokładu. 

Alema  nie  wyczuwała  bólu  siostry,  choć  słyszała,  że  czasami  zdarza  się  to 

background image

władającemu Mocą rodzeństwu. Mimo to orientowała się aż za dobrze w jej myślach. Numa 

obawiała  się,  że  oślepnie,  ale  przede  wszystkim  paraliżowała  ją  świadomość,  że  odkryją  jej 

tożsamość, przez co stanie się odpowiedzialna za śmierć wielu następnych niewinnych istot. 

Alema wyczuwała także złość i urazę siostry do samej siebie za to, że pozwoliła stworzeniu 

się zaskoczyć. 

- Siostrzyczko! - Alema odskoczyła do Numy i zobaczyła voxyna, przyciśniętego do 

płyt pokładu przez durastalowe drzwi przegrody czterdziestej drugiej. Zwierzę starało się za 

wszelką cenę przecisnąć. Miało tułów spłaszczony jak naleśnik; Alema stwierdziła jednak ze 

zdziwieniem,  że  potwór  się  porusza.  W  dolną  krawędź  drzwi  wmontowano  czujniki 

uniemożliwiające  opadniecie  drzwi  z  największą  prędkością,  gdyby  ktoś  znajdował  się  pod 

nimi.  Sygnały  z  czujników  można  było  jednak  zignorować  -  gdyby  na  przykład  musiało  się 

zmiażdżyć kogoś pod drzwiami, by ocalić statek. 

Kiedy Alema pochylała się nad leżącą siostrą, zwierzę odwróciło spłaszczony pysk w 

jej stronę i strzeliło strugą brązowawej śliny. Uprzedzona atakiem na Numę, Alema otworzyła 

umysł  na  przepływ  Mocy  i  niemal  machinalnie  uniosła  rękę  na  wysokość  twarzy.  Ustawiła 

dłoń w taki sposób, aby odbić lecącą ku niej skwierczącą strugę i skierować ją zpowrotem w 

stronę  przytrzaśniętej  maszkary.  Ku  jej  zdumieniu  unieruchomiony  voxyn  błyskawicznie 

zamknął ślepia i obrócił pysk, aby struga śluzu go nie dosięgła. 

Alema  nie  zwróciła  na  to  uwagi.  Wyczuwała,  że  myśli  jej  siostry  słabną  i  stają  się 

coraz bardziej pogmatwane. Numa już nie krzyczała, ale jęczała. Alema złapała ją pod pachy, 

ale przy tym ubrudziła palce brązową żrącą mazią. Starała się nie myśleć, co taka ślina mogła 

zrobić z oczami i z twarzą Numy. 

- Odszukaj ośrodek równowagi, siostro - poleciła, wciągając ją do wyrzutni. -I otwórz 

się na przepływ Mocy. 

Nagle  Numa  się  uspokoiła,  a  jej  myśli  niepokojąco  ucichły.  Już  w  następnej  chwili 

spokój zniknął, a zastąpiła go straszliwa pustka. Alema krzyknęła i chciała spojrzeć na ranną 

siostrę,  ale  w  tej  samej  chwili  poczuła,  że  śluz  przeżarł  ciało  jej  palców  i  obnażył  kości. 

Zrozumiała, że nie znajdzie w sobie dość odwagi, aby popatrzeć na Numę. 

Wciągnęła ciało siostry do kapsuły ratunkowej, przedtem jednak zerknęła w kierunku 

opuszczonych  drzwi  przegrody.  Uwięziony  pod  nimi  voxyn  leżał  nieruchomo,  ale  nie 

przestawał  łypać  na  nią  żółtymi  ślepiami.  Część  jego  pyska  pokrywały  resztki  żrącej  mazi; 

łuski wciąż jeszcze rozpuszczały się i dymiły. Chwilę potem pod drzwiami, po obu stronach 

paszczy  stworzenia  pojawiły  się  łby  kilku  amphistaffów.  To  zapewne  wojownicy  Yuuzhan 

usiłowali podważyć i unieść drzwi, aby potwór mógł się przecisnąć. 

background image

Jakaś  część  Alemy,  która  nie  pogrążyła  się  w  żałobie  po  śmierci  siostry  i  wciąż 

jeszcze  uważała  się  za  Jedi,  uświadomiła  sobie,  że  oto  gaśnie  ostatni  słaby  promyk  nadziei 

wymknięcia się po kryjomu. Yuuzhan Vongowie z pewnością usłyszą pomruk zamykającego 

się włazu i głuchy stuk odłączającej się kapsuty. Cóż, nie miała wyboru. I tak już nie mogła 

ocalić  życia  kapitana  Polluksa.  Wiedziała,  że  nawet  gdyby  się  poddała,  Yuuzhan  Vongowie 

nie wybaczą mu, iż ich okłamał. Mimo to unicestwienie tak wielkiego liniowca jak „Ścigacz 

Mgławic”  z  pewnością  zajmie  im  sporo  czasu.  Alema  pomyślała,  że  jeżeli  natychmiast 

wystartuje,  dowódca  yuuzhańskiej  fregaty,  zamiast  zaatakować  pasażerski  liniowiec,  może 

puścić się w pościg za jej kapsułą. Chyba tylko w tym pokładała nadzieję... jedyną nadzieję. 

Odwróciła się i spojrzała na otwarty właz wyrzutni. 

- Zamknąć wyrzutnię... 

Zobaczyła, że pysk voxyna - bo tylko tyle z jego cielska widziała -odwraca się w jej 

stronę i rozciąga na szerokość pół metra. W tej samej sekundzie jej uszy poraził ogłuszający 

wrzask, a w brzuch trafiła potężna pięść fali dźwiękowej. Alema poczuła się nagle tak, jakby 

miała  zemdleć.  Nie  wypuszczając  ciała  martwej  siostry,  zatoczyła  się  na  burtę  kapsuły. 

Poczuła, że z jej ucha wycieka coś ciepłego. Uniosła rękę i dotknęła policzka odartym z ciała 

palcem; kiedy ją opuściła, ujrzała zakrwawione kości. 

Usiłowała wstać, ale omal nie zwymiotowała. Pozbawiona sił, zachwiała się i opadła 

na  czworaki.  Czuła,  że  kręci  się  jej  w  głowie,  a  żołądek  wywraca  się  na  drugą  stronę. 

Przeciągnęła ciało Numy przez próg kapsuły. 

-  Startuj!  -  krzyknęła,  zachłystując  się  powietrzem.  -  Natychmiast!  Drzwi  kabiny  się 

zasunęły,  światła  ściemniały,  ale  nic  więcej  się  nie  wydarzyło.  W  kapsule  nadal  panował 

spokój  i  cisza.  Zaniepokojona  uciekinierka  przecisnęła  się  między  rzędami  odpornych  na 

przeciążenia  foteli  i  spojrzała  przed  siebie.  Android-pilot  chyba  coś  jej  tłumaczył,  może 

usiłował  przekazać  zasady  prawidłowej  procedury  startowej.  Tak  czy  owak,  nie słyszała  ani 

słowa. 

-  Przejmuję  kontrolę!  -  wychrypiała,  ale  własnego  głosu  też  nie  usłyszała.  -  Kod 

upoważniający... 

Nie  dokończyła.  Kapsuła  ratunkowa  wystrzeliła  i  siła  odrzutu  cisnęła  ją  na 

durastalową  poręcz  fotela.  Dopiero  wtedy  przypomniała  sobie,  że  już  podawała  kod 

upoważniający ją do przejęcia kontroli nad kapsułą. 

 

Jaina  nie  zauważyła  startu  kapsuły.  Zerkając  na  umieszczony  nad  głową  ekran 

monitora, starała się ustawić antenę odbiorczą”Cienia” w taki sposób, aby możliwe najlepiej 

background image

odbierać  wąskopasmowy  sygnał  przesyłany  z  pokładu  „Ścigacza  Mgławic”.  Zadanie  nie 

byłoby łatwe także w idealnych warunkach, nawet gdyby gwiezdny liniowiec nie unosił się w 

odległości zaledwie dwudziestu milionów kilometrów od pomarańczowego słońca. Co więcej, 

pojawienie się fregaty Yuuzhan uniemożliwiało posługiwanie się silniczkami manewrowymi, 

a więc szansę powodzenia wydawały się znikome. 

Kilka  minut  później  Jaina  zdołała  jednak  uchwycić  źródło  kierunkowego  sygnału  w 

krzyż siatki namiemika i zrównała prędkość obrotową „Cienia” z prędkością, z jaką „Ścigacz 

Mgławic” przemieszczał się na tle tarczy pomarańczowego słońca. 

- Jak teraz? 

R2-D2 zareagował, przesuwając w górę ekranu monitora słowa odpowiedzi. 

- Nie, chyba nie mogę - odcięła się Jaina. - Jeżeli odbierasz cokolwiek, pokaż to nam 

w sterowni. 

W pomieszczeniu pojawiło się sześć niewyraźnych dwuwymiarowych wideogramów, 

starannie umieszczonych jeden obok drugiego na tle pleksistopowej owiewki. Na trzech było 

widać wojowników Yuuzhan Vongów zachowujących się jak wojownicy Yuuzhan Vongów, 

to  znaczy  niszczących  automaty,  wrzucających  elektroniczne  urządzenia  do  pojemników 

dezintegratorów  i  maltretujących  bezbronnych  uchodźców.  Czwarty  przedstawiał 

dziwacznego  ośmionogiego  gada  -  jeżeli  to  był  gad  -  przyszpilonego  do  płyt  pokładu  przez 

opuszczone  drzwi  przegrody.  Stworzenie  miało  łeb  paskudnie  przeżarty  jakimś  kwasem,  a 

jedno  jego  oko  wypadło  z  oczodołu,  zapewne  w  wyniku  nagłej  dekompresji.  Na  piątym 

obrazie  było  widać  pustą  wyrzutnię  kapsuły  ratunkowej.  Uwagę  Jainy  przyciągnął  jednak 

ostatni, szósty wideogram. 

Ukazywał mostek „Ścigacza Mgławic” i kapitana Polluksa w towarzystwie wszystkich 

pełniących  tego  dnia  służbę  członków  załogi.  Grupę  otaczali  liczni  wojownicy  Yuuzhan 

Vongów. Chociaż Jaina znała Polluksa osobiście, a obraz był całkiem wyraźny jak na trudne 

warunki przesyłania, z trudem go rozpoznała. Twarz kapitana wyglądała jak krwawiąca bryła 

mięsa.  W  pewnej  chwili  beznosy  Yuuzhanin  uniósł  amphistaffi  i  odciął  ucho  dowódcy 

„Ścigacza”. 

- Pytam ostatni raz! - wykrzyknął. - Gdzie przyjął pan na pokład tamtych Jeedai

Jakimś cudem Pollux znalazł w sobie dość sił, by się roześmiać. 

- Jakich Jedi? Yuuzhanin zachichotał. 

- Jest pan zabawną istotą, kapitanie - odpowiedział. Schylił się, podniósł odcięte ucho 

i  wcisnął  w  dłoń  mężczyzny.  Odwrócił  się  do  podwładnych  i  zarządził:  -  Przystąpić  do 

zabijania członków załogi! 

background image

Czując, że za chwilę zemdleje, Jaina odwróciła się do Mary. 

- Możemy im jakoś pomóc? - zapytała. 

Mara nie oderwała spojrzenia od ekranu monitora nawigacyjnego komputera. 

- Kapitanowi i załodze chyba już nic i nikt nie pomoże - rzekła. -Spójrz jednak na to. 

Wystukała na klawiaturze polecenie i w sterowni pojawiła się złocista nitka trajektorii 

lotu.  Zaczynała  się  przy  burcie  „Ścigacza  Mgławic”,  mijała  w  pewnej  odległości  dziób 

„Cienia”, a potem zakrzywiała się i kierowała w stronę tarczy planety. 

-  Kapsuła  ratunkowa? -  zapytała Jaina, nie wierząc własnym oczom.  Odwróciła się  i 

znów spojrzała na liniowiec. Ze zdumieniem stwierdziła, że yuuzhańska fregata wciąż jeszcze 

unosi  się  nieruchomo  nieopodal  włazu  śluzy  „Ścigacza  Mgławic”.  -  Naraziły  na 

niebezpieczeństwo  tysiące  uchodźców,  a  później  wymknęły  się  w  kapsule?  I  to  mają  być 

Jedi? 

-  Paskudnie  to  wygląda,  prawda?  -  Mara  zajęła  się  wpisywaniem  parametrów 

trajektorii,  która  miała  umożliwić  przechwycenie  kapsuły.  -Ściągnijmy  je  na  pokład,  zanim 

narobią jeszcze więcej zamieszania. 

 

background image

ROZDZIAŁ

 

 

Usiany  masztami  anten  horyzont,  widoczny  zaledwie  kilometr  od  transpastałowej 

ściany,  kończył  się  bezkresną  przepaścią,  pełną  koziołkujących  asteroid  i  unoszących  się 

nieruchomo  ogników  odległych  słońc.  Od  czasu  do  czasu  w  przestworzach  pojawiały  się 

niewielkie  błękitne  punkciki,  by  zaraz  zmienić  się  w  podświetlone  prostokąty  ogromnych 

barek  towarowych,  powracających  z  odległych  fabryk  z  ładunkiem  durastali  na  pokładzie. 

Raz  po  raz  ciemność  rozjaśniały  także  długie  świetliste  ogony  jonowych  smug  z  silników 

załogowych frachtowców, transportujących towary między stu kilkudziesięcioma orbitalnymi 

suchymi  dokami.  Tu  i  ówdzie  gigantyczne  automaty  spawalnicze  sypały  na  szkielety 

montowanych gwiezdnych statków fontanny oślepiających iskier. 

Przylatując  tu,  Han  Solo  naliczył  prawie  pięćset  okrętów  konstruowanych  w  starych 

stoczniach planety Bilbringi. Były to przeważnie eskortowce, korwety i inne małe jednostki, 

które  budowano  stosunkowo  szybko.  Widział  jednak  także  szkielety  dwóch  gwiezdnych 

niszczycieli  klasy  Imperiał.  Domyślał  się,  że  budowy  ogromnych  okrętów  zapewne  nie  uda 

się  zakończyć  przed  spodziewanym  atakiem  Yuuzhan  Vongów  na  gwiezdne  stocznie. 

Kadłuby  co  prawda  sprawiały  wrażenie  prawie  ukończonych,  a  co  najważniejsze, 

zamontowano  już  w  nich  potężne  jednostki  napędowe.  Wyglądało  na  to,  że  młody 

sullustański dowódca, generał Muun, działa metodycznie i zgodnie z opracowanym planem. 

Takie  postępowanie  przeważnie  bardzo  się  podobało  rezydującym  na  Coruscant  dowódcom 

armii  i  floty  Nowej  Republiki,  ale  za  to  skutecznie  wyczerpywało  ograniczone  zasoby 

cierpliwości Hana Solo. 

Żałując,  że  nie  może  się  posłużyć  żadną  stosowaną  przez  rycerzy  Jedi  techniką 

relaksacyjną, o których tyle opowiadał mu starszy syn, Jacen, Solo ułożył twarz w nieszczery 

uśmiech  i  skierował  spojrzenie  na  środek  pokoju.  Na  kanapie  siedziała  tam  jego  żona, 

pogrążona  w  rozmowie  z  generałem  Muunem.  Z  twarzy  Leii  biła  ta  sama  jasność,  która 

urzekła  Hana  przed  tylu  laty.  Nigdy  nie  mógł  zrozumieć,  jakim  cudem  Leia,  służąc 

trzydzieści  lat  galaktyce,  wciąż  jeszcze  potrafi  wykrzesać  z  siebie  tyle  energii  i  zapału. 

Wiedział jednak, że właśnie ta cecha jej charakteru stała się dla niego punktem odniesienia - 

czymś niezmiennym, na czym mógł się opierać przez dziesięciolecia walk, klęsk i śmierci. Jej 

nogi  -co  prawda,  wyleczone  po  przeżyciach  na  Duro,  które  o  mało  nie  zakończyły  się  jej 

śmiercią-wciąż  jeszcze  niezbyt  sprawne  nie  zawsze  potrafiły  utrzymać  ciężar  ciała. 

background image

Świadomość,  że  o  mało  nie  stracił  żony,  ściskała  serce  Hana  niczym  lodowata  obręcz. 

Poprzysiągł sobie, że już nigdy, przenigdy nie zostawi jej samej. 

-...  W  grę  wchodzi  życie  setek  tysięcy  istot,  panie  generale  -  upierała  się  Leia.  - 

Yrayowie  to  bardzo  delikatne  istoty.  Jeżeli  nie  zapewnimy  im  ochrony,  konwój  z 

bezbronnymi uchodźcami stanie się łatwym łupem Yuuzhan Vongów. 

- A ile innych istot zginie, jeżeli Nowa Republika dopuści do zaatakowania Bilbringi, 

zanim ukończymy budowę okrętów floty? - zapytał Muun. Obwisłe, ciężkie fałdy policzkowe 

drżały, kiedy mówił, ale na przypominającej nieruchomą maskę płaskiej twarzy nie malowały 

się  żadne  uczucia.  -  Łupem  Yuuzhan  mogą  paść  całe  planety,  a  wówczas  życie  straci  wiele 

milionów niewinnych obywateli. 

- Prosi pana jedynie o dwadzieścia okrętów - wtrącił się zniecierpliwiony Solo. 

Generał skierował na niego czarne oczy. 

-  Prosi  o  pięć  krążowników  i  piętnaście  korwet,  a  to  jedna  czwarta  wszystkich 

jednostek,  jakimi  dysponują  obrońcy  Bilbringi  -  odparł.  -I  to  w  chwili,  kiedy  Yuuzhan 

Vongowie zaczęli niepokoić nasze najdalej wysunięte posterunki. 

-  Zgadzamy  się,  żeby  zatrzymał  pan  „Nieposkromionego”.  -  Han  spróbował  nadać 

głosowi  przekonujące  brzmienie.  -  A  pozostałe  jednostki  powrócą  przed  upływem 

standardowego tygodnia... najwyżej dwóch, panie generale. 

- Przykro mi, ale odmawiam. - Muun pokręcił głową i zaczął wstawać z kanapy. 

Ze stojącego na biurku Sullustanina osobistego komunikatora wydobył się cichy pisk. 

Stojący obok kanapy protokolarny android C-3PO uniósł głowę. 

- Życzy pan sobie, żebym odebrał? - zapytał. 

Muun kiwnął głową. 

- Jeżeli to nic pilnego, odpowiem za kilka minut. 

-  Dzięki,  Threepio  -  dodał  Han.  Wiedział,  że  każda  przerwa  w  rozmowie  zmniejsza 

szansę  otrzymania  eskortowców.  Usiadł  na  krześle  ustawionym  naprzeciwko  Sullustanina.  - 

Chyba pan zapomina, z kim pan rozmawia, generale - powiedział. 

W brązowych oczach Leii pojawiały się alarmujące błyski. -Hanie... 

- Jeszcze niedawno mogłaby zażądać, żeby przydzielił pan jej te okręty - ciągnął Solo. 

- Jeżeli ktokolwiek zasługuje... 

-  Dobrze  wiem,  na  co  zasługuje  księżniczka  -  przerwał  mu  Muun  i  z  pewnym 

wahaniem  znów  usiadł  na  kanapie.  -  Studiując  w  akademii,  zapoznawałem  się  z 

historycznymi wideogramami... 

-  Historycznymi  wideogramami?  -  powtórzył  Han  i  jęknął.  -  Kiedy  pana  włączyli? 

background image

Mniej więcej w ubiegłym roku? - Uniósł głowę i przez transpastalowe płyty kopuły popatrzył 

na  chmary  statków  rojących  się  wokół  suchych  doków.  -  Musiał  pan  mieć  niezłe  wyniki 

próbnych testów, skoro mianowali pana dowódcą w takim miejscu. 

Obwisłe fałdy policzkowe Sullustanina zadrżały z oburzenia, ale zanim generał zdążył 

odpowiedzieć, jeszcze raz wtrącił się C-3PO. 

- Przepraszam,  że  przeszkadzam,  ale  emisariusz  istot  rasy  Yuuzhan  Vong  pragnie 

zobaczyć się i porozmawiać z księżniczką Leią. 

- Co takiego?! - wykrzyknęli równocześnie Han i Leia. 

- Powiedz mu, że nic z tego - dorzucił Solo. 

- Jak mnie tu odnalazł? - zapytała Leia. 

C-3PO  zwrócił  złocistą  .głowę  w  stronę  mikrofonu  komunikatora  i  wysłał 

zakodowane pytanie, które zabrzmiało jak trwający milisekundę pisk. Odpowiedź nadeszła po 

chwili. 

- Rozmawiając z oficerem dyżurnym, emisariusz istot rasy Yuuzhan Vong nie zgodził 

się ujawnić tej informacji - odparł. - Przysięga jednak na imię Yun-Yammki, że nie zamierza 

wyrządzić pani żadnej krzywdy. Pragnie tylko porozmawiać na temat losu, jaki może spotkać 

uchodźców. 

- Nie - powtórzył stanowczo Han. 

Leia spiorunowała go spojrzeniem i odwróciła się do Threepia. 

- Powiedz mu, że niebawem podam mu warunki - rzekła. 

-  Czyś  ty  naprawdę  oszalała?  -  burknął  Han.  Wiedział,  że  nigdy  nie  wygra  z  nią 

pojedynku  na  argumenty,  ale  musiał  przynajmniej  spróbować.  W  wyniku  napaści  Yuuzhan 

stracił  najlepszego  przyjaciela  i  nie  zamierzał teraz stracić żony. - A  może  już zapomniałaś, 

do  jakiego  podstępu  uciekła  się  Elan,  kiedy  usiłowała  zabić  cię  za  pomocą  bo’tousów?  Ani 

jak mało brakowało w zeszłym roku, żebyś straciła obie nogi na Duro? 

- Nie zapomniałam - rzekła cicho Leia. Odwróciła się do gospodarza. - Jestem pewna, 

że generał Muun także jest ciekaw, jakim cudem Yuuzhan  Vongowie dowiedzieli się, gdzie 

mnie szukać. 

Sulkistanin kiwnął głową. -To prawda. 

- Nie może pan dopuścić, żeby jakiś Yuuzhanin wylądował na Bilbringi! - upierał się 

Han, uświadamiając sobie, że tylko generał Muun mógłby powstrzymać Leię przed podjęciem 

tak wielkiego ryzyka. - Zobaczy nasze okręty... 

-  Wrogowie  zauważą  je  tylko  wówczas,  gdy  im  pokażemy.  -  Sullustanin  nawet  nie 

odwrócił  głowy,  żeby  spojrzeć  na  Hana.  Jego  obwisłe  fałdy  policzkowe  uniosły  się; 

background image

wyglądało  to  tak,  jakby  na  twarzy Muuna  ukazał  się  niewyraźny  uśmiech.  -Właśnie  na  taką 

okazję czekaliśmy -dodał, kierując czarne oczy na Leię. 

- A zatem skorzystajmy z niej. - Leia odwróciła się do Threepia. -Możesz przekazać 

temu Yuuzhaninowi, że zagwarantujemy mu bezpieczeństwo. 

- Pod warunkiem, że przyleci nieuzbrojony i bez maski - dodał ponuro Han. Domyślał 

się,  że  ochroniarze  Leii,  istoty  rasy  Noghri,  które  w  tej  chwili  czekały  na  korytarzu  po  oba 

stronach  drzwi  gabinetu  Muuna,  nie  ucieszą  się,  kiedy  to  usłyszą.  Podobnie  jednak  jak  on, 

żadna istota nie mogłaby nawet marzyć o nakłonieniu Leii do zmiany zdania. -A jeżeli kryje 

się za tym jakaś podstępna sztuczka... 

- Obiecał, że będzie zachowywał się przyzwoicie - przypomniał C-3PO. -Jeżeli jednak 

chce pan znać moje zdanie, obietnica złożona przez Yuuzhan Vonga jest warta mniej więcej 

tyle samo, ile przysięga Jawy. 

Generał Muun wstał, podszedł do biurka i wybrał bezpieczny kanał łączności z szeFe’l 

służby bezpieczeństwa. 

-  Natychmiast  rozpocząć  operację  „Przerwa  Śniadaniowa”  -  rozkazał.  -I 

poinformować wszystkich, że to nie ćwiczenia. 

Han i obaj ochroniarze Leii spędzili następne dwie godziny, przekształcając jeden ze 

starych  pokojów  przesłuchań,  wykorzystywany  jeszcze  przez  funkcjonariuszy  służby 

bezpieczeństwa  Imperium,  w  pomieszczenie,  w  którym  Leia  mogłaby  rozmawiać  z 

Yuuzhaninem  bez  obawy  o  życie.  Najważniejszym  zapewniającym  bezpieczeństwo  elemen-

tem  wyposażenia  miała  być  rozdzielająca oboje rozmówców gruba transpastalowa  płyta, ale 

Han  pamiętał  także  o  zestawach  bioczujników  śledzących  funkcje  organizmu  Yuuzhanina. 

Zadbał również o zainstalowanie urządzeń utrzymujących zmniejszone ciśnienie powietrza w 

drugiej  połowie.  Miało  to  uniemożliwić  rozprzestrzenianie  się  toksyn,  którymi 

nieprzyjacielski emisariusz mógłby posłużyć się jak tajną bronią. No i nie zapomniał o klapie 

w  suficie.  Otwarcie  jej  powodowało,  że  powietrze  z  yuuzhańskiej  części  pomieszczenia 

szybko uchodziło na zewnątrz. 

Generał Muun także przygotowywał się do wizyty Yuuzhanina, równie starannie, ale 

dwa  razy  szybciej.  Niemal  natychmiast  po  wydaniu  rozkazu  rozpoczęcia  operacji  orbitalne 

suche doki, jeden po drugim, zaczęły zamierać i ciemnieć. Gwiezdne stocznie z każdą chwilą 

sprawiały  wrażenie  coraz  bardziej  zaniedbanych  i  opuszczonych.  Kiedy  w  końcu  nad 

planetoidą  pojawił  się  stateczek  yuuzhańskiego  wysłannika,  funkcjonowały  tylko  trzy  czy 

cztery  niemal  doszczętnie  wyeksploatowane  suche  doki.  Wokół  kadłubów  konstruowanych 

tam kilku niegroźnych korwet krzątało się, usiłując ukończyć pracę, zaledwie kilkudziesięciu 

background image

pracowników.  Ogromna  większość  pozostałych  suchych  doków  stała  się  po  prostu 

niewidoczna  w  ciemności  przestworzy.  Tylko  kilka,  oświetlonych  blaskiem  sąsiednich 

gwiazd,  ukazywało  niewielkie  jednostki  w  różnych  stadiach  konstrukcji.  Nie  było  jednak 

widać  przy  nich  ani  jednej  istoty.  Ogromne  gwiezdne  stocznie  sprawiały  wrażenie 

opuszczonych,  zapewne  w  wyniku  wydanego  wcześniej  rozkazu  ewakuacji.  Obojętne,  czy 

sullustański generał zasługiwał, czy nie na powierzenie mu dowództwa w tak młodym wieku, 

Han  musiał  podziwiać  jego  mądrość  i  rozwagę.  Sądząc  po  tym,  co  widział  z  powierzchni 

planetoidy,  mógłby  przysiąc,  że  wojownicy  Yuuzhan  Vongów  nie  będą  się  spieszyć  z 

atakowaniem i zdobywaniem gwiezdnych stoczni planety Bilbringi. 

W  końcu  C-3PO  oznajmił  przybycie  emisariusza  wrogów  i  kwadrans  później 

kilkunastu  strażników  wprowadziło  gościa  do  przygotowanego  pomieszczenia.  Yuuzhanina 

nie  potraktowano  z  honorami  należnymi  przybywającemu  dyplomacie.  Skonfiskowany 

przedmiot,  który  wyglądał  jak  sztuczne  oko,  spoczywał  teraz  w  dłoni  oficera  służby 

bezpieczeństwa, a zamiast własnego ubrania, Yuuzhanin miał na sobie noszony przez człon-

ków  załóg  okrętów  floty  cienki  płaszcz  z  kapturem.  W  dłoni  trzymał  gąbczaste  stworzenie 

przypominające villipa, którym nieprzyjaciele posługiwali się do nawiązywania łączności na 

dużą  odległość.  Ten  jednak  był  trochę  większy  i  wyglądał  jak  trzęsąca  się  galareta. 

Zatrudnieni  w  stoczni  naukowcy  prześwietlili  stworzenie,  aby  ustalić,  czy  nie  kryje  żadnej 

używanej dotychczas przez Yuuzhan Vongów śmiercionośnej broni. Potwierdzili, że to tylko 

umożliwiające  łączność  zwierzę,  a  przynajmniej  twór  organiczny,  ale  noghriańscy 

ochroniarze Leii, Adarakh i Meewalha, nie uwierzyli im na słowo. Zapowiedzieli, że też chcą 

obejrzeć dziwne stworzenie. Oglądali je, obwąchiwali, poszturchiwali i ściskali tak długo, aż 

Han przestraszył się, że villip pęknie. Na wszelki wypadek położył dłoń na włączniku klapy 

w suficie. Pomyślał, że nie uwierzy w niczyje zapewnienia, dopóki ktoś nie wytłumaczy mu, 

jakim cudem przerośnięty pierwotniak może przesyłać wiadomości i obrazy na przeciwległy 

kraniec galaktyki równie skutecznie, jak urządzenia HoloNetu. 

Kiedy  wszystko  przygotowano,  strażnicy  wepchnęli  yuuzhańskiego  emisariusza  do 

jego części pomieszczenia, wyszli i zamknęli drzwi na klucz. Obca istota usiadła na jedynym 

krześle  przy  stole  ustawionym  mniej  więcej  w  połowie  odległości  między  drzwiami  a 

przegrodą. 

Leia podeszła do transpastalowej płyty. 

-Nazywam się Leia Organa Solo - oznajmiła. 

- Wiem. Już kiedyś się spotkaliśmy, na Rhommamoolu. - Chrapliwy głos emisariusza 

miał  wyzywające,  aroganckie  brzmienie.  Kiedy  Yuuzhanin  się  odezwał,  Leia  zbladła  jak 

background image

ściana.  Wysłannik  położył  gąbkę  na  blacie  stołu  i  zsunął  kaptur  z  głowy.  Ukazała  się 

zdeformowana  i  poorana  bliznami  szpetna  twarz,  w  której  płonęło  tylko  jedno  oko.  -I  na 

Duro, gdzie nawet jakiś czas współpracowaliśmy. 

- Cree’Ar? - Leia opuściła prawą rękę; miała wielką ochotę zacisnąć palce na rękojeści 

świetlnego  miecza,  który  kilka  lat  wcześniej  sporządził  dla  niej  Luke  Skywalker.  Jej 

poprzedni miecz został zniszczony przez Tsavonga Laha na planecie Duro. - Nom Anor! 

-  Masz  doskonałą  pamięć.  -  Yuuzhanin  obrzucił  rozmówczynię  pogardliwym, 

lodowatym  spojrzeniem.  -  Jak  miewa  się  twój  syn  Jacen?  A  twoja  szwagierka  Mara?  Czy 

nadal  tak  dobrze  jak  ostatnio?  Prawdopodobnie  wiesz,  że  bardzo  interesuje  mnie  jej  stan 

zdrowia. 

Han z przerażeniem uświadomił sobie, że omal nie przycisnął włącznika klapy. 

-  Gadaj  tak  dalej,  cwaniaku  -  mruknął  na  tyle  głośno,  aby  Yuuzhanin  go  usłyszał. 

Podczas  ataku  Yuuzhan  na  Duro  Nom  Anor  usiłował  zabić  Marę  i  Jainę,  a  także  starał  się 

przyczynić się do śmierci Leii i Jacena. Jeszcze wcześniej zatruł organizm Mary zarodnikami 

śmiercionośnej  choroby,  której  przezwyciężanie  trwało  ponad  dwa  lata.  -  Nic  nie  ucieszy 

mnie bardziej niż przyglądanie się, jak oddychasz w próżni. 

Z twarzy Noma Anora nie zniknął fałszywy uśmieszek. 

- Chyba nie wcześniej, aż usłyszysz, co chcę wam powiedzieć? -zadrwił. - Nie sądzę 

zresztą, żeby Leia Organa Solo kłamała, kiedy obiecywała, że będę tu bezpieczny. 

- To była moja obietnica, nie Hana - rzekła z naciskiem Leia. -A on już nie jest taki 

cierpliwy jak kiedyś, więc uważaj. Jak dowiedziałeś się, gdzie mnie szukać? 

-  Yrayowie  zarządzili  ewakuację,  więc  dokąd  mogłabyś  się  udać  z  prośbą  o 

przydzielenie im eskorty? - Nom Anor pokazał na leżące stworzenie. - Czy mogę? - zapytał. 

-  Yrayowie  ewakuują  się  już  od  kilku  tygodni  -  odparła  Leia,  zdecydowana  uzyskać 

odpowiedź na swoje pytanie. Han uznał, że Nom Anor i tak się nie przyzna, czy na Bilbringi 

przebywąją jego szpiedzy. To jednak, co przemilczał, powinno się także przydać generałowi 

Muunowi. -A my przylecieliśmy tu zaledwie przed kilkoma godzinami. 

-  Obserwujemy  oczywiście  wszystko,  co  dzieje  się  wokół  Bilbringi.  -  odparł  Nom 

Anor.  -  Nic  więcej  nie  mam  do  powiedzenia  na  ten  temat.  -  Już  bez  pytania  delikatnie 

pogłaskał  stworzenie,  aby  się  obudziło.  -Przebieg  naszej  rozmowy  pragnie  poznać  Tsavong 

Lah. 

Villip  rozpłaszczył  się  na  blacie  stołu,  a  nad  nim  pojawiła  się  żółtawa  poświata. 

Chwilę  później  przybrała  postać  długiego  gwiezdnego  statku  o  kanciastej  rufie  i 

charakterystycznym  mostku  w  kształcie  obucha.  Leia  zrozumiała,  że  widzi  ogromny 

background image

pasażerski  liniowiec  wyprodukowany  przez  Koreliańską  Korporację  Inżynieryjną.  Nie 

zauważyła za rufą płomienistego strumienia jonów, a wrota śluzy były otwarte, co pozwalało 

się domyślać, że statek unosi się nieruchomo w przestworzach. 

- To gwiezdny liniowiec „Ścigacz Mgławic” - oznajmił Nom Anor. 

- Oglądacie to, co dzieje się tam w tej chwili. 

Hanowi serce podskoczyło do gardła. Z pasażerkami właśnie tego liniowca miały się 

spotkać Mara i Jaina. Ich zadanie nie wyglądało na specjalnie trudne. Obie Jedi miały tylko 

polecieć  do  bezpiecznego  sektora  i  przyjąć  Twi’lekianki  na  pokład,  a  potem  wrócić. 

Widocznie  jednak  nie  wszystko  potoczyło  się  zgodnie  z  planem.  Han  próbował  utrzymać 

kamienny  wyraz  twarzy,  jak  wtedy,  kiedy  zasiadał  do  gry  w  sabaka.  Zmusił  się,  żeby  nie 

patrzeć na żonę. 

- Interesujący obrazek - rzekła obojętnie Leia. Z pewnością żywiła te same obawy, co 

jej  mąż,  ale  w  jej  głosie  brzmiał  sarkazm.  -  A  zatem,  nauczyliście  się  przesyłać  hologramy. 

Ciekawe, kiedy w HoloNecie pojawią się wasze pierwsze dramaty. 

- Yuuzhanie już wiele wieków temu nauczyli się wytwarzać żywe obrazy - odciął się 

Nom Anor. - Pokazuję ci ten statek, ponieważ mistrz wojenny uważa, że zechcesz zawrzeć z 

nim porozumienie. 

Oho, zaczyna się, pomyślał Solo. Odsunął rękę od włącznika klapy. Nie ufał sobie na 

tyle,  by  mieć  pewność,  że  nie  przyciśnie  go,  kiedy  Nom  Anor  oświadczy,  iż  Yuuzhan 

Vongowie jednak zdołali pochwycić Jainę. 

- Tsavong Lah się pomylił - oznajmiła Leia. Jej głos brzmiał przesadnie sucho i chyba 

tylko to dowodziło, że jej skóra cierpnie z przerażenia. - Wolałabym zawrzeć porozumienie z 

Hurtami niż z wami. 

- Huttowie nie mają tego, na czym ci zależy. - Nom Anor dźgnął szponiastym palcem 

w  hologram.  -Na  pokładach  tego  liniowca  przebywa  dziesięć  tysięcy  uchodźców.  Tylko  od 

ciebie zależy, czy przeżyją. 

-  Jeżeli  Tsavong  Lah  wysłał  cię  tylko  w  celu  pokazania  mi  tego  obrazka,  uważam 

naszą rozmowę za zakończoną- oznajmiła. 

Odwróciła  się  plecami  do  emisariusza  i  skierowała  do  drzwi  swojej  połowy 

pomieszczenia.  Han  ostatkiem  sił  powstrzymał  się  od  przypomnienia  jej,  że  w  grę  wchodzi 

także życie ich córki. Ugryzł się jednak w język i zachował milczenie. Domyślił się, że jego 

żona chce poderwać zaufanie wysłannika nieprzyjaciół do siły jego własnych argumentów. 

Dochodziła już do drzwi, gdy Nom Anor zawołał: 

- Możesz ich uratować! 

background image

Wstał z krzesła i spojrzał na nią ponad świetlistym hologramem liniowca. 

- Powiedz mi tylko, gdzie kryje się baza waszych Jedi. 

Leia zerknęła na Hana. Pewnie się zastanawiała, czy Nom Anor chciał powiedzieć, że 

mogłaby ocalić uchodźców, czy też Jainę i Marę. 

- Mogę powiedzieć ci tylko, że baza Jedi nie istnieje - odparła po chwili. 

Nom Anor westchnął demonstracyjnie głęboko i usiadł. 

- Księżniczko, jeszcze raz dyskredytujesz mnie w oczach Tsavonga Lana - powiedział 

i spuścił głowę. - Doradziłem mu, a nawet go zapewniłem, że nigdy nie poświęcisz tak wielu 

istot,  aby  ocalić  garstkę.  On  jednak  uważa,  że  w  trosce  o  paru  Jedi  zgodzisz  się  poświęcić 

życie wielu, bardzo wielu innych istot. 

Kiedy  mówił,  świetlisty  hologram  przecięły  kule  ognistej  plazmy.  Dotarły  do  burty 

pozbawionego ochronnych pól liniowca i wypaliły w durastalowych płytach poszycia czarne 

dziury.  Ukazały  się  kłęby  ciemnego  dymu,  a  z  otworów  wystrzeliły  w  próżnię  ledwo 

widoczne przedmioty. Leia wiedziała, że z uszkodzonych miejsc uchodziło powietrze. Chwilę 

później  ciemność  przecięły  następne  strugi  płonącej  plazmy.  Wiele  ognistych  pocisków 

przeniknęło  w  głąb  statku  przez  otwory  wypalone  przez  poprzednią  salwę.  Z 

pewnościąniektóre dotarły aż do śródokręcia. Chmury dymu zgęstniały i ściemniały. W mrok 

przestworzy  poszybował  rój  nowych  okruchów.  W  następnej  sekundzie  hologram  zadrżał  i 

zaczął się zmieniać. Ukazało się powiększenie miejsc, przez które kule plazmy wdarły się do 

środka  liniowca.  Dopiero  wtedy  Leia  stwierdziła,  że  wysysane  na  zewnątrz  szczątki  to 

rozerwane  przez  nagłą  zmianę  ciśnienia,  bezradnie  koziołkujące  w  próżni  trupy  pasażerów 

statku. 

-  Zaiste,  mądrość  Tsavonga  Laha  jest  równie  wielka,  jak  ta  galaktyka.  -  Nom  Anor 

przewrócił  jedynym  okiem,  jakby  uznał,  że  opowiada  dobry  dowcip.  Gestem  wskazał 

hologram  liniowca.  -  Tamci  giną,  ponieważ  na  pokładzie  podróżowali  Jedi.  Jeżeli  Jedi  nie 

chcą,  żeby  zginęło  więcej  pasażerów,  niech  poddadzą  się  w  ciągu  jednego  waszego  stan-

dardowego tygodnia. 

- Więcej? - powtórzył Solo. Był pewien, że Nom Anor chce, aby zadał właśnie takie 

pytanie, ale nie potrafił się powstrzymać. Musiał, po prostu musiał się dowiedzieć, co z Jainą. 

- A konkretnie ilu? 

-  Wasi  zwiadowcy  potwierdzą,  że  jednostki  naszej  floty  otoczyły  planetę  Talfaglio. 

Obiecuję, że w ciągu następnego tygodnia wszystkie statki z uchodźcami pozostaną nietknięte 

na  orbitach.  Jeżeli  Jedi  się  poddadzą,  pozwolimy  statkom  odlecieć.  Jeśli  nie,  wszystkie 

unicestwimy. -Nom Anor zerknął na dłoń Hana, która znów zbliżyła się do włącznika klapy. - 

background image

Taki sam los spotka uchodźców, jeżeli nie wrócę. 

-  Naprawdę  się  spodziewasz,  że  Jedi  się  poddadzą?  -  zapytał  Solo.  Czuł  zbyt  wielką 

ulgę, że Nom Anor nie wspomniał ani słowem o tym, co mogło spotkać Jainę lub Marę, aby 

zgrzytać  zębami  na  myśl  o  losie,  jaki  chcieli  zgotować  Yuuzhanie  dziesiątkom  tysięcy 

uchodźców.  Nie  był  pewien,  czy  powinien  przejmować  się  ich  położeniem,  ale  w  tej  chwili 

liczyło się tylko, że Mara i Jaina są bezpieczne. -Zapomnij o tym, kolego - dodał, drapieżnie 

się uśmiechając. - Równie dobrze możemy już teraz zacząć przedstawienie. 

Wbił spojrzenie w Noma Anora i przysunął rękę jeszcze bardziej do włącznika klapy. 

Wyszczerzył zęby, dając czas Leii, by go powstrzymała. Zauważył, że Yuuzhanin, szyderczo 

uśmiechnięty,  wpatruje  się  w  niego  jak  urzeczony.  Nie  przestał  się  uśmiechać  nawet 

wówczas,  kiedy  palce  Hana  musnęły  powierzchnię  włącznika,  pogładziły  go,  ale  nie 

przycisnęły.  Leia  musi  mieć  więcej  czasu  na  zastanowienie,  czy  powinna  go  powstrzymać. 

Ona  jednak  się  nie  odezwała.  Han  spojrzał  na  nią  i  stwierdził,  że  żona  patrzy  z  nieopisaną 

wściekłością na yuuzhańskiego wysłannika. 

- Na co czekasz? - zapytała. 

- Naprawdę? 

- Włączaj! - Leia kiwnęła głową. 

Han poczuł się nieswojo. Przyszło mu na myśl, że Nom Anor nie wspomniał o Jainie 

ani o Marze z innego powodu, który Leia już odgadła. 

Istniała  możliwość,  że  obie  Jedi  znajdowały  się  na  pokładzie  „Ścigacza  Mgławic”, 

kiedy Yuuzhanie zaczęli go ostrzeliwać. Pewnie nawet nie wiedzieli, kogo zabijają. 

Han  przycisnął  guzik,  a  w  suficie  pojawiła  się  szczelina.  Z  części  pomieszczenia,  w 

której siedział Nom Anor, zaczęło z głośnym sykiem uchodzić powietrze. 

- Oszaleliście? - Yuuzhanin zerwał się na równe nogi. - Zamordujecie miliony istot! 

Leia  podeszła  do  męża,  wyciągnęła  rękę  i  dotknęła  włącznika.  Szczelina  w  suficie 

przestała się rozszerzać, ale nie zniknęła. 

-  To  nie  my,  ale  wy  ich  zamordujecie  -  powiedziała.  Powietrze  z  pomieszczenia 

Yuuzhanina nie przestawało uciekać w próżnię. Wizerunek „Ścigacza Mgławic” zamigotał i 

zniknął. Leżący na blacie stołu villip zadrżał i zwinął się w kulę. Nom Anor spojrzał na sufit, 

a w następnej chwili przeniósł niedowierzające spojrzenie na Leię. Na jego oszpeconej twarzy 

malowało się zdumienie. Leia zobaczyła, że Yuuzhanin przykłada dłonie do uszu. Odczekała 

jeszcze  chwilę  czy  dwie,  a  potem  przycisnęła  włącznik.  Szpara  zaczęła  się  zmniejszać  i  w 

końcu zniknęła całkowicie. 

Nom Anor oderwał dłonie od uszu. 

background image

- Wracaj do swojego mistrza wojennego i powiedz, jak cię tu potraktowano - poradziła 

Leia.  -  Powiedz  mu,  że  Jedi  nie  biorą  na  siebie  odpowiedzialności  za  śmierć  istot,  które 

zamierza  zamordować.  Powiedz  też,  że  jeżeli  jeszcze  raz  przyśle  kogoś  z  podobnymi 

groźbami, jego emisariusz nie powróci. 

Nom Anor kiwnął głową - może nie pokornie, ale też mniej arogancko niż poprzednio. 

-  Powiem  mu,  ale  to  niczego  nie  zmieni.  -  Odwrócił  się,  podszedł  do  drzwi  i  chwilę 

czekał,  aż  ktoś  zechce  je  otworzyć.  -  Mistrz  wojenny  uważa,  że  jego  plan  się  powiedzie  - 

oznajmił w końcu. - A jeszcze nigdy się nie pomylił. 

 

Luke Skywalker wiedział, że po kilku dniach spędzonych w zbiorniku z bactą zagoją 

się wszystkie fizyczne rany. Domyślał się jednak, że nigdy nie zabliźnią się obrażenia, jakie 

wydarzenia  ostatnich  dni  zadały  psychice  Alemy.  Wyczuwał  jej  ból  i  udrękę  nawet  teraz, 

kiedy  Twi’lekianka  unosiła  się  nieruchomo,  pogrążona  w  leczniczym  transie.  Przypuszczał, 

że  kiedy  się  obudzi  i  dowie  o  losie,  jaki  spotkał  „Ścigacza  Mgławic”  i  jego  pasażerów,  jej 

udręka  jeszcze  się  powiększy.  Udręka,  wyrzuty  sumienia,  złość,  przerażenie...  obawa  przed 

tym, co zabiło jej siostrę. Już i tak, będąc przywódczynią ruchu oporu na Nowym Plymptonie, 

znalazła  się  niebezpiecznie  blisko  ciemnej  strony.  Teraz,  rozpamiętując  śmierć  siostry, 

zniszczenie  Nowego  Plymptona  i  los,  jaki  zgotowano  pasażerom  liniowca,  może  uznać 

wędrówkę na ciemną stronę za jedyną ucieczkę od wszystkiego, co dręczyło jej sumienie. Nie 

chodziło już o to, czy tam zawędruje, a jedynie kiedy i na jak długo. 

Drzwi ambulatorium za plecami Luke’a rozsunęły się z sykiem. Mistrz Jedi odwrócił 

się. Na progu stała Kalamarianka Cilghal, wlepiając w niego wielkie wilgotne oczy. 

-  Przepraszam,  że  przeszkadzam,  Luke,  ale  twój  szwagier  bardzo  chciałby  z  tobą 

porozmawiać - powiedziała. - Chyba sobie wyobraża, że coś przed nim ukrywamy. 

Luke się uśmiechnął. 

-  Zawsze  ten  sam  Han  -  mruknął.  -  Cieszę  się,  że  znów  jest  sobą.  Ogromne  usta 

Cilghal rozciągnęły się w charakterystycznym kalamariańskim uśmiechu. 

- Ja także - przyznała istota. - To prawdziwe szczęście, że odzyskał równowagę. 

Luke wyszedł za nią na długi cylindryczny korytarz i skierował się do konferencyjnej 

krypty.  Podobnie  jak  większość  pomieszczeń  nowej  bazy,  tunel  wydrążono  promieniem 

potężnego  górniczego  lasera  w  litej  skale,  a  potem  uszczelniono  białą  plastipianką,  aby 

powietrze  nie  uchodziło  na  zewnątrz.  Dzięki  temu  wyglądał  znacznie  sympatyczniej  niż 

jaskinie  kute  w  szarej  skale.  Pianka  była  tak  dobrym  izolatorem,  że  skutecznie  zapobiegała 

rozpraszaniu  ciepła  wytwarzanego  przez  pracujące  urządzenia.  Prawie  cały  personel  bazy 

background image

nosił  wprawdzie  próżniowe  kombinezony  -  nie  dało  się  z  nich  rezygnować  z  uwagi  na 

możliwość utraty szczelności - ale częściowo rozpięte albo nawet niezapiete. Funkcjonariusze 

służb  inżynieryjnych  starali  się  jakoś  temu  zaradzić,  ale  i  tak  większość  mieszkańców 

ochrzciła swoje sypialnie mianem wyciskaczek potu. 

Kiedy  Luke  wszedł  do  konferencyjnej  krypty,  zobaczył  siostrzeńców,  Jacena  i 

Anakina,  czekających  na  niego  w  towarzystwie  Dani  Quee,  Tahiri  Yeili  i  kilkorga  innych 

Jedi.  Nad  projektorem  hologramów,  mniej  więcej  pośrodku  stołu,  unosił  się  niewielki 

hologram Hana i Leii. Korelianin wypytywał, a właściwie przesłuchiwał synów, dlaczego nie 

ma z nimi siostry. Jego żona sprawiała wrażenie cokolwiek zakłopotanej. 

Luke podszedł do stołu, skwitował kiwnięciem  głowy pełne wdzięczności spojrzenia 

siostrzeńców i stanął w polu widzenia obiektywu kamery projektora. 

-  Posłuchaj,  Hanie  -  zaczął.  -  Jaina  przebywa  w  tej  chwili  z  Artoo  w  ośrodku 

łączności, gdzie usiłuje poprawić jakość obrazów przesłanych z pokładu „Ścigacza Mgławic”. 

Pojawi się tu najszybciej jak zdoła, ale na razie nie może przerwać pracy. 

Han zmarszczył brwi, ale chyba przyjął do wiadomości wyjaśnienie. 

- Słyszałeś już o tej groźbie? - zapytał. Mistrz Jedi kiwnął głową. 

- Dowiedziałem się mniej więcej przed kwadransem - odparł cicho. 

- To dlaczego musieliśmy czekać na ciebie tak długo? 

-  Sprawdzałem,  co  słychać  u  Alemy  Rar-odrzekł  Skywalker.  -Nie  zapięła  pasów, 

zanim  rozkazała  kapsule  wystartować  w  przestworza,  i  trochę  się  poobijała.  Kiedy  ją 

przechwycono,  nie  powiedziała  właściwie  nic  więcej  poza  tym,  że  jej  siostrę  zabił  jakiś 

voxyn. Miałem nadzieję, że badając jej podświadomość, zdobędę informację, co właściwie się 

tam wydarzyło. 

Han zwęził oczy w szparki. 

- Badałeś jej podświadomość? - powtórzył. 

- Posługując się Mocą, Hanie - wyjaśnił Luke, ale uświadomił sobie, że rozmowa ze 

szwagrem  za  chwilę  wyczerpie  resztki  jego  cierpliwości.  Wiele  wskazywało,  że  Han 

przyszedł  do  siebie.  Od  czasu  do  czasu  jednak  rozpacz,  jaką  wciąż  jeszcze  odczuwał  po 

stracie Chewbaccy, przejawiała się w dziwaczny sposób. Ostatnio okazywał zdenerwowanie, 

które  doprowadzało  do  prawdziwej  rozpaczy  Leię  i  ich  dzieci.  -  Zapewniam  cię,  że  Jaina  i 

Mara mają się całkiem dobrze. 

Han nie zauważył subtelności tego zapewnienia. 

- A zatem dlaczego Mara nie uczestniczy w tym zebraniu? - zapytał. 

- Ona także nie może przestać zajmować się tym, co teraz robi -odrzekł Luke. - Karmi 

background image

małego Bena. 

-  Musisz  nam  wybaczyć  zdenerwowanie.  -  Leia  obrzuciła  męża  zirytowanym 

spojrzeniem.  -  Nom  Anor  zafundował  nam  prawdziwe  przedstawienie.  Na  naszych  oczach 

zamordował  dziesięć  tysięcy  niewinnych  pasażerów.  Chyba  jednak  nie  zdołałabym  go 

powstrzymać,  nawet  gdybym  mu  powiedziała,  gdzie  szukać  Zaćmienia.  Co  zamierzamy 

zrobić w sprawie uchodźców z planety Talfaglio? 

-  Przede  wszystkim  nie  możemy  dopuścić,  żeby  Yuuzhan  Vongowie  obarczyli  nas 

odpowiedzialnością za to, co się stanie - odparł Luke. -Zgadzając się, tylko pójdziemy im na 

rękę. Nie wolno nam nigdy zapomnieć, że to oni są mordercami. Nie my. 

-  To  prawda,  mistrzu  Skywalkerze,  ale  tylko  do  pewnego  stopnia  -odezwała  się 

Cilghal. Teraz, gdy kierowały się na nich oczy wielu osób, zwróciła się do Luke’a, używając 

oficjalnego  tytułu.  -  Sądzę  jednak,  że  nie  powinniśmy  zamykać  oczu  na  możliwość  śmierci 

tylu istot. Bez względu na to, czy jesteśmy odpowiedzialni, czy nie, nie wolno nam siedzieć z 

założonymi rękami. Jeżeli zdołamy, musimy jakoś temu zapobiec. 

- Tym  bardziej,  że  w  jakiejś mierze za to odpowiadamy. -  Do konferencyjnej krypty 

weszła  Jaina  w  towarzystwie  R2-D2  i  kilkorga  Jedi.  Wieść  o  ultimatum  Tsavonga  Laha 

rozeszła  się  błyskawicznie  i  pomieszczenie  zaczynało  się  wypełniać  innymi  członkami 

personelu  bazy.  -  Na  pokładzie  „Ścigacza  Cieni”  podróżowały  dwie  Jedi,  te  same,  które 

kierowały ruchem oporu na Nowym Plymptonie.  Wchodząc na pokład liniowca, siostry Rar 

musiały  sobie  uświadamiać,  że  narażają  na  niebezpieczeństwo  życie  wszystkich  pasażerów. 

Planując je stamtąd zabrać, my także ponosimy część winy. 

-  A  skąd  wiecie,  że  Yuuzhan  Vongowie  nie  złożyliby  pasażerów  w  ofierze  swoim 

bogom,  nawet  gdyby  tych  sióstr  nie  było  na  pokładzie?  -  zapytała  Danni  Quee,  jak  zawsze 

skora do wynajdywania luk w rozumowaniu. Drobna kobieta o zielonych oczach i kręconych 

blond  włosach  była  jednym  z  pierwszych  jeńców,  jakich  pochwycili  Yuuzhan  Vongowie,  i 

pierwsza  doświadczyła  ich  straszliwych tortur. - Nie starajmy się udawać, że wiemy,  jakimi 

torami  wędrują  pokrętne  myśli  tych  morderców  -  ciągnęła.  -  Możemy  popełnić  duży  błąd. 

Duży i brzemienny w skutki. 

Kiedy  skończyła,  odeszła  na  bok,  aby  w  polu  widzenia  kamery  projektora  mogła 

stanąć Jaina. 

-  Cześć,  mamo.  Cześć,  tato  -  odezwała  się  dziewczyna.  -  Przepraszam,  że  kazałam 

wam czekać. 

- Nie czekaliśmy aż tak długo - powiedziała Leia. 

Han wyraźnie się odprężył. Nawet jakby lekko się uśmiechnął. 

background image

- Jasne, nic takiego się nie stało - dodał szybko. 

Później  przed  okiem  kamery  stanął  Anakin  Solo.  Przeczesując  palcami  zmierzwione 

jak zwykle brązowe włosy, natychmiast podniósł temperaturę dyskusji. 

-  Posłuchajcie,  naprawdę  nie  ma  znaczenia,  czy  jesteśmy  odpowiedzialni,  czy  nie  - 

zaczął. - W grę wchodzi życie setek tysięcy, może nawet milionów niewinnych istot. Musimy 

coś zrobić. To wszystko. 

- Co chcesz, żebyśmy zrobili, Anakinie? - zapytał Skywalker. Do dyskusji przyłączyła 

się Tahiri. 

-  To  jasne  -  rzekła.  -  Trzeba  przełamać  tę  blokadę.  –  Jasnowłosa  i  wiotka 

piętnastoletnia  dziewczyna  pod  wieloma  względami  przypominała  Danni  Quee.  Także  była 

więziona  przez  Yuuzhan  Vongów,  dopóki  Anakin  nie  uwolnił  jej  z  laboratorium  mistrzyni 

przemian. -Muszą zapłacić za to, co chcą zrobić. I to tak słoną cenę, żeby nigdy więcej się na 

to nie ważyli. Tylko w ten sposób zdołamy się im odpłacić za wszystko. 

- Możliwe, że właśnie tego się po nas spodziewają - zauważyła Danni.-Jeżeli uważają, 

że rycerze Jedi są takimi samymi wojownikami jak oni, będą oczekiwali, że staniemy z nimi 

do walki. 

Widoczny na hologramie Han kiwnął głową. 

-  Ja  też  tak  sądzę  -  powiedział.  -  Wyzywają  rycerzy  Jedi.  Bylibyście  głupcami, 

gdybyście się zgodzili. Zwłaszcza teraz, gdy wiecie, że na was czekają. 

-  Mamy  pozwolić,  żeby  wymordowali  wszystkich  uchodźców?  -W  podnieceniu 

dotychczasowej  dyskusji  spokojny  głos  Jacena  zabrzmiał  niezwykle  cicho.  Młody  Jedi 

odwrócił się  do  Anakina  i  Tahiri.  - Jeżeli  damy  się  sprowokować  i  zaczniemy  wymachiwać 

świetlnymi mieczami, tylko spowodujemy śmierć wielu innych istot. 

Anakin  spiorunował  go  spojrzeniem.  Ostatnio  często  mu  się  to  zdarzało,  ilekroć 

rozmawiał ze starszym bratem. 

-  Możesz  stać  na  uboczu,  czekać  i  tylko  obserwować...  -  zaczął.  Jacen  przerwał  mu 

uniesioną ręką. 

- Pozwól mi skończyć, Anakinie. Chcę tylko podkreślić, że żadnego z tych sposobów 

nie uważam za dobry. - Powiódł spojrzeniem po twarzach pozostałych uczestników narady. - 

Jeżeli podejmiemy walkę, Yuuzhan Vongowie zabiją więcej niewinnych istot. A jeżeli się nie 

zgodzimy, tak czy owak ich zamordują. Nie wolno nam pozwolić ani na jedno, ani na drugie. 

Rycerze Jedi powinni być obrońcami życia w galaktyce. 

- Co chcesz przez to powiedzieć, Jacenie? - żachnął się jego ojciec. - Że rycerze Jedi 

powinni się poddać? - Zamknął oczy i skrzywił się, jakby go coś zabolało. - Powiedz mi, że 

background image

chodziło ci o coś innego. 

- Nikt nie zamierza się poddawać, Hanie - zapewnił go Luke. 

Dobrze  wiedział,  co  Han  czuje.  Prawdę  mówiąc,  podzielał  jego  niepokój.  Ze 

wszystkich młodych rycerzy Jedi, którzy przybyli do Zaćmienia, Jacen miał chyba najbardziej 

filozoficzne  podejście  do  życia.  Poważnie  traktował  paradoksalną  teorię,  w  myśl  której 

niekiedy  trzeba  było  coś  zniszczyć,  aby  ocalić  od  zagłady  coś  innego.  Luke  wiedział,  że 

niepokój siostrzeńca wynika z koszmarnej wizji, jaką młody Jedi miał kiedyś na Duro. Jacen 

zobaczył wówczas, jak galaktyka ześlizguje się w objęcia ciemności, a sam nie mógł zrobić 

nic,  żeby  ją  powstrzymać.  Obawiając  się,  że  cokolwiek  uczyni,  tylko  przyspieszy  tempo 

zagłady, młody człowiek na jakiś czas całkowicie wyrzekł się władania Mocą. 

Kiedy  jednak  śmiertelne  niebezpieczeństwo  zagroziło  jego  matce,  zmienił  zdanie  i 

posłużył się Mocą bez wahania. Mimo to nadal nie był pewien, czy postąpił słusznie. Czasami 

ogarniały go wątpliwości i wtedy znów się wahał, czy jednak nie powinien powstrzymać się 

od działania. W pewnym sensie jego sytuacja była równie trudna jak ta, która mogła niedługo 

zachęcić Alemę do wkroczenia na niebezpieczną ścieżkę. 

- Nikt nie zamierza się poddawać - powtórzył mistrz Jedi. - Nie dopuścimy tylko, aby 

Yuuzhan Vongowie zmusili nas do walki, zanim się przygotujemy. - Odwrócił się do Danni i 

Cilghal. - Czy Program Zaćmienie przyniósł jakiekolwiek rezultaty? 

Danni pokręciła głową. 

-  Na  razie  nie  -  powiedziała.  -  Przeglądając  hologramy,  możemy  stwierdzić,  skąd 

yuuzhański yammosk kieruje ruchami swoich flot i wojowników. Nie mamy jednak pojęcia, 

w jaki sposób przesyła rozkazy. Prawdopodobnie potrzebujemy na to więcej czasu. 

Luke przeniósł pytające spojrzenie na Cilghal. 

- A villipy? - zapytał. 

-  Obawiam  się,  że  naukowcy  z  mojej  grupy  poczynili  jeszcze  mniejsze  postępy  - 

przyznała  ponuro  Kalamarianka.  -  Wygląda  na  to,  że  Yuuzhan  Vongowie  przestali 

posługiwać się przechwyconymi przez nas villipami i jedyne, co nam pozostaje, to sekcja. Na 

razie nie mamy pojęcia, jakim cudem stworzenia przesyłają obrazy. 

Luke kiwnął głową jednej i drugiej. 

- Jeszcze za wcześnie, aby spodziewać się czegoś konkretnego -podsumował. - Wasze 

badania  muszą  jednak  w  końcu  przynieść  jakieś  wyniki.  -  Odwrócił  się  do  pozostałych 

uczestników  narady.  Wśród  mniej  więcej  pięćdziesięciorga  istot  znajdowali  się  także  Mara, 

mały  Ben  i  prawie  dwudziestu  ochotników,  którzy  nie  wykazywali  wrażliwości  na  od-

działywanie Mocy. - Jeszcze nie wiemy, jaką ścieżką podążymy, ale jednego jestem pewien. 

background image

Okazalibyśmy się głupcami, gdybyśmy pozwolili, aby Yuuzhan Vongowie wciągnęli nas do 

walki,  zanim  będziemy  do  niej  przygotowani.  Mam  nadzieję,  że  okażemy  cierpliwość. 

Powinniśmy  zawierzyć  Mocy,  że  obarczy  winą  za  śmierć  pasażerów  „Ścigacza  Mgławic” 

sumienia tych, którzy naprawdę za to odpowiadają. 

Zebrani  przyznali  mu  rację  chóralnym  pomrukiem  i  powoli  zaczęli  się  rozchodzić. 

Dopiero wtedy podeszła do niego Mara. 

- Dobrze powiedziane, Luke - pochwaliła go. Trzymając na jednej ręce małego Bena, 

objęła  drugą  męża  i  pocałowała  go  w  policzek.  -Jednak  czułabym  się  o  wiele  lepiej,  gdyby 

Moc umiała oddziaływać także na sumienia Yuuzhan Vongów. 

background image

ROZDZIAŁ

 

 

Jednym  z  tysiąca  pogańskich  bluźnierstw,  niepoddanym  oczyszczeniu  po  zdobyciu 

Obroaskai,  było  Muzeum  Fotoniki  Stosowanej.  Wznosiło  się  niczym  połyskująca  forteca, 

pełna  transpastalowych  wież  i  krystalplasowych  galeryjek.  Nom  Anor  spędził  zbyt  wiele 

czasu  pośród  niewiernych  i  ich  bluźnierstw,  aby  widok  jeszcze  jednego  wzbudzał  w  nim 

odrazę.  Wiedział  jednak,  że  poważnym  błędem  byłoby  jej  nie  okazać.  Znieruchomiał  więc 

przed  wejściem  i  odwrócił  głowę,  aby  udać,  że  obrzuca  tęsknym  spojrzeniem  monotonną 

czarną równinę. Potem prychnął pogardliwie i przeszedł przez próg w ślad za prowadzącym 

go  akolitą.  Kiedy  znalazł  się  w  westybulu,  zobaczył  ponad  stu  pochwyconych  Yerpinów, 

kierujących  nieruchome,  jakby  niewidzące  owadzie  oczy  na  yuuzhańskich  strażników. 

Zamieniwszy kilka słów z ich dowódcą w stopniu młodszego oficera, akolita powiódł Noma 

Anora istnym labiryntem korytarzy, sprofanowanych jaskrawym blaskiem unoszących się tu i 

ówdzie kul świetlnych. 

Odnaleźli Tsavonga Laha w ogromnej komnacie, na której ścianach krzyżowały się i 

plątały  setki  kilometrów  nici.  Wszystkie  wydzielały  słabe  światło.  Wojenny  mistrz  miał 

postrzępione wargi, a jego ciało, pokryte od stóp do głów wymyślnymi rytualnymi tatuażami, 

okrywał  implantowany  pancerz.  Trzymając  niewielki  komputerowy  notes,  Yuuzhanin  kie-

rował  na  tarczę  projektora  hologramów  spojrzenie,  jakim  mógłby  piorunować  tchórzy  i 

niewolników. 

- Teraz - odezwał się na widok wchodzącego Anora, zbliżając zdeformowane usta do 

elektronicznego urządzenia. 

Zaledwie  przebrzmiało  echo  jego  głosu,  sieć  oplatających  wielką  komnatę  nici 

rozbłysła jaśniej. Zewsząd skoczyły ku projektorowi hologramów ogniste błyski. Milisekundę 

później w ogromnej sali pojawił się naturalnej wielkości hologram wykorzystywanego przez 

niewiernych  X-skrzydłowca.  Przesłonił  większą  część  pomieszczenia  i  górną  połowę  ciała 

wojennego  mistrza.  Zaczął  się  powoli  obracać,  a  kiedy  dziób  skierował  się  ku  drzwiom,  z 

działek trysnęły strugi światła. Tylko Nom Anor nie zanurkował w kąt, by się ukryć. 

- Czy wiesz, co bym z tym zrobił, gdybym był dowódcą wojsk niewiernych? - zapytał 

Tsavong Lah. Jego głos wydobywał się ze środka hologramu. 

-  Jestem  pewien,  że  wydałbyś  rozkaz  zniszczenia  tego  bluźnierstwa  -  odparł 

pospiesznie  Nom  Anor.  -  Takie  martwe  przedmioty  to  obraza  naszych  bogów.  Chyba  nie 

background image

muszę  przypominać,  ile  wycierpiałem,  kiedy  musiałem  się  z  nimi  stykać,  przygotowując 

grunt pod naszą inwazję. 

- Uczynimy, co okaże się konieczne, egzekutorze - odparł machinalnie Tsavong Lah. - 

A ty otrzymałeś już pochwałę za to, że musiałeś się stykać z bluźnierstwami niewiernych tyle 

czasu. - W jego głosie brzmiała irytacja. - Nie pokonamy czegoś, czego nie rozumiemy.  Na 

przykład piloci naszych koralowych skoczków, oglądając takie obrazy, mogą pomyśleć, że to 

prawdziwe bluźnierstwa. Gdybym pełnił obowiązki dowódcy naszych nieprzyjaciół, usiałbym 

przestworza tysiącami takich wizerunków. 

- Galaktyka już jest nimi usiana, o Czcigodny - odparł Nom Anor. -Prawdę mówiąc, 

nie  ma  czym  się  zachwycać.  Ich  możliwości,  podobnie  jak  naszych  wrogów,  są  bardzo 

ograniczone. 

Kiedy  hologram  X-skrzydłowca  zniknął,  Tsavong  Lah  rzucił  komputerowy  notes  na 

posadzkę  i  zmiażdżył  opancerzonym  szponem  vua’sa,  zastępującym  stopę,  którą  stracił  w 

wyniku pojedynku z Jacenem Solo. 

- Nieprzyjaciele okazali się na tyle silni i przebiegli, że już kilkakrotnie pokrzyżowali 

twoje  plany.  -  W  głosie  wojennego  mistrza  brzmiała  odraza.  Jako  wierny  czciciel 

yuuzhańskich bogów, nie wierzył w nieszczęśliwe przypadki ani zbiegi okoliczności i każdą 

porażkę  poddanego  traktował  jako  dowód  duchowej  dekadencji.  -  Wierzę,  że  tym  razem 

twoja misja zakończyła się powodzeniem. 

-  Chilab  spisał  się  doskonale.  -  Nom  Anor  przechylił  głowę,  zakrył  dłonią  otwory 

nosowe  i  dmuchnąwszy  z  całej  siły,  skierował  strumień  powietrza  do  zatok.  Nie  był  aż  tak 

gorliwym  wyznawcą,  aby  się  cieszyć  bólem,  jaki  powodował  implantowany  robak, 

wyciągając dendryty z jego nerwu wzrokowego. Udał, że się uśmiecha, i cierpliwie czekał, aż 

stworzenie  dotrze  do  otworu  nosowego.  Podstawił  dłoń  i  pozwolił,  aby  wypadło,  a  potem 

podał  wojennemu  mistrzowi.  -  Kiedy  tam  leciałem,  wszystko  dobrze  obejrzałem.  Jestem 

pewien, że odczytamy zapisane w pamięci chilaba informacje i wykorzystamy je do jeszcze 

lepszego zaplanowania ataku. 

-  Bez  wątpienia.  -  Tsavong  Lah  wsunął  robaka  do  kieszeni  fałdzistej  peleryny,  która 

wbijając  ostre  macki  w  ramiona,  okrywała  plecy. -Zapoznam  się  z  nimi  później.  Czy  twoje 

spotkanie z Leią Solo zakończyło się pomyślnie? 

-  Oczywiście,  wojenny  mistrzu.  -  Nom  Anor  nawet  nie  umiałby  sobie  wyobrazić,  że 

udziela innej odpowiedzi. - Jestem całkowicie pewien, że Jedi przyjmą nasze wyzwanie. 

- Na twoim miejscu nie byłabym tego taka pewna - rozległ się w ogromnej komnacie 

cichy, niski głos. Jego źródło znajdowało się za plecami egzekutora. - Rycerze Jedi zorientują 

background image

się, że to pułapka, i będą się mieli na baczności. 

Nom  Anor  odwrócił  się  i  ujrzał  niewielką  upierzoną  istotę  przeskakującą  obok 

strażników  na  cienkich  nogach,  których  stawy  pozwalały  na  wyginanie  się  do  tyłu.  Istota 

miała wiotkie uszy i parę spiralnie zakręconych czułków, co nadawało jej wygląd podobny do 

wielkiej upierzonej ćmy. Nie była większa od radanka i Nom Anor zawsze uważał ją za coś w 

rodzaju pasożyta. 

- Ach, to ty, Vergere - mruknął. - Nie wiedziałem, że tak dobrze znasz Jedi. 

- Vergere zna ich lepiej niż ja - oznajmił Tsavong Lah. - To właśnie ona zapewniała, 

że Jeedai wypuszczą cię żywego. Gotów byłem się z nią założyć, że od razu cię zabiją. 

- A jednak to ty, o Czcigodny, byłeś bliższy prawdy niż twoja pupilka. 

Nom Anor nie zgadzał się nazywać Vergere doradczynią. Dziwaczna niewielka istota 

była zaledwie powierniczką yuuzhańskiej agentki, która straciła życie, bezskutecznie usiłując 

zatruć  organizmy  rycerzy  Jedi.  Spędziła  pewien  czas  w  niewoli,  przesłuchiwana  przez 

agentów Wywiadu Nowej Republiki, a potem została doradczynią Tsavonga Laha. Wszystko 

dlatego,  że  w  ciągu  zaledwie  kilku  tygodni  zdołała  się  dowiedzieć  na  temat  wrogów  więcej 

niż  Nom  Anor  w  ciągu  wielu  lat  służby  w  charakterze  agenta  i  sabotażysty.  Co  prawda, 

podawano  w  wątpliwość  jej  lojalność,  ale  kiedy  potwierdziło  się,  że  przekazuje  prawdziwe 

informacje, zaczęto ją darzyć takim zaufaniem, że Nom Anor po prostu musiał widzieć w niej 

najgroźniejszą rywalkę. 

- Jak się spodziewałeś, o Czcigodny, Leia Solo i jej małżonek rzeczywiście próbowali 

mnie  zamordować  -  ciągnął  egzekutor.  -  Na  szczęście,  udało  mi  się  zagrać  na  jej  ludzkich 

emocjach. Tylko dlatego uszedłem z życiem. 

-  Naprawdę  wydaje  ci  się,  że  umiesz  grać  na  emocjach  rycerzy  Jedi?  -  zadrwiła 

Vergere. - Może więc udałoby ci się namówić ich do poddania? 

-  Czasami  łagodną  zachętą  udaje  się  nakłonić  tanę,  aby  weszła  do  jamy  z  błotem.  - 

Nom Anor rozłożył ręce i odwrócił się do wojennego mistrza. -Obawiam się jednak, że nawet 

ja nie zdołałbym przekonać jej, aby podstawiła łeb pod topór. 

Tsavong Lah nagrodził go ledwo zauważalnym kiwnięciem głowy. 

-  Bardziej  interesuje  mnie,  co  powiedziała  Leia  Solo,  niż  to,  dlaczego  nadal  żyjesz  - 

stwierdził. - Jak zareagowała, kiedy „Dar Udręki” unicestwił statek niewiernych z tysiącami 

uchodźców na pokładzie? 

- Chciała mnie zabić - odparł Nom Anor. 

- Ale cię nie zabiła - zauważył wojenny mistrz. - Dlaczego? 

-  Przekonałem  ją,  że  odbierając  mi  życie,  zabije  także  miliony  innych  niewiernych  - 

background image

odrzekł  egzekutor.  Uświadamiał  sobie,  że  stąpa  po  bardzo  kruchym  lodzie,  ale  nie  miał 

wielkiego  wyboru.  Pamiętał,  co  wydarzyło  się  na  Duro.  Za  tamtą  porażkę  również 

odpowiadała Leia Solo. - Uległa sile moich argumentów. 

-  Nie  uległa  -  poprawiła  go  Vergere  tak  pewnym  tonem,  jakby  uważała  to  za  fakt,  a 

nie  domysł.  -  Po  prostu  nie  zgodziła  się  wziąć  odpowiedzialności  na  swoje  barki.  - 

Podskoczyła  do  Tsavonga  Laha.  -  Od  najwcześniejszych  lat  życia  jest  dyplomatką.  Nie 

wierzę,  żeby  dała  się  wciągnąć  w  pułapkę,  podobnie  jak  nie  uwierzyłabym,  gdyby  ktoś  mi 

powiedział,  że  mistrz  wojenny  Tsavong  Lah  skierował  swój  okręt  prosto  pod  lufy  dział 

bluźnierstw niewiernych. 

Yuuzhański dowódca zastanawiał się jakiś czas nad tym, co usłyszał. 

- Może to prawda, ale tu chodzi także o coś innego - odezwał się w końcu. Podniósł 

głowę  i  znad  porośniętego  piórkami  ramienia  Vergere  spojrzał  na  Noma  Anora. -  Musiała 

mieć jakiś powód, że cię nie zabiła. Jaki? 

Nie  zabiła,  ponieważ  dała  słowo.  Tak  właśnie  wyglądała  prawda,  ale  Nom  Anor  był 

zbyt  sprytny,  aby  ją  wyjawić.  Zaprzeczyłby  w  ten  sposób  opinii  wyrażonej  wcześniej  przez 

samego  wojennego  mistrza.  Yuuzhański  poddany  mógł,  co  prawda,  coś  insynuować,  starać 

się krzyżować plany, sugerować, a nawet sabotować i liczyć na to, że przeżyje, ale nie wolno 

mu było jawnie się sprzeciwić swojemu zwierzchnikowi. Czasami Nom Anor się zastanawiał, 

czy niewierni nie mają pod tym względem łatwiejszego życia. Mimo to nie zadrżał ze strachu 

i  nawet  nie  spuścił  głowy.  Nie  odczuwał  też  strachu  przed  możliwym  gniewem  bogów. 

Zastanawiał  się  teraz,  czy  to  nie  dowód,  że  spędził  zbyt  dużo  czasu  z  daleka  od  swoich 

ziomków. Chciałby na przykład wiedzieć, dlaczego musiał znosić ból implantowania chilaba, 

skoro wojenny mistrz nie spodziewał się jego powrotu. Wzruszył ramionami. 

-  Zanim  mnie  uwolniła,  udzieliła  mi  ostrzeżenia  -  odparł  w  końcu.  -  Kazała  mi 

przekazać, że rycerze Jedi nie zgodzą się przyjąć odpowiedzialności za śmierć zakładników. 

A jeżeli przyleci do niej inny emisariusz z podobnymi groźbami, nie powróci. 

Nawet  jeżeli  Tsavong  Lah  zauważył,  że  ta  odpowiedź  nie  zgadza  się  z  poprzednio 

wygłoszonym oświadczeniem, w którym Nom Anor dawał do zrozumienia, że to on wydaje 

rozkazy Leii Solo, nie dał nic po sobie poznać. Odwrócił głowę i spojrzał na Vergere. 

- Znów miałaś rację, moja pomocnico. Istota odwzajemniła jego uśmiech. 

- Czy nie mówiłam ci, że rycerze Jedi okażą się godnymi przeciwnikami?-zapytała. 

-  Zaiste,  tak  mówiłaś  -  stwierdził  Yuuzhanin.  -  Mimo  to  problem  uchodźców 

sprowadzi na nich klęskę. Stanie się klinem, który wbijemy, aby poróżnić Jeedai z władzami 

Nowej Republiki. 

background image

ROZDZIAŁ

 

 

Jedną  z  niewielu  korzyści  wynikających  z  ultimatum  Tsavonga  Laha  okazała  się 

zmiana nastawienia i decyzji podjętej przez generała Muuna. Zapewne Sullustanin doszedł do 

przekonania,  że  to  nieodpowiednia  chwila,  aby  okazywać  obojętność  na  los  uchodźców. 

Prawdopodobnie uważał, że „ratując” ich, zasłuży na pochwałę zwierzchników, a może nawet 

awans albo odznaczenie. Nie tylko zgodził się przydzielić uchodźcom dziesięć eskortowców, 

które miały towarzyszyć statkom Yrayów, aż dotrą w bezpieczne miejsce, ale także mianował 

się dowódcą całej operacji i postanowił osobiście wziąć w niej udział. Dzięki temu Leia i Han 

mogli powrócić do Zaćmienia. 

Jednym z wielu ujemnych aspektów ultimatum Yuuzhanina była jednak wiadomość o 

zadaniu, jakie miał do wykonania Luke Skywalker. Mistrz Jedi czekał na przylot obojga Solo, 

by im to oznajmić, a potem poprosił ich także o wypożyczenie Threepia. Rodzice mieli tylko 

kilka chwil na pożegnanie z dziećmi przed wyruszeniem na  wyprawę. Okazało się, że  mieli 

polecieć na stację Nova, unoszącą się w przestworzach, które kiedyś nazywały się systemem 

Caridy. Kiedy tam wylądowali, Leia stwierdziła, że nigdy dotąd nie widziała tak czerwonych 

przestworzy. Po eksplozji, która przemieniła słońce Caridy w supernową, pozostały skłębione 

chmury  i  wstęgi  świecących  rubinowym  blaskiem  zjonizowanych  gazów.  Przesuwały  się 

leniwie  obok  powoli  obracającej  się  stacji,  przesłaniając  widok  odległych  gwiazd  i 

przypominając, że w eksplozji straciły życie miliardy niewinnych mieszkańców systemu. 

Leia i Han siedzieli w kantynie o przewrotnej nazwie Wielki Wybuch. Han zamówił 

dzbanek okoblastera i starał się zbytnio nie wsłuchiwać w muzykę bitHanskiego zespołu pod 

kierunkiem Bobola Bakera. Leia wciąż jeszcze nie mogła się pogodzić z myślą, że kataklizm 

sprzed  kilkunastu  lat  nie  był  wybrykiem  natury,  ale  dziełem  ogarniętej  żądzą  zemsty  i 

zniszczenia istoty jej rasy. 

Nagle w zasnutym dymem pomieszczeniu trzykrotnie zabrzmiał melodyjny gong - tak 

głośno,  że  na  kilka  chwil  zagłuszył  nawet  dźwięki  muzyki.  Chwilę  potem  z  głośnika 

interkomu  dobiegł  głos  mężczyzny,  ale  ani  Leia,  ani  Han  nie  zrozumieli,  co  powiedział. 

Podobnie jak większość gości kantyny, odwrócili głowy w stronę zawieszonego nad głowami 

bithańskich  muzyków  ekranu  projektora  hologramów.  Ukazała  się  na  nim  nazwa  „Taniec 

Asteroid”, a pod nią informacja, że jest to frachtowiec typu YT-1500. Następnie pojawiło się 

słowo „potwierdzono”, a obok niego hologram charakterystycznej sterowni jednostki. 

background image

Rozczarowany  Han  mruknął  coś  i  sięgnął  po  stojący  przed  nim  na  stole  dzbanek 

okoblastera. 

- Do tej pory powinni byli już przylecieć. - Napełnił swój kufel, upił łyk i postarał się 

nie skrzywić. Odstawił kufel na stół. - Ciekaw jestem, dlaczego Booster tak długo marudzi. 

-  Kiedyś  musi  przylecieć -  rzekła Leia. Ucieszyła się, widząc na twarzy Hana wyraz 

niesmaku.  Dłuższy  czas  po  śmierci  Chewbaccy  jej  mąż  nie  zwracał  uwagi  na  to,  co  pije. 

Wyglądało  nawet,  że  im  paskudniejszy  trunek,  tym  bardziej  mu  smakuje.  Uwrażliwienie 

kubków smakowych uważała za jeszcze jeden dowód stopniowego powrotu do zdrowia jego 

duszy. - „Błędny Rycerz” to wielki okręt i zaopatrzenie go we wszystko, co potrzebne, musi 

zajmować dużo czasu. Chyba niemożliwe, żebyśmy go przeoczyli? 

Han spojrzał na nią z udawaną pretensją i machnął ręką w kierunku ekranu projektora 

hologramów. 

- Jak moglibyśmy przeoczyć gwiezdny niszczyciel? 

- Nie moglibyśmy - zgodziła się z nim Leia. - A przynajmniej nie w tej kantynie. 

Stację  Nova  zbudowano  z  myślą  o  zastąpieniu  nieistniejącej  Caridy,  jako  jeden  z 

przystanków  na  długim  Perlemiańskim  szlaku  handlowym.  Unosiła  się  na  obrzeżach  wciąż 

jeszcze  rozprzestrzeniającej  się  kuli  gazów  pozostałych  po  eksplozji  supernowej  i  podobnie 

jak  czoło  gazowej  chmury,  poruszała  się  z  taką  samą  prędkością  trzech  kilometrów  na  se-

kundę.  Kapitan  każdego  gwiezdnego  statku,  który  chciałby  wylądować  na  pokładzie  stacji, 

musiał  wyskoczyć  z  nadprzestrzeni  i  lecąc  wolniej  niż  światło,  wniknąć  w  głąb  chmury 

czerwonawych  gazów,  a  potem  odnaleźć  stację  za  pomocą  pokładowych  sensorów. 

Umożliwiało  to  dysponującym  odpowiednio  wrażliwymi  czujnikami  funkcjonariuszom, 

odpowiedzialnym  za  bezpieczeństwo  stacji,  identyfikację  przylatujących  jednostek  na  długo 

przedtem, zanim wylądują. W wyniku tego stacja stała się idealną kryjówką dla przestępców, 

przemytników i wszystkich, którzy z jakiegokolwiek powodu mogli mieć ochotę na szybką i 

dyskretną ucieczkę przed przedstawicielami władzy. Han odwrócił głowę i spojrzał na żonę. 

-  Co  o  tym  sądzisz,  Rudzielcu?  -  zapytał.  Rzeczywiście  jej  włosy  miały  intensywnie 

czerwony  kolor.  Mniej  więcej  rok  wcześniej  musiała  je  obciąć,  bo  istniała  możliwość 

zarażenia  mieszkańców  kolonii  uchodźców  na  planecie  Duro.  Teraz  włosy  Leii  sięgały 

kołnierza  bluzki.  Ufarbowała  je  na  purpurowo,  a  w  dodatku  nosiła  dopasowany,  ale 

rozciągliwy  kombinezon,  bluzkę  z  dużym  wycięciem  i  kurtkę  pilota.  Wszystko  po  to,  by 

sprawiać wrażenie wspólniczki albo tymczasowej towarzyszki życia przemytnika. - Czas już 

na nas? 

Leia uśmiechnęła się i pokręciła głową. 

background image

- A może byśmy coś zjedli? - zapytała. 

Wyciągnęła rękę, aby przycisnąć guzik wbudowanego w blat stołu jadłospisu, ale się 

powstrzymała,  bo  zauważyła,  że  gość  siedzący  przy  sąsiednim  stoliku  kieruje  na  Hana 

natrętne spojrzenie. Istota o rozmiarach niewielkiej góry była Weequayem. Miała szeroki nos 

i  pooraną  głębokimi  zmarszczkami  twarz,  co  nadawało  jej  wygląd  podobny  nieco  do 

Yuuzhanina. 

- Chyba ktoś cię rozpoznał - odezwała się półgłosem. 

- Mnie? - Han odwrócił głowę w stronę iluminatora. Miał nadzieję, że zobaczy w nim 

odbicie  ciekawskiego  gościa.  -  To  nie  moją  twarz  pokazywali  tak  często  przez  ostatnie 

dwadzieścia lat w wiadomościach HoloNetu. 

Nigdy  się  nie  pogodził  z  tym,  że  jako  bohater  Rebelii  nie  bardzo  mógł  pozostawać 

kimś anonimowym. Chcąc uchodzić za przemytnika, zapuścił tylko wąsy i nałożył na twarz 

warstwę żelu podkreślającego wystające kości policzkowe. Jeżeli dodać do tego dwudniowy 

zarost, przebranie spisywało się dotąd całkiem dobrze - może dlatego, że w lokalu takim jak 

Wielki  Wybuch  chyba  nikt  się  nie  spodziewał  wizyty  męża  byłej  przywódczyni  Nowej 

Republiki. 

Wyglądało jednak na to, że jego szczęście się odwróciło. Ogromny Weequay sięgnął 

po  swój  kufel  i  wstał  od  stołu.  Odsłonił  przy  tej  okazji  kaburę  z  tkwiącym  w  niej  wielkim 

wibroostrzem.  Leia  natychmiast  zrozumiała,  że  ten  widok  nie  wzbudzi  zachwytu  obojga 

noghriańskich ochroniarzy, i szybko zerknęła na Meewalhę. Meewalha była wymizerowana, 

żylasta i nie wyższa niż półtora metra, ale jej pomarszczona skóra i płonące oczy budziły taki 

szacunek, że nawet goszczący w Wielkim Wybuchu zawadiacy uznawali, że lepiej omijać ją z 

daleka.  Leia  dwukrotnie  zamrugała,  dając  obojgu  Noghrim  umówiony  znak,  aby 

powstrzymali się od działania. Udała, że nie widzi, iż obca istota kieruje się do ich stolika. 

-  Chwileczkę...  -  odezwał  się  jej  mąż  bardziej  do  siebie  niż  do  żony.  -  Znam  tego 

gościa! 

Leia  niedbałym  ruchem  opuściła  prawą  rękę  pod  blat  stołu,  aby  odpiąć  klapę 

zawieszonej  na  biodrze  kabury  z  blasterem.  To,  że  jej  mąż  kogoś  zna,  nie  gwarantowało 

wcale,  że  ten  znajomy  nie  zbliża  się,  by  zamordować  Hana.  Tymczasem  rosły  Weequay 

znieruchomiał przy ich stole, rzucił aprobujące spojrzenie na Leię i zwrócił się do Hana. 

-  Tak  myślałem,  że  to  ty  -  powiedział.  -  Rozpoznałbym  twój  zapach  zawsze  i 

wszędzie. 

-  Ta-a?  -  Han  zmrużył  oczy  i  uniósł  głowę,  aby  spojrzeć  na  intruza,  jakby  się 

zastanawiał, czy go zna. - Tyle to i ja wiem, kolego. 

background image

- Chyba nie widziałem, jak lądował twój statek, Miek. - Uśmiech na twarzy Weequaya 

przypominał  raczej  grymas.  Obca  istota  z  wyraźnym  zachwytem  obserwowała,  jak  Han 

usiłuje  sobie  przypomnieć,  kim  jest  jego  rozmówca.  -  Wciąż  jeszcze  latasz  „Słonecznym 

Blaskiem”? 

- Można tak powiedzieć. - Han rozciągnął usta w konspiracyjnym uśmiechu, ujął kufel 

i  pociągnął  tęgi  łyk  okoblastera,  aby  zyskać  czas  na  zdecydowanie,  co  dalej.  „Eksplozja 

Słonecznego  Blasku”  była  jedną  z  kilkunastu  fałszywych  nazw,  jakie  często  wysyłał 

transponder  „Sokoła”,  ale  tym  razem,  zanim  osiadł  na  pokładzie  stacji  Nova,  podał  nazwę 

„Marna  Szansa”.  Sam  Han  także  korzystał  z  wielu  pseudonimów,  aby  trudniej  było  go 

zidentyfikować.  Opróżnił  kufel,  odstawił  go  na  blat  stołu  i  wziął  dzbanek,  by  go  znów 

napełnić. - Ale teraz inaczej się nazywa. 

Weequay zarechotał. 

- Tak przypuszczałem. Ten twój kapitan to był niezły spryciarz. -Odsunął krzesło od 

stołu, usiadł i rozejrzał się po zadymionej sali. -Nie widzę tu nigdzie żadnego Ryna - dodał z 

wyrzutem. 

W  oczach  Hana  pojawiły  się  dziwne  błyski,  ale  chyba  tylko  Leia  je  zauważyła. 

Domyśliła się, że jej mąż w końcu zorientował się, z kim ma do czynienia. 

- Droma już dawno przestał wydawać mi rozkazy - odparł oschle. Spotkał się z Rynem 

jakiś  czas  wcześniej,  kiedy  istoty  rasy  Yuuzhan  Vong  zaatakowały  Ord  Mantell.  Przez 

następne  pół  roku  starali  się  odnaleźć  rozproszonych  po  galaktyce  Rynów,  członków  klanu 

Dromy,  aby  przetransportować  ich  do  jednego  z  obozów  dla  uchodźców  na  planecie  Duro. 

Zanim Droma i jego krewni zniknęli w przestworzach, nadali życiu Hana sens, którego Leia 

nadać nie umiała. Może właśnie dlatego zawsze tak ciepło ich wspominała. - Już prawie rok, 

jak nasze drogi się rozeszły. 

-  Doprawdy?  -  Weequay  odwrócił  się  znów  do  Leii  i  uśmiechnął  się  aprobująco  i 

pożądliwie. - To twoja nowa pani kapitan? - zapytał, szczerząc zęby. 

Han spojrzał na niego z udawaną urazą. 

- Tym razem to ja jestem kapitanem - oznajmił butnie. - Ona to tylko zastępczyni. 

- Można tak powiedzieć. - Leia obrzuciła męża gniewnym spojrzeniem. - Jeżeli ma się 

dobry humor. 

Weequay wybuchnął głośnym śmiechem i zaraz ku zaskoczeniu Leii wsunął mięsistą 

dłoń pod blat stołu i położył na jej kolanie. 

- Następnym razem, kiedy będziesz nie w humorze, wpadnij na pokład mojego statku, 

złotko -  powiedział.  - Nazywa  się „Słodka  Niespodzianka”.  Ja  też  jestem  zastępcą  kapitana, 

background image

ale ty możesz zostać na nim, kim zechcesz. 

- Dość tego, Plaan - warknął Solo. - Ona nie rozgląda się za nową pracą. - Zniżył głos 

i  postarał  się,  aby  zabrzmiało  w  nim  szczere  zainteresowanie.  -  Co  właściwie  porabiasz  tak 

daleko od Tholatiny? Przypuszczałem, że nadal jesteś tam dowódcą służby bezpieczeństwa. 

Leia doszła do wniosku, że skończyły się żarty i docinki, a zaczęła poważna rozmowa. 

Tholatina  była  bazą  grupy  odszczepieńców  i  przemytników,  którzy  nie  mieli  nic  przeciwko 

pomaganiu Yuuzhan Vongom, pod warunkiem uzyskania sowitej zapłaty. 

- Zmieniłem  pracę -  odparł  rzeczowo Plaan. - Jak  mówiłem, jestem teraz pierwszym 

oficerem na „Słodkiej Niespodziance”. - Zdjął dłoń z kolana Leii. - Przysiadłem się do ciebie, 

bo rozglądam się za kimś, kto mógłby mi pomóc. Dobrze zapłacę. 

Han chwilę się zastanawiał, ale kiedy zobaczył, że Leia lekko kręci głową, uniósł rękę, 

jakby nie chciał jej pozwolić dojść do głosu. 

- Ile? - zapytał. 

-  Panie  kapitanie!  -  odezwała  się  z  wyrzutem  Leia.  Może  pomogła  jej  Moc,  a  może 

przez  tyle  wspólnych  lat  nauczyła  się  czytać  w  jego  myślach,  w  każdym  razie  niemal 

natychmiast wczuła się w rolę, którą chciał, żeby odgrywała. - A co z tym towarem, na który 

tyle czekamy? 

Han nawet nie odwrócił głowy. 

- Spóźniają się. 

- Ale zapłacili z góry. - Leia starała się nie wypaść z roli, ale dawało się wyczuć, że 

jest  naprawdę  zirytowana.  -  A  wiesz,  jak  postępują  z  gośćmi,  którzy  nie  dotrzymują 

warunków umowy. Nie chciałabym, żeby zamrozili cię w bryle karbonitu albo zrobili ci coś 

gorszego. 

Han  skrzywił  się,  jakby  połknął  coś  kwaśnego,  i  pociągnął  następny  tęgi  łyk 

okoblastera. 

- W tej umowie jest klauzula, że jeżeli dostawa towaru opóźni się o więcej niż dzień, 

możemy zgłosić się po odbiór o wiele później - powiedział. - Wysłuchajmy do końca, co on 

ma do powiedzenia. 

- Niewiele więcej, dopóki nie powiesz, że się zgadzasz - oznajmił Weequay. 

- Niewiele więcej mi potrzeba - zapewnił Solo. - Mam nadzieję, że nie chodzi o jakąś 

sztuczkę  z  uchodźcami.  Za  nic  w  świecie  nie  chciałbym  mieć  na  karku  ścigaczy  Nowej 

Republiki. 

Plaan pokręcił głową. 

-  Z  tym  już  koniec  -  zapewnił.  -  Tym  razem  zamierzamy  potraktować  ich  uczciwie. 

background image

Wysadzimy ich, gdzie chcą, i wszyscy będą zadowoleni. Nie masz pojęcia, jaka to okazja. 

Leia  rozparła  się  na  krześle  i  splotła  ręce  na  piersiach.  Postarała  się  wyglądać  jak 

zlekceważona  kochanka  przemytnika.  Udawanie  zagniewanej  nie  przyszło  jej  zresztą  z 

wielkim trudem. 

- Ile to potrwa? - zapytał Solo. 

-  Musimy  tylko  skoczyć  w  jedno  miejsce,  żeby  przyjąć  na  pokład  resztę  towaru  - 

odparł Weeąuay. - Zajmie to nam najwyżej dwa dni. 

Han odwrócił głowę i popatrzył na swoją „zastępczynię”. 

- Co o tym sądzisz, Rudzielcu? - zapytał. 

Leia  wzruszyła  ramionami.  Wiedziała,  że  Han  zadał  to  pytanie,  aby  wyciągnąć  z 

rozmówcy więcej informacji. 

-  A  co  z  „Marną  Szansą”,  Miek?  -  zapytała.  -  Jak  tu  się  dostaniemy,  kiedy 

skończymy? Autostopem? 

-  My  was  podrzucimy  -  zapewnił  gorliwie  Plaan.  -  Wracamy,  kiedy  wszystko 

załatwimy. 

- Ile? - powtórzył rzeczowo Solo. 

- Pięć tysięcy - odparł bez wahania Weeąuay. 

- Na głowę? - wtrąciła się Leia. Plaan zmarszczył brwi. 

-  Dla  obojga  -  odrzekł  po  chwili  namysłu.  -I  musicie  z  tego  pokryć  koszty  postoju 

„Marnej Szansy” na miejscowym lądowisku. 

Han spojrzał na Leię. 

-No to jak? 

Przewróciła oczami i sięgnęła po swoją szklankę z okoblasterem. 

- Pomyślimy o tym - odezwał się Han do Weequaya. 

Plaan  otworzył  usta,  jakby  chciał  coś  dorzucić  do  poprzedniej  sumy,  ale  kiedy 

popatrzył na Leię, zmienił zdanie. 

- Tylko niezbyt długo - ostrzegł. - Startujemy za godzinę. 

Zabrał swój kufel i zaczął przeciskać się przez tłum gości w poszukiwaniu następnych 

kandydatów.  Leia  widziała,  jak  siada  przy  sąsiednim  stole  i  zaczyna  rozmowę,  ale  kiedy 

ponownie rozległ się gong, uniosła głowę, jak wszyscy inni, i spojrzała na ekran. Tym razem 

nad głowami grających Bithów pojawił się napis „Gwiezdny Biegacz”. 

- Jak myślisz, dokąd się wybiera? - zapytała męża. 

-Z jego harmonogramu wynika, że to może być jedno z trzech miejsc - odparł Han. - 

Kuat, Borleias albo Coruscant. 

background image

- Coruscant - zdecydowała Leia. - Kuat i Borleias nie przyjmują żadnych transportów 

z uciekinierami. A on był pewien, że nie każą mu zawrócić. To musi być Coruscant. 

Widocznie  Plaan  zdobył  dwóch  następnych  członków  załogi,  bo  wstał  od  ich  stołu, 

pomachał  Hanowi  i  Leii  i  skierował  się  do  wyjścia.  Chwilę  później  w  jego  ślady  poszło 

dwóch kłapouchych Ossan. Solo uniósł kufel w kpiącym geście pozdrowienia, a kiedy rosły 

Weequay  i  jego  dwaj  nowi  podwładni  wyszli  z  kantyny,  wypił  resztkę  zawartości,  odstawił 

kufel i wcisnął guzik, żeby przywołać kogoś z obsługi. 

-  Dokąd  się  wybierasz?  -  zapytała  Leia.  Najwyraźniej  sama  zamierzała  zostać  przy 

stoliku. 

- Przepłukać gardło - odparł Han. - Nie znoszę okoblasterów. A potem ja i ty lecimy 

na Coruscant. 

Leia nie wstała od stolika. 

-  Nie  mogę  -  powiedziała.  -  Dobrze  wiesz,  jak  bardzo  mój  brat  martwi  się  o  swoich 

podopiecznych. 

Młodzi  uczniowie,  jeszcze  do  niedawna  studiujący  w  Akademii  Jedi  Luke’a 

Skywalkera, przebywali w towarzystwie Boostera Terrika na pokładzie „Błędnego Rycerza”. 

W  trosce  o  bezpieczeństwo  skakali  z  sektora  do  sektora,  aby  istoty  rasy  Yuuzhan  Vong  nie 

mogły namierzyć miejsca ich pobytu. Niestety, w ciągu dwóch dni, które Alema Rar spędziła 

w Zaćmieniu od chwili opuszczenia zbiornika bacta, ofiarami voxynów padło dwóch innych 

Jedi.  Najdziwniejsze,  że  jeden  z  nich  poniósł  śmierć  na  uznawanej  dotąd  za  bezpieczną 

planecie  Kuat.  Luke  niepokoił  się,  że  kapitan  „Błędnego  Rycerza”,  lądując  gdzieś  w  celu 

uzupełnienia zapasów żywności, może narazić młodych Jedi na poważne niebezpieczeństwo. 

Poprosił  więc  Hana  i  Leię,  aby  osobiście  podali  Boosterowi  zestaw  współrzędnych  nowej 

bazy  Jedi,  Zaćmienia.  Niestety,  spóźniał  się  już  trzy  dni  na  umówione  spotkanie.  Zawsze 

dotąd  przylatywał  punktualnie  i  Leia  zaczynała  się  zastanawiać,  czy  nie  przydarzyło  mu  się 

coś złego. 

-  Zaczekajmy  jeszcze  dzień  -  zaproponowała.  -  „Marna  Szansa”  to  bardzo  szybki 

statek. Nawet jeżeli Booster nie przyleci, wylądujemy na Coruscant wcześniej niż Plaan. 

- No cóż, i tak nie zostawiłbym cię samej w takiej dziurze - westchnął Han. - Wiem 

jednak, że właśnie teraz przebywa na Coruscant cała Eskadra Łobuzów, a Wedge ma wobec 

mnie  dług  wdzięczności.  Pozwól  przynajmniej,  żebym  z  nim  porozmawiał  i  upewnił  się,  że 

powita „Słodką Niespodziankę” z należnymi honorami. 

- Wedge Antilles ma wobec ciebie dług wdzięczności? - zdziwiła się Leia. 

- Chyba każdy ma wobec mnie jakiś dług - odparł beztrosko Solo. 

background image

Booster oczywiście nie zjawił się na spotkanie, a Wedge - to znaczy generał Antilles - 

wahał  się,  czy  powinien  wydać  rozkaz  wejścia  na  pokład  legalnie  zarejestrowanego  statku, 

skoro  nie  miał  dowodu  ani  nawet  podejrzeń  popełnienia  jakiegokolwiek  przestępstwa  -  nie 

mówiąc już o świadku, który zechciałby złożyć skargę. Wiedząc, że będzie to ustępstwem na 

rzecz  nielubiących  rycerzy  Jedi  osób  z  Komitetu  Doradców  Nowej  Republiki,  Leia 

postanowiła  -  chociaż  niechętnie  - dotrzymać  danego  słowa  i  poinformowała  brata,  że  ona  i 

Han  nie  mogą  dłużej  czekać  na  przylot  „Błędnego  Rycerza”.  Wystartowali  ze  stacji  Nova  i 

wskoczyli  do  nadprzestrzeni,  a  potem,  podążając  Perlemiańskim  szlakiem  handlowym, 

skierowali  się  na  Coruscant.  Han  przypuszczał,  że  przelecą  nim  na  tyle  szybko,  aby 

wylądować wcześniej niż „Słodka Niespodzianka”. 

Okazało  się  jednak,  że  trochę  się  pomylił  w  rachubach.  Kiedy  wyskoczył  z 

nadprzestrzeni,  dowiedział  się,  że  piloci  myśliwców  Eskadry  Łobuzów  wystartowali  w  celu 

przechwycenia  „Niespodzianki”,  zanim  wyląduje.  Wedge  poprosił,  żeby  Han  spotkał  się  z 

nim  na  pokładzie  orbitalnej  stacji  kontrolnej  i  złożył  mu  raport,  a  Solo  nie  zaskoczył  chyba 

nikogo, kiedy obiecał, że wyląduje, kiedy tylko przekona się, co się stało z „Niespodzianką”. 

Dekorujące  zazwyczaj  atmosferę  wokół  Coruscant  wszechobecne  koraliki  świateł 

pozycyjnych  latających  na  różnych  poziomach  wahadłowców,  promów  i  transportowców 

przemieniły  się  teraz  w  pojedyncze  nitki.  W  obawie  przed  niespodziewanym  atakiem 

Yuuzhan  Vongów  dowódcy  wojskowi  otoczyli  planetę  kordonem  orbitujących  kosmicznych 

min.  Pozostawili  zaledwie  kilkanaście  wąskich,  lejkowatych  powietrznych  korytarzy,  co 

powodowało kolejki i zatory. 

Han  wykonał  błyskawiczny  manewr,  po  czym  zastopował  swój  frachtowiec  w 

odległości zaledwie kilkuset metrów od kanciastej rufy „Słodkiej Niespodzianki”. Wywołało 

to  głośny  protest  kapitana  tysiącmetrowego  towarowego  transportowca,  którego  zdołał  w 

ostatniej  chwili  wyprzedzić.  Z  głośnika  pokładowego  komunikatora  „Sokoła”  wydobył  się 

ogłuszający  gniewny  pisk.  Han  zbliżył  usta  do  mikrofonu,  aby  odpowiedzieć  w  podobny 

sposób; Leia musiała zeskoczyć z dostosowanego do rozmiarów ciała Wookiego ogromnego 

fotela drugiego pilota, by go powstrzymać. 

- Nie bądź taki w gorącej wodzie kąpany - powiedziała. - To nie najwłaściwsza pora, 

żeby się rewanżować za wszelką cenę. 

Kiedy  Han  się  wyprostował,  Leia  wybrała  indywidualny  kanał  umożliwiający 

nawiązanie łączności z kapitanem ogromnego transportowca. 

-  Bardzo  przepraszam,  że  się  tak  wkręciliśmy,  panie  kapitanie  -  powiedziała.  - 

Wygląda na to, że przed nami utworzył się jakiś zator. To pewnie znów sprawka wojskowych. 

background image

Proponuję, żeby pan skręcił na bakburtę. 

-  Zator?  -  rozległ  się  z  odbiornika  lodowaty  głos  oburzonego  Durosjanina.  -  Tak 

nazywa pani to, co się tu wyprawia? 

Wielki  transportowiec  zaczął  zmieniać  kurs,  jakby  chciał  zawrócić,  co  wywołało  w 

komunikatorze  niezgrany  chór  protestów,  tak  donośny  że  Leia  musiała  zmniejszyć  siłę 

natężenia głosu. 

-  A  komu  jest  potrzebne  wojsko?  -  zapytał  Han.  -  Zaprośmy  tu  Yuuzhan  Vongów  i 

przekonajmy się, jak długo wytrzymają w tym bałaganie. 

Nagle  w  przestworzach  pojawiły  się  drobne  sylwetki  czterech  X-skrzydłowców  i 

zamieszanie  jeszcze  się  zwiększyło.  Piloci  myśliwców  wykonali  popisowy  manewr  i 

zastopowali  w  pewnej  odległości  za  rufą  „Słodkiej  Niespodzianki”.  Leia  zmieniała  kanały 

komunikatora tak długo, aż usłyszała znajomy głos Gavina Darklightera. 

- ...zastopować i przygotować się na przyjęcie inspekcji, „Słodka Niespodzianko”. 

- Z  jakiego  powodu?  -  odezwał  się  Plaan  z  komunikatora.  -  Nie  przekroczyliśmy 

żadnych przepisów handlowych. Wciąż jeszcze czekamy na odprawę. 

- Informujemy, że to inspekcja wojskowa Nowej Republiki - oznajmił Gavin. - Proszę 

się nie obawiać - dodał uspokajająco. - To tylko wyrywkowa kontrola. 

- Wyrywkowa? - W głosie Plaana brzmiało powątpiewanie. - Muszę porozumieć się z 

kapitanem. 

- Proszę mu powiedzieć, że nie interesują nas sprawy celne - polecił Gavin. - Jesteśmy 

jednak uzbrojeni. 

Dyskusja między kapitanem „Niespodzianki” a jego zastępcą  musiała być ożywiona, 

ponieważ statek leciał nadal wytyczonym korytarzem, aż jego średnica zmalała do zaledwie 

trzystu metrów. Wokół musiało się unosić coraz więcej kosmicznych min; Leia niektóre już 

dostrzegała.  Wyglądały  jak  ciemne  punkciki  na  tle  bijącej  od  Coruscant  jasnej  poświaty. 

Gavin  ponownie  przypomniał  Plaanowi,  że  X-skrzydłowce  są  uzbrojone,  a  piloci 

upoważnieni  do  otwarcia  ognia  bez  ostrzeżenia,  na  co  Weequay  odparł,  że  na  pokładzie 

„Niespodzianki” podróżuje ponad tysiąc niewinnych uciekinierów. 

- Nie zastopują- oznajmiła w pewnej chwili Leia. 

Funkcjonariusze  Wojsk  Obrony  Planety,  nieustannie  śledzący  wymianę  zdań  między 

Darklighterem  a  zastępcą  kapitana  „Słodkiej  Niespodzianki”,  doszli  pewnie  do  takiego 

samego  wniosku.  Dysponując  wojskowym  komunikatorem  „Sokoła”,  Leia  słyszała,  jak 

kolejno  coraz  starsi  stopniem  oficerowie  wypytując  Gavina  Darklightera.  W  końcu  do 

rozmowy  włączył  się  Wedge  Antilles.  On  także  chciał  wiedzieć,  o  co  chodzi.  Po  pewnym 

background image

czasie  z  komunikatora  rozległ  się  nawet  zaspany  głos  emerytowanego  generała  Rieekana, 

którego  poproszono,  aby  stanął  na  czele  Wojsk  Obrony  Planety.  Generał  połączył  się  z 

Hanem i także pytał, co się dzieje. 

Han  wyjaśnił,  kim  jest  Plaan,  i  ujawnił,  że  w  przeszłości  Weequay  wydawał 

uchodźców w ręce Yuuzhan. Zdał również relację z rozmowy, jaką odbył z nim w kantynie 

stacji Nova. 

-  A  więc  chcesz  powiedzieć,  że  jesteś  pełen  jak  najgorszych  przeczuć,  ale  nie 

dysponujesz żadnymi dowodami? - domyślił się Rieekan. 

Han skrzywił się. 

- Mniej więcej - przyznał. - Coś w tym rodzaju. 

Rozległ  się  trzask,  jakby  generał  zmieniał  kanał  komunikatora,  a  potem  jego  głos 

rozległ się na falach niekodowanego kanału łączności, na którym dowódca Eskadry Łobuzów 

porozumiewał się ze „Słodką Niespodzianką”. 

- Pułkowniku Darklighter, wie pan, kim jestem? 

- Tak jest, panie generale. 

-  To  dobrze.  Jako  dowódca  Wojsk  Obrony  Planety  Coruscant  rozkazuję,  żeby  nie 

wydawał pan zezwolenia „Słodkiej Niespodziance” na przelot przez korytarz. Zrozumiał mnie 

pan? 

Leia  spojrzała  na  Hana.  Wylot  powietrznego  leja  znajdował  się  niespełna  trzy 

kilometry  przed  dziobem  „Sokoła”.  Jeden  po  drugim  korytarz  opuszczały  kolejne  gwiezdne 

statki.  Zanim  Gavin  zdążył  odpowiedzieć,  transportowiec  z  uchodźcami  i  towarzyszące  mu 

X-skrzydłowce już docierały do wylotu korytarza. 

- Hmm... - odchrząknął Gavin. - Za chwilę miniemy pole minowe, panie generale. 

- Wydałem rozkaz, pułkowniku Darklighter. - Rieekan przerwał połączenie. 

Nic więcej nie było potrzeba. Jeżeli nie liczyć „Sokoła” i X-skrzydłowców, wszystkie 

inne  statki  znajdujące  się  w  odległości  niniejszej  niż  dziesięć  kilometrów  zaczęły  zmieniać 

kurs albo hamować. 

-  Słyszałaś,  „Słodka  Niespodzianko”?  -  zapytał  Gavin.  -  Natychmiast  zastopujcie  i 

przygotujcie się do przyjęcia inspektorów. 

Gdyby  pilot  „Niespodzianki”  zamierzał  usłuchać,  z  umieszczonych  na  dziobie  dysz 

silników manewrowych statku powinny trysnąć strugi ognia. Dziób transportowca skierował 

się jednak do góry. 

- Nie szukamy kłopotów - odezwał się Plaan. 

-  Nie  wyrażam  zgody  na  ten  manewr,  „Niespodzianko”.  -  Tym  razem  przemówił 

background image

pułkownik Tycho Celchu, bezpośredni dowódca Gavina Darklightera i starszy pilot Eskadry 

Łobuzów. - Nie zdołacie tu zawrócić. Wasz statek jest zbyt długi na tę średnicę korytarza. 

- To nasze zmartwienie - oznajmił Plaan. „Słodka Niespodzianka” strzeliła świecą w 

górę i zatoczywszy łuk, znalazła się nad „Sokołem”. 

- Co pan rozkaże pułkowniku? - zapytał Darklighter. 

- Włączyć ochronne pola! - krzyknął Tycho. 

- Doskonały pomysł - mruknął Han, natychmiast wyciągając rękę w stronę włącznika. 

Okazało się jednak, że Leia go uprzedziła. Pstryknęła przełącznikiem i włączyła generator. 

- Pełna moc? - zapytała. 

- Ach wy, Jedi - westchnął Han. - Zawsze musicie czytać w czyichś myślach? 

Leia nastawiła moc na maksimum, włączyła interkom i zwróciła się do siedzących w 

głównej ładowni członków załogi. 

- Przypnijcie się - poleciła. - Za chwilę może się zrobić gorąco. 

Oboje Noghri jak zwykle się nie odezwali. W ciemnościach przestworzy pojawiły się 

ogniki  rakiet  dwóch  najbliższych  min.  W  odpowiedzi  rozbłysnął  laser  umieszczony  w 

spodniej  części  kadłuba  „Słodkiej  Niespodzianki”.  Obie  miny  przeleciały  zaledwie  sto 

metrów, zanim eksplodowały i przemieniły się w ogniste kule. 

- A to dranie - mruknął Han i zanurkował. 

Korzystając z wojskowego kanału, Gavin zawołał rozpaczliwie: 

-Kontrola min! Rozbroić... 

Nie  zdążył.  W  przestworzach  ukazały  się  błyski  silników  rakietowych  dziesięciu 

następnych min, które niczym wygłodniałe piraniożuki skierowały się ze wszystkich stron ku 

wielkiemu statkowi. Laser „Niespodzianki” znów zaczął błyskać i trzy miny zakończyły lot z 

daleka od kadłuba. Do życia obudziły się jednak silniki dziesięciu następnych. 

-  A  już  myślałam,  że  się  nauczą-  powiedziała  Leia,  usiłując  zapiąć  pasy  ochronnej 

sieci. Sieć była nadal dostosowana do rozmiarów ciała Wookiego i Leia miała wielką ochotę 

wspomnieć  coś  na  temat  zastąpienia  jej  mniejszą.  W  porę  uświadomiła  sobie  jednak,  jak 

zareagowałby  Han,  ugryzła  się  więc  w  język  i  tylko  zacisnęła  pasy  najmocniej  jak  mogła.  - 

Jednak powinniśmy byli złożyć ten raport - dodała. 

Pierwsza  fala  min  była  już  blisko  kadłuba  „Słodkiej  Niespodzianki”.  Na  granicy 

ochronnego pola  miny,  jedna  po  drugiej,  przemieniały  się  w  oślepiające  rozbłyski i znikały. 

Chwilę  później  do  granicy  pola  dotarła  druga  fala.  Większość  kosmicznych  min 

eksplodowała,  ale  trzy  znalazły  widać  jakieś  szczeliny,  bo  ich  zakończone  wibroszpicami 

nosy  przeniknęły  w  głąb  durastalowego  kadłuba  transportowca.  Jedna  eksplodowała  na 

background image

mostku,  posyłając  we  wszystkie  strony  szczątki  transpastalowych  iluminatorów.  Niektóre 

kawałki miały rozmiar X-skrzydłowca i koziołkując w locie, zaczęły opadać w kierunku leja 

bezpiecznego  korytarza.  Druga  mina  rozpyliła  na  atomy  jednostkę  napędu  jonowego 

„Niespodzianki”.  Obezwładniony  transportowiec,  przewalając  się  z  boku  na  bok,  zaczął 

opadać  za  rufą  „Sokoła”.  Leia  nie  zauważyła,  gdzie  eksplodował  trzeci  pocisk.  Jej  uwagę 

przyciągnęły pomarańczowe błyski, które rozkwitły nad sterownią koreliańskiego frachtowca. 

-Hanie... -zaczęła. 

- Wiem - przerwał szorstko. Teraz, kiedy „Słodka Niespodzianka” zaczęła się oddalać, 

największym obiektem w okolicy stał się ich „Sokół”. - Trzymaj się. Przypuszczam... 

Pomarańczowa  poświata  zniknęła  i  po  chwili  pięć  czy  sześć  ciemnych  przedmiotów 

odbiło się od granicy ochronnych pól „Sokoła”, nie czyniąc mu żadnej krzywdy. 

- ... że za chwilę się rozbroją - dokończył Solo. 

Zmienił  kurs  i  zanurkował,  żeby  puścić  się  w  pościg  za  „Niespodzianką”.  Leia 

rozparła  się  na  ogromnym  fotelu,  ale  jęknęła,  kiedy  siła  odśrodkowa  szarpnęła  nią  mimo 

ochronnej sieci. 

Han zerknął na nią kątem oka. 

-  To  może  być  ciężka  przeprawa  -  ostrzegł.  -  Zwiększ  skuteczność  działania 

inercyjnych kompensatorów i zapnij ciaśniej pasy swojej sieci. 

- Już ciaśniej nie mogę - zaprotestowała Leia. - Będę się trzymała. 

Nawet  jeżeli  Han  usłyszał,  był  zbyt  zajęty,  aby  odpowiedzieć.  Nurkując,  zbliżali  się 

do  bezpiecznego  korytarza.  Tymczasem  X-skrzydłowce  Łobuzów,  wirując  w  locie,  zbliżały 

się do koziołkującej „Niespodzianki”. 

Przerażeni piloci gwiezdnych statków zmieniali kurs i rozpierzchali się we wszystkie 

możliwe strony. Ich ochronne pola, ocierając się jedne o drugie, krzesały snopy krzaczastych 

błyskawic, które raz po raz przeskakiwały między kadłubami. Han także zmienił kurs, aby nie 

zderzyć  się  z  jakimś  gwiezdnym  jachtem,  ale  „Sokół”  odbił  się  od  jego  ochronnego  pola,  a 

potem  prześlizgnął  między  dwoma  transportowcami  Spółki  Gallofree  i  znalazł  u  wylotu 

bezpiecznego korytarza. 

Piloci unoszących się pod nim statków zareagowali na ostrzeżenia dowódcy Eskadry 

Łobuzów;  jeden  po  drugim  dawali  wolną  drogę  pozbawionej  napędu  „Niespodziance”.  Leia 

uwolniła myśli i posługując się Mocą, wysłała je w głąb transportowca, aby zorientować się, 

ilu uchodźców przebywa na pokładzie. Wyczuła promieniującą od nich falę strachu; upewniło 

ją  to,  że  Plaan  nie  kłamał,  kiedy  mówił,  kogo  zamierza  transportować.  Odniosła  jednak 

wrażenie, że w Mocy poruszyło się coś dzikiego, głodnego i spragnionego. Nigdy dotąd nie 

background image

wyczuwała czegoś podobnego. 

-Hanie... 

-Chwileczkę. 

Piloci  lecących  przed  dziobem  „Sokoła”  trzech  X-skrzydłowców  starali  się 

dostosować  prędkość  i  tempo  wirowania  swoich  maszyn,  aby  nie  zmieniały  położenia 

względem  pozbawionej  silników  „Niespodzianki”.  W  pewnej  chwili  Leia  zobaczyła  spód 

kadłuba transportowca i miejsce, w którym eksplodowała trzecia mina. Z czarnego otworu o 

poszarpanych  brzegach  wylatywały  jakieś  przedmioty  i  wydobywały  się  kłęby  dymu.  W 

końcu  piloci  Eskadry  Łobuzów  pomyślnie  zakończyli  trudny  manewr  i  posługując  się 

laserowymi  działkami,  zaczęli  wycinać  w  kadłubie  otwór,  przez  który  mogliby  wlecieć  do 

środka. 

Manewr  uchodził  za  rozpaczliwy,  ale  skuteczny.  Był  elementem  standardowej 

wojskowej  procedury  dostawania  się  na  pokład  obezwładnionego  statku.  Gdyby  wszystkim 

myśliwcom  udało  się  wlecieć,  pilot  ostatniego  miał  uszczelnić  otwór  ochronnym  polem 

swojej  maszyny.  Pozostali  dwaj,  ubrani  w  próżniowe  skafandry,  powinni  opuścić  kabiny 

swoich X-skrzydłowców, aby ocenić sytuację. 

Promieniujący z wnętrza kadłuba „Niespodzianki” dziki głód słabł powoli, aż w końcu 

zniknął. Zupełnie jak wtedy, kiedy Jaina i Mara, posługując się Mocą, usiłowały wyczuć, co 

się  dzieje  na  pokładzie  „Ścigacza  Mgławic”,  pomyślała  Leia.  Wybrała  kodowany  kanał  i 

nawiązała łączność z Eskadrą Łobuzów. 

- Pułkowniku Celchu, pułkowniku Darklighter, tu Leia Solo - odezwała się oficjalnym 

tonem. - Wasi piloci powinni się spodziewać spotkania nie tylko z przemytnikami. Możliwe, 

że towarzyszy im voxyn. 

Han  otworzył  szeroko  oczy  i  popatrzył  na  żonę,  ale  Leia  zignorowała  jego  nieme 

pytanie. 

- Zrozumiałem - odezwał się po chwili Gavin. - Voxyn? 

- Potwór Yuuzhan Vongów. Zabójca rycerzy Jedi - wyjaśniła. - Niech trzymają się jak 

najdalej  od  wszystkiego,  co  wygląda  jak  ośmionogi  gad.  Jak  najdalej.  Te  stworzenia  plują 

kwasem  i  wysyłają  ogłuszające  fale  dźwiękowe.  Możliwe,  że  umieją  zadawać  śmierć  w 

jeszcze gorszy sposób. 

- Będę o tym pamiętał - obiecał Gavin. - Darklighter przerwał połączenie. 

Dopiero wtedy Leia spojrzała na męża. 

- On też tam jest? - zapytała. 

- Wleciał pierwszy - oznajmił Solo. 

background image

Przez  następny,  bardzo  nerwowy  kwadrans  Han  i  Leia  przyglądali  się,  jak 

„Niespodzianka”  osiąga  niestabilną  orbitę  wokół  Coruscant.  Gavin  był  nie  tylko 

bezpośrednim dowódcą Jainy i pilotem Eskadry Łobuzów; był również dobrym przyjacielem 

Hana i Leii, a także kuzynem Biggsa Darkligtera, który stracił życie podczas Bitwy o Yavin, 

pomagając  Luke’owi  unicestwić  pierwszą  Gwiazdę  Śmierci.  Oboje  Solo  obawiali  się,  że 

Gavin  zginie,  starając  się  zabić  voxyna.  Wiedzieli  jednak,  że  próba  przechwycenia 

transportowca za pomocą promienia ściągającego „Sokoła” mogłaby się zakończyć nie tylko 

śmiercią  pasażerów  „Niespodzianki”,  ale  także  pilotów  X-skrzydłowców.  Nie  mogli  zrobić 

nic z wyjątkiem przyglądania się, jak inni dokonują bohaterskich czynów. Patrząc na zbielałe 

kostki  palców  Hana,  Leia  się  domyśliła,  że  on  także  nie  może  znieść  przymusowej 

bezczynności. 

Obserwowali,  jak  transportowiec,  koziołkując  w  locie,  mija  ostatnie  statki  i  osiąga 

nieregularną orbitę okołobiegunową. Operatorzy Wojsk Obrony Planety zgodzili się wyłączyć 

na  pewien  czas  kilka  sektorów  kosmicznych  min,  dopóki  nie  przeleci  obok  nich  „Słodka 

Niespodzianka”. Obliczyli jednak, że transportowiec roztrzaska się o powierzchnię Coruscant 

po  upływie  czterdziestu  dwóch  minut.  Posługując  się  generatorami  promieni  ściągających, 

usiłowali  uporządkować  zamieszanie,  jakie  wywołała  próba  ucieczki  jego  pilota.  Nie  mieli 

jednak wyboru. 

Otrzymali  rozkaz  zlikwidowania  „Niespodzianki”,  zanim  roztrzaska  się  o 

powierzchnię. Pasażerowie musieli opuścić statek albo zginąć na jego pokładzie. 

Gavin  widocznie  zdołał  dotrzeć  do  sekcji  inżynierskiej  i  skorzystać  z  rezerwowej 

aparatury  kontrolnej,  gdyż  uruchomił  silniki  manewrowe  i  spowolnił  tempo  opadania 

„Niespodzianki”.  Operatorzy  Kontroli  Lotów  zarządzili  alarm  i  uzyskali  informację,  że  z 

powierzchni Coruscant wystartowała barka zdolna do pomieszczenia tysiąca pasażerów. Pięć-

setmetrowej długości jednostka o nazwie „Stateczna Dama” pojawiła się kilka minut później 

pod  „Sokołem”.  Jej  pilot  zmniejszył  prędkość  i  zaczął  manewrować,  aby  znaleźć  się  nad 

włazem  ratunkowym  w  górnej  części  kadłuba  „Niespodzianki”.  Han  zajął  pozycję  za  rufą 

uszkodzonego transportowca, wyraźnie rozgoryczony, że może tylko siedzieć i przyglądać się 

ratownikom. Leia ponownie uwolniła myśli i posłużyła się Mocą. Stwierdziła, że stłoczeni w 

górnej  części  transportowca  pasażerowie  zaczynają  kierować  się  do  włazu.  Nie  wyczuła 

voxyna,  ale  to  jeszcze  niczego  nie  dowodziło.  Z  wyjątkiem  kilku  pierwszych  chwil,  kiedy 

zwierzę się poruszyło, Jaina i Mara także nie wyczuwały zabójcy Numy Rar. 

Kiedy  „Stateczna  Dama”  zaczęła  powoli  opadać,  aby  się  zetknąć  z  włazem 

ratunkowym,  „Słodka  Niespodzianka”  przelatywała  mniej  więcej  nad  południowym 

background image

biegunem Coruscant. Nawigacyjny komputer informował, że do katastrofy pozostają zaledwie 

trzydzieści  trzy  minuty.  Leia  miała  nadzieję,  że  to  wystarczy,  aby  tysiąc  przerażonych 

uciekinierów zdołało się przedostać na pokład barki. 

Z odbiornika komunikatora odezwał się Gavin Darklighter. 

- Leio, czy wiesz, jak zabić te potwory? 

- Potwory? - powtórzyła kobieta. 

- Cztery - potwierdził Gavin. Han jęknął. 

- Mniej więcej metr wysokie i cztery metry długie - ciągnął pułkownik. - Nie atakują 

nas, ale tkwią między nami a śluzą. 

Han wybrał inny kanał, aby połączyć się bezpośrednio z pilotem gwiezdnej barki. 

- Wstrzymajcie się chwilę, „Stateczna Damo” - poprosił. Nie czekając na odpowiedź, 

poderwał  „Sokoła”,  przeleciał  pod  brzuchem  większego  statku  i  zastopował.  -  Musimy 

najpierw rozwiązać pewien problem. 

Leia  nie  usłyszała,  co  w  odpowiedzi  zaskrzeczał  pilot  „Damy”.  Wykorzystując  inny 

kanał łączności, prowadziła swoją rozmowę. 

- Gavinie, zaczekaj - poprosiła. - Zaraz się tym zajmiemy. 

- Zajmiecie się? - usłyszała w odpowiedzi. - W jaki sposób? Spojrzała na męża. Han 

wzruszył ramionami. 

-  Wymyślimy  coś  -  szepnął  tak  cicho,  aby  tylko  ona  usłyszała.  Leia  obrzuciła  go 

gniewnym spojrzeniem i pokręciła głową. 

- Mamy pewien plan - powiedziała w stronę mikrofonu komunikatora. 

„Sokół”  przeleciał  nad  pokiereszowaną  rufą  „Słodkiej  Niespodzianki”  i  zaczął  się 

wślizgiwać  w  coraz  węższą  szczelinę  między  kadłubami  obu  wielkich  statków.  Kiedy  pilot 

„Statecznej  Damy”  włączył  silniki  manewrowe,  w  szczelinie  pojawiły  się  pomarańczowe 

języki  ognia.  W  pewnej  chwili  w  sterowni  „Sokoła”  rozległ  się  dźwięczny  huk  i  ekran 

monitora dalekosiężnych skanerów ściemniał. Han nawet nie odwrócił głowy w jego stronę. 

Tyle  razy  tracił  antenę  skanerów,  że  na  wszelki  wypadek  miał  w  ładowni  zapasową. 

Zainstalowanie  jej  w  gnieździe  na  grzbiecie  frachtowca  nie  powinno  mu  zająć  więcej  niż 

kilka minut. 

Leia  odpięła  pasy  ochronnej  sieci,  chwyciła  świetlny  miecz  i  skierowała  się  do 

wyjścia. 

-  Zaczekaj!  -  zawołał  Han.  Rozpaczliwie  manewrując,  starał  się  pozostawać  mniej 

więcej w jednakowej odległości od kadłubów obu kolosów. - Dokąd się... 

- Do śluzy - dokończyła Leia. 

background image

- To zbyt niebezpieczne. - Han odwrócił wzrok od dziobowego iluminatora i spojrzał 

na żonę. - Lepiej zostań w sterowni. 

- Jeżeli uważasz, że to dobry pomysł... - odparła Leia. Widocznie przypomniała sobie, 

że trochę może przesadna troska Hana o jej życie jest jednym z etapów jego ozdrowienia. Nie 

mogła mu czynić wymówek. Mimo to dokończyła: - Ty wywabisz je, posługując się Mocą, a 

ja będę obsługiwała działka. 

Gestem  wskazała  iluminator.  Szczelina  między  kadłubami  „Damy”  i  „Słodkiej 

Niespodzianki” nie była dużo większa niż wysokość „Sokoła”. 

Han skrzywił się, jakby połknął coś kwaśnego. 

-  Idź  do  awaryjnej  śluzy  w  ładowni  -  powiedział  w  końcu.  -  Ale  kiedy  będziesz  je 

wywabiała, pozostań po tej stronie klapy włazu. 

- Jak sobie życzysz, mój drogi - odparła Leia i wypadła ze sterowni. 

Biegnąc  korytarzem,  skinęła  na  swoich  Noghrich  i  wszyscy  troje  pognali  na  rufę. 

Adarakh  odsunął  płytę  pokładu  i  zjechał  do  ładowni.  Meewalha  upewniła  się,  czy  żadne 

urządzenie awaryjnej śluzy cumowniczej nie uległo uszkodzeniu, a Leia włączyła interkom i 

udzielała  Hanowi  wskazówek,  dopóki  „Sokół”  nie  znalazł  się  we  właściwym  miejscu.  Było 

tak  ciasno,  że  frachtowiec  musiał  zetknąć  się  ze  spodem  kadłuba  „Statecznej  Damy”,  żeby 

dało  się  dołączyć  rękaw  cumowniczego  do  włazu  śluzy  „Słodkiej  Niespodzianki”.  Leia 

wyczuwała teraz wyraźnie obecność czterech voxynów i promieniującą od nich żądzę mordu. 

Adarakh wyrównał ciśnienia. 

Kiedy w ładowni rozległ się stłumiony brzęk, Leia zrozumiała, że nie musi wywabiać 

voxynów. Właśnie nadchodziły. Odwróciła się, zajęła miejsce obok wewnętrznej płyty śluzy i 

włączyła świetlistą klingę swojego miecza. 

- Przygotujcie się! - zawołała. 

Wyczuła,  że  w  Mocy  pojawiła  się  fala  podniecenia.  Chwilę  później  w  powierzchnię 

wciąż jeszcze zamkniętej zewnętrznej płyty śluzy „Sokoła” uderzyło z przeciwnej strony coś 

ciężkiego. Adarakh i Meewalha znieruchomieli i odbezpieczyli blastery. 

- Zaczynamy! - ostrzegła ich Leia. 

Sięgnęła do panelu kontrolnego płyty śluzy i przycisnęła guzik. Usłyszała cichy syk i 

odetchnęła  z  ulgą.  Gdyby  taki  sam  guzik  przycisnął  voxyn  od  strony  rękawa,  system 

zapobiegający  dekompresji  uniemożliwiłby  otwarcie  płyty.  Słysząc  dobiegające  zza  pleców 

oddechy Adarakha i Meewalhy, Leia weszła do komory śluzy, uszczelniła ją i uzbroiła się w 

cierpliwość. 

Przekonała się, że zatrzask bezpieczeństwa nie puścił. 

background image

- Leio? - usłyszała zaniepokojony głos Hana z głośnika pokładowego interkomu. - Jak 

ci leci? 

- Na razie wcale - odparła. - Zatrzask bezpieczeństwa wciąż blokuje płytę śluzy. 

- To żaden problem - odparł jej mąż. Chwilę później płyta śluzy zaczęła się unosić. W 

mrocznej szczelinie ukazało się kłębowisko pokrytych czarnymi łuskami gadzich łap, a zaraz 

potem  pysk  z  czujnie  rozglądającymi  się  żółtymi  ślepiami.  Stworzenie  wysunęło  łeb,  aby 

zajrzeć do pustej komory, ale się wycofało i pozostało w rękawie. 

- No i? - zapytał Han. 

-  Zorientowały  się,  że  to  pułapka  -  poinformowała  go  Leia.  Han  chwilę  się 

zastanawiał, co zrobić. 

-  Nasza  strona  jest  szczelna  -  powiedział  w  końcu.  -  W  każdej  chwili  możemy  się 

oderwać od „Słodkiej Niespodzianki”. 

Leia  stanęła  na  palcach,  by  się  lepiej  zorientować,  ile  voxynów  weszło  do  rękawa. 

Patrzyła jednak pod tak ostrym kątem, że niczego nie widziała. 

- To na nic - doszła do wniosku. - Muszę je wywabić. 

- W jaki sposób? - W głosie męża usłyszała wyraźną dezaprobatę. - Schodzę do ciebie. 

-  Zostań  w  sterowni. -  Leia  przycisnęła  guzik, otworzyła  płytę  do  końca  i  stanęła  na 

progu komory. - Ktoś musi pilotować... 

Han  krzyknął  coś  przez  interkom,  a  w  tej  samej  sekundzie  dwa  pierwsze  voxyny 

wyskoczyły  z  mrocznego  otworu  rękawa.  Rozległ  się  chrzęst  łusek  i  zgrzyt  pazurów.  Leia 

zatoczyła  łuk  klingą  świetlnego  miecza  i  przygotowała  się  do  walki.  Stała  tak  jakieś  dwie 

sekundy  i  czekała,  dopóki  nie  ujrzała  na  progu  trzeciego  kompletu  żółtych  ślepi.  Domyśliła 

się,  że  czwarte  zwierzę  podąża  tuż  za  trzecim.  Pomagając  sobie  Mocą,  odskoczyła  pod 

przeciwległą ścianę komory. 

Dopiero wtedy Adarakh i Meewalha dali ognia z blasterów. Pierwszy voxyn, którego 

dzieliła  od  nich  odległość  zaledwie  trzech  metrów,  eksplodował  i  przemienił  się  w  chmurę 

żrącego gazu. Jego posoka cuchnęła jak gryzący dym zmieszany z oparami amoniaku. Oczy 

Leii wypełniły się łzami. Nabrała powietrza; chciała krzyknąć na Noghrich, aby się wycofali, 

ale poniewczasie uświadomiła sobie, że popełniła gruby błąd. Poczuła w płucach przenikliwy 

ból. 

W  następnym  ułamku  sekundy  ścierwo  pierwszego  zwierzęcia  przeskoczył  drugi 

potwór. Z piskiem pazurów wyhamował pośrodku komory. Leia poczuła, jakby w jej brzuch 

uderzyła niewidzialna pięść, a bębenki uszu przeniknął dojmujący ból. Zobaczyła, że stojący 

przed  nią  Adarakh  i  Meewalha  padają  na  płyty  pokładu.  Cofnęła  się,  oparła  plecami  o 

background image

przeciwległą  ścianę  i  posługując  się  Mocą,  przycisnęła  guzik  na  panelu  kontrolnym,  aby 

opuścić  przegrodę  bezpieczeństwa.  Sekundę  później  drugi  voxyn  otworzył  pysk  i  plunął 

bulgoczącą  strugą  brązowawej  śliny.  Większość  trafiła  w  opadającą  przegrodę,  ale  kilka 

kropli  przeleciało  przez  szczelinę  i  wylądowało  na  ciałach  nieprzytomnych  Noghrich.  Leia 

doszła  do  wniosku,  że  i  tak  mają  szczęście.  Uderzyła  otwartą  dłonią  w  guzik,  ale  zaklęła  w 

duchu,  kiedy  przypomniała  sobie,  że  system  bezpieczeństwa  nie  pozwoli  przegrodzie  opaść 

do końca, dopóki ktoś albo coś znajduje się pod nią na płytach pokładu. Spod masywnej płyty 

wystawała  zakończona  czarnymi  pazurami  gadzia  łapa,  a  w  płytach  pokładu  widniały  jasne 

rysy.  Leia  opuściła  klingę  świetlnego  miecza  i  przecięła  łapę  o  twardości  i  odporności 

durastali. 

Usłyszała  wycie  i  w  szczelinie  pojawił  się  czubek  pyska  voxyria.  Szybko  wcisnęła 

guzik  eliminujący  system  bezpieczeństwa.  Miała  nadzieję,  że  żaden  z  trzech  pokładowych 

sztucznych móżdżków „Sokoła” nie zakwestionuje jej decyzji. Chwilę później wcisnęła guzik 

ponownie,  tym  razem  z  całej  siły.  Przegroda  jakby  chwilę  się  zawahała,  ale  zaraz  z 

dźwięcznym łomotem opadła na pysk voxyna. Znowu rozległo się wycie, tym razem jednak 

jakby trochę cichsze. Pomieszczenie wypełniło się żrącym oparem, a sześciocalowej długości, 

pokryty czarnymi łuskami pysk zalał się fioletowoczerwonawą posoką. Leia poczuła, że kręci 

się jej w głowie, a ból w płucach sięga chyba kolan. 

Uniosła głowę i spojrzała przez iluminator płyty włazu. Z przeciwnej strony, zaledwie 

metr od niej, wpatrywały się w nią ślepia dwóch pozostałych voxynów. Zwierzęta otworzyły 

pyski i grubą warstwę durastali pokonał przenikliwy świst, podobny do odgłosu opadającego 

meteoru. Leia potknęła się i upadła. 

- Leio, co się tam dzieje?! - krzyknął Han. - Czy mnie słyszysz? 

- Mamy tu... - Nie dokończyła, gdyż jej ciałem wstrząsnął paroksyzm kaszlu. 

- Leio? Chyba nic ci się... 

-  Nie  ma  na  to  czasu! -  wykrzyknęła, starając się zerwać na nogi. Czuła, że zaczyna 

tracić przytomność, a w jej głowie huczy jak w ulu. -Hanie, natychmiast... 

Nie zdołała dokończyć, chociaż zostało jej tylko jedno słowo: „uciekajmy”. 

background image

ROZDZIAŁ

 

 

Mara  skierowała  spojrzenie  w  inne  miejsce  hologramu.  Zobaczyła  poharatane  i 

zamarznięte  trupy  pasażerów  „Ścigacza  Mgławic”,  które,  koziołkując  w  locie,  wypadały  z 

rozerwanego kadłuba ostrzelanego liniowca. Kiedy się to wydarzyło, ona i Jaina były do tego 

stopnia  zajęte  próbami  przechwycenia  ratunkowej  kapsuły,  że  przeoczyły  atak  istot  rasy 

Yuuzhan  Vong.  Oglądała  ten  hologram  wiele  razy  i  naprawdę  miała  serdecznie  dosyć 

ponurego  widoku.  Mimo  to,  jeszcze  kiedy  siedziała  w  prywatnej  komnacie  Zaćmienia, 

nakazywała R2-D2, aby wyświetlał go bez końca. Starała się odgadnąć, w jaki sposób mogła 

wówczas  pomóc  nieszczęśnikom.  Obejrzała  go  chyba  ze  sto  razy,  aż  wreszcie  dała  spokój. 

Upewniła się, że i tak nie mogła nic poradzić. Prawdę mówiąc, świadomość ta przyniosła jej 

pewną ulgę. 

Z  głośników  R2-D2  rozlegał  się  raz  po  raz  cichy,  ale  arogancki  głos  Noma  Anora, 

zarejestrowany  przez  aparaturę  pokoju  przesłuchań  na  Bilbringi.  Mara  omiotła  spojrzeniem 

inne  osoby,  podobnie  jak  ona  siedzące  w  ociekającym  wilgocią,  przylegającym  do  hangaru 

magazynie  unoszącej  się  swobodnie  w  przestworzach  bazy  zaopatrzeniowej  o  nazwie 

„Samotnia”.  Było  to  jedno  z  tysiąca  anonimowych  miejsc,  gdzie  rycerze  Jedi  mogli  się 

spotykać i dyskutować godzinę czy dwie bez obawy, że dowiedzą się o tym agenci Brygady 

Pokoju.  Mara  ujrzała  w  lodowatych  oczach  Kypa  Durrona  błysk  nienawiści.  Młody 

mężczyzna  zaraz  zacisnął  zęby  i  schował  gniew  w  głębi  ciemnej  jamy,  w  której  zazwyczaj 

ukrywał podobne emocje. Nie mogła się zorientować, jak zareagowała Saba Sebatyne - może 

dlatego,  że  nie  wiedziała,  w  jaki  sposób  gniew  przejawia  się  na  pokrytej  łuskami  twarzy 

Barabelki. Istota miała wielkie ciemne oczy, ciężkie powieki i bardzo wąskie wargi. Prawdę 

mówiąc, na jej gadziej twarzy nie malowały się żadne uczucia. 

Luke pozwolił pokazać ten sam hologram jeszcze raz. Kiedy w końcu Artoo wyłączył 

projektor,  oburzenie  Kypa  dawało  się  wyczuć  w  Mocy  jak  coś  namacalnego.  Wypełniało 

pomieszczenie żarzącą się energią, zdolną chyba do wyłamania ciężkich drzwi magazynu. W 

przeciwieństwie do niego uczucia Saby -jeżeli jakiekolwiek żywiła - pozostawały tajemnicą. 

Mara  mogłaby  wprawdzie  spróbować  się  zorientować,  co  czuje  Barabelka,  badając  ją  za 

pośrednictwem Mocy, ale domyślała się, jak istota zareaguje na takie sondowanie. 

Kyp  Durron  nie  zaskoczył  nikogo,  kiedy  zabrał  głos,  nie  czekając,  aż  odezwie  się 

Luke. 

background image

-  To  nie  była  moja  wina.  -  Wskazał  na  R2-D2,  jakby  to  astromechaniczny  robot 

stwarzał  zagrożenie  dla  statków  floty  uchodźców.  -  Nie  odpowiadam  za  to,  co  wyprawiają 

Yuuzhan Vongowie. 

-  A  kto  mówi,  że  odpowiadasz?  -  zapytał  łagodnie  mistrz  Skywalker.  -  Ale  to  ty 

zaopatrywałeś członków ruchu oporu na Nowym Plymptonie we wszystko, co konieczne do 

prowadzenia działalności. 

Durron niechętnie kiwnął głową. 

-  Niczego  nie  żałuję  -  powiedział.  -  Gdyby  pozostali  Jedi  robili  to  co  ja,  także  na 

pozostałych... 

- Kypie, nikt ci nie kazał nas przepraszać. - Luke wyciągnął rękę i podał młodszemu 

Jedi komputerowy notes. - Przylecieliśmy na to spotkanie, żeby poinformować cię, co wiemy 

o  voxynach,  a  także  podjąć  decyzję,  w  jaki  sposób  rycerze  Jedi  powinni  zareagować  na 

ultimatum Yuuzhan Vongów. 

-  Zignorować  je.  -  Kyp  wsunął  notes  do  kieszeni  kombinezonu,  a  potem  wstał  i 

odwrócił się, jakby uważał zebranie za zakończone. -Dzięki za ostrzeżenie. 

-  Kypie,  tu  chodzi  o  życie  milionów  istot  -  odezwała  się  z  naciskiem  Mara.  - 

Rycerzom Jedi nie wolno zlekceważyć takiego zagrożenia. 

Kyp znieruchomiał obok drzwi, ale się nie odwrócił. 

-  A  co  jeszcze  możemy  zrobić?  -  zapytał.  -  Bylibyśmy  głupcami,  gdybyśmy  ich 

zaatakowali.  Tylko  czekają,  kiedy  to  zrobimy.  A  gdybyśmy  się  poddali...  Mowy  nie  ma.  Ja 

nigdy się nie poddam - zakończył stanowczo. 

-  Ja  także  nie  -  odparł  Luke.  -  Wydaje  mi  się  jednak,  że  teraz  nie  powinniśmy 

zaczepiać ich ani drażnić. Nasi wrogowie w senacie z pewnością zechcą to wykorzystać... 

-  Nie  obchodzą  mnie  nasi  wrogowie  w  senacie  -  przerwał  Kyp.  -A  piloci  Tuzina  nie 

zaczepiają ani nie drażnią nieprzyjaciół, mistrzu Skywalkerze. Oni ich zabijają. I uważam, że 

wszyscy Jedi powinni postępować tak samo. 

Mara nie była pewna, czy odczuła błysk irytacji swój, czy męża. Dobrze wiedziała, że 

Luke  nie  znosił,  kiedy  tytułowano  go  mistrzem,  a  doprowadzało  go  do  szału,  jeżeli  w  tonie 

wypowiadającej te słowa istoty wyczuwał pogardę albo lekceważenie. 

Kyp  przyłożył  dłoń  do  panelu  kontrolnego  obok  drzwi  magazynu.  Drzwi  zaczęły  się 

rozsuwać  i  ukazały  jedenaście  twarzy  ubranych  w  lotnicze  kombinezony  pilotów,  którzy 

usiłowali podsłuchiwać treść rozmowy. 

-Na  co  czekacie?  -  Kyp  spiorunował  podwładnych  gniewnym  spojrzeniem.  - 

Odlatujemy czy nie? 

background image

Piloci  rozbiegli  się  po  hangarze  i  skierowali  każdy  do  swojego  nowiutkiego  X-

skrzydłowca klasy XJ3 -najnowocześniejszej i najbardziej śmiercionośnej wersji szacownego 

gwiezdnego myśliwca. Ich maszyny stały, gdzie popadnie, w pobliżu wrót wielkiego hangaru. 

Zanim jednak Kyp zdążył wyjść z magazynu, Mara podbiegła i chwyciła go za ramię. 

-  Kypie,  nikt  nie  mówi,  że  nie  masz  racji,  ale  w  chwili  takiej  jak  ta  rycerze  Jedi 

powinni  trzymać  się  razem  -  powiedziała.  -  Yuuzhan  Vongowie  są  bardzo  sprytni.  Jeżeli 

każdy rycerz podąży w swoją stronę, wymordują nas jednego po drugim. 

- Wiem o tym chyba lepiej niż ktokolwiek. - Kyp wciąż nie mógł się pogodzić z tym, 

że wrogowie zabili jego ucznia, Mika Reglię. Uniósł głowę i ponad ramieniem Mary spojrzał 

na jej męża. - Kiedy zdecydujecie się walczyć, będę na was czekał. 

-  A  kiedy  ty  zdecydujesz  się  przyłączyć  do  nas  -  odparł  Luke  -wiesz,  gdzie  mnie 

znaleźć. 

Kiedy  Kyp  oddalił  się  na  tyle,  że  nie  mógł  ich  usłyszeć,  Barabelka  Saba  Sebatyne 

podeszła do drzwi i wychrypiała: 

- Ten Jedi to nie lada kłopot. Mara spojrzała na obcą istotę. 

-  A  więc  znasz  basic  -  powiedziała.  Przeniosła  spojrzenie  na  Threepio.  -  A  już 

obawiałam się, że muszę prosić o pomoc protokolarnego androida, aby zajął się tłumaczeniem 

tego, co chcę ci powiedzieć. 

- Wybaczcie tej. - Saba zakrztusiła się syczącym śmiechem. Dopiero kiedy się trochę 

uspokoiła, dodała: - Jedi Eelysa przekazała jej mądrość cierpliwego czekania. 

Eelysa urodziła się na Coruscant już po śmierci Imperatora Palpatine’a i może właśnie 

dlatego  jej  umysł  nie  poddał  się  truciźnie,  której  uległo  tyle  osób  przed  nią.  Teraz  była  już 

dorosłą kobietą, jednym z najbardziej zaufanych i przedsiębiorczych Jedi Luke’a Skywalkera. 

Zawsze  wiernie  służyła  sprawie  zakonu  Jedi,  nierzadko  spędzając  po  kilka  lat  z  rzędu  w 

najdzikszych  rejonach  galaktyki.  To  właśnie  ona,  przebywając  z  długotrwałą  misją 

szpiegowską na planecie Barab I, odkryła wielkie umiejętności Saby Sebatyne. Obawiała się 

zdemaskowania,  więc  nie  mogła  wtedy  wyznać,  kim  jest,  ani  odesłać  Barabelki  na  Yavin 

Cztery,  aby  jej  podopieczna  rozpoczęła  naukę  w  Akademii  Jedi  Luke’a  Skywalkera. 

Postanowiła  osobiście  zająć  się  jej  kształceniem.  Uczyła  Sabę  władać  Mocą,  dopóki  nie 

została  wypędzona  przez  żądną  mordu  zgraję  wrogów  istot  ludzkich  -  zwolenników 

działającego  na  Rylothu  Sojuszu  Różnorodności,  którego  przywódczynią  była  Twi’lekianka 

Nolaa Tarkona. 

Kiedy syczący śmiech w końcu ucichł, Saba wychrypiała w ojczystej mowie jeszcze 

kilka słów, które przetłumaczył usłużny C-3PO. 

background image

-Nauczyła ją także mądrości słuchania w milczeniu. 

-  Tak,  pod  tym  względem  Eelysa  wielokrotnie  okazywała  się  prawdziwą  mistrzynią-

roześmiał  się  Luke,  podchodząc  do  Mary  i  Saby.  -Powinienem  był  się  domyślić,  że  jej 

uczennica potrafi mnie zadziwić i zaskoczyć. 

-  Ona  się  cieszy,  że  jej  milczenia  nie  potraktowałeś  jak  obrazy  -rzekła Saba.  -  Smak 

Kypa  Durrona  jej  nie  ucieszył.  Jakim  cudem  taki  jak  on  zdobył  eskadrę  nowiuteńkich  X-

skrzydłowców? 

-To prawda, że postępuje niewłaściwie, ale pośród dowódców wojska nie brak takich, 

którzy podziwiają jego odwagę - wyjaśnił mistrz Jedi. 

Kiedy pochwycił spojrzenie Mary, kiwnął głową w kierunku przypadkowej zbieraniny 

myśliwców  typu  Y,  Łowców  Głów  i  Wyjcobiegaczy,  zaparkowanych  w  równych  odstępach 

obok  upstrzonej  ciemnymi  plamami  trafień  burty  kanonierki  Saby.  Barabelka  dopiero 

niedawno  przedarła  się  z  Odległych  Rubieży  i  nie  cieszyła  się  taką  sławą  ani  nie  miała  tak 

dobrego sprzętu jak Kyp Durron. Może właśnie dlatego przyłączyła się do niej cała eskadra 

podobnie myślących pilotów, którzy także umieli władać Mocą. 

-  Piloci  twojej  eskadry  również  cieszą  się  zasłużoną  sławą  i  szacunkiem  wszystkich 

dobrze  zorientowanych  -  odezwała  się  Mara.  -  Jestem  pewna,  że  ci  sami  funkcjonariusze, 

którzy zaopatrują Durrona, z przyjemnością skierowaliby do ciebie transport czy dwa. 

Pionowe rozcięcia w źrenicach Saby rozszerzyły się w romby. 

-  Dzicy  Rycerze  nigdy  by  nie  zniesławili  dobrego  imienia  Jedi  i  nie  zgodziliby  się 

przyjąć takiego transportu - oznajmiła Barabelka. 

Mara osłupiała, słysząc dezaprobatę w głosie Saby. Przez chwilę nie miała pojęcia, co 

powiedzieć.  Luke  jednak  tylko  się  uśmiechnął  i  położył  dłoń  -  tę  prawdziwą-  na  pokrytym 

łuskami ramieniu obcej istoty. C-3PO nie omieszkał go ostrzec, że takie poufałe gesty wobec 

Barabelów  kończyły  się  nieraz  utratą  całej  dłoni.  Okazało  się  jednak,  że  Saba  nie  ma  nic 

przeciwko temu. Nawet machnęła z dumą końcem grubego ogona. 

-  Gdybyś  to  ty  go  przyjęła,  dobre  imię  rycerzy  Jedi  nie  doznałoby  uszczerbku  - 

zapewnił Luke. - Ale to dobrze, że niepokoisz się takimi sprawami. Czy zastanawiałaś się, jak 

powinniśmy zareagować na ultimatum Tsavonga Laha i ile szkód może nam wyrządzić opinia 

senatorów, że jesteśmy nieczuli na śmierć niewinnych istot? 

Saba odwróciła głowę. 

-Nasza ścieżka nie rysuje się jasno w jej myśli - odrzekła po namyśle. 

Otworzyła  usta,  jakby  chciała  dodać  coś  jeszcze,  ale  zaraz  je  zamknęła  i  tylko 

pokrywające jej ciało łuski lekko zafalowały. Luke i Mara nic wprawdzie nie usłyszeli, ale za 

background image

to wyczuli coś, co wprawiło ich w oszołomienie. Uwolnili myśli i posługując się Mocą, starali 

się  zorientować,  co  się  dzieje.  Mara  nie  wyczuła  już  jednak  niczego  niezwykłego  i  widząc 

zmarszczone czoło męża, domyśliła się, że i on nic nie czuje. 

- Sabo? - zapytał w pewnej chwili Luke. Barabelka odwróciła się do mistrza Jedi. 

- Chcecie jej dać do zrozumienia, że tego nie czuliście? - wychrypiała. 

-  Niczego  -  odparła  Mara.  Odnosiła  wrażenie,  że  Saba  jej  nie  ufa,  zwłaszcza  odkąd 

zaproponowała  jej  coś,  co  istota  uznała  za  nieszlachetne.  Wiedziała  jednak,  że  milcząc,  nie 

odzyska jej zaufania. - Luke także nic nie wyczuł. Co się stało? 

-  To  dziwne.  -  Saba  powiodła  spojrzeniem  po  lądowisku  i  machnęła  ogonem,  co  u 

gadów  tej  rasy  zastępowało  wzruszenie  ramionami.  -Mistrzu  Skywalkerze,  ona  wie,  że 

senatorowie są nam nieprzychylni. Podejrzliwie traktują nas i innych podobnych, ale kiedy w 

historii  śmiałkowie  nie  stanowili  zagrożenia  dla  tchórzy?  -  Spojrzała  na  swoich  pilotów, 

którzy cierpliwie czekali obok upstrzonej ciemnymi plamami burty kanonierki. - Rycerzy Jedi 

jest  niewielu,  a  Yuuzhan  Vongów  całe  mrowie.  Popatrzcie  jednak  na  siły,  które  przeciwko 

nam kierują. Voxyny, blokady, całe floty... Stanowimy dla nich zagrożenie, a Moc mówi jej, 

że musimy je nadal stwarzać. 

Mara już  miała  zauważyć,  że  okażą się  skuteczniejsi,  jeżeli będą  się trzymali  razem, 

ale wyczuła, że jej mąż podziela zdanie istoty, i w ostatniej chwili się powstrzymała. 

- Barabelowie to myśliwi - zwrócił się Luke do Saby. - A myśliwi najlepiej polują w 

małych stadach. 

Istota uśmiechnęła się przekornie. 

-  Doprawdy,  mistrz  Skywalker  jest  tak  mądry,  jak  twierdziła  Jedi  Eelysa  - 

powiedziała. - Może mógłby wyświadczyć jej wielką łaskę? 

- Oczywiście. - Luke nie wahał się ani sekundy. Barabelka odwróciła się do Mary. 

-  A  ty?  -  zapytała.  -  Na  pewno  sprawi  ci  to  kłopot,  tym  bardziej,  że  wychowujesz 

młode pisklę. 

Mara  natychmiast  pomyślała  o  Benie  i  wyczuła  niemowlę  na  pokładzie  „Cienia”. 

Towarzyszyły  mu  Jaina  i  Danni.  Dziecko  smacznie  spało  w  ramionach  jednej  z  młodych 

kobiet.  Mara  wiedziała,  że  nigdy,  przenigdy  nie  zrobiłaby  nic,  co  zagroziłoby  życiu  jej 

dziecięcia. Wyczuwała jednak, jak wielkim zaufaniem darzy jej mąż Sabę - obcą osobę, którą 

widzieli  pierwszy  raz  w  życiu.  Mara  wierzyła  Luke’owi  bezgranicznie,  więc  ani  chwili  nie 

wahała się z odpowiedzią. 

- My, Jedi, musimy robić, co możemy, i wspierać się nawzajem - powiedziała. - Tym 

bardziej, że w Zaćmieniu jest wielu, którzy nam pomogą. 

background image

- To dobrze. Jeszcze może się wam przydać ich pomoc. 

Tym razem na twarzy Saby nie było widać uśmiechu. Istota odwróciła się do Threepia 

i wychrypiała coś w swoim języku. 

-  O  rety! -  Fotoreceptory  złocistego  androida rozjarzyły  się alarmującym  blaskiem.  - 

Doprawdy? 

Saba warknęła coś w odpowiedzi. 

- To było tylko takie powiedzenie - odparł urażony C-3PO, ale odwrócił się i ruszył w 

kierunku kanonierki Saby. - Nie chciałem przez to dać do zrozumienia, że kłamiesz. 

Małżonkowie wymienili zaniepokojone spojrzenia. Mara uświadomiła sobie, że także 

musi  prosić  Sabę  o  przysługę.  Miała  właśnie  powiedzieć  jej,  o  co  chodzi,  ale  uprzedził  ją 

Luke, który, jak zwykle, znał myśli żony, zanim jeszcze zrodziły się w jej głowie. 

- Posłuchaj, Sabo - zaczął. - Może twoi Dzicy Rycerze także zechcą wyświadczyć nam 

przysługę?  -  zapytał.  -  Chodzi  o  przetransportowanie  w  rejon  bitwy  dużych  ilości  sprzętu 

naukowego. 

-I naukowca- dodała Mara. - To mogłoby oznaczać dla was udział w walce, zwłaszcza 

gdybyście  się  dowiedzieli,  gdzie  znaleźć  wojennego  koordynatora  Yuuzhan,  tak  zwanego 

yammoska. 

Mara  nie  była  pewna,  czy  Saba  ją  usłyszała.  Barabelka  patrzyła  wysoko  ponad  ich 

głowami. Zmarszczyła brwi jeszcze bardziej, jakby intensywnie myślała. 

-  Mistrzu  Skywalkerze  -  odezwała  się  po  chwili.  -  Czy  wiesz,  gdzie  w  tej  chwili 

znajduje się Eelysa? 

Mara wyczuła, że jej męża ogarnia coraz większy niepokój, bliski przerażeniu. 

- Przebywa na Korelii - odparł - gdzie dyskretnie śledzi rozwój sytuacji. 

Saba spojrzała w jego oczy. 

-  Sądzisz,  że  może  jej  zagrażać  niebezpieczeństwo?  -  zapytała.  Dopiero  teraz  Mara 

także to wyczuła. Jej mąż troszczył się tak bardzo o wszystkich uczniów swojej Akademii i 

spędził z nimi tyle czasu, że po prostu nie mógł nie zadzierzgnąć z każdym z nich silnej więzi 

uczuciowej,  która  na  zawsze  połączyła  wszystkich  w  Mocy.  Eelysa  również  spędziła  wiele 

lat,  ucząc  Sabę,  tyle  że  w  o  wiele  trudniejszych  warunkach  niż  te,  które  zapewniał  swoim 

uczniom mistrz Skywalker. Nic więc dziwnego, że obie Jedi łączyła o wiele silniejsza więź - 

na  tyle  silna,  że  Barabelka  natychmiast  się  orientowała,  ilekroć  jej  mistrzyni  zagrażało  coś 

złego. 

-  Nie  zawsze  potrafimy  przewidzieć,  co  knuje  Thrackan  Sal-Solo  i  jemu  podobni  - 

rzekła  Mara.  -  Nie  spodziewaliśmy  się  jednak,  aby  wyprawa  Eelysy  miała  okazać  się 

background image

niebezpieczna. Korelianie nawet nie wiedzą, że przebywa na ich planecie. 

-  Może  jakoś  się  dowiedzieli  -  stwierdziła  Saba  -  a  może  chodzi  o  coś  innego,  ale 

wyczuwam jej przerażenie. 

-  Przerażenie? -  powtórzył  mistrz  Jedi,  przenosząc  spojrzenie  na  żonę.  -  To  zupełnie 

do niej niepodobne. 

Barabelka pokręciła głową. 

-  To  prawda  -  przyznała.  -  Zajmiemy  się  tym,  ale  dopiero  kiedy  wasz  sprzęt  i  wasz 

naukowiec znajdą się na pokładzie mojej kanonierki. Bez trudu odnajdziemy tego yammoska, 

a raczej to on nas odnajdzie. 

- Dziękuję - ucieszył się Luke. - Poinformuję Danni, że może się tym zająć. 

Wyjął kieszonkowy komunikator i zawiadomił Danni, że będzie jej towarzyszyła Saba 

Sebatyne,  a  nie  Kyp  Durron.  Młoda  kobieta  niezmiernie  się  ucieszyła,  gdy  to  usłyszała. 

Chwilę  później  rampa  towarowa  „Cienia”  opadła,  a  Danni  i  piloci  eskadry  Saby  zaczęli 

przenosić skrzynie ze sprzętem naukowym. 

Niebawem wrócił C-3PO w towarzystwie trojga krzepkich Barabelów. Chociaż każda 

istota była niewiele wyższa od Saby, wszystkie trzy miały ciała pokryty purpurowo-zielonymi 

łuskami, co dowodziło, że całkiem niedawno osiągnęły wiek dojrzały. Wszystkie miały także 

przypięte do pasów świetlne miecze. 

-  Mistrzu  Skywalkerze,  mamy  do  ciebie  pewną  prośbę  -  zaczęła  Barabelka.  - 

Lecieliśmy  na  Yavin  Cztery,  ale  z  powodu  wojny  i  blokady  musieliśmy  zmienić  trasę  lotu. 

Proszę, zechciej przyjąć tych troje młodych piskląt i ukaż im drogę, jaką mają kroczyć, jeżeli 

pragną  zostać  prawdziwymi  Jedi.  Ta,  która  z  tobą  rozmawia,  wciąż  jeszcze  ma  w  sobie  za 

dużo łowczyni, aby mogła ich tego nauczyć. 

Luke  i  Mara  wymienili  zaskoczone  spojrzenia.  Potem  kobieta  popatrzyła  na  obcą 

istotę. 

- Czy to twoje dzieci, Sabo? - zapytała Mara. 

-  To  jej  pisklęta,  ale  tylko  ten  młody samiec  jest  jej dzieckiem -odparła  Barabelka. - 

Jeżeli chodzi o te dwie samice, mają tę samą matkę. Ojciec jednej jest także ojcem jej samca, 

ale ona, rzecz jasna, nie ma pojęcia, której. 

Istoty  ludzkie  kompletnie  nie  potrafiły  się  zorientować,  kto  jest  czyim  ojcem.  Mara 

spodziewała  się  jednak,  że  z  czasem  zrozumieją,  jak  Barabelowie  rozstrzygają  problem 

ojcostwa. 

- Zatroszczymy się o nich jak o własne dzieci - obiecała. Oczy Saby rozszerzyły się ze 

zdumienia. 

background image

-  Pisklęta  są  na  tyle  dorosłe,  że  same  umieją  zdobywać  pożywienie  -  oznajmiła  z 

pewną  dumą.  -  Wystarczy,  żebyście  pokazali  im,  gdzie  mają  mieszkać.  Może  to  być 

jakakolwiek piwnica, nawet zagajnik czy zarośla. 

Tym  razem  Mara  popatrzyła  na  nią  z  nieukrywanym  zdumieniem.  To  zaczyna  być 

ciekawe, pomyślała. 

Na twarzy Luke’a pojawił się ledwo zauważalny uśmiech i Mara zrozumiała, że mąż 

pochwycił  jej  myśli.  Chwilę  potem  Saba  przeciągle  zasyczała.  Mara  pomyślała,  że  istota 

znów  wybuchnęła  śmiechem,  ale  Barabelka  zaskowyczała,  opadła  na  czworaki  i  skuliła  się, 

jakby  przygotowywała  się  do  walki.  Wyszczerzyła  podobne do długich igieł zęby i żałośnie 

jęknęła. 

Mara  i  Luke  cofnęli  się,  a  ich  dłonie  odruchowo  chwyciły  świetlne  miecze.  C-3PO 

wychrypiał  coś  w  mowie  Barabelów.  Saba  odpowiedziała  mu  w  taki  sam  sposób.  Niemal 

rozpłaszczyła się na posadzce. Pozostałe istoty musiały wyczuwać, co czuje ich mistrzyni, bo 

od  razu  poszły  w  jej  ślady  i  także  zaczęły  zawodzić.  Cała  czwórka  drapała  pazurami 

durastalowe płyty posadzki. 

Mara  i  Luke  wymienili  zdumione  spojrzenia  i  w  następnej  chwili  wyczuli,  że  Moc 

przygniata  ich  swoim  gniewem  i  niedowierzaniem.  Mara  uklękła  obok  Saby  i  ignorując 

ostrzeżenia Threepia, aby nie dotykała Barabelki, położyła dłoń na jej grzbiecie. 

- Co się stało Sabo? - zapytała. 

Istota  powoli  odwróciła  do  niej  głowę.  Szczeliny  źrenic  wyglądały  jak  wąziutkie 

szparki, a po ostrych zębach ściekały krople śliny. 

- To Eelysa - wychrypiała. - Coś ją pochwyciło. 

- Coś? - powtórzył Sky walker. 

Saba zaczęła bić ogonem w posadzkę. C-3PO zupełnie niepotrzebnie wyjaśnił, że taki 

gest jest oznaką wściekłości. 

- Ona nie wie - odparła cicho Saba - ale Eelysa zniknęła. Eelysy już nie będzie. 

Mara i Luke spojrzeli po sobie. Wiedzieli bez słów, co się stało. 

W ich myślach pojawiło się tylko jedno słowo. 

Voxyn. 

background image

ROZDZIAŁ

 

 

Pomieszczenie dowódcy floty Wojsk Obrony Nowej Republiki przypominało bardziej 

galaksarium  niż  salę  odpraw,  zebrań  i  narad.  W  ciemnościach  unosił  się  wysoko  jaskrawy 

hologram  aktualnej  sytuacji,  a  w  niszach  poniżej  pomostu  umieszczono  dziesiątki  wielkich 

taktycznych  ekranów.  Hologram  pokazywał  galaktykę  w  zarysie;  przecinała  ją  szeroka 

szkarłatna wstęga przedstawiająca szlak, który dotąd pokonali Yuuzhan Vongowie. W ciągu 

zaledwie  dwóch  lat  zdołali  przebyć  odległość  od  Ramienia  Tingel  prawie  do  przestworzy 

planety Bothawui. Od wstęgi odchodziły na boki trzy wyraźne odnogi. Dwie kierowały się ku 

Wewnętrznym  Rubieżom  w  okolicach  Fondora  i  Duro,  trzecia  zaś,  niosąca  zagrożenie  dla 

mieszkańców  i  stoczni  planety  Bilbringi,  jeszcze  nie  dotarła  w  sąsiedztwo  Wewnętrznych 

Rubieży.  Leia  nie  wątpiła  jednak,  że  wkrótce  się  tam  znajdzie.  Najeźdźcy  niszczyli  okręty 

szybciej,  niż  stoczniowcy  Nowej  Republiki  nadążali  je  budować.  Skutecznej  obrony  nie 

gwarantowały  nawet  jednostki  konstruowane  w  stoczniach  Bilbringi.  Leia  zastanawiała  się, 

do  jakiego  stopnia  problem  bezpieczeństwa  uchodźców  z  Talfaglio  zainteresuje  przywódcę 

KONAWONOR-u - Komitetu Nadzoru Wojskowego Nowej Republiki. Chciałaby się dowie-

dzieć, ile mogą poświęcić mu uwagi. 

Nie była zachwycona, że musi znowu odwiedzać Coruscant i wydeptywać ścieżki do 

osób  obdarzonych  władzą.  Wsparła  się  na  ramieniu  syna  i  ruszyła  biegnącym  wyżej 

pomostem.  Chociaż  upłynęły  prawie  dwa  dni,  odkąd  straciła  przytomność  podczas  walki  z 

voxynami,  wciąż  jeszcze  odczuwała  zawroty  głowy.  Wolała  się  na  kimś  oprzeć,  bo  bała  się 

potknąć albo upaść. I tak zresztą mogła uważać się za szczęściarę. Oboje Noghri, na których 

wyładowała  się  cała  wściekłość  potworów,  wciąż  jeszcze  leczyli  poważne  obrażenia  uszu  i 

płuc w zbiornikach z bactą. 

-  To  dobry  znak  -  odezwał  się  w  pewnej  chwili  Jacen.  Skoro  Han  powrócił  do 

Zaćmienia  ze  szczątkami  zabitych  voxynów,  postanowił  pozostać  i  towarzyszyć  matce.  - 

Zgodzili się nas wysłuchać, a zatem nie mogą mieć o nas aż tak złego mniemania. 

-  Nie  ciesz  się  za  wcześnie  -  ostrzegła  Leia.  -  Borsk  Fey’lya  nie  robi  niczego  bez 

powodu,  a  czasami  nawet  bez  wielu  powodów,  jednych  bardziej  tajemniczych  niż  drugie. 

Wykorzystuj oczy do słuchania, a uszy do patrzenia, Jacenie. 

Przechodząc  pomostem,  Leia  nie  zwracała  uwagi  na  wyświetlane  w  niszach  poniżej 

taktyczne hologramy. Pamiętała, że taktycy Zaćmienia dysponują podobnymi, chociaż nie tak 

background image

nowoczesnymi  projektorami,  a  wyświetlane  przez  nie  obrazy  sąnieustannie  aktualizowane 

dzięki informacjom przesyłanym potajemnie z Coruscant przez zaprzyjaźnionego oficera szta-

bowego.  Wiedziała  więc,  że  hologramy  ukazują  nie  tylko  kilkadziesiąt  gwiezdnych  flot 

czekających w pogotowiu wokół różnych planet, ale także niepokojąco wiele toczących się w 

różnych  miejscach  pojedynków,  walk  i  potyczek.  Sytuacja  właściwie  nie  ulegała  większym 

zmianom od ponad roku. Co prawda, Yuuzhan Vongowie ciągle powiększali okupowany ob-

szar,  ale  wszystko  wskazywało,  że  atak  ich  głównych  sił  został  powstrzymany,  a  może  się 

załamał w okolicy sektora Korelii. 

W  końcu  Leia  i  Jacen  minęli  hologram  ukazujący  pracowników  stoczni  Bilbringi 

zajętych  budową  nowych  okrętów.  Chwilę  później  obok  hologramu  przedstawiającego 

niegroźną  potyczkę  w  przestworzach  planety  Vortex  rozsunęły  się  drzwi  i  ukazały 

przestronne wnętrze kabiny turbowindy. Przyjechał nią sam Borsk Fey’lya. Wyszczerzył zęby 

na  znak  powitania,  a  jego  kremowa  sierść  wyraźnie  zafalowała.  Leia  już  dawno  się 

dowiedziała, że Bothanie w taki sposób okazują niesmak, niechęć lub rozgoryczenie. 

-  Księżniczko  Leio,  to  dla  nas  wielki  zaszczyt  -  odezwał  się  przywódca  Nowej 

Republiki. 

- Chcesz powiedzieć, że mimo usilnych starań nie zdołałeś zmieścić w porządku obrad 

punktu  umożliwiającego  byłej  przywódczyni  zwrócenie  się  do  senatorów?  -  zapytała 

prowokująco  Leia.  Z  frontu  wojny  nadchodziły  niepomyślne  wieści  i  poparcie  senatorów, 

jakim  dotąd  cieszył  się  Fey’lya,  zaczynało  z  wolna  słabnąć.  Leia  doszła  do  przekonania,  że 

więcej  zyska,  niż  straci,  jeżeli  będzie  traktowała  go  obcesowo.  -  Daj  spokój,  chyba 

wiadomości z frontu nie są aż tak złe? 

Nieszczery uśmiech nie znikał z twarzy Bothanina. 

-  Cieszę  się,  że  tak  szybko  odzyskałaś  siły  po  walce  z  potworami--zabójcami  Jedi  - 

powiedział.  Odwrócił  się  i  własnoręcznie  otworzył  drzwi  kabiny  turbowindy.  Było  to 

wystarczającym dowodem zmniejszającego się poparcia. - Jeżeli bardzo chcesz, umożliwimy 

ci  zwrócenie  się  do  senatorów,  ale  i  tak  KONAWONOR  zajmie  się  twoją  prośbą  dopiero 

podczas odrębnego, tajnego posiedzenia. Zapraszam do środka. 

Leia  puściła  ramię  Jacena  i  weszła  do  kabiny.  Zjechali  prosto  na  platformę 

konferencyjną  członków  Komitetu.  Nie  zwlekając  ani  chwili,  Leia  skierowała  się  do 

mównicy.  Przed  nią  stały  rzędy  tworzących  półokrąg  foteli.  Większość  zajmowali 

senatorowie. 

- Dziękujemy, że zechciałaś zaszczycić nas swojąwizytą- odezwał się Fey’lya, stając u 

jej boku. -I cieszymy się, że przybyłaś w towarzystwie rycerza Jedi. 

background image

- Jacen pełni obowiązki mojego ochroniarza - odparła, by wyjaśnić powód obecności 

syna  i  uniknąć  pytania,  dlaczego  reprezentant  Jedi  nie  jest  kimś  cieszącym  się  większym 

poważaniem.  -  W  tej  chwili  nie  liczy  się,  że  jest  rycerzem  Jedi.  Ta  sprawa  dotyczy  tylko 

komisji SENKA. 

-Oczywiście-przyznał potulnie Fey’lya. -Zapoznaliśmy się z treścią twojego raportu i 

doszliśmy do wniosku, że powinniśmy przedstawić go członkom KONAWONOR-u. 

Leia  nie  była  zachwycona  niespodziewanym  poparciem  Bothanina.  Nie  bardzo 

wiedziała, co się za tym kryje. 

- No i? - zapytała. 

-  To  ma  niestety  związek  z  rycerzami  Jedi,  prawda?  -  usłyszała  słodki,  dźwięczny 

głos. - Czy to nie z ich powodu Yuuzhan Vongowie grożą, że zabiją wszystkich zakładników? 

Leia  zobaczyła,  że  z  fotela  wstaje  szczupła  kobieta  o  długich,  czarnych  jak  ebonit 

włosach. Domyśliła się, że to senatorka Viqi Shesh. Kobieta reprezentowała planetę Kuat, w 

której przestworzach znajdowały się także duże gwiezdne stocznie. Tak natrętnie podkreślała, 

jaką  to  wielką  rolę  odgrywała  jej  planeta  podczas  tej  wojny,  że  nie  tylko  została  członkiem 

Komitetu  Doradców,  ale  także  uczestniczyła  w  obradach  wielu  najważniejszych  senackich 

komitetów nadzorujących funkcjonowanie organów władzy Nowej Republiki. Okazała się tak 

zręczną  mediatorką  i  pośredniczką,  że  wprawiła  w  zdumienie  nawet  Bothan.  Nie  wzdragała 

się  przed  używaniem  wpływów  dla  osiągania  osobistych  korzyści.  Zaledwie  rok  wcześniej, 

kiedy  jeszcze  była  wpływową  osobistością  w  Senackiej  Komisji  do  spraw  Uchodźców  -  tak 

zwanej  SENKA  -zawarła  umowę,  która  pozwoliła  jej  zarobić  duże  sumy.  Umowa  polegała 

jednak  na  przywłaszczaniu  i  odsprzedawaniu  z  dużym  zyskiem  żywności,  sprzętu  i  leków 

przeznaczonych  dla  uchodźców  na  Duro.  Mimo  starań,  Leia  nie  zdołała  zebrać 

wystarczających  dowodów,  aby  doprowadzić  do  usunięcia  Vigi  z  grona  senatorów.  Starania 

byłej  przywódczyni  Nowej  Republiki  wzbudziły  jednak  dość  podejrzeń,  by  Kuatkę  po-

proszono  o  złożenie  rezygnacji  z  członkostwa  w  komisji  SENKA.  Pozostawało  tajemnicą, 

jakim  cudem  pozbawiona  skrupułów,  ale  sprytna  i  przedsiębiorcza  Shesh  zdołała  zostać 

członkinią  wpływowego,  ale  ściśle  tajnego  KONAWONOR-u.  Jej  uwaga  dowodziła,  że  i 

Leia, i rycerze Jedi musieli w niej widzieć nieprzejednanego wroga. 

Leia  zaczerpnęła  energię  i  cierpliwość  z  Mocy  i  zmierzyła  senatorkę  spokojnym 

spojrzeniem. 

-  To  prawda  -  powiedziała.  -  Yuuzhan  Vongowie  zagrozili,  że  jeżeli  Jedi  się  nie 

poddadzą,  zabiją  wszystkich  zakładników.  Uważam  jednak,  że  gdyby  Jedi  ich  usłuchali,  w 

następnej kolejności Yuuzhanie zażądają, żebyśmy udostępnili im stocznie Kuat Drive. 

background image

-Nowa  Republika  nigdy  nie  uginała  się  przed  szantażem  ani  groźbą  użycia  siły  - 

przypomniał Fey’lya, sprytnie ucinając w zarodku dyskusję na ten temat. - Problem w tym, co 

innego moglibyśmy zrobić. 

- Przyznaję, że nic. - Shesh przeniosła spojrzenie z Leii na Fey’lyę. - Czy moglibyśmy 

obejrzeć zbliżenie sektora koreliańskiego? 

Bothanin  posłużył  się  zdalnym  sterownikiem,  aby  wydać  odpowiednie  polecenie,  i 

widoczny nad jego głową hologram galaktyki zaczął się obracać. Kilka chwil później ukazało 

się  powiększenie  sektora  Korelii.  Można  tu  było  zauważyć  zaledwie  kilka  fregat  Nowej 

Republiki. Fragment sąsiadujący z sektorem planety Duro jarzył się nieco jaśniej - na znak, że 

doszło tam  do  kilku  niegroźnych starć z  badającymi  granicę  sektora  zwiadowcami  Yuuzhan 

Vongów.  Planetę  Talfaglio  otaczał  rój  yuuzhańskich  odpowiedników  patrolowych  korwet. 

Mniej  więcej  pośrodku  tkwił  samotny  odpowiednik  krążownika,  z  którego  prawdopodobnie 

zaopatrywano  korwety  i  kierowano  ich  ruchami.  Najgorzej  wyglądała  jednak  sytuacja  w 

systemie Jumusa. Usytuowana w odległości niewielkiego skoku przez nadprzestrzeń z Korelii 

albo  Talfaglio  planeta  była  bazą  większości  okrętów  yuuzhańskiej  floty,  która  opanowała 

planetę Duro. 

-  Jak  pan  widzi  -  ciągnęła  kuatska  senatorka  -  Yuuzhan  Vongowie  liczą  na  to,  że 

spróbujemy  przełamać  ich  blokadę.  -  Wskazała  punkciki  rozpaczliwie  niewielu  liniowych 

jednostek Nowej Republiki wiszących nieruchomo na orbitach wokół Korelii. - A kiedy się na 

to poważymy, wystartują i wszystkie unicestwią. 

- A gdybyśmy tak spróbowali dostać się od tyłu? - odezwał się Jacen. Posługując się 

świetlnym  wskaźnikiem,  zatoczył  łuk  od  Głębokiego  Jądra  galaktyki  w  kierunku 

przeciwległej części sektora. - Może udałoby się nam, korzystając z tej trasy, przemycić trzy 

gwiezdne  niszczyciele?  Nie  tylko  przełamalibyśmy  ich  blokadę,  ale  także  uwolnili  statki  z 

uchodźcami. Zniknęlibyśmy w nadprzestrzeni, zanim by zdołali zareagować. 

- Coś takiego dałoby im nauczkę. Może by przestali więzić zakładników - odezwał się 

Kvarm  Jia,  siwobrody  senator  z  sektora  Tąpani.  -Tylko  skąd  wziąć  trzy  gwiezdne 

niszczyciele? 

- To dobre pytanie - zawtórowała Shesh. Najwyraźniej postanowiła wykorzystać je dla 

poparcia  własnych  argumentów.  -  Skąd  wziąć  trzy  gwiezdne  niszczyciele,  które  przecież 

można  łatwo  stracić?  Czy  zamierzamy  osłabić  obronę  jeszcze  jednej  planety  i  skazać  jej 

mieszkańców na śmierć z powodu nieudolności Jedi? 

W następnej chwili z foteli zerwało się dwóch senatorów. Obaj zaczęli coś mówić, ale 

szybko  uświadomili  sobie,  że  każdy  popiera  argumenty  innej  strony.  Po  chwili  już 

background image

przekrzykiwali  się  nawzajem.  Fey’lya  starał  się  przywołać  ich  do  porządku,  ale  zakrzyczeli 

go  inni  senatorowie  nieprzychylnie  nastawieni  do  rycerzy  Jedi.  Tych  z  kolei  usiłowali 

zakrzyczeć zwolennicy siwobrodego Tapanina. Po kilku minutach wydawało się, że wszyscy 

wrzeszczana wszystkich pozostałych. 

Jacen  spojrzał  na  Leię  i  zirytowany  pokręcił  głową.  Jego  matka,  dysponująca 

większym  doświadczeniem,  jeżeli  chodziło  o  problemy  natury  proceduralnej  i  formalnej, 

szybko  policzyła  zwolenników  i  przeciwników.  Uświadomiła  sobie,  że  obie  grupy  są  mniej 

więcej jednakowo liczne. Pożyczyła od syna świetlny miecz - swojego nie zabrała, chcąc w 

ten  sposób  podkreślić,  że  reprezentuje  stanowisko  KONAWONOR-u,  a  nie  rycerzy  Jedi  -  a 

potem zwróciła się do Fey’lyi. 

- Czy mogę? - zapytała. Musiała głośno krzyknąć, żeby ją usłyszał. Bothanin kiwnął 

głową i cofnął się dwa kroki. 

- Proszę bardzo. 

Leia  włączyła  płomieniste  ostrze  i  jaskrawo  świecąca  smuga  z  charakterystycznym 

pomrukiem  i  sykiem  rozjaśniła  półmrok  sali  obrad.  Wszystkie  dyskusje,  spory  i  krzyki 

natychmiast ucichły. Ukrywając uśmiech satysfakcji, Leia wyłączyła buczącą klingę. 

- Przepraszam, że musiałam się uciec do tak teatralnego gestu. -Zwróciła broń synowi. 

- Stając przed wami, nie zamierzałam wywoływać niesnasek ani rozłamu w KONAWONOR-

ze.  To  chyba  ostatnia  rzecz,  jakiej  potrzebuje  teraz  Nowa  Republika.  Proponuję,  aby 

członkowie  Komitetu  przegłosowali  propozycję  mojego  syna  i  w  ten  sposób  ostatecznie 

rozstrzygnęli waśnie i spory. 

- Proponuje pani głosowanie? Teraz? - Oczy Shesh przemieniły się w wąskie szparki. 

- Żebyście oboje mogli wpływać na nasze decyzje swoimi sztuczkami Jedi? 

Leia uśmiechnęła się protekcjonalnie. 

-  Takie  sztuczki,  jak  pani  je  nazywa,  działają  tylko  na  umysły  osób  o  słabej  woli  - 

powiedziała cierpko. - Spodziewam się, że nie znajdę takich pośród członków tego komitetu. 

Słysząc  to,  zwolennicy  i  przeciwnicy  propozycji  Jacena  wybuchnęli  donośnym 

śmiechem, co pozwoliło rozładować napięcie. 

- A może obawia się pani przegranej, senatorko? - zadrwiła, zerkając na Kuatkę. 

-  To  nie  ja  przegrałabym,  panie  senatorze,  ale  Nowa  Republika  -odparła  Shesh.  - 

Jeżeli chodzi o mnie, nie mam nic przeciwko głosowaniu. 

Fey’lya  wstąpił  na  podwyższenie  i  zarządził  głosowanie.  Zliczający  głosy 

protokolarny  android  podał  wynik  niemal  natychmiast,  gdy  tylko  ostatni  senator  przycisnął 

guzik  na  panelu.  Zgodnie  z  przypuszczeniami  Leii,  propozycja  Jacena  przeszła  większością 

background image

zaledwie dwóch głosów. 

Przewaga była za mała, żeby można było przystąpić do działania bez poparcia całego 

senatu.  Wystarczyła  jednak,  aby  Fey’lya,  powołując  się  na  wymóg  zachowania  ścisłej 

tajemnicy,  uznał  przedstawianie  problemu  pod  obrady  wszystkich  senatorów  za  zbyt 

niebezpieczne i oznajmił, że uznaje wynik głosowania za wiążący. Zważywszy na szacunek, 

jaki dotąd jej okazywał, Leia się spodziewała, że Bothanin właśnie tak postąpi. 

Nie zachwycało jej jednak, że zawdzięcza zwycięstwo wyłącznie uprzejmości Fey’lyi. 

Odwróciła się i spojrzała mu w oczy. 

- Panie przewodniczący, czy uzna pan wynik głosowania za wiążący? - zapytała. - Ma 

pan okazję ocalić życie milionów istot. 

Sierść  Bothanina  znowu  zafalowała.  Mogło  to  dowodzić,  że  jego  poparcie  jako 

przywódcy Nowej Republiki stało się jeszcze słabsze, niż Leia dotąd przypuszczała. 

-  Okazję  ocalenia  milionów  czy  może  unicestwienia  miliardów?  -odpowiedział 

Fey’lya po chwili. 

-  Co  takiego?  -  Leia  zdumiała  się  nie  tyle  samą  odpowiedzią,  ile  irytacją  w  swoim 

głosie. Możliwe, że była bardziej zmęczona, niż sądziła; może też miała do siebie żal, że tak 

bardzo  przeliczyła  się  w  rachubach.  Tak  czy  owak,  stwierdziła,  że  tylko  z  najwyższym 

wysiłkiem powstrzymuje się, by nie zakląć. - Panie przewodniczący Fey’lyo, plan Jacena jest 

bardzo rozsądny... 

Bothanin uniósł dłoń, by jej przerwać. 

-  Nie  powiedziałem  nie  -  zaczął cicho. - Chyba  pani  jednak wie, co oznaczałoby dla 

nas zniszczenie trzech dużych gwiezdnych jednostek. 

Może  to  nas  kosztować  utratę  kilkunastu  następnych  planet.  -  Uniósł  rękę,  jakby  się 

nad  czymś  zastanawiał,  pogładził  kremową  sierść  na  policzku  i  dodał  nieco  bardziej 

stanowczym tonem: - Poproszę, żeby propozycją pani syna zajęli się wojskowi. 

-  Zajęli  się  wojskowi?  -  wybuchnął  Jacen.  -  Zanim  coś  postanowią,  statki  z 

uchodźcami będą wyglądały jak bryły żużlu. 

-  Jestem  pewien,  że  generał  Bel  Iblis  rozpatrzy  twoją  propozycję  w  trybie 

przyspieszonym - uspokoił go Borsk Fey’lya. - Do tej pory powinniśmy grać na zwłokę... 

- Grać na zwłokę? - powtórzyła niedowierzająco Leia. Czuła się tak źle, że nie miała 

pojęcia, jak długo zdoła jeszcze silić się na uprzejmości. Osobiście znała Garma Bel Iblisa i 

pamiętała,  że  na  początku  tej  wojny  poproszono  go  -  podobnie  jak  Wedge’a  Antillesa  -  o 

powrót  do  czynnej  służby.  Przypuszczała,  że  generał  nie  będzie  zwlekał  z  rozpatrzeniem 

propozycji  ani  z  podjęciem  decyzji.  Istniały  jednak  procedury,  na  które  nawet  on  nie  miał 

background image

żadnego  wpływu.  Wiedziała,  ile  czasu  potrzebują  wojskowi  na  załatwienie  jakiejkolwiek 

sprawy.  I  nikt  nie  mógł  zagwarantować,  że  podejmą  decyzję,  zanim  będzie  za  późno.  -  Jak 

wyobraża pan sobie granie na zwłokę z Yuuzhan Vongami? 

Fey’lya wyszczerzył zęby w - uspokajającym jego zdaniem uśmiechu. 

-  Poprosimy,  żeby  Tsavong  Lah  przysłał  jeszcze  jednego  emisariusza,  z  którym 

moglibyśmy prowadzić negocjacje - powiedział. 

- Emisariusza?! - wykrzyknął oburzony Jia. - To będzie wyglądało, jakbyśmy chcieli 

ustalać z nim warunki kapitulacji. 

Spiczaste uszy Fey’lyi opadły obłudnie do przodu. 

-  O  to  nam  właśnie  chodzi,  panie  senatorze  -  zapewnił.  -  W  ten  sposób  zyskamy  na 

czasie. - Bothanin przeniósł spojrzenie na Leię. -Proszę się jednak nie obawiać, księżniczko - 

dodał.  -  Bez  względu  na  decyzję,  jaką  podejmie  generał  Bel  Iblis,  powiemy  emisariuszowi 

tylko tyle, że ultimatum jego ziomków jeszcze bardziej zacieśniło więzi, jakie zawsze łączyły 

Nową Republikę z rycerzami Jedi. 

Jai wyszczerzył zęby w sardonicznym uśmiechu. 

- Najdobitniej mu to udowodnimy, kiedy uwolnimy zakładników -powiedział. 

- Albo jeżeli będziemy musieli pozwolić Yuuzhan Vongom, żeby ich wymordowali - 

dodała  Shesh.  Kiwnięciem  głowy  dała  znak  Fey’lyi,  że  się  zgadza.  -  Widzę  więc,  panie 

przywódco, że wszyscy jesteśmy tego samego zdania. 

Ta  jednomyślność  jeszcze  bardziej  rozgniewała  Leię.  Współpracowała  z  Borskiem 

Fey’lyą na tyle długo, aby wiedzieć, że wszelkie zawierane przez niego kompromisy i ugody 

służyły  wyłącznie  własnym  interesom.  Bez  względu  na  to,  co  zamierzał  powiedzieć  istotom 

rasy  Yuuzhan  Vong,  była  pewna,  że  zawierając  porozumienie  z  najeźdźcami,  Bothanin  nie 

dopuści, aby rycerze Jedi pokrzyżowali jego plany. 

- To, co przed chwilą osiągnęliście, senatorowie, uważam za jednomyślność głupców - 

oznajmiła lodowatym tonem. 

-Mamo? 

Leia  wyczuła,  że  Jacen,  posługując  się  Mocą,  stara  się  ją  uspokoić,  że  omywa  ją 

strumieniem  kojących  myśli.  Dopiero  wtedy  uświadomiła  sobie,  jaki  jest  młody.  A  przecież 

senat Nowej Republiki wcale nie był tak nieskazitelnym organem, za jaki go uważał. Jej syn 

na pewno sobie nie uświadamiał, że Treepio, udzielając mu lekcji na temat sztuki zawierania 

kompromisów, zakładał, iż obie strony kierują się szlachetnymi pobudkami. W rzeczywistości 

zdarzało  się  to  bardzo  rzadko.  Senat  przemienił  się  w  grono  żądnych  władzy  istot,  które, 

podejmując  decyzje,  zbyt  często  miały  na  uwadze  tylko  własne  dobro,  a  za  jedyny  miernik 

background image

powodzenia  uważały  czas  utrzymywania  się  przy  władzy.  Uświadomiwszy  sobie  to,  Leia 

poczuła wstyd, że kiedyś odegrała tak waźnąrolę podczas zakładania podwalin tej instytucji. 

Obróciła się na pięcie i ruszyła do szybu turbowindy. Pewnie wpadłaby do niego jak bomba 

albo  potknęła  się  i  przewróciła,  gdyby  nie  delikatny  telekinetyczny  chwyt,  którym 

powstrzymywał ją Jacen. 

Udając, że nic takiego się nie stało, sięgnęła do panelu kabiny. 

-  Przedstawiając  tę  propozycję  członkom  KONAWONOR-u,  zmarnowałam 

wystarczająco dużo czasu - oznajmiła. 

Borsk Fey’lya minął ją i zastąpił jej drogę. 

- Nie powinna się pani tak denerwować, księżniczko - powiedział. - Generał Bel Iblis 

to osoba uczciwa i szlachetna. 

-  To  nie  jego  uczciwość  i  szlachetność  podawałam  w  wątpliwość,  panie 

przewodniczący.  -  Posługując  się  Mocą,  otworzyła  drzwi  kabiny  za  plecami  Borska, 

bezceremonialnie  odepchnęła  go  na  bok  i  wstąpiła  do  środka.  Chwilę  potem  w  jej  ślady 

podążył Jacen. Wyciągnął rękę, gotów podtrzymać matkę, gdyby cokolwiek wskazywało, że 

zamierza upaść. Wysiedli na pomoście i ruszyli do wyjścia. Jacen spojrzał na matkę. 

- Czy to było rozsądne? - zapytał. - I tak mamy w senacie dosyć wrogów. 

- Jacenie - westchnęła Leia. - Skończyłam z senatem. Kolejny raz. Wypowiedziawszy 

te  słowa,  uświadomiła  sobie,  że  ogarnia  ją  niezwykły  spokój.  Poczuła  się  silniejsza,  jakby 

mniej zmęczona, a bardziej pogodzona ze sobą. Zrozumiała, że nie zamierzała w ten sposób 

wyładować  frustracji,  jaką  czuła,  ilekroć  musiała  rozmawiać  z  politykami.  Dyskutując  z 

Fey’lyą,  straciła  panowanie  nad  sobą  nie  dlatego,  że  była  słaba  i  zmęczona  -  chociaż  była. 

Doszła  do  wniosku,  że  chyba  już  nic  nie  łączy  jej  z  politykami  i  osobami  pełniącymi 

jakiekolwiek  oficjalne  funkcje.  Straciła  wiarę  w  system  umożliwiający  oportunistom  i 

egoistom  sprawowanie  władzy  nad  tymi,  którzy  ich  wybierali  i  którym  przysięgali  wiernie 

służyć. Postanowiła, że odtąd będzie kierowała się tylko podszeptami Mocy. To właśnie Moc 

podpowiadała  jej,  że  Nowa  Republika  się  zmieniła,  galaktyka  się  zmieniła  i  nawet  większa 

część jej samej także się zmieniła. Wstąpiła na nową ścieżkę i uznała, że nadszedł czas, aby 

sobie to uświadomiła. Wzięła Jacena pod rękę i spojrzała mu w oczy. 

-  Już  nigdy  nie  pojawię  się  ani  przed  nimi,  ani  przed  członkami  ich  komitetów  - 

powiedziała spokojnym, wręcz pogodnym tonem. 

Jacen  nie  odpowiedział,  ale  Leia  wyczuwała  jego  niepokój.  Wisiał  nad  nią  niczym 

gęste  opary  nad  bagnami  planety  Dagobah.  Objęła  syna  w  pasie  i  zdumiona,  jak  bardzo 

dziewiętnastolatek ją przerósł, przytuliła się do niego. 

background image

- Jacenie, nie zawsze powinniśmy spodziewać się po ludziach samego najlepszego. To 

bywa  niebezpieczne  -  rzekła  cicho.  -  Musisz  wiedzieć,  że  naszym  najgorszym  wrogiem  w 

senacie jest właśnie Borsk. Właśnie przed chwilą to udowodnił. 

- Tak uważasz? - zapytał powątpiewająco Jacen. 

Opuścili  część  pałacu  przeznaczoną  na  oficjalne  zebrania  i  ruszyli  dobrze  znanym 

korytarzem. 

- Zastanów się tylko - ciągnęła Leia. - Pomyśl, jakimi pobudkami mógł się kierować. 

Dlaczego  chciał  porozmawiać  z  emisariuszem  Yuuzhan  Vongów?  Co  mógł  mu 

zaproponować w charakterze karty przetargowej? 

Jacen  szedł  dalej  w  milczeniu,  aż  wreszcie  olśniło  go  nagłe  zrozumienie.  Stanął  jak 

wryty. 

- Nas - powiedział. 

background image

ROZDZIAŁ

 

 

Chociaż  z  wielu  pospiesznie  zadanych  ran  wciąż  jeszcze  ciekły  strużki  krwi,  Nom 

Anor  zameldował  się  strażnikowi  przed  drzwiami  osobistej  komnaty  Tsavonga  Laha  na 

pokładzie „Sunuloka”. 

-  Mistrz  wojenny  mnie  wzywał.  -  Egzekutor  starał  się  ukryć  ogarniające  go 

podniecenie.  Tsavong  Lah  rzadko  zapraszał  podwładnych  do  osobistej  komnaty,  a  nie 

zdarzało  mu  się  to  niemal  nigdy,  kiedy  spał,  medytował  albo  wypoczywał.  -  Powiedział,  że 

mogę się nie troszczyć o wygląd. 

Wartownik kiwnął głową, odwrócił się i przyłożył dłoń do organicznego zamka drzwi 

komnaty.  Odczekał  kilka  chwil,  aż  zamek  wyczuje  jego  zapach.  W  ścianie  ukazała  się 

szczelina.  Nom  Anor  zobaczył  niewielkie  kontemplacyjne  pomieszczenie,  rozjaśniane  tylko 

słabym  blaskiem  pokrywających  ściany  bioluminescencyjnych  porostów.  Tsavong  Lah 

siedział  pod  przeciwległą  ścianą,  pogrążony  w  rozmowie  z  osobistym  villipem.  Nom  Anor, 

przestępując z nogi na nogę, czekał, aż wojenny mistrz zechce zaprosić go do środka. 

Nagle ujrzał Vergere, która wstała od stołu i przynagliła go gestem, żeby podszedł. 

- Chce, żebyś to obejrzał - powiedziała. 

Zirytowany  widokiem  rywalki  Nom  Anor  obszedł  stół,  stanął  za  plecami  wojennego 

mistrza  i  spojrzał  przed  siebie.  Villip  ukazywał  twarz  istoty  ludzkiej  płci  żeńskiej  o 

wystających kościach policzkowych i wyrazistych rysach. Nom Anor poczuł, że jego irytacja 

znika.  Znał  tę  kobietę  bardzo  dobrze.  To  właśnie  on  namówił  ją  do  przejścia  na  stronę 

Yuuzhan Vongów. 

-  ...upewnijcie  się,  że  wykorzystacie  voxyny  jak  najlepiej  -  ciągnęła  Viqi  Shesh.  - 

Dotychczas  zginęło  czworo  Jedi.  W  walce  z  nimi  wasze  voxyny  okazują  się  naprawdę 

skuteczne. 

- Voxyny? - zdziwił się Tsavong Lah. - Skąd wiesz, jak się nazywają? 

Nom Anor zauważył, że oczy Shesh się rozszerzyły - co prawda, tak nieznacznie, że 

Tsavong Lah mógł tego nie zauważyć. 

- To właśnie tak je nazywają rycerze Jedi - odparła kobieta. - Nie mam jednak pojęcia, 

gdzie się tego dowiedzieli. Ostatnio stali się strasznie tajemniczy. 

- Doprawdy? - zapytał Tsavong Lah, jakby się na czymś zastanawiał. - To ciekawe. 

Nom Anor z oburzeniem zauważył, że Vergere dotyka ramienia wojennego mistrza. 

background image

- Przyszedł twój agent - powiedziała. 

Zdumienie egzekutora sięgnęło zenitu, kiedy Tsavong Lah nie uderzył swojej pupilki 

ani nawet jej nie zganił. Polecił tylko Shesh, żeby chwilę zaczekała, a potem odwrócił się do 

„swojego agenta”, jak go lekceważąco nazwała Vergere. Nie mógł nie zauważyć plam krwi, 

która przesiąkła przez sieciojedwab tuniki. 

- Wzywając cię, przeszkodziłem ci w składaniu ofiary. - W głosie wojennego mistrza 

brzmiało szczere ubolewanie. - Może jakoś potrafię ci to wynagrodzić. 

Nom Anor z osłupieniem obserwował, jak Tsavong Lah wstaje, by osobiście przynieść 

mu  stojące  w  przeciwległym  kącie  ciemnej  komnaty  cierniowe  krzesło.  Postawił  je  przed 

villipem ukazującym oblicze Shesh i gestem zachęcił gościa, żeby usiadł. Brak plam krwi na 

siedzeniu dowodził, że krzesło nie zaspokoiło głodu, ale zniewagą i grzechem byłoby okazać 

wahanie.  Nom  Anor  usiadł  i  poczuł  ból,  kiedy  zgłodniałe  kolce  wbiły  się  w  jego  plecy  i 

pośladki.  Pocieszał  się  tylko,  że  wojenny  mistrz  przypuszcza,  iż  jego  podwładny  jest 

zadowolony. 

- To dla mnie wielki zaszczyt - powiedział. Tsavong Lah pokiwał głową i odwrócił się 

do villipa. 

- Viqi, właśnie przyszedł twój dobry znajomy. 

- Doprawdy? - odparła kobieta. Nie widziała, jak Nom Anor wchodził do komnaty. Jej 

villip  był  prawdopodobnie  połączony  świadomością  bezpośrednio  z  villipem  wojennego 

mistrza i potrafił przekazywać tylko obraz jej twarzy i słowa. - Kto to taki? 

-  Na  pewno  przypominasz  sobie  Pedrica  Cufa  -  odparł  Tsavong  Lah,  wymieniając 

pseudonim, pod którym Shesh znała Noma Anora. 

Na  ukazywanej  przez  villipa  twarzy  kobiety  pojawił  się  wymuszony,  nieszczery 

uśmiech.  Obaj  Yuuzhan  Vongowie  doskonale  pamiętali,  że  Viqi  Shesh  skorzystała  z 

pierwszej nadarzającej się okazji, by zignorować Noma Anora i zaproponować swoje usługi 

bezpośrednio wojennemu mistrzowi. 

- Oczywiście - odparła. - Cieszę się, że go znów widzę. 

-  Viqi,  opowiedz  jeszcze  raz,  co  się  dzisiaj  wydarzyło.  -  Tsavong  Lah  nie  dał 

podwładnemu szansy zareagowania. - Jestem pewien, że Pedric Cuf chciałby to usłyszeć. 

Kuatka  posłusznie  zrelacjonowała,  co  wydarzyło  się  wcześniej  w  sali  obrad. 

Szczególną uwagę zwróciła na zaproponowany przez Jacena Solo plan przełamania blokady 

planety  Talfaglio.  Rozwodziła  się  szeroko,  jak  to  sprytnie  przekonała  Borska  Fey’lyę  o 

konieczności  skierowania  wniosku  pod  obrady  wojskowych.  Podkreśliła,  że  to  dzięki  jej 

staraniom Yuuzhan Vongowie będą mieli więcej czasu na przygotowanie się i odparcie ataku. 

background image

-  Zyskaliście  w  ten  sposób  może  nawet  dwa  standardowe  tygodnie  -  zakończyła.  - 

Będę was nadal informowała. 

-  Postąpiłaś  słusznie  -  oznajmił  Tsavong  Lah.  Nom  Anor  wiedział  jednak,  że 

spodziewając się właśnie takiego rozwoju sytuacji, w pogotowiu czekali kapitanowie okrętów 

potężnej floty. - Powiedz jednak Pedricowi Cufowi, co wiesz na temat tego emisariusza, Viqi. 

Jeżeli nawet kobieta rozumiała, że wojenny mistrz ją lekceważy, zwracając się do niej 

cały czas tylko po imieniu, nie okazała tego żadnym gestem ani słowem. 

-  Jedi  niepokoili  się,  że  rozpatrzenie  propozycji  może  potrwać  zbyt  długo,  ale 

przekonałam Borska, że powinien zwrócić się do was z prośbą o przysłanie jeszcze jednego 

emisariusza.  -Jej  villip  się  uśmiechnął.  -Borsk  nie  ma  wam  nic  nowego  do  przekazania,  ale 

chyba mu uświadomiłam, że taka prośba może powstrzymać was przed zabiciem zakładników 

do czasu, aż wojskowi skończą się zastanawiać nad propozycją Jacena Solo. 

- Bardzo sprytnie - oświadczył Tsavong Lah. - Nie tylko dałaś nam więcej czasu, ale 

także upewniłaś ich, że to oni grają na zwłokę. Doprawdy, jesteś bardzo zdolna, Viqi. Kiedy 

odniesiemy  zwycięstwo,  twoja  nagroda  przejdzie  najśmielsze  oczekiwania.  O  czym  jeszcze 

chcesz nam powiedzieć? 

-  Tylko  o tym,  żebyście  nie  zapomnieli o dalszym  finansowaniu mojej działalności - 

odparła Kuatka. 

-  Otrzymasz  tyle,  ile  potrzebujesz,  a  nawet  więcej  -  obiecał  wojenny  mistrz.  - 

Prześlemy ci tymi samymi kanałami, co zwykle. 

Pogładził villipa, by przerwać połączenie, i odwrócił się do Noma Anora. Stworzenie 

wywróciło się na drugą stronę i przemieniło w nieruchomą kulę. 

- Zaczyna mnie irytować - burknął Tsavong Lah. - Uważa mnie za głupca. 

-  Istoty  ludzkie  często  starają  się  przedstawiać  siebie  w  jak  najlepszym  świetle  - 

oznajmił  Nom  Anor.  Nie  wiedział,  czy  niezadowolenie  wojennego  mistrza  nie  skieruje  się 

także  przeciwko  niemu.  W  końcu  to  on  ją  zwerbował.  -  Wygląda  na  to,  że  nie  dostrzegają 

cienia, który rzucają. 

- A zatem żal mi ciebie - powiedział Tsavong Lah. 

Nom  Anor  wyprostował  się  na  krześle.  Zacisnął  zęby  i  nie  jęknął,  kiedy  ciernie 

wyrwały się z jego pleców. 

- Mnie, wojenny mistrzu? - zapytał. Tsavong Lah kiwnął głową. 

-  Powiedz  mi,  czy  wierzysz  w  to,  co  powiedziała  na  temat  Bothanina?  -  spytał.  - 

Wierzysz, że naprawdę nie chce z nami rozmawiać? 

- Nie bardziej niż w to, że to ona go przekonała, aby poprosił nas o przysłanie jeszcze 

background image

jednego  emisariusza  -  odparł  Nom  Anor.  -  Borsk  Fey’lya  chce  z  nami  pertraktować,  a  Viqi 

Shesh się obawia, że Bothanin może powiedzieć coś, co zmusi nas do słuchania. Wygląda na 

to, że niewierna myśli tylko o ochronie własnej skóry. 

- Ja i ty jesteśmy pod tym względem jednomyślni, Nomie Anorze -oznajmił wojenny 

mistrz.  -  To  jeszcze  jeden  powód,  dla  którego  muszę  ci  wydać  rozkaz,  abyś  powrócił  do 

niewiernych. 

- On? - zapytała Vergere. 

Gdyby Nom Anor mógł, spopieliłby upierzoną pupilkę samym spojrzeniem. 

- A któżby inny? - zapytał z pogardą. - Chyba że miałaś na myśli siebie? 

Vergere zgarbiła się i posmutniała. 

-  Nie  zamierzałam  cię  urazić  ani  tym  bardziej  zniesławić,  Nomie  Anorze  -  rzekła.  - 

Wręcz przeciwnie, chciałam cię pochwalić. Wyrządziłeś już bardzo dużo szkód niewiernym i 

ich  Nowej  Republice.  Nawet  gdyby  Borsk  Fey’lya  chciał,  nie  mógłby  wdawać  się  z  tobą  w 

żadne pertraktacje. Członkowie senatu z pewnością pozbawiliby go za to władzy. 

-  Doprawdy?  -  Na  twarzy  Tsavonga  Laha  ukazał  się  przewrotny  uśmiech.  Wojenny 

mistrz odwrócił się do egzekutora i gestem wskazał cierniowe krzesło. - Zabierz je ze sobą, 

mój sługo - rozkazał. - Przyjmij je jako dar ode mnie. 

background image

ROZDZIAŁ

 

 

Drzwi  otworzyły  się  z  nieprzyjemnym,  złowieszczym  szelestem.  Cilghal  poczuła,  że 

jej skóra staje się sucha. Przypomniała sobie jednak, że voxyny są martwe. 

„Sokół Millenium” oderwał się od „Słodkiej Niespodzianki”, kiedy awaryjny właz był 

wciąż  otwarty,  i  rufową  ładownię  objęła  we  władanie  próżnia.  Stwierdzono,  że  złowrogie 

stworzenia potrafią otaczać cielska łuskowymi kokonami, dzięki czemu są odporne na nagłe 

zmiany ciśnienia albo dekompresję. Mogły nawet żyć krótki czas w próżni, zapadając w coś 

w rodzaju głębokiej śpiączki. Wcześniej czy później jednak ginęły. Wracając do Zaćmienia, 

Han celowo nie zamykał awaryjnego włazu, wskutek czego w ładowni panowała temperatura 

bliska  absolutnemu  zeru.  Kiedy  doleciał,  wszystkie  voxyny  wyglądały  jak  bryły  lodu. 

Pomagając  sobie  Mocą,  Kalamarianka  badała  strukturę  ich  komórek  i  przekonała  się,  że 

wszystkie  uległy  rozerwaniu.  Potwierdziła  to,  posługując  się  ultrasonicznymi  próbnikami  i 

czujnikiem  wrażliwym  na  najmniejsze  wahania  temperatury.  Potem  przeprowadziła 

kilkanaście  różnych  testów  biologicznych,  aby  upewnić  się,  czy  rzeczywiście  w 

zamarzniętych  na  kość  szczątkach  nie  kołacze  się  nawet  iskierka  życia.  Pragnąc  uzyskać 

absolutną pewność, powtórzyła wszystkie badania, i dopiero kiedy pozbyła się resztek wątpli-

wości,  odcięła  pazury  potworów,  które  wbiły  się  w  durastalowe  płyty  pokładu  ładowni 

„Sokoła”. Zwierzęta nie mogły nie być martwe. 

Cilghal wiedziała jednak, że nie wolno jej ryzykować. A przynajmniej nie wówczas, 

kiedy  miała  do  czynienia  ze  stworzeniami,  które  pluły  przeżerającym  tkankę  kwasem, 

porażały  ofiary  udarowymi  dźwiękami  i  jedną  kroplą  krwi  paraliżowały  ich  systemy 

nerwowe.  Wiedziała  też,  że  w  poduszeczkach  łap  voxynów  kryją  się  setki  śmiercionośnych 

retrowirusów. Była zbyt zmęczona, żeby dokładnie przeanalizować wszystko, czego dotąd się 

dowiedziała.  Obawiała  się  popełnienia  błędu,  który  mógłby  grozić  życiu  wszystkich 

mieszkańców  Zaćmienia.  Wyślizgnęła  się  cicho  z  laboratorium,  wyjęła  z  kieszeni  kitla 

przenośny komunikator i uniosła do ust. 

Z  sąsiedniego  pomieszczenia  doleciał  nagle  żałosny  jęk  istoty  rasy  Wookie.  Dopiero 

wtedy  Kalamarianka  uświadomiła  sobie,  że  Moc  przygniata  ją  swoim  ciężarem.  Ze 

zdziwieniem stwierdziła, że ktoś płacze. 

Płakała istota ludzka. 

Cilghal  zerknęła  przez  uchylone  drzwi  sąsiedniego  pomieszczenia  i  zobaczyła  grupę 

background image

młodych  Jedi.  Stali  pod  przeciwległą  ścianą  i  zaglądali  przez  transpastalowy  panel 

obserwacyjny  ogromnej  komory  do  przechowywania  zamarzniętych  tkanek.  Obok  grupy 

dostrzegła  Anakina  Solo  -  wysokiego,  chudego  jak  szczapa,  ale  barczystego  młodzieńca 

zaczynającego  dopiero  dorosłe  życie.  Był  odwrócony  do  niej  plecami,  ale  kalamariańska 

uzdrowicielka poznała go po zmierzwionych jasnobrązowych włosach. U jego boku stała, jak 

zawsze boso, Tahiri - niewysoka, smukła dziewczyna o krótkich jasnych włosach. Trzymała 

Anakina  za  rękę,  a  w  drugiej  dłoni  niosła  parę  butów  od  kosmicznego  kombinezonu.  Jęki 

Wookiego  dobiegały  z  drugiej  strony.  Obejmując  kudłatą  ręką  wiotką  i  szczupłą  Jainę,  stał 

tam  porośnięty  rdzawobrązową  sierścią  Lowbacca,  a  obok  nich  Zekk  i  Tenel  Ka.  Zekk  był 

żylastym  młodym  mężczyzną  o  czarnych  zmierzwionych  włosach,  które  sięgały  aż  za 

kołnierz bluzy, Tenel Ka zaś - piękną młodą kobietą. Miała płomiennorude włosy i jedną rękę 

uciętą  tuż  powyżej  łokcia.  Mniej  więcej  pośrodku  stał  młody  człowiek,  którego  płacz 

usłyszała  Cilghal.  Jasnowłosy  Raynar  Thul,  przyciskając  pięści  do  transpastalowej  płyty, 

zanosił się od płaczu. 

Cilghal  nie  weszła  do  pomieszczenia.  Usiłowała  odpowiedzieć  sobie  na  pytanie,  czy 

pobranie jeszcze jednej próbki tkanki voxyna może być celem na tyle ważnym, aby zakłócać 

spokój całej grupy. Wiedziała, że młodzi Jedi spędzili razem  wiele lat, studiując na Yavinie 

Cztery  w  Akademii  Luke’a  Skywalkera.  Nic  dziwnego,  że  wszystkich  łączyły  silne  więzy. 

Działając  ręka  w  rękę,  walczyli  przeciwko  imperialnym  porywaczom,  Ciemnym  Jedi  i 

bezlitosnym  organizacjom  przestępczym.  Stawiali  także  czoło  tylu  innym  zagrożeniom,  że 

Kalamarianka nie potrafiłaby wszystkich sobie przypomnieć. Bez względu na to, co sprawiało 

im taki ból, chyba powinna pozwolić, aby sami się z nim uporali. 

Cofnęła się i zamierzała odejść bez słowa, ale jej obecność nie uszła uwadze młodych 

Jedi.  W  pewnej  chwili  Tenel  Ka  odwróciła  się  i  skierowała  na  nią  otoczone  czerwonymi 

obwódkami, zapuchnięte oczy. 

- Nie zwracaj na nas uwagi - powiedziała. - Nie przyszliśmy tu, żeby przeszkadzać ci 

w pracy. 

Cilghal  czuła  smutek  i  rozpacz  młodych  Jedi,  ale  nie  wiedziała,  jak  zareagować. 

Weszła do sali i skierowała się do szafy, w której trzymała próżniowy kombinezon. Musiała 

go włożyć, aby pobrać następną próbkę. 

- Czy zginął ktoś jeszcze? - zapytała przeczuwając, że wydarzyło się coś strasznego. 

- Lusa - wychrypiał Anakin Solo. Lusa była kochającą przyrodę młodą Chironianką i 

jedną z przyjaciółek młodych Jedi jeszcze z czasów nauki na Yavinie Cztery. Anakin wskazał 

zamarznięte szczątki. -Dogoniło ją kilka takich voxynów. 

background image

-  Przed  chwilą  przysłano  nam  tę  wiadomość  przez  podprzestrzeń  -dodała  Tahiri.  - 

Biegła przez łąkę niedaleko rodzinnego domu. 

-  Wyglądało  na  to,  że  nie  zagraża  jej  żadne  niebezpieczeństwo  -uzupełniła  Jaina. 

Oderwała od sierści Lowbaccy wilgotną od łez twarz. - A Chiron jest przecież tak daleko od 

przestworzy opanowanych przez Yuuzhan Vongów. 

Cilghal poczuła wyrzuty sumienia. 

- Przykro mi, że moje badania postępują tak powoli - rzekła. -Dowiedziałam się wielu 

nowych rzeczy na temat tych potworów, ale chyba niczego, co mogłoby się nam przydać. 

Raynar wymamrotał niewyraźnie, że powinna była się pospieszyć. Szanując jego ból, 

Cilghal udała, że nic nie usłyszała. Podeszła do szafy i zaczęła wkładać kombinezon. 

Lowbacca nie bawił się w takie ceregiele. Cichym warknięciem zbeształ młodego Jedi 

za  nieuprzejmą  uwagę.  Raynar  chciał  coś  odpowiedzieć,  ale  głos  uwiązł  mu  w  gardle. 

Wzruszył tylko ramionami i bez słowa odwrócił się plecami do Wookiego. 

Jaina  uwolniła  się  z  uścisku  Lowbaccy,  podeszła  do  Raynara  i  poklepała  go  po 

plecach. Odwróciła się i spojrzała na Kalamariankę. 

- Wybacz mu, Cilghal - powiedziała. - On i Lusa byli bliskimi przyjaciółmi. - Chociaż 

w  oczach  Jainy  wciąż  jeszcze  kręciły  się  łzy,  uzdrowicielka  Jedi  uświadomiła  sobie,  że 

rumieniec  na  policzkach  jej  rozmówczyni  jest  oznaką  gniewu.  -  Nikt  nie  ma  ci  tego  za  złe. 

Umierają wciąż nowi Jedi, a senatorowie uważają, że to my odpowiadamy za niepowodzenia 

w  tej  wojnie.  Czasami  wydaje  mi  się,  że  powinniśmy  po  prostu  polecieć  do  Nieznanych 

Rejonów i pozwolić, żeby Nowa Republika sama walczyła z Yuuzhan Vongami. 

-  Rozumiem,  co  chcesz  powiedzieć  -  westchnęła  Cilghal.  Smutek  i  rozpacz  -  a 

zwłaszcza  smutek  i  rozpacz  młodych  istot,  musiały  znaleźć  ujście.  W  przeciwnym  razie 

mogły  wywołać  załamanie  nerwowe.  -  Tylko  co  zrobimy,  jeżeli  i  tam  podążą  za  nami 

Yuuzhan Vongowie? - zapytała. 

W  oczach  Jainy  pojawił  się  hardy  błysk,  ale  po  namyśle  siostra  Anakina  kiwnęła 

głową. 

-  To  prawda  -  przyznała.  -  A  poza tym,  nie  mamy  gwarancji, że  Chissowie  powitają 

nas z otwartymi ramionami. 

- Cóż, obawiam się, że sami musimy wymyślić sposób, jak obronić tę część galaktyki. 

- Wkładając nogę w nogawkę kombinezonu, Cilghal zachwiała się i omal nie upadła. - Jeżeli 

jakikolwiek istnieje - dodała ponuro. 

-  Czy  te  potwory  nie  mają  ani  jednego słabego  punktu? - zapytała Tahiri. - Pustynni 

Ludzie  uważają,  że  każdy  ma  jakiś  słaby  punkt.  To  znaczy,  każdy  z  wyjątkiem  Pustynnych 

background image

Ludzi. 

-  Voxyny  nie  mają  żadnych  słabych  punktów,  a  przynajmniej  takich,  o  których  bym 

wiedziała  -  odparła  Kalamarianka.  -  Tak  jak  podejrzewaliśmy,  są  hybrydą  form  życia  tej 

galaktyki i galaktyki Yuuzhan Vongów. Nie udało mi się jednak dowiedzieć niczego więcej, a 

wiele z tego, czego się dowiedziałam, po prostu nie ma żadnego sensu. 

-  Jesteś  zmęczona.  -  Tenel  Ka  podeszła  do  Cilghal  i  położyła  dłoń  na  rękawie 

próżniowego kombinezonu. - Pomogę ci. 

-  Może  po  prostu  powinnaś  odpocząć.  -  Anakin  skierował  na  nią  oczy  otoczone 

identycznymi czerwonymi obwódkami, jak oczy Tenel Ka. - Trudno myśleć logicznie, jeżeli 

ledwo trzymasz się na nogach. 

Słysząc  w  jego  głosie  szczery  niepokój,  Cilghal  obdarzyła  go  wymuszonym 

uśmiechem. 

- Masz oczywiście rację, ale nie mogę sobie pozwolić na odpoczynek ani na sen, kiedy 

inni narażają życie i cierpią, a nawet umierają. -Wsunęła drugą rękę do rękawa kombinezonu. 

-Najwyższy czas, żebym zajęła się swoją pracą. 

- Czy możemy ci jakoś pomóc? - zapytała Tenel Ka. - Co prawda, za godzinę mamy 

stanąć na warcie, ale... 

- Możecie patrzeć, jak pobieram próbki - zgodziła się Cilghal. -A potem powiecie mi, 

jakim cudem wszystkie zanieczyszczam. 

-  Zanieczyszczasz  je?  -  powtórzyła  zdziwiona  Tahiri.  -  Co  chcesz  przez  to 

powiedzieć? 

- Mapa kodu genetycznego voxynów jest zawsze taka sama - wyjaśniła Kalamarianka. 

- Tyle że to nie wina aparatury. Tę sprawdziłam. To ja muszę zanieczyszczać próbki podczas 

pobierania. Cały kłopot w tym, że nie mam pojęcia, jak ani kiedy. 

Tenel  Ka  wymieniła  zdumione  spojrzenie  z  pozostałymi  Jedi.  Chwyciła  Cilghal  za 

rękę i nie pozwoliła, żeby uzdrowicielka zapięła do końca zamek kombinezonu. 

- Ile razy dotąd próbowałaś? - zapytała. 

- Cztery - odparła Cilghal. 

- I zawsze mapa wygląda tak samo? - zainteresowała się Jaina. -Dokładnie tak samo? 

Kalamarianka kiwnęła wielką głową. Zastanawiała się, do czego zmierza młoda Jedi. 

- Nawet wówczas, kiedy próbki pobierała Tekli - wyjaśniła. Tekli była jej uczennicą, 

młodą Chadra-Fanką mniej więcej w wieku Jainy. -Musimy popełniać gdzieś zawsze taki sam 

błąd. 

- A może jednak nie popełniacie? - zapytała Tenel Ka. Cilghal poczuła, że ogarnia ją 

background image

fala znużenia. Pokręciła głową. 

-  Nie  pocieszaj  mnie  -  powiedziała  cicho.  -  Nie  spotkałam  jeszcze  dwóch  stworzeń, 

które miałyby identyczne kody genetyczne. Zawsze istnieją jakieś różnice. 

- Nie zawsze - sprzeciwiła się Jaina. 

Cilghal  zmarszczyła  brwi.  Uświadomiła  sobie  nagle,  że  jej  skóra  jaśnieje  i  przybiera 

kolor bladozielony. 

- Klony? - zapytała, prawie się zachłystując. - Klonują voxyny? 

-  Dlaczego  mieliby  to  robić?  -  zdziwiła  się  Tenel  Ka.  -  Czy  nie  byłoby  rozsądniej, 

gdyby je hodowali? 

-  Pewnie  tak.  -  Kalamarianka  poczuła,  że  opada  z  niej  całe  zmęczenie,  a  jej  myśli 

gnają jak szalone. - Możliwe, że wyhodowali tylko jednego. 

Oczy Anakina rozszerzyły się z podniecenia... albo od nagłej decyzji. 

- To z pewnością ich słaby punkt - oznajmił młody Solo. 

-  Tyle  że  wszystkie  voxyny  przyleciały  tym  samym  transportowcem  -  przypomniała 

Tenel  Ka.  -  Czy  możemy  być  pewni,  że  następne  stado  nie  będzie  pochodziło  od  innego 

przodka? 

Cilghal  chwilę  się  zastanawiała.  Usiłowała  przypomnieć  sobie  wyniki  wszystkich 

testów,  jakie  dotąd  przeprowadziła  -  zarówno  za  pomocą  przyrządów  naukowych,  jak  i  za 

pośrednictwem Mocy. Dochodziła jednak wciąż do takiego samego wniosku. 

- Tego się nigdy nie dowiemy - odezwała się w końcu - dopóki nie pobierzemy próbek 

szczątków przedstawiciela innej grupy zwierząt. 

-  No  to  zdobądźmy  te  próbki.  -  Anakin  ruszył  do  drzwi  i  już  miał  wyjść,  ale 

uświadomił  sobie,  że  idzie  za  nim  tylko  Tahiri.  Odwrócił  się  i  spiorunował  spojrzeniem 

pozostałych Jedi. - Na co czekacie? - zapytał. - Musimy je mieć natychmiast! 

background image

ROZDZIAŁ

 

 

Sygnał był zniekształcony i przerywany, ale kiedy w kabinie X-skrzydłowca Anakina 

rozległ  się  rzeczowy  głos  znanego  koreliańskiego  dziennikarza,  młody  Solo  bez  trudu 

rozpoznał jego rozmówczynię. 

Kuatska  senatorka,  Viqi  Shesh,  oznajmiła,  że  Nowa  Republika  wita  przybycie 

następnego emisariusza Yuuzhan z ostrożnym optymizmem. 

Anakin  włączył  komunikator  i  wybrał  kanał  umożliwiający  łączność  z  pozostałymi 

członkami jego niewielkiej grupy. 

-  Czy  wszyscy  to  słyszeli?  -  zapytał.  Wylądowali  na  powierzchni  krążącej  po 

obrzeżach planety Froz skalistej asteroidy. Wyłączyli silniki i uważnie obserwowali wszystkie 

kierujące się ku planecie większe i mniejsze statki. Kiedy się dowiedzieli, że to właśnie tam 

zaopatrywał się Kyp Durron, uznali asteroidę za doskonałe miejsce rozpoczęcia polowania na 

inne  voxyny,  które  tak  bardzo  chciała  zbadać  Cilghal.  -  Więc  jednak  Yuuzhan  Vongowie 

wysyłają innego emisariusza! 

- Skończ wreszcie z tą paplaniną, Mały Bracie! - rozkazała szorstko Jaina. Co prawda, 

Anakin został mianowany dowódcą wyprawy, ale jego siostra, doświadczona pilotka Eskadry 

Łobuzów,  miała  zajmować  się  zagadnieniami  taktycznymi.  Jak  powiedział  Luke,  zanim 

pozwolił  wszystkim  odlecieć  z  Zaćmienia,  Anakin  powinien  decydować,  co  robić,  a  Jaina 

określać,  w  jaki  sposób.  -  Zachowajcie  ciszę!  Nie  zaśmiecajcie  przestworzy  niepotrzebną 

gadaniną. Nigdy nie wiadomo, kto może was podsłuchać. 

Anakin  pstryknął  kilka  razy  przełącznikiem  komunikatora  na  znak  potwierdzenia  i 

dalej się przysłuchiwał, co odpowiada dziennikarzowi Viqi Shesh. 

- Jestem ostatnią osobą, która popierałaby prowadzenie pertraktacji z mordercami, ale 

naprawdę uważam, że jest o czym dyskutować - dowodziła. - Gdyby udało się nam przekonać 

wrogów,  że  Nowa  Republika  nie  ma  nad  rycerzami  Jedi  żadnej  władzy,  może  Yuuzhan 

Vongowie zaczęliby szantażować tych, których powinni. 

-  Czy  próba  przekonania  Yuuzhan  Vongów,  aby  to  zrozumieli,  obejmuje  także 

udzielenie  pomocy  w  znalezieniu  tajnej  bazy  Jedi?  -  zapytał  dziennikarz.  -  Czy  nie  dlatego 

właśnie przetrzymują zakładników? 

- Od pierwszych dni, kiedy wybrano mnie do senatu, uważam się za przyjaciółkę Jedi 

- powiedziała Vigi. - Teraz jednak twierdzę, że Luke Skywalker troszczy się tylko o swoich 

background image

wyznawców i zwolenników. Nieprzemyślane akty przemocy, do jakich uciekają się niektórzy 

Jedi,  mogą  zakończyć  się  śmiercią  wszystkich  obywateli  planety.  On  zaś  uważa,  że  nie 

odpowiada za to, co się stanie. 

- Jak wam się to podoba? - zapytał Zekk, ignorując prośbę Jainy o zachowanie ciszy. 

Kiedy dorastali, byli bliskimi przyjaciółmi, ale ich drogi się rozeszły, gdy dziewczyna zgłosiła 

się  na  ochotnika  i  została  pilotką  Eskadry  Łobuzów.  Czasami  mogło  się  wydawać,  że 

drażnienie  jej  sprawia  mu  przewrotną  radość.  -  Yuuzhan  Vongowie  grożą,  że  zamordują 

miliard istot, a cała wina spada na nasze głowy. 

- Łowco Nagród, co przed chwilą powiedziałam? - zganiła go Jaina. 

-  Przepraszam,  że  przeszkadzam  -  wtrąciła  się  Tenel  Ka.  Korzystając  z  pomocy 

Lowbaccy,  Raynara  i  Bithanki  Ulahy  Córę,  obdarzonej  dużym  talentem  muzycznym  i 

umiejętnością  wykorzystywania  Mocy  do  analizowania  taktyki  walki,  obsługiwała 

naszpikowaną  sensorami  placówkę  nasłuchową.  Była  nią  zmodyfikowana  kanonierka 

„Wielkie Oko”. - Czujniki wskazują, że do systemu wlatuje jakiś statek. Z wysyłanego przez 

transponder sygnału wynika, że jest to frachtowiec „Królowa Prędkości”. 

Tenel  Ka  przesłała  współrzędne  bezpośrednio  do  pamięci  astromechanicznych 

robotów wszystkich X-skrzydłowców. 

-  Z  nadprzestrzeni  wyskoczył  drugi  statek  -  dodała  po  chwili.  -Leci  kursem  na 

przechwycenie pierwszego. 

- Nieprzyjacielski interdyktor? - domyśliła się Jaina. 

Piloci  interdykcyjnych  jednostek  Yuuzhan  Vongów  mieli  pewną  ulubioną  taktykę. 

Czaili  się  na  obrzeżach  śledzonego  systemu,  aby  dokonać  krótkiego  skoku  przez 

nadprzestrzeń i przechwycić upatrzoną ofiarę. 

Tenel Ka zwlekała chwilę z potwierdzeniem podejrzenia przyjaciółki. 

-Nie wysyła identyfikacyjnych sygnałów ani nie pozostawia smugi świecących jonów 

- oznajmiła. - Jego masa dowodzi, że ma rozmiary korwety. 

- Mały Bracie? - zwróciła się Jaina do Anakina. 

- Daj mi sekundę czy dwie - poprosił najmłodszy Solo. 

Ze  wszystkich  uczestników  wyprawy  właśnie  on  wykazywał  największą  wrażliwość 

na  Moc  i  najsprawniej  nią  władał.  Uwolnił  myśli  i  rozciągnął  świadomość  -  tylko  na  tyle, 

żeby nie ogarnąć rozsianych po powierzchni planety Froz skupisk ludności. Przekonał się, że 

na pokładzie odpowiednika korwety nie ma voxyna. Nie stwierdził także, aby statek Yuuzhan 

Vongów  pilotowały  żywe  istoty.  Nie  był  tym  zbytnio  zaskoczony.  Żyjący  kryształ,  który 

wykradł z nieprzyjacielskiej bazy na Yavinie Cztery, pozwalał mu wykrywać istnienie obcych 

background image

istot  w  polu  Mocy,  Anakin  wyczuwał  je  jednak  jak  przez  mgłę,  niewyraźnie,  a  w  każdym 

razie  inaczej,  niż  rycerze  Jedi  odkrywali  obecność  innych  mieszkańców  tej  galaktyki.  Jego 

władza  nad  Mocą  nie  wystarczała  jednak,  aby  na  tak  dużą  odległość  wykryć  coś  więcej  niż 

ogromne skupienie. Ze zdumieniem wyczuł obecność kogoś znajomego. Ten ktoś krył się po 

przeciwległej stronie zamarzniętego księżyca, który krążył w pobliżu granic systemu. Anakin 

wyczuł, że tamten drgnął pod dotykiem jego myśli. 

-  Nie  stwierdzam  voxyna  -  zameldował.  -  Jest  jednak  ktoś  na  księżycu  krążącym  po 

Orbicie Dwunastej. Nie mam pojęcia, kto to taki, ale z pewnością nie Yuuzhan Vongowie. 

-  My  także  nie  wyczuwamy  niczego  drapieżnego  ani  wygłodzonego  -  wychrypiała 

jedna  z  obcych  istot,  kształconych  przez  Barabelkę  Sabę  Sebatyne.  Z  początku  Anakin  nie 

chciał nawet słyszeć o tym, żeby wszyscy troje towarzyszyli im podczas tej wyprawy. Zgodził 

się dopiero, kiedy Luke rzeczowo oznajmił, że pilotując zdezelowane i przestarzałe myśliwce 

typu Y razem z innymi Dzikimi Rycerzami, Barabelowie nie tylko zdołali przeżyć, ale nawet 

odnieśli zwycięstwa w ponad pięćdziesięciu stoczonych gwiezdnych bitwach. Kierując się ku 

systemowi  planety  Froz,  po  mistrzowsku  opanowali  trudną  sztukę  pilotażu  nowiutkich 

maszyn klasy XJ3. Wyposażone w lasery o zmiennej sile ognia, atrapy protonowych torped i 

ochronne  pola  uniemożliwiające  przechwycenie  za  pomocą  yuuzhańskich  odpowiedników 

promieni  ściągających,  myśliwce  te  były  najnowocześniejszymi  i  najlepiej  uzbrojonymi  X-

skrzydłowcami,  jakimi  dysponowali  piloci  Nowej  Republiki.  -  Wyczuwamy  jednak,  że  na 

Orbicie Dwunastej znajdują się jacyś ludzie. 

Anakin nie był pewien, czy obca istota pragnie mu pomóc, czy też może się popisuje, 

uznał jednak, że raczej to pierwsze. 

- Dziękuję za wsparcie, hmm... Jedynko? 

W odbiorniku rozległa się seria syków, która mogła oznaczać coś w rodzaju chichotu. 

- Tu Ogon Dwa, Mały Bracie - usłyszał w odpowiedzi. Anakin poczuł na policzkach 

rumieniec wstydu. 

- Przepraszam - bąknął tylko. 

Ogon Jeden był istotą płci męskiej i nazywał się Tesar Sebatyne. Ogonami Dwa i Trzy 

zostały Bela i Krasov Hara. Twierdziły, że nie są siostrami, ale współpisklętami. Obojętne, co 

to  mogło  oznaczać,  ich  poczucie  humoru  przyprawiało  Anakina  o  dreszcze.  To  właśnie 

Barabelowie zaproponowali, żeby nazywać ich Ogonami. Z niezrozumiałych dla wszystkich 

innych powodów uważali to za bardzo zabawne. 

Przedłużającąsię  niezręczną  ciszę  przerwał  dopiero  Raynar.  Zapewne  doszedł  do 

wniosku, że powinien pomóc Anakinowi. 

background image

- Dlaczego jeszcze nie startujemy? -zapytał. - Skończmy wreszcie z tą bezczynnością! 

-Nie możemy przedwcześnie zdradzać naszych zamiarów, Statku Handlowy - odezwał 

się  najmłodszy  Solo.  Podobnie  jak  Raynar,  pragnął  pomścić  śmierć  Lusy,  ale  Luke  surowo 

nakazał  wszystkim,  aby  skupili  całą  uwagę  na  wykonywanym  zadaniu.  Viqi  Shesh  i  jej 

poplecznicy  i  tak  sugerowali,  aby  rycerze  Jedi  poddali  się  dla  dobra  ogółu  mieszkańców 

galaktyki. Wiadomo, że najdrobniejsze niepowodzenie może nastawić do nich nieprzychylnie 

także pozostałych senatorów. -A załoga „Królowej Prędkości” poradzi sobie i bez nas. Jeżeli 

Yuuzhan  Vongowie  zobaczą,  że  nadlatujemy,  po  prostu  zawrócą  i  znikną  w  nadprzestrzeni. 

Będą  jednak  wiedzieli,  że  się  tu  ukrywamy.  A  nie  widząc  nas,  przeszukają  pomieszczenia 

frachtowca i pozwolą załodze lecieć dalej. 

-  To  fakt  -  przyznała  Tenel  Ka.  -  Posłużyli  się  dovin  basalami,  żeby  zastopować 

„Królową”. Właśnie w tej chwili od kadłuba korwety odłącza się niewielka kapsuła. 

Na ekranie taktycznego monitora w kabinie myśliwca Anakina pojawiły się trzy jasne 

punkciki.  Jeden,  czerwony,  oznaczał  jednostkę  Nowej  Republiki,  a  dwa  inne,  niebieskie  - 

statki  Yuuzhan  Vongów.  Młody  Solo  polecił  astromechanicznemu  robotowi  swojego  X-

skrzydłowca,  Piątakowi,  wyświetlenie  danych  technicznych.  Zgadzał  się  z  tym,  co 

powiedziała Tenel Ka. Nawet Yuuzhanie nie niszczyli wszystkich prze-szukiwanych statków, 

jeżeli  nie  znajdowali  na  ich  pokładach  sprzętu  wojskowego  ani  rycerzy  Jedi.  Pozwalali 

załodze lecieć dalej, zapewne w nadziei, że przechwycą statek jeszcze raz, kiedy wystartuje z 

planety z tysiącami uchodźców na pokładzie. 

Chwilę potem w kabinie rozległ się chrapliwy głos młodej Barabelki. Anakin domyślił 

się, że to Krasov. 

-Mały Bracie, wyczuwamy, że... że ktoś chyba nie wypełnia rozkazu Wujka Mistrza. 

Na  ekranie  taktycznego  monitora  ukazał  się  rój  niewielkich  punktów.  Młody  Solo 

zbliżył usta do mikrofonu komunikatora. 

- „Wielkie Oko”? - zapytał. 

-  To  eskadra  X-skrzydłowców  -  zameldowała  Tenel  Ka.  -  Dwanaście  maszyn  klasy 

XJ3. 

-  Prawdopodobieństwo  dziewięćdziesiąt  dziewięć  procent...  -  Ulaha  zawahała  się,  a 

potem dodała: - To Tuzin Kypa Durrona! Nie ma co do tego wątpliwości. 

-  „Wielkie  Oko”,  przełącz  nadajnik  na  bezpieczny  kanał  podprzestrzenny  -  polecił 

Anakin. -I podaj nam współrzędne konieczne do dokonania mikroskoku. 

-  Mały  Bracie  -  odezwała  się  ostrzegawczo  Jaina.  -  Pamiętaj,  co...  -Na  wszelki 

wypadek  -przerwał  jej  młodszy  brat.  Kiedy  zobaczył,  że  na  panelu  podprzestrzennego 

background image

nadajnika rozbłysło światełko, pstryknął włącznikiem zasilania mikrofonu. 

- Eskadra X-skrzydłowców, chyba wiecie, kto do was mówi? 

Uwolnił  myśli i posługując się Mocą, postarał się, żeby piloci nadlatujących  maszyn 

go rozpoznali. Wyczuł obecność osoby, która władała Mocą prawie tak sprawnie jak on. 

- Proszę was, żebyście zrezygnowali - powiedział. - Sprawiacie nam poważny kłopot. 

Sobie także. 

-  Kłopot,  akurat.  -  Anakin  usłyszał  dobrze  znany  głos  Kypa  Durrona.  -  Może  dla 

ciebie, ale na pewno nie dla nas. 

Widoczna  na  ekranie  taktycznego  monitora  w  kabinie  myśliwca  Anakina  kapsuła 

abordażowa Yuuzhan rozmazała się, jakby coś zakłócało przesyłane obrazy. Kiedy zakłócenia 

ustały,  Anakin  nie zobaczył  już  kapsuły  na  ekranie.  Po  prostu  zniknęła, nieatakowana  przez 

pilotów X-skrzydłowców Kypa. Nie było widać ani smug gazów wylotowych, ani rozbłysków 

laserów... Niczego. 

- „Wielkie Oko”? - zaczął młody Solo. - Czy coś złego stało się z twoimi... 

W tej samej sekundzie obudziły się do życia wyrzutnie plazmy i magmy yuuzhańskiej 

korwety  i  na  ekranie  Anakina  pojawiły  się  jaskrawoczerwone  smugi.  A  zatem  z  czujnikami 

„Wielkiego  Oka”  nie  działo  się  nic  złego.  Pewnie  to  Kyp  unicestwił  kapsułę.  Tylko  jak? 

Posługując  się  Mocą?  To  chyba  niemożliwe.  Jedynie  najpotężniejsi  Jedi  umieli  posługiwać 

się  nią  w  taki  sposób.  Ale  do  takich  sztuczek  uciekali  się  tylko  Ciemni  Jedi.  Posługując  się 

Mocą,  żeby kogoś  zabić,  rycerze  Jedi  stawali  się  żądni  nieograniczonej władzy  i  podatni  na 

podszepty  ciemnej  strony.  A  przynajmniej  tak  twierdził  jego  wuj.  Anakin  zauważył,  że  po 

ostatnim  spotkaniu  z  Kypem  Durronem  Luke  i  Mara  byli  wyraźnie  przygnębieni  i 

rozczarowani. Może dopiero teraz dowiedział się, dlaczego. 

Piloci  Tuzina  przystąpili  do  ataku  i  ekran  taktycznego  monitora  w  kabinie  X-

skrzydłowca  Anakina  rozjarzył  się  błyskami  laserowych  strzałów.  O  ochronne  pola  ich 

maszyn  raz  po  raz  rozbryzgiwały  się  kule  nieprzyjacielskiej  plazmy.  Niektóre  przelatywały 

obok albo znikały. Chwilę później symbolizujący yuuzHanską korwetę punkcik rozmazał się, 

jakby znów pojawiły się zakłócenia. Anakin pomyślał, że może obcy statek trafiła protonowa 

torpeda, ale nigdzie nie widział śladu wstęgi gazów. 

Niespodziewanie  zakłócenia  zniknęły  i  korweta  ponownie  pojawiła  się  na  ekranie. 

Ogień z jej pokładowych wyrzutni nie był jednak już tak intensywny jak poprzednio. Wokół 

jednostki Yuuzhan roiły się X-skrzydłowce klasy XJ-3. Ich piloci razili nieprzyjacielski okręt 

nawałnicą laserowych strzałów. W końcu jeden z pilotów Kypa dokończył dzieła zniszczenia, 

trafiając  uszkodzoną  korwetę  kilkoma  protonowymi  torpedarni.  Tym  razem  każdy  wyraźnie 

background image

widoczny na ekranie pocisk ciągnął za sobą jaskrawą błękitną smugę. 

Nagle  rozległ  się  cichy  trzask  i  do  życia  obudził  się  odbiornik  sygnałów 

podprzestrzennych. 

- Widzicie? - rozległ się triumfujący głos Kypa Durrona. - Mówiłem wam, że to żaden 

kłopot! 

Kapitan „Królowej Prędkości” rozkazał uruchomić jednostkę napędu podświetlnego i 

jego  statek  powoli  zaczął  się  oddalać.  Chociaż  Anakin  się  nie  spodziewał,  aby  ataki 

odszczepieńczych  pilotów  zaszkodziły  rycerzom  Jedi  albo  Nowej  Republice,  wciąż  jeszcze 

miał  w  pamięci  straszliwy  los,  jaki  niedawno  spotkał  Lusę.  Nie  czuł  właściwie  nic  oprócz 

uniesienia. 

- Niezła strzelanina - powiedział. 

Właśnie  zamierzał  zapytać,  czym  były  dwie  tajemnicze  eksplozje,  kiedy  w  kabinie 

jego X-skrzydłowca znowu rozległ się głos Tenel Ka. 

-  Nowi  goście - zameldowała  młoda Hapanka. -  Dwa...  nie, trzy okręty.  Wygląda na 

to, że trochę większe niż tamta korweta. 

Piątak  gwizdnął  alarmująco  i  wyświetlił  punkciki  na  ekranie  taktycznego  monitora. 

Wszystkie  trzy  tworzyły  idealny  trójkąt.  Pierwszy  znajdował  się  powyżej,  drugi  poniżej,  a 

środkowy  dokładnie  na  wysokości  taktycznej  płaszczyzny  myśliwców  Tuzina.  Dzięki  temu 

nie zachodziła obawa, że atakując X-skrzydłowce Kypa, któryś z Yuuzhan będzie ostrzeliwał 

pozostałych.  Anakin  zamierzał  poprosić  o  wyświetlenie  danych  technicznych  nowych 

okrętów, kiedy pod punkcikiem reprezentującym każdą jednostkę pojawiła się informacja, że 

jest to szturmowa fregata - powolna i niezbyt zwrotna, ale świetnie uzbrojona i wyposażona w 

doskonałe osłony. 

- To zasadzka! - krzyknął młody Solo. 

- To fakt - przyznała Tenel Ka. - Widzę roje koralowych skoczków. 

Na  ekranie  monitora  w  kabinie  Anakina  pojawiła  się  chmura  ledwo  widocznych 

kropek. Z każdą chwilą coraz więcej odrywało się od burty każdej fregaty. Większość zaczęła 

krążyć,  aby  zająć  pozycje  wokół  X-skrzydłowców  Kypa,  ale  sześć  rzuciło  się  w  pościg  za 

oddalającą się „Królową Prędkości”. 

Piloci Tuzina złamali szyk, a z otworów wyrzutni większych okrętów poszybowały ku 

nim  wirujące  w  locie  kule  ognistej  lawy.  Dwie  maszyny  eskadry  Kypa,  trafione 

płomienistymi  pociskami,  rozbłysły  oślepiającym  blaskiem  i  zniknęły  z  ekranu  taktycznego 

monitora.  Anakin  uruchomił  jednostkę  napędową  swojego  X-skrzydłowca  i  poderwał 

maszynę ze skalistej asteroidy. 

background image

-  Zaczekaj,  Mały  Bracie!  -  usiłowała  go  powstrzymać  Jaina,  chociaż  jej  myśliwiec 

także już wznosił się obok pozostałych. - Biorąc udział w tej bitwie, nie usłuchamy rozkazu. 

-  Ale  go  nie  złamiemy  -  oznajmił  prowokacyjnie  młody  Solo.  Prawdę  mówiąc,  nie 

wiedział, jak w takiej sytuacji postąpiłby Luke. Bez względu jednak na to, czy Kyp przeszedł 

na ciemną stronę, czy nie, mistrz Skywalker z pewnością nie chciałby, żeby zginął... albo, co 

gorsza, dostał się do niewoli Yuuzhan Vongów. - Nie możemy dopuścić, aby któregoś z nich 

złapali. Nie po tym, co zrobili Lusie. 

-  To  co  innego -  odezwała  się  Tenel  Ka.  -  Zawsze  można  powiedzieć,  że  sam  Kyp 

ściągnął nieszczęście na swoją głowę. Swoją i pilotów Tuzina. 

- Może tak, a może nie - odparł wymijająco Anakin. 

Poświęcił  kilka  chwil  na  zebranie  myśli.  Od  czasu  wydarzeń  na  czwartym  księżycu 

Yavina  wielu  zarzucało  mu  lekkomyślność.  Nie  zamierzał  zrobić  niczego,  co  mogłoby 

wzmocnić siłę ich argumentów. Z drugiej strony jednak... już się zdecydował. 

- Zamierzasz posłużyć się tym argumentem, żeby siedzieć bezczynnie? - zapytał. 

Tenel  Ka  chwilę  zwlekała  z  odpowiedzią...  i  zaraz  jej  kanonierka  wyłoniła  się  zza 

tarczy asteroidy. 

- Nie - powiedziała. 

- To świetnie - mruknął Anakin. - W takim razie lecimy. Siostrzyczko, powiedz nam, 

co robić. 

Nie  czekając,  aż  eskadra  uformuje  szyk  wokół  jej  „Wielkiego  Oka”,  Jaina 

zdecydowała: 

- Przeskoczymy i wyłonimy się pod dolną fregatą. Nie dajcie się ponieść nerwom i nie 

próbujcie  żadnych  sztuczek.  Pokrzyżujcie  ich  plany  i  natychmiast  zawracajcie.  Ogony, 

będziecie nas osłaniali. Nie obraźcie się, ale jeszcze nigdy nie walczyliście u naszego boku. 

-  Nie  traktujemy  tego  jak  obrazy,  Kije  -  usłyszała  w  odpowiedzi  głos  jedynego 

Barabela.  W  obawie,  że  mogłaby  nie  zareagować  natychmiast,  gdyby  nazwano  ją  inaczej, 

Jaina wybrała pseudonim, pod którym znali ją pozostali piloci Eskadry Łobuzów. - Jesteśmy 

zaszczyceni, mogąc was osłaniać. Czy Ogon Jeden może coś zaproponować? 

Tenel Ka zaczęła odliczać. Jaina dodała: 

- Masz tylko siedem sekund, Jedynko. 

-  Kiedy  tam  wyskoczycie,  ich  artylerzyści  w  pierwszej  chwili  was  nie  zauważą. 

Powinniście więc puścić przodem tę kanonierkę... 

-  To  ryzykowne,  ale  zważywszy  na  element  zaskoczenia,  całkiem  pomysłowe  - 

przerwała mu Jaina. - Minstrelu, jaką mamy szansę? 

background image

-  Prawdopodobieństwo  powodzenia  wynosi...  osiemdziesiąt  dwa  procent,  a  margines 

błędu... 

Lowbacca przeciągłym pomrukiem wyraził poparcie dla planu Barabelki, a Tenel Ka 

skończyła odliczać: 

-Dwa,jeden, skok! 

Anakin  pociągnął  rękojeść  przepustnicy  i  pstryknął  włącznikiem  jednostki  napędu 

nadświetlnego.  Gwiazdy  przemieniły  się  w  długie  linie.  Dwie  sekundy  później  Piątak 

zaświergotał na znak, że przeskoczyli pół systemu. Obawiając się, że powrót do normalnych 

przestworzy mógłby go oślepić i zdezorientować, Anakin zacisnął mocno powieki. 

Uwolnił  myśli  i  posługując  się  Mocą,  wyczuł  pilotów  swojej  eskadry,  ustawiających 

się w szyku bojowym za jego plecami. Przekonał się, że Kyp i resztki jego Tuzina znajdują 

się  w  niewielkiej  odległości  po  stronie  bakburty.  Starali  się  unikać  kuł  plazmy  i  magmy, 

wykonując rozpaczliwe manewry i uniki. Dopiero teraz, kiedy znalazł się tak blisko, Anakin 

wyczuwał  także  biorące  udział  w  bitwie  istoty  rasy  Yuuzhan  Vong.  Jawiły  mu  Się  jako 

zamazane,  drżące  cienie,  na  tyle  jednak  potężne,  że  mogły  w  najmniej  odpowiedniej  chwili 

odwrócić jego uwagę. Zastanawiał się, czy nie wyjąć skupiającego światło żywego lambenta 

z obudowy świetlnego miecza, ale doszedł do wniosku, że biorąc udział w gwiezdnej bitwie, 

gdzie wszystko działo się tak szybko, nie może rozpraszać uwagi na nic innego. 

Nagle  jego  X-skrzydłowiec  skręcił  ostro  na  sterburtę.  Anakin  domyślił  się,  że  to 

Piątak  zmienił  kurs  myśliwca.  Współpracując  z  pozostałymi  astromechanicznymi  robotami, 

starał się nakierować na pierwszy cel nos maszyny Anakina. Dopiero teraz młody Solo mógł 

przestać się obawiać, że zostanie oślepiony. Otworzył oczy i ujrzał toczącą się przed nim za-

ciętą bitwę. 

- Wszyscy gotowi do zabawy? - zapytała Jaina. 

Anakin  włączył  mikrofon,  aby  potwierdzić  ustaloną  z  góry  liczbę  pstryknięć 

przełącznikiem. Pozostali postąpili tak samo. Posługując się Mocą, wyczuł, że siostrę ogarnia 

dziwna  rezygnacja,  zupełnie  niepodobna  do  jego  niecierpliwości  i  podniecenia.  Jaina 

sprawiała  wrażenie  raczej  zmęczonej  niż  napiętej,  zupełnie  jakby  błądziła  myślami  gdzie 

indziej.  Anakin  doszedł  do  wniosku,  że  może  właśnie  w  taki  sposób  mistrzowie  sztuki 

pilotażu  rozładowują  napięcie  towarzyszące  każdej  toczonej  w  szalonym  tempie  gwiezdnej 

bitwie. Może właśnie taką cenę płaciła za powrót do normalnego życia, a może był to rezultat 

ciągłego stresu. Jej brat pomyślał, że uprawiana przez senat polityka nie była chyba jedynym 

powodem  tego,  że  Jaina  przedłużała  w  nieskończoność  urlop,  którego  udzielił  jej  dowódca 

Eskadry Łobuzów. Czyżby wojskowi chirurdzy i psychologowie zasugerowali Gavinowi, że 

background image

odpoczynek Jainy powinien trwać dłużej niż normalnie? 

- Piątaku, wybierz osobisty kanał i połącz mnie z Jaina - rozkazał robotowi. 

Zanim Piątak zdołał wykonać polecenie, w odbiorniku rozległ się głos siostry. 

-  Wyskoczyliśmy  silni,  zwarci  i  gotowi  -  rzekła.  -  Macie  zielone  światło,  Jedi.  Nie 

zmarnujcie szansy. 

Jej  X-skrzydłowiec  przyspieszył  i  chwilę  potem  znalazł  się  pośrodku  piekła 

różnobarwnych  strzałów  -  tak  rozległego,  że  zajmowało  prawie  cały  przód  transpastalowej 

owiewki  kabiny  myśliwca  Anakina.  Najmłodszy  Solo  postanowił  nie  proponować  siostrze, 

żeby  trzymała  się  z  tyłu.  Uzbroił  systemy  pokładowej  broni  i  zdecydował,  że  użyje  działek 

laserowych.  Niemal  natychmiast  ujrzał  cel.  Z  początku  wyglądał  jak  przesłaniający  odległe 

gwiazdy  nieregularny  owal.  Dopiero  po  chwili Anakin  zauważył,  że  megalityczna ciemność 

kieruje w stronę pola bitwy strumienie plazmy i magmy. 

Jaina  zanurkowała,  aby  przechwycić  jedynego  koralowego  skoczka,  którego  pilot 

mógłby  im  zagrozić.  Aby  uniknąć  ognia  jej  laserów,  nieprzyjacielska  maszyna  zaczęła 

wykonywać skomplikowane zwroty i uniki. Yuuzhański pilot, zaskoczony i zdezorientowany, 

wykorzystywał  pewnie  energię  dovin  basala  do  wzmocnienia  ochronnych  pól,  zamiast  do 

zwiększenia  szybkości  i  zwrotności  swojego  skoczka.  Poważny  błąd.  Jaina  bez  trudu 

wyminęła kilka plazmowych kuł, które tamten posłał w jej stronę, i zaraz zaczęła zasypywać 

yuuzhańskiego skoczka krótkimi seriami nieszkodliwych laserowych strzałów. Dopiero kiedy 

zauważyła, że jeden z silniejszych przedarł się przez osłony, uzbroiła wszystkie cztery działka 

i dała ognia. 

- To ci dopiero strzelanina! - wykrzyknął zachwycony Zekk. 

- Przerwać tę paplaninę, Łowco Nagród - rozkazała bezceremonialnie Jaina. 

Zekk pstryknął kilka razy włącznikiem mikrofonu na znak, że zrozumiał. 

Widząc,  że  w  przestworzach  między  nim  a  fregatą  nie  ma  żadnych  wrogów,  Anakin 

uzbroił  protonowe  torpedy  i  namierzył  rufę  yuuzhańskiego  okrętu.  Tesar  miał  rację, 

twierdząc,  że  uwagę  artylerzystów  przyciągnie  to,  co  dzieje  się  na  polu  bitwy.  W  kierunku 

nadlatującego myśliwca Anakina nie poleciał ani jeden ognisty pocisk. 

-  Piątaku,  co  się  dzieje  z  tymi  skoczkami,  które  puściły  się  w  pościg  za  „Królową 

Prędkości”? - zainteresował się młody Solo. Astromechaniczny robot zmienił skalę obrazu na 

ekranie  taktycznego  monitora.  Pozostałe  koralowe  skoczki  roiły  się  teraz  wokół  kadłuba 

frachtowca. 

- Niedobrze -jęknął Anakin do siebie. - Naprawdę niedobrze. Kiedy wujek Luke się o 

tym  dowie,  będzie  równie  zachwycony,  jak  na  myśl  o  perspektywie  stoczenia  pojedynku  z 

background image

dzikim rankorem. 

Piątak  wyświetlił  informację,  ile  czasu  może  upłynąć,  zanim  skoczki  powrócą.  Ich 

piloci  nie  brali  co  prawda  bezpośredniego  udziału  w  walce,  ale  w  każdej  chwili  mogli 

spróbować odciąć rycerzom Jedi drogę odwrotu z pola bitwy. 

- Miej na nich oko - polecił Anakin astromechanicznemu robotowi. 

Piątak zaświergotał twierdząco. Prostokąt celownika torped rozjarzył się natychmiast 

na  znak,  że  cel  znalazł  się  w  zasięgu  ognia  i  został  namierzony.  Nieprzyjacielska  fregata 

wypełniała  teraz  nie  tylko  przednią,  ale  także  część  górnej  powierzchni  owiewki  kabiny. 

Wyglądała zupełnie jak skalista asteroida. 

- Tu Mały Brat - zameldował. - Zielony. 

- Łowca Nagród także zielony - oznajmił Zekk. - Tam i z powrotem? 

- Zaczynaj pierwszy - zachęcił go Anakin. 

W  przestworzach  pojawiło  się  kilkanaście  jasnych  rozbłysków.  Trzy  były 

prawdziwymi  protonowymi  torpedami,  a  pozostałe  nieszkodliwymi  atrapami.  Wszystkie 

pomknęły  w  przestworza  na  kształt  wachlarza,  który  miał  się  roztrzaskać  o  burtę 

yuuzhańskiego  okrętu.  Ujrzawszy  je,  artylerzyści  Yuuzhan  Vongów  nakierowali  skupiające 

grawitację  dovin  basale.  Wytworzyli  wiele  miniaturowych  czarnych  dziur,  które  połknęły 

wszystko,  co  ku  nim  podążało.  Zekk  włączył  działka  i  zaczął  zasypywać  fregatę  seriami 

słabszych i silniejszych laserowych błyskawic. W ciągu ostatnich dwóch lat toczone między 

załogami  okrętów  Yuuzhan  Vongów  i  Nowej  Republiki  gwiezdne  pojedynki  wyglądały 

trochę  jak  zabawa  w  kotka  i  myszkę.  Każda  strona  starała  się  przechytrzyć  przeciwników  i 

zachęcić  ich,  aby  marnowali  zasoby  energii  na  pozorowane  ataki  albo  zbędną  obronę. 

Myśliwce klasy XJ3 udoskonalono w taki sposób, aby ich piloci odnosili zwycięstwa właśnie 

w takich pojedynkach. 

Anakin  także  wystrzelił  pierwszą  salwę  torped,  a  potem  wybrał  inną  broń  i  zaczął 

zasypywać nieprzyjacielską fregatę seriami laserowych strzałów. Przekonał się, że tym razem 

artylerzyści yuuzhańskiego okrętu odpowiedzieli na jego atak trochę zbyt późno. Wrażliwe na 

sąsiedztwo obiektu o dużej masie zapalniki wywołały eksplozje w odległości zaledwie kilku 

metrów od burty fregaty. Na dziobatej powierzchni kadłuba pojawiły się rozbłyski trafień. Z 

jednego  trysnął  nawet  gejzer  atmosfery.  Anakin  zareagował  niemal  natychmiast  i  posłał  w 

szczelinę dwie potężne laserowe błyskawice. Otwór powiększył się i nagła dekompresja wy-

ssała  z  wnętrza  kilka  ciał  i  jakieś  szczątki.  Zekk  zareagował  automatycznie  i  zaczął 

zasypywać otwór strugami ognia z laserowych działek. Nagle kadłubem fregaty wstrząsnęły 

wewnętrzne eksplozje. Obaj piloci znaleźli jednak się zbyt blisko i musieli śmignąć świecą w 

background image

przestworza. 

W  pewnym  momencie  Anakin  poczuł  na  sobie  spojrzenie  jakiegoś  Yuuzhan  Vonga. 

Pomyślał,  że  tym  razem  lambent  może  ocalił  mu  życie.  Skręcił  raptownie  na  sterburtę. 

Gdzieś,  zapewne  spoza  fregaty,  wystrzeliła  wirująca  w  locie  kula  plazmy.  Jednocześnie 

młody Solo poczuł, że jego niepokój odwzajemnia ktoś jeszcze, także posługujący się Mocą. 

Popatrzył  na  umieszczony  nad  głową  ekran  i  stwierdził,  że  za  ogonem  jego  X-skrzydłowca 

zajmuje  miejsce  Zekk  -  w  tej  samej  chwili,  kiedy  tuż  obok  obu  maszyn  przemknęła  jeszcze 

jedna kula wirującej plazmy. 

- Dzięki za ostrzeżenie. - W kabinie myśliwca Anakina rozległ się głos drugiego Jedi. 

Brzmiała w nim wyraźna ulga. 

Nagle  spoza  fregaty  wystrzeliła  para  koralowych  skoczków.  Chwilę  później 

przemknęła  obok  obu  X-skrzydłowców,  plując  w  kierunku  kanonierki  kulami  płonącej 

plazmy. 

Anakin szarpnął drążek i zaczął zataczać łuk, zamierzając puścić się za nimi w pogoń. 

- Lecimy za nimi! - krzyknął. 

- Zaprzeczam, chłopcy. - Podążając śladami obu koralowych skoczków, tuż obok nich 

przeleciał X-skrzydłowiec Jainy. Obniżył lot, a jego lasery bluznęły seriami ognia. - Zajmijcie 

się tymi, które nurkują pode mną. 

Minęła  ich  i  zniknęła,  ale  przedtem  posłała  protonową  torpedę  w  ślad  za  lecącym 

nieco z tyłu drugim skoczkiem. Anakin nie musiał spoglądać na ekran taktycznego monitora, 

żeby  wiedzieć,  co  się  stanie.  Obu  Yuuzhan  ścigała  przecież  jego  siostra  Jaina,  as  pilotażu  i 

chluba Eskadry Łobuzów. Miał podstawy przypuszczać, że za chwilę wrogowie stracą życie. 

Obaj  młodzi  Jedi  zanurkowali  i  lawirując,  aby  nie  dać  się  trafić  kulą  plazmy  ani  magmy, 

przelecieli  nisko  nad  fregatą.  Obniżyli  lot  i  zanim  zaskoczeni  artylerzyści  zdołali  ich 

namierzyć,  zatoczyli  łuk  pod  brzuchem  nieprzyjacielskiego  okrętu.  Zauważyli,  że  w 

odległości  trzystu  metrów  przed  nimi  piloci  dwóch  koralowych  skoczków  atakują  „Wielkie 

Oko”.  Raz  po  raz  zbaczając  z  kursu,  usiłowali  uniknąć  trafienia  przez  smugi  światła,  które 

wylatywały  z  luf  wielkich  laserowych  dział  atakowanej  kanonierki.  Anakin  czuł,  że 

posługując  się  Mocą,  Zekk  kieruje  ku  niemu  niespokojne  myśli.  Uzbroił  wszystkie  cztery 

działka  i  przygotował  namiernik.  Kiedy  ujrzeli  swoje  cele  w  zasięgu  strzału,  w  tej  samej 

sekundzie  dali  ognia.  Wszystkie  lasery  rozbłysnęły  równocześnie.  Oba  koralowe  skoczki 

zniknęły... także równocześnie. 

- Co za synchronizacja - pochwaliła ich Tenel Ka. - A teraz znikajcie, proszę. 

Anakin  pchnął  rękojeść  dźwigni  przepustnicy.  Pomyślał,  że  w  przestworzach 

background image

powinien  kręcić  się  jeszcze  jeden  koralowy  skoczek,  żadnego  jednak  nie  widział  na  ekranie 

taktycznego monitora. 

- Gdzie ten ostatni? - zapytał. 

-  Trafiłam  go  -  usłyszał  głos  siostry.  -  Kiedy  nurkowałam.  Piątak  wydał  przeciągły 

gwizd podziwu. 

- Ta-a. To już cztery - ucieszył się Anakin. -I nawet nie jest podniecona. 

W tej samej chwili do życia obudziły się działa kanonierki i w przestworzach pojawiły 

się  jaskrawe  błyski.  Anakin  spojrzał  na  ekran  monitora  ukazującego,  co  dzieje  się  za  rufą. 

Przekonał się, że osłony nieprzyjacielskiego okrętu pochłonęły całą energię pierwszej salwy, 

ale przepuściły cztery pociski z drugiej. Jeden trafił nawet w szczelinę, która pojawiła się po 

ataku  Anakina  i  Zekka.  Siła  eksplozji  była  tak  wielka,  że  wyrwała  kawałki  korala  z 

przeciwległej  burty.  Po  trzeciej  salwie  fregata  Yuuzhan  Vongów  przełamała  się  na  dwie 

części,  które  bezładnie  koziołkując,  zaczęły  się  oddalać  z  pola  bitwy.  Uchodziło  z  nich 

powietrze  i  wydobywały  się  kłęby  ciemnego  dymu.  Z  każdą  chwilą  pojawiało  się  też  coraz 

więcej szczątków i ciał zabitych Yuuzhan. 

Anakin  zatoczył  łuk  i  zawrócił  w  kierunku  pola  bitwy.  Zauważył,  że  jedna  z 

yuuzhańskich  fregat  zmienia  kurs  i  usiłuje  odciąć  Tuzinowi  drogę  odwrotu.  Artylerzyści 

„Wielkiego Oka” wystrzelili ostatnią salwę torped i prawdopodobnie nie mogli dłużej stawiać 

czoła  lepiej  uzbrojonemu  przeciwnikowi,  gdyż  kanonierka  zaczęła  się  wycofywać.  Jaina 

przyłączyła  się  do  Anakina  i  Zekka  i  we  trójkę  pospieszyli  na  pomoc  pilotom  Tuzina.  W 

kabinie myśliwca Jainy rozległ się głos Durrona: 

-I tak zrobiliście dla nas bardzo dużo, Kije. Sami sobie poradzimy. 

-Jasne. - Jaina nie kryła sarkazmu, może dlatego, że ostatnie torpedy „Wielkiego Oka” 

zboczyły  z  kursu  i  podążyły  w  głąb  leja  jakiejś  grawitacyjnej  anomalii.  -  Myślisz,  że  tylko 

was miną i polecą dalej? 

- Jeżeli im na to pozwolimy... 

Nagle  na  rufie  nieprzyjacielskiej  fregaty  ukazał  się  oślepiający  błysk  i  okrętem 

Yuuzhan  wstrząsnęła  siła  potężnej  eksplozji.  Spopielony  mostek  po  prostu  zniknął  i  fregata 

zaczęła bezradnie dryfować w przestworzach. Ośmiu pozostałych przy życiu pilotów Tuzina 

zaczęło  natychmiast  zasypywać  unieruchomioną  jednostkę  salwami  protonowych  torped. 

Kiedy  zniknęła  w  oślepiającym  rozbłysku,  zawrócili  i  zaczęli  się  wycofywać.  W  pogoń  za 

nimi puścili się piloci kilkunastu koralowych skoczków. 

- Kypie? - Anakin o mało nie zachłysnął się powietrzem. - Jakim cudem to... 

- Mocą. 

background image

Odpowiedź  była  zwięzła  i  rzeczowa.  Młody  Solo  nawet  nie  musiał  posługiwać  się 

talentem  Jedi,  żeby  wyczuć  gniew  Kypa,  wywołany  śmiercią  tylu  pilotów.  Obie  grupy  się 

połączyły i zwarły szyk, ale piloci zachowywali milczenie. Wszyscy pamiętali, że już kiedyś 

Kyp poddał się gniewowi, i uświadamiali sobie, jakie to niebezpieczne. 

Anakin  jednak  zaczął  się  zastanawiać.  Kiedy  przebywał  na  Yavinie  Cztery,  pewien 

rozgoryczony i wyrzucony poza nawias własnej społeczności Yuuzhanin zgodził się zdradzić 

swoich ziomków, aby pomóc mu uwolnić Tahiri. Rozmawiając z nim, Anakin zrozumiał, że 

istnieje ciemna strona, która nie ma żadnego związku z Mocą. Doszedł do przekonania, że siła 

woli jest równie ważna, jak niewinność serca. Teraz zaś bardziej niż kiedykolwiek wyglądało 

na to, że Moc jest zaledwie jednym narzędziem spośród wielu, którymi można posługiwać się 

dla dobra ogółu. Anakin uważał, że jeżeli Kyp Durron wynalazł sposób władania Mocą, który 

umożliwiał  mu  niszczenie  nieprzyjacielskich  okrętów,  przebywajacy  w  Zaćmieniu  rycerze 

Jedi powinni to przedyskutować. Może jednak obdarzony silną wolą Jedi o niewinnym sercu 

będzie mógł władać nią w podobny sposób bez obawy zabłądzenia na ciemną stronę? 

Kyp  milczał,  dopóki  koralowe  skoczki  Yuuzhan  nie  pozostały  daleko  za  rufami  X-

skrzydłowców. W końcu zdecydował się przerwać ciszę. 

- Anakinie, czy te eksplozje nie wyglądały znajomo? - zapytał. 

-  Analiza  spektrograflczna  ostatniej  dowodzi,  że  to  mogła  być  protonowa  torpeda  - 

podpowiedziała usłużnieTenel Ka. - Nikt jednak nie widział smugi świecących gazów. 

-  A  czego  to  dowodzi?  -  Kyp  był  wyraźnie  z  siebie  zadowolony.  -Pomyśl  o  tym. 

„Wielkość znaczenia nie ma” i tak dalej. 

- Telekineza? - Z wrażenia Anakin omal nie zapom niał o oddychaniu. - Wystrzeliłeś 

te torpedy, posługując się Mocą? 

-  Nie  lecą  tak  szybko,  jak  napędzane  rakietami  -  wyjaśnił  Durron.  -Na  razie. 

Yuuzhanie  nie  widzą  jednak  ognistych  smug,  które  zazwyczaj  ciągną  się  za  pociskami. 

Dostrzegąją torpedy późno i nie mają dość czasu, aby zareagować. 

Anakin  był  właściwie  rozczarowany.  Miał  nadzieję,  że  dowie  się  czegoś  na  temat 

tajnej  broni,  na  którą  niewrażliwi  na  wpływ  Mocy  Yuuzhanie  nie  umieliby  znaleźć 

odpowiedzi.  Tymczasem  to  był  po  prostu  trochę  inny  sposób  wykorzystania  znanej  broni  - 

sprytna sztuczka, na którą nieprzyjaciele szybko nauczą się reagować. 

Jeżeli  Kyp  oczekiwał,  że  ktoś  pogratuluje  mu  pomysłowości  i  sprytu,  to  pewnie  był 

mocno  zawiedziony.  Tenel  Ka  oznajmiła,  że  jego  sposób  wystrzeliwania  torped  pozwoli 

Nowej Republice zaoszczędzić kilkadziesiąt rakiet napędowych, ale nic więcej. Chwilę potem 

rozległ  się  ostrzegawczy  świergot  i  Anakin  przeniósł  spojrzenie  na  ekran  taktycznego 

background image

monitora. Piątak powiększył ukazywany obraz i młody Solo zobaczył bezradnie dryfujący w 

ciemności  przestworzy  wypalony  wrak  „Królowej  Prędkości”.  Piloci  sześciu  koralowych 

skoczków,  którzy  go  zniszczyli,  właśnie  zawracali,  aby  odciąć  obu  grupom  pilotów  drogę 

ucieczki. 

-  Obawiam  się,  że  to  jeszcze  nie  koniec  -  odezwała  się  Tenel  Ka.  Nieprzyjacielscy 

piloci  wiedzieli,  że  w  pojedynku  z  X-skrzydłowcami  nie  mają  szans  i  z  pewnością  stracą 

życie. Nie rezygnowali jednak z walki, zapewne w nadziei, że dadzą swoim kolegom z innej 

grupy  więcej  czasu  na  doścignięcie  uciekinierów  i  przyłączenie  się  do  walki.  Anakin 

wysyczał  przekleństwo.  Chwilę  później  zmełł  w  ustach  następne,  kiedy  zobaczył,  że  w 

przestworzach między nim a nadlatującymi skoczkami pojawiły się świetliste punkciki trzech 

X-skrzydłowców. 

-  Prosimy,  lećcie  dotychczasowym  kursem,  Mały  Bracie.  -  W  kabinie  myśliwca 

Anakina rozległ się chrapliwy głos Barabela. - To nie potrwa długp. Jest ich tylko sześciu. 

W  następnej  sekundzie  młody  Solo  aż  przetarł  oczy  ze  zdumienia.  Trzy  czerwone 

punkciki na ekranie jego monitora zbliżyły się do siebie i połączyły! Nadlatujący Yuuzhanie 

musieli teraz wybierać, czy przystąpić do walki z nowymi przeciwnikami, czy spróbować ich 

wyminąć i kontynuować pościg za poprzednimi. Jak można się było spodziewać, zwarli szyki 

i  zaczęli  posyłać  ku  nadlatującym  Barabelom  wirujące  kule  plazmy  i  magmy.  Spoglądając 

przez  transpastalową  owiewkę  kabiny,  Anakin  nie  miał  pojęcia,  co  dzieje  się  w 

przestworzach.  Widział  tylko  pojawiające  się  raz  po  raz  rozbłyski  i  cieniutkie  nitki  światła. 

Przeniósł  spojrzenie  na  ekran  taktycznego  monitora.  Ze  zdumieniem  zauważył,  że  wirujące 

pociski zaczęły gasnąć i zniknęły, jeszcze zanim doleciały do X-skrzydłowców. 

- To... niemożliwe! - usłyszał zdumiony głos Zekka. 

- Jeżeli się wam wydaje, że zestrzelili je w locie, to macie rację -oznajmiła Tenel Ka.- 

Rzeczywiście 

je 

zestrzelili. 

Optyczne 

powiększenie 

wykazuje 

siedemdziesięciodwuprocentową  zbieżność  między  błyskami  ich  laserów  a  zniknięciem 

pocisków. 

Największe  wrażenie  na  Anakinie  wywarła  jednak  nie  tyle  celność  strzałów,  co 

precyzja pilotażu. Aby punkciki ich X-skrzydłowców na ekranie zlały się w jeden, myśliwce 

Barabelów musiały lecieć w odległości najwyżej metra jeden od drugiego. I to z prędkością 

dochodzącą do jednej dziesiątej prędkości światła! Już sam widok lecących tak blisko siebie 

gwiezdnych maszyn mógł wprawić wrogów w przerażenie. Anakin nie umiał sobie wyobrazić 

innego powodu, z którego Barabelowie mieliby uciekać się do takiej sztuczki. Musiał jednak 

przyznać, że jeszcze czegoś takiego nie widział. 

background image

W końcu zabłąkana kula magmy przedarła się przez osłony X-skrzydłowców. Młody 

Soło  wbił  spojrzenie  w  ekran  taktycznego  monitora.  Spodziewał  się,  że  w  każdej  sekundzie 

może ujrzeć przerażający błysk oznaczający koniec jednego, a może nawet wszystkich trojga 

młodych Barabelów. Lecieli przecież tak blisko siebie... 

Nie  zobaczył  niczego  takiego.  Ognisty  pocisk  pojawił  się  po  drugiej  stronie 

świetlistego  punktu  na  ekranie,  leciał  jednak  zmienionym  kursem.  Ktoś  musiał  posłużyć  się 

Mocą, żeby odkształcić jego trajektorię lotu. 

- Mam w swojej eskadrze miejsce dla kilku innych Jedi - odezwał się Kyp Durron. -I 

chciałbym, żeby to byli ci Barabelowie. 

Anakin  uniósł  głowę  i  spojrzał  przez  transpastalową  owiewkę  kabiny.  Toczące  w 

przestworzach bitwę gwiezdne statki wyglądały teraz jak rozbłyskujące raz po raz i gasnące 

fosfopchły.  Nie  mógłby  nawet  marzyć,  żeby  dotrzeć  tam  w  porę  i  pomóc  walczącym 

Barabelom. 

Kiedy  znów  popatrzył  na  ekran  monitora,  przekonał  się,  że  Yuuzhan  Vongowie 

zrezygnowali  z  miotania  kuł  magmy  i  ostrzeliwali  X-skrzydłowce  tylko  strugami  płonącej 

plazmy.  Ku  jego  zdumieniu  Barabelowie  nie  tracili  czasu  na  wykonywanie  uników.  Lecieli 

nadal  jeden  za  drugim,  prościutko  na  nieprzyjaciół.  Ich  myśliwce  sprawiały  wrażenie 

nieuszkodzonych, chociaż osłony już dawno powinny były zostać przeciążone. 

- Jak oni to robią? - zainteresował się Zekk. - Czy wzmacniają nawzajem swoje pola? 

-  Ich  pola  nie  nakładają  się  na  siebie.  -  W  głosie  Jainy  brzmiał  niekłamany  podziw, 

pierwsza  oznaka  emocji  od  początku  tej  bitwy.  -  Muszą  zmieniać  w  locie  miejsce  w  szyku. 

Ostrzelany  X-skrzydłowiec  wycofuje  się  na  koniec,  żeby  jego  pilot  miał  czas  wzmocnić 

osłabione pola, a jego miejsce zajmuje następny, z silnymi osłonami. 

-  To  fakt  -  potwierdziła  Tenel  Ka.  -  Długość  smugi  ciągnących  się  jonów  wykazuje 

ścisłą korelację ze zmianami mocy wyjściowej jednostek napędowych. 

- Coś takiego - mruknął Anakin. - Muszę przyznać, że to wywiera wrażenie. 

Chwilę  potem  jeden  z  niebieskich  punkcików  zniknął  z  ekranu  jego  monitora. 

Wszystkie  trzy  X-skrzydłowce  skierowały  się  ku  następnemu  skoczkowi.  Po  sekundzie  czy 

dwóch  on  także  przestał  istnieć.  Anakin  podziwiał  nie  tyle  samą  taktykę  walki,  co  precyzję 

manewrów  i  celność  strzałów.  Współpisklęta  opanowały  po  mistrzowsku  sztukę  kierowania 

laserów myśliwców w jedno miejsce, dzięki czemu po prostu porażały nieprzyjaciół siłą ognia 

swojej  broni.  W  następnej  sekundzie  z  ekranu  monitora  zniknęła  trzecia  niebieska  plamka. 

Pozostali piloci koralowych skoczków zatoczyli łuk, jakby starali się zajść X-skrzydłowce od 

tyłu. 

background image

Nagle  punkcik  przedstawiający  myśliwce  Barabelów  zadrżał  i  zwolnił.  Anakin 

domyślił  się,  że  Yuuzhan  Vongowie  posłużyli  się  dovin  basalami,  aby  pozbawić  X-

skrzydłowce  ochronnych  pól  siłowych.  Wyciągnął  rękę  do  przełącznika komunikatora,  żeby 

ostrzec  przyjaciół,  aby  przesłali  całą  moc  do  generatorów  siłowych  pól.  Po  chwili  jednak 

zrezygnował. Doszedł do przekonania, że mógłby odwrócić ich uwagę. 

Barabelowie  i  tym  razem  go  zaskoczyli.  Po  prostu  wyłączyli  jednostki  napędowe. 

Pozbawione  napędu,  ale  nadal  przyciągane  X-skrzydłowce  pomknęły  ku  trzem 

nieprzyjacielskim  koralowym  bryłom  niczym  pociski  wystrzelone  z  gigantycznej  procy. 

Dzieląca je odległość zmalała w mgnieniu oka i nagle każdy pilot myśliwca typu X znalazł się 

oko  w  oko  z  pilotem  skoczka.  Na  ekranie  taktycznego  monitora  pojawiła  się  plątanina 

świecących  smug  zjonizowanych  gazów  i  nitek  światła.  Potem  obraz  zamigotał  i  zniknął, 

zupełnie  jakby  oślepiający  blask  wystrzeliwanych  raz  po  raz  torped  protonowych  przeciążył 

systemy  bezpieczeństwa  kamer  kanonierki.  Anakin  spojrzał  przez  owiewkę  i  zobaczył  w 

przestworzach  jaskrawy  błysk,  podobny  do  eksplozji  niewielkiej  supernowej.  Zerknął  na 

ekran, ale nadal widniały na nim tylko igiełki zakłóceń. 

- Piątaku? - zapytał. 

Robot twierdząco zaświergotał i przystąpił do filtrowania zakłóceń. 

- Ogony? - zaniepokoiła się Jaina. - Jesteście tam? 

Nie doczekała się odpowiedzi, ale do rozmowy włączyła się Tenel Ka. 

- Nasze czujniki uporały się z przeciążeniami i za chwilę znów obudzą się do życia - 

oznajmiła. - Wygląda jednak, że tam nadal znajdują się trzy X-skrzydłowce. 

- Ogony, jesteście tam? - powtórzyła Jaina. - Jedynko? Dwójko? Trójko? 

W  odpowiedzi  usłyszała  przeciągły  syk,  co  u  Barabelów  stanowiło  odpowiednik 

serdecznego śmiechu. 

-  Jesteśmy  tu,  Kije  -  wychrypiała  jedna  ze  współpiskląt.  -I  Jedynka,  i  Dwójka,  i 

Trójka. 

background image

ROZDZIAŁ

 

10 

 

Na  znak  poparcia  bojkotujących  obrady  senatu  Ithorian  nie  pojawiło  się  także  wielu 

reprezentantów  innych  planet.  Prawie  setka  senatorskich  balkonów  świeciła  pustką. 

Przedstawiciele  Kashyyyka  rzucali  w  mównicę  kawałkami  połamanych  konferencyjnych 

pulpitów.  Zapewne  usiłowali  trafić  w  hologram  thyferrańskiego  senatora,  który  omawiał 

szczegóły  dziewięciopunktowego  planu  zorganizowania  konferencji  pokojowej  z  istotami 

rasy  Yuuzhan  Vong.  Chyba  wszyscy  pracownicy  konsulatu  planety  Talfaglio,  krążąc  po 

kładkach  i  pomostach,  raz  po  raz  głośno  żądali,  aby  rycerze  Jedi  się  poddali  i  ocalili  życie 

talfagliańskich  zakładników.  Przedstawiciele  Balmorry  równie  donośnie  proponowali 

darmowe  dostawy  uniwersalnych  platform  turbolaserowych  rządom  wszystkich  planet, 

których floty staną do walki w obronie życia zakładników. W powietrzu unosiły się z cichym 

brzękiem  serwomotorów  androidy  służby  bezpieczeństwa.  Latając  tu  i  tam,  bezskutecznie 

poszukiwały  przybyłej  aż  z  Dathomiry  płatnej  zabójczym,  która  podobno  ukryła  się  gdzieś 

pośród rozgorączkowanych senatorów. 

Nie w taki sposób Borsk Fey’lya wyobrażał sobie spotkanie z emisariuszem Tsavonga 

Laha.  Wolałby  się  najpierw  z  nim  zobaczyć  w  sali  audiencyjnej,  gdzie,  sącząc  wyśmienite 

endoriańskie  porto,  mogliby  opracować  zadowalający  obie  strony  scenariusz  spotkania  ze 

wszystkimi senatorami. Okazało się jednak, że wysłannik nie zgodził się na takie rozwiązanie. 

Zaproponował,  żeby  przywódca  Nowej  Republiki  powitał  go  na  lądowisku  i  cierpliwie 

czekał,  aż  Yuuzhanin  zejdzie  z  pokładu  statku  kurierskiego.  Borsk  wiedział,  że  taki 

wiernopoddańczy  gest  jeszcze  bardziej  poróżniłby  senatorów,  a  w  dodatku  pozbawił 

Bothaninatych  resztek  słabnącego  poparcia,  jakim  cieszył  się  w  senacie  do  tej  pory.  Nie 

zgodził  się  więc  na  propozycję  wysłannika  i  pierwsze  spotkanie  miało  się  odbyć  od  razu  w 

wielkiej  sali  obrad  senatu  Nowej  Republiki.  Wszyscy  mieszkańcy  galaktyki  mieli  być 

świadkami  spotkania  Borska  Fey’lyi  i  Yuuzhanina,  a  tymczasem  ani  jeden,  ani  drugi  nie 

wiedział,  co  przeciwnik  zrobi  lub  powie.  Mogła  to  więc  być,  mówiąc  językiem  oficjalnym, 

przełomowa chwila w historii galaktyki. W takich momentach od słów polityków zależał los 

imperiów, a w ciągu sekundy można było zostać obwołanym nikczemnikiem albo bohaterem. 

Przywódca  Nowej  Republiki  Fey’rya  zastanawiał  się,  czy  zdoła  udźwignąć  ciężar  takiej 

odpowiedzialności. 

Osłonięty  czerwonym  pancerzem  kraba  vonduun  i  peleryną  z  kapturem  Yuuzhanin 

background image

wyglądał  zupełnie  jak  rycerz  Jedi.  Chcąc  zmusić  Borska  do  czekania,  schodził  po 

trzystumetrowych schodach umyślnie powoli, tak że mógłby go prześcignąć nawet bagienny 

leniwiec  z  planety  Dagobah.  Nie  towarzyszył  mu  żaden  yuuzhański  strażnik  czy  wojownik, 

co  sprawiało  wrażenie,  że  wystarczającą  ochronę  zapewnia  mu  żywy  pancerz  i  długi 

amphistaff, którego nie wypuszczał z dłoni. Emisariusz nie zwracał uwagi na syki i gwizdy, 

którymi witało go wielu senatorów. Ignorował też głupców, którzy starali się zastępować mu 

drogę  w  nadziei,  że  zechce  ich  przyjąć  na  prywatnej  audiencji.  Yuuzhanin  spojrzał  w  bok 

dopiero,  kiedy  para  Togorian  obrzuciła  go  kubkami  po  kafeinie.  Nawet  wtedy  jednak  tylko 

zerknął  spode  łba  na  androidy  służby  porządkowej,  które  bez  trudu  przechwyciły  wszystkie 

pociski. 

Borskowi  przemknęło  przez  myśl,  że  powinien  był  polecić  woźnemu,  aby  rozbroił 

Yuuzhanina.  Wydawało  mu  się  początkowo,  że  rozmawiając  z  uzbrojonym  wojownikiem, 

zaimponuje  widzom  HoloNetu  swoją  odwagą.  Teraz  jednak  nie  był  już  tego  taki  pewien. 

Wiedział,  że  androidy  służby  bezpieczeństwa  obezwładniłyby  przybysza,  gdyby  tylko  spró-

bował  zaatakować  przywódcę  Nowej  Republiki.  Znał  jednak  siebie  na  tyle  dobrze,  żeby 

wiedzieć,  iż  rejestrujące  przebieg  spotkania  holograficzne  kamery  zdążą  uchwycić  wyraz 

niepokoju na jego twarzy. 

Kiedy  emisariusz  istot  rasy  Yuuzhan  Vong  w  końcu  dotarł  na  podwyższenie, 

przystanął, jakby na coś czekał. Jak uzgodniono przed spotkaniem, Borsk zszedł z mównicy. 

Towarzyszyło  mu  dwoje  członków  Komitetu  Doradców:  Viqi  Shesh  z  planety  Kuat  i  Fyor 

Rodan  z  Commenora.  We  troje  ruszyli  ku  Yuuzhaninowi.  Obyło  się  bez  słów  powitania  i 

zbędnych uprzejmości. 

-  Nazywam  się  Borsk  Fey’lya  -  odezwał  się  Bothanin.  -  Zaprosiłem  cię  tu,  żeby 

omówić problem zakładników. 

-  Nie  ma  czego  omawiać.  -  Emisariusz  ściągnął  kaptur  z  głowy,  ukazując  pooraną 

bliznami i ohydnie zniekształconą twarz. - Od czasu rozmowy z Leią Solo nasze stanowisko 

nie uległo żadnej zmianie. 

W  ogromnej  sali  zapadła  niemal  absolutna  cisza,  jeżeli  nie  liczyć  cichych  trzasków 

włączanych  komputerowych  notatników.  To  doradcy  konsulów  i  senatorów  usiłowali 

porównywać  wyglądtwarzy  i  brzmienie  głosu  yuuzhańskiego  emisariusza  z  informacjami 

zarejestrowanymi w bazach danych. Borsk nie musiał uciekać się do takiej pomocy. Dobrze 

wiedział,  z  kim  rozmawia.  Nie  spotkał  się  oko  w  oko  z  wieloma  najeźdźcami  -  a  dokładnie 

mówiąc,  z  żadnym  -  ale  oglądał  ze  sto  razy  zarejestrowany  na  Bilbringi  hologram  ze 

spotkania  Leii  z  pierwszym  wysłannikiem.  W  pustyni  wówczas  oczodole  tkwiło  teraz  nowe 

background image

fałszywe oko, ale Borsk znał twarz Noma Anora równie dobrze, jak swoją. 

- Leia Solo od dawna nie jest członkiem tego rządu - powiedział. Chociaż wszystkie 

włoski jego sierści jeżyły się ze strachu, wymówił te słowa oschłym, pogardliwym tonem.  - 

Jeżeli  chcesz  coś  oznajmić  Nowej  Republice,  musisz  to  powiedzieć  mnie,  a  nie  komuś 

innemu. 

Emisariusz spiorunował go jedynym okiem. Wyglądał na zaskoczonego i zdumionego 

tupetem swojego rozmówcy. 

- Nie znasz naszego ultimatum? - zapytał po chwili. 

Przez  ogromną  salę  przeszedł  cichy  szmer  oburzenia.  Zapewne  doradcy 

poinformowali  już  swoich  mocodawców,  kim  jest  przysłany  przez  Yuuzhan  Vongów 

emisariusz. Borsk zorientował się, że musi działać możliwie szybko. Wszyscy wiedzieli, jaką 

rolę  odegrał  Nom  Anor  na  Rhommamoolu  i  na  Duro,  rozumieli  więc,  że  przybycie  właśnie 

tego Yuuzhanina to policzek wymierzony całej Nowej Republice. 

-  Wiem  tylko,  że  grozicie  zabiciem  milionów  obywateli  Nowej  Republiki  -  oznajmił 

Borsk. Pomyślał, że powinien poczynać sobie jeszcze śmielej. -

background image

ERROR: undefined
OFFENDING COMMAND: PS-Adobe-3.0

STACK:

5.59214e-019 
89.0 
56.0 
90.0 
144.0 
89.0 
89.0 
187.0 
56.0 
-mark- 
("1"

)