background image

 

 

PRZEKŁAD   Mity i rzeczywistość. 

 
 
 
 
 
 
 

Krzysztof Hejwowski 

 
 

Kognitywno-komunikacyjna 

teoria przekładu 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Wydawnictwo Naukowe PWN 

Warszawa 2004 

 
 
 
 
 
 
 

background image

 

1. 

Mit  nieprzekładalności  absolutnej:  „tłumaczenie  jest 

niemożliwe” 

 
 

Hence the vanity of translation: it were as wise to cast a violet into a crucible 

that  you  might  discover  the  formal  principles  of  its  colour  and  odour,  as  seek  to 
transfuse  from  one  language  into  another  the  creations  of  a  poet.  The  plant  must 
spring again from its seed or it  will bear no flower – and this is the burthen and the 
curse of Babel. 

[Stąd daremność tłumaczenia: równie rozsądnie byłoby wrzucić fiołek do tygla, 

żeby  odkryć  formalne  zasady  jego  koloru  i  zapachu,  jak  usiłować  przeszczepić  z 
jednego języka do drugiego twórczość poety. Roślina musi  znów  wystrzelić  z ziarna, 
inaczej nie wyda kwiatu – oto brzemię i przekleństwo wieży Babel.] 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Percy Bysshe Shelley 

 
 

 

Shelley, angielski poeta romantyczny (1792-1822), pisał o nieprzekładalności poezji  i 

być  może do pewnego stopnia  miał rację  –  istnieją wiersze, których kunsztowna  forma  jest 
tak  ściśle  spleciona  z  treścią,  że  ich  przekład  na  inne  języki  graniczy  z  niemożliwością. 
Trudno na przykład wyobrazić sobie dobre polskie tłumaczenie takich wierszy, jak Tiger czy 
Never seek to tell thy love Blake‟a. Nie znaczy to, że wierszy tych na polski nie tłumaczono: 
w  przypadku  Tygrysa  istnieje  nawet  wiele  tłumaczeń,  ale  ogrom  strat  poniesionych  w 
procesie tłumaczenia każe zastanowić się nad pełnowartościowością tych przekładów. Jednak 
nie  taki  rodzaj  nieprzekładalności  mieliśmy  na  myśli  wybierając  tytuł  dla  tego  rozdziału. 
Niektórzy  uczeni  twierdzą  ni  mniej,  ni  więcej,  że  przekład  w  ogóle  jest  niemożliwy.  Tezy 
tego typu pojawiają się na gruncie różnych stanowisk badawczych. 
 

Filozofowie  języka  mówią  czasem  o  nieoznaczoności  przekładu,  mając  na  myśli 

niemożność  stwierdzenia  ponad  wszelką  wątpliwość,  czy  dane  tłumaczenie  tekstu 
wyjściowego w pełni odpowiada znaczeniu tego tekstu. Słynny stał się przykład W. Quine‟a, 
który twierdził, że słysząc krajowca wypowiadającego słowo „gavagai” i widząc jednocześnie 
pojawiającego się królika nie możemy być nigdy pewni, czy słowo to oznacza rzeczywiście 
pojedynczego żywego królika, czy też  może „całą abstrakcyjną króliczość”, a  może  jeszcze 
coś innego, czego nawet nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić (Quinn 1964). 
 

Na  takie  wątpliwości  każdy  praktykujący  tłumacz  odpowie  zapewne  następująco: 

tłumaczenie  może  być  nieokreślone  z  punktu  widzenia  filozofa  czy  logika,  ale  jest  z 
pewnością określone z normalnego, ludzkiego punktu widzenia. Po pierwsze, istnieje coś, co 
można nazwać ekwiwalencją doświadczenia (Tabakowska 1993), która sprawia, że większość 
interpretacji danego tekstu będzie się w dużym  stopniu pokrywać. Ponieważ wszyscy znani 
nam dotychczas ludzie na widok królika mówić będą raczej o króliku, a nie o „króliczości”, 
słysząc  krajowca  mówiącego  „gavagai”  przyjmujemy  rutynową  interpretację  i  istnieje  duże 
prawdopodobieństwo,  że  będziemy  mieli  rację.    (Podobną  argumentację  znajdziemy  w 
Postscriptum  do  Translation  and  relevance  E.A.  Gutta  2000:  213).  Warto  natomiast 
zauważyć,  że  wyrazy  z  różnych  języków  rzadko  są  absolutnymi  ekwiwalentami,  że  ich 
zakresy znaczeniowe często się nie pokrywają. Z różnych zresztą powodów – jednym z nich 
mogą  być  kwestie  kulturowe,  na  przykład  specyficzna  rola  królika  w  kulturze  krajowców 
używających  słowa  „gavagai”.  To  jednak  zupełnie  inny  problem,  do  którego  powrócimy 
dopiero  w  następnych  rozdziałach,  ponieważ  nie  sądzę,  żeby  wpływał  on  zasadniczo  na 
kwestie porozumiewania  się  na tak podstawowym poziomie  jak ten, o którym pisze Quinn. 

background image

 

Polskie słowo „królik” czy też angielskie „rabbit” mogą nie być absolutnymi ekwiwalentami 
wyrazu „gavagai”, to znaczy nie być jego zamiennikami w każdym tekście, jaki da się ułożyć 
w  owym  egzotycznym  języku,  nie  zmienia  to  jednak  faktu,  że  ich  odpowiedniość  będzie 
wystarczająca do identyfikacji zwierzęcia, które pojawiło się na leśnej polanie. 
 

Uzasadniając  swoją  definicję  tekstu  ekwiwalentnego:  „Tekst  b  w  języku  B  jest 

odpowiednikiem  tekstu  a  w  języku  A,  jeżeli  tekst  b  wywołuje  taką  samą  reakcję  (zespół 
skojarzeń)  u  odbiorcy,  co  tekst  a”,  twórca  polskiej  nauki  o  tłumaczeniu,  Olgierd 
Wojtasiewicz, napisał: 
 

 

Najwięcej  zastrzeżeń  i  wątpliwości  budzi  sformułowanie  „taką  samą  reakcję  (zespół 

skojarzeń)”. Można wysunąć zarzut, że nawet jeden i ten sam tekst (w jednym i tym samym 
języku)  wywołuje  różne  reakcje  u  różnych  ludzi.  I  powoływać  się  na  przykłady  różnych 
interpretacji utworów literackich przez różne osoby […] nawet w tych wypadkach, w których 
tekst  nie  zawiera  miejsc  spornych  z  filologicznego  punktu  widzenia.  Można  posunąć  się 
jeszcze dalej i powołać się na równie dobrze znane wypadki, kiedy jeden i ten sam tekst […]u 
tej samej osoby wywołuje różne reakcje w różnych momentach, np. raz czytany czy słyszany 
w  młodości,  a  drugi  raz  w  wieku  dojrzałym  czy  podeszłym,  i  twierdzić,  że  każdy  zespół 
skojarzeń  powstający  u  odbiorcy  pod  wpływem  danego  tekstu  jest  zjawiskiem 
niepowtarzalnym  i  że  podana  wyżej  definicja  pomocnicza  jest  bezwartościowa. 
(Wojtasiewicz 1957/1992: 20-21) 
 

Warto  zauważyć,  że  przewidziany  powyżej  argument  rzeczywiście  został  sformułowany 
przez prekursorów i twórców poststrukturalizmu i dekonstruktywizmu, którzy wysunęli tezę o 
„śmieci  autora”  (jasny  i  skrótowy  opis  tej  koncepcji  znajdziemy  np.  w:  Arrojo  1997). 
Wojtasiewicz odpiera ów argument w następujący sposób: 
 

 

Z  drugiej  jednak  strony  stoimy  wobec  niezbitego  faktu,  że  języki  spełniają  swą 

funkcję komunikatywną i że wobec tego nie da się zaprzeczyć, że reakcje wywoływane przez 
dany tekst u różnych osób  mogą  być  jeśli  nie  identyczne, to przynajmniej  bardzo podobne. 
Stopień  pokrewieństwa  jest  niewątpliwie  większy  w  wypadku  prozy  naukowej  niż  w 
wypadku poezji, ale w każdym razie bardzo znaczny. Możemy więc zachować definicję […] 
w mocy, najwyżej z dodatkowym wyjaśnieniem, że zawartego w niej wyrażenia „takie same” 
nie  należy  rozumieć  jako  określenia  identyczności  sensu  stricte,  lecz  interpretować  jako 
umowne oznaczenie bardzo dużego stopnia podobieństwa. (Wojtasiewicz 1957/1992: 22) 
 
 

Tak  więc  teoretykowi  (i  praktykowi)  tłumaczenia  nie  jest  potrzebne  przekonanie  o 

absolutnej  przekładalności  i  identyczności  tekstu  wyjściowego  i  tekstu  docelowego.  Wręcz 
przeciwnie:  zarówno  tłumacz,  jak  i  teoretyk-realista  zdają  sobie  sprawę  z  tego,  że  tekst 
wyjściowy  i  tekst  docelowy  nie  mogą  być  identyczne  i  zadowalają  się  ich  względnym 
podobieństwem. 
 

Amerykańscy  uczeni  E.  Sapir  i  B.L.  Whorf  dostarczyli  innego  argumentu 

zwolennikom  tezy  o  nieprzekładalności.  Nie  twierdzili  oni  bynajmniej,  że  nieznanego 
dotychczas  języka  nie  da  się  opisać  –  wszak  tym  właśnie  zajmowali  się  na  co  dzień, 
rejestrując języki Indian północnoamerykańskich. Doświadczenia z językami bardzo różnymi 
od  języków  europejskich  doprowadziły  ich  natomiast  do  następującego  wniosku:  język 
narzuca  ludziom  nim  mówiącym  pewne  ograniczenia  kognitywne,  pewien  sposób 
kategoryzacji rzeczywistości  – tworzy koleiny,  z  których  nie potrafimy się wyrwać. Pogląd 
ten, znany pod nazwą hipotezy Sapira-Whorfa, jeśli potraktować go dosłownie, niesie daleko 
idące  implikacje  dla  teorii  przekładu:  ludzie  mówiący  różnymi  językami  żyją  w  różnych 
światach, a więc  nie  może  być  mowy o prawdziwym porozumieniu się  między  nimi, zatem 

background image

 

tłumaczenie  nie  jest  naprawdę  możliwe.  Czym  więc  byłyby  miliony  tłumaczeń  powstałe  w 
ciągu ostatnich kilku tysięcy  lat? Zapewne złudzeniami  – wydaje  nam się, że przekazujemy 
innym  odbiorcom  sposób  rozumowania  autora,  gdy  tymczasem  tworzymy  zupełnie  nową 
jakość mieszczącą się w regułach świata języka docelowego. 
 

Oczywiście  skrajna  interpretacja  hipotezy  Sapira-Whorfa  jest  nie  do  przyjęcia  na 

gruncie  realistycznym.  Historia  międzynarodowej  wymiany  naukowo-kulturalnej,  fakt 
istnienia osób żyjących na pograniczu różnych kultur (którzy w myśl hipotezy Sapira-Whorfa 
musieli  by  być  chyba  schizofrenikami)  są  wystarczającymi  powodami,  dla  których  musimy 
taką interpretację odrzucić.  
 

Wszystkim  ludziom  wspólne  są  anatomia  i  fizjologia  –  ból  i  przyjemność,  i  ich 

objawy:  płacz  i  śmiech;  wspólna  jest  umiejętność  komunikowania  się,  zdolność  do 
rozumienia i uczenia się nowych wzorców zachowań – nie tylko z własnego doświadczenia, 
ale  również  z  doświadczenia  innych  (zob.  Langacker  1997:  233),  umiejętność  i  potrzeba 
tworzenia sztuki, muzyki, literatury. Większość kultur ma zapewne jakieś pojęcie dobra i zła, 
świata  nadprzyrodzonego,  rozróżnienie  odwagi  i  tchórzostwa,  hojności  i  skąpstwa.  To 
wystarczy  do  zbudowania  systemu  odniesień  i  odpowiedniości  między  dwoma  dowolnymi 
kulturami  umożliwiającego  komunikację  międzykulturową.  Nie  trzeba  (i  nie  warto) 
poszukiwać jakichś „absolutnych uniwersaliów”. Nawet jeśli użytkownicy jakiegoś języka nie 
podporządkowali  się  twierdzeniom  K.  Buchnera  i  zbudowali  sobie  system  deiktyczny  nie 
odwołujący  się  do  ludzkiego  ciała  jako  punktu  odniesienia  (Levinson  w:  Lewandowska-
Tomaszczyk 1999), to przecież nie wyklucza to możliwości porozumienia  z użytkownikami 
innych,  „bardziej  Buchlerowskich”  języków.  W  końcu  Levinson  był  w  stanie  opisać  ten 
odmienny  system  deiktyczny,  a  nam  udało  się  ten  opis  zrozumieć.  Jak  słusznie  zauważył 
Stanisław Lem: 
 
 

Wbrew  licznym  mniemaniom  zbieżność  pojęciowa  języków  wszystkich  ziemskich 

kultur, jakkolwiek różnorodnych, jest uderzająca. Depeszę „Babcia umarła pogrzeb w środę” 
można przełożyć na dowolny język – od łaciny i hindu po dialekty Apaczów, Eskimosów czy 
plemienia  Dobu.  Zapewne  dałoby  się  to  zrobić  nawet  z  językiem  epoki  mustierskiej, 
gdybyśmy  go  znali.  Wynika  to  stąd,  że  każdy  człowiek  musi  mieć  matkę  matki,  że  każdy 
umiera, że rytuały pozbywania się zwłok są kulturowym niezmiennikiem i jest nim również 
zasada rachuby czasu. (Lem 1968: 94-95) 
 

 

Wracając  do  Quine‟a,  warto  podkreślić,  że  jako  filozof  i  logik,  a  nie  teoretyk 

przekładu,  zajmował  się  on  czymś,  co  można  nazwać  „tłumaczeniem  języka  dotychczas 
niezbadanego  ludu”  („translation  of  the  language  of  a  hithero  untouched  people”  –  Quinn 
1964:  460).  K.  Malmkjaer  ma  całkowitą  rację  twierdząc,  że  taki  problem  dotyczy 
językoznawcy próbującego opisać nieznany  język, a nie tłumacza (Malmkjaer 1998:  9). Już 
samo  sformułowanie:  „tłumaczenie  języka”  jest  obce  badaczom  przekładu:  tłumacze  nie 
zajmują  się  tłumaczeniem  języków  lecz  tekstów,  a  wszelkie  teksty  wyprodukowane  przez 
ludzi są w większym lub mniejszym stopniu przetłumaczalne. 
 

Tłumaczenie  jest  możliwe  dzięki  względnemu  podobieństwu  struktur  mentalnych  i 

językowych oraz naszej umiejętności wczuwania się w inne sposoby myślenia, przyswajania 
sobie  „innych  reguł  gry”.  Względne  podobieństwo  różnych  kultur  i  języków  sprawia,  że 
będziemy  z  zwykle  w  stanie  podporządkować  danej  ramie  czasownikowej  języka 
wyjściowego  ramę czasownikową języka docelowego, scenariuszowi – najbardziej podobny 
scenariusz.  Tłumacz  zwykle  przetłumaczy  „otwierać”  jako  „open”,  ponieważ  rama 
czasownikowa  OPEN  będzie,  w  większości  przypadków,  bardziej  podobna  do  ramy 
OTWIERAĆ  niż  inne  ramy  języka  angielskiego,  na  przykład  BREAK  czy  ENTER  (zob. 
rozdz.  4).  Obcy  scenariusz  zrozumiemy  dlatego,  że  będziemy  w  stanie  dostrzec  jego 

background image

 

podobieństwo do jakiegoś scenariusza, który już znamy  – z naszej własnej czy jakiejś innej 
kultury. Przeprowadzka do nowego domu w Stanach Zjednoczonych z pewnością różni się od 
przeprowadzki  w  Polsce,  ale  przecież  istnieją  między  tymi  operacjami  oczywiste  analogie. 
Wiąże się z tym  jeszcze  jedno zjawisko często przemilczane w książkach o tłumaczeniu:  w 
dzisiejszym świecie spotykamy coraz mniej ludzi, których można określić mianem absolutnie 
monolingwalnych  
czy  też  absolutnie  jednokulturowych.  Czy  tego  chcemy  czy  nie, 
globalizacja przekształca nas powoli w obywateli świata, mieszkańców globalnej wioski. 
 

W  przypadku  istotnych  różnic  między  kulturami  i  językami  zadziała  zdolność  do 

empatii  oraz  elastyczność  naszego  umysłu:  wraz  z  autorami  science  fiction  potrafimy 
odwiedzać inne światy, w jakimś stopniu „rozumiemy” nawet Azteków – cywilizację, która 
powstała  w  całkowitej  izolacji  od  świata  europejskiego,  kulturę  radykalnie  odmienną  od 
śródziemnomorskiej. Inna sprawa, że nasze rozumienie innych światów i innych istot zawsze 
opiera się na naszym własnym doświadczeniu i znajomości własnej kultury, a zatem będzie 
zawsze  w  pewnym  (czy  nawet  znacznym)  stopniu  antropocentryczne,  eurocentryczne  (w 
przypadku  Europejczyka)  i  wreszcie  egocentryczne;  mówiąc  potocznie,  zwykle  mierzymy 
innych własną miarą. Nie oznacza to jednak, że jesteśmy ślepi i głusi na inność i że niczego 
nowego nie potrafimy się nauczyć. Do tego problemu wrócimy w kolejnych rozdziałach, na 
przykład podczas omawiania tak zwanej nieprzekładalności kulturowej. 
 

Jak słusznie zauważają A. Neubert i G.M. Shreve, o nieprzekładalności można mówić 

właściwie  tylko  wtedy,  kiedy  na  przekład  nie  ma  zapotrzebowania  (1992:  85),  kiedy 
tłumaczenie  danego  tekstu  i  tak  nie  znalazłoby  odbiorców.  Trudno  sobie  wyobrazić  na 
przykład  tłumaczenie  Teorii  względności  na  język  Tok  Pisin,  choćby  z  tego  względu,  że 
studiujący  fizykę  Papuasi  władają  językiem  angielskim,  a  więc  tłumaczenie  nie  byłoby 
nikomu potrzebne, wymagałoby natomiast stworzenie w języku Tok Pisin całego słownictwa 
fizycznego, którego ten język nie posiada (por. Bar-Hillel 1964b). 
 

Powyższa  krytyka  tezy  o  absolutnej  nieprzekładalności  nie  oznacza,  że  chcemy  dla 

odmiany postulować absolutną przekładalność wszystkiego. Jak zauważył Wojtasiewicz:  
 

 

Nieprzekładalność  może  dotyczyć  jedynie  pewnych  wypadków  szczególnych,  może 

nawet  bardzo  licznych,  ale  dających  się  interpretować  jako  wyjątki  od  ogólnej  zasady 
przekładalności z jednego języka na drugi. (Wojtasiewicz 1957/1992: 28) 
 

Naszym zamiarem jest jedynie powtórzenie za Wojtasiewiczem, że teksty  – dodajmy: teksty 
tworzone przez ludzi w celach komunikacyjnych – są zawsze bardziej lub mniej przekładalne. 
Zastrzeżenie  o  tekstach  tworzonych  przez  ludzi  w  celach  komunikacyjnych  jest  istotne, 
ponieważ istnieją teksty, którym ewidentnie taki cel nie przyświeca. Co gorsza, takie teksty są 
czasem  analizowane  przez  teoretyków  tłumaczenia  w  celu  wykazania  nieprzekładalności 
(absolutnej  bądź  względnej),  czy  choćby  „nieprzystawalności”  języków.  Na  przykład  J.C. 
Catford  (1965:  37-39)  analizuje  rosyjskie  zdanie  „ja  priszła”  jako  ekwiwalent  angielskiego 
„I‟ve  arrived”    i  stwierdza:  „chociaż  rosyjski  tekst  jest  zupełnie  dobrym  ekwiwalentem 
tłumaczeniowym  angielskiego  tekstu,  wyraźnie  nie  ma  tego  samego  znaczenia  –  ponieważ 
wybiera jako językowo (kontekstualnie) ważny inny zbiór elementów w tej sytuacji” (Catford 
1965:  38).  Następnie  autor  przedstawia  listę  elementów:  1.  mówca,  2.  rodzaj  żeński,  3. 
przybycie,  4.  na  piechotę,  5.  wydarzenie  uprzednie,  6.  powiązane  z  teraźniejszością,  7. 
ukończone i zauważa, że zdanie angielskie „wybiera” elementy 1, 3, 5, 6, a zdanie rosyjskie – 
1,  2,  3,  4,  5,  7.  (Catford  1965:  39).  Powyższe  spostrzeżenia  można  przyjąć  jako  analizę 
lingwistyczną  różnic  między  językiem  angielskim  a  rosyjskim,  choć  dziwią  sformułowania 
kontekstualnie    i  sytuacja  (pamiętajmy,  że  Catford  odróżnia  kontekst  od  ko-tekstu),  bo  jako 
żywo  omawiane  zdania  są  wyrwane  z  kontekstu.  Można  nawet  zgodzić  się,  że  w  pewnych 
(dość  nietypowych  sytuacjach)  wymienione  różnice  mogą  powodować  trudności 

background image

 

przekładowe,  na  przykład  wtedy,  gdy  nadawca  tekstu  zechce  wykorzystać  „nieoznaczoność 
rodzaju”  w  angielskiej  wersji,  czyli  najczęściej  w  specyficznych  typach  tekstów  literackich 
(zob. podrozdział o grze słów w rozdziale 6). Jednak każdy tłumacz powie od razu, że tego 
typu  różnice  w  ogromnej  większości  przypadków  nie  uniemożliwiają  przekładu,  co  więcej, 
nie  stanowią  zwykle  poważnych  problemów  tłumaczeniowych.  Catford  analizuje  ten 
przykład, i wiele innych, po to, by skrytykować koncepcję tłumaczenia jako transkodowanie 
oraz pojęcie międzyjęzykowego transferu znaczenia (Catford 1965: 42). O ile trzeba się z nim 
zgodzić, że tłumaczenie nie jest rzeczywiście transkodowanie tekstu z języka A na język B, o 
tyle  nasz  stosunek  do  transferu  znaczenia  zależeć  będzie,  rzecz  jasna,  od  rozumienia  słowa 
„znaczenie”.  Catford  rozumie  je  jako  właściwość  danego  języka.  Wyraźnie  podkreśla,  że 
„tekst  w  języku  wyjściowym  ma  znaczenie  w  języku  wyjściowym,  a  tekst  w  języku 
docelowym  ma  znaczenie  w  języku  docelowym  –  na  przykład  rosyjski  tekst  ma  rosyjskie 
znaczenie  (tak  samo  jak  rosyjską  fonografię/ortografię,  gramatykę  i  leksykę),  a  odpowiedni 
(?) angielski tekst ma angielskie znaczenie”. (Catford 1965: 35) Otóż właśnie w tym punkcie 
nie możemy się zgodzić z Catfordem. Znaczenie nie jest właściwością danego języka w takim 
samym  sensie  jak  gramatyka  czy  leksyka.  Znaczenie  jest  własnością  ludzkiego  umysłu.  W 
licznych  książkach  na  temat  tłumaczenia  przytaczany  jest  fakt  występowania  w  językach 
eskimoskich  wielu  określeń  na  śnieg.  Ma  to  świadczyć  o  nieprzekraczalnych  granicach 
przekładalności  czy  wręcz  o  różnicach  kognitywnych  między  Eskimosami,  Anglikami  czy 
Polakami.  Zauważmy  jednak,  że  Polak  dostrzega  różnice  między  śniegiem  sypkim  czy 
puchem  śnieżnym,  a  śniegiem  lepkim,  z  którego  można  ulepić  bałwana,  czy  też  śniegiem 
zmarzniętym itp. Polacy nie mają tylu wyrazów i zwrotów określających smak i aromat wina 
co Francuzi. Jednak Polak, który zamieszka we Francji i przyjmie zwyczaj picia wina, bardzo 
szybko  znajdzie  lub  wymyśli  właściwe  określenia.  Przykłady  można  mnożyć,  a  wniosek 
nasuwa się sam:  bez względu na różnice  językowe  ludzki potencjał kognitywny  jest bardzo 
podobny (por. Tabakowska 1993: 28). 
 

Podkreślaliśmy  już,  że  rosyjsko-angielskie  przykłady  Catforda  są  wyrwane  z 

kontekstu  –  nie  wiemy,  kto  je  powiedział,  do  kogo,  w  jakiej,  sytuacji,  po  co  itd.  Zatem  z 
naszego punktu widzenia powyższa analiza nie dotyczy różnic znaczenia, lecz różnic między 
językiem rosyjskim a angielskim, a podlegają jej właściwie nie teksty, lecz teksty potencjalne. 
Przez  tekst  potencjalny  rozumieć  będziemy  taki  ciąg  syntagm,  który  jest 
przytaczany/analizowany bez kontekstu lub w kontekście tak niejasnym, że nie pozwala on na 
przypisanie  tekstowi  żadnych  scen,  scenariuszy  czy  motywów,  a  jedynie,  w  najlepszym 
przypadku,  najogólniejszych  schematów.  Na  istnienie  tego  typu  tekstów  –  zwłaszcza  w 
badaniach  lingwistycznych  –  zwrócił  uwagę  amerykański  psycholog  J.D.  Bransford  (1979). 
Zauważył, że zdania prezentowane w badanym kontekście eksperymentalnym, traktowane są 
przez  uczestników  doświadczenia  jako  przykłady  wypowiedzi,  które  ktoś  w  jakiejś  sytuacji 
mógłby wygłosić. I tak na przykład zdanie „Bill has a red car” (Bill ma czerwony samochód) 
traktowane  jest  jako  w  pełni  zrozumiałe  (1979:  155).  Kiedy  jednak  to  samo  zdanie 
wypowiedział  jeden  z  eksperymentatorów  (E)  do  niewtajemniczonego  kolegi  (K)  w 
kontekście nieeksperymentalnym, reakcja była następująca: 
 

Wyglądał na bardzo zaskoczonego, milczał przez jakieś trzy sekundy i w końcu wykrzyknął: 
„O  czym  ty  mówisz,  do  cholery”?  Po  krótkiej  sesji  uświadamiającej  K  roześmiał  się  i 
wyjaśnił E, co się działo w jego głowie. Najpierw K pomyślał, że E mówi o osobie imieniem 
Bill, która K znał. Po chwili K uświadomił sobie, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa 
E nie  może znać tej osoby, a poza tym ten Bill  nie kupiłby  nigdy czerwonego samochodu. 
Potem  K  pomyślał,  że  E  mógł  pomylić  imiona  i  że  naprawdę  chciał  powiedzieć  J  (ich 
wspólny  znajomy).  K  wiedział,  że  J  zamówił  nowy  samochód,  ale  był  zaskoczony,  że 
samochód  jest  czerwony  i  że  dostarczono  go  tak  szybko.  K  rozważył  jeszcze  kilka 

background image

 

dodatkowych  hipotez,  to  wszystko  mniej  więcej  w  ciągu  trzech  sekund.  Następnie  dał  za 
wygraną, wykrzykując: „O czym ty mówisz, do cholery”? (Bransford 1979: 197) 
 

 

Zacytowana  anegdota  świetnie  ilustruje  kilka  bardzo  ważnych  prawd  na  temat 

komunikacji językowej – na przykład opisaną poniżej zasadę współdziałania i maksymy H.P. 
Grice‟a,  ale  przede  wszystkim  fakt,  że  znaczenie  wypowiedzi  nie  jest  zawarte  w  samej 
wypowiedzi  –  odbiorca  musi  je  dopiero  zrekonstruować.  Historia  ta  pokazuje  uporczywe 
dążenie  do  znalezienia  sensu,  o  którym  będzie  mowa  wielokrotnie  w  tej  książce,  frustrację 
odbiorcy,  który  nie  zdołał  do  takiego  satysfakcjonującego  go  sensu  dotrzeć,  ale  również 
zadowalanie się płytkim poziomem zrozumienia tekstu: osobom badanym wystarcza to, że są 
w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której ktoś mógłby powiedzieć „Bill has a red car”. Nie 
spodziewają się, że zrozumieją ten tekst głębiej, czy może raczej istotniej (kim jest Bill? Jaka 
jest  marka  samochodu?  Dlaczego  czerwony?  A  przede  wszystkim  dlaczego  są  o  tym 
informowani),  bo  w  gruncie  rzeczy  nie  uczestniczą  w  prawdziwej  komunikacji  językowej, 
tylko w eksperymencie psycholingwistycznym.  
 

Bransford  wraz  ze  współpracownikami  skonstruował  też  dłuższy  tekst,  który  trudno 

dopasować do jakichś konkretnych scen czy scenariuszy, a który był wykorzystywany przez 
niego do badania zrozumienia i zapamiętywania tekstów. 
 

Po angielsku brzmiał on następująco: 

 

The  procedure  is  actually  quite  simple.  First  you  arrange  items  into  different  groups.  Of 
course one pile  may  be sufficient depending on  how much there  is to do. If  you  have to go 
somewhere else due to lack of facilities that is the next step: otherwise, you are pretty well set. 
It is important not to overdo things. That is, it is better to do too few things at once than too 
many.  In  the  short  run  this  may  not  seem  important  but  complications  can  easily  arise.  A 
mistake can be expensive as well. At first, the whole procedure will seem complicated. Soon, 
however,  it  will  become  just  another  facet  of  life.  It  is  difficult  to  foresee  any  end  to  the 
necessity  for  this  task  in  the  immediate  future,  but  then,  one  never  can  tell.  After  the 
procedure is completed one arranges the materials into different groups again. Then they will 
be used once more and the whole cycle will then have to be repeated. However, that is part of 
life. 
 

Powyższy tekst został napisany w taki sposób, żeby jego odbiorcom było trudno powiązać go 
z jakimikolwiek konkretniejszymi strukturami pamięci (scenami, scenariuszami). Używane są 
w  nim  rzeczowniki  i  czasowniki  o  znaczeniu  bardzo  ogólnym,  żeby  nie  powiedzieć 
ogólnikowym,  typu:  procedura,  jednostki/elementy,  grupa,  stos,  urządzenia,  krok,  rzeczy, 
komplikacje,  pomyłka,  zadanie,  materiały,  cykl,  być,  urządzić,  zrobić,  pójść,  wydawać  się, 
powstawać,  stawać  się,  zakończyć,  używać,  powtarzać.  Takie  jednostki  leksykalne  mogą 
pojawić  się  w  realizacji  werbalnej    niemal  każdego  scenariusza.  Tekst  nabiera  jednak 
konkretności,  gdy  poinformujemy  jego  odbiorców,  że  mowa  jest  o…  praniu.  Tak  też 
postępowali  eksperymentatorzy:  badali  dwie  grupy  odbiorców  –  jedną,  która  została 
poinformowana  o  temacie  tekstu,  drugą,  która  tematu  nie  znała.  Eksperyment  wykazał,  że 
badani  z  grupy  pierwszej  zrozumieli  tekst  lepiej  i  znacznie  lepiej  go  zapamiętywali.  Warto 
jednak  zauważyć,  że  nawet  takie  „szkieletowe”  teksty  są  do  pewnego  stopnia 
przetłumaczalne. 
 

Ten sam tekst został przeze mnie wykorzystany  w eksperymencie mającym wykazać 

wpływ  poziomu  zrozumienia  tekstu  na  strategie  tłumaczenia.  Poleciłem  tekst  o  praniu 
przetłumaczyć dwóm grupom tłumaczy  -  A  i B,  przy czym tylko  jedna z  nich  – grupa  B  – 
była poinformowana o temacie tekstu. W efekcie uzyskałem dwie grupy tłumaczeń, z których 
najbardziej charakterystyczne wyglądały tak:  

background image

 

 
Grupa A 
 

Postępowanie  w  tej  sprawie  jest  właściwie  bardzo  proste.  Najpierw  układa  się 

elementy w różnych grupach. Oczywiście jeden zbiór może wystarczyć w zależności od tego. 
Ile trzeba zrobić. Jeżeli musisz udać się gdzie indziej, na przykład przy braku udogodnień, jest 
to  następny  krok.  Bardzo  ważne  jest,  aby  nie  przesadzić,  to  znaczy  lepiej  jest  zrobić  za 
jednym razem za mało niż za dużo. Na krótki dystans może się to wydać nieważne, ale bardzo 
łatwo mogą powstać komplikacje i błąd może drogo kosztować. Na początku cała procedura 
wyda  się  skomplikowana,  ale  szybko  stanie  się  jednak  tylko  kolejną  dziedziną  życia.  Jest 
trudno przewidzieć koniec, wynik tego zadania w najbliższej przyszłości, ale nigdy nie można 
powiedzieć  nic  pewnego.  Kiedy  procedura  jest  zakończona,  układa  się  materiały  znowu  w 
różne grupy. Później mogą być poukładane na właściwych im miejscach. W końcu będą one 
użyte jeszcze raz i później cały cykl musi zostać powtórzony. Jednak jest to częścią życia. 
 
Grupa B 
 

Sposób prania jest dosyć prosty. Najpierw należy podzielić rzeczy do prania na grupy. 

Oczywiście ułożenie  ich  na  jedną kupkę  może  być wystarczające, w zależności od tego, ile 
ich  jest.  Jeżeli  konieczne  jest  pójście  gdzieś  z  praniem,  ponieważ  nie  ma  się  pralki,  należy 
pójść gdzieś  indziej. Istotne jest, żeby  niczego nie dawać zbyt wiele. Może się to wydawać 
niezbyt istotne, ale łatwo jest o kłopoty i komplikacje, które sprawią, że pranie będzie bardziej 
kosztowne  i  trudne.  Na  początku  procedura  prania  może  wydawać  się  dość  trudna,  ale 
wkrótce  stanie  się  po  prostu  jeszcze  jedną  czynnością.  Trudno  jest  przewidzieć,  żeby 
kiedykolwiek w przyszłości pranie przestało być  potrzebne, ale tak w gruncie rzeczy to nie 
wiadomo. Po ukończeniu tej całej procedury należy ułożyć rzeczy w oddzielnych grupkach i 
umieścić je w szafach. Wkrótce znowu będą brudne i trzeba będzie powtórzyć całą procedurę. 
Jednakże jest to po prostu część życia. 
 
(Dokładny opis eksperymentu w: Hejwowski 1992: 102-113) 
 
Omawiany  eksperyment  wykazuje,  że  nawet  teksty  potencjalne,  niezaktualizowane 
sytuacyjnie, są w jakimś sensie przekładalne – pod warunkiem, że tłumacz zechce, bądź jest 
zmuszony,  przypisać  im  pewne  cechy  tekstu  autentycznego,  to  znaczy  wymyślić  autora, 
odbiorcę i sytuację komunikacyjną, w jakiej tekst powstał. Oczywiście w przypadku tekstu o 
praniu (bez tytułu) wyobrażenia tłumacza na temat autora, odbiorcy i sytuacji komunikacyjnej 
są  jedynie  bardzo  mgliste,  stąd  tłumaczenie  bazuje  na  strategii  powierzchniowej 
(bezkontekstowej) i najogólniejszych schematach (np. jest to opis jakiejś procedury). 
 

Powtarzamy, że nie mamy zamiaru postulować absolutnej przekładalności wszystkich 

możliwych  tekstów.  Taki  postulat  byłby  zupełnie  nierealistyczny:  tłumaczenie  jest  bowiem 
formą komunikacji językowej i to formą dodatkowo skomplikowaną różnicami językowymi, 
kulturowymi  i  nieuchronną  obecnością  w  akcie  komunikacji  osoby  trzeciej  –  tłumacza. 
Tymczasem nawet komunikacja między użytkownikami tego samego języka etnicznego nigdy 
nie  jest  stuprocentowym  sukcesem.  Ludziom  na  ogół  udaje  się  porozumieć,  ale  nie  jest  to 
przecież  żadne  porozumienie  absolutne.  W  tym  kontekście  warto  powrócić  na  chwilę  do 
Quine‟owskiej  koncepcji  nieoznaczoności.  Rzeczywiście  nie  możemy  nigdy  twierdzić,  że 
rozumiemy  czyjąś  wypowiedź  w  stu  procentach.  Przed  takim  stwierdzeniem  zawahałby  się 
niejednokrotnie  sam  autor  wypowiedzi.  Pisał  o  tym  H.P.  Grice  (1975),  twórca  koncepcji 
implikatury  konwersacyjnej,  który  rozumiał  doskonale,  że  komunikacja  między  ludźmi 
(dodajmy,  że  Grice  pisał  o  ludziach  prowadzących  rozmowę  i  władających  tym  samym 
językiem) polega  na wyciąganiu wniosków z tego, co zostało powiedziane, a  nie  na  jakimś 
dekodowaniu  tekstów. Grice zakłada, że porozumiewając się ze sobą  ludzie odwołują się do 

background image

 

zasady współdziałania, która nakazuje uczestnikowi aktu komunikacji dostosować swój  ruch 
konwersacyjny 
do aktualnej sytuacji i celu rozmowy 1975: 45). Zasada ta jest realizowana za 
pomocą  kilku  „maksym”  dotyczących  ilości,  jakości,  związku  i  sposobu,  które  skłaniają 
mówiącego do takich zachowań  jak  mówienie zbyt wiele  lub zbyt  mało,  mówienie prawdy, 
mówienie  na temat, mówienie w sposób  jasny  i  zrozumiały (Grice 1975:  45-46). Uczestnik 
aktu komunikacji nie może nie podporządkować się którejś z maksym, na przykład w sposób 
niedostrzegalny  dla  swego  rozmówcy  nie  zastosować  się  do  danej  reguły  (czym  zwykle 
wprowadzi go w błąd), zrezygnować z przestrzegania maksym i zasady współdziałania, może 
znaleźć się w sytuacji, w której nakazy dwóch maksym są ze sobą sprzeczne i wreszcie może 
w  sposób  widoczny  i  ewidentny  złamać  którąś  z  nich  (1975:  49),  na  przykład  podczas 
niezwykle  nudnego  wystąpienia  na  konferencji  powiedzieć  do  sąsiada:  „jaki  ciekawy 
referat!”. W takiej sytuacji odbiorca przeprowadza krótkie wnioskowanie:  X powiedział, że 
referat  jest  ciekawy,  obaj  rozumiemy  doskonale,  że  jest  nudny  (sprzeczność  z  maksymą 
„mów prawdę”), zatem X nie powiedział tego serio, chciał w gruncie rzeczy powiedzieć mi, 
że dawno nie słyszał tak nudnego referatu, że męczy go siedzenie tu i słuchanie mówcy, że 
obaj marnujemy czas wysłuchując tego referatu. Grice zauważa, że tego typu implikatura nie 
jest realizowana poprzez to, co zostało powiedziane, ale przez  p o w i e d z e n i e   tego, co 
zostało powiedziane, czyli przez takie a nie inne sformułowanie wypowiedzi w danej sytuacji. 
Grice  dodaje  do  tego  komentarz,  który  natychmiast  przywodzi  nam  na  myśl  Quine‟owską 
„zasadę nieoznaczoności”: 
 

Since,  to  calculate  a  conversational  implicature  is  to  calculate  what  has  to  be  supposed  in 
order  preserve  the  supposition  that  the  Cooperative  Principle  is  being  observed,  and  since 
there  may  be  various  possible  specific  explanations,  a  list  of  which  may  be  open,  the 
conversational implicatum in such cases will be disjunction of such specific explanations; and 
if the list of these is open, the implicatum will have just the kind of indeterminacy that many 
actual implicate do in fact seem to posses. (Grice 1975: 58) 
 

Dodajmy  tylko,  że  różne  szczegółowe  wyjaśnienia  będą  miały  różny  stopień 
prawdopodobieństwa  wynikający  z  doświadczeń  komunikacyjnych  i  ogólnej  wiedzy  o 
świecie  odbiorcy,  zatem  dysjunkcja,  o  której  pisze  Grice,  nie  będzie  prostą  sumą  zdań 
połączonych spójnikiem „albo”, lecz raczej pewną hierarchią hipotez i przypuszczeń. 
 

Zrozumienie  tekstu  jest  zatem  konstrukcją  na  tyle  skomplikowaną,  że  nigdy  nie 

możemy  powiedzieć:  wiem  już  wszystko.  Podobnie  nie  możemy  powiedzieć  o  żadnym 
przekładzie: to jest tłumaczenie idealne. Nie zmienia to jednak faktu, że na ogół jesteśmy w 
stanie porozumieć się z innymi ludźmi w sposób wystarczający. Wystarczający do tego, by z 
nimi  współdziałać,  wpływać  na  ich  zachowanie,  by  się  od  nich  uczyć  itp.  W  takim  sensie 
będziemy  również  w  stanie,  choć  może  nie  od  razu,  porozumieć  się  z  owym  krajowcem 
wypowiadającym słowo „gavagai”. Z tego samego aposteriorycznego punktu widzenia trzeba 
stwierdzić, że większość tłumaczeń (a przynajmniej większość tłumaczeń wykonanych przez 
profesjonalnych tłumaczy – zob. rozdział 8) spełnia swoją rolę. 
 

Rzecz  jasna,  istnieją teksty  łatwiejsze  i trudniejsze do tłumaczenia. Zapewne  istnieją 

też  teksty,  w  których  pewnych  elementów  przełożyć  się  nie  da.  Istnieją  z  pewnością,  jeśli 
przyjmiemy za O.  Wojtasiewiczem  (1957/1992: 57), że objaśnianie,  na przykład za pomocą 
przypisów,  nie  jest  już  tłumaczeniem  sensu  stricto.  Do  takich  problemów  powrócimy  w 
rozdziałach 5. i 6. traktujących o kulturowych i językowych źródłach nieprzetłumaczalności 
względnej/częściowej. 

 
 

 

background image

 

10 

2. Mit tłumaczenia dosłownego: „litera nie zabije ducha” 

 
 

If (…) the letter has killed the spirit (…) there must have been something wrong 
either with the original letter or with the original spirit. 
[Jeśli litera zabiła ducha, to albo z literą, albo z duchem oryginału musiało być 
coś nie w porządku.] 

 

Powyższy  cytat  wyraża  przekonanie  V.  Nabokova,  pisarza  i  tłumacza,  o  tym,  że 

tłumaczenie  dosłowne  jest  jedyna  dozwoloną  formą  działalności  przekładowej  i  że  w 
przypadku  dzieł  naprawdę  wielkich  tłumaczenie  dosłowne  nie  może  popsuć  –  „zabić”,  jak 
trawestując św. Pawła  napisał Nabokov  – oryginału. Przekonanie owo wyniósł Nabokov ze 
swej pracy nad przekładem Eugeniusza Oniegina na angielski. Wykonując to – niewątpliwie 
bardzo trudne – zadanie, doszedł Nabokov do następujących wniosków. Po pierwsze, nie da 
się przetłumaczyć Oniegina rymowanym wierszem. Po drugie, melodykę, rymy, skojarzenia, 
rytmy  i  szereg  innych  istotnych  cech  oryginału  można  wyjaśnić  czytelnikom  przekładu  w 
przypisach.  Po  trzecie,  można  przetłumaczyć  Oniegina  z  „godziwą  dokładnością”  (with 
reasonable  accuracy),  zastępując  rymowany  tetrametr  oryginału  nierymowanymi  wersami  o 
różnej długości (Nabokov 1955/2000: 83). Z takimi wnioskami trudno byłoby polemizować, 
nie  podjąwszy  samemu  próby  przekładu  Oniegina.  Niestety,  Nabokov  dokonał  ich 
uogólnienia na tłumaczenie poezji w ogóle. 
 

These  conclusion  can  be  generalized.  I  want  translations  with  copious  footnotes,  footnotes 
reaching up like skyscrapers to the top of this or that page so as to leave only the gleam of one 
textual line between commentary and eternity. I want such footnotes and the absolutely literal 
sense,  with  no  emasculation  and  no  padding  –  I  want  such  sense  and  such  notes  for  all  the 
poetry in other tongues that still languishes in „poetical‟ versions, begrimed and beslimed by 
rhyme.  And  when  my  Oniegin  is  ready,  it  will  either  conform  exactly  to  my  version  or  not 
appear at all. (Nabokov 1995/2000: 83) 
 

Nabokov  domaga  się  więc  tłumaczeń,  w  których  przypisy  zajmują  znacznie  więcej 

miejsca  niż  sam  tłumaczony  tekst,  co  więcej,  babrania  rymowanych  przekładów  poezji 
twierdząc,  że  zawsze  „brukają”  one  oryginał.  Nabokov  dokonuje  ataku  na  takich  tłumaczy 
poezji, których przekłady SA przyjemne i łatwe w czytaniu twierdząc, że zawsze oznacza to 
spłycenie  i  zbanalizowanie  oryginału.  „‟Rym”  rymuje  się  ze  „zbrodnią‟”  („Rhyme  rhymes 
with  „crime”)  –  pisze  Nabokov  –  kiedy  mówimy  o  rymowanych  przekładach  Homera  czy 
hamleta. Pojęcie  tłumaczenie  wolne  trąci  łotrostwem  i tyranią, a tłumacz, który stawia sobie 
za  cel  oddanie  „ducha”  oryginału,  zawsze  zdradza  autora.  „Najbardziej  nieporadne 
tłumaczenie  dosłowne  jest  tysiąc  razy  pożyteczniejsze  niż  najpiękniejsza  parafraza”. 
(Nabokov 1955/2000: 71 tłum. K.H.) 

W rozumowaniu Nabokova można znaleźć kilka słabych punktów. Przede wszystkim 

nie  istnieje  dychotomia  tłumaczenie  dosłowne  –  tłumaczenie  wolne.  Co  najwyżej  możemy 
uznać  istnienie pewnego kontinuum, którego biegunami  są tłumaczenie  skrajnie dosłowne  i 
parafraza. Większość tłumaczeń sytuuje się gdzieś pomiędzy owymi biegunami; często w tym 
samym  tłumaczeniu  znajdziemy  rozwiązania,  które  będziemy  skłonni  zaklasyfikować  jako 
przykłady  tłumaczenia  dosłownego  i  takie,  które  określimy  mianem  parafrazy.  Po  drugie, 
Nabokov  przyjmuje  jako  pewnik,  że  wszystkie  tłumaczenia  wolne  są  uproszczeniami 
trywializującymi  tekst  oryginału,  a  wszystkie  tłumaczenia  dosłowne  wynikają  z  troski 
tłumacza  o  oddanie,  możliwie  jak  najwierniejsze,  wszystkich  walorów  oryginału. 
Rzeczywistość  wygląda  znacznie  mniej  czarno-biało:  wiele  tłumaczeń  dosłownych  to 

background image

 

11 

przejawy  niezrozumienia  oryginału,  teksty  łamiące  podstawowe  reguły  języka  docelowego, 
często  niezrozumiałe  dla  docelowego  czytelnika,  a  zawsze  brzmiące  nieporadnie  czy  wręcz 
śmiesznie. Spójrzmy na następujący przykład: 

 

Jego  powieści  tryskają  poczuciem  humoru.  Czytelnik  ma  bardzo  dobra  zabawę,  co 

wprawia  go  w  doskonałe  samopoczucie.  Mały  światek  jest  najlepiej  skonstruowaną, 
wywierającą największe wrażenie i dotychczas najzabawniejsza jego powieścią. Nie ma wielu 
pisarzy,  na  czytanie  których  czekam  tak  niecierpliwie,  jak  na  jego  twórczość.  )H.Waugh, 
Spectator.) 

Mnóstwo znakomicie pomyślanych postaci; akademickie spory; wzruszające, zabawne 

i  okropne  skojarzenia;  znakomite  sceny,  czarny  humor,  ostry  dowcip  i  farsa.  Jest  tutaj 
wszystko, czego oczekujemy, ale jest tego trzykrotnie więcej i trzy razy bardziej zabawne od 
całej  jego  dotychczasowej  twórczości.  Od  strony  warsztatowej  zdumiewający  wyczyn. 
(Sunday Telegraph.) 

 

Ten  tekst  pojawił  się  na  okładce  powieści  D.  Lodge‟a  opublikowanej  przez  znane 

polskie wydawnictwo. Jest to niewątpliwie przykład tłumaczenia dosłownego  – przez polski 
tekst  prześwitują  struktury  angielskiego  oryginału.  Skalkowano  nawet  pewne  elementy 
angielskiej interpunkcji. Efekt? Powstał tekst, którego na pewno nie zaliczymy do przykładów 
eleganckiej  polszczyzny.  Niektóre  jego  fragmenty  są  wręcz  śmieszne  i  mogłyby  raczej 
zniechęcić uważnego czytelnika do sięgnięcia po tę skądinąd bardzo udana książkę Lodge‟a.  

Myślę,  że  najlepszą  odpowiedzią  na  kontrowersyjne  postulaty  Nabokova  będzie 

zacytowanie wybitnego angielskiego poety i malarza, Dantego Gabriela Rossettiego: 

 

The life-blood of rhythmical translation is this commandement: that a good poem shall 

not  be  turned  into  a  bad  one.  The  only  true  motive  for  putting  poetry  into  a  fresh  language 
must  be  to  endow  a  fresh  nation,  as  far  as  possible,  with  one  more  possession  of  beauty. 
Poetry not being an exact science, literality of rendering is altogether secondary to this chief 
law.  I  say  literality  –  not  fidelity,  which  is  by  no  means  the  same  thing.  [D.G.  Rossetti  z 
“Dante and his circle” opubl. 1861. (W:) A. Lefevre (red) 1992.] 

 

Rossetti  bardzo  wyraźnie  formułuje  ważne  spostrzeżenie:  nie  należy  mylić  wierności 
przekładu z dosłownością.  
 

Nabokov wypowiadał  się  na temat tłumaczenia  wielkiej poezji,  jednak zwolenników 

tłumaczenia dosłownego  można również znaleźć  wśród teoretyków zajmujących się  innymi 
typami  tekstów.  Innym  wpływowym  propagatorem  koncepcji  tłumaczenia  dosłownego  był 
Antoine Berman. W eseju z 1985 r. napisał: 
 

 

Here „literal” means: attached to the letter (of works). Labor on the letter in translation 

is  more originary than restitution of  meaning. It is through this  labor that translation, on the 
one  hand,  restores  the  particular  signifying  process  of  works  (which  is  more  than  their 
meaning)  and,  on  the  other  hand,  transforms  the  translating  language.  (Berman  1985/2000: 
297) 
 

 

Wydaje  się,  że  Berman  –  świadomie  lub  nie  –  odwołuje  się  do  dwóch  biegunów 

przekładu  opisanych  przez  P.  Newmarka  (1981):  tłumaczenia  semantycznego  i  tłumaczenia 
komunikacyjnego i opowiada się za rytym pierwszym. To akurat nie powinno nas zaskoczyć, 
zważywszy,  że  Bermana  interesowały  przede  wszystkim  tłumaczenia  tekstów,  które 
Newmark  również  określił  jako  nadające  się  raczej  do  tego  typu  tłumaczenia.  Jednak 

background image

 

12 

podstawowa  wątpliwość,  jaka  towarzyszy  lekturze  Nabokova  czy  Bermana,  dotyczy 
określenia, czym właściwie jest tłumaczenie dosłowne.  
 

Naszym  zdaniem,  w  przypadku  języków  niespokrewnionych  i  społeczności  nie 

będących  ze  sobą  w  stałym  kontakcie  kulturowym  pojęcie  „tłumaczenie  dosłowne”  – 
rozumiane  jako  pełnoprawna  metoda  tłumaczenia,  owocująca  pełnowartościowymi 
przekładami, czy też jako regularnie stosowana technika tłumaczeniowa – nie ma sensu, gdyż 
po  pierwsze,  nikt  nie  jest  w  stanie  powiedzieć  nam,  jaki  jest  dosłowny  ekwiwalent  danej 
jednostki  leksykalnej  czy  danej  struktury  zdaniowej  (między  różnymi  językami  nie  ma 
bezwzględnych  odpowiedniości  tego  typu),  a  po  drugie,  gdyby  postulat  tłumaczenia 
dosłownego  potraktować  poważnie,  w  efekcie  takiego  tłumaczenia  powstawałyby  teksty 
całkowicie  niezrozumiałe  lub  w  najlepszym  wypadku  całkowicie  niegramatyczne.  Ma 
natomiast  sens  określenie  „tłumaczenie  interlinearne”  –  odwzorowywanie  struktury  tekstu 
oryginalnego  w  celu  ukazania  odbiorcom  przekładu  specyfiki  tego tekstu,  czy  też  szerzej  – 
specyfiki  omawianego  języka  (języka  wyjściowego).  Tłumaczenie  interlinearne  bywa 
stosowane  w  tekstach  językoznawczych  i  tekstach  antropologicznych.  Jednak  tłumaczenie 
interlinearne  trudno  nazwać  tłumaczeniem  sensu  stricte,  ponieważ  jego  celem  nie  jest 
komunikacja  międzykulturowa,  czyli  umożliwienie  użytkownikowi  języka  B  zrozumienie 
tekstu  powstałego  pierwotnie  w  języku  A,  a  tylko  pokazanie  użytkownikowi  języka  B 
pewnych  szczególnych  cech  języka  A  i/lub  tekstów  w  nim  tworzonych.  Spójrzmy,  na 
przykład, na tłumaczenie interlinearne wypowiedzi informatora z Wysp Trobrianda:  
 

 

On  mógłby  być  pierwszy,  on  pada  (jest  spuszczane)  ich  czółno  Tolabwaga,  już  on 

mógłby  być  czysty  morze.  Później  wszyscy  wodzowie,  zwykły  członek  społeczności  ich 
czółno oni padają (są spuszczane) z tyłu. Przypuśćmy my padamy, my jesteśmy pierwsi, one 
mogłyby odwrócić się (przeciw nam) duchy;  moglibyśmy płynąć Dobu, nie my znajdujemy 
świnia naszyjnik. (Malinowski 1986/1992: 578) 
 

Bronisław Malinowski zaopatrzył to tłumaczenie interlinearne e następujący komentarz: 
 

 

Dosłowny przekład oddaje słowo w słowo znaczenie każdego poszczególnego rdzenia 

i  partykuły  zgodnie  z  określonym  schematem  gramatycznym  i  leksykograficznym,  który 
zastosowano  do  tego  tekstu,  jak  również  i  kilkaset  innych.  W  tym  miejscu  nie  mogę 
przedstawić  komentarza  oraz  argumentacji  do  każdego  szczegółu  lingwistycznego,  który 
byłby zupełnie oczywisty dla badacza znającego języki melanezyjskie. Mógłby on co prawda 
odnaleźć  w  tym  tłumaczeniu  pewne  nowe  i  być  może  nawet  kontrowersyjne  cechy.  Jednak 
pozostałych  czytelników  szczegóły  te  zainteresować  by  mogły  w  nikłym  raczej  stopniu.  W 
przekładzie swoim nie uwzględniłem rozróżnienia pomiędzy inkluzyjną i ekskluzywną formą 
pierwszej  osoby  czasowników  w  liczbie  podwójnej  i  mnogiej.  Z  dwóch  czasów,  które 
występują  w  tym  tekście,  czas  narracyjny  oddany  został  za  pomocą  czasu  teraźniejszego, 
natomiast  czas  „potencjalny”  przez  dodanie  słówka  „mógłby”.  W  nawiasach  wskazano  na 
specjalne  znaczenie  słowa  w  kontekście  albo  też  zawarto  jakiś  komentarz.  (B.  Malinowski 
1986: 578) 
 

A zatem powyższe tłumaczenie  interlinearne zawiera  już pewne dostosowania  i komentarze 
mające ułatwić czytelnikowi zrozumienie przekładu. Mimo to, tekst przekładu pozostaje, jak 
sądzę,  dość  trudny  do  zrozumienia.  Porównajmy  teraz  powyższy  przekład  interlinearny  z  – 
używając określenia Malinowskiego – „przekładem wolnym”: 
 

 

Łódź Tolabwaga będzie wodowana jako pierwsza: w ten sposób powierzchnia morza 

zostanie oczyszczona. Potem spuszcza się na wodę łodzie wszystkich wodzów oraz zwykłych 

background image

 

13 

członków  społeczności.  Gdybyśmy  wodowali  naszą  łódź  jako  pierwsi,  duchy  (przodków) 
rozgniewałyby  się  na  nas:  popłynęlibyśmy  na  Dobu  i  nie  dostalibyśmy  tam  ani  świń,  ani 
naszyjników. (Malinowski 1986: 579) 
 

 

Jak zauważył E. Sapir (1933): „niemal każde słowo lub fraza mogą być wyposażone w 

nieskończenie wiele znaczeń”. B. Malinowski dodał do tego, że „słowa jednego języka nigdy 
nie  dają  się  przetłumaczyć  na  słowa  innego  języka”  (1935/1987:  41).  Malinowski 
demonstruje ten prosty fakt na licznych przykładach (1935/1987: 43-44) i powtarza: 
 

 

Sprowadziliśmy teraz nasz paradoks do banalnego stwierdzenia, że słowa należące do 

jednego  języka  nie  dają  się  nigdy  przetłumaczyć  na  słowa  innego  języka.  Jeśli  przez 
tłumaczenie rozumieć będziemy stosowanie pełnego zakresu środków zastępczych, zwrotów 
metaforycznych  i  idiomów  –  to  tego  rodzaju  proces  jest  oczywiście  możliwy.  Ale  nawet 
wówczas  należy  pamiętać,  że  potrzeba  czegoś  więcej  niż  tylko  manipulowanie  słowami  i 
zwrotami. […] poprawne tłumaczenie  musi oznaczać  nie tylko stosowanie  innych  słów, ale 
także nawiązywanie do innych rzeczywistości kulturowych, w których te słowa funkcjonują. 
(Malinowski 1935/1987: 44-45) 
 

Tłumaczenie nie jest zatem żadną operacją transkodowanie (tu zgadzamy się z Catfordem), tj. 
zastępowania jednego kodu językowego drugim. Trzeba jednak dodać, że tłumaczenie nie jest 
też prostą operacją zastąpienia jednego tekstu drugim, ponieważ każdy tekst jest niczym okno 
pozwalające nam zobaczyć ogromną, skomplikowaną rzeczywistość i dopiero znajomość tej 
rzeczywistości  (bez  której  możemy  patrzeć,  ale  nie  widzieć)  pozwala  tłumaczowi  dokonać 
pełnego przekładu tekstu. Do tego problemu wrócimy w rozdziale 4.  
 
 
Mit  tłumaczenia  dosłownego  zakłada  wiarę  w  mit  słownika.  Mit  słownika  to  przekonanie 
niektórych  naiwnych  użytkowników,  że  słowniki  podają  nam  ekwiwalenty  tłumaczeniowe 
danych jednostek leksykalnych języka wyjściowego. Wystarczy wziąć taką gotową cegiełkę 
ze słownika dwujęzycznego i wetknąć ją w odpowiednie miejsce tekstu docelowego. Pogląd 
taki  jest nieprawdziwy z kilku powodów. Pisząc  o tzw. Ekwiwalentach tłumaczeniowych I. 
Burkhanov (1998) stwierdza, że racją bytu tzw. słowników  przekładowych jest założenie, że 
poszczególnym  jednostkom  leksykalnym  języka  wyjściowego  da  się  przyporządkować 
jednostki  leksykalne  języka  docelowego,  które  „mają  takie  samo  znaczenie”.  Wychodząc  z 
takiego  założenia,  L.  Zgusta  (1984:  147)  domagał  się,  by  słowniki  dwujęzyczne  nie 
zamieszczały  parafraz  czy  definicji  wyrazów  hasłowych,  lecz  „prawdziwe  jednostki  języka 
docelowego”,  które  da  się  zastosować  w  „płynnym  tłumaczeniu”.  Burkhanov  zgłasza  dwa 
poważne  zastrzeżenia  do  takiego  rozumowania:  po  pierwsze,  nie  wszystkie  słowniki 
dwujęzyczne muszą być słownikami przekładowymi, po drugie – jak zauważa powołując się 
na  M.  Snell-Hornby  (1990:  209)  –  oczekiwanie,  że  ekwiwalent  słownikowy  przyniesie  w 
efekcie  płynne  tłumaczenie,  należy  raczej  do  kategorii  pobożnych  życzeń,  a  nie  do 
rzeczywistości.  Tłumacze  wiedzą  doskonale,  że  ekwiwalenty  znalezione  w  słownikach 
dwujęzycznych  trzeba  weryfikować  za  pomocą  różnych  słowników  monolingwalnych 
(Burkhanov  1998:  249-250).  Szukając  polskiego  ekwiwalentu  angielskiego  wyrazu  podczas 
tłumaczenia,  wolę  często  zajrzeć  do  angielskiego  słownika  jednojęzycznego,  bo 
zamieszczony  tam  opis  wyrazu  i  przykłady  jego  zastosowań  pewniej  mnie  zwykle 
doprowadzą do poszukiwanego wyrazu polskiego niż słownik dwujęzyczny.  
 

Trzeba pamiętać, że słowniki nie odkrywają i nie ujawniają jakichś absolutnych prawd 

po języku i znaczeniu. Opisują jedynie rzeczywistość językową w kategoriach statystycznych. 
Zatem,  jeśli  słownik  polsko-angielski  informuje  nas,  że  polskiemu  słowu  „sformować” 

background image

 

14 

odpowiadają  angielskie  wyrazy  „to  form,  to  shape,  to  fashion,  to  draw  up,  to  organize” 
(Stanisławski 1982), to mamy rozumieć, że zdaniem autora w słowniku – lub też w pewnym 
korpusie  tekstów,  z  oczywistych  względów  ograniczonym  –  polskie  słowo  „sformować”  
tłumaczy  się  najczęściej  na angielski za pomocą jednego z podanych wyrazów „to form, to 
shape,  to  fashion,  to  draw  up,  to  organize”.  Niektóre  słowniki  podadzą  nam  jeszcze 
wskazówki  co  do  zakresu  użycia  ekwiwalentów  języka  docelowego  bądź  też  najczęstszych 
kontekstów, w jakich owe ekwiwalenty się pojawią, na przykład w Słowniku PWN-Oxford  
czasownikowym haśle „fashion” znajdziemy następujące informacje: 
Vt 1. (shape) wy/modelować [statue, clay]; to fashion clay into sth ulepić coś z gliny 
2. (make) z/robić (out of or sth z czegoś) 
(Zauważmy  przy  okazji,  że  nie  znajdziemy  wśród  polskich  ekwiwalentów  wyrazu 
“sformować”). 
 

Jednak  żaden  słownik  nie  powie  nam,  w  jakim  konkretnym  tekście,  który  akurat 

tłumaczymy,  wyraz  „sformować”  należy  przetłumaczyć  jako  „to  shape”.  Co  więcej,  żaden 
szanujący  się  autor  słownika  nie  powie  nam,  że  wyraz  „sformować”  zawsze  będziemy 
tłumaczyć na angielski za pomocą jednego z podanych w słowniku ekwiwalentów. Możemy 
napotkać  tekst,  w  którym  tłumacząc  wyraz  „sformować”  będziemy  musieli  użyć  słowa  lub 
zwrotu  angielskiego  nie  umieszczonego  wśród  ekwiwalentów  tego  wyrazu  w  naszym 
słowniku.  Wydaje  się,  że  używany  przez  leksykografów  termin  ekwiwalent  tłumaczeniowy 
jest  bardzo  niefortunny.  O  prawdziwych  ekwiwalentach  tłumaczeniowych  możemy  mówić 
tylko  w  przypadku  konkretnych  tekstów,  a  nie  słowników,  które  z  zasady  „opisują  języki”. 
Takie  międzyjęzykowe  absolutne  ekwiwalenty  są  zjawiskiem  niezwykle  rzadkim  i  dotyczą 
właściwie wyłącznie pewnych  składników terminologii  i  nomenklatury niektórych dziedzin. 
Jak pisze Malinowski: 
 

W  przypadku  słów,  które  muszą  mieć  zasięg  międzynarodowy  –  na  przykład  terminów 
naukowych  –  nad  ich  unifikacją  muszą  pracować  całe  kongresy  i  można  to  osiągnąć  tylko 
dlatego,  że  aparatura  naukowa  jest  jednolita,  że  takie  systemy,  jak  na  przykład  system 
metryczny  są  powszechnie  stosowane  i  dlatego,  że  instytucjonalna  strona  kształcenia 
naukowego,  organizacja  laboratoriów  i  życia  akademickiego,  są  wystarczająco  podobne. 
(Malinowski 1987/1935: 45) 
 

 

Terminy,  z  definicji,  powinny  być  precyzyjne  i  jednoznaczne,  nie  powinny  mieć 

synonimów czy znaczenia emotywnego. A zatem w typowych sytuacjach danemu terminowi 
powinien odpowiadać dokładnie jeden ekwiwalent w innym języku. Nomenklatura to nazwy 
pewnych,  na  ogół  łatwych  do  wyodrębnienia,  elementów  rzeczywistości  używane  w  danej 
dziedzinie wiedzy. Twórcom nomenklatury, podobnie jak twórcom terminów, zależy zwykle 
na tym, by nazewnictwo stosowane w ich dyscyplinie spełniało wymogi stawiane terminom. 
Teoretycznie  powinniśmy  zatem  również  w  dziedzinie  nomenklatury  spodziewać  się 
jednoznacznych  ekwiwalentów  międzyjęzykowych.  Jednak  w  praktyce  nawet  w  przypadku 
terminologii  i  nomenklatury  absolutna  ekwiwalencja  wcale  nie  jest  regułą.  Musielibyśmy 
bowiem  od  razu  wykluczyć  dziedziny  wiedzy  uwarunkowane  kulturowo.  Takie  dyscypliny 
jak historia opisują różne rzeczywistości i w związku z tym wypracowują różne terminologie. 
Dziedziny takie jak prawo zbudowane są na różnych podstawach, a więc także posługują się 
odmiennymi  terminami,  często  nie  mającymi  właściwie  ekwiwalentów  w  innych  językach. 
Botanika  i  zoologia  opisujące  rzeczywistość  Australii  dysponują  ogromną  nomenklaturą  na 
określenie tamtejszej flory i fauny. Ze zrozumiałych względów nazwy gatunków znanych w 
Australii  nie  zawsze  mają  polskie  odpowiedniki,  a  zatem  pisząc  o  nich  po  polsku  możemy 
jedynie  posługiwać  się  ich  oficjalnymi  łacińskimi  nazwami,  co  w  zupełności  wystarcza 
porozumiewającym  się  między  sobą  fachowcom,  stanowi  natomiast  utrapienie  dla 

background image

 

15 

popularyzatora owych dziedzin. Takie gry jak krykiet, baseball czy futbol amerykański mają 
bardzo  rozbudowane  nomenklatury,  dla  których  nie  znajdziemy  odpowiednika  w  wielu 
innych  językach.  Wreszcie  pewne  dziedziny  wiedzy  rozwijają  się  szybciej  w  pewnych 
krajach, co może powodować, że języki innych krajów nie będą, prz6najmniej przez pewien 
czas, dysponować ekwiwalentami wszystkich terminów. Dlatego też trudno zgodzić się z H. 
Bergenholtzem  i S. Tarpem, którzy twierdzą, że  stopnie ekwiwalencji (ekwiwalencja pełna, 
częściowa i zerowa) dotyczą jedynie języków specjalistycznych i dyscyplin uwarunkowanych 
kulturowo,  a  w  innych  przypadkach  (języków  specjalistycznych  dziedzin  nie 
uwarunkowanych kulturowo) regułą jest pełna ekwiwalencja, chyba że mamy do czynienia z 
dyscyplina  nową  albo  szybko  się  rozwijającą  (Bergenholtz  &  Tarp  1995:  108-110).  Po 
pierwsze, warto zauważyć, że tzw. dyscypliny uwarunkowane kulturowo dysponują znacznie 
bogatszym  słownictwem  niż  dyscypliny  kosmopolityczne.  Po  drugie,  luki  terminologiczne 
mogą pojawić się wszędzie. 
 

Kiedyś,  na  przykład,  tłumacząc  popularnonaukowa  książkę  o  fizyce  i  astronomii 

natknąłem  się  na termin  „Big Crunch”.  Wiedząc, że termin  „Big Crunch”  jest powszechnie 
znany w języku polskim zarówno w postaci oryginalnej  jak i polskiej (Wielki Wybuch), nie 
sądziłem, że mogą nastąpić jakiekolwiek trudności z odszukaniem ekwiwalentu terminu „Big 
Crunch”. Ku mojemu zdziwieniu, jedynym źródłem, w którym udało mi się taki ekwiwalent 
znaleźć było polskie tłumaczenie anglojęzycznej książki popularnonaukowej, dokonane przez 
znanego specjalistę w tej dziedzinie, który zaproponował termin „Wielki Kres”. Ten pomysł 
nie  za  bardzo  mi  odpowiadał,  ponieważ  książka,  która  tłumaczyłem  omawiała,  między 
innymi, cykliczną teorię wszechświata, według której „Big Crunch” nie jest żadnym kresem, 
a tylko kolejną  fazą. Ostatecznie postanowiłem użyć  w przekładzie  sformułowania  „Wielka 
Implozja”, ponieważ nie udało mi się wymyślić potocznego ekwiwalentu słowa „crunch”, a w 
nawiasie wyjaśniłem (ksiązka była adresowana do młodych czytelników), że „implozja” jest 
przeciwieństwem  „eksplozji”.  Podobny  problem  pojawił  się  podczas  tłumaczenia  Historii 
życia  na  Ziemi,  
popularnej  książki  o  ewolucji.  W  ostatnich  rozdziałach  tej  książki, 
traktujących  o  ewolucji  człowieka,  używano  wielokrotnie  sformułowania  „humanoids”. 
Ponieważ  okazało  się,  że  polscy  specjaliści  używają  łacińskiego  określenia  „humanoidae”, 
którego  nie  chciałem  używać  w  popularnej  książce,  musiałem  sam  zaproponować  termin 
„człekopodobne”. Nikt mnie dotychczas za to nie zganił, zapewne dlatego, że specjaliści nie 
czytają książek popularnonaukowych.  
 

Luki  terminologiczne  występują  jednak  nie  tylko  w  tekstach  naukowych  i 

popularnonaukowych. W krótkim tekście gazetowym Pipe Down (wszystkie cytowane teksty 
gazetowe zostały zamieszczone wraz z krótkim komentarzem przekładowym w  Suplemencie 
na  końcu  książki)  pojawiają  się  dwa  sformułowania:  „pipet  music”  i  „captive  audience”. 
„Pipet music” oznacza muzykę odtwarzaną w miejscach publicznych, takich jak supermarkety 
czy  poczekalnie  i  choć  zjawisko  to  jest  znane  w  Polsce,  nie  ma  na  nie  zwięzłego 
„terminopodobnego”  określenia.  Podobnie  jest  z  „captive  audience”  –  określa  się  w  ten 
sposób widownię/publiczność , która jest zmuszona do uczestniczenia w danym wydarzeniu. 
W  tłumaczeniu  tego  krótkiego  tekstu  na  język  polski  musimy  stosować  kłopotliwe 
ekwiwalenty opisowe. Innego typu problem terminologiczny występuje w tłumaczeniu tekstu 
Putting  Kitty‟s  Typing  on  Pause,  w  którym  użyto  sformułowania  „negative  reinforcement”. 
Wprawdzie termin ten ma swój polski ekwiwalent  – „wzmocnienie negatywne” – ale polski 
termin  używany  jest  wyłącznie  w  tekstach  fachowych,  psychologicznych  czy 
pedagogicznych,  natomiast  jego  angielski  ekwiwalent  jak  widać  wszedł  również  do  języka 
ogólnego. A zatem  nawet  istnienie ekwiwalentu danego terminu  nie gwarantuje  jego  łatwej 
przekładalności. Terminologia i nomenklatura pojawia się także w tekstach literackich, często 
powodując bardzo poważne trudności tłumaczeniowe, tak jak w przypadku nazw teksańskich 
roślin  w  tłumaczonej  przeze  mnie  książce  True  Woman,  czy  przekształconego  terminu 

background image

 

16 

„nuclear  family”  w  opowiadaniu  Martina  Amisa  The  State  of  England  (zob.  podrozdział  o 
neologizmach w rozdziale 6). 
 
 
 

Kolejną słabą stroną mitu słownikowego jest przekonanie jego zwolenników o tym, że 

znaczenie  „zawarte  jest  w  słowach”.  Rozumienie  przypominałoby  według  tej  koncepcji 
arytmetykę:  trzeba  dodać  do  siebie  znaczenia  poszczególnych  wyrazów  i  otrzymamy 
znaczenie  całego  zdania  czy  tekstu.  Pogląd  taki  znajduje  swój  dobitny  wyraz  w  niektórych 
„definicjach”  idiomów  –  idiom to wyrażenie, którego znaczenie  nie  jest sumą znaczeń  jego 
składników.  W  niniejszej  książce  podpiszemy  się  raczej  pod  poglądem,  wedle  którego 
znaczenia  wyrazów  (i  zwrotów)  kształtują  się  wtedy,  kiedy  owe  wyrazy  (i  zwroty)  zostaną 
użyte  w  konkretnych  sytuacjach  komunikacyjnych.  Oczywiście  dobierając  słowa 
użytkownicy  języka  kierują  się  swoim  dotychczasowym  doświadczeniem  komunikacyjnym, 
ale  margines swobody przy użyciu konkretnych wyrazów  jest ogromny, co oznacza  między 
innymi,  że  znaczenia  wyrazu  nie  da  się  nigdy  opisać  do  końca  w  żadnym  słowniku. 
Przedstawiony  tu  punkt  widzenia  jest  bliski  akceptowanej  przez  R.  Langackera  semantyce 
encyklopedycznej. 
Proponuje on skrajnie dynamiczny model znaczenia jednostki leksykalnej, 
w którym dana jednostka aktywuje szereg różnych domen kognitywnych, a każde jej użycie 
przynosi nowe znaczenia (Langacker 1997: 237). 
 
 
 

Ludzie  wierzą  zwykle  w  autorytet  słowa  pisanego.  Często  sądzimy,  że  słowniki  i 

opracowania  gramatyczne  to  pełna  wiedza  na  temat  języka,  przedstawiona  nam  przez 
specjalistów,  którzy  wiedzą  wszystko.  My,  zwykli  śmiertelnicy,  nigdy  takiej  wiedzy  nie 
osiągniemy, możemy jedynie do niej aspirować. W takim nabożnym podejściu do słowników 
znika nam z pola widzenia prosta prawda, że słowniki są pisane przez ludzi, których wiedza 
na temat języka – choć zapewne większa od przeciętnej – nie może przecież być pełna, którzy 
dysponują  ograniczonym  czasem,  ograniczonym  budżetem  i  ograniczonym  korpusem 
tekstów.  Efekty  ich  działania  mogą  być  lepsze  lub  gorsze,  ale  nigdy  nie  dostarcza  nam 
pełnego  opisu  języka.  Naiwne  przekonanie  o  tym,  że  można  opisać  w  pełni  leksykę  i 
gramatykę języków leżało u podstaw pierwszych prób tłumaczeń komputerowych: jeśli damy 
komputerowi  dokładny  opis  obu  gramatyk  oraz  słowniki  obu  języków,  to  powinien  on 
doskonale poradzić sobie z tłumaczeniami. To założenie, jak się okazało, było nieprawdziwe. 
Nie  tylko  dlatego,  że  ani  słownictwa,  ani  gramatyki  nie  da  się  opisać  do  końca,  ale  przede 
wszystkim  dlatego,  że  do  tłumaczenia  jakiegokolwiek  „ludzkiego”  tekstu  potrzebna  jest 
ludzka wiedza o świecie (por. Bar Hillel 1964a). 
 

Dodajmy,  że  przedstawiona  powyżej  koncepcja  znaczenia  i  zastrzeżenia  zgłoszone 

pod  adresem  słowników  i  ekwiwalentów  tłumaczeniowych  nie  wykluczają  przydatności 
słowników i innych opracowań leksykograficznych – wszelkie zróżnicowanie można przecież 
„uśrednić”,  opisać  statystycznie  i  tak  właśnie  należałoby  rozumieć  słownikowe  definicje  i 
ekwiwalenty. Dla pewnego uproszczenia  można  założyć, że  znaczenie większości wyrazów 
da  się  opisać  za  pomocą  metafory  pola  o  nieostrej  czy  też  ruchomej  granicy.  W  centrum 
owego pola znajdują się opisy znaczeń najczęstszych, prototypowych, natomiast zasięg pola 
zależeć  będzie  od  doświadczeń  językowych  danego  użytkownika  języka,  aktualnej  sytuacji 
(komunikacyjnej),  możliwości  czasowych,  a  w  przypadku  słownika  –  od  jego  rozmiarów  i 
stopnia dokładności.  Jednak żaden opis takiego pola  nie  może pretendować do miana opisu 
wyczerpującego wszelkie możliwe znaczenia, a zatem z punktu widzenia tłumacza żaden opis 
nie  będzie  w  pełni  zadowalający,  bo  nikt  nie  jest  w  stanie  wyobrazić  sobie  wszystkich 
sytuacji,  w  jakich  pojawić  się  może  dana  jednostka  leksykalna.  Spójrzmy  na  przykład  z 

background image

 

17 

krótkiego  tekstu  popularnonaukowego  o  odnalezionym  przez  paleontologów  skamieniałym 
sercu dinozaura i na jego trzy polskie tłumaczenia: 
 
„the organ had four chambers, not three as in modern reptiles” 
“organ ten miał cztery komory, a nie trzy, jak u współczesnych gadów” 
„organ ten miał cztery jamy, a nie trzy, jak u współczesnych gadów” 
„organ ten miał dwie komory, a nie jedną, jak u współczesnych gadów” 
 
Pierwsze tłumaczenie jest niewątpliwie błędne: żadne zwierzę nie ma czterech komór serca. 
Przyczyna błędu jest tu angielski wyraz „chamber”, który często bywa tłumaczony na język 
polski  jako  „komora”,  ale  w  przytoczonym  kontekście  jest  wobec  pojęcia  „komora  serca” 
(ang. „ventricle”) hiperonimem. Autor drugiego przekładu zauważył problem, ale nie potrafił 
go  rozwiązać  –  wyraz  „jama”  jest  używany  w  anatomii  w  innych  kontekstach.  Najlepsze 
wydaje  się  rozwiązanie  trzecie:  w  krótkim  i  bardzo  popularnym  tekście  nie  musimy  się 
wdawać  w  subtelniejsze  opisy  gadziego  serca  (większość  współczesnych  gadów  ma  jedną, 
częściowo przegrodzoną komorę serca), zresztą nie uczynił tego również autor oryginału. A 
zatem  angielski  wyraz  „four”  w  omawianym  tekście  najlepiej  przetłumaczyć  jako  „dwie”! 
Otóż  twierdzę,  że  nie  istnieje  słownik  angielsko-polski,  który  podawałby  informację,  że 
„four” w zasadzie znaczy „cztery”, ale w kontekście serca pewnych kręgowców, użyty razem 
z wyrazem „chambers” może oznaczać „dwa”. Takie rozwiązanie można odnaleźć jedynie w 
umyśle tłumacza. 
 

Podsumujmy:  określenie  tłumaczenie  dosłowne  potraktowane  rygorystycznie  nie  ma 

sensu,  bo  nikt  nie  jest  w  stanie  powiedzieć  tłumaczowi,  jak  wygląda  dosłowny  ekwiwalent 
danej  jednostki  leksykalnej,  danej  frazy,  danego  zdania  czy  danej  konstrukcji  gramatycznej. 
Takie ustalone odpowiedniości między językami po prostu nie istnieją. Teoretycy posługujący 
się  tym  określeniem  dokonują  daleko  idącego  skrótu  myślowego:  tłumaczenie  dosłowne  to 
takie  tłumaczenie,  w  którym  wykorzystano  ekwiwalenty  słownikowe  uznawane  za  takowe 
przez  większość  słowników  lub  większość  użytkowników  języka  wyjściowego  w 
społeczności języka docelowego, w którym zastosowano struktury gramatyczne – na pierwszy 
rzut  oka  –  najbardziej  podobne  do  struktur  języka  wyjściowego.  Oczywiście  procent  takiej 
dosłowności  tłumaczenia  będzie  statystycznie  tym  większy,  im  bliższe  jest  pokrewieństwo 
języka wyjściowego i docelowego, ale zawsze dany wyraz, zwrot czy struktura gramatyczna 
pojawią się w tłumaczeniu dokonanym przez fachowego tłumacza nie dlatego, że są bardziej 
podobne do oryginału niż inne wyrazy, zwroty czy struktury gramatyczne, lecz dlatego, że w 
danym tekście – zdaniem tłumacza – najlepiej odzwierciedlają sens oryginału. Wszelkie inne 
powody  dosłowności  w  tłumaczeniu  prowadzą  jedynie  do  błędów  tłumaczeniowych  (zob. 
rozdz. 7, a zwłaszcza fragment dotyczący błędów tłumaczenia syntagmatycznego). 
 

Dobrym przykładem  na to, jak tłumaczenie dosłowne  może  sprowadzić tłumacza  na 

manowce, jest następujący fragment z tekstu o Folwarku zwierzęcym G. Orwella: 
 
„Russian Revolution and its betrayal by Joseph Stalin”  
“Rosyjską Rewolucję i jej zdradę przez Józefa Stalina” 
 
Polski  przekład  zawiera  kilka  poważnych  błędów.  Po  pierwsze,  nie  istnieje  „rosyjska 
rewolucja”. W języku polskim – zapewne dlatego, że historia Rosji miała dla nas znaczenie 
większe  niż  dla  Amerykanów  –  używamy  określeń  bardziej  szczegółowych:  mówimy 
„rewolucja  1905  r.”,  „rewolucja  lutowa”  i  „rewolucja  październikowa”.  Oczywiście  o  tej 
ostatniej pisał Orwell.  Warto też zauważyć, że sformułowanie  „rosyjska rewolucja”  jest nie 
tylko błędem  merytorycznym, ale również  językowym  – w tego typu  nazwach przymiotnik 
powinien znaleźć się po rzeczowniku. Duże wątpliwości budzi też sformułowanie „jej zdradę 

background image

 

18 

przez  Józefa  Stalina”  –  jest  ono  niezbyt  poprawne  składniowo  („zdrada  przez  kogoś”?)  i 
niezrozumiałe  (jak  należy  rozumieć  stwierdzenie,  że  „Stalin  zdradził  rewolucję”?)  Wydaje 
się, że znacznie lepszym wyjściem byłaby wersja:  
„rewolucję  październikową  i  zdradę  jej  ideałów,  jakiej  dopuścił  się  Józef  Stalin”,  którą  to 
wersję trudno nazwać tłumaczeniem dosłownym. 
 
 
 

Z  pewnych  –  wyjaśnionych  poniżej  –  względów  chciałbym  jeszcze  w  tym  rozdziale 

wspomnieć o teorii przekładu E. Tabakowskiej (1993), która opiera swą teorię na  gramatyce 
kognitywnej  
R.  Langackera  (zob.  np.  Langacker  1986,  1987,  1991).  Głównym  założeniem 
Tabakowskiej  jest  teza,  że  „ekwiwalencję  tłumaczeniową  trzeba  ustalać  na  poziomie 
obrazowania” (1993: 111). 
 

Ponieważ  jednak  Langacker  programowo  nie  postuluje  w  swej  gramatyce  żadnych 

struktur,  które  nie  miałyby  odbicia  w  rzeczywistości  tekstowej  (Langacker  1995:  14),  w 
efekcie  Langackerowskie  obrazowanie  znajduje  się  bardzo  blisko  powierzchni  tekstu,  
stosująca jego model Tabakowska wielokrotnie przekonuje nas o nieprzekładalności tego czy 
innego tekstu. I tak, na przykład, wiersz  The Mewlips Tolkiena okazuje się nieprzekładalny, 
ponieważ  w  języku  polskim  nie  ma  przedimków,  a  fragment  o  Traugutcie  z  Kompleksu 
polskiego 
T. Konwickiego, dlatego, że w języku angielskim istnieje obowiązkowe następstwo 
czasów(Tabakowska  1993:  79-82,  93-100).  Z  taką  argumentacją  nie  do  końca  potrafię  się 
zgodzić. Przecież jej naturalną konsekwencją byłoby stwierdzenie, że nic nie da się przełożyć, 
bowiem  oczywiste  jest,  że  różne  języki  używają  różnych  środków  do  wyrażania  pewnych 
myśli,  a  wydaje  się,  że  Langacker  i  Tabakowska  sugerują,  iż  różne  środki  to  nieuchronnie 
inne obrazowanie, a zatem brak ekwiwalencji (zob. też Tabakowska 1993: 30). 
 

Model  Tabakowskiej  dostarcza  nam  niezwykle  czułego  instrumentu  do  analizy 

tekstów,  do  porównywania  tekstu  oryginału  i  przekładu  i  jako  taki  powinien  stać  się 
elementem  procesu  kształcenia  tłumaczy.  Analizy  tekstów  przeprowadzane  przez 
Tabakowską są naprawdę niezwykle wnikliwe i bardzo pouczające. Nie sądzę natomiast, by 
model  ten  można  było  wykorzystać  do  wyjaśnienia  szeregu  podstawowych  kwestii 
tłumaczeniowych, istotnych dla teorii przekładu o ogólniejszych ambicjach. Teoria przekładu 
to przecież  nie tylko analiza tekstu i nie tylko techniki tłumaczeniowe. Do tych problemów 
powrócimy w rozdziale 4. niniejszej książki.  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

19 

3.  Mit  tłumaczenia  funkcjonalnego:  „czy  wilk  może  być 
lampartem”? 

 
 

Niezwykłość,  nietypowość  jakichś  cech  komunikatów  niesie  więc  zagrożenie: 
zagrożenie  niezrozumienia  tekstu,  ale  przecież  także  zagrożenie  w  postaci 
zachwiania  poczucia  stabilności  otaczającego  świata,  poczucia,  że  ten  świat 
jest nam znany. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Roman Lewicki 

 
 
 

Zacytowany fragment dobrze podsumowuje motywację, jaka kryje się za podejściem 

funkcjonalnym:  jeśli  zostawimy  w  tekście  przekładu  elementy  obce,  to  odbiorcy  albo  nie 
zrozumieją, o co chodzi, albo doznają szoku kulturowego.  
 

Najbardziej  znanym  i  wpływowym  przedstawicielem  funkcjonalnego  podejścia  do 

przekładu  jest  E.A.  Nida.  Jego  koncepcja  ekwiwalencji  dynamicznej  –  skontrastowanej  z 
ekwiwalencją formalną – wywarła ogromny wpływ na teorię i praktykę tłumaczenia drugiej 
połowy XX wieku. Zdaniem tego uczonego tłumacz dążący do ekwiwalencji dynamicznej ma 
na celu całkowitą naturalność wypowiedzi i stara się konfrontować odbiorcę z zachowaniami 
mającymi znaczenie w kontekście jego własnej kultury, nie zmusza go natomiast do tego, by 
rozumiał wzorce kulturowe z kontekstu kultury języka wyjściowego (Nida 1964: 159). Swoje 
wywody  Nida  ilustruje  na  ogół  przykładami  z  tłumaczeń  biblijnych.  Pisze  na  przykład  o 
przesunięciu,  jakie  jest  konieczne  przy  tłumaczeniu  biblijnego  wyrażenia  „wilk  w  owczej 
skórze” na język ludu, który nie zna wilków: 
 

A shift may also be necessary when a word that seems to be of same hierarchical level as the 
source-language  word  actually  occupies  a  different  position  because  of  cultural  differences. 
The word “wolves”, for example, as used in “wolves in sheep‟s clothing” is rendered in Bulu 
as  “leopards”. A  more  nearly  accurate way of describing  such a  shift  would  be to say that, 
through the referential meanings of the terms reflect different positions in the lineal series, the 
functional meanings are the same (Nida 1964: 237) 
 

 

Zastąpienie wilków lampartami nie budzi zapewne specjalnych sprzeciwów. W końcu 

chodzi  tu  przede  wszystkim  o  typowego  drapieżnika.  Z  tego  samego  powodu  można  by 
zasugerować  zastąpienie  „chleba  naszego  powszedniego”  „rybą  naszą  powszednią”  w 
tłumaczeniu  dla  Eskimosów  (zob.  np.  Wojtasiewicz  1992/1957:  24-25),  użycie 
sformułowania „nasze pochrzyny daj nam dzisiaj” w tłumaczeniu na język kiriwina, którym 
posługują się mieszkańcy wysp Trobrianda (Szczerbowski 2003: 26), czy też wykorzystanie 
nazwy  innego  typowego  pożywienia  w  tłumaczeniach  na  inne  języki.  Powstaje  tu  jednak 
pytanie  o  granicę  takich  zabiegów.  Czy  podobnie  postąpimy  z  owcami  i  barankiem?  Czy 
będziemy zastępować ekwiwalentami dynamicznymi wszystkie elementy Biblii, których  nie 
znają  użytkownicy  języka  docelowego?  Rodzą  się  tu  co  najmniej  dwie  zasadnicze 
wątpliwości:  pierwsza  natury  religijnej,  druga  ściślej  translatorskiej.  Czy  mamy  prawo 
zastąpić  baranka koziołkiem albo prosiaczkiem,  na przykład dla  mieszkańców Papui-Nowej 
gwinei, gdzie owiec nie ma, a świnie pełnią funkcję najważniejszego zwierzęcia hodowlanego 
(por. Szczerbowski 2003: 27)? Czy nie będzie to rażącym odstępstwem od treści Biblii? A z 
drugiej  strony  teoretyk  tłumaczenia  zapytałby  pewnie:  czy  takie  dynamiczne  tłumaczenie 
będzie  jeszcze  Biblią?  Czy  rzeczywiście  w  przypadku  tłumaczenia  skrajnie  dynamicznego 
można  jeszcze  mówić o ekwiwalencji?  Warto zauważyć, że tego typu wątpliwości  miewają 
nie tylko puryści-bibliści, teoretycy przekładu czy też praktykujący tłumacze. Zdarza się, że 

background image

 

20 

sami odbiorcy tłumaczenia, którzy nauczyli się jakiegoś języka obcego i zdobyli nieco więcej 
wiedzy  o  świecie,  zaczynają  kwestionować  rozwiązania  zastosowane  przez  dynamicznych 
tłumaczy.  Czasem  czuja  się  wręcz  upokorzeni  i  pytają:  dlaczego  napisaliście  dla  nas  inną,  
uproszczoną Biblię? (zob. ciekawy opis tego problemu w Gutt 1992: 69-75, a zwłaszcza Gutt 
1991:  172-177).  I  rzeczywiście,  można  odnieść  wrażenie,  że  za  podejściem  „skrajnie 
dynamicznym”  kryje  się  protekcjonalny  stosunek  do  odbiorcy.  Tłumacz  niejako  z  góry 
zakłada, że jego czytelnicy nigdy nie nauczą się języków obcych i nie dowiedzą się o tym, że 
w innych krajach ludzie jedzą chleb i hodują owce.  
 

Toteż konsekwentny dynamizm w tłumaczeniach Biblii należy obecnie do rzadkości. 

W cytowanym przekładzie  na  język kiriwina pojawiają  się owce (w postaci zapożyczenia z 
języka angielskiego – „sipi”) a także chleb („beredi” – również zapożyczenie z angielskiego) 
w opisie cudu rozmnożenia chleba (Szczerbowski 2003: 26-27). T. Szczerbowski pisze: 
 

Przekład  biblijny  na  język  kiriwina  aby  mógł  być  zrozumiały  dla  mieszkańców  Wysp 
Trobrianda,  zawiera  229  czarno-białych  rysunków  oraz  16  kolorowych  ilustracji,  przypisy, 
glosariusz  składający  się  ze  141  haseł  oraz  małą  konkordancję.  Ośmiokrotnie  pojawia  się 
ikonograficzny  motyw  pasterza  owiec.  Rysunek  czy  ilustracja  pełni  tu  funkcję  poznawczą, 
albowiem  Trobriandczycy  słyszą  wyrazy  sipi  i  lam  [„baranek”]  jedynie  w  kościele.  Należą 
one do biga tapwaroro czyli języka kościelnego. (Szczerbowski 2003: 28) 
 

Szczególnym  przypadkiem  podejścia  funkcjonalnego  do  tłumaczenia  jest  teoria  relewancji 
E.A.  Gutta  (1991,  1992,  2000).  Swą  teorię  przekładu  Gutt  oparł  na  teorii  komunikacji 
jednojęzycznej  D.  Sperbera  i  D.  Wilson  (1986),  dla  której  z  kolei  inspiracją  była  opisana 
powyżej  implikatura  konwersacyjna  Grice‟a.  Kluczowym  dla  teorii  Sperbera  i  Wilson  jest 
stwierdzenie  „Every  act  of  ostensive  communication  communicates  the  presumption  of  its 
own  optimal  relevance”  (1986:  158),  co  w  przekładzie  na  język  nieco  mniej  hermetyczny 
można by zinterpretować jako „każdy akt komunikacji podejmowany w dobrej wierze niesie 
ze  sobą  przesłanie  o  swojej  optymalnej  relewancji”.  Przez  optymalną  relewancję  Sperber  i 
Wilson  rozumieją  odpowiednie  (?)  korzyści  komunikacyjne  dla  odbiorcy  w  danej  sytuacji 
(„adequate contextual effects”) przy minimalnym wysiłku potrzebnym do zrozumienia danej 
wypowiedzi („minimal  processing cost”). W porównaniu z koncepcją Grice‟a  już założenia 
teorii  relewancji  wydają  się  pewnym  uproszczeniem:  wszystkie  Grice‟owskie  maksymy 
zostały  sprowadzone  do  jednego  mechanizmu  optymalizacji,  co  jest  eleganckie  z 
teoretycznego  punktu  widzenia,  ale  może  prowadzić  do  ogólnikowości  opisu  zdarzeń 
komunikacyjnych.  Dostosowując  teorię  Sperbera  i  Wilson  do  potrzeb  teorii  przekładu  Gutt 
definiuje  tłumaczenie  jako  „interlingual  interpretive  use”  (międzyjęzykowe  zastosowanie 
interpretacyjne)  a  produkt  tłumaczenia  –  jako  „tekst  w  języku  docelowym,  który 
interpretacyjnie przypomina oryginał” (Gutt 1991: 100). 
 

W teorii Sperbera i Wilson cenne jest to, że rozumieją oni, iż komunikacja polega na 

wyciąganiu wniosków z tego, co zostało powiedziane (co zresztą zauważył również Grice), że 
dostrzegają dążenie do maksymalizacji komunikacyjnego sensu, wiążące się z ograniczeniem 
naszego  potencjału  kognitywnego.  Pojemność  naszej  pamięci  operacyjnej  –  niezbędnej  do 
świadomego przetwarzania bodźców – jest bardzo niewielka (zob. np. G.A. Miller 1956, D. 
Norman 1980), a zatem, jeśli żądamy od kogoś wysiłku związanego ze zrozumieniem naszej 
wypowiedzi  (zob.  rozdział  4)  to  jednocześnie  obiecujemy  mu  coś  w  zamian.  W  definicji 
przekładu Gutta bardzo ważna jest myśl, do której wrócimy w rozdziale 4., że porównywać 
można  nie  teksty  oryginału  i  przekładu,  lecz  ich  interpretacje.  Jednak  podstawy  teorii 
Sperbera  i  Wilson  oraz  Gutta  budzą  też  szereg  wątpliwości,  których  nie  rozwiewają  opisy 
bardziej  szczegółowych  zastosowań  tych  teorii  (Sperber  i  Wilson  1986,  Gutt  1991,  1992).  
Jak dociec, czy korzyści komunikacyjne, jakie proponujemy w danym akcie komunikacji, są 

background image

 

21 

„odpowiednie”?  Czy  rzeczywiście  zawsze  nasza  komunikacja  przynosi  istotne  korzyści  jej 
uczestnikom?  Czy  rzeczywiście  zawsze  dążymy  do  minimalizacji  wysiłku  odbiorcy?  Jeśli 
busola tłumacza  ma  być opisana wyżej zasada optymalizacji, to jak  ma się on zachować  w 
sytuacji,  gdy  tylko  wzmożony  wysiłek  odbiorcy  przyniesie  większe  korzyści  –  upraszczać  
czy  komplikować?  Na  takie  pytania  nie  znajdujemy  przekonujących  odpowiedzi  w  teorii 
relewancji.  Co  więcej,  na  ostatnie  z  nich  –  zgodnie  z  tą  teorią  –  można  udzielić  dwóch 
przeciwstawnych  odpowiedzi,  innymi  słowy,  można  za  jej  pomocą  uzasadnić  zupełnie 
przeciwstawne decyzje translatorskie. Dlatego też, doceniając fakt, że teoria relewancji Gutta 
była  pierwszą  kognitywna  teorią  przekładu,  sądzimy,  że  nie  jest  to  koncepcja  w  pełni 
zadowalająca.  Zaklasyfikowaliśmy  ją  do  grupy  podejść  funkcjonalnych  ze  względu  na  jej 
nacisk  na  minimalizację  wysiłków  odbiorcy  i  na  podkreślanie,  że  tekst  przekładu  musi  być 
relewantny  dla  odbiorców  przekładu,  co  –  w  ekstremalnej  interpretacji  –  prowadziłoby  do 
efektów identycznych z tłumaczeniem dynamicznym Nidy.  
 
 
 

Tłumaczenie funkcjonalne może stawiać w trudnej sytuacji przyszłych tłumaczy. Jeśli 

przetłumaczony  dynamicznie tekst A staje się w  jakimś sensie tekstem ważnym w kulturze 
docelowej,  to tłumacze  mający  do  czynienia  z  tekstem  zależnym  od  A  lub  związanym  z  A 
muszą często rozstrzygać dylemat: czy uświadamiać odbiorcom różnice między tekstem A a 
jego tłumaczeniem, czy też utrzymywać fikcję świata przedstawionego w tłumaczeniu tekstu 
A. Świetnym tego przykładem jest Kubuś Puchatek. Polska tłumaczka książki A.A. Milne‟a 
zatytułowanej  w  oryginale  Winnie-the-Pooh,  zmieniła  tytuł  i  imię  głównego  bohatera  na 
bardziej swojsko brzmiącego Kubusia Puchatka. Jak sugeruje we wstępie sam Milne, Winnie-
the-Pooh został  nazwany na cześć niedźwiedzia, przepraszam, niedźwiedzicy, przebywającej 
w londyńskim ZOO. Stąd, zabawka synka Milne‟a (który zresztą nie nazywał się Krzyś tylko 
Christopher  Robin),  jego  ulubiony  pluszowy  miś,  z  założenia  będący  „chłopczykiem”,  nosi 
imię żeńskie (A.A. Milne 1991). Historię Winnie, niedźwiedzicy z Kanady, można znaleźć w 
wielu  źródłach,  choć  nie  w  samym  Winnie-the-Pooh  (zob.  Kozak  2000a).  Czasem  jednak 
historia ta przybiera dosyć zaskakującą formę.  
 

W polskim przekładzie książki Briana Sibleya Hajże ha! Niech żyje Miś! (2002), które 

opisuje  okoliczności  powstania  arcydzieła  Milne‟a  i  dzieje  rodziny  autora,  z  niemałym 
zdziwieniem zauważyłem następujące fragmenty: „Historia Kubusia zaczyna się w Kanadzie 
w  1914  roku […]  Colebourn  zapłacił  za  małego  baribala  dwadzieścia  dolarów  i  nazwał  go 
„Kubusiem” [a raczej Winnie, na cześć miasta Winnipeg, ale dalej będziemy posługiwać się 
zadomowionym  w  polskich  przekładach  imieniem  „Kubuś”].  Zostawszy  nieoficjalną 
maskotką  Drugiej  Kanadyjskiej  Brygady  Piechoty,  Kubuś  towarzyszył  żołnierzom…” 
Przepraszam  bardzo,  więc  jak  właściwie  nazywał  się  niedźwiadek:  Kubuś  czy  Winnie?  I 
jakiej właściwie był płci? 
 

Nawet  pozornie  uzasadnione  zmiany,  zwłaszcza  w  tłumaczeniach  tytułów  dzieł 

literackich  (zob.  też  Hejwowski  2004),  mogą  w  przyszłości  powodować  negatywne  skutki. 
Znana w Polsce pod tytułem  Gubernator powieść Roberta Penna Warrena nosi w oryginale 
tytuł  All  King‟s  Men  (wszyscy  ludzie  króla).  Tytuł  ten  jest  cytatem  z  popularnego  (choć 
zapewne tylko w krajach anglojęzycznych) wierszyka dla dzieci Humpty Dumpty: 
 
Humpty Dumpty sat on a wall 
Humpty Dumpty had a big fall. 
All the king‟s horses 
And all the king‟s men 
Couldn‟t put Humpty together again. 
 

background image

 

22 

Polski tłumacz, antycypując niejako postulaty wysuwane przez teorię relewancji uznał 

zapewne, że cytat z nieznanego w Polsce wierszyka nic nie powie polskiemu czytelnikowi i 
dlatego nie nadaje się na tytuł przekładu. Niestety, było to rozumowanie krótkowzroczne. W 
latach  siedemdziesiątych  na  ekranach  naszych  kin  pojawił  się  znany  amerykański  film 
Wszyscy  ludzie  prezydenta,  którego  tytuł  był  oczywistym  nawiązaniem  do  tytułu  książki 
Penna Warrena. Oczywistym, ale nie dla Polaków. W gruncie rzeczy polscy widzowie mogli 
być  nawet  nieco  zaskoczeni  tytułem  filmu  –  przecież  nie  opowiada  on  wcale  o  wszystkich 
ludziach  prezydenta.  W  ten  sposób  polscy  odbiorcy  kultury  zostali  niejako  „okradzeni”  z 
jednego  jej  ogniwa:  przecież  kultura  opiera  się  właśnie  na  sieci  powiązań,  odwołań,  aluzji, 
zależności.  A  wystarczyło  podać  na  stronie  tytułowej  polskiego  przekładu  powieści  Penna 
Warrena  tłumaczenie  wierszyka  –  i  książka  mogła  z  powodzeniem  nazywać  się  po  polsku 
Wszyscy ludzie króla. 

Z  mitem  tłumaczenia  funkcjonalnego  wiąże  się  absolutyzacja  potrzeb  odbiorcy 

tłumaczenia:  nie  ma  czegoś  takiego  jak  dobre  tłumaczenie,  natomiast  może  istnieć 
tłumaczenie adekwatne lub tłumaczenie relewantne  – odpowiednie dla danego odbiorcy czy 
też  danej  grupy  odbiorców.  Tego  typu  rozumowanie  zakłada,  że  ten  sam  tekst  można 
tłumaczyć dla różnych grup odbiorców. 

Takie  właśnie  podejście  zaproponowali  twórcy  Skopostheorie  –  H.J.  Vermeer 

(1989/2000) i K. Reiss (1971/2000). Ich zdaniem o całości zjawisk przekładowych decyduje 
cel  przekładu,  który  może  być  określony  przez  zleceniodawcę.  W  tym  kontekście  tekst 
oryginału staje się zaledwie ofertą informacyjną, którą tłumacz musi dostosować do potrzeb 
odbiorcy (zob. też komentarz J. Kozak 2000a). 

W rzeczywistości krąg odbiorców danego tekstu jest niejako z góry zadany (zob. opis 

czytelnika  projektowanego  w  rozdziale  4.),  przy  czym  krąg  ten  może  być  dość  wąski  lub 
bardzo  szeroki.  Na  przykład  artykuł  naukowy  o  ontogenezie  i  filogenezie  skorupy  u  żółwi 
adresowany  jest  do  zoologów,  natomiast  powieści  Agaty  Christie  do  wszystkich  ludzi 
lubiących czytać kryminały. Tłumaczenie nic tu nie zmieni: nie da się przetłumaczyć owego 
artykułu dla laików ani Agaty Christie wyłącznie dla zoologów czy też dzieci przedszkolnych. 
W  pewnym  artykule  (Hejwowski  2001:  149)  omawiałem  przykład  pochodzący  ze 
wspomnianego  już  wyżej  tekstu  o  skamieniałym  sercu  dinozaura.  Na  podstawie  znaleziska 
uczeni oszacowali wielkość zwierzęcia i stwierdzili, że było ono „a 650-pound plant-eater”. 
Moi studenci różnie radzili sobie z tym fragmentem. Otrzymałem między innymi następujące 
tłumaczenia: 

 

„roślinożerca ważący 650 funtów” 
„roślinożerca ważący około 300 kg (650 funtów)” 
„roślinożerca ważący 650 funtów (300 kg)” 
„roślinożerca ważący 292,5 kg” 
„roślinożerca ważący ok. 300 kg” 
 
W  omówieniu  napisałem,  że  „najsensowniejszą  wersją  tłumaczenia  jest  ostatnia  –  ok.  350 
kg”. Czytająca ten artykuł koleżanka dopisała  na  marginesie  „najsensowniejszą dla kogo?”. 
Odpowiadam:  dla  każdego  normalnego  polskiego  czytelnika,  który  może  sięgnąć  po  taki 
artykuł. Omawiany powyżej tekst nie jest adresowany do ludzi szczególnie interesujących się 
anglosaskimi  miarami  i  wagami  –  ci  znajdą  znacznie  dokładniejsze  informacje  w  każdej 
encyklopedii. Z tego względu wypada wykluczyć trzy pierwsze tłumaczenia. Czwarte jest po 
prostu śmieszne: trudno poważnie traktować tezę, że uczeni obliczyli wagę zwierzęcia z taką 
dokładnością  na  podstawie  skamieniałego  kawałka  serca.  Nie  pozostaje  nam  zatem  nic 
innego,  jak  podać  przybliżoną  wagę  dinozaura  w  kilogramach.  W  kilogramach,  ponieważ 
większość  polskich  czytelników  nie  jest  przyzwyczajona  do  podawania  wagi  w  funtach,  a 

background image

 

23 

wielu zapewne nie wie nawet, jak ma się funt do kilograma.  A więc bez względu na to, czy 
naszymi czytelnikami będą uczniowie szkoły średniej, mieszkańcy domu starców, kolejarze, 
inżynierowie  czy  humaniści,  zawsze  najlepszą  wersją  tłumaczenia  tego  fragmentu  tekstu 
będzie „ok. 300 kg”. 
 

Czy  wszystkie  przytoczone  wyżej  wątpliwości  i  zarzuty  wobec  tłumaczenia 

funkcjonalnego oznaczają, że należy je bezwarunkowo potępić? Na pewno nie. Nasz sprzeciw 
dotyczył raczej nadużywania i absolutyzowania tłumaczenia funkcjonalnego, traktowania go 
jako coś więcej niż jedną z możliwych technik tłumaczeniowych. Jako używana z umiarem i 
w  sposób  przemyślany  technika  tłumaczeniowa,  tłumaczenie  funkcjonalne  może  znaleźć 
zastosowanie, szczególnie w tłumaczeniach tekstów informacyjnych, ale czasem również w 
przekładach literackich. 
 

Rozważmy następujący przykład. Tłumaczenie wspomnianego wyżej tekstu na temat 

„piped  music”  na  język polski stwarza  jeszcze  jedną  istotną trudność.  Jego pierwsze zdanie 
brzmi: „The British may soon be listening to fewer instrumental versions of Penny Lane while 
trapped in elevators”. Omawiając ten tekst na zajęciach z tłumaczenia, zorientowałem się, że 
większość  moich  studentów  nie  zna  piosenki  Penny  Lane  (lub  nie  kojarzy  jej  z  tytułem). 
Należy  zatem  podejrzewać,  że  znajomość  tego  przeboju  Beatlesów  w  szerszych  kręgach 
społeczeństwa wśród ludzi nie mających do czynienia z językiem angielskim, będzie jeszcze 
mniejsza.  Jeśli  tak,  to  czy  nie  lepiej  zastąpić  w  tłumaczeniu  Penny  Lane  tytułem  innego 
przeboju? Może Yesterday? Przecież autorowi oryginału nie chodziło tak naprawdę o „Penny 
Lane”.  Chciał  zapewne  mrugnąć  do  czytelników,  podając  znany  tytuł  i  zmusić  ich  do 
zastanowienia  się:  przypomnijcie  sobie,  ile  razy  słyszeliście  instrumentalną  wersję  tej 
piosenki.  Jeśli  moje  rozumowanie  jest  słuszne,  to  Yesterday  doskonale  spełni  tę  rolę  w 
polskim przekładzie. 
 

Przydatność  tłumaczenia  funkcjonalnego  jako  techniki  tłumaczeniowej  jeszcze 

dobitniej wykazać można na kolejnym przykładzie. Tym razem mamy do czynienia z niezbyt 
poważnym, króciutkim tekstem na temat rekordu świata w pluciu pestką wiśni na odległość: 
 

Pitiful Debate 
Switzerland‟s  naturality  is  at  risk.  Thomas  Steinhauer  shattered  a  U.S.  record  by  spitting‟s 
cherry  pit  nearly  83  feet.  But  U.S.  cherry-spit  rule  book  author  Herb  Teichman  claims 
foreigners often permit running starts and, worse, canned cherries. “I‟d like to see them come 
to our turf and spit on our rules” he says. This spat‟s getting juicy. 
 

Głównym problemem w tym tłumaczeniu są gry słów w tytule i w ostatnim zdaniu: “pitiful” 
znaczy  na  przykład  “żałosny”  i  zapewne  oddaje  stosunek  autora  artykułu  do  całej  sprawy, 
jednak  wyraz  ten  został  wybrany  ze  względu  na  to,  że  zawiera  cząstkę  „pit”,  która 
jednocześnie  oznacza  pestkę;  podobnie  w  ostatnim  zdaniu,  które  pozornie  można  by 
przetłumaczyć jako „Spór nabiera rumieńców”, wyrazy „spat” i ”juicy” zostały użyte głównie 
dlatego,  że  kojarzą  się  z  pluciem  i  owocami.  Czy  zatem  nie  należałoby  uznać,  że  główną 
funkcją  tytułu  i  ostatniego  zdania  tekstu  jest  żart  językowy?  Przecież  autor  nie  chce  nam 
naprawdę  zasugerować,  że  nowy  rekord  w  pluciu  pestka  jest  tematem  jakiejś  poważnej 
debaty,  a  tym  bardziej,  że  wywoła  on  międzynarodowy  konflikt.  Może  więc,  zamiast 
tłumaczyć te dwa  fragmenty  mniej  lub  bardziej dosłownie,  lepiej  będzie wymyślić pasujące 
do tekstu artykułu żarty językowe po polsku? Ci z moich studentów, którzy myśleli podobnie 
jak ja, zaproponowali bardzo różne wersje tytułu i ostatniego zdania. Z tych licznych wersji 
najbardziej podobał  mi się tytuł:  „Waśń o wiśnię”  i ostatnie zdanie:  „Dobrze  splunąć to nie 
pestka”.  Czy  mamy  prawo  tak  zmieniać  tekst  oryginału?  Moim  zdaniem  –  w  przypadku 
powyższego tekstu – zdecydowanie tak. Co więcej uważam, że wybrane przeze mnie wersje 
tłumaczenia są znacznie wierniejsze wobec oryginału niż jakaś wersja „dosłowna”. 

background image

 

24 

 
 
E.A.  Nida  twierdzi,  że  większość  złych  tłumaczeń  jest  efektem  tłumaczenia  dosłownego 
(formal-equivalence  translation  –  używając  terminologii  Nidy)  i  wynika  z  niewiedzy, 
przeoczeń oraz niezrozumienia istoty aktu przekładu (Nida 1964: 184). Trzeba przyznać, że 
do  pewnego  stopnia  ma  rację:  rzeczywiście  początkujący  tłumacze  mają  tendencję  do 
kopiowania  struktury  tekstu  oryginału  i  używania  pierwszych  ekwiwalentów  ze  słownika.  
Warto  jednak  podkreślić,  że  tłumaczenia  zbyt  dynamiczne  wynikające  często  z  nadmiernej 
pewności  siebie  tłumacza,  mogą  być  znacznie  bardziej  niebezpieczne,  ponieważ  nadużycia 
tłumaczenia  funkcjonalnego  rzadko  są  widoczne  dla  odbiorcy  przekładu  –  do  ich  wykrycia 
zwykle konieczne jest porównanie oryginału z przekładem. 
 
 
 

Pochodną  sporu  między  literalistami  a  funkcjonalistami,    zwolennikami  tłumaczenia 

dosłownego  i  dynamicznego,  jest  rozróżnienie  między  „Udomowieniem  a  egzotyzacją” 
(domestication  i  foreignization)  sformułowane  przez  L.  Venutiego  (1995).  Rozróżnienie  to 
można  wywieść  od  słynnego  wykładu  Friedricha  Schleiermachera  Üdie  verschiedenen 
Methoden des Übersetzens (O różnych metodach tłumaczenia) 
z roku 1813. W wykładzie tym 
Schleiermacher stwierdził, że tłumacz, który chce, by autor (oryginału) i czytelnik (przekładu) 
spotkali się, ma do wyboru dwie drogi: albo zostawia w spokoju autora i transportuje do niego 
czytelnika,  albo  zostawia  w  spokoju  czytelnika  i  transportuje  do  niego  autora 
(Schleiermacher, w: Lefevere 1992: 141-166). 
 

Venuti  zauważa,  że  większość  tłumaczy,  a  w  każdym  razie  większość  tłumaczy 

literatury  pięknej  przekładających  na  język  angielski,  wybiera  tę  drugą  metodę.  Venuti 
określa  ją  mianem  „udomowienia”  obcego  tekstu  i  ostro  krytykuje,  nazywając  wręcz 
„zawłaszczaniem  obcego  tekstu  dla  potrzeb  domowych”  (1995:  22)  i  „gwałtem 
etnocentrycznym”  (j.w.:  20,  22,  24).  Jednak  przykłady  podawane  przez  Venutiego  są 
najczęściej po prostu przykładami kiepskich tłumaczeń, a propagowana przez niego  metoda 
„foreignizing” jest mało przekonująca i niezbyt jasno wytłumaczona (Venuti 1995). Wydaje 
się,  że  teorię  Venutiego  należy  potraktować  jako  bardzo  potrzebne  ostrzeżenie  przed 
nadużyciami tłumaczenia funkcjonalnego, można natomiast powątpiewać, czy ma ona wiele 
do zaoferowania w sensie pozytywnym. 
 
 
 

Rozważywszy, co kryje się za sformułowaniami  tłumaczenie dosłowne  tłumaczenie 

funkcjonalne,  doszliśmy  zatem  do  wniosku,  że  żadne  z  nich  nie  może  być  traktowane  jako 
niezależna szkoła czy teoria tłumaczenia. Co więcej, nawet jeśli uznamy je tylko za metody 
czy  techniki  przekładowe,  musimy  przestrzec  niedoświadczonych  tłumaczy  przed  ich 
bezkrytycznym  stosowaniem.  Bywają  przydatne,  ale  wymagają  od  tłumacza  ostrożności  i 
świadomości. Literalizm i funkcjonalizm traktowane jako teorie przekładu mają jeszcze jedną 
istotną wadę: poza koncepcjami Gutta i Tabakowskiej traktują one najczęściej przekład jako 
operację na tekstach (tekst A w wyniku tłumaczenia zostaje przekształcony w tekst B), a tym 
samym  nie  dostrzegają  skomplikowanych  operacji  mentalnych  składających  się  na  proces 
tłumaczenia. Sądzimy, że jedynie kognitywna teoria przekładu może wyjaśnić całą złożoność 
tego procesu. Temat ten podejmiemy w następnym rozdziale. 
 
 
 
 
 

background image

 

25 

4. Mit tekstualizmu: „tłumaczenie jest operacją na tekstach” 

 
 

Przez  język  rozumieć  będziemy  system  sygnałów  używanych  przez  ludzi  do 
porozumienia się w przestrzeni lub w czasie. […] Zasadniczą rolę odgrywa tu 
pojęcie  przyporządkowania  pewnych  sygnałów  pewnym  stanom  psychicznym 
(stanom systemu nerwowego) przez nadawcę oraz przyporządkowania pewnych 
stanów psychicznych pewnym sygnałom przez odbiorcę. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Olgierd Wojtasiewicz 

 
 

Olgierd  Wojtasiewicz rozumiał, że teksty  są tylko sygnałami reprezentującymi  stany 

mentalne  nadawcy  i  mającymi  wywołać  pewne  stany  mentalne  u  odbiorcy.  Gdy 
przypomnimy  sobie  opisywane  wyżej  teorie  Grice‟a  i  Gutta,  gdy  przeczytamy 
kilkustronicową „definicję” słowa „filiżanka” przedstawiona przez A. Wierzbicką (1985) czy 
też cytowaną wyżej wypowiedź Langackera  na temat znaczenia wyrazów, zrozumiemy,  jak 
wielka  jest  dysproporcja  między  małym  sygnałem  tekstowym  a  ogromna  rzeczywistością 
mentalną, do jakiej może się on odwoływać. Dlatego też musimy założyć, że tłumaczenie nie 
jest  operacją  na  tekstach  ani  na  językach,  lecz  na  umysłach  –  jednym  realnym,  danym 
tłumaczowi  (jego  własnym)  i  co  najmniej  trzech,  chciałoby  się  powiedzieć  –  wirtualnych, 
modelowanych  przez  tłumacza:  umyśle  autora  tekstu,  umyśle  modelowego  odbiorcy  tekstu 
oryginału  (lub  umysłach  modelowych  odbiorców  tego  tekstu)  oraz  umyśle  projektowanego 
czytelnika  przekładu  (por.  Tabakowska  1995;  zob.  też  poniżej  omówienie  projektowanego 
czytelnika przekładu). 
 

Proponowany tu model przekładu oparty jest na koncepcji ram czasownikowych Ch.J. 

Fillmore‟a (Fillmore 1968, 1970, Bivens 1975, Grimem 1975), koncepcjach scen R. Suchanka 
i  Ch.J.  Fillmore‟a  (Schank  1982a,  Fillmore  1977),  koncepcji  scenariuszy  zaproponowanej 
przez  Suchanka  i  R.  Abelsona  (1977),  a  rozwiniętej  przez  Suchanka  (1982a,  1982b)  oraz 
koncepcji  schematów,  wprowadzonej  przez  F.  Bartletta  (1932),  a  opisywanej  przez  wielu 
psychologów,  psycholingwistów  i  lingwistów.  Przedstawiona  tu  interpretacja  procesu 
komunikacji oraz procesu tłumaczenia wykorzystuje również teorię bazy propozycjonalnej  i 
semantycznych danych wejściowych Th. Hermanna (1983), koncepcję zasady współdziałania 
i  implikatury  konwersacyjnej  H.P.  Grice‟a  (1975),  kognitywną  teorię  metafor,  której 
dwudziestowiecznym  przedstawicielem  był  B.L.  Whorf  (1956),  a  która  została  rozwinięta 
przez  G.  Lakoffa  i  współpracowników  (Lakoff,  Johnson  1980,  Lakoff,  Turner  1989), 
koncepcję „wysiłku w poszukiwaniu znaczenia („effort after meaning”) F. Bartletta (1932) i 
stałości  sensu  H.  Hermanna  (1981).  W  wielu  podstawowych  założeniach  prezentowana  tu 
teoria  nie  jest  sprzeczna  z  gramatyką    kognitywną  Langackera;  pokrewna  jest  na  przykład 
koncepcja  semantyki  encyklopedycznej,  według  której  nie  ma  wyraźnych  granic  między 
semantyka a pragmatyką czy między wiedzą językową a pozajęzykową (Langacker 1997). 
 

Przyjmiemy  za  Schankiem  (1982a),  że  ludzka  pamięć  zorganizowana  jest  w  pewne 

struktury, i że te same struktury wykorzystywane są przy produkcji i rozumieniu tekstów. Na 
najniższym  (odwołując  się  do  metafory  przetwarzania  góra-dół  i  przetwarzania  dół-góra) 
poziomie  procesu  interpretacji  tekstów  znajdują  zastosowanie    struktury  najbardziej 
bezpośrednio  związane  z  tekstem,  znajdujące  w  nim  swoje  wyraźne  odbicie.  Są  to  przede 
wszystkim „wyuczone na pamięć” jednostki leksykalne (przynajmniej niektóre z nich musimy 
rozpoznać,  żeby  zacząć  proces  rozszyfrowywania  tekstu)  oraz  syntagmy,  tj.  krótsze  lub 
dłuższe ciągi wyrazów, począwszy od frazeologizmów a skończywszy na całych strukturach 
zdaniowych.  Jeśli  posiadamy  taką  wiedzę  w  zakresie  dwóch  języków  oraz  umiejętność 
przyporządkowywania struktur jednego języka strukturom drugiego języka, to – przynajmniej 
teoretycznie – możliwe jest już rozpoczęcie automatycznego tłumaczenia syntagmatycznego. 

background image

 

26 

Możemy,  na przykład, wyobrazić sobie tłumacza kabinowego, który  słysząc sformułowanie 
„premierowi  towarzyszyli”  przekłada  je  natychmiast  –  bez  żadnej  dodatkowej  analizy  i  nie 
czekając na dalszy ciąg zdania – jako „the prime minister was accompanied by”. 
 

Jednak  tego  typu  tłumaczenie  dotyczy  zwykle  tylko  stereotypowych, 

zautomatyzowanych prefabrykatów językowych.  W większości sytuacji konieczna jest dalsza 
analiza  usłyszanego  tekstu,  której  następnym  etapem  są  ramy  czasownikowe.  Według  Ch. 
Fillmore‟a  ramy  czasownikowe  zorganizowane  są  wokół  czasowników:  rozpoznając 
czasownik „otwierać” aktywizujemy ramę tego czasownika, który zawiera obligatoryjnie rolę 
patiensa  oraz  opcjonalnie  rolę  sprawcy  (agensa)  i  narzędzia,  na  przykład:  „Ktoś  otworzył 
drzwi  kluczem”  (wszystkie  wymienione  role),  „Ktoś  otworzył  drzwi”  (sprawca  i  patiens), 
„Drzwi  otworzyły  się”  (tylko  patiens).  Warto  przy  tej  okazji  poczynić  parę  zastrzeżeń  i 
uzupełnień. Po pierwsze, zdanie „Drzwi otworzyły się” jest według nas nacechowane, w tym 
sensie,  że  brak  sprawcy  rodzi  pytanie,  „dlaczego  nie  informuje  się  o  tym,  kto  otworzył 
drzwi”.  Po  drugie,  w  potencjalnie  możliwym  zdaniu  „Klucz  otworzył  drzwi”  nieobecność 
sprawy  powoduje,  że  występujący  niejako  na  jego  miejscu  „klucz”  nabiera  pewnych  cech 
agensa, a zatem  jest w  jakimś stopniu personifikowany. Po trzecie wreszcie, do aktualizacji 
pewnych ram czasownikowych nie zawsze jest konieczny czasownik. Rozpoznanie wyrazów 
„klucz” i „drzwi” natychmiast nasuwa nam na myśl czynności otwierania lub zamykania; para 
„kot”  i  „mysz”  zasugeruje  nam  ramy  „polować”,  „gonić”  lub  „bawić  się”.  Tego  typu 
skojarzenia  miał  na  myśli  I.M.  Schlesinger,  kiedy  pisał  o  zjawisku  „semantic  matching”  – 
dopasowania  semantycznego  (Schlesinger  1977).  Trudno  też  nie  dostrzec,  że  ramy 
czasownikowe  są  uszczegółowionymi  schematami,  za  pomocą  których  postrzegamy 
rzeczywistość:  ludzie-sprawcy  (lub  antropomorfizowane  zwierzęta,  a  nawet  pojęcia 
abstrakcyjne) wpływają na bierne obiekty czynności (ożywione lub nieożywione patiensy) za 
pomocą pewnych narzędzi; obiekty zmieniają położenie na skutek działania sił zewnętrznych, 
ludzie  przeżywają  pewne  stany  wewnętrzne.  Wszystkim  tym  podmiotom  i  obiektom 
odpowiadają  role  występujące  w  ramach  czasownikowych:  sprawca,  patiens,  narzędzie, 
doznający,  źródło,  cel,  miejsce,  czas,  zakres.  Skonkretyzowane  ramy  czasownikowe  –  tj. 
takie,  których  pewne  role  są  obsadzone  przez  typowe  obiekty  –  wchodzą  w  skład  struktur 
wyższego rzędu: scen i scenariuszy.  
 
 
 

Istotne  jest  zastrzeżenie  o  metaforycznym  zastosowaniu  ram  czasownikowych, 

bowiem  w  przeciwnym  razie  ramy  opisywałyby  jedynie  świat  materialny,  a  zatem  ich 
zastosowanie  byłoby  dość  ograniczone  .  Fakt,  że  metafora  nie  jest  wyłącznie  figurą 
stylistyczną,  lecz  istotnym  narzędziem  poznawania  i  rozumienia  świata  dostrzegano  już  na 
początku  XIX  wieku  w  tzw.  romantycznej  koncepcji  metafory.  W  bliższych  nam  czasach 
prawdę tę przypomnieli  nam  Whorf (1956) oraz Lakoff  i  Johnson (1980)  i Lakoff  i Turner 
(1989).  Ważnymi  składnikami  metafor  są  również  reifikacja,  animizacja  i  personifikacja. 
Kiedy używamy słowa język mając na myśli sposoby porozumiewania się za pomocą głosu i 
znaków  pisanych,  stosujemy  (przynajmniej  z  historycznego  punktu  widzenia)  chwyt  zwany 
metonimią  –  wymieniamy  narząd  biorący  udział  w  czynności  mówienia  zamiast  samej 
czynności  mówienia.  Gdy  użyjemy  wyrazu  „język”  w  zdaniach,  takich  jak  „język  wyraża 
myśli”, dokonujemy personifikacji, a powstałe w ten sposób zdanie da się zinterpretować z 
punktu  widzenia  gramatyki  przypadka  tak  samo  jak  zdanie  „górnik  wydobywa  węgiel”  a 
zatem  jako  „wyrażać/wydobywać  [agens  patiens]”.  Metafory  pojawiają  się  wtedy,  gdy 
zaczniemy  mówić  o  językach  żywych  i  martwych,  o  łamaniu  języka,  o  znajdowaniu 
wspólnego  języka  itp.  Jednak  metafory  dotyczą  również  znacznie  bardziej  podstawowych 
zastosowań języka, których metaforyczności na ogół nie dostrzegamy. Można podejrzewać na 
przykład,  że  przyimki  pierwotnie  używane  były  do  określania  podstawowych  relacji 

background image

 

27 

przestrzennych, takich jak znajdowanie się w obrębie jakiegoś obszaru czy wewnątrz jakiegoś 
pomieszczenia (przyimek „w”), czy też spoczywanie na pewnej powierzchni (przyimek „na”). 
Gdy  ludzie  zaczęli  używać  pojęć  abstrakcyjnych,  takich  jak  czas,  życie,  miłość,  śmierć, 
niebezpieczeństwo,  w  wielu  językach  pojęciom  tym  towarzyszyły  te  same  przyimki,  co 
wyraźnie pokazuje, że pojęcia te są traktowane metaforycznie. Na przykład stany rozumiane 
są w kategoriach pomieszczeń i w efekcie mamy takie wyrażenia jak „w niebezpieczeństwie”, 
„w kłopotach”, „w euforii”, „w gniewie” itp. Zjawisko to świadczy o naszych ograniczeniach 
kognitywnych  –  nie  jesteśmy  w  stanie,  na  przykład,  zrozumieć  czasu  inaczej  niż  jako 
przedmiotu  (mam  czas),  pędzącego  obiektu  (czas  ucieka),  drogi  (do  niedzieli)  czy  też 
pomieszczenia (w maju). 
 
 
 

Sceny to zestawy  zdarzeń, stanów  i relacji  wraz  z typowymi  miejscami,  sprawcami, 

patiensami  itd.,  zorganizowane  na  zasadach  tematycznych  lub  funkcjonalnych.  Różny  może 
być  zakres  takich  scen:  od  „poczekalnia  u  dentysty”  czy  „dziecięcy  plac  zabaw”  do 
„kupowanie  i  sprzedawanie”.  Ponieważ  struktury  naszego  umysłu  nie  są  sztywnymi 
szablonami,  lecz  charakteryzują  się  dynamizmem,  należy  podejrzewać,  że  granica  między 
scenami a schematami jest płynna: na przykład scena „przygotowania do podróży” łączy się 
ze  schematem  „przygotowania  w  ogóle”.  Można  też  sądzić,  że  pojęcie  scen  –  w  szerszym 
rozumieniu  –  jest  kompatybilne  z  pojęciem  „domen  kognitywnych”  używanym  przez 
Langackera (Langacker 1997). 
 

Scenariusze  różnią  się  od  scen  tym,  że  są  zorganizowane  na  zasadzie  sekwencyjnej, 

chronologicznej: składają się one z sekwencji typowych zdarzeń układających się w pewien 
ciąg.  Typowymi  scenariuszami  będą  zatem  „zjedzenie  obiadu  w  restauracji”  czy  „podróż 
samolotem”.  I  znowu,  tak  jak  w  przypadku  scen,  stopień  ogólności  scenariusza  może  być 
różny – scenariuszem nadrzędnym wobec „podróży samolotem” jest „podróż”, a tak ogólny 
scenariusz może już – w zależności od danej osoby i danej sytuacji – przypominać schemat. 
 

Jak wynika z powyższej  charakterystyki schematy to najogólniejsze struktury  naszej 

pamięci pozwalające nam orientować się – do pewnego stopnia – nawet w sytuacjach, które 
nie  są  dla  nas  zupełnie  zrozumiałe.  Schematy  pozwalają  też  znajdować  „wyjaśnienia”  dla 
zjawisk, których w ogóle nie rozumiemy. W tym sensie schematy, tak jak je rozumiemy w tej 
książce,  obejmować  będą  również  to,  co  czasem  w  literaturze  na  temat  tłumaczenia  bywa 
nazywane stereotypami (zob. M. Kropiwiec i inni 2003). 
 

Podstawowymi  zasadami  naszej  komunikacji  są  selekcja  i  wnioskowanie.  Baza 

kognitywna,  czyli  wszystko  to,  co  myślimy  sobie  w  danej  sytuacji  i  w  związku  z  czym 
postanawiamy  zabrać  głos,  jest  strukturą  zbyt  ogromną  i  niejednorodną,  by  można  ją  było 
zwerbalizować.  Mieszczą  się  tam  nie  tylko  nasze  cele,  reprezentacja  sytuacji,  opinie, 
odczucia,  ale  również  nasza  reprezentacja  odbiorcy,  reprezentacja  samego  siebie, 
najprzeróżniejsze  obrazy  i  emocje.  W  związku  z  tym  dokonujemy  pierwszej  selekcji, 
ogniskujemy  naszą  uwagę  na  tych  elementach  bazy  kognitywnej,  które  chcemy  przekazać 
odbiorcy, czy mówiąc precyzyjniej  – tych, które pragniemy, aby odbiorca odtworzył. W ten 
sposób  powstaje  baza  wypowiedzi  –  zestaw  struktur,  które,  w  optymalnych  warunkach, 
odbiorca  będzie  w  stanie  zrekonstruować,  co  ma  nam  w  założeniu  zapewnić  sukces 
komunikacyjny.  Oczywiście  w  praktyce  rzadko  mamy  do  czynienia  z  optymalnymi 
warunkami. Po pierwsze, odbiorca zmuszony jest zwykle odbierać inne bodźce, w związku z 
czym  nie  może poświęcić  nam całej uwagi. Po drugie, ani odbiorca, ani też nadawca  nie są 
idealnymi komunikatorami – zawsze popełniają jakieś komunikacyjne błędy: a to w doborze 
bazy  wypowiedzi,  a  to  w  sposobie  jej  werbalnej  realizacji,  a  to  wreszcie  w  procesie 
rekonstrukcji  sensu.  Najpoważniejszą  przeszkodą  komunikacyjną  są  jednak  nieuchronne 
różnice  między  nadawcą  a  odbiorcą:  różnice  wiedzy,  doświadczeń,  preferowanych  strategii 

background image

 

28 

komunikacyjnych,  temperamentu  itp.  Ze  względu  na  te  różnice  nie  może  być  mowy  o 
idealnym porozumieniu. Ludzka komunikacja jest zawsze pewnym przybliżeniem, na ogół na 
tyle dobrym, że wystarcza nam do codziennego funkcjonowania. 
 

Jednak wyselekcjonowana baza wypowiedzi nadal nie jest treścią, którą można by „po 

prostu  u  brać  w  słowa”:  nadal  obejmuje  struktury,  które  z  trudem  poddają  się  procesowi 
werbalizacji (uczucia, obrazy), nadal też jest tak wielka, że jej werbalizacja zajmowałaby nam 
mnóstwo  czasu.  W  związku  z  tym  nadawca  dokonuje  kolejnej  selekcji:  wybiera  taki 
(niewielki)  fragment bazy  wypowiedzi, który  jego zdaniem dobrze reprezentuje całość; taki, 
który  zapewne  pozwoli  odbiorcy  zrekonstruować  jak  największą  część  całej  bazy 
wypowiedzi, a jednocześnie nie pozwoli mu odkryć tych elementów naszej bazy kognitywnej, 
które  chcielibyśmy  zachować  dla  siebie:  na  przykład  starannie  skrywanych  egoistycznych 
motywów naszego działania. Ten fragment bazy wypowiedzi, który jest wreszcie kandydatem 
do  werbalizacji,  nazwiemy  strukturą  głęboką  wypowiedzi.  Kandydatem  tylko,  bo  nadawca, 
zanim  go  ostatecznie  zwerbalizuje,  dokonuje  jeszcze  jednej  operacji:  werbalizuje  strukturę 
głęboką  wypowiedzi  na  próbę,  żeby  sprawdzić,  czy  da  się  ona  łatwo  zwerbalizować  i  czy 
„zabrzmi”  tak  jak  trzeba,  tzn.  czy  zostanie  (z  dużą  dozą  prawdopodobieństwa) 
zrekonstruowana  tak,  jakby  sobie  tego  nadawca  życzył.  Jeśli  nie  –  nastąpią  poprawki  lub 
nawet  selekcja  nowej  struktury  głębokiej  wypowiedzi  (a  czasem  nawet  porzucenie  zamiaru 
zabrania  głosu).  Jeśli  tak  –  struktura  zostanie  zrealizowana  językowo,  a  odbiorca  – 
skonfrontowany  z  tekstem.  A  zatem  już  produkcja  wypowiedzi  jest  procesem  o  charakterze 
probabilistycznym,  opartym  na  przewidywaniach,  przypuszczeniach,  znajomości  odbiorcy 
(lub tego typu odbiorców), próbach wczucia się w sytuację odbiorcy, postawienia się w jego 
miejscu i przeprowadzenia wnioskowania z jego punktu widzenia.  
 

Jak  to  możliwe  –  zapyta  nastawiony  sceptycznie  czytelnik,  że  nasza  codzienna 

komunikacja to proces tak złożony, wielopoziomowy i niepewny? Przecież porozumiewamy 
się  na  co  dzień  –  często  bez  większych  problemów.  Jak  to  możliwe,  że  zdążamy 
przeprowadzić te wszystkie operacje niemal błyskawicznie? Przecież najczęściej nie widzimy 
jakiegoś strasznego wysiłku  na twarzy rozmówcy  i  nie czekamy  na  jego wypowiedź dłużej 
niż kilka sekund. 
 

Odpowiedź  na  pytanie,  dlaczego  nie  zdajemy  sobie  na  ogół  sprawy  ze  złożoności 

procesu  komunikacji  jest  dość  prosta:  każdy  z  nas  uczy  się  komunikować  z  innymi  od 
najwcześniejszego dzieciństwa – jest to „kurs” niezwykle intensywny, a motywacja uczących 
się bardzo duża. W związku z tym po kilkunastu latach takiej nauki potrafimy przeprowadzać 
wiele z niezbędnych operacji mentalnych niemal automatycznie. Warto zresztą zauważyć, że 
zdolności  komunikacyjne,  o  których  była  mowa  powyżej  są  znacznie  trudniejsze  do 
opanowania  niż  sama  umiejętność  produkowania  długich,  poprawnych,  językowo 
skomplikowanych  tekstów.  Paroletnie  dziecko  potrafi  bardzo  sprawnie  wypowiadać  się  na 
różne  tematy,  ale  jego  umiejętności  komunikacyjne  są  znikome  –  często  nie  rozumie, 
dlaczego  ktoś  powiedział  to,  co  powiedział,  a  z  jego  własnych  wypowiedzi  nierzadko 
przezierają  prawdziwe  motywy  nim  kierujące,  których  dziecko  wcale  nie  chciało  nam 
zdradzić.  
 

Dlaczego  nasza  komunikacja  jest  tak  skomplikowana?  Bo  nie  może  być  prostsza. 

Prostszymi  metodami  komunikacji  mogą  posługiwać  się  małpy  czy  pszczoły,  których 
komunikacja  ogranicza  się  do  informowania  o  pożywieniu  i  zagrożeniu,  i  paru  innych 
podstawowych  potrzebach.  W  tak  ograniczonym  systemie  komunikacyjnym  każdy  sygnał 
może odpowiadać jednej konkretnej informacji. Ludzkie potrzeby komunikacyjne są zupełnie 
nieporównywalne, w związku z tym nie może być mowy o takiej jednoznaczności sygnałów 
komunikacyjnych,  a  tym  samym  komunikacja  zaczyna  przypominać  grę  o  bardzo 
skomplikowanych regułach. 

background image

 

29 

 

Nadawca  zadaje  sobie  tyle  trudu  –  pieczołowicie  selekcjonując  najlepszą  z  jego 

punktu  widzenia  wypowiedź,  ponieważ  od  tego bardzo  często  zależy  jego  życiowy  sukces. 
Nie  chodzi  tutaj  zresztą  wyłącznie  o  tak  dramatyczne  sytuacje  jak  egzamin  czy  rozmowa 
kwalifikacyjna; nawet w codziennych banalnych sytuacjach lepiej jest uchodzić za człowieka 
inteligentnego,  uczciwego,  sympatrycznego  i  dowcipnego,  bo  taka  opinia  na  dłuższą  metę 
ułatwia życie. Odbiorca mozoli się z rozszyfrowaniem komunikatu nadawcy, ponieważ jedną 
z  głównych  cech  naszego  umysłu  są  zasady  stałości  sensu  i  wysiłku  w  poszukiwaniu 
znaczenia. Wspominaliśmy już o reprezentacji sytuacji w umyśle nadawcy (i odbiorcy) tekstu. 
Taka reprezentacja sytuacji jest zresztą cechą każdego człowieka w każdej sytuacji – nie tylko 
w  sytuacjach  komunikacyjnych.  Nie  jest  to  oczywiście  jakiś  statyczny  obraz,  lecz  raczej 
mechanizm  nieustannie  skanujący  nasze  najbliższe  otoczenie,  selekcjonujący  te  jego 
elementy,  które  są  z  naszego  punktu  widzenia  istotne.  Stałość  sensu  polega  na  poczuciu 
przybliżonego zrozumienia, o co chodzi w danej sytuacji. Takie przybliżone rozumienie daje 
nam  poczucie  bezpieczeństwa  i  wystarcza  w  większości  typowych  codziennych  sytuacji. 
Jednak  w  okolicznościach  nietypowych  lub  w  sytuacji,  gdy  nie  potrafimy  osiągnąć  stałości 
sensu, reagujemy  włączeniem  mechanizmu poszukiwania znaczenia. Bodźcem  nie  musi  być 
skomplikowany  tekst  –  wystarczy  dźwięk,  którego  nie  potrafimy  sobie  wyjaśnić,  a  już 
rozważamy  kilka  hipotez  na  temat  jego  pochodzenia  i  znaczenia.  Doskonałą  ilustracją 
działania tego mechanizmu w kontekście komunikacyjnym  jest opisane wcześniej zdarzenie 
ze zdaniem „Bill ma czerwony samochód”. 
 
 
 

Jaka  jest  rola  tłumacza  w  tak  pojmowanym  procesie  komunikacji?  Tłumacz  jako 

odbiorca  tekstu  oryginalnego  wykonuje  podobne  operacje  do  tych,  które  są  udziałem 
„zwykłego”  odbiorcy,  to  znaczy  analizuje  struktury  powierzchniowe  tekstu,  stara  się 
dopasować  do  nich  odpowiednie  ramy  czasownikowe,  połączyć  je  w  typowe  sceny  i/lub 
scenariusze,  odkryć  różnice  między  nimi  a  tym,  co  zostało  zasugerowane  w  tekście, 
zastanowić się nad tym, dlaczego nadawca wyraził to, co zapewne chciał powiedzieć w taki 
właśnie sposób i na tej podstawie skonstruować swoją bazę wypowiedzi (która jego zdaniem 
pokrywać się będzie z bazą wypowiedzi nadawcy). Wielu zwykłych odbiorców w typowych 
sytuacjach komunikacyjnych na tym kończy swoją analizę, zadowalając się niskim poziomem 
stałości  sensu.  
Tłumacz  jednak  musi  drążyć  dalej:  na  podstawie  swojej  znajomości  innych 
tekstów,  na  podstawie  swojej  znajomości  kultury  języka  wyjściowego,  wiedzy  fachowej  na 
temat  opisywanych  faktów,  znajomości  strategii  komunikacyjnych  stosowanych  przez 
różnych  nadawców  w  różnych  sytuacjach  tłumacz  stara  się  zrekonstruować  możliwie  jak 
największą część bazy kognitywnej nadawcy tekstu, usiłuje postawić się w roli pierwotnych 
odbiorców tego  tekstu  i  ocenić  ich  zakres  zrozumienia  tekstu,  próbuje  wreszcie  oszacować 
miejsce  analizowanego  tekstu  na  mapie  znanych  mu  tekstów  w  języku  wyjściowym. 
Oczywiście wszystkie te operacje nie są procesem liniowym. Prędzej można by je porównać 
do spirali i to spirali w wielu miejscach zapętlonej: tłumacz musi niejednokrotnie wracać do 
niższych  poziomów  analizy,  na  przykład  wnioski  co  do  niewidocznych  przy  pierwszym 
czytaniu  intencji  autora  zmuszają  go  czasem  do  ponownego  przeanalizowania  pewnych 
struktur  powierzchniowych,  sprawdzenia,  dlaczego  pewne  ramy  czasownikowe  zostały 
zrealizowane w ten a nie inny sposób, dlaczego w pewnych scenariuszach brakuje tych a nie 
innych elementów itd.  
 

Gdy  tłumacz  jest  już  z  grubsza  zadowolony  ze  swojej  analizy  tekstu  wyjściowego, 

przystępuje  do  tworzenia  tekstu  przekładu.  W  tym  celu  wyobraża  sobie  przyszłych 
czytelników tego przekładu, stara się oszacować miejsce przewidywanego w najogólniejszym 
zarysie  tekstu  przekładu  na  mapie  tekstów  w  języku  docelowym,  porównuje  przewidywane 
rozumienie tekstu z tym,  jakie zapewne było udziałem czytelników oryginału  i  miejsca obu 

background image

 

30 

tekstów  na  obu  wymienionych  mapach.  Znowu  warto  poczynić  tu  zastrzeżenie  co  do 
chronologii wydarzeń. Próby tworzenia tekstu przekładu nie muszą następować po wszystkich 
opisanych powyżej analizach znaczenia oryginału. Obie te fazy procesu przekładu  mogą  na 
siebie nachodzić, pewne elementy tekstu mogą zostać przełożone  – na papierze lub tylko w 
głowie tłumacza – już w trakcie pierwszego czytania. W gruncie rzeczy zawodowi tłumacze 
cierpią nawet na pewne „skrzywienie zawodowe”: czytając tekst w języku obcym, chcąc nie 
chcąc  zastanawiają  się  nad  tym,  jak  go  przetłumaczyć,  które  elementy  będą  w  tłumaczeniu 
bardziej kłopotliwe od innych itp. Czytając tekst będący przekładem często próbują zgadnąć, 
jak  wyglądał  dany  fragment  oryginału,  a  czasem  nawet  bez  porównywania  z  oryginałem 
dostrzegają  błędy  przekładowe.  Zatem  niniejszy  opis  procesu  tłumaczenia  należy  rozumieć 
jako  pewną  idealizację:  staramy  się  uporządkować  to,  co  w  rzeczywistości  tak 
uporządkowane nie jest, żeby móc przedstawić w miarę jasny opis całego procesu. 
 

Ustalając  miejsce  tłumaczonego  tekstu  na  mapie  tekstów  języka  docelowego  i 

szacując  przyszłego  czytelnika  przekładu,  tłumacz  buduje  jednocześnie  pewien  model 
swojego  tłumaczenia,  który  obejmuje  model  świata  przedstawionego  w  tekście,  modalność 
tego  tekstu,  a  zatem  również  hierarchię  ważności  różnych  elementów  tłumaczenia.  Ten 
ogólny  model  przekładu  będzie  służył  tłumaczowi  za  drogowskaz,  decydując  o  wyborach 
podejmowanych w konkretnych miejscach, o kompromisach między tym, co pożądane a tym 
co możliwe, o wyborze mniejszego zła. Każdy tekst przekładu, podobnie jak każdy inny tekst 
(każdą naszą wypowiedź poprzedza kalkulacja dotycząca jej skuteczności), powstaje najpierw 
jedynie  hipotetycznie  –  na  próbę,  albo  w  głowie  tłumacza,  albo  na  papierze  czy  na  ekranie 
komputera.  Taki  próbny  tekst  jest  następnie  oceniany  z  punktu  widzenia  przewidywanego 
odbiorcy:  tłumacz  próbuje  wyobrazić  sobie,  jak  dany  fragment  zostanie  zrozumiany  przez 
projektowanego odbiorcę. Jeśli efekt nie jest zadowalający – przewidywana interpretacja nie 
zgadza się z modelem przekładu tłumacza – następuje jego rewizja.  
 

Właśnie dlatego tłumaczenie jest zadaniem tak trudnym. Proces tłumaczenia opiera się 

na  wielu  hipotezach,  wyobrażeniach,  przypuszczeniach.  Niemal  nic  nie  jest  w  nim 
stuprocentowo pewne. Tłumacz musi odgadnąć, co chciał powiedzieć autor tekstu, wyobrazić 
sobie, jak to zostało zrozumiane przez odbiorców oryginału, a następnie napisać taki tekst w 
drugim  języku,  który  zapewne  pozwoli  jego  odbiorcom  (których  musi  przewidzieć)  na 
interpretację  jak  najbardziej zbliżoną do  interpretacji odbiorców oryginału. Dlatego tłumacz 
musi  być  wyposażony  nie  tylko  w  sprawności  językowe,  ale  przede  wszystkim  w 
ponadprzeciętne sprawności komunikacyjne, których głównym elementem  jest stawianie  się 
w roli innych ludzi i wysiłek w poszukiwaniu sensu.  
 

Nie  należy  jednak  sądzić,  że  tłumaczenie  w  związku  z  tym  przypomina  wróżenie  z 

fusów.  Tłumacz  nie  jest  w  swojej  działalności  zupełnie  bezbronny  i  pozbawiony  pomocy. 
Główną  jego  siłą  są  (w  przypadku  tłumacza  profesjonalnego)  własne  wieloletnie 
doświadczenia tłumaczeniowe i wielowiekowe doświadczenia przekładowe całej ludzkości.  
 

W  tym  miejscu  jeszcze  raz  chciałbym  przypomnieć,  że  powyższy  opis  jest  pewną 

idealizacją.  Nie  zamierzam  twierdzić,  że  każdy  przypadek  tłumaczenia  będzie  wyglądał 
dokładnie tak, jak to zostało opisane. W gruncie rzeczy sugerowaliśmy już nawet, że możliwe 
są  inne  drogi.  Zanim  nastąpi  poważniejsza,  głębsza  analiza,  mogą  już  powstać  pewne 
fragmenty  przekładu  w  wyniku  procedury,  którą  w  tej  książce  nazywamy  tłumaczeniem 
syntagmatycznym  –  terminy  mogą  być  zastąpione  ich ekwiwalentami w  języku docelowym, 
pewne stereotypowe zwroty i typowe struktury zdaniowe mogą zostać zrealizowane w języku 
docelowym za pomocą wyuczonych odpowiedników. W przypadku tekstów stereotypowych, 
opartych na powtarzających się konwencjonalnych formułach taka procedura tłumaczeniowa 
może nawet dominować, a w wyniku jej zastosowania mogą powstawać zupełnie poprawne 
tłumaczenia (czego przykładem  są teksty  meteorologiczne tłumaczone przez komputer). Do 
procedury tej tłumacz odwołuje się także w przypadkach skrajnych – kiedy nie może dokonać 

background image

 

31 

dalszej  analizy tekstu, kiedy  brakuje  mu czasu  i  pomocy. W takiej właśnie  sytuacji powstał 
prezentowany  wyżej  wariant  A  przekładu  tekstu  o  praniu  (rozdział  1),  który  w  niniejszym 
modelu procesu tłumaczenia  nazwalibyśmy tłumaczeniem  syntagmatycznym (z odwołaniem 
do poziomu ram czasownikowych). 
 

Nie  sądzę  też,  żeby  wprawny  tłumacz  tekstu  specjalistycznego  musiał  spędzać 

wyjątkowo  dużo  czasu  na  ustalaniu  miejsca  tłumaczonego  tekstu  na  mapie  wszystkich 
znanych mu tekstów języka docelowego, czy na przewidywaniu predyspozycji psychicznych 
odbiorców tłumaczenia. Myślę, że w takich przypadkach te elementy procesu przekładu są w 
dużej  mierze  zautomatyzowane  i  ograniczone  do  utwierdzenia  się  w  przekonaniu,  że 
odbiorcami tekstu będą, jak zwykle, fachowcy z tej dziedziny i że tekst po przełożeniu będzie 
dla tych fachowców zrozumiały. Twierdzę natomiast, że w tej czy w innej postaci wszystkie 
opisane  wyżej  elementy  procesu  tłumaczenia  będą  obecne  w  ogromnej  większości  aktów 
przekładu dokonywanych przez profesjonalnych tłumaczy. 
 
 
 

Konsekwencją  przedstawionego  tu  modelu  procesu  tłumaczenia  są  pewne  uściślenia 

pojęcia ekwiwalencji, które musimy teraz poczynić. O ekwiwalencji można mówić jedynie na 
poziomie  interpretacji tekstu w umysłach odbiorców oryginału  i odbiorców przekładu. Jeśli 
używamy  sformułowań  typu  „te  teksty  (lub  te  fragmenty  tekstu)  są  ekwiwalentne”,  to 
dokonujemy daleko posuniętego skrótu myślowego.: chcemy w ten sposób powiedzieć, że  – 
naszym zdaniem lub na podstawie badań pewnych grup odbiorców  – dany tekst oryginału  i 
jego  przekład  wywołują  podobne  interpretacje  w  umysłach  swoich  odbiorców,  a  zatem 
skłaniają ich do odtworzenia stosunkowo podobnych ram czasownikowych, scen, scenariuszy 
składających  się  na  bazę  całej  wypowiedzi,  do  zbudowania  podobnego  modelu  świata 
przedstawionego  w  tekście,  odwołania  się  do  podobnych  elementów  wiedzy  o  świecie, 
podobnego  odczytania  modalności  tekstu.  Powtórzmy,  mamy  na  myśli  stosunkowe 
podobieństwo, a zatem stwierdzamy, że  interpretacje  nie odbiegają od siebie zbyt daleko, a 
jeszcze  częściej  sugerujemy  w  ten  sposób,  że  inne  rozwiązania  tłumaczeniowe,  jakie 
przychodzą nam do głowy, byłyby gorsze, a w każdym razie nie lepsze. Tylko tyle i aż tyle, 
bo  przecież  każdy  krytyk  tłumaczenia  powinien  mieć  pojęcie  o  możliwościach  i 
ograniczeniach  przekładu,  powinien  mieć  doświadczenie  w  porównywaniu  przekładów  z 
oryginałami, wiedzę o typie tekstu, jaki podlega ocenie, obu językach, obu kulturach itd. 
 

Wielokrotnie już podkreślaliśmy, że tworząc tekst przekładu, tłumacz – świadomie lub 

nieświadomie  –  musi  wziąć  pod  uwagę  adresata/adresatów  tego  tekstu.  Piszemy  „musi”, 
ponieważ  zakładamy,  że  żaden  tekst,  któremu  przyświecają  cele  komunikacyjne,  nie  może 
powstać  bez  jakiegoś  obrazu  odbiorcy.  W  przypadku  profesjonalnego  tłumaczenia  tekstów 
prasowych  i  literackich,  którymi  ilustrujemy  nasze  rozważania,  reprezentacja  odbiorcy 
decyduje o ostatecznym kształcie przekładu, choć sam odbiorca nie jest tłumaczowi znany z 
imienia  i  nazwiska.  Jak  zatem  może  wyglądać  przewidywany  przez  tłumacza  odbiorca 
przekładu? 
 

Zdaniem  H.J.  Vermeera,  ponieważ  ludzie  różnią  się  od  siebie  znacznie  poziomem 

inteligencji  i  wykształcenia,  tłumacz  musi  kierować  swój  przekład  do  pewnej  ograniczonej 
grupy odbiorców. Uważa on, że tłumacz często przyjmuje za punkt odniesienia  swój własny 
poziom (tak jak sam go ocenia), innymi słowy, tłumacz zakłada, że „odbiorcy są (niemal) tak 
inteligentni”  jak  on  sam  (Vermeer  1989/2000:  227).  Vermeer  dodaje,  ze  potencjalnych 
odbiorców  przekładu  należałoby  interpretować  nie  jako  określoną  grupę,  lecz  raczej  jako 
pewien typ (Vermeer 1989/2000: 227). 
 

Problem  reprezentacji  odbiorcy  w  procesie  przekładu  został  potraktowany  bardziej 

szczegółowo  przez  J.  Brzozowskiego  (2001).  Brzozowski  przytacza  określenia  stosowane 
przez  licznych  autorów,  takie  jak  czytelnik  wirtualny,  czytelnik  implikowany,  czytelnik 

background image

 

32 

modelowy,    po  czym  sam  –  w  przypadku  tłumaczenia  –  opowiada  się  za  sformułowaniem 
czytelnik projektowany, ponieważ jego zdaniem „tłumacz zwykle bardziej aktywnie, bardziej 
świadomie  kreuje  obraz  swojego  czytelnika”  (Brzozowski  2001:  61).  Brzozowski  cytuje  L. 
Hewsona, który twierdzi, że tłumacz ma przed oczami: 
 

Z jednej strony obraz czytelnika „minimalnego”, któremu trzeba wszystko wyjaśnić; z drugiej 
strony obraz czytelnika-eksploratora, zdolnego posunąć się bardzo daleko w procesie lektury 
obcojęzycznego tekstu (Hewson 1995: 156 cyt. Za Brzozowski 2001: 62). 
 

 

Krytykując Hewsona za to, że sprowadza cały problem czytelnika projektowanego do 

ilości dostarczonych czytelnikowi informacji natury kulturowej, Brzozowski – jak się wydaje 
– przyjmuje jednak w dalszych rozważaniach dwubiegunową koncepcję tego autora (zob. np. 
2001:  65).  Brzozowski  dodaje  też  ciekawe  spostrzeżenie  na  temat  możliwej  interferencji 
obrazu  czytelnika  i  redaktora,  „łącznie  z  możliwymi  bezpośrednimi  naciskami”  tego 
ostatniego (Brzozowski 2001: 62). 
 

Sądzę,  że  dwubiegunowa  koncepcja  czytelnika  projektowanego  dobrze  pasuje  do 

przedstawionych w niniejszej książce założeń teoretycznych. Można przyjąć, że profesjonalny 
tłumacz  tekstów  prasowych  i  literackich  weźmie  pod  uwagę  przy  projektowaniu  decyzji 
przekładowych  zarówno  czytelnika  minimalnego,  jak  i  eksploratora.  Oczywiście  w 
przypadku  popularnych  tekstów  prasowych  (i  zapewne  popularnej  literatury)  przeważać 
będzie  reprezentacja  czytelnika  minimalnego,  rozumianego  jako  najmniej  wyrobionego  i 
wykształconego  spośród tych,  którzy  –  zdaniem  tłumacza  –  mogą  sięgnąć  po  daną  lekturę. 
Nie  oznacza  to  jednak,  że  przekładając  takie  teksty  tłumacz  może  przestać  przejmować  się 
drugim  biegunem  czytelniczego  spektrum.  Po  pierwsze,  po  popularny  artykuł  prasowy  czy 
popularną  powieść  sięgnąć  może  również  czytelnik  bardzo  wyrobiony,  znający  język 
oryginału  i  kulturę  wyjściową,  a  po  drugie,  należy  pamiętać  o  wspomnianym  wyżej 
zastrzeżeniu  Brzozowskiego  na  temat  interferencji  obrazu  czytelnika  i  redaktora.  Tłumacz 
zawsze  jest  na  cenzurowanym  –  w  normalnych  warunkach  (tj.  w  porządnych 
wydawnictwach) tekst przekładu będzie uważnie czytany przez redaktora, który z reguły jest 
polonistą, tj. specjalistą w dziedzinie  języka docelowego, a często też zna język wyjściowy, 
może  więc  również  wychwycić  błędy  w  zakresie  ekwiwalencji.  Przyjmiemy  zatem,  że 
reprezentacja  odbiorcy,  jaką  posługuje  się  profesjonalny  tłumacz,  składa  się  zawsze  z 
pewnego kontinuum czytelników, którego wyrazistymi biegunami są czytelnik minimalny, nie 
znający języka wyjściowego, niezbyt wyrobiony i słabo wykształcony i czytelnik-eksplorator, 
dodatkowo  wyposażony  w  cechy  złośliwego  redaktora  lub  krytyka  z  upodobaniem 
wychwytującego wszelkie potknięcia tłumacza.  
 

W  sytuacji  szkoleniowej  niezwykle  trudno  jest  uzmysłowić  przyszłym  tłumaczom 

wagę  tego  problemu  –  identyfikowania  się  z  hipotetycznym  odbiorcą  przekładu  w  trakcie 
tłumaczenia.  Wynika  to  ze  sztuczności  warunków  nauczania.  Studenci  automatycznie 
przyjmują, że tłumaczą dla prowadzącego zajęcia  – przecież nikt poza nim nie będzie czytał 
ich tłumaczeń, a co za tym idzie, nieświadomie zakładają znajomość oryginału przez odbiorcę 
tekstu. Aby uświadomić im znaczenie tego elementu procesu tłumaczenia, często zaczynałem 
kurs od tłumaczenia tekstu zawierającego elementy, których poprawny przekład wyjątkowo 
wyraźnie  zależy  od  wyobrażenia  sobie  sytuacji  odbiorcy.  Przykładem  takiego  tekstu  może 
być  Putting  Kitty‟s  Typing  on  Pause,  w  którym  opisywany  jest  program  komputerowy 
reagujący na… kota spacerującego po klawiaturze komputera. W tekście podana jest nazwa 
programu  –  PawSense  –  strona  internetowa,  na  której  można  go  znaleźć,  opisane  jest  też 
działanie  programu,  który  rozpoznaje  „kocie  pisanie”  i  blokuje  klawiaturę  –  aby  ją 
odblokować, trzeba  wpisać  słowo  „human”.  Wielu  studentów  z  rozpędu  próbuje  tłumaczyć 
nazwę PawSense i zastępuje słowo „human” polskim odpowiednikiem „człowiek”. W takich 

background image

 

33 

przypadkach  polecam  studentom,  postawić  się  w  roli  różnych  możliwych  odbiorców  ich 
przekładu. Co będzie, jeśli któryś z czytelników zechce nabyć ów program? Jeśli nie podamy 
mu  oryginalnej  nazwy  PawSense,  to  przecież  nie  znajdzie  programu  w  Internecie. 
Przypuśćmy jednak, że udało mu się go kupić. Po klawiaturze spaceruje kot, program blokuje 
klawiaturę, biedny użytkownik wpisuje hasło „człowiek” i… nic. Wszak prawdziwym hasłem 
jest wyraz „human”! Zauważyłem, że po takiej lekcji studenci zaczynają zastanawiać się nad 
tym, do kogo może być adresowany dany tekst, a czasem nawet próbują stawiać się w sytuacji 
odbiorcy swojego tłumaczenia. 
 

Do  roli  czytelnika  projektowanego  w  procesie  przekładu  wracamy  oczywiście 

wielokrotnie  w  trakcie  kursu  tłumaczenia  pisemnego,  niemal  przy  każdym  tłumaczeniu,  ale 
kolejnym tekstem dołączonym do korpusu tekstów przekładowych specjalnie pod tym kątem 
jest  Prison  Tales.  Pojawiał  się  na  nieco  późniejszym  etapie  kursu,  ponieważ  problem 
tłumaczeniowy, jaki trzeba rozwikłać w trakcie jego przekładu jest znacznie bardziej złożony. 
Jak  zwykle  proszę  studentów  o  przetłumaczenie  tego  tekstu,  a  dopiero  potem  zadaję  im 
pytanie, czy są w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której rzeczywiście ktoś zamawia u nich 
tłumaczenie  takiego  tekstu.  Problem  polega  na  tym,  że  Prison  Tales  to  krótki  tekst  z 
Newsweeka,  który  pojawił  się  po  śmierci  Gustawa  Herlinga-Grudzińskiego.  Oczywiście  nie 
mógłby  on  spełniać  roli  wspomnienia  o  pisarzu  w  polskiej  prasie:  jest  na  to  zbyt  krótki  i 
ogólnikowy, zawiera informacje polskiemu czytelnikowi zbędne, a ponadto jego konstrukcja 
zupełnie  nie przypomina polskich tekstów tego typu (wspomnienia o wybitnych  ludziach w 
polskiej prasie zaczynają się zwykle od informacji o śmierci, a potem przedstawiają życiorys 
zmarłego). Zatem żeby uzasadnić potrzebę tłumaczenia tego akurat tekstu, trzeba wymyślić 
sytuację  dość  niezwykłą,  na  przykład  wyobrazić  sobie,  że  jakaś  polska  gazeta  postanowiła 
pokazać  swoim  czytelnikom,  co  pisano  w  różnych  krajach  świata  po  śmierci  wybitnego 
polskiego  pisarza.  Byłaby  to  zatem  sytuacja  opisywana  przez  J.  Mouse  (1977)  jako  „over 
translation” – tłumaczenie, które nie próbuje udawać tekstu powstałego w języku docelowym, 
ale  od  razu  manifestuje  swoją  przekładowość  (podobną  koncepcję  –  pod  inną  nazwą  – 
przedstawił  też  J.  Levy  1963).  Warto  zauważyć,  że  jest  to  sytuacja  niezwykle  rzadka, 
związana z faktem, że tłumaczymy z angielskiego na polski tekst o Polaku. Szczerze mówiąc, 
tylko w przypadku tego tekstu – celowo zresztą wybranego do korpusu tekstów jako przykład 
dość  ekstremalnej  sytuacji  przekładowej  –  widzę  potrzebę  zapoznania  moich  studentów  z 
koncepcją skoposu (zob. rozdział 3) i koncepcją „overt” i „covert translation”.  
 
 
 

Dla zilustrowania powyższych rozważań dotyczących komunikacji językowej w ogóle 

i  tłumaczenia  w  szczególności  przeanalizujmy  przykładowy  tekst  prasowy  używany  przeze 
mnie na zajęciach z tłumaczenia: 
 

The Mouse That Roared 
 

At works by 17

th

-century masters. Castles. Country estates and 430.000 acres of prime 

real  estate.  These  are  among  the  treasures  confiscated  by  German  forces  occupying 
Czechoslovakia during World War II. Berlin wants to return them to their rightful owners, the 
Czechs, as war reparations. But there‟s one (very) small hitch: Liechtenstein, that eyeblink on 
the  autobahn,  haven  for  dodgy  dollars  and  old  European  nobility.  Many  of  the  assets  in 
question were owned by its citizens – and the tiny kingdom wants the wealth back. 
 

No way, a German court declared three years ago. The properties are most definitely 

German  ,  it  ruled,  because  Liechtensteiners  living  in  the  Czech  lands  of  yore  were  “ethnic 
Germans”. Oh, the Sturm und Drang that has occasioned. Last week Liechtenstein filed suit 
against Germany in the International Court of Justice in The Hague claiming its “sovereignty” 
has  been  violated  and  demanding  compensation,  if  not  the  contested  assets  themselves. 

background image

 

34 

Liechtenstein  has  mustered  all  its  big  guns  for  the  fray.  Its  foreign  minister  came  to  The 
Hague armed with  four of Europe‟s  most expensive  lawyers. Even  its  head of  state, Prince 
Hans-Adam  II,  has  girded  his  loins  for  battle  –  after  discovering  one  of  his  family‟s  lost 
paintings  in  Cologne. The case  has taken 50  years to come about. No doubt it will take that 
many more to resolve. 

 

Zrozumienie  powyższego  tekstu  (krótkiego  tekstu  prasowego  na  temat  sporu 
międzynarodowego) wymaga rozszyfrowania następujących elementów: 
 
1. Schemat fabularny 
 

N zabrał  C ogromne  bogactwa. Teraz chce  je  zwrócić (wyszlachetniał?). Ale wtrąca 

się L i twierdzi, że też ma prawa do (części) bogactw. Przedstawiciel N odmawia L praw do 
bogactw  i  uzasadnia  (because  the  Liechtensteiners  living  in  the  Czech  lands  of  yore  were 
„ethnic Germans”). Decyzja I jej uzasadnienie wywołują gwałtowną reakcję L. L skarży N do 
sądu, stawia konkretne żądania I przygotowuje się do walki o ich realizację – reprezentować 
go  będą  “foreign  ministers  +  4  lawyers”  oraz  “head  of  state”  )ma  dodatkowy  powód 
rodzinny). 
 
K o m e n t a r z  
 

Tekst odwołuje się do paru znanych scenariuszy – m.in. scenariusza wojny, okupacji i 

problemów  powojennych,  scenariusza  sporów  międzynarodowych,  scenariusza  procesu 
sądowego – a także paru znanych schematów: ludzie pragną bogactw i zwykle są skłonni o 
nie walczyć, państwa zachowują  się  jak  ludzie, mały człowiek często robi dużo szumu (tak 
jak mały piesek najgłośniej szczeka). 
 

Większość  czytelników  (zarówno  anglo-,  jak  i  polskojęzycznych)  wie,  że  okupanci 

nierzadko przywłaszczają sobie dobra w okupowanym kraju, część z nich wywożą, wycofując 
się  z  tego  kraju.  Zdarza  się  czasem,  że  pokonany  okupant  zmuszony  jest  do  zapłacenia 
reparacji  i/lub  zwrotu  zagrabionych  dóbr.  W  skomplikowanej  historii  Europy  Środkowej 
ustalenie praw własności jest często zadaniem bardzo trudnym.  
 

Sądy  uciekają  się  czasem  do  dość  zawiłych  konstrukcji  logicznych,  by  uzasadnić 

swoje wyroki. Sprawy, w których stronami są państwa, bywają rozpatrywane przez trybunały 
międzynarodowe. Nie jest obojętne, kto będzie reprezentował stronę przed sądem – im lepszy 
prawnik, tym większa szansa wygranej, ale dobrzy prawnicy są zwykle drodzy. 
 
2. Wiedza o świecie 
 

Oprócz  znajomości  powyższych  schematów  i  scenariuszy,  do  zrozumienia  tekstu 

potrzebne są bardziej konkretne elementy wiedzy o świecie: 
The Mouse that Roared to tytuł filmu brytyjskiego z 1959 r., zabawnej komedii o Wielkim  

księstwie Fenwick, które wypowiedziało wojnę Stanom Zjednoczonym.  Film ten  był 
wyświetlany w polskich kinach pod tytułem Mysz, która ryknęła. 

Dzieła XVII-wiecznych mistrzów są bardzo cenne. 
Akr to miara powierzchni używana w krajach anglosaskich; 1 akr = 0,405 hektara. 
W  czasie  II  wojny  światowej  Niemcy  okupowały  Czechosłowację;  obecnie  nie  ma  już 

Czechosłowacji  –  w  tekście  mowa  o  Czechach,  bo  większość  zagrabionych  dóbr 
pochodziła stamtąd (Słowacja przez pewien czas współpracowała z Niemcami). 

Berlin to stolica Niemiec; tu w znaczeniu „władze Niemiec”. 
Liechtenstein – księstwo w Europie, język urzędowy – niemiecki. 
Niektórzy  obywatele  Liechtensteinu  (lub  ich  przodkowie)  mieszkali  niegdyś  w  Czechach; 

chodzi  tu  prawdopodobnie  o  rody  arystokratyczne,  które  zapewne  posiadały  spore 
bogactwa. 

background image

 

35 

Sturm und Drang – „nurt w literaturze niemieckiej od poł. Lat 70. do drugiej poł. Lat 80. 

XVIII  wieku;  kształtował  się  w  opozycji  do  etyki  protestanckiego  mieszczaństwa, 
racjonalizmu oświecenia i francuskiego klasycyzmu; odegrał tę samą rolę co przełom 
romantyczny w innych krajach (NLPWN) 

The Hague – Haga. 
Cologne – Kolonia. 
The  International  Court  of  Justice  in  The  Hague  –  po  polsku  Międzynarodowy  Trybunał 

Sprawiedliwości  w  Hadze,  “organ  sądowy  ONZ  rozstrzygający  spory  między 
państwami…” (NLPWN). 

Sovereignty  –  suwerenność  “niezależność  państwa  od  wszelkiej  władzy  w  stosunkach  z 

innymi  państwami  I  organizacjami  międzynarodowymi  […]  oraz  samodzielność  w 
regulowaniu spraw wewnętrznych…” (NLPWN). 

 
3. Struktura tekstu 
 

Wyliczenie  elementów,  które  na  pierwszy  rzut  oka  łączy  tylko  to,  że  są  cenne. 

Wyjaśnienie, dlaczego zostały wyliczone: łączy je jeszcze to, co się z nimi stało w przeszłości 
(„these are”),  i to, co chcą z nimi zrobić Niemcy teraz („them”. Przeszkoda („but there‟s”), 
dwukropek  i  nazwa  przeszkody:  Liechtenstein.  Charakterystyka  Liechtensteinu  („that…”). 
Dlaczego  się  sprzeciwia  (odbiorca  oczekuje  wyjaśnienia;  z  pierwszą  częścią  tekstu 
wyjaśnienie to łączy  „many of the assets  in question”  i ewentualnie  „the wealth”). Decyzja 
niemieckiego  sądu  (skoro  mieliśmy  już  propozycję  Niemiec  i  sprzeciw  Liechtensteinu,  to 
teraz spodziewamy się reakcji Niemiec) – przy okazji dowiadujemy się, że sprawa ciągnie się 
już co najmniej od trzech lat – i uzasadnienie DECYZJI. REAKCJA Liechtensteinu (znowu 
połączona  z  poprzednimi  elementami  raczej  na  zasadzie  oczekiwań  odbiorcy  i  jego 
znajomości struktury typu: „ktoś powiedział coś kontrowersyjnego – ale się rozpętała burza!”) 
– uzasadnienie i uszczegółowienie reakcji (okazuje się, że „Sturm und Drang oznacza w tym 
wypadku  „filing  suit”,  „claiming  that…”  i  „demanding  something”).  Osoby  po  stronie 
Liechtensteinu,  które  będą  się  angażować  w  spór  (wprowadzone  idiomem  z  „its  big  guns” 
połączone  z  poprzednimi  dwoma  zdaniami  za  pomocą  „the  fray”  –  przedimek  określony 
oznaczający informację daną oraz metaforyczne określenie konfliktu). Wyjaśnienie motywów 
księcia  (myślnik  i  „after”.  Zdanie  podsumowujące  („the  case”  najprawdopodobniej  nie 
dotyczy  sprawy  sądowej,  lecz  całego  opisanego  konfliktu).  Przewidywania  autora  co  do 
rozwiązania problemu („it” odnosi się do „the case” z poprzedniego zdania). 
 
K o m e n t a r z 
 

Tekst zaczyna  się od wyliczenia  bogactw, bo ludzie  lubią czytać o  bogactwach. Nie 

można jednak zbyt długo zwlekać z wyjaśnieniem, o jakie bogactwa chodzi i dlaczego się o 
nich  pisze,  bo  czytelnik  się  zniechęci.  Dalej  następuje  opis  wydarzeń  (ułożony  na  zasadzie 
„akcja  –  reakcja”),  przerywany  krótkimi  uzasadnieniami  i  wyjaśnieniami.  Autor  w  krótki  i 
lekki  sposób  wyjaśnia,  co  to  jest  Liechtenstein,  bo  obawia  się,  że  nie  wszyscy  czytelnicy 
wiedzą (natomiast dłuższe i poważniejsze wyjaśnienia mogłyby ich znudzić). Historia kończy 
się w punkcie kulminacyjnym – dalszy przebieg konfliktu nie jest jeszcze znany, więc autor 
wyraża swoje przypuszczenia. 
 
4. Środki stylistyczne 
* Aluzja do filmu The Mouse that Roared – mrugnięcie okiem do tych, którzy film widzieli, a 
dla tych, którzy go nie znają, dość przejrzysta  metafora (mysz symbolizuje coś  malutkiego, 
słabego  i  nieważnego, ryk przystoi raczej  lwu);  jednocześnie  element komiczny:  myszy  nie 
ryczą. 

background image

 

36 

*  Wyliczanka  na  początku  –  równoważniki  zdań,  które  mają  pokazać  ogrom  bogactw  i 
zaintrygować czytelnika. 
*  Metafora:  „that  eyeblink  on  the  autobahn”;  autor  żartobliwie  sugeruje,  że  przez 
Liechtenstein  można  przejechać  autostradą  w  czasie  potrzebnym  do  mrugnięcia  okiem  (a 
zatem w ogóle go nie zauważyć); „eyeblink” nawiązuje do idiomu „In the blink o an eye”  – 
bardzo  szybko;  wyraz  „autobahn”  zamiast  „highway”,  bo  Liechtenstein  jest  krajem 
niemieckojęzycznym. 
* „One (very) small hitch” – idiom, uzupełniony o słówko „very” w nawiasie, ma podkreślać 
znikome rozmiary księstwa. 
* Inne  idiomy:  „haven [bezpieczna przystań, wymarzone  miejsce; tu użyte  ironicznie)  for”, 
„Sturm  und  Drang”  (w  omawianym  tekście  sformułowanie  to  nie  ma  nic  wspólnego  z 
niemieckim nurtem literackim, a oznacza tyle, co „burza, zamieszanie” i zostało wybrane m. 
In. Dlatego, że mowa tu o dwóch państwach niemieckojęzycznych; „mustered all its big guns 
for  the  fray”,  „armed  with”,  „girded  his  loins  for  battle”  –  te  trzy  idiomy  nawiązują  do 
metafory  „spór  to  wojna”  (zob.  Lakoff  i  Johnson  1980);  w  kontekście  nierównych  sił 
przeciwników mają dodawać tekstowi żartobliwości; idiom „girded his loins for battle” brzmi 
ponadto nieco archaicznie (zob. też podrozdział o tłumaczeniu idiomów w rozdziale 6). 
* Epitety: 
„dodgy dollars” – podejrzane dolary, sugeruje, że księstwo nie cieszy się najlepszą opinią; 
„Tiny Kingom” – kontrast pomiędzy poważnym słowem „Kingom” a wyrazem „tiny”; 
„”most expensive lawyers” – drodzy prawnicy są zwykle dobrzy, można więc się spodziewać  

długiego procesu; 

„prime real estate” – podkreśla wartość posiadłości; 
„rightful owners” – autor z góry wyklucza prawa kogokolwiek innego do wymienionych   

dóbr; 

* Zdanie – „Oh the Sturm und Drang that has occasioned” jest wysoce nacechowane – typowe 
byłoby  tu  zdanie  składające  się  z  podmiotu,  orzeczenia  i  dopełnienia,  na  przykład  jakiś 
odpowiednik  polskiego  “decyzja  sądu  wywołała  burzę”;  zamiast  tego  autor  posługuje  się 
równoważnikiem  zdania  składającym  się  z  rozbudowanej  grupy  rzeczownikowej; 
charakterystyczne  jest  też  użycie  wykrzyknika  „oh”,  wyszukanego  wyrażenia  „Sturm  und 
Drang” i dość rzadko używanego czasownika „occasion” – wszystko to ma wyrażać ironiczny 
stosunek autora do opisywanej sprawy. 
 
5. Modalność tekstu (nastawienia autora) 
 

Dominującą  nutą  jest  ironia,  zwłaszcza  w  odniesieniu  do  Liechtensteinu:  autor 

podkreśla  jego  niezwykle  małe  rozmiary,  anachronizm  („haven  for  old  European  nobility”, 
„even  its  head  of  state,  prince  Hans-Adam  II”),  podejrzaną  reputację  („haven  for  dodgy 
dollars”), kontrast między „znikomością” państwa i jego anachronizmem a pełna oburzenia, 
gwałtowną  reakcją  –  paralele  z  Wielkim  Księstwem  Fenwick  z  komedii  filmowej  („Mouse 
that roared”, „Oh the Sturm und Drang that has occasioned”, „has mustered all its big guns for 
the fray”, „armed with four lawyers”, „girded his loins battle”). Autor bierze też w cudzysłów 
wyraz „Sovereignty” sugerując jakby, że tak mały kraj nie powinien używać tak poważnych 
wyrazów,  ewentualnie,  że  w  przypadku  tak  małego  kraju  nie  można  naprawdę  mówić  o 
suwerenności. 
 

Autor  p0okpiwa  również  z  wyroku  sądu  niemieckiego,  używając  najpierw  zamiast 

oficjalnego  sformułowania  wyroku  potocznego  „no  way”,  zdecydowanie  nie  pasującego  do 
powagi sądu, a następnie nieco archaicznego wyrażenia „of yore” w uzasadnieniu wyroku. 
 

W  ostatnich  zdaniach  zaznacza  się  sceptycyzm  autora  co  do  możliwości  rychłego 

rozwiązania sporu. 
 

background image

 

37 

P r o b l e m y   t ł u m a c z e n i o w e: 
1.  Tytuł.  Tłumacz  powinien  dotrzeć  do  źródła  tego  sformułowania  (tytuły  anglojęzycznych 
filmów wraz z obsadą, streszczeniem i innymi informacjami można odnaleźć, na przykład w: 
Leonard Maltin‟s Movie and Video Guide,  Sygnet 1995), a następnie  sprawdzić, pod jakim 
tytułem ten film był wyświetlany w Polsce. Oczywiście można tytuł artykułu przetłumaczyć 
nie  wiedząc  nic  o  filmie  –  metafora  i  tak  będzie  przejrzysta  –  ale  ze  względu  na  to,  że 
niektórzy odbiorcy przekładu mogą ten film pamiętać, najlepiej byłoby użyć polskiego tytułu 
filmu: Mysz, która ryknęła, a nie, na przykład: „Mysz, która zaryczała”. 
2.  Tekst  The  Mouse  That  Roared  zawiera  kilka  nielogiczności.  Po  pierwsze:  wojska 
niemieckie  mogły  skonfiskować  zamki,  ziemie  i  posiadłości,  ale  nie  bardzo  widzę,  jak 
mogłyby  wywieźć  je  z  Czech,  w  związku  z  tym  trudno  przypuszczać,  żeby  teraz  Niemcy 
rzeczywiście mówili o zwracaniu nieruchomości. Zatem z całej efektownej listy do zwracania 
pozostają  jedynie  „dzieła  siedemnastowiecznych  mistrzów”.  Po  drugie,  nie  można  zwracać 
właścicielowi  tego,  co  mu  się  prawnie  należy  i  jednocześnie  twierdzić,  że  jest  to 
odszkodowanie. Po trzecie: Liechtenstein nie jest królestwem lecz księstwem. 
3. Niewielu Polaków wie, jak przeliczać akry na obowiązujące w Polsce miary powierzchni. 
W  związku  z  tym  „430,000  acres”  należałoby  chyba  przeliczyć  na  hektary.  Nie  można  też 
zapominać, że po polsku przecinków i kropek w liczbach używa się akurat odwrotnie niż po 
angielsku. 
4.  Zgrabna  metafora  „eyeblink  on  the  autobahn”  jest  dość  trudna  do  przełożenia  – 
„mrugnięcie  okiem  na  autostradzie”  jest  zdecydowanie,  a  mówieniowe  „kraj,  przez  który 
można  przejechać  autostradą  w  mgnieniu  oka”  –  długie  i  nieśpieszne.  Lepiej  więc  może 
zrezygnować z oryginalnego obrazu i dowcipu i napisać „ten punkcik na mapie (Europy)”? 
5.  „…haven  for  dodgy  dollars  and  old  European  nobility”.  Po  polsku  nie  można  łączyć  za 
pomocą  “i”  tak  równych  elementów  jak  dolary  i  arystokracja,  trudno  też  wymyślić  jeden 
ekwiwalent  słowa  „haven”,  który  pasowałby  zarówno  do  dolarów,  jak  i  do  arystokracji 
(schronienie,  przystań,  raj  dla  dolarów,  nie  brzmią  zbyt  dobrze  –  po  polsku  tego  typu 
wyrazów  używa  się  raczej  w  odniesieniu  do  ludzi);  a  zatem  trzeba  będzie  zapewne  użyć 
dwóch  różnych  rzeczowników  zamiast  jednego  angielskiego  „haven”,  lub  zastąpić 
sformułowanie  „dodgy  dollars”  na  przykład  „podejrzanymi  biznesmenami”.  Ponadto, 
sformułowanie „haven for dodgy dollars” prowokuje niektórych niedoświadczonych tłumaczy 
do  używania  takich  sformułowań,  jak  „brudne  pieniądze”  czy  nawet  „pralnia  brudnych 
dolarów”.  Takie  rozwiązanie  przekładowe  może  być  niezmiernie  niebezpieczne:  pranie 
brudnych  pieniędzy  jest  przestępstwem  w  świetle  prawa  międzynarodowego,  zatem 
niefortunny tłumacz lub jego wydawca  – gdyby tłumaczenie ukazało się w prasie  – mógłby 
zostać  pozwany  do  sądu  przez  władze  państwa  Liechtenstein.  (o  tym,  jak  wielka  jest 
odpowiedzialność  tłumaczy  za  słowo,  zwłaszcza  w  kwestiach  międzynarodowych, 
przypomnieliśmy  sobie  niedawno  w  związku  z  tłumaczeniem  wypowiedzi  A. 
Kwaśniewskiego:  „byliśmy  zwodzeni”  na  angielskie  „we  were  taken  for  a  ride”.  Trzeba 
przyznać, że tłumacz, który wybrał takie rozwiązanie, wykazał się dużym brakiem wyobraźni 
i odpowiedzialności). 
6.  „Sturm  und  Drang”.  Wielu  Polaków  zna  określenie  „Sturm  und  Drang”  (co  prawda 
niektórym  myli  się  z  „Drang  nach  Osten”),  ale  w  tym  akurat  tekście  może  to  być  tylko 
utrudnieniem. Sformułowanie użyte w tekście  nie  ma  nic wspólnego z  literaturą niemiecką, 
lecz tylko w większych słownikach amerykańskich znajdziemy odpowiednie wyjaśnienie: „1. 
a style or movement od German literature of the latter half of the 18 century […] 2. tumult, 
turmoil, upheaval” (RHODE). 
7.  „sovereignty”  –  ponieważ  trudno  uznać,  by  cudzysłów  miał  oznaczać  cytat  –  pojedyncze 
wyrazy  cytuje  się  tylko  wtedy,  gdy  są  one  z  jakichś  powodów  niezwykłe  czy  zaskakujące, 

background image

 

38 

należy  zatem  uznać,  że  cudzysłów  ma  wyrażać  ironię  autora;  ironia  jest  nieuzasadniona, 
nawet mały kraj może być suwerenny i zasługuje na szacunek. 
8. Militarne  idiomy:  „mustered all  its  big guns  for the fray, armed with  lawyers, girded  his 
loins  for  battle”  z  różnym  powodzeniem  można  tłumaczyć  na  polski  –  o  ile  pierwszy  ma 
bardzo  podobny  ekwiwalent  „wytoczyć  ciężkie/najcięższe  działa”,  o  tyle  drugi  jest  nie  do 
skalkowania,  bo  po  polsku  nie  można  powiedzieć  „uzbrojony  w  prawników”,  a  trzeci 
wymaga poszukania innego rycersko-militarnego idiomu (zob. też podrozdział o tłumaczeniu 
idiomów w rozdziale 6). 
9. Użycie „head of state” jako podmiotu i „Prince Hans-Adam II” jako wtrącenie nie powinno 
być kalkowane po polsku, bo wtedy podmiot jest rodzaju żeńskiego, a osoba – męskiego. 
10. „Hans-Adam II”. Wprawdzie  Nowy Leksykon PWN podaje Hans Adam II (bez dywizu), 
ale polska tradycja nakazywałaby raczej użyć formy Jan Adam II.  
 
 

Powyższe omówienie nie wyczerpuje oczywiście wszystkich problemów związanych 

z naszą interpretacją tekstów w ogóle, ani tym bardziej z procesami myślowymi i działaniami 
tłumacza.  Staraliśmy  się  pokazać  tylko  najważniejsze  i  najtrudniejsze  elementy  procesu 
interpretacji,  pominęliśmy  zatem  zupełnie  pierwszy  etap  analizy,  polegający  na 
rozszyfrowaniu  struktury  zdań  tekstu  (zarówno tej  formalnej,  typu:  podmiot  – orzeczenie  – 
dopełnienie,  jak  i  bardziej semantycznej, polegającej  na ustaleniu ramy czasownikowej  i  jej 
zrealizowanych  elementów  –  ról).  Takie  analizy  znaleźć  można  w  wielu  podręcznikach 
gramatyki  opisowej  języka  angielskiego,  przez  tłumacza  wykonywane  są  one  na  ogół 
automatycznie, a zaczynają być problemem dopiero wtedy, gdy mamy do czynienia z tekstem 
wieloznacznym lub bardzo skomplikowanym stylistycznie. Mimo że przedstawiona tu analiza 
jest  niepełna  i  skrótowa,  potrzebowaliśmy  kilku  stron  na  omówienie  krótkiego  tekstu 
gazetowego. To dobrze ilustruje trzy przedstawione uprzednio tezy: 

1.  teksty  są  tylko  mikroskopijnymi  reprezentacjami  złożonych  rzeczywistości 

mentalnych. 

2.  Rozumienie tekstów wymaga wiedzy o komunikacji (często nieświadomej), wiedzy o 

świecie  i  umiejętność  wnioskowania  –  odtwarzania  rzeczywistości  kryjących  się  za 
sygnałem, jakim jest tekst; 

3.  Tłumaczenie nie polega na przekształcaniu tekstu w języku A w tekst w języku B, lecz 

jest  skomplikowaną  operacją  mentalną,  polegającą  na  odtworzeniu  rzeczywistości 
reprezentowanej  przez  tekst  wyjściowy,  a  następnie  sformułowaniu  w  języku  B 
takiego  tekstu,  który  jego      p  r  a  w  d  o  p  o  d  o  b  n  y  m      odbiorcom  umożliwi   
prawdopodobnie  odtworzenie  rzeczywistości  jak  najbardziej  zbliżonej  do  tej,  którą     
p r a w d o p o d o b n i e   udało się odtworzyć odbiorcom tekstu wyjściowego. 

 

Warto  zauważyć,  że  jako  ilustrację  wybraliśmy  dość  jednoznaczny  i  niezbyt 

skomplikowany  tekst  prasowy,  nie  wymagający  wielkiej  wiedzy  fachowej  ani  ogromnej 
wiedzy o świecie, ani zawiłych interpretacji, jakich często wymagają bardziej ambitne utwory 
literackie. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

39 

5. 

Nieprzekładalność kulturowa: „kultura to warowny obóz” 

 
 

Kto  neguje  przekładalność  dzieła  sztuki,  neguje  eo  ipso  jego  czytelność. 
Czytanie jest bowiem także tłumaczeniem.  

Karl Dedecius 
 

 

Większość  teoretyków  tłumaczenia  jest  zgodna  co  do  tego,  że  istnieją  dwa  źródła 

praktycznej, względnej nieprzekładalności: różnice kulturowe oraz różnice językowe (zob. np. 
Wojtasiewicz  1957/1992,  Catford  1965).  Najpierw  zajmiemy  się  różnicami  kulturowymi, 
ponieważ wydaje się, że są one przyczyną poważniejszych trudności przekładowych. 
 
 

Określenie  „elementy  kulturowe”  jest  oczywiście  pewnym  skrótem  myślowym  –  w 

gruncie  rzeczy  wszystkie  elementy  typowego  tekstu  są  elementami  kulturowymi.  Wszak  i 
język jest częścią kultury. Chodzi nam tu o takie elementy tekstu, które w sposób szczególny 
łączą  się  z  kulturą  danego  kraju.  Z  tłumaczeniowego  punktu  widzenia  ich  wspólnym 
mianownikiem będzie to, że ich kulturowa specyficzność (fakt, że są charakterystyczne tylko 
dla kultury wyjściowej lub lepiej znane w kulturze wyjściowej) rodzi problemy przekładowe. 
Tak rozumiane elementy kulturowe obejmują większość imion własnych (z wyjątkiem tych, 
które są dobrze znane w kulturze docelowej i jako takie mają swoje uznane ekwiwalenty w 
języku docelowym lub też zostały przez ten język zapożyczone), nazwy i zwroty związane z 
organizacją  życia  w  kraju  kultury  wyjściowej  (np.  z  ustrojem  politycznym,  systemem 
oświaty, służbą zdrowia, prawem itp.), obyczajami i przyzwyczajeniami (takimi jak tradycje 
kulinarne  i  zwyczaje  związane  z  jedzeniem,  święta  i  towarzyszące  im  obrzędy,  sposoby 
witania  się  i  żegnania  itd.),  cytaty  i  aluzje  mające  ścisły  związek  z  literaturą  danego  kraju 
(obejmującą zarówno znane powieści, dramaty czy wiersze, jak i wierszyki dla dzieci, znane 
piosenki,  przysłowia,  libretta  oper,  operetek  i  musicali  itd.),  aluzje  do  historii  kraju  i  do 
innych  sfer  kultury,  takich  jak  muzyka,  film,  malarstwo  itd.  Ze  względu  na  szeroki  zakres 
tych  zjawisk  nie zdecydowaliśmy  się  na użycie  stosowanego przez  niektórych teoretyków  i 
praktyków tłumaczenia terminu „realia”, który przede wszystkim kojarzy się z codziennością 
życia w danym kraju. 
 

O.  Wojtasiewicz  nazywa  zastosowanie  takich  elementów  w  tekście  „aluzjami 

erudycyjnymi”, rozumiejąc erudycję jako znajomość pewnych faktów i stwierdza: 
 
 

Każda aluzja wywołuje zamierzone przez autora skojarzenia tylko u tych odbiorców, 

którzy  ją  rozumieją.  Oczywiście,  w  wypadkach  przekładów  prawdopodobieństwo 
niezrozumienia  aluzji  ogromnie  wzrasta,  gdyż  odbiorcy  przekładu  mają  znacznie  mniej 
„erudycji”  niezbędnej  do  zrozumienia  oryginału.  Dlatego  też  tłumacz  może  na  ogół  aluzję 
odbiorcom  przekładu  wyjaśnić,  ale  nie  może  jej  –  w  naszym  rozumieniu  –  przetłumaczyć, 
gdyż  jego  sformułowanie  nie  będzie  odpowiednikiem  sformułowania  oryginalnego,  nie 
wywoła  u  odbiorców  przekładu  tych  skojarzeń,  jakie  powstają  u  odbiorców  oryginału. 
(Wojtasiewicz 1957/1992: 77-78). 
 

 

Innymi  słowy,  w  przypadku  elementów  kulturowych  nie  należy  oczekiwać  u 

odbiorców przekładu podobnej reakcji, gdyż to, co jest dobrze znane i swojskie dla odbiorców 
oryginału,  będzie  obce,  a  czasem  wręcz  egzotyczne  dla  odbiorców  przekładu.  Owa 
nieuchronna różnica w odbiorze sprawia, że niektórzy teoretycy przekładu piszą o „absolutnej 
nieprzekładalności”  tekstów  mocno  nacechowanych  kulturowo.  I  tak  T.  Bałuk-Ulewiczowa 
pisząc  o  przekładzie  Wesela  Wyspiańskiego  na  angielski  twierdzi,  że  to  przedsięwzięcie 
translatorskie  natrafia  na  „nieprzekraczalną  barierę”,  która  chroni  wszystko  to,  co  w  tym 

background image

 

40 

dramacie  jest  absolutnie  nieprzetłumaczalne.  Poza  ową  barierą  znajdują  się  „wszystkie  te 
elementy dramatu, które nie tylko sprawiają, że jest on tak specyficznie polski, ale również są 
identyfikowane przez polskich widzów  jako specyficznie rodzime, specyficznie     n  a s z  e.  
Zewnętrzni widzowie, obserwujący te elementy spoza granicy, mogą zrozumieć je racjonalnie  
-  tak  jak  udało  się  to  tłumaczowi  w  całym  tekście  poza  błahymi  sześćdziesięcioma 
przypadkami  -  ale  nigdy  nie  doświadczą  ich  w  ten  sam  sposób,  jak  rodzima  widownia”. 
(Bałuk-Ulewiczowa 2000: 176-177, tłumaczenie K.H.) 
 

Sądzę,  że  tego  typu  twierdzenia  o  nieprzekładalności  są  wynikiem  nadmiernych  i 

nierealnych oczekiwań. Nikt nie może doświadczać Yeatsa czy Joyce‟a w ten sam sposób, co 
rodowici Irlandczycy, a przecież dzieła tych dwóch twórców są tłumaczone na wiele języków 
i czytane przez odbiorców w wielu różnych krajach. . Nikt nie może odbierać muzyki reggae 
tak  samo  jak  Jamajczycy,  a  przecież  słucha  się  jej  na  całym  świecie.  Mitu  identyczności 
doświadczenia nie można traktować poważnie. Nawet ludzie mieszkający w tym samym kraju 
i wychowani w tej samej kulturze nie mogą reagować w ten sam sposób na te same bodźce. 
Niektórzy Polacy zachwycają się  Weselem,  innych ono nudzi, a są też pewnie i tacy, którzy 
nie bardzo rozumieją, o co w nim chodzi. Jak podkreślaliśmy już w tej książce, nie może być 
mowy  o  absolutnym  porozumieniu  czy  o  absolutnie  skutecznej  komunikacji.  Kwintesencją 
naszego  sposobu  porozumiewania  się  jest  jego  przybliżony  charakter:  rozumiemy  się  do 
pewnego  stopnia,  lepiej  lub  gorzej,  na  ogół  jednak  w  sposób  wystarczający  dla  naszych 
celów. Podobnie jest z odbiorem przekładów. Zapewne czytelnicy tłumaczenia tekstu mocno 
nacechowanego  kulturowo,  silnie  osadzonego  w  realiach  innej  kultury,  zrozumieją  nieco 
mniej niż odbiorcy oryginału należący do owej kultury, ale z drugiej strony będzie to również 
zależało – w obu wypadkach – od przygotowania tychże odbiorców. Żaden Polak nie rodzi się 
z  wiedzą  na  temat  złotych  rogów,  czapek  z  piór,  chochołów  itp.  Przeważnie  uczymy  się  o 
znaczeniu tych symboli w szkole, „przerabiając”  Wesele – jeśli chodzimy do dobrej szkoły i 
uważamy na lekcjach. Nie można wykluczyć, że np. irlandzki intelektualista zrozumie Wesele 
lepiej niż Polak, który nie interesuje się literaturą i którego akurat zmuszono do pójścia na tę 
sztukę. Jest jeszcze jeden istotny czynnik, o którym zapominają autorzy piszący o absolutnej 
nieprzekładalności  
czy  też  o  efekcie  obcości  w  przekładzie  (Lewicki  2000,  2002).  Jak 
zauważył  E.A.  Nida,  ludzi  charakteryzuje  zdolność  do  dostosowywania  się  do  innych 
wzorców  zachowań.  Posiadamy  coś  w  rodzaju  urządzenia,  za  pomocą  którego  potrafimy 
przeformułować doświadczenie w kategoriach innych systemów konceptualnych (Nida 1964: 
55). Jeśli chcemy, potrafimy identyfikować się z innymi ludźmi i wczuwać się w ich sytuację, 
nawet gdy są to ludzie tak od nas różni jak zbiegli niewolnicy na jamajce na początku XVIII 
wieku, czy chińscy chłopi w wieku XIX. 
 

Dlatego  też  sądzę,  że  ogromną  większość  tekstów  napisanych  przez  ludzi  dla  ludzi 

można  przetłumaczyć,  nawet  jeśli  SA  one  tak  bardzo  nacechowane  kulturowo  jak  Wesele 
Wyspiańskiego  czy  Pan  Tadeusz  Mickiewicza,  czy  też  sienkiewiczowska  Trylogia. 
Oczywiście nie zamierzam twierdzić, że w takich tłumaczeniach nie nastąpią żadne „straty”. 
Straty  SA  wkalkulowane  w  działalność  translatorską,  podobnie  zresztą  jak  w  każdy  inny 
rodzaj działalności – żyjemy przecież w świecie, w którym panuje prawo entropii. Tłumacz, 
czy  też  inna  osoba  decydująca  o  podjęciu  próby  przekładu,  dokonuje  rachunku  takich  strat 
jeszcze przed przystąpieniem do tłumaczenia i w ogromnej większości przypadków rachunek 
wypada  korzystnie.  Tak,  warto  tłumaczyć.  Trzeba  też  pamiętać  o  zupełnie  podstawowym 
czynniku  wpływającym  na  podjęcie  decyzji  o  tłumaczeniu.  Tłumacz  (a  częściej  wydawca) 
zadaje sobie pytanie: czy przekład znajdzie czytelników? Jeśli można podejrzewać, że tak, to 
tłumaczone bywają nawet tak nieprzekładalne teksty jak twórczość grupy Monty Pythona. 

 

Jak już zostało powiedziane, elementy nacechowane kulturowo stanowią często poważny 

problem tłumaczeniowy. Tłumacze stosują bardzo rózne metody przy rozwiązywaniu takich 

background image

 

41 

problemów,  a  teoretycy  przekładu  próbują  owe  metody  klasyfikować,  a  także  oceniać  ich 
przydatność  w  różnych  sytuacjach.  Najbardziej  znane  klasyfikacje  metod  tłumaczeniowych 
tego typu  pochodzą  z  prac  J-P.  Vinaya  i  J.  Darbelneta  (1958/2000)  i  P.  Newmarka  (1988). 
Vinay  i  Darbelnet  nie  piszą  expressis  Derbis,  że  idzie  im  o  tłumaczenia  elementów 
nacechowanych kulturowo, ale uważna analiza ich metod tłumaczeniowych nasuwa wniosek, 
że takie właśnie problemy tłumaczeniowe maja przede wszystkim  na myśli. Wyróżniają trzy 
bezpośrednie metody tłumaczenia – zapożyczenie, kalkę i tłumaczenie dosłowne – oraz cztery 
metody okrężne: transpozycję, modulację, ekwiwalencję i adaptację. Zapożyczenia stosuje się 
zwykle  wtedy,  gdy  w  języku  docelowym  nie  znajdujemy  ekwiwalentu  dla  danej  jednostki 
tekstu oryginału, ale także dla osiągnięcia  efektu stylistycznego. Kalki, będące specyficznym 
rodzajem  zapożyczeń,  polegają  na  dosłownym  przekładzie  elementów  zapożyczanego 
wyrażenia  i  można  je  podzielić  na  kalki  leksykalne  i  kalki  strukturalne  (Vinay,  Darbelnet 
1958/2000: 85). Definicja tłumaczenia dosłownego przedstawiona przez Vinaya i Darbelneta 
nie jest zbyt precyzyjna: ich zdaniem jest to bezpośrednie przekształcenie tekstu wyjściowego 
w  tekst  docelowy  przy  zachowaniu  reguł  języka  docelowego,  a  zwłaszcza  poprawności 
gramatycznej  i idiomatycznej, ale autorzy słusznie zauważają, że tłumaczenie dosłowne jest 
rozwiązaniem dość nietypowym, spotykanym najczęściej w przypadku pokrewnych języków i 
podobnych kultur (1958/2000: 86). Transpozycja polega na zastąpieniu wyrazu z jednej klasy 
wyrazem  z  innej klasy przy zachowaniu znaczenia wypowiedzi (1958/2000:  88). Modulacja 
to przekształcenie formy wypowiedzi polegające na zmianie punktu widzenia (np. zastąpienie 
zwrotu  „nigdy  nie  wątpił”  ekwiwalentem  zwrotu  „zawsze  był  pewien”).  Zdaniem  autorów 
taka  zmiana  jest  uzasadniona,  gdy  tłumaczenie  dosłowne  dałoby  w  efekcie  tekst 
nieidiomatyczny  lub  niezręczny  (1958/2000:  89).  Metoda  zwana  przez  Vinaya  i  Darbelneta 
ekwiwalencją  to,  używając  bardziej  współczesnej  terminologii,  zastąpienie  frazeologizmu 
tekstu wyjściowego (zwłaszcza utartego zwrotu, idiomu czy przysłowia) jego funkcjonalnym 
ekwiwalentem,  który  stylistycznie  ani  strukturalnie  nie  musi  być  do  niego  podobny 
(1958/2000: 90). Adaptację stosuje się wtedy, gdy sytuacja opisywana w tekście wyjściowym 
nie  jest  znana  w  kulturze  docelowej  –  tłumacz  tworzy  wówczas  sytuację,  która  może  być 
uznana  za  ekwiwalentną  (1958/2000:  90-91).  Nazwy  dwóch  ostatnich  metod  –  z  naszego 
dzisiejszego  punktu  widzenia  –  nie  są  zbyt  fortunne,  ponieważ  ekwiwalencja  i  adaptacja 
używane są w teorii tłumaczenia w innych znaczeniach. 

 

Newmark  (1981,  1988)  przedstawia  znacznie  bardziej  rozbudowaną  klasyfikację 

technik tłumaczeniowych, które zresztą nazywa „procedurami”. Jego zdaniem najważniejszą 
z  nich  jest  tłumaczenie  dosłowne,  które  powinno  być  stosowane  ilekroć  „zapewnia 
referencyjna  i  pragmatyczną  ekwiwalencję  wobec  oryginału”  (1988:  69).  Inne  procedury 
wymieniane  przez  Newmarka  to:  transferencja,  naturalizacja,  ekwiwalent  kulturowy, 
ekwiwalent  funkcjonalny,  ekwiwalent  opisowy,  synonimia,  kalka,  przesunięcie  czy  też 
transpozycja, modulacja, uznane (oficjalne) tłumaczenie, kompensacja, analiza składnikowa, 
redukcja i rozszerzenie, parafraza, „dublety” tłumaczeniowe, przypisy, dodatki i objaśnienia 
(w  tekście)  (Newmark  1988:  81-93).  Część  procedur  Newmarka  pokrywa  się  z  metodami 
Vinaya  i  Darbelneta  –  tłumaczenie  dosłowne,  transpozycja,  modulacja,  kalka;  także 
transferencja  to  nic  innego  jak  zapożyczenie.  Naturalizacja  to  dostosowanie  zapożyczonego 
słowa do zasad wymowy i pisowni języka docelowego (1988: 82). Dublet tłumaczeniowy to 
zastosowanie dwóch procedur naraz, na przykład zachowanie w tekście przekładu wyrazu z 
oryginału (transferencja) i podanie jego objaśnienia. Niektóre z procedur Newmarka wydają 
się dość wątpliwe, na przykład synonimia, która opiera się na  mocno podejrzanej koncepcji 
synonimii  międzyjęzykowej.  Do  innych  powrócimy  przedstawiając  przyjętą  w  tej  książce 
klasyfikację technik tłumaczeniowych. 

 

background image

 

42 

 

Wydaje się, że zakres pojęciowy opisywany terminami metoda, procedura, technika i 

strategia  obejmuje  trzy  jakościowo  różne  pojęcia:  po  pierwsze  strategię,  rozumianą  jako 
preferowany  (świadomie  lub  nie)  sposób  postępowania  tłumacza  w  całym  tekście  lub  jego 
znaczących  fragmentach,  po  drugie  technikę,  rozumianą  jako  wybór  pewnego  rozwiązania 
konkretnego  problemu  napotkanego  w  trakcie  procesu  tłumaczenia  i  wreszcie  samo 
rozwiązanie  tłumaczeniowe,  które  można  bezpośrednio  ocenić  w  tekście  przekładu.  Z  tego 
punktu  widzenia  powinniśmy  właściwie  mówić  o  strategiach  udomowienia  i  egzotyzacji, 
strategii tłumaczenia syntagmatycznego, strategii tłumaczenia funkcjonalnego. Efektem danej 
strategii  może  być  częstsze  użycie  pewnych  technik,  na  przykład  strategia  udomowienia 
zaowocuje  częstszym  wykorzystywaniem  takich  technik  jak  stosowanie  ekwiwalentów 
funkcjonalnych i opisowych oraz opuszczanie, co będzie widoczne dzięki obecności w tekście 
przekładu ekwiwalentów funkcjonalnych i opisowych oraz opuszczeń. Jednak ze względu na 
ogólnie  przyjęta  praktykę  będziemy  w  tej  książce  używać  pojęcia  „technika”  i  nazw 
poszczególnych  technik  w  obu  rozpowszechnionych  znaczeniach:  zarówno  jako  pewnego 
sposobu  postępowania  w  trakcie  procesu  przekładu,  jak  i  mając  na  myśli  konkretne 
rozwiązania przekładowe, których realizacją jest tekst tłumaczenia. 

 

W tej książce przyjęliśmy następującą klasyfikację technik tłumaczeniowych. 

 

1. Reprodukcja bez objaśnień 
 

Przez reprodukcję będziemy rozumieć użycie w tekście przekładu niezasymilowanego 

w języku docelowym słowa/wyrażenia użytego w tekście wyjściowym. Wydaje się, że wyraz 
reprodukcja  lepiej  oddaje  istotę  tego  zjawiska  niż  transfer,  który  sugeruje  niejako 
mechaniczne  przeniesienie,  podczas  gdy  w  rzeczywistości  mamy  często  do  czynienia  z 
pewnymi systematycznymi zmianami pisowni, a zawsze – ze zmianami wymowy. Chcieliśmy 
też  uniknąć  słowa  zapożyczenie,  które  opisuje  raczej  pewne  zjawisko  słowotwórcze,  a  nie 
technikę  tłumaczeniową.  W  tym  rozumieniu  można  by  przyjąć,  że  zapożyczenie  bywa 
efektem reprodukcji. 
 

Reprodukcji  w  tłumaczeniu  najczęściej  podlegać  będą  słowa/wyrażenia  języka 

wyjściowego, ale nie musi tak być – jeśli w oryginale używane są wyrażenia z innego języka, 
to tłumacz również staje wobec problemu przekładowego, zwłaszcza gdy owe wyrażenia nie 
są powszechnie znane w kulturze docelowej (a czasami również, gdy są znacznie lepiej znane 
niż  w  kulturze  wyjściowej  –  jak  w  przypadku  elementów  języka  rosyjskiego  w  Clockwork 
Orange  
A.  Burgessa).  Reprodukcja  może,  ale  nie  musi,  obejmować  pewien  retusz 
ortograficzny  (naturalizacja  Newmarka)  czy  nawet transliterację,  gdy  mamy  do  czynienia  z 
różnymi alfabetami. 
 

 

 

Reprodukcja bez objaśnień bywa techniką ryzykowną. Jeżeli nie mamy pewności, że 

importowany element zostanie rozpoznany przez odbiorców przekładu, jeśli nie tłumaczy go 
sam  kontekst,  to  lepiej  zastanowić  się  nad  inną  techniką,  bo  reprodukcja  bez  objaśnienia 
zmusi  czytelnika  do  zgadywania  sensu  użytego  wyrażenia  lub  każe  mu  zrezygnować  z 
interpretacji.  Przypomnijmy  sobie  cytowany  już  przykład  z  tytułem  piosenki  Penny  Lane 
(tekst Pipe Down). Przeniesienie tego tytułu do polskiego tłumaczenia pozwoli czytelnikowi 
domyślić  się,  że  chodzi  o  znany  (w  kulturze  anglosaskiej)  utwór  muzyczny,  ale  tylko  tyle. 
Zatem  stosując  taki  zabieg  nie  przekazujemy  głównego  zamysłu  autora:  zastosowania 
konkretu zamiast ogólnika i nawiązania kontaktu z czytelnikiem („wiesz, co mam na myśli”). 
W  związku  z  tym  –  przy  założeniu,  że  większość  odbiorców  przekładu  nie  rozpozna  tego 
tytułu  –  należy  uznać  reprodukcję  bez  objaśnienia  za  rozwiązanie  niezadowalające  w  tym 
konkretnym przypadku (przykładem tym posłużymy się jeszcze kilkakrotnie dla zilustrowania 
opisywanych technik i zakresu ich użyteczności). 
 

background image

 

43 

2. Reprodukcja z objaśnieniem 
 

Reprodukcja  z  objaśnieniem  (pod  warunkiem,  że  objaśnienie  jest  precyzyjne)  to 

znacznie  bezpieczniejsza  technika.  Zwykle  pozwala  odbiorcy  na  zrekonstruowanie 
odpowiednich  schematów, scenariuszy  i  scen (choć z pewnością  nie wszystkich skojarzeń  i 
uczuć).  Trzeba  jednak  pamiętać  o  jej  dwóch  istotnych  wadach  –  najistotniejszych  w 
przypadku  tłumaczeń  literackich.  Po  pierwsze,  przeczytanie  objaśnienia  to  nie  to  samo,  co 
zrozumienie  samodzielne.  Tak  jak  objaśniony  dowcip  przestaje  być  śmieszny,  tak  też 
wyjaśnienia w tekście odbierają część przyjemności czytania, bo przecież gra komunikacyjna 
polega  na  wysiłku  intelektualnym.  Po  drugie,  wyjaśnienia  nie  powinny  być  zbyt  długie  i 
pedantyczne, by „pratekst” (Brzozowski 2001; zob. też rozdział 1) nie zaczął dominować nad 
tekstem właściwym. 
 

Trudno  wyobrazić  sobie  odpowiednie  objaśnienie  w  przypadku  naszego  tekstu  z 

Penny Lane: przypis odpada – mamy przecież do czynienia z króciutkim tekstem gazetowym, 
zaś  objaśnienie  w  tekście  typu  „znana  piosenka  Beatlesów  Penny  Lane”,  niweczy  zamysł 
autora:  coś,  co  wymaga  objaśnień,  nie  może  jednocześnie  służyć  do  nawiązywania  nici 
porozumienia z czytelnikiem. 
 
3. Tłumaczenie syntagmatyczne bez objaśnień 
 

Ta technika niesie ze sobą wszystkie niebezpieczeństwa, jakie wiążą się z reprodukcją 

bez objaśnień  i  jeszcze parę dodatkowych. Niewłaściwe  jej  zastosowanie  może  być  jeszcze 
bardziej  niepokojące  dla  odbiorcy  przekładu,  bo  znacznie  łatwiej  wytłumaczymy  sobie 
niezrozumiałość  jakiegoś  obcego  zwrotu  niż  nieprzejrzystość  wyrażenia  pozornie 
sformułowanego w naszym ojczystym języku. Zgodnie z zasadą stałości sensu należy się też 
liczyć  z  możliwością  znalezienia  przez  odbiorcę  jakiegoś  wyjaśnienia  takiego 
niezrozumiałego  fragmentu  i  wcale  nie  musi  to  być  interpretacja  zgodna  z  zamierzeniami 
autora. Podejrzewam, że amerykański  czytelnik książki  Who  was  David  Weiser?,  która  jest 
przekładem  Weinera  Dawida  P.  Hellego,  może  mylnie  zinterpretować  zdanie  „Piotr  was 
killed in the street in December 1970”  (mające odpowiadać polskiemu „Piotr nie żyje, zabity 
na  ulicy  w  grudniu  siedemdziesiątego  roku”)  jako  odnoszące  się  do  wypadku 
samochodowego lub zamachu terrorystycznego (przykład z: Kaczorowska 2000). 
 

Technika  ta  ukrywa  też  czasem  głębszy  sens  danego  sformułowania  lub  jego 

szczególne  znaczenie  w  kulturze  wyjściowej.  Na  przykład  przetłumaczenie  „cierpiał  za 
miliony”  jako  „suffered  for  millions”  (Madame  A.  Libery)  zataja  przed  anglosaskim 
czytelnikiem  książki  fakt,  że  ma  do  czynienia  z  jednym  z  najbardziej  znanych  cytatów  w 
kulturze [polskiej (przykład z: Kucińska 2001). Wreszcie tłumaczenie syntagmatyczne może 
być  pułapką  dla  tłumacza,  jak  w  przypadku  tytułu  znanej  piosenki  Here  we  go  round  the 
mulberry Bush  
przełozonego  dosłownie przez I. Tuwim, polską tłumaczkę  Winnie the Pooh, 
jako  Oto  przechadzamy  się  wśród  krzewów  morwowych,  czy  też  w  angielskim  przekładzie 
Raportu  o  stanie  wojennym  M.  Nowakowskiego,  gdzie  „margaryna  Palma”  została 
przetłumaczona jako „palm margarine” (ostatni przykład z: Ruta 2000). 
 
4. Tłumaczenie syntagmatyczne z objaśnieniem 
 

Tłumaczenie  syntagmatyczne  z  objaśnieniem  (w  postaci  przypisu  lub  krótkiego 

komentarza w tekście) ma wszystkie wady reprodukcji z objaśnieniem. Bywa zadowalającym 
rozwiązaniem, jeśli objaśnienie jest jasne i zgodne z prawdą. Dobrym przykładem problemów 
związanych  z  tą  techniką  może  być  tłumaczenie  hasła  „Wrona  orła  nie  pokona”  we 
francuskiej  wersji  raportu  o  stanie  wojennym  Nowakowskiego  (przykład  z:  Ruta  2000).  W 
przekładzie  francuskim  hasło  brzmi:  „Le  corbeau  ne  vaincra  pas  l‟aigle”  i  towarzyszy  mu 
przypis:  „Le  corbeau  designe  le  Conseil  militaire  de  Defense  nationale,  mis  en  place  le  13 
decembre 1981”. Wprawdzie precyzja objaśnienia pozostawia nieco do życzenia, ale w sumie 

background image

 

44 

efekt  wydaje  się  zadowalający,  przy  założeniu,  że  francuscy  czytelnicy  orientują  się,  jak 
wygląda polskie godło. Natomiast w angielskim  przekładzie czytamy:  „CROW  may try  but 
eagle flies high”. Tłumacz najwyraźniej uznał, że rym, charakterystyczny dla tego typu haseł 
jest ważniejszy niż dosłowność tłumaczenia. Przekład zaopatrzony jest w następujący przypis: 
„WRONA, the acronym for the ruling council of Military Salvation, the Junta,  is also Polish 
for  crow.  The  white  eagle  is,  of  course,  the  Polish  national  symbol”.  Ten  przypis  zawiera 
pewien drobny błąd – wzmiankowany skrót miał formę WRON, a nie WRONA – ale w sumie 
końcowy efekt tłumaczenia należy również uznać za zadowalający. 
 
5. Uznany ekwiwalent 
 

Użycie  uznanego  ekwiwalentu  jest  podstawową  techniką  w  przypadku  tłumaczenia 

nazw  instytucji,  organizacji  itp.,.  niektórych  nazw  geograficznych  i  nielicznych  nazwisk 
sławnych  ludzi.  Inne  elementy  kulturowe,  zwłaszcza  w  przypadku  kultur  mniej 
rozpowszechnionych, niezwykle rzadko miewają uznane ekwiwalenty. Trudno się wprawdzie 
dziwić,  na  przykład,  że  tłumacz  Weinera  Dawida  Hellego  przełożył  „wizerunki  Czarnej 
Madonny”  jako  „pictures  of  Black  Madonna”  (przykład  z:  Kaczorowska  2000),  można 
natomiast  powątpiewać,  czy  taki  przekład  bez  dodatkowych  objaśnień  powie  wiele 
anglojęzycznym  odbiorcom  tekstu.  Tym  bardziej,  że  nawet  tak  renomowane  dzieło 
leksykograficzne,  jak  The  New  Oxford  Dictionary  of  English  w  haśle  „Częstochowa” 
informuje: „It is famous for the statue of the black Madonna in its church” [słynie z pomnika 
(sic!) czarnej Madonny w miejscowym kościele].  
 

Również w przypadku tytułów dzieł  literackich (i  imion  ich  bohaterów) tłumacz  ma 

obowiązek sprawdzić, czy dany utwór był już tłumaczony na język docelowy i wykorzystać 
istniejące  tłumaczenie;  gdy  istnieje  więcej  niż  jedno  tłumaczenie  należy  zwykle  wybrać 
najbardziej znane, a więc Kubuś Puchatek, a nie Fredzia Phi Phi, Mechaniczna pomarańcza, 
a  nie  Nakręcana  pomarańcza.  Podobnie  należałoby  postąpić  z  cytatami  z  dzieł  znanych 
autorów: tłumacz powinien posłużyć się istniejącymi przekładami, bo jego kolega po fachu, 
który miał do czynienia z całością utworu czy też większą częścią twórczości danego autora, z 
pewnością był lepiej przygotowany do tłumaczenia niż ktoś, kto ma przed sobą tylko krótki 
fragment  tekstu  w  postaci  cytatu.  W  dość  licznej  grupie  studentów,  którym  poleciłem 
przetłumaczyć  na  polski  fragment  wstępu  do  Language,  Throught  and  Realisty,  fragment 
zawierający krótki cytat z artykułu samego B.L. Whorfa, zaledwie parę osób wpadło na to, że 
książka Whorfa była tłumaczona na polski i wobec  tego można się posłużyć gotową wersją 
cytatu. Oczywiście pochwaliłem tych właśnie studentów, zwłaszcza że sumiennie przytoczyli 
źródło cytatu w przypisie do swojego tłumaczenia. 
 

Gorzej, jeśli cytat uwikłany jest w dodatkowe uwarunkowania. W powieści Ingenious 

Pain A. Millera pewien reżyser postanawia wystawić Sen nocy letniej Szekspira z pacjentami 
szpitala  dla  umysłowo  chorych.  Kłopoty  zaczynają  się  wtedy,  gdy  jednemu  z  pacjentów 
proponuje  rolę  „Bottom,  the  weaver”.  Chory  dostaje  szału  i  wrzeszczy  „I  will  play  no 
weaver‟s  ass”.  Słowo  „bottom”  jest  wieloznaczne  i  bardzo  różnie  było  tłumaczone  w 
kolejnych  przekładach  tej  komedii  na  polski,  na  przykład  jako  „Spodek”  przez  J. 
Paszkowskiego, jako „Podszewka” przez S. Barańczaka. Oczywiście żadna z tych wersji nie 
wyjaśniała wzburzenia pacjenta, któremu  „bottom” kojarzyło się  z  „tyłkiem”.  W  związku  z 
tym  w  przekładzie  powieści  skorzystałem  z  tłumaczenia  M.  Słomczyńskiego,  u  którego 
„Bottom” nazywał się „Dupek”. 
 

Z nieco innym problemem zetknąłem się podczas tłumaczenia Heaven: A History. 

książce  tej  cytowano  fragment  hymny  religijnego  Isaaca  Watta,  który  następnie  był 
szczegółowo  analizowany.  Mimo  istniejącego  przekładu  tego  hymnu  zdecydowałem  się 
zaproponować  własną  wersję,  która  dokładniej  przedstawiała  pewne  jego  elementy  będące 
przedmiotem  analizy  (ta ostatnia  przygoda translatorska  niesie  z  sobą  jeszcze  inne  ciekawe 

background image

 

45 

implikacje dydaktyczne. Książce Heaven: A History – fascynującej historii wierzeń na temat 
życia  pozagrobowego  i  jednocześnie  niezwykle  trudnemu  zadaniu  przekładowemu  – 
poświęciłem  rok  wytężonej  pracy,  jednak  nie  ukazała  się  ona  drukiem.,  bo  wydawnictwo, 
które  ją  u  mnie  zamówiło,  zbankrutowało.  Historię  tę  opowiadam  kolejnym  pokoleniom 
adeptów tłumaczenia jako ostrzeżenie, by nie przyjmowali dużych zamówień od niepewnych 
zleceniodawców). 
 
6. Ekwiwalent funkcjonalny 
 

Pojęcie ekwiwalent funkcjonalny w niniejszej pracy obejmuje techniki określane przez 

Newmarka  mianem  ekwiwalentu  funkcjonalnego  i  ekwiwalentu  kulturowego.  Zastosowanie 
ekwiwalentu funkcjonalnego polega na zastąpieniu nazwy (lub aluzji do niej) zjawiska lepiej 
znanego w kulturze wyjściowej nazwą (lub aluzją do niej) zjawiska lepiej znanego w kulturze 
docelowej. Takie rozwiązanie jest godne polecenia wtedy, gdy rzeczywiście nie da się znaleźć 
lepszego  ekwiwalentu,  gdy  dany  element  nie  odgrywa  bardzo  istotnej  roli  w  tekście,  a 
wszelkie  inne  rozwiązania  byłyby  „nieopłacalne”.  Na  przykład  cytowane  już  parokrotnie 
Penny  Lane    w  tekście  Pipe  Down  można,  moim  zdaniem,  zastąpić  w  polskim  tłumaczeniu 
tytułem  Yesterday,  ponieważ  pierwszy  tytuł  w  przeciwieństwie  do  drugiego  nie  jest  w 
kulturze  polskiej  powszechnie  znany,  a  dodawanie  przypisów  do  tak  krótkiego  tekstu  nie 
miałoby  sensu,  ponieważ  objaśnienie  w  tekście  i  tak  zniweczyłoby  zamysł  autora,  gdyż 
użycie  hiperonimu  (na  przykład  „znany  przebój”)  dawałoby  ogólnik  zamiast  zamierzonego 
konkretu i wreszcie dlatego, że Penny Lane w owym tekście nie występuje przede wszystkim 
jako  ta  właśnie  piosenka  Beatlesów,  lecz  raczej  jako  konkretny  przykład  przebojów,  które 
często słyszy się w wersjach instrumentalnych w miejscach publicznych. 
 

Zastosowanie  ekwiwalentu  funkcjonalnego  jest,  jak  sądzę,  czasami  również 

uzasadnione w tłumaczeniach literackich. Byłbym, na przykład, skłonny zrozumieć tłumacza 
Nice work Lodge‟a, który sformułowanie „Debbie‟s cockney akcent” przełożył jako „Debbie 
powtarza  w  kółko  „no”  i  „kurde””.  Myślę,  że  w  ten  sposób  powiedział  więcej  polskim 
czytelnikom  niż  tłumaczka  Therapy  tego  samego  autora,  która  „Has  a  Cockney  akcent” 
przełożyła  jako  „mówił  jak  cockney”  (przykład  z:  Gołębiowska  2000).    Alternatywnym 
rozwiązaniem  byłoby  dodanie  do  zreprodukowanego  wyrazu  „cockney”  objaśnień  w 
przypisie,  z  tym,  że  musiałyby  one  nie  tylko  wyjaśniać,  czym  jest  „cockney”,  ale  również 
informować polskiego czytelnika o znaczeniu posiadania takiego akcentu w czasie, w którym 
powstawały książki Lodge‟a. Które rozwiązanie jest lepsze – to pierwsze, czy to trzecie? Nie 
wiem.  Wiem  natomiast,  że  nie  zaakceptowałbym  tłumaczenia  drugiego,  ponieważ 
uniemożliwia ono przeciętnemu czytelnikowi pełniejsze zrozumienie tego fragmentu tekstu. 
 

Zdecydowanie 

natomiast 

zaprotestowałbym 

przeciwko 

używaniu 

takich 

ekwiwalentów  funkcjonalnych,  które  odwołują  się  do  nacechowania  wzorców  kulturowych 
obcych  kulturze  wyjściowej.  Dlatego  uważam  za  nieudane  tłumaczenie  „ruskich  pierogów”  
we  francuskim  przekładzie  Raportu  o  stanie  wojennym  Nowakowskiego  jako  „ravioli”;  z 
podobnych względów nie podoba mi się tłumaczenie „chodzić na religię” jako „go to Sudany 
school”  (Weiser  Dawidek  P.  Hellego)  czy  „geszeft”  jako  „free  enterprise”  (Pamiętnik  z 
powstania warszawskiego 
M. Białoszewskiego) (przykłady z: Ruta 2000, Kaczorowska 2000, 
Grajewska 2001). 
 
7. Hiperonim 
 

Użycie hiperonimu nie jest rozwiązaniem pożądanym., ponieważ zawsze „gubi” jakiś 

element  kultury  wyjściowej.  Można  je  usprawiedliwić,  gdy  język  docelowy  nie  dysponuje 
(znanym) ekwiwalentem danej jednostki języka wyjściowego, gdy jednocześnie dany element 
nie  odgrywa  istotnej  roli  w  tekście  oryginału  i  gdy  inne  techniki  tłumaczeniowe  dałyby 
jeszcze  gorsze  rezultaty.  Dlatego  można  zrozumieć  decyzję  tłumacza  Nice  Work  Lodge‟a, 

background image

 

46 

który  „A-levels”  i  „O-levels”  przełożył  jako  „egzaminy”.  Tłumaczka  ksiązki  Therapy  tego 
samego  autora  wybrała  inne  wyjście:  zdanie  „I  looked  forward  to  leasing  school  as  I  had 
taken  O-level  examinations”  przełożyła  jako  „Miałem  zamiar  skończyć  edukację  na 
egzaminach  „O-level‟”,  dodając  przypis:  „Pierwszy  z  dwóch  egzaminów  zdawanych  przez 
uczniów szkół średnich, z wybranych przedmiotów, zwykle w wieku 16 lat. Drugi, A‟level, 
składany  dwa  lata  później,  jest  warunkiem  dostania  się  na  studia”.  Pomijając  inne  usterki 
przekładu, samo  interesujące  nas tutaj rozwiązanie (reprodukcja z objaśnieniem)  jest też do 
przyjęcia,  bo  wyjaśnienie  roli  egzaminu  O-level  pozwala  nam  lepiej  zrozumieć  poziom 
aspiracji  bohatera.  Nie  widzę  natomiast  żadnego  uzasadnienia  dla  tłumaczenia  „terraced 
Mouse”  (Nice  work)  jako  „dom”  (przykłady  z:  Gołębiowska  2000).  Wprawdzie 
sformułowanie to nie odgrywa większej roli w tekście, ale tłumacz  miał do dyspozycji dwa 
polskie ekwiwalenty: „segment” i „szeregowiec”. Była już mowa o tym, dlaczego nie należy 
zastępować hiperonimem takich elementów jak Penny Lane w tekście Pipe Down. 
 
8. Ekwiwalent opisowy 
 

Ta technika podstawia opis czy też definicję za „termin” i w związku z tym może być 

stosowana  tylko  wtedy,  gdy  dany  element  pojawia  się  w  tekście  raz  i  nie  odgrywa  w  nim 
bardzo  znaczącej  roli.  Polskie  określenie  „cichociemni”  w  Raporcie  ze  stanu  wojennego 
spełnia  te  warunki,  nic  więc  dziwnego,  że  zostało  przetłumaczone  jako  „men,  who  were 
parachuted  into  Poland  during  the  Occupation”  (przykład  z:  Ruta  2000).  Nie  zalecałbym 
natomiast użycia tej samej techniki, gdyby słowo to pojawiło się (choćby tylko jeden raz) w 
książce  na  temat  okupacji.  Dość  problematyczne  jest  zastosowanie  techniki  opisowej  w 
przypadku  aluzji  literackich,  takich  jak  „szkiełko  i  oko”,  „czucie  i  wiara”  w  Madame  A. 
Libery.  Tłumaczka  bardzo  sprawnie  przedstawiła  sens  powyższego  cytatu,  przekładając  go 
jako  „no  faith,  excepr  In  reason,  no  sensibility,  only  sense”  (przykład  z:  Kucińska  2001), 
jednak aluzja do Mickiewiczowskiej Romantyczności – jednego z najważniejszych wierszy w 
historii  polskiej  literatury  –  pozostanie  dla  odbiorców  przekładu  niewidoczne  (a  dla 
niektórych  sformułowanie  to  zabrzmi  jak  nawiązanie  do  tytułu  powieści  J.  Austin). 
Ekwiwalent opisowy – ze względu na brak innego dobrego ekwiwalentu – można zastosować 
w tłumaczeniu sformułowania „captive audiencje” w tekście Pipe Down. 
 
9. Opuszczenie 
 

Opuszczenie elementu kulturowego w tłumaczeniu  jest absolutną ostatecznością, a w 

tłumaczeniach literackich, jak sądzę, rozwiązaniem niedopuszczalnym. Niezwykle drastyczny 
przypadek  opuszczeń  został  opisany  przez  M.  Tomicką  (2000,  2002).  Dotyczy  on 
francuskiego przekładu Złego L. Tyrmanda. W tekście tym wyeliminowano liczne fragmenty 
dotyczące  powojennych  realiów  i  historii  warszawy,  pozbawiając  tym  samym  książkę 
Tyrmanda jednego z jej podstawowych atutów.  
 

W nowszych czasach opuszczenia nie SA zwykle tak radykalne i dotyczą  najczęściej 

pojedynczych  sformułowań.  Przypomnijmy  jednak,  że  pojedyncze  sformułowania  to  często 
„całe  światy  ducha”.  Opuszczenie  w  tłumaczeniu  Madame  Libery  sformułowania 
„Wyspiański na weselu Rydla”, odcina czytelnika przekładu od wielu ciekawych i ważnych 
wątków polskiej kultury (zob. podrozdział o imionach własnych w tym rozdziale). 
 

Dobór  technik  tłumaczeniowych  zależeć  będzie,  rzecz  jasna,  od  typu  tekstu.  W 

przypadku dzieł  literackich, w którym celem tłumacza powinno być umożliwienie odbiorcy 
jak  najpełniejszego  odtworzenia  bazy  wypowiedzi  i  sygnalizowanych  w  tekście  elementów 
bazy kognitywnej autora, częściej spotykamy się z wykorzystaniem reprodukcji i tłumaczeń 
syntagmatycznych (często z objaśnieniami). W krótkich tekstach  użytkowych, na przykład w 
wykorzystywanych  przeze  mnie  w  celach  dydaktycznych  informacjach  prasowych, 

background image

 

47 

dominować powinny chyba takie techniki, jak uznany ekwiwalent, ekwiwalenty funkcjonalne 
i opisowe czy hiperonimy. Przyjrzyjmy się kilku przykładom. 

Jak  wspomnieliśmy  na  początku  rozdziału,  nie  wszystkie  elementy  kulturowe 

sprawiające  trudność  w  tłumaczeniu  wywodzą  się  z  kultury  wyjściowej.  Równie  trudne 
będzie  przetłumaczenie  elementu  pochodzącego  z  kultury  trzeciej,  który  w  kulturze 
wyjściowej  jest  lepiej  znany  niż  w  kulturze  docelowej.  Tekst  Topless  In  Rio  opowiada  o 
aresztowaniu  kobiety  na  plaży  w  Rio  za  kąpiel  bez  stanika.  Reakcją  innych  kobiet  było 
paradowanie  w  stroju  topless  –  tym  razem  policja  nie  interweniowała.  Tekst  kończy  się 
zdaniem „Point for the girl from Ipanema”. Można podejrzewać, że aluzja do piosenki Jobima 
jest  nieczytelna  dla  większości  polskich  odbiorców  (a  w  każdym  razie  przedstawicieli 
młodego  pokolenia),  lepiej  więc  chyba  zrezygnować  z  niej  w  tłumaczeniu.  Ci  z  moich 
studentów, którzy zauważyli problem, zaproponowali następujące rozwiązania: 
„Punkt dla kobiet z Rio” (hiperonim i rezygnacja z aluzji) 
„Chałupy górą!” (ekwiwalent funkcjonalny – aluzja do piosenki/plaży znanej w Polsce) 
„Chałupy Welcom to?” (jak wyżej – tym razem wyraźnie aluzja do piosenki) 
„Punkt dla dziewczyny z plaży w Chałupach”. 
 

Osobiście  opowiedziałem  się  za  neutralnym  (i  trochę  bezbarwnym)  pierwszym 

wariantem  (swoisty  przypadek  hiperonimu),  ale  przyznałem,  że  dwa  następne  (w  pewnym 
sensie  ekwiwalenty  funkcjonalne)  dadzą  się  również  zaakceptować,  bo  występujące  w  nich 
swojskie  Chałupy  są  właściwie  tylko  konkretyzacją  (metonimem)  naturyzmu  (i  aluzją  do 
znanej  piosenki).  Nie  do  zaakceptowania  natomiast  wydaje  mi  się  wersja  ostatnia,  bo 
wprowadzona  w  niej  „dziewczyna”  dostarcza  czytelnikowi  mylnego tropu  i  każe  rozwikłać 
zagadkę polskiej dziewczyny na plaży w Rio. 
 

Ekwiwalent  funkcjonalny  nie  musi  być  rodzimym  elementem  kultury  docelowej, 

wystarczy,  że  jest  w  tej  kulturze  dobrze  znany.  Cytowany  już  kilkakrotnie  tytuł  piosenki 
Beatlesów  Penny  Lane  można,  jak  pisałem,  zastąpi  c  tytułem  Yesterday,  który  również 
uznamy  za  ekwiwalent  funkcjonalny,  chociaż  pochodzi  z  tej  samej  kultury  co  zastępowany  
oryginalny tytuł. Jednak w tekście przekładu spełni on funkcję taką samą jak Penny Lane. 
 

Wydaje się, że „skazane na przemilczenie” są aluzje zawarte w tekstach Two Legs Bad 

In-Flight Ford:  „the crayon is mightier than the sworld” i „the pie we eat in the skies”. Ta 
pierwsza nawiązuje do znanego w kulturze anglosaskiej cytatu “the pen is mightier than the 
sworld”  (E.G>  Bulwer-Lytton,  Oxford  Concise  Dictionary  of  Quotations),  ta  druga  do 
piosenki Joe Hilla Preacher and the Slave: “Work and pray, live on hay, //  You‟ll get pie in 
the sky when you die”. 
 

Oczywiście  “the  pen.crayon  is  mighter  than  the  sworld”  można  przetłumaczyć  na 

polski  syntagmatycznie  i  zawarta  w  tych  sformułowaniach  metafora  będzie  czytelna  dla 
polskiego  odbiorcy:  „pie  in  the  sky”    można  zastąpić  funkcjonalnie  ekwiwalentnymi 
„pieczonymi gołąbkami”. Jednak w obu przypadkach zginą aluzje do konkretnych autorów  i 
konkretnych  wydarzeń,  chyba  że  zdecydujemy  się  na  przypisy,  co  w  tak  krótkich  tekstach 
informacyjnych  wyglądałoby  dość  dziwacznie.  A  zatem  znowu  nie  mamy  do  czynienia  z 
nieprzekładalnością absolutną. Przecież możemy zapoznać czytelnika przekładu ze źródłem i 
okolicznościami powstania cytatów. Nie robimy tego, bo w tak krótkich tekstach, w których 
owe cytaty są  jedynie  ozdobnikami  po prostu nam się to  nie opłaca.  Nie zmienia to zresztą 
faktu,  że  zawsze  domagam  się  od  moich  studentów  informacji  na  temat  pochodzenia  tych 
zwrotów.  Choć omawiane  dwa  teksty  można  przetłumaczyć  na  polski  nie  mając  wiedzy  na 
ten temat, to prawdziwy tłumacz powinien dotrzeć do sedna sprawy. 
 
 

Specyficznym elementem nacechowanym kulturowo są imiona własne. Stanowią one 

bardzo  ciekawy  problem  tłumaczeniowy  utrudniający  życie  tłumaczom  wielu  specjalności. 

background image

 

48 

Problem  ten  ze  szczególna  wyrazistością  występuje  w  tłumaczeniach  tekstów  o  tematyce 
geograficznej, turystycznej i historycznej oraz w przekładach literatury pięknej. 
 

Imiona własne stanowiły też wyzwanie dla językoznawców  o nastawieniu logiczno-

formalistycznym  (zob.  E.  Grodziński  1973;  ciekawy  opis  historii  zmagań  językoznawców  i 
filozofów z problemem imion własnych znajdziemy w książce L. Berezowskiego Articles and 
proper  names  
2001),  ponieważ  należą  do  tych  zagadnień  językowych,  które  wyjątkowo  źle 
poddają  się  formalizacji  czy  choćby  precyzyjnemu  zdefiniowaniu.  Usiłując  wcisnąć  imiona 
własne  w  ramy  formalistycznego  opisu,  wygłoszono  na  ich  temat  szereg  kategorycznych 
sądów w rodzaju: „imiona własne nie mają znaczenia; imiona własne nie rządzą się regułami 
morfologicznymi;  imiona  własne  nie  mają  synonimów;  imiona  własne  nie  mają  wartości 
opisowej; imiona własne nie mają konotacji” (zob. np. L. Manini 1996). Niestety wszystkie te 
uogólnienia zawierają w najlepszym przypadku tylko część prawdy. 
 

Imiona własne  mają znaczenie  –  jeśli  nie przypiszemy  wyrazowi  znaczenie  jakiegoś 

szczególnego  sensu,  sprzecznego  z  potocznym  rozumieniem  tego  słowa  i  ze  zdrowym 
rozsądkiem.  I  tak  na  przykład  imiona  własne,  takie  jak  Warszawa,  Kubuś  Puchatek  czy 
Szekspir  znaczą  dla  mnie  bardzo  wiele.  warszawa  to  miasto,  w  którym  się  urodziłem  i 
wychowałem,  Kubuś Puchatek to jedna z  moich  ulubionych postaci  literackich, Szekspir to 
tajemnicza  postać,  o  której  życiu  niewiele  wiadomo,  a  która  napisała  szereg  arcydzieł  w 
rodzaju  Hamleta,  Makbeta,  Romea  i  Julii,  które  to  sztuki  bardzo  lubię  i  o  których  chętnie 
rozmawiam. Warto przy tej okazji zauważyć, że istnieje zapewne więcej podobieństw między 
rozumieniem wyrazu „Shakespeare” przez wykształconego Anglika i wykształconego Polaka 
niż  między  interpretacjami  tego  imienia  własnego,  jakie  są  udziałem  wykształconego  i 
niewykształconego  Anglika.  Takie  międzykulturowe  podobieństwa  zawdzięczamy 
tłumaczom. Jeśli uznamy, że są one wartością pozytywną, to należałoby przyjąć również, że 
lepsze  jest  słabe  tłumaczenie  niż  żadne.  Nawet  nieudany  przekład    otwiera  użytkownikom 
języka docelowego furtkę, przez która mogą wejść na pewne obszary kultury wyjściowej. Zły 
przekład daje ponadto impuls do nowych, lepszych tłumaczeń.  
 

J. Grzenia czyni rozróżnienie między zakresem znaczeniowym a treścią znaczeniową i 

pisze: 
 

 

Wyrazy Góra Jawor użyte w zdaniu wskazują miejscowości – obiekty jednostkowe, 

tym  różnią  się  od  nazw  pospolitych  góra  i    jawor,  oznaczające  całe  grupy  obiektów.  To 
oznacza,  że  nazwy  własne  w  odróżnieniu  od  pospolitych  mają  wąski  zakres  znaczeniowy, 
jednak za to ich treść znaczeniowa jest bardzo bogata. Wyraz miasto  może oznaczać równie 
dobrze  małą  miejscowość  jak  wielką  metropolię  w  dowolnym  miejscu  na  świecie.  Wyraz 
Paryż  oznacza  miasto,  które  umielibyśmy  drobiazgowo  scharakteryzować,  podając  np. 
położenie  geograficzne,  opisując  wygląd  zabytków,  opowiadając  o  jego  historii  i  roli  w 
kulturze (1998: 18). 
 

 

Powyższy wywód nie jest jednak do końca przekonujący. To prawda, że rzeczowniki 

pospolite,  w  przeciwieństwie  do  imion  własnych,  mogą  być  używane  w  dwojaki  sposób: 
gatunkowo  –  w  odniesieniu  do  typów,  klas,  gatunków,  rodzajów  obiektów  –  a  także 
specyficznie  – w odniesieniu do konkretnych obiektów. Jednak w tym drugim zastosowaniu 
ich „treść znaczeniowa” może być równie bogata jak „treść znaczeniowa” imion własnych, na 
przykład  jeśli  wyraz  „Paryż”  będę  mógł  zastąpić  w  danym  tekście  wyrazem  „miasto”,  to 
zakres  znaczeniowy  tego  rzeczownika  pospolitego  bardzo  się  zawęzi,  a  jego  treść 
znaczeniowa będzie równie bogata co treść znaczeniowa imienia własnego „Paryż”. 
 

J.  Kuryłowicz  (1980)  słusznie  zauważa,  że  imiona  własne  nie  są  elementem  o 

charakterze wyłącznie deiktycznym. Jednak pisząc, że mogą one również informować o tym, 
czy  dany  obiekt  jest  ożywiony,  czy  nie  i  ewentualnie  o  jego  płci,  nie  docenia  zakresu 

background image

 

49 

znaczenia  imion  własnych.  Jeśli  w  procesie  komunikacji  używamy,  przykładowo,  imienia 
„Piotr”, to zakładamy, że nasz rozmówca nie będzie miał problemów z ustaleniem, o którego 
Piotra  chodzi  –  taka  jest  istota  i  sens  identyfikacji  w  procesie  komunikacji.  Zatem  mówiąc 
„Piotr”  informujemy  odbiorcę  nie  tylko  o  tym,  że  mamy  na  myśli  człowieka  płci  męskiej, 
którego  rodzice  nazwali  Piotr.  Odwołujemy  się  również  do  naszej  wspólnej  wiedzy  o  tym 
właśnie  Piotrze,  a  zwykle  także  informujemy,  wymieniając  tylko  imię,  w  jakim  celu  go 
używamy.  Co  więcej,  odbiorca  w  miarę  potrzeb,  możliwości,  stanu  ducha  itp.,  zaktywizuje 
takie informacje, jak „Piotr jest wysokim brunetem; Piotr to fajny kumpel; Piotr się niedawno 
ożenił” i tak dalej. L. Wittgenstein nie ma zatem racji, kiedy pisze, że znaczeniem nazwy jest 
nazywany  obiekt  (Wittgenstein  1997:  13).  Znaczeniem  imienia  własnego  jest  reprezentacja 
danego obiektu w naszym umyśle. 
 

Imiona  własne  rządzą  się  regułami  morfologicznymi  (i  ogólnie  regułami 

gramatycznymi  –  por.  I.  Bagajewa  1993b:  350)  tak  jak  wszystkie  inne  grupy  wyrazów. 
Imiona  własne  mogą  mieć  synonimy,  np.  Shakespeare  –  the  Bard  –  the  Bard  of  Avon; 
Stanisław  Ignacy  Witkiewicz  –  Witkacy;  Jan  Wawrzyniak  –  Janek  (Wawrzyniak)  –  Jaś  – 
Jasio – Jan itd. 
 

Imiona  własne  mogą  mieć  wartość  opisową,  na  przykład  the  Bard,  szybki  Bill, 

Ryszard  Lwie  Serce  czy  Złotoryja.  Mają  one  zwykle  całe  gamy  konotacji  –  wystarczy 
przypomnieć,  ile  emocji  jeszcze  niedawno  budziło  użycie  imienia  własnego  „Danzig”.  Nie 
jest  również  prawdą,  że  imiona  własne  są  nieprzejrzyste  („marked  by  a  total  lack  of 
motivation”,    „from  a  synchronic  perspective…  generally  opaque”  –  Manini  1996:  162)  i 
arbitralne.  Wydaje  się,  że  zwolennicy  tezy  o  arbitralności  czy  konwencjonalności  imion 
własnych  mylą  dwie  perspektywy,  z  których  można  patrzeć  na  ten  problem  językowy  – 
perspektywę  synchroniczną  i  diachroniczną.  O  ile  z  perspektywy  synchroniczne  można 
powiedzieć,  że  niektóre  imiona  własne  (np.  tytułu)  „znaczą”  zwykle  więcej  niż  inne  (np. 
niektóre  nazwiska),  o  tyle  należy  podejrzewać,  że  z  perspektywy  diachronicznej  wszystkie 
imiona  własne  były  kiedyś  imionami  znaczącymi.  Imiona  własne  podlegają  procesowi 
konwencjonalizacji, swoistego zaniku znaczenia – im bardziej tradycyjne, im starsze jest dane 
imię własne, tym słabiej dostrzegamy jego znaczenie motywacyjne, czyli powody, dla których 
danemu obiektowi nadano takie imię a nie inne. Wiąże się to z dwoma zjawiskami: 

1.  Stępia  się  nasza  wrażliwość  na  sens  danego  imienia  własnego,  wielokrotnie 

powtarzane powoduje słabnięcie wyrazistości znaczenia motywacyjnego; 

2.  Trudniej  jest  nam  dostrzec/ustalić  etymologię  danego  imienia  własnego;  na  ogół  nie 

znamy  znaczenia  motywacyjnego  takich  imion  własnych  jak  Warszawa,  Jeremi  czy 
Hejwowski, choć w okresie ich powstawania znaczenie to musiało być oczywiste dla 
użytkowników tych nazw. 

Ponieważ  imiona własne  interesują  nas tu przede wszystkim z tłumaczeniowego punktu 

widzenia,  nie  musimy  podejmować  syzyfowej  pracy  formułowania  ich  ścisłej  definicji.  Dla 
naszych celów wystarczy, jeśli przedstawimy pewne najważniejsze cechy tej grupy jednostek 
leksykalnych. Imiona własne są wyrazami lub grupami wyrazów (najczęściej rzeczownikami 
bądź grupami rzeczownikowymi, choć mogą w tej roli występować również znominalizowane 
przymiotniki, a w gruncie rzeczy wszystkie części  mowy  i wszelkie kombinacje wyrazów), 
których używamy dla identyfikacji konkretnego i w danym kontekście unikatowego obiektu – 
człowieka,  zwierzęcia,  przedmiotu,  miejsca,  istniejącego  obecnie  bądź  w  przeszłości  czy 
tylko w ludzkiej wyobraźni. Oczywiście w tym ostatnim przypadku chodzi o obiekty, którym 
nadajemy  cechy  obiektów  konkretnych.  Przy  tej  okazji  warto  zauważyć,  że  mówiąc  o 
językowej  identyfikacji  obiektów  mamy  na  myśli  sytuację,  w  której  jeden  uczestnik  aktu 
komunikacji  używa  pewnego  wyrazu  bądź  wyrażenia  (imienia  własnego),  które  innemu 
uczestnikowi  aktu  komunikacji  pozwoli  zidentyfikować  w  swym  umyśle  obiekt,  który 
nadawca miał na myśli. Zatem obracamy się tu w sferze mentalnych reprezentacji obiektów 

background image

 

50 

z tego punktu widzenia nie ma to większego znaczenia, czy dany obiekt istnieje w otaczającej 
nas  rzeczywistości.  Istotne  jest,  czy  dysponujemy  odpowiednią  strukturą  pamięci,  która 
pozwala go identyfikować i czy struktura ta zawiera nazwę użytą przez nadawcę.  

 

Ponadto  imiona  własne  charakteryzują  się  powtarzalnością  –  imię  własne,  które  się 

„przyjęło”,  tzn.  zostało  zaakceptowane  jako  takie  przez  co  najmniej  dwóch  użytkowników 
danego  języka,  może  być  stosowane  wielokrotnie,  dopóki  nie  wyjdzie  z  użycia  (przestanie 
być potrzebne w związku z zapomnieniem obiektu, który nazywało, lub zostanie zastąpione 
innym). 

 

I  wreszcie  po  trzecie,  imiona  własne  nie  wymagają  zwykle  dodatkowych  form 

identyfikacji – nie towarzyszą im na ogół identyfikujące przydawki w postaci przymiotników, 
grup  przyimkowych  czy  zdań  identyfikujących.  Niezwykle  rzadko  musimy  uciekać  się  do 
takich  wyrażeń,  jak  „ten  wyższy  Jan  Kowalki;  ten  Szekspir  ze  Stratfordu;  ten  Jan  Nowak, 
który mieszka koło supersamu”.  Tego typu sytuacje, choć czasem się zdarzają, SA przez nas 
odbierane  jako  nietypowe  i  nienormalne,  na  przykład  zwrotu  „ten  Szekspir  ze  Stratfordu” 
używam wtedy, kiedy zapoznaję studentów z różnymi teoriami na temat autorstwa Hamleta, 
Makbeta  
itp.,  czyli  w  sytuacjach,  kiedy  kwestionowana  jest  tożsamość  identyfikowanego 
obiektu. 

 

Co prawda niektóre imiona własne mogą wyglądać jak rzeczownik z identyfikującymi 

przydawkami  –  „Man-who‟does-not-put-his-foot-for-ward-in-a-hurry”,  „Lady-who-asks-a-
very-many-questions”  (Just  so  Stories  R.  Kiplinga)  czy  choćby  Stratford-on-Avon,  Nowe 
Miasto  nad  Pilicą,  Biernat  z  Lublina  –  jednak  przy  bliższej  analizie  okaże  się,  że  to,  co  na 
pierwszy  rzut  oka  wygląda  jak  identyfikująca  przydawka,  jest  naprawdę  częścią  imienia 
własnego,  której  albo  w  ogóle  nie  można  opuścić,  albo  tylko  w  przypadku  tworzenia 
familiaryzmów  –  nazw,  które  mogą  funkcjonować  wśród  ludzi  wtajemniczonych  lub  w 
sytuacji  wskazującej  na  kolejne  odniesienie  do  tego  samego  obiektu.  I  tak,  na  przykład, 
mieszkańcy Nowego Miasta nad Pilicą i okolic rzadko pewnie używają pełnej nazwy miasta, 
w artykule o Biernacie z  Lublina druga część  imienia  własnego  „z  Lublina”  będzie pewnie 
wielokrotnie opuszczana, podobnie jak znajomi Jana Wawrzyniaka będą o nim często mówić 
„Jaś”, a czasem nawet „J.W.” 

 

Reasumując,  imię  własne  to  jednostka  leksykalna  używana  wielokrotnie  do 

identyfikacji  danego  konkretnego,  unikatowego  w  danym  kontekście  obiektu,  z  reguły  nie 
wymagająca stosowania dodatkowych technik identyfikacyjnych. 

 

Ilekroć wyraz czy zwrot używany zwykle z funkcji imienia własnego zostanie użyty w 

inny  sposób  –  nie  do  identyfikacji  konkretnego  obiektu,  tzn.  „gatunkowo”  a  nie 
„jednostkowo”  –  tylekroć  należy  podejrzewać,  że  nie  mamy  już  do  czynienia  z  imieniem 
własnym, lecz z apelatywem odnoszącym się do całej klasy obiektów noszących pewne cechy 
obiektu,  któremu  przysługuje  dane  imię  własne,  na  przykład  „Nie  każdy  może  zostać 
Einsteinem (= wielkim uczonym)”, „Kochanowscy (= wielcy poeci) rodzą się raz na sto lat”, 
„Mława (= agresywna ciemnota i chamstwo) atakuje” (sformułowanie używane w mediach w 
latach 70.), „Arktyka wygra” (ten ostatni apelatyw, który jest jednocześnie poetycką metaforą, 
pozostawię bez wyjaśnień). 

 

Imiona własne pisane są zwykle wielką literą (w każdym razie w językach, które nas 

tu będą najbardziej interesować, tj. w polskim i angielskim), choć nie jest to ich cecha istotna, 
zdarzają  się  powiem  prawdziwe  imiona  własne  pisane  małą  literą  (e.e.  cummings)  jak  i 
apelatywy,  które  utraciły  cechy  imion  własnych,  pisane  wielką  literą  (np.  Einstein, 
Kochanowski,  Mława,  Arktyka  w  podanych  powyżej  przykładach);  trzeba  też  pamiętać  o 
tym,  że  niektóre  grupy  wyrazów  pisane  w  języku  angielskim  wielką  literą,  po  polsku 
zaczynają  się  od  małej  litery  (np.  nazwy  języków,  których  nie  zaliczylibyśmy  do  imion 
własnych  ze  względu  na  abstrakcyjny  charakter  nazywanych  obiektów  czy  marek 
samochodów  stosowanych  w  odniesieniu  do  konkretnych  pojazdów,  których  również  nie 

background image

 

51 

włączylibyśmy  do  grupy  imion  własnych,  ponieważ  odnoszą  się  do  wielu  egzemplarzy 
danego gatunku). 

 

Pojęcia  abstrakcyjne  mogą  zostać obdarzone  imionami własnymi tylko wtedy, kiedy 

dokonamy ich reifikacji czy personalizacji, tj. wtedy, kiedy utracą swój czysto abstrakcyjny 
charakter,  przestaną  być  pojęciami  abstrakcyjnymi,  zwykle  w  kontekście  alegorycznym  czy 
baśniowym.  Dobrym  przykładem  takiej  personifikacji  pojęć  abstrakcyjnych  jest  angielski 
moralitet Everyman.  
 

Imiona  własne  nazywają  bardzo  zróżnicowane  fragmenty  rzeczywistości.  Mogą  się 

odnosić  do  ludzi  (postaci  historycznych,  znanych  ludzi  żyjących  obecnie,  zwykłych 
śmiertelników,  bohaterów  literackich),  zwierząt  (naszych  domowych  piesków  i  kotków, 
bohaterów literackich i filmowych), miejsc (państw, miast, gór, rzek itp.,  ale także naszych 
ulubionych miejsc na piknik), przedmiotów (domów, samochodów, okrętów, zabawek, dzieł 
sztuki).  Wynika  z  tego,  ze  do  kategorii  imion  własnych  zaliczymy  nie  tylko  tak  oczywiste 
przykłady,  jak  napoleon,  Jan  Kowalski,  Kubuś  Puchatek,  Lassie,  Myszka  Miki,  Stany 
Zjednoczone,  Polska,  Londyn,  Wisła,  Nowy  Świat,  Zakątek  Puchatka,  Zielone  Wzgórze, 
Cutty  Sark,  ale  także  wyraz  Miś,  jeśli  dziecko  tak  właśnie  nazywa  swoją  ulubiona 
przytulankę.  Przyjmiemy  także,  że  imionami  własnymi  są  tytuły  książek,  filmów,  obrazów, 
piosenek itp., choć ta ostatnia podgrupa imion własnych na pierwszy rzut oka różni się nieco 
od antroponimów czy toponimów (por. Grzenia 1998: 19-20). 
 

W tym rozdziale skoncentrujemy się na antroponimach i toponimach – nazwach ludzi 

(w  tym  uczłowieczonych  zwierząt  i  innych  stworów)  i  nazwach  miejsc;  zupełnie  natomiast 
pominiemy problem tłumaczenia tytułów, który został opisany w innym miejscu (Hejwowski 
2004) 
 

Imiona  własne  są  niezwykle  ciekawym  problemem  tłumaczeniowym,  nie  tylko  ze 

względu na ich różnorodność strukturalną i nie tylko ze względu na różnorodność obiektów, 
które nazywają, ale przede wszystkim  ze względu na  ich  nacechowanie kulturowe, które w 
tłumaczeniach, zwłaszcza w tłumaczeniach literatury pięknej budzi szereg napięć, dylematów 
i konfliktów. 
 

Najważniejsze z tych konfliktów to: 

1.  Konflikt  między  „znaczącym”,  czy  raczej  intencjonalnym  imieniem  własnym  (które 
należałoby  przetłumaczyć,  by  przekazać  czytelnikowi  przekładu  jego  sens),  a  obcym 
kontekstem  kulturowym  (w  którym  nie  powinny  występować  swojsko  brzmiące  imiona 
własne). Jak już zaznaczaliśmy, przyjmujemy, że wszystkie imiona własne są znaczące i to na 
dwa  różne  sposoby:  po  pierwsze,  każde  imię  własne  musi  coś  znaczyć  przynajmniej  dla 
jednego  uczestnika  aktu  komunikacyjnego,  skoro  zostaje  użyte  w  rozmowie:  może  na 
przykład określać miejsce, w którym lubi on przebywać, lub człowieka, którego dobrze zna; 
po drugie, każde imię własne ma znaczenie motywacyjne, które, nawet jeśli jest strukturalnie 
nieczytelne,  może  zwykle  być  odnalezione  w  odpowiednim  słowniku  etymologicznym  lub 
innym  tekście  źródłowym.  Dlatego  też  w  powyższym  kontekście  używamy  wyrazu 
„znaczący”  w  cudzysłowie,  w  takim  sensie,  w  jakim  literaturoznawcy  piszą  o  znaczących 
nazwiskach w utworach  literackich. Lepszym określeniem  jest  intencjonalne imiona  własne, 
jako że imiona takie przekazują jakiś zamysł autora. Nazwisko „Szczuka” użyte w  Popiele i 
diamencie  
nie  jest  imieniem  intencjonalnym  i  jego  nosiciel  mógłby  się  równie  dobrze 
nazywać  „Nowak”  (choć  zapewne  nie  Radziwiłł).  Gdyby  jednak  nazwisko  Szczuka  nosił 
bezwzględny biznesmen w powieści polskiej napisanej w latach 90., to uznalibyśmy zapewne, 
że  jest  to  nazwisko  intencjonalne,  celowo  użyte  przez  autora  jako  narzędzie  dodatkowej 
charakteryzacji  bohatera,  a  może  również  po  to,  by  nawiązać  do  znanej  powieści 
Andrzejewskiego. 

background image

 

52 

2.  Konflikt  między  postulatem  wierności  wobec  oryginału  a  niepożądanymi  konotacjami 
obcego  imienia  własnego  w  kulturze  docelowej.  O.  Wojtasiewicz  podaje  następujący 
przykład: 
 
 

Pani Zofia Szleyenowa przekładając raz wiersz N. Guillena o Kubie, rodzinnej wyspie 

poety,  zorientowała  się  w  pewnym  momencie,  że  zawarte  w  tym  wierszu  zwroty  na  temat 
Boga wywołują u polskiego czytelnika przekładu nieoczekiwane humorystyczne skojarzenia 
związane  z  polskim  powiedzeniem  „jak  Kuba  Bogu,  tak  Bóg  Kubie”.  Skojarzenia  takie 
najprawdopodobniej  nie powstają przy tłumaczeniu tego wiersza na  jakikolwiek  inny  język, 
ale  w  przekładzie  polskim  narzucały  się  tak  gwałtownie  i  tak  całkowicie  wbrew  ogólnemu 
nastrojowi utworu, że trzeba było „Kubę” zastąpić przez „wyspę”. (Wojtasiewicz 1957/1992: 
24). 
 
 

Niepożądany dysonans pojawia się również w polskim  przekładzie Cierpień młodego 

Wertera  Goethego,  gdy  podczas  romantycznej  sceny  młodzi  bohaterowie  wymieniają  tylko 
jedno  słowo:  „Klopstock”.  Tutaj  jednak  tłumacz  jest  bezradny:  nie  może  zastąpić  nazwiska 
„Klopstock” słowem „poeta”, nie wolno mu też oszukiwać polskiego czytelnika zastępując to 
nazwisko innym. Pozostaje zatem jedynie zamieścić odpowiedni przypis, który poinformuje 
polskiego czytelnika, kim był Klopstock i złagodzi nieco humorystyczny efekt brzmienia tego 
nazwiska dla polskiego ucha. 
 
3. 

Konflikt  między  postulatem  wierności  wobec  oryginału  a  niepożądaną  (z  punktu 

widzenia  odbiorcy  przekładu)  formą  imienia  własnego,  mogącą  sprawiać  trudności  z 
prawidłowym odczytaniem czy odmianą obcego imienia własnego. 
 
 
 

Tłumacz  stojący  w  obliczu  takich  problemów  ma  do  dyspozycji  kilka  sposobów 

postępowania: 
1. Pozostawienie obcego imienia własnego w jego oryginalnej wersji (reprodukcja) 
 

a) bez żadnych dodatkowych objaśnień; 

 

b) z przypisem na dole strony lub objaśnieniem w tekście. 

2.  Minimalną  modyfikację  obcego  imienia  własnego,  delikatny  retusz  dostosowujący  obce 
imię  własne  do  wymogów  ortograficznych  czy  gramatycznych  języka  docelowego  (np. 
opuszczenie znaków diakrytycznych nie występujących w ortografii języka docelowego),  
3.  Transkrypcję  obcego  imienia  własnego  (w  przypadku  języków  używających  różnych 
alfabetów).  
4. Tłumaczenie obcego imienia własnego 

a) zastąpienie obcego imienia własnego uznawanym ekwiwalentem języka  
docelowego; 
b) zastąpienie obcego imienia własnego ekwiwalentem wymyślonym przez tłumacza; 
c)  zastąpienie  obcego  imienia  własnego  jednostka  języka  docelowego,  która  nie  jest 
imieniem własnym (hiperonimem lub omówieniem) 

5. Zastąpienie obcego imienia własnego imieniem własnym języka docelowego nie będącym 
jego ekwiwalentem (w żadnym z bardziej rozpowszechnionych znaczeń wyrazu ekwiwalent). 
6. Opuszczenie własnego imienia obcego (niekiedy wraz z najbliższym kontekstem. 
 

 

 

Możliwe  są  też  kombinacje  powyższych  technik,  na  przykład  w  przypadku 

wieloczłonowych  toponimów,  część  rodzajowa  typu  „ulica,  plac,  góry”  itp.  Może  zostać 
przetłumaczona  za  pomocą  typowego  ekwiwalentu,  a  część  gatunkowa  przeniesiona  z 

background image

 

53 

drobnymi  modyfikacjami  lub  bez.  Dla  analizy  i  oceny  konkretnych  przykładów  tłumaczeń 
imion własnych,  jakie spróbujemy przeprowadzić w drugiej  części rozdziału,  istotna będzie 
przyjęta w niniejszej pracy koncepcja ekwiwalencji (patrz: rozdział 4.). 
 

Należy jeszcze raz podkreślić, że w przypadku elementów nacechowanych kulturowo, 

a  więc  także  imion  własnych,  nie  może  być  mowy  o  identyczności  reakcji  odbiorców 
oryginału  i  odbiorców  przekładu.  Imię  własne  pochodzące  z  kultury  wyjściowej  będzie 
zwykle  budzić  znacznie  więcej  skojarzeń  u  odbiorców  oryginału;  dysponują  oni  na  ogół 
znacznie  bogatsza  reprezentacją  mentalną  tego  imienia  (na  ogół,  warto  bowiem  pamiętać  o 
zamieszczonym  powyżej  zastrzeżeniu  na  temat  znaczenia  nazwiska  „Shakespeare”  dla 
różnych  odbiorców).  Nie  zmienia  to  jednak  faktu,  że  ludzie  czytają  przekłady  i  że  ich 
interpretacja  takiej  lektury  w  znacznym  stopniu  pokrywa  się  z  interpretacją  czytelników 
oryginału, a tylko w niewielkim stopniu – różni. 
 

Nie  powinniśmy  zatem  mówić  o  „obcości  w  odbiorze  przekładu”  (Lewicki  2000). 

Człowiek sięgający po przekład na ogół wie, że ma do czynienia z utworem literackim, który 
powstał w nieco innych realiach; w związku z tym oczekuje pewnej inności i jest jej ciekaw. 
Zamiast  mówić  o  obcości  w  recepcji,  mówmy  zatem  o  percepcji  inności.  Owa  inność, 
rozumiana  jako  pewien  egzotyzm,  jest  przyprawa  dzieła  literackiego,  Kontynuując  tę 
kulinarną metaforę można dodać, że tłumacz powinien czuwać, by tej przyprawy nie było za 
dużo ani za mało, ale tyle, ile w oryginalnym przepisie. Autor nie bez powodu umieścił swój 
utwór  w  pewnych  realiach,  nie  bez  powodu  zaopatrzył  go  w  pewne  aluzje  i  odwołania  do 
pewnych  faktów  kulturowych,  nie  bez  powodu  nadał  swoim  bohaterom  takie  a  nie  inne 
imiona i nazwiska. Rolą tłumacza nie jest zmienianie autorskiej wizji, korygowanie autorskiej 
bazy  tekstu.  Wręcz  przeciwnie  –  tłumacz  ma  się  starać,  by  wszystkie  „tropy”  ,  wszystkie 
odesłania,  odwołania  i  aluzje  były  dostępne  dla  czytelnika  przekładu.  Dostępne,  co 
niekoniecznie oznacza podane na talerzu. Dostępność oznacza możliwość zrozumienia tekstu 
na poziomie bazy wypowiedzi (z podobna łatwością czy trudnością, z jaką jest on zrozumiały 
dla  czytelników  oryginału)  oraz  szansę  dotarcia  do  wszystkich  treści  i  znaczeń,  do  jakich 
dotrzeć  może  czytelnik  oryginału,  czyli  szansę  odtworzenia  bazy  kognitywnej  autora. 
Oczywiście  w  przypadku  czytelnika  przekładu  znaczna  część  takich  szans  nie  zostanie 
zrealizowana,  a  te,  które  ów  czytelnik  wykorzysta,  będą  od  niego  wymagały  większego 
wysiłku niż od czytelnika oryginału. Ale ta dysproporcja jest przecież wkalkulowana w samą 
ideę przekładu! Nikt, kto miał  jakikolwiek kontakt z innymi  narodami, z  innymi kulturami, 
nie  oczekuje,  że  będzie  rozumiał  ludzi  z  innych  krajów  tak  dobrze  jak  swoich  sąsiadów. 
Trochę  to  przykre,  że  trzeba  przypominać  takie  oczywistości,  ale  od  kilku  lat  mamy  do 
czynienia  z  szumem  informacyjnym,  z  którego  wyłowić  można  najczęściej  dwa  słowa: 
„foreignizing”  i  „domesticating”  (np.  Venuti  1995)  –  „egzotyzacja”  i  „udomowienie”.  Ani 
jedno,  ani  drugie.  Wróćmy  do  niemodnego  słowa  „wierność”.  Wierność  nie  wobec  litery 
tekstu, lecz wobec  jego prawdziwego znaczenia, które nazwaliśmy  bazą wypowiedzi  i  bazą 
kognitywną.  
 

Nie należy zresztą demonizować owych różnic kulturowych. Istnieje przecież pewien 

wspólny  mianownik  –  wyznaczony  przez  biologię,  środowisko,  uczestnictwo  w  szerzej 
rozumianej  tradycji  kulturowo-cywilizacyjnej,  przez  naszą  zdolność  do  wczuwania  się  w 
sytuację  innego  człowieka  –  który  pozwala  nam  się  porozumiewać  nie  tylko  z  naszymi 
bliskimi, nie tylko z członkami naszej grupy etnicznej, ale również z użytkownikami innych 
języków  wychowanymi  w  częściowo  odmiennych  tradycjach  kulturowych.  Gdyby  nie  ów 
wspólny mianownik, nie byłoby można uprawiać teorii tłumaczenia, choćby z tego powodu, 
że tłumaczenie nie  byłoby możliwe. Trzeba też podkreślić, że to, co wspólne, nie jest wcale 
wąskim  marginesem.  Mamy  tendencję  do  wyolbrzymiania  różnic  i  pomniejszania 
podobieństw,  ponieważ  różnice  bardziej  rzucają  się  w  oczy  i  są  zwykle  ciekawsze.  Stąd  w 
literaturze na temat tłumaczenia roi się od dramatycznych przykładów zaczerpniętych zwykle 

background image

 

54 

z  tłumaczeń  z  hebrajskiego  na  któryś  z  języków  Indian  Amazonii,  nikt  natomiast  nie 
wspomina  o  tym,  że  „dać  komuś  do  zrozumienia”.  To  po  angielsku  „to  give  somebody  to 
understand”;  w  wielu  książkach  pisze  się  o  tym,  że  Eskimosi  mają  wiele  wyrazów  na 
określenie śniegu, nigdzie nie spotkałem natomiast tezy, że igloo to też dom i że jest bardzo 
prawdopodobne, że Eskimos zrozumiałby metaforę „ciepło domowego ogniska”. 
 

Zadaniem  tłumacza  jest  wykorzystanie  tego  wspólnego  mianownika  i  zbudowanie 

takiego tekstu w języku docelowym, który umożliwi odbiorcom przekładu rekonstrukcję bazy 
wypowiedzi  (i  ewentualnie  fragmentów  bazy  kognitywnej)  w  miarę  możliwości  jak 
najbardziej  podobnej  do  bazy  autora  i/lub  odbiorcy  oryginału.  Owo  „i  ewentualnie”  w 
poprzednim  zdaniu  nabiera  szczególnego  znaczenia,  kiedy  mamy  do  czynienia  z  dużym 
przedziałem  czasowym  między  powstaniem  utworu  a  jego  przekładem.  Istnieje  wtedy 
wysokie  prawdopodobieństwo,  że  dzisiejsi  odbiorcy  dzieła  odczytują  je  inaczej  niż 
współcześni  autorowi.  Tłumacze  wybierają  wtedy  między  archaizacją  a  uwspółcześnieniem 
tekstu  przekładu,  zwykle  decydując  się  na  którąś  z  dróg  pośrednich  (ciekawy  opis  tego 
problemu znaleźć można w: Berezowski 2000). 
 

W  większości  przypadków  tłumacz  ma  do  dyspozycji  własną  wiedzę  o  świecie,  w 

szczególności  o  obu  kulturach,  własną  intuicję,  znajomość  obu  języków.  Dysponując  tym 
ograniczonym arsenałem, tłumacz próbuje identyfikować się z autorem, odbiorcą oryginału i 
odbiorcą przekładu i stworzyć tekst, który  – jego zdaniem  i na tyle, na ile jest to możliwe  – 
będzie  ekwiwalentny  wobec  tekstu  oryginału  („ekwiwalentny”  w  sensie  wyjaśnionym 
powyżej).  Bardzo  często  istotnym  elementem  tworzenia  owej  ekwiwalencji  będą  decyzje 
dotyczące imion własnych w tekście. 
 
 
 

Autentyczne imiona własne pojawiające się w literaturze pięknej, to zwykle nazwiska 

postaci  historycznych  –  pisarzy, artystów, polityków, wodzów itp.  –  tytuły dzieł  literackich, 
obrazów  itd.  oraz  nazwy  geograficzne  –  toponimy.  W  przypadku  nazwisk  postaci 
historycznych  tłumacz  ma  niewielkie  pole  manewru:  najczęściej  pozostawia  obce  nazwisko 
bez  zmian,  w  nielicznych  przypadkach  dysponuje  uznanym  odpowiednikiem  imienia 
własnego w języku docelowym (Kartezjusz, Szekspir, Jerzy Waszyngton); ewentualnie może 
rozważać  opuszczenie  obcego  imienia  własnego.  Wydaje  się,  że  ta  ostatnia  technika 
stosowana jest asymetrycznie: w większym stopniu wobec dzieł z literatur mniej popularnych, 
kultur mniej rozpowszechnionych; mam wrażenie, że tłumacze literatury polskiej na angielski 
bardziej  skłonni  są  opuszczać  mniej  znane  (na  świecie)  polskie  nazwiska  niż  tłumacze 
przekładający  dzieła  literatury  angielskiej  i  amerykańskiej  na  polski.  I  tak  na  przykład 
tłumaczka  Madame  Libery  bez  pardonu  wycina  „Wyspiańskiego  na  weselu  Rydla”,  z 
Grottgera zaś robi Delacroix (Kucińska 2001). Powstaje tu  jednak pytanie, czy tłumacz  ma 
prawo  do  tego  typu  ingerencji  w  tekst  oryginału?  Jeśli  założymy,  że  tłumacz  ma  być 
ambasadorem obcej kultury w swoim kraju, że ma dopomagać w „dialogu kultur”, pokazywać 
swoim czytelnikom obce światy i inne światopoglądy, to na powyższe pytanie trzeba będzie 
odpowiedzieć  przecząco.  Grottger  to  nie  Delacroix,  a  Wyspiański  to  jeden  z 
najwybitniejszych  europejskich  dramaturgów.  Tego  wszystkiego  tłumacz  nie  ma  prawa 
„odfiltrować”, bo sprzeniewierza się wtedy autorowi tłumaczonego przez siebie dzieła i całej 
kulturze oryginału. Przyjmiemy zatem, że w imię lojalności wobec kultury oryginału i autora 
oryginalnego  tekstu  tłumacz  nie  ma  prawa  eliminować  istotnych  elementów  wyjściowej 
kultury, choćby nawet były one istotne tylko w ramach tejże wyjściowej kultury. No dobrze, 
powie  „dynamiczny  tłumacz”,  ale  przecież  sformułowanie  „Wyspiański  na  weselu  Rydla” 
nigdy  nie  powie  amerykańskiemu  czytelnikowi  tyle,  co  polskiemu;  gdzie  tu  zatem 
podobieństwo  baz  kognitywnych  odbiorców?  Odpowiadając  na  taką  wątpliwość,  trzeba 
przypomnieć kilka podstawowych prawd na temat tłumaczenia. Po pierwsze, żaden tłumacz 

background image

 

55 

nie oczekuje, że jego przekład będzie automatycznie wywoływał konstrukcję dokładnie takich 
samych baz kognitywnych jak bazy kognitywne autora i odbiorcy oryginału (tak jak je widzi 
tłumacz). Odbiorca nie wychowany w Polsce nie może reagować na polskie realia tak samo 
jak  czytelnik  polski.  Wręcz  przeciwnie,  to,  co  dla  Polaka  będzie  „swojskie  i  nasze”,  dla 
cudzoziemca często stanowić będzie o egzotyce utworu. Ta dysproporcja jest jednak wpisana 
w  działalność  tłumaczeniową  –  to  nieuchronne  przesunięcie  bazy  kognitywnej  odbiorcy 
przekładu  względem  bazy  kognitywnej  odbiorcy  oryginału.  Trzeba  przy  tym  pamiętać,  że 
realia  nie  są  zwykle  dominującą  wartością  utworu  literackiego  –  realia  dominują  w 
przewodnikach, podręcznikach historii – od dzieła literackiego oczekujemy czegoś więcej. Po 
drugie,  należy  pamiętać,  że  bazy  kognitywne  zawierają  pewne  jądro,  część  niezbędna  do 
interpretacji tekstu, którą nazwaliśmy bazą wypowiedzi. W tym sensie odczytanie fragmentu 
„jak  Wyspiański  na  weselu  Rydla”  nie  powinno  sprawić  żadnemu  czytelnikowi 
najmniejszych trudności: z kontekstu, w jakim owo sformułowanie się pojawia, łatwo można 
wywnioskować, że chodzi tu o jakąś romantyczna postać, która nie bierze udziału w zabawie 
innych,  tylko  się  jej  przygląda.  Na  tym  poprzestanie  przeciętny  czytelnik.  Można  jednak 
wyobrazić  sobie  czytelnika  niezwykle  dociekliwego,  który  zainteresuje  się  polska  kulturą  i 
przeczytawszy o „Wyspiańskim na weselu Rydla”, zechce się dowiedzieć czegoś bliższego na 
temat tego zdarzenia i tych postaci, a może nawet przeczyta Wesele w angielskim tłumaczeniu 
(zob. Bałuk-Ulewicz 2000). 
 

Tłumaczka  Madame  uznała  zapewne,  że  taki  scenariusz  jest  zupełnie 

nieprawdopodobny,  wręcz  niemożliwy.  Ja  byłbym  ostrożniejszy:  historia  odnotowuje 
przypadki fascynacji innymi kulturami, które często owocowały nowymi dziełami czy choćby 
nowymi tłumaczeniami. Kilka lat temu w małym angielskim mieście Buxton miałem okazję 
odbyć ciekawa rozmowę na temat współczesnej literatury polskiej z pewnym sympatycznym 
Anglikiem, z zawodu murarzem. Mój rozmówca wiedział na ten temat naprawdę bardzo dużo, 
obawiam się, że więcej ode mnie, chociaż mógł czytać literaturę polską tylko w przekładach, 
a z Polska bynajmniej nie łączyły go żadne więzi rodzinne. 
 

Kultura  żyje  ciągłością.  Jest  siatką  powiązań,  systemem  odniesień,  aluzji,  polemik, 

ataków, cytatów, plagiatów, hołdów składanych wcześniejszym twórcom, pastiszów i parodii. 
Jeśli uznamy, że tak rozumiana ciągłość stanowi istotę kultury, to musimy dojść do wniosku, 
że żaden tłumacz nie ma prawa pochopnie przecinać oczek owej sieci. 
 

Przypuszczam, że właśnie ze względu na szacunek i lojalność wobec autora i kultury 

wyjściowej  oraz  świadomość  kulturowej  ciągłości  żaden  z  tłumaczy  Cierpień  młodego 
Wertera 
nie odważył się na zastąpienie nazwiska Klopstock jakimś innym, choć niewątpliwie 
brzmienie  tego  nazwiska  w  kontekście  polskiego  przekładu  burzy  romantyczna  atmosferę 
sceny, w której to nazwisko pada. 
 

Realistyczne  imiona  i  nazwiska  nie  powinny  w  zasadzie  ulegać  zmianom  w 

przekładzie. Pojawiają się one najczęściej w utworach osadzonych w konkretnych realiach  i 
są zwykle częścią tła kulturowego, zatem jeśli tłumacz nie zamierza przenieść miejsca akcji 
tłumaczonego utworu, w którym to przypadku mielibyśmy do czynienia raczej z adaptacją niż 
z  tłumaczeniem,  nie  powinien  ingerować  w  dobór  nazwisk  i  imion  dokonany  przez  autora. 
Tym  bardziej,  że,  jak  pisze  U.  Zalewska-Okrutna,  „zmieniając  (…)  imię,  zastępując  je 
odpowiednikiem  w  innym  języku,  zmieniamy  narodowość  osoby,  której  to  imię  nadano, 
zmieniamy  informację  dotyczącą  wieku  i  pochodzenia;  w  skrócie  –  zmieniamy  jej 
osobowość”  (Zalewska-Okrutna  2001:  253).  Możliwe  są  natomiast  drobne  retusze, 
ułatwiające  Zycie  tłumaczowi  i  przyszłemu  czytelnikowi,  na  przykład  opuszczenie 
końcowego „h” w  imionach takich  jak Sarah, Hannah  czy Deborah, co czytelnikowi ułatwi 
przeczytanie tych imion, a tłumaczowi umożliwi ich odmianę. 
 

Sądzę, że powyższa zasada powinna obowiązywać również w tłumaczeniach literatury 

dziecięcej.  Nie  widzę  żadnych  powodów,  dla  których  mielibyśmy  ukrywać  przed  dziećmi 

background image

 

56 

fakt, że ludzie w innych krajach nazywają się inaczej. Argumenty o utrudnionej percepcji  – 
nie  poparte  zresztą,  o  ile  mi  wiadomo,  żadnymi  poważniejszymi  badaniami  –  są  nie  do 
utrzymania: takim samym utrudnieniem są obce imiona własne dla czytelników dorosłych nie 
znających  zupełnie  danego  języka  obcego,  nikt  jednak  nie  proponuje,  żeby  Olivera  Twista 
zamieniać  na  Olgierda  Kręćka.  A  zatem  Pippi  Langstrump  a  nie  Fizia  Pończoszarka, 
Christopher  Robin  a  nie  Krzyś.  (Rozwiązanie  pośrednie  zastosowane  przez  Monikę 
Adamczyk – Krzysztof Robin –  nie wydaje się zadowalające: nikt w Polsce nie nosi imienia 
Robin, więc młody człowiek może dojść do wniosku, że Robin to nazwisko). 
 
 
 

Zmiany  realistycznych  imion  własnych  w  tłumaczeniach  mają  czasem  ciekawą 

motywację: znana dobrze wszystkim czytelnikom  Ani z Zielonego Wzgórza pani Małgorzata 
Linde nazywała się w oryginale Rachel Linde; sądzę, że na zmianę jej imienia wpłynął czas, 
w  którym  powstało  tłumaczenie.  Tłumaczka  Ani  z  Zielonego  Wzgórza  spolszczyła  wiele 
imion bohaterów, na ogół jednak starała się używać uznanych polskich odpowiedników bądź 
imion  o  podobnym  brzmieniu  –  Matthew  –  Mateusz,  Martin  –  Marcin,  Thomas  –  Tomasz, 
Marilla  –  Maryla;  nie  była  w  tym  zresztą  całkiem  konsekwentna,  pozostawiając  bez  zmian 
takie  imiona  jak  James,  Jerry,  Jedediah,  Nancy,  Katie,  Mary.  Drastyczna  zmiana  imienia 
dotknęła  tylko  panią  Linde.  Podobnie  postępowały  kontynuatorki  –  tłumaczki  następnych 
tomów książki: poważniejsze zmiany dotyczyły tylko trojga istotnych bohaterów dziecięcych 
(Davi  i  Dora  stali  się  Tadziem  i  Tolą,  a  ulubiony  uczeń  Ani,  Paul  –  Jasiem)  oraz  jednej  z 
przyjaciółek Ani – Philipsa Gordon została Izabelą Gordon (Fabisiak 2001). 

Obce  imiona  i  nazwiska  stanowią  też  pewien  problem  w  tłumaczeniach  tekstów 

informacyjnych.  Niewielu  Polaków  zna  na  przykład  zasady  ich  odmiany.  W  każdym  razie 
moich studentów muszę uczyć, że nazwiska takie, jak Milne czy Lodge, zakończone na nieme 
„e”,  odmienia  się  z  apostrofem:  Milne‟a,  Lodge‟a,  z  Milne‟em,  Lodge‟em,  podobnie  jak 
nazwiska  zakończone  na  „y”  po  spółgłosce  (czytane  jako  „i”),  takie  jak  Chomsky: 
Chomsky‟ego, natomiast nazwiska typu Presley, Disney, które mają spolszczoną wymowę z 
„j”  na  końcu,  odmieniamy  tak  jak  polskie  wyrazy  zakończone  na  „j”:  Presleya,  Disneya. 
Oddzielnym  zagadnieniem  jest  transliteracja  nazwisk  rosyjskich,  arabskich,  chińskich  i  In., 
ponieważ  pisownia  tych  nazwisk  po  angielsku  zwykle  różni  się  od  pisowni  polskiej,  na 
przykład  Yeltsin  to  Jelcyn,  Zhurin  –  Żurin,  Zhyrinovski  –  Żyrinowski,  Solzhenitsyn  – 
Sołżenicyn, Gaddafi – Kaddafi.  

 
 
Nazwy  geograficzne  spotykane  w  tłumaczonych  tekstach  można  podzielić  na 

mikrotoponimy  i  mikrotoponimy.  Te  pierwsze  przekraczają  swym  znaczeniem  i  użyciem 
granice  jednego  kraju  i  często  mają  uznane  ekwiwalenty  w  innych  językach.  Te  drugie  – 
nazwy  o  znaczeniu  lokalnym  –  nie  posiadają  zwykle  ustalonych  ekwiwalentów  w  innych 
językach (Bagajewa 1993a: 113). Jak wynika z powyższej charakterystyki mikrotoponimy nie 
powinny  w  zasadzie  powodować  problemów  tłumaczeniowych.  Tłumacz  musi  jednak 
zachować  czujność,  jako  że  ekwiwalenty  niektórych  nazw  zupełnie  nie  przypominają  nazw 
oryginalnych: niemieckie Aachen to po francusku Aix-la-Chapelle, a po polsku wciąż jeszcze 
(choć w coraz mniejszym stopniu) Akwizgran; belgijskie Gent to po polsku Gandawa. Warto 
wiedzieć,  że  angielskie  „Naples”,  „Milan”,  „Munich”  i  „Cologne”  to  po  polsku  „Neapol”, 
„Mediolan”, „Monachium”, „Kolonia”. (Nie wszyscy z moich studentów tłumaczących teksty 
The Mouse that Roared Prison Tales prawidłowo rozszyfrowali mikrotoponimy „Cologne” i 
„Naples”  .)  Kiedy  tłumaczymy  obce  toponimy,  bardzo  łatwo  o  niezamierzoną  gafę: 
„Stratford-upon-Avon”  nie  nazywa  się  po  polsku  „Stratford  nad  Avonem”,  jak  proponuje 
tłumaczka Small Word Lodge‟a (Gołębiowska 2000). 

background image

 

57 

 

Znacznie  więcej  kłopotów  przysparzają  tłumaczom  mikrotoponimy.  Przede 

wszystkim trzeba zidentyfikować miejsce, które nazywa dany mikrotoponim, jego znaczenie i 
rolę  w  tekście,  a  następnie  podjąć  ewentualną  decyzję  o  tłumaczeniu,  częściowym  lub 
całkowitym.  Gdyby  tłumacz  Nice  Work  Lodge‟a  ustalił,  że  „Isle  of  Dogs”  to  dzielnica 
Londynu  i  to  bynajmniej  nie  położona  na  wyspie,  z  pewnością  nie  przetłumaczyłby  tego 
mikrotoponimu  jako  „Wyspa  Psów”  (Gołębiowska  2000).  Podobny  zarzut  postawić  można 
tłumaczowi Weisera Dawidka Hellego na angielski: „Nowy Port, Długi Targ, Targ Węglowy” 
to  właściwie  nazwy  ulic  w  Gdańsku,  a  zatem  nie  miało  większego  sensu  tłumaczenie  tych 
nazw jako „the new port”, „Long Market” i „Coal Market”. Tajemnicą tłumacza pozostanie 
powód, dla którego „Krzyworównia” to w przekładzie „Krivoy Rog” (Kaczorowska 2000). 

Najczęstszym  błędem  w  tłumaczeniu  mikrotoponimów  jest  brak  konsekwencji. 

Przekładając  książki  tak  mocno osadzone  w  miejskiej  topografii  jak  Pamiętnik  z  powstania 
warszawskiego 
Białoszewskiego czy Raport o stanie wojennym Nowakowskiego, należałoby 
zadbać o to, by bardziej dociekliwy czytelnik mógł odnaleźć miejsce akcji na planie miasta. 
Tłumacze zostawiają rzeczywiście  bez (większych) zmian  nazwy ulic (Chłodna, Ogrodowa, 
Krochmalna,  Leszno,  Grzybowska,  Lucka,  Krakowskie  Przedmieście  czy  Brzeska  Street, 
Rzodkiewki Street), ale nie wytrzymują przy znaczących nazwach placów (Square / Place of 
Three  Crossem,  Bank  Square),  popełniając  przy  okazji  pomyłki:  Krasinski  Square  ma 
odpowiadać Planowi Krasińskich, a Victory Square  – Placowi Defilad (!) (Grajewska 2001; 
Ruta  2000). Podobny  brak  konsekwencji  występuje  w  Who  was  David  Weiser,  tłumaczeniu 
Weisera  Dawidka  Pawła  Hellego:  Polanki  to  Polanka  (?)  Street,  ale  Pilotów  to  już  Pilots 
Street; Bukowa Górka to Bukowa Hill, ale Dolina Radości to Echo Valley (?!), zaś Jaśkowa 
Dolina  przechrzczona  została,  zapewne  na  skutek  zbyt  daleko  posuniętej  podejrzliwości 
tłumacza, na Beanstalk Valley (Kaczorowska 2000). 

Dokładność w tłumaczeniu – czy też raczej przytaczaniu – toponimów jest oczywiście 

podstawowym  wymogiem  przy  tłumaczeniu  przewodników  i  innych  tekstów  turystyczno-
krajoznawczych. Ich odbiorcy muszą mieć możliwość odnalezienia poszukiwanych miejsc na 
mapach  opisanych  w  języku  wyjściowym,  a  także  zapytania  o  drogę  do  danego  miejsca 
użytkowników  języka docelowego. W praktyce  wygląda to bardzo różnie.  Zdarza się,  że te 
same  nazwy  geograficzne  tłumaczone  są  inaczej  w  różnych  przewodnikach.  Na  przykład 
Góry  Świętokrzyskie  bywają  tłumaczone  jako  the  Świętokrzyskie  Mountains  –  kombinacja 
tłumaczenia z reprodukcją  – ale czasem  spotykamy  „odpowiednik”  „the Holy  Cross Hills”, 
który  należy  chyba  uznać  za  bardziej  mylący  niż  informatywny.  Spore  zamieszanie  panuje 
zwykle w tłumaczeniu nazw regionów, i tak „Chełmszczyzna” bywa tłumaczona jako „Chełm 
Land”,  „Chełmszczyzna”  lub  „the  Chełm  Region”.  Wydaje  się,  że  tego  typu  rozbieżności 
spowodowane są faktem, iż przewodniki i foldery – zwłaszcza te regionalne – tłumaczone są 
czasem przez ludzi przypadkowych, których znajomość języka angielskiego (nie mówiąc już 
o kompetencji tłumaczeniowej) pozostawia wiele do życzenia. 

 

Znacznie  większym  problemem  tłumaczeniowym  są  intencjonalne  imiona 

własne. Używając terminu „intencjonalne imiona własne” stosujemy oczywiście pewien skrót 
myślowy. Jak zauważa Ch. Nord: 

 

To find a name for their fictional characters, authors can draw on the whole repertoire 

of  names  existing  in  their  culture,  and  they  can  invent  new,  fantastic,  absurd  or  descriptive 
names  for characters they create. We  may safely  assume, therefore, that there is no name  in 
fiction without some kind of auctorial  intention  behind  it, although, of course, this  intention 
may be more obvious to the readers in one case than in another. (Nord 2003: 183) 

 

Ch. Nord ma w zasadzie rację, ale trzeba podkreślić, że niektóre imiona mogą zostać 

wybrane  na  chybił  trafił  z  kalendarza,  niektóre  nazwiska  –  w  podobny  sposób  z  książki 

background image

 

58 

telefonicznej, inne dlatego, że autorowi spodobało się ich brzmienie. W takich przypadkach 
intencjonalność  owych  imion  własnych  nie  będzie  wcale  oczywista  dla  odbiorców  (w  tym 
również dla tłumacza). W tej książce przyjmiemy  zatem, że  intencjonalne  imiona własne to 
takie,  co  do  których  można  przyjąć  z  dużą  dozą  prawdopodobieństwa,  że  znaczą  coś 
szczególnego dla odbiorców oryginału, że – w typowych sytuacjach – zostały wybrane przez 
autora właśnie po to, by coś przekazać odbiorcom. 

Pół  biedy  jeszcze,  kiedy  intencjonalne  antroponimy  pojawiają  się  w  tekście  o 

charakterze  baśniowym  czy  alegorycznym,  nie  osadzonym  w  realiach  konkretnego  kraju. 
Wtedy  zadaniem  tłumacza  jest  odczytanie  wszelkich  skojarzeń,  jakie  wywołać  może  dane 
imię  (odtworzenie  wszelkich  ram  i  scenariuszy,  w  których  może  się  ono  pojawiać)  i 
skonstruowanie  takiego  imienia  w  języku  docelowym,  które  budzić  będzie  podobne 
skojarzenia.  Tak  właśnie  postąpił  tłumacz  Opowieści  z  Narnii  C.S.  Lewisa.  Większość 
polskich  ekwiwalentów  imion  baśniowych  bohaterów  tego  cyklu  zbudowana  została  na 
zasadzie  połączenia  dwóch  tematów  morfemem  -o-,  na  podobieństwo  takich  wyrazów,  jak 
deskorolka  czy  listonosz.  I  tak  imionom  Rumblebuffin,  Bricklethumb,  Trufflehunter, 
Glenstorm, Wimbleweather, Glimfeather, Ruddleglum, Cloudbirth, Chippingford  i Patterwig 
odpowiadają  w  polskim  przekładzie  Grzmotołup,  Kruchopaluch,  Truflogon,  Gromojar, 
Świdrigrzmot,  Świecopuch,  Błotosmętek,  Chmurosyn,  Targobród,  Trajkowitka.  Można 
dyskutować, oczywiście, czy polskie ekwiwalenty nie brzmią nieco bardziej „wyszukanie” od 
imion oryginalnych, można zgłaszać zastrzeżenia co do poszczególnych rozwiązań – mnie na 
przykład „Truflogon” kojarzy się najpierw z trufla i ogonem, a dopiero w drugiej kolejności z 
gonieniem  za  truflami,  ale  przyznać  trzeba,  że  większość  tych  imion  budzi  podobne 
skojarzenia  i  sugeruje  podobne  cechy  charakteru  jak  imiona  oryginalne,  co  potwierdziła 
ankieta  przeprowadzona  wśród  rodzimych  użytkowników  języka  angielskiego  i  Polaków 
(Adamska 2001). Ciekawe, że tłumacz  Opowieści z Narnii w kilku przypadkach zastosował 
zupełnie inną technikę zastępowania imienia oryginalnego imieniem o podobnym brzmieniu 
lub  wyglądzie,  np.  Peepiceek  –  Pipisek,  Gumpas  –  Gumpas,  Pug  –  Pug,  Poggin  –  Pogin, 
Griffle  –  Gryfel, Reepicheep  – Ryczypisk, Sopespian  – Sobiepan, Roonwit  –  Runwid. O  ile 
imiona  myszy  Pipisek  i  Ryczypisk  dostarczają  polskiemu  czytelnikowi  dość  podobnych 
skojarzeń  jak  ich  angielskie  pierwowzory,  o  ile  Griffle  i  Gryfel  czytelnikom  obu  wersji 
językowych  kojarzą  się  z  Gryfem,  o  tyle  trudno  mówić  o  jakiejkolwiek  ekwiwalencji  baz 
kognitywnych  w  przypadku  imion  Pug  czy  Pogin,  zaś  imiona  Sobiepan  i  Runwid 
wprowadzają do tekstu niezamierzone przez autora polskie konotacje.  

Z nieco bardziej złożona sytuacją mamy do czynienia w książce Harry Potter i kamień 

filozoficzny,  ponieważ  jej  bohaterowie  należą  niejako  do  dwóch  różnych  światów  –  są 
uczniami  w  szkole  czarów,  ale  jednocześnie  angielskimi  dziećmi  noszącymi  angielskie 
nazwiska.  Z  tego  zapewne  względu  tłumacz  pozostawił  nie  przetłumaczone  takie  nazwiska 
jak  Spruto,  Longbottom  czy  Mafloy,  choć  są  one  niewątpliwie  użyte  intencjonalnie.  W 
pewnym  sensie  intencjonalne  jest  też  nazwisko  Harry  Potter  –  ma  ono  podkreślać 
zwyczajność  tego  niezwykłego  chłopca,  sugerować  małym  czytelnikom,  że  i  oni  „noszą  w 
tornistrze różdżkę Harry‟ego Pottera”. 

Pewne  zdziwienie  budzić  może  pozostawienie  bez  tłumaczenia  takich  nazw  jak 

Slytherin,  które  u  czytelników  oryginału  budzić  muszą  szereg  zdecydowanych  skojarzeń 
(Zielińska 2001). Jednak, jak się okazało w następnych tomach książki, decydując się na takie 
rozwiązanie, tłumacz ustrzegł się przed późniejszymi kłopotami: w dalszym ciągu opowieści 
o Harrym Potterze dowiadujemy  się, że nazwy domów to  nazwiska czarodziejów, którzy  je 
założyli.  Gdyby  zatem  tłumacz  przełożył  nazwy  domów,  musiałby  się  z  tego  tłumaczyć  w 
kolejnych  tomach.  W  tę  pułapkę  wpadła  brazylijska  tłumaczka  Harry‟ego  Pottera  (Wyler 
2003).   

background image

 

59 

Największym  jednak  wyzwaniem  dla  tłumacza  są  intencjonalne  imiona  własne  w 

utworach, których akcja osadzona jest w realiach danego kraju. Jeśli  intencjonalność użycia 
imion  własnych  ogranicza  się  do  jednego  czy  paru  przypadków,  można  próbować 
przetłumaczyć te  imiona, a  następnie  nadać  im charakter  imion, które  mogłyby wystąpić  w 
kulturze  wyjściowej.  Po  mistrzowsku  zrobiła  to  tłumaczka  Madame,  która  przetłumaczyła 
imiona  i  nazwiska  dwóch  niezbyt  szanowanych  koleżanek  bohatera  –  Adriany  Kloc  i 
Agnieszki  Wąsik  –  na  Adrienne  Swat  i  Agnes  Wanko:  oba  te  nazwiska  budzą  pożądane 
skojarzenia u anglosaskiego czytelnika, ale jednocześnie mogłyby być nazwiskami polskimi 
(Kucińska  2000).  Nieco  gorszym  rozwiązaniem  jest  zastąpienie  imienia  i  nazwiska  Lucyla 
Różogrodek  nazwiskiem  Lucilla  Rosenberg:  o  ile  w  polskim  oryginale  można  się  tylko 
domyślać  żydowskiego  pochodzenia  dziewczyny,  o  tyle  w  wersji  angielskiej  staje  się  ono 
oczywiste.  Tej  techniki  nie  da  się  jednak  zastosować  we  wszystkich  przypadkach: 
przetłumaczenie nazwiska Gardener w Being There J. Kosińskiego na O‟Grodnick uważam za 
zupełnie  chybione,  jako  że  sugeruje  ono  polskiemu  czytelnikowi,  że  Amerykanie  używają 
polskiego wyrazu „ogrodnik” na określenie człowieka, który zajmuje się tego typu pracą (por. 
Rudolf 2000: 486). Nie ma też chyba dobrego rozwiązania w przypadku nazwiska głównego 
bohatera Money M. Amisa – Johna Selfa, które to nazwisko odgrywa istotną rolę w rozwoju 
akcji. Inna sprawa, że czytelnikowi polskiemu należał się w odpowiednim miejscu porządny 
przypis, którego tłumacz nie zamieścił (Świerkocki 1997; Jaworowska 2001). 

Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy intencjonalne imiona własne występują 

w większej liczbie, a na dodatek przemieszane są z imionami realistycznymi i umieszczone w 
realiach  konkretnego  kraju.  Z  taką  sytuacją  mamy  do  czynienia  na  przykład  w  Prawieku  i 
innych  czasach  
O.  Tokarczuk.  Przetłumaczenie  imion  intencjonalnych  i  pozostawienie  w 
wersji  oryginalnej  pozostałych  imion,  a  tak  postąpił  tłumacz  tej  książki  na  francuski,  może 
sprawić,  że  czytelnik  francuski  będzie  „zastanawiać  się  nad  tym,  dlaczego  mieszkańcy 
polskiej wsi noszący rodzime nazwiska mają sąsiadów o nazwiskach francuskich i dlaczego ci 
ostatni dają jednym dzieciom imiona francuskie, a innym polskie” (Skibińska 2000: 166). 

Z przedstawionego w tej książce punktu widzenia najważniejszym zadaniem tłumacza 

jest umożliwienie czytelnikowi przekładu rekonstrukcji bazy wypowiedzi i bazy kognitywnej 
jak najbardziej zbliżonych do baz autora i odbiorcy oryginału  – w warstwie scenariuszowej, 
emocjonalnej,  ale  również  w  warstwie  realiów  przedstawionych  w  utworze,  w  tym  imion 
własnych.  Sądzimy  zatem,  że  wykluczyć  należy  przede  wszystkim  takie  sposoby  działania 
tłumacza,  które  ową  rekonstrukcję  całkowicie  uniemożliwiają,  na  przykład  opuszczanie 
pewnych  elementów  oryginału.  Tłumacz  ma  do  dyspozycji  kilka  technik  umożliwiających 
transfer imion własnych oryginału do przekładu, które pokrótce opisałem powyżej. Zdarzają 
się też sytuacje niemal bez wyjścia. Warto jednak pamiętać, że w dłuższych tekstach przypis, 
uważany  przez  wielu  tłumaczy  za  ostateczność,  jest  znaczenie  lepszym  rozwiązaniem  niż 
całkowity brak informacji. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

60 

6.  Nieprzekładalność  językowa:  „znaczenie  jest  własnością 
języka” 

 
 

…istotą języka jest możność przekładu. 

Claude Lévi-Strauss 

 
 

Jak  już  zostało  powiedziane,  zdaniem  niektórych  autorów,  nieprzekładalność  całych 

tekstów  bądź  ich  fragmentów  spowodowana  jest  różnicami  kulturowymi  i  różnicami 
językowymi. Ta druga przyczyna trudności przekładowych występuje z całą ostrością wtedy, 
kiedy tekst wyjściowy zawiera struktury nacechowane językowo, tj. wówczas, gdy wiedza na 
temat  języka  wyjściowego  (dotycząca  jego  idiomatyki,  polisemii,  homonimii, 
morfologicznego potencjału języka) jest ważną częścią bazy wypowiedzi. 
 

Ciekawy przykład tego zjawiska, polski przekład chińskiej anegdoty, znajdziemy u O. 

Wojtasiewicza: 
 
 

Pewien  wykształcony  Chińczyk  otrzymał  od  swojego  znajomego,  człowieka  równie 

wykształconego  jak on sam, zaproszenie, aby przyszedł do niego na  „połowę księstwa Lu”. 
Zaintrygowany  tego  rodzaju  sformułowaniem,  udał  się  z  wizytą,  w  czasie  której  gospodarz 
poczęstował  go  rybą  (ideogram  oznaczający  rybę  stanowi  górną  część  ideogramu  będącego 
nazwą księstwa Lu). Po pewnym czasie, pragnąc zrewanżować się za przyjęcie, skierował do 
swojego niedawnego gospodarza analogiczne zaproszenie. Gdy gość przybył,  siedział z  nim 
długo w upał na tarasie, a gdy gość uczynił aluzję do spodziewanego poczęstunku, wyjaśnił 
ze  śmiechem,  że  zaprosił  go  na  „dolną  połowę  Lu”  (dolna  połowę  tego  ideogramu  stanowi 
znak będący symbolem słońca). (Wojtasiewicz 1957/1992: 56) 
 
 

Wojtasiewicz komentuje ten przypadek w następujący sposób: 

 
 

Jeśli skreślimy wyjaśnienia zawarte w nawiasach, otrzymamy mniej czy więcej udane 

tłumaczenie  anegdoty,  ale  dla  czytelnika  polskiego  będzie  ono  całkowicie  niezrozumiałe 
właśnie ze względu na aluzje do form poszczególnych ideogramów, dodane zaś objaśnienia są 
już  komentarzami  wykraczającymi  poza  granice  przekładu.  Anegdota  jest  więc 
nieprzetłumaczalna na polski, podobnie zresztą jak i na wszystkie języki nie posługujące się 
chińskimi  ideogramami;  można  jej  sens  wyjaśnić  dodatkowymi  uwagami,  ale  wówczas  nie 
będzie to już zwykłe tłumaczenie. (Wojtasiewicz 1957/1992: 57) 
 
 

Poniżej  rozważymy  kilka  problemów  tłumaczeniowych,  których  źródłem  SA  przede 

wszystkim  zjawiska  językowe.  Oczywiście  warto  pamiętać,  że  granica  między  językiem  a 
kulturą  nie  jest  żadną  wyraźną  linią  demarkacyjną,  a  więc  niektóre  z  omawianych  tu 
zagadnień będą dotyczyły również kwestii kulturowych. 
 
 
1. Gry językowe, kalambury 
 
 

Takie  zjawiska  językowe  jak  polisemia  czy  homonimia,  a  zwłaszcza  ich  celowe 

wykorzystanie  w  tekście  wyjściowym  mogą  być  źródłem  poważnych  problemów 
tłumaczeniowych,  gdy  język  docelowy  nie  dysponuje  odpowiednimi  jednostkami 
homonimicznymi  czy  polisemicznymi.  Na  przykład  sztuka  Harolda  Pintera  Old  Times 
rozpoczyna się od następującego dialogu: 
 

background image

 

61 

KATE: Dark   (pause) 
DEELEY: FAT or Hun? 
KATE: Fuller than me, I think.   (pause) 
DEELEY: She was then? 
KATE: I think so. 
DEELEY: She may not be now. 
 
 

Jak zauważa Sh. Blum-Kulka (2000: 302-303) ta celowo enigmatyczna i dwuznaczna 

rozmowa musi zostać ujednoznaczniona w tłumaczeniu na hebrajski, po pierwsze dlatego, że 
hebrajskie  przymiotniki  mają  rodzaj,  a  po  drugie  dlatego,  że  w  języku  hebrajskim  nie  ma 
dobrego  polisemicznego  ekwiwalentu  angielskiego  wyrazu  „dark”.  Podobnie  w  tłumaczeniu 
na  język  polski  cytowany  fragment  będzie  mniej  wieloznaczny  ze  względu  na  konieczność 
użycia żeńskiego rodzaju przymiotnika, co natychmiast wyjaśni czytelnikowi, że mowa jest o 
kobiecie (zob. Kozodój 2001). 
 

Tłumacze  czasem  pozbywają  się  kłopotliwej  gry  słownej  wyrzucając  w  tłumaczeniu 

cały  problematyczny  fragment.  Prezentowana  poniżej  gra  językowa  oparta  na  cechach 
angielskiej  gramatyki  nie  została  uwzględniona  w  polskim  przekładzie  Peter  Pan:  „Feeling 
that Peter was on his way back, the Neverland had again woke is  better and was always used 
the plusperfect and say wakened, but woke is better and was always used by Peter”. (przykład 
z:  Adamczyk-Grabowska  1988:  57).  Trudno  wyjaśnić  takie  rozwiązanie  inaczej  niż  jako 
przejaw  protekcjonalnego  stosunku  do  literatury  dziecięcej  I  dziecięcego  odbiorcy.  (Więcej 
przykładów gier słownych w tłumaczeniach literackich znaleźć można w: Wille 2003). 
 

Celowe  wykorzystywanie  wieloznaczności  nie  jest  jednak  bynajmniej  wyłączną 

domeną  literatów. Problemy tego typu pojawiają  się często w tekstach prasowych, a także  – 
choć  z  mniejszą  częstotliwością  –  w  tekstach  naukowych  i  popularnonaukowych.  W 
zamieszczonych  w  Suplemencie  tekstach  prasowych  wykorzystywanych  przeze  mnie  na 
zajęciach z tłumaczenia znajdziemy na przykład sformułowanie „Mickey Mouse has stepped 
in Pooh.” (tekst Sweet Deal), którego autor nie mógł powstrzymać się przed wykorzystaniem 
dwuznaczności wyrazu  „pooh.”:  jest on częścią  imienia sławnego  misia znanego u nas  jako 
Kubuś  Puchatek,  ale  również  w  dziecięcym  języku  może  oznaczać  „kupkę”.  A  zatem 
powyższe  zdanie  metonimiczne  wyraża  myśl:  Wytwórnia  Disneya  zainteresowała  się 
książkami A.A. Milne‟a, ale jednocześnie przywołuje zabawne w tym kontekście skojarzenie 
–  Myszka  Miki  wdepnęła  w…  Gdyby  tekst  sugerował  zarazem,  że  wymieniona  wytwórnia 
wyszła  na  tej  transakcji  jak  „Zabłocki  na  mydle”,  to  mielibyśmy  dość  poważny  problem 
tłumaczeniowy, ponieważ jednak „stepped in Pooh” jest tylko żartem, możemy specjalnie się 
nim  nie  przejmować  (w  końcu  tłumaczymy  krótki  tekst  informacyjny)  i  zastąpić  kalambur 
oryginału  zdaniem:  „Myszka  Miki  zainteresowała  się  Puchatkiem”  czy  nawet  – 
wykorzystując  wiedzę  zdobytą  w  dalszej  części  artykułu  –  „Myszka  Miki  przejmuje 
Puchatka”. Myślę, że w tym konkretnym przypadku takie tłumaczenia są  jak  najbardziej do 
przyjęcia,  chociaż  jedna  z  moich  studentek  wpadła  na  ciekawy  pomysł  przełożenia 
interesującego nas fragmentu jako: „Myszka Miki wdepnęła w… garnczek miodu”. 
 

Naszpikowany  tego  typu  problemami  jest  króciutki  tekst  Pitiful  Debate.  O  części  z 

nich  była  już  mowa  przy  okazji  omawiania  tłumaczenia  funkcjonalnego  (rozdz.  3).  Warto 
zwrócić jeszcze uwagę na dwuznaczne „spit on our rules” („pluć według naszych zasad”  lub 
„pluć  na  nasze  zasady”),  które  zapewne  ma  służyć  dodatkowej,  ironicznej  charakterystyce 
wybitnego autorytetu w dziedzinie plucia pestką wiśni na odległość. Ze względu na końcówki 
polskich  przypadków  nie  dysponujemy  tu  idealnym  rozwiązaniem,  ale  chyba  niezłym 
pomysłem  jest  przetłumaczenie  tego  zwrotu  na  potoczne  „pluć  na  naszych  zasadach”,  w 
którym  przynajmniej  pobrzmiewa  druga  interesująca  nas  fraza  „pluć  na  coś”.  W  tekście 
Topless  in  Rio  pojawia  się  sformułowanie  „toplessness  was  a  bare  Essentials”,  w  którym 

background image

 

62 

wykorzystano  dwuznaczność  wyrazu  „bare”,  co  sprawia,  że  zwrot  ten  jest  trudny  do 
przełożenia na język polski, w którym wyrazy „goły” i „nagi” tworzą nieco inne kolokacje: 
goła szabla, pod gołym niebem, z gołą głową, gołymi rękami, gołym okiem, gołe słowa, nagie 
fakty,  naga  prawda,  naga  rzeczywistość.  Oczywiście  można  któryś  z  nich  wykorzystać, 
„dostosowując”  nieco  tekst  oryginału  (np.  „gołym  okiem”  czy  „naga  rzeczywistość”)  – 
byłoby  to  nawet  konieczne,  gdybyśmy  mieli  do  czynienia  z  tekstem  literackim.  Ponieważ 
jednak tłumaczymy tekst informacyjny, myślę, że można również zaakceptować rozwiązania 
„gubiące”  dwuznaczność  oryginału,  na  przykład  „absolutna  konieczność”  czy  „niezbędny 
warunek”. Dwuznaczność i gry słów są także cechą charakterystyczną tytułów amerykańskich 
artykułów  prasowych,  na  przykład  Pipe  Down,  Pitiful  Debate,  In  a  Flap,  Hart  of  Stone  (w 
Polsce  w  tytułach  tego typu  zaczyna  się  specjalizować  –  z  różnym  zresztą  powodzeniem  – 
Gazeta Wyborcza). 
 

Wydaje  się,  że  jedyną  metodą  tłumaczenia  gier  słownych  jest  zastępowanie  ich  grą 

języka  docelowego.  Oczywiście  po  rozważeniu  wszystkich  za  i  przeciw.  Jeśli  cena  za 
kalambur  byłaby  zbyt  wysoka,  przyjdzie  z  niego  zrezygnować  –  ewentualnie  można 
posiłkować się przypisem. 
 
 
2. Idiomy, powiedzenia, przysłowia 
 
 

Bogata  literatura  na  temat  idiomów  koncentruje  się  na  próbach  zdefiniowania 

idiomów  oraz  przedstawienia  ich  klasyfikacji.  Różni  badacze  wyrażają  różne  poglądy  na 
temat tego, czym  jest  idiom:  trwa debata dotycząca złożoności  idiomów (czy  muszą to być 
wyrażenia  złożone,  a  jeśli  tak,  to  z  ilu  elementów);  spotyka  się  „definicje”  w  rodzaju 
„znaczenie idiomu nie jest sumą znaczeń jego składników”, które byłoby bardziej na miejscu 
w  arytmetyce  niż  w  językoznawstwie.  Ponieważ  nas  interesować  tu  będą  kwestie 
tłumaczeniowe, pozostawimy problem ścisłego zdefiniowania idiomu językoznawcom, a sami 
sformułujemy  nieprecyzyjną  definicję  roboczą,  która  jednak,  jak  sądzę,  pozwoli  nam  na 
odróżnienie  większości  idiomów  od  nieidiomów  i  ustosunkowanie  się  do  kwestii  ich 
przekładu.  Przyjmiemy  zatem,  że  idiomy  to  spetryfikowane  metafory,  w  większości 
odnotowane w słownikach danego języka. 
 

Wydaje  się,  że  tłumacz  może  zastosować  jedną  z  czterech  technik  tłumaczenia 

idiomów: 
 

A. Użycie „oczywistego”, nasuwającego się ekwiwalentu – idiomu o bardzo podobnej 

formie  i  sensie  w  języku  docelowym,  jeśli  takowy  istnieje  (co  zdarza  się  najczęściej  w 
przypadku idiomów o pochodzeniu biblijnym lub klasycznym) 
 

B.  Użycie  ekwiwalentu  funkcjonalnego  –  zastąpienie  idiomu  języka  wyjściowego 

takim idiomem języka docelowego, którego znaczenie funkcjonalne jest podobne, choć obraz 
inny. 
 

C.  Syntagmatyczne  przetłumaczenie  idiomu  języka  wyjściowego  –  co  możliwe  jest 

tylko  w  rzadkich,  specyficznych  przypadkach,  kiedy  oryginalny  idiom  jest  „przejrzysty” 
(zrozumiały  w  kulturze  docelowej)  i  tylko  w  pewnych  typach  tekstów,  których  odbiorca 
przygotowany jest na pewne nowatorstwo, inwencję językową. 
 

D. Użycie ekwiwalentu znaczeniowego nie będącego idiomem. 

 

Granica między technikami A i B jest zresztą płynna  – idiomy mogą pochodzić z tej 

samej sceny, mieć podobna strukturę i różnić się tylko doborem jednostek leksykalnych, tak 
jak  „inch  by  inch”  –  „krok po kroku” czy  „to run  neck and  neck”  –  „iść  łeb w  łeb”. Takie 
różnice  na  ogół  nie  odgrywają  znaczącej  roli  w  tłumaczeniu.  Pewnym  utrudnieniem  bywa 
„złapanie  idiomu  za  słowo”,  wykorzystanie  wyjściowego  znaczenia  metafory  dla  uzyskania 
humorystycznego  efektu.  Zdarza  się,  że  funkcjonalny  ekwiwalent  oferuje  analogiczne 

background image

 

63 

możliwości  w  języku  docelowym.  W  jednej  z  powieści  Archera  znajdujemy  następujące 
sformułowanie: „they are twisting my arm it‟s amazing I‟m not permanentny in splints”, które 
zostało  przełożone  na  język  polski  jako:  „Wiercą  mi  z  tego  powodu  dziurę  w  brzuchu,  że 
chyba  prześwituję  na  wylot”.  Czasem  możliwe  są  kombinacje  powyższych  technik.  Na 
przykład  w  książce  tego  samego  autora  idiom  „hook,  line  and  sinker”  został  zastąpiony  – 
pochodzącym z tej samej sceny wędkarstwa – idiomem „połknął haczyk”, a następnie polski 
zwrot  rozwinięto  poprzez  tłumaczenie  syntagmatyczne  oryginalnego  idiomu:  „Połknął 
haczyk, żyłkę i spławik”. W efekcie powstało barwne i dobitne wyrażenie, dobrze oddające 
sens  angielskiego  zwrotu,  choć  niewątpliwie  różniące  się  od  pierwowzoru  stopniem 
oryginalności (powyższe przykłady pochodzą z: Malon 2001). 
 

Kiedy  tłumacz  dojdzie  do  wniosku,  że  zastosowanie  technik  A-C  nie  jest  możliwe, 

zamiast  stosować  technikę  D  opuszcza  czasem  kłopotliwy  fragment  (zwłaszcza  w 
przekładach  literackich,  by  uniknąć  wielosłowia).  I  tak  na  przykład  w  polskim  przekładzie 
książki Peter Pan następujące zdanie: „Michael was up by his time also, looking as sharp as a 
knife  with  six  blades  and  a  saw…”  zostało  przetłumaczone  jako:  „Michał  też  się  już 
obudził…” (Adamczyk-Grabowska 1988: 57). 
 
 
 

Militarne  idiomy  w  tekście  The  Mouse  That  Roared,  zgrupowane  w  poniższym 

fragmencie, były  już pokrótce omawiane przy okazji analizy tego tekstu w rozdziale 4.,  ale 
wrócimy jeszcze do nich na chwilę, by zasugerować ich możliwe przekłady: 
 
 

Liechtenstein  has  mustered  all  its  big  guns  for  the  fray.  Its  foreign  minister  came  to 

The  Hague  armed  with  four  of  Europe‟s  most  expensive  lawyers.  Even  its  head  of  state. 
Prince Hans-Adam II, has girded his loins for battle… 
 

Sądzę,  że  w  pierwszym  przypadku  można  zastosować  nasuwający  się  polski  ekwiwalent 
“wytaczać najtęższe działa”, w drugim – zastąpić „armed with” wyrażeniem „w obstawie”, a 
w trzecim – spróbować metaforycznego „przypasał miecz” czy „przywdział zbroję”, które w 
kontekście  artykułu  będą  zrozumiałe,  a  jednocześnie  niosą  archaiczno-rycerskie  konotacje, 
zamierzone chyba przez autora. 
 

Idiomem jest również wyrażenie „Sturm und Drang”, użyte w tym samym tekście w 

zdaniu  „Oh,  the  Sturm  und  Drang  that  has  occasioned”,  które  chyba  można  przełożyć  na 
idiomatyczne  „Ach,  jaka  się  wtedy  rozpętała  burza”.  Gubimy  w  ten  sposób  „niemieckość” 
zwrotu „Sturm und Drang”, ale zachowujemy sens i ironię oryginalnego zdania. 
 
 
 

Trudnym  problemem  jest  też  kwestia  tłumaczenia  powiedzeń  i  przysłów.  Często 

wyrażany jest pogląd, że przysłowia powinny być w przekładzie zastępowane przysłowiami 
języka docelowego o podobnej wymowie (ekwiwalentem funkcjonalnym). Rozwiązanie takie 
jest zapewne możliwe, a nawet godne polecenia w tekstach informacyjnych, w których dane 
przysłowie czy powiedzenie nie odgrywa istotnej roli, oraz w tekstach, których akcja toczy się 
wszędzie  i  nigdzie,  np.  w  baśniach.  Czy  jest  to  jednak  rozwiązanie  godne  bezwarunkowej 
aprobaty, jeśli mamy do czynienia z tekstem osadzonym w konkretnych realiach? Chyba nie. 
 

Jak słusznie zauważył A. Berman: 

 
 

Of  course  a  proverb  may  have  its  equivalents  in  other  languages  [Berman  ma  tu  na 

myśli ekwiwalenty funkcjonalne – K.H.], but… these equivalents do not translate it. […] The 
desire  to  replace  ignores  […]  the  existence  in  us  of  a  proverb  consciousness  which 

background image

 

64 

immediately  detects,  in  a  new  proverb,  the  brother  of  an  authentic  one:  the  world  of  our 
proverbs is thus augmented and enriched… (1985/2000: 295) 
 

 

Doskonałą  ilustracją  tezy  Bergmana  jest  przekład  Pamiętnika  z  powstania 

warszawskiego  M.  Białoszewskiego,  w  którym  przysłowie  „jak  bida  to  do  Żyda”  zostało 
przetłumaczone  funkcjonalnie  jako  „beggars  can‟t  be  choosers”;  w  efekcie  zniknęły 
specyficznie  polskie,  czy  też  polsko-żydowskie,  konotacje  oryginalnego  powiedzenia  – 
istotne chyba w kontekście tłumaczonej książki. 
 

Przysłowia i powiedzenia – a przynajmniej te z naszego kręgu kulturowego  – często 

poddają  się  tłumaczeniu  syntagmatycznemu.  Na  przykład  wszyscy  trzej  tłumacze  The 
Adventures of Tom Sawyer 
M. Twaina przekładają „can‟t teach any old dog new tricks” jako 
„starego  psa  nikt  nowych  sztuczek  nie  nauczy”,  mimo  że  takie  sformułowanie  nie  jest 
naprawdę  powszechnie  w  języku  polskim  używane.  Z  drugiej  strony  ważne  jest,  by  takie 
syntagmatyczne tłumaczenie rzeczywiście przypominało powiedzenie, było zwięzłe, zręczne i 
jasne. W związku z tym trudno uznać za udane dwa poniższe przekłady fragmentu tej samej 
książki: 
 

„His final feather broke the camel‟s back”  

 

“Było  to  jakby  ostatnim  ziarenkiem  dorzuconym  do  ładunku,  pod  którym  grzbiet 

wielbłąda musiał się załamać”. 
 

„Stała się przysłowiowym piórkiem, pod którym ugiął się objuczony wielbłąd”. 

 

W  tym  wypadku  rozsądniejszym  wyborem  wydaje  się  zastosowana  przez  jednego  z 

tłumaczy technika B: 
 

„Stała się przysłowiowym gwoździem do trumny” (powyższe przykłady z: Krzywicki 

2003). 
 

Przysłowia,  powiedzenia  lub  sformułowania  powiedzeniopodobne  pojawiają  się 

również w tekstach informacyjnych: „Where man leads, pest must follow”, „Not even religion 
can  break  up  his  friendship”.  W  przypadku  tego  typu  tekstów  nie  jest  może  tak  ważne 
zachowanie  oryginalnego  obrazu  i  oryginalnej  struktury,  więc  pierwsze  z  tych  zdań  można 
zapewne  przetłumaczyć  na  „jaki  pan,  taki  kram”.  Nic  jednak  nie  stoi  na  przeszkodzie,  by 
powyższe  sformułowanie  przełożyć  syntagmatycznie:  „Gdzie  człowiek,  tam  i  szkodniki”. 
Oczywiście użycie wyrazu „gdzie” jest tu metaforyczne: nie chodzi o dosłowne podążanie za 
człowiekiem, a raczej o naśladowanie jego zachowań, ale za to takie tłumaczenie odwołuje się 
do  naszej  „proverb  consciousness”  (świadomości  przysłowiowej),  a  jednocześnie  od  razu 
wprowadza czytelnika w temat tekstu (podobnie jak pierwsze zdanie tekstu wyjściowego). W 
przypadku drugiego przekładu nie mamy wielkiego wyboru, ponieważ jest ono żartobliwym 
podsumowaniem  artykułu  i  chyba  wymaga  w  miarę  wiernego  przekazania.  Na  szczęście 
tłumaczenie  tego  zdania  nie  sprawia  specjalnych  trudności:  „Nawet  religia  nie  zniszczy  tej 
przyjaźni”. Wspomnieliśmy już o przekładzie ostatniego zdania z tekstu Two Legs Bad – „the 
crayon is mighter than the sword”. 
 
 
3. Neologizmy 
 
 

Według  H.  Kurkowskiej  i  S.  Skorupki  (1964:  71)  neologizmy  podzielić  można  na 

cztery rodzaje: 

1.  neologizmy strukturalne – nowe wyrazy powstałe z istniejących morfemów na drodze 

typowych procesów słowotwórczych 

2.  neologizmy kolokacyjne – nowe zestawienia istniejących wyrazów 
3.  neologizmy semantyczne – istniejące wyrazy, którym przypisano nowe znaczenie 
4.  zapożyczenia – wyrazy i zwroty importowane z obcych języków. 

background image

 

65 

Do  tych  czterech  kategorii  niektórzy  uczeni  dodają  neologizmy  absolutne,  które  w 

języku  codziennym  są  dość  rzadkie,  pojawiają  się  natomiast  w  językach  specjalistycznych 
(zwłaszcza w postaci nazw firmowych), a przede wszystkim w literaturze pięknej. 

Neologizmy  stanowią  zwykle  problem  tłumaczeniowy,  gdyż  po  pierwsze  nie  da  się 

sprawdzić  ich  znaczenia  w  słowniku  języka  wyjściowego  ani  rzecz  jasna  znaleźć  ich 
docelowego ekwiwalentu w słowniku dwujęzycznym, a po drugie zastosowaniu neologizmu 
w  tekście  wyjściowym  powinno  w  zasadzie  odpowiadać  użycie  neologizmu  w  tekście 
docelowym,  a  zatem  tłumacz  musi  zabawić  się  w  słowotwórcę.  Zasada  neologizm  za 
neologizm  nabiera  szczególnego  znaczenia  w  tekstach  naukowych,  w  których  będą  one 
zwykle  nazwami  nowych  wynalazków  lub  elementami  nowych  teorii,  oraz  w  tekstach 
literackich, w których pełnią zwykle ważne funkcje estetyczno-poznawcze. 

Szczególnie  wiele  neologizmów  występuje  zwykle  w  literaturze  fantastycznej  i 

fantastyczno-naukowej, ponieważ autorzy opisujący inne światy pragną je uprawdopodobnić 
użyciem  innego,  a  zatem  nowego  słownictwa  (por.  Bereś  1987:  62).  Mistrzem  neologizmu 
jest  ST.  Lem,  przy  czym  największe  zagęszczenie  nowych  wyrazów  występuje  w 
humorystycznym  nurcie  jego  twórczości  –  w  takich  książkach  jak  Cyberiada,  Kongres 
futurologiczny 
czy Dzienniki gwiazdowe 
 

Znajdziemy  tam  typowe  neologizmy  strukturalne  utworzone  za  pomocą  przed-  i 

przyrostków,  a  także  złożenia,  np.  desymulant,  półmatek,  półbabek,  wielośmiertelny, 
supersmok,  przeciw-przeciw-przeciw-przeciwrakieta,  ziemista  (specjalista  od  planety 
Ziemia),  próżniarz  (kosmonauta),  rdzawki  (choroba  robotów),  wzrocza  (organ  wzroku  istot 
pozaziemskich),  kompoter  (robot  podający  kompot).  Większość  neologizmów  tego  typu 
została  przetłumaczona  na  angielski  przy  zastosowaniu  analogicznych  procesów 
słowotwórczych.  I  tak  powyższe  przykłady  to  odpowiednio:  dissimulant,  semimother, 
semigran, multimortal, metadragon, anti-anti-anti-antiballistic, missile, earthist, spacer, rustes 
(na podobieństwo rabies, caries czy diabetes), opticules, compoter. Trudno zgadnąć, dlaczego 
“nibyręce”  I  “nibynogi”  stają  się  w  tłumaczeniu  “alleged  hands”  i  “alleged  knees”,  bo 
przecież  nasuwająca  się  analogia  z  nibynóżkami  ameby  (ang.  Pseudopodia)  nakazywałyby 
użyć form „pseudohands” i „pseudolegs”. 
 

Po mistrzowsku natomiast rozwiązał tłumacz problem neologizmu połączonego z grą 

słów: „Niejednemu już w takich opałach wyszedł zamiast niesmoka – niesmak” (Tyberiada) – 
„More than one poor soul, seeking to produce the lack of dragon ended up instead with the 
back  of  the  dragon”.  Tłumacz  zrezygnował  z  neologizmu  po  to,  by  odtworzyć  grę  słów,  a 
efekt  jest  równie  zabawny  co  w  oryginale.  Podobne  rozwiązanie  zostało  zastosowane  we 
fragmencie  Kongresu  futurologicznego,  w  którym  Lem  używa  słowa  „smaczyć”,  będącego 
zbitką  „smakować”  i  „znaczyć”  –  rzecz  dzieje  się  w  czasach,  kiedy  książki  będzie  można 
spożywać w postaci pigułek: 
„- To słowo nic nie znaczy. 
- Po pierwsze, teraz mówi się „nic nie smaczy”” 
 

Tłumacz  uznał,  że  gra  słów  jest  tu  ważniejsza  od  neologizmu  i  zaproponował 

następującą wersję: 
„- I‟m afraid I don‟t follow. 
- First of all, we don‟t say follow but swallow”. 

Za niezbyt udane trzeba uznać tłumaczenia wyrazów “mandolnice” (części ciała istot 

pozaziemskich wydające dźwięki) i „czołginki” (istoty płci żeńskiej wyglądające jak czołgi). 
Tłumacz  posłużył  się  tu  złożeniami  istniejących  słów,  tworząc  „hawk  pipes”  i  „traktor-
dryads”, co nie oddaje specyficznego humoru oryginału. W niektórych przypadkach tłumacz 
zrezygnował z tworzenia neologizmów, używając wyrazów istniejących w języku angielskim, 
na  przykład  „kretyniec”  –  „boob”,  „torturant”  –  „torturer”,  „drzwisty”  (drzwi  otwierane 
głosem)  –  „security  door”,  „spisanka  telefoniczna”  –  „telephone  direktory”,  „bliźniowiec” 

background image

 

66 

(sobowtór od wyr. Bliźni) – „an exact duplicate”… Trudno ustalić przyczyny tych decyzji. W 
przypadku takich wyrazów jak „kretyniec” czy „torturant” tłumacz mógł przeoczyć fakt, że są 
to  neologizmy.  W  innych  sytuacjach  mógł  działać  w  przekonaniu,  że  ważniejsze  jest 
precyzyjne oddanie sensu wyrazu. Ciekawym przypadkiem jest „bladawiec”, który odgrywa 
dość istotną rolę w Tyberiadzie jako pogardliwe określenie człowieka używane przez roboty. 
W  tłumaczeniu  użyto  słowa  „paleface”  (blada  twarz),  którym  rzekomo  posługiwali  się 
Indianie mówiąc o białych; wydaje się, że alternatywą mógł być neologizm „paler”. Czasami 
dokładniejsze  tłumaczenie  neologizmów  mogłoby  dać  w  efekcie  niezbyt  zręczne  wyrazy 
angielskie  –  „szafogeneza”  stałaby  się  „cupboardgenesis”  lub  „wardrobegenesis”,  a 
„bratożerstwo” – „fratrivority”. Możliwe też, że czasem po prostu zabrakło inwencji. 

Pomysłowość  tłumacza  widać  najlepiej  we  fragmentach,  w  których  następuje 

gwałtowna  kondensacja  neologizmów,  zwykle  w  połączeniu  z  grą  słów.  Bezpośrednie 
tłumaczenie  poszczególnych  neologizmów  za  pomocą  analogicznych  form  języka 
docelowego jest wtedy niemożliwe – trzeba posłużyć się kompensacją. 

„Język  zmienił  się  najbardziej.  Żywać  od  żyć,  jak  bywać  od  być,  bo  można  żyć 

kilkakrotnie,  stąd  forma  częstotliwa.  Ale  także  myć  –  mydło,  prać  –  pradło,  bać  –  badło. 
Pojęcia nie mam, co to znaczy…” „But the language changed the most. Rebe, rebeing, rebeen, 
Since if you‟re not satisfied with yourself, sou can start over. Or unbe, if you get completely 
discouraged. But then there‟s prebe, postbe, disbe, misbe, overbe and qyasibe. I haven‟t the 
foggiest what these are supposed to mean…” 

Tłumacz  koncentruje  się  na  angielskim  odpowiedniku  czasownika  „być”  i 

wykorzystuje  jego  potencjał  słowotwórczy  w  całej  pełni,  co  niektórzy  krytycy  mogliby 
pewnie  uznać  za  „ulepszanie”  oryginału.  Trudno  natomiast  byłoby  cokolwiek  zarzucić 
tłumaczeniu innego fragmentu Kongresu futurologicznego: 

„Co idzie z nogi? Nogant. Nogiel, ewentualnie kogiel-nogiel. Nogier, noginia, noglić 

się  i  nożyć  się.  Roznożenie.  Znożony.  Nogać  tam!  Nogaś!  Nogam?  Nogista.  Proszę,  widzi 
pan, mamy coś płodnego. Nogista. Nogistyka.” „Foot. Good. Onefoot, twofoot. Threefooter, 
fourfooted.  Footing,  footingly,  footling.  Footage,  befootery.  Footment.  And  footloose  gets 
you  footless,  unfooted,  defeeted.  Ah,  defeetism,  feetish,  feetus…  feetback?  Infoot  and 
outfoot! I think we‟re getting somewhere. Feetality, twofootalitarianism”. 

Bardzo  zręcznie  poradził  sobie  tłumacz  z  wymyślonymi  przez  Lema  skrótami  i 

skrótowcami. CIPEK (Centralny Instytut Pełnej Estetyzacji Kończyn) został przetłumaczony 
jako  BUFF  (Beautifull  Figure  Foundation),  MOIRA  (Mobilna  Inspekcja  Ratunkowa)  jako 
MOIRA  (Mobile  Inspection  and  Rescue  Auxiliaries),  AMOREK  (Amortyzator  Energii 
Kinetycznej)  –  CUPID  (Cyclochronic  Unidirectional  Polarisation  of  Inchoate  Differentials), 
DUPKI (Dyssypatory Układowe Powolnej Kompensacji) – FALSIES (Fail-Safe Integrators). 
Tłumacz  nie  znalazł  w  pełni  zadowalającego  rozwiązania  problemu  wyrazów  „bemby, 
zbembardować i bombardowanie” utworzonych od skrótu BMB (Bomby Miłości Bliźniego) i 
posłużył  się  wyrażeniami  ze  skrótem  LTN  (Love  Thy  Neighbour)  –  LTN  bombs,  bombed 
with LTN, LTN strike. 

Co  ciekawe,  w  angielskich  przekładach  nie  znajdziemy  próby  odtworzenia  złożeń 

rymowanych,  takich  jak  „kobieta-taboreta,  maszyna-straszyna,  korozja-sklerozja,  bijaki-
męczaki,  zmora-potwora”,  mimo  że  wyrazy  tego  typu  są  częściej  spotykane  w  języku 
angielskim  niż  w  polskim.  Tłumacz  zdecydował  się  jednak  na  „stoolmaid,  scarechrome, 
corrosis-sclerosion,  sadistomasochistors”  i  zupełnie  nieudany  „hideous  monster”.  Dziwna 
wydaje  się  zwłaszcza  rezygnacja  z  rymu  w  przypadku  „korozji-sklerozji”,  ponieważ  wręcz 
nasuwają się tu dwa rozwiązania rymowane: „corrosis-sclerosis” lub „corrosion-scleriosion”.  

 

Bardzo różnie tłumaczone były neosemantyzmy. „Lewak” (osoba polująca na 

lwy) został przetłumaczony jako „leostat” (neologizm), „zamachowiec” (osoba robiąca coś za 
jednym zamachem) – dość zręcznie jako „overnighter”, „czasownik” (specjalista od podróży 

background image

 

67 

w  czasie)  –  bardzo  nieudanie  jako  „authority  on  time”,  „skwarki”  (cząstki  elementarne 
mniejsze od kwarków) – rzecz jasna jako „squarks”, „ewolucja z przepychem” (bo niektóre 
gatunki „przepychają się” lepiej niż inne) – jako „battering ram sort of evolution”, co dobrze 
oddaje  sens  polskiego  sformułowania,  ale  kładzie  dowcip.  Jak  zwykle  najlepiej  wychodzą 
dłuższe  fragmenty  obfitujące  w  tego  typu  neologizmy,  w  których  można  zastosować 
kompensację, jak w przypadku tego fragmentu Kongresu futurologicznego: 

„Najgorsze  są  słowa, które nie zmieniły  wyglądu,  lecz zdobyły zupełnie  nowy sens. 

Myśliwy – plagiator cudzych pomysłów. Symulant – obiekt nieistniejący, który udaje, że jest. 
Smarkacz  –  smarowniczy-robot.”.  „The  worst  are  which  look  the  same  but  have  acquired 
entirely different meanings. Expectorant – a conception aid. Pederast – artificial food faddist. 
Compensation – mind fusion. Simulant – something that doesn‟t exist but prevends to. Not to 
be confused with simulator, a robot simulacrum”. 

W  przypadku  neologizmów  absolutnych,  przypominających  wyrazy  danego  języka 

tylko  przyrostkami  i  przedrostkami,  tłumacz  ma  właściwie  wolną  rękę  –  liczy  się  jedynie 
efekt  wizualno-brzmieniowy  tłumaczenia.  W  Dziennikach  gwiazdowych  spotykamy 
następujące wyrażenia: „tryfować szengiele, spętwić baldury, przeklimować badubiny”, które 
zostały oddane przez tłumacza  jako „norching combula, spruge on the sunkers, enacclimate 
the  gwats”.  Można  jedynie  zauważyć,  że  „enacclimate”  wywołuje  zdecydowanie  silniejsze 
skojarzenia „klimatyczne” niż polski pierwowzór. 

 

Nieco  inną  rolę  pełnią  neologizmy  w  twórczości  M.  Amisa.  Bohaterowie 

Amisa to ludzie zagubieni, żyjący w betonowych dżunglach drugiej połowy XX wieku (por. 
Bradbury  1993:  407),  posługujący  się  barwnym  potocznym  językiem,  często  slangiem. 
Neologizmy  w  utworach  takich  jak  Money,  London  Fields,  Time‟s  Arrow,  Visiting  Mrs 
Nabokov  
czy  The  State  ef  England  odzwierciedlają  zatem  prawdziwe  zjawiska  językowe 
zachodzące w angielszczyźnie tego okresu. Amis posługuje się wieloma  metodami tworzenia 
neologizmów. Między  innymi  spotykamy  niekonwencjonalne wyrazy utworzone za pomocą 
typowych  przedrostków  i  przyrostków,  takie  jak  „anti-talent,  antigallantry,  anti-charisma, 
anti-cathedral,  antidisestablishmentarianism,  barker,  300-pounder,  Earther,  womanlessness, 
femalelessness,  vigourlessness,  afectlessness,  talentedly,  malely,  full-throatedly,  bingoid, 
factoid (wszystkie przykłady  z:  Maj 1998). Gdy  przeanalizujemy tłumaczenia  neologizmów 
tego  typu,  uderza  przede  wszystkim  brak  konsekwencji.  Tłumacze  bez  trudu  tworzą 
neologizmy 

takie 

jak 

anticharyzma, 

antykatedra, 

antydysestablishmentarianizm, 

stupięćdziesięciokilogramowiec,  bezkobiecość  czy  bingoidalny,  ale  już  „antigallantry”  to 
„totalny  brak  galanterii”,  „a  talentem  barker”  –  „ma  talent  do  szczekania,  „Earther”  –  jakiś 
„ziemiański brat”, „womanlessness” – „brak kobiet”, „full-throatedly” – „odsłaniając szyję”, a 
zastosowane odpowiedniki „anti-talent” i „talentlessness” – „antytalent” i „beztalencie” – nie 
są w języku polskim neologizmami. Podobnie jak w przypadku przekładów Lema, tłumacze 
staranniej  odtwarzają  fragmenty,  w  których  neologizmy  występują  w  wyjątkowo  dużym 
zagęszczeniu lub służą dodatkowym celom, na przykład gry słownej. 

M.  Amis  jest  mistrzem  w  tworzeniu  nowych  frazeologizmów.  W  wymienionych 

utworach  pojawiają  się  takie  zwroty,  jak  „psychopathic  heat,  heartbroken  eyes,  homeless 
voices,  the  bar  was  three  drinkers  deep,  nuclear  dads  have  gone  non-nuclear”.  Tłumacze  na 
ogół starają się zachować niezwykłość tych sformułowań w tłumaczeniach, choć nie zawsze 
im  się  to  udaje.  Z  wymienionych  przykładów  najłatwiejszy  okazał  się  ten  pierwszy:  w 
polskim  przekładzie  znajdziemy  „psychopatyczny  upał”;  nie  znaleziono  natomiast  dobrego 
sposobu  na  przełożenie  „heartbroken  eyes”,  które  tłumacz  zastąpił  omówieniem  ”wpatrując 
się  we  mnie  z  rozdzierającym  smutkiem”.  Ewidentnym  błędem  jest  przełożenie  „homeless 
voices”  jako  „głosy  bezdomnych”.  Ostatni  przykład  stanowi  ciekawy  problem 
tłumaczeniowy,  ponieważ  sformułowanie  „nuclear  fathers”  zostało  ukute  na  wzór  „nuclear 
family”  – rodzina dwupokoleniowa, składająca się tylko z rodziców  i dzieci.  „Nuclear dads 

background image

 

68 

have gone non-nuclear” (The State of England) odnosi się do mężczyzn, którzy opuścili swoje 
żony  I  zamieszkali  z  innymi  kobietami.  Ponieważ  w  języku  polskim  nie  istnieje 
sformułowanie „rodzina nuklearna”, a polskie „dwupokoleniowa” nie bardzo nadawało się na 
określenie ojca, tłumacz zdecydował się na zastąpienie neologizmu „nuclear father” zupełnie 
innym  nowym  frazeologizmem  w  języku  polskim:  „udomowieni  ojcowie  przeszli  w  stan 
dziki”. 

Specyficznym  problemem  związanym  z  kwestią  neologizmów  są  zapożyczenia.  W 

języku polskim pojawia się bardzo wiele angielskich wyrazów, a tłumacz często staje wobec 
problemu:  kiedy  można  uznać,  że  dane  zapożyczenie  przestało  już  być  cytatem 
(zapożyczeniem  niezasymilowanym)  lub  też  wyrazem  używanym  wyłącznie  w  żargonie 
fachowców  z  danej  dziedziny.  Tłumacząc  jakiś  czas  temu  tekst  In-Flight  Ford 
zastanawialiśmy się nad polskim ekwiwalentem sformułowania „flight catering”; nie wszyscy 
z moich studentów byli zdania, że wyraz „catering” wszedł już do ogólnej polszczyzny. 
 
 
4. Zdrobnienia 
 
 

Język  polski  posiada  bogaty  system  przyrostków  zdrabniających,  które  mogą  być 

dodawane nie tylko do rzeczowników, ale również do przymiotników i przysłówków. Oprócz 
oczywistej funkcji określania mniejszego rozmiaru danego obiektu, zdrobnienia mogą pełnić 
bardzo  różne  funkcje  komunikacyjne,  na  przykład  wyrażać  uczucia  pozytywne,  takie  jak 
czułość  (mateczka,  staruszka),  radość  (słoneczko,  dzionek),  współczucie  (biedaczek, 
kobiecina),  uczucia  negatywne,  takie  jak  lekceważenie  czy  pogarda  (idejka,  urzędniczyna), 
tworzyć  rzeczowniki  policzalne  z  niepoliczalnych  (drewienko,  pyłek,  ognik)  (Kreja  1969). 
Pomijamy  tu  funkcje  słowotwórcze  zdrobnień,  gdyż  powstałe  w  ten  sposób  wyrazy  nie  są 
zwykle postrzegane jako zdrobnienia, natomiast funkcję augmentatywną wymienianą przez B. 
Kreję  (1969:  20)  określilibyśmy  raczej  jako  żartobliwe  lub  ironiczne  użycie  zdrobnień  (np. 
„nóżka”  w  odniesieniu  do  kończyny  dinozaura).  W  przeciwieństwie  do  polskiego  język 
angielski  dysponuje  zaledwie  paroma  przyrostkami  zdrabniającymi,  które  można  dodać 
jedynie do nielicznych, określonych rzeczowników, na przykład –let – piglet, droplet, starlet; 
-ling – duckling, gosling, princeling; -ette – kitchenette; -y lub –ie – auntie, nightie, Tommy, 
Johnny, doggie; -kin – lambkin.  
 

W związku z tak ograniczonym użyciem zdrobnień w języku angielskim, znalezienie 

gotowych  odpowiedników  polskich  zdrobnień  w  tym  języku  jest  właściwie  niemożliwe. 
Stwarza to  szczególne problemy w przypadku tłumaczeń  literackich, a zwłaszcza dzieł tych 
autorów, którzy stosują wiele zdrobnień. Tłumacze mają do dyspozycji zaledwie parę technik 
tłumaczenia zdrobnień: 
- dodawanie do rzeczownika przydawki, na przykład „little” lub „small”, 
- użycie po angielsku słowa, które określa obiekty mniejsze niż podstawa zdrobnienia, np.      
           przetłumaczenie „dróżka” nie jako „small road”, ale jako „path”, 
- użycie słowa, które ma pozytywne/negatywne konotacje 
- inne formy kompensacji. 
 

Dobrym przykładem tekstu literackiego, w którym zdrobnienia odgrywają istotną rolę 

jest Kompleks polski T. Konwickiego. Drobną ilustracją postawy tłumacza może być fakt, że 
nie  wykorzystał  on  jedynej  okazji  użycia  angielskiego  zdrobnienia,  tłumacząc  wyraz 
„kropelka” jako „drop” (wszystkie przykłady z: Śliwińska 2003). Tłumacz najczęściej stosuje 
technikę pierwszą, poprzedzając angielskie rzeczowniki przymiotnikami „little” lub „small”, 
przede wszystkim tam, gdzie zdrobnienie sygnalizuje mały rozmiar obiektu: drzewko – a little 
palm, uliczki –  little streets, wioseczka – small village, mostek – small bridże, itd. Parę razy 
stosowana  jest technika druga  – użycie angielskiego wyrazu, który oznacza obiekt  mniejszy 

background image

 

69 

niż podstawa polskiego zdrobnienia, na przykład: rzeczka  – stream, dróżka – path. Ta sama 
technika bywa stosowana w przypadku zdrobnień wyrażających mniejsze natężenie zjawiska: 
wiaterek  –  breeze  (w  tym  przypadku  zdrobnienie  i  jego  angielski  ekwiwalent  określają 
mniejszą siłę wiatru), a także wtedy, gdy zdrobnienie ma charakter emocjonalny: papierosek – 
cig,  uśmieszek  –  smirk.  Jednak  w  większości  przypadków  emocjonalnych  zastosowań 
zdrobnień  tłumacz  nie  próbuje  przekazać  czytelnikom  intencji  autora.  Takie  zaniechania 
dotyczą nawet niezwykle nacechowanych użyć zdrobnień. Przyjrzyjmy się paru przykładom: 
 

„Kto mnie, Europejczyka, nie obywatela świata, kto mnie, esperantystę, kosmopolitę, 

agenta  obcego  mocarstwa  Uniwersalności  Losów,  kto  mnie  przemienił,  jak  w  złej  bajce,  w 
zacietrzewionego, ciemnego, wściekłego Polaczka?” „Who turned me, a European, no, citizen 
of the World, an Esperantisti, a cosmopolitan, an agent of universalism, who turned me, as in 
some wicked fairy tale, into a stubborn, ignorant, furious Pole?” 
 

Tłumacz  nie tylko gubi trudną do przekazania  ironię sformułowania  „agenta obcego 

mocarstwa”,  ale  nie  próbuje  nawet  oddać  pogardliwego  „Polaczka”,  chociaż  ma  do 
dyspozycji pejoratywne słowo „Polack”.  
 
 
 

Asymetria  między  językiem  polskim  –  dysponującym  wieloma  mechanizmami 

tworzenia  zdrobnień  –  a  angielskim,  który  zdrobnień  niemal  nie  używa,  powoduje  jeszcze 
jedno ciekawe zjawisko: w tłumaczeniach z angielskiego na polski pojawiają się zdrobnienia, 
których  w  oryginale  nie  było.  Oczywiście  najwięcej  takich  zdrobnień  znajdziemy  w 
tłumaczeniach  książek  dla  dzieci  (Christopher  Robin  –  Krzyś,  Eyeore  –  Kłapousio, 
Kłapounio,  Peter  Pan  –  Piotruś  Pan),  ale  ciekawym  zadaniem  byłoby  sprawdzenie,  czy  i  w 
jakim natężeniu pojawiają się zdrobnienia w tłumaczeniach literackich dla dorosłych. 
 
 

Jak  już podkreślaliśmy, granica  między problemami  językowymi a kulturowymi  jest 

dość arbitralna. Istnieją też trudności przekładowe, które wyraźnie należą do obu tych sfer: na 
przykład  fakt,  że  po  angielsku  zwracamy  się  do  wszystkich  rozmówców  per  „sou”,  a  po 
polsku  –  w  zależności  od  uwarunkowań  społecznych  –  per  „ty”,  „pan/pani”,  „państwo”. 
Zatem  tłumacze  anglojęzycznego  filmu,  w  którym  bohaterowie  poznają  się,  a  następnie 
zostają  przyjaciółmi  czy  kochankami,  muszą  dokonać  arbitralnej  decyzji,  w  którym 
momencie akcji zmienić formułę „pan/pani” na „ty”. W niezręcznej sytuacji znalazła się też 
tłumaczka  Talking  It  Over  Juliana  Barnesa.  Książka  ta  została  napisana  w  konwencji  serii 
wywiadów czy też słuchowiska radiowego, w którym główni bohaterowie opowiadają komuś 
historię  swojego  życia.  W  oryginale  angielskim  nie  dowiadujemy  się,  kim  jest  osoba 
przeprowadzająca wywiad – „słyszymy” tylko bohaterów. W polskim przekładzie tłumaczka 
musiała  zdecydować,  czy  osoba ta  jest  mężczyzną  czy  kobietą.  Założywszy  zapewne,  że  ta 
osoba  jest  tożsama  z  autorem  książki,  tłumaczka  wybrała  rodzaj  męski  i  pewnie  postąpiła 
słusznie,  ale  faktem  jest,  że  w  porównaniu  z  oryginałem  nastąpiło  tu  pewne 
„ujednoznacznienie”  książki  Barnesa.  W  tej  samej  książce  mamy  do  czynienia  z  jeszcze 
jednym  trudnym  problemem  językowo-kulturowym.  Bohaterowie  tej  książki  sprzeczają  się, 
czy  poprawne  jest  zdanie  „everybody  has  changed  their  names”.  Z  gramatycznego  punktu 
widzenia  problem  polega  na  tym,  że  „everybody”  (coś  w  rodzaju  polskiego  „każdy”)  jest 
zaimkiem w liczbie pojedynczej, natomiast „their” kwantyfikatorem dzierżawczym w liczbie 
mnogiej. Konstrukcje takie pojawiły się we współczesnej angielszczyźnie na skutek tendencji 
zwanej, nie wiedzieć czemu, poprawnością polityczną, w myśl której użycie po takim wyrazie 
jak  „everybody”  męskiego  kwantyfikatora  „his”  byłoby  przejawem  seksizmu.  Ta  sama 
tendencja  nakazuje  autorowi  piszącemu  np.  o  tłumaczu,  którego  płci  nie  znamy,  używać 
zaimków  „s/he”  lub  „he/she”  („on/a”,  „on/ona”),  przy czym  w przypadku tej drugiej wersji 

background image

 

70 

dobrze jest od czasu do czasu zmienić kolejność. Tłumaczenie zacytowanego wyżej zdania na 
polski jest zatem zadaniem karkołomnym z dwóch powodów. Po pierwsze, w języku polskim 
„poprawność  polityczna”  jeszcze  nie  obowiązuje  (choć  podejrzewam,  że  już  niedługo 
będziemy  używać  takich  form,  jak  „tłumacz/ka”).  Po  drugie,  „everybody  has  changed  their 
names” tłumaczy się najnaturalniej na język polski jako „wszyscy pozmieniali sobie imiona i 
nazwiska”,  a  w  takiej  wersji  problem  „poprawności  politycznej”  w  ogóle  się  nie  pojawia. 
Tłumaczka zastosowała wersję  „poza  mną  nie  ma  już  nikogo, co by  nie pozamieniali  sobie 
imion  czy  nazwisk”.  Zważywszy,  że  gramatyczność  tego  zdania  jest  za  chwilę 
kwestionowana  przez  innych  bohaterów,  rozwiązanie  należy  uznać  za  rozsądne.  Innym 
wyjściem  było  zastosowanie  przypisów  wyjaśniających  istotę  sprawy,  które  jednak  w  tym 
wypadku musiałyby chyba być dość długie. 

 
 
Zjawisko, które można by nazwać względną nieprzekładalnością kulturowo-językową, 

może  dotyczyć  tekstów  typu  Kabaret  Starszych  Panów  –  tekstów  pełnych  gier  słownych  i 
aluzji kulturowych. Ich tłumaczenie byłoby niezmiernie trudne, co – w połączeniu z brakiem 
zapotrzebowania  –  powoduje,  że  nikt  nie  próbuje  ich  tłumaczyć.  Powtórzmy,  jest  to 
nieprzekładalność  względna,  bo  gdyby  nagle  –  z  trudnych  do  wyobrażenia  powodów  – 
okazało się, że Anglicy bądź Amerykanie zapragnęli zapoznać się z twórczością J. Przybory i 
J. Wasowskiego, to z pewnością znaleźliby się kompetentni tłumacze gotowi do podjęcia tego 
trudu. Zauważmy, że filmy z cyklu Monty Python są zapewne równie  trudne do przełożenia, 
ale ze względu na otwartość (czy też snobizm) polskich odbiorców zostały przetłumaczone na 
nasz język. 

Pisząc o nieprzekładalności O. Wojtasiewicz wymienia pokrewny typ tekstów: 
 

„Bodaj całkowicie nieprzekładalny  jest stosunkowo rzadki a ponadto niezbyt ważny, 

choć bardzo nieraz interesujący, gatunek literacki, jakim jest parodia. Dzieje się tak dlatego, 
że  każda  parodia  ex  definitione  jest  aluzją  erudycyjną,  co  w  praktyce  oznacza  brak  pełnej 
przekładalności”. (Wojtasiewicz 1957/1992: 100) 

 

Dodajmy,  że  parodia  bywa  przekładalna,  jeśli  w  kulturze  docelowej  znany  jest  utwór 
parodiowany.  Znany,  nie  musi  nawet  oznaczać  dobrze  znany  czy  czytywany,  czasem 
wystarczy  informacja  o  utworze.  Joseph  Andrews  H.  Fieldinga  jest  parodią  Pameli  S. 
Richardsona i fakt ten doceniają zarówno czytelnicy angielscy, jak i polscy, mimo że rzadko 
kto w dzisiejszych czasach sięga po Pamelę. Inna sprawa, że Joseph Andrews może również 
funkcjonować jako utwór niezależny. 
 
 
 

Bardzo  trudnym  problemem  przekładowym  są  piosenki,  które  –  być  może  z  tego 

właśnie powodu – bardzo rzadko podlegają tłumaczeniu. Jeśli celem takiego tłumaczenia ma 
być tekst dający się śpiewać, to oczywiście wszelkie „zanurzenie kulturowe” staje się barierą 
nie do przebycia dla tłumacza. Przykładem takiej  sytuacji  jest  –  zgrabny zresztą  – przekład 
ostrawskiej ballady Jaromira Nohavicy  Aż to se mnu sekne, opisany przez P. Sawickiego i J. 
Smičekovą (2003: 195-209). Ze względu na aluzje kulturowe (np. postać Magdona z ballady 
o Magdonovej) oraz dobór odmiany języka (gwara ostrawska) przekład nie może dostarczyć 
odbiorcom takiego bogactwa znaczeń, jakie jest udziałem odbiorców oryginału. Warto jednak 
zauważyć, że piosenka ta jest chętnie słuchana przez polskich fanów Nohavicy – zarówno w 
wersji  czeskiej,  jak  i  polskiej,  między  innymi  dlatego,  że  domyślają  się  oni  w  niej 
dodatkowych ukrytych znaczeń, nawet jeśli ich nie rozumieją. Nie można natomiast liczyć na 
żadne  domysły  i  podejrzenia,  gdy  oryginalny  tekst  piosenki  zostanie  zastąpiony  innym, 

background image

 

71 

banalnym tekstem w języku docelowym, jak to się zdarzyło w przypadku piosenki  Mniej niż 
zero 
zespołu Lady Pank. Osadzony w realiach polskiego stanu wojennego mocny tekst stał się 
po angielsku banalną piosenką miłosną, której oczywiście nikt nie chciał słuchać.  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

72 

6. 

Mit  idealizacji:  „błędami  nie  warto  się  zajmować,  teoria 

tłumaczenia powinna zająć się tłumaczem idealnym”  

 

Teoretyczny  punkt  widzenia  pociąga  za  sobą  przyjęcie  pewnych  założeń.  Po 
pierwsze:  pominięcie  zagadnień  artystycznych  […]  Po  drugie,  pominięcie 
wszelkich  błędów  w  pracy  przekładowej  wynikających  z  nieuwagi  czy 
nieumiejętności  tłumacza,  niedostatecznej  znajomości  języka  oryginału  czy 
przekładu  itp.  Innymi  słowy  jest  to  przyjęcie  „tłumacza  idealnego”,  czyli 
takiego,  który  dysponuje  całkowitą  znajomością  obu  języków,  realiów,  tła 
historycznego,  ideologii  oryginału  itp.,  itp.  Przyjęcie  takiego  założenia  jest 
uzasadnione,  gdyż  chodzi  tu  o  teoretyczne,  obiektywne  problemy  pracy 
przekładowej,  a  subiektywna  nieumiejętność  tłumacza  nie  podważa 
poprawności teoretycznych rozwiązań tych problemów, podobnie jak i fakt, że 
strzelec  na  zawodach  chybił,  bo  mu  się  trzęsły  ręce  ze  zdenerwowania,  nie 
podważa teoretycznych sformułowań balistyki 
 

 

 

 

 

 

 

Olgierd Wojtasiewicz 

 

 

 
 

Powyższy  Cytat  to  dobitne  sformułowanie  postulatu  idealizacji  w  badaniach  nad 

tłumaczeniem. Jednak porównanie jest chybione, ponieważ teoria przekładu nigdy nie będzie 
nauka  przypominającą  balistykę  –  balistyka  jest  nauką  ścisłą,  poddziedziną  fizyki,  teoria 
przekładu jest nauką opisową, zajmującą się pewnymi szczegółowymi formami komunikacji 
językowej.  Nauka  o  tym,  jak  ludzie  się  porozumiewają,  dodatkowo  skomplikowana 
międzyjęzykową  i  międzykulturową  formą  owego  porozumiewania  się    w  przypadku 
tłumaczenia,  nie  przypomina  w  niczym  nauki  o  ruchu  ciał.  W  znacznie  większym  stopniu 
przypominać musi psychologię zajmującą się problemem strzelca o trzęsących się rękach. 
A.Lefevere nie chce się zajmować błędami z innych powodów. W swoim artykule z 1982 r. 
wymienia on błędy popełnione w angielskich tłumaczeniach B. Brechta, po czym stwierdza, 
że takie podejście do badania tłumaczeń nie jest „konstruktywne”. Jego zdaniem: 
 

A  writer‟s  work  gains  exposure  and  achieves  influence  mainly  through 

“misunderstandings  and  misconceptions”,  or, to  use  more  neutral  term,  refractions.  Writers 
and their work are always  understood and conceived against a certain background or, if you 
will, are refracted through a certain spectrum. (Lefevere 1982/2000: 233-234) 

 

Wydaje się, że Lefevere myli tu dwa zupełnie różne zjawiska. Jest rzeczą zupełnie oczywistą, 
że  zarówno  pisarze,  jak  i  tłumacze  (i  w  ogóle  wszyscy  ludzie)  korzystają  ze  swoich 
wcześniejszych doświadczeń, przez  ich pryzmat postrzegają świat, a więc także  interpretują 
teksty. Dlatego nie może być dwóch identycznych interpretacji tego samego tekstu; nie może 
być dwóch identycznych tłumaczeń. Fakt ten podkreślaliśmy już wielokrotnie w tej książce: 
nie  jest możliwe zrozumienie  bez znalezienia w  pamięci odpowiednich  struktur, do których 
nowa informacja byłaby porównana i w jakimś sensie dopasowana. Równie oczywiste jest to, 
że  tłumacze  muszą  interpretować  tłumaczony  przez  siebie  tekst  i  że  interpretacje  dwóch 
różnych  tłumaczy  zawsze  będą  się  od  siebie  w  pewnym  stopniu  różnić.  Nie  ma  to  nic 
wspólnego  z  opisanym  przez  Lefevere‟a  faktem  przetłumaczenia  słowa  „Lumpen”  jako 
„rags”, a nie (jak być powinno) jako „fools” (Lefevere 1982/2000: 234). Ten ewidentny błąd 
tłumaczeniowy,  który  dostrzeże  każdy  kompetentny  krytyk,  nie  ma  nic  wspólnego  z  żadną 
refrakcją.  Jest  to  po  prostu  przykład  pomyłki  tłumacza.  Zadanie  krytyka  polega,  między 

background image

 

73 

innymi,  na  wskazaniu  takich  błędów.  Natomiast  teoretyk  tłumaczenia  ma  za  zadanie 
sporządzenie klasyfikacji takich błędów, próbę ustalenia ich źródeł, wyciągnięcie wniosków 
teoretycznych  dotyczących  natury  kompetencji  tłumaczeniowej  (błędy  są  objawami  luk  
kompetencji) i wyciągnięcie wniosków praktycznych co do nauczania przekładu. 
 
 
 

Wziąwszy pod uwagę opisane powyżej fazy procesu tłumaczenia, wydaje się, że błędy 

tłumaczeniowe mogą pojawić się na skutek: bezkrytycznego stosowania strategii tłumaczenia 
syntagmatycznego,  mylnej  interpretacji  tekstu  oryginału,  nieodpowiedniej  realizacji  tekstu 
docelowego lub nieświadomości tłumacza co do powszechnie akceptowanych celów i zasad 
tłumaczenia. Oczywiście granice  między tymi  kryteriami  błędów  mogą być płynne:  czasem 
będzie  to  trudno  ustalić,  czy  dany  błąd  powstał  w  wyniku  braku  analizy  tekstu 
wyjściowego(tłumaczenia  syntagmatycznego)  czy  też  z  powodu  mylnej  interpretacji  tekstu, 
czy  przyczyną  błędu  był  brak  wiedzy  metatranslacyjnej  czy  też  niewłaściwa  realizacja 
przekładu,  wynikająca  na  przykład  z  nieuświadomienia  sobie  przez  tłumacza  sytuacji 
odbiorcy  przekładu.  Sądzę  jednak,  że  w  większości  przypadków  uda  nam  się  przypisać 
zaobserwowane błędy przekładowe do poszczególnych kategorii i podkategorii, i że taka ich 
klasyfikacja rzuci pewne światło na przyczyny powstawania błędów, a tym samym na kwestie 
kompetencji  tłumaczeniowej  i  dydaktyki  przekładu  (por.  klasyfikacja  błędów  w:  Pisarska, 
Tomaszewicz 1988: 144-151). 
 
 
I. Błędy tłumaczenia syntagmatycznego 
 
 

Błędy  tłumaczenia  syntagmatycznego  wynikać  mogą  z  drastycznych  ograniczeń 

czasowych, słabej znajomości języka wyjściowego i/lub kultury wyjściowej, a czasem także z 
przekonania  tłumacza  o  wyższości  tłumaczenia  dosłownego  lub  niewiedzy  na  temat  innych 
możliwych  sposobów  postępowania  (w  przypadku  tłumaczy  początkujących).  Jak  już 
wspominaliśmy  tłumaczenie  syntagmatyczne  polega  na  (czasem  niejako  automatycznym) 
zastępowaniu struktur języka wyjściowego strukturami języka docelowego bez próby głębszej 
analizy  sensu  przekładanego  tekstu.  Tłumaczenie  takie  bez  kontroli  wyższych  poziomów 
przetwarzania  tekstu  –  bez  odwołania  się  do  ram  czasownikowych,  scen,  scenariuszy  i 
schematów  reprezentowanych  przez  dany  tekst  –  prowadzi  zwykle  do  pojawienia  się  w 
tekście przekładu kilku rodzajów błędów. 
 
1. Błędy ekwiwalentów słownikowych 
 

Przejawem  nadmiernego  –  ślepego  polegania  na  tłumaczeniu  syntagmatycznym  jest 

używanie  w  tekście  przekładu  najbardziej  typowych  ekwiwalentów  słownikowych.  Jak  już 
pisaliśmy powyżej, ekwiwalenty podawane w słownikach dwujęzycznych  nie SA  naprawdę 
ekwiwalentami tłumaczeniowymi, co najwyżej statystycznie często nimi bywają. Jeśli zatem 
tłumacz  zadowala  się  słownikiem  lub  swoją  własną  znajomością  „stuprocentowych” 
ekwiwalentów, prędzej czy później popełni błąd. 
 

Błędy  tego  typu  pojawiają  się  bardzo  często  w  przekładach  niedoświadczonych 

tłumaczy. Początkujący tłumacze pracujący  nad  przekładem tekstu  The Mouse That  Roared 
najczęściej  przetłumaczą  wyraz  „kingdom”  jako  „królestwo”,  choć  skądinąd  wiadomo,  że 
Liechtenstein jest księstwem, wyraz „citizens” automatycznie zastąpią słowem „obywatele”, 
choć  ściśle  rzecz  biorąc  mieszkańców  księstwa  czy  królestwa  powinno  się  raczej  nazywać 
„poddanymi”;  „armed  with”  w  większości  tłumaczeń  zostanie  oddane  jako  „uzbrojony  w”, 
chociaż  po  polsku  nie  powinno  się  pisać  „uzbrojony  w  czterech  prawników”.  W  tekście 
Topless in  Rio  wyraz  „skimpy”  bywa tłumaczony  jako  „kusy”, chociaż  mowa o kostiumach 

background image

 

74 

kąpielowych. Ciekawym przypadkiem  jest wyraz „ironically” z tego samego tekstu:  polskie 
słowniki  tłumaczą  go  zwykle  jako  „ironicznie,  jak  na  ironię”  –  i  tak  też  przetłumaczyła  go 
większość  moich  studentów  –  jednak  w  tym  konkretnym  tekście  znacznie  lepiej  pasuje  do 
kontekstu wyraz „paradoksalnie”. Wyraz „fable” w słownikach angielsko-polskich to przede 
wszystkim „bajka”, w niektórych również „baśń”; jak widać z tekstów Two Legs Bad Time 
for Clockwork 
po angielsku słowo to używane jest swobodniej  – ani  Folwark zwierzęcy,  ani 
tym bardziej Mechaniczna pomarańcza  nie powinny być określane mianem bajki. W tekście 
Sweet Deal  natrafiamy na słowa „membership” i „Alma mater”. Słownikowo „membership” 
to  przede  wszystkim  „członkostwo”  –  ale  oczywiście  w  tym  przypadku  nie  wolno  tak 
przetłumaczyć; „alma mater” bywa często odtwarzane w języku polskim bez chwili namysłu 
–  i  bez sprawdzenia w  słownikach  – tymczasem  po polsku pisze się to wyrażenie wielkimi 
literami, a po drugie może się ono odnosić wyłącznie do wyższych uczelni, wzmiankowana 
zaś Westminster School jest zwykłą szkołą. W tekście Prison Tales nie można przetłumaczyć 
tytułu  jako  Więzienne  opowieści”,  bo  mowa  w  nich  nie  o  więzieniach,  lecz  o  obozach; 
„destruction” to nie „destrukcja” ani „zniszczenie”, a co najwyżej „wyniszczenie”, zresztą nie 
„psychologiczne”  tylko  „psychiczne”  itd.  Przykłady  można  mnożyć,  ale  już  z  powyższej 
próbki  widać,  że  automatyczne  zastępowanie  jednostek  leksykalnych  ich  pierwszymi 
ekwiwalentami  słownikowymi  jest  jednym  z  najczęstszych  błędów  w  przekładach 
początkujących tłumaczy. 
 
 

Szczególnym  przypadkiem  są  wyrazy  typu  ”thing/s,  stuff,  officials”  –  wszyscy 

wiedzą, nawet bez sprawdzania w słowniku, że te dwa pierwsze  można przetłumaczyć  jako 
„rzecz/y”, a ten ostatni jako „urzędnicy”; tymczasem w większości autentycznych tekstów te 
powszechnie znane ekwiwalenty nie mogą być użyte. Wyrazy „thing/s, stuff” są po angielsku 
stosowane  znacznie  częściej  i  w  większej  liczbie  sytuacji  niż  polskie  „rzeczy”.  Wyraz 
„officials”  oznacza  zazwyczaj  wysokich  rangą  urzędników  ministerstw,  bardzo  często 
wysokich przedstawicieli rządu, gdy tymczasem polskie słowo „urzędnicy” dotyczy również 
pracowników poczty czy banku. 
 

O  braku  jednoznacznej  odpowiedniości  między  jednostkami  leksykalnymi  różnych 

języków  pisaliśmy  już  wcześniej.  Warto  jeszcze  wspomnieć,  że  tego  typu  problemom 
poświęcona  jest  książka  Ch.  Douglas-Kozłowskiej  Difficult  Words  in  Polish-English 
Translation,  
w  której  autorka  analizuje  takie  wyrazy  jak  „zabytki”,  „problem”,  „badać”  czy 
„pozytywny” w kontekście tłumaczeń z polskiego na angielski. 
 
2. Fałszywi przyjaciele tłumacza 
 

Tłumaczenie  syntagmatyczne  „owocuje”  też  często  pojawieniem  się  w  przekładzie 

tzw. fałszywych przyjaciół tłumacza (faux amis) – wyrazów o podobnej  formie, ale różnych 
znaczeniach. Najczęściej błąd ten popełniają osoby, których znajomość języka wyjściowego 
jest niewystarczająca. Najbardziej charakterystycznymi przykładami angielsko-polskich faux 
amis 
są takie wyrazy jak „actually” i „aktualny” (ten pierwszy znaczy „właściwie, w gruncie 
rzeczy”,  ale  nigdy  nie  znaczy  „aktualnie”),  „eventually”  –  „ewentualnie”  („w  końcu, 
ostatecznie”),  „patheic”  –  „patetyczny”  (zaprawdę  znaczy  „żałosny”).  Ta  ostatnia  para 
fałszywych  przyjaciół  była  przyczyną  błędu  tłumaczki  Kubusia  Puchatka:  w  oryginale 
Eyeore,  przyglądając  się  swemu  odbiciu  w  wodzie  mówi:  „pathetic”,  w  polskiej  wersji 
Kłapouchy  określa  swoje  odbicie  w  wodzie  jako  „imponujące”.  Granica  między 
podkategoriami  1  i  2  nie  zawsze  jest  ostra,  bo  niestety  wielu  autorów  słowników  również 
pada ofiarą faux amis
 

Przykładów fałszywych przyjaciół – począwszy od tych najbardziej oczywistych aż do 

mniej znanych – nie brakuje oczywiście w tekstach, które tłumaczą moi studenci. Szczególnie 
perfidny  pod  tym  względem  jest  tekst  Aping  Motion,  gdzie  znajdujemy  dwa  oczywiste 

background image

 

75 

przykłady  faux  amis:  „eventually”  i  „journal”,  dwa  znacznie  mniej  oczywiste:  „control”  i 
„operate”  oraz  jeden,  który  w  zasadzie  powinien  być  dość  oczywisty,  ale  ze  względu  na 
wyjątkowe podobieństwo do polskiego wyrazu  jest przyczyną  bardzo wielu  błędów. Wyraz 
„journal”  może  być  jakby  podwójnym  fałszywym  przyjacielem.  Po  pierwsze,  kojarzy  się  z 
polskim  wyrazem  „żurnal”,  który  jest  jednak  słowem  dość  staroświeckim  i  używanym 
obecnie  chyba  tylko  w  odniesieniu  do  czasopism  o  modzie;  po  drugie,  poprzez  nawet 
szczątkową  znajomość  języka  francuskiego  wyraz  „journal”  może  kojarzyć  się  z 
„dziennikiem”, którym Nature, rzecz jasna, nie jest. Faktycznie angielskie „journal” to mniej 
więcej tyle, co nasze „czasopismo naukowe”, a w cytowanym tekście można je ewentualnie 
przełożyć również jako „tygodnik”. „Control” występuje w naszym tekście w sformułowaniu 
„control  movement”;  sądzę,  że  sformułowanie  „kontrolować  ruch”  jest  naciąganiem 
znaczenia  słowa  „kontrolować”;  chyba  znacznie  lepszym  tłumaczeniem  byłoby  „sterować 
ruchem”. Nieco podobnym przypadkiem jest wyraz „operate” w zwrocie „operate prosthetic 
limbs”.  Przetłumaczenie  go  jako  „operować”  nieuchronnie  nasuwa  na  myśl  operacje 
chirurgiczne, natomiast znacznie lepszym ekwiwalentem byłoby „poruszać” albo „posługiwać 
się”. Błędy w tłumaczeniu sformułowania „silicon chips” biorą się stąd,, że wyraz „silicon” 
wygląda  niemal  identycznie  jak  polski  „silikon”.  Niestety,  „silikon”  to  po  angielsku 
„silicone”,  a  krótszy  „silicon”  oznacza  „krzem”.  Zresztą  pomysł  wszczepiania  pacjentom 
„silikonowych  czipów”  do  mózgu  jest  chyba  jeszcze  bardziej  horrendalny  niż  wizja  ludzi 
sparaliżowanych przeprowadzających operacje chirurgiczne. 
 

Fałszywi  przyjaciele  tłumacza  pojawiają  się  też  w  innych  tekstach.  O  dziwo,  wyraz 

„top”  pojawiający  się  dwukrotnie  w  Topless  in  Rio  został  przez  część  moich  studentem 
przetłumaczony  jako  „top”  (naprawdę  chodzi  o  górę  kostiumu  kąpielowego,  a  „top”  to  po 
polsku zupełnie inna część garderoby). W artykule Prison Tales pojawia się słowo „terrors”, 
które  oczywiście  należałoby  przetłumaczyć  jako  „okropności”,  „groza”,  „koszmar”. 
Karygodnym  błędem  jest tłumaczenie  angielskiego  „billion”  jako  „bilion”.  Kilkadziesiąt  lat 
temu słowo „billion” w brytyjskiej angielszczyźnie rzeczywiście oznaczało „bilion”, (to jest 
1 000 000 000 000),  natomiast  w  amerykańskiej  angielszczyźnie  było  odpowiednikiem 
naszego  miliarda  (1 000 000 000).  Rzecz  jasna  amerykańska  wersja  zwyciężyła  i  już  od 
dawna  nikt  nie  używa  słowa  „billion”  w  starym  znaczeniu  brytyjskim,  jednak  trafiają  się 
tłumacze, którzy dają się nabrać na podobieństwo tych dwóch wyrazów. 
 
3. Kalki 
 

Typowym  produktem  ubocznym  tłumaczenia  syntagmatycznego  jest  kalkowanie 

struktur  tekstu  oryginalnego  –  w  tym  częste  przypadki  przenoszenia  na  grunt  języka 
docelowego  obcego  szyku  wyrazów,  obcych  kolokacji  czy  deformowania  tematyczno-
rematycznej  struktury  zdania.  W  tekście  Two  Legs  Bad  sformułowanie  „the  Russian 
Revolution and  its  betrayal  by Joseph Stalin”  bywa tłumaczone  jako „Rosyjska  Rewolucja  i 
jej  zdrada  przez  Józefa  Stalina”.  Taka  wersja,  jak  już  zauważyliśmy  wcześniej,  zawiera  co 
najmniej  pięć  błędów  tłumaczeniowych.  Niezręcznością  jest  kalkowanie  struktury  „The 
British  then  secretly  paid  newspapers  to  run  the  strip  in  countries  including…”  („następnie 
Brytyjczycy  płacili  gazetom,  by  publikowały  ten  komiks  w  krajach  takich  jak”),  bo  w 
pierwszej  chwili  sugeruje  czytelnikowi,  że  gazety  znajdują  się  gdzieś  indziej,  a  nie  w 
wymienionych później krajach. Ciekawym błędem jest skalkowanie początku tekstu  Topless 
in Rio 
– „Carnaval, by definition, is the festival of the flesz”.  Początkujący tłumacze bardzo 
często  piszą  “karnawał  z  definicji  jest  festiwalem/świętem  ciała”  odtwarzając  tym  samym 
błąd  autora  oryginalnego  tekstu:  nie  ma  takiej  definicji  karnawału.  Oczywiście  zdarza  się 
czasem,  choć  rzadko,  że  moi  początkujący  tłumacze  dostrzegają  nieścisłość  oryginalnego 
sformułowania  i  podają  powyższą  polską  wersję  „na  odpowiedzialność”  autora  oryginału. 
Wtedy mamy już do czynienia z kategorią błędów metatranslacyjnych opisanych poniżej. 

background image

 

76 

 

Typowym  błędem  kalkowania  jest pieczołowite odtwarzanie angielskich  „possessive 

determiners”  za  pomocą  polskich  zaimków  dzierżawczych,  na  przykład:  „Kiedy  twój  kot 
spaceruje  po  klawiaturze  twojego  komputera  (Putting  Kitty‟s  Typing  on  Pause)  czy:  „jej 
komórki  mózgowe  wysyłają  sygnały  elektryczne  do  jej  mięśni”  (Aping  Motion).  Z  dwóch 
ostatnich  tekstów  pochodzą  też  dwa  bardzo  charakterystyczne  błędy-kalki:  „That‟s  a  good 
reason  to  incest…”  –  „To  jest  dobry  powód,  żeby  zainwestować…”  i  „And  it  could  also 
deepen  our  understanding  of…”  –  „I  mogłoby  to  także  pogłębić  nasze  zrozumienie…”.  Po 
pierwsze, w obu tych przekładach nie ma żadnego uzasadnienia dla użycia wyrazu „to” – w 
pierwszym  przykładzie  poprzedza  je  długie  pierwsze  zdanie  tekstu,  w  drugim  –  zdanie  o 
sparaliżowanych,  którzy  będą  mogli  posługiwać  się  protezami  kończyn.  Żadne  z  tych  zdań 
nie  dostarcza  polskiemu  czytelnikowi  antecedensu  wyrazu  „to”.  Po  drugie,  zdanie  „to  jest 
dobry powód” brzmi w większości tłumaczeń jak echo poprzedzającego je „nie jest najlepszą 
formą”,  natomiast  użycie  „mogłoby”  w  przykładzie  drugim  jest  efektem  naiwnego 
przekonania, że tak właśnie należy tłumaczyć „could” na polski (ekwiwalent słownikowy). W 
rzeczywistości  angielskie  „could”  może  być  trybem  przypuszczającym,  ale  również  czasem 
przeszłym, a także – o czym pamięta niewielu Polaków – może odnosić się do przyszłości  i 
tak należy je rozumieć w cytowanym tekście. 
 

Nie  należy  kalkować  na  język  polski  sformułowania  „leader  of  the  cultural  and 

political  life”  (Prison  Tales).  Wersja  „przywódca/lider  kulturalnego  i  politycznego  życia”  
łamie co najmniej dwie zasady poprawnej polszczyzny – nie można być „przywódcą życia”, a 
powyższe  epitety  powinny  mieć  odwrotny  szyk  niż  po  angielsku:  „życie  kulturalne  i 
polityczne”.  Przetłumaczone  automatycznie  „Piglet  is  an  integral  part  of  Winnie‟s  friends” 
(„Prosiaczek jest integralną częścią przyjaciół Puchatka”) razi swą nielogicznością: integralną 
częścią przyjaciół może być rączka albo nóżka. Znacznie lepiej więc napisać „Prosiaczek jest 
nieodłącznym  przyjacielem  Puchatka”  (tekst  Bacon-free).  Niedoświadczeni  tłumacze  tekstu 
By the Dozen często wpadają w pułapkę stosowania strony biernej, w którą ten tekst obfituje: 
„were seized, had been smuggled, had been pillaged, had been reconstructed, would hale been 
sold”. Po polsku trzeba stronę bierną urozmaicać konstrukcjami bezosobowymi. 
 
4. Nieuzasadnione rekonstrukcje 
 

Błędy  tego  rodzaju  nie  pojawiają  się  zbyt  często  w  przekładach  początkujących 

tłumaczy  –  ci  mają  raczej  skłonność  do  tłumaczenia  wszystkiego,  nawet  tych  elementów, 
których  zwykle  się  nie  tłumaczy.  W  omawianym  korpusie  tekstów  prasowych  występują 
zaledwie  trzy  przykłady,  nad  którymi  można  się  zastanowić  przy  tej  okazji.  Po  pierwsze 
wyraz „autobahn” w tekście The Mouse That Roared. Niektórzy studenci – zapewne ci, którzy 
bywali  w  Niemczech  –  uznali,  że  wyraz  ten  jest  już  przyjęty  w  polszczyźnie  i  użyli  go  w 
swoich  tłumaczeniach,  czasami  nawet  w  formie  żeńskiej  „autobahna”.  Sądzę,  że  w 
omawianym tekście użycie tego wyrazu jest jak najbardziej niewskazane. Bardziej wątpliwym 
przypadkiem jest wyraz „Liechtensteinczycy”, który pojawiał się w niektórych tłumaczeniach 
tego  samego  tekstu.  Niektóre  encyklopedie  używają  tego  wyrazu,  na  przykład  NLPWN  
haśle  „Liechtenstein”.  Nie  ma  go  natomiast  w  Nowym  Słowniku  ortograficznym  PWN. 
Trudności z wymówieniem byłyby raczej argumentem za nieużywanie tego słowa, z drugiej 
jednak strony trzeba przyznać, że w niektórych kontekstach – na przykład w tłumaczeniu The 
Mouse That Roared – 
jest ono bardzo wygodne (choć tylko w wersji pisanej). Wspominałem 
już o wątpliwościach, jakie towarzyszyły użyciu w tekście polskiego przekładu Ín-flight Food 
słowa „catering”. Sądzę, że obecnie wątpliwości te są już znacznie mniejsze. W każdym razie 
większość  młodych  ludzi  z  pewnością  uważa  już  słowo  „catering”  za  zasymilowany  wyraz 
polski obcego pochodzenia.  
 

Znacznie  częstsze  są  nieuzasadnione  zapożyczenia  w  tłumaczeniach  literackich  – 

częściowo może dlatego, że tłumacze pragną zachować koloryt lokalny tłumaczonego dzieła, 

background image

 

77 

a  czasami  po  prostu  dlatego,  że  tłumacze  literaccy  czują  się  znacznie  pewniej  niż  moi 
studenci,  dopiero  rozpoczynający  praktykę  tłumaczeniową.  Wiele  takich  niepotrzebnych 
zapożyczeń  można  oczywiście  znaleźć  w  polskim  przekładzie  Money  M.  Amisa  (zob. 
Świerkocki 1997: 271-272). 
 
 
II. Błędy mylnej interpretacji 
 
 

Omówione w poprzednim podrozdziale cztery typy błędów można przypisać brakowi 

głębszej  analizy  tekstu  wyjściowego  przez  tłumacza,  a  czasem  naiwnemu  przekonaniu,  że 
„trzeba  tłumaczyć  dosłownie”.  Jednak  sama  próba  głębszej  analizy  nie  oznacza  jeszcze,  że 
efekty  będą  zadowalające.  Tłumacze  mylą  czasem  różne  struktury  języka  wyjściowego  lub 
stosują  niewłaściwy klucz do  interpretacji tekstu  – opierają się  na  nieodpowiednich ramach 
czasownikowych,  scenach,  scenariuszach,  schematach.  Zdarza  się,  że  takie  błędy  lub/i  złe 
zastosowania implikatury konwersacyjnej prowadzą do mylnego odczytania ogólnej wymowy 
tekstu  –  przypisania  mu  innej  modalności,  na  przykład  nieodczytania  ironii  autora  i 
potraktowania tekstu ze śmiertelna powagą. 
 
1. Pomylenie dwóch różnych syntagm lub ram czasownikowych języka wyjściowego 
 

Przykładem błędnego odczytania struktury  zdania  wyjściowego  jest  zinterpretowanie 

fragmentu zdania z tekstu Sweet Deal: „Disney is byuing the film and merchandising rights” 
jako „Disney kupuje film i prawa handlowe”. Taka interpretacja zdania – w którym „the film” 
oraz  „merchandising  rights”  byłaby  dwoma  dopełnieniami  czasownika  „buy”  –  jest 
teoretycznie  możliwa,  ale  przeczy  jej  wiedza  o  świecie:  wytwórnia  filmowa  nie  kupuje 
filmów. Należy więc poszukać innej możliwości rozbioru zdania i wtedy okaże się, że „film” 
i  „merchandising”    są  dwoma  przydawkami  rzeczownika  „rights”  (zatem  raczej  „prawa  do 
filmowania  i  wykorzystywania  w  celach  handlowych/marketingowych”).  W  tym  samym 
tekście zdarza się, że młodzi tłumacze zapominają o innym znaczeniu słowa „will” i tłumaczą 
„named  in the will of Pooh‟s kreator” jako „nazwane  na cześć twórcy Puchatka”,  mimo że 
taka  interpretacja  kłóci  się  z  dalszą  częścią  tekstu.  Również  „other  payments”  –  ponieważ 
element  ten  poprzedza  ostatnich  beneficjentów  wymienionych  w  tekście  –  czasem 
tłumaczony jest jako „pozostałe pieniądze/płatności”, a zatem mylony z „the other payments”.  
 

Kłopoty  interpretacyjne  sprawia  też  zdanie  „The  fact  that  the  new  strain  of  choosy 

mice was found in Indian-food-heavy Birmingham should come as no surprise” (A Matter of 
Taste)  
Część  tłumaczących  nie  dostrzega  przedimka  określonego  “the”  przed  “strain  of 
choosy  mice”,  który  jednoznacznie  wskazuje  na  związek  tej  grupy  rzeczownikowej  ze 
sformułowaniem “some rodents” dwa zdania wcześniej i w rezultacie powstaje wersja: “Fakt, 
że  w  Birmingham,  które  słynie  z  indyjskiej  kuchni,  odkryto  nową  odmianę  wybrednych 
myszy,  nie  powinien  nikogo  dziwić”.  W  ten  sposób  istotny  element  spójności  tekstu  ulega 
zniszczeniu  i  czytelnik  zmuszony  jest  zbudować  sobie  jakąś  własną  formę  spójności, 
korzystając  z  mechanizmów  podobnych  do  opisanego  przez  H.H.  Clarka  i  S.  Haviland 
„mechanizmu dane-nowe” (1977). 
 
2. Błędna interpretacja sceny lub scenariusza 
 

Pewne  sformułowania  nasuwają  nam  nieuchronne  skojarzenia  z  typowymi  scenami 

lub scenariuszami: gdy słyszymy „nóż i widelec” natychmiast dokonujemy aktywacji scen i 
scenariuszy związanych z jedzeniem, wyrażenie „pobić rekord” każe nam myśleć o scenach i 
scenariuszach  sportowych.  W  typowych  codziennych  sytuacjach  jest  to  ogromnym 
ułatwieniem  –  niejako  automatycznie  mamy  do  dyspozycji  całą  naszą  wiedzę  związaną  z 
danym tematem. Jednak w sytuacjach nietypowych (co zdarza się często w literaturze pięknej, 

background image

 

78 

jako że nie zajmuje  się ona  na ogół opisywaniem  „typowości” wpadamy w pułapkę  mylnej 
interpretacji.  Fraza  „good  fights”,  która  występuje  w  tekście  Lights  Out  opisującym 
zaciemniona  restaurację,  kojarzy  się  większości  polskich  czytelników  z  „walkami  na 
jedzenie”, na przykład z obrzucaniem się makaronem czy w wersjach bardziej filmowych  – 
tortami. W rzeczywistości jednak autorowi chodziło najprawdopodobniej o „walki o jedzenie” 
– w ciemnościach zdarza się, że dwóch konsumentów chwyta za ten sam talerz. 
 

W tekście Aping Motion napotykamy sformułowanie „a nearby robot arm”. Zgodnie z 

naszymi  typowymi  wyobrażeniami  na  temat  robotów,  które  pobudzane  są  samą  obecnością 
słowa  „robot”,  skłonni  jesteśmy  widzieć  w  opisywanej  scenie  antropoida:  robota  z  rękami, 
nogami  i  głową.  Efektem  takich  wyobrażeń  jest  tłumaczenie  „ramię  stojącego  w  pobliżu 
robota”,  które  polskim  czytelnikom  tekstu  zupełnie  jednoznacznie  wskazuje  stereotypowe 
skojarzenia  z  filmami  science  fiction.  Tymczasem  za  sformułowaniem  „robot  arm”  w 
oryginale nie kryje się żaden prawdziwy robot, a jedynie mechaniczne ramię.  
 

Bardziej  spektakularne  błędy  tego  typu  zdarzają  się  w  tłumaczeniach  literatury 

pięknej,  zwłaszcza  gdy  autor  stosuje  nietypowy,  oryginalny  styl,  a  tłumacz  nie  opanował 
języka  oryginału  (i  wiedzy  na  temat  kultury  wyjściowej)  w  stopniu  wystarczającym.  Trzy 
charakterystyczne błędy scenariuszowe znaleźć można w angielskim tłumaczeniu Pamiętnika 
z powstania  warszawskiego  
M. Białoszewskiego. Autor opisuje  między  innymi  swoją próbę 
ucieczki  z  kolumny  ludzi  prowadzonych  przez  Niemców.  W  Pruszkowie  autor  próbuje 
wmieszać  się  między  kopiących  przy  drodze  robotników  i  udawać  jednego  z  nich.  Jednak 
zostaje zauważony przez Niemców: 
 

„Zostawić  swoich.  Prawie  bez  umówień.  Nic.  Tak.  Już  pewnie  nie  zauważyli. 

Nieważne.  Nie  wiem.  Nagle  jestem  odhalcowany  w  prawo,  coś  „fafluchter”  i  nic  więcej, 
żadnego kopa, odstawionko, łopatę zaraz oddałem, żegnaj pruszkowska wolności” 
 

W Wersji angielskiej czytamy: 

 

„… how could I leave my own people! Practically without discussion. Nothing. Just 

like  that.  Already.  They‟ve  barely  noticed.  It‟s  not  important.  I  don‟t  know.  Suddenly  I‟m 
shoved to the right, something “fafluchter” and nothing else, no digging, back to the transport. 
I immediately give back the shovel, say goodbye to my Pruszków freedom”. 
 

Tłumacz rozpoznaje scenę kopania rowu przy drodze i scenariusz próby ucieczki, nie 

zauważa  natomiast,  że  „żadnego  kopa”  odnosi  się  do  reakcji  Niemców,  a  nie  do  kopania  i 
tłumaczy „żadnego kopa” jako „no digging”. Drugi przykład z tej samej książki brzmi tak: 
 

„I całymi dniami i nocami wypatrywali w oknach żydowskiej strony Siennej. To były 

resztki szyb w futrynach, zatkane pierzynami. Trupie puchy”. 
 

Tłumacz  najwyraźniej  zna  wyraz  „pierzyny”,  wie,  że  pierzyny  są  zwykle  wypchane 

puchem, zatem zakłada: 
 

„And  for  whole  days  and  nights  they  scanned  the  windows  on  the  Jewish  side  of 

Sienna.  The  remains  of  windowpanes  covered  with  drapes,  stuffed  with  quilts.  Corpselike 
goose-down”. 
 

Oczywiście  w  cytowanej  scenie  słowa  „trupie  puchy”  odnoszą  się  do  pustki,  braku 

ludzi, a sformułowanie „corpselike goose‟down” nie ma najmniejszego sensu. I jeszcze jeden 
ciekawy przykład z tej samej książki: 
 

„Kręciła  te  zacierki.  Jak  wszystkie  kobiety.  Bez  przerwy.  Albo  różańce.  To  i  to  – 

drobione. Podobna technika”. 
 

Tłumacz  rozpoznaje  scenę  przygotowywania  jedzenia,  a  konkretnie  klusek  i  nie 

zauważa, kiedy w rozpoznanej scenie pojawia się obcy element: 
 

„She  used  to  grind  out  that  pasta.  Like  all  woman.  Without  a  break.  Also  little 

dumplings, or „rosary beads‟. The one or the other, in tiny pieces. A similar technique”. 
 

W  ten  sposób  z  angielskiego  tekstu  dowiadujemy  się  o  istnieniu  klusek  pod  nazwą 

„różańce” (przykłady z: Grajewska 2001). 

background image

 

79 

 
3. Mylne odczytanie modalności tekstu  
 

Problemy  z  właściwym  odczytaniem  modalności  tekstu  pojawiają  się  najczęściej  w 

tekstach (lub  ich  fragmentach), w których zastosowano ironię, kpinę, szyderstwo, ponieważ 
tego typu zabiegi nie są zwykle wyraźnie sygnalizowane i wymagają dużego wyczulenia na 
ten  specyficzny  rodzaj  humoru,  a  więc  bardzo  dobrej  znajomości  języka  wyjściowego  i 
stosowanych  w  nim  implikatur.  Jak  już  wspomnieliśmy,  nie  jest  przypadkiem,  że  pierwsza 
polska tłumaczka Winnie the Pooh popełniła najwięcej błędów przekładając wypowiedzi osła 
Eyeore,  które  charakteryzuje  zgryźliwy  sarkazm.  Jednak  błędy  tej  kategorii  pojawiają  się 
również w tłumaczeniach tekstów prasowych. Tekst Bailout Blues kończy się zdaniem „Then 
again maybe it was better to save the banks”, które jest ewidentna reakcją autora na pomysł 
zrealizowania 25 remake‟ów Titanica, a być może także na pozostałe propozycje japońskiego 
pisarza. Zatem należałoby je przetłumaczyć mniej więcej tak: „W takim razie może już lepiej 
było ratować te banki”. Jednak część moich studentów nie odczytała właściwie intencji autora 
i przetłumaczyła ostatnie zdanie tak, jakby autor zupełnie poważnie zastanawiał się, czy lepiej 
było  ratować  banki,  czy  też  kupić  lotniskowiec  i  New  York  Timesa.  Podobne  problemy 
stwarza też omawiany już tekst Pitiful Debate, a zwłaszcza jego tytuł i ostatnie zdanie: „This 
spat‟s  getting  juicy”. Jeśli przetłumaczymy  je w dobrej wierze  jako  Żałosna debata  i  „Ten 
spór nabiera rumieńców”, to mam wrażenie, że postępujemy wbrew intencjom autora, który 
chciał językowymi żartami zaznaczyć swój dystans do opisywanej sprawy. 
 

Znacznie łatwiej o błąd tego typu w przekładach literackich, ponieważ autorzy takich 

tekstów bardzo często bawią się konwencjami, łamią reguły, starają się, żeby ich stosunek do 
opisywanej rzeczywistości był niejednoznaczny. Dość poważny błąd z tej kategorii popełnił 
tłumacz  Money  M.  Amisa.  Jest  to  książka  przewrotna,  której  bohater  wśród  wielu  innych 
postaci  spotyka  również…  pisarza  M.  Amisa.  W  tym  kontekście  szczególnego  znaczenia 
nabiera rozpoczynający książkę list samobójcy: 
 

„This is a suicide note. By the time you lay it aside (and you should always read these 

things  slowly, on the  lookout for clues or give-aways), John Self will  no  longer exist. Or at 
any rate that‟s the idea” 
 

W polskim przekładzie brzmi on następująco: 

 

„Jest to list pożegnalny. Kiedy będziecie go czytać (a takie rzeczy powinno się czytać 

powoli, zwracając baczna uwagę na wszelkie wskazówki i tropy), Johna Selfa nie będzie już 
wśród żywych. Przynajmniej na to się zapowiada”. 
 

Zapominając, że autor lubi się bawić w kotka i w myszkę ze swoim bohaterem (John 

Self  ma  złe  przeczucia,  ilekroć  spotyka  Amisa),  ale  również  z  czytelnikami,  tłumacz 
ujednoznacznia zdanie „John Self will no longer exist”, a także obiektywizuje zdanie „Or at 
any  rate  that‟s  the  idea”,  które  w  oryginale  nie  musi  być  wcale  obiektywnym 
przewidywaniem  przyszłości,  gdyż  równie  dobrze  może  zdradzać  intencje  autora  w  chwili 
rozpoczęcia pisania tej powieści (por. Świerkocki 1997:  267-268). Trzeba zresztą przyznać, 
że Money to książka wybitna i jednocześnie niezwykle trudna do przełożenia. 
 

Polskie przekłady  Just  so stories  R.  Kiplinga  zawierają w porównaniu z oryginałem 

znacznie  mniej  elementów  adresowanych  do  dorosłego  czytelnika.  Jedną  z  cech 
charakterystycznych  stylu  Kiplinga    jest  używanie  wielu  skomplikowanych  i/lub 
wymyślonych przez autora zwrotów i wyrazów, które albo ulegają w książce zniekształceniu 
(np.  „Stute  Fish,  „satiable  curtiosity  zamiast  „astute”,  „insatiable”  i  „curiosity”),  albo  SA 
„objaśniane” w nawiasach za pomocą formuły „that is magic. Wiele takich elementów znika 
w  polskich  przekładach,  na  przykład  „the  small  „Stute  Fish”  staje  się  „Płotką”,  „‟satiable 
curtiosity”  –  „nieposkromiona  ciekawością,  zaś  „Sloka”,  która  wygłosił  marynarz  – 
„dwuwierszem”. Trójka zwierząt odbywa na skraju pustyni „a palaver, and an indaba, and a 
punchayet, and a pow-wow”, po polsku natomiast „zgromadzenie i głosowanie, i Sąd Trzech, 

background image

 

80 

i  pau-wau”.  Sformułowanie  „one  fine  morning  in  the  middle  of  the  Precession  of  the 
Equinoxes”, którego zapewne tłumaczka  nie zrozumiała, zostało przełożone  jako „pewnego 
pięknego dnia, a było to tuż przed burzą poprzedzająca zrównanie dnia z nocą”. W ten sposób 
Kiplingowskie „stories” po polsku rzeczywiście bardziej przypominają „bajeczki”. 
 
 
III. Błędy realizacji  
 
 

Nawet wnikliwa, wielopoziomowa analiza oryginału nie gwarantuje jeszcze udanego 

przekładu,  ponieważ  po  jej  zakończeniu  tłumacz  musi  się  wcielić  w  swojego  czytelnika, 
wyobrazić sobie poziom jego wiedzy i prawdopodobne reakcje na poszczególne rozwiązania 
przekładowe.  Potrzebna  jest  duża  sprawność  w  czynnym  posługiwaniu  się  językiem 
docelowym. 
 
1. Niewłaściwa ocena wiedzy odbiorców 
 

O  znaczeniu  identyfikacji  z  odbiorcami  przekładu  pisaliśmy  już  wielokrotnie.  Przy 

okazji  analizy  tekstu  Putting  Kitty‟s  Typing  on  Pause  podkreślaliśmy  też,  że  niebianie  pod 
uwagę sytuacji odbiorcy  może zadecydować o całkowitej  nieprzydatności przekładu.  Warto 
jednak przeanalizować jeszcze parę przykładów z tekstów zamieszczonych w suplemencie. 
 

W  Two  Legs  Bad  pojawia  się  nazwa  instytucji  „British  Foreign  Office”.  Choć  w 

tekstach politycznych spotyka się wersję  „brytyjskie  Foreign Office”, w cytowanym tekście 
na  pewno  należy  użyć  innego  rozwiązania  (np.  „brytyjskie  MSZ”),  ponieważ  czytelnikami 
naszego  tłumaczenia  nie  muszą  być  wyłącznie  ludzie  żywo  interesujący  się  polityką.  Z 
podobnych powodów – jeśli założymy, że nie wszyscy czytelnicy Bailout Blues będą fanami 
koszykówki  –  dobrze  byłoby  chyba  zaopatrzyć  sformułowanie  „Chicago  Bulls”  w  jakiś 
hiperonim (chociażby słowo „drużyna”). Kwestią dyskusyjną pozostają kulinaria w tekście 
Matter  of  Taste:  
„fish  and  chips”  oraz  „vindaloo”.  Ponieważ  za  nazwą  „fish  and  chips”  nie 
kryje  się  nic  niezwykłego,  osobiście  przełożyłbym  ją  jako  „rybę  z  frytkami”.  Gorzej  z 
„vindaloo”  – pozostawiając tę nazwę w wersji oryginalnej stawiamy czytelników w gorszej 
sytuacji  w  porównaniu  z  czytelnikami  oryginału:  domyśla  się  oni,  że  chodzi  o  jakąś 
egzotyczną  potrawę,  ale  większość  z  nich  nie  będzie  wiedziała,  o  jaką  dokładnie  potrawę 
chodzi.  Z  drugiej  strony  można  przyjąć,  że  wiedza  ta  nie  jest  konieczna  do  odbioru  tekstu. 
Tłumacz  posiadający  również  przygotowanie  pedagogiczne  (co  jest  niemal  regułą  w 
przypadku  polskich  tłumaczy)  może  przełożyć  „negative  reinforcement”  (Putting  Kitty‟s 
Typing  on  Pause)  
jako  „wzmocnienie  negatywne”.  Taki  przekład  należy  uznać  za 
niepożądany,  ponieważ  większość  czytelników  gazetowych  ciekawostek  nie  zna  zapewne 
tego określenia. 
 

Ocena wiedzy i oczekiwań odbiorców przekładu jest często poważnym problemem w 

tłumaczeniach  literackich.  O  niektórych  z  nich  wspominaliśmy  już  w  rozdziale  o 
nieprzekładalności  kulturowej.  Więcej  przykładów  tego  typu  błędów  zaczerpniętych  z 
przekładów literatury pięknej można znaleźć w: Hejwowski 2004: 217-219. 
 
2. „Podtłumaczenie” 
 

Termin ten ma odpowiadać używanemu przez Newmarka określeniu undertranslation 

(Newmark  1981).  W  Tezaurusie  terminologii  translatorycznej  (Lukszyn  1993;  poniższe 
uwagi  krytyczne  są  również  samokrytyką,  ponieważ  byłem  jednym  ze  współautorów  tego 
słownika)  pod  hasłem  „podtłumaczenie”  czytamy:  „Technika  tłumaczeniowa  polegająca  na 
opuszczeniu  części  informacji  szczegółowych  tekstu  wyjściowego”.  Sens  angielskiego 
„undertranslation”  lepiej  zapewne  oddawałby  inny  neologizm  –  „niedotłumaczenie”,  zaś 
cytowaną definicję należałoby uzupełnić o element: „lub zastąpienie informacji szczegółowej 

background image

 

81 

informacją  ogólniejszą”.  Podtłumaczenie  może  być  uzasadniona  techniką  tłumaczeniową, 
jeśli  nie  znajdujemy  innych  zadowalających  rozwiązań  przekładowych:  sam  proponowałem 
takie rozwiązanie w przypadku sformułowania „girl from Ipanema” w tekście Topless in Rio. 
Jednak  nadużywanie  tej  techniki  jest  niewątpliwie  czymś  niepożądanym,  wynikającym  z 
nadmiernej  troski  o  czytelnika  przekładu  i  ślepej  wiary  w  wyższość  tłumaczenia 
funkcjonalnego. 
 

O zjawisku tym była już mowa przy okazji krytyki podejścia skrajnie funkcjonalnego 

oraz  w  rozdziale  o  nieprzekładalności  kulturowej,  tu  więc  ograniczymy  się  do  paru 
przykładów  z  tekstów  zamieszczonych  w  Suplemencie.  Zastanawialiśmy  się  już  wcześniej 
nad tym, dlaczego nie powinno się zastępować konkretnego tytułu Penny Lane ogólnikowym 
„przebojem” czy „przebojem Beatlesów”. Z podobnych powodów nie byłbym zwolennikiem 
zastępowania  „owl  monkey”  wyrazem  „małpka”,  „vindaloo”  zwrotem  „hinduska  potrawa”, 
„Chicago  Bulls”  –  „drużyną  koszykówki”…  We  wszystkich  tych  przypadkach 
pozbawilibyśmy  tłumaczone  teksty  konkretnych  elementów  rzeczywistości,  sprawiając  tym 
samym, że ich lektura stałaby się łatwiejsza, ale i nudniejsza. 
 
3. Błędy języka docelowego  

Nie  sposób  wymienić  wszystkich  rodzajów  błędów  z  tej  grupy,  jakie  popełniają 

początkujący  tłumacze  (szerszy  opis  błędów  językowych  popełnianych  przez  tłumaczy 
znaleźć można w: Dzierżanowska 1988). Do najczęstszych należą: użycie wielkich i małych 
liter, odmiana obcych  imion własnych, różnego rodzaju kalki  językowe (o których  była  już 
mowa powyżej). 

 

Wydaje się, że wśród ludzi słabo znających zasady polskiej ortografii  istnieje 

ogólna  tendencja  do  pisania  wielką  literą  wszystkiego  co  ważne.  Moi  studenci  notorycznie 
stosują wielkie litery w nazwach funkcji i stanowisk, takich jak minister, premier, prezydent, 
król,  papież,  a  także  pisząc  o  ważnych  wydarzeniach  historycznych,  np.  o  drugiej  wojnie 
światowej  czy  o  rewolucji  październikowej.  Można  podejrzewać,  że  duży  wpływ  ma  tu 
pisownia angielska, zgodnie z zasadami której w tego typu wyrazach używa się wielkich liter, 
warto  jednak  zauważyć,  że  wielu  młodych  tłumaczy  stosuje  również  wielkie  litery  w 
określeniu „zimna wojna”, które w angielskim oryginale (Two Legs Bad) pisane jest małymi 
literami. 

Długo trwa zwykle wojna ze zwolennikami apostrofów w odmianie obcych nazwisk. 

Wielokrotnie  muszę wyjaśniać  moim  studentom, że  nazwiska takie  jak Disney czy  Presley, 
które po polsku wymawiane są [disney], [preslej] – odmienia się tak samo jak polskie imiona 
i nazwiska kończące się na –j, takie jak Maciej, rataj czy Koziej, a więc Disneya, Disneyowi 
itd. Apostrof pojawia się właściwie tylko wtedy, gdy obce imię lub nazwisko kończy się na –y 
wymawiane po polsku  jako  –i (a więc po spółgłosce)  lub gdy ostatnią  literą takiego wyrazu  
jest  nieme  –e.  Dotyczy  to  zatem  takich  nazwisk  jak  Lodge,  Milne,  Chomsky  (bardziej 
szczegółowe zasady można znaleźć w NSJOP, NSPP i w Słowniku nazw własnych). 
 
4. Błędy wynikające z braku wiedzy ogólnej i specjalistycznej 
 

Błędy  tego  typu,  ściśle  rzecz  biorąc,  należą  zarówno  do  kategorii  błędów 

interpretacyjnych,  jak  i  realizacyjnych.  Jeśli  umieszczamy  je  w  grupie  błędów  realizacji,  to 
głównie  dlatego,  że  braki  wiedzy  można  zawsze  uzupełnić,  a  więc  pojawienie  się  takich 
błędów świadczy o pewnej niefrasobliwości tłumacza w trakcie tworzenia przekładu. 
 

Trzeba  znać  –  lub  odszukać  w  odpowiednim  źródle  –  polskie  odpowiedniki  tak 

ważnych instytucji międzynarodowych, jak The International Court of Justice in The Hague 
czy  U.N.  Educational,  Scientific  and  Cultural  Organization.  Jeśli  nie  wiemy  lub  nie 
sprawdzimy,  czym  właściwie  jest  Westminster  School,  to  wpadniemy  w  pułapkę 
sformułowania  „Alma  mater”.  Warto  wiedzieć,  że  nazwa  klubu  „The  Garrick  Club  in 

background image

 

82 

London”  pochodzi  od  nazwiska  znanego  aktora,  bo  wtedy  spokojnie  możemy  ją 
przetłumaczyć  na  polski  jako  „londyński  Klub  Garlicka;  nazwa  Duke  University,  w 
przeciwieństwie  do  University  of  Surrey,  pochodzi  od  nazwiska,  a  zatem,  jeśli  chcemy  ją 
przetłumaczyć na polski, powinniśmy napisać „Uniwersytet Duke‟a”. 
 

Tłumacz powinien wiedzieć, co oznaczają tytuły, takie jak Penny Lane, The Girl from 

Ipanema, A Clockword Orange, A World Apart, Nature, Animal Farm, Bird on Wire, Titanic 
(
nawet  jeśli  w  danym  tłumaczeniu  do  niczego  mu  się  to  nie  przyda,  bo  za  którymś  razem 
niewiedza będzie przyczyną błędu); powinien wiedzieć, które z nich należy przetłumaczyć na 
język polski (w cytowanych przykładach na pewno nie tłumaczymy Nature Titanic; można 
się zastanawiać nad Bird on Wire) i jakie są ich polskie ekwiwalenty – nie wolno wymyślać 
samemu polskich tytułów Animal  Farm  czy  A Word Apart  (zob. też błędy  metatranslacyjne 
poniżej). 
 

Przyczyną  błędów  bywają  też  nazwy  geograficzne.  Popełnimy  błąd,  zostawiając  w 

polskiej  wersji  By  the  Dozen  nazwę  „Le  Havre”,  bo  po  polsku  miasto to  nazywa  się  Hawr. 
Wielu  moich  studentów  nie  zorientowało  się  też,  że  Tucson,  Ariz.  To  nazwa  miasta  w 
Arizonie, w związku z czym w ich tłumaczeniach była to nazwa firmy komputerowej.  
 

Błędem jest niewątpliwie nieodszukanie polskiej nazwy „owl monkey”  z tekstu Aping 

Morion  (po  polsku  małpa  ta  nazywa  się  „pomocnica”  lub  „mirikina”)  czy  „elephant  bird”  z 
tekstu By the Dozen (w literaturze polskiej najczęściej wymieniana jest spolonizowana wersja 
nazwy łacińskiej „epiornis” lub potoczna „struś madagaskarski”). 
 
 
IV. Błędy metatranslacyjne 
 
 

Niedoświadczeni tłumacze popełniają czasem błędy wynikające z nieświadomości co 

do  istoty  tłumaczenia  i  co  do  pewnych  ogólnie  przyjętych  konwencji  tłumaczeniowych. 
Celem  tłumaczenia  jest  umożliwienie  jak  najpełniejszego  porozumienia  przedstawicielom 
różnych  kultur  –  umożliwienie  porozumienia,  a  nie  utrudnianie  tego  porozumienia,  nie 
fałszowanie  obrazu  kultury  wyjściowej,  nie  przeinaczanie  faktów  opisanych  w  tekście 
wyjściowym.  Nie  ulega  też  wątpliwości,  że  istnieją  pewne  zasady  tłumaczeniowe,  które  są 
przestrzegane  przez  większość  tłumaczy  w  większości  sytuacji.  Na  przykład,  jest  ogólnie 
przyjętą  normą  (zresztą  nie  tylko  w  języku  polskim),  że  w  tekstach  informacyjnych  nie 
tłumaczymy tytułów gazet i czasopism; a więc w przekładzie tekstu Aping Motion napiszemy 
z  pewnością  Nature  nie  „Natura”  czy  „Przyroda”.  Od  dawien  dawna  stosuje  się  również 
zasadę tłumaczenia imion głów koronowanych, jeśli imiona te mają ustalone odpowiedniki w 
języku  polskim.  Pojawienie  się  w  języku  polskim  imienia  „Juan  Carlom”  nie  świadczy  na 
razie  o  zmianie  normy,  tylko o  nieuctwie  polskich  dziennikarzy,  którzy  taką  formę  imienia 
hiszpańskiego  króla  wprowadzili  do  polskiej  prasy.  Błędy  tego  typu  –  jako  wynikające  z 
niewiedzy na temat zasad tłumaczenia – będziemy nazywać  błędami metatranslacyjnymi.  
 
1. Dobór techniki tłumaczeniowej 
 

Dość  często  spotykanym  problemem  tłumaczeniowym  w  przekładach  z  języka 

angielskiego są anglosaskie miary i wagi. Wiele z nich ma teoretycznie swoje odpowiedniki 
w  języku  polskim,  ale  na  ogół  nie  w  polskiej  świadomości.  Zapewne  większość  Polaków 
orientuje się, ile to jest cal (odpowiednik angielskiego „inch”), mila (ang. „mile”) czy nawet 
jard  (ang.  „yard”),  ale  nie  sądzę,  żeby  zbyt  wielu  ludzi  w  Polsce  wiedziało,  ile  dokładnie 
centymetrów ma stopa, a już  na pewno nieliczni  potrafią  szybko zorientować się, czy góra, 
która ma 4400 stóp jest wysoka czy nie. Dość słabo też orientujemy się w takich jednostkach 
wagi  jak  funt  czy  uncja.  W  związku  z  tym  należałoby  chyba  przyjąć  zdroworozsądkową 
zasadę,  że  tam,  gdzie  wartość  tych  jednostek  jest  istotna  dla  zrozumienia  tekstu,  należy  je 

background image

 

83 

przeliczać na jednostki powszechnie stosowane w Polsce. Dotyczy to 430 000 akrów z tekstu 
The Mouse That Roared, mil i stóp z In-Flight Food, funtów z Heart of Stone, stopy z By the 
Dozen. 
W mniejszym już stopniu – 83 stóp z tekstu Pitiful Debate. W tym wypadku można by 
argumentować,  że  wartość  rekordu  w  pluciu  pestka  na  odległość  nie  jest  specjalnie  ważna, 
natomiast  pozostawienie  stop  w  polskim  przekładzie  stanowi  dodatkowy  akcent 
humorystyczny. 
 

Jak  już  wspomnieliśmy,  nie  tłumaczymy  tytułów  gazet  i  czasopism,  natomiast 

tłumaczymy tytuły książek, zwłaszcza jeśli były one już przekładane na język docelowy.  W 
interesujących  nas  tekstach  z  pewnością  użyjemy  następujących  polskich  tytułów: 
Mechaniczna  pomarańcza,  Kubuś  Puchatek,  Folwark  zwierzęcy  i  oczywiście  Inny  świat. 
Ewidentnym  błędem  jest  dla  mnie  pozostawienie  angielskiego  tytułu  książki  omawianej  w 
artykule Bailout Blues – „Bubble Fantasy: What Could That Money Have Bought?” – przede 
wszystkim dlatego, że książka ta nie ukazała się  po angielsku  lecz po japońsku, a angielski 
tytuł  został  „podstawiony”  przez  autora  artykułu.  Paru  moich  studentów  zadało  sobie  trud 
odszukania  oryginalnego  tytułu  japońskiego,  który  następnie  zamieścili  w  swoich 
tłumaczeniach.  Oczywiście  pochwaliłem  ich  za  dociekliwość,  ale  nie  sądzę,  żeby  w 
przypadku  tak  krótkiego  i  popularnego  artykułu  zabieg  ten  był  konieczny.  Myślę,  że  w 
zupełności wystarczy przybliżony polski przekład tytułu (więcej przykładów w: Hejwowski 
2004: 221-224). 
 
2. Opuszczenia 
 

Pokusa  opuszczenia  fragmentu  tekstu  pojawia  się  wtedy,  gdy  tłumacz  nie  rozumie 

danego  sformułowania  lub  nie  potrafi  znaleźć  zadowalającego  ekwiwalentu  w  języku 
docelowym.  Tego  typu  trudności  świadczą  jednak  na  ogół  o  lukach  w  kompetencji 
tłumaczeniowej, a nie o tym, że opuszczenie jest rzeczywiście uzasadnione. 
 

I tak na przykład niektórzy z moich studentów, nie mogąc sobie poradzić z frazą „that 

eyeblink  on  the  autobahn”  opuszczali  ją  w  przekładzie  argumentując,  że  nie  jest  ona  taka 
ważna.  Ponieważ  jednak  sformułowanie  to  jest  dodatkową,  żartobliwą  charakterystyką 
Liechtensteinu  i  jednocześnie wyraża  stosunek autora do tego kraju (zob. analiza tekstu  The 
Mouse That Roared 
w rozdz. 4.) sądzę, że takie opuszczenie jest błędem tłumaczeniowym. 
 

Opuszczenia  nie  są,  rzecz  jasna,  zjawiskiem  zbyt  częstym  w  przekładach  krótkich 

tekstów  prasowych,  choć  pojawiają  się  w  różnych  miejscach  w  słabszych  tłumaczeniach, 
zapewne  przez  przeoczenie  lub  z  wymienionych  wyżej  powodów.  Jest  to  natomiast  bardzo 
poważny problem w tłumaczeniach literatury pięknej, gdzie niektórzy tłumacze pretendują do 
roli  demiurgów,  czy  może  tylko  cenzorów,  decydując  o  tym,  czego  dowie  się  czytelnik 
przekładu,  a  co  zostanie  przed  nim  zatajone.  Problem  ten  częściowo  był  już  omawiany  w 
rozdziale o nieprzekładalności kulturowej (zob. też Hejwowski 2004: 142-143, 225-226). 
 
3. Dodatki 
 

O dodawaniu pustych ozdobników – czy może raczej „wypełniaczy” – przez tłumaczy 

kabinowych pisał H. Barik w artykule pod charakterystycznym tytułem Interpreters talk a lot, 
among  other  things  
(Barik  1972).  W  przypadku  tłumaczy  kabinowych  takie  dodane  słowa  i 
zwroty mają zapewnić tłumaczowi chwilę czasu na zorientowanie się, co dalej powie mówca, 
oraz  zwiększyć  płynność  wypowiedzi.  Bardziej  zaskakujące  są  dodatki  w  tłumaczeniach 
pisemnych, zwłaszcza jeśli nie wynikają z potrzeby objaśnienia różnic kulturowych. 
 

Dodatki  są  dość  rzadkim  –  i  powiedziałbym  niesystematycznym  zjawiskiem  w 

przekładach  początkujących  tłumaczy.  Ci  zwykle  trzymają  się  kurczowo  tekstu  oryginału  i 
bardziej są już skłonni opuszczać fragmenty, których nie potrafią przełożyć. Nieuzasadnione 
dodatki  zdarzają  się  niektórym studentom, gdy  zrozumieją oni  już potrzebę  interpretowania 
tekstu, ale nie wiedza jeszcze, że interpretacja nie oznacza własnej twórczości. 

background image

 

84 

 

Częściej  napotkać  je  można  we  tłumaczeniach  literackich,  zwłaszcza  tam,  gdzie 

tłumacz  jest  na  tyle  zadowolony  z  zastosowanego  przez  siebie  stylu,  że  przestaje  zwracać 
uwagę na autora: 
 

„Many times in her life she has lacked the price of a busfare, a teabag”. 

 

“Ile  to  już  razy  nie  stać  jej  było  na  głupi  billet  autobusowy,  na  najzwyklejszego 

szczura  z  herbatą”.  Tłumaczowi  nie  wystarcza,  że  wykazał  się  inwencją  zastępując 
nienacechowaną  „teabag”  mocno  nacechowanym  „szczurem  z  herbatą”,  dodaje  jeszcze 
przymiotniki „głupi” i „najzwyklejszy” (przykład z: Jaworowska 2001). 
 

Zupełnie  niezrozumiałym  przypadkiem  jest  Listonosz,  polski  przekład  (jeśli  można 

użyć tu tego słowa) Post Office Charlesa Bukowskiego. Tłumacz dodaje tam całe fragmenty 
tekstu, często zresztą przeinaczając intencje autora (Dembowski 2003). 
 
4. Dwie wersje 
 

Bardzo  częstym  błędem  w  pierwszej  fazie  nauki  tłumaczenia  jest  pozostawianie 

dwóch  wersji  przekładu  fragmentu  danego  tekstu.  Popełniającym  go  młodym  tłumaczom 
wyjaśniam,  że  to  tłumacz,  a  nie  redaktor  czy  wydawca,  odpowiada  za  ostateczny  kształt 
przekładu  i  to  on,  podpisując  się  pod  przekładem  swoim  nazwiskiem,  bierze  zań  pełną 
odpowiedzialność. 

 

 

Do niedawna sądziłem, że błędy tego typu nie mogą pojawiać się w opublikowanych 

tłumaczeniach.  Przekonałem  się  jednak,  że  zdarzają  się  i  takie  przypadki.  Maniera 
podwójnego  tłumaczenia  cechuje  tłumacza  Money  M.  Amisa.  Stosuje  on  tę  „technikę” 
najczęściej, gdy nie jest pewien, czy pierwsze rozwiązanie tłumaczeniowe będzie zrozumiałe 
dla polskiego odbiorcy: 
 

„I was  in  Cal  myself  this  January  – Los  Angeles”. “Sam  byłem  w  Cal  – tej  boskiej 

Kalifornii – w Los Angeles, gdzieś w styczniu „. 
 

„The  zeds  of  fire-escapes”.  “Awaryjne  Żelazne  zetki,  czyli  schody  na  wypadek 

pożaru”. (przykł. z: Jaworowska 2001). 
 

Zauważmy, że w pierwszym z tych przekładów tłumacz usiłuje uzasadnić powtórzenie 

za pomocą dodanego słowa „boskiej”, a zmiana szyku zdania zmusza go jeszcze do dodania 
wyrazu  „gdzieś”,  bo  inaczej  zdanie  kończyłoby  się  bardzo  niefortunnie  frazami  „w  Los 
Angeles w styczniu”. 
 

Zaskakującym przypadkiem podawania dwóch wersji przekładu jest polskie wydanie 

The  Giant  Work  Book,  noszące  bardzo  dziwny  polski  tytuł:  Wielki  ilustrowany  Walt  Disney 
słownik  angielsko-polski.  
W  tej  ilustrowanej  książce  dla  dzieci  znajdujemy  następujące 
angielskie  wyrazy  i  zwroty  wraz  z  ich  polskimi  tłumaczeniami:  „soapy  face  –  namydlona 
buzia  (twarz)”,  „mother  –  mama  (matka)”,  „toast  –  tost  (grzanka)”,  „fence  –  parkan 
(ogrodzenie)”,  „queen  bee  –  królowa  pszczół  (matka  roju)”,  „windmill  –  młyn  napędzany 
wiatrem (wiatrak)” i wiele innych. 
 
5. Poprawianie oryginału 

 

O  poprawianiu  oryginału  można  mówić  wtedy,  gdy  zawiera  on  błędy.  W  takim 

przypadku  tłumacz  tekstów  informacyjnych  ma  moim  zdaniem  prawo,  a  nawet  obowiązek 
dokonać  odpowiednich  poprawek  merytorycznych,  logicznych,  stylistycznych.  Myślę,  że 
takiego  prawa  nie  ma  tłumacz  większości  tekstów  literackich.  Oczywiście  pomiędzy  tymi 
dwoma  kategoriami  rozciąga  się  szeroka  szara  strefa,  w  której  każdy  przypadek  należy 
rozważyć  z  osobna,  biorąc  pod  uwagę  wszelkie  argumenty  za  poprawianiem  i  przeciwko 
niemu.  Bez  wahania  na  przykład  wygładzałem  potknięcia  stylistyczne,  tłumacząc  powieść 
True Women, teksaską sagę spisaną przez potomkinię rodu, która nie była zawodową pisarką. 
W  gruncie  rzeczy  uważam,  że  tego  typu  poprawki  należały  się  autorce  od  redakcji 
oryginalnego  wydania.  Po  długich  deliberacjach  postanowiłem  natomiast  nie  poprawiać 

background image

 

85 

fragmentów autobiografii znanego amerykańskiego pisarza Ch. Himesa. Uznałem, że literat z 
takim  dorobkiem  powinien  umieć  pisać  po  angielsku,  ale  jeśli  tego  nie  potrafi,  to  polski 
czytelnik  ma  prawo  się  o  tym  dowiedzieć.  Pracowicie  więc  odtwarzałem  po  polsku 
nieporadność  stylu,  na  przykład  cztery  kolejne  akapity  zaczynające  się  od  zdania  z 
konstrukcją  „while  +  Past  Progressive”  brzmią  w  moim  przekładzie  następująco:  „  Kiedy 
wsiadaliśmy do samochodu…”, „Kiedy wróciłem na tańce…”, „Kiedy wróciłem następnego 
dnia  do  bursy…”,  „Kiedy  wyszedłem  do  George‟a…”.  Spróbowałem  też  „przetłumaczyć” 
pojawiające  się  w  tekście  błędy  składniowe,  ale  te  celowe  uchybienia  wobec  gramatyki 
poprawiła    mi  redakcja  (Himes  2002).  Na  szczęście  tego  typu  sytuacje  w  ambitniejszej 
literaturze zdarzają się niezwykle rzadko  – przypadek Himesa był jedynym, z jakim miałem 
do czynienia. 
 

Poprawianie  literatury  pięknej  dotyczy  najczęściej  książek  dla  dzieci,  zwłaszcza 

fragmentów,  które  tłumacze  uznają  za  „nieodpowiednie”.  I  tak  na  przykład  w  angielskim 
tłumaczeniu  jednej  z  książeczek  T.  Jansson  zdanie  „musiałem  pójść  zrobić  siusiu”  zostaje 
zastąpione  poetyckim  „I  only  wanted  to  look  at  the  stars”  („chciałem  tylko  popatrzeć  na 
gwiazdy”)  (Semkowicz  1997:  9;  bardzo  ciekawą  analizę  tłumaczeń  angielskiej  literatury 
dziecięcej na język polski znaleźć można w: Adamczyk-Garbowska 1988). 
 
6. Niepoprawianie oryginału  
 

Jak  już sugerowaliśmy  powyżej,  niepoprawialnie błędów w tekstach  informacyjnych 

jest  błędem,  który  prędzej  czy  później  zemści  się  na  tłumaczu.  Większość  czytelników  (a 
także  –  niestety  –  krytyków)  nie  ma  czasu  ani  możliwości,  by  porównać  przekład  z 
oryginałem,  zatem  wszelkie  błędy  i  chropowatości  zostaną  złożone  na  karb  tłumacza. 
Spójrzmy na fragment tekstu gazetowego tłumaczonego kilka lat temu przez moich studentów 
(tekst dotyczy planowanej wówczas wizyty pani sekretarz stanu USA Madeleine Albright w 
Korei Północnej): 
 

„With  more  than  60  journalists  in  tow.  Albright‟s  two-day  tour  will  throw open  the 

Democratic People‟s Republic of Korea as never before to public view – and complete North 
Korean leader Kim Jong Il‟s remarkable makeover in Western eyes. Only a year ago, notes 
one  senior  U.S.  official,  he  was  still  seen  as  a  puffy-haired  kook:  now the  Americans  view 
him as „a logical, thinking leader‟. 
 

That  will  make  Kim  a  respectable  interlocutor  for  President  Bill  Clinton,  who  is 

expected  to  visit  too  in  the  waning  weeks  of  his  term.  It  will  also  make  it  much  harder  for 
Clinton‟s  succesor  to  justify  putting  in  phase  one  of  a  limited  national  missile  defence,  a 
policy  the  president  has  long  been  ambivalent  about,  since  North  Korean  hostility  has  long 
been the chief reason for it”. 
 

Powyższy tekst łamie wiele zasad poprawnej kompozycji i sprawnej komunikacji: „in 

tow”  powinno  się  odnosić  do  Albright,  a  nie  do  „tour”,  „throw  open  to  public  view”  nie 
powinno  być  przedzielone  dziewięciowyrazowym  wtrąceniem;  zupełnie  niejasne  są 
antecedensy  zaimków  „that,  it”  z  dwóch  ostatnich  zdań;  wtrącenie  „a  policy  the 
president…about”  zdecydowanie  utrudnia  zrozumienie  końcówki  zdania;  dobrze  byłoby  też 
uniknąć  powtórzenia  „has  long  been”  oraz  wyszukanych  i  chyba  niezbyt  zgrabnych 
sformułowań  w  stylu  „the  waning  weeks  of  his  term”.  Wszystkie  te  błędy  tłumacz  musi 
wyeliminować. Nie wyobrażam sobie też sensownego tłumaczenia ostatniego zdania z tekstu 
Aping Motion („Those advances could be the first of many to help scientists piece together the 
symphony in the brain”), jeśli najpierw nie dokonamy jego gruntownej analizy i przebudowy. 
 
7. Paratekst (zbyt dużo lub zbyt mało objaśnień) 
 

Pojęcie  paratekstu  (używane  przez  Brzozowskiego  2001)  oznacza  wszystko  to,  co 

towarzyszy  tekstowi  głównemu,  na  przykład  przedmowę,  przypisy,  posłowie,  komentarze, 

background image

 

86 

objaśnienia,  noty  biograficzne  itp.  Oczywiście  trudno  mówić  o  paratekście  w  krótkich 
tekstach  gazetowych  ilustrujących  nasze  rozważania.  Zdarza  się  czasem,  że  moi  studenci 
zamieszczają  pod  swoimi  tłumaczeniami  krótkie  notki  informujące  o  pochodzeniu  danej 
informacji czy  też uzasadniające  dany wybór przekładowy. Bardzo je  sobie cenię, ale  nie są 
to,  rzecz  jasna,  prawdziwe  przypisy,  ponieważ  adresowane  są  wyłącznie  do  mnie,  czyli  do 
„redaktora”. Potrzeba przypisów (nie mówiąc już o wstępach czy posłowiach) może pojawić 
się  dopiero  przy  tłumaczeniu  długich  artykułów  prasowych,  esejów,  a  zwłaszcza  książek. 
Tłumacze  literatury  pięknej  (zwłaszcza  współczesnej)  uważają  na  ogół  przypisy  za 
ostateczność, niejako za przyznanie się tłumacza do porażki w danej sytuacji tłumaczeniowej. 
Pokutuje  teoria,  że  przypisy  przeszkadzają  w  czytaniu,  rozpraszają  uwagę  czytelnika, 
zamieniają powieść w podręcznik czy  encyklopedię.  Kiedy przypomnę sobie, z  jaką uwagą 
chłonąłem  przypisy  w  lekturach  mojego  dzieciństwa  i  wczesnej  młodości  –  w  książkach 
przygodowych,  podróżniczych  i  historycznych  –  mam  pewne  wątpliwości,  czy  powyższe 
obawy są uzasadnione. Oczywiście, tak jak we wszystkim należy zachować umiar. Popularne 
wydanie  współczesnej  powieści  nie  powinno  przypominać  bibliofilskiej  edycji  klasycznego 
dzieła  z  przypisami  sięgającymi  niemal  samej  góry  każdej  strony  –  o  czym  tak  marzył 
Nabokov (1955/2000). 
 

Wydaje się, że stosowanie takich dodatkowych technik objaśniających jest pożądane, 

kiedy użycie innej techniki tłumaczeniowej – na przykład tłumaczenia syntagmatycznego czy 
techniki  ekwiwalentu  funkcjonalnego  –  prowadziłoby  do  zubożenia  bazy  wypowiedzi,  jaką 
zrekonstruować  może  odbiorca  przekładu,  lub  też  do  istotnego  zniekształcenia  tejże  bazy, 
ewentualnie  do  szoku  kulturowego,  jaki  może  być  następstwem  mieszania  elementów 
różnych kultur. 
 
 
 

Podsumowując, wyróżniliśmy następujące typy i podtypy błędów tłumaczeniowych: 

I. Błędy tłumaczenia syntagmatycznego 
 

1. Błędy ekwiwalentów słownikowych 

 

2. Fałszywi przyjaciele tłumacza 

 

3. Kalki 

 

4. Nieuzasadnione rekonstrukcje 

II. Błędy mylnej interpretacji 

1.  Pomylenie dwóch różnych syntagm lub ram czasownikowych języka wyjściowego 
2. Zła interpretacja sceny lub scenariusza 

 

3. Mylne odczytanie modalności tekstu 

III. Błędy realizacji 

1.  Niewłaściwa ocena wiedzy odbiorców 
2.  Podtłumaczenie  
3.  Błędy języka docelowego 
4.  Błędy wynikające z braku wiedzy ogólnej i specjalistycznej 

IV. Błędy metatranslacyjne  

1.  Dobór techniki tłumaczeniowej 
2.  Opuszczenia 
3.  Dodatki 
4.  Dwie wersje 
5.  Poprawianie oryginału 
6.  Niepoprawialnie oryginału 
7.  Paratekst (zbyt dużo lub zbyt mało objaśnień) 

 
 

background image

 

87 

8. Mit tłumaczenia naturalnego: „tłumaczyć każdy może” 

 
 

Zdaje  mi  się  jednak,  że  tłumaczenia  z  jednego  języka  na  drugi  […] 

przypominają  kobierce  flandryjskie  oglądane  z  przeciwnej  strony.  Są  tam 
wprawdzie  figury,  ale  tak  zagmatwane  nićmi,  iż  nie  widać  ich  barw 
wspaniałych.  Mniemam  także,  że  tłumaczenia  z  jednego  języka  na  drugi  nie 
oznaczają  wielkiego  rozumu  ani  doskonałości;  tyle  tylko  znaczą,  co 
przepisywanie  z  pierwowzorów.  Nie  dlatego  to  mówię,  aby  zawód  tłumacza 
miał  być  w  pogardzie,  gdyż  człowiek  może  się  przecie  jeszcze  zatrudniać 
gorszymi rzeczami, które mniej korzyści przynoszą. 

 

Miguel Cervantes, Don Kichot 

 
 
 

Powyższy  cytat  pokazuje,  jak  łatwo  wygłaszać  przeróżne  uogólnienia  na  temat 

przekładu  –  oparte  przecież  na  pewnym  wycinkowym  oglądzie  sytuacji  (ciekawe,  na 
podstawie  jakich  przekładów  Cervantes  wyrobił  sobie  taką  opinię  o  tłumaczach  i 
tłumaczeniach?) – i jak łatwo się pomylić. Czym byłoby dla nas dzisiaj nazwisko Cervantes, 
gdyby  nie  tłumaczenia?  Z  wypowiedzi  Cervantesa  wyziera  też  lekceważący  stosunek  do 
pracy tłumacza. Dziś mało kto poważyłby się na taką szczerość w tej kwestii, jednak faktem 
jest powszechny brak szacunku dla tego zawodu. Większość ludzi uważa, że tłumaczyć może 
każdy, kto opanował jakiś język obcy (wszak swój ojczysty język zna z założenia). Co więcej, 
zdaniem  ogółu,  osoba  taka  może  tłumaczyć  teksty  na  dowolne  tematy  w  obu  kierunkach. 
Przecież  tłumaczenie  polega  na  zastępowaniu  wyrazów  jednego  języka  wyrazami  drugiego 
języka. Cóż  może być prostszego? Nawet jeśli  nasz tłumacz  nie zna  jakiegoś obcego słowa 
(choć właściwie powinien), to przecież może sprawdzić w słowniku. Tak, powtórzmy:  dość 
powszechny, pogląd na temat tłumaczenia znajduje swoje odbicie w wielu typowych, niemal 
codziennych  sytuacjach. Każdy  filolog (cokolwiek ma znaczyć ten nieco archaiczny wyraz), 
jest  prędzej  czy  później  narażony  na  prośby  ze  strony  znajomych  o  przetłumaczenie 
„krótkiego,  prostego  tekstu”,  który  okazuje  się  fachową  specyfikacją  techniczną  lub  innym 
wąsko  specjalistycznym  dokumentem.  Co  gorsza,  opisane  wyżej  podejście  do  tłumaczenia 
widoczne jest również wśród ludzi mających zawodowo do czynienia z tłumaczami  – wśród 
wydawców i innych zleceniodawców, którzy oferują tłumaczom niskie stawki i skandalicznie 
krótkie terminy.  
 

Należy  ubolewać  nad  tym,  że  nawet  niektórzy  teoretycy  przekładu  nie  zdają  sobie 

sprawy ze złożoności problemu i piszą na przykład o tłumaczeniu naturalnym, które rzekomo 
jest  cechą  wszystkich  uczących  się  języka  obcego  (Harris  1977,  Harris  &  Sherwood  1978) 
albo zrównują kompetencję tłumaczeniową z ogólna kompetencją komunikacyjną (Gutt 1991: 
189-190). 

Twierdzenie,  że  każda  osoba  dwujęzyczna  potrafi  tłumaczyć,  jest 

nieporozumieniem.  Oczywiście,  każdy,  kto  uczy  się  angielskiego,  powie  nam,  że  „dog”  to 
„pies”  i  zapewne  także  przetłumaczy  zdanie:  „A  dog  i  san  animal”  jako  „Pies  jest 
zwierzęciem”. Jednak już tłumaczenie nieco bardziej skomplikowanego zdania:  A dog is an 
animal and a fly is an insect” zakończy się prawdopodobnie niepowodzeniem, bo wersja „Pies 
jest zwierzęciem, a mucha owadem”, zostanie zakwestionowana przez większość odbiorców 
przekładu,  którzy  powiedzą,  że  owady  to  też  zwierzęta.  Podobnie  wiec  jak  nie  powiemy  o 
osobie,  która  nauczyła  się  grać  jednym  palcem  gamę  na  pianinie,  że  jest  pianistą,  nie 
nazwiemy  też  tłumaczem  kogoś,  kto  potrafi  przełożyć  syntagmatycznie  najprostsze 
konstrukcje języka obcego. 

background image

 

88 

 

Również  teza  Gutta,  według  której  do  tłumaczenia  nie  jest  potrzebne  żadne 

wyposażenie mentalne poza tym, które używane jest w komunikacji w ogóle, nie wytrzymuje 
krytyki. Przede wszystkim przeczy mu doświadczenie pedagogiczne: wielu bardzo sprawnych 
komunikacyjnie  studentów  (często  sprawnych  w  obu  językach)  nie  radzi  sobie  z 
tłumaczeniem. Wydaje się, że ten pozorny paradoks dobrze wyjaśnia opisany powyżej model 
procesu  tłumaczenia.  Dobry  komunikator  szybko  odczytuje  intencje  swoich  rozmówców  i 
potrafi  skutecznie  realizować  swoje  intencje.  Nie  musi  natomiast  odczytywać  wszystkich 
nawet  najdrobniejszych  i  najsłabiej  zaznaczonych  implikacji  danego  tekstu,  a  co  jeszcze 
ważniejsze  –  nie  musi  reprodukować  w  umysłach  swoich  odbiorców  stanów  „zadanych” 
przez  kogoś  innego  –  czasem  kogoś  o  zupełnie  odmiennej  wiedzy,  światopoglądzie, 
temperamencie  itd.  Dobry  komunikator  może  rekompensować  swoje  braki  (luki  w  wiedzy, 
nieznajomość  pewnych  technik  komunikacyjnych)  bardzo  różnymi  środkami.  Tłumacz  ma 
najczęściej związane ręce: nie może wyprodukować własnego tekstu na zadany temat, bo taki 
tekst  nie  zostanie  uznany  za  tłumaczenie.  Pamiętajmy,  że  znaczeniem  tekstu  jest  nie  tylko 
zrekonstruowana  baza  wypowiedzi  (i  ewentualne  fragmenty  bazy  kognitywnej  autora),  ale 
również sposób rekonstrukcji – nie tylko pointa, ale również trud włożony w jej odczytanie. 
Gutt  myli  się  też  chyba  sugerując,  że  kompetencja  tłumaczeniowa  to  kompetencja 
komunikacyjna  plus  kompetencja  językowa  w  zakresie  dwóch  języków,  którą  zapewne 
powinni  zająć  się  językoznawcy,  a  nie  teoretycy  przekładu.  Taki  pogląd  jest  nie  do 
utrzymania przede wszystkim dlatego, że absolutna dwujęzyczność (jeśli takie pojęcie ma w 
ogóle  sens)  należy  do  rzadkości  –  większość  tłumaczy  jeden  z  języków  zna  lepiej,  a  drugi 
gorzej.  Słabsza  znajomość  dotyczy  najczęściej  (choć  nie  zawsze)  języka  wyjściowego. 
Ludzkie  sprawności  i  umiejętności  nie  stanowią  oddzielnych  modułów,  lecz  są  ze  sobą 
wzajemnie powiązane, toteż słabsza znajomość języka oryginału będzie wpływała na stopień 
pewności tłumacza co do interpretacji pewnych fragmentów oryginału, a więc i na cały proces 
tłumaczenia. 
 

Posłużmy  się  jeszcze  raz  przykładem  polskiego  tłumaczenia  Winnie  the  Pooh 

zatytułowanego  Kubuś  Puchatek.  Tłumaczka  tej  książki  popełniła  błędy  tłumaczeniowe  nie 
tylko  dlatego,  że  realizowała  szczególny  program  przekładowy,  który  Venuti  nazwałby 
udomowieniem  oryginalnego  tekstu.  Drugi  powód  wynika  ze  słabej  znajomości  języka 
wyjściowego  i  nierozerwalnego  związku  tej  umiejętności  z  innymi  elementami  procesu 
przekładu.  Dysponując  dość  słabą  znajomością  języka  angielskiego  (a  także  angielskich 
konwencji komunikacyjnych), tłumaczka musiała nieco „po omacku” domyślać się znaczenia 
niektórych  konstrukcji  i  zwrotów  z  kontekstu.  Nie  jest  więc  przypadkiem,  że  wiele  błędów 
popełniła  w  tłumaczeniu  wypowiedzi  osła  Eeyeore  (w  polskiej  wersji  Kłapouchego),  bo 
osiołek  wykazuje  specyficzne  angielskie  poczucie  humoru,  a  zatem  jego  sformułowania 
wymagają  często  stosowania  różnych  odmian  Grice‟owskiej  implikatury  konwersacyjnej  i 
innych  mechanizmów  rekonstrukcji,  a  bardzo  rzadko  dają  się  jednoznacznie  odczytać  z 
interpretowanego po polsku kontekstu. 
 

Jeszcze  bardziej  niepokojący  jest  fakt,  że  niektórzy  pedagodzy  mający  kształcić 

tłumaczy  nie  bardzo  zdają  sobie  sprawę  z  tego,  jakie  stoją  przed  nimi  zadania.  Sądzą  na 
przykład,  że  wystarczy  uzupełnić  typowy  program  filologiczny  paroma  „językami 
specjalistycznymi”,  by  wykształcić  tłumaczy  tekstów  specjalistycznych.  Bardzo  ciekawie 
wypowiedział się na ten temat J. Pieńkos: 
 
 

…w  kręgach  specjalistów  od  przekładu  przeważa  pogląd,  iż  powinno  się  kształcić 

specjalistów  w  zakresie  przekładu,  a  nie  tłumaczy  specjalistycznych  (wyspecjalizowanych). 
Nierzadko  jeszcze  dzisiaj  zdarza  się,  że  nauczanie  przekładu  mylone  jest  z  nauką  języków 
obcych,  z  nauką  o  języku  lub  terminologiami  specjalistycznymi.  Zadaniem  szkół  tłumaczy 
jest  i  powinno  być  kształcenie  tłumaczy  w  zakresie 

ogólnym

,  tak  jak  ma  to  miejsce  w 

background image

 

89 

odniesieniu  do  lekarzy,  gdy  kończą  wydział  medyczny,  a  dopiero  później  poświęcają  się 
wybranej  specjalizacji.  Nie  należy  zatem  kształcić  tłumacza  wyspecjalizowanego,  lecz 
tłumacza wartościowego, sprawnego, który w przyszłości  będzie się doskonalił w wybranej 
przez siebie dziedzinie. Uwaga ta wydaje się o tyle trafna i istotna, że 

niewiele

 jest tekstów o 

bardzo  wysokim  stopniu  specjalizacji.  Większość  tekstów  przeznaczonych  do  tłumaczenia 
dotyczy  jednocześnie  wielu  dziedzin  nauki  i  techniki,  a  daleko  posunięta  specjalizacja 
uniemożliwia tłumaczowi sprawna pracę… (Pieńkos 2003: 283) 
 

 

W podobnym duchu wypowiadają się B. Hatim i J. Mason: 

 

 

…if translator training is limited to those superficial characteristics of text which are 

most typical of what technical or administrative translator is likely to encounter most of time 
(specialized  terminology,  formulaic  text  conventions  and  so  on),  then  the  trainee  will  be 
singularly  ill-equipped to deal with, say,  metaphor, allusion,  implicature when these  occur  – 
as they do – in technical texts. (Hatim and Mason 1997: VIII) 
 
 

Jeszcze jedną istotną myśl dopowiadają Z. Kozłowska i A. Szczęsny: 

 
 

Nie  sposób  przewidzieć  wszystkich  typów  tekstów,  jakie  mogą  zostać  powierzone 

tłumaczowi.  Nie  można  więc  nauczyć  tłumaczenia  wszystkich  typów  tekstów.  Trzeba  dać 
narzędzia,  a  kształcić  konieczne  umiejętności  (kompetencję  tłumaczeniową).  (Kozłowska, 
Szczęsny 2003: 161) 
 
 

Zatem, aby skutecznie kształcić tłumaczy, musimy zdać sobie sprawę z tego, czym jest 

kompetencja tłumaczeniowa. Sądzę, że jest to zespół predyspozycji, cech, umiejętności oraz 
ogromna porcja wiedzy o świecie w ogóle, a o kulturach związanych z danymi  językami w 
szczególności. Elementami kompetencji tłumaczeniowej są z pewnością: 

1.  znajomość języka wyjściowego i docelowego; 
2.  umiejętność  dopasowania  do  siebie  różnych  struktur  na  podstawie  ich  względnego 

podobieństwa; 

3.  znajomość kultury krajów, w których mówi się językiem wyjściowym i docelowym; 
4.  wiedza ogólna i specjalistyczna; 
5.  sprawności komunikacyjne; 
6.  wnikliwość w dążeniu do sensu; 
7.  znajomość teorii tłumaczenia; 
8.  predyspozycje i cechy charakteru. 

 
1. Znajomość języka wyjściowego i docelowego 
 

Warto  zauważyć,  że  dobra  znajomość  języka  nie  jest  równoznaczna  ze  sprawnością 

komunikacyjną.  Można  być  świetnym  komunikatorem  (pomijam  tu  kwestie  różnic  między 
komunikacją ustną a pisemną), dysponując ograniczonym repertuarem środków językowych i 
odwrotnie  –  ktoś  posiadający  doskonałą  znajomość  języka  może  nie  sprawdzać  się  w 
sytuacjach komunikacyjnych. Przez dobrą znajomość języka rozumiemy bogate słownictwo, 
duży zasób syntagm i ram czasownikowych, a także opanowanie wielu innych mechanizmów 
gramatycznych,  takich  jak  zastosowanie  czasów,  przedimków,  czasowników  modalnych  i 
zdań  przydawkowych  w  języku  angielskim  (żeby  wspomnieć  tylko  o  problemach 
gramatycznych  najbardziej  dokuczliwych  z  polskiego  punktu  widzenia)  oraz  na  przykład 
znajomość końcówek (deklinacji i koniugacji) i ortografii języka polskiego (zob. rozdz. 7). 
 

Oczywiście w praktyce zdarza się, że tłumacze znają  język wyjściowy tylko biernie. 

Nie  jest  jednak  dobrze,  gdy  wiedza  ta  jest  jeszcze  na  dodatek  bardzo  ograniczona.  Brak 

background image

 

90 

pewności  przy  interpretacji  tekstu  oryginału  zmusza  tłumacza  do  sprawdzania  niemal 
wszystkiego  w  słownikach  i  rzecz  jasna  wpływa  negatywnie  na  wszystkie  inne  elementy 
procesu  przekładu,  ponieważ  de  facto  mamy  do  czynienia  z  jednym  procesem,  a  nie  z 
rozdzielnymi modułami, z których każdy można „naprawić” nie ruszając pozostałych. 
 

W każdym razie tłumacz  musi znać porządnie gramatykę  języka wyjściowego  – bez 

względu  na  to,  czy  potrafi  ją  objaśnić  czy  nie  –  bo  inaczej  będzie  popełniał  błędy 
interpretacyjne lub bezmyślnie kalkował struktury języka wyjściowego w języku docelowym. 
Doskonałym przykładem jest opisywany powyżej przypadek czasownika modalnego „could” 
z tekstu Aping Motion – trzeba wiedzieć, że czasownik ten może odnosić się do przeszłości, 
może  być  trybem  przypuszczającym,  ale  może  też  dotyczyć  przyszłości  i  właśnie  w  tym 
ostatnim  znaczeniu  został  użyty  w  tekście.  Nieznajomość  zasad  użycia  przedimka 
określonego  sprzyja  popełnieniu  błędu  w  tekście  A  Matter  of  Taste,  błędu,  który  w 
tłumaczeniach moich studentów pojawiał się zaskakująco często. „The” użyte we fragmencie 
„The  fact  that  the  new  strain  of  choosy  mice  was  found  in  […]  Birmingham…”  nie  jest 
wymuszone  zasadą  rzeczownik  +  of  +  rzeczownik,  bowiem  może  istnieć  wiele  różnych 
„strains  of  mice”.  Jego  użycie  musi  zatem  podlegać  którejś  z  innych  reguł  rządzących 
zastosowaniem  przedimka  określonego  –  w  tym  wypadku  zasadzie  wskazywania  na 
informację daną, a konkretniej, wymienioną wcześniej w tekście. W naszym tekście chodzi o 
grupę  rzeczownikową  „some  rodents”.  W  związku  z  tym  powyższego  zdania  nie  można 
przetłumaczyć jako „Fakt, że w Birmingham odkryto nową odmianę wybrednych myszy…”, 
gdyż w ten sposób wprowadzamy polskiego czytelnika w błąd co do tego, które informacje w 
tekście są nowe, a które dane. Ponieważ tłumacz ma w dużej  mierze do czynienia z oboma 
językami  niejako  jednocześnie,  znajomość  obu  języków  przechodzi  niepostrzeżenie  w 
znajomość gramatyki konfrontatywnej. 
 
2. Umiejętność dopasowania do siebie różnych struktur na podstawie ich względnego    

podobieństwa 
Tłumacz cały czas uczy się dopasowywania do siebie różnych struktur obu języków, 

zapamiętuje,  że  w  danym  tekście,  lub  w  danym  typie  tekstów,  dany  zwrot  udało  mu  się 
przetłumaczyć tak, ale w innych sytuacjach trzeba szukać innych ekwiwalentów.  

Dużym ułatwieniem dla tłumaczy mogą być najprzeróżniejsze studia konfrontatywne, 

których akurat w przypadku języka angielskiego i polskiego nie brakuje (zob. np. Fisiak 1984, 
Fisiak i In 1978, Kalisz 1981, 2000, Krzeszowski 1982, 1990). 

 

Jak pisaliśmy powyżej, nie ma ekwiwalencji stuprocentowych, sprawdzających 

się  w  każdej  sytuacji  –  za  każdym  razem  ostateczną  decyzję  podejmuje  tłumacz  –  ale 
oczywiście istnieją pewne wymienności statystyczne, które można zastosować w większości 
przypadków bez bardzo intensywnej analizy, choć nie bez kontroli. Gdyby nie te statystyczne 
analogie  między  językami  (zwłaszcza  językami  spokrewnionymi),  życie  tłumacza  byłoby 
znacznie cięższe.  

 

Nieco  innym  problemem  są  sceny  i  scenariusze.  Tłumacz  musi  umieć 

rozpoznać  scenariusz,  do  którego  odwołuje  się  autor  oryginału  i  odnaleźć  w  pamięci  jak 
najbliższy scenariusz (lub scenariusze) którym dysponują odbiorcy przekładu. To jednak nie 
rozwiązuje  problemu,  ponieważ  sceny  i  scenariusze  są  często  uwarunkowane  kulturowo,  a 
zatem tłumaczeniowym ekwiwalentem nie zawsze będzie pozornie najbliższy scenariusz czy 
scena.  W  zależności od typu tekstu czasami trzeba poszukać scenariusza ze  sceny pozornie 
odleglejszej, a często – zapoznać odbiorców przekładu z obcymi realiami składającymi się na 
dany scenariusz (scenę). 
 
3. Znajomość kultury krajów, w których mówi się językiem wyjściowym i docelowym 

background image

 

91 

 

W  naszym  przypadku,  ponieważ  zajmujemy  się  tu  głównie  tłumaczeniami  z  języka 

angielskiego  na  polski,  idzie  o  znajomość  kultury  polskiej,  angielskiej,  amerykańskiej, 
kanadyjskiej,  nowozelandzkiej,  indyjskiej,  jamajskiej  itd.  Znajomość  kultury  oznacza  nie 
tylko „przerobienie solidnego kursu literatury” danego kraju, wiedzę o malarstwie,  muzyce, 
filmie itp. Zresztą nie wystarczy tu typowy kurs uniwersytecki – trzeba go będzie uzupełnić o 
utwory rzadko uwzględniane w poważnych kursach literatury brytyjskiej czy amerykańskiej. 
Moim studentom przedstawiam zwykle listę lektur obowiązkowych, która obejmuje nie tylko 
znane  i cytowane w najprzeróżniejszych tekstach książki,  jak  1984  Animal  Farm  Orwella, 
Alice‟s Adventures In  Wonderland  Through the Looking  Glass  Carolla,  Brave  New  World 
Huxleya  itp.,  ale  również  cały  szereg  tekstów  mniej  uznanych,  a  obecnych  w  powszechnej 
świadomości. W przypadku kultur anglojęzycznych trzeba również znać kanon popularnych 
piosenek  ludowych,  a  zupełnie  niezbędna  jest  znajomość  najbardziej  popularnych  nursery 
rhymes  –  
wierszyków  dla  dzieci.  Odwołania  do  takich  wierszy  i  piosenek  pojawiają  się  w 
najróżniejszych  tekstach  –  od  artykułów  prasowych,  poprzez  książki  językoznawcze  do 
poważnych  dzieł  literackich  (np.  „orgy-porgy”  w  Brave  New  World  jest  nawiązaniem  do 
dziecięcego wierszyka Georgie Porgy). 
 

Tłumacz  musi  również  orientować  się  w  historii  i  geografii  danego  kraju,  aktualnej 

sytuacji  politycznej,  organizacji  życia  itp.  Trzeba  znać  tytuły  najważniejszych  gazet  i 
czasopism, najpopularniejszych programów telewizyjnych, nazwiska polityków, idoli i innych 
znanych osobistości. Właściwie lista ta nie ma końca. Tłumacz nie jest w stanie przewidzieć 
dokładnie, jaka informacja przyda mu się w danej sytuacji tłumaczeniowej. Najlepszą zatem 
strategią  postępowania  jest  stałe  powiększanie  swojej  wiedzy  na  temat  danych  krajów, 
interesowanie się nimi, czytanie, oglądanie, rozmawianie, podróżowanie. 
 
 

Tłumacz, który nie wie, że pojawiające się w tekście Putting Kitty‟s Typping on Pause 

„Tucson, Ariz.” To nazwa miasta w stanie Arizona, a figurujące pod nazwiskiem Robert Key 
litery  „M.P”  (Pipe  Down)  to  skrót  od  „member  of  parliament”,  skazany  jest  na  ciągłe 
poszukiwania  po  słownikach  i  encyklopediach,  na  ustawiczne  sprawdzanie  wszystkich 
elementów  oryginału.  Co  więcej,  prędzej  czy  później  trafi  on  na  takie  elementy  kultury 
wyjściowej,  które  rzadko  umieszczane  są  w  podręcznikach  i  encyklopediach,  na  przykład 
tytuł ludowej piosenki czy cytat z wierszyka dla dzieci. Wynika z tego, że solidna znajomość 
realiów i kultury kraju języka wyjściowego jest niezbędnym elementem warsztatu tłumacza, 
problem ten jest już zresztą tematem opracowań książkowych (zob. np. Witte 2000). 
 
4. Wiedza ogólna i specjalistyczna 
 

Profesjonalny tłumacz powinien dysponować szeroka wiedzą o świecie. Oczywiście w 

większości  dziedzin  wiedza  ta  z  konieczności  będzie  dość  powierzchowna  –  nikt  nie  może 
specjalizować  się  we  wszystkim.  Tłumacz  będzie  zwykle  specjalistą  w  paru  dziedzinach 
związanych  z  tematyką  często  tłumaczonych  tekstów  i  zakresem  ukończonych  studiów.  W 
innych dziedzinach wystarczy ogólna orientacja uzupełniona umiejętnością szybkiego uczenia 
się,  sprawnością  w  wyszukiwaniu  potrzebnych  informacji  i  wiedzą  o  źródłach  takich 
informacji. 
 

Wiedza  specjalistyczna  jest  tylko  jednym  z  wielu  elementów  kompetencji 

tłumaczeniowej,  znacznie  więc  łatwiej  jest  przygotować    profesjonalnego  tłumacza  do 
tłumaczeń  w  danej  dziedzinie  niż  nauczyć  specjalistę  z  tej  dziedziny  tajników tłumaczenia. 
Twierdzę, że profesjonalny tłumacz poradzi sobie z przekładem każdego tekstu – oczywiście, 
jeśli  będzie  miał  odpowiednią  motywację.  Tłumacz  kabinowi,  na  przykład,  biorą  udział  w 
konferencjach  dotyczących  bardzo  różnych  dziedzin  i  zwykle  na  przygotowanie  do 
konferencji  mają  najwyżej  parę  tygodni.  Chociaż  sam  ukończyłem  studia  filologiczne, 
miałem okazję tłumaczyć teksty  między  innymi  z takich dziedzin,  jak astronomia,  biologia, 

background image

 

92 

ciepłownictwo, krystalografia, paleontologia, politologia, zarządzanie i marketing, zielarstwo. 
Zatem  z  mojego  punktu  widzenia  zupełnym  nieporozumieniem  są  postulaty  zawarte  w 
raporcie UNESCO, który cytują A. Korzeniowska i P. Kuhiwczak (za Mackay & Mountford 
1978): 
 

 

…it is, or it should be axiomatic that nobody can properly translate what he does not 

understand‟  hence  satisfactory  technical  translating  can  only  be  done  by  someone  with  the 
requisite  technical  knowledge  and  practice  in  technical  reasoning,  to  follow  technical 
arguments in the required speciality and to bridge over gaps in such an argument. The kind of 
competence  required  to  do  this  depends  not  only  on  the  nature  and  subject  matter  of  the 
original  text,  but  also  on  the  kind  of  reader  for  whom  it  is  intended.  In  order  to  translate 
papers  written  by  and  intended  for  scientists  engaged  in  original  research  at the  frontiers  of 
knowledge,  the  translator  must  himself  be  familiar  with  those  frontiers.  (Korzeniowska  I 
Kuhiwczak 1998: 95) 
 

 

Autorzy raportu najwyraźniej sądzą, że rozumienie jest kwestią wszystko albo nic i nie 

zdają  sobie  w  ogóle  sprawy  z  natury  kompetencji  tłumaczeniowej.  Gdyby  pójść  dalej  tym 
torem  rozumowania,  musielibyśmy  dojść  do  wniosku,  że  tłumaczyć  może  tylko  autor 
oryginalnego tekstu. 
 
5. Sprawności komunikacyjne 
 

Sprawności  komunikacyjne  tłumacza  –  i  zresztą  każdego  uczestnika  komunikacji  – 

można  dla  celów  opisu  podzielić  na  interpretacyjne  i  perswazyjne.  Inaczej  niż  u  zwykłego 
uczestnika  aktu  komunikacji,  który  może  w  dużej  mierze  polegać  na  intuicji  i  rutynie, 
interpretacyjne  działania  tłumacza  oparte  są  na  bardzo  dobrej  znajomości  języka  –  dużym 
repertuarze  jednostek  leksykalnych,  znajomości  i  szybkim  rozpoznawaniu  wielu  syntagm 
(fraz, zdań), doskonałej (choć niekoniecznie uświadomionej) znajomości strategii i konwencji 
komunikacyjnych stosowanych przez użytkowników języka wyjściowego. Co najważniejsze, 
tłumacz  –  w  stopniu  znacznie  większym  niż  przeciętny  uczestnik  komunikacji  –  potrafi 
utożsamiać się z nadawcą wypowiedzi, odgadywać jego motywacje i intencje. 
 

Sprawności perswazyjne polegają przede wszystkim na umiejętności wczuwania się w 

sytuację  (potencjalnego)  odbiorcy,  przewidywania  jego  wiedzy,  oczekiwań,  reakcji  i 
odpowiedniego dostosowywania tekstu przekładu. Tu znowu potrzebna  jest duża sprawność 
językowa:  tłumacz  musi  mieć  możliwość  wybierania  właściwego  sformułowania  spośród 
wielu  mu  dostępnych  i  nie  może  tak  jak  zwykły  komunikator  posłużyć  się  –  w  braku 
odpowiednich słów – gestem, mimiką, „emoticonem” czy rysunkiem. 
 
6. Wnikliwość w dążeniu do sensu 
 

Podstawowym wymogiem przekładowym  jest niezadowalanie się płytkim poziomem 

stałości sensu (mniej więcej wiem, o co chodzi). Tłumacz  musi drążyć do końca, dopóki nie 
jest  w  pełni  przekonany,  że  rozwiązał  wszystkie  zagadki  i  prześledził  wszystkie  tropy.  W 
przypadku  analizowanego  w  rozdziale  4  tekstu  The  Mouse  That  Roared  typowy  czytelnik 
zadowoli  się  rozumieniem  na  poziomie  „coś  zabrali,  teraz  chcą  oddać,  ale  ktoś  im 
przeszkadza”. Tłumacz jednak powinien dostrzec nielogiczności tekstu: nie można wywieźć a 
potem  zwracać  zamków  i  posiadłości  ziemskich.  Wnikliwa  analiza  tekstu  wyjściowego 
pozwala  na  zbudowanie  modelu  świata  w  nim  przedstawionego,  a  ten  model  służy 
tłumaczowi  za  punkt  odniesienia  dla  kolejnych  szczegółowych  rozwiązań  przekładowych 
stosowanych w tekście docelowym. Początkujący tłumacze – czytający teksty tak jak zwykli 
odbiorcy  –  nie  są  zwykle  w  stanie  skonstruować  takiego  modelu,  a  jeśli  im  się  to  uda,  nie 
potrafią  stosować  go  konsekwentnie  przy  rozwiązywaniu  problemów  szczegółowych.  Stąd 

background image

 

93 

ich  tłumaczenia  są  często  niespójne:  znaczenie  poszczególnych  zdań  kłóci  się  z  wymową 
całości, a we fragmentach najtrudniejszych znajdziemy oznaki tłumaczenia syntagmatycznego 
świadczące  o  niemożności  dopasowania  danego  fragmentu  do  modelu  całości  –  tłumacz 
posiłkuje  się  tłumaczeniem  syntagmatycznym  na  zasadzie  „ja  wprawdzie  nie  bardzo 
rozumiem, ale może czytelnicy zrozumieją”. 
 

Główną  przyczyna  takiego  stanu  rzeczy  jest  przyzwyczajenie  do  płytkiego 

analizowania  tekstów  –  wystarczającego  w  większości  typowych  codziennych  sytuacji 
komunikacyjnych. Innym powodem może być niedostateczna znajomość języka wyjściowego 
i brak nawyku weryfikowania tekstu przekładu. 
 
7. Znajomość teorii tłumaczenia 
 

Tłumacz nie musi być teoretykiem przekładu. Wydaje się jednak, że pewna znajomość 

teorii  jest  bardzo  pożądana.  W  końcu  każdy  praktykujący  tłumacz  jest  mniej  lub  bardziej 
świadomym wyznawcą jakichś teorii ekwiwalencji, zwolennikiem takich czy innych technik 
tłumaczeniowych. Dobrze jest skonfrontować takie przekonania, wyrosłe na gruncie praktyki 
indywidualnego tłumacza, z metodycznymi przemyśleniami innych. Pozwala to upewnić się 
co  do  słuszności  stosowanych  metod  bądź  zmusza  do  ich  weryfikacji.  Zapoznanie  się  z 
opisem  technik  tłumaczenia  imion  własnych  czy  innych  elementów  kulturowych  (np. 
Newmark 1981, 1988), czy tez z technikami przekładu tekstów polifonicznych  (Berezowski 
1997)  daje  nam  przegląd  różnych  możliwości  przewidywanych  przez  teoretyków  i/lub 
stosowanych przez praktyków i ułatwia wybór w przypadku napotkania takich problemów w 
praktyce.  
 
8. Predyspozycje i cechy charakteru 
 

Osobowość  tłumacza  to  temat  słabo  zbadany.  Zdrowy  rozsądek  podpowiada,  że 

tłumacz  powinien  być  osobą  pracowitą,  sumienną  i  wnikliwą,  otwartą  na  wiedzę  i  ciekawą 
świata,  umiejącą  stawiać  się  w  sytuacji  innych.  Doświadczenie  pedagogiczne  każe  mi 
podejrzewać, że nie są to wszystkie cechy niezbędne do tego, by zostać dobrym tłumaczem – 
szybkie sukcesy w tej dziedzinie są niezmiernie rzadkie. Z drugiej strony, należy pamiętać, że 
tłumacze  są  ludźmi  o  bardzo  różnych  temperamentach,  można  więc  sądzić,  że  nie  istnieje 
jeden uniwersalny model osobowości dobrego tłumacza. Warto też przypomnieć, że wszelkie 
kategoryczne  recepty  i  diagnozy  dotyczące  człowieka,  jego  umysłowości  i  jego  działań 
zawodzą:  wyniki  badań  nad  różnicami  w  stylach  komunikacyjnych  kobiet  i  mężczyzn 
skłoniły U. Zaliwską-Okrutną do postawienia żartobliwego pytania: Czy mężczyzna może być 
tłumaczem? 
(Zaliwska-Okrutna 2003) 
 
 
 

Z  przedstawionej  powyżej  koncepcji  kompetencji  tłumaczeniowej  płyną  pewne 

wnioski  co  do  metod  nauczania  przekładu.  Ze  względu  na  znaczenie  znajomości  języka,  o 
którym była wcześniej mowa, sądzę, że kurs tłumaczenia powinien rozpoczynać się dopiero 
wtedy,  gdy  studenci  opanowali  język  obcy  w  stopniu  naprawdę  zaawansowanym  (warto  by 
tez pamiętać o ćwiczeniu sprawności w zakresie języka ojczystego). Podobnie jak cytowani 
wcześniej  autorzy  uważam,  że  profesjonalny  tłumacz  musi  być  przygotowany  do 
samodzielnego  rozwiązywania  wszelkich  problemów  tłumaczeniowych  –  a  nie  do 
tłumaczenia  jednego  typu  tekstów.  W  związku  z  tym  nauka  tłumaczenia  nie  powinna 
rozpoczynać się od tekstów specjalistycznych, a prawdziwy kurs tłumaczenia nie może się do 
takich tekstów ograniczać.  
 

Nie  jestem  też  pewien,  czy  rzeczywiście  każdy  tłumaczony  tekst  powinien  być 

wcześniej omawiany. W ten sposób adepci przekładu są moim zdaniem prowadzeni za rękę, 
co oducza  ich  samodzielności  i  czujności,  jakie  powinny  cechować  prawdziwego  tłumacza. 

background image

 

94 

Poza tym sądzę, że każdy z nas najlepiej uczy się na własnych błędach. Wolę zatem omówić 
szczegółowo  tekst  po  sprawdzeniu  przekładów  moich  studentów  wskazując  im  miejsca,  w 
których popełnili błędy, wyjaśniając, dlaczego tak się stało i dyskutując na temat najlepszych 
rozwiązań. Bardzo możliwe, że tak pomyślany kurs przekładu jest nieco elitarny, ale przecież 
studenci, z którymi  mamy do czynienia, są grupą dość starannie wyselekcjonowaną. Trzeba 
też wyraźnie powiedzieć, że tłumaczenie nigdy nie będzie zajęciem dla wszystkich.  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

95 

Bibliografia 
 
 

Adamczyk-Garbowska M. 1988 Polskie tłumaczenia angielskiej literatury dziecięcej.  

Wrocław: Ossolineum 

Adamska J. 2001 „The Cronicles of Narnia”: Proper Names In Translation. Niepublikowana  

praca magisterska napisana pod kier. K. Hejwowskiego. Warszawa: Inst.  Lingwistyki 
Stosowanej 

Arrojo R. 1997 „The „death‟ of the author and the limits of the translator‟s visibility”. W:  

Snell-Hornby M., Jettmarova Z., Kaindl K. (red.) 21-32 

Bachta A. 2001 Translating neologisms on the basic of Stanisław Lem works and their  

English  translations.  Niepublikowana  praca  magisterska  napisana  pod  kier.  K. 
Hejwowskiego. Warszawa: Inst. Lingwistyki Stosowanej. 

Bagajewa I. 1993a “O nazwach geograficznych w ujęciu translatorycznym” W: Grucza F.  

(red.)  Przyczynki  do  teorii  i  metodyki  kształcenia  nauczycieli  języków  obcych  i 
tłumaczy  w  perspektywie  wspólnej  Europy.  Materiały  z  XVI  Sympozjum  ILS  UW. 
Warszawa: Wyd. Uniw. Warszawskiego, 111-117. 

Bagajewa I. 1993b „Geographical names: Problems of equivalence and translatability”. W:  

Lewandowska-Tomaszczyk B., Thelen M. (red.) Part 2. 349-354 

Baker M. (red.) 1998 Routledge encyklopedia of translation studies. London/New York:  

Routledge. 

Bałuk-Ulewiczowa T. 2000 “Beyond cognizance: Fields of absolute untranslatability”. W:  

Kubiński W. I in. (red.). 

Bałuk-Ulewiczowa T. 2003 Stereotyp a nieprzekładalność bezwzględna. W: W. Kropiwiec U.  

i in. (red.), 35-44. 

Bar-Hillel Y. 1964a „A demonstration of the nonfeasibility of Fuldy automatic high quality  

translation” (opubl. Po raz pierwszy w 1960 r.). W:  Idem Language and information. 
Selected  essays  on  their  theory  and  application.  
Reading,  Mass.:  Addison-Wesley. 
174-179. 

Bar-Hillel Y. 1964b “Intertranslatability of natural languages” (opubl. Po raz pierwszy w  

1953 r.) W: Idem, Language and information. op. cit., 56-58. 

Barik H. 1972 “Interpreters talk a lot, among other things”. W: Babel 18/1, 3-10. 
Bereś S. 1987 Rozmowy ze Stanisławem Lemem. Kraków: Wyd. Literackie. 
Berezowski L. 1997 Dialect In translation. Wrocław: Wyd. Uniwersytetu Wrocławskiego. 
Berezowski L. 2000 „Pragmatyczne podstawy archaizacji” W: Kubiński W. i in. (red.) 129- 

138 

Berezowski L. 2001 Articles and proper names. Wrocław: Wyd. Uniwersytetu  

Wrocławskiego. 

Bergenholtz H., Trap S. (red.) 1995 Manual of specialised lexicography.  

Amsterdam/Philadelphia: John Benjamins. 

Berman A. 1985/2000 “Translation and the trials of the foreign”. W: Venuti L. (red.) 2000,  

284-297. 

Bivens W. 1975 “Lectures on Ch. Fillmore‟s Case Grammar”, University of Warsaw. 
Blum-Kulka Sh. 1986/2000 “Shifts of cohesion and coherence in translation”. W: Venuti L.  

(red.) 2000. 298-313. 

Bradbury M. 1993 The modern British novel. London: Martin Secker & Warburg Ltd. 
Bransford J.D. 1979 Human cognition. Learning, understanding and remembering. Belmont,  

Cal.: Wadsworth. 

Bransford J.D., Johnson M.K. 1972 “Contextual prerequisites for understanding: Some  

background image

 

96 

investigations of comprehension and recall”.  Journal of Verbal  Learning and  Verbal 
Behavior 11: 717-26. 

Brzozowski J. 2001 “Czytelnik projektowany w przekładzie: problem paratekstu”. W:  

Piechnik  I.,  Świątkowska  M.  (red.)  2001  Ślady  obecności.  Traces  d‟une  presence. 
Kraków: Wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego. 61-69. 

Burkhanov I. 1998 Lexicography. A dictionary of Basic terms. Rzeszów: Wyd. Wyższej  

Szkoły Pedagogicznej. 

Burkhanov I. 2003 Translation: Theoretical prerequisites. Rzeszów: Wyd. Uniwersytetu  

Rzeszowskiego 

Callow K. 1993 “Non-realised information: A theory for the accurate and natural translation  

of meaningful zero”. W: Lewandowska-Tomaszczyk B., Thelen M. (red.) 1993, Part 2. 
359-368. 

Catford J.C. 1965 A linguistic theory of translation. London: Oxford University Press. 
Charbonnier G. 2000 Rozmowy z Claude Levi-Straussem. Warszawa: Czytelnik 139-145. Za:  

Antropologia  słowa.  Zagadnienia  i  wybór  tekstów  2003.  Warszawa:  Wyd. 
Uniwersytetu Warszawskiego, s. 22. 

Clark H.H., Haviland S. 1977 “Comprehension and the given-new contract”. W: Freedle  

R.O. (red.) Discourse production and comprehension. Norwood, N.J.: Ablex. 

Dąmbska-Prokop U. (red.) 2000 Mała encyklopedia przekładoznawstwa. Częstochowa: Wyd.  

Wyższej Szkoły Języków Obcych i Ekonomii. 

Dedecius K. 1974 Notatnik tłumacza. Kraków: Wyd. Literackie. 
Delabastita D. (red.) 1996 Wordplay and translation. Manchester: St. Jerome Publishing. 
Dembowski K. 2003 Translation of slang and informal English in selected novels by Charles  

Bukowski.  Niepublikowana  praca  magisterska  napisana  pod  kierunkiem  K. 
Hejwowskiego. Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej. 

Dijk van T.A., Kintsch W. 1983 Strategies of discourse comprehension. New York:  

Academic Press. 

Douglas Kozłowska Ch. 1998 Difficult words in Polish-English translation. Warszawa: Wyd.  

Naukowe PWN. 

Dzierżanowska H. 1988 Przekład tekstów nieliterackich na przykładzie języka angielskiego.  

Warszawa: PWN 

Fabisiak E. 2001 Proper names In translation on the example of “Anne of Green Gables” and  

“Anne  of  the  Island”  by  L.M.  Montgomery.  Niepublikowana  praca  magisterska 
napisana  pod  kierunkiem  K.  Hejwowskiego.  Warszawa:  Instytut  Lingwistyki 
Stosowanej. 

Fillmore Ch.J. 1968 “The case for case”. W: Bach E., Harms R.T. (red.) Universalis in  

linguistic theory. New York: Holt, Reinhart & Winston. 

Fillmore Ch.J. 1970 “The grammar of hitting and breaking”. W: Jacobs R.A., Rosenbaum  

P.S. (red.) Readings in English transformational grammar. Ginn & Co. 

Fillmore Ch.J. 1972 “On generativity”. W: Peters S. (red.) Goals of linguistic theory.  

Englewood Cliffis, NJ: Prentice-Hall. 

Fillmore Ch.J. 1977 “Scenes-and-frames semantics”. W: Zampolli A. (red.) Linguistic  

structures processing. Amsterdam: North-Holland 

Fillmore Ch.J. 1983 “Ideal readers and real readers”. Cognitive Science Program, Institute  

of Cognitive Studies, University of California at Berkeley, January 1983. 

Fisiak J. (red.) 1984 Contrastive linguistic: Prospect and problems. Berlin/New  

York/Amsterdam: Mouton. 

Fisiak J., Lipińska-Grzegorek M., Zabrocki T. 1978 An introduction English-Polish  

contrastive grammar. Warszawa: PWN. 

Godlewski G. (red.) 2003 Antropologia słowa. Zagadnienia i wybór tekstów. Warszawa:  

background image

 

97 

Wyd. Uniwersytetu Warszawskiego. 

Gołębiowska A. 2000 Culture-specific Terms in „Nice Work”, “Therapy”, “Small World” by  

D. Lodge and  their Polish Translations.  Niepublikowana praca  magisterska  napisana 
pod kierunkiem K. Hejwowskiego. Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej. 

Grajewska J. 2001 How to Render Culture-bound Items and the Author‟s Style: Analysis of  

“A Memoir of the Warsaw Uprising” by M. Białoszewski and its English Translations. 
Niepublikowana  praca  magisterska  napisana  pod  kierunkiem  K.  Hejwowskiego. 
Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej. 

Grice H.P. 1975 “Logic and conversation” W: Cole P., Morgan J.L. (red.) Syntax and  

semantics. Vol. 3. Speech acts. New York: Academic Press. 

Grimes J. 1975 The thread of discourse. The Hague: Mouton. 
Grodziński E. 1973 Zarys ogólnej teorii imion własnych. Warszawa: PWN. 
Grzenia J. 1998 Słownik nazw własnych. Warszawa: PWN. 
Gutt E.-A. 1992 Relevance theory. A guide to successful communication in translation.  

Dallas/New York: Summer Institute of Linguistic and United Bible Societes. 

Gutt E.-A 2000 Translation and relevance. Cognition and context (including Postscript).  

Manchester: St. Jerome Publishing. 

Harris B. 1977 “The importance of natural translation” W: Working Papers on Bilingualism  

12, 96-114. 

Harris B., Sherwood B. 1978 “Translation as an innate skill” W: Gerver D., Sinaiko H.W.  

(red.) Language interpretation and communication. New York: Gardner, 155-170. 

Hatim B., Mason I. 1997 The translator as communicator. London/New York: Routledge. 
Hejwowski K. 1992 Psycholingwistyczny model procesu tłumaczenia. Niepublikowana praca  

doktorska. Uniwersytet Warszawski. 

Hejwowski K. 2001a „Języki specjalistyczne a kompetencja tłumaczeniowa”. W: Kątny A.  

(red.) Języki fachowe, problemy dydaktyki i translacji. Olecko: Wszechnica Mazurska, 
171-180. 

Hejwowski K. 2001b „Źródła błędów w tłumaczeniu na język ojczysty”. W: Kopczyński A.,  

Zaliwska- Okrutna U. (red.) 149-159. 

Hejwowski K. 2003 „Tekstualizm a funkcjonalizm – kwestia odpowiedzialności tłumacza”.  

W: Hejwowski K. (red.) 189-202. 

Hejwowski K. (red.) 2003 Teoria i dydaktyka przekładu. Olecko: Wszechnica Mazurska. 
Hejwowski K. 2004 Translation: A cognitive-communicative approach. Olecko: Wszechnica  

Mazurska. 

Herrmann Th. 1983 Speech and situation. A psychological conception of situated speaking.  

Berlin: Springer 

Herrmann Th. 1985 Allgemeine Sprachpsychologie. Munchen: Urban & Schwarzenberg. 
Himes Ch. 2002 “Sedno krzywdy” (fragmenty). W: „Literatura na świecie 4-5-6/2002 (369- 

371) 

Hormann H. 1981 To mean – to understand. Problems of psychological semantics. Berlin:  

Springer. 

House J. 1977 A model for translation quality assessment. Tubingen: Gunter Narr. 
Jaworowska J. 2001 Errors in Translation Exemplified by “Forsa”, the Polish Translation of  

“Money” by M.Amis. Niepublikowana praca magisterska napisana pod kierunkiem K. 
Hejwowskiego. Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej. 

Kaczorowska M. 2000 How to translate Culture-bound Items? A Case Study of “Weiser  

Dawidek” by P. Huelle. Niepublikowana praca magisterska napisana pod kierunkiem 
K. Hejwowskiego. Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej. 

Kalisz R. 1981 The programatic, semantic and syntax of the English sentences with „that‟  

background image

 

98 

complements  and  the  Polish  sentences  with  „że‟  complements.  A  contrastive  study. 
Gdańsk: Wyd. Uniwersytetu Gdańskiego. 

Kalisz R. 2000 “Pojęcia językoznawstwa kontrastywnego a praktyka tłumaczeniowa”. W:  

Kubiński W. i in. (red.), 97-102. 

Kay P. 1983 „Three properties of the ideal reader”. Cognitive Science Program, Istitute of  

Cognitive Studies, University of California at Berkeley, March 1983. 

Kielar B.Z. 1988 Tłumaczenie i koncepcje translatoryczne. Wrocław: Ossolineum. 
Kielar B.Z. 2003 Zarys translatoryki. Warszawa: Katedra Języków Specjalistycznych. 
Kintsch W. 1974 The representation of meaning In memory. Hillsdale, NJ: Erlbaum. 
Kintsch W. 1977 Memory and cognition. New York: Wiley. 
Kopczyński A. 1975 “Interpretation as a metatextual activity”. W: “Kwartalnik  

Neofilologiczny” 22/3, 353-363. 

Kopczyński A. 1980 Conference interpreting. Poznań: Uniwersytet Adama Mickiewicza. 
Kopczyński A., Zaliwska-Okrutna U. (red.) 2001 Język rodzimy a język obcy – komunikacja,  

przekład, dydaktyka. Warszawa: Wyd. Uniwersytetu Warszawskiego. 

Korzeniowska A., Kuhiwczak P. 1998 Successful Polish-English translation. Tricks of the  

trade. Warszawa: Wyd. Naukowe PWN. 

Kozak J. 2000a “The spirit of the letter. Standards of textuality and the semic codes in  

translemic analysis”. W: “Kwartalnik Neofilologiczny” XLVII, 4/2000, 457-476. 

Kozak J. 2000b „Lawrence Venuti, czyli o przekładach oswojonych i wyobcowanych”.  

Przekładaniec. A Journal of Literary Translation No 7. Kraków: TERTIUM, 9-27. 

Kozodój A. 2001 Play on words and on idioms In the theater of the absurd (on Basic of  

selected  plays  by  Beckett,  Pinter,  Albee  and  Stoppard).  Niepublikowana  praca 
magisterska  napisana  pod  kierunkiem  K.  Hejwowskiego.  Warszawa:  Instytut 
Lingwistyki Stosowanej 

Kozłowska Z., Szczęsny A. 2003 “Zasada stopniowania trudności przy doborze tekstów do  

nauczania pisemnego tekstów nieliterackich”. W: Hejwowski K. (red.) 159-176. 

Kreja B. 1969 Słowotwórstwo rzeczowników ekspresywnych. Gdańsk: Gdańskie Towarzystwo  

Naukowe 

Kropiwiec U., Filipowicz-Rudek M., Konieczna-Twardzikowa J. (red.) 2003 Między  

oryginałem  a  przekładem.  T.  VIII.  Stereotyp  a  przekład.  Kraków:  Księgarnia 
Akademicka 

Krzeszowski T. 1982 Gramatyka angielska dla Polaków. Warszawa: PWN 
Krzeszowski T. 1990 Contrasting language: The scope of contrastive linguistic. Berlin/New  

York: Mouton de Gruyter. 

Krzywicki D. 2003 Translating idioms as exemplified by Polish version of the novel “The  

Adventures  of  Tom  Sawyer”  by  Mark  Twain.  Niepublikowana  praca  licencjacka 
napisana pod kierunkiem K. Hejwowskiego. Olecko: Wszechnica Mazurska. 

Kubiński W., Kubińska O., Wolański T.Z. (red.) 2000 Przekładając nieprzekładalne.  

Materiały  z  I  Międzynarodowej  Konferencji  Translatorycznej.  Gdańsk:  Wyd. 
Uniwersytetu Gdańskiego. 

Kucińska A. 2001 English translation of the culture-bound items In A. Libera‟s “Madame”.  

Niepublikowana  praca  magisterska  napisana  pod  kierunkiem  K.  Hejwowskiego. 
Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej. 

Kurkowska H., Skorupka S. 1964 Stylistyka polska. Zarys. Warszawa: PWN. 
Kuryłowicz J. 1980 „The linguistic status of proper nouns (names). Onomastica XXV: 5-10. 
Kwieciński P. 2001 Distrubing strangeness. Toruń: Edytor. 
Lakoff G., Turner M. 1989 More than cool reason – A field guide to poetic metaphor.  

Chicago/London: The University of Chicago Press. 

Langacker R.W. 1986 “An introduction to cognitive grammar”. Cognitive science 10, 1-40. 

background image

 

99 

Langacker R.W. 1987 Foundations of cognitive grammar. Vol. I. Theoretical prereguisites.  

Stanford: Stanford University Press. 

Langacker R.W. 1995 Wykłady z gramatyki kognitywnej. Kazimierz n.Wisłą, grudzień 1993.  

Kardela H. (red.) Lublin: Wyd. Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. 

Langacker R.W. 1997 „The conceptualization. Cambridge: Cambridge University Press, 229- 

252. 

Lefevere A. (red.) 1992 Translation/History/Culture. A sourcebook. London/New York:  

Routledge. 

Lefevere A. 1982/2000 “Mother Courage‟s cucumbers: text, system and refraction in a  

theory of literature”. W: Venuti L. (red.) 2000, 233-249. 

Lem Stanisław 1984 (wyd. I 1968) Głos Pana. Kraków/Wrocław: Wyd. Literackie. 
Levy J. 1963 Umeni prekladu. Praha: Ceskoslovensky spisovatel. 
Levy J. 1967/2000 „Translation as a decision proces”. W: Venuti L. (red.), 148-159. 
Lewandowska-Tomaszczyk B. 1999 „A cognitive-interactional model of a cross-linguistic  

analysis: New perspectives on tertium comparationis and the concept of equivalence”. 
W: Lewandowska-Tomaszczyk (red.), 1999, 53-76. 

Lewandowska-Tomaszczyk B. (red.) 1999. Cognitive perspectives on language. Frankfurt am  

Main: Peter Lang. 

Lewicki R. 2000 Obcość z odbiorze przekładu. Lublin: Wyd. Uniwersytetu Marii Curie- 

Skłodowskiej. 

Lewicki R. (red.) 2002 „Obcość w przekładzie a obcość w kulturze”. W: Lewicki R. (red.),  

43-52. 

Lodge D. 1992 Mały światek. Poznań: Rebis. 
Lukszyn J. (red.) 1993 Tezaurus terminologii translatorycznej. Warszawa: PWN. 
Lukszyn J. (red.) Gramatyki translacyjne. Warszawa: Topos. 
Łukasiewicz K. 2003 Translating culture-bound items. A case study of “The Pianist” by W.  

Szpilman.  Niepublikowana  praca  magisterska  napisana  pod  kierunkiem  K. 
Hejwowskiego. Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej. 

Maj A. 1998 Translating unconventional language on the basic of Martin Amis‟s works and  

their Polish translations. Niepublikowana praca magisterska napisana pod kierunkiem 
K. Hejwowskiego. Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej. 

Malinowski B. 1923/1960 „The problem of meaning In primitive languages”. W: Ogden  

C.K.,  Richards  I.A.  (red.)  1923/1960  (wyd.  10).  The  meaning  of  meaning.  London: 
Routledge & Kegan Paul. 

Malinowski B. 1983 “Problem znaczenia w językach pierwotnych” W: Paluch A.K.  

Malinowski. Warszawa: Wiedza Powszechna. 

Malinowski B. 1986/1922 Agronauci Zachodniego Pacyfiku. T. 2. Warszawa: PWN 
Malinowski B. 1987/1935 Ogrody koralowe i ich magia. T. 2. Warszawa: PWN. 
Malmkjaer K. 1998 „Analytical philosophy and translation”. W: Baker M. (red.) 
Malon M. 2001 Translating idioms as exemplified by Jeffrey Archer‟s novels and their Polish  

translations.  Niepublikowana  praca  magisterska  napisana  pod  kierunkiem  K. 
Hejwowskiego. Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej. 

Manini L. 1996 „Meaningful literary names. Their form and functions, and their  

translations”. W: Delabastita D. (red.), 161-178. 

Marchwiński A. 1996 „Gramatyka translacyjna a kompetencja tłumacza” W: Lukszyn J.  

(red.) 

Miller G.A. 1956 „The magical number seven, plus or minus two: Some limits on our  

capacity for processing information”. Psychological Review 63, 81-97. 

Milne A.A. 1991 The Complete Winnie-the-Pooh. London: Dean. 
Minsky M. 1980 “A framework for representing knowledge”. W: Metzing D. (red.) 1980  

background image

 

100 

Frame conception and text understanding. Berlin: Walter de Gruyter. 

Mounin G. 1967 Die Ubersetzung. Geschichte, Theorie, Anwendung. Munchen:  

Nymphenburg. 

Nabokov V. 1955/2000 “Problems of translation: „Oniegin‟ in English”. W: Venuti L. (red.)  

2000, 71-83. 

Neubert A., Shreve G.M. 1992 Translation as text. Kent/London: The Kent State UP. 
Newmark P. 1981 Approaches to translation. Oxford: Pergamon Press. 
Newmark P. 1988 A textbook of translation. New York: Prentice Hall. 
Nida E.A. 1964 Toward a science of translating. Leiden: Brill. 
Nord Ch. 2003 “Proper names in translations for children: Alice in Wonderland as a case in  

point”. Meta XLVIII, 1-2, 182-196. 

Norman D. 1980 “Twelwe iusses for cognitive science”. W: Cognitive science 4/1: 1-32. 
Piechnik I., Świątkowska M. (red.) 2001 Ślady obecności. Traces d‟une presence. Kraków:  

Wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego. 

Piekarz M. 2004 Mistranslations In the Polish rendition of „interview with the Vampire‟ by  

Anne  Rice.  Niepublikowana  praca  magisterska  napisana  pod  kierunkiem  K. 
Hejwowskiego. Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej. 

Pieńkos J. 2003 Podstawy przekładoznawstwa. Od teorii do praktyki. Kraków: Zakamycze. 
Pisarska A., Tomaszkiewicz T. 1988 Współczesne tendencje przekładoznawcze. Poznań:  

Wyd. Naukowe Uniwersytetu Adama Mickiewicza. 

Quinn W. 1964 „Meaning and translation”. W: Fodor J.A., Katz J.J. (red.) The structure of  

language.  Reading  In  the  philosophy  of  language.  Englewood  Cliffs,  N.J.:  Prentice-
Hall. 

Reiss K. 1971/2000 “Type, kind and individuality of text. Decision making in translation”.  

W: Venuti L. (red.), 160-171. 

Reiss K., Vermeer H.J. 1984 Grundlegung einer allgemeinen Translationstheorie. Tubingen:  

Niemeyer. 

Rosch E.H. 1977 “Human categorization”. W: Warren N. (red.) Advances in cross-cultural  

psychology. New York: Academic Press. 

Rosch E.H. 1978 “Principles of categorization”. W: Rosch E.H., Lloyd B.B. (red.) Cognition  

and categorization. Hillsdale, N.J.: Erlbaum. 

Rossetti D.G. 1992 “Dante and his circle” (opubl. 1861). W: Lefevere A. (red.) 
Rudolf K.F. 2000 “O przekładalność tytułów”. W: Kubiński W. i in. (red.), 485-489. 
Ruta S. 2000 Translating culture-bound term, as exemplified by „Raport o stanie wojennym‟  

by  M.  Nowakowski  and  its  English  and  French  translations.  Niepublikowana  praca 
magisterska  napisana  pod  kierunkiem  K.  Hejwowskiego.  Warszawa:  Instytut 
Lingwistyki Stosowanej. 

Sapir E. 1933 “Language” W: Encyclopedia of the Social Sciences, vol. 9. New York. 
Sawicki P., Smicekova J 2003 “Trzy ćwierci do śmierci, czyli ostrawskie stereotypy  

kulturowe  I  językowe  słowem  polskim  przez  Jaromira  Nohavicę  wyłożone”.  W: 
Kropiwiec U. i in. (red.), 195-209. 

Schank R. 1982a Dynamic memory. A theory of reminding and learning in computers and  

people. Cambridge: Cambridge University Press. 

Schank R. 1982b Reading and understanding: Teaching from the perspective of artificial  

intelligence. Hillsdale, NJ: Erlbaum. 

Schleiermacher F. 1813 “Uber die verschiedenen Methoden des Ubersetzens”, tłum. Ang.  

“On the different methods of translating”. W: Lefevere (red.), 1992. 

Schlesinger I.M. 1977 Production and comprehension of utterances. Hillsdale, NJ: Erlbaum. 
Setkowicz A. 1997 Some peculiarities of translating English children‟s literature as  

background image

 

101 

exemplified by Polish translations of “Just so Stories” by R. Kipling. Niepublikowana 
praca  magisterska  napisana  pod  kierunkiem  K.  Hejwowskiego.  Warszawa:  Instytut 
Lingwistyki Stosowanej. 

Shelley P.B. 1840/1992 “A defence of poetry” (napisane w 1821, opubl. W 1840 r.), fragm.  

zamieszczony w: Lefevere A. (red.), s. 56. 

Sibley B. 2002 Hejże ha! Niech żyje Miś! Warszawa: Prószyński i S-ka. 
Skibińska E. 2000 „Nazwy własne we francuskim przekładzie Prawieku i innych czasów Olgi  

Tokarczuk”. W: Kubiński W. i in. (red.) 2000. 157-169. 

Snell-Hornby M. 1990 „Dynamics In meaning as a problem for bilingual lexicography”. W:  

Lewandowska-Tomaszczyk  J.  (red.),  Meaning  and  lexicography  (Linguistic  and 
Literary Studies in Eastern Europe 28). Amsterdam/Philadelphia: John Benjamins. 

Snell-Hornby M. 1995 Translation studies. An integrated approach. (Revised edition)  

Amsterdam/Philadelphia: John Benjamins. 

Snell-Hornby M., Jettmarova Z., Kaindl K. (red.) 1997 Translation as intercultural  

communication. Amsterdam/Philadelphia: John Benjamins. 

Sperber D., Wilson D. 1986 Relevance. Communication and cognition. Oxford: Basil  

Blackwell. 

Stalmaszczyk P. 2000 “Problemy z nazwami” W: Kubiński W. i in. (red.), 141-147. 
Szczerbowski T. 2003 „Stereotypy i przekłady, czyli „kłamstwa‟ motywowane kulturowo”. W:  

Kropiwiec U. i in. (red.), 23-33. 

Śliwińska K. 2003 Translation of Polish diminutives in “The Polish Complex”.  

Niepublikowana  praca  magisterska  napisana  pod  kierunkiem  K.  Hejwowskiego. 
Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej. 

Świerkocki M. 1997 „Amis w malinach”. W: Literatura na Świecie 3/1997 (308), 266-282. 
Tabakowska E. 1993 Cognitive linguistic and poetica of translation. Tubingen: Gunter Narr. 
Tabakowska E. 1995 “Językoznawstwo kognitywne w teorii I praktyce przekładu: oleodruk I  

symfonia  na  dwa  fortepiany”.  W:  Konieczna-Twardzikowa  J.  (red.)  Między 
oryginałem a przekładem. Kraków: Universitas. 

Helen M., Lewandowska-Tomaszczyk B. (red.) 1990 Translation and meaning. Part 1 –  

Proceedings of the Maastricht Session of the 1990 Maastricht-Łódź Duo Colloquium. 
Maastricht: Euroterm. 

Tomicka M. 2000 “Wykluczone z przekładu. O skrótach we francuskim tłumaczeniu Złego  

Leopolda Tyrmanda”. W: Kubiński W. i in. (red.) 441-450. 

Tomicka M. 2002 „Kuchnia PRL-u we francuskim tłumaczeniu Złego Leopolda Tyrmanda”.  

W: Lewicki R. (red.), 141-152. 

Toury G. 1978/2000 (rev. 1995) „The nature and role of norms In translation”. W. Venuti L.  

(red.), 198-211. 

Toury G. 1995 Descriptive translation studies and beyond. Amsterdam: John Benjamins. 
Tryuk M. 2003 “Dydaktyka tłumaczenia konferencyjnego a typologia tekstów”. W:  

Hejwowski K. (red.), 149-158. 

Valian V. 1977 „Talk. Talk. Talk: A selective critical review of theories of speech  

production”.  W:  Freedle  R.O.  (red.)  Discourse  production  and  comprehension. 
Norwood, N.J.: Ablex. 

Venuti L. 1995 The translator‟s invisibility. A history of translation. London/New York:  

Routledge. 

Venuti L. (red.) 2000 The translation studies reader. London/New York: Routledge. 
Vermeer H.J. 1989/2000 “Skopos and commission in translational action”. W: Venuti L.  

(red.) 2000, 221-232. 

Viaggio S. 1996 “The pitfalls of metalingual use in simultaneous interpreting”. W:  

Delabastita D. (red.) 

background image

 

102 

Vinay J.-P., Darbelnet J. 1958/2000 (rev. 1995) “A methodology for translation”. W: Venuti  

L. (red.) 2000, 84-93. 

Whorf B.L. 1956  Language, thought and reality. Cambridge, Mass.: The M.I.T. Press. 
Wierzbicka A. 1985 Lexicography and conceptual analysis. Ann Arbor: Karoma Publishers. 
Wille L. 2003 Semantische Figuren in der Ubersetzung. Ein Spiel mit Wort und Werk.  

Marburg: Tectum Verlag. 

Witte H. 2000 Die Kulturkompetenz des Translators. Begriffliche Grundlegung und  

Didaktisierung. Tubingen: Stauffenburg Verlag. 

Wittgenstein L. 1997 Tractatus Logico-Philosophicus. Warszawa: PWN. 
Wojtasiewicz O. 1957/1992 Wstęp do teorii tłumaczenia. Warszawa: Tepis. 
Wyler L. 2003 „Harry Potter for children, teenagers and adults Meta vol. 48, nos 1-2, 5-14. 
Zaliwska-Okrutna U. 2001 “Patty, Patricia czy Patrycja? Antroponimy jako problem  

tłumaczeniowy  i  glottodydaktyczny”.  W:  Kopczyński  A,  Zaliwska-Okrutna  U.  (red.) 
2001, 247-256. 

Zaliwska-Okrutna U. 2003 „Czy mężczyzna może być tłumaczem?” W: Hejwowski K. (red.)  

2003, 177-188. 

Zgusta L. 1971 A manual of lexicography. Praha: Academia. 
Zgusta L. 1984 “Translational equivalence and the bilingual dictionary”. W: Hartmann  

R.R.K. (red.) LEXeter ‟83 Proceedings. Tubingen: Niemeyer. 147-154. 

Zielińska A. 2001 Solving the Problem of Untranslatability in “Harry Potter and the  

Philisopher‟s  Stone”  by  J.K.  Rowling.  Niepublikowana  praca  magisterska  napisana 
pod kierunkiem K. Hejwowskiego. Warszawa: Instytut Lingwistyki Stosowanej. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

103 

Suplement 
 

 

 

Teksty  prasowe  omawiane  w  książce  zaczerpnięte  z  tygodnika 

Newsweek z lat 1997-2000 
 
 

Pipe Down 
 

The  British  may  soon  be  listening  to  fewer  instrumental  version  of  “Penny  Lane” 

while  trapped  in  elevators.  Last  week  M.P.  Robert  Key,  a  member  of  the  Compaign  for 
Freedom  From  Piped  Music  introduced  a  bill  that  would  ban  the  music  from  public  places 
with  a  captive  audience,  like  hospitals  and  rail  stations.  Not only  is  the  music  annoying,  he 
says, but studies have shown that it can raise blood pressure and depress the immune system. 
Key hopes his compaign will at least encourage people “who might be considering installing 
piped music to thank again”. 
 
 
The Mouse That Roared 
 

Art works by 17

th-

century masters. Castles. Country estates and 430.000 acres of prime 

real  estate.  These  are  among  the  treasures  confiscated  by  German  forces  occupying 
Czechoslovakia during World War II. Berlin wants to return them to their rightful owners, the 
Czechs, as war reparations. But there‟s one (very) small hitch: Liechtenstein, that eyeblink on 
the  autobahn,  haven  for  dodgy  dollars  and  old  European  nobility.  Many  of  the  assets  in 
question were owned by its citizens – and the tiny kingdom wants the wealth back. 
 

No  way,  German  court  declared  three  years  ago.  The  properties  are  most  definitely 

German, it ruled, because the Liechtensteiners living in the Czech lands of yore were “ethnic 
Germans”. Oh, the Sturm und Drang that has occasioned. Last week Liechtenstein filed suit 
against Germany in the International Court of Justice in The Hague claiming its “sovereignty” 
has  been  violated  and  demanding  compensation,  if  not  the  contested  assets  themselves. 
Liechtenstein  has  mustered  all  its  big  guns  for  the  fray.  Its  foreign  minister  came  to  The 
Hague armed with  four of Europe‟s  most expensive  lawyers. Even  its  head of  state, Prince 
Hans-Adam  II,  has  girded  his  loins  for  battle  –  after  discovering  one  of  his  family‟s  lost 
paintings  in  Cologne. The case  has taken 50  years to come about. No doubt it will take that 
many more to resolve. 
 
 
Pitiful Debate 
 

Switzerland‟s  neutrality  is  at  risk.  Thomas  Steinhauer  shattered  a  U.S.  record  by 

spitting  a  cherry  pit  nearly  83  feet,  but  U.S.  cherry-spit  rule-book  author  Herb  Teichman 
claims  foreigners  often  permit  running  starts  and,  worse,  canned  cherries.  “I‟d  like  to  see 
them come to our turf and spit on our rules” he says. This spat‟s getting juicy… 
 
 
Topless in Rio 
 

Carnaval,  by  definition,  is  the  festival  of  the  flesh.  But  this  year‟s  round  in  Rio  de 

Janeiro was skimpier than ever. All week long, toplessness was a bare essential at the raucous 
street parties, as well as at the gala carnival balls. But don‟t blame the heat. The sudden wave 
of demi-nudity was a political statement of sorts, brought on by a much publicized incident in 
January  when  Rio  police  arrested  a  33-year-old  woman  for  bathing  without  a  bikini  top. 
Ironically,  while  Rio  has  long  been  famous  for  its  scanty  swim  gear,  toplessness  has  never 

background image

 

104 

been  widespread.  But  all  it  took  was  an  arrest,  based  on  a  70-year-old  indecency  law,  and 
suddenly  defiant  women  were  offing  their  tops  from  tide  to tide.  No  new  arrests  have  been 
reported. Point for the girl from Ipanema. 
 
 
Time for ‘Clockwork’ 
 

After  “A  Clockwork  Orange”  was  blamed  for  inciting  copycat  violence,  Stanley 

Kubrick  withdrew  the  futuristic  fable  from  Britain  in  1974.  But  this  week,  a  year  after  the 
director‟s death, the classic shock film is back. Though Kubrick never reconsidered his “ban” 
– an usual act of self-censorship – Warner Bros. decided it was time young Alex his gang of 
Droogs returned. 
 
 
Sweet Deal 
 

Mickey  Mouse  has  stepped  in  Pooh:  Disney  is  buying  the  film  and  merchandising 

rights to  Winnie  the  Pooh  and  the  rest of  the  Hundred  Acre  Wood  crowd  for  $350  million. 
That  means  windfalls  for  the  British  institutions  named  in  the  will  of  Pooh‟s  creator,  A.A. 
Milne. The Garrick Club in London, of which Milne was a member, is likely to receive a $75 
million  share. The  membership, which  includes the Prince of  Wales, plans  improvements to 
the wine cellar. Westminster School, Milne‟s alma mater, will spend its wad on scholarships. 
Other payments go to the family of Milne‟s illustrator, E.H. Shepard and the Royal Literary 
Fund, which supports needy authors. Not included in the deal are sales from two Pooh books, 
leaving plenty more honey in the pot. 
 
 
Prison Tales 
 

Polish writer Gustaw Herling-Grudzinski brilliantly chronicled the terrors of the Gulag 

Archipelago  long  before  Aleksandr  Solzhenitsyn  did.  His  seminal  work,  “A  World  Apart”, 
published  in  1951,  was  based  on  his  experiences  in Soviet  labor camps  from 1940 to 1942. 
The  book  described  the  psychological  as  well  as  the  physical  destruction  of  his  fellow 
prisoners. After his release, Herling-Grudzinski fought for Polish forces that battled German 
troops across North Africa and Italy. Since the end of WWII he had lived in Naples, where he 
became  a  leader  of  the  cultural  and  political  life  of  the  Polish  anti-communist  émigré 
community. He died last week at 81. 
 
 
Bacon-Free 
 

Many  of  Britain‟s  Muslims  want  Winnie  the  Pooh‟s  partner  Piglet  removed  from 

paraphernalia and clothing at baby-gear chain Mothercare, as Islam deems pigs unclean. “I do 
not want my children plaving with him”, said one shopper. But stores probably won‟t make 
the  cut.  “Piglet  is  an  part  of  Winnie‟s  friends.  How  could  we  possibly  dump  him?”,  said 
Mothercare. Not even religion can break up this friendship. 
 
 
Aping Motion 
 

In a lab in North Carolina, an owl monkey thinks about grabbing a piece of fruit. His 

brain cells send electric messages to his muscles. He lifts his furry arm  – and a nearby robot 
arm  simultaneously  mimics  the  movement.  With  this  small  gesture, the  monkey  has  proved 
that  primate  brainwaves  can  control  complex  robotic  motion.  It‟s  not  an  isolated 
accomplishment;  scientists  hope  that  this  work  will  one  day  help  paralyzed  people  operate 

background image

 

105 

prosthetic  limbs.  And  it  could  also  deepen  our  understanding  of  how  the  brain  works,  says 
Duke  University‟s  Miguel  Nicolelis,  who  reported  the  owl-monkey  research  in  last  week‟s 
issure  of  the  journal  Nature.  Several  labs  are  working  on  chips  that  may  eventually  allow 
patients‟ brains to control robots through radio transmitters. Nicolelis also says doctors may 
one  day  replace  injured  nerve  cells  with  silicon  chips.  Those  advances  could  be  the  first  of 
many to help scientists piece together the symphony in the brain. 
 
 
Two Legs Bad 
 

It‟s  no  secret  that  George  Orwell  hated  communism.  He  provided  the  British 

government with names of writers that he labeled “crypto-communists”, and his 1945 classic 
“Animal Farm” ridicules the Russian Revolution and its betrayal by Joseph Stalin. But what 
hasn‟t  been  known  is  that  the  fable  was  actually  used  to  fight  communism  during  the  cold 
war.  Last  week,  the  British  Foreign  Office  revealed  that,  to  counter  Soviet  propaganda,  a 
covert government agency bought the rights to “Animal Farm” and hired illustrators to create 
a comic-strip version of the political satire. The British  then secretly paid newspapers to run 
the  strips  in  countries  including  India,  Eritrea,  Thailand,  Venezuela,  Mexico  and  Brasil.  It 
seems the crayon is mighter than the sword. 
 
 
In-Flight Food 
 

As  professor  of  productions  and  operations  management  at  Britain‟s  University  of 

Surrey,  Peter  Jones  is  hoping  to  make  flying  a  culinary  treat.  Teaching  classes  on  flight 
catering, he‟ll seek to solve the stress of serving sauces (“They separate out – partly because 
they‟re being served six miles up in the air”), lecture on his favorite airline food (“a good hot 
breakfast”) and, let‟s hope, improve the pies we eat in the skies. But will he tackle air rage? 
“We‟ll do limited research”, he told Newsweek. Improved food should do just fine – after all, 
who would cause a ruckus at 30,000 feet after eating a gourmet meal? 
 
 
A Matter of Taste 
 

Where man leads, pest must follow. Last year, the British Tourist Authority declared 

that  curry  had  supplanted  fish  and  chips  as  the  national  dish.  Now  the  same  spirit  of 
gastronomic  adventure  has  infected  the  nation‟s  roaches.  Britain‟s  largest  pest-control 
company,  Rentokil,  says  it‟s  obliged  to  use  tablets  of  curry  powder  to  lure  is  victims  onto 
sticky boards. Some rodents have become just as choosy. No longer content with plain starchy 
bait, they want tuna, chicken and peanut-butter flavors. The fact that the new strain of choosy 
mice  was  found  in  Indian-food-heavy  Birmingham  should  come  as  no  surprise.  What 
discerning mouse opts for cereal when vindaloo leftovers are available? 
 
 
In a Flap 
 

London‟s  underpaid  thespians  have  hit  a  new  low.  The  producers  of  the  West  End 

show “Arthur Smith Sings Leonard Cohen” decided to ditch a Muscovy duck named George 
at  a  fee  of  $365  per  day,  opting  instead  for  an  actor  dressed  in  a  duck  costume,  to  appear 
onstage during a rendition of “Bird on a Wire”. The head and tail of all this? The human duck 
will be paid the actors‟ minimum wage of $429 – a week. 
 
 
Lights Out 

background image

 

106 

 

Ah, Paris, city of light. But not for patrons at one wildly popular new event. In a sort 

of  performance-art  experiment,  documentary  film-makers  Michel  and  Philippe  Relhac  are 
running a pitch-black eating establishment: no windows, no lights… and blind waiters. Diners 
find themselves fingering food to identify it (beef? Mutton?). And the anonymity spurs quick 
friendships at the tables. Meanwhile, the waiters serve as constant reminders that some of us 
live our whole lives in the dark. Drawbacks: much spilling, some food fights, and at least one 
uninvited fondle. But for about $30, most find the evening quite worthwhile. Dark a l‟orange, 
anyone? 
 
 
Heart of Stone 
 

It looks like a plain, old reddish-brown rock. But to scientists it‟s a fabulous treasure: 

the fossil remains of a dinosaur‟s heart. CT-scan tests, detailed in the journal Science, appear 
to show that the organ had four chambers, not three as in modern reptiles. If so, the heart‟s 
original owner, a 650-pound plant-eater called Thescelosaurus, was likely warm-blooded, like 
birds – and us. 
 
 
Bailout Blues 
 

Instead of spending vast sums to bail out its banks, Japan could have educated all the 

illiterate  children  in  the  developing  world  –  and  bought  Chicago  Bulls.  That‟s  the  premise 
behind  the  country‟s  latest  best  seller,  the  kid‟s  book  “Bubble  Fantasy:  What  Could  That 
Money Have Bought”? Novelist Ryu Murakami compiled 128 things Japan might have done 
with the $70 billion it funneled into its failing banks. “I want readers to feel the magnitude of 
the  money  wasted”,  he  told  Newsweek.  With  the  $23,4  billion  spent  on  the  Hokkaido 
Takushoku Bank alone, Murakami figures Japan could have purchased an aircraft carrier. The 
New York Times and financed 25 remakes of “Titanic”. Then again, maybe it was better to 
save the banks. 
 
 
By the Dozen 
 

The elephant bird, or Aepyornis maximus, has been extinct for 1.000 years, but its eggs 

still  sell  by  the  dozen.  Last  week  315  elephant-birds  eggs  –  each  about  a  foot  high  –  were 
seized  by  customs  agents  in  Le  Havre.  The  eggs,  which  are  the  world‟s  largest,  had  been 
smuggled  from  southern  Madagascar,  where  they  had  been  pillaged  from  fossil  sites.  Most 
had been sold to collectors at prices ranging from $1.000 to $100.000. The U.N. Educational, 
Scientific  and  Cultural  Organization  forbids  trade  in  items  of  cultural  importance,  and  the 
agency lists elephant-bird eggs in that category. Still, the smuggling continues. 
 
 
Putting Kitty’s Typing on Pause 
 

When your cat walks across your PC keyboard, a blast water from your spray bottle is 

probably  not the  wisest  choice  of  navigate  reinforcement.  That‟s  a  good  reason  to  invest  in 
Chris Niswander‟s PawSense software (for Windows only;  available  for $19.99 at bitboost. 
Com). The program detects “catlike typing” – four keyes at once, nonsensical patterns – and 
responds  with  a  screeching  noise  reminiscent  of  an  off-key  harmonica.  The  keyboard  then 
lock until you type the word “human”. The Tucson, Ariz., programmer says his solution is as 
funny as it is practical. Kitty won‟t be laughing. 
 
 

 

background image

 

107