background image

Widzieć i wierzyć

Autor tekstu: Jerry Coyne

Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska

Nigdy niekończąca się próba pogodzenia nauki i religii i powód, 
dla którego jest skazana na porażkę

Saving Darwin: How to be a Christian and Believe In Evolution

Karl W. Giberson 

(HarperOne, 248 s.)

Only A Theory: Evolution and the Battle for American Soul 

Kenneth R. Miller 

(Viking, 244 s.)

I. 

Charles   Darwin  urodził   się   12   lutego   1809   –   tego   samego   dnia   co   Abraham   Lincoln   – 

i pięćdziesiąt lat później opublikował swoje magnum opus O powstawaniu gatunków . Tak więc Rok 
Darwina   powtarza   się   co   pół   wieku:   okazja   uhonorowania   jego   teorii   ewolucji   drogą   doboru 

naturalnego, która jest z pewnością najważniejszą koncepcją w biologii i może także najbardziej 
rewolucyjną ideą naukową w historii. Rok 2009 jest takim rokiem i my, biolodzy, przygotowujemy 

się do wykładów i uczestniczenia w mnóstwie fet na rzecz Darwina w całym kraju. Smutne jest to, 
że będziemy mówić bardziej do innych naukowców niż do amerykańskiej publiczności. W tym kraju 

bowiem   Darwin   ma   marną   reputację.   Idee,   które   stanowią   o rewolucyjnym   charakterze   teorii 
Darwina, są tymi właśnie, które odpychają religijną Amerykę, implikują one mianowicie, że nasz 

gatunek,   jak   najdalszy   od   zajmowania   przypisanej   mu   przez   Boga   roli   w dramacie   życia,   jest 
zależnym od okoliczności wynikiem przypadkowego działania procesu czysto naturalnego.

I tak oto trwają wojny kulturowe między nauką i religią. Po jednej stronie mamy establishment 

naukowy i system sądowy zdecydowany na uczenie dzieci ewolucji, nie zaś religijnej mitologii, a po 

drugiej wielu Amerykanów, którzy gorąco opierają się tym wysiłkom. Przygnębia fakt, że podczas 
gdy 74 procent Amerykanów wierzy w istnienie aniołów, tylko 25 procent akceptuje pochodzenie od 

małpopodobnych przodków. Tylko jeden na ośmiu z nas sądzi, że ewolucja powinna być nauczana 
na lekcjach biologii bez włączania kreacjonistycznej alternatywy. Wśród trzydziestu czterech krajów 

Zachodu, w których przeprowadzono sondaż o akceptacji ewolucji, Stany Zjednoczone zajęły ponure 
trzydzieste trzecie miejsce, tuż przed Turcją. W całym kraju zarządy szkolne próbują rozwodnić 

nauczanie ewolucji lub ukradkiem wprowadzić obok niego kreacjonizm. A oponenci darwinizmu nie 
ograniczają się do zaklinaczy wężów z Pasa Biblijnego; są wśród nich ludzie, których znamy. Jak 

napisał Karl Giberson w Saving Darwin : „Większość ludzi w Ameryce ma sąsiada, który myśli, że 
Ziemia ma dziesięć tysięcy lat”.

Kulturową polaryzację Ameryki pogłębiły ataki na religię ze strony „nowych ateistów”, takich 

jak Richard Dawkins i Daniel Dennett, którzy są upartymi darwinistami. Oburzeni przywódcy religijni, 

kojarzący   biologię   ewolucyjną   z ateizmem,   ruszyli   do   ataku.   Ten   podział   zmartwił   liberalnych 
teologów i wierzących naukowców, którzy ponowili wysiłki, by pojednać religię i naukę. „Nauką” jest 

niemal zawsze biologia ewolucyjna, która jest znacznie bardziej kontrowersyjna niż jakakolwiek 
dziedzina chemii lub fizyki. Francis Collins, dyrektor Projektu Badania Ludzkiego Genomu, napisał 
książkę  The Language of God: A Scientist Presents Evidence for Belief  

[ 1 ]

; filozof Michael Ruse 

wydał książkę  Can a Darwinian  Be a Christian?  (jego  odpowiedź  brzmi “tak”);  są także  głośne 

książki teologów takich jak John Haught i John Polkinghorne. Fundacja Templetona asygnuje duże 
sumy na projekty godzące naukę i religię i przyznaje coroczną nagrodę w wysokości dwóch milionów 

dolarów   filozofowi   lub   naukowcowi,   którego   prace   podkreślają   „duchowy   wymiar   postępu 
naukowego”. Krajowa Akademia Nauk, najbardziej prestiżowa organizacja naukowa w Ameryce, 

wydała broszurę upewniająca nas, że możemy mieć i naszą wiarę, i Darwina:

Nauka i religia odnoszą się do różnych aspektów ludzkiego doświadczenia. Wielu 

naukowców ze swadą opisywało jak ich badania naukowe ewolucji wzmocniły ich wiarę 
religijną.   Wielu   ludzi   religijnych   i wiele   wyznań   akceptuje   dowody   naukowe 

potwierdzające ewolucję.

Racjonalista.pl

Strona 1 z 14

background image

Ach, gdybyż to było takie proste! To prawda, istnieją religijni naukowcy i darwiniści chodzący 

do kościoła. Nie znaczy to jednak, że wiara i nauka są zgodne, poza trywialnym sensem, że niejeden 
umysł ludzki potrafi równocześnie przyjąć obie te postawy. (To jak powiedzenie, że małżeństwo 

i zdrada są zgodne, ponieważ niektórzy małżonkowie zdradzają.) Jest także prawdą, że pewna część 
napięcia znika, kiedy odrzuci się dosłowne odczytywanie Biblii, jak to robią wszyscy, poza najbardziej 

prymitywnymi wrażliwcami judeo-chrześcijańskimi. Napięcie jednak pozostaje. Prawdziwe pytanie 
brzmi, czy istnieje  filozoficzna  niezgodność między religią i nauką. Czy empiryczna natura nauki 

przeczy objawieniowej naturze religii? Czy luki między nimi są tak wielkie, że musi się uważać te 
dwie instytucje za zasadniczo antagonistyczne? Nieustający strumień książek rozprawiających o tej 

kwestii sugeruje, że odpowiedź nie jest prosta.

Najłatwiejszym sposobem  zharmonizowania nauki i religii jest po prostu przedefiniowanie 

jednej z nich tak, by obejmowała drugą. Możemy na przykład twierdzić, że „Bóg” jest po prostu 
nazwą, jaką nadajemy porządkowi i harmonii we wszechświecie, prawom fizyki i chemii, pięknu 

natury i tak dalej. Jest to naturalistyczny panteizm Spinozy. Jego najsłynniejszym zwolennikiem był 
Einstein, często (i niesłusznie) opisywany jako człowiek wierzący w osobowego Boga.

Najpiękniejszą emocją, jakiej możemy doświadczyć, jest poczucie tajemnicy. Jest 

to fundamentalna emocja, która stoi u kołyski wszelkiej prawdziwej sztuki i nauki. Ten, 

dla którego to uczucie jest obce, kto nie potrafi dłużej zdumiewać się i stać urzeczony 
w podziwie, jest jak martwy, jak zgaszona świeca. Poczucie, że za tym, czego możemy 

doświadczać, jest coś, czego nasze umysły nie mogą pojąć, czego piękno i wzniosłość 
docierają do nas tylko pośrednio — to jest religijność. W tym sensie, i tylko w tym, 

jestem głęboko religijnym człowiekiem.

Poważnym   jednak   problemem   z takim   „pogodzeniem”,   w którym   nauka   nie   tyle   żeni   się 

z religią, co ją pochłania, jest to, że całkowicie wyklucza to Boga – a przynajmniej Boga wyznań 
monoteistycznych, który interesuje się wszechświatem. To jednak nie jest do zaakceptowania przez 

większość ludzi religijnych. Spójrzmy na liczby: 90 procent Amerykanów wierzy w osobowego Boga, 
który oddziałuje na świat, 79 procent wierzy w cuda, 75 procent wierzy w niebiosa i 72 procent 

wierzy w boskość Jezusa. W swojej pierwszej popularnej książce pod tytułem Finding Darwin’s God 
Kenneth Miller atakował panteizm, ponieważ „rozmywa religię do bezsensowności”. Miał rację.

Sensowny   wysiłek   pogodzenia   nauki   z wiarą   musi   rozpocząć   od   uznania   ich   tak,   jak   są 

rzeczywiście  rozumiane  i praktykowane  przez   ludzi.  Nie  można przedefiniowywać  nauki  tak,  by 

obejmowała zjawiska nadnaturalne, jak to zrobił zarząd edukacji w Kansas w 2005 roku. Ani też nie 
można uznać, że „religia” to filozofia liberalnych teologów, która — krzywiąc się na osobowego Boga 

— jest o krok od panteizmu. W końcu celem nie jest zamiana wszystkich wierzących w liberalnych 
teologów, ale pokazanie im drogi do połączenia ich rzeczywistych przekonań z prawdą naukową. 

Teolodzy proponują czasami pogodzenie przy pomocy naturalistycznego deizmu; idei, że stworzenie 
wszechświata – i, być może, praw fizyki – było bezpośrednim dziełem bóstwa, które następnie 

pozostawiło rzeczy samym sobie, nigdy więcej nie wtrącając się w naturę ani historię. Dla wiernych 
jest to jeszcze bardziej problematyczne niż panteizm: nie tylko zaprzecza to cudom, dziewiczym 

narodzinom,   odpowiedziom   na   modlitwy   i całej   kosmologicznej   aparaturze   chrześcijaństwa, 
judaizmu, islamu, hinduizmu i znacznej części buddyzmu, ale stawia także pytanie, skąd w ogóle 

wziął się Bóg.

Nie,   właściwym   rozwiązaniem   musi   być   zharmonizowanie   nauki   z teizmem:   koncepcja 

transcendentalnego i odwiecznego boga, który niemniej bezpośrednio angażuje się w sprawy świata 
i zwraca szczególną uwagę na rzeczywisty obiekt boskiego stworzenia:  Homo sapiens  . Tak więc 

mamy Karla Gibersona i Kennetha Millera, teistycznych naukowców i zajmujących autorów. Obaj 
demolują to, co uważają za fałszywe pojednanie – teorię inteligentnego projektu – i oferują własne 

rozwiązanie. Giberson jest profesorem fizyki w Eastern Nazarene College, uczelni chrześcijańskiej, 
i napisał   trzy   książki   o napięciach   między   nauką   i religią.   Jest   byłym   redaktorem   „Science   and 

Spirit”, pisma publikowanego przez Fundację Templetona (Fundacja ta sfinansowała również książkę 
Saving Darwin ). Kenneth Miller, biolog komórkowy z Brown University, jest jednym z najbardziej 

żarliwych i elokwentnych obrońców ewolucji przeciwko kreacjonizmowi. Jest także praktykującym 
katolikiem. Nowa książka Millera,  Only a Theory  , jest uaktualnioną pracą  Finding Darwin’s God  . 

Obie te książki dają nie tylko miażdżącą krytykę inteligentnego projektu, ale także poszukują Boga 
w procesie ewolucyjnym.

Saving Darwin  i  Only a Theory  razem dostarczają pouczającego streszczenia zasad i błędów 

współczesnego   kreacjonizmu.   Pierwsza   z nich   zajmuje   się   głównie   jego   historią,   a druga   jego 

bałamutnymi   twierdzeniami.   Gdyby   te   książki   na   tym   poprzestały,   podniosłyby   cenny   alarm 
o niebezpieczeństwach   stojących   przed   amerykańską   nauką   i kulturą.   Ostatecznie   jednak   ich 

background image

uczciwe lecz pokrętne wysiłki znalezienia ręki Boga w ewolucji, wiodą do rozwiązania, z trudem 

dajecego się odróżnić od kreacjonizmu, który tak potępiają.

II. 

Historia kreacjonizmu w Ameryce, opowiedziana przez Gibersona, sama była ewolucyjnym 

procesem kierowanym przez rodzaj doboru naturalnego. Po tym, jak sądy obalały każdą kolejną 
postać kreacjonizmu za naruszanie Pierwszej Poprawki, pojawiała się zmodyfikowana postać tej 

doktryny,   pomijająca   religijną   treść   i ukrywająca   się   za   grubszym   przebraniem   naukowym. 
Z czasem   ruch   przeszedł   od   czystego   biblijnego   kreacjonizmu   do   „kreacjonizmu   naukowego”, 

w którym twierdzono, że same fakty naukowe popierają religijne opowieści, takie jak stworzenie 
z Księgi Rodzaju i Arkę Noego, co następnie przekształciło się w inteligentny projekt (ID), całkowicie 

odarty   z biblijnej   patyny.   Nic   z tego   nie   oszukało   sądów.   W roku   2005   sędzia   federalny 
w Harrisburgu w Pensylwanii odrzucił próbę wprowadzenia ID do szkół, opisując to przedsięwzięcie 

jako przebrany kreacjonizm i nazywając jego orędowników kłamcami. (Miller był ważnym świadkiem 
oskarżenia,   popierając   odrzucenie   ID.)   Ale   to   oczywiście   nie   zakończyło   sprawy.   Kreacjoniści 

powrócili apelując do naszego poczucia sprawiedliwości, namawiając szkoły, by „uczyły kontrowersji” 
– i nieważne, że kontrowersja wokół ewolucji nie jest naukowa, ale społeczna i polityczna.

Zaskakuje   w tym   wszystkim   to,   jak  bardzo   kreacjoniści  zbliżyli   się   do   darwinizmu.   Ważni 

orędownicy ID, tacy jak Michael Behe, profesor w Lehigh University (i świadek obrony w procesie 

w Harrisburgu),  akceptuje,  że  ziemia  liczy  miliardy  lat,   że  ewolucja  miała  miejsce  –  częściowo 
spowodowana przez dobór naturalny – i że wiele gatunków ma wspólnego przodka. Zdaniem Behego 

Bóg w rozwoju życia mógł tylko odgrywać rolę Twórcy Mutacji, podrasowując sekwencje DNA, kiedy 
było to niezbędne, żeby napędzić pojawianie się nowych mutacji i gatunków. Praktycznie Behe kupił 

darwinizm w całości, poza samą końcówką.

Niemniej   nadal   istnieją   inne   postacie   kreacjonizmu.   Wielu   wyznawców   ID   jest   także 

„kreacjonistami młodej ziemi”, uznając w oparciu o Biblię, że ziemia liczy około sześciu tysięcy lat. 
(W   zbudowanym   przez   ewangelistę   Kena   Hama   za   27   milionów   dolarów   Creation   Museum 

w Kentuky  Tricerops  jest   osiodłany!)   Inni   wierzą,   że   dystrybucję   zwierząt   na   naszej   planecie 
wyjaśnia Arka Noego. Jeszcze inni twierdzą, że podczas gdy niektóre gatunki wyewoluowały, wiele 

innych stworzył Bóg. Naturalnie kreacjoniści wolą ukrywać te różnice, fałszywie sugerując, że pod 
względem filozoficznym stanowią jedność.

Niezależnie   jednak   od   swoich   poglądów   wszyscy   kreacjoniści   mają   cztery   cechy   wspólne. 

Pierwsza: żarliwie wierzą w Boga. Nie ma w tym żadnej niespodzianki, chyba tylko dla tych, którzy 

sądzą, że ID ma świecką podstawę. Druga: twierdzą, że Bóg w sposób cudowny interweniował 
w rozwój życia, albo  stwarzając każdy gatunek od zera, albo  wtrącając się od czasu do czasu 

w proces darwinowski. Trzecia: zgadzają się, że jedną z tych interwencji było stworzenie człowieka, 
który   nie   mógł   wyewoluować   z podobnych   do   małp   przodków.   To   odbija   oczywiście   Judeo-

chrześcijański   pogląd,   że   człowiek   został   stworzony   na   podobieństwo   Boga.   Czwarta:   wszyscy 
uparcie obstają przy argumencie „nieredukowalnej złożoności”. Jest to koncepcja, że pewne gatunki 

lub pewne cechy pewnych gatunków są zbyt złożone, by mogły wyewoluować w sposób darwinowski 
i dlatego musiały być zaprojektowane przez Boga. Na przykład, krzepnięcie krwi u kręgowców jest 

złożoną sekwencją reakcji enzymów, w której dwadzieścia białek musi oddziaływać na siebie, żeby 
stworzyć ostateczny zakrzep. Gdyby brakowało któregokolwiek z nich, krew nie krzepłaby. Jak coś 

tak skomplikowanego mogło wyewoluować na ślepo?

Z   łatwością,   odpowiada   Miller.   W swoim   miażdżącym   demontażu   ID   poważnie   traktuje 

„naukowe” twierdzenia ID i prowadzi je do ich logicznych wniosków. Jasnym i żywym językiem Miller 
pokazuje, że złożone szlaki biochemiczne sklecone są z prymitywnych białek-prekursorów, które 

kiedyś pełniły inne funkcje, ale zostały dokooptowane do nowego użytku. ID okazuje się być po 
prostu argumentem „boga luk”, poglądem, że jeśli jeszcze nie rozumiemy w pełni jakiegoś zjawiska, 

to musimy poddać się, zaprzestać badań i chwalić Pana. Dla naukowców jest to recepta na koniec 
nauki, na wieczną ignorancję.

Miller   olśniewająco   demaskuje   ID   i pokazuje   czym   to   właściwie   jest:   stekiem   bzdurnych 

teologicznych   zapewnień   i zdyskredytowanych   twierdzeń   naukowych   zaprojektowanych   tak,   by 

podstępnie   wepchnąć   religijny   pogląd   na   życie   na   lekcje   biologii.   Zwolennicy   ID   nie   mają 
zdefiniowanego programu badań naukowych. Chociaż wydają olbrzymie sumy pieniędzy na  public 

relations  ,   nie   wytworzyli   ani   jednej   naukowo   zatwierdzonej   pracy,   wspierającej   empiryczne 
twierdzenia ich „teorii”. Miller słusznie wnioskuje, że „hipoteza projektu nie jest zgodna z żadnymi 

wyobrażalnymi   danymi,   nie   czyni   żadnych   sprawdzalnych   przewidywań   i nie   sugeruje   żadnych 

Racjonalista.pl

Strona 3 z 14

background image

nowych dróg badań”. Jednym z najostrzejszych spostrzeżeń Millera jest to, że ID zakłada nie tylko 

projekt, ale także nadnaturalne stworzenie. W końcu, projektant musi zrobić coś więcej niż tylko 
wyobrazić sobie nowe stworzenia; musi także umieścić je na Ziemi. A jeśli to nie jest kreacjonizm 

(etykietka, którą zwolennicy ID głośno odrzucają), to nie wiem, co nim jest.

Dla Gibersona ID jest nie tylko złą nauką (a właściwie, w ogóle żadną nauką), jest to także zła 

teologia:

Świat jest złożonym miejscem i nadal nie rozumiemy wielu rzeczy o wszechświecie. 

Stulecia oddzielają nas od wypełnienia luk w obecnym naukowym zrozumieniu świata 
przyrody (…) Jest jednak zadaniem nauki wypełnienie tych luk i od dawna centralną 

intuicją   teologii   jest,   że   trzeba   znaleźć   lepsze   miejsce   na   poszukiwanie   Boga   (…) 
Promocja   „projektu”   w izolacji   od   innych   atrybutów   Boga   jest   niebezpiecznym 

i ostatecznie samoniszczącym sposobem wepchnięcia Boga z powrotem do nauki.

Zamiast więc pogodzić religię i naukę ID pcha je w jeszcze większy konflikt, uszkadzając przy 

tym   obie   z nich.   To   dlatego   tak   wielu   teologów,   jak   również   naukowców,   świadczyło   w sądzie 
przeciwko ID.

Jeśli ID jest fatalną porażką jako nauka, to dlaczego tak wielu ludzi nadal nalega, by przyjęły 

go szkoły? Oczywistą odpowiedzią jest to, że ID zachowuje nasz status jako ukochanego gatunku 

Boga i wydaje się przepajać wszechświat celem i znaczeniem, podczas gdy biologia ewolucyjna nie 
robi   ani   jednego,   ani   drugiego.   Innymi   słowy,   ID,   jak   i wszystkie   postacie   kreacjonizmu,   jest 

przedłużeniem   religii.   Uznał   tak   każdy   sędzia,   który   wydawał   wyrok   w tej   kwestii   od   procesu 
w Scopes w 1925 roku. Dziwne jednak, że Giberson i Miller unikają tej kwestii, kiedy śledzą korzenie 

kreacjonizmu. Zamiast wskazać na religie, obwiniają dwa świeckie ruchy, populizm i ateizm.

Dla Millera osobliwy amerykański typ surowego indywidualizmu i nieufności wobec autorytetów 

ma dwa sprzeczne efekty. Pierwszy: spowodował naukową przewagę Ameryki. Miller zauważa, że 
w ciągu ostatnich trzydziestu lat Ameryka otrzymała około 60 procent Nagród Nobla w nauce.

Czy   jest   coś   w amerykańskim   charakterze,   co   niesie   nasiona   tego   konfliktu 

[ewolucja kontra kreacjonizm] i dostarcza żyznego gruntu, na którym może on kwitnąć? 

Sądzę, że jest, i nie wstydzę się tego. W istocie jestem z tego dumny (…) Ameryka jest 
największym naukowym narodem świata (…) Brak szacunku – to jest klucz. To jest 

powód, dla którego nasz kraj tak dokładnie zaadoptował naukę i dla którego Ameryka 
jest światłem przewodnim dla naukowców z całego świata. Zdrowy brak szacunku dla 

autorytetów   jest   częścią   amerykańskiego   charakteru   i przenika   nasze   instytucje, 
włącznie   z instytucjami   naukowymi.   Naukowcy   w tym   kraju,   czy   są   Amerykanami 

z urodzenia, czy z wyboru, dostali pozwolenie na marzenia o rewolucyjnych odkryciach 
i te marzenia sprawdzają się częściej w tym kraju niż w jakimkolwiek innym.

Ale jest to miecz obosieczny.

Jeśli rebelia i brak szacunku rzeczywiście są częścią amerykańskiego talentu do 

nauki, to jak mamy zrozumieć ruch anty-ewolucjonistyczny? Jedna część tej analizy jest 
jasna. Gotowość Amerykanów do odrzucenia ustalonych autorytetów odgrywała główną 

rolę   w sposobie,   w jaki   lokalni   aktywiści   potrafili   wpychać   takie   idee   jak   naukowy 
kreacjonizm i inteligentny projekt do lokalnych szkół.

Giberson zgadza się z tym:

Amerykanie nigdy nie godzili się chętnie na prowadzenie przez elity intelektualne. 

Zwykły, zdroworozsądkowy argument ze strony kogoś, komu ufasz, jest wart więcej niż 
pompatyczne   oznajmienia   całego   uniwersytetu   jajogłowych.   Ameryka   jest   narodem 

kochającym kowbojów, a kowboje nie potrzebują ekspertów, żeby im mówili, co mają 
myśleć.

Czy jednak rzeczywiście zawdzięczamy nasze przewodnictwo w nauce istnieniu wewnętrznego 

Johna Waynesa? Z pewnością są inne – równie amerykańskie – czynniki: wolność od prześladowań 

religijnych oraz pieniądze. Naszą naukową społeczność niesłychanie wzbogacili niedawni imigranci, 
szczególnie Żydzi, którzy uciekli przed nazizmem. Co ważniejsze, po drugiej wojnie światowej nasz 

rząd zaczął finansować badania w szalonym tempie i ta hojność przyciągnęła wielu zagranicznych 
uczonych.  A choć  od tego  czasu  zdominowaliśmy   Nagrody  Nobla,  w poprzednich  latach  Europa 

całkowicie nas przyćmiewała. Na przykład, do roku 1930 Amerykanie zdobyli tylko cztery Nagrody 
Nobla we wszystkich dziedzinach nauki, podczas gdy Niemcy zdobyli dwadzieścia dziewięć, a Wielka 

Brytania piętnaście. Trudno oskarżyć Niemców i Brytyjczyków o „brak szacunku dla autorytetów”!

Opór wobec ewolucji w Ameryce ma niewiele wspólnego z populizmem jako takim. Nasi kłótliwi 

rodacy nie buntują się przeciwko czarnym dziurom ani dowodowi na ostatnie twierdzenie Fermata. 

background image

Ewolucja jest wyjątkowym obiektem ich gniewu, a na to jest tylko jedno wyjaśnienie. Fakty są takie: 

można znaleźć religię bez kreacjonizmu, ale nigdy nie znajdzie się kreacjonizmu bez religii. Miller 
i Giberson   cofają   się   przed   tą   prostą   obserwacją.   Takie   niedostrzeganie   rzeczywistego   źródła 

kreacjonizmu jest niewybaczalne, ale zrozumiałe: książka, której celem jest pojednanie ewolucji 
i religii, nie może winić wiernych.

Wygląda  jednak na to, że winienie niewiernych jest akceptowalne. Dla Gibersona i Millera 

głównymi  agresorami w „wojnach nauki”  są ateiści. Twierdzą oni, że książki „nowych ateistów” 

rozjuszyły umiarkowanych wśród ludzi religijnych, którzy bez tego mogli być przyjaźnie nastawieni 
wobec ewolucji, i wepchnęły ich na pozycje kreacjonistów. W książce  Finding Darwin’s God  Miller 

tłumaczył, że „Wierzę, że duża część problemu spowodowana jest przez ateistów w społeczności 
naukowej,  którzy systematycznie   używają  materialnych  odkryć biologii  ewolucyjnej  do  poparcia 

własnych filozoficznych oświadczeń”. Zgadza się z tym Giberson:

Krytycy kreacjonizmu byli często nieuprzejmi i lekceważący, i wydawali się mieć 

własny program idący daleko poza prawdziwość różnych twierdzeń o naturalnej historii 
ziemi   (…)   Ci   słynni   krytycy   nie   potrafili   pojąć,   że   kreacjoniści   są   także   oddanymi 

chrześcijanami   i że   wielu   z nich   to   rozsądni,   szczodrzy   ludzie,   motywowani 
najszlachetniejszymi intencjami. Myślący chrześcijanie wyczuwają coś nieszczerego w tej 

niegodziwie ostrej krytyce, która towarzyszy temu, co powinno być spokojną dyskusją 
o nauce.

Tak więc przeszkodą do porozumienia nie jest religia, to ci agresywni ateiści-ewolucjoniści, 

którzy   nie   chcą   się   zamknąć.   Ale   zauważcie:   to   Richard   Dawkins   bardziej   niż   ktokolwiek   inny 

przekonał ludzi do realności i mocy ewolucji. Twierdzenie, że gdyby on i jego intelektualni koledzy po 
prostu przestali atakować religię, to zniknąłby kreacjonizm, jest szczytem pobożnych życzeń.

Giberson   kieruje   pod   adresem   biologów   ewolucyjnych   jeszcze   jedną   popularną   uwagę 

krytyczną. Twierdzi, że wielu z nas widzi naukę jako religię, rodzaj czci Darwina, który rzekomo 

wyjaśnia wszystko, włącznie z sensem, celem, etyką i samą religią. „Idea, że nauka powinna być 
religią na własnych prawach, przepływa jak podziemna rzeka przez pisma tych popularyzatorów, 

bulgocąc pod powierzchnią i tryskając na wierzch za każdym razem, kiedy rozmowa dochodzi do 
etapu ‘oto, co to wszystko znaczy’”. Tak, niektórzy naukowcy (i niektórzy popularyzatorzy nauki) 

przesadzili z psychologią ewolucyjną twierdząc, że darwinizm może wyjaśnić każdy aspekt ludzkiego 
zachowania.   Żaden   poważny   naukowiec   nie   chce   jednak,   by   nauka   w najmniejszym   stopniu 

upodobniła się do religii ani też, by była źródłem etyki i wartości. Oznaczałoby to porzucenie naszego 
głównego  narzędzia do  zrozumienia natury:  sprawdzania  empirycznych  twierdzeń empirycznymi 

danymi. Nie mamy „wiary” w darwinizm w taki sposób, w jaki inni mają wiarę w Boga, ani nie 
widzimy Darwina jako niepodważalnego autorytetu, jak papież Benedykt XVI czy Ajatollah Chomeini. 

W rzeczywistości od roku 1859 znaczna liczba idei Darwina została obalona. Jak wszystkie nauki, 
ewolucja   różni   się   od   religii,   ponieważ   bezustannie   testuje   swoje   założenia   i odrzuca   te,   które 

okazują się fałszywe.

III. 

W swojej wcześniejszej książce, Finding Darwin’s God , Miller proklamował uniwersalny teizm: 

„Pamiętajcie,   że   ludzie   wiary   wierzą,   iż   ich   Bóg   jest   czynny   w obecnym   świecie,   gdzie   działa 
w harmonii   z naturalizmem   fizyki   i chemii”.   Giberson   najwyraźniej   się   z tym   zgadza.   A gdzie 

znajdują rękę Boga w naturze? Jak można było się spodziewać, w pojawieniu się człowieka.

Giberson i Miller zapewniają, że ewolucja człowieka, albo czegoś bardzo podobnego do ludzi, 

była nieunikniona. Twierdzą, że biorąc pod uwagę sposób działania ewolucji, było nieuniknione, że 
królestwo   zwierzęce   w końcu   dojdzie   do   gatunku   świadomego,   wysoce   inteligentnego   i przede 

wszystkim   zdolnego   do   pojęcia   i czczenia   swojego   stwórcy.   Ten   gatunek   nie   musiał   wyglądać 
dokładnie jak człowiek, ale musiał mieć wyrafinowaną mentalność (nazwijmy go „humanoidem”). 

Jeden z rozdziałów książki Millera jest wręcz zatytułowany: „Świat, który wiedział, że przybywamy”. 
Giberson pisze, że „zdolności takie jak wzrok i inteligencja są tak wartościowe dla organizmu, że 

wielu,   jeśli   nie   wszyscy,   biolodzy   sądzą,   iż   prawdopodobnie   powstałyby   w każdym   normalnym 
procesie ewolucyjnym (…) Jak więc ewolucja może być zupełnie przypadkowa, skoro pewne wysoko 

rozwinięte rezultaty daje się przewidzieć?”

Wielu biologów, czytając to, będzie się zastanawiać, skąd ta pewność. W końcu, ewolucja jest 

procesem   przypadkowym.   Sposób,   w jaki   dobór   naturalny   kształtuje   gatunki,   zależy   od 
nieprzewidywalnych zmian klimatycznych, od losowych wydarzeń fizycznych, takich jak uderzenie 

meteorytu lub wybuchy wulkanów, od pojawiania się rzadkich i losowych mutacji i od tego, który 

Racjonalista.pl

Strona 5 z 14

background image

gatunek będzie miał dość szczęścia, by przeżyć masowe wymarcie. Gdyby, na przykład, duży meteor 

nie   uderzył   w Ziemię   sześćdziesiąt   pięć   milionów   lat   temu,   przyczyniając   się   do   wymarcia 
dinozaurów – i do rozkwitu ssaków, uprzednio przez nie zdominowanych – wszystkie ssaki nadal 

byłyby prawdopodobnie małymi, nocnymi owadożercami, pałaszującymi w półmroku świerszcze.

Ewolucjoniści dawno temu porzucili koncepcję, że istnieje nieunikniony marsz ewolucyjny ku 

większej   złożoności,   którego   uwieńczeniem   jest   człowiek.   Tak,   przeciętna   złożoność   wszystkich 
gatunków wzrosła przez trzy i pół miliarda lat ewolucji, ale jest tak dlatego, że życie rozpoczęło się 

jako   prosta,   powielająca   się   cząsteczka   i z   tego   punktu   mogło   iść   tylko   w kierunku   większej 
złożoności. Obecnie jednak dobór naturalny nie zawsze faworyzuje złożoność. Jeśli na przykład jesteś 

pasożytem, dobór naturalny może cię uprościć, ponieważ możesz żyć z wysiłków innego gatunku. 
Tasiemce   wyewoluowały   z wolno   żyjących   robaków   i w   czasie   swojej   ewolucji   straciły   układ 

trawienny i wiele ze swojego aparatu rozrodczego. Jak mówię moim studentom, stały się tylko 
wchłaniającymi   workami   z gonadami.   Niemniej   tasiemiec   jest   znakomicie   przystosowany   do 

pasożytniczego  sposobu życia. Nie  zawsze także  opłaca  się  bycie  mądrzejszym.  Przez  kilka  lat 
miałem oswojonego skunksa, który był kochany, ale tępy. Wspomniałem o tym weterynarzowi, 

który   osadził   mnie   na   miejscu:   „Głupi?   Do   diabła,   on   jest   doskonale   przystosowany   do   bycia 
skunksem!” Inteligencja kosztuje: trzeba wyprodukować i nosić dodatkową masę mózgu i podkręcić 

przemianę materii, żeby ją utrzymać. Czasami te koszty przewyższają genetyczne zyski. Mądrzejszy 
skunks mógłby nie być sprawniejszym skunksem.

Na   poparcie  nieuchronności   zaistnienia   ludzi   Giberson   i Miller   przywołują   koncepcję 

ewolucyjnej konwergencji. Jest to prosta koncepcja: gatunki często adaptują się do podobnego 

środowiska,   niezależnie   rozwijając   podobne   cechy.   Ichtiozaurusy   (pradawne   gady   morskie), 
morświny   i ryby   wyewoluowały   niezależnie   w wodzie   i dzięki   doborowi   naturalnemu   wszystkie 

nabyły   płetwy   i podobne,   opływowe   kształty.   Skomplikowane   „oko-kamera”   wyewoluowało 
u kręgowców   i u   kałamarnic.   Zwierzęta   polarne,  takie   jak   niedźwiedzie   polarne,  zające  polarne 

i sowy  śnieżne   albo  są  białe,  albo   stają  się  białe  zimą,  co  ukrywa je  przed  drapieżnikami   lub 
zwierzyną łowną. Być może najbardziej zdumiewającym przykładem konwergencji jest podobieństwo 

między ssakami torbaczami (workowatymi) z Australii i niespokrewnionymi ssakami łożyskowymi, 
które żyją gdzie indziej. Latający torbacz Phalanger wygląda i zachowuje się tak samo jak latająca 

wiewiórka z Nowego Świata. Krety workowate z ich zredukowanymi oczyma i wielkimi pazurami 
grzebalnymi   są   sobowtórami   naszych   kretów   łożyskowych.   Do   czasu   wymarcia   w 1936   roku 

niezwykły wilk workowaty lub tasmański wyglądał i polował jak wilk łożyskowy.

Konwergencja mówi nam coś głębokiego o ewolucji. Muszą już istnieć „nisze” lub sposoby życia 

wywołujące podobne zmiany ewolucyjne u niespokrewnionych gatunków, które się do nich adaptują. 
To znaczy, organizmy zaczynające z różnymi przodkami i napędzane przez różne mutacje, zostają 

niemniej ukształtowane przez dobór naturalny w bardzo podobny sposób – tak długo, jak długo te 
zmiany poprawiają przeżycie i rozmnożenie. W morzu istniały nisze dla żerujących na rybach ssaków 

i gadów, a więc morświny i ichtiozaury nabrały opływowych kształtów. Zwierzęta polarne poprawiają 
swoje szanse przeżycia,  jeśli są białe  w zimie. Najwyraźniej też musi istnieć  nisza dla małych, 

wszystkożernych ssaków, które szybują z drzewa na drzewo. Konwergencja jest jedną z najbardziej 
imponujących cech ewolucji i jest powszechna – znamy setki przypadków.

Do argumentowania na rzecz nieuchronności powstania człowieka wystarczy więc twierdzenie, 

że istniała „humanoidalna nisza” – sposób życia, który wymagał wysokiej inteligencji i wyrafinowanej 

samoświadomości – i że ta nisza pozostawała niezapełniona  aż w sposób nieunikniony  zajęli ją 
przodkowie ludzi. Czy to zajęcie było jednak rzeczywiście nieuchronne? Miller jest przekonany, że 

było:

Gdyby jednak życie ponownie penetrowało przestrzeń adaptacyjną, czy możemy 

być pewni, że nasza nisza pozostałaby niezajęta? Jestem gotów twierdzić, że możemy 
być niemal całkowicie pewni, iż zostałaby zajęta – że w końcu ewolucja stworzyłaby 

inteligentne,  samoświadome, myślące   stworzenie,  wyposażone w wystarczająco  duży 
układ   nerwowy,   by   rozwiązać   te   same   problemy,   które   mamy   dzisiaj,   i zdolne   do 

odkrycia samego procesu, który je stworzył, procesu ewolucji (…) Wszystko, co wiemy 
o ewolucji, sugeruje, że życie mogło, wcześniej czy później, dotrzeć do tej niszy.

Miller   i Giberson   są   zmuszeni   do   takiego   poglądu   z prostej   przyczyny.   Jeśli   nie   możemy 

dowieść,   że   ewolucja   humanoidów   była   nieunikniona,   to   załamuje   się   pogodzenie   ewolucji 

i chrześcijaństwa. Jeśli bowiem rzeczywiście jesteśmy szczególnym przedmiotem stworzenia Bożego, 
nasza ewolucja nie mogła być pozostawiona przypadkowi. (Nie jest być może bez znaczenia, że 

chociaż Kościół katolicki akceptuje większość darwinizmu, czyni oficjalny wyjątek dla ewolucji Homo 
sapiens
  , którego dusza jest podobno stworzona przez Boga i w pewnym momencie wstawiona 

background image

w linię rodową człowieka.)

Trudność polega na tym, że większość naukowców nie podziela pewności Millera. Jest tak 

dlatego, że ewolucja nie jest powtarzalnym eksperymentem. Nie możemy wielokrotnie odgrywać 

taśmy życia, żeby zobaczyć, czy wyższa świadomość pojawi się za każdym razem. W rzeczywistości 
istnieją dobre powody do przypuszczania, że ewolucja humanoidów nie tylko nie była nieunikniona, 

ale a priori była nieprawdopodobna. Chociaż konwergencja jest uderzającą cechą ewolucji, istnieje 
co najmniej równie wiele porażek konwergencji. Te porażki są mniej uderzające, ponieważ dotyczą 

gatunków, których brak. Spójrzmy znowu na Australię. Wiele typów ssaków, które wyewoluowały 
gdzie indziej, nie ma swoich odpowiedników wśród torbaczy. Nie ma workowatego odpowiednika 

nietoperza (tj. latającego ssaka), ani żyrafy, ani słonia (dużych ssaków z długimi szyjami lub nosami 
do żerowania na liściach drzew). Najbardziej znamienne jest to, że w Australii nie wyewoluował 

żaden   odpowiednik   naczelnych   ani   żadne   stworzenie   z inteligencją   zbliżoną   do   naczelnych. 
W rzeczywistości   Australia   ma   wiele   niezapełnionych   nisz   –   a więc   wiele   niespełnionych 

konwergencji,  włącznie  z tą cenioną niszą „humanoidalną”.  Jeśli wysoka inteligencja  była  takim 
przewidywalnym wynikiem ewolucji, to dlaczego nie wyewoluowała w Australii? Dlaczego powstała 

tylko raz, w Afryce?

Wywołuje   to   kolejne  pytanie.   Rozpoznajemy   konwergencję,   ponieważ   niespokrewnione 

gatunki rozwijają podobne cechy. Innymi słowy, cechy pojawiają się w więcej niż jednym gatunku. 
Wyrafinowana, samoświadoma inteligencja jest jednak przypadkiem wyjątkowym: wyewoluowała 

jeden   raz   u ludzkich   przodków.   (Ośmiornice   i delfiny   są   bystre,   ale   nie   mają   aparatury   do 
rozważania   własnego   pochodzenia.)   W odróżnieniu   od   tego   oczy   wyewoluowały   niezależnie 

czterdzieści   razy,   a biały   kolor   zwierząt   polarnych   pojawił   się   wiele   razy.   Trudno   przedstawić 
przekonujący argument na rzecz ewolucyjnej nieuchronności cechy, która powstała tylko raz. Trąba 

słonia,   złożona   i wyrafinowana   adaptacja   (ma   ponad   czterdzieści   tysięcy   mięśni!)   jest   także 
ewolucyjnym   jedynakiem.   Nie   słychać   jednak   naukowców   argumentujących,   że   ewolucja 

nieuchronnie wypełniłaby „niszę słoniową”. Giberson i Miller oznajmiają nieuchronność humanoidów 
z jednej tylko przyczyny: wymaga tego chrześcijaństwo.

Wreszcie   jest   aż   nadto   wyraźne,   że   ewolucja   ludzkiej   inteligencji   była   zdarzeniem 

przypadkowym,   zależnym   od   wysychania   afrykańskiego   lasu   i rozwoju   sawanny,   co   umożliwiło 

małpom człekokształtnym zejście z drzew i chodzenie na dwóch nogach. Twierdząc, że ewolucja 
człowieka   była   nieunikniona,   trzeba   także   twierdzić,   że   ewolucja   małp   człekokształtnych   była 

nieunikniona, że ewolucja naczelnych była nieunikniona, że powstanie ssaków było nieuniknione i tak 
dalej   wstecz   przez   dziesiątki   przodków,   których   pojawienie   się   trzeba   by   traktować   jako 

nieuniknione. Daje do regres o wzrastającym nieprawdopodobieństwie. W końcu na pytanie, czy 
podobne do ludzi stworzenia były nieuniknione, można odpowiedzieć, że nie wiemy – i dodać, że 

większość dowodów naukowych wskazuje, że nie były. Każda inna odpowiedź zakłada pobożne 
życzenia albo teologię.

Miller wybiera opcje teologiczną. Chociaż w swojej nowej książce nie mówi jak Bóg zapewnił 

pojawienie się Homo sapiens , Miller był wyraźniejszy w poprzedniej książce Finding Darwin’s God . 

Sugeruje tam, że nieokreśloność mechaniki kwantowej pozwala Bogu na interwencje na poziomie 
atomów, wpływając na wydarzenia na większą skalę:

Nieokreślona   natura   wydarzeń   kwantowych   pozwoliłaby   mądremu   i subtelnemu 

Bogu   wpływać   na   wydarzenia   w sposób   głęboki,   ale   niewykrywalny   narzędziami 

naukowymi.   Te   wydarzenia   mogły   obejmować   pojawianie   się   mutacji,   aktywację 
poszczególnych   neuronów   w mózgu   i także   przetrwanie   poszczególnych   komórek 

i organizmów, na które wpływają przypadkowe procesy radioaktywnego rozkładu.

Innymi słowy Bóg jest Władcą Elektronów, umyślnie czyniącym swoje ingerencje w naturę 

w sposób tak subtelny, by były niewidzialne. Zdumiewa, że Miller, który przedstawia najbardziej 
technicznie   przenikliwe   argumenty   przeciwko   nieredukowalnej   złożoności,   może   skończyć 

natarczywie zachwalając Boga zajmującego się mikroredagowaniem DNA. Jest to w rzeczywistości 
argument identyczny z argumentem Michaela Behego, propagatora ID, przeciwko któremu Miller 

zeznawał jako świadek w procesie w Harrisburgu. Jest to jeszcze jeden argument z gatunku Boga 
luk, tyle tylko, że w tym wypadku luki są malutkie.

Miller wysuwa  jeszcze jeden argument, także używany przez kreacjonistów i teistów jako 

dowód niebiańskiego projektu: tak zwane „precyzyjne dostrojenie wszechświata”. Okazuje się, że 

istnienie   wszechświata,   który   dopuszcza   życie   takie,   jakie   znamy,   w istotny   sposób   zależy   od 
wartości pewnych stałych fizyki. Gdyby na przykład ładunek elektronu był odrobinę inny, lub gdyby 

różnica masy między protonem a neutronem była odrobinę większa, lub gdyby inne stałe różniły się 
Racjonalista.pl

Strona 7 z 14

background image

bardziej   niż   o niewielki   procent,   wszechświat   pod   ważnymi   aspektami   byłby   inny.   Gwiazdy   nie 

istniałyby wystarczająco długo, by pozwolić na pojawienie się i ewolucję życia, nie byłoby układu 
słonecznego i wszechświat nie miałby elementów i złożonej chemii, niezbędnych do zbudowania 

organizmów. Innymi słowy, zamieszkujemy wszechświat jak z bajki o Złotowłosej, w którym prawa 
natury są dokładnie właściwe, by pozwolić na ewolucję i rozkwit życia. Nazywa się to spostrzeżenie 

„zasadą antropiczną”.

Na pierwszy rzut oka to wyjaśnienie wydaje się trywialne. Jak pisze Miller: „Biorąc za punkt 

wyjścia obserwację, że ty i ja jesteśmy żywi, przynajmniej obecnie, jest oczywiste, że musimy żyć 
we wszechświecie, w którym życie jest możliwe. Gdybyśmy nie byli żywi, nie byłoby nas tutaj, żeby 

o tym   rozmawiać.   Tak   więc,   w pewnym   sensie   fakt,   że   żyjemy   w przyjaznym   dla   życia 
wszechświecie, znaczy niewiele więcej niż wielkie ‘phi!’”. To prawda. Podnosi to jednak głębsze 

pytanie:   dlaczego   tak   się   złożyło,   że   stałe   wszechświata   mają   te   sprzyjające   życiu   wartości? 
Odpowiedzią   kreacjonisty   jest,   że   nie   jest   to   żaden   przypadek:   dobry   Bóg   (lub   inteligentny 

projektant) ustalił te prawa fizyki właśnie tak, by inteligentne życie mogło wyewoluować gdzieś we 
wszechświecie – życie tak inteligentne, że mogło odkryć te prawa fizyki, a co ważniejsze, pojąć ich 

stwórcę. Ta odpowiedź – znana jako silna zasada antropiczna – nie daje się przetestować naukowo, 
ale brzmi tak rozsądnie, że stała się jedną z największych armat w arsenale kreacjonistów. (Ważne 

jest zrozumienie, że zasada antropiczna dotyczy warunków wymaganych dla istnienia jakiegokolwiek 
życia i nie mówi niczego o nieuchronności złożonego i inteligentnego życia.)

Naukowcy mają także inne wyjaśnienia, oparte na rozumie  zamiast na wierze. Być może 

któregoś   dnia,   kiedy   będziemy   mieli   „teorię   wszystkiego”,   która   jednoczy   wszystkie   siły   fizyki, 

zobaczymy, że ta teoria wymaga, by nasz wszechświat miał te stałe fizyczne, które obserwujemy. 
Alternatywnie istnieją intrygujące teorie „wieloświatów”, które odwołują się do pojawienia się wielu 

wszechświatów, z których każdy ma inne prawa fizyki; mogliśmy wyewoluować tylko w tym z nich, 
którego   prawa   pozwalają   na   życie.   Fizyk   Lee   Smolin   przedstawił   fascynującą   wersję   teorii 

wieloświatów. Przeprowadzając paralelę do doboru naturalnego wśród organizmów, Smolin postawił 
tezę, że stałe fizyki wszechświatów wyewoluowały drogą swego rodzaju „doboru kosmologicznego” 

wśród   wszechświatów.   Okazuje   się,   że   każda   czarna   dziura   –   a jest   ich   miliony   w naszym 
wszechświecie – może dać początek nowemu wszechświatowi i te nowe wszechświaty mogą mieć 

stałe fizyki inne niż u ich przodków. (Jest to analogiczne do mutacji w ewolucji biologicznej.) Tak się 
składa,   że   wszechświaty   ze   stałymi   fizyki   bliskimi   tym,   które   widzimy   dzisiaj,   są   lepsze 

w produkowaniu większej liczby czarnych dziur, co z kolei daje więcej wszechświatów. (Przypomina 
to dobór naturalny.) Z czasem proces ten daje populacje wszechświatów wzbogaconą o te, które 

mają dokładnie takie własności, które sprzyjają produkcji gwiazd (źródła czarnych dziur), planet 
i życia. Teoria Smolina niesłychanie podnosi szanse pojawienia się życia.

Idea wieloświatów może wyglądać na ruch desperata – Zdrowaśka rzucona przez fizyków, dla 

których wyjaśnienia religijne są odpychające. Fizyka jest jednak pełna idei, które są całkowicie 

sprzeczne  z intuicją,  a teorie  wieloświatów  wynikają  naturalnie  z istniejących  już  od dawna idei 
fizyki. Przedstawiają one próbę fizyków znalezienia naturalistycznego wyjaśnienia dla tego, co inni 

widzą   jako   projekt.   Wielu   naukowców   uważa   wieloświaty   za   coś   znacznie   rozsądniejszego   niż 
solipsystyczne założenie, że nasz wszechświat z jego 10 000 000 000 000 000 planetami został 

stworzony tylko po to, by jeden gatunek ssaków mógł na nim wyewoluować w czternaście miliardów 
lat później.

Niemniej Miller wydaje się faworyzować wyjaśnienie teologiczne, a przynajmniej daje zasadzie 

antropicznej teologiczną interpretację:

Naukowe   spostrzeżenie,   że   samo   nasze   istnienie,   poprzez   ewolucję,   wymaga 

wszechświata   o tych   właśnie   rozmiarach,   skali   i wieku,   jakie   widzimy   wokół   nas, 

implikuje, że w pewnym sensie wszechświat miał nas na myśli od samego początku (…) 
Jeśli   ten   wszechświat   rzeczywiście   był   przygotowany   na   życie   ludzkie,   to   z punktu 

widzenia teisty słuszne jest powiedzenie, że każdy z nas jest wynikiem myśli Boga, 
mimo istnienia procesów naturalnych, które doprowadziły do naszego powstania.

Miller   zrównuje   wiarę   religijną   wyznawców   religii   z „wiarą”   fizyków   w naturalistyczne 

wyjaśnienie praw fizyki:

Wierzący (…) słusznie pozostają sceptykami i agnostykami wobec jednego z ich 

ulubionych wyjaśnień natury naszej egzystencji, który zawiera element wyobraźni równie 

szalonej, jak jakakolwiek opowieść z świętej księgi: a mianowicie, istnienie niezliczonych 
paralelnych   i równoczesnych   wszechświatów,   z którymi   nigdy   nie   możemy   się 

komunikować i których istnienia  nie  możemy także przetestować. Takie  przekonanie 
również   wymaga   nadzwyczajnego   poziomu   „wiary”   i ludzie   niereligijni   powinni   to 

background image

przyznać.

No   cóż,   fizycy   nie   są   skłonni   tego   przyznać.   Sprzecznie   z twierdzeniem   Millera   istnienie 

wieloświatów nie wymaga skoku wiary nawet w przybliżeniu tak wielkiego jak wyobrażanie sobie 

Boga.   Ponadto   niektóre   naukowe   wyjaśnienia   zasady   antropicznej   dają   się   testować. 
W rzeczywistości już potwierdzono kilka przewidywań teorii Smolina, wzmacniając jej wiarygodność. 

Może  być  ona błędna,  ale  poczekajmy   dziesięć  lat  i będziemy  wiedzieć  dużo  więcej  o zasadzie 
antropicznej.   Twierdzenie,   że   proponowanie   tymczasowej   i dającej   się   sprawdzić   hipotezy,   jest 

równoważne wierze religijnej, jest po prostu niesłuszne.

IV. 

Najbardziej powszechnym sposobem pogodzenia nauki i religii jest twierdzenie, że są to 

różne, ale komplementarne, sposoby zrozumienia świata. To znaczy, nauka i religia oferują różne 
„prawdy”, które razem wzięte odpowiadają na wszystkie pytania o nas i o wszechświecie. Giberson 

wyjaśnia:

Niepokoi mnie, że postęp naukowy rzucił na nas taki czar, iż sądzimy, że nie ma już 

niczego na świecie, czego nie możemy zrozumieć (…) Nauka prawdopodobnie wydobyła 
z paradygmatu   materialistycznego   tyle,   ile   się   da.   Materia   w ruchu,   tak   elegancko 

opisana   przez   Newtona   i jego   następców,   może   nie   być   najlepszym   sposobem 
rozumienia   świata   (…)   Sądzę   jednak,   że   są   sposoby,   że   zaczynamy   patrzeć   na 

stworzenie i rozumieć, iż pogląd naukowy nie obejmuje wszystkiego. Nauka dostarcza 
częściowego zestawu spostrzeżeń, które, choć potężne, nie odpowiadają na wszystkie 

pytania.

Zazwyczaj pytaniami, o których mówi się, że wychodzą poza naukę, są pytania o znaczenie, cel 

i moralność. W jednej ze swoich ostatnich książek,  Rocks of Ages: Science and Religion In the 
Fullness of Life
 , Stephen Jay Gould nazwał takie pojednanie NOMA – non-overlapping magisteria 

(nie zachodzące na siebie magisteria): “Nauka próbuje udokumentować oparty na faktach charakter 
świata naturalnego oraz rozwinąć teorie, które koordynują i wyjaśniają te fakty. Religia, z drugiej 

strony,   działa   w równie   ważnej,   ale   całkowicie   odmiennej,   dziedzinie   ludzkich   celów,   znaczeń 
i wartości   –   przedmiotów,   które   dziedzina   faktograficzna   może   oświetlić,   ale   nigdy   nie   może 

rozwiązać”. Gould przedstawia to nie jako utopijną wizję, ale jako rzeczywisty opis tego, dlaczego 
dziedziny nauki i religii nie zachodzą na siebie. Nie jest to dobre rozwiązanie dla naszej konfuzji. 

Ignoruje, w duchu pluralizmu, oczywisty konflikt między nimi. Gould ratuje swoją koncepcję dzięki 
przedefiniowaniu   kategorii   –   co   jest   starą   sztuczką   –   odpisując   na   straty   kreacjonizm   jako 

„niewłaściwą religię” i definiując świeckie źródła etyki, znaczenia i wartości jako „fundamentalnie 
religijne”.

Rozwiązanie NOMA rozlatuje się z jeszcze innych przyczyn. Pomimo twierdzeń Goulda zjawiska 

nadnaturalne nie znajdują się całkowicie poza dziedziną nauki. Wszyscy naukowcy mogą wyobrazić 

sobie   obserwacje,   które   przekonałyby   ich   o istnieniu   Boga   lub   sił   nadnaturalnych.   W liście   do 
amerykańskiego biologa Asy Graya Darwin pisał:

Pana pytanie, co przekonałoby mnie o Projekcie, jest łamigłówką. Gdybym zobaczył 

anioła spływającego w dół, by uczyć nas dobra i był przekonany, że widzą go również 

inni   i że   nie   jestem   szalony,   uwierzyłbym   w Projekt.   Gdybym   został   całkowicie 
przekonany,  że życie  i umysł  są w nieznany sposób  funkcją  innej  niewiadomej  siły, 

powinno mnie to przekonać. Gdyby człowiek był zrobiony z mosiądzu i żelaza i w żaden 
sposób nie był związany z żadnym innym organizmem, który kiedykolwiek żył, być może 

zostałbym przekonany. Ale to jest dziecinne.

Podobnie, gdyby Jezus mierzący blisko 300 metrów pojawił się przed mieszkańcami Nowego 

Jorku, jak rzekomo pojawił się ewangeliście Oralowi Robertsowi w Oklahomie, i ta zjawa byłaby 
przekonująco udokumentowana, większość naukowców padłaby na kolana z hosanną na ustach.

Naukowcy   istotnie   polegają   na   materialistycznych   wyjaśnieniach   natury,   ale   ważne   jest 

zrozumienie, że nie jest to filozoficzne zobowiązanie  a priori  . Jest to raczej najlepsza strategia 

badawcza, która rozwinęła się z naszego długotrwałego doświadczenia z naturą.

Były czasy, kiedy Bóg był częścią nauki. Newton uważał, że jego badania fizyki pomagają 

objaśnić niebiański plan Boga. Tak samo sądził Linneusz, szwedzki botanik, który stworzył obecny 
system klasyfikowania gatunków. Przez stulecia badań nauczyliśmy się jednak, że myśl „Bóg to 

zrobił” ani na jotę nie posuwa naprzód naszego zrozumienia natury i dlatego porzuciliśmy ją. Na 
początku   XIX   wieku   francuski   matematyk   Laplace   podarował   Napoleonowi   egzemplarz   swojej 

wielkiej,  pięciotomowej pracy o układzie  słonecznym,  Mechanique  Celeste  . Świadomy  tego, że 

Racjonalista.pl

Strona 9 z 14

background image

książka nie  zawiera żadnej wzmianki  o Bogu,  Napoleon powiedział drwiąco:  „Monsieur  Laplace, 

powiadają mi, że napisał pan tę wielką książkę o układzie wszechświata i nigdy nawet nie wspomniał 
Stwórcy”.   Laplace   odpowiedział   słynnym,   szorstkim   zdaniem:  Je   n’avais   pas   besoin   de   cette  

hypothese-la – „Nie potrzebowałem tej hipotezy”. I od tego czasu naukowcy jej nie potrzebują.

Popełniając   pospolity   błąd   Giberson   myli   strategiczny   materializm   nauki   z absolutnym 

zobowiązaniem do filozofii materializmu. Twierdzi on, że „gdyby twarz Jezusa pojawiła się na górze 
Rushmore   z imieniem   Boga   podpisanym   poniżej,   geolodzy   nadal   musieliby   wyjaśnić   to   dziwne 

zjawisko jako nieprawdopodobny wynik erozji i tektoniki”. Nonsens. Jest bardzo wiele zjawisk, które 
mogłyby  uwiarygodnić  wizję  Boga lub  innych  sił  nadprzyrodzonych:  uzdrowiciele  wiarą mogliby 

przywracać wzrok, rak cofałby się tylko u dobrych ludzi, zmarli wracaliby do życia, znajdowalibyśmy 
sensowne sekwencje DNA, które tylko inteligentny czynnik mógł umieścić w naszym genomie, anioły 

pojawiałyby się na niebie. Fakt, że nic takiego nigdy nie zostało naukowo udokumentowane, daje 
nam dodatkową pewność, że mamy rację trzymając się naturalnych wyjaśnień natury. Tłumaczy to 

także, dlaczego tak wielu naukowców, którzy nauczyli się nie brać pod uwagę Boga jako wyjaśnienie, 
odrzuciło go także jako możliwość.

Prowadzi nas to do drugiej przyczyny, dla której wyjaśnienie Goulda nie jest spójne. Oczywiście 

można   powiedzieć,   tak   jak   on   to   robi,   że   religia   nie   stawia   żadnych   twierdzeń   o naturze,   ale 

w praktyce   nie   jest   to   prawdą.   Z tysięcy   sekt   religijnych   na   tej   planecie   tylko   kilka   nie   ma 
wyznawców lub dogmatów stawiających empiryczne twierdzenia o świecie. A oto kilka z nich. Jezusa 

urodziła  dziewica,   po  ukrzyżowaniu  zmartwychwstał.  Po   śmierci Maryi  jej  fizyczne  ciało  zostało 
przetransportowane do nieba. Prorok Mahomet wzbił się do nieba na grzbiecie białego konia. Po 

śmierci każda istota odradza się w innym wcieleniu. Bóg Brahma wyłonił się z kwiatu lotosu, który 
wyrósł   z pępka   Wisznu,   i na   rozkaz   Wisznu   stworzył   wszechświat.   Bóg   wysłuchuje   modlitw 

i odpowiada na nie. Morskie ssaki pochodzą z odciętych palców Sedny, boga Inuitów. Uzyskasz 
bogactwo i szczęście, jeśli wyślesz pieniądze kapłanom Creflo Dollar.

To   są   dogmaty.   Żeby   zobaczyć,   w co   wierni   rzeczywiście   wierzą,   rozważ,   że   ponad 

sześćdziesiąt   procent   Amerykanów   wierzy   w cuda,   dziewicze   narodziny   Jezusa,   jego   boskość 

i zmartwychwstanie  (Giberson i Miller  są między nimi),  życie duszy po śmierci i istnienie  piekła 
i szatana.   Niezależnie   od   twierdzeń   liberalnych   teologów   większość   z nas   nie   jest   deistami   ani 

unitarianami.   I jeśli   sądzisz,   że   Amerykanie   uważają   Biblię   jedynie   za   metaforyczną   poezję, 
zapraszam do kościoła ewangelickiego w Wasilla na Alasce albo w South Side w Chicago.

Wiele przekonań religijnych daje się sprawdzić naukowo, przynajmniej w zasadzie. Szczególnie 

nadaje się do takich testów uzdrawianie wiarą. I raz za razem nie zdaje testów. Mówi się, że widząc 

przedmioty odrzucone przez pielgrzymów do Lourdes Anatol France zauważył: „Te wszystkie laski, 
podpórki i kule i ani jednego szklanego oka, drewnianej nogi ani peruki!” Jeśli Bóg potrafi wyleczyć 

raka,   dlaczego   jest   bezradny   wobec   brakujących   oczu   i kończyn?   Niedawne   badania   naukowe 
modlitw wstawienniczych – kiedy chory nie wie, czy ktoś się za niego modli, czy nie – nie wykazały 

śladu dowodu, że modlitwa działa. Nie mamy również naukowo potwierdzonych demonstracji cudów, 
mimo   wymogu   Watykanu   dowiedzenia   dwóch   cudów   do   kanonizacji   każdego   świętego.   Święte 

relikwie, takie jak Całun Turyński, okazały się sprytnymi fałszerstwami. Nie ma potwierdzonych 
dowodów na to, że ktokolwiek przemówił zza grobu. A co z pradawnymi „założycielskimi” cudami, 

jak te rzekomo dokonane przez Chrystusa, Buddę i Mahometa? Nie byliśmy tam, kiedy się zdarzyły, 
nie możemy ich przetestować. Ale możemy przynajmniej zastosować do nich te same standardy, jak 

do innych twierdzeń Biblii lub Koranu.

Podobnie   jak   Giberson,   Miller   odrzuca   dosłowną   interpretację   Biblii.   Po   omówieniu   zapisu 

kopalnego stwierdza, że „dosłowne odczytywanie historii Stworzenia po prostu nie jest naukowo 
uzasadnione”,   pisząc   w zakończeniu,   że   „teologia   nie   pretenduje   i nie   może   pretendować   do 

naukowości, ale może wymagać od siebie, by była spójna z nauką i dobrze z nią obznajomiona”. To 
jednak prowadzi do zagadki. Dlaczego odrzucać historię stworzenia i arki Noego, bo wiemy, że 

zwierzęta wyewoluowały, ale akceptować rzeczywistość dziewiczych narodzin i zmartwychwstanie 
Chrystusa,   które   są   równie   sprzeczne   z nauką?   W końcu,   badania   biologiczne   stwierdzają 

niemożliwość   aseksualnego   rozmnażania   się   kobiet   oraz   obudzenia   się   w trzy   dni   po   śmierci. 
Najwyraźniej Miller i Giberson, wraz z wieloma Amerykanami, mają jakieś teologiczne poglądy, które 

nie są „spójne z nauką”.

Jaka   więc   jest   natura   „prawdy   religijnej”,   która   rzekomo   uzupełnia   „prawdę   naukową”? 

Pierwszą   rzeczą,   o którą   powinniśmy   zapytać,   to   czy   i w   jakim   sensie   twierdzenia   religijne   są 
„prawdami”.   Prawda   zakłada   możliwość   sfalsyfikowania,   powinniśmy   więc   mieć   sposób   na 

dowiedzenie się, czy prawdy religijne są błędne. Inaczej jednak niż z prawdami naukowymi każda 
osoba i każda sekta mają swoją prawdę religijną. I wszyscy wiemy o wyraźnych sprzecznościach 

background image

między „prawdami” różnych wiar. Chrześcijaństwo jednoznacznie twierdzi, że Jezus jest Bogiem 

i wielu   dodaje,   że   droga   do   zbawienia   całkowicie   zależy   od   zaakceptowania   tego   twierdzenia, 
podczas gdy Koran stwierdza kategorycznie, że każdy akceptujący boskość Jezusa spędzi wieczność 

w piekle. Oba te twierdzenia nie mogą być „prawdziwe”, przynajmniej w sposób, który nie wymaga 
intelektualnych wygibasów.

Także twierdzenia o naturze Boga różnią się w różnych wyznaniach. Giberson wyjaśnia na 

przykład,   że   „stulecia   chrześcijańskiej   refleksji   nad   naturą   podkreśliły   rozmaite   cechy   Boga: 

sprawiedliwość, miłość, dobroć, świętość, łaskę, suwerenność i tak dalej”. Dla ludzi innego wyznania 
Bóg może być jednak mściwy, jak Jahwe Starego Testamentu. Żydzi nie mogą sobie wyobrazić Boga 

ucieleśnionego, Słowa, które stało się ciałem. Hindusi, jak starożytni Grecy, akceptują wielu bogów 
o różnych osobowościach. Dla deistów bóg jest obojętny, podczas gdy wielu teologów wszystkich 

wiar monoteistycznych twierdzi, że nie możemy wiedzieć niczego o atrybutach Boga. Co więc z tego 
określimy jako „prawdę”? Wszystko zachwalane jako „prawda” musi przedstawiać metodę obalenia 

tego   –   metodę,   która   nie   polega   na   osobistym   objawieniu.   W końcu   tysiące   ludzi   miewa, 
z przerażającymi konsekwencjami, urojone objawienia „prawdy”.

Może to , co rozumiemy przez „prawdy religijne”, jest „prawdami moralnymi”, takimi jak „Nie 

będziesz   cudzołożył”.   Te   reguły   nie   są   przedmiotem   empirycznych   testów,   ale   odnoszą   się   do 

naszego   przemyślanego   poczucia   dobra   i zła.   Na   każdą   niemal   taką   „prawdę”   istnieje   inna, 
wyznawana   z równą   szczerością,   jak   na   przykład:   „Ci,   którzy   cudzołożą,   powinni   być 

ukamienowani”. To dictum pojawia się nie tylko w islamskim prawie religijnym, ale także w Starym 
Testamencie.   (Nawiasem   mówiąc,   wydaje   się   niesłuszne   nazywanie   tych   prawd   religijnymi. 

Poczynając od Platona filozofowie przekonująco argumentowali, że nasza etyka pochodzi nie od 
religii, ale ze świeckiej moralności, która rozwija się u inteligentnych, społecznych stworzeń i zostaje 

po prostu wstawiona do religii dla wygodnego cytowania.)

Ostatecznie więc istnieje fundamentalna różnica między prawdami naukowymi i religijnymi, jak 

by je nie konstruować. Różnica polega na tym, jak odpowiadasz na jedno pytanie:  jeśli nie mam 
racji, jak mogę się tego dowiedzieć?
  Kolega Darwina, Thomas Huxley, zauważył, że „nauka to 

uporządkowany zdrowy rozsądek, gdzie brzydki fakt zabija wiele pięknych teorii”. Jak z każdą teorią 
naukową istnieje potencjalnie wiele brzydkich faktów, które mogłyby zabić darwinizm. Dwa z nich to 

ludzkie   skamieliny   i skamieliny   dinozaura   leżące   obok   siebie   oraz   istnienie   adaptacji   w jednym 
gatunku, które przynoszą korzyści wyłącznie innemu gatunkowi. Ponieważ żadne takie fakty nigdy 

się nie pojawiły, nadal akceptujemy ewolucję jako prawdę. Z drugiej strony, przekonania religijne są 
odporne   na   brzydkie   fakty.   Co   więcej,   utrzymują   się   w obliczu   brzydkich   faktów,   takich   jak 

nieskuteczność modlitw. Nie ma sposobu rozstrzygnięcia między sprzecznymi prawdami religijnymi, 
jak to możemy zrobić w kwestii konkurujących wyjaśnień naukowych. Większość naukowców potrafi 

powiedzieć, jakie obserwacje przekonałyby ich o istnieniu Boga, ale nigdy nie spotkałem człowieka 
religijnego, który powiedziałby mi, co obaliłoby jego wiarę w istnienie Boga. I co mogłoby przekonać 

ludzi, by porzucili wiarę, że bóstwo jest – jak zapewnia Giberson – dobre, kochające i sprawiedliwe? 
Jeśli nie może tego dokonać Holocaust, to nic tego nie dokona.

V. 

Giberson i Miller są myślącymi ludźmi dobrej woli. Czytając ich mam odczucie przekonania 

i uczciwości,   jakich   nie   ma   w pismach   wielu   kreacjonistów,   którzy   dla   swojej   wiary   bezczelnie 

zaprzeczają   najbardziej   oczywistym   faktom   o naturze.   Książki   ich   obu   warte   są   przeczytania: 
Gibersona ze względu na historię debaty stworzenie/ewolucja i Millera ze względu na jego klarowne 

argumenty przeciwko inteligentnemu projektowi. Niemniej ostatecznie nie udaje im się osiągnąć 
wytęsknionej unii między wiarą a ewolucją. Ponoszą porażkę z tej samej przyczyny co zawsze: 

prawdziwa   harmonia   między   nauką   i religią   wymaga   albo   pozbycia   się   religii   większości   ludzi 
i zastąpienia   jej   rozwodnionym   deizmem,   albo   zanieczyszczenia   nauki   niepotrzebnymi, 

nietestowanymi i niedorzecznymi twierdzeniami nadnaturalnymi.

Chociaż Giberson i Miller uważają się za przeciwników kreacjonizmu, konstruując zgodność 

między   nauką   i religią   ostatecznie   łączą   się   ze   swoimi   oponentami.   W rzeczywistości   wykazują 
przynajmniej trzy z czterech cech wyróżniających kreacjonistów: wiarę w Boga, interwencje Boga 

w naturę i specjalną rolę Boga w ewolucji człowieka. Może nawet pokazują czwartą cechę, wiarę 
w nieredukowalną złożoność, twierdząc, że dusza nie mogła wyewoluować, ale została wstawiona 

przez Boga.

Giberson, wyrzekając się Boga trzymającego ręce na pulsie, widzi niemniej świadomy projekt 

na naszej Ziemi.

Racjonalista.pl

Strona 11 z 14

background image

Dlaczego śpiew [ptaków] jest tak przyjemny dla ucha? Dlaczego niemal każda 

scena w nienaruszonej przyrodzie wydaje się tak piękna, od górskich jezior do falujących 
prerii?   Jeśli   ewolucja   naszego   gatunku   była   napędzana   wyłącznie   ze   względu   na 

przetrwanie,  to  skąd  wzięliśmy   to  bogate  odczucie   estetyki   natury?  (…)  Natura ma 
artystyczny charakter, który zawsze wydawał mi się zbędny z czysto naukowego punktu 

widzenia  (…)  Pociąga  mnie  myśl,   że  podpis  Boga nie  znajduje  się   w inżynieryjnych 
cudach świata naturalnego, ale raczej w jego cudownej kreatywności i estetycznej głębi. 

Naukowcy podobno nie powinni mówić o Bogu w ten sposób, bo stawia to pytania, na 
które nie można odpowiedzieć.

Jest to estetyczny projekt zamiast inteligentnego projektu, ale nadal jest to projekt. I ignoruje 

to naukowe wyjaśnienia, takie jak teoria „biofilii” E. O. Wilsona, który sugeruje, że wyewoluowaliśmy 

do uważania miejsc takich jak jeziora i prerie za atrakcyjne, po prostu dlatego, że dostarczały one 
żywności i bezpieczeństwa naszym przodkom.

Poza   tym   ani   Miller,   ani   Giberson   nie   mówią   nam,   jakie   okoliczności   skłoniłyby   ich   do 

porzucenia wiary w osobowego Boga. Giberson wręcz zapewnia, że nie może się mylić:

Jako   człowiek   wierzący   w Boga   jestem   przekonany   z góry,   że   świat   nie   jest 

przypadkowy   i że   w jakiś   tajemniczy   sposób   nasze   istnienie   jest   „oczekiwanym” 

rezultatem.   Tej   wiary   nie   rozwieją   żadne   dane.   Dlatego   też   nie   patrzę   na   historię 
przyrody jako na źródło danych, na podstawie których można ocenić czy świat ma, czy 

nie ma, celu. Moim podejściem jest oczekiwanie, że fakty historii przyrody będą zgodne 
z celem i znaczeniem, jakie spotkałem gdzie indziej. Moje zrozumienie nauki w żaden 

sposób nie odwodzi mnie od tego przekonania.

To jest mowa kreacjonisty, tylko i wyłącznie. Żaden prawdziwy naukowiec nie powiedziałby, że 

jego teorie są odporne na dowody. Tak więc osobiste pogodzenie nauki z religią, jakby nie było dla 
niego budujące duchowo, musi być intelektualnie nieprzekonujące dla nas.

Poza argumentem „estetycznego projektu” Giberson oferuje jeszcze jeden powód swojej wiary 

– możemy nazwać to argumentem dogodności.

Jako kwestia czysto praktyczna, mam ważne powody, by wierzyć w Boga. Moi 

rodzice   są   głęboko   wierzącymi   chrześcijanami   i byliby   zdruzgotani,   gdybym   odrzucił 

wiarę.   Moja   żona   i dzieci   wierzą   w Boga   i razem   regularnie   chodzimy   do   kościoła. 
Większość moich przyjaciół to wierzący. Mam pracę, którą kocham, na chrześcijańskim 

uniwersytecie, który musiałby mnie zwolnić, gdybym odrzucił wiarę leżącą u podstaw 
misji   tego   uniwersytetu.   Porzucenie   wiary   w Boga   byłoby   destrukcyjne   i całkowicie 

wykoleiłoby moje życie.

Ta   wzruszająca   spowiedź   ujawnia   smutną   irracjonalność   całego   przedsięwzięcia   – 

demoralizujący konflikt  między osobistą potrzebą, by wierzyć, a desperacją, by wykazać, że ta 
pierwotna potrzeba jest całkowicie zgodna z nauką.

Wydawałoby się więc, że nie można w spójny sposób być równocześnie człowiekiem religijnym 

i naukowcem. Ta rzekoma synteza wymaga, by jedną częścią mózgu akceptować tylko to, co jest 

sprawdzone   i poparte   przez   uznane   dowody,   logikę   i rozum,   podczas   gdy   inna   część   mózgu 
akceptuje rzeczy nie dające się poprzeć lub wręcz już sfalsyfikowane. Innymi słowy ceną harmonii 

filozoficznej jest dysonans poznawczy. Akceptowanie równocześnie nauki i konwencjonalnej wiary 
pozostawia cię z podwójnymi standardami: racjonalnym w kwestii krzepnięcia krwi, irracjonalnym 

w kwestii Zmartwychwstania; racjonalnym o dinozaurach, irracjonalnym o dziewiczym porodzie. Bez 
uzasadnionych przyczyn Giberson i Miller przebierają w tym, w co wierzą. Kreacjoniści młodej ziemi 

są   przynajmniej   konsekwentni,   bo   przyjmują   nadnaturalną   przyczynowość   na   całej   linii.   Fizyk 
Richard Feynman ze swoją zwykłą swadą scharakteryzował tę różnicę: „Nauka jest sposobem nie 

oszukiwania   samego  siebie.   Pierwszą  zasadą  jest  to,  że  nie   możesz   oszukiwać   siebie,  a jesteś 
najłatwiejszą osobą do oszukania”. Z religią nie ma po prostu sposobu na dowiedzenie się, czy się 

oszukujesz.

Tak więc najważniejszy konflikt – zignorowany przez Gibersona i Millera – nie zachodzi między 

nauką i religią. Istnieje on między religią a świeckim rozumem. Świecki rozum obejmuje naukę, ale 
obejmuje także filozofię moralności i polityki, matematykę, logikę, historię, dziennikarstwo i nauki 

społeczne – każdą dziedzinę, która wymaga, byśmy mieli dobre powody, by sądzić to, co sądzimy. 
Nie twierdzę, że wszelka wiara jest nie do pogodzenia z nauką i świeckim rozumem – tylko te wiary, 

których twierdzenia o naturze wszechświata kategorycznie zaprzeczają obserwacjom naukowym. 
Wydaje   się,   że   panteizm   i pewne   postacie   buddyzmu   zdają   egzamin.   Ale   olbrzymia   większość 

wiernych – te 90 procent Amerykanów, którzy wierzą w osobowego Boga, większość muzułmanów, 
żydów i hindusów oraz wyznawcy setek innych wiar – plasuje się w kategorii „nie do pogodzenia”.

background image

Niestety, niektórzy teolodzy ze słabością do deizmu wydają się myśleć, że mówią w imieniu 

wszystkich  wiernych.  To  oni krytykowali   Dawkinsa  i jego  kolegów  za  to, że ci  nie   borykali   się 
z wszystkimi subtelnymi argumentami teologicznymi na rzecz istnienia Boga, za nie zanurzenie się 

w całej historii teologii. Atakowano szczególnie Dawkinsa za napisanie Boga urojonego jako książki 
„bez szczególnych pretensji intelektualnych”. Jest to jednak nieporozumienie. Dawkins faktycznie 

napisał   książkę   bez   szczególnych   pretensji   intelektualnych,   ponieważ   omawiał   religię   jaką   żyją 
i praktykują prawdziwi ludzie. Powodem, dla którego wielu liberalnych teologów widzi religię i nauką 

jako harmonizujące ze sobą, jest to, że opowiadają się oni za teologią nie tylko obcą, ale wręcz 
nierozpoznawalną jako religia dla większości Amerykanów.

Statystyki wspierają tę niezgodność. Na przykład, wśród 34 badanych krajów widzimy silny 

negatywny związek statystyczny między stopniem wiary i akceptacją ewolucji. Kraje takie jak Dania, 

Francja, Japonia i Wielka Brytania mają wysoki poziom akceptacji darwinizmu i niską wiarę w Boga, 
podczas   gdy   sytuacja   jest   odwrotna   w krajach   takich   jak   Bułgaria,   Łotwa,   Turcja   i Stany 

Zjednoczone. W Ameryce zaś naukowcy jako grupa są znacznie mniej religijni niż nienaukowy. Nie 
chcę przez to powiedzieć, że takie statystyki mogą determinować wynik debaty filozoficznej. Nie ma 

też znaczenia czy te statystyki oznaczają, że akceptacja nauki podważa wiarę religijną, czy też, że 
wierzenie podważa akceptację nauki. (Z pewnością zachodzą oba procesy.) Pokazują jednak, że 

ludziom trudno jest zaakceptować równocześnie jedno i drugie. A biorąc pod uwagę istotę  tych 
dwóch światopoglądów, nie jest to zaskakujące.

Ten brak harmonii jest brudnym, małym sekretem w kręgach naukowych. Leży w naszym 

osobistym   i zawodowym   interesie   oznajmianie   o doskonałej   harmonii   nauki   i religii.   W końcu, 

chcemy   naszych   grantów   fundowanych   przez   rząd   i chcemy,   by   dzieci   w szkołach   stykały   się 
z prawdziwą nauką, nie zaś z kreacjonizmem. Liberalni ludzie religijni są ważnymi sojusznikami 

w walce przeciwko kreacjonizmowi i nie jest miło zrażać ich sobie mówiąc, jak to odczuwamy. To 
dlatego  Krajowa Akademia Nauki twierdzi (jako kwestię taktyczną), że religia i nauka nie stoją 

w konflikcie. Ale ich główny dowód – istnienie religijnych naukowców – jest na wyczerpaniu w miarę, 
jak naukowcy coraz głośniej mówią o swoim braku wiary. Teraz mamy Rok Darwina i możemy 

oczekiwać dalszych książek takich jak te Kennetha Millera i Karla Gibersona. Próby pojednania Boga 
i ewolucji staczają się z intelektualnej taśmy produkcyjnej. Taśma ta nigdy się nie zatrzymuje, bo to 

pojednanie nie działa.

Tekst  przełożony  na  język  polski  i opublikowany   za łaskawym   acz  

podstępem  uzyskanym 

  

(http://whyevolutionistrue.wordpress.com/2009/02/15/a-post-from-a-po   lish-cat/)   zezwoleniem 
autora. Pierwotnie opublikowany był w "The New Republic".

 Przypisy:

[ 1 ]

 Książka została wydana również po polsku pod dziwnie zmienionym tytułem: 

Język Boga. Kod życia – nauka potwierdza wiarę .

 Jerry Coyne
Profesor na wydziale ekologii i ewolucji University of Chicago, 

niedawno wydawnictwo Viking wydało jego książkę pt: Why 
Evolution is Tru.

 

Pokaż inne teksty autora

 (Publikacja: 19-02-2009)

 

Oryginał..

 (http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,6366)

Contents Copyright 

©

 2000-2009 Mariusz Agnosiewicz 

Programming Copyright 

©

 2001-2009 Michał Przech 

Autorem portalu Racjonalista.pl jest Michał Przech, zwany niżej Autorem. 

Racjonalista.pl

Strona 13 z 14

background image

Właścicielami portalu są Mariusz Agnosiewicz oraz Autor. 

Żadna część niniejszych opracowań nie może być wykorzystywana w celach 

komercyjnych, bez uprzedniej pisemnej zgody Właściciela, który zastrzega sobie 

niniejszym wszelkie prawa, przewidziane

w przepisach szczególnych, oraz zgodnie z prawem cywilnym i handlowym, 

w szczególności z tytułu praw autorskich, wynalazczych, znaków towarowych 

do tego portalu i jakiejkolwiek jego części. 

Wszystkie strony tego portalu, wliczając w to strukturę katalogów, skrypty oraz inne 

programy komputerowe, zostały wytworzone i są administrowane przez Autora. 

Stanowią one wyłączną własność Właściciela. Właściciel zastrzega sobie prawo do 

okresowych modyfikacji zawartości tego portalu oraz opisu niniejszych Praw 

Autorskich bez uprzedniego powiadomienia. Jeżeli nie akceptujesz tej polityki możesz 

nie odwiedzać tego portalu i nie korzystać z jego zasobów. 

Informacje zawarte na tym portalu przeznaczone są do użytku prywatnego osób 

odwiedzających te strony. Można je pobierać, drukować i przeglądać jedynie w celach 

informacyjnych, bez czerpania z tego tytułu korzyści finansowych lub pobierania 

wynagrodzenia w dowolnej formie. Modyfikacja zawartości stron oraz skryptów jest 

zabroniona. Niniejszym udziela się zgody na swobodne kopiowanie dokumentów 

portalu Racjonalista.pl tak w formie elektronicznej, jak i drukowanej, w celach innych 

niż handlowe, z zachowaniem tej informacji. 

Plik PDF, który czytasz, może być rozpowszechniany jedynie w formie oryginalnej,

w jakiej występuje na portalu. Plik ten nie może być traktowany jako oficjalna 

lub oryginalna wersja tekstu, jaki zawiera

Treść tego zapisu stosuje się do wersji zarówno polsko jak i angielskojęzycznych 

portalu pod domenami Racjonalista.pl, TheRationalist.eu.org oraz Neutrum.eu.org. 

Wszelkie pytania prosimy kierować do 

redakcja@racjonalista.pl