background image

PRZEKŁAD   Mity i rzeczywistość.

Krzysztof Hejwowski

Kognitywno-komunikacyjna

teoria przekładu

Wydawnictwo Naukowe PWN

Warszawa 2004

1

background image

1.

Mit   nieprzekładalności   absolutnej:   „tłumaczenie   jest 
niemożliwe”

Hence the vanity of translation: it were as wise to cast a violet into a crucible  

that you might discover the formal principles  of its colour and odour, as seek to  
transfuse from one language into another the creations of a poet. The plant must  
spring again from its seed or it will bear no flower – and this is the burthen and the  
curse of Babel.

[Stąd   daremność   tłumaczenia:   równie   rozsądnie   byłoby   wrzucić   fiołek   do 
tygla,

żeby   odkryć   formalne   zasady   jego   koloru   i   zapachu,   jak   usiłować   przeszczepić   z 
jednego języka do drugiego twórczość poety. Roślina musi znów wystrzelić z ziarna, 
inaczej nie wyda kwiatu – oto brzemię i przekleństwo wieży Babel.]

Percy Bysshe Shelley

Shelley, angielski poeta romantyczny (1792-1822), pisał o nieprzekładalności poezji  i 

być może do pewnego stopnia miał rację – istnieją wiersze, których kunsztowna forma jest 
tak   ściśle  spleciona  z   treścią,   że  ich   przekład   na  inne   języki   graniczy  z  niemożliwością. 
Trudno na przykład wyobrazić sobie dobre polskie tłumaczenie takich wierszy, jak Tiger czy 
Never seek to tell thy love Blake’a. Nie znaczy to, że wierszy tych na polski nie tłumaczono: 
w   przypadku  Tygrysa  istnieje   nawet   wiele   tłumaczeń,   ale   ogrom   strat   poniesionych   w 
procesie tłumaczenia każe zastanowić się nad pełnowartościowością tych przekładów. Jednak 
nie taki rodzaj nieprzekładalności  mieliśmy na myśli  wybierając tytuł  dla tego rozdziału. 
Niektórzy uczeni twierdzą ni mniej, ni więcej, że przekład w ogóle jest niemożliwy. Tezy 
tego typu pojawiają się na gruncie różnych stanowisk badawczych.

Filozofowie   języka   mówią   czasem   o  nieoznaczoności   przekładu,  mając   na   myśli 

niemożność   stwierdzenia   ponad   wszelką   wątpliwość,   czy   dane   tłumaczenie   tekstu 
wyjściowego w pełni odpowiada znaczeniu tego tekstu. Słynny stał się przykład W. Quine’a, 
który twierdził, że słysząc krajowca wypowiadającego słowo „gavagai” i widząc jednocześnie 
pojawiającego się królika nie możemy być nigdy pewni, czy słowo to oznacza rzeczywiście 
pojedynczego żywego królika, czy też może „całą abstrakcyjną króliczość”, a może jeszcze 
coś innego, czego nawet nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić (Quinn 1964).

Na   takie   wątpliwości   każdy   praktykujący   tłumacz   odpowie   zapewne   następująco: 

tłumaczenie   może   być  nieokreślone  z   punktu   widzenia   filozofa   czy   logika,   ale   jest   z 
pewnością określone z normalnego, ludzkiego punktu widzenia. Po pierwsze, istnieje coś, co 
można nazwać ekwiwalencją doświadczenia (Tabakowska 1993), która sprawia, że większość 
interpretacji danego tekstu będzie się w dużym stopniu pokrywać. Ponieważ wszyscy znani 
nam dotychczas ludzie na widok królika mówić będą raczej o króliku, a nie o „króliczości”, 
słysząc krajowca mówiącego „gavagai” przyjmujemy rutynową interpretację i istnieje duże 
prawdopodobieństwo,   że   będziemy   mieli   rację.     (Podobną   argumentację   znajdziemy   w 
Postscriptum  do  Translation   and   relevance  E.A.   Gutta   2000:   213).   Warto   natomiast 
zauważyć,   że   wyrazy   z   różnych   języków   rzadko   są  absolutnymi   ekwiwalentami,  że   ich 
zakresy znaczeniowe często się nie pokrywają. Z różnych zresztą powodów – jednym z nich 
mogą być kwestie kulturowe, na przykład specyficzna rola królika w kulturze krajowców 
używających   słowa   „gavagai”.   To   jednak   zupełnie   inny   problem,   do   którego   powrócimy 
dopiero   w   następnych   rozdziałach,   ponieważ   nie   sądzę,   żeby   wpływał   on   zasadniczo   na 

2

background image

kwestie porozumiewania się na tak podstawowym poziomie jak ten, o którym pisze Quinn. 
Polskie słowo „królik” czy też angielskie „rabbit” mogą nie być absolutnymi ekwiwalentami 
wyrazu „gavagai”, to znaczy nie być jego zamiennikami w każdym tekście, jaki da się ułożyć 
w owym  egzotycznym  języku, nie zmienia  to jednak faktu, że ich odpowiedniość będzie 
wystarczająca do identyfikacji zwierzęcia, które pojawiło się na leśnej polanie.

Uzasadniając   swoją   definicję   tekstu   ekwiwalentnego:   „Tekst   b   w   języku   B   jest 

odpowiednikiem  tekstu a w języku  A, jeżeli  tekst b wywołuje taką samą  reakcję (zespół 
skojarzeń)   u   odbiorcy,   co   tekst   a”,   twórca   polskiej   nauki   o   tłumaczeniu,   Olgierd 
Wojtasiewicz, napisał:

Najwięcej zastrzeżeń i wątpliwości budzi sformułowanie „taką samą reakcję (zespół 

skojarzeń)”. Można wysunąć zarzut, że nawet jeden i ten sam tekst (w jednym i tym samym 
języku)  wywołuje różne reakcje u różnych  ludzi. I powoływać  się na przykłady różnych 
interpretacji utworów literackich przez różne osoby […] nawet w tych wypadkach, w których 
tekst   nie   zawiera   miejsc   spornych   z   filologicznego   punktu   widzenia.   Można   posunąć   się 
jeszcze dalej i powołać się na równie dobrze znane wypadki, kiedy jeden i ten sam tekst […]u 
tej samej osoby wywołuje różne reakcje w różnych momentach, np. raz czytany czy słyszany 
w młodości, a drugi raz w wieku dojrzałym czy podeszłym,  i twierdzić, że każdy zespół 
skojarzeń   powstający   u   odbiorcy   pod   wpływem   danego   tekstu   jest   zjawiskiem 
niepowtarzalnym   i   że   podana   wyżej   definicja   pomocnicza   jest   bezwartościowa. 
(Wojtasiewicz 1957/1992: 20-21)

Warto   zauważyć,   że   przewidziany   powyżej   argument   rzeczywiście   został   sformułowany 
przez prekursorów i twórców poststrukturalizmu i dekonstruktywizmu, którzy wysunęli tezę o 
„śmieci   autora”   (jasny   i   skrótowy   opis   tej   koncepcji   znajdziemy   np.   w:   Arrojo   1997). 
Wojtasiewicz odpiera ów argument w następujący sposób:

Z   drugiej   jednak   strony   stoimy   wobec   niezbitego   faktu,   że   języki   spełniają   swą 

funkcję komunikatywną i że wobec tego nie da się zaprzeczyć, że reakcje wywoływane przez 
dany tekst u różnych osób mogą być jeśli nie identyczne, to przynajmniej bardzo podobne. 
Stopień   pokrewieństwa   jest   niewątpliwie   większy   w   wypadku   prozy   naukowej   niż   w 
wypadku poezji, ale w każdym razie bardzo znaczny. Możemy więc zachować definicję […] 
w mocy, najwyżej z dodatkowym wyjaśnieniem, że zawartego w niej wyrażenia „takie same” 
nie   należy   rozumieć   jako   określenia   identyczności  sensu   stricte,  lecz   interpretować   jako 
umowne oznaczenie bardzo dużego stopnia podobieństwa. (Wojtasiewicz 1957/1992: 22)

Tak więc teoretykowi (i praktykowi) tłumaczenia nie jest potrzebne przekonanie o 

absolutnej przekładalności i identyczności tekstu wyjściowego i tekstu docelowego. Wręcz 
przeciwnie:   zarówno   tłumacz,   jak   i   teoretyk-realista   zdają   sobie   sprawę   z   tego,   że   tekst 
wyjściowy   i   tekst   docelowy   nie   mogą   być   identyczne   i   zadowalają   się   ich   względnym 
podobieństwem.

Amerykańscy   uczeni   E.   Sapir   i   B.L.   Whorf   dostarczyli   innego   argumentu 

zwolennikom   tezy   o   nieprzekładalności.   Nie   twierdzili   oni   bynajmniej,   że   nieznanego 
dotychczas   języka   nie   da   się   opisać   –   wszak   tym   właśnie   zajmowali   się   na   co   dzień, 
rejestrując języki Indian północnoamerykańskich. Doświadczenia z językami bardzo różnymi 
od   języków   europejskich   doprowadziły   ich   natomiast   do   następującego   wniosku:   język 
narzuca   ludziom   nim   mówiącym   pewne   ograniczenia   kognitywne,   pewien   sposób 
kategoryzacji rzeczywistości – tworzy koleiny, z których nie potrafimy się wyrwać. Pogląd 
ten, znany pod nazwą hipotezy Sapira-Whorfa, jeśli potraktować go dosłownie, niesie daleko 
idące   implikacje   dla  teorii   przekładu:   ludzie  mówiący  różnymi   językami  żyją   w  różnych 

3

background image

światach, a więc nie może być mowy o prawdziwym porozumieniu się między nimi, zatem 
tłumaczenie nie jest naprawdę możliwe. Czym więc byłyby miliony tłumaczeń powstałe w 
ciągu ostatnich kilku tysięcy lat? Zapewne złudzeniami – wydaje nam się, że przekazujemy 
innym   odbiorcom   sposób   rozumowania   autora,   gdy  tymczasem   tworzymy   zupełnie   nową 
jakość mieszczącą się w regułach świata języka docelowego.

Oczywiście   skrajna   interpretacja   hipotezy   Sapira-Whorfa   jest   nie   do   przyjęcia   na 

gruncie   realistycznym.   Historia   międzynarodowej   wymiany   naukowo-kulturalnej,   fakt 
istnienia osób żyjących na pograniczu różnych kultur (którzy w myśl hipotezy Sapira-Whorfa 
musieli by być chyba schizofrenikami) są wystarczającymi powodami, dla których musimy 
taką interpretację odrzucić. 

Wszystkim   ludziom   wspólne   są   anatomia   i   fizjologia   –   ból   i   przyjemność,   i   ich 

objawy:   płacz   i   śmiech;   wspólna   jest   umiejętność   komunikowania   się,   zdolność   do 
rozumienia i uczenia się nowych wzorców zachowań – nie tylko z własnego doświadczenia, 
ale   również   z doświadczenia  innych  (zob.  Langacker   1997:  233), umiejętność  i  potrzeba 
tworzenia sztuki, muzyki, literatury. Większość kultur ma zapewne jakieś pojęcie dobra i zła, 
świata   nadprzyrodzonego,   rozróżnienie   odwagi   i   tchórzostwa,   hojności   i   skąpstwa.   To 
wystarczy do zbudowania systemu odniesień i odpowiedniości między dwoma dowolnymi 
kulturami   umożliwiającego   komunikację   międzykulturową.   Nie   trzeba   (i   nie   warto) 
poszukiwać jakichś „absolutnych uniwersaliów”. Nawet jeśli użytkownicy jakiegoś języka nie 
podporządkowali się twierdzeniom K. Buchnera i zbudowali sobie system deiktyczny nie 
odwołujący   się   do   ludzkiego   ciała   jako   punktu   odniesienia   (Levinson   w:   Lewandowska-
Tomaszczyk 1999), to przecież nie wyklucza to możliwości porozumienia z użytkownikami 
innych,   „bardziej   Buchlerowskich”   języków.   W   końcu   Levinson   był   w   stanie   opisać   ten 
odmienny system deiktyczny,  a nam udało się ten opis zrozumieć. Jak słusznie zauważył 
Stanisław Lem:

Wbrew   licznym   mniemaniom   zbieżność   pojęciowa   języków   wszystkich   ziemskich 

kultur, jakkolwiek różnorodnych, jest uderzająca. Depeszę „Babcia umarła pogrzeb w środę” 
można przełożyć na dowolny język – od łaciny i hindu po dialekty Apaczów, Eskimosów czy 
plemienia   Dobu.   Zapewne   dałoby   się   to   zrobić   nawet   z   językiem   epoki   mustierskiej, 
gdybyśmy go znali. Wynika to stąd, że każdy człowiek musi mieć matkę matki, że każdy 
umiera, że rytuały pozbywania się zwłok są kulturowym niezmiennikiem i jest nim również 
zasada rachuby czasu. (Lem 1968: 94-95)

Wracając   do   Quine’a,   warto   podkreślić,   że   jako   filozof   i   logik,   a   nie   teoretyk 

przekładu,   zajmował   się   on   czymś,   co   można   nazwać   „tłumaczeniem   języka   dotychczas 
niezbadanego ludu” („translation of the language of a hithero untouched people” – Quinn 
1964:   460).   K.   Malmkjaer   ma   całkowitą   rację   twierdząc,   że   taki   problem   dotyczy 
językoznawcy próbującego opisać nieznany język, a nie tłumacza (Malmkjaer 1998: 9). Już 
samo   sformułowanie:   „tłumaczenie   języka”   jest   obce   badaczom   przekładu:   tłumacze   nie 
zajmują się tłumaczeniem języków lecz tekstów, a wszelkie teksty wyprodukowane przez 
ludzi są w większym lub mniejszym stopniu przetłumaczalne.

Tłumaczenie  jest możliwe  dzięki względnemu  podobieństwu struktur mentalnych  i 

językowych oraz naszej umiejętności wczuwania się w inne sposoby myślenia, przyswajania 
sobie   „innych  reguł   gry”.  Względne   podobieństwo  różnych  kultur   i  języków   sprawia,   że 
będziemy   z   zwykle   w   stanie   podporządkować   danej   ramie   czasownikowej   języka 
wyjściowego  ramę czasownikową języka docelowego, scenariuszowi – najbardziej podobny 
scenariusz.   Tłumacz   zwykle   przetłumaczy   „otwierać”   jako   „open”,   ponieważ   rama 
czasownikowa   OPEN   będzie,   w   większości   przypadków,   bardziej   podobna   do   ramy 
OTWIERAĆ  niż inne  ramy języka  angielskiego,  na przykład  BREAK  czy ENTER  (zob. 

4

background image

rozdz.   4).   Obcy   scenariusz   zrozumiemy   dlatego,   że   będziemy   w   stanie   dostrzec   jego 
podobieństwo do jakiegoś scenariusza, który już znamy – z naszej własnej czy jakiejś innej 
kultury. Przeprowadzka do nowego domu w Stanach Zjednoczonych z pewnością różni się od 
przeprowadzki w Polsce, ale przecież istnieją między tymi operacjami oczywiste analogie. 
Wiąże się z tym jeszcze jedno zjawisko często przemilczane w książkach o tłumaczeniu: w 
dzisiejszym świecie spotykamy coraz mniej ludzi, których można określić mianem absolutnie  
monolingwalnych  
czy   też  absolutnie   jednokulturowych.  Czy   tego   chcemy   czy   nie, 
globalizacja przekształca nas powoli w obywateli świata, mieszkańców globalnej wioski.

W   przypadku   istotnych   różnic   między   kulturami   i   językami   zadziała   zdolność   do 

empatii   oraz   elastyczność   naszego   umysłu:   wraz   z   autorami  science   fiction  potrafimy 
odwiedzać inne światy, w jakimś stopniu „rozumiemy” nawet Azteków – cywilizację, która 
powstała   w   całkowitej   izolacji   od   świata   europejskiego,   kulturę   radykalnie   odmienną   od 
śródziemnomorskiej. Inna sprawa, że nasze rozumienie innych światów i innych istot zawsze 
opiera się na naszym własnym doświadczeniu i znajomości własnej kultury, a zatem będzie 
zawsze   w   pewnym   (czy   nawet   znacznym)   stopniu   antropocentryczne,   eurocentryczne   (w 
przypadku  Europejczyka)  i wreszcie  egocentryczne;  mówiąc  potocznie,  zwykle  mierzymy 
innych własną miarą. Nie oznacza to jednak, że jesteśmy ślepi i głusi na inność i że niczego 
nowego nie potrafimy się nauczyć. Do tego problemu wrócimy w kolejnych rozdziałach, na 
przykład podczas omawiania tak zwanej nieprzekładalności kulturowej.

Jak słusznie zauważają A. Neubert i G.M. Shreve, o nieprzekładalności można mówić 

właściwie   tylko   wtedy,   kiedy   na   przekład   nie   ma   zapotrzebowania   (1992:   85),   kiedy 
tłumaczenie   danego   tekstu   i   tak   nie   znalazłoby   odbiorców.   Trudno   sobie   wyobrazić   na 
przykład  tłumaczenie  Teorii względności  na język  Tok Pisin, choćby z tego względu, że 
studiujący   fizykę   Papuasi   władają   językiem   angielskim,   a   więc   tłumaczenie   nie   byłoby 
nikomu potrzebne, wymagałoby natomiast stworzenie w języku Tok Pisin całego słownictwa 
fizycznego, którego ten język nie posiada (por. Bar-Hillel 1964b).

Powyższa krytyka tezy o absolutnej nieprzekładalności nie oznacza, że chcemy dla 

odmiany postulować absolutną przekładalność wszystkiego. Jak zauważył Wojtasiewicz: 

Nieprzekładalność może dotyczyć  jedynie pewnych wypadków szczególnych, może 

nawet   bardzo   licznych,   ale   dających   się   interpretować   jako   wyjątki   od   ogólnej   zasady 
przekładalności z jednego języka na drugi. (Wojtasiewicz 1957/1992: 28)

Naszym zamiarem jest jedynie powtórzenie za Wojtasiewiczem, że teksty – dodajmy: teksty 
tworzone przez ludzi w celach komunikacyjnych – są zawsze bardziej lub mniej przekładalne. 
Zastrzeżenie   o   tekstach   tworzonych   przez   ludzi   w   celach   komunikacyjnych   jest   istotne, 
ponieważ istnieją teksty, którym ewidentnie taki cel nie przyświeca. Co gorsza, takie teksty są 
czasem   analizowane   przez   teoretyków   tłumaczenia   w   celu   wykazania   nieprzekładalności 
(absolutnej bądź względnej), czy choćby „nieprzystawalności”  języków.  Na przykład J.C. 
Catford (1965: 37-39) analizuje rosyjskie zdanie „ja priszła” jako ekwiwalent angielskiego 
„I’ve   arrived”     i   stwierdza:   „chociaż   rosyjski   tekst   jest   zupełnie   dobrym   ekwiwalentem 
tłumaczeniowym angielskiego tekstu, wyraźnie nie ma tego samego znaczenia – ponieważ 
wybiera jako językowo (kontekstualnie) ważny inny zbiór elementów w tej sytuacji” (Catford 
1965:   38).   Następnie   autor   przedstawia   listę   elementów:   1.   mówca,   2.   rodzaj   żeński,   3. 
przybycie,   4.   na   piechotę,   5.   wydarzenie   uprzednie,   6.   powiązane   z   teraźniejszością,   7. 
ukończone i zauważa, że zdanie angielskie „wybiera” elementy 1, 3, 5, 6, a zdanie rosyjskie – 
1, 2, 3, 4, 5, 7. (Catford 1965: 39). Powyższe  spostrzeżenia  można  przyjąć  jako analizę 
lingwistyczną różnic między językiem angielskim a rosyjskim, choć dziwią sformułowania 
kontekstualnie   i sytuacja  (pamiętajmy, że Catford odróżnia kontekst od ko-tekstu), bo jako 
żywo omawiane zdania są wyrwane z kontekstu. Można nawet zgodzić się, że w pewnych 

5

background image

(dość   nietypowych   sytuacjach)   wymienione   różnice   mogą   powodować   trudności 
przekładowe, na przykład wtedy, gdy nadawca tekstu zechce wykorzystać „nieoznaczoność 
rodzaju” w angielskiej wersji, czyli najczęściej w specyficznych typach tekstów literackich 
(zob. podrozdział o grze słów w rozdziale 6). Jednak każdy tłumacz powie od razu, że tego 
typu różnice w ogromnej większości przypadków nie uniemożliwiają przekładu, co więcej, 
nie   stanowią   zwykle   poważnych   problemów   tłumaczeniowych.   Catford   analizuje   ten 
przykład, i wiele innych, po to, by skrytykować koncepcję tłumaczenia jako transkodowanie 
oraz pojęcie międzyjęzykowego transferu znaczenia (Catford 1965: 42). O ile trzeba się z nim 
zgodzić, że tłumaczenie nie jest rzeczywiście transkodowanie tekstu z języka A na język B, o 
tyle nasz stosunek do transferu znaczenia  zależeć będzie, rzecz jasna, od rozumienia słowa 
„znaczenie”.  Catford rozumie  je jako właściwość  danego języka.  Wyraźnie  podkreśla,  że 
„tekst   w   języku   wyjściowym   ma   znaczenie   w   języku   wyjściowym,   a   tekst   w   języku 
docelowym ma znaczenie w języku docelowym – na przykład rosyjski tekst ma rosyjskie 
znaczenie (tak samo jak rosyjską fonografię/ortografię, gramatykę i leksykę), a odpowiedni 
(?) angielski tekst ma angielskie znaczenie”. (Catford 1965: 35) Otóż właśnie w tym punkcie 
nie możemy się zgodzić z Catfordem. Znaczenie nie jest właściwością danego języka w takim 
samym sensie jak gramatyka czy leksyka. Znaczenie jest własnością ludzkiego umysłu. W 
licznych  książkach   na temat  tłumaczenia   przytaczany  jest  fakt  występowania   w  językach 
eskimoskich   wielu   określeń   na   śnieg.   Ma   to   świadczyć   o   nieprzekraczalnych   granicach 
przekładalności czy wręcz o różnicach kognitywnych między Eskimosami, Anglikami czy 
Polakami.   Zauważmy   jednak,   że   Polak   dostrzega   różnice   między   śniegiem   sypkim   czy 
puchem śnieżnym, a śniegiem lepkim, z którego można ulepić bałwana, czy też śniegiem 
zmarzniętym itp. Polacy nie mają tylu wyrazów i zwrotów określających smak i aromat wina 
co Francuzi. Jednak Polak, który zamieszka we Francji i przyjmie zwyczaj picia wina, bardzo 
szybko   znajdzie   lub   wymyśli   właściwe   określenia.   Przykłady   można   mnożyć,   a   wniosek 
nasuwa się sam: bez względu na różnice językowe ludzki potencjał kognitywny jest bardzo 
podobny (por. Tabakowska 1993: 28).

Podkreślaliśmy   już,   że   rosyjsko-angielskie   przykłady   Catforda   są   wyrwane   z 

kontekstu – nie wiemy, kto je powiedział, do kogo, w jakiej, sytuacji, po co itd. Zatem z 
naszego punktu widzenia powyższa analiza nie dotyczy różnic znaczenia, lecz różnic między 
językiem rosyjskim a angielskim, a podlegają jej właściwie nie teksty, lecz teksty potencjalne. 
Przez   tekst   potencjalny   rozumieć   będziemy   taki   ciąg   syntagm,   który   jest 
przytaczany/analizowany bez kontekstu lub w kontekście tak niejasnym, że nie pozwala on na 
przypisanie   tekstowi   żadnych   scen,   scenariuszy   czy   motywów,   a   jedynie,   w   najlepszym 
przypadku,   najogólniejszych   schematów.   Na   istnienie   tego   typu   tekstów   –   zwłaszcza   w 
badaniach lingwistycznych – zwrócił uwagę amerykański psycholog J.D. Bransford (1979). 
Zauważył, że zdania prezentowane w badanym kontekście eksperymentalnym, traktowane są 
przez uczestników doświadczenia jako przykłady wypowiedzi, które ktoś w jakiejś sytuacji 
mógłby wygłosić. I tak na przykład zdanie „Bill has a red car” (Bill ma czerwony samochód) 
traktowane   jest   jako   w   pełni   zrozumiałe   (1979:   155).   Kiedy   jednak   to   samo   zdanie 
wypowiedział   jeden   z   eksperymentatorów   (E)   do   niewtajemniczonego   kolegi   (K)   w 
kontekście nieeksperymentalnym, reakcja była następująca:

Wyglądał na bardzo zaskoczonego, milczał przez jakieś trzy sekundy i w końcu wykrzyknął: 
„O   czym   ty   mówisz,   do   cholery”?   Po   krótkiej   sesji   uświadamiającej   K   roześmiał   się   i 
wyjaśnił E, co się działo w jego głowie. Najpierw K pomyślał, że E mówi o osobie imieniem 
Bill, która K znał. Po chwili K uświadomił sobie, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa 
E nie może znać tej osoby, a poza tym ten Bill nie kupiłby nigdy czerwonego samochodu. 
Potem   K   pomyślał,   że   E   mógł   pomylić   imiona   i   że   naprawdę   chciał   powiedzieć   J   (ich 
wspólny   znajomy).   K   wiedział,   że   J   zamówił   nowy   samochód,   ale   był   zaskoczony,   że 

6

background image

samochód   jest   czerwony   i   że   dostarczono   go   tak   szybko.   K   rozważył   jeszcze   kilka 
dodatkowych hipotez, to wszystko mniej  więcej w ciągu trzech sekund. Następnie dał za 
wygraną, wykrzykując: „O czym ty mówisz, do cholery”? (Bransford 1979: 197)

Zacytowana   anegdota   świetnie   ilustruje   kilka   bardzo   ważnych   prawd   na   temat 

komunikacji językowej – na przykład opisaną poniżej zasadę współdziałania i maksymy H.P. 
Grice’a,   ale   przede   wszystkim   fakt,   że   znaczenie   wypowiedzi   nie   jest   zawarte   w   samej 
wypowiedzi  – odbiorca  musi  je dopiero zrekonstruować.  Historia  ta  pokazuje uporczywe 
dążenie do znalezienia sensu, o którym będzie mowa wielokrotnie w tej książce, frustrację 
odbiorcy,   który   nie   zdołał   do   takiego   satysfakcjonującego   go   sensu   dotrzeć,   ale   również 
zadowalanie się płytkim poziomem zrozumienia tekstu: osobom badanym wystarcza to, że są 
w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której ktoś mógłby powiedzieć „Bill has a red car”. Nie 
spodziewają się, że zrozumieją ten tekst głębiej, czy może raczej istotniej (kim jest Bill? Jaka 
jest   marka   samochodu?   Dlaczego   czerwony?   A   przede   wszystkim   dlaczego   są   o   tym 
informowani), bo w gruncie rzeczy nie uczestniczą w prawdziwej komunikacji językowej, 
tylko w eksperymencie psycholingwistycznym. 

Bransford wraz ze współpracownikami skonstruował też dłuższy tekst, który trudno 

dopasować do jakichś konkretnych scen czy scenariuszy, a który był wykorzystywany przez 
niego do badania zrozumienia i zapamiętywania tekstów.

Po angielsku brzmiał on następująco:

The procedure is actually quite  simple.  First you  arrange  items  into different groups. Of 
course one pile may be sufficient depending on how much there is to do. If you have to go 
somewhere else due to lack of facilities that is the next step: otherwise, you are pretty well set. 
It is important not to overdo things. That is, it is better to do too few things at once than too 
many. In the short run this may not seem important but complications can easily arise. A 
mistake can be expensive as well. At first, the whole procedure will seem complicated. Soon, 
however, it will become just another facet of life. It is difficult to foresee any end to the 
necessity   for   this   task   in   the   immediate   future,   but   then,   one   never   can   tell.   After   the 
procedure is completed one arranges the materials into different groups again. Then they will 
be used once more and the whole cycle will then have to be repeated. However, that is part of 
life.

Powyższy tekst został napisany w taki sposób, żeby jego odbiorcom było trudno powiązać go 
z jakimikolwiek konkretniejszymi strukturami pamięci (scenami, scenariuszami). Używane są 
w   nim   rzeczowniki   i   czasowniki   o   znaczeniu   bardzo   ogólnym,   żeby   nie   powiedzieć 
ogólnikowym,   typu:   procedura,   jednostki/elementy,   grupa,   stos,   urządzenia,   krok,   rzeczy, 
komplikacje, pomyłka, zadanie, materiały, cykl, być, urządzić, zrobić, pójść, wydawać się, 
powstawać,   stawać   się,   zakończyć,   używać,   powtarzać.   Takie   jednostki   leksykalne   mogą 
pojawić   się   w   realizacji   werbalnej     niemal   każdego   scenariusza.   Tekst   nabiera   jednak 
konkretności,   gdy   poinformujemy   jego   odbiorców,   że   mowa   jest   o…   praniu.   Tak   też 
postępowali   eksperymentatorzy:   badali   dwie   grupy   odbiorców   –   jedną,   która   została 
poinformowana o temacie tekstu, drugą, która tematu nie znała. Eksperyment wykazał, że 
badani z grupy pierwszej zrozumieli tekst lepiej i znacznie lepiej go zapamiętywali. Warto 
jednak   zauważyć,   że   nawet   takie   „szkieletowe”   teksty   są   do   pewnego   stopnia 
przetłumaczalne.

Ten sam tekst został przeze mnie wykorzystany w eksperymencie mającym wykazać 

wpływ   poziomu   zrozumienia   tekstu   na   strategie   tłumaczenia.   Poleciłem   tekst   o   praniu 
przetłumaczyć dwóm grupom tłumaczy - A i B, przy czym tylko jedna z nich – grupa B – 

7

background image

była poinformowana o temacie tekstu. W efekcie uzyskałem dwie grupy tłumaczeń, z których 
najbardziej charakterystyczne wyglądały tak: 

Grupa A

Postępowanie   w   tej   sprawie   jest   właściwie   bardzo   proste.   Najpierw   układa   się 

elementy w różnych grupach. Oczywiście jeden zbiór może wystarczyć w zależności od tego. 
Ile trzeba zrobić. Jeżeli musisz udać się gdzie indziej, na przykład przy braku udogodnień, jest 
to  następny krok.  Bardzo  ważne  jest,  aby nie  przesadzić,  to  znaczy  lepiej   jest  zrobić  za 
jednym razem za mało niż za dużo. Na krótki dystans może się to wydać nieważne, ale bardzo 
łatwo mogą powstać komplikacje i błąd może drogo kosztować. Na początku cała procedura 
wyda się skomplikowana, ale szybko stanie się jednak tylko kolejną dziedziną życia. Jest 
trudno przewidzieć koniec, wynik tego zadania w najbliższej przyszłości, ale nigdy nie można 
powiedzieć nic pewnego. Kiedy procedura jest zakończona, układa się materiały znowu w 
różne grupy. Później mogą być poukładane na właściwych im miejscach. W końcu będą one 
użyte jeszcze raz i później cały cykl musi zostać powtórzony. Jednak jest to częścią życia.

Grupa B

Sposób prania jest dosyć prosty. Najpierw należy podzielić rzeczy do prania na grupy. 

Oczywiście ułożenie ich na jedną kupkę może być wystarczające, w zależności od tego, ile 
ich jest. Jeżeli konieczne jest pójście gdzieś z praniem, ponieważ nie ma się pralki, należy 
pójść gdzieś indziej. Istotne jest, żeby niczego nie dawać zbyt wiele. Może się to wydawać 
niezbyt istotne, ale łatwo jest o kłopoty i komplikacje, które sprawią, że pranie będzie bardziej 
kosztowne   i   trudne.   Na   początku   procedura   prania   może   wydawać   się   dość   trudna,   ale 
wkrótce   stanie   się   po   prostu   jeszcze   jedną   czynnością.   Trudno   jest   przewidzieć,   żeby 
kiedykolwiek w przyszłości pranie przestało być potrzebne, ale tak w gruncie rzeczy to nie 
wiadomo. Po ukończeniu tej całej procedury należy ułożyć rzeczy w oddzielnych grupkach i 
umieścić je w szafach. Wkrótce znowu będą brudne i trzeba będzie powtórzyć całą procedurę. 
Jednakże jest to po prostu część życia.

(Dokładny opis eksperymentu w: Hejwowski 1992: 102-113)

Omawiany   eksperyment   wykazuje,   że   nawet   teksty   potencjalne,   niezaktualizowane 
sytuacyjnie, są w jakimś sensie przekładalne – pod warunkiem, że tłumacz zechce, bądź jest 
zmuszony,   przypisać   im   pewne   cechy   tekstu   autentycznego,   to   znaczy   wymyślić   autora, 
odbiorcę i sytuację komunikacyjną, w jakiej tekst powstał. Oczywiście w przypadku tekstu o 
praniu (bez tytułu) wyobrażenia tłumacza na temat autora, odbiorcy i sytuacji komunikacyjnej 
są   jedynie   bardzo   mgliste,   stąd   tłumaczenie   bazuje   na   strategii   powierzchniowej 
(bezkontekstowej) i najogólniejszych schematach (np. jest to opis jakiejś procedury).

Powtarzamy, że nie mamy zamiaru postulować absolutnej przekładalności wszystkich 

możliwych tekstów. Taki postulat byłby zupełnie nierealistyczny: tłumaczenie jest bowiem 
formą komunikacji językowej i to formą dodatkowo skomplikowaną różnicami językowymi, 
kulturowymi   i   nieuchronną   obecnością   w   akcie   komunikacji   osoby   trzeciej   –   tłumacza. 
Tymczasem nawet komunikacja między użytkownikami tego samego języka etnicznego nigdy 
nie jest stuprocentowym sukcesem. Ludziom na ogół udaje się porozumieć, ale nie jest to 
przecież  żadne  porozumienie  absolutne.  W tym  kontekście warto powrócić na chwilę do 
Quine’owskiej   koncepcji   nieoznaczoności.   Rzeczywiście   nie   możemy   nigdy   twierdzić,   że 
rozumiemy czyjąś wypowiedź w stu procentach. Przed takim stwierdzeniem zawahałby się 
niejednokrotnie   sam  autor  wypowiedzi.   Pisał   o tym  H.P. Grice  (1975),  twórca  koncepcji 
implikatury   konwersacyjnej,   który   rozumiał   doskonale,   że   komunikacja   między   ludźmi 
(dodajmy,   że   Grice   pisał   o   ludziach   prowadzących   rozmowę   i   władających   tym   samym 

8

background image

językiem) polega na wyciąganiu wniosków z tego, co zostało powiedziane, a nie na jakimś 
dekodowaniu tekstów. Grice zakłada, że porozumiewając się ze sobą ludzie odwołują się do 
zasady współdziałania, która nakazuje uczestnikowi aktu komunikacji dostosować swój ruch 
konwersacyjny 
do aktualnej sytuacji i celu rozmowy 1975: 45). Zasada ta jest realizowana za 
pomocą   kilku   „maksym”   dotyczących   ilości,   jakości,   związku   i   sposobu,   które   skłaniają 
mówiącego do takich zachowań jak mówienie zbyt wiele lub zbyt mało, mówienie prawdy, 
mówienie na temat, mówienie w sposób jasny i zrozumiały (Grice 1975: 45-46). Uczestnik 
aktu komunikacji nie może nie podporządkować się którejś z maksym, na przykład w sposób 
niedostrzegalny   dla   swego   rozmówcy   nie   zastosować   się   do   danej   reguły   (czym   zwykle 
wprowadzi go w błąd), zrezygnować z przestrzegania maksym i zasady współdziałania, może 
znaleźć się w sytuacji, w której nakazy dwóch maksym są ze sobą sprzeczne i wreszcie może 
w   sposób   widoczny   i   ewidentny   złamać   którąś   z   nich   (1975:   49),   na   przykład   podczas 
niezwykle   nudnego   wystąpienia   na   konferencji   powiedzieć   do   sąsiada:   „jaki   ciekawy 
referat!”. W takiej sytuacji odbiorca przeprowadza krótkie wnioskowanie: X powiedział, że 
referat   jest   ciekawy,   obaj   rozumiemy   doskonale,   że   jest   nudny   (sprzeczność   z   maksymą 
„mów prawdę”), zatem X nie powiedział tego serio, chciał w gruncie rzeczy powiedzieć mi, 
że dawno nie słyszał tak nudnego referatu, że męczy go siedzenie tu i słuchanie mówcy, że 
obaj marnujemy czas wysłuchując tego referatu. Grice zauważa, że tego typu implikatura nie 
jest realizowana poprzez to, co zostało powiedziane, ale przez  p o w i e d z e n i e   tego, co 
zostało powiedziane, czyli przez takie a nie inne sformułowanie wypowiedzi w danej sytuacji. 
Grice dodaje do tego komentarz, który natychmiast przywodzi nam na myśl Quine’owską 
„zasadę nieoznaczoności”:

Since, to calculate a conversational implicature is to calculate what has to be supposed in 
order preserve the supposition that the Cooperative Principle is being observed, and since 
there   may   be   various   possible   specific   explanations,   a   list   of   which   may   be   open,   the 
conversational implicatum in such cases will be disjunction of such specific explanations; and 
if the list of these is open, the implicatum will have just the kind of indeterminacy that many 
actual implicate do in fact seem to posses. (Grice 1975: 58)

Dodajmy   tylko,   że   różne   szczegółowe   wyjaśnienia   będą   miały   różny   stopień 
prawdopodobieństwa   wynikający   z   doświadczeń   komunikacyjnych   i   ogólnej   wiedzy   o 
świecie   odbiorcy,   zatem   dysjunkcja,   o   której   pisze   Grice,   nie   będzie   prostą   sumą   zdań 
połączonych spójnikiem „albo”, lecz raczej pewną hierarchią hipotez i przypuszczeń.

Zrozumienie   tekstu   jest   zatem   konstrukcją   na   tyle   skomplikowaną,   że   nigdy   nie 

możemy   powiedzieć:   wiem   już   wszystko.   Podobnie   nie   możemy   powiedzieć   o   żadnym 
przekładzie: to jest tłumaczenie idealne. Nie zmienia to jednak faktu, że na ogół jesteśmy w 
stanie porozumieć się z innymi ludźmi w sposób wystarczający. Wystarczający do tego, by z 
nimi współdziałać, wpływać na ich zachowanie, by się od nich uczyć itp. W takim sensie 
będziemy również w stanie, choć może  nie od razu, porozumieć się z owym  krajowcem 
wypowiadającym słowo „gavagai”. Z tego samego aposteriorycznego punktu widzenia trzeba 
stwierdzić, że większość tłumaczeń (a przynajmniej większość tłumaczeń wykonanych przez 
profesjonalnych tłumaczy – zob. rozdział 8) spełnia swoją rolę.

Rzecz jasna, istnieją teksty łatwiejsze i trudniejsze do tłumaczenia. Zapewne istnieją 

też teksty, w których pewnych elementów przełożyć się nie da. Istnieją z pewnością, jeśli 
przyjmiemy za O. Wojtasiewiczem (1957/1992: 57), że objaśnianie, na przykład za pomocą 
przypisów,   nie   jest   już   tłumaczeniem  sensu   stricto.  Do   takich   problemów   powrócimy   w 
rozdziałach 5. i 6. traktujących o kulturowych i językowych źródłach nieprzetłumaczalności 
względnej/częściowej.

9

background image

2. Mit tłumaczenia dosłownego: „litera nie zabije ducha”

If (…) the letter  has killed  the spirit  (…) there  must have been something 
wrong either with the original letter or with the original spirit.
[Jeśli litera zabiła ducha, to albo z literą, albo z duchem oryginału musiało  
być coś nie w porządku.]

Powyższy   cytat   wyraża   przekonanie   V.   Nabokova,   pisarza   i   tłumacza,   o   tym,   że 

tłumaczenie   dosłowne   jest   jedyna   dozwoloną   formą   działalności   przekładowej   i   że   w 
przypadku dzieł naprawdę wielkich tłumaczenie dosłowne nie może popsuć – „zabić”, jak 
trawestując św. Pawła napisał Nabokov – oryginału. Przekonanie owo wyniósł Nabokov ze 
swej pracy nad przekładem Eugeniusza Oniegina na angielski. Wykonując to – niewątpliwie 
bardzo trudne – zadanie, doszedł Nabokov do następujących wniosków. Po pierwsze, nie da 
się przetłumaczyć Oniegina rymowanym wierszem. Po drugie, melodykę, rymy, skojarzenia, 
rytmy i szereg innych istotnych cech oryginału można wyjaśnić czytelnikom przekładu w 
przypisach.   Po   trzecie,   można   przetłumaczyć  Oniegina  z   „godziwą   dokładnością”   (with 
reasonable accuracy), zastępując rymowany tetrametr oryginału nierymowanymi wersami o 
różnej długości (Nabokov 1955/2000: 83). Z takimi wnioskami trudno byłoby polemizować, 
nie   podjąwszy   samemu   próby   przekładu  Oniegina.  Niestety,   Nabokov   dokonał   ich 
uogólnienia na tłumaczenie poezji w ogóle.

These conclusion can be generalized. I want translations with copious footnotes, footnotes 
reaching up like skyscrapers to the top of this or that page so as to leave only the gleam of one 
textual line between commentary and eternity. I want such footnotes and the absolutely literal 
sense, with no emasculation and no padding – I want such sense and such notes for all the 
poetry in other tongues that still languishes in ‘poetical’ versions, begrimed and beslimed by 
rhyme. And when my Oniegin is ready, it will either conform exactly to my version or not 
appear at all. (Nabokov 1995/2000: 83)

Nabokov domaga się więc tłumaczeń, w których przypisy zajmują znacznie więcej 

miejsca   niż   sam   tłumaczony   tekst,   co   więcej,   babrania   rymowanych   przekładów   poezji 
twierdząc, że zawsze „brukają” one oryginał. Nabokov dokonuje ataku na takich tłumaczy 
poezji, których przekłady SA przyjemne i łatwe w czytaniu twierdząc, że zawsze oznacza to 
spłycenie i zbanalizowanie oryginału. „’Rym” rymuje się ze ‘zbrodnią’” („Rhyme rhymes 
with „crime”) – pisze Nabokov – kiedy mówimy o rymowanych przekładach Homera czy 
hamleta. Pojęcie tłumaczenie wolne trąci łotrostwem i tyranią, a tłumacz, który stawia sobie 
za   cel   oddanie   „ducha”   oryginału,   zawsze   zdradza   autora.   „Najbardziej   nieporadne 
tłumaczenie   dosłowne   jest   tysiąc   razy   pożyteczniejsze   niż   najpiękniejsza   parafraza”. 
(Nabokov 1955/2000: 71 tłum. K.H.)

W rozumowaniu Nabokova można znaleźć kilka słabych punktów. Przede wszystkim 

nie istnieje dychotomia  tłumaczenie dosłowne – tłumaczenie wolne.  Co najwyżej możemy 
uznać istnienie pewnego kontinuum, którego biegunami są tłumaczenie skrajnie dosłowne i 
parafraza. Większość tłumaczeń sytuuje się gdzieś pomiędzy owymi biegunami; często w tym 
samym  tłumaczeniu znajdziemy rozwiązania, które będziemy skłonni zaklasyfikować jako 
przykłady tłumaczenia  dosłownego i takie, które określimy mianem parafrazy.  Po drugie, 
Nabokov   przyjmuje   jako   pewnik,   że   wszystkie   tłumaczenia   wolne   są   uproszczeniami 
trywializującymi   tekst   oryginału,   a   wszystkie   tłumaczenia   dosłowne   wynikają   z   troski 

10

background image

tłumacza   o   oddanie,   możliwie   jak   najwierniejsze,   wszystkich   walorów   oryginału. 
Rzeczywistość   wygląda   znacznie   mniej   czarno-biało:   wiele   tłumaczeń   dosłownych   to 
przejawy niezrozumienia oryginału, teksty łamiące podstawowe reguły języka docelowego, 
często niezrozumiałe dla docelowego czytelnika, a zawsze brzmiące nieporadnie czy wręcz 
śmiesznie. Spójrzmy na następujący przykład:

Jego powieści tryskają poczuciem humoru. Czytelnik ma bardzo dobra zabawę, co 

wprawia   go   w   doskonałe   samopoczucie.  Mały   światek  jest   najlepiej   skonstruowaną, 
wywierającą największe wrażenie i dotychczas najzabawniejsza jego powieścią. Nie ma wielu 
pisarzy,  na czytanie  których  czekam tak niecierpliwie,  jak na jego twórczość. )H.Waugh, 
Spectator.)

Mnóstwo znakomicie pomyślanych postaci; akademickie spory; wzruszające, zabawne 

i   okropne   skojarzenia;   znakomite   sceny,   czarny   humor,   ostry   dowcip   i   farsa.   Jest   tutaj 
wszystko, czego oczekujemy, ale jest tego trzykrotnie więcej i trzy razy bardziej zabawne od 
całej   jego   dotychczasowej   twórczości.   Od   strony   warsztatowej   zdumiewający   wyczyn. 
(Sunday Telegraph.)

Ten tekst pojawił się na okładce powieści D. Lodge’a opublikowanej przez znane 

polskie wydawnictwo. Jest to niewątpliwie przykład tłumaczenia dosłownego – przez polski 
tekst   prześwitują   struktury   angielskiego   oryginału.   Skalkowano   nawet   pewne   elementy 
angielskiej interpunkcji. Efekt? Powstał tekst, którego na pewno nie zaliczymy do przykładów 
eleganckiej   polszczyzny.   Niektóre   jego   fragmenty   są   wręcz   śmieszne   i   mogłyby   raczej 
zniechęcić uważnego czytelnika do sięgnięcia po tę skądinąd bardzo udana książkę Lodge’a. 

Myślę,   że   najlepszą   odpowiedzią   na   kontrowersyjne   postulaty   Nabokova   będzie 

zacytowanie wybitnego angielskiego poety i malarza, Dantego Gabriela Rossettiego:

The life-blood of rhythmical translation is this commandement: that a good poem shall 

not be turned into a bad one. The only true motive for putting poetry into a fresh language 
must be to endow a fresh nation, as far as possible, with one more possession of beauty. 
Poetry not being an exact science, literality of rendering is altogether secondary to this chief 
law. I say  literality  – not fidelity, which is by no means the same thing. [D.G. Rossetti z 
“Dante and his circle” opubl. 1861. (W:) A. Lefevre (red) 1992.]

Rossetti   bardzo   wyraźnie   formułuje   ważne   spostrzeżenie:   nie   należy   mylić   wierności 
przekładu z dosłownością. 

Nabokov wypowiadał się na temat tłumaczenia wielkiej poezji, jednak zwolenników 

tłumaczenia dosłownego można również znaleźć wśród teoretyków zajmujących się innymi 
typami tekstów. Innym wpływowym propagatorem koncepcji tłumaczenia dosłownego był 
Antoine Berman. W eseju z 1985 r. napisał:

Here „literal” means: attached to the letter (of works). Labor on the letter in translation 

is more originary than restitution of meaning. It is through this labor that translation, on the 
one   hand,   restores   the   particular   signifying   process   of   works   (which   is   more   than   their 
meaning) and, on the other hand, transforms the translating language. (Berman 1985/2000: 
297)

Wydaje  się, że Berman  – świadomie  lub nie – odwołuje się do dwóch biegunów 

przekładu opisanych przez P. Newmarka (1981): tłumaczenia semantycznego i tłumaczenia 
komunikacyjnego i opowiada się za rytym pierwszym. To akurat nie powinno nas zaskoczyć, 
zważywszy,   że   Bermana   interesowały   przede   wszystkim   tłumaczenia   tekstów,   które 

11

background image

Newmark   również   określił   jako   nadające   się   raczej   do   tego   typu   tłumaczenia.   Jednak 
podstawowa   wątpliwość,   jaka   towarzyszy   lekturze   Nabokova   czy   Bermana,   dotyczy 
określenia, czym właściwie jest tłumaczenie dosłowne. 

Naszym   zdaniem,   w   przypadku   języków   niespokrewnionych   i   społeczności   nie 

będących   ze   sobą   w   stałym   kontakcie   kulturowym   pojęcie   „tłumaczenie   dosłowne”   – 
rozumiane   jako   pełnoprawna   metoda   tłumaczenia,   owocująca   pełnowartościowymi 
przekładami, czy też jako regularnie stosowana technika tłumaczeniowa – nie ma sensu, gdyż 
po pierwsze, nikt nie jest w stanie powiedzieć nam, jaki jest dosłowny ekwiwalent danej 
jednostki   leksykalnej   czy   danej   struktury   zdaniowej   (między   różnymi   językami   nie   ma 
bezwzględnych   odpowiedniości   tego   typu),   a   po   drugie,   gdyby   postulat   tłumaczenia 
dosłownego   potraktować   poważnie,   w   efekcie   takiego   tłumaczenia   powstawałyby   teksty 
całkowicie   niezrozumiałe   lub   w   najlepszym   wypadku   całkowicie   niegramatyczne.   Ma 
natomiast  sens określenie  „tłumaczenie  interlinearne”  – odwzorowywanie  struktury tekstu 
oryginalnego w celu ukazania odbiorcom przekładu specyfiki tego tekstu, czy też szerzej – 
specyfiki   omawianego   języka   (języka   wyjściowego).   Tłumaczenie   interlinearne   bywa 
stosowane w tekstach językoznawczych  i tekstach  antropologicznych.  Jednak tłumaczenie 
interlinearne   trudno   nazwać   tłumaczeniem  sensu   stricte,  ponieważ   jego   celem   nie   jest 
komunikacja   międzykulturowa,   czyli   umożliwienie   użytkownikowi   języka   B   zrozumienie 
tekstu   powstałego   pierwotnie   w   języku   A,   a   tylko   pokazanie   użytkownikowi   języka   B 
pewnych   szczególnych   cech   języka   A   i/lub   tekstów   w   nim   tworzonych.   Spójrzmy,   na 
przykład, na tłumaczenie interlinearne wypowiedzi informatora z Wysp Trobrianda: 

On mógłby być pierwszy, on pada (jest spuszczane) ich czółno Tolabwaga, już on 

mógłby   być   czysty   morze.   Później   wszyscy   wodzowie,   zwykły   członek   społeczności   ich 
czółno oni padają (są spuszczane) z tyłu. Przypuśćmy my padamy, my jesteśmy pierwsi, one 
mogłyby odwrócić się (przeciw nam) duchy; moglibyśmy płynąć Dobu, nie my znajdujemy 
świnia naszyjnik. (Malinowski 1986/1992: 578)

Bronisław Malinowski zaopatrzył to tłumaczenie interlinearne e następujący komentarz:

Dosłowny przekład oddaje słowo w słowo znaczenie każdego poszczególnego rdzenia 

i   partykuły   zgodnie   z   określonym   schematem   gramatycznym   i   leksykograficznym,   który 
zastosowano   do   tego   tekstu,   jak   również   i   kilkaset   innych.   W   tym   miejscu   nie   mogę 
przedstawić   komentarza   oraz   argumentacji   do   każdego   szczegółu   lingwistycznego,   który 
byłby zupełnie oczywisty dla badacza znającego języki melanezyjskie. Mógłby on co prawda 
odnaleźć w tym tłumaczeniu pewne nowe i być może nawet kontrowersyjne cechy. Jednak 
pozostałych czytelników szczegóły te zainteresować by mogły w nikłym raczej stopniu. W 
przekładzie swoim nie uwzględniłem rozróżnienia pomiędzy inkluzyjną i ekskluzywną formą 
pierwszej   osoby   czasowników   w   liczbie   podwójnej   i   mnogiej.   Z   dwóch   czasów,   które 
występują w tym  tekście, czas narracyjny oddany został za pomocą czasu teraźniejszego, 
natomiast czas „potencjalny” przez dodanie słówka „mógłby”. W nawiasach wskazano na 
specjalne znaczenie słowa w kontekście albo też zawarto jakiś komentarz. (B. Malinowski 
1986: 578)

A zatem powyższe tłumaczenie interlinearne zawiera już pewne dostosowania i komentarze 
mające ułatwić czytelnikowi zrozumienie przekładu. Mimo to, tekst przekładu pozostaje, jak 
sądzę, dość trudny do zrozumienia. Porównajmy teraz powyższy przekład interlinearny z – 
używając określenia Malinowskiego – „przekładem wolnym”:

12

background image

Łódź Tolabwaga będzie wodowana jako pierwsza: w ten sposób powierzchnia morza 

zostanie oczyszczona. Potem spuszcza się na wodę łodzie wszystkich wodzów oraz zwykłych 
członków  społeczności.   Gdybyśmy   wodowali   naszą  łódź  jako  pierwsi,  duchy (przodków) 
rozgniewałyby się na nas: popłynęlibyśmy na Dobu i nie dostalibyśmy tam ani świń, ani 
naszyjników. (Malinowski 1986: 579)

Jak zauważył E. Sapir (1933): „niemal każde słowo lub fraza mogą być wyposażone w 

nieskończenie wiele znaczeń”. B. Malinowski dodał do tego, że „słowa jednego języka nigdy 
nie   dają   się   przetłumaczyć   na   słowa   innego   języka”   (1935/1987:   41).   Malinowski 
demonstruje ten prosty fakt na licznych przykładach (1935/1987: 43-44) i powtarza:

Sprowadziliśmy teraz nasz paradoks do banalnego stwierdzenia, że słowa należące do 

jednego   języka   nie   dają   się   nigdy   przetłumaczyć   na   słowa   innego   języka.   Jeśli   przez 
tłumaczenie rozumieć będziemy stosowanie pełnego zakresu środków zastępczych, zwrotów 
metaforycznych  i idiomów  – to tego rodzaju proces  jest oczywiście  możliwy.  Ale nawet 
wówczas należy pamiętać, że potrzeba czegoś więcej niż tylko manipulowanie słowami i 
zwrotami. […] poprawne tłumaczenie musi oznaczać nie tylko stosowanie innych słów, ale 
także nawiązywanie do innych rzeczywistości kulturowych, w których te słowa funkcjonują. 
(Malinowski 1935/1987: 44-45)

Tłumaczenie nie jest zatem żadną operacją transkodowanie (tu zgadzamy się z Catfordem), tj. 
zastępowania jednego kodu językowego drugim. Trzeba jednak dodać, że tłumaczenie nie jest 
też prostą operacją zastąpienia jednego tekstu drugim, ponieważ każdy tekst jest niczym okno 
pozwalające nam zobaczyć ogromną, skomplikowaną rzeczywistość i dopiero znajomość tej 
rzeczywistości (bez której możemy patrzeć, ale nie widzieć) pozwala tłumaczowi dokonać 
pełnego przekładu tekstu. Do tego problemu wrócimy w rozdziale 4. 

Mit tłumaczenia dosłownego zakłada wiarę w mit słownika. Mit słownika to przekonanie 
niektórych  naiwnych użytkowników, że słowniki podają nam ekwiwalenty tłumaczeniowe 
danych jednostek leksykalnych języka wyjściowego. Wystarczy wziąć taką gotową cegiełkę 
ze słownika dwujęzycznego i wetknąć ją w odpowiednie miejsce tekstu docelowego. Pogląd 
taki jest nieprawdziwy z kilku powodów. Pisząc o tzw. Ekwiwalentach tłumaczeniowych I. 
Burkhanov (1998) stwierdza, że racją bytu tzw. słowników  przekładowych jest założenie, że 
poszczególnym   jednostkom   leksykalnym   języka   wyjściowego   da   się   przyporządkować 
jednostki leksykalne języka docelowego, które „mają takie samo znaczenie”. Wychodząc z 
takiego   założenia,   L.   Zgusta   (1984:   147)   domagał   się,   by   słowniki   dwujęzyczne   nie 
zamieszczały parafraz czy definicji wyrazów hasłowych, lecz „prawdziwe jednostki języka 
docelowego”, które da się zastosować w „płynnym  tłumaczeniu”. Burkhanov zgłasza dwa 
poważne   zastrzeżenia   do   takiego   rozumowania:   po   pierwsze,   nie   wszystkie   słowniki 
dwujęzyczne muszą być słownikami przekładowymi, po drugie – jak zauważa powołując się 
na M. Snell-Hornby (1990: 209) – oczekiwanie, że ekwiwalent słownikowy przyniesie w 
efekcie  płynne   tłumaczenie,  należy   raczej   do   kategorii   pobożnych   życzeń,   a   nie   do 
rzeczywistości.   Tłumacze   wiedzą   doskonale,   że   ekwiwalenty   znalezione   w   słownikach 
dwujęzycznych   trzeba   weryfikować   za   pomocą   różnych   słowników   monolingwalnych 
(Burkhanov 1998: 249-250). Szukając polskiego ekwiwalentu angielskiego wyrazu podczas 
tłumaczenia,   wolę   często   zajrzeć   do   angielskiego   słownika   jednojęzycznego,   bo 
zamieszczony   tam   opis   wyrazu   i   przykłady   jego   zastosowań   pewniej   mnie   zwykle 
doprowadzą do poszukiwanego wyrazu polskiego niż słownik dwujęzyczny. 

13

background image

Trzeba pamiętać, że słowniki nie odkrywają i nie ujawniają jakichś absolutnych prawd 

po języku i znaczeniu. Opisują jedynie rzeczywistość językową w kategoriach statystycznych. 
Zatem,   jeśli   słownik   polsko-angielski   informuje   nas,   że   polskiemu   słowu   „sformować” 
odpowiadają   angielskie   wyrazy   „to   form,   to   shape,   to   fashion,   to   draw   up,   to   organize” 
(Stanisławski 1982), to mamy rozumieć, że zdaniem autora w słowniku – lub też w pewnym 
korpusie   tekstów,   z   oczywistych   względów   ograniczonym   –   polskie   słowo   „sformować” 
tłumaczy się najczęściej na angielski za pomocą jednego z podanych wyrazów „to form, to 
shape,   to   fashion,   to   draw   up,   to   organize”.   Niektóre   słowniki   podadzą   nam   jeszcze 
wskazówki co do zakresu użycia ekwiwalentów języka docelowego bądź też najczęstszych 
kontekstów, w jakich owe ekwiwalenty się pojawią, na przykład w Słowniku PWN-Oxford  
czasownikowym haśle „fashion” znajdziemy następujące informacje:
Vt 1. (shape) wy/modelować [statue, clay]; to fashion clay into sth ulepić coś z gliny
2. (make) z/robić (out of or sth z czegoś)
(Zauważmy   przy   okazji,   że   nie   znajdziemy   wśród   polskich   ekwiwalentów   wyrazu 
“sformować”).

Jednak   żaden   słownik   nie   powie   nam,   w   jakim   konkretnym   tekście,   który   akurat 

tłumaczymy,  wyraz „sformować” należy przetłumaczyć jako „to shape”. Co więcej, żaden 
szanujący   się   autor   słownika   nie   powie   nam,   że   wyraz   „sformować”   zawsze   będziemy 
tłumaczyć na angielski za pomocą jednego z podanych w słowniku ekwiwalentów. Możemy 
napotkać tekst, w którym tłumacząc wyraz „sformować” będziemy musieli użyć słowa lub 
zwrotu   angielskiego   nie   umieszczonego   wśród   ekwiwalentów   tego   wyrazu   w   naszym 
słowniku. Wydaje się, że używany przez leksykografów termin ekwiwalent tłumaczeniowy 
jest bardzo niefortunny. O prawdziwych ekwiwalentach tłumaczeniowych możemy mówić 
tylko w przypadku konkretnych tekstów, a nie słowników, które z zasady „opisują języki”. 
Takie międzyjęzykowe absolutne ekwiwalenty są zjawiskiem niezwykle rzadkim i dotyczą 
właściwie wyłącznie pewnych składników terminologii i nomenklatury niektórych dziedzin. 
Jak pisze Malinowski:

W   przypadku   słów,   które   muszą   mieć   zasięg   międzynarodowy   –   na   przykład   terminów 
naukowych – nad ich unifikacją muszą pracować całe kongresy i można to osiągnąć tylko 
dlatego,   że   aparatura   naukowa   jest   jednolita,   że   takie   systemy,   jak   na   przykład   system 
metryczny   są   powszechnie   stosowane   i   dlatego,   że   instytucjonalna   strona   kształcenia 
naukowego,   organizacja   laboratoriów   i   życia   akademickiego,   są   wystarczająco   podobne. 
(Malinowski 1987/1935: 45)

Terminy,   z   definicji,   powinny   być   precyzyjne   i   jednoznaczne,   nie   powinny   mieć 

synonimów czy znaczenia emotywnego. A zatem w typowych sytuacjach danemu terminowi 
powinien odpowiadać dokładnie jeden ekwiwalent w innym języku. Nomenklatura to nazwy 
pewnych, na ogół łatwych do wyodrębnienia, elementów rzeczywistości używane w danej 
dziedzinie wiedzy. Twórcom nomenklatury, podobnie jak twórcom terminów, zależy zwykle 
na tym, by nazewnictwo stosowane w ich dyscyplinie spełniało wymogi stawiane terminom. 
Teoretycznie   powinniśmy   zatem   również   w   dziedzinie   nomenklatury   spodziewać   się 
jednoznacznych ekwiwalentów międzyjęzykowych. Jednak w praktyce nawet w przypadku 
terminologii   i  nomenklatury  absolutna  ekwiwalencja   wcale   nie  jest   regułą.   Musielibyśmy 
bowiem od razu wykluczyć dziedziny wiedzy uwarunkowane kulturowo. Takie dyscypliny 
jak historia opisują różne rzeczywistości i w związku z tym wypracowują różne terminologie. 
Dziedziny takie jak prawo zbudowane są na różnych podstawach, a więc także posługują się 
odmiennymi terminami, często nie mającymi właściwie ekwiwalentów w innych językach. 
Botanika i zoologia opisujące rzeczywistość Australii dysponują ogromną nomenklaturą na 
określenie tamtejszej flory i fauny. Ze zrozumiałych względów nazwy gatunków znanych w 

14

background image

Australii nie zawsze mają polskie odpowiedniki, a zatem pisząc o nich po polsku możemy 
jedynie   posługiwać   się   ich   oficjalnymi   łacińskimi   nazwami,   co   w   zupełności   wystarcza 
porozumiewającym   się   między   sobą   fachowcom,   stanowi   natomiast   utrapienie   dla 
popularyzatora owych dziedzin. Takie gry jak krykiet, baseball czy futbol amerykański mają 
bardzo   rozbudowane   nomenklatury,   dla   których   nie   znajdziemy   odpowiednika   w   wielu 
innych   językach.   Wreszcie   pewne   dziedziny   wiedzy   rozwijają   się   szybciej   w   pewnych 
krajach, co może powodować, że języki innych krajów nie będą, prz6najmniej przez pewien 
czas, dysponować ekwiwalentami wszystkich terminów. Dlatego też trudno zgodzić się z H. 
Bergenholtzem i S. Tarpem, którzy twierdzą, że stopnie ekwiwalencji (ekwiwalencja pełna, 
częściowa i zerowa) dotyczą jedynie języków specjalistycznych i dyscyplin uwarunkowanych 
kulturowo,   a   w   innych   przypadkach   (języków   specjalistycznych   dziedzin   nie 
uwarunkowanych kulturowo) regułą jest pełna ekwiwalencja, chyba że mamy do czynienia z 
dyscyplina   nową   albo   szybko   się   rozwijającą   (Bergenholtz   &   Tarp   1995:   108-110).   Po 
pierwsze, warto zauważyć, że tzw. dyscypliny uwarunkowane kulturowo dysponują znacznie 
bogatszym  słownictwem  niż  dyscypliny  kosmopolityczne.  Po drugie,  luki terminologiczne 
mogą pojawić się wszędzie.

Kiedyś,   na   przykład,   tłumacząc   popularnonaukowa   książkę   o   fizyce   i   astronomii 

natknąłem się na termin „Big Crunch”. Wiedząc, że termin „Big Crunch” jest powszechnie 
znany w języku polskim zarówno w postaci oryginalnej jak i polskiej (Wielki Wybuch), nie 
sądziłem, że mogą nastąpić jakiekolwiek trudności z odszukaniem ekwiwalentu terminu „Big 
Crunch”. Ku mojemu zdziwieniu, jedynym źródłem, w którym udało mi się taki ekwiwalent 
znaleźć było polskie tłumaczenie anglojęzycznej książki popularnonaukowej, dokonane przez 
znanego specjalistę w tej dziedzinie, który zaproponował termin „Wielki Kres”. Ten pomysł 
nie   za   bardzo   mi   odpowiadał,   ponieważ   książka,   która   tłumaczyłem   omawiała,   między 
innymi, cykliczną teorię wszechświata, według której „Big Crunch” nie jest żadnym kresem, 
a tylko kolejną fazą. Ostatecznie postanowiłem użyć w przekładzie sformułowania „Wielka 
Implozja”, ponieważ nie udało mi się wymyślić potocznego ekwiwalentu słowa „crunch”, a w 
nawiasie wyjaśniłem (ksiązka była adresowana do młodych czytelników), że „implozja” jest 
przeciwieństwem   „eksplozji”.   Podobny problem  pojawił  się  podczas   tłumaczenia  Historii 
życia   na   Ziemi,  
popularnej   książki   o   ewolucji.   W   ostatnich   rozdziałach   tej   książki, 
traktujących   o   ewolucji   człowieka,   używano   wielokrotnie   sformułowania   „humanoids”. 
Ponieważ okazało się, że polscy specjaliści używają łacińskiego określenia „humanoidae”, 
którego  nie  chciałem   używać   w  popularnej   książce,  musiałem  sam  zaproponować  termin 
„człekopodobne”. Nikt mnie dotychczas za to nie zganił, zapewne dlatego, że specjaliści nie 
czytają książek popularnonaukowych. 

Luki   terminologiczne   występują   jednak   nie   tylko   w   tekstach   naukowych   i 

popularnonaukowych. W krótkim tekście gazetowym Pipe Down (wszystkie cytowane teksty 
gazetowe zostały zamieszczone wraz z krótkim komentarzem przekładowym w Suplemencie 
na  końcu  książki)  pojawiają  się  dwa  sformułowania:   „pipet   music”   i  „captive   audience”. 
„Pipet music” oznacza muzykę odtwarzaną w miejscach publicznych, takich jak supermarkety 
czy   poczekalnie   i   choć   zjawisko   to   jest   znane   w   Polsce,   nie   ma   na   nie   zwięzłego 
„terminopodobnego”   określenia.   Podobnie   jest   z   „captive   audience”   –   określa   się   w   ten 
sposób widownię/publiczność , która jest zmuszona do uczestniczenia w danym wydarzeniu. 
W   tłumaczeniu   tego   krótkiego   tekstu   na   język   polski   musimy   stosować   kłopotliwe 
ekwiwalenty opisowe. Innego typu problem terminologiczny występuje w tłumaczeniu tekstu 
Putting Kitty’s Typing on Pause,  w którym użyto sformułowania „negative reinforcement”. 
Wprawdzie termin ten ma swój polski ekwiwalent – „wzmocnienie negatywne” – ale polski 
termin   używany   jest   wyłącznie   w   tekstach   fachowych,   psychologicznych   czy 
pedagogicznych, natomiast jego angielski ekwiwalent jak widać wszedł również do języka 
ogólnego. A zatem nawet istnienie ekwiwalentu danego terminu nie gwarantuje jego łatwej 

15

background image

przekładalności. Terminologia i nomenklatura pojawia się także w tekstach literackich, często 
powodując bardzo poważne trudności tłumaczeniowe, tak jak w przypadku nazw teksańskich 
roślin   w   tłumaczonej   przeze   mnie   książce  True   Woman,  czy   przekształconego   terminu 
„nuclear family” w opowiadaniu Martina Amisa  The State of England  (zob. podrozdział o 
neologizmach w rozdziale 6).

Kolejną słabą stroną mitu słownikowego jest przekonanie jego zwolenników o tym, że 

znaczenie   „zawarte   jest   w   słowach”.   Rozumienie   przypominałoby   według   tej   koncepcji 
arytmetykę:   trzeba   dodać   do   siebie   znaczenia   poszczególnych   wyrazów   i   otrzymamy 
znaczenie całego zdania czy tekstu. Pogląd taki znajduje swój dobitny wyraz w niektórych 
„definicjach” idiomów – idiom to wyrażenie, którego znaczenie nie jest sumą znaczeń jego 
składników.   W   niniejszej   książce   podpiszemy   się   raczej   pod   poglądem,   wedle   którego 
znaczenia wyrazów (i zwrotów) kształtują się wtedy, kiedy owe wyrazy (i zwroty) zostaną 
użyte   w   konkretnych   sytuacjach   komunikacyjnych.   Oczywiście   dobierając   słowa 
użytkownicy języka kierują się swoim dotychczasowym doświadczeniem komunikacyjnym, 
ale margines swobody przy użyciu konkretnych wyrazów jest ogromny, co oznacza między 
innymi,   że   znaczenia   wyrazu   nie   da   się   nigdy   opisać  do   końca  w   żadnym   słowniku. 
Przedstawiony tu punkt widzenia jest bliski akceptowanej przez R. Langackera  semantyce 
encyklopedycznej. 
Proponuje on skrajnie dynamiczny model znaczenia jednostki leksykalnej, 
w którym dana jednostka aktywuje szereg różnych domen kognitywnych, a każde jej użycie 
przynosi nowe znaczenia (Langacker 1997: 237).

Ludzie   wierzą  zwykle  w  autorytet  słowa  pisanego.  Często  sądzimy,  że  słowniki  i 

opracowania   gramatyczne   to   pełna   wiedza   na   temat   języka,   przedstawiona   nam   przez 
specjalistów,   którzy   wiedzą   wszystko.   My,   zwykli   śmiertelnicy,   nigdy   takiej   wiedzy   nie 
osiągniemy, możemy jedynie do niej aspirować. W takim nabożnym podejściu do słowników 
znika nam z pola widzenia prosta prawda, że słowniki są pisane przez ludzi, których wiedza 
na temat języka – choć zapewne większa od przeciętnej – nie może przecież być pełna, którzy 
dysponują   ograniczonym   czasem,   ograniczonym   budżetem   i   ograniczonym   korpusem 
tekstów.   Efekty   ich   działania   mogą   być   lepsze   lub   gorsze,   ale   nigdy   nie   dostarcza   nam 
pełnego  opisu   języka.   Naiwne   przekonanie   o   tym,   że   można   opisać   w   pełni   leksykę   i 
gramatykę języków leżało u podstaw pierwszych prób tłumaczeń komputerowych: jeśli damy 
komputerowi   dokładny   opis   obu   gramatyk   oraz   słowniki   obu   języków,   to   powinien   on 
doskonale poradzić sobie z tłumaczeniami. To założenie, jak się okazało, było nieprawdziwe. 
Nie tylko dlatego, że ani słownictwa, ani gramatyki nie da się  opisać do końca,  ale przede 
wszystkim   dlatego,   że   do   tłumaczenia   jakiegokolwiek   „ludzkiego”   tekstu   potrzebna   jest 
ludzka wiedza o świecie (por. Bar Hillel 1964a).

Dodajmy,  że przedstawiona  powyżej  koncepcja znaczenia  i zastrzeżenia  zgłoszone 

pod   adresem  słowników   i   ekwiwalentów   tłumaczeniowych  nie   wykluczają   przydatności 
słowników i innych opracowań leksykograficznych – wszelkie zróżnicowanie można przecież 
„uśrednić”, opisać statystycznie i tak właśnie należałoby rozumieć słownikowe definicje i 
ekwiwalenty. Dla pewnego uproszczenia można założyć, że znaczenie większości wyrazów 
da się opisać za pomocą metafory pola o nieostrej czy też ruchomej granicy.  W centrum 
owego pola znajdują się opisy znaczeń najczęstszych, prototypowych, natomiast zasięg pola 
zależeć będzie od doświadczeń językowych danego użytkownika języka, aktualnej sytuacji 
(komunikacyjnej), możliwości czasowych, a w przypadku słownika – od jego rozmiarów i 
stopnia dokładności. Jednak żaden opis takiego pola nie może pretendować do miana opisu 
wyczerpującego wszelkie możliwe znaczenia, a zatem z punktu widzenia tłumacza żaden opis 

16

background image

nie   będzie   w   pełni   zadowalający,   bo   nikt   nie   jest   w   stanie   wyobrazić   sobie   wszystkich 
sytuacji,   w   jakich   pojawić   się   może   dana   jednostka   leksykalna.   Spójrzmy   na   przykład   z 
krótkiego tekstu popularnonaukowego o odnalezionym przez paleontologów skamieniałym 
sercu dinozaura i na jego trzy polskie tłumaczenia:

„the organ had four chambers, not three as in modern reptiles”
“organ ten miał cztery komory, a nie trzy, jak u współczesnych gadów”
„organ ten miał cztery jamy, a nie trzy, jak u współczesnych gadów”
„organ ten miał dwie komory, a nie jedną, jak u współczesnych gadów”

Pierwsze tłumaczenie jest niewątpliwie błędne: żadne zwierzę nie ma czterech komór serca. 
Przyczyna błędu jest tu angielski wyraz „chamber”, który często bywa tłumaczony na język 
polski jako „komora”, ale w przytoczonym  kontekście jest wobec pojęcia „komora serca” 
(ang. „ventricle”) hiperonimem. Autor drugiego przekładu zauważył problem, ale nie potrafił 
go rozwiązać – wyraz „jama” jest używany w anatomii w innych kontekstach. Najlepsze 
wydaje   się   rozwiązanie   trzecie:   w   krótkim   i   bardzo   popularnym   tekście   nie   musimy   się 
wdawać w subtelniejsze opisy gadziego serca (większość współczesnych gadów ma jedną, 
częściowo przegrodzoną komorę serca), zresztą nie uczynił tego również autor oryginału. A 
zatem angielski wyraz „four” w omawianym tekście najlepiej przetłumaczyć jako „dwie”! 
Otóż   twierdzę,   że   nie   istnieje   słownik   angielsko-polski,   który   podawałby   informację,   że 
„four” w zasadzie znaczy „cztery”, ale w kontekście serca pewnych kręgowców, użyty razem 
z wyrazem „chambers” może oznaczać „dwa”. Takie rozwiązanie można odnaleźć jedynie w 
umyśle tłumacza.

Podsumujmy: określenie  tłumaczenie dosłowne  potraktowane rygorystycznie nie ma 

sensu, bo nikt nie jest w stanie powiedzieć tłumaczowi, jak wygląda dosłowny ekwiwalent 
danej jednostki leksykalnej, danej frazy, danego zdania czy danej konstrukcji gramatycznej. 
Takie ustalone odpowiedniości między językami po prostu nie istnieją. Teoretycy posługujący 
się tym określeniem dokonują daleko idącego skrótu myślowego: tłumaczenie dosłowne to 
takie tłumaczenie, w którym wykorzystano ekwiwalenty słownikowe uznawane za takowe 
przez   większość   słowników   lub   większość   użytkowników   języka   wyjściowego   w 
społeczności języka docelowego, w którym zastosowano struktury gramatyczne – na pierwszy 
rzut oka – najbardziej podobne do struktur języka wyjściowego. Oczywiście procent takiej 
dosłowności  tłumaczenia będzie statystycznie tym większy, im bliższe jest pokrewieństwo 
języka wyjściowego i docelowego, ale zawsze dany wyraz, zwrot czy struktura gramatyczna 
pojawią się w tłumaczeniu dokonanym przez fachowego tłumacza nie dlatego, że są bardziej 
podobne do oryginału niż inne wyrazy, zwroty czy struktury gramatyczne, lecz dlatego, że w 
danym tekście – zdaniem tłumacza – najlepiej odzwierciedlają sens oryginału. Wszelkie inne 
powody dosłowności w tłumaczeniu prowadzą jedynie  do błędów tłumaczeniowych  (zob. 
rozdz. 7, a zwłaszcza fragment dotyczący błędów tłumaczenia syntagmatycznego).

Dobrym przykładem na to, jak tłumaczenie dosłowne może sprowadzić tłumacza na 

manowce, jest następujący fragment z tekstu o Folwarku zwierzęcym G. Orwella:

„Russian Revolution and its betrayal by Joseph Stalin” 
“Rosyjską Rewolucję i jej zdradę przez Józefa Stalina”

Polski   przekład   zawiera   kilka   poważnych   błędów.   Po   pierwsze,   nie   istnieje   „rosyjska 
rewolucja”. W języku polskim – zapewne dlatego, że historia Rosji miała dla nas znaczenie 
większe   niż   dla   Amerykanów   –   używamy   określeń   bardziej   szczegółowych:   mówimy 
„rewolucja  1905  r.”, „rewolucja  lutowa”   i „rewolucja  październikowa”.   Oczywiście   o tej 
ostatniej pisał Orwell. Warto też zauważyć, że sformułowanie „rosyjska rewolucja” jest nie 

17

background image

tylko błędem merytorycznym, ale również językowym – w tego typu nazwach przymiotnik 
powinien znaleźć się po rzeczowniku. Duże wątpliwości budzi też sformułowanie „jej zdradę 
przez Józefa Stalina”  – jest ono niezbyt  poprawne składniowo („zdrada przez kogoś”?) i 
niezrozumiałe (jak należy rozumieć stwierdzenie, że „Stalin zdradził rewolucję”?) Wydaje 
się, że znacznie lepszym wyjściem byłaby wersja: 
„rewolucję październikową i zdradę jej ideałów, jakiej dopuścił się Józef Stalin”, którą to 
wersję trudno nazwać tłumaczeniem dosłownym.

Z pewnych – wyjaśnionych poniżej – względów chciałbym jeszcze w tym rozdziale 

wspomnieć o teorii przekładu E. Tabakowskiej (1993), która opiera swą teorię na gramatyce 
kognitywnej  
R. Langackera (zob. np. Langacker 1986, 1987, 1991). Głównym założeniem 
Tabakowskiej   jest   teza,   że   „ekwiwalencję   tłumaczeniową   trzeba   ustalać   na   poziomie 
obrazowania” (1993: 111).

Ponieważ jednak Langacker programowo nie postuluje w swej gramatyce  żadnych 

struktur,   które   nie   miałyby   odbicia   w   rzeczywistości   tekstowej   (Langacker   1995:   14),   w 
efekcie   Langackerowskie   obrazowanie   znajduje   się   bardzo   blisko  powierzchni   tekstu,  
stosująca jego model Tabakowska wielokrotnie przekonuje nas o nieprzekładalności tego czy 
innego tekstu. I tak, na przykład, wiersz The Mewlips Tolkiena okazuje się nieprzekładalny, 
ponieważ   w   języku   polskim   nie   ma   przedimków,   a   fragment   o   Traugutcie   z  Kompleksu 
polskiego 
T. Konwickiego, dlatego, że w języku angielskim istnieje obowiązkowe następstwo 
czasów(Tabakowska 1993: 79-82, 93-100). Z taką argumentacją nie do końca potrafię się 
zgodzić. Przecież jej naturalną konsekwencją byłoby stwierdzenie, że nic nie da się przełożyć, 
bowiem oczywiste jest, że różne języki używają różnych środków do wyrażania pewnych 
myśli, a wydaje się, że Langacker i Tabakowska sugerują, iż różne środki to nieuchronnie 
inne obrazowanie, a zatem brak ekwiwalencji (zob. też Tabakowska 1993: 30).

Model   Tabakowskiej   dostarcza   nam   niezwykle   czułego   instrumentu   do   analizy 

tekstów,   do   porównywania   tekstu   oryginału   i   przekładu   i   jako   taki   powinien   stać   się 
elementem   procesu   kształcenia   tłumaczy.   Analizy   tekstów   przeprowadzane   przez 
Tabakowską są naprawdę niezwykle wnikliwe i bardzo pouczające. Nie sądzę natomiast, by 
model   ten   można   było   wykorzystać   do   wyjaśnienia   szeregu   podstawowych   kwestii 
tłumaczeniowych, istotnych dla teorii przekładu o ogólniejszych ambicjach. Teoria przekładu 
to przecież nie tylko analiza tekstu i nie tylko techniki tłumaczeniowe. Do tych problemów 
powrócimy w rozdziale 4. niniejszej książki. 

18

background image

3.   Mit   tłumaczenia   funkcjonalnego:   „czy   wilk   może   być 
lampartem”?

Niezwykłość, nietypowość jakichś cech komunikatów niesie więc zagrożenie: 
zagrożenie   niezrozumienia   tekstu,   ale   przecież   także   zagrożenie   w   postaci 
zachwiania poczucia stabilności otaczającego świata, poczucia, że ten świat 
jest nam znany.

Roman Lewicki

Zacytowany fragment dobrze podsumowuje motywację, jaka kryje się za podejściem 

funkcjonalnym:  jeśli zostawimy w tekście przekładu elementy obce, to odbiorcy albo nie 
zrozumieją, o co chodzi, albo doznają szoku kulturowego. 

Najbardziej   znanym   i   wpływowym   przedstawicielem   funkcjonalnego   podejścia   do 

przekładu  jest E.A. Nida. Jego koncepcja ekwiwalencji  dynamicznej  – skontrastowanej  z 
ekwiwalencją formalną – wywarła ogromny wpływ na teorię i praktykę tłumaczenia drugiej 
połowy XX wieku. Zdaniem tego uczonego tłumacz dążący do ekwiwalencji dynamicznej ma 
na celu całkowitą naturalność wypowiedzi i stara się konfrontować odbiorcę z zachowaniami 
mającymi znaczenie w kontekście jego własnej kultury, nie zmusza go natomiast do tego, by 
rozumiał wzorce kulturowe z kontekstu kultury języka wyjściowego (Nida 1964: 159). Swoje 
wywody Nida ilustruje na ogół przykładami  z tłumaczeń  biblijnych.  Pisze na przykład  o 
przesunięciu,  jakie jest konieczne przy tłumaczeniu biblijnego wyrażenia „wilk w owczej 
skórze” na język ludu, który nie zna wilków:

A shift may also be necessary when a word that seems to be of same hierarchical level as the 
source-language word actually occupies a different position because of cultural differences. 
The word “wolves”, for example, as used in “wolves in sheep’s clothing” is rendered in Bulu 
as “leopards”. A more nearly accurate way of describing such a shift would be to say that, 
through the referential meanings of the terms reflect different positions in the lineal series, the 
functional meanings are the same (Nida 1964: 237)

Zastąpienie wilków lampartami nie budzi zapewne specjalnych sprzeciwów. W końcu 

chodzi   tu  przede   wszystkim   o   typowego   drapieżnika.   Z   tego   samego   powodu   można   by 
zasugerować   zastąpienie   „chleba   naszego   powszedniego”   „rybą   naszą   powszednią”   w 
tłumaczeniu   dla   Eskimosów   (zob.   np.   Wojtasiewicz   1992/1957:   24-25),   użycie 
sformułowania „nasze pochrzyny daj nam dzisiaj” w tłumaczeniu na język kiriwina, którym 
posługują się mieszkańcy wysp Trobrianda (Szczerbowski 2003: 26), czy też wykorzystanie 
nazwy innego typowego pożywienia  w tłumaczeniach na inne języki.  Powstaje tu jednak 
pytanie o granicę takich zabiegów. Czy podobnie postąpimy z owcami i barankiem? Czy 
będziemy zastępować ekwiwalentami dynamicznymi wszystkie elementy Biblii, których nie 
znają   użytkownicy   języka   docelowego?   Rodzą   się   tu   co   najmniej   dwie   zasadnicze 
wątpliwości:   pierwsza   natury   religijnej,   druga   ściślej   translatorskiej.   Czy   mamy   prawo 
zastąpić baranka koziołkiem albo prosiaczkiem, na przykład dla mieszkańców Papui-Nowej 
gwinei, gdzie owiec nie ma, a świnie pełnią funkcję najważniejszego zwierzęcia hodowlanego 
(por. Szczerbowski 2003: 27)? Czy nie będzie to rażącym odstępstwem od treści Biblii? A z 
drugiej   strony  teoretyk   tłumaczenia   zapytałby   pewnie:   czy  takie   dynamiczne   tłumaczenie 
będzie jeszcze Biblią? Czy rzeczywiście w przypadku tłumaczenia skrajnie dynamicznego 

19

background image

można jeszcze mówić o ekwiwalencji? Warto zauważyć, że tego typu wątpliwości miewają 
nie tylko puryści-bibliści, teoretycy przekładu czy też praktykujący tłumacze. Zdarza się, że 
sami odbiorcy tłumaczenia, którzy nauczyli się jakiegoś języka obcego i zdobyli nieco więcej 
wiedzy o świecie,  zaczynają kwestionować rozwiązania zastosowane przez dynamicznych 
tłumaczy. Czasem czuja się wręcz upokorzeni i pytają: dlaczego napisaliście dla nas inną, 
uproszczoną Biblię? (zob. ciekawy opis tego problemu w Gutt 1992: 69-75, a zwłaszcza Gutt 
1991:   172-177).   I   rzeczywiście,   można   odnieść   wrażenie,   że   za   podejściem   „skrajnie 
dynamicznym”   kryje   się   protekcjonalny   stosunek   do   odbiorcy.   Tłumacz   niejako   z   góry 
zakłada, że jego czytelnicy nigdy nie nauczą się języków obcych i nie dowiedzą się o tym, że 
w innych krajach ludzie jedzą chleb i hodują owce. 

Toteż konsekwentny dynamizm w tłumaczeniach Biblii należy obecnie do rzadkości. 

W cytowanym przekładzie na język kiriwina pojawiają się owce (w postaci zapożyczenia z 
języka angielskiego – „sipi”) a także chleb („beredi” – również zapożyczenie z angielskiego) 
w opisie cudu rozmnożenia chleba (Szczerbowski 2003: 26-27). T. Szczerbowski pisze:

Przekład   biblijny   na   język   kiriwina   aby   mógł   być   zrozumiały   dla   mieszkańców   Wysp 
Trobrianda, zawiera 229 czarno-białych rysunków oraz 16 kolorowych ilustracji, przypisy, 
glosariusz składający się ze 141 haseł oraz małą konkordancję. Ośmiokrotnie pojawia się 
ikonograficzny motyw pasterza owiec. Rysunek czy ilustracja pełni tu funkcję poznawczą, 
albowiem Trobriandczycy słyszą wyrazy  sipi  i  lam  [„baranek”] jedynie w kościele. Należą 
one do biga tapwaroro czyli języka kościelnego. (Szczerbowski 2003: 28)

Szczególnym  przypadkiem podejścia funkcjonalnego do tłumaczenia jest teoria relewancji 
E.A.   Gutta   (1991,   1992,   2000).   Swą   teorię   przekładu   Gutt   oparł   na   teorii   komunikacji 
jednojęzycznej D. Sperbera i D. Wilson (1986), dla której z kolei inspiracją była opisana 
powyżej implikatura konwersacyjna Grice’a. Kluczowym dla teorii Sperbera i Wilson jest 
stwierdzenie „Every act of ostensive communication communicates the presumption of its 
own optimal relevance” (1986: 158), co w przekładzie na język nieco mniej hermetyczny 
można by zinterpretować jako „każdy akt komunikacji podejmowany w dobrej wierze niesie 
ze sobą przesłanie o swojej optymalnej relewancji”. Przez  optymalną relewancję  Sperber i 
Wilson rozumieją odpowiednie (?) korzyści komunikacyjne dla odbiorcy w danej sytuacji 
(„adequate contextual effects”) przy minimalnym wysiłku potrzebnym do zrozumienia danej 
wypowiedzi („minimal processing cost”). W porównaniu z koncepcją Grice’a już założenia 
teorii   relewancji   wydają   się   pewnym   uproszczeniem:   wszystkie   Grice’owskie   maksymy 
zostały   sprowadzone   do   jednego   mechanizmu   optymalizacji,   co   jest   eleganckie   z 
teoretycznego   punktu   widzenia,   ale   może   prowadzić   do   ogólnikowości   opisu   zdarzeń 
komunikacyjnych. Dostosowując teorię Sperbera i Wilson do potrzeb teorii przekładu Gutt 
definiuje   tłumaczenie   jako   „interlingual   interpretive   use”   (międzyjęzykowe   zastosowanie 
interpretacyjne)   a   produkt   tłumaczenia   –   jako   „tekst   w   języku   docelowym,   który 
interpretacyjnie przypomina oryginał” (Gutt 1991: 100).

W teorii Sperbera i Wilson cenne jest to, że rozumieją oni, iż komunikacja polega na 

wyciąganiu wniosków z tego, co zostało powiedziane (co zresztą zauważył również Grice), że 
dostrzegają dążenie do maksymalizacji komunikacyjnego sensu, wiążące się z ograniczeniem 
naszego potencjału kognitywnego. Pojemność naszej pamięci operacyjnej – niezbędnej do 
świadomego przetwarzania bodźców – jest bardzo niewielka (zob. np. G.A. Miller 1956, D. 
Norman 1980), a zatem, jeśli żądamy od kogoś wysiłku związanego ze zrozumieniem naszej 
wypowiedzi  (zob. rozdział 4) to jednocześnie obiecujemy mu coś w zamian. W definicji 
przekładu Gutta bardzo ważna jest myśl, do której wrócimy w rozdziale 4., że porównywać 
można   nie   teksty   oryginału   i   przekładu,   lecz   ich   interpretacje.   Jednak   podstawy   teorii 
Sperbera i Wilson oraz Gutta budzą też szereg wątpliwości, których nie rozwiewają opisy 

20

background image

bardziej szczegółowych zastosowań tych teorii (Sperber i Wilson 1986, Gutt 1991, 1992). 
Jak dociec, czy korzyści komunikacyjne, jakie proponujemy w danym akcie komunikacji, są 
„odpowiednie”? Czy rzeczywiście zawsze nasza komunikacja przynosi istotne korzyści jej 
uczestnikom? Czy rzeczywiście zawsze dążymy do minimalizacji wysiłku odbiorcy?  Jeśli 
busola tłumacza ma być opisana wyżej zasada optymalizacji, to jak ma się on zachować w 
sytuacji, gdy tylko wzmożony wysiłek odbiorcy przyniesie większe korzyści – upraszczać 
czy  komplikować?  Na  takie  pytania  nie  znajdujemy   przekonujących  odpowiedzi  w   teorii 
relewancji.  Co więcej, na ostatnie  z  nich – zgodnie  z tą  teorią  – można  udzielić  dwóch 
przeciwstawnych   odpowiedzi,   innymi   słowy,   można   za   jej   pomocą   uzasadnić   zupełnie 
przeciwstawne decyzje translatorskie. Dlatego też, doceniając fakt, że teoria relewancji Gutta 
była   pierwszą   kognitywna   teorią   przekładu,   sądzimy,   że   nie   jest   to   koncepcja   w   pełni 
zadowalająca. Zaklasyfikowaliśmy ją do grupy podejść funkcjonalnych  ze względu na jej 
nacisk na minimalizację wysiłków odbiorcy i na podkreślanie, że tekst przekładu musi być 
relewantny dla odbiorców przekładu, co – w ekstremalnej interpretacji – prowadziłoby do 
efektów identycznych z tłumaczeniem dynamicznym Nidy. 

Tłumaczenie funkcjonalne może stawiać w trudnej sytuacji przyszłych tłumaczy. Jeśli 

przetłumaczony dynamicznie tekst A staje się w jakimś sensie tekstem ważnym w kulturze 
docelowej, to tłumacze mający do czynienia z tekstem zależnym od A lub związanym z A 
muszą często rozstrzygać dylemat: czy uświadamiać odbiorcom różnice między tekstem A a 
jego tłumaczeniem, czy też utrzymywać fikcję świata przedstawionego w tłumaczeniu tekstu 
A. Świetnym tego przykładem jest Kubuś Puchatek. Polska tłumaczka książki A.A. Milne’a 
zatytułowanej   w   oryginale  Winnie-the-Pooh,  zmieniła   tytuł   i   imię   głównego   bohatera   na 
bardziej swojsko brzmiącego Kubusia Puchatka. Jak sugeruje we wstępie sam Milne, Winnie-
the-Pooh został nazwany na cześć niedźwiedzia, przepraszam, niedźwiedzicy, przebywającej 
w londyńskim ZOO. Stąd, zabawka synka Milne’a (który zresztą nie nazywał się Krzyś tylko 
Christopher Robin), jego ulubiony pluszowy miś, z założenia będący „chłopczykiem”, nosi 
imię żeńskie (A.A. Milne 1991). Historię Winnie, niedźwiedzicy z Kanady, można znaleźć w 
wielu źródłach, choć nie w samym  Winnie-the-Pooh  (zob. Kozak 2000a). Czasem jednak 
historia ta przybiera dosyć zaskakującą formę. 

W polskim przekładzie książki Briana Sibleya Hajże ha! Niech żyje Miś! (2002), które 

opisuje   okoliczności   powstania   arcydzieła   Milne’a   i   dzieje   rodziny   autora,   z   niemałym 
zdziwieniem zauważyłem następujące fragmenty: „Historia Kubusia zaczyna się w Kanadzie 
w 1914 roku […] Colebourn zapłacił za małego baribala dwadzieścia dolarów i nazwał go 
„Kubusiem” [a raczej Winnie, na cześć miasta Winnipeg, ale dalej będziemy posługiwać się 
zadomowionym  w   polskich   przekładach   imieniem   „Kubuś”].   Zostawszy   nieoficjalną 
maskotką   Drugiej   Kanadyjskiej   Brygady   Piechoty,   Kubuś   towarzyszył   żołnierzom…” 
Przepraszam bardzo, więc jak właściwie nazywał  się niedźwiadek:  Kubuś czy Winnie?  I 
jakiej właściwie był płci?

Nawet   pozornie   uzasadnione   zmiany,   zwłaszcza   w   tłumaczeniach   tytułów   dzieł 

literackich (zob. też Hejwowski 2004), mogą w przyszłości powodować negatywne skutki. 
Znana w Polsce pod tytułem  Gubernator powieść Roberta Penna Warrena nosi w oryginale 
tytuł  All King’s Men  (wszyscy ludzie króla). Tytuł  ten jest cytatem  z popularnego (choć 
zapewne tylko w krajach anglojęzycznych) wierszyka dla dzieci Humpty Dumpty:

Humpty Dumpty sat on a wall
Humpty Dumpty had a big fall.
All the king’s horses
And all the king’s men

21

background image

Couldn’t put Humpty together again.

Polski tłumacz, antycypując niejako postulaty wysuwane przez teorię relewancji uznał 

zapewne, że cytat z nieznanego w Polsce wierszyka nic nie powie polskiemu czytelnikowi i 
dlatego nie nadaje się na tytuł przekładu. Niestety, było to rozumowanie krótkowzroczne. W 
latach   siedemdziesiątych   na   ekranach   naszych   kin   pojawił   się   znany   amerykański   film 
Wszyscy   ludzie   prezydenta,  którego   tytuł   był   oczywistym   nawiązaniem   do   tytułu   książki 
Penna Warrena. Oczywistym, ale nie dla Polaków. W gruncie rzeczy polscy widzowie mogli 
być nawet nieco zaskoczeni tytułem filmu – przecież nie opowiada on wcale o wszystkich 
ludziach  prezydenta. W ten sposób polscy odbiorcy kultury zostali niejako „okradzeni”  z 
jednego jej ogniwa: przecież kultura opiera się właśnie na sieci powiązań, odwołań, aluzji, 
zależności. A wystarczyło podać na stronie tytułowej polskiego przekładu powieści Penna 
Warrena tłumaczenie wierszyka – i książka mogła z powodzeniem nazywać się po polsku 
Wszyscy ludzie króla.

Z   mitem   tłumaczenia   funkcjonalnego   wiąże   się   absolutyzacja   potrzeb   odbiorcy 

tłumaczenia:   nie   ma   czegoś   takiego   jak  dobre   tłumaczenie,  natomiast   może   istnieć 
tłumaczenie adekwatne lub tłumaczenie relewantne – odpowiednie dla danego odbiorcy czy 
też   danej   grupy   odbiorców.   Tego   typu   rozumowanie   zakłada,   że   ten   sam   tekst   można 
tłumaczyć dla różnych grup odbiorców.

Takie   właśnie   podejście   zaproponowali   twórcy  Skopostheorie   –  H.J.   Vermeer 

(1989/2000) i K. Reiss (1971/2000). Ich zdaniem o całości zjawisk przekładowych decyduje 
cel   przekładu,   który   może   być   określony   przez   zleceniodawcę.   W   tym   kontekście   tekst 
oryginału staje się zaledwie ofertą informacyjną, którą tłumacz musi dostosować do potrzeb 
odbiorcy (zob. też komentarz J. Kozak 2000a).

W rzeczywistości krąg odbiorców danego tekstu jest niejako z góry zadany (zob. opis 

czytelnika projektowanego w rozdziale 4.), przy czym krąg ten może być dość wąski lub 
bardzo szeroki. Na przykład artykuł naukowy o ontogenezie i filogenezie skorupy u żółwi 
adresowany   jest   do   zoologów,   natomiast   powieści   Agaty   Christie   do   wszystkich   ludzi 
lubiących czytać kryminały. Tłumaczenie nic tu nie zmieni: nie da się przetłumaczyć owego 
artykułu dla laików ani Agaty Christie wyłącznie dla zoologów czy też dzieci przedszkolnych. 
W   pewnym   artykule   (Hejwowski   2001:   149)   omawiałem   przykład   pochodzący   ze 
wspomnianego już wyżej tekstu o skamieniałym sercu dinozaura. Na podstawie znaleziska 
uczeni oszacowali wielkość zwierzęcia i stwierdzili, że było ono „a 650-pound plant-eater”. 
Moi studenci różnie radzili sobie z tym fragmentem. Otrzymałem między innymi następujące 
tłumaczenia:

„roślinożerca ważący 650 funtów”
„roślinożerca ważący około 300 kg (650 funtów)”
„roślinożerca ważący 650 funtów (300 kg)”
„roślinożerca ważący 292,5 kg”
„roślinożerca ważący ok. 300 kg”

W omówieniu napisałem, że „najsensowniejszą wersją tłumaczenia jest ostatnia – ok. 350 
kg”. Czytająca ten artykuł koleżanka dopisała na marginesie „najsensowniejszą dla kogo?”. 
Odpowiadam:  dla   każdego  normalnego   polskiego  czytelnika,  który  może  sięgnąć  po  taki 
artykuł. Omawiany powyżej tekst nie jest adresowany do ludzi szczególnie interesujących się 
anglosaskimi  miarami  i   wagami  –  ci  znajdą  znacznie   dokładniejsze  informacje  w   każdej 
encyklopedii. Z tego względu wypada wykluczyć trzy pierwsze tłumaczenia. Czwarte jest po 
prostu śmieszne: trudno poważnie traktować tezę, że uczeni obliczyli wagę zwierzęcia z taką 
dokładnością   na   podstawie   skamieniałego   kawałka   serca.   Nie   pozostaje   nam   zatem   nic 

22

background image

innego, jak podać przybliżoną wagę dinozaura w kilogramach. W kilogramach, ponieważ 
większość polskich czytelników nie jest przyzwyczajona do podawania wagi w funtach, a 
wielu zapewne nie wie nawet, jak ma się funt do kilograma. A więc bez względu na to, czy 
naszymi czytelnikami będą uczniowie szkoły średniej, mieszkańcy domu starców, kolejarze, 
inżynierowie   czy   humaniści,   zawsze   najlepszą   wersją   tłumaczenia   tego   fragmentu   tekstu 
będzie „ok. 300 kg”.

Czy   wszystkie   przytoczone   wyżej   wątpliwości   i   zarzuty   wobec   tłumaczenia 

funkcjonalnego oznaczają, że należy je bezwarunkowo potępić? Na pewno nie. Nasz sprzeciw 
dotyczył raczej nadużywania i absolutyzowania tłumaczenia funkcjonalnego, traktowania go 
jako coś więcej niż jedną z możliwych technik tłumaczeniowych. Jako używana z umiarem i 
w   sposób   przemyślany   technika   tłumaczeniowa,   tłumaczenie   funkcjonalne   może   znaleźć 
zastosowanie, szczególnie w tłumaczeniach tekstów informacyjnych, ale czasem również w 
przekładach literackich.

Rozważmy następujący przykład. Tłumaczenie wspomnianego wyżej tekstu na temat 

„piped music” na język polski stwarza jeszcze jedną istotną trudność. Jego pierwsze zdanie 
brzmi: „The British may soon be listening to fewer instrumental versions of Penny Lane while 
trapped in elevators”. Omawiając ten tekst na zajęciach z tłumaczenia, zorientowałem się, że 
większość moich studentów nie zna piosenki  Penny Lane  (lub nie kojarzy jej z tytułem). 
Należy   zatem   podejrzewać,   że   znajomość   tego   przeboju   Beatlesów   w   szerszych   kręgach 
społeczeństwa wśród ludzi nie mających do czynienia z językiem angielskim, będzie jeszcze 
mniejsza. Jeśli tak, to czy nie lepiej  zastąpić  w tłumaczeniu  Penny Lane  tytułem  innego 
przeboju? Może Yesterday? Przecież autorowi oryginału nie chodziło tak naprawdę o „Penny 
Lane”.   Chciał   zapewne   mrugnąć   do   czytelników,   podając   znany   tytuł   i   zmusić   ich   do 
zastanowienia   się:   przypomnijcie   sobie,   ile   razy   słyszeliście   instrumentalną   wersję   tej 
piosenki.   Jeśli   moje   rozumowanie   jest   słuszne,   to  Yesterday  doskonale   spełni   tę   rolę   w 
polskim przekładzie.

Przydatność   tłumaczenia   funkcjonalnego   jako   techniki   tłumaczeniowej   jeszcze 

dobitniej wykazać można na kolejnym przykładzie. Tym razem mamy do czynienia z niezbyt 
poważnym, króciutkim tekstem na temat rekordu świata w pluciu pestką wiśni na odległość:

Pitiful Debate
Switzerland’s naturality is at risk. Thomas Steinhauer shattered a U.S. record by spitting’s 
cherry   pit   nearly   83   feet.   But   U.S.   cherry-spit   rule   book   author   Herb   Teichman   claims 
foreigners often permit running starts and, worse, canned cherries. “I’d like to see them come 
to our turf and spit on our rules” he says. This spat’s getting juicy.

Głównym problemem w tym tłumaczeniu są gry słów w tytule i w ostatnim zdaniu: “pitiful” 
znaczy na przykład “żałosny” i zapewne oddaje stosunek autora artykułu do całej sprawy, 
jednak   wyraz   ten   został   wybrany   ze   względu   na   to,   że   zawiera   cząstkę   „pit”,   która 
jednocześnie   oznacza   pestkę;   podobnie   w   ostatnim   zdaniu,   które   pozornie   można   by 
przetłumaczyć jako „Spór nabiera rumieńców”, wyrazy „spat” i ”juicy” zostały użyte głównie 
dlatego, że kojarzą się z pluciem i owocami. Czy zatem nie należałoby uznać, że główną 
funkcją tytułu i ostatniego zdania tekstu jest żart językowy?  Przecież autor nie chce nam 
naprawdę   zasugerować,   że   nowy   rekord   w   pluciu   pestka   jest   tematem   jakiejś   poważnej 
debaty,   a   tym   bardziej,   że   wywoła   on   międzynarodowy   konflikt.   Może   więc,   zamiast 
tłumaczyć te dwa fragmenty mniej lub bardziej dosłownie, lepiej będzie wymyślić pasujące 
do tekstu artykułu żarty językowe po polsku? Ci z moich studentów, którzy myśleli podobnie 
jak ja, zaproponowali bardzo różne wersje tytułu i ostatniego zdania. Z tych licznych wersji 
najbardziej podobał mi się tytuł: „Waśń o wiśnię” i ostatnie zdanie: „Dobrze splunąć to nie 
pestka”.  Czy mamy  prawo  tak zmieniać  tekst  oryginału?  Moim zdaniem  – w  przypadku 

23

background image

powyższego tekstu – zdecydowanie tak. Co więcej uważam, że wybrane przeze mnie wersje 
tłumaczenia są znacznie wierniejsze wobec oryginału niż jakaś wersja „dosłowna”.

E.A.   Nida   twierdzi,   że   większość   złych   tłumaczeń   jest   efektem   tłumaczenia   dosłownego 
(formal-equivalence   translation   –   używając   terminologii   Nidy)   i   wynika   z   niewiedzy, 
przeoczeń oraz niezrozumienia istoty aktu przekładu (Nida 1964: 184). Trzeba przyznać, że 
do   pewnego   stopnia   ma   rację:   rzeczywiście   początkujący   tłumacze   mają   tendencję   do 
kopiowania struktury tekstu oryginału  i używania pierwszych  ekwiwalentów  ze słownika. 
Warto jednak podkreślić, że tłumaczenia  zbyt dynamiczne  wynikające często z nadmiernej 
pewności siebie tłumacza, mogą być znacznie bardziej niebezpieczne, ponieważ nadużycia 
tłumaczenia funkcjonalnego rzadko są widoczne dla odbiorcy przekładu – do ich wykrycia 
zwykle konieczne jest porównanie oryginału z przekładem.

Pochodną sporu między  literalistami  a  funkcjonalistami,    zwolennikami tłumaczenia 

dosłownego   i  dynamicznego,  jest   rozróżnienie   między   „Udomowieniem   a   egzotyzacją” 
(domestication i foreignization) sformułowane przez L. Venutiego (1995). Rozróżnienie to 
można   wywieść   od   słynnego   wykładu   Friedricha   Schleiermachera  Üdie   verschiedenen 
Methoden des Übersetzens (O różnych metodach tłumaczenia) 
z roku 1813. W wykładzie tym 
Schleiermacher stwierdził, że tłumacz, który chce, by autor (oryginału) i czytelnik (przekładu) 
spotkali się, ma do wyboru dwie drogi: albo zostawia w spokoju autora i transportuje do niego 
czytelnika,   albo   zostawia   w   spokoju   czytelnika   i   transportuje   do   niego   autora 
(Schleiermacher, w: Lefevere 1992: 141-166).

Venuti   zauważa,   że   większość   tłumaczy,   a   w   każdym   razie   większość   tłumaczy 

literatury   pięknej   przekładających   na   język   angielski,   wybiera   tę   drugą   metodę.   Venuti 
określa   ją   mianem   „udomowienia”   obcego   tekstu   i   ostro   krytykuje,   nazywając   wręcz 
„zawłaszczaniem   obcego   tekstu   dla   potrzeb   domowych”   (1995:   22)   i   „gwałtem 
etnocentrycznym”   (j.w.:   20,   22,   24).   Jednak   przykłady   podawane   przez   Venutiego   są 
najczęściej po prostu przykładami kiepskich tłumaczeń, a propagowana przez niego metoda 
„foreignizing” jest mało przekonująca i niezbyt jasno wytłumaczona (Venuti 1995). Wydaje 
się,   że   teorię   Venutiego   należy   potraktować   jako   bardzo   potrzebne   ostrzeżenie   przed 
nadużyciami tłumaczenia funkcjonalnego, można natomiast powątpiewać, czy ma ona wiele 
do zaoferowania w sensie pozytywnym.

Rozważywszy, co kryje się za sformułowaniami tłumaczenie dosłowne tłumaczenie 

funkcjonalne,  doszliśmy zatem do wniosku, że żadne z nich nie może być traktowane jako 
niezależna szkoła czy teoria tłumaczenia. Co więcej, nawet jeśli uznamy je tylko za metody 
czy   techniki   przekładowe,   musimy   przestrzec   niedoświadczonych   tłumaczy   przed   ich 
bezkrytycznym  stosowaniem.  Bywają  przydatne,  ale  wymagają  od tłumacza  ostrożności i 
świadomości. Literalizm i funkcjonalizm traktowane jako teorie przekładu mają jeszcze jedną 
istotną wadę: poza koncepcjami Gutta i Tabakowskiej traktują one najczęściej przekład jako 
operację na tekstach (tekst A w wyniku tłumaczenia zostaje przekształcony w tekst B), a tym 
samym  nie dostrzegają skomplikowanych  operacji mentalnych  składających  się na proces 
tłumaczenia. Sądzimy, że jedynie kognitywna teoria przekładu może wyjaśnić całą złożoność 
tego procesu. Temat ten podejmiemy w następnym rozdziale.

24

background image

4. Mit tekstualizmu: „tłumaczenie jest operacją na tekstach”

Przez   język   rozumieć   będziemy   system   sygnałów   używanych   przez   ludzi  do 
porozumienia się w przestrzeni lub w czasie. […] Zasadniczą rolę odgrywa tu  
pojęcie przyporządkowania pewnych sygnałów pewnym stanom psychicznym 
(stanom   systemu   nerwowego)   przez   nadawcę   oraz   przyporządkowania 
pewnych stanów psychicznych pewnym sygnałom przez odbiorcę.

Olgierd Wojtasiewicz

Olgierd Wojtasiewicz rozumiał, że teksty są tylko sygnałami reprezentującymi stany 

mentalne   nadawcy   i   mającymi   wywołać   pewne   stany   mentalne   u   odbiorcy.   Gdy 
przypomnimy   sobie   opisywane   wyżej   teorie   Grice’a   i   Gutta,   gdy   przeczytamy 
kilkustronicową „definicję” słowa „filiżanka” przedstawiona przez A. Wierzbicką (1985) czy 
też cytowaną wyżej wypowiedź Langackera na temat znaczenia wyrazów, zrozumiemy, jak 
wielka   jest  dysproporcja   między  małym  sygnałem  tekstowym   a ogromna  rzeczywistością 
mentalną, do jakiej może się on odwoływać. Dlatego też musimy założyć, że tłumaczenie nie 
jest   operacją   na   tekstach   ani   na   językach,   lecz   na   umysłach   –   jednym   realnym,   danym 
tłumaczowi (jego własnym) i co najmniej trzech, chciałoby się powiedzieć – wirtualnych, 
modelowanych przez tłumacza: umyśle autora tekstu, umyśle modelowego odbiorcy tekstu 
oryginału (lub umysłach modelowych odbiorców tego tekstu) oraz umyśle projektowanego 
czytelnika przekładu (por. Tabakowska 1995; zob. też poniżej omówienie projektowanego 
czytelnika przekładu).

Proponowany tu model przekładu oparty jest na koncepcji ram czasownikowych Ch.J. 

Fillmore’a (Fillmore 1968, 1970, Bivens 1975, Grimem 1975), koncepcjach scen R. Suchanka 
i Ch.J. Fillmore’a  (Schank 1982a, Fillmore 1977), koncepcji scenariuszy zaproponowanej 
przez Suchanka i R. Abelsona (1977), a rozwiniętej przez Suchanka (1982a, 1982b) oraz 
koncepcji schematów, wprowadzonej przez F. Bartletta  (1932), a opisywanej  przez wielu 
psychologów,   psycholingwistów   i   lingwistów.   Przedstawiona   tu   interpretacja   procesu 
komunikacji oraz procesu tłumaczenia wykorzystuje również teorię bazy propozycjonalnej i 
semantycznych danych wejściowych Th. Hermanna (1983), koncepcję zasady współdziałania 
i   implikatury   konwersacyjnej   H.P.   Grice’a   (1975),   kognitywną   teorię   metafor,   której 
dwudziestowiecznym  przedstawicielem był  B.L. Whorf (1956), a która została rozwinięta 
przez   G.   Lakoffa   i   współpracowników   (Lakoff,   Johnson   1980,   Lakoff,   Turner   1989), 
koncepcję „wysiłku w poszukiwaniu znaczenia („effort after meaning”) F. Bartletta (1932) i 
stałości sensu H. Hermanna (1981). W wielu podstawowych założeniach prezentowana tu 
teoria nie jest sprzeczna z gramatyką   kognitywną Langackera; pokrewna jest na przykład 
koncepcja   semantyki   encyklopedycznej,   według   której   nie   ma   wyraźnych   granic   między 
semantyka a pragmatyką czy między wiedzą językową a pozajęzykową (Langacker 1997).

Przyjmiemy za Schankiem (1982a), że ludzka pamięć zorganizowana jest w pewne 

struktury, i że te same struktury wykorzystywane są przy produkcji i rozumieniu tekstów. Na 
najniższym  (odwołując się do metafory przetwarzania  góra-dół  i przetwarzania  dół-góra) 
poziomie   procesu   interpretacji   tekstów   znajdują   zastosowanie     struktury   najbardziej 
bezpośrednio związane z tekstem, znajdujące w nim swoje wyraźne odbicie. Są to przede 
wszystkim „wyuczone na pamięć” jednostki leksykalne (przynajmniej niektóre z nich musimy 
rozpoznać,   żeby   zacząć   proces   rozszyfrowywania   tekstu)   oraz   syntagmy,   tj.   krótsze   lub 
dłuższe ciągi wyrazów, począwszy od frazeologizmów a skończywszy na całych strukturach 
zdaniowych.   Jeśli   posiadamy   taką   wiedzę   w   zakresie   dwóch   języków   oraz   umiejętność 

25

background image

przyporządkowywania struktur jednego języka strukturom drugiego języka, to – przynajmniej 
teoretycznie – możliwe jest już rozpoczęcie automatycznego tłumaczenia syntagmatycznego. 
Możemy, na przykład, wyobrazić sobie tłumacza kabinowego, który słysząc sformułowanie 
„premierowi towarzyszyli” przekłada je natychmiast – bez żadnej dodatkowej analizy i nie 
czekając na dalszy ciąg zdania – jako „the prime minister was accompanied by”.

Jednak   tego   typu   tłumaczenie   dotyczy   zwykle   tylko   stereotypowych, 

zautomatyzowanych prefabrykatów językowych.  W większości sytuacji konieczna jest dalsza 
analiza usłyszanego tekstu, której następnym etapem są ramy czasownikowe. Według Ch. 
Fillmore’a   ramy   czasownikowe   zorganizowane   są   wokół   czasowników:   rozpoznając 
czasownik „otwierać” aktywizujemy ramę tego czasownika, który zawiera obligatoryjnie rolę 
patiensa oraz opcjonalnie rolę sprawcy (agensa) i narzędzia, na przykład: „Ktoś otworzył 
drzwi kluczem” (wszystkie wymienione role), „Ktoś otworzył  drzwi” (sprawca i patiens), 
„Drzwi   otworzyły   się”   (tylko   patiens).   Warto   przy   tej   okazji   poczynić   parę   zastrzeżeń   i 
uzupełnień. Po pierwsze, zdanie „Drzwi otworzyły się” jest według nas nacechowane, w tym 
sensie,   że   brak   sprawcy   rodzi   pytanie,   „dlaczego   nie   informuje   się   o   tym,   kto   otworzył 
drzwi”. Po drugie, w potencjalnie możliwym zdaniu „Klucz otworzył  drzwi” nieobecność 
sprawy powoduje, że występujący niejako na jego miejscu „klucz” nabiera pewnych cech 
agensa, a zatem jest w jakimś stopniu personifikowany. Po trzecie wreszcie, do aktualizacji 
pewnych ram czasownikowych nie zawsze jest konieczny czasownik. Rozpoznanie wyrazów 
„klucz” i „drzwi” natychmiast nasuwa nam na myśl czynności otwierania lub zamykania; para 
„kot”   i   „mysz”   zasugeruje   nam   ramy   „polować”,   „gonić”   lub   „bawić   się”.   Tego   typu 
skojarzenia miał na myśli I.M. Schlesinger, kiedy pisał o zjawisku „semantic matching” – 
dopasowania   semantycznego   (Schlesinger   1977).   Trudno   też   nie   dostrzec,   że   ramy 
czasownikowe   są   uszczegółowionymi   schematami,   za   pomocą   których   postrzegamy 
rzeczywistość:   ludzie-sprawcy   (lub   antropomorfizowane   zwierzęta,   a   nawet   pojęcia 
abstrakcyjne) wpływają na bierne obiekty czynności (ożywione lub nieożywione patiensy) za 
pomocą pewnych narzędzi; obiekty zmieniają położenie na skutek działania sił zewnętrznych, 
ludzie   przeżywają   pewne   stany   wewnętrzne.   Wszystkim   tym  podmiotom  i  obiektom 
odpowiadają   role   występujące   w   ramach   czasownikowych:   sprawca,   patiens,   narzędzie, 
doznający,   źródło,  cel,  miejsce,  czas,   zakres.  Skonkretyzowane  ramy   czasownikowe  –  tj. 
takie, których pewne role są  obsadzone  przez typowe obiekty – wchodzą w skład struktur 
wyższego rzędu: scen i scenariuszy. 

Istotne   jest   zastrzeżenie   o   metaforycznym   zastosowaniu   ram   czasownikowych, 

bowiem   w   przeciwnym   razie   ramy   opisywałyby   jedynie   świat   materialny,   a   zatem   ich 
zastosowanie   byłoby   dość   ograniczone   .   Fakt,   że   metafora   nie   jest   wyłącznie   figurą 
stylistyczną, lecz istotnym narzędziem poznawania i rozumienia świata dostrzegano już na 
początku XIX wieku w tzw. romantycznej koncepcji metafory.  W bliższych nam czasach 
prawdę tę przypomnieli nam Whorf (1956) oraz Lakoff i Johnson (1980) i Lakoff i Turner 
(1989).   Ważnymi   składnikami   metafor   są   również   reifikacja,   animizacja   i   personifikacja. 
Kiedy używamy słowa język mając na myśli sposoby porozumiewania się za pomocą głosu i 
znaków pisanych, stosujemy (przynajmniej z historycznego punktu widzenia) chwyt zwany 
metonimią   –   wymieniamy   narząd   biorący   udział   w   czynności   mówienia   zamiast   samej 
czynności mówienia. Gdy użyjemy wyrazu „język” w zdaniach, takich jak „język wyraża 
myśli”, dokonujemy personifikacji, a powstałe w ten sposób zdanie da się zinterpretować z 
punktu widzenia gramatyki  przypadka tak samo jak zdanie „górnik wydobywa  węgiel” a 
zatem   jako   „wyrażać/wydobywać   [agens   patiens]”.   Metafory   pojawiają   się   wtedy,   gdy 
zaczniemy   mówić   o   językach   żywych   i   martwych,   o   łamaniu   języka,   o   znajdowaniu 
wspólnego języka  itp. Jednak metafory dotyczą  również znacznie  bardziej  podstawowych 

26

background image

zastosowań języka, których metaforyczności na ogół nie dostrzegamy. Można podejrzewać na 
przykład,   że   przyimki   pierwotnie   używane   były   do   określania   podstawowych   relacji 
przestrzennych, takich jak znajdowanie się w obrębie jakiegoś obszaru czy wewnątrz jakiegoś 
pomieszczenia (przyimek „w”), czy też spoczywanie na pewnej powierzchni (przyimek „na”). 
Gdy   ludzie   zaczęli   używać   pojęć   abstrakcyjnych,   takich   jak   czas,   życie,   miłość,   śmierć, 
niebezpieczeństwo,   w   wielu   językach   pojęciom   tym   towarzyszyły   te   same   przyimki,   co 
wyraźnie pokazuje, że pojęcia te są traktowane metaforycznie. Na przykład stany rozumiane 
są w kategoriach pomieszczeń i w efekcie mamy takie wyrażenia jak „w niebezpieczeństwie”, 
„w kłopotach”, „w euforii”, „w gniewie” itp. Zjawisko to świadczy o naszych ograniczeniach 
kognitywnych   –   nie   jesteśmy   w   stanie,   na   przykład,   zrozumieć   czasu   inaczej   niż   jako 
przedmiotu   (mam   czas),   pędzącego   obiektu   (czas   ucieka),   drogi   (do   niedzieli)   czy   też 
pomieszczenia (w maju).

Sceny to zestawy zdarzeń, stanów i relacji wraz z typowymi miejscami, sprawcami, 

patiensami itd., zorganizowane na zasadach tematycznych lub funkcjonalnych. Różny może 
być   zakres   takich   scen:   od   „poczekalnia   u   dentysty”   czy   „dziecięcy   plac   zabaw”   do 
„kupowanie   i   sprzedawanie”.   Ponieważ   struktury   naszego   umysłu   nie   są   sztywnymi 
szablonami, lecz charakteryzują się dynamizmem,  należy podejrzewać, że granica między 
scenami a schematami jest płynna: na przykład scena „przygotowania do podróży” łączy się 
ze schematem „przygotowania w ogóle”. Można też sądzić, że pojęcie scen – w szerszym 
rozumieniu   –   jest   kompatybilne   z   pojęciem   „domen   kognitywnych”   używanym   przez 
Langackera (Langacker 1997).

Scenariusze różnią się od scen tym, że są zorganizowane na zasadzie sekwencyjnej, 

chronologicznej: składają się one z sekwencji typowych zdarzeń układających się w pewien 
ciąg.  Typowymi  scenariuszami  będą  zatem  „zjedzenie  obiadu  w  restauracji”  czy „podróż 
samolotem”. I znowu, tak jak w przypadku scen, stopień ogólności scenariusza może być 
różny – scenariuszem nadrzędnym wobec „podróży samolotem” jest „podróż”, a tak ogólny 
scenariusz może już – w zależności od danej osoby i danej sytuacji – przypominać schemat.

Jak wynika z powyższej charakterystyki schematy to najogólniejsze struktury naszej 

pamięci pozwalające nam orientować się – do pewnego stopnia – nawet w sytuacjach, które 
nie są dla nas zupełnie zrozumiałe. Schematy pozwalają też znajdować „wyjaśnienia” dla 
zjawisk, których w ogóle nie rozumiemy. W tym sensie schematy, tak jak je rozumiemy w tej 
książce, obejmować będą również to, co czasem w literaturze na temat tłumaczenia bywa 
nazywane stereotypami (zob. M. Kropiwiec i inni 2003).

Podstawowymi   zasadami   naszej   komunikacji   są   selekcja   i   wnioskowanie.   Baza 

kognitywna,  czyli  wszystko  to,  co  myślimy  sobie  w  danej  sytuacji  i  w  związku  z  czym 
postanawiamy zabrać głos, jest strukturą zbyt ogromną i niejednorodną, by można ją było 
zwerbalizować.   Mieszczą   się   tam   nie   tylko   nasze   cele,   reprezentacja   sytuacji,   opinie, 
odczucia,   ale   również   nasza   reprezentacja   odbiorcy,   reprezentacja   samego   siebie, 
najprzeróżniejsze   obrazy   i   emocje.   W   związku   z   tym   dokonujemy   pierwszej   selekcji, 
ogniskujemy naszą uwagę na tych elementach bazy kognitywnej, które chcemy przekazać 
odbiorcy, czy mówiąc precyzyjniej – tych, które pragniemy, aby odbiorca odtworzył. W ten 
sposób   powstaje   baza   wypowiedzi   –   zestaw   struktur,   które,   w   optymalnych   warunkach, 
odbiorca   będzie   w   stanie   zrekonstruować,   co   ma   nam   w   założeniu   zapewnić   sukces 
komunikacyjny.   Oczywiście   w   praktyce   rzadko   mamy   do   czynienia   z   optymalnymi 
warunkami. Po pierwsze, odbiorca zmuszony jest zwykle odbierać inne bodźce, w związku z 
czym nie może poświęcić nam całej uwagi. Po drugie, ani odbiorca, ani też nadawca nie są 
idealnymi komunikatorami – zawsze popełniają jakieś komunikacyjne błędy: a to w doborze 
bazy   wypowiedzi,   a   to   w   sposobie   jej   werbalnej   realizacji,   a   to   wreszcie   w   procesie 

27

background image

rekonstrukcji   sensu.   Najpoważniejszą   przeszkodą   komunikacyjną   są   jednak   nieuchronne 
różnice między nadawcą a odbiorcą: różnice wiedzy, doświadczeń, preferowanych strategii 
komunikacyjnych,   temperamentu   itp.   Ze   względu   na   te   różnice   nie   może   być   mowy   o 
idealnym porozumieniu. Ludzka komunikacja jest zawsze pewnym przybliżeniem, na ogół na 
tyle dobrym, że wystarcza nam do codziennego funkcjonowania.

Jednak wyselekcjonowana baza wypowiedzi nadal nie jest treścią, którą można by „po 

prostu u brać w słowa”: nadal obejmuje struktury,  które z trudem poddają się procesowi 
werbalizacji (uczucia, obrazy), nadal też jest tak wielka, że jej werbalizacja zajmowałaby nam 
mnóstwo   czasu.   W   związku   z   tym   nadawca   dokonuje   kolejnej   selekcji:   wybiera   taki 
(niewielki) fragment bazy wypowiedzi, który jego zdaniem dobrze reprezentuje całość; taki, 
który   zapewne   pozwoli   odbiorcy   zrekonstruować   jak   największą   część   całej   bazy 
wypowiedzi, a jednocześnie nie pozwoli mu odkryć tych elementów naszej bazy kognitywnej, 
które chcielibyśmy zachować dla siebie: na przykład starannie skrywanych  egoistycznych 
motywów naszego działania. Ten fragment bazy wypowiedzi, który jest wreszcie kandydatem 
do werbalizacji, nazwiemy strukturą głęboką wypowiedzi. Kandydatem tylko, bo nadawca, 
zanim go ostatecznie zwerbalizuje, dokonuje jeszcze jednej operacji: werbalizuje strukturę 
głęboką wypowiedzi na próbę, żeby sprawdzić, czy da się ona łatwo zwerbalizować i czy 
„zabrzmi”   tak   jak   trzeba,   tzn.   czy   zostanie   (z   dużą   dozą   prawdopodobieństwa) 
zrekonstruowana tak, jakby sobie tego nadawca życzył.  Jeśli nie – nastąpią poprawki lub 
nawet selekcja nowej struktury głębokiej wypowiedzi (a czasem nawet porzucenie zamiaru 
zabrania   głosu).   Jeśli   tak   –   struktura   zostanie   zrealizowana   językowo,   a   odbiorca   – 
skonfrontowany z tekstem. A zatem już produkcja wypowiedzi jest procesem o charakterze 
probabilistycznym,   opartym   na   przewidywaniach,   przypuszczeniach,   znajomości   odbiorcy 
(lub tego typu odbiorców), próbach wczucia się w sytuację odbiorcy, postawienia się w jego 
miejscu i przeprowadzenia wnioskowania z jego punktu widzenia. 

Jak   to   możliwe   –   zapyta   nastawiony   sceptycznie   czytelnik,   że   nasza   codzienna 

komunikacja to proces tak złożony, wielopoziomowy i niepewny? Przecież porozumiewamy 
się   na   co   dzień   –   często   bez   większych   problemów.   Jak   to   możliwe,   że   zdążamy 
przeprowadzić te wszystkie operacje niemal błyskawicznie? Przecież najczęściej nie widzimy 
jakiegoś strasznego wysiłku na twarzy rozmówcy i nie czekamy na jego wypowiedź dłużej 
niż kilka sekund.

Odpowiedź na pytanie,  dlaczego  nie zdajemy sobie na ogół sprawy ze złożoności 

procesu   komunikacji   jest   dość   prosta:   każdy   z   nas   uczy   się   komunikować   z   innymi   od 
najwcześniejszego dzieciństwa – jest to „kurs” niezwykle intensywny, a motywacja uczących 
się bardzo duża. W związku z tym po kilkunastu latach takiej nauki potrafimy przeprowadzać 
wiele z niezbędnych operacji mentalnych niemal automatycznie. Warto zresztą zauważyć, że 
zdolności   komunikacyjne,   o   których   była   mowa   powyżej   są   znacznie   trudniejsze   do 
opanowania   niż   sama   umiejętność   produkowania   długich,   poprawnych,   językowo 
skomplikowanych tekstów. Paroletnie dziecko potrafi bardzo sprawnie wypowiadać się na 
różne   tematy,   ale   jego   umiejętności   komunikacyjne   są   znikome   –   często   nie   rozumie, 
dlaczego   ktoś   powiedział   to,   co   powiedział,   a   z   jego   własnych   wypowiedzi   nierzadko 
przezierają   prawdziwe   motywy   nim   kierujące,   których   dziecko   wcale   nie   chciało   nam 
zdradzić. 

Dlaczego  nasza   komunikacja  jest  tak   skomplikowana?   Bo  nie  może  być  prostsza. 

Prostszymi   metodami   komunikacji   mogą   posługiwać   się   małpy   czy   pszczoły,   których 
komunikacja   ogranicza   się   do   informowania   o   pożywieniu   i   zagrożeniu,   i   paru   innych 
podstawowych   potrzebach.  W  tak  ograniczonym  systemie   komunikacyjnym   każdy  sygnał 
może odpowiadać jednej konkretnej informacji. Ludzkie potrzeby komunikacyjne są zupełnie 
nieporównywalne, w związku z tym nie może być mowy o takiej jednoznaczności sygnałów 

28

background image

komunikacyjnych,   a   tym   samym   komunikacja   zaczyna   przypominać   grę   o   bardzo 
skomplikowanych regułach.

Nadawca   zadaje   sobie   tyle   trudu   –   pieczołowicie   selekcjonując   najlepszą   z   jego 

punktu widzenia wypowiedź, ponieważ od tego bardzo często zależy jego życiowy sukces. 
Nie chodzi tutaj zresztą wyłącznie o tak dramatyczne sytuacje jak egzamin czy rozmowa 
kwalifikacyjna; nawet w codziennych banalnych sytuacjach lepiej jest uchodzić za człowieka 
inteligentnego, uczciwego, sympatrycznego i dowcipnego, bo taka opinia na dłuższą metę 
ułatwia życie. Odbiorca mozoli się z rozszyfrowaniem komunikatu nadawcy, ponieważ jedną 
z   głównych   cech   naszego   umysłu   są   zasady   stałości   sensu   i   wysiłku   w   poszukiwaniu 
znaczenia. Wspominaliśmy już o reprezentacji sytuacji w umyśle nadawcy (i odbiorcy) tekstu. 
Taka reprezentacja sytuacji jest zresztą cechą każdego człowieka w każdej sytuacji – nie tylko 
w   sytuacjach  komunikacyjnych.  Nie  jest  to  oczywiście  jakiś   statyczny   obraz,  lecz  raczej 
mechanizm   nieustannie   skanujący   nasze   najbliższe   otoczenie,   selekcjonujący   te   jego 
elementy,  które   są  z  naszego  punktu   widzenia   istotne.   Stałość  sensu  polega   na  poczuciu 
przybliżonego zrozumienia, o co chodzi w danej sytuacji. Takie przybliżone rozumienie daje 
nam   poczucie   bezpieczeństwa   i   wystarcza   w   większości   typowych   codziennych   sytuacji. 
Jednak w okolicznościach nietypowych lub w sytuacji, gdy nie potrafimy osiągnąć stałości 
sensu, reagujemy włączeniem mechanizmu poszukiwania znaczenia. Bodźcem nie musi być 
skomplikowany   tekst   –   wystarczy   dźwięk,   którego   nie   potrafimy   sobie   wyjaśnić,   a   już 
rozważamy   kilka   hipotez   na   temat   jego   pochodzenia   i   znaczenia.   Doskonałą   ilustracją 
działania tego mechanizmu w kontekście komunikacyjnym jest opisane wcześniej zdarzenie 
ze zdaniem „Bill ma czerwony samochód”.

Jaka   jest   rola   tłumacza   w   tak   pojmowanym   procesie   komunikacji?   Tłumacz   jako 

odbiorca   tekstu   oryginalnego   wykonuje   podobne   operacje   do   tych,   które   są   udziałem 
„zwykłego”   odbiorcy,   to   znaczy   analizuje   struktury   powierzchniowe   tekstu,   stara   się 
dopasować  do  nich   odpowiednie   ramy  czasownikowe,   połączyć  je  w  typowe   sceny  i/lub 
scenariusze,   odkryć   różnice   między   nimi   a   tym,   co   zostało   zasugerowane   w   tekście, 
zastanowić się nad tym, dlaczego nadawca wyraził to, co zapewne chciał powiedzieć w taki 
właśnie sposób i na tej podstawie skonstruować swoją bazę wypowiedzi (która jego zdaniem 
pokrywać się będzie z bazą wypowiedzi nadawcy). Wielu zwykłych odbiorców w typowych 
sytuacjach komunikacyjnych na tym kończy swoją analizę, zadowalając się niskim poziomem 
stałości sensu.  
Tłumacz jednak musi drążyć dalej: na podstawie swojej znajomości innych 
tekstów, na podstawie swojej znajomości kultury języka wyjściowego, wiedzy fachowej na 
temat   opisywanych   faktów,   znajomości   strategii   komunikacyjnych   stosowanych   przez 
różnych  nadawców  w  różnych  sytuacjach  tłumacz  stara  się zrekonstruować  możliwie  jak 
największą część bazy kognitywnej nadawcy tekstu, usiłuje postawić się w roli pierwotnych 
odbiorców tego tekstu i ocenić ich zakres zrozumienia tekstu, próbuje wreszcie oszacować 
miejsce   analizowanego   tekstu   na   mapie   znanych   mu   tekstów   w   języku   wyjściowym. 
Oczywiście wszystkie te operacje nie są procesem liniowym. Prędzej można by je porównać 
do spirali i to spirali w wielu miejscach zapętlonej: tłumacz musi niejednokrotnie wracać do 
niższych   poziomów   analizy,   na   przykład   wnioski   co   do   niewidocznych   przy   pierwszym 
czytaniu   intencji   autora   zmuszają   go   czasem   do   ponownego   przeanalizowania   pewnych 
struktur   powierzchniowych,   sprawdzenia,   dlaczego   pewne   ramy   czasownikowe   zostały 
zrealizowane w ten a nie inny sposób, dlaczego w pewnych scenariuszach brakuje tych a nie 
innych elementów itd. 

Gdy tłumacz jest już z grubsza zadowolony ze swojej analizy tekstu wyjściowego, 

przystępuje   do   tworzenia   tekstu   przekładu.   W   tym   celu   wyobraża   sobie   przyszłych 
czytelników tego przekładu, stara się oszacować miejsce przewidywanego w najogólniejszym 

29

background image

zarysie tekstu przekładu na mapie tekstów w języku docelowym, porównuje przewidywane 
rozumienie tekstu z tym, jakie zapewne było udziałem czytelników oryginału i miejsca obu 
tekstów   na   obu   wymienionych   mapach.   Znowu   warto   poczynić   tu   zastrzeżenie   co   do 
chronologii wydarzeń. Próby tworzenia tekstu przekładu nie muszą następować po wszystkich 
opisanych powyżej analizach znaczenia oryginału. Obie te fazy procesu przekładu mogą na 
siebie nachodzić, pewne elementy tekstu mogą zostać przełożone – na papierze lub tylko w 
głowie tłumacza – już w trakcie pierwszego czytania. W gruncie rzeczy zawodowi tłumacze 
cierpią nawet na pewne „skrzywienie zawodowe”: czytając tekst w języku obcym, chcąc nie 
chcąc zastanawiają się nad tym, jak go przetłumaczyć, które elementy będą w tłumaczeniu 
bardziej kłopotliwe od innych itp. Czytając tekst będący przekładem często próbują zgadnąć, 
jak wyglądał  dany fragment  oryginału,  a czasem nawet  bez porównywania  z  oryginałem 
dostrzegają błędy przekładowe. Zatem niniejszy opis procesu tłumaczenia należy rozumieć 
jako   pewną   idealizację:   staramy   się   uporządkować   to,   co   w   rzeczywistości   tak 
uporządkowane nie jest, żeby móc przedstawić w miarę jasny opis całego procesu.

Ustalając   miejsce   tłumaczonego   tekstu   na   mapie   tekstów   języka   docelowego   i 

szacując   przyszłego   czytelnika   przekładu,   tłumacz   buduje   jednocześnie   pewien   model 
swojego tłumaczenia, który obejmuje model świata przedstawionego w tekście, modalność 
tego   tekstu,   a   zatem   również   hierarchię   ważności   różnych   elementów   tłumaczenia.   Ten 
ogólny model przekładu będzie służył  tłumaczowi za drogowskaz, decydując o wyborach 
podejmowanych w konkretnych miejscach, o kompromisach między tym, co pożądane a tym 
co możliwe, o wyborze mniejszego zła. Każdy tekst przekładu, podobnie jak każdy inny tekst 
(każdą naszą wypowiedź poprzedza kalkulacja dotycząca jej skuteczności), powstaje najpierw 
jedynie hipotetycznie – na próbę, albo w głowie tłumacza, albo na papierze czy na ekranie 
komputera. Taki próbny tekst jest następnie oceniany z punktu widzenia przewidywanego 
odbiorcy:  tłumacz próbuje wyobrazić sobie, jak dany fragment zostanie zrozumiany przez 
projektowanego odbiorcę. Jeśli efekt nie jest zadowalający – przewidywana interpretacja nie 
zgadza się z modelem przekładu tłumacza – następuje jego rewizja. 

Właśnie dlatego tłumaczenie jest zadaniem tak trudnym. Proces tłumaczenia opiera się 

na   wielu   hipotezach,   wyobrażeniach,   przypuszczeniach.   Niemal   nic   nie   jest   w   nim 
stuprocentowo pewne. Tłumacz musi odgadnąć, co chciał powiedzieć autor tekstu, wyobrazić 
sobie, jak to zostało zrozumiane przez odbiorców oryginału, a następnie napisać taki tekst w 
drugim   języku,   który   zapewne   pozwoli   jego   odbiorcom   (których   musi   przewidzieć)   na 
interpretację jak najbardziej zbliżoną do interpretacji odbiorców oryginału. Dlatego tłumacz 
musi   być   wyposażony   nie   tylko   w   sprawności   językowe,   ale   przede   wszystkim   w 
ponadprzeciętne sprawności komunikacyjne, których głównym elementem jest stawianie się 
w roli innych ludzi i wysiłek w poszukiwaniu sensu. 

Nie należy jednak sądzić, że tłumaczenie w związku z tym przypomina wróżenie z 

fusów. Tłumacz nie jest w swojej działalności zupełnie bezbronny i pozbawiony pomocy. 
Główną   jego   siłą   są   (w   przypadku   tłumacza   profesjonalnego)   własne   wieloletnie 
doświadczenia tłumaczeniowe i wielowiekowe doświadczenia przekładowe całej ludzkości. 

W tym  miejscu jeszcze raz chciałbym  przypomnieć, że powyższy opis jest pewną 

idealizacją.   Nie   zamierzam   twierdzić,   że   każdy   przypadek   tłumaczenia   będzie   wyglądał 
dokładnie tak, jak to zostało opisane. W gruncie rzeczy sugerowaliśmy już nawet, że możliwe 
są   inne   drogi.   Zanim   nastąpi   poważniejsza,   głębsza   analiza,   mogą   już   powstać   pewne 
fragmenty   przekładu   w   wyniku   procedury,   którą   w   tej   książce   nazywamy   tłumaczeniem 
syntagmatycznym – terminy mogą być zastąpione ich ekwiwalentami w języku docelowym, 
pewne stereotypowe zwroty i typowe struktury zdaniowe mogą zostać zrealizowane w języku 
docelowym za pomocą wyuczonych odpowiedników. W przypadku tekstów stereotypowych, 
opartych na powtarzających się konwencjonalnych formułach taka procedura tłumaczeniowa 
może nawet dominować, a w wyniku jej zastosowania mogą powstawać zupełnie poprawne 

30

background image

tłumaczenia (czego przykładem są teksty meteorologiczne tłumaczone przez komputer). Do 
procedury tej tłumacz odwołuje się także w przypadkach skrajnych – kiedy nie może dokonać 
dalszej analizy tekstu, kiedy brakuje mu czasu i pomocy. W takiej właśnie sytuacji powstał 
prezentowany wyżej wariant A przekładu tekstu o praniu (rozdział 1), który w niniejszym 
modelu procesu tłumaczenia nazwalibyśmy tłumaczeniem syntagmatycznym (z odwołaniem 
do poziomu ram czasownikowych).

Nie   sądzę   też,   żeby   wprawny   tłumacz   tekstu   specjalistycznego   musiał   spędzać 

wyjątkowo   dużo   czasu   na   ustalaniu   miejsca   tłumaczonego   tekstu   na   mapie   wszystkich 
znanych mu tekstów języka docelowego, czy na przewidywaniu predyspozycji psychicznych 
odbiorców tłumaczenia. Myślę, że w takich przypadkach te elementy procesu przekładu są w 
dużej   mierze   zautomatyzowane   i   ograniczone   do   utwierdzenia   się   w   przekonaniu,   że 
odbiorcami tekstu będą, jak zwykle, fachowcy z tej dziedziny i że tekst po przełożeniu będzie 
dla tych fachowców zrozumiały. Twierdzę natomiast, że w tej czy w innej postaci wszystkie 
opisane wyżej  elementy procesu tłumaczenia  będą obecne  w ogromnej  większości aktów 
przekładu dokonywanych przez profesjonalnych tłumaczy.

Konsekwencją przedstawionego tu modelu procesu tłumaczenia są pewne uściślenia 

pojęcia ekwiwalencji, które musimy teraz poczynić. O ekwiwalencji można mówić jedynie na 
poziomie interpretacji tekstu w umysłach odbiorców oryginału i odbiorców przekładu. Jeśli 
używamy   sformułowań   typu   „te   teksty   (lub   te   fragmenty   tekstu)   są   ekwiwalentne”,   to 
dokonujemy daleko posuniętego skrótu myślowego.: chcemy w ten sposób powiedzieć, że – 
naszym zdaniem lub na podstawie badań pewnych grup odbiorców – dany tekst oryginału i 
jego   przekład   wywołują   podobne   interpretacje   w   umysłach   swoich   odbiorców,   a   zatem 
skłaniają ich do odtworzenia stosunkowo podobnych ram czasownikowych, scen, scenariuszy 
składających   się   na   bazę   całej   wypowiedzi,   do   zbudowania   podobnego   modelu   świata 
przedstawionego   w   tekście,   odwołania   się   do   podobnych   elementów   wiedzy   o   świecie, 
podobnego   odczytania   modalności   tekstu.   Powtórzmy,   mamy   na   myśli   stosunkowe 
podobieństwo, a zatem stwierdzamy, że interpretacje nie odbiegają od siebie zbyt daleko, a 
jeszcze   częściej   sugerujemy   w   ten   sposób,   że   inne   rozwiązania   tłumaczeniowe,   jakie 
przychodzą nam do głowy, byłyby gorsze, a w każdym razie nie lepsze. Tylko tyle i aż tyle, 
bo   przecież   każdy   krytyk   tłumaczenia   powinien   mieć   pojęcie   o   możliwościach   i 
ograniczeniach   przekładu,   powinien   mieć   doświadczenie   w   porównywaniu   przekładów   z 
oryginałami, wiedzę o typie tekstu, jaki podlega ocenie, obu językach, obu kulturach itd.

Wielokrotnie już podkreślaliśmy, że tworząc tekst przekładu, tłumacz – świadomie lub 

nieświadomie   –   musi   wziąć   pod   uwagę   adresata/adresatów   tego   tekstu.   Piszemy   „musi”, 
ponieważ zakładamy, że żaden tekst, któremu przyświecają cele komunikacyjne, nie może 
powstać bez jakiegoś obrazu odbiorcy. W przypadku profesjonalnego tłumaczenia tekstów 
prasowych   i   literackich,   którymi   ilustrujemy   nasze   rozważania,   reprezentacja   odbiorcy 
decyduje o ostatecznym kształcie przekładu, choć sam odbiorca nie jest tłumaczowi znany z 
imienia   i   nazwiska.   Jak   zatem   może   wyglądać   przewidywany   przez   tłumacza   odbiorca 
przekładu?

Zdaniem H.J. Vermeera, ponieważ ludzie różnią się od siebie znacznie poziomem 

inteligencji i wykształcenia, tłumacz musi kierować swój przekład do pewnej ograniczonej 
grupy odbiorców. Uważa on, że tłumacz często przyjmuje za punkt odniesienia swój własny 
poziom (tak jak sam go ocenia), innymi słowy, tłumacz zakłada, że „odbiorcy są (niemal) tak 
inteligentni”   jak   on   sam   (Vermeer   1989/2000:   227).   Vermeer   dodaje,   ze   potencjalnych 
odbiorców  przekładu  należałoby interpretować  nie  jako określoną  grupę, lecz  raczej  jako 
pewien typ (Vermeer 1989/2000: 227).

31

background image

Problem reprezentacji  odbiorcy w procesie przekładu  został  potraktowany bardziej 

szczegółowo   przez   J.  Brzozowskiego   (2001).  Brzozowski  przytacza   określenia   stosowane 
przez   licznych   autorów,   takie   jak  czytelnik   wirtualny,   czytelnik   implikowany,   czytelnik  
modelowy,  
  po czym sam – w przypadku tłumaczenia – opowiada się za sformułowaniem 
czytelnik projektowany, ponieważ jego zdaniem „tłumacz zwykle bardziej aktywnie, bardziej 
świadomie kreuje obraz swojego czytelnika” (Brzozowski 2001: 61). Brzozowski cytuje L. 
Hewsona, który twierdzi, że tłumacz ma przed oczami:

Z jednej strony obraz czytelnika „minimalnego”, któremu trzeba wszystko wyjaśnić; z drugiej 
strony obraz czytelnika-eksploratora, zdolnego posunąć się bardzo daleko w procesie lektury 
obcojęzycznego tekstu (Hewson 1995: 156 cyt. Za Brzozowski 2001: 62).

Krytykując Hewsona za to, że sprowadza cały problem czytelnika projektowanego do 

ilości dostarczonych czytelnikowi informacji natury kulturowej, Brzozowski – jak się wydaje 
– przyjmuje jednak w dalszych rozważaniach dwubiegunową koncepcję tego autora (zob. np. 
2001:   65).   Brzozowski   dodaje   też   ciekawe   spostrzeżenie   na   temat   możliwej   interferencji 
obrazu   czytelnika   i   redaktora,   „łącznie   z   możliwymi   bezpośrednimi   naciskami”   tego 
ostatniego (Brzozowski 2001: 62).

Sądzę,   że   dwubiegunowa   koncepcja   czytelnika   projektowanego   dobrze   pasuje   do 

przedstawionych w niniejszej książce założeń teoretycznych. Można przyjąć, że profesjonalny 
tłumacz   tekstów   prasowych   i   literackich   weźmie   pod   uwagę   przy   projektowaniu   decyzji 
przekładowych   zarówno   czytelnika   minimalnego,   jak   i  eksploratora.  Oczywiście   w 
przypadku   popularnych   tekstów   prasowych   (i   zapewne   popularnej   literatury)   przeważać 
będzie   reprezentacja   czytelnika   minimalnego,   rozumianego   jako   najmniej   wyrobionego   i 
wykształconego spośród tych, którzy – zdaniem tłumacza – mogą sięgnąć po daną lekturę. 
Nie oznacza to jednak, że przekładając takie teksty tłumacz może przestać przejmować się 
drugim biegunem czytelniczego spektrum. Po pierwsze, po popularny artykuł prasowy czy 
popularną   powieść   sięgnąć   może   również   czytelnik   bardzo   wyrobiony,   znający   język 
oryginału   i   kulturę   wyjściową,   a   po   drugie,   należy   pamiętać   o   wspomnianym   wyżej 
zastrzeżeniu Brzozowskiego na temat  interferencji  obrazu czytelnika i redaktora. Tłumacz 
zawsze   jest   na   cenzurowanym   –   w   normalnych   warunkach   (tj.   w   porządnych 
wydawnictwach) tekst przekładu będzie uważnie czytany przez redaktora, który z reguły jest 
polonistą, tj. specjalistą w dziedzinie języka docelowego, a często też zna język wyjściowy, 
może   więc   również   wychwycić   błędy   w   zakresie   ekwiwalencji.   Przyjmiemy   zatem,   że 
reprezentacja   odbiorcy,   jaką   posługuje   się   profesjonalny   tłumacz,   składa   się   zawsze   z 
pewnego kontinuum czytelników, którego wyrazistymi biegunami są czytelnik minimalny, nie 
znający języka wyjściowego, niezbyt wyrobiony i słabo wykształcony i czytelnik-eksplorator, 
dodatkowo   wyposażony   w   cechy   złośliwego   redaktora   lub   krytyka   z   upodobaniem 
wychwytującego wszelkie potknięcia tłumacza. 

W   sytuacji   szkoleniowej   niezwykle   trudno   jest   uzmysłowić   przyszłym   tłumaczom 

wagę tego problemu – identyfikowania się z hipotetycznym  odbiorcą przekładu w trakcie 
tłumaczenia.   Wynika   to   ze   sztuczności   warunków   nauczania.   Studenci   automatycznie 
przyjmują, że tłumaczą dla prowadzącego zajęcia – przecież nikt poza nim nie będzie czytał 
ich tłumaczeń, a co za tym idzie, nieświadomie zakładają znajomość oryginału przez odbiorcę 
tekstu. Aby uświadomić im znaczenie tego elementu procesu tłumaczenia, często zaczynałem 
kurs od tłumaczenia tekstu zawierającego elementy, których poprawny przekład wyjątkowo 
wyraźnie zależy od wyobrażenia sobie sytuacji odbiorcy. Przykładem takiego tekstu może 
być  Putting   Kitty’s   Typing   on   Pause,  w   którym   opisywany   jest   program   komputerowy 
reagujący na… kota spacerującego po klawiaturze komputera. W tekście podana jest nazwa 
programu –  PawSense –  strona internetowa, na której można go znaleźć, opisane jest też 

32

background image

działanie   programu,   który   rozpoznaje   „kocie   pisanie”   i   blokuje   klawiaturę   –   aby   ją 
odblokować, trzeba wpisać słowo „human”. Wielu studentów z rozpędu próbuje tłumaczyć 
nazwę PawSense i zastępuje słowo „human” polskim odpowiednikiem „człowiek”. W takich 
przypadkach   polecam   studentom,   postawić   się   w   roli   różnych   możliwych   odbiorców   ich 
przekładu. Co będzie, jeśli któryś z czytelników zechce nabyć ów program? Jeśli nie podamy 
mu   oryginalnej   nazwy  PawSense,  to   przecież   nie   znajdzie   programu   w   Internecie. 
Przypuśćmy jednak, że udało mu się go kupić. Po klawiaturze spaceruje kot, program blokuje 
klawiaturę, biedny użytkownik wpisuje hasło „człowiek” i… nic. Wszak prawdziwym hasłem 
jest wyraz „human”! Zauważyłem, że po takiej lekcji studenci zaczynają zastanawiać się nad 
tym, do kogo może być adresowany dany tekst, a czasem nawet próbują stawiać się w sytuacji 
odbiorcy swojego tłumaczenia.

Do   roli   czytelnika   projektowanego   w   procesie   przekładu   wracamy   oczywiście 

wielokrotnie w trakcie kursu tłumaczenia pisemnego, niemal przy każdym tłumaczeniu, ale 
kolejnym tekstem dołączonym do korpusu tekstów przekładowych specjalnie pod tym kątem 
jest  Prison   Tales.  Pojawiał   się   na   nieco   późniejszym   etapie   kursu,   ponieważ   problem 
tłumaczeniowy, jaki trzeba rozwikłać w trakcie jego przekładu jest znacznie bardziej złożony. 
Jak   zwykle   proszę   studentów   o   przetłumaczenie   tego   tekstu,   a   dopiero   potem   zadaję   im 
pytanie, czy są w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której rzeczywiście ktoś zamawia u nich 
tłumaczenie   takiego   tekstu.   Problem   polega   na   tym,   że  Prison   Tales  to   krótki   tekst   z 
Newsweeka,  który pojawił się po śmierci Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Oczywiście nie 
mógłby on spełniać roli wspomnienia o pisarzu w polskiej prasie: jest na to zbyt krótki i 
ogólnikowy, zawiera informacje polskiemu czytelnikowi zbędne, a ponadto jego konstrukcja 
zupełnie nie przypomina polskich tekstów tego typu (wspomnienia o wybitnych ludziach w 
polskiej prasie zaczynają się zwykle od informacji o śmierci, a potem przedstawiają życiorys 
zmarłego). Zatem żeby uzasadnić potrzebę tłumaczenia tego akurat tekstu, trzeba wymyślić 
sytuację dość niezwykłą, na przykład wyobrazić sobie, że jakaś polska gazeta postanowiła 
pokazać   swoim   czytelnikom,   co   pisano   w   różnych   krajach   świata   po   śmierci   wybitnego 
polskiego pisarza. Byłaby to zatem sytuacja opisywana przez J. Mouse (1977) jako „over 
translation” – tłumaczenie, które nie próbuje udawać tekstu powstałego w języku docelowym, 
ale   od   razu   manifestuje   swoją   przekładowość   (podobną   koncepcję   –   pod   inną   nazwą   – 
przedstawił   też   J.   Levy   1963).   Warto   zauważyć,   że   jest   to   sytuacja   niezwykle   rzadka, 
związana z faktem, że tłumaczymy z angielskiego na polski tekst o Polaku. Szczerze mówiąc, 
tylko w przypadku tego tekstu – celowo zresztą wybranego do korpusu tekstów jako przykład 
dość ekstremalnej sytuacji przekładowej – widzę potrzebę zapoznania moich studentów z 
koncepcją skoposu (zob. rozdział 3) i koncepcją „overt” i „covert translation”. 

Dla zilustrowania powyższych rozważań dotyczących komunikacji językowej w ogóle 

i tłumaczenia w szczególności przeanalizujmy przykładowy tekst prasowy używany przeze 
mnie na zajęciach z tłumaczenia:

The Mouse That Roared

At works by 17

th

-century masters. Castles. Country estates and 430.000 acres of prime 

real   estate.   These   are   among   the   treasures   confiscated   by   German   forces   occupying 
Czechoslovakia during World War II. Berlin wants to return them to their rightful owners, the 
Czechs, as war reparations. But there’s one (very) small hitch: Liechtenstein, that eyeblink on 
the autobahn,  haven for dodgy dollars  and old European  nobility.  Many of the  assets  in 
question were owned by its citizens – and the tiny kingdom wants the wealth back.

No way, a German court declared three years ago. The properties are most definitely 

German , it ruled, because Liechtensteiners living in the Czech lands of yore were “ethnic 

33

background image

Germans”. Oh, the Sturm und Drang that has occasioned. Last week Liechtenstein filed suit 
against Germany in the International Court of Justice in The Hague claiming its “sovereignty” 
has   been   violated   and   demanding   compensation,   if   not   the   contested   assets   themselves. 
Liechtenstein has mustered all its big guns for the fray. Its foreign minister came to The 
Hague armed with four of Europe’s most expensive lawyers. Even its head of state, Prince 
Hans-Adam II, has girded his loins for battle – after discovering one of his family’s  lost 
paintings in Cologne. The case has taken 50 years to come about. No doubt it will take that 
many more to resolve.

Zrozumienie   powyższego   tekstu   (krótkiego   tekstu   prasowego   na   temat   sporu 
międzynarodowego) wymaga rozszyfrowania następujących elementów:

1. Schemat fabularny

N zabrał C ogromne bogactwa. Teraz chce je zwrócić (wyszlachetniał?). Ale wtrąca 

się L i twierdzi, że też ma prawa do (części) bogactw. Przedstawiciel N odmawia L praw do 
bogactw i uzasadnia (because the Liechtensteiners living in the Czech lands of yore were 
„ethnic Germans”). Decyzja I jej uzasadnienie wywołują gwałtowną reakcję L. L skarży N do 
sądu, stawia konkretne żądania I przygotowuje się do walki o ich realizację – reprezentować 
go   będą   “foreign   ministers   +   4   lawyers”   oraz   “head   of   state”   )ma   dodatkowy   powód 
rodzinny).

K o m e n t a r z 

Tekst odwołuje się do paru znanych scenariuszy – m.in. scenariusza wojny, okupacji i 

problemów   powojennych,   scenariusza   sporów   międzynarodowych,   scenariusza   procesu 
sądowego – a także paru znanych schematów: ludzie pragną bogactw i zwykle są skłonni o 
nie walczyć, państwa zachowują się jak ludzie, mały człowiek często robi dużo szumu (tak 
jak mały piesek najgłośniej szczeka).

Większość czytelników (zarówno anglo-, jak i polskojęzycznych) wie, że okupanci 

nierzadko przywłaszczają sobie dobra w okupowanym kraju, część z nich wywożą, wycofując 
się   z   tego   kraju.   Zdarza   się   czasem,   że   pokonany   okupant   zmuszony   jest   do   zapłacenia 
reparacji   i/lub   zwrotu   zagrabionych   dóbr.   W   skomplikowanej   historii   Europy   Środkowej 
ustalenie praw własności jest często zadaniem bardzo trudnym. 

Sądy   uciekają   się   czasem   do   dość   zawiłych   konstrukcji   logicznych,   by   uzasadnić 

swoje wyroki. Sprawy, w których stronami są państwa, bywają rozpatrywane przez trybunały 
międzynarodowe. Nie jest obojętne, kto będzie reprezentował stronę przed sądem – im lepszy 
prawnik, tym większa szansa wygranej, ale dobrzy prawnicy są zwykle drodzy.

2. Wiedza o świecie

Oprócz   znajomości   powyższych   schematów   i   scenariuszy,   do   zrozumienia   tekstu 

potrzebne są bardziej konkretne elementy wiedzy o świecie:
The Mouse that Roared to tytuł filmu brytyjskiego z 1959 r., zabawnej komedii o Wielkim 

księstwie Fenwick, które wypowiedziało wojnę Stanom Zjednoczonym. Film ten był 
wyświetlany w polskich kinach pod tytułem Mysz, która ryknęła.

Dzieła XVII-wiecznych mistrzów są bardzo cenne.
Akr to miara powierzchni używana w krajach anglosaskich; 1 akr = 0,405 hektara.
W   czasie   II   wojny   światowej   Niemcy   okupowały   Czechosłowację;   obecnie   nie   ma   już 

Czechosłowacji   –   w   tekście   mowa   o   Czechach,   bo   większość   zagrabionych   dóbr 
pochodziła stamtąd (Słowacja przez pewien czas współpracowała z Niemcami).

Berlin to stolica Niemiec; tu w znaczeniu „władze Niemiec”.
Liechtenstein – księstwo w Europie, język urzędowy – niemiecki.

34

background image

Niektórzy obywatele  Liechtensteinu  (lub ich przodkowie) mieszkali  niegdyś  w Czechach; 

chodzi  tu prawdopodobnie  o rody arystokratyczne,  które zapewne  posiadały  spore 
bogactwa.

Sturm und Drang – „nurt w literaturze niemieckiej od poł. Lat 70. do drugiej poł. Lat 80.

XVIII  wieku;  kształtował   się  w   opozycji   do  etyki   protestanckiego  mieszczaństwa, 
racjonalizmu oświecenia i francuskiego klasycyzmu; odegrał tę samą rolę co przełom 
romantyczny w innych krajach (NLPWN)

The Hague – Haga.
Cologne – Kolonia.
The International Court of Justice in The Hague – po polsku Międzynarodowy Trybunał 

Sprawiedliwości   w   Hadze,   “organ   sądowy   ONZ   rozstrzygający   spory   między 
państwami…” (NLPWN).

Sovereignty   –   suwerenność   “niezależność   państwa   od   wszelkiej   władzy   w   stosunkach   z 

innymi  państwami  I organizacjami  międzynarodowymi  […] oraz samodzielność  w 
regulowaniu spraw wewnętrznych…” (NLPWN).

3. Struktura tekstu

Wyliczenie   elementów,   które   na   pierwszy   rzut   oka   łączy   tylko   to,   że   są   cenne. 

Wyjaśnienie, dlaczego zostały wyliczone: łączy je jeszcze to, co się z nimi stało w przeszłości 
(„these are”), i to, co chcą z nimi zrobić Niemcy teraz („them”. Przeszkoda („but there’s”), 
dwukropek i nazwa przeszkody:  Liechtenstein.  Charakterystyka  Liechtensteinu  („that…”). 
Dlaczego   się   sprzeciwia   (odbiorca   oczekuje   wyjaśnienia;   z   pierwszą   częścią   tekstu 
wyjaśnienie to łączy „many of the assets in question” i ewentualnie „the wealth”). Decyzja 
niemieckiego  sądu (skoro mieliśmy już propozycję Niemiec  i sprzeciw  Liechtensteinu,  to 
teraz spodziewamy się reakcji Niemiec) – przy okazji dowiadujemy się, że sprawa ciągnie się 
już co najmniej od trzech lat – i uzasadnienie DECYZJI. REAKCJA Liechtensteinu (znowu 
połączona   z   poprzednimi   elementami   raczej   na   zasadzie   oczekiwań   odbiorcy   i   jego 
znajomości struktury typu: „ktoś powiedział coś kontrowersyjnego – ale się rozpętała burza!”) 
– uzasadnienie i uszczegółowienie reakcji (okazuje się, że „Sturm und Drang oznacza w tym 
wypadku   „filing   suit”,   „claiming   that…”   i   „demanding   something”).   Osoby   po   stronie 
Liechtensteinu, które będą się angażować w spór (wprowadzone idiomem z „its big guns” 
połączone  z  poprzednimi   dwoma   zdaniami   za  pomocą  „the  fray”   – przedimek   określony 
oznaczający informację daną oraz metaforyczne określenie konfliktu). Wyjaśnienie motywów 
księcia   (myślnik   i   „after”.   Zdanie   podsumowujące   („the   case”   najprawdopodobniej   nie 
dotyczy   sprawy   sądowej,   lecz   całego   opisanego   konfliktu).   Przewidywania   autora   co   do 
rozwiązania problemu („it” odnosi się do „the case” z poprzedniego zdania).

K o m e n t a r z

Tekst zaczyna się od wyliczenia bogactw, bo ludzie lubią czytać o bogactwach. Nie 

można jednak zbyt długo zwlekać z wyjaśnieniem, o jakie bogactwa chodzi i dlaczego się o 
nich pisze, bo czytelnik się zniechęci. Dalej następuje opis wydarzeń (ułożony na zasadzie 
„akcja – reakcja”), przerywany krótkimi uzasadnieniami i wyjaśnieniami. Autor w krótki i 
lekki sposób wyjaśnia, co to jest Liechtenstein, bo obawia się, że nie wszyscy czytelnicy 
wiedzą (natomiast dłuższe i poważniejsze wyjaśnienia mogłyby ich znudzić). Historia kończy 
się w punkcie kulminacyjnym – dalszy przebieg konfliktu nie jest jeszcze znany, więc autor 
wyraża swoje przypuszczenia.

4. Środki stylistyczne
* Aluzja do filmu The Mouse that Roared – mrugnięcie okiem do tych, którzy film widzieli, a 
dla tych, którzy go nie znają, dość przejrzysta metafora (mysz symbolizuje coś malutkiego, 

35

background image

słabego i nieważnego, ryk przystoi raczej lwu); jednocześnie element komiczny: myszy nie 
ryczą.
*   Wyliczanka   na   początku   –   równoważniki   zdań,   które   mają   pokazać   ogrom   bogactw   i 
zaintrygować czytelnika.
*   Metafora:   „that   eyeblink   on   the   autobahn”;   autor   żartobliwie   sugeruje,   że   przez 
Liechtenstein  można  przejechać  autostradą w  czasie potrzebnym  do mrugnięcia  okiem (a 
zatem w ogóle go nie zauważyć); „eyeblink” nawiązuje do idiomu „In the blink o an eye” – 
bardzo   szybko;   wyraz   „autobahn”   zamiast   „highway”,   bo   Liechtenstein   jest   krajem 
niemieckojęzycznym.
* „One (very) small hitch” – idiom, uzupełniony o słówko „very” w nawiasie, ma podkreślać 
znikome rozmiary księstwa.
* Inne idiomy: „haven [bezpieczna przystań, wymarzone miejsce; tu użyte ironicznie) for”, 
„Sturm   und   Drang”   (w   omawianym   tekście   sformułowanie   to   nie   ma   nic   wspólnego   z 
niemieckim nurtem literackim, a oznacza tyle, co „burza, zamieszanie” i zostało wybrane m. 
In. Dlatego, że mowa tu o dwóch państwach niemieckojęzycznych; „mustered all its big guns 
for  the  fray”,   „armed  with”,   „girded  his  loins  for  battle”   – te   trzy  idiomy  nawiązują  do 
metafory   „spór   to   wojna”   (zob.   Lakoff   i   Johnson   1980);   w   kontekście   nierównych   sił 
przeciwników mają dodawać tekstowi żartobliwości; idiom „girded his loins for battle” brzmi 
ponadto nieco archaicznie (zob. też podrozdział o tłumaczeniu idiomów w rozdziale 6).
* Epitety:
„dodgy dollars” – podejrzane dolary, sugeruje, że księstwo nie cieszy się najlepszą opinią;
„Tiny Kingom” – kontrast pomiędzy poważnym słowem „Kingom” a wyrazem „tiny”;
„”most expensive lawyers” – drodzy prawnicy są zwykle dobrzy, można więc się spodziewać 

długiego procesu;

„prime real estate” – podkreśla wartość posiadłości;
„rightful owners” – autor z góry wyklucza prawa kogokolwiek innego do wymienionych  

dóbr;

* Zdanie – „Oh the Sturm und Drang that has occasioned” jest wysoce nacechowane – typowe 
byłoby   tu   zdanie   składające   się   z   podmiotu,   orzeczenia   i   dopełnienia,   na   przykład   jakiś 
odpowiednik  polskiego “decyzja  sądu wywołała  burzę”;  zamiast  tego  autor posługuje  się 
równoważnikiem   zdania   składającym   się   z   rozbudowanej   grupy   rzeczownikowej; 
charakterystyczne  jest też użycie  wykrzyknika „oh”, wyszukanego  wyrażenia „Sturm und 
Drang” i dość rzadko używanego czasownika „occasion” – wszystko to ma wyrażać ironiczny 
stosunek autora do opisywanej sprawy.

5. Modalność tekstu (nastawienia autora)

Dominującą   nutą   jest   ironia,   zwłaszcza   w   odniesieniu   do   Liechtensteinu:   autor 

podkreśla jego niezwykle małe rozmiary, anachronizm („haven for old European nobility”, 
„even   its   head   of   state,   prince   Hans-Adam   II”),   podejrzaną   reputację   („haven   for   dodgy 
dollars”), kontrast między „znikomością” państwa i jego anachronizmem a pełna oburzenia, 
gwałtowną reakcją – paralele z Wielkim Księstwem Fenwick z komedii filmowej („Mouse 
that roared”, „Oh the Sturm und Drang that has occasioned”, „has mustered all its big guns for 
the fray”, „armed with four lawyers”, „girded his loins battle”). Autor bierze też w cudzysłów 
wyraz „Sovereignty” sugerując jakby, że tak mały kraj nie powinien używać tak poważnych 
wyrazów,   ewentualnie,   że   w   przypadku   tak   małego   kraju   nie   można   naprawdę   mówić   o 
suwerenności.

Autor p0okpiwa również z wyroku  sądu niemieckiego, używając najpierw zamiast 

oficjalnego sformułowania wyroku potocznego „no way”, zdecydowanie nie pasującego do 
powagi sądu, a następnie nieco archaicznego wyrażenia „of yore” w uzasadnieniu wyroku.

36

background image

W   ostatnich   zdaniach  zaznacza   się  sceptycyzm  autora  co  do  możliwości   rychłego 

rozwiązania sporu.

P r o b l e m y   t ł u m a c z e n i o w e:
1. Tytuł. Tłumacz powinien dotrzeć do źródła tego sformułowania (tytuły anglojęzycznych 
filmów wraz z obsadą, streszczeniem i innymi informacjami można odnaleźć, na przykład w: 
Leonard Maltin’s Movie and Video Guide,  Sygnet 1995), a następnie sprawdzić, pod jakim 
tytułem ten film był wyświetlany w Polsce. Oczywiście można tytuł artykułu przetłumaczyć 
nie wiedząc nic o filmie  – metafora  i tak będzie  przejrzysta  – ale ze względu na to, że 
niektórzy odbiorcy przekładu mogą ten film pamiętać, najlepiej byłoby użyć polskiego tytułu 
filmu: Mysz, która ryknęła, a nie, na przykład: „Mysz, która zaryczała”.
2.   Tekst  The   Mouse   That   Roared  zawiera   kilka   nielogiczności.   Po   pierwsze:   wojska 
niemieckie   mogły   skonfiskować   zamki,   ziemie   i   posiadłości,   ale   nie   bardzo   widzę,   jak 
mogłyby wywieźć je z Czech, w związku z tym trudno przypuszczać, żeby teraz Niemcy 
rzeczywiście mówili o zwracaniu nieruchomości. Zatem z całej efektownej listy do zwracania 
pozostają jedynie „dzieła siedemnastowiecznych mistrzów”. Po drugie, nie można zwracać 
właścicielowi   tego,   co   mu   się   prawnie   należy   i   jednocześnie   twierdzić,   że   jest   to 
odszkodowanie. Po trzecie: Liechtenstein nie jest królestwem lecz księstwem.
3. Niewielu Polaków wie, jak przeliczać akry na obowiązujące w Polsce miary powierzchni. 
W związku z tym „430,000 acres” należałoby chyba przeliczyć na hektary. Nie można też 
zapominać, że po polsku przecinków i kropek w liczbach używa się akurat odwrotnie niż po 
angielsku.
4.   Zgrabna   metafora   „eyeblink   on   the   autobahn”   jest   dość   trudna   do   przełożenia   – 
„mrugnięcie  okiem na autostradzie”  jest zdecydowanie,  a mówieniowe  „kraj, przez który 
można  przejechać  autostradą  w  mgnieniu  oka” – długie  i  nieśpieszne.  Lepiej  więc  może 
zrezygnować z oryginalnego obrazu i dowcipu i napisać „ten punkcik na mapie (Europy)”?
5. „…haven for dodgy dollars and old European nobility”.  Po polsku nie można łączyć za 
pomocą “i” tak równych elementów jak dolary i arystokracja, trudno też wymyślić  jeden 
ekwiwalent   słowa   „haven”,   który   pasowałby   zarówno   do   dolarów,   jak   i   do   arystokracji 
(schronienie,   przystań,   raj   dla   dolarów,   nie   brzmią   zbyt   dobrze   –   po   polsku   tego   typu 
wyrazów  używa się raczej w odniesieniu do ludzi); a zatem trzeba będzie zapewne użyć 
dwóch   różnych   rzeczowników   zamiast   jednego   angielskiego   „haven”,   lub   zastąpić 
sformułowanie   „dodgy   dollars”   na   przykład   „podejrzanymi   biznesmenami”.   Ponadto, 
sformułowanie „haven for dodgy dollars” prowokuje niektórych niedoświadczonych tłumaczy 
do   używania   takich   sformułowań,   jak   „brudne   pieniądze”   czy   nawet   „pralnia   brudnych 
dolarów”.   Takie   rozwiązanie   przekładowe   może   być   niezmiernie   niebezpieczne:   pranie 
brudnych   pieniędzy   jest   przestępstwem   w   świetle   prawa   międzynarodowego,   zatem 
niefortunny tłumacz lub jego wydawca – gdyby tłumaczenie ukazało się w prasie – mógłby 
zostać   pozwany   do   sądu   przez   władze   państwa   Liechtenstein.   (o   tym,   jak   wielka   jest 
odpowiedzialność   tłumaczy   za   słowo,   zwłaszcza   w   kwestiach   międzynarodowych, 
przypomnieliśmy   sobie   niedawno   w   związku   z   tłumaczeniem   wypowiedzi   A. 
Kwaśniewskiego:   „byliśmy   zwodzeni”   na   angielskie   „we   were   taken   for   a   ride”.   Trzeba 
przyznać, że tłumacz, który wybrał takie rozwiązanie, wykazał się dużym brakiem wyobraźni 
i odpowiedzialności).
6.   „Sturm   und   Drang”.   Wielu   Polaków   zna   określenie   „Sturm   und   Drang”   (co   prawda 
niektórym  myli  się z „Drang nach Osten”), ale  w tym  akurat tekście  może  to być  tylko 
utrudnieniem. Sformułowanie użyte w tekście nie ma nic wspólnego z literaturą niemiecką, 
lecz tylko w większych słownikach amerykańskich znajdziemy odpowiednie wyjaśnienie: „1. 
a style or movement od German literature of the latter half of the 18 century […] 2. tumult, 
turmoil, upheaval” (RHODE).

37

background image

7. „sovereignty” – ponieważ trudno uznać, by cudzysłów miał oznaczać cytat – pojedyncze 
wyrazy cytuje się tylko wtedy, gdy są one z jakichś powodów niezwykłe czy zaskakujące, 
należy  zatem   uznać,   że  cudzysłów  ma   wyrażać  ironię  autora;   ironia  jest  nieuzasadniona, 
nawet mały kraj może być suwerenny i zasługuje na szacunek.
8. Militarne idiomy: „mustered all its big guns for the fray, armed with lawyers, girded his 
loins for battle” z różnym powodzeniem można tłumaczyć na polski – o ile pierwszy ma 
bardzo podobny ekwiwalent „wytoczyć ciężkie/najcięższe działa”, o tyle drugi jest nie do 
skalkowania,   bo   po   polsku   nie   można   powiedzieć   „uzbrojony   w   prawników”,   a   trzeci 
wymaga poszukania innego rycersko-militarnego idiomu (zob. też podrozdział o tłumaczeniu 
idiomów w rozdziale 6).
9. Użycie „head of state” jako podmiotu i „Prince Hans-Adam II” jako wtrącenie nie powinno 
być kalkowane po polsku, bo wtedy podmiot jest rodzaju żeńskiego, a osoba – męskiego.
10. „Hans-Adam II”. Wprawdzie Nowy Leksykon PWN podaje Hans Adam II (bez dywizu), 
ale polska tradycja nakazywałaby raczej użyć formy Jan Adam II. 

Powyższe omówienie nie wyczerpuje oczywiście wszystkich problemów związanych 

z naszą interpretacją tekstów w ogóle, ani tym bardziej z procesami myślowymi i działaniami 
tłumacza.   Staraliśmy   się   pokazać   tylko   najważniejsze   i   najtrudniejsze   elementy   procesu 
interpretacji,   pominęliśmy   zatem   zupełnie   pierwszy   etap   analizy,   polegający   na 
rozszyfrowaniu struktury zdań tekstu (zarówno tej formalnej, typu: podmiot – orzeczenie – 
dopełnienie, jak i bardziej semantycznej, polegającej na ustaleniu ramy czasownikowej i jej 
zrealizowanych   elementów   –   ról).   Takie   analizy   znaleźć   można   w   wielu   podręcznikach 
gramatyki   opisowej   języka   angielskiego,   przez   tłumacza   wykonywane   są   one   na   ogół 
automatycznie, a zaczynają być problemem dopiero wtedy, gdy mamy do czynienia z tekstem 
wieloznacznym lub bardzo skomplikowanym stylistycznie. Mimo że przedstawiona tu analiza 
jest   niepełna   i   skrótowa,   potrzebowaliśmy   kilku   stron   na   omówienie   krótkiego   tekstu 
gazetowego. To dobrze ilustruje trzy przedstawione uprzednio tezy:

1. teksty   są   tylko   mikroskopijnymi   reprezentacjami   złożonych   rzeczywistości 

mentalnych.

2. Rozumienie tekstów wymaga wiedzy o komunikacji (często nieświadomej), wiedzy o 

świecie i umiejętność wnioskowania – odtwarzania rzeczywistości kryjących się za 
sygnałem, jakim jest tekst;

3. Tłumaczenie nie polega na przekształcaniu tekstu w języku A w tekst w języku B, lecz 

jest   skomplikowaną   operacją   mentalną,   polegającą   na   odtworzeniu   rzeczywistości 
reprezentowanej   przez   tekst   wyjściowy,   a   następnie   sformułowaniu   w   języku   B 
takiego tekstu, który jego     p r a w d o p o d o b n y m     odbiorcom umożliwi 
prawdopodobnie odtworzenie rzeczywistości jak najbardziej  zbliżonej do tej, którą 
p r a w d o p o d o b n i e   udało się odtworzyć odbiorcom tekstu wyjściowego.

Warto   zauważyć,   że   jako   ilustrację   wybraliśmy   dość   jednoznaczny   i   niezbyt 

skomplikowany   tekst   prasowy,   nie   wymagający   wielkiej   wiedzy   fachowej   ani   ogromnej 
wiedzy o świecie, ani zawiłych interpretacji, jakich często wymagają bardziej ambitne utwory 
literackie.

38

background image

5.

Nieprzekładalność kulturowa: „kultura to warowny obóz”

Kto   neguje   przekładalność   dzieła   sztuki,   neguje   eo   ipso   jego   czytelność. 
Czytanie jest bowiem także tłumaczeniem. 

Karl Dedecius

Większość teoretyków  tłumaczenia  jest zgodna co do tego, że istnieją dwa źródła 

praktycznej, względnej nieprzekładalności: różnice kulturowe oraz różnice językowe (zob. np. 
Wojtasiewicz   1957/1992,   Catford   1965).   Najpierw   zajmiemy   się   różnicami   kulturowymi, 
ponieważ wydaje się, że są one przyczyną poważniejszych trudności przekładowych.

Określenie „elementy kulturowe” jest oczywiście pewnym skrótem myślowym – w 

gruncie rzeczy wszystkie elementy typowego tekstu są elementami kulturowymi. Wszak i 
język jest częścią kultury. Chodzi nam tu o takie elementy tekstu, które w sposób szczególny 
łączą   się   z   kulturą   danego   kraju.   Z   tłumaczeniowego   punktu   widzenia   ich   wspólnym 
mianownikiem będzie to, że ich kulturowa specyficzność (fakt, że są charakterystyczne tylko 
dla kultury wyjściowej lub lepiej znane w kulturze wyjściowej) rodzi problemy przekładowe. 
Tak rozumiane elementy kulturowe obejmują większość imion własnych (z wyjątkiem tych, 
które są dobrze znane w kulturze docelowej i jako takie mają swoje uznane ekwiwalenty w 
języku docelowym lub też zostały przez ten język zapożyczone), nazwy i zwroty związane z 
organizacją   życia   w   kraju   kultury   wyjściowej   (np.   z   ustrojem   politycznym,   systemem 
oświaty, służbą zdrowia, prawem itp.), obyczajami i przyzwyczajeniami (takimi jak tradycje 
kulinarne   i   zwyczaje   związane   z   jedzeniem,   święta   i   towarzyszące   im   obrzędy,   sposoby 
witania się i żegnania itd.), cytaty i aluzje mające ścisły związek z literaturą danego kraju 
(obejmującą zarówno znane powieści, dramaty czy wiersze, jak i wierszyki dla dzieci, znane 
piosenki,  przysłowia,  libretta  oper, operetek  i musicali  itd.),  aluzje do historii  kraju i do 
innych sfer kultury, takich jak muzyka, film, malarstwo itd. Ze względu na szeroki zakres 
tych zjawisk nie zdecydowaliśmy się na użycie stosowanego przez niektórych teoretyków i 
praktyków tłumaczenia terminu „realia”, który przede wszystkim kojarzy się z codziennością 
życia w danym kraju.

O.   Wojtasiewicz   nazywa   zastosowanie   takich   elementów   w   tekście   „aluzjami 

erudycyjnymi”, rozumiejąc erudycję jako znajomość pewnych faktów i stwierdza:

Każda aluzja wywołuje zamierzone przez autora skojarzenia tylko u tych odbiorców, 

którzy   ją   rozumieją.   Oczywiście,   w   wypadkach   przekładów   prawdopodobieństwo 
niezrozumienia   aluzji   ogromnie   wzrasta,   gdyż   odbiorcy   przekładu   mają   znacznie   mniej 
„erudycji” niezbędnej do zrozumienia oryginału. Dlatego też tłumacz może na ogół aluzję 
odbiorcom przekładu wyjaśnić, ale nie może jej – w naszym rozumieniu – przetłumaczyć, 
gdyż   jego   sformułowanie   nie   będzie   odpowiednikiem   sformułowania   oryginalnego,   nie 
wywoła   u   odbiorców   przekładu   tych   skojarzeń,   jakie   powstają   u   odbiorców   oryginału. 
(Wojtasiewicz 1957/1992: 77-78).

Innymi   słowy,   w   przypadku   elementów   kulturowych   nie   należy   oczekiwać   u 

odbiorców przekładu podobnej reakcji, gdyż to, co jest dobrze znane i swojskie dla odbiorców 
oryginału,   będzie   obce,   a   czasem   wręcz   egzotyczne   dla   odbiorców   przekładu.   Owa 
nieuchronna różnica w odbiorze sprawia, że niektórzy teoretycy przekładu piszą o „absolutnej 
nieprzekładalności” tekstów mocno nacechowanych kulturowo. I tak T. Bałuk-Ulewiczowa 

39

background image

pisząc   o   przekładzie  Wesela  Wyspiańskiego   na   angielski   twierdzi,   że   to   przedsięwzięcie 
translatorskie  natrafia  na „nieprzekraczalną  barierę”,  która chroni  wszystko  to,  co w  tym 
dramacie  jest absolutnie  nieprzetłumaczalne.  Poza ową barierą znajdują się „wszystkie  te 
elementy dramatu, które nie tylko sprawiają, że jest on tak specyficznie polski, ale również są 
identyfikowane przez polskich widzów jako specyficznie rodzime, specyficznie     n a s z e. 
Zewnętrzni widzowie, obserwujący te elementy spoza granicy, mogą zrozumieć je racjonalnie 
-   tak   jak   udało   się   to   tłumaczowi   w   całym   tekście   poza   błahymi   sześćdziesięcioma 
przypadkami  - ale nigdy nie doświadczą  ich w ten sam sposób, jak rodzima  widownia”. 
(Bałuk-Ulewiczowa 2000: 176-177, tłumaczenie K.H.)

Sądzę,   że   tego   typu   twierdzenia   o   nieprzekładalności   są   wynikiem   nadmiernych   i 

nierealnych oczekiwań. Nikt nie może doświadczać Yeatsa czy Joyce’a w ten sam sposób, co 
rodowici Irlandczycy, a przecież dzieła tych dwóch twórców są tłumaczone na wiele języków 
i czytane przez odbiorców w wielu różnych krajach. . Nikt nie może odbierać muzyki reggae 
tak samo jak Jamajczycy,  a przecież słucha się jej na całym  świecie. Mitu identyczności 
doświadczenia nie można traktować poważnie. Nawet ludzie mieszkający w tym samym kraju 
i wychowani w tej samej kulturze nie mogą reagować w ten sam sposób na te same bodźce. 
Niektórzy Polacy zachwycają się Weselem, innych ono nudzi, a są też pewnie i tacy, którzy 
nie bardzo rozumieją, o co w nim chodzi. Jak podkreślaliśmy już w tej książce, nie może być 
mowy o absolutnym porozumieniu czy o absolutnie skutecznej komunikacji. Kwintesencją 
naszego   sposobu   porozumiewania   się   jest   jego   przybliżony   charakter:   rozumiemy   się   do 
pewnego   stopnia,   lepiej   lub   gorzej,   na   ogół   jednak   w   sposób   wystarczający   dla   naszych 
celów. Podobnie jest z odbiorem przekładów. Zapewne czytelnicy tłumaczenia tekstu mocno 
nacechowanego   kulturowo,   silnie   osadzonego   w   realiach   innej   kultury,   zrozumieją   nieco 
mniej niż odbiorcy oryginału należący do owej kultury, ale z drugiej strony będzie to również 
zależało – w obu wypadkach – od przygotowania tychże odbiorców. Żaden Polak nie rodzi się 
z wiedzą na temat złotych rogów, czapek z piór, chochołów itp. Przeważnie uczymy się o 
znaczeniu tych symboli w szkole, „przerabiając” Wesele – jeśli chodzimy do dobrej szkoły i 
uważamy na lekcjach. Nie można wykluczyć, że np. irlandzki intelektualista zrozumie Wesele 
lepiej niż Polak, który nie interesuje się literaturą i którego akurat zmuszono do pójścia na tę 
sztukę. Jest jeszcze jeden istotny czynnik, o którym zapominają autorzy piszący o absolutnej  
nieprzekładalności  
czy   też   o  efekcie   obcości  w   przekładzie   (Lewicki   2000,   2002).   Jak 
zauważył   E.A.   Nida,   ludzi   charakteryzuje   zdolność   do   dostosowywania   się   do   innych 
wzorców   zachowań.   Posiadamy   coś   w   rodzaju   urządzenia,   za   pomocą   którego   potrafimy 
przeformułować doświadczenie w kategoriach innych systemów konceptualnych (Nida 1964: 
55). Jeśli chcemy, potrafimy identyfikować się z innymi ludźmi i wczuwać się w ich sytuację, 
nawet gdy są to ludzie tak od nas różni jak zbiegli niewolnicy na jamajce na początku XVIII 
wieku, czy chińscy chłopi w wieku XIX.

Dlatego też sądzę, że ogromną większość tekstów napisanych przez ludzi dla ludzi 

można przetłumaczyć, nawet jeśli SA one tak bardzo nacechowane kulturowo jak  Wesele 
Wyspiańskiego   czy  Pan   Tadeusz  Mickiewicza,   czy   też   sienkiewiczowska  Trylogia. 
Oczywiście nie zamierzam twierdzić, że w takich tłumaczeniach nie nastąpią żadne „straty”. 
Straty SA wkalkulowane  w działalność  translatorską,  podobnie zresztą jak w każdy inny 
rodzaj działalności – żyjemy przecież w świecie, w którym panuje prawo entropii. Tłumacz, 
czy też inna osoba decydująca o podjęciu próby przekładu, dokonuje rachunku takich strat 
jeszcze przed przystąpieniem do tłumaczenia i w ogromnej większości przypadków rachunek 
wypada korzystnie.  Tak, warto tłumaczyć.  Trzeba też pamiętać  o zupełnie podstawowym 
czynniku wpływającym na podjęcie decyzji o tłumaczeniu. Tłumacz (a częściej wydawca) 
zadaje sobie pytanie: czy przekład znajdzie czytelników? Jeśli można podejrzewać, że tak, to 
tłumaczone bywają nawet tak nieprzekładalne teksty jak twórczość grupy Monty Pythona.

40

background image

Jak już zostało powiedziane, elementy nacechowane kulturowo stanowią często poważny 

problem tłumaczeniowy. Tłumacze stosują bardzo rózne metody przy rozwiązywaniu takich 
problemów, a teoretycy przekładu próbują owe metody klasyfikować, a także oceniać ich 
przydatność w różnych sytuacjach. Najbardziej znane klasyfikacje metod tłumaczeniowych 
tego typu pochodzą z prac J-P. Vinaya i J. Darbelneta (1958/2000) i P. Newmarka (1988). 
Vinay   i   Darbelnet   nie   piszą  expressis   Derbis,  że   idzie   im   o   tłumaczenia   elementów 
nacechowanych kulturowo, ale uważna analiza ich metod tłumaczeniowych nasuwa wniosek, 
że takie właśnie problemy tłumaczeniowe maja przede wszystkim  na myśli. Wyróżniają trzy 
bezpośrednie metody tłumaczenia – zapożyczenie, kalkę i tłumaczenie dosłowne – oraz cztery 
metody okrężne: transpozycję, modulację, ekwiwalencję i adaptację. Zapożyczenia stosuje się 
zwykle wtedy, gdy w języku docelowym nie znajdujemy ekwiwalentu dla danej jednostki 
tekstu oryginału, ale także dla osiągnięcia efektu stylistycznego. Kalki, będące specyficznym 
rodzajem   zapożyczeń,   polegają   na   dosłownym   przekładzie   elementów   zapożyczanego 
wyrażenia i można je podzielić na  kalki leksykalne  i  kalki strukturalne  (Vinay, Darbelnet 
1958/2000: 85). Definicja tłumaczenia dosłownego przedstawiona przez Vinaya i Darbelneta 
nie jest zbyt precyzyjna: ich zdaniem jest to bezpośrednie przekształcenie tekstu wyjściowego 
w   tekst   docelowy   przy   zachowaniu   reguł   języka   docelowego,   a   zwłaszcza   poprawności 
gramatycznej i idiomatycznej, ale autorzy słusznie zauważają, że tłumaczenie dosłowne jest 
rozwiązaniem dość nietypowym, spotykanym najczęściej w przypadku pokrewnych języków i 
podobnych kultur (1958/2000: 86). Transpozycja polega na zastąpieniu wyrazu z jednej klasy 
wyrazem z innej klasy przy zachowaniu znaczenia wypowiedzi (1958/2000: 88). Modulacja 
to przekształcenie formy wypowiedzi polegające na zmianie punktu widzenia (np. zastąpienie 
zwrotu „nigdy nie wątpił” ekwiwalentem zwrotu „zawsze był pewien”). Zdaniem autorów 
taka   zmiana   jest   uzasadniona,   gdy   tłumaczenie   dosłowne   dałoby   w   efekcie   tekst 
nieidiomatyczny  lub niezręczny (1958/2000: 89). Metoda zwana przez Vinaya i Darbelneta 
ekwiwalencją  to,   używając   bardziej   współczesnej   terminologii,   zastąpienie   frazeologizmu 
tekstu wyjściowego (zwłaszcza utartego zwrotu, idiomu czy przysłowia) jego funkcjonalnym 
ekwiwalentem,   który   stylistycznie   ani   strukturalnie   nie   musi   być   do   niego   podobny 
(1958/2000: 90). Adaptację stosuje się wtedy, gdy sytuacja opisywana w tekście wyjściowym 
nie jest znana w kulturze docelowej – tłumacz tworzy wówczas sytuację, która może być 
uznana za ekwiwalentną  (1958/2000: 90-91). Nazwy dwóch ostatnich metod – z naszego 
dzisiejszego punktu widzenia – nie są zbyt  fortunne, ponieważ  ekwiwalencja  i  adaptacja 
używane są w teorii tłumaczenia w innych znaczeniach.

Newmark   (1981,   1988)   przedstawia   znacznie   bardziej   rozbudowaną   klasyfikację 

technik tłumaczeniowych, które zresztą nazywa „procedurami”. Jego zdaniem najważniejszą 
z   nich   jest   tłumaczenie   dosłowne,   które   powinno   być   stosowane   ilekroć   „zapewnia 
referencyjna   i   pragmatyczną   ekwiwalencję   wobec   oryginału”   (1988:   69).   Inne   procedury 
wymieniane   przez   Newmarka   to:   transferencja,   naturalizacja,   ekwiwalent   kulturowy, 
ekwiwalent   funkcjonalny,   ekwiwalent   opisowy,   synonimia,   kalka,   przesunięcie   czy   też 
transpozycja, modulacja, uznane (oficjalne) tłumaczenie, kompensacja, analiza składnikowa, 
redukcja i rozszerzenie, parafraza, „dublety” tłumaczeniowe, przypisy, dodatki i objaśnienia 
(w tekście) (Newmark 1988: 81-93). Część procedur Newmarka pokrywa się z metodami 
Vinaya   i   Darbelneta   –   tłumaczenie   dosłowne,   transpozycja,   modulacja,   kalka;   także 
transferencja to nic innego jak zapożyczenie. Naturalizacja to dostosowanie zapożyczonego 
słowa do zasad wymowy i pisowni języka docelowego (1988: 82). Dublet tłumaczeniowy to 
zastosowanie dwóch procedur naraz, na przykład zachowanie w tekście przekładu wyrazu z 
oryginału (transferencja) i podanie jego objaśnienia. Niektóre z procedur Newmarka wydają 
się dość wątpliwe, na przykład synonimia, która opiera się na mocno podejrzanej koncepcji 
synonimii  międzyjęzykowej.  Do innych  powrócimy przedstawiając przyjętą  w tej  książce 
klasyfikację technik tłumaczeniowych.

41

background image

Wydaje się, że zakres pojęciowy opisywany terminami metoda, procedura, technika i 

strategia   obejmuje   trzy   jakościowo   różne   pojęcia:   po   pierwsze   strategię,   rozumianą   jako 
preferowany (świadomie lub nie) sposób postępowania tłumacza w całym tekście lub jego 
znaczących fragmentach, po drugie technikę, rozumianą jako wybór pewnego rozwiązania 
konkretnego   problemu   napotkanego   w   trakcie   procesu   tłumaczenia   i   wreszcie   samo 
rozwiązanie tłumaczeniowe, które można bezpośrednio ocenić w tekście przekładu. Z tego 
punktu   widzenia   powinniśmy   właściwie   mówić   o   strategiach   udomowienia   i   egzotyzacji, 
strategii tłumaczenia syntagmatycznego, strategii tłumaczenia funkcjonalnego. Efektem danej 
strategii   może   być   częstsze   użycie   pewnych   technik,   na   przykład   strategia   udomowienia 
zaowocuje   częstszym   wykorzystywaniem   takich   technik   jak   stosowanie   ekwiwalentów 
funkcjonalnych i opisowych oraz opuszczanie, co będzie widoczne dzięki obecności w tekście 
przekładu ekwiwalentów funkcjonalnych i opisowych oraz opuszczeń. Jednak ze względu na 
ogólnie   przyjęta   praktykę   będziemy   w   tej   książce   używać   pojęcia   „technika”   i   nazw 
poszczególnych   technik   w   obu   rozpowszechnionych   znaczeniach:   zarówno   jako   pewnego 
sposobu   postępowania   w   trakcie   procesu   przekładu,   jak   i   mając   na   myśli   konkretne 
rozwiązania przekładowe, których realizacją jest tekst tłumaczenia.

W tej książce przyjęliśmy następującą klasyfikację technik tłumaczeniowych.

1. Reprodukcja bez objaśnień

Przez reprodukcję będziemy rozumieć użycie w tekście przekładu niezasymilowanego 

w języku docelowym słowa/wyrażenia użytego w tekście wyjściowym. Wydaje się, że wyraz 
reprodukcja  lepiej   oddaje   istotę   tego   zjawiska   niż  transfer,  który   sugeruje   niejako 
mechaniczne   przeniesienie,   podczas   gdy   w   rzeczywistości   mamy   często   do   czynienia   z 
pewnymi systematycznymi zmianami pisowni, a zawsze – ze zmianami wymowy. Chcieliśmy 
też uniknąć słowa  zapożyczenie,  które opisuje raczej pewne zjawisko słowotwórcze, a nie 
technikę   tłumaczeniową.   W   tym   rozumieniu   można   by   przyjąć,   że  zapożyczenie  bywa 
efektem reprodukcji.

Reprodukcji   w   tłumaczeniu   najczęściej   podlegać   będą   słowa/wyrażenia   języka 

wyjściowego, ale nie musi tak być – jeśli w oryginale używane są wyrażenia z innego języka, 
to tłumacz również staje wobec problemu przekładowego, zwłaszcza gdy owe wyrażenia nie 
są powszechnie znane w kulturze docelowej (a czasami również, gdy są znacznie lepiej znane 
niż w kulturze wyjściowej – jak w przypadku elementów języka rosyjskiego w  Clockwork 
Orange  
A.   Burgessa).   Reprodukcja   może,   ale   nie   musi,   obejmować   pewien   retusz 
ortograficzny (naturalizacja Newmarka) czy nawet transliterację, gdy mamy do czynienia z 
różnymi alfabetami.

Reprodukcja bez objaśnień bywa techniką ryzykowną. Jeżeli nie mamy pewności, że 

importowany element zostanie rozpoznany przez odbiorców przekładu, jeśli nie tłumaczy go 
sam kontekst, to lepiej zastanowić się nad inną techniką, bo reprodukcja bez objaśnienia 
zmusi   czytelnika   do   zgadywania   sensu   użytego   wyrażenia   lub   każe   mu   zrezygnować   z 
interpretacji. Przypomnijmy sobie cytowany już przykład  z tytułem  piosenki  Penny Lane 
(tekst Pipe Down). Przeniesienie tego tytułu do polskiego tłumaczenia pozwoli czytelnikowi 
domyślić się, że chodzi o znany (w kulturze anglosaskiej) utwór muzyczny, ale tylko tyle. 
Zatem   stosując   taki   zabieg   nie   przekazujemy   głównego   zamysłu   autora:   zastosowania 
konkretu zamiast ogólnika i nawiązania kontaktu z czytelnikiem („wiesz, co mam na myśli”). 
W związku z tym – przy założeniu, że większość odbiorców przekładu nie rozpozna tego 
tytułu – należy uznać reprodukcję bez objaśnienia za rozwiązanie niezadowalające w tym 
konkretnym przypadku (przykładem tym posłużymy się jeszcze kilkakrotnie dla zilustrowania 
opisywanych technik i zakresu ich użyteczności).

42

background image

2. Reprodukcja z objaśnieniem

Reprodukcja   z   objaśnieniem   (pod   warunkiem,   że   objaśnienie   jest   precyzyjne)   to 

znacznie   bezpieczniejsza   technika.   Zwykle   pozwala   odbiorcy   na   zrekonstruowanie 
odpowiednich schematów, scenariuszy i scen (choć z pewnością nie wszystkich skojarzeń i 
uczuć).   Trzeba   jednak   pamiętać   o   jej   dwóch   istotnych   wadach   –   najistotniejszych   w 
przypadku tłumaczeń literackich. Po pierwsze, przeczytanie objaśnienia to nie to samo, co 
zrozumienie  samodzielne.  Tak   jak   objaśniony   dowcip   przestaje   być   śmieszny,   tak   też 
wyjaśnienia w tekście odbierają część przyjemności czytania, bo przecież gra komunikacyjna 
polega na wysiłku intelektualnym.  Po drugie, wyjaśnienia  nie powinny być  zbyt  długie i 
pedantyczne, by „pratekst” (Brzozowski 2001; zob. też rozdział 1) nie zaczął dominować nad 
tekstem właściwym.

Trudno   wyobrazić   sobie   odpowiednie   objaśnienie   w   przypadku   naszego   tekstu   z 

Penny Lane: przypis odpada – mamy przecież do czynienia z króciutkim tekstem gazetowym, 
zaś objaśnienie w tekście typu „znana piosenka Beatlesów  Penny Lane”, niweczy zamysł 
autora:   coś,   co   wymaga   objaśnień,   nie   może   jednocześnie   służyć   do   nawiązywania   nici 
porozumienia z czytelnikiem.

3. Tłumaczenie syntagmatyczne bez objaśnień

Ta technika niesie ze sobą wszystkie niebezpieczeństwa, jakie wiążą się z reprodukcją 

bez objaśnień i jeszcze parę dodatkowych. Niewłaściwe jej zastosowanie może być jeszcze 
bardziej   niepokojące   dla   odbiorcy   przekładu,   bo   znacznie   łatwiej   wytłumaczymy   sobie 
niezrozumiałość  jakiegoś   obcego   zwrotu  niż   nieprzejrzystość   wyrażenia   pozornie 
sformułowanego w naszym ojczystym języku. Zgodnie z zasadą stałości sensu należy się też 
liczyć   z   możliwością   znalezienia   przez   odbiorcę   jakiegoś   wyjaśnienia   takiego 
niezrozumiałego fragmentu i wcale nie musi to być interpretacja zgodna z zamierzeniami 
autora. Podejrzewam, że amerykański czytelnik książki  Who was David Weiser?,  która jest 
przekładem  Weinera   Dawida  P.   Hellego,   może   mylnie   zinterpretować   zdanie   „Piotr   was 
killed in the street in December 1970”  (mające odpowiadać polskiemu „Piotr nie żyje, zabity 
na   ulicy   w   grudniu   siedemdziesiątego   roku”)   jako   odnoszące   się   do   wypadku 
samochodowego lub zamachu terrorystycznego (przykład z: Kaczorowska 2000).

Technika   ta   ukrywa   też   czasem   głębszy   sens   danego   sformułowania   lub   jego 

szczególne   znaczenie   w   kulturze   wyjściowej.   Na   przykład   przetłumaczenie   „cierpiał   za 
miliony”   jako   „suffered   for   millions”   (Madame  A.   Libery)   zataja   przed   anglosaskim 
czytelnikiem książki fakt, że ma do czynienia z jednym z najbardziej znanych cytatów w 
kulturze [polskiej (przykład z: Kucińska 2001). Wreszcie tłumaczenie syntagmatyczne może 
być pułapką dla tłumacza, jak w przypadku tytułu znanej piosenki  Here we go round the 
mulberry Bush 
przełozonego dosłownie przez I. Tuwim, polską tłumaczkę Winnie the Pooh, 
jako  Oto przechadzamy się wśród krzewów morwowych,  czy też w angielskim przekładzie 
Raportu   o   stanie   wojennym  M.   Nowakowskiego,   gdzie   „margaryna   Palma”   została 
przetłumaczona jako „palm margarine” (ostatni przykład z: Ruta 2000).

4. Tłumaczenie syntagmatyczne z objaśnieniem

Tłumaczenie   syntagmatyczne   z   objaśnieniem   (w   postaci   przypisu   lub   krótkiego 

komentarza w tekście) ma wszystkie wady reprodukcji z objaśnieniem. Bywa zadowalającym 
rozwiązaniem, jeśli objaśnienie jest jasne i zgodne z prawdą. Dobrym przykładem problemów 
związanych   z   tą   techniką   może   być   tłumaczenie   hasła   „Wrona   orła   nie   pokona”   we 
francuskiej wersji  raportu o stanie wojennym  Nowakowskiego (przykład z: Ruta 2000). W 
przekładzie francuskim hasło brzmi: „Le corbeau ne vaincra pas l’aigle” i towarzyszy mu 
przypis: „Le corbeau designe le Conseil militaire de Defense nationale, mis en place le 13 

43

background image

decembre 1981”. Wprawdzie precyzja objaśnienia pozostawia nieco do życzenia, ale w sumie 
efekt  wydaje   się  zadowalający,   przy  założeniu,   że  francuscy  czytelnicy   orientują  się,  jak 
wygląda polskie godło. Natomiast w angielskim przekładzie czytamy: „CROW may try but 
eagle flies high”. Tłumacz najwyraźniej uznał, że rym, charakterystyczny dla tego typu haseł 
jest ważniejszy niż dosłowność tłumaczenia. Przekład zaopatrzony jest w następujący przypis: 
„WRONA, the acronym for the ruling council of Military Salvation, the Junta, is also Polish 
for crow. The white eagle is, of course, the Polish national symbol”.  Ten przypis zawiera 
pewien drobny błąd – wzmiankowany skrót miał formę WRON, a nie WRONA – ale w sumie 
końcowy efekt tłumaczenia należy również uznać za zadowalający.

5. Uznany ekwiwalent

Użycie  uznanego ekwiwalentu jest podstawową techniką w przypadku tłumaczenia 

nazw   instytucji,   organizacji   itp.,.   niektórych   nazw   geograficznych   i   nielicznych   nazwisk 
sławnych   ludzi.   Inne   elementy   kulturowe,   zwłaszcza   w   przypadku   kultur   mniej 
rozpowszechnionych, niezwykle rzadko miewają uznane ekwiwalenty. Trudno się wprawdzie 
dziwić,   na   przykład,   że   tłumacz  Weinera   Dawida  Hellego   przełożył   „wizerunki   Czarnej 
Madonny”   jako   „pictures   of   Black   Madonna”   (przykład   z:   Kaczorowska   2000),   można 
natomiast   powątpiewać,   czy   taki   przekład   bez   dodatkowych   objaśnień   powie   wiele 
anglojęzycznym   odbiorcom   tekstu.   Tym   bardziej,   że   nawet   tak   renomowane   dzieło 
leksykograficzne,   jak  The   New   Oxford   Dictionary   of   English  w   haśle   „Częstochowa” 
informuje: „It is famous for the statue of the black Madonna in its church” [słynie z pomnika 
(sic!) czarnej Madonny w miejscowym kościele]. 

Również w przypadku tytułów dzieł literackich (i imion ich bohaterów) tłumacz ma 

obowiązek sprawdzić, czy dany utwór był już tłumaczony na język docelowy i wykorzystać 
istniejące   tłumaczenie;   gdy   istnieje   więcej   niż   jedno   tłumaczenie   należy   zwykle   wybrać 
najbardziej znane, a więc Kubuś Puchatek, a nie Fredzia Phi Phi, Mechaniczna pomarańcza, 
a   nie  Nakręcana   pomarańcza.  Podobnie   należałoby   postąpić   z   cytatami   z   dzieł   znanych 
autorów: tłumacz powinien posłużyć się istniejącymi przekładami, bo jego kolega po fachu, 
który miał do czynienia z całością utworu czy też większą częścią twórczości danego autora, z 
pewnością był lepiej przygotowany do tłumaczenia niż ktoś, kto ma przed sobą tylko krótki 
fragment   tekstu   w   postaci   cytatu.   W   dość   licznej   grupie   studentów,   którym   poleciłem 
przetłumaczyć  na polski fragment  wstępu do  Language, Throught and Realisty,  fragment 
zawierający krótki cytat z artykułu samego B.L. Whorfa, zaledwie parę osób wpadło na to, że 
książka Whorfa była tłumaczona na polski i wobec tego można się posłużyć gotową wersją 
cytatu. Oczywiście pochwaliłem tych właśnie studentów, zwłaszcza że sumiennie przytoczyli 
źródło cytatu w przypisie do swojego tłumaczenia.

Gorzej, jeśli cytat uwikłany jest w dodatkowe uwarunkowania. W powieści Ingenious 

Pain A. Millera pewien reżyser postanawia wystawić Sen nocy letniej Szekspira z pacjentami 
szpitala   dla   umysłowo   chorych.   Kłopoty   zaczynają   się   wtedy,   gdy  jednemu   z   pacjentów 
proponuje   rolę   „Bottom,   the   weaver”.   Chory   dostaje   szału   i   wrzeszczy   „I   will   play   no 
weaver’s   ass”.   Słowo   „bottom”   jest   wieloznaczne   i   bardzo   różnie   było   tłumaczone   w 
kolejnych   przekładach   tej   komedii   na   polski,   na   przykład   jako   „Spodek”   przez   J. 
Paszkowskiego, jako „Podszewka” przez S. Barańczaka. Oczywiście żadna z tych wersji nie 
wyjaśniała wzburzenia pacjenta, któremu „bottom” kojarzyło się z „tyłkiem”. W związku z 
tym   w   przekładzie   powieści   skorzystałem   z   tłumaczenia   M.   Słomczyńskiego,   u   którego 
„Bottom” nazywał się „Dupek”.

Z nieco innym problemem zetknąłem się podczas tłumaczenia Heaven: A History. 

książce   tej   cytowano   fragment   hymny   religijnego   Isaaca   Watta,   który   następnie   był 
szczegółowo   analizowany.   Mimo   istniejącego   przekładu   tego   hymnu   zdecydowałem   się 
zaproponować własną wersję, która dokładniej przedstawiała pewne jego elementy będące 

44

background image

przedmiotem analizy (ta ostatnia przygoda translatorska niesie z sobą jeszcze inne ciekawe 
implikacje dydaktyczne. Książce Heaven: A History – fascynującej historii wierzeń na temat 
życia   pozagrobowego   i   jednocześnie   niezwykle   trudnemu   zadaniu   przekładowemu   – 
poświęciłem rok wytężonej pracy, jednak nie ukazała się ona drukiem., bo wydawnictwo, 
które   ją   u   mnie   zamówiło,   zbankrutowało.   Historię   tę   opowiadam   kolejnym   pokoleniom 
adeptów tłumaczenia jako ostrzeżenie, by nie przyjmowali dużych zamówień od niepewnych 
zleceniodawców).

6. Ekwiwalent funkcjonalny

Pojęcie ekwiwalent funkcjonalny w niniejszej pracy obejmuje techniki określane przez 

Newmarka mianem  ekwiwalentu funkcjonalnego i ekwiwalentu kulturowego.  Zastosowanie 
ekwiwalentu funkcjonalnego polega na zastąpieniu nazwy (lub aluzji do niej) zjawiska lepiej 
znanego w kulturze wyjściowej nazwą (lub aluzją do niej) zjawiska lepiej znanego w kulturze 
docelowej. Takie rozwiązanie jest godne polecenia wtedy, gdy rzeczywiście nie da się znaleźć 
lepszego   ekwiwalentu,   gdy   dany   element   nie   odgrywa   bardzo   istotnej   roli   w   tekście,   a 
wszelkie   inne   rozwiązania   byłyby   „nieopłacalne”.   Na   przykład   cytowane   już   parokrotnie 
Penny Lane  w tekście  Pipe Down można, moim zdaniem, zastąpić w polskim tłumaczeniu 
tytułem  Yesterday,  ponieważ   pierwszy   tytuł   w   przeciwieństwie   do   drugiego   nie   jest   w 
kulturze polskiej powszechnie znany,  a dodawanie przypisów  do tak krótkiego tekstu nie 
miałoby   sensu,   ponieważ   objaśnienie   w   tekście   i   tak   zniweczyłoby   zamysł   autora,   gdyż 
użycie hiperonimu (na przykład „znany przebój”) dawałoby ogólnik zamiast zamierzonego 
konkretu i wreszcie dlatego, że Penny Lane w owym tekście nie występuje przede wszystkim 
jako ta właśnie piosenka Beatlesów, lecz raczej jako konkretny przykład przebojów, które 
często słyszy się w wersjach instrumentalnych w miejscach publicznych.

Zastosowanie   ekwiwalentu   funkcjonalnego   jest,   jak   sądzę,   czasami   również 

uzasadnione w tłumaczeniach literackich. Byłbym, na przykład, skłonny zrozumieć tłumacza 
Nice work Lodge’a, który sformułowanie „Debbie’s cockney akcent” przełożył jako „Debbie 
powtarza   w   kółko   „no”   i   „kurde””.   Myślę,   że   w   ten   sposób  powiedział   więcej  polskim 
czytelnikom   niż   tłumaczka  Therapy  tego   samego   autora,   która   „Has   a   Cockney   akcent” 
przełożyła   jako   „mówił   jak   cockney”   (przykład   z:   Gołębiowska   2000).     Alternatywnym 
rozwiązaniem   byłoby   dodanie   do   zreprodukowanego   wyrazu   „cockney”   objaśnień   w 
przypisie, z tym, że musiałyby one nie tylko wyjaśniać, czym jest „cockney”, ale również 
informować polskiego czytelnika o znaczeniu posiadania takiego akcentu w czasie, w którym 
powstawały książki Lodge’a. Które rozwiązanie jest lepsze – to pierwsze, czy to trzecie? Nie 
wiem.   Wiem   natomiast,   że   nie   zaakceptowałbym   tłumaczenia   drugiego,   ponieważ 
uniemożliwia ono przeciętnemu czytelnikowi pełniejsze zrozumienie tego fragmentu tekstu.

Zdecydowanie   natomiast   zaprotestowałbym   przeciwko   używaniu   takich 

ekwiwalentów funkcjonalnych, które odwołują się do nacechowania wzorców kulturowych 
obcych kulturze wyjściowej. Dlatego uważam za nieudane tłumaczenie „ruskich pierogów” 
we francuskim przekładzie  Raportu o stanie wojennym  Nowakowskiego jako „ravioli”;  z 
podobnych względów nie podoba mi się tłumaczenie „chodzić na religię” jako „go to Sudany 
school”   (Weiser   Dawidek  P.   Hellego)   czy   „geszeft”   jako   „free   enterprise”   (Pamiętnik   z 
powstania warszawskiego 
M. Białoszewskiego) (przykłady z: Ruta 2000, Kaczorowska 2000, 
Grajewska 2001).

7. Hiperonim

Użycie hiperonimu nie jest rozwiązaniem pożądanym., ponieważ zawsze „gubi” jakiś 

element kultury wyjściowej. Można je usprawiedliwić, gdy język docelowy nie dysponuje 
(znanym) ekwiwalentem danej jednostki języka wyjściowego, gdy jednocześnie dany element 
nie   odgrywa   istotnej   roli   w   tekście   oryginału   i   gdy   inne   techniki   tłumaczeniowe   dałyby 

45

background image

jeszcze gorsze rezultaty.  Dlatego można zrozumieć decyzję tłumacza  Nice Work  Lodge’a, 
który „A-levels” i „O-levels” przełożył jako „egzaminy”. Tłumaczka ksiązki  Therapy  tego 
samego autora wybrała inne wyjście: zdanie „I looked forward to leasing school as I had 
taken   O-level   examinations”   przełożyła   jako   „Miałem   zamiar   skończyć   edukację   na 
egzaminach ‘O-level’”, dodając przypis: „Pierwszy z dwóch egzaminów zdawanych przez 
uczniów szkół średnich, z wybranych przedmiotów, zwykle w wieku 16 lat. Drugi, A’level, 
składany dwa lata później, jest warunkiem dostania się na studia”. Pomijając inne usterki 
przekładu, samo interesujące nas tutaj rozwiązanie (reprodukcja z objaśnieniem) jest też do 
przyjęcia,   bo   wyjaśnienie   roli   egzaminu   O-level   pozwala   nam   lepiej   zrozumieć   poziom 
aspiracji   bohatera.   Nie   widzę   natomiast   żadnego   uzasadnienia   dla   tłumaczenia   „terraced 
Mouse”   (Nice   work)   jako   „dom”   (przykłady   z:   Gołębiowska   2000).   Wprawdzie 
sformułowanie to nie odgrywa większej roli w tekście, ale tłumacz miał do dyspozycji dwa 
polskie ekwiwalenty: „segment” i „szeregowiec”. Była już mowa o tym, dlaczego nie należy 
zastępować hiperonimem takich elementów jak Penny Lane w tekście Pipe Down.

8. Ekwiwalent opisowy

Ta technika podstawia opis czy też definicję za „termin” i w związku z tym może być 

stosowana tylko wtedy, gdy dany element pojawia się w tekście raz i nie odgrywa w nim 
bardzo   znaczącej   roli.   Polskie   określenie   „cichociemni”   w  Raporcie   ze   stanu   wojennego 
spełnia  te  warunki, nic  więc dziwnego,  że zostało  przetłumaczone  jako „men,  who were 
parachuted  into Poland  during the  Occupation”  (przykład  z: Ruta  2000). Nie zalecałbym 
natomiast użycia tej samej techniki, gdyby słowo to pojawiło się (choćby tylko jeden raz) w 
książce   na   temat   okupacji.   Dość   problematyczne   jest   zastosowanie   techniki   opisowej   w 
przypadku aluzji literackich, takich jak „szkiełko i oko”, „czucie i wiara” w  Madame  A. 
Libery. Tłumaczka bardzo sprawnie przedstawiła sens powyższego cytatu, przekładając go 
jako „no faith, excepr In reason, no sensibility,  only sense” (przykład z: Kucińska 2001), 
jednak aluzja do Mickiewiczowskiej Romantyczności – jednego z najważniejszych wierszy w 
historii   polskiej   literatury   –   pozostanie   dla   odbiorców   przekładu   niewidoczne   (a   dla 
niektórych   sformułowanie   to   zabrzmi   jak   nawiązanie   do   tytułu   powieści   J.   Austin). 
Ekwiwalent opisowy – ze względu na brak innego dobrego ekwiwalentu – można zastosować 
w tłumaczeniu sformułowania „captive audiencje” w tekście Pipe Down.

9. Opuszczenie

Opuszczenie elementu kulturowego w tłumaczeniu jest absolutną ostatecznością, a w 

tłumaczeniach literackich, jak sądzę, rozwiązaniem niedopuszczalnym. Niezwykle drastyczny 
przypadek   opuszczeń   został   opisany   przez   M.   Tomicką   (2000,   2002).   Dotyczy   on 
francuskiego przekładu Złego L. Tyrmanda. W tekście tym wyeliminowano liczne fragmenty 
dotyczące   powojennych   realiów   i   historii   warszawy,   pozbawiając   tym   samym   książkę 
Tyrmanda jednego z jej podstawowych atutów. 

W nowszych czasach opuszczenia nie SA zwykle tak radykalne i dotyczą najczęściej 

pojedynczych sformułowań. Przypomnijmy jednak, że  pojedyncze sformułowania  to często 
„całe   światy   ducha”.   Opuszczenie   w   tłumaczeniu  Madame  Libery   sformułowania 
„Wyspiański na weselu Rydla”, odcina czytelnika przekładu od wielu ciekawych i ważnych 
wątków polskiej kultury (zob. podrozdział o imionach własnych w tym rozdziale).

Dobór   technik   tłumaczeniowych   zależeć   będzie,   rzecz   jasna,   od   typu   tekstu.   W 

przypadku dzieł literackich, w którym celem tłumacza powinno być umożliwienie odbiorcy 
jak najpełniejszego odtworzenia bazy wypowiedzi i sygnalizowanych w tekście elementów 
bazy kognitywnej autora, częściej spotykamy się z wykorzystaniem reprodukcji i tłumaczeń 
syntagmatycznych (często z objaśnieniami). W krótkich tekstach użytkowych, na przykład w 

46

background image

wykorzystywanych   przeze   mnie   w   celach   dydaktycznych   informacjach   prasowych, 
dominować powinny chyba takie techniki, jak uznany ekwiwalent, ekwiwalenty funkcjonalne 
i opisowe czy hiperonimy. Przyjrzyjmy się kilku przykładom.

Jak   wspomnieliśmy   na   początku   rozdziału,   nie   wszystkie   elementy   kulturowe 

sprawiające   trudność   w   tłumaczeniu   wywodzą   się   z   kultury   wyjściowej.   Równie   trudne 
będzie   przetłumaczenie   elementu   pochodzącego   z   kultury   trzeciej,   który   w   kulturze 
wyjściowej jest lepiej znany niż w kulturze docelowej. Tekst  Topless In Rio  opowiada o 
aresztowaniu   kobiety  na   plaży  w   Rio   za   kąpiel   bez   stanika.   Reakcją   innych   kobiet   było 
paradowanie   w   stroju   topless   –   tym   razem   policja   nie   interweniowała.   Tekst   kończy   się 
zdaniem „Point for the girl from Ipanema”. Można podejrzewać, że aluzja do piosenki Jobima 
jest   nieczytelna   dla   większości   polskich   odbiorców   (a   w   każdym   razie   przedstawicieli 
młodego   pokolenia),   lepiej   więc   chyba   zrezygnować   z   niej   w   tłumaczeniu.   Ci   z   moich 
studentów, którzy zauważyli problem, zaproponowali następujące rozwiązania:
„Punkt dla kobiet z Rio” (hiperonim i rezygnacja z aluzji)
„Chałupy górą!” (ekwiwalent funkcjonalny – aluzja do piosenki/plaży znanej w Polsce)
„Chałupy Welcom to?” (jak wyżej – tym razem wyraźnie aluzja do piosenki)
„Punkt dla dziewczyny z plaży w Chałupach”.

Osobiście   opowiedziałem   się   za   neutralnym   (i   trochę   bezbarwnym)   pierwszym 

wariantem (swoisty przypadek hiperonimu), ale przyznałem, że dwa następne (w pewnym 
sensie ekwiwalenty funkcjonalne) dadzą się również zaakceptować, bo występujące w nich 
swojskie Chałupy są właściwie tylko  konkretyzacją  (metonimem)  naturyzmu  (i  aluzją do 
znanej   piosenki).   Nie   do   zaakceptowania   natomiast   wydaje   mi   się   wersja   ostatnia,   bo 
wprowadzona w niej „dziewczyna” dostarcza czytelnikowi mylnego tropu i każe rozwikłać 
zagadkę polskiej dziewczyny na plaży w Rio.

Ekwiwalent   funkcjonalny   nie   musi   być   rodzimym   elementem   kultury   docelowej, 

wystarczy,  że jest w tej kulturze dobrze znany.  Cytowany już kilkakrotnie tytuł  piosenki 
Beatlesów  Penny   Lane  można,   jak   pisałem,   zastąpi   c   tytułem  Yesterday,  który   również 
uznamy za ekwiwalent funkcjonalny, chociaż pochodzi z tej samej kultury co zastępowany 
oryginalny tytuł. Jednak w tekście przekładu spełni on funkcję taką samą jak Penny Lane.

Wydaje się, że „skazane na przemilczenie” są aluzje zawarte w tekstach  Two Legs 

Bad In-Flight Ford: „the crayon is mightier than the sworld” i „the pie we eat in the skies”. 
Ta pierwsza nawiązuje do znanego w kulturze anglosaskiej cytatu “the pen is mightier than 
the sworld” (E.G> Bulwer-Lytton,  Oxford Concise Dictionary of Quotations),  ta druga do 
piosenki Joe Hilla Preacher and the Slave: “Work and pray, live on hay, //  You’ll get pie in 
the sky when you die”.

Oczywiście   “the  pen.crayon   is   mighter   than  the   sworld”   można   przetłumaczyć  na 

polski   syntagmatycznie   i   zawarta   w   tych   sformułowaniach   metafora   będzie   czytelna   dla 
polskiego   odbiorcy:   „pie   in   the   sky”     można   zastąpić   funkcjonalnie   ekwiwalentnymi 
„pieczonymi gołąbkami”. Jednak w obu przypadkach zginą aluzje do konkretnych autorów i 
konkretnych wydarzeń, chyba że zdecydujemy się na przypisy, co w tak krótkich tekstach 
informacyjnych  wyglądałoby dość dziwacznie. A zatem znowu nie mamy do czynienia  z 
nieprzekładalnością absolutną. Przecież możemy zapoznać czytelnika przekładu ze źródłem i 
okolicznościami powstania cytatów. Nie robimy tego, bo w tak krótkich tekstach, w których 
owe cytaty są jedynie  ozdobnikami  po prostu nam się to nie opłaca. Nie zmienia to zresztą 
faktu, że zawsze domagam się od moich studentów informacji na temat pochodzenia tych 
zwrotów. Choć omawiane dwa teksty można przetłumaczyć na polski nie mając wiedzy na 
ten temat, to prawdziwy tłumacz powinien dotrzeć do sedna sprawy.

Specyficznym elementem nacechowanym kulturowo są imiona własne. Stanowią one 

bardzo ciekawy problem tłumaczeniowy utrudniający życie tłumaczom wielu specjalności. 

47

background image

Problem  ten  ze szczególna  wyrazistością  występuje  w tłumaczeniach  tekstów  o tematyce 
geograficznej, turystycznej i historycznej oraz w przekładach literatury pięknej.

Imiona własne stanowiły też wyzwanie dla językoznawców  o nastawieniu logiczno-

formalistycznym (zob. E. Grodziński 1973; ciekawy opis historii zmagań językoznawców i 
filozofów z problemem imion własnych znajdziemy w książce L. Berezowskiego Articles and 
proper names  
2001), ponieważ należą do tych zagadnień językowych, które wyjątkowo źle 
poddają się formalizacji czy choćby precyzyjnemu zdefiniowaniu. Usiłując wcisnąć imiona 
własne  w  ramy   formalistycznego   opisu,  wygłoszono   na  ich  temat   szereg  kategorycznych 
sądów w rodzaju: „imiona własne nie mają znaczenia; imiona własne nie rządzą się regułami 
morfologicznymi;   imiona   własne   nie   mają   synonimów;   imiona   własne   nie   mają   wartości 
opisowej; imiona własne nie mają konotacji” (zob. np. L. Manini 1996). Niestety wszystkie te 
uogólnienia zawierają w najlepszym przypadku tylko część prawdy.

Imiona własne mają znaczenie – jeśli nie przypiszemy wyrazowi  znaczenie  jakiegoś 

szczególnego   sensu,   sprzecznego   z   potocznym   rozumieniem   tego   słowa   i   ze   zdrowym 
rozsądkiem.   I   tak   na   przykład   imiona   własne,   takie   jak   Warszawa,   Kubuś   Puchatek   czy 
Szekspir   znaczą   dla   mnie   bardzo   wiele.   warszawa   to   miasto,   w   którym   się   urodziłem   i 
wychowałem, Kubuś Puchatek to jedna z moich ulubionych postaci literackich, Szekspir to 
tajemnicza  postać, o której życiu  niewiele  wiadomo,  a która napisała  szereg arcydzieł  w 
rodzaju  Hamleta, Makbeta, Romea i Julii,  które to sztuki bardzo lubię i o których chętnie 
rozmawiam. Warto przy tej okazji zauważyć, że istnieje zapewne więcej podobieństw między 
rozumieniem wyrazu „Shakespeare” przez wykształconego Anglika i wykształconego Polaka 
niż   między   interpretacjami   tego   imienia   własnego,   jakie   są   udziałem   wykształconego   i 
niewykształconego   Anglika.   Takie   międzykulturowe   podobieństwa   zawdzięczamy 
tłumaczom. Jeśli uznamy, że są one wartością pozytywną, to należałoby przyjąć również, że 
lepsze jest słabe tłumaczenie niż żadne. Nawet nieudany przekład   otwiera użytkownikom 
języka docelowego furtkę, przez która mogą wejść na pewne obszary kultury wyjściowej. Zły 
przekład daje ponadto impuls do nowych, lepszych tłumaczeń. 

J. Grzenia czyni rozróżnienie między zakresem znaczeniowym a treścią znaczeniową i 

pisze:

Wyrazy Góra Jawor użyte w zdaniu wskazują miejscowości – obiekty jednostkowe, 

tym różnią się od nazw pospolitych  góra  i    jawor,  oznaczające całe grupy obiektów. To 
oznacza, że nazwy własne w odróżnieniu od pospolitych mają wąski zakres znaczeniowy, 
jednak za to ich treść znaczeniowa jest bardzo bogata. Wyraz miasto  może oznaczać równie 
dobrze małą miejscowość jak wielką metropolię w dowolnym miejscu na świecie. Wyraz 
Paryż  oznacza   miasto,   które   umielibyśmy   drobiazgowo   scharakteryzować,   podając   np. 
położenie   geograficzne,   opisując   wygląd   zabytków,   opowiadając   o   jego   historii   i   roli   w 
kulturze (1998: 18).

Powyższy wywód nie jest jednak do końca przekonujący. To prawda, że rzeczowniki 

pospolite,  w przeciwieństwie  do imion  własnych,  mogą  być  używane  w  dwojaki sposób: 
gatunkowo   –   w   odniesieniu   do   typów,   klas,   gatunków,   rodzajów   obiektów   –   a   także 
specyficznie – w odniesieniu do konkretnych obiektów. Jednak w tym drugim zastosowaniu 
ich „treść znaczeniowa” może być równie bogata jak „treść znaczeniowa” imion własnych, na 
przykład jeśli wyraz „Paryż”  będę mógł zastąpić w danym  tekście wyrazem  „miasto”, to 
zakres   znaczeniowy   tego   rzeczownika   pospolitego   bardzo   się   zawęzi,   a   jego   treść 
znaczeniowa będzie równie bogata co treść znaczeniowa imienia własnego „Paryż”.

J.   Kuryłowicz   (1980)   słusznie   zauważa,   że   imiona   własne   nie   są   elementem   o 

charakterze wyłącznie deiktycznym. Jednak pisząc, że mogą one również informować o tym, 
czy   dany   obiekt   jest   ożywiony,   czy   nie   i   ewentualnie   o   jego   płci,   nie   docenia   zakresu 

48

background image

znaczenia imion własnych. Jeśli w procesie komunikacji używamy,  przykładowo, imienia 
„Piotr”, to zakładamy, że nasz rozmówca nie będzie miał problemów z ustaleniem, o którego 
Piotra chodzi – taka jest istota i sens identyfikacji w procesie komunikacji. Zatem mówiąc 
„Piotr” informujemy odbiorcę nie tylko o tym, że mamy na myśli człowieka płci męskiej, 
którego rodzice nazwali Piotr. Odwołujemy się również do naszej wspólnej wiedzy o tym 
właśnie   Piotrze,   a   zwykle   także   informujemy,   wymieniając   tylko   imię,   w   jakim   celu   go 
używamy. Co więcej, odbiorca w miarę potrzeb, możliwości, stanu ducha itp., zaktywizuje 
takie informacje, jak „Piotr jest wysokim brunetem; Piotr to fajny kumpel; Piotr się niedawno 
ożenił” i tak dalej. L. Wittgenstein nie ma zatem racji, kiedy pisze, że znaczeniem nazwy jest 
nazywany obiekt (Wittgenstein 1997: 13). Znaczeniem imienia własnego jest reprezentacja 
danego obiektu w naszym umyśle.

Imiona   własne   rządzą   się   regułami   morfologicznymi   (i   ogólnie   regułami 

gramatycznymi   –   por.   I.   Bagajewa   1993b:   350)   tak   jak   wszystkie   inne   grupy   wyrazów. 
Imiona   własne   mogą   mieć   synonimy,   np.  Shakespeare   –   the   Bard   –   the   Bard   of   Avon; 
Stanisław Ignacy Witkiewicz – Witkacy;  Jan Wawrzyniak – Janek (Wawrzyniak) – Jaś – 
Jasio – Jan itd.

Imiona   własne   mogą   mieć   wartość   opisową,   na   przykład   the   Bard,   szybki   Bill, 

Ryszard   Lwie   Serce   czy   Złotoryja.   Mają   one   zwykle   całe   gamy   konotacji   –   wystarczy 
przypomnieć, ile emocji jeszcze niedawno budziło użycie imienia własnego „Danzig”. Nie 
jest   również   prawdą,   że   imiona   własne   są   nieprzejrzyste   („marked   by   a   total   lack   of 
motivation”,   „from a synchronic perspective… generally opaque” – Manini 1996: 162) i 
arbitralne.   Wydaje   się,   że   zwolennicy   tezy   o  arbitralności  czy  konwencjonalności  imion 
własnych   mylą   dwie   perspektywy,   z   których   można   patrzeć   na   ten   problem   językowy   – 
perspektywę   synchroniczną   i   diachroniczną.   O   ile   z   perspektywy   synchroniczne   można 
powiedzieć,  że niektóre imiona  własne (np. tytułu)  „znaczą” zwykle  więcej niż inne (np. 
niektóre nazwiska), o tyle należy podejrzewać, że z perspektywy diachronicznej wszystkie 
imiona   własne   były   kiedyś   imionami   znaczącymi.   Imiona   własne   podlegają   procesowi 
konwencjonalizacji, swoistego zaniku znaczenia – im bardziej tradycyjne, im starsze jest dane 
imię własne, tym słabiej dostrzegamy jego znaczenie motywacyjne, czyli powody, dla których 
danemu obiektowi nadano takie imię a nie inne. Wiąże się to z dwoma zjawiskami:

1. Stępia   się   nasza   wrażliwość   na   sens   danego   imienia   własnego,   wielokrotnie 

powtarzane powoduje słabnięcie wyrazistości znaczenia motywacyjnego;

2. Trudniej jest nam dostrzec/ustalić etymologię danego imienia własnego; na ogół nie 

znamy znaczenia motywacyjnego takich imion własnych jak Warszawa, Jeremi czy 
Hejwowski, choć w okresie ich powstawania znaczenie to musiało być oczywiste dla 
użytkowników tych nazw.

Ponieważ imiona własne interesują nas tu przede wszystkim z tłumaczeniowego punktu 

widzenia, nie musimy podejmować syzyfowej pracy formułowania ich ścisłej definicji. Dla 
naszych celów wystarczy, jeśli przedstawimy pewne najważniejsze cechy tej grupy jednostek 
leksykalnych. Imiona własne są wyrazami lub grupami wyrazów (najczęściej rzeczownikami 
bądź grupami rzeczownikowymi, choć mogą w tej roli występować również znominalizowane 
przymiotniki, a w gruncie rzeczy wszystkie części mowy i wszelkie kombinacje wyrazów), 
których używamy dla identyfikacji konkretnego i w danym kontekście unikatowego obiektu –  
człowieka,   zwierzęcia,   przedmiotu,   miejsca,   istniejącego   obecnie   bądź   w   przeszłości   czy 
tylko w ludzkiej wyobraźni. Oczywiście w tym ostatnim przypadku chodzi o obiekty, którym 
nadajemy   cechy   obiektów   konkretnych.   Przy   tej   okazji   warto   zauważyć,   że   mówiąc   o 
językowej identyfikacji obiektów mamy  na myśli  sytuację, w której jeden uczestnik aktu 
komunikacji   używa   pewnego   wyrazu   bądź   wyrażenia   (imienia   własnego),   które   innemu 
uczestnikowi   aktu   komunikacji   pozwoli   zidentyfikować   w   swym   umyśle   obiekt,   który 
nadawca miał na myśli. Zatem obracamy się tu w sferze mentalnych reprezentacji obiektów 

49

background image

z tego punktu widzenia nie ma to większego znaczenia, czy dany obiekt istnieje w otaczającej 
nas   rzeczywistości.   Istotne   jest,   czy   dysponujemy   odpowiednią   strukturą   pamięci,   która 
pozwala go identyfikować i czy struktura ta zawiera nazwę użytą przez nadawcę. 

Ponadto imiona własne charakteryzują się  powtarzalnością –  imię własne, które się 

„przyjęło”, tzn. zostało zaakceptowane jako takie przez co najmniej dwóch użytkowników 
danego języka, może być stosowane wielokrotnie, dopóki nie wyjdzie z użycia (przestanie 
być potrzebne w związku z zapomnieniem obiektu, który nazywało, lub zostanie zastąpione 
innym).

I   wreszcie   po   trzecie,   imiona   własne  nie   wymagają   zwykle   dodatkowych   form 

identyfikacji – nie towarzyszą im na ogół identyfikujące przydawki w postaci przymiotników, 
grup przyimkowych czy zdań identyfikujących. Niezwykle rzadko musimy uciekać się do 
takich wyrażeń, jak „ten wyższy Jan Kowalki; ten Szekspir ze Stratfordu; ten Jan Nowak, 
który mieszka koło supersamu”.  Tego typu sytuacje, choć czasem się zdarzają, SA przez nas 
odbierane jako nietypowe i nienormalne, na przykład zwrotu „ten Szekspir ze Stratfordu” 
używam wtedy, kiedy zapoznaję studentów z różnymi teoriami na temat autorstwa Hamleta, 
Makbeta  
itp.,   czyli   w   sytuacjach,   kiedy   kwestionowana   jest   tożsamość   identyfikowanego 
obiektu.

Co prawda niektóre imiona własne mogą wyglądać jak rzeczownik z identyfikującymi 

przydawkami   –   „Man-who’does-not-put-his-foot-for-ward-in-a-hurry”,   „Lady-who-asks-a-
very-many-questions” (Just so Stories  R. Kiplinga)  czy choćby Stratford-on-Avon, Nowe 
Miasto nad Pilicą, Biernat z Lublina – jednak przy bliższej analizie okaże się, że to, co na 
pierwszy   rzut   oka   wygląda   jak   identyfikująca   przydawka,   jest   naprawdę   częścią   imienia 
własnego,   której   albo   w   ogóle   nie   można   opuścić,   albo   tylko   w   przypadku   tworzenia 
familiaryzmów   –  nazw,   które   mogą   funkcjonować   wśród   ludzi   wtajemniczonych   lub   w 
sytuacji   wskazującej   na   kolejne   odniesienie   do   tego   samego   obiektu.   I   tak,   na   przykład, 
mieszkańcy Nowego Miasta nad Pilicą i okolic rzadko pewnie używają pełnej nazwy miasta, 
w artykule o Biernacie z Lublina druga część imienia własnego „z Lublina” będzie pewnie 
wielokrotnie opuszczana, podobnie jak znajomi Jana Wawrzyniaka będą o nim często mówić 
„Jaś”, a czasem nawet „J.W.”

Reasumując,   imię   własne   to   jednostka   leksykalna   używana   wielokrotnie   do 

identyfikacji danego konkretnego, unikatowego w danym kontekście obiektu, z reguły nie 
wymagająca stosowania dodatkowych technik identyfikacyjnych.

Ilekroć wyraz czy zwrot używany zwykle z funkcji imienia własnego zostanie użyty w 

inny   sposób   –   nie   do   identyfikacji   konkretnego   obiektu,   tzn.   „gatunkowo”   a   nie 
„jednostkowo” – tylekroć należy podejrzewać, że nie mamy już do czynienia z imieniem 
własnym, lecz z apelatywem odnoszącym się do całej klasy obiektów noszących pewne cechy 
obiektu,   któremu   przysługuje   dane   imię   własne,   na   przykład   „Nie   każdy   może   zostać 
Einsteinem (= wielkim uczonym)”, „Kochanowscy (= wielcy poeci) rodzą się raz na sto lat”, 
„Mława (= agresywna ciemnota i chamstwo) atakuje” (sformułowanie używane w mediach w 
latach 70.), „Arktyka wygra” (ten ostatni apelatyw, który jest jednocześnie poetycką metaforą, 
pozostawię bez wyjaśnień).

Imiona własne pisane są zwykle wielką literą (w każdym razie w językach, które nas 

tu będą najbardziej interesować, tj. w polskim i angielskim), choć nie jest to ich cecha istotna, 
zdarzają   się   powiem   prawdziwe   imiona   własne   pisane   małą   literą   (e.e.   cummings)   jak   i 
apelatywy,   które   utraciły   cechy   imion   własnych,   pisane   wielką   literą   (np.   Einstein, 
Kochanowski, Mława, Arktyka  w podanych  powyżej  przykładach);  trzeba też pamiętać  o 
tym,   że   niektóre   grupy   wyrazów   pisane   w   języku   angielskim   wielką   literą,   po   polsku 
zaczynają   się   od   małej   litery   (np.   nazwy   języków,   których   nie   zaliczylibyśmy   do   imion 
własnych   ze   względu   na   abstrakcyjny   charakter   nazywanych   obiektów   czy   marek 
samochodów   stosowanych   w   odniesieniu   do   konkretnych   pojazdów,   których   również   nie 

50

background image

włączylibyśmy   do   grupy   imion   własnych,   ponieważ   odnoszą   się   do   wielu   egzemplarzy 
danego gatunku).

Pojęcia abstrakcyjne mogą zostać obdarzone imionami własnymi tylko wtedy, kiedy 

dokonamy ich reifikacji czy personalizacji, tj. wtedy, kiedy utracą swój czysto abstrakcyjny 
charakter, przestaną być pojęciami abstrakcyjnymi, zwykle w kontekście alegorycznym czy 
baśniowym.   Dobrym   przykładem   takiej   personifikacji   pojęć   abstrakcyjnych   jest   angielski 
moralitet Everyman. 

Imiona własne nazywają bardzo zróżnicowane fragmenty rzeczywistości. Mogą się 

odnosić   do   ludzi   (postaci   historycznych,   znanych   ludzi   żyjących   obecnie,   zwykłych 
śmiertelników,   bohaterów   literackich),   zwierząt   (naszych   domowych   piesków   i   kotków, 
bohaterów literackich i filmowych), miejsc (państw, miast, gór, rzek itp.,  ale także naszych 
ulubionych miejsc na piknik), przedmiotów (domów, samochodów, okrętów, zabawek, dzieł 
sztuki). Wynika z tego, ze do kategorii imion własnych zaliczymy nie tylko tak oczywiste 
przykłady,   jak   napoleon,   Jan   Kowalski,   Kubuś   Puchatek,   Lassie,   Myszka   Miki,   Stany 
Zjednoczone,   Polska,   Londyn,   Wisła,   Nowy   Świat,   Zakątek   Puchatka,   Zielone   Wzgórze, 
Cutty   Sark,   ale   także   wyraz   Miś,   jeśli   dziecko   tak   właśnie   nazywa   swoją   ulubiona 
przytulankę. Przyjmiemy także, że imionami własnymi są tytuły książek, filmów, obrazów, 
piosenek itp., choć ta ostatnia podgrupa imion własnych na pierwszy rzut oka różni się nieco 
od antroponimów czy toponimów (por. Grzenia 1998: 19-20).

W tym rozdziale skoncentrujemy się na antroponimach i toponimach – nazwach ludzi 

(w tym uczłowieczonych zwierząt i innych stworów) i nazwach miejsc; zupełnie natomiast 
pominiemy problem tłumaczenia tytułów, który został opisany w innym miejscu (Hejwowski 
2004)

Imiona   własne  są   niezwykle   ciekawym   problemem   tłumaczeniowym,   nie   tylko   ze 

względu na ich różnorodność strukturalną i nie tylko ze względu na różnorodność obiektów, 
które nazywają, ale przede wszystkim ze względu na ich nacechowanie kulturowe, które w 
tłumaczeniach, zwłaszcza w tłumaczeniach literatury pięknej budzi szereg napięć, dylematów 
i konfliktów.

Najważniejsze z tych konfliktów to:

1.   Konflikt   między   „znaczącym”,   czy   raczej  intencjonalnym  imieniem   własnym   (które 
należałoby   przetłumaczyć,   by   przekazać   czytelnikowi   przekładu   jego   sens),   a   obcym 
kontekstem   kulturowym   (w   którym   nie   powinny   występować   swojsko   brzmiące   imiona 
własne). Jak już zaznaczaliśmy, przyjmujemy, że wszystkie imiona własne są znaczące i to na 
dwa  różne  sposoby:   po pierwsze,  każde   imię  własne  musi   coś  znaczyć   przynajmniej   dla 
jednego   uczestnika   aktu   komunikacyjnego,   skoro   zostaje   użyte   w   rozmowie:   może   na 
przykład określać miejsce, w którym lubi on przebywać, lub człowieka, którego dobrze zna; 
po drugie, każde imię własne ma znaczenie motywacyjne, które, nawet jeśli jest strukturalnie 
nieczytelne, może zwykle być odnalezione w odpowiednim słowniku etymologicznym lub 
innym   tekście   źródłowym.   Dlatego   też   w   powyższym   kontekście   używamy   wyrazu 
„znaczący”  w cudzysłowie, w takim sensie, w jakim literaturoznawcy piszą o znaczących 
nazwiskach w utworach literackich. Lepszym określeniem jest intencjonalne imiona własne, 
jako że imiona takie przekazują jakiś zamysł autora. Nazwisko „Szczuka” użyte w Popiele i 
diamencie  
nie   jest   imieniem   intencjonalnym   i   jego   nosiciel   mógłby   się   równie   dobrze 
nazywać  „Nowak” (choć  zapewne nie  Radziwiłł).  Gdyby  jednak nazwisko Szczuka  nosił 
bezwzględny biznesmen w powieści polskiej napisanej w latach 90., to uznalibyśmy zapewne, 
że   jest   to   nazwisko   intencjonalne,   celowo   użyte   przez   autora   jako   narzędzie   dodatkowej 
charakteryzacji   bohatera,   a   może   również   po   to,   by   nawiązać   do   znanej   powieści 
Andrzejewskiego.

51

background image

2.   Konflikt   między   postulatem   wierności   wobec   oryginału   a   niepożądanymi   konotacjami 
obcego   imienia   własnego   w   kulturze   docelowej.   O.   Wojtasiewicz   podaje   następujący 
przykład:

Pani Zofia Szleyenowa przekładając raz wiersz N. Guillena o Kubie, rodzinnej wyspie 

poety, zorientowała się w pewnym momencie, że zawarte w tym wierszu zwroty na temat 
Boga wywołują u polskiego czytelnika przekładu nieoczekiwane humorystyczne skojarzenia 
związane   z   polskim   powiedzeniem   „jak   Kuba   Bogu,   tak   Bóg   Kubie”.   Skojarzenia   takie 
najprawdopodobniej nie powstają przy tłumaczeniu tego wiersza na jakikolwiek inny język, 
ale w przekładzie polskim narzucały się tak gwałtownie i tak całkowicie wbrew ogólnemu 
nastrojowi utworu, że trzeba było „Kubę” zastąpić przez „wyspę”. (Wojtasiewicz 1957/1992: 
24).

Niepożądany dysonans pojawia się również w polskim  przekładzie Cierpień młodego 

Wertera  Goethego, gdy podczas romantycznej sceny młodzi bohaterowie wymieniają tylko 
jedno słowo: „Klopstock”. Tutaj jednak tłumacz jest bezradny: nie może zastąpić nazwiska 
„Klopstock” słowem „poeta”, nie wolno mu też oszukiwać polskiego czytelnika zastępując to 
nazwisko innym. Pozostaje zatem jedynie zamieścić odpowiedni przypis, który poinformuje 
polskiego czytelnika, kim był Klopstock i złagodzi nieco humorystyczny efekt brzmienia tego 
nazwiska dla polskiego ucha.

3.

Konflikt   między   postulatem   wierności   wobec   oryginału   a   niepożądaną   (z   punktu 

widzenia   odbiorcy   przekładu)   formą   imienia   własnego,   mogącą   sprawiać   trudności   z 
prawidłowym odczytaniem czy odmianą obcego imienia własnego.

Tłumacz   stojący   w   obliczu   takich   problemów   ma   do   dyspozycji   kilka   sposobów 

postępowania:
1. Pozostawienie obcego imienia własnego w jego oryginalnej wersji (reprodukcja)

a) bez żadnych dodatkowych objaśnień;
b) z przypisem na dole strony lub objaśnieniem w tekście.

2. Minimalną modyfikację obcego imienia własnego,  delikatny retusz  dostosowujący obce 
imię   własne   do   wymogów   ortograficznych   czy   gramatycznych   języka   docelowego   (np. 
opuszczenie znaków diakrytycznych nie występujących w ortografii języka docelowego), 
3.   Transkrypcję   obcego   imienia   własnego   (w   przypadku   języków   używających   różnych 
alfabetów). 
4. Tłumaczenie obcego imienia własnego

a) zastąpienie obcego imienia własnego uznawanym ekwiwalentem języka 
docelowego;
b) zastąpienie obcego imienia własnego ekwiwalentem wymyślonym przez tłumacza;
c) zastąpienie obcego imienia własnego jednostka języka docelowego, która nie jest 
imieniem własnym (hiperonimem lub omówieniem)

5. Zastąpienie obcego imienia własnego imieniem własnym języka docelowego nie będącym 
jego ekwiwalentem (w żadnym z bardziej rozpowszechnionych znaczeń wyrazu ekwiwalent).
6. Opuszczenie własnego imienia obcego (niekiedy wraz z najbliższym kontekstem.

Możliwe   są   też   kombinacje   powyższych   technik,   na   przykład   w   przypadku 

wieloczłonowych   toponimów,   część  rodzajowa  typu   „ulica,   plac,   góry”   itp.   Może   zostać 
przetłumaczona   za   pomocą   typowego   ekwiwalentu,   a   część  gatunkowa  przeniesiona   z 

52

background image

drobnymi modyfikacjami lub bez. Dla analizy i oceny konkretnych przykładów tłumaczeń 
imion własnych, jakie spróbujemy przeprowadzić w drugiej części rozdziału, istotna będzie 
przyjęta w niniejszej pracy koncepcja ekwiwalencji (patrz: rozdział 4.).

Należy jeszcze raz podkreślić, że w przypadku elementów nacechowanych kulturowo, 

a   więc   także   imion   własnych,   nie   może   być   mowy   o  identyczności   reakcji  odbiorców 
oryginału   i   odbiorców   przekładu.   Imię   własne   pochodzące   z   kultury   wyjściowej   będzie 
zwykle   budzić   znacznie   więcej   skojarzeń   u  odbiorców   oryginału;   dysponują   oni   na   ogół 
znacznie bogatsza reprezentacją mentalną tego imienia (na ogół, warto bowiem pamiętać o 
zamieszczonym   powyżej   zastrzeżeniu   na   temat   znaczenia   nazwiska   „Shakespeare”   dla 
różnych   odbiorców).   Nie   zmienia   to   jednak   faktu,   że   ludzie   czytają   przekłady   i   że   ich 
interpretacja   takiej   lektury   w   znacznym   stopniu   pokrywa   się   z   interpretacją   czytelników 
oryginału, a tylko w niewielkim stopniu – różni.

Nie powinniśmy zatem mówić o „obcości w odbiorze przekładu” (Lewicki 2000). 

Człowiek sięgający po przekład na ogół wie, że ma do czynienia z utworem literackim, który 
powstał w nieco innych realiach; w związku z tym oczekuje pewnej inności i jest jej ciekaw. 
Zamiast   mówić   o   obcości   w   recepcji,   mówmy   zatem   o   percepcji   inności.   Owa   inność, 
rozumiana   jako   pewien   egzotyzm,   jest   przyprawa   dzieła   literackiego,   Kontynuując   tę 
kulinarną metaforę można dodać, że tłumacz powinien czuwać, by tej przyprawy nie było za 
dużo ani za mało, ale tyle, ile w oryginalnym przepisie. Autor nie bez powodu umieścił swój 
utwór w pewnych realiach, nie bez powodu zaopatrzył go w pewne aluzje i odwołania do 
pewnych   faktów   kulturowych,   nie   bez   powodu   nadał   swoim   bohaterom   takie   a   nie   inne 
imiona i nazwiska. Rolą tłumacza nie jest zmienianie autorskiej wizji, korygowanie autorskiej 
bazy tekstu. Wręcz przeciwnie – tłumacz ma się starać, by wszystkie „tropy” , wszystkie 
odesłania,   odwołania   i   aluzje   były   dostępne   dla   czytelnika   przekładu.   Dostępne,   co 
niekoniecznie oznacza podane na talerzu. Dostępność oznacza możliwość zrozumienia tekstu 
na poziomie bazy wypowiedzi (z podobna łatwością czy trudnością, z jaką jest on zrozumiały 
dla czytelników oryginału) oraz szansę dotarcia do wszystkich treści i znaczeń, do jakich 
dotrzeć   może   czytelnik   oryginału,   czyli   szansę   odtworzenia   bazy   kognitywnej   autora. 
Oczywiście   w   przypadku   czytelnika   przekładu   znaczna   część   takich   szans   nie   zostanie 
zrealizowana,   a   te,   które   ów   czytelnik   wykorzysta,   będą   od   niego   wymagały   większego 
wysiłku niż od czytelnika oryginału. Ale ta dysproporcja jest przecież wkalkulowana w samą 
ideę przekładu! Nikt, kto miał jakikolwiek kontakt z innymi narodami, z innymi kulturami, 
nie oczekuje, że będzie rozumiał ludzi z innych  krajów tak dobrze jak swoich sąsiadów. 
Trochę   to  przykre,   że   trzeba   przypominać   takie   oczywistości,   ale   od   kilku   lat   mamy   do 
czynienia   z   szumem   informacyjnym,   z   którego   wyłowić   można   najczęściej   dwa   słowa: 
„foreignizing” i „domesticating” (np. Venuti 1995) – „egzotyzacja” i „udomowienie”. Ani 
jedno, ani drugie. Wróćmy do niemodnego  słowa „wierność”. Wierność nie wobec litery 
tekstu, lecz wobec jego prawdziwego znaczenia, które nazwaliśmy bazą wypowiedzi i bazą 
kognitywną. 

Nie należy zresztą demonizować owych różnic kulturowych. Istnieje przecież pewien 

wspólny   mianownik   –   wyznaczony   przez   biologię,   środowisko,   uczestnictwo   w   szerzej 
rozumianej   tradycji   kulturowo-cywilizacyjnej,   przez   naszą   zdolność   do   wczuwania   się   w 
sytuację   innego   człowieka   –   który   pozwala   nam   się   porozumiewać   nie   tylko   z   naszymi 
bliskimi, nie tylko z członkami naszej grupy etnicznej, ale również z użytkownikami innych 
języków  wychowanymi  w częściowo odmiennych  tradycjach kulturowych.  Gdyby nie ów 
wspólny mianownik, nie byłoby można uprawiać teorii tłumaczenia, choćby z tego powodu, 
że tłumaczenie nie byłoby możliwe. Trzeba też podkreślić, że to, co wspólne, nie jest wcale 
wąskim   marginesem.   Mamy   tendencję   do   wyolbrzymiania   różnic   i   pomniejszania 
podobieństw, ponieważ różnice bardziej rzucają się w oczy i są zwykle ciekawsze. Stąd w 
literaturze na temat tłumaczenia roi się od dramatycznych przykładów zaczerpniętych zwykle 

53

background image

z   tłumaczeń   z   hebrajskiego   na   któryś   z   języków   Indian   Amazonii,   nikt   natomiast   nie 
wspomina o tym, że „dać komuś do zrozumienia”. To po angielsku „to give somebody to 
understand”;   w   wielu   książkach   pisze   się   o   tym,   że   Eskimosi   mają   wiele   wyrazów   na 
określenie śniegu, nigdzie nie spotkałem natomiast tezy, że igloo to też dom i że jest bardzo 
prawdopodobne, że Eskimos zrozumiałby metaforę „ciepło domowego ogniska”.

Zadaniem   tłumacza   jest   wykorzystanie   tego   wspólnego   mianownika   i   zbudowanie 

takiego tekstu w języku docelowym, który umożliwi odbiorcom przekładu rekonstrukcję bazy 
wypowiedzi   (i   ewentualnie   fragmentów   bazy   kognitywnej)   w   miarę   możliwości   jak 
najbardziej   podobnej   do   bazy   autora   i/lub   odbiorcy   oryginału.   Owo   „i   ewentualnie”   w 
poprzednim   zdaniu   nabiera   szczególnego   znaczenia,   kiedy   mamy   do   czynienia   z   dużym 
przedziałem   czasowym   między   powstaniem   utworu   a   jego   przekładem.   Istnieje   wtedy 
wysokie   prawdopodobieństwo,   że   dzisiejsi   odbiorcy   dzieła   odczytują   je   inaczej   niż 
współcześni autorowi. Tłumacze wybierają wtedy między archaizacją a uwspółcześnieniem 
tekstu   przekładu,   zwykle   decydując   się   na   którąś   z   dróg   pośrednich   (ciekawy   opis   tego 
problemu znaleźć można w: Berezowski 2000).

W większości przypadków tłumacz ma do dyspozycji własną wiedzę o świecie, w 

szczególności o obu kulturach, własną intuicję, znajomość obu języków. Dysponując tym 
ograniczonym arsenałem, tłumacz próbuje identyfikować się z autorem, odbiorcą oryginału i 
odbiorcą przekładu i stworzyć tekst, który – jego zdaniem i na tyle, na ile jest to możliwe – 
będzie   ekwiwalentny   wobec   tekstu   oryginału   (‘ekwiwalentny”   w   sensie   wyjaśnionym 
powyżej).   Bardzo   często   istotnym   elementem   tworzenia   owej  ekwiwalencji  będą   decyzje 
dotyczące imion własnych w tekście.

Autentyczne imiona własne pojawiające się w literaturze pięknej, to zwykle nazwiska 

postaci historycznych – pisarzy, artystów, polityków, wodzów itp. – tytuły dzieł literackich, 
obrazów   itd.   oraz   nazwy   geograficzne   –   toponimy.   W   przypadku   nazwisk   postaci 
historycznych tłumacz ma niewielkie pole manewru: najczęściej pozostawia obce nazwisko 
bez   zmian,   w   nielicznych   przypadkach   dysponuje   uznanym   odpowiednikiem   imienia 
własnego w języku docelowym (Kartezjusz, Szekspir, Jerzy Waszyngton); ewentualnie może 
rozważać   opuszczenie   obcego   imienia   własnego.   Wydaje   się,   że   ta   ostatnia   technika 
stosowana jest asymetrycznie: w większym stopniu wobec dzieł z literatur mniej popularnych, 
kultur mniej rozpowszechnionych; mam wrażenie, że tłumacze literatury polskiej na angielski 
bardziej   skłonni   są   opuszczać   mniej   znane   (na   świecie)   polskie   nazwiska   niż   tłumacze 
przekładający   dzieła   literatury   angielskiej   i   amerykańskiej   na   polski.   I   tak   na   przykład 
tłumaczka  Madame  Libery   bez   pardonu   wycina   „Wyspiańskiego   na   weselu   Rydla”,   z 
Grottgera zaś robi Delacroix (Kucińska 2001). Powstaje tu jednak pytanie, czy tłumacz ma 
prawo   do   tego   typu   ingerencji   w   tekst   oryginału?   Jeśli   założymy,   że   tłumacz   ma   być 
ambasadorem obcej kultury w swoim kraju, że ma dopomagać w „dialogu kultur”, pokazywać 
swoim czytelnikom obce światy i inne światopoglądy, to na powyższe pytanie trzeba będzie 
odpowiedzieć   przecząco.   Grottger   to   nie   Delacroix,   a   Wyspiański   to   jeden   z 
najwybitniejszych   europejskich   dramaturgów.   Tego   wszystkiego   tłumacz   nie   ma   prawa 
„odfiltrować”, bo sprzeniewierza się wtedy autorowi tłumaczonego przez siebie dzieła i całej 
kulturze oryginału. Przyjmiemy zatem, że w imię lojalności wobec kultury oryginału i autora 
oryginalnego   tekstu   tłumacz   nie   ma   prawa   eliminować   istotnych   elementów   wyjściowej 
kultury, choćby nawet były one istotne tylko w ramach tejże wyjściowej kultury. No dobrze, 
powie „dynamiczny tłumacz”, ale przecież sformułowanie „Wyspiański na weselu Rydla” 
nigdy   nie   powie   amerykańskiemu   czytelnikowi   tyle,   co   polskiemu;   gdzie   tu   zatem 
podobieństwo   baz   kognitywnych   odbiorców?   Odpowiadając   na   taką   wątpliwość,   trzeba 
przypomnieć kilka podstawowych prawd na temat tłumaczenia. Po pierwsze, żaden tłumacz 

54

background image

nie oczekuje, że jego przekład będzie automatycznie wywoływał konstrukcję dokładnie takich 
samych baz kognitywnych jak bazy kognitywne autora i odbiorcy oryginału (tak jak je widzi 
tłumacz). Odbiorca nie wychowany w Polsce nie może reagować na polskie realia tak samo 
jak czytelnik  polski. Wręcz  przeciwnie,  to,  co dla Polaka  będzie  „swojskie i  nasze”, dla 
cudzoziemca często stanowić będzie o egzotyce utworu. Ta dysproporcja jest jednak wpisana 
w   działalność   tłumaczeniową   –   to   nieuchronne   przesunięcie   bazy   kognitywnej   odbiorcy 
przekładu względem bazy kognitywnej odbiorcy oryginału. Trzeba przy tym pamiętać, że 
realia   nie   są   zwykle   dominującą   wartością   utworu   literackiego   –   realia   dominują   w 
przewodnikach, podręcznikach historii – od dzieła literackiego oczekujemy czegoś więcej. Po 
drugie, należy pamiętać,  że bazy kognitywne  zawierają pewne jądro, część niezbędna do 
interpretacji tekstu, którą nazwaliśmy bazą wypowiedzi. W tym sensie odczytanie fragmentu 
„jak   Wyspiański   na   weselu   Rydla”   nie   powinno   sprawić   żadnemu   czytelnikowi 
najmniejszych trudności: z kontekstu, w jakim owo sformułowanie się pojawia, łatwo można 
wywnioskować, że chodzi tu o jakąś romantyczna postać, która nie bierze udziału w zabawie 
innych,  tylko  się jej  przygląda.  Na tym  poprzestanie  przeciętny czytelnik.  Można jednak 
wyobrazić sobie czytelnika niezwykle dociekliwego, który zainteresuje się polska kulturą i 
przeczytawszy o „Wyspiańskim na weselu Rydla”, zechce się dowiedzieć czegoś bliższego na 
temat tego zdarzenia i tych postaci, a może nawet przeczyta Wesele w angielskim tłumaczeniu 
(zob. Bałuk-Ulewicz 2000).

Tłumaczka  Madame  uznała   zapewne,   że   taki   scenariusz   jest   zupełnie 

nieprawdopodobny,   wręcz   niemożliwy.   Ja   byłbym   ostrożniejszy:   historia   odnotowuje 
przypadki fascynacji innymi kulturami, które często owocowały nowymi dziełami czy choćby 
nowymi tłumaczeniami. Kilka lat temu w małym angielskim mieście Buxton miałem okazję 
odbyć ciekawa rozmowę na temat współczesnej literatury polskiej z pewnym sympatycznym 
Anglikiem, z zawodu murarzem. Mój rozmówca wiedział na ten temat naprawdę bardzo dużo, 
obawiam się, że więcej ode mnie, chociaż mógł czytać literaturę polską tylko w przekładach, 
a z Polska bynajmniej nie łączyły go żadne więzi rodzinne.

Kultura żyje ciągłością. Jest siatką powiązań, systemem odniesień, aluzji, polemik, 

ataków, cytatów, plagiatów, hołdów składanych wcześniejszym twórcom, pastiszów i parodii. 
Jeśli uznamy, że tak rozumiana ciągłość stanowi istotę kultury, to musimy dojść do wniosku, 
że żaden tłumacz nie ma prawa pochopnie przecinać oczek owej sieci.

Przypuszczam, że właśnie ze względu na szacunek i lojalność wobec autora i kultury 

wyjściowej   oraz   świadomość   kulturowej   ciągłości   żaden   z   tłumaczy  Cierpień   młodego 
Wertera 
nie odważył się na zastąpienie nazwiska Klopstock jakimś innym, choć niewątpliwie 
brzmienie  tego nazwiska w kontekście polskiego przekładu  burzy romantyczna  atmosferę 
sceny, w której to nazwisko pada.

Realistyczne   imiona   i   nazwiska   nie   powinny   w   zasadzie   ulegać   zmianom   w 

przekładzie. Pojawiają się one najczęściej w utworach osadzonych w konkretnych realiach i 
są zwykle częścią tła kulturowego, zatem jeśli tłumacz nie zamierza przenieść miejsca akcji 
tłumaczonego utworu, w którym to przypadku mielibyśmy do czynienia raczej z adaptacją niż 
z tłumaczeniem, nie powinien ingerować w dobór nazwisk i imion dokonany przez autora. 
Tym   bardziej,   że,   jak   pisze   U.   Zalewska-Okrutna,   „zmieniając   (…)   imię,   zastępując   je 
odpowiednikiem   w   innym   języku,   zmieniamy   narodowość   osoby,   której   to   imię   nadano, 
zmieniamy   informację   dotyczącą   wieku   i   pochodzenia;   w   skrócie   –   zmieniamy   jej 
osobowość”   (Zalewska-Okrutna   2001:   253).   Możliwe   są   natomiast   drobne   retusze, 
ułatwiające   Zycie   tłumaczowi   i   przyszłemu   czytelnikowi,   na   przykład   opuszczenie 
końcowego „h” w imionach takich jak Sarah, Hannah czy Deborah, co czytelnikowi ułatwi 
przeczytanie tych imion, a tłumaczowi umożliwi ich odmianę.

Sądzę, że powyższa zasada powinna obowiązywać również w tłumaczeniach literatury 

dziecięcej. Nie widzę żadnych powodów, dla których mielibyśmy ukrywać przed dziećmi 

55

background image

fakt, że ludzie w innych krajach nazywają się inaczej. Argumenty o utrudnionej percepcji – 
nie   poparte   zresztą,   o   ile   mi   wiadomo,   żadnymi   poważniejszymi   badaniami   –   są   nie   do 
utrzymania: takim samym utrudnieniem są obce imiona własne dla czytelników dorosłych nie 
znających zupełnie danego języka obcego, nikt jednak nie proponuje, żeby Olivera Twista 
zamieniać   na   Olgierda   Kręćka.   A   zatem   Pippi   Langstrump   a   nie   Fizia   Pończoszarka, 
Christopher   Robin   a   nie   Krzyś.   (Rozwiązanie   pośrednie   zastosowane   przez   Monikę 
Adamczyk – Krzysztof Robin – nie wydaje się zadowalające: nikt w Polsce nie nosi imienia 
Robin, więc młody człowiek może dojść do wniosku, że Robin to nazwisko).

Zmiany   realistycznych   imion   własnych   w   tłumaczeniach   mają   czasem   ciekawą 

motywację: znana dobrze wszystkim czytelnikom Ani z Zielonego Wzgórza pani Małgorzata 
Linde nazywała się w oryginale Rachel Linde; sądzę, że na zmianę jej imienia wpłynął czas, 
w   którym   powstało   tłumaczenie.   Tłumaczka  Ani   z   Zielonego   Wzgórza  spolszczyła   wiele 
imion bohaterów, na ogół jednak starała się używać uznanych polskich odpowiedników bądź 
imion o podobnym brzmieniu – Matthew – Mateusz, Martin – Marcin, Thomas – Tomasz, 
Marilla – Maryla; nie była w tym zresztą całkiem konsekwentna, pozostawiając bez zmian 
takie  imiona  jak James, Jerry,  Jedediah, Nancy,  Katie, Mary.  Drastyczna  zmiana  imienia 
dotknęła  tylko  panią Linde.  Podobnie postępowały kontynuatorki  – tłumaczki  następnych 
tomów książki: poważniejsze zmiany dotyczyły tylko trojga istotnych bohaterów dziecięcych 
(Davi i Dora stali się Tadziem i Tolą, a ulubiony uczeń Ani, Paul – Jasiem) oraz jednej z 
przyjaciółek Ani – Philipsa Gordon została Izabelą Gordon (Fabisiak 2001).

Obce   imiona   i   nazwiska   stanowią   też   pewien   problem   w   tłumaczeniach   tekstów 

informacyjnych. Niewielu Polaków zna na przykład zasady ich odmiany. W każdym razie 
moich studentów muszę uczyć, że nazwiska takie, jak Milne czy Lodge, zakończone na nieme 
„e”,  odmienia   się  z  apostrofem:  Milne’a,  Lodge’a,   z  Milne’em,  Lodge’em,  podobnie  jak 
nazwiska   zakończone   na   „y”   po   spółgłosce   (czytane   jako   „i”),   takie   jak   Chomsky: 
Chomsky’ego, natomiast nazwiska typu Presley, Disney, które mają spolszczoną wymowę z 
„j” na końcu, odmieniamy tak jak polskie wyrazy zakończone  na „j”: Presleya,  Disneya. 
Oddzielnym zagadnieniem jest transliteracja nazwisk rosyjskich, arabskich, chińskich i In., 
ponieważ   pisownia   tych   nazwisk   po   angielsku   zwykle   różni   się   od   pisowni   polskiej,   na 
przykład   Yeltsin   to   Jelcyn,   Zhurin   –   Żurin,   Zhyrinovski   –   Żyrinowski,   Solzhenitsyn   – 
Sołżenicyn, Gaddafi – Kaddafi. 

Nazwy   geograficzne   spotykane   w   tłumaczonych   tekstach   można   podzielić   na 

mikrotoponimy   i   mikrotoponimy.   Te   pierwsze   przekraczają   swym   znaczeniem   i   użyciem 
granice jednego kraju i często mają uznane ekwiwalenty w innych językach. Te drugie – 
nazwy o znaczeniu lokalnym  – nie posiadają zwykle ustalonych  ekwiwalentów w innych 
językach (Bagajewa 1993a: 113). Jak wynika z powyższej charakterystyki mikrotoponimy nie 
powinny   w   zasadzie   powodować   problemów   tłumaczeniowych.   Tłumacz   musi   jednak 
zachować czujność, jako że ekwiwalenty niektórych nazw zupełnie nie przypominają nazw 
oryginalnych: niemieckie Aachen to po francusku Aix-la-Chapelle, a po polsku wciąż jeszcze 
(choć w coraz mniejszym stopniu) Akwizgran; belgijskie Gent to po polsku Gandawa. Warto 
wiedzieć, że angielskie „Naples”, „Milan”, „Munich” i „Cologne” to po polsku „Neapol”, 
„Mediolan”, „Monachium”, „Kolonia”. (Nie wszyscy z moich studentów tłumaczących teksty 
The Mouse that Roared Prison Tales prawidłowo rozszyfrowali mikrotoponimy „Cologne” i 
„Naples”   .)   Kiedy   tłumaczymy   obce   toponimy,   bardzo   łatwo   o   niezamierzoną   gafę: 
„Stratford-upon-Avon” nie nazywa  się po polsku „Stratford nad Avonem”, jak proponuje 
tłumaczka Small Word Lodge’a (Gołębiowska 2000).

56

background image

Znacznie   więcej   kłopotów   przysparzają   tłumaczom   mikrotoponimy.   Przede 

wszystkim trzeba zidentyfikować miejsce, które nazywa dany mikrotoponim, jego znaczenie i 
rolę   w   tekście,   a   następnie   podjąć   ewentualną   decyzję   o   tłumaczeniu,   częściowym   lub 
całkowitym.   Gdyby   tłumacz  Nice   Work  Lodge’a   ustalił,   że   „Isle   of   Dogs”   to   dzielnica 
Londynu  i to bynajmniej  nie położona na wyspie, z pewnością nie przetłumaczyłby tego 
mikrotoponimu jako „Wyspa Psów” (Gołębiowska 2000). Podobny zarzut postawić można 
tłumaczowi Weisera Dawidka Hellego na angielski: „Nowy Port, Długi Targ, Targ Węglowy” 
to właściwie nazwy ulic w Gdańsku, a zatem nie miało większego sensu tłumaczenie tych 
nazw jako „the new port”, „Long Market” i „Coal Market”. Tajemnicą tłumacza pozostanie 
powód, dla którego „Krzyworównia” to w przekładzie „Krivoy Rog” (Kaczorowska 2000).

Najczęstszym   błędem   w   tłumaczeniu   mikrotoponimów   jest   brak   konsekwencji. 

Przekładając książki tak mocno osadzone w miejskiej topografii jak Pamiętnik z powstania 
warszawskiego 
Białoszewskiego czy Raport o stanie wojennym Nowakowskiego, należałoby 
zadbać o to, by bardziej dociekliwy czytelnik mógł odnaleźć miejsce akcji na planie miasta. 
Tłumacze zostawiają rzeczywiście bez (większych) zmian nazwy ulic (Chłodna, Ogrodowa, 
Krochmalna,   Leszno,   Grzybowska,   Lucka,   Krakowskie   Przedmieście   czy   Brzeska   Street, 
Rzodkiewki Street), ale nie wytrzymują przy znaczących nazwach placów (Square / Place of 
Three   Crossem,   Bank   Square),   popełniając   przy   okazji   pomyłki:   Krasinski   Square   ma 
odpowiadać Planowi Krasińskich, a Victory Square – Placowi Defilad (!) (Grajewska 2001; 
Ruta 2000). Podobny brak konsekwencji występuje w  Who was David Weiser,  tłumaczeniu 
Weisera Dawidka  Pawła Hellego: Polanki to Polanka (?) Street, ale Pilotów to już Pilots 
Street; Bukowa Górka to Bukowa Hill, ale Dolina Radości to Echo Valley (?!), zaś Jaśkowa 
Dolina   przechrzczona   została,   zapewne   na   skutek   zbyt   daleko   posuniętej   podejrzliwości 
tłumacza, na Beanstalk Valley (Kaczorowska 2000).

Dokładność w tłumaczeniu – czy też raczej przytaczaniu – toponimów jest oczywiście 

podstawowym  wymogiem  przy tłumaczeniu  przewodników  i innych  tekstów  turystyczno-
krajoznawczych. Ich odbiorcy muszą mieć możliwość odnalezienia poszukiwanych miejsc na 
mapach   opisanych   w   języku   wyjściowym,   a   także   zapytania   o  drogę   do  danego   miejsca 
użytkowników języka docelowego. W praktyce wygląda to bardzo różnie. Zdarza się, że te 
same  nazwy  geograficzne  tłumaczone   są  inaczej  w  różnych  przewodnikach.   Na przykład 
Góry Świętokrzyskie bywają tłumaczone jako the Świętokrzyskie Mountains – kombinacja 
tłumaczenia z reprodukcją – ale czasem spotykamy „odpowiednik” „the Holy Cross Hills”, 
który należy chyba uznać za bardziej mylący niż informatywny. Spore zamieszanie panuje 
zwykle w tłumaczeniu nazw regionów, i tak „Chełmszczyzna” bywa tłumaczona jako „Chełm 
Land”, „Chełmszczyzna” lub „the Chełm Region”. Wydaje się, że tego typu rozbieżności 
spowodowane są faktem, iż przewodniki i foldery – zwłaszcza te regionalne – tłumaczone są 
czasem przez ludzi przypadkowych, których znajomość języka angielskiego (nie mówiąc już 
o kompetencji tłumaczeniowej) pozostawia wiele do życzenia.

Znacznie   większym   problemem   tłumaczeniowym   są   intencjonalne   imiona 

własne. Używając terminu „intencjonalne imiona własne” stosujemy oczywiście pewien skrót 
myślowy. Jak zauważa Ch. Nord:

To find a name for their fictional characters, authors can draw on the whole repertoire 

of names existing in their culture, and they can invent new, fantastic, absurd or descriptive 
names for characters they create. We may safely assume, therefore, that there is no name in 
fiction without some kind of auctorial intention behind it, although, of course, this intention 
may be more obvious to the readers in one case than in another. (Nord 2003: 183)

Ch. Nord ma w zasadzie rację, ale trzeba podkreślić, że niektóre imiona mogą zostać 

wybrane  na   chybił   trafił   z  kalendarza,   niektóre   nazwiska  –  w   podobny  sposób  z   książki 

57

background image

telefonicznej, inne dlatego, że autorowi spodobało się ich brzmienie. W takich przypadkach 
intencjonalność owych imion własnych nie będzie wcale oczywista dla odbiorców (w tym 
również dla tłumacza). W tej książce przyjmiemy zatem, że intencjonalne imiona własne to 
takie,   co   do   których   można   przyjąć   z   dużą   dozą   prawdopodobieństwa,   że   znaczą   coś 
szczególnego dla odbiorców oryginału, że – w typowych sytuacjach – zostały wybrane przez 
autora właśnie po to, by coś przekazać odbiorcom.

Pół   biedy   jeszcze,   kiedy   intencjonalne   antroponimy   pojawiają   się   w   tekście   o 

charakterze   baśniowym   czy  alegorycznym,   nie   osadzonym   w   realiach   konkretnego   kraju. 
Wtedy zadaniem tłumacza jest odczytanie wszelkich skojarzeń, jakie wywołać może dane 
imię   (odtworzenie   wszelkich   ram   i   scenariuszy,   w   których   może   się   ono   pojawiać)   i 
skonstruowanie   takiego   imienia   w   języku   docelowym,   które   budzić   będzie   podobne 
skojarzenia.   Tak   właśnie   postąpił   tłumacz  Opowieści   z   Narnii  C.S.   Lewisa.   Większość 
polskich   ekwiwalentów   imion   baśniowych   bohaterów   tego   cyklu   zbudowana   została   na 
zasadzie połączenia dwóch tematów morfemem -o-, na podobieństwo takich wyrazów, jak 
deskorolka   czy   listonosz.   I   tak   imionom   Rumblebuffin,   Bricklethumb,   Trufflehunter, 
Glenstorm, Wimbleweather, Glimfeather, Ruddleglum, Cloudbirth, Chippingford i Patterwig 
odpowiadają   w   polskim   przekładzie   Grzmotołup,   Kruchopaluch,   Truflogon,   Gromojar, 
Świdrigrzmot,   Świecopuch,   Błotosmętek,   Chmurosyn,   Targobród,   Trajkowitka.   Można 
dyskutować, oczywiście, czy polskie ekwiwalenty nie brzmią nieco bardziej „wyszukanie” od 
imion oryginalnych, można zgłaszać zastrzeżenia co do poszczególnych rozwiązań – mnie na 
przykład „Truflogon” kojarzy się najpierw z trufla i ogonem, a dopiero w drugiej kolejności z 
gonieniem   za   truflami,   ale   przyznać   trzeba,   że   większość   tych   imion   budzi   podobne 
skojarzenia   i   sugeruje   podobne   cechy   charakteru   jak   imiona   oryginalne,   co   potwierdziła 
ankieta   przeprowadzona   wśród   rodzimych   użytkowników   języka   angielskiego   i   Polaków 
(Adamska 2001). Ciekawe, że tłumacz Opowieści z Narnii w kilku przypadkach zastosował 
zupełnie inną technikę zastępowania imienia oryginalnego imieniem o podobnym brzmieniu 
lub wyglądzie, np. Peepiceek – Pipisek, Gumpas – Gumpas, Pug – Pug, Poggin – Pogin, 
Griffle – Gryfel, Reepicheep – Ryczypisk, Sopespian – Sobiepan, Roonwit – Runwid. O ile 
imiona   myszy   Pipisek   i   Ryczypisk   dostarczają   polskiemu   czytelnikowi   dość   podobnych 
skojarzeń   jak   ich   angielskie   pierwowzory,   o   ile   Griffle   i   Gryfel   czytelnikom   obu   wersji 
językowych kojarzą się z Gryfem, o tyle trudno mówić o jakiejkolwiek ekwiwalencji baz 
kognitywnych   w   przypadku   imion   Pug   czy   Pogin,   zaś   imiona   Sobiepan   i   Runwid 
wprowadzają do tekstu niezamierzone przez autora polskie konotacje. 

Z nieco bardziej złożona sytuacją mamy do czynienia w książce Harry Potter i kamień 

filozoficzny,  ponieważ   jej   bohaterowie   należą   niejako   do   dwóch   różnych   światów   –   są 
uczniami   w   szkole   czarów,   ale   jednocześnie   angielskimi   dziećmi   noszącymi   angielskie 
nazwiska. Z tego zapewne względu tłumacz pozostawił nie przetłumaczone takie nazwiska 
jak   Spruto,   Longbottom   czy   Mafloy,   choć   są   one   niewątpliwie   użyte   intencjonalnie.   W 
pewnym   sensie   intencjonalne   jest   też   nazwisko   Harry   Potter   –   ma   ono   podkreślać 
zwyczajność tego niezwykłego chłopca, sugerować małym czytelnikom, że i oni „noszą w 
tornistrze różdżkę Harry’ego Pottera”.

Pewne   zdziwienie   budzić   może   pozostawienie   bez   tłumaczenia   takich   nazw   jak 

Slytherin,   które   u   czytelników   oryginału   budzić   muszą   szereg   zdecydowanych   skojarzeń 
(Zielińska 2001). Jednak, jak się okazało w następnych tomach książki, decydując się na takie 
rozwiązanie, tłumacz ustrzegł się przed późniejszymi kłopotami: w dalszym ciągu opowieści 
o Harrym Potterze dowiadujemy się, że nazwy domów to nazwiska czarodziejów, którzy je 
założyli. Gdyby zatem tłumacz przełożył nazwy domów, musiałby się z tego tłumaczyć w 
kolejnych  tomach.  W tę pułapkę  wpadła  brazylijska  tłumaczka  Harry’ego  Pottera  (Wyler 
2003).

58

background image

Największym   jednak   wyzwaniem   dla   tłumacza   są   intencjonalne   imiona   własne   w 

utworach, których akcja osadzona jest w realiach danego kraju. Jeśli intencjonalność użycia 
imion   własnych   ogranicza   się   do   jednego   czy   paru   przypadków,   można   próbować 
przetłumaczyć te imiona, a następnie nadać im charakter imion, które mogłyby wystąpić w 
kulturze wyjściowej. Po mistrzowsku zrobiła to tłumaczka  Madame,  która przetłumaczyła 
imiona   i   nazwiska   dwóch   niezbyt   szanowanych   koleżanek   bohatera   –   Adriany   Kloc   i 
Agnieszki Wąsik – na Adrienne  Swat i Agnes Wanko: oba te nazwiska budzą pożądane 
skojarzenia u anglosaskiego czytelnika, ale jednocześnie mogłyby być nazwiskami polskimi 
(Kucińska 2000). Nieco gorszym rozwiązaniem jest zastąpienie imienia i nazwiska Lucyla 
Różogrodek   nazwiskiem   Lucilla   Rosenberg:   o   ile   w   polskim   oryginale   można   się   tylko 
domyślać żydowskiego pochodzenia dziewczyny,  o tyle w wersji angielskiej staje się ono 
oczywiste.   Tej   techniki   nie   da   się   jednak   zastosować   we   wszystkich   przypadkach: 
przetłumaczenie nazwiska Gardener w Being There J. Kosińskiego na O’Grodnick uważam za 
zupełnie chybione, jako że sugeruje ono polskiemu czytelnikowi, że Amerykanie używają 
polskiego wyrazu „ogrodnik” na określenie człowieka, który zajmuje się tego typu pracą (por. 
Rudolf 2000: 486). Nie ma też chyba dobrego rozwiązania w przypadku nazwiska głównego 
bohatera Money M. Amisa – Johna Selfa, które to nazwisko odgrywa istotną rolę w rozwoju 
akcji. Inna sprawa, że czytelnikowi polskiemu należał się w odpowiednim miejscu porządny 
przypis, którego tłumacz nie zamieścił (Świerkocki 1997; Jaworowska 2001).

Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy intencjonalne imiona własne występują 

w większej liczbie, a na dodatek przemieszane są z imionami realistycznymi i umieszczone w 
realiach konkretnego kraju. Z taką sytuacją mamy do czynienia na przykład w  Prawieku i 
innych   czasach  
O.   Tokarczuk.   Przetłumaczenie   imion   intencjonalnych   i   pozostawienie   w 
wersji oryginalnej pozostałych imion, a tak postąpił tłumacz tej książki na francuski, może 
sprawić,   że   czytelnik   francuski   będzie   „zastanawiać   się   nad   tym,   dlaczego   mieszkańcy 
polskiej wsi noszący rodzime nazwiska mają sąsiadów o nazwiskach francuskich i dlaczego ci 
ostatni dają jednym dzieciom imiona francuskie, a innym polskie” (Skibińska 2000: 166).

Z przedstawionego w tej książce punktu widzenia najważniejszym zadaniem tłumacza 

jest umożliwienie czytelnikowi przekładu rekonstrukcji bazy wypowiedzi i bazy kognitywnej 
jak najbardziej zbliżonych do baz autora i odbiorcy oryginału – w warstwie scenariuszowej, 
emocjonalnej, ale również w warstwie realiów przedstawionych  w utworze, w tym  imion 
własnych. Sądzimy zatem, że wykluczyć należy przede wszystkim takie sposoby działania 
tłumacza,   które   ową   rekonstrukcję   całkowicie   uniemożliwiają,   na   przykład   opuszczanie 
pewnych elementów oryginału. Tłumacz ma do dyspozycji kilka technik umożliwiających 
transfer imion własnych oryginału do przekładu, które pokrótce opisałem powyżej. Zdarzają 
się też sytuacje niemal bez wyjścia. Warto jednak pamiętać, że w dłuższych tekstach przypis, 
uważany przez wielu tłumaczy za ostateczność,  jest znaczenie  lepszym  rozwiązaniem  niż 
całkowity brak informacji.

59

background image

6.   Nieprzekładalność   językowa:   „znaczenie   jest   własnością 
języka”

…istotą języka jest możność przekładu.

Claude Lévi-Strauss

Jak już zostało powiedziane, zdaniem niektórych autorów,  nieprzekładalność  całych 

tekstów   bądź   ich   fragmentów   spowodowana   jest   różnicami   kulturowymi   i   różnicami 
językowymi. Ta druga przyczyna trudności przekładowych występuje z całą ostrością wtedy, 
kiedy tekst wyjściowy zawiera struktury nacechowane językowo, tj. wówczas, gdy wiedza na 
temat   języka   wyjściowego   (dotycząca   jego   idiomatyki,   polisemii,   homonimii, 
morfologicznego potencjału języka) jest ważną częścią bazy wypowiedzi.

Ciekawy przykład tego zjawiska, polski przekład chińskiej anegdoty, znajdziemy u O. 

Wojtasiewicza:

Pewien wykształcony Chińczyk otrzymał od swojego znajomego, człowieka równie 

wykształconego jak on sam, zaproszenie, aby przyszedł do niego na „połowę księstwa Lu”. 
Zaintrygowany tego rodzaju sformułowaniem, udał się z wizytą, w czasie której gospodarz 
poczęstował go rybą (ideogram oznaczający rybę stanowi górną część ideogramu będącego 
nazwą księstwa Lu). Po pewnym czasie, pragnąc zrewanżować się za przyjęcie, skierował do 
swojego niedawnego gospodarza analogiczne zaproszenie. Gdy gość przybył, siedział z nim 
długo w upał na tarasie, a gdy gość uczynił aluzję do spodziewanego poczęstunku, wyjaśnił 
ze śmiechem, że zaprosił go na „dolną połowę Lu” (dolna połowę tego ideogramu stanowi 
znak będący symbolem słońca). (Wojtasiewicz 1957/1992: 56)

Wojtasiewicz komentuje ten przypadek w następujący sposób:

Jeśli skreślimy wyjaśnienia zawarte w nawiasach, otrzymamy mniej czy więcej udane 

tłumaczenie   anegdoty,   ale   dla   czytelnika   polskiego   będzie   ono   całkowicie   niezrozumiałe 
właśnie ze względu na aluzje do form poszczególnych ideogramów, dodane zaś objaśnienia są 
już   komentarzami   wykraczającymi   poza   granice   przekładu.   Anegdota   jest   więc 
nieprzetłumaczalna na polski, podobnie zresztą jak i na wszystkie języki nie posługujące się 
chińskimi ideogramami; można jej sens wyjaśnić dodatkowymi uwagami, ale wówczas nie 
będzie to już zwykłe tłumaczenie. (Wojtasiewicz 1957/1992: 57)

Poniżej rozważymy kilka problemów tłumaczeniowych, których źródłem SA przede 

wszystkim zjawiska językowe. Oczywiście warto pamiętać, że granica między językiem a 
kulturą   nie   jest   żadną   wyraźną   linią   demarkacyjną,   a   więc   niektóre   z   omawianych   tu 
zagadnień będą dotyczyły również kwestii kulturowych.

1. Gry językowe, kalambury

Takie   zjawiska   językowe   jak   polisemia   czy   homonimia,   a   zwłaszcza   ich   celowe 

wykorzystanie   w   tekście   wyjściowym   mogą   być   źródłem   poważnych   problemów 
tłumaczeniowych,   gdy   język   docelowy   nie   dysponuje   odpowiednimi   jednostkami 
homonimicznymi   czy   polisemicznymi.   Na   przykład   sztuka   Harolda   Pintera  Old   Times 
rozpoczyna się od następującego dialogu:

60

background image

KATE: Dark   (pause)
DEELEY: FAT or Hun?
KATE: Fuller than me, I think.   (pause)
DEELEY: She was then?
KATE: I think so.
DEELEY: She may not be now.

Jak zauważa Sh. Blum-Kulka (2000: 302-303) ta celowo enigmatyczna i dwuznaczna 

rozmowa musi zostać ujednoznaczniona w tłumaczeniu na hebrajski, po pierwsze dlatego, że 
hebrajskie przymiotniki mają rodzaj, a po drugie dlatego, że w języku hebrajskim nie ma 
dobrego polisemicznego ekwiwalentu angielskiego wyrazu „dark”. Podobnie w tłumaczeniu 
na język polski cytowany fragment będzie mniej wieloznaczny ze względu na konieczność 
użycia żeńskiego rodzaju przymiotnika, co natychmiast wyjaśni czytelnikowi, że mowa jest o 
kobiecie (zob. Kozodój 2001).

Tłumacze czasem pozbywają się kłopotliwej gry słownej wyrzucając w tłumaczeniu 

cały   problematyczny   fragment.  Prezentowana   poniżej   gra   językowa   oparta   na   cechach 
angielskiej gramatyki nie została uwzględniona w polskim przekładzie  Peter Pan:  „Feeling 
that Peter was on his way back, the Neverland had again woke is better and was always used 
the plusperfect and say wakened, but woke is better and was always used by Peter”. (przykład 
z:   Adamczyk-Grabowska   1988:   57).   Trudno   wyjaśnić   takie   rozwiązanie   inaczej   niż   jako 
przejaw protekcjonalnego stosunku do literatury dziecięcej I dziecięcego odbiorcy. (Więcej 
przykładów gier słownych w tłumaczeniach literackich znaleźć można w: Wille 2003).

Celowe   wykorzystywanie   wieloznaczności   nie   jest   jednak   bynajmniej   wyłączną 

domeną literatów. Problemy tego typu pojawiają się często w tekstach prasowych, a także – 
choć   z   mniejszą   częstotliwością   –   w   tekstach   naukowych   i   popularnonaukowych.   W 
zamieszczonych   w  Suplemencie  tekstach   prasowych   wykorzystywanych   przeze   mnie   na 
zajęciach z tłumaczenia znajdziemy na przykład sformułowanie „Mickey Mouse has stepped 
in Pooh.” (tekst Sweet Deal), którego autor nie mógł powstrzymać się przed wykorzystaniem 
dwuznaczności wyrazu „pooh.”: jest on częścią imienia sławnego misia znanego u nas jako 
Kubuś   Puchatek,   ale   również   w   dziecięcym   języku   może   oznaczać   „kupkę”.   A   zatem 
powyższe   zdanie   metonimiczne   wyraża   myśl:   Wytwórnia   Disneya   zainteresowała   się 
książkami A.A. Milne’a, ale jednocześnie przywołuje zabawne w tym kontekście skojarzenie 
– Myszka Miki wdepnęła w… Gdyby tekst sugerował zarazem, że wymieniona wytwórnia 
wyszła  na tej transakcji jak „Zabłocki na mydle”,  to mielibyśmy  dość poważny problem 
tłumaczeniowy, ponieważ jednak „stepped in Pooh” jest tylko żartem, możemy specjalnie się 
nim nie przejmować (w końcu tłumaczymy krótki tekst informacyjny) i zastąpić kalambur 
oryginału   zdaniem:   „Myszka   Miki   zainteresowała   się   Puchatkiem”   czy   nawet   – 
wykorzystując   wiedzę   zdobytą   w   dalszej   części   artykułu   –   „Myszka   Miki   przejmuje 
Puchatka”. Myślę, że w tym konkretnym przypadku takie tłumaczenia są jak najbardziej do 
przyjęcia,   chociaż   jedna   z   moich   studentek   wpadła   na   ciekawy   pomysł   przełożenia 
interesującego nas fragmentu jako: „Myszka Miki wdepnęła w… garnczek miodu”.

Naszpikowany tego typu problemami jest króciutki tekst  Pitiful Debate.  O części z 

nich była już mowa przy okazji omawiania tłumaczenia funkcjonalnego (rozdz. 3). Warto 
zwrócić jeszcze uwagę na dwuznaczne „spit on our rules” („pluć według naszych zasad”  lub 
„pluć na nasze zasady”), które zapewne ma służyć dodatkowej, ironicznej charakterystyce 
wybitnego autorytetu w dziedzinie plucia pestką wiśni na odległość. Ze względu na końcówki 
polskich   przypadków   nie   dysponujemy   tu   idealnym   rozwiązaniem,   ale   chyba   niezłym 
pomysłem   jest   przetłumaczenie   tego   zwrotu   na   potoczne   „pluć   na   naszych   zasadach”,   w 
którym   przynajmniej   pobrzmiewa   druga   interesująca   nas   fraza   „pluć   na   coś”.   W   tekście 
Topless in Rio  pojawia się sformułowanie „toplessness was a bare Essentials”, w którym 

61

background image

wykorzystano   dwuznaczność   wyrazu   „bare”,   co   sprawia,   że   zwrot   ten   jest   trudny   do 
przełożenia na język polski, w którym wyrazy „goły” i „nagi” tworzą nieco inne kolokacje: 
goła szabla, pod gołym niebem, z gołą głową, gołymi rękami, gołym okiem, gołe słowa, nagie 
fakty,   naga   prawda,   naga   rzeczywistość.   Oczywiście   można   któryś   z   nich   wykorzystać, 
„dostosowując”   nieco   tekst   oryginału   (np.   „gołym   okiem”   czy   „naga   rzeczywistość”)   – 
byłoby to nawet konieczne, gdybyśmy mieli do czynienia z tekstem literackim. Ponieważ 
jednak tłumaczymy tekst informacyjny, myślę, że można również zaakceptować rozwiązania 
„gubiące”   dwuznaczność   oryginału,   na   przykład   „absolutna   konieczność”   czy  „niezbędny 
warunek”. Dwuznaczność i gry słów są także cechą charakterystyczną tytułów amerykańskich 
artykułów prasowych, na przykład  Pipe Down, Pitiful Debate, In a Flap, Hart of Stone  (w 
Polsce w tytułach tego typu zaczyna się specjalizować – z różnym zresztą powodzeniem – 
Gazeta Wyborcza).

Wydaje się, że jedyną metodą tłumaczenia gier słownych jest zastępowanie ich grą 

języka   docelowego.   Oczywiście   po   rozważeniu   wszystkich   za   i   przeciw.   Jeśli   cena   za 
kalambur   byłaby   zbyt   wysoka,   przyjdzie   z   niego   zrezygnować   –   ewentualnie   można 
posiłkować się przypisem.

2. Idiomy, powiedzenia, przysłowia

Bogata   literatura   na   temat   idiomów   koncentruje   się   na   próbach   zdefiniowania 

idiomów   oraz  przedstawienia  ich   klasyfikacji.  Różni   badacze  wyrażają  różne   poglądy  na 
temat tego, czym jest idiom: trwa debata dotycząca złożoności idiomów (czy muszą to być 
wyrażenia   złożone,   a   jeśli   tak,   to   z   ilu   elementów);   spotyka   się   „definicje”   w   rodzaju 
„znaczenie idiomu nie jest sumą znaczeń jego składników”, które byłoby bardziej na miejscu 
w   arytmetyce   niż   w   językoznawstwie.   Ponieważ   nas   interesować   tu   będą   kwestie 
tłumaczeniowe, pozostawimy problem ścisłego zdefiniowania idiomu językoznawcom, a sami 
sformułujemy   nieprecyzyjną   definicję   roboczą,   która   jednak,   jak   sądzę,   pozwoli   nam   na 
odróżnienie   większości   idiomów   od   nieidiomów   i   ustosunkowanie   się   do   kwestii   ich 
przekładu.   Przyjmiemy   zatem,   że   idiomy   to   spetryfikowane   metafory,   w   większości 
odnotowane w słownikach danego języka.

Wydaje   się,   że   tłumacz   może   zastosować   jedną   z   czterech   technik   tłumaczenia 

idiomów:

A. Użycie „oczywistego”, nasuwającego się ekwiwalentu – idiomu o bardzo podobnej 

formie   i   sensie   w   języku   docelowym,   jeśli   takowy   istnieje   (co   zdarza   się   najczęściej   w 
przypadku idiomów o pochodzeniu biblijnym lub klasycznym)

B.   Użycie   ekwiwalentu   funkcjonalnego   –   zastąpienie   idiomu   języka   wyjściowego 

takim idiomem języka docelowego, którego znaczenie funkcjonalne jest podobne, choć obraz 
inny.

C. Syntagmatyczne przetłumaczenie idiomu języka wyjściowego – co możliwe jest 

tylko   w   rzadkich,   specyficznych   przypadkach,   kiedy   oryginalny   idiom   jest   „przejrzysty” 
(zrozumiały   w   kulturze   docelowej)   i   tylko   w   pewnych   typach   tekstów,   których   odbiorca 
przygotowany jest na pewne nowatorstwo, inwencję językową.

D. Użycie ekwiwalentu znaczeniowego nie będącego idiomem.
Granica między technikami A i B jest zresztą płynna – idiomy mogą pochodzić z tej 

samej sceny, mieć podobna strukturę i różnić się tylko doborem jednostek leksykalnych, tak 
jak „inch by inch” – „krok po kroku” czy „to run neck and neck” – „iść łeb w łeb”. Takie 
różnice na ogół nie odgrywają znaczącej roli w tłumaczeniu. Pewnym utrudnieniem bywa 
„złapanie idiomu za słowo”, wykorzystanie wyjściowego znaczenia metafory dla uzyskania 
humorystycznego   efektu.   Zdarza   się,   że   funkcjonalny   ekwiwalent   oferuje   analogiczne 

62

background image

możliwości   w   języku   docelowym.   W   jednej   z   powieści   Archera   znajdujemy   następujące 
sformułowanie: „they are twisting my arm it’s amazing I’m not permanentny in splints”, które 
zostało przełożone na język polski jako: „Wiercą mi z tego powodu dziurę w brzuchu, że 
chyba   prześwituję   na   wylot”.   Czasem   możliwe   są   kombinacje   powyższych   technik.   Na 
przykład w książce tego samego autora idiom „hook, line and sinker” został zastąpiony – 
pochodzącym z tej samej sceny wędkarstwa – idiomem „połknął haczyk”, a następnie polski 
zwrot   rozwinięto   poprzez   tłumaczenie   syntagmatyczne   oryginalnego   idiomu:   „Połknął 
haczyk, żyłkę i spławik”. W efekcie powstało barwne i dobitne wyrażenie, dobrze oddające 
sens   angielskiego   zwrotu,   choć   niewątpliwie   różniące   się   od   pierwowzoru   stopniem 
oryginalności (powyższe przykłady pochodzą z: Malon 2001).

Kiedy tłumacz dojdzie do wniosku, że zastosowanie technik A-C nie jest możliwe, 

zamiast   stosować   technikę   D   opuszcza   czasem   kłopotliwy   fragment   (zwłaszcza   w 
przekładach literackich, by uniknąć wielosłowia). I tak na przykład w polskim przekładzie 
książki Peter Pan następujące zdanie: „Michael was up by his time also, looking as sharp as a 
knife   with   six   blades   and   a   saw…”   zostało   przetłumaczone   jako:   „Michał   też   się   już 
obudził…” (Adamczyk-Grabowska 1988: 57).

Militarne   idiomy   w   tekście  The   Mouse   That   Roared,  zgrupowane   w   poniższym 

fragmencie, były już pokrótce omawiane przy okazji analizy tego tekstu w rozdziale 4., ale 
wrócimy jeszcze do nich na chwilę, by zasugerować ich możliwe przekłady:

Liechtenstein has mustered all its big guns for the fray. Its foreign minister came to 

The Hague armed with four of Europe’s most expensive lawyers. Even its head of state. 
Prince Hans-Adam II, has girded his loins for battle…

Sądzę,   że   w   pierwszym   przypadku   można   zastosować   nasuwający   się   polski   ekwiwalent 
“wytaczać najtęższe działa”, w drugim – zastąpić „armed with” wyrażeniem „w obstawie”, a 
w trzecim – spróbować metaforycznego „przypasał miecz” czy „przywdział zbroję”, które w 
kontekście artykułu będą zrozumiałe, a jednocześnie niosą archaiczno-rycerskie konotacje, 
zamierzone chyba przez autora.

Idiomem jest również wyrażenie „Sturm und Drang”, użyte w tym samym tekście w 

zdaniu „Oh, the Sturm und Drang that has occasioned”, które chyba można przełożyć  na 
idiomatyczne „Ach, jaka się wtedy rozpętała burza”. Gubimy w ten sposób „niemieckość” 
zwrotu „Sturm und Drang”, ale zachowujemy sens i ironię oryginalnego zdania.

Trudnym   problemem   jest   też   kwestia   tłumaczenia   powiedzeń   i   przysłów.   Często 

wyrażany jest pogląd, że przysłowia powinny być w przekładzie zastępowane przysłowiami 
języka docelowego o podobnej wymowie (ekwiwalentem funkcjonalnym). Rozwiązanie takie 
jest zapewne możliwe, a nawet godne polecenia w tekstach informacyjnych, w których dane 
przysłowie czy powiedzenie nie odgrywa istotnej roli, oraz w tekstach, których akcja toczy się 
wszędzie i nigdzie, np. w baśniach. Czy jest to jednak rozwiązanie godne bezwarunkowej 
aprobaty, jeśli mamy do czynienia z tekstem osadzonym w konkretnych realiach? Chyba nie.

Jak słusznie zauważył A. Berman:

Of course a proverb may have its equivalents in other languages [Berman ma tu na 

myśli ekwiwalenty funkcjonalne – K.H.], but… these equivalents do not translate it. […] The 
desire   to   replace   ignores   […]   the   existence   in   us   of   a  proverb   consciousness  which 

63

background image

immediately detects, in a new proverb, the brother of an authentic one: the world of our 
proverbs is thus augmented and enriched… (1985/2000: 295)

Doskonałą   ilustracją   tezy   Bergmana   jest   przekład  Pamiętnika   z   powstania 

warszawskiego  M. Białoszewskiego,  w którym  przysłowie  „jak bida to do Żyda”  zostało 
przetłumaczone   funkcjonalnie   jako   „beggars   can’t   be   choosers”;   w   efekcie   zniknęły 
specyficznie   polskie,   czy   też   polsko-żydowskie,   konotacje   oryginalnego   powiedzenia   – 
istotne chyba w kontekście tłumaczonej książki.

Przysłowia i powiedzenia – a przynajmniej te z naszego kręgu kulturowego – często 

poddają   się   tłumaczeniu   syntagmatycznemu.   Na   przykład   wszyscy   trzej   tłumacze  The 
Adventures of Tom Sawyer 
M. Twaina przekładają „can’t teach any old dog new tricks” jako 
„starego   psa   nikt   nowych   sztuczek   nie   nauczy”,   mimo   że   takie   sformułowanie   nie   jest 
naprawdę powszechnie w języku polskim używane. Z drugiej strony ważne jest, by takie 
syntagmatyczne tłumaczenie rzeczywiście przypominało powiedzenie, było zwięzłe, zręczne i 
jasne. W związku z tym trudno uznać za udane dwa poniższe przekłady fragmentu tej samej 
książki:

„His final feather broke the camel’s back” 
“Było   to   jakby   ostatnim   ziarenkiem   dorzuconym   do   ładunku,   pod   którym   grzbiet 

wielbłąda musiał się załamać”.

„Stała się przysłowiowym piórkiem, pod którym ugiął się objuczony wielbłąd”.
W tym wypadku rozsądniejszym wyborem wydaje się zastosowana przez jednego z 

tłumaczy technika B:

„Stała się przysłowiowym gwoździem do trumny” (powyższe przykłady z: Krzywicki 

2003).

Przysłowia,   powiedzenia   lub   sformułowania  powiedzeniopodobne  pojawiają   się 

również w tekstach informacyjnych: „Where man leads, pest must follow”, „Not even religion 
can   break   up   his   friendship”.   W   przypadku   tego   typu   tekstów   nie   jest   może   tak   ważne 
zachowanie oryginalnego obrazu i oryginalnej struktury, więc pierwsze z tych zdań można 
zapewne przetłumaczyć na „jaki pan, taki kram”. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by 
powyższe   sformułowanie   przełożyć   syntagmatycznie:   „Gdzie   człowiek,   tam   i   szkodniki”. 
Oczywiście użycie wyrazu „gdzie” jest tu metaforyczne: nie chodzi o dosłowne podążanie za 
człowiekiem, a raczej o naśladowanie jego zachowań, ale za to takie tłumaczenie odwołuje się 
do  naszej  „proverb   consciousness”   (świadomości  przysłowiowej),   a  jednocześnie  od  razu 
wprowadza czytelnika w temat tekstu (podobnie jak pierwsze zdanie tekstu wyjściowego). W 
przypadku drugiego przekładu nie mamy wielkiego wyboru, ponieważ jest ono żartobliwym 
podsumowaniem   artykułu   i   chyba   wymaga   w   miarę   wiernego   przekazania.   Na   szczęście 
tłumaczenie tego zdania nie sprawia specjalnych trudności: „Nawet religia nie zniszczy tej 
przyjaźni”. Wspomnieliśmy już o przekładzie ostatniego zdania z tekstu Two Legs Bad – „the 
crayon is mighter than the sword”.

3. Neologizmy

Według H. Kurkowskiej i S. Skorupki (1964: 71) neologizmy podzielić można na 

cztery rodzaje:

1. neologizmy strukturalne – nowe wyrazy powstałe z istniejących morfemów na drodze 

typowych procesów słowotwórczych

2. neologizmy kolokacyjne – nowe zestawienia istniejących wyrazów
3. neologizmy semantyczne – istniejące wyrazy, którym przypisano nowe znaczenie
4. zapożyczenia – wyrazy i zwroty importowane z obcych języków.

64

background image

Do tych czterech kategorii niektórzy uczeni dodają neologizmy absolutne, które w 

języku codziennym są dość rzadkie, pojawiają się natomiast w językach specjalistycznych 
(zwłaszcza w postaci nazw firmowych), a przede wszystkim w literaturze pięknej.

Neologizmy stanowią zwykle problem tłumaczeniowy, gdyż po pierwsze nie da się 

sprawdzić   ich   znaczenia   w   słowniku   języka   wyjściowego   ani   rzecz   jasna   znaleźć   ich 
docelowego ekwiwalentu w słowniku dwujęzycznym, a po drugie zastosowaniu neologizmu 
w   tekście   wyjściowym   powinno   w   zasadzie   odpowiadać   użycie   neologizmu   w   tekście 
docelowym,   a   zatem   tłumacz   musi   zabawić   się   w   słowotwórcę.   Zasada   neologizm   za 
neologizm   nabiera   szczególnego   znaczenia   w   tekstach   naukowych,   w   których   będą   one 
zwykle   nazwami   nowych   wynalazków   lub   elementami   nowych   teorii,   oraz   w   tekstach 
literackich, w których pełnią zwykle ważne funkcje estetyczno-poznawcze.

Szczególnie   wiele   neologizmów   występuje   zwykle   w   literaturze   fantastycznej   i 

fantastyczno-naukowej, ponieważ autorzy opisujący inne światy pragną je uprawdopodobnić 
użyciem innego, a zatem nowego słownictwa (por. Bereś 1987: 62). Mistrzem neologizmu 
jest   ST.   Lem,   przy   czym   największe   zagęszczenie   nowych   wyrazów   występuje   w 
humorystycznym   nurcie   jego   twórczości   –   w   takich   książkach   jak  Cyberiada,   Kongres 
futurologiczny 
czy Dzienniki gwiazdowe )

Znajdziemy   tam   typowe   neologizmy   strukturalne   utworzone   za   pomocą   przed-   i 

przyrostków,   a   także   złożenia,   np.   desymulant,   półmatek,   półbabek,   wielośmiertelny, 
supersmok,   przeciw-przeciw-przeciw-przeciwrakieta,   ziemista   (specjalista   od   planety 
Ziemia), próżniarz (kosmonauta), rdzawki (choroba robotów), wzrocza (organ wzroku istot 
pozaziemskich),   kompoter   (robot   podający   kompot).   Większość   neologizmów   tego   typu 
została   przetłumaczona   na   angielski   przy   zastosowaniu   analogicznych   procesów 
słowotwórczych.  I   tak   powyższe   przykłady   to   odpowiednio:   dissimulant,   semimother, 
semigran, multimortal, metadragon, anti-anti-anti-antiballistic, missile, earthist, spacer, rustes 
(na podobieństwo rabies, caries czy diabetes), opticules, compoter. Trudno zgadnąć, dlaczego 
“nibyręce”   I   “nibynogi”   stają   się   w   tłumaczeniu   “alleged   hands”   i   “alleged   knees”,   bo 
przecież nasuwająca się analogia z nibynóżkami ameby (ang. Pseudopodia) nakazywałyby 
użyć form „pseudohands” i „pseudolegs”.

Po mistrzowsku natomiast rozwiązał tłumacz problem neologizmu połączonego z grą 

słów: „Niejednemu już w takich opałach wyszedł zamiast niesmoka – niesmak” (Tyberiada) – 
„More than one poor soul, seeking to produce the lack of dragon ended up instead with the 
back of the dragon”. Tłumacz zrezygnował z neologizmu po to, by odtworzyć grę słów, a 
efekt jest równie zabawny co w oryginale. Podobne rozwiązanie zostało zastosowane we 
fragmencie  Kongresu futurologicznego,  w którym Lem używa słowa „smaczyć”, będącego 
zbitką „smakować” i „znaczyć” – rzecz dzieje się w czasach, kiedy książki będzie można 
spożywać w postaci pigułek:
„- To słowo nic nie znaczy.
- Po pierwsze, teraz mówi się „nic nie smaczy””

Tłumacz   uznał,   że   gra   słów   jest   tu   ważniejsza   od   neologizmu   i   zaproponował 

następującą wersję:
„- I’m afraid I don’t follow.
- First of all, we don’t say follow but swallow”.

Za niezbyt udane trzeba uznać tłumaczenia wyrazów “mandolnice” (części ciała istot 

pozaziemskich wydające dźwięki) i „czołginki” (istoty płci żeńskiej wyglądające jak czołgi). 
Tłumacz   posłużył   się   tu   złożeniami   istniejących   słów,   tworząc   „hawk   pipes”   i   „traktor-
dryads”, co nie oddaje specyficznego humoru oryginału. W niektórych przypadkach tłumacz 
zrezygnował z tworzenia neologizmów, używając wyrazów istniejących w języku angielskim, 
na   przykład   „kretyniec”   –   „boob”,   „torturant”   –   „torturer”,   „drzwisty”   (drzwi   otwierane 
głosem) – „security door”, „spisanka telefoniczna” – „telephone direktory”, „bliźniowiec” 

65

background image

(sobowtór od wyr. Bliźni) – „an exact duplicate”… Trudno ustalić przyczyny tych decyzji. W 
przypadku takich wyrazów jak „kretyniec” czy „torturant” tłumacz mógł przeoczyć fakt, że są 
to   neologizmy.   W   innych   sytuacjach   mógł   działać   w   przekonaniu,   że   ważniejsze   jest 
precyzyjne oddanie sensu wyrazu. Ciekawym przypadkiem jest „bladawiec”, który odgrywa 
dość istotną rolę w Tyberiadzie jako pogardliwe określenie człowieka używane przez roboty. 
W   tłumaczeniu   użyto   słowa   „paleface”   (blada   twarz),   którym   rzekomo   posługiwali   się 
Indianie mówiąc o białych; wydaje się, że alternatywą mógł być neologizm „paler”. Czasami 
dokładniejsze   tłumaczenie   neologizmów   mogłoby   dać   w   efekcie   niezbyt   zręczne   wyrazy 
angielskie   –   „szafogeneza”   stałaby   się   „cupboardgenesis”   lub   „wardrobegenesis”,   a 
„bratożerstwo” – „fratrivority”. Możliwe też, że czasem po prostu zabrakło inwencji.

Pomysłowość   tłumacza   widać   najlepiej   we   fragmentach,   w   których   następuje 

gwałtowna   kondensacja   neologizmów,   zwykle   w   połączeniu   z   grą   słów.   Bezpośrednie 
tłumaczenie   poszczególnych   neologizmów   za   pomocą   analogicznych   form   języka 
docelowego jest wtedy niemożliwe – trzeba posłużyć się kompensacją.

„Język   zmienił   się   najbardziej.   Żywać   od   żyć,   jak   bywać   od   być,   bo   można   żyć 

kilkakrotnie, stąd forma częstotliwa. Ale także myć – mydło, prać – pradło, bać – badło. 
Pojęcia nie mam, co to znaczy…” „But the language changed the most. Rebe, rebeing, rebeen, 
Since if you’re not satisfied with yourself, sou can start over. Or unbe, if you get completely 
discouraged. But then there’s prebe, postbe, disbe, misbe, overbe and qyasibe. I haven’t the 
foggiest what these are supposed to mean…”

Tłumacz   koncentruje   się   na   angielskim   odpowiedniku   czasownika   „być”   i 

wykorzystuje   jego   potencjał   słowotwórczy   w   całej   pełni,   co   niektórzy   krytycy   mogliby 
pewnie   uznać   za   „ulepszanie”   oryginału.   Trudno   natomiast   byłoby   cokolwiek   zarzucić 
tłumaczeniu innego fragmentu Kongresu futurologicznego:

„Co idzie z nogi? Nogant. Nogiel, ewentualnie kogiel-nogiel. Nogier, noginia, noglić 

się i nożyć się. Roznożenie. Znożony. Nogać tam! Nogaś! Nogam? Nogista. Proszę, widzi 
pan, mamy coś płodnego. Nogista. Nogistyka.” „Foot. Good. Onefoot, twofoot. Threefooter, 
fourfooted. Footing, footingly, footling. Footage, befootery. Footment. And footloose gets 
you   footless,   unfooted,   defeeted.   Ah,   defeetism,   feetish,   feetus…   feetback?   Infoot   and 
outfoot! I think we’re getting somewhere. Feetality, twofootalitarianism”.

Bardzo   zręcznie   poradził   sobie   tłumacz   z   wymyślonymi   przez   Lema   skrótami   i 

skrótowcami. CIPEK (Centralny Instytut Pełnej Estetyzacji Kończyn) został przetłumaczony 
jako BUFF (Beautifull Figure Foundation), MOIRA (Mobilna Inspekcja Ratunkowa) jako 
MOIRA   (Mobile   Inspection   and   Rescue   Auxiliaries),   AMOREK   (Amortyzator   Energii 
Kinetycznej) – CUPID (Cyclochronic Unidirectional Polarisation of Inchoate Differentials), 
DUPKI (Dyssypatory Układowe Powolnej Kompensacji) – FALSIES (Fail-Safe Integrators). 
Tłumacz   nie   znalazł   w   pełni   zadowalającego   rozwiązania   problemu   wyrazów   „bemby, 
zbembardować i bombardowanie” utworzonych od skrótu BMB (Bomby Miłości Bliźniego) i 
posłużył się wyrażeniami ze skrótem LTN (Love Thy Neighbour) – LTN bombs, bombed 
with LTN, LTN strike.

Co   ciekawe,   w   angielskich   przekładach   nie   znajdziemy   próby  odtworzenia   złożeń 

rymowanych,   takich   jak   „kobieta-taboreta,   maszyna-straszyna,   korozja-sklerozja,   bijaki-
męczaki,   zmora-potwora”,   mimo   że   wyrazy   tego   typu   są   częściej   spotykane   w   języku 
angielskim   niż   w   polskim.   Tłumacz   zdecydował   się   jednak   na   „stoolmaid,   scarechrome, 
corrosis-sclerosion,   sadistomasochistors”   i   zupełnie   nieudany   „hideous   monster”.   Dziwna 
wydaje się zwłaszcza rezygnacja z rymu w przypadku „korozji-sklerozji”, ponieważ wręcz 
nasuwają się tu dwa rozwiązania rymowane: „corrosis-sclerosis” lub „corrosion-scleriosion”. 

Bardzo różnie tłumaczone były neosemantyzmy. „Lewak” (osoba polująca na 

lwy) został przetłumaczony jako „leostat” (neologizm), „zamachowiec” (osoba robiąca coś za 
jednym zamachem) – dość zręcznie jako „overnighter”, „czasownik” (specjalista od podróży 

66

background image

w   czasie)   –   bardzo   nieudanie   jako   „authority   on   time”,   „skwarki”   (cząstki   elementarne 
mniejsze od kwarków) – rzecz jasna jako „squarks”, „ewolucja z przepychem” (bo niektóre 
gatunki „przepychają się” lepiej niż inne) – jako „battering ram sort of evolution”, co dobrze 
oddaje sens polskiego sformułowania, ale kładzie dowcip. Jak zwykle najlepiej wychodzą 
dłuższe   fragmenty   obfitujące   w   tego   typu   neologizmy,   w   których   można   zastosować 
kompensację, jak w przypadku tego fragmentu Kongresu futurologicznego:

„Najgorsze są słowa, które nie zmieniły wyglądu, lecz zdobyły zupełnie nowy sens. 

Myśliwy – plagiator cudzych pomysłów. Symulant – obiekt nieistniejący, który udaje, że jest. 
Smarkacz – smarowniczy-robot.”. „The worst are which look the same but have acquired 
entirely different meanings. Expectorant – a conception aid. Pederast – artificial food faddist. 
Compensation – mind fusion. Simulant – something that doesn’t exist but prevends to. Not to 
be confused with simulator, a robot simulacrum”.

W   przypadku  neologizmów  absolutnych,  przypominających  wyrazy  danego   języka 

tylko przyrostkami i przedrostkami, tłumacz ma właściwie wolną rękę – liczy się jedynie 
efekt   wizualno-brzmieniowy   tłumaczenia.   W  Dziennikach   gwiazdowych  spotykamy 
następujące wyrażenia: „tryfować szengiele, spętwić baldury, przeklimować badubiny”, które 
zostały oddane przez tłumacza jako „norching combula, spruge on the sunkers, enacclimate 
the gwats”. Można jedynie zauważyć, że „enacclimate” wywołuje zdecydowanie silniejsze 
skojarzenia „klimatyczne” niż polski pierwowzór.

Nieco   inną   rolę   pełnią   neologizmy   w   twórczości   M.   Amisa.   Bohaterowie 

Amisa to ludzie zagubieni, żyjący w betonowych dżunglach drugiej połowy XX wieku (por. 
Bradbury   1993:   407),   posługujący   się   barwnym   potocznym   językiem,   często   slangiem. 
Neologizmy   w   utworach   takich   jak  Money,   London   Fields,   Time’s   Arrow,   Visiting   Mrs  
Nabokov  
czy  The   State   ef   England  odzwierciedlają   zatem   prawdziwe   zjawiska  językowe 
zachodzące w angielszczyźnie tego okresu. Amis posługuje się wieloma  metodami tworzenia 
neologizmów. Między innymi spotykamy niekonwencjonalne wyrazy utworzone za pomocą 
typowych   przedrostków   i   przyrostków,   takie   jak   „anti-talent,   antigallantry,   anti-charisma, 
anti-cathedral,   antidisestablishmentarianism,   barker,   300-pounder,   Earther,   womanlessness, 
femalelessness,   vigourlessness,   afectlessness,   talentedly,   malely,   full-throatedly,   bingoid, 
factoid (wszystkie przykłady z: Maj 1998). Gdy przeanalizujemy tłumaczenia neologizmów 
tego   typu,   uderza   przede   wszystkim   brak   konsekwencji.   Tłumacze   bez   trudu   tworzą 
neologizmy   takie   jak   anticharyzma,   antykatedra,   antydysestablishmentarianizm, 
stupięćdziesięciokilogramowiec,   bezkobiecość   czy   bingoidalny,   ale   już   „antigallantry”   to 
„totalny brak galanterii”, „a talentem barker” – „ma talent do szczekania, „Earther” – jakiś 
„ziemiański brat”, „womanlessness” – „brak kobiet”, „full-throatedly” – „odsłaniając szyję”, a 
zastosowane odpowiedniki „anti-talent” i „talentlessness” – „antytalent” i „beztalencie” – nie 
są w języku polskim neologizmami. Podobnie jak w przypadku przekładów Lema, tłumacze 
staranniej   odtwarzają   fragmenty,   w   których   neologizmy   występują   w   wyjątkowo   dużym 
zagęszczeniu lub służą dodatkowym celom, na przykład gry słownej.

M.   Amis   jest   mistrzem   w   tworzeniu   nowych   frazeologizmów.  W   wymienionych 

utworach  pojawiają  się  takie   zwroty,  jak „psychopathic  heat,   heartbroken  eyes,   homeless 
voices, the bar was three drinkers deep, nuclear dads have gone non-nuclear”. Tłumacze na 
ogół starają się zachować niezwykłość tych sformułowań w tłumaczeniach, choć nie zawsze 
im   się   to   udaje.   Z   wymienionych   przykładów   najłatwiejszy   okazał   się   ten   pierwszy:   w 
polskim przekładzie znajdziemy „psychopatyczny upał”; nie znaleziono natomiast dobrego 
sposobu na przełożenie „heartbroken eyes”, które tłumacz zastąpił omówieniem ”wpatrując 
się we mnie z rozdzierającym smutkiem”. Ewidentnym błędem jest przełożenie „homeless 
voices”   jako   „głosy   bezdomnych”.   Ostatni   przykład   stanowi   ciekawy   problem 
tłumaczeniowy, ponieważ sformułowanie „nuclear fathers” zostało ukute na wzór „nuclear 
family” – rodzina dwupokoleniowa, składająca się tylko z rodziców i dzieci. „Nuclear dads 

67

background image

have gone non-nuclear” (The State of England) odnosi się do mężczyzn, którzy opuścili swoje 
żony   I   zamieszkali   z   innymi   kobietami.   Ponieważ   w   języku   polskim   nie   istnieje 
sformułowanie „rodzina nuklearna”, a polskie „dwupokoleniowa” nie bardzo nadawało się na 
określenie ojca, tłumacz zdecydował się na zastąpienie neologizmu „nuclear father” zupełnie 
innym   nowym   frazeologizmem   w   języku   polskim:   „udomowieni   ojcowie   przeszli   w   stan 
dziki”.

Specyficznym  problemem  związanym  z kwestią  neologizmów  są zapożyczenia.  W 

języku polskim pojawia się bardzo wiele angielskich wyrazów, a tłumacz często staje wobec 
problemu:   kiedy   można   uznać,   że   dane   zapożyczenie   przestało   już   być   cytatem 
(zapożyczeniem   niezasymilowanym)   lub   też   wyrazem   używanym   wyłącznie   w   żargonie 
fachowców   z   danej   dziedziny.   Tłumacząc   jakiś   czas   temu   tekst  In-Flight   Ford 
zastanawialiśmy się nad polskim ekwiwalentem sformułowania „flight catering”; nie wszyscy 
z moich studentów byli zdania, że wyraz „catering” wszedł już do ogólnej polszczyzny.

4. Zdrobnienia

Język   polski   posiada   bogaty   system   przyrostków   zdrabniających,   które   mogą   być 

dodawane nie tylko do rzeczowników, ale również do przymiotników i przysłówków. Oprócz 
oczywistej funkcji określania mniejszego rozmiaru danego obiektu, zdrobnienia mogą pełnić 
bardzo   różne   funkcje   komunikacyjne,   na   przykład   wyrażać   uczucia   pozytywne,   takie   jak 
czułość   (mateczka,   staruszka),   radość   (słoneczko,   dzionek),   współczucie   (biedaczek, 
kobiecina), uczucia negatywne, takie jak lekceważenie czy pogarda (idejka, urzędniczyna), 
tworzyć rzeczowniki policzalne z niepoliczalnych (drewienko, pyłek, ognik) (Kreja 1969). 
Pomijamy tu funkcje słowotwórcze zdrobnień, gdyż powstałe w ten sposób wyrazy nie są 
zwykle postrzegane jako zdrobnienia, natomiast funkcję augmentatywną wymienianą przez B. 
Kreję (1969: 20) określilibyśmy raczej jako żartobliwe lub ironiczne użycie zdrobnień (np. 
„nóżka”   w   odniesieniu   do   kończyny   dinozaura).   W   przeciwieństwie   do   polskiego   język 
angielski   dysponuje   zaledwie   paroma   przyrostkami   zdrabniającymi,   które   można   dodać 
jedynie do nielicznych, określonych rzeczowników, na przykład –let – piglet, droplet, starlet; 
-ling – duckling, gosling, princeling; -ette – kitchenette; -y lub –ie – auntie, nightie, Tommy, 
Johnny, doggie; -kin – lambkin. 

W związku z tak ograniczonym użyciem zdrobnień w języku angielskim, znalezienie 

gotowych   odpowiedników   polskich   zdrobnień   w   tym   języku   jest   właściwie   niemożliwe. 
Stwarza to szczególne problemy w przypadku tłumaczeń literackich, a zwłaszcza dzieł tych 
autorów, którzy stosują wiele zdrobnień. Tłumacze mają do dyspozycji zaledwie parę technik 
tłumaczenia zdrobnień:
- dodawanie do rzeczownika przydawki, na przykład „little” lub „small”,
- użycie po angielsku słowa, które określa obiekty mniejsze niż podstawa zdrobnienia, np.     
           przetłumaczenie „dróżka” nie jako „small road”, ale jako „path”,
- użycie słowa, które ma pozytywne/negatywne konotacje
- inne formy kompensacji.

Dobrym przykładem tekstu literackiego, w którym zdrobnienia odgrywają istotną rolę 

jest Kompleks polski T. Konwickiego. Drobną ilustracją postawy tłumacza może być fakt, że 
nie   wykorzystał   on   jedynej   okazji   użycia   angielskiego   zdrobnienia,   tłumacząc   wyraz 
„kropelka” jako „drop” (wszystkie przykłady z: Śliwińska 2003). Tłumacz najczęściej stosuje 
technikę pierwszą, poprzedzając angielskie rzeczowniki przymiotnikami „little” lub „small”, 
przede wszystkim tam, gdzie zdrobnienie sygnalizuje mały rozmiar obiektu: drzewko – a little 
palm, uliczki – little streets, wioseczka – small village, mostek – small bridże, itd. Parę razy 
stosowana jest technika druga – użycie angielskiego wyrazu, który oznacza obiekt mniejszy 

68

background image

niż podstawa polskiego zdrobnienia, na przykład: rzeczka – stream, dróżka – path. Ta sama 
technika bywa stosowana w przypadku zdrobnień wyrażających mniejsze natężenie zjawiska: 
wiaterek   –   breeze   (w   tym   przypadku   zdrobnienie   i   jego   angielski   ekwiwalent   określają 
mniejszą siłę wiatru), a także wtedy, gdy zdrobnienie ma charakter emocjonalny: papierosek – 
cig,   uśmieszek   –   smirk.   Jednak   w   większości   przypadków   emocjonalnych   zastosowań 
zdrobnień   tłumacz   nie   próbuje   przekazać   czytelnikom   intencji   autora.   Takie   zaniechania 
dotyczą nawet niezwykle nacechowanych użyć zdrobnień. Przyjrzyjmy się paru przykładom:

„Kto mnie, Europejczyka, nie obywatela świata, kto mnie, esperantystę, kosmopolitę, 

agenta obcego mocarstwa Uniwersalności Losów, kto mnie przemienił, jak w złej bajce, w 
zacietrzewionego, ciemnego, wściekłego Polaczka?” „Who turned me, a European, no, citizen 
of the World, an Esperantisti, a cosmopolitan, an agent of universalism, who turned me, as in 
some wicked fairy tale, into a stubborn, ignorant, furious Pole?”

Tłumacz nie tylko gubi trudną do przekazania ironię sformułowania „agenta obcego 

mocarstwa”,   ale   nie   próbuje   nawet   oddać   pogardliwego   „Polaczka”,   chociaż   ma   do 
dyspozycji pejoratywne słowo „Polack”. 

Asymetria   między   językiem   polskim   –   dysponującym   wieloma   mechanizmami 

tworzenia zdrobnień – a angielskim, który zdrobnień niemal nie używa, powoduje jeszcze 
jedno ciekawe zjawisko: w tłumaczeniach z angielskiego na polski pojawiają się zdrobnienia, 
których   w   oryginale   nie   było.   Oczywiście   najwięcej   takich   zdrobnień   znajdziemy   w 
tłumaczeniach   książek   dla   dzieci   (Christopher   Robin   –   Krzyś,   Eyeore   –   Kłapousio, 
Kłapounio, Peter Pan – Piotruś Pan), ale ciekawym zadaniem byłoby sprawdzenie, czy i w 
jakim natężeniu pojawiają się zdrobnienia w tłumaczeniach literackich dla dorosłych.

Jak już podkreślaliśmy, granica między problemami językowymi a kulturowymi jest 

dość arbitralna. Istnieją też trudności przekładowe, które wyraźnie należą do obu tych sfer: na 
przykład fakt, że po angielsku zwracamy się do wszystkich rozmówców  per „sou”, a po 
polsku   –   w   zależności   od   uwarunkowań   społecznych   –   per   „ty”,   „pan/pani”,   „państwo”. 
Zatem   tłumacze   anglojęzycznego   filmu,   w   którym   bohaterowie   poznają   się,   a   następnie 
zostają   przyjaciółmi   czy   kochankami,   muszą   dokonać   arbitralnej   decyzji,   w   którym 
momencie akcji zmienić formułę „pan/pani” na „ty”. W niezręcznej sytuacji znalazła się też 
tłumaczka  Talking It Over  Juliana Barnesa. Książka ta została napisana w konwencji serii 
wywiadów czy też słuchowiska radiowego, w którym główni bohaterowie opowiadają komuś 
historię   swojego   życia.   W   oryginale   angielskim   nie   dowiadujemy   się,   kim   jest   osoba 
przeprowadzająca wywiad – „słyszymy” tylko bohaterów. W polskim przekładzie tłumaczka 
musiała zdecydować, czy osoba ta jest mężczyzną czy kobietą. Założywszy zapewne, że ta 
osoba jest tożsama z autorem książki, tłumaczka wybrała rodzaj męski i pewnie postąpiła 
słusznie,   ale   faktem   jest,   że   w   porównaniu   z   oryginałem   nastąpiło   tu   pewne 
„ujednoznacznienie”   książki   Barnesa.   W   tej   samej   książce   mamy   do  czynienia   z   jeszcze 
jednym trudnym problemem językowo-kulturowym. Bohaterowie tej książki sprzeczają się, 
czy poprawne jest zdanie „everybody has changed their names”. Z gramatycznego punktu 
widzenia problem polega na tym,  że „everybody” (coś w rodzaju polskiego „każdy”) jest 
zaimkiem w liczbie pojedynczej, natomiast „their” kwantyfikatorem dzierżawczym w liczbie 
mnogiej. Konstrukcje takie pojawiły się we współczesnej angielszczyźnie na skutek tendencji 
zwanej, nie wiedzieć czemu, poprawnością polityczną, w myśl której użycie po takim wyrazie 
jak   „everybody”   męskiego   kwantyfikatora   „his”   byłoby   przejawem   seksizmu.   Ta   sama 
tendencja   nakazuje  autorowi   piszącemu  np.  o  tłumaczu,   którego   płci  nie  znamy,   używać 
zaimków „s/he” lub „he/she” („on/a”, „on/ona”), przy czym w przypadku tej drugiej wersji 

69

background image

dobrze jest od czasu do czasu zmienić kolejność. Tłumaczenie zacytowanego wyżej zdania na 
polski jest zatem zadaniem karkołomnym z dwóch powodów. Po pierwsze, w języku polskim 
„poprawność   polityczna”   jeszcze   nie   obowiązuje   (choć   podejrzewam,   że   już   niedługo 
będziemy używać takich form, jak „tłumacz/ka”). Po drugie, „everybody has changed their 
names” tłumaczy się najnaturalniej na język polski jako „wszyscy pozmieniali sobie imiona i 
nazwiska”, a w takiej wersji problem „poprawności politycznej” w ogóle się nie pojawia. 
Tłumaczka zastosowała wersję „poza mną nie ma już nikogo, co by nie pozamieniali sobie 
imion   czy   nazwisk”.   Zważywszy,   że   gramatyczność   tego   zdania   jest   za   chwilę 
kwestionowana   przez   innych   bohaterów,   rozwiązanie   należy   uznać   za   rozsądne.   Innym 
wyjściem było zastosowanie przypisów wyjaśniających istotę sprawy, które jednak w tym 
wypadku musiałyby chyba być dość długie.

Zjawisko, które można by nazwać względną nieprzekładalnością kulturowo-językową, 

może dotyczyć tekstów typu  Kabaret Starszych Panów –  tekstów pełnych gier słownych i 
aluzji kulturowych. Ich tłumaczenie byłoby niezmiernie trudne, co – w połączeniu z brakiem 
zapotrzebowania   –   powoduje,   że   nikt   nie   próbuje   ich   tłumaczyć.   Powtórzmy,   jest   to 
nieprzekładalność   względna,   bo   gdyby   nagle   –   z   trudnych   do   wyobrażenia   powodów   – 
okazało się, że Anglicy bądź Amerykanie zapragnęli zapoznać się z twórczością J. Przybory i 
J. Wasowskiego, to z pewnością znaleźliby się kompetentni tłumacze gotowi do podjęcia tego 
trudu. Zauważmy, że filmy z cyklu Monty Python są zapewne równie  trudne do przełożenia, 
ale ze względu na otwartość (czy też snobizm) polskich odbiorców zostały przetłumaczone na 
nasz język.

Pisząc o nieprzekładalności O. Wojtasiewicz wymienia pokrewny typ tekstów:

„Bodaj całkowicie nieprzekładalny jest stosunkowo rzadki a ponadto niezbyt ważny, 

choć bardzo nieraz interesujący, gatunek literacki, jakim jest parodia. Dzieje się tak dlatego, 
że każda parodia  ex definitione  jest aluzją erudycyjną, co w praktyce oznacza brak pełnej 
przekładalności”. (Wojtasiewicz 1957/1992: 100)

Dodajmy,   że   parodia   bywa   przekładalna,   jeśli   w   kulturze   docelowej   znany   jest   utwór 
parodiowany.   Znany,   nie   musi   nawet   oznaczać   dobrze   znany   czy   czytywany,   czasem 
wystarczy   informacja   o   utworze.  Joseph   Andrews  H.   Fieldinga   jest   parodią  Pameli  S. 
Richardsona i fakt ten doceniają zarówno czytelnicy angielscy, jak i polscy, mimo że rzadko 
kto w dzisiejszych czasach sięga po Pamelę. Inna sprawa, że Joseph Andrews może również 
funkcjonować jako utwór niezależny.

Bardzo   trudnym   problemem   przekładowym   są  piosenki,   które   –  być   może   z   tego 

właśnie powodu – bardzo rzadko podlegają tłumaczeniu. Jeśli celem takiego tłumaczenia ma 
być tekst dający się śpiewać, to oczywiście wszelkie „zanurzenie kulturowe” staje się barierą 
nie do przebycia dla tłumacza. Przykładem takiej sytuacji jest – zgrabny zresztą – przekład 
ostrawskiej ballady Jaromira Nohavicy Aż to se mnu sekne, opisany przez P. Sawickiego i J. 
Smičekovą (2003: 195-209). Ze względu na aluzje kulturowe (np. postać Magdona z ballady 
o Magdonovej) oraz dobór odmiany języka (gwara ostrawska) przekład nie może dostarczyć 
odbiorcom takiego bogactwa znaczeń, jakie jest udziałem odbiorców oryginału. Warto jednak 
zauważyć, że piosenka ta jest chętnie słuchana przez polskich fanów Nohavicy – zarówno w 
wersji   czeskiej,   jak   i   polskiej,   między   innymi   dlatego,   że   domyślają   się   oni   w   niej 
dodatkowych ukrytych znaczeń, nawet jeśli ich nie rozumieją. Nie można natomiast liczyć na 
żadne   domysły   i   podejrzenia,   gdy   oryginalny   tekst   piosenki   zostanie   zastąpiony   innym, 

70

background image

banalnym tekstem w języku docelowym, jak to się zdarzyło w przypadku piosenki Mniej niż 
zero 
zespołu Lady Pank. Osadzony w realiach polskiego stanu wojennego mocny tekst stał się 
po angielsku banalną piosenką miłosną, której oczywiście nikt nie chciał słuchać. 

71

background image

6.

Mit   idealizacji:   „błędami   nie   warto   się   zajmować,   teoria 

tłumaczenia powinna zająć się tłumaczem idealnym” 

Teoretyczny punkt widzenia pociąga za sobą przyjęcie pewnych założeń. Po 
pierwsze:   pominięcie   zagadnień   artystycznych   […]   Po   drugie,   pominięcie 
wszelkich   błędów   w   pracy   przekładowej   wynikających   z   nieuwagi   czy 
nieumiejętności   tłumacza,   niedostatecznej   znajomości   języka   oryginału   czy 
przekładu   itp.   Innymi   słowy   jest   to   przyjęcie   „tłumacza   idealnego”,   czyli  
takiego,   który   dysponuje   całkowitą   znajomością   obu   języków,   realiów,   tła 
historycznego,   ideologii   oryginału   itp.,   itp.   Przyjęcie   takiego   założenia   jest 
uzasadnione,   gdyż   chodzi   tu   o   teoretyczne,   obiektywne   problemy   pracy 
przekładowej,   a   subiektywna   nieumiejętność   tłumacza   nie   podważa 
poprawności teoretycznych rozwiązań tych problemów, podobnie jak i fakt, że 
strzelec na zawodach chybił, bo mu się trzęsły ręce ze zdenerwowania, nie 
podważa teoretycznych sformułowań balistyki

Olgierd Wojtasiewicz

Powyższy   Cytat   to   dobitne   sformułowanie   postulatu   idealizacji   w   badaniach   nad 

tłumaczeniem. Jednak porównanie jest chybione, ponieważ teoria przekładu nigdy nie będzie 
nauka   przypominającą   balistykę   –   balistyka   jest   nauką   ścisłą,   poddziedziną   fizyki,   teoria 
przekładu jest nauką opisową, zajmującą się pewnymi szczegółowymi formami komunikacji 
językowej.   Nauka   o   tym,   jak   ludzie   się   porozumiewają,   dodatkowo   skomplikowana 
międzyjęzykową   i   międzykulturową   formą   owego   porozumiewania   się     w   przypadku 
tłumaczenia, nie przypomina w niczym nauki o ruchu ciał. W znacznie większym stopniu 
przypominać musi psychologię zajmującą się problemem strzelca o trzęsących się rękach.
A.Lefevere nie chce się zajmować błędami z innych powodów. W swoim artykule z 1982 r. 
wymienia on błędy popełnione w angielskich tłumaczeniach B. Brechta, po czym stwierdza, 
że takie podejście do badania tłumaczeń nie jest „konstruktywne”. Jego zdaniem:

A   writer’s   work   gains   exposure   and   achieves   influence   mainly   through 

“misunderstandings and misconceptions”, or, to use more neutral term, refractions. Writers 
and their work are always  understood and conceived against a certain background or, if you 
will, are refracted through a certain spectrum. (Lefevere 1982/2000: 233-234)

Wydaje się, że Lefevere myli tu dwa zupełnie różne zjawiska. Jest rzeczą zupełnie oczywistą, 
że   zarówno   pisarze,   jak   i   tłumacze   (i   w   ogóle   wszyscy   ludzie)   korzystają   ze   swoich 
wcześniejszych doświadczeń, przez ich pryzmat postrzegają świat, a więc także interpretują 
teksty. Dlatego nie może być dwóch identycznych interpretacji tego samego tekstu; nie może 
być dwóch identycznych tłumaczeń. Fakt ten podkreślaliśmy już wielokrotnie w tej książce: 
nie jest możliwe zrozumienie bez znalezienia w pamięci odpowiednich struktur, do których 
nowa informacja byłaby porównana i w jakimś sensie dopasowana. Równie oczywiste jest to, 
że   tłumacze   muszą   interpretować   tłumaczony   przez   siebie   tekst   i   że   interpretacje   dwóch 
różnych   tłumaczy   zawsze   będą   się   od   siebie   w   pewnym   stopniu   różnić.   Nie   ma   to   nic 
wspólnego   z   opisanym   przez   Lefevere’a   faktem   przetłumaczenia   słowa   „Lumpen”   jako 
„rags”, a nie (jak być powinno) jako „fools” (Lefevere 1982/2000: 234). Ten ewidentny błąd 
tłumaczeniowy, który dostrzeże każdy kompetentny krytyk, nie ma nic wspólnego z żadną 
refrakcją.  Jest   to   po   prostu   przykład   pomyłki   tłumacza.   Zadanie   krytyka   polega,   między 

72

background image

innymi,   na   wskazaniu   takich   błędów.   Natomiast   teoretyk   tłumaczenia   ma   za   zadanie 
sporządzenie klasyfikacji takich błędów, próbę ustalenia ich źródeł, wyciągnięcie wniosków 
teoretycznych  dotyczących  natury kompetencji tłumaczeniowej  (błędy są objawami  luk  
kompetencji) i wyciągnięcie wniosków praktycznych co do nauczania przekładu.

Wziąwszy pod uwagę opisane powyżej fazy procesu tłumaczenia, wydaje się, że błędy 

tłumaczeniowe mogą pojawić się na skutek: bezkrytycznego stosowania strategii tłumaczenia 
syntagmatycznego,   mylnej  interpretacji   tekstu  oryginału,  nieodpowiedniej  realizacji  tekstu 
docelowego lub nieświadomości tłumacza co do powszechnie akceptowanych celów i zasad 
tłumaczenia. Oczywiście granice między tymi kryteriami błędów mogą być płynne: czasem 
będzie   to   trudno   ustalić,   czy   dany   błąd   powstał   w   wyniku   braku   analizy   tekstu 
wyjściowego(tłumaczenia syntagmatycznego) czy też z powodu mylnej interpretacji tekstu, 
czy   przyczyną   błędu   był   brak   wiedzy   metatranslacyjnej   czy   też   niewłaściwa   realizacja 
przekładu,   wynikająca   na   przykład   z   nieuświadomienia   sobie   przez   tłumacza   sytuacji 
odbiorcy   przekładu.   Sądzę   jednak,   że   w   większości   przypadków   uda   nam   się   przypisać 
zaobserwowane błędy przekładowe do poszczególnych kategorii i podkategorii, i że taka ich 
klasyfikacja rzuci pewne światło na przyczyny powstawania błędów, a tym samym na kwestie 
kompetencji tłumaczeniowej i dydaktyki  przekładu (por. klasyfikacja błędów w: Pisarska, 
Tomaszewicz 1988: 144-151).

I. Błędy tłumaczenia syntagmatycznego

Błędy   tłumaczenia   syntagmatycznego   wynikać   mogą   z   drastycznych   ograniczeń 

czasowych, słabej znajomości języka wyjściowego i/lub kultury wyjściowej, a czasem także z 
przekonania tłumacza o wyższości tłumaczenia dosłownego lub niewiedzy na temat innych 
możliwych   sposobów   postępowania   (w   przypadku   tłumaczy   początkujących).   Jak   już 
wspominaliśmy   tłumaczenie   syntagmatyczne   polega   na   (czasem   niejako   automatycznym) 
zastępowaniu struktur języka wyjściowego strukturami języka docelowego bez próby głębszej 
analizy   sensu   przekładanego   tekstu.   Tłumaczenie   takie   bez   kontroli   wyższych   poziomów 
przetwarzania   tekstu   –   bez   odwołania   się   do   ram   czasownikowych,   scen,   scenariuszy   i 
schematów   reprezentowanych   przez   dany   tekst   –   prowadzi   zwykle   do   pojawienia   się   w 
tekście przekładu kilku rodzajów błędów.

1. Błędy ekwiwalentów słownikowych

Przejawem nadmiernego – ślepego polegania na tłumaczeniu syntagmatycznym jest 

używanie w tekście przekładu najbardziej typowych ekwiwalentów słownikowych. Jak już 
pisaliśmy powyżej, ekwiwalenty podawane w słownikach dwujęzycznych nie SA naprawdę 
ekwiwalentami tłumaczeniowymi, co najwyżej statystycznie często nimi bywają. Jeśli zatem 
tłumacz   zadowala   się   słownikiem   lub   swoją   własną   znajomością   „stuprocentowych” 
ekwiwalentów, prędzej czy później popełni błąd.

Błędy   tego   typu   pojawiają   się   bardzo   często   w   przekładach   niedoświadczonych 

tłumaczy. Początkujący tłumacze pracujący nad przekładem tekstu The Mouse That Roared 
najczęściej przetłumaczą wyraz „kingdom”  jako „królestwo”, choć skądinąd wiadomo, że 
Liechtenstein jest księstwem, wyraz „citizens” automatycznie zastąpią słowem „obywatele”, 
choć ściśle rzecz biorąc mieszkańców księstwa czy królestwa powinno się raczej nazywać 
„poddanymi”; „armed with” w większości tłumaczeń zostanie oddane jako „uzbrojony w”, 
chociaż   po  polsku  nie  powinno  się  pisać   „uzbrojony  w  czterech  prawników”.  W  tekście 
Topless in Rio wyraz „skimpy” bywa tłumaczony jako „kusy”, chociaż mowa o kostiumach 

73

background image

kąpielowych. Ciekawym przypadkiem jest wyraz „ironically” z tego samego tekstu: polskie 
słowniki tłumaczą go zwykle jako „ironicznie, jak na ironię” – i tak też przetłumaczyła go 
większość moich studentów – jednak w tym konkretnym tekście znacznie lepiej pasuje do 
kontekstu wyraz „paradoksalnie”. Wyraz „fable” w słownikach angielsko-polskich to przede 
wszystkim „bajka”, w niektórych również „baśń”; jak widać z tekstów Two Legs Bad Time 
for Clockwork 
po angielsku słowo to używane jest swobodniej – ani Folwark zwierzęcy, ani 
tym bardziej Mechaniczna pomarańcza nie powinny być określane mianem bajki. W tekście 
Sweet Deal natrafiamy na słowa „membership” i „Alma mater”. Słownikowo „membership” 
to   przede   wszystkim   „członkostwo”   –   ale   oczywiście   w   tym   przypadku   nie   wolno   tak 
przetłumaczyć; „alma mater” bywa często odtwarzane w języku polskim bez chwili namysłu 
– i bez sprawdzenia w słownikach – tymczasem po polsku pisze się to wyrażenie wielkimi 
literami, a po drugie może się ono odnosić wyłącznie do wyższych uczelni, wzmiankowana 
zaś Westminster School jest zwykłą szkołą. W tekście Prison Tales nie można przetłumaczyć 
tytułu   jako  Więzienne   opowieści”,  bo   mowa   w   nich   nie   o   więzieniach,   lecz   o   obozach; 
„destruction” to nie „destrukcja” ani „zniszczenie”, a co najwyżej „wyniszczenie”, zresztą nie 
„psychologiczne”   tylko   „psychiczne”   itd.   Przykłady   można   mnożyć,   ale   już  z   powyższej 
próbki   widać,   że   automatyczne   zastępowanie   jednostek   leksykalnych   ich  pierwszymi 
ekwiwalentami   słownikowymi   jest   jednym   z   najczęstszych   błędów   w   przekładach 
początkujących tłumaczy.

Szczególnym   przypadkiem   są   wyrazy   typu   ”thing/s,   stuff,   officials”   –   wszyscy 

wiedzą, nawet bez sprawdzania w słowniku, że te dwa pierwsze można przetłumaczyć jako 
„rzecz/y”, a ten ostatni jako „urzędnicy”; tymczasem w większości autentycznych tekstów te 
powszechnie znane ekwiwalenty nie mogą być użyte. Wyrazy „thing/s, stuff” są po angielsku 
stosowane   znacznie   częściej   i   w   większej   liczbie   sytuacji   niż   polskie   „rzeczy”.   Wyraz 
„officials”   oznacza   zazwyczaj   wysokich   rangą   urzędników   ministerstw,   bardzo   często 
wysokich przedstawicieli rządu, gdy tymczasem polskie słowo „urzędnicy” dotyczy również 
pracowników poczty czy banku.

O   braku   jednoznacznej   odpowiedniości   między   jednostkami   leksykalnymi   różnych 

języków   pisaliśmy   już   wcześniej.   Warto   jeszcze   wspomnieć,   że   tego   typu   problemom 
poświęcona   jest   książka   Ch.   Douglas-Kozłowskiej  Difficult   Words   in   Polish-English 
Translation,  
w której autorka analizuje takie wyrazy jak „zabytki”, „problem”, „badać” czy 
„pozytywny” w kontekście tłumaczeń z polskiego na angielski.

2. Fałszywi przyjaciele tłumacza

Tłumaczenie  syntagmatyczne  „owocuje” też  często pojawieniem się w przekładzie 

tzw. fałszywych przyjaciół tłumacza (faux amis) – wyrazów o podobnej formie, ale różnych 
znaczeniach. Najczęściej błąd ten popełniają osoby, których znajomość języka wyjściowego 
jest niewystarczająca. Najbardziej charakterystycznymi przykładami angielsko-polskich faux 
amis 
są takie wyrazy jak „actually” i „aktualny” (ten pierwszy znaczy „właściwie, w gruncie 
rzeczy”,   ale   nigdy   nie   znaczy   „aktualnie”),   „eventually”   –   „ewentualnie”   („w   końcu, 
ostatecznie”),   „patheic”   –   „patetyczny”   (zaprawdę   znaczy   „żałosny”).   Ta   ostatnia   para 
fałszywych   przyjaciół   była   przyczyną   błędu   tłumaczki   Kubusia   Puchatka:   w   oryginale 
Eyeore,   przyglądając   się   swemu   odbiciu   w   wodzie   mówi:   „pathetic”,   w   polskiej   wersji 
Kłapouchy   określa   swoje   odbicie   w   wodzie   jako   „imponujące”.   Granica   między 
podkategoriami 1 i 2 nie zawsze jest ostra, bo niestety wielu autorów słowników również 
pada ofiarą faux amis.

Przykładów fałszywych przyjaciół – począwszy od tych najbardziej oczywistych aż do 

mniej znanych – nie brakuje oczywiście w tekstach, które tłumaczą moi studenci. Szczególnie 
perfidny   pod   tym   względem   jest   tekst  Aping   Motion,  gdzie   znajdujemy   dwa   oczywiste 

74

background image

przykłady  faux amis:  „eventually”  i „journal”, dwa znacznie mniej oczywiste: „control” i 
„operate” oraz jeden, który w zasadzie powinien być  dość oczywisty,  ale ze względu na 
wyjątkowe podobieństwo do polskiego wyrazu jest przyczyną bardzo wielu błędów. Wyraz 
„journal” może być jakby podwójnym fałszywym przyjacielem. Po pierwsze, kojarzy się z 
polskim   wyrazem   „żurnal”,   który   jest   jednak   słowem   dość   staroświeckim   i   używanym 
obecnie   chyba   tylko   w   odniesieniu   do   czasopism   o   modzie;   po   drugie,   poprzez   nawet 
szczątkową   znajomość   języka   francuskiego   wyraz   „journal”   może   kojarzyć   się   z 
„dziennikiem”, którym Nature, rzecz jasna, nie jest. Faktycznie angielskie „journal” to mniej 
więcej tyle, co nasze „czasopismo naukowe”, a w cytowanym tekście można je ewentualnie 
przełożyć również jako „tygodnik”. „Control” występuje w naszym tekście w sformułowaniu 
„control   movement”;   sądzę,   że   sformułowanie   „kontrolować   ruch”   jest   naciąganiem 
znaczenia  słowa „kontrolować”;  chyba  znacznie  lepszym  tłumaczeniem  byłoby  „sterować 
ruchem”. Nieco podobnym przypadkiem jest wyraz „operate” w zwrocie „operate prosthetic 
limbs”.   Przetłumaczenie   go   jako   „operować”   nieuchronnie   nasuwa   na   myśl   operacje 
chirurgiczne, natomiast znacznie lepszym ekwiwalentem byłoby „poruszać” albo „posługiwać 
się”. Błędy w tłumaczeniu sformułowania „silicon chips” biorą się stąd,, że wyraz „silicon” 
wygląda   niemal   identycznie   jak   polski   „silikon”.   Niestety,   „silikon”   to   po   angielsku 
„silicone”,   a   krótszy  „silicon”   oznacza   „krzem”.   Zresztą   pomysł   wszczepiania   pacjentom 
„silikonowych czipów” do mózgu jest chyba jeszcze bardziej horrendalny niż wizja ludzi 
sparaliżowanych przeprowadzających operacje chirurgiczne.

Fałszywi przyjaciele tłumacza pojawiają się też w innych tekstach. O dziwo, wyraz 

„top”   pojawiający   się   dwukrotnie   w  Topless   in   Rio  został   przez   część   moich   studentem 
przetłumaczony jako „top” (naprawdę chodzi o górę kostiumu kąpielowego, a „top” to po 
polsku zupełnie inna część garderoby). W artykule Prison Tales pojawia się słowo „terrors”, 
które   oczywiście   należałoby   przetłumaczyć   jako   „okropności”,   „groza”,   „koszmar”. 
Karygodnym błędem jest tłumaczenie angielskiego „billion” jako „bilion”. Kilkadziesiąt lat 
temu słowo „billion” w brytyjskiej angielszczyźnie rzeczywiście oznaczało „bilion”, (to jest 
1 000 000 000 000),   natomiast   w   amerykańskiej   angielszczyźnie   było   odpowiednikiem 
naszego   miliarda   (1 000 000 000).   Rzecz   jasna   amerykańska   wersja   zwyciężyła   i   już   od 
dawna nikt nie używa słowa „billion” w starym znaczeniu brytyjskim, jednak trafiają się 
tłumacze, którzy dają się nabrać na podobieństwo tych dwóch wyrazów.

3. Kalki

Typowym   produktem   ubocznym   tłumaczenia   syntagmatycznego   jest   kalkowanie 

struktur   tekstu   oryginalnego   –   w   tym   częste   przypadki   przenoszenia   na   grunt   języka 
docelowego   obcego   szyku   wyrazów,   obcych   kolokacji   czy   deformowania   tematyczno-
rematycznej   struktury   zdania.   W   tekście  Two   Legs   Bad  sformułowanie   „the   Russian 
Revolution and its betrayal by Joseph Stalin” bywa tłumaczone jako „Rosyjska Rewolucja i 
jej zdrada przez Józefa Stalina”. Taka wersja, jak już zauważyliśmy wcześniej, zawiera co 
najmniej   pięć   błędów   tłumaczeniowych.  Niezręcznością   jest   kalkowanie   struktury   „The 
British then secretly paid newspapers to run the strip in countries including…”  („następnie 
Brytyjczycy   płacili   gazetom,   by   publikowały   ten   komiks   w   krajach   takich   jak”),   bo   w 
pierwszej   chwili   sugeruje   czytelnikowi,   że   gazety   znajdują   się   gdzieś   indziej,   a   nie   w 
wymienionych później krajach. Ciekawym błędem jest skalkowanie początku tekstu Topless 
in Rio 
– „Carnaval, by definition, is the festival of the flesz”. Początkujący tłumacze bardzo 
często piszą “karnawał z definicji jest festiwalem/świętem ciała” odtwarzając tym samym 
błąd autora oryginalnego tekstu: nie ma takiej definicji karnawału. Oczywiście zdarza się 
czasem,   choć  rzadko,  że  moi   początkujący tłumacze   dostrzegają  nieścisłość  oryginalnego 
sformułowania i podają powyższą polską wersję „na odpowiedzialność”  autora oryginału. 
Wtedy mamy już do czynienia z kategorią błędów metatranslacyjnych opisanych poniżej.

75

background image

Typowym błędem kalkowania jest pieczołowite odtwarzanie angielskich „possessive 

determiners”  za pomocą  polskich  zaimków  dzierżawczych,  na  przykład:  „Kiedy twój  kot 
spaceruje  po  klawiaturze   twojego   komputera   (Putting   Kitty’s   Typing  on  Pause)  czy:  „jej 
komórki mózgowe wysyłają sygnały elektryczne do jej mięśni” (Aping Motion). Z dwóch 
ostatnich tekstów pochodzą też dwa bardzo charakterystyczne błędy-kalki: „That’s a good 
reason to incest…” – „To jest dobry powód, żeby zainwestować…” i „And it could also 
deepen our understanding of…” – „I mogłoby to także pogłębić nasze zrozumienie…”. Po 
pierwsze, w obu tych przekładach nie ma żadnego uzasadnienia dla użycia wyrazu „to” – w 
pierwszym  przykładzie poprzedza je długie pierwsze zdanie tekstu, w drugim – zdanie o 
sparaliżowanych, którzy będą mogli posługiwać się protezami kończyn. Żadne z tych zdań 
nie dostarcza polskiemu czytelnikowi antecedensu wyrazu „to”. Po drugie, zdanie „to jest 
dobry powód” brzmi w większości tłumaczeń jak echo poprzedzającego je „nie jest najlepszą 
formą”,   natomiast   użycie   „mogłoby”   w   przykładzie   drugim   jest   efektem   naiwnego 
przekonania, że tak właśnie należy tłumaczyć „could” na polski (ekwiwalent słownikowy). W 
rzeczywistości angielskie „could” może być trybem przypuszczającym, ale również czasem 
przeszłym, a także – o czym pamięta niewielu Polaków – może odnosić się do przyszłości i 
tak należy je rozumieć w cytowanym tekście.

Nie   należy   kalkować   na   język   polski   sformułowania   „leader   of   the   cultural   and 

political  life”  (Prison Tales).  Wersja „przywódca/lider  kulturalnego  i politycznego  życia” 
łamie co najmniej dwie zasady poprawnej polszczyzny – nie można być „przywódcą życia”, a 
powyższe   epitety   powinny   mieć   odwrotny   szyk   niż   po   angielsku:   „życie   kulturalne   i 
polityczne”. Przetłumaczone automatycznie „Piglet is an integral part of Winnie’s friends” 
(„Prosiaczek jest integralną częścią przyjaciół Puchatka”) razi swą nielogicznością: integralną 
częścią przyjaciół może być rączka albo nóżka. Znacznie lepiej więc napisać „Prosiaczek jest 
nieodłącznym przyjacielem Puchatka” (tekst  Bacon-free).  Niedoświadczeni tłumacze tekstu 
By the Dozen często wpadają w pułapkę stosowania strony biernej, w którą ten tekst obfituje: 
„were seized, had been smuggled, had been pillaged, had been reconstructed, would hale been 
sold”. Po polsku trzeba stronę bierną urozmaicać konstrukcjami bezosobowymi.

4. Nieuzasadnione rekonstrukcje

Błędy   tego   rodzaju   nie   pojawiają   się   zbyt   często   w   przekładach   początkujących 

tłumaczy – ci mają raczej skłonność do tłumaczenia wszystkiego, nawet tych elementów, 
których   zwykle  się   nie  tłumaczy.   W  omawianym  korpusie   tekstów   prasowych   występują 
zaledwie  trzy przykłady,  nad którymi  można  się zastanowić  przy tej okazji. Po pierwsze 
wyraz   „autobahn”   w   tekście  The   Mouse   That   Roared.  Niektórzy   studenci   –   zapewne   ci, 
którzy bywali w Niemczech – uznali, że wyraz ten jest już przyjęty w polszczyźnie i użyli go 
w   swoich   tłumaczeniach,   czasami   nawet   w   formie   żeńskiej   „autobahna”.   Sądzę,   że   w 
omawianym tekście użycie tego wyrazu jest jak najbardziej niewskazane. Bardziej wątpliwym 
przypadkiem jest wyraz „Liechtensteinczycy”, który pojawiał się w niektórych tłumaczeniach 
tego samego tekstu. Niektóre encyklopedie używają tego wyrazu, na przykład  NLPWN  
haśle   „Liechtenstein”.   Nie   ma   go   natomiast   w  Nowym   Słowniku   ortograficznym   PWN. 
Trudności z wymówieniem byłyby raczej argumentem za nieużywanie tego słowa, z drugiej 
jednak strony trzeba przyznać, że w niektórych kontekstach – na przykład w tłumaczeniu The 
Mouse That Roared – 
jest ono bardzo wygodne (choć tylko w wersji pisanej). Wspominałem 
już o wątpliwościach, jakie towarzyszyły użyciu w tekście polskiego przekładu Ín-flight Food 
słowa „catering”. Sądzę, że obecnie wątpliwości te są już znacznie mniejsze. W każdym razie 
większość młodych ludzi z pewnością uważa już słowo „catering” za zasymilowany wyraz 
polski obcego pochodzenia. 

Znacznie   częstsze   są   nieuzasadnione   zapożyczenia   w   tłumaczeniach   literackich   – 

częściowo może dlatego, że tłumacze pragną zachować koloryt lokalny tłumaczonego dzieła, 

76

background image

a   czasami   po   prostu   dlatego,   że   tłumacze   literaccy   czują   się   znacznie   pewniej   niż   moi 
studenci,   dopiero   rozpoczynający   praktykę   tłumaczeniową.   Wiele   takich   niepotrzebnych 
zapożyczeń   można   oczywiście   znaleźć   w   polskim   przekładzie  Money  M.   Amisa   (zob. 
Świerkocki 1997: 271-272).

II. Błędy mylnej interpretacji

Omówione w poprzednim podrozdziale cztery typy błędów można przypisać brakowi 

głębszej analizy tekstu wyjściowego przez tłumacza, a czasem naiwnemu przekonaniu, że 
„trzeba tłumaczyć dosłownie”. Jednak sama próba głębszej analizy nie oznacza jeszcze, że 
efekty będą zadowalające. Tłumacze mylą czasem różne struktury języka wyjściowego lub 
stosują niewłaściwy klucz do interpretacji tekstu – opierają się na nieodpowiednich ramach 
czasownikowych, scenach, scenariuszach, schematach. Zdarza się, że takie błędy lub/i złe 
zastosowania implikatury konwersacyjnej prowadzą do mylnego odczytania ogólnej wymowy 
tekstu   –   przypisania   mu   innej   modalności,   na   przykład   nieodczytania   ironii   autora   i 
potraktowania tekstu ze śmiertelna powagą.

1. Pomylenie dwóch różnych syntagm lub ram czasownikowych języka wyjściowego

Przykładem błędnego odczytania struktury zdania wyjściowego jest zinterpretowanie 

fragmentu zdania z tekstu Sweet Deal: „Disney is byuing the film and merchandising rights” 
jako „Disney kupuje film i prawa handlowe”. Taka interpretacja zdania – w którym „the film” 
oraz   „merchandising   rights”   byłaby   dwoma   dopełnieniami   czasownika   „buy”   –   jest 
teoretycznie   możliwa,   ale   przeczy   jej   wiedza   o   świecie:   wytwórnia   filmowa   nie   kupuje 
filmów. Należy więc poszukać innej możliwości rozbioru zdania i wtedy okaże się, że „film” 
i „merchandising”   są dwoma przydawkami rzeczownika „rights” (zatem raczej „prawa do 
filmowania   i   wykorzystywania   w   celach   handlowych/marketingowych”).   W   tym   samym 
tekście zdarza się, że młodzi tłumacze zapominają o innym znaczeniu słowa „will” i tłumaczą 
„named in the will of Pooh’s kreator” jako „nazwane na cześć twórcy Puchatka”, mimo że 
taka interpretacja kłóci się z dalszą częścią tekstu. Również „other payments” – ponieważ 
element   ten   poprzedza   ostatnich   beneficjentów   wymienionych   w   tekście   –   czasem 
tłumaczony jest jako „pozostałe pieniądze/płatności”, a zatem mylony z „the other payments”. 

Kłopoty interpretacyjne sprawia też zdanie „The fact that the new strain of choosy 

mice was found in Indian-food-heavy Birmingham should come as no surprise” (A Matter of 
Taste)  
Część   tłumaczących   nie   dostrzega   przedimka   określonego   “the”   przed   “strain   of 
choosy   mice”,   który   jednoznacznie   wskazuje   na   związek   tej   grupy   rzeczownikowej   ze 
sformułowaniem “some rodents” dwa zdania wcześniej i w rezultacie powstaje wersja: “Fakt, 
że   w   Birmingham,   które   słynie   z   indyjskiej   kuchni,   odkryto   nową   odmianę   wybrednych 
myszy, nie powinien nikogo dziwić”. W ten sposób istotny element spójności tekstu ulega 
zniszczeniu   i   czytelnik   zmuszony   jest   zbudować   sobie   jakąś   własną   formę   spójności, 
korzystając   z   mechanizmów   podobnych   do   opisanego   przez   H.H.   Clarka   i   S.   Haviland 
„mechanizmu dane-nowe” (1977).

2. Błędna interpretacja sceny lub scenariusza

Pewne sformułowania nasuwają nam nieuchronne skojarzenia z typowymi  scenami 

lub scenariuszami: gdy słyszymy „nóż i widelec” natychmiast dokonujemy aktywacji scen i 
scenariuszy związanych z jedzeniem, wyrażenie „pobić rekord” każe nam myśleć o scenach i 
scenariuszach   sportowych.   W   typowych   codziennych   sytuacjach   jest   to   ogromnym 
ułatwieniem – niejako automatycznie mamy do dyspozycji całą naszą wiedzę związaną z 
danym tematem. Jednak w sytuacjach nietypowych (co zdarza się często w literaturze pięknej, 

77

background image

jako że nie zajmuje się ona na ogół opisywaniem „typowości” wpadamy w pułapkę mylnej 
interpretacji.   Fraza   „good   fights”,   która   występuje   w   tekście  Lights   Out  opisującym 
zaciemniona   restaurację,   kojarzy   się   większości   polskich   czytelników   z   „walkami   na 
jedzenie”, na przykład z obrzucaniem się makaronem czy w wersjach bardziej filmowych – 
tortami. W rzeczywistości jednak autorowi chodziło najprawdopodobniej o „walki o jedzenie” 
– w ciemnościach zdarza się, że dwóch konsumentów chwyta za ten sam talerz.

W tekście Aping Motion napotykamy sformułowanie „a nearby robot arm”. Zgodnie z 

naszymi typowymi wyobrażeniami na temat robotów, które pobudzane są samą obecnością 
słowa „robot”, skłonni jesteśmy widzieć w opisywanej scenie antropoida: robota z rękami, 
nogami  i  głową. Efektem  takich  wyobrażeń  jest tłumaczenie  „ramię  stojącego  w pobliżu 
robota”,   które  polskim  czytelnikom  tekstu   zupełnie  jednoznacznie  wskazuje  stereotypowe 
skojarzenia   z   filmami  science   fiction.  Tymczasem   za   sformułowaniem   „robot   arm”   w 
oryginale nie kryje się żaden prawdziwy robot, a jedynie mechaniczne ramię. 

Bardziej   spektakularne   błędy   tego   typu   zdarzają   się   w   tłumaczeniach   literatury 

pięknej, zwłaszcza gdy autor stosuje nietypowy,  oryginalny styl,  a tłumacz  nie opanował 
języka oryginału (i wiedzy na temat kultury wyjściowej) w stopniu wystarczającym. Trzy 
charakterystyczne błędy scenariuszowe znaleźć można w angielskim tłumaczeniu Pamiętnika 
z powstania warszawskiego 
M. Białoszewskiego. Autor opisuje między innymi swoją próbę 
ucieczki   z   kolumny   ludzi   prowadzonych   przez   Niemców.   W   Pruszkowie   autor   próbuje 
wmieszać się między kopiących przy drodze robotników i udawać jednego z nich. Jednak 
zostaje zauważony przez Niemców:

„Zostawić   swoich.   Prawie   bez   umówień.   Nic.   Tak.   Już   pewnie   nie   zauważyli. 

Nieważne. Nie wiem. Nagle jestem odhalcowany w prawo, coś „fafluchter” i nic więcej, 
żadnego kopa, odstawionko, łopatę zaraz oddałem, żegnaj pruszkowska wolności”

W Wersji angielskiej czytamy:
„… how could I leave my own people! Practically without discussion. Nothing. Just 

like that. Already. They’ve barely noticed. It’s not important. I don’t know. Suddenly I’m 
shoved to the right, something “fafluchter” and nothing else, no digging, back to the transport. 
I immediately give back the shovel, say goodbye to my Pruszków freedom”.

Tłumacz rozpoznaje scenę kopania rowu przy drodze i scenariusz próby ucieczki, nie 

zauważa natomiast, że „żadnego kopa” odnosi się do reakcji Niemców, a nie do kopania i 
tłumaczy „żadnego kopa” jako „no digging”. Drugi przykład z tej samej książki brzmi tak:

„I całymi dniami i nocami wypatrywali w oknach żydowskiej strony Siennej. To były 

resztki szyb w futrynach, zatkane pierzynami. Trupie puchy”.

Tłumacz najwyraźniej zna wyraz „pierzyny”, wie, że pierzyny są zwykle wypchane 

puchem, zatem zakłada:

„And for whole days  and nights they scanned the windows on the Jewish side of 

Sienna. The remains of windowpanes covered with drapes, stuffed with quilts. Corpselike 
goose-down”.

Oczywiście w cytowanej scenie słowa „trupie puchy” odnoszą się do pustki, braku 

ludzi, a sformułowanie „corpselike goose’down” nie ma najmniejszego sensu. I jeszcze jeden 
ciekawy przykład z tej samej książki:

„Kręciła te zacierki. Jak wszystkie kobiety. Bez przerwy. Albo różańce. To i to – 

drobione. Podobna technika”.

Tłumacz   rozpoznaje   scenę   przygotowywania   jedzenia,   a   konkretnie   klusek   i   nie 

zauważa, kiedy w rozpoznanej scenie pojawia się obcy element:

„She   used   to   grind   out   that   pasta.   Like   all   woman.   Without   a   break.   Also   little 

dumplings, or ‘rosary beads’. The one or the other, in tiny pieces. A similar technique”.

W ten sposób z angielskiego tekstu dowiadujemy się o istnieniu klusek pod nazwą 

„różańce” (przykłady z: Grajewska 2001).

78

background image

3. Mylne odczytanie modalności tekstu 

Problemy z właściwym odczytaniem modalności tekstu pojawiają się najczęściej w 

tekstach (lub ich fragmentach), w których zastosowano ironię, kpinę, szyderstwo, ponieważ 
tego typu zabiegi nie są zwykle wyraźnie sygnalizowane i wymagają dużego wyczulenia na 
ten   specyficzny   rodzaj   humoru,   a   więc   bardzo   dobrej   znajomości   języka   wyjściowego   i 
stosowanych w nim implikatur. Jak już wspomnieliśmy, nie jest przypadkiem, że pierwsza 
polska tłumaczka Winnie the Pooh popełniła najwięcej błędów przekładając wypowiedzi osła 
Eyeore,  które charakteryzuje  zgryźliwy sarkazm.  Jednak błędy tej kategorii  pojawiają się 
również w tłumaczeniach tekstów prasowych. Tekst Bailout Blues kończy się zdaniem „Then 
again maybe it was better to save the banks”, które jest ewidentna reakcją autora na pomysł 
zrealizowania 25 remake’ów Titanica, a być może także na pozostałe propozycje japońskiego 
pisarza. Zatem należałoby je przetłumaczyć mniej więcej tak: „W takim razie może już lepiej 
było ratować te banki”. Jednak część moich studentów nie odczytała właściwie intencji autora 
i przetłumaczyła ostatnie zdanie tak, jakby autor zupełnie poważnie zastanawiał się, czy lepiej 
było   ratować   banki,   czy   też   kupić   lotniskowiec   i  New   York   Timesa.  Podobne   problemy 
stwarza też omawiany już tekst Pitiful Debate, a zwłaszcza jego tytuł i ostatnie zdanie: „This 
spat’s  getting juicy”. Jeśli przetłumaczymy je w dobrej wierze jako Żałosna debata i „Ten 
spór nabiera rumieńców”, to mam wrażenie, że postępujemy wbrew intencjom autora, który 
chciał językowymi żartami zaznaczyć swój dystans do opisywanej sprawy.

Znacznie łatwiej o błąd tego typu w przekładach literackich, ponieważ autorzy takich 

tekstów bardzo często bawią się konwencjami, łamią reguły, starają się, żeby ich stosunek do 
opisywanej rzeczywistości był niejednoznaczny. Dość poważny błąd z tej kategorii popełnił 
tłumacz  Money  M. Amisa. Jest to książka przewrotna, której bohater wśród wielu innych 
postaci  spotyka  również…  pisarza  M. Amisa.  W tym  kontekście  szczególnego  znaczenia 
nabiera rozpoczynający książkę list samobójcy:

„This is a suicide note. By the time you lay it aside (and you should always read these 

things slowly, on the lookout for clues or give-aways), John Self will no longer exist. Or at 
any rate that’s the idea”

W polskim przekładzie brzmi on następująco:
„Jest to list pożegnalny. Kiedy będziecie go czytać (a takie rzeczy powinno się czytać 

powoli, zwracając baczna uwagę na wszelkie wskazówki i tropy), Johna Selfa nie będzie już 
wśród żywych. Przynajmniej na to się zapowiada”.

Zapominając, że autor lubi się bawić w kotka i w myszkę ze swoim bohaterem (John 

Self   ma   złe   przeczucia,   ilekroć   spotyka   Amisa),   ale   również   z   czytelnikami,   tłumacz 
ujednoznacznia zdanie „John Self will no longer exist”, a także obiektywizuje zdanie „Or at 
any   rate   that’s   the   idea”,   które   w   oryginale   nie   musi   być   wcale   obiektywnym 
przewidywaniem przyszłości, gdyż równie dobrze może zdradzać intencje autora w chwili 
rozpoczęcia pisania tej powieści (por. Świerkocki 1997: 267-268). Trzeba zresztą przyznać, 
że Money to książka wybitna i jednocześnie niezwykle trudna do przełożenia.

Polskie przekłady  Just so stories  R. Kiplinga zawierają w porównaniu z oryginałem 

znacznie   mniej   elementów   adresowanych   do   dorosłego   czytelnika.   Jedną   z   cech 
charakterystycznych   stylu   Kiplinga     jest   używanie   wielu   skomplikowanych   i/lub 
wymyślonych przez autora zwrotów i wyrazów, które albo ulegają w książce zniekształceniu 
(np.  ‘Stute  Fish, ‘satiable  curtiosity  zamiast   „astute”,   „insatiable”  i  „curiosity”),  albo  SA 
„objaśniane” w nawiasach za pomocą formuły „that is magic. Wiele takich elementów znika 
w polskich przekładach, na przykład „the small ‘Stute Fish” staje się „Płotką”, „’satiable 
curtiosity”   –   „nieposkromiona   ciekawością,   zaś   „Sloka”,   która   wygłosił   marynarz   – 
„dwuwierszem”. Trójka zwierząt odbywa na skraju pustyni „a palaver, and an indaba, and a 
punchayet, and a pow-wow”, po polsku natomiast „zgromadzenie i głosowanie, i Sąd Trzech, 

79

background image

i   pau-wau”.   Sformułowanie   „one   fine   morning   in   the   middle   of   the   Precession   of   the 
Equinoxes”, którego zapewne tłumaczka nie zrozumiała, zostało przełożone jako „pewnego 
pięknego dnia, a było to tuż przed burzą poprzedzająca zrównanie dnia z nocą”. W ten sposób 
Kiplingowskie „stories” po polsku rzeczywiście bardziej przypominają „bajeczki”.

III. Błędy realizacji 

Nawet wnikliwa, wielopoziomowa analiza oryginału nie gwarantuje jeszcze udanego 

przekładu,   ponieważ   po   jej   zakończeniu   tłumacz   musi   się  wcielić  w   swojego   czytelnika, 
wyobrazić sobie poziom jego wiedzy i prawdopodobne reakcje na poszczególne rozwiązania 
przekładowe.   Potrzebna   jest   duża   sprawność   w   czynnym   posługiwaniu   się   językiem 
docelowym.

1. Niewłaściwa ocena wiedzy odbiorców

O znaczeniu identyfikacji z odbiorcami przekładu pisaliśmy już wielokrotnie. Przy 

okazji analizy tekstu  Putting Kitty’s Typing on Pause  podkreślaliśmy też, że niebianie pod 
uwagę sytuacji odbiorcy może zadecydować o całkowitej nieprzydatności przekładu. Warto 
jednak przeanalizować jeszcze parę przykładów z tekstów zamieszczonych w suplemencie.

W  Two   Legs   Bad  pojawia   się  nazwa   instytucji   „British   Foreign   Office”.   Choć   w 

tekstach politycznych spotyka się wersję „brytyjskie Foreign Office”, w cytowanym tekście 
na pewno należy użyć innego rozwiązania (np. „brytyjskie MSZ”), ponieważ czytelnikami 
naszego   tłumaczenia   nie   muszą   być   wyłącznie   ludzie   żywo   interesujący   się   polityką.   Z 
podobnych powodów – jeśli założymy, że nie wszyscy czytelnicy Bailout Blues będą fanami 
koszykówki   –   dobrze   byłoby   chyba   zaopatrzyć   sformułowanie   „Chicago   Bulls”   w   jakiś 
hiperonim (chociażby słowo „drużyna”). Kwestią dyskusyjną pozostają kulinaria w tekście 
Matter of Taste: 
„fish and chips” oraz „vindaloo”. Ponieważ za nazwą „fish and chips” nie 
kryje   się   nic   niezwykłego,   osobiście   przełożyłbym   ją   jako   „rybę   z   frytkami”.   Gorzej   z 
„vindaloo” – pozostawiając tę nazwę w wersji oryginalnej stawiamy czytelników w gorszej 
sytuacji   w   porównaniu   z   czytelnikami   oryginału:   domyśla   się   oni,   że   chodzi   o   jakąś 
egzotyczną potrawę, ale większość z nich nie będzie wiedziała, o jaką dokładnie potrawę 
chodzi. Z drugiej strony można przyjąć, że wiedza ta nie jest konieczna do odbioru tekstu. 
Tłumacz   posiadający   również   przygotowanie   pedagogiczne   (co   jest   niemal   regułą   w 
przypadku   polskich   tłumaczy)   może   przełożyć   „negative   reinforcement”   (Putting   Kitty’s  
Typing   on   Pause)  
jako   „wzmocnienie   negatywne”.   Taki   przekład   należy   uznać   za 
niepożądany,   ponieważ   większość   czytelników   gazetowych   ciekawostek   nie   zna   zapewne 
tego określenia.

Ocena wiedzy i oczekiwań odbiorców przekładu jest często poważnym problemem w 

tłumaczeniach   literackich.   O   niektórych   z   nich   wspominaliśmy   już   w   rozdziale   o 
nieprzekładalności   kulturowej.   Więcej   przykładów   tego   typu   błędów   zaczerpniętych   z 
przekładów literatury pięknej można znaleźć w: Hejwowski 2004: 217-219.

2. „Podtłumaczenie”

Termin ten ma odpowiadać używanemu przez Newmarka określeniu undertranslation 

(Newmark   1981).   W  Tezaurusie   terminologii   translatorycznej  (Lukszyn   1993;   poniższe 
uwagi krytyczne  są również samokrytyką,  ponieważ byłem jednym ze współautorów tego 
słownika) pod hasłem „podtłumaczenie” czytamy: „Technika tłumaczeniowa polegająca na 
opuszczeniu   części   informacji   szczegółowych   tekstu   wyjściowego”.   Sens   angielskiego 
„undertranslation”   lepiej   zapewne   oddawałby   inny   neologizm   –   „niedotłumaczenie”,   zaś 
cytowaną definicję należałoby uzupełnić o element: „lub zastąpienie informacji szczegółowej 

80

background image

informacją   ogólniejszą”.   Podtłumaczenie   może   być   uzasadniona   techniką   tłumaczeniową, 
jeśli nie znajdujemy innych zadowalających rozwiązań przekładowych: sam proponowałem 
takie rozwiązanie w przypadku sformułowania „girl from Ipanema” w tekście Topless in Rio. 
Jednak   nadużywanie   tej   techniki   jest   niewątpliwie   czymś   niepożądanym,   wynikającym   z 
nadmiernej   troski   o   czytelnika   przekładu   i   ślepej   wiary   w   wyższość   tłumaczenia 
funkcjonalnego.

O zjawisku tym była już mowa przy okazji krytyki podejścia skrajnie funkcjonalnego 

oraz   w   rozdziale   o   nieprzekładalności   kulturowej,   tu   więc   ograniczymy   się   do   paru 
przykładów z tekstów zamieszczonych w  Suplemencie.  Zastanawialiśmy się już wcześniej 
nad tym, dlaczego nie powinno się zastępować konkretnego tytułu Penny Lane ogólnikowym 
„przebojem” czy „przebojem Beatlesów”. Z podobnych powodów nie byłbym zwolennikiem 
zastępowania „owl monkey” wyrazem „małpka”, „vindaloo” zwrotem „hinduska potrawa”, 
„Chicago   Bulls”   –   „drużyną   koszykówki”…   We   wszystkich   tych   przypadkach 
pozbawilibyśmy tłumaczone teksty konkretnych elementów rzeczywistości, sprawiając tym 
samym, że ich lektura stałaby się łatwiejsza, ale i nudniejsza.

3. Błędy języka docelowego 

Nie   sposób   wymienić   wszystkich   rodzajów   błędów   z   tej   grupy,   jakie   popełniają 

początkujący   tłumacze   (szerszy   opis   błędów   językowych   popełnianych   przez   tłumaczy 
znaleźć można w: Dzierżanowska 1988). Do najczęstszych należą: użycie wielkich i małych 
liter, odmiana obcych imion własnych, różnego rodzaju kalki językowe (o których była już 
mowa powyżej).

Wydaje się, że wśród ludzi słabo znających zasady polskiej ortografii istnieje 

ogólna tendencja do pisania wielką literą wszystkiego co ważne. Moi studenci notorycznie 
stosują wielkie litery w nazwach funkcji i stanowisk, takich jak minister, premier, prezydent, 
król, papież, a także pisząc o ważnych wydarzeniach historycznych,  np. o drugiej wojnie 
światowej   czy   o   rewolucji   październikowej.   Można   podejrzewać,   że   duży   wpływ   ma   tu 
pisownia angielska, zgodnie z zasadami której w tego typu wyrazach używa się wielkich liter, 
warto   jednak   zauważyć,   że   wielu   młodych   tłumaczy   stosuje   również   wielkie   litery   w 
określeniu „zimna wojna”, które w angielskim oryginale (Two Legs Bad) pisane jest małymi 
literami.

Długo trwa zwykle wojna ze zwolennikami apostrofów w odmianie obcych nazwisk. 

Wielokrotnie muszę wyjaśniać moim studentom, że nazwiska takie jak Disney czy Presley, 
które po polsku wymawiane są [disney], [preslej] – odmienia się tak samo jak polskie imiona 
i nazwiska kończące się na –j, takie jak Maciej, rataj czy Koziej, a więc Disneya, Disneyowi 
itd. Apostrof pojawia się właściwie tylko wtedy, gdy obce imię lub nazwisko kończy się na –y 
wymawiane po polsku jako –i (a więc po spółgłosce) lub gdy ostatnią literą takiego wyrazu 
jest   nieme   –e.   Dotyczy   to   zatem   takich   nazwisk   jak   Lodge,   Milne,   Chomsky   (bardziej 
szczegółowe zasady można znaleźć w NSJOP, NSPP i w Słowniku nazw własnych).

4. Błędy wynikające z braku wiedzy ogólnej i specjalistycznej

Błędy   tego   typu,   ściśle   rzecz   biorąc,   należą   zarówno   do   kategorii   błędów 

interpretacyjnych, jak i realizacyjnych. Jeśli umieszczamy je w grupie błędów realizacji, to 
głównie dlatego,  że braki wiedzy można  zawsze uzupełnić,  a więc pojawienie  się takich 
błędów świadczy o pewnej niefrasobliwości tłumacza w trakcie tworzenia przekładu.

Trzeba   znać   –   lub   odszukać   w   odpowiednim   źródle   –   polskie   odpowiedniki   tak 

ważnych instytucji międzynarodowych, jak The International Court of Justice in The Hague 
czy   U.N.   Educational,   Scientific   and   Cultural   Organization.   Jeśli   nie   wiemy   lub   nie 
sprawdzimy,   czym   właściwie   jest   Westminster   School,   to   wpadniemy   w   pułapkę 
sformułowania   „Alma   mater”.   Warto   wiedzieć,   że   nazwa   klubu   „The   Garrick   Club   in 

81

background image

London”   pochodzi   od   nazwiska   znanego   aktora,   bo   wtedy   spokojnie   możemy   ją 
przetłumaczyć   na   polski   jako   „londyński   Klub   Garlicka;   nazwa   Duke   University,   w 
przeciwieństwie do University of Surrey, pochodzi od nazwiska, a zatem, jeśli chcemy ją 
przetłumaczyć na polski, powinniśmy napisać „Uniwersytet Duke’a”.

Tłumacz powinien wiedzieć, co oznaczają tytuły, takie jak Penny Lane, The Girl from 

Ipanema, A Clockword Orange, A World Apart, Nature, Animal Farm, Bird on Wire, Titanic  
(
nawet jeśli w danym tłumaczeniu do niczego mu się to nie przyda, bo za którymś razem 
niewiedza będzie przyczyną błędu); powinien wiedzieć, które z nich należy przetłumaczyć na 
język polski (w cytowanych przykładach na pewno nie tłumaczymy Nature Titanic; można 
się zastanawiać nad Bird on Wire) i jakie są ich polskie ekwiwalenty – nie wolno wymyślać 
samemu polskich tytułów  Animal Farm czy A Word Apart (zob. też błędy metatranslacyjne 
poniżej).

Przyczyną  błędów bywają też nazwy geograficzne. Popełnimy błąd, zostawiając w 

polskiej wersji By the Dozen  nazwę „Le Havre”, bo po polsku miasto to nazywa się Hawr. 
Wielu   moich   studentów   nie   zorientowało   się   też,   że  Tucson,   Ariz.  To   nazwa   miasta   w 
Arizonie, w związku z czym w ich tłumaczeniach była to nazwa firmy komputerowej. 

Błędem jest niewątpliwie nieodszukanie polskiej nazwy „owl monkey”  z tekstu Aping 

Morion (po polsku małpa ta nazywa się „pomocnica” lub „mirikina”) czy „elephant bird” z 
tekstu By the Dozen (w literaturze polskiej najczęściej wymieniana jest spolonizowana wersja 
nazwy łacińskiej „epiornis” lub potoczna „struś madagaskarski”).

IV. Błędy metatranslacyjne

Niedoświadczeni tłumacze popełniają czasem błędy wynikające z nieświadomości co 

do   istoty   tłumaczenia   i   co   do   pewnych   ogólnie   przyjętych   konwencji   tłumaczeniowych. 
Celem   tłumaczenia   jest   umożliwienie   jak   najpełniejszego   porozumienia   przedstawicielom 
różnych   kultur   –   umożliwienie   porozumienia,   a   nie   utrudnianie   tego   porozumienia,   nie 
fałszowanie   obrazu   kultury   wyjściowej,   nie   przeinaczanie   faktów   opisanych   w   tekście 
wyjściowym. Nie ulega też wątpliwości, że istnieją pewne zasady tłumaczeniowe, które są 
przestrzegane  przez większość tłumaczy w  większości sytuacji.  Na przykład,  jest ogólnie 
przyjętą   normą   (zresztą   nie   tylko   w   języku   polskim),   że   w   tekstach   informacyjnych   nie 
tłumaczymy tytułów gazet i czasopism; a więc w przekładzie tekstu Aping Motion napiszemy 
z pewnością  Nature  nie „Natura” czy „Przyroda”.  Od dawien dawna stosuje się również 
zasadę tłumaczenia imion głów koronowanych, jeśli imiona te mają ustalone odpowiedniki w 
języku polskim. Pojawienie się w języku polskim imienia „Juan Carlom” nie świadczy na 
razie o zmianie normy, tylko o nieuctwie polskich dziennikarzy, którzy taką formę imienia 
hiszpańskiego króla wprowadzili do polskiej prasy. Błędy tego typu – jako wynikające z 
niewiedzy na temat zasad tłumaczenia – będziemy nazywać  błędami metatranslacyjnymi. 

1. Dobór techniki tłumaczeniowej

Dość   często   spotykanym   problemem   tłumaczeniowym   w   przekładach   z   języka 

angielskiego są anglosaskie miary i wagi. Wiele z nich ma teoretycznie swoje odpowiedniki 
w języku polskim, ale na ogół nie w polskiej świadomości. Zapewne większość Polaków 
orientuje się, ile to jest cal (odpowiednik angielskiego „inch”), mila (ang. „mile”) czy nawet 
jard (ang. „yard”), ale nie sądzę, żeby zbyt wielu ludzi w Polsce wiedziało, ile dokładnie 
centymetrów ma stopa, a już na pewno nieliczni potrafią szybko zorientować się, czy góra, 
która ma 4400 stóp jest wysoka czy nie. Dość słabo też orientujemy się w takich jednostkach 
wagi jak funt czy uncja. W związku z tym  należałoby chyba  przyjąć  zdroworozsądkową 
zasadę, że tam, gdzie wartość tych jednostek jest istotna dla zrozumienia tekstu, należy je 

82

background image

przeliczać na jednostki powszechnie stosowane w Polsce. Dotyczy to 430 000 akrów z tekstu 
The Mouse That Roared, mil i stóp z In-Flight Food, funtów z Heart of Stone, stopy z By the 
Dozen. 
W mniejszym już stopniu – 83 stóp z tekstu Pitiful Debate. W tym wypadku można by 
argumentować, że wartość rekordu w pluciu pestka na odległość nie jest specjalnie ważna, 
natomiast   pozostawienie   stop   w   polskim   przekładzie   stanowi   dodatkowy   akcent 
humorystyczny.

Jak   już   wspomnieliśmy,   nie   tłumaczymy   tytułów   gazet   i   czasopism,   natomiast 

tłumaczymy tytuły książek, zwłaszcza jeśli były one już przekładane na język docelowy. W 
interesujących   nas   tekstach   z   pewnością   użyjemy   następujących   polskich   tytułów: 
Mechaniczna   pomarańcza,   Kubuś   Puchatek,   Folwark   zwierzęcy  i   oczywiście  Inny   świat. 
Ewidentnym błędem jest dla mnie pozostawienie angielskiego tytułu książki omawianej w 
artykule Bailout Blues – „Bubble Fantasy: What Could That Money Have Bought?” – przede 
wszystkim dlatego, że książka ta nie ukazała się po angielsku lecz po japońsku, a angielski 
tytuł został „podstawiony” przez autora artykułu. Paru moich studentów zadało sobie trud 
odszukania   oryginalnego   tytułu   japońskiego,   który   następnie   zamieścili   w   swoich 
tłumaczeniach.   Oczywiście   pochwaliłem   ich   za   dociekliwość,   ale   nie   sądzę,   żeby   w 
przypadku   tak   krótkiego   i   popularnego   artykułu   zabieg   ten   był   konieczny.   Myślę,   że   w 
zupełności wystarczy przybliżony polski przekład tytułu (więcej przykładów w: Hejwowski 
2004: 221-224).

2. Opuszczenia

Pokusa opuszczenia fragmentu tekstu pojawia się wtedy,  gdy tłumacz nie rozumie 

danego   sformułowania   lub   nie   potrafi   znaleźć   zadowalającego   ekwiwalentu   w   języku 
docelowym.   Tego   typu   trudności   świadczą   jednak   na   ogół   o   lukach   w   kompetencji 
tłumaczeniowej, a nie o tym, że opuszczenie jest rzeczywiście uzasadnione.

I tak na przykład niektórzy z moich studentów, nie mogąc sobie poradzić z frazą „that 

eyeblink on the autobahn” opuszczali ją w przekładzie argumentując, że nie jest ona taka 
ważna.   Ponieważ   jednak   sformułowanie   to   jest   dodatkową,   żartobliwą   charakterystyką 
Liechtensteinu i jednocześnie wyraża stosunek autora do tego kraju (zob. analiza tekstu The 
Mouse That Roared 
w rozdz. 4.) sądzę, że takie opuszczenie jest błędem tłumaczeniowym.

Opuszczenia  nie są, rzecz jasna, zjawiskiem zbyt  częstym  w przekładach  krótkich 

tekstów  prasowych,  choć pojawiają się w różnych  miejscach w  słabszych  tłumaczeniach, 
zapewne przez przeoczenie lub z wymienionych wyżej powodów. Jest to natomiast bardzo 
poważny problem w tłumaczeniach literatury pięknej, gdzie niektórzy tłumacze pretendują do 
roli   demiurgów,   czy   może   tylko   cenzorów,   decydując   o   tym,   czego   dowie   się   czytelnik 
przekładu, a co zostanie przed nim zatajone. Problem ten częściowo był już omawiany w 
rozdziale o nieprzekładalności kulturowej (zob. też Hejwowski 2004: 142-143, 225-226).

3. Dodatki

O dodawaniu pustych ozdobników – czy może raczej „wypełniaczy” – przez tłumaczy 

kabinowych pisał H. Barik w artykule pod charakterystycznym tytułem Interpreters talk a lot, 
among other things  
(Barik 1972). W przypadku tłumaczy kabinowych takie dodane słowa i 
zwroty mają zapewnić tłumaczowi chwilę czasu na zorientowanie się, co dalej powie mówca, 
oraz   zwiększyć   płynność   wypowiedzi.   Bardziej   zaskakujące   są   dodatki   w   tłumaczeniach 
pisemnych, zwłaszcza jeśli nie wynikają z potrzeby objaśnienia różnic kulturowych.

Dodatki   są   dość   rzadkim   –   i   powiedziałbym   niesystematycznym   zjawiskiem   w 

przekładach początkujących tłumaczy. Ci zwykle trzymają się kurczowo tekstu oryginału i 
bardziej są już skłonni opuszczać fragmenty, których nie potrafią przełożyć. Nieuzasadnione 
dodatki zdarzają się niektórym studentom, gdy zrozumieją oni już potrzebę interpretowania 
tekstu, ale nie wiedza jeszcze, że interpretacja nie oznacza własnej twórczości.

83

background image

Częściej   napotkać   je   można   we   tłumaczeniach   literackich,   zwłaszcza   tam,   gdzie 

tłumacz jest na tyle zadowolony z zastosowanego przez siebie stylu, że przestaje zwracać 
uwagę na autora:

„Many times in her life she has lacked the price of a busfare, a teabag”.
“Ile   to   już   razy   nie   stać   jej   było   na   głupi   billet   autobusowy,   na   najzwyklejszego 

szczura   z   herbatą”.   Tłumaczowi   nie   wystarcza,   że   wykazał   się   inwencją   zastępując 
nienacechowaną   „teabag”   mocno   nacechowanym   „szczurem   z   herbatą”,   dodaje   jeszcze 
przymiotniki „głupi” i „najzwyklejszy” (przykład z: Jaworowska 2001).

Zupełnie  niezrozumiałym  przypadkiem jest  Listonosz,  polski przekład (jeśli można 

użyć tu tego słowa) Post Office Charlesa Bukowskiego. Tłumacz dodaje tam całe fragmenty 
tekstu, często zresztą przeinaczając intencje autora (Dembowski 2003).

4. Dwie wersje

Bardzo   częstym   błędem   w   pierwszej   fazie   nauki   tłumaczenia   jest   pozostawianie 

dwóch   wersji   przekładu   fragmentu   danego   tekstu.   Popełniającym   go   młodym   tłumaczom 
wyjaśniam,  że  to tłumacz,  a nie  redaktor czy wydawca,  odpowiada za  ostateczny kształt 
przekładu   i   to   on,   podpisując   się   pod   przekładem   swoim   nazwiskiem,   bierze   zań   pełną 
odpowiedzialność.

Do niedawna sądziłem, że błędy tego typu nie mogą pojawiać się w opublikowanych 

tłumaczeniach.   Przekonałem   się   jednak,   że   zdarzają   się   i   takie   przypadki.   Maniera 
podwójnego   tłumaczenia   cechuje   tłumacza  Money  M.   Amisa.   Stosuje   on   tę   „technikę” 
najczęściej, gdy nie jest pewien, czy pierwsze rozwiązanie tłumaczeniowe będzie zrozumiałe 
dla polskiego odbiorcy:

„I was in Cal myself this January – Los Angeles”.  “Sam byłem w Cal – tej boskiej 

Kalifornii – w Los Angeles, gdzieś w styczniu „.

„The   zeds   of   fire-escapes”.  “Awaryjne   Żelazne   zetki,   czyli   schody   na   wypadek 

pożaru”. (przykł. z: Jaworowska 2001).

Zauważmy, że w pierwszym z tych przekładów tłumacz usiłuje uzasadnić powtórzenie 

za pomocą dodanego słowa „boskiej”, a zmiana szyku zdania zmusza go jeszcze do dodania 
wyrazu   „gdzieś”,   bo   inaczej   zdanie   kończyłoby   się   bardzo   niefortunnie   frazami   „w   Los 
Angeles w styczniu”.

Zaskakującym przypadkiem podawania dwóch wersji przekładu jest polskie wydanie 

The Giant Work Book, noszące bardzo dziwny polski tytuł: Wielki ilustrowany Walt Disney 
słownik   angielsko-polski.  
W   tej   ilustrowanej   książce   dla   dzieci   znajdujemy   następujące 
angielskie wyrazy i zwroty wraz z ich polskimi tłumaczeniami: „soapy face – namydlona 
buzia   (twarz)”,   „mother   –   mama   (matka)”,   „toast   –   tost   (grzanka)”,   „fence   –   parkan 
(ogrodzenie)”, „queen bee – królowa pszczół (matka roju)”, „windmill – młyn napędzany 
wiatrem (wiatrak)” i wiele innych.

5. Poprawianie oryginału

O   poprawianiu   oryginału   można   mówić   wtedy,   gdy   zawiera   on   błędy.   W   takim 

przypadku tłumacz tekstów informacyjnych ma moim zdaniem prawo, a nawet obowiązek 
dokonać   odpowiednich   poprawek   merytorycznych,   logicznych,   stylistycznych.   Myślę,   że 
takiego prawa nie ma tłumacz większości tekstów literackich. Oczywiście pomiędzy tymi 
dwoma   kategoriami   rozciąga   się   szeroka  szara   strefa,  w   której   każdy   przypadek   należy 
rozważyć  z osobna, biorąc pod uwagę wszelkie argumenty za poprawianiem i przeciwko 
niemu. Bez wahania na przykład wygładzałem potknięcia stylistyczne, tłumacząc powieść 
True Women, teksaską sagę spisaną przez potomkinię rodu, która nie była zawodową pisarką. 
W   gruncie   rzeczy   uważam,   że   tego   typu   poprawki   należały   się   autorce   od   redakcji 
oryginalnego   wydania.   Po   długich   deliberacjach   postanowiłem   natomiast   nie   poprawiać 

84

background image

fragmentów autobiografii znanego amerykańskiego pisarza Ch. Himesa. Uznałem, że literat z 
takim dorobkiem powinien  umieć  pisać po angielsku, ale jeśli tego nie potrafi,  to polski 
czytelnik   ma   prawo   się   o   tym   dowiedzieć.   Pracowicie   więc   odtwarzałem   po   polsku 
nieporadność   stylu,   na   przykład   cztery   kolejne   akapity   zaczynające   się   od   zdania   z 
konstrukcją „while +  Past Progressive”  brzmią w moim przekładzie następująco: „ Kiedy 
wsiadaliśmy do samochodu…”, „Kiedy wróciłem na tańce…”, „Kiedy wróciłem następnego 
dnia do bursy…”, „Kiedy wyszedłem do George’a…”. Spróbowałem też „przetłumaczyć” 
pojawiające   się   w   tekście   błędy   składniowe,   ale   te   celowe   uchybienia   wobec   gramatyki 
poprawiła    mi   redakcja   (Himes   2002).   Na   szczęście   tego   typu   sytuacje   w   ambitniejszej 
literaturze zdarzają się niezwykle rzadko – przypadek Himesa był jedynym, z jakim miałem 
do czynienia.

Poprawianie  literatury   pięknej   dotyczy   najczęściej   książek   dla   dzieci,   zwłaszcza 

fragmentów, które tłumacze uznają za „nieodpowiednie”. I tak na przykład w angielskim 
tłumaczeniu jednej z książeczek T. Jansson zdanie „musiałem pójść zrobić siusiu” zostaje 
zastąpione  poetyckim  „I only wanted to look at the stars” („chciałem tylko  popatrzeć na 
gwiazdy”)   (Semkowicz   1997:   9;   bardzo   ciekawą   analizę   tłumaczeń   angielskiej   literatury 
dziecięcej na język polski znaleźć można w: Adamczyk-Garbowska 1988).

6. Niepoprawianie oryginału 

Jak już sugerowaliśmy powyżej, niepoprawialnie błędów w tekstach informacyjnych 

jest błędem, który prędzej czy później zemści się na tłumaczu. Większość czytelników (a 
także   –   niestety   –   krytyków)   nie   ma   czasu   ani   możliwości,   by   porównać   przekład   z 
oryginałem,   zatem   wszelkie   błędy   i   chropowatości   zostaną   złożone   na   karb   tłumacza. 
Spójrzmy na fragment tekstu gazetowego tłumaczonego kilka lat temu przez moich studentów 
(tekst dotyczy planowanej wówczas wizyty pani sekretarz stanu USA Madeleine Albright w 
Korei Północnej):

„With more than 60 journalists in tow. Albright’s two-day tour will throw open the 

Democratic People’s Republic of Korea as never before to public view – and complete North 
Korean leader Kim Jong Il’s remarkable makeover in Western eyes. Only a year ago, notes 
one senior U.S. official, he was still seen as a puffy-haired kook: now the Americans view 
him as ‘a logical, thinking leader’.

That   will   make   Kim   a   respectable   interlocutor   for   President   Bill   Clinton,   who   is 

expected to visit too in the waning weeks of his term. It will also make it much harder for 
Clinton’s succesor to justify putting in phase one of a limited national missile defence, a 
policy the president has long been ambivalent about, since North Korean hostility has long 
been the chief reason for it”.

Powyższy tekst łamie wiele zasad poprawnej kompozycji i sprawnej komunikacji: „in 

tow” powinno się odnosić do Albright, a nie do „tour”, „throw open to public view” nie 
powinno   być   przedzielone   dziewięciowyrazowym   wtrąceniem;   zupełnie   niejasne   są 
antecedensy zaimków „that, it” z dwóch ostatnich zdań; wtrącenie „a policy the president…
about”   zdecydowanie   utrudnia   zrozumienie   końcówki   zdania;   dobrze   byłoby   też   uniknąć 
powtórzenia „has long been” oraz wyszukanych i chyba niezbyt zgrabnych sformułowań w 
stylu „the waning weeks of his term”. Wszystkie te błędy tłumacz musi wyeliminować. Nie 
wyobrażam   sobie   też   sensownego   tłumaczenia   ostatniego   zdania   z   tekstu  Aping   Motion 
(„Those advances could be the first of many to help scientists piece together the symphony in 
the brain”), jeśli najpierw nie dokonamy jego gruntownej analizy i przebudowy.

7. Paratekst (zbyt dużo lub zbyt mało objaśnień)

Pojęcie  paratekstu   (używane   przez   Brzozowskiego  2001)  oznacza  wszystko   to,  co 

towarzyszy tekstowi głównemu, na przykład przedmowę, przypisy,  posłowie, komentarze, 

85

background image

objaśnienia,   noty   biograficzne   itp.   Oczywiście   trudno   mówić   o   paratekście   w   krótkich 
tekstach   gazetowych  ilustrujących   nasze  rozważania.  Zdarza   się  czasem,  że  moi  studenci 
zamieszczają   pod   swoimi   tłumaczeniami   krótkie   notki   informujące   o   pochodzeniu   danej 
informacji czy też uzasadniające dany wybór przekładowy. Bardzo je sobie cenię, ale nie są 
to, rzecz jasna, prawdziwe przypisy, ponieważ adresowane są wyłącznie do mnie, czyli do 
„redaktora”. Potrzeba przypisów (nie mówiąc już o wstępach czy posłowiach) może pojawić 
się dopiero przy tłumaczeniu długich artykułów  prasowych, esejów, a zwłaszcza książek. 
Tłumacze   literatury   pięknej   (zwłaszcza   współczesnej)   uważają   na   ogół   przypisy   za 
ostateczność, niejako za przyznanie się tłumacza do porażki w danej sytuacji tłumaczeniowej. 
Pokutuje   teoria,   że   przypisy   przeszkadzają   w   czytaniu,   rozpraszają   uwagę   czytelnika, 
zamieniają powieść w podręcznik czy encyklopedię. Kiedy przypomnę sobie, z jaką uwagą 
chłonąłem  przypisy  w   lekturach  mojego  dzieciństwa   i  wczesnej   młodości   –  w  książkach 
przygodowych,   podróżniczych   i   historycznych   –   mam   pewne   wątpliwości,   czy  powyższe 
obawy są uzasadnione. Oczywiście, tak jak we wszystkim należy zachować umiar. Popularne 
wydanie współczesnej powieści nie powinno przypominać bibliofilskiej edycji klasycznego 
dzieła   z   przypisami   sięgającymi   niemal   samej   góry   każdej   strony   –   o   czym   tak   marzył 
Nabokov (1955/2000).

Wydaje się, że stosowanie takich dodatkowych technik objaśniających jest pożądane, 

kiedy użycie innej techniki tłumaczeniowej – na przykład tłumaczenia syntagmatycznego czy 
techniki ekwiwalentu funkcjonalnego – prowadziłoby do zubożenia bazy wypowiedzi, jaką 
zrekonstruować może odbiorca przekładu, lub też do istotnego zniekształcenia tejże bazy, 
ewentualnie   do   szoku   kulturowego,   jaki   może   być   następstwem   mieszania   elementów 
różnych kultur.

Podsumowując, wyróżniliśmy następujące typy i podtypy błędów tłumaczeniowych:

I. Błędy tłumaczenia syntagmatycznego

1. Błędy ekwiwalentów słownikowych
2. Fałszywi przyjaciele tłumacza
3. Kalki
4. Nieuzasadnione rekonstrukcje

II. Błędy mylnej interpretacji

1. Pomylenie dwóch różnych syntagm lub ram czasownikowych języka wyjściowego
2. Zła interpretacja sceny lub scenariusza
3. Mylne odczytanie modalności tekstu

III. Błędy realizacji

1. Niewłaściwa ocena wiedzy odbiorców
2. Podtłumaczenie 
3. Błędy języka docelowego
4. Błędy wynikające z braku wiedzy ogólnej i specjalistycznej

IV. Błędy metatranslacyjne 

1. Dobór techniki tłumaczeniowej
2. Opuszczenia
3. Dodatki
4. Dwie wersje
5. Poprawianie oryginału
6. Niepoprawialnie oryginału
7. Paratekst (zbyt dużo lub zbyt mało objaśnień)

86

background image

8. Mit tłumaczenia naturalnego: „tłumaczyć każdy może”

Zdaje mi się jednak, że tłumaczenia z jednego języka na drugi […] 

przypominają   kobierce   flandryjskie   oglądane   z   przeciwnej   strony.   Są   tam 
wprawdzie   figury,   ale   tak   zagmatwane   nićmi,   iż   nie   widać   ich   barw  
wspaniałych. Mniemam także, że tłumaczenia z jednego języka na drugi nie  
oznaczają   wielkiego   rozumu   ani   doskonałości;   tyle   tylko   znaczą,   co 
przepisywanie z pierwowzorów. Nie dlatego to mówię, aby zawód tłumacza 
miał   być   w   pogardzie,   gdyż   człowiek   może   się   przecie   jeszcze   zatrudniać 
gorszymi rzeczami, które mniej korzyści przynoszą.

Miguel Cervantes, Don Kichot

Powyższy   cytat   pokazuje,   jak   łatwo   wygłaszać   przeróżne   uogólnienia   na   temat 

przekładu   –   oparte   przecież   na   pewnym   wycinkowym   oglądzie   sytuacji   (ciekawe,   na 
podstawie   jakich   przekładów   Cervantes   wyrobił   sobie   taką   opinię   o   tłumaczach   i 
tłumaczeniach?) – i jak łatwo się pomylić. Czym byłoby dla nas dzisiaj nazwisko Cervantes, 
gdyby   nie   tłumaczenia?   Z   wypowiedzi   Cervantesa   wyziera   też   lekceważący   stosunek   do 
pracy tłumacza. Dziś mało kto poważyłby się na taką szczerość w tej kwestii, jednak faktem 
jest powszechny brak szacunku dla tego zawodu. Większość ludzi uważa, że tłumaczyć może 
każdy, kto opanował jakiś język obcy (wszak swój ojczysty język zna z założenia). Co więcej, 
zdaniem ogółu, osoba taka może tłumaczyć  teksty na dowolne tematy w obu kierunkach. 
Przecież tłumaczenie polega na zastępowaniu wyrazów jednego języka wyrazami drugiego 
języka. Cóż może być prostszego? Nawet jeśli nasz tłumacz nie zna jakiegoś obcego słowa 
(choć właściwie powinien), to przecież może sprawdzić w słowniku. Tak, powtórzmy:  dość 
powszechny, pogląd na temat tłumaczenia znajduje swoje odbicie w wielu typowych, niemal 
codziennych sytuacjach. Każdy filolog (cokolwiek ma znaczyć ten nieco archaiczny wyraz), 
jest   prędzej   czy   później   narażony   na   prośby   ze   strony   znajomych   o   przetłumaczenie 
„krótkiego, prostego tekstu”, który okazuje się fachową specyfikacją techniczną lub innym 
wąsko specjalistycznym  dokumentem. Co gorsza, opisane wyżej podejście do tłumaczenia 
widoczne jest również wśród ludzi mających zawodowo do czynienia z tłumaczami – wśród 
wydawców i innych zleceniodawców, którzy oferują tłumaczom niskie stawki i skandalicznie 
krótkie terminy. 

Należy ubolewać nad tym,  że nawet niektórzy teoretycy przekładu nie zdają sobie 

sprawy ze złożoności problemu i piszą na przykład o tłumaczeniu naturalnym, które rzekomo 
jest cechą wszystkich uczących się języka obcego (Harris 1977, Harris & Sherwood 1978) 
albo zrównują kompetencję tłumaczeniową z ogólna kompetencją komunikacyjną (Gutt 1991: 
189-190).   Twierdzenie,   że   każda   osoba   dwujęzyczna   potrafi   tłumaczyć,   jest 
nieporozumieniem. Oczywiście, każdy, kto uczy się angielskiego, powie nam, że „dog” to 
„pies”   i   zapewne   także   przetłumaczy   zdanie:   „A   dog   i   san   animal”   jako   „Pies   jest 
zwierzęciem”. Jednak już tłumaczenie nieco bardziej skomplikowanego zdania: A dog is an 
animal and a fly is an insect” zakończy się prawdopodobnie niepowodzeniem, bo wersja „Pies 
jest zwierzęciem, a mucha owadem”, zostanie zakwestionowana przez większość odbiorców 
przekładu, którzy powiedzą, że owady to też zwierzęta. Podobnie wiec jak nie powiemy o 
osobie,   która   nauczyła   się   grać   jednym   palcem   gamę   na   pianinie,   że   jest   pianistą,   nie 
nazwiemy   też   tłumaczem   kogoś,   kto   potrafi   przełożyć   syntagmatycznie   najprostsze 
konstrukcje języka obcego.

87

background image

Również   teza   Gutta,   według   której   do   tłumaczenia   nie   jest   potrzebne   żadne 

wyposażenie mentalne poza tym, które używane jest w komunikacji w ogóle, nie wytrzymuje 
krytyki. Przede wszystkim przeczy mu doświadczenie pedagogiczne: wielu bardzo sprawnych 
komunikacyjnie   studentów   (często   sprawnych   w   obu   językach)   nie   radzi   sobie   z 
tłumaczeniem. Wydaje się, że ten pozorny paradoks dobrze wyjaśnia opisany powyżej model 
procesu tłumaczenia. Dobry komunikator szybko odczytuje intencje swoich rozmówców  i 
potrafi   skutecznie   realizować   swoje   intencje.   Nie   musi   natomiast   odczytywać   wszystkich 
nawet   najdrobniejszych   i   najsłabiej   zaznaczonych   implikacji   danego   tekstu,   a   co   jeszcze 
ważniejsze   –   nie   musi   reprodukować   w   umysłach   swoich   odbiorców   stanów   „zadanych” 
przez   kogoś   innego   –   czasem   kogoś   o   zupełnie   odmiennej   wiedzy,   światopoglądzie, 
temperamencie itd. Dobry komunikator może rekompensować swoje braki (luki w wiedzy, 
nieznajomość pewnych technik komunikacyjnych)  bardzo różnymi  środkami. Tłumacz ma 
najczęściej związane ręce: nie może wyprodukować własnego tekstu na zadany temat, bo taki 
tekst nie zostanie uznany za tłumaczenie. Pamiętajmy, że  znaczeniem  tekstu jest nie tylko 
zrekonstruowana baza wypowiedzi (i ewentualne fragmenty bazy kognitywnej autora), ale 
również sposób rekonstrukcji – nie tylko pointa, ale również trud włożony w jej odczytanie. 
Gutt   myli   się   też   chyba   sugerując,   że   kompetencja   tłumaczeniowa   to   kompetencja 
komunikacyjna   plus   kompetencja   językowa   w   zakresie   dwóch   języków,   którą   zapewne 
powinni   zająć   się   językoznawcy,   a   nie   teoretycy   przekładu.   Taki   pogląd   jest   nie   do 
utrzymania przede wszystkim dlatego, że absolutna dwujęzyczność (jeśli takie pojęcie ma w 
ogóle sens) należy do rzadkości – większość tłumaczy jeden z języków zna lepiej, a drugi 
gorzej.   Słabsza   znajomość   dotyczy   najczęściej   (choć   nie   zawsze)   języka   wyjściowego. 
Ludzkie   sprawności   i   umiejętności   nie   stanowią   oddzielnych   modułów,   lecz   są   ze   sobą 
wzajemnie powiązane, toteż słabsza znajomość języka oryginału będzie wpływała na stopień 
pewności tłumacza co do interpretacji pewnych fragmentów oryginału, a więc i na cały proces 
tłumaczenia.

Posłużmy   się   jeszcze   raz   przykładem   polskiego   tłumaczenia  Winnie   the   Pooh 

zatytułowanego  Kubuś Puchatek.  Tłumaczka tej książki popełniła błędy tłumaczeniowe nie 
tylko   dlatego,   że   realizowała   szczególny   program   przekładowy,   który   Venuti   nazwałby 
udomowieniem  oryginalnego   tekstu.   Drugi   powód   wynika   ze   słabej   znajomości   języka 
wyjściowego   i   nierozerwalnego   związku   tej   umiejętności   z   innymi   elementami   procesu 
przekładu.   Dysponując   dość   słabą   znajomością   języka   angielskiego   (a   także   angielskich 
konwencji komunikacyjnych), tłumaczka musiała nieco „po omacku” domyślać się znaczenia 
niektórych konstrukcji i zwrotów z kontekstu. Nie jest więc przypadkiem, że wiele błędów 
popełniła   w   tłumaczeniu   wypowiedzi   osła   Eeyeore   (w   polskiej   wersji   Kłapouchego),   bo 
osiołek   wykazuje   specyficzne   angielskie   poczucie   humoru,   a   zatem   jego   sformułowania 
wymagają często stosowania różnych  odmian  Grice’owskiej implikatury konwersacyjnej  i 
innych   mechanizmów   rekonstrukcji,   a   bardzo   rzadko   dają   się   jednoznacznie   odczytać   z 
interpretowanego po polsku kontekstu.

Jeszcze   bardziej   niepokojący   jest   fakt,   że   niektórzy   pedagodzy   mający   kształcić 

tłumaczy nie bardzo zdają sobie sprawę z tego, jakie stoją przed nimi zadania. Sądzą na 
przykład,   że   wystarczy   uzupełnić   typowy   program  filologiczny  paroma   „językami 
specjalistycznymi”,   by   wykształcić   tłumaczy   tekstów   specjalistycznych.   Bardzo   ciekawie 
wypowiedział się na ten temat J. Pieńkos:

…w kręgach specjalistów  od przekładu przeważa pogląd, iż powinno się kształcić 

specjalistów w zakresie przekładu, a nie tłumaczy specjalistycznych (wyspecjalizowanych). 
Nierzadko jeszcze dzisiaj zdarza się, że nauczanie przekładu mylone jest z nauką języków 
obcych, z nauką o języku lub terminologiami specjalistycznymi. Zadaniem szkół tłumaczy 
jest   i   powinno   być   kształcenie   tłumaczy   w   zakresie  

ogólnym

,   tak   jak   ma   to   miejsce   w 

88

background image

odniesieniu  do lekarzy,  gdy kończą wydział  medyczny,  a dopiero  później  poświęcają się 
wybranej   specjalizacji.   Nie   należy   zatem   kształcić   tłumacza   wyspecjalizowanego,   lecz 
tłumacza wartościowego, sprawnego, który w przyszłości będzie się doskonalił w wybranej 
przez siebie dziedzinie. Uwaga ta wydaje się o tyle trafna i istotna, że 

niewiele

 jest tekstów o 

bardzo wysokim stopniu specjalizacji. Większość tekstów przeznaczonych  do tłumaczenia 
dotyczy   jednocześnie   wielu   dziedzin   nauki   i   techniki,   a   daleko   posunięta   specjalizacja 
uniemożliwia tłumaczowi sprawna pracę… (Pieńkos 2003: 283)

W podobnym duchu wypowiadają się B. Hatim i J. Mason:

…if translator training is limited to those superficial characteristics of text which are 

most typical of what technical or administrative translator is likely to encounter most of time 
(specialized  terminology,  formulaic  text conventions  and so on), then the trainee  will be 
singularly ill-equipped to deal with, say, metaphor, allusion, implicature when these occur – 
as they do – in technical texts. (Hatim and Mason 1997: VIII)

Jeszcze jedną istotną myśl dopowiadają Z. Kozłowska i A. Szczęsny:

Nie sposób przewidzieć  wszystkich  typów  tekstów, jakie  mogą  zostać powierzone 

tłumaczowi. Nie można więc nauczyć tłumaczenia wszystkich typów tekstów. Trzeba dać 
narzędzia,   a   kształcić   konieczne   umiejętności   (kompetencję   tłumaczeniową).   (Kozłowska, 
Szczęsny 2003: 161)

Zatem, aby skutecznie kształcić tłumaczy, musimy zdać sobie sprawę z tego, czym jest 

kompetencja tłumaczeniowa. Sądzę, że jest to zespół predyspozycji, cech, umiejętności oraz 
ogromna porcja wiedzy o świecie w ogóle, a o kulturach związanych z danymi językami w 
szczególności. Elementami kompetencji tłumaczeniowej są z pewnością:

1. znajomość języka wyjściowego i docelowego;
2. umiejętność dopasowania do siebie różnych struktur na podstawie ich względnego 

podobieństwa;

3. znajomość kultury krajów, w których mówi się językiem wyjściowym i docelowym;
4. wiedza ogólna i specjalistyczna;
5. sprawności komunikacyjne;
6. wnikliwość w dążeniu do sensu;
7. znajomość teorii tłumaczenia;
8. predyspozycje i cechy charakteru.

1. Znajomość języka wyjściowego i docelowego

Warto zauważyć, że dobra znajomość języka nie jest równoznaczna ze sprawnością 

komunikacyjną. Można być świetnym  komunikatorem  (pomijam tu kwestie różnic między 
komunikacją ustną a pisemną), dysponując ograniczonym repertuarem środków językowych i 
odwrotnie   –   ktoś   posiadający   doskonałą   znajomość   języka   może   nie   sprawdzać   się   w 
sytuacjach komunikacyjnych. Przez dobrą znajomość języka rozumiemy bogate słownictwo, 
duży zasób syntagm i ram czasownikowych, a także opanowanie wielu innych mechanizmów 
gramatycznych,   takich   jak  zastosowanie   czasów,  przedimków,   czasowników   modalnych   i 
zdań   przydawkowych   w   języku   angielskim   (żeby   wspomnieć   tylko   o   problemach 
gramatycznych   najbardziej   dokuczliwych   z   polskiego   punktu   widzenia)   oraz   na   przykład 
znajomość końcówek (deklinacji i koniugacji) i ortografii języka polskiego (zob. rozdz. 7).

Oczywiście w praktyce zdarza się, że tłumacze znają język wyjściowy tylko biernie. 

Nie  jest jednak dobrze, gdy wiedza  ta  jest jeszcze  na dodatek  bardzo ograniczona.  Brak 

89

background image

pewności   przy   interpretacji   tekstu   oryginału   zmusza   tłumacza   do   sprawdzania   niemal 
wszystkiego  w słownikach i rzecz jasna wpływa  negatywnie  na wszystkie  inne elementy 
procesu   przekładu,   ponieważ  de   facto  mamy   do   czynienia   z   jednym   procesem,   a   nie   z 
rozdzielnymi modułami, z których każdy można „naprawić” nie ruszając pozostałych.

W każdym razie tłumacz musi znać porządnie gramatykę języka wyjściowego – bez 

względu   na   to,   czy   potrafi   ją   objaśnić   czy   nie   –   bo   inaczej   będzie   popełniał   błędy 
interpretacyjne lub bezmyślnie kalkował struktury języka wyjściowego w języku docelowym. 
Doskonałym przykładem jest opisywany powyżej przypadek czasownika modalnego „could” 
z tekstu Aping Motion – trzeba wiedzieć, że czasownik ten może odnosić się do przeszłości, 
może  być  trybem  przypuszczającym,  ale  może  też dotyczyć  przyszłości  i właśnie w tym 
ostatnim   znaczeniu   został   użyty   w   tekście.   Nieznajomość   zasad   użycia   przedimka 
określonego   sprzyja   popełnieniu   błędu   w   tekście  A   Matter   of   Taste,  błędu,   który   w 
tłumaczeniach moich studentów pojawiał się zaskakująco często. „The” użyte we fragmencie 
„The fact that the new strain of choosy mice was found in […] Birmingham…” nie jest 
wymuszone   zasadą  rzeczownik   +   of   +   rzeczownik,  bowiem   może   istnieć   wiele   różnych 
„strains   of   mice”.  Jego   użycie   musi   zatem   podlegać   którejś   z   innych   reguł   rządzących 
zastosowaniem   przedimka   określonego   –   w   tym   wypadku   zasadzie   wskazywania   na 
informację daną, a konkretniej, wymienioną wcześniej w tekście. W naszym tekście chodzi o 
grupę   rzeczownikową   „some   rodents”.   W   związku   z   tym   powyższego   zdania   nie   można 
przetłumaczyć jako „Fakt, że w Birmingham odkryto nową odmianę wybrednych myszy…”, 
gdyż w ten sposób wprowadzamy polskiego czytelnika w błąd co do tego, które informacje w 
tekście są nowe, a które dane. Ponieważ tłumacz ma w dużej mierze do czynienia z oboma 
językami   niejako   jednocześnie,   znajomość   obu   języków   przechodzi   niepostrzeżenie   w 
znajomość gramatyki konfrontatywnej.

2. Umiejętność dopasowania do siebie różnych struktur na podstawie ich względnego   

podobieństwa
Tłumacz cały czas uczy się dopasowywania do siebie różnych struktur obu języków, 

zapamiętuje, że w  danym  tekście, lub w danym  typie  tekstów, dany zwrot udało mu się 
przetłumaczyć tak, ale w innych sytuacjach trzeba szukać innych ekwiwalentów. 

Dużym ułatwieniem dla tłumaczy mogą być najprzeróżniejsze studia konfrontatywne, 

których akurat w przypadku języka angielskiego i polskiego nie brakuje (zob. np. Fisiak 1984, 
Fisiak i In 1978, Kalisz 1981, 2000, Krzeszowski 1982, 1990).

Jak pisaliśmy powyżej, nie ma ekwiwalencji stuprocentowych, sprawdzających 

się   w   każdej   sytuacji   –   za   każdym   razem   ostateczną   decyzję   podejmuje   tłumacz   –   ale 
oczywiście istnieją pewne wymienności statystyczne, które można zastosować w większości 
przypadków bez bardzo intensywnej analizy, choć nie bez kontroli. Gdyby nie te statystyczne 
analogie   między   językami   (zwłaszcza   językami   spokrewnionymi),   życie   tłumacza   byłoby 
znacznie cięższe. 

Nieco   innym   problemem   są   sceny   i   scenariusze.   Tłumacz   musi   umieć 

rozpoznać  scenariusz, do którego  odwołuje się autor oryginału  i odnaleźć  w pamięci  jak 
najbliższy scenariusz (lub scenariusze) którym dysponują odbiorcy przekładu. To jednak nie 
rozwiązuje problemu, ponieważ sceny i scenariusze są często uwarunkowane kulturowo, a 
zatem tłumaczeniowym ekwiwalentem nie zawsze będzie pozornie najbliższy scenariusz czy 
scena. W zależności od typu tekstu czasami trzeba poszukać scenariusza ze sceny pozornie 
odleglejszej, a często – zapoznać odbiorców przekładu z obcymi realiami składającymi się na 
dany scenariusz (scenę).

3. Znajomość kultury krajów, w których mówi się językiem wyjściowym i docelowym

90

background image

W naszym przypadku, ponieważ zajmujemy się tu głównie tłumaczeniami z języka 

angielskiego   na   polski,   idzie   o   znajomość   kultury   polskiej,   angielskiej,   amerykańskiej, 
kanadyjskiej,   nowozelandzkiej,   indyjskiej,   jamajskiej   itd.   Znajomość   kultury   oznacza   nie 
tylko „przerobienie solidnego kursu literatury” danego kraju, wiedzę o malarstwie, muzyce, 
filmie itp. Zresztą nie wystarczy tu typowy kurs uniwersytecki – trzeba go będzie uzupełnić o 
utwory rzadko uwzględniane w poważnych kursach literatury brytyjskiej czy amerykańskiej. 
Moim studentom przedstawiam zwykle listę lektur obowiązkowych, która obejmuje nie tylko 
znane i cytowane w najprzeróżniejszych tekstach książki, jak 1984 Animal Farm Orwella, 
Alice’s Adventures In Wonderland  Through the Looking Glass Carolla, Brave New World 
Huxleya itp., ale również cały szereg tekstów mniej uznanych, a obecnych w powszechnej 
świadomości. W przypadku kultur anglojęzycznych trzeba również znać kanon popularnych 
piosenek ludowych, a zupełnie niezbędna jest znajomość najbardziej popularnych  nursery 
rhymes –  
wierszyków dla dzieci. Odwołania do takich wierszy i piosenek pojawiają się w 
najróżniejszych   tekstach   –   od   artykułów   prasowych,   poprzez   książki   językoznawcze   do 
poważnych  dzieł literackich  (np. „orgy-porgy”  w  Brave New World  jest nawiązaniem  do 
dziecięcego wierszyka Georgie Porgy).

Tłumacz musi również orientować się w historii i geografii danego kraju, aktualnej 

sytuacji   politycznej,   organizacji   życia   itp.   Trzeba   znać   tytuły   najważniejszych   gazet   i 
czasopism, najpopularniejszych programów telewizyjnych, nazwiska polityków, idoli i innych 
znanych osobistości. Właściwie lista ta nie ma końca. Tłumacz nie jest w stanie przewidzieć 
dokładnie, jaka informacja przyda mu się w danej sytuacji tłumaczeniowej. Najlepszą zatem 
strategią   postępowania   jest   stałe   powiększanie   swojej   wiedzy   na   temat   danych   krajów, 
interesowanie się nimi, czytanie, oglądanie, rozmawianie, podróżowanie.

Tłumacz, który nie wie, że pojawiające się w tekście Putting Kitty’s Typping on Pause 

„Tucson, Ariz.” To nazwa miasta w stanie Arizona, a figurujące pod nazwiskiem Robert Key 
litery   „M.P”   (Pipe   Down)  to   skrót   od   „member   of   parliament”,   skazany   jest   na   ciągłe 
poszukiwania   po   słownikach   i   encyklopediach,   na   ustawiczne   sprawdzanie   wszystkich 
elementów   oryginału.   Co   więcej,   prędzej   czy   później   trafi   on   na   takie   elementy   kultury 
wyjściowej, które rzadko umieszczane są w podręcznikach i encyklopediach, na przykład 
tytuł ludowej piosenki czy cytat z wierszyka dla dzieci. Wynika z tego, że solidna znajomość 
realiów i kultury kraju języka wyjściowego jest niezbędnym elementem warsztatu tłumacza, 
problem ten jest już zresztą tematem opracowań książkowych (zob. np. Witte 2000).

4. Wiedza ogólna i specjalistyczna

Profesjonalny tłumacz powinien dysponować szeroka wiedzą o świecie. Oczywiście w 

większości dziedzin wiedza ta z konieczności będzie dość powierzchowna – nikt nie może 
specjalizować   się   we   wszystkim.   Tłumacz   będzie   zwykle   specjalistą   w   paru   dziedzinach 
związanych z tematyką często tłumaczonych tekstów i zakresem ukończonych studiów. W 
innych dziedzinach wystarczy ogólna orientacja uzupełniona umiejętnością szybkiego uczenia 
się,   sprawnością   w   wyszukiwaniu   potrzebnych   informacji   i   wiedzą   o   źródłach   takich 
informacji.

Wiedza   specjalistyczna   jest   tylko   jednym   z   wielu   elementów   kompetencji 

tłumaczeniowej,   znacznie   więc   łatwiej   jest   przygotować     profesjonalnego   tłumacza   do 
tłumaczeń w danej dziedzinie niż nauczyć specjalistę z tej dziedziny tajników tłumaczenia. 
Twierdzę, że profesjonalny tłumacz poradzi sobie z przekładem każdego tekstu – oczywiście, 
jeśli będzie miał odpowiednią motywację. Tłumacz kabinowi, na przykład, biorą udział w 
konferencjach   dotyczących   bardzo   różnych   dziedzin   i   zwykle   na   przygotowanie   do 
konferencji   mają   najwyżej   parę   tygodni.   Chociaż   sam   ukończyłem   studia   filologiczne, 
miałem okazję tłumaczyć teksty między innymi z takich dziedzin, jak astronomia, biologia, 

91

background image

ciepłownictwo, krystalografia, paleontologia, politologia, zarządzanie i marketing, zielarstwo. 
Zatem   z   mojego   punktu   widzenia   zupełnym   nieporozumieniem   są   postulaty   zawarte   w 
raporcie UNESCO, który cytują A. Korzeniowska i P. Kuhiwczak (za Mackay & Mountford 
1978):

…it is, or it should be axiomatic that nobody can properly translate what he does not 

understand’ hence satisfactory  technical translating can only be done by someone with the 
requisite   technical   knowledge   and   practice   in   technical   reasoning,   to   follow   technical 
arguments in the required speciality and to bridge over gaps in such an argument. The kind of 
competence required to do this depends not only on the nature and subject matter of the 
original text, but also on the kind of reader for whom it is intended. In order to translate 
papers written by and intended for scientists engaged in original research at the frontiers of 
knowledge,  the translator  must  himself  be familiar  with those frontiers.  (Korzeniowska I 
Kuhiwczak 1998: 95)

Autorzy raportu najwyraźniej sądzą, że rozumienie jest kwestią wszystko albo nic i nie 

zdają sobie w ogóle sprawy z natury kompetencji tłumaczeniowej. Gdyby pójść dalej tym 
torem   rozumowania,   musielibyśmy   dojść   do   wniosku,   że   tłumaczyć   może   tylko   autor 
oryginalnego tekstu.

5. Sprawności komunikacyjne

Sprawności komunikacyjne tłumacza – i zresztą każdego uczestnika komunikacji – 

można dla celów opisu podzielić na interpretacyjne i perswazyjne. Inaczej niż u zwykłego 
uczestnika   aktu   komunikacji,   który   może   w   dużej   mierze   polegać   na   intuicji   i   rutynie, 
interpretacyjne działania tłumacza oparte są na bardzo dobrej znajomości języka – dużym 
repertuarze   jednostek   leksykalnych,   znajomości   i   szybkim   rozpoznawaniu   wielu   syntagm 
(fraz, zdań), doskonałej (choć niekoniecznie uświadomionej) znajomości strategii i konwencji 
komunikacyjnych stosowanych przez użytkowników języka wyjściowego. Co najważniejsze, 
tłumacz   –   w   stopniu   znacznie   większym   niż   przeciętny   uczestnik   komunikacji   –   potrafi 
utożsamiać się z nadawcą wypowiedzi, odgadywać jego motywacje i intencje.

Sprawności perswazyjne polegają przede wszystkim na umiejętności wczuwania się w 

sytuację   (potencjalnego)   odbiorcy,   przewidywania   jego   wiedzy,   oczekiwań,   reakcji   i 
odpowiedniego dostosowywania tekstu przekładu. Tu znowu potrzebna jest duża sprawność 
językowa:   tłumacz   musi   mieć   możliwość   wybierania   właściwego   sformułowania   spośród 
wielu   mu   dostępnych   i   nie   może   tak   jak  zwykły   komunikator  posłużyć   się   –   w   braku 
odpowiednich słów – gestem, mimiką, „emoticonem” czy rysunkiem.

6. Wnikliwość w dążeniu do sensu

Podstawowym wymogiem przekładowym jest niezadowalanie się płytkim poziomem 

stałości sensu (mniej więcej wiem, o co chodzi). Tłumacz musi drążyć do końca, dopóki nie 
jest w pełni przekonany, że rozwiązał wszystkie zagadki i prześledził wszystkie tropy. W 
przypadku analizowanego w rozdziale 4 tekstu  The Mouse That Roared  typowy czytelnik 
zadowoli   się   rozumieniem   na   poziomie   „coś   zabrali,   teraz   chcą   oddać,   ale   ktoś   im 
przeszkadza”. Tłumacz jednak powinien dostrzec nielogiczności tekstu: nie można wywieźć a 
potem   zwracać   zamków   i   posiadłości   ziemskich.   Wnikliwa   analiza   tekstu   wyjściowego 
pozwala   na   zbudowanie   modelu   świata   w   nim   przedstawionego,   a   ten   model   służy 
tłumaczowi   za   punkt   odniesienia   dla   kolejnych   szczegółowych   rozwiązań   przekładowych 
stosowanych w tekście docelowym. Początkujący tłumacze – czytający teksty tak jak zwykli 
odbiorcy – nie są zwykle w stanie skonstruować takiego modelu, a jeśli im się to uda, nie 
potrafią stosować go konsekwentnie przy rozwiązywaniu problemów szczegółowych. Stąd 

92

background image

ich tłumaczenia są często niespójne: znaczenie poszczególnych  zdań kłóci się z wymową 
całości, a we fragmentach najtrudniejszych znajdziemy oznaki tłumaczenia syntagmatycznego 
świadczące   o   niemożności   dopasowania   danego   fragmentu   do   modelu   całości   –   tłumacz 
posiłkuje   się   tłumaczeniem   syntagmatycznym   na   zasadzie   „ja   wprawdzie   nie   bardzo 
rozumiem, ale może czytelnicy zrozumieją”.

Główną   przyczyna   takiego   stanu   rzeczy   jest   przyzwyczajenie   do   płytkiego 

analizowania   tekstów   –   wystarczającego   w   większości   typowych   codziennych   sytuacji 
komunikacyjnych. Innym powodem może być niedostateczna znajomość języka wyjściowego 
i brak nawyku weryfikowania tekstu przekładu.

7. Znajomość teorii tłumaczenia

Tłumacz nie musi być teoretykiem przekładu. Wydaje się jednak, że pewna znajomość 

teorii jest bardzo pożądana. W końcu każdy praktykujący tłumacz jest mniej lub bardziej 
świadomym wyznawcą jakichś teorii ekwiwalencji, zwolennikiem takich czy innych technik 
tłumaczeniowych. Dobrze jest skonfrontować takie przekonania, wyrosłe na gruncie praktyki 
indywidualnego tłumacza, z metodycznymi przemyśleniami innych. Pozwala to upewnić się 
co   do   słuszności   stosowanych   metod   bądź   zmusza   do   ich   weryfikacji.   Zapoznanie   się   z 
opisem   technik   tłumaczenia   imion   własnych   czy   innych   elementów   kulturowych   (np. 
Newmark 1981, 1988), czy tez z technikami przekładu tekstów polifonicznych  (Berezowski 
1997)   daje   nam   przegląd   różnych   możliwości   przewidywanych   przez   teoretyków   i/lub 
stosowanych przez praktyków i ułatwia wybór w przypadku napotkania takich problemów w 
praktyce. 

8. Predyspozycje i cechy charakteru

Osobowość   tłumacza   to   temat   słabo   zbadany.   Zdrowy   rozsądek   podpowiada,   że 

tłumacz powinien być osobą pracowitą, sumienną i wnikliwą, otwartą na wiedzę i ciekawą 
świata,   umiejącą   stawiać   się   w   sytuacji   innych.   Doświadczenie   pedagogiczne   każe   mi 
podejrzewać, że nie są to wszystkie cechy niezbędne do tego, by zostać dobrym tłumaczem – 
szybkie sukcesy w tej dziedzinie są niezmiernie rzadkie. Z drugiej strony, należy pamiętać, że 
tłumacze są ludźmi o bardzo różnych temperamentach, można więc sądzić, że nie istnieje 
jeden uniwersalny model osobowości dobrego tłumacza. Warto też przypomnieć, że wszelkie 
kategoryczne   recepty   i   diagnozy   dotyczące   człowieka,   jego   umysłowości   i   jego   działań 
zawodzą:   wyniki   badań   nad   różnicami   w   stylach   komunikacyjnych   kobiet   i   mężczyzn 
skłoniły U. Zaliwską-Okrutną do postawienia żartobliwego pytania: Czy mężczyzna może być 
tłumaczem? 
(Zaliwska-Okrutna 2003)

Z   przedstawionej   powyżej   koncepcji   kompetencji   tłumaczeniowej   płyną   pewne 

wnioski co do metod nauczania przekładu. Ze względu na znaczenie znajomości języka, o 
którym była wcześniej mowa, sądzę, że kurs tłumaczenia powinien rozpoczynać się dopiero 
wtedy, gdy studenci opanowali język obcy w stopniu naprawdę zaawansowanym (warto by 
tez pamiętać o ćwiczeniu sprawności w zakresie języka ojczystego). Podobnie jak cytowani 
wcześniej   autorzy   uważam,   że   profesjonalny   tłumacz   musi   być   przygotowany   do 
samodzielnego   rozwiązywania   wszelkich   problemów   tłumaczeniowych   –   a   nie   do 
tłumaczenia   jednego   typu   tekstów.   W   związku   z   tym   nauka   tłumaczenia   nie   powinna 
rozpoczynać się od tekstów specjalistycznych, a prawdziwy kurs tłumaczenia nie może się do 
takich tekstów ograniczać. 

Nie   jestem   też   pewien,   czy   rzeczywiście   każdy   tłumaczony   tekst   powinien   być 

wcześniej omawiany. W ten sposób adepci przekładu są moim zdaniem prowadzeni za rękę, 
co oducza ich samodzielności i czujności, jakie powinny cechować prawdziwego tłumacza. 

93

background image

Poza tym sądzę, że każdy z nas najlepiej uczy się na własnych błędach. Wolę zatem omówić 
szczegółowo tekst po sprawdzeniu przekładów moich studentów wskazując im miejsca, w 
których popełnili błędy, wyjaśniając, dlaczego tak się stało i dyskutując na temat najlepszych 
rozwiązań. Bardzo możliwe, że tak pomyślany kurs przekładu jest nieco elitarny, ale przecież 
studenci, z którymi mamy do czynienia, są grupą dość starannie wyselekcjonowaną. Trzeba 
też wyraźnie powiedzieć, że tłumaczenie nigdy nie będzie zajęciem dla wszystkich. 

94

background image

Bibliografia

Adamczyk-Garbowska M. 1988 Polskie tłumaczenia angielskiej literatury dziecięcej. 

Wrocław: Ossolineum

Adamska J. 2001 „The Cronicles of Narnia”: Proper Names In Translation. Niepublikowana 

praca magisterska napisana pod kier. K. Hejwowskiego. Warszawa: Inst. Lingwistyki 
Stosowanej

Arrojo R. 1997 „The ‘death’ of the author and the limits of the translator’s visibility”. W: 

Snell-Hornby M., Jettmarova Z., Kaindl K. (red.) 21-32

Bachta A. 2001 Translating neologisms on the basic of Stanisław Lem works and their 

English   translations.  Niepublikowana   praca   magisterska   napisana   pod   kier.   K. 
Hejwowskiego. Warszawa: Inst. Lingwistyki Stosowanej.

Bagajewa I. 1993a “O nazwach geograficznych w ujęciu translatorycznym” W: Grucza F. 

(red.)  Przyczynki   do   teorii   i   metodyki   kształcenia   nauczycieli   języków   obcych   i 
tłumaczy   w   perspektywie   wspólnej   Europy.   Materiały   z   XVI   Sympozjum   ILS   UW.  
Warszawa: Wyd. Uniw. Warszawskiego, 111-117.

Bagajewa I. 1993b „Geographical names: Problems of equivalence and translatability”. W: 

Lewandowska-Tomaszczyk B., Thelen M. (red.) Part 2. 349-354

Baker M. (red.) 1998 Routledge encyklopedia of translation studies. London/New York: 

Routledge.

Bałuk-Ulewiczowa T. 2000 “Beyond cognizance: Fields of absolute untranslatability”. W: 

Kubiński W. I in. (red.).

Bałuk-Ulewiczowa T. 2003 Stereotyp a nieprzekładalność bezwzględna. W: W. Kropiwiec U. 

i in. (red.), 35-44.

Bar-Hillel Y. 1964a „A demonstration of the nonfeasibility of Fuldy automatic high quality 

translation” (opubl. Po raz pierwszy w 1960 r.). W:  Idem Language and information. 
Selected essays on their theory and application.  
Reading, Mass.: Addison-Wesley. 
174-179.

Bar-Hillel Y. 1964b “Intertranslatability of natural languages” (opubl. Po raz pierwszy w 

1953 r.) W: Idem, Language and information. op. cit., 56-58.

Barik H. 1972 “Interpreters talk a lot, among other things”. W: Babel 18/1, 3-10.
Bereś S. 1987 Rozmowy ze Stanisławem Lemem. Kraków: Wyd. Literackie.
Berezowski L. 1997 Dialect In translation. Wrocław: Wyd. Uniwersytetu Wrocławskiego.
Berezowski L. 2000 „Pragmatyczne podstawy archaizacji” W: Kubiński W. i in. (red.) 129-

138

Berezowski L. 2001 Articles and proper names. Wrocław: Wyd. Uniwersytetu 

Wrocławskiego.

Bergenholtz H., Trap S. (red.) 1995 Manual of specialised lexicography. 

Amsterdam/Philadelphia: John Benjamins.

Berman A. 1985/2000 “Translation and the trials of the foreign”. W: Venuti L. (red.) 2000, 

284-297.

Bivens W. 1975 “Lectures on Ch. Fillmore’s Case Grammar”, University of Warsaw.
Blum-Kulka Sh. 1986/2000 “Shifts of cohesion and coherence in translation”. W: Venuti L. 

(red.) 2000. 298-313.

Bradbury M. 1993 The modern British novel. London: Martin Secker & Warburg Ltd.
Bransford J.D. 1979 Human cognition. Learning, understanding and remembering. Belmont, 

Cal.: Wadsworth.

Bransford J.D., Johnson M.K. 1972 “Contextual prerequisites for understanding: Some 

95

background image

investigations of comprehension and recall”. Journal of Verbal Learning and Verbal 
Behavior 11: 717-26.

Brzozowski J. 2001 “Czytelnik projektowany w przekładzie: problem paratekstu”. W: 

Piechnik I., Świątkowska M. (red.) 2001  Ślady obecności. Traces d’une presence. 
Kraków: Wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego. 61-69.

Burkhanov I. 1998 Lexicography. A dictionary of Basic terms. Rzeszów: Wyd. Wyższej 

Szkoły Pedagogicznej.

Burkhanov I. 2003 Translation: Theoretical prerequisites. Rzeszów: Wyd. Uniwersytetu 

Rzeszowskiego

Callow K. 1993 “Non-realised information: A theory for the accurate and natural translation 

of meaningful zero”. W: Lewandowska-Tomaszczyk B., Thelen M. (red.) 1993, Part 2. 
359-368.

Catford J.C. 1965 A linguistic theory of translation. London: Oxford University Press.
Charbonnier G. 2000 Rozmowy z Claude Levi-Straussem. Warszawa: Czytelnik 139-145. Za: 

Antropologia   słowa.   Zagadnienia   i   wybór   tekstów  2003.   Warszawa:   Wyd. 
Uniwersytetu Warszawskiego, s. 22.

Clark H.H., Haviland S. 1977 “Comprehension and the given-new contract”. W: Freedle 

R.O. (red.) Discourse production and comprehension. Norwood, N.J.: Ablex.

Dąmbska-Prokop U. (red.) 2000 Mała encyklopedia przekładoznawstwa. Częstochowa: Wyd. 

Wyższej Szkoły Języków Obcych i Ekonomii.

Dedecius K. 1974 Notatnik tłumacza. Kraków: Wyd. Literackie.
Delabastita D. (red.) 1996 Wordplay and translation. Manchester: St. Jerome Publishing.
Dembowski K. 2003 Translation of slang and informal English in selected novels by Charles 

Bukowski.  Niepublikowana   praca   magisterska   napisana   pod   kierunkiem   K. 
Hejwowskiego. Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej.

Dijk van T.A., Kintsch W. 1983 Strategies of discourse comprehension. New York: 

Academic Press.

Douglas Kozłowska Ch. 1998 Difficult words in Polish-English translation. Warszawa: Wyd. 

Naukowe PWN.

Dzierżanowska H. 1988 Przekład tekstów nieliterackich na przykładzie języka angielskiego. 

Warszawa: PWN

Fabisiak E. 2001  Proper names In translation on the example of “Anne of Green Gables”  
and 

“Anne   of   the   Island”   by   L.M.   Montgomery.  Niepublikowana   praca   magisterska 
napisana   pod   kierunkiem   K.   Hejwowskiego.   Warszawa:   Instytut   Lingwistyki 
Stosowanej.

Fillmore Ch.J. 1968 “The case for case”. W: Bach E., Harms R.T. (red.) Universalis in 

linguistic theory. New York: Holt, Reinhart & Winston.

Fillmore Ch.J. 1970 “The grammar of hitting and breaking”. W: Jacobs R.A., Rosenbaum 

P.S. (red.) Readings in English transformational grammar. Ginn & Co.

Fillmore Ch.J. 1972 “On generativity”. W: Peters S. (red.) Goals of linguistic theory. 

Englewood Cliffis, NJ: Prentice-Hall.

Fillmore Ch.J. 1977 “Scenes-and-frames semantics”. W: Zampolli A. (red.) Linguistic 

structures processing. Amsterdam: North-Holland

Fillmore Ch.J. 1983 “Ideal readers and real readers”. Cognitive Science Program, Institute 

of Cognitive Studies, University of California at Berkeley, January 1983.

Fisiak J. (red.) 1984 Contrastive linguistic: Prospect and problems. Berlin/New 

York/Amsterdam: Mouton.

Fisiak J., Lipińska-Grzegorek M., Zabrocki T. 1978 An introduction English-Polish 

contrastive grammar. Warszawa: PWN.

96

background image

Godlewski G. (red.) 2003 Antropologia słowa. Zagadnienia i wybór tekstów. Warszawa: 

Wyd. Uniwersytetu Warszawskiego.

Gołębiowska A. 2000 Culture-specific Terms in „Nice Work”, “Therapy”, “Small World” by 

D. Lodge and their Polish Translations. Niepublikowana praca magisterska napisana 
pod kierunkiem K. Hejwowskiego. Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej.

Grajewska J. 2001 How to Render Culture-bound Items and the Author’s Style: Analysis of 

“A Memoir of the Warsaw Uprising” by M. Białoszewski and its English Translations.  
Niepublikowana   praca   magisterska   napisana   pod   kierunkiem   K.   Hejwowskiego. 
Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej.

Grice H.P. 1975 “Logic and conversation” W: Cole P., Morgan J.L. (red.) Syntax and 

semantics. Vol. 3. Speech acts. New York: Academic Press.

Grimes J. 1975 The thread of discourse. The Hague: Mouton.
Grodziński E. 1973 Zarys ogólnej teorii imion własnych. Warszawa: PWN.
Grzenia J. 1998 Słownik nazw własnych. Warszawa: PWN.
Gutt E.-A. 1992 Relevance theory. A guide to successful communication in translation. 

Dallas/New York: Summer Institute of Linguistic and United Bible Societes.

Gutt E.-A 2000 Translation and relevance. Cognition and context (including Postscript). 

Manchester: St. Jerome Publishing.

Harris B. 1977 “The importance of natural translation” W: Working Papers on Bilingualism 

12, 96-114.

Harris B., Sherwood B. 1978 “Translation as an innate skill” W: Gerver D., Sinaiko H.W. 

(red.) Language interpretation and communication. New York: Gardner, 155-170.

Hatim B., Mason I. 1997 The translator as communicator. London/New York: Routledge.
Hejwowski K. 1992 Psycholingwistyczny model procesu tłumaczenia. Niepublikowana praca 

doktorska. Uniwersytet Warszawski.

Hejwowski K. 2001a „Języki specjalistyczne a kompetencja tłumaczeniowa”. W: Kątny A. 

(red.) Języki fachowe, problemy dydaktyki i translacji. Olecko: Wszechnica Mazurska, 
171-180.

Hejwowski K. 2001b „Źródła błędów w tłumaczeniu na język ojczysty”. W: Kopczyński A., 

Zaliwska- Okrutna U. (red.) 149-159.

Hejwowski K. 2003 „Tekstualizm a funkcjonalizm – kwestia odpowiedzialności tłumacza”. 

W: Hejwowski K. (red.) 189-202.

Hejwowski K. (red.) 2003 Teoria i dydaktyka przekładu. Olecko: Wszechnica Mazurska.
Hejwowski K. 2004 Translation: A cognitive-communicative approach. Olecko: Wszechnica 

Mazurska.

Herrmann Th. 1983 Speech and situation. A psychological conception of situated speaking. 

Berlin: Springer

Herrmann Th. 1985 Allgemeine Sprachpsychologie. Munchen: Urban & Schwarzenberg.
Himes Ch. 2002 “Sedno krzywdy” (fragmenty). W: „Literatura na świecie 4-5-6/2002 (369-

371)

Hormann H. 1981 To mean – to understand. Problems of psychological semantics. Berlin: 

Springer.

House J. 1977 A model for translation quality assessment. Tubingen: Gunter Narr.
Jaworowska J. 2001 Errors in Translation Exemplified by “Forsa”, the Polish Translation of 

“Money” by M.Amis. Niepublikowana praca magisterska napisana pod kierunkiem K. 
Hejwowskiego. Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej.

Kaczorowska M. 2000 How to translate Culture-bound Items? A Case Study of “Weiser 

Dawidek” by P. Huelle. Niepublikowana praca magisterska napisana pod kierunkiem 
K. Hejwowskiego. Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej.

Kalisz R. 1981 The programatic, semantic and syntax of the English sentences with ‘that’ 

97

background image

complements and the Polish sentences with ‘że’ complements.  A contrastive study. 
Gdańsk: Wyd. Uniwersytetu Gdańskiego.

Kalisz R. 2000 “Pojęcia językoznawstwa kontrastywnego a praktyka tłumaczeniowa”. W: 

Kubiński W. i in. (red.), 97-102.

Kay P. 1983 „Three properties of the ideal reader”. Cognitive Science Program, Istitute of 

Cognitive Studies, University of California at Berkeley, March 1983.

Kielar B.Z. 1988 Tłumaczenie i koncepcje translatoryczne. Wrocław: Ossolineum.
Kielar B.Z. 2003 Zarys translatoryki. Warszawa: Katedra Języków Specjalistycznych.
Kintsch W. 1974 The representation of meaning In memory. Hillsdale, NJ: Erlbaum.
Kintsch W. 1977 Memory and cognition. New York: Wiley.
Kopczyński A. 1975 “Interpretation as a metatextual activity”. W: “Kwartalnik 

Neofilologiczny” 22/3, 353-363.

Kopczyński A. 1980 Conference interpreting. Poznań: Uniwersytet Adama Mickiewicza.
Kopczyński A., Zaliwska-Okrutna U. (red.) 2001 Język rodzimy a język obcy – komunikacja, 

przekład, dydaktyka. Warszawa: Wyd. Uniwersytetu Warszawskiego.

Korzeniowska A., Kuhiwczak P. 1998 Successful Polish-English translation. Tricks of the 

trade. Warszawa: Wyd. Naukowe PWN.

Kozak J. 2000a “The spirit of the letter. Standards of textuality and the semic codes in 

translemic analysis”. W: “Kwartalnik Neofilologiczny” XLVII, 4/2000, 457-476.

Kozak J. 2000b „Lawrence Venuti, czyli o przekładach oswojonych i wyobcowanych”. 

Przekładaniec. A Journal of Literary Translation No 7. Kraków: TERTIUM, 9-27.

Kozodój A. 2001 Play on words and on idioms In the theater of the absurd (on Basic of 

selected   plays   by   Beckett,   Pinter,   Albee   and   Stoppard).  Niepublikowana   praca 
magisterska   napisana   pod   kierunkiem   K.   Hejwowskiego.   Warszawa:   Instytut 
Lingwistyki Stosowanej

Kozłowska Z., Szczęsny A. 2003 “Zasada stopniowania trudności przy doborze tekstów do 

nauczania pisemnego tekstów nieliterackich”. W: Hejwowski K. (red.) 159-176.

Kreja B. 1969 Słowotwórstwo rzeczowników ekspresywnych. Gdańsk: Gdańskie Towarzystwo 

Naukowe

Kropiwiec U., Filipowicz-Rudek M., Konieczna-Twardzikowa J. (red.) 2003 Między 

oryginałem   a   przekładem.   T.   VIII.   Stereotyp   a   przekład.  Kraków:   Księgarnia 
Akademicka

Krzeszowski T. 1982 Gramatyka angielska dla Polaków. Warszawa: PWN
Krzeszowski T. 1990 Contrasting language: The scope of contrastive linguistic. Berlin/New 

York: Mouton de Gruyter.

Krzywicki D. 2003 Translating idioms as exemplified by Polish version of the novel “The 

Adventures   of   Tom   Sawyer”   by   Mark   Twain.  Niepublikowana   praca   licencjacka 
napisana pod kierunkiem K. Hejwowskiego. Olecko: Wszechnica Mazurska.

Kubiński W., Kubińska O., Wolański T.Z. (red.) 2000 Przekładając nieprzekładalne. 

Materiały   z   I   Międzynarodowej   Konferencji   Translatorycznej.   Gdańsk:   Wyd. 
Uniwersytetu Gdańskiego.

Kucińska A. 2001 English translation of the culture-bound items In A. Libera’s “Madame”. 

Niepublikowana   praca   magisterska   napisana   pod   kierunkiem   K.   Hejwowskiego. 
Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej.

Kurkowska H., Skorupka S. 1964 Stylistyka polska. Zarys. Warszawa: PWN.
Kuryłowicz J. 1980 „The linguistic status of proper nouns (names). Onomastica XXV: 5-10.
Kwieciński P. 2001 Distrubing strangeness. Toruń: Edytor.
Lakoff G., Turner M. 1989 More than cool reason – A field guide to poetic metaphor. 

Chicago/London: The University of Chicago Press.

Langacker R.W. 1986 “An introduction to cognitive grammar”. Cognitive science 10, 1-40.

98

background image

Langacker R.W. 1987 Foundations of cognitive grammar. Vol. I. Theoretical prereguisites. 

Stanford: Stanford University Press.

Langacker R.W. 1995 Wykłady z gramatyki kognitywnej. Kazimierz n.Wisłą, grudzień 1993. 

Kardela H. (red.) Lublin: Wyd. Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej.

Langacker R.W. 1997 „The conceptualization. Cambridge: Cambridge University Press, 229-

252.

Lefevere A. (red.) 1992 Translation/History/Culture. A sourcebook. London/New York: 

Routledge.

Lefevere A. 1982/2000 “Mother Courage’s cucumbers: text, system and refraction in a 

theory of literature”. W: Venuti L. (red.) 2000, 233-249.

Lem Stanisław 1984 (wyd. I 1968) Głos Pana. Kraków/Wrocław: Wyd. Literackie.
Levy J. 1963 Umeni prekladu. Praha: Ceskoslovensky spisovatel.
Levy J. 1967/2000 „Translation as a decision proces”. W: Venuti L. (red.), 148-159.
Lewandowska-Tomaszczyk B. 1999 „A cognitive-interactional model of a cross-linguistic 

analysis: New perspectives on tertium comparationis and the concept of equivalence”.  
W: Lewandowska-Tomaszczyk (red.), 1999, 53-76.

Lewandowska-Tomaszczyk B. (red.) 1999. Cognitive perspectives on language. Frankfurt am 

Main: Peter Lang.

Lewicki R. 2000 Obcość z odbiorze przekładu. Lublin: Wyd. Uniwersytetu Marii Curie-

Skłodowskiej.

Lewicki R. (red.) 2002 „Obcość w przekładzie a obcość w kulturze”. W: Lewicki R. (red.), 

43-52.

Lodge D. 1992 Mały światek. Poznań: Rebis.
Lukszyn J. (red.) 1993 Tezaurus terminologii translatorycznej. Warszawa: PWN.
Lukszyn J. (red.) Gramatyki translacyjne. Warszawa: Topos.
Łukasiewicz K. 2003 Translating culture-bound items. A case study of “The Pianist” by W. 

Szpilman.  Niepublikowana   praca   magisterska   napisana   pod   kierunkiem   K. 
Hejwowskiego. Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej.

Maj A. 1998 Translating unconventional language on the basic of Martin Amis’s works and 

their Polish translations. Niepublikowana praca magisterska napisana pod kierunkiem 
K. Hejwowskiego. Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej.

Malinowski B. 1923/1960 „The problem of meaning In primitive languages”. W: Ogden 

C.K., Richards I.A. (red.) 1923/1960 (wyd. 10).  The meaning of meaning.  London: 
Routledge & Kegan Paul.

Malinowski B. 1983 “Problem znaczenia w językach pierwotnych” W: Paluch A.K. 

Malinowski. Warszawa: Wiedza Powszechna.

Malinowski B. 1986/1922 Agronauci Zachodniego Pacyfiku. T. 2. Warszawa: PWN
Malinowski B. 1987/1935 Ogrody koralowe i ich magia. T. 2. Warszawa: PWN.
Malmkjaer K. 1998 „Analytical philosophy and translation”. W: Baker M. (red.)
Malon M. 2001 Translating idioms as exemplified by Jeffrey Archer’s novels and their Polish 

translations.  Niepublikowana   praca   magisterska   napisana   pod   kierunkiem   K. 
Hejwowskiego. Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej.

Manini L. 1996 „Meaningful literary names. Their form and functions, and their 

translations”. W: Delabastita D. (red.), 161-178.

Marchwiński A. 1996 „Gramatyka translacyjna a kompetencja tłumacza” W: Lukszyn J. 

(red.)

Miller G.A. 1956 „The magical number seven, plus or minus two: Some limits on our 

capacity for processing information”. Psychological Review 63, 81-97.

Milne A.A. 1991 The Complete Winnie-the-Pooh. London: Dean.
Minsky M. 1980 “A framework for representing knowledge”. W: Metzing D. (red.) 1980 

99

background image

Frame conception and text understanding. Berlin: Walter de Gruyter.

Mounin G. 1967 Die Ubersetzung. Geschichte, Theorie, Anwendung. Munchen: 

Nymphenburg.

Nabokov V. 1955/2000 “Problems of translation: ‘Oniegin’ in English”. W: Venuti L. (red.) 

2000, 71-83.

Neubert A., Shreve G.M. 1992 Translation as text. Kent/London: The Kent State UP.
Newmark P. 1981 Approaches to translation. Oxford: Pergamon Press.
Newmark P. 1988 A textbook of translation. New York: Prentice Hall.
Nida E.A. 1964 Toward a science of translating. Leiden: Brill.
Nord Ch. 2003 “Proper names in translations for children: Alice in Wonderland as a case in 

point”. Meta XLVIII, 1-2, 182-196.

Norman D. 1980 “Twelwe iusses for cognitive science”. W: Cognitive science 4/1: 1-32.
Piechnik I., Świątkowska M. (red.) 2001 Ślady obecności. Traces d’une presence. Kraków: 

Wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Piekarz M. 2004 Mistranslations In the Polish rendition of ‘interview with the Vampire’ by 

Anne   Rice.  Niepublikowana   praca   magisterska   napisana   pod   kierunkiem   K. 
Hejwowskiego. Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej.

Pieńkos J. 2003 Podstawy przekładoznawstwa. Od teorii do praktyki. Kraków: Zakamycze.
Pisarska A., Tomaszkiewicz T. 1988 Współczesne tendencje przekładoznawcze. Poznań: 

Wyd. Naukowe Uniwersytetu Adama Mickiewicza.

Quinn W. 1964 „Meaning and translation”. W: Fodor J.A., Katz J.J. (red.) The structure of 

language. Reading In the philosophy of language.  Englewood Cliffs, N.J.: Prentice-
Hall.

Reiss K. 1971/2000 “Type, kind and individuality of text. Decision making in translation”. 

W: Venuti L. (red.), 160-171.

Reiss K., Vermeer H.J. 1984 Grundlegung einer allgemeinen Translationstheorie. Tubingen: 

Niemeyer.

Rosch E.H. 1977 “Human categorization”. W: Warren N. (red.) Advances in cross-cultural 

psychology. New York: Academic Press.

Rosch E.H. 1978 “Principles of categorization”. W: Rosch E.H., Lloyd B.B. (red.) Cognition 

and categorization. Hillsdale, N.J.: Erlbaum.

Rossetti D.G. 1992 “Dante and his circle” (opubl. 1861). W: Lefevere A. (red.)
Rudolf K.F. 2000 “O przekładalność tytułów”. W: Kubiński W. i in. (red.), 485-489.
Ruta S. 2000 Translating culture-bound term, as exemplified by ‘Raport o stanie wojennym’ 

by M. Nowakowski and its English and French translations.  Niepublikowana praca 
magisterska   napisana   pod   kierunkiem   K.   Hejwowskiego.   Warszawa:   Instytut 
Lingwistyki Stosowanej.

Sapir E. 1933 “Language” W: Encyclopedia of the Social Sciences, vol. 9. New York.
Sawicki P., Smicekova J 2003 “Trzy ćwierci do śmierci, czyli ostrawskie stereotypy 

kulturowe   I   językowe   słowem   polskim   przez   Jaromira   Nohavicę   wyłożone”.  W: 
Kropiwiec U. i in. (red.), 195-209.

Schank R. 1982a Dynamic memory. A theory of reminding and learning in computers and 

people. Cambridge: Cambridge University Press.

Schank R. 1982b Reading and understanding: Teaching from the perspective of artificial 

intelligence. Hillsdale, NJ: Erlbaum.

Schleiermacher F. 1813 “Uber die verschiedenen Methoden des Ubersetzens”, tłum. Ang. 

“On the different methods of translating”. W: Lefevere (red.), 1992.

Schlesinger I.M. 1977 Production and comprehension of utterances. Hillsdale, NJ: Erlbaum.
Setkowicz A. 1997 Some peculiarities of translating English children’s literature as 

100

background image

exemplified by Polish translations of “Just so Stories” by R. Kipling. Niepublikowana 
praca magisterska  napisana pod kierunkiem K. Hejwowskiego. Warszawa: Instytut 
Lingwistyki Stosowanej.

Shelley P.B. 1840/1992 “A defence of poetry” (napisane w 1821, opubl. W 1840 r.), fragm. 

zamieszczony w: Lefevere A. (red.), s. 56.

Sibley B. 2002 Hejże ha! Niech żyje Miś! Warszawa: Prószyński i S-ka.
Skibińska E. 2000 „Nazwy własne we francuskim przekładzie Prawieku i innych czasów Olgi 

Tokarczuk”. W: Kubiński W. i in. (red.) 2000. 157-169.

Snell-Hornby M. 1990 „Dynamics In meaning as a problem for bilingual lexicography”. W: 

Lewandowska-Tomaszczyk   J.   (red.),  Meaning   and   lexicography  (Linguistic   and 
Literary Studies in Eastern Europe 28). Amsterdam/Philadelphia: John Benjamins.

Snell-Hornby M. 1995 Translation studies. An integrated approach. (Revised edition) 

Amsterdam/Philadelphia: John Benjamins.

Snell-Hornby M., Jettmarova Z., Kaindl K. (red.) 1997 Translation as intercultural 

communication. Amsterdam/Philadelphia: John Benjamins.

Sperber D., Wilson D. 1986 Relevance. Communication and cognition. Oxford: Basil 

Blackwell.

Stalmaszczyk P. 2000 “Problemy z nazwami” W: Kubiński W. i in. (red.), 141-147.
Szczerbowski T. 2003 „Stereotypy i przekłady, czyli ‘kłamstwa’ motywowane kulturowo”. W: 

Kropiwiec U. i in. (red.), 23-33.

Śliwińska K. 2003 Translation of Polish diminutives in “The Polish Complex”. 

Niepublikowana   praca   magisterska   napisana   pod   kierunkiem   K.   Hejwowskiego. 
Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej.

Świerkocki M. 1997 „Amis w malinach”. W: Literatura na Świecie 3/1997 (308), 266-282.
Tabakowska E. 1993 Cognitive linguistic and poetica of translation. Tubingen: Gunter Narr.
Tabakowska E. 1995 “Językoznawstwo kognitywne w teorii I praktyce przekładu: oleodruk I 

symfonia   na   dwa   fortepiany”.  W:   Konieczna-Twardzikowa   J.   (red.)  Między 
oryginałem a przekładem. Kraków: Universitas.

Helen M., Lewandowska-Tomaszczyk B. (red.) 1990 Translation and meaning. Part 1 – 

Proceedings of the Maastricht Session of the 1990 Maastricht-Łódź Duo Colloquium. 
Maastricht: Euroterm.

Tomicka M. 2000 “Wykluczone z przekładu. O skrótach we francuskim tłumaczeniu Złego 

Leopolda Tyrmanda”. W: Kubiński W. i in. (red.) 441-450.

Tomicka M. 2002 „Kuchnia PRL-u we francuskim tłumaczeniu Złego Leopolda Tyrmanda”. 

W: Lewicki R. (red.), 141-152.

Toury G. 1978/2000 (rev. 1995) „The nature and role of norms In translation”. W. Venuti L. 

(red.), 198-211.

Toury G. 1995 Descriptive translation studies and beyond. Amsterdam: John Benjamins.
Tryuk M. 2003 “Dydaktyka tłumaczenia konferencyjnego a typologia tekstów”. W: 

Hejwowski K. (red.), 149-158.

Valian V. 1977 „Talk. Talk. Talk: A selective critical review of theories of speech 

production”.  W:   Freedle   R.O.   (red.)  Discourse   production   and   comprehension. 
Norwood, N.J.: Ablex.

Venuti L. 1995 The translator’s invisibility. A history of translation. London/New York: 

Routledge.

Venuti L. (red.) 2000 The translation studies reader. London/New York: Routledge.
Vermeer H.J. 1989/2000 “Skopos and commission in translational action”. W: Venuti L. 

(red.) 2000, 221-232.

Viaggio S. 1996 “The pitfalls of metalingual use in simultaneous interpreting”. W: 

Delabastita D. (red.)

101

background image

Vinay J.-P., Darbelnet J. 1958/2000 (rev. 1995) “A methodology for translation”. W: Venuti 

L. (red.) 2000, 84-93.

Whorf B.L. 1956  Language, thought and reality. Cambridge, Mass.: The M.I.T. Press.
Wierzbicka A. 1985 Lexicography and conceptual analysis. Ann Arbor: Karoma Publishers.
Wille L. 2003 Semantische Figuren in der Ubersetzung. Ein Spiel mit Wort und Werk. 

Marburg: Tectum Verlag.

Witte H. 2000 Die Kulturkompetenz des Translators. Begriffliche Grundlegung und 

Didaktisierung. Tubingen: Stauffenburg Verlag.

Wittgenstein L. 1997 Tractatus Logico-Philosophicus. Warszawa: PWN.
Wojtasiewicz O. 1957/1992 Wstęp do teorii tłumaczenia. Warszawa: Tepis.
Wyler L. 2003 „Harry Potter for children, teenagers and adults Meta vol. 48, nos 1-2, 5-14.
Zaliwska-Okrutna U. 2001 “Patty, Patricia czy Patrycja? Antroponimy jako problem 

tłumaczeniowy i glottodydaktyczny”.  W: Kopczyński A, Zaliwska-Okrutna U. (red.) 
2001, 247-256.

Zaliwska-Okrutna U. 2003 „Czy mężczyzna może być tłumaczem?” W: Hejwowski K. (red.) 

2003, 177-188.

Zgusta L. 1971 A manual of lexicography. Praha: Academia.
Zgusta L. 1984 “Translational equivalence and the bilingual dictionary”. W: Hartmann 

R.R.K. (red.) LEXeter ’83 Proceedings. Tubingen: Niemeyer. 147-154.

Zielińska A. 2001 Solving the Problem of Untranslatability in “Harry Potter and the 

Philisopher’s Stone” by J.K. Rowling.  Niepublikowana praca magisterska napisana 
pod kierunkiem K. Hejwowskiego. Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej.

102

background image

Suplement

Teksty   prasowe   omawiane   w   książce   zaczerpnięte   z   tygodnika 

Newsweek z lat 1997-2000

Pipe Down

The British may soon be listening to fewer instrumental version of “Penny Lane” 

while trapped in elevators.  Last week M.P. Robert Key,  a member  of the Compaign  for 
Freedom From Piped Music introduced a bill that would ban the music from public places 
with a captive audience, like hospitals and rail stations. Not only is the music annoying, he 
says, but studies have shown that it can raise blood pressure and depress the immune system. 
Key hopes his compaign will at least encourage people “who might be considering installing 
piped music to thank again”.

The Mouse That Roared

Art works by 17

th-

century masters. Castles. Country estates and 430.000 acres of prime 

real   estate.   These   are   among   the   treasures   confiscated   by   German   forces   occupying 
Czechoslovakia during World War II. Berlin wants to return them to their rightful owners, the 
Czechs, as war reparations. But there’s one (very) small hitch: Liechtenstein, that eyeblink on 
the autobahn,  haven for dodgy dollars  and old European  nobility.  Many of the  assets  in 
question were owned by its citizens – and the tiny kingdom wants the wealth back.

No way, German court declared three years ago. The properties are most definitely 

German, it ruled, because the Liechtensteiners living in the Czech lands of yore were “ethnic 
Germans”. Oh, the Sturm und Drang that has occasioned. Last week Liechtenstein filed suit 
against Germany in the International Court of Justice in The Hague claiming its “sovereignty” 
has   been   violated   and   demanding   compensation,   if   not   the   contested   assets   themselves. 
Liechtenstein has mustered all its big guns for the fray. Its foreign minister came to The 
Hague armed with four of Europe’s most expensive lawyers. Even its head of state, Prince 
Hans-Adam II, has girded his loins for battle – after discovering one of his family’s  lost 
paintings in Cologne. The case has taken 50 years to come about. No doubt it will take that 
many more to resolve.

Pitiful Debate

Switzerland’s   neutrality   is   at   risk.   Thomas   Steinhauer   shattered   a   U.S.   record   by 

spitting a cherry pit nearly 83 feet, but U.S. cherry-spit rule-book author Herb Teichman 
claims foreigners often permit running starts and, worse,  canned  cherries. “I’d like to see 
them come to our turf and spit on our rules” he says. This spat’s getting juicy…

Topless in Rio

Carnaval, by definition, is the festival of the flesh. But this year’s round in Rio de 

Janeiro was skimpier than ever. All week long, toplessness was a bare essential at the raucous 
street parties, as well as at the gala carnival balls. But don’t blame the heat. The sudden wave 
of demi-nudity was a political statement of sorts, brought on by a much publicized incident in 
January when Rio police arrested a 33-year-old woman  for bathing without a bikini top. 
Ironically, while Rio has long been famous for its scanty swim gear, toplessness has never 

103

background image

been widespread. But all it took was an arrest, based on a 70-year-old indecency law, and 
suddenly defiant women were offing their tops from tide to tide. No new arrests have been 
reported. Point for the girl from Ipanema.

Time for ‘Clockwork’

After   “A   Clockwork   Orange”   was   blamed   for   inciting   copycat   violence,   Stanley 

Kubrick withdrew the futuristic fable from Britain in 1974. But this week, a year after the 
director’s death, the classic shock film is back. Though Kubrick never reconsidered his “ban” 
– an usual act of self-censorship – Warner Bros. decided it was time young Alex his gang of 
Droogs returned.

Sweet Deal

Mickey Mouse has stepped in Pooh: Disney is buying the film and merchandising 

rights to Winnie the Pooh and the rest of the Hundred Acre Wood crowd for $350 million. 
That means windfalls for the British institutions named in the will of Pooh’s creator, A.A. 
Milne. The Garrick Club in London, of which Milne was a member, is likely to receive a $75 
million share. The membership, which includes the Prince of Wales, plans improvements to 
the wine cellar. Westminster School, Milne’s alma mater, will spend its wad on scholarships. 
Other payments go to the family of Milne’s illustrator, E.H. Shepard and the Royal Literary 
Fund, which supports needy authors. Not included in the deal are sales from two Pooh books, 
leaving plenty more honey in the pot.

Prison Tales

Polish writer Gustaw Herling-Grudzinski brilliantly chronicled the terrors of the Gulag 

Archipelago long before Aleksandr Solzhenitsyn did. His seminal work, “A World Apart”, 
published in 1951, was based on his experiences in Soviet labor camps from 1940 to 1942. 
The   book   described   the   psychological   as   well   as   the   physical   destruction   of   his   fellow 
prisoners. After his release, Herling-Grudzinski fought for Polish forces that battled German 
troops across North Africa and Italy. Since the end of WWII he had lived in Naples, where he 
became   a   leader   of   the   cultural   and   political   life   of   the   Polish   anti-communist   émigré 
community. He died last week at 81.

Bacon-Free

Many  of Britain’s   Muslims  want  Winnie   the  Pooh’s   partner  Piglet  removed   from 

paraphernalia and clothing at baby-gear chain Mothercare, as Islam deems pigs unclean. “I do 
not want my children plaving with him”, said one shopper. But stores probably won’t make 
the cut. “Piglet is an part of Winnie’s friends. How could we possibly dump him?”, said 
Mothercare. Not even religion can break up this friendship.

Aping Motion

In a lab in North Carolina, an owl monkey thinks about grabbing a piece of fruit. His 

brain cells send electric messages to his muscles. He lifts his furry arm – and a nearby robot 
arm simultaneously mimics the movement. With this small gesture, the monkey has proved 
that   primate   brainwaves   can   control   complex   robotic   motion.   It’s   not   an   isolated 
accomplishment; scientists hope that this work will one day help paralyzed people operate 

104

background image

prosthetic limbs. And it could also deepen our understanding of how the brain works, says 
Duke University’s Miguel Nicolelis, who reported the owl-monkey research in last week’s 
issure of the journal Nature. Several labs are working on chips that may eventually allow 
patients’ brains to control robots through radio transmitters. Nicolelis also says doctors may 
one day replace injured nerve cells with silicon chips. Those advances could be the first of 
many to help scientists piece together the symphony in the brain.

Two Legs Bad

It’s   no   secret   that   George   Orwell   hated   communism.   He   provided   the   British 

government with names of writers that he labeled “crypto-communists”, and his 1945 classic 
“Animal Farm” ridicules the Russian Revolution and its betrayal by Joseph Stalin. But what 
hasn’t been known is that the fable was actually used to fight communism during the cold 
war. Last week, the British Foreign Office revealed that, to counter Soviet propaganda, a 
covert government agency bought the rights to “Animal Farm” and hired illustrators to create 
a comic-strip version of the political satire. The British then secretly paid newspapers to run 
the strips in countries including India, Eritrea, Thailand, Venezuela, Mexico and Brasil. It 
seems the crayon is mighter than the sword.

In-Flight Food

As professor of productions and operations management at Britain’s  University of 

Surrey,  Peter Jones  is  hoping to make  flying  a culinary treat.  Teaching  classes on flight 
catering, he’ll seek to solve the stress of serving sauces (“They separate out – partly because 
they’re being served six miles up in the air”), lecture on his favorite airline food (“a good hot 
breakfast”) and, let’s hope, improve the pies we eat in the skies. But will he tackle air rage? 
“We’ll do limited research”, he told Newsweek. Improved food should do just fine – after all, 
who would cause a ruckus at 30,000 feet after eating a gourmet meal?

A Matter of Taste

Where man leads, pest must follow. Last year, the British Tourist Authority declared 

that   curry   had   supplanted   fish   and   chips   as   the   national   dish.   Now   the   same   spirit   of 
gastronomic   adventure   has   infected   the   nation’s   roaches.   Britain’s   largest   pest-control 
company, Rentokil, says it’s obliged to use tablets of curry powder to lure is victims onto 
sticky boards. Some rodents have become just as choosy. No longer content with plain starchy 
bait, they want tuna, chicken and peanut-butter flavors. The fact that the new strain of choosy 
mice   was   found   in   Indian-food-heavy   Birmingham   should   come   as   no   surprise.   What 
discerning mouse opts for cereal when vindaloo leftovers are available?

In a Flap

London’s underpaid thespians have hit a new low. The producers of the West End 

show “Arthur Smith Sings Leonard Cohen” decided to ditch a Muscovy duck named George 
at a fee of $365 per day, opting instead for an actor dressed in a duck costume, to appear 
onstage during a rendition of “Bird on a Wire”. The head and tail of all this? The human duck 
will be paid the actors’ minimum wage of $429 – a week.

Lights Out

105

background image

Ah, Paris, city of light. But not for patrons at one wildly popular new event. In a sort 

of performance-art experiment,  documentary film-makers  Michel and Philippe Relhac are 
running a pitch-black eating establishment: no windows, no lights… and blind waiters. Diners 
find themselves fingering food to identify it (beef? Mutton?). And the anonymity spurs quick 
friendships at the tables. Meanwhile, the waiters serve as constant reminders that some of us 
live our whole lives in the dark. Drawbacks: much spilling, some food fights, and at least one 
uninvited fondle. But for about $30, most find the evening quite worthwhile. Dark a l’orange, 
anyone?

Heart of Stone

It looks like a plain, old reddish-brown rock. But to scientists it’s a fabulous treasure: 

the fossil remains of a dinosaur’s heart. CT-scan tests, detailed in the journal Science, appear 
to show that the organ had four chambers, not three as in modern reptiles. If so, the heart’s 
original owner, a 650-pound plant-eater called Thescelosaurus, was likely warm-blooded, like 
birds – and us.

Bailout Blues

Instead of spending vast sums to bail out its banks, Japan could have educated all the 

illiterate children in the developing world – and bought Chicago Bulls. That’s the premise 
behind the country’s latest best seller, the kid’s book “Bubble Fantasy: What Could That 
Money Have Bought”? Novelist Ryu Murakami compiled 128 things Japan might have done 
with the $70 billion it funneled into its failing banks. “I want readers to feel the magnitude of 
the   money   wasted”,   he   told   Newsweek.   With   the   $23,4   billion   spent   on   the   Hokkaido 
Takushoku Bank alone, Murakami figures Japan could have purchased an aircraft carrier. The 
New York Times and financed 25 remakes of “Titanic”. Then again, maybe it was better to 
save the banks.

By the Dozen

The elephant bird, or Aepyornis maximus, has been extinct for 1.000 years, but its eggs 

still sell by the dozen. Last week 315 elephant-birds eggs – each about a foot high – were 
seized by customs agents in Le Havre. The eggs, which are the world’s largest, had been 
smuggled from southern Madagascar, where they had been pillaged from fossil sites. Most 
had been sold to collectors at prices ranging from $1.000 to $100.000. The U.N. Educational, 
Scientific and Cultural Organization forbids trade in items of cultural importance, and the 
agency lists elephant-bird eggs in that category. Still, the smuggling continues.

Putting Kitty’s Typing on Pause

When your cat walks across your PC keyboard, a blast water from your spray bottle is 

probably not the wisest choice of navigate reinforcement. That’s a good reason to invest in 
Chris Niswander’s PawSense software (for Windows only; available for $19.99 at bitboost. 
Com). The program detects “catlike typing” – four keyes at once, nonsensical patterns – and 
responds with a screeching noise reminiscent of an off-key harmonica. The keyboard then 
lock until you type the word “human”. The Tucson, Ariz., programmer says his solution is as 
funny as it is practical. Kitty won’t be laughing.

106

background image

107