background image
background image

 

A  ja  wam  powiadam,  że  każdy,  kto  patrzy  na  niewiastę  i  pożąda  jej, 

popełnił już w sercu swym cudzołóstwo. 

Jeżeli więc prawe oko twoje staje ci się powodem do upadku, wyłup je a 

odrzuć  od  siebie.  Bo  lepiej  dla  ciebie,  jeżeli  stracisz  jeden  ze  swych 

członków, niż żeby całe ciało twoje miało być wrzucone do piekła. 

I  jeżeli  twa  prawa  ręka  stanie  ci  się  powodem  upadku,  odetnij  ją  i 

odrzuć  od  siebie.  Bo  lepiej  dla  ciebie,  jeżeli  stracisz  jeden  ze  swych 

członków, niż żeby całe ciało twoje miało pójść do piekła. 

Mateusz V, 28, 29, 30 

 

Eugeniusza Irtieniewa czekała świetna kariera. Miał ku temu wszystkie dane: 

doskonałe  wychowanie  domowe,  świetnie  ukończony  wydział  prawny  uniwersytetu 

petersburskiego,  przez  niedawno  zmarłego  ojca  stosunki  w  najwyższych  sferach,  a 

nawet  rozpoczętą  pracę  w  ministerstwie  dzięki  poparciu  ministra.  Miał  też  nawet 

sporą fortunę, choć niezbyt pewną. Ojciec mieszkał za granicą i w Petersburgu, dawał 

po sześć tysięcy rocznie synom — Eugeniuszowi i starszemu, Andrzejowi, który służył 

w wojsku w charakterze kawalergarda — a sam wydawał z matką bardzo dużo. Tylko 

latem  przyjeżdżał  na  dwa  miesiące  na  wieś,  ale  nie  zajmował  się  gospodarstwem, 

pozostawiając  wszystko  żarłocznemu  administratorowi,  który  cieszył  się  jego 

całkowitym zaufaniem, chociaż też się nie zajmował gospodarstwem. 

Po śmierci ojca, kiedy bracia zaczęli przeprowadzać podział majątku, ujawniło 

się  tyle  długów,  że  aż  ich  radca  prawny  proponował  nawet,  by  zatrzymując  sobie 

majątek babki, szacowany na sto tysięcy, zrzec się spadku. Ale sąsiad ziemianin, który 

miał jakieś sprawy ze starym Irtieniewem, to jest miał wystawiony przez niego weksel 

i  przyjeżdżał  w  tej  sprawie  do  Petersburga,  mówił,  że  mimo  długów  sprawy  można 

uporządkować  i  utrzymać  jeszcze  dużą  fortunę.  Wystarczy  tylko  sprzedać  las, 

pojedyncze kawałki ugorów i zachować główne źródło dochodów — Siemionowskie z 

czterema  tysiącami  dziesięcin  czarnoziemu,  cukrownią  i  dwustu  dziesięcinami  łąk  i 

pastwisk. Można wyjść na swoje, trzeba tylko poświęcić się tej sprawie i osiadłszy na 

wsi gospodarować rozumnie i oszczędnie. 

background image

No  i  Eugeniusz  pojechał  na  wiosnę  (ojciec  umarł  w  poście)  do  swoich  dóbr  i 

obejrzawszy wszystko postanowił podać się do dymisji, zamieszkać z matką na wsi i 

zająć się gospodarstwem, aby zachować główny majątek. Z bratem, z którym nie był w 

zbyt  zażyłych  stosunkach,  ułożył  się  tak:  zobowiązał  się  płacić  mu  rocznie  cztery 

tysiące lub jednorazowo osiemdziesiąt tysięcy, w zamian za co brat zrzekał się swojej 

części spadku. 

Tak  też  uczynił  i  zamieszkawszy  z  matką  we  dworze,  z  zapałem,  a  zarazem 

ostrożnie zabrał się do gospodarki. 

Panuje  opinia,  że  konserwatystami  są  zwykle  starcy,  a  nowatorami  młodzi 

ludzie.  Nie  jest  to  całkiem  słuszne.  Najczęściej  spotykani  konserwatyści  to  młodzi 

ludzie. Młodzi ludzie, którzy chcą żyć, ale którzy nie myślą i nie mają czasu pomyśleć 

o tym, jak żyć należy, i dlatego obierają sobie za wzór życie dawniejsze. 

Tak było i z Eugeniuszem. Gdy osiadł na wsi, jego marzeniem i ideałem stało 

się wskrzeszenie form życia przyjętych nie za ojca — ojciec był złym gospodarzem — 

lecz  za  dziadka.  Więc  teraz  i  w  domu,  w  sadzie,  i  w  ogrodzie,  i  w  gospodarstwie, 

wprowadzając  oczywiście  zmiany  właściwe  epoce,  starał  .się  wskrzesić  ogólny  styl 

życia dziadka: wszystko na pańskiej stopie, ogólne zadowolenie, ład i dobrobyt. Taka 

organizacja  życia  wymagała  moc  pracy:  trzeba  było  zaspokajać  żądania  wierzycieli  i 

banków, a w tym celu sprzedawać grunta i prolongować terminy płatności, trzeba też 

było  zdobywać  pieniądze  na  prowadzenie  —  tu  swoimi  ludźmi,  tam  najętymi  — 

ogromnego  gospodarstwa  w  Siemionowskiem  z  czterema  tysiącami  dziesięcin  ornej 

ziemi  i  z  cukrownią;  trzeba  było  i  w  domu,  i  w  ogrodzie  i  wszędzie  postępować  tak, 

żeby nic nie sprawiało wrażenia zaniedbania i upadku. 

Roboty było dużo, ale Eugeniusz miał też  dużo sił — fizycznych  i duchowych. 

Miał dwadzieścia sześć lat, był średniego wzrostu, mocno zbudowany, z rozwiniętymi 

przez  gimnastykę  muskularni,  krewki,  o  silnych  rumieńcach,  błyszczących  zębach  i 

wargach  i  niezbyt  gęstych,  miękkich  wijących  się  włosach.  Jedynym  jego  brakiem 

fizycznym był krótki wzrok; sam go w sobie rozwinął przez używanie szkieł i teraz już 

nie  mógł  się  obyć  bez  binokli,  które  odcisnęły  mu  kreski  u  nasady  nosa.  Taki  był 

fizycznie; duchowe zaś jego oblicze było tego rodzaju, że im lepiej  go ktoś znał, tym 

bardziej  lubił.  Matka  zawsze  go  wolała  od  wszystkich,  a  teraz,  po  śmierci  męża, 

skupiła na nim nie tylko całą swoją czułość, lecz i całe swe życie. Ale nie tylko matka 

go  kochała.  Koledzy  w  gimnazjum  i  uniwersytecie  przepadali  za  nim,  a  ponadto 

background image

szanowali go. Tak samo oddziaływał zawsze na wszystkich obcych. Nie można było nie 

wierzyć temu, co mówił, nie można było posądzać o fałsz czy obłudę człowieka o tak 

szczerej, uczciwej twarzy, a przede wszystkim oczach. 

W  ogóle  cała  jego  osobowość  bardzo  mu  pomagała  w  interesach.  Wierzyciel, 

który  by  innemu  odmówił,  jemu  wierzył.  Rządca,  sołtys,  chłop,  który  komu  innemu 

zrobiłby  świństwo,  oszukał  —  zapominał  o  oszukiwaniu  pod  miłym  wrażeniem 

obcowania z dobrym, bezpośrednim, a przede wszystkim szczerym człowiekiem. 

Pod  koniec  maja  Eugeniusz  jako  tako  załatwił  w  mieście  sprawę  zwolnienia 

ugoru od zastawu, żeby go sprzedać kupcowi, i od tegoż kupca pożyczył pieniądze na 

skompletowanie inwentarza, to jest koni, wołów i furmanek, a przede wszystkim na 

rozpoczęcie  niezbędnej  budowy  folwarku.  Sprawa  ruszyła  z  miejsca.  Zwożono 

budulec,  cieśle  już  pracowali  i  nawóz  wożono  na  osiemdziesięciu  furmankach,  ale 

wszystko wciąż jeszcze wisiało na włosku. 

 

II 

Wśród  tych  kłopotów  zdarzyło  się  coś,  co  choć  nie  było  zbyt  ważne,  lecz  w 

owym  czasie  nieco  trapiło  Eugeniusza.  Spędzał  swoją  młodość  tak,  jak  spędzają 

wszyscy młodzi, zdrowi i nieżonaci ludzie, to jest miewał stosunki z różnego rodzaju 

kobietami. Nie był rozpustnikiem, ale też nie był, jak sam o sobie mówił, mnichem. A 

używał tego tylko o tyle, o ile to było, jak mówił, konieczne dla zdrowia fizycznego i 

zachowania  swobody  umysłu.  Zaczęło  się  to,  kiedy  miał  lat  szesnaście.  I  dotychczas 

szło  pomyślnie.  Pomyślnie  w  tym  sensie,  że  się  nie  oddawał  rozpuście,  nie  zakochał 

się ani razu i ani razu nie był chory. Miał w Petersburgu z początku szwaczkę, która 

się potem zepsuła, więc urządził się inaczej. I ta strona życia była tak zabezpieczona, 

że nie sprawiała mu kłopotu. 

Ale oto mieszkał już drugi miesiąc na wsi i naprawdę nie wiedział, co ma robić. 

Przymusowa  wstrzemięźliwość  zaczynała  źle  działać  na  niego.  Czyżby  trzeba  było 

jechać po to do miasta? I dokąd? 

I  jak?  Tylko  to  jedno  niepokoiło  Eugeniusza  Irtieniewa,  a  ponieważ  był 

przekonany,  że  jest  mu  to  koniecznie  potrzebne,  więc  rzeczywiście  stawało  się 

potrzebne  i  czuł,  że  nie  jest  swobodny,  że  mimo  woli  ściga  wzrokiem  każdą  młodą 

kobietę. 

background image

Uważał,  że  byłoby  niedobrze  u  siebie  na  wsi  nawiązać  stosunek  z  kobietą  lub 

dziewczyną. Wiedział ze słyszenia, że jego ojciec i dziadek pod tym względem zupełnie 

różnili  się  od  innych  ówczesnych  ziemian  i  nigdy  u  siebie  nie  wdawali  się  w 

konszachty z chłopkami pańszczyźnianymi, a więc postanowił, że tego nie zrobi. Ale 

potem, czując się coraz bardziej skrępowany i wyobrażając sobie ze zgrozą, co może 

mu  się  przytrafić  w  miasteczku,  w  dodatku  przypomniawszy  sobie,  że  teraz  nie  ma 

poddaństwa, doszedł do wniosku, że można i tutaj. Byleby tak to zrobić, żeby nikt nie 

wiedział,  i  nie  dla  rozpusty,  lecz  wyłącznie  dla  zdrowia,  mówił  sobie.  A  gdy  tak 

zadecydował,  ogarnął  go  jeszcze  większy  niepokój.  Rozmawiając  z  sołtysem,  z 

chłopami,  ze  stolarzem  mimo  woli  zaczynał  mówić  o  kobietach,  a  kiedy  rozmowa 

zeszła już na ten temat, przeciągał ją. Kobietom zaś przyglądał się coraz bardziej. 

 

III 

Ale co innego było zdecydować się na coś w duchu, co innego wykonać zamiar. 

Samemu  podejść  dc  kobiety  niepodobna.  Do  której? Gdzie?  Trzeba  przez  kogoś,  ale 

do kogo się zwrócić? 

Zdarzyło  mu  się  pewnego  razu  wstąpić  do  gajówki,  żeby  się  napić  wody. 

Gajowym  był  dawny  strzelec  ojca.  Eugeniusz  rozgadał  się  z  nim  i  gajowy  zaczął 

opowiadać  stare  historie  o  hulankach  w  czasie  polowań.  Eugeniuszowi  wpadło  na 

myśl, że dobrze by było to urządzić tu, w gajówce lub w lesie. Nie wiedział tylko, jak i 

czy stary Daniło podejmie się tego. „Może zgorszy się taką propozycją i poniżę się w 

jego oczach, a może po prostu się zgodzi". Tak myślał słuchając opowiadań Daniły. A 

ten  opowiadał,  jak  kiedyś  na  polowaniu  zatrzymali  się  u  organiściny  i  jak 

przyprowadził Prianicznikowowi kobietę. 

„Można" — pomyślał Eugeniusz. 

— Starszy pan, świeć mu Panie, tymi głupstwami się nie zajmował. 

„Nie można" — pomyślał Eugeniusz, ale żeby to zbadać dokładnie, powiedział: 

— Jakżeś mógł się parać takimi brzydkimi rzeczami? 

— A cóż w tym złego? I ona rada, i mój Fiodor Zacharycz był taki zadowolony! 

A jażem rubla zarobił. Bo jak miał sobie poradzić? Toć chłop nie z drewna, krew nie 

woda, a i wódkę też pewnie pije. 

,,Tak, można powiedzieć" — pomyślał Eugeniusz i od razu przystąpił do rzeczy. 

background image

— A wiesz — poczuł, że się rumieni po czubki włosów  — wiesz, Daniło, ja też 

okropnie sie meczę. 

Daniło uśmiechnął się. 

— Przecież nie jestem żaden mnich, przyzwyczaiłem się do tego. 

Czuł, że wszystko, co mówi, jest głupie, ale cieszył się, że Daniło potakuje. 

— Czemuż pan nic nie mówił, to się przecież da zrobić — powiedział. — Niech 

pan tylko powie która. 

— Ach, doprawdy, wszystko mi jedno. No rozumie się,  żeby była nieszpetna i 

zdrowa. 

— Rozumiem! — uciął Daniło. Zastanowił się. — Aha, jest dobry kąsek. Uważa 

pan, wydali ją na jesieni — zaczął szeptać — a on nic nie może zrobić. Toż to gratka 

dla amatora. 

Eugeniusz aż się skrzywił z niesmaku. 

—  Nie,  nie  —  zaczął  szybko.  —  Mnie  wcale  nie  tego  potrzeba.  Przeciwnie  (co 

miało  znaczyć  to  „przeciwnie",  sam  nie  wiedział),  przeciwnie,  chcę  tylko,  żeby  była 

zdrowa i żeby jak najmniej kłopotów — żołnierka czy coś w tym ro... 

— Wiem, wiem. Znaczy się, Stiepanidę trzeba dać panu. Mąż w mieście, to tak 

sama  jak  żołnierka.  A  babinka  i  owszem,  czyściutka.  Będzie  pan  zadowolony.  Ja  jej 

latoś mówię: „Pójdź no" a ona... 

— No więc kiedy? 

— A choćby jutro. Pójdę po tytoń i zajdę do niej, a pan niech przyjdzie w obiad 

tutaj za warzywnik do łaźni. Nie ma nikogo. W obiad ludzie śpią. 

— No dobrze. 

W  czasie  jazdy  do  domu  Eugeniusza  ogarnął  .straszny  niepokój.  „Co  z  tego 

będzie? Co to jest chłopka? A nuż coś szkaradnego, okropnego? Nie, one są ładne — 

mówił sobie, wspominając te, od których oczu nie mógł oderwać. — Ale co ja powiem, 

co zrobię?" 

Przez  cały  dzień  był  jakiś  nieswój,  a  nazajutrz  w  samo  południe  poszedł  do 

gajówki. Daniło stał we drzwiach i w milczeniu znacząco skinął głową w stronę lasu. 

Krew  nabiegła  Eugeniuszowi  do  serca,  poczuł  je  i  poszedł  do  warzywnika.  Nikogo. 

Podszedł  do  łaźni  —  nikogo,  zajrzał  tam,  wyszedł  i  nagle  usłyszał  trzask  złamanej 

gałęzi. Obejrzał się: stała w gęstwinie za jarem. Popędził tam przez jar. W jarze była 

background image

pokrzywa,  której  nie  zauważył.  Poparzył  się  i  zgubiwszy  binokle  wbiegł  na 

przeciwległy  stok.  Stała  w  białej  haftowanej  zapasce,  w  buroczerwonej  spódnicy,  w 

jaskrawej  czerwonej  chustce  na  głowie,  bosa,  krzepka,  jędrna,  ładna,  nieśmiało  się 

uśmiechając. 

—  Tu  naokoło  jest  ścieżka,  mogliście  obejść,  panie  —  powiedziała.  —  A  ja  tu 

dawno czekam. Tyli czas. 

Podszedł do niej i rozglądając się dotknął jej. 

Po  kwadransie  rozstali  się.  Znalazł  binokle,  wstąpił  do  Daniły  i  zamiast 

odpowiedzi na jego pytanie: „Czy pan dziedzic zadowolony?" — dał mu rubla i poszedł 

do domu. 

Był  zadowolony.  Wstydził  się  tylko  z  początku,  potem  to  minęło,  i  wszystko 

było w porządku. Przede wszystkim dlatego, że teraz czuł się lekki, spokojny, rześki. 

Nawet  się  jej  dobrze  nie  przyjrzał.  Pamiętał,  że  jest  schludna,  jędrna,  niebrzydka  i 

naturalna, bez grymasów. „Czyjaż ona może być? — zastanawiał się. — Piecznikowa, 

powiadał? Któraż to Piecznikowa? Siedzą przecież na dwóch zagrodach. Musi to być 

synowa starego Michała. Tak, pewnie jego. Przecież to jego syn mieszka w Moskwie, 

zapytam kiedyś Daniły". 

Odtąd  znikła  ta  ważna,  dawniej  przykra  strona  życia  na  wsi  —  przymusowa 

wstrzemięźliwość. Nic już nie zakłócało swobody myśli Eugeniusza i mógł spokojnie 

zajmować się swymi sprawami. 

A  sprawy,  do  których  się  zabrał  Eugeniusz,  były  wcale  niełatwe:  czasami 

wydawało  się,  że  nie  da  rady,  że  skończy  się  na  tym,  że  jednak  będzie  zmuszony 

sprzedać majątek, wszystkie jego wysiłki pójdą na marne, a przede wszystkim okaże 

się, że nie wytrzymał, nie potrafił doprowadzić do końca tego, czego się podjął. I to go 

najbardziej  niepokoiło.  Nim  zdążył  załatać  jedną  dziurę,  ukazywała  się  nowa, 

niespodziewana. 

Przez  cały  czas  wychodziły  na  jaw  coraz  to  nowe,  nie  znane  przedtem  długi 

ojca. Widać było, że ojciec w ostatnim okresie brał gdzie się dało. W czasie podziału 

schedy, w maju, Eugeniusz myślał, że wie nareszcie o wszystkim. Aż tu nagle w środku 

lata  otrzymał  list,  z  którego  wynikało,  że  jest  jeszcze  dług  zaciągnięty  u  wdowy 

Jesipowej  na  sumę  dwunastu  tysięcy  rubli.  Weksla  nie  było,  było  tylko  zwykłe 

pokwitowanie,  które  można  było,  zdaniem  radcy  prawnego,  zakwestionować.  Ale 

Eugeniuszowi  nawet  nie  przyszło  na  myśl,  żeby  odmówić  zapłacenia  rzeczywistego 

background image

długu  ojca  tylko  dlatego,  że  można  zakwestionować  dokument.  Musiał  się  tylko 

upewnić, czy ten dług istnieje rzeczywiście. 

—  Mamo,  kto  to  jest  Kaleria  Władimirowna  Jesipowa?  —  zapytał,  kiedy  jak 

zwykle spotkali się przy śniadaniu. 

— Jesipowa? To przecież wychowanica dziadka. Bo co? 

Eugeniusz  opowiedział  matce  o  liście.  —  Dziwię  się  bardzo,  powinna  się 

wstydzić. Twój papa tyle jej dawał pieniędzy. 

— Ale Czy jesteśmy jej dłużni? 

—  Jak  by  ci  to  powiedzieć...  Długu  nie  ma,  papa  w  swej  nieskończonej 

dobroci... 

— Tak, ale papa to uważał za dług? 

— Nie potrafię ci tego powiedzieć. Nie wiem. Wiem, że ci i tak ciężko. 

Eugeniusz widział, że Maria Pawłowna sama nie wie, co powiedzieć, i jakby go 

wypróbowuje. 

— Widzę z tego, że trzeba płacić — rzekł syn. — Pojadę jutro do niej i pomówię, 

czy nie można by sprolongować. 

— Ach, jak mi ciebie żal. Ale wiesz co, tak będzie najlepiej. Powiedz jej, że musi 

poczekać — mówiła pani Maria, widocznie uspokojona i dumna z decyzji syna. 

Sytuacja  Eugeniusza  była  szczególnie  trudna  także  dlatego,  że  mieszkająca  z 

nim matka wcale jej nie rozumiała. Przez całe życie przywykła do życia na tak pańskiej 

stopie,  że  nawet  nie  mogła  sobie  wyobrazić  sytuacji  syna,  czyli  tego,  że  nie  dziś,  to 

jutro sprawy się mogą tak obrócić, że im nic nie zostanie, a wtedy i syn będzie musiał 

sprzedać  wszystko  i  żyć  utrzymując  matkę  tylko  z  pensji  urzędnika,  która  w  jego 

wypadku  może  mu  zapewnić  najwyżej  dwa  tysiące  rubli  rocznie.  Nie  rozumiała,  że 

jedynym  ratunkiem  jest  chwilowe  ograniczenie  niektórych  wydatków,  i  dlatego  nie 

mogła  zrozumieć,  czemu  syn  tak  się  ogranicza  w  drobiazgach,  w  wydatkach  na 

ogrodników, stangretów, na służbę, a nawet na życie. Poza tym, jak większość wdów, 

żywiła  dla  pamięci  nieboszczyka  pietyzm,  uczucie  wcale  niepodobne  do  tego,  jakie 

miała dla niego za życia, i nie dopuszczała nawet myśli, że to, co zrobił lub wprowadził 

nieboszczyk, może być złe i ma ulec zmianie. 

Eugeniusz  utrzymywał  z  wielkim  wysiłkiem  i  ogród,  i  cieplarnię  z  dwoma 

ogrodnikami, i stajnię z dwoma stangretami. A Maria Pawłowna myślała naiwnie, że 

background image

nie  skarżąc  się  na  jedzenie,  które  gotował  staruszek  kucharz,  ani  na  to,  że  nie 

wszystkie  ścieżki  w  parku  są  wygracowane,  ani  na  to,  że  zamiast  lokajów  jest  tylko 

jeden chłopak, robi wszystko, na co stać matkę poświęcającą się dla syna. Również w 

tym  nowym  długu,  w  którym  Eugeniusz  widział  niemal  cios  dla  wszystkich  swoich 

zamierzeń,  pani  Maria  widziała  tylko  okoliczności  wykazujące  szlachetność  jej  syna. 

Nie martwiła się zbytnio sytuacją materialną syna także i będąc pewna, że Eugeniusz 

zrobi  świetną  partię,  która  wszystko  naprawi.  Partię  faktycznie  mógł  zrobić 

najświetniejszą.  Znała  z  tuzin  rodzin,  które  z  rozkoszą  wydałyby  za  niego  córkę,  i 

pragnęła doprowadzić do tego jak najprędzej. 

 

IV 

Eugeniusz też marzył o ożenku, ale nie w ten sposób co matka: myśl o tym, by 

uczynić  z  ożenku  środek  do  poprawienia  swych  interesów,  budziła  w  nim  odrazę. 

Chciał  się  ożenić  uczciwie,  z  miłości.  Przyglądał  się  pannom,  które  poznawał, 

przymierzał się do nich, ale los jego się nie rozstrzygał. A tymczasem, czego wcale się 

nie spodziewał, jego stosunki ze Stiepanidą trwały, a nawet nabrały charakteru czegoś 

ustalonego.  Eugeniusz  był  tak  daleki  od  rozpusty,  tak  ciążyła  mu  ta  potajemna, 

niedobra  —  tak  to  odczuwał  —  sprawa,  że  wcale  jej  nie  organizował  i  po  pierwszej 

schadzce  miał  nawet  nadzieję,  że  nie  będzie  już  wcale  widywał  Stiepanidy;  lecz 

okazało  się,  że  po  pewnym  czasie  znów  go  ogarnia  niepokój,  który  przypisywał 

właśnie  temu.  A  niepokój  tym  razem  nie  był  już  bezprzedmiotowy:  wyobrażał  sobie 

właśnie  te  czarne  błyszczące  oczy,  ten  niski  ciepły  głos  mówiący  „tyli  czas",  ten  sam 

zapach  czegoś  świeżego  i  mocnego,  tę  samą  bujną  pierś  podnoszącą  fartuch,  a 

wszystko w tej samej leszczynowej i klonowej gęstwinie, zalanej jaskrawym słońcem. I 

choć  bardzo  się  krępował,  zwrócił  się  znów  do  Daniły.  I  znów  wyznaczone  zostało 

spotkanie  w  lesie  w  południe.  Tym  razem  Eugeniusz  przyjrzał  się  jej  dokładniej,  i 

wszystko  wydało  mu  się  w  niej  pociągające.  Próbował  porozmawiać  z  nią,  zapytał  o 

męża. Istotnie był to syn Michała, służył w Moskwie za stangreta. 

— No i jakże ty tak... — Eugeniusz chciał zapytać, jak ona może go zdradzać. 

— Wedle czego? — zapytała. Widocznie była mądra i domyślna. 

— No, jakże ty tak do mnie chodzisz? 

— Wielka mi rzecz — powiedziała wesoło. — On tam pewnikiem hula. To cóż ja 

mam sobie żałować? 

background image

Widocznie  udawała  swobodę,  dziarskość.  I  to  się  spodobało  Eugeniuszowi.  A 

jednak sam nie wyznaczył jej schadzki. Nawet gdy zaproponowała, żeby się widywać 

bez pośrednictwa Daniły, do którego odnosiła się jakoś nieprzychylnie, Eugeniusz się 

nie zgodził. Miał nadzieje, że to spotkanie będzie ostatnie. Podobała mu się. Uważał, 

że takie obcowanie jest dla niego konieczne i że nie ma w tym nic złego, ale w głębi 

duszy miał surowszego sędziego, który tego nie pochwalał, więc spodziewał się, że jest 

to ostatni raz, a jeżeli nawet się nie spodziewał tego, to przynajmniej nie chciał w tym 

brać udziału i urządzać sobie tego na następny raz. 

Tak  było  przez  całe  lato,  w  ciągu  którego  widział  się  ze  Stiepanidą  z  dziesięć 

razy,  i  zawsze  za  pośrednictwem  Daniły.  Raz  się  zdarzyło,  że  nie  mogła  przyjść, 

ponieważ  przyjechał  mąż,  i  Daniła  zaproponował  inną.  Eugeniusz  odmówił  ze 

wstrętem.  Potem  mąż  wyjechał  i  spotkania  się  odbywały  jak  przedtem,  z  początku 

poprzez Daniłę, a potem już po prostu wyznaczał jej termin i przychodziła z kobietą, 

Prochorową, ponieważ mężatce nie wypada chodzić samej na schadzki. Pewnego razu. 

akurat  w  czasie  kiedy  miała  się  odbyć  schadzka,  przyjechała  do  Marii  Pawłowny 

znajoma  rodzina  z  panną,  którą  matka  raiła  Eugeniuszowi,  i  Eugeniusz  w  żaden 

sposób nie mógł się wyrwać z domu. Jak tylko zdołał wyjść, poszedł niby to na gumno 

i  okrężną  drogą,  ścieżką  do  lasu  na  miejsce  schadzki.  Nie  było  jej.  Ale  na  zwykłym 

miejscu wszystko jak ręką sięgnąć było połamane: czeremcha, leszczyna, nawet młody 

klonik grubości pala. To ona czekała, denerwowała się, złościła i swawoląc zostawiła 

mu taką pamiątkę. Postał chwilę i poszedł do Daniły z prośbą, by wezwał ją na jutro. 

Przyszła i była taka sama jak zawsze. 

Tak upłynęło lato. Spotkania były zawsze wyznaczane w lesie i tylko jeden raz, 

przed  jesienią,  w  szopie  na  tyłach  ich  zagrody.  Eugeniuszowi  nawet  przez  myśl  nie 

przeszło, że ten związek może mieć dlań jakiekolwiek znaczenie. A o niej w ogóle nie 

myślał.  Dawał  jej  pieniądze,  i  basta.  Nie  miał  pojęcia,  że  cała  wieś  już  wie  o  tym  i 

zazdrości jej, że domownicy biorą od niej pieniądze i zachęcają do tego i że jej pojęcie 

o grzechu pod wpływem pieniędzy i udziału rodziny całkowicie zanikło. Wydawało się 

jej, że skoro ludzie zazdroszczą, to znaczy, że to, co ona robi, jest dobre. 

„Trzeba przecież po prostu dla zdrowia — myślał Eugeniusz. — Przypuśćmy, że 

to niedobrze i chociaż nikt nic nie mówi, wszyscy lub wielu wie. Kobieta, z którą ona 

przychodzi,  wie.  A  jak  wie,  to  na  pewno  rozgadała.  Ale  cóż  zrobić?  Źle  postępuję  — 

myślał — ale cóż robić, zresztą to długo nie potrwa". 

background image

Najbardziej niepokoiła Eugeniusza myśl o mężu. Początkowo wyobrażał sobie 

nie  wiedzieć  czemu,  że  jej  mąż  musi  być  jakiś  kiepski,  i  to  go  poniekąd 

usprawiedliwiało we własnych oczach. Ale gdy zobaczył męża, był zaskoczony. Był to 

chwat  i  elegant,  w  żadnym  razie  nie  gorszy  od  niego,  a  raczej  nawet  lepszy.  Przy 

pierwszym  spotkaniu  powiedział  jej,  że  widział  jej  męża  i  że  zachwycał  się,  jaki  to  z 

niego zuch. 

— Drugiego takiego nie ma w całej wiosce — powiedziała z dumą. 

Zdziwiło to Eugeniusza. Od tej pory myśl o mężu dręczyła go jeszcze bardziej. 

Zdarzyło mu się kiedyś odwiedzić Daniłę i ten rozgadawszy się powiedział mu wręcz: 

— A Michał pytał się mnie kiedyś, czy to prawda, że dziedzic żyje z jego synową. 

Powiedziałem,  że  nie  wiem.  A  jak  nawet,  powiedziałem,  to  lepiej  z  dziedzicem  niż  z 

chamem. 

— No i co on na to? 

— A nic, powiada: czekaj ino, dowiem się dokumentnie, to już ja jej pokażę. 

„Gdyby mąż wrócił na wieś, dałbym spokój" — myślał Eugeniusz. 

Ale mąż siedział w mieście i stosunki na razie trwały. 

„Jak będzie trzeba, skończę z tym i nie zostanie śladu" — myślał. 

To mu się wydawało niewątpliwe, ponieważ  w ciągu lata pochłaniało go dużo 

różnych rzeczy: i urządzanie nowego folwarku, i żniwa, i budowa, a przede wszystkim 

spłata  długu  i  sprzedaż  ugorów.  Wszystkie  te  sprawy  pochłaniały  go  całkowicie, 

myślał o nich dniem i nocą. To właśnie było prawdziwe życie. Natomiast stosunki — 

nawet nie nazywał tego związkiem — ze Stiepanidą były czymś zgoła nieważnym. Co 

prawda, kiedy przyszła mu chęć zobaczenia jej, była ona tak silna, że o niczym innym 

nie mógł myśleć, ale nie trwało to długo: odbywała się schadzka — i znów zapominał o 

niej na całe tygodnie, czasem nawet na miesiąc. 

Jesienią Eugeniusz często jeździł do miasta i tam zadomowił się u Annieńskich. 

Mieli  córkę,  która  świeżo  ukończyła  pensję.  I  ku  wielkiemu  zmartwieniu  Marii 

Pawłowny stało się tak, że Eugeniusz, jak się wyrażała, za tanio się sprzedał: zakochał 

się w Lizie Annieńskiej i oświadczył się. 

Odtąd stosunki ze Stiepanidą ustały. 

 

 

background image

Dlaczego Eugeniusz wybrał Lizę Annieńską, nie można wyjaśnić, jak nigdy nie 

można  wyjaśnić,  dlaczego  mężczyzna  wybiera  tę,  a  nie  inną  kobietę.  Przyczyn  było 

mnóstwo, i pozytywnych, i negatywnych. Przyczyną było i to, że nie była jedną z tych 

bardzo  posażnych  panien  na  wydaniu,  jakie  raiła  mu  matka,  i  to,  że  była  naiwna  i 

bezradna w stosunku do swojej matki, i to, że nie była pięknością zwracającą na siebie 

uwagę,  nie  będąc  przy  tym  brzydka.  Ale  główną  przyczyną  było  to,  że  ich  zbliżenie 

zaczęło się w tym okresie, kiedy Eugeniusz dojrzał do ożenku. Zakochał się dlatego, bo 

wiedział, że się ożeni. 

Liza  Annieńska  początkowo  zaledwie  się  spodobała  Eugeniuszowi,  ale  gdy 

postanowił, że będzie jego żoną, jego uczucie stało się znacznie silniejsze: poczuł, że 

jest zakochany. 

Liza była wysoka, szczupła, długa. Wszystko w niej było długie: i twarz, i nos 

nie wystający do przodu, lecz wydłużony, i palce, i stopy. Cerę miała bardzo delikatną, 

białą  z  żółtawym  odcieniem,  z  delikatnym  rumieńcem,  włosy  długie  blond,  miękkie, 

wijące  się,  i  piękne,  świetliste,  łagodne,  ufne  oczy.  Te  oczy  szczególnie  podbiły 

Eugeniusza. I gdy myślał o Lizie, zawsze widział przed sobą te świetliste, ufne oczy. 

Taka była fizycznie; pod względem duchowym nic o  niej nie wiedział, widział 

tylko te oczy. A te oczy zdawały się mówić mu wszystko, co potrzebował wiedzieć. A 

sens tych oczu był taki: 

Jeszcze  będąc  na  pensji,  od  szesnastego  roku  życia,  Liza  stale  kochała  się  we 

wszystkich pociągających mężczyznach i była ożywiona i szczęśliwa tylko wtedy, gdy 

była zakochana. Po ukończeniu pensji tak samo kochała się we wszystkich poznanych 

młodych mężczyznach, i oczywiście z miejsca zakochała się w Eugeniuszu. I właśnie to 

zakochanie nadawało jej oczom ów szczególny wyraz, który tak urzekł Eugeniusza. 

Tej  samej  zimy  była  już  jednocześnie  zakochana  w  dwóch  młodych  ludziach, 

rumieniła  się  i  przejmowała  nie  tylko,  kiedy  wchodzili  do  pokoju,  lecz  nawet  gdy 

wymieniano ich nazwiska. Ale potem, kiedy matka napomknęła, że Irtieniew ma zdaje 

się  poważne  zamiary,  jej  zakochanie  w  nim  wzmogło  się  do  tego  stopnia,  że  niemal 

zobojętniała wobec jego dwóch poprzedników, a kiedy zaczął u nich bywać, na balu, 

na  przyjęciach  tańczył  z  nią  częściej  niż  z  innymi  i  wyraźnie  pragnął  się  tylko 

dowiedzieć, czy ona go kocha, wówczas jej zakochanie w nim stało niemal chorobliwe, 

myślała o nim bez przerwy i wszyscy inni mężczyźni przestali dla niej istnieć. A kiedy 

background image

się  oświadczył  i  pobłogosławiono  ich,  kiedy  się  pocałowali  publicznie  i  zaręczyli, 

wtedy nie miała już innych myśli prócz myśli o nim, innych pragnień poza tym, żeby 

być z nim, żeby go kochać i być przezeń kochaną. Była dumna z niego i rozczulała nad 

nim i nad sobą, i nad swoją miłością i wprost omdlewała, topniała z miłości do niego 

Im lepiej ją poznawał, tym bardziej kochał i on. Nigdy się nie spodziewał, że spotka 

taką miłość, i ta miłość potęgowała jego uczucie. 

 

VI 

Na  przedwiośniu  przyjechał  do  Siemionowskiego  rzucić  okiem  i  wydać 

dyspozycje  dotyczące  gospodarstwa,  a  zwłaszcza  domu,  gdzie  trwały  przygotowania 

do ślubu. 

Maria  Pawłowna  była  niezadowolona  z  wyboru  syna,  ale  tylko  dlatego,  że 

partia nie była tak świetna, jak być mogła, i dlatego, że nie podobała się jej Barbara 

Aleksiejewna,  przyszła  teściowa.  Czy  jest  dobra,  czy  zła,  nie  wiedziała  jeszcze,  nie 

rozstrzygnęła,  ale  od  pierwszej  chwili  stwierdziła,  że  nie  jest  kobietą  wytworną,  nie 

jest comme il faut, lady, jak określała to w duchu, i to ją martwiło. Martwiło dlatego, 

że przywykła cenić wytworność, wiedziała, że Eugeniusz jest na to bardzo wrażliwy, i 

przewidywała  dla  niego  wiele  zmartwień  z  tego  powodu.  Natomiast  panna  jej  się 

podobała.  Podobała  się  głównie  dlatego,  że  podobała  się  Eugeniuszowi.  Należało  ją 

kochać. I pani Maria była gotowa ją kochać, i ta całkiem szczerze. 

Eugeniusz  zastał  matkę  radosną,  zadowoloną.  Urządzała  wszystko  w  domu,  a 

sama  zamierzała  od  razu  wyjechać,  kiedy  syn  przywiezie  młodą  żonę.  Eugeniusz 

namawiał  ją  do  pozostania.  I  kwestia  była  wciąż  nie  rozstrzygnięta.  Wieczorem,  po 

herbacie, Maria Pawłowna swoim zwyczajem kładła pasjansa. Eugeniusz siedział obok 

i pomagał jej. Była to pora najszczerszych, osobistych rozmów. Skończywszy jednego 

pasjansa  i  nie  zaczynając  nowego,  pani  Maria  spojrzała  na  Eugeniusza  i  nieco  się 

ociągając zaczęła: 

— Chciałam ci coś powiedzieć, mój drogi. Nie znam się na tym naturalnie, ale 

chciałam ci po prostu poradzić, żebyś przed ślubem koniecznie skończył z wszystkimi 

sprawami  kawalerskimi,  tak  aby  nic  już  nie  przeszkadzało  tobie  i,  broń  Boże,  żonie. 

Czy mnie rozumiesz? 

Oczywiście  Eugeniusz  od  razu  zrozumiał,  że  matka  robi  aluzję  do  jego 

stosunków  ze  Stiepanidą,  które  ustały  z  początkiem  jesieni,  i,  jak  zawsze  to  czynią 

background image

samotne  kobiety,  przypisuje  tym  stosunkom  znacznie  większą  wagę,  niż  mają  w 

istocie. Eugeniusz zarumienił się, nie tyle ze wstydu, co z irytacji, że poczciwa mama 

wtrąca się — co prawda z miłości — lecz jednak się wtrąca nie do swoich spraw, któ-. 

rych w dodatku nie rozumie i zrozumieć nie może. Powiedział, że nie ma nic takiego, 

co należałoby ukrywać, i że zawsze tak właśnie się zachowywał, by nic mu nie mogło 

przeszkodzić w ożenku. 

— To doskonale, mój drogi. Nie gniewaj się na mnie — powiedziała zmieszana 

matka. 

Lecz  Eugeniusz  widział,  że  nie  dokończyła  i  nie  powiedziała  tego,  co  chciała 

powiedzieć. Okazało się, że tak jest istotnie. Po chwili zaczęła opowiadać, że w czasie 

jego nieobecności proszono ją, żeby trzymała do chrztu dziecko... Piecznikowów. 

Teraz Eugeniusz spłonął już nie z irytacji, a nawet nie ze wstydu, lecz z jakiegoś 

dziwnego  poczucia  wagi  tego,  co  mu  zaraz  powiedzą  —  poczucia  mimowolnego, 

całkiem  niezgodnego  z  jego  rozumowaniem.  Sprawdziło  się  to,  co  przypuszczał. 

Matka  nie  mając  na  pozór  innego  celu  poza  rozmową,  powiedziała,  że  w  tym  roku 

rodzą się sami chłopcy, co chyba wróży wojnę. I u Wasinów, i u Piecznikowów młode 

mężatki  urodziły  jako  pierwsze  dziecko  chłopca.  Maria  Pawłowna  chciała  to 

opowiedzieć jakby mimochodem, ale sama się zawstydziła widząc, jak spłonił się syn, 

jak  nerwowo  zdejmuje  binokle,  prztyka  w  nie  i  wkłada  z  powrotem,  jak  pospiesznie 

zapala  papierosa.  Umilkła.  On  też  umilkł  i  nie  mógł  nic  wymyślić,  żeby  przerwać  to 

milczenie. Tak też oboje zrozumieli, że się zrozumieli nawzajem. 

— Tak, na wsi przede wszystkim potrzebna jest sprawiedliwość, żeby nie było 

ulubieńców, jak u twego wujka. 

—  Mamo  —  powiedział  nagle  Eugeniusz  —  wiem,  o  co  mamie  chodzi. 

Niepotrzebnie  się  mama  niepokoi.  Dla  mnie  moje  przyszłe  życie  rodzinne  jest 

świętością,  której  w  żadnym  razie  nie  pokalam.  A  to  co  było  w  moim  kawalerskim 

życiu,  jest  ostatecznie  skończone.  Nigdy  się  z  nikim  nie  wiązałem  i  nikt  nie  ma  do 

mnie żadnych praw. 

—  No  to  się  cieszę  —  powiedziała  matka.  —  Znam  twój  szlachetny  sposób 

myślenia. 

Eugeniusz przyjął te słowa jak należny mu hołd i umilkł. 

Nazajutrz  rano  pojechał  do  miasta,  myśląc  o  narzeczonej,  o  wszystkim  na 

świecie,  tylko  nie  o  Stiepanidzie.  Lecz  jakby  naumyślnie  po  to,  by  musiał  sobie 

background image

przypomnieć,  gdy  się  zbliżał  do  cerkwi,  zaczęli  mu  się  nawijać  ludzie  idący  i  jadący 

stamtąd. Spotkał starego Mateusza z Szymonem, parobków, młode dziewuchy, potem 

dwie kobiety, jedną nieco starszą, a drugą wystrojoną, w jaskrawoczerwonej chustce, 

jakby  skądś  znajomą.  Młodsza  idzie  lekko,  dziarsko,  niesie  na  ręku  dziecko.  Gdy 

przejeżdżał obok nich, starsza z kobiet nisko się pokłoniła według dawnego zwyczaju, 

a  młódka  z  dzieckiem  tylko  schyliła  głowę  i  spod  chustki  błysnęły  znajome 

uśmiechnięte, wesołe oczy. 

„Tak,  to  ona,  ale  wszystko  skończone  i  nie  ma  co  patrzeć  na  nią.  A  dziecko 

może  moje  —  przemknęło  mu  przez  myśl.  —  Nie,  co  za  bzdury.  Mąż  tu  był,  spała  z 

nim".  Nie  próbował  nawet  obliczać.  Tak  sobie  postanowił,  że  jest  to  potrzebne  dla 

zdrowia,  płacił  pieniądze  i  basta,  nic  go  z  nią  nie  wiąże,  nie  wiązało,  nie  może  i  nie 

powinno wiązać. Nawet nie tyle zagłuszał głos sumienia — ot, po prostu sumienie mu 

nic nie mówiło. I nie wspominał jej ani razu po rozmowie z matką i po tym spotkaniu. 

Potem też jej ani razu nie spotkał. 

W Niedzielę Przewodnią Eugeniusz wziął ślub w mieście i od razu wyjechał na 

wieś z młodą żoną. Dom był urządzony, jak się zwykle urządza dla państwa młodych. 

Pani Maria chciała wyjechać, ale Eugeniusz, a przede wszystkim Liza uprosili ją, żeby 

została. Tyle że się przeniosła do oficyny. 

Odtąd zaczęło się dla Eugeniusza nowe życie. 

 

VII 

Pierwszy rok życia rodzinnego był dla Eugeniusza trudnym rokiem. Trudny był 

przez  to,  że  sprawy,  które  jakoś  odkładał  w  czasie  konkurów,  teraz,  po  ożenku, 

wszystkie raptem zwaliły mu się na głowę. 

Wyplątanie się z długów okazało się niemożliwe. Działka leśna została sprzeda-

na,  najbardziej  naglące  długi  spłacone,  ale  wciąż  jeszcze  pozostawało  ich  sporo,  a 

pieniędzy nie było. Majątek przyniósł pokaźny dochód, ale trzeba było posłać pewną 

sumę bratu, a sporo wydać na wesele, tak że pieniędzy nie było, cukrownia nie mogła 

funkcjonować i trzeba było ją unieruchomić. Jedynym środkiem do wyplątania się z 

kłopotów  było  użycie  pieniędzy  żony.  Liza  zrozumiawszy  sytuację  męża,  sama  tego 

zażądała.  Eugeniusz  zgodził  się,  ale  pod  warunkiem,  że  połowa  majątku  zostanie 

przepisana na żonę. Tak też uczynił. Oczywiście nie ze względu na żonę, dla której to 

było obrazą, lecz na teściową. 

background image

Te sprawy, w różnych odmianach, to powodzenie, to znów niepowodzenie, były 

jednym z powodów zatruwających życie Eugeniusza w tym pierwszym roku. Drugim 

była  choroba  żony.  W  tymże  pierwszym  roku  współżycia,  w  siedem  miesięcy  po 

ślubie,  Liza  miała  fatalny  wypadek.  Wyjechała  szarabanem  naprzeciw  mężowi 

wracającemu z miasta, spokojny koń zaczął brykać, Liza się zlękła i wyskoczyła. Skok 

okazał się stosunkowo szczęśliwy — mogła zaczepić o koło — ale była już w ciąży, tej 

samej  nocy  zaczęły  się  bóle,  poroniła  i  długo  nie  mogła  wrócić  do  zdrowia.  Utrata 

oczekiwanego  dziecka,  choroba  żony,  związana  z  tym  dezorganizacja  życia,  a  przede 

wszystkim obecność teściowej, która przyjechała od razu, kiedy Liza zachorowała — to 

wszystko sprawiło, że rok ten był jeszcze cięższy dla Eugeniusza. 

Ale mimo tych ciężkich warunków pod koniec pierwszego roku Eugeniusz czuł 

się bardzo dobrze. Po pierwsze jego najskrytsze marzenie o odbudowaniu podupadłej 

fortuny,  o  przywróceniu  w  nowym  kształcie  stylu  życia  dziada,  zaczynało  się  — 

wprawdzie  z  trudem  i  powoli  —  urzeczywistniać.  Teraz  nie  mogło  już  być  mowy  o 

sprzedaży  całości  dóbr  za  długi.  Główny  majątek,  choć  przepisany  na  żonę,  był 

uratowany,  i  jeżeli  buraki  obrodzą  i  ceny  będą  dobre,  to  w  przyszłym  roku  stan 

niedostatku i niepewności może ustąpić na rzecz całkowitej swobody materialnej. To 

była jedna przyczyna. 

Drugą  było  to,  że  chociaż  spodziewał  się  wiele  po  swojej  żonie,  wcale  nie 

spodziewał się znaleźć w niej tego, co znalazł: to nie było to, czego oczekiwał, to było 

coś  znacznie  lepszego.  Rozczulenia,  uniesienia  miłosne,  choć  o  nie  zabiegał,  nie 

udawały  się  lub  udawały  się  bardzo  słabo,  ale  udawało  się  coś  zgoła  innego:  to,  że 

życie stało się nie tylko weselsze, lecz i łatwiejsze. Nie wiedział, z czego to wynika, ale 

tak było. 

A  wynikało  to  z  tego,  że  ona  zdecydowała  od  razu  po  zaręczynach,  że  jest  na 

świecie człowiek mądrzejszy, lepszy, szlachetniejszy od wszystkich innych, a człowie-

kiem  tym  jest  Eugeniusz  Irtieniew,  i  dlatego  obowiązkiem  wszystkich  ludzi  jest 

służenie  i  dogadzanie  mu.  Ale  że  nie  można  wszystkich  zmusić  do  tego,  trzeba  w 

miarę  sił  robić  to  samej.  Tak  też  robiła,  i  dlatego  wszystkie  jej  siły  duchowe  były 

zawsze skierowane na to, by się dowiedzieć, domyślić, co on lubi, a potem właśnie to 

robić bez względu na jakiekolwiek trudności. 

Poza  tym  miała  w  sobie  to,  co  stanowi  główny  urok  obcowania  z  kochającą 

kobietą:  dzięki  miłości  do  męża  miała  jasnowidzenie  jego  duszy.  Wyczuwała  — 

background image

wydawało mu się, że nieraz lepiej niż on sam — każdy stan jego duszy, każdy odcień 

uczuć, i stosownie do tego postępowała, to znaczy nigdy nie urażała jego uczuć, lecz 

zawsze  łagodziła  uczucia  przykre  i  wzmagała  radosne.  Ba,  nie  tylko  uczucia  — 

rozumiała też jego myśli. Najbardziej obce jej kwestie z zakresu rolnictwa, cukrowni 

czy  też  oceny  ludzi  pojmowała  w  lot  i  nie  tylko  mogła  z  nim  rozmawiać  o  tym 

wszystkim,  lecz  być  mu  nieraz,  jak  sam  jej  mówił,  pożytecznym,  niezastąpionym 

doradcą.  Na  różne  sprawy,  na  ludzi,  na  wszystko  w  świecie  patrzyła  jego  oczami. 

Kochała swoją matkę, ale zobaczywszy, że Eugeniuszowi jest czasem niemiłe wtrąca-

nie się teściowej do ich życia, od razu stanęła po stronie męża, i to tak stanowczo, że 

musiał ją mitygować. 

Ponadto miała mnóstwo smaku, taktu, a przede wszystkim spokoju. Wszystko 

co robiła, robiła niepostrzeżenie, widoczne były tylko wyniki roboty, to jest zawsze we 

wszystkim  czystość,  porządek  i  wykwint.  Liza  natychmiast  pojęła,  na  czym  polega 

ideał  życia  jej  męża,  i  starała  się  osiągnąć  —  i  osiągała  —  w  prowadzeniu  domu 

właśnie to, czego pragnął. Brakowało im dzieci, ale i na to była nadzieja. W zimie byli 

w Petersburgu u lekarza położnika i ten zapewnił ich, że jest zupełnie zdrowa i może 

mieć dzieci. 

Życzenie to się spełniło. Pod koniec roku znów zaszła w ciążę. 

Jedyne  co  wprawdzie  nie  zatruwało,  ale  zagrażało  ich  szczęściu,  to  była  jej 

zazdrość  —  zazdrość,  którą  hamowała,  kryła,  ale  często  cierpiała  z  jej  powodu.  Nie 

tylko Eugeniusz nie powinien nikogo kochać, ponieważ nie ma na świecie godnych go 

kobiet (nad tym, czy sama jest jego godna czy nie, nigdy się nie zastanawiała), lecz i 

żadna kobieta z tego samego powodu nie śmie go kochać. 

 

VIII 

Życie  ich  wyglądało  tak:  on  wstawał  wcześnie,  jak  zawsze,  i  zajmował  się 

gospodarstwem,  szedł  do  cukrowni,  gdzie  prowadzono  roboty,  czasem  w  pole.  Na 

dziesiątą wracał na kawę. Kawę pili na tarasie Maria Pawłowna, wujek, który mieszkał 

u nich, i Liza. Po rozmowach przy kawie, nieraz bardzo ożywionych, rozstawali się do 

obiadu. Obiad jedli o drugiej. Potem chodzili lub jeździli na spacer. Wieczorem, gdy 

wracał  z  kantoru,  jedli  późno  kolację,  i  niekiedy  on  czytał  na  głos,  ona  była  zajęta 

robótką albo muzykowali, albo też, kiedy byli goście, rozmawiali. Kiedy wyjeżdżał w 

interesach,  codziennie  pisał  i  codziennie  dostawał  od  niej  listy.  Niekiedy  mu 

background image

towarzyszyła,  wtedy  było  bardzo  wesoło.  W  jego  i  jej  imieniny  zbierali  się  goście  i 

cieszył  się  widząc,  jak  umie  tak  urządzić  przyjęcie,  że  wszyscy  dobrze  się  czują. 

Widział,  a  i  słyszał  też,  że  goście  ją  podziwiają,  młodą,  miłą  panią  domu,  jeszcze 

bardziej  kochał  ją  za  to.  Wszystko  układało  się  doskonale.  Ciążę  dobrze  znosiła  i 

oboje,  z  lękiem  wprawdzie,  zaczynali  projektować,  jak  będą  wychowywali  dziecko. 

Metoda  wychowania,  sposoby  —  o  wszystkim  decydował  Eugeniusz,  ona  pragnęła 

tylko  spełniać  pokornie  jego  wolę.  Eugeniusz  zaś  naczytał  się  książek  z  medycyny  i 

zamierzał  wychowywać  dziecko  podług  wszelkich  prawideł  nauki.  Żona  oczywiście 

zgadzała się na wszystko i przygotowywała się, szyła letnie i zimowe beciki i szykowała 

kołyskę. Tak zaczął się drugi rok ich małżeństwa i druga wiosna. 

 

IX 

Było to przed Zielonymi Świętami. Liza była w piątym miesiącu i choć uważała 

na  siebie,  była  wesoła  i  ruchliwa.  Obie  matki,  jej  i  jego,  mieszkały  we  dworze  pod 

pozorem pilnowania i chronienia Lizy, ale tylko niepokoiły ją wzajemnymi docinkami. 

Eugeniusz  z  wielkim  zapałem  zajmował  się  gospodarstwem,  na  szeroką  skalę  nową 

uprawą buraków cukrowych. 

Przed  Zielonymi  Świętami  Liza  postanowiła  zrobić  w  domu  generalne 

porządki, które robiono ostatnio przed Wielkanocą, i najęła do pomocy służbie dwie 

kobiety  na  dniówki,  żeby  wyszorowały  podłogi,  umyły  okna,  wytrzepały  meble  i 

dywany  i  nałożyły  pokrowce.  Kobiety  przyszły  wczesnym  rankiem,  nastawiły  sagany 

wody i zabrały się do roboty. Jedną z tych dwóch kobiet była Stiepanida. Dopiero co 

odstawiła  swego  małego  i  wprosiła  się  przez  pisarczyka  z  kantoru,  do  którego  teraz 

latała,  do  mycia  podłóg  we  dworze.  Chciała  się  dobrze  przyjrzeć  nowej  dziedziczce. 

Stiepanida żyła, jak przedtem, sama, bez męża, i swawoliła, tak jak dawniej swawoliła 

ze starym Daniłą, który przyłapał ją w lesie na kradzieży drwa, potem z dziedzicem, a 

teraz  z  młodym  chłopakiem,  pisarczykiem.  O  dziedzicu  wcale  nie  myślała.  ,,On  ma 

teraz  żonę  —  mówiła  sobie.  —  Ale  ciekawa  jestem  dziedziczki,  jej  gospodarki, 

powiadają, że pięknie wszystko urządzone" 

Eugeniusz nie widział jej od czasu, kiedy spotkał ją z dzieckiem. Na dniówki nie 

chodziła,  gdyż  miała  dziecko,  a  przez  wieś  rzadko  przechodził.  Tego  rana,  w 

przeddzień Zielonych  Świąt, wstał wcześnie, o piątej, i pojechał na ugór, gdzie mieli 

background image

wysypywać  superfosfat,  wyszedł  więc  z  domu,  zanim  kobiety,  które  krzątały  się  w 

kuchni przy saganach, weszły do pokoju. 

Wesoły,  zadowolony  i  głodny  wracał  na  śniadanie.  Zsiadł  z  konia  przy  furtce, 

oddał  go  przechodzącemu  ogrodnikowi  i  ścinając  szpicrutą  bujną  trawę,  powtarzał, 

jak to często bywa, niedawno wypowiedziane zdanie i szedł w stronę domu. Zdanie, 

które powtarzał, brzmiało: „Superfosfat nie zawiedzie”; kogo, jak — nie wiedział i nie 

zastanawiał się. 

Na łączce przed domem trzepano dywan. Meble były wyniesione. 

„Ho,  ho,  co  za  porządki  zarządziła  Liza.  Superfosfat  nie  zawiedzie.  To  mi 

gospodyni.  Gosposia!  Tak,  gosposia  —  powiedział  do  siebie,  żywo  wyobraziwszy  ją 

sobie w białym szlafroczku, z promieniejącą twarzą, jaką miała prawie zawsze, kiedy 

na nią patrzył. — Tak, trzeba zmienić buty, bo superfosfat nie zawiedzie, to jest czuć 

go nawozem, a gosposia jest w takim stanie. A dlaczego jest w takim stanie? Aha, bo 

rośnie w niej malutki nowy Irtieniew — pomyślał. — Tak, superfosfat nie zawiedzie" I 

uśmiechając się do tych myśli dotknął ręką drzwi od swego pokoju. 

Ale nie zdążył nacisnąć klamki — drzwi same się otworzyły i zderzył się twarzą 

w  twarz  z  idącą  w  jego  stronę  kobietą  z  wiadrem,  podkasaną,  bosą,  z  podwiniętymi 

rękawami.  Odsunął  się  na  bok,  żeby  przepuścić  kobietę,  ona  też  się  odsunęła 

poprawiając wierzchem mokrej ręki zsuwającą się z głowy chustkę. 

—  Przechodź,  przechodź,  ja  nie  wejdę,  skoro  wy  tu...  —  zaczął  Eugeniusz  —  i 

nagle poznawszy ją urwał. 

Z błyskiem w oczach spojrzała na niego i obciągając kieckę wyszła. 

„Co za nonsens? Cóż to jest? Niemożliwe" — marszcząc brwi i opędzając się jak 

od muchy mówił sobie Eugeniusz, zły, że ją zauważył. Był niezadowolony z tego, że ją 

zauważył,  a  jednak  nie  mógł  oczu  oderwać  od  jej  ciała  kołyszącego  się  w  zgrabnym, 

mocnym  stąpaniu  bosych  nóg,  od  jej  rąk  i  ramion,  ładnych  fałd  koszuli  i  czerwonej 

spódnicy, wysoko podkasanej nad białymi łydkami. 

„No  i  czegóż  ja  tak  patrzę  —  pomyślał  spuszczając  oczy,  by  jej  nie  widzieć.  — 

Trzeba jednak wejść, przebrać buty" — I zawrócił do swego pokoju, ale nim zrobił pięć 

kroków,  sam  nie  wiedząc,  jak  i  na  czyj  rozkaz,  obejrzał  się,  żeby  ją  raz  jeszcze 

zobaczyć. Skręcała za węgieł i w tym samym momencie też się obejrzała za nim. 

 „Ach, co ja robię — wykrzyknął w duchu. — Co ona sobie pomyśli. Pewnie już 

pomyślała". 

background image

Wszedł  do  swego  mokrego  pokoju.  Była  tam  jeszcze  druga  kobieta,  stara, 

chuda, jeszcze szorowała. Eugeniusz przeszedł na palcach między brudnymi kałużami 

do ściany, pod którą stały jego buty, i chciał wyjść, kiedy kobieta też wyszła. 

„Ta  wyszła  i  przyjdzie  tamta,  Stiepanida...  sama"  —  zaczął  nagle  ktoś  w  nim 

rozumować. 

„Boże  drogi,  o  czym  ja  myślą,  co  robię!"  —  Chwycił  buty  i  pobiegł  z  nimi  do 

przedpokoju,  tam  je  włożył,  otrzepał  ubranie  i  wyszedł  na  taras,  gdzie  obie  mamy 

siedziały  już  przy  kawie.  Liza  widocznie  czekała  na  niego  i  weszła  na  taras  innymi 

drzwiami równocześnie z nim. 

„Boże drogi, gdyby ona wiedziała — ona, która uważa mnie za tak uczciwego, 

szlachetnego, bez skazy!" — pomyślał. 

Liza przywitała go, jak zawsze, z promienną twarzą. Ale dzisiaj wydała mu się 

jakoś szczególnie blada, żółta i długa, wątła. 

 

Przy  kawie,  jak  się  to  często  zdarzało,  toczyła  się  owa  osobliwa  damska 

rozmowa, w której nie ma żadnego związku logicznego, lecz która widocznie jakoś się 

wiąże, skoro trwa bezustannie. 

Obie panie docinały sobie, a Liza umiejętnie lawirowała pomiędzy nimi. 

— Tak mi przykro, że nie zdążyły wyszorować pokoju przed twoim powrotem — 

powiedziała do męża. — A tak bym chciała wszystko dokładnie wysprzątać. 

— No, jak tam, spałaś po moim wyjściu? 

— Tak, spałam, dobrze się czuję. 

— Jak kobieta w tym stanie może dobrze się czuć w taki nieznośny upał, kiedy 

okna wychodzą na słońce — rzekła pani Barbara, jej matka. — A w dodatku nie mają 

żaluzji i markiz. U mnie zawsze są markizy. 

— Ależ tu jest cień do dziesiątej — odparła Maria Pawłowna. 

—  Z  tego  właśnie  są  dreszcze.  Z  wilgoci  —  powiedziała  pani  Barbara  nie 

dostrzegając, że popada w sprzeczność z tym, co mówiła przed chwilą. — Mój lekarz 

zawsze  powtarza,  że  nigdy  nie  można  określić  choroby,  nie  znając  dokładnie 

pacjentki.  A  on  już  wie  dobrze,  bo  to  znakomity  lekarz  i  płacimy  mu  sto  rubli. 

Nieboszczyk mąż nie uznawał lekarzy, ale dla mnie nigdy niczego nie żałował. 

background image

— Jakże może mężczyzna żałować dla żony, jeżeli życie jej i dziecka zależy być 

może... 

—  Jak  żona  ma  środki,  to  może  nie  być  zależna  od  męża.  Dobra  żona  ulega 

mężowi — powiedziała pani Barbara — ale Liza jest jeszcze słaba po chorobie. 

—  Ależ  nie,  mamo,  czuję  się  doskonale.  Czemuż  to  nie  podali  ci  gotowanej 

śmietanki? 

— Po co mi to, mogę pić surową. 

—  Pytałam  się  pani  Barbary,  odmówiła  —  powiedziała  pani  Maria,  jakby  się 

tłumacząc. 

—  Ależ  nie,  dzisiaj  nie  chcę.  —  I  jakby  wspaniałomyślnie  ustępując  dla 

przerwania niemiłej rozmowy, zwróciła się do Eugeniusza: — No jak tam, wysypywali 

superfosfat? 

Liza pobiegła po śmietankę. 

— Ależ nie trzeba, nie trzeba! 

—  Lizo,  wolniej!  —  zawołała  pani  Maria.  —  Te  szybkie  ruchy  są  dla  niej 

szkodliwe. 

—  Nic  nie  jest  szkodliwe,  jeżeli  jest  spokój  duchowy  —  powiedziała  pani 

Barbara,  jakby  robiąc  do  czegoś  aluzję,  choć  sama  wiedziała,  że  jej  słowa  nie  mogą 

zawierać żadnej aluzji. 

Liza  wróciła  ze  śmietanką.  Eugeniusz  pił  swoją  kawę  i  słuchał,  chmurny.  Był 

przyzwyczajony  do  tych  rozmów,  ale  dzisiaj  szczególnie  go  drażniła  ich 

bezsensowność.  Chciał  zastanowić  się  nad  tym,  co  się  stało,  a  ta  gadanina  mu 

przeszkadzała. Po wypiciu kawy pani Barbara wyszła z tarasu, wciąż nie w humorze. 

Zostali  przy  stole  Liza,  Eugeniusz  i  pani  Maria.  I  rozmowa  potoczyła  się  naturalnie, 

przyjemnie.  Ale  Liza  z  wyczuciem  właściwym  miłości  od  razu  dostrzegła,  że 

Eugeniusza  coś  dręczy,  i  zapytała  go,  czy  nie  miał  jakiejś  przykrości.  Nie  był 

przygotowany na to pytanie i trochę się zawahał odpowiadając, że nic takiego nie było. 

A ta odpowiedź dała Lizie  jeszcze więcej  do myślenia. Że coś go  dręczy,  i to bardzo, 

było dla niej tak oczywiste, jak to, że mucha wpadła do mleka, ale on nie powiedział, 

co to jest. 

background image

 

XI 

Po  śniadaniu  wszyscy  się  rozeszli.  Eugeniusz  zgodnie  z  ustalonym  trybem 

poszedł  do  siebie  do  gabinetu.  Nie  zabrał  się  do  czytania  ani  do  pisania  listów,  lecz 

usiadł  i  zaczął  palić  papierosa  za  papierosem  i  myśleć.  Ogromnie  go  zdziwiło  i 

martwiło to nieoczekiwane zjawienie się brzydkiego uczucia: sądził, że jest wolny od 

niego, odkąd się ożenił. Od tej pory ani razu nie doznał tego uczucia ani wobec niej, 

tej kobiety, z którą był blisko, ani wobec żadnej innej prócz swojej  żony. Wiele razy 

radował  się  w  duszy  ze  swego  wyzwolenia,  i  oto  nagle  ten  traf,  tak  zdawałoby  się 

błahy,  zdradził  mu,  że  nie  jest  wolny.  Męczyło  go  teraz  nie  to,  że  znów  uległ  temu 

uczuciu, że jej pragnie — o tym nie chciał nawet myśleć — lecz to, że uczucie w nim 

żyje  i  że  należy  mieć  się  przed  nim  na  baczności.  O  tym,  że  to  uczucie  pokona,  nie 

wątpił ani przez chwilę. 

Musiał odpisać na jeden list i zredagować jeden dokument. Usiadł przy biurku i 

zabrał  się  do  roboty.  Skończywszy  ją  i  zupełnie  zapomniawszy  o  tym,  co  go 

zaniepokoiło,  wyszedł,  żeby  się  udać  do  stajni.  I  znów  jak  na  złość,  nieszczęśliwym 

trafem czy też naumyślnie, ledwo wyszedł na ganek, zza węgła ukazała się czerwona 

kiecka  i  czerwona  chustka  i  Stiepanida  machając  rękami  i  kołysząc  się  w  biodrach 

przeszła  obok  niego.  Nie  dość  na  tym,  że  przeszła  —  minąwszy  go,  jakby  swawoląc, 

pobiegła i dopędziła towarzyszkę. 

I znów skwarne południe, pokrzywa, tyły Daniłowej gajówki, a w cieniu klonów 

uśmiechnięta twarz Stiepanidy, gryzącej liście, zjawiły się w jego wyobraźni. 

—  Nie,  tak  być  dłużej  nie  może  —  powiedział  sobie  i  odczekawszy,  aż  kobiety 

znikną mu z oczu, poszedł do kantoru. 

Była  akurat  pora  obiadowa  i  spodziewał  się  zastać  tam  oficjalistę.  Tak  też  się 

stało.  Oficjalista  dopiero  co  się  obudził.  Stał  w  kantorze  przeciągając  się,  ziewał 

patrząc na pastucha, który coś mówił do niego. 

— Wasylu Nikołaiczu! 

— Co pan każe? 

— Muszę z panem pomówić. 

— Co pan każe? 

— Powiem panu, jak pan z tym tu skończy. 

background image

— No i co, nie przyniesiesz? — spytał oficjalista pastucha. 

— Ciężko, Wasylu Nikołaiczu. 

— O co chodzi? — zapytał Eugeniusz. 

— O to, że krowa ocieliła się w polu. Każ Mikołajowi zaprząc Łyskę, do wózka. 

Pastuch wyszedł. 

—  Widzi  pan  —  zaczął  Eugeniusz  rumieniąc  się  i  czując  to,  że  się  rumieni.  — 

Widzi pan, ja tu za kawalerskich czasów coś przeskrobałem. Słyszał pan pewnie... 

Wasyl  Nikołajewicz  uśmiechnął  się  przelotnie  i  zapewne  chcąc  ułatwić 

dziedzicowi zadanie, powiedział: 

— Chodzi o Stiepaszkę? 

—  Tak.  Otóż  mam  taką  sprawę.  Chciałem  pana  prosić,  żeby  jej  nie  brać  na 

dniówki do dworu. Rozumie pan, jest mi nieprzyjemnie... 

— A to pewnie Wania, pisarczyk, zarządził. 

— Więc bardzo pana  proszę... A jak tam, wysypią resztę? — spytał Eugeniusz 

chcąc ukryć zmieszanie. 

— Właśnie zaraz jadę w pole. 

Na tym się skończyło. I Eugeniusz uspokoił się w nadziei, że jak przeżył rok nie 

widując  jej,  tak  będzie  i  teraz.  „Poza  tym  Wasyl  powie  pisarczykowi  Iwanowi,  Iwan 

powie jej, a ona  zrozumie, że ja tego nie  chcę" — mówił sobie Eugeniusz rad,  że  się 

zdobył  na  powiedzenie  oficjaliście,  choć  przyszło  mu  to  z  takim  trudem.  „Tak, 

wszystko  lepsze  niż  ta  wątpliwość,  ten  wstyd".  Wzdrygał  się  na  samo  wspomnienie 

swoich występnych myśli. 

 

XII 

Wysiłek  moralny,  na  który  się  zdobył,  żeby  pokonawszy  wstyd  powiedzieć 

oficjaliście,  uspokoił  Eugeniusza.  Zdawało  mu  się,  że  teraz  wszystko  skończone.  A 

Liza  natychmiast  zauważyła,  że  jest  zupełnie  spokojny,  a  nawet  pogodniejszy  niż 

zwykle.  „Pewnie  go  denerwowało  to  wzajemne  dogryzanie  sobie  obu  matek. 

Rzeczywiście  to  przykre,  zwłaszcza  dla  niego,  z  jego  wrażliwością  i  szlachetnością, 

słuchać wciąż tych nieżyczliwych i w złym guście aluzji do czegoś — myślała Liza. 

Nazajutrz były Zielone Święta. Dzień był piękny i kobiety dawnym zwyczajem 

idąc  do  lasu  wić  wianki,  podeszły  do  dworu  i  zaczęły  śpiewać  i  tańczyć.  Obie  matki 

background image

wyszły w strojnych sukniach, z parasolkami, na ganek i podeszły do korowodu. Razem 

z  nimi  wyszedł  w  czesuczowym  surduciku  wujek  Eugeniusza,  rozpustnik  i  pijak  z 

obrzękłą twarzą, który spędzał lato u nich. 

Jak  zawsze,  ośrodkiem  zabawy  był  jaskrawy  krąg  młodych  kobiet  i  dziewuch, 

wokół  którego  z  różnych  stron,  niby  oderwane  i  obracające  się  za  nim  planety  i 

satelity, krążyły to dziewczęta trzymające się za ręce i szeleszczące nowym perkalem 

sarafanów,  to  mali  chłopcy,  śmiejący  się  z  czegoś  i  z  wrzaskiem  uganiający  tam  i 

nazad,  to  parobcy  w  granatowych  i  czarnych  kaftanach,  w  kaszkietach  i  czerwonych 

koszulach, wypluwający bez przerwy łupiny pestek, to służba dworska lub obcy ludzie, 

przyglądający się z dala korowodowi. Obie panie podeszły do samego koła, a za nimi 

też  Liza  w  niebieskiej  sukni  i  z  takimi  samymi  wstążkami  we  włosach,  z  luźnymi 

rękawami, z których wyłaniały się jej długie białe ręce o kanciastych łokciach. 

Eugeniusz  nie  miał  ochoty  wychodzić,  ale  głupio  było  ukrywać  się.  Wyszedł 

więc z papierosem na  ganek, odkłonił się parobkom i chłopom i zaczął rozmawiać z 

jednym z nich. Kobiety tymczasem darły się wniebogłosy, klaskały w dłonie i tańczyły. 

—  Pani  dziedziczka  wołają  —  zwrócił  się  jakiś  chłopak  do  nie  słyszącego 

wołania  żony  Eugeniusza.  Liza  wołała  go,  żeby  popatrzył  na  tańce,  na  jedną  z 

tańczących  kobiet,  która  jej  się  szczególnie  spodobała.  Była  to  Stiepasza.  Miała  na 

sobie żółty sarafan, kamizelkę z prążkowanego aksamitu, na głowie jedwabną chustkę 

—  rozłożysta,  energiczna,  rumiana,  wesoła.  Zapewne  dobrze  tańczyła,  ale  on  nic  nie 

widział. 

— Owszem, owszem — powiedział zdejmując i nakładając binokle. — Owszem, 

owszem — powtórzył. „A więc nie mogę się od niej uwolnić" — myślał. 

Nie patrzył na nią, bo się bał jej powabu, i właśnie dlatego to, co w niej widział 

mimochodem, wydawało mu się szczególnie ponętne. Poza tym poznał po błysku jej 

spojrzenia, że ona go widzi — i wie, że ją podziwia. Postał, ile wymagała przyzwoitość, 

i  widząc,  że  pani  Barbara  przywołała  ją  i  jakoś  nienaturalnie  z  nią  rozmawia, 

zwracając się do niej per „duszko", odwrócił się i odszedł. Odszedł i wrócił do domu. 

Poszedł sobie, żeby jej nie widzieć, ale wszedłszy na piętro, sam nie wiedząc jak i po 

co,  podszedł  do  okna  i  przez  cały  czas,  póki  kobiety  były  przed  gankiem,  stał  przy 

oknie i patrzył, wciąż patrzył na nią, napawał się jej widokiem. 

Zbiegł  na  dół,  zanim  go  ktoś  mógł  zobaczyć,  poszedł  wolnym  krokiem  na 

balkon i zapaliwszy na balkonie papierosa, niby to spacerując, poszedł do ogrodu w 

background image

tym  kierunku,  w  którym  ona  poszła.  Nim  zdążył  zrobić  dwa  kroki  w  alei,  już  za 

drzewami  zamigotała  prążkowana  kamizelka  na  żółtym  sarafanie  i  czerwona 

chusteczka. Szła gdzieś z drugą kobietą. „Dokąd one idą?" 

I  raptem  ogarnęło  go  gwałtowne  pożądanie,  jakby  ręką  chwyciło  za  serce. 

Jakby ulegając czyjejś, nie swojej woli, obejrzał się i poszedł za nią. 

— Panie dziedzicu! Ja do wielmożnego pana — odezwał się jakiś głos za nim, i 

Eugeniusz,  ujrzawszy  starego  Samochina,  który  kopał  u  nich  studnię,  ocknął  się, 

szybko  odwrócił  i  podszedł  do  niego.  Rozmawiając  z  nim  obrócił  się  bokiem  i 

zobaczył,  że  obie  kobiety  zeszły  na  dół,  widocznie  ku  studni,  albo  udając,  że  idą  ku 

studni, a potem, postawszy tam chwilę, biegiem wróciły do korowodu. 

 

XIII 

Porozmawiawszy  z  Samochinem  Eugeniusz  wrócił  do  domu  przybity,  jakby 

popełnił zbrodnię. Po pierwsze ona go zrozumiała — zrozumiała, że chce ją widzieć, a 

sama tego pragnie. Po drugie ta druga kobieta — Anna Prochorowa — widocznie wie o 

tym. 

Lecz przede wszystkim czuł, że jest pokonany, że nie ma własnej  woli, że jest 

inna poruszająca nim siła; że dziś uratował się tylko szczęśliwym trafem, ale nie dziś, 

to jutro, pojutrze musi zginąć. 

„Tak,  zginąć  —  tak  to  właśnie  rozumiał  —  zdradzić  swoją  młodą,  kochającą 

żonę z babą wiejską, na oczach wszystkich — czyż nie będzie to zguba, straszna zguba, 

po której już nie da się żyć? Nie, trzeba, koniecznie trzeba coś zrobić, by nie dopuścić 

do tego". 

„Boże,  Boże! Co robić? Czy muszę zginąć? — zastanawiał się w duchu. — Czy 

nie  można  jakoś  temu  zaradzić?  Coś  przecież  trzeba  zrobić.  Nie  myśleć  o  niej  — 

nakazywał sobie. — Nie myśleć!" — i od razu zaczynał myśleć, widział ją przed sobą i 

widział cień klonów. 

Przypomniał  sobie,  że  czytał  gdzieś  o  pustelniku,  co  nie  chcąc  ulec  pokusie 

wobec  kobiety,  którą  miał  uleczyć  przez  położenie  na  niej  ręki,  dotknął  drugą  ręką 

rozżarzonej  fajerki  i  przypalił  sobie  palce.  Przypomniał  to  sobie.  „Ja  też  wolę  raczej 

przypalić  sobie  palce,  niż  zginąć".  I  rozejrzawszy  się,  czy  nie  ma  nikogo  w  pokoju, 

zapalił  zapałkę  i  włożył  palec  w  ogień.  „No  proszę,  myśl  teraz  o  niej"  —  zwrócił  się 

ironicznie  do  siebie.  Zabolało  go,  cofnął  zakopcony  palec,  rzucił  zapałkę  i  zaczął  się 

background image

sam z siebie śmiać. — Co za bzdury! Nie to trzeba robić, trzeba coś wymyślić, żeby jej 

nie widywać — wyjechać samemu albo ją stąd usunąć.  Tak, usunąć! Dać jej  mężowi 

pieniądze,  żeby  się  przeniósł  do  miasta  lub  do  innej  wsi.  Dowiedzą  się  ludzie,  będą 

gadali. No cóż, wszystko lepsze od tego niebezpieczeństwa. Tak, trzeba to zrobić" — 

mówił  sobie  nie  odrywając  od  niej  oczu.  „Gdzież  ona  poszła?"  —  zadał  sobie  nagle 

pytanie. Wydało mu się, że go dostrzegła w oknie: spojrzawszy na niego wzięła za rękę 

jakąś  kobietę  i  poszła  w  stronę  ogrodu,  żywo  gestykulując.  Sam  nie  wiedząc  po  co, 

wciąż z racji swoich myśli, poszedł do kantoru. 

Oficjalista  w  odświętnym  surducie,  wypomadowany  siedział  przy  herbacie  z 

żoną i z jakąś jejmością w tybetce. 

— Czy mógłbym porozmawiać z panem, Wasylu Nikołaiczu? 

— Czemu nie. Prosimy. Myśmy już pili. 

— Nie, wolałbym, żeby pan wyszedł ze mną. 

—  Zaraz,  tylko  wezmę  czapkę.  Taniu,  przykryj  samowar  —  powiedział  Wasyl 

Nikołajewicz wychodząc w wesołym nastroju. 

Eugeniusz miał wrażenie, że rządca jest pod dobrą datą, no ale trudno, może to 

nawet lepiej, bardziej wczuje się w jego położenie. 

—  Ja  znów  w  tej  sprawie,  Wasylu  Nikołaiczu  —  powiedział  Eugeniusz.  — 

Chodzi mi o tę kobietę. 

— No cóż, kazałem, żeby jej nie brać pod żadnym pozorem. 

— Ależ ja nie o to... myślę o czymś innym i chciałbym się pana poradzić. Czy nie 

można by ich usunąć — całej rodziny usunąć? 

—  A  dokąd  to  ich  usunąć?  —  powiedział  niechętnie  i,  jak  się  wydało 

Eugeniuszowi, drwiąco Wasyl. 

—  Otóż  myślałem,  żeby  dać  im  pieniądze  lub  nawet  ziemię  w  Kotłowskiem, 

byleby jej tu nie było. 

— Jakże można usunąć? Gdzież oni pójdą ze swojej wioski? A i na co to panu? 

Co ona panu przeszkadza? 

—  Ach,  Wasylu  Nikołaiczu,  zrozumże  pan,  że  dla  żony  będzie  to  straszne,  jak 

się dowie. 

— A czy jej kto powie? 

— Ale jak mam żyć w takim strachu? No i w ogóle nieprzyjemnie. 

background image

— Czym się pan tak przejmuje? Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Któż z 

nas jest bez winy? 

— A jednak lepiej by było ją usunąć. Nie mógłby pan pogadać z jej mężem? 

—  Nie  ma  o  czym  gadać.  Ech,  Eugeniuszu  Iwanowiczu,  co  też  pan...  Było, 

minęło,  nie  wróci.  Mało  to  zdarza  się  w  życiu?  A  kto  teraz  powie  o  panu  coś  złego? 

Przecież wszyscy widzą pana jak na dłoni. 

— A jednak niech mu pan powie. 

— Dobrze, pogadam z nim. 

Choć z góry wiedział, że nic z tego nie wyjdzie, ta rozmowa trochę go uspokoiła. 

Przede wszystkim poczuł, że ze wzruszenia wyolbrzymiał niebezpieczeństwo. 

Czy  szedł  z  nią  na  schadzkę?  Ależ  nie,  skąd!  Po  prostu  chciał  się  przejść  po 

ogrodzie, a ona tam przypadkowo pobiegła. 

 

XIV 

Tego samego dnia, w Zielone Święta, po obiedzie, Liza spacerowała po ogrodzie 

i  wychodząc  stamtąd  na  łąkę,  gdzie  poprowadził  ją  mąż,  by  pokazać  jej  koniczynę, 

przechodziła przez rowek, potknęła się i upadła. Upadła miękko na bok, ale jęknęła i 

mąż  ujrzał  na  jej  twarzy  nie  tylko  przestrach,  lecz  i  ból.  Chciał  ją  podnieść,  ale 

odsunęła jego rękę. 

—  Nie,  poczekaj  chwilkę,  Eugeniuszu  —  powiedziała  lekko  się  uśmiechając  i 

patrząc na niego z dołu jakby przepraszająco. — Po prostu noga mi się powinęła. 

— A nie mówiłam! — odezwała się pani Barbara. — Czyż można w takim stanie 

skakać przez rowy? 

— Ależ mamo, nic się nie stało. Zaraz wstanę. 

Wstała przy pomocy męża, ale w tej samej chwili zbladła i na jej twarzy odbił 

się przestrach. 

— Och, niedobrze mi — i szepnęła coś matce. 

— Ach, mój Boże, cóżeście narobili! A mówiłam, żeby nie chodzić — krzyczała 

pani Barbara. — Poczekajcie, zaraz przyślę ludzi. Nie powinna iść, trzeba ją przenieść. 

— Nie boisz się, Lizo? Zaniosę cię — powiedział Eugeniusz obejmując ją lewą 

ręką. — Obejmij mnie za szyję, o tak. 

background image

I schyliwszy się chwycił ją pod kolana prawą ręką i podniósł. Nigdy potem nie 

mógł zapomnieć wyrazu cierpienia i zarazem błogości na jej twarzy. 

—  Ciężko  ci,  kochanie  —  mówiła  uśmiechając  się.  —  Po  co  mama  biegnie, 

zawołaj ją. 

Przytuliła się do niego i pocałowała. Chciała widocznie, żeby matka zobaczyła, 

jak ją niesie. 

Eugeniusz  krzyknął  do  teściowej,  żeby  się  nie  spieszyła,  że  sam  zaniesie  Lizę. 

Przystanęła i zaczęła wołać jeszcze głośniej: 

— Upuścisz ją, na pewno upuścisz. Chcesz ją zabić. Nie masz sumienia. 

— Ależ doskonale ją niosę. 

— Nie chcę, nie mogę patrzeć, jak męczysz moją córkę. — I znikła za zakrętem 

alei. 

— Nic, to przejdzie — mówiła Liza z uśmiechem. 

— Byle tylko nie było następstw, jak zeszłym razem. 

— Nie, ja nie o tym mówię. To jest głupstwo, mówiłam o mamie. Zmęczyłeś się, 

odpocznij. 

Ale  choć  było  mu  ciężko,  z  pełną  dumy  radością  doniósł  swoje  brzemię  do 

domu  i  nie  przekazał  go  pokojówce  i  kucharzowi,  których  pani  Barbara  znalazła  i 

wysłała im naprzeciw. Zaniósł ją do sypialni i położył na łóżku. 

—  No,  idź  już  —  powiedziała  przyciągając  do  siebie  jego  rękę  i  całując  ją.  — 

Damy sobie radę z Anusią. 

Pani  Maria  też  przybiegła  z  oficyny.  Lizę  rozebrano  i  położono  do  łóżka. 

Eugeniusz siedział w bawialni z książką w ręku, czekając. Pani Barbara przeszła obok 

niego z miną tak ponurą, tak pełną wyrzutu, że poczuł strach. 

— No i co? — spytał... 

—  Co?  I  co  tu  pytać?  To  właśnie,  czego  chciałeś  zapewne,  każąc  żonie  skakać 

przez rowy. 

— Pani matko! — zawołał. — To jest nie do zniesienia. Jeżeli pani chce dręczyć 

ludzi  i  zatruwać  im  życie...  —  chciał  powiedzieć:  „To  niech  pani  znajdzie  sobie  inne 

miejsce", ale się pohamował. — Że też pani to samej nie boli? 

— Już za późno. 

I zwycięsko potrząsnąwszy czepkiem wyszła z pokoju. 

background image

Upadek rzeczywiście był fatalny, noga się powinęła niezręcznie i znowu groziło 

niebezpieczeństwo poronienia. Wszyscy wiedzieli, że nic nie można zrobić, że trzeba 

tylko leżeć spokojnie, ale mimo to postanowili posłać po doktora. 

„Wielce szanowny panie — napisał Eugeniusz do lekarza — pan zawsze był taki 

łaskaw dla nas, że zapewne nie odmówi przyjazdu,  żeby  pomóc  żonie. Jest w..."  itd. 

Napisawszy  list  poszedł  do  stajni  wydać  dyspozycje  co  do  koni  i  powozu.  Należało 

przygotować  jedne  konie,  które  przywiozą,  a  inne  —  które  odwiozą  doktora.  Tam 

gdzie  gospodarstwo  nie  jest  prowadzone  na  wielką  skalę,  wszystko  to  nie  od  razu 

można  załatwić,  lecz  trzeba  obmyślić.  Załatwiwszy  sam  wszystko  i  wyprawiwszy 

stangreta  wrócił  do  domu  około  dziesiątej.  Żona  leżała  i  mówiła,  że  czuje  się 

doskonale,  że  nic  ją  nie  boli,  pani  Barbara  siedziała  przy  lampie  zasłoniętej  od  Lizy 

nutami i robiła na drutach dużą czerwoną kapę z miną mówiącą wyraźnie, że po tym, 

co  zaszło,  nie  może  być  mowy  o  zawieszeniu  broni.  Róbcie  sobie,  co  chcecie,  ja 

przynajmniej spełniłam swój obowiązek. 

Eugeniusz  widział  to,  ale  udawał,  że  nic  nie  dostrzega,  usiłował  wyglądać 

wesoło  i  beztrosko,  opowiadał,  jak  wybrał  konie  i  jak  świetnie  poszła  klacz  Kawusia 

jako lewy przyprzężny. 

— Naturalnie, najlepsza pora do ujeżdżania koni, kiedy potrzebna jest pomoc. 

Pewnie  doktora  też  wywalą  do  rowu  —  powiedziała  pani  Barbara  spoglądając  spod 

binokli na swoją robotę i podsuwając ją pod samą lampę. 

— Ależ trzeba było to jakoś załatwić. Załatwiłem możliwie najlepiej. 

— Tak, doskonale pamiętam, jak mnie twoje konie poniosły przed ganek. 

Był to jej dawny wymysł, i Eugeniusz popełnił błąd mówiąc, że to niezupełnie 

tak było. 

—  Nie  na  darmo  zawsze  mówię,  już  i  księciu  mówiłam,  że  najtrudniej  jest 

współżyć  z  ludźmi  nieprawdomównymi,  nieszczerymi;  mogę  wszystko  znieść,  tylko 

nie to. 

— Przecież mnie to z pewnością najbardziej boli — powiedział Eugeniusz. 

— Ach, to nawet widać. 

— Co? 

— Nic, liczę oczka. 

background image

Eugeniusz stał wtedy przy łóżku, Liza patrzyła na niego i jedną wilgotną ręką 

leżącą  na  kołdrze,  chwyciła  jego  dłoń  i  ścisnęła.  „Znoś  ją  dla  mnie.  Przecież  nie 

przeszkodzi nam kochać się" — mówiło jej spojrzenie. 

— Dobrze, masz rację — szepnął i pocałował jej długą wilgotną rękę, a potem 

kochane oczy, które zamykały się, gdy je całował. 

— Czyżby znów to samo? — zapytał. — Jak się czujesz? 

—  Strach  powiedzieć,  żeby  się  nie  omylić,  ale  mam  takie  wrażenie,  że  żyje  i 

będzie żyło — powiedziała patrząc na swój brzuch. 

— Ach, boję się o tym myśleć. 

Mimo  nalegań  Lizy,  żeby  poszedł,  Eugeniusz  spędził  noc  u  niej  pół  czuwając, 

pół  drzemiąc,  w  każdej  chwili  gotów  jej  służyć.  Ale  spędziła  noc  dobrze  i  gdyby  nie 

posłano po doktora, może by nawet i wstała. 

Przed  obiadem  przyjechał  doktor  i  oczywiście  powiedział,  że  chociaż  objawy 

wtórne mogą budzić obawy, ale właściwie wyraźnych wskazań nie ma, lecz ponieważ 

nie  ma  też  przeciwwskazań,  więc  można  z  jednej  strony  przypuszczać,  a  z  drugiej 

strony też można przypuszczać. I dlatego trzeba leżeć, i choć nie lubi zapisywać leków, 

jednak  to  i  tamto  trzeba  zażywać  i  leżeć.  Prócz  tego  doktor  wygłosił  pani  Barbarze 

wykład  z  anatomii  kobiety,  a  ona  z  przejęciem  kiwała  głową,  utrzymawszy 

honorarium, wciśnięte, jak zwykle, w głąb dłoni, doktor odjechał, a chora pozostawała 

w łóżku przez tydzień. 

 

XV 

Większość czasu Eugeniusz spędzał przy łóżku żony, usługiwał jej, rozmawiał z 

nią, czytał i, co było najtrudniejsze, bez szemrania  znosił docinki  teściowej, a nawet 

zdołał zrobić z tych docinków przedmiot żartów. 

Ale  nie  mógł  siedzieć  przez  cały  czas  w  domu.  Po  pierwsze  żona  odsyłała  go 

mówiąc,  że  sam  zachoruje,  jeżeli  będzie  siedział  wciąż  przy  niej,  a  po  drugie  całe 

gospodarstwo  szło  tak,  że  na  każdym  kroku  wymagało  jego  obecności.  Nie  mógł 

siedzieć w domu, lecz był w polu, w lesie, w ogrodzie, na gumnie, a wszędzie nie sama 

tylko  myśl,  lecz  żywy  obraz  Stiepanidy  prześladował  go  tak,  że  rzadko  o  niej 

zapominał.  Ale  to  byłoby  jeszcze  nic,  zdołałby  może  zwalczyć  to  uczucie;  najgorsze 

było  to,  że  dawniej  żył  miesiącami  nie  widując  jej,  teraz  natomiast  bezustannie 

widywał  ją  i  spotykał.  Zrozumiała  widocznie,  że  on  chce  z  nią  na  nowo  nawiązać 

background image

stosunki,  i  starała  mu  się  nawijać  na  oczy.  Nie  padło  między  nimi  żadne  słowo  i 

dlatego ani on, ani ona nie szli wprost na schadzkę, starali się tylko spotykać. 

Miejscem, gdzie można było się spotkać, był las, do którego kobiety chodziły z 

workami  po  trawę  dla  krów.  Eugeniusz  wiedział  o  tym  i  dlatego  przechodził 

codziennie obok lasu. Codziennie mówił sobie, że nie pójdzie, i co dzień kończyło się 

na  tym,  że  szedł  w  stronę  lasu  i  usłyszawszy  głosy  zatrzymywał  się  za  krzakiem,  z 

zamierającym sercem wyglądając z ukrycia, czy to nie ona. 

Po  co  musiał  wiedzieć,  czy  to  nie  ona?  Nie  wiedział.  Gdyby  to  była  ona,  i  to 

sama,  nie  podszedłby  do  niej  —  tak  myślał  —  uciekłby,  ale  musiał  ją  widywać. 

Pewnego razu spotkał ją: kiedy wchodził do lasu, ona wychodziła stamtąd z dwiema 

innymi  kobietami  i  z  ciężkim  workiem  pełnym  trawy  na  plecach.  Trochę  wcześniej 

może  natknąłby  się  na  nią  w  lesie.  Ale  teraz  nie  mogła  na  oczach  wszystkich  kobiet 

wrócić do niego do lasu. I choć zdawał sobie sprawę, że to niemożliwe, długo stał za 

krzakiem  leszczyny,  narażając  się  na  to,  że  zwróci  na  siebie  uwagę  innych  kobiet. 

Oczywiście nie zawróciła, ale on długo tu czekał. I, Boże drogi, jak ponętnie malowała 

mu ją wyobraźnia! A zdarzyło się to nie jeden raz, lecz pięć, sześć razy. Im dalej, tym 

było mocniejsze. Nigdy jeszcze nie wydawała mu się tak pociągająca. Nawet nie o to 

szło, że pociągająca: nigdy tak całkowicie nad nim nie panowała. 

Czuł, że traci władzę nad sobą, staje się niemal obłąkany. Jego surowość wobec 

samego  siebie  nie  malała  nawet  o  włos,  przeciwnie,  widział  całą  ohydę  swoich 

pragnień,  a  nawet  postępków,  gdyż  jego  chodzenie  po  lesie  było  postępkiem. 

Wiedział, że niech tylko zetknie się z nią gdzieś z bliska, po ciemku, niech tylko zjawi 

się możność dotknięcia jej, a ulegnie pożądaniu. Wiedział, że hamuje go tylko wstyd 

przed  ludźmi,  przed  nią  i  przed  sobą.  I  wiedział,  że  szuka  warunków,  w  jakich  ten 

wstyd  byłby  niedostrzegalny  —  ciemności  albo  takiego  zbliżenia,  kiedy  wstyd  ten 

zagłuszy zwierzęca żądza. Dobrze wiedział, że jest ohydnym przestępcą, i gardził sobą 

i  nienawidził  siebie  z  całej  duszy.  Nienawidził  siebie,  choć  wciąż  jeszcze  się  nie 

poddawał:  co  dzień  modlił  się,  żeby  Bóg  go  wspomógł,  ocalił  od  zguby,  co  dzień 

postanawiał, że odtąd nie zrobi żadnego kroku, nie obejrzy się za nią, zapomni o niej. 

Co dzień wymyślał sposoby, żeby się uwolnić od tego uroku, i stosował te sposoby. 

Ale wszystko było daremne. 

Jednym ze środków było ustawiczne zajęcie, drugim — wytężona praca fizyczna 

i post; trzecim — jaskrawe wyobrażanie sobie hańby, którą ściągnie na swoją głowę, 

background image

gdy  się  wszyscy  dowiedzą:  żona,  teściowa,  ludzie.  Robił  to  wszystko  i  wydawało  mu 

się, że zwycięża, ale nadchodził czas — południe, pora dawnych schadzek i pora, kiedy 

ją spotkał niosącą trawę — i szedł do lasu. 

Tak upłynęło pięć męczących dni. Widywał ją tylko z daleka, ani razu się z nią 

nie zetknął. 

 

XVI 

Liza stopniowo wracała do zdrowia, chodziła już i niepokoiła się zmianą, która 

zaszła w jej mężu i której nie rozumiała. 

Pani Barbara wyjechała chwilowo i z obcych we dworze był tylko wujek. Pani 

Maria, jak zawsze, była w domu. 

W  takim  półobłąkanym  stanie  znajdował  się  Eugeniusz,  kiedy  nadeszły,  jak 

często  się  zdarza  po  czerwcowych  burzach,  czerwcowe  ulewy,  które  trwały  dwa  dni. 

Deszcze przerwały wszystkie roboty. Nawet gnój przestano wozić z powodu wilgoci i 

błota. Ludzie siedzieli po domach. Pastuchy na pastwiskach mordowali się z bydłem i 

wreszcie  przygnali  je  do  domu.  Krowy  i  owce  chodziły  po  wygonie  i  rozłaziły  się  po 

obejściach. Baby, bose, otulone chustami, człapiąc w błocie ruszyły na poszukiwanie 

rozłażących się krów. Wszędzie po drogach płynęły strumienie, cała trawa, wszystkie 

liście były pełne wody, z rynien ciekły bez przerwy strumienie do pieniących się kałuż. 

Eugeniusz siedział w domu z żoną i był tego dnia szczególnie przygnębiony. Kilka razy 

dopytywała się o przyczynę jego niezadowolenia, odpowiadał z irytacją, że nic się nie 

stało. Przestała pytać, ale się zmartwiła. 

Siedzieli  po  śniadaniu  w  bawialni.  Wujek  po  raz  setny  blagował  o  swych 

znajomościach  w  wielkim  świecie.  Liza  robiła  kaftanik  na  drutach  i  wzdychała 

narzekając na pogodę i na ból w krzyżach. Wujek poradził jej, żeby się położyła, a sam 

poprosił o wino. Eugeniusz strasznie nudził się w domu. Wszystko było jakieś blade, 

znudzone. Czytał książkę i palił, ale nic nie rozumiał. 

—  No,  trzeba  się  przejść,  zobaczyć  rozcieracze,  wczoraj  przywieźli  — 

powiedział. Wstał i poszedł ku drzwiom. 

— Weź parasol. 

— Po co, mam przecież pelerynę. Zresztą idę tylko do warzelni. — Włożył buty, 

pelerynę i poszedł w stronę cukrowni, lecz już po kilkunastu krokach natknął się na 

background image

nią. Szła w spódnicy wysoko podkasanej nad białymi łydkami, przytrzymując rękami 

chustę otulającą jej głowę i ramiona. 

—  Czego  tu  szukasz?  —  zapytał  nie  poznawszy  jej  w  pierwszej  chwili.  Kiedy 

poznał, już było za późno. Stanęła i z uśmiechem przeciągle spojrzała na niego. 

— Ciołka szukam. Dokąd to w taką pluchę? — spytała, tak jakby widywała go co 

dzień. 

—  Przyjdź  do  szałasu  w  ogrodzie  —  rzekł  nagle,  sam  nie  wiedząc,  jak  się  to 

stało. Jakby ktoś inny powiedział za niego te słowa. 

Przygryzła chustkę, potakując oczami i pobiegła tam, gdzie się wybierała — w 

stronę  szałasu  w  ogrodzie,  a  on  szedł  dalej  swoją  drogą  zamierzając  skręcić  za 

krzakiem bzu i pójść za nią. 

— Panie dziedzicu — usłyszał za sobą głos. — Pani dziedziczka wołają, żebyście 

przyszli na chwilę. 

Był to Misza, ich służący. 

„Boże, po raz drugi mnie ocalasz" — pomyślał Eugeniusz i natychmiast wrócił 

do  domu.  Żona  przypomniała  mu,  że  obiecał  zanieść  w  południe  lekarstwo  pewnej 

chorej kobiecie, więc prosi, żeby je wziął ze sobą. 

Zanim przygotowano lekarstwo, upłynęło jakieś pięć minut. Potem, wyszedłszy 

z lekarstwem, nie miał odwagi iść prosto do szałasu, żeby nie zobaczono z domu. Ale 

kiedy musieli już stracić go z oczu, zaraz skręcił i poszedł w tamtą stronę. Widział już 

ją  w  wyobraźni  na  środku  szałasu,  wesoło  uśmiechniętą  —  ale  jej  nie  było,  i  nic  w 

szałasie nie świadczyło o jej pobycie. Pomyślał, że nie przyszła, że nie dosłyszała i nie 

zrozumiała jego słów. Bąknął je pod nosem, jakby w obawie, by ich nie usłyszała. „A 

może wcale nie chciała przyjść? Skąd mi przyszło do głowy, że od razu przyleci? Ma 

przecież  męża,  to  tylko  ze  mnie  jest  taki  łajdak,  co  ma  żonę,  dobrą  żonę,  a  lata  za 

cudzą".  Tak  myślał  siedząc  w  szałasie,  którego  słomiany  dach  w  jednym  miejscu 

przeciekał i kapało z niego. „Ach, cóż by to było za szczęście, gdyby przyszła. Sami tu 

w  taki  deszcz.  Choćby  raz  jeden  ją  objąć,  a  potem  niech  się  dzieje  co  chce.  Ach, 

prawda  —  przypomniał  sobie  —  jeżeli  była,  to  można  znaleźć  ślady".  Spojrzał  na 

ziemię wiodącej do szałasu, jeszcze nie zarosłej trawą ścieżki: był na niej świeży ślad 

bosej  stopy,  która  się  pośliznęła.  „A  więc  była.  Ale  teraz  przepadło.  Gdziekolwiek  ją 

spotkam,  wprost  do  niej  pójdę.  W  nocy  do  niej  pójdę".  Długo  siedział  w  szałasie  i 

background image

wyszedł  stamtąd  wyczerpany,  przybity.  Zaniósł  lekarstwo,  wrócił  do  domu  i  położył 

się w swoim pokoju czekając na obiad. 

 

XVII 

Przed  obiadem  przyszła  do  niego  Liza  i  wciąż  rozmyślając,  co  może  być 

przyczyną jego złego humoru, zaczęła mówić, że obawia się, czy nie jest mu przykro, 

że chcą ją zawieźć na połóg do Moskwy, i że postanowiła tu zostać. Za nic w świecie 

nie pojedzie do Moskwy. Wiedział, jak się boi zarówno samego porodu, jak tego, żeby 

nie  urodziło  się  nienormalne  dziecko,  więc  mimo  woli  się  wzruszył,  widząc,  że  tak 

łatwo  wszystko  poświęca  z  miłości  dla  niego.  W  domu  było  tak  ładnie,  pogodnie  i 

czysto,  a  w  jego  duszy  brudno,  ohydnie,  okropnie.  Cały  wieczór  męczyła  go 

świadomość, że mimo szczerego wstrętu do własnej słabości, mimo szczerego zamiaru 

skończenia z tym, jutro będzie to samo. 

„Nie,  to  niemożliwe  —  mówił  sobie  przemierzając  raz  po  raz  swój  pokój.  — 

Przecież musi być na to jakaś rada. Boże drogi, co robić?" 

Ktoś zapukał na cudzoziemski sposób do drzwi. Wiedział, że to wujek. 

— Proszę! — odezwał się. 

Wujek przyszedł samorzutnie interweniować w sprawie Lizy. 

— Czy wiesz, że istotnie widzę w tobie zmianę — powiedział — i rozumiem, jak 

to  musi  męczyć  Lizę.  Rozumiem,  że  nie  jest  ci  łatwo  zostawiać  rozpoczęte  piękne 

dzieło, ale trudno, que veux tu? Ja bym wam radził wyjechać. Będziecie spokojniejsi, i 

ty,  i  ona.  I  wiesz  co,  radzę  wam  jechać  na  Krym.  Po  pierwsze  klimat,  następnie  jest 

tam doskonały położnik, no i traficie akurat na sezon winogron. 

—  Wujku  —  zaczął  nagle  Eugeniusz.  —  Czy  wujek  może  zachować  dla  siebie 

mój sekret, okropny dla mnie sekret? Haniebny sekret? 

— Bój się Boga, czy wątpisz w moją dyskrecję? 

—  Wujku!  Wujek  może  mi  pomóc.  Więcej  niż  pomóc  —  uratować  mnie  — 

powiedział Eugeniusz. I myśl o tym,  że wyjawi swoją tajemnicę wujowi, którego nie 

szanuje, że pokaże mu się w najmniej korzystnym świetle, poniży się przed nim, była 

mu mila. Czuł się ohydny, winny i chciał sam siebie ukarać. 

background image

—  Mów,  mój  drogi,  wiesz  przecież,  jak  cię  polubiłem  —  odezwał  się  wujek, 

widać  bardzo  zadowolony  i  z  tego,  że  jest  jakiś  sekret,  i  z  tego,  że  zostanie 

powiernikiem, i że może się okazać pomocny. 

— Przede wszystkim muszę wyznać, że ze mnie nędznik i łajdak, niegodziwiec 

— tak, właśnie niegodziwiec. 

— Ależ, co ty wygadujesz — zabulgotał wujek. 

—  Pewnie  że  niegodziwiec,  skoro  ja,  mąż  Lizy,  Lizy!...  kiedy  się  zna  tę  jej 

miłość, jej czystość... Skoro ja, jej mąż, chcę ją zdradzić z babą! 

— Jak to chcesz? Nie zdradziłeś jej przecież? 

—  Nie,  ale  to  jest  tak,  jakbym  zdradził,  bo  to  nie  zależało  ode  mnie.  Byłem 

gotów. Jakby mi coś nie przeszkodziło, to ja teraz... teraz bym... nie wiem sam, co bym 

zrobił. 

— Chwileczkę, wytłumacz mi... 

— Proszę bardzo. Za kawalerskich czasów byłem na tyle głupi, że nawiązałem 

stosunek z tutejszą kobietą, z naszej wsi.  Otóż kiedy  się  z nią spotykałem w lesie, w 

polu... 

— A ładna przynajmniej? — przerwał wujaszek. 

Eugeniusz  skrzywił  się  na  to  pytanie,  ale  tak  mu  była  potrzebna  pomoc  z 

zewnątrz, że puścił je mimo uszu i podjął: 

—  Otóż  myślałem,  że  to  nic  ważnego,  że  zerwę  i  zrobię  z  tym  koniec.  I 

faktycznie  zerwałem  jeszcze  przed  ślubem  i  prawie  rok  jej  nie  widywałem  i  nie 

myślałem  o  niej.  —  Było  mu  samemu  głupio  słuchać  siebie,  słuchać  opisu  swego 

stanu.  —  Wtem  nagle  —  sam  nie  wiem  czemu  —  słowo  daję,  czasem  jestem  gotów 

uwierzyć w urzeczenie, zobaczyłem ją i coś takiego się ze mną zrobiło... robak wlazł mi 

w  serce,  toczy  mnie.  Wymyślam  sobie,  rozumiem  całą  okropność  swego  czynu,  a 

raczej tego, co mogę w każdej chwili uczynić, i sam do tego dążę, a jeżeli dotychczas 

nie uczyniłem, to tylko dlatego, że Bóg mnie strzegł. Wczoraj Liza mnie zawołała, gdy 

szedłem właśnie do tamtej. 

— Jak to, w deszcz? 

— Umęczyłem się, wujku, i postanowiłem wyznać ci wszystko i prosić o pomoc. 

background image

— Hm, oczywiście coś takiego u siebie w majątku to nie jest dobrze. Ludzie się 

dowiedzą. Rozumiem, że Liza słabuje, trzeba ją oszczędzać, ale po co akurat w swoim 

majątku? 

Eugeniusz  znów  usiłował  nie  słyszeć  tego,  co  mówi  wujek,  i  czym  prędzej 

przystąpił do sedna sprawy. 

—  Niech  mnie  wujek  ratuje  przede  mną.  Proszę  o  coś  takiego:  dziś 

przeszkodzono mi przypadkiem, ale jutro czy innym razem nie przeszkodzą mi. A ona 

już wie o tym. Proszę mnie nigdzie nie puszczać samego. 

—  No  dobrze  —  powiedział  wujek.  —  Ale  czy  rzeczywiście  jesteś  aż  tak 

zakochany? 

—  Ach,  nic  podobnego.  To  nie  jest  to,  jest  to  jakaś  moc,  co  mnie  porwała  i 

trzyma. Nie wiem, co robić. Może wezmę się w garść, wówczas... 

— No więc na moje wychodzi — rzekł wujek. — Jazda na Krym. 

—  Słusznie,  trzeba  pojechać,  ale  dopóki  będę  tu  z  wujkiem,  będę  wszystko 

wujkowi opowiadał. 

 

XVIII 

Powierzenie tajemnicy wujkowi, a przede wszystkim wstyd i wyrzuty sumienia, 

które go dręczyły od owego słotnego dnia, podziałały otrzeźwiająco na Eugeniusza. Po 

tygodniu  postanowiono  wyjechać  do  Jałty.  Przez  ten  tydzień  Eugeniusz  jeździł  do 

miasta  zdobywać  pieniądze  na  wyjazd,  wydawał  z  domu  i  z  kantoru  dyspozycje 

dotyczące  gospodarstwa,  znów  stał  się  wesół  i  serdeczny  dla  żony  i  zaczął  odżywać 

moralnie. 

Wreszcie, ani razu po tym słotnym dniu nie widziawszy Stiepanidy, pojechał z 

żoną  na  Krym.  Tam  znakomicie  spędzili  dwa  miesiące.  Eugeniusz  miał  tyle  nowych 

wrażeń, że wszystko, co było przedtem, zatarło się w jego pamięci, przynajmniej miał 

takie  wrażenie.  Na  Krymie  spotkali  dawnych  znajomych  i  bardzo  się  z  nimi  zbliżyli, 

poza  tym  nawiązali  nowe  znajomości.  Życie  na  Krymie  było  dla  Eugeniusza 

ustawicznym świętem, a w dodatku było dlań pouczające i pożyteczne. Zaprzyjaźnili 

się tam z byłym marszałkiem szlachty ich guberni, mądrym, liberalnym człowiekiem, 

który  polubił  Eugeniusza,  zaczął  go  urabiać  i  wciągnął  do  swego  obozu.  W  końcu 

sierpnia Liza urodziła ładną zdrową dziewczynkę — niespodziewanie urodziła bardzo 

łatwo. 

background image

We  wrześniu  Irtieniewowie  wrócili  do  domu  już  we  czwórkę,  z  dzieckiem  i 

mamką,  ponieważ  Liza  nie  mogła  sama  karmić.  Zupełnie  wolny  od  poprzednich 

udręk,  Eugeniusz  wrócił  do  siebie  jako  człowiek  całkowicie  nowy  i  szczęśliwy. 

Przeżywszy wszystko, co przeżywają mężowie w czasie porodu żony, jeszcze mocniej 

ją pokochał. Uczucie  dla dziecka, kiedy je brał na ręce, było  zabawne, nowe, bardzo 

przyjemne,  coś  jakby  wrażenie  lekkich  łaskotek.  Czymś  nowym  w  jego  życiu  było 

także  i  to,  że  prócz  zajmowania  się  gospodarstwem,  w  jego  duszy  dzięki  przyjaźni  z 

Dumczynem  (byłym  marszałkiem)  zrodził  się  nowy  zapał  —  dla  administracji 

terytorialnej,  zapał  wynikający  częściowo  z  ambicji,  a  częściowo  z  poczucia 

obowiązku. W październiku miało się odbyć nadzwyczajne zebranie, na którym miał 

zostać wybrany. Po powrocie do domu był raz w mieście, drugi raz u Dumczyna. 

O mękach pokusy i walki zupełnie zapomniał i z trudem mógł je odtworzyć w 

wyobraźni. Wydawało mu się to czymś w rodzaju ataku szału, któremu uległ. 

Czuł się teraz tak dalece wolny od tego, że nawet się nie bał spytać oficjalisty 

przy pierwszej okazji,  gdy zostali sami. Ponieważ mówił już z nim  na ten temat, nie 

wahał się zapytać: 

— No jak tam, Sidor Piecznikow wciąż jeszcze nie mieszka w domu? 

— Nie, ciągle w mieście. 

— No a jego kobieta? 

—  Płocha  z  niej  kobietka!  Teraz  się  z  Zenobiuszem  zadaje.  Całkiem  się 

zbakierowała. 

„To  i  dobrze  —  pomyślał  Eugeniusz.  —  Zdumiewające,  jak  mnie  to  nic  nie 

wzrusza i jak się zmieniłem". 

 

XIX 

Spełniło  się  wszystko,  czego  pragnął  Eugeniusz.  Majątek  pozostał  w  jego 

rękach,  cukrownia  ruszyła,  buraki  świetnie  obrodziły  i  można  się  było  spodziewać 

dużego dochodu; żona szczęśliwie urodziła, teściowa wyjechała. I został jednogłośnie 

wybrany. 

Po wyborach Eugeniusz wracał z miasta do domu. W mieście gratulowano mu, 

musiał  dziękować.  W  czasie  obiadu  wypił  z  pięć  kielichów  szampana.  Snuł  zupełnie 

nowe plany życia. Jechał do domu i myślał o tym. Było babie lato. Droga znakomita, 

background image

jaskrawe  słońce.  Podjeżdżając  do  domu  Eugeniusz  rozmyślał  o  tym,  że  dzięki 

wyborowi  zajmie  wśród  swoich  chłopów  właśnie  to  stanowisko,  o  którym  zawsze 

marzył, mianowicie takie, że będzie mógł służyć ludowi nie tylko przedsiębiorstwem 

dającym pracę, lecz i bezpośrednim wpływem. Wyobrażał sobie, co o nim będą sądzili 

za  trzy  lata  jego  chłopi  i  inni.  „Ot,  choćby  ten"  —  myślał  przejeżdżając  w  tej  chwili 

przez  wieś  i  patrząc  na  chłopa  i  babę  przecinających  mu  drogę  z  pełnym  cebrem. 

Przystanęli  przepuszczając  jego  bryczkę.  Był  to  stary  Piecznikow  i  Stiepanida. 

Eugeniusz spojrzał na nią, poznał i poczuł z radością, że jest zupełnie spokojny. Była 

tak samo urodziwa jak zawsze, ale nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. Przyjechał 

do domu. Żona powitała go na ganku. Był piękny wieczór. 

— No i jak tam, można pogratulować? — zapytał wujaszek. 

— Tak, wybrano mnie. 

— Świetnie. Trzeba to oblać. 

Nazajutrz  rano  Eugeniusz  objeżdżał  gospodarstwo,  które  zaniedbał.  Na 

folwarku  pracowała  nowa  młockarnia.  Przyglądając  się  jej  pracy  Eugeniusz  chodził 

między  babami,  usiłując  ich  nie  widzieć,  ale  mimo  wysiłków  ze  dwa  razy  dostrzegł 

czarne oczy i czerwoną chustkę Stiepanidy, która nosiła słomę. Ze dwa razy zerknął na 

nią i poczuł coś w sobie, ale nie wiedział co. Dopiero nazajutrz, kiedy znów pojechał 

na  gumno  folwarku  i  spędził  tam  dwie  godziny,  co  wcale  nie  było  potrzebne,  nie 

przestając  pieścić  wzrokiem  znajomej  urodziwej  postaci  młodej  kobiety,  poczuł,  że 

jest  zgubiony,  całkowicie,  bezpowrotnie  zgubiony.  Znów  te  męczarnie,  znów  cała  ta 

okropność i strach. I znikąd ratunku. 

Stało  się  to,  czego  się  spodziewał.  Nazajutrz  wieczorem,  sam  nie  wiedząc  jak, 

znalazł  się  na  tyłach  jej  chałupy,  naprzeciw  stodoły,  gdzie  pewnego  razu  na  jesieni 

mieli schadzkę. Udając, że spaceruje, przystanął tu i zapalił papierosa. Zobaczyła go 

jej sąsiadka i słyszał odchodząc, że mówi do kogoś: 

— Idź, on czeka na ciebie, żebym tak skonała, tam stoi. Idź, głupia! 

Dostrzegł,  że  inna  kobieta  —  ona  —  pobiegła  do  stodoły,  ale  nie  mógł  już 

wrócić, bo widział go jakiś chłop, więc poszedł do domu. 

 

 

 

background image

XX 

Kiedy  wszedł  do  bawialni,  wszystko  wydało  mu  się  dziwaczne  i  nienaturalne. 

Rano wstał jeszcze rześki, z postanowieniem, że da temu spokój, zapomni, nie pozwoli 

sobie myśleć o tym. Ale sam nie wiedząc czemu, całe rano nie tylko się nie zaintere-

sował  niczym,  lecz  starał  się  od  wszystkiego  stronić.  To,  co  przedtem  było  ważne, 

cieszyło go, teraz nie miało żadnego znaczenia. Bezwiednie starał się uwolnić od zajęć. 

Zdawało  mu  się,  że  trzeba  się  od  nich  uwolnić  po  to,  by  rozważyć,  przemyśleć.  I 

uwolnił  się  i  został  sam.  Lecz  jak  tylko  został  sam,  zaraz  poszedł  włóczyć  się  po 

ogrodzie, po lesie. Wszystkie te miejsca były zbrukane wspomnieniami, i te wspom-

nienia nim owładnęły. Czuł, że chodzi po ogrodzie i wmawia sobie, że coś rozważa, ale 

w istocie niczego nie rozważa, lecz szaleńczo, bezpodstawnie czeka na nią — oczekuje, 

że  ona  jakimś  cudem  zrozumie,  jak  on  jej  pragnie,  i  od  razu  przyjdzie  tu  lub  gdzie 

indziej, tam, gdzie nikt nie zobaczy, albo nocą bezksiężycową, i nikt, nawet ona sama, 

nie zobaczy — w taką noc przyjdzie, a on dotknie jej ciała... 

„No i zerwałeś, kiedy chciałeś — mówił sobie. — No  i masz! Związałeś się dla 

zdrowia  ze  schludną,  zdrową  kobietą!  Nie,  widać  nie  można  tak  z  nią  igrać". 

Myślałem, że to ja ją wziąłem, a to ona mnie wzięła — wzięła i nie puściła. Myślałem, 

że jestem wolny, a nie byłem wolny. Żeniąc się sam się oszukiwałem. Wszystko było 

bzdurą,  kłamstwem.  Odkąd  się  z  nią  związałem,  przeżyłem  nowe  uczucie  — 

prawdziwie mężowskie uczucie. Tak, trzeba było żyć z nią. 

Tak, mam dwie możliwości, dwa różne życia: jedno to, które zacząłem z Lizą: 

praca, gospodarstwo, dziecko, ludzki szacunek. Jeżeli wybiorę to życie, nie ma miejsca 

dla Stiepanidy. Trzeba ją gdzieś wysłać, jak mówiłem, albo zniszczyć, żeby jej w ogóle 

nie było. Drugie  życie  jest takie:  zabrać ją mężowi, dać  mu pieniądze i żyć z nią nie 

zważając na wstyd i hańbę. Ale wtedy nie ma miejsca dla Lizy i Mimi (dziecka). Ach 

nie,  cóż,  dziecko  nie  przeszkadza,  ale  żeby  Lizy  nie  było,  żeby  wyjechała.  Żeby  się 

dowiedziała, przeklęła i wyjechała. Żeby się dowiedziała, że ją zamieniłem na prostą 

babę,  że  jestem  oszustem,  łajdakiem.  Nie,  to  zbyt  okropne!  Do  tego  nie  można 

dopuścić.  Ale  możliwe  jest  co  innego  —  rozważał  —  może  się  zdarzyć,  że  Liza 

zachoruje i umrze. Umrze — i wszystko się świetnie ułoży. 

Świetnie!  O  nędzniku!  Nie,  jak  już  ktoś  ma  umrzeć,  to  ona.  Gdyby  ona, 

Stiepanida, umarła, jak by to było dobrze. 

background image

Tak, tak właśnie się truje lub zabija kochanki albo żony. Wziąć rewolwer, pójść 

wywołać  i  zamiast  uścisków  strzelić  w  serce  —  i  koniec.  Przecież  ona  to  szatan.  Po 

prostu szatan. Przecież zawładnęła mną wbrew mojej woli. 

Zabić? Tak. Ale są dwa wyjścia: zabić żonę albo ją. Bo tak żyć nie można

1

. Nie 

można. Trzeba przemyśleć i przewidzieć. Jeżeli zostawi się wszystko tak, jak jest, to co 

z tego wyniknie? 

Wyniknie to, że znów sobie powiem, że nie chcę, że dam spokój, ale tylko tak 

powiem,  a  wieczorem  znów  będę  tam  za  ich  zagrodą,  i  ona  wie  o  tym  i  przyjdzie.  I 

albo ludzie się dowiedzą i powiedzą żonie, albo sam jej powiem, bo nie mogę kłamać, 

nie mogę tak żyć. Nie mogę. To się rozniesie. Dowiedzą się wszyscy, i Parasza, i kowal. 

No i co, czy można tak żyć? 

Nie  można.  Są  tylko  dwa  wyjścia:  zabić  żonę  albo  ją.  Albo  też...  Ach  tak,  jest 

trzecie Wyjście: siebie — powiedział półgłosem i przeszło go mrowie. — Tak, siebie, a 

wtedy nie trzeba ich zabijać..." 

Strach  go  ogarnął,  właśnie  dlatego,  że  czuł,  że  możliwe  jest  tylko  to  wyjście. 

„Rewolwer  mam.  Czy  możliwe,  że  się  zabiję?  Nigdy  o  tym  nie  myślałem,  jakież  to 

będzie dziwne". 

Wrócił  do  swego  pokoju  i  od  razu  otworzył  szafę,  w  której  miał  rewolwer. 

Ledwo go wyjął, gdy weszła żona. 

 

XXI 

Przykrył rewolwer gazetą. 

— Znów to samo — rzekła przestraszona spojrzawszy na niego. 

— Co to samo? 

— Ten sam okropny wyraz twarzy, jaki miałeś przedtem, kiedy mi nie chciałeś 

powiedzieć. Kochany, powiedz mi. Widzę, że się męczysz. Powiedz mi; będzie ci lżej. 

Cokolwiek to jest, będzie jednak lepsze od tych twoich cierpień. Wiem zresztą, że to 

nic złego. 

— Wiesz? Do czasu. 

— Mów, mów, mów. Nie puszczę cię. Uśmiechnął się żałośnie. 

„Powiedzieć? Nie, to niemożliwe. Zresztą po co mówić". 

                                                 

1

 W tym miejscu zaczyna się I wariant zakończenia. 

background image

Może by jej nawet powiedział, ale w tej samej chwili weszła mamka pytając, czy 

można iść na spacer. Liza poszła ubrać dziecko. 

— Więc powiesz? Zaraz przyjdę. 

— Może tak... 

Nigdy nie mogła zapomnieć bolesnego uśmiechu, z jakim to powiedział. Wyszła 

z pokoju. 

Pospiesznie,  skradając  się  jak  zbój,  schwycił  rewolwer,  wyjął  z  kabury.  „Jest 

nabity, tak, ale dawno, i brak jednego naboju. No, co będzie, to będzie". 

Przyłożył do skroni, zawahał się chwilę, lecz gdy sobie przypomniał Stiepanidę, 

decyzję  niewidywania  jej,  walkę,  pokusę,  upadek,  znów  walkę  —  wzdrygnął  się  z 

przerażenia. „Lepsze już to". I nacisnął cyngiel. 

Gdy  Liza  wbiegła  do  pokoju  —  ledwo  zdążyła  zejść  na  dół  z  balkonu  —  leżał 

twarzą do ziemi, czarna ciepła krew tryskała z rany i trup jeszcze drgał. 

Wszczęto  śledztwo.  Nikt  nie  mógł  zrozumieć  i  wyjaśnić  przyczyny  samo-

bójstwa. Wujaszkowi nawet przez myśl nie  przeszło, żeby przyczyna mogła mieć coś 

wspólnego z wyznaniem, które usłyszał przed dwoma miesiącami od Eugeniusza. 

Pani  Barbara  twierdziła,  że  zawsze  to  przewidywała.  Rzekomo  było  to  widać, 

kiedy się sprzeczał. Liza i pani Maria w żaden sposób nie mogły pojąć, dlaczego się to 

stało,  a  jednak  nie  wierzyły  temu,  co  mówili  doktorzy:  że  był  chory  umysłowo.  W 

żaden  sposób  nie  mogły  się  z  tym  zgodzić,  ponieważ  wiedziały,  że  miał  więcej 

zdrowego rozsądku niż setki znanych im ludzi. 

Istotnie,  jeżeli  Eugeniusz  Irtieniew  był  chory  umysłowo,  to  wszyscy  ludzie  są 

chorzy umysłowo, a najbardziej chorzy umysłowo są ci, którzy widzą u innych objawy 

obłędu, a u siebie ich nie dostrzegają. 

1889 

 

Wariant zakończenia opowiadania „Szatan" 

...powiedział  sobie,  podszedł  do  biurka,  wyjął  z  niego  rewolwer  i  obejrzawszy 

go — jednego naboju brakowało — włożył do kieszeni spodni. 

— O Boże! Co ja robię? — zawołał nagle i złożywszy ręce zaczął się modlić. 

— Boże, pomóż mi, wyzwól mnie. Ty wiesz, że nie chcę nic złego, ale sam nie 

mogę. Pomóż mi — mówił żegnając się przed ikoną. 

background image

„Mogę przecież panować nad sobą, pójdę się przejść i przemyślę". 

Wszedł  do  przedpokoju,  włożył  kożuszek,  kalosze  i  wyszedł  na  ganek.  Kroki 

jego  bezwiednie  skierowały  się  obok  ogrodu  polną  drogą  na  folwark.  Tam  wciąż 

jeszcze  huczała  młockarnia  i  rozlegały  się  wołania  chłopców  poganiaczy.  Wszedł  do 

suszarni  na  zboże.  Była  tam.  Dojrzał  ją  od  razu.  Zgarniała  grabiami  kłosy,  a 

zobaczywszy  go,  zaśmiała  się  i  żwawa,  wesoła  pobiegła  kłusem  po  rozrzuconych 

kłosach,  zręcznie  je  odsuwając.  Eugeniusz  nie  chciał,  ale  musiał  patrzeć  na  nią. 

Opamiętał się wtedy dopiero, kiedy już jej nie było widać. Oficjalista zameldował, że 

teraz  kończą  młócić  zleżałe  zboże,  dlatego  dłużej  to  trwa  i  jest  mniejsza  wydajność. 

Eugeniusz  podszedł  do  bębna  młockarni,  dudniącego  od  czasu  do  czasu  przy 

przepuszczaniu  źle  rozłożonych  snopów,  i  zapytał  oficjalisty,  czy  dużo  jest  takich 

zleżałych snopów. 

— Będzie jakie pięć wozów. 

— A więc tak... — zaczął Eugeniusz i nie dokończył. 

Podeszła  do samego bębna i wygarniając spod niego kłosy sparzyła go swoim 

roześmianym spojrzeniem. 

To spojrzenie mówiło o ich wesołej, beztroskiej miłości, o tym, że ona wie, że 

on jej pragnie, że przychodził do jej szopy i że ona, jak zawsze, gotowa jest żyć z nim i 

cieszyć się nie myśląc o żadnych warunkach i następstwach. Eugeniusz poczuł, że jest 

w jej władzy, ale nie chciał ulec. 

Przypomniał sobie swoją modlitwę i usiłował ją powtórzyć. Zaczął odmawiać ją 

w duchu, ale zaraz poczuł... że jest to daremne. Jedna myśl pochłonęła go teraz bez 

reszty: jak niepostrzeżenie dla innych wyznaczyć jej schadzkę? 

—  Jeżeli  dzisiaj  skończymy,  czy  każe  pan  zaczynać  nową  stertę,  czy  może 

zostawić na jutro? — zapytał oficjalista. 

— Tak, tak — odpowiedział Eugeniusz mimo woli kierując się za nią do stosu, 

na który zgarniała kłosy razem z drugą kobietą. 

„Czy  naprawdę  nie  mogę  zapanować  nad  sobą?  —  myślał.  —  Czy  naprawdę 

jestem  zgubiony?  Boże!  Ależ  nie  ma  żadnego  Boga.  Jest  szatan.  Ona  jest  tym 

szatanem. On mną owładnął. Ale ja nie chcę, nie chcę. Szatan, tak, szatan". 

Podszedł tuż do niej, wyjął z kieszeni rewolwer i raz, dwa, trzy razy wystrzelił 

jej w plecy. Przebiegła parę kroków i padła na stos. 

background image

— Ludzie, laboga, a to co? — krzyczały kobiety. 

—  Nie,  to  nie  jest  przypadek.  Umyślnie  ją  zabiłem  —  zawołał  Eugeniusz.  — 

Poślijcie po policjanta. 

Wrócił do domu i nic nie mówiąc żonie zamknął się w gabinecie. 

—  Nie  wchodź  do  mnie  —  wołał  do  żony  przez  drzwi  —  dowiesz  się  potem 

wszystkiego. 

W godzinę później zadzwonił i rozkazał lokajowi: 

— Dowiedz się, czy Stiepanida żyje. 

Lokaj wiedział już o wszystkim i odparł, że umarła z jaką godzinę temu. 

— To i dobrze. Teraz mnie zostaw. Jak przyjedzie policjant lub sędzia śledczy, 

to mi powiedz. 

Policjant i sędzia śledczy przyjechali nazajutrz rano, Eugeniusz pożegnał się z 

żoną i dzieckiem i odwieziono go do więzienia. 

Odbyła  się  rozprawa.  Było  to  zaraz  po  wprowadzeniu  sądu  przysięgłych. 

Uznano, że jest przejściowo chory umysłowo i skazano tylko na kościelną pokutę. 

Przesiedział w więzieniu dziewięć miesięcy i miesiąc w klasztorze. 

Jeszcze  w  więzieniu  zaczął  pić,  pił  dalej  w  klasztorze  i  wrócił  do  domu  jako 

schorowany, nałogowy alkoholik. 

Pani Barbara twierdziła, że zawsze to przewidywała. Rzekomo było to widać w 

czasie sprzeczek.  Liza  i pani Maria w żaden  sposób nie mogły pojąć, dlaczego to się 

stało,  a  jednak  nie  wierzyły  temu,  co  mówili  doktorzy:  że  był  to  człowiek  chory 

umysłowo,  psychopata.  W  żaden  sposób  nie  mogły  się  z  tym  zgodzić,  ponieważ 

wiedziały, że miał więcej zdrowego rozsądku niż setki znanych im ludzi. 

Istotnie,  jeżeli  Eugeniusz  Irtieniew  był  chory  umysłowo  wtedy,  gdy  popełniał 

zbrodnię, to wszyscy ludzie są chorzy umysłowo, a najbardziej chorzy umysłowo są ci, 

którzy widzą u innych objawy obłędu, a u siebie ich nie dostrzegają. 

1909 

  


Document Outline