background image

Wilde Lori 

PIKANTNY DESER 

 

Mój najdroższy Remy!  

Wiem,  jaką  radość  sprawiłaby  Ci  wiadomość,  że  nasza  najmłodsza  córeczka  pracuje 

w  kuchni 

Twojej  restauracji.  Byłbyś  z  niej  dumny.  Melanie  wnosi  do  niej  twórczy  temperament 

pomysłowość,  doskonale  uzupełniając  rozwagę 

i  poczucie  odpowiedzialności  naszego  nowego, 

utalentowanego  szefa  Roberta  LeSoeura.  Melanie  sama  nie  zdaje  sobie  sprawy,  iż  dzięki  temu 

połączeniu hotelowa restauracja odzyskuje tę trudną do uchwycenia iskrę życia, której zabrakło 

po Twoim odejściu. Między Melanie 

Robertem nieustannie wybuchają gorące spory, które, jak 

podejrzewam,  mogą  być  zalążkiem  całkiem  innych,  równie  gorących  namiętności.  Taką 

każdym razie mam nadzieję. Na pewno byś się ze mną zgodził.  

Nasza  sytuacja  finansowa  jest  nadal  bardzo  trudna,  ale  zamiast  popadać 

w  przygnębienie, 

staram  się  cieszyć  tym,  co 

w  naszym  życiu  dobre  i  piękne.  Bardzo  liczymy  na  tegoroczny 

karnawał,  który  może  nareszcie  postawić  hotel  na  nogi,  choć  zdarzające  się  raz  po  raz 

niefortunne  przypadki  sprawiają  wrażenie,  jakby  tajemne  siły  sprzysięgły  się  przeciwko  nam. 

Byłoby mi lżej, gdybym mogła o tym wszystkim porozmawiać z Tobą, bo bardzo mi Cię brakuje, 

więc przynajmniej 

ten sposób wyobrażam sobie, że jesteś przy mnie.  

Twoja zawsze kochająca Anne  

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY  

W  kuchni  istotnie  panował  upał,  lecz  Melanie  Marchand,  wiceszefowa  kuchni  hotelowej 

restauracji Chez Remy, gotowała się w środku z całkiem innego powodu.  

Na tylnym palenisku dusiło się powoli gumbo - gęsta zupa z ketmii z dodatkiem owoców morza. 

W  powietrzu  unosiły  się  zmieszane  zapachy  słodkiej  papryki,  bazylii,  czosnku  i  cebuli.  W 

piekarniku  dopiekały  się  kartofle,  a  w  piecu  zaczynały  się  złocić  francuskie  bagiety.  Był 

początek karnawału, toteż restauracyjna kuchnia pracowała pełną parą.  

Podwieszony  pod  sufitem  wiatrak  ledwo  działał  -  łopatki  obracały  się  leniwie,  a  w  końcu 

znieruchomiały.  Do  spoconej  szyi  Melanie  kleiły  się  niesforne  kosmyki  związanych  w  koński 

background image

ogon włosów. Próbując bezskutecznie opanować irytację, przyłożyła dłoń do wilgotnego czoła.  

Przestudiowawszy przed chwilą wywieszone na tablicy przez głównego szefa Roberta LeSoeura 

menu  dnia,  stwierdziła,  że  oryginalne  danie  jej  pomysłu,  które  dopisała  wczoraj  wieczorem, 

zostało grubym czerwonym mazakiem wykreślone ..  

Ze złości zacisnęła zęby.  

Szef  wykreślił  jej  nową  specjalność  z  karty  bez  słowa  wyjaśnienia!  Czuła  się  upokorzona  i 

niedoceniona.  Te  same  uczucia  towarzyszyły  jej  od  najwcześniejszego  dzieciństwa.  Jej  naj 

starsza  siostra  Charlotte  odznaczała  się  rozsądkiem.  Renee  wyróżniała  się  urodą,  Sylvie  znana 

była z poczucia humoru, natomiast Melanie była po prostu ich małą siostrzyczką.  

Jedyne,  czym  mogła  się  pochwalić,  to  były  jej  kucharskie  talenty.  Wyprostowała  się  i 

zdecydowanym  krokiem  podeszła  do  wielkiej  lodówki,  skąd  z  wielkim  trudem  wydobyła 

ważącego ponad piętnaście kilo indyka.  

Przygotuje wymyślone przez siebie danie, czy to się Robertowi podoba, czy nie. Niech spróbuje 

wyrzucić  ją  z  pracy.  W  końcu  czterogwiazdkowy,  położony  w  zabytkowej  części  Dzielnicy 

Francuskiej Hotel Marchand, w którego kuchni pracują, jest własnością jej rodziny.  

Nie zważając na zdumione spojrzenia pozostałych pracowników kuchni, zataszczyła ogromnego 

ptaka . na kuchenny blat, wypatroszyła go i natarła świeżą oliwą·  

Cały personel obserwował z ciekawością jej poczynania. Wszyscy zauważyli wykreśloną z karty 

dań  potrawę  i  oczekiwali  dalszego  ciągu  jawnego  buntu  Melanie.  Nikt  jednak  nie  śmiał  się 

odezwać. Tylko Jean-Paul Beaudreau, który pracował u Marchandów od wielu lat i znał Melanie 

od dziecka, mruknął coś pod nosem na temat seksownych kobiet o awanturniczym usposobieniu.  

W cale nie była awanturnicą. Domagała się tylko uznania. Jedno z dwojga - albo LeSoeur robi jej 

celowo  na  złość,  albo  jest  ślepy  i  nie  potrafi  docenić  jej  talentów.  Dźwignąwszy  potężnego, 

gotowego do pieczenia indyka, ruszyła z nim w kierunku piekarnika.  

- Jest za duży, nie zmieści się - usłyszała tuż za sobą głos Roberta i jednocześnie poczuła, jak 

jego chłodny oddech pieści jej rozgrzaną szyję.  

Zrobiło  się  jej  jeszcze  goręcej,  lecz  postanowiła  nie  zważać  na  niewczesną  reakcję  własnych 

zmysłów na zbyt bliską obecność chodzącego uosobienia męskiego seksu, i spróbowała umieścić 

indyka w piecu.  

- Nie słyszałaś, co powiedziałem?  

Siłującej  się  z  ogromnym  ptakiem  Melanie  strużki  potu  spływały  za  dekolt.  Nadal  jednak  nie 

background image

zamierzała  się  poddać.  W  swym  zapamiętaniu  przypominała  jedną  ze  złych  sióstr  Kopciuszka, 

usiłującą wcisnąć szklany pantofelek na swą wielką tłustą stopę.  

Nie dam za wygraną, myślała. Musi się zmieścić.  

Nie poddam się .  

- Skoro już się uparłaś, to pozwól przynajmniej, żebym ci pomógł, zanim zrobisz sobie krzywdę - 

poprosił Robert, podchodząc jeszcze bliżej.  

O nie, nie dam się nabrać. Nie chodzi mu o to, żeby mi pomóc, tylko chce pokazać, kto jest górą. 

Dowieść, kto tutaj rządzi. Powinien zostać kapralem w wojsku i wykrzykiwać rozkazy, którym 

wszyscy muszą się podporządkować.  

Melanie zacisnęła zęby. Niedoczekanie, nie będzie jej terroryzował.  

- Odpieprz się - burknęła przez ramię. Tymczasem stojący za jej plecami Robert opasał Melanie 

silnymi ramionami i uchwycił śliskiego ptaka, którego bezskutecznie próbowała wsadzić do pie-

ca. Melanie zabrakło nagle tchu:  

Czując dotyk jego ciała, uświadomiła sobie, jak bardzo  ją ten dotyk podnieca. Złościło ją to. I 

przerażało.  

Podczas  tych  wspólnych  zmagań  z  opornym  ptakiem  przyspieszony  oddech  Roberta  muskał 

szyję Melanie, jego tors opierał się o jej plecy, ramiona obejmowały jej ciało.  

-  Daj  spokój,  nic  z  tego  nie  będzie  -  odezwał  się  Robert  po  paru  minutach  bezskuteoznych 

wysiłków.  

- Nie bądź takim pesymistą! Spróbuj go wkręcić.  

Jednakże ani wkręcanie, ani wciskanie na siłę na nic się nie zdało.  

- Mówiłem, że się nie zmieści.  

- Zarozumialec!  

- Za nic nie przyznasz, że to ja miałem rację, a ty się myliłaś?  

W głosie Roberta brzmiało rozbawienie. Naśmiewa się z niej?  

Pod  białym  kucharskim  kitlem  Robert  nosił  czarny  obcisły  T  -shirt,  czarne  dżinsy  i  czarne 

wysokie  buty.  Chyba  z  krokodylej  skóry.  Albo  ze  skóry  aligatora.  W  każdym  razie  bardzo 

kosztowne.  To  oburzające,  że  może  sobie  pozwolić  na  kupno  lepszych  butów  niż  ona.  Ile 

właściwie matka mu płaci?  

Prawdę  mówiąc,  Melanie  nie  przywiązywała  do  obuwia  większej  wagi;  w  pracy  chodziła  w 

drewniakach, a poza kuchnią nosiła naj chętniej dobrze już wysłużone sportowe buty marki Nike. 

background image

Nie miała ani jednej pary  pantofli na wysokim obcasie.  Wolała wygodne obuwie, pozwalające 

swobodnie się poruszać. Miała zresztą blisko metr siedemdziesiąt wzrostu, więc nie musiała się 

sztucznie podwyższać.  

Ale  swoją  drogą  dziwne,  że  Robert  nosi  takie  drogie  obuwie.  Bo  poza  tym  ubiera  się  bardzo 

skromnie.  Jakby  naumyślnie  starał  się  niczym  nie  odznaczać.  I  tylko  te  kosztowne  buty,  które 

zdają  się  mówić:  "Wbrew  temu,  co  wam  się  wydaje,  we  mnie  również  tkwi  odrobina 

szaleństwa". I właśnie ten ukryty rys jego na pozór chłodnego usposobienia najbardziej Melanie 

intrygował.  

Rzuciła  mu  ukradkowe  spojrzenie  i  zobaczyła  na  jego  twarzy  kpiący  uśmieszek.  Wyglądał 

zabójczo. Z całej jego postawy emanowała arogancka pewność siebie mężczyzny nawykłego do 

rozkazywania.  

Pod Melanie ugięły się kolana.  

Czując  na  sobie  jej  spojrzenie,  Robert  uśmiechnął  się  od  ucha  do  ucha,  a  na  jego  policzkach 

utworzyły się dwa uwodzicielskie dołeczki. Melanie uwielbiała dołeczki.  

Do  diabła  z  dołeczkami!  -  zezłościła  się  w  duchu,  postanawiając  więcej  na  niego  nie  patrzeć. 

Zajęła się znowu wpychaniem opornego ptaka do piekarnika. Na próżno.  

Robert miał rację. Niech będzie przeklęty!  

Może  indyk  jest  rzeczywiście  za  duży,  ale  to  nie  powód,  by  przyznawać  się  do  klęski.  W  naj 

gorszym  razie  odetnie  mu  nogi.  Tak  czy  inaczej,  wsadzi  go  do  pieca.  Wpadła  w  takie 

zacietrzewienie, jakby jej być czy nie być zależało od tego, czy zdoła dopiąć swego.   

Od  czasu  klęski  żywiołowej  spowodowanej  huraganem  Katrina,  Hotel  Marchand  popadł  w 

finansowe  kłopoty,  a  kiedy  wreszcie  wydawało  się,  iż  znowu  stanie  na  nogi,  jego 

nieposzlakowaną  opinię  nadszarpnęło  kilka  dziwnych,  niefortunnych  wydarzeń.  Aby  temu 

zaradzić,  Melanie  postanowiła  stworzyć  cały  szereg  nowych,  odkrywczych  dań,  które 

przyciągnęłyby do restauracji Che z Remy tłumy gości. Może wtedy rodzina wreszcie ją doceni.  

A  jeżeli  to  tylko  złudzenia  i  owoce  jej  pomysłowości  nie  znajdą  uznania  w  oczach  gości 

restauracji? Czy jest skazana na wieczne niepowodzenia? Ostatnimi czasy Melanie coraz częściej 

napadały podobne wątpliwości. Tak było z nią zawsze, gdy zbyt długo zasiedziała się w jednym 

miejscu.  

Ale teraz jest u siebie w domu. Dokąd miałaby wyjeżdżać?  

Więc dlaczego czuje się nie na swoim miejscu? Nie, nie będzie o tym myśleć! Jej plan musi się 

background image

powieść. Byle tylko LeSoeur przestał jej przeszkadzać.  

- Jak długo jeszcze zamierzasz się wygłupiać, zamiast przyznać, że nic z tego nie będzie? -  W 

głosie Roberta brzmiało lekkie znużenie.  

- Zawsze mówisz "nie" - burknęła, ocierając rękę w bok fartucha. - To nas różni, panie LeSoeur, 

ż

e nie potrafisz myśleć pozytywnie.  

- Uważasz, że to największa różnica między tobą i mną?  

- Tak, bo ty jesteś zakutym tradycjonalistą, a mnie pociąga wszystko, co nowe.  

-  Powiedziałbym  raczej,  że  mam  do  czynienia  z  rozkapryszoną  panienką,  która  musi  zawsze 

postawić na swoim, podczas gdy ja ...  

- ... chcesz mi pokazać, kto tu naprawdę rządzi. Nie mam racji?  

-  Och,  Melanie!  -  westchnął.  -  Twoja  matka  i  siostra  wiedziały  chyba,  co  robią,  zatrudniając 

mnie  na  stanowisku  szefa  kuchni.  Przyjmij  do  wiadomości,  że  ja  mam  tutaj  ostatnie  słowo. 

Indyk w czekoladzie nie znajdzie się w menu, i kropka.  

Melanie  zdała  sobie  sprawę,  że  Robert  nie  ustąpi.  To,  plus  jego  niezachwiany  spokój,  podczas 

gdy w niej wszystko się gotowało, dopełniło poczucia upokorzenia.  

Była druga po południu, w kuchni szły pełną parą przygotowania do kolacji, którą podawano od 

piątej. Trójka podkuchennych zwijała się jak w ukropie, obierając, krojąc i siekając produkty, co 

jednak  nie  przeszkadzało  im  obserwować  spod  oka  rozgrywającej  się  na  ich  oczach  zabawnej 

potyczki wicesze-  

fowej z szefem.  

.  

Melanie przeniosła indyka na specjalny blat do kroj enia mięsa, starannie wytarła ręce i podparła 

się  pod  boki.  Odkąd  cztery  miesiące  temu  jej  najstarsza  siostra  Charlotte,  pełniąca  faktycznie 

obowiązki  dyrektorki  hotelu,  zatrudniła  nowego  szefa  kuchni,  między  Melanie  a  Robertem 

toczyła się nieustająca wojna.  

Jeśli Melanie od pierwszej chwili poczuła do niego gwałtowną antypatię, to nie tylko z powodu 

jego władczego zachowania - pod tym względem przy- pominał byłego męża Melanie, Davida - 

ale ponieważ był tak zniewalająco przystojny. Złościła się na samą siebie, nie mogąc pojąć, jak to 

możliwe, że pociąga ją facet, który na każdym kroku jakby naumyślnie następuje jej na odciski.  

Ponadto niemałą rolę odgrywała jej urażona duma.  

Była przekonana, że to ona powinna była zostać szefem kuchni, a tymczasem matka i Charlotte 

zatrudniły całkiem obcego człowieka.  

background image

Ojciec, gdyby żył, na pewno stanąłby po jej stronie. Od śmierci ojca, który zginął w wypadku 

spowodowanym przez pijanego kierowcę, minęły już dwa lata, ale Melanie do dziś nie mogła się 

pozbyć  poczucia  winy.  Było  to  uczucie  irracjonalne,  zresztą  nikt  z  rodziny  nie  obwiniał  jej  o 

ś

mierć ojca, niemniej Melanie miała z tego powodu wyrzuty sumienia. Nie mogła zapomnieć o 

tym, że gdyby nie jej rozwód, po którym zapadła na głęboką depresję, matka nie zdecydowałaby 

się  pojechać  z  nią  na  dwutygodniowe  wakacje  do  Toskanii  w  porze  roku,  kiedy  w  Hotelu 

Marchand panował największy ruch.  

A  gdyby  Anne,  jej  matka,  była  wówczas  w  domu,  ojciec  nie  wyjechałby  na  miasto  w  tamtą 

tragiczną, burzliwą noc. W rezultacie w duszy Melanie zrodziło się podświadome przekonanie, 

ż

e  gdyby  nie  j  ej  nieposłuszeństwo  i  buntownicze  usposobienie,  które  wpędziło  ją  w  nieudane 

małżeństwo, zakończone bardzo nieprzyjemnym rozwodem, ojciec nadal by żył.  

Na  wspomnienie  tamtych  chwil  jej  serce  przeszył  ostry  ból.  Anne  wyjechała  z  Toskanii 

wcześniej  niż  Melanie,  która  została  dłużej,  aby  ukończyć  praktykę  kucharską.  Nigdy  nie 

zapomni tamtego tragicznego dnia.  

Telefon  zadzwonił  w  momencie,  gdy  w  pięknej,  liczącej  dwieście  lat  kuchni  Casa  Francesco 

Melanie  przygotowywała  kurczaka  w  winie.  Sięgnąwszy  po  komórkę  do  kieszeni  fartucha, 

rozpoznała  na  wyświetlaczu  numer  naj  starszej  siostry  ijuż  miała  powitać  Charlotte  wesołym 

dowcipem, gdy ta wymówiła okropne słowa: "Ojciec nie żyje" ...  

Melanie wydała cichy okrzyk rozpaczy, a trzymana w prawej ręce butelka wina wysunęła się z 

jej  palców  i  roztrzaskała  na  chłodnej  kamiennej  podłodze,  opryskując  rubinowym  płynem  jej 

łydki i stopy.  

Melanie była od dziecka ukochaną córeczką tatusia ijuż w dzieciństwie wolałaprzebywać wśród 

pracowników  prowadzonej  przez  Remy'  ego  kuchni  niż  w  reprezentacyjnych  pomieszczeniach 

hotelu,  stanowiących  niepodzielne  królestwo  pochodzącej  z  wyższych  sfer  matki.  Ojciec 

rozpieszczał swoją najmłodszą córkę, która nadal nie mogła się pogodzić zjego śmiercią.  

Każdy  szczegół  kuchni  przypominał  o  jego  nieobecności:  poczerniałe  od  ognia  rondle, 

ulepszenia,  które  wspólnie  instalowali,  stojące  na  półkach,  poplamione  od  ciągłego  używania 

książki kucharskie, komplet wspaniałych noży, które podarowała ojcu na gwiazdkę na rok przed 

jego śmiercią.  

Przenikliwe spojrzenie błękitnych oczu Roberta LeSoeura wyrwało ją z zamyślenia. Nagle cały 

swój ból i żal zapragnęła wyładować na tym bezczelnym intruzie.  

background image

Jak  mama  i  Charlotte  mogły  wynająć  tego  zimnokrwistego  faceta  z  północnego  zachodu  do 

prowadzenia  kuchni  stworzonej  przez  jej  pełnego  pasji  ojca?  Była  to  z  ich  strony  zdrada  o 

gorzkim smaku surowego jabłecznego octu.  

Gdyby  nie  perswazje  dwóch  średnich  sióstr,  Sylvie  i  Renee,  Melanie  dawno  spakowałaby 

manatki i wróci_ła do Bostonu. Poza  tym nie mogła odjechać od  matki, której  nie dawny atak 

serca skłonił ją do porzucenia Bostonu na rzecz Nowego Orleanu. Wpraw· dzie wszystko dobrze 

się  skończyło  i  Anne  twierdziła,  że  czuje  się  dziś  lepiej  niż  przed  zawałem,  lecz  Melanie 

panicznie bała się ją utracić.  

Schowała więc dumę do kieszeni i udawała, że nic się nie stało. Jednakże zachowanie Roberta 

doprowadzało ją do białej gorączki. Ilekroć chciała·wprowadzić jakieś egzotyczne danie, Robert 

zawsze ją obcinał, zawsze znajdował racjonalny powód, aby powiedzieć "nie".  

- Przypominam, że w tej kuchni to ja podejmuję .decyzje - oświadczył. - A moja kuchnia podaje 

indyka a la Cajun, tak jak się go jada w Luizjanie. Koniec rozmowy.  

- Wszystkie nasze dania są albo po kreolsku, albo a la Cajun.  

Robert opuścił wzrok na usta Melanie, omiótł spojrzeniem jej szyję, a następnie rysujące się pod 

fartuchem piersi.  

- Bo jesteśmy w Nowym Orleanie, a nie w Bostonie - odparł.  

-  Ale  czy  wszystko  musi  być  na  jedno  kopyto?  -  sprzeciwiła  się  Melanie.  -  Ciągle  tylko  to 

gurnbo, jarzyny gotowane na parze i majonez. Nosem mi to wszystko wychodzi.  

- Nie trzeba lekceważyć tradycyjnej kuchni. Gościom ona odpowiada.  

- Rozumiem, ale nie należy z tym przesadzać. Co mają jeść amatorzy kulinarnych przygód?  

-  Takich  poszukiwaczy  kulinarnych  przygód  jak  ty  jest  bardzo  niewielu.  -  Czyżby  usłyszała  w 

jego  głosie  ton  podziwu?  Może  jednak  ją  ceni,  tylko  starannie  to  ukrywa?  -  Zresztą  odkąd 

nastałem, wprowadziliśmy do menu kilka dań z grilla.  

- Wielkie mi rzeczy! - żachnęła się. - Raptem jedną rybę i mieszane warzywa. Z tego powodu nie 

opiszą nas w "Gourmandzie"!  

-  Rzecz  nie  w  tym,  żeby  się  dostać  na  łamy  jakiegoś  snobistycznego  pisma  dla  smakoszy,  ale 

ż

eby goście byli zadowoleni. Zresztą pieczony indyk to  

ż

adne odkrycie Ameryki!  

.  

- Owszem, jeżeli natrzeć go masą czekoladową z pieprzem cayenne i podać z dodatkiem koziego 

sera i sosem z kaparów - rzekła z przejęciem. - Nie rób takiej miny, smakuje, że palce lizać.  

background image

- Próbowałaś?  

- Nie, ale mi się. przyśnił. To był bardzo realistyczny sen.  

- Nie będziemy układać menu według twoich sennych przywidzeń. Czekoladowego indyka nikt 

nie zechce zamówić.  

- Jest pyszny, przekonasz się. - Odwróciła się na pięcie, chwyciła w ręce nieszczęsnego indyka i 

ruszyła z nim do piekarnika.  

- Nic z tego. - Robert zastąpił jej drogę.  

W kuchni zrobiło się cicho. Cały personel zamarł bez ruchu, czekając, co będzie dalej.  

Melanie  sama  nie  bardzo  wiedziała,  dlaczego  chce  koniecznie  postawić  na  swoim.  Czy  ze 

względu  na  zbliżającą  się  rocznicę  śmierci  ojca,  czy  ze  złości  na  matkę  i  siostrę,  które  nie 

powierzyły jej prowadzenia kuchni, bo nie miały do niej zaufania. W gruncie rzeczy wcale nie 

chciała zostać szefową, ale byłoby miło, gdyby jej okazały trochę uznania.  

Okrążywszy Roberta, spróbowała wsunąć indyka do pieca.  

- Chcesz sobie zrobić krzywdę? - Robert wyciągnął rękę, by podtrzymać ptaka.  

- Odejdź! - krzyknęła z pasją.  

- Zdaje się, że chodzi ci nie tylko o tego indyka. Chodź, porozmawiamy w moim biurze.  

Tego by tylko brakowało, żeby znaleźli się sami w jego pokoju, pomyślała ze strachem. Nie była 

pewna czy potrafiłaby się oprzeć jego urokowi. Jest doprawdy.żałosna.  

- Nie!  

Robert  usiłował  odebrać  jej  indyka,  ale  ona  broniła  się  z  takim  uporem,  jakby  od  upieczenia 

niekonwencjonalnej potrawy zależało całe jej życie. W trakcie przepychanki przewróciła łokciem 

niedomknięty słoik oliwy, która rozlała się po stole i zaczęła ściekać na podłogę·  

- Zostaw mnie!  

- Nie zostawię, dopóki mi nie powiesz co cię tak naprawdę gryzie.   

Za  nic  w  świecie.  Nie  może  mu  powiedzieć,  że  w  tej  chwili  najbardziej  dokucza  jej  złość  na 

siebie  o  to,  że  Robert  tak  bardzo  jej  się  podoba,  zwłaszcza  kiedy  jest  tuż  obok.  Gwałtownie 

szarpnęła  indyka  w  swoją  stronę,  lecz  Robert  mocno  go  trzymał.  Melanie  pośliznęła  się  na 

wylanej oliwie, straciła równowagę i wylądowała na podłodze na siedzeniu, a indyk wypadł im z 

rąk i pofrunął, aby po sekundzie opaść gdzieś z głośnym plaśnięciem.  

Robert też się zachwiał, zrobił krok, próbując odzyskać równowagę, wdepnął w rozlaną oliwę i 

runął na podłogę. Gdyby w ostatniej chwili nie podparł się obiema rękami, zmiażdżyłby Melanie 

background image

swoim ciężarem.  

W  rezultacie  zawisł  nad  nią  w  pozie  lekkoatlety  wykonującego  pompki.  Melanie  zamarła. 

Patrzyła z przerażeniem w jego błękitne oczy, czuła bliskość jego ciała. Bała się poruszyć. Czuła 

się schwytana w pułapkę, ale o dziwo, wcale nie było jej z tym źle. Spodziewała się wręcz, że 

Robert zaraz ją pocałuje.  

Widziała  tuż  nad  sobą  jego  twarz,  na  której  malowało  się  zmysłowe  podniecenie.  Ich  ciała 

niemal  się  stykały.  Słyszała  jego  przyspieszony  oddech.  Cała  sytuacja  przypominała  nader 

wymyślną, a zarazem niesłychanie zmysłową grę wstępną.  

Patrząc po raz pierwszy na twarz Roberta z tak bliskiej odległości, zauważyła nad jego prawym 

okiem  cienką  bliznę,  biegnącą  przez  skroń  aż  po  linię  włosów.  Jakby  slad  po  cięciu  ostrym 

nożem albo brzytwą. Serce Melanie zadrżało. ona też nosi na ciele niewidoczną bliznę. 

Blizna na skroni Roberta nabrała nagle symbolicznego znaczenia. Jakby coś zapowiadała. Przed 

czymś ostrzegała. Kryła w sobie jakąś ważną tajemnicę.  

On musi mieć za sobą bolesne doświadczenia. Tak jak i ona. W nagłym odruchu ciekawskiego 

dziecka  zapragnęła  dotknąć  jego  skroni,  lecz  natychmiast  cofnęła  rękę.  Lęk  i  żądza  kontaktu 

walczyły w jej sercu o lepsze.  

.  Wargi Roberta drgnęły. Przez ułamek sekundy  Melanie sądziła, że za moment dotkną jej  ust. 

Pomyliła się. Robert zapytał:  

- Nic ci się nie stało?  

-  Zejdź  ze  mnie  -  wycedziła  przez  zęby,  zbulwersowana  własną  reakcją  na  to  niesamowite 

zbliżenie,  i  zamiast  przyciągnąć  Roberta,  tak  jak  tego  pragnęła,  z  całej  siły  odepchnęła  go  od 

siebie.  

Z drugiej strony kuchni dobiegł czyjś zduszony śmiech.  

Robert  podniósł  się  z  podłogi,  ostrym  spojrzeniem  uciszył  żartownisia,  po  czym  wyciągnął  do 

Melanie rękę, chcąc pomóc jej wstać.  

Ona jednak wolałaby umrzeć, niż skorzystać z jego pomocy. Ignorując wyciągniętą rękę, jednym 

ruchem poderwała się na nogi. Nie na darmo dwa razy w tygodniu chodziła na siłownię.  

Oboje jednocześnie poszukah wzrokiem pechowego indyka, który, jak się okazało, z dziwaczną 

celnością wylądował na haku, na którym pracownicy kuchenni wieszali swoje fartuchy.  

Indyk  bezczelnie  zwisał  z  haka  -  widomy  dowód  jej  sromotnej  porażki.  Spojrzała  na  Roberta, 

który  tłumił  śmiech.  Sytuacja  była  w  najwyższym  stopniu  komiczna,  lecz  Melanie  bynajmniej 

background image

nie było do śmiechu.  

-  Miałem  poprosić,  żebyś  wymyśliła  nadzienie  do  indyka,  ale  skoro  został  odwieszony  do 

wyschnięcia ... - W oczach Roberta tańczyły wesołe iskierki.  

- Wiesz, co możesz zrobić ze swoim nadzieniem - burknęła, zdejmując fartuch i rzucając nim w 

Roberta.  

Odwróciwszy  się  na  pięcie,  wymaszerowała  z  kuchni.  Miała  nadzieję,  że  nie  dała  po  sobie 

poznać,  jak  bardzo  jest  zmieszana.  Indyk  najwidoczniej  nie  miał  tu  nic  do  rzeczy.  Prawdziwy 

problem tkwił w niej samej.  

 

ROZDZIAŁ DRUGI  

Nie  powinien  był  się  do  niej  zbliżać.  To  był  wielki  błąd.  Nie  tylko  zachował  się 

nieprofesjonalnie, ale, co gorsza, zdradził, jak bardzo jej pragnie.  

Coś ty sobie myślał?  

Ba, problem w tym, ze przestał myśleć.  

Robert bezradnie ściskał w rękach fartuch, którym Melanie rzuciła w niego, wychodząc z kuchni. 

Fartuch pachniał jedzeniem i nią, czyli dwiema rzeczami, które najbardziej lubił.  

Niezwykła kobieta! Kobieta z temperamentem, a to nie wróży nic dobrego. Lepiej wystrzegać się 

kłopotów.  Melanie  przywodziła  mu  na  myśl  francuskie  trufle  -  bezcenne,  pachnące  piżmem  i 

przenikniętą  aromatem  miłości  pościelą.  Musi  spojrzeć  prawdzie  w  oczy  -  sama  myśl  o  niej 

przyprawia go o zawrót głowy, budzi nieprzepartą ochotę, aby chwycić ją w ramiona, zanieść do 

łóżka i kochać się do białego rana.  

.  Miał  w  oczach  jej  cudowną  skórę  o  złotawym  odcieniu.  Prężne  i  silne,  a  zarazem  delikatnie 

zbudowane ciało. Lśniące włosy barwy hebanu, związane zwykle nad karkiem w ciężki koński 

ogon. Rysujący się pod obcisłymi dżinsami zgrabny tyłeczek.  

Zgrabny to mało powiedziane. Tyłeczek Melanie Marchand nie miał sobie równych.   

Wybij to sobie z głowy! Ona nie jest dla takich jak ty. Zmarszczył brwi i rozejrzał się po kuchni.  

-  Wracać  do  roboty!  -  zawołał  i  ze  sztucznym  zapałem  zaklaskał  w  ręce,  nie  chcąc,  aby 

podwładni  domyślili  się,  jak  bardzo  wstrząsnęło  nim  bliskie  spotkanie  z  seksowną  Melanie 

Marchand.  

Trzej podkuchenni niemal równocześnie chwycili za noże, pochylili głowy i ze zdwojoną energią 

zabrali  się  do  siekania  jarzyn.  Robert  zdjął  z  haka  spostponowanego  ptaka,  zmył  z  podłogi 

background image

rozlaną  oliwę,  uporządkował  poprzewracane  naczynia,  po  czym  udał  się  do  mieszczącego  się 

obok spiżami biura.  

Zastanawiając się, jak powinien się teraz zachować, doszedł do wniosku, że najlepiej będzie ten 

incydent zignorować. Melanie jest odpowiedzialnym fachowcem i na pewno nie porzuci pracy w 

połowie dyżuru. Trzeba jej po prostu dać trochę czasu na ochłonięcie po tym, co się wydarzyło. 

Robert  domyślał  się  od  dawna,  iż  Melanie  ma  do  niego  pretensję  o  to,  że  przejął  władzę  w 

kuchni, w której do niedawna niepodzielnie panował' jej uwielbiany OJCIec.  

Zarazem jednak nie uszło jego uwadze, iż Melanie coś do niego czuje. Czuł rodzące się między 

nimi  zmysłowe  napięcie,  ilekroć  zbytnio  się  do  siebie  zbliżyli.  Melanie  to  buzujący  wulkan, 

który'  w  każdej  chwili  może  wybuchnąć:  Musi  się  mieć  bardziej  na  baczności.  Wiedział  z 

doświadczenia,  jak  niebezpieczne  bywa  uleganie  namiętnościom  i  jak  katastrofalne  przynosi 

skutki.  

A  jednak  nie  był  w  stanie  przestać  o  niej  myśleć.  Podziwiał  nie  tylko  jej  urodę,  ale  także  jej 

samodzielność  i  dumę.  Kiedy  przymknął  na  moment  oczy,  w  jego  rozognionej  wyobraźni 

pojawifsię  niezwykle  żywy  obraz  Melanie  leżącej  w  jego  łóżku.  Szybko  otworzył  oczy, 

przerażony  intensywnością  swego  pożądania.  Wiedział,  że  nie  wolno  mu  stracić  głowy.  Zbyt 

dobrze  zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  czym  grozi  folgowanie  nieopanowanym  apetytom.  Musi 

wziąć się w garść. Nie może narażać na szwank dobrej opinii, której odzyskanie kosztowało go 

tyle trudu.  

Nie wolno mu zawieść Anne i Charlotte Marchand, które ofiarowały mu możliwość zrehabilito-

wania się, otwarcia nowego rozdziału w jego trudnym życiu. Z tą myślą usadowił się w fotelu i 

otworzył  górną  szufladę  solidnego  mahoniowego  biurka.  Tylko  w  ten  sposób  zdoła  opanować 

rozszalałe  nerwy.  Wyjąwszy  z  szuflady  oprawny  w  skórę  pamiętnik,  chwycił  za  pióro,  aby 

przelać na papier namiętne uczucia, jakie budziła w nim Melanie Marchand.  

Jeśli życie czegoś go nauczyło, to tego, że namiętności trzeba trzymać na wodzy. Melanie nie jest 

dla niego, i kropka.  

 

Jak  przekonać  Roberta,  by  pozwolił  jej  objawić  kulinarne  talenty  i  pomysłowość?  Melanie 

przechadzała się nerwowo po hotelowym dziedzińcu. W jej głowie kłębiły się niespokojne myśli. 

Była przekonana, że tylko w ten sposób może pokazać matce i siostrom, co jest warta, i zdobyć 

ich uznanie. Bądź realistką, podpowiadał jej rozsądek. To Robert ma prawo decydowania, i jest 

background image

przekonany, że to on wszystko wie najlepiej.  

Ale  skoro  nie  ma  szansy  go  przekonać,  to  może  spróbować  się  go  pozbyć?  -  podpowiadała 

gorszfl strona jej natury.  

Ale jak? Matka i siostry uwielbiały Roberta. Personel też. Był dobrym, sprawiedliwym szefem - 

tego  nawet  ona  nie  mogła  mu  oclmówić.  Ale  zanadto  trzymał  się  tradycji,  brakowało  mu 

elastyczności  i  wyobraźni.  Był  wprawdzie  świetnym  organizatorem,  ale  bez  szczypty  fantazji, 

bez  umiejętności  podejmowania  ryzyka.  Podjego  rządami  restauracja  Chez  Remy  nigdy  nie 

odzyska  swej  legendarnej  pozycji.  A  mogliby  to  osiągnąć,  gdyby  zjednoczyli  siły.  Wtedy  re-

stauracja mogłaby się wznieść na niebywałe wyżyny.  

A  gdyby  tak  się  stało,  matka  i  siostry  nareszcie  uznałyby  Melanie  za  godną  siebie  partnerkę, 

zasługującą na miano pełnoprawnego członka rodziny.  

Popatrzyła  na  zegarek,  który  dostała  od  ojca  na  osiemnaste  urodziny.  Zegarek  z 

wygrawerowanym  na  odwrocie  napisem:  "Dla  najdroższej,  zbuntowanej  córeczki  od 

kochającego  papy".  Melanie  westchnęła.  Jcj  buntownicza  postawa  miała  sens  we  wczesnej 

młodości,  ale  dziś,  jako  kobieta  blisko  trzydziestoletnia,  wolałaby  zrzucić  z  siebie  piętno 

nieodpowiedzialnej kapryśnicy.  

Co musi zrobić, żeby rodzina zaczęła ją traktować poważnie? Doprowadzić kuchnię restauracji 

Chez Rcmy do kwitnącego stanu. Ale jak ma tego dokonać, mając przeciwko sobie Roberta?  

Melanie odczepiła przypiętą do paska dżinsów komórkę, wzięła dla kurażu głęboki oddech, po 

czym  wybrała  numer  zaprzyjaźnionego  kucharza  z  Seattle,  miasta,  skąd  pochodził  Robert 

LeSoeur.  

Znany  z  upodobania  do  plotek  Coby  Harrington  był  niewyczerpanym  źródłem  informacji  o 

każdym, kto coś na zachodnim wybrzeżu znaczył. W dodatku miał wobec niej dług wdzięczności 

- kiedy pięć lat temu pracowali razem w Bostonie u jej byłego męża Davida, Melanie uratowała 

go  od  poważnych  nieprzyjemności.  Pewnego  razu  Coby  przez  pomyłkę  posypał  fistaszkami 

tajskie  danie  na  talerzu  przeznaczonym  dla  cierpiącego  na  alergię  znanego  polityka. 

Zorientowawszy się, co  zrobił, wybiegła na salę  i, niby to przypadkiem,  wytrąciła  kelnerowi  z 

rąk talerz z fatalną potrawą. Potem wzięła na siebie winę za nieprzyjemny wypadek, nie wspo-

minając  Davidowi,  dlaczego  to  zrobiła.  Gdyby  David  dowiedział  się  o  pomyłce  Coby'ego,  na 

pewno wyrzuciłby go z pracy.  

- Coby? Tu Melanie Marchand.  

background image

- Cześć, Melanie! Kopę lat. Co u ciebie?  

- W porządku. A u ciebie?  

- Same pyszności. Jak się miewa twoja matka?  

- Coraz lepiej. Miło, że pytasz. Słuchaj, Coby, chcę cię prosić o przysługę. - 

 Zamieniam się w słuch.  

- czy mógłbyś popytać  o niejakiego Roberta LeSoeura, który jakiś czas temu był w Stratosferze 

wiceszefem kuchni? 

- To twój nowy obiekt zainteresowania? 

- Nic z tych rzeczy.  

- Wielka szkoda. Najwyższy czas, żebyś zapomniała o tym brutalu Davidzie.  

- Daj spokój, dawno o nim zapomniałam.  

- To dlaczego od czterech lat nie masz nikogo?  

Dlaczego?  Bo  nikt  jej  naprawdę  nie  zainteresował.  A  Robert?  -  odezwał  się  uprzykrzony 

wewnętrzny głos.  

- Kto raz się sparzy, ten na zimne dmucha - powiedziała. - Następnym razem będę ostrożniejsza. 

 - Też racja - zgodził się Coby. - Więc chcesz, żebym poszukał haka na LeSoeura?  

- Ewentualnie. W każdym razie spróbuj się czegoś o nim dowiedzieć.  

- Na każdego coś się znajdzie, trzeba tylko dobrze poszukać - zaśmiał się Coby. - Jeśli coś prze-

skrobał, na pewno się o tym dowiem. Ale powiedz mi najpierw, dlaczego cię interesuje.  

- Pracuje w naszym hotelu, a niewiele wiemy o jego przeszłości.  

- Oj, chyba coś ukrywasz. Nie wiem, czy mogę ci wierzyć.  

- Nie zapominaj, Coby, że jesteś mi winien przysługę·  

- Ale jesteśmy kwita. Przecież nikomu nie zdradziłem twojej tajemnicy.  

To  prawda.  W  dodatku  dla  takiego  zawodowego  plotkarza,  jakim  jest  Coby,  dochowanie 

tajemnicy  musi  być  wielkim  poświęceniem.  Melanie  odruchowo  pomacała    wyczuwalną  przez 

cienki  materiał  bliznę  po  oparzeniu  na  prawym  boku.  Była  to  pamiątka  po  Davidzie,  który  w 

kokainowym  szale  pchnął  ją  na  rozpalony  piec  kuchenny.  Coby  był  jedynym  świadkiem  tego 

koszmarnego incydentu. Melanie następnego dnia spakowała manatki, wyprowadziła się od męża 

i wystąpiła o rozwód, ale do dziś dnia wstydziła się komukolwiek przyznać, co zrobił mężczyzna, 

którego poślubiła bez zastanowienia, wbrew oporowi całej rodziny.  

-r Dlaczego zamilkłaś? - odezwał się Coby.  

background image

- W hotelu dzieją się dziwne rzeczy, które mogą zepsuć mu opinię, i istnieje podejrzenie, że jest 

to sprawka kogoś z personelu. W dodatku wszystko zaczęło się mniej więcej w tym czasie, kiedy 

Robert się tu pojawił.  

- Możesz podać więcej szczegółów?  

- Dobrze, ale niech to zostanie między nami.  

- Obiecuję.  

-  Najpierw  ktoś  unieruchomił  awaryjny  generator  prądu,  i  kiedy  w  dużej  części  miasta  zgasła 

elektryczność,  hotel  pogrążył  się  w  ciemnościach.  Niedługo  potem,  kiedy  w  hotelu  zjawiła  się 

znana aktorka filmowa, reporterzy z brukowców dowiedzieli się od kogoś o jej obecności, a dwa 

dni później zdarzył się bardzo podejrzany wypadek samochodowy.  

Melanie  aż  się  wstrząsnęła-na  wspomnienie  tamtej  nocy.  Jechała  starym  babcinym  autem, 

prowadzo.  nym  przez  pracownika  hotelu  Luca  Cartera,  razem  z  trzyletnią  siostrzenicą  Daisy 

Rose i czteroletnim Adamem, siostrzeńcem mieszkającego w hotelu reżysera Pete' a Traynora, 

kiedy  uderzył  w  nich  z  boku  czarny  sedan  z  zaciemnionymi  szybami.  Winowajca  uciekł  z 

miejsca wypadku. Nikt na szczęście nie doznał poważniejszych obrażeń, lecz zarówno ona, jak 

Luc byli przekonani, że zderzenie nie było przypadkowe.  

Podejrzenie  padło  na  czyhających  pod  hotelem.  dziennikarzy,  którym  jednak  niczego  nie 

udowodniono.  W  owym  czasie  w  hotelu  mieszkał  znany  reżyser  filmowy  Peter  Traynor  ze 

swoim  małym  siostrzeńcem,  swoim  współpracownikiem  Evanem  i  narzeczoną  Evana,  słynną 

australijską aktorką Ellą Emmerson. Anonimowy informator zawiadomił redakcję miejscowego 

brukowca, że podczas swego pobytu w Nowym Orleanie Ella i Evan wzięli potajemnie ślub.  

Wszystko zdarzyło się zaledwie dwa tygodnie temu i rodzina nie zdążyła się jeszcze otrząsnąć po 

przeżytym  szoku.  Melanie,  jako  bodaj  jedyna,  podejrzewała,  że  wypadek  miał  jakiś  związek  z 

wcześniejszymi  przypadkami  wewnętrznego  sabotażu.  Uważała  jednak,  iż  jeśli  nawet  Robert 

maczał w nich palce, to żadną miarą nie mógł uczestniczyć w ataku na samochód, którymjechała 

mała  Daisy  Rose.  Miał  swoje  wady,  ale  uwielbiał  dziewczynkę  i  na  pewno  nie  zrobiłby  jej 

krzywdy.  

Z zamyślenia wyrwał ją głos Coby'ego.  

- Dobrze, zajmę się tym i zadzwonię, jak tylko się czegoś dowiem.  

Melanie podziękowała mu i wyłączyła komórkę· Trochę gryzło ją sumienie z powodu wszczęcia 

potajemnego dochodzenia, ale wytłumaczyła sobie, że postąpiła mądrze i przezornie.  

background image

W  pogodny  sobotni  poranek  Robert  wybrał  się  na  rynek  w  poszukiwaniu  najlepszych  i  naj 

ś

wieższych produktów na potrzeby restauracji.  

Niewiele  spał  ostatniej  nocy.  Dręczył  go  trudny  do  rozwiązania  dylemat,  jak  postępować  z 

Melanie  Marchand, nie  zdradzając  przy tym, jak bardzo jej pragnie. Po  incydencie z indykiem 

Melanie wróciła jakby nigdy nic do kuchni i pracowała spokojnie do końca dyżuru. Robert starał 

się schodzić jej z drogi, lecz zdawał sobie sprawę, że prędzej czy później musi między nimi dojść 

do decydującej rozmowy.  

Chciał  w  jakiś  sposób  zażegnać  narastające  napięcie,  jeśli  ma  zachować  swą  obecną  posadę  i 

pozostać  w  Nowym  Orleanie,  który  szczerze  polubił,  niemal  na  równi  ze  swym  rodzinnym 

miastem  Seattle.  Może  Nowy  Orlean  uwiódł  go  swą  atmosferą  tak  bardzo  obcej  Robertowi 

swobody  i  beztroski?  Niekiedy  jednak  nachodziło  go,  tak  jak  w  tej  chwili,  poczucie 

beznadziejnego smutku, który zmusił go do wyjazdu z Seattle. Choć otoczony zewsząd gwarnym 

wesołym tłumem, Robert poczuł się nagle rozpaczliwie samotny.  

Z głębi pamięci wyłoniło się ponure wspomnienie.  

Ma  dziewięć  lat  i  widzi  matkę  wychodzącą  z  domu.  Matka  niesie  walizkę,  a  towarzyszy  jej 

nieznany  mężczyzna.  Matka  ma twarz zalaną łzami.  Po jej pożegnalnym pocałunku Robertowi 

zostaje na policzku ślad szminki.  

- Nie myśl o tym! - wyrwał się z jego gardła zduszony szept.  

- Co pan mówił?  

_ Nie,  nic. - Siłą woli odepchnął od siebie tamten obraz i zmusił się do normalnej rozmowy  z 

handlarzem ryb. Zamówił dwadzieścia kilo raków i podał adres hotelu.  

_ Przepraszam, czy mam przyjemność z Robertem LeSoeurem?  

Odwróciwszy  się,  ujrzał  przed  sobą  uśmiechniętą  twarz  drobnej  blondynki.  Kobiety  często  go 

zaczepiały  i  próbowały  z  nim  flirtować.  Robert  nie  uważał  się  za  mężczyznę  szczególnie 

przystojnego,  ale  one  widocznie  były  innego  zdania.  Podobał  im  się  nawet  jego  za  duży  nos  i 

lekko  kabłąkowate  nogi,  nie  mówiąc  już  o  dołkach  w  policzkach  i  bliźnie  na  skroni,  która 

wydawała się paniom szczególnie podniecająca.  

Twarz młodej blondynki wydała mu się znajoma.  

- Nie pamięta mnie pan?  

_ Przepraszam, ale nie jestem pewien, skąd się znamy.  

_ Dawno temu jeździliśmy tym samym promem z Whidbey Island do Seattle.  

background image

_ Ach tak. Miała pani wtedy dłuższe włosy.  

_ To prawda. I byłam o wiele chudsza, ale w Nowym Orleanie za dobrze dają jeść. - Roześmiała 

się· _ Nazywam się Jeri Kay Loving. Jestem dziennikarką, piszę dla "Times-Picayune".  

_ Przepraszam, powinienem wiedzieć. Ale rozumiem, że zaczepiła mnie pani nie bez powodu.  

_ No właśnie - przyznała. - Proszę mi powiedzieć po starej znajomości, ile jest prawdy w tych 

dziwnych pogłoskach, jakie krążą ostatnio na temat Hotelu Marchand ...  

 

Melanie wykonywała swój poranny jogging  wzdłuż  Missisipi. Była niewyspana i  wewnętrznie 

rozklekotana.  Przez  pół  nocy  przewracała  się  na  łóżku,  przeklinając  Roberta.  Nie  dość,  że 

rozpanoszył się w kuchni jej ojca, to jeszcze miał czelność wedrzeć się w jej sny.  

Co prawda we Śnie nie miała mu tego za złe. Na wspomnienie jego nocnej· wizyty przeszedł ją 

dreszcz.  Sposób,  w  jaki  na  nią  patrzył  z  tym  swoim  władczym  uśmieszkiem,  który  zdawał  się 

mówić:  

"Dobrze  wiem,  co  się  z  tobą  dzieje  na  sam  mój  widok",  nawet  teraz  przyprawiał  ją  o  zawrót 

głowy.  

Potrząsnęła  energicznie  głową,  aby  wypędzić  z  niej  niewczesne  myśli,  i  przyspieszyła  kroku, 

skręcając w lewo w kierunku miejskiego targowiska, na którym panował wyjątkowo ożywiony 

ruch.  

Obecność Roberta w tłumie kupujących nie powinna była jej zdziwić ani zaskoczyć, gdyby nie 

fakt,  iż  obok  niego  stała  drobna  efektowna  blondyneczka  i  coś  mu  opowiadała,  a  on,  z  nisko 

pochyloną głową, dosłownie spijał każde słowo z jej ponętnych ust.  

Melanie  poczuła  złość.  Czyżby  była  zazdrosna?  O  mężczyznę,  którego  wręcz  nie  lubi?  Kiedy 

jednak blondynka odwróciła się w jej stronę i Melanie zrozumiała, z kim Robert rozmawia, jej 

zazdrość ustąpiła miejsca podejrzeniu.  

Blondynka  należała  do  grupy  wścibskich  dziennikarzy,  którzy  kręcili  się  wokół  hotelu,  odkąd 

dwa  tygodnie  temu  do  redakcji  jednego  z  brukowców  dotarła  wiadomość,  że  przebywa  w  nim 

znana aktorka Ella Emmerson.  

Czyżby Robert był owym nieznanym informatorem? Ale jakiż miałby cel w szkodzeniu hotelowi, 

w którym pracował?  

Melanie wbiegła na targowisko i, kryjąc się między ludźmi, dotarła na tyły stoiska, przy którym 

stali  tamci  dwoje.  Gdyby  Robert  ją  zauważył,  zawsze  może  powiedzieć,  że  wybrała  się  na 

background image

zakupy.  Wzięła  z  najbliższego  stoiska  soczysty  melon  i  przysunęła  go  do  twarzy,  wdychając 

aromatyczny zapach.  

A  może  Robert  nie  udziela  jej  informacji,  tylko  z  nią  romansuje?  -  pomyślała  w  nowym 

przypływie  zazdrości.  Nagle  usłyszała  swoje  nazwisko  i  nastawiła  uszu.  Robert  miał  donośny 

glos, świetnie pasujący do jego męskiej urody. Słyszała wyraźnie, jak mówi:  

_  Sprawa  wycieku  poufnej  wiadomości  do  prasy  została  pomyślnie  załatwiona,  a  obecnie  w 

Hotelu Marchand zajmujemy się wyłącznie karnawałem.  

Mówił,  jakby  oprócz  prowadzenia  kuchni  zajmował  się  reklamowaniem  hotelu,  Może 

zorientował  się,  że  Melanie  jest  w  pobliżu,  i  chce  ją  w  ten  sposób  oszukać?'Blondynka 

powiedziała  coś,  czego  Melanie  nie  dosłyszała,  Ta  zaś,  nadal  zwrócona  do  nich  plecami, 

przysunęła się bliżej do rozmawiającej pary. Ponownie dobiegł ją głos Roberta:  

_ Chce pani wiedzieć, co moim zdaniem dzieje się w Hotelu Marchand?   

Więc  jednak  zawiódł  pokładanie  w  nim  zaufanie,  uznała  Melanie,  zerkając  w  ich  stronę  i 

czekając na dalszy ciąg. Jednakże Robert ujął blondynkę pod ramię i zaczęli się oddalać. Chciała 

pójść za nimi, lecz właściciel stoiska przytrzymał ją za ramię.  

- Płaci pani za tego melona czy mam zawołać policję?  

 

ROZDZIAŁ TRZECI  

- Ja zapłacę.  

Był to dobrze jej zmińy, głęboki głos Roberta. Brzmiała w nim nuta rozbawienia. Niech go szlag!  

Zobaczyła spod półprzymkniętych powiek, jak podaje sprzedawcy pieniądze. Powoli podniosła 

wzrok i spojrzała Robertowi w oczy.  

W  jaskrawym  porannym  słońcu  jego  oczy  wydawały  się  niemal  granatowe.  Normalnie  miały 

barwę  jesiennego  nieba,  choć  niekiedy,  kiedy  miał  na  sobie  jasną  koszulę,  stawały  się 

przezroczyści e błękitne. Przykuwały uwagę, fascynowały swą zmiennością·  

- Wybrałam się na poranny jogging - próbowała się tłumaczyć. Robert na pewno wie, że go pod-

słuchiwała.  

- I po drodze postanowiłaś ukraść melona ze straganu?  

- Przecież nie chciałam go ukraść.  

- Na pewno?  

- Oczywiście.  

background image

Dlaczego jest taki przystojny? - pomyślała ze złością. I dlaczego tak bardzo zależy jej na tym, by 

miał o niej dobrą opinię?  

Robert położył jej rękę na ramieniu i odprowadził  

na bok. Kiedy jej dotknął, serce Melanie zaczęło szybciej bić. Na próżno usiłowała się opanować.  

- Przyznaj się, że podsłuchiwałaś, o czym rozmawiałem z Kay Loving - powiedział, patrząc jej 

surowo w oczy.  

- Z kim? - zapytała, niezbyt przekonująco udając zdziwienie. Nie umiała kłamać.  

- Z Kay Loving. Reporterką "Times-Picayune".  

- Ach, więc to była ona?  

- Nie udawaj. Śledziłaś mnie?  

Zmieszała się. W pierwszej chwili nie bardzo wiedziała, co powiedzieć, lecz po krótkiej chwili 

uświadomiła sobie, że to raczej on powinien się tłumaczyć, a nie ona. N a nic mu się nie zdadzą 

te oskarżycielskie miny. Nie da się zapędzić w kozi róg. Niedoczekanie!  

- Nie pochlebiaj sobie - rzekła pogardliwym tonem.  

- Ale podsłuchiwałaś?  

- Skąd takie podejrzenie? Czyżbyś miał coś do ukrycia? - odpowiedziała pytaniem na pytanie. 

- Dlaczego myślisz, że coś ukrywam?  

- Jesteś bardzo skryty. Mało o sobie mówisz.  

- Nie jestem gadatliwy.  

- Ale w rozmowie z nią byłeś bardzo ożywiony.  

- Co znowu sugerujesz?  

- Czy to ty doniosłeś prasie o pobycie Elli Emmerson? - zapytała, próbując przewiercić go wzro-

kiem.  

- Nie - odrzekł cichym, ale stanowczym głosem, schylając głowę nad jej uchem. - To nie byłem 

ja.  

- Nie wiem, czy mogę ci wierzyć. - Mówiąc to, poczuła jego oddech na szyi, ugięły się pod nią 

kolana, a ciało przeniknął dreszcz.  

- Musisz mi wierzyć.  

- Dlaczego miałabym wierzyć pierwszemu lepszemu obcemu człowiekowi?  

-  Nie  jestem  pierwszym  lepszym  obcym  człowiekiem  -  zaprotestował.  -  Od  czterech  miesięcy 

razem pracuJemy.  

background image

- A ja nadal nic o tobie" nie wiem.  

-  A  co  byś  chciała  o  mnie  wiedzieć?  -  zapytał,  prostując  się  i  spoglądając  na  nią  z  szerokim 

uśmiechem.  

Melanie zastanowiła się.  

- Ile miałeś lat, kiedy przestałeś być prawiczkiem?  

- Hm, to bardzo intymne pytanie. - Zgodnie z jej zamierzeniem, pytanie zbiło go z tropu. - Może 

zaczniemy od czegoś prostszego, na przykład, jaki jest mój ulubiony kolor?  

- Po co zadawać nie istotne pytania? Zresztą wiem, że najbardziej lubisz czarny i niebieski.  

- Skąd to wiesz?  

- Bo te kolory najczęściej nosisz.  

- Czy to znaczy, że twoim ulubionym kolorem jest purpurowy?  

- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.  

- Ale jesteś uparta. Albo powiem, kiedy straciłem cnotę, albo nie ma rozmowy?  

- Jak mam ci ufać, jeżeli nie pozwalasz się poznać?  

- Odpowiem na twoje pytanie, ale musisz zrewanżować się tym samym.  

-  Proszę bardzo. Straciłam dziewictwo na miesiąc przed siedemnastymi urodzinami ze starszym 

o pięć lat trąbkarzem nazwiskiem Johnny Maxx, którego zespół grał do tańca na podyplomowym 

balu  jednej  z  moich  sióstr.  Kochaliśmy  się  na  górnym  pokładzie  pod  starą  podartą  derką. 

Johnnyokazał się nicponiem, bo pochwalił się tym podbojem przed kolegami.  

- Jak mi ten Johnny wpadnie w ręce, zmasakruję mu facjatę.  

-  Jesteś  kochany,  ale  nie  martw  się.  Nie  byłam  taka  bezradna.  I  nic  do  niego  nie  czułam,  po 

prostu miałam ochotę się zabawić.  

Robert odgarnął jej z czoła pasmo włosów, które wymknęło się spod opaski.  

- Musisz udawać twardą babę? - zapytał. - Wierzę, że nie złamał ci serca, ale na pewno zranił 

twoją dumę. Czy jako nastolatka zawsze tak postępowałaś?  

- To znaczy, jak?  

- Robiłaś różne rzeczy, bo były zabronione?  

W dwóch zdaniach na jej temat Robert dwa razy trafił w dziesiątkę, ale Melanie za nic by się do 

tego nie przyznała. Powiedziała więc:  

- Teraz twoja kolej.  

- Ale jesteś uparta. To nie było nic specjalnego.  

background image

- Nie wykręcaj się. Jak się nazywała?  

- Amber Jansen. Jej ojciec miał sieć pralni chemicznych.  

- Kochaliście się w gorących oparach którejś zjego prasowalni?  

- Znacznie bardziej prozaicznie, bo na kanapie w salonie jej rodzinnego domu. Ja też zaledwie 

skończyłem siedemnaście lat. Ale żeby zdobyć twoje zaufanie, przyznam się do czegoś bardzo 

wstydliwego.  

- No, mów!  

- Oddałem, nazwijmy to, przedwczesny strzał.  

Melanie  parsknęła  śmiechem.  Była  uszczęśliwio·  na,  że  Robert  przyznał  jej  się  do  swojej 

młodzieńczej porażki.  

- Amber musiała być zawiedziona.  

- Okropnie.  

- Mam nadzieję, że od tamtej pory nauczyłeś się panować nad sobą - powiedziała i natychmiast 

pożałowała swoich prowokacyjnych słów. - Ale dobrze, po tym, do czego się przyznałeś, jestem 

skłonna ci wierzyć. A teraz powiedz, o czym rozmawiałeś z tą dziennikarką.  

- Powiedziałem jej, że w Hotelu Marchand straszą duchy.  

- Naprawdę?  

- Tak. - Robert był bardzo z siebie zadowolony. - Opowiedziałem jej o niezmiernie uciążliwym 

duchu pewnej kreolskiej królowej, która powiesiła się w jednej z komnat po tym, jak wzgardził 

nią żonaty kochanek.  

- W cale nieźle, chociaż osobiście wolałabym, żeby to był duch żonatego kochanka, który zginął 

w mękach po tym, jak królowa wudu rzuciła na niego czar. Ale i tak należy ci się pochwała za 

bujną wyobraźnię·  

- A widzisz, okazuje się, że nie masz na to monopolu. - Wpatrzył się w nią, lekko przekrzywiając 

głowę. - I nie tylko tobie zdarzają się śmiałe sny.   

Wyraźnie dawał jej do zrozumienia, że 1 Jemu zdarzają się erotyczne sny. W dodatku chyba na 

jej temat. Melanie poczuła się bardzo niewyraźnie.  

- Szkoda, że wymyślając menu, nie robisz użytku ze swojej wyobraźni - oświadczyła zuchwale, 

aby pokryć swoje zażenowanie.  

- Aha, więc tu cię boli - mruknął.  

- A czego się spodziewałeś? Dla mnie gotowanie to coś więcej niż zawód. Dla mnie to sztuka i 

background image

powołanie. Sposób na wyrażanie siebie.  

- Wbrew temu, co ci się wydaje, restauracja Chez Remy nie istnieje wyłącznie po to, żebyś miała 

gdzie realizować swoje artystyczne powołanie.  

Melanie z namysłem przerzuciła melona z ręki do ręki, po czym wsadziła go sobie pod pachę.  

-  Jeśli  przestaniemy  się  kłócić  i  połączymy  twoje  menedżerskie  talenty  z  moją  kulinarną 

inwencją, restauracja ma szansę stać się jedną z najbardziej cenionych w kraju.  

- Zgadzam się.  

Melanie nie wierzyła własnym uszom.  

- Naprawdę?  

- Też jestem zdania, że jeśli przestaniemy się kłócić, praca będzie szła o wiele lepiej, a indyki nie 

będą fruwały po kuchni.  

- Więc pozwolisz mi wypróbować nowe przepisy?  

- Wezmę niektóre z nich pod uwagę.  

- Bardzo by cię bolało, gdybyś po prostu powiedział "tak"? - zapytała z przekąsem.  

Robert potarł palcem podbródek.  

- Posłuchaj, Melanie, jesteś naprawdę znakomitym kucharzem, niemniej uważam za rzecz mało 

prawdopodobną,  aby  wprowadzenie  do  menu  twoich  rewolucyjnych  potraw  automatycznie 

ś

ciągnęło  do  restauracji  tłumy  klientów.  Chcąc  podnieść  kuchnię  na  jeszcze  wyższy  poziom, 

powinniśmy podawać gościom doskonale przyrządzone tradycyjne potrawy.  

_ Tradycyjne potrawy nie przyciągną modnej klienteli i nie przyniosą sensacyjnego sukcesu.  

_  Powodzenie  lokalu  nie  -bierze  się  z  sensacyjnego  sukcesu.  Osiąga  się  je  stopniowo,  dając 

gościom poczucie, że mogą zawsze liczyć na znakomite jedzenie i dobrą, fachową obsługę. A na 

to potrzeba czasu.  

_ Nie rozumiem, dlaczego nie można by tego przyspieszyć.  

- Jesteś zbyt niecierpliwa.  

- A ty zbyt ostrożny.  

_ Pochopne zmiany prowadzą zwykle do katastrofy.  

_ A bez podejmowania ryzyka nie osiągnie się sukcesu.  

_  Nowy  Orlean  dopiero  zaczyna  się  podnosić  po  niedawnej  katastrofie.  Ludzie  łakną 

wszystkiego,  co daje im nadzieję, że miasto pozostanie takim, jakim było kiedyś.  I tę potrzebę 

powinna zaspokajać nasza restauracja.  

background image

_ Co nie znaczy, że nie może pójść w nowym kierunku.  

_ Nie widzę nic złego w utrzymaniu dotychczasowego kierunku.  

- Ty się po prostu boisz - oświadczyła.  

- Czego?  

 

- Tego, co wspólnie moglibyśmy stworzyć ...  

- Nadal mówisz o restauracji? Czy może masz na myśli coś zupełnie innego? - Ich oczy spotkały 

się. Melanie wstrzymała oddech.  

Miała wrażenie, jakby jej zmysły nagle się wyostrzyły. Wszystko stało się wyrazistsze: uczucie, 

ż

e  ma  ziemię  pod  stopami,  barwy  i  zapachy  piętrzących  się  wokół  produktów,  suchość 

spragnionych ust.  

W oczach Roberta malowało się to samo pragnienie. On też jej pragnął, nie Illlliej niż ona jego, 

ale ostrożność nie pozwalała mu dać temu wyrazu.  

- Wiesz, czego się naprawdę obawiam, jeśli chodzi o naszą ewentualną współpracę? - podjął po 

krótkiej chwili. - W cale nie twojej zapalczywości ani twoich zwariowanych przepisów.  

- Więc czego?  

- Tego, że łatwo wpadasz w entuzjazm i chyba równie łatwo się zniechęcasz. Słowem, że brakuje 

ci wytrwałości i stałości.  

- Co ty powiesz?  

- Powiem wprost, boję się podejmować ryzyko z osobą, której lojalności nie mogę być pewien.  

 

Stanowczo przesadził.  Widział po jej oczach, jak bardzo poczuła się zraniona. Niech to diabli! 

Co ma robić, żeby zachować dystans, nie sprawiając jej przykrości?  

- Przepraszam, Melanie, nie to chciałem ... - próbował się tłumaczyć, ale ona już go nie słuchała.  

Zacięła wargi i, odwróciwszy się na pięcie, ruszyła bez słowa przed siebie, szybko  znikając w 

tłumie.   

No właśnie, oto najlepszy dowód, że miał rację· Kiedy sprawy zaczynają iść nie po jej myśli, 

Melanie  nie  staje  do  walki,  tylko  robi  w  tył  zwrot  i  odchodzi.  Jednakże  poczucie,  że  miał 

słuszność, bynajIlllliej nie poprawiło mu samopoczucia.  

Nie  powiedział  jej  całej  prawdy.  Bo  chociaż  faktycznie  obawiał  się,  że  Melanie  może  go  w 

trudnym  momencie  zawieść,  to  j  ednakj  ego  obawy  przed  nawiązaniem  z  nią  ściślejszej 

background image

współpracy  miały  jeszcze  inne,  czysto  osobiste  podłoże.  Wynikały  mianowicie  stąd,  iż  jej 

bliskość  nieuchronnie  budziła  w  nim  pragnienie,  aby  odrzucić  wszelkie  skrupuły  i  dać  upust 

bezrozum- . nej namiętności. I tego obawiał się najbardziej.  

Ruszył  w  kierunku  biura  z  zamiarem  przygotowania  menu  na  zbliżające  się  szczytowe  dni 

karnawału, ale jego myśli uparcie krążyły wokół Melanie. Zdawał sobie sprawę, że jej pozorna 

buta  i  zuchwałość  to  tylko  pozory,  sposób  na  ukrycie  wrażliwego  serca.  Sam  znał  podobne 

sposoby,  a  głównym  z  nich  było  pisanie  dziennika.  Właśnie  otwierał  zeszyt,  aby  przelać  na 

kartki nadmiar uczuć, kiedy zadzwonił telefon.  

Na  ekranie  rozpoznał  numer  telefonu  Stratosfery,  restauracji,  w  której  opracował  przed 

wyjazdem z Seattle.  

- Halo? - odezwał się, podnosząc słuchawkę.  

_ Cześć, Robert, to ja, Joe Harding. - Joe objął po nim stanowisko.  

_ Witaj, Joe, miło cię słyszeć - rzekł z udaną wesołością, chociaż niepokój ścisnął mu żołądek.  

_ Dzwonię, bo chciałem cię uprzedzić, że ktoś wydzwania po ludziach i o ciebie wypytuje.  

- Oco wypytuje?  

- O osobiste sprawy.  

- Kto to taki? Ktoś z policji czy prywatny detektyw?  

- Tego nie wiem, ale mówił, że działa w imieniu zaprzyjaźnionej osoby z Nowego Orleanu.  

Co to ma znaczyć? Czyżby panie Marchand sprawdzały jego przeszłość? Ale dlaczego miałyby 

to robić teraz, cztery miesiące po przyjęciu go do pracy? Poczuł jeszcze silniejsze ściskanie w 

ż

ołądku.  Jak  długo  jeszcze  przeszłość  będzie  go  prześladować?  Przecież  odpokutował  swoje 

błędy.  

- I co mu powiedziałeś?  

- Ja nic, ale paru kelnerów dało się wyciągnąć na spytki. Nie mam pojęcia, co mu naopowiadali.  

- Dziękuję, stary, że dałeś mi znać. Dobry z ciebie przyjaciel.  

- Nie ma za co. Ty na moim miejscu zrobiłbyś to samo.  

Po  odłożeniu  słuchawki  Robert  pogrążył  się  w  niespokojnych  rozmyślaniach.  Kto  w  Nowym 

Orleanie zbiera o nim informacje? I dlaczego?  

 

-  Robert  LeSoeur  nie  jest  pewien  mojej  lojalności!  Też  coś!  No  to  jesteśmy  kwita,  bo  ja 

odwzajemniam mu się tym samym! - mamrotała rozzłoszczona Melanie, wpadając jak burza do 

background image

swego mieszkania i gorączkowo zrzucając strój do joggingu.  

Czarne  kociątko,  które  parę  dni  wcześniej  zabłąkało  się  podjej  drzwi,  uciekło  ze  strachu  pod 

kanapę.  Nakarmiła  je  wtedy  i  przygarnęła,  lecz  teraz  nie  bardzo  wiedziała,  co  z  nim  zrobić. 

Domowe zwierzaki są miłe, ale zanadto krępują człowiekowi ruchy. Niemniej przestrach kociaka 

ją wzruszył.  

- Kici, kici! - zawołała czułym głosem, padając na kolana i zaglądając pod kanapę. - Chodź, nie 

bój się, nie będziemy więcej mówić o Robercie.  

Kiedy kociak dał się w końcu wywabić ze swej kryjówki, Melanie pogłaskała go i posadziła na 

kanapie,  a  sama  poszła  do  łazienki  wziąć  prysznic,  po  czym  puściła  na  'siebie  najgorętsży 

strumień  wody,  jaki  mogła  wytrzymać,  i  stała  pod  nim  długo,  czekając,  aż  uspokoją  się  jej 

rozedrgane  nerwy.  Nie  powinna  się  obrażać,  myślała.  To  prawda,  że  nie  była  wzorem 

wytrwałości i poczucia odpowiedzialności. Tak, ale przecież każdy może się zmienić. Problem w 

tym, jak zmienić poglądy tych, którzy raz na zawsze cię zaszufladkowali.  

Melanie wydała z siebie głębokie westchnienie. Nie oszukuj się, odezwał się wewnętrzny głos. 

Dobrze  wiesz,  co  w  życiu  wyrabiałaś.  Kto  wybrał  się  z  plecakiem  w  podróż  po  Europie,  nie 

informując rodziców o wyjeździe ani o tym, że rzuciłaś studia? I kto dał im znać dopiero, kiedy 

zostałaś we  Francji bez grosza,  kiedy skończyły  się  pieniądze na opłacenie uniwersytetu? Tak, 

ale to było dziewięć lat temu, a potem zwróciła rodzicom wszystko, co do grosza.  

A  kto  uparł  się  poślubić  uwodzicielskiego  Davida  Munciego  po  niecałych  dwóch  tygodniach 

znajomości  tylko  po  to,  by  po  kolejnych  sześciu  tygodniach  przekonać  się,  że  mąż  jest 

awanturnikiem, brutalem, tyranem i narkomanem?   

Melanie  odruchowo  potarła  bliznę  na  lewym  boku.  No  tak,  ale  to  też  było  dawno  temu,  a  od 

tamtej pory nie popełniła żadnego głupstwa.  

Wszędzie poza Nowym Orleanem ludzie cenili jej umiejętności i dobrą pracę, a koledzy darzyli 

ją  sympatią.  W  ostatnim  miejscu,  gdzie  była  zatrudniona,  trzykrotnie  przyznano  jej  tytuł 

pracownika miesiąca. A tuż przed powrotem do domu do chorej matki odwiedził ją w Bostonie 

poszukiwacz  talentów,  oferując  stanowisko  szefa  kuclmi  w  kilku  pięciogwiazdkowych 

restauracjach.  

-Melanie spryskała włosy szamponem i dla dodania sobie otuchy zaczęła energicznie masować 

głowę.  Nie  rozumiała,  dlaczego  właśnie  tutaj,  w  swym  rodzinnym  Nowym  Orleanie,  czuje  się 

taka samotna i nie doceniana? Z ciężkim westchnieniem spłukała włosy, owinęła się ręcznikiem i 

background image

wyszła spod pryszmca.  

W  salonie  czarny  kociak  spał  w  najlepsze  na  kanapie,  mrucząc  słodko.  Dobrze,  pomyślała 

Melanie,  że  choć  jedna  istota  obdarzyła  ją  zaufaniem!  Podrapała  kotka  za  uchem,  a  on 

odpowiedział głośnym mruczeniem. Poczuła się nmiej samotna.  

Kiedy to się zaczęło? Kiedy i dlaczego po raz pierwszy poczuła się obco we własnej rodzinie? 

Czy w momencie, kiedy domyśliła się, że jej rodzice po przyjściu na świat Sylvie nie planowali 

więcej  dzieci,  a  ona  urodziła  się  niejako  z  przypadku?  W  dodatku  mieli  nadzieję,  zwłaszcza 

ojciec, że po trzech córkach los da im syna. Melanie wyrosła wprawdzie na małego zawadiakę, 

nienmiej  dorastanie  wśród  starszych  sióstr  stanowiło  źródło  wielu  frustracji.  We  wszystkim  ją 

wyprzedzały,  w  żaden  sposób  nie  mogła  im  dorÓwnać.  Dobrze  zapamiętała  moment,  kiedy 

odkryła, w jaki sposób może zwrócić na siebie uwagę·  

Jeden  jedyny  raz,  Melanie  miała  wtedy  sześć  lat,  wybrali  się  całą  rodziną  na  wakacje.  Ojciec 

wynajął przyczepę kempingową i pojechali do Wielkiego Kanionu. Melanie i siostry usadzono z 

tyłu, ale Melanie dostała mdłości i trzeba było ją ulokować na przednim siedzeniu.  

Resztę drogi odbyła na uprzywilejowanym miejscu, między tatą i mamą. Siostry siedziały z tyłu, 

a  ona  udawała,  że  jest  jedynaczką.  Ojciec  pozwolił  jej  nawet  kręcić  gałką  radia  i  wybierać 

ulubione  melodie.  Cóż,  kiedy  z  chwilą,  gdy  zatrzymali  się  na  postój,  starsze  siostry  znowu 

wyszły na pierwszy plan, a ona wróciła do roli pętającego się malucha, co tak ją sfrustrowało, że 

dostała  ataku  histerii.  Kiedy  się  wypłakała,  matka  położyła  ją  w  przyczepie,  ale  Melanie 

wymknęła się ukradkiem z samochodu i ukryła za stosem kamieni. Postanowiła zbudować z nich 

kamienną wieżę do samego nieba.  

Budowla okazała się wprawdzie o wiele skromniejsza, dosyć bezkształtna i zaledwie sięgającajej 

do  pasa,  lecz  Melanie  była  ze  swego  dzieła  szalenie  dumna  i  postanowiła  się  nim  pochwalić 

przed rodzicamI.  

Nigdy  nie  zaponmi  przerażenia,  jakie  ją  ogarnęło,  kiedy  wychynąwszy  zza  skał,  ujrzała 

opustoszałe  po  rodzinnym  kempingu  miejsce.  Odjechali  bez  niej.  Z  przeraźliwym  wrzaskiem 

puściła  się  pędem  w  kierunku  drogi,  w  samą  porę,  by  ujrzeć  znikający  za  zakrętem  samochód 

kempingowy.  

Zostawili ją!  

Serduszko Melanie biło jak szalone. Poczuła nową falę mdłości. Odjechali bez niej! Nie jest im 

potrzebna! Przykucnęła na skraju drogi i zalała się łzami. Była taka malutka, taka samotna!  

background image

Czyjaś ręka dotknęła jej ramienia. Dźwignęła się z ziemi na trzęsących się nóżkach i niepewnie 

podniosła  oczy.  Obok  niej  stał  dobrotliwie  uśmiechnięty  strażnik  rezerwatu  w  kapeluszu  z 

szerokim rondem.  

- Dziecko, co tu robisz sama?  

Melanie zrobiło się niedobrze i zwymiotowała wprost na niego.  

Strażnik zaprowadził ją do leśniczówki, gdzie jego przemiła żona umyła dziewczynkę, napoiła ją 

czekoladą i nakarmiła ciasteczkami, a na koniec dała jej kredki i papier do rysowania. Po jakimś 

czasie pojawili się inni dorośli, wszyscy bardzo się o nią troszczyli, wypytywali, jak się nazywa i 

skąd  pochodzi,  a  potem  przyszedł  policjant,  któremu  opowiedziała,  jak  to  jej  rodzice  odjechali 

bez niej,. a ona została sama.  

.  Zamieszanie  trwało  długo,  do  leśniczówki  wpadali  różni  ludzie,  aż  w  pewnym  momencie  w 

drzwiach stanął kolejny policjant, za którego plecami zobaczyła rodziców.  

Matka podbiegła, chwyciła ją na ręce i zaczęła okrywać pocałunkami. Siostry śmiały się i płakały 

na  przemian,  a  ojciec  raz  po  raz  tłumaczył,  jak  do  tego  doszło.  Po  prostu  wszyscy  myśleli,  że 

Melanie zasnęła i jedzie z nimi na posłaniu w głębi przyczepy, dopóki nie zatrzymał ich na szosie 

sprawdzający przejeżdżające samochody policjant stanowy.  

Przez cały następny dzień mama nie odstępowała Melanie na krok, siostry opowiadały jej bajki i 

ś

piewały piosenki, a tata pozwolił jej wybrać restaurację, w której mieli zjeść wieczorny posiłek. 

Melanie była uszczęśliwiona. Czuła się jak .królewna.  

Tamtego pamiętnego dnia dokonała epokowego odkrycia. Dowiedziała się mianowicie, że na to, 

by  zwrócić  na  siebie  uwagę,  wystarczy  napędzić  rodzinie  stracha.  Od  tamtej  pory,  ilekroć 

poczuła  się  zaniedbana  albo  niedoceniona,  popełniała  jakąś  ekstrawagancję,  robiła  coś 

skandalicznego albo oburzającego. Stawała się niegrzeczną dziewczynką. Z czasem weszło jej to 

w krew.  

No tak, ale dziś nie jest już dzieckiem ani nastolatką, tylko dorosłą kobietą, która pragnie nade 

wszystko  naprawić  swoje  dawne,  szaleństwa  i  dowieść  wszystkim,  w  tym  także  Robertowi,  że 

jest poważna i odpowiedzialna.  

 

ROZDZIAŁ CZWARTY  

Po  doprowadzeniu  się  do  porządku  Melanie  spotkała  się  z  siostrami  na  późnym  sobotnim 

ś

niadaniu w restauracji La Grandmere. W oczekiwaniu na kelnera przyglądała się spod oka naj 

background image

starszej siostrze.  

Jaka ona piękna z tymi rudokasztanowymi włosami i zielonymi oczami w kształcie migdałów! 

Charlotte  odziedziczyła  po  matce  urodę  i  sposób  bycia  prawdziwej  damy  z  Południa,  którego 

Melanie  nie  umiała  ani  nie  starała  się  naśladować.  Najstarsza  siostra  była  zawsze  elegancko 

ubrana, starannie uczesana i  nawet latem  chodziła w pończochach.  Melanie czuła się przy niej 

jak Kopciuszek.  

Po jej prawej stronie siedziała Renee. Po kilku latach pracy w hollywoodzkiej branży filmowej 

wróciła  do  Nowego  Orleanu,  by  objąć  w  rodzinnym  hotelu  stanowisko  szefa  reklamy.  Była 

wiotką  i  smukłą  blondynką  o  jasnych,  sięgających  ramion  włosach,  a  w  jej  oczach  paliło  się 

szczęście, odkąd ona i Pete Traynor wyznali sobie miłość.  

- Ja  za ciastka dziękuję  - oświadczyła  Renee  kelnerowi,  który  przyniósł  do stołu koszyk pełen 

smażonych  w  oliwie,  suto  posypanych  cukrem  francuskich  beignets.  -  Ostatnio  zanadto  się 

objadam.  

- A ja wezmę dwa - rzekła Melanie.  

- Ty to masz dobrze - zauważyła Charlotte. - Nie musisz uważać na linię·  

- Bo Melanie jest stale w ruchu - dodała najbliższa jej wiekiem Sylvie. - Spala kalorie, zanim 

zdążą osiąść w jej biodrach.  

-  Kto  jak  kto,  ale  ty  nie  musisz  narzekać  na  linię  -  mruknęła  Melanie,  oblizując  ze  smakiem 

palce. - Każdy chciałby mieć twoją figurę·  

Rudowłosa,  zielonooka  i  białoskóra  Sylvie  wyglądała  jak  uosobienie  owianej  artyzmem 

kobiecości. Była do tego nieprzejednaną weredyczką, co niekiedy zbijało ludzi z tropu. Sylvie też 

wróciła niedawno do Nowego Orleanu i obecnie prowadziła hotelową galerię sztuki. Ona jedna 

miała dziecko, trzyletnią Daisy Rose, ukochaną wnuczkę Anne.  

Melanie  miała  poczucie  swojej  odmienności  od  sióstr,  nawet  fizycznej.  Jako  jedyna  z  sióstr 

odziedziczyła po ojcu ciemne włosy i smagłą karnację·  

Sylvie,  podobnie  jak  Renee,  była  od  niedawna  zakochana.  Jej  ukochany,  niejaki  Jefferson 

Lambert,  wdowiec  z  nastoletnią  córką,  był  bostońskim  prawnikiem.  On  i  Sylvie  często  się 

nawzajem odwiedzali.  

Ostatnimi  czasy  Eros  najwyraźniej  upodobał  sobie  wizyty  w  Hotelu  Marchand.  Tylko  mnie 

omija z daleka, z lekkim smutkiem pomyślała Melanie. Nie żeby chciała ponownie wyjść za mąż 

-  miała  dosyć  pierwszego,  niefortunnego  małżeństwa  -  ale  nie  zaszkodziłoby  wdać  się  w  miły 

background image

romans.  

Charlotte  to  inna  historia.  Ciekawe,  czy  całkiem  zrezygnowała  ze  szczęścia.  Wprawdzie 

niedawno  stuknęła  jej  czterdziestka,  ale  wyglądała  o  wiele  młodziej,  niemniej  zdawała  się  być 

całkowicie  pochłonięta  prowadzeniem  rodzinnego  hotelu.  Ona  też  miała  za  sobą  nieudane 

małżeństwo.  

- Wiem, że nie powinnam, ale bądź tak dobra i podaj mi te francuskie pączki - poprosiła Sylvie, 

mrugając do niej okiem.  

Melanie z uśmiechem spełniła jej życzenie. Sylvie była jedyną siostrą, którą Melanie udawało się 

w dzieciństwie namówić czasem do udziału w jej szaleństwach. Wina spadała potem na straszą o 

sześć lat Sylvie, która jednak nigdy nie miała o to pretensji do młodszej siostry.  

- Powiedzcie, siostry, co zamierzacie zrobić z tymi wszystkimi pamiątkami z dzieciństwa,  któ-

rymi mama postanowiła nas obdarzyć? - zapytała Renee.  

- Ja wsadziłam je do garderoby - odparła Sylvie.  

- A ja oddałam moje do przechowalni - dodała Charlotte. - W domu nie mam miejsca.  

- Jakie pamiątki? - zdziwiła się Melanie. Znowu poczuła się wykluczona i odrzucona, jak wtedy 

na kempingu w Wielkim Kanionie.  

-: Mama zabrała się za gen~ralne porządki - wyjaśniła Charlotte.  

- Mnie nie dała żadnych pamiątek.  

- Pewnie jeszcze się do nich nie dokopała - uspokoiła ją Renee. - Ale nie bój się, jeszcze cię nimi 

obdarzy.  

Albo nie przechowała pamiątek z mojego dzieciństwa, pomyślała z goryczą Melanie. Chcąc się 

tej myśli pozbyć, postanowiła zmienić temat.  

_ Powiedz mi, Charlotte, co to za specjalna narada w zamkniętym gronie? - zwróciła się do naj 

starszej siostry.  

-  Chodzi  o  ślub  Carly  Charboneaux  z  młodym  Longiem.  Wesele  odbędzie  się  w  następną 

sobotę, a ja jestem odpowiedzialna za stronę organizacyjną. Z powodu niedawnych problemów 

zamierzam  zamówić  dodatkową  ochronę.  To  najważniejsze  towarzyskie  wydarzenie  sezonu, 

więc  muszę  mieć  pewność,  że  nie  powtórzą  się  nieprzyjemności,  jakie  towarzyszyły  ślubowi 

Elli  Emmerson.  Bardzo  proszę,  żebyście  dały  mi  znać,  jeżeli  któraś  z  was  zauważy  coś 

niepokojącego.  

Melanie  przypomniała  sobie  rozmowę  Roberta  z  dziennikarką.  Czy  nie  powinna  powiedzieć  o 

background image

tym Charlotte?  

W jej wyobraźni pojawił się żywy obraz Roberta. Trochę aroganckiego, pewnego siebie, a przy 

tym bardzo skrytego mężczyzny.  

_  Najmniejsze  niepowodzenie  w  trakcie  wesela  byłoby  dla  nas  katastrofą  praktycznie  nie  do 

odrobienia  -  stwierdziła  Renee,  budząc  Melanie  z  zamyślenia.  -  Mogłoby  zrujnować  opinię 

hotelu.  

_ Czy mogłabym w czymś pomóc? - zwróciła się do Charlotte. - Bardzo bym chciała na coś się 

przydać.  

_ Mówisz poważnie? - W głosie Charlotte brzmiało niedowierzanie.  

- Najpoważniej.  

-    Skoro  tak,  to  byłabym  wdzięczna,  gdybyś  wystąpiła  zamiast  mnie  na  aukcji  charytatywnej, 

którą nasza babcia urządza w czwartek wieczorem.  

Melanie  jęknęła  w  duchu.  Wszystkiego  by  się  spodziewała,  tylko  nie  tego.  Nie  lubiła  imprez 

urządzanych przez babcię Celeste, ale po tym, co powiedziała, trudno się było wycofać.  

- Hmm, czy to ta, podczas której licytuje się randki z wybraną kobietą?  

- Tak.  

Jeszcze lepiej! Na samą myśl o tym, że stare nadziane pryki będą się przez cały wieczór ślinić na 

jej widok, Melanie zrobiło się niedobrze.  

- Myślę, że będę mogła.  

- Myślisz czy wiesz? Muszę mieć pewność.  

- Dobrze, zgadzam się.  

- Nie wycofasz się w ostatniej chwili?  

- OczyWiście, że nie. Za kogo mnie masz?  

Zauważyła, że siostry wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.  

- Nie miałam nic złego na myśli. Chciałam się tylko upewnić - załagodziła sytuację Charlotte. -

Wiem,  jak  poważnie  traktujesz  pracę  w  restauracji,  natomiast  w  innych  sprawach  nie  zawsze 

można na ciebie liczyć. Pamiętasz, jak obiecałaś pojechać z babcią do lekarza, ale wolałaś pójść 

ze swoim chłopakiem do dyskoteki?  

- To było dziesięć lat temu!  

- Chciałam tylko mieć ...  

- Możesz być spokojna. Nie zawiodę cię - przerwała jej Melanie.   

background image

- Dobrze, już nic więcej nie powiem - odparła Charlotte, ale jednocześnie rzuciła naj młodszej 

siostrze spojrzenie, które zdawało się mówić: "Masz ostatnią szansę pokazać, że można na ciebie 

liczyć".  

 

Po  skończonym  śniadaniu  Melanie  pierwsza  opuściła  restaurację.  Charlotte  odprowadziła  ją 

zafrasowanym  wzrokiem.  Między  nią  a  Melanie  dochodziło  często  do  spięć,  zwłaszcza  kiedy 

Charlotte  próbowałajej  matkować.  Żywiła  wobec  niej  opiekuńcze  uczucia,  a  ostatnio  miała 

wrażenie, że z Melanie dzieje się coś niedobrego. Często, takjak dziś, bywała nieobecna duchem.  

- Jak myślicie, czy tym razem Melanie zostanie z nami?  

- Czy ja  wiem -  rzekła  z namysłem  Sylvie.  -  Siedzi w  Nowym Orleanie od czterech  miesięcy, 

czyli  jest  to  jej  naj  dłuższy  pobyt,  odkąd  wyfrunęła  z  domu.  Ale  z  Melanie  nigdy  nic  nie 

wiadomo.  

- No właśnie, boję się; czy nie szykuje się do kolejnego odlotu. Jest ostatnio dziwnie niespokojna. 

- Ja osobiście niczego takiego nie zauważyłam.  

Oczywiście, nie licząc napiętych stosunków z Robertem - dodała Renee.  

- Coś się między nimi nie układa? -  zaniepokoiła się Charlotte. Tego tylko brakowało, żeby  w 

kuchni zapanował bałagan.  

- Może to tylko kuchenne plotki.  

- Niemniej daj mi znać, gdybyś usłyszała coś konkretnego, żebym mogła w porę interweniować - 

poprosiła Charlotte.   

-  Melanie  to  niespokojny  duch  -  zauważyła  Sylvie.  -  Nie  potrafi  usiedzieć  długo  na  jednym 

miejscu.  

- Miejmy nadzieję, że wreszcie się ustatkuje - westchnęła Charlotte. - Dzięki niej w restauracji 

zapanował  nowy  duch.  Kuchnia  zaczyna  przypominać  to,  co  było  za  życia  taty.  A  poza  tym 

zawsze boję się o Melanie, kiedy jest z dala od rodziny.  

- Może powinnaś z nią porozmawiać? - rzekła Sylvie.  

-  Może,  ale  z  drugiej  strony,  nie  chcę  wywierać  nacisku.  Sama  powinna  zdecydować,  czego 

naprawdę chce.  

-  Miejmy  nadzieję,  że  zdążyła  się  wyszumieć.  Niedługo  stuknie  jej  trzydziestka  -  zauważyła 

Renee.  

Charlotte  nigdy  nie  mogła  się"  wyszumieć".  Lata  jej  dorastania  przypadły  na  okres,  w  którym 

background image

rodzice  byli  niemal  bez  reszty  pochłonięci  doprowadzaniem  hotelu  do  kwitnącego  stanu,  toteż 

opieka nad młodszymi dziećmi w naturalny sposób spadła częściowo  

.  na  barki  naj  starszej  córki.  Charlotte  nigdy  się  z  tego  powodu  nie  skarżyła,  lubiła  nawet 

zajmować  się  siostrami.  Kiedy  jednak  z  czasem  wzięła  na  siebie  trud  kierowania  rodzinnym 

przedsięwzięciem,  w  jej  sercu  zrodził  się  cień  pretensji  o  to,  że  siostry  nie  doceniają  jej 

poświęceń.  

Nie, żeby brakowało jej osobistego życia. Gdyby naprawdę chciała wyjść za mąż, wybrałaby dla 

siebie inną drogę. Ponad wszystko stawiała interes rodziny i Hotelu Marchand, wolałaby jedynie, 

by jej trud był bardziej doceniany.  

-  Nie  martw  się,  Charlotte  -  rzekła  czule  Sylvie,  kładąc  rękę  na  jej  dłoni.  -  Razem  pokonamy 

wszystkie przeciwności. Po tym, co nas spotkałó w ostatnich latach, stałyśmy się sobie jeszcze 

bliższe.  

W  pewnym  stopniu  tak.  Najpierw  śmierć  ojca,  potem  katastrofalna  powódź  spowodowana 

huraganem  Katrina,  i  wreszcie  choroba  matki.  Ta  ostatnia  sprowadziła  Renee  i  Melanie  z 

powrotem  do  Nowego  Orleanu.  Ostatnio  jednak  Charlotte  nie  mogła  oprzeć  się  wrażeniu,  że 

Melanie myśli o wyjeździe. Dałaby wiele, by się dowiedzieć, cą się dzieje w sercu najmłodszej 

siostry.  

-  Nie  martw  się  o  Melanie  -  podjęła  Sylvie.  -  Ona  jest  z  nas  wszystkich  naj  twardsza  i 

najodpomiejsza. Pamiętasz, jak odjechaliśmy bez· niej ż kempingu w Wielkim Kanionie? Kiedy 

policjant zaprowadził nas do niej do leśniczówki, nasza Melanie siedziała jak mała księżniczka 

wśród  swoich  admiratorów,  zajadając  się  słodyczami  i  rysując  obrazki.  Pamiętam,  jak  jej  tego 

zazdrościłam .  

-  Dziwne,  bo  ja  zapamiętałam  to  zupełnie  inaczej  -  sprzeciwiła  się  Charlotte.  -  Odniosłam 

wrażenie, że mimo całego zainteresowania jej osobą w leśniczówce siedziało smutne, zagubione i 

przestraszone dziecko. I czułam się okropnie winna, że jej nie dopilnowałam.  

- Bo ty zawsze bierzesz na siebie odpowiedzialność - krytycznym tonem stwierdziła Renee. - Ile 

miałaś wtedy lat? Najwyżej szesnaście.  

- Ale zachowywałaś się, jakbyś miała trzy razy więcej - dorzuciła Sylvie. - Zgadzam się z Renee. 

Przestań uważać, że na twoich barkach spoczywa los i szczęście całej rodziny. I nie martw się 

zawczasu o Melanie, bo może nie ma o co.  

Charlotte  pokiwała  głową.  W  tym,  co  mówiły  siostry,  było  wiele  racji.  Nie  mogła  się  jednak 

background image

oprzeć  wrażeniu,  że  Melanie  ma  jakieś  kłopoty,  ale  jest  zbyt  dumna  na  to,  by  się  zwierzyć  i 

poprosić o radę.  

 

Po przyjściu do kuchni Melanie zajęła się przyrządzaniem sosu diabolo do czerwonego granika, 

głównego dania sobotniego wieczornego menu. Popatrzyła spod oka na wchodzącego Roberta.  

- Miałam dzisiaj sen - powiedziała.  

- Ja ci się śniłem? - Rzuciłjej promienny uśmIech.  

Tak.  

- Też pomysł! Przyśnił mi się nowy przepis.  

- Jaka szkoda! Miałem nadzieję, że śniłaś o mnie.  

Znowu ten zachwycający uśmiech od ucha do ucha.  

-  Nic  z  tego.  Moje  sny  dotyczą  jedzenia.  -  Nie  da  się  oczarować  -  Pozwolisz  mi  wypróbować 

nowy  przepis,  czy  mam  opowiedzieć  Charlotte  o  twoim  spotkaniu  z  dziennikarką  z  "Times-

Picayune"?  

- To szantaż? - Robert, nadal lekko uśmiechnięty, rzucił jej badawcze spojrzenie.  

- Nie używajmy mocnych słów. Nazwijmy to próbą negocjacji.  

.  

- Nie mam nic do ukrycia.  

- Zupełnie nic? Żadnych wstydliwych tajemnic?  

Nie,  to  nie  było  przywidzenie.  Twarz  Roberta  faktycznie  oblała  się  ciemnym  rumieńcem.  Ten 

facet coś ukrywa.  

- Opowiesz o swoim śnie? - zapytał.  

- To przepis głównie na walentynki, ale także na karnawał.  

- A konkretnie?  

- Ostrygi.  

- Mogłem się domyślić - zauważył z ironią.  

- Wilgotne i śliskie, soczyste ostrygi. Z szampanem i sosem mignon.  

- Brzmi seksownie.  

- W tym cała rzecz - przytaknęła. - Ale muszę nad tym jeszcze popracować.  

- Podasz więcej szczegółów?  

- Ostrygi podane na warstwie podgotowanych, lekko podsmażonych szparagów. - Niemal czuła, 

jak umysł Roberta podąża nakreślonym przez nią szlakiem. - Przykryte z wierzchu pływającymi 

background image

w roztopionym maśle białymi truflami.  

W oczach Roberta zapaliły się iskry erotycznego podniecenia.  

- Masz perwersyjną wyobraźnię - powiedział, zniżając głos do szeptu.  

Dookoła  uwijali  się  kuchenni  i  podkuchenni,  których  obecność  powinna  ich  krępować,  a 

tymczasem, odwrotnie - działała wręcz podniecająco.  

Nie byli w stanie oderwać od siebie oczu. Zaskoczona narastającym napięciem, Melanie zaczęła 

się cofać, aż natrafiła plecami na kant kuchennego blatu.  

- Coś się pali.  

- Gdzie? - mruknęła niezbyt przytomnie.  

Robert ruchem głowy wskazał piec i w tej samej chwili poczuła zapach spalenizny. Jej sos!  

W  swym erotycznym transie zapomniała o  mieszaniu  sosu,  który zaczął się przypalać. Rzuciła 

się,  żeby  zdjąć  go  z  ognia,  ale  w  zdenerwowaniu  trąciła  łokciem  długą  rączkę  rondla,  a  ten 

przewrócił  się  i  spadł  z  hukiem  na  podłogę,  opryskując  wrzącym  sosemjej  nogi.  Akurat  dziś, 

kiedy zamiast spodni ma na sobie spódnicę.  

Wrzasnęła  z  bólu.  Zanim  jednak  zdążyła  cokolwiek  zrobić,  Robert  chwycił  ją  w  ramiona. 

Zrzuciwszy z jej stóp drewniaki, zaniósł Melanie do wielkiego, aluminiowego zlewu, gdzie pod 

strumieniem zimnej wody zmył sos z poparzonej stopy.  

Chłodna  woda  natychmiast  przyniosła  jej  ulgę.  Melanie  spoczęła  bezwładnie  w  ramionach 

Roberta,  który  zdawał  się  nie  odczuwać  ciężaru  jej  ponad  sześćdziesięciu  kilogramów.  Kątem 

oka zobaczyła czyjeś ręce podnoszące zrzucony rondel.  

- Zostawcie, sama po sobie posprzątam.  

- Cicho bądź! - powiedział zdecydowanym tonem.  

Wobec tego umilkła.  

Owinąwszy jej stopy czystymi kuchennymi ręcznikami, skierował się do wyjścia.  

- Mogę iść.  

- Wiem.  

- No to postaw mnie na nogi.  

. - Za chwilę.  

- Uszkodzisz sobie kręgosłup.  

- Zaryzykuję.  

- Ale z ciebie uparciuch!  

background image

- I kto to mówi.   

Kiedy  Robert  wynosił  ją  z  kuchni  na  oczach  całego  personelu,  młody  pomocnik  Raoul 

pracowicie wycierał z podłogi rozlany sos.  

- Strasznie przepraszam - powiedziała skruszonym głosem.  

Chłopak  rzucił  jej  nieśmiały  uśmiech,  po  czym  zawstydzony  spuścił  oczy  i  zaczął  jeszcze 

energiczniej szorować podłogę.  

- O rany! - mruknęła pod nosem. - Ten mały chyba się we mnie podkochuje.  

- To ty nie wiesz, że cały męski personel kuchni czuje do ciebie miętę? - zaśmiał się Robert.  

-  Naprawdę?  -  Była  autentycznie  zdziwiona.  Zarazem  uprzytomniła  sobie,  iż  faktycznie  często 

czuła na sobie spojrzenia zatrudnionych w kuchni mężczyzn.  

- Nie wiedziałaś?  

- Nie. Allison też? - zapytała, głównie po to, aby nie myśleć o fizycznej bliskości trzymającego ją 

w ramionach Roberta. Allison był pierwszym pomocnikiem głównego cukiernika.  

- Allison nie, ale poza nim wszyscy. - Otworzywszy łokciem drzwi biura, Robert wniósł Melanie 

do środka.  

Miała ochotę zapytać: "Łącznie z tobą?", ale bała się, że Robert powie "Tak", a ona nie będzie 

wiedziała, jak zareagować.  

Robert  tymczaselp  posadził  ją  ostrożnie  w  fotelu  za  rozległym  biurkiem  z  tekowego  drzewa, 

które należało do rodziny Marchandów od paru pokoleń. Na biurku panował idealny porządek. 

Papiery  były  poukładane  w  równe  stosy.  Podobny  ład  zauważyła  na  półce  z  książkami 

kucharskimi i fachoWYmi poradnikami. Nawet kosz na śmieci został niedawno opróżniony.  

Poczuła kojarzący się z lasem, typowo męski zapach, który wniknął w tweedowe obicie fotela i 

teraz drażnił jej zmysł powonienia, jakby mówił: "Mogę być twój".  

Melanie nie była osobą obojętną na głos instynktu. Wprawdzie rozsądek nadal podpowiadał jej, 

ż

e Robert nie jest odpowiednim dla niej mężczyzną, to jednak zmysły mówiły· coś wręcz odwrot-

nego.  

Ukląkł przed nią na dywaniku domowej roboty i z czułością podniósł jej lewą stopę.  

- To moja wina, bo odwróciłem twoją uwagę od pracy - powiedział.  

- Daj spokój! - zaprotestowała. - Tylko tego brakowało, żebyś się okazał jednym z nich.  

- Jednym z nich? Kogo masz na myśli?  

-  Urodzonych  męczenników,  który  biorą  na  siebie  wszystkie  winy  i  za  wszystko  czują  się 

background image

odpowiedzialni. Takich jak Charlotle. To nie twoja wina, że nie patrzyłam, co robię.  

- Ale jestem szefem i odpowiadam za wszystko, co się w kuchni dzieje.  

- Nie możesz odpowiadać za wszystko. To się stało przypadkiem.  

- Coś ci powiem - powiedział z tajemniczym uśmiechem, delikatnie głaszcząc jej stopę. - Zda-

niem niektórych nic nie dzieje się przypadkiem.  

- Sugerujesz, że celowo wylałam sobie wrzący sos na nogi, żebyś zaniósł mnie do biura?  

- A nie było tak?  

- Nie wiem jak ty, ale co do mnie, to nigdy nie działam z wyrachowania. Może jeszcze tego nie 

zauważyłeś, ale jestem raczej w gorącej wodzie kąpana.  

W  pierwszym  odruchu  chciała  cofnąć  stopę,  ale  tylko  przygryzła  wargi.  I  to  bynajmniej  nie  z 

bólu, ale ponieważ dotykjego rąk sp~ąwiałjej rtiespodziewaną przyjemność. A gdy Robert zaczął 

ostrożnie  zdejmować  z  oparzonej  nogi  papierowe  ręczniki,  zdała  sobie  sprawę,  jak  bardzo 

bliskość tego mężczyzny działa  

na jej zmysły.  

.  

- Wysuń dolną szufladę - poprosił, wskazując głową prawą część biurka. - Mam tąm podręczną 

apteczkę·  

Przechyliwszy  się  przez  oparcie  fotela,  otworzyła  wskazaną  szufladę  i  wyjęła  z  niej  .pudełko. 

Kiedy podawała je Robertowi, ich palce otarły się o siebie, a ona poczuła coś bardzo zbliżonego 

do  elektrycznego  wyładowania.  Robert  udał,  że  jest  całkowicie  zajęty  wyjmowaniem  z  pudła  i 

otwieraniem słoika z maścią na oparzenia.  

- Na moje oko są to oparzenia najwyżej pierwszego stopnia  - zauważył, rozsmarowując kojącą 

maść i opatrując oparzone miejsca bandażem. - Jak dobrze pójdzie, unikniesz bąbli.  

-  Obyś  miał  rację  -  powiedziała  dziwnie  nieobecnym  głosem.  Każde  dotknięcie  jego  palców 

wprawiało ją w mimowolne drżenie.  

Kiedy  po  skończonym  zabiegu  Robert  podniósł  głowę,  w  jego  oczach  zobaczyła  nieskrywane 

pożądanie.  Zapragnęła  nagle,  aby  ją  pocałował.  Melanie  nie  miała  zwyczaju  hamować  swoich 

odruchów.  W  pełni  świadoma  tego,  co  robi,  pochyliła  się  ku  niemu  z  lekko  otwartymi  ustami, 

mając nadzieję, że Robert nie oprze się oczywistej zachęcie.  

 

ROZDZIAŁ PIĄTY  

Niech to wszyscy diabli! Nie powinien był jej pocałować.  

background image

Cóż, kiedy pokusa była.zbyt silna. Trwająca od czterech miesięcy walka z emocjami wyczerpała 

jego wolę oporu. Czuł się jak owładnięty jednym pragnieniem  jaskiniowiec,  mający  w zasięgu 

ręki  zachwycający  przedmiot  pożądania.  Słowem,  był  bliski  złożenia  broni.  Potem  wróci  do 

swego dziennika i będzie musiał długo pisać, zanim uda się ujarzmić szalejącego w nim dzikusa.  

Za swą słabość obwiniał diabelski sos, który doprowadził do tego, że znalazł się z Melanie sam 

na sam. I ten równie diabelski błysk w jej oczach, z jakim pochyliła nad nim swoje. pełne wargi. 

Przede  

.  wszystkim  jednak  winił  samego  siebie.  Za  zbyt  długą  abstynencję,  która  osłabiła  jego  wolę  i 

wydała na pastwę testosteronu. W przeciwnym razie nie zapomniałby, iż Melanie Marchand jest 

córką pracodawczyni i jeżeli sprawy potoczą się w złą stronę, to on straci pracę, a nie ona.  

Wargi Melanie otworzyły się odrobinkę szerzej, ukazując czubek języka.  Wiedział, iż rzuca na 

jedną  kartę  całą  swoją  karierę,  lecz  było  mu  to  obojętne.  Wyciągnął  ręce  i  zerwał  elastyczną 

opaskę  z  jej  końskiego  ogona,  uwalniając  kaskadę  ciemnych,  jedwabistych  włosów.  Ujrzał 

naprzeciw siebie jej rozszerzone źrenice i przywarł ustami do jej ust.  

Melanie wydała ciche, pełne zadowolenia westchnienie, a jej ciało wyprężyło się. Pachniała roz-

kosznie papryką i selerem.  

Ujął jej twarz w dłonie, zaskoczony delikatnością jej skóry. Jej włosy, te jedwabiste nitki koloru 

hebanu,  owinęły  mu  się  wokół  palców.  Melanie  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję,  przedłużając 

pocałunek.  Robert  czuł,  że  płonie.  Wsunąwszy  palce  w  jej  włosy,  poddał  się  całkowicie 

rozkoszy. Spełniały się oto jego senne marzenia. Całował realną Melanie, a ona namiętnie, bez 

skrępowania odpowiadała najego pocałunki.  

- Melanie! - jęknął. Najchętniej zaniósłby ją na kanapę. Przed szaleństwem broniły go już tylko 

słabnące z każdą chwilą resztki rozsądku. - Melanie! - powtórzył, nie bardzo wiedząc, co chce 

powiedzieć.  Więc rzucił jej tylko gorące, błagalne spojrzenie, które mówiło: "Jeśli natychmiast 

nie przestaniesz, nie będę miał innego wyjścia, jak posiąść cię tutaj, zaraz, i niech szlag trafi cały 

ś

wiat".  

W tej samej chwili zapukano do drzwi. Melanie i Robert odskoczyli od siebie, a zaraz potem w 

uchylonych drzwiach ukazała się głowa Jean-Paula.  

-  Szefie,  kuchnia  ledwo  nadąża  z  podawaniem  potraw.  Czy  Melanie  czuje  się  na  tyle  dobrze, 

ż

eby wrócić do pracy?  

 

background image

Melanie  wyszła  z  kuchni  dobrze  po  północy.  Przez  kilka  ostatnich  godzin  pracowała  jak  w 

transie, myśląc tylko o upajającym pocałunku.  

Nigdy  nie  wątpiła,  że  Robert  umie  całować,  a  jego  pocałunki  muszą  być  władcze  i  namiętne. 

Wszystko to się sprawdziło, natomiast nie przewidziała nieoczekiwanej czułości  w pieszczocie 

jego  warg.  Zastanawiała  się,  do  czego  by  doszło,  gdyby  Jean-Paul  im  nie  przeszkodził.  Jego 

pojawienie się zapewne uchroniło ją od popełnienia kolejnego życiowego błędu.  

Kiedy  wyszła  na  hotelowy  dziedziniec,  trzymając  w  ręku  kluczyki  od  samochodu,  ku  swemu 

zdziwieniu  ujrzała  siedzącą  na  żeliwnej  ogrodowej  ławce  Charlotte.  Dziedziniec  tonął  w 

płynącym z wnętrza hotelu przyćmionym świetle, a w górze, ha granatowym niebie, jarzyły się 

gwiazdy.  Charlotte  była  rannym  ptaszkiem,  za  to  wcześnie  chodziła  spać.  Rzadko  wracała  do 

domu później j ak o dziesiątej. Co j ą tak długo zatrzymało? Melanie ruszyła w jej stronę·  

- Hej, Char!  

- Jak się masz, Melanie?  

- Co tu robisz sama w środku nocy? Dlaczego nie idziesz do domu?  

- Jakoś nie mogę przestać myśleć o naszych sprawach.  

Powiał chłodny wiatr i  Charlotte mocniej otuliła się swetrem. Najej twarzy  malował się wyraz 

troski, który zaniepokoił Melanie.  

- Przyniosę ci z kuchni gorącego mleka - zaproponowała. - To ci pomoże zasnąć.  

- Nie, dziękuję, nic mi nie jest. Zaraz pojadę do domu.  

- Nie najlepiej wyglądasz. Musisz być przemęczona.  

 

-  Bo  trochę  jestem.  Rozmyślałam  o  tym,  że  zaczynamy  wychodzić  na  prostą,  mama  czuje  się 

dobrze, hotel prosperuje, tylko ja nie jestem już tak młoda jak kiedyś.  

 

- Nie przesadzaj, jesteś wciąż młoda. - Melanie usiadła obok siostry. Nieoczekiwane wyznanie 

Charlotte  zaskoczyło  ją  i  wzruszyło.  Najstarsza  siostra  nie  miała  zwyczaju  przyznawać  się  do 

słabości. - Coś cię gnębi?  

 

- Mnie? - smutno zaśmiała się Charlotte. - Zwykle to ja jestem od tego, żeby dowiadywać się, co 

was gnębi.  

- A czego byś się chciała ode mnie dowiedzieć?  

background image

- Wydajesz mi się ostatnio dziwnie przygnębiona. Normalnie jesteś taka pogodna.  

 

- Nie jestem przygnębiona - odruchowo zaprzeczyła Melanie, ale zaraz zdała sobie sprawę, że od 

pewnego czasu rzeczywiście chodzi smętna, nie mogąc sobie poradzić z emocjami, jakie budzi w 

niej Robert LeSoeur.  

 

-  Może  raczej  nieobecna  duchem  -  poprawiła  się  Charlotte.  -  Jakby  cię  dręczył  trudny  do 

rozwiązania problem. Chcesz o tym pogadać?  

 

Melanie  zdjęła  przytrzymującą  jej  włosy  elastyczną  opaskę  i  włożyła  ją  sobie  na  rękę,  niczym 

bransoletkę.  Przez  cały  wieczór  w  hotelowej  kuchni  panowało  istne  szaleństwo.  W  momencie 

największego natężenia pracy Robert starał się jej pomóc, ale swą obecnością tylko rozpraszał jej 

uwagę. Raz po raz rzucała  mu ukradkowe spojrzenia  albo zastygała  z wrażenia,  kiedy  poczuła 

obok siebie jego zdradziecko pociągający, męski zapach.  

 

Chciała powiedzieć: "Dostaję wariactwa na punkcie Roberta LeSoeura. Nie umiem sobie z tym 

poradzić. Jeśli chcesz mi pomóc, wymów mu posadę". Zamiast tego spytała:  

- Dlaczego ty z mamą nie zaproponowałyście mi stanowiska szefa kuchni?  

 

Melanie od czterech miesięcy nosiła się z tym pytaniem, ale była zbyt urażona, aby je otwarcie 

postawić,  a  poza  tym  zbyt  zajęta  udawaniem,  że  ma  to  w  nosie.  Teraz  jednak  nadszedł 

odpowiedni moment na poruszenie bolesnej dla niej sprawy.  

- Zastanawiałyśmy się nad tym.  

- Ale w końcu wynajęłyście obcego człowieka. Dlaczego? Uważacie, że nie dałabym sobie rady?  

- Nie, wcale nie.  

- No to dlaczego?  

 

Charlotte podniosła do ust splecione palce obu dłoni. Melanie dobrze znała ten gest i wiedziała, 

ż

e  siostra  szuka  odpowiednich  słów  dla  wyrażenia  nieprzyjemnej  prawdy.  Jej  pełne  rozmysłu 

opanowanie zirytowało Melanie.  

- Nad czym się zastanawiasz? Wal prosto z mostu.  

background image

- Ja tylko ... - zająknęła się Charlotte.  

-  Wiem, wiem. Musiałaś sobie najpierw starannie ułożyć odpowiedź. Czy  nie możesz choć raz 

okazać trochę spontaniczności?  

- Naprawdę tego chcesz?  

- Tak.  

-  No  dobrze.  Uważałyśmy,  że  znudzi  cię  nadmiar  biurowej  pracy.  Ze  swoim  twórczym 

usposobieniem miałabyś tego dosyć po paru tygodniach.  

- Inaczej mówiąc, nie jestem wystarczająco odpowiedzialna.  

- Tego nie powiedziałam. - Charlotte zamilkła, a po zastanowieniu rzekła: - Sądziłyśmy, że ciężar 

biurowej pracy zniechęci cię do pracy w hotelu i skłoni do szybkiego wyjazdu. Zresztą wcale nie 

było jasne, czy chcesz być szefem kuchni i myślisz na serio o osiedleniu się na stałe w Nowym 

Orleanie. O ile wiem, nadal trzymasz swoje bostońskie mieszkanie.  

Melanie chciała zaprotestować, lecz nie mogła odmówić siostrze racji. Poczucie, że może zawsze 

wrócić do wynajmowanego w Bostonie mieszkania, dawało jej poczucie wewnętrznej swobody. 

Zarazem jednak bolało ją, iż najbliższe osoby uważają, że nie można na niej polegać.  

- Więc zamiast postrzelonej Melanie wolałyście zatrudnić kogoś z zewnątrz?  

- Bądź sprawiedliwa. Sama wiesz, że nigdy nie byłaś wzorem wytrwałości. Ile razy zmieniałaś 

studia, zanim zdecydowałaś się pójść do. szkoły kucharskiej?  

- No dobrze, pięć razy, ale czy to moja wina, że rodzice pchali mnie na uniwersytet, kiedy ja od 

początku marzyłam o gotowaniu? Zresztą na studiach każdy bywa trochę lekkomyślny.  

- Ja nie.  

- Oczywiście, że nie ty. Nasza święta Charlotte nigdy nie zboczyła z właściwej drogi.  

-  Zastanów  się,  kochanie.  -  Charlotte  puściła  mimo  uszu  kąśliwą  uwagę  siostry.  -  Przez  całe 

dorosłe  życie  zmieniasz  posady  i  mężczyzn  jak  rękawiczki.  Za  Davida  wyszłaś,  prawie  go  nie 

znając,  i  równie  szybko  się  rozwiodłaś.  Jesteś  wiecznie  zadłużona.  Nie  masz  ani  centa 

oszczędności. - Przerwał~ na moment dla nabrania tchu, po czym ciągnęła: - Mnie nic do tego. 

Jesteś dorosła i masz prawo robić, co ci się podoba, ale ja wszystkie swoje siły poświęciłam temu 

hotelowi  i  kiedy  kogoś  zatrudniam,  muszę  mieć  pewność,  że  mnie  nie  zawiedzie.  Chciałaś 

usłyszeć prawdę, więc jestem szczera. Nie zaproponowałyśmy ci posady szefa, bo wiedziałyśmy, 

ż

e nie można na ciebie liczyć.  

No  i  doczekała  się!  Żywić  podejrzenia  to  jednak  nie  to  samo,  co  usłyszeć  gorzką  prawdę 

background image

powiedzianą  wprost,  do  tego  przez  najbliższą  osobę!  Melanie  była  zdruzgotana.  Miała  ochotę 

Wybuchnąć płaczem. Zdołała się jednak opanować.  

-  Musiałaś  się  fajnie  poczuć,  no  nie?  Chyba  pierwszy  raz  w  życiu  powiedziałaś,  co  ci  leży  na 

sercu bez obwijania w bawełnę - wypaliła, uciekając się do starej zasady, zgodnie z którą atak 

jest najlepszą formą obrony.  

- Nie pouczaj mnie, moja droga, bo połowa twoich kłopotów bierze się właśnie stąd, że najpierw 

mówisz, a dopiero potem myślisz - obruszyła się Charlotte.  

- A ty przez to swoje ciągłe zastanawianie się nad wszystkim prowadzisz życie,  którego nigdy 

sama byś' nie wybrała.  

- To nieprawda, lubię swoje życie.  

- Szczerze? - Melanie wydęła wargi. - A może tak ci zależy na tym, żeby broń Boże nie popełnić 

czegoś niewłaściwego i nikogo nie zawieść, że nie przyjdzie ci nawet do głowy zastanowić się, 

czego sama byś w życiu chciała.  

Charlotte  milczała,  ale  widać  było,  że  z  trudem  panuje  nad  gniewem.  Melanie  natychmiast 

pożałowała swoich słów. Charlotte miała najlepsze intencje, nie chciała jej dotknąć. Po prostu 

tak już jest, że każda z nich ma inne podejście do życia.  

- Przepraszam! - zawołała. - Chciałam cię rozbawić, a tymczasem sprawiłam ci przykrość.  

- Ja też przepraszam - odparła Charlotte, wyciągając do siostry ramiona. - Chodź, uściskaj mnie.  

Objęły się.  

 - Postaram się poprawić.  

- Wystarczy, kochanie, jeśli będziesz po prostu sobą·  

-  Staram  się,  ale  od  pewnego  czasu  nie'czuję  się  najlepiej  w  swojej  dawnej  skórze  -  z 

westchnieniem wyznała Melanie.  

-  To  pewnie  sprawa  tych  trzech  dziesiątek.  Zbliża  się  trzydziestka,  a  to  zwykle  podsuwa 

krytyczne myśli na własny temat.  

- I kto to mówi! - Melanie się zaśmiała.  

- Pamiętaj w każdym razie, że gdybyś miała ochotę pogadać od serca, zawsze możesz na rńnie 

liczyć.  

- Dziękuję.  

- Cieszę się, że wyjaśniłyśmy sobie tamtą sprawę - rzekła Charlotte.  

- Ja też. - Uśmiechnęły się do siebie, całkowicie pogodzone. - Mam jeszcze jedno pytanie.  

background image

- Tak?  

-  Czy  gdyby  Robert  z  jakiegoś  powodu  zdecydował  się  odejść,  wzięłybyście  pod  uwagę  moją 

kandydaturę?   

-  Czemu  nie.  Ale  nic  nie  wskazuje  na  to,  żeby  Robert  zamierzał  nas  opuścić.  Słyszałam,  jak 

mówił Lucowi, że myśli o kupnie domu w Nowym Orleanie. - Narawdę? - Melanie zmarkotniała.  

Prawdę  mówiąc,  nie  bardzo  wiedziała,  czego  chce.  Z  jednej  strony  byłoby  przyjemnie  zostać 

szefową  kuchni,  ale  Charlotte  miała  rację,  mówiąc,  iżprowadzenie  restauracji  wymaga 

szczególnych umiejętności, które Robert niewątpliwie posiada. Co w takim razie ona ma ze sobą 

zrobić?  

 

Nazajutrz czekała Melanie wielka niespodzianka. Natychmiast po wejściu do kuchni zauważyła, 

ż

e  jej  indyk  w  czekoladzie  figuruje  na  kuchennej  tablicy  jako  danie  dnia.  Więc  jednak 

zwyciężyła. Robert złożył broń.  

- Powinnam była wcześniej poparzyć sobie nogi - mruknęła pod nosem.  

- Co mówisz? - zapytał Jean-Paul.  

- Skąd na tablicy ten czekoladowy indyk?  

- Myślałem, że podpisaliście zawieszenie broni - roześmiał się mężczyzna.  

-  Niezupełnie.  -  Nie  chciała  sprawiać  wrażenia,  że  jej  stosunki  z  Robertem  uległy  poprawie. 

Nadal uważała szefa kuchni za swego rywala.  

-  Nie  wiem,  do  czego  doszło  między  wami  wczoraj  w  biurze  szefa,  ale  wygląda  na  to,  że 

odniosłaś zwycięstwo.  

- Do niczego nie doszło.  

- W każdym razie postawiłaś na swoim, a LeSoeur łatwo się nie poddaje.  

Hm, to prawda. Rzecz warta zastanowienia.  

W  trakcie  wkładania  fartucha  usłyszała  miarowe  poskrzypywanie  krokodylowych  butów 

Roberta. Rozpoznałaby jego kroki w naj gęstszym tłumie. Był to zdecydowany chód człowieka, 

który nigdy się nie myli i nigdy nie ustępuje.  

A jednak w sprawie indyka poszedł na ustępstwo.  

Zgodził się dać jej szansę, kładąc na szali swą opinię. Jej były mąż David nigdy by się na to nie 

zdobył.  Za  żadne  skarby  nie  cofnąłby  raz  podjętej  decyzji,  choćby  mu  pokazano  czarno  na 

białym, że nie ma racji. No, chyba że miałby coś do zyskania.  

background image

Czy  Robert  jest  bezinteresowny?  Może  ma  nadzieję  coś  w  zamian  zyskać?  Czy  kierują  nim 

ukryte motywy? Obejrzała się i lekko podskoczyła, widząc, że Robert stoi tuż za nią. Patrzyli na 

siebie przez długą chwilę.  

-  Jak  mam  to  rozumieć?  -  zapytała,  wskazując  napis  na  tablicy.  -  Wprowadzasz  do  menu 

czekoladowego indyka?  

- Tylko na próbę - odparł. - Zrezygnuję z niego, jeśli nie będzie się sprzedawał.  

- Ale dlaczego zgodziłeś się spróbować?  

- Zrobiłem rachunek sumienia i doszedłem do wniosku, że powinienem dać ci szansę. O ostatecz-

nym losie nowego dania niech zadecydują goście.  

To ci dopiero! A co będzie, jeśli jej wymyślna potrawa poniesie druzgocącą klęskę? I dlaczego 

Robert postanowił być dla niej miły?  

-  Ale  co  cię  skłoniło  do  zmiany  zdania?  -  Robert  tylko  wzruszył  ramionami:  -  Chyba  się 

domyślam - dodała szeptem. - Chodzi o wczoraj.  

- Tak sądzisz? - zapytał również szeptem, lustrując ją wzrokiem.  

- Czujesz się winny, bo wykorzystałeś moment mojej słabości.  

- Owszem, czuję się winny - przyznał. - Ale nie to mnie skłoniło do zmiany zdania.  

Gdzieś  w  tle  trwała  gorączkowa  kuchenna  praca,  w  powietrzu  unosiły  się  rozkoszne  zapachy 

czosnku,  cebuli  i  papryki,  lecz  Melanie  prawie  nie  była  tego  świadoma.  Zapatrzona  w 

twarz'Roberta, miała w tej chwili tylko jedną myśl w głowie: "Uwaga, on może być dla ciebie 

niebezpieczny!".  

Ale  gdy  tak  patrzyła,  dostrzegła  w  jego  oczach  wyraz,  który  ją  zaskoczył  i  zdziwił:  wyraz 

smutku,  zagubienia  czy  melancholii  -  czegoś,  w  każdym  razie,  bardzo  jej  bliskiego  i  głęboko 

poruszającego.  Ją  także  często  prześladowało  uczucie  smutku  i  zagubienia.  Jednakże  twarz 

Roberta nagle się zmieniła, a na jego usta wypłynął ten jego uwodzicielski uśmiech. Nie była już 

pewna, czy tamto wrażenie nie było jedynie wytworem jej wyobraźni.   

- Jak stopa?  

Spojrzała na swoje nogi. Kiedy rano zdjęła bandaż, po oparzeniu zostało tylko lekkie zaczerwie-

meme.  

- Nie boli. Dzięki twojej szybkiej pomocy.  

- Cieszę się. - Zapadło niezręczne milczenie.  

- Indyk czeka - powiedział po chwili Robert, wskazując leżącego na blacie ptaka.  

background image

- Usiłujesz mi się podlizać? - spytała podejrzliwie. - Właściwie dlaczego?  

- Bo czuję się winny.  

Więc jednak. Jeszcze nie narodził się mężczyzna, który bez szczególnego powodu przyznałby się 

do popełnienia błędu.  

- Aha! - powiedziała, zakładając ręce na piersi.  

- Obiecaj, że to, co było wczoraj, więcej się nie powtórzy.  

- Żadnego całowania?  

- Tak.  

-  Dlaczego?  -  Z  jednej  strony,  była  tego  samego  zdania  co  on,  ale  z  drugiej,  miała  idiotyczną 

chęć, aby znowu go pocałować.  

- Nie możemy dawać pracownikom złego przykładu.  

- Marny wykręt.  

- Bo miałoby to zły wpływa na jakość naszej pracy. Zwłaszcza biorąc pod uwagę stałe tarcia mię-

dzy nami.  

- Dlaczego uważasz, że nasze stosunki nie mogłyby się ułożyć?  

Robert spoważniał.   

- Różnimy się jak dzień od nocy. Jedyne, co mogłoby nas połączyć, to gorący seks.  

- I co w tym złego?  

- Bo prędzej czy później zawsze odzywają się emocje. Nie ma seksu bez komplikacji.  

- Nie wiesz, z czego rezygnujesz. 

Robert smutno się uśmiechnął.  

- Tu masz rację.  

- Przyznaj, że się mnie boisz.  

- Jeszcze jak!  

- Dlaczego?  

- Bo jesteś zbyt wspaniałą kobietą, nie na moje siły.  

- Czy ma to być komplement, czy zarzut?  

- Ja lubię życie uporządkowane, dobrze zorganizowane, przewidywalne.  

-  To  wiem.  Urzędowanie  w  naszej  kuchni  zacząłeś  od  opatrzenia  półek  etykietami,  a  na 

fartuchach kazałeś wyszyć imiona pracowników. Ale zdradzę ci pewien sekret. - Przysunęła się 

tak, że wargami niemal dotykała jego ucha. - Przewidywalność to nuda.  

background image

Nie, nie pomyliła się - przez ciało Roberta przebiegł dreszcz. A więc trzyma go w ręku. Może go 

mieć, kiedy zechce. Pozostaje pytanie, czy rzeczywiście ma na niego ochotę·  

- Ale daje poczucie bezpieczeństwa - odparł Robert.  

- Do diabła z poczuciem bezpieczeństwa.  

- Z chaosu nie może wyniknąć nić dobrego.  

- Skąd ta pewność?  

- Chaos prowadzi do bałaganu.   

- I co w tym złego?  

- Traci się kontrolę nad własnym życiem.  

Melanie uśmiechnęła się od ucha do ucha.  

- Tu cię boli. Masz obsesję na punkcie kontroli.  

- A ty na punkcie pakowania się w kłopoty.  

- Wypytywałeś o mnie moją rodzinę.  

- Nie musiałem nikogo wypytywać, sam się domyśliłem, jakie z ciebie ziółko.  

Melanie odwróciła się i przeszła do tej części kuchni, gdzie przygotowywano potrawy.  

- Chodź mi pomóc - powiedziała. Była pewna, że Robert pójdzie za nią.  

- Przywykłaś do tego, że wszystko musi się układać po twojej myśli - powiedział, stając obok 

niej.  

- Tak? - mruknęła, zabierając się do mycia rąk.  

- Nauczyłaś się, że dzięki urokowi wszystko będzie ci uchodzić.  

  - No i co w tym złego?  

 

- Nie każdy zdaje sobie sprawę, że urok i szczerość to dwie różne rzeczy. Ile serc udało ci się 

złamać tym twoim wyzywającym uśmiechem?  

Melanie  zastanowiła  się.  Ilu  mężczyznom  złamała  serce?  Nigdy  się  nad  tym  nie  zastanawiała. 

Czy chce. złamać serce Robertowi?  

On tymczasem przysunął się do niej jeszcze bliżej niż wcześniej ona do niego i szepnął jej do 

ucha:  

-  Mam  dla  ciebie  złą  wiadomość.  Nie  pójdę  z  tobą  do  łóżka,  choćbyś  uruchomiła  wszystkie 

swoje wdzięki.  

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY  

background image

Ku zaskoczeniu Roberta czekoladowy indyk zrobił furorę. Po przejrzeniu rachunków stwierdził, 

ż

e  zamówiło  go  czterdzieści  siedem  osób.  Melanie  miała  rację,  a  on  się  mylił.  Kto  by 

przypuszczał, że tak ekscentryczna potrawa zdobędzie aż tylu zwolenników?  

Kto? Jego szalona, zbuntowana zastępczyni. Najwidoczniej nie docenił wyrafinowanych gustów 

tutejszej klienteli.  

Jeden zero dla Melanie. A właściwie remis, bo on też zdobył punkt, oświadczając, że nie pójdzie 

z nią do łóżka.  

Była tym całkowicie zaskoczona. W jej oczach odmalowało się zdziwienie i niedowierzanie. Nie 

mieściło się jej w głowie, że ktoś może się jej oprzeć. A więc remis. Do kogo należy następny 

strzał?  

To  nie  mecz.  Przestań  o  niej  myśleć  i  zabierz  się  do  pracy.  Robert  lubił  załatwiać  papierkową 

robotę późną nocą, kiedy pracownicy kuchni porozchodzili się do domów. Cisza i spokój działały 

na  niego  kojąco.  Wypisał  zamówienie  na  dziesięć  skrzynek  fety  i  tyleż  gorzkiej  czekolady. 

Czekoladowy indyk wszedł do regularnego menu restauracji. Robert upił  

 

łyk  wystygłej  kawy  i  włączył  pilotem  radio.  Miał  dziś  ochotę  posłuchać  muzyki.  Szybkiej, 

lekkiej muzyki. Przeskakując kanały, natrafił na "Szaloną dziewczynę", piosenkę zespołu Trogs, 

która w oczywisty sposób kojarzyła mu się z Melanie.  

Wrócił  do  swoich  formularzy,  słuchając  jednym  uchem  muzyki,  kiedy  z  kuchni  dobiegły  go 

jakieś  szmery.  Kto  to  może  być,  przecież  wszyscy  już  wyszli?  Natychmiast  przyszły  mu  do 

głowy niefortunne wydarzenia, jakie ostatnimi czasy miały miejsce w hotelu, i nadstawił uszu.  

Z suchej spiżami dobiegł go głuchy łoskot. Czyżby do kuchennych pomieszczeń zakradł się zło-

dziej?  

Odsunął  fotel  i  wstał  od  biurka,  rozglądając  się  za  czymś,  co  mogłoby  posłużyć  za  broń.  Nie 

znalazłszy niczego odpowiedniego, postanowił zajrzeć do kuchni i uzbroić się w solidny wałek 

do ciasta.  

Ze  spiżami nadal dochodziły podejrzane odgłosy. Drzwi lekko skrzypnęły, kiedy  wychodził na 

korytarz. Dotarłszy na palcach do kuchni, wybrał największy wałek i z uniesioną ręką skierował 

się do spiżami.  

- Nie ruszać się! - zawołał, gwałtownym ruchem otwierając drzwi.  

Melanie wrzasnęła. Przez ułamek sekundy mierzyli się osłupiałym wzrokiem, po czym krzyknęli 

background image

równocześnie:  

- Ach, to ty!  

Melanie trzymała się obiema rekami za serce. Robert z wolna opuścił wałek.   

- Co ty tu robisz? - powiedzieli równocześnie, po czym równocześnie parsknęli śmiechem.  

- Aleś mnie przestraszył - powiedziała.  

- Myślałem, że do spiżami zakradł się złodziej. O mało nie zdzieliłem cię tym wałkiem. - Robert 

dopiero teraz zdał sobie sprawę, że zastał Melanie w trakcie rozładowywania piętrzących się na 

wózku pudeł z przetworami. - Co to za paczki? - zapytał.  

- Nocna dostawa. Wychodząc do domu, zobaczyłam paczki ustawione pod tylnymi drzwiami.  

- Zamawialiśmy te rzeczy?  

-  Tak.  Myślałam,  że  już  cię  nie  ma.  Powinieneś  sprawdzić  dzwonek  przy  drzwiach  dla 

dostawców,  bo  chyba  nie  działa.  Dostawca  musiał  się  zniechęcić  i  po  prostu  zostawił  to  pod 

drzwiami.  

- Sprawdzę jutro. - Odniósł wrażenie, że Melanie ma trochę niepewną minę. Boi się czegoś? Nie 

doszła do siebie po jego wtargnięciu z wałkiem w ręku czy może nocne spotkanie VI ciasnym 

pomieszczeniu wprawiło ją w zdenerwowanie? - Pomogę ci - powiedział, zakasując rękawy.  

- Dam sobie radę. Wracaj do domu. - Wyjąwszy z otwartego pudła kilka słoików pikli, odwróciła 

się do niego tyłem, aby je odstawić na dolną półkę.  

- Dobry szef nie schodzi z posterunku, dopóki ostatni pracownik nie opuści pokładu - oświadczył 

Robert, wpatrując się w jej wypięty tyłeczek.  

- A ja słyszałam, że dobry pracownik nie wychodzi z pracy przed swoim szefem.  

Robert parsknął śmiechem.  

-  No to pewnie żadne z nas nie wyjdzie dziś z hotelu.  

Sięgnął  do  pudła  po  kolejne  słoiki,  a  odstawiając  je  na  półkę,  niechcący  dotknął  jej  biustu. 

Mrowie przeszło mu po plecach.  

- Dziękuję za pomoc, ale wolałabym skończyć sama. W kwadrans się z tym uwinę.  

- Zostały jeszcze cztery pudła.  

- Szybciej mi idzie, kiedy pracuję sama. Mam swój system.  

- Denerwuje cię moja obecność?  

- Co też ci przyszło do głowy! - obruszyła się, zabierając się do otwierania kolejnego pojemnika.  

- Więc dlaczego odskoczyłaś, kiedy przypadkiem cię dotknąłem?  

background image

- Bo nie lubię, jak ktoś ogranicza moje ruchy.  

- Ale wczoraj ci to nie przeszkadzało.  

- To było co innego.  

- Wiesz, co ci powiem? Mam nieodparte wrażenie, że pocałowałaś mnie po to, aby ukryć zdener-

wowanie.  

- Głupstwa pleciesz. A poza tym to ty mnie pocałowałeś, a nie ja ciebie. 

- Ale nie miałaś nic przeciwko temu.  

- No i co z tego?  

- No więc jak, pozwolisz, żebym ci pomógł, - czy nie?  

- A daj mi spokój! - zawołała, kierując się ku drzwiom.  

- Dokąd się wybierasz?  

- Zostawiam cię, żebyś mógł sam ta skończyć, skoro w swojej manir kontrolowania wszystkich i 

wszystkiego nie masz do mnie nawet na tyle zaufania, żeby pozwolić mi poustawiać słoiki. -  

- Ależ mam do ciebie absolutne zaufanie - zapewnił ją.  

- Ja tam tego nie czuję.  

- A czy nie wmawiasz sobie, że nie mam do ciebie zaufania, ponieważ sama nie ufasz sobie?  

- Co za bzdury! - zaprzecźyła, ale fakt, iż umkllęła spojrzeniem w bok, upewnił go, że potrącił 

czułą nutę·  

Oboje  sięgnęli  jednocześnie  po  tę  samą  puszkę  pomidorów  i  ich  ręce  się  zetknęły.  Melanie 

odskoczyła jak przestraszona kotka.  

- Wiesz co? - pojednawczym tonem zaproponował Robert. - Ja będę wyjmował puszki z pudła, a 

ty ustawiaj je na półce. Tak będzie szybciej.  

Zabrali się do roboty. Robert starał się nie zwracać uwagi na jej pełne wdzięku ruchy ani na to, 

jak jej związane w koński ogon włosy fniwają na boki, odsłaniając szyję. Rozpaczliwie odsuwał 

od siebie narzucające się z niebezpieczną siłą erotyczne myśli.  

Słoje majonezu, wielkie puszki oliwek, butle ketchupu. Na koniec wszystkie pudła zostały opróż-

nione. Kiedy Melanie wyprostowała się i spojrzała na niego, Robertowi gwałtownie zabiło serce. 

Góra lodowa zaczyna topnieć.  

Ona jest tak piękna! Tak pełna czaru! Ma miękkie wargi, jej oczy błyszczą, a oni stoją naprzeciw 

siebie w ciasnej spiżami i są zupełnie sami.  

Jeśli ją teraz pocałuje, nikt się o tym nie dowie.  

background image

- Ale ty będziesz wiedział. I ona. Tak, ale nikt więcej.  

- Całowałeś się kiedyś w spiżami? - szepnęła, odgadując jego myśli.  

- Nie. A ty? Zresztą nie musisz odpowiadać. Nie jestem ciekaw twoich spiżarnianych romansów 

..  

- A szkoda, bo miałabym wiele do opowiadania.  

-  Oszczędź  mi  swoich  opowieści  -  odparł,  wciskając  ręce  w  kieszenie  spodni.  Ogarnęła  go 

niezrozumiała  zazdrość.  Tymczasem  Melanie  przypatrywała  mu  się  z  nieukrywanym 

rozbawieniem. - Co cię tak śmieszy?  

- Ile masz lat? Trzydzieści jeden?  

- Trzydzieści dwa.  

- Zastanawiam się, jak to możliwe, że będąc szefem kuchni, dożyłeś trzydziestu dwóch lat, nie 

figlując w spiżami.  

- Chyba przez szacunek dla przetworów - odparł, lekko wzruszając ramionami.  

Melanie zareagowała śmiechem, którego dźwięk rozpalił jego wyobraźnię.  

- Co nie znaczy, że nie mam na swoim koncie innych wykroczeń - dodał.  

- Na przykład?  

- Pewnego razu kochałem się w windzie.  

- Tuś mi zaimponował. Nigdy bym się tego po tobie nie spodziewała. A może byłeś sam w tej 

windzie? No, przyznaj się!  

- Nie, nie byłem sam. O co ci właściwie chodzi, Melanie? Naprawdę uważasz mnie za jakiegoś 

dziwacznego odludka pozbawionego ludzkich uczuć?  

- Nie, ale za człowieka, u którego potrzeba panowania nad sobą przerodziła się w manię. Niemal 

zupełnie pozbawionego spontaniczności.  

Trochę przesadziła, ale w zasadzie miała rację. Przez chwilę uważnie mu się przyglądała.  

-  Powiedz  mi,  co  ci  nie  pozwala  dać  upustu  emocjom?  -  podjęła.  -  Dlaczego  zamykasz  się  w 

sobie na wszystkie spusty?  

Jej wpatrzone w niego oezy zdawały się mówić:  

"Powiedz prawdę, nie zamierzam cię osądzać. Możesz mi zaufać".  

On  jednak  bał  się  temu  spojrzeniu  zaufać.  Jeszcze  bardziej  bał  się  samego  siebie,  swej  nagłej 

chęci opowiedzenia jej, co go ukształtowało. Skąd wzięła się w nim potrzeba ciągłego panowania 

nad sobą·  

background image

Osierocony  we  wczesnym  chłopięctwie,  Robert  przez  całe  życie  walczył  z  przemożnym 

uczuciem  osamotnienia  i  wykorzenienia.  I  chociaż  starał  się  z  wszystkich  sił  zapomnieć  o 

tragedii swego dzieciństwa, nadal, w najmniej oczekiwanych momentach, ogarniało go uczucie 

beznadziejnego smutku.  

Dlatego, między innymi, Melanie tak bardzo  go  pociągała. Jej przyjazne, otwarte usposobienie 

było niby witający przemarzniętego podróżnika ciepły ogień w kominku. Ona i jej kochająca się 

rodzina  uosabiały  to  wszystko,  czego  nigdy  nie  zaznał  i  do  czego  podświadomie  tęsknił. 

Poczucie więzi. Przynależności.  

Słowa  Melanie  poruszyły  Roberta  do  głębi.  Jego  samotne  serce  wyrywało  się  do  niej. 

Nieodparcie zapragnął jej ciepła. Niewiele myśląc, chwycił ją w ramiona i gorąco ją pocałował.  

- Hm - westchnęła. - Dobrze całujesz.  

- Nic nie mów - mruknął, zamykając jej usta następnym, jeszcze gorętszym pocałunkiem.  

Głos  rozsądku  podpowiadał,  że  źle  czyni,  że  już  za  chwilę  będzie  żałował  własnej 

lekkomyślności, ale nie zwracał na to uwagi.  

Chwilo, trwaj! - pomyślał, sycąc się cudowną bliskością ciała Melanie. Wszystko poza tym prze-

stawało istnieć. Nie miał siły opierać się dłużej nieodpartej namiętności. Nie chciał się opierać.  

Melanie  szarpnęła  się  w  jego  ramionach.  Robert  niechętnie  otworzył  oczy  i  popatrzył  na  nią 

nieprzytomnym wzrokiem.  

- Co to było? - szepnęła.  

- Co?  

- Nic nie słyszałeś?  

- Co miałem słyszeć? - Słyszał tylko głośne bicie własnego serca.  

- Ktoś jest w kuchni - odparła Melanie.  

Robert wyprostował się, obejrzał za siebie na drzwi spiżami i nastawił uszu.  

- Ja nic nie słyszę.  

- Cicho! - Położyła palec na ustach.  

Oboje zastygli bez ruchu. Nagle usłyszeli szelest kroków. Szybkich, ukradkowych, bliskich.  

- Myślisz, że to ... - zaczęła szeptem Melanie. W chwili gdy Robert obracał się, by podejść do 

drzwi, ktoś zatrzasnął je od zewnątrz. Usłyszeli szczęk przekręcanego w zamku klucza.   

Oboje rzucili się do drzwi i niemal równocześnie chwycili za klamkę.  

Na próżno. Ktoś zamknął drzwi na klucz.  

background image

Było dobrze po północy. Mogli krzyczeć do woli o ratunek, nikt ich nie usłyszy. Znaleźli się w 

pułapce.  

Nie, to niemożliwe. To nie może być prawda. Melanie serce zamarło w piersiach. Zaschło jej w 

gardle. Była znowu małą dziewczynką, która podczas wycieczki do Wielkiego Kanionu jechała 

wciśnięta  pomiędzy  starsze  siostry  w  kąt  kempingowej  przyczepy,  nie  mogąc  nawet  wyjrzeć 

przez  wysoko  umieszczone  okienko.  Wspomnienie  zamknięcia  w  klatce  wróciło  nagle  z  całą 

siłą.  Melanie  poczuła,  że  się  dusi.  Krople  potu  wystąpiły  jej  na  czoło.  Zaniepokojony  jej 

bladością Robert chwycił ją za rękę.  

- Co ci jest?  

- Duszę się. Brakuje mi powietrza.  

- Spójrz tam! - powiedział, wskazując palcem sufit. - Spiżarnia ma wentylację.  

- Ale ja płonę.  

- Zauważyłem.  

Melanie rzuciła mu piorunujące spojrzenie.  

- Nie rób sobie żartów. Jest mi gorąco z zupełnie innego powodu.  

- Spróbuj się uspokoić. - Robert oderwał kawałek tektury od kartonu i zaczął ją wachlować. - 

Oddychaj głęboko. Tak, dobrze. Nic ci się nie stanie.  

- Jesteśmy zamknięci w klitce.  

- Faktycznie jest ciasno, ale jakoś się prześpimy. Rozłożymy na podłodze tamte worki i zrobimy 

sobie posłanie. A rano ktoś nas wypuści.  

Robert miał rację. Panika nic nie pomoże, trzeba się wziąć w karby. Tylko jak to zrobić? Melanie 

bezskutecznie  usiłowała  uspokoić  przyspieszony  oddech  ..  Rozglądając  się  po  ciasnym 

pomieszczeniu, miała wrażenie, że ściany coraz bardziej ją osaczają.  

- Ratunku! - wrzasnęła na cały głos, waląc w drzwi pięściami. - Jesteśmy zamknięci w spiżami! 

Niech ktoś nas wypuści!  

- Daj spokój! - Robert wziął ją za ramiona i odciągnął od drzwi. - Nic nam nie grozi.  

Jak to nic? Czy on nie rozumie? Melanie miała uczucie, jakby znalazła się na pokładzie tonącego 

Titanica.  

-  Muszę  się  stąd  wydostaĆ,  muszę  się  stąd  wydostać  -  powtarzała  z  maniackim  uporem,  nie 

mogąc przestać.  

Robert przyciągnął ją do siebie i mocno pocałował.  

background image

Pewnie robi to po to, żebym przestała histeryzować, pomyślała, ale jednocześnie odprężyła się i 

poddała pieszczocie. Jej ciało rozluźniło się, usta rozchyliły.  

Kto by pomyślał, że to pomaga na klaustrofobię?  

No tak, ale całe nieszczęście zaczęło się właśnie od całowania. Nie daliby się zamknąć, gdyby 

Robert jej nie pocałował.  

Ich  usta  wprost  idealnie  do  siebie  pasowały.  Melanie  zaczynała  czerpać  z  pocałunku 

przyjemność. Oczu jednak nie przymknęła, obawiając się ponownego ataku klaustrofobii. Robert 

też całował ją z otwartymi oczami - chciał widzieć, czy pocałunki faktycznie ją uspokajają. Ta 

jego troskliwość wzruszyła Melanie, a zarazem podziałała na nią podniecająco.   

Chyba jeszcze nigdyniczyje pocałunki nie zrobiły na niej takiego wrażenia. Obudziły istną burzę 

namiętności. Było to doprawdy zdumiewające, zważywszy, iż miała blisko trzydzieści lat, a za 

sobą małżeństwo i liczne romanse.  

Dzisiejszy  pocałunek  był  jeszcze  bardziej  cudowny  niż  wczorajszy.  Z  gardła  Roberta  wydobył 

się cichy jęk. Mocno ją obejmował, a ona nie pozostała mu dłużna, oplatając palcami' jego głowę 

i szyję.  

- Och, Melanie - wyszeptał.  

Melanie czuła, że traci nad sobą kontrolę. Pożądanie walczyło w niej o lepsze z poczuciem winy. 

Miała ochotę wybuchnąć śmiechem. Albo rozpłakać się. Albo uciekać. Tak zwykle postępowała, 

gdy nie była pewna swoich pragnień. Tyle że dziś droga ucieczki została odcięta. Nie ma rady, 

musi się zmierzyć z własnym niepokojem i lękiem.  

Czemu nie miałaby sobie poradzić? Z tym postanowieniem oderwała się od Roberta i wzięła głę-

boki oddech. Robert zaś się cofnął.  

- Poczułaś się lepiej? - zapytał.  

- O wiele lepiej. Dziękuję. - Rzeczywiście, paniczny lęk się rozwiał.  

Odstawiwszy  w  kąt  wózek  do  przewożenia  towarów,  Robert  zabrał  się  do  rozkładania  na 

podłodze leżących na najniższej półce worków po mące.  

- Chodź, usiądźmy! - zachęcił Melanie, podając jej rękę. Posłuchała go i już po chwili siedzieli 

obok siebie, oparci plecami o ścianę. - Jakoś przetrwamy do rana - rzekł z uśmiechem.  

- Szkoda, że nie mam przy sobie komórki. NormaInie noszę ją przy pasku, ale przed wyjściem do 

domu przełożyłam ją do-torebki. A potem znalazłam zostawione pod drzwiami towary.  

- Dziwne jest to wszystko - zauważył Robert. - Zastanawiam się, czy odnalezienie zostawionych 

background image

pod drzwiami pudeł, a potem zamknięcie nas w. spiżarni było faktycznie dziełem przypadku.  

-  Podejrzewasz  związek  między  naszą  dzisiejszą  przygodą  a  kłopotami,  jakie  zdarzały  się 

ostatnio  przy  dostawach?  -  Melanie  przypomniała  sobie,  że  od  pewnego  czasu  zdarzały  się 

pomyłki  w  dostawach  kawy,  o  które  Robert  obwiniał  dostawcę,  i  zadała  sobie  pytanie,  czy 

przypadkiem ktoś celowo nie zmieniał składanych przez Roberta zamówień. W dodatku osoba, 

która zamknęła ich dzisiaj w spiżarni, najwyraźniej nie chciała zostać rozpoznana.  

Robert otoczył ją ramieniem.  

- Nie popadajmy w paranoję, może to tylko zbieg okoliczności, a nie żaden spisek - zreflektował 

się Robert. Zsunął opaskę przytrzymującą jej włosy, a gdy opadły jej na ramiona, z wyraźnym 

zadowoleniem zanurzył w nich palce.  

Wyraz  jego  oczu  skłonił  Melanie  do  odwrócenia  wzroku.  Dopiero  po  chwili  odważyła  się 

zerknąć  na  niego.  Nie  do  wiary!  W  spojrzeniu  Roberta  płonął  ogień  pożądania,  nadając  mu 

surowy,  wręcz  groźny  wygląd.  Poczuła  nieokreślony  lęk,  który  nie  miał  nic  wspólnego  z 

klaustrofobią.  

- Robert ...  

.  Co  chce  mu  powiedzieć  i  czego  od  niego  oczekuje?  Zawarcia  rozejmu  i  wspólnej  pracy  dla 

dobra restauracji? Czy też nadal chce się go pozbyć, aby zostać szefową kuchni?  

A może pragnie, by zostali kochankami? Ostatnia myśl przestraszyła ją, a zarazem podnieciła.  

Kim on właściwie jest? Tak mało o nim wie. Właściwie tylko to, że gdy są razem, ma uczucie, iż 

coś  ich  łączy,  jakby  odnajdywała  w  nim  jakiś  brakujący  w  jej  życiu  element.  Zarazem  jednak 

bała  się  temu  uczuciu  zaufać.  Już  raz  odczuwała  coś  podobnego  w  związku  z  Davidem  i 

sromotnie się zawiodła.  

No tak, ale wtedy było to coś zupełnie innego. Z byłym mężem połączył ją wyłącznie szaleńczy 

seks, który w zetknięciu z prawdziwym życiem wkrótce się wypalił. Natomiast Robert ciekawił 

ją  z  wielu  różnych  powodów.  Miał  w  sobie  tyle  pokładów,  krył  tyle  tajemnic.  Miałaby  ochotę 

odkrywać jedną po drugiej, aby dotrzeć na koniec do jego istoty i poznać prawdziwego Roberta.  

Dlaczego  tak  bardzo  ją  korciło,  aby  go  lepiej  poznać?  Dlaczego  nie  mogła  przestać  o  tym 

myśleć?  

Bezradnym ruchem wyciągnęła do niego  rękę. Robert lekko się odsunął,  lecz  Melanie słyszała 

jego  przyspieszony  oddech  i  widziała  ogień  w  jego  oczach.  A  więc  to  tak.  To,  do  czego  od 

miesięcy nie chcieli się przyznać, stało się jasne jak słońce. Pragną się nawzajem.  

background image

Robert  nadal  w  milczeniu  przeczesywał  palcami  jej  włosy.  Melanie  pomyślała,  że  musi  to 

natychmiast przerwać, bo w przeciwnym razie odda mu się tutaj, na podłodze, a chociaż ta myśl 

była  kusząca, to jednak wolałaby jeszcze poczekać, nie robić tego w ten  sposób, w zamkniętej 

spiżami, na pobielonych mąką workach. Musi jeszcze poczekać, zastanowić się spokojnie, czego 

naprawdę od niego oczekuje.  

Kiedy  jednak  otwierała  usta,  by  mu  to  powiedzieć,  Robert  znów  ją  pocałował,  a  ona  w  jednej 

chwili zapomniała o swoim postanowieniu.  

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY  

Nie słuchał głosu rozsądku. Był jak narkoman niezdolny odmówić sobie działki znajdującej się 

na wyciągnięcie ręki. Musi jeszcze raz pocałować Melanie. A jak miałby przestać, skoro ona tak 

ochoczo odpowiedziała na jego pieszczoty, a każda cząstka jego ciała pragnęła się z nią zespolić?  

Tulili się do siebie w rozpaczliwym zapamiętaniu, jakby cały świat zapadł w niebyt i przetrwali 

tylko oni. W szędobylskie palce Melanie pieściły jego nagie ramiona, wdzierały się pod koszulę i 

muskały owłosiony tors, zadając mu najrozkoszniejsze tortury. A gdy oderwała się od jego ust i 

musnęła wargami jego szyję, z ust Roberta wydobył się pełen zadowolenia pomruk.  

- Robert, och, Robert! - westchnęła.  

Ten cichy jęk trafił Roberta w samo serce, uświadamiając mu, iż może ją mieć w każdej chwili. 

Ona go pragnie, nie będzie się opierać.  

. Nie miał szczęścia do "trwałych związków z kobietami. Winę za to ponosiły w równej mierze 

jego partnerki, jak i on sam. Po paru tygodniach romansu ogarniał go najpierw niepokój, a potem 

znużenie. Nie umiał albo raczej nie chciał pogłębiać tych związków, obawiając się, iż jeśli da się 

ponieść uczuciu, przestanie być panem sytuacji.   

Odkąd jednak cztery  miesiące temu poznał Melanie, po raz pierwszy w życiu zaczął naprawdę 

tracić  głowę. Jeszcze nigdy nie przeżywał czegoś podobnego.  Fascynowała  go jej buntownicza 

natura.  Fascynowała  i  w  najwyższym  stopniu  podniecała.  Nie  było  dotąd  kobiety,  której 

pragnąłby tak bardzo jak opornej, awanturniczej Melanie.  

Opanuj się, LeSoeur, nakazał sobie. Nie trać głowy.  

Ale jak miał się opanować, siedząc w zamknięciu z najatrakcyjniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek 

spotkał? Która na domiar złego chce tego samego co on. Od zbyt wielu lat narzucał sobie surową 

dyscyplinę,  dławiąc  własne  uczucia,  ponieważ  bał  się,  iż  ich  ujawnienie  będzie  musiał  okupić 

background image

cierpiemem.  

Melanie musnęła wargami jego nagi tors, podczas gdy jej palce błądziły po jego ciele.  

- Podoba ci się? - zapytała.  

- Aż za bardzo. Błagam, przestań - jęknął.  

Melanie  tylko  się  roześmiała  i  powiodła  językiem  wokół.jego  pępka.  Robert  jęknął  i  zamknął 

oczy.  Wiedział,  że  powinien  jak  najszybciej  położyć  temu  kres,  ale  był  tylko  mężczyzną,  a  jej 

pieszczoty wprawiały go w stan absolutnej błogości. Nie miał do czynienia z byle kobietą, lecz z 

Melanie, na której temat od miesięcy snuł erotyczne fantazje nie tylko we śnie, ale i na jawie.  

- A to dopiero, popatrz, co tu się dzieje! - szepnęła Melanie, powolnym ruchem rozpinając mu 

spodnie.   

Robert zacisnął zęby. Jeśli teraz jej nie powstrzyma, nie będzie odwrotu.  

- Nie rób tego, Melanie - powiedział z trudem.  

- Dlaczego? - zapytała, podnosząc na niego oczy.  

-  Bo  nie  mam  prezerwatywy  -  odparł.  Była  to  pierwsza  myśl,  jaka  przyszła  mu  do  głowy,  a 

zarazem jedyny argument, jaki powinien do niej przemówić. - O! Szkoda, że wcześniej o tym nie 

pomyślałam.  

- No widzisz. - Robert podzielał jej żal. Gdyby, będąc w obecnym stanie, mógł przewidzieć, że 

jakiś intruz zamknie ich na całą noc w spiżami, zadbałby o zabezpieczenie.  

-  Ale  wiesz  co?  -  odparła  na  to  Melanie,  unosząc  wysoko  brwi  i  robiąc  cudownie  frywolną 

minkę· - Możemy się zabawić w inny sposób. Jeśli wiesz, co mam na myśli.  

- Wiem - mruknął, z trudem przełykając ślinę·  

- Nie masz na to ochoty?  

- Owszem, i to wielką.  

- Ja też. Pragnę cię, RoberCie. - To mówiąc, rozpięła powoli bluzkę, spod której wyłoniły się jej 

piersi, osłonięte jedynie koronkowym stanikiem.  

- Ja też cię pragnę, myślę jednak, że ani ja, ani ty nie chcemy tego.  

- Ja chcę. I to bardzo.  

- To tylko skutek fizycznej bliskości.  

- W cale nie. Od miesięcy śnisz mi się po nocach.  

- Naprawdę? - spytał z uśmiechem niedowierzania.  

- Noc w noc. Więc bądź człowiekiem i okaż mi serce.   

background image

- Chciałbym, ale boję się, żebyś znowu nie dostała ataku klaustrofobii.  

Czy ona nie widzi, co się z nim dzieje? Czy musi go tak dręczyć?  

- Już mi przeszło.  

- Nie chcę, żebyś jutro żałowała.  

-  Och,  życie  jest  zbyt  krótkie,  żeby  myśleć  o  jutrze  -  stwierdziła  kapryśnie  i  na  potwierdzenie 

swoich słów gorąco go pocałowała.  

-  Przestań,  Melanie  -  zaoponował  Robert.  -  Miej  litość  nade  mną.  Może  ty  nie  będziesz  jutro 

niczego żałować, ale czy pomyślałaś, jak ja się będę czuł?  

- O! - Melanie wyraźnie się speszyła.  

- Zanadto cię lubię. Nie chcę tego zniszczyć.  

- Chcesz powiedzieć, że przestaniesz mnie lubić, jeśli się ze mną prześpisz?  

- Niczego takiego nie powiedziałem. Ale jeśli między nami ma do czegoś dojść, chciałbym, aby 

to  się  odbyło  we  właściwy  sposób.  A  nie  po  prostu  z  braku  lepszego  zajęcia,  ponieważ  nie 

możemy stąd wyjść.  

- Ach tak.  

- Widzę, że poczułaś się dotknięta.  

- Nie. Ale rozumiem. Nie umiesz być spontaniczny.  

Już miał zaprotestować, ale pomyślał, że Melanie ma chyba rację. Broni się, ponieważ nie umie 

działać  po  wpływem  impulsu.  Jego  umysł  potrzebuje  czasu  na  oswojenie  się  z  nową  myślą, 

nawet jeżeli ciało ma w tej sprawie odmienne zdanie. Niemniej trzeba zachować rozsądek.   

- Spróbujmy się przespać. - Odsunął się od niej, by zapiąć guziki koszuli.  

- Pewnie  masz rację - rzekła Melanie, chociaż w jej oczach  wyczytał coś wręcz odwrotnego. - 

Zresztą nieważne. Przeszła mi ochota, żeby się z tobą kochać.  

- Nie .wróci ci klaustrofobia, jeśli zgaszę górne światło?  

- Chyba nie - odparła. - W każdym razie mam taką nadzieję.  

Ja też, pomyślał Robert. Jego samokontrola zostałaby wystawiona na zbyt ciężką próbę,  gdyby 

przez całą noc musiał pocałunkami rozwiewać jej lęki. Podszedł do kontaktu i zgasił światło. W 

spiżami  zapadła  ciemność.  Melanie  gwałtownie  wciągnęła  powietrze,  starając  się  opanować 

nowy atak paniki.  

- No i jak? - zapytał, wracając po omacku na ich legowisko.  

-  Jako  tako  -  odparła.  -  Będę·  sobie  wmawiać,  że  jestem  w  domu  we  własnym  łóżku.  Tyle  że 

background image

gdybym była w domu, ciebie by tam nie było.  

- To prawda, ale główna myśl jest dobra. O rany!  

- wykrzyknął, potykając się o skraj worka.  

- Daj rękę - powiedziała. - Pomogę ci usiąść.  

Tego bał się najbardziej. Że Melanie pomoże mu się ułożyć w miejscu, w którym dla własnego 

dobra nie powinien się znajdow~ć. Poczuł jej dłoń na swoim biodrze i uchwyciwszy się jej, opadł 

powoli na posłanie.  

Próbował się ułożyć tak, by nie dotykać Melanie, CO bynajmniej nie było łatwe. W końcu legł na 

plecach, ale nadal słyszał jej oddech i czuł zapach jej ciała. Zgaszenie światła to nie był mądry 

pomysł.  

Zrobiłeś  to  dla  niej,  nie dla  siebie,  więc  się  opanuj,  tłumaczył  sobie.  No  i  opanował  się,  bo  to 

umiał najlepiej. Życie nauczyło go kontrolować uczucia. Ta umiejętność dobrze mu służyła, więc 

wyratuje go i z tej opresji.  

-  Staram  się  o  tym  nie  myśleć,  ale  nie  mogę  oprzeć  się  wrażeniu,  że  ściany  zbiegają  się  i 

napierają na mnie, a pomieszczenie staje się coraz ciaśniejsze - mruknęła Melanie.  

- Nie myśl o tym. Wyobraź sobie, że wypróbowujesz nowy przepis. Jaki miałaś ostatnio pomysł 

na nowe danie?  

- Na łososia z czereśniami.  

- Brzmi to interesująco. Opowiedz mi o nim.  

-  Będzie  to  dziki  łosoś  z  zachodniego  wybrzeża,  uduszony  w  rieslingu  z  białymi  czereśniami, 

ugarnirowany  podsmażonymi  na  srebrno  kasztanami  i  pokruszonym  rokforem.  -  W  miarę  jak 

mówiła, jej oddech stawał się spokojniejszy. - Uważam, że najwyższy czas zaszczepić w Nowym 

Orleanie elementy kuchni północno-wschodniej. Będzie się nazywał łosoś a la LeSoeur.  

Pomysł  nazwania  nowej  potrawy  jego  imieniem  wzruszył  Roberta  bardziej,  niżby  sobie  tego 

ż

yczył. - Już go próbowałaś?  

- Jeszcze nie. Może przyjedziesz kiedyś do mnie do domu i ugotujemy go razem?  

Czy to zaproszenie na randkę?  

- A chciałbyś się ze mną umówić?  

Czy  chciał?  Oddech  Melanie  znowu  stał  się  nierówny,  niemal  chrapliwy.  Pewnie  powrócił  lęk 

przed zamknięciem.  

- Przestań myśleć o napierających ścianach - rzekł stanowczym tonem.  

background image

- Skąd wiesz, o czym myślę? - zapytała nieswoim głosem.   . .  

- Uczę się czytać w twoich myślach.  

- To brzmi groźnie.  

- Może wolałabyś, żebym zapalił światło?  

- Nie, nie trzeba.  

- Na pewno?  

- Czy mogłabym ... hm ...  

- Co takiego?  

-  Czy  mogłabym  położyć  ci  głowę  na  ramieniu?  Przepraszam,  wiem,  że  to  dziecinne,  ale 

poczułabym się bezpieczniej.  

- Jasne - odparł wbrew sobie.' Objął ją i przyciągnął do siebie. Poczuł na szyi jedwabisty dotyk 

jej włosów.  

Może Melanie czuje się teraz bezpieczniej, ale on na pewno nie mógł powiedzieć tego o sobie. 

Czując podniecające ciepło jej ciała, wstrzymał oddech ze strachu na myśl o tym, co mogłoby z 

tego wyniknąć.  

- Mogę ci zadać osobiste pytanie? - odezwała się po dłuższej chwili.  

-  Zadać owszem możesz.  

- Ale nie wiadomo, czy odpowiesz?  

- A no nie. Co chcesz wiedzieć?  

- Dlaczego przeniosłeś się do Nowego Orleanu?  

- Bo twoja matka zaproponowała mi znakomitą posadę·  

-  Myślę,  że  miałeś  jeszcze  inne  powody  -mruknęła  Melanie,  wodząc  palcem  po  jego  piersi 

wokolicy serca.  

Miał ochotę krzyknąć: "Przestań, kobieto! Czy chcesz doprowadzić mnie do szaleństwa?" -lecz 

nic  nie  powiedział,  nie  chcąc  zdradzić,  jak  wielką  ma  nad  nim  władzę.  Wiedział  z 

doświadczenia, iż przyznawanie się do własnej słabości nie prowadzi do niczego dobrego.  

- Chciałem zacząć nowe życie.  

- Dlaczego?  

- Jesteś strasznie ciekawska.  

- Wiem, że wtrącam się w nie swoje sprawy, ale dziwi mnie, że po czterech miesiącach wspólnej 

pracy  nadal  nic  o  tobie  nie  wiem.  Nie  mam  pojęcia,  kim  nap'rawdę  jesteś,  co  w  tobie  siedzi. 

background image

Jestem  ciekawa,  czy  nie  ma  w  twojej  przeszłości  czegoś,  o  czym  wolałbyś  zapomnieć.  Może 

jakiś skandal?  

Robert parsknął śmiechem.  

- Ja i skandal? - zapytał. - Niestety, muszę cię zawieść. Nie mam za sobą żadnego skandalu. Po 

prostu znudził mi się deszczowy klimat.  

- I to wszystko?  

- Tak.  

- Och, byłabym zapomniała - odezwała się Melanie po chwili. - Chciałabym, zamiast jutra, mieć . 

wolny czwartek.  

- Żaden problem. Chętnie cię zastąpię.   

- Naprawdę możesz? Bo widzisz, Charlotte prosiła mnie o przysługę.  

- Proszę bardzo. Możesz robić w czwartek, na co tylko masz ochotę.  

- Wcale nie mam ochoty, ale nie mogę zrobić Charlotte zawodu - odparła smętnie.  

- A co to takiego?  

- Obiecałam ją zastąpić na idiotycznej aukcji panien na wydaniu.    

- Aukcja panien na wydaniu?  

- No właśnie. Ale to dobroczynna aukcja organizowana przez moją babkę, więc nie mogę się wy-

kręcić - westchnęła Melanie. - Nie cierpię uroczystych gali, na które przychodzą wyelegantowani 

nudziarze z wyższych sfer. I tak miałam szczęście, bo w przeciwieństwie do moich sióstr udało 

mi się nie wystąpić na balu debiutantek.  

- Czy to znaczy, że mężczyźni będą licytować, który da więcej za randkę z tobą? - zapytał Robert 

wyraźnie zirytowanym tonem.  

- Aha.  

- Bardzo mi się to nie podoba.  

- Czemu? Jesteś zazdrosny?  

- Ja, zazdrosny? O co? - odburknął ze złością.  

- O to, że spędzę wieczór z innym mężczyzną.  

-  Po  zastanowieniu  nie  wiem,  czy  mogę  cię  zwolnić.  W  czwartek  w  restauracji  może  być 

szczególnie duży ruch.  

- Poradzicie sobie beze mnie - oświadczyła. - Bo muszę udowodnić swojej kochanej rodzince, że 

kiedy coś obiecam, można na mnie polegać.  

background image

 

Czemu musisz im to udowadniać?  

-  Bo  jestem  najmłodsza,  a  do  tego  uchodzę  za  nieodpowiedzialną.  Mama  i  siostry  uważają,  że 

nigdy nie wiadomo, czego można się po mnie spodziewać. - To wielkie szczęście mieć rodzinę, 

która się o ciebie troszczy.  

- Wiem, ale czasami nazbyt troskliwa rodzina wywołuje klaustrofobiczne odczucia. Dlatego na-

tychmiast  po  ukończeniu  osiemnastu  lat  uciekłam  z  Nowego  Orleanu.  A  jak  jest  z  tobą?  Jak 

twoja rodzina przyjęła przeprowadzkę do Nowego Orleanu?  

- Nie mam nikogo bliskiego. Nie miałem rodzeństwa, a moi rodzice nie żyją.  

- Przepraszam. I bardzo ci współczuję. Wzruszył go szczery żal w jej głosie. Miał wrażenie, że 

zacieśniła się łącząca ich więź.  

.~ To było dawno.  

- Tym bardziej ci współczuję. Wiem, co to znaczy stracić jedno z rodziców, ale stracić oboje, i to 

w młodym wieku ...  

Już się z tym pogodziłem - przerwał szorstko. - To wiele tłumaczy.  

- Co mianowicie?  

- To, że trzymasz ludzi na dystans. I miewasz złe  

nastroje. Dlatego zatapiasz się całkowicie w pracy. Uciekasz w pracę.  

- Praca to praca. Nie traktuję jej jako ucieczki. - Wiedział jednak, że to nieprawda.  

- Ą gdzie miejsce na zabawę?  

- Nie przepadam za pustymi rozrywkami.  

- Widocznie nie wiesz, co to zabawa. Przez zmarnowane dzieciństwo nie nauczyłeś się czerpać z 

ż

ycia radości. Nie mam racji?  

- Faktycznie nie miałem radosnego dzieciństwa - przyznał niechętnie.  

- Mogę cię rozruszać - odparła. - To znaczy nauczyć cieszyć się życiem.  

- A jeśli nie życzę sobie twoich nauk?  

- To tylko dowód, że nie wiesz, co to znaczy radość.  

- Lepiej spróbuj zasnąć - skwitował jej słowa. Melanie przejrzała go na wylot.  

-  Dziwny  jesteś,  wiesz?  Nie  znam  nikogo,  kto  w  twojej  sytuacji  oparłby  się  pokusie.  To 

niesamowite, jak potrafisz nad sobą panować. Może po prostu nic nie czujesz? Jesteś mówiącym 

manekinem?  

background image

Melanie w oczywisty sposób nie daje za wygraną, ale on nie da się sprowokować. Musiał jednak 

zacisnąć zęby i zmobilizować całą siłę woli, aby nie chwycić jej w ramiona i nie zrobić tego, na 

co czekała.  

W spiżami zapadła cisza.  

- Nie śpisz? - zapytała szeptem po paru minutach.  

Robert udał, że śpi, a ona po jakimś czasie najwidoczniej zapadła w sen, bo jej oddech stał się 

cichy i spokojny. Leżał obok niej, odczuwając mieszaninę ulgi i żalu. Ciało Melanie było silne i 

umięśnione,  a  zarazem  bardzo  kobiece.  Najbardziej  jednak  wytrącał  go  z  równowagi  jej  brak 

seksualnych zahamowań. Czuł się przy niej pokonany, w pewnym sensie niepełnowartościowy. 

Kobiety,  z  którymi  miewał  w  ostatnich  latach  mniej  lub  bardziej  przelotne  związki,  były 

spo~ojnymi  istotami,  które  do  spraw  łóżkowych  nie  przywiązywały  większej  wagi.  Ajemu  to 

odpowiadało. W każdym razie wmawiał sobie, że mu odpowiada.  

Reakcja  Melanie  na  jego  pocałunki  nie  pozwalała  wątpić,  iż  seks  wiele  dla  niej  znaczy.  Czy 

umiałby  spełnić  jej  oczekiwania?  Zaspokoić  jej  apetyty?  Melanie  żyje  pogonią  za  tym,  co 

niezwykłe i podniecające, podczas gdy on jest nieuleczalnym nudziarzem.  

Niemniej pożądanie, jakie w nim budziła, burzyło jego spokój i przyprawiało o dojmujący ból 

serca. Słowem, wprawiało w rozterkę.  

Pragnął jej, a jednocześnie wiedział, że nie może jej, mieć. Nie pasują do siebie. Wszystko ich 

różni: on nie wdaje się w przelotne przygody, a ona nie szuka trwałego związku. To tylko czysto 

.fizyczne pożądanie, powiedział sobie. Chemia ciał bez istotnego znaczema.  

- Bez istotnego znaczenia - wyszeptał.  

Cóż, kiedy usłyszawszy własne słowa, zdał sobie sprawę, że próbuje oszukać samego siebie.  

 

Melanie nie mogła zasnąć.  

Jak  mogła  zasnąć,  słysząc  jego  oddech  i  czując  bicie  jego  serca?  Na  domiar  wszystkiego  nie 

mogła się rozeznać we własnych uczuciach.  

Jej  wyobrażenie  o  świecie  ulegało  stopniowej  przemianie,  a  ona  nie  była  pewna,  czy  powinna 

poddać  się  nowym  odczuciom,  czy  nie.  Robert  coraz  bardziej  ją  zaciekawiał,  a  równocześnie 

bała  się  nowej  tęsknoty,  którą  w  niej  budził.  Jesteś  po  prostu  wyposzczona,  tłumaczyła  sobie. 

Robert jest diabelnie pociągający, a ty od dawna nie .byłaś z mężczyzną· I to wszystko.  

Bardzo chciała, aby to była prawda, ale nie mogła się łudzić. Nie mogła zaprzeczyć, że między 

background image

nią  a  Robertem  stało  się  coś  nieódwracalnego.  Nastąpiła  zmiana,  której  ewentualne  skutki 

przerażały ją i na przemian zachwycały.  

Ile to już godzin minęło? Pewnie zbliża się świt.  

Kiedy po raz któryś zadała sobie pytanie, jakim cudem Robert potrafi tak smacznie spać, leżąc w 

dusznej spiżami na twardym posłaniu, usłyszała dobiegaj ące z kuchni hałasy.  

Jej  ramiona  pokryły  się  gęsią  skórką,  wstrzymała  oddech  i  nadstawiła  uszu.  Może  to  ta  sama 

osoba, która ich zamknęła?  

Melanie gwałtownie usiadła ..  

- Robert, obudź się! - szepnęła, trącając go w ramię·  

- Że co? - burknął przez sen.  

- Obudź się!  

- Co?  

- Ktoś chodzi po kuchni.  

- To ty, Melanie? Co się stało? - zapytał niezbyt przytomnym tonem.  

- Zostaliśmy zamknięci w spiżami. Nie pamiętasz?  

- A tak.  

- A teraz ktoś chodzi po kuchni - powtórzyła. Usłyszała szmer i zdała sobie sprawę, że Robert 

podnosi się z posłania.  

- Hej tam! - zawołał. - Siedzimy tu zamknięci!  

- A jeśli to on?  

- Kto?  

- Nie wiem, ten nieznany facet, który krąży po hotelu i powoduje nieprzewidziane klopoty.  

- Skąd wiesz, że to ... - Robert podał jej rękę i pomógł wstać. - O, cholera!  

- Co się stało?  

- Uderzyłem się w nogę.  

W  tym  momencie  drzwi  się  otworzyły  i  światło  płynące  z  kuchni  wypełniło  ciasną  przestrzeń. 

Oślepiona Melanie przymknęła na moment oczy.  

Kiedy je otwarła, ujrzała w drzwiach Luca Cartera.  

Jasnowłosy i niebieskooki Luc, hotelowy animator wolnego czasu, był przystojnym mężczyzną o 

regularnych  rysach  twarzy,  nieco  niższym  od  Roberta  i,  zdaniem  Melanie,  znacznie  mniej 

pociągającym.  Wolała  nieco  surową  męską  urodę  Roberta.  Obecność  Luca  w  kuchni  o  tak 

background image

wczesnej porze bardzo Melanie zdziwiła.  

- Co tu robicie? - zapytał.  

- Ktoś zamknął nas wieczorem od zewnątrz - wyjaśnił Robert, powstrzymując ziewnięcie.  

- Spędziliście tutaj całą noc? - zdziwił się Luc, spoglądając na nich z lekko rozbawionym uśmie-

chem. Z wyrazu jego oczu Melanie odgadła, jakie myśli przychodzą mu do głowy.  

- Uhm - przytaknął Robert.  

- Niesamowite.  

- Która to godzina? - spytał Robert.  

- Wpółdo szóstej. Jakim cudem daliście się zamknąć? - Luc pochylił się nad zamkiem i zaczął na 

próbę przekręcać klucz.  

Robert  opowiedział  mu  o  zostawionej  pod  tylnymi  drzwiami  dostawie  towaru  i  o  tym,  jak  w 

rezultacie  

zostali zamknięci.  

. .  

- Należałoby zawiadomić szefa ochrony, ale jeśli z kuchni nic nie zginęło, będzie to można uznać 

za czyjś głupi żart - zauważył Luc.  

- No, nie całkiem niewinny, biorąc pod uwagę, że Melanie cierpi na klaustrofobię - zaprotestował 

Robert.  

- Masz klaustrofobię? - Luc był wyraźnie zaskoczony. - Nie wiedziałem.  

-  Moim  zdaniem  najlepiej  nikomu  o  tym  nie  mówić.  Co  wy  na  to?  -  wtrąciła  się  Melanie.  - 

Pewnie  to  tylko  wygłup  któregoś  z  pracowników  kuchni.  Nie  warto  bez  potrzeby  alarmować 

Charlotte.  

- Dobrze - zgodził się Robert. Luc też skinął głową·  

-  Bardzo  wcześnie  przyszedłeś  do  pracy  -  zauważyła  Melanie,  zwracając  się  do  Luca.  - 

Wyrabiasz nadgodziny?  

-  Charlotte  prosiła,  żebym  w  tym  tygodniu  przychodził  wcześniej  niż  zwykle.  Mieliście 

szczęście,  że  akurat  dziś  wszedłem  przez  kuchnię  po  drodze  do  baru,  gdzie  mam  przygotować 

krwawą mary dla jednego z gości, który poszedł wczoraj wieczorem na całość i potrzebuje klina. 

Inaczej tkwilibyście tutaj do pojawienia się kuchennego personelu.  

- Faktycznie szczęśliwy zbieg okoliczności - mruknął Robert.  

Melanie  przemknęło  przez  głowę,  że  osobą,  która  zamknęła  ich  w  spiżami,  mógł  być  właśnie 

Luc, ale po namyśle uznała swoje podejrzenie za wytwór wyobraźni.  

background image

 

ROZDZIAŁ ÓSMY  

Było  trochę  po  szóstej,  kiedy  dotarła  do  domu.  Miała  nadzieję  przespać  się  trochę  przed 

powrotem do hotelu. Ledwo jednak zdążyła zrzucić z nóg buty i otworzyć puszkę jedzenia dla 

miauczącego kota, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Kto to może być o tak wczesnej porze?  

Poczłapała  do  drzwi,  a  wyjrzawszy  przez  judasza,  zobaczyła,  że  na  podeście  stoi  jej  siostra 

Charlotte  z  wielką  torbą  na  ubrania  w  ręku.  Do  diabła!  Na  śmierć  zapomniała  o  sukni  na 

charytatywną aukcję.  

Z westchnieniem otworzyła drzwi. Charlotte na jej widok zrobiła wielkie oczy.  

-  Mell?  Mellie!  -  wykrzyknęła;nazywając  siostrę  dziecinnym  zdrobnieniem.  -  Co  cijest? 

Wyglądasz ... hm ... jakbyś nie kładła się przez całą noc.  

Jej spojrzenie spoczęło na bluzce Melanie, która stwierdziła, że ma krzywo zapięte guziki. Nic 

dziwnego, skoro zapinała je po ciemku. A siostra nie byłaby sobą, gdyby natychmiast tego nie 

zauważyła.  

- Nie spodziewałam się ciebie o tak wczesnej porze.  

- Wyglądasz, jakbyś balowała do białego rana - powtórzyła Charlotte, kręcąc głową.  

W  pierwszej  chwili  Melanie  chciała  się  przyznać,  że  spędziła  noc  w  hotelowej  spiżami,  ale 

zmieniła  zdanie.  Sama  nie  bardzo  wiedziała  dlaczego.  Czy  dlatego,  że  na  ustach  siostry 

dostrzegła lekki uśmieszek, czy ze względu na to, iż nadal nie mogła się połapać, jaki właściwie 

jest stan jej uczuć wobec Roberta.  

-  Źle  spałam  -  burknęła  zgodnie  z  prawdą.  Bo  czy  mogła  się  wyspać,  mając  obok  siebie 

niezwykle przystojnego mężczyznę?  

- Nie zaprosisz mnie do środka? - spytała Charlotte.  

W  mieszkaniu panował  nieludzki bałagan.  Melanie od tygodnia nie sprzątała. Ale przecież nie 

mogła trzymać . siostry pod drzwiami.  

- Ależ oczywiście, proszę, wejdź. Charlotte przestąpiła próg.  

- Och,  masz  kotka! -  Przewiesiwszy  suknię przez oparcie fotela, pochyliła się i wzięła na  ręce 

puszyste kociątko. Uśmiech, jaki posłała Melanie, byt pełen aprobaty.  

- To nie mój kot. Parę dni temu zabłąkał się pod moje drzwi, aja do tej pory nie miałam czasu 

dowiedzieć się, do kogo należy.  

background image

- Aha - rzekła Charlotte z odcieniem zawodu w głosie. Postawiła kotka na podłodze i podeszła do 

zlewu,  chcąc  umyć  ręce.  Zmierzyła  spojrzeniem  piętrzące  się  w  zlewie  naczynia.  Nic  nie 

powiedziała, lecz wyraz jej twarzy mówił sam za siebie. Melanie poczuła się jak ostatni niechluj. 

- Gdzie trzymasz kawę? Zaparzę dla nas obu. Sądząc po twoim wyglądzie, kawa dobrze ci zrobi.  

Melanie zaklęła w duchu. Jej drzemka przepadła.  

- W górnej szafce.  

- Zmierz tymczasem suknię i sprawdź, czy dobrze leży - zaproponowała Charlotte. - Jest jeszcze 

czas, gdyby trzeba było coś poprawić.  

Mierzenie sukni było ostatnią rzeczą, na jaką Melanie miała w tej chwili ochotę, ale nie chcąc 

sprawić siostrze przykrości, wyjęła suknię z plastikowego  

opakowania.  

.  

- Co to ma być? - wykrzyknęła na widok wytwornej srebrnej toalety do samej ziemi, z odkrytymi 

ramionami. - Dlaczego mnie nie uprzedziłaś, że to taka wielka gala?  

- Chyba nie zamierzasz się wycofać? - przestraszyła się Charlotte.  

- Nie. - Melanie z trudem przełknęła ślinę. Oczywiście, że nie.  

Charlotte odstawiła kawę.  

- Nie wiesz, jak bardzo jestem ci wdzięczna za to, że zgodziłaś się mnie zastąpić - powiedziała. - 

Mam  tyle  roboty,  że  dosłownie  wyrywam  sobie  włosy  z  głowy,  nie  wiedząc,  jak  to  wszystko 

pogodzić.  

Melanie nie umiała sobie wyobrazić swojej idealnie uczesanej siostry wyrywającej sobie włosy z 

głowy,  ale  zrozumiała  sens  jej  wypowiedzi.  Zresztą  na  widok  sukni  z  tafty  sama  była  gotowa 

zacząć  wyrywać  sobie  włosy.  Odetchnęła  głęboko,  by  trochę  się  uspokoić,  i  powiedziała  do 

siebie:  Musisz  się  poświęcić.  Cel  jest  chwalebny,  a  przy-  okazji  zdobędziesz  uznanie  babci 

Celeste i Charlotte.   

- Cieszę się, że mogę cię wyręczyć - rzekła skromnie. Słowa Charlotte autentycznie ją wzruszyły.  

- Gdzie znajdę ekspres do kawy? - Charlotte rozglądała się bezradnie po kuchni.  

- Na półce pod barkiem.  

- Nie widzę.  

- Stoi obok automatycznej sekretarki.  

- Trzymasz automatyczną sekretarkę w kuchni?  

- Wolę ją trzymać w kuchni niż w sypialni. W salonie nie ma wtyczki.  

background image

- Nadal nie mogę znaleźć ekspresu.  

- Jest pod ścierką.  

- Ach, rzeczywiście - ucieszyła się Charlotte.  

Zabrała  się  do  odmierzania  kawy  i  nalewania  wody.  Patrząc  na  nią,  Melanie  nie  mogła  się 

nadziwić nieskazitelnemu wyglądowi swej siostry o tak wczesnej porze dnia.  

-  Jeśli  chodzi  o  aukcję,  to  muszę  cię  przed  czymś  ostrzec  -  odezwała  się  po  paru  minutach 

Charlotte, nie patrząc siostrze w oczy.  

- Tylko nie mów, że oprócz tej koszmarnej sukni będę musiała włożyć diadem - wykrzyknęła 

Melanie.  

- Nie, to nie będzie konieczne.  

- Więc o co chodzi? Co jeszcze mnie czeka?  

- Wilmer Haddock zapowiedział swoje przybycie.  

- No nie!  

- Niestety, to prawda.  

Melanie złapała się za głowę.  

- Lepiej weź nóż i od razu mnie zabij! - jęknęła.  

- Nie przesadzaj. W końcu nie jest takim potworem.  

- Łatwo ci mówić, bo nigdy się do ciebie nie dobierał. - Wilmer Haddock prowadził antykwariat 

niedaleko  hotelu,  a  jego  rodzina  mieszkała  we  Francuskiej  Dzielnicy  równie  długo  jak 

Marchandowie.  

Wilmer  był  rówieśnikiem  Melanie  i  kochał  się  w  niej  od  czasów  gimnazjum.  Kiedy  mieli  po 

piętnaście lat, podczas szkolnego pikniku wsadził jej rękę za dekolt, a gdy Melanie wymierzyła 

mu policzek, uznał to  za przewrotny  wyraz sympatii i stał się jeszcze  bardziej natarczywy. Do 

dziś  się  nie  ożenił,  a  przy  każdej  okazji  powtarzał,  że  czeka  na  Melanie,  bo  są  dla  siebie 

stworzeni.  

- Mówisz poważnie, że Wilmer będzie na aukcji?  

- Niestety tak. Jako członek Towarzystwa Ochrony Zabytków ma do tego prawo.  

- Zapisał się wyłącznie po to, żeby zyskać przychylność babci Celeste, i w ten sposób wkraść się 

w moje łaski. Babcia na szczęście przejrzała go na wylot.  Wilmer na pewno się uprze i będzie 

licytował  tak  długo,  aż  wszyscy  odpadną"tak  że  zostanę  skazana  na  wieczór  w  jego 

towarzystwie. Na samą myśl o tym robi mi się niedobrze.  

background image

- Nie wiadomo. Może ktoś go przelicytuje.  

- A już!  

- Czy to znaczy, że chcesz się wycofać? Bo jeśli tak, to powiedz mi od razu, a nie w ostatniej 

chwili.  

- Wcale nie zamierzam się wycofać. Chociaż o Wi1merze mogłaś mi powiedzieć wcześniej.  

- Dowiedziałam się o tym dopiero wczoraj, i to przypadkiem. Przechodziłam koło antykwariatu 

Paddocków,  Wilmer  zobaczył  mnie  przez  okno  i  wybiegł  na  ulicę,  aby  mi  powiedzieć,  jak  się 

cieszy, że wróciłaś na stałe do Nowego Orleanu.  

Melanie  z  trudem  powstrzymała  jęk.  W  tej  sytuacji  wystąpienie  na  aukcji  będzie 

niepodważalnym  dowodem  jej  poczucia  obowiązku  i  odpowiedzialności.  Powinno  ostatecznie 

przekonać Charlotte, że może polegać na swojej najmłodszej siostrze.  

Charlotte  wspięła  się  na  palce,  by  zdjąć  filiżanki  z  półki,  która  znajdowała  się  w  zasięgu  rąk 

Melanie,  lecz  nie  jej  sporo  niższej  siostry.  Charlotte  straciła  równowagę,  zachwiała  się  i  w 

rezultacie  strąciła  jedną-  filiżankę.  Na  szczęście  wylądowała  na  przykrytej  stosem  ścierek 

automatycznej sekretarce.  

- Uff! - prychnęła Charlotte. - No, nic się nie stłukło.  

- Punkt na moją korzyść! - wykrzyknęła Melanie. - Gdyby nie bałagan, z filiżanki zostałyby tylko 

skorupy.  

- Czy ja coś mówiłam na temat bałaganu?  

- Nie musiałaś. Kiedy coś ci się nie podoba, automatycznie ściągasz wargi.  

.  Rozległ  się  sygnał  automatycznej  sekretarki,  toteż  obie  siostry  zamilkły  w  oczekiwaniu  na 

nagraną wiadomość.  

- Dzień dobry pani, mówi Tad Lasiter z agencji "Szefowie Kuchni Poszukiwani". Mam dla pani 

znakomitą propozycję w Seattle. Czekam na odpowiedź. - Podał swój numer telefonu.  

- Szefowie kuchni? - zdziwiła się Charlotte.   

Szukają pracowników.  

-  Cześć,  tu  Coby  odezwała  się  ponownie  sekretarka.  -  Mam  dla  ciebie  towar  pierwszej  klasy. 

Palce lizać. Oddzwoń jak najszybciej.  

Charlotte popatrzyła na siostrę.  

- Znakomity towar? O co mu chodzi?  

- Prosiłam znajomego, żeby mi się wystarał o rzadko dostępny gatunek czekolady. - Melanie nie 

background image

lubiła zmyślać, ale nie chciała się przyznać, że sprawdza przeszłość Roberta LeSoeura. Dziś ten 

pomysł wydawał jej się gł,upi i bezcelowy. Zwłaszcza po tym, co minionej nocy zaszło między 

nimi. Niemniej Coby najwidoczniej wykopał jakąś pikantną historię.  

-  To  dlaczego  się  zaczerwieniłaś?  -  spytała  dociekliwa  Charlotte.  Melanie  mimo  woli  dotknęła 

ręką policzka. - Jesteś zażenowana? Może ten Coby jest kimś więcej niż znajomym?  

Coby? Melanie o mało nie parsknęła śmiechem.  

Słysząc  afektowany  sposób  mówienia  Coby'ego,  Charlotte  mogła  się  chyba  domyślić,  że  z 

kobietami nie może go łączyć nic poza przyjaźnią.  

- Ależ nie.  

- Więc kto to taki?  

- Nazywa się Coby Harririgton i mieszka w Seattle.  

Charlotte zmarkotniała.  

- Ale chyba nie masz zamiaru przenieść się do niego? Czy to ma jakiś związek z wiadomością od 

poszukiwacza szefów kuchni?  

- Słowo honoru, Charlotte, że ani mi w głowie romansować z Cobym.   

-  No  dobrze,  skoro  dajesz  słowo  honoru.  Char'otte  napełniła  filiżanki  kawą.  Starając  się 

zapomnieć o napięciu spowodowanym wiadomością od Coby' ego, przez kilka następnych minut 

omawiały  przygotowania  do  zbliżającego  się  wesela  Carly  Charboneaux  i  młodego  Longa. 

Charlotte  dokładała  wszelkich  starań,  by  nic  nie  zakłóciło  tego  uroczystego  wydarzenia. 

Tymczasem  Melanie  zaczęła  się  ponownie  zastanawiać,  czy  nie  opowiedzieć  siostrze  o  nocnej 

przygodzie w spiżami, lecz doszła do wniosku, że Charlotte i bez tego ma dosyć kłopotów.  

- No i w końcu nie zmierzyłaś sukni - zauważyła w pewnej chwili Charlotte.  

....:. Na pewno będzie pasować.  

- Może się jednak upewnisz? Jestem od ciebie niższa.  

- Sama potrafię ją podłużyć. A poza tym mamy identyczne wymiary - uspokoiła siostrę Melanie.  

- Muszę uciekać - oświadczyła Charlotte, wstając od stołu. - Dzięki za kawę.  

- Nie ma za co. - Melanie odprowadziła siostrę do drzwi.  

Natychmiast  po  jej  odejściu  rzuciła  się  do  telefonu  .  i  wybrała  numer  Coby'ego,  by  usłyszeć, 

czego  dowiedział  się  o  Robercie.  W  podnieceniu  zapomniała  o  różnicy  czasu  między  Nowym 

Orleanem a Seattle i musiała długo czekać, zanim Coby podniósł słuchawkę·  

- Lepiej, żeby to było coś naprawdę ważnego - usłyszała w końcu jego zły, zaspany głos.  

background image

- Cześć, Coby, tu Melanie. Odsłuchałam twoją wiadomość.  

-  Wiesz,  która  tu  godzina?  Dochodzi  piąta.  Masz  szczęście,  bo  kogo  innego  odesłałbym  do 

wszystkich diabłów za dzwonienie o tak· nieludzkiej porze.  

- Strasznie cię przepraszam, ale na śmierć zapomniałam o różnicy czasu. Darujesz mi?  

- Daruję, bo mam ci do opowiedzenia tak pikantną plotkę, że nie potrafię długo się gniewać.  

-  Wiesz  coś  o  Robercie?':"-  Serce  zaczęło  jej  bić  jak  szalone.  Zacisnęła  z  całej  siły  rękę  na 

słuchawce.  -  I  to  co!  Skandal  na  dwadzieścia  cztery  fajerki!  Nagle  nie  była  pewna  czy, 

rozpętawszy całe to dochodzenie, chce poznać jego wynik. Ale z drugiej strony, musi wiedzieć, 

co o nim mówią.  

- Nie baw się ze mną w ciuciubabkę, tylko gadaj!  

- Nie znasz się na żartach.  

- Mów wreszcie, czego się dowiedziałeś!  

- Dobrze, dobrze. Twój przyjaciel pan LeSoeur pochodzi ze starej zamożnej rodziny. 

- To znaczy?  

- Z wyższych sfer, takich jak rodzina twojej matki. Może jeszcze wyższych.  

- I jest bogaty?  

- Więcej niż bogaty.  

- No i co? - Sama nie wiedziała, dlaczego tak się niecierpliwi. A tymczasem musiała każde słowo 

dosłownie wydzierać Coby'emu z gardła.  

- Jako osiemnastolatek miał zatarg z prawem, ale jego ciotka, pani Pamela Longren ...  

- Pamela Longren, ta z Kongresu?   

- Chyba tak. Ale w tamtych czasach była prokuratorem okręgowym i tak wszystko załatwiła, że 

uszło mu na sucho. Sprawa została wymazana z akt, jakby nigdy jej nie było.  

Melanie  wstrzymała  oddech.  Wolałaby  nie  zadawać  pytania,  które  cisnęło  się  jej  na  usta,  ale 

skoro sprawa zaszła tak daleko, to trudno, musi doprowadzić ją do końca.  

- Na czym polegał ten zatarg z prawem?  

- No zgadnij.  

Miała ochotę wrzasnąć na Coby'ego, lecz ugryzła się w język. Dozowanie napięcia najwyraźniej 

go bawiło, a to w końcu ona obudziła go o nieprzyzwoicie wczesnej porze.  

- Nie mam pojęcia. Wymalował nieprzyzwoite graffiti na publicznym budynku?  

- Gorzej.  

background image

- Wybrał się na balangę kradzionym samochodem?  

- Jeszcze gorzej.  

Melanie  zamknęła  oczy  i  spróbowała  wyobrazić  sobie  Roberta  jako  nastolatka.  Jakiego 

okropieństwa dopuścił się w młodości? Jest taki spokojny i opanowany, tyle że popada czasem w 

ponure zamyślenie. Pomyślała o tym naj gorszym i poczuła ściskanie w żołądku.  

- Zabił kogoś?  

- O rany, nie. Trochę mniejszy kaliber. Jednak nie jest bandziorem.  

- No więc co?  

- Zastanów się. Wystarczająco długo tkwiłaś w restauracyjnym biznesie, żeby się domyśleć.   

- Narkotyki?  

- No nareszcie!  

- Jaki rodzaj narkotyków?  

- Zgaduj dalej.  

- Marihuana?  

- Marycha to dziecinna zabawa. Tutejsi gliniarze nie zawracają sobie głowy marihuaną.  

Melanie  oblizała  wyschnięte  wargi.  Miała  wrażenie,  że  brakuje  jej  powietrza.  Trudno  jej  było 

uwierzyć  w  rewelacje  Coby'ego.  Może  pomylił  osoby.  Może  istnieje  dwóch  Robertów 

LeSoeurów.  

-  Kokaina? - wydusiła  z siebie. Jej były  mąż  wąchał  kokainę. Na samą  myśl o tym, że Robert 

mógłby robić to samo, zrobiło się jej niedobrze.  

- Trafiłaś! Chcesz usłyszeć, co jeszcze mam?  

- Wszystko. Absolutnie wszystko.  

 

Charlotte wsiadła do samochodu, ale wahała się jeszcze, nie włączając silnika. Niepokoiła się o 

siostrę.  Ten  jej  zmęczony  wygląd,  podkrążone  oczy,  krzywo  zapięta  bluzka.  Wolała  nie 

zgadywać,  co  mogło  być  tego  przyczyną.  Jednak  najbardzit(j  zaniepokoiły  ją  wiadomości 

nagrane na automatyczną sekretarkę. Czyżby Melanie miała zamiar wyjechać do Seattle?  

Charlotte chciała ponad wszystko dać swej małej siostrze do zrozumienia, jak bardzo ją kocha. 

Jak bardzo się cieszy z jej powrotu i ma nadzieję, że Melanie zostanie z nimi na stałe. Dotychczas 

zachowywała  rezerwę,  ponieważ  nie  chciała  wywierać  na  nią  nacisku.  Teraz  jednak  uznała,  iż 

najwyższy czas wyrazić swoje uczucia wprost.  

background image

Zdecydowanym ruchem wysiadła z samochodu. Wbiegłszy na schody, pchnęła drzwi mieszkania 

Melanie  i  już  otwierała  usta,  by  zawołać,  że  to  ona,  gdy  usłyszała  słowa,  które  zmroziły  ją  do 

szpiku kości.  

Melanie stała odwrócona plecami do wyjścia z przyłożoną do ucha słuchawką telefonu.  

- Kokaina - powiedziała. A potem dodała: Wszystko. Absolutnie wszystko.  

 

Melanie  zjawiła  się  w  restauracji  wczesnym  popołudniem.  Była  niewyspana,  podminowana  i 

zdenerwowana. Wspomnienie porannej rozmowy z Cobym nie pozwalało jej się skupić.  

Zajęta  niespokojnymi  myślami,  w  trakcie  rozbijania  jaj  na  holenderski  sos  pomyliła  kolejność 

czynności  i  musiała  wszystko  zacząć'  od  początku.  Potem  oderwała  się  od  przygotowywania 

ostrego  pomidorowego  sosu,  by  zajrzeć  do  piekarnika,  i  znalazła  w  nim  miskę  z  sałatą,  którą 

miała wstawić do lodówki. Natomiast w lodówce odnalazła żaroodporne naczynie  

z potrawą, która miała pójść do pieca.  

.  

W  śród  tych  wszystkich  drobnych  katastrof  nieustannie  nadstawiała  uszu,  czekając,  czy  nie 

rozlegną się znane jej dobrze kroki Roberta. A kiedy wreszcie usłyszała, że się zbliża, serce jej 

zabiło i szybko odwróciła twarz ku drzwiom. Sam jego widok przyprawił ją o zawrót głowy.  

Szedł wolno w jej kierunku, trzymając ręce za sobą·  

Poczuła, j ak miękną j ej kolana. Czyste wariactwo! Robert uśmiechnął się i puścił do niej oko.   

- Mam dla ciebie prezent- oznajmił.  

- Prezent dla mnie? - Wszystkiego mogła się spodziewać, ale nie tego.  

Podał  jej  płaskie  pudełeczko  przewiązane  czerwoną  wstążką.  Niezdarnymi  z  przejęcia  palcami 

rozpakowała paczuszkę.  

- Pułapka na sny! - zawołała ze śmiechem. - Nowoorleańska pułapka na sny z koralików.  

-  Zobaczyłem  ją  na  wystawie  w  drodze  do  pracy  i  pomyślałem,  że  przyda  się  do  chwytania 

nawiedzających cię w snach kulinarnych przepisów. Indyk w czekoladzie odniósł taki sukces, że 

nie możemy sobie pozwolić na utratę innych wyśnionych przez ciebie pomysłów. Pułapka ma to 

do siebie, że zatrzymuje dobre sny, a złe tylko przez nią przelatują.  

-  Ach,  Robert,  jakie  to  miłe  z  twojej  strony.  -  Zaczerwieniła  się  z  radości.  Była  do  głębi 

wzruszona. - Zrób z niej dobry użytek - dodał Robert. - Czekamy na dalsze pięciogwiazdkowe 

potrawy.  

- Zaraz po powrocie do domu powieszę ją sobie nad łóżkiem. - Przestąpiła nerwowo z nogi na 

background image

nogę, żałując, że dzwoniła do Coby'ego.  

Czy  Robert  jest  taki  sam  jak  David?  A  ona  jest  gotowa  popełnić  ten  sam  błąd,  ulegając 

zauroczeniu mężczyzną, który okazał się nałogowym narkomanem?  

Nie,  to  niemożliwe,  Robert  nie  wygląda  ani  trochę  na  narkomana.  Jego  oczy  patrzą  bystro  i 

tryskają  inteligencją,  pamięć  nigdy  go  nie  zawodzi,  ma  szybkie  zręczne  ruchy  i  znakomity 

refleks.  

Jeśli wierzyć Coby'emu, Robert pochodzi z dobrej i zamożnej rodziny. Co zatem robi w Nowym 

Orleanie, wykonując pracę, który nie przynosi nawet siedemdziesięciu tysięcy dolarów rocznie? 

Czy ulegając przez lata zgubnemu nałogowi, zdążył przepuścić odziedziczony majątek?  

Ale przecież tamten  kokainowy  epizod  miał miejsce ponad dwanaście lat  temu.  Wcale nie jest 

powiedziane,  że  Robert  nadal  bierze.  Mając  szesnaście  lat,  Melanie  też  podpalała  marihuanę, 

została  na  tym  przyłapana  i  poniosła  surową  karę.  Od  tamtej  pory  nie  wzięła  do  ust  niczego 

mocniejszego od aspiryny.  

Także w przypadku Roberta mógł to być błąd młodości. Tyle że w odróżnieniu od niej Robert nie 

musiał stanąć przed sądem, poddać się nadzorowi kuratora ani odpracować kilkunastu godzin na 

rzecz lokalnej społeczności, ponieważ miał wpływową ciotkę, która pociągnęła za odpowiednie 

sznurki.  

Melanie  wybaczyłaby  młodemu  człowiekowi,  który  pod  wpływem  rówieśników  sięgnął  kiedyś 

po  narkotyki,  natomiast  oszustwa  nic  nie  mogło  usprawiedliwić.  Robert  powinien  był  ponieść 

konsekwencje swego postępowania, a nie kryć się za spódnicą ciotki.  

Jakkolwiek by na to nie patrzeć, nie ulega wątpliwości, że Robert nie wziął odpowiedzialności za 

swój lekkomyślny postępek.  

A jak ty byś się zachowała, gdyby nie rodzice,  którzy uznali, że musisz ponieść konsekwencje 

swego postępowania?  

Targały nią sprzeczne uczucia. Robert wydawał jej się niezwykle pociągający, lecz bała się, że 

po  raz  drugi  popełni  tę  samą  pomyłkę.  Stanęła  wobec  trudnego  wyboru  -  ulec  głosowi 

namiętności,  ryzykując  kolejną  klęskę,  czy  też  zachować  ostrożność  i,  być  może,  nigdy  nie 

zakosztować niezwykłych doznań?  

Robert  musiał  coś  wyczuć,  bo  przestał  się  uśmiechać,  twarz  mu  spochmurniała.  Jednak  w  tym 

swoim drugim, ponurym wcieleniu wydawał się jeszcze bardziej pociągający. Zapragnęła poczuć 

na  swoim  ciele  dotyk  jego  gorących,  zachłannych  dłoni.  Byłoby  cudownie,  gdyby  zniknął 

background image

rozdzielający ich mur. Z całego serca chciała mu zaufać. Czy potrafi?  

Jeżeli  Robert  faktycznie  bierze  narkotyki,  a  matka  się  o  tym  dowie,  nie  będzie  mógł  dłużej 

pracować  w  tym  hotelu.  Skądinąd  łagodna  Anne·absolutnie  nie  tolerowała  narkomanów  wśród 

personelu.  

Melanie poczuła nagły ból w sercu. Sama siebie nie rozumiała. Przecież prawie Roberta nie zna i 

właściwie nic ją z nim nie łączy, więc dlaczego na myśl, iż  mogłoby go tu zabraknąć, odczuwa 

tak przenikliwy ból?  

 

-  Słyszałam  na  własne  uszy.  Mogę  wam  dokładnie  powtórzyć,  co  powiedziała  do  telefonu: 

"Kokaina. Chcę wszystko, absolutnie wszystko". - Charlotte mówiła te słowa i krążyła nerwowo 

po swoim gabinecie, do którego zaprosiła Renee i Sylvie. A było to zaraz potem, jak wysłuchała 

nagranej na automatyczną sekretarkę dziwnej wiadomości od kogoś, kto mówił, że ma dla niej 

pierwszorzędny towar. Nie uważacie, że wniosek sam się narzuca?  

Sylvie przysiadła na brzegu krzesła i w zamyśleniu nakręcała na palec wiszący na jej szyi sznur 

korali, podczas gdy Renee stała pod ścianą z założonymi na piersi rękami.  

-  Już  wam  mówiłam,  że  moim  zdaniem  Melanie  od  pewnego  czasu  dziwnie  się  zachowuje  - 

podjęła Charlotte, nie przestając krążyć po pokoju. - Jest zamyślona, często nieobecna duchem. 

Ale coś podobnego nigdy nie przyszło mi do głowy.  

- Może niewłaściwie interpretujesz jej słowa. W końcu nie wiesz, w jakim padły kontekście - za-

uważyła Sylvie.  

- Słyszałaś tylko fragment rozmowy - podchwyciła Renee.  

- Nie widziałyście jej dzisiaj rano. Wyglądała jak po całonocnej zabawie. - Charlotte ściągnęła 

wargi. Sama nie chciała wierzyć w to, co widziała i słyszała, lecz dowody były zbyt miażdżące. 

Ze zmartwienia rozbolała ją głowa .. Biedna Melanie, w co ona się wpakowała?!  

Sylvie. pokręciła głową.  

- Jakoś nie mogę uwierzyć, żeby Melanie brała narkotyki - rzekła.  

- Nie pamiętasz, jak została aresztowana za palenie marihuany? - rzuciła Charlotte. - Wtedy też 

nie mogłyśmy w to uwierzyć.  

Sylvie poprawiła się na krześle.  

-  Owszem,  wypaliła  parę  skrętów,  ale  miała  wtedy  szesnaście  lat.  To,  że  ktoś  w  młodości 

próbował narkotyków, nie oznacza, że się uzależnił.  

background image

Charlotte  zdała  sobie  sprawę,  że  trzęsą  się  jej  ręce.  Ma  ostatnio  same  kłopoty.  Może  zbyt 

pochopnie podejrzewa Melanie, by zapomnieć o innych problemach. Przede wszystkim o tym, że 

ktoś usiłuje zniszczyć opinię Hotelu Marchand, a ona nie potrafi temu zapobiec .  

Renee  oderwała  się  od  ściany  i  podeszła  do  siostry.  -  Masz  wiele  zmartwień  na  głowie  - 

powiedziała,  obejmując  Charlotte.  -  Mam  propozycję.  Ja  i  Sylvie  przeprowadzimy  z  Melanie 

rozmowę. Ty masz dosyć kłopotów z prowadzeniem hotelu i przygotowaniami do wesela.  

- Rozmowa niczego nie wyjaśni - odparła Charlotte. - Jeśli rzeczywiście bierze narkotyki, to i tak 

się tego wyprze.  

- To prawda - przyznała Sylvie. - A my nie możemy jej oskarżyć, nie mając w ręku konkretnego 

dowodu.  Z  ogólnej  rozmowy  też  niewiele  wyniknie.  Więc  może  będzie  lepiej  zapytać  wpierw 

Roberta, czy nie zauważył w jej zachowaniu czegoś niepokojącego. Co o tym myślicie? W końcu 

spędza z nią więcej czasu niż my trzy razem wzięte.  

Charlotte odetchnęła.  

- Masz słuszność - powiedziała. - Sama z nim porozmawiam.  

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY  

Atmosfera  w  kuchni  uległa  zmianie,  której  Robert  nie  umiał  sobie  wytłumaczyć.  Odkąd 

podarował Melanie pułapkę na sny, dziewczyna stała się dziwnie milcząca. A do tego w trakcie 

przygotowywania potraw popełniała omyłki, co normalnie nigdy jej się nie zdarzało. Złożył to 

na karb trudnych przeżyć minionej nocy. Może ma sobie za złe, że chciała się z nim kochać ... 

Albo przypisała mu w związku z drobnym prezentem niezamierzone intencje i nie potrafi sobie 

z tym poradzić?  

Robert  postanowił  uwolnić  Melanie  od  swojej  obecności,  która  najwyraźniej  wytrącała  ją  z 

równowagi, i poszedł sprawdzić, czy dzwonek przy drzwiach dla dostawców rzeczywiście nie 

działa. Rozkręcając mechanizm, nadal o niej myślaL  

Pewnie czuje się dotknięta jego wczorajszą odmową· Pamiętał malujący się w jej oczach wyraz 

tęsknoty  i  oczekiwania.  Może  przez  przesadną  ostrożność  stracił  coś  pięknego  i  cennego? 

Zarzuciła mu brak uczuć. Nazwała go mówiącym manekinem.  

Ha! Gdyby znała prawdę!  

Czy  ona  naprawdę  posądza  go  o  nieczułość?  Usiadł  ciężko  na  kamiennych  schodkach.  Dałby 

wiele, by ostatnia noc nigdy się nie wydarzyła. Niepo- 

background image

trzebnie obudziła w nim niepożądane uczucia. Uczucia niechciane, ponieważ myśl: "A może to 

właśnie ta wymarzona?", natychmiast rodziła w nim zimny strach przed niechybną utratą. W jego 

ś

wiadomości  miłość  nieuchronnie  prowadziła  do  utraty  i  żadną  miarą  nie  potrafił  sobie  tego 

nierozerwalnego związku wyperswadować.  

Jak  zdoła  pracować  nadal  u  boku  Melanie,  skoro  tak  bardzo  jej  pożąda?  Naprawdę,  los  się 

przeciw niemu sprzysiągł. Miał nadzieję zbudować sobie w Nowym Orleanie spokojną przystań, 

a tymczasem wplątał się w beznadziejną sytuację.  

Niczego jeszcze nie popsułeś, odezwał się głos rozsądku. Wszystko będzie dobrze, jeśli nie pój-

dziesz z nią do łóżka. Bądź ostrożny, trzymaj się od niej z daleka, a z czasem ci przejdzie.  

- Robert?  

Słysząc tuż za sobą głos Charlotte, o mało me wyskoczył ze skóry.  

- Ach, to ty. - Szybko poderwał się na nogi i wetknął śrubokręt do kieszeni.  

-  Co  tu  robisz?  -  W  ciemnof)zarym  kostiumie  w  białe  prążki  i  różowej  jedwabnej  bluzce 

wyglądała bardzo kobieco, a zarazem profesjonalnie. W ręku trzymała gazetę.  

Robert darzył naj starszą pannę Marchand wielkim szacunkiem. Zresztą on i ona mieli ze sobą 

wiele  wspólnego.  Oboje  odznaczali  się  silnym  charakterem,  byli  bez  reszty  oddani  pracy  i 

pochodzili z uprzywilejowanych rodzin.  

-  Popsuł  się  dzwonek.  Próbowałem  go  naprawić,  ale  widzę,  że  będą  musiał  wezwać  kogoś  z 

ekipy remontowej.  

-  Przyszłam  ci  podziękować  -  powiedziała  Charlotte,  podając  mu  trzymany  w  ręku  numer 

"Times-Picayune" .  

Na pierwszej stronie widniał drukowany wielkimi literami nagłówek: HOTEL NA WIEDZANY 

PRZEZ DUCHY?, a poniżej, zdjęcie Hotelu Marchand. Wiadomość sygnowała Jen Kay Loving.  

- Za co mi dziękujesz?  

- Wydało się. Autorka wymienia w tekście twoje  

nazwisko. - Ojej!  

-  Podobno  ludzie  dzwonią  od  samego  rana,  żeby  rezerwować  pokoje.  Od  dawna  nie  mieliśmy 

tylu zgłoszeń.  

- Nie bardzo rozumiem.  

-  Podobno  powiedziałeś  tej  reporterce,  że  w  hotelu  straszą  duchy.  Widocznie  na  świesie  nie 

brakuje amatorów silnych wrażeń.  

background image

- Chyba żartujesz.  

. - Mówię poważnie. Jakją namówiłeś, żeby o tym napisała?  

- Znam ją z Seattle, więc kiedy zwróciła się do mnie z pytaniem, co myślę o niedawnej awarii 

hotelowego generatora prądu, odparłem, iż moim zdaniem mogła to być robota rezydującego w 

hotelu ducha. Nie przyszło mi do głowy, że o tym napisze.  

- Ale napisała, a dla nas to istny dar z nieba.  

-  Bardzo  się  cieszę,  że  się  do  tego  przyczyniłem.  A  czy  zbliżyłaś  się  do  odkrycia,  kto  był 

odpowiedzialny za unieruchomienie generatora?  

- Niestety, nie - westchnęła Charlotte. - Boję się, że nigdy się tego nie dowiemy. Oby to był tylko 

czyjś głupi żart. No bo kto miałby celowo działać na szkodę hotelu? Miejmy nadzieję, że uda się 

dotrwać do końca karnawału bez dalszych niespodzianek.  

- Gdybym mógł w jakiś sposób pomóc, to ...  

- Jest jeszcze jedna sprawa, o której chcę z tobą porozmawiać. - Charlotte rozejrzała się, jakby 

chciała się upewnić, czy są sami.  

- Tak?  

Charlotte wzięła głęboki oddech i splotła przed sobą dłonie.  

- Czy nie ... - zawahała się, po czym zaczęła od nowa: - Czy ostatnio w zachowaniu Melanie nie 

zauważyłeś jakiejś zmiany?  

Więc o to chodzi, pomyślał. Na głos zapytał: 

- Co masz na myśli?  

- Na przykład, czy nie spóźnia się do pracy?  

- Bardzo rzadko .  

-  Może  jest  roztargniona?  -  Robertowi  przyszedł  mu  na  myśl  dzisiejszy  ranek,  kiedy  Melanie 

psuła jedną potrawę za drugą. - Albo wymyka się z kuchni poza ustalonymi przerwami?  

- Znasz Melanie - rzekł ostrożnie, nie bardzo wiedząc, co Charlotte usiłuje z niego wyciągnąć i 

nie chcąc poróżnić Melanie ze starszą siostrą. - Jest osobą twórczą. Nie zawsze wiadomo, co za 

chwilę zrobi.  

Charlotte odchrząknęła.  

-  Czy  nie  odniosłeś  wrażenia,  że  myśli  o  wyjeździe  z  Nowego  Orleanu?  Nie  mówiła  o  jakiejś 

nowej ofercie pracy? Albo o romansie z mężczyzną mieszkającym w innym mieście?  

Zawarte w ostatnim pytaniu podejrzenie zadało  Robertowi cios w samo  serce. Musiał wytężyć 

background image

wszystkie siły, by nie dać po sobie poznać, jak bardzo go to dotknęło, Zaraz potem zdał sobie 

sprawę, jak bezsensowna była jego reakcja. Przecież nic go z Melanie nie łączy, nie spotykają się 

poza  pracą,  w  ogóle  się  nie  spotykają.  Ale  mógłbyś  się  z  nią  umówić,  gdybyś  tylko  chciał, 

podpowiedział wewnętrzny głos.  

Nie, nie chciał tego. Melanie zasługuje na kogoś, kto umiałby razem z nią cieszyć się życiem. A 

nie nudnego ponuraka, który musi trzymać uczucia na wodzy w obawie przed obudzeniem zjaw 

przeszłości.  

- Niczego takiego nie zauważyłeś? - upewniła się Charlotte z nadzieją w głosie.  

  - Nie.  

.  

- I nie sądzisz, że ma jakieś problemy?  

Masz na myśli problemy niezwiązane ze mną? - pomyślał. Na głos powiedział:  

- Wspomniała, że bardzo się boi aukcji panien do wzięcia, ale nie może zrobić ci zawodu.  

-  Aha.  -  Charlotte  chwilę  się  zastanowiła,  po  czym  rzekła:  -  Wiesz,  Robercie,  mam  dla  ciebie 

propozycję·  

 

W  czwartek  wieczorem  Melanie  czekała  za  kulisami  w  niewielkiej  sali  widowiskowej 

zabytkowego  pałacyku  należącego  do  miejscowego  Towarzystwa  Ochrony  Zabytków. 

Pochodzący  z  czasów  poprzedzających  wojnę  secesyjną  pałacyk  mieścił  się  w  zabytkowej 

Garden District.  

Włosy miała upięte z wytworny kok, a na sobie długą do ziemi suknię ze srebrzystej tafty, która 

była  za  ciasna  w  pasie.  Powinna  była  posłuchać  siostry  i  zmierzyć  ją  przed  aukcją.  Stroju 

dopełniała  naszywana  srebrnymi  cekinami  maseczka,  do  której  włożenia  zmusiła  Melanie 

organizatorka dzisiejszej  gali. Zwyczaj wkładania masek  'ńależał do  tradycji nowoorleańskiego 

karnawału.  

Babcia Celeste stała razem z Melanie za kulisami, od czasu do czasu stukając wnuczkę palcem w 

plecy, by prosto się trzymała.  Obite czarną morą  ściany, perskie dywany, meble  z wiśniowego 

drewna, neutralne kolory ozdób i dekoracji - wszystko wokół tchnęło bogactwem i wytwornym 

smakiem. Melanie  

. nie gustowała w tego rodzaju wnętrzach. Były sztuczne i przytłaczające. Ale cóż, one również 

stanowią część jej rodzinnego dziedzictwa.  

-  Pięknie  wyglądasz,  pięknie  -  pochwaliła  babcia.  -  Jestem  ci  bardzo  wdzięczna  za  to,  że 

background image

zgodziłaś się zastąpić Charlotte. Nie przyniesiesz mi wstydu. - Dzięki, babciu.  

- W dobrym towarzystwie nie mówi się "dzięki" , tylko "dziękuję".  

- Bardzo przepraszam.  

-  Przeprosiny  przyjęte.  Nie  bój  się,  jeszcze  zrobimy  z  ciebie  godną  spadkobierczynię  rodu 

Robichaux - odparła babcia łaskawym tonem, czyniąc aluzję do tradycji swojej rodziny.  

Uwaga  babci  przypomniała  Melanie  o  jej  odmienności.  O  tym,  że  nigdy  nie  czuła  się  w  pełni 

częścią własnej rodziny. Z trudem powstrzymała cisnącą się na usta ostrą odpowiedź. W końcu 

wiekowej babci, nawet najbardziej dokuczliwej, należy okazywać wyrozumiałość i szacunek.  

Co  jeszcze  powinna  zrobić,  żeby  upodobnić  się  do  reszty  rodziny?  A  jeśli  nigdy  nie  stanie  się 

taka jak one? Może powinna się z tym pogodzić?  

Była  to  nieoczekiwanie  bolesna  myśl.  Dotychczas  nie  zdawała  sobie  sprawy,  jak  bardzo 

chciałaby się zmienić. Stać się jedną z nich. Nadal jednak nie wiedziała, jak tego dokonać.  

-  A  teraz  przedstawiamy  państwu  następną  pannę  do  wzięcia  -  oznajmił  do  mikrofonu 

prowadzący  ceremonię  Henry  Dumas.  Hemy  był  odwi.ecznym  przyjacielem  babci  Celeste, 

pochodzącym ze starej rodziny teksańskich potentatów naftowych.  

Melanie  zamknęła  oczy,  pq:ygoto:wując  się  wewnętrznie  do  wyjścia  na  scenę.  Nie  bój  się, 

potrafisz  stawić  temu  czoło!  -  powiedziała  sobie.  Oddychając  głęboko,  uświadomiła  sobie,  iż 

bardziej  boi  się  tego,  by  nie  zawieść  babki,  niż  perspektywy  spędzenia  wieczoru  z  Wilmerem 

Haddockiem.  

-  Na  scenę  wchodzi  naj  młodsza  latorośl  rodu  Marchand,  czarująca  Melanie!  -  ciągnął  Henry 

Dumas.  -  Melanie  jest  zastępcą  szefa  kuchni  restauracji  Chez  Remy  i  stanowi  żywe 

potwierdzenie znanej prawdy, że do serca mężczyzny najłatwiej trawić przez żołądek. Niedawno 

miałem  przyjemność  skosztować  indyka  przyrządzonego  wedługjej  przepisu,  i  z  miejsca  się  w 

niej zakochałem.   

Melanie  te  kiepskie  dowcipy  się  nie  spodobały,  lecz  zebrani,  którzy  w  większości  znali  ją  od 

dzieciństwa, nagrodzili jej pojawienie się dyskretnymi brawami. Sztucznie uśmiechnięta, wyszła 

na  scenę  przy  akompaniamencie  nagranych  na  taśmę  fanfar.  Przeraził  ją  widok  wytwornego 

tłumu  w  maskach.  Wiele  by  w  tej  chwili  dała  za  magiczny  pierścionek,  który  przeniósłby  ją  z 

powrotem do ojcowskiej kuchni.  

Wspomniawszy restaurację, przypomniała sobie o Robercie, o nocy spędzonej razem z nim w za-

mkniętej na klucz spiżami, i o tym, że nie uległ pokusie i mimo obopólnego pożądania nie chciał 

background image

się z nią kochać.  

Nadal  nie  rozumiała  jego  postępowania.  Najpierw  całował  ją  z  absolutnym  zapamiętaniem,  a 

potem odpychał od siebie, zaprzeczając samemu sobie. A jeśli tylko udawał namiętność, robił to 

ze zwykłej uprzejmości, w odpowiedzi na jej uporczywe namowy?  

O mój Boże! Poczuła, że jej policzki czerwienieją ze wstydu.  

Zaraz  potem  przypomniała  sobie  o  rewelacjach  Coby'ego.  Ale  przecież  to,  co  powiedział  o 

Robercie, działo się wiele lat temu.  

Może dawno się zaczęło, ale czy się skończyło?  

A  jeśli  nawet,  to  sposób  załatwienia  sprawy  dowodził,  że  Robert  jest  człowiekiem,  który  nie 

potrafi  stawić  czoła  konsekwencjom  swoich  własnych  uczynków.  Czy  takiego  mężczyzny 

pragnie? Więc czego właściwie po nim oczekuje?  

- Proponuję, żeby zacząć licytację od pięciuset  

dolarów. Co państwo na to? - zwrócił się do zebranych mistrz ceremonii.  

- Pięćset dolarów! - wykrzyknął łysiejący facet w masce Zorra.  

Oczywiście, Wilmer Haddock.  

Mrużąc oczy w oślepiającym świetle reflektora, rozpaczliwie szukała w morzu zamaskowanych 

twarzy szlachetnego rycerza, który wybawiłby ją od konieczności spędzenia czterech godzin w 

towarzystwie Wilmera.  

- Pięćset dolarów po raz pierwszy - zawołał Henry.  

- Sześćset! - wykrzyknął ktoś z tylnych rzędów.  

Uff1 Znalazł się drugi licytujący.  

Wilmer obejrzał się, szukając wzrokiem przeciwnika.  

- Siedemset! - zawołał.  

- Tysiąc! - padła natychmiastowa odpowiedź.  

Wszystkie  oczy  skierowały  się  ku  nieznajomemu.  Melanie  wspięła  się  na  palce,  usiłując 

wypatrzyć  

swego  potencjalnego  zbawiciela.  Wiedziała  jednak,  że  Wilmer  łatwo  się  nie  podda.  Miał 

mnóstwo pieniędzy, a do tego żyłkę do hazardu.  

- Tysiąc pięćset! - zadeklarował Wilmer. Zapadła cisza.  

Czyżby jej rycerz zrezygnował z dalszej licytacji? - Dwa tysiące!  

Melanie  wreszcie  zdołała  wypatrzyć  anonimowego  Romea,  który  gotów  był  poświęcić  dwa 

background image

tysiące, by przelicytować Wilmera. Miał na twarzy maskę Upiora z opery.  

Nie zniechęcaj się, Upiorze, szepnęła.  

- Trzy tysiące! - zalicytował Wilmer, rzucając swemu przeciwnikowi triumfalne spojrzenie.  

Melanie  straciła  nadzieję.  Jednak  nie  ominie  jej  koszmarny  wieczór  z  obrzydłym  Zorrem.  Ha, 

trudno, przynajmniej nikt nie będzie mógł jej zarzucić, że nie wywiązała się z umowy.  

- Pięć tysięcy! - naj spokojniej w świecie oznajmił Upiór.  

- Czy dobrze usłyszałem? - zapytał Henry Dumas, teatralnym gestem przykładając rękę do ucha. 

- Powiedział pan pięć tysięcy?  

- Zgadza się.  

O cholera! Melanie zakręciło się w głowie. Kim jest ten człowiek?  

Przez  salę  przeszedł  szum  podniecenia.  Żadria  z  wcześniej  licytowanych  panien  nie  uzyskała 

nawet w przybliżeniu tak imponującej sumy.  

- Czy będzie pan dalej licytował? - spytał Henry, zwracając się do Wilmera.  

Ten otworzył usta, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Melanie wyrwała Henry' emu z ręki 

mikrofon i zawołała:  

- Pięć tysięcy po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci! Koniec licytacji. Wygrał mnie Upiór z 

opery.  

Sala zachichotała z uciechy.  

Henry odebrał jej mikrofon, a tymczasem Upiór zaczął się przebijać w kierunku sceny. Melanie 

czekała  na  niego  z  bijącym  sercem.  Był  wysoki  i  postawny,  na  pewno  bardzo  przystojny. 

Mężczyźni  patrzyli  na  niego  z  zazdrością,  kobiety  rzucały  mu  zaciekawione  spojrzenia.  Tylko 

Wilmer gryzł peWnie palce ze złości.  

Melanie zeszła ze sceny, by ustąpić miejsca kolejnej pannie. Za kulisami czekała na nią babcia 

Celeste.  

- A nie mówiłam? - powiedziała.  

Melanie coś tknęło.  

- Sama to ukartowałaś?  

- Nie, wspólnie z Charlotte. Nie mogłyśmy pozwolić, żeby wygrał cię ten wstrętny Wilmer.  

- Nie wiem, jak ci dziękować - zawołała Melanie, rzucając się babci na szyję.  

- Życzę dobrej zabawy.  

Większość  panien  po  licytacji  przechodziła  ze  swymi  partnerami  do  sąsiedniej  sali,  gdzie  do 

background image

tańca grał zespół jazzowy, ale nie było takiego obowiązku. Upiór tymczasem zdążył dotrzeć za 

kulisy,  zbliżył  się  i  podał  jej  ramię.  Melanie  była  w  siódmym  niebie.  Maska  na  jego  twarzy 

dodawała  pikanterii  i  bez  tego  ekscytującej  sytuacji.  Gdy  wyszli  na  korytarz,  mężczyzna  za-

trzymał  się,  wskazując  kolejno  głową  najpierw  salę  balową,  a  potem  drzwi  prowadzące  do 

wyjścia, jakby pytał: "Zostajemy czy wychodzimy?":  

Mielanie odpowiedziała spojrzeniem, które mówiło: "Ty zdecyduj", a on prawidłowo je odczytał, 

bo poprowadził ją do szatni i pomógł założyć płaszcz. Wyszli na dwór i przystanęli, wdychając 

chłodne powietrze. Oboje mieli nadal na twarzach maski.  

- Kim pan jest? - zapytała Melanie.  

- Nie zgadłaś?  

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY  

- Robert! - wyszeptała. - Więc to ty!  

- Owszem.  

Czuł się jak bohater romansowego filmu z wyższych sfer. Eleganckie przyjęcie, światło księżyca, 

a  obok  piękna,  zapatrzona  w  niego  kobieta.  Od  dawna  nie  przeżywał  nic  podobnego.  Był 

przejęty, a zarazem trochę przestraszony.  

- Jeszcze nie mogę w to wszystko uwierzyć. - Melanie żartobliwie trąciła go w ramię. - Przyznaj 

się, dlaczego to zrobiłeś?  

- Jestem z natury rycerski.  

- Wiem, że byłeś w zmowie z babcią i Charlotte.  

- Można tak powiedzieć. Charlotte uświadomiła mi, jak bardzo się boisz wieczoru z Haddockiem, 

a potem porozmawiała z Celeste, która ofiarowała się pokryć połowę kosztów, jeżeli zdołam go 

przelicytować.  

- Nie masz pojęcia, jak jestem wam wszystkim wdzięczna. Ale najbardziej tobie.  

- Cieszę się, że mogłem ci się na coś przydać, a przy okazji przyczynić się dobrej sprawie. Ale 

najważniejsze, że spędzimy razem parę godzin poza kuchnią.  

- Naprawdę chcesz spędzić ze mną wieczór? - spytała, wsuwając mu rękę pod ramię·  

- Bardzo.  

- Może nie powinnam tego mówić, ale wystarczyło w tym celu zapytać, czy się z tobą umówię.  

- Ale wtedy straciłbym okazję pokazania, jaki jestem wspaniałomyślny.  

background image

- To prawda.  

Nagle  stracił  pewność  siebie.  Nie  mając  w  dzieciństwie  ojca,  który  by  go  nauczył,  jak 

postępować  z  kobietami,  poczuł  się  bezradny  jak  dorastający  nastolatek.  Nie  chcąc  zdradzić 

przed Melanie swego zażenowania, postanowił uciec się do wypróbowanej metody i pokazać, że 

to on jest panem sytuacji. W tym celu podszedł bliżej i spojrzał jej przenikliwie w oczy. Manewr 

odniósł pożądany . skutek.  

- No to co proponujesz? - spytała niepewnie.  

-  Możemy  wrócić  na  bal.  Gra  świetny  zespół,  jest  mnóstwo  dobrego  jedzenia.  Twoja  babka 

poszła na całość.  

- Nie lubię takich uroczystych gali ..  

- A co lubisz?  

- Zróbmy coś szalonego. Coś, co nikomu nie przyszłoby do głowy. Zwłaszcza w tych strojach - 

dodała, wskazując swoją długą suknię.  

- Co proponujesz?  

. - Sama nie wiem.  

- Noc w kasynie na statku?  

- Nie.  

- Klub jazzowy?  

- Nie jestem w nastroju. Mimo pociągającej perspektywy przytulania się w przyćmionym lokalu. 

- dodała, rzucając mu zaczepne spojrzenie. - Już wiem! - zawołała. - Przy przystani odbywa się 

karnawałowa zabawa.  

- Zabawa na wolnym powietrzu?  

- Tak. Możemy pojeździć na karuzeli. Uwielbiam karuzelę. Chodźmy, Upiorze.  

Wzięła go za rękę, a on pozwolił się jej prowadzić. On w smokingu, ona w długiej sukni, oboje w 

maskach na twarzy, szli wąskimi zatłoczonymi uliczkami, ale w mieście takim jak Newy Orlean 

nie budziło to niczyjego zdziwienia. Po półgodzinnym spacerze dotarli w pobliże przystani. Na 

niebie  pojawiły  się  chmury  i  zerwał  się  wiatr,  który,  rzecz  dziwna,  nie  burzył  gładkiej 

powierzchni wody .  

Przeszli się wzdłuż oświetlonych lampionami arkad, gdzie przekupnie zachęcali do spróbowania 

szczęścia  w  strzelaniu  do  celu,  rzucania  kółek  i  innych  podobnych  rozrywek.  Robert  po  raz 

pierwszy od dzieciństwa znalazł się w wesołym miasteczku. Zapomniał o istnieniu takich miejsc.  

background image

Minąwszy  arkady,  dotarli  do  małej  kolejki  górskiej.  Nieco  dalej  znajdowała  się  karuzela.  Nie 

było na niej nikogo. Robert  kupił w budce czerwone  kartonowe bilety,  a zaraz potem operator 

zaprosił ich na karuzelę·  

Melanie  wbiegła  pierwsza  na  podwyższenie.  W  swojej  długiej  srebrzystej  sukni,  z  misternie 

ułożonymi  włosami  wyglądałajak  wielka  dama,  a  zarazem  ucieleśnienie  kobiecej  elegancji  i 

wdzięku.  Robert  po  raz  pierwszy  widział  taką  Melanie.  Patrzył  na  nią  jak  urzeczony, 

uświadamiając sobie, jak mało ją zna. 

Ona  jednak  znowu  zrobiła  mu  niespodziankę.  Wybrawszy  dla  siebie  czerwonego  konia  z 

odrzuconym do tyłu łbem, jednym ruchem podciągnęła suknię, aby móc swobodnie dosiąść go 

okrakiem. Tym samym przemieniła się z powrotem w dobrze mu znaną dziewczynę-chłopczycę, 

a Robert uznał, iż chyba jednak najbardziej podoba mu się w tym wcieleniu.  

Sam  usadowił  się  w  złotym  rydwanie.  Kiedy  karuzela  ruszyła,  koń  Melanie  w  czasie  jazdy 

podnosił się i opadał, natomiast rydwan Roberta spokojnie sunął dokoła.  

- Zachowujesz się jak wapniak - zawołała Melanie, pokazując mu język.  

- Nie chcę pobrudzić wypożyczonego smokingu.  

- Tere-fere. Twój rydwan na pewno nie jest czyściejszy od mojego konia.  

- No, nie byłbym pewien. Myślę, że więcej dzieciaków z lepkimi od słodyczy łapkarrii wybiera 

konie niż rydwany.  

Wyprostowana,  z  błyszczącymi  oczami  i  odrzuconą  do  tyłu  głową,  Melanie  wyglądała 

olśniewająco. Jakże łatwo można się w niej zakochać,. p,omyślal.  

Niebezpiecznie łatwo.  

.  

- Wiem, dlaczego wolisz rydwan od konia! - zawołała. - To z twojej strony symboliczny wybór - 

dodała. - Bo wolisz bezpieczeństwo od przygody i czystość od dobrej zabawy.  

-  I  nie  chcę  dostać  mdłości  -  zrewanżował  się.  A  kiedy  karuzela  zwolniła  i  muzyka  ucichła, 

dodał: - Przynajmniej mam pewność, że nie zwymiotuję po zejściu na ziemię.   

- Może. Ale nie będziesz wiedział, co cię ominęło.  

Karuzela stanęła i Melanie zeskoczyła.  

- Mam ochotę na cukrową watę. - Podbiegła do straganu, nie czekając na Roberta, i kupiła sobie 

niebieską watę na patyku. Nie miała przy sobie torebki, a pieniądze wyciągnęła z pantofla.  

Robert  pokręcił  głową.  Zdumiewające!  Ubrała  się  jak  wielka  dama,  ale  pieniądze  wetknęła  do 

buta, jak psotny dzieciak!  

background image

W dali od strony Zatoki Meksykańskiej błyskawica przecięła niebo. Po chwili rozległ się pomruk 

grzmotu. - Lepiej chodźmy stąd - rzekł Robert. - Zbiera się na burzę.  

- Chcesz spróbować? - spytała Melanie, nawija 

jąc na palec pasmo słodkiej waty. - Nie, dziękuję.  

- Jak chcesz. Jest pyszna.  

- Pyszna? Przecież to tylko rozpylony cukier z dodatkiem barwnika.  

- Ech, nie potrafisz cieszyć się byle czym dla samej przyjemności zabawy.  

- No cóż, jestem realistą - odparł.  

- Oj jesteś, jesteś!  

W  drodze  powrotnej  wybierali  boczne  uliczki,  omijając  zatłocżoną  Bourbon  Street,  lecz  i  tam 

dobiegały do nich odgłosy jazzowej muzyki.  

- To musi być ciekawe dorastać w takim mieście jak Nowy Orlean - zauważył Robert. - Wiecznie 

trwająca zabawa. Jak się czułaś jako dziewczynka? - Odebrałyśmy dosyć surowe wychowanie. 

Musiałyśmy wcześnie wracać do domu. No i posyłano nas do katolickich szkół.  

- Teraz rozumiem, dlaczego masz takie buntownicze usposobienie - odparł Robert. - A wiesz, że 

ja też chodziłem do katolickiej szkoły?  

- Nie żartuj! - wykrzyknęła, spoglądając na niego kokieteryjnie.  

- Wcale nie żartuję.  

- A mimo to nie masz buntowniczego usposobienia. 

- Moje chaotyczne wychowanie nie skłaniało do buntu. Odwrotnie, od dzieciństwa tęskniłem za 

porządkiem i spokojem.  

- To wiele wyjaśnia - rzekła. A podając mu znowu słodką watę, spytała: - Na pewno nie chcesz 

spróbować?  

- Nie, jeszcze raz dziękuję, ale nie.  

- No i co zrobimy z tak pięknie rozpoczętym wieczorem?  

- Lada chwila spadnie deszcz - przypomniał Robert. - Może czas wracać do domu.  

.  

-  Nie  boję  się  deszczu.  Nie  jestem  z  cukru,  nie  roztopię  się.  -  Popatrzyła  na  niebo,  na  którym 

pojawiła się kolejna błyskawica. - Burza jest daleko, nieprędko do nas dotrze.  

-  Już  prawie  dziesiąta,  a  jutro  będzie  mnóstwo  roboty  z  przygotowaniami  do  generalnej  próby 

weselnego przyjęcia.  

-  Zamiast  szukać  wymówek,  lepiej  przyznaj  się,  że  masz  mnie  dosyć  -  powiedziała 

background image

zawiedzionym głosem.   

- To nieprawda, wcale nie szukam wymówek. A na pewno nie mam cię dosyć.  

Melanie natychmiast się rozpogodziła.  

- Mówisz poważnie?  

- Naprawdę chciałbym, żeby ten wieczór trwał jak najdłużej. Dlaczego tak trudno ci w to uwie-

rzyć?  

- Bo zawsze kiedy z tobą rozmawiam, mam wrażenie, że coś ukrywasz.  

- Po prostu pomyślałem, że możesz być już zmęczona - odparł Robert.  

- Chyba żartujesz! Teraz, kiedy udało mi się nareszcie wywlec cię z kuchni? - Wyciągnęła rękę i 

lepkim od cukru palcem pogłaskała go w policzek. - Wyobraź sobie, że czas przestał istnieć, nie 

ma dnia wczorajszego ani jutrzejszego, jest tylko obecna chwila. Co naj chętniej byś zrobił?  

Najchętniej bym cię pocałował, pomyślał. Na głos powiedział:  

- Przyznam, że jestem trochę zmęczony. Jestem na nogach od wpół do szóstej rano.  

- Zapomnij o tym! - zawołała. - Zapomnij o dzisiejszym dniu. Nie ma go. Naprawdę chcesz mi 

wmówić,  że  wolisz  pójść  spać,  niż  całować  się  ze  mną  we  Francuskiej  Dzielnicy  Nowego 

Orleanu w świetle księżyca?  

Jakim cudem odgadła jego myśli?  

- Masz ręce pełne cukrowej waty - zauważył.  

- A, rzeczywiście.  - Rozejrzała się, a zauważywszy stojący na rogu kosz na śmieci, puściła się 

pędem w jego kierunku. Po wyrzuceniu resztek słodkiej waty wróciła do Roberta. - Nic już nie 

ma - oświadczyła zdyszanym głosem. Przybliżyła się do niego, figlarnie marszcząc nosek.  

- Nietrudno się domyślić, do czego zmierzasz - mruknął Robert.  

- Och, przestań. Pocałuj mnie - zażądała.  

- A podobno to ja jestem apodyktyczny i nie ...  

Nie dane mu było dokończyć zdanIa. Melanie zamknęła mu usta pocałunkiem, a on zatopił się w 

jej gorących wargach, których smak był lekko zabarwiony słodką watą. Czuł, że przepadł z krete-

sem. To  było silniejsze  od niego. Jeszcze do niedawna wmawiał sobie, że się z tego otrząśnie, 

lecz dzisiejszy pocałunek ostatecznie położył kres tym złudzeniom.  

Bo nie był to zwyczajny pocałunek. Nawet maski, które nadal mieli na twarzach, nie dzieliły ich, 

lecz przeciwnie, dodawały pocałurikoWi t:tiezwykłości. Robert zapomniał o bożym świecie. Ale 

nie na długo. Otrzeźwiła go nieprzyjemna świadomość, że nie panuje nad sytuacją. A tego bał się 

background image

najbardziej. Dosyć tego.  

Gwałtownie oderwał się od Melanie.  

- Nie trzeba - powiedział. - Nie powinienem się z tobą całować.  

- Co ty powiesz? Kiedy doszedłeś do tego genialnego wniosku? - zadrwiła. - Ajeśli tak; to po co 

mnie wylicytowałeś?  

- Nie chciałem, żeby wygrał ten nieszczęsny łysy Zorro.  

- Byłeś o niego zazdrosny?  

- Nie mogę być o ciebie zazdrosny, bo nie jesteśmy parą - bronił się Robert.  

- No racja - przyznała.  

- Chcesz, żebyśmy zostali parą?  

- Nie - zaprzeczyła. - A ty?  

- Skoro ty nie chcesz... -  

- A gdybym chciała?'  

Przyciągnął ją do siebie za oba ramiona.  

- Dobrze wiesz, jak bardzo mi się podobasz i jak bardzo cię pragnę - powiedział zdławionym 

głosem.  

-  Ale  nie  na  tyle,  żeby  się  ze  mną  związać.  Za  dużo  nas  różni.  Ja  lubiłabym  zabawy,  a  ty 

wieczory  spokojnie  spędzane  w  domu.  Ja  marzyłabym  o  górskich  wędrówkach  i  zdobywaniu 

Mount Everestu, a ty oddawałbyś się porządkowaniu garażu.  

- Chciałbyś wej ść na Mount Everest?  

- To przenośnia. Ale nie chciałabym z powodu porządkowania garażu stracić okazji do przeżycia 

interesującej przygody.  

- Moglibyśmy razem gotować.  

- Tak, gotowanie. To jedno, co nas łączy - mruknęła.  

- To bardzo istotna więź. Wszyscy musimy jeść .. Chociaż różnili się jak dzień od nocy, to jednak 

jej obecność w przedziwny sposób dodawała Robertowi życia. Kiedy był z Melanie, wstępowała 

w niego nieznana energia.  

- Już wiem, co zrobimy - oświadczyła. - Chodźmy na Jackson Square, do wróżki. Dowiemy się, 

czy czeka nas wspólne życie, czy też totalna katastrofa.  

Nie pytając Roberta o zgodę, wzięła go za rękę i ruszyła w wybranym kierunku. Nie potrafił się 

jej oprzeć. Sam był pozbawiony wypełniającej Melanie radości życia, ale 19nął do ludzi, którzy 

background image

ją mieli. Rozsądek podpowiadał, aby jak najszybciej odprowadził Melanie do domu, ale serce nie 

chciało słuchać głosu rozsądku. Na niebie zabłysła kolejna błyskawica.  

- Czy kiedykolwiek przepowiadano CI przyszłość? - zapytała Melanie.  

- Nie, nigdy. A tobie?  

- Tysiące razy. Kiedy byłyśmy małe, babcia ze strony ojca często wróżyła nam z ręki. Ale w ta-

jemnicy przed babcią Celeste, która była temu przeciwna.  

- I słusznie. Ja też nie popieram wpajania dzieciom przesądów.  

- Babcia Marie zmarła, kiedy miałam sześć lat, więc byłam na to za mała, ale Sylvie nauczyła się 

czytać z ręki. Ale ja naj chętniej chodzę do wróżbitek z Jackson Square.  

- I czy choć jedna z ich przepowiedni kiedykolwiek się sprawdziła?  

- Wiele razy. Nawet te, o których wolałabym zapomnieć.  

- Możesz podać jakiś przykład?  

- Kiedy cztery lata temu przyjechałam do domu na Boże Narodzenie, wróżka powiedziała, że w 

moim życiu nastąpi nieodwracalna zmiana. Dwa miesiące później ojciec zginął w wypadku.  

- To bardzo ogólnikowa przepowiednia. Nie przekonałaś mnie.  

- Daj mi spokój ze swoją logiką.  Wiara nie poddaje się chłodnej analizie. Albo się ją ma, albo 

nie.  -  Życie  człowieka  stale  się  zmienia  -  nie  ustępował  Robert.  -  Twoje  też  by  się  zmieniło, 

nawet gdyby ojciec nie uległ wypadkowi.  

- Ale nie tak radykalnie. Ani tak nagle.  

Melanie  zamilkła.  Pewnie  myślała  o  ojcu.  Patrząc  na  nią,  Robert  wspomniał  swoich  rodziców, 

których  utracił  na  samym  początku  życia.  Ich  odejście  ograbiło  go  z  radosnego,  beztroskiego 

dzieciństwa. Dobrze, że Melanie miała szczęśliwe dzieciństwo i kochającą rodzinę.  

- Na pewno chcesz iść do wróżki? - zapytał.  

- Tak. Od czasu huraganu i choroby mamy nie wiedzie nam się najlepiej. Najwyższy czas, żeby 

zdarzyło się coś dobrego, a ja chcę z góry o tym wiedzieć.  

- Nie żartuj. Naprawdę wierzysz we wróżby?  

- A dlaczego nie?  

- Bo nie mają żadnych racjonalnych podstaw.  

- Och, nie bądź takim racjonalistą! Skąd wiesz, czy nie opierają się na czymś, o czym nie wiesz?  

- Dobrze, pozostańmy każde przy swoim zdaniu.  

- Ale pójdziesz  ze mną  i pozwolisz powróżyć sobie. z  ręki,  dobrze? - poprosiła, podnosząc  ku 

background image

niemu twarz w srebrnej maseczce.  

Czy mógł jej odmówić?  

- No dobrze - zgodził się, otrzymując w nagrodę jej promienny uśmiech.  

Jackson  Square  zastawiony  był  kolorowo  udekorowanymi  stolikami,  przy  których  urzędowali 

najrozmaitsi dziwacy i odmieńcy, jasnowidze i chiromanci obojga płci - jedni wróżyli z kart, inni 

z dłoni, jeszcze inni ze szklanej kuli.  

- Kogo wybierzesz? - spytał.  

- Chodźmy do madame Lavy. Uchodzi za najlepszą.  

Madame  Lava  była  drobną,  pomarszczoną  kobietą  w  ogromnym  kapeluszu  na  głowie, 

owiniętą  karmazynowym  szalem.  Najej  stoliku  leżały  karty  do  tarota  i  stała  wielka  szklana 

kula. Na widok zbliżających się Roberta i Melanie jej twarz rozjaśnił szeroki uśmiech.  

- Witam! Witam! - odezwała się ochrypłym głosem. - Które pierwsze? 

- Pan - odparła Melanie, wskazując Roberta.  

 

- Usiądź, młody człowieku!    

  Robert poczuł się nieswojo.  

.  

- Płaci pan dwadzieścia dolarów.  

Robert posłusznie podał wróżbitce pieniądże, które ta zręcznie wsunęła sobie za dekolt.  

- Mam wróżyć ze szklanej kuli czy z tarota?  

- Nie, proszę mu powróżyć z ręki - odpowiedziała za niego Melanie.  

Kobieta odsunęła na bok karty i kulę.  

- Podaj mi rękę - rzekła, a gdy spełnił jej żądanie, zamknęła oczy.  

-  Co  ona  może  zobaczyć  z  zamkniętymi  oczami?  -  szepnął  Robert  do  nachylonej  nad  nim 

Melanie.  

-  Madame  Lava  widzi  przyszłość  z  zamkniętymi  oczami,  młody  człowieku.  Proszę  siedzieć 

spokojnie, żebym mogła się skupić - upomniała go starucha.  

- Tak jest. Przepraszam.  

- Widzę wodę - odezwała się po chwili wróżka. - Bardzo dużo wody. Smutne jest twoje serce. 

Ale to się niedługo zmieni. Czeka cię wielkie szczęście. - To dobra wiadomość.  

- Ukochana kobieta jest niedaleko ciebie. - Robert mimo woli zerknął na Melanie. - Ale najpierw 

spotka cię cierpienie.  

Robert roześmiał się.  

background image

- Proszę się nie śmiać - oburzyła się wróżka, otwierając oczy. - To nie żarty.  

- Oczywiście - odparł szybko, powstrzymując śmiech.  

- Więc posłuchaj, bo mam dla ciebie ważne ostrzeżenie. Ogień. Strzeż się ognia.  

- Ma pani na myśli realny ogień, czy też ogień namiętności? - zapytał z przekornym uśmiechem.  

Madame Lava popatrzyła na niego z pogardą.  

- Widzę, że niepotrzebnie tracę czas. Nic więcej nie powiem.  

Robert  wstał  z  krzesła.  Chciał  zażądać  zwrotu  pieniędzy,  lecz  powstrzymało  go  karcące 

spojrzenie Melanie.  

- Odejdź stąd - powiedziała. - Nie chcę tutaj twoich negatywnych fluidów. Będą nam tylko prze-

szkadzać. - Zarazem jednak mrugnęła do Roberta, dając mu do zrozumienia, że i ona nie bierze 

wróżenia zbyt serio.  

Odszedł  i  usiadł  na  okalającym  plac  murku.  Wiatr  zmienił  kierunek  i  coraz  szybciej  napędzał 

chmury. Deszcz wisiał w powietrzu.   

Dobrze się czuł przy Melanie. Było mu przyjemnie, kiedy starała się go rozruszać, namawiała do 

beztroskiej  zabawy.  Zarazem  jednak  jego  ostrożne,  praktyczne  ja  nieustannie  szeptało  mu  do 

ucha ostrzeżenia w rodzaju: "Wielka namiętność kończy się wielkim rozczarowaniem".  

Przypomniał  sobie,  że  nadal  nosi  maskę  Upiora,  więc  ją  zdjął  i  wystawił  twarz  do  wiatru, 

spoglądając na Melanie, która siedziała wyprostowana, pilnie wsłuchując się w słowa wróżbitki. 

Wszystko  mu  się  w  niej  podobało,  także  to,  że  w  każdej  sprawie  miała  własne  zdanie  i  nie 

dawała się zbić z tropu.  

I w tym momencie poczuł, iż pragnie spędzić z nią resztę życia. Zapragnął zdobyć ją na zawsze, 

chociaż nadal nie miał pojęcia, jak ten cel osiągnąć.  

 

Ona  tymczasem  coraz  bardziej  traciła  pewność  siebie.  Wizyta  u  wróżki  wydała  jej  się  teraz 

niemądra  i  bezcelowa.  Nie  bardzo  wiedziała,  dlaczego  pozwala,  by  pachnąca  tanim  burbonem 

starucha trzymała jej dłoń w pomarszczonych rękach o długich pożółk-  

łych paznokciach.  

.  

- Ma pani za sobą długą podróż powrotną do domu - zaczęła madame Lava.  

- Można to tak określić - przyznała Melanie.  

-  Widzę  wokół  ciebie  wiele  miłości.  Ale  uważaj,  bo  czekają  cię  poważne  kłopoty.  -  Melanie 

ż

achnęła się w duchu. Nie miała ochoty wysłuchiwać ponurych przepowiedni. - Twoje serce jest 

background image

poważnie zagrożone - ciągnęła chiromantka.  

-  Faktycznie,  używam  za  dużo  masła  -  odparła  Melanie,  usiłując  obrócić  wszystko  w  żart.  - 

Wiem, że masło szkodzi na serce, ale jestem kucharzem, a nic nie dodaje potrawom tyle smaku 

co właśnie masło.  

-  Nie  wykręcaj  kota  ogonem,  dobrze  wiesz,  o  czym  mówię  -  zgromiła  ją  madame  Lava,  spo-

glądając  znacząco  na  siedzącego  na  murku  Roberta.  Melanie  poczuła  się  jeszcze  bardziej 

nieswojo.  

- Ostrzegam, że nie zamierzam dopłacać za lepszą wróżbę - oświadczyła.  

-  Nie  chodzi  o  pieniądzt?  Mówię  to  dla  twojego  dobra.  Strzeż  się!  -  odparła  wróżbitka,  nie 

przestając wpatrywać się w Roberta.  

- Kogo? Jego? Chcesz powiedzieć, że Robert zagraża mojemu sercu? To bzdura. Jesteśmy tylko. 

przyjaciółmi.  

- Strzeż się! - powtórzyła madame Lava.  

'-  Dobrze,  będę  ostrożna.  -  Melanie  wyrwała  rękę  z  jej  szponów,  wymamrotała  "Dziękuję"  i 

wstała z krzesła.  

Robert zeskoczył z murku.  

- Czego się dowiedziałaś? - zapytał.  

  - Że mam uważać.  

.  

- Na co?  

- Nie mam pojęcia. Miałeś rację, wróżenie to głupota.  

- Co ci powiedziała? - zaniepokoił się Robert.  

- Nic ważnego.  

Niebo  rozbłysło,  rozległ  się  grzmot  i  spadły  pierwsze  krople  deszczu.  Wróżbici  zaczęli 

pospiesznie składać swe stoliki.   

-  Chodź,  odwiozę  cię  do  domu  -  powiedział  Robert,  obejmując  ją.  -  Mój  samochód  stoi  na 

parkingu pod pałacykiem.  

Gdy biegła obok niego, w jej głowie nadal pobrzmiewały złowrogie słowa wróżki.  

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY  

Zanim  dojechali  pod  dom  Melanie,  deszcz  zmienił  się  w  ulewę.  Na  szczęcie  przezorny  jak 

zawsze  Robert  miał  w  samochodzie  brezentową  plandekę,  pod  której  osłoną  dotarli  do  drzwi. 

background image

Melanie kucnęła i wyjęła klucz spod wycieraczki.  

- To wielka lekkomyślność zostawiać klucz w takim miejscu - upomniał ją Robert.  

- Nie lubię nosić torebki.  

- Wystarczyłoby zainstalować system alarmowy.  

- Po co wydawać pieniądze na alarm, kiedy nie wiem, jak długo zostanę w Nowym Orleanie? 

- Lubisz przeprowadzki?  

- Trudno mi usiedzieć długo w jednym miejscu - przyznała.  

- Myślałem, że wróciłaś do domu na stałe.  

Melanie  nie  odpowiedziała.  Kiedy  weszli·  do  przedpokoju,  czarny  kotek  podbiegł  i  z  głośnym 

mruczeniem otarł się o jej nogi.  

- O, masz kota! - zdziwił się Robert. - Jak ma na imię?  

- Nie wiem, nie jest mój. Zabłąkał się pod moje drzwi, a ponieważ wyglądał na zabiedzonego, za-

brałam go do domu i nakarmiłam.  

- Jesteś jak Holly Golightly.   

- Kto?  

- Bohaterka "Śniadania u Tiffany' ego". Grała ją Audrey Hepburn. Ona też miała bezimiennego 

kota. Nie nadała mu imienia, bo unikała wszelkich zobowiązań. Nawet wobec kota.  

- Chcesz powiedzieć, że to ja unikam zobowiązań?  

- Nie, zwracam tylko uwagę, że nie nadałaś kotu imienia.  

- On nie jest mój i nie wiem, jak się nazywa. Robert rozejrzał się po pustych ścianach.  

-  Od  kiedy  tu  mieszkasz?  Od  czterech  miesięcy?  I  co,  ani  jednego  obrazka,  nierozpakowane 

pudła na podłodze. Kot bez imienia.  

-  To  nie  moje  rzeczy,  tylko  Davida.  Mojego  byłego  męża.  Przesłano  je  przez  omyłkę  na  mój 

adres. Nie lubię się z nim kontaktować i dlatego jeszcze ich nie odesłałam. Gdybym była taką 

jędzą, za jaką mnie uważasz, wyrzuciłabym jego rzeczy na śmietnik.  

- Wiem, nie jesteś mściwa.  

Melanie spojrzała na niego łaskawszym okiem.  

-  Przemokłeś.  Poszukam  czegoś,  w  co  mógłbyś  się  przebrać.  -  Pochyliła  się  nad  pudłem  i  po 

chwili wyciągnęła parę  dżinsów i bawełnianą bluzę. -  Masz, powinny  na ciebie pasować. A ja 

pójdę do sypialni i przestanę udawać Kopciuszka na balu.  

- Nie mam ochoty wkładać rzeczy twojego byłego męża.  

background image

- Wolisz siedzieć w mokrym smokingu? David to nicpoń, ale jego ciuchy nie zmutują ci genów.  

- Lepiej pojadę do domu.  

- Zwariowałeś? W taką ulewę chcesz jechać na drugi koniec miasta?  

Melanie udała się do sypialni, zrzuciła przemoczoną suknię balową i włożyła znoszone domowe 

ubranie,  po  czym  poszła  do  kuchni.  W  korytarzu  natknęła  się  na  wychodzącego  z  łazienki 

Roberta.  

- No, no, wyglądasz w dżinsach Davida sto razy lepiej niż on - rzekła z uznaniem. - Czy ktoś już 

ci mówił, że masz nadzwyczaj kształtny tyłek?  

- Oszem, zdarzało się.  

-  Doprawdy?  Nie  mnie  pierwszej  wydał  się  pociągający?  Zaczynam  być  zazdrosna.  -  Ich  oczy 

spotkały się. - Co byś powiedział na kieliszek wina?  

- Naprawdę muszę już iść.  

- Poczekaj, aż burza trochę się uspokoi. Byłabym niepocieszona, gdyby zdarzył ci się wypadek. 

Jeśli nie masz ochoty na wino, proponuję rum. Masz ochotę na rum z colą?  

Nie chciała się z nim rozstawać. Bała się zostać sama w domu w groźną burzliwą noc. Robert 

musiał to wyczytać z jej twarzy, bo powiedział:  

- Dobrze, wypiję jednego drinka, a potem wezwę taksówkę·  

- Nie musisz się nade mną litować. Jeśli chcesz koniecznie jechać, nie będę cię trzymać na siłę. 

- Nie zostaję z litości - zaprotestował.  

- A dlaczego?  

- Może chcę być z tobą.  

- Nagle zmieniłeś zdanie?  

- Bo pewnie boisz się burzy i potrzebujesz towarzystwa.   

- Chyba nie tylko ja boję się burzy. Widziałam, jak podczas jazdy zaciskałeś ręce na kierownicy.  

- Faktycznie nie lubię burzy, ale jeszcze bardziej obawiam się ciebie, zwłaszcza w połączeniu z 

alkoholem.  

- Nie bardzo rozumiem - mruknęła, wyjmując z kredensu butelkę rumu.  

- Sama twoja obecność wytrąca mnie z równowagi. Po wypiciu alkoholu mogę całkiem stracić 

głowę·  

Ja też, pomyślała.  

Idąc do lodówki po colę i lód, celowo ominęła go szerokim łukiem. Po przygotowaniu drinków 

background image

podała mu szklankę.  

- Piję twoje zdrowie - powiedziała. - Za to, żebyś przynajmniej czasem tracił głowę.  

- O to ci chodzi? No to na zdrowie! - Stuknęli się szklankami.  

- Mam propozycję - odezwała się po chwili, czując, jak rum zaczyna uderzać jej do głowy .. - 

Nastawię muzykę i zatańczymy.  

- Niestety, nie umiem tańczyć.  

- No oczywiście. Mogłam się domyślić. - Schyliła się, by wziąć na ręce kotka, który ocierał się o 

jej nogi. Poszła w kąt pokoju i nastawiła płytę. - Mama byłaby z nas para, zbyt wiele nas różni - 

powiedziała, byle coś mówić. Jednocześnie myślała: "Pocałuj mnie. Pocałuj mnie i spraw, żebym 

zamilkła".  

- Na przykład, co? - usłyszała tuż za sobą głos Roberta.  

- Niemal wszystko.  

- Podaj przykład.  

- Sam zgadnij.  

- Miewasz przelotne związki? - zapytał. Ale zaraz dodał: - Przepraszam, nie musisz odpowiadać.  

- Raczej nie - odparła. - A ty?  

- Nie.  

- Byłeś żonaty?  

- Prawie.  

- Co się stało?  

Robert podniósł rękę i pomacał bliznę na skroni.  

-  Powiedzmy,  że  byliśmy  do  siebie  zbyt  podobni  -  odparł  bez  przekonania.  Melanie  odniosła 

wrażenie, iż nie to jest przyczyną owiewającej go mgły smutku.  

- To przykre.  

- No cóż, tak w życiu bywa. Sama przeżyłaś nieudany związek. Jak długo byliście małżeństwem?  

- Cztery miesiące. Przed ślubem znaliśmy się tylko parę tygodni. Zrobiłam głupstwo, ale chyba 

każdemu  zdarza  się  popełnić  w  życiu  przynajmniej  jedno.  A  ty?  Zrobiłeś  kiedyś  w  życiu  coś 

naprawdę głupiego? Czego do dziś żałujesz?  

- Nie - odparł. - Żałuję wielu rzeczy, ale żadnej z nich nie nazwałbym głupotą. Raczej pomyłką.  

- Nie miałeś przygody z policją? - zapytała podchwytliwie.  

- Nie - odparł po krótkim wahaniu.  

background image

Jego twarz nie zdradzała najmniejszego zmieszania. Niczego, co mogłoby wskazywać, że mija 

się z prawdą.  Melanie poczuła się nieswojo. Skoro umie tak dobrze  kłamać, to jest  gorzej, niż 

przypuszczała.  

 

 

 

- A ty miałaś do czynienia z policją? - zapytał po chwili.  

- Tak. Mając szesnaście lat, paliłam marihuanę na koleżeńskiej imprezie i zostałam aresztowana. 

- Przyglądała mu się z napięciem, modląc się w duchu, by się przyznał do przygody z kokainą, 

lecz  nic  takiego  nie  nastąpiło.  -  Moi  rodzice,  zwłaszcza  mama,  mieli  wielu  wpływowych 

znajomych. Mogli się postarać, żeby uszło mi to na sucho.  

- Ale z tego nie skorzystali, tak?  

- Tak. - W przeciwieństwie do twojej ciotki, dodała w duchu. - Uważali, że powinnam ponieść 

konsekwencje  swojego  postępku.  Skazano  mnie  na  kilkanaście  godzin  pracy  na  rzecz  lokalnej 

społeczności  i  grzywnę  w  wysokości  rocznego  kieszonkowego.  Jestem  do  dziś  wdzięczna 

rodzicom za ich postawę.  

- Pewnie nigdy więcej nie sięgnęłaś po narkotyki.  

- O tak, odechciało mi się raz na zawsze.  

Popatrzył na Melanie, jakby nie do końca wierzył jej słowom. Co z nim jest, do diabła! Przecież 

to on coś ukrywa, a nie ona. Zwierzyła mu się ze swoich grzechów, a ten milczy jak zaklęty! W 

ten sposób nigdy się nie dogadają. Postanowiła spróbować jeszcze raz:  

- Ty nigdy nie próbowałeś narkotyków?  

- Nie.  

- Nigdy? Ani razu? Nawet jako nastolatek?  

- Nigdy. - Była w jego tonie jakaś trudna do określenia emocjonalna nuta. Poczucia winy? Żalu? 

Smutku? - Narkotyki prowadzą do strasznych nieszczęść.  

Melanie opadły ręce. Robert kłamie w żywe oczy. Jak w tej sytuacji ma mu zaufać?  

- Dziwne są te nasze rozmowy, kręcą się w kółko, nie prowadząc do niczego - podjął Robert po 

krótkim milczeniu.  

- Ja tylko tak umiem rozmawiać. Nudzą mnie proste i jasne rozmowy. Może jestem nienormaina. 

-  To  ja  zawsze  uważałem  się  za  odmieńca.  Byłem  biednym,  samotnym  dzieckiem  bogatych 

background image

rodziców. - Co chcesz przez to powiedzieć?  

-  Byli  szalenie  bogaci.  Nawet  we  wczesnym  dzieciństwie  rzadko  ich  widywałem.  Ojciec  był 

zajęty  robieniem  pieniędzy,  matka  miała  własne  problemy.  Wieczory  spędzałem  przed 

telewizorem, a gosposie karmiły mnie podgrzewanym w mikrofalówce mrożonym jedzeniem.  

- Biedne bogate dziecko - rzekła Melanie ze współczuciem. - Teraz rozumiem, dlaczego zostałeś 

kucharzem. Z tęsknoty za przytuhi.ym ciepłem prawdziwego gotowania. Ale w głębi duszy jesteś 

nadal wygłodzonym dzieciakiem. Muszę ci kiedyś upiec tradycyjnego domowego kurczaka.  

- Wspaniale! Domowy kurczak załatwiłby wszystkie moje problemy  

- Ty masz problemy? - zdziwiła się. - Jesteś taki zrównoważony i dobrze zorganizowany. Jakie 

możesz mieć problemy, pomijając kompleks mrożonego jedzenia z mikrofalówki?  

Mimo żartobliwego tonu Melanie była do głębi poruszona wizją małego chłopczyka siedzącego 

samotnie przed telewizorem w pustym, bogatym domu.  - Ty jesteś moim głównym problemem - 

odparł, podchodząc bliżej.  

- Bo podważam twój autorytet jako szefa kuchni?  

- To też. Ale nie to miałem na myśli.  

- Tylko co?  

- Burzysz mój psychiczny spokój.  

- To chyba dobrze?  

- Równowaga psychiczna jest dla mnie ważna.  

- A może chciałbyś, żeby cię z niej wytrącić, tylko o tym nie wiesz?  

Robert podszedł jeszcze bliżej.  

- Jak teraz wygląda twoja równowaga psychiczna?  

- Bardzo dobrze - skłamała. - Lubię niebezpieczne sytuacje.  

Zapadła  długa  cisza.  Melanie  miała  wrażenie,  że  między  nią  a  Robertem  nawiązuje  się 

tajemnicze porozumieme.  

Nagle  chwycił  ją  w  ramiona,  przyćiągnął  do  siebie  i  zaczął  całować  z  tak  szaleńczym 

zapamiętaniem, iż w głowie Melanie została tylko jedna myśl, a właściwie błaganie: O tak, tak, 

nie przestawaj!  

Był  późny  wieczór,  oboje  wypili  po  szklance  rumu,  grała  podniecająca  muzyka.  Absolutny 

zawrót głowy!  

Robert oderwał się od jej ust.  

background image

- Muszę już iść - powiedział cicho.  

- Zostań na noc. Ulewa nie ustaje, a ty piłeś. Gdybyś wezwał taksówkę, musiałbyś i tak wrócić 

rano po samochód.  

- Nie wiem, czy to dobry pomysł - odparł, kierując się ku drzwiom.   

- Dlaczego?  

- Nie jesteśmy gotowi na takie zacieśnienie znajomości.  

- A kto mówi o zacieśnianiu znajomości? - zaprotestowała. - Proponowałam ci tylko nocleg, a nie 

spędzenie nocy w moim łóżku. W salonie stoi rozkładana kanapa.  

- Hm. Chyba źle cię zrozumiałem - rzekł speszony.  

Melanie sama już nie wiedziała, co ma o tym wszystkim myśleć. A przede wszystkim, jak z nim 

postępować. Chwycić go za kark i siłą zaciągnąć do łóżka, czy dać mu więcej czasu na oswojenie 

się z nieuniknionym?  

Podniósłszy  wzrok,  dostrzegła  w  oczach  Roberta  osobliwy  wyraz  jakby  zachwytu  albo 

uniesienia. Odniosła przy  tym  wrażenie, iż  między nim a nią pojawia się niemal  dotykalna nić 

milczącego  porozumienia.  Stali  naprzeciw  siebie  w  przejściu  między  oświetloną  kuchnią  a 

tonącym w mroku salonem, tak że ich twarze były w połowie oświetlone, a w połowie kryły się 

w cieniu. Był to niezwykły moment, w którym ich dusze niejako przenikały się nawzajem.  

Duszę  Melanie  przepełniła  wiara  i  ufność.  Bała  się  poruszyć,  by  nie  spłoszyć  tej  cudownej 

chwili. Wstrzymując oddech, czekała, co nastąpi. Zdając sobie sprawę, iż szczęście, które mogą 

sobie dać, będzie okupione cierpieniem, Robert zrobił krok w jej kierunku.  

- Masz wolną pościel? - zapytał.  

- Co takiego?  

- Pościel. Do posłania kanapy.  

Nie wiedziała, czy zacząć krzyczeć, poprosić, by ją pocałował, czy rzucić się i zerwać z niego 

ubranie. Z trudem się opanowała.  

- Ach tak. Zaraz przyniosę. - Podbiegła do szafy, wyciągnęła prześcieradła, koce i poduszkę. - 

Masz.  -  Dzięki  -  odparł,  obdarzając  ją  czarującym  uśmiechem.  -  Muszę  cię  uprzedzić,  że 

wcześnie wstaję. Około wpół do szóstej.  

- To się nie wyśpisz - rzekła, spoglądając na zegarek. - Już prawie północ.  

- Po obudzeniu się piję mocną kawę.  

- Ja też. Budzę się dopiero po drugim kubku.  

background image

- Kto pierwszy zajmuje łazienkę, ty czy ja?  

- Idź pierwszy. Mnie to zabiera dużo czasu.  

- No to mamy umowę.  

Popatrzyli  sobie  w  oczy.  Oboje  szybko  oddychali.  Oboje  z  trudem  panowali  nad  uczuciami. 

Pierwszy poddał się Robert.  

- Boję się, że nie przetrwamy do rana.- powiedział.  

- Chyba nie - zgodziła się Melanie, a on ją przytulił.  

- Pięknie pachniesz - wyszeptał niskim głosem. Resztki tlącej się w jej duszy niepewności roz-

wiały się  jak poranna  mgła. Pragnęła  go i nic prócz tego nie miało znaczenia. Zamknęła oczy, 

oddając się bez reszty pieszczocie jego rąk i jego pocałunkom.  

Nagle  poczuła,  że  Robert  unosi  brzeg  jej  spódnicy  na  lewym  boku  i  gwałtownie  wstrzymała 

oddech. Przytrzymała go za rękę.  

- Nie rób tego - szepnęła.  

- Dlaczego? Chcę cię widzieć.  

- Ja ... nie - zwilżyła wargi. - Nie jestem pewna, czy będę ci się podobać.  

- Nic nie mów - odparł czule, mimo jej oporu odsłaniając bliznę, lecz jeszcze jej nie widząc. - 

Wstydzę się.  

- Dlaczego? Nie wstydź się swojego ciała.  

Melanie bezradnie pokręciła głową. Jak ma mu wytłumaczyć, że poczuwa się do winy za to, co 

się stało przez jej własną lekkomyślność?  Przez  to, iż wyszła  za Davida, nie wiedząc, jaki  jest 

naprawdę?  

- Pozwól mi cię zobaczyć - poprosił. W milczeniu pokręciła głową.  

- Spójrz na mnie, Melanie - powiedział, biorąc ją pod brodę. - Nie musisz nic mówić, wiem, co to 

ból. Zaufaj mi - szepnął.  

- Wiele ode mnie żądasz. Już raz zaufałam niewłaściwemu mężczyźnie i bardzo się sparzyłam.  

- Nie zrobię ci krzywdy - zapewnił ją Robert.  

- Nic o tobie nie wiem.  

- Nie zaprzeczysz chyba, że coś między nami jest. Na pewno nie tylko seksualne pożądanie, więc 

spróbuj mi zaufać.  

Całą  duszą  pragnęła  mu  wierzyć,  pamiętała  jednak,  iż  nie  powinna  słuchać  swego  instynktu, 

który tak często ją zawodził.  

background image

- Jesteś pierwszy - rzuciła impulsywnie, zapominając o wszelkiej ostrożności.  

- W jakim sensie? - zdziwił się.  

- Od czasu rozwodu z nikim się nie spotykałam.   

- A kiedy się rozwiodłaś?  

- Cztery lata temu.  

- Od czterech lat nie byłaś z mężczyzną?  

Skinęła głową.  

- Z powodu tego? - zapytał, przesuwając palcami po bliźnie w talii.  

Znowu skinęła głową.  

- Jak to się stało?  

- Nie chcę o tym mówić.  

Teraz on, skinął ze zrozumieniem głową. Ponownie podniósł brzeg spódnicy, a ona tym razem 

nie zaprotestowała. Na jego twarzy, kiedy pochylił głowę, nie dostrzegła niechęci, tylko czułość. 

Ukląkł przy niej i przycisnął usta do zmaltretowanej skóry. Zrozumiała, że akceptuje ją taką, jaka 

jest, z wszystkimi zaletami i wadami.  

Gdy po chwili podniósł głowę, blizna na jego skroni zabłysła w promieniu padającego.z kuchni 

ś

wiatła.  

- Opowiedz mi historię swojej blizny - powiedział, podnosząc rękę do skroni - a ja ci opowiem o 

mojej.  

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY  

Nie przypuszczał, że będzie aż tak trudno. Jeszcze nigdy nie rozmawiał z nikim o swoim życiu.- 

Tylko ciotka Pamela znała historię jego blizny.  

Zacisnął  wargi.  Nie  lubił  wracać  do  przeszłości,  ale  dla  Melanie  musi  przezwyciężyć  swoją 

niechęć. Rozpaczliwie pragnął ją zdobyć.  

Przeszli do salonu i usiedli na kanapie.  

- Wiem, że nie będzie ci łatwo - powiedziała, przypatrując się jego bliźnie w jasno teraz oświet-

lonym pokoju.  

- Oj, nie - przyznał.  

- Nie musisz tego robić.  

- Ale chcę - odparł.  

background image

- Ja powiem pierwsza - oświadczyła. Zabawne, z jaką gorliwością broni go przed samym sobą. 

Robert może i ma nieczyste sumienie, ale na pewno nie jest tchórzem.  

- Nic nie szkodzi. Mogę zacząć.  

- Może lepiej ja zacznę. Na wszelki wypadek.  

- Na wszelki wypadek?  

- Nie wiem, czy się na mnie nie zawiedziesz.  

- Bo masz poczucie winy? Ale dlaczego?  

Melanie głośno westchnęła.  

- Wiem, że źle postępowałam.  

 

 

- Źle? W jakim sensie?  

- Zbyt impulsywnie. Zbyt pospiesznie zdecydowałam się poślubić Davida.  Wychodząc za mąż, 

prawie go nie znałam.  

- Opowiedz wszystko od początku - poprosił.  

-  Nie  miałam  pojęcia,  że  David  ma  problem  z  narkotykami  -  zaczęła,  nerwowym  ruchem 

nakręcając  na  palec  pasmo  włosów,  które  wymknęło  się  z  misternie  ułożonego  koka.  - 

Pracowaliśmy od świtu do późnej nocy, żeby rozkręcić własną restaurację. Nie muszę ci mówić, 

jakie to trudne, zwłasżcza w takim mieście jak Boston, gdzie istnieje wielka konkurencja.  

Robert ze zrozumieniem pokiwał głową.  

- David potrafił pracować dniami i nocami, prawie bez odpoczynku - ciągnęła Melanie. - Nie mo-

głam pojąć, skąd bierze tyle sił, dopóki nie przyłapałam go w łazience z lusterkiem i słomką w 

rękach. - Robert poczuł w sercu dawno zapomniane uczucie zgrozy i przerażenia. Melanie ma za 

sobą  podobne  przeżycia  jak  on.  Tym  samym  stała  mu  się  jeszcze  bliższa.  Łącząca  ich 

nieokreślona  więź  nabrała  konkretnych  kształtów.  -  Powiedział,  że  to  pierwszy  raz,  i  obiecał 

nigdy więcej nie sięgać po narkotyki, a ja mu uwierzyłam.  

- Narkotyki skłaniają ludzi do największych oszustw - oświadczył z głębokim przekonaniem.  

Melanie rzuciła mu dziwne spojrzenie. Czyżby ją dotknął? Ale czym?  

-  David  rzecz  jasna  nie  przestał  brać  -  mówiła  dalej  Melanie.  -  Zrobił  się  niecierpliwy,  łatwo 

wpadał w gniew. Zaczął mnie krytykować w obecności personelu. Stał się tak nieznośny, że nie 

byłam w stanie dłużej z nim pracować. Powiedziałam, że będzie najlepiej, jeśli dla dobra naszego 

background image

małżeństwa przestanę zajmować się restauracją. - Urwała i wzięła głęboki oddech. Domyślił się, 

ż

e zbliża się naj trudniejszy moment jej opowieści. - Popchnął mnie. Byliśmy w kuchni. Po raz 

pierwszy użył fizycznej przemocy.' Przewróciłam się na kuchenkę gazową. Na włączony palnik.  

- Och, Melanie!  

-  Będę  miała  tę  bliznę  do  końca  życia.  -  Robert  był  wstrząśnięty.  Gdyby  mąż  Melanie  był  w 

pokoju, rzuciłby się na niego z pięściami. - Mój przyjaciel Coby odwiózł mnie do szpitala, gdzie 

po  opatrzeniu  oparzenia  zatrzymano  mnie  na  noc.  Następnego  dnia  wróciłam  rano  do  domu, 

spakowałam  się  i  wyprowadziłam  do  hotelu.  Tego  samego  popołudnia  złożyłam  pozew  o 

rozwód.  

-  Dobrze  zrobiłaś.  -.Zachowała  się  rozsądniej  niż  on,  odchodząc  przy  pierwszym  objawie 

przemocy fizycznej. Nie tylko rozsądniej, ale i odważniej.  

- To, że zostawiłam Davida, było chyba najmądrzejszą rzeczą, jaką w życiu zrobiłam - przyznała. 

- On potem poszedł na odwyk i zaczął życie od nowa.  

-  Zaśmiała  się  smętnie.  -  Podobno  ożenił  się  po  raz  drugi,  ma  dziecko  i  z  tego,  co  słyszałam, 

zerwał  z  nałogiem.  Cieszę  się,  że  wyszedł  na  prostą,  ale  jednocześnie  jest  mi  przykro,  że  nie 

rzucił narkotyków, kiedy ja go o to prosiłam.  

- Nie byliście dla siebie stworzeni.   

-  Albo  ja  nie  jestem  stworzona  do  małżeństwa.  Robert  podniósł  jej  rękę  do  ust  i  czule  ją 

ucałował. - Przestań robić sobie wyrzuty. To twój mąż brał  

narkotyki, a nie ty.  

- Ale to ja uparłam się, żeby go poślubić, chociaż wszyscy mnie przed nim ostrzegali. Chciałam 

koniecznie postawić' na swoim i sam widzisz, j ak się skończyło.  

- Wszyscy popełniamy błędy. Następnym razem będzie inaczej - perswadował Robert.  

- Boję się, że nie będzie następnego razu - odparła.  

- Co ty mówisz? Postanowiłaś nie wychodzić więcej za mąż?  

- Sama nie wiem. Ale boję się.  

- No cóż, każdy z nas czuje strach i każdy nosi w sercu ukryte rany. Ty i ja nosimy nawet ich 

fizyczne ślady.  

Melanie  oparła  głowę  najego  ramieniu  i  podniosła  ku  niemu  oczy,  w  których  malowało  się 

oczekiwanie.  Robertowi  zrobiło  się  ciepło  na  sercu.  Bliskość  Melanie  przedziwnie  ogrzewała 

jego głodną uczuć duszę.  

background image

- Ślad po nożu? - spytała cicho, dotykając jego skroni.  

- Po brzytwie. 

 Zmarszczyła brwi. 

 - Jak to się stało?  

- Przepraszam, ale boję się, że nie będę w stanie dotrzymać obietnicy - powiedział po chwili. - 

Trudno mi o tym mówić.  

- To było aż tak okropne?  

- Straszne.  

- Nie szkodzi. Nie musisz mówić, jeśli wspomnienie jest zbyt bolesne. - Powiedziała to czułym, 

pełnym współczucia głosem. W jej oczach zabłysły łzy.  

Robert  bardzo  chciał  otworzyć  przed  nią  serce,  a  jednocześnie  nie  potrafił  się  zdobyć  na 

opowiedzenie  swego  najstraszniejszego  przeżycia,  sprowadzającego  się  do  tego,  że  został 

zdradzony przez kochaną osobę·  

- Dziwna z nas para - lżejszym tonem podjęła Melanie. - Para obolałych ofiar usiłujących robić 

dobre miny do niepewnej gry. Cieszę się, że zostałeś. Dobrze jest być z tobą.  

Robertowi mocniej zabiło serce. Zaczął się gorączkowo zastanawiać, czy zapomniawszy o wszy-

stkim, ulec jej przemożnemu urokowi, czy niezwłocznie opuścić mieszkanie. Na to drugie było 

już jednak za późno.  

- Pójdę już - powiedział. - Nie chcę, by stało się coś, czego oboje będziemy potem żałować.  

- A może właśnie w ten sposób odegnamy prześladujące nas duchy - szepnęła i przymknęła oczy. 

- Pragnę cię, Robercie - wyznała, podnosząc powieki. - Pragnę cię od dawna.  

- Melanie, ja ... nie wiesz, jak ... Ale nie spodziewaj się zbyt wiele. Nie mogę ci przyrzec, że ...  

Nie pozwoliła mu dokończyć.  

- Od dawna nikogo tak bardzo nie pragnęłam ... Ja też nie mogę ci obiecać niczego prócz dobrego 

seksu. Ale przynajmniej to możemy sobie dać.   

Robert zaczął ją całować. Nic innego mu nie pozostało. Nie mógł dłużej opierać się urokowi jej 

błyszczących oczu i nabrzmiałych ust ani własnemu od dawna trzymanemu na wodzy pożądaniu. 

Być może robi największe głupstwo w życiu, ale niech się dzieje, co chce.  

Całując  ją,  nie  będzie  musiał  opówiadać  o  przeszłości,  przeżywać  na  nowo  dawnej  zdrady. 

Zapomni o osnuwającej go melancholii. Melanie stanie się balsamem dla jego zbolałej duszy.  

Całowali się jak szaleni, zaspokajając narastające od tygodni pragnienie zbliżenia. Robert nie był 

background image

w  stanie  dłużej  powściągać  pożądania.  Objąwszy  Melanie  obiema  rękami  w  pasie,  posadził  ją 

sobie  na  kolanach.  Pragnął  tego  od  chwili,  gdy  cztery  miesiące  temu  zobaczył  ją  wchodzącą 

tanecznym  krokiem do  restauracji z tym swoim  zaczepnie  wesołym uśmiechem na ustach. Nie 

miał wtedy pojęcia, że i ona nosi  

w sercu bolesne rany.  

.  

Na  wspomnienie  byłego  męża  Melanie  poczuł  się  jak  lis  wkradający  się  do  kurnika.  Ale  choć 

wiedział, że źle robi, nie potrafił się powstrzymać. Nie mógł się jej wyrzec. Musi być jego.  

Ona najwyraźniej podzielała jego uczucia. Jej niespokojne ręce gorączkowo wędrowały po jego 

ciele, ajej usta błądziły po jego twarzy, jakby nie mogły się nią nasycić.  

- To, co robimy, jest bardzo niemądre - wymamrotał wyłącznie z poczucia obowiązku, bo i tak 

ani on, ani ona nie potrafiliby się  zatrzymać. Przekroczyli niewidzialną granicę, poza  którą nie 

było,odwrotu.  

- Czasami najmądrzej jest zrobić coś niemądrego - padła jej odpowiedź.  

Odpowiedź  bezsensowna,  która  jednak  w  tej  chwili  wydała  mu  się  nadzwyczaj  trafna.  Na 

zastanawianie  się  nad  konsekwencjami  będą  mieli  czas  później,  po  zaspokojeniu  pożądania. 

Toteż  mimo  wyrzutów  sumienia  Robert  pogodził  się  w  duchu  z  myślą  o  czekającym  go  jutro 

poczuciu winy, oddając się całkowicie rozkoszom chwili, Nie pamiętał, w jaki sposób dotarli do 

jej sypialni ani kiedy zdążyli zrzucić ubrania.  

- O! - zawołał. - Powiesiłaś nad łóżkiem pułapkę na sny.  

- Oczywiście.  

- Jesteś pewna, że tego chcesz? - zapytał jeszcze raz.  

- Robert, nie przejmuj się tak bard?o, to tylko seks. Nie musisz się ze mną żenić ani nic w tym 

guście.  

Może dla niej to tylko seks, ale na pewno nie dla mego.  

Zmykaj stąd, Robercie, póki czas. Nie czekaj na najgorsze.  

Ale  jak  miał  usłuchać  głosu  rozsądku,  kiedy  tak  bardzo  jej  pragnie?  Nie  był  w  stanie  myśleć, 

mając przed oczami jej piękne ciało. Była smukła i długonoga, miała pięknie zarysowane biodra i 

szczupłą  talię.  Wpatrywał  się  w  nią  z  zachwytem,  czując  narastające  pożądanie.  Melanie  zaś 

ujęła jego twarz w obie dłonie i zaczęła namiętnie go całować.  

- Przestań! - wyszeptał resztką sił. - Nie możemy.  

- Och, Robert, nie zaczynaj wszystkiego od początku. Żyj chwilą, przestań się zastanawiać, rób 

background image

to, na co masz ochotę.  

- Nie możemy. Nie mam zabezpieczenia.  

- O to się nie martw. - Sięgnęła do szufladki nocnego stolika i wyjęła paczuszkę prezerwatyw. - 

Jesteśmy zabezpieczeni.  

- A to dopiero! - zdumiał się. - Ale mówiłaś, że od czterech lat nie byłaś·z mężczyzną. Nie wiem, 

czy nadają się do użytku.  

- Muszę ci się do czegoś przyznać: kupiłam je cztery miesiące temu, zaraz po twoim pojawieniu 

się w hotelu - powiedziała, spuszczając oczy.  

- Z myślą o mnie? Melanie!  

- Tak, z myślą o tobie!  

- Od dawna tego nie robiłem, więc nie mogę ci wiele obiecać.  

- Wiem, i dlatego ja pierwsza wkroczę do akcji - oświadczyła. - Potem mi się odwzajemnisz:  

Przesuwając z wolna ręce w dół jego ciała, osunęła się przed nim na kolana.  

 

-  Och,  Melanie!  -  wydał  z  siebie  zduszony  jęk.  Powinien  podnieść  ją  z  kolan,  powiedzieć,  by 

tego  nie  robiła,  ale  cóż,  był  tylko  mężczyzną.  A  gdy  jej  pieszczoty  się  wzmogły,  zapomniał  o 

wszystkim, całkowicie oddając się rozkoszy. Ta zaś narastała z każdą chwilą, aż do oślepiającego 

momentu wyzwolenia. Robert opadł na plecy, pociągając za sobą Melanie. Ciężko oddychając, 

tulił ją do siebie, nadal jej spragniony.  

Ona zaś figlarnie się uśmiechała.   

- Teraz kolej na mnie - oświadczył, gdy ochłonął. Przewróciwszy Melanie na plecy, przypatrywał 

się jej przez długą chwilę, a potem pochylił się i zaczął ją całować, jak nikt nigdy jeszcze jej nie 

całował.  

 

Od tamtej chwili upłynął może kwadrans.  

- Chodź do mnie - powiedział, biorąc ją znowu w ramiona.  

Melanie zarzuciła mu ręce na szyję i przywarła do niego, poddając się pieszczocie jego rąk.  

- Robert ... - jęknęła. - Robert! Robert!  

Uniosła  głowę  znad  poduszki,  aby  zobaczyć,  jak  on  to  robi,  że  pieszcząc  koniuszki  jej  piersi, 

sprawia jej tak nadzwyczajną rozkosz.  

- Robert! - powtórzyła. - Och, Robert!  

- Tak, naj droższa, to ja. Powiedz, co mam zrobić? Czego najbardziej pragniesz? - zapytał głosem 

background image

ochrypłym z pożądania.  

- Chcę cię poczuć! Już! - Wpatrzona w niego, podniosła rękę, by delikatnie powieść palcem po 

bliźnie  na  jego  skroni.  Ogarnęło  ją  uniesienie,  nieznane  dotąd  uczucie  przewyższające  swą 

intensywnością  czysto  fizyczne  podniecenie.  Robert  tymczasem  obsypywał  pocałunkami  jej 

twarz,  szyję,  piersi,  każdy  centymetr  jej  ciała.  Omotywał  ją  całą  swymi  pocałunkami  i 

pieszczotami, swą miłością.  

- Melanie! - Był to ledwo słyszalny szept, lekki jak powiew letniego wiatru.  

Lecz w tym, co potem nastąpiło, nie było nic letniego. Było to silne jak huragan, przypominało 

trzęsienie ziemi. A zarazem, paradoksalnie, pełne  

harmonii. Melanie nie wiedziała już, gdzie jest ona, a gdzie on. Nic ich nie dzieliło, byli ze sobą 

idealnie zespoleni.  

A gdy się wreszcie rozdzielili i ciężko dysząc opadli na pościel, Melanie zdała sobie sprawę, co 

tak naprąwdę się wydarzyło, i przestraszyła się nie na żarty.  

 

Robert  obudził  się  po  paru  godzinach,  otworzył  oczy  i  zerknął  na  budzik.  Wskazówki 

pokazywały czwartą nad ranem, a on leżał w łóżku sam.  

Gdzie  Melanie?  Zsunął  się  z  łóżka  i  sięgnął  po  leżące  na  podłodze  dżinsy  jej  byłego  męża. 

Włożywszy  spodnie  i  przeczesawszy  palcami  zmierzwione  włosy,  ruszył  boso  w  kierunku 

kuchni, wciągając po drodze bluzę.  

Melanie  stała  przy  kuchennym  blacie,  na  którym,  obok  wielkiej  misy  w  nierdzewnej  stali  i 

maszynki do pieczenia wafli, leżały różne produkty. . ,  

- Twoja pułapka na sny nigdy nie przestaje pracować - oświadczyła  Melanie. - Przyśnił mi się 

przepis na superwafle. - Szybko wymieniła składniki.  

Robert  był  tak  zajęty  przypatrywaniem  się  Melanie,  że  cicho  krzyknął,  gdy  poczuł,  iż  coś 

miękkiego i włochatego ociera się o jego bosą stopę. Zaraz jednak przypomniał sobie o kocie.  

- To tylko podstępne kocisko - roześmiała się Melanie, głaszcząc zwierzaka bosą stopą.  

- Musisz mu wreszcie nadać imię. Jeśli nie chcesz się upodobnić do Holly Golightly - upomniał 

ją Robert.  

- Ale wtedy stanie się mój - zaprotestowała Melanie.  

- Nie chcesz go zatrzymać?  

- Chętnie, ale ...  

background image

- No to go nazwij!  

- Aleś ty uparty - westchnęła. - W dodatku wcale nie chodzi ci o kota. - A o co?  

- Chciałbyś mnie zmienić.  

  - Nieprawda.  

. .  

- Właśnie że tak.  

- Bardzo się mylisz - oświadczył, chociaż w duchu musiał przyznać, że Melanie po raz kolejny 

przejrzała go na wylot.  

Przez chwilę studiowała z uwagą jego twarz.  

- Czy przypadkiem w twojej głowie nie lęgną się pomysły w rodzaju "i żyli razem długo i szczęś-

liwie"?  

- Nic podobnego.  

- No dobrze. Niech ci będzie, dam mu imię - rzekła nieoczekiwanie.  

- Jakie?  

- Bo ja wiem? - Rozejrzała się po kuchni. - Co byś powiedział, gdybym dała mu na imię Wafel? - 

Nie zadałaś sobie wiele trudu.  

-  Przecież  to  tylko  kot.  Mało  go  obchodzi,  jak  się  nazywa,  byle  dostawał  jedzenie.  Zaraz  się 

przekonasz. - Napełniwszy kocią miseczkę mlekiem, zawołała: - Wafel, chodź tu! Wafel! - Kotek 

podbiegł do miseczki i zaczął chłeptać mleko. - Widzisz? Nazywa się Wafel.   

Robert pokręcił głową.  

- Dobrze, że nie masz dzieci - powiedział. - Musiałyby chodzić po świecie jako Banan, Maślanka 

albo Budyń.  

Melanie' zachichotała.  

-  Co  na  to  poradzę,  że  uwielbiam  jedzenie?  A  imię  Wafel  ma  tę  zaletę,  że  za  każdym  razem, 

kiedy go zawołam, pomyślę o dzisiej szym śniadaniu.  

Z jej słów można było wywnioskować, iż uważa to śniadanie za ich pierwsze i ostatnie. Jednakże 

Robert nie chciał przyjąć tego do wiadomości. Zarazem nie umiał sobie odpowiedzieć na pytanie, 

kiedy zmienił na ten temat zdanie.  

- A propos jedzenia, to może się zabierzemy do robienia tych twoich wafli - powiedział szybko.  

Podczas  gdy  Melanie  smażyła  bekon,  Robert  przystąpił  do  mieszania  pozostałych  składników 

według  jej  wyśnionego  przepisu.  Po  paru  minutaeh  gotowe  ciasto  zaczęło  się  przypiekać  w 

maszynie, a po '!':uchni rozszedł się smakowity zapach.  

background image

Potem  Robert  osobiście  polał  gotowe  wafle  bitą  śmietaną,  posypał  cukrem  i  hikorowymi 

orzeszkami, a Melanie postawiła na stole bekon, syrop klonowy i dwa kubki kawy.  

Robert jeszcze nigdy nie jadł tak pysznych wafli. - Są znakomite - rzekł z westchnieniem.  

- Bo to są superwafle - odparła skromnie Melanie.  

Kot zamiauczał, jakby reagował na swoje imię, a oni zaczęli się śmiać. Robert zdał sobie sprawę, 

ż

e  od  dawno  nie  było  mu  tak  dobrze  jak  w  tej  chwili.  Przypatrywał  się  z  radością  jedzącej  z 

apetytem  Melanie.  Każdy  jej  ruch  i  gest  wprawiał  go  w  zachwyt.  W  końcu  nie  mógł  się 

powstrzymać, wyciągnął ręce i ujął jej twarz w dłonie.  

- Nie masz pojęcia, jaka jesteś piękna - powiedział.  

Melanie  oblała  się  rumieńcem.  Komplement  najwyraźniej  wprawił  ją  w  zmieszanie.  Robert 

podniósł się z krzesła i' pocałował ją w usta. W następnej chwili trzymał ją w ramionach i niósł z 

powrotem do sypialni.  

 

Gdy  poczuła,  że  Robert  wstaje  i  idzie  do  łazienki,  wcisnęła  twarz  w  poduszkę,  udając,  że  śpi. 

Zaraz  potem  usłyszała  szum  prysznica.  Dopiero  teraz,  po  zaspokojeniu  namiętności,  w  pełni 

uświadomiła sobie konsekwencje tego, co się wydarzyło.  

Robert powiedział, że nie uprawia przypadkowego seksu, a ona  go do tego popchnęła. Prawdę 

mówiąc, nie stawiał zbyt silnego oporu.  

No i to jest najbardziej niepokojące. Czy tak łatwo dał się przekonać, ponieważ ma wobec niej 

poważniejsze zamiary? Przypomniała sobie, jak na nią patrzył, kiedy się kochali, i poczuła skurcz 

w gardle. W jego błękitnych oczach malowały się niesłychanie intensywne uczucia.  

Co ja zrobiłam najlepszego!  

Różnili  się  jak  dzień  od  nocy.  On  był  introwertykiem,  ona  ekstrawertyczką.  On  starannie 

obmyślał każdy swój krok, ona rzucała się bez zastanowienia w wir działania. On lubił porządek, 

ona rozkwitała w chaosie i bałaganie.   

No i narobiłaś sobie bigosu.  

Przewróciła się na plecy i zapatrzyła w sufit.  Z łaziellki dobiegło pogwizdywanie. A więc jest 

jeszcze gorzej, niż przypuszczała. Skoro gwiżdże pod prysznicem, to znaczy, że jest zakochany. 

A w każdym razie bardzo mu na niej zależy.  

A  przecież  muszą  nadal  razem  pracować.  Robert  jest  jej  szefem.  Będą  kłopoty.  Jak  mogła 

doprowadzić  do  takiej  sytuacji?  Wszystko  przez  uleganie  namiętnościom.  Cholera!  Cholera! 

background image

Cholera!  

Jak ma się teraz zachować?  

Trzeba uciekać. Wrócić do Bostonu. Albo przyjąć propozycję agenta z Seattle i zatrudnić się w 

tamtejszej restauracji. Niech  Robert samodzielnie tu szefuje. I tak lepiej się do tego nadaje niż 

ona.  

Z drugiej strony wcale nie uśmiechała jej się perspektywa pracy bez Roberta. Ich potyczki miały 

wiele uroku, a zresztą zaczynali się już do siebie dopasowywać. W sumie było fajnie. A ona to 

wszystko zburzyła.  

Tak  samo  jak  w  przypadku  Davida.  Dlaczego  musi  wszystko  psuć?  Dlaczego  nie  uczy  się  na 

własnych błędach?  

Ogarnęła ją dobrze znana z dawnych lat niewiara we własne siły.  

- Wstawaj, szalona dziewczyno, już dzień! - To Robert wkroczył do sypialni, wycierając włosy. 

Biodra  miał  opasane  drugim  ręcznikiem,  twarz  wesoło  uśmiechniętą.  -  Czeka  nas  mnóstwo 

pracy. Wieczorem próba weselnej kolacji.  

Zachowuje  się  jak  mąż  albo  przynajmniej  stały  partner,  pomyślała  Melanie  ze  strachem. 

Niechętnie  usiadła  na  łóżku.  Widząc,  że  Robert  wpatruje  się  w  jej  odsłonięte  piersi,  szybkó 

zakryła się prześcieradłem.  

- Trochę na to za późno - zauważył. - Wszystko już widziałem. - Usiadł na brzegu łóżka. - Muszę 

ci coś wyznać.  

- Tak? - mruknęła niepewnie. Było w jego oczach coś, co sprawiło, że Melanie szybciej zabiło 

serce. Czy to czułość?  

Odgarnął jej włosy z czoła.  

- Byłaś imponująca - powiedział.  

Szlag  by  trafił  wróżbitkę,  ulewny  deszcz,  który  zatrzymał  go  u  niej  na  noc,  i  poranne  wafle! 

Robert jest taki miły. I ma taką radosną minę. Gdyby tylko nie był jej szefem. I gdyby nie byli 

tak odmienni. Gdyby nie ten jej paniczny strach przed zaangażowaniem się w kolejny nieudany 

związek.  

- Byłaś cudowna - powtórzył. - Ale nie chcę, żebyś sobie zbyt wiele obiecywała. Ponieważ to, co 

było dzisiaj, nie może się powtórzyć.  

- Że co?  

Odpycha ją? Porzuca na samym wstępie?  

background image

-  Mam  nadzieję,  że  to,  co  się  wydarzyło,  nie  popsuje  naszych  stosunków  w  pracy  -  ciągnął 

Robert.  -  Może  teraz,  odkąd  uwolniliśmy  się  od  erotycznego  napięcia,  staną  się  bardziej 

harmonijne.  -  W  stał,  poprawiając  ręcznik  na  biodrach.  -  I  zapewniam  cię,  że  mam  dla  ciebie 

ogromny podziw i szacunek - dodał na koniec.  

Podziw  i  szacunek?  Miała  ochotę  cisnąć  w  niego  poduszką·  Oczekiwała  wyznania  dozgonnej 

miłości, a on jej ofiarowuje podziw i szacunek!  

Dozgonna miłość? Skąd jej to przyszło do głowy?  

Odkąd  to  oczekuje  od  niego  miłości?  Robert  tymczasem  obdarzył  ją  przyjaznym,  absolutnie 

platonicznym uśmiechem. Na dobrą sprawę, zamiast cisnąć poduszką, powinna raczej dać mu w 

zęby.  

- Ach! - Machnęła ręką. - Było nam dobrze. Ale seks to tylko seks. Nie musi nic więcej znaczyć.  

- To dobrze, że się ze mną zgadzasz.  

- Jasne. Nic się nie stało. Prawdę mówiąc, odczuwam, pewną ulgę, że nie przywiązujesz do tego 

większej wagi.  

Więc  była  tylko  dziewczyną  na  jedną  noc?  Sama  nie  rozumiała,  dlaczego  jest  tak  wzburzona. 

Parę minut temu zastanawiała się, jak mu powiedzieć, że na nic więcej nie może liczyć, a teraz 

się  złości,  ponieważ  on  myślał  tak  samo  jak  ona?'  No:  cóż,  najwidoczniej  źle  go  oceniła, 

przypisując mu gł.ębsze uczucia.  

Drań!  

- No to fajnie - odparł z widoczną ulgą.  

- Fajnie - przytaknęła.  

Ale jeżeli jest tak fajnie, to dlaczego ma ochotę ukryć twarz w poduszce i wybuchnąć płaczem?  

 

ROZDZIAŁ TRZYNASTY  

- Muszę z tobą pogadać - rzekła Melanie, biorąc Sylvie za rękę i prowadząc ją·w głąb galerii.  

O  ile  restauracja  stanowiła  pamiątkę  po  ojcu  i  jego  przodkach,  o  tyle  galeria  odzwierciedlała 

aspiracje  odziedziczone  po  matce  dziewcząt  i  jej  rodzinie.  Za  czasów  dzieciństwa  Melanie 

galerię  prowadził  zewnętrzny  najemca,  który  handlował  głównie  sztuką  Francuskiej  Dzielnicy. 

Jednakże  obecnie,  pod  rządami  Sylvie,  zmieniła  swój  charakter.  Sylvie  nawiązała  kontakty  z 

malarzami  i  rzeźbiarzami  z  całej  Luizjany,  a  ponadto  wprowadziła  do  sprzedaży  biżuterię 

wytwarzaną przez lokalnych artystów, która cieszyła się wielkim powodzeniem.  

background image

Galeria zajmowała dwa piętra, i miała wyjście zarówno na ulicę, jak i wewnętrzne połączenie z 

hotelem.  Długa  i  dość  wąska  sala  ze  schodami  prowadzącymi  na  antresolę  była  jasna  i 

przestronna.  

-  Potrzebuję  rady  -  wyszeptała  Melanie,  oglądając  się,  by  sprawdzić,  czy  zajęta  instalowaniem 

ś

wieżo nadesłanej rzeźby asystentka Sylvie przypadkiem nie podsłuchuje.  

- Ty szukasz czyjejś rady? - zdziwiła się Sylvie.  

-  Wiem, dawniej niechętnie słuchałam waszych rad, ale nie wiem, co robić. Jestem kompletnie 

rozstrojona.  

- Rozstrojona? Czym?  

- Za dużo wczoraj wypiłam.  

-  Ach,  prawda,  byłaś  na  charytatywnej  aukcji  -  przypomniała  sobie  Sylvie.  -  No  i  jak  było? 

Pomijając nadmiar alkoholu.  

- Niesamowicie.  

- Aukcja była niesamowita?  

- Ach nie - gwałtownie zaprzeczyła Melanie. - Miałam na myśli to, co było potem.  

- A co się wydarzylo po aukcji?  

-  Poszliśmy  z  Upiorem  do  wesołego  miasteczka  i  jeździliśmy  na  karuzeli  i  było  okropnie 

zabawnie, a potem lunął deszcz i ...  

- Przepraszam, ale nie rozumiem. Czy nie masz gorączki?  

- Nie, nie, nic mi nie jest. - Melanie chwyciła się za głowę. - Ale dzieje się ze mną coś dziwnego. 

Jestem przerażona. Wpakowałam się w kłopoty.Sylvie była widocznie zatroskana.  

- U spokój się i mów do rzeczy - poprosiła. Melanie zdawała sobie sprawę, że mówi nieskładnie. 

Chciała  opowiedzieć  siostrze  wszystko  o  Robercie.  O  tym,  jaką  cudowną  przeżyła  noc,  jak 

potem  razem jedli śniadanie i jak  dobrze im było razem, dopóki Robert  ni stąd, ni zowąd nie 

oświadczył,  że  na  tym  koniec.  Chciała  to  wszystko  opowiedzieć,  ale  nie  wiedziała,  od  czego 

zacząć. Miała kompletny mętlik w głowie. Raz przypominała sobie wspaniałe chwile minionej 

nocy, to znów porażała ją świadomość, że Robert potraktował to jak przygodę, by w następnej 

chwili' zdać sobie sprawę, iż sama chciała mu powiedzieć, by niczego sobie nie obiecywał.  

A  jednak  nie  przypuszczała,  że  jego  słowa  mogą  tak  zaboleć.  W  jakimś  momencie  flirt  z 

Robertem stał się dla niej czymś więcej niż przelotnym zauroczeniem. Usiłowała dociec, kiedy to 

mogło nastąpić, lecz nie umiała  wskazać  - owego przełomowego  momentu. Było to stopniowo 

background image

narastające  uczucie,  które  w  pewnej  chwili  stało  się  tak  dominujące,  że  o  niczym  innym  nie 

potrafiła myśleć.  

- Ciociu Mel! Ciociu Mel! - Daisy Rose, mała córeczka Sylvie, wbiegła do galerii z rozwianymi 

włoskami i rzuciła się w ramiona Melanie.  

Melanie poderwała ją i zaczęła huśtać w powietrzu. Siostrzeniczka była ubrana w różową sukie-

neczkę z falbankami i różowe sznurowane pantofelki.  

- Co tutaj robisz, skarbie? - zapytała Melanie.  

-  Bawiłam  się  w  swoim  domku  -  odparła  mała,  wskazując  paluszkiem  sąsiadującą  z  galerią 

szatnię, którą Sylvie przerobiła na dziecinny pokój.  

- Jak się miewa moja ukochana siostrzenica?  

- Dobze na sto procent - pisnęła Daisy Rose.  

- Na sto procent? - powtórzyła Melanie, spoglądając pytająco na siostrę.  

- Nauczyła się tego od Jeffersona - wyjaśniła Sylvie, mając na myśli swego narzeczonego.  

Melanie spojrzała na małą.  

-  Nie  na  pięćdziesiąt  procent?  -  spytała.  A  gdy  dziewczynka  energicznie  pokręciła  główką, 

dodała: - Ani na osiemdziesiąt osiem?  

- Nie! - zawołała Daisy Rose dźwięcznym dyszkancikiem, wyrzucając do góry pulchne rączki. - 

Na sto procent!  

. - Mój skarb ma stanowczo za dużo energii - z uśmiechem zauważyła Sylvie. - Trudno mi się 

dzisiaj skupić na pracy.  

- Opiekunka ma dzisiaj wolne?  

-  Tak,  mama  zabiera  małą  do  fotografa.  Jakbyśmy  miały  za  mało  jej  zdjęć  -  śmiejąc  się 

dobrodusznie, wyjaśniła Sylvie.  

- Bo jestem ładna - oświadczyła dumnie mała.  

- I do tego nad wyraz skromna - dodała Sylvie.  

Jak to dobrze, że Daisy Rose dorasta w rodzinnym hotelu, tak jak kiedyś ona i jej siostry. Me-

lanie  dopiero  od  niedawna  zaczęła  doceniać  wartość  niezwykłe  go  otoczenia,  w  jakim  .się 

wychowywała.  

Dobrze  pamiętała,  jak  wielkie  wrażenie  robiła  na  niej  w  dzieciństwie  hotelowa  galeria  sztuki. 

Lubiła  biegać  po  rozległym  pomieszczeniu,  w  którym  odgłos  jej  kroków  odbijał  się  echem, 

ś

ciągając na siebie karcące spojrzenia dorosłych. Gdy nikt nie patrzył, kładła się na podłodze i 

background image

wpatrywała w obrazy, wyobrażając sobie, iż jest ich częścią - wędruje polną drogą, pływa łódką 

po zalewie albo wstępuje na paradne schody pysznej plantatorskiej siedziby.  

Niezwykłe otoczenie nauczyło ją nie zadowalać się tym, co zwyczajne. Chyba stąd brała się jej 

nieustanna pogoń za kolejną przygodą, ,ciągłe poszuki- wanie nowych oryginalnych przepisów 

kulinarnych i chęć flirtowania z coraz to innymi przystojnymi mężczyznami. Jakby powodowała 

nią potrzeba powrotu do egzotycznego dzieciństwa.  

Zabawne, ale wszystko, do czego podświadomie tęskniła, znajdowało się tu, gdzie rozpoczynała 

ś

wiadome życie:  

- Sylvie? - Od drzwi galerii dobiegł dźwięczny głos ich matki i stukot jej pantofli na drewnianej 

posadzce.  

'- Tu jestem, mamo! - zawołała Sylvie.  

-  Muszę  lecieć.  -  Melanie  nie  chciała  pokazywać  się  matce  w  stanie  sercowego  rozkojarzenia. 

Anne na pewno pamięta, jak się zachowywała w trakcie swego romansu z Davidem.  

-  Nie  odchodź  -  rzekła  Sylvie,  przytrzymując  siostrę  za  ramię.  -  Przecież  mówiłaś,  że 

potrzebujesz rady.  

 - Nieważne, sama coś wykombinuję· - Wymknęła się z galerii bocznymi drzwiami. Ogarnęła ją 

paniczna chęć ucieczki, podobna do tej, jaka w wieku osiemnastu lat skłoniła ją do opuszczenia 

rodzinnego  domu.  A  potem  przez  wiele  lat  nie  pozwalała  wrócić  do  Nowego  Orleanu,  gdzie 

zostawiła najbliższe jej sercu osoby.  

A wszystko z powodu głębokiego lęku, że jeśli ulegnie silnym uczuciom, uzależni się od tych, 

których  nimi  obdarzy.  Żywiła  bardzo  silne,  irracjonalne  przekonanie,  iż  emocjonalne 

przywiązanie  odbiera  człowiekowi  swobodę  i  pozbawia  go  twórczej  pasji,  bez  której  nie 

wyobrażała sobie życia.   

Pod wpływem przemożnej chęci ucieczki znalazła sobie cichy kącik, wyjęła z kieszeni komórkę i 

zadzwoniła do agencji. Po paru minutach była umówiona w Seattle na rozmowę wstępną.  

 

Charlotte  starała  się  zachować  spokój  i  opanowanie.  Czekał  ją  wyjątkowo  gorączkowy  dzień. 

Spostrzegła Luca, który szedł ku niej z drugiego końca hotelowego holu.  

- Czy mogę cię prosić na słówko? - zapytał.  

- Zapraszam do gabinetu. - Poszła pierwsza, spodziewając się naj gorszego.  

Kiedy weszli do środka, Luc zamknął drzwi i nerwowo przeczesał włosy.  

background image

- Mamy poważny problem - oświadczył.  

- Co się znowu stało?  

- Jest zamieszanie z pokojami zarezerwowanymi dla weselnych gości.  

- Co nazywasz "zamieszaniem"? .  

- Doszło do zdublowania rezerwacji na część pokoi.  

-  To  straszne.  -  Charlotte  usiadła  za  biurkiem  i  wskazała  Lucowi  krzesło.  On  jednak  nie 

skorzystał z zaproszenia. - Jak mogło do tego dojść? Przecież o weselu wiemy od ponad roku.  

- Nie mam pojęcia, jak do tego doszło, ale zrobię wszystko, żeby to wyjaśnić.  

- Jakie podjąłeś kroki?  

- Szukam zastępczych pokoi, ale niestety goście już się zjeżdżają. Gości weselnych lokujemy u 

nas,  a  dla  pozostałych  szukamy  zastępczych  rezerwacji  w  hotelach  w  najbliższym  sąsiedztwie. 

Ale  musimy  tym  ludziom  zaoferować  rekompensaty,  a  do  tego  zatrudnić  dodatkowych 

pracowników, którzy będą ich rozwozić.  

Co za szczęście, że mamy Luca, pomyślała Charlotte. Nie wiem, co byśmy bez niego zrobiły.  

-  Znakomicie,  Luc.  Zaraz  zacznę  szukać  pracowników,  których  można  przesunąć  do  obsługi 

transportu.  

- Już się tym zająłem - odparł Luc, po czym opuścił gabinet.  

Charlotte wsparła głowę na rękach. Jak mogło dojść do zdublowania rezerwacji? Czy to celowy 

sabotaż, czy zwykłe niedbalstwo? Druga możliwość wydawała się mało prawdopodobna. Komu 

może zależeć na doprowadzeniu Hotelu Marchand do ruiny? Od pewnego czasu Charlotte coraz 

częściej zadawała sobie to pytanie.  

Nie  poddawaj  się,  powiedziała  sobie.  Poradzisz  sobie,  jesteś  w  końcu  nieodrodną  córką 

Marchandów.  

Wyprostowała  się  i  odruchowo  przygładziła  włosy,  które  zaczynały  się  skręcać  w  wyjątkowo, 

nawet  jak  na  Nowy  Orlean,  wilgotnym  powietrzu.  W  wolnej  chwili  wpadnie  do  apartamentu 

matki, żeby się uczesać. W tak ważnym dniu musi się dobrze prezentować.  

Wychodząc z gabinetu, zderzyła się w drzwiach z Sylvie.  

- Dobrze, że jesteś, Charlotte. Chyba miałaś rację·  

- W jakiej sprawie?  

-  Chodzi o Melanie. Przyszła do mnie zupełnie rozkojarzona. Sama to przyznała. Podejrzewam, 

ż

e nasza mała siostrzyczka rzeczywiście bierze narkotyki.  

background image

 

W  kuchni  panowało  napięcie.  Wszyscy  byli  podenerwowani  wiadomością  o  zamieszaniu  z 

rezerwacjami.  Należało  dołożyć  wszelkich  starań,  aby  nic,  ale  to  absolutnie  nic  nie  zakłóciło 

dzisiejszej kolacji.  

Jednakże  Robert  nie  potrafił  się  skupić  na  pracy.  Jego  myśli  wciąż  błądziły  wokół  Melanie,  a 

zwłaszcza  pytania,  czy  dziś  rano  udało  mu  się  wprowadzić  ją  w  błąd,  kiedy  dał  jej  do 

zrozumienia, że nic do niej me czuJe.  

Wszystko się w nim gotowało. Najchętniej rzuciłby czymś o podłogę. Dobrze przynajmniej, że 

ma  wprawę  w  ukrywaniu  uczuć.  W  przeciwnym  razie  Melanie  przejrzałaby  go  na  wyl9t  i 

domyśliła się prawdy.  

Pokrzykiwał  na  kuchenny  personel  i  paru  odkomenderowanych  na  dzisiejszą  okazję  do  kuchni 

kelnerów. Niepotrzebnie wypił trzecią kawę. Zrobił to w nadziei, że przestanie myśleć o ostatniej 

nocy. Niestety, nadmiar kofeiny dał wręcz odwrotny skutek.  

Melanie  wyraźnie  go  unikała.  Kiedy  wchodził  do  kuchni,  ona  wymykała  się  do  prywatnej  sali 

jadalnej, a gdy Robert był zmuszony zajrzeć do jadalni, natychmiast wracała do kuchni. Mijając 

go w drzwiach, spuszczała głowę, jakby krępowała się spojrzeć mu w oczy.  

Prędzej czy później będą musieli nauczyć się ze sobą pracować. Z czasem wszystko się ułoży. 

Melanie zapewne uwierzyła temu, co jej rano powiedział, i nie ma pojęcia, co Robert naprawdę 

do niej czuje.  

Ale dlaczego powiedziałeś jej, że chodziło wyłącznie o seks?  

Dla  uratowania  twarzy.  I  swojej  dumy.  Żeby  nie  musiała  mu  mówić,  że-  zrobił  swoje  i  może 

odejść.  

Zapomnij o tym. Skoncentruj się na pracy.  

- Jak idą przygotowania? - zagadnęła Charlotte, zerkając mu przez ramię·  

- Znakomicie - odparł krótko.  

- Odnoszę wrażenie, że w kuchni panuje chaos.  

- To pozory. Wszystko jest pod kontrolą· Normalna praca.  

- Czy możemy zamienić parę słów na osobności? - spytała.  

- W tej chwili?  

- Bardzo cię proszę·  

-  Oczywiście.  -  Wytarłszy  ręce  w  fartuch,  ruszył  za  nią  do  biura.  Nie  uszło  jego  uwadze,  że 

background image

Melanie kątem oka go obserwuje. .  

Charlotte weszła do pokoju i zamknęła za nimi drzwi.  

- Martwię się o Melanie - powiedziała.  

- Tak? Dlaczego?  

-  Od  pewnego  czasu  robi  wrażenie  nieobecnej,  a  dziś  rano  powiedziała  Sylvie,  że  jest 

rozkojarzona. Czy nie sądzisz, że może zażywać narkotyki?  

-  Melanie  nie  bierze  narkotyków  -  odparł  stanowczo,  nie  umiejąc  u1ayć  irytacji.  -  Bardzo  cię 

przepraszam, ale mam pilną robotę.  

-  Wiem. - Charlotte wzięła  głęboki oddech. - Tylko boję się,  czy  w trakcie dzisiejszej  kolacji 

Melanie nie popełni jakiejś pomyłki.  

- Nie bój się, Melanie to profesjonalistka. Nie popełni żadnego błędu.  

Charlotte nieśmiało dotknęła jego ręki.  

- Ty też robisz wrażenie, jakbyś był trochę podminowany. Czy leży ci coś na sercu i chciałbyś 

ze mną o tym porozmawiać?  

Tak, zdaje się, że zakochałem się w twojej siostrze, ale bez wzajemności, pomyślał. A na głos 

powiedział:  

- Bądź spokojna, wszystko odbędzie się jak należy. Melanie też dojdzie do siebie. A teraz, jeśli 

pozwolisz, wrócę do kuchni.  

- Mamy problem, szefie - ożnajmił Jean-Paul, gdy tylko Robert wszedł z powrotem do kuchni. - 

Nie mamy mielonego mięsa z indyka, które zamówiłeś do tartinek.  

- Jak to?  

t_ Nie zostało dostarczone. - Dzwoniłeś do dostawcy?  

- Jasne. Mówi, że wysłał je wczoraj wieczorem, ale nie mamy potwierdzenia odbioru.  

Robert zaklął pod nosem. Spojrzał na zegar i znowu zaklął. Zostało niewiele czasu. Powinien 

posłać  kogoś  do  sklepu,  ale  rozejrzawszy  się  po  kuchni,  stwierdził,  że  wszyscy  pracownicy 

zwijają się jak w ukropie, a niektórzy wykonują po parę rzeczy naraz.  

- Przepraszam. - To Melanie przecisnęła się między nim a Jean-Paulem. Przy okazji otarła się o 

jego biodro, a Robert poczuł się, jakby przez jego ciało przebiegł prąd.  

Do  diabła  z  tym,  sam  pojedzie  do  sklepu!  Przynajmniej  oderwie  się  na  chwilę  od  Melanie  i 

zapanuje nad emocjami.  

- Niech każdy robi, co  ma wyznaczone - zwrócił się do Jean-Paula. - Pojadę po indyka i zaraz 

background image

wracam.  

 

- Dokąd poszedł Robert? - zapytała Melanie, spoglądając na Jean-Paula.  

- Nie dostarczono mielonego indyka do tartinek, więc pojechał do sklepu.  

Co jeszcze mogłoby nawalić? Rzuciła okiem na zegar.  

-  Zostało  niewiele  czasu  -  zauważyła.  -  Mamy  w  lodówce  coś,  czym  można  by  zastąpić 

mielonego indyka? .  

- Mamy mnóstwo świeżego mięsa z krabów - odparł Jean-Paul.  

- Dobra nasza, dawaj. - Gdyby Robert powiedział jej, co się stało, byłby sobie oszczędził niepo-

trzebnego  jeżdżenia.  -  Uwaga  wszyscy!  -  zawołała,  klaszcząc  w  dłonie.  -  Do  tartinek,  zamiast 

indyka, dajemy pastę z kraba. A teraz do roboty. Mamy mało czasu.  

Niebo było zasnute chmummi i zapadał zmierzch, kiedy Robert ruszył w kierunku sąsiadującego 

z hotelem parkingu. Jego samochód stał na jego drugim końcu, z dala od ulicy.  

Słyszał za sobą czyjeś kroki, lecz nie zwracał na nie uwagi, dopóki obcy męski głos nie zawołał:  

- Proszę pana!  

Przystanął,  by  się  odwrócić,  i  w  tym  momencie  otrzymał  silny  cios  w  tył  głowy.  Jedyne,  co 

zapamiętał, nim stracił przytomność, to że dwóch zamaskowanych facetów wlecze go za nogi po 

betonie.  

 

Gdzie on się podziewa? - denerwowała się Melanie. Wyjechał ponad godzinę temu. Dobrze, że 

nie czekała z przygotowaniem tartinek z krabem.  

U siłowała porozumieć się z Robertem przez komórkę, ale nie odpowiadał. Nagrała się, prosząc, 

by się odezwał, jak tylko odbierze wiadomość.  

Była  coraz  bardziej  zaniepokojona.  Może  :ldarzył  mu  się  wypadek?  Normalnie  takie  proste 

sprawy' załatwiał szybko i sprawnie. Był bardzo obowiązkowy. Ale co ona właściwie o nim wie? 

Nic albo praWie mc.  

A może nie wytrzymał stresu i pojechał szukać kokainy?  

Na tę myśl przeszedł ją zimny dreszcz.  

W  pewnej chwili przyszło jej nawet na myśl, czy  nie  powinna zawiadomić Charlotte o swoich 

podejrzeniach, ale po zastanowieniu doszła do wniosku, że siostra ma i bez tego dość kłopotów. 

A W ogóle to nie powinna wpadać w panikę. Na to zawsze będzie czas. Nie da się wykluczyć, że 

background image

Robert utknął w korku, a nie może do niej zadzwonić, bo rozładowała mu się komórka.  

 

Mniej  więcej  w  dziesięć  minut  po  tym,  jak  do  jadalni  wysłano  gotowe  przekąski,  do  kuchni 

wpadł z impetem szef sali. Wyglądał, jakby przed chwilą zobaczył samego Frankensteina.  

- Chowaj się, kto może! - wydyszał. - Nadchodzi straszna panna młoda.  

- Kto taki?  

-  To  ja,  Carly  Charboneaux!  -  piskliwym  głosem  zawołała  rozgorączkowana  młoda  dama, 

wkraczając do kuchni. - Żądam wyjaśnień, kto jest odpowiedzialny za ten ... za to ... skandaliczne 

zaniedbanie. - To mówiąc, zademonstrowała na wyciągniętej dłoni tartinkę z krabem.  

- Czy nie odpowiada państwu jedzenie? - zapytała Melanie.  

-  Nie  odpowiada,  dobre  sobie!  -  wykrzyknęła  Carly.  -  Moja  pierwsza  druhna  jest  uczulona  na 

mięso krabów. Mówiłam o tym szefowi kuchni dwa miesiące temu; a on zapewniał, że mogę być 

spokojna. I co? Amy siedzi tam teraz z twarzą spuchniętą jak balon.  

-  O  mój  Boże!  -  jęknęła  przerażona  Melanie  i  popędziła  z  kuchni  do  prywatnej  jadalni,  gdzie 

odbywała się kolacja dla weselnych gości.  

Przy jednym ze stolików zobaczyła otoczoną wianuszkiem osób dziewczynę o zaczerwienionej i 

obrzmiałej buzi.  

- Nic się nie stało - łagodnym tonem tłumaczyła Amy. - Wzięłam już lekarstwo, które na wszelki 

wypadek  zawsze  noszę  w  torebce.  Zaraz  mi  przejdzie.  -  Powinna  pani  pojechać  do  lekarza  - 

odezwała się Melanie.  

- Nie trzeba, mój narzeczony jest lekarzem - odparła Amy, kładąc rękę na ramieniu siedzącego 

obok· niej mężczyzny.  

Melanie trochę odetchnęła.  

-  Naprawdę  nic  się  nie  stało  -  zapewnił  ją  narzeczony  Amy.  -  Carly  niepotrzebnie  robi  tyle 

szumu.  -  Jak  to,  niepotrzebnie?  Jutro  moje  wesele,  a  moja  pierwsza  druhna  pie  może  się 

pokazać na oczy! - wykrzykiwała podniecona Carly.  

- Do jutra po opuchliźnie nie będzie śladu - próbował ją uspokoić narzeczony Amy.  

- Najmocniej panie przepraszam za to niedopatrzenie - wtrąciła Melanie. - Ja ponoszę całkowitą 

odpowiedzialność,  bo  w  ostatniej"'chwili  wprowadziłam  zmianę  w  menu  bez  porozumienia  z 

szefem kuchni. Postaram się to pariiom wynagrodzić.  

-  O  nie,  ja  tego  nie  daruję.  Jak  tylko  skończy  się  wesele,  dobiorę  się  wam  do  skóry  - 

background image

ż

ołądkowała się rozjuszona Carly, groźnie wymachując palcem pod nosem Melanie.  

- Carly, niepotrzebnie się denerwujesz! - upomniała pannę młodą jej matka.  

- Jak mam się nie denerwować? Najpierw bałagan z rezerwacjami, a teraz te tartinki!  

- Spójrz na mnie, Carly - odezwała się Amy. - Opuchlizna już się zmniejszyła. Do jutra całkiem 

zniknie.  

Teraz dla odmiany Melanie zaczęła się obawiać, czy panna młoda nie dostanie ataku, bo jej twarz 

poczerwieniała, żyła na skroni nabrzmiała. Tego by tylko brakowało, by zemdlała i rozbiła sobie 

głowę, a rodzina wytoczyła hotelowi proces!  

Zamiast tego Carly wybuchnęła płaczem.  

-  To  zły  omen.  Źle  wróży  mojemu  małżeństwu.  Mamo,  trzeba  odwołać  wesele.  Odesłać 

wszystkich do domów - wybąkała ptzez łzy nieszczęsna panna młoda.  

- Hotel zwróci państwu pieniądze za dzisiejszą kolację - przyrzekła Melanie, a zwracając się do 

Amy, dodała: - I pokryje ewentualne koszty leczenia. - Nie miała prawa składać w imieniu hotelu 

podobnych obietnic, ale w ostateczności była gotowa zapłacić za wszystko z własnej kieszeni.  

- Uspokójmy się, bardzo państwa proszę - wtrąciła rozsądna Amy. - Naprawdę nic się nie stało.  

-  Gdzie  jest  kierowniczka  hotelu?  -  zapytała  pani  Charboneaux.  -  Muszę  się  z  nią  natychmiast 

rozmówić.  

Charlotte tylko tego w tej chwili brakowało.  

-  Pozwólcie  panie,  że  osobiście  wynagrodzę  wam  to,  co  się  stało  -  zaproponowała  Melanie.  - 

Przygotuję  specjalny  deser.  Również  na  koszt  firmy.  Jeszcze  raz  naj  mocniej  przepraszam  za 

pomyłkę.  Zaraz  podamy  pierwsze  danie.  Proszę  spokojnie  wrócić  do  stolików  i  kontynuować 

uroczystość.  

Upewniwszy się, że Amy czuje się coraz lepiej, wróciła do kuchni.  

-  Uwaga,  zaczynamy  podawać  pierwsze  danie!  -  ogłosiła,  po  czym  zawołała  na  bok  Raoula.  - 

Dam ci spis produktów, po które pojedziesz do sklepu. Masz je przywieźć najszybciej, jak się da.  

Wysławszy  Raoula  z  listą  do  sklepu,  zajęła  się  wydawaniem  głównych  dań.  Przy  odrobinie 

szczęścia  uratuje  reputację  hotelu,  a  może  nawet  zdoła  swoją  wpadkę  utrzymać  w  tajemnicy 

przed naj starszą siostrą·  

 

ROZDZIAŁ CZTERNASTY  

Melanie  postanowiła  zrehabilitować  się  w  oczach.  weselnych  gości  w  wielkim  stylu.  Dowieść 

background image

im, jak bardzo jest jej przykro z powodu popełnionej pomyłki.  

Po  powrocie  Raoula  z  zakupów  wzięła  się  do  przygotowywania  płonących  czereśni.  Przy  tej 

czynności zastał ją Jean-Paul.  

- Zamierzasz podać flambe? - spytał zdziwiony.  

- Tak. To będzie wielki finał uroczystej kolacji,  

którą, nawiasem mówiąc, wszyscy wychwalają pod niebiosa, oczywiście nie licząc nieszczęścia 

z krabami.  

- Podawałaś już kiedyś flambe?  

- Jasne, wiele razy. - Co prawda tylko w domu, dla niewielkiej liczby osób, ale czy to robi jakąś 

różnicę?  

.  

- Nie lepiej poprosić Allisona?  

-  Po  pierwsze,  Allison  jest  zajęty  przygotowywniem  weselnego  tortu,  a  po  drugie,  muszę  się 

osobiście zrehabilitować wobec Carly i jej matki. Nie pozwolę, żeby wyszły obrażone na naszą 

kuchnię i cały hotel.  

- Jesteś pewna, że znasz dobrze technikę podawania flambe? - nie ustępował Jean-Paul.  

- Cóż to, robisz mi egzamin? Zamierzasz pomóc czy nie? - oburzyła się Melanie.  

- Dobrze, już nic nie mówię - odparł Jean-Paul, wzruszając ramionami. - Ale robisz to na własną 

odpowiedzialność.  

- To chyba oczywiste. Pomóż mi umieścić misę z czereśniami na wózku.  

W  jadalni  trwały  jeszcze  toasty,  kiedy  Melanie  wtoczyła  wózek  z  przyborami  do  jlambe. 

Ustawiła  się  koło  stołu  pod  wielkim  oknem,  skąd  rozciągał  się  piękny  widok  na  Dzielnicę 

Francuską.  Gdy  umilkły  toasty,  zapaliła  przenośne  gazowe  palniki  i  ogłQsiła  finałową 

niespodziankę. Jej zapowiedź spotkała się z ogólnym aplauzem.  

-  Nigdy  nie  widziałam,  jak  podają  płonące  czereśnie.  To  może  być  zabawne  -  odezwała  się 

najwyraźniej udobruchana Carly Charboneaux.  

Melanie przełożyła czereśnie do rondelków, a gdy była pewna, że dobrze się rozgrzały, skropiła 

je 'wiśniowym brandy.  

W chwilę później przyłożyła zapaloną, długą kuchenną zapałkę.  

Czereśnie zapłonęły, a przez salę przesze'dł szmer ząchwytu.  

Widok  uśmiechniętych,  zadowolonych  twarzy  podziałał  jak  balsam  na  zbolałą  duszę  Melanie. 

Poczuła  się  rozgrzeszona.  Tymczasem  płomienie  zaczynały  dogasać.  Doleje  jeszcze  trochę 

background image

brandy, aby przedłużyć przedstawienie. Sięgnęła po butelkę i s2iczodrze skropiła płonące owoce.  

- Ojej!   

Płomienie podskoczyły nagle, tworząc między stołem a butelką wielki ognisty łuk.  

- Pali się! - wrzasnęła Carly Charboneaux. Pożar!  

- Proszę się nie obawiać, - Melanie chwyciła wielką pokrywę i jednym ruchem stłumiła wydoby-

wające się z rondli płomienie. - Już po strachu, nic się nie pali.  

Nikt jej jednak nie słuchał. Ogarnięci paniką goście zrywali się z miejsc i umykali z jadalni, prze-

wracając krzesła.  

Melanie spostrzegła, że płoną okienne zasłony.  

A także jej fartuch. Nie przypuszczała, że kara za jej omyłkę będzie aż tak wysoka.  

 

Robert  ocknął  się  na  parkingu.  Leżał  na  masce  własnego  samochodu.  Miał  obolałe  plecy, 

łomotało mu w głowie.  

- Co, do jasnej cholery?  

Trwało  chwilę,  nim  sobie  przyponmiał,  co  się  stało,  i  momentalnie  sięgnął  ręką  do  kieszeni. 

Portfel zniknął.  

Napadli go złodz.ieje.  

Stanął z trudem na nogi. Kręciło mu się w głowie. Musiał wziąć kilka głębokich oddechów, żeby 

jako tako oprzytonmieć.  

Ile czasu minęło? Spojrzał na zegarek. Rany boskie, wpół do ósmej!  

Wyszedł z kuchni dwie godziny temu, by kupić mięso do tartinek. Teraz kolacja pewnie dobiega 

końca. Rodzina Charboneaux musi być wściekła.  

Trzeba wracać do restauracji i spróbować ich udobruchać. Chwiejąc się na nogach, powlókł się w 

kierunku hotelu.  

Wszedł do jadalni i stanął jak wryty. Najpierw zobaczył uciekających w panice gości, a dopiero 

w następnej chwili zrozumiał przyczynę popłochu.  

Pożar!  

Przejął go zimny strach. Zdążył wrócić w momencie, gdy ogień zaczynał lizać fartuch Melanie.  

"Strzeż się ognia!" - powiedziała madame Lava. Więc jednak czarownica wiedziała, co mówi!  

Robertowi  w  jednej  chwili  minął  zawrót  głowy.  Ogarnął  go  absolutny  spokój.  Był  jedynym, 

który  wśród umykających w panice ludzi okazał przytomność umysłu i  rzucił się do działania. 

background image

Zerwawszy  ze  ściany  gaśnicę,  odbezpieczył  ją,  ustawił  się  pod  odpowiednim  kątem,  po  czym 

skierował  strumień  piany  na  płonący  fartuch  Melanie,  która  stała  jak  sparaliżowana.  Kiedy  się 

upewnił, że Melanie' jest bezpieczna, zaczął zalewać pianą okienne zasłony. Po kilku chwilach 

płomienie znikły. Pożar był ugaszony.  

Jego spokój miał w sobie coś nierealnego. Czuł się jak po zażyciu kilku pastylek valium.  

Odstawiwszy  gaśnicę,  podszedł  do  wciąż  znieruchomiałej  Melanie  i  zerwał  z  niej  niedopalone 

resztki fartucha. Potem obejrzał jej ręce i szyję, szukając oparzeń. Melanie zaczęła drżeć.  

Bogu dzięki zdążył. Nie była poparzona. - Nic ci się nie stało? - zapytał.  

- Chyba nie - odparła. - Ale nie jestem pewna, mam wrażenie, jakbym straciła czucie.   

Robert  rozejrzał  się  po  sali,  gdzie  właśnie  pojawił  się  Luc  i  starał  się  uspokoić  pozostałych  w 

jadalni  gości.  Charlotte  też  zaraz  przyjdzie,  jak  tylko  się  dowie  o  katastrofalnym  zakończeniu' 

uroczystej kolacji.  

Uznał  za  konieczne  porozmawiać  przedtem  z  Melanie  na  osobności.  Wziął  ją  pod  łokieć  i 

zaprowadził do kuchni.  

- Wyjdźcie wszyscy -powiedział. - Idźcie posprzątać prywatną jadalnię.  

- Ależ szefie - sprzeciwił się Jean-Paul. - W głównej sali są goście, których trzeba obsłużyć.  

- Trudno, poczekają. Wygaście palniki i wyjdźcie. Za dziesięć minut możecie wrócić.  

Pracownicy  posłusznie  porzucili  swe  czynności  i  opuścili  kuchnię.  Robertowi  dopiero  po  ich 

wyjściu puściły nerwy.  

- Na litość boską, co ci przyszło do głowy? krzyknął, patrząc na Melanie. - Czy ty nigdy nie na-

uczysz  się  myśleć?  Musisz  natychmiast  realizować  każdy  niby  genialny  pomysł,  nie 

zastanawiając się, co może z niego wyniknąć?  

- Bardzo mi przykro - szepnęła.  

Ręce jej drżały, miała łzy w oczach. Była w oczywisty sposób wstrząśnięta i przestraszona. Ale 

on  też.  Dopiero  teraz  zdał  sobie  sprawę,  że  Melanie  groziło  śmiertelne  niebezpieczeństwo. 

Gniew, strach, miłość, wszystkie te uczucia mieszały się w nim jednocześnie.  

- Jest mi bardzo, ale to bardzo przykro - powtórzyła Melanie.   

-  A  myślisz,  że  mnie  nie  jest  przykro?  -  Bał  się  na  nią  spojrzeć.  Bal  się,  że  straci  resztki 

panowania nad sobą i wszystko jej wyzna. - Kto ci kazał robić to cholerne jlambe, którego nikt 

nie zamawiał? Zachowałaś się nieodpowiedzialnie.  

- Wiem - bąknęła.  

background image

-  Komuś  z  gości  mogła  się  stać  krzywda.  Ty  sama  mogłaś  ...  -  Nie  był  w  stanie  dokończyć 

zdania.  

Jednakże Melanie nie byłaby sobą, gdyby nie odzyskała rezonu.  

-  Jakim  prawem  ośmielasz  się  mnie  krytykować?  -  zawołała.  -  Może  czasami  bywam  lekko-

myślna,  ale umiem  przyznać się do błędu i nie  wykręcam się od odpowiedzialności za własne 

postępki. Tak jak dziś, za to, co się zdarzyło w jadalni. Wiem, że jestem winna i zrobię wszystko, 

ż

eby naprawić szkody. Sama załatwię sprawę z paniami Charboneaux.  

- Co sugerujesz, mówiąc, że nie wykręcasz się od odpowiedzialności? Czy ja kogoś okłamałem?  

- Sam wiesz.  

- Nie, nie wiem - odparł, zbity z tropu jej wybuchem. - Nie mam pojęcia, o co ci chodzi.  

- Czyżbyś zapomniał, że czternaście lat temu byłeś aresztowany za posiadanie kokainy, ale ci się 

upiekło, ponieważ twoja ciotka była prokuratorem okręgowym?  

Robert popatrzył na nią osłupiałym wzrokiem.  

- Skąd o tym wiesz?  

- Więc nie zaprzeczasz? A nie dalej jak wczoraj wieczorem w moim mieszkaniu powiedziałeś mi, 

ż

e nigdy nie byłeś aresztowany ani nie miałeś do czynienia z narkotykami.  

- Nigdy w życiu nie miałem do czynienia z narkotykami.  

- Ale nie zaprzeczasz, że byłeś aresztowany?  

Robert milczał.  

-  Ach,  zresztą.  -  Osmalona,  nosząca  na  ubraniu  ślady  gaśniczej  piany,  Melanie  mogłaby  w  tej 

chwili  wystąpić  w  roli  niosącej  zemstę  zjawy.  -  Pewnie  powiesz,  że  zostałeś  niesłusznie 

oskarżony. Że ktoś podrzucił ci kokainę.  

Nie  był  w  stanie  wydobyć  z  siebie  głosu.  Miał  nadzieję,  że  raz  na  zawsze'pożegnał  się  z 

przeszłością ijedyne, co z niej pozostało, to ogarniająca go niekiedy chandra, a tymczasem ...  

Jak długo jeszcze będzie płacił za dawne błędy?  

- Skąd o tym wiesz? - spytał po chwili.  

- Mam swoje źródła.  

A więc ten, kto dowiadywał się w Seattle o jego przeszłość, działał z polecenia Melanie, a nie 

Charlotte, jak przedtem podejrzewał.  

- Prowadziłaś dochodzenie za moimi plecami. - Sam nie wiedział, co bardziej go zabolało, to, że 

badała jego przeszłość, czy to, iż tak łatwo dała wiarę oskarżeniu.  

background image

-  Musiałam  sprawdzić,  kim  jest  człowiek,  któremu  mama  powierzyła,  rządy  w  kuchni  mojego 

Ojca.  

- I wykorzystasz te informacje, żeby się mnie pozbyć, tak? - Melanie nie zaprzeczyła. - Możesz 

sobie myśleć, co ci się podoba, ale kokaina nie  

należała do mnie, tylko do mojego przyjaciela. Wziąłem jego winę na siebie.  

- I ja mam w to uwierzyć?  

- Wierz albo nie, mnie jest wszystko jedno - odparł.  

- W takim razie kim był ów przyjaciel i dlaczego wziąłeś jego winę na siebie?  

- Nic więcej na ten temat nie powiem.  

- Ale dlaczego? - upierała się Melanie. - Skoro było tak, jak powiedziałeś, dlaczego nie chcesz o 

tym mówić?  

- Bo nie mogę ci zaufać - oświadczył krótko. Melanie się wzdrygnęła.  

Robert zdał sobie sprawę, iż dotknął bolesnej dla niej sprawy. Melanie pragnęła, aby ludzie jej 

ufali, lecz wzbraniała się przed wzięciem na siebie wynikających stąd zobowiązań. Przykro mu 

było ranić jej uczucia, ale uznał, że dziewczyna musi wreszcie  

usłyszeć prawdę o sobie.  

. .  

- Już zaczynało mi się wydawać, że łączy nas coś więcej niż seks - powiedziała. - Że możemy 

pomyśleć  o  wspólnej  przyszłości.  Mimo  wszystkich  dzielących  nas  różnic.  A  może  właśnie 

dzięki nim. Ale teraz widzę, że były to mrzonki. Nie mogłabym żyć z człowiekiem, który nie ma 

do mnie zaufania.  

- A ja nie mógłbym żyć z kobietą, która nasyła na mnie szpiegów - powiedział do kobiety, którą 

kochał, ale która chwilę wcześniej wbiła mu nóż w plecy.  

Dobiegające  zewsząd  dźwięki  jazzowej  muzyki,  dziwaczne  maski  i  kostiumy,  wesołe 

pokrzykiwania  przewalającego  się  po  Bourbon.  Street  tłumu  -  wszystko  wskazywało,  że 

karnawał  jest  w  rozkwicie.  Nowy  Orlean  nie  bawił  się  tak  hucznie  od  czasu  huraganu.  Tylko 

Melanie wlokła się do domu z markotną mmą·  

Nie  mogła  zapomnieć  gniewu  w  oczach  Roberta,  kiedy  zrozumiał,  że  potajemnie  sprawdzała 

jego przeszłość. Powiedział, że wziął na siebie cudzą winę. Bardzo chciała w to uwierzyć.  

Czuła się okropnie. Robert myśli, że byłaby zdolna wykorzystać zdobyte informacje, aby się go 

pozbyć  z  restauracji.  Ale  czy  może  mieć  do  niego  pretensje?  Nic  dziwnego,  że  stracił  do  niej 

zaufanie, miał po temu wszelkie powody. Straciła go. Straciła nieodwracalnie. Może to i dobrze, 

background image

bo  nie  pasowała  ani  do  niego,  ani  do  swoich  najbliższych.  Wszystko,  co  robiła,  obracało  się 

przeciwko  niej.  Mamie  i  siostrom  lepiej  będzie  bez  niej.  Pojedzie  do  Seattle  na  rozmowę  w 

sprawie posady i zostanie tam, jeśli będą ją chcieli.  

 

Mimo późnej pory i zmęczenia po pracowitym i wyczerpującym dniu, Charlotte nadal siedziała 

w swoim biurze, ociągając się w powrotem do domu. Nie mogła przestać myśleć o Melanie - o 

niebezpieczeństwie, którego siostra cudem uniknęła.  

Robert  i  Luc  stanęli  na  wysokości  zadania,  uspokajając  gości,  pertraktując  ze  strażą  pożarną  i 

przywracając porządek, podczas gdy Chariotte robiła, co   

mogła, by spacyfikować Carly Charboneaux i jej matkę. Z pomocą wiernego personelu zdołała 

opanować sytuację w hotelu, niemniej czekało ją bodaj jeszcze trudniejsze zadanie, a mianowicie 

rozmówienie  się  z  Melanie  w  sprawie  narkotyków.  W  dodatku  sprawy  zaszły  tak  daleko,  że 

będzie musiała wciągnąć w to matkę.  

Podskoczyła,  gdy  zadzwonił  telefon.  Telefon  po  jedenastej  w  nocy  nie  wróżył  nic  dobrego. 

Westchnąwszy głęboko, podniosła słuchawkę.  

- Halo?  

- To ja, Melanie.  

- Mellie, dobrze, że dzwonisz. Jak się czujesz? Robert powiedział, żeście się pokłócili.  

- Nic mi nie jest.  

- Na pewno?  

- Przepraszam, Charlotte, ale wyjeżdżam na kilka dni. Muszę być sama, żeby się pozbierać.  

- Nie, najmilsza, nigdzie nie wyjeżdżaj. Przyjdź do hotelu, spokojnie sobie porozmawiamy. Albo 

ja przyjadę do ciebie. Pomogę ci przez to przejść.  

- Nie jestem w domu.  

- A gdzie?  

- Na lotnisku. Za chwilę wsiadam do samolotu i lecę do Seattle.  

- Na rozmowę w sprawie pracy?  

- Tak.  

-. Posłuchaj, Mellie, ucieczką niczego nie rozwiążesz - usiłowała ją przekonać Charlotte. - Nie 

mogę zostać. Nie pasuję do was.  

- Co ty opowiadasz! Oczywiście, że pasujesz.   

background image

- Muszę kończyć, wzywają nas do wejścia na pokład. Wrócę w poniedziałek wieczorem.  

- Przyjedź do hotelu, jak tylko wylądujesz. Musimy porozmawiać.  

- Powiedz Robertowi ...  

- Co mam mu powiedzieć?  

- Muszę kończyć.  

-  Melanie,  nie  wyłączaj  się!  -  zawołała  Charlotte,  ale  odpowiedziało  jej  ·tylko  buczenie 

wyłączonego telefonu.  

 

- Panno Marchand, czy mogę wejść? - Robert zapukał w otwarte drzwi gabinetu Charlotte, gdzie 

ku swemu zaskoczeniu zastał siedzącą przy biurku . Anne.  

- Zapraszam - odparła z uśmiechem pani Marchand.  

- Szukam Charlotte.  

-  Poszła  do  mojego  apartamentu,  żeby  mi  coś  przynieść.  -  Robert  wiedział,  że  Anne,  która  po 

swym niedawnym zawale mieszkała u matki, parę dni temu przeprowadziła się z powrotem do 

hotelu. - Czy mogę ją zastąpić?  

- Muszę pani coś przekazać - odparł Robert, podchodząc do biurka i podając jej kopertę, którą 

trzymał w ręku.  

Anne wyjęła z koperty kartkę papieru. Najej twarzy odmalował się wyraz niedowierzania.  

- Nie bardzo rozumiem, Robercie. Chcesz nas opuścić?  

- Tak, szanowna pani.   

- Przepraszam, wiem, że nie lubisz mówić o swoich prywatnych sprawach, ale czy nie mógłbyś 

mi jednak wyjaśnić, dlaczego chcesz odejść? Czy nie byłeś dobrze traktowany?  

Robert przestąpił z nogi na nogę. Złożenie wymówienia okazało się jeszcze trudniejsze, niż prze-

widywał. Przywiązał się do Hotelu Marchand. Nigdy w życiu nie miał lepszej posady, a ponadto 

bardzo polubił wszystkie panie Marchand. Niemniej musi się z nimi pożegnać.  

Pewnie  taki  jest  jego  los.  Nie  został  stworzony  do  szczęścia.  Od  dzieciństwa  towarzyszył  mu 

smutek i samotność, i tak widać ma pozostać.  

- Byłem traktowany po królewsku - odparł. - Odchodzę wyłącznie z przyczyn osobistych.  

- Czy jedną z nich nie jest Melanie? - spytała pani Marchand, a on skinął głową. - Robercie, chcę 

cię o coś zapytać i bardzo proszę o szczerą odpowiedź.  

- Słucham panią.  

background image

- Czy nie wydaje ci się, że Melanie zażywa narkotyki?  

Spojrzał w jej jasne, szczere oczy, w których była czułość, a zarazem zdecydowanie. Z natury ła-

godna i życzliwa ludziom Anne potrafiła być twarda, gdy zaszła taka potrzeba. Robert podziwiał 

ją za to, a'przy tym podobne cechy odnajdywał u Melanie.  

- Nie, absolutnie nie - odparł.  

- Czy mogę ci zadać jeszcze jedno pytanie?  

- Również mam być szczery?   

- Tak. Bardzo wysoko stawiam uczciwość i szczerość.  

- Co chce pani wiedzieć?  

- Robercie, czy kochasz Melanie?  

- Z całego serca - odparł. - Kocham ją tak bardzo, że aż' się tego boję. Tak bardzo, że nie mogę 

dłużej u pani pracować.  

 

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY  

- Przepraszam za spóźnioną porę, ale muszę się przed kimś wypłakać - rzekła Melanie, stojąc na 

progu mieszkania Coby'ego.  

.  -  W  chodź,  laleczko,  zawsze  służę  ramieniem  -  odparł  przyjaciel,  zapraszając  ją  szerokim 

gestem do środka.  

Przestąpiła  próg,  zdjęła  w  holu  plecak  i  rzuciła  go  na  podłogę,  po  czym  weszła  z  Cobym  do 

salonu.  

- Siadaj i mów, co cię boli. Ale na początek przyda ci się kieliszek czegoś mocniejszego. Co byś 

chciała?  

  -Cokolwiek.  

- Cokolwiek akurat mi się skończyło: Może rum z colą?  

Na wspomnienie rumu z colą, który pili z Robertem w tamten pamiętny wieczór, łzy napłynęły 

Melanie do oczu. Czy to możliwe; że tak niedawno kochali się w jej mieszkaniu? Miała uczucie, 

jakby od tego czasu upłynęły tygodnie. Tyle się wydarzyło.  

- Wolałabym wino.  

- Czerwone czy białe?  

- Czerwone.  

-  A  teraz  powiedz,  jak  on  ma  na  imię  -  zapytał  Coby,  wracając  po  chwili  z  kuchni  z  dwoma 

background image

kieliszkami wina.  

- Skąd wiesz, że chodzi o mężczyznę?  

-  Widzisz,  laleczko,  ja  na  pierwszy  rzut  oka  rozpoznaję  sercowe  problemy  -  oświadczył 

przyjaciel, siadając obok niej na kanapie.  

- Chodzi o Roberta LeSoeura.  

- Spodziewałem się tego.  

- Ale to coś więcej niż sercowe problemy - zauważyła z westchnieniem. - Chodzi także o moją 

rodzinę.  Nie  pasuję  do  nich:  'Wszystko,  co  zrobię,  obraca  się  przeciwko  mnie.  Dostałam 

wiadomość, że w La Chere szukają szefa kuchni i umówiłam się na rozmowę·  

- Wypraszam sobie! Ja też ubiegam się u nich o posadę.  

- Ojej! Naprawdę? - zmartwiła się Melanie.  

- Nie pierwszy raz stajemy sobie na drodze.  

- Chyba nie masz mi tego za złe?  

-  Moja  droga,  wiesz"  jak  bardzo  cię  lubię,  ale  bądźmy  szczerzy,  dyrygowanie  ludźmi  nie  jest 

twoją mocną stroną. Podczas gdy ja po· prostu uwielbiam rozkazywać.  

- Uważasz, że z nas dwojga wybiorą ciebie? - oburzyła się.  

- Tego nie wiem, wiem natomiast, że zakochałaś się w LeSoeurze i wrócisz do niego do Nowego 

Orleanu,  jak  tylko  zrozumiesz,  co  do  niego  czujesz.  -  Wcale  nie  mówiłam,  że  jestem  w  ·nim 

zako. chana.  

- Nie musiałaś nic mówić. Skoro uciekłaś przed nim aż do Seattle, to sprawa musi być poważna.  

-  Nie  mogę  kochać  człowieka,  który  nie  chce  ze  mną  rozmawiać.  Kiedy  wypomniałam  mu  tę 

historię z kokainą, nie zaprzeczył wprawdzie, ale powiedział, że wziął na siebie cudzą winę. Nic 

więcej nie chciał powiedzieć. W dodatku oświadczył, że nie może mieć zaufania do kogoś, kto 

po kryjomu sprawdza jego przeszłość.  

- Takie postępowanie faktycznie nie rodzi zaufania - wytknął jej Coby.  

-  Masz  rację,  ale  wtedy  prawie  nic  o  nim  nie  wiedziałam.  To  taki  trudny  człowiek.  Musiał  w 

ż

yciu wiele wycierpieć, choć o tym nie mówi. Tłumi w sobie naturalne uczucia i za nic nie chce 

się przede mną otworzyć - zakończyła, z trudem powstrzymując łzy.  

- Jeżeli nie umie otworzyć przed tobą serca, to wasz związek chyba rzeczywiście nie ma przy-

szłości.  

- No właśnie - ciężko westchnęła Melanie.  

background image

-  Wiesz  co?  Jedyna  rada,  to  spróbować  czegoś  się  o  nim  dowiedzieć.  Może  od  jego  ciotki?  - 

zaproponował Coby.  

- Od pani Longren ?  

- Tak.  

- Jak ty to sobie wyobrażasz? Że zapukam ot tak do jej biura i poproszę o rozmowę?  

- Masz szczęście, laleczko - z tajemniczą miną oświadczył Coby. - Tak się składa, że wiem, w 

której restauracji Pamela Longren będzie w niedzielę na lunchu.  

 

Robert  dawno  położył  się  do  łóżka,  ale  sen  nie  przychodził.  Anne  Marchand  nie  przyjęła  jego 

wymówienia. 

 -  Nie  sądziłam,  Robercie,  że  jesteś  człowiekiem,  który  opuszcza  przyjaciół  w  potrzebie  - 

powiedziała,  a  jemu  zrobiło  się  wstyd.  A  zaraz  potem  dodała:  -  Stałeś  się  nam  bardzo  bliski, 

uważamy  cię  za  członka  rodziny.  Proszę,  nie  odchodź.  Jesteś  nam  potrzebny.  Jesteś  potrzebny 

Melanie.  

- Melanie nie potrzebuje nikogo. Jest najbardziej samodzielną kobietą, jaką· znam.  

Anne uśmiechnęła się.  

- Chciałaby za taką uchodzić. W rzeczywistości marzy o ułożeniu sobie życia, ale nie wie, jak się 

do tego zabrać. W dodatku po nieudanym małżeństwie z Davidem boi się panicznie, że popełni 

kolejną pomyłkę. Ale nie zniechęcaj się, Robercie. Jesteście dla siebie stworzeni. Ty łagodzisz jej 

porywczość,  a  ona  otwiera  cię  na  ludzi.  -  Anne  popatrzyła  na  niego,  a  on  skinieniem  głowy 

przyznał jej rację. -  Więc zabierz to - powiedziała, oddając mu wymówienie - i nie rezygnuj z 

Melanie.  

- Kiedy jesteśmy tacy różni. Nie wyobrażam sobie, jak mielibyśmy się do siebie dopasować.  

-  Nie  widzisz,  że  to  jest  właśnie  najbardziej  pasjonujące?  Będziecie  się  nawzajem  uzupełniać. 

Tak  samo  było  między  mną  a  Remym.  Melanie  po  nim  odziedziczyła  pasję,  temperament, 

odwagę. Wierz mi, Robercie, czeka cię wielka życiowa przygoda.  

Wielka życiowa przygoda. Czy tego pragnie? Dotychczas dążył tylko do spokoju, ładu i pełnej 

kontroli  nad  swoim  życiem.  Natomiast  Melanie  wszystko  to  burzyła.  Przy  niej  świat  nabierał 

kolorów, otwierał przed nim nieznane możliwości. Jeśli teraz zrezygnuje i odejdzie, nigdy ich nie 

pozna.  

Dlaczego jej tego nie wyznał? Dlaczego powiedział, że chodzi mu wyłącznie o seks? Zrobił to ze 

background image

strachu przed nowym bolesnym zawodem. Dopiero w trakcie rozmowy z Anne zrozumiał, że w 

imię miłości warto ryzykować cierpienie.  

Robert zapalił lampę na nocnym stoliku, usiadł na łóżku, wyjął z szuflady dziennik i zabrał się do 

pisania.  Wylewał  na  papier  całą  swoją  miłość,  swoje  gorące  uczucia.  A  jeśli  ona  ich  nie 

odwzajeInnia? - odezwał się głos zwątpienia. To nieważne, odpowiedział sam sobie. Miłość jest 

nagrodą sama w sobie. Nie będzie żądał, aby mu dała więcej, niż dać może.  

 

- Dlaczego mi nie powiedziałeś, że wielka pani Longren lubi robić na drutach i spotyka się co 

niedzielę  w  twojej  restauracji  z  grupą  pasjonatek  dziergania?  -  szepnęła  Melanie  do  Coby'ego 

nazajutrz  w  południe,  zaglądając  z  progu  kuchni  do  osobnej  jadalni,  gdzie  Pamela  Longren 

siedziała przy stole w gronie pań zaopatrzonych w kosze pełne kolorowej włóczki.  

- Może bym powiedział,  gdybym wiedział, że jej siostrzeniec  budzi w tobie zwierzęce żądze - 

zaśmiał się Coby.  

- Ale jak mam ją zaczepić? - zaniepokoiła się Melanie.  

- Zdaj się na Coby'ego. Przedstawię was, kiedy będą wychodzić.  

Pół godziny później Coby wepchnął Melanie do jadalni, a po dokonaniu prezentacji dyskretnie 

wycofał się do kuchni.  

-  Jestem  zaszczycona,  mogąc  panią  poznać.  Pracuję  w  restauracji  w  Nowym  Orleanie  razem  z 

pani· siostrzeńcem Robertem LeSoeurem - zaczęła Mel,anie.  

- Ach, to pani! - ucieszyła się pani Longren. - Robert często o pani mówi.  

- Naprawdę?  

- O tak. Dzwoni do Innie przynajInniej raz w tygodniu. Częściej niż mój własny syn. Zdaje się, 

ż

e Robert ma z panią trudny orzech do zgryzienia z przyjaznym rozbawieniem  zauważyła pani 

Longren.  

- Jak to? - jeszcze bardziej zdziwiła się Melanie.  

- Ale to bardzo dobrze. Robert zanadto boi się ryzyka, a pani rzuca mu wyzwanie, którego on po-

trzebuje.  

-  Czy  może  mi  pani  poświęcić  parę  minut?  Chciałabym  się  więcej  dowiedzieć  o  jego 

przeszłości.  

- Czemu sama go pani o to nie zapyta?  

- Próbowałam, ale niewiele mogłam z niego wyciągnąć.  

background image

- W takim razie Innie również nie wypada mówić o jego osobistych sprawach.  

Melanie przestraszyła się.  

- Proszę pani ... - zaczęła.  

- Mówmy sobie po imieniu, jestem Pamela.  

-  Pamelo,  błagam  cię,  kocham  Roberta,  a  on  nie  chce  mi  wyjaśnić,  dlaczego  był  oskarżony  o 

posiadanie kokainy.   

- Wiesz o tej sprawie?  

- Wiem tylko, że był aresztowany pod zarzutem posiadania, ale dzięki tobie sprawę wymazano z 

akt. Robert powiedział mi tylko, że wziął na siebie cudzą wmę·  

- To nie do wiary! - zawołała Parnela. - Po tylu latach, po tylu doznanych krzywdach, wciąż stara 

się ochraniać Jasona.  

- Jasona? Kto to taki?  

- Jestem umówiona na spotkanie, ale jeśli wracasz do miasta, to mogłybyśmy kontynuować naszą 

rozmowę na promIe.  

- Wspaniale - ucieszyła się Melanie. - Pójdę tylko po płaszcz' i powiem Coby'emu, że wychodzę.  

Dziesięć minut później obie panie siedziały w kabinie promu, pijąc kawę.  

-  Nadal uważam, że powinnaś o tym wszystkim usłyszeć z ust samego Roberta, ale wiem, jaki 

potrafi  być  uparty  i  skryty  -  zaczęła  Parnela.  -  Zawsze  trudno  mu  było  wyrażać  uczucia.  Ale 

skoro zadałaś sobie tyle trudu i specjalnie przyleciałaś do Seattle, żeby się ze mną zobaczyć, to 

musi ci na nim naprawdę zależeć.  

- Kocham go całym sercem i chyba nie bez wzajemności. Dlatego tu jestem.  

- Czy powiedział ci, że wcześnie stracił rodziców?  

- Owszem, ale nie podał żadnych szczegółów. Pamela upiła łyk kawy.  

- Karen, jego matka, a moja siostra, należała do kobiet skłonnych do rozpamiętywania ciemnych 

stron życia. Już jako dziecko miewała napady melancholii. Czasem zastanawiam się, czy jakimś 

szóstym zmysłem nie przeczuwała, iż nie przyjdzie jej długo chodzić po tym świecie. - Pamela 

zadumała  się.  -  Z  ojcem  Roberta  poznali  się  na  uniwersytecie.  Nie  była  to  namiętna  miłość, 

raczej  spokojne,  harmonijne  uczucie  dwojga  podobnych  do  siebie,  racjonalnie  myślących  istot. 

Niestety,  macierzyństwo  zmieniło  Karen.  Popadła  w  przewlekłą  depresję  poporodową  i  mimo 

leczenia, nigdy nie nawiązała z synkiem prawdziwej więzi uczuciowej. Robert był najpoważniej-

szym i chyba naj smutniejszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek WIdziałam. - Pani Longren znowu 

background image

zamilkła na moment, a oczy Melanie zasnuły się łzami. - Michael, mąż mojej siostry, starał się, 

jak mógł, otaczać ją opieką, lecz czuł się bezradny i zaczął coraz bardziej oddalać się od rodziny, 

pogrążając się w pracy.  

- Robert raz wspomniał, że jego ojciec był zajęty wyłącznie pracą, a matka miała osobiste pro-

blemy - wtrąciła Melanie. - W rezultacie jego wychowaniem zajmowały się głównie kolejne go-

sposie.  

-  To  prawda  -  z  westchnieniem  przyznała  Pamela.  -  Ja  byłam  zbyt  zajęta  swoją  karierą  i 

wychowywaniem trojga własnych dzieci, aby zauważyć, co tak naprawdę dzieje się w ich domu. 

Do dziś nie mogę sobie tego darować.  

- Nie powinnaś czuć się za to odpowiedzialna.  

- Nie zgadzam się z tobą. Tak czy inaczej, w pewnym momencie Michael zaproponował Karen, 

ż

eby nauczyła się żeglować.  Miał nadzieję wyrwac ją w ten sposób z depresji.  Kupił jej jacht, 

Karen  rzeczywiście  zapaliła  się  do  żeglowania  i  wstąpił  w  nią  w  nowy  duch.  Niestety,  jak  się 

szybko  okazało,  główną  tego  przyczyną  było  gorące  uczucie  dla  nowo  poznanego  instruktora, 

który  wyzwolił  w  niej  tłumione  od  wczesnych  lat  namiętności.  Słowem,  była  to  jej  pierwsza 

wielka miłość.  

- I jak to się skończyło?  

- Karen porzuciła męża i dziecko i wyruszyła ze swym kochankiem w rejs dookoła świata, ale po 

paru tygodniach ich jacht zderzył się z innym i oboje zatonęli. Robert miał wtedy zaledwie kiłka 

lat.  

- Biedne dziecko! - wyszeptała wzruszona Melanie.  

-  Michael,  który  od  dawna  cierpiał  na  cukrzycę,  po  odej  ściu  żony  z  jeszcze  większym 

zapamiętaniem  rzucił  się  w  wir  pracy.  Przestał.dbać  o  zdrowie  i  w  efekcie  zmarł  wskutek 

związanych z chorobą powikłań. Robert miał wtedy dwanaście lat. Myślę, że gdyby nie dziennik, 

który  prowadził  regularnie  od  najwcześniejszych  lat,  nieszczęsne  dzieciństwo  na  trwale 

uszkodziłoby jego psychikę.  

- Robert prowadzi dziennik? - Melanie oddałaby w tej chwili wszystko, by do niego zajrzeć. Nie 

umiała  sobie  wyobrazić  cierpień  tak  wcześnie  osieroconego  dziecka.  O  ileż  była  od  niego 

szczęśliwsza, mając liczną kochającą rodzinę, podczas gdy on wychowywał się praktycznie sam.  

- Myślę, że nadal to robi - Pamela podjęła swą opowieść. - Najbardziej sobie wyrzucam, że po 

ś

mierci Michaela nie wzięłam Roberta do siebie, żeby się wychowywał razem z moimi dziećmi. 

background image

Proponowałam takie rozwiązanie,  ale  zaprzyjaźnieni z Michaelem państwo Monroe  koniecznie 

chcieli  się  nim  zaopiekować,  a  ponieważ  Robert  bardzo  ich  lubił,  więc  przestałam  nalegać. 

Gdybym mogła przewidzieć, do czego to doprowadzi ... - Głos uwiązł jej w gardle.  

- Co mu zrobili?  

-  Jason  Monroe  był  wtedy  szefem  kuchni  w  pięciogwiazdkowej  restauracji.  Miał  koło 

trzydziestki, dwie własne córeczki, ale oboje z żoną traktowali Roberta jak własnego syria.  

- Domyślam się, że to pod wpływem Jasona Robert wybrał zawód kucharza?  

- Tak, Jason nauczył go fachu. Był to czarujący, tryskający życiem, pomysłowy człowiek, łatwo 

ulegający  wpływom,  ale  o  bardzo  dobrym  sercu.  Niestety,  miał  także  skłonność  do  ulegania 

nałogom.  Pracując  często  do  późna  w  nocy,  zaczął  przestawać  z  grupą  młodszych  od  siebie 

hulaków  i  po  pewnym  czasie  uzależnił  się  od  narkotyków.  -  Melanie  zaczęła  się  domyślaĆ 

dalszego  ciągu.  -  Kiedy  do  tego  doszło  -  ciągnęła  Pamela  -  Robert  miał  już  osiemnaście  lat  i 

pracował  na  stałe  w  restauracji  Jasona.  Pewnego  dnia  właściciel  znalazł  kokainę  w  kieszeni 

fartucha Jasona. A ponieważ nie było to jego pierwsze przewinienie i w razie procesu Jasonowi 

groził wysoki wyrok, Robert wziął winę na siebie, aby uchronić od więzienia człowieka, którego 

pokochał jak własnego ojca.  

-  Teraz  wszystko  rozumiem  -  rzekła  Melanie.  Na  myśl  o  Robercie  jej  serce  przepełniały  w  tej 

chwili  zarazem  smutek  i  duma.  -  Robert  poszedł  do  właściciela  i  powiedział,  że  pożyczył  od 

Jasona fartuch i kokaina należała do niego.  

- Zgadłaś - przyznała Pamela. - Na szczęście Jason wyznał mi prawdę, a ja użyłam swoich wpły-

wów, żeby unieważnić oskarżenie przeciwko Robertowi.  

-  A  ja  myślałam,  że  wykorzystał  możliwości  wysoko  postawionej  ciotki,  żeby  wywinąć  się  od 

kary - wyznała Melanie, po czym opowi~działa Pameli o swojej młodzieńczej przygodzie z mari-

huaną.  

-  W  całej  tej  sprawie  tylko  Jason  Monroe  dopuścił  się  kłamstwa  i  oszustwa.  Niestety, 

poświęcenie  Roberta  na  nic  się  nie  zdało.  Wkrótce  potem  Jasona  ponownie  przyłapano  na 

posiadaniu kokainy.  

- To smutne.  

- Na domiar wszystkiego zostawił rodzinę bez środków do życia. Gdyby nie finansowa pomoc 

Roberta, który odziedziczył po rodzicach spory majątek, popadliby w nędzę. - Pamela wpatrzyła 

się  w  pustą  filiżankę.  -  Kiedy  skończył  dwadzieścia  jeden  lat,  postanowił  odszukać  Jasona. 

background image

Znalazł  go  w  knajpie  nawiedzanej  przez  narkomanów,  a  kiedy  próbował  mu  odebrać  kokainę" 

Jason rzucił się na niego z brzytwą.  

- Stąd ta blizna na skroni - szepnęła Melanie. Teraz rozumiała, dlaczego Robert nie chciał o tym 

mówić.  

 

- Chcąc uchronić Jasona od kolejnego procesu i więzienia, Robert zmusił go do podjęcia kuracji 

w szpitalu psychiatrycznym. Taki już jest, nigdy nie odwraca się od bliskich mu ludzi, nawet jeśli 

na to nie zasługują.  

Nic dziwnego, że po tak wielu ciężkich przeżyciach Robert miewa przypływy melancholii, my-

ś

lała Melanie.  

- Fakt, iż człowiek, którego kochał i któremu wierzył, mógł wobec niego postąpić w tak okrutny 

sposób, głęboko Robertem wstrząsnął - mówiła dalej Pamela. - Niemniej opłacał jego leczenie i 

utrzymywał jego rodzinę, dopóki żona Jasona nie rozwiodła się z nim i ponownie nie wyszła za 

mąż. Ale Robert od tamtej pory stał się ostrożny w kontaktach z ludźmi. Bardzo się ucieszyłam, 

kiedy  twoja  matka  zaproponowała  mu  pracę  w  Nowym  Orleanie.  Uważałam,  że  odpowiednie 

stanowisko w nowym otoczeniu bardzo mu się przyda.  

Dla Melanie wszystko stało się jasne. Dlaczego Robert bał się wyrażać własne uczucia, dlaczego 

wystrzegał się ludzi, którymi powodują gorące emocje. A przecież mimo tych złych doświadczeń 

był  gotów  dać  jej  szansę.  Nie  bał  się  związanego  z  tym  ryzyka.  Nie  był  tchórzem.  To  ona 

stchórzyła, uciekając przed zobowiązaniami, jakie nakłada miłość.  

Robert wykazał więcej odwagi niż ona.  

Pamela podniosła po chwili wzrok, by spojrzeć Melanie prosto w oczy.  

- Opowiedziałam ci j ego historię - rzekła - żebyś  mogła  go zrozumieć. Po tym wszystkim, co 

przeżył,  Robert  zasługuje·  na  kobietę,  która  będzie  umiała  oddać  mu  sprawiedliwość.  Kobietę 

namiętną, która pomoże mu otworzyć się na ludzi, ale zarazem kochającą i lojalną .. Dosyć już 

wycierpiał.  Jeżeli  nie  jesteś  w  stanie  dać  mu  tego,  czego  potrzebuje,  najlepiej  będzie,  jeżeli 

zostawisz go w spokoju.  

 

ROZDZIAŁ SZESNASTY  

 

Melanie  postanowiła  nie  ubiegać  się  o  posadę  w  La  Chere.  Coby  lepiej    się  nadawał  na  szefa 

background image

kuchni niż ona, a poza tym chciała wrócić do domu i jak najszybciej powiedzieć Robertowi, co 

do niego czuje.  

Wylądowała  w  Nowym  Orleanie  w  niedzielę  wieczorem  i  pojechała  taksówką  do  swego 

mieszkania. Wysiadła z taksówki w ulewnym deszczu. Nie miała z sobą parasolki, bo też żadnej 

nie posiadała. Praktyczny i rozważny Robert na pewno ma z tuzin parasoli. Gdyby z nim była, 

wyskoczyłby teraz z domu i uchronił ją przed zmoknięciem.  

W trakcie otwierania drzwi Wafel wymknął się z mieszkania. Jeśli chc.e zatrzymać kota na stałe, 

trzeba go będzie wysterylizować; żeby nie uciekał z domu w poszukiwaniu przygód.  

- Wafel, wracaj'! Kici, kici! Kot dał susa i pomknął na dół.  

Rzeczywiście  przypominam  Holly  Golightly  biegającą  za  zabłąkanym  kotem  w  strugach 

deszczu, pomyślała.  

- Wafel, natychmiast wracaj! - zawołała, ale kot, jak to kot, ani myślał słuchać.  

Ulica była mokra, samochody poruszały się wolno po śliskiej nawierzchni.   

Wybiegłszy  na  ulicę,  Melanie  zobaczyła,  że  Wafel  wyskakuje  na  brukowaną  jezdnię.  W  tym 

samym  momencie  zza  rogu  ulicy  wyjechał  czarny  sedan.  Melanie  przeraziła  się;  podobny 

samochód zderzył się niedawno z babcinym cadillakiem, którym jechała z Daisy Rose i małym 

Adamem.  

Czarny sedan jechał wprost na Wafla, który zatrzymał się na środku jezdni i otrzepywał mokre 

łapki. Kierowca nacisnął klakson i próbował gwałtownie hamować, lecz zamiast się zatrzymać, 

wpadł w poślizg.  

- Wafel! - wrzasnęła Melanie, rzucając się na jezdnię·  

Za późno.  

 

- Zdarzył się wypadek.  

- Wypadek? - sennie powtórzył Robert do słuchawki. Usiadł na łóżku, zapalił nocną lampkę i po-

patrzył na budzik. Wpół do czwartej nad ranem. - Jaki wypadek? Co się stało?  

- Robert, to ja, Charlotte. Dzwonię, bo ... - Głos się jej załamał.  

Robert poczuł strach i momentalnie oprzytomniał.  

- Coś się stało Melanie?  

- Tak.  

- Gdzie ona jest? W którym szpitalu?  

background image

- W Klinice Weterynaryjnej przy Canal Street.  

- Jak to w Klinice Weterynaryjnej?  

-  Ją  i  jej  kota  potrącił  samochód,  a  Melanie  nie  chce  zostawić  Wafla,  dopóki  nie  będzie  miała 

pewności,  że  nic  mu  się  nie  stało.  Jest  poraniona  i  posinia-  czona,  ale  nie  mogłam  jej  skłonić, 

ż

eby pojechała do szpitala.  

- Gdzie jesteś?  

- W domu. Miałam telefon od weterynarza, który prosił, żebym przemówiła jej do rozumu, ale 

nic nie wskórałam. Może ty zdołasz ją przekonać.  

- Już się zbieram. Dam  ci znać, jak dotrę  do  kliniki. Robert szybko  wciągnął ubranie,  chwycił 

swój dziennik i zbiegł do samochodu. Jechał z bijącym sercem. Wpadłszy jak burza do recepcji 

czynnej całą dobę przychodni weterynaryjnej, oświadczył zdyszany:  

- Szukam Melanie Marchand i jej kota Wafla. Recepcjonistka wezwała lekarza, a ten zaprowadził 

Roberta do sali przyjęć.  Melanie siedziała  zapłakana  w bujanym fotelu, trzymając na  kolanach 

nieprzytomnego kota.  

- Melanie! - Podbiegł do niej.  

- Och, Robert! Przyjechałeś.  

- Oczywiście.  

- Samochód potrącił Wafla.  

- Słyszałem. - Delikatnie pogłaskał nieruchome zwierzątko. - Ale wiem od Charlotte, że uderzył 

również ciebie.  

-  Zaczepił  mnie  zderzakiem,  kiedy  starałam  się  wypchnąć  Wafla  spod  koła.  Pan  doktor 

powiedział, że gdyby nie ja, zginąłby na miejscu.  

-  Nie  sądzisz,  że  teraz  ty  powinnaś  się  pokazać  lekarzowi?  -  powiedział,  patrząc  z  lękiem  na 

skaleczenie u nasady jej nosa. - Trzeba to opatrzyć, a może nawet założyć szew.   

- Nie ruszę się stąd, dopóki Wafel nie dojdzie do siebie.  

- Słyszałem od Charlotte, że poleciałaś do Seattle na rozmowę w sprawie pracy.  

-  To prawda.  

- I jak poszło?  

- Nie poszłam na rozmowę.  

- Dlaczego?  

- Bo spotkałam twoją ciotkę, która opowiedziała mi o tobie. Jak straciłeś rodziców. I o Jasonie 

background image

Monroe.  

Robert  czuł  na  sobie  jej  uważne  spojrzenie,  ale  zamiast  swoim  zwyczajem  zachować 

nieprzenikniony  wyraz  twarzy,  tym  razem  nie  starał  się  ukryć  uczuć.  Zarazem,  rzecz  dziwna, 

zrobiło mu się lekko i swobodnie na duszy.  

- Oszukałem cię - powiedział.  

  - Kiedy?  

 

- Kiedy powiedziałem, że to był tylko seks. To nieprawda.  

- Miałam taką nadzieję.  

- Przywiozłem coś, czym chcę się z tobą podzielić - powiedział. 

- Naprawdę?  

- Proszę· - Podał jej swój dziennik. - Jesteś pierwszą osobą,  której  go pokazuję. Dowiesz się z 

niego rzeczy, o których nie umiem mówić.  

- Doceniam to, Robercie, ale nie musisz tego robić.  

- Ale chcę.  

- Dziękuję. - Pełen wdzięczności uśmiech Melanie był dla niego najwyższą nagrodą.  

W tym momencie Wafel poruszył się i zamiauczał.  

 

Upewniwszy  się,  że  Waflowi  nic  nie  grozi,  Melanie  pozwoliła  się  zawieźć  do  najbliższego 

szpitala. Czekając na lekarza, zaczęła czytać dziennik Roberta.  

Pierwszy wpis pochodził z początków jego pracy w Hotelu Marchand i był głównie poświęcony 

jej osobie. Robert pisał:  

"Melanie  nie  zdaje  sobie  sprawy  z  władzy,  jaką  ma  nad  ludźmi,  którzy  ją  otaczają.  Ich 

uwielbienie  sprawia,  że  nie  dostrzega  własnych  błędów.  Początkowo  wydawało  mi  się,  że  nie 

umie  kierować  ludźmi,  ale  potem  zmieniłem  zdanie.  Personel  jest  jej  oddany,  tak  że  nie  musi 

niczego nakazywać, bo wszyscy na wyprzódki odgadują jej myśli. Mnie nigdy nie zdarzyło się 

nic podobnego".  

Była zaskoczona taką oceną jej osoby. Nieco dalej przeczytała:  

"Melanie  nigdy  się  nie  asekuruje.  Lubi  ryzykować,  żyć  pełnią  życia.  Nie  boi  się  popełniać 

błędów. Obserwując ją, zdałem sobie sprawę z własnego asekuranctwa. Ze swojej małodusznej 

niechęci do ryzyka. Czego ja się tak boję?"  

W dniu awantury o czekoladowego indyka Robert napisał:  

background image

"Dostaję bzika przez tę kobietę. Najbardziej przeraża mnie to, że przestaję panować nad sytuacją. 

Jeszcze nigdy żadna kobieta nie działała na mnie tak silnie jak ona. Każde jej zbliżenie burzy mi 

krew,  a  jednocześnie  w  jej  obecności  świat  wydaje  się  piękniejszy,  zapachy  intensywniejsze, 

barwy żywsze. Znam na pamięć każdy jej gest i ruch, każdy najdrobniejszy szczegół jej twarzy. 

A zarazem mam kompletny mętlik w głowie".  

A nazajutrz po ich miłosnej nocy:  

"Za  nic  w  świecie  nie  mogę  zdradzić,  co  do  niej  czuję.  Jest  moją  śmiertelną  obsesją,  budzącą 

strach pokusą. Czy podobnie działała na Jasona kokaina? Budziła w nim namiętności, dla których 

zaspokojenia gotów był zmarnować życie sobie i swojej rodzinie? To ponad moje siły. Wolałem 

zranić jej dumę, niż ulec pokusie, a potem czekać na nieuchronną klęskę nas obojga".  

Melanie podniosła wzrok i spotkała spojrzenie Roberta, w którego oczach niepokój mieszał się z 

czułością. Chciała coś powiedzieć, lecz przeszkodziło jej w tym nadejście lekarza.  

Czekając,  aż  zeszyje  jej  ranę  nad  nosem,  Melanie  myślała  tylko  o  tym,  aby  szybko  wYjść  lie 

szpitala  i  w  jakimś  spokojnym  miejscu  zastanowić  się  razem  z  Robertem  nad  ich  przyszłym 

losem.  Jednakże  w  momencie,  gdy  lekarz  zakładał  ostatni  opatrunek,  drzwi  się  otworzyły  i  do 

sali zabiegowej wkroczyły rządkiem: mama, Charlotte, Sylvie i Renee.  

Niech to diabli! Są bardzo kochane,  ale w tej chwili wolałaby zostać sam na sam z Robertem, 

który dyskretnie pozostał w poczekalni.  

- Moje kochane, niepotrzebnie zerwałyście się w środku nocy.  

 - Jak to niepotrzebnie! - oburzyła się Sylvie. - Troszczymy się o naszą małą siostrzyczkę.  

- Nie zważając na twoją wyprawę do Seattle - dodała Charlotte.  

- Chciałyśmy się dowiedzieć, co cię ostatnio dręczy - dorzuciła Renee.  

Matka usiadła obok Melanie i wzięła ją za rękę·  

- Pamiętaj, że kochamy cię i że zawsze możesz na nas liczyć. Musisz tylko przyznać się szczerze 

do problemów - powiedziała.  

Melanie popatrzyła na nie ze zdziwieniem.  

- O co wam chodzi? - spytała.  

- Wiemy, co robiłaś w Seattle. Pojechałaś do dilera po towar - oświadczyła Charlotte.  

- Co? - zdumiała się Melanie.  

- Nie wstydź się, kochanie. Każdemu może się to zdarzyć - dobrotliwie wtrąciła. Renee. 

 - Myślicie, że biorę narkotyki?  

background image

- A możesz temu zaprzeczyć? - zapytała Sylvie.  

- Oczywiście. Skąd wam to przyszło do głowy?  

Matka i siostry popatrzyły po sobie, nie wiedząc, co powiedzieć. Wreszcie Charlotte odzyskała 

rezon i rzekła:  

- Pamiętasz ten dzień, kiedy przyniosłam ci suknię, w której miałaś wystąpić na charytatywnej 

gali?  W  trakcie  robienia  kawy  włączyłam  niechcący  automatyczną  sekretarkę,  na  której  była 

wiadomość od "przyjaciela" z Seattle, że ma dla ciebie "towar pierwsza klasa".  

- Chodziło o smakowitą plotkę·  

-  Nie  wykręcaj  kota  ogonem  -  zgromiła  ją  Char10tte.  -  Po  wyj  ściu  wróciłam  do  twego 

mieszkania, bo zapomniałam ci o czymś powiedzieć, i usłysza-   

łam, jak rozmawiasz z nim przez telefon. Dokładnie zapamiętałam twoje słowa: "Kokaina, chcę 

wszystko, absolutnie wszystko". Nadal będziesz się wypierać?  

Melanie usiłowała sobie przypomnieć swoją rozmowę z Cobym.  

- Źle mnie zrozumiałaś.  

- Więc może nas oświecisz, jak było naprawdę - sarkastycznie zauważyła Charlotte.  

Melanie  uznała,  że  nie  może  im  zdradzić  osobistej  tragedii  Roberta.  Rozmowa  z  siostrami 

pozwoliła jej zrozumieć, dlaczego nie chciał z nią na ten temat rozmawiać. Bo nie mógł znieść 

ś

wiadomości, że najdroższa osoba uważa cię za kłamcę i narkomana.  

- Pamiętasz, jak przyszłaś do mnie do galerii? Byłaś zdenerwowana, dziwnie się zachowywałaś. 

Sama mówiłaś, że jesteś rozkojarzona - dorzuciła  

Sylvie.  

.  

-  Nie  mówiąc  już  o  tym,  co'  się  działo  podczas  kolacji  w  przeddzień  ślubu  Carly.  Najpierw 

podałaś kanapki z krabem zamiast indyka, a potem wywoła- . łaś pożar w jadalni. Jak zamierzasz 

to wytłumaczyć? - Tym razem do ataku przystąpiła Renee.  

Melanie miała ochotę się rozpłakać. Nie miała pojęcia, jak przekonać siostry, że jest niewinna.  

-  Powiedz  im  prawdę,  Melanie.  Niczego  nie  ukrywaj  -  usłyszała  głos  Roberta,  który 

niepostrzeżenie wszedł do pokoju.  

Poczuła ogromną ulgę.  

- Nawet tego, co dotyczy ciebie?  

- Niczego.  

- Zróbmy to razem - zaproponowała, wyciągając do niego rękę.  

background image

Anne  ustąpiła  Robertowi  miejsca,  który  usiadł  obok  Melanie,  i  razem,  kawałek  po  kawałku, 

opowiedzieli,  co  naprawdę  wydarzyło  się  w  ciągu  minionych  dni.  Kiedy  skończyli,  matka 

Melanie  i  jej  siostry  przeprosiły  ją  serdecznie  za  swoje  niewczesne  podejrzenia,  a  Anne 

zapewniła Roberta, iż nadal jest szefem kuchni.  

Zwracając się do najmłodszej córki, dodała:  

- Mam dla ciebie prezent. - Sięgnąwszy do swej przepastnej torby, wyjęła z niej fotograficzny 

album. - Właśnie skończyłam go kompletować, więc kiedy zadzwoniła Charlotte, pomyślałam, 

ż

e poprawi ci samopoczucie. - Wręczyła album Melanie.  

Był to jej dziecinny album, który matka opatrzyła dowcipnymi komentarzami i uwagami.  

-  Och,  mamo,  strasznie  ci  dziękuję.  -  Melanie  popatrzyła  ze  wzruszeniem  na  matkę  i  siostry, 

które  przyjechały  do  niej  w  środku  nocy  nie  po  to,  by  ją  krytykować,  ale  okazać  miłość  i 

przywiązanie. To raczej ona stawała dotąd okoniem, nie chcąc uwierzyć, że jest pełnoprawnym 

członkiem rodziny.  

-  Byłaś  uroczym  dzieckiem  -  zauważył  Robert,  przerzucając  karty  albumu.  -  Szkoda,  że  cię 

wtedy nie znałem.  

Melanie  popatrzyła  na  niego  i  ich  oczy  się  spotkały.  Katem  oka  zauważyła,  że  siostry  i  matka 

dys- . kretnie wycofują się z gabinetu.  

- Wystarczy, że teraz się znamy - szepnęła.  

- Kiedy dowiedziałem się od Charlotte, że miałaś wypadek, przeraziłem się, że to coś poważnego 

i nie zdążę ci wyznać, jak bardzo cię kocham - powiedział Robert, podnosząc jej dłoń do ust. - I 

jeszcze chcę cię przeprosić za to, że nakrzyczałem na ciebie po pożarze.  

- To prawda, pokłóciliśmy się, ale kłótnie też mają swoją dobrą stronę - odparła figlarnie.  

- Bo można się potem pogodzić w łóżku?  

- Zgadłeś.  

- Kocham cię, Melanie - powiedział. - Nie potrafię powiedzieć, jak bardzo.  

- Ja też kocham cię nad wszystko.  

 

EPILOG  

W  kuchni  panowała  wysoka  temperatura,  która  jednak  nie  dorównywała  temperaturze  uczuć 

Melanie.  

Po  jej  mieszkaniu  rozchodził  się  słodki  czereśniowy  aromat  łososia  ci  la  LeSoeur.  Melanie 

background image

krzątała  się  po  kuchni  odziana  jedynie  w  fartuszek,  skąpe  koronkowe  majteczki  i  rubinowe 

pantofelki na wysokim obcasie, przyprawiając Roberta o przyspieszone bicie serca.  W ciąż nie 

mógł uwierzyć, że zgodziła się zostać jego żoną. Równie trudno było uwierzyć, jak to się stało, iż 

zdecydował  się  zburzyć  budowany  od  lat  obronny  mur  dzielący  go  świata,  otworzyć  serce  i 

wyznać' miłość. A stało się to za sprawą tej oto wspaniałej, nieprzewidywalnej i pięknej kobiety.  

-  Przestań  wpatrywać  się  w  moją  pupę  i  podejdź  tu  -  zakomenderowała,  spoglądając  na  niego 

przez ramię z filuternym uśmiechem.  

Nie musiała mu tego dwa razy powtarzać. Momentalnie zjawił się u jej boku. Melanie nabrała na 

łyżkę kawałek swego wyśnionego łososia w czereśniowym sosie z dodatkiem fety i włożyła mu 

do ust.  

Była to jedna z owych niecodziennych kulinarnych kompozycji, w jakich specjalizowała się jego 

ulubiona kucharka. Smak nowej potrawy przeszedł naj śmielsze oczekiwania Roberta.   

- Mniam, mniam, prawdziwy raj w gębie - wymruczał z rozkoszą. - Jesteś królową kuchni.  

Uśmiech, jakim go obdarzyła, ogrzał mu serce i rozpalił zmysły. Chwycił Melanie w ramiona i 

obrócił twarzą ku sobie.  

- Niemniej do pełni smaku czegoś mi tu brakuje - szepnął.  

- Nie wiem, co by to mogło być. - Licząc na palcach, wymieniła wszystkie składniki. - Chyba o 

niczym nie zapomniałam.  

- Przydałaby się odrobina pieprzu.  

- Łosoś ci la LeSoeur nie może być zbyt pikantny.  

- A co z lubiącymi kulinarne przygody bywalcami restauracji? O nich nie pomyślałaś?  

Melanie roześmiała się.  

- Zdaje się, że próbujesz mnie skołować, ale ja i tak wiem, o co ci chodzi.  

- To dobrze, że się rozumiemy, bo niektórzy wolą ostrzejsze dania.  

Siedzący na parapecie Wafel miauknął z wyraźną aprobatą.  

 

 

 

 

 

 

background image