background image

Shirley Jackson

Nawiedzony

The Haunting of Hill Mouse

Tłumaczyła Maria Straszewska-Hallab

background image

„Wejść do domu na Wzgórzu,

to wkroczyć do umysłu szaleńca.”

Stephen King

Leonardowi Brownowi

background image

Rozdział 1

1

Żaden żywy organizm nie może na dłuższą metę  normalnie  funkcjonować w warunkach 

absolutnego realizmu. Niektórzy utrzymują, że nawet skowronki i koniki polne miewają sny. 
Dom   na   Wzgórzu,   choć   nienormalny,   opierał   się   samotnie   o swoje   pagórki   i tulił   ciemność 
w swym wnętrzu. Stał tak już osiemdziesiąt lat i zapewne stać tak będzie przez następne osiem 
dziesięcioleci. W środku ściany wznosiły się pionowo do góry, cegły przylegały równo jedna do 
drugiej, podłogi były w całkiem niezłym stanie, a drzwi – dobrze zamknięte. Pomiędzy drewnem 
a kamieniami   Domu   na   Wzgórzu   zalegała   głucha   cisza,   a to,   co   po   nim   chodziło,   chodziło 
samotnie. -

Doktor   John   Montague   był   doktorem   filozofii.   Stopień   naukowy   uzyskał   w dziedzinie 

antropologii, czując niejasno, że pomoże mu to zbliżyć się do właściwego powołania, którym 
miała   być   analiza   zjawisk   nadprzyrodzonych.   Bardzo   skrupulatnie   posługiwał   się   swoim 
tytułem, ponieważ badania, które prowadził, były tak całkowicie nienaukowe. Miał nadzieję, że 
ów tytuł  naukowy doda im powagi i powszechnego szacunku, a nawet pewnego naukowego 
autorytetu.

Wiele kosztowało go wynajęcie na trzy miesiące Domu na Wzgórzu, zarówno biorąc pod 

uwagę finanse, jak i ze względu na dumę własną, jako że nie należał do osób lubiących żebrać. 
Liczył jednak na to, że wszystkie jego cierpienia zostaną całkowicie zrekompensowane przez 
satysfakcję, jaką przyniesie mu publikacja jego ostatecznej pracy dotyczącej przyczyn i skutków 
metapsychicznych zakłóceń w domu, który powszechnie znany był z tego, że w nim straszyło. 
Całe życie szukał domu, w którym naprawdę straszyło. Początkowo, kiedy usłyszał o istnieniu 
Domu na Wzgórzu, miał pewne wątpliwości, potem przerodziły się one w nieśmiałą nadzieję, 
a wreszcie zaczął niezmordowanie dążyć do jego wynajęcia, gdyż nie należał do ludzi, którzy 
łatwo rezygnowali z takiej szansy.

Zamiary   doktora   Montague   względem   Domu   na   Wzgórzu   bezpośrednio   były   związane 

z metodami nieustraszonych dziewiętnastowiecznych łowców duchów, postanowił on bowiem 
zamieszkać   w Domu   na   Wzgórzu   i przekonać   się   na   własnej   skórze,   co   się   tam   działo. 
Z początku myślał, żeby naśladować pewną anonimową damę, która zamieszkała w posiadłości 
Ballechin   i urządzała   tam   latem   zabawy   dla   wierzących   i sceptyków,   włącznie   z krokietem 
i obserwacją  duchów  jako  czołową   atrakcją  sezonu.   Jednakże  dzisiaj  zarówno   wierzący,   jak 
i sceptycy, a także zwolennicy gry w krokieta, należą już do rzadkości. Doktor Montague był 
zatem zmuszony zatrudnić asystentów. Być może powolny tryb życia w epoce wiktoriańskiej 

background image

bardziej sprzyjał metodom stosowanym podówczas do badań nad zjawiskami metapsychicznymi 
albo też drobiazgowa dokumentacja tych zjawisk przestała być głównym dowodem stosowanym 
do orzekania autentyczności tychże zjawisk, w każdym razie doktor Montague nie tylko został 
zmuszony do zatrudnienia pomocników, ale na dodatek musiał ich najpierw znaleźć.

W   związku   z tym,   że   uważał   się   za   człowieka   wyjątkowo   skrupulatnego,   poszukiwanie 

asystentów zajęło mu sporo czasu. Starannie przeczesał rejestry towarzystw metapsychicznych, 
ostatnie   szpalty   wszystkich   sensacyjnych   czasopism   oraz   sprawozdania   parapsychologów 
i zebrał pokaźną listę ludzi, którzy w taki czy inny sposób – nieważne kiedy, jak długo czy nawet 
jak podejrzanie – związani byli z jakimiś anormalnymi wydarzeniami. Z listy tej wyeliminował 
najpierw nazwiska osób zmarłych. Kiedy poskreślał również nazwiska tych, którzy wydawali mu 
się żądni rozgłosu, cofnięci  w rozwoju umysłowym  czy też  niepożądani  z powodu wyraźnej 
tendencji do zajmowania centralnej pozycji na scenie, pozostało mu około tuzina kandydatów. 
Każda z tych osób dostała od doktora Montague list z zaproszeniem do spędzenia całego lub też 
części   lata   w wygodnej   wiejskiej   rezydencji,   nieco   starej,   lecz   doskonale   wyposażonej 
w kanalizację,   elektryczność   i centralne   ogrzewanie   oraz   czyste   materace.   W liście   wyraźnie 
określony był  cel pobytu  – obserwacja i sprawdzanie prawdziwości różnych  nieprzyjemnych 
opowieści, jakie krążyły na temat tego domu przez większą część jego osiemdziesięcioletniej 
egzystencji. Doktor Montague nie stwierdzał otwarcie, że w Domu na Wzgórzu straszyło, gdyż 
będąc   człowiekiem  nauki,  nie  chciał  za  bardzo  zawierzać  swemu   szczęściu,   dopóki  sam  na 
własnej skórze nie doświadczył w nim jakichś metapsychicznych manifestacji. W związku z tym 
jego   listy   cechowało   pewne   dwuznaczne   dostojeństwo   obliczone   na   rozbudzenie   wyobraźni 
specjalnego rodzaju czytelnika. Na tuzin wysłanych  listów doktor Montague uzyskał jedynie 
cztery   odpowiedzi.   Pozostałych   ośmiu   kandydatów   przypuszczalnie   wyprowadziło   się,   nie 
pozostawiając   nowego   adresu,   albo   też   utraciło   wszelkie   zainteresowanie   paranormalną 
rzeczywistością,   a może   po   prostu   nigdy  nie   istniało.   Do   owej   czwórki,   która   mu   odpisała, 
doktor Montague napisał ponownie, wyznaczając dzień, w którym dom będzie oficjalnie gotowy 
do zamieszkania, i załączając dokładne wskazówki dotyczące dotarcia do niego, gdyż – jak był 
zmuszony wyjaśnić – trudno było uzyskać jakiekolwiek informacje na temat położenia domu, 
zwłaszcza od otaczającej go wiejskiej ludności. W dniu wyjazdu do Domu na Wzgórzu doktor 
Montague   dał   się   przekonać,   aby   włączyć   do   grona   swego   wysoce   wyselekcjonowanego 
towarzystwa przedstawiciela rodziny, która była właścicielem domu. Otrzymał również telegram 
od jednego z kandydatów,  który nagle  się wycofał  pod najwyraźniej  wymyślonym  naprędce 
pretekstem.   Inny   znów   ani   nie   przyjechał,   ani   nie   napisał   –   być   może   z jakichś   ważnych 
osobistych powodów. Pozostałych dwóch stawiło się.

2

background image

Eleanor Vance miała  trzydzieści  dwa lata,  kiedy przyjechała  do Domu  na Wzgórzu.  Po 

śmierci matki jedyną osobą, której rzeczywiście nienawidziła, była jej własna siostra. Nie lubiła 
też ani swego szwagra, ani pięcioletniej siostrzenicy i w ogóle nie miała żadnych  przyjaciół. 
W dużej mierze winne temu było jedenaście lat, które spędziła, opiekując się niedołężną matką. 
Pozostały   jej   po   tym   pewne   pielęgniarskie   umiejętności   oraz   niezdolność   do   przebywania 
w ostrym słońcu bez konieczności mrużenia oczu. Nie pamiętała, aby w swym dorosłym życiu 
była   kiedykolwiek   naprawdę   szczęśliwa.   Lata   spędzone   przy   matce   składały   się   z drobnych 
przewinień   i wyrzutów,   wiecznego   zmęczenia   i nie   kończącej   się   rozpaczy.   Choć   nigdy   nie 
zamierzała być wstydliwa ani powściągliwa, to przeżyła tyle lat w samotności, nie mając nikogo, 
kogo mogłaby kochać, że trudno było jej rozmawiać z drugą osobą, nawet na zupełnie banalne 
tematy,   bez   niezręcznego   zażenowania   i nieudolnego   poszukiwania   odpowiednich   słów.   Jej 
nazwisko pojawiło się na liście doktora Montague, ponieważ pewnego dnia, zaledwie miesiąc po 
śmierci jej ojca, na ich dom – bez żadnego uprzedzenia, powodu czy celu – posypał się deszcz 
kamieni. Liczyła sobie wówczas zaledwie dwanaście lat, a siostra miała wtedy lat osiemnaście. 
Kamienie z szaleńczym łoskotem sypały się z sufitu i staczały z hukiem po ścianach, wybijając 
w oknach szyby.  Trwało to około trzech dni. W tym  czasie Eleanor i jej siostra bardziej niż 
kamieniami   przerażone   były   reakcją   sąsiadów   i gapiów,   zbierających   się   codziennie   pod 
drzwiami ich domu, oraz ślepym, histerycznym upieraniem się matki, twierdzącej, iż wszystko to 
było winą złośliwych i oszczerczych sąsiadów, którzy od samego początku mieli coś przeciwko 
niej. Po trzech dniach Eleanor i jej siostra zostały przeniesione do domu przyjaciół, a kamienie 
przestały się sypać i zjawisko nigdy więcej się nie powtórzyło, mimo że Eleanor wraz z siostrą 
i matką wróciły do domu, a spór z sąsiadami nigdy właściwie nie został zakończony. Wszyscy 
zapomnieli o tej historii, z wyjątkiem ludzi, z którymi skontaktował się doktor Montague. Z całą 
pewnością zapomniały o niej Eleanor i jej siostra, które w owym czasie obwiniały się nawzajem 
o spowodowanie tego zdarzenia.

W czasie całego swego życia, jak tylko sięgała pamięcią, Eleanor miała wrażenie, iż czekała 

na coś w rodzaju Domu na Wzgórzu. Opiekując się matką, przenosząc wiecznie niezadowoloną 
starszą panią z krzesła na łóżko, przygotowując jej niezliczone tace z zupą i owsianką czy też 
wymykając   się   po  cichu   do   brudnej   pralni,   Eleanor   kurczowo   trzymała   się   przekonania,   że 
kiedyś  coś się stanie. Przyjęła  zaproszenie do Domu na Wzgórzu pocztą  zwrotną, mimo  że 
szwagier   upierał   się,   aby   zadzwonić   najpierw   do   paru   osób   i upewnić   się,   czy   ten   doktor 
Montague nie zamierzał przypadkiem użyć Eleanor do jakichś dzikich rytuałów związanych ze 
sprawami,   o których   –   zdaniem   siostry   Eleanor   –   młoda,   niezamężna   kobieta   wiedzieć   nie 
powinna.

– Być może – szeptała siostra Eleanor w zaciszu małżeńskiej sypialni – być może ten doktor 

background image

Montague, jeśli to rzeczywiście jego prawdziwe nazwisko, być może ten doktor używa tych 
kobiet do jakichś... jak by to powiedzieć?... eksperymentów. No wiesz, jakie to eksperymenty 
oni robią.

Siostra Eleanor rozwodziła się szeroko na temat eksperymentów tychże doktorów. Eleanor 

nic   takiego   nie   przyszło   do   głowy,   a gdyby   nawet,   to   wcale   się   tego   nie   obawiała.   Krótko 
mówiąc, była gotowa wyjechać za wszelką cenę.

Używała tylko imienia Theodora. Jej rysunki podpisane były krótko „Theo”, a na drzwiach 

mieszkania i witryny sklepu, a także w spisie telefonów, w nagłówku jasnego papieru listowego 
oraz na dole jej ślicznej fotografii stojącej na kominku, słowem, wszędzie – widniał jedynie 
podpis: Theodora. Theodora w ogóle w niczym nie przypominała Eleanor. Zdaniem Theodory 
obowiązki i sumienie należały wyłącznie do atrybutów harcerek. Świat Theodory składał się 
z samych przyjemności i ciepłych kolorów. Dostała się na listę doktora Montague, ponieważ 
wchodząc do laboratorium i wnosząc tam ze sobą powiew kwiatowych perfum, była w stanie – 
rozbawiona   i podniecona  tą  swoją  niewiarygodną  umiejętnością  –  zidentyfikować   poprawnie 
osiemnaście   na   dwadzieścia,   piętnaście   na   dwadzieścia   i dziewiętnaście   na   dwadzieścia   kart 
trzymanych  przez asystenta pozostającego poza zasięgiem głosu lub wzroku. Imię Theodory 
jaśniało   w zapisach   laboratoryjnych   i wobec   tego   nieuchronnie   zwróciło   uwagę   doktora 
Montague. Pierwszy list doktora Montague rozbawił Theodorę i odpowiedziała  nań z czystej 
ciekawości. (Być może rozbudziło się w niej to samo przeczucie, które dyktowało jej symbole 
kart trzymanych poza zasięgiem jej wzroku i teraz popychało ją w stronę Domu na Wzgórzu, 
mimo że z całą pewnością nie zamierzała korzystać z zaproszenia). A jednak, być może znowu 
z powodu owego ponaglającego ją instynktu, kiedy otrzymała kolejny list od doktora Montague, 
Theodora dała się sprowokować i ślepo, bez opamiętania, rzuciła się w wir gwałtownej kłótni 
z przyjacielem, z którym wynajmowała mieszkanie. Po obu stronach padły słowa, które tylko 
czas mógł wymazać. Theodora celowo i z wyrachowanym okrucieństwem roztrzaskała śliczną 
małą figurkę przedstawiającą ją samą, którą wyrzeźbił dla niej jej przyjaciel, a on z kolei podarł 
na drobne kawałki tom poezji Alfreda de Musseta, który otrzymał od Theodory w prezencie 
urodzinowym, ze szczególną pasją koncentrując się na pierwszej stronie z żartobliwą, lecz czułą 
dedykacją   Theodory.   Oba   te   czyny   były   naturalnie   niewybaczalne   i musiało   upłynąć   trochę 
czasu, aby mogli się z tego razem pośmiać. Theodora odpisała jednak tej samej nocy, przyjmując 
zaproszenie doktora Montague, i następnego dnia w lodowatej ciszy wyjechała.

Luke   Sanderson   był   kłamcą.   A także   złodziejem.   Jego   ciotka,   która   była   zarazem 

właścicielką   Domu   na   Wzgórzu,   lubiła   zaznaczać,   że   jej   bratanek   posiadał   najlepsze 
wykształcenie,   najlepsze   ubranie   i najlepszy   smak   oraz   najgorszych   przyjaciół   spośród 
wszystkich znanych jej osób. Nigdy nie traciła żadnej okazji, aby się go bezpiecznie na kilka 

background image

tygodni   pozbyć.   Adwokat   rodziny   został   zmuszony   do   przekonania   doktora   Montague,   że 
wynajęcie domu do wspomnianych przez niego celów absolutnie nie wchodziło w rachubę bez 
zapewnienia   obecności   członka   rodziny   w czasie   jego   tam   pobytu.   Być   może   podczas   ich 
pierwszego spotkania doktor Montague wyczuł pewien rodzaj siły, czy też swojego rodzaju koci 
instynkt samozachowawczy, co sprawiło, że zależało mu na obecności Luke’a w domu podobnie 
jak pani Sanderson. W każdym razie Luke był zadowolony, ciotka była wdzięczna, a doktora 
Montague ten obrót spraw bardzo usatysfakcjonował. Pani Sanderson poinformowała adwokata 
rodziny, że w zasadzie w domu nie było niczego takiego, co Luke mógłby ukraść. Wprawdzie 
stare   srebro   przedstawiało   pewną   wartość,   jak   tłumaczyła   adwokatowi,   ale   jego   kradzież 
stanowiłaby   nieprzezwyciężoną   wręcz   trudność   dla   Luke’a,   wymagałaby   bowiem 
zainwestowania   pewnego   wysiłku   oraz   nie   lada   zachodu   przy   spieniężeniu   go.   Ocena   pani 
Sanderson   była   jednak   dla   bratanka   krzywdząca.   Było   to   mało   prawdopodobne,   aby   Luke 
pokusił się o rodzinne srebro albo zegarek doktora Montague czy nawet bransoletkę Theodory. 
Jego   nieuczciwość   sprowadzała   się   głównie   do   wyciągania   drobnych   z portfela   ciotki 
i oszukiwania w grze w karty. Miał również skłonność do spieniężania zegarków i papierośnic, 
podarowanych mu przez czułe i rumieniące się przy tym ślicznie przyjaciółki ciotki. Pewnego 
dnia Luke miał odziedziczyć Dom na Wzgórzu, nigdy jednak nie przyszło mu na myśl, że kiedyś 
w nim zamieszka.

3

– Po prostu uważam, że ona nie powinna zabierać samochodu, to wszystko – powiedział 

z uporem szwagier Eleanor.

– Ten samochód w połowie należy do mnie – przypomniała mu Eleanor. – Pomogłam za 

niego zapłacić.

– Ja po prostu uważam, że ona nie powinna go zabierać, to wszystko – powtórzył szwagier. 

A potem zwrócił się do żony:

–   To   niesprawiedliwe,   aby   ona   zabierała   samochód   na   całe   lato,   a nas   zostawiała   bez 

niczego.

– Carrie ciągle nim jeździ, a ja go nawet nie wyprowadzam z garażu. A poza tym macie 

spędzić całe lato w górach. Tam go przecież nie będziecie używać. Carrie, wiesz przecież, że nie 
będziesz jeździć samochodem po górach.

– A co się stanie, jeśli biedna mała Linnie nagle się rozchoruje? I będzie nam potrzebny 

samochód, aby dotrzeć do doktora?

– Ten samochód jest w połowie mój – powtórzyła Eleanor.
– I zamierzam go zabrać.

background image

– Ale przypuśćmy, że Carrie zachoruje. Co będzie, jeśli nie znajdziemy doktora i będziemy 

musieli udać się do szpitala?

– Zabieram go ze sobą.
– Nie sądzę – powiedziała Carrie wolno i dobitnie. – Przecież nie wiemy nawet, gdzie ty się 

wybierasz. Nie uważałaś za stosowne, aby nas o tym szczerze poinformować. A zatem nie sądzę, 
abym miała powody pożyczyć ci samochód.

– Ten samochód w połowie należy również i do mnie.
– O nie! – zaprotestowała Carrie. – Nie pozwalam ci go zabrać i koniec.
– No właśnie! – zawtórował szwagier Eleanor.  – Jest nam potrzebny,  tak jak ci Carrie 

mówiła.

Carrie uśmiechnęła się lekko.
– Nigdy bym sobie tego nie wybaczyła, Eleanor, gdybym pożyczyła ci samochód, a tobie 

stało się coś złego. Skąd mamy wiedzieć, czy możemy zaufać temu doktorowi? Jesteś w końcu 
jeszcze całkiem młodą kobietą, a ten samochód wart jest sporo pieniędzy.

– Carrie, wiesz przecież, że dzwoniłem do Homera z biura kredytów i on powiedział, że ten 

facet ma całkiem niezłą opinię na jakiejś tam uczelni.

–   Naturalnie,   nie   ma   powodu,   abyśmy   wątpili,   że   jest   to   porządny   człowiek.   –   Carrie 

ciągnęła dalej z uśmiechem. – Eleanor jednak nie zamierza poinformować nas, gdzie się wybiera 
i jak się z nią będzie można skontaktować na wypadek, gdybyśmy chcieli odebrać samochód. 
Coś mogłoby się stać i nigdy byśmy się o tym nie dowiedzieli. Nawet jeśli Eleanor – mówiła 
dalej, celowo wpatrując się w swoją filiżankę – nawet jeśli Eleanor gotowa jest polecieć choćby 
i na koniec świata na zaproszenie pierwszego lepszego mężczyzny, to nadal nie widzę powodu, 
dla którego miałabym jej pozwolić zabrać ze sobą mój samochód.

– Ten samochód należy w połowie do mnie.
– Przypuśćmy, że mała Linnie zachoruje tam wysoko w górach, gdzie nie ma nikogo, z dala 

od doktora?

– W każdym razie, Eleanor, jestem przekonana, że mama również uznałaby moją decyzję za 

słuszną. Mama miała do mnie całkowite zaufanie i z pewnością nigdy nie zgodziłaby się na to, 
abym   ci   pozwoliła   na   takie   szaleństwo.   Wyjechać   nie   wiadomo   gdzie,   i do   tego   moim 
samochodem.

– A co będzie, jeśli ja się rozchoruję, gdzieś tam wysoko...
– Jestem pewna, że mama przyznałaby mi rację, Eleanor.
– A poza tym – dodał szwagier Eleanor, któremu nagle wpadła do głowy nowa myśl – jaką 

właściwie mamy pewność, że ty nam zwrócisz ten samochód w dobrym stanie?

Każdą rzecz w życiu robi się kiedyś po raz pierwszy – mówiła sobie Eleanor. Wczesnym 

background image

rankiem   wysiadła   drżąca   z taksówki,   obawiając   się,   że   w tym   czasie   być   może   jej   siostra 
i szwagier   poczuli   już   pierwsze   słabe   ukłucia   podejrzenia.   Szybko   wyciągnęła   walizkę 
z taksówki, a kierowca sięgnął po kartonowe pudełko leżące na przednim siedzeniu. Eleanor 
wynagrodziła go sowitym napiwkiem, zastanawiając się, czy siostra i szwagier już jej szukali. 
Być   może   za   chwilę   skręcą   w tę   uliczkę,   mówiąc   do   siebie:   „No   popatrz,   to   ona.   Tak   jak 
myśleliśmy, złodziejka!”

Odwróciła   się   pośpiesznie,   aby   wejść   do   dużego   miejskiego   garażu,   gdzie   trzymali 

samochód, oglądając się nerwowo za siebie w stronę końca ulicy. Nagle zderzyła się z niziutką 
kobiecinką,   co   sprawiło,   że   niesione   przez   nią   pakunki   rozsypały   się   na   wszystkie   strony. 
Z przerażeniem patrzyła na jedną z torebek, która rozdarła się na chodniku. Wysypały się z niej 
kawałki sernika, plasterki pomidorów i sucha bułka.

– A niech cię szlag trafi! – wykrzyknęła starsza pani, zbliżając twarz ku twarzy Eleanor. – 

Miałam to zabrać do domu, niech cię szlag trafi!!!

– Tak mi przykro – powiedziała Eleanor, schylając się, ale najwidoczniej nie dało się już 

zebrać pokruszonych kawałków ciasta i pomidorów do podartej torby. Starsza pani pozbierała 
z gniewem   pozostałe   torby,   zanim   Eleanor   zdołała   sięgnąć   po   nie   ręką.   W końcu   Eleanor 
wyprostowała się, uśmiechając się przepraszająco: – Jest mi naprawdę bardzo przykro.

– A niech cię szlag trafi! – powtórzyła z uporem starsza pani, ale tym razem nieco ciszej. – 

Niosłam to sobie do domu, na obiad. A teraz przez ciebie...

–   Może   mogłabym   pani   za   to   zapłacić?   –   zapytała   Eleanor,   sięgając   po   portfel,   a stara 

kobieta zamarła na chwilę w bezruchu i zamyśliła się.

– Nie mogę tak po prostu wziąć od ciebie pieniędzy – zadecydowała na koniec. – No bo 

widzisz, ja tego nie kupiłam.  To były resztki. – Z gniewem cmoknęła  wargami. – Żebyś  ty 
widziała,   jaką   dziś   mieli   szynkę!   Ale   ktoś   inny   ją   dostał!   I czekoladowy   tort   też.   I sałatkę 
ziemniaczaną.   I malutkie   pomadki   w papierkach.   Przyszłam   już   za   późno.   A teraz...   –   Obie 
z Eleanor spojrzały na leżący na chodniku śmietnik i malutka kobieta powtórzyła: – Rozumiesz 
chyba   zatem,   że   nie   mogę   wziąć   od   ciebie   pieniędzy,   ot   tak,   z ręki,   za   coś,   co   było   tylko 
odpadkami.

– Czy mogłabym zatem kupić pani coś w zastępstwie? Bardzo mi się śpieszy, ale jeśli jest tu 

w pobliżu jakiś otwarty o tej porze sklep...

Drobna starsza pani uśmiechnęła się złośliwie.
– Mam jeszcze to! – wykrzyknęła, trzymając kurczowo jeden z pakunków. – Ale możesz mi 

zapłacić za taksówkę do domu. Nikt mnie już wtedy nie potrąci.

– Z przyjemnością – zapewniła Eleanor i zwróciła się do taksówkarza, który czekał obok, 

przyglądając się temu zajściu z zainteresowaniem.

– Czy mógłby pan zabrać tę panią do domu? – spytała.

background image

– Wystarczy parę dolarów – zapewniła starsza pani. – Naturalnie nie licząc napiwku dla tego 

pana. Ten mój  niewielki wzrost to wieczne ryzyko.  Ludzie ciągle mnie popychają. Miło mi 
jednak   spotkać   kogoś   takiego   jak   pani,   która   pragnie   mi   to   w jakiś   sposób   wynagrodzić. 
Niektórzy to mnie czasem i popchną, i przewrócą, i nawet nie popatrzą za siebie.

Z   pomocą   Eleanor   wsiadła   ze   swymi   pakunkami   do   taksówki,   a Eleanor   wyciągnęła 

z portfela   dwa   dolary   i pięćdziesiąt   centów   i podała   starszej   pani,   która   zacisnęła   je   mocno 
w drobnej ręce.

– W porządku, kochana, dokąd mamy jechać? – zapytał taksówkarz.
Kobiecina zachichotała.
– Powiem ci, jak ruszymy. – A potem zwróciła się do Eleanor: – Powodzenia, kochanie. Od 

tej pory radzę ci uważać.

– Do widzenia – pożegnała ją Eleanor. – Naprawdę bardzo mi przykro.
– No dobrze – powiedziała staruszka, machając do niej ręką. – Będę się za ciebie modlić, 

kochanie.

„Cóż – pomyślała Eleanor, patrząc na odjeżdżającą taksówkę – przynajmniej jedna osoba 

będzie się za mnie modlić. Przynajmniej jedna”.

4

Był   to   pierwszy   rzeczywiście   słoneczny   dzień   lata,   właśnie   ta   pora   roku,   która   zawsze 

nasuwała Eleanor bolesne wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, kiedy to wydawało się jej, że 
lato trwa wiecznie. Nie mogła sobie przypomnieć ani jednej zimy,  zanim pewnego zimnego 
i deszczowego dnia umarł jej ojciec. Podczas tych szybko mijających lat zastanawiała się często, 
co   zrobiła   z tymi   wszystkimi   straconymi   letnimi   dniami,   jakżeż   mogła   je   tak   bezsensownie 
zmarnować? Jestem taka głupia, mówiła sobie na początku każdego lata, bardzo głupia. Jestem 
już dorosła i wiem, jaką co ma wartość. Tak naprawdę nie ma w życiu rzeczy, które się marnuje, 
wierzyła rozsądnie. Nie da się tak zwyczajnie zmarnować czyjegoś dzieciństwa. A potem co 
roku, pewnego letniego poranka, gdy tylko na ulicach miasta, po których chodziła, powiał ciepły 
wiatr, mroziła ją myśl: i znowu zmarnowałam tyle czasu. Tego jednak poranka prowadziła mały 
samochód, który posiadała z siostrą do spółki, choć nadal obawiała się, że rodzina spostrzeże się, 
że go zabrała. Jechała powoli, podążając za sznurem innych pojazdów, zatrzymując się, gdy jej 
kazano, i skręcając, kiedy się dało. Uśmiechała się do słonecznych smug padających w poprzek 
jezdni i myślała: „Jadę! Jadę! Jadę! Wreszcie uczyniłam pierwszy krok!”

Przedtem, kiedy tylko siostra dawała jej pozwolenie na prowadzenie samochodu, jechała 

zawsze ostrożnie, poruszając się wolno dla uniknięcia jakichkolwiek zadraśnięć i skaz, które 
mogłyby zdenerwować Carrie. Dzisiaj jednak, z kartonowym pudełkiem na tylnym siedzeniu, 

background image

z walizką   na   podłodze,   z rękawiczkami,   portfelem   i letnim   płaszczem   leżącym   na   siedzeniu 
obok,   samochód   należał   wyłącznie   do   niej.   Mały,   własny,   samowystarczalny   świat.   „Jadę, 
naprawdę jadę!” – myślała z radością.

Na  ostatnim   skrzyżowaniu  na   obrzeżu  miasta,   tuż  przed   zjazdem  na   wielką  podmiejską 

autostradę, zatrzymała się, czekając na światła, i wyciągnęła z portfela list od doktora Montague. 
„Nie   będzie   mi   nawet   potrzebna   mapa”   –   pomyślała.   „To   musi   być   bardzo   skrupulatny 
człowiek”.

„Trasa numer 39 do Ashton – czytała w liście – następnie skręcić w lewo na trasę numer 5 

w kierunku zachodnim. Jechać dalej w tym  samym  kierunku przez około trzydzieści mil,  aż 
dotrze Pani do małego miasteczka Hillsdale. Proszę przejechać przez całe Hillsdale, do rogu ze 
stacją benzynową  po lewej stronie, a kościołem po prawej. Następnie  trzeba  skręcić  w lewo 
w wąską, wiejską dróżkę. Jest to bardzo kiepska droga, wijąca się pośród pagórków. Pojedzie nią 
Pani   do   końca,   jakieś   sześć   mil,   aż   dotrze   Pani   do   bramy   Domu   na   Wzgórzu.   Podaję   tak 
dokładne wskazówki, gdyż nie radziłbym zatrzymywać się w Hillsdale i pytać o drogę. Ludzie 
tamtejsi są nieuprzejmi wobec obcych i zachowują się z otwartą wrogością wobec każdego, kto 
pyta o Dom na Wzgórzu.

Bardzo się cieszę, że przyłączy się Pani do naszej grupy w Domu na Wzgórzu i z wielką 

przyjemnością poznam Panią w czwartek 21 czerwca”.

Światła się zmieniły i skręciła na autostradę, uwalniając się od miasta. „Nikt mnie już tutaj 

nie złapie” – pomyślała. „Nie mają nawet pojęcia, w którą stronę jadę”.

Nigdy dotąd nie jeździła tak daleko sama. Pomysł dzielenia tej cudownej podróży na mile 

i godziny był śmieszny i dobrze zdawała sobie z tego sprawę. Prowadząc samochód precyzyjnie 
pomiędzy   linią   wymalowaną   na   szosie   a pasmem   przydrożnych   drzew,   rozkoszowała   się 
przemijaniem chwil, ciągle nowych, porywających ją z sobą w ten niewiarygodnie nowy świat, 
w nowe,   nieznane   miejsca.   Już   sama   ta   podróż   była   dla   niej   pozytywnym   czynem,   miejsce 
przeznaczenia niejasne, niewyobrażalne, być może wręcz nie istniejące. Zamierzała delektować 
się   każdym   etapem   swojego   podróżowania,   podziwiając   drogę,   drzewa,   domy   oraz   małe 
brzydkie miasteczka. Bawiła ją myśl, że mogłaby się gdzieś tu zatrzymać i nigdy już stąd nie 
wyjechać.   Mogłaby   zatrzymać   samochód   gdzieś   na   poboczu   autostrady,   mimo   że   dobrze 
wiedziała, iż było to niedozwolone i zostałaby za to ukarana. Mogłaby zostawić go na drodze 
i pójść poza te drzewa, w miękkie, ponętne pola. Mogłaby tak wędrować aż do upadłego, gonić 
za   motylami   czy   brodzić   w strumieniu,   a potem   wieczorem   natrafiłaby   na   chatkę   jakiegoś 
biednego drwala, który zaoferowałby jej schronienie. Mogłaby na zawsze zamieszkać w którejś 
z pobliskich   wiosek   albo   nigdy   nie   zjechać   z drogi   i gnać   przed   siebie   dopóty,   dopóki   nie 
zdarłaby doszczętnie opon i nie dotarła na koniec świata.

„A może – myślała – pojadę po prostu do tego Domu na Wzgórzu, gdzie mnie oczekują 

background image

i gdzie proponują mi wyżywienie, schronienie i do tego jeszcze drobne wynagrodzenie za to 
tylko,  że pozostawiłam wszystkie  swoje miejskie  zobowiązania  i kłopoty za sobą i uciekłam 
w świat? Ciekawa jestem, jaki jest ten doktor Montague. I kto tam jeszcze oprócz niego będzie?”

Była   już   bardzo   daleko   za   miastem   i rozglądała   się   za   zjazdem   na   trasę   numer   39,   tę 

magiczną nitkę wybraną dla niej przez doktora Montague spośród wszystkich dróg świata, która 
miała ją przywieść bezpiecznie do Domu na Wzgórzu. Żadna inna droga nie byłaby w stanie 
zaprowadzić   jej   z miejsca,   w którym   była,   do   miejsca,   w którym   pragnęła   być.   Wskazówki 
doktora Montague potwierdziły się, co czyniło go nieomylnym. Pod znakiem wskazującym na 
drogę do trasy numer 39 widniał również następny znak: Ashton 121 mil.

Droga,   teraz   już   jej   serdeczna   przyjaciółka,   wiła   się,   raz   się   wznosiła,   raz   opadała, 

prowadząc   przez   zakręty,   za   którymi   czyhały   na   nią   przeróżne   niespodzianki.   A to   krowa 
przyglądała się jej zza płotu, a to obojętny pies siedzący gdzieś w dolinie, w której pośród pól 
i sadów   leżało   miasteczko.   Na   głównej   ulicy   jednej   z wiosek,   przez   które   przejeżdżała, 
zobaczyła obszerny dom podparty kolumnami i otoczony murowanym ogrodzeniem. Drewniane 
okiennice przysłaniały okna, a schodów strzegła para kamiennych lwów. Pomyślała sobie, że 
może kiedyś tam zamieszka i będzie je codziennie odkurzać, a wieczorem głaskać na dobranoc 
po głowach. „Czas zaczął się liczyć dopiero od tego czerwcowego poranka” – wmawiała sobie. 
„Był   to   jednak   czas   dziwny   i jedyny   w swoim   rodzaju.   W przeciągu   zaledwie   paru   sekund 
zdołałam przeżyć całe życie w domu z dwoma lwami u wejścia. Codziennie zamiatałam werandę 
i odkurzałam   lwy,   a raz   w tygodniu   zmywałam   im   pyski,   łapy   i grzywy   ciepłą   wodą   z sodą 
i czyściłam   im   zęby   szczotką.   Wewnątrz   domu   pokoje   miały   wysokie   sufity,   czyste   lśniące 
podłogi   i wymyte   okna.   Opiekowała   się   mną   drobna,   delikatna   pani,   która   krążyła   sztywno 
wykrochmalona ze srebrną zastawą do herbaty na tacy i codziennie wieczorem podawała mi dla 
zdrowia   kieliszek   wina   z czarnego   bzu.   Obiady   jadałam   sama   w długim   pokoju   przy 
wypolerowanym  stole, a pomiędzy wysokimi oknami bieliły się w świetle świec płaszczyzny 
ścian. Jadłam drób i rzodkiewki prosto z ogrodu oraz śliwkowy dżem domowej roboty. Spałam 
pod baldachimem z białej organdyny i nocą strzegło mnie światło w korytarzu. Ludzie kłaniali 
się mi na ulicach miasta, ponieważ wszyscy byli dumni z moich lwów. A po śmierci...”

Pozostawiła już miasto daleko za sobą i przejeżdżała teraz obok brudnych i zamkniętych 

straganów z oberwanymi szyldami. Dawno temu musiało się tam znajdować jakieś targowisko 
z wyścigami   motocyklowymi,  gdyż  napisy  nadal   je  reklamowały.   „Tylko  dla  straceńców”   – 
zapewniał   jeden   z nich.   Eleanor   zaczęła   szydzić   z samej   siebie,   gdyż   wszędzie   zdawała   się 
widzieć oznaki złych wróżb. Zwolniła, aby nie dojechać do Domu na Wzgórzu zbyt szybko.

W pewnej chwili zatrzymała się na skraju szosy pełna niedowierzania i podziwu. Cała droga, 

być może jakieś ćwierć mili, obsadzona była rzędem cudownie utrzymanych, pełnych różowego 
i białego kwiecia oleandrów. Wjechała w bramę, której strzegły, i zobaczyła, że drzewa ciągnęły 

background image

się dalej poza nią. Bramę stanowiła zaledwie para podupadłych, rozsypujących się kamiennych 
kolumn, pomiędzy którymi wiodła droga w szczere pola. Rząd oleandrów rozdwajał się nagle 
i wyznaczał  boki olbrzymiego  placu.  Z daleka miało  się wrażenie, że drzewa po przeciwnej 
stronie czworoboku rosły na brzegu jakiejś niewielkiej rzeczki. Środek oleandrowego skweru był 
pusty,   nie   było   tam   żadnego   domu   ani   budynku,   niczego   oprócz   przecinającej   go   drogi, 
kończącej się nad brzegiem strumienia. „Co to mogło być?” – zastanawiała się. „Co też tu kiedyś 
stało,   po   czym   dziś   nie   ma   już   ani   śladu?   Albo   też   co   miano   tu   wybudować,   a nigdy   nie 
wybudowano? Czy miał to być dom? Czy też ogród lub sad? Czy właściciele opuścili to miejsce 
na zawsze, czy też mają tu zamiar powrócić? Oleandry są trujące” – przypomniała sobie. „Może 
one tu czegoś strzegą? Gdybym  tak wyszła z samochodu i przeszła przez tę bramę,  a potem 
znalazła się pośrodku tego magicznego kręgu oleandrów, to może okazałoby się, że trafiłabym 
do   krainy   czarów,   chronionej   trucizną   od   oczu   natrętnych   przechodniów?   A może   z chwilą 
przestąpienia tej bramy również znalazłabym się pod ich ochroną? I prysłoby wtedy zaklęcie, 
i znalazłabym   się   w jakimś   słodkim   ogrodzie   z fontanną   i niziutkimi   ławeczkami   oraz 
oplecionymi   różami   altankami.   Natrafiłabym   tam   na   tę   jedną   jedyną   ścieżkę,   być   może 
wysadzaną drogimi kamieniami, rubinami i szmaragdami, która zaprowadziłaby mnie prosto do 
zaklętego miejsca. Weszłabym na górę po niskich, kamiennych schodkach i przeszłabym obok 
kamiennych lwów strzegących wejścia na dziedziniec, pośrodku którego stoi fontanna i gdzie 
czekałaby na powrót księżniczki zapłakana królowa. Na mój widok królowa upuściłaby swoją 
wyszywankę   i skrzyknęłaby   służbę   budzącą   się   wreszcie   z głębokiego   snu,   i kazałaby   jej 
przygotować   obfitą   ucztę.   Prysło   bowiem   zaklęcie   i pałac   ożył   na   nowo.   A potem   wszyscy 
żyliby długo i szczęśliwie”.

„Ależ   nie”  –  pomyślała   po  chwili,  ruszając  ponownie   w drogę.   „Jak  tylko  ukazałby  się 

zamek i gdy tylko prysnąłby czar, cała okolica poza obrębem oleandrów powróciłaby do swej 
prawdziwej postaci. Zniknęłyby miasteczka, znaki drogowe i krowy rozmyłyby się w zielony, 
zamglony,   baśniowy   obraz.   A potem   od   strony   pagórków   nadjechałby   konno   książę,   cały 
w srebrze,   i z setką   łuczników   u boku,   proporcami   łopocącymi   na   wietrze,   rżącymi 
i podrzucającymi niespokojnie łbami końmi i błyskiem klejnotów”.

Roześmiała się i odwróciła, aby pożegnać zaklęte oleandry.
– Innym razem! – obiecała im. – Innym razem wrócę tu do was i odczaruję was.
Przejechała   ponad   sto   mil   i zatrzymała   się   na   obiad.   Znalazła   wiejską   karczmę,   która 

reklamowała   się   jako   stary   młyn,   i sama   nie   mogła   uwierzyć,   że   posadzono   ją   tam   na 
umieszczonym ponad rwącym strumieniem balkonie. Rozciągał się stamtąd wspaniały widok na 
leżące poniżej mokre skały i upajająco iskrzącą się wartką wodę. Postawiono przed nią szklaną 
misę pełną białego sera oraz położono serwetkę, w którą zawinięte były maleńkie widelczyki do 
kukurydzy. Pragnęła maksymalnie przedłużyć swój obiad, gdyż była to kraina, w której czary 

background image

rzucano i odczyniano bardzo prędko, a poza tym dobrze wiedziała, że Dom na Wzgórzu i tak 
czekał na nią u schyłku dnia.

Oprócz   niej   w sali   znajdowało   się   jeszcze   tylko   czworo   innych   ludzi   –   matka   i ojciec 

z małym   chłopczykiem   i dziewczynką.   Rozmawiali   ze   sobą   cicho   i uprzejmie.   Nagle 
dziewczynka odwróciła się i zaczęła się wpatrywać w Eleanor z nie ukrywaną ciekawością, aż 
po chwili się do niej uśmiechnęła. Światła strumienia odbijały się o sufit i wypolerowane stoły 
i ześlizgiwały po lokach dziewczynki. Matka odezwała się:

– Ona chce kubek pełen gwiazd.
„O tak – pomyślała Eleanor – ja również. Naturalnie, że też chciałabym mieć kubek pełen 

gwiazd”.

–   Ona   wolałaby   pić   ze   swego   małego   kubeczka   –   wyjaśniła   matka,   uśmiechając   się 

przepraszająco do kelnerki, oburzonej trochę tym, że świeże mleko, jakie oferowali w młynie, 
nie odpowiadało małej dziewczynce. – Na jego dnie są gwiazdki i ona w domu zawsze z niego 
pije. Nazywa go kubkiem pełnym gwiazd, ponieważ widzi je po wypiciu mleka.

Kelnerka skinęła głową bez przekonania, a matka zwróciła się do dziewczynki:
– Dostaniesz mleko w tym kubeczku, jak tylko wrócimy do domu. A teraz bądź grzeczna 

i wypij trochę mleka z tej szklanki.

„Nie  rób  tego”  –  ostrzegła  Eleanor  dziewczynkę   w duchu.   „Zawsze  domagaj  się   swego 

kubka pełnego gwiazd. Jak cię raz zmuszą do tego, żebyś była taka sama jak wszyscy, to już 
nigdy więcej go nie zobaczysz. Uważaj!”

Dziewczynka   spojrzała   na   nią   i uśmiechnęła   się   lekko   pełnym   zrozumienia, 

wszystkowiedzącym uśmiechem, ukazując dołeczki w policzkach, po czym potrząsnęła uparcie 
głową.

„Dzielna dziewczynka” – pomyślała Eleanor. „Mądra, dzielna dziewczynka”.
– Rozpuszczasz ją – odezwał się karcąco ojciec. – Nie powinnaś jej pozwalać na takie 

fanaberie.

– To tylko ten jeden raz – powiedziała matka. Odstawiła mleko i delikatnie dotknęła ręką 

ramienia dziewczynki. – Zjedz chociaż lody.

Kiedy wychodzili, dziewczynka pomachała rączką w kierunku Eleanor. Eleanor pomachała 

jej również i siedziała dalej w radosnej samotności, dopijając kawę i patrząc na wesoło i wartko 
płynący strumień. „Już niewiele mi pozostało” – pomyślała Eleanor. „Jestem prawie w połowie 
drogi”. I nagle przyszła jej do głowy myśl, migotliwa jak strumień. Przypomniała sobie urywek 
piosenki, mgliste słowa: „Zwłoka nie przynosi obfitości”.

Niewiele brakowało, a zatrzymałaby się tuż przed Ashton, gdzie zobaczyła maleńką chatkę 

ukrytą w ogrodzie. „Mogłabym tu zamieszkać zupełnie sama” – pomyślała. Zwolniła, aby lepiej 
przyjrzeć się krętej ogrodowej ścieżce wiodącej do małych, niebieskich drzwi, z białym kotem 

background image

śpiącym na schodach dla dopełnienia doskonałości obrazu. „Nikt by mnie tu za tymi różami nie 
odnalazł. A dla pewności obsadziłabym drogę oleandrami. W zimowe wieczory paliłabym ogień 
w kominku i piekłabym jabłka w swoim własnym piecu. Hodowałabym białe koty i uszyłabym 
białe firanki na okna. Czasami wychodziłabym do sklepu po herbatę, cynamon i nici. Ludzie 
przychodziliby do mnie,  żebym  im powróżyła  i przepowiedziała  przyszłość,  a ja parzyłabym 
napary   miłosne   dla   smutnych   starych   panien.   Trzymałabym   drozda...”   Ale   chatka   była   już 
bardzo daleko za nią i należało teraz rozejrzeć się za nową drogą, którą tak starannie nakreślił 
doktor Montague.

„Skręć w lewo na trasę numer 5” – polecały słowa listu i wkrótce znalazła się na trasie 

piątej, w kierunku zachodnim, tak jakby to sam doktor Montague prowadził ją w jakiś sposób 
z oddali, trzymając ręce na kierownicy jej samochodu. Podróż powoli dobiegała końca. „Mimo 
jego przestróg, zatrzymam się w Hillsdale na kawę” – pomyślała sobie. „Nie mogę znieść tego, 
że już za chwilę moja długa podróż się skończy”. Nie było to przecież żadne nieposłuszeństwo. 
List stwierdzał wyraźnie, że zatrzymywanie się w Hillsdale i pytanie o drogę nie było wskazane. 
Nie   zabraniał   wszakże   zatrzymywania   się   na   kawę   i jeśli   nie   wspomni   tam   nic   o Domu   na 
Wzgórzu, to nie będzie w tym przecież nic złego. „W każdym razie – pomyślała niejasno – to 
moja ostatnia szansa”.

Zanim   się   obejrzała,   pojawiło   się   przed   nią   Hillsdale,   bezładna   masa   krętych 

i pogmatwanych uliczek oraz brudnych domów. Była to mała miejscowość, wioska właściwie, 
i jak   tylko   wjechała   na   główną   ulicę,   od   razu   zobaczyła   na   drugim   jej   końcu   wspomniany 
w liście kościół i stację benzynową na rogu. Wyglądało na to, że znajdowało się tam tylko jedno 
miejsce, w którym można było wypić kawę. Była nim mało atrakcyjna gospoda. Eleanor uparła 
się   jednak,   aby   przystanąć   w Hillsdale,   toteż   zatrzymała   samochód   przy   nadłamanym 
krawężniku i wysiadła. Po chwili zastanowienia zamknęła samochód na klucz, mając na uwadze 
leżącą na podłodze walizkę i kartonowe pudło na tylnym siedzeniu. „Nie zatrzymałabym się tutaj 
dłużej” – pomyślała, zmierzywszy wzrokiem ulicę, która nawet w promieniach słońca wyglądała 
na brudną i brzydką. W cieniu pod murem spał niespokojnie jakiś pies. Po drugiej stronie ulicy 
stała   w drzwiach   kobieta   i bacznie   przyglądała   się   Eleanor,   a pod   płotem   sterczało   dwóch 
milczących   wyrostków.   Eleanor,   która   zawsze   obawiała   się   obcych   psów,   szyderstw   kobiet 
i młodocianych   chuliganów,   weszła   prędko   do   środka,   ściskając   kurczowo   portmonetkę 
i kluczyki od samochodu. Wewnątrz ujrzała ladę, za którą stała zmęczona dziewczyna, zupełnie 
pozbawiona   podbródka.   Po   drugiej   stronie   sali   siedział   samotnie   mężczyzna   i jadł   obiad. 
Spojrzawszy na szarą ladę oraz stojącą na niej wysmarowaną szklaną misę, którą przykryty był 
talerz pączków, stwierdziła, że musiał być bardzo głodny, skoro się zdecydował na zjedzenie 
czegokolwiek w tym lokalu.

–  Poproszę o kawę – zwróciła się do dziewczyny zza lady,  która odwróciła się ociężale 

background image

i wolno wyjęła filiżankę ze stosu naczyń stojących na półkach.

„Będę musiała wypić tę kawę, skoro tak się na nią nastawiłam – pomyślała sobie Eleanor – 

ale następnym razem powinnam posłuchać doktora Montague”.

Dziewczyna zza lady i jedzący obiad mężczyzna najwidoczniej zażartowali sobie z czegoś, 

gdyż kiedy postawiła przed Eleanor kawę, spojrzała na niego i uśmiechnęła się półgębkiem, a on 
wzruszył na to ramionami. Kelnerka roześmiała się wówczas na głos. Eleanor podniosła na nią 
wzrok, ale dziewczyna zajęła się wówczas oglądaniem własnych paznokci, a mężczyzna zaczął 
wycierać talerz chlebem. Być może kawa Eleanor była zatruta, w każdym razie z całą pewnością 
na  taką  wyglądała.   Zdecydowana  zgłębić  do  końca  tajemnice   Hillsdale,  Eleanor  raz  jeszcze 
zwróciła się do kelnerki:

– Poproszę jeszcze o jednego pączka.
Dziewczyna spojrzała z ukosa na mężczyznę, zsunęła jeden pączek na talerzyk i postawiła 

go przed Eleanor, po czym roześmiała się na widok jego spojrzenia.

– To bardzo ładne małe miasteczko – zagadnęła dziewczynę.
– Jak się nazywa?
Dziewczyna wytrzeszczyła na nią oczy ze zdziwienia. Widocznie nikt przedtem nie miał 

odwagi   nazwać   Hillsdale   ładnym   małym   miasteczkiem.   Po   chwili   znowu   spojrzała   na 
mężczyznę, jakby oczekując od niego potwierdzenia, i rzekła:

– Hillsdale.
– Długo tu mieszkasz? – spytała Eleanor. „Nie wspomnę ani słowa o Domu na Wzgórzu” – 

zapewniała siebie w duchu. „Ja tylko jeszcze gram na zwłokę”.

– Aha – odpowiedziała zwięźle dziewczyna.
– Życie w takim małym mieście musi być bardzo przyjemne. Ja pochodzę z dużego miasta.
– Ach tak?
– Podoba ci się tu?
–   Nie   narzekam   –   odpowiedziała   dziewczyna.   Spojrzała   znowu   na   mężczyznę,   który 

przysłuchiwał się im uważnie. – Niewiele się tu dzieje.

– Jak duże jest to miasteczko?
– Niewielkie. Jeszcze kawy? – Pytanie to skierowane było w stronę mężczyzny, który stukał 

kubkiem o spodek. Eleanor, która właśnie odważyła się na pierwszy łyk, zastanawiała się, jak on 
mógł prosić o więcej.

– Czy miewacie tu wielu gości? – spytała, kiedy dziewczyna napełniwszy kubek, wróciła na 

swoje miejsce za ladą i oparła się nonszalancko o półki. – Mam na myśli turystów.

–   A po   co?   –   Przez   chwilę   dziewczyna   patrzyła   na   nią   z błyskiem   w oczach 

odzwierciedlającym pustkę jeszcze większą od tej, którą znała Eleanor. – A po co miałby tu ktoś 
przyjeżdżać? – Popatrzyła nadąsana na mężczyznę i dodała: – Nie ma tu nawet kina.

background image

– Ale te wzgórza są takie malownicze. W takich małych miasteczkach jak to, położonych 

z dala od głównej trasy, często chyba można natrafić na ludzi z wielkich miast, którzy chcą kupić 
domy u stóp wzgórz. Na odludziu, żeby odciąć się od świata.

Dziewczyna zaśmiała się krótko.
– Nie tutaj.
– Albo odnawiają stare.
– Odludzie! – zaśmiała się znowu dziewczyna.
– To dziwne – zauważyła Eleanor, czując na sobie wzrok mężczyzny.
– Tak. Jeśli będzie tu kino, to może wtedy...
– Myślałam – zaczęła Eleanor uważnie – że mogłabym się przynajmniej rozejrzeć dookoła. 

Stare domy są zwykle tańsze i wielką przyjemnością jest przy wracanie im świetności.

– Nie tutaj.
– A więc nie ma tu w okolicy żadnych starych domów? Nawet tam wyżej?
– Nie ma.
Mężczyzna wstał i wyciągnął z kieszeni pieniądze, po czym odezwał się po raz pierwszy.
– Ludzie wyprowadzają się z tego miasta, a nie wprowadzają. Kiedy zamknęły się za nim 

drzwi, dziewczyna zwróciła swe oczy bez wyrazu z powrotem na Eleanor nieomal z oburzeniem, 
tak jakby to Eleanor i jej trajkotanie zmusiły go do wyjścia.

– On miał rację – powiedziała na koniec. – Ludzie stąd uciekają. Jeśli mają szczęście.
–   A dlaczego   ty   stąd   nie   uciekniesz?   –   spytała   Eleanor,   na:   co   dziewczyna   wzruszyła 

ramionami.

– A bo to gdzie indziej byłoby mi lepiej? – spytała. Obojętnie wzięła od Eleanor pieniądze 

i wydała jej resztę. A potem jeszcze raz rzuciwszy błyskawiczne spojrzenie na puste talerze na 
drugim końcu lady, odezwała się nieomal z uśmiechem: – Codziennie tu przychodzi.

Eleanor uśmiechnęła się do dziewczyny,  lecz kiedy próbowała ją ponownie zagadnąć, ta 

stała już odwrócona plecami  i układała  filiżanki na półkach. Czując się więc zbędna, z ulgą 
wstała i zostawiwszy resztę kawy, zabrała kluczyki i portmonetkę.

–   Do   widzenia!   –   zawołała,   a dziewczyna,   ciągle   jeszcze   j zwrócona   do   niej   plecami, 

odpowiedziała: – Powodzenia! Mam nadzieję, że znajdziesz ten swój wymarzony dom.

5

Droga   prowadząca   obok   stacji   benzynowej   i kościoła   była   rzeczywiście   kiepska,   pełna 

głębokich   kolein   i wyboista.   Mały   samochód   Eleanor   to   podskakiwał,   to   grzązł,   jakby 
z niechęcią   podążając   dalej   w kierunku   mało   atrakcyjnych   pagórków.   Zdawało   się,   że   pod 
gęstymi, ponurymi drzewami, którymi po obu stronach obsadzona była droga, o wiele szybciej 

background image

zapadał zmierzch. „Wygląda na to, że nie ma tu wielkiego ruchu” – pomyślała z przekąsem 
Eleanor, szybko skręcając kierownicą, aby uniknąć wyjątkowo groźnego kamienia. „Sześć mil 
czegoś takiego na pewno nie wyjdzie  samochodowi  na zdrowie”. Po raz pierwszy od kilku 
godzin   wspomniała   siostrę   i roześmiała   się.   Do   tej   pory  z pewnością   wiedzą   już,   że   wzięła 
samochód i wyjechała. Będą sobie z niedowierzaniem powtarzać, że nigdy by się tego po niej nie 
spodziewali. „Ja też bym się tego po sobie samej nie spodziewała” – pomyślała, śmiejąc się 
nadal. „Wszystko się zmieniło. Stałam się już inną osobą, z dala od domu”.

„Zwłoka nie przynosi obfitości... w chwilowej uciesze jest chwilowy śmiech...” I nagle dech 

jej  zaparło,  gdy samochód   uderzył   o kamień  i obrócił   się  w poprzek  drogi   ze  złowieszczym 
zgrzytem gdzieś spod spodu. Szybko jednak zebrał się w sobie i dzielnie rozpoczął wspinaczkę 
od   nowa.   Gałęzie   drzew   uderzały  o szyby   i powoli   zapadał   zmrok.   „Dom   na   Wzgórzu   lubi 
widocznie takie efekty” – pomyślała. „Ciekawa jestem, czy tam kiedykolwiek świeci słońce”. Na 
koniec, jakby ostatnim wysiłkiem, samochód pokonał plątaninę gałęzi i zeschłych liści leżących 
w poprzek drogi i zatrzymał się na polanie przed bramą wjazdową do Domu na Wzgórzu.

„Po co ja tu właściwie przyjechałam?” – pomyślała natychmiast bezradnie. „Po co się na to 

wszystko   zgodziłam?”   Brama   była   wysoka,   złowieszcza   i masywna,   mocno   osadzona 
w kamiennym   murze   otaczającym   posesję   ukrytą   pomiędzy   drzewami.   Nawet   z samochodu 
widoczna   była   olbrzymia   kłódka  i gruby  łańcuch,  mocno  okręcony wokół  żelaznych  prętów 
bramy.  Za nimi mogła jedynie dostrzec, że droga ciągnęła się dalej i skręcała gdzieś ukryta 
w cieniu ciemnych, nieruchomych drzew, rosnących po obu jej stronach.

Skoro   brama   była   najwidoczniej   zamknięta,   wrogo   zabarykadowana   na   dwa   spusty, 

okręcona łańcuchem i okratowana, to któż miałby ochotę się tam dostać? Nie próbowała nawet 
wysiąść z samochodu, tylko nacisnęła klakson i czuła nieomal, jak drzewa i brama wzdrygnęły 
i cofnęły się nieco na ten dźwięk. Po chwili zatrąbiła ponownie i wówczas dostrzegła po drugiej 
stronie bramy mężczyznę, który wolno zbliżał się w jej kierunku. Był ciemny i wyglądał równie 
serdecznie i zachęcająco jak owa kłódka. Zanim podszedł do bramy, przyjrzał się jej zza krat.

– Czego chcesz? – Jego głos brzmiał ostro i nieprzyjemnie.
– Chcę tu wjechać. Proszę otworzyć mi bramę.
– A kim pani jest?
– Ależ... – głos jej zadrżał. – Miałam się tu stawić – wykrztusiła w końcu.
– A po co?
– Spodziewają się mnie tutaj.
„A   jeśli   to   nieprawda?”   –   przyszło   jej   nagle   na   myśl.   „Czyż   taki   miał   być   koniec   tej 

podróży?”

– A kto?
Wiedziała naturalnie, że rozkoszował się i popisywał przed nią swoim autorytetem, zdając 

background image

sobie niejako sprawę z tego, że z chwilą otwarcia bramy utraci czasową nad nią przewagę, którą 
w swoim mniemaniu posiadał. „A jaką ja mam nad nim przewagę?” – zastanawiała się. „W 
końcu to ja stoję za bramą”. Czuła, że jeśli straci cierpliwość, co rzadko jej się zdarzało, gdyż 
bała się, że to powiększy tylko jej bezsilność, to on odwróci się i odejdzie, zostawiając ją na 
bruku, złorzeczącą i wściekłą. Potrafiła nawet wyobrazić sobie jego niewinną minę, gdyby ktoś 
później   próbował   zganić   go   za   jego   arogancję.   Ten   złośliwy,   bezmyślny   uśmiech,   szeroko 
otwarte, pozbawione wyrazu oczy, i protesty wypowiadane skamlącym głosem, że on, owszem, 
wpuściłby ją do środka, miał nawet taki zamiar, ale jaką właściwie miał pewność, że ona mówiła 
prawdę? Dano mu przecież rozkazy, tak czy nie? Musiał robić to, co mu kazano. Bo to on 
w końcu napytałby sobie biedy,  gdyby wpuścił kogoś niepożądanego do środka. Wyobraziła 
sobie, jak wzrusza ramionami i roześmiała się na samą myśl o tym. Prawdopodobnie było to 
najgorsze, co mogła zrobić. Zmierzył ją zimnym spojrzeniem i odsunął się od bramy.

– Niech pani lepiej przyjedzie później – powiedział i tryumfalnie się odwrócił.
– Niech pan posłucha! – zawołała za nim, z trudem powstrzymując gniew. – Jestem jednym 

z gości doktora Montague. On mnie w tym domu oczekuje, niechże mnie pan wysłucha!

Przystanął zwrócony teraz twarzą ku niej i uśmiechnął się szeroko.
– Nie mogą pani oczekiwać, skoro jest pani jedyną osobą, która tu przybyła.
– Czy chce pan przez to powiedzieć, że w domu nie ma nikogo?
–   O ile   mi   wiadomo   –   nikogo.   Z wyjątkiem   mojej   żony,   która   szykuje   dom   dla   gości. 

A zatem nie mogą tu pani oczekiwać, nieprawdaż?

Wcisnęła się w siedzenie samochodu i zamknęła oczy. „Tak trudno dostać się do tego Domu 

na Wzgórzu jak do nieba” – pomyślała.

– Mam nadzieję, że wie pani, na co się pani naraża, przyjeżdżając tutaj. Myślę, że tam 

w mieście powiedzieli to pani. Czy słyszała pani coś o tym miejscu?

– Słyszałam tylko tyle, że jestem gościem doktora Montague. Jak pan otworzy bramę, to 

będę mogła wjechać do środka.

– Ależ otworzę, otworzę. Chcę się tylko upewnić, że pani wie, co tu panią czeka. Była tu 

pani kiedyś? Ktoś z rodziny może? – Przyjrzał się jej teraz uważniej zza krat. Jego kpiąca mina 
stanowiła kolejną barierę, poza kłódką i łańcuchem. – Nie mogę tu pani wpuścić, dopóki się nie 
upewnię. Jak się pani nazywa?

– Eleanor Vance – westchnęła.
– A zatem nikt z rodziny, jak sądzę. Czy słyszała pani kiedyś o tym miejscu?
„To moja ostatnia szansa” – pomyślała. „On mi daje ostatnią szansę. Mogę tu pod tą bramą 

zawrócić   i odjechać.   Nikt   by   mnie   za   to   nigdy   nie   winił.   Każdy   ma   prawo   do   ucieczki”. 
Wystawiła głowę przez okno samochodu i powiedziała z wściekłością:

–   Nazywam   się   Eleanor   Vance.   Oczekują   mnie   w tym   domu.   Niech   pan   natychmiast 

background image

otworzy bramę.

– Dobrze, dobrze.
Świadomie   udawał,   że   dobiera   klucze,   aż   wreszcie   przekręcił   jeden   z nich   w kłódce, 

otworzył ją i obluzował łańcuch, ostentacyjnie rozwierając wrota jedynie na tyle, aby się dało 
przepuścić samochód. Eleanor wjechała wolno do środka, a skwapliwość, z jaką uskoczył  na 
skraj drogi, sprawiła, że przez chwilę myślała, iż wyczuł przelotną myśl, jaka jej przyszła do 
głowy. Zaśmiała się i zatrzymała samochód, gdyż zobaczyła, że zbliżał się do niej, tym razem 
ostrożnie, z boku.

–   Nie   będzie   się   tu   pani   podobać   –   zapewnił   ją.   –   Będzie   pani   jeszcze   żałować,   że 

otworzyłem pani tę bramę.

– Proszę zejść z drogi! – powiedziała. – Już i tak za długo mnie tu pan przetrzymywał.
– Czy myśli pani, że kto inny otworzyłby pani tę bramę? Czy sądzi pani, że znalazłby się 

ktoś, kto siedziałby tutaj tak długo? Z wyjątkiem mnie i mojej żony? Myśli pani, że wszystko tu 
będzie   tak,   jak   sobie   pani   zażyczy,   byleśmy   tu   tylko   zostali   i wszystkim   się   zajmowali, 
i otwierali bramę wam, miastowym, którym się wydaje, że wszystko wiedzą najlepiej!

– Proszę odejść od mojego samochodu! – Ze strachu, że on to wyczuje, nie chciała się 

przyznać   przed   samą   sobą,   że   ją  przestraszył.   Stał   oparty  o jej   samochód   i ta   bliskość   była 
nieprzyjemna. Jego niesłychane oburzenie zaskoczyło ją. To prawda, że zmusiła go do otwarcia 
bramy, ale czy jemu się wydawało, że ten; dom i ogród należą do niego? Nagle przyszło jej do 
głowy nazwisko wymienione w liście doktora Montague, zapytała więc z ciekawością: – Czy 
pan Dudley, tutejszy stróż?

– Tak, to ja jestem Dudley, tutejszy stróż – przedrzeźniał ją, – A jak pani sądzi, któż inny?
„Uczciwy stary domownik” – pomyślała. „Dumny i lojalny, i bardzo nieprzyjemny”.
– To pan i pańska żona sami sprawujecie pieczę nad tym domem?
– A któż inny? – Brzmiało to jak refren, którym się szczycił i który jednocześnie przeklinał.
Poruszyła   się   niespokojnie,   nie   chcąc   odsunąć   się   od   niego   w sposób   zbyt   oczywisty, 

a jednak pragnęła jak najszybciej zapalić stacyjkę i ruszyć, zmuszając go, by usunął się na bok.

–   A teraz   chciałabym   jak   najprędzej   dostać   się   do   domu.   Mężczyzna   parsknął 

nieprzyjemnym śmiechem.

–   A ja...   ja   tam   wolę   się   tu   nie   kręcić   o zmierzchu!   –   Odsunął   się   od   samochodu 

i wyszczerzył zęby, dziwnie zadowolony z siebie. Eleanor była mu za to wdzięczna, choć czuła 
się niezręcznie, zapalając stacyjkę tuż pod jego wzrokiem. Być może będzie tak wyskakiwał 
przed nią do końca drogi i za każdym razem krzyczał z drwiną w głosie, że powinna mu być 
wdzięczna za to, że tu w ogóle był, przynajmniej do zachodu słońca. Pragnąc udowodnić sobie, 
że nie przeraża jej wizja twarzy Dudleya migającej pomiędzy drzewami, zaczęła pogwizdywać. 
Ze zniecierpliwieniem zauważyła, że uczepiła się jej ta sama melodia – „W chwilowej uciesze 

background image

jest   chwilowy   śmiech...”   Ze   złością   powiedziała   sobie,   że   musi   spróbować   myśleć   o czymś 
innym.   Z pewnością   pozostałe   słowa   musiały   być   w jakimś   sensie   niestosowne,   skoro   tak 
uparcie wymykały się jej z pamięci, a poza tym to chyba nie wypada śpiewać w chwili wjazdu 
do Domu na Wzgórzu.

Od czasu do czasu pomiędzy drzewami a odległymi pagórkami widziała fragmenty dachu, 

być może nawet część wieży Domu na Wzgórzu. „W czasie, kiedy go stawiano – pomyślała – 
budowano domy tak dziwnie. Lubowano się wówczas w basztach i wieżyczkach z drewnianymi, 
koronkowymi   gzymsikami.   Czasem   dodawano   gotyckie   iglice   i gargulce.   Nie   było   takiego 
miejsca, które pozostawiano bez dekoracji. Być może Dom na Wzgórzu również posiada wieżę 
albo   jakąś   ukrytą   komnatę   lub   choćby   tylko   tajemne   przejście   wiodące   w stronę   pagórków 
i używane   I prawdopodobnie   przez   przemytników.   Choć   cóż   oni   mogliby   na   tym   odludziu 
przemycać? A może spotkam jakiegoś diabelsko przystojnego przemytnika i...”

Minęła ostatni zakręt i znalazła się na prostym odcinku drogi, I wiodącym bezpośrednio pod 

Dom na  Wzgórzu. Nie  zastanawiając  się nawet, co  robi, nacisnęła  na  hamulec  i zatrzymała 
samochód. Siedziała przez chwilę nieruchomo, wpatrzona w Dom na j Wzgórzu.

Był  ohydny.  Zadrżała,   a na  myśl  przyszły   jej   słowa:  „Ten  dom  J jest  ohydny,  trawiony 

chorobą. Uciekaj stąd, uciekaj natychmiast!”

background image

Rozdział II

1

Żadne ludzkie oko nie jest w stanie dostrzec owego nieszczęsnego punktu, w którym dziwny 

zbieg linii i płaszczyzn sugeruje zło w fasadzie domu. A jednak jakieś szalone zestawienie, źle 
ustawiony   narożnik,   przypadkowe   spotkanie   linii   dachu   i połaci   nieba   zamieniły   Dom   na 
Wzgórzu w miejsce prawdziwej rozpaczy, tym bardziej przerażające, że fasada domu zdawała 
się   żywa,   bacznie   obserwująca   otoczenie   z pustych   okien,   z odrobiną   rozbawienia 
w gzymsowych brwiach. Nieomal każdy dom, jeśli przyjrzeć mu się pod niewłaściwym kątem, 
może zrobić na obserwatorze bardzo humorystyczne wrażenie. Nawet mały komin albo choćby 
i mansardowe okienko, przypominające dołeczek na policzku, potrafi wzbudzić w przechodniu 
poczucie braterstwa. Jednakże dom tak arogancki, tak przepełniony nienawiścią i zawsze tak 
mający się na baczności, może być tylko zły. Dom ten sprawiał wrażenie, że uformował się sam, 
zespalając się podług własnego, potężnego planu pod rękami budowniczych. Sam stworzył swą 
specyficzną   konstrukcję   linii   i kątów   i wzniósł   swój   olbrzymi   łeb   do   nieba   bez   żadnego 
przyzwolenia  ze strony ludzkości. Był  to dom pozbawiony wszelkiej  życzliwości, nigdy nie 
nadający   się   do   zamieszkania.   Nie   było   tu   miejsca   dla   ludzi,   dla   miłości   ani   dla   nadziei. 
Egzorcyzm nie jest w stanie zmienić oblicza żadnego domu, toteż Dom na Wzgórzu stać będzie 
tak Jak stał, dopóki nie ulegnie zniszczeniu.

„Powinnam była zawrócić przy bramie” – pomyślała Eleanor. Widok domu wywołał u niej 

atawistyczne wprost uczucie (nudności. Spojrzała w górę na linię dachu, bezowocnie usiłując 
zlokalizować   źródło   jego   zła,   gdziekolwiek   by   się   ono   czaiło.   Trzęsącymi   się   z zimna 
i zdenerwowania rękami spróbowała wyciągnąć papierosa. Nade wszystko jednak przerażał ją 
wewnętrzny głos, który szeptał natarczywie: „Uciekaj stąd, uciekaj póki czas!”

„Ależ   po  to  tu  przecież   przyjechałam”  –  powiedziała   sobie.  „Nie   mogę  teraz  zawrócić. 

A poza tym on by mnie wyśmiał, gdybym próbowała teraz wydostać się stąd przez tę bramę”.

Usiłując nie patrzeć na dom – nie potrafiła nawet określić jego koloru, stylu czy wielkości 

poza tym, że czuła, iż był ogromny i ciemny i górował nad nią – przekręciła kluczyk w stacyjce 
i podjechała odrobinę bliżej, bezpośrednio pod stopnie, które prowadziły prosto, bez żadnych 
uników, na werandę i zmierzały do frontowych drzwi. Podjazd rozchodził się w obie strony, 
okrążając dom. Przypuszczalnie później mogłaby objechać samochodem dookoła i znaleźć dla 
niego schronienie w jakimś budynku. Teraz jednak czuła niejasno, że lepiej będzie, jeśli nie 
odetnie sobie tak całkowicie możliwości ucieczki. Zatrzymała samochód na skraju podjazdu, tak 
aby usunąć się z drogi i zrobić miejsce dla następnych przybyszów. „Szkoda – pomyślała ponuro 

background image

– że każdy, kto teraz po raz pierwszy ujrzy ten dom, zobaczy również coś tak pokrzepiającego na 
duchu jak mój samochód”. Wysiadła i zabrała ze sobą walizkę i płaszcz. „No cóż, oto jestem!”

Podniesienie nogi na pierwszy stopień okazało się miarą jej j moralnej siły. Miała wrażenie, 

że ta głęboka niechęć do dotknięcia Domu na Wzgórzu wynikała bezpośrednio z jej głębokiego 
przeświadczenia, że dom ten w jakimś dziwnym sensie czekał tu j na nią, przepojony złem, lecz 
również   niezwykle   cierpliwy.   „Podróże   kończą   się   spotkaniem   kochanków”   –   przypomniała 
sobie   nareszcie   pozostałe   słowa   owej   piosenki   i zaśmiała   się,   stojąc   na   schodach   Domu   na 
Wzgórzu. „Podróże kończą się spotkaniem 36 kochanków”. Zdecydowanym krokiem podeszła 
do werandy i drzwi wejściowych. Dom na Wzgórzu zagarnął ją gwałtownie, całkowicie pogrążył 
we   własnych   ciemnościach.   Odgłos   jej   kroków   na   deskach   werandy   zdawał   się   obrażać 
bezwzględną   ciszę   tego   miejsca,   nie   naruszaną   od   tak   dawna.   Podniosła   dłoń   do   kołatki 
w kształcie główki dziecka. Pragnęła narobić jak najwięcej hałasu, aby Dom na Wzgórzu nie 
miał żadnych wątpliwości, że do niego przybyła. Wreszcie drzwi otworzyły się bez żadnego 
uprzedzenia i ukazała się w nich kobieta, która mogła być jedynie żoną mężczyzny spotkanego 
przy bramie.

–   Pani   Dudley?   –  zapytała,   łapiąc   oddech.   –   Nazywam   się   Eleanor   Vance.   Jestem   tu 

oczekiwana.

Kobieta odsunęła się w milczeniu. Miała na sobie czysty fartuch, jej włosy były schludne, 

a jednak robiła wrażenie brudnej, pasując tym samym do męża. Jej podejrzliwa, posępna mina 
doskonale uzupełniała jego złośliwe usposobienie. „Nie – próbowała tłumaczyć sobie Eleanor – 
to wszystko dlatego, że jest tu tak ciemno. A poza tym z góry założyłam, że jego żona musi być 
brzydka. Gdybym nie widziała tego Domu na Wzgórzu, to czy nadal byłabym dla tych ludzi taka 
niesprawiedliwa? W końcu oni się tylko opiekują tym domem”.

Hol,   w którym   stały,   przeładowany   był   ciemnym   drewnem   i ciężkimi   rzeźbami. 

Przyciemniały   go   również   ogromne   schody   umiejscowione   na   drugim   końcu.   Nad   nimi 
najwidoczniej znajdował się jeszcze jeden korytarz, ciągnący się wzdłuż całego domu. Z daleka 
widziała szerokie wejście, a dalej, po przeciwnej stronie schodów, szereg zamkniętych drzwi 
w górnym holu. Po obu stronach drzwi wejściowych znajdowały się ogromne, dwuskrzydłowe 
podwoje   z wyrzeźbionymi   nań   owocami,   zbożem   i żywymi   stworzeniami.   Wszystkie   drzwi, 
jakie widziała w tym domu, były zamknięte.

Próbowała się odezwać, lecz głos uwiązł jej w gardle i musiała spróbować jeszcze raz.
– Czy może mnie pani teraz zaprowadzić do mego pokoju? – zapytała wreszcie, wskazując 

na walizkę stojącą na podłodze i patrząc na migoczące odbicie swej ręki, zapadające coraz niżej 
i niżej w głębokie cienie wyfroterowanej podłogi. – Wydaje i się, że przybyłam  tu pierwsza. 
Pani... pani jest panią Dudley, nieprawdaż?

„Mam wrażenie, że się za chwilę rozpłaczę” – pomyślała. „Jak małe dziecko zaraz zacznę 

background image

szlochać i zawodzić. Nie podoba mi się tutaj...”

Pani Dudley odwróciła się i zaczęła wchodzić po schodach na górę, a Eleanor podniosła 

walizkę i podążyła za nią, byle tylko trzymać się blisko kogoś żywego. „Nie podoba mi się tutaj” 
–   I myślała.   Pani   Dudley   weszła   wreszcie   na   górę   i skręciła   w prawo!   Eleanor   natychmiast 
zauważyła, że budowniczowie domu z jakimś rzadko spotykanym wyczuciem porzucili wszelkie 
próby I upiększeń i nawet nie starali się zachować stylu, prawdopodobnie domyślając się, że bez 
względu na to, co zrobią, dom ten i tak, będzie tym, czym jest. Piętro składało się zatem jedynie 
z długiego korytarza prowadzącego do szeregu drzwi. Przez chwilę wydawało się jej, że widzi 
owych budowniczych kończących pierwsze i drugie piętro z nieprzyzwoitym wręcz pośpiechem, 
aby I jak najszybciej wykonać prace i uciec. Po lewej stronie korytarza znajdowały się drugie 
schody, wiodące prawdopodobnie do pokojów służby na trzecim piętrze i poprzez drugie piętro – 
do pokoi służbowych poniżej. W końcu korytarza, po prawej stronie, był jeszcze jeden pokój 
i być może, jako że znajdował się na samym skraju, należał do najbardziej nasłonecznionych 
w całym   domu.   Poza   ciemną   boazerią   i serią   kiepsko   wykonanych   drzeworytów, 
rozmieszczonych   z pozbawioną   jakiegokolwiek   uroku   I dokładnością   wzdłuż   całej   długości 
korytarza, nic nie łamało jego prostej linii, z wyjątkiem szeregu szczelnie zamkniętych drzwi.

Pani Dudley przeszła na drugą stronę i otworzyła  drzwi, i najprawdopodobniej na chybił 

trafił.

– Pokój niebieski – powiedziała.
Z położenia schodów Eleanor wywnioskowała, że pokój musiał znajdować się we frontowej 

części   domu.   „Siostro   Anne,   siostro   Anne”   –   pomyślała   i z ulgą   ruszyła   w stronę   światła 
padającego z pokoju.

–   O,   jak   tu   ładnie   –   stwierdziła,   stanąwszy   w drzwiach,   ale   tylko   dlatego,   iż   czuła,   że 

powinna   coś   powiedzieć.   „Nieprawda.   Tak   tu   brzydko,   że   ledwo   można   tu   wytrzymać”   – 
pomyślała.   W pokoju   panował   taki   sam   krzykliwy   dysonans,   jaki   cechował   cały   Dom   na 
Wzgórzu.

Pani   Dudley   usunęła   się   na   bok,   aby   Eleanor   mogła   wejść   do   środka,   i odezwała   się, 

najwidoczniej w stronę ściany:

– Obiad stawiam w jadalni na kredensie punktualnie o szóstej. Możecie się obsłużyć sami. 

Naczynia sprzątam rano. Śniadanie będzie gotowe o dziewiątej. Tak było uzgodnione. Może nie 
jestem w stanie utrzymać pokoi tak, jak byście sobie tego życzyli, ale i tak nie znajdziecie tu 
nikogo   do   pomocy.   Ja   nikomu   nie   usługuję.   Tylko   zgodnie   z umową   i bez   żadnego 
posługiwania.

Eleanor skinęła głową, stojąc niepewnie w drzwiach.
– Po wydaniu kolacji wychodzę – ciągnęła pani Dudley. – Nie ma mnie tu, jak się ściemnia. 

Wychodzę jeszcze przed zmrokiem.

background image

– Wiem o tym – przyznała Eleanor.
– Mieszkamy tam, w mieście, o sześć mil stąd.
– Ach tak. – Eleanor przypomniała sobie Hillsdale.
– A zatem nie będzie tu nikogo w razie, gdybyście potrzebowali pomocy.
– Rozumiem.
– Nie będzie was nawet stamtąd słychać.
– Nie, nie sądzę...
– Nikt was nie usłyszy. Nikt bliżej nie mieszka. Nikt by się nie odważył zamieszkać bliżej.
– Wiem o tym – przyznała Eleanor ze znużeniem.
– W nocy  – powiedziała  pani  Dudley i roześmiała   się  jej  w twarz.  – W ciemnościach  – 

dodała, zamykając za sobą drzwi.

Na samą myśl o tym, że mogłaby jej powiedzieć, że będzie potrzebowała jej pomocy w tych 

nocnych ciemnościach, Eleanor również miała ochotę się roześmiać. I nagle wzdrygnęła się, nie 
wiedząc dlaczego.

2

Stała   samotnie   obok   walizki,   z płaszczem   ciągle   jeszcze   przewieszonym   przez   ramię, 

całkowicie   przygnębiona.   Powtarzała   sobie   bezradnie:   „Podróże   kończą   się   spotkaniem 
kochanków” i pragnęła powrócić do domu. Poza sobą miała ciemne schody i wypolerowany 
korytarz, wielkie frontowe drzwi oraz panią Dudley i Dudleya śmiejącego się z niej przy bramie 
z kłódkami,!  Hillsdale  i małą  chatkę  z kwiatami,  i rodzinę  w gospodzie,  i ogród z oleandrów, 
i dom   z kamiennymi   lwami.   To   oni   wszyscy   pod   czujnym   i nieomylnym   wzrokiem   doktora 
Montague przyprowadzili ją do tej niebieskiej sypialni w Domu na Wzgórzu. „To i wszystko jest 
okropne”   –   myślała,   bojąc   się   poruszyć,   gdyż   mogłoby   to   oznaczać   akceptację,   gest 
wprowadzenia się. „Okropnie tu i nie chcę tu zostać”. Jednakże nie miała przecież dokąd iść. 
List doktora Montague przywiódł ją aż tutaj i dalej nie mógł I już jej zaprowadzić. Po chwili 
westchnęła, potrząsnęła głową i i przeszła przez pokój, aby położyć walizkę na łóżku.

– Oto jestem tu, w niebieskiej sypialni w Domu na Wzgórzu j – powiedziała półgłosem, 

choć było to całkowitą prawdą, a sypialnia była niewątpliwie niebieska. W dwóch oknach, które 
wychodziły na dach werandy i trawnik, wisiały niebieskie, muślinowej firanki, a na podłodze 
leżał   niebieski   dywan   o geometrycznymi   wzorze.   Łóżko   pokrywała   niebieska   narzuta, 
a w nogach leżała j zwinięta niebieska kołdra. Ściany wyłożone były do wysokości jej ramion 
ciemną   boazerią,   jednakże   powyżej   powlekała   je   papierowa   tapeta   o delikatnym   wzorze 
z wianuszków   i wiązanek   niebieskich   kwiatków.   Być   może   ktoś   próbował   kiedyś   złagodzić 
surową atmosferę  tego pokoju wykwintną  tapetą,  nie zdając sobie nawet sprawy z tego, jak 

background image

szybko wszelka nadzieja stamtąd  wyparuje, pozostawiając jedynie  po sobie niewyraźny ślad 
niczym ledwo słyszalne z oddali echo czyjegoś płaczu... Eleanor wzdrygnęła się i odwróciła, aby 
lepiej przyjrzeć się całej sypialni. Zbudowana była według niewiarygodnie wadliwego planu, tak 
więc   wszystkie   jej   wymiary   były   błędne.   Zdawało   się,   że   ściany   są  zawsze   z jednej   strony 
odrobinę dłuższe, aniżeli tolerowałoby to ludzkie oko, z drugiej zaś odrobinę przykrótkie i przez 
to nie do zniesienia. „I tu każą mi spać?” – pomyślała Eleanor z niedowierzaniem. „Cóż za 
koszmary czyhają tu na mnie w tych ciemnych kątach? Cóż za straszliwa trwoga będzie mi się 
błąkać   po   ustach?”   Eleanor   wzdrygnęła   się.   „I   cóżeś   ty   najlepszego   zrobiła,   Eleanor?”   – 
pomyślała sobie.

Otworzyła   walizkę   leżącą   na   wysokim   łóżku   i z ulgą   ściągnęła   sztywne,   miejskie   buty. 

Zaczęła   się   rozpakowywać   z tym   pokrzepiającym,   czysto   kobiecym   przeświadczeniem,   że 
najlepszym sposobem na uspokojenie udręczonego umysłu jest włożenie wygodnego obuwia. 
Pakując   wczoraj   w domu   walizkę,   wybrała   rzeczy,   które   wydawały   jej   się   odpowiednie   do 
noszenia  w odosobnionej, wiejskiej rezydencji.  W ostatniej  chwili wybiegła  nawet  do miasta 
i podniecona  swą śmiałością  kupiła   dwie   pary spodni,  a zatem  coś,  czego  nie  nosiła  już od 
niepamiętnych czasów. „Matka byłaby wściekła na mnie” – pomyślała, pakując spodnie na dno 
walizki, tak aby w razie gdyby zabrakło jej odwagi, nie musiała ich wyciągać, a nikt by się 
wówczas nawet nie dowiedział, że w ogóle je miała. Teraz, w Domu na Wzgórzu, wcale nie 
wyglądały na nowe. Rozpakowała się niedbale i krzywo powiesiła w szafie sukienki. Spodnie 
wrzuciła do dolnej szuflady w komodzie o marmurowym blacie, a swe miejskie buty – w kąt 
olbrzymiej szafy. Książki, które przywiozła, już dawno ją nudziły. „I tak pewno tu nie zostanę” – 
pomyślała i zamknęła pustą walizkę, a potem odstawiła ją do szafy. Ponowne spakowanie się nie 
powinno jej zająć nawet pięciu minut. Nagle uświadomiła sobie, że starała się bezgłośnie włożyć 
walizkę   do   szafy,   a rozpakowując   rzeczy,   chodziła   po   podłodze   w pończochach.   Cały   czas 
usiłowała   poruszać   się   jak   najciszej,   tak   jakby   cisza   była   niezwykle   istotna   dla   Domu   na 
Wzgórzu.  I wtedy przypomniała  sobie,  że pani Dudley również stąpała  bezszelestnie.  Stojąc 
nieruchomo   pośrodku   pokoju,   czuła,   jak   ta   cisza,   tak   natarczywa   i przenikająca   cały   dom, 
pochłaniają ponownie. Czuła się jak jakieś maleńkie zwierzątko pożarte żywcem przez potwora, 
który czuł jego ruchy w swych wnętrznościach.

– Nie! – wykrzyknęła i krzyk ten odbił się echem o ścianę. Szybko przeszła przez pokój 

i odsunęła  muślinowe   firanki,   ale   światło  słoneczne  z trudem   przedostawało   się  przez   grube 
szyby okien, z których widziała tylko dach werandy i trawnik. Gdzieś tam na dole stał jej mały 
samochód, który mógł ją stąd zabrać. „Podróże kończą się spotkaniem kochanków” – myślała. 
„Przyjechałam   tu   w końcu   z własnego   wyboru”.   Potem   stwierdziła,   że   boi   się   przejść 
z powrotem przez pokój.

Stała zwrócona plecami do okien, wodząc wzrokiem po drzwiach, szafie, komodzie i łóżku 

background image

i wmawiając sobie, że wcale się nie bała. Nagle usłyszała odgłos zatrzaskiwanych drzwiczek 
samochodowych, a protein szybkie, nieomal taneczne kroki kogoś wbiegającego po schodach na 
werandę i wreszcie zaskakująco ciężkie  uderzenia  wielkiej  kołatki. „A więc zjeżdżają się tu 
i inni.   Wcale   nie   będę   sama!”   –   pomyślała   i prawie   ze   śmiechem   przebiegła   przez   pokój. 
Wybiegła na korytarz i wychyliwszy się a przez poręcz na klatce schodowej, spojrzała w dół na 
hol.

– Dzięki Bogu, że tu jesteś! – wykrzyknęła, wytężając w półmroku wzrok. – Dzięki Bogu, że 

jeszcze tu ktoś jest! – Zorientowała się nagle bez specjalnego zdziwienia, że mówi tak, j jakby 
pani Dudley nie mogła jej słyszeć, choć stała obok, cała j sztywna i blada. – Chodź tu prędko na 
górę! – dodała. – Musisz sama wnieść sobie walizkę.

Czuła, że brakowało jej tchu, wyglądało na to, że nie może przestać mówić. Typowa dla niej 

wstydliwość gdzieś się rozwiała.

– Jestem Eleanor Vance – przedstawiła się. – Tak się cieszę, że tu jesteś!
– A mnie na imię Theodora. Po prostu Theodora. Ten cholerny dom...
– Tu na górze jest tak samo. Chodź, powiedz tej kobiecie, żeby ci dała pokój obok mojego.
Theodora   weszła   za   panią   Dudley   po   ciężkich   schodach   na   górę,   przyglądając   się 

z niedowierzaniem witrażowi na półpiętrze, urnie stojącej w niszy i wzorzystym dywanom. Jej 
walizka była znacznie większa od bagażu Eleanor i o wiele bardziej elegancka. Eleanor zeszła na 
półpiętro,   aby   jej   pomóc,   zadowolona   w duchu,   że   wszystkie   swoje   rzeczy   już   bezpiecznie 
pochowała.

– Poczekaj, aż zobaczysz sypialnie! – odezwała się pokrzepiająco. – Moją używano zapewne 

do balsamowania ciał.

–   To   dom,   o jakim   zawsze   marzyłam   –   stwierdziła   stanowczo   Theodora.   –   Taka   mała 

zaciszna kryjówka, w której mogłabym pozostać sama ze swymi myślami. Zwłaszcza tymi, które 
dotyczą morderstw albo samobójstwa, albo...

– Pokój zielony – orzekła pani Dudley zimno.
Eleanor wyczuła z lękiem, że tego rodzaju lekceważące czy krytyczne uwagi na temat domu 

z jakiegoś powodu niepokoiły panią Dudley. „Może jej się wydaje, że on wszystko słyszy” – 
pomyślała Eleanor i natychmiast pożałowała swych myśli. Wzdrygnęła się, być może dlatego, że 
Theodora   odwróciła   się   i z uśmiechem,   uspokajająco   dotknęła   jej   ramienia.   „Ona   jest   taka 
czarująca” – pomyślała Eleanor i uśmiechnęła się do niej. „Nie wygląda na osobę, która pasuje 
do tego ponurego, ciemnego miejsca, ale z drugiej strony ja pewno też tu nie pasuję. Nie nadaję 
się do tego Domu na Wzgórzu i trudno powiedzieć, kto by się tu nadawał. Roześmiała się na 
widok twarzy Theodory stojącej w progu zielonej sypialni. 

– Wielki Boże! – jęknęła Theodora, spoglądając kątem oka na Eleanor. – A cóż to za cudo! 

Ależ to prawdziwy buduar!

background image

– Obiad stawiam w jadalni na kredensie punktualnie  o szóstej – zaczęła pani Dudley.  – 

Możecie się obsłużyć same. Naczynia sprzątam rano. Śniadanie będzie gotowe o dziewiątej. Tak 
było uzgodnione.

– Jesteś przerażona – zauważyła Theodora, patrząc uważnie na Eleanor.
– Może nie jestem w stanie utrzymać pokoi tak, jak byście sobie tego życzyły, ale i tak nie 

znajdziecie tu nikogo do pomocy. Ja nikomu nie usługuję. Tylko zgodnie z umową i bez żadnego 
posługiwania.

– To tylko dlatego, że myślałam, że będę tu sama – przyznała Eleanor.
– Nie ma mnie tu po szóstej. Wychodzę jeszcze przed zmrokiem.
– Teraz jesteśmy razem, a więc wszystko jest już w porządku.
– Mamy wspólną łazienkę – zauważyła absurdalnie Eleanor. – Nasze pokoje są identyczne.
W pokoju Theodory wisiały w oknach zielone, muślinowe firanki, a tapetę zdobiły girlandy 

zielonych   kwiatków.   Zarówno   I kołdra,   jak   i narzuta   na   łóżku   były   zielone.   Komoda 
z marmurowym blatem i szafa były również bliźniacze.

– Nigdy w życiu  nie widziałam równie koszmarnych  pomieszczeń  – stwierdziła  Eleanor 

podniesionym głosem.

– Jak w najlepszych hotelach – dodała Theodora – albo na letnich obozach dla panienek 

z dobrego domu.

– Wychodzę przed zmrokiem – ciągnęła pani Dudley.
– Nikt cię  nie  usłyszy,  jeśli zaczniesz  krzyczeć  w nocy – uprzedziła  Theodorę  Eleanor. 

Nagle spostrzegła, że trzyma się kurczowo klamki u drzwi. Pod kpiącym wzrokiem Theodory 
I rozwarła   palce   i pewnym   krokiem   przeszła   przez   pokój.   –   Będziemy   musiały   spróbować 
otworzyć okna.

– A zatem nie będzie tu nikogo w razie, gdybyście potrzebowały pomocy – powtórzyła pani 

Dudley. – Nikt was nie usłyszy – Nawet w nocy. Nikt was stąd nie usłyszy.

– Czy już się lepiej czujesz? – spytała Theodora, a Eleanor potaknęła głową.
– Najbliżsi sąsiedzi mieszkają dopiero w mieście. Nikt by się nie odważył zamieszkać bliżej.
– Najprawdopodobniej jesteś po prostu głodna – stwierdziła Theodora. – W każdym razie ja 

umieram z głodu.

Postawiła walizkę na łóżku i ściągnęła buty.
– Nic mnie tak nie wyprowadza z równowagi jak głód. Jestem wtedy oschła i opryskliwa, 

a w dodatku łatwo wybucham płaczem. – Wyjęła z walizki parę luźno skrojonych spodni.

– W nocy – powtórzyła złowrogo pani Dudley i roześmiała się. – W ciemnościach – dodała, 

zamykając za sobą drzwi.

– Ona potrafi także chodzie bezszelestnie – po chwili odezwała się Eleanor.
– Czarująca kobiecina. – Theodora odwróciła się, rozglądając się po pokoju. – Cofam to, co 

background image

powiedziałam o najlepszych hotelach. Ten dom przypomina mi trochę szkołę z internatem, do 
której chodziłam.

– Chodź, zobacz mój pokój. – Otworzyła drzwi do łazienki i poprowadziła ją do błękitnej 

sypialni. – Byłam już rozpakowana, ale zamierzałam zacząć pakować się z powrotem, kiedy cię 
usłyszałam.

–   Biedactwo.   Jestem   pewna,   że   musisz   być   bardzo   głodna.   Na   sam   widok   tego   domu 

pomyślałam sobie, z jaką lubością patrzyłabym nań, jak się pali. Może zanim stąd wyjedziemy...

– Okropnie tu być samemu.
–   Żebyś   ty   widziała   tę   moją   szkołę   z internatem   w czasie   wakacji!   –   Theodora   weszła 

z powrotem do swego pokoju. Mając świadomość jej obecności za ścianą, Eleanor wyraźnie 
poweselała.   Poprawiła   wiszące   krzywo   na   wieszakach   sukienki   i równo   ułożyła   książki   na 
nocnym stoliku.

– Wiesz – zawołała Theodora z sąsiedniego pokoju – czuję się tak, jak w pierwszym dniu 

szkoły. Wszystko wydaje ci się wtedy takie obrzydliwe i dziwne, nie zna się nikogo i boisz się, 
że wszyscy będą się śmiali z twojego ubrania.

Eleanor otworzyła szufladę komody, aby również wyciągnąć spodnie. Przystanęła na chwilę, 

po czym roześmiała się i rzuciła spodnie na łóżko.

–   Czy   dobrze   słyszałam,   że   pani   Dudley   nie   przyjdzie   tu   nawet,   gdybyśmy   krzyczały 

w nocy? – spytała Theodora.

– Tego nie było w umowie. Czy miałaś przyjemność poznać tego sympatycznego starego 

służącego przy bramie?

– Ucięliśmy sobie małą pogawędkę. Zabronił mi tu wjechać, a ja się uparłam i wjechałam. 

Potem   próbowałam   go   przejechać   samochodem,   ale   w porę   uskoczył   na   bok.   Słuchaj,   czy 
rzeczywiście musimy czekać tu w pokojach? Wolałabym włożyć coś wygodniejszego, chyba że 
musimy się przebierać do obiadu.

– Ja nie mam ochoty, chyba że ty zechcesz.
– Mnie się też nie chce. Nie mogą nas obu do tego zmusić. W każdym razie chodźmy stąd 

i przyjrzyjmy się trochę temu miejscu.

–  Bardzo   szybko   robi   się  tu   ciemno,   wśród   tych   pagórków  i tylu   drzew...   –  zauważyła 

Eleanor, podchodząc do okna. Na trawnik ciągle jeszcze padały skośne promienie słońca.

– Tak naprawdę ściemni się tu dopiero za jakąś godzinę. Mam ochotę wyjść na zewnątrz 

i potarzać się w trawie.

Eleanor wybrała czerwony sweter, uważając, że czerwień swetra i dopasowanych pod jego 

kolor sandałów z całą pewnością skłócą się ze sobą w tym pokoju i domu, choć poprzedniego 
dnia w mieście świetnie się dopełniały. „Dobrze mi tak”: – pomyślała. „Za to, że zachciało mi 
się   kupować   takie   rzeczy.   Nigdy   przedtem   czegoś   takiego   nie   nosiłam”.   Dziwnym   trafem 

background image

wyglądała w nich wyjątkowo korzystnie i stojąc przed długim lustrem w drzwiach szafy, czuła 
się w nich zupełnie dobrze.

– Czy wiesz, kto jeszcze ma tu przyjechać? Albo kiedy? – spytała.
– Doktor Montague – odpowiedziała Theodora. – Myślałam, że będzie tu przed nami.
– Od dawna go znasz?
– Nigdy przedtem go nie widziałam – odpowiedziała Theodora. – A ty?
– Ja też nie. Jesteś gotowa?
– Tak. – Theodora przeszła przez łazienkę do pokoju Eleanor. „Wygląda prześlicznie. Też 

chciałabym   tak   wyglądać”   –   pomyślała   Eleanor.   Theodora   miała   na   sobie   jaskrawą,   żółtą 
koszulę. – Wnosisz więcej światła do tego pokoju niż te dwa okna! – zaśmiała się.

Theodora weszła dalej do pokoju i przyjrzała się sobie z aprobatą w lustrze Eleanor.
– Uważam, że w tym wyjątkowo ponurym miejscu obowiązkowo powinnyśmy ubierać się 

jaskrawo. Podoba mi się ten twój czerwony sweter. Obie będziemy widoczne z jednego końca 
Domu na Wzgórzu na drugim. – Nadal wpatrzona w lustro, spytała: – Czy doktor Montague też 
napisał do ciebie?

– Tak – przyznała z zawstydzeniem Eleanor. – Z początku nie wiedziałam, czy to żart, czy 

też coś poważnego. Ale mój szwagier sprawdził go.

–   Wiesz,   właściwie   to   tak   naprawdę   do   ostatniej   chwili,   nieomal   do   momentu,   kiedy 

stanęłam   przed   bramą,   w ogóle   nie   wierzyłam   w istnienie   tego   Domu   na   Wzgórzu.   Trudno 
uwierzyć, że takie rzeczy się w życiu zdarzają.

–   Niektórzy   z nas   żyją   tylko   taką   nadzieją   –   odpowiedziała   cicho   Eleanor.   Theodora 

zaśmiała się, obróciła na pięcie przed lustrem i złapała Eleanor za rękę.

– Towarzyszko losu, chodźmy zbadać teren!
– Nie powinnyśmy się za bardzo oddalać od domu.
– Obiecuję, że nie pójdę ani kroku dalej, jeśli ty sobie tego nie będziesz życzyć. Jak myślisz, 

czy powinnyśmy się zameldować u pani Dudley?

– Ona i tak najprawdopodobniej nie spuszcza nas z oczu. To pewno wchodzi w zakres jej 

umowy.

– Ciekawa jestem z kim? Z księciem Drakulą?
– Myślisz, że to on mieszka w tym domu?
– Jestem pewna, że przyjeżdża tu na weekendy. Przysięgam ci, że widziałam nietoperza 

wyrzeźbionego w boazerii na dole. Chodź ze mną.

Zbiegły ze  schodów, pulsujące życiem  i kolorem  na tle  ciemnych  drzeworytów  boazerii 

i przyciemnionego światła na klatce schodowej. Pani Dudley stała na dole i przyglądała się im 
w milczeniu.

– Idziemy rozejrzeć się po okolicy – oznajmiła mimochodem Theodora. – Będziemy gdzieś 

background image

w ogrodzie.

– Niedługo wrócimy – dodała Eleanor.
– Obiad stawiam na kredensie punktualnie o szóstej – powtórzyła pani Dudley.
Eleanor   otworzyła   z wysiłkiem   ogromne   frontowe   drzwi.?   Robiły   wrażenie   masywnych 

i rzeczywiście   były   wyjątkowo   ciężkie.   „Musimy   znaleźć   jakiś   prostszy  sposób   na   to,   żeby 
dostać się do środka” – pomyślała Eleanor.

– Zostaw je otwarte! – rzuciła przez ramię do Theodory. – Są okropnie ciężkie. Podeprzyj je 

jedną z tych dużych waz.

Theodora przesunęła jedną z olbrzymich kamiennych waz stojących w kącie korytarza i obie 

podparły nią drzwi. Promienie zachodzącego słońca wydawały się wyjątkowo mocne i jaskrawe 
po ciemnościach panujących  w domu. Powietrze było świeże i słodkie. Za nimi pani Dudley 
odsunęła wazę z powrotem i wielkie drzwi zatrzasnęły się z hukiem.

– Cudowna staruszka – powiedziała Theodora w stronę zatrzaśniętych drzwi. Przez chwilę 

jej twarz wykrzywiła się ze złości i Eleanor pomyślała: „Mam nadzieję, że ona nigdy tak na mnie 
nie popatrzy”. Zdziwiła się, gdyż uzmysłowiła sobie nagle, że dotąd była zawsze nieśmiała, 
zastraszona   i niezdarna   przy   obcych,   a teraz   w niespełna   pół   godziny   zaczęła   traktować 
Theodorę jak kogoś bliskiego i istotnego w jej życiu, kogoś, kogo gniew byłby przerażający.

– Myślę... – zaczęła Eleanor z wahaniem i odetchnęła z ulgą, gdyż usłyszawszy ją, Theodora 

odwróciła się i uśmiechnęła do niej ponownie. – Myślę, że w ciągu dnia, kiedy pani Dudley 
będzie się tu kręcić, poszukam sobie czegoś absorbującego do roboty, z dala od tego domu. Na 
przykład zajmę się strzyżeniem kortów tenisowych albo pielęgnacją winorośli w cieplarni.

– Może mogłabyś pomóc panu Dudleyowi przy bramie.
–   Albo   szukać   bezimiennych   nagrobków   w pokrzywach.   Przystanęły   oparte   o poręcz 

werandy.   Widoczny   był   stamtąd   podjazd   do   punktu,   w którym   znikał   pomiędzy   drzewami, 
a powyżej   rysowała   się   miękka   linia   pagórków,   aż   po   odległą   ciemniejszą   kreskę,   którą 
stanowiła przypuszczalnie główna autostrada, droga wiodąca z powrotem do miast, z których 
przybyły. Poza drutami, które biegły do domu z jakiegoś punktu pomiędzy drzewami, brakowało 
jakiegokolwiek dowodu na to, że Dom na Wzgórzu przynależał w jakiś sposób do reszty świata. 
Eleanor odwróciła się i ruszyła wzdłuż werandy, która najwidoczniej otaczała cały dom.

– O, popatrz! – wykrzyknęła, znikając za rogiem. Pagórki za domem nacierały od tyłu masą 

potężnych nasypów, skąpanych w letniej zieleni, soczystej i nieruchomej.

– To pewnie dlatego nazywają go Domem na Wzgórzu – stwierdziła Eleanor.
– To typowo wiktoriański styl – tłumaczyła Theodora. – Oni po prostu lubowali się w tego 

rodzaju przesadnych wypukłościach i zakopywali się w fałdach aksamitu, frędzli i purpurowego 
pluszu.   Każde   pokolenie   przed   nimi   lub   po   nich   postawiłoby   ten   dom   na   szczycie   tych 
pagórków, gdzie pasowałby o wiele lepiej, zamiast wtulać go w tę dolinę.

background image

– Gdyby zbudowano go na szczycie pagórka, to byłby o wiele bardziej widoczny. Ja jestem 

za tym, aby go trzymać w ukryciu.

– Przez cały czas mego pobytu tutaj będę umierać ze strachu, że te wzgórza się na nas 

zawalą.

– O nie, one się nie zawalą. One się tylko powoli, cichutko i potajemnie osuną, i przytłoczą 

cię, kiedy będziesz próbowała uciekać.

– Serdeczne dzięki – powiedziała cichym głosem Theodora. – Tak ładnie skończyłaś to, co 

pani Dudley tak ślicznie zaczęła. Zaraz pójdę się spakować i wracam do domu.

Eleanor z początku uwierzyła, lecz kiedy ujrzała rozbawienie w jej twarzy, pomyślała sobie, 

że Theodora jest o wiele od niej dzielniejsza. Theodora, jakby czytając jej myśli, odpowiedziała:

– Nie bądź ciągle taka zastraszona. – Wyciągnęła dłoń i dotknęła palcem policzka Eleanor. – 

Nigdy nie wiemy,  skąd bierze się nasza odwaga. – A potem szybko zbiegła ze schodów na 
trawnik pomiędzy wysokimi drzewami.

– Pospiesz się! – zawołała. – Chcę zobaczyć, czy jest tu i gdzieś jakiś strumyk.
– Nie powinnyśmy się za bardzo oddalać – przypomniała Eleanor, podążając za nią. Jak 

dwójka rozbawionych dzieci przebiegły przez trawnik, stopami wdzięcznymi za miękką trawę, 
tak kojącą po twardych posadzkach, złaknione otwartej przestrzeni nawet po tak krótkim pobycie 
w Domu na Wzgórzu. Nieomal ze zwierzęcym instynktem dążyły za szumem i zapachem wody.

– Tamtędy! – wskazała Theodora. – Tą małą ścieżką! Dróżka wiodła je zwodniczo coraz 

bliżej   szmeru   wody,   wijąc   się   uporczywie   w dół   pomiędzy   drzewami,   od   czasu   do   czasu 
pozwalając dojrzeć pomiędzy nimi podjazd na zboczu pagórka, poprzez skalistą łączkę, coraz 
dalej od domu. Kiedy oddaliły się już dość znacznie od domu i wyszły spod drzew na otwartą 
przestrzeń, gdzie nadal dosięgały je promienie słońca, Eleanor odczuła wyraźną ulgę. Zauważyła 
jednak,   że   słońce   zaczęło   opadać   niepokojąco   blisko   wierzchołków   pagórków.   Zawołała 
Theodorę, ale ona tylko odkrzyknęła: – Chodź za mną! – i pobiegła dalej przed siebie. Nagle 
zatrzymała się zadyszana i chwiejąc się, usiłowała zachować równowagę nad samym brzegiem 
strumienia,   który   pojawił   się   przed   nią   zupełnie   bez   ostrzeżenia.   Eleanor   podążając   za   nią 
o wiele wolniej, złapała ją za rękę i przytrzymała, lecz mimo to obie upadły ze śmiechem na 
pochyły brzeg, osuwający się prosto do wody.

.– Lubią tu niespodzianki – stwierdziła Theodora, ciężko dysząc.
– Dobrze ci, skoro tak biegłaś na złamanie karku.
– Ślicznie tu, prawda? – Strumień płynął wartko z pluskiem. Po drugiej stronie trawa sięgała 

aż do samej wody, a żółte i niebieskie kwiaty chyliły ku niej głowy. Przed nimi roztaczał się 
widok na duży, okrągły pagórek, za którym przypuszczalnie rozciągała się kolejna łączka, a za 
nią wznosiły się wysokie wzgórza, ciągle jeszcze skąpane w ostatnich promieniach słońca.

– Jak tu ślicznie! – stwierdziła stanowczo Theodora.

background image

– Jestem pewna, że już tu kiedyś byłam. Być może w którejś z bajek – odezwała się Eleanor.
– Na pewno. Potrafisz skakać po kamieniach?
– W tym miejscu księżniczka łapie złotą rybkę, która w rzeczywistości jest zaczarowanym 

księciem.

– Ta twoja złota rybka nie popływałaby tu sobie. Ten strumyk jest taki płytki.
– Ale są tu kamienie, po których można przejść na drugą stronę. A między nimi pływają 

małe rybki. Może to cierniki?

– Nie, to zaklęci książęta. – Theodora wyciągnęła się w stronę słońca na brzegu strumyka 

i ziewnęła. – A może to kijanki?

– Nie, to na pewno cierniki. Już za późno na kijanki, głuptasie. Mogę się jednak założyć, że 

zdołałybyśmy   tu   jeszcze   znaleźć   żabi   skrzek.   Jak   byłam   mała,   łapałam   cierniki   za   ogonki, 
a potem wypuszczałam je z powrotem do rzeki.

– Świetnie nadawałabyś się na żonę dla farmera.
– To dobre miejsce na piknik. Tutaj na brzegu można by zjeść obiad i jajka na twardo. – 

Theodora zaśmiała się. – A także sałatkę z kurczaka i czekoladowe ciasto.

– Można by tu przynieść lemoniadę w termosie i sypką sól. Theodora obróciła się leniwie na 

drugi bok.

– Wiesz, ludzie nie mają racji, kiedy tak narzekają na mrówki. Jeszcze nigdy nie widziałam 

na pikniku mrówek. Krowy owszem, ale mrówek – nigdy.

– I zawsze był gdzieś byk. Zawsze ktoś mówił mi: „Nie możemy przejść przez to pole, bo to 

tutaj właśnie jest ten byk”.

Theodora otworzyła jedno oko.
– Czy ty też miałaś kiedyś komicznego wujaszka? Każdy zawsze się śmiał ze wszystkiego, 

co on mówił? I czyż nie mówił ci, żebyś się nigdy nie bała byka? Gdyby zaczął cię gonić, to 
należało złapać go za kolczyk w nosie i przerzucić sobie przez głowę.

Eleanor wrzuciła kamyk do strumyka i patrzyła, jak opada na dno.
– Miałaś wielu wujków?
– Tysiące, a ty?
– Ja też. Dużych i małych, chudych i tłustych – odezwała się po chwili Eleanor.
– A miałaś ciotkę Ednę?
– Nie, ciotkę Muriel.
– Taką chudą, w drucianych okularach?
– I z broszką z granatem.
– Czy ona również ubiera się na czarno na wszystkie rodzinne okazje?
– I nosi mankiety z koronek.
– Jestem pewna, że musimy być spokrewnione – stwierdziła Theodora. – Czy nosiłaś aparat 

background image

na zębach?

– Nie, ale za to miałam piegi.
– Chodziłam do prywatnej szkoły, gdzie uczono mnie ukłonów.
–   Ja   zawsze   byłam   przez   całą   zimę   przeziębiona.   Mama   kazała   mi   nosić   wełniane 

pończochy.

–   Moja   mama   zmuszała   mojego   brata,   żeby   mnie   zabierał   na   zabawy.   A ja   się   wtedy 

kłaniałam wszystkim jak wariatka. Twój brat do tej pory mnie za to nie cierpi.

– A ja upadłam w czasie procesji na zakończenie szkoły średniej.
– Ja zapomniałam słów do mojej partii operetki.
– Ja kiedyś pisałam wiersze.
–   Tak,   jestem   przekonana,   że   jesteśmy   kuzynkami   –   stwierdziła   ponownie   Theodora. 

Usiadła, śmiejąc się głośno, a Eleanor ostrzegła ją:

– Cicho, coś się tam rusza!
Zastygły   z przerażenia   wpatrzone   w punkt   na   wzgórzu   po   przeciwnej   stronie   strumyka. 

Wypatrywały  czegoś niewidocznego,  co poruszało się wolno po zielonym  wzgórzu, a czego 
pojawienie się sprawiło, że światło dnia i woda w potoku stawały się chłodniejsze.

– Co to takiego? – szepnęła Eleanor jednym tchem, a Theodora ujęła ją mocno za rękę.
– Już  go tu  nie  ma  –  powiedziała   stanowczo  i natychmiast  ukazało   się słońce,  i znowu 

zrobiło się ciepło. – To był tylko zając.

– Ja go nie widziałam – odezwała się Eleanor.
– Ja go zobaczyłam w tym samym momencie, w którym zaczęłaś o tym mówić. To był zając. 

Pobiegł na drugą stronę wzgórza i zniknął nam z oczu.

– Za długo już tu siedzimy – stwierdziła Eleanor, patrząc z niepokojem na słońce dotykające 

szczytów   pagórków.   Podniosła   się   szybko   i poczuła,   że   od   siedzenia   na   mokrej   trawie 
zesztywniały jej nogi.

– Żeby takie dwie wspaniałe wycieczkowiczki jak my tak bardzo wystraszyły się zająca! – 

zaśmiała się Theodora.

Eleanor pochyliła się i wyciągnęła ku niej rękę, aby pomóc podnieść się na nogi.
– Lepiej się pospieszmy – powtórzyła i sama nie rozumiejąc swej nie dającej się odeprzeć 

trwogi, dodała: – Reszta towarzystwa pewno już przyjechała.

– Musimy wkrótce urządzić tu sobie piknik – powiedziała Theodora, pnąc się ostrożnie pod 

górę. – Prawdziwy, tradycyjny piknik nad strumykiem.

– Mogłybyśmy poprosić panią Dudley, żeby nam ugotowała parę jaj na twardo. – Eleanor 

zatrzymała się i nie odwracając się za siebie, powiedziała: – Theodoro, ja chyba nie mogę tu 
zostać. Nie sądzę, abym potrafiła to wytrzymać.

– Eleanor! – Theodora objęła ją ramieniem. – Czy chcesz nas teraz rozłączyć? Teraz, kiedy 

background image

odkryłyśmy, że jesteśmy kuzynkami?

background image

Rozdział III

1

Słońce   zachodziło   spokojnie   za   pagórkami,   osuwając   się   nieomal   radośnie   za   faliste 

masywy. Kiedy Eleanor i Theodora podchodziły do werandy, na trawniku kładły się już długie 
cienie, a oblicze Domu na Wzgórzu miłosiernie skrywały ciemności.

– Zdaje się, że ktoś tam na nas czeka – powiedziała Eleanor, przyspieszając kroku. I wtedy 

po raz pierwszy ujrzała Luke’a. „Podróże kończą się spotkaniem kochanków” – pomyślała i była 
jedynie w stanie zapytać bezsensownie: – Czy pan nas szuka?

Podszedł do balustrady i przyjrzał się im w ciemnościach, a następnie skłonił się głęboko na 

powitanie.

– Szanowne panie, jeśli jesteście upiornymi mieszkankami Domu na Wzgórzu, to ja gotów 

jestem zostać tu na zawsze.

„Zachowuje się trochę głupawo” – pomyślała Eleanor surowo.
– Przepraszamy, że nie czekałyśmy tu z powitaniem, ale miałyśmy ochotę zwiedzić okolicę 

– odpowiedziała Theodora.

– Zrobiła to za was skwaszona stara megiera o twarzy koloru zsiadłego mleka. „Jak się pan 

miewa?” – przywitała  mnie  w progu. „Mam nadzieję, że jutro rano zastanę  tu jeszcze pana 
żywego. Pański obiad stoi na kredensie”. To rzekłszy, wyjechała ostatnim modelem kabrioletu 
z dwoma płatnymi mordercami.

– To była pani Dudley – wyjaśniła Theodora. – Jednym z morderców musiał być Dudley, ten 

od bramy, a drugi to pewno książę Drakula. Udana rodzinka.

– Skoro już wymieniamy listę bohaterów, to chciałbym  się również przedstawić. Jestem 

Luke Sanderson.

Eleanor nie mogła ukryć zaskoczenia i wykrzyknęła – A zatem jest pan członkiem rodziny! 

Jest pan jednym z tych, w których posiadaniu znajduje się ten dom! Więc nie jest pan gościem 
doktora Montague?

–   Owszem,   jestem   członkiem   rodziny.   Pewnego   dnia   ta   majestatyczna   sterta   kamieni 

zostanie   moją   własnością.   Zanim   to   jednak   nastąpi,   jestem   tu   jako   jeden   z gości   doktora 
Montague.

– A nam na imię Theodora i Eleanor. Jesteśmy dwoma małymi dziewczynkami, które miały 

ochotę urządzić sobie piknik nad strumykiem, ale wystraszył nas stamtąd zając.

– Ja też panicznie boję się zajęcy – przyznał uprzejmie Luke. – Czy wezmą mnie panie ze 

sobą, jeśli obiecam, że będę dźwigać koszyk?

background image

–  Może   pan  nam   przygrywać  na  gitarze   i ukulele,  jak  będziemy  zajadać  się  kanapkami 

z kurczakiem. Czy doktor Montague też już przyjechał?

– Jest w środku. Napawa się atmosferą domu, w którym straszy.
Umilkli   na   chwilę,   mając   ochotę   przysunąć   się   jeszcze   bliżej   do   siebie,   a Theodora 

zauważyła nieśmiało:

– Teraz, kiedy już jest ciemno, wcale nie brzmi to tak zabawnie.
– Witam panie! – Otworzyły się wielkie frontowe drzwi. – Proszę do środka. Jestem doktor 

Montague.

2

Cała czwórka po raz pierwszy stanęła razem w ciemnym, szerokim holu Domu na Wzgórzu. 

Otaczający ich zewsząd dom osadził ich w jednym miejscu i przyglądał im się uważnie. Ponad 
nimi  czujnie drzemały wzgórza, drobne prądy powietrza,  dźwięku i ruchu drgnęły i czekały, 
szepcząc coś do siebie, a środek świadomości przesunął się nagle do tego niewielkiego punktu, 
w którym stała owa grupka ludzi, patrzących jeden na drugiego z pełnym zaufaniem.

–   Cieszę   się,   że   wszyscy   zajechaliście   tu   bezpiecznie   i na   czas   –   odezwał   się   doktor 

Montague. – Witajcie, witajcie w Domu na Wzgórzu – choć przypuszczalnie słowa te powinny 
paść od ciebie, mój chłopcze. W każdym razie, witajcie, moi drodzy! Luke, mój chłopcze, czy 
mógłbym cię prosić o lampkę martini?

3

Doktor Montague wzniósł do góry kieliszek, napił się odrobinę i westchnął:
– Cudownie, cudownie, mój chłopcze. A zatem za nasze powodzenie w Domu na Wzgórzu!
– Jaką miarą można mierzyć powodzenie w sprawie takiej jak ta? – zapytał zaciekawiony 

Luke.

Doktor Montague roześmiał się.
– Powiedzmy więc zatem, że mam nadzieję, że wszyscy spędzimy tutaj pasjonująco czas, 

a moja   książka   wstrząśnie   zasadami   moich   kolegów   i powali   ich   z nóg.   Nie   mogę   nazwać 
waszego pobytu w tym domu wakacjami, choć niektórzy z was tak pewno to traktują. Oczekuję 
bowiem, że będziecie tu pracować, choć naturalnie praca zależy w dużym stopniu od tego, co się 
ma robić, nieprawdaż? A zatem... notatki! – Podkreślił to, tak jakby z ulgą koncentrował się 
wreszcie na czymś konkretnym w tym mglistym i grząskim świecie. – No właśnie, będziemy 
robić notatki, co dla niektórych z nas nie powinno stanowić większej trudności.

– Pod warunkiem, że nikt nie będzie robił sobie żadnych kpin ze spirytusu i spirytyzmu – 

background image

powiedziała Theodora, nadstawiając kieliszek, aby Luke mógł go napełnić.

– Spirytyzmu? – Doktor spojrzał na nią z ciekawością. – Spirytyzmu? Ach tak, oczywiście. 

Naturalnie nikt z nas... – Zawahał się, marszcząc brwi. – Z całą pewnością nie – powiedział 
wreszcie stanowczo i podniecony zaczął szybkimi łykami popijać swój trunek.

– Wszystko jest tutaj takie dziwne – odezwała się Eleanor. – To znaczy, chciałam przez to 

powiedzieć,  że jeszcze dziś rano zastanawiałam  się, jak też wygląda  ten Dom na Wzgórzu, 
a teraz i nie mogę uwierzyć, że naprawdę jesteśmy tu wszyscy razem.

Siedzieli w małym pokoju wybranym przez doktora, który zaprowadził ich do mego wąskim 

korytarzem, błądząc trochę z początku, lecz w końcu znajdując właściwą drogę. Trudno byłoby 
nazwać ten pokój przytulnym. Miał nieprzyjemnie wysoki sufit i wąski, wyłożony kafelkami 
kominek, którego widok dawał uczucie zimna, mimo że Luke natychmiast rozpalił w nim ogień. 
Krzesła,   na   których   siedzieli,   były   okrągłe   i śliskie,   a światło   padające   przez   abażury 
z kolorowych koralików rzucało długie cienie po katach. W pokoju przeważała purpura, pod ich 
stopami błyszczał dywan w ciemne, powykręcane wzory, a ściany pokrywały złocenia i tapeta. 
Na gzymsie kominka głupkowato wdzięczył się do nich marmurowy amorek. Umilkli na chwilę 
i wówczas   przytłoczył   ich   zewsząd   ciężar   ciszy   zalegającej   cały   dom.   Eleanor   –   nadal 
zastanawiając się, czy wszystko to faktycznie j widziała na jawie, czy też śniła tylko o Domu na 
Wzgórzu z jakiegoś niezwykle odległego miejsca – rozejrzała się wolno i ostrożnie po pokoju. 
Ci ludzie mieli teraz być jej przyjaciółmi. I Doktor był pulchnym i zaróżowionym mężczyzną 
z brodą,   który   o wiele   lepiej   wyglądałby   w jakimś   sympatyczniejszym   pokoju,   usadowiony 
z kotem na kolanach w fotelu przy kominku. Wokół niego krążyłaby mała różowa żoneczka, 
podsuwając mu ciastka z galaretką. A jednak bez wątpienia był to ów doktor Montague, który 
przyprowadził ją tutaj. Mały człowieczek, uparty i wykształcony. Po drugiej stronie kominka 
siedziała Theodora, która bezbłędnie podeszła do najwygodniejszego krzesła i zdołała się na nim 
jakoś usadowić, wtuliwszy głowę w oparcie, a nogi opierając na poręczy. „Wygląda jak kot” – 
pomyślała Eleanor. Kot czekający najwidoczniej na obiad”. Luke nie usiadł spokojnie ani na 
chwilę, lecz kręcił się tam i z powrotem wśród cieni, napełniając kieliszki trunkami. To poruszał 
drwa   w kominku,   to   dotykał   marmurowego   amorka.   W świetle   ognia   zdawał   się   ożywiony 
i niespokojny. Wszyscy umilkli, zmęczeni po podróży, a Eleanor pomyślała sobie: „Jestem jedną 
z nich, jestem czwartą osobą w tym pokoju, nieodłączną częścią”.

– Skoro  jesteśmy  już  tu  wszyscy  – odezwał   się nagle   Luke,  tak  jakby  nie  było   żadnej 

przerwy w rozmowie – to czyż nie powinniśmy się lepiej poznać? Znamy przecież tylko swoje 
imiona. Wiem tylko tyle, że tej pani w czerwonym swetrze na imię Eleanor, a zatem ta w żółci 
musi być Theodora.

– Doktor Montague nosi bródkę, a zatem pan to Luke.
–  A ty   musisz   być   Theodora   –   wtrąciła   Eleanor   –  bo   to  ja  jestem   Eleanor.   „Eleanor   – 

background image

pomyślała z tryumfem – która rozmawia swobodnie i siedzi z przyjaciółmi przy kominku”.

– I z tego też powodu masz na sobie czerwony sweter – wyjaśniła jej trzeźwo Theodora.
– A ja nie noszę brody – stwierdził Luke. – A zatem to on musi być doktorem Montague.
–   Ja   mam   brodę   –   oznajmił   doktor   Montague   z zadowoleniem   i spojrzał   na   nich 

rozpromieniony. – Moja żona lubi, jak mężczyzna ma brodę. Z drugiej zaś strony, wiele kobiet 
odczuwa do zarostu awersję. Ale, jak to mówi moja żona, gładko ogolony mężczyzna – wybacz 
mój chłopcze – jest jakby niekompletnie ubrany.

Podsunął swój kieliszek do napełnienia.
– Teraz, kiedy już ustaliliśmy, kto spośród nas jest mną – zaczął Luke – pozwólcie, że się 

wam dalej przedstawię. W prywatnym życiu – założywszy,  że to jest nasze życie publiczne, 
a reszta świata należy do sfery prywatnej – powiedzmy, że jestem na przykład torreadorem. Tak 
właśnie, torreadorem.

– A ja jestem zakochana w mojej  miłości  do „B” – odezwała  się mimo  woli Eleanor  – 

ponieważ „B” jest brodate.

– To prawda – przytaknął jej Luke. – To z pewnością uczyni ze mnie doktora Montague. 

Mieszkam w Bangkoku, a moim hobby jest bałamucenie kobiet.

– A właśnie, że nie! – zaprotestował rozbawiony doktor.– Ja mieszkam w Belmont.
Theodora   roześmiała   się   i spojrzała   szybko   na   Luke’a z  takim)   samym   zrozumieniem, 

z jakim wcześniej  patrzyła  na  Eleanor.  Obserwująca ją Eleanor  pomyślała  sobie, że  dłuższe 
przebywanie z kimś, kto jest tak spostrzegawczy i wyczulony jak Theodora, musi być bardzo 
męczące.

– A ja jestem z zawodu modelką artystów – powiedziała prędko Eleanor, żeby uciszyć swe 

własne myśli. – Wiodę szalony, zdeprawowany tryb życia i owinięta w szal chodzę z poddasza 
na poddasze.

–   Czy   jesteś   także   okrutna   i rozpustna?   –   zapytał   Luke.   –   A może   jesteś   jedną   z tych 

delikatnych istot, które zakochują się w synu lorda i potem usychają z miłości?

– A potem tracą całą swą urodę i kaszlą nieustannie? – dodała Theodora.
– Uważam raczej, że mam serce ze szczerego złota – powiedziała Eleanor w zamyśleniu. – 

W każdym   razie   o moich   romansach   rozprawia   się   głośno   po   kawiarniach.   „O   rety!”   – 
pomyślała... o rety!”

– Niestety, to ja jestem córką lorda. Zazwyczaj chodzę w jedwabiach, koronkach i szatach 

przetykanych   złotem,   dzisiaj   jednak   na   spotkanie   z wami   wystroiłam   się   w ciuchy   mojej 
pokojówki. Naturalnie może się zdarzyć, że tak się rozmiłuję w tym prostackim życiu, że nigdy 
nie   zechcę  wrócić   do  pałacu   i biedna  dziewczyna  będzie  musiała   kupić  sobie  nowe  rzeczy. 
A pan, doktorze Montague?

– Ja? Ja jestem pielgrzymem, wędrowcem.

background image

.–   To   rzeczywiście   wyjątkowo   dobrane   towarzystwo   –   stwierdził   z uznaniem   Luke.   – 

Przeznaczone   nam   zostać   nierozłącznymi   przyjaciółmi.   Kurtyzana,   pielgrzym,   księżniczka 
i torreador. Dom na Wzgórzu z pewnością jeszcze nie widział takiego zgromadzenia.

– Ja ze swej strony oddałabym pierwszeństwo Domowi na Wzgórzu. Nigdy w życiu nie 

widziałam czegoś podobnego – odpowiedziała Theodora. Wstała i z kieliszkiem w ręku podeszła 
przyjrzeć się wazie ze szklanymi kwiatami. – Jak sądzicie, jakim celom służył kiedyś ten pokój?

– Być może był to salon. Albo buduar. Wydawało mi się, że tu nam będzie najwygodniej. 

W rzeczy samej myślę, że powinniśmy uważać ten pokój za nasze centrum operacyjne, za coś 
w rodzaju pokoju rekreacyjnego. Być może nie jest on specjalnie przytulny...

– Ależ wręcz przeciwnie! – zaprotestowała Theodora. – Nic tak nie ożywia jak kasztanowe 

obicia, ciemna dębowa boazeria i... Co tam stoi w tym kącie? Lektyka?

– Jutro będziemy mieli okazję obejrzeć pozostałe pokoje – zapewnił ich doktor.
– Jeśli ten pokój ma zostać naszym terenem działania, to proponuję, abyśmy przynieśli coś 

do siedzenia. Nie potrafię tu dłużej na niczym siedzieć. Ze wszystkiego się ześlizguję – Luke 
w zaufaniu zwierzył się Eleanor.

– A zatem jutro zwiedzimy cały dom i poustawiamy rzeczy tak, aby było nam wygodniej. 

A teraz proponuję, abyśmy poszli sprawdzić, co też pani Dudley przygotowała na kolację.

Theodora podniosła się natychmiast, ale po chwili zatrzymała się w oszołomieniu.
–   Ktoś   będzie   mnie   musiał   zaprowadzić   –   stwierdziła.   –   Nie   mam   pojęcia,   gdzie   jest 

jadalnia. Te drzwi prowadzą zapewne do tego wielkiego korytarza i potem do frontowego holu.

Doktor zaśmiał się cicho.
– Mylisz się, moja droga. Te drzwi prowadzą do cieplarni. Wstał, aby ich poprowadzić. – 

Przestudiowałem dokładnie mapę tego domu – powiedział zadowolony z siebie. – Wydaje mi 
się, że powinniśmy przejść przez te drzwi i zejść do głównego holu, przejść na drugą stronę i po 
przejściu przez pokój do bilardu powinniśmy znaleźć się w jadalni. Jak się to wszystko trochę 
przećwiczy, to nie jest takie trudne.

– Po co oni tak wszystko pogmatwali? – spytała Theodora,
– Po co tu tyle dziwacznych pokoików?
– Może lubili się bawić w chowanego – wyjaśnił Luke.
– Ja tylko nie mogę zrozumieć, dlaczego wszystko musiało być u nich ciemne – stwierdziła 

Theodora. Obie z Eleanor podążały za doktorem, a Luke szedł z tyłu za nimi. Zatrzymał się na 
chwilę,   aby zaglądnąć  do  szuflady  w wąskim  stoliku,  i głośno  podziwiał  niezliczone  główki 
amorków, wstążeczki i bukieciki kwiatów wieńczące boazerię ciemnego korytarza.

– Niektóre z tych pokojów zawierają się całkowicie wewnątrz innych pokojów – wyjaśniał 

im doktor. – Nie ma w nich żadnych okien, żadnego wyjścia na zewnątrz. Jednakże seria takich 
ślepych pokojów w domach z tego okresu nie jest wcale tak zaskakująca, jeśli się weźmie pod 

background image

uwagę fakt, że nawet te istniejące okna były często szczelnie zasłaniane firankami i draperiami 
od wewnątrz i gęstymi krzewami od zewnątrz. Aha! – Otworzył drzwi prowadzące do głównego 
holu i wejścia do domu.

– A teraz... – powiedział, przyglądając się drzwiom po przeciwnej stronie, dwom mniejszym 

wejściom po obu stronach ogromnych,  podwójnych drzwi. – A teraz... – powtórzył  i wybrał 
najbliższe z nich. – Ten dom ma swoje osobliwości – ciągnął dalej, przytrzymując drzwi tak, aby 
mogli wejść do ciemnego pokoju znajdującego się za nimi. – Luke, chodź, potrzymaj te drzwi, 
a ja spróbuję odnaleźć jadalnię.

Poruszając się ostrożnie, przeszedł przez ciemny pokój i otworzył kolejne drzwi. Wszyscy 

weszli za nim do najprzyjemniejszego z dotąd widzianych wnętrz, prawdopodobnie ze względu 
na palące się w nim światło oraz widok i zapach jedzenia.

– Mogę sobie pogratulować! – powiedział uszczęśliwiony, zacierając z radości ręce. – Udało 

mi się zaprowadzić was do cywilizacji poprzez niezbadane pustkowia Domu na Wzgórzu.

– Powinniśmy odtąd trzymać wszystkie drzwi otwarte – zaproponowała Theodora, oglądając 

się nerwowo za siebie. – Nie znoszę tego błądzenia po omacku.

– Będziesz musiała je czymś podeprzeć – stwierdziła Eleanor. – Wszystkie drzwi w tym 

domu zatrzaskują się samoistnie, gdy tylko przestanie się je trzymać.

– Jutro – oświadczył doktor Montague. – Zanotuję to sobie. Podkładki pod drzwi.
Podszedł   ochoczo   do   kredensu,   na   którym   pani   Dudley   ustawiła   podgrzewacz   oraz 

imponujący zestaw różnych potraw. Stół zastawiony był okazale na cztery osoby, przystrojony 
świecami, adamaszkiem i ciężkim, rodowym srebrem.

–  Żadnych   ograniczeń,   jak   widzę   –   zauważył   Luke,   podnosząc   widelec   gestem,   który 

zapewne potwierdziłby najgorsze podejrzenia jego ciotki. – Dostaliśmy nawet firmowe srebro.

– Myślę, że pani Dudley bardzo szczyci się tym domem – dodała Eleanor.
– W każdym razie nie zamierza nas skromnie karmić – powiedział doktor, zaglądając do 

podgrzewacza. – Sądzę, że zawarliśmy z nią wspaniałą umowę. Pozbywamy się pani Dudley na 
długo   przed   zmrokiem,   co   pozwoli   nam   na   spokojne   zjedzenie   kolacji   bez   jej   mało 
zachęcającego towarzystwa.

– Być może – odezwał się Luke wpatrzony w talerz, który napełniał sobie obficie – być 

może   krzywdzimy   tę   poczciwą   panią   Dudley.   Dlaczego   perwersyjnie   kojarzy   mi   się   ona 
z dobrocią?   Powiedziała  mi   na  odchodnym,   że  ma   nadzieję,   że  zastanie  mnie  rano   żywym, 
dodając jednocześnie, iż obiad wystawiła na kredensie. Teraz podejrzewam, że chciała, abym 
umarł z obżarstwa.

– Ciekawa   jestem,  co  ją tu  trzyma?   – Eleanor   zwróciła   się z tym   pytaniem   do doktora 

Montague. – Dlaczego obydwoje z mężem siedzą tu sami w tym domu?

–   Jeśli   dobrze   rozumiem,   państwo   Dudley   opiekują   się   Domem   na   Wzgórzu   od 

background image

niepamiętnych   czasów.   Sandersonowie   z przyjemnością   zatrzymali   ich   tutaj.   Jutro   jednak... 
Theodora zachichotała.

– Pani Dudley jest prawdopodobnie jedynym żyjącymi członkiem rodziny, do której Dom na 

Wzgórzu tak naprawdę należy. Uważam, że ona tylko czeka na to, aby wszyscy spadkobiercy 
Sandersonów   pomarli   w jakiś   okropny   sposób,   a wtedy   zagarnie   dom   i klejnoty   zakopane 
w piwnicy.  A może  razem z Dudleyem  chowają skarby w jakiejś ukrytej  komnacie  albo pod 
domem znajdują się złoża ropy naftowej.

– Obawiam się, że w Domu na Wzgórzu nie ma żadnych tajemnych komnat – oznajmił 

kategorycznie   doktor.   –   Naturalnie   taką   ewentualność   zasugerowano   już   wcześniej.   Sądzę 
jednak, że  mogę  z całą  pewnością  powiedzieć,  że  nie ma  tu żadnych  takich  romantycznych 
pomysłów. Jutro jednak...

– Ropa to także niewypał – zapewniał Theodorę Luke. – Uran byłby pewno jedyną rzeczą, 

dla której pani Dudley mogłaby mnie zamordować.

– Albo po prostu tak z czystej przyjemności.
– No tak, ale po co my tu właściwie jesteśmy? – spytała Ełeanor.
Cała trójka utkwiła w niej oczy. Theodora i Luke patrzyli na j nią z ciekawością, a doktor 

z powagą. Wreszcie odezwała się Theodora.

– Miałam was zapytać o to samo. Po co tu przyjechaliśmy?! O co właściwie chodzi w tym 

domu? Co się tutaj dzieje?

– Jutro...
– Nie!  –  odpowiedziała   Theodora  nieomal  z rozdrażnieniem  w głosie.  – Jesteśmy  trójką 

dorosłych,   inteligentnych   j ludzi.   Przyjechaliśmy   z daleka,   doktorze   Montague,   ażeby   się   tu 
z panem spotkać. Eleanor chce wiedzieć dlaczego. I ja również.

– Ja też – potwierdził Luke.
– Po co nas pan tu sprowadził, doktorze? Co było powodem pańskiego przyjazdu? Skąd się 

pan dowiedział o Domu na Wzgórzu? Skąd się wzięła taka reputacja tego domu? I co tu się 
właściwie dzieje? Co się tu może stać?

Doktor skrzywił się zmartwiony.
– Nie wiem – odpowiedział, a potem widząc, że Theodora machnęła szybko i niecierpliwie 

ręką, ciągnął dalej: – Wiem o tym domu niewiele więcej niż wy i naturalnie mam zamiar wam 
o wszystkim powiedzieć. Jeśli zaś chodzi o to, co się tu będzie działo, to niestety dowiemy się 
o tym   razem,   w odpowiednim   czasie.   Myślę,   że   jutro   rano   będziemy   mogli   sobie   o tym 
wszystkim porozmawiać.

– Ja wolałabym, żeby zrobił to pan już dzisiaj – orzekła Theodora.
– Zapewniam was, że dzisiaj będzie tu spokojnie. W tych sprawach istnieje pewna reguła 

działania, tak jakby zjawiska parapsychiczne podlegały pewnym specyficznym prawom.

background image

– Ja naprawdę uważam,  że powinniśmy o tych  sprawach porozmawiać  jeszcze dzisiaj  – 

upierał się Luke.

– My się nie boimy – dodała Eleanor.
Doktor westchnął ponownie.
–   Przypuśćmy   –   zaczął   wolno   –   że   po   wysłuchaniu   historii   Domu   na   Wzgórzu 

zdecydowalibyście, że nie chcecie tu zostać. Jak byście stąd wyjechali? – Znowu spojrzał na nich 
szybko. – Bramy są zamknięte. Dom na Wzgórzu cieszy się reputacją natarczywej gościnności. 
Najwyraźniej nie lubi wypuszczać swoich gości. Ostatnia osoba, która usiłowała wyjechać z tego 
domu nocą – choć było to przeszło osiemnaście lat temu – zabiła się na zakręcie drogi. Koń 
wyrwał się temu człowiekowi i poniósł, po czym roztrzaskał go o któreś z tych wysokich drzew. 
A co będzie, jeśli opowiem wam o tym domu i któreś z was będzie chciało wyjechać?  Jutro 
przynajmniej będziemy mieć pewność, że dojedziecie do wioski bezpiecznie.

– Ależ my wcale nie zamierzamy uciekać. Ani ja, ani Eleanor, ani Luke.
– Śmiało, na barykady! – zgodził się Luke.
– Jesteście buntowniczą grupą asystentów. A zatem po obiedzie wrócimy do naszego małego 

buduaru   na   kawę   i odrobinę   tej   świetnej   brandy,   którą   Luke   przywiózł   ze   sobą   w walizce, 
i opowiem   wam   wszystko,   co   wiem   na   temat   Domu   na   Wzgórzu.   A teraz,   moi   drodzy, 
porozmawiajmy sobie o czymś innym – o muzyce, malarstwie, choćby i o polityce.

4

–   Długo   się   zastanawiałem   –   zaczął   doktor,   mieszając   brandy   w kieliszku   –   jak   was 

przygotować do pobytu w Domu na Wzgórzu. Z całą pewnością nie mogłem wam o nim napisać, 
a teraz z kolei nie chciałbym uprzedzać was do niego, podając wam całą historię domu, zanim 
przekonacie się o tym wszystkim sami.

Ponownie siedzieli w małym buduarze rozgrzani i senni. Ospała Theodora nie próbowała już 

nawet usadowić się na krześle, tylko od razu usiadła, krzyżując nogi, na dywanie. Eleanor miała 
ochotę usiąść przy niej. Nie pomyślała jednak o tym wcześniej, toteż nie chcąc zwracać na siebie 
uwagi   niezgrabnym   osunięciem   się   na   podłogę,   została   skazana   na   jedno   z owych   śliskich, 
niewygodnych krzeseł. Smaczny obiad pani Dudley oraz godzina cichej rozmowy sprawiły, że 
atmosfera nierealności i skrępowania gdzieś się rozwiała. Poznali się już na tyle, że byli w stanie 
rozpoznawać się po głosie, znali swe twarze, manieryzmy, gesty i śmiech. Eleanor uświadomiła 
sobie ze zdziwieniem, że była w Domu na Wzgórzu zaledwie przez cztery czy pięć godzin, i na 
myśl   o tym   uśmiechnęła   się   do   ognia.   Czuła   pod   palcami   cienką   nóżkę   kieliszka,   sztywne 
oparcie krzesła pod plecami, słaby, ledwo wyczuwalny powiew powietrza widoczny w ruchu 
koralików   i frędzli.   Ciemności   przyczaiły   się   na   razie   gdzieś   w kątach,   a pucołowaty, 

background image

marmurowy amorek uśmiechał się do nich krotochwilme.

– Świetna okazja na opowieści o duchach – zauważyła Theodora.
–   Ależ   proszę   pani!   –   oburzył   się   doktor.   –   Nie   jesteśmy   dziećmi,   które   próbują   się 

wzajemnie zastraszyć.

– Przepraszam – uśmiechnęła się Theodora. – Usiłuję się po prostu do tego wszystkiego 

przyzwyczaić.

–   Musimy   być   szczególnie   ostrożni   w doborze   naszego   słownictwa.   Z góry   ustalone 

założenia o duchach i zjawach...

– Takie jak wolne od powłoki cielesnej ręce w zupie... – wtrącił usłużnie Luke.
– Mój drogi chłopcze, bardzo cię proszę! Chciałem wam tylko wyjaśnić, iż cel naszego 

pobytu tutaj ma charakter naukowy i odkrywczy. W związku z tym nie powinniśmy skazić go, 
czy   też   wręcz   wypaczyć   przez   stare,   na   wpół   zapomniane   opowieści   o duchach   rodem 
z dziecięcej wyobraźni. – Rozejrzał się dookoła, zadowolony z siebie. – W rzeczy samej moja 
praca badawcza w ciągu ostatnich paru lat pozwoliła mi sformułować pewną teorię dotyczącą 
zjawisk metapsychicznych, którą wreszcie mam okazję sprawdzić. Byłoby idealnie, gdybyście 
nic nie wiedzieli o Domu na Wzgórzu. Powinniście być niczego nieświadomi i chłonni.

– I robić notatki – mruknęła Theodora.
–   No   właśnie,   notatki.   Zdaję   sobie   jednakże   sprawę   z tego,   że   pozostawienie   was 

w całkowitej nieświadomości i pozbawienie informacji co do przeszłości tego miejsca jest mało 
praktyczne   głównie  z tego   powodu,  że  nie   należycie   do  ludzi,  którzy  przyzwyczajeni   są  do 
stawiania   czoła   nowym   sytuacjom   bez   uprzedniego   przygotowania.   –   Popatrzył   na   nich 
z szelmowskim błyskiem w oku. – Jesteście trójką upartych i zepsutych dzieci, zdecydowanych 
nudzić aż do skutku o bajeczkę na dobranoc.

Theodora zachichotała, na co doktor pokiwał z zadowoleniem głową. Wstał i stanął przed 

kominkiem, przyjmując pozę nauczyciela w klasie. Wyraźnie brakowało mu z tyłu tablicy, gdyż 
kilkakrotnie   odwrócił   się   za   siebie   z podniesioną   do   góry   ręką,   tak   jakby   szukał   kredy   do 
zilustrowania swego punktu widzenia.

– A teraz – zapowiedział – zajmę się historią Domu na Wzgórzu.
„Szkoda, że nie mam przy sobie pióra i notesu” – pomyślała Eleanor. „Prędko by się poczuł 

jak   u siebie   w domu”.   Spojrzała   na   pozostałą   dwójkę   i zauważyła,   że   twarze   obojga 
instynktownie   przybrały   skupiony,   sztubacki   wyraz.   „Najwyższy   stopień   gorliwości”   – 
pomyślała. „I tak oto przeszliśmy do następnego etapu naszej przygody”.

– Przypominacie sobie zapewne – zaczął doktor – domy, które Lewicjusz określał mianem 

„trędowatych”, tsaraas, a Homer porównywał do podziemnego świata – Aidao domos, domów 
Hadesu. Nie muszę wam chyba tłumaczyć, że przekonanie o tym, iż niektóre domy są zakażone, 
nieczyste   –   a może   nawet   w pewnym   sensie   święte   –   jest   równie   stare   jak   świat.   Z całą 

background image

pewnością istnieją miejsca, które przyciągają do siebie atmosferę dobra i świętości. Myślę, że nie 
będzie to zbytnia przesada, jeśli powiem, że niektóre domy nieomal od chwili powstania mogą 
być przesiąknięte złem. Dom na Wzgórzu, nie wiadomo z jakiego powodu, nie nadawał się do 
zamieszkania od przeszło dwudziestu lat. Jak było przedtem – czy charakter jego ukształtowany 
został przez łudzi, którzy tu mieszkali, albo też rzeczy, które tu się wydarzyły, czy też był zły od 
samego  początku – tego nie potrafię powiedzieć.  Naturalnie mam nadzieję, że dowiemy się 
znacznie więcej o charakterze Domu na Wzgórzu, zanim stąd wyjedziemy. Nikt w zasadzie nie 
wie, dlaczego w niektórych domach straszy.

– A jak inaczej mógłby pan określić to, co się tutaj dzieje? – zapytał Luke.
– No cóż, można by to nazwać zaburzeniami. Pewnego rodzaju chorobą, swoistym trądem. 

W zasadzie pasowałby tu każdy z popularnych  synonimów szaleństwa – koncept obłąkanego 
domu jest w tej sytuacji całkiem adekwatny. Istnieją jednakże równie popularne teorie, które 
odrzucają niesamowitości i tajemne siły. Są ludzie, którzy będą wam tłumaczyć, że zjawiska, 
nazywane przeze mnie metapsychicznymi, to bezpośredni rezultat przepływu podziemnych wód 
albo prądów elektrycznych,  ciśnienia  atmosferycznego,  plam słonecznych  i wstrząsów ziemi. 
Wszystkie te przyczyny mają swoich zwolenników wśród sceptyków. Ludzie – westchnął ze 
smutkiem   doktor   –   zawsze   gorąco   pragną   wszystko   naświetlić,   wyeksponować   i nazwać   po 
imieniu, choćby to imię było zupełnie bezsensowne, ale byle brzmiało naukowo. – Westchnął 
z ulgą i uśmiechnął się do nich łobuzersko. – Dom, w którym straszy. Każdy się z tego śmieje. 
Wobec tego poinformowałem kolegów na uczelni, że latem wyjeżdżam na obóz pod namiotami.

–   Ja   powiedziałam   znajomym,   że   biorę   udział   w naukowym   eksperymencie   –   wtrąciła 

Theodora pocieszającym tonem. – Nie mówiąc oczywiście, w jakim ani gdzie.

–   Wasi   znajomi   nie   są   przypuszczalnie   tak   wyczuleni   na   punkcie   naukowych 

eksperymentów jak moi. – Doktor westchnął ponownie. – Obóz pod namiotami! W moim wieku! 
Rzeczywiście! A jednak w to uwierzyli. No cóż. – Wyprostował się i sięgnął do kieszeni, być 
może po wskaźnik. – O Domu na Wzgórzu usłyszałem po raz pierwszy przeszło rok temu, od 
byłego mieszkańca. Opowiadanie o nim zaczął od zapewnień, że opuścił ten dom, gdyż rodzina 
nie chciała mieszkać tak daleko na wsi, a skończył na stwierdzeniu, że dom należałoby spalić, 
a ziemię   pod   nim   przeorać   z solą.   Potem   dowiedziałem   się   o innych   ludziach,   którzy 
wynajmowali kiedyś ten dom. Okazało się, że żaden z nich nie wytrzymał tu dłużej niż parę dni 
i z pewnością   nie   pozostał   do   końca   kontraktu.   Podawali   różne   powody,   począwszy   od 
zawilgocenia miejsca – co wcale nie jest prawdą, gdyż dom jest bardzo suchy – aż po nagłą 
potrzebę wyjazdu gdzieś indziej ze względów służbowych. To znaczy każdy, kto kiedykolwiek 
wynajmował   ten   dom,   a potem   pospiesznie   go   opuszczał,   usilnie   próbował   podać   jakieś 
racjonalne  powody przeprowadzki.  Naturalnie  próbowałem  dowiedzieć  się czegoś  więcej  od 
tych byłych dzierżawców, lecz nie udało mi się namówić żadnego z nich do dyskusji na temat 

background image

tego domu. Wszyscy bardzo niechętnie udzielali jakichkolwiek informacji i w rzeczy samej nie 
mieli   ochoty   przypominać   sobie   żadnych   szczegółów   swego   pobytu   w Domu   na   Wzgórzu. 
Zgodni byli tylko co do jednego. Każdy bez wyjątku, kto tylko spędził choć parę dni w tym 
domu, nakłaniał mnie usilnie, aby trzymać się od mego z daleka. Żaden z byłych najemców nie 
przyznał się do tego, że w Domu na Wzgórzu straszy. Jednakże, kiedy zwiedzałem Hillsdale 
i przeglądałem rubryki tamtejszych gazet...

– Gazet? – podchwyciła Theodora. – To był tu kiedyś jakiś skandal?
–   O,   tak!   –  potwierdził   doktor.   –   Skandal   pod   każdym   względem   doskonały,   włącznie 

z samobójstwem, szaleństwem i sądowymi procesami. Potem dowiedziałem się, że miejscowa 
ludność   nie   miała   co   do   domu   żadnych   wątpliwości.   Wysłuchałem   około   tuzina   różnych 
opowieści, no i oczywiście przekonałem się, jak trudno jest zebrać dokładne informacje o domu, 
w którym straszy. Nie uwierzylibyście, gdybym wam powiedział, przez co musiałem przejść, 
aby   dowiedzieć   się   choćby   tyle,   ile   wiem.   Na   koniec   udałem   się   do   pani   Anderson,   ciotki 
Luke’a,   z którą   załatwiłem   wynajęcie   Domu   na   Wzgórzu.   Pani   Sanderson   szczerze   mi   to 
odradzała...

– Spalenie domu nie jest wcale takie łatwe, jak mogłoby się wydawać...– wtrącił Luke.
– Lecz w końcu zgodziła się wynająć mi ten dom pod warunkiem, że będzie z nami jeden 

z członków rodziny.

– Miała pewno nadzieję, że odwiodę pana od wygrzebywania owych cudownych rodzinnych 

skandali – stwierdził poważnie Luke.

– No właśnie. Wyjaśniłem wam zatem, w jaki sposób znalazłem się tutaj oraz dlaczego jest 

tu   Luke.   Jeśli   zaś   chodzi   o was,   moje   drogie   panie,   wszyscy   wiemy,   że   przyjechałyście   tu 
dlatego, że do was napisałem, a wy przyjęłyście moje zaproszenie. Miałem nadzieję, że każda 
z was, na swój własny sposób, zintensyfikuje siły działające w tym domu. Theodora wykazała 
wcześniej, że ma pewne zdolności telepatyczne, a Eleanor w przeszłości związana była ściśle ze 
zjawiskami psychokinetycznymi.

– Ja?
– Oczywiście. – Doktor przyjrzał się jej z zaciekawieniem.
–   Wiele   lat   temu,   kiedy   byłaś   jeszcze   dzieckiem.   Te   kamienie...   Eleanor   skrzywiła   się 

i potrząsnęła głową. Zacisnęła drżące palce wokół nóżki kieliszka.

–   To   byli   sąsiedzi.   Mama   mówiła   mi,   że   to   było   winą   sąsiadów.   Ludzie   zawsze   są 

o wszystko zazdrośni.

– Być może – powiedział doktor i uśmiechnął się do niej.
– O wydarzeniu tym oczywiście dawno zapomniano, wspomniałem o tym jedynie dlatego, 

że właśnie z tego powodu chciałem, aby pani tu przyjechała.

– Kiedy byłam dzieckiem – zaczęła Theodora, przeciągając się leniwie – wiele lat temu, jak 

background image

to   pan   taktownie   podkreślił,   doktorze,   sprawiono   mi   lanie   za   to,   że   rzuciłam   cegłą   w dach 
oranżerii. Pamiętam, że przez dłuższy czas nie mogłam zapomnieć o tej karze, ale cudowny 
łoskot   rozbijanej   szyby   był   równie   nęcący,   toteż   po   głębokim   przemyśleniu   całej   sprawy 
zrobiłam to samo jeszcze raz.

– Ja tego już nie pamiętam – niepewnie odpowiedziała Eleanor doktorowi.
– Ale dlaczego? – spytała Theodora. – To znaczy, jestem w stanie zgodzić się z tym, że 

w Domu na Wzgórzu straszy, i widzę, że pan, doktorze Montague, chce, abyśmy pomogli panu 
zarejestrować wszystko, co się tutaj dzieje. A poza tym mogę się założyć, że nie chciałby pan 
przebywać w takim domu sam. Jednakże nie potrafię tego pojąć. Jest to po prostu okropny stary 
dom   i gdybym   to   ja   go   wynajęła,   to   domagałabym   się   zwrotu   pieniędzy   na   widok   samego 
głównego holu. Ale co się właściwie w tym domu dzieje? Co tak przeraziło tych ludzi?

– Nie mogę nazwać po imieniu czegoś, co jest bezimienne – odpowiedział doktor. – Nie 

wiem.

– Nigdy właściwie nie wyjaśniono mi, co się działo – zwróciła się natarczywie Eleanor do 

doktora.   –   Moja   mama   powiedziała   mi,   że   to   sąsiedzi,   którzy   zawsze   byli   przeciwko   nam, 
ponieważ nie utrzymywałyśmy z nimi żadnych kontaktów. Moja mama...

Luke przerwał jej wolno i dobitnie.
–   Myślę,   że   nam   wszystkim   chodzi   po   prostu   o fakty.   O coś,   co   potrafimy   zrozumieć 

i połączyć w jedną całość.

–   Po   pierwsze   –   zaczął   doktor   –   muszę   wam   zadać   jedno   pytanie:   Czy   chcecie   stąd 

wyjechać?   Czy   uważacie,   że   powinniśmy   się   zaraz   spakować   i zostawić   Dom   na   Wzgórzu 
w spokoju, i nigdy więcej nie mieć z tym miejscem nic wspólnego?

Spojrzał na Eleanor, która zacisnęła mocno ręce. „To jeszcze jedna szansa na to, żeby się 

stąd wydostać” – pomyślała sobie, ale głośno powiedziała: – Nie!

Popatrzyła zażenowana na Theodorę.
– Dzisiaj po południu zachowałam się jak dziecko – wyjaśniła. – Dałam się tak przestraszyć.
– Ona nie mówi całej prawdy – przyznała Theodora lojalnie. – Ona wcale nie była bardziej 

przerażona ode mnie. Śmiertelnie przeraziłyśmy się zająca.

– Te zające to potworne stworzenia – zawtórował Luke. Doktor roześmiał się.
– Sądzę, że wszyscy byliśmy dzisiaj po południu trochę zdenerwowani. Widok Domu na 

Wzgórzu to niezły szok.

– Przez chwilę miałem wrażenie, że doktor rozbije samochód na drzewie – dodał Luke.
– Tutaj, w tym ciepłym pokoju i w towarzystwie, mogę udawać bardzo dzielną – stwierdziła 

Theodora.

– Nie sądzę, abyśmy mogli stąd wyjechać, nawet gdybyśmy tego bardzo chcieli – odezwała 

się Eleanor, zanim zorientowała się, co chciała powiedzieć i jakie wrażenie wywrze to na innych. 

background image

Nagle spostrzegła, że wszyscy patrzą na nią, więc roześmiała się i dodała bez przekonania: – 
Pani Dudley nigdy by nam tego nie wybaczyła.

Zastanawiała się, czy oni rzeczywiście uwierzyli  w to, co im mówiła, i pomyślała sobie: 

„Może ten dom złapał nas w swoje szpony i nigdy już nas stąd nie wypuści?”

– Napijmy się jeszcze trochę brandy – pospiesznie przerwał doktor – a ja opowiem wam 

historię tego domu. – Przyjął ponownie swoją profesorską pozycję przed kominkiem i zaczął 
mówić wolno, głosem pozbawionym cienia emocji, jak ktoś, kto opowiada o dawno minionych 
wojnach   i dawno   zmarłych   królach.   –   Dom   na   Wzgórzu   został   wybudowany   ponad 
osiemdziesiąt   lat   temu   jako   dom   rodzinny,   wiejska   rezydencja   człowieka   o nazwisku   Hugh 
Crain. Crain miał nadzieję, że jego dzieci i wnuki będą żyły w tym wygodnym luksusie, a sam 
liczył na to, że dokona tu swego żywota w spokoju. Niestety, Dom na Wzgórzu był domem 
pechowym   nieomal   od   samego   początku.   Młodziutka   żona   Craina   zmarła   dosłownie   chwilę 
przedtem,   zanim   ujrzała  ten   wybudowany  specjalnie  dla   niej   dom,   kiedy  to  powóz,  którym 
jechała, wywrócił się na zakręcie. Młodą panią wniesiono do domu już bez życia. To wszystko 
sprawiło,   że   Crain   stał   się   smutnym   i rozgoryczonym   człowiekiem,   z dwoma   małymi 
dziewczynkami,   które   trzeba   było   wychować,   lecz   mimo   to   nigdy   nie   opuścił   Domu   na 
Wzgórzu.

– To w tym domu przebywały dzieci? – spytała z niedowierzaniem Eleanor.
Doktor uśmiechnął się.
– Dom ten jest bardzo suchy, tak jak już wam wspominałem. W okolicy nie ma żadnych 

bagien   czy   moczarów,   które   mogłyby   wywoływać   u nich   gorączkę.   Uważano,   że   wiejskie 
powietrze będzie im służyć, a sam dom w tamtych czasach traktowany był jako szczyt luksusu. 
Nie mam wątpliwości, że dwoje małych dzieci mogło się tu całkiem szczęśliwie bawić, choć 
pewno czuło się tu nieco samotnie.

–   Mam   nadzieję,   że   brodziły   sobie   w strumieniu   –   powiedziała   Theodora,   patrząc 

w głębokim   zamyśleniu   w ogień.   –   Biedactwa.   Chyba   pozwolono   im   biegać   po   tamtej   łące 
i zbierać kwiatki.

– Ich ojciec ożenił się ponownie – ciągnął doktor. – W rzeczy samej nawet dwukrotnie. Jak 

się   jednak   zdaje,   nie   miał   szczęścia   w małżeństwach.   Druga   pani   Crain   zmarła   w wyniku 
upadku, choć nie udało mi  się ustalić, w jakich okolicznościach  do niego doszło i dlaczego. 
Wydaje się, że jej śmierć była równie tragiczna i niespodziewana jak śmierć jej poprzedniczki. 
Trzecia pani Crain zmarła na tak zwane wówczas suchoty – gdzieś w Europie. W bibliotece jest 
kolekcja pocztówek wysyłanych do dwóch dziewczynek, które pozostały w Domu na Wzgórzu, 
przez   ojca   i macochę,   podróżujących   z jednego   uzdrowiska   do   drugiego.   Dziewczynkami 
opiekowała się w domu guwernantka i trwało to aż do śmierci macochy.  Po tym  wszystkim 
Hugh Crain oświadczył, że zamierza zamknąć Dom na Wzgórzu i pozostać za granicą. Córki 

background image

zamieszkały u kuzynki matki aż do osiągnięcia dojrzałości.

– Mam nadzieję, że kuzynka mamy miała większe poczucie humoru od starego Craina – 

mruknęła   Theodora,   ciągle   wpatrzona   w ogień.   –   Trudno   mi   się   pogodzić   z myślą   o tych 
dzieciach rosnących w tym domu jak grzyby w ciemnościach.

– One zapatrywały się na to inaczej – powiedział doktor. – Obie siostry kłóciły się o ten dom 

do końca życia. Mimo wielkich dynastycznych nadziei skoncentrowanych w tym miejscu, Hugh 
Crain   zmarł   również   gdzieś   w Europie,   niedługo   po   śmierci   żony.   Dom   na   Wzgórzu 
odziedziczyły obie siostry, które do tego czasu musiały już dobrze podrosnąć. W każdym razie 
starsza zdążyła już zadebiutować w towarzystwie.

– Innymi słowy, upięła włosy, nauczyła się pić szampana i nosić wachlarz.
– Dom na Wzgórzu pozostał pusty przez wiele lat, ale zawsze trzymano go w gotowości na 

przyjazd  rodziny.  Z początku na wypadek  powrotu Craina,  a potem,  po jego śmierci,  gdyby 
któraś z sióstr chciała tam zamieszkać. Mniej więcej w tym czasie za zgodą obu sióstr Dom na 
Wzgórzu został własnością starszej, gdyż młodsza siostra wyszła za mąż.

– Aha! – podchwyciła natychmiast Theodora. – A więc to młodsza siostra wyszła za mąż. 

Na pewno ukradła starszej narzeczonego.

– Owszem, krążyły pewne pogłoski, że starsza siostra została oszukana w miłości – przyznał 

doktor. – W ten sposób mówi się jednak o każdej kobiecie, która z takiego czy innego powodu 
decyduje się na samotność. W każdym razie to właśnie starsza siostra wróciła tu i zamieszkała 
w Domu na Wzgórzu. Wydaje się, że była bardzo podobna do ojca. Mieszkała na tym odludziu 
w nieomal   całkowitym   odosobnieniu   przez   wiele   lat,   choć   ludzie   w Hillsdale   widywali   ją 
czasami. Wyda się to wam pewno niewiarygodne, ale ona naprawdę kochała Dom na Wzgórzu 
i traktowała   go   jako   swój   rodzinny   dom.   W końcu   wzięła   ze   wsi   dziewczynę,   aby   z nią 
zamieszkała w charakterze czegoś w rodzaju towarzyszki. O ile mogłem się zorientować, w tym 
czasie nie było jeszcze żadnych uprzedzeń w stosunku do tego domu, gdyż starsza panna Crain – 
jak ją tam nazywano – zatrudniała służbę ze wsi i na ogół uważano, że postąpiła właściwie, 
biorąc sobie wiejską dziewczynę do towarzystwa. Starsza panna Crain przez cały czas kłóciła się 
z siostrą o dom. Młodsza z sióstr twierdziła, że zaniechała praw do domu w zamian za jakiś 
rodzinny  spadek  o poważnej  wartości,   którego  jej  siostra  nigdy  nie  oddała.  Wchodziły  w to 
podobno   jakieś   klejnoty,   kilka   antycznych   mebli   oraz   serwis   stołowy   ze   złotym   paskiem, 
odmowa którego zdała się zdenerwować młodszą siostrę najbardziej. Pani Sanderson pozwoliła 
mi pogrzebać w pudełku z rodzinnymi papierami. Widziałem tam parę listów, które panna Crain 
otrzymywała od siostry. W każdym z nich wypływała drażliwa kwestia serwisu. W końcu starsza 
siostra zmarła w tym domu na zapalenie płuc, mając przy sobie jedynie swą małą towarzyszkę 
do pomocy. Krążyły później opowieści, że za późno wezwano lekarza, że starsza pani leżała 
bezsilna   i zaniedbana   na   górze,   podczas   gdy   owa   młoda   kobieta   zabawiała   się   w ogrodzie 

background image

z jakimś   wiejskim   prostakiem.   Podejrzewam   jednak,   że   były   to   tylko   zwykłe   plotki.   Z całą 
pewnością w momencie jej śmierci o niczym takim nie mówiono, a źródłem większości z tych 
opowieści   była   młodsza   siostra,   która   mściła   się   w ten   sposób,   gdyż   nigdy   nie   ochłonęła 
z gniewu.

– Nie lubię tej młodszej siostry – mruknęła Theodora. – Najpierw ukradła siostrze kochanka, 

a potem chciała jej zabrać serwis. Zdecydowanie jej nie lubię.

– Dom na Wzgórzu ma niewątpliwie imponującą listę tragedii z nim związanych, podobnie 

zresztą  jak większość starych  domów.  W końcu ludzie  muszą  gdzieś żyć  i umierać,  i trudno 
wymagać, aby jakiś dom stał przez osiemdziesiąt lat i aby w tym czasie nikt w nim nie umarł. Po 
śmierci starszej siostry doszło do procesu o dom. Towarzyszka zmarłej panny Crain upierała się, 
że dom został podarowany jej, podczas gdy młodsza siostra z mężem utrzymywali zawzięcie, że 
prawnie dom należał się im, i oskarżali ją o to, że podstępem zmusiła starszą siostrę do zapisania 
jej   posiadłości,   którą   zawsze   zamierzała   pozostawić   młodszej   siostrze.   Była   to   bardzo 
nieprzyjemna sprawa, jak większość rodzinnych sporów tego typu, i tak jak w większości takich 
waśni po obu stronach padły niebywale  cierpkie  i okrutne słowa. Towarzyszka  panny Crain 
przysięgła   w sądzie   –   i tutaj,   jak   sądzę,   mamy   do   czynienia   z pierwszą   oznaką   wpływów 
prawdziwej osobowości Domu na Wzgórzu – że młodsza siostra panny Crain zakradła się do 
domu   nocą   i ukradła   jakieś”   rzeczy.   Kiedy   poproszono   ją   o podanie   szczegółów 
potwierdzających to oskarżenie, kobieta zdenerwowała się i zaczęła mówić od rzeczy. W końcu 
zmuszona do podania dowodów stwierdziła, że zginął srebrny serwis do herbaty, cenne naczynia 
emaliowane oraz ów słynny serwis ze złotym paskiem – który, jakby się tak dobrze zastanowić, 
byłoby raczej bardzo trudno ukraść. Ze swojej strony młodsza siostra posunęła się do tego, że 
napomykała   o morderstwie   i domagała   się   przeprowadzenia   dochodzenia   w sprawie   śmierci 
starszej panny Crain, po raz pierwszy rzucając pomówienia o zaniedbaniu i złym zarządzaniu 
posiadłością.

Nie   udało   mi   się   znaleźć   żadnych   dowodów   na   to,   aby   oskarżenia   te   kiedykolwiek 

potraktowano  poważnie.  Oprócz jak najbardziej  formalnego  zaświadczenia  o śmierci  starszej 
panny Crain nie znalazłem żadnego innego zapisu na ten temat, a przecież mieszkańcy pobliskiej 
wsi   pierwsi   wiedzieliby   o nieprawidłowościach,   gdyby   takowe   zaistniały.   Na   koniec   sprawę 
wygrała   towarzyszka   panny   Crain,   a moim   zdaniem,   mogłaby   również   wygrać   sprawę 
o pomówienie. Dom prawnie stał się jej własnością, choć młodsza siostra nigdy nie zaprzestała 
starań   o jego   odzyskanie.   Gnębiła   nieszczęsną   opiekunkę   listami   i groźbami,   rzucała   na   nią 
wręcz nieprawdopodobne oskarżenia, a w rejestrze miejscowego posterunku policyjnego istnieje 
przynajmniej   jedna   wzmianka   o tym,   że   dziewczyna   zmuszona   była   zwrócić   się   do   policji 
z prośbą   o ochronę   przed   młodszą   z sióstr,   która   chciała   ją   pobić   miotłą.   Opiekunka   żyła 
w wiecznym strachu. Utrzymywała  ciągle, że ktoś przychodzi nocą i kradnie z domu rzeczy, 

background image

a w jednym rzewnym liście skarżyła się, że od czasu śmierci swojej benefaktorki nie przespała 
ani   jednej   spokojnej   nocy   w tym   domu.   Dziwne   w tym   wszystkim   jest   to,   że   sympatia 
wieśniaków była całkowicie po stronie młodszej siostry. A może wynikało to z zazdrości, że oto 
wiejska dziewczyna została nagle panią takiej posiadłości? Wieśniacy uważali – i jak mi się 
zdaje, do tej pory wierzą – że młodsza siostra została pozbawiona należnego jej spadku przez 
intrygi młodej kobiety. Nie wierzyli, aby zdolna była zamordować swoją przyjaciółkę, ale bez 
problemu potrafili uwierzyć w jej nieuczciwość, gdyż sami robili to, jeśli tylko nadarzyła się po 
temu okazja. Plotkarstwo jest zawsze najzjadliwszym wrogiem. Kiedy biedna kobieta popełniła 
w końcu samobójstwo...

– Popełniła samobójstwo? – wykrztusiła Eleanor, podnosząc się z miejsca. – To znaczy, 

została zmuszona do odebrania sobie życia?

– Czy mogła  w jakiś inny sposób uciec  przed  swoją  prześladowczynią?  No cóż, jej się 

wydawało, że nie ma innego wyjścia. W okolicy uznano powszechnie, że popełniła samobójstwo 
z powodu   wyrzutów   sumienia.   Ja   osobiście   uważam,   że   należała   do   tych   nieustępliwych 
i niezbyt sprytnych kobiet, które desperacko trzymają się tego, co według nich im się należy, ale 
nie potrafią psychicznie wytrzymać ciągłego dokuczania i prześladowań. Nie umiała sprostać 
kampanii   nienawiści   prowadzonej   przez   młodszą   siostrę,   tym   bardziej   że   jej   przyjaciele 
w wiosce zwrócili się przeciwko niej. Zdaje się, że do szaleństwa doprowadzało ją przekonanie, 
że żadne zamki  i zasuwy nie były w stanie powstrzymać  wroga, który zakradał się nocą do 
domu...

– Powinna stąd wyjechać – zauważyła Eleanor. – Zostawić ten dom i uciec jak najdalej.
– W pewnym sensie to właśnie zrobiła. Myślę, że biedną dziewczynę  znienawidzono na 

śmierć. Powiesiła się w końcu. Krąży plotka, że powiesiła się w wieży. No, ale jak się ma taki 
dom z wieżyczką jak Dom na Wzgórzu, to pewnie wieść gminna nie pozwoliłaby jej powiesić 
się nigdzie indziej. Po jej śmierci dom przeszedł w ręce rodziny Sandersonów, jej kuzynów. 
Rodzina w żaden sposób nie była podatna na prześladowania młodszej siostry, która wówczas 
musiała już być zupełnie obłąkana. Słyszałem od pani Sanderson, że kiedy rodzina – a byli to 
zapewne rodzice jej męża – przyjechała po raz pierwszy do domu, młodsza siostra zjawiła się 
tam, żeby im naubliżać. Stała na drodze i wykrzykiwała na nich obelgi, kiedy przejeżdżali, aż 
w końcu musiano ją siłą zabrać na policję. I chyba n a ty m kończy się udział młodszej siostry 
w tej historii. Od momentu, kiedy Sandersonowie wysłali ją na policję, do krótkiej notatki o jej 
śmierci, jaka ukazała się parę lat później w prasie, prawdopodobnie spędziła resztę życia  na 
rozmyślaniu nad wyrządzonymi jej krzywdami, ale z dala od rodziny Sandersonów. Ciekawe 
w tych wszystkich jej tyradach jest jednak to, że zawsze upierała się przy jednym: ze nigdy nie 
przychodziła i nie przyszłaby do domu nocą, aby kraść czy też w jakimkolwiek innym celu.

– Czy rzeczywiście coś stąd ukradziono? – zapytał Luke.

background image

– Jak już wspomniałem, towarzyszka starszej pani Cram przyznała w końcu pod presją, że 

wydawało się, że jedna czy dwie rzeczy zaginęły, ale nie miała co do tego żadnej pewności. Jak 
się zapewne domyślacie, opowieść o nocnym intruzie niewątpliwie pomogła reputacji Domu na 
Wzgórzu.   Poza   tym   Sandersonowie   nigdy   tu   nie   zamieszkali.   Spędzili   parę   dni   w domu, 
rozpowiadając we wsi o przygotowaniach posiadłości do natychmiastowego wprowadzenia się 
do niej, a następnie nagle stąd wyjechali, zamykając za sobą dom tak, jak go zastali. Powiedzieli 
we   wsi,   że   pilne   sprawy   zmuszają   ich   do   powrotu   do   miasta,   lecz   wieśniacy   dobrze   znali 
powody. Od tej pory nikt nie przebywał tu dłużej niż parę dni, choć dom ten przez cały czas 
wystawiony był na sprzedaż lub gotowy do wynajęcia. Sami widzicie, że jest to długa historia. 
Muszę się jeszcze napić trochę brandy.

– Te biedne małe dziewczynki – westchnęła Eleanor, patrząc w zamyśleniu w ogień. – Nie 

mogę ich wymazać z pamięci. Widzę je, jak chodzą po tych pokojach i usiłują bawić się lalkami 
tutaj albo w tych sypialniach na górze.

–   I tak   oto   ten   stary   dom   stoi   tu   na   tym   odludziu   nietknięty.   –   Luke   wyciągnął   rękę 

i ostrożnie dotknął palcem marmurowego amorka. – Nic tu nie ruszano, niczego nie używano, 
nikt niczego już stąd nie chce. Wydaje się, że stoi pogrążony w zamyśleniu.

– I czeka – dodała Eleanor.
– I czeka – potwierdził doktor. – Zasadniczo uważam, że zło tkwi w samym domu. Przykuł 

do siebie swoich mieszkańców, zniewolił i zniszczył  im życie. W tym miejscu skupiona jest 
tylko   zła   wola.   Jutro   przekonacie   się   o tym   sami.   Sandersonowie   założyli   elektryczność, 
kanalizację i telefon, kiedy postanowili tu zamieszkać, lecz nic poza tym się tu nie zmieniło.

– No cóż – podchwycił Luke po chwili milczenia – jestem pewien, że będzie nam tu bardzo 

wygodnie.

Eleanor   zorientowała   się   nagle,   że   zaczęła   podziwiać   własne   stopy.   Theodora   siedziała 

rozmarzona bliżej kominka, niemalże u stóp Eleanor, która z satysfakcją stwierdziła, że jej stopy 
wyglądają wyjątkowo zgrabnie w tych czerwonych sandałkach.

„Jakże jestem kompletna i odrębna” – pomyślała. „Począwszy od czerwonych koniuszków 

palców aż po czubek głowy, wszystko to jest mną, ma cechy należące wyłącznie do mnie. Mam 
czerwone buty,  które pasują do Eleonor,  nie lubię homarów,  śpię na lewym  boku, strzelam 
palcami, gdy jestem zdenerwowana, i zbieram guziki. Trzymam w ręku kieliszek brandy, który 
należy do mnie z tej racji, że tu jestem, że z niego piję i że mam swoje miejsce w tym pokoju. 
Mam na sobie czerwone buty, a kiedy jutro się obudzę, nadal tu będę”.

– Mam na sobie czerwone buty – powiedziała cicho, a Theodora odwróciła się i uśmiechnęła 

do mej.

– Miałem zamiar...  – Doktor rozejrzał się z nieśmiałym  optymizmem.  – Miałem zamiar 

zapytać was, czy gracie w brydża.

background image

– Oczywiście – odparła Eleanor. – Umiem grać w brydża, a kiedyś miałam kota o imieniu 

Tancerz. I potrafię także pływać.

– Obawiam się, że nie – oznajmiła Theodora i cała trójka spojrzała na nią z konsternacją.
– W ogóle? – spytał doktor.
– Grywałam w brydża dwa razy w tygodniu z matką, jej adwokatem i jego żoną. Jestem 

pewna, że ty też potrafisz grać równie dobrze.

– Może byś mnie nauczyła? – zapytała Theodora. – Szybko uczę się gier.
– O mój Boże! – jęknął doktor, a Eleanor i Luke roześmiali się.
– Może zajmijmy się czymś innym – wpadła na pomysł Eleanor. „Umiem grać w brydża” – 

pomyślała. „Lubię szarlotkę z kwaśną śmietanką i zajechałam tu sama”.

– To może tryktrak? – zaproponował doktor rozgoryczony.
– Ja dobrze gram w szachy – zapewnił Luke doktora, który natychmiast się rozpromienił.
– Nie przypuszczałam, że przyjechaliśmy tu grać. – Theodora skrzywiła się.
–   To   dla   odprężenia   i relaksu   –   wyjaśnił   doktor   wymijająco.   Theodora   odwróciła   się, 

wzruszając ramionami ze złością, i ponownie zapatrzyła się w ogień.

– Pójdę po szachy, jeśli mi pan powie, gdzie mógłbym je znaleźć – zaproponował Luke.
– Lepiej będzie, jeśli sam po nie pójdę – odpowiedział doktor, uśmiechając się. – Pamiętaj, 

że ja zaznajomiłem się już z planem tego domu. Jeśli pozwolimy ci na wałęsanie się tu samemu, 
to przypuszczalnie nigdy cię już nie odnajdziemy.

Kiedy zamknęły się za nim drzwi, Luke spojrzał dziwnie na Theodorę, a potem podszedł 

prędko do Eleanor.

– Mam nadzieję, że już się pani nie boi? Czy ta historia przeraziła panią?
Eleanor potrząsnęła zdecydowanie głową, a Luke zauważył:
– Bardzo pani pobladła.
– Prawdopodobnie powinnam być już w łóżku. Nie przywykłam do prowadzenia samochodu 

tak daleko jak dzisiaj – odpowiedziała Eleanor.

– Może jeszcze trochę brandy? – zaproponował Luke. – Będzie się pani lepiej potem spało. 

Pani również – dodał w stronę Theodory.

– Nie, dziękuję – odparła  zimno,  nie  odwracając  się. – Rzadko  kiedy miewam  kłopoty 

z zaśnięciem.

Luke mrugnął porozumiewawczo w kierunku Eleanor, a potem odwrócił się w chwili, gdy 

doktor otworzył drzwi.

– Ach, ta moja wybujała wyobraźnia – powiedział, kładąc szachy na stole. – Boże, cóż to za 

dom!

– Czy coś się stało? – spytała Eleanor.
Doktor potrząsnął głową.

background image

–   Przypuszczalnie   powinniśmy   się   umówić,   że   nie   będziemy   chodzić   po   domu   sami, 

w pojedynkę.

– Ale co się stało?
– To pewno tylko moja wyobraźnia – stwierdził stanowczo doktor. – Na tym stoliku, Luke, 

nieprawdaż?

– Jaki piękny stary zestaw do szachów – zauważył Luke. – Ciekaw jestem, jakim cudem 

młodsza siostra go przeoczyła.

– Mogę ci powiedzieć tylko jedno – odparł doktor. – Jeśli to młodsza siostra zakradała się 

tutaj nocą, to musiała mieć nerwy ze stali. Ten dom czuwa, nie spuszcza oczu z nikogo. Bacznie 
obserwuje każdy krok. Ale to pewno tylko moja wyobraźnia – dodał.

W świetle ognia twarz Theodory zdawała się napięta i nadąsana.
„Ona lubi, gdy się jej poświęca uwagę” – pomyślała mądrze Eleanor. Bez namysłu podeszła 

bliżej   i usiadła   na   podłodze   obok   Theodory.   Z tyłu   dochodziły   do   niej   delikatne   stuki 
ustawianych   szachów,   a potem   odgłosy   wolnych,   przemyślanych   ruchów   Luke’a   i doktora. 
Płomień w kominku ożywił się i od czasu do czasu strzelały w górę języki ognia. Czekała przez 
chwilę, aż Theodora się odezwie, a w końcu zaczęła ugodowo:

– Ciągle jeszcze nie możesz uwierzyć, że tu jesteś?
– Nie miałam pojęcia, że będzie tu tak nudno – odpowiedziała Theodora.
– Rano na pewno będziemy miały co robić – zapewniła ją Eleanor.
– W domu miałam wokół siebie mnóstwo ludzi, mnóstwo rzeczy do obgadania, było dużo 

śmiechu, światła i podniecających rozrywek...

– Myślę, że takie coś nie jest mi potrzebne – powiedziała Eleanor nieomal przepraszającym 

tonem.   – W moim  życiu   nigdy nic   się nie  działo.  Musiałam  zostać   z mamą.  A kiedy spała, 
zazwyczaj stawiałam pasjanse albo słuchałam radia. Nigdy nie potrafiłam zmusić się do czytania 
wieczorami, gdyż  po południu musiałam jej czytać  przez dwie godziny na głos. Romanse – 
uśmiechnęła się lekko, zapatrzona w ogień.

„Ale  to  przecież   nie  wszystko”  –  pomyślała  zdziwiona   własną  śmiałością.  „I wcale  nie 

odzwierciedla   tego,   jak   to   wyglądało   naprawdę.   Nawet   gdybym   chciała   to   wszystko 
opowiedzieć. Ale po co ja to mówię?”

– Jaka ja jestem okropna! – Theodora przysunęła się do niej szybko i położyła rękę na dłoni 

Eleanor. – Siedzę i zrzędzę, bo nic mnie tu nie bawi. Jestem taką egoistką. Powiedz mi, że jestem 
potworna. – W blasku płomieni jej oczy błyszczały z radości.

– Jesteś potworna – potwierdziła Eleanor posłusznie. Dotyk dłoni Theodory krępował ją, 

a jednak ten drobny fizyczny gest wydawał się sposobem, w jaki Theodora pragnęła okazać swą 
skruchę, zadowolenie, a może i współczucie.

„Ciekawa jestem, czy moje paznokcie są czyste?” – pomyślała Eleanor i delikatnie odsunęła 

background image

rękę.

– Jestem potworna – powtórzyła Theodora, znowu w dobrym humorze. – Jestem potworna 

i nieludzka i nikt nie może ze mną wytrzymać. A teraz powiedz mi jeszcze coś o sobie.

– Jestem potworna, nieludzka i nikt nie może ze mną wytrzymać.
Theodora roześmiała się.
– Nie kpij sobie ze mnie. Ty jesteś taka słodka i miła i każdy cię bardzo lubi. Luke zakochał 

się w tobie śmiertelnie, a ja jestem o to zazdrosna. A teraz chciałabym dowiedzieć się czegoś 
więcej o tobie. Czy naprawdę opiekowałaś się przez tyle lat matką?

– Tak – przyznała Eleanor. Paznokcie miała rzeczywiście bardzo brudne. Jej ręce miały taki 

dziwny kształt, a ludzie żartowali sobie z miłości, ponieważ czasami była  śmieszna. – Przez 
jedenaście lat, dopóki nie umarła trzy miesiące temu.

– Czy było ci żal, kiedy to się stało? Czy powinnam powiedzieć, że jest mi bardzo przykro?
– Nie, nie była szczęśliwa.
– Ani ty.
– Ani ja.
– A co teraz? Co zrobiłaś potem, kiedy już wreszcie odzyskałaś wolność?
– Sprzedałam dom – odpowiedziała Eleanor. – Obie z siostrą zabrałyśmy  z niego to, co 

chciałyśmy,  drobne  rzeczy.  Nic  takiego.   Tylko  to,  co  zgromadziła  matka.   Zegarek  po  ojcu, 
trochę starej biżuterii. Nic na miarę tego, co odziedziczyły siostry z Domu na Wzgórzu.

– A resztę sprzedałaś?
– Wszystko. Jak tylko mogłam najszybciej.
– A potem postanowiłaś się wreszcie szaleńczo zabawić i w tym celu przyjechałaś do Domu 

na Wzgórzu?

– Niezupełnie – roześmiała się Eleanor.
– Ale te wszystkie stracone lata! Czy wyjechałaś gdzieś na jakąś wycieczkę statkiem po 

morzu? Rozglądałaś się za pasjonującymi młodymi facetami, kupiłaś sobie nowe ciuchy?

– Niestety – odpowiedziała sucho Eleanor. – Wcale nie było tam tych pieniędzy tak dużo. 

Moja siostra włożyła swoją część do banku na wykształcenie swojej córeczki. Owszem, kupiłam 
sobie trochę rzeczy na przyjazd do Domu na Wzgórzu.

„Ludzie lubią odpowiadać na pytania o sobie” – pomyślała. „Co to za dziwna przyjemność. 

W tej chwili odpowiedziałabym jej na wszystko”.

– Co zrobisz po powrocie? Masz jakąś pracę?
– Nie. Jeszcze nie. Nie wiem, co będę dalej robić.
– Ja wiem, co zrobię. – Theodora przeciągnęła się z rozkoszą. – Zaświecę wszystkie światła 

w naszym mieszkaniu i będę się w nich pławić.

– Jakie masz mieszkanie? Theodora wzruszyła ramionami.

background image

–   Ładne.   Znaleźliśmy   stare   mieszkanie   i odremontowaliśmy   je   sami.   Jeden   duży   pokój 

i dwie   sypialnie.   Ładna   kuchnia   –   pomalowaliśmy   ją   na   czerwono   i biało   i odnowiliśmy 
mnóstwo starych mebli, które wygrzebaliśmy w sklepach ze starociami. Jeden naprawdę ładny 
stół z marmurowym blatem. Oboje uwielbiamy odnawiać stare meble.

– Jesteś mężatką? – spytała Eleanor.
Nastała krótka cisza, a potem Theodora roześmiała się i odpowiedziała krótko:
– Nie.
– Przepraszam – powiedziała Eleanor, ogromnie zażenowana. – Nie chciałam być wścibska.
– Śmieszna jesteś. – Theodora dotknęła palcem policzka Eleanor.
„Mam zmarszczki pod oczami” – pomyślała Eleanor, odwracając twarz od ognia.
–   Powiedz   mi,   gdzie   mieszkasz?   –   spytała   Theodora.   Ełeanor,   spoglądając   na   swoje 

zniszczone ręce, pomyślała:

„Mogłyśmy sobie pozwolić na pralnię. To było niesprawiedliwe. Moje ręce wyglądają teraz 

potwornie”.

– Mam swój własny kąt – powiedziała  wolno. – Mieszkanie takie jak twoje, tyle  że ja 

mieszkam  w nim  sama.   Jestem  przekonana,  że  jest  mniejsze  od  twojego.  Nadal  je mebluję. 
Kupuję po jednym meblu – no wiesz, aby mieć pewność, że wszystko będzie świetnie pasowało. 
Białe   firanki.   Przez   kilka   tygodni   szukałam   białych   kamiennych   lwów   do   ustawienia   nad 
kominkiem, aż wreszcie znalazłam. Mam białego kota, książki, płyty i obrazy. Wszystko musi 
być   dokładnie   tak,   jak   chcę,   ponieważ   tylko   ja   z tego   korzystam.   Kiedyś   miałam   niebieski 
kubeczek   z wymalowanymi   na   nim   gwiazdkami.   Kiedy   spojrzało   się   do   środka,   miało   się 
wrażenie, że było w nim pełno gwiazd. Chciałabym znowu dostać taki kubek.

– Może kiedyś  pojawi się u nas w sklepie  – powiedziała  Theodora. – A wówczas ci go 

wyślę.   Pewnego   dnia   otrzymasz   małą   paczuszkę   z napisem   „Dla   Eleanor   od   kochającej 
przyjaciółki Theodory”. I będzie w niej niebieski kubek pełen gwiazd

– Ja pewno też bym ukradła te talerze ze złotym paskiem – zaśmiała się Eleanor.
– Szach-mat! – zawołał Luke wesoło, a doktor mruknął: – Do licha!
– To tylko łut szczęścia, doktorze – stwierdził Luke. – Czy nasze panie zasnęły przy ogniu?
– Prawie – odpowiedziała Theodora.
Luke przeszedł przez pokój i wyciągnął rękę do każdej z nich, aby im pomóc się podnieść. 

Eleanor,   poruszywszy   się   niezdarnie,   nieomal   upadła.   Theodora   podniosła   się   szybko, 
przeciągnęła się i ziewnęła.

– Theo jest śpiąca.
– Będę musiał zaprowadzić was na górę – powiedział doktor. – Jutro musimy się dobrze 

nauczyć rozkładu domu. Luke, czy możesz zabezpieczyć ogień?

– Może byłoby lepiej, gdybyśmy się upewnili, czy wszystkie drzwi są zamknięte? – zapytał 

background image

Luke. – Pani Dudley przypuszczalnie zamknęła za sobą tylne drzwi, gdy wychodziła. Ale co 
z resztą?

–   Wątpię,   czy   znajdziemy   tu   włamywacza   –   odparła   Theodora.   –   A poza   tym   ta   mała 

towarzyszka też zamykała drzwi i nic jej to nie pomogło.

– Przypuśćmy, że będziemy chcieli stąd uciec? – spytała Eleanor.
Doktor spojrzał prędko na Eleanor, a potem odwrócił twarz.
– Nie widzę żadnego powodu, aby zamykać drzwi – powiedział cicho.
– Z całą pewnością nie grozi nam niebezpieczeństwo, że włamie się tu ktoś ze wsi – przyznał 

Luke.

– W każdym razie ja na pewno nie pójdę spać co najmniej jeszcze przez godzinę. W moim 

wieku godzina czytania przed snem jest bardzo istotna. Z tego też względu przywiozłem ze sobą 
Pamelę. Jeśli któreś z was będzie miało problemy z zaśnięciem, to chętnie poczytam wam na 
głos. Jeszcze nie spotkałem nikogo, kto by nie zasnął, słuchając Richardsona czytanego na głos. 
– Poprowadził ich wzdłuż wąskiego korytarza, poprzez wielki hol wejściowy aż do schodów. – 
Często miałem ochotę wypróbować tę metodę na małych dzieciach – ciągnął dalej cicho.

Eleanor podążyła  za Theodorą na górę. Dopiero teraz  zorientowała  się, jak bardzo była 

wyczerpana, stawiając każdy krok z wysiłkiem. Uporczywie powtarzała sobie, że jest w Domu 
na   Wzgórzu,   ale   w tym   momencie   nawet   niebieska   sypialnia   była   dla   niej   tylko   łóżkiem 
z niebieską kołdrą i nakryciem.

–   Z drugiej   zaś   strony   –   ciągnął   idący   za   nią   z tyłu   doktor   –   powieści   Fieldinga,   choć 

porównywalne objętością, lecz z pewnością nie tematycznie, nigdy nie nadawałyby się do tego 
celu dla dzieci. Mam nawet pewne wątpliwości co do Sterna...

Theodorą podeszła do drzwi zielonej sypialni, odwróciła się i uśmiechnęła.
– Jeśli poczujesz się choć odrobinę zdenerwowana, to biegnij prosto do mojego pokoju przez 

łazienkę.

– Dobrze – odpowiedziała gorliwie Eleanor. – Dziękuję i dobranoc.
– ...a już z całą pewnością nie Smollett. Moje drogie panie, Luke i ja będziemy po drugiej 

stronie schodów.

–   W jakiej   tonacji   są   wasze   sypialnie?   –   spytała   Eleanor,   nie   mogąc   powstrzymać 

ciekawości.

– W żółtej – odpowiedział ze zdziwieniem doktor.
– A moja w różowej – powiedział Luke, ze zgrabnym gestem obrzydzenia.
– My jesteśmy w błękicie i zieleni – poinformowała Theodorą.
– W każdym razie ja tu sobie jeszcze poczytam – zapewniał ich doktor. – Uchylę drzwi, 

żeby wszystko słyszeć. Dobranoc. Śpijcie spokojnie.

– Dobranoc.

background image

Zamykając   za   sobą   drzwi   niebieskiego   pokoju,   Eleanor   pomyślała   ze   znużeniem,   że   to 

prawdopodobnie  ta  ciemność   i depresja  panujące  w całym   Domu  na  Wzgórzu  tak   bardzo  ją 
znużyły, lecz teraz nie miało to żadnego znaczenia. Niebieskie łóżko było wręcz niewiarygodnie 
miękkie.

„To dziwne – pomyślała, zasypiając – ten potworny dom jest równocześnie pod wieloma 

względami   taki   wygodny...   miękkie   łóżko,   piękny   trawnik,   przyjemny   ogień   w kominku, 
kuchnia pani Dudley. I towarzystwo też. Teraz mogę o nich spokojnie porozmyślać. Jestem tu 
całkiem   sama.   Dlaczego   Luke   tu   przyjechał?   I po   co   ja   tu   jestem?   „Podróże   kończą   się 
spotkaniem kochanków”. Wszyscy widzieli, że się bałam”.

Nagle wzdrygnęła się i usiadła na łóżku, by sięgnąć po kołdrę zwiniętą u stóp. A potem, na 

wpół rozbawiona i na wpół zziębnięta, wstała z łóżka i boso, bezszelestnie, przeszła przez pokój, 
aby zamknąć drzwi na klucz. „Nie wiedzą, że je zamknęłam” – pomyślała i szybko wróciła do 
łóżka. Owinięta szczelnie kołdrą popatrzyła z lękiem na okno połyskujące w ciemności, a potem 
znowu na drzwi. „Czy ktoś je otwiera? Ale przecież je zamknęłam. Czy ktoś je otwiera?”

„Myślę,   że   będzie   lepiej   –   zadecydowała   rezolutnie   –   jeśli   przykryję   sobie   głowę   tymi 

kocami”.   Ukryta   głęboko   pod   kocami   zachichotała,   zadowolona,   że   nikt   jej   nie   słyszy. 
W mieście nigdy tak nie spała. „Przejechałam dzisiaj taki kawał drogi” – pomyślała, a potem 
zasnęła, czując się bezpieczna.

W drugim pokoju, przy zapalonym świetle, spała uśmiechnięta Theodora. Doktor u siebie 

czytał Pamelę, podnosząc od czasu do czasu głowę i nadsłuchując. Raz nawet wstał i podszedł 
do drzwi. Stał w nich przez chwilę, patrząc na korytarz, zanim wrócił do swojej książki.. Nocna 
lampa   świeciła   się u szczytu   schodów  nad morzem  ciemności   spowijających   hol.  Luke  spał 
z latarką na nocnym stoliku i maskotką na szczęście, z którą nigdy się nie rozstawał. Zewsząd 
otaczała ich przejmująca cisza domu, ożywionego nagłym ruchem jak dreszczem.

Sześć mil dalej pani Dudley przebudziła się, spojrzała na zegarek, pomyślała o Domu na 

Wzgórzu  i szybko  zamknęła  oczy.  Pani Gloria Sanderson, która była  właścicielką  Domu  na 
Wzgórzu i mieszkała trzysta mil dalej, skończyła właśnie czytać kryminał, ziewnęła i wyciągnęła 
rękę,  aby zgasić  światło.  Zastanawiała   się  krótko, czy nie  zapomniała   przypadkiem   założyć 
łańcucha   na   drzwi   wejściowe.   Przyjaciel   Theodory   mocno   spał,   podobnie   jak   żona   doktora 
i siostra   Eleanor.   Gdzieś   daleko   wśród   drzew   otaczających   Dom   na   Wzgórzu   rozległo   się 
pohukiwanie sowy, a nad ranem zaczęła siąpić mżawka, mglista i ponura.

background image

Rozdział IV

1

Następnego   dnia   Eleanor   przebudziła   się   w niebieskiej   sypialni,   poszarzałej   i wyblakłej 

w porannym deszczu. Zauważyła, że w nocy zrzuciła z siebie kołdrę i spała jak zwykle, z głową 
na poduszce. Ze zdziwieniem spostrzegła, że była już ósma, i pomyślała sobie, jaką ironią jest to, 
że po raz pierwszy od wielu lat wyspała się dobrze dopiero w Domu na Wzgórzu. Leżąc na 
błękitnym   łóżku   i patrząc   na   wyblakły   sufit   z niewyraźnie   wyrzeźbionym   wzorem,   na   wpół 
senna pytała siebie samą:

– Co ja właściwie zrobiłam? Czy zachowałam się jak głupiec? Czy oni śmiali się ze mnie?
Prędko przebiegła myślą wydarzenia z ubiegłego wieczoru i stwierdziła tylko, że musiała 

robić wrażenie kogoś dziecinnie zadowolonego z siebie, kogoś nieomal szczęśliwego. Czy ta jej 
prostota   tak   ich   rozbawiła?   „Powiedziałam   tyle   głupich   rzeczy”   –   pomyślała   sobie.   „Oni 
naturalnie musieli to zauważyć. Dzisiaj zachowam większą rezerwę, nie będę im tak otwarcie 
wdzięczna za to, że przyjęli mnie do swego grona”.

A potem, kompletnie już rozbudzona, potrząsnęła głową i westchnęła.
– Z ciebie to taki głupiutki dzieciak, Eleanor – powiedziała sobie, jak to zwykle czyniła rano.
Pokój wokół niej wyraźnie się ożywił. Z powrotem znalazła się w niebieskiej sypialni Domu 

na Wzgórzu, muślinowe firanki poruszały się lekko w oknie, a energiczne pluskanie w łazience 
świadczyło   dobitnie   o tym,   że   Theodora   już   wstała   i z całą   pewnością   ubierze   się   pierwsza 
i pierwsza będzie gotowa do zejścia na śniadanie.

– Dzień dobry! – zawołała Eleanor.
–   Dzień   dobry   –   odpowiedziała   Theodora,   łapiąc   oddech   pod   prysznicem.   –   Jeszcze 

chwileczkę. Naleję ci wodę do wanny. Jesteś głodna? Bo ja tak!

„Czy jej  się  wydaje,   że  jeśli  mi  nie   naleje  wody  do  wanny,   to  ja  się  nie  wykąpię?”  – 

zastanawiała  się Eleanor,  a potem zawstydziła  się. „Przyjechałam  tutaj, aby przestać  myśleć 
w ten sposób” – upomniała się ostro.

Wstała z łóżka i podeszła do okna. Popatrzyła na szeroki trawnik widoczny poniżej, poza 

dachem   werandy,   z otaczającymi   go   krzakami   i drzewami   spowitymi   we   mgle.   Daleko,   po 
drugiej stronie trawnika, rysowała się linia drzew wyznaczających ścieżkę do strumyka, choć 
propozycja   wesołego   pikniku   na   trawie   nie   wydawała   się   dzisiaj   zbyt   ponętna.   Wszystko 
wskazywało na to, że zapowiadał się mokry dzień. Był to jednakże letni deszcz, który pogłębiał 
zieleń trawy i drzew oraz orzeźwiał i oczyszczał powietrze.

„Cudownie!”  –  pomyślała  Eleanor,   zdziwiona  swoją  reakcją.  Zastanawiała  się,  czy  była 

background image

pierwszą osobą, która uznała Dom na Wzgórzu za czarujący, a potem przyszła jej do głowy inna, 
mrożąca krew w żyłach myśl: „A może oni wszyscy tak myślą pierwszego dnia?” Wzdrygnęła 
się i sama nie potrafiła zrozumieć przyczyny własnego podniecenia. W żaden sposób nie mogła 
sobie   przypomnieć,   dlaczego   tak   dziwne   wydawało   jej   się   to,   że   obudziła   się   w Domu   na 
Wzgórzu szczęśliwa.

– Zagłodzę się tu na śmierć. – Theodora załomotała pięścią w drzwi łazienki. Eleanor złapała 

szlafrok. – Postaraj się wyglądać jak promyk słońca – zawołała Theodora ze swego pokoju.

– Taki dziś ciemny dzień, że musimy ubrać się jeszcze jaskrawiej niż zwykle. „Nie śpiewaj 

przed śniadaniem, bo będziesz płakać przed zachodem słońca” – pomyślała Eleanor, ponieważ 
nuciła sobie cichutko. „Zwłoka nie przynosi obfitości”.

– Myślałam, że to ja jestem leniwa – ciągnęła Theodora przez drzwi łazienki – ale ty jesteś 

znacznie gorsza. Leniwa, to mało powiedziane. Jesteś już chyba na tyle czysta, by móc zjeść 
śniadanie!

– Pani Dudley stawia śniadanie o dziewiątej. Co ona sobie pomyśli, jak się pojawimy na 

dole takie jaskrawe i uśmiechnięte?

– Rozpłacze się z rozczarowania. Jak sądzisz, czy ktoś ją wołał w nocy?
Eleanor przyjrzała się krytycznie swojej namydlonej nodze.
– Ja spałam jak zabita – przyznała się.
– Ja też. Jeśli nie będziesz gotowa za trzy minuty, to przyjdę do ciebie, żeby cię utopić. Mam 

ochotę na śniadanie.

Eleanor pomyślała sobie, że już od bardzo dawna nie ubierała się jak promyk słońca, nie 

wyczekiwała  głodna  na  śniadanie  i nie  budziła   się taka   raźna  i świadoma  samej   siebie.  Tak 
łagodna i delikatna we wszystkim, co wokół siebie robiła. Nie pamiętała, aby się kiedykolwiek 
przedtem myła z taką czułością. „To wszystko dlatego, że się wreszcie porządnie wyspałam. Nie 
zdawałam sobie nawet sprawy z tego, jak źle sypiałam od śmierci mamy”.

– Jeszcze nie jesteś gotowa?
– Idę, idę! – odpowiedziała Eleanor i pobiegła do drzwi. Przypomniała sobie, że nadal były 

zamknięte na klucz, więc otworzyła je po cichu. Theodora, w krzykliwej kratce, czekała na nią 
na korytarzu, odcinając się żywo od otoczenia. Patrząc na nią, Eleanor nie mogła uwierzyć, aby 
kiedykolwiek   ubierała   się,   myła,   poruszała,   jadła   czy   spała,   nie   czerpiąc   przyjemności   ze 
wszystkiego, co robiła. Być może Theodora nigdy nie przejmowała się tym, co inni ludzie o niej 
myśleli.

– Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że znalezienie jadalni może nam zająć godzinę? – spytała 

ze zniecierpliwieniem Theodora. – Może oni zostawili nam mapę? Luke z doktorem od kilku 
godzin są już na nogach. Rozmawiałam z nimi przez okno.

„Zaczęli beze mnie” – pomyślała Eleanor. „Jutro obudzę się wcześniej, to też porozmawiam 

background image

z nimi przez okno”.

Theodora przeszła przez wielki ciemny korytarz i pewnie położyła rękę na klamce drzwi.
– To tutaj – powiedziała, ale drzwi prowadziły do przyćmionego pokoju, którego żadna 

z nich wcześniej nie widziała.

–   Tutaj!   –   stwierdziła   Eleanor,   lecz   i tym   razem   drzwi   prowadziły   tylko   do   wąskiego 

przejścia wiodącego do owego małego pokoiku, w którym siedzieli ubiegłej nocy przy kominku.

– To tam, naprzeciw korytarza! – powiedziała Theodora i odwróciła się zdezorientowana. – 

A niech to wszyscy diabli! – zaklęła i zaczęła krzyczeć: – Doktorze! Luke!

Z daleka usłyszały ich wołanie i Theodora zwróciła się w stronę jeszcze jednych drzwi.
– Jeśli im się wydaje, że ja tu będę siedzieć w tym brudnym korytarzu i dobijać się do 

wszystkich drzwi po kolei, żeby się dostać do mojego śniadania...

– Wydaje mi się, że to te są właściwe – podpowiedziała Eleanor. – Musimy przejść przez ten 

ciemny pokój, a za nim powinna już być jadalnia.

Theodora   krzyknęła   jeszcze   raz,   potknęła   się   o jakiś   lekki   przedmiot   i zaklęła.   Nagle 

otworzyły się drzwi i usłyszały głos doktora.

– Dzień dobry!
– Co to za wstrętny, plugawy dom! – złościła się Theodora, masując obolałe kolano. – Dzień 

dobry!

– Pewno w to nie uwierzycie, ale trzy minuty temu te drzwi były szeroko otwarte. Celowo 

zostawiliśmy   je   otwarte   na   oścież,   aby   łatwiej   wam   było   znaleźć   drogę.   Siedzieliśmy   tutaj 
i widzieliśmy na własne oczy, jak się zamknęły,  dosłownie zanim nas zawołałyście. No cóż, 
dzień dobry.

– Wędzone śledzie – zawołał siedzący już przy stole Luke. – Dzień dobry. Mam nadzieję, że 

panie gustują w śledziach.

Przetrwali   razem   ciemność   jednej   nocy,   a teraz   wspólnie   witali   poranek   w Domu   na 

Wzgórzu. Czuli się już jak rodzina. Witali się bez żadnych sztucznych formalności i zajmowali 
miejsca, które okupowali poprzedniego wieczoru przy kolacji.

– Widać, że śniadanie stawiane przez panią Dudley zgodnie z umową równo o dziewiątej 

jest obfite – zauważył Luke, wymachując widelcem. – Już myśleliśmy, że należycie do tych, co 
to wolą kawę i słodkie bułeczki podane do łóżka.

– W każdym innym domu o wiele prędzej znalazłybyśmy jadalnię – stwierdziła Theodora.
– Czy naprawdę zostawiliście wszystkie drzwi pootwierane? – spytała Eleonor.
– Właśnie dzięki temu wiedzieliśmy, że już tu idziecie – wyjaśnił Luke. – Widzieliśmy na 

własne oczy, jak się zamykają.

– Dzisiaj zabijemy te wszystkie drzwi gwoździami – zagroziła Theodora. – Mam zamiar 

chodzić   po   tym   przeklętym   domu   tak   długo,   aż   trafię   w nim   na   jedzenie   dziesięć   razy   na 

background image

dziesięć.   Całą   noc   spałam   przy   zaświeconym   świetle   –   przyznała   się   doktorowi.   –   Ale   nic 
takiego się nie działo.

– Wszędzie było bardzo cicho – wyjaśnił doktor.
– Czy przez całą noc czuwał pan nad nami, doktorze? – spytała Eleanor.
– Mniej więcej do trzeciej, kiedy to w końcu Pamela mnie uśpiła. Nic nie słyszałem, dopóty 

nie zaczął padać deszcz. Jedna z pań zawołała raz we śnie.

– To musiałam być ja – przyznała się bez żadnego zażenowania Theodora. – Śniło mi się, że 

ta okropna siostra stała przed bramą Domu na Wzgórzu.

– Ona mi się również śniła – powiedziała Eleanor. Spojrzała na doktora i nagle stwierdziła: – 

To takie krępujące. Ciągle myśleć o tym, że się człowiek boi.

– Wszystkich nas to dotyczy – zauważyła Theodora.
– Gorzej, jeśli próbuje się to ukryć – stwierdził doktor.
– Najlepiej napchać się śledziami – poradził Luke. – Potem już nic się nie poczuje.
Eleanor zauważyła, że podobnie jak poprzedniego dnia, zręcznie pokierowano rozmowę na 

inne tematy, z dala od strachu tak wszechobecnego w jej myślach. Być może pozwalano jej od 
czasu do czasu mówić w imieniu wszystkich, tak aby uspokajając ją, mogli również uspokoić 
siebie   samych   i tym   sposobem   mieć   już   ten   temat   za   sobą.   Być   może   była   nosicielem 
wszelakiego strachu i miała go w sobie za nich wszystkich. „Oni są jak dzieci” – pomyślała ze 
złością. „Wypychają jedno drugie do przodu, aby zobaczyć, kto wyjdzie pierwszy, i przezywają 
tego, kto zostanie w tyle, na ostatku”.

Odsunęła od siebie talerz i westchnęła.
– Zanim położę się spać wieczorem – mówiła Theodora doktorowi – muszę się upewnić, że 

widziałam każdy cal tego domu. Nie mam zamiaru znowu leżeć w łóżku i zastanawiać się, co też 
może   być   pod   albo   nade   mną.   I musimy   tu   natychmiast   pootwierać   okna,   zastawić   drzwi 
i wreszcie przestać błądzić po omacku.

–   Małe   znaki   na   ścianach   –   zasugerował   Luke.   –   Strzałki   wskazujące:   TĘDY   DO 

WYJŚCIA!

– Albo: UWAGA! ŚLEPA ULICZKA! – wtrąciła Eleanor.
– Albo: UWAGA! SPADAJĄCE MEBLE! – dodała Theodora. – To właśnie musimy zrobić 

– zwróciła się do Luke’a.

– Najpierw jednak zwiedzimy cały dom – zauważyła Eleanor, być może odrobinę za szybko, 

gdyż   Theodora   odwróciła   się   i popatrzyła   na   nią   z dziwnym   zaciekawieniem.   –   Nie   chcę, 
żebyście o mnie zapomnieli gdzieś na strychu – dodała niepewnie Eleanor.

– Nikt nie ma zamiaru o tobie zapominać – zapewniła ją Theodora.
– A zatem proponuję, żebyśmy najpierw wypili resztę kawy, a potem przeszli przez cały 

dom,   pokój   po   pokoju,   i spróbowali   odkryć   jakiś   racjonalny   plan,   według   którego   ten   dom 

background image

zbudowano, pamiętając jednak, aby nie zamykać za sobą drzwi. Nigdy nie przypuszczałem – 
ciągnął   Luke,   kręcąc   smutnie   głową   –   że   kiedyś   odziedziczę   dom,   w którym   będę   musiał 
oznaczyć wszystkie drzwi, żeby się nie pogubić.

– Powinniśmy nadać tym pokojom jakieś nazwy – zaproponowała Theodora. – Przypuśćmy, 

że umówiłabym się z tobą w drugim pod względem świetności salonie. Skąd wiedziałbyś, gdzie 
mnie szukać?

– Mogłabyś pogwizdywać i w ten sposób wskazywać mi drogę – zaproponował Luke.
Theodora wzdrygnęła się.
– Nawet gdybyś słyszał moje gwizdy i nawoływania, to i tak pewno chodziłbyś od drzwi do 

drzwi, nigdy nie natrafiając na właściwe, a ja siedziałabym w środku, nie mogąc się wydostać.

– I na dodatek nie mając nic do jedzenia – dodała Eleanor. Theodora popatrzyła  na nią 

ponownie.

–   No   właśnie.   I do   tego   bez   jedzenia   –   zgodziła   się   po   chwili.   A potem   dodała:   –   To 

zwariowany dom, jak w karnawale, przechodnie pokoje, ze wszystkich stron drzwi zamykające 
się   ludziom   przed   nosem.   Mogę   się   założyć,   że   gdzieś   tu   są   także   i krzywe   lustra,   które 
zniekształcają   człowieka   po   bokach.   I dmuchawa   powietrzna   do   podwiewania   kobietom 
sukienek.   Coś   tu   pewno   wyskakuje   nagle   na   ludzi   w ciemnych   korytarzach   i śmieje   się   im 
w twarz.   –   Umilkła   nagle   i prędko   podniosła   do   ust   filiżankę   z kawą,   wylewając   odrobinę 
w pośpiechu.

– Nie jest  wcale tak źle – zapewniał spokojnie doktor. – Powiedziałbym, że parter domu 

składa się z pokoi ułożonych w koncentryczne obwody. W samym środku znajduje się ten mały 
buduar,   w którym   siedzieliśmy   wczoraj   wieczorem.   A wokół   niego   rozmieszczona   jest   seria 
pokoi – pokój do bilardu na przykład – i ponura mała klitka, w której wszystkie meble pokryte są 
różowym atłasem.

– Do którego obie z Eleanor będziemy się udawać na ręczne robótki.
– Pokoje te, które nazwałbym wewnętrznymi, gdyż nie mają bezpośredniego dostępu do 

zewnętrznych ścian i jak pamiętacie, są pozbawione okien, otacza pierścień pokoi zewnętrznych 
– salon, biblioteka i oranżeria.

– O nie – wtrąciła Theodora – mnie nadal dobrze w tych różowych atłasach.
–   Cały   dom   otacza   weranda.   Na   werandę   wychodzą   drzwi   z salonu,   oranżerii   i pokoju 

dziecięcego. Istnieje również przejście...

–   Zaraz,   zaraz!   Niech   pan   przestanie!   –   Theodora   śmiała   się,   ale   kręciła   głową.   –   To 

obrzydliwy, paskudny dom.

W   kącie   jadalni   otworzyły   się   drzwi   i stanęła   w nich   pani   Dudley.   Z ręką   na   klamce 

i z pozbawioną wszelkiego wyrazu twarzą spojrzała na stół.

– Sprzątam ze stołu o dziesiątej – odezwała się.

background image

– Dzień dobry pani, pani Dudley – przy witał ją Luke. Pani Dudley skierowała na niego 

wzrok.

– Sprzątam o dziesiątej – powtórzyła. – Naczynia mają wrócić na półki. Ściągam je potem na 

obiad. Obiad podaję o pierwszej, ale przedtem naczynia muszą wrócić na półki.

–   Oczywiście,   pani   Dudley.   –   Doktor   podniósł   się   z miejsca   i odłożył   serwetkę.   –   Czy 

wszyscy gotowi? – zapytał.

Na oczach pani Dudley Theodora celowo podniosła filiżankę do ust i dopiła resztę kawy, po 

czym wytarła serwetką usta i usiadła z powrotem.

– Wspaniała kawa – zaczęła tonem towarzyskiej pogawędki. – Czy te naczynia również 

należą do tego domu?

– Te naczynia należy ustawić na półkach – powtórzyła z uporem pani Dudley.
– A szklanki, sztućce i obrusy? Co za śliczne starocie!
– Obrusy – wyjaśniła  pani Dudley – należy złożyć  w szufladzie  w komodzie,  która stoi 

w jadalni. Srebro układamy w komodzie na sztućce. A szklanki stawiamy na półkach.

– Narobiliśmy pani tyle kłopotu – zauważyła Theodora. Pani Dudley milczała. W końcu 

odezwała się:

–   Naczynia   sprzątam   o dziesiątej.   Obiad   podaję   o pierwszej.   Theodora   zaśmiała   się 

i podniosła się z miejsca.

– Chodźmy. Chodźmy pootwierać drzwi.
Zaczęli sensownie od drzwi do jadalni, które podparli ciężkim krzesłem. Bezpośrednio poza 

jadalnią znajdował się pokój do gier. Przedmiot,  o który potknęła się Theodora, był  niskim, 
inkrustowanym stolikiem do szachów.

– Jak mogłem go wczoraj przeoczyć? – mruknął do siebie zirytowany doktor. Na drugim 

końcu pokoju ustawione były stoliki i krzesła do kart oraz wysoka szafa, w której trzymano 
szachy, piłki do krokieta i plansze do innych gier.

– Cóż za radosne miejsce do spędzania wolnego czasu – zauważył stojący w drzwiach Luke, 

przypatrując   się   ponuremu   wystrojowi   pokoju.   Zimna   zieleń   obić   na   stolikach   odbijała   się 
nieszczęśliwie   w ciemnych  kafelkach,  którymi   wyłożone   były  ściany kominka.   Nieodzownej 
drewnianej boazerii bynajmniej nie ożywiała seria sztychów o tematyce sportowej, ale były tam 
przedstawione różne metody zatłukiwania dzikich zwierząt na śmierć. Nad kominkiem wisiał łeb 
jelenia, spoglądając na nich z zażenowaniem.

– To właśnie tutaj przychodziły, żeby się pobawić – odezwała się Theodora, a głos jej odbił 

się   echem   od   wysokiego   sufitu.   –   Przychodziły   tutaj,   żeby   odpocząć   od   przygnębiającej 
atmosfery panującej w reszcie domu. – Głowa jelenia patrzyła na nią żałośnie. – Biedne, małe 
dziewczynki. Czy moglibyśmy ściągnąć tę bestię ze ściany? – spytała.

– Mam wrażenie, że się jej spodobałaś – zauważył Luke. – Od chwili, gdy weszłaś do tego 

background image

pokoju, nie spuszcza z ciebie oczu. Wyjdźmy stąd.

Podparli za sobą drzwi i wyszli na korytarz, który słabo jaśniał w świetle padającym nań 

przez otwarte drzwi.

– Jak tylko znajdziemy jakieś okno, to je otworzymy – zapewniał doktor. – Na razie musimy 

się zadowolić otwieraniem drzwi.

– Ty myślisz tylko o tych dzieciach – zarzuciła Theodorze Eleanor. – Ja natomiast nie mogę 

zapomnieć o tej małej, samotnej opiekunce, która chodziła po pokojach, zastanawiając się ciągle, 
kto tu jeszcze był oprócz niej w tym domu.

Luke otworzył z wysiłkiem wejściowe drzwi i przyturlał wielką wazę, aby je podeprzeć.
– Świeże powietrze – powiedział z wdzięcznością. Ciepły zapach deszczu i mokrej trawy 

wypełnił cały hol i przez chwilę stali w drzwiach, wdychając z rozkoszą powietrze spoza Domu 
na Wzgórzu. Wreszcie doktor odezwał się:

– A tu jest coś, czego z całą pewnością się nie spodziewaliście. – Otworzył małe drzwi, 

wciśnięte obok wielkich frontowych drzwi, i ustąpił im miejsca z uśmiechem. – Oto biblioteka – 
wyjaśnił. – W wieży.

– Nie jestem w stanie tam wejść – zaprotestowała Eleanor, sama zdziwiona własną reakcją.
Cofnęła się oszołomiona  zimnym  powiewem zgnilizny i mokrej  ziemi,  który poczuła na 

sobie.

–   Moja   mama...   –   zaczęła,   nie   wiedząc,   co   chciała   im   powiedzieć,   i oparła   się   mocno 

o ścianę.

– Naprawdę? – zapytał doktor, patrząc na nią z zainteresowaniem. – Theodora – Theodora 

wzruszyła ramionami i wesoła do środka. Eleanor wzdrygnęła się. – Luke? – zapytał doktor, lecz 
Luke był już w bibliotece. Z miejsca, w którym stała, Eleanor widziała jedynie część okrągłej 
ściany biblioteki, z wąskimi, krętymi, żelaznymi schodami wijącymi się do góry. A skoro to była 
wieża, schody wznosiły się coraz wyżej, do góry i do góry... Eleanor zamknęła oczy. Z daleka 
dochodził do niej głos doktora, dudniący głucho o kamienne ściany biblioteki.

– Widzicie te małe drzwi zapadowe tam w cieniu? – zapytał. – Prowadzą na mały balkonik, 

na którym – jak się powszechnie uważa – powiesiła się ta dziewczyna. Z całą pewnością byłoby 
to  najwłaściwsze  miejsce,  powiedziałbym  nawet, bardziej  stosowne dla  samobójców niż  dla 
książek. Podobno przywiązała sznur do tych żelaznych prętów, a potem po prostu zrobiła krok 
do przodu...

– Bardzo dziękuję – ze środka dobiegł głos Theodory. – Mogę to sobie wszystko doskonale 

wyobrazić. Jeśli o mnie chodzi, to prawdopodobnie zakotwiczyłabym sznurek na głowie tego 
jelenia w pokoju do gier. Być może ona była w jakiś sentymentalny sposób przywiązana do tej 
wieży.   Czyż   nie   sądzicie,   że   to   słowo   „przywiązana”   wyjątkowo   dobrze   pasuje   w tym 
kontekście?

background image

– Wyśmienicie – głos Luke’a brzmiał teraz wyraźniej, gdyż właśnie wychodzili z biblioteki 

i stanęli w korytarzu, gdzie czekała Eleanor. – Myślę, że w przyszłości zamienię ten pokój na 
nocny lokal. Na balkonie ustawię orkiestrę, a danserki będą schodzić na dół po tych krętych 
schodach do baru.

– Eleanor, czy już się lepiej czujesz? – zainteresowała się Theodora. – To rzeczywiście 

potworny pokój. Miałaś rację, że nie chciałaś do niego wchodzić.

Eleanor stała z dala od ściany. Miała ochotę się rozpłakać. Odwróciła się tyłem do drzwi 

biblioteki, które doktor podpierał stosem książek.

– Nie sądzę, abym wiele czytała  w trakcie mojej tu bytności – powiedziała, siląc się na 

swobodny ton. – Zwłaszcza jeśli te książki będą śmierdziały tak jak ta biblioteka.

– Ja nie poczułem żadnego zapachu – zdziwił się doktor. Popatrzył pytająco na Luke’a, który 

pokręcił przecząco głową.

– Dziwne – ciągnął doktor. – I właśnie tego szukamy.  Zanotuj to, moja droga, i spróbuj 

dokładnie opisać.

Theodora   stała   w holu   i rozglądała   się   wokół   zaintrygowana.   Obejrzała   się   za   siebie   na 

klatkę schodową, a potem na drzwi wejściowe:

– Czy w tym domu są dwa główne wejścia, czy też mnie się wszystko pomieszało?
Doktor uśmiechnął się rozpromieniony. Najwidoczniej czekał na takie pytanie.
– To są jedyne drzwi wejściowe – odpowiedział. – To te, przez które tu wczoraj weszłaś.
Theodora zmarszczyła brwi.
– To dlaczego obie z Eleanor nie widzimy tej wieży z okien naszych sypialni? Okna naszych 

pokoi umiejscowione są na frontowej fasadzie domu, a mimo to...

Doktor roześmiał się i klasnął w ręce.
–   Nareszcie!   –   wykrzyknął.   –   Sprytna   Theodora!   To   właśnie   dlatego   chciałem,   abyście 

zobaczyli ten dom w dziennym świetle. Chodźcie, usiądziemy na schodach, to wam wszystko 
wyjaśnię.

Posłusznie   usadowili   się   na   schodach,   a on   przyjąwszy   swą   profesorską   pozę,   zaczął 

oficjalnym tonem wyjaśniać.

– Jedną z ciekawostek Domu na Wzgórzu jest jego architektoniczny plan.
– Zwariowany dom.
–   No   właśnie.   Czy   zastanawialiście   się   kiedyś   nad   tą   wyjątkową   trudnością,   z jaką 

przychodzi nam się tu odszukać? W żadnym normalnym domu nie czulibyśmy się tak długo 
zdezorientowani i zagubieni. Tymczasem ciągle albo wybieramy niewłaściwe drzwi, albo pokój, 
którego szukamy,  wymyka  się w jakiś sposób spod naszego zasięgu.  – Westchnął  i pokiwał 
głową. – Nawet ja mam z tym kłopoty. Podejrzewam – ciągnął dalej – że Hugh Crain liczył na 
to,   że   pewnego   dnia   Dom   na   Wzgórzu   stanie   się   atrakcją   turystyczną   podobną   do   domu 

background image

Winchester w Kalifornii czy do wielu innych ośmiokątnych domów. Pamiętajcie, że to on sam 
zaprojektował  ten  dom,  i jak już wam wcześniej  mówiłem,  był  to bardzo  dziwny człowiek. 
Każdy kąt – w tym momencie doktor wskazał na drzwi – jest odrobinę krzywy. Hugh Cram 
musiał   widocznie   pogardzać   innymi   ludźmi   z ich   normalnymi,   prostokątnymi   domami 
i wybudował sobie dom tak, aby pasował do jego umysłu. Kąty, które uważamy za właściwe, 
których mamy się prawo w danym miejscu spodziewać i do których się przyzwyczailiśmy, są 
o ułamek  stopnia  przesunięte  w jedną  lub  drugą   stronę.  Jestem  przekonany,  na  przykład,  że 
uważacie, że stopnie, na których siedzicie, są poziome, gdyż nic spodziewalibyście się żadnych 
innych.

Poruszyli się nerwowo, a Theodora szybko wyciągnęła rękę, aby przytrzymać się balustrady, 

tak jakby się bała, że upadnie.

–   Schody   pochylają   się   odrobinę   do   środka,   podczas   gdy   wszystkie   drzwi   są   nieco 

wypaczone i celowo nie wyważone. Być może to jest właśnie powodem, że drzwi w tym domu 
zatrzaskują   się   same,   chyba   że   się   je   czymś   podeprze.   Dziś   rano   zastanawiałem   się,   czy 
przypadkiem   wasze   kroki,   moje   panie,   nie   zakłóciły   owej   delikatnej   równowagi   i nie 
spowodowały  zatrzaśnięcia  się   drzwi.   Naturalnie  efekty  tych   drobnych   odchyleń   sumują  się 
i przyczyniają do ogólnego, dość wyraźnego zdeformowania domu. Theodora nie może dostrzec 
ze swego okna wieży, bo wieża usytuowana jest na rogu domu. Z okna sypialni Theodory jest 
zatem zupełnie niewidoczna, choć patrząc na nią stąd, ma się wrażenie, że stoi bezpośrednio za 
jej oknem. Okno sypialni Theodory jest zaledwie piętnaście stóp stąd, po lewej stronie od nas.

– Do licha! – Theodora rozłożyła bezradnie ręce.
– Teraz rozumiem – odezwała się Eleanor. – To dach werandy tak nas wprowadza w błąd. 

Z mojego okna widać dach werandy, a ponieważ weszłam prosto do domu i od razu udałam się 
po   schodach   na   górę,   wydawało   mi   się,   że   drzwi   wejściowe   znajdowały   się   bezpośrednio 
poniżej, podczas gdy w rzeczywistości...

– Widoczny jest tylko dach werandy – przyznał doktor. – Drzwi wejściowe są o wiele dalej. 

Zarówno one, jak i wieża widoczne są jedynie z pokoju dziecięcego. To ten duży pokój na końcu 
korytarza. Zobaczymy go później. – Głos mu wyraźnie posmutniał. – To prawdziwe arcydzieło 
architektonicznego fiaska. Coś w rodzaju podwójnej klatki schodowej w Chambord.

– Czy wszystko w tym domu jest wypaczone? – spytała niepewnie Theodora. – Czy dlatego 

człowiek ma wrażenie, że panuje tu taki chaos?

– A co się dzieje z ludźmi,  kiedy wracają do normalnych  domów?  – spytała  Eleanor.  – 

Myślę o... o naprawdę normalnych domach.

–  Musi  to   być  takie  samo  wrażenie,  jakie   się  ma  po  zejściu   z pokładu   statku  na   ląd  – 

zauważył   Luke.   –   Być   może   po   dłuższym   przebywaniu   w tym   domu   zostaje   całkowicie 
zachwiane   poczucie   równowagi.   A może   –   zapytał   doktora   –   to,   co   Judzie   uważali   za 

background image

nadprzyrodzone   manifestacje,   jest   tylko   wynikiem   utraty   równowagi   u ludzi,   którzy   tu 
mieszkają? Coś w rodzaju zaburzeń w środkowym uchu – tłumaczył uczenie Theodorze.

– Z całą pewnością musi to w jakimś stopniu wpływać  na ludzi – potwierdził doktor. – 

Przywykliśmy ślepo wierzyć naszym zmysłom równowagi i rozumowania. Rozumiem zatem, że 
umysł   może   szaleńczo   walczyć   o zachowanie   swych   własnych,   znanych   i stałych   wzorców 
wbrew wszelkim dowodom na to, że wszystko pochyla się na boki. – Obrócił się i dodał: – 
Czeka tu na nas jeszcze wiele innych cudowności.

Zeszli ze schodów i podążyli za nim, krocząc ostrożnie i sprawdzając deski podłogi. Przeszli 

przez   wąski   korytarz   do   małego   buduaru,   gdzie   siedzieli   poprzedniego   wieczoru,   a stamtąd, 
zostawiając   za   sobą   pootwierane   na   oścież   drzwi,   skierowali   się   do   pokoi   w zewnętrznym 
obwodzie, graniczących z werandą. Odsunęli ciężkie kotary, aby do Domu na Wzgórzu dostało 
się trochę światła z zewnątrz. Przeszli przez salon muzyczny, w którym stała harfa, nie wydając 
jednak żadnego dźwięku pod wpływem stąpania ich stóp. Znajdował się tam również fortepian 
ze szczelnie zamkniętą klawiaturą, na którym postawiono kandelabr. Jego świec jak dotąd nie 
tknął  ogień. Na stole z marmurowym  blatem  ustawione były  kwiaty z wosku, trzymane  pod 
szkłem, a pozłacane krzesła wydawały się cieniutkie jak wiklina. Dalej znajdowała się oranżeria 
z wysokimi szklanymi drzwiami, przez które widzieli siąpiący na zewnątrz deszcz, a w środku 
wilgotne   paprocie,   otaczające   i porastające   wiklinowe   meble.   Ze   względu   na   nieprzyjemną 
wilgoć wyszli stamtąd prędko i poprzez zwieńczone łukiem drzwi weszli do salonu, gdzie stanęli 
jak wryci z osłupienia, z niedowierzaniem rozglądając się dookoła.

– Nie mogę w to uwierzyć – powiedziała Theodora, pokładając się ze śmiechu. – Własnym 

oczom nie wierzę. – Pokręciła głową. – Eleanor, czy ty też to widzisz?

– Ale skąd...? – zaczęła Eleanor niepewnie.
– Miałem nadzieję, że was to rozbawi – powiedział zadowolony z siebie doktor.
Na drugim końcu salonu znajdowała się olbrzymia rzeźba. Stała na tle kwiecisto-pasiastego 

dywanu w fiołkoworóżowym odcieniu i wywierała potężne, w pewnym sensie wręcz groteskowe 
wrażenie swą białą nagością. Eleanor przesłoniła ręką oczy, a Theodora przytuliła się do niej.

– Z początku myślałem, że to miała być Wenus wyłaniająca się z morskich fal – powiedział 

doktor.

–   Wcale   nie   –   zaprzeczył   Luke,   odzyskawszy   wreszcie   głos.   –   To   święty   Franciszek 

uzdrawiający trędowatych.

– To niemożliwe. Przecież jeden z nich wygląda na smoka – zauważyła Eleanor.
– Wszyscy jesteście w błędzie – podsumowała ich Theodora. – Przecież to portret rodzinny, 

głuptasy. Zbiorowy. Każdy by na to od razu wpadł. Centralna postać, wysoka, obnażona i... na 
Boga! jakże męska, to stary Hugh, zadowolony z siebie, bo wybudował Dom na Wzgórzu. Te 
dwie towarzyszące mu nimfy to jego córki. Ta po prawej stronie, wymachująca  kukurydzą, 

background image

w rzeczywistości   mówi   o swojej   rozprawie   sądowej,   a tamta   z tyłu   to   ta   mała   towarzyszka, 
natomiast ta z drugiej strony...

– To pani Dudley, jak żywa – podchwycił Luke.
–   A trawa,   na   której   stoją,   to   w rzeczywistości   ten   dywan   w jadalni.   Troszeczkę 

przerośnięta...   Czy   któreś   z was   zwróciło   uwagę   na   ten   dywan?   Wygląda   jak   pole   pokryte 
sianem i człowiek ma wrażenie, że łaskocze go po kostkach. Z tyłu, ta wyrośnięta jabłoń, to...

– Z pewnością symbol opieki nad domem – wtrącił doktor Montague.
– Boję się, że to może się na nas zawalić – odezwała się Eleanor. – Skoro ten dom jest taki 

zwichrowany, doktorze, to czyż nie grozi nam takie niebezpieczeństwo?

– Czytałem, że rzeźba ta była bardzo starannie i wielkim nakładem kosztów skonstruowana 

tak, aby wyrównać nierówności podłogi, na której jest ustawiona. W każdym razie postawiono ją 
w tym samym czasie, kiedy budowano dom, i jak dotąd jeszcze się nie przewróciła. Podobno 
Crain był nią zachwycony.

– Nie jest wykluczone, że straszył tym dzieci – powiedziała Theodora. – Bez tego byłby to 

piękny pokój. – Theodora obróciła się jak w swingu. – To prawdziwa sala taneczna dla pań 
w szerokich spódnicach. Jest na tyle duża, że można by tu odstawić tradycyjne tańce country. 
Hugh Krain, czy mógłby mnie pan poprosić do tańca?

– Mam wrażenie, że się zgodzi. – Eleanor mówiąc to, podświadomie się cofnęła.
– Nie pozwól mu deptać ci po palcach – poradził doktor i roześmiał się. – Pamiętasz chyba, 

co się stało z Don Juanem.

Theodora nieśmiało dotknęła figury, wsuwając palec do wyciągniętej ręki jednej z postaci.
–   Marmur   zawsze   mnie   zaskakuje   –   powiedziała.   –   Nigdy   nie   wiadomo,   jaki   będzie 

w dotyku. Figura naturalnej wielkości wygląda na tyle prawdziwie, że człowiek spodziewa się 
prawie,   że   poczuje   skórę.   –   Potem   obróciła   się   i migocząc   w przyćmionym   świetle   pokoju, 
zatańczyła sama z sobą walca, zatrzymując się, aby złożyć ukłon przed rzeźbą.

– Na końcu pokoju, ukryte za tymi draperiami, znajdują się drzwi prowadzące na werandę – 

wyjaśnił doktor pozostałej dwójce. – Theodora będzie mogła się ochłodzić po tańcu na świeżym 
powietrzu.   –   Przeszedł   przez   cały   pokój,   aby   odsunąć   ciężkie,   niebieskie   kotary   i otworzyć 
drzwi. Pokój wypełnił się zapachem ciepłego deszczu i zdawało się, że powiew wiatru porusza 
figurę. Światło dnia dotknęło malowanych ścian.

– Nic się w tym domu nie rusza, dopóki człowiek nie odwróci głowy – zauważyła Eleanor. – 

Wówczas   łapie   się   coś   kątem   oka.  Popatrzcie   na   przykład   na   te   figurki   na   półkach.   Kiedy 
odwróciłyśmy się do nich plecami, zdawało mi się, że tańczyły wraz z Theodorą.

– To tylko ja się poruszam – zapewniła ich Theodorą, wirując w ich stronę.
– I te kwiaty pod szkłem, frędzle na firankach – zauważył  Luke. – Doprawdy,  ten dom 

zaczyna mi się podobać.

background image

Theodorą pociągnęła Eleanor za włosy.
– Chodź, kto szybciej okrąży werandę?! – krzyknęła i rzuciła się biegiem do drzwi.
Eleanor, nie mając nawet czasu do zastanowienia, pobiegła za nią i obie wpadły na werandę. 

Eleanor biegła ze śmiechem i ujrzała Theodorę za rogiem, wchodzącą w kolejne drzwi. Przez 
chwilę stała zadyszana. Natrafiły na kuchnię. Pani Dudley odwróciła się od zlewu i patrzyła na 
nie w milczeniu.

– Pani Dudley – zaczęła Theodorą grzecznie – zwiedzałyśmy właśnie dom.
Pani Dudley spojrzała na zegar nad kuchnią.
– Jest dopiero wpół do dwunastej – powiedziała. – Obiad stawiam...
– O pierwszej – dokończyła za nią Theodorą. – Chciałyśmy się tylko rozejrzeć po kuchni, 

jeśli nie ma pani nic przeciwko temu. Myślę, że widziałyśmy już wszystkie pokoje na dole.

Pani Dudley milczała przez chwilę, a potem skinąwszy przyzwalająco głową, odwróciła się 

i przeszła   przez   kuchnię   do   odległego   wyjścia.   Kiedy   otworzyła   drzwi,   zobaczyły   za   nimi 
fragment klatki schodowej. Pani Dudley odwróciła się i zanim zaczęła wspinać się po schodach, 
starannie zamknęła za sobą drzwi. Theodorą wychyliła za nią głowę i odczekała chwilę, zanim 
się odezwała:

– Wydaje mi się, że pani Dudley ma do mnie słabość.
– Przypuszczam, że poszła na wieżę, żeby się powiesić – zażartowała Eleanor. – Ale skoro 

już tu jesteśmy, to zobaczmy, co będzie dzisiaj na obiad.

– Tylko niczego nie przestawiaj – przestrzegła Theodora. – Wiesz przecież doskonale, że 

wszystkie naczynia „przynależą” do określonych półek. Czy myślisz, że ta kobieta przygotuje 
nam dzisiaj suflety? Z całą pewnością są to naczynia do sufletów, a tam leżą jajka i ser...

– Ładna kuchnia – zauważyła Eleanor. – W domu mojej mamy kuchnia była ciemna i wąska. 

Wszystko, co się w niej gotowało, zawsze pozbawione było smaku i koloru.

– A jaka jest twoja kuchnia? – zapytała Theodora w roztargnieniu. – W tym twoim małym 

mieszkanku.

Eleanor przyglądała się kolejnym drzwiom.
– Ja nie umiem robić sufletów – odpowiedziała.
– Popatrz, Eleanor! Tam są drzwi na werandę, a obok znajdują się drzwi wychodzące na 

schody   wiodące   na   dół,   które,   jak   sądzę,   prowadzą   do   piwnicy.   Te   drzwi   obok   również 
wychodzą na werandę, do tego drzwi, przez które wyszła pani Dudley na górę, a tam jeszcze 
jedne, prowadzące...

– Również  na  werandę  – podchwyciła  Eleanor,   sprawdzając.  –  W samej   kuchni  są trzy 

wyjścia na werandę.

– A do tego drzwi do spiżarni oraz do jadalni. Wydaje się, że pani Dudley bardzo lubi drzwi. 

Z pewnością – tu ich oczy spotkały się – może stąd uciekać w każdym kierunku i kiedy tylko 

background image

zechce.

Eleanor odwróciła się raptownie i wyszła z kuchni na werandę.
–   Ciekawa   jestem,   czy   poprosiła   Dudleya,   żeby   jej   powybijał   dodatkowe   drzwi.   Nie 

rozumiem, jak ona potrafi pracować w takiej kuchni, do której nie wiadomo skąd może jej za 
plecami   ktoś   wleźć.   Cóż   ona   może   w tej   kuchni   spotykać,   że   musiała   sobie   zabezpieczyć 
wszelkie możliwe drogi ucieczki? Ciekawa jestem...

–   Och,   zamknij   się   –   powiedziała   przyjaznym   tonem   Theodora.   –   Wiadomo,   że 

znerwicowana kucharka nie zdoła przyrządzić dobrych sufletów. A poza tym,  ona na pewno 
podsłuchuje na schodach. Otwórzmy któreś z tych drzwi i podeprzyjmy je czymś.

Luke z doktorem nadal stali na werandzie i spoglądali na trawnik, odwróceni plecami do 

drzwi wejściowych, znajdujących się dziwnie blisko za nimi. Tuż za domem, zdawałoby się tuż 
ponad ich głowami, wznosiły się szczyty pagórków, posępne i milczące w strugach deszczu. 
Eleanor spacerowała wzdłuż werandy, rozmyślając, że nigdy przedtem nie widziała domu, który 
byłby   tak   całkowicie   okrążony.   „Niczym   o wiele   za   ciasny   pasek”   –   pomyślała.   „Ciekawa 
jestem, czy dom ten rozleciałby się, gdyby nie było tu tej werandy”.

Okrążyła   już   prawic   cały   dom   dookoła,   kiedy   nagle   ujrzała   wieżę.   Wyrosła   przed   nią 

niespodziewanie, bez żadnego uprzedzenia, gdy wynurzyła  się zza zakrętu. Zbudowana była 
z szarego   kamienia,   groteskowo   masywna,   wciśnięta   mocno   w drewniany   bok   domu, 
przymocowana doń nieodzowną werandą. „Ohydna!” – pomyślała. Potem przyszło jej do głowy, 
że   nawet   gdyby   pewnego   dnia   cały   dom   stanął   w płomieniach,   to   wieża   i tak   pewno 
zachowałaby się i stała nadal szara i złowroga nad zgliszczami, ostrzegając ludzi przed ruinami 
Domu   na   Wzgórzu.   Być   może   gdzieniegdzie   wypadłyby   z niej   cegły,   umożliwiając   sowom 
i nietoperzom   wtargnięcie   do   środka   i zagnieżdżenie   się   wśród   książek   złożonych   na   dole. 
W połowie jej wysokości znajdowały się okna, wąskie, pochyłe szczeliny wciśnięte w kamienie. 
Zastanawiała się, jak by się czuła, patrząc przez nie na dół, i nie mogła zrozumieć, dlaczego nie 
była w stanie wejść do środka wieży.

„Nigdy nie popatrzę przez te okna na dół” – pomyślała i próbowała wyobrazić sobie te kręte, 

żelazne schody wijące się dookoła, na górę. Szczyt wieży pokrywał stożkowy, drewniany dach 
zwieńczony   iglicą.   W każdym   innym   domu   taka   wieża   byłaby   jedynie   śmieszna,   lecz   tutaj, 
w Domu na Wzgórzu, iglica zdawała się wyczekiwać z radością na jakieś drobne stworzenie, 
które zakradłoby się nocą z małego okienka, weszło na spadzisty dach, sięgnęło szczytu i zaczęło 
zawiązywać sznurek...

– Uważaj, bo upadniesz – ostrzegł ją Luke, a Eleanor zaparło dech w piersiach. Z wysiłkiem 

spuściła   oczy  i spostrzegła,  że   trzymała  się   kurczowo  poręczy  werandy,   przechylona   daleko 
w tył. – Nie wierz, że uda ci się zachować równowagę w tym moim uroczym domu.

Eleanor   zakręciło   się   w głowie.   Odetchnęła   głęboko   i zachwiała   się.   Luke   złapał   ją 

background image

i przytrzymał,   a ona   próbowała   odzyskać   równowagę   w tym   rozhuśtanym   świecie,   w którym 
drzewa i trawnik były dziwnie przechylone na bok, a niebo kołysało się i wirowało ponad nią.

–   Eleanor?   –   odezwała   się   gdzieś   obok   Theodora.   Usłyszała   odgłos   kroków   doktora 

biegnącego po werandzie.

– Ten przeklęty dom. Trzeba go mieć bez przerwy na oku – powiedział Luke.
– Eleanor? – spytał doktor.
–  Już   nic   mi   nie   jest   –   odpowiedziała,   potrząsając   głową   i usiłując   stanąć   na  własnych 

nogach. – Przechyliłam  się do tyłu,  bo chciałam  zobaczyć  czubek wieży,  i zakręciło  mi  się 
w głowie.

– Kiedy ją złapałem, stała przechylona nieomal w poprzek – oznajmił Luke.
– Ja też miałam takie wrażenie dziś rano, tak jakbym chodziła po ścianach – przyznała się 

Theodora.

– Wprowadźcie ją do środka – powiedział doktor. – Wewnątrz nie odczuwa się tego tak 

bardzo.

–   Naprawdę,   nic   mi   już   nie   jest   –   zapewniała   Eleanor   zawstydzona.   Pewnym   krokiem 

przeszła przez werandę w kierunku drzwi wejściowych, teraz znowu zamkniętych. – Myślałam, 
że zostawiliśmy je otwarte – zauważyła lekko drżącym głosem.

Doktor   podszedł   do   niej   i mocnym   pchnięciem   otworzył   je   ponownie.   W środku, 

w korytarzu  wszystko  wróciło na swoje miejsce.  Wszystkie  drzwi, które zostawili  na oścież 
otwarte, były teraz szczelnie zamknięte. Doktor otworzył drzwi do pokoju gier i zobaczył, że 
drzwi do jadalni również zostały zatrzaśnięte, a mały taborecik, którym je podparli, stał pod 
ścianą. Drzwi i okna w salonie i buduarze, a także w oranżerii, zostały także zamknięte, firanki 
i kotary szczelnie zasunięte. Wszystkie pomieszczenia ponownie pogrążyły się w ciemności.

– To musi być sprawka pani Dudley – stwierdziła Theodora, podążając za mężczyznami, 

którzy biegali z pokoju do pokoju, otwierając szeroko wszystkie okna i drzwi oraz odsuwając 
kotary, aby wpuścić do środka ciepłe wilgotne powietrze.

– Wczoraj pani Dudley zrobiła to samo,  jak tylko  obie z Eleanor zeszłyśmy  jej z drogi. 

Wolała je pozamykać, aniżeli czekać, aż się same zamkną. A wszystko dlatego, że zarówno 
drzwi,   jak   i okna   należy   trzymać   zamknięte,   a naczynia   przynależą...   –   Zaczęła   się   śmiać 
głupkowato, a rozdrażniony doktor zmarszczył brwi.

– Pani Dudley powinna wiedzieć, co do niej należy. Jeśli nie będzie innego wyjścia, to zabiję 

te drzwi gwoździami. – Przeszedł wąskim korytarzem w stronę ich małego buduaru i jednym 
pchnięciem otworzył z trzaskiem drzwi. – Utrata cierpliwości nic tu nie pomoże – stwierdził, 
kopiąc je ze złością.

– A może odrobina sherry przed obiadem? – zaproponował przyjaźnie Luke. – Prosimy do 

środka, moje panie.

background image

2

– Pani Dudley, suflet był wyśmienity – pochwalił doktor, odkładając widelec.
Pani   Dudley   odwróciła   się,   aby   popatrzeć   na   niego   przez   chwilę,   i poszła   do   kuchni 

z pustym naczyniem.

Doktor westchnął i wzruszył ramionami ze znużeniem.
– Po wczorajszym czuwaniu muszę odrobinę odpocząć po południu. A pani – zwrócił się do 

Eleanor – również dobrze zrobiłaby godzina odpoczynku. Być może regularny poobiedni relaks 
dobrze zrobiłby nam wszystkim.

– Ach, rozumiem! – powiedziała Theodora z rozbawieniem. – Muszę uciąć sobie poobiednią 

drzemkę.   Śmiesznie   to   będzie   wyglądało,   jak   wrócę   do   domu.   Zawsze   jednak   będę   mogła 
powiedzieć,   że   w czasie   pobytu   w Domu   na   Wzgórzu   należało   to   do   mojego   dziennego 
harmonogramu.

–  Być   może   będziemy   mieli   kłopoty   ze   snem   w nocy   –  wyjaśnił   doktor,   a wokół   stołu 

powiało   lekką   grozą.   Natychmiast   przygasł   połysk   srebra   i kolor   porcelany,   a nad   pokojem 
zawisła mała chmurka, którą przywiodła ze sobą panią Dudley.

– Jest już pięć minut po drugiej – oznajmiła.

3

Eleanor nie spała tego popołudnia, mimo że miała na to wielką ochotę. Leżała za to na łóżku 

w zielonej   sypialni   i przyglądała   się,   jak   Theodora   czyści   sobie   paznokcie,   gawędząc   z nią 
leniwie.   Nie   chciała   przyznać   się   sama   przed   sobą,   że   poszła   za   Theodora   do   jej   pokoju, 
ponieważ nie miała odwagi zostać sama.

–  Uwielbiam   się  stroić   –  przyznała  się  Theodora,  patrząc   z aprobatą   na  własną  dłoń.   – 

Chciałabym się kiedyś cała wymalować.

Eleanor usadowiła się wygodniej na łóżku.
– Złotą farbą – zaproponowała bez namysłu. Przymknęła oczy i wyobraziła sobie Theodorę 

jako barwna plamę na podłodze.

– Lakier do paznokci, perfumy, sole do kąpieli – wyliczała Theodora jak miasta wzdłuż 

Nilu. – Tusz do rzęs. Ty w ogóle o tych rzeczach nie myślisz, Eleanor.

Eleanor roześmiała się i zamknęła oczy.
– Nie mam na to czasu.
–   Zanim   stąd   wyjedziemy,   zrobię   z ciebie   zupełnie   inną   osobę.   Nie   lubię   przebywać 

z bezbarwnymi kobietami – zaśmiała się, żeby jej pokazać, że żartuje. A potem ciągnęła dalej: – 

background image

Myślę, że pomaluję ci paznokcie u nóg na czerwono.

Eleanor także się roześmiała i wystawiła gołą stopę. Po chwili, prawie przez sen, poczuła 

dziwne, chłodne dotknięcie pędzelka na paznokciach i wzdrygnęła się.

– Taka słynna kurtyzana jak ty powinna być przyzwyczajona do posługiwania służących – 

stwierdziła Theodora. – Masz brudne nogi.

Eleanor zerwała się i wstrząśnięta usiadła na łóżku. Spojrzała na swoje stopy i przekonała 

się, że faktycznie były brudne, a paznokcie miała wymalowane na jasnoczerwono.

– Ależ to okropne! – krzyknęła do Theodory bliska płaczu. – To nikczemne! – A potem 

roześmiała się z bezsilności, widząc wyraz twarzy Theodory. – Pójdę umyć nogi.

– Świetnie. Kochana, moje nogi też są brudne, tylko zobacz.
– W każdym razie nie lubię, jak ktoś koło mnie coś robi.
– Jesteś najbardziej zwariowaną osobą, jaką w życiu widziałam.
– Nie lubię uczucia bezradności. Moja mama...
–   Twoja   mama   byłaby   zachwycona,   gdyby   zobaczyła   te   twoje   czerwone   paznokcie   – 

przerwała jej Theodora. – Wyglądają bardzo ładnie.

Eleanor jeszcze raz spojrzała na swoje nogi.
– Wydaje mi się to takie nikczemne – powiedziała nie wiadomo dlaczego. – To znaczy, na 

moich stopach. Czuję się jak głupiec.

– Mam wrażenie, że myli ci się nikczemność z głupotą. – Theodora zaczęła chować swoje 

przybory. – W każdym razie nie zmyję ci tego lakieru i obie się przekonamy, czy doktor i Luke 
zauważą twoje nogi.

– Wszystko, co mówię, wydaje ci się głupie.
–  Albo nikczemne. – Theodora spojrzała na nią poważnie. – Wydaje mi się, że powinnaś 

wrócić do domu, Eleanor.

„Czyżby ona się ze mnie śmiała?” – zastanawiała się Eleanor. „Czyżby zdecydowała, że nie 

nadaję się do tego eksperymentu?”

– Nie chcę stąd odejść – powiedziała głośno, a Theodora znów przyjrzała się jej szybko 

i odwróciła wzrok. Dotknęła lekko palców Eleanor.

–   Lakier   jest   już   suchy   –   stwierdziła.   –   Przeraziłam   się   czymś   przez   chwilę.   –   Wstała 

i przeciągnęła się. – Chodźmy, poszukajmy naszych panów.

4

Luke stał w korytarzu na górze i ze znużeniem opierał się o ścianę, wspierając głowę na 

złotej ramie ryciny przedstawiającej jakieś ruiny.

– Ciągle   myślę  o tym  domu  jako o mojej  przyszłej   własności.  Teraz   nawet  częściej   niż 

background image

przedtem. Powtarzam sobie, że kiedyś będzie należał do mnie i zadaję sobie pytanie dlaczego. – 
Wskazał dłonią na korytarz. – Gdyby mnie  tak fascynowały drzwi albo złocone zegary czy 
miniatury,  gdybym  tak  kiedyś  zapragnął   własnego,  tureckiego  kącika,  to  pewno uważałbym 
Dom na Wzgórzu za prawdziwe królestwo z bajki.

– W czasach, kiedy go budowano, dom ten uchodził za bardzo elegancki – stwierdził lojalnie 

doktor. Skierował się w stronę wielkiego pokoju na końcu korytarza, który kiedyś był pokojem 
dla dzieci. – A teraz będziemy mieli okazję przyjrzeć się tej wieży przez okno – powiedział 
i wzdrygnął   się,   przechodząc   przez   drzwi.   Potem   odwrócił   się   i spojrzał   za   siebie   ze 
zdziwieniem. – Czy to możliwe, aby tu był przeciąg?

– Przeciąg? W Domu na Wzgórzu? – zaśmiała się Theodora. – Chyba że udało się panu 

zostawić któreś z tych drzwi otwarte.

– Wobec tego przejdźcie tędy jedno po drugim – poprosił doktor. Theodora podeszła bliżej 

i skrzywiła się, stając w drzwiach.

– Jak przy wejściu do grobowca – powiedziała. – Ale wewnątrz jest całkiem ciepło.
Luke zawahał się w zimnym miejscu, a potem prędko wszedł do środka. Eleanor weszła za 

nim i poczuła niewiarygodnie przenikliwe zimno, które przeszyło ją do szpiku kości pomiędzy 
jednym   krokiem   a drugim.   „Tak   jakbym   przeszła   przez   ścianę   lodu”   –   pomyślała   i spytała 
doktora: – Co to może być?

Doktor zacierał ręce z radością.
– Zatrzymaj sobie te tureckie kąty, mój chłopcze. – Wyciągnął rękę i potrzymał ją ostrożnie 

nad punktem, w którym koncentrowało się zimno. – Nikt nie potrafi tego wytłumaczyć. Typowa 
cecha   grobowców,   jak   zauważyła   Theodora.   W zimnym   miejscu   na   plebanii   w Borley 
temperatura spada zaledwie o jedenaście stopni – tłumaczył z przejęciem. – Tutaj jednak jest 
o wiele zimniej. To musi być serce domu.

Theodora i Eleanor przysunęły się bliżej siebie. Mimo że w pokoju dziecięcym było ciepło, 

to   jednak   panował   tam   stęchły   zaduch,   a zimno,   które   przenikało   w drzwiach,   zdawało   się 
nieomal namacalne, dostrzegalne gołym okiem niczym bariera, którą należało pokonać, aby się 
stamtąd wydostać. Wewnątrz pokoju było ciemno, a zwierzęta wymalowane na ścianach wcale 
nie wyglądały na wesołe. Wręcz przeciwnie, sprawiały wrażenie złapanych w pułapkę, zdawały 
się pokrewne zdychającym jeleniom z łowieckich sztychów, którymi udekorowane były ściany 
pokoju   do   gier.   Pokój   dziecięcy,   większy   od   pozostałych   sypialni,   cechowała   trudna   do 
określenia   atmosfera   zaniedbania,   jakiej   nie   było   w żadnej   innej   części   Domu   na   Wzgórzu. 
Eleanor   przyszło   na   myśl,   że   nawet   pracowita   pani   Dudley   nie   mogła   się   zdobyć   na 
przekroczenie tej bariery zimna częściej, aniżeli było to absolutnie konieczne.

Luke wyszedł z powrotem na korytarz i sprawdzał dywan, który tam leżał, a potem obejrzał 

ściany,   ostukując   całą   powierzchnię   w nadziei,   że   odnajdzie   przyczynę   tej   dziwnej   różnicy 

background image

temperatur.

– To nie może być wynikiem przeciągu – stwierdził, spoglądając na doktora. – Chyba że 

mają tu bezpośrednie połączenie z biegunem północnym. Nie ma tu żadnych szczelin.

– Ciekaw jestem, kto spał w tym pokoju dziecięcym – zastanawiał się bezsensownie doktor. 

– Czy sądzicie, że jak dzieci wyrosły, to go po prostu zamknięto?

– Spójrzcie! – powiedział Luke, wskazując palcem w górę. W dwóch końcach korytarza, 

ponad   drzwiami   dziecięcej   sypialni,   umieszczono   dwie   uśmiechnięte   główki,   mające 
przypuszczalnie stanowić wesołą dekorację wejścia. Nie były jednak wcale radośniejsze czy 
bardziej beztroskie od wymalowanych wewnątrz pokoju zwierząt. Wzrok ich, uchwycony na 
zawsze   w wykrzywionych   uśmiechach,   spotykał   się   w punkcie,   w którym   koncentrowało   się 
owo   przenikliwe,   zjadliwe   zimno.   –   Mrożą   wzrokiem   każdego,   kto   stoi   w zasięgu   ich   pola 
widzenia.

Zaciekawiony doktor wyszedł na korytarz i spojrzał do góry.
– Nie zostawiajcie nas tu samych! – krzyknęła Theodora i wybiegła z sypialni, ciągnąc za 

sobą Eleanor poprzez pasmo zimna, które przypominało zimne uderzenie. – Dobre miejsce do 
mrożenia piwa – stwierdziła i pokazała język roześmianym główkom.

– Muszę to wszystko dokładnie opisać – powiedział uradowany doktor.
– To zimno nie robi wrażenia bezstronnego – zauważyła nieśmiało Eleanor, gdyż nie była 

tak zupełnie pewna, co miała na myśli. – Wydawało mi się, że to było celowe, tak jakby chciało 
mi zadać nieprzyjemny cios.

– To wszystko przypuszczalnie przez te twarze – powiedział doktor, klęcząc na kolanach 

i obmacując rękami podłogę. – Centymetr i termometr – mruknął do siebie. – A także kreda do 
zakreślenia  okręgu. Być  może  zimno  to potęguje się w nocy.  Wszystko  od razu wydaje  się 
straszne, jeśli myślimy, że ktoś na nas patrzy – zwrócił się do Eleanor.

Luke   jeszcze   raz   przeszedł   przez   mroźną   strefę,   dygocąc   z zimna,   i zamknął   drzwi   do 

dziecięcej   sypialni.   Jednym   susem   wrócił   do   reszty   towarzystwa   czekającego   na   niego 
w korytarzu, tak jakby myślał, że zdoła uniknąć zimna, jeśli tylko uda mu się nie dotknąć stopą 
podłogi. Wszyscy od razu zauważyli, o ile ciemniej zrobiło się wokół nich przy zamkniętych 
drzwiach pokoju dziecięcego.

– Chodźmy na dół do naszego buduaru – odezwała się Theodora z niepokojem. – Tutaj 

czuję, że te pagórki za bardzo nas przytłaczają.

– Już po piątej – zauważył Luke. – Najwyższy czas na drinka. Mam nadzieję, że zaufa mi 

pan również dzisiaj i pozwoli przygotować sobie koktajl.

– Za dużo wermutu – mruknął doktor i z ociąganiem podążył za nimi, spoglądając przez 

ramię na drzwi do dziecięcej sypialni.

background image

5

– Proponuję – odezwał się doktor, odkładając serwetkę – żebyśmy napili się kawy w naszym 

małym buduarze. Uważam, że ten kominek nas rozwesela.

– Pani Dudley już wyszła, możemy więc na wyścigi pootwierać wszystkie okna i drzwi 

i pościągać wszystko z półek – zachichotała Theodora.

– Ten dom wydaje się zupełnie inny, gdy jej tu nie ma – zauważyła Eleanor.
– Bardziej pusty – przyznał Luke i pokiwał głową. Zajął się ustawianiem na tacy filiżanek 

z kawą. Doktor poszedł pierwszy, uparcie otwierając przed nimi drzwi i podpierając je, czym się 
dało. – Co wieczór nagle dociera do mnie to, że jesteśmy tu sami.

– Mimo że pani Dudley nie jest najlepszym towarzystwem, to jednak myślę, że to śmieszne 

– powiedziała Eleanor, spoglądając na nie sprzątnięty stół. – Nie lubię pani Dudley tak samo jak 
i wy, ale moja mama nigdy nie pozwoliłaby mi zostawić stołu w takim stanie aż do rana.

– Jeśli chce stąd wyjść przed zmrokiem, to musi sprzątać rano – odpowiedziała Theodora 

obojętnie. – Ja z pewnością nie zrobię tego za nią.

– To nieładnie odejść od stołu i zostawić po sobie brudne naczynia.
– I tak nie wiesz, na których półkach je potem poustawiać. Ona i tak musiałaby jutro pomyć 

wszystko od nowa, żeby się pozbyć twoich odcisków palców.

– Może przynajmniej wezmę sztućce i namoczę...
–  Nie! – krzyknęła Theodora i złapała ją za rękę. – Czy chcesz iść do tej kuchni z tymi 

wszystkimi drzwiami sama?

– Nie – zaprzeczyła Eleanor, kładąc z powrotem zebrane widelce na stole. – Myślę, że nie. – 

Zawahała się, patrząc niespokojnie na stół, na pomięte serwetki, krople wina wylanego obok 
nakrycia Luke’a i pokręciła głową. – Nie wiem, co by na to powiedziała moja mama.

– Chodźmy już stąd. Oni zapalili nam światła.
W małym buduarze wesoło buzował ogień w kominku. Theodora usiadła obok tacy z kawą, 

a Luke wyjął z kredensu butelkę brandy, którą starannie schował uprzedniej nocy.

– Za wszelką cenę musimy być dzisiaj weseli – powiedział. – Dzisiaj również wyzywam 

pana, doktorze.

Przed obiadem przetrząsnęli wszystkie pokoje na dole w poszukiwaniu wygodnych krzeseł 

i lamp, w rezultacie czego mały buduar stał się najmilszym pokojem w całym domu.

– Dom na Wzgórzu był dla nas dzisiaj bardzo łaskawy – stwierdziła Theodora, podając kawę 

Eleanor, która usiadła na nadmiernie wymoszczonym krześle. – Żadnych garnków do mycia dla 
Eleanor, przyjemny wieczór w dobrym towarzystwie, a jutro – kto wie? – może znowu słońce.

– Musimy zaplanować piknik – ucieszyła się Eleanor.
– Rozleniwię się i roztyję w tym Domu na Wzgórzu – ciągnęła Theodora. Uporczywość, 

background image

z jaką   wymieniała   nazwę   domu,   niepokoiła   i martwiła   Eleanor...To   tak,   jakby   robiła   to 
umyślnie”   –   myślała.   „Jakby   celowo   mówiła   mu,   że   zna   jego   imię,   wyzywała   go,   aby   mu 
przypomnieć, że tu jesteśmy. Czyż to nie zuchwałość?”

– Dom na Wzgórzu. Dom na Wzgórzu, Dom na Wzgórzu – powtarzała cicho Theodora, 

uśmiechając się do Eleanor.

–   Niech   mi   pani   powie   –   uprzejmie   zwrócił   się   Luke   do   Theodory   –   skoro   jest   pani 

księżniczką, jaka jest polityczna sytuacja w pani kraju?

– Bardzo nieustabilizowana. Uciekłam z domu, ponieważ mój ojciec, to znaczy król, nalegał, 

abym wyszła za mąż za Czarnego Michała, pretendenta do tronu. Ja naturalnie nie mogę znieść 
jego widoku, tego jego kolczyka w uchu i tego, że bije pachołków szpicrutą.

– Co za nieustabilizowany kraj – przyznał Luke. – Jak ci się w ogóle udało stamtąd uciec?
– Uciekłam na furze siana, przebrana za mleczarkę. Nikomu nawet nie przyszło do głowy, 

żeby mnie   tam  szukać.  Potem  przekroczyłam   granicę  z papierami,  które  sama  sfałszowałam 
w chatce drwala.

– A zatem Czarny Michał przejmie władzę w kraju poprzez zamach stanu.
– Bez wątpienia. Lecz mnie jest to już obojętne. „Przypomina mi to czekanie w gabinecie 

dentystycznym”   –   pomyślała   Eleanor,   przyglądając   się   im   znad   filiżanki   kawy...Siedzenie 
w kolejce i słuchanie  zawadiackich  dowcipów pozostałych  pacjentów, których  wcześniej czy 
później i tak czeka spotkanie z dentystą”.

Spojrzała nagle w górę, czując obok siebie doktora, i uśmiechnęła się niepewnie.
– Zdenerwowana? – zapytał doktor, a Eleanor przytaknęła.
– Tylko dlatego, że nie wiem, co się tu będzie dalej działo – przyznała.
– Ja też. – Doktor przysunął sobie krzesło i usiadł bliżej niej. – Czy ma pani wrażenie, że coś 

się tu wkrótce stanie?

– Tak, wydaje mi się, że wszystko tu na coś czeka.
– A oni – doktor skinął w kierunku pozostałej dwójki, naśmiewającej się z siebie nawzajem 

– usiłują stawić temu czoło na swój sposób. Ciekaw jestem, co tu nas wszystkich spotka. Miesiąc 
temu nigdy bym nie przypuszczał, że będziemy we czwórkę siedzieć w tym domu. – Eleanor 
zauważyła, że nie nazwał go po imieniu. – Czekałem na to bardzo długo.

– Czy uważa pan, że mamy rację, że tu zostaliśmy?
– Czy mamy rację? Uważam, że jest to wprost niewiarygodna głupota. Myślę, że atmosfera, 

jaka tutaj panuje, może wydobyć  z nas wszystkie  nasze słabostki i przywary i rozdzielić nas 
zaledwie po paru dniach. Naszą jedyną obroną jest ucieczka. W końcu dom nie może nas gonić, 
nieprawdaż?   Jeśli   poczujemy  się  zagrożeni,   to  po  prostu  stąd  wyjedziemy,   tak  samo   jak  tu 
przyjechaliśmy. I tak szybko, jak się tylko da – dodał sucho.

– Zostaliśmy jednak ostrzeżeni, a poza tym jest tu nas czworo.

background image

– Wspomniałem już o tym Theodorze i Luke’owi. Przyrzeknij mi, że jak tylko poczujesz, że 

w jakimś sensie dom ci zagraża, to natychmiast stąd wyjedziesz.

– Przyrzekam  – odpowiedziała  Eleanor z uśmiechem.  „On próbuje mi  dodać odwagi” – 

pomyślała i była mu za to wdzięczna.

– Wszystko jest w porządku, naprawdę – zapewniła go.
– Bez wahania  wyślę  panią  do domu,  jeśli  okaże  się to konieczne.  Luke – powiedział, 

podnosząc się z fotela. – Czy panie nam wybaczą?

Panowie   zajęli   się   ustawianiem   szachów,   a Theodora   spacerowała   po   pokoju   z filiżanką 

w ręku.

„Porusza   się   niczym   zwierzę,   czujne   i niespokojne”   –   pomyślała   Eleanor.   „Nie   może 

usiedzieć spokojnie, gdy w powietrzu unosi się choćby najsłabsza oznaka zagrożenia. Wszyscy 
czujemy się nieswojo.”

– Chodź, usiądź tu przy mnie – odezwała się, a Theodora podeszła do niej z gracją. Usiadła 

na krześle zwolnionym przed chwilą przez doktora i przechyliła ze zmęczenia głowę.

„Jakaż ona jest śliczna” – pomyślała Eleanor. „Jakaż bezmyślna, szczęśliwa i piękna”.
– Zmęczona?
Theodora z uśmiechem odwróciła głowę.
– Nie jestem w stanie dłużej czekać.
– Właśnie myślałam, że wyglądasz na bardzo odprężoną.
– A ja właśnie zastanawiałam się nad tym – kiedyż to było? Przedwczoraj? Zastanawiałam 

się, jakżeż ja mogłam zostawić to wszystko, co zostawiłam za sobą, i przyjechać tutaj. Być może 
to po prostu tęsknota za domem.

– Tak szybko?
– Czy tęsknisz czasami za domem? Gdybyś była właścicielką Domu na Wzgórzu, to czy 

potrafiłabyś za nim tęsknić? Ciekawa jestem, czy te dwie dziewczynki płakały za tym swoim 
ciemnym pokojem, kiedy je stąd zabrano?

– Ja nigdy znikąd nigdzie nie wyjeżdżałam – przyznała się ostrożnie Eleanor. – Trudno więc, 

abym odczuwała tęsknotę za domem.

– A teraz? Za tym twoim małym mieszkankiem?
– Być może – odpowiedziała zapatrzona w ogień. – Nie miałam go jeszcze na tyle długo, 

aby uwierzyć, że rzeczywiście jest moje.

– Ja tęsknię za własnym łóżkiem – wyznała Theodora, a Eleanor pomyślała:
„Znowu   się   dąsa.   Kiedy   jest   głodna,   zmęczona   lub   znudzona,   zachowuje   się   jak   małe 

dziecko”.

– Jestem śpiąca – oznajmiła Theodora.
– Już po jedenastej – zauważyła Eleanor i obejrzała się za siebie, aby spojrzeć na grających 

background image

w szachy.   W tym   samym   momencie   doktor   wykrzyknął   z radosnym   tryumfem,   a Luke   się 
roześmiał.

– No proszę, mój panie! No proszę!
– Przyznaję, pobił mnie pan – stwierdził Luke i zaczął zbierać szachy do pudełka.
– Czy istnieje jakiś powód, dla którego nie mógłbym wziąć odrobinki brandy na górę? Tylko 

po to, żeby łatwiej mi było zasnąć albo żeby dodać sobie odwagi. Tak naprawdę to zamierzam 
jeszcze sobie trochę poczytać. – Doktor uśmiechnął się do obu pań.

– Czy nadal czyta pan Pamelę?– spytała Eleanor.
– Tom drugi. Pozostały mi jeszcze trzy, a potem wezmę się do Clarissy Harlowe. Może Luke 

chciałby ode mnie pożyczyć...

–   Nie,   dziękuję   –   powiedział   Luke   pospiesznie.   –   Przywiozłem   ze   sobą   całą   walizkę 

kryminałów.

Doktor rozejrzał się dookoła.
– Ogień ugaszony, światła pogaszone. Zostawimy drzwi otwarte, żeby pani Dudley miała 

rano co zamykać.

Zmęczeni weszli jedno za drugim na wielkie schody, gasząc za sobą światła.
– A swoją drogą, czy macie przy sobie latarkę? – spytał doktor, na co oni skinęli głowami, 

bardziej zainteresowani snem aniżeli falą ciemności, jaka wzbierała za nimi.

– Dobranoc wszystkim – odezwała się Eleanor, otwierając drzwi do niebieskiej sypialni.
– Dobranoc – odpowiedzieli Luke i Theodora.
– Dobranoc, śpijcie dobrze – pożegnał ich doktor.

6

– Juz idę, mamo, już idę! – krzyknęła Eleanor, szukając po omacku światła. – Już dobrze, 

idę, idę, idę.

– Eleanor! Eleanor!
– Już idę, idę! – odpowiedziała z irytacją w głosie. – Chwileczkę, już idę!
– Eleanor?
A   potem   przypomniała   sobie,   wstrząśnięta   do   żywego:   „Przecież   jestem   w Domu   na 

Wzgórzu”. Myśl ta przebudziła ją natychmiast. Zmarznięta i drżąca wyskoczyła z łóżka.

– Co to takiego? – krzyknęła. – Theodoro!
– Eleanor! Chodź tutaj!
– Już idę!
Nie   było   czasu   na   zapalenie   światła.   Kopnęła   stojący   jej   na   drodze   stolik,   zdziwiona 

wywołanym przez jego wywrócenie łomotem, i po krótkiej szarpaninie z drzwiami do łazienki 

background image

weszła do środka.

„To wcale nie był odgłos upadającego stolika. To moja mama stukała w ścianę”.
Na   szczęście   w pokoju   Theodory   paliło   się   światło.   Dziewczyna   siedziała   na   łóżku 

z rozwichrzonymi   we   śnie   włosami.   Oczy   miała   szeroko   otwarte   z powodu   nagłego 
przebudzenia.

„Ja pewno też tak wyglądam” – pomyślała Eleanor i powiedziała: – Już jestem, co się stało? 

– A potem po raz pierwszy usłyszała wyraźnie odgłos czegoś, co dochodziło do niej od chwili 
przebudzenia. – Co to jest? – szepnęła.

Usiadła wolno na łóżku Theodory, zastanawiając się nad dziwnym wewnętrznym spokojem, 

który nią owładnął.

„Teraz” – pomyślała. „Teraz! To tylko jakiś łoskot i potworne, przeszywające na wskroś 

zimno.   To   tylko   huk   dochodzący   z końca   korytarza,   gdzieś   spod   drzwi   dziecięcej   sypialni, 
i zimno, lodowate zimno. To nie mania stuka w ścianę”.

– Coś puka do drzwi – stwierdziła racjonalnie Theodora. – To wszystko. Luke z doktorem na 

pewno już sprawdzają, co się tam dzieje.

„To wcale nie przypominało stukania matki w ścianę, znowu coś mi się przyśniło”.
– Łup, łup, łup – powiedziała Theodora.
– Puk, puk, puk – powtórzyła za nią Eleanor i zachichotała. „Jestem spokojna – pomyślała – 

ale jest mi tak strasznie zimno. Ten huk to tylko zwykłe łomotanie do drzwi, stukanie raz po raz.  
Czy tego trzeba się obawiać? To taki łoskot – to byłoby chyba najlepsze określenie. Przypomina 
łomotanie   dzieci   do   drzwi,   a nie   stukanie   matki   w ścianę,   kiedy   potrzebuje   pomocy.   Luke 
z doktorem na pewno już tam są. Czy tak wyglądają zimne dreszcze, przebiegające ludziom po 
plecach?  To wcale nie jest przyjemne. Zaczynają się gdzieś w żołądku i obiegają cię wkoło 
niczym fale, z góry na dół, jak coś żywego. Jak coś żywego. Tak, jak coś żywego”.

– Theodoro – zaczęła i zamknęła oczy, zacisnęła mocniej zęby i objęła się ciasno rękami. – 

To się zbliża.

– To tylko zwykły huk – powiedziała Theodora i przysunęła się bliżej Eleanor. – To tylko 

takie echo.

Eleanor pomyślała, że brzmiało to jak jakiś głuchy łomot, tępe uderzenie, tak jakby coś 

waliło   w drzwi   żelaznym   czajnikiem,   drągiem   albo   rękawicą.   Jakby   coś   tłukło   w drzwi 
regularnie przez minutę, a potem nagle przycichło, by znowu po jakimś czasie ponowić walenie 
do kolejnych drzwi na drugim końcu korytarza. Zdawało się jej, że słyszy dochodzące z daleka 
głosy doktora i Luke’a, wołających skądś z dołu, i pomyślała: „Ich tu wcale z nami nie ma”. 
Nagle żelastwo zaczęło grzmocić w któreś z pobliskich drzwi.

– Może przejdzie na drugą stronę korytarza – szepnęła Theodora, a Eleanor pomyślała sobie, 

że najdziwniejszą rzeczą w tym niewiarygodnym przeżyciu było to, że Theodora doświadczała 

background image

tego samego.

–   O nie!   –   wykrzyknęła   Theodora   i natychmiast   usłyszały   łoskot   po   drugiej   stronie 

korytarza. Był o wiele intensywniejszy, wprost ogłuszający. Były to uderzenia w drzwi obok. 
„Czyżby coś chodziło tam i z powrotem po korytarzu, czy coś stąpało nogami po dywanie? Czy 
sięgnęło ręką do klamki?”

Eleanor zeskoczyła z łóżka na podłogę i rzuciła się na drzwi, zasłaniając je rękami.
– Idź sobie! Precz! – krzyczała dziko. – Idź stąd! Wynoś się! Uciekaj!
Nastała kompletna cisza. Eleanor, stojąc z twarzą opartą o drzwi, pomyślała nagle: „A jeśli 

to coś szukało pomieszczenia, w którym byli ludzie? Co też ja najlepszego zrobiłam?”

Do  pokoju zakradło się przejmujące zimno,  wypełniając  go po brzegi. Wydawać by się 

mogło,   że   mieszkańcy   Domu   na   Wzgórzu   spali   słodko  w tej   ciszy,   gdy  nagle   przerwało   ją 
szczękanie zębami Theodory. Eleanor obróciła się raptownie i wybuchnęła śmiechem.

– Z ciebie to takie duże dziecko.
– Zimno mi – odpowiedziała Theodora. – Jest mi śmiertelnie zimno.
– Mnie też. – Eleanor wzięła zieloną kołdrę i narzuciła ją Theodorze na plecy, po czym 

naciągnęła na siebie ciepły szlafrok.

– Cieplej ci teraz?
– Gdzie jest Luke? I doktor?
– Nie wiem. Czy już się rozgrzałaś?
– Nie. – Theodora zadygotała z zimna.
– Za chwilę wyjdę na korytarz i ich zawołam. Czy...
I znowu się zaczęło. Tak jakby coś specjalnie podsłuchiwało pod drzwiami, wyczekiwało na 

ich   głosy,   pragnąc   dowiedzieć   się,   o czym   mówiły.   Tak   jakby   chciało   je   zidentyfikować, 
sprawdzić, na ile były przygotowane i czy bardzo się bały. Nagle w ich drzwi grzmotnęło jakieś 
żelazo, i to tak nagle, że Eleanor zerwała się z łóżka na równe nogi, a Theodora krzyknęła ze 
strachu. Obie podniosły przerażone oczy, gdyż łoskot dochodził do nich z górnego rogu drzwi, 
z miejsca położonego powyżej zasięgu ich rąk, a nawet powyżej zasięgu rąk Luke’a i doktora. 
Obrzydliwe, upadlające zimno napływało do nich falami od tego czegoś, co znajdowało się za 
drzwiami.

Eleanor   stała   absolutnie   nieruchoma,   wpatrzona   w drzwi.   Nie   wiedziała,   co   dalej   robić, 

mimo  że  czuła,  iż nadal  potrafi  logicznie  myśleć,  i nie  była  sparaliżowana  strachem.  Z całą 
pewnością myślała, że będzie się o wiele więcej bała. Zimno dokuczało jej znacznie bardziej niż 
łomot.   Ciepły   szlafrok   Theodory   okazał   się   zupełnie   bezużyteczny   wobec   tych   lodowatych 
szponów   na   plecach.   Być   może   w tej   sytuacji   najinteligentniejszym   rozwiązaniem   byłoby 
podejście   do   drzwi   i otworzenie   ich.   Na   pewno   byłaby   to   naukowa   metoda,   zgodna 
z zapatrywaniami doktora. Eleanor zdawała sobie z tego sprawę, ale nawet gdyby stopy zaniosły 

background image

ją   aż   pod   drzwi,   żadna   siła   nie   byłaby   w stanie   zmusić   jej   ręki   do   naciśnięcia   klamki. 
Bezstronnie, beznamiętnie wmawiała sobie, że żadna ręka nie dotknie tej klamki, że żadna ręka 
nie została do tego stworzona. Kołysała się lekko, z każdym uderzeniem do drzwi przechylała się 
coraz  bardziej do tyłu.  W końcu przystanęła  w bezruchu,  ponieważ wydawało  się, że łoskot 
ucichł.

– Jutro powiadomię dozorcę o tych wadliwych kaloryferach – odezwała się z tyłu Theodora. 

– Czy to już koniec?

– Nie! – odpowiedziała z uczuciem mdłości Eleanor. – Nie!
Skoro Eleanor nie chciała otworzyć mu drzwi, to, co stało za nimi, postanowiło wedrzeć się 

do środka samo. Eleanor odezwała się głośno:

– Teraz już wiem, dlaczego niektórzy ludzie krzyczą, gdyż obawiam się, że sama zrobię to 

za chwilę.

– Jeśli ty zaczniesz krzyczeć, to ja też – Theodora roześmiała się, więc Eleanor prędko 

wróciła do łóżka. Objęły się mocno i nadsłuchiwały w pełnym napięcia milczeniu. Po chwili 
dobiegły ich odgłosy lekkiego obstukiwania framugi drzwi, nieznaczne, jakby zwiadowcze. Było 
to opukiwanie i obmacywanie ich krawędzi w celu znalezienia szpary umożliwiającej wdarcie 
się do środka. Poruszyła się klamka, co widząc, Eleanor spytała szeptem:

– Czy drzwi są zamknięte?
Theodora   skinęła   głową,   a potem   obróciła   się   i z przerażeniem   spojrzała   na   drzwi   do 

przechodniej łazienki.

– Moje też! – szepnęła jej prosto w ucho Eleanor, na co Theodora przymknęła oczy z ulgą. 

Przez   chwilę   trwało   ciche,   nieprzyjemne   obstukiwanie   framugi,   aż   wreszcie   to,   co   było   za 
drzwiami, wpadło w furię, zebrało się w sobie i ze straszliwym łomotem uderzyło z całej siły 
w drzwi.   Obie   widziały,   jak   drzwi   zatrzęsły   się   w posadach,   zadrżały   i poruszyły   się 
w zawiasach.

– Nie wejdziesz tu! – krzyknęła Eleanor dzikim głosem i znowu zapadła cisza, tak jakby 

dom wsłuchiwał się uważnie w jej słowa ze zrozumieniem, cynicznie zgadzając się, nie mając 
nic   przeciwko   dalszemu   czekaniu.   W pokoju   rozległ   się   cichy   szalony   chichot,   a potem 
bezgłośny   śmiech.   Eleanor   usłyszała   go   z tyłu,   poczuła,   jak   przeleciał   jej   z góry   na   dół   po 
plecach,   chełpliwy   i nieprzyjemny   obiegł   cały  dom.   Owiało   je   chłodne   powietrze.   Wreszcie 
usłyszały wołanie doktora i Luke’a dochodzące od strony schodów i na szczęście było już po 
wszystkim.

Kiedy w końcu nastała cisza, roztrzęsiona Eleanor odetchnęła i poruszyła się sztywno.
– Obejmowałyśmy się jak para zagubionych dzieci – stwierdziła Theodora i przestała ściskać 

Eleanor za szyję. – Masz na sobie mój szlafrok.

– Nie wzięłam swojego. Czy to rzeczywiście koniec?

background image

– W każdym razie na dzisiaj – powiedziała stanowczo Theodora. – Nie czujesz tego? Czyż 

nie jest ci już cieplej?

Obrzydliwe   zimno   minęło   i tylko   lekki   dreszczyk   przeleciał   Eleanor   po   plecach,   kiedy 

spojrzała na drzwi. Zaczęła skubać węzeł, który zawiązała na pasku szlafroka.

– Przejmujące zimno jest podobno jednym z objawów szoku.
– Jednym z moich objawów jest z całą pewnością silny szok – stwierdziła Theodora. – Zdaje 

się, że idzie doktor i Luke.

Z korytarza dobiegały ich głosy. Rozmawiali szybko i niespokojnie. Eleanor rzuciła szlafrok 

na łóżko Theodory i biegnąc do swego pokoju po własny, powiedziała:

– Na litość boską, tylko nie dopuść do tego, żeby zapukali w te drzwi! Jeszcze jeden taki 

stukot mnie wykończy.

Słyszała, jak Theodora mówiła im, aby poczekali chwileczkę, n a potem otworzyła drzwi. 

Dobiegło ją sympatyczne pytanie Luke’a:

– Co się stało? Wygląda pani tak, jakby zobaczyła pani ducha.
Wróciwszy do pokoju, Eleanor zauważyła, że zarówno doktor, jak i Luke byli całkowicie 

ubrani. Przyszło jej na myśl, że być może od tej pory byłoby to całkiem rozsądne rozwiązanie.  
Jeśli to przeraźliwe zimno miałoby jeszcze kiedykolwiek powrócić, to następnym razem zastanie 
ją śpiącą w wełnianym kostiumie i grubym swetrze. Nie obchodziło jej wcale, co pani Dudley 
powiedziałaby   na   to,   że   jedna   z wczasowiczek   śpi   w czystej   pościeli   w ciężkich   butach 
i wełnianych skarpetkach.

– Jak się panowie czują w domu, w którym straszy?
– Doskonale! – zapewnił Luke. – Po prostu doskonale. Mam dodatkowy pretekst do picia 

w środku nocy.

Przyniósł   butelkę   brandy   i kieliszki,   a Eleanor   pomyślała   sobie,   że   z pewnością   tworzą 

całkiem   niezłą   przyjacielską   grupę,   siedząc   we   czwórkę   w pokoju   Theodory   o czwartej   nad 
ranem   i popijając   brandy.   Rozmawiali   cicho   i szybko,   rzucając   sobie   prędkie,   ukryte,   pełne 
ciekawości spojrzenia. Każde z nich zastanawiało się z pewnością nad tym, jaki wpływ miał na 
ich towarzyszy ów paniczny strach, jakie zmiany wywołał w ich twarzach i gestach, jakie nie 
strzeżone słabości otworzą w końcu drogę do zguby.

– Czy działo się tu coś podczas naszej nieobecności? Eleanor i Theodora spojrzały na siebie 

i roześmiały się – nareszcie  szczerze, bez odrobiny strachu czy histerii. Po chwili Theodora 
powiedziała ostrożnie:

– Nic szczególnego. Ktoś pukał do drzwi armatnią kulą, a potem próbował się tu dostać, 

żeby nas pożreć. Kiedy powiedziałyśmy mu, że nie otworzymy drzwi, zaczął zanosić się od 
śmiechu. Poza tym nic nadzwyczajnego.

Eleanor podeszła do drzwi i otworzyła je z ciekawością.

background image

– Myślałam, że cale się roztrzaskają – powiedziała oszołomiona. – A tu nie ma na nich 

nawet zadraśnięcia. Ani na tych, ani na żadnych innych. Wszystkie drzwi są idealnie gładkie.

– Jak to miło z jego strony, że nie zniszczył stolarki – zauważyła Theodora, nadstawiając 

kieliszek do napełnienia. – Nie przeżyłabym tego, gdyby temu biednemu staremu domowi coś 
się stało. – Mrugnęła do Eleanor. – Nellie miała ochotę krzyczeć.

– Ty też.
– Wcale nie. Powiedziałam tak tylko dlatego, żeby ci dotrzymać towarzystwa. Poza tym pani 

Dudley już nam przecież powiedziała, że nikt tu nie przyjdzie z pomocą. A gdzie byliście wy, 
nasi męscy obrońcy?

– Goniliśmy psa – wyjaśnił Luke. – A w każdym razie jakieś zwierzę, które wyglądało na 

psa. – Umilkł, a potem dokończył niechętnie: – Wybiegliśmy za nim na zewnątrz.

Theodora patrzyła na nich zaskoczona, a Eleanor spytała:
– Czy chcecie przez to powiedzieć, że ten pies był tutaj, w środku?
– Widziałem, jak biegł. Mignął mi w oczach, jak się tędy przemykał. Obudziłem Luke’a 

i obaj zeszliśmy za nim po schodach na dół i do ogrodu. Zgubiliśmy go gdzieś na tyłach domu.

– Czy drzwi wejściowe były otwarte?
– Nie – odpowiedział Luke. – Drzwi wejściowe były zamknięte. Podobnie jak i wszystkie 

pozostałe. Sprawdziliśmy to.

– Kręciliśmy się tu potem przez jakiś czas – dodał doktor. – Nigdy nie przyszłoby nam do 

głowy, że panie nie spały, dopóki nie usłyszeliśmy waszych głosów. Jest jednak coś, czego nie 
wzięliśmy dotąd pod uwagę.

Spojrzeli na niego zaskoczeni, a on wyjaśnił im, wyliczając na palcach niczym na wykładzie.
– Po pierwsze, obaj zostaliśmy obudzeni wcześniej od was, moje panie. Z całą pewnością 

byliśmy   na   nogach,   kręcąc   się   po   całym   domu   przez   dobre   dwie   godziny.   Najwyraźniej 
goniliśmy wiatr w polu. Po drugie, żaden z nas – tu spojrzał pytająco na Luke’a – nie słyszał 
żadnych   dźwięków   na   górze,   dopóki   nie   dobiegły   nas   wasze   głosy.   Wszędzie   panowała 
absolutna cisza. Oznacza to, że ów łomot do waszych drzwi był dla nas zupełnie niesłyszalny. 
Kiedy   zaniechaliśmy   dalszego   czuwania   i zdecydowaliśmy   się   wejść   na   górę,   musieliśmy 
najwidoczniej   przestraszyć  to,  co  czekało   pod waszymi  drzwiami.   Teraz,  kiedy siedzimy  tu 
razem, wszystko ucichło.

– Nadal nie bardzo rozumiem, co pan ma na myśli – powiedziała Theodora, marszcząc brwi.
– Musimy się zabezpieczyć – wyjaśnił.
– Przed czym? I jak?
– Skoro my zostaliśmy wywabieni na zewnątrz w czasie, gdy więziono was tu na górze – 

tłumaczył cicho – to czyż nie jest to wskazówka, że w tym wszystkim chodziło o to, żeby nas 
rozdzielić?

background image

Rozdział V

1

Patrząc   na   siebie   w lustrze,   w blasku   porannego   słońca,   które   zdołało   rozjaśnić   nawet 

błękitną sypialnię Domu na Wzgórzu, Eleanor pomyślała sobie: „To mój drugi dzień w Domu na 
Wzgórzu i jestem tak niewiarygodnie szczęśliwa. »Podróże kończą się spotkaniem kochanków«. 
Mam   za   sobą   bezsenną   noc,   naopowiadałam   kłamstw,   zrobiłam   z siebie   idiotkę,   a tutejsze 
powietrze ma posmak wina. Nastraszono mnie tu śmiertelnie, ale w jakiś dziwny sposób czuję, 
że   zasłużyłam   sobie   na   tę   radość.   Tak   długo   na   nią   czekałam!”   Porzuciwszy   wreszcie 
utrzymywane  przez  całe  życie  przekonanie,  że nazwanie  szczęścia  po imieniu  oznacza  jego 
utratę, uśmiechnęła się do siebie w lustrze i powiedziała cicho:

– Jesteś szczęśliwa, Eleanor. Wreszcie podarowano ci twoją miarę szczęścia.
A   odwracając   się   od   własnego   odbicia,   pomyślała:   „Podróże   kończą   się   spotkaniem 

kochanków, spotkaniem kochanków”.

– Luke? – To Theodora wołała na korytarzu. – Wczoraj w nocy zabrałeś mi pończochę. 

Jesteś po prostu podłym złodziejem i mam nadzieję, że pani Dudley dobrze mnie słyszy.

Eleanor   usłyszała   niewyraźną   odpowiedź   Luke’a,   który   zaprotestował,   twierdząc,   że 

dżentelmen miał prawo do zatrzymywania przy sobie dowodów życzliwości okazywanej mu 
przez damy, a poza tym był święcie przekonany, że pani Dudley słyszała każde ich słowo.

–   Eleanor?   –   Theodora   zaczęła   dobijać   się   do   drzwi   przechodniej   łazienki.   –   Czy   już 

wstałaś? Mogę wejść?

–   Oczywiście,   oczywiście!   –   odpowiedziała,   patrząc   na   odbicie   swej   twarzy   w lustrze. 

„Należy ci się – pomyślała – całe życie na to pracowałaś”.

Theodora otworzyła drzwi i powiedziała radośnie:
– Jak ty dziś rano ładnie wyglądasz, Nell. To dziwne życie najwyraźniej ci służy.
Eleanor uśmiechnęła się do niej, tutejsze życie najwyraźniej dobrze służyło i Theodorze.
– Wedle wszelkich reguł powinnyśmy chodzić z podkrążonymi oczyma i dzikim wyrazem 

rozpaczy na twarzy – powiedziała Theodora, obejmując Eleanor i spoglądając na swoje odbicie 
obok   niej   w lustrze.   –   A tymczasem   tylko   na   nas   popatrz!   Dwie   kwitnące,   młode   i świeże 
ślicznotki.

– Mam już trzydzieści  cztery lata  – stwierdziła  Eleanor  i zastanowiła  się, co za dziwna 

przekora kazała jej dodać sobie dwa lata.

–   A wyglądasz   na   czternaście   –   odpowiedziała   Theodora.   –   Chodźmy,   zasłużyłyśmy   na 

śniadanie.

background image

Śmiejąc  się, zbiegły na wyścigi  po schodach na dół i poprzez pokój do gier dotarły do 

jadalni.

– Dzień dobry! – odezwał się raźnie Luke. – I jak wam się spało?
– Wyśmienicie, dziękuję – odpowiedziała Eleanor. – Spałam jak niemowlę.
– Było co prawda trochę hałasu – dodała Theodora – ale w tak starych domach jak ten 

można się chyba tego spodziewać. Doktorze, co mamy dzisiaj na śniadanie?

– Hmm? – odezwał się doktor, podnosząc na nią wzrok. On jeden wydawał się zmęczony, 

ale oczy jarzyły mu się tym samym blaskiem, który płonął w ich własnych.

– Dom w Ballechin – zaczął doktor, delektując się własnymi słowami – plebania w Borley, 

zamek w Glamis. To wręcz niewiarygodne, że człowiek może doświadczyć czegoś takiego na 
własnej skórze. Zaczynam rozumieć radość, jaką odczuwa prawdziwe medium. Jeśli pozwolicie, 
to poproszę jeszcze o odrobinę marmolady. Dziękuję bardzo. Moja żona nigdy mi nie uwierzy. 
Czyż nie sądzicie, że jedzenie smakuje tutaj zupełnie inaczej? – Też się nad tym zastanawiałem 
i doszedłem   do   wniosku,  że   pani   Dudley   znowu  przeszła   samą   siebie.   –   Próbowałam   sobie 
przypomnieć – zaczęła Eleanor – co się tu działo ubiegłej nocy. Pamiętam, że zdawałam sobie 
sprawę z tego, że byłam przerażona, ale jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić. – Ja przypominam 
sobie tylko to potworne zimno – dodała Theodora i wzdrygnęła się. – Myślę, że to dlatego, iż 
wedle wszelkich wzorców myślowych, do których przywykliśmy, było to takie nierealne. To po 
prostu nie miało sensu. – Eleanor przerwała i roześmiała się zawstydzona. – Zgadzam się z tobą 
– przyznał Luke. – Rano powtarzałem sobie, że to rzeczywiście się zdarzyło. W przeciwieństwie 
do koszmaru nocnego, po którym wmawiasz sobie, że nic takiego się nie stało, że to był tylko zły 
sen.   –   Według   mnie   było   to   całkiem   podniecające   –   stwierdziła   Theodora.   Doktor   uniósł 
ostrzegawczo palec. – Bardzo możliwe, że powodem tego były wody podziemne. – A zatem 
wszystkie   domy   powinno   się   budować   na   podziemnych   źródłach   –   orzekła   autorytatywnie 
Theodora. Doktor zmarszczył brwi. – To nasze podniecenie zaczyna mnie martwić – powiedział. 
–   Z całą   pewnością   wszystko   to   jest   odurzające,   ale   czyż   nie   może   się   również   okazać 
niebezpieczne?   Być   może   jest   to   swojego   rodzaju   wpływ   atmosfery   panującej   w Domu   na 
Wzgórzu? Pierwsza oznaka tego, że już jesteśmy pod jego urokiem. – W takim razie zostanę 
zaczarowaną księżniczką – odpowiedziała Theodora.

– Skoro ostatnia  noc stanowiła prawdziwy obraz możliwości  Domu  na Wzgórzu, to nie 

wydaje mi się, abyśmy mieli tu wiele kłopotów – stwierdził Luke. – To prawda, że byliśmy 
przerażeni   i całe   to   doświadczenie   bynajmniej   nie   było   przyjemne,   nie   przypominam   sobie 
jednak, abym odczuwał jakiekolwiek fizyczne zagrożenie. Nawet stwierdzenie Theodory, że to, 
co siedziało pod ich drzwiami, miało ochotę je pożreć, tak naprawdę nie brzmiało wcale...

– Dobrze wiem, co ona chciała przez to powiedzieć – przerwała Eleanor – ponieważ ja 

również uważam, że jest to najwłaściwsze określenie. Ja też miałam wrażenie, że to coś chciało 

background image

nas pożreć, wchłonąć w siebie, uczynić nas częścią tego domu. Może... O Boże! Myślałam, że 
wiem, o czym mówię, ale nie wychodzi mi to za dobrze...

–   Nie   grozi   nam   tu   żadne   fizyczne   niebezpieczeństwo   –   zapewnił   stanowczo   doktor.   – 

W długiej historii duchów jeszcze żaden duch nigdy nikogo fizycznie nie skrzywdził. Ofiara 
może jednak wyrządzić sobie krzywdę sama. Nie można nawet powiedzieć, że duchy atakują 
umysł człowieka, ponieważ świadomy rozum nie jest podatny na zranienie. Gdy tak tu siedzimy 
i rozmawiamy  na ten  temat,  nie ma  w nas ani krzty wiary w duchy.  Żadne z nas, nawet po 
wrażeniach z ostatniej nocy, nie potrafi wymówić słowa „duch” bez mimowolnego uśmiechu. 
Niebezpieczeństwo sił nadprzyrodzonych polega na tym, że atakują w punkcie, w którym nasze 
współczesne umysły są najsłabsze, w którym porzuciliśmy nasz ochronny pancerz przesądów 
i zabobonów i pozostaliśmy bez żadnej zastępczej obrony. Myśląc racjonalnie, żadne z nas nie 
uważa, że to, co przebiegło wczoraj w nocy przez ogród, ani to, co tłukło się wczoraj do drzwi, 
mogło być duchem, a jednak z całą pewnością coś się działo ubiegłej nocy w Domu na Wzgórzu 
i instynktowna ucieczka umysłu w niedowierzanie samemu sobie została uniemożliwiona. Nie 
możemy bowiem powiedzieć sobie, że była to tylko nasza wyobraźnia, skoro widziały to jeszcze 
trzy inne osoby.

–   Mogłabym   jednak   powiedzieć   –   zauważyła   Eleanor   z uśmiechem   –   że   wszyscy   troje 

jesteście   wyłącznie   tworem   mojej   wyobraźni.   Nic   z tego   nie   jest   prawdą.   –   Gdybym   miał 
powody uważać, że pani rzeczywiście w to wierzy – powiedział poważnie doktor – to jeszcze 
dziś rano wyrzuciłbym panią z Domu na Wzgórzu. Grawitowałaby pani bowiem w stronę tego 
stanu świadomości,  w którym  z radością wyczekiwałaby pani wszelkich  niebezpieczeństw ze 
strony Domu na Wzgórzu. – Innymi słowy, doktor uważałby cię za pomyloną, droga Nell. – No 
cóż, przypuszczam, że w tej sytuacji byłoby to prawdą – przyznała Eleanor. – Gdybym wzięła 
stronę   Domu   na   Wzgórzu   i obróciła   się   przeciwko   wam,   to   pewno   wysłalibyście   mnie 
z powrotem do domu. „Ale dlaczego to zawsze mam być ja? Czyż  to ja jestem publicznym 
sumieniem?” – zastanawiała się w duchu. „Dlaczego ode mnie oczekuje się, że powiem wprost 
to, czego innym nie pozwala zrozumieć ich arogancja?” Czyż to ja jestem najsłabsza, słabsza 
nawet od Theodory? Z nas wszystkich ja byłabym z pewnością ostatnią osobą, która mogłaby się 
zwrócić  przeciwko   nim”.   –  Głośne   duchy  to  jeszcze  inna  sprawa  –  tłumaczył   dalej  doktor, 
utkwiwszy   przez   chwilę   wzrok   w Eleanor.   –   Interesują   się   wyłącznie   światem   fizycznym, 
rzucają kamieniami, przesuwają przedmioty z miejsca na miejsce, tłuką naczynia. Pani Foyster 
z plebanii   w Borley   wytrzymywała   to   bardzo   długo   i straciła   cierpliwość   dopiero   wówczas, 
kiedy   wyrzuciły   jej   najlepszy   imbryk   do   herbaty   przez   okno.   Złośliwe   duchy   tego   pokroju 
zajmują dolny szczebel nadprzyrodzonej drabiny towarzyskiej, są niszczycielskie, ale bezmyślne 
i bezwolne,   stanowią   jedynie   nie   ukierunkowaną   siłę.   Czy   przypominacie   sobie   –   zapytał 
z uśmiechem   –   urocze   opowiadanie   Oscara   Wilde’a   pod   tytułem   Duch   z Canterville   – 

background image

O amerykańskich bliźniakach, które rozgromiły starego angielskiego ducha – dodała Theodora. – 
No właśnie. Mnie zawsze odpowiadała interpretacja, że te amerykańskie bliźniaki same były 
źródłem owego nadprzyrodzonego zjawiska. Z pewnością hałaśliwe duchy są zdolne przyćmić 
nawet najciekawsze pojawienie się ducha. Z zasady złe duchy przepędzają dobre. – Doktor zatarł 
z radością ręce. – Zazwyczaj za jednym zamachem przepędzają wszystkich. W Szkocji znajduje 
się   pewien   dwór,   w którym   roi   się   wprost   od   takich   duchów,   gdzie   w ciągu   jednego   dnia 
wybuchło aż siedemnaście pożarów. Hałaśliwe duchy tego pokroju kochają ni stąd, ni zowąd 
wyrzucać   ludzi   z łóżek.   Pamiętam   nawet   przypadek   jednego   kleryka,   który   musiał   się 
wyprowadzić z domu, ponieważ dzień w dzień dręczyły go duchy, rzucając w niego kościelnymi 
śpiewnikami, ukradzionymi z rywalizującego kościoła.

Nagle, zupełnie bez powodu, Eleonor zatrzęsła się ze śmiechu. Chciała podbiec do stołu 

i wycałować doktora, miała ochotę wytarzać się na trawniku, śpiewać, krzyczeć, wymachiwać 
rękami i obejść dużymi, zaborczymi kołami wszystkie pokoje Domu na Wzgórzu.

„Jestem tu, jestem, jestem!” – myślała. Szybko zamknęła z rozkoszą oczy i spytała doktora 

przesadnie wstydliwie:

– Co będziemy dzisiaj robili?
– Ciągle  zachowujecie  się jak małe  dzieci  – odpowiedział  doktor z uśmiechem.  – Stale 

pytacie się, co macie dalej robić. A może pobawilibyście się teraz swoimi zabawkami? Albo 
sami z sobą? W każdym razie ja muszę dzisiaj trochę popracować.

–   Ja   mam   ogromną   ochotę   pozjeżdżać   sobie   po   tej   poręczy   –   zachichotała   Theodora. 

Podobnie jak Eleanor zaczęła odczuwać radosne podniecenie.

– A ja proponuję chowanego – odezwał się Luke.
– Spróbujcie jednak nie oddalać  się za bardzo w pojedynkę  – przestrzegł doktor. – Nie 

potrafię wam podać powodu, dlaczego nie byłoby to wskazane, ale wydaje mi się to całkiem 
sensowne.

– Ponieważ w lesie są niedźwiedzie – podpowiedziała Theodora.
– A na poddaszu tygrysy.
– A w wieży mieszka stara wiedźma, a w salonie smok.
– Mówię zupełnie poważnie – powiedział doktor ze śmiechem.
– Już dziesiąta. Sprzątam ze stołu...
– Dzień dobry, pani Dudley – odezwał się doktor, a reszta zaczęła dusić w sobie śmiech.
– Sprzątam o dziesiątej.
– Nie będziemy pani długo zatrzymywać. Jeszcze tylko piętnaście minut, a potem może pani 

posprzątać.

– Po śniadaniu sprzątam ze stołu o dziesiątej. Obiad stawiam o pierwszej. Kolację wydaję 

o szóstej. Teraz jest dziesiąta.

background image

–   Pani   Dudley   –   zaczął   doktor   surowo,   a potem   na   widok   Luke’a   duszącego   się   od 

tłumionego śmiechu podniósł serwetkę do oczu i nie wytrzymał. – Może pani posprzątać ze 
stołu, pani Dudley – powiedział łamiącym się głosem.

Ich śmiech niósł się po korytarzach i odbijał echem od ścian pokoi i wieży.
– Nie wolno nam stroić sobie żartów z pani Dudley – zakomunikował doktor, po czym 

pochylił   się   do   przodu,   kryjąc   twarz   w dłoniach,   a jego   ramionami   raz   po   raz   wstrząsał 
paroksyzm śmiechu.

Śmiali się jeszcze przez dłuższy czas, rozmawiając półsłówkami, usiłując powiedzieć sobie 

coś i bezładnie wskazując jeden na drugiego palcami, a ich śmiech wstrząsał posadami Domu na 
Wzgórzu dopóty, dopóki osłabieni nie ucichli. Wreszcie wykończeni spojrzeli po sobie.

– A teraz... – zaczął doktor i znowu przerwał mu chichot Theodory.
– A teraz... – zaczął doktor raz jeszcze, tym razem bardziej surowo, i wszyscy ucichli. – 

Mam jeszcze ochotę na kawę – powiedział błagalnym tonem. – A wy nie?

– Chce pan, żebyśmy poszli do pani Dudley i ją poprosili? – spytała Eleanor.
–   Mamy   ot   tak,   podejść   do   niej   i poprosić   ją   o kawę,   mimo   że   jeszcze   nie   wybiła   ani 

pierwsza, ani szósta godzina? – spytała z niedowierzaniem Theodora.

– Mniej więcej – przyznał doktor. – Luke, mój chłopcze, zauważyłem, że dla pani Dudley 

jesteś czymś w rodzaju faworyta...

– A kiedyż to zdołał pan coś tak nieprawdopodobnego zauważyć? Pani Dudley patrzy na 

mnie z taką samą nienawiścią, z jaką spogląda na garnki niewłaściwie ustawione na półkach. 
W oczach pani Dudley...

– Jesteś w końcu przyszłym spadkobiercą domu – przypomniał mu pochlebiającym tonem 

doktor. – Pani Dudley musi czuć w stosunku do ciebie to samo, co stary sługa rodziny czuje do 
młodego panicza.

–   W oczach   pani   Dudley   jestem   czymś   gorszym   od   upuszczonego   na   podłogę   widelca. 

Błagam pana, jeśli chce pan o cokolwiek poprosić tę starą heterę, to niech pan wyśle do niej 
Theo albo naszą czarującą Nell. One się jej nie boją.

– Tylko nie to! – zaprotestowała Theodora. – Nie może pan wysyłać do niej bezradnych 

kobiet. Co za tchórze! Chcecie, żebyśmy broniły was na szańcach.

– Może doktor...
– Nonsens, nie zamierzacie chyba prosić o to mnie, starszego człowieka. A poza tym dobrze 

wiesz, że ona cię uwielbia.

– Bezczelny brodacz. Gotowy mnie poświęcić za nędzną filiżankę kawy. Nie zdziwcie się, 

jeśli stracę z tego powodu życie. Być może pani Dudley jeszcze nie jadła drugiego śniadania. 
Jest   zupełnie   zdolna   do   tego,   aby  przyrządzić   ze   mnie     de   Luke   a la   meuniere   albo   jakieś 
dieppoise, w zależności od humoru. Jeśli nie wrócę – Luke pomachał ostrzegawczo palcem pod 

background image

nosem doktora – to błagam, abyście się dobrze przyjrzeli temu, co ona wam poda na obiad. – 
Skłonił się przesadnie, jak przystało na kogoś, kto wybiera się zabić olbrzyma, i zamknął za sobą 
drzwi.

– Ten Luke jest rzeczywiście cudowny! – Theodora przeciągnęła się z rozkoszą.
– Cudowny Dom na Wzgórzu – stwierdziła Eleanor. – Theodoro, z tyłu ogrodu stoi coś 

w rodzaju małego domku letniego. Jest cały zarośnięty. Zauważyłam go wczoraj. Może poszły – 
byśmy go dzisiaj zwiedzić?

– Świetnie! Chcę zwiedzić każdą piędź Domu na Wzgórzu. Dzisiaj jest zbyt ładnie, żeby 

siedzieć w domu.

– Poprosimy Luke’a, żeby z nami poszedł. A pan, doktorze?
–   Moje   notatki...   –   zaczął   doktor   i przerwał   w momencie,   gdy   otworzyły   się   drzwi. 

Otworzyły się tak raptownie, że Eleanor pomyślała sobie, że Luke nie miał w końcu odwagi 
stawić   czoła   pani   Dudley.   Stał   teraz   oparty   o drzwi,   a doktor   na   widok   jego   bladej   twarzy 
wykrzyknął z wściekłością: – Złamałem swoją własną pierwszą zasadę, wysłałem go samego!

Eleanor zaczęła dopytywać się natarczywie:
– Luke, Luke, czy wszystko w porządku?
– Nic takiego się nie stało. – Luke zdobył się nawet na uśmiech. – Chodźcie jednak zobaczyć 

coś na korytarzu.

Zmrożeni   wyrazem   jego   twarzy,   głosem   i uśmiechem,   wstali   cicho   i wyszli   za   nim   do 

głównego holu.

– To tutaj – powiedział Luke, a Eleanor poczuła chorobliwy dreszcz, który przeleciał jej po 

plecach na widok zapalonej zapałki, którą podniósł do ściany.

– To chyba jakiś napis – zauważyła Eleanor, podchodząc bliżej, żeby się lepiej przyjrzeć.
–   Owszem,   napis   –   potwierdził   Luke.   –   Z początku   nawet   go   dobrze   nie   zauważyłem, 

dopiero w drodze powrotnej... Pani Dudley nie zgodziła się – dodał ściśniętym głosem.

– Moja latarka... – Doktor wyjął z kieszeni latarkę i w jej świetle, w miarę jak przesuwał się 

z jednego końca holu na drugi, zaczęły się ukazywać wyraźne litery. – Kreda – stwierdził doktor, 
podchodząc bliżej, żeby dotknąć liter czubkiem palca. – Ten napis wykonano kredą.

Pismo było duże i rozciągnięte i przypominało Eleanor napisy chuliganów na płocie. Było 

jednak niewiarygodnie rzeczywiste. Pokrywało łamanymi liniami całą grubą boazerię. Ciągnęło 
się z jednego końca na drugi, nieomal zbyt duże, aby można je było przeczytać, nawet gdyby 
stanęło się pod przeciwną ścianą holu.

– Potrafi pani to przeczytać? – spytał Luke cicho.
Doktor  przesunął  światło  latarki  po napisie i przeczytał  wolno:  POMÓŻCIE  ELEANOR 

WRÓCIĆ DO DOMU.

– Nie! – Eleanor poczuła, jak słowa grzęzną jej w gardle. Zobaczyła swe imię, w miarę jak 

background image

doktor je czytał.

„To ja – pomyślała – to moje imię widnieje tam tak wyraźnie. Nie powinno się mnie tak 

wymieniać na ścianach tego domu”.

– Wymażcie to, proszę! – powiedziała i poczuła, jak Theodora obejmuje ją ramieniem. – To 

szaleństwo!

–   Szaleństwo,   to   prawda   –   powtórzyła   stanowczo   Theodora.   –   Chodź   do   środka,   Nell, 

i usiądź. Luke zaraz coś przyniesie i to wymaże.

–   Ależ   to   szaleństwo   –   powtórzyła   Eleanor,   opierając   się,   wpatrzona   w swoje   imię   na 

ścianie. – Ale dlaczego?

Doktor   stanowczym   ruchem   wprowadził   ją   do   małego   buduaru   i zamknął   drzwi.   Luke 

zaatakował napis chusteczką.

– Posłuchaj mnie – zwrócił się doktor do Eleanor. – To, że twoje imię zostało...
– No właśnie! – przerwała Eleanor, patrząc mu prosto w oczy. – Ten dom zna moje imię. On 

wie, jak ja się nazywam.

– Zamknij się, dobrze? – Theodora potrząsnęła nią gwałtownie. – Na tej ścianie mogło się 

znaleźć imię każdego z nas. Przecież ten dom zna wszystkie nasze imiona.

– Czy to ty napisałaś? – Eleanor spytała Theodorę. – Proszę cię, powiedz mi. Przyrzekam ci, 

że nie będę na ciebie zła. Chcę tylko wiedzieć. Może to był tylko żart? Tylko tak, żeby mnie 
przestraszyć? – Patrzyła błagalnym wzrokiem na doktora.

– Wiesz dobrze, że nikt z nas tego nie napisał – odpowiedział doktor.
Do pokoju wrócił Luke, wycierając ręce chusteczką, a Eleanor, pełna nadziei, zwróciła się 

zaraz do niego.

– Luke, to ty napisałeś, prawda? Wtedy kiedy wyszedłeś po kawę.
– Posłuchaj – powiedział, przysiadając na poręczy jej krzesła – chcesz, żebym wypisywał 

twoje imię na ścianach? Wycinał na pniach drzew twoje inicjały? Wypisywał „Eleanor, Eleanor” 
na   skrawkach   papieru?   –   Pociągnął   ją   lekko   za   włosy.   –   Mam   na   to   zbyt   wiele   rozumu. 
Opamiętaj się.

– No to dlaczego właśnie ja? – spytała Eleanor, patrząc na każdego z nich po kolei.
„Znowu   jestem   poza   nimi”   –   pomyślała   z wściekłością.   „Zostałam   wybrana”.   Po   czym 

powiedziała szybko, błagalnie:

– Czy zrobiłam coś, czym zwróciłam na siebie uwagę? Bardziej od innych?
– Nie bardziej niż zwykle, kochanie – odpowiedziała Theodora. Stała przy kominku oparta 

o gzyms   i stukała   po   nim   palcami,   przyglądając   się   jednocześnie   Eleanor   z promiennym 
uśmiechem. – Może ty sama to napisałaś?

Eleanor nieomal krzyknęła z wściekłości.
– Czy ty  sobie  wyobrażasz,  że  ja  chcę,  aby  moje  imię   wypisywano   po tym  plugawym 

background image

domu?!   Czy   sądzisz,   że   ja   lubię   być   w centrum   uwagi?   To   nie   ja   jestem   tym   zepsutym 
dzieckiem, nie lubię, gdy się mnie wyróżnia...

– Zauważyliście chyba, że prosiła o pomoc – powiedziała Theodora lekceważącym tonem. – 

Być może to duch owej małej towarzyszki znalazł wreszcie sposób na porozumienie się z nami. 
Być może czekał właśnie na taką zastraszoną, szarą i bezbarwną...

– Być może zwrócił się tylko do mnie, bo żadna prośba o pomoc nie dotarłaby do ciebie 

przez ten twój żelazny egoizm. Być może jest we mnie o wiele więcej zrozumienia i współczucia 
aniżeli w...

– A może sama to napisałaś do siebie? – powtórzyła Theodora.
Jak większość mężczyzn na widok kłócących się kobiet, Luke z doktorem odsunęli się na 

bok i stali razem w nieprzyjemnej ciszy. W końcu Luke poruszył się i powiedział:

– To wystarczy, Eleanor.
Na co ona obróciła się, tupiąc nogą.
– Jak śmiesz? – spytała, dysząc ciężko. – Jak śmiesz?
W tym momencie doktor roześmiał się, a Eleanor spojrzała na niego i potem na Luke’a, 

który uśmiechał się, nie spuszczając z niej wzroku.

„Co się ze  mną  dzieje?” – myślała.  „Im się wydaje,  że Theodora  zrobiła  to  specjalnie. 

Celowo doprowadziła mnie do wściekłości, żebym przestała się bać. Cóż to za wstyd tak dać 
sobą manipulować”. Ukryła twarz w dłoniach i usiadła na krześle.

– Nell, kochanie – zaczęła Theodora. – Naprawdę, bardzo mi przykro.
„Muszę   coś   powiedzieć”   –   pomyślała   sobie   Eleanor.   „Muszę   im   pokazać,   że   potrafię 

żartować. Niech myślą, że się wstydzę sama za siebie”.

– Przepraszam – odpowiedziała. – Byłam przerażona.
– To zupełnie naturalne – stwierdził doktor.
„Jakiż on jest prosty, jaki przezroczysty. Wierzy w każdą głupotę, którą się mu powie. Myśli 

nawet,   że   Theodora   metodą   szoku   wyciągnęła   mnie   z histerii”.   Uśmiechnęła   się   do   niego 
i pomyślała: „I znowu zostałam przyjęta do stada”.

– Już myślałam, że naprawdę zaczniesz krzyczeć – powiedziała Theodora, przyklękając przy 

krześle Eleanor. – Ja na twoim miejscu na pewno bym tak zrobiła. Wiesz jednak, że nie możemy 
sobie pozwolić na to, żebyś się załamała.

„Nie   możemy   sobie   pozwolić   na   to,   żeby   ktokolwiek   inny   poza   Theodora   znalazł   się 

w centrum uwagi” – pomyślała Eleanor. „Jeśli Eleanor ma zostać wyrzucona z tej grupy, to zrobi 
to sama”. Wyciągnęła rękę i poklepała Theodorę po głowie, mówiąc:

– Dziękuję ci, zdaje się, że przez chwilę straciłam panowanie nad sobą.
–   A ja   przez   chwilę   myślałem,   że   się   pobijecie   –   powiedział   Luke   –   dopóki   się   nie 

zorientowałem, co robiła Theodora.

background image

Patrząc   z uśmiechem   w jasne,   rozradowane   oczy   Theodory,   Eleanor   pomyślała   sobie: 

„Theodora robiła zupełnie co innego”.

2

Czas w Domu na Wzgórzu płynął leniwie. Eleanor, Theodora, Luke i doktor mieli poniekąd 

świadomość   czyhającego   zewsząd   niebezpieczeństwa,   lecz   otuleni   przepychem   pagórków 
i zadomowieni w cieple i ciemnym luksusie domu, rozkoszowali się spokojnym dniem i nocą, 
jakie   im   zostały   dane,   być   może   w celu   uśpienia   ich   czujności.   Jedli   posiłki   razem   i nadal 
zachwycali  się  kuchnią  pani   Dudley.  Rozmawiali   i grali  w szachy.   Doktor  ukończył   Pamelę 
i zaczął czytać Sir Charlesa Grandisona. Nieodparta potrzeba sporadycznej samotności zmuszała 
ich   do   spędzania   paru   godzin   samotnie   w ich   prywatnych   pokojach,   bez   żadnych   zakłóceń. 
Theodora, Eleanor i Luke dokładnie zbadali zarośla za domem  i znaleźli mały różany ogród 
otoczony   kamiennym   murem,   zarośnięty   chwastami,   a także   warzywny   ogród   troskliwie 
pielęgnowany   przez   państwa   Dudley.   Często   rozmawiali   o zorganizowaniu   pikniku   nad 
strumieniem.   W pobliżu   letniego   domku   rosły   poziomki.   Przynieśli   pełną   ich   chusteczkę 
i położyli się na trawniku obok doktora, zajadając się nimi, plamiąc sobie sokiem usta i ręce.

– Jak dzieci – powiedział doktor, spoglądając na nich znad swoich notatek.
Każde z nich napisało sprawozdanie – niedbale i nie zwracając uwagi na szczegóły – z tego, 

co do tej pory słyszeli lub widzieli w Domu na Wzgórzu, a doktor odłożył te papiery do teczki. 
Następnego ranka, w trzecim dniu ich pobytu w Domu na Wzgórzu, doktor i Luke spędzili całą 
godzinę   na   podłodze   w korytarzu,   usiłując   za   pomocą   centymetra   i kredy   określić   dokładne 
wymiary   zimnego   miejsca.   Theodora   z Eleanor   siedziały   ze   skrzyżowanymi   nogami   na 
podłodze, notując podane przez doktora wyniki. Wysiłki doktora zdecydowanie utrudniało to, że 
na   skutek   przejmującego   zimna   ustawicznie   drętwiały   mu   ręce,   w związku   z czym   nie   był 
w stanie utrzymać w ręku ani kredy, ani taśmy mierniczej dłużej niż minutę. Luke, po drugiej 
stronie wejścia do pokoju dziecięcego, również mógł utrzymać koniec taśmy jedynie dopóty, 
dopóki   jego   ręka   nie   natrafiła   na   zimny   punkt.   W tym   bowiem   momencie   tracił   władzę 
w palcach   i bezsilnie   upuszczał   taśmę.   Z kolei   termometr,   wrzucony   w sam   środek   zimnego 
obszaru,   nie   rejestrował   żadnego   spadku   temperatury   i uparcie   utrzymywał,   że   temperatura 
w tym miejscu niczym nie różniła się od temperatury panującej w korytarzu. Doktor wściekał się 
z tego   powodu   na   statystyków   z plebanii   w Borley,   którzy   utrzymywali,   że   zarejestrowali 
jedenastostopniowy   spadek   temperatury.   Kiedy   w końcu   określił   jakoś   rozmiary   zimnego 
punktu, zanotował je w zeszycie i poprowadził ich na dół na obiad. Potem rzucił im wszystkim 
wyzwanie, aby wykorzystali chłodne popołudnie i zagrali z nim po obiedzie w krokieta.

– Wydaje mi się, że to niezbyt rozsądne, aby spędzać tak urocze poranki jak dzisiejszy na 

background image

obserwacji zimnych punktów na podłodze. Musimy więcej przebywać na świeżym powietrzu – 
wyjaśnił i zdziwił się, gdy się roześmiali.

– Czy gdzieś istnieje jeszcze jakiś świat poza nami? – spytała Eleanor ze zdziwieniem.
Pani   Dudley   upiekła   im   placek   z brzoskwiniami.   Eleanor   spojrzała   na   swój   talerz 

i powiedziała:

– Wiem, że pani Dudley wychodzi gdzieś w nocy i wraca codziennie rano, przynosząc ze 

sobą gęstą śmietankę, a pan Dudley przynosi codziennie po południu świeże jarzyny, ale o ile 
sobie przypominam, poza tym domem nic już nie istnieje.

– Jesteśmy jakby na bezludnej wyspie – przyznał Luke.
–   Nie   mogę   już   sobie   wyobrazić   świata   poza   tym   Domem   na   Wzgórzu   –   powtórzyła 

Eleanor.– Może powinniśmy zacząć robić nacięcia na patyku albo rzucać kamyczki na kupkę, po 
jednym codziennie, tak aby mieć jakieś rozeznanie, jak długo już tu jesteśmy.

– Jak to miło nie mieć żadnego kontaktu z zewnętrznym  światem. – Luke nałożył  sobie 

olbrzymią porcję bitej śmietany. – Żadnych listów, gazet.

– Niestety... – zaczął doktor i przerwał. – Przepraszam bardzo, chciałem tylko powiedzieć, 

że wkrótce dotrą do nas wieści z zewnętrznego świata i naturalnie nie będzie to wcale takie 
niepożądane. Pani Montague, to znaczy moja żona, przyjedzie tutaj w sobotę.

– Ale kiedy właściwie jest sobota? – spytał Luke. – Naturalnie ogromnie się cieszę, że będę 

miał okazję poznać panią Montague.

– Pojutrze. – Doktor zamyślił się i powiedział po chwili: – No tak, zdaje się, że pojutrze 

mamy sobotę. W każdym razie będziemy wiedzieć, że to sobota, bo pani Montague przyjedzie tu 
w sobotę – dodał z błyskiem w oku.

– Mam nadzieję, że nie marzą się jej jakieś hałasy po nocach – odezwała się Theodora. – 

Dom  na   Wzgórzu  nie   dotrzymał  w tym   względzie  pierwotnej  obietnicy.   Ale  kto   wie,  może 
właśnie pani Montague zostanie powitana serią doświadczeń psychokinetycznych.

– Pani Montague będzie na to świetnie przygotowana – zapewnił ją doktor.
– Ciekawa jestem – zwróciła się Theodora do Eleanor, gdy pod czujnym okiem pani Dudley 

wstawali po obiedzie od stołu – dlaczego wszystko tu nagle tak przycichło. Myślę, że to czekanie 
jest bardziej denerwujące i o wiele gorsze, niż gdyby się tu rzeczywiście coś działo.

– To nie my czekamy – sprostowała Eleanor. – To dom wyczekuje. Mam wrażenie, że czeka 

na odpowiedni moment.

– Może czeka, aż poczujemy się tu bezpiecznie, i dopiero wówczas uderzy.
– Ciekawa jestem, jak długo będzie tak czekać. – Eleanor wzdrygnęła się i spojrzała na 

wielkie schody. – Mam nieomal ochotę napisać list do mojej siostry. No wiesz, coś w rodzaju: 
„Pozdrowienia z cudownego Domu na Wzgórzu. Bawimy się tu dobrze...”

– „W przyszłym roku powinnaś przywieźć tu całą rodzinę” – ciągnęła Theodora. – „W nocy 

background image

śpimy tu tylko pod kocami...”

– „Powietrze jest tu takie orzeźwiające, zwłaszcza w korytarzu na górze...”
– „Cały czas czujemy się wdzięczni losowi za to, że jeszcze żyjemy...”
– „Ciągle coś się tu dzieje...”
– „Cywilizacja wydaje się stąd taka odległa...”
Eleanor   roześmiała   się.   Wbiegła   na   schody   szybciej   od   Theodory.   Ciemny   zazwyczaj 

korytarz   był   nieco   bardziej   oświetlony   tego   popołudnia,   gdyż   zostawili   drzwi   do   pokoju 
dziecięcego otwarte i odrobina światła przedostawała się przez okno do środka i padała na leżący 
na   podłodze   centymetr   i kredę   doktora.   Światło   przeświecało   przez   witraż   na   schodach 
i rozbijało   się   o ciemną   boazerię   korytarza   na   tysiące   drobnych   błękitnych,   zielonych 
i pomarańczowych promieni.

– Idę spać – oznajmiła Eleanor. – Nigdy w życiu nie czułam się taka rozleniwiona.
– A ja położę się na łóżku i zacznę śnić o tramwajach – powiedziała Theodora.
Eleanor   zatrzymywała   się   zazwyczaj   w drzwiach   i rozglądała   szybko   po   pokoju,   zanim 

weszła   do   środka.   Wmawiała   sobie,   że   czyniła   tak   jedynie   dlatego,   że   pokój   jej   był   tak 
intensywnie błękitny, że zawsze musiała się do tego przez chwilę przyzwyczajać. Gdy znalazła 
się   już   w środku,   przechodziła   szybko   przez   pokój,   żeby   otworzyć   okno,   które   zawsze 
znajdywała   zamknięte.   Tego   dnia   była   już   w połowie   drogi,   kiedy   nagle   usłyszała,   jak 
zatrzaskują się drzwi w pokoju Theodory i jej stłumiony krzyk:

– Eleanor!
Prędko wybiegła więc na korytarz i zatrzymała się osłupiała w drzwiach pokoju Theodory, 

spoglądając jej przez ramię do środka.

– Co to jest? – szepnęła.
– A co ci to przypomina, idiotko?
„I tego też jej nie wybaczę” – pomyślała Eleanor trzeźwo mimo tego zamieszania. „Wydaje 

mi się, że to farba. Gdyby nie to, że tak potwornie śmierdzi”.

– To krew – stwierdziła Theodora autorytatywnie. Uczepiła się kurczowo drzwi, kołysząc się 

w miarę ich poruszania. – W całym pokoju jest krew. Nie widzisz tego?

– Oczywiście, że widzę. Wcale nie w całym pokoju. Przestań robić taki harmider.
W głębi serca pomyślała  sobie, że Theodora  przyjmowała  to wszystko  nader spokojnie. 

„Pewnego dnia któraś z nas zacznie rzeczywiście wrzeszczeć i mam nadzieję, że to nie będę ja, 
bo usiłuję mieć się przed tym na baczności. To będzie Theodora, która...”

A potem spytała zimno:
– Czy to znowu jakieś napisy na ścianie?
W odpowiedzi usłyszała dziki śmiech Theodory.
„Może to jednak będę ja, ale ja nie mogę sobie na to pozwolić. Muszę zachować spokój”. 

background image

Zamknęła oczy i usłyszała siebie samą, mówiącą cicho:

– „Stój i słuchaj, to zbliża się twa prawdziwa miłość, co śpiewa nisko i wysoko. Nie jedź 

dalej, moja miła, podróże kończą się spotkaniem kochanków”.

– Tak, masz rację, moja droga – odpowiedziała Theodora. – Nie wiem doprawdy, jak ty to 

zdołałaś zrobić.

– Bądź rozsądna. Zawołaj Luke’a i doktora.
–   Po   co?   –   spytała   Theodora.   –   Czyż   nie   miała   to   być   tylko   taka   mała   niespodzianka 

wyłącznie dla mnie? Sekret dla nas obu? – A potem odepchnąwszy Eleanor, która usiłowała ją 
powstrzymać od wejścia do pokoju, podbiegła do szafy, otworzyła drzwi i zaczęła potwornie 
płakać. – Moje ubrania, moje ubrania!

Eleanor podeszła spokojnie do schodów i przechyliwszy się przez balustradę, zawołała:
– Luke! Doktorze!
Głos jej nie był wcale donośny i starała się pokonać jego drżenie, lecz mimo to usłyszała 

odgłos upadającej na podłogę książki i łomot biegnących po schodach stóp. Widziała rysujące 
się na ich twarzach napięcie i lęk, zastanawiając się nad niepokojem, który tuż pod powierzchnią 
tkwił w nich wszystkich, a który sprawiał, że każde z nich zdawało się nieustannie czekać na 
czyjeś wołanie o pomoc.

„Inteligencja czy znajomość problemu nie stanowią tu żadnej ochrony” – pomyślała.
– To Theo – powiedziała, kiedy wbiegli na górę. – Wpadła w histerię. Ktoś... czy coś... 

rozlał czerwoną farbę u niej w pokoju. Rozpacza z powodu ubrań.

„Nie mogłam wyjaśnić im tego bardziej bezstronnie” – pomyślała, udając się za nimi. „Czyż 

mogłam   im   to   powiedzieć   bardziej   obiektywnie?”   –   spytała   samą   siebie   i poczuła,   że   się 
uśmiecha.

Theodora   nadal   szlochała   u siebie   w pokoju,   kopiąc   drzwi   od   szafy,   co   mogłoby   się 

wydawać   śmieszne,   gdyby   nie   to,   że   trzymała   w ręku   swą   żółtą   bluzkę,   całą   zmiętą 
i poplamioną, a reszta jej rzeczy, zrzucona z wieszaków, leżała zdeptana bez ładu i składu na 
dnie szafy, zakrwawiona i brudna.

–   Co   to   jest?   –   Luke   zapytał   doktora,   a doktor   pokręciwszy   głową,   odpowiedział:   – 

Mógłbym  przysiąc,  że to krew, ale żeby zużyć  tyle  krwi, trzeba  byłoby nieomal  kogoś... – 
I umilkł nagle.

Wszyscy stali przez chwilę w zupełnej ciszy, wpatrzeni w napis wypisany krzywymi literami 

na tapecie nad łóżkiem Theodory: POMÓŻCIE ELEANOR WRÓCIĆ DO DOMU.

„Tym razem jestem na to przygotowana” – pomyślała Eleanor i powiedziała głośno:
– Lepiej ją stąd zabierzcie, najlepiej weźcie ją do mojego pokoju.
– Wszystkie moje rzeczy są zniszczone – wyjaśniła Theodora doktorowi. – Czy widział pan 

moje rzeczy?

background image

Zapach unoszący się w pokoju był ohydny, a ściekający po ścianie napis był cały zbryzgany 

posoką. Pomiędzy ścianą a szafą widniała smuga  rozmazanych  kropli i to ona najwidoczniej 
skierowała   uwagę   Theodory   w tę   stronę.   Na   zielonym   dywanie   widoczna   była  wielka, 
nieregularna plama.

– To odrażające. Zabierzcie Theodorę do mojego pokoju.
Obaj mężczyźni wzięli Theodorę pod ręce i siłą wyprowadzili ją przez łazienkę do drugiego 

pokoju.

Eleanor, patrząc na czerwoną farbę, „Bo przecież to musiała być farba, cóż innego mogłoby 

to być?”, spytała głośno: – Ale dlaczego? – I patrzyła na pismo na ścianie.

„Tutaj spoczywa ten, którego imię zostało spisane krwią” – pomyślała. „Czy to możliwe, 

abym w tym momencie nie rozumowała logicznie?”

–  Czy  już  jest  jej  lepiej?   –  spytała,   odwracając   się  w momencie,  gdy doktor  wrócił   do 

pokoju.

– Na pewno za parę minut się uspokoi. Będziecie panie musiały na jakiś czas zamieszkać 

razem. Wątpię, aby chciała tu jeszcze kiedyś spać. – Doktor uśmiechnął się słabo. – Myślę, że 
upłynie sporo czasu, zanim odważy się sama otworzyć jakieś drzwi.

– Przypuszczam, że będzie musiała nosić moje rzeczy.
– Jeśli nie będzie miała pani nic przeciwko temu. – Doktor popatrzył na nią z ciekawością. – 

Ten napis nie wywarł na pani takiego wrażenia jak poprzedni.

– To wszystko jest po prostu za głupie – wyjaśniła Eleanor, usiłując zrozumieć swe własne 

uczucia. – Stałam i patrzyłam na ten napis, cały czas zastanawiając się dlaczego. Chodzi mi o to, 
że   przypomina   mi   to   kawał,   który   nie   wypalił.   Myślę,   że   miałam   się   tym   o wiele   bardziej 
przerazić,   a tymczasem   wydaje   mi   się,   że   to   wszystko   jest   po   prostu   zbyt   okropne,   zbyt 
makabryczne, aby mogło być prawdziwe. Ciągle przypomina mi się Theo malująca sobie na 
czerwono paznokcie. – Zachichotała, a doktor spojrzał na nią ostro, ona jednak ciągnęła dalej: – 
To równie dobrze może być farba, nie rozumie pan?

„Nie mogę przestać mówić” – pomyślała. „Dlaczego ja mam to wszystko wyjaśniać?”
– Może nie potrafię traktować tego poważnie – próbowała wyjaśniać – gdyż  widziałam 

Theo, jak krzyczała nad tymi swoimi biednymi rzeczami i oskarżała mnie, że to ja wypisywałam 
własne imię na ścianach. Może przywykłam już do tego jej obwiniania mnie o wszystko.

– Ależ nikt cię tu o nic nie obwinia – przerwał jej doktor, a Eleanor wyczuła w jego tonie 

wymówkę.

– Mam nadzieję, że moje rzeczy będą jej odpowiadały – powiedziała cierpko.
Doktor obrócił się i rozejrzał po całym pokoju. Dotknął ostrożnie palcem liter na ścianie 

i przesunął nogą żółtą bluzkę Theodory.

– Później – powiedział z roztargnieniem. – Może jutro. – Popatrzył na Eleanor i uśmiechnął 

background image

się. – Jutro zrobię dokładny szkic tego pokoju.

– Mogę panu w tym pomóc – zaofiarowała się Eleanor. – To wszystko przyprawiło mnie 

o mdłości, ale wcale się nie boję.

– No dobrze – powiedział doktor. – Sądzę, że najlepiej będzie, jeśli na razie zamkniemy ten 

pokój. Nie chcielibyśmy, aby Theodora weszła tu przez pomyłkę. Potem, w wolnej chwili, będę 
mógł zbadać to wszystko. Nie chciałbym również, aby pani Dudley przyszła tu posprzątać – 
dodał z błyskiem rozbawienia w oczach.

Eleanor patrzyła w milczeniu, jak zamykał drzwi wychodzące na korytarz, po czym przeszli 

do łazienki, gdzie również zamknął na klucz przechodnie drzwi do zielonej sypialni Theodory.

– Zobaczę, czy będzie tu można wnieść dodatkowe łóżko – powiedział i dodał niezdarnie: – 

Zachowała pani zimną krew, Eleanor. To bardzo mi pomogło.

– Powiedziałam już panu, że wywołało to u mnie mdłości, ale wcale mnie nie przeraziło – 

stwierdziła zadowolona i skierowała się w stronę Theodory, która leżała na jej łóżku. Eleanor 
zauważyła   z obrzydzeniem,   że   Theodora   miała   ową   czerwień   na   rękach   i wysmarowała   nią 
poduszkę.

– Posłuchaj – powiedziała ostro. – Będziesz musiała nosić moje rzeczy, dopóki nie kupisz 

sobie nowych albo dopóki nie wypierzemy tamtych.

– Wypierzemy? – Theodora odwróciła się na łóżku i zakryła oczy umorusanymi rękami. – 

Wypierzemy?

– Na miłość boską! – krzyknęła Eleanor. – Idź się umyj!
Nie   usiłując   nawet   znaleźć   powodu,   pomyślała   sobie,   że   nigdy   jeszcze   do   nikogo   nie 

odczuwała   takiej   nie   kontrolowanej   nienawiści.   Weszła   do   łazienki,   namoczyła   ręcznik 
w wodzie, a potem zaczęła nim szorstko wycierać ręce i twarz Theodory.

– Cała jesteś tym pomazana – wyjaśniła, dotykając ją z obrzydzeniem.
Nagle Theodora uśmiechnęła się do niej.
– Nie wierzę, żebyś ty to zrobiła – powiedziała, a Eleanor odwróciła się i zobaczyła, że Luke 

stał tuż za nią i przyglądał się im obu. – Jaka ja jestem głupia! – Theodora zwróciła się do niego, 
a on się roześmiał.

– Będzie pani cudownie w tym czerwonym swetrze Nell – zawyrokował.
„Ona jest rzeczywiście nikczemna – pomyślała Eleanor – bestialska, złośliwa i brudna”.
Zaniosła ręcznik do łazienki i namoczyła go w zimnej wodzie. Kiedy wróciła, Luke właśnie 

organizował jej pokój.

– Postawimy tu jeszcze jedno łóżko i od tej pory będziecie dzielić ze sobą pokój.
– Pokój i ubranie – dodała Theodora. – Od tej pory staniemy się właściwie bliźniaczkami.
– Kuzynkami – sprostowała Eleanor, ale nikt jej nie usłyszał.

background image

3

–   Był   to   zwyczaj,   którego   twardo   przestrzegano   –   tłumaczył   Luke,   kręcąc   brandy 

w kieliszku. – Publiczny oprawca przed poćwiartowaniem ofiary musiał nakreślić kredą linie na 
brzuchu skazańca, wzdłuż których miał go później kroić. Rozumiecie, tak, żeby mu się potem 
nóż nie ześlizgnął.

„Mam ochotę przyłożyć jej kijem” – myślała Eleanor, patrząc na głowę Theodory siedzącej 

tuż obok jej krzesła. „Ona przyprawia mnie o mdłości. Jest taka wypucowana i czysta, a poza 
tym ma na sobie mój sweter”.

– Kiedy śmierć następowała w wyniku powieszenia w łańcuchach, oprawca...
– Nell. – Theodora podniosła ku niej wzrok i uśmiechnęła się. – Wiesz chyba, że jest mi 

bardzo przykro.

„Chciałabym   patrzeć,   jak   umiera”   –   pomyślała   Eleanor,   ale   odwzajemniła   uśmiech 

i powiedziała:

– Nie bądź głupia.
–   Istnieje   takie   powiedzenie   wśród   sofistów,   że   skoro   wszechświat   nigdy   nie   został 

stworzony, to w związku z tym również nie może zostać zniszczony. Spędziłem całe popołudnie, 
szperając w naszej bibliotece – oświadczył Luke poważnie.

Doktor westchnął.
– Zdaje mi się, że dzisiaj zaniechamy szachów – zwrócił się do Luke’a, który potwierdził 

przypuszczenie doktora skinieniem głowy.

– Mieliśmy dzisiaj bardzo ciężki dzień – oświadczył doktor – i myślę, że powinnyście moje 

panie, iść dzisiaj wcześniej spać.

– Ja nigdzie nie pójdę, dopóki się nie ululam tą brandy – oświadczyła stanowczo Theodora.
– Strach – powiedział doktor – to zaniechanie logiki, dobrowolna rezygnacja z racjonalnych 

wzorców postępowania. Albo mu się poddajemy, albo z nim walczymy. Nie można zająć pozycji 
pośredniej.

– Zastanawiałam się już nad tym wcześniej – zaczęła Eleanor, czując, że winna jest im 

wszystkim  jakieś przeprosiny.  – Myślałam,  że byłam  zupełnie  spokojna, ale  teraz wiem,  że 
potwornie się bałam. – Zmarszczyła brwi zakłopotana, a oni czekali, aż zacznie mówić dalej. – 
Kiedy   jestem   przerażona,   widzę   dokładnie   tę   piękną,   sensowną,   pozbawioną   bojaźni   stronę 
świata.   Widzę,   że   krzesła,   stoły   i okna   pozostają   niezmienne,   w żaden   sposób   nie   zostają 
dotknięte tym strachem. Widzę wtedy nawet tak drobne szczegóły, jak starannie utkaną strukturę 
dywanu, który się nie porusza. Ale kiedy się boję, przestaję istnieć w jakiejkolwiek relacji do 
tych rzeczy. Być może dlatego, że przedmioty martwe się nie boją.

– Myślę, że tak naprawdę boimy się tylko siebie samych – zauważył z namysłem doktor.

background image

– O nie! – podchwycił szybko Luke. – Obawiamy się tego, że zobaczymy wyraźnie siebie 

samych, bez żadnych osłonek i pozorów.

–   Boimy   się   dowiedzieć,   czego   tak   naprawdę   pragniemy   –   powiedziała   Theodora, 

przyciskając policzek do ręki Eleanor, która nie mogąc ścierpieć jej dotyku, odsunęła od niej 
rękę.

– Ja ciągle boję się samotności – wyznała Eleanor i pomyślała: „Czy to ja im to wszystko 

mówię?   Czy   to   ja   mówię   im   rzeczy,   których   jutro   będę   gorzko   żałować?   Czy   znowu 
przysparzam sobie więcej poczucia winy?” – Te litery tworzyły moje imię i żadne z was nie wie, 
co to dla mnie znaczy.  A to takie dla mnie znajome. – Wyciągnęła do nich ręce w nieomal 
błagalnym geście. – Spróbujcie to zrozumieć – prosiła. – To moje własne imię, które należy do 
mnie.  I coś  używa  mego   imienia,   wypisuje  je  na  ścianach,   woła  mnie  po  imieniu,   a to  jest 
przecież   moje   imię...   –   Przerwała   i popatrzyła   im   kolejno   w oczy.   Spojrzała   nawet   w twarz 
Theodory.  – Zrozumcie, istnieje tylko jedno „ja” i to „ja” jest wszystkim, co posiadam. Nie 
mogę patrzeć, jak się rozpuszczam, rozdwajam do tego stopnia, że zaczynam żyć tylko w jednej 
połowie mego umysłu, a druga staje się bezsilna, szalona, zaszczuta – a ja nie potrafię już temu 
zapobiec. Wiem, że nie stanie mi się tu żadna krzywda, a mimo to czas tak strasznie mi się dłuży 
i każda sekunda ciągnie się i ciągnie. Czuję, że mogłabym to wszystko wytrzymać, gdybym się 
tylko poddała...

– Poddała? – zapytał doktor ostro, a Eleanor popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma.
– Poddała? – powtórzył Luke.
– Sama nie wiem – odpowiedziała Eleanor zakłopotana. „Ja coś mówiłam, coś mówiłam... 

Co ja im takiego powiedziałam?”

– Kiedyś już zachowała się podobnie – powiedział Luke doktorowi.
– Wiem – odparł doktor poważnie i Eleanor poczuła, że wszyscy się na nią patrzą.
–   Bardzo   przepraszam,   wiem,   że   coś   mówiłam,   ale   co   ja   takiego   powiedziałam?   Czy 

zrobiłam z siebie głupca? To prawdopodobnie dlatego, że jestem już bardzo zmęczona.

– Nic nie szkodzi – powiedział doktor nadal poważnym tonem. – Dokończ swoją brandy.
– Brandy?  – Eleanor spojrzała na swoje ręce i zorientowała się nagle, że trzyma  w nich 

kieliszek. – Co ja takiego mówiłam?

Theodora zaśmiała się.
– Pij, pij – zachęcała ją. – Widać, że ci się to przyda, moja Nell.
Eleanor posłusznie dopiła brandy, czując wyraźnie ostre palenie w gardle, a potem zwróciła 

się do doktora:

– Sądząc po tym, jak wszyscy na mnie patrzycie, musiałam powiedzieć coś głupiego.
Doktor roześmiał się:

background image

– Przestań ciągle próbować być w centrum uwagi.
– To zwykła próżność – stwierdził spokojnie Luke.
– Ona musi być ciągle na widoku – dodała Theodora i wszyscy uśmiechnęli się pobłażliwie, 

patrząc na Eleanor.

4

Eleanor z Theodora siedziały na ustawionych obok siebie łóżkach i trzymały się mocno za 

ręce.   W całym   pokoju   panowało   przenikliwe   zimno   i gęsta   ciemność.   Z pokoju   obok,   który 
jeszcze tego ranka należał do Theodory, dobiegała jednostajna paplanina, zbyt cicha, aby dało się 
rozróżnić w niej poszczególne słowa, i zbyt monotonna, aby można było zaprzeczyć jej istnieniu. 
Trzymając się za ręce tak mocno, że wyczuwały przez skórę swoje kości, nadsłuchiwały, a cichy 
pomruk   trwał   nadal,   od   czasu   do   czasu   przybierając   na   sile   dla   zaakcentowania   jakiegoś 
wymamrotanego wyrazu, niekiedy opadał do szeptu, nigdy jednak nie zamierając całkowicie. 
Nagle, bez żadnego uprzedzenia, usłyszały cichy śmiech, bulgoczący rechot, który przedarł się 
poprzez paplaninę, nasilał się i narastał, a potem zamarł nagle, jakby bez tchu. Tylko mamrotanie 
pod drzwiami trwało nadal.

Uścisk Theodory rozluźnił się i po chwili dłoń zacisnęła się ponownie, a Eleanor uspokojona 

przez   chwilę   jednostajnością   dźwięków,   spojrzała   w kierunku,   w którym   powinna   siedzieć 
Theodora, i pomyślała, wpadając w panikę: „Dlaczego tu jest tak ciemno? Dlaczego tu jest tak 
ciemno?” Obróciła się na bok i obiema rękami objęła rękę Theodory. Uczepiła się jej kurczowo, 
na   oślep,   i zziębnięta   usiłowała   zmusić   swój   umysł   do   rozsądnego   myślenia.   „Przecież 
zostawiłyśmy   zapalone   światła”   –   przypominała   sobie.   „Dlaczego   zatem   jest   tu   teraz   tak 
ciemno?   Theodoro?”   –   próbowała   wyszeptać,   lecz   nie   była   w stanie   poruszyć   ustami. 
„Theodoro?” – chciała zapytać. „Dlaczego jest tu tak ciemno?” Odgłos paplaniny rozbrzmiewał 
nadal, cichy i jednostajny, niski, napawający przerażeniem odgłos. Pomyślała, że gdyby leżała 
cicho,   to   może   zdołałaby   rozróżnić   poszczególne   słowa.   Gdyby   leżała   zupełnie   bez   ruchu 
i słuchała,   i wsłuchiwała   się   dobrze   w ten   bełkot   dobiegający   do   niej   nieustannie... 
Zdesperowana trzymała się kurczowo ręki Theodory i czuła jej odwzajemniający uścisk na swej 
dłoni.

A potem znowu usłyszała ten chrapliwy śmiech, nasilający się, dziki rechot, który na chwilę 

przygłuszył paplaninę, a po nim nagle nastała absolutna cisza. Eleanor zaczerpnęła powietrza, 
zastanawiając się, czy zdoła wydobyć z siebie głos, kiedy usłyszała cichy płacz, który złamał jej 
serce; nieskończenie smutny, cichy jęk nieopanowanej, dzikiej rozpaczy.

„Ależ to dziecko!” – pomyślała z niedowierzaniem. „Gdzieś tu płacze dziecko”.
I w końcu  usłyszała   dziki,  krzykliwy  głos,  którego  nigdy  przedtem   nie  słyszała,   a który 

background image

mimo to znała dobrze ze wszystkich swoich nocnych koszmarów.

– Uciekaj! – wrzeszczał. – Uciekaj! Uciekaj! Nie rób mi krzywdy! – A potem szlochając: – 

Proszę cię, nie rób mi krzywdy, pozwól mi wrócić do domu! – I znowu rozległ się cichy, smutny 
płacz.

„Nie mogę tego wytrzymać”  – pomyślała trzeźwo Eleanor. „To potworne, okrutne! Oni 

dręczą   dziecko,   a ja   nie   pozwolę   nikomu   krzywdzić   dzieci”.   Cicha,   monotonna   paplanina 
rozbrzmiewała   nadal,   jej   dźwięki   to   podnosiły   się,   to   opadały,   lecz   ciągnęły   się 
w nieskończoność.

„Teraz”   –   pomyślała   Eleanor,   zauważywszy,   że   leży   w całkowitej   ciemności   w poprzek 

łóżka, trzymając się obiema rękami dłoni Theodory, uczepiona jej tak kurczowo i mocno, że 
czuła   najdrobniejsze   kosteczki   w jej   palcach.   „Dłużej   już   tego   nic   wytrzymam.   Chcą   mnie 
nastraszyć i udało im się to. Jestem przerażona, ale jestem też człowiekiem, rozumną osobą. 
Potrafię   znieść   wiele   w tym   szalonym,   obrzydliwym   domu,   ale   nigdy   nie   zgodzę   się   na 
krzywdzenie   dzieci,   nie   pozwolę   na   to   i na   Boga,   otworzę   teraz   usta   i zacznę   krzyczeć, 
krzyczeć!”

–   Przestań!!   –   wrzasnęła   i natychmiast   zapaliły   się   światła.   Theodora   usiadła   na   łóżku 

wystraszona, z rozwichrzonymi włosami.

– Co takiego? – krzyknęła. – Nell? Co się tu dzieje?
– O Boże, o Boże! – jęknęła Eleanor, wyskakując z łóżka na drugi koniec pokoju. Stała 

drżąca w kącie. – Boże, mój Boże, kogo ja właściwie trzymałam za rękę?

background image

Rozdział VI

1

„Uczę się ścieżek serca” – pomyślała Eleanor zupełnie poważnie, a potem zastanawiała się, 

co   też   mogła   przez   to   rozumieć.   Siedziała   w popołudniowym   słońcu   na   stopniach   letniego 
domku  obok Luke’a. „To są ciche  ścieżki  serca” – myślała  dalej. Wiedziała,  że była  blada 
i ciągle jeszcze roztrzęsiona, z podkrążonymi oczami, lecz słońce przygrzewało, liście szumiały 
przyjemnie nad ich głowami, a Luke wylegiwał się leniwie obok niej na schodach.

– Luke, dlaczego ludzie chcą ze sobą rozmawiać? – spytała, mówiąc wolno ze strachu przed 

wyszydzeniem. – To znaczy, chodzi mi o to, co chcą wiedzieć o innych ludziach?

–   A co   ty   na   przykład   chcesz   wiedzieć   o mnie?   –   roześmiał   się,   na   co   ona   pomyślała: 

„Czemu nie zapytać, co on chce wiedzieć o mnie? On jest taki niesamowicie próżny”. Tym 
razem to ona się roześmiała i spytała:

– Czegóż mogłabym się o tobie dowiedzieć poza tym, co już widzę przed sobą?
Było to stosunkowo najmniej adekwatne stwierdzenie ze wszystkich możliwych, ale za to 

najbezpieczniejsze. „Powiedz mi coś o sobie, coś, co tylko ja bym o tobie wiedziała” – chciała 
być może powiedzieć. Albo: „Daj mi coś, co przypominałoby mi ciebie”. Albo wręcz: „Nie 
posiadałam nigdy niczego, co przedstawiałoby jakąkolwiek wartość. Czy mógłbyś mi pomóc?” 
Później, zdumiona własnymi myślami, zastanawiała się, czy zachowała się głupio, czy była zbyt 
śmiała. On jednak patrzył na liść, który trzymał w ręce, i zmarszczył brwi jak ktoś kompletnie 
pochłonięty absorbującym problemem.

„Usiłuje   sformułować   to   tak,   aby   zrobić   jak   najlepsze   wrażenie   –   myślała   –   a ja   będę 

wiedziała, co on o mnie myśli po jego odpowiedzi. Jakie chce na mnie zrobić wrażenie? Czy 
sądzi, że zadowolę się byle jakim, drobnym mistycyzmem? Czy też będzie się wysilał, żebym 
pomyślała,   że   jest   niezwykły?   Czy   będzie   w stosunku   do   mnie   szarmancki?   To   byłoby 
poniżające, ponieważ pokazałby, że doskonale wie, że szarmanckość robi na mnie wrażenie. Czy 
będzie udawać tajemniczego? Szaleńca? A jak ja powinnam to przyjąć, to, co już z góry wiem, 
że będzie zwierzeniem, nawet jeśli nie byłoby to prawdą? Spraw, aby Luke wyczuł moją wartość 
– pomyślała – albo przynajmniej abym nie była w stanie odczuć, że jest inaczej. Spraw, aby był 
mądry,   albo   pozwól,   abym   ja  oślepła   –  myślała   konkretnie.   –  Tylko   nie   pozwól,   abym   się 
przekonała zbyt dobitnie, co on o mnie myśli”.

Luke   popatrzył   na  nią   przez   chwilę   i uśmiechnął   się   tym   uśmiechem,   który  zdołała   juz 

dobrze poznać.

„Czy Theodora...” – zastanawiała się i sama myśl o niej nie była przyjemna. „Czy Theodora 

background image

znała go też tak dobrze?”

– Nigdy nie miałem matki – powiedział i zwierzenie to zaszokowało ją. „Czy to wszystko, 

co o mnie myśli, czy jemu się wydaje, że to właśnie chciałam od niego usłyszeć? Czy mam to 
wyolbrzymić, przyjąć za dowód tego, że godna jestem wielkiego zaufania? Czy powinnam teraz 
westchnąć? Powiedzieć coś półgłosem? A może odejść?”

– Nikt mnie nigdy nie kochał dlatego, że do kogoś należałem. Myślę, że ty to zrozumiesz.
„Nie” – pomyślała. „Nie złapiesz mnie na taką tandetę. Nie rozumiem tych słów i nie mam 

zamiaru wymieniać ich na moje uczucia. Nie mam zamiaru robić z siebie idiotki, zachęcając go 
do tego, żeby mnie przedrzeźniał”. – O tak, rozumiem – odparła.

– Sądziłem, że ty potrafisz to zrozumieć – powiedział, a ona myślała, że uderzy go w twarz. 

– Uważam, że jesteś bardzo dobrą osobą, Nell. – A potem zepsuł wszystko, dodając: – Uczciwą 
i serdeczną. Potem, jak już wyjedziesz do domu...

Głos jego załamał się, a Eleanor pomyślała sobie: „Albo zamierza mi powiedzieć coś bardzo 

ważnego, albo mówi tak dla zabicia czasu, licząc na to, że w ten sposób uda mu się grzecznie 
zakończyć   rozmowę.   Nie   mówiłby   tego   bez   powodu,   nie   należy   do   ludzi,   którzy   chętnie 
demaskują się sami. Czy jemu się wydaje, że mnie uwiedzie tym  zwykłym  ludzkim gestem 
przyjaźni i że rzucę się na niego jak szalona? Czy on się boi, że nie potrafię się zachować jak 
dama? Co on właściwie o mnie wie, o tym, co ja myślę i czuję? Czy on się nade mną lituje?”

– „Podróże kończą się spotkaniem kochanków” – powiedziała.
– No właśnie. Tak jak mówiłem, nigdy w zasadzie nie miałem matki. Teraz widzę, że każdy 

miał coś, czego mnie zawsze brakowało. – Uśmiechnął się do niej. – Jestem egoistą – przyznał 
się ze smutkiem. – Ciągle mam nadzieję, że ktoś będzie mi mówił, żebym był grzeczny, ktoś 
weźmie na siebie odpowiedzialność za mnie i sprawi, że wreszcie dorosnę.

„On jest takim samolubem”  – pomyślała  ze zdziwieniem.  „Jedyny mężczyzna,  z którym 

kiedykolwiek siedziałam i rozmawiałam sam na sam, jest – jak się okazuje – mało interesujący. 
A ja już tracę cierpliwość”.

–  Dlaczego   nie   dorośniesz   sam?   –  spytała,   myśląc   jednocześnie:   „Ilu  ludzi,   a raczej   ile 

kobiet, zadało już mu to samo pytanie?”

–   Sprytna   jesteś.   „I   ile   razy   odpowiedział   im   tak   samo?”   A po   chwili   pomyślała 

z rozbawieniem: „Ta rozmowa musi być głównie instynktowna”.

– Musisz być bardzo samotny – powiedziała cicho.
„Chciałabym  tylko, żeby mnie ktoś kochał – pomyślała – a tu rozmawiam o głupstwach 

z tym samolubnym mężczyzną”. 

– Naprawdę, bardzo samotny. Dotknął jej ręki i uśmiechnął się. – Masz szczęście, bo miałaś 

matkę powiedział.

background image

2

–   Znalazłem   to   w bibliotece   –   powiedział   Luke.   –   Przysięgam   wam,   że   znalazłem  to 

w bibliotece.

– Niewiarygodne! – odpowiedział doktor.
– Popatrzcie! – Luke rozłożył na stole ogromną książkę i otworzył ją na tytułowej stronie. – 

On   to   wszystko   sam   napisał.   Spójrzcie,   tytuł   wypisany   atramentem,   drukowanymi   literami: 
WSPOMNIENIA   DLA   SOPHII   ANNĘ   LESTER   CRAIN.   SPUŚCIZNA   DLA   JEJ 
WYKSZTAŁCENIA   I OŚWIECENIA   NA   CAŁE   JEJ   ŻYCIE   OD   KOCHAJĄCEGO 
I ODDANEGO OJCA. HUGH DESMOND LESTER CRAIN, 21 czerwca 1881 roku.

Zebrali się wokół stołu, a Luke przewrócił pierwszą olbrzymią stronicę książki.
– Jak widzicie, jego córeczka musiała się przede wszystkim nauczyć pokory – tłumaczył 

Luke.   –   Najwyraźniej   musiał   pociąć   sporo   porządnych   książek,   gdyż   wydaje   mi   się,   że 
rozpoznaję część ilustracji, które tu poprzyklejał.

– Próżność ludzkich osiągnięć – powiedział ze smutkiem doktor. – Pomyślcie tylko o tych 

książkach, które Hugh poniszczył, aby to wykonać. Popatrzcie, tutaj jest rycina Goi. Okropny 
temat do medytacji dla małej dziewczynki.

– A poniżej, pod tym okropnym obrazkiem, napisał tak: „Czcij ojca swego i matkę swoją, 

córko, stwórców twoich, na których spoczywa ciężki obowiązek przeprowadzenia ich dziecka 
w niewinności   i prawości   wzdłuż   straszliwej,   wąskiej   ścieżki   do   wieczystej   szczęśliwości 
i oddania jej w końcu Bogu jako cnotliwej i pobożnej duszy. Zastanów się, o córko, nad radością 
w niebiosach, gdy dusze tych drobnych stworzeń wznoszą się ku niebu, uwolnione z cielesnej 
powłoki, zanim nauczyły się grzeszyć lub odstąpiły od wiary, i uczyń to swym nieustannym 
obowiązkiem, aby pozostać tak czysta, jak i one”.

– Biedne dziecko – westchnęła Eleanor i dech jej zaparło ze zdziwienia, gdy Luke odwrócił 

następną   stronę.   Kolejna   lekcja   moralności   Craina   oparta   była   na   następnym   obrazku 
przedstawiającym gniazdo węży. Jaskrawo wymalowane węże skręcały się i wiły również na 
marginesach strony i ponad jego przesłaniem, starannie wydrukowanym i pociągniętym złotem. 
– „Wieczne potępienie jest przeznaczeniem ludzkości i ani łzy, ani zadośćuczynienie i pokuta nie 
mogą odkupić człowieczego dziedzictwa grzechu. Córko, trzymaj się z dala od świata, tak aby 
jego namiętności i niewdzięczność cię nie zepsuły. Córko, zachowaj swą czystość”.

– A potem mamy piekło – powiedział Luke. – Radzę nie patrzeć, jeśli jesteście wrażliwe.
– Myślę, że mogę to sobie darować – stwierdziła Eleanor. – Ale mi to przeczytaj.
– To mądrze z twojej strony – przyznał doktor. – Ilustracja z Foxe’a. Zawsze uważałem, że 

jest   to   jedna   z mniej   atrakcyjnych   śmierci,   ale   z drugiej   strony,   któż   mógłby   pojąć   tych 
męczenników.

background image

– Spójrzcie tylko tutaj – wskazał Luke. – Nadpalił róg tej strony i pod spodem napisał: 

„Córko,  gdybyś   choć   przez   chwilę   słyszała   agonie,   ból,   krzyki   i żałość   tych   biednych   dusz 
skazanych na wieczne potępienie i ogień! Gdyby choć na moment oczy twe osmaliła oślepiająca 
czerwień   wiecznie   płonącego   pustkowia!   O nieszczęsne   stworzenia   pogrążone   w wiecznym 
bólu! Córko, ojciec twój w tym momencie dotknął rogiem tej książki zapalonej świecy i widział, 
jak wątły ten papier spłonął i skurczył się w jej płomieniu. Pomyśl, o córko, że żar płomienia tej 
świecy jest w stosunku do wiecznego ognia piekła jako ziarnko piasku do bezkresu pustyni, i tak 
jak ten oto papier spalił się w jej niewielkim żarze, tak też twa dusza będzie płonąć na wieki 
w ogniu tysiąckrotnie mocniejszym”.

– Mogę się założyć, że czytał jej to codziennie na dobranoc – powiedziała Theodora.
– Poczekaj, jeszcze nie widzieliście nieba – uprzedził ich Luke. – Nawet ty, Nell, możesz na 

to popatrzeć. To Blake, i moim zdaniem nieco za poważne, ale z całą pewnością jest lepsze od 
piekła. Posłuchajcie: „Święty! Święty! Święty! W czystym świetle niebios anieli wychwalają Go 
jeden drugiemu w nieskończoność. Córko, to tutaj będę cię szukał”.

– Cóż to za trud w imię miłości – westchnął z niedowierzaniem doktor. – Ile godzin musiało 

mu zająć samo zaplanowanie tego wszystkiego, wykaligrafowanie tych napisów i pozłoceń...

– A teraz siedem grzechów głównych – ciągnął Luke. – Wydaje mi się, że stary sam je 

wymalował.

– Zdaje mi się, że rzeczywiście dał z siebie wszystko w ilustracji obżarstwa – zauważyła 

Theodora. – Mam wrażenie, że już nigdy nie będę głodna.

– Poczekaj, aż zobaczysz nieczystość! – powiedział jej Luke. – Stary Hugh przeszedł w tym 

samego siebie.

–   Nie   chcę   już   więcej   na   to   patrzeć.   Usiądę   tutaj   przy   Nell,   a jeśli   natrafisz   na   jakieś 

szczególnie budujące moralnie przykazanie, które według ciebie mogłoby mi się przydać, to mi 
je możesz przeczytać.

– Tutaj mamy pożądanie – pokazał Luke. – Widziałyście kiedykolwiek, aby się wam ktoś 

tak umizgiwał? – Wielkie nieba! Wielkie nieba! – westchnął doktor. – Musiał to sam narysować 
– stwierdził Luke. – Dla dziecka? – spytał z oburzeniem doktor.

– W jej własnym  zeszycie  do wycinanek. Spójrzcie tylko na tę pychę. Wypisz wymaluj 

nasza Nell.

– Co takiego?! – krzyknęła Eleanor, zrywając się na równe nogi.
– On tylko żartuje – uspokoił ją doktor. – Nie musisz tego oglądać, moja droga. On sobie 

tylko żartuje.

– A teraz lenistwo.
–   Zazdrość   –   wyliczał   dalej   doktor.   –   Jakżeż   to   biedne   dziecko   mogłoby   się   odważyć 

kiedykolwiek zgrzeszyć?

background image

– Ostatnia strona jest według mnie najładniejsza. To, moje panie, jest krew Hugh Craina. 

Nell, czy chciałabyś się jej przyjrzeć?

– Nie, dziękuję.
–   Theo,   ty   też   nie   chcesz?   W każdym   razie   dla   dobra   waszych   sumień   uważam,   że 

powinienem wam przeczytać, co Hugh Crain miał do powiedzenia na zakończenie tej książki. 
„Córko, święte pakty podpisywane są krwią, i ja oto wziąłem z własnego nadgarstka ten żywotny 
płyn,   którym   chcę   cię   związać.   Żyj   cnotliwie,   bądź   pokorna,   zachowaj   wiarę   w twego 
Zbawiciela i we mnie, ojca twego, a ja przysięgam ci, że będziemy kiedyś złączeni w wiecznej 
szczęśliwości.  Przyjmij  te oto przykazania  od twego oddanego ojca, który w pokorze ducha 
stworzył tę książkę. Niech służy swemu celowi ten mój niegodny wysiłek i uchroni me dziecko 
od pułapek tego świata, a potem zaniesie bezpiecznie w ramiona jej ojca w niebie”. I podpis: 
„Twój   zawsze   kochający   ojciec,   na   tym   świecie   i w przyszłym,   sprawca   twego   istnienia 
i strażnik twej cnoty, w cichej miłości – Hugh Crain”.

Theodora wzdrygnęła się.
– Jaką mu to musiało sprawiać satysfakcję – zauważyła.  – To podpisywanie się własną 

krwią. Mogę sobie wyobrazić, jak się przy tym zaśmiewał.

– Bardzo niezdrowe zajęcie dla człowieka, bardzo niezdrowe – stwierdził doktor.
– Musiała być jednak jeszcze bardzo mała, kiedy jej ojciec opuścił ten dom – zauważyła 

Eleanor. – Ciekawa jestem, czy on jej to w ogóle kiedyś czytał.

– Jestem pewna, że czytał. Pochylał się nad kołyską i cedził te słowa jedno po drugim, aby 

się   dobrze   zakorzeniły   w jej   młodym   umyśle.   Hugh   Crain!   –   zawołała   Theodora.   –   Byłeś 
obrzydliwym, obleśnym starym głupcem! Wybudowałeś ten ohydny, plugawy dom i jeśli jesteś 
jeszcze gdzieś, skąd możesz mnie usłyszeć, to chciałabym ci rzucić prosto w twarz, że mam 
nadzieję, że spędzisz całą wieczność na tym potwornym obrazku i nie przestaniesz płonąć nawet 
przez minutę! – Machnęła pogardliwie ręką i przez chwilę stała w milczeniu, rozpamiętując to 
wszystko  i jakby czekając na odpowiedź. Węgle  na kominku  osunęły się z sykiem,  a doktor 
spojrzał na zegarek. Luke podniósł się również.

– Słońce ma się już ku zachodowi – zauważył z niejaką ulgą doktor.

3

Theodora usadowiła się przy kominku i spoglądała złośliwie na Eleanor. W drugim końcu 

pokoju przesuwały się cicho szachy, postukując lekko o szachownicę. Theodora odezwała się 
cicho, ale w tonie jej głosu było coś dręczącego.

–   No   i co,   zaprosisz   go   do   siebie,   Nell?   Do   tego   twojego   małego   mieszkanka? 

Zaproponujesz mu, żeby się napił z tego twojego kubka z gwiazdkami?

background image

Eleanor patrzyła w ogień, nie odzywając się. „Byłam taka głupia” – myślała. „Byłam taką 

idiotką”.

– Czy znajdzie się w nim miejsce na dwoje? Czy sądzisz, że przyjechałby do ciebie, gdybyś 

go zaprosiła? „Nie ma nic gorszego niż to. Byłam taka głupia”.

–   A może   on   szukał   właśnie   takiego   małego   domku,   czegoś   mniejszego   od   Domu   na 

Wzgórzu. Może wróci z tobą do domu. „Głupia, potworna idiotka”. – Te twoje białe firanki... i te 
małe kamienne lwy... Eleanor popatrzyła na nią nieomal z tkliwością.

– Ależ ja musiałam tu przyjechać – powiedziała i wstała z miejsca, odwracając się na oślep 

do wyjścia. Nie słysząc za sobą wystraszonych głosów, nie wiedząc jak ani którędy, dotarła 
jakoś do frontowych drzwi i weszła w miękkie ciepło nocy.

Strach i poczucie winy to pokrewne uczucia; Theodora dogoniła ją na trawniku. Milczące, 

rozgniewane i urażone wyszły z Domu na Wzgórzu jedna przy drugiej, żałując tego, co sobie 
nawzajem powiedziały. Ludzie trawieni gniewem, pochłonięci nadmierną wesołością, przerażeni 
czy zazdrośni upierają się zazwyczaj przy zachowaniu, którego w innych okolicznościach dawno 
by zaniechali. Żadna z nich nie zastanowiła się nawet przez chwilę nad tym, że oddalenie się od 
Domu   na   Wzgórzu   w ciemnościach   było   bardzo   nierozsądne.   Każda   z nich   zdawała   się   tak 
pochłonięta   własną   rozpaczą,   że   ucieczka   w ciemności   wydawała   się   konieczna,   toteż 
owinąwszy się w ten ciasny, mało odporny płaszcz, jakim jest gniew, kroczyły razem, każda 
boleśnie świadoma towarzystwa drugiej, każda z niezłomnym postanowieniem, że się odezwie 
ostatnia.

W   końcu   to   Eleanor   odezwała   się   pierwsza.   Uderzyła   się   w nogę   o skałę   i z początku 

usiłowała dumnie  nie zwracać na to uwagi, lecz po chwili cała obolała, próbując zachować 
spokój, powiedziała ze ściśniętym gardłem:

– Nie mogę zrozumieć, dlaczego uważasz, że masz prawo do mieszania się w moje sprawy. 

–   Siliła   się   na   formalność   języka,   aby   nie   dopuścić   do   fali   wymówek   lub   niezasłużonych 
zarzutów. (Bo przecież czyż nie były sobie obce? Były kuzynkami?) – Jestem pewna, że nic cię 
nie obchodzi to, co robię.

– Masz rację – przyznała Theodora ponuro. – Jest mi to zupełnie obojętne.
„Idziemy   różnymi   drogami”   –   pomyślała   Eleanor.   „Alej   a też   mam   prawo   do   życia 

i w towarzystwie Luke’a zmarnowałam całą godzinę, usiłując tego dowieść”.

– Uderzyłam się w nogę – powiedziała głośno.
– Bardzo mi przykro. – Głos Theodory wcale nie brzmiał fałszywie. – Wiesz dobrze, jakie 

z niego bydlę. – Zawahała się.

– To zwykły hulaka – powiedziała w końcu z odrobiną rozbawienia. – Jestem pewna, że nic 

mnie to nie obchodzi, kim on jest.

– A potem, jako że była to kłótnia pomiędzy kobietami, dodała:

background image

– Myślałby kto, że on cię tak bardzo obchodzi. – Nie powinno mu to ujść na sucho – odparła 

Theodora.

– Cóż takiego  nie  powinno  mu  ujść na  sucho?  – zapytała  Eleanor  delikatnie.  – Robisz 

z siebie idiotkę – odparła Theodora.

– A może nie. Nie ścierpiałabyś tego, gdyby tym razem okazało się, że się mylisz, prawda? 

Głos Theodory był zmęczony i cyniczny.

– Jeśli się mylę, to pobłogosławię was oboje z całego serca. Mimo twojej głupoty. – I tak nie 

mogłabyś powiedzieć nic innego.

Szły   ścieżką   prowadzącą   w stronę   strumyka.   W ciemności   ich   stopy   wyczuwały,   że 

posuwają   się   w dół,   i obie   w głębi   duszy   perwersyjnie   oskarżały   się   nawzajem   o celowe 
wybranie ścieżki, którą szły już kiedyś w o wiele szczęśliwszym nastroju.

– W każdym  razie  – powiedziała  Eleanor  zdecydowanym  tonem – nic to dla ciebie  nie 

znaczy, bez względu na to, co się stanie. Dlaczego miałoby cię obchodzić to, czy zrobię z siebie 
idiotkę, czy też nie?

Theodora milczała przez chwilę, maszerując obok w ciemnościach, i Eleanor nagle nabrała 

absurdalnej pewności, że tamta wyciągnęła do niej rękę, choć niewidoczną w mroku.

–   Theo   –   zaczęła   Eleanor   niezręcznie   –   nie   umiem   rozmawiać   z ludźmi   i mówić   im 

o pewnych rzeczach. Theodora roześmiała się. – A co ty właściwie umiesz robić? – spytała. – 
Uciekać?   Jeszcze   nic   nieodwracalnego   nie   zostało   powiedziane,   ale   pozostał   im   już   tylko 
niewielki   margines   bezpieczeństwa.   Każda   z nich   poruszała   się   delikatnie   po   obrzeżach 
otwartego  pytania,  które   raz  zadane  –  „Czy  mnie   kochasz?”–   nigdy  nie   mogło  już  być  ani 
zapomniane, ani pozostawione bez odpowiedzi. Szły wolno, zamyślone, zastanawiając się nad 
tym.   Ścieżka   osuwała   się   pod   ich   stopami,   a one   podążały   dalej,   idąc   ramię   w ramię 
w największej   intymności   oczekiwania.   Skończyło   się   udawanie   i niezdecydowanie.   Każda 
wiedziała, prawie ze stuprocentową pewnością, o czym myślała druga i co chciała powiedzieć. 
Obie   nieomal   płakały   jedna   nad   drugą.   Obie   w tym   samym   momencie   zorientowały   się,   że 
ścieżka zmieniła kierunek. Theodora wzięła Eleanor pod ramię i bojąc się zatrzymać, wolno 
posuwały się dalej, blisko siebie, a przed nimi czerniła się szeroka i kręta ścieżka.

Eleanor wstrzymała oddech, a ręka Theodory zacisnęła się, ostrzegając, aby była cicho. Po 

obu  stronach   stały  milczące   drzewa  i oddawały  ciemność,  którą   trzymały  w sobie,  po  czym 
bladły, stając się coraz to bardziej przezroczyste, mlecznobiałe, i niczym duchy odbijały się na 
tle   czarnego   nieba.   Trawa   zdawała   się   bezbarwna,   ścieżka   wydawała   się   szeroka   i ciemna, 
a oprócz   niej   nie   było   już   niczego.   Eleanor   zaczęła   szczękać   ze   strachu   zębami,   a mdłości 
wywołane przerażeniem zgięły ją wpół, jej ręka drżała w coraz to bardziej kurczowym uścisku 
Theodory,   a każdy,   nawet   najmniejszy   krok,   był   dla   niej   aktem   woli,   szaleńczym,   upartym 
obstawaniem przy tym, że stawianie nogi za nogą jest jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Oczy 

background image

aż   bolały   ją   od   łez,   przez   które   usiłowała   dojrzeć   coś   w ciemnościach   ścieżki   i wśród 
przeraźliwej   białości   drzew.   Widząc   przed   sobą   wyraźnie   słowa   płonące   w jej   umyśle, 
pomyślała: „Teraz rzeczywiście się boję!”

Szły dalej. Ścieżka prowadziła je uporczywie do przodu, niezmiennie białe drzewa stały 

nieme   po   obu   stronach,   a nad   nimi   rozciągało   się   czarne   niebo.   Ich   stopy  lśniły   srebrzystą 
poświatą   tam,   gdzie   dotknęły   bieli   drogi,   a ręka   Theodory   wydawała   się   blada   i świecąca. 
Dróżka przed nimi skręcała gdzieś poza zasięg ich wzroku, a one posuwały się wolno do przodu, 
stawiając precyzyjnie stopy, gdyż była to jedyna fizyczna czynność, na którą mogły się zdobyć, 
jedyna rzecz, jaka im pozostała, jedyna, która powstrzymywała je przed zapadnięciem się w tę 
potworną ciemność i biel oraz złowrogą świetlistą poświatę.

„Teraz rzeczywiście się boję” – pomyślała Eleanor. Poniekąd nadal czuła rękę Theodory na 

swoim ramieniu, lecz Theo zdawała się jednocześnie taka odległa, zamknięta i nieprzystępna. 
Zrobiło   się   przenikliwie   zimno,   nigdzie   nie   było   ani   odrobiny   ludzkiego   ciepła.   „Teraz 
rzeczywiście się boję” – myślała cały czas Eleanor, stawiając nogę za nogą, trzęsąc się przy 
każdym dotknięciu ścieżki, dygocząc z lodowatego zimna.

Być może ścieżka prowadziła je gdzieś celowo, skoro żadna z nich nie usiłowała z niej zejść 

i w pełni świadomie wkroczyć w unicestwienie białej poświaty, którą stanowiła trawa po obu jej 
stronach.   Dróżka   wiła   się   czarna   i błyszcząca,   a one   uparcie   podążały   nią   nadal.   Nagle 
posłyszały jakiś płacz. Ręka Theodory zacisnęła się, a Eleanor wstrzymała oddech. Czyżby coś 
poruszyło się przed nimi? Coś bielszego od bieli drzew, co przywoływało je rękami? Zapraszało 
i rozpływało się wśród drzew, nie spuszczając z nich oka. Czy coś poruszało się wokół nich, 
nieuchwytne w bezgłośnej ciszy nocy? Czy jeszcze czyjeś stopy stąpały niewidoczne obok nich 
po białej murawie? I gdzież się teraz podziały?

Ścieżka zaprowadziła je wreszcie do przeznaczonego im końca i nagle rozwiała im się pod 

stopami.   Eleanor   i Theodora   patrzyły   teraz   na   ogród   oczami   oślepionymi   blaskiem   słońca 
i bogactwem kolorów. W ogrodzie na trawie odbywał się właśnie piknik. Słyszały śmiech dzieci 
i pełne   tkliwości,   rozbawione   głosy   ich   ojca   i matki.   Trawa   była   soczysta,   zielona,   kwiaty 
czerwone, pomarańczowe i żółte, a niebo intensywnie niebieskie i złote. Jedno z dzieci miało na 
sobie czerwony sweter i z podniesionym od śmiechu głosem wywróciło się w trawie w pogoni za 
szczeniakiem. Na ziemi rozłożony był obrus w kratkę, a matka, uśmiechając się, pochyliła się 
nad nim, aby podnieść talerz błyszczących owoców. I wówczas Theodora zaczęła krzyczeć.

–   Nie   odwracaj   się!   Nie   oglądaj   się   za   siebie!   –   krzyczała   podniesionym   z przerażenia 

głosem. – Nie oglądaj się za siebie! Uciekaj!

W   biegu,   sama   nie   wiedząc,   dlaczego   to   robi,   Eleanor   obawiała   się,   że   zaczepi   nogą 

o kwiecisty obrus albo że się przewróci o tego szczeniaka. Potykały się jednak tylko o chwasty 
rosnące   dziko   w ciemnościach,   a Theodora   krzycząc   bez   przerwy,   stratowała   jakieś   krzewy 

background image

w miejscu,   w którym   uprzednio   rosły   kwiaty,   i potknęła   się   z płaczem   o na   wpół   zakopane 
kamienie i skorupki czegoś, co mogło być rozbitą filiżanką. A potem uderzały i drapały dziko 
w białą kamienną ścianę, porośniętą czarnym winem, krzycząc i błagając, aby je wypuszczono, 
aż   wreszcie   otworzyła   się   zardzewiała   żelazna   brama   i wybiegły   z płaczem,   ciężko   dysząc 
i trzymając się za ręce, do warzywnego ogrodu przy Domu na Wzgórzu, po czym wtargnęły 
przez tylne drzwi do kuchni, gdzie ujrzały doktora i Luke’a spieszących im naprzeciw.

– Co się stało? – spytał Luke, łapiąc za rękę Theodorę. – Czy nic ci się nie stało?
– Byliśmy bliscy obłędu – mówił wyczerpany doktor.
– Chodziliśmy i szukaliśmy was godzinami.
– To był piknik – tłumaczyła Eleanor. Upadła na kuchenne krzesło i popatrzyła na swoje 

ręce,   podrapane   i skrwawione,   trzęsące   się   wbrew   jej   woli.   –   Usiłowałyśmy   się   stamtąd 
wydostać – mówiła, pokazując im ręce. – To był piknik. Dzieci...

Theodora śmiała się piskliwie cienkim głosem i pokładała się ze śmiechu.
– Obejrzałam się za siebie, obejrzałam się za siebie... – I znowu wybuchnęła śmiechem.
– Dzieci... i mały szczeniaczek...
– Eleanor. – Theodora odwróciła się i delikatnym ruchem zbliżyła głowę do głowy Eleanor. 

– Eleanor. Ełeanor!

Trzymając się Theodory, Eleanor spojrzała na Luke’a i doktora i poczuła, że pokój rozhuśtał 

się gwałtownie, a czas – w takim sensie, w jakim go zawsze znała – zatrzymał się.

background image

Rozdział VII

1

W dniu, w którym oczekiwano pani Montague, Eleanor  udała się na popołudniowy spacer 

w stronę pagórków otaczających Dom na Wzgórzu, nie mając specjalnego zamiaru dotarcia do 
jakiegokolwiek określonego miejsca, nie dbając o to ani dokąd szła, ani którędy. Pragnęła tylko 
oderwać się od ciemnego lasu otaczającego Dom na Wzgórzu i odrobiny samotności. Znalazła 
niewielki kawałek, w którym trawa była sucha i miękka, i położyła się na nim, zastanawiając się, 
ile to już lat upłynęło od czasu, gdy po raz ostatni leżała sama na trawie i rozmyślała. Wokół niej 
drzewa   i polne   kwiaty,   z tym   dziwnie   szarmanckim   gestem   typowym   dla   żywych   stworzeń, 
przerwały swe naglące zajęcia, polegające na wzrastaniu i umieraniu, i zwróciły na nią uwagę, 
bo choć szara i niepozorna, to jednak uważały, że należało być miłym w stosunku do stworzenia 
już   i tak   wystarczająco   upośledzonego   i godnego   współczucia   z racji   tego,   że   nie   jest 
zakorzenione w ziemi, lecz boleśnie ruchome, na zawsze skazane na przenoszenie się z miejsca 
na miejsce. Eleanor zerwała bezmyślnie polną stokrotkę, która zwiędła jej w palcach, i leżąc na 
trawie,   spojrzała   w jej   martwą   twarz.   Nie   czuła   w sercu   niczego   poza   druzgocącą,   dziką 
szczęśliwością. Zaczęła skubać jej płatki i zastanawiała się, uśmiechając się do samej siebie: „Co 
ja mam dalej zrobić? Co ja mam teraz zrobić?”

2

– Arthur, połóż torby w holu – poleciła pani Montague. – Czy nie uważasz, że powinien tu 

na nas ktoś czekać, aby nam pomóc z tymi drzwiami? Muszą mieć tu kogoś, kto by nam zaniósł 
te torby na górę. John! John!

– Moja droga, moja droga. – Doktor Montague wybiegł pospiesznie na korytarz z serwetką 

w ręce i posłusznie pocałował nadstawiony przez żonę policzek. – Jak to dobrze, że przyjechałaś. 
Już straciliśmy wszelką nadzieję.

–   Powiedziałam   ci   przecież,   że   będę   tu   dzisiaj,   tak   czy   nie?   Czy   kiedykolwiek   nie 

dotrzymałam słowa, jeśli obiecałam, że przyjadę? Wzięłam ze sobą Arthura.

– Ach tak, Arthura – powtórzył doktor bez entuzjazmu.
–   No   cóż,   ktoś   musiał   prowadzić   –   stwierdziła   pani   Montague.   –   Przypuszczam,   że 

wyobrażałeś sobie, że będę prowadzić całą drogę sama. Wiesz przecież doskonale, że mnie to 
męczy. Jak się masz?

Doktor odwrócił się z uśmiechem do Eleanor i Theodory oraz stojącego za nimi w drzwiach 

background image

Luke’a.

– Moja droga, oto są moi przyjaciele, którzy w ciągu tych ostatnich paru dni spędzili ze mną 

czas w Domu na Wzgórzu. Theodora, Eleanor Vance i Luke Sanderson.

Przedstawieni mruknęli coś grzecznie, a pani Montague skinęła im głową i powiedziała:
– Widzę, że nawet nie zadaliście sobie trudu, żeby na nas zaczekać z kolacją.
– Straciliśmy już nadzieję, że przyjedziesz – tłumaczył się doktor.
– Wydaje mi się, że ci mówiłam, że będę tu dzisiaj. Naturalnie to całkiem możliwe, że się 

mylę, ale o ile sobie przypominam, powiedziałam ci wyraźnie, że tu dzisiaj przyjadę. Jestem 
pewna,   że   wkrótce   zapamiętam   wszystkie   wasze   imiona.   Ten   oto   pan   to   Arthur   Parker, 
przywiózł mnie tutaj, ponieważ nie lubię sama prowadzić samochodu. Arthur, to są przyjaciele 
Johna. Czy ktoś mógłby nam pomóc z walizkami?

Doktor i Luke zbliżyli się, mrucząc coś pod nosem, a pani Montague ciągnęła dalej:
– Ja, naturalnie, zajmę pokój, w którym najbardziej straszy. Arthur może spać gdziekolwiek. 

Ta   niebieska   walizka   jest   moja,   młody   człowieku,   i ta   mała   walizeczka   również.   Zanieś   je, 
proszę, do pokoju, w którym najbardziej straszy.

– To byłby chyba pokój dziecięcy – zasugerował doktor Montague na widok pytającego 

spojrzenia Luke’a. – Według mnie, źródłem zakłóceń jest właśnie pokój dziecięcy – wyjaśnił 
żonie, a ona westchnęła zirytowana.

– Wydaje mi się, że mógłbyś być trochę bardziej metodyczny w tych sprawach. Jesteś tu już 

prawie cały tydzień i podejrzewam, że jeszcze nie zastosowałeś planszy. Ani automatycznego 
pisma. Wątpię, aby któraś z tych młodych kobiet miała zdolności mediumistyczne. Te torby tutaj 
należą do Arthura. Na wszelki wypadek przywiózł ze sobą kij golfowy.

–   Na   wypadek   czego?   –   spytała   obojętnie   Theodora,   a pani   Montague   obróciła   się 

i zmierzyła ją zimnym spojrzeniem.

– Proszę, nie przerywajcie sobie kolacji z mojego powodu – powiedziała w końcu.
– Z całą pewnością przy wejściu do pokoju dziecięcego istnieje zimny punkt – tłumaczył 

żonie doktor.

– Ach tak, mój drogi! Jak to miło! Czy ten młody człowiek nie ma zamiaru zanieść bagażów 

Arthura na górę? Wydaje mi się, że macie tu niezły bałagan. Po prawie tygodniu pobytu mam 
chyba   prawo   spodziewać   się   o wiele   lepszej   organizacji.   Czy   ukazały   się   już   wam   jakieś 
materializacje?

– Z całą pewnością wystąpiły pewne manifestacje...
– W każdym razie ja już tu jestem i zajmę się wszystkim prawidłowo. Gdzie Arthur mógłby 

odstawić samochód?

– Na tyłach domu znajduje się pusta stajnia, w której zostawiliśmy nasze samochody. Można 

go tam jutro rano zaparkować.

background image

– Nonsens! Wiesz doskonale, John, że nie lubię odkładania rzeczy do jutra. Arthur będzie 

miał   jutro   sporo   roboty   i bez   tych   dzisiejszych   prac.   Powinien   natychmiast   odprowadzić 
samochód do garażu.

– Ale zrobiło się już ciemno – zauważył z wahaniem w głosie doktor.
–   John,   ty   mnie   naprawdę   zadziwiasz.   Czy   według   ciebie   ja   nie   wiem,   że   w nocy   jest 

ciemno?  Samochód  ma  światła,  John, a ten młody człowiek  może  iść z Arthurem,  żeby mu 
wskazać drogę.

–   Dziękuję   –   powiedział   Luke   ponuro.   –   My   mamy   tu   jednak   taką   zasadę,   żeby   nie 

wychodzić po ciemku z domu. Arthur, naturalnie, może wyjść, jeśli sobie tego tyczy,  ale ja 
zostanę w domu.

– Te młode panie miały tu pewne szokujące doświadczenia – zaczął wyjaśniać doktor.
–   Ten   młody   człowiek   jest   tchórzem   –   odpowiedział   Arthur.   Skończył   wypakowywać 

z samochodu swoje walizki i torby golfowe, po czym stanął obok pani Montague, spoglądając 
szyderczo   na   Luke’a.   Arthur   miał   czerwoną   twarz,   siwe  włosy,   a teraz   najeżył   się   i szydził 
z niego. – Powinieneś się pan wstydzić, młody człowieku, przed kobietami.

– Te kobiety boją się tak samo jak ja – odpowiedział Luke sztywno.
– No właśnie. – Doktor Montague położył uspokajająco rękę na ramieniu Arthura. – Jak już 

pan tu posiedzi z nami przez jakiś czas, to zrozumie pan, że jego postawa jest rozsądna, a nie 
tchórzliwa. Po zapadnięciu zmroku staramy się trzymać razem.

–   Muszę   przyznać,   John,   że   nie   spodziewałam   się,   że   zastanę   was   wszystkich   tak 

zdenerwowanych   –   stwierdziła   pani   Montague.   –   Strach   w tych   sprawach   jest   godny 
ubolewania! – Tupnęła nogą z irytacją. – Wiesz doskonale, John, że ci, którzy przeszli na tamten 
świat,   pragną,   żebyśmy   byli   szczęśliwi   i uśmiechnięci,   chcą   wiedzieć,   że   o nich   myślimy 
z miłością. Duchy przebywające w tym domu cierpią być może, gdyż mają świadomość tego, że 
się ich boicie.

– Porozmawiamy na ten temat później – zakończył ze znużeniem doktor. – A co z kolacją?
–   Naturalnie.   –   Pani   Montague   spojrzała   na   Theodorę   i Eleanor.   –   Jaka   szkoda,   że 

musieliśmy wam przerwać posiłek.

– A wy, czy coś już zjedliście?
– Naturalnie, że jeszcze nie jedliśmy, John. Mówiłam ci przecież, że będziemy tu na kolację. 

A może znowu się mylę?

–   W każdym   razie   powiedziałem   pani   Dudley,   że   przyjeżdżasz   –   zapewnił   ją   doktor, 

otwierając drzwi prowadzące przez pokój do gier do jadalni. – Pozostawiła nam prawdziwie 
wspaniałą ucztę.

..Biedny   doktor   Montague”   –   pomyślała   Eleanor,   usuwając   się   na   bok,   aby   umożliwić 

doktorowi   wprowadzenie   żony   do   jadalni.   „Jest   taki   skrępowany.   Ciekawe,   jak   długo   ona 

background image

zamierza tu zostać”.

– Ciekawe, jak długo ona zamierza tu zostać? – szepnęła jej Theodora do ucha.
– Może ma w walizce pełno ektoplazmy? – spytała optymistycznie Eleanor.
– A jak długo będziesz mogła tu zostać? – spytał doktor Montague, zasiadając z małżonką 

u szczytu stołu, na honorowym miejscu.

–   No   cóż,   mój   drogi   –   zaczęła   pani   Montague,   kosztując   delikatnie   sosu   z kaparów 

przygotowanego przez panią Dudley.  – Wreszcie znalazłeś sobie niezłą kucharkę. Wiesz, że 
Arthur   musi   wrócić   do   szkoły.   Arthur   jest   dyrektorem   –   wyjaśniła   reszcie   biesiadników   – 
i wspaniałomyślnie   zgodził   się   odwołać   wszystkie   swoje   poniedziałkowe   zebrania.   A zatem 
najlepiej będzie, jeśli wyjedziemy stąd w poniedziałek po południu, a wówczas Arthur będzie 
mógł wrócić na wtorkowe lekcje.

–   Nie   mam   co   do   tego   żadnych   wątpliwości,   że   Arthur   zostawił   wielu   bardzo 

uszczęśliwionych uczniów – szepnął Luke cicho Theodorze, która odpowiedziała:

– Tylko że dzisiaj jest sobota.
– Nie mam mc przeciwko tej kuchni – oznajmiła pani Montague. – Jutro rano porozmawiam 

z tą twoją kucharką.

– Pani Dudley to rzeczywiście godna podziwu kobieta – powiedział doktor ostrożnie.
– Jak na mój gust to trochę zbyt wymyślne – stwierdził Arthur. – Osobiście uznaję tylko 

mięso i ziemniaki – wyjaśnił Theodorze. – Nie piję, nie palę, nie czytam bzdur. To zły przykład 
dla chłopców w szkole. Rozumiecie chyba, oni muszą mieć do człowieka szacunek.

– Jestem pewna, że wszyscy usiłują pana naśladować – powiedziała Theodora poważnie.
– Od czasu do czasu trafia nam się słaby narybek – stwierdził Arthur, potrząsając głową. – 

Żadnego upodobania do sportów, rozumie pani. Stroją miny po kątach. Mazgaje. Szybko im to 
wybijam z głowy. – Sięgnął po masło. Pani Montague pochyliła się nad stołem, aby spojrzeć na 
Arthura.

– Nie objadaj się za bardzo, Arthurze – poradziła. – Mamy przed sobą bardzo pracowitą noc.
– A co wy, na litość boską, zamierzacie robić? – spytał doktor.
–   Jestem   pewna,   że   tobie   nawet   by   się   nie   śniło,   aby   zabrać   się   do   tych   rzeczy 

systematycznie. Musisz jednak przyznać, kochanie, że ja w tych sprawach mam o wiele więcej 
instynktownego zrozumienia. Jak wiesz, kobiety zazwyczaj je mają, przynajmniej niektóre. – 
Przerwała i spojrzała, jakby się nad czymś zastanawiając, na Eleanor i Theodorę. – Obawiam się 
jednak, że żadna z nich. Chyba że znowu się mylę? Lubisz wytykać mi moje błędy, John.

– Ależ kochanie...
–   Absolutnie   nie   znoszę   żadnej   niedbale   wykonanej   roboty.   Naturalnie   Arthur   będzie 

patrolował. Po to go tu przywiozłam. To wielka rzadkość – zwróciła się do Luke’a, który siedział 
obok niej – aby znaleźć ludzi na polu oświaty, którzy wykazują zainteresowanie problemami 

background image

tamtego świata. Arthur jest w tych sprawach zaskakująco dobrze zorientowany. Położę się w tym 
waszym   pokoju,   w którym   rzekomo   najbardziej   straszy,   i postaram   się   skontaktować 
z elementami,   które   zakłócają   spokój   w tym   domu.   Nigdy   nie   potrafię   zasnąć,   jeśli   gdzieś 
w pobliżu znajdują się udręczone duchy – zwierzała się Luke’owi, który skinął głową bez słowa.

–   Trochę   zdrowego   rozsądku   –   dodał   Arthur.   –   Do   tych   spraw   należy   podchodzić   we 

właściwy sposób. Nigdy nie popłaca mierzyć zbyt nisko. Ciągle to powtarzam moim chłopcom.

– Być może po obiedzie zorganizujemy sobie mały seansik – zaproponowała pani Montague. 

– Naturalnie tylko ja i Arthur. Wy, z tego, co widzę, nie jesteście jeszcze gotowi. Tylko byście 
odstraszali stąd duchy. Potrzebny nam będzie jakiś cichy pokój...

– Biblioteka – zaproponował Luke usłużnie.
–   Biblioteka?   Myślę,   że   to   powinno   wystarczyć.   Książki   częstokroć   są   świetnymi 

przewodnikami. Materializacje często zdarzają się właśnie w pokojach, w których znajdują się 
książki. Nie znam przypadku, w którym obecność książek powstrzymywała materializacje. Mam 
nadzieję, że ta biblioteka została właściwie odkurzona. Arthur ma skłonności do kichania.

– Pani Dudley utrzymuje dom w idealnym porządku – zapewnił ją doktor.
– Muszę rano porozmawiać z tą panią Dudley. John, zaprowadź nas zatem do biblioteki, 

a ten młody człowiek może mi przynieść z góry moją walizkę; nie tę dużą, tę małą. Niech mi ją 
przyniesie do biblioteki. Później się do was przyłączymy. Po seansie z planszą powinnam wypić 
szklankę mleka i ewentualnie zjeść kawałeczek ciasta. Mogą być herbatniki, byle nie za słone. 
Parę minut rozmowy z ludźmi o podobnych zapatrywaniach jest również niezwykle pomocne, 
zwłaszcza jeśli mam być podatna i chłonna także w nocy. Umysł jest niezwykle precyzyjnym 
narzędziem i należy się nim bardzo troskliwie opiekować. Arthurze! – skinęła z daleka głową 
w stronę Eleanor i Theodory, i wyszła w eskorcie Arthura, Luke’a i męża.

– Coś mi mówi, że po prostu oszaleję na punkcie pani Montague – odezwała się po chwili 

Theodora.

– Sama nie wiem – odpowiedziała Eleanor. – Arthur jakoś bardziej przypadł mi do gustu. 

A Luke jest według mnie zwykłym tchórzem.

– Biedny Luke! – stwierdziła Theodora. – Nigdy nie miał matki.
Podnosząc  wzrok na Theodorę,  Eleanor  zauważyła,  że  ta przyglądała  się jej  z dziwnym 

uśmiechem. Odsunęła się od stołu tak szybko, że o mało nie wylała wody ze szklanki.

– Nie powinnyśmy pozostawać same – powiedziała dziwnie zadyszana. – Musimy odnaleźć 

resztę. – Wybiegła z pokoju, a Theodora pobiegła za nią ze śmiechem na korytarz i udała się do 
małego buduaru, gdzie zastały Luke’a z doktorem, stojących razem przed kominkiem.

– Proszę pana – pytał nieśmiało Luke – co to jest takiego ta plansza?
Doktor westchnął zirytowany.
– Kretyni! – powiedział, a potem poprawił się. – Przepraszam bardzo. To wszystko działa mi 

background image

na nerwy, ale skoro ona to lubi... – Odwrócił się i pogrzebał w ogniu ze złością. – Plansza to 
urządzenie podobne do deski Ouija, a może powinienem raczej powiedzieć, że jest to pewna 
forma automatycznego pisma. Jest to metoda porozumiewania się z nieuchwytnymi  istotami, 
choć według mnie jedyną nieuchwytną istotą, z którą można się tym sposobem komunikować, 
jest wyobraźnia osób, które się nią posługują. Plansza to kawałek cienkiej deszczułki w kształcie 
serca lub trójkąta. U wąskiego końca zakłada się ołówek, a na przeciwnym końcu znajdują się 
dwa kółka, które łatwo przesuwają się po papierze. Dwoje ludzi kładzie na tym palce i zadaje 
pytania, a przedmiot ten porusza się kierowany siłą, której tu nie będziemy omawiać, i pisze 
odpowiedzi. Deska Ouija jest bardzo do tego podobna, tyle że przedmiot porusza się po samej 
desce,   wskazując   na   poszczególne   wypisane   na   niej   litery.   Wystarczy   w tym   celu   zwykły 
kieliszek do wina. Widziałem, jak używano do tego zwykłej dziecięcej zabawki na kółkach, choć 
przyznaję,   że   wyglądało   to   bardzo   głupio.   Każdy   z uczestników   posługuje   się   koniuszkami 
palców jednej ręki, drugą ręką zapisuje pytania i odpowiedzi. Odpowiedzi są niezmiennie, jak 
sądzę, bez sensu, choć moja żona zapewne twierdzi inaczej. Brednie. – I znowu zaczął grzebać 
w ogniu. – Pensjonarskie zabobony.

3

– Plansza była  dla nas dzisiaj  niezwykle  łaskawa – stwierdziła  pani  Montague.  – John, 

w tym domu z całą pewnością znajdują się obce elementy.

– Wspaniały seans, naprawdę – potwierdził Arthur, tryumfalnie wymachując kartką papieru.
– Zdobyliśmy dla was sporo informacji – oznajmiła pani Montague. – Po pierwsze, plansza 

upierała się przy zakonnicy. John, czy dowiedziałeś się tu czegoś o jakiejś zakonnicy?

– W Domu na Wzgórzu? Mało prawdopodobne.
– Plansza uparcie obstawała przy zakonnicy, John. Być może widziano kiedyś w okolicy 

czarną, niewyraźną postać? Przerażeni wieśniacy wracający do domu późną nocą...?

– Postać zakonnicy jest często spotykana.
– John, bardzo cię proszę. Przyjmuję, że chcesz mi przez to zasugerować, że się mylę. Albo 

też masz ochotę wykazać, że to plansza się myli. Zapewniam cię, mój drogi, że musisz uwierzyć 
w planszę,   nawet   jeśli   moje   zapewnienia   ci   nie   wystarczą.   Wymieniona   została   właśnie 
zakonnica.

– Chcę tylko powiedzieć, kochanie, że widmo zakonnicy jest najczęściej pojawiającą się 

postacią.   Z Domem   na   Wzgórzu   nigdy   nie   była   związana   żadna   zakonnica,   ale   nieomal 
w każdym...

– John, bardzo cię proszę! Czy mogę kontynuować? Zamierzasz zdyskwalifikować wartość 

planszy   bez   żadnego   przesłuchania?   Dziękuję   bardzo.   –   Pani   Montague   opanowała   się.   – 

background image

Wracając do tematu, jest tam również mowa o kobiecym imieniu pisanym różnie – raz jako 
Helen albo Helene czy też Elena. Kto to mógłby być?

– Moja droga, wielu ludzi mieszkało w tym domu...
– Helen przyniosła nam ostrzeżenie przed tajemniczym mnichem. Kiedy w jednym domu 

pojawia się i mnich, i zakonnica...

–  Przypuszczam,   że  ten   dom  został  wybudowany   na  ruinach   starszej  budowli   –  wtrącił 

Arthur. – No wiecie, pozostały po niej wpływy, stare wpływy tkwiące we wszystkim – wyjaśnił 
obszerniej.

– Wygląda mi to na złamane śluby. Tak, bez wątpienia.
– W tamtych czasach musiało to być bardzo częste. Prawdopodobnie pokusa.
– Wątpię, aby... – zaczął doktor.
– Mam wrażenie, że została zamurowana żywcem – ciągnęła pani Montague. – To znaczy ta 

zakonnica. Zawsze tak robili. Nie macie nawet pojęcia, ile wiadomości dostałam już w życiu od 
zamurowanych żywcem zakonnic.

– W żadnych zapisach nie ma nigdzie wzmianki o jakiejkolwiek zakonnicy, którą miano by 

jakoby...

– John, czy mam ci znowu przypomnieć, że to ja osobiście otrzymywałam wiadomości od 

zamurowanych żywcem zakonnic? Czy sądzisz, że próbuję cię nabrać? A może według ciebie 
jakaś zakonnica specjalnie udawałaby, że zamurowano ją żywcem? Czyż to możliwe, abym się 
znowu myliła, John?

– Z całą pewnością nie, kochanie – westchnął doktor ze znużeniem.
– O jednej świeczce i kromce chleba – tłumaczył Arthur Theodorze. – Jak się tak człowiek 

dobrze zastanowi, to musiało być potworne.

– Nigdy nigdzie nie zamurowano żywcem żadnej zakonnicy – powiedział markotnie doktor. 

– To tylko legenda, bajka, oszczerstwo rzucone...

– W porządku, John. Nie będziemy się teraz o to kłócić. Możesz sobie wierzyć, w co chcesz. 

Zrozum   jednak,   że   czasami   czysto   materialistyczne   poglądy   muszą   ustąpić   miejsca   faktom. 
A jednym z dowiedzionych  faktów jest to, że wśród nawiedzających ten dom jest zakonnica 
oraz...

– Co jeszcze tam było?  – zapytał  pospiesznie Luke. – Bardzo mnie  interesuje to, co ta 

plansza miała do powiedzenia.

Pani Montague pokiwała figlarnie palcem w jego stronę.
– Nic o tobie, młody człowieku. Chociaż jedna z obecnych tu pań mogłaby usłyszeć coś 

interesującego.

„Niemożliwa kobieta” – pomyślała Eleanor. „Nie do wytrzymania. Wulgarna i zaborcza”.
– Ta Helen – ciągnęła pani Montague – chciała, żebyśmy przeszukali piwnice, w których 

background image

powinna być gdzieś stara studnia.

– Nie powiesz mi chyba, że tę Helen też zamurowano żywcem? – zapytał doktor.
– Wątpię, John. Jestem przekonana, że coś by na ten temat wspomniała. W rzeczy samej 

Helen bardzo niejasno wyraziła się na temat tego, co mielibyśmy znaleźć w tej studni. Wątpię 
jednak,   aby   mógł   to   być   jakiś   skarb.   Rzadko   kiedy   w takich   przypadkach   napotyka   się 
prawdziwe skarby. Najprawdopodobniej byłyby tam dowody związane z tą zaginioną zakonnicą.

– Prędzej osiemdziesięcioletnie zwały śmieci.
– John! Doprawdy nie mogę pojąć tego twojego sceptycyzmu. W końcu to ty przyjechałeś 

tu, ażeby szukać dowodów istnienia nadprzyrodzonej działalności, a teraz, kiedy podaję ci pełne 
sprawozdanie z przyczyn  oraz wskazówkę, gdzie należy zacząć szukać, odnosisz się do tego 
pogardliwie. – Nie mamy żadnego upoważnienia do przekopania piwnic.

– Arthur mógłby... – zaczęła z nadzieją w głosie pani Montague, lecz doktor przerwał jej 

stanowczo.

– Nie!  Moja  umowa   wyraźnie   zabrania   mi   ruszania  czegokolwiek   w samym  domu.  Nie 

będzie zatem żadnego przekopywania piwnic, zdzierania boazerii czy zrywania podłóg. Dom na 
Wzgórzu jest nadal cenną posiadłością, a my jesteśmy naukowcami, a nie wandalami.

– Myślałam, że zależy ci przede wszystkim na poznaniu prawdy, John.
– Na niczym innym tak bardzo mi nie zależy. – Doktor Montague podszedł do szachownicy, 

podniósł skoczka i zaczął mu się ze złością przyglądać. Zdawało się, że uparcie liczył do stu.

– O mój Boże, ile to czasem trzeba cierpliwości! – westchnęła pani Montague. – Chciałabym 

jednak przeczytać wam niewielką wiadomość, którą dostaliśmy na końcu. Arthurze, gdzie ją 
masz?

Arthur przejrzał trzymane w ręku kartki papieru.
–   To   było   zaraz   po   wiadomości   o tych   kwiatach,   które   miałeś   wysłać   swojej   ciotce   – 

ciągnęła pani Montague. – Naszą planszą opiekuje się duch niejakiego Merrigota – wyjaśniła – 
i tenże   Merrigot   wykazuje   osobiste   zainteresowanie   Arthurem,   przynosi   mu   wiadomości   od 
krewnych i tak dalej.

– To nie jest żadna poważna choroba – tłumaczył z powagą Arthur. – Merrigot zapewnia 

mnie, że to nic poważnego, ale mimo to mam jej posłać kwiaty.

– Teraz. – Pani Montague wybrała kilka luźnych kartek i odwróciła je szybko. Były pokryte 

niewyraźnymi, kulfoniastymi słowami, które wypisano ołówkiem. Pani Montague zmarszczyła 
brwi, przesuwając palcem wzdłuż strony. – O, tutaj. Arthurze, ty czytaj pytania, a ja będę czytała 
odpowiedzi. W ten sposób będzie to wyglądało o wiele bardziej naturalnie.

– No to zaczynamy – powiedział dziarsko Arthur i przechylił się przez ramię pani Montague. 

– Niech się temu przyjrzę. Odkąd mamy zaczynać?

– Od tego: „Kim jesteś?”

background image

– W porządku. „Kim jesteś?”
– Nell  –  czytała  pani  Montague  swym  ostrym  głosem,  a wszyscy  pozostali  natychmiast 

odwrócili się w jej stronę.

– „Jaka Nell?”
–   „Eleanor,   Nellie,   Nell,   Nell”.   One   czasami   tak   robią,   powtarzają   jakieś   słowa 

w nieskończoność, żeby się upewnić, że je rozumiemy.

Arthur odchrząknął.
– „Czego chcesz?” – przeczytał.
– „Domu”.
– „Czy chcesz iść do domu?”
W tym momencie Theodora komicznie wzruszyła ramionami w stronę Eleanor.
– „Chcę być w domu”.
– „A co ty tu robisz?”
– „Czekam”.
– „Czekasz na co?”
– „Na dom”. – Arthur przerwał i pokiwał poważnie głową. – Widzimy tu to samo. Wybiorą 

sobie jakieś słowo i będą je powtarzać w kółko aż do znudzenia.

– Z reguły nie pytamy „dlaczego” – wyjaśniła pani Montague – ponieważ zazwyczaj bardzo 

dezorientuje to planszę. Dzisiaj jednak byliśmy odważni i zadaliśmy to pytanie. Arthurze!

– „Dlaczego?” – przeczytał Arthur.
–   „Matka”   –   przeczytała   pani   Montague.   –   Widzicie?   Tym   razem   mieliśmy   rację,   że 

zapytaliśmy, bo plansza odpowiedziała bez problemu.

– „Czy Dom na Wzgórzu jest twoim domem?” – czytał dalej Arthur.
– „Dom” – odpowiedziała pani Montague, a doktor już tylko westchnął.
– „Czy jesteś duszą cierpiącą?”
– Nie mam odpowiedzi. – Pani Montague skinęła pocieszająco głową. – Czasami nic lubią 

przyznawać się do bólu. Rozumiecie chyba, że to zniechęciłoby niektórych z nas, ciągle jeszcze 
pozostających na ziemi. Tak jak na przykład ciotka Arthura nigdy nie przyzna się, że jest chora, 
ale Merrigot zawsze nam o tym mówi. Kiedy się przeniosą na tamtą stronę, jest jeszcze gorzej.

– Stają się jeszcze większymi stoikami – potwierdził Arthur i czytał dalej. – „Czy możemy ci 

pomóc?”

– „Nie” – przeczytała pani Montague.
– „Czy moglibyśmy coś dla ciebie zrobić?”
– „Nie. Zagubiona. Zagubiona. Zagubiona”. – Pani Montague spojrzała na nich.
– Widzicie?  Jeden wyraz powtarzany w kółko. Lubią się powtarzać. Bywało, że jednym 

wyrazem zapisywały całą stronę.

background image

– „Czego chcesz?” – czytał dalej Arthur.
– „Matki” – odpowiedziała pani Montague.
– „Dlaczego?”
– „Dziecko”.
– „Gdzie jest twoja matka?”
– „W domu”.
– „Gdzie jest twój dom?”
– „Stracony, stracony, stracony”. A potem – powiedziała pani Montague, składając szybko 

papier – nie było już nic poza bezładnym mamrotaniem i bełkotem.

– Nigdy jeszcze nie widziałem, żeby plansza tak chętnie współpracowała – zwierzył  się 

Arthur Theodorze. – To rzeczywiście było przeżycie.

– Dlaczego jednak tak się uczepili Nell? – spytała ze zniecierpliwieniem Theodora. – Ta 

wasza   głupia   plansza   nie   ma   prawa   wysyłać   komunikatów   do   ludzi,   zanim   nie   uzyska 
pozwolenia albo...

– Znieważanie planszy nic pani nie pomoże – zaczął poważnie Arthur, a pani Montague 

przerwała mu nagle, odwracając się do Eleanor.

– To pani jest tą Nell? – spytała i zwróciła się do Theodory. – Myśleliśmy, że to chodzi 

o panią.

– No i co z tego? – spytała bezczelnie Theodora.
– To naturalnie nie ma żadnego wpływu na treść komunikatu – powiedziała z irytacją pani 

Montague. – Choć oczywiście uważam, że powinnyśmy być sobie odpowiednio przedstawione. 
Jestem pewna, że plansza doskonale wiedziała, o którą z was chodzi. Ja jednak nie lubię, gdy 
mnie wprowadzają w błąd.

– Nie czuj się taka pominięta – Luke pocieszał Theodorę. – Pogrzebiemy cię za to żywcem.
– Jeśli kiedyś miałabym dostać jakiś komunikat poprzez to urządzenie, to spodziewam się, 

że będzie dotyczył ukrytego skarbu. Żadnych bzdur w rodzaju kwiatków dla ciotki.

„Wszyscy starali się na mnie nie patrzeć” – pomyślała Eleanor. „Znowu zostałam wybrana, 

a oni przez uprzejmość udają, że to nic nie znaczy”.

– Jak pani sądzi, dlaczego wysłano mi tę wiadomość? – spytała bezradnie.
– Doprawdy moje dziecko... – zaczęła pani Montague, rzucając papierosy na niski stolik. – 

Nie mam pojęcia. Lecz pani już dawno nie jest dzieckiem, nieprawdaż? Być może jest pani 
bardziej wrażliwa pod względem metapsychicznym, aniżeli się pani wydawało. Chociaż... – Tu 
odwróciła się obojętnie. – To byłoby raczej niemożliwe, skoro spędziła tu pani cały tydzień i nie 
pochwyciła nawet najprostszego przesłania z zaświatów... Trzeba podsycić ten ogień.

–   Nell   nie   potrzebuje   żadnych   komunikatów   z zaświatów   –   powiedziała   pocieszająco 

Theodora, biorąc zimną dłoń Eleanor w swoje ręce. – Nell potrzebne jest w tej chwili ciepłe 

background image

łóżko i trochę snu.

„Spokój” – pomyślała Eleanor. „To, czego pragnę na tym świecie najbardziej, to spokoju, 

jakiegoś   przytulnego   miejsca,   w którym   mogłabym   się   położyć   i myśleć.   Potrzebuję   tylko 
cichego miejsca wśród kwiatów, w którym mogłabym śnić i snuć słodkie opowieści”.

4

– Ja – oznajmił tubalnym głosem Arthur – urządzę sobie kwaterę w tym małym pokoju, tuż 

obok pokoju dziecięcego. Jest w zasięgu głosu, na wypadek krzyku. Będę trzymał przy sobie 
gotowy do strzału rewolwer – nie bójcie się, moje panie, jestem doskonałym strzelcem – oraz 
latarkę, a także niezwykle przenikliwy gwizdek. Nie powinienem mieć żadnych trudności ze 
zwołaniem   was,   jeśli   zaobserwuję   coś   godnego   waszej   uwagi   albo   gdybym   potrzebował 
towarzystwa. Możecie spać spokojnie, zapewniam was.

– Arthur – wyjaśniła pani Montague – będzie patrolował dom. Regularnie co godzinę będzie 

obchodził pokoje na górze. Nie sądzę, aby musiał zawracać sobie dzisiaj głowę pokojami na 
dole, skoro ja będę na górze. Już tak robiliśmy wiele razy. Chodźcie za mną. – W milczeniu 
weszli za mą na schody i patrzyli, jak z uznaniem dotyka poręczy i rzeźb na ścianach. – Jakie to 
szczęście – mówiła – gdy człowiek ma świadomość tego, że stworzenia przebywające w tym 
domu tylko czekają na sposobność opowiedzenia swoich historii i uwolnienia się od ciężaru 
gnębiącego ich smutku. Najpierw jednak Arthur przeprowadzi inspekcje wszystkich sypialni. 
Arthurze!

– Za przeproszeniem, drogie panie, za przeproszeniem – powiedział Arthur, otwierając drzwi 

do   błękitnej   sypialni,   którą   dzieliły   Eleanor   z Theodorą.   –   Gustowny   kącik,   nie   powiem   – 
stwierdził przymilnie Arthur. – Godny takich dwóch uroczych dam. Jeśli panie sobie życzą, to 
oszczędzę wam kłopotu zaglądania do szafy i pod łóżko.

Patrzyli z namaszczeniem, jak Arthur osunął się na kolana i na czworakach zaglądał pod 

łóżka. Po chwili podniósł się, otrzepał ręce i oznajmił:

– Całkowicie bezpiecznie.
– A gdzie ja mam spać? – spytała pani Montague. – Gdzie ten młody człowiek położył moje 

bagaże?

– Na samym końcu korytarza – wyjaśnił doktor. – Nazywamy to pokojem dziecięcym. Pani 

Montague ruszyła zdecydowanym krokiem na drugi koniec korytarza, przeszła obok zimnego 
miejsca i zadygotała z zimna.

–   Z całą   pewnością   będą   mi   potrzebne   dodatkowe   koce.   Niech   ten   młody   człowiek 

przyniesie mi jakieś koce z sąsiednich pokojów. – Otworzywszy drzwi do dziecięcej sypialni, 
pokiwała głową i powiedziała: – Łóżko wygląda na świeże, przyznaję. Ale czy ten pokój był 

background image

ostatnio wietrzony? – Powiedziałem pani Dudley – zapewnił ją doktor.

–   Śmierdzi   stęchlizną.   Arthurze,   musisz   w jakiś   sposób   otworzyć   okno,   nawet   pomimo 

zimna. Zwierzęta na ścianach spojrzały posępnie na panią Montague.

–   Jesteś   pewna...   –   Doktor   zawahał   się   i z obawą   spojrzał   na   dwie   roześmiane   główki 

wiszące nad drzwiami sypialni. – Być może powinnaś mieć tu kogoś przy sobie – powiedział.

– Mój drogi – odezwała się z rozbawieniem pani Montague, odzyskawszy dobry humor 

w obecności   tych,   którzy   już   przeszli   na   drugą   stronę.   –   Ileż   to   godzin,   ileż   to   już   godzin 
przesiedziałam   z najczystszą   miłością   i zrozumieniem   w sercu   sama   jedna   jedyna   w pokoju, 
a mimo to nigdy tak naprawdę nie sama? Mój drogi, jakżeż mogę cię przekonać o tym, że nie 
grozi   żadne   niebezpieczeństwo,   jeśli   przychodzi   się   z samą   miłością   i pełnym   współczucia 
zrozumieniem? Jestem tu po to, aby pomóc tym nieszczęsnym stworzeniom, jestem tu po to, aby 
wyciągnąć do nich rękę z serdeczną czułością, aby dać im do zrozumienia, że są jeszcze ludzie, 
którzy   pamiętają,   którzy   ich   wysłuchają   i będą   płakać   nad   nimi.   Nadszedł   czas   końca   ich 
samotności i ja...

– Dobrze, dobrze – przerwał jej doktor. – Ale mimo wszystko zostaw drzwi otwarte.
–   Nie   będę   ich   zamykać   na   klucz.   –   Pani   Montague   z całą   pewnością   okazała 

wspaniałomyślność.

– Będę na drugim końcu korytarza – powiedział jej doktor.
– Nie zamierzam sprawdzać, skoro to ma być zajęciem Arthura, ale jeśli będziesz czegoś 

potrzebowała, to z pewnością cię usłyszę. Pani Montague roześmiała się i machnęła na niego 
ręką.

– Tamci o wiele bardziej potrzebują twojej pomocy. Ja oczywiście zrobię, co będę mogła. 

Ale oni są tacy bezbronni z tymi swoimi zatwardziałymi sercami i niewidzącymi oczyma.

Arthur wrócił z inspekcji pozostałych sypialni z rozbawionym Lukiem, skinął szybko głową 

doktorowi i oznajmił:

– Wszystko w porządku. Może pan teraz iść bezpiecznie do łóżka.
–   Dziękuję   –   odparł   doktor   poważnie,   a potem   zwrócił   się   do   żony:   –   Dobranoc,   bądź 

ostrożna.

– Dobranoc – odpowiedziała pani Montague i uśmiechnęła się do wszystkich. – Bardzo was 

proszę, nie bójcie się! Bez względu na to, co tu się będzie działo, pamiętajcie, że ja tu jestem!

– Dobranoc – powiedziała Theodora.
– Dobranoc – powtórzył Luke.
Arthur zaczął ich z kolei zapewniać, iż mogą odpoczywać spokojnie i aby się nie martwili, 

w razie   gdyby   usłyszeli   strzały.   Pierwszy  patrol   miał   zacząć   o północy.   Eleanor   z Theodora 
weszły do swego pokoju, Luke skierował się do swego po przeciwnej stronie korytarza. Po 
chwili doktor, odwracając się niechętnie od zamkniętych drzwi do pokoju żony, podążył za nimi.

background image

– Poczekaj – zwróciła się Theodora do Eleanor, kiedy były już u siebie w pokoju. – Luke 

powiedział,  żebyśmy  wyszły  na korytarz.   Nie rozbieraj  się  jeszcze   i bądź  cicho.   – Uchyliła 
odrobinę drzwi i szepnęła” przez ramię: – Przysięgam, że stara wysadzi cały ten dom tą swoją 
najczystszą miłością. Ze wszystkich posesji, jakie znam, Domowi na Wzgórzu ta miłość jest 
akurat najmniej potrzebna. Teraz! Arthur zamknął wreszcie za sobą drzwi. Szybko! Tylko cicho!

Bezszelestnie,   nie   wydając   żadnego   dźwięku,   przebiegły   w pończochach   po   dywanie   na 

drugą stronę korytarza, do pokoju doktora.

– Pospieszcie się! – powiedział doktor, otwierając drzwi jedynie na tyle, aby mogły się 

wcisnąć do środka. – Tylko cicho!

– To bardzo niebezpieczne.  Ten człowiek może  tu jeszcze  kogoś zastrzelić  – stwierdził 

Luke, przymykając drzwi i siadając z powrotem na podłodze.

– Nie podoba mi się to – powiedział zatroskanym głosem doktor. – Luke i ja będziemy 

czuwali. Chciałbym jednak, aby panie tu pozostały, żebyśmy mogli mieć was na oku. Czuję, że 
coś się tu stanie. Nie podoba mi się to.

– Mam nadzieję, że ona nie rozwścieczyła tą swoją planszą nikogo – zauważyła Theodora. – 

Przepraszam, doktorze. Nie chciałam obrazić pańskiej żony.

Doktor roześmiał się, ale nadal uważnie wpatrywał się w drzwi.
– Z początku planowała, że przyjedzie na cały okres naszego tu pobytu – wyjaśnił. – Ale 

zapisała się na kurs jogi i nie mogła opuszczać zajęć. Pod wieloma względami jest wspaniałą 
kobietą – dodał, spoglądając na nich poważnie. – Jest dobrą żoną i dobrze się mną opiekuje. 
Naprawdę, wszystko robi wspaniale. Zapina mi guziki. – Uśmiechnął się pogodnie i powiedział, 
wskazując na korytarz. – To jest właściwie jej jedyna wada.

– Być może ma wrażenie, że pomaga panu w pracy – zauważyła Eleanor.
Doktor skrzywił się i zadygotał z zimna. W tym samym momencie drzwi otworzyły się same 

na oścież i zatrzasnęły z hukiem, a w ciszy panującej na zewnątrz usłyszeli gwałtowny, rwący 
świst, tak jakby przez całą długość korytarza przeleciał silny podmuch wiatru. Spojrzeli po sobie, 
usiłując   się   uśmiechnąć   i zachować   odwagę   przy   powolnym   nadciąganiu   niewiarygodnie 
przenikliwego zimna. A potem, poprzez szum wiatru, dobiegło do nich pukanie do drzwi na 
dole. Theodora bez słowa sięgnęła po leżący w nogach łóżka doktora koc i owinęła nim siebie 
i Eleanor.   Powoli   przysunęły   się   bliżej   siebie,   aby   nie   wydać   żadnego   dźwięku.   Eleanor 
przytulona   do   Theodory,   śmiertelnie   skostniała   z zimna   pomimo   otaczających   ją   ramion, 
myślała: „On zna moje imię, tym razem wie, jak się nazywam”. Ogłuszający grzmot zaczął się 
wspinać po schodach, dudniąc na każdym stopniu. Doktor stał w napięciu przy drzwiach, a Luke 
wstał i podszedł do niego.

–   To   daleko   od   pokoju   dziecięcego   –   zapewnił   doktora   i wyciągnął   rękę,   aby   go 

powstrzymać przed otwieraniem drzwi.

background image

– Jaki  męczący  jest  ten  nieustanny  grzmot  –  zauważyła  ni  stąd,  ni  zowąd Theodora.   – 

W przyszłym roku na pewno wyjadę na wakacje gdzie indziej.

– Wszędzie znajdą się jakieś ujemne strony czy mankamenty – odpowiedział jej Luke. – Nad 

jeziorami gryzą komary.

– Czyżbyśmy już wyczerpali repertuar Domu na Wzgórzu? – spytała Theodora drżącym, 

pomimo lekkiego tonu, głosem. – Wydaje mi się, że to już kiedyś mieliśmy? Czyżby wszystko 
zaczynało się znowu od początku?

Ogłuszający huk rozbrzmiewał echem po całym korytarzu i zdawał się dobiegać z drugiego 

końca, położonego najdalej od pokoju dziecięcego. Doktor, stojący w napięciu pod drzwiami, 
pokręcił z niepokojem głową.

– Muszę tam iść. Może ona się boi.
Eleanor kołysała się w takt kolejnych uderzeń, które zdawały się rozbrzmiewać zarówno 

w jej głowie, jak i w korytarzu, i trzymając się kurczowo Theodory, powiedziała:

– Wiedzą, że tu jesteśmy.
Oni sądząc, że miała na myśli panią Montague i Arthura, skinęli potakująco.
„To stukanie – myślała, zaciskając oczy rękami i kołysząc się w takt grzmotów – będzie 

teraz dudniło wzdłuż całego korytarza, będzie się przesuwało stopniowo aż do samego końca, po 
czym zawróci i wszystko zacznie się od początku. W końcu ustanie, a my będziemy usiłowali 
sobie przypomnieć, jak nam było zimno, i wspominać te ciarki strachu na plecach. Wreszcie 
wszystko się skończy”.

– Nigdy nie wyrządziło nam to żadnej krzywdy – tłumaczyła Theodora doktorowi, usiłując 

przekrzyczeć hałas. – Im także nic się nie stanie.

–   Mam   tylko   nadzieję,   że   ona   nie   będzie   próbowała   w jakiś   sposób   temu   zaradzić   – 

stwierdził doktor ponuro. Ciągle stał przy drzwiach, lecz najwidoczniej nie mógł ich otworzyć 
wobec ogromnego łoskotu na zewnątrz.

– Czuję, że mam już w tej mierze praktykę – powiedziała Theodora. – Chodź, przysuń się do 

mnie, to się trochę ogrzejesz, Nell. – I przysunęła Eleanor jeszcze bliżej do siebie pod koc, 
a zewsząd otoczyło ich obrzydliwe, przyprawiające o mdłości zimno.

A potem nieoczekiwanie nastał spokój, nagła tajemnicza cisza, którą tak dobrze pamiętali, 

wywołująca   u nich   ciarki   na   plecach.   Wstrzymawszy   oddech,   spojrzeli   na   siebie.   Doktor 
przytrzymywał obiema rękami klamkę, a Luke, mimo że cały blady, zapytał żartobliwie, choć 
roztrzęsionym głosem:

– Może brandy? Moje duchowe przywiązanie do spirytualiów...
– O nie! – zachichotała dziko Theodora. – Tylko nie te żarty.
– Bardzo mi przykro. Wiem, że mi nie uwierzycie, ale ja nie uważam tego w ogóle za żart. 

Życie   w domu,   w którym   straszy,   pozbawiło   mnie   reszty   humoru   –   powiedział,   usiłując 

background image

dygocącymi   rękami   nalać   brandy   z karafki.   Trzymając   kieliszek   w obu   rękach,   podszedł   do 
łóżka, na którym siedziały skulone pod kocem Theodora z Eleanor. Theodora wyciągnęła rękę 
i wzięła od niego kieliszek, po czym podsunęła go do ust Eleanor. – Proszę cię, napij się.

Cedząc alkohol, który bynajmniej jej nie rozgrzał, Eleanor myślała: „Jesteśmy w samym 

środku tego sztormu. Nie mamy juz wiele czasu”. Patrzyła, jak Luke uważnie niesie kieliszek 
brandy w stronę doktora, jak mu go podaje, a potem nie rozumiejąc, co się stało, widziała, jak 
kieliszek nagle wypada Luke’owi z palców na podłogę w momencie, gdy drzwi zatrzęsły się 
gwałtownie i bezgłośnie. Luke odsunął doktora na bok. Atak na drzwi był zupełnie bezgłośny 
i miało się wrażenie, że coś chciało je wyrwać z zawiasów, że drzwi się wypaczą i wypadną, 
narażając ich wszystkich na zdemaskowanie. Wycofując się, Luke z doktorem czekali bezsilnie 
w napięciu.

– To nie może się tu dostać do środka – szeptała Theodora w kółko z oczyma utkwionymi 

w drzwiach. – Nie pozwólcie, żeby to tu weszło, nie wpuśćcie go do środka.

– Ono wie, że tu jesteśmy – szepnęła Eleanor, a Luke, obejrzawszy się na nią przez ramię, 

nakazał jej gestem, ażeby była cicho.

„Tak mi zimno” – pomyślała dziecinnie Eleanor. „Już nigdy nie będę mogła spać spokojnie 

z tym hałasem rozsadzającym mi głowę. Jak to możliwe, że oni też słyszą ten huk, skoro on 
rozbrzmiewa w mojej głowie? Zanikam, rozpływam się centymetr po centymetrze, rozkładam 
się w tym domu cząstka po cząstce.

– Ten hałas mnie rozbija – ale czego oni się boją?”
Niejasno   zdawała   sobie   sprawę   z tego,   że   łomot   rozpoczął   się   ponownie,   metaliczny, 

przejmujący odgłos, uderzający w nią niczym fale. Podniosła skostniałe z zimna ręce do ust, aby 
się przekonać, że jeszcze miała twarz, i pomyślała: „Już wystarczy, już dłużej nie zniosę tego 
zimna”.

– Przy drzwiach do pokoju dziecięcego... – zaczął Luke pełnym napięcia głosem. – Przy 

drzwiach do pokoju dziecięcego. Nie! – I wyciągnął rękę, aby zatrzymać doktora.

– Najczystsza miłość – krzyknęła dziko Theodora. – Najczystsza miłość! – I znowu zaczęła 

chichotać.

– Jeśli nie otworzą drzwi... – tłumaczył Luke doktorowi. Przytrzymywał go za rękę, żeby się 

nie ruszał, a on nadsłuchiwał z głową przy drzwiach.

„A   teraz   usłyszymy   coś   nowego”   –   pomyślała   Eleanor,   wsłuchując   się   w odgłosy 

rozbrzmiewające w jej własnej głowie. „Coś się zmienia”.

Łomoty   ucichły,   tak   jakby   okazały   się   mało   skuteczne,   i posłyszeli   duży   ruch   wzdłuż 

korytarza,   jakby   jakieś   zwierzę   stąpało   tam   i z powrotem,   z niewiarygodną   wprost 
niecierpliwością, obserwując najpierw jedne drzwi, a potem drugie, czujne na każdy ruch, aż 
wreszcie doszedł do nich ten cichy bełkot, pomruk, który Eleanor tak dobrze pamiętała.

background image

„Czyżbym  to ja robiła? Czyż to ja jestem autorem?” – zastanawiała się szybko. I wtedy 

usłyszała szydzący, cichy śmiech za drzwiami.

– O la la – szepnęła Theodora pod nosem, a śmiech zaczął przybierać na sile, aż przerodził 

się w krzyk.

„To wszystko dzieje się w mojej głowie” – pomyślała Eleanor, zakrywając twarz rękami. 

„To wszystko dzieje się w mojej głowie i teraz wychodzi, wychodzi, wychodzi...”

W tym  momencie dom zadygotał i zatrząsł się w posadach. Pod ich stopami zaczęła się 

ruszać podłoga. Firanki uderzyły w okna, meble przesunęły się i zachwiały, a łoskot na korytarzu 
osiągnął takie nasilenie, że mieli wrażenie, jakby napierał na ściany. Słyszeli, jak roztrzaskuje się 
szkło ze spadających na korytarzu obrazów, a może również z rozbitych okien. Luke i doktor 
mocowali   się   z drzwiami,   tak   jakby   desperacko   próbowali   nie   dopuścić   do   tego,   aby   się 
otworzyły.

„Idziemy, idziemy” – pomyślała Eleanor i usłyszała, jak Theodora mówi z oddali:
– Ten dom na nas naciera!
Wydawało się, że jest spokojna, nie dotknięta strachem. Trzymając się łóżka, poturbowana 

i wstrząśnięta,   Eleanor   zwiesiła   głowę,   przymknęła   oczy   i przygryzła   z zimna   wargi.   Nagle 
poczuła, że spadają, i przyprawiło ją to o mdłości.  Pokój opadł pod jej nogami, a potem się 
wyprostował, przekręcił wolno, rozhuśtany.

– Wielki Boże! – krzyknęła Theodora, a gdzieś dalej, pod drzwiami, Luke złapał doktora 

i przytrzymał.

– Czy wszystko w porządku? – zapytał Luke wsparty o drzwi. Przytrzymywał doktora za 

ramiona. – Theo, czy dajesz sobie radę?

– Jakoś się trzymam – odpowiedziała Theodora. – Nie wiem jednak, co z Nell.
– Trzymaj ją w cieple – Luke wydał dyspozycję z oddali. – To jeszcze nie wszystko. – Głos 

jego zamilkł.

Eleanor widziała i słyszała Luke’a z oddali, z odległego pokoju, gdzie czekał z Theodora 

i doktorem.   W wirującej   ciemności,   w którą   wpadła,   nic   nie   było   już   rzeczywiste   poza   jej 
drobnymi rękami, którymi obejmowała słupek baldachimu łóżka. Widziała, jak się zaciskają na 
poręczy,   gdy   łóżko   zaczęło   się   huśtać,   ściana   przechyliła   się   do   przodu,   a drzwi   w oddali 
przesunęły się na bok. Skądś dobiegł potężny, wstrząsający huk, tak jakby coś się zawaliło. „To 
musi być wieża” – pomyślała Eleanor. „A mnie się wydawało, że będzie stała na wieki. Jesteśmy 
zgubieni, zgubieni, zgubieni. Dom niszczy sam siebie”. Słyszała otaczający ją zewsząd śmiech, 
cienki i szalony – piskliwą, zwariowaną melodyjkę. „Ze mną już koniec. To dla mnie za dużo. 
Zrezygnuję z wszelkich praw do mego umysłu. Abdykuję, oddam dobrowolnie to, czego nigdy 
tak naprawdę nie chciałam. Może sobie wziąć ode mnie, co zechce”.

– Przyjdę – powiedziała głośno, zwracając się do Theodory, która nachyliła się nad nią. 

background image

W pokoju zapanowała absolutna cisza. Przez nieruchome firanki w oknach wpadały do środka 
promienie słońca. Luke siedział na krześle pod oknem z posiniaczoną twarzą i rozdartą koszulą, 
ciągle popijając brandy. Doktor siedział tuż za nim, na drugim krześle, ze świeżo przyczesanymi 
włosami. Wyglądał schludnie i wytwornie i wydawał się w pełni opanowany.

– Myślę, że nic jej nie jest – powiedziała Theodora, pochylając się nad Eleanor.
A   Eleanor   usiadła   i potrząsnęła   głową,   szeroko   otwierając   oczy.   Spokojnie   i cicho   dom 

podniósł się sztywno i wyprostował. Wszystko wokół niej powróciło na swoje miejsce.

– Jak... – spytała Eleanor, a cała trójka wybuchnęła śmiechem.
– Jeszcze jeden dzień – odezwał się doktor omdlałym głosem, który nie pasował do jego 

wyglądu. – Jeszcze jedna noc.

– Jak już próbowałem powiedzieć wcześniej – przypomniał im Luke – mieszkanie w domu, 

w którym   straszy,   piekielnie   wpływa   na   poczucie   humoru.   Zapewniam   cię,   że   nie   miałem 
zamiaru zastosować żadnych skojarzeń – rzucił w stronę Theodory.

– A co z nimi? – spytała Eleanor. Słowa te zabrzmiały obco w jej ustach, które wydawały jej 

się dziwnie sztywne.

–   Oboje   śpią   jak   dzieci   –   powiedział   doktor,   tak   jakby   kontynuował   rozmowę   zaczętą 

w trakcie, gdy Eleanor jeszcze spała. – Nie wierzę, aby to moja żona wywołała tę burzę, ale 
przyznaję, że jeszcze jedna wzmianka o tej najczystszej miłości...

– Co się stało? – spytała Eleanor.
„Musiałam zaciskać zęby przez całą noc, sądząc po tym, jak obolałe nam usta” – pomyślała.
– Dom na Wzgórzu poszedł w tany o północy – wyjaśniła Theodora – pociągając nas za sobą 

w szaleńczy   wir.   W każdym   razie   mnie   się   wydawało,   że   tańczył.   Równie   dobrze   mógł 
wywracać koziołki.

– Już prawie dziewiąta – zauważył doktor. – Jak tylko Eleanor będzie gotowa...
– Chodź, kochanie, Theo umyje ci twarz i poprawi ubranie przed śniadaniem.

background image

Rozdział VIII

1

–   Czy   ktoś   im   powiedział,   że   pani   Dudley   sprząta   o dziesiątej?   –   Theodora   niepewnie 

zajrzała do dzbanka na kawę.

Doktor zawahał się.
– Nie miałem serca budzić ich po takiej nocy.
– Ale pani Dudley sprząta ze stołu o dziesiątej.
– Już idą – odezwała się Eleanor. – Słyszę ich na schodach. „Słyszę wszystko, co się dzieje 

w tym   domu”   –   miała   ochotę   im   powiedzieć.   W chwilę   później   już   wszyscy   usłyszeli 
przytłumiony   głos   pani   Montague,   a Luke,   domyśliwszy   się   przyczyny   jej   zdenerwowania, 
powiedział: – O Boże, nie mogą znaleźć jadalni – i pospieszył otworzyć im drzwi.

– ...właściwie wywietrzony.  – Głos pani Montague wyprzedził ją, a po chwili ona sama 

wkroczyła   majestatycznie   do   jadalni,   poklepała   doktora   lekko   po   ramieniu   na   przywitanie 
i usiadła, skinąwszy głową w stronę pozostałych biesiadników. – Uważam – zaczęła od razu – że 
mogliście nas zawołać na śniadanie. Przypuszczam, że wszystko jest już zimne. Czy ta kawa 
nadaje się jeszcze do picia?

– Dzień dobry – odezwał się nadąsany Arthur i w ponurym nastroju usadowił się na krześle. 

Theodora o mało nie wywróciła dzbanka do kawy, pospiesznie stawiając filiżankę kawy przed 
żoną doktora.

–   Wygląda   na   dostatecznie   gorącą   –   stwierdziła   pani   Montague.   –   W każdym   razie 

zamierzam dzisiaj porozmawiać z tą waszą panią Dudley. Ten pokój należy wywietrzyć.

– A jak wam minęła noc? – zapytał doktor nieśmiało. – Czy spędziliście ją pożytecznie?
– Jeśli chcesz wiedzieć, czy wygodnie, to mów tak od razu, John. Nie. W odpowiedzi na 

twoje uprzejme pytanie muszę ci powiedzieć, że nie było mi wygodnie. Przez całą noc nawet nie 
zmrużyłam oka. Ten pokój jest nie do wytrzymania.

– Bardzo głośno w tym domu – potwierdził Arthur. – Przez całą noc jakaś gałąź uderzała 

w moje okno. Tak stukała, że myślałem, że oszaleję.

– Duszno w tym pokoju nawet przy otwartych oknach. Kawa pani Dudley jest znacznie 

lepsza od jej sprzątania. Poproszę o jeszcze jedną filiżankę, jeśli można. Jestem zdziwiona, John, 
że dałeś mi  taki nie wywietrzony pokój. Jeśli mam  otrzymywać  jakieś komunikaty od tych 
z zaświatów,   to   przynajmniej   cyrkulacja   powietrza   powinna   być   odpowiednia.   Całą   noc 
wdychałam kurz.

– Nie mogę pana zrozumieć – zwrócił się Arthur do doktora. – Wszyscy zrobiliście się tacy 

background image

jacyś   nerwowi   w tym   domu.   Całą   noc   siedziałem   z pistoletem   w ręku,   a tu   nawet   mysz   nie 
pisnęła. Tylko ta piekielna gałąź. Mało mnie nie doprowadziła do szaleństwa – zwierzył się 
Theodorze.

– Naturalnie nie zamierzamy tracić nadziei. – Pani Montague spojrzała gniewnie na męża. – 

Może dziś w nocy dojdzie do jakiejś manifestacji.

2

– Theo? – Eleanor odłożyła notatnik, a Theodora, gryzmoląc coś pospiesznie, spojrzała na 

nią, marszcząc brwi. – Zastanawiałam się właśnie nad czymś.

– Nie znoszę tych głupich notatek. Czuję się jak głupiec, wypisując te bzdury.
– Zastanawiałam się...
– Nad czym? – Theodora uśmiechnęła się lekko. – Jesteś taka poważna. Czy podjęłaś jakąś 

ważną decyzję?

– Tak – powiedziała Eleanor, zdecydowawszy się wreszcie. – Dotyczącą tego, co będę robić 

później, jak już wszyscy wyjedziemy z Domu na Wzgórzu.

– No i?
– Wyjadę z tobą – oświadczyła Eleanor.
– Ze mną?
– Tak, L tobą. Do domu. – Eleanor uśmiechnęła się z przymusem.  – Pojadę z tobą... do 

ciebie do domu.

Theodora popatrzyła na nią w osłupieniu.
– Co takiego? – spytała.
–   Nigdy   nie   miałam   kogoś,   do   kogo   mogłabym   się   przywiązać   –   wyjaśniła   Eleanor, 

zastanawiając się, gdzie już coś takiego słyszała. – Chciałabym czuć, że gdzieś przynależę.

– Nie mam zwyczaju zabierania do domu bezdomnych kotów – odpowiedziała Theodora 

obojętnie.

– Jestem takim właśnie bezdomnym kotem, nieprawdaż? – Eleanor zaśmiała się.
– No cóż. – Theodora ponownie chwyciła za ołówek. – Masz przecież swój własny dom. Jak 

przyjdzie na to czas, chętnie do niego powrócisz, Nell. Przypuszczam, że wszyscy z radością 
wrócimy do naszych domów, Nellie. Co napisałaś o tym wczorajszym hałasie? Nie wiem, jak to 
opisać.

– Przyjadę do ciebie – powtórzyła Eleanor. – Po prostu przyjadę.
– Oj, Nellie, Nellie – roześmiała się Theodora. – Posłuchaj. To tylko lato, kilka tygodni 

wakacji spędzonych w uroczej wiejskiej rezydencji. Ty masz swój dom i swoje życie, a ja mam 
swoje. Z końcem lata wrócimy do swoich domów. Będziemy naturalnie pisywać do siebie, może 

background image

nawet się odwiedzimy, ale Dom na Wzgórzu nie będzie trwał wiecznie.

– Postaram się o pracę. Nie będę ci przeszkadzać.
– Nie rozumiem. – Theodora odrzuciła ołówek z rozdrażnieniem. – Czy zawsze pchasz się 

tam, gdzie cię wcale nie chcą?

Eleanor uśmiechnęła się spokojnie.
– Nigdy mnie nigdzie nie chciano – odpowiedziała.

3

– Wszystko tutaj jest takie „matczyne” – zauważył Luke. – Wszystko jest takie miękkie, 

wymoszczone. Olbrzymie krzesła i kanapy, które zdają się obejmować cię, a gdy tylko się na 
nich usiądzie, natychmiast cię odrzucają.

–   Theo?   –   spytała   cicho   Eleanor,   a Theodora   spojrzała   na   nią   i potrząsnęła   głową 

z zakłopotaniem.

–   ...i   wszędzie   są   te   ręce.   Małe,   miękkie,   przezroczyste,   wyciągnięte   ku   tobie, 

przywołujące...

– Theo? – powtórzyła Eleanor.
– Nie! – krzyknęła Theodora. – Nie chcę cię. I nie chcę już więcej na ten temat rozmawiać.
– Być może – stwierdził Luke, przyglądając się im – najbardziej odrażającym aspektem jest 

nacisk   na   motyw   kuli.   Proponuję,   abyście   bezstronnie   przyjrzały   się   temu   abażurowi 
wykonanemu z drobnych kawałków szkła zlepionych razem albo tym ogromnym kulom światła 
na korytarzu czy też temu mieniącemu się, żłobionemu pojemnikowi na cukierki, który stoi obok 
łokcia   Theodory.   W jadalni   znajduje   się   wyjątkowo   ohydny   puchar   z żółtego   szkła, 
spoczywający   w złożonych   rączkach   dziecka,   oraz   wykonane   z cukru   jajko   wielkanocne 
z wizerunkiem   tańczącej   pasterki.   Piersiasta   kobieta   podtrzymuje   na   głowie   balustradę   na 
schodach, a w salonie pod szkłem...

– Nellie, odczep się ode mnie. Chodźmy się gdzieś przejść, może w stronę strumyka.
– ...znajduje się wyszyta krzyżykami główka dziecka. Nell, nie bądź taka przerażona. Theo 

zaproponowała jedynie spacer nad strumykiem. Jeśli chcecie, to pójdę z wami...

– Jak sobie życzysz – odpowiedziała Theodora.
–   Żeby   wystraszyć   zające.   Jeśli   chcecie,   wezmę   ze   sobą   patyk.   A jeśli   sobie   tego   nie 

życzycie, to nigdzie nie pójdę. Wystarczy jedno słowo Theodory.

– Może Nell woli tu zostać i pisać po ścianach? – Theodora roześmiała się.
– Jesteś nieuprzejma – stwierdził Luke. – Robisz się gruboskórna.
–   Ja   chciałabym   się   jeszcze   dowiedzieć   czegoś   na   temat   tańczących   pasterek   na 

wielkanocnych jajkach – oświadczyła Theodora.

background image

– To cały świat zawarty w cukrze. Sześć maleńkich tańczących pasterek i jedna w różowym 

i błękitnym ubraniu, leżąca na murawie i przyglądająca się im. Są tam kwiaty, drzewa i owce, 
a także stary pastuch grający na kobzie. Myślę, że chciałbym być takim pasterzem.

– Gdybyś już nie był torreadorem.
–   No   właśnie,   gdybym   już   wcześniej   nie   został   torreadorem.   Zapewne   pamiętasz,   że 

o wyczynach Nell głośno we wszystkich kawiarniach.

– Luke, powinieneś mieszkać w dziupli drzewa, jak Pan.
– Nell, nie słuchasz nas wcale – zauważył Luke.
– Mam wrażenie, że ją przestraszyłeś.
–   Dlatego,   że   Dom   na   Wzgórzu   będzie   kiedyś   mój?   Z tymi   nieprzebranymi   skarbami 

i poduszkami. Ja nie obchodzę się z tym domem delikatnie, Nell. Może w ataku zdenerwowania 
rozbiję kiedyś to wielkanocne jajko i rączki tego małego dziecka albo zacznę biegać z krzykiem 
po schodach tam i z powrotem, wymachując laską, i roztrzaskam te wszystkie szklane lampy 
o zlepianych abażurach i tę piersiastą damę, podtrzymującą na głowie schody. Być może...

– No widzisz? Ona się ciebie boi.
– Rzeczywiście – przyznał Luke. – Nell, ja tylko tak gadam od rzeczy.
– Wątpię nawet, aby Luke miał w posiadaniu laskę – zauważyła Theodora.
– Owszem, mam. Nell, ja tylko tak wygaduję. O czym ona myśli, Theo?
– Ona chce, żebym po wyjeździe z Domu na Wzgórzu zabrała ją do siebie do domu, a ja nie 

chcę się na to zgodzić.

Luke roześmiał się.
– Biedna, głupiutka Nell. „Podróże kończą się spotkaniem kochanków”. Chodźmy lepiej nad 

ten strumyk.

– Matczyny dom – ciągnął dalej Luke, kiedy schodzili ze stopni werandy na trawnik. – 

Matka przełożona, pani matka, pani domu... Jestem pewny, że będę kiepskim panem domu, 
kiedy Dom na Wzgórzu zostanie wreszcie moją własnością.

– Doprawdy nie rozumiem, jak można pragnąć posiadać coś takiego jak Dom na Wzgórzu – 

zdziwiła się Theodora, a Luke odwrócił się i spojrzał z rozbawieniem na dom.

– Nigdy nie wiadomo, czego się chce, dopóki się tego jasno nie zobaczy. Gdybym nigdy nie 

miał szansy na jego posiadanie, to pewno miałbym do tego zupełnie inny stosunek. Nell zapytała 
mnie kiedyś, co ludzie tak naprawdę od siebie chcą, czego oczekują od innych.

– Moja matka umarła przeze mnie – odezwała się nagle Eleanor. – Stukała w ścianę, wołała 

mnie i wołała, a ja nie mogłam się obudzić. Powinnam była przynieść jej lekarstwo, tak jak to 
zawsze czyniłam. Tym razem jednak wołała mnie, a ja się nie obudziłam.

– Do tej pory powinnaś już o tym zapomnieć.

background image

– Od tej pory zawsze się zastanawiałam, co by się stało, gdybym się obudziła. Gdybym się 

obudziła   i ją   słyszała,   a potem   znowu   zasnęła.   To   byłoby   takie   proste.   Często   się   nad   tym 
zastanawiałam.

–   Skręć   tutaj,   jeśli   mamy   iść   nad   strumyk   –   zauważył   Luke.   –   Za   bardzo   się   tym 

zamartwiasz, Nell. Najprawdopodobniej po prostu lubisz myśleć, że była to twoja wina.

– W każdym razie prędzej czy później i tak by się to stało. Ale oczywiście bez względu na 

to, kiedy by się to stało, to i tak byłaby to moja wina.

– Gdyby tak się nie stało, nigdy nie przyjechałabyś do Domu na Wzgórzu.
– Przejdźmy tędy, gęsiego – poradził Luke. – Nell, ty idź pierwsza.
Uśmiechając się, Eleanor ruszyła pierwsza, stąpając lekko po ścieżce. „Teraz wiem, dokąd 

mam iść” – pomyślała. „Powiedziałam jej już o mojej matce. To dobrze. Znajdę sobie jakiś mały 
domek   albo   małe   mieszkanko   takie   jak   jej.   Będę   ją   widywać   codziennie   i razem   będziemy 
szukać ślicznych rzeczy. Naczyń ze złotym paskiem na brzegu, jajek wielkanocnych z cukru, 
białego kota i kubka pełnego gwiazd. Już nigdy więcej nie będę ani sama, ani przerażona. Będę 
się nazywać po prostu Eleanor”.

– Czy wy tam mówicie coś o mnie za moimi plecami? – spytała ich przez ramię.
Po chwili Luke odpowiedział grzecznie:
– Walka pomiędzy siłami dobra i zła o duszę Nell. Przypuszczam, że w tym układzie będę 

musiał zostać Bogiem.

– Ona naturalnie nie może już zaufać nikomu z nas – stwierdziła Theodora z rozbawieniem.
– A już na pewno nie mnie.
– A poza tym, Nell, wcale nie mówiliśmy o tobie. Tak jakbym to ja prowadziła tę grę – 

zwróciła się Theodora na poły ze złością do Luke’a.

„Czekałam już na to tak długo” – myślała Eleanor. „W końcu zasłużyłam sobie chyba na 

szczęście”.  Zaprowadziła ich na szczyt  wzgórza i spojrzała na dół, na wąskie pasmo  drzew, 
przez które będą musieli przejść, aby się dostać do strumyka. „Tak pięknie wyglądają na tle 
nieba” – pomyślała. „Takie proste i wolne. Luke mylił się, twierdząc, że wszystko tu jest takie 
miękkie.   Te   drzewa   są   twarde   jak   drewno.   Nadal   rozmawiają   na   mój   temat,   o tym,   jak 
przyjechałam do Domu na Wzgórzu i znalazłam Theodorę, a teraz nie pozwalam jej odejść”.

Słyszała za sobą ich głosy, czasami zabarwione złośliwością, to znowu unoszące się kpiną, 

niekiedy  przeplatane  śmiechem.  A ona  szła   rozmarzona  dalej,  słysząc,   jak postępują za  nią. 
Wiedziała, że chwilę po niej weszli w wysoką trawę, gdyż jej źdźbła poruszały się z szelestem 
pod ich stopami, a przerażony pasikonik uskoczył raptownie na bok.

„Mogłabym jej pomagać w sklepie” – Eleanor dalej snuła swe rozmyślania. „Ona lubuje się 

w ślicznych przedmiotach, więc mogłabym jeździć z nią i ich szukać. Mogłybyśmy pojechać, 
gdzie   tylko   byśmy   chciały,   nawet   na   kraj   świata,   gdyby   nam   przyszła   na   to   ochota, 

background image

i wracałybyśmy, kiedy by się nam podobało. On jej teraz opowiada wszystko, co o mnie wie, że 
niełatwo mnie nabrać i że mam wokół siebie ścianę oleandrów, a ona się śmieje, ponieważ już 
nigdy nie będę samotna. Są tacy podobni do siebie i tacy uprzejmi. Nie spodziewałam się, że tyle 
mi dadzą. Miałam rację, że tu przyjechałam, gdyż podróże kończą się spotkaniem kochanków”.

Weszła pod ciężkie gałęzie drzew, w których cieniu panował przyjemny chłód po upalnym 

słońcu na ścieżce. Teraz trzeba było bardziej uważać, gdyż ścieżka wiodła na dół i gdzieniegdzie 
znajdowały się na niej kamienie i wystające korzenie. Z tyłu dobiegały ją ich głosy, szybkie 
i ostre, a potem wolniejsze, przerywane śmiechem...Nie będę się oglądać za siebie – pomyślała 
radośnie – bo wówczas będą wiedzieli, o czym myślę. Pewnego dnia porozmawiamy sobie na 
ten temat razem, Theo i ja, kiedy będziemy miały mnóstwo czasu. Jak dziwnie się czuję po 
wyjściu spod drzew na ten ostatni stromy kawałek ścieżki, który zdąża w dół do strumienia. 
Zostałam chyba  omotana jakimiś czarami, obezwładniona radością. Nie będę się oglądać  za 
siebie,   dopóki   nie   dojdę   do   strumyka,   do   miejsca,   w którym   upadłam   w dniu,   w którym   tu 
przyjechałyśmy. Przypomnę jej o tej złotej rybce w strumieniu i o naszym pikniku”.

Usiadła na wąskim zielonym brzegu i oparła podbródek na kolanach.
„Nigdy w życiu nie zapomnę tej chwili” – obiecywała sobie, słuchając głosu ich kroków, 

dobiegających z pagórka.

– Pospieszcie się! – zawołała, odwracając głowę, żeby poszukać Theodory. I nagle umilkła. 

Na wzgórzu nie było nikogo, niczego oprócz odgłosów kroków dochodzących najwyraźniej ze 
ścieżki i niewyraźnego, urągającego śmiechu.

– Kto to? – szepnęła. – Kto?
Widziała,   jak   trawa   wyraźnie   ugina   się   pod   ciężarem   czyichś   stóp.   Widziała   kolejnego 

pasikonika uskakującego w popłochu na bok i to, jak poruszony kamień potoczył się na dół po 
ścieżce. Wyraźnie usłyszała jakieś kroki, a potem, stojąc plecami do strumyka, usłyszała tuż 
obok   śmiech   i wołanie:   –   Eleanor!   Eleanor!   –   rozbrzmiewające   zarówno   na   zewnątrz,   jak 
i wewnątrz jej głowy. Całe życie słuchała tego wołania. Kroki zatrzymały się i uderzył w nią 
powiew powietrza tak silny, że na moment zachwiała się, lecz ktoś ją przytrzymał.

– Eleanor! Eleanor! – usłyszała ponad szumem powietrza w uszach. – Eleanor! Eleanor!
I ktoś ją trzymał mocno i bezpiecznie.
„Wcale nie jest mi zimno” – pomyślała. „Nie pozwól mi odejść!” A potem: „Zostań tu! 

Zostań tu!” – gdy siła, która ją podtrzymywała, gdzieś się rozwiała i zostawiła ją samą.

– Eleanor! Eleanor! – usłyszała raz jeszcze i przystanęła obok strumyka, drżąc z zimna, tak 

jakby   zaszło   słońce.   Bez   specjalnego   zdziwienia   patrzyła   na   kroki   kogoś   niewidocznego, 
przechodzącego   przez   strumyk,   wywołujące   drobne   zmarszczki   na   wodzie,   a potem 
przechodzące   przez   trawę   po   drugiej   stronie   potoku,   posuwające   się   wolno   i pieszczotliwie 
w górę pagórka i znikające za szczytem.

background image

– Wracaj! – krzyknęła, stojąc drżąca nieopodal strumyka, a potem pobiegła jak szalona na 

górę, wołając z płaczem: – Theodoro! Luke!

Odnalazła   ich   w niewielkim   zagajniku,   opartych   o pień   drzewa,   śmiejących   się 

i rozmawiających cicho. Kiedy podbiegła do nich, odwrócili się wystraszeni.

– Czego znowu chcesz? – spytała ze złością Theodora.
– Czekałam na was przy strumyku.
– Postanowiliśmy zostać tutaj, bo tu chłodniej – odpowiedziała Theodora. – Myśleliśmy, że 

nas słyszałaś. Prawda, Luke?

– O tak – potwierdził speszony. – Byliśmy pewni, że nas słyszałaś.
– W każdym razie mieliśmy tam za chwilę przyjść, prawda, Luke?
– Tak, tak, oczywiście – potwierdził Luke, uśmiechając się szeroko.

4

– Podziemne wody – powiedział doktor, wymachując widelcem.
– Nonsens. Czy pani Dudley wszystko wam gotuje? Te szparagi są całkiem przyzwoite. 

Arthurze, niech ten młody człowiek poda ci szparagi.

– Moja droga – doktor popatrzył czule na żonę. – Po obiedzie mamy zwyczaj odpoczywać 

przez godzinkę, a zatem...

–   Z całą   pewnością   nie.   Mam   za   dużo   do   zrobienia   w trakcie   mego   tu   pobytu.   Przede 

wszystkim muszę porozmawiać z tą twoją kucharką. Muszę dopilnować, żeby wywietrzono mój 
pokój. Muszę przygotować plansze na następny seans dziś wieczorem, a Arthur musi wyczyścić 
swój rewolwer.

– To cecha dobrego strzelca – przyznał Arthur. – Zawsze trzymam broń w dobrym stanie.
–   Ty   oraz   ci   młodzi   ludzie   możecie   naturalnie   sobie   odpoczywać.   Być   może   wy   nie 

przykładacie do tego takiej samej wagi jak ja, nie odczuwacie potrzeby udzielania pomocy tym 
biednym duszom wędrującym niespokojnie po tym domu. Być może uważacie, że to głupota 
z mojej strony, że tak im współczuję. Być może w waszych oczach to nawet niedorzeczne, że 
potrafię ronić łzy nad tymi biednymi, porzuconymi i zagubionymi duszami, pozostawionymi tu 
bez żadnej pomocy, najczystsza miłość...

– A może krokiet? – zaproponował pospiesznie Luke. – Może ktoś z was ma ochotę zagrać 

w krokieta?   –   Popatrzył   skwapliwie   na   każdego   z nich.   –   Badminton   czy   krokiet?   – 
zaproponował.

– Podziemne wody? – dodała usłużnie Theodora.
– Ja tam nie uznaję żadnych wymyślnych sosów – oznajmił stanowczym tonem Arthur. – 

Zawsze mówię moim chłopakom, że to pierwsza oznaka chamstwa. – Tu popatrzył znacząco na 

background image

Luke’a. – Tak, pierwsza oznaka chamstwa. Wymyślne sosy, usługujące kobiety. Moi chłopcy 
obsługują się sami. To cecha prawdziwego mężczyzny – zwrócił się w stronę Theodory.

– I czego jeszcze ich pan uczy? – spytała uprzejmie Theodora.
– Uczę? To znaczy, czego się moi chłopcy uczą? Ma pani na myśli algebrę? Łacinę? O, 

naturalnie – Arthur rozparł się wygodniej na krześle, zadowolony z siebie – tego rodzaju rzeczy 
zostawiam nauczycielom.

– A ilu chłopców ma pan w tej swojej szkole?
Theodora   pochyliła   się   do   przodu,   uprzejmie   wykazując   zainteresowanie   i próbując 

nawiązać rozmowę z gościem, a Arthur płonął z zadowolenia. U szczytu stołu pani Montague 
zmarszczyła brwi i postukała niecierpliwie palcami po obrusie.

– Iłu? Ilu? Mamy wspaniałą drużynę tenisową. – Spojrzał rozpromieniony na Theodorę. – 

Absolutnie pierwszej klasy. Nie licząc wszystkich fajtłap.

– Nie licząc fajtłap – powtórzyła Theodora.
– O, gramy w tenisa, golfa, baseball. Mamy bieżnię i boisko do krykieta. – Uśmiechnął się 

przebiegle.   –   Nie   przypuszczała   pani,   że   gramy   w krykieta,   co?   Mamy   jeszcze   pływalnię 
i siatkówkę. Niektórzy chłopcy podejmują się wszystkiego – powiedział jej z troską w głosie. – 
Są tacy wszechstronni. W sumie jest ich może siedemdziesięciu.

– Arthurze! – Pani Montague nie mogła się dłużej powstrzymać.  – Nie rozmawiamy tu 

o pracy. Pamiętaj, że jesteś teraz na wakacjach.

–   To   rzeczywiście   głupio   z mojej   strony.   –   Arthur   uśmiechnął   się   naiwnie.   –   Muszę 

posprawdzać broń.

– Już wybiła druga – odezwała się stojąca w drzwiach pani Dudley. – O drugiej sprzątam ze 

stołu.

5

Theodora śmiała się, a Eleanor, ukryta głęboko w cieniu za letnim domkiem, zakryła rękami 

usta, aby mimowolnym okrzykiem nie zdradzić im swej obecności. „Muszę się przekonać” – 
myślała. „Muszę się przekonać”.

– Utwór ten nosi tytuł Morderca rodziny Grattan – mówił Luke. – Jeśli chcesz, mogę ci to 

zaśpiewać.

– Typowa cecha chama – roześmiała się znowu Theodora. – Biedny Luke. Ja użyłabym 

w tym wypadku określenia łajdak.

– Jeśli wolałabyś spędzić tę krótką godzinę z Arthurem, to proszę bardzo.
– Naturalnie, że wolałabym spędzić ten krótki czas z Arthurem. Wykształcony mężczyzna 

zawsze stanowi takie ożywiające towarzystwo.

background image

– Krykiet – przedrzeźniał Luke. – Nigdy by pani nie przypuszczała, że gramy w krykieta, 

co?

– Śpiewaj, śpiewaj – ponaglała Theodora, zaśmiewając się do łez.
Luke zaczął śpiewać nosowo i monotonnie, podkreślając każdy wyraz:

Pierwsza była panna Grattan,
Co go nie chciała wpuścić do domu.
Zabił ją nożem od kukurydzy
I tak rozpoczął kryminalny żywot.

Potem z kolei była babka Grattan,
Stara, zmęczona i siwa,
Dzielnie odpierała jego ataki,
Lecz w końcu padła nieżywa.

Trzeci z kolei był dziadek Grattan,
Siedzący przy ciepłym kominku.
Podszedł do niego na palcach od tyłu
I sznurem mu gardło przepasał.

Na koniec zostało małe dziecię Grattan,
Śpiące niewinnie w łóżeczku,
A on mu policzył wszystkie kosteczki
I splunął tytoniem w jego złote loczki.

Kiedy skończył, nastała chwila ciszy. Wreszcie Theodora odezwała się słabym głosem:
– To cudowne, Luke. Naprawdę bardzo ładne. Jeśli to jeszcze kiedyś usłyszę, to na pewno 

pomyślę o tobie.

– Zaśpiewam to Arthurowi – oznajmił Luke.
„Kiedy oni wreszcie zaczną rozmawiać o mnie” – zastanawiała się skryta w cieniu Eleanor.
– Ciekaw jestem, jaka będzie ta książka, którą doktor napisze – po chwili zaczął Luke. – Czy 

myślisz, że on nas w niej zamieści?

–   Najprawdopodobniej   przedstawi   cię   w niej   jako   młodego,   gorliwego   badacza   zjawisk 

metapsychicznych. A ja z całą pewnością zostanę przedstawiona jako dama o niezaprzeczalnych 
zdolnościach, lecz wątpliwej reputacji.

– Ciekaw jestem, czy pani Montague zostanie poświęcony osobny rozdział.

background image

– I Arthurowi. I pani Dudley. Mam nadzieję, że nic zredukuje nas do cyferek na wykresie.
– Bardzo dziś ciepło. Zastanawiam się, co moglibyśmy dziś zrobić dla ochłody.
– Moglibyśmy poprosić panią Dudley, żeby nam przygotowała lemoniadę.
– Wiesz, na co mam ochotę? Mam ochotę pozwiedzać trochę okolice. Chodź, przejdziemy 

się wzdłuż strumyka, w stronę tych wzgórz. Zobaczymy, skąd on płynie. Może tam jest jakiś 
stawek, w którym moglibyśmy popływać.

–   Albo   wodospad.   Wygląda   mi   to   na   strumyk,   który   jest   naturalnym   przedłużeniem 

wodospadu. – Chodźmy więc.

Podsłuchująca za letnim domem Eleanor słyszała ich śmiech i odgłos ich stóp biegnących 

w stronę domu.

6

–   Tutaj   mamy   coś   ciekawego   –   rozległ   się   głos   Arthura,   usiłującego   mężnie   bawić 

słuchaczy. – Tu, w tej książce. Piszą tu, jak robić świeczki z dziecięcych kredek woskowych.

– Bardzo interesujące. – Głos doktora wydawał  się zmęczony.  – Jeśli mi pan wybaczy, 

Arthurze, muszę opracować te wszystkie notatki.

– Ależ naturalnie, naturalnie, doktorze. Każdy ma swoją robotę. Ani mru mru.
Eleanor   podsłuchując   pod   drzwiami   buduaru,   usłyszała   drobne,   irytujące   odgłosy,   jakie 

powodował Arthur, usiłując siedzieć cicho.

– Nie ma tu za bardzo co robić, co? Jak pan tu spędza czas?
– Na pracy – odpowiedział krótko doktor.
– Piszesz pan, co tu się dzieje w tym domu?
– Tak.
– A mnie też pan w tym zamieścił?
– Nie.
– Widzi mi się, że powinien pan również załączyć nasze notatki z planszy. A o czym pan 

teraz piszesz?

– Arthurze, czy mógłby się pan teraz zająć na przykład czytaniem?
– Ależ oczywiście, oczywiście. Nie chciałem nikomu moją osobą zawadzać.
Eleanor usłyszała, jak Arthur pochwycił do ręki książkę, apotem odłożył  ją z powrotem. 

Zapalił papierosa, westchnął, pokręcił się na swoim miejscu i w końcu spytał:

– Słuchaj pan, co tu jest do roboty? Gdzie się podziała reszta towarzystwa?
Doktor odpowiedział cierpliwie, lecz bez większego zainteresowania:
– Theodora i Luke poszli, jak sądzę, nad strumyk. Przypuszczam, że pozostała reszta też 

gdzieś tu jest. W rzeczy samej, wydaje mi się, że moja żona szuka pani Dudley.

background image

–   O!   –   westchnął   Artur.   –   W takim   razie   najlepiej   będzie,   jak   się   zajmę   czytaniem   – 

powiedział. A po chwili zaczął od nowa. – Doktorze, nie chciałbym panu przeszkadzać, ale niech 
no pan tylko posłucha, co oni tu piszą w tej książce.

7

– O, co to, to nie – stwierdziła pani Montague. – Nie wierzę w pozostawianie młodych ludzi 

razem, pani Dudley. Gdyby mój mąż raczył się ze mną skonsultować przed zorganizowaniem tej 
fantastycznej zabawy...

– No cóż. – Teraz z kolei był  to głos pani Dudley.  Eleanor przywarła  do drzwi jadalni 

i otworzyła szeroko usta. – Ja zawsze powtarzam, pani Montague, że młodym się jest tylko jeden 
raz w życiu.

– Ale takie mieszkanie razem pod jednym dachem...
– Są już w końcu dorośli i potrafią chyba odróżnić dobro od zła. Ta ładna pani Theodora jest 

już na tyle duża, że sama sobie poradzi z krotochwilami pana Luke’a.

– Potrzebna mi ścierka, pani Dudley, do tego srebra. Ja tam uważam, że to wstyd, że dzieci 

dzisiaj rosną, już o wszystkim wiedząc. Nie ma już dla nich żadnych tajemnic. Pewne rzeczy 
powinny   należeć   wyłącznie   do   świata   dorosłych.   Powinni   trochę   poczekać,   aby   się   o nich 
dowiedzieć.

–   A wtedy   poznają   je   na   własnych   błędach.   –   Głos   pani   Dudley   brzmiał   spokojnie 

i swobodnie. – Dudley przyniósł dzisiaj te pomidory z ogrodu. Nieźle w tym roku obrodziły.

– Czy mam się nimi zająć?
– Och nie, skądże znowu. Niech pani sobie tam usiądzie i odpocznie. Juz i tak sporo pani 

zrobiła. Nastawię wodę i napijemy się razem herbaty.

8

– Podróże kończą się spotkaniem kochanków – powiedział Luke i uśmiechnął się z drugiego 

końca   pokoju   do   Eleanor.   –   Czy   ta   niebieska   sukienka,   którą   ma   na   sobie   Theodora, 
rzeczywiście należy do ciebie? Nigdy jej przedtem nie widziałem.

– Jestem Eleanor – powiedziała Theodora złośliwie – ponieważ noszę brodę.
–   Mądrze   zrobiłaś,   że   przywiozłaś   tyle   rzeczy,   dla   dwóch   osób   –   zwrócił   się   Luke   do 

Eleanor. – W moim starym swetrze Theo nie wyglądałaby ani w połowie tak ładnie.

– Jestem Eleanor, ponieważ jestem ubrana na niebiesko. Kocham się w mojej miłości do 

„E”, gdyż „E” jest takie eteryczne. Ona żyje wyłącznie oczekiwaniem i na imię jej Eleanor.

„Zrobiła się taka złośliwa” – pomyślała Eleanor. Wydawało jej się, że obserwuje tych ludzi 

background image

z daleka i słucha ich z wielkiej  odległości.  „Teraz – pomyślała  – Theo jest złośliwa, a Luke 
usiłuje być miły. Wstyd mu pewno za to, że się ze mnie śmiał, i za złośliwość Theodory”.

– Luke – powiedziała Theodora, spoglądając spod oka na Eleanor. – Chodź, zaśpiewaj mi 

coś jeszcze.

– Później – odpowiedział wyraźnie skrępowany Luke. – Doktor właśnie wyciągnął szachy. – 

I odwrócił się w widocznym pośpiechu.

Urażona   Theodora   złożyła   głowę   na   oparciu   krzesła   i zamknęła   oczy,   najwyraźniej 

zdecydowana   już   więcej   się   nie   odzywać.   Eleanor   siedziała   wpatrzona   we   własne   ręce, 
nadsłuchując   odgłosów   domu.   Gdzieś   na   górze   zamknęły   się   samoistnie   drzwi,   jakiś   ptak 
przysiadł na moment na wieży i natychmiast odleciał. W kuchni dopalały się z sykiem węgle 
w piecu. Jakieś zwierzę – może zając? – przebiegło pod krzakami w pobliżu letniego domu. 
Dzięki   nowo   pozyskanej   świadomości   domu   słyszała   nawet   unoszący   się   łagodnie   kurz   na 
strychu,   odgłos   starzejącego   się   drewna.   Tylko   biblioteka   została   przed   nią   zamknięta.   Nie 
potrafiła   dosłyszeć   stamtąd   ciężkich   oddechów   pani   Montague   i Arthura,   pochylonych   nad 
planszą, ani ich podnieconych pytań. Nie słyszała, jak gniją książki ani rdzy zżerającej kręte, 
żelazne schody wiodące na samą górę wieży. Nawet nie podnosząc oczu, wychwytywała pełne 
irytacji postukiwanie palcami Theodory i odgłos cicho stawianych szachów. Nagle usłyszała, jak 
gwałtownie otworzyły się drzwi do biblioteki, a potem dotarł do niej szybki odgłos gniewnych 
kroków zbliżających  się  do  małego  buduaru.  Wszyscy  odwrócili  się  w momencie,   gdy pani 
Montague otworzyła drzwi i wkroczyła do pokoju.

– Muszę przyznać, że to jest wyjątkowo denerwujące – wybuchnęła.
– Moja droga – doktor podniósł się z miejsca, lecz pani Montague odsunęła go na bok ze 

złością. – Gdybyś miał choć odrobinę przyzwoitości...

Arthur wszedł bojaźliwie za nią do pokoju, przemknął obok niej i prawie chyłkiem usadowił 

się na krześle przy kominku. Pokręcił ze znużeniem głową, kiedy Theodora zwróciła się w jego 
stronę.

– Choć odrobinę przyzwoitości! W końcu, John, przyjechałam tutaj z Arthurem taki kawał 

drogi po to tylko, żeby wam pomóc, i z całą pewnością nie spodziewałam się spotkać z takim 
cynizmem i niedowiarstwem. I to właśnie z twojej strony i od nich! – Tu machnęła ręką w stronę 
pozostałej   trójki.   –   Przecież   proszę   tylko   o jakieś   minimalne   zaufanie,   o okazanie   odrobiny 
zrozumienia   dla   tego,   co   usiłuję   zrobić,   a tymczasem   spotykam   się   z niedowierzaniem, 
wyśmiewaniem,   szyderstwem   i kpiną.   –   Dysząc   ciężko,   czerwona   na   twarzy   wymachiwała 
palcem na doktora i ciągnęła z goryczą. – Plansza nie odezwała się dzisiaj w ogóle. Ani jednym 
słowem. A wszystko to jest bezpośrednim rezultatem waszych drwin i sceptycyzmu. Całkiem 
możliwe, że plansza nie będzie ze mną rozmawiać przez kilka tygodni. Już tak kiedyś było. 
Zapewniam was. Kiedy ją naraziłam na urągania niewiernych, już mi się zdarzało, że plansza 

background image

milczała przez kilka tygodni. Uważam, że przyjeżdżając tutaj z najczystszych pobudek, mogłam 
się chyba spodziewać odrobiny szacunku. – Zamilkła na chwilę i pogroziła doktorowi palcem.

– Moja droga – zaczął doktor – jestem pewien, że nikt z nas świadomie się do niczego nie 

wtrącał.

– Czyż nie wyśmiewaliście się z tego i nie kpiliście sobie ze mnie? Nie wierzyliście planszy, 

nawet mając jej słowa pod nosem? Ci młodzi ludzie – tacy aroganccy i impertynenccy?

– Ależ, pani Montague, my naprawdę... – zaczął Luke, ale pani Montague przeszła obok 

niego i usiadła z zaciśniętymi ustami i płonącymi oczyma.

Doktor westchnął, zaczął coś mówić i przestał. Odwróciwszy się od żony, skinął na Luke’a, 

aby powrócił do szachów. Arthur wiercąc się na krześle, zwrócił się półgłosem do Theodory:

– Wie pani, że jeszcze nigdy nie widziałem jej tak rozgniewanej. To bardzo nieprzyjemne 

uczucie, to czekanie, aż się plansza odezwie. Naturalnie bardzo łatwo się obraża. Jest bardzo 
wrażliwa i podatna na atmosferę.

Wierząc   najwidoczniej,   że   dostatecznie   wyjaśnił   całą   sytuację,   usiadł   i uśmiechnął   się 

nieśmiało.

Do   Eleanor   w ogóle   to   nie   docierało.   Zastanawiała   się   niejasno   nad   dziwnym   ruchem 

w pokoju. „Ktoś krąży dookoła” – pomyślała bez specjalnego zainteresowania. „To Luke chodzi 
tam i z powrotem po pokoju, mrucząc coś cicho do siebie. Ale czyż to nie dziwny sposób gry 
w szachy?   Mrucząc   i podśpiewując?”   Raz   czy   dwa   razy   udało   jej   się   odcyfrować   fragment 
wyrazu. Nagle Luke odezwał się cicho. Siedział tam, gdzie powinien, przy szachownicy. Eleanor 
odwróciła się i spojrzała na pusty środek pokoju, gdzie ktoś zdawał się chodzić i podśpiewywać 
cicho. I wtedy posłyszała wyraźnie:

Idź, przejdź się doliną.
Idź, przejdź się doliną,
Idź, przejdź się doliną,
Tak jak to już kiedyś zrobiliśmy...

„Ależ ja to znam” – pomyślała, wsłuchując się w słowa i melodię z uśmiechem. „Graliśmy 

w to już kiedyś, pamiętam”.

–  To jest po prostu najbardziej delikatny i jednocześnie najbardziej zawiły mechanizm – 

tłumaczyła   pani   Montague   Theodorze.   Nadal   była   zdenerwowana,   ale   pod   wpływem 
współczucia okazywanego przez Theodorę wyraźnie się uspokoiła. – Oczywiście najdrobniejszy 
przejaw niedowiarstwa je obraża. A jakby się pani czuła, gdyby ludzie nie chcieli pani wierzyć?

Wchodź i wychodź oknami,

background image

Wchodź i wychodź oknami,
Wchodź i wychodź oknami,
Tak jak to już kiedyś zrobiliśmy...

Był to cienki głosik, być może dziecięcy, śpiewający słodko i piskliwie, ledwie słyszalnie. 

Eleanor uśmiechnęła się na jego wspomnienie, gdyż słyszała słowa piosenki wyraźniej aniżeli 
wyjaśnienia pani Montague na temat planszy.

Idź na spotkanie ze swym kochankiem,
Idź na spotkanie ze swym kochankiem,
Idź na spotkanie ze swym kochankiem,
Tak jak to już kiedyś zrobiliśmy...

Krótka melodyjka ucichła i Eleanor poczuła ruch powietrza wywołany zbliżającymi się ku 

niej krokami. Coś nieomal musnęło ją po twarzy, tak jakby ktoś westchnął cicho tuż przy jej 
policzku.   Eleanor   odwróciła   się   ze   zdziwieniem.   Luke   z doktorem   siedzieli   pochyleni   nad 
szachami,   Arthur   skłaniał   się   z zaufaniem   w stronę   Theodory,   a pani   Montague   nadal   coś 
mówiła.

„Nikt z nich tego nie słyszał” – pomyślała z radością. „Tylko ja jedna to słyszałam!”

background image

Rozdział IX

1

Eleanor zamknęła cicho drzwi, nie chcąc obudzić Theodory, chociaż odgłos zamykanych 

drzwi z całą pewnością nie zdołałby obudzić nikogo, kto spał tak twardo jak ona. „Nauczyłam 
się spać bardzo lekko – pomyślała dla dodania sobie otuchy – kiedy czuwałam nad matką”. 
W korytarzu panował półmrok. Oświetlała go jedynie zawieszona nad schodami nocna lampka. 
Wszystkie   drzwi   były   zamknięte.   „To   dziwne   –   pomyślała   Eleanor,   stąpając   bezszelestnie 
bosymi   stopami   po   dywanie   wyściełającym   hol   –   jest   to   jedyny   znany   mi   dom,   w którym 
w ogóle nie trzeba się martwić, że się narobi w nocy hałasu, a w każdym razie, że ktoś się dowie, 
że to ty”. Obudziła się z myślą zejścia na dół, do biblioteki. „Nie mogę zasnąć – tłumaczyła 
sobie od razu – i wobec tego schodzę na dół po książkę. Jeśli ktoś mnie przy łapie i zapyta, gdzie 
idę, to mu powiem, że idę do biblioteki po książkę, ponieważ nie mogę spać”.

Było ciepło, rozkosznie i usypiająco ciepło. Boso i bezszelestnie zeszła na dół po wielkich 

schodach prawie pod same drzwi biblioteki i pomyślała: „Ależ ja nie mogę tam wejść, nie wolno 
mi tam wchodzić!” I cofnęła się w drzwiach przed zapachem zgnilizny, który doprowadził ją do 
mdłości.

– Mamo! – zawołała głośno i szybko się cofnęła.
– Chodź tu! – odpowiedział jej wyraźnie głos z góry. Eleanor obejrzała się i skwapliwie 

skierowała w stronę schodów.

– Mamo? – spytała cicho. – Mamo! – powtórzyła ponownie. Z góry dobiegł ją cichy śmiech, 

więc wbiegła zdyszana na schody i przystanęła na szczycie, rozglądając się na prawo i lewo, 
patrząc na szereg zamkniętych drzwi.

– Wiem, że gdzieś tu jesteś – odezwała się, a przez korytarz przebiegło echo, pomykając 

szeptem na drobnych prądach i wirach powietrza. – Gdzieś jesteś, jesteś, jesteś... – powtórzyło.

Eleanor rozradowana pobiegła bezszelestnie za nim wzdłuż, korytarza, aż pod drzwi pokoju 

dziecięcego. Zimny punkt zniknął gdzieś, a ona roześmiała się do dwóch uśmiechniętych twarzy 
spoglądających na nią z góry.

– Czy to tu jesteś? – szepnęła za drzwiami. – Czy to tu jesteś? – I zapukała, waląc w drzwi 

pięściami.

– Słucham?  – To pani Montague, która najwidoczniej  się obudziła. – Słucham?  Proszę, 

wejdź do środka, kimkolwiek jesteś.

„O nie! Nie!” – pomyślała Eleanor, obejmując się rękami i śmiejąc bezgłośnie. „Tylko nie 

tutaj. Nie z panią Montague!” I umknęła w dół korytarza, słysząc za sobą jej nawoływania.

background image

–   Jestem   twoją   przyjaciółką!   Nie   mam   w stosunku   do   ciebie   żadnych   złych   zamiarów. 

Chodź i powiedz mi, co cię dręczy.

„Ona na pewno nie otworzy tych drzwi” – pomyślała mądrze Eleanor. „Nawet jeśli się nie 

boi, to i tak nie otworzy drzwi”. I zaczęła walić pięściami w drzwi Arthura. Usłyszała, jak Arthur 
obudził się i zaczerpnął głęboko powietrza.

Tańcząc po miękkim dywanie, zatrzymała się pod drzwiami, za którymi spała Theodora. 

„Niewierna  Theo” – pomyślała.  „Okrutna, szydząca  ze mnie  Theodoro! Obudź się, obudź!” 
I zaczęła  walić i grzmocić  rękami  w drzwi, śmiejąc  się i poruszając klamką,  a potem szybko 
pobiegła pod drzwi do pokoju Luke’a, żeby w nie uderzyć. „Obudź się, obudź! Idź mnie dalej 
zdradzać!  Nikt z nich nie odważy się otworzyć  drzwi” – myślała. „Będą siedzieli  w środku, 
owinięci kocami i drżący, i będą się zastanawiać, co też się z nimi dalej stanie. Obudź się!” – 
myślała, łomocząc w drzwi do pokoju doktora. „Kto z was odważy się wyjść i zobaczyć, jak 
tańczę po korytarzach Domu na Wzgórzu?!” Nagle przeraził ją oszalały krzyk Theodory.

– Nell? Nell! Doktorze! Luke! Nell tu wcale nie ma!
„Biedny dom” – pomyślała Eleanor. „Zapomniałam o Eleanor. Teraz będą musieli otworzyć 

te   swoje   drzwi”.   I zbiegła   szybko   po   schodach,   słysząc   za   sobą   głos   doktora,   podniesiony 
i niespokojny, oraz wołanie Theodory. – Nell! Eleanor!

„Jacy z nich głupcy!” – pomyślała. „Teraz będę musiała wejść do biblioteki”.
– Mamo! Mamo! – szepnęła i zatrzymała się w drzwiach biblioteki, czując wzbierającą falę 

mdłości.   Słyszała   z tyłu,   jak   rozmawiają   ze   sobą   na   górze   na   korytarzu.   „To   dziwne”   – 
pomyślała. „Czuję wszystko, co się dzieje w tym domu”.

Słyszała protesty pani Montague i Arthura, a potem wyraźny głos doktora.
– Musimy ją odszukać. Pospieszcie się, proszę!
„Ja   też   mogę   się   pospieszyć”   –   pomyślała   i pobiegła   w dół   korytarza,   w stronę   małego 

buduaru. Kiedy otworzyła drzwi, zamigotały do niej resztki ognia w kominku, szachy stały na 
tym samym miejscu, gdzie zostawili je Luke z doktorem, a apaszka, którą Theodora miała na 
sobie   tego   wieczoru,   leżała   przewieszona   przez   krzesło.   „Tym   też   mogłabym   się   zająć”   – 
pomyślała Eleanor. „To jej żałosne, babskie strojenie się!” I chwyciła jeden koniec w zęby, po 
czym mocno szarpnęła, rozdzierając ją. Rzuciła apaszkę na podłogę, kiedy usłyszała ich z tyłu za 
sobą.   Schodzili   wszyscy   razem   ze   schodów,   niespokojni,   doradzając   jeden   drugiemu,   gdzie 
zacząć poszukiwania, i od czasu do czasu nawołując:

– Eleanor! Nell! Odezwij się!
– Już idę, idę! – usłyszała z oddali, z zupełnie innej części domu. A potem usłyszała, jak pod 

ich stopami zatrzęsły się i zaskrzypiały schody, a na trawniku poruszył się spłoszony świerszcz. 
Rozradowana pobiegła  śmiało  dalej i zaglądnęła  przez drzwi. Szli rozmyślnie,  trzymając  się 
razem, jeden tuż koło drugiego, a światło latarki ślizgało się po ścianach, aż zatrzymało się przed 

background image

wielkimi podwojami, tym razem otwartymi na oścież. Przebiegli razem przez hol i wybiegli na 
zewnątrz, nawołując:

– Eleanor! Eleanor!
Nerwowo   przeczesywali   teren   latarką.   Eleanor   przywarła   całym   ciałem   do   drzwi 

i zaśmiewała się, dopóty nie napłynęły jej do oczu łzy.

„Jacyż  z nich głupcy!”  – myślała. „Jakżeż łatwo dają się nabrać. Są tacy powolni, głusi 

i ociężali! Łażą po tym domu, zadeptują go, węszą i gmerają. Są tacy brutalni i niedelikatni”. 
Przebiegła   przez   korytarz   i przez   pokój   do   gier   i wpadła   do   jadalni,   a stamtąd   do   kuchni 
z rozlicznymi   drzwiami.   „Tu   będzie   mi   najlepiej”   –   pomyślała.   „Stąd   będę   mogła   uciekać 
w którąkolwiek stronę, jak tylko ich posłyszę”.

Kiedy wrócili do domu i nawoływali ją niezdarnie na korytarzu, ona śmignęła szybko na 

werandę   w ciemny   chłód   nocy.   Stała   oparta   plecami   o drzwi,   drobne   pasemka   mgieł 
spowijających Dom na Wzgórzu wiły się i skręcały u jej kostek. Spoglądała na nacierające od 
tyłu ciężkie masywy pagórków. „Dom na Wzgórzu ma szczęście, że jest tak wciśnięty wygodnie 
w te wzgórza, które zapewniają mu schronienie i osłonę od zimna i wiatrów” – pomyślała.

– Eleanor! – Byli już bardzo blisko. Pobiegła wzdłuż werandy i wpadła do salonu.
– Hugh Crain! – odezwała się. – Czy zechce pan ze mną zatańczyć?
Ukłoniła się przed ogromną, skrzywioną rzeźbą i nagle zdało się jej, że oczy mężczyzny 

mrugnęły do niej i zabłysły.  Drobne odbite światełka dotknęły szklanych  figurek i złoceń na 
krzesłach,   a ona   tańczyła   uroczyście   przed   Hugh   Crainem,   który   patrzył   na   nią,   połyskując 
w ciemnościach. „Wchodź i wychodź oknami” – nuciła i poczuła, że ktoś ujął w tańcu jej ręce. 
„Wchodź i wychodź oknami” i roztańczona wyszła na werandę i wirowała nadal wokół domu. 
„Krążę w kółko, dookoła całego domu, i nikt z nich mnie nie widzi”.

Dotknęła kuchennych drzwi po drodze, a sześć mil dalej pani Dudley wzdrygnęła się we 

śnie. Zbliżyła się do wieży, tak mocno trzymanej w objęciach domu, w jego duszącym, ciasnym 
uścisku i przeszła wolno koło jej szarych, kamiennych murów, nie ważąc się ich dotknąć nawet 
od zewnątrz. A potem odwróciła się i stanęła przed wielkimi drzwiami, zamkniętymi ponownie. 
Wyciągnęła rękę i bez najmniejszego trudu je otworzyła.

–   I tak   oto   wchodzę   do   Domu   na   Wzgórzu   –   oznajmiła   i weszła   do   środka,   tak   jakby 

wchodziła do własnego domu. – Oto jestem! – powiedziała głośno. – Przeszłam przez cały dom, 
wchodząc i wychodząc oknami, i tańczyłam...

– Eleanor! – Był to głos Luke’a.
„Nie   chcę,   aby   to   on   właśnie   mnie   złapał,   proszę,   nie   pozwól,   aby   mnie   zobaczył!”   – 

pomyślała błagalnie i nie zatrzymując się nigdzie po drodze, uciekła do biblioteki.

„Oto jestem!” – pomyślała. „Jestem tu w środku”. Nie było tam wcale zimno, ale wybornie, 

a ciepło stawało się pieszczotą. Było na tyle widno, że widziała żelazne, kręte schody obiegające 

background image

dookoła wieżę i małe drzwiczki na szczycie. Czuła pod stopami pieszczotliwe ruchy kamiennej 
posadzki, która ocierała się o nią i masowała jej stopy. Zewsząd dotykało ją miękkie powietrze. 
Rozwiewając  włosy,  przelatywało  jej   między  palcami,   lekkim  podmuchem  kładło   się jej   na 
ustach. A ona tańczyła dookoła. „Nie chcę już żadnych kamiennych lwów” – myślała. „Nie dla 
mnie oleandry. Złamałam zaklęcie Domu na Wzgórzu i w jakiś tajemniczy sposób weszłam do 
środka. Jestem w domu!” Przystanęła oczarowana tą myślą. „Jestem w domu. Jestem w domu! 
A teraz na górę!”

Wspinaczka po wąskich, krętych schodkach była upajająca. Pięła się coraz wyżej i wyżej, 

ciągle w kółko i w kółko. Spojrzała na dół, uczepiona żelaznej balustrady, daleko na kamienną 
posadzkę. Wspinając się jeszcze wyżej i patrząc na dół, myślała o miękkiej, zielonej trawie przed 
domem, o falistych pagórkach i rozłożystych drzewach. Spojrzała w górę i pomyślała o wieży 
Domu na Wzgórzu, wznoszącej się tryumfalnie pomiędzy drzewami, górującej nad drogą, która 
przecinała   Hillsdale   i przechodziła   obok   białego   domku   skąpanego   w kwiatach,   obok 
zaczarowanych   oleandrów   i kamiennych   lwów,   i wiodła   daleko,   daleko,   aż   do   tej   biednej 
maleńkiej kobiecinki, która miała się za nią modlić. „Teraz skończył się czas” – pomyślała. „To 
wszystko już minęło. Wszystko to zostawiłam za sobą. A ta biedna miła kobiecinka nadal się za 
mnie modli”.

– Eleanor! – Przez chwilę nie mogła sobie przypomnieć, kim byli. Czy to jej goście w domu 

z kamiennymi lwami? Jedzący kolację przy świecach przy jej długim stole? A może spotkała ich 
w karczmie nad rwącym strumykiem? Czy któryś z nich zjechał konno z zielonych pagórków 
z łopoczącym   na   wietrze   proporcem?   Czy   ktoś   z nich   biegał   z nią   razem   w ciemnościach? 
Wówczas   przypomniała   sobie   i wszyscy   wrócili   na   swoje   miejsca,   a ona   zawahała   się, 
przywarłszy mocno do balustrady. Tacy byli mali, tacy nieudolni. Stali tak daleko na dole, na 
kamiennej   posadzce,   i wskazywali   na   nią   palcami.   Wołali   ją,   a ich   głosy   wydawały   jej   się 
natarczywe i odległe.

– Luke! – zawołała, przypominając go sobie. Usłyszeli ją, ponieważ w momencie, kiedy się 

odezwała, akurat stali cicho. – Doktorze, pani Montague, Arthurze! – wyliczała. Nie mogła sobie 
przypomnieć tej drugiej kobiety, która stała w milczeniu na boku.

– Eleanor! – zawołał doktor Montague. – Odwróć się i bardzo ostrożnie, powoli zejdź ze 

schodów. Idź bardzo, bardzo wolno, Eleanor. Cały czas trzymaj się poręczy schodów. A teraz 
obróć się i schodź!

–   Na   miłość   boską,   co   to   stworzenie   wyprawia?   –   dopytywała   się   pani   Montague.   Na 

włosach miała papiloty, a na sobie szlafrok z wyszytym smokiem na brzuchu. – Zmuście ją, aby 
zeszła na dół, żebyśmy wreszcie mogli wrócić do łóżek. Arthurze! Natychmiast ściągnij ją na 
dół.

– Słuchaj no – zaczął Arthur, a Luke podszedł do schodów i zaczął się wspinać na górę.

background image

– Na litość boską, bądź ostrożny! – prosił doktor, gdy Luke wytrwale wspinał się do góry. – 

To wszystko zbutwiało przy ścianie.

– To nie wytrzyma waszego ciężaru – stwierdziła kategorycznie pani Montague. – Załamie 

się wam na głowę. Arthurze! Przesuń się tutaj, pod drzwi.

– Eleanor! – zawołał doktor. – Czy mogłabyś się odwrócić i zacząć schodzić na dół?
Ponad   nią   znajdowały   się   już   tylko   małe   zapadowe   drzwiczki   prowadzące   na   szczyt 

wieżyczki. Stanęła na szczycie, na wąskim podeście i mocno je pchnęła. One jednak nawet nie 
drgnęły.   Nadaremnie   biła   w nie   pięściami,   myśląc   szaleńczo:   „Spraw,   aby   się   otworzyły, 
błagam, otwórz je, bo w przeciwnym razie mnie złapią!” Obejrzawszy się przez ramię, ujrzała 
Luke’a wspinającego się stopniowo po krętych schodach na górę.

– Eleanor! – zawołał. – Stój spokojnie! Nie ruszaj się!
Miała wrażenie, że jest przerażony.
„Nie mam jak stąd uciec” – pomyślała i spojrzała w dół. Wyraźnie dostrzegła jedną twarz 

i przyszło jej do głowy jedno imię.

– Theodora!
– Nelł, proszę cię, rób, co ci każą.
– Theodora? Nie mogę się stąd wydostać. Te drzwi zabito gwoździami.
– Masz rację, że je zabito gwoździami. Na twoje szczęście, moja droga – odezwał się Luke, 

wspinając się wolno coraz bliżej wąskiego pomostu. – Nie ruszaj się! – ostrzegał.

– Nie ruszaj się! – powtórzył doktor.
– Nell, proszę cię, rób, co ci mówią – błagała Theodora.
– Ale dlaczego? – Eleanor spojrzała w dół i po raz pierwszy dostrzegła zawrotną wysokość 

wieży, żelazne schody uczepione jej okrągłych ścian, drżące i naprężone pod ciężarem Luke’a, 
zimną kamienną posadzkę daleko na dole i blade, niewyraźne, wpatrzone w nią twarze.

– Jak mam zejść na dół? – spytała bezradnie. – Doktorze, jak ja mam teraz zejść na dół?
– Idź bardzo powoli, rób, co ci Luke każe.
– Nell – odezwała się Theodora – nie bój się. Wszystko będzie dobrze.
– Naturalnie, że wszystko będzie dobrze – odezwał się ponuro Luke. – Najprawdopodobniej 

to tylko ja złamię tu sobie kark. Trzymaj się, Nell, wchodzę na podest. Chcę stanąć za tobą tak, 
żebyś mogła zacząć schodzić przede mną. – Mimo stromej wspinaczki nie było widać, aby się 
zadyszał, jednakże trzęsła mu się ręka, kiedy wyciągnął ją, aby przytrzymać się poręczy, i całą 
twarz miał mokrą. – Chodź! – powiedział ostro.

Eleanor ociągała się.
–   Ostatnim   razem,   kiedy   powiedziałeś   mi,   żebym   szła   pierwsza,   zostawiłeś   mnie   samą 

i wcale nie poszedłeś za mną – przypomniała mu.

– Być może powinienem cię popchnąć, pozwolić ci roztrzaskać się i rozbić na podłodze. 

background image

Zachowuj się normalnie i zacznij powoli schodzić. Przejdź tędy obok mnie i schodź wreszcie 
z tych schodów. I módl się, żebym się pohamował i nie popychał cię.

Potulnie   przeszła   przez   podest   i przywarła   mocno   do   ściany,   umożliwiając   Luke’owi 

wyminięcie jej.

– Zacznij schodzić! – rozkazał. – Ja będę tuż za tobą.
Niepewnie   wymacywała   drogę,   a schody   drżały   i skrzypiały   pod   każdym   jej   krokiem. 

Spojrzała na swoją rękę, pobielałą od kurczowego uścisku, i na swe bose stopy posuwające się 
jedna za drugą, krok po kroku z najwyższą ostrożnością. Nie patrzyła już więcej na kamienną 
posadzkę.

– Idź na dół bardzo, bardzo wolno – powtarzała sobie w kółko, nie myśląc o niczym innym, 

tylko o tych stopniach, które zdawały się wyginać i odchylać pod każdym jej krokiem. – Idź na 
dół bardzo, bardzo wolno.

– Ostrożnie – ostrzegał z tyłu Luke. – Spokojnie, Nell, nie masz już się czego bać. Jesteśmy 

już prawie na dole.

Doktor   i Theodora   podnieśli   mimowolnie   ręce,   gotowi   ją   złapać   w razie   gdyby   upadła. 

W pewnej chwili Eleanor potknęła się i nie trafiła nogą na stopień. Poręcz schodów rozhuśtała 
się pod jej ciężarem, kiedy przylgnęła do niej kurczowo. Theodorze zaparło dech w piersiach 
i pobiegła przytrzymać dolną część schodów.

– Wszystko w porządku, Nellie – powtarzała w kółko. – Już wszystko będzie dobrze.
– Jeszcze trochę – powiedział doktor.
Wlekąc się krok za krokiem, zeszła w końcu na kamienną posadzkę. Sama nie mogła w to 

uwierzyć.   Schody   rozhuśtały   się   ze   zgrzytem,   gdy   Luke   zeskoczył   z ostatnich   szczebli 
i przeszedł spokojnie przez pokój, aby osunąć się wreszcie na krzesło ze zwieszoną głową, cały 
drżący. Eleanor obróciła się i spojrzała do góry na ten nieskończenie wysoki punkt, w którym 
niedawno stała, na żelazne schody powykręcane i skrzywione, kołyszące się teraz przy ścianie 
i powiedziała cicho:

– Wbiegłam po nich na górę. Na samą górę.
Pani Montague oderwała się od drzwi, gdzie schroniła się razem z Arthurem na wypadek 

zawalenia się schodów, i zdecydowanie podeszła do przodu.

– Czyż nie zgadzacie się ze mną – spytała taktownie – że ta młoda kobieta przysporzyła nam 

wystarczająco sporo kłopotów jak na jedną noc? Jeśli chodzi o mnie, to chciałabym już wrócić 
do łóżka. I Arthur też.

– Dom na Wzgórzu... – zaczął doktor.
– Ta dzisiejsza dziecinada z całą pewnością zniweczyła  wszelkie szansę na jakiekolwiek 

manifestacje, zapewniam was. Wątpię, abym po tym absurdalnym przedstawieniu zdołała dziś 
ujrzeć   kogoś   z naszych   przyjaciół   z zaświatów.   A zatem,   jeśli   mi   wybaczycie   –   i jeśli 

background image

skończyliście już z tą błazenadą i budzeniem zapracowanych ludzi po nocach – to powiem wam 
wszystkim   dobranoc.   Arthurze!   –   Trzęsąc   się   z oburzenia,   pani   Montague   wymaszerowała 
majestatycznie z pokoju z powiewającym smokiem na szlafroku.

– Luke był przerażony – zauważyła Eleanor, patrząc na doktora i Theodorę.
– No pewnie, że Luke był przerażony – odezwał się z tyłu on sam. – Luke tak się bał, że 

prawie nie był w stanie zejść z tych schodów. Nell, jaka z ciebie idiotka!

–   Jestem   skłonny   zgodzić   się   z nim.   –   Doktor   był   widocznie   niezadowolony.   Eleanor 

odwróciła od niego wzrok i spojrzała na Theodorę.

– Przypuszczam, że po prostu musiałaś to zrobić, nie miałaś innego wyjścia, co Nell?
– Nic mi nie jest – powiedziała Eleanor, ale nie mogła dłużej patrzeć im w oczy.
Zdziwiona   przyjrzała   się   własnym   bosym   nogom,   nagle   zdając   sobie   sprawę   z tego,   że 

zniosły   ją   –   choć   niczego   nie   czuła   –   z żelaznych   stopni.   Zastanawiała   się   przez   chwilę 
wpatrzona w swoje stopy, wreszcie podniosła głowę i powiedziała:

– Zeszłam do biblioteki po książkę.

2

Było  to strasznie poniżające. Przy śniadaniu nie odezwano się na ten temat ani słowem 

i poczęstowano Eleanor kawą, bułkami i jajkami, tak jak wszystkich. Pozwolono jej razem ze 
wszystkimi marudzić przy kawie, obserwować światło słoneczne na zewnątrz i czynić uwagi na 
temat czekającego ich dnia. Przez parę minut nieomal uwierzyła, że nic się w zasadzie nie stało. 
Luke  podał  jej  marmoladę,  Theodora  uśmiechnęła   się do  niej  ponad  głową  Arthura,   doktor 
pozdrowił ją rano. A potem, po śniadaniu, po wejściu pani Dudley o dziesiątej, udali się bez 
słowa   jedno   za   drugim   do   małego   buduaru,   gdzie   doktor   zajął   swoje   stałe   miejsce   przed 
kominkiem. Theodora miała na sobie jej czerwony sweter.

– Luke podprowadzi pod dom twój samochód – zaczął łagodnie doktor. Pomimo słów, które 

wypowiadał, oczy miał przyjazne i zatroskane. – Theodora pójdzie na górę, żeby cię spakować.

Eleanor zachichotała.
– To niemożliwe. Nie będzie wtedy miała się w co ubrać.
–   Nell   –   zaczęła   Theodora   i umilkła,   spoglądając   na   panią   Montague,   która   wzruszyła 

ramionami i rzekła: – Przeszukałam cały pokój. Nie mogę zrozumieć, dlaczego nikt z was nie 
pomyślał, ażeby zrobić to wcześniej.

– Miałem zamiar to zrobić – usprawiedliwiał się doktor – ale myślałem...
– Ty zawsze tylko myślisz, John, i na tym właśnie polega cały problem. Naturalnie ja od 

razu sprawdziłam cały pokój.

– Pokój Theodory? – spytał Luke. – Nie chciałbym tam już więcej wchodzić.

background image

Pani Montague wydawała się zdumiona.
– Doprawdy nie mogę pojąć dlaczego. Nie ma tam nic nadzwyczajnego.
–   Weszłam   tam   i sprawdziłam   swoje   ubrania   –   powiedziała   doktorowi   Theodora.   – 

Wszystko było w porządku.

–   Naturalnie   pokój   wymaga   przewietrzenia,   ale   czegóż   można   się   spodziewać,   skoro 

zamknęliście drzwi i pani Dudley nie mogła...

Doktor podniósł głos.
– Trudno mi wręcz wyrazić, jak mi przykro. Jeśli mógłbym coś zrobić, aby...
Eleanor roześmiała się.
– Ależ ja nie mogę stąd wyjechać – powiedziała, zastanawiając się, skąd znaleźć słowa, aby 

im to wyjaśnić.

– Byłaś już tu o wiele za długo – stwierdził doktor.
Theodora popatrzyła na nią.
– Twoje rzeczy nie są mi już potrzebne – tłumaczyła cierpli wie. – Czyż nie słyszałaś, co 

powiedziała pani Montague? Nie potrzebuję już twoich rzeczy.  A nawet gdyby mi one były 
potrzebne, to i tak bym już ich nie nosiła. Nell, musisz stąd wyjechać.

– Ależ ja nie mogę stąd wyjechać – powtórzyła Eleanor, śmiejąc się, gdyż było to tak trudne 

do wyjaśnienia.

– Proszę pani – odezwał się trzeźwo Luke – obawiam się, że nie jest tu już pani mile 

widzianym gościem.

– Być może Arthur powinien odwieźć ją do miasta. Mógłby dopilnować, żeby dotarła tam 

bezpiecznie.

–   Ale   gdzie?   –   Eleanor   pokręciła   głową,   czując   na   twarzy   swe   piękne   włosy.   –   Gdzie 

miałabym dotrzeć? – spytała radośnie.

– Jak to gdzie? Do domu – odpowiedział doktor, a Theodora dodała: – Nell, do tego twojego 

ślicznego, małego mieszkanka, tam, gdzie masz wszystkie swoje rzeczy.

– Ja nie mam żadnego mieszkania – powiedziała Theodorze ze śmiechem. – Ja to wszystko 

wymyśliłam.  Sypiam teraz u mojej siostry,  na rozkładanym  łóżku w pokoju dziecięcym.  Nie 
mam   żadnego   domu,   żadnego   mieszkania.   Nie   mogę   wrócić   do   siostry,   bo   jej   ukradłam 
samochód.   –   Roześmiała   się,   słysząc   własne   słowa,   tak   niewspółmierne   w stosunku   do 
rzeczywistości,   tak   niewypowiedzianie   smutne.   –   Nie   mam   żadnego   domu   –   powtórzyła 
i spojrzała na nich pełna nadziei. – Nie mam niczego. Wszystko, co na tym świecie posiadam, 
znajduje się w tym kartonowym pudełku na tylnym siedzeniu mojego samochodu. To wszystko, 
co   mam   –   parę   książek   i rzeczy   z czasów,   gdy   byłam   małą   dziewczynką.   I zegarek,   który 
podarowała mi matka. Widzicie więc, że nie macie mnie dokąd wysłać.

„Mogłabym   oczywiście   jechać   przed   siebie”   –   chciała   im   powiedzieć,   widząc   ich 

background image

przerażone, osłupiałe twarze. „Mogłabym jechać dalej i zostawić wszystkie rzeczy Theodorze. 
Mogłabym się tak tułać po świecie i wędrować bezdomna, lecz i tak zawsze wracałabym tutaj. 
Łatwiej  będzie, jeśli od razu pozwolicie mi tu pozostać. Rozsądniej – chciała  powiedzieć  – 
szczęśliwiej”.

– Chcę tu zostać – powiedziała im.
– Rozmawiałam już z jej siostrą – zakomunikowała autorytatywnie pani Montague. – Muszę 

przyznać, że najpierw spytała o samochód. Wulgarna osoba. Powiedziałam jej, że nie musi się 
o nic bać. John, nie miałeś racji, pozwalając jej ukraść samochód, żeby tu przyjechała.

– Ależ moja droga – zaczął doktor Montague i przerwał, bezradnie rozkładając ręce.
– W każdym razie czekają tam na nią. Jej siostra zirytowała się na mnie, bo właśnie dzisiaj 

planowali   wyjechać   na   wakacje.   Zupełnie   nie   rozumiem,   dlaczego   miałaby   się   na   mnie 
zdenerwować... – Pani Montague rzuciła Eleanor groźne spojrzenie i oświadczyła: – W każdym 
razie ja uważam, że ktoś powinien oddać ją bezpiecznie w ich ręce.

Doktor pokręcił przecząco głową.
– To byłby błąd – powiedział powoli. – To byłby poważny błąd, gdybyśmy wysłali z nią 

kogoś spośród nas. Ona musi jak najszybciej zapomnieć o tym domu. Nie możemy przedłużać 
żadnych skojarzeń. Jak tylko stąd wyjedzie, będzie znowu sobą. Czy jesteś pewna, że trafisz do 
domu? – spytał, na co Eleanor tylko się roześmiała.

– Pójdę ją spakować – powiedziała Theodora. – Luke, sprawdź jej samochód i podjedź nim 

tutaj. Ona ma tylko jedną walizkę.

–  Zamurowana   żywcem!   –   Eleanor   znowu   zaczęła   się   śmiać   w ich   kamienne   twarze.   – 

Zamurowana żywcem! Ja chcę tu zostać!

3

Ustawili się w zwartym szeregu wzdłuż schodów przed Domem na Wzgórzu, zabezpieczając 

drzwi. Ponad ich głowami  widziała  spoglądające na nią okna, a z boku wyczekiwała  pewna 
siebie wieża. Pewno rozpłakałaby się, gdyby umiała im wytłumaczyć dlaczego, zamiast tego 
uśmiechnęła się krzywo w stronę domu, wpatrzona w okno własnej sypialni, na rozbawioną, 
pewną siebie twarz domu, obserwującego ją cicho.

„Ten dom teraz czeka” – pomyślała. „I czeka właśnie na mnie; nikt inny by go już nie 

zadowolił”.

– Ależ ten dom chce, żebym tu została – powiedziała doktorowi, a on popatrzył na nią. Stał 

bardzo sztywny, z wielką godnością, jak gdyby oczekiwał, że wybierze jego zamiast domu. Tak 
jakby myślał, że skoro ją tu przywiódł, to także miał prawo ją stąd odesłać. Stał odwrócony 
plecami do domu, a ona patrząc mu prosto w oczy, powiedziała: – Przykro mi. Naprawdę bardzo 

background image

mi przykro.

– Pojedziesz do Hillsdale – zakomunikował spokojnie. Być może bał się powiedzieć za 

dużo, być może myślał, że dobre czy współczujące słowo może zemścić się na nim i przywieść 
ją   z powrotem.   Słońce   oświecało   wzgórza,   dom   i ogród,   trawnik   i drzewa   nad   strumykiem. 
Eleanor   zaczerpnęła   głęboko   powietrza   i odwróciła   się,   widząc   to   wszystko.   –   W Hillsdale 
skręcisz   na   trasę   numer   pięć   w kierunku   wschodnim.   W Ashton   natrafisz   na   trasę   numer 
trzydzieści dziewięć, która powinna zaprowadzić cię do domu. Dla twego własnego dobra – 
dodał z usilną prośbą w głosie. – To dla twego własnego bezpieczeństwa, moja droga, uwierz mi. 
Gdybym mógł to przewidzieć...

– Naprawdę, bardzo mi przykro – powiedziała.
– Nie możemy ryzykować, wiesz o tym. Nie możemy podejmować żadnego ryzyka. Dopiero 

teraz   zaczynam   rozumieć,   na   co   was   wszystkich   naraziłem.   Teraz...   –   westchnął   i pokręcił 
głową. – Będziesz pamiętała? Najpierw Hillsdale, a potem trasa numer pięć.

– Słuchajcie! – Eleanor umilkła na chwilę, pragnąc im wszystko wyjaśnić. – Ja wcale się nic 

bałam – wyznała w końcu. – Naprawdę się nie bałam. Czuję się już dobrze. Byłam tu szczęśliwa. 
– Popatrzyła z przejęciem na doktora i powtórzyła: – Byłam tu szczęśliwa. Doprawdy nie wiem, 
co mam wam powiedzieć. – Bała się, że się rozpłacze. – Nie chcę stąd wyjeżdżać.

–   Może   tu   jeszcze   kiedyś   wrócisz   –   powiedział   poważnie   doktor.   –   Czy   ty   tego   nie 

rozumiesz, że nie możemy ryzykować?

Eleanor zachwiała się.
– Jest ktoś, kto się za mnie modli – odezwała się ni stąd, ni zowąd. – Pewna pani, którą 

spotkałam dawno temu.

Głos doktora brzmiał co prawda łagodnie, lecz on sam tupał niecierpliwie nogą.
– Wkrótce o wszystkim zapomnisz. Musisz zapomnieć o Domu na Wzgórzu. To był błąd, że 

cię tu przywiozłem.

– Jak długo byliśmy tutaj? – spytała nagle Eleanor.
– Niewiele ponad tydzień. Dlaczego pytasz?
– To był jedyny okres, kiedy w moim życiu coś się działo. Podobało mi się to.
– Właśnie dlatego musisz stąd szybko wyjechać.
Eleanor zamknęła oczy i westchnęła. Czuła wszystkimi zmysłami cały dom – jego zapach 

i odgłosy. Kwitnący krzew po drugiej stronie, za kuchnią, wydzielał intensywny zapach, a woda 
w strumyku   pomykała,   skrząc   się   na   kamykach.   Daleko   na   górze,   być   może   w pokoju 
dziecięcym, mały podmuch wiatru zebrał się w sobie i zawirował, unosząc ze sobą pyłki kurzu. 
W bibliotece   huśtały   się   żelazne,   kręte   schody,   a w marmurowych   oczach   Hugh   Craina 
połyskiwało światło. Niczym nie skalana żółta bluzka Theodory wisiała porządnie w szafie na 
wieszaku, a pani Dudley zastawiała w jadalni stół dla pięciu osób na obiad. Dom na Wzgórzu 

background image

czekał i patrzył – cierpliwie i arogancko.

– Nie wyjadę stąd! – krzyknęła Eleanor w stronę okien.
– Wyjedziesz, i to zaraz – odpowiedział doktor, tracąc w końcu cierpliwość.
Eleanor roześmiała się i odwróciła, wyciągając rękę.
– Luke! – odezwała się, a on zbliżył się do niej w milczeniu. – Dziękuję ci za to, że wczoraj 

w nocy sprowadziłeś mnie na dół. Teraz rozumiem, że źle zrobiłam, a ty byłeś bardzo odważny.

– Masz rację – odpowiedział Luke. – Był to akt odwagi przerastający wszelkie inne w moim 

życiu. Cieszę się, że już odjeżdżasz, Nell, bo z całą pewnością więcej już bym się na to nie 
odważył.

– Wydaje mi się – odezwała się pani Montague – że skoro masz wyjechać, to lepiej będzie, 

jak juz nie będziesz z tym zwlekać. Nie mam nic przeciwko pożegnaniu cię, choć osobiście 
uważam,  że  przesadzacie  z tą waszą opinią  na  temat  tego  miejsca.  Myślę  jednak, że mamy 
ważniejsze rzeczy do roboty niż sprzeczanie się, tym bardziej że i tak wiemy, że musisz stąd 
wyjechać.  Powrót do miasta  zajmie  ci sporo czasu, a twoja siostra czeka  żeby wyjechać  na 
wakacje.

Arthur skinął głową.
– Płaczliwe pożegnania... Ja osobiście tego nie uznaję powiedział.
Daleko, w małym buduarze, popiół osunął się miękko w kominku.
– John! – zaczęła pani Montague. – Może jednak byłoby lepiej, gdyby Arthur...
– Wykluczone – odpowiedział doktor stanowczo. – Eleanor musi wrócić do domu tak samo, 

jak tu przyjechała.

– A komu mam podziękować za tak miło spędzony czas? – spytała Eleanor.
Doktor wziął ją pod rękę i wraz z Lukiem po drugiej stronie zaprowadzili ją do samochodu 

i otworzyli przed nią drzwiczki. Kartonowe pudełko stało nadal na tylnym siedzeniu, walizka 
leżała na podłodze, a płaszcz i notatnik na przednim siedzeniu. Luke nie zgasił silnika.

– Doktorze! – krzyknęła Eleonor, chwytając go gorączkowo. – Doktorze!
– Przykro mi, do widzenia!
– Jedź ostrożnie! – powiedział uprzejmie Luke.
– Nie może mnie pan zmusić do wyjazdu – krzyknęła dziko. – To w końcu pan mnie tu 

przywiódł.

–   A teraz   wysyłam   cię   z powrotem   –   odpowiedział   doktor.   –   Nie   zapomnimy   o tobie, 

Eleanor. Teraz jednak najważniejsze, abyś zapomniała o Domu na Wzgórzu i o nas wszystkich. 
Do widzenia!

– Do widzenia! – odezwała się ze schodów pani Montague stanowczo, a Arthur dodał:
– Do widzenia, szczęśliwej podróży!
Eleanor zatrzymała się z ręką na drzwiczkach samochodu.

background image

– Theo? – powiedziała pytająco, a Theodora zbiegła do niej ze schodów.
– Już myślałam, że się ze mną nie pożegnasz. Och, Nellie, moja mała Nell! Bądź szczęśliwa, 

proszę cię! Bądź szczęśliwa! Nie zapomnij o mnie tak zupełnie. Pewnego dnia wszystko znowu 
będzie dobrze i będziesz do mnie pisać listy, a ja ci na nie odpowiem. Będziemy się nawzajem 
odwiedzać i wspominać te wszystkie szaleństwa, które wyczyniałyśmy i widziałyśmy w Domu 
na Wzgórzu. Och, Nellie, już myślałam, że się ze mną nie pożegnasz!

– Do widzenia! – powiedziała jej Eleanor.
–   Nellie   –   odezwała   się   nieśmiało   Theodora   i wyciągnęła   rękę,   aby   dotknąć   policzka 

Eleanory. – Posłuchaj, może kiedyś znowu się tu zobaczymy. I zorganizujemy sobie ten nasz 
piknik. W końcu zapomniałyśmy o tym pikniku – powiedziała doktorowi, a on pokręcił głową, 
patrząc na Eleanor.

– Do widzenia!  –  zawołała  Eleanor  w stronę  pani  Montague.  –  Do  widzenia,  Arthurze, 

doktorze. Do widzenia! Do widzenia!

– Nell! – wykrzyknęła Theodora. – Proszę cię, bądź ostrożna.
– Do widzenia! – zawołała Eleanor i wsunęła się do samochodu. Wydawał się jej jakiś obcy 

i dziwny.

„Przyzwyczaiłam   się   już   widocznie   do   wygody   Domu   na   Wzgórzu”   –   pomyślała 

i przypomniała sobie, ażeby pomachać im ręką z samochodu.

– Do widzenia! – zawołała raz jeszcze, zastanawiając się, czy zostały jej jeszcze jakieś słowa 

do powiedzenia. – Do widzenia! Do widzenia!

Niezdarnie, trzęsącymi się rękami zwolniła hamulec i samochód ruszył powoli z miejsca.
Pomachali jej posłusznie na pożegnanie i stali nieruchomo, patrząc, jak odjeżdżała.
„Będą patrzyli tak długo, jak się tylko da. To w końcu ładnie z ich strony patrzeć, jak się 

oddalam, dopóki nie zniknę im z oczu za zakrętem. A zatem odjeżdżam. Podróże kończą się 
spotkaniem kochanków. Tylko że ja stąd nie wyjadę!” – pomyślała i roześmiała się głośno do 
siebie. „Dom na Wzgórzu nie jest taki prosty, jak im się wydaje. Nie mogą mnie zmusić do tego, 
żebym wyjechała. Zwłaszcza jeśli Dom na Wzgórzu chce, abym tu została”.

– Odejdź stąd, Eleanor! – śpiewała głośno. – Odejdź! Nie chcemy cię tutaj w naszym Domu 

na Wzgórzu. Odejdź stąd, uciekaj, nie możesz tu dłużej zostać! A właśnie, że mogę – śpiewała. – 
A właśnie, że mogę! To nie oni tu rządzą. Nie zdołają mnie  stąd wyrzucić,  zamknąć mnie, 
wyśmiewać się ze mnie czy tez się przede mną chować. Nie odjadę stąd – a Dom na Wzgórzu 
należy do mnie!

I ruchem, który uznała za wyjątkowy przejaw sprytu  ze swojej strony,  mocno nacisnęła 

stopą na pedał gazu.

„Tym razem nie będą w stanie mnie dogonić!” – pomyślała. „Do tej pory musieli już to 

chyba zrozumieć. Ciekawa jestem, kto z nich zorientuje się pierwszy. Z całą pewnością będzie to 

background image

Luke.  Słyszę  ich,  jak wołają” – myślała.  „I te drobne  kroczki przebiegające  przez  Dom  na 
Wzgórzu,   i cichy   odgłos   napierających   pagórków.   Ja   to   naprawdę   robię...”   –   pomyślała, 
skręcając   kierownicę   prosto   na   wielkie   drzewo   stojące   przy   zakręcie   podjazdu.   „Ja   to 
rzeczywiście robię, ja sama...”

I w tej nieskończonej, druzgocącej sekundzie, zanim samochód roztrzaskał się na drzewie, 

pomyślała wyraźnie: „Dlaczego właściwie to zrobiłam? Dlaczego nikt mnie nie zatrzymał?”

4

Pani Sanderson odetchnęła  z ulgą, dowiedziawszy się, że doktor Montague i jego goście 

opuścili Dom na Wzgórzu. Wyrzuciłaby ich stamtąd, jak powiedziała rodzinnemu adwokatowi, 
gdyby doktor Montague miał tam jeszcze ochotę dłużej zostać. Przyjaciel Theodory, ułagodzony 
i skruszony,   nie   posiadał   się   z radości   z powodu   jej   wcześniejszego   powrotu.   Luke   zaraz 
wyjechał do Paryża, gdzie – jak łudziła się jego ciotka – miał pozostać przez dłuższy czas. 
Doktor Montague wycofał się z aktywnej pracy naukowej po chłodnym, nieomal pogardliwym 
przyjęciu, z jakim spotkał się jego pierwszy, wstępny artykuł, analizujący zjawiska psychiczne 
w Domu na Wzgórzu. A sam Dom na Wzgórzu, choć nienormalny, opierał się samotnie o swoje 
pagórki i tulił ciemność w swym wnętrzu. Stał tak już przez osiemdziesiąt lat i zapewne stać tak 
będzie przez następne osiem dziesięcioleci. W środku ściany wznosiły się pionowo do góry, 
cegły przylegały równo jedna do drugiej, zdawało się, że podłogi są w dobrym stanie, a drzwi – 
dobrze zamknięte. Pomiędzy drewnem a kamieniami Domu na Wzgórzu zalegała głucha cisza, 
a to, co po nim chodziło, chodziło samotnie.


Document Outline