background image

 

Caroline Anderson 

 

Idealna żona i matka? 

 

background image

Rozdział 1 

 

To był ładny ślub. 

Ryan  czuł  się  zaskoczony,  bo  trochę  obawiał  się 

tej  chwili.  Od  śmierci  Ann  niezbyt  lubił  takie 

uroczystości.  Kiedy  padły  słowa  przysięgi 

małżeńskiej:  „dopóki  śmierć  nas  nie  rozłączy",  był 

bliski załamania. 

Ale  ku  swemu  zdziwieniu  tym  razem  zdołał  się 

opanować. Czyżby czas zagoił rany? Może stało się 

tak  dlatego,  że  Jill  i  Zach  tworzyli  bardzo  dobraną 

parę, a może sprawiła to obecność jego niesfornych 

dzieci,  którymi  musiał  się  zajmować?  Może  też 

złożyły  się  na  to  jakieś  inne  okoliczności,  których 

nie potrafił sobie wytłumaczyć? 

Niezależnie  od  przyczyny  musiał  przyznać,  że 

ślub  był  wspaniały.  Wzruszył  ramionami,  a  potem 

zerknął  na  swoje  odbicie  w  małym,  wiszącym  za 
drzwiami lusterku

, i przesunął palcami po włosach. 

Stwierdził,  że  są  zbyt  krótkie,  ale  był  okres 

upałów,  więc  ostrzygł  się  na  ten  ślub.  Lekko 

spłowiałe od słońca, trochę sterczały na tyle głowy. 

Nie mógł sobie z nimi poradzić, więc dał w końcu za 

wygraną.  I  tak  nie  wyglądam  na  swoje  trzydzieści 

pięć  lat,  pomyślał,  przyglądając  się  sobie  uważnie. 

background image

Zastanawiał się, czy to złudzenie, czy też zmarszczki 

smutku naprawdę zniknęły. 

Najwyższa  pora,  bo  minęły  już  dwa  lata.  Dwa 

długie,  bolesne  lata  samotności.  Dzieci  jakoś 

pogodziły się ze śmiercią Ann, ale on ciągle miał żal 

do  Boga.  To  nie  pomagało.  Nadal  budził  się  rano 
sam. 

Może  nadszedł  czas,  by  to  zmienić,  wdać  się  w 

jakiś mały romans? Nie w jakąś burzliwą przygodę 

miłosną,  tylko  w  rozsądny  układ  z  kobietą 

rozumiejącą zasady takiego związku? 

Uśmiechnął  się  do  siebie  i  w  jego  zielonych 

oczach znów zabłysły jasne ogniki. 

Kobieta.  Poczuł  wewnętrzne  napięcie  i  cicho  się 

zaśmiał.  Czy  jeszcze  pamięta,  jak  postępować  z 

kobietą? 

 

Ginny znalazła izbę przyjęć i rozejrzała się wokół. 

O wpół do dziewiątej rano panował tu już duży ruch. 

To  dobrze,  pomyślała.  Nie  lubiła  bezczynności, 

dlatego  właśnie  wybrała  pogotowie.  Teraz  musi 

znaleźć swego szefa. 

Nie było to trudne. Idąc korytarzem i rozmyślając, 

gdzie  ma  go  szukać,  po  prostu  na  niego  wpadła. 

Nagle otworzyły się drzwi jakiegoś gabinetu i drogę 

background image

zastąpił jej wysoki, jasnowłosy mężczyzna. 

Podniósł ręce i chwycił ją mocno za ramiona. W 

tym  momencie  poczuła  w  piersiach  ogień  emocji, 

jakiś  nagły  przypływ  energii,  po  prostu  dreszcz 

spowodowany  uściskiem  jego  rąk  i  dotykiem  ciała. 

Czuła  się  oszołomiona,  zażenowana  i  jakby 

zahipnotyzowana.  Cofnęła  się  o  krok,  spojrzała  na 

niego  i  dostrzegła  najbardziej  niezwykłe  zielone 

oczy, jakie kiedykolwiek widziała. 

Dziwne, że nie zauważyła ich zadziwiającej barwy 

podczas  rozmowy  kwalifikacyjnej.  A  teraz  zdała 

sobie sprawę, że jego oczy są nie tylko zielone, lecz 

również niezwykle fascynujące. 

–  Doktor O’Connor? – 

wyszeptała.  –  Nazywam 

się Virginia Jeffres. Jestem pańską nową asystentką. 

Ryan  poczuł  się,  jakby  ktoś  go  uderzył.  Jeszcze 

przed  chwilą  marzył  o  kobiecie,  która  rozjaśniłaby 

mu życie, a teraz już trzyma ją w ramionach. 

W dodatku jaka to wspaniała kobieta! Jej łagodne, 

zamglone, szare oczy okalały długie, czarne rzęsy, a 

ciemne,  lśniące  włosy  opadały  lekko  na  czoło.  Na 

delikatnych,  pełnych  ustach  gościł  uśmiech 
powitania. 

Nie 

pamiętał, 

czy 

podczas 

rozmowy 

kwalifikacyjnej była równie piękna. Dziwne, że nie 

background image

dostrzegł  w  niej  wówczas  kobiety.  Chyba  musiał 

być wtedy nieprzytomny! 

Opamiętał się, wypuścił ją z uścisku, cofnął się na 

bezpieczną odległość i wciągnął głęboko powietrze. 

– 

Tak... dzień dobry – wyjąkał bezmyślnie. 

Do  diabła,  czy  rzeczywiście  od  tak  dawna  nie 

rozmawiał z kobietą, że nie potrafi się zachować? A 

ta kobieta w dodatku ma zostać jego asystentką i nie 

wolno mu o tym zapominać. 

– 

Och,  proszę  mówić  do  mnie  Ryan.  Czy  mogę 

zwracać  się  do  pani  Virginia?  –  Boże,  co  za 

uśmiech! 

– Dobrze... Albo po prostu Ginny. 

Kiwnął głową. W jego umyśle panował kompletny 

chaos. 

– 

No cóż, jeśli pójdziesz ze mną, zobaczymy, co 

da się zrobić. Musisz mieć fartuch... 

– 

Dostałam już w rejestracji. 

– 

A słuchawki? 

– Mam przy sobie. 

Wyciągnęła  w  jego  stronę  stetoskop,  a  on 

ponownie  kiwnął  głową.  Boże,  jakże  ona  się 

cudownie uśmiecha! 

– 

W  porządku  –  powiedział.  –  Chodźmy  do 

pacjentów. 

background image

 

Był czarujący. Okropnie zakłopotany swą reakcją, 

wyraźnie zafascynowany jej urodą i speszony. A ona 

musiała  przyznać,  że  też  jest  nim  zaintrygowana. 

Nie  był  konwencjonalnie  przystojny,  ale  miał 

nieodparty wdzięk i wspaniałe, zielone oczy. Mówił 

łagodnym,  głębokim  głosem,  lekko  przeciągając 

słowa, co świadczyło, że pochodził zza oceanu, być 

może z Kanady. 

Nie  pamiętała  brzmienia  jego  głosu  z  rozmowy 

kwalifikacyjnej,  ale  być  może  nie  mówił  wiele. 

Miała  wrażenie,  że  to  Jack  Lawrence  nikomu  nie 

dawał dojść do słowa. Była pewna, że gdyby Ryan 

odzywał  się  wówczas  nieco  częściej,  nie 

zapomniałaby jego głosu... 

Szkoda,  że  jest  kolegą  z  pracy...  Nie  lubiła 

komplikować  spraw  zawodowych  problemami 
natury osobistej. 

Może jednak dla niego mogłaby zrobić wyjątek? 

Wpatrzona w jego plecy, szła za nim korytarzem 

w  kierunku  odkażalni.  W  izbie  przyjęć  zobaczyła 

pacjentów,  którzy  siedzieli  na  wózkach  lub  leżeli 

częściowo  rozebrani  na  kozetkach,  oraz  krzątające 

się wśród nich pielęgniarki. 

Jedna  z  pielęgniarek  wskazała  jej  pokój  dla 

background image

personelu. Ginny zostawiła w nim torebkę, włożyła 

fartuch,  a  potem  zawiesiła  na  szyi  słuchawki 

lekarskie i ponownie wyszła na korytarz. 

– 

Proszę. – Ryan wręczył jej plakietkę z napisem: 

„Dr  Virginia  Jeffries",  którą  przypięła  do  klapy 
f

artucha.  Obdarzyła  go  uśmiechem  i  rozejrzała  się 

wokół. 

– Od czego zaczniemy? 
– 

Chodź ze mną – powiedział. 

Jego  głos  brzmiał  teraz  pewniej;  chyba  odzyskał 

już  panowanie  nad  sobą.  Wziął  z  leżącej  na  stole 
sterty papierów plik kart choroby pacjentów. 

– 

Na początku trzymaj się blisko mnie i patrz, co 

robię. 

Pogodny nastrój wkrótce ją opuścił, a jego miejsce 

zajęła frustracja. Przez całe przedpołudnie czuła się 
jak studentka, która stoi biernie obok mistrza i 
obserwuje jego poczynania. 

Nie  miałaby  nic  przeciwko  temu,  gdyby  mogła 

skoncentrować  się  na  praktycznych  szczegółach. 

Powinna  przecież  wiedzieć,  gdzie  przechowuje  się 

wyniki  badań  rentgenowskich,  kto  wykonuje 

unieruchomienia, a kto zakłada gips! 

Ona  tymczasem  nie  mogła  oderwać  wzroku  od 

jego  dłoni  i  palców,  którymi  ostrożnie  i  delikatnie 

background image

badał  obrażenia  pacjentów.  Wpatrywała  się  w  jego 

głowę  i  krótko  przystrzyżone  włosy,  rozjaśnione 

przez słońce. Słuchała też jego głosu, którego ciepłe, 

melodyjne  brzmienie  działało  oszałamiająco  na  jej 

zmysły. 

Zmarnowa

ła  jednak  poranek,  ponieważ  nie 

wykonała  żadnej  pracy,  nie  zbadała  żadnego 
pacjenta. 

Ginny  nie  lubiła  trwonić  czasu,  nawet  jeśli 

poświęcała  go  na  podziwianie  Ryana  O’Connora. 

Była  więc  zadowolona,  kiedy  polecono  jej,  by 

opatrzyła  pacjentowi  ranę,  w  której  pozostały 

odłamki  szkła,  oraz  zbadała  jakąś  starszą  panią  z 

typowym złamaniem nadgarstka. 

Zamierzała  właśnie  przeciąć  lancetem  ropień  na 

palcu  młodej  kobiety,  kiedy  do  gabinetu 

zabiegowego  zajrzała  pielęgniarka  i  poinformowała 

ją,  że  karetka  wiezie  na  sygnale  dwie  osoby,  więc 

musi  asystować  Ryanowi,  ponieważ  drugi 

konsultant,  Jack  Lawrence,  zajmuje  się  właśnie 
pacjentem z niewydolnym sercem, a Patrick 

Haddon,  młodszy  asystent,  opatruje  dziecko  z 

poważnymi oparzeniami. 

– 

Podejrzewam,  że  ich  stan  jest  krytyczny  – 

ciągnęła  pielęgniarka.  –  Ryan przez telefon udziela 

background image

sanitariuszowi  z  karetki  wskazówek  dotyczących 

jednego  z  poszkodowanych.  Czy  może  pani 

przeprowadzić wywiad w sprawie tego drugiego? 

Ginny ledwo zdążyła przeprosić swoją pacjentkę, 

kiedy  rozległa  się  syrena  zajeżdżającej  pod  szpital 
karetki. 

Rozpętało  się  istne  piekło.  Otworzono  drzwi  i 

pospiesznie  wepchnięto  przez  nie  dwa  wózki  z 

rannymi.  Ryan  natychmiast  zajął  się  dziewczyną. 

Ginny  zdążyła  tylko  dostrzec  mnóstwo  spienionej 

krwi  wokół  jej  twarzy,  kiedy  sanitariusz  postawił 

obok  niej  wózek  z  drugim  pacjentem  i  streścił  jej 

przebieg wydarzeń. 

–  Wypadek na motocyklu. – 

Powiedział  to 

niepotrzebnie,  ponieważ  chłopak  miał  na  sobie 
skórzany kombinezon. – 

Stracił  przytomność  na 

miejscu wypadku i do tej pory j

ej  nie  odzyskał. 

Lewa  noga  została  unieruchomiona.  Jest 

odkształcona w dolnej partii uda, ale wygląda to na 

złamanie  zamknięte.  Nie  umiem  nic  powiedzieć  o 

uszkodzeniu rdzenia kręgowego, ale nie można tego 

wykluczyć.  Dla  pewności  położyliśmy  go  na 
twardych 

noszach.  Kask  musieliśmy  zdjąć,  żeby 

zapewnić drożność dróg oddechowych. 

Ginny kiwnęła głową. 

background image

– 

W porządku. Dziękuję. 

Przyjrzała  się  pacjentowi  i  zmarszczyła  brwi. 

Oddychał  z  trudem,  więc  zaniepokoiła  się  o  jego 

klatkę piersiową. 

– 

Czy możemy go rozebrać? 

– 

Połóżcie  go  na  ten  wózek,  którym  można 

podjechać pod aparat rentgenowski – polecił Ryan z 

drugiego końca sali. 

Sanitariusze przenieśli chłopca bardzo ostrożnie, a 

potem zdjęli szynę z jego nogi i rozcięli ubranie, by 

odsłonić obrażenia. 

– 

Jeśli przeżyje, wniesie skargę, że zniszczyliśmy 

mu kombinezon – 

rzekła z uśmiechem pielęgniarka. 

– 

Miejmy nadzieję, że przeżyje – mruknęła Ginny, 

przyglądając się uważnie każdej części odsłoniętego 

ciała chłopca. 

Tak  jak  powiedział  sanitariusz,  udo  było 

odkształcone  tuż  nad  kolanem,  niepokojąco 

wyglądał  też  prawy  nadgarstek.  Ginny  martwiła 
jednak klatka piersiowa rannego. Lewa jej strona nie 

unosiła  się  w  prawidłowym  rytmie  oddechowym. 

Kiedy delikatnie ją nacisnęła, wyczuła pod palcami 

lekkie  trzeszczenie  ocierających  się  o  siebie 

zakończeń kości. 

– 

Łuk  żebrowy  przesunął  się  w  lewą  stronę. 

background image

Przypuszczalnie  ma  uszkodzone  płuco  – 

poinformowała Ryana. 

– 

Obserwuj go pod kątem wstrząsu pourazowego. 

Śledziona  również  mogła  zostać  uszkodzona  – 

odparł  Ryan,  a  potem  cicho  zaklął,  ponieważ  jego 

pacjentka  dostała  konwulsyjnych  drgawek.  – 

Cholera!  Muszę  znowu  sprawdzić  drożność  dróg 
oddechowych. 

Ginny  wprowadziła  do  klatki  piersiowej  dwa 

dreny, z których jeden miał odprowadzać powietrze, 
a drugi – 

odciągać  krwiak.  Zastosowała  miejscowe 

znieczulenie.  Była  zadowolona,  że  robi  taki  zabieg 
nie po raz pierwszy. 

– 

Tętno  sto  dwadzieścia,  słabo  wyczuwalne, 

ciśnienie  krwi  siedemdziesiąt  na  trzydzieści  i  nadal 
spada – 

informowała ją pielęgniarka. 

– 

Cholera. Trzeba podać mu płyny dożylnie. Czy 

można już zrobić prześwietlenia? 

Otworzyły  się  drzwi  i  wszedł  technik  radiolog. 

Przystąpił  do  wykonywania  zdjęć,  ale  Ginny  nie 

cofnęła  się  i  nadal  podłączała  kroplówkę  do  ręki 
pacjenta. 

– 

Nie  powinna  pani  stać  tak  blisko.  Jest  pani 

młodą kobietą – skarcił ją technik. 

– 

Proszę  się  o  mnie  nie  martwić  –  odparła, 

background image

pobierając krew do próby krzyżowej. – Czy możemy 

dostać zdjęcia jak najszybciej? 

– 

Oczywiście. 

Czekając  na  wyniki  próby  krzyżowej  potrzebnej 

do  transfuzji krwi,  szybko  podała  rannemu  plazmę. 

Ciśnienie  nieco  wzrosło.  Wprowadziła  kolejną 

kroplówkę do uszkodzonej prawej ręki. 

– 

Nie  mogę  wykorzystać  jego  nóg  z  powodu 

obrażeń  uda  i  podejrzeń  obrażeń  wewnętrznych  – 

powiedziała  do  Ryana. – Nie  chcę  też  wkłuć  się  w 

szyję, dopóki nie jesteśmy pewni, że nie ma urazów 

głowy.  Czy  mogę  więc  wykorzystać  jego  złamaną 

rękę? 

– 

Nie masz wyboru. W porządku, wyciągnij krew 

z tchawicy. Dasz sobie radę, Mrginio? 

– Chyba tak. 
–  Przetocz mu cztery jednostki krwi, zanim 

otrzymasz  wyniki  próby  krzyżowej.  Zaraz 

powinniśmy je mieć. 

Ki

edy  wyniki  nadeszły,  odczuła  ulgę.  Choć 

pacjent  nadal  miał  słabo  wyczuwalne  i  nierówne 

tętno, udało im się zwiększyć objętość krwi. 

– 

Mamy  zrobić  badanie  otrzewnej,  żeby 

sprawdzić,  czy  nie  ma  krwotoku  wewnętrznego?  – 

spytała Ryana. 

background image

Potrząsnął głową. 
–  Nie. 

Postępuj  z  nim  tak,  jakby  to  było 

oczywiste. Chirurg jest już w drodze. Jeśli nie zjawi 

się  w  ciągu  pięciu  minut  lub  stan  chłopca  się 

pogorszy,  to  zrobię  próbne  nakłucie  otrzewnej. 

Lepiej  zajmij  się  jego  wzmocnieniem,  zanim 

odeślemy  go  na  salę  operacyjną.  Czy mamy ich 
dane? 

– 

Tak, policja próbuje skontaktować się z rodziną. 

Wszedł  wysoki,  szczupły  mężczyzna,  którego 

siwe  włosy  kontrastowały  z  gęstymi,  czarnymi 
brwiami. 

– 

Jakiś  problem  z  brzuchem?  –  spytał  z  lekkim 

szkockim akcentem. 

– 

Cześć, Ross. To pacjent Virginii. Ona wszystko 

ci wyjaśni. 

Ginny  spojrzała  na  Rossa  i  uśmiechnęła  się 

przelotnie. 

– 

Cześć.  Myślę,  że  ma  uszkodzoną  śledzionę. 

Zebra  przebiły  dolną  część  lewego  płuca.  Możliwy 

jest również uraz głowy. Ma też złamane lewe udo i 

coś z prawym nadgarstkiem. 

Ross  pokiwał  głową,  potem  szybko  umył  ręce, 

wbił  igłę  punkcyjną  i  delikatnie  nacisnął  brzuch 

pacjenta.  Z  małego  otworu  gwałtownie  wytrysnęła 

background image

krew. 

– 

Cholera.  Czy  mamy  prześwietlenia  głowy  i 

kręgosłupa? 

– Tak. 
Obejrzeli pod sztucznym 

światłem  zdjęcia 

rentgenowskie. 

– 

Uraz głowy jest sprawą drugorzędną w stosunku 

do  krwotoku  wewnętrznego  –  stwierdził  Ross.  – 

Śledziona wygląda na powiększoną, a jelita są nieco 

przesunięte. Kiedy uporam się ze śledzioną i klatką 

piersiową,  wezwę  personel  ortopedyczny,  żeby 

unieruchomili mu nogę i rękę. Na ile jest stabilny? 

– 

Nie jest źle – odparła Ginny. – Myślę, że jego 

stan się poprawia, ale ciśnienie nadal jest niskie. 

Ross kiwnął głową. 
– 

W porządku. Czy możecie go przysłać do mnie, 

kiedy będzie stabilny? Pójdę się umyć. Co z tą drugą 

pacjentką? 

Ryan odchrząknął. 
– 

Zmiażdżona  żuchwa,  rozerwany  język... 

Właśnie  go  zeszyłem,  żeby  powstrzymać 
krwawienie. Poza tym jest nieprzytomna i ma urazy 
podudzia. 

Ross mruknął coś niewyraźnie i wyszedł. 

W  tym  momencie  zjawili  się  rodzice  pacjenta 

background image

Ginny.  Uprzedziła  ich,  że  ma  on  podłączoną  do 

tchawicy  rurkę  oddechową  i  dreny  w  klatce 
piersiowej. 

Rodzice chłopca byli wstrząśnięci widokiem syna, 

ale  przynajmniej  wiedzieli,  że  żyje  i  mogli  go 

rozpoznać.  Dziewczyna,  która  siedziała  z  tyłu 

motocykla,  wyglądała  znacznie  gorzej.  Miała 

rozległe  urazy  twarzy,  które  wymagały  interwencji 

chirurga  plastycznego.  Ryan  uważał,  że  miała  zbyt 

duży  kask,  który  spadł  jej  z  głowy  w  chwili 

wypadku, miażdżąc żuchwę. 

Rodzice  chłopca byli zrozpaczeni stanem 

dziewczyny i syna. 

– 

Czy  mogliby  państwo  wypełnić  formularze,  a 

potem porozmawiać z policjantami i powiedzieć im, 

gdzie można znaleźć rodziców dziewczyny? – spytał 
Ryan. 

– 

Oczywiście. 

Drżącymi  rękami  podpisali  zgodę  na  leczenie 

chirurgiczne syna. Wkrótce potem ciśnienie chłopca 

wzrosło na tyle, że można go było przewieźć do sali 
operacyjnej. 

Pacjentka  Ryana  nadal  budziła  jego  niepokój. 

Odłamki  kostne  złamanej  żuchwy  przebiły  się  do 

jamy  ustnej  i  poważnie  uszkodziły  język.  Ryan  nie 

background image

był  w  stanie  udrożnić  dróg  oddechowych,  więc 

musiał  zrobić  tracheotomię,  ponieważ  ranna 

krwawiła  do  gardła,  a  uszkodzony  język  zatykał 

tchawicę. 

Rodzice chorej jeszcze się nie zjawili, ale jej stan 

nie ulegał dalszemu pogorszeniu. Ginny podeszła do 
Ryana 

i spytała go, czy nie mogłaby pomóc. 

W jego uśmiechu dostrzegła zmęczenie. 
– 

Nie,  dziękuję.  Możesz  wrócić  do  pacjentki, 

którą  porzuciłaś,  a  ja  zostanę  tutaj,  dopóki  nie 

przewiozą  tej  dziewczyny  na  oddział  intensywnej 
terapii. 

Ginny  zupełnie  zapomniała  o  kobiecie, której 

miała przeciąć ropień. 

– 

Wydaje się, że to było dawno temu – mruknęła. 

– 

Minęło zaledwie pół godziny. 

Ryan nadal zajmował się swoją pacjentką. Ginny 

patrzyła, jak ponownie sprawdza źrenice jej oczu. 

– 

Co z urazem głowy? 

–  Niedobrze. Wprawdz

ie  źrenice  reagują  na 

światło,  ale  ona  jest  nadal  nieprzytomna.  Ma  wiele 

złamań  w  obu  nogach  i  jednej  ręce,  ale  wyjdzie  z 

tego  bez  trudu,  jeśli  uraz  głowy  nie  okaże  się  zbyt 

poważny.  O  ile  mogę  wnioskować,  pod  wpływem 

siły uderzenia dziewczyna owinęła się wokół gałęzi 

background image

drzewa. Może mieć po prostu wstrząs mózgu, ale nie 

możemy  wykluczyć  czegoś  groźniejszego.  Ma 

również paskudne rany na nodze. Trzeba zrobić jej 

zastrzyk przeciwtężcowy. 

Ginny  dostrzegła  długą,  postrzępioną  ranę  na 

udzie pacjentki. 

– 

Czy ją zszyjesz? – spytała. 

– 

Nie. Przecież jest brudna. Opatrzymy ją i przez 

kilka  dni  będziemy  podawać  antybiotyki.  Wtedy 

dopiero  będzie  można  ją  zszyć.  Gdybyś  zrobiła  to 

teraz, w ranie zostałby cały brud uliczny i mogłaby 

się wywiązać paskudna infekcja. 

Ginny pocz

uła  nagle  otwierającą  się  pod  jej 

stopami otchłań własnej ignorancji. 

– Przepraszam – 

wybąkała. 

Ryan  podniósł  głowę  i  spojrzał  na  nią  z 

uśmiechem. 

– 

Nie  przepraszaj.  Po  to  pracujesz  ze  mną,  żeby 

uczyć  się  takich  rzeczy.  A  propos,  świetnie  dałaś 

sobie radę z tym chłopcem. 

Ginny,  widząc  w  jego  oczach  wyraz  uznania, 

poczuła  się  tak,  jakby  nagle  słońce  wyszło  zza 

chmur.  Odzyskała  pewność  siebie,  odwzajemniła 

jego uśmiech i wyprostowała się. 

– 

Dziękuję. Więc co teraz? 

background image

– A twoja pacjentka? – 

przypomniał jej łagodnym 

tonem. 

– Och, prawda! – 

odparła z uśmiechem. 

Ruszyła w kierunku drzwi, ale zatrzymało ją jego 

chrząknięcie. 

– 

Zanim  stąd  wyjdziesz,  postaraj  się  usunąć  tę 

krew – 

poprosił cicho. 

Ginny ze zdziwieniem spojrzała na swój fartuch. 
– Rozumiem... 

Kiedy  czyściła  plamy,  ranną  zabrano  do  sali 

operacyjnej.  Ryan  podszedł  do  stojącej  przy 

umywalce  Ginny.  Ich  spojrzenia  spotkały  się  w 
lustrze. 

– 

Czy  moglibyśmy  zająć  się  teraz  tą  biedną 

kobietą? – spytała. 

– 

Pewnie  do  tej  pory  poczuła  się  już  lepiej,  ale 

chyba powinn

iśmy to sprawdzić. 

Wyszli,  zostawiając  cały  bałagan  za  sobą,  a 

pielęgniarki energicznie zabrały się do sprzątania, by 

przygotować  salę  na  przyjęcie  następnych  chorych. 

Stwierdzili,  że  pacjentkę  Ginny  opatrzył  już  inny 

lekarz, więc skierowali się do pokoju dla personelu. 

Kiedy  parzyli  kawę,  usłyszeli  podjeżdżającą  na 

sygnale karetkę. 

Ryan  spojrzał  na  Ginny  i  wymownie  zmarszczył 

background image

brwi. 

– 

Znów mamy zajęcie – mruknął. – Jeśli chcesz, 

zostań tu i wypij kawę. Ja to załatwię. 

– 

Czy przemawia przez ciebie uprzejmość, czy też 

zwalniasz mnie z pracy? 

Uśmiechnął się szeroko. 
– 

Zwolnić  cię  z  pracy?  Chyba  żartujesz.  Coś  ci 

powiem: ty tam idź, a ja zostanę tutaj i wypiję kawę. 

Ginny zerwała się na równe nogi. 
– 

Coś ci powiem: pójdziemy tam oboje, a potem 

razem napijemy się kawy! 

 

Ginny doszła do wniosku, że jej pierwszy dzień w 

pracy  należy  zaliczyć  do  pomyślnych.  Była  bardzo 

wyczerpana,  więc  zrzuciwszy  pantofle,  opadła  na 

swe  wygodne  łóżko,  zamknęła  oczy  i  dziękowała 

Bogu, że nie ma nocnego dyżuru. 

Próbowała odtworzyć wydarzenia minionego dnia, 

ale  mogła  myśleć  jedynie  o  Ryanie.  O  jego  głosie, 

uśmiechu  i  dotyku  jego  dłoni.  O  jego  uścisku. 

Spojrzała  na  swój  wydatny biust  i  zaczęła  Przeszył 

ją tępy ból. Była zmęczona. Musiało tak być, skoro 

zaczęła  wyobrażać  sobie  swego  nowego szefa w 

takiej  sytuacji.  Bądź  co-bądź,  po  ich  początkowym 

zderzeniu  Ryan  zachowywał  się  już  rozważnie  i  z 

background image

rezerwą. 

Żadnych aluzji, żadnych sugestii... Nie zrobił nic, 

co  mogłoby  ją  utwierdzić  w  przekonaniu,  że  jego 

zainteresowanie  nie  było  tylko  wytworem jej 

wyobraźni. 

No i dobrze, pomyślała. Tak czy owak pewnie jest 

żonaty. 

 
– 

Czy miło spędziliście dzień? 

Evie  kiwnęła  głową.  W  jej  szeroko  otwartych 

oczach skrzyły się iskierki. 

– 

Babcia znów zabrała nas na plażę. Kupiła nam 

lody,  jechaliśmy  małym  pociągiem,  a  Gus  zjadł  za 

dużo prażonej kukurydzy i wymiotował. 

Matka Ann uśmiechnęła się przepraszająco. 
– 

Uważam,  że  nie  ma  się  czym  martwić.  Dzieci 

często  miewają  mdłości,  jeśli  za  bardzo  im  się 

dogadza. Nie powinnam była pozwolić mu tak dużo 

jeść, prawda, Angus? Gus potrząsnął głową. 

– 

W  tym,  co  wyrzygałem,  pełno  było  prażonej 

kukurydzy i jasnozielonego koloru od lizaka... 

– 

W porządku, Gus, oszczędź nam szczegółów – 

poprosił Ryan znużonym głosem. 

Ileż to razy powtarzał teściowej, żeby nadmiernie 

nie rozpi

eszczała  dzieci.  Zawsze  za  długo 

background image

przebywają  na  słońcu,  zbyt  dużo  jedzą  i  w  ogóle 

wszystkiego mają w nadmiarze. Wsadził pospiesznie 

syna  i  córkę  do  samochodu,  przypiął  ich  pasami  i 

zawiózł do domu. 

Dzieci  były  zmęczone,  ale  szczęśliwe.  Ryan 

doszedł do wniosku, że jest zbyt surowy. No i co z 

tego,  że  babcia  je  trochę  rozpieszcza?  Przecież  są 

jeszcze dziećmi. Niewiele miały w życiu radości. 

Kiedy  poszły  wreszcie  spać,  wziął  prysznic,  a 

potem  przebrał  się  w  stare  dżinsy  i  bawełnianą 

koszulkę,  zamierzając  popracować  trochę  w 

ogrodzie.  Wieczór  był  jednak  taki  piękny,  że  po 

samotnej  kolacji  usiadł  z  piwem  w  jednej  ręce  i 

miejscową  gazetą  w  drugiej,  by  nacieszyć  się 

ostatnimi  promieniami  zachodzącego  słońca.  I... 

pomyśleć  o  Virginii.  Zapomniał  już,  jakie  uczucia 
bud

zi dotyk ładnej kobiety. 

Na to wspomnienie serce zaczęło mu bić mocniej. 

Zamknął  oczy,  usiadł  wygodniej  na  leżaku  i 

westchnął.  Przecież  mam  prawo  pragnąć  kobiety, 

pomyślał.  Przecież  to  zupełnie  normalne.  Przecież 

Ann już nie żyje. 

Czuł wyraźne podniecenie. Tego dnia obudził się 

z letargu, w jakim tkwił przez ostatnie dwa lata. Był 

pełen życia i gotów na romans. 

background image

Przyrzekł  sobie,  że  będzie  to  tylko  seks  bez 

zobowiązań.  Żadnych  trwałych  związków. Jest 
potrzebny dzieciom, a opieka nad nimi nie 

pozostawia mu wiele czasu, który mógłby poświęcić 

komu  innemu.  Ale  romans  z  Virginią...  Na  to 

mógłby się zdecydować. Ona zrozumie reguły gry. 

Stłumił  głos  sumienia,  który  przypomniał  mu,  że 

Virginia jest ko

leżanką  z  pracy.  Doszedł  do 

wniosku,  że  mogliby  razem  pracować  i  razem  się 

bawić. 

To byłoby wspaniałe. 

Poczuł przyspieszone bicie serca. 

Pożądanie. 

Nie pamiętał już tego uczucia. 

Upłynęło przecież tyle czasu. 
– 

Trochę  z  nią  poflirtuję,  zaproszę  ją  na  kolację, 

do  kina  lub  do  teatru,  i  przekonam  się,  czy  ma 

ochotę na przygodę. 

Zaczął się zastanawiać, jak zareaguje matka Ann, 

kiedy poprosi ją, żeby została w domu z dziećmi, bo 

on chce spędzić czas z kobietą. 

Doszedł  do  wniosku,  że  może  powinien  raczej 

poprosić o to sąsiadkę! 

 

background image

Rozdział 2 

 

Może  się  myli?  Może  Ryan  jest  nią 

zainteresowany,  a  może  po  prostu  źle  zrozumiała 
jego zachowanie? 

Nie,  to  niemożliwe.  Przy  każdej  okazji  próbował 

ściągnąć na siebie jej spojrzenie, a z jego oczu biła 

jakaś niezwykła ekspresja. Nie miała pewności, czy 

celowo  nadawał  im  taki  wyraz,  czy  też  było  to 

niezamierzone,  lecz  bez  wątpienia  okazywał  jej 
zainteresowanie. 

Nadal  nic  o  nim  nie  wiedziała,  ale  na  podstawie 

tego,  co  zaobserwowała  w  pracy,  mogłaby  się 

założyć, że nie należy do mężczyzn, którzy oszukują 

żony. Oczywiście, najprościej było go o to zapytać, 

ale tego z oczywistych powodów nie chciała robić. 

W  końcu  dowiedziała  się  prawdy  od  Patricka 

Haddona. Któregoś dnia, kiedy wywieziono wózek z 

pacjentem  na  oddział,  Patrick  ściągnął  rękawice, 

wrzucił je do kosza i uśmiechnął się do niej. 

–  Brawo. Rozumiem, dlaczego Ryan ma o tobie 

tak  pochlebne  zdanie,  oczywiście  poza  wyraźną  do 

ciebie sympatią. 

Mrugnął do niej, a Ginny lekko się zaczerwieniła. 

Zignorowała  komplement  dotyczący  jej  pracy, ale 

background image

zainteresowała ją druga część jego wypowiedzi. 

– 

Co masz na myśli? – spytała. 

Patrick roześmiał się. 
– 

Nie  mów,  że  nie  zauważyłaś,  w  jaki  sposób 

Ryan na ciebie patrzy. 

Wzruszyła ramionami, udając obojętność. 
– 

Czy to aż tak bardzo rzuca się w oczy? 

– 

Owszem.  Dostrzegam  w  nim  zmianę.  Zaczął 

zwracać  uwagę  na  płeć  współpracowników.  Nikt 
tego bynajmniej nie krytykuje, Ginny; wszyscy 

mamy  słabość  do  ładnych  kobiet.  Tak  czy  owak, 

przyjemnie  jest  widzieć,  że  Ryan  się  kimś 

zainteresował. Dwa lata to długo. 

–  Dwa lata? – 

spytała,  usiłując  nie  okazywać 

ciekawości. 

– 

Od  śmierci  żony.  Nie  sądzę,  żeby  od  tej  pory 

kogoś miał. 

Jego  słowa  nią  wstrząsnęły.  Poczuła  przypływ 

współczucia. 

Jak  umarła  żona  Ryana?  Czy  była  to  śmierć 

powolna,  czy  nagła?  Czy  wiedział,  że  to  nastąpi? 

Czy bardzo cierpiał? 

Tyle  pytań  bez  odpowiedzi...  Postanowiła  zadać 

Patrickowi  tylko  jedno,  na  które  z  pewnością  mógł 

jej  odpowiedzieć,  ale  nawet  ono  z  trudem  przeszło 

background image

jej przez gardło: 

– Czy mieli dzieci? 
– 

Tak, dwoje. Dziewczynkę i chłopca. 

Przeszył ją przelotny ból. Nie była pewna, co jest 

gorsze:  mieć  dzieci  i  umrzeć,  czy  też  żyć  i  ich  nie 

posiadać. 

Jej  życie  mimo  wszystko  jest  pełne.  Ma 

odpowiedzialną,  interesującą  i  pobudzającą  pracę. 

Jej  życie  prywatne  ma  właśnie  rozkwitnąć,  o  ile 
mo

że  wierzyć  oczom  Ryana...  Wszystko  wygląda 

jak różany ogród. 

No cóż, prawie wszystko. W jej duszy istniał mały 

zakamarek, w którym nic nie kiełkowało. I nigdy nie 

zakiełkuje... 

Tak, przyjemnie jest żyć. 

Znacznie przyjemniej niż umrzeć. 

Albo owdowieć. Biedny Ryan. Ciekawa była, co i 

kiedy jej o tym powie. Zapewne niewiele, skoro nie 

zrobił tego do tej pory. Instynktownie czuła, że jego 

życie  osobiste  i  zawodowe  toczą  się  zupełnie 

oddzielnymi  torami.  Zastanawiała  się,  gdzie 

umieściłby ją, gdyby została jego kochanką. 

A  może  istnieje  trzeci  tor,  zarezerwowany  na 

specjalne okazje? Ani pierwszy, ani drugi? 
Kategoria trzecia – seks. 

background image

–  Nie mów hop, póki nie przeskoczysz, Patrick. 

Jestem  pewna,  że  gdyby  rzeczywiście  się  mną 

interesował, zrobiłby już w tej sprawie jakiś ruch. 

Ryan  tymczasem  nie  robił  żadnego  ruchu, 

jednakże  pod  pretekstem  szkolenia  swej  asystentki 

przez  cały  czas  był  obok  niej.  W  piątek  skończyła 

pracę  o  piątej.  Kiedy  wychodziła  z  pokoju  dla 

personelu, zderzyła się z nim w drzwiach. 

Tym razem n

ie  wypuścił  jej  z  objęć.  Kiedy 

spojrzał  na  nią  rozjaśnionym  wzrokiem,  poczuła 

gwałtowne bicie serca. 

Nie spuściła  oczu, widząc jego ciepłe  spojrzenie. 

Kiedy  popatrzył  na  jej  usta,  odniosła  wrażenie,  że 

chce  ją  pocałować.  Większość  mężczyzn  tak  by 

postąpiła, ale on najwyraźniej potrafił panować nad 

odruchami.  Dużo  by  dała,  by  tak  nie  było,  ale 

najprawdopodobniej  jego  powściągliwość  wynikała 

również  z  faktu,  że  po  korytarzu  kręciło  się  wiele 

osób, które z ciekawością na nich spoglądały. 

– 

Czy  czegoś  ode  mnie  chcesz?  –  spytała  cicho, 

czując, że drgnął pod wpływem dotyku jej dłoni. 

Ponownie  na  nią  spojrzał,  a  dziwny  wyraz  jego 

oczu sprawił, że zabrakło jej powietrza. 

– 

Cóż, owszem – wyjąkał. – Zastanawiam się, czy 

jutro wieczorem jesteś zajęta. 

background image

–  A co chcesz mi 

zaproponować?  –  spytała  z 

uśmiechem. 

Mogłaby przysiąc, że lekko się zaczerwienił. 
– 

Hm...  Kolację?  Może  kino?  Grają  nowy  film, 

który chciałbym zobaczyć, ale się nie upieram. 

– Wspaniale. O której? 

Przez chwilę wydawał się speszony. 
– O której? No tak, o si

ódmej? Przyjadę po ciebie. 

Gdzie mieszkasz? 

–  Tutaj, w szpitalu. Przydzielono mi jeden z tych 

ciasnych, obskurnych pokoi, ale nie ma to 

większego znaczenia, bo i tak wpadam tam tylko od 

czasu  do  czasu.  Spotkajmy  się  przy  głównym 

wejściu. 

– Wspaniale. Zatem jutro o siódmej. 

Zdając sobie w końcu sprawę, że stoi zbyt blisko 

niej, postąpił krok do tyłu, a potem uśmiechnął się i 

pożegnał.  Idąc  korytarzem,  cicho  pogwizdywał, 

jakby był z siebie bardzo zadowolony. 

Wróciła  do  swego  małego  pokoju  i  otworzyła 

okno,  by  wpuścić  do  środka  trochę  świeżego 

powietrza.  Potem  zaczęła  przeglądać  ubogą 

zawartość  szafy.  Nie  znalazła  w  niej  niczego 

odpowiedniego, musiała więc wybrać się po zakupy. 

 

background image

Pomyślał, że postradał zmysły. Najpierw rzucił się 

na Ginny jak spragniony seksu wyrostek, a potem 

nie wypuścił jej z objęć. Zapach kobiety uruchomił 

w  jego  pamięci  okruchy  wspomnień.  Jakby  tego 

było jeszcze za mało, zrobił coś, od czego starał się 

przez  cały  tydzień  powstrzymać:  zaproponował  jej 

spędzenie wspólnego wieczoru. 

przypływie rozdrażnienia gwałtownym ruchem 

zdjął  krawat.  Jest  zbyt  gorąco,  by  go  wkładać.  Jest 

zbyt gorąco, by cokolwiek na siebie wkładać. A już 

na  pewno  jest  zbyt  gorąco  na  to,  czego  tak  bardzo 

pragnął. 

Zrzucił  z  siebie  resztę  odzieży,  wziął  głęboki 

odd

ech i wszedł pod prysznic. Pomyślał ze złością, 

że  zimna  woda  ostudzi  jego  podniecenie.  Przecież 

nie  rzuci  się  na  Ginny  już  przy  pierwszym 
spotkaniu. Wykluczone! Ani przy drugim. 

Być może nawet nie przy trzecim. 

No cóż, niech będzie przy trzecim. Cholera. Mimo 

zimnej  wody  ponownie  poczuł  ogarniające  go 
podniecenie. 

Odciągnął  gwałtownym  szarpnięciem  zasłonę 

prysznica,  zaklął  i  sięgnął  po  ręcznik.  W  tym 

momencie do łazienki weszła Evie. 

– 

Myślałem, że leżysz już w łóżku, kochanie. 

background image

– 

Leżałam, ale zrobiło mi się za gorąco. Tatusiu, 

powiedziałeś brzydkie słowo. 

Ryan przymknął oczy. 
– 

Wiem.  Przepraszam,  skarbie.  Mnie  też  jest  za 

gorąco.  –  No  cóż,  przynajmniej  to  nie  jest 

kłamstwem.  Przykucnął  i  ujął  jej  ręce  w  dłonie.  – 

Chcesz, żebym poczytał ci bajkę? 

Kiwnęła potakująco głową. 
– 

Gus już zasnął. 

– 

Tak  myślałem.  Zmęczył  się  na  spacerze.  Co 

będziemy czytać? 

– 

„Czarną  Piękność"  –  odparła  bez  chwili 

wahania. 

– 

Zgoda, niech będzie „Czarna Piękność". 

Usadowili  się  na  łóżku  Evie  i  Ryan  sięgnął  po 

książkę.  W  dziesięć  minut  później,  kiedy  Evie 

zaczęły  opadać  powieki,  rozległ  się  dzwonek  do 
drzwi. 

–  To wasza opiekunka. Obejrzyj sobie teraz 

obrazki,  a  ja  poproszę  ją,  żeby  ci  jeszcze  trochę 

poczytała. 

– 

Dlaczego  nie  mogła  przyjść  babcia?  –  spytała 

Evie, kiedy Ryan, nadal owinięty ręcznikiem, ruszył 
w kierunku drzwi. 

– 

Pomyślałem, że damy jej wolny wieczór. 

background image

– 

Czy wychodzisz z jakaś panią? 

Co, u diabła, ma jej odpowiedzieć? 
–  No, w pewnym sensie. Pracujemy razem, i 

chcemy właśnie porozmawiać o naszej pracy. 

Zbiegł na dół, spodziewając się, że grom z jasnego 

nieba  powali  go  za  okłamanie  sześcioletniego 
dziecka. 

Siedemnastoletnia  córka  sąsiadów  spojrzała  z 

ciekawością na jego nagi tors. 

– 

Czy przyszłam za wcześnie, czy też pan jest już 

spóźniony? – spytała. 

Ryan lekko się zaczerwienił. 
– 

To ja jestem spóźniony. Czytałem Evie. Wejdź, 

Suzannah.  Czy  mogłabyś  dokończyć  rozdział,  a  ja 

tymczasem coś na siebie włożę? Dziękuję. 

Zaprowadził  ją  do  sypialni  córki,  a  potem  wpadł 

do  swego  pokoju  i  zaczął  się  pospiesznie  ubierać. 

Nie miał już czasu na dokonywanie wyboru odzieży. 
Ciemnoszare spodnie, jasna koszula, do kieszeni na 

wszelki  wypadek  schował  krawat.  Aha,  portfel. 

Uczesał  się,  ale  niewiele  to  dało.  Zamszowe  buty. 

Jest zbyt gorąco, by wkładać cokolwiek innego. 

Pocałował  Evie,  zajrzał  do  Gusa,  a  potem 

powiedział  Suzannah,  że  wróci  około  jedenastej, 

podał jej numer telefonu komórkowego i wybiegł z 

background image

domu. 

 

Ryan się spóźniał. Ginny zerknęła na zegarek, raz 

jeszcze  spojrzała  na  podjazd,  a  potem  usiadła  na 

niskim murku przy głównym wejściu. 

Na  szczęście  miała  na  sobie  kolorową  spódnicę, 

na której trudno byłoby dostrzec ślady zabrudzenia. 

Po  całym  dniu  spędzonym  na  robieniu  zakupów  w 

okropnym  upale  nie  miała  najmniejszej  ochoty 

czekać stojąc. 

Dobrze  się  czuła  w  tym  kobiecym  stroju.  Pod 

cien

iutką bluzką, której poły przewiązała wokół talii, 

miała  dobraną  do  spódnicy  koszulkę.  Podkreślała 
ona nieco przesadnie jej biust, ale co z tego? W 

końcu  właśnie  piersi  są  jej  największym  atutem, 

więc  mogła  go  wykorzystać.  Chyba  jej  strój  okaże 

się odpowiedni na ten wieczór. Miała nadzieję, że w 

planie  Ryana  mieści  się  jakiś  posiłek,  ponieważ  od 

przygotowanego naprędce śniadania nic nie jadła. 

Dostrzegła  wreszcie  ciemnoniebieskie  kombi, 

które  po  chwili  zatrzymało  się  przy  niej  z  piskiem 

opon. Ryan wyskoczył na podjazd. 

– 

Przepraszam  za  spóźnienie,  domowe  kłopoty. 

Wszystko w porządku? 

Kiwnęła  głową  i  wstała.  Reakcja  Ryana  była 

background image

warta  pieniędzy,  które  wydała  na  swój  strój.  Wbił 
szeroko otwarte oczy w jej biust, a potem z 

wyraźnym trudem przeniósł wzrok na jej twarz. 

– 

Wyglądasz... bardzo... hm... – wyjąkał. Zamknął 

oczy i zaśmiał się. – Przepraszam. Ten biały fartuch 

sporo  zasłania.  Wyglądasz  zachwycająco.  Jestem 

naprawdę oszołomiony. 

– 

Ty też nieźle wyglądasz. 

Uśmiechnął  się  szeroko,  odzyskując  równowagę. 

Otworzył  przed  nią  drzwiczki  samochodu,  wsunął 

do środka zwisający kawałek jej spódnicy, a potem 

usiadł za kierownicą. 

– 

No dobrze, co chciałabyś robić? Kino czy może 

najpierw kolacja? 

Ginny przybrała niewinny wyraz twarzy. 
– 

Może kolacja? Umieram z głodu. 

– 

Ja też. Uroczysta czy kameralna? 

– Kameralna. 
– 

Wewnątrz czy na powietrzu? 

Roześmiała się. 
– 

Wolałabym na powietrzu. 

– 

Załatwione.  Niedaleko  jest  pub,  w  którym 

podają  doskonałe  jedzenie  i  mają  położony  nad 

rzeką ogród pełen wierzb. Jest tam naprawdę ładnie, 

a w dodatku chłodno. 

background image

– 

Więc  prowadź  –  powiedziała  z  uśmiechem, 

opierając się wygodnie. 

Spodobał  mu  się  jej  strój.  W  porządku.  A  teraz 

zabierają na kolację. Życie jest wspaniałe. 

W ogródku wszystkie stoliki były zajęte, ale kiedy 

wyszli na zewnątrz z drinkami, jakaś para zwalniała 

właśnie ustronne miejsce pod drzewem. 

Ginny,  zadowolona,  że  na  spódnicy  nie  będzie 

widać śladów trawy, usiadła na ziemi, objęła rękami 

podkurczone  nogi  i  oparła  podbródek  na  kolanach. 

Zwisające wokół gałęzie wierzby szumiały cicho w 

lekkich  podmuchach  wiatru.  Choć  otaczali  ich  inni 

goście, czuli się, jakby byli zupełnie sami. 

Siedzieli nad brzegiem rzeki, po której leniwie 

płynęły  kaczki,  czekając  wytrwale  na  kawałek 

chleba  lub  frytkę.  Ginny  obserwowała  je  przez 

chwilę,  a  potem  ze  śmiechem  odwróciła  się  do 

Ryana  i  zauważyła,  że  patrzy  na  nią  z  jakimś 

dziwnym napięciem. 

Myślała,  że  Ryan  zaczerwieni  się  lub  odwróci 

głowę, on tymczasem szepnął: 

– 

Jesteś  piękna,  Virginio.  –  Poczuła,  że  się 

czerwieni.  – 

Piękna,  kobieca  i  bardzo,  bardzo 

pociągająca. Dziś wieczorem dałem sobie słowo... – 

Urwał,  po  czym  dodał  nienaturalnym  głosem:  – 

background image

Przyrzekłem  sobie,  że  nie  rzucę  się  na  ciebie. 
Przynajmniej nie przy pierwszym spotkaniu. Ani 
przy drugim. 

– 

Kiedy będzie trzecie? – spytała bezwstydnie. 

Była  zgorszona  własnym  zachowaniem,  ale  nie 

mogła powstrzymać tych słów. 

– 

No wiesz?! Nie powinnaś mówić takich rzeczy! 

– 

wykrztusił, dusząc się ze śmiechu. 

Ginny również się roześmiała. Ryan przysunął się 

do niej bliżej i musnął delikatnie dłonią jej policzek. 

Potem powiódł ręką po jej szyi i w końcu zatrzymał 

ją  na  biuście.  Po  chwili  jego  wargi  zaczęły  zbliżać 

się powoli do jej ust. 

Ten  pierwszy  dotyk  jego  warg  był  lekki  i 

delikatny; potem pocałował ją gorąco i świat wokół 

nich  zniknął  we  mgle  ogarniającego ich uczucia. 

Marzyła, żeby trwało to w nieskończoność, ale miłe 

rzeczy zawsze zbyt szybko mają swój kres. 

– 

Numer trzydzieści siedem? – zawołała kelnerka. 

–  Cholera  – 

mruknął  –  nasza kolacja. Virginio, 

czy  będziesz  tak  dobra?  Nie  mogę  wyjść  w  tym 
stanie. 

Wydawał  się  zażenowany,  ale  było  to  zupełnie 

niepotrzebne,  ponieważ  Ginny  odczuwała  nie 

mniejsze podniecenie. Wstała, schylona przeszła pod 

background image

gałęziami wierzby i odebrała od kelnerki ich dania. 

Gdy  wróciła,  Ryan  siedział  z  podkurczoną  nogą, 

opierając rękę na kolanie. Wydawał się zakłopotany 

pocałunkiem,  który  Ginny  uznała  za  najpiękniejsze 

doświadczenie  swego  życia.  Usiadła,  podała  mu 

kolację i spojrzała w jego smutne oczy. 

–  Nie trzeba, Ryan – 

powiedziała łagodnie. – To 

był wspaniały pocałunek. Nie wolno ci go żałować. 

– 

Trochę przesadziłem. 

– 

Nie. Po prostu mnie uprzedziłeś. 

Spojrzał na nią z zaskoczeniem. 
– 

Wierzę, że mówisz prawdę. 

– 

Och,  oczywiście  –  przyznała  z  ustami  pełnymi 

krewetek w majonezie. – 

Zaczęłam  już  myśleć,  że 

nigdy się na to nie odważysz bez drobnej pomocy z 
mojej strony. 

Zakrztusił się sałatką, więc Ginny uderzyła go w 

plecy. 

– 

Dobrze się czujesz? 

–  Wspaniale  – 

odparł  –  tylko nie mów takich 

rzeczy. 

– 

Jakich? Że również cię pragnę? 

Ryan wypuścił z ręki widelec i odsunął talerz. 
– Virginio, igrasz z ogniem. 
– 

Taką właśnie mam nadzieję. 

background image

Przyjrzał jej się uważnie. 
–  Jestem wdowcem. Mam dwoje dzieci, które 

pochłaniają cały mój czas i energię. To byłby tylko 
romans. 

– 

W  porządku.  Ja  przecież  również  tylko  tego 

chcę. Dokąd pojedziemy? 

– Teraz? – 

spytał zduszonym głosem. 

– Dlaczego nie? 

Patrzył na nią przez dłuższą chwilę, a potem wstał 

i podniósł ją z ziemi. 

– Moi przyjaciele wyjechali i zostawili mi klucze 

od swojego domku, tak na wszelki wypadek. Sądzę, 

że mamy właśnie wszelki wypadek. 

Ginny ro

ześmiała się i wyszła za nim z osłoniętej 

gałęziami kryjówki. Wydawało się, że dzieli ich od 

samochodu  wiele  kilometrów,  a  jeszcze  więcej  od 

położonego  wysoko  na  zboczu  kotliny  wiejskiego 
domku. 

Bez słowa weszli do środka i udali się na górę do 

jedynego umeblowanego pokoju. Tam Ryan 

odwrócił się i spojrzał na nią z powagą. 

– 

Jesteś pewna? 

– Tak. Jestem pewna. 

Dotykał jej ciała delikatnie, niemal z szacunkiem. 

Rozwiązał jej bluzkę i spojrzał na biust rysujący się 

background image

pod ciasną koszulką. 

– 

Jesteś bardzo kobieca – wyszeptał. 

Wsunął  dłonie  pod  koszulkę  i  dotknął  jej  nagich 

piersi, a potem zbliżył do nich usta. Krzyknęła cicho 

i  przylgnęła  do  niego  całym  ciałem.  Przyciągnął  ją 

jeszcze bliżej i ukrył twarz w zagłębieniu jej szyi. 

– 

Za  pierwszym  razem  to  z  pewnością  będzie 

katastrofa,  Virginio.  Od  dawna  nie  miałem  do 

czynienia z kobietą, ale obiecuję, że wynagrodzę ci 

to przy następnej okazji. 

Położył ją na łóżku, uniósł jej spódnicę i zsunął z 

niej mikroskopijny skrawek koronki. Z napiętą pod 

wpływem pożądania twarzą ukląkł między jej udami 

i drżącymi rękami rozpiął spodnie. 

– 

Pomóż mi – szepnął. – Virginio... 

Objęła  go  za  szyję  i  wygięła  się  w  łuk,  a  potem 

połączyli  się  w  jedno.  Ginny  nie  zdążyła  osiągnąć 

rozkoszy,  ale  to  nie  miało  znaczenia.  Ryan  jej 

potrzebował,  a  ona  chciała  czuć  się  potrzebna.  W 

porządku,  przecież  to  jest  tylko  przelotny  akt 

fizyczny, a ona wzięła tyle, ile mogła dostać. 

Po  jej  twarzy  spływały  łzy,  ale  nie  przejmowała 

się  nimi.  Rozkoszowała  się  zapachem  jego  ciała, 

które  z  taką  przyjemnością  trzymała  w  ramionach. 

Po chwili Ryan poderwał się, ubrał szybko, a potem 

background image

zbiegł na dół i wypadł na świeże powietrze. 

Nie  zatrzymywała  go.  Wiedziała,  że  będzie 

jeszcze  dość  czasu,  by  z  nim  porozmawiać. 

Machinalnie  otarła  łzy  i  ubrała  się.  Uprzytomniła 

sobie,  że  Ryan  nie  użył  prezerwatywy.  Pewnie 

nawet nie przyszło mu to do głowy. Ale to nie miało 

znaczenia. Przecież i tak nie mogła zajść w ciążę... 

Doprowadziwszy  do  porządku  łóżko,  zeszła  na 

dół.  Ryan  stał  na  małym  tarasie,  wpatrując  się  nie 

widzącymi  oczami  w  dolinę.  Nie  chcąc  mu  w  tym 

przeszkadzać,  poszła  do  kuchni  zaparzyć  kawę. 

Potem  wyszła  na  taras  i  bez  słowa  wsunęła  mu 

kubek w rękę. Odwrócił się gwałtownie i spojrzał na 

nią. 

– 

Virginio,  przepraszam.  Zachowałem  się  jak 

zwierzę. 

– Nie. Zachowa

łeś się jak mężczyzna. Czy chcesz 

o tym porozmawiać? 

Ponownie  spojrzał  na  dolinę,  a  potem  zaczął 

mówić: 

– 

Ann umarła prawie dwa i pół roku temu. Od tej 

pory nie miałem nikogo. Teraz po raz pierwszy... 

– 

I czujesz się winny? 

– 

Czuję  się  winny,  bo  nie  czułem  się  winny, 

przynajmniej  nie  wobec  Ann.  Ani  przez  chwilę  o 

background image

niej  nie  pomyślałem.  Ona  zasługiwała  na  więcej, 
Virginio... Podobnie jak ty. – 

Westchnął  i  spojrzał 

na niebo. – 

Zachowałem się haniebnie. 

– 

Ależ nie... 

– 

Wykorzystałem cię. 

Poczuła skurcz serca i szybko zamknęła oczy, by 

powstrzymać napływające do nich łzy. 

– 

Miałeś powód, ale nie rób tego więcej. Dobrze? 

Delikatnie  odwrócił  ją  i  objął.  Widząc  jej  łzy, 

cicho westchnął. 

– 

Wybacz mi. Nie chciałem cię zranić. 

– Wybaczam ci. Ryan? 
– Tak? 
– Pokochaj mnie. 

Nastąpiła  długa  chwila  ciszy.  Ginny  była  pewna, 

że Ryan odwróci się i odejdzie... ale nie zrobił tego. 

Powoli i delikatnie pocałował ją w usta. 

Tym  razem  kochali  się  pod  gołym  niebem.  Ich 

głosy  zlewały  się  z  odgłosami  zwierząt  i  szumem 
lasu, a potem zani

kały  w  szeptach  wieczornego 

wiatru.  W  końcu  Ryan  uniósł  głowę  i  odgarnął 

wilgotne włosy z jej czoła. 

– Teraz lepiej? – 

spytał szeptem. 

Uśmiechnęła  się,  ale  łzy  znów  napłynęły  jej  do 

oczu. 

background image

– Wspaniale – 

skłamała. 

Pod  względem  fizycznym  istotnie  było jej 

wspaniale,  ale  dobrze  wiedziała,  że  pod  względem 

emocjonalnym  stoi  na  straconej  pozycji.  Popełniła 

niewybaczalny błąd, zakochując się w nim, i czuła, 

że  nic  już  nigdy  nie  będzie  wyglądać  tak  samo  jak 
przedtem. 

 

background image

Rozdział 3 

 

Targały  nim  sprzeczne  uczucia.  Żal,  wyrzuty 

sumienia, podniecenie i radość na myśl o następnym 

spotkaniu...  Lecz  przede  wszystkim  było  mu 
przykro. 

Spowodowały to łzy Ginny. Przypomniał sobie jej 

łagodne,  szare  oczy,  w  których  dostrzegł 

rozczarowanie... i stwierdzenie, że nie zachował się 

jak zwierzę, lecz jak mężczyzna. 

Czy  tego  właśnie  oczekiwała  od  kochanka? 

Rozczarowania?  Pośpiechu?  Braku  delikatności, 

namysłu, rozwagi? 

Przecież  powinna  mieć  męża  i  dzieci,  pomyślał. 

Dlaczego jest tak spragniona uczucia, że oddała mu 

się bez wahania, nie zważając na własne doznania? 

Och, Virginio! Pozornie jesteś twarda i opanowana, 

a  w  głębi  duszy  chyba  wrażliwa  i  bezbronna... 

Dlaczego musiałem wybrać właśnie ciebie? 

Tak  czy  owak,  za  drugim  razem  było  lepiej. 

Bardzo  się  o  to  starał.  Tak  łatwo  było  sprawić  jej 

przyjemność.  Mógłby  to  osiągnąć  za  pierwszym 

razem, gdyby zachował trochę więcej opanowania. 

Leżał  samotnie  w  łóżku,  patrząc  w  sufit  i 

zastanawiając  się,  co  pomyślałaby  o  jego 

background image

zachowaniu  Ann.  Ich  noce  nigdy  nie  były  tak 

gwałtowne.  Czy  Ann  zrozumiałaby  nienasycone 

pożądanie, jakie odczuwał w stosunku do Virginii? 

Chyba nie. Ona była delikatna, łagodna i otwarta. 

Zgorszyłoby  ją  zachowanie  jego  i  Virginii. 
Szczególnie Virginii. 

On  też  był  nieco  zgorszony.  Nie  rozumiał  do 

końca  postępowania  Virginii.  Podejrzewał,  że  pod 

jej  pozorną  odwagą  i  zuchwałością  kryje  się  jakaś 

głęboka rana... zbyt bolesna, żeby o niej rozmawiać, 

rozdrapywać  ją  i  wyciągać  na  światło  dzienne  jej 
przyczyny. 

Być  może  któregoś  dnia  odważy  się  mu  o  tym 

opowiedzieć?  Na  razie  niech  to  będzie  romans  bez 

żadnych  zobowiązań.  Przewrócił  się  na  bok, 

poprawił  poduszkę  i  zamknął  oczy.  Postanowił,  że 

pomyśli o tym wszystkim w poniedziałek. 

 

Nie wiedziała, jak ma się zachować wobec Ryana. 

Była  pewna,  że  uczucia,  jakie  do  niego  żywi,  są 

wyraźnie  wypisane  na  jej  twarzy,  a  nie  miała 

zamiaru  ujawniać  przed  nim  własnej  głupoty. 

Ostatecznie  nie  jest  to  jego  wina,  że  się  w  nim 

zakochała. 

Oczywiście  ma  wybór.  Może  zakończyć  romans, 

background image

zanim  zostanie  zraniona,  albo  pozwolić  mu  toczyć 

się  własnym  torem.  Ma  spędzić  tu  rok,  a  Ryan 

wyraźnie dał jej do zrozumienia, że nie chce wiązać 

się z nią uczuciowo. Zatem wybór należy do niej. 

Jak  więc  powinna  postąpić?  Czy  z  bólem  serca 

zerwać  z  nim  teraz,  czy  cieszyć  się  nim  i  przeżyć 

przykre rozstanie później? 

Włożyła praktyczną, lecz kobiecą suknię z małym 

dekoltem, zapinaną z przodu na guziki. Ma spędzić 

dzień, udając, że nie zauważa spojrzeń pacjentów w 

wieku od piętnastu do osiemdziesięciu pięciu lat. 

I Ryana. 

Znalazł  ją  podczas  przerwy  i  zaprosił  do  swego 

gabinetu. 

Bez żadnych wstępów wziął ją w ramiona 

i  obsypał  pocałunkami.  Potem  zapiął  guziki  jej 
fartucha. 

– 

Jest za gorąco – zaprotestowała. 

– 

Dlatego właśnie je zapiąłem. 

Roześmiała się, a on ujął delikatnie jej podbródek 

i ponownie ją pocałował. 

– 

Pragnę cię – wyszeptał. 

– Hm... W porze lunchu? 

Spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami. 
– Gdzie? 
– W moim pokoju? 

background image

Jej propozycja wyraźnie go kusiła. 
– 

Nie będzie czasu – powiedział z żalem. 

– Wieczorem? 

Potrząsnął  głową,  a  ona  odczuła  przykre 

rozczarowanie. 

– 

Muszę  odebrać  dzieci  od  opiekunki  i  zająć  się 

nimi.  Nie  martw  się,  jakoś  znajdziemy  czas. 
Niebawem. 

Zadzwonił  telefon,  więc  podniósł  słuchawkę,  ale 

nie oderwał oczu od Ginny. 

–  O’Connor.  Tak. 

Jestem  na  oddziale.  Już  idę.  – 

Odłożył  słuchawkę.  –  Obowiązki  wzywają.  Nie 
rozpinaj fartucha. 

Uśmiechnęła  się  i  wyszła  za  nim  na  korytarz. 

Przez  jakiś  czas  była  posłuszna  jego  poleceniu,  ale 

potem zrobiło się zbyt gorąco, więc zdjęła fartuch. 

Później Ryan zajrzał do pokoju, w którym badała 

pacjentkę,  i  spojrzał  wymownie  na  jej dekolt. Nie 

przerywając swych zajęć, uśmiechnęła się do niego 

wyzywająco,  a  potem  ponownie  skupiła  uwagę  na 
pacjentce. 

– 

Pani  Robson,  więc  w  jaki  sposób  pani  się 

skaleczyła? 

 

Miał rację. W porze lunchu byli tak zajęci, że nie 

background image

mogli nawet marzyć o wyrwaniu się do jej pokoju. 

Panowała  naprawdę  gorączkowa  atmosfera. 

Przywieziono kobietę, która, upadając, oparła się na 

wyciągniętej  ręce  i  złamała  ją.  Bardzo  cierpiała  i 

była w szoku. 

Zbadawszy  ją,  Ginny  stwierdziła,  że  tętno  w 

nadgarstku jest ledwo wyczuwalne, a okolice kciuka 

zdrętwiałe.  Ponieważ  objawy  te  wskazywały  na 

uszkodzenie nerwu i krążenia w ręku, potrzebna była 

interwencja  chirurga.  Ginny  kazała  zrobić 

prześwietlenie,  a  kiedy  miała  przed  sobą  zdjęcia, 

dostrzegła  wewnętrzne  uszkodzenia.  Pod  wpływem 
u

padku  kość  ramienna  złamała  się  spiralnie.  Ostre 

zakończenie  dolnej  części  uszkodziło  nerw  i 

naczynia  krwionośne.  Kobietę  należało  jak 

najszybciej  operować,  by  przywrócić  odpowiednie 

krążenie  i  zapobiec  powikłaniom  wynikającym  z 
ostrego niedokrwienia. 

Ginny  wezwała  dyżurnego  ortopedę  i  w  kilka 

minut  później  na  korytarzu  pojawił  się  przystojny, 

młody mężczyzna. 

– Kto mnie potrzebuje? – 

spytał z uśmiechem. 

– 

Jesteś  żonaty,  Zach,  więc  zachowuj  się 

przyzwoicie – 

skarciły go pielęgniarki. 

Siostra przełożona skierowała go do Ginny, która 

background image

pokazała mu zdjęcia rentgenowskie. 

– 

Ojej! Paskudne złamanie. Czy to pani ramię? – 

spytał pacjentkę, pochylając się w jej stronę. 

– Tak. Strasznie boli. 
– 

Wiem, ale proszę się nie martwić. Szybko się z 

tym uporamy. Kiedy jadła pani po raz ostatni? 

– 

Rano,  śniadanie.  Jestem  na  diecie,  więc  nie 

jadam lunchu. 

– 

A kiedy ostatnio pani coś piła? 

– 

Około  jedenastej.  Kiedy  wracałam  do  domu  z 

zakupów, wypadłam z autobusu. 

– 

Więc tak to się stało? – Delikatnie badał jej rękę, 

na której w

idoczne były ślady skaleczeń i stłuczeń. – 

To był paskudny upadek. Zabierzemy parną na salę 

operacyjną  i  doprowadzimy  do  porządku.  Czy  jest 

pani na coś uczulona albo źle znosi znieczulenie? 

Kobieta potrząsnęła głową. 
– 

Dobrze. Zajmiemy się nią, kiedy sala operacyjna 

będzie wolna. Za jakieś dziesięć minut. 

Ginny kiwnęła głową. 
– 

Czy mamy zawieźć ją teraz do anestezjologa? 

– 

Tak.  Najpierw  ją  znieczulimy.  Czy  mogę 

zadzwonić na salę operacyjną? 

– 

Oczywiście. 

Kiedy  zniknął  w  biurze,  Ginny  wypełniła 

background image

formularz, a 

potem  powiesiła  historię  choroby  na 

wózku z pacjentką. Później poszła poszukać Zacha, 

chcąc dowiedzieć się, jaka jest sytuacja. Dostrzegła 
go w drzwiach gabinetu Ryana. 

– 

Więc w czasie weekendu nic się nie zdarzyło? – 

pytał  Zach  z  szerokim  uśmiechem.  –  Nie  było 

żadnego pożaru, powodzi ani włamania? 

Ryan wydawał się nieco speszony. 
– 

Nie.  Pojechaliśmy  tam  w  sobotę  wieczorem  i 

wszystko sprawdziliśmy. 

Ginny  otworzyła  szeroko  oczy  ze  zdziwienia.  A 

więc  to  Zach  jest  właścicielem  tego  wiejskiego 

domku...  Poczuła,  że  się  czerwieni,  więc  szybko 

odeszła.  Obawiała  się,  że  Zach  spyta  o  znaczenie 

słowa  „my",  ale  nie  zrobił  tego.  Musiał  więc 

uważać,  że  Ryan  miał  na  myśli  swoje  dzieci. 

Odetchnęła  z  ulgą  i  ponownie  skierowała  się  w 

stronę gabinetu Ryana. 

–  Pacjentka jest 

już  gotowa,  Zach  –  oznajmiła 

półgłosem i pospiesznie wyszła. 

Nie chciała zostać wmieszana w dalszą rozmowę 

na  temat  domku.  W  kilka  minut  później  Ryan 

znalazł  ją  w  pokoju  dla  personelu.  Miała  wolną 

chwilę, więc odpoczywała z kubkiem kawy w ręku. 
Przynajmni

ej  przez  chwilę  mogli  być  sami.  Ryan 

background image

nalał sobie kawy i usiadł obok niej. 

– 

Mogłeś  mi  powiedzieć,  że  to  jego  domek  – 

mruknęła z wyrzutem. – Omal nie umarłam. 

– 

Nie pomyślałem o tym. Zapomniałem, że go tu 

możesz spotkać. Tak, to wypadło dość niezręcznie. 

– 

Czy myślisz, że miałby coś przeciwko temu? 

– 

Nie, ale wolałbym zachować dyskrecję. 

Znów  kategoria  trzecia,  pomyślała  w  duchu.  No 

cóż, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. 

– 

Więc – zaczął – co robisz dziś wieczorem? 

– 

Przecież musisz odebrać dzieci. 

– 

To  prawda.  Ale  mogłabyś  wpaść  do  mnie 

później. 

– Do twojego domu? 
– 

Nie, to kiepski pomysł. Mogłyby się obudzić. 

– 

Postaraj się o opiekunkę. 

Odchrząknął i kiwnął głową. 
– 

Problem  w  tym,  dokąd pójdziemy.  Twój  pokój 

w szpitalu jest za bardzo na widoku, Zach  i Jilly 

wrócili, mój dom nie wchodzi w rachubę, a ja jestem 

za stary, żeby zabawiać się w samochodzie. 

– 

Będę musiała postarać się o jakieś mieszkanie. 

– Ale dzisiaj nas to nie uratuje, prawda? 
– 

Rzeczywiście nie. 

Uśmiechnął się i wstał. 

background image

– 

Mam pewien pomysł. Nie ruszaj się stąd. 

Po  trzech  minutach  wrócił  z  wyrazem 

zadowolenia na twarzy. 

–  Mieszkanie po Jilly jest nadal wolne. Znajduje 

się tuż obok szpitala, więc miałabyś blisko do pracy. 

Jest w każdej chwili do dyspozycji. 

– Teraz? 
– 

W  każdej  chwili.  Szpital  wynajął  je  na  długi 

okres. Administrator da ci klucze. 

– Tak po prostu? 
– Tak po prostu. 
– 

A jeśli mi się nie spodoba? 

– 

Spodoba ci się. Jest bardzo przytulne i ma mały 

ogródek. 

– 

Więc jak to się stało, że jest wolne? 

Ryan uśmiechnął się szeroko. 
– 

Jilly  oddała  klucze  dziś  rano.  Była  trochę 

nieprzytomna,  bo  mieli  wiele  spraw  na  głowie. 

Pobrali się zaledwie przed dwoma tygodniami. Czy 

chcesz,  żebym  wieczorem  pomógł  ci  w 
przeprowadzce? 

– Nie mam tego wiele – 

odparła. – Dwie walizki, 

pudło  z  książkami  i  trochę  drobiazgów.  Żadnych 
mebli. 

– Ono jest umeblowane. 

background image

– Tak? 
– 

No  dobrze,  więc  idź  do  administratora  i  weź 

klucze. Jeśli mieszkanie ci się nie spodoba, możesz 

go o tym zawiadomić jutro. 

– 

A co z pracą? Przecież nie mogę tak po prostu 

wyjść. 

– 

Któż mógłby chcieć donieść na ciebie twojemu 

szefowi, Virginio? 

– 

Dobrze, idę. Jesteś pewien, że dasz sobie radę? 

– 

Och, znajdę na to jakiś sposób. 

 
– 

Oczywiście,  nie  wzięliśmy  pod  uwagę  paru 

rzeczy – 

powiedziała później, kiedy rozglądali się po 

mieszkaniu. 

– 

Na przykład? 

– 

Pościel, ręczniki, jedzenie. Nic ważnego! 

Ryan zerknął na zegarek. Jest za kwadrans ósma. 

Mogą jeszcze zdążyć do supermarketu. 

– 

Pożyczę ci pościel i ręczniki, a jedzenie możemy 

zaraz kupić – powiedział. 

Zrobili pospieszne zakupy, a potem podjechali 

pod  jego  dom  po  bieliznę.  Ginny  została  w 

samochodzie  i  przyglądała  się  oddalonym  od  ulicy 

schludnym,  małym  domkom,  otoczonym  ładnymi, 

zadrzewionymi  ogródkami.  Na  podjazdach  stały 

background image

eleganckie  samochody.  Ciekawa  była,  jak  taki 
sfrustrowany de

mon  seksu,  którego  odkryła  w 

Ryanie, przystosował się do podmiejskiego życia. 

Wrócili  do  jej  mieszkania,  ale  nie  zabrali  się 

bynajmniej  do  porządków.  Schowali  pospiesznie 

zakupy i z grubsza pościelili łóżko, a resztę bielizny 

Ginny położyła na rogu materaca. Potem Ryan wziął 

ją  w  ramiona  i  spojrzał  jej  w  oczy.  Poczuła 

przeszywające ją pożądanie. 

Musnął  wargami  jej  usta  i  pod  wpływem 

ogarniającego  go  podniecenia  przymknął  powieki. 

Ginny  zamknęła  oczy  i  poddała  się  pocałunkom. 

Położył  ją  na  łóżku  i  zatrzymał  rękę  na  górnym 
guziku sukienki. 

– 

Marzyłem o tym przez cały dzień – wyszeptał. 

Rozpinał  guziki  i  całował  każdy  skrawek  jej 

odsłaniającego  się  ciała.  Kiedy  dotarł  do  brzucha, 

wstrzymała oddech. Co powie? Czy odczuje wstręt? 

Przedtem  kochali  się  po  ciemku,  a  on  był  zbyt 

podniecony, by zwracać uwagę na błahostki. 

– 

Co  ci  się  stało?  –  spytał  nagle,  dotykając 

plątaniny blizn między jej kośćmi biodrowymi. 

– 

W  wieku  siedemnastu  lat  miałam  wypadek 

samochodowy.  Uderzyliśmy  w  obudowę  mostu  i 

balustrada przebiła karoserię. 

background image

– Och! Biedne dziecko. 

Kiedy  pochylił  głowę  i  zaczął  całować  blizny, 

zamknęła oczy. Potem uniósł się na łokciu i spojrzał 

na nią. 

– 

Jesteś taka kobieca – wyszeptał. 

W  pokoju  słychać  było  jedynie  jego 

przyspieszony  oddech.  W  panującej ciszy zgrzyt 

zamka  błyskawicznego  wydał  się  niemal 

ogłuszający.  Kiedy  Ryan  był  już  całkiem  nagi, 

ogarnęły  ją  dziwne  uczucia:  miłości,  rozpaczy, 

pustki  i  pożądania.  Wyciągnął  do  niej  ręce,  a  ona 

przytuliła  się  do  niego  i  z  cichym  westchnieniem 

ukryła twarz w jego ramieniu. 

– Virginio? 
– 

Proszę, Ryan – wyszeptała błagalnie. – Proszę... 

– 

Czy  mam  się  jakoś  zabezpieczyć?  Wtedy 

zapomniałem cię o to spytać. 

– 

Nie,  wszystko  w  porządku  –  odparła.  –  Ryan, 

proszę... 

– 

Jesteś  pewna?  Nie  chciałbym,  żebyś  zaszła  w 

c

iążę. 

– Jestem pewna – 

wyszeptała z bólem w sercu. 

Zacisnęła powieki, by ukryć napływające do oczu 

łzy. Pragnęła czuć go na sobie i w sobie. Ryan nie 

wiedział, czy okrzyk, który później się wyrwał z jej 

background image

piersi,  był  wynikiem  spełnienia  czy  bólu.  O  tym 
wiedz

iała tylko Ginny. 

 

Po  wyjściu  Ryana  miała  wreszcie  czas,  by 

dokładnie  rozejrzeć  się  po  mieszkaniu  i  doszła  do 

wniosku,  że  jest  bardzo  przytulne.  Z  przedpokoju 

można  było  wejść  do  salonu  i  do  kuchni.  Z 

położonej od frontu sypialni jedne drzwi prowadziły 
do 

salonu,  w  którym  stał  zniszczony,  ale  wygodny 

komplet  mebli.  Drugie  natomiast  wiodły  do 

otoczonego  murem  ogródka,  w  którym  znajdowało 

się kilka zaniedbanych rabatek, doniczek i skrzynek 

oraz  wydzielona,  żwirowana  część.  Mimo  to 

ogródek  wyglądał  jak  niewielka oaza, a przy 

odrobinie  wysiłku  można  było  z  niego  zrobić 

przyjemne  miejsce.  Ginny  stwierdziła,  że  czuje  się 

tu o wiele lepiej niż w szpitalnym pokoiku. 

Jedne  z  drzwi  kuchennych  również  wiodły  do 

ogrodu,  w  którym  pod  porośniętą  kapryfolium 

ścianą stała ławka. W wieczornym powietrzu unosił 

się słodki zapach kwiatów. Ginny zrobiła sobie kawę 

i  z  kubkiem  w  ręku  wyszła  na  dwór.  Usiadła  na 

ławce i zaczęła rozmyślać o Ryanie. 

Wrócił  do  dzieci,  do  swych  obowiązków  i  do 

świata,  do  którego  ona  nigdy  nie  będzie  miała 

background image

dostępu. 

– 

Kocham cię – wyszeptała. 

Nagle  wskoczył  jej  na  kolana  jakiś  kot,  który 

pojawił się nie wiadomo skąd. Ginny, wdzięczna mu 

za towarzystwo, pogłaskała go czule i podrapała za 

uszami.  Być  może  powinna  postarać  się  o  kota,  a 

może już go ma... 

–  Gdzie mieszkasz, kotku? – 

spytała,  ale  on  nie 

odpowiedział,  tylko  umościł  się  wygodniej  na  jej 
kolanach. 

Och,  no  cóż,  albo  zostanie,  albo  sobie  pójdzie, 

pomyślała. Może Jilly Samuels coś o nim wie. Przy 
okazji spytam o niego Zacha. 

 

Następnego  ranka  doszła  do  wniosku,  że 

mieszkanie  jest  wspaniałe.  Przez  całą  noc  dobrze 

spała,  mimo  odejścia  Ryana.  Panował  tu  większy 

spokój  niż  w  jej  szpitalnym  pokoiku.  Poza  dużą 

sypialnią  miała  jeszcze  salon,  kuchnię  i  ogród,  a 

wszystko to za naprawdę niezbyt wygórowaną cenę. 

Droga do pracy zajmowała jej tylko o trzy minuty 

więcej,  co  uważała  za  dużą  zaletę.  To  był  jeden  z 

powodów,  dla  którego  nie  szukała  mieszkania 

wcześniej. Kiedy miała nocny dyżur, mogła spać na 

oddziale,  ale  mogła  też  wpaść  do  domu,  żeby  się 

background image

przebrać  czy  coś  zjeść,  i  przez  cały  czas  była  w 

zasięgu pagera. Siedząc na ławce obok kota i jedząc 

śniadanie,  doszła  do  wniosku,  że  to  wspaniałe 

rozwiązanie. 

Kot  wydawał  się  również  zadowolony.  Właśnie 

wskoczył jej na kolana i zanim zorientowała się, do 
czego zmierza, 

polizał jej grzankę. 

– 

Jesteś  zuchwałym  zwierzątkiem  –  skarciła  go 

czule. – 

Idź stąd. 

Niechętnie usłuchał, ale śledził uważnie każdy kęs 

jedzenia.  W  końcu  Ginny  uległa  i  dała  mu  ostatni 

kawałek grzanki. On jednak zlizał z niej tylko masło. 

– 

Jesteś rozkapryszony – powiedziała z wyrzutem. 

Kiedy  dotarła  do  szpitala,  zadzwoniła  na 

ortopedię,  gdzie  żona  Zacha  pracowała  jako 

pielęgniarka. 

–  Och, tak, kot – 

powiedziała  pogodnie.  –  Jest 

cudowny!  Trochę  apodyktyczny,  ale  niezwykle 

przyjazny.  Uważaj  na  masło. Nie zostawiaj go na 

stole,  boje  wyliże.  Uwielbia  też  biszkopty.  Jest 

również postrachem dla kur i krwistych befsztyków. 

Mieszka za murem, na dole, ze starszą panią, która 

okropnie go rozpieszcza. Co sądzisz o mieszkaniu? 

– 

Jest wspaniałe. Cóż za zbieg okoliczności! 

– 

Miałaś szczęście. No cóż, myślę, że wszystko ci 

background image

się  dobrze  ułoży.  Jeśli  będziesz  chciała  jeszcze  się 

czegoś ode mnie dowiedzieć, po prostu pytaj. 

Kiedy  Ginny  odkładała  słuchawkę,  zadzwonił 

bezpośredni  telefon  z  dyspozytorni  karetek 
pogotowia. 

–  Mamy wypadek poparzenia, kochanie – 

oznajmił dyspozytor. – Pożar w domu. Mężczyzna w 

średnim  wieku  spał  na  piętrze,  wrócił  z  nocnej 

zmiany.  Przyczyna  pożaru  nie  jest  znana,  ale 

zgłoszono ciężkie zaczadzenie, więc przygotujcie się 

na  przyjęcie  pacjenta  z  oparzeniami dróg 

oddechowych, twarzy i głowy. Mogą też zjawić się 

dwaj strażacy zatruci dymem. 

– 

Dziękuję.  Postawię  wszystkich  na  nogi  – 

odparła Ginny, a potem poszła szukać Ryana. 

–  Pacjent z poparzeniami – 

poinformowała  go,  a 

następnie  powtórzyła  to,  czego  dowiedziała  się  od 
dyspozytora. 

– 

W  porządku.  Trzeba  zawiadomić  Cambridge, 

żeby czekali na niego, kiedy tylko będzie można go 

przewieźć.  Skoro  nastąpiło  zatrucie  dymem  oraz 
oparzenia twarzy, potrzebny jest anestezjolog do 

udrożnienia dróg oddechowych i podłączenia go do 

monitora.  Musimy  sprawdzić  zawartość  tlenku 

węgla  i  cyjanku  we  krwi.  Trzeba  też  podłączyć 

background image

kroplówkę  z  nawilżaniem  salbutamolem  i  podać 

stuprocentowy tlen do oddychania, gdyby zaczął się 

dusić. 

Ginny kiwnęła głową. 
– 

Czy po wezwaniu anestezjologa mam 

zawiadomić pielęgniarki? 

– 

Tak, proszę. Ja pójdę sprawdzić, czy na erce jest 

wszystko,  czego  potrzebuję.  Przyślij  tam 

pielęgniarkę, może mi się przydać. 

Kiedy  przyjechał  ambulans,  wszystko  było 

gotowe  i  zespół  lekarzy  przystąpił  do  działania. 

Pierwsze  czynności  polegały  na  ochłodzeniu 

oparzeń i sprawdzeniu drożności dróg oddechowych. 

Zajął  się  tym  anestezjolog.  Lekarze  mieli  ciężkie 

zadanie,  ponieważ  głęboko  poparzona  skóra  na 

twarzy pacjenta była sztywna, twarda i pozbawiona 

czucia.  Jego  ręce  również  były  w  złym  stanie,  a 

palce  zaczęły  puchnąć.  Jack  Lawrence,  chirurg, 

ponacinał  skórę  na  palcach  poszkodowanego,  na 

grzbiecie  dłoni  i  na  szyi,  by  zabezpieczyć  tkankę 

podskórną  przed  niedokrwieniem.  Nie  potrzebował 

do  tego  anestezjologa,  ponieważ  skóra w tych 

miejscach  była  zupełnie  martwa,  a  nerwy 
zniszczone. 

Mężczyzna  oddychał  ciężko  i  nierówno.  Z 

background image

pewnością  miał  uszkodzone  płuca.  Ginny 

zauważyła,  że  Jack  i  Ryan  wymienili 

porozumiewawcze  spojrzenia.  Jack  potrząsnął 

głową, a Ryan kiwnął do niego potakująco. 

Wynikało z tego, że nie dają mu wielkiej szansy. 

Ginny  skupiła  swe  wysiłki  na  wprowadzeniu 

dożylnego  cewnika  o  dużym  przekroju.  Ręce 

pacjenta były w beznadziejnym stanie, a krążenie tak 

słabe,  że  miała  wątpliwości,  czy  uda  jej  się 

podłączyć to urządzenie nawet do jego nogi. 

– 

Chyba  muszę zrobić  wenesekcję – powiedziała 

do Ryana. 

– 

W porządku. Do dzieła. Dasz sobie radę? 

W  istocie  nie  było  to  trudne  zadanie.  Znieczuliła 

rannego miejscowo, ale nie miała pewności, czy jest 

przytomny.  Oczywiście po wprowadzeniu cewnika 

mogła  zaaplikować  mu  morfinę,  by  zmniejszyć  ból 

w obwodowych częściach ciała, gdzie oparzenia nie 

były tak poważne. 

– 

Czy  pan  mnie  słyszy,  Dennis?  –  spytał  Ryan, 

kiedy  mężczyzna  zaczął  jęczeć.  –  Jest pan w 
szpitalu, wszystko w p

orządku.  Proszę  spróbować 

się odprężyć i nie wyrywać rurki. Czy cewnik został 

już wprowadzony? 

– 

Prawie... Tak, już jest. 

background image

– 

W  porządku,  daj  mu  trochę  morfiny,  a  potem 

kroplówkę. 

Pielęgniarka  wręczyła  jej  strzykawkę.  Ginny 

sprawdziła  zawartość,  a  potem  powoli  wstrzyknęła 

morfinę  do  cewnika.  Pacjent  przestał  jęczeć,  ale 

nadal  był  niespokojny.  Wiedziała,  że  może  to 

wynikać z braku tlenu spowodowanego oparzeniami 

w płucach lub z odwodnienia. 

– 

Ile podać płynu? 

– 

Oparzenie  obejmuje  około  dwudziestu  pięciu 

procen

t  ciała.  Pomnóż  to  przez  jego  wagę  w 

kilogramach, a potem podziel przez dwa. 

Ginny spojrzała na pacjenta. 
– 

Ile on może ważyć? Osiemdziesiąt kilogramów? 

– 

Coś koło tego. 

Ginny szybko policzyła w myślach. 
– 

Więc potrzebuje... tysiąc. Litr na godzinę? 

–  Nie,  na cztery. Cztery godziny od chwili 

wypadku...  więc  tysiąc  mililitrów  przez  następne 

trzy godziny, potem tysiąc przez kolejne cztery, i tak 
dalej. 

– 

W porządku. Zwykła sól fizjologiczna? 

– 

Najpierw  płyn  koloidalny,  a  potem  sól 

fizjologiczna.  Podaj  mu  też  lek przeciwwymiotny, 

bo po morfinie może dostać torsji. 

background image

Ginny  zrobiła  domięśniowy  zastrzyk  w  udo 

pacjenta. 

– Co teraz? 
– 

Trzeba założyć opatrunki na twarz, szyję i ręce, 

a  potem  przewieźć  go  do  Cambridge  na  oddział 

oparzeń. 

–  Karetka stoi przed szpitalem – 

oznajmiła 

pielęgniarka.  –  Zawiadomiliśmy  Cambridge. 

Czekają na twoje polecenia. 

– 

Dobrze.  Chyba  lepiej  będzie,  jeśli  ktoś  z  nim 

pojedzie. – 

Spojrzał na wszystkich po kolei, a potem 

się  uśmiechnął.  –  Widzę,  że  mnie  spotka  to 

szczęście,  prawda?  W  porządku.  Czy dacie sobie 

radę ze strażakami? 

– 

Jedź  już  –  rzekł  Jack  rzeczowym  tonem.  – 

Nawet ty nie jesteś niezastąpiony. 

Ryan wrócił po trzech godzinach z wiadomością, 

że  kiedy  dotarli  do  Cambridge,  pacjent  dostał 

zapaści i nie ma pewności, czy z tego wyjdzie. 

Ginny  nie  była  zaskoczona.  Ranny  wydawał  się 

poważnie  chory,  a  niewidoczne  uszkodzenia  płuc 

były  najprawdopodobniej  poważniejsze  niż  rany 

zewnętrzne.  Strażakom  zbadano  krew  na  zawartość 

cyjanku oraz tlenku węgla i po opatrzeniu drobnych 

oparzeń na rękach wypuszczono ze szpitala. 

background image

O  godzinie  czwartej  piętnaście  zatelefonowano  z 

Cambridge,  że  Dennis  umarł.  Jego  płuca  nie 

wytrzymały  dymu  i  wysokiej  temperatury,  a  serce 

nie  zniosło  wstrząsu  oparzeniowego.  Mimo 

wysiłków nie byli w stanie go zreanimować. 

Ta wiadom

ość  sprawiła  Ginny  dziwną  ulgę. 

Wiadomo było, że gdyby przeżył, miałby paskudne 

blizny. W dodatku musiałby przejść długi i przykry 
okres rehabilitacji z licznymi przeszczepami skóry 

oraz  innymi  operacjami,  na  przykład  przykurczów 

ścięgien  raje.  Mimo  to  wszyscy  byli  przygnębieni, 

więc Ginny nie zdziwiła się, że Ryan tego wieczora 

do niej nie przyszedł. 

Miała teraz okazję rozpakować się, uporządkować 

rzeczy  i  przenieść  kilka  ostatnich  drobiazgów  z 

pokoju  w  szpitalu.  Postanowiła  kupić  parę  niezbyt 
drogich graf

ik, które widziała w antykwariacie. 

Kot siedział na łóżku i patrzył, jak Ginny układa 

ubrania, a potem doszedł do wniosku, że jest bardzo 

nudno, więc zwinął się w kłębek i zasnął. 

– 

Mam nadzieję, że nie masz pcheł – powiedziała 

z wyrzutem. 

Kot zastrzygł tylko uchem, traktując uwagę Ginny 

należnym 

jej 

lekceważeniem. 

Kiedy 

przygotowywała  sobie  grzankę  i  wyjęła  masło  z 

background image

lodówki, pojawił się w kuchni. 

– To znowu ty – 

powiedziała. 

Kot,  mrucząc,  zaczął  ocierać  się  o  jej  nogi,  a 

potem  wygiął  grzbiet  w  łuk,  żądając, by go 

pogłaskała. 

– Zakochany kocur. Wracaj do domu. Twoja pani 

na pewno się o ciebie martwi. 

Wypchnęła go za drzwi i zamknęła je, starając się 

nie  zważać  na  żałosne  miauczenie.  Ten  kot  nie 

zasługuje  na  współczucie,  powiedziała  do  siebie. 
Jest po prostu 

nieznośny. W końcu jednak wpuściła 

go z powrotem. Wskoczył jej na kolana i wpatrywał 

się  w  ekran  małego  telewizora.  O  dziesiątej 

wieczorem Ginny usłyszała słaby, kobiecy głos: 

– Geronimo! Wracaj! 

Kot podniósł się, wygiął grzbiet, a następnie wbił 

lekko pa

zurki  w  kolano  Ginny.  Zeskoczył  na 

podłogę i miaucząc, pobiegł w stronę drzwi. 

– 

To ciebie wołają? Ty jesteś Geronimo? 

Kot  ponownie  miauknął,  więc  wypuściła  go  na 

dwór,  a  potem  patrzyła,  jak  biegnie  przez  ogród, 
wskakuje na mur i znika. 

– 

Tu  jesteś,  niedobry  –  powiedziała  drżącym 

głosem  jego  właścicielka.  –  Naprzykrzałeś  się 

komuś? Chodź, czas na kolację. 

background image

Ginny  usłyszała  trzask  zamykanych  drzwi  i 

uśmiechając  się,  weszła  do  domu.  Geronimo?  No 

cóż,  najwyraźniej  jest  bardzo  kochany...  Może 

szanuje swoją panią i nie ostrzy sobie pazurków na 
jej kolanie! 

 

background image

Rozdział 4 

 

Ginny  usłyszała  krzyki  dziecka,  jeszcze  zanim 

otworzyły się drzwi na oddział. Wyszła z gabinetu i 

zobaczyła  pielęgniarkę,  która  wprowadzała  do 

pokoju przyjęć matkę z wrzeszczącym dzieckiem na 

ręku. 

– 

W porządku, Frań, zajmę się nim – powiedziała 

– 

a ty wypełnij kartę. 

Matka spojrzała na nią z wdzięcznością, ale w jej 

oczach malował się paniczny strach. 

– 

Ona  cały  czas  krzyczy.  Przez  chwilę  czuła  się 

lepiej,  ale  potem  znów  zaczęła,  a  ja  naprawdę  nie 

mogę w żaden sposób jej uspokoić... 

Kobieta była bliska łez, więc Ginny położyła dłoń 

na jej ramieniu i próbowała ją pocieszyć. 

– 

Proszę  pójść  ze  mną.  Zobaczymy,  jak  temu 

zaradzić – powiedziała uspokajającym tonem. 

Kiedy szły korytarzem, Ginny poczęła analizować 

w myślach objawy. Bladość, nieregularne krzyki... 

– 

Czy wymiotowała? 

–  Tak, dwukrotnie. W trakcie tych napadów 

krzyku. 

W tym momencie dziecko znów zwymiotowało, a 

potem zaczęło krzyczeć jeszcze głośniej. 

background image

– 

Biedne  maleństwo.  Proszę  położyć  dziecko 

tutaj. Zaraz je zbadam, dobrze? W jakim jest wieku? 

– 

Piętnaście miesięcy. Prawie szesnaście. 

  – 

Czy miała przedtem jakieś dolegliwości? 

– 

Nie.  Od  czasu  do  czasu  dostawała  kolki,  ale 

poza tym nie chorowała na nic poważnego. 

– 

Dobrze. Kiedy to się zaczęło? 

– 

Dziś rano, około ósmej. Musiałam odprowadzić 

do  szkoły  starsze  dzieci  i  miałam  wrażenie,  że 

poczuła się lepiej, ale przed dziewiątą znów dostała 

ataku,  więc  przywiozłam  ją  prosto  tutaj. 

Pomyślałam, że może to wyrostek. 

Ginny zerknęła na zegarek. Za kwadrans dziesiąta. 

Delikatnie pomacała brzuszek dziecka i stwierdziła, 

że po prawej stronie jest miękki. 

– 

Nie,  nie  sądzę.  Muszę  przeprowadzić  badanie 

przez odbytnicę. Nie jest to przyjemne, więc proszę 

ją potrzymać. 

Włożyła  rękawice,  natłuściła  mały  palec  i 

de

likatnie  zbadała  odbytnicę  dziecka,  które 

krzyczało  i  kręciło  się  niespokojnie.  Na  gumowej 

rękawiczce pozostał ślad przypominający galaretkę z 
czerwonej porzeczki. 

– 

Wobec  tego  trzeba  zrobić  prześwietlenia  jamy 

brzusznej, na stojąco i w pozycji leżącej. Trzeba też 

background image

wezwać  chirurga  dziecięcego.  Podejrzewam 

niedrożność  jelit  spowodowaną  lekkim  skrętem 

kiszek, a w takim przypadku należy jak najszybciej 

przeprowadzić operację, bo biedactwo bardzo cierpi. 
– 

Pogłaskała  dziecko  czule  po  główce.  – 

Przepraszam, kocha

nie.  Nie  chciałam  zrobić  ci 

krzywdy. Uspokój się. 

Pielęgniarka  wzięła  małą  na  prześwietlenie,  a 

Ginny 

przeprowadziła 

wywiad 

chorobowy, 

zapewniając  zdenerwowaną  matkę,  że  wszystko 

dobrze się skończy. 

Kiedy przyniesiono dziecko z powrotem, Ginny 

podłączyła  kroplówkę,  pobrała  krew  do  analizy  i 

zaczęła  powoli  podawać  dziecku  sól  fizjologiczną. 

Potem zjawił się Ross Hamilton, który zbadał małą 

pacjentkę,  obejrzał  prześwietlenia  i  potwierdził 

diagnozę. 

  –  Co teraz? – 

spytała matka, próbując zachować 

spokój. 

–  No 

cóż,  będziemy  musieli  natychmiast 

przewieźć ją na oddział dziecięcy – wyjaśnił Ross. – 

Być  może  uda  nam  się  odkręcić  to  jelito,  robiąc 

lewatywę  z  zawiesiny  baru.  To  oszczędziłoby  jej 

operacji,  ale  nie  możemy  zagwarantować,  że  ten 

zabieg  się  powiedzie.  –  Odwrócił  się  do  Ginny.  – 

background image

Załatw formalności związane z przyjęciem dziecka, 

a ja przygotuję wszystko do zabiegu. 

Gdy Ross wyszedł, Ginny wręczyła sanitariuszowi 

historię choroby oraz nerkę na wymioty i poprosiła 

go, by odprowadził matkę z dzieckiem na pediatrię. 

Kiedy  odwróciła  głowę,  dostrzegła  Ryana,  który 

bacznie jej się przyglądał. 

– 

Jakieś kłopoty? – spytał łagodnie. 

– 

Niedrożność jelit. Ross chce zrobić lewatywę z 

baru. 

– 

Biedne maleństwo. 

–  Biedne.  – 

Wróciła  do  swego  pokoju,  wzięła  z 

biurka pióro i zacz

ęła  się  nim  bezmyślnie  bawić. 

Zastanawiała  się,  co  mogłaby  odczuwać,  trzymając 

w objęciach własne dziecko. 

– Virginia? 

Stłumiła łzy i podniosła głowę. 
– 

Słucham? 

– 

Dobrze się czujesz? 

– 

Tak. Po prostu jestem trochę zajęta. 

Było  to  oczywiste  kłamstwo.  Wsunęła  pióro  do 

kieszonki  fartucha,  zostawiając  na  nim  niebieski 

ślad,  a  potem  odwróciła  się  i  obdarzyła  Ryana 

uśmiechem. 

– 

Czy wpadniesz do mnie później? 

background image

Przyjrzał  się  uważnie  jej  twarzy,  a  ona  poczuła 

wyraźny  niepokój.  Co  dostrzegł?  Tęsknotę?  Żal? 

Miłość? 

–  Tak  – 

odparł  w  końcu.  –  Około  wpół  do 

dziewiątej? 

Kiwnęła głową. 
– Kolacja? 
– 

Niezły pomysł. 

Przechodząc  obok  niego,  uśmiechnęła  się 

sztucznie i poklepała go po policzku. 

– 

Nie  mów  hop...  Nie  jestem  najlepszą  kucharką 

na świecie. 

– 

Kochanie,  musiałabyś  zadać  sobie  wiele  trudu, 

żeby  gotować  gorzej  niż  ja  –  oznajmił  półgłosem, 

ujmując jej rękę. 

– 

Puść mnie – poprosiła cicho. – Nie wiesz, gdzie 

byłam. 

Istotnie  nie  wiedział.  Nie  miał  najmniejszego 

pojęcia,  przez  jakie  piekło  przeszła,  ale  bardzo 

chciał wiedzieć, co wypaliło w jej duszy dziurę. 

Widział,  z  jaką  troskliwością  trzymała  w 

ramionach dziecko. Ponownie pomyślał, że powinna 

być  mężatką.  Może  już  kiedyś  miała  męża?  Nigdy 

jej  o  to  nie  spytał,  bo  oboje  unikali  rozmów  na 

tematy  osobiste.  Oczywiście,  jeśli  chodzi o ich 

background image

romans, nie miało to żadnego znaczenia. 

– 

Do  diabła  –  westchnął  cicho.  –  Przecież  nie 

powinno mnie to obchodzić... 

 

Ginny skłamała. Umiała dobrze gotować. Szkoda, 

że Ryan nie był w nastroju, by to docenić. 

Postanowił, że nie rzuci się na Ginny natychmiast 

po przekroczeniu progu jej mieszkania. Dlatego też 

prowadził uprzejmą rozmowę i chwalił jej potrawy, 

podczas  gdy  myślał  jedynie  o  tym,  by  wziąć  ją  w 

ramiona i zatracić się w miłości. 

Najpierw  dotkliwie  oparzył  sobie  język  i  przełyk 

go

rącym ziemniakiem. Później, sięgając po szklankę 

z  wodą,  wylał  jej  zawartość  na  Ginny.  Gdy  z 

krzykiem  zerwała  się  na  równe  nogi,  przewróciła 

krzesło  i  omal  nie  trafiła  nim  w  kota,  który  na 

wszelki wypadek umknął przez otwarte drzwi. Ryan 

próbował  wytrzeć  papierową  serwetką  jej 

przemoczoną do suchej nitki spódnicę. 

– 

Jestem cała mokra – powiedziała bez sensu. 

  – 

To lepiej zdejmij to z siebie, zanim śmiertelnie 

się zaziębisz. 

Był duszny, upalny wieczór sierpniowy, ale żadne 

z  nich  nie  zwróciło  uwagi  na  niedorzeczność  jego 

słów. 

background image

– 

Dobry pomysł – mruknęła. 

I na tym skończył się ich posiłek. 
 

Leżąc  w  łóżku,  Ginny  obserwowała  śpiącego 

Ryana,  którego  skóra  lśniła  złociście  w  łagodnym 

świetle nocnej lampki. Na jego twarzy malował się 

wyraz  odprężenia,  lecz  dostrzegła  też  cień  zarostu. 

Pomyślała,  że  pewnie  nazajutrz  będzie  miała  ślady 

zadrapań  na  ciele,  bo  Ryan  nie  szczędził  jej 
pieszczot. 

Był  wspaniałym  kochankiem:  delikatnym, 

troskliwym i cierpliwym. Było im z sobą tak dobrze, 

że Ginny osiągnęła rozkosz, gdy tylko jej dotknął, a 

potem razem z nim. Odgarnęła włosy z jego czoła i 

patrzyła na niego pełnym tęsknoty wzrokiem. 

Wielka  szkoda,  że  tak  się  to  ułożyło,  pomyślała. 

Szkoda, że nie będziemy razem... 

Ze ściśniętym gardłem pochyliła się nad Ryanem i 

pocałowała  go  lekko  w  usta.  Otworzył  oczy  i 

uśmiechnął się do niej leniwie. 

– 

Cześć – powiedział zaspanym głosem. 

– 

Cześć. Musisz już iść, zrobiło się późno. 

Zerknął  na  zegarek  i  mruknął  coś  z 

niezadowoleniem.  Potem  odrzucił  kołdrę,  wstał  i 

zaczął przetrząsać stertę leżących obok łóżka ubrań 

background image

w  poszukiwaniu  swej  garderoby.  Podnosząc  z 

podłogi zmięte spodnie, zrobił posępną minę. 

– 

Wyglądam, jakbym wracał z jakiegoś zebrania. 

– 

Powiedz, że ktoś przewrócił szklankę wody. To 

prawda. 

– 

To  tylko  jeszcze  jedna  półprawda  –  rzekł  z 

niesmakiem,  a  Ginny  poczuła  przypływ  lęku. 

Czyżby  to  wszystko  było  ponad  jego  siły... 

kłamstwa, potajemne schadzki? 

Przecież  nie  musimy  się  ukrywać,  pomyślała. 

Przecież  Ryan  może  otwarcie  przyznać  się  do 

romansu... Ale matka Ann opiekuje się dziećmi, a on 

najwyraźniej nie chce, by wiedziała, że w jego życiu 
istnieje inna kobieta. 

Dlaczego?  Czyżby  myślała,  że  jej  zięć  żyje  jak 

mnich? A może to on sam stwarza problemy? Może 

naprawdę czuje się winny? 

Czy  dlatego  właśnie  nie  dopuszcza  jej  do  swego 

życia?  Czy  jego  dom  jest  świętym  miejscem 

poświęconym wyłącznie Ann? 

Miała  wrażenie,  że  nigdy  się  tego  nie  dowie, 

ponieważ  Ryan  zawsze  uporczywie  obstawał  przy 

tym,  by  spotykali  się  w  jej  mieszkaniu.  Ciekawa 

była, czy kiedykolwiek pozna jego dzieci. Po chwili 

doszła do wniosku, że skoro tak silnie zareagowała 

background image

na  cierpienia  obcego  niemowlęcia,  to  spotkanie  z 

dziećmi Ryana mogłoby okazać się ponad jej siły. 

Ryan pochylił się i delikatnie pocałował ją w usta. 
– 

Dobranoc, Virginio. Śpij dobrze. 

– 

Ty również. Jedź ostrożnie. 

– 

Obiecuję. Zawsze staram się uważać. 

Odsłoniła  okno  i  patrzyła,  jak  Ryan  przechodzi 

przez  ulicę,  zdążając  w  kierunku  samochodu. 

Odwrócił  głowę  i  pomachał  do  niej  ręką,  a  potem 

usiadł  za  kierownicą,  uruchomił  silnik  i  powoli 

odjechał. Ginny opuściła zasłonę i rozejrzała się po 

pokoju. Cóż za bałagan. 

Taki sam jak w moim życiu, pomyślała. 
 

Romans Ginny i Ryana musiał nieuchronnie wyjść 

na jaw. Któregoś dnia Patrick Haddon przyłapał ich 

na  ukradkowym  pocałunku.  Przepraszał,  ale  jego 

oczy  zabłysły  i  nie  było  w  nich  widać  wielkiej 

skruchy. Na domiar złego, w kilka dni później, kiedy 

byli w kuchni Ginny, rozległ się dzwonek do drzwi. 

Ginny miała rozpiętą bluzkę, a Ryan wyciągniętą 

ze spodni koszulę... 

– 

Kto  to,  do  diabła,  może  być?  –  wymamrotał 

Ryan,  przygładzając  włosy  i  wpychając  koszulę  do 
spodni. 

background image

– 

Nie  mam  pojęcia  –  odparła  Ginny,  zapinając 

bluzkę.  –  Pewnie  jakaś  sekta  religijna.  Zostań  tu. 

Powiem im, żeby sobie poszli. 

Poprawiła włosy, odetchnęła głęboko i wyszła do 

holu. W uchylonych drzwiach frontowych 

stał Zach 

z  jakąś  kobietą,  której  Ginny  nigdy  przedtem  nie 

spotkała.  Goście  spojrzeli  na  Ryana,  potem  na 

Ginny, a później na siebie. 

–  Och, przepraszam – 

powiedział  Zach  i 

odchrząknął, 

najwyraźniej 

zakłopotany, 

że 

przyłapali  ich  niemal  in flagrante delicto.  –  Nie 

zamierzaliśmy...  eee,  ..  przerywać...  Po  prostu 

wpadliśmy, żeby zobaczyć, czy u Ginny wszystko w 

porządku. 

Ginny  pomyślała,  że  nie  ma  nic  do  ukrycia. 

Obdarzyła  gości  wymuszonym  uśmiechem  i 

wskazała im drzwi do salonu. 

– 

Wejdźcie. Ty pewnie jesteś My, prawda? 

Kobieta  kiwnęła  głową  i  wyciągnęła  rękę  na 

powitanie. 

– 

Cześć. Miło mi cię w końcu poznać. – Podeszła 

do  Ryana  i  uścisnęła  go.  –  Cześć,  stary  nicponiu. 
Ostatnio nas zaniedbujesz. 

Ryan poczerwieniał, ale odwzajemnił jej uścisk. 
– 

Cześć,  Jilly.  Przepraszam,  ale  nie  miałem 

background image

zamiaru  was  zaniedbywać.  Ostatnio  miałem  dość 

gorączkowy okres. 

– 

Rozumiem. Jesteś niezwykle tajemniczy. 

– 

Och, do diabła, wy również powinniście poznać 

prawdę. Zdaje się, że wszyscy już o nas wiedzą. 

– 

Tak  czy  owak,  po  co  ta  cała mistyfikacja? – 

spytał  Zach.  –  Najwyższy  już  czas,  żeby  w  twoim 

życiu pojawiła się jakaś kobieta. 

– 

W moim życiu istnieje kobieta – wymamrotał. – 

Moja teściowa. Ona nie pochwaliłaby tego związku. 

– A co ona ma z tym wspólnego? 

Ryan przesunął dłońmi po włosach i westchnął. 
– 

Chyba nic, z wyjątkiem tego, że jestem zależny 

od  jej  dobrej  woli.  A  poza  tym  nie  chcę,  żeby  do 

dzieci dotarły jakieś plotki. 

– Jakie plotki? – 

spytała Jilly. – Że w końcu Ryan 

O’Connor przestał żyć jak mnich? Przecież masz do 
tego prawo! 

–  Wiem o tym – 

westchnął.  –  Tylko trudno jest 

wszystko  tak  ułożyć,  żeby  nie  zranić  osób,  które 

najmniej na to zasługują. 

–  Rozumiem  – 

powiedziała  cicho  Ginny.  – 

Pogadamy  o  tym  później.  Tak  czy  owak,  istnieją 

jeszcze inne powody, żeby trzymać to w tajemnicy. 

Musimy razem pracować... 

background image

– 

Sądzisz,  że  ludzie  tego  nie  zauważą?  –  spytał 

Zach.  – 

Mrzonki,  moja  miła.  To  jest  szpital.  Nie 

możesz  nawet  kichnąć,  żeby  tego  od  razu  nie 
skomentowano. 

Ginny roześmiała się. 
– 

Zauważyłam to. Pracuję tu zaledwie od trzech i 

pół  tygodnia,  a  znam  najdrobniejsze  szczegóły 

dotyczące  prywatnego  życia  całego  personelu.  A 

wierzcie  mi,  że  o  nic  nie  pytałam!  –  Sięgnęła  po 
czajnik. – Kawy? 

– 

Z  przyjemnością.  Zatem  dość  już  o  waszym 

życiu prywatnym. Jak podoba ci się mieszkanie? 

– Jest 

wspaniałe. Mam blisko do pracy i cudownie 

tu odpoczywam. 

– 

Jak się miewa kot? – spytała Jilly. 

– 

To  złodziej.  Wczoraj  zostawiłam  na  wierzchu 

kawałek bekonu. 

– Wszystko jasne! 

Wymieniły uśmiechy, a Ginny doszła do wniosku, 

że  polubiła  Jilly...  pomimo  jej  smukłej  sylwetki  i 

bajecznie jasnych włosów. 

Nastawiła czajnik i odwróciła się w stronę gości. 

Zach zerknął badawczo na jej biust. 

– 

Wybacz  mi  moją  poufałość,  ale  czy  twoja 

bluzka jest zapięta właściwie? 

background image

Ginny spojrzała na guziki i zaczerwieniła się. 
– 

Och, do diabła. To jego wina. 

Zach roześmiał się. 
– 

Nic  wątpię.  Powinniście  byli  po  prostu 

powiedzieć nam, żebyśmy sobie poszli. 

– 

Tak  jak  zrobiliście  to  wy,  kiedy  przyłapałem 

was pod prysznicem? 

Teraz  z  kolei  Jilly  poczerwieniała,  a  Zach, 

zupełnie  nie  tracąc  kontenansu,  uśmiechnął  się 
szeroko. 

– 

Skoro  byłeś  świadkiem  tamtego  wydarzenia, 

mogę  równic  dobrze  przekazać  ci  najświeższą 

wiadomość. Spodziewamy się dziecka, które zostało 

poczęte właśnie wtedy pod prysznicem. 

Ryan  roześmiał  się,  najwyraźniej  ucieszony 

nowiną  i  rozbawiony  zbiegiem  okoliczności. 

Jednakże  dla  Ginny  była  to  jeszcze  jedna  strzała, 

która  trafiła  w  jej  serce.  Korzystając  z  okazji,  że 

Ryan ściska ich i składa im gratulacje, wymknęła się 

do  kuchni,  by  przygotować  kawę  i  odzyskać 
panowanie na

d sobą. 

I  co  z  tego,  że  będą  mieli  dziecko? – pomyślała. 

Przecież to normalna rzecz. 

Dla innych ludzi. Ale nie dla mnie. 
 

background image

Ten wieczór wydawał się punktem zwrotnym ich 

związku.  Może  stało  się  tak  na  skutek  tego,  co 

powiedział  Zach,  a  może  Ryan  sam  podjął  takie 

postanowienie, niemniej w piątek spytał Ginny, czy 

następnego dnia jest wolna. 

– Jilly i Zach wyjechali na weekend i zostawili mi 

pod  opieką  psa,  który  jest  właściwie  psem  siostry 

Zacha, ale ona źle się czuje i ma małe dziecko, więc 
na razie ten pies jest u nich. Dzieciaki i ja 

zamierzamy  wziąć  go  na  spacer.  Chcemy  zabrać 

jedzenie  na  piknik  i  spędzić  dzień  w  lesie.  Czy 

miałabyś ochotę jechać z nami? 

Na myśl o spotkaniu z jego dziećmi zdobyła się na 

odważny uśmiech. 

– 

To cudowny pomysł. Dziękuję. 

W istoc

ie bała się tego spotkania. Jasny i pogodny 

poranek  zapowiadał  kolejny  bezchmurny,  upalny 

dzień. Włożyła dżinsy, krótką, bawełnianą koszulkę 

i  zawiązywaną  pod  biustem  przezroczystą  bluzkę, 

która miała chronić jej ramiona przed słońcem. 

Ryan przyjechał po nią o dziesiątej. Kiedy wsiadła 

do  samochodu,  odwróciła  głowę  i  po  raz  pierwszy 

zobaczyła jego dzieci. 

Wszędzie by je rozpoznała. Były żywym odbiciem 

swego  ojca.  Miały  błyszczące  oczy  i  gęste  włosy. 

background image

Były  wyraźnie  podniecone,  podobnie  jak  olbrzymi, 
czarny, k

udłaty  pies,  który  z  tylnego  siedzenia 

szczerzył  na  nią  zęby,  łypał  oczami  i  donośnie 

szczekał. 

– 

Dziękuję,  Scud,  to  wystarczy  –  powiedział 

Ryan. 

Kiedy  ruszyli,  pies  usiadł,  ale  z  tyłu  nadal 

dobiegały  chichoty  dzieci.  Jechali  przez  jakieś 

dwadzieścia minut, a potem Ryan skręcił z głównej 

drogi  w  kierunku  wrzosowiska  i  zaparkował  w 

cieniu kępy sosen. 

– 

No,  załoga,  wysiadać!  –  rozkazał  wesoło,  a 

dzieci wygramoliły się z samochodu i podbiegły do 

bagażnika.  Ryan  wręczył  każdemu  z  nich  mały, 
barwny plecak, a pot

em  zarzucił  sobie  na  ramię 

znacznie większą torbę. 

– 

Mają tam swoje kanapki – wyjaśnił – a ja całą 

resztę:  napoje,  wodę  dla  psa,  koc...  –  Wzruszył 

ramionami  i  uśmiechnął  się.  –  Po  to  właśnie  są 

ojcowie, prawda? Hej, Scud, chodź tu! 

Ruszyli  ścieżką  wiodącą  przez wrzosowisko. 

Słońce mocno przypiekało. Ginny była zadowolona, 

że  pomyślała  o  włożeniu  bluzki,  ponieważ  w 

przeciwnym  razie  spaliłaby  się  na  węgiel.  Zanim 

wyruszyli w dalszą drogę, Ryan posmarował dzieci 

background image

grubą warstwą kremu z filtrem ochronnym. 

O godz

inie  jedenastej  Ginny  nałożyła  trochę 

kremu na nos Ryana. Stali blisko siebie, a on 

spoglądał  na  nią  wzrokiem  bardziej  palącym  niż 

słońce. 

– 

Znów masz na sobie tę bluzkę – mruknął. 

– Mhm. 
– 

Ona  niesamowicie  wpływa  na  bicie  mojego 

serca. 

– 

Nie  ruszaj  się.  Ćwiczenia  wydolności  układu 

krążenia są dla ciebie dobre... 

– Czy znów mnie prowokujesz? 

Ginny  wsunęła  palce  pod  jego  rozchyloną  na 

piersi koszulę. 

– 

Chciałbyś tego, prawda? 

Kiedy  Ryan  pochylił  lekko  głowę,  usłyszeli 

dziecięcy głosik: 

– 

Czy chcesz ją pocałować? 

Gwałtownie wyprostował się i spojrzał w dół. 
– 

Nie,  Evie.  Ona  po  prostu  smarowała  kremem 

mój nos. 

– 

To było dawno. 

– 

Upewniałam  się  tylko,  czy  zrobiłam  to 

właściwie – oznajmiła poważnie Ginny. – Możemy 

iść dalej. Odwróć się, to schowam krem do twojego 

background image

plecaka. 

– 

Teraz  widzisz,  dlaczego  nie  mogę  sobie  przy 

nich  na  wiele  pozwolić  –  szepnął  Ryan,  kiedy 

podążali  ścieżką  za  dziećmi.  –  Są  moimi  aniołami 

stróżami. 

–  To urocze dzieci – 

powiedziała  Ginny  pełnym 

tęsknoty  głosem.  –  Po  prostu  są  ciekawe,  kim 
jeste

m,  a  ciebie  bardzo  kochają.  Powinieneś  być  z 

nich dumny. 

Ryan  nagle  przystanął.  Ginny  również  się 

zatrzymała i odwróciła głowę w jego stronę. 

– 

Co się stało? 

– 

Dziękuję – szepnął. 

– 

To prawda, są wspaniałe. Z pewnością niełatwo 

ci samemu je wychowywać. 

–  Nie  – 

przyznał  z  westchnieniem.  –  To bardzo 

trudne zadanie. Niekiedy uważam je za zbyt trudne. 

Przyjeżdżam  po  nie  spóźniony  albo  w  ostatniej 

chwili  zmieniają  mi  terminy  dyżurów,  więc  sama 

rozumiesz,  dlaczego  muszę  liczyć  na  teściową. 

Przeprowadziliśmy się tu po śmierci Ann, żeby być 

bliżej  dziadków.  Są  jedynymi  krewnymi  dzieci  ze 

strony ich matki i nie chciałem, żeby straciły z nimi 
kontakt. 

– 

Więc nie mieszkaliście tu za życia Ann? 

background image

– 

Nie. Kupiłem ten dom mniej więcej półtora roku 

temu.  Przedtem  mieszkaliśmy w Sussex, a ja 

pracowałem w Brighton. 

Ginny  zastanawiała  się  przez  chwilę,  a  potem 

spojrzała na niego i spytała cicho: 

– 

Jak ona umarła? 

– 

Zginęła  w  wypadku  samochodowym.  W 

bezsensownym,  głupim  wypadku,  do  którego  w 

ogóle  nie  powinno  było  dojść.  Po  moim  nocnym 

dyżurze  jechaliśmy  do  teściów  na  weekend.  Ann 

postanowiła  prowadzić.  Zjechaliśmy  z  autostrady  i 

przejeżdżaliśmy 

przez 

skrzyżowanie. 

Jakiś 

samochód niespodziewanie wyjechał na nas z prawej 

strony.  Musiał  nie  zauważyć,  że  ma  czerwone 

światło.  Walnął  prosto w drzwi od strony Ann. 

Zginęła  na  miejscu.  Wiem  o  tym,  bo  uderzenie 

rzuciło ją na moje kolana. Miała wgniecioną czaszkę 

i zmiażdżoną klatkę piersiową. 

Ginny  zamknęła  oczy  i  potknęła  się.  Poczuła,  że 

Ryan mocno ją podtrzymuje. 

– 

Jak to przeżyłeś? 

Pog

łaskał ją po głowie. 

– 

To  było  lepsze,  niż  patrzeć,  jak  cierpi.  Dzieci 

były  w  szoku,  więc  się  nie  zorientowały. 

Wyciągnąłem  je  z  samochodu,  zanim  zdały  sobie 

background image

sprawę z tego, co się wydarzyło. My troje wyszliśmy 

z  wypadku  prawie  bez  szwanku.  Byliśmy  tylko 
po

siniaczeni,  a  dzieci  doznały  lekkiego  wstrząsu. 

Ann wzięła całe uderzenie na siebie. 

Odetchnął głęboko, więc uniosła głowę i spojrzała 

na  niego.  Wydawał  się  nieobecny,  blask  jego  oczu 

zmąciły  wspomnienia.  Dotknęła  dłonią  jego 
policzka. 

–  Przepraszam, Ryan. 

Nic  chciałam  ci  tego 

przypominać. 

Delikatnie uścisnął jej dłoń. 
– 

Wszystko  w  porządku,  kochanie,  to  nie  twoja 

wina. Tak czy owak, nadszedł czas, żebym ci o tym 

opowiedział.  To  po  prostu  wciąż  jest  dość  żywy 

obraz. Chodźmy. Dzieciaki zniknęły. 

Ruszył za dziećmi, a Ginny podążyła za nim nieco 

wolniej.  Kiedy  ich  dogoniła,  siedzieli  już  na 

zwalonym drzewie, śmiejąc się głośno i rzucając psu 

patyki. Pomachali do niej, a ona stwierdziła, że pod 

wpływem  ich  radości  wewnętrzną  pustkę,  którą 

ciągle czuła, wypełniło szczęście. 

– 

Przerwa na herbatę? – spytała pogodnie. 

Ryan uśmiechnął się i rzucił jej butelkę coca-coli. 

Kiedy  Ginny  ją  odkręcała,  płyn  gwałtownie 

wytrysnął,  oblewając  dokładnie  przód  jej  bluzki. 

background image

Ryan  zerwał  się  na  równe  nogi  i  zaczął  wycierać 
mokre 

miejsca  chusteczką  do  nosa.  W  jego  oczach 

tańczyły figlarne ogniki. 

– 

Zrobiłaś to celowo – szepnął jej do ucha. 

– 

Oczywiście – odparła z zalotnym uśmiechem. – 

Zniszczysz mi bluzkę – wyszeptała, chwytając go za 

rękę. 

Spojrzał jej w oczy. 
– 

Wszystko  w  porządku, Virginio –  mruknął, 

jakby wiedząc, co miała na myśli. – Naprawdę. No 

dobrze, czy chcesz pić, czy też potrząśniesz butelką i 
oblejesz nas wszystkich? 

Ginny  wahała  się  przez  chwilę  z  błyskiem  w 

oczach, a potem szybkim ruchem odkręciła butelkę i 
przechyl

iwszy ją, wypiła kilka łyków. 

– 

Czy chcecie się napić? – zapytał dzieci. 

– Tak – 

odparła Evic. 

– 

Nic chcę coca-coli – oznajmił Gus. 

– 

Wiem. Wziąłem twój sok pomarańczowy. 

Pogrzebał  w  plecaku  i  wyciągnął  z  niego  małą 

butelkę. 

– 

Skończyłaś, Evic? 

Dziewczynka 

kiwnęła  głową,  zakręciła  swoją 

butelkę  i  podała  ją  Ryanowi,  który  odruchowo 

sprawdził  zamknięcie,  zanim  włożył  ją  do  plecaka. 

background image

Potem  zarzucił  plecak  na  ramiona  i  wyciągnął  ręce 

w stronę dzieci. 

– 

Ruszajmy,  trzeba  poszukać  miejsca  na  piknik. 

Czy sądzicie, że uda nam się znaleźć jakąś rzekę? 

Po  dłuższym  marszu  dotarli  do  niewielkiego 

strumienia.  Otaczały  go  drzewa,  wśród  których 

dostrzegli upstrzoną plamkami słońca małą polankę, 

idealnie nadającą się na piknik. 

–  Co wy na to? – 

spytał  Ryan,  mrugając 

porozumiewawczo do Ginny. – 

Doskonałe  miejsce 

na lunch, prawda? 

– 

Bardzo  dobre.  Czy  byłeś  już  tu?  –  spytała 

Ginny,  podczas  gdy  dzieci  wyjmowały  z  plecaków 
kanapki. 

– 

Nic, ale Patrick bywa tu dość często. Przychodzi 

z  Anną,  Flissy  i  dzieckiem.  Powiedział  mi  o  tym 
wczoraj. 

– 

Więc nie jest to niespodzianka? 

– 

Nic, ale chcę, żeby dzieci myślały, że wspólnie 

odkryliśmy to miejsce. 

Po  zjedzeniu  kanapek  Ryan  i  dzieci  podwinęli 

nogawki spodni i zaczęli brodzić w strumieniu. 

– 

Chodź do nas – zawołał Ryan do Ginny. 

Miała ochotę pójść w ich ślady, ale jej dżinsy nie 

dały podwinąć się zbyt wysoko. Mimo to zdjęła buty 

background image

oraz  skarpetki  i  weszła  do  strumienia  tylko  po 

kostki.  Woda  była  przyjemnie  chłodna  i  wszystko 

skończyłoby  się  dobrze,  gdyby  Ryan  nie  rozpoczął 
„bitwy morskiej"... 

 
– 

Przepraszam, ze tak cię opryskałem – wyszeptał, 

kiedy odprowadził ją pod drzwi mieszkania. 

– 

Czuję się świetnie. Jestem tylko trochę mokra i 

pomięta. 

– 

Pozwól, że pomogę ci zdjąć te wilgotne rzeczy – 

zaproponował,  a  ona  dostrzegła  w  jego  oczach 
dz

iwne błyski. 

– 

W samochodzie są twoje dzieci – przypomniała 

mu. 

– 

Więc poczekaj na mnie. Wrócę o ósmej. 

– 

Zamienię się w suszoną śliwkę. 

– 

Wobec tego szybko się przebierz i jedź z nami 

na barbecue. 

– 

Czyżbyś  zapraszał  mnie  do  siebie?  Przecież 

uważasz to za niestosowne. 

Potrząsnął głową. 
– 

Już  nie.  Zach  miał  rację.  Mam  prawo  do 

własnego  życia.  Proszę  cię,  przebierz  się  i  jedź  z 
nami. 

– 

Wracajcie sami, a ja przyjadę za jakaś godzinę. 

background image

Dobrze? 

Kiwnął  głową  i  ruszył  biegiem  w  kierunku 

samochodu. Kiedy  odjeżdżali,  dzieci  pomachały  do 

niej  przyjaźnie.  Ginny  weszła  do  mieszkania,  a 

potem  spędziła  pół  godziny  w  wannie,  próbując 

uporządkować własne myśli. 

Jej  wysiłki  na  nic  się  jednak  nie  zdały.  Włożyła 

więc 

długą, 

obcisłą 

spódnicę 

luźny 

podkoszulek/Wokół  ramion  przewiązała  trykotową 

bluzę na wypadek, gdyby zrobiło się chłodniej. 

Kiedy podjechała pod dom Ryana, zauważyła, że 

zatrzymał  się  tam  inny  samochód,  z  którego 

wysiadali  właśnie  jacyś  starsi  państwo.  Ryan 

otworzył drzwi, popatrzył na nich, a potem spojrzał 
znac

ząco na Ginny. Wzięła głęboki oddech, z lękiem 

oczekując spotkania z rodzicami Ann. 

Evie  i  Gus  wybiegli  z  domu  i  ruszyli  pędem  w 

kierunku starszej pary. 

– 

Babciu! Dziadku! Byliśmy na pikniku z Ginny i 

ze Scudem! Było wspaniale! 

– Ginny? 

Kobiety  spojrzały  na  siebie.  Ginny  doszła  do 

wniosku, że nie zrobiła niczego, czego mogłaby się 

wstydzić i że nie powinna czuć się jak intruz. 

– 

Dzień dobry – powiedziała z uśmiechem. 

background image

Ryan odchrząknął. 
– 

Virginio,  chciałbym,  żebyś  poznała  Betty  i 

Douga Powersów, rodziców Ann. Betty, Doug, to 
jest Virginia. 

 

background image

Rozdział 5 

 

Kiedy Ryan zaprosił wszystkich do domu, Ginny 

podejrzewała, że starsi państwo zastanawiają się nad 

tym, kim ona jest. Co robi tutaj z mężem ich córki? 
Z ich wnukami? 

– 

Miło nam panią poznać – powiedziała uprzejmie 

Betty  Powers  i  obrzuciła  Ginny  taksującym 

spojrzeniem,  jakby  szukając  jakichś  wskazówek, 

jakiegoś powodu jej obecności w domu zięcia. – Czy 
od dawna zna pani Ryana? – 

spytała  z  pozorną 

obojętnością. 

–  Od czterech tygodni – 

odparła Ginny. – Odkąd 

za

częłam  pracować  w  szpitalu.  Jestem  nową 

asystentką Ryana. 

– 

Aha, jest pani koleżanką z pracy – powiedziała 

Betty, wrzucając Ginny do bezpiecznej szufladki. 

Ryan  mógł  pominąć  to  stwierdzenie  milczeniem, 

ale nie zrobił tego. 

– 

Więcej niż koleżanką z pracy, Betty. Virginia i 

ja  jesteśmy..  .  –  nastała  chwila  wymownej  ciszy  – 

przyjaciółmi. Bliskimi przyjaciółmi. 

Betty i Doug wymienili szybkie spojrzenia; 

atmosfera  stała  się  wyraźnie  napięta.  Dzieci  nie 

rozładowały  sytuacji,  ponieważ  bez  przerwy 

background image

opowiadały  jedynie  o  tym,  jak  Ryan  ochlapał  ją 

wodą  w  strumieniu,  a  ona  przewróciła  go,  a  potem 

usiadła  na  nim  i  zaczęła  go  topić,  a  w  drodze 

powrotnej on gonił ją przez las. 

– 

Powiedział,  że  wygrała  konkurs  mokrych 

koszulek – 

obwieścił Gus. – Babciu, na czym polega 

ten konkurs? 

– 

To  jasne,  trzeba  sprawdzić,  kto  ma  najbardziej 

mokrą koszulkę – wyjaśniła Evie z wyższością. 

Ryan  omal  nie  zakrztusił  się  drinkiem.  Betty 

zaparło  dech  z  przerażenia,  Doug  odkaszlnął  z 

zażenowania,  a  Ginny  nie  wiedziała,  gdzie  się 

schować. 

Państwo Powers dość szybko się pożegnali. 
– Ojej – 

mruknął Ryan, wracając do ogrodu. 

– Przepraszam – 

zaczęła Ginny, ale on skwitował 

jej próbę usprawiedliwienia się machnięciem ręki. 

– 

Nie  ma  za  co.  To  nie  twoja  wina.  Prędzej  czy 

później musiało do tego dojść. 

– 

Jestem  tu  po  raz  pierwszy,  a  oni  gotowi  są 

pomyśleć, że flirtujemy na oczach dzieci. 

– 

Nie. Wyjaśniłem im, że tak nie jest. Że nic się 

nie  wydarzy  w  obecności  dzieci.  Powiedziałem  im 

również,  że  nie  jestem  mnichem  i  muszą  to 

uszanować.  Powinni  zdać  sobie  sprawę,  że  nadal 

background image

żyję. To nie znaczy, że nie kochałem ich córki i nie 

boleję  nad  jej  śmiercią,  ale  nie  zostałem  z  nią 

pogrzebany  i  nie  widzę  powodów,  żeby 

zachowywać się w taki sposób. W każdym, razie to 

nie  ma  nic  wspólnego  z  Ann.  To  zupełnie  odrębna 
sprawa. 

Cokolwiek  by  powiedział,  jestem  kategorią 

trzecią, pomyślała. Ryan przysiadł na poręczy ławki 

ogrodowej obok Ginny i spojrzał na nią. 

– 

Czy mogę przynieść ci drinka? 

– 

Tak.  Dżin  bez  toniku  –  odparła  poważnym 

tonem. 

– 

Przecież  będziesz  prowadzić.  Może  jednak  z 

tonikiem? 

– Cudownie. 

Wrócił, niosąc dwie wysokie szklanki, w których 

pobrzękiwały  kostki  lodu.  Usiadł  obok  Ginny  i 

wyciągnął przed siebie nogi. 

– 

Jak to się stało, że twoje nogi nie są niebieskie? 

– 

spytała z oburzeniem. 

– 

Słucham? 

Podciągnęła  spódnicę  do  połowy  ud,  a  Ryan 

zachichotał. 

– 

Nowe dżinsy? 

– 

Niestety.  Chciałam,  żeby  były  jak 

background image

najciemniejsze, bo wtedy nie brudzą się tak szybko. 

Może powinnam była uprać je przed włożeniem. 

– 

Przecież uprałaś je w strumieniu. 

Oboje wybuchnęli śmiechem. Kiedy w końcu się 

opanowali, dostrzegli dzieci, które stały przed nimi i 

patrzyły na nich ze zdziwieniem. 

– 

Z  czego  się  śmiejecie?  –  spytała  Evie  i 

przekrzywiła głowę, podświadomie naśladując ojca. 

–  Z niczego, kochanie – 

wysapał Ryan, ocierając 

oczy. – T

o był po prostu taki mokry żart. 

To  wywołało  kolejny  wybuch  niepohamowanego 

śmiechu, ale dzieci nie ruszyły się z miejsca, a Gus 

wyglądał na znudzonego. 

–  Nie zwracajcie uwagi na waszego ojca – 

powiedziała  Ginny  pogodnie.  –  On po prostu ma 
takie poczucie humoru. 

Gus pociągnął Ryana za rękaw. 
– Tato? 

Ryan opamiętał się. 
– O co chodzi? 
– 

Czy  coś  ugotujesz?  Jestem  głodny  –  oznajmił 

chłopiec płaczliwym głosem. 

– 

Oczywiście.  Przepraszam,  synku.  Zaraz 

przygotuję grill. 

W  ciągu  kilku  minut  wszystko  było  gotowe: 

background image

ke

baby  z  kurcząt,  skwierczący  bekon,  ananasowe 

bułeczki  i  inne  smakołyki.  Ryan  przydzielił  Ginny 

przygotowanie sałaty. 

– 

Tatuś  robi  to  inaczej  –  powiedział  Gus, 

przyglądając  się  podejrzliwie  sałacie.  –  Tnie  ją  na 

małe kawałki. 

– 

Tak jak robiła to mamusia. 

Za

padło pełne napięcia milczenie. Po chwili Ryan 

odchrząknął i wziął miskę z rąk Ginny. 

– 

Przyjemna jest jakaś odmiana. Zaczynałem mieć 

już  powyżej  uszu  sałaty  przyrządzanej  stale  w  ten 

sam  sposób.  Kroiliśmy  ją  na  drobne  kawałki,  bo 

byliście  mali,  ale  dorośli  zazwyczaj  jedzą  sałatę 

przygotowaną właśnie w taki sposób. Spróbujcie. 

Postawił  miskę  na  stole,  a  dzieci  podejrzliwie 

patrzyły to na sałatę, to na niego. 

– 

Uważam,  że  taka  wygląda  ładniej  –  rzekła  w 

końcu Evie, sięgając po sztućce. – Myślę, że Gusowi 

nadal trzeba kroić ją na małe kawałki. 

– 

Nieprawda!  Z  tymi  też  dam  sobie  radę  – 

zaprotestował  brat,  a  Ginny  z  trudem  stłumiła 

uśmiech. 

Jakże  sprytnie  Ryan  zażegnał  tę  niezręczną 

sytuację,  pomyślała.  Chyba  niewiele  osób  by  to 

potrafiło.  A  może  nikt. Ale pewnie po fiasku z 

background image

rodzicami  Ann  Ryan  nie  pozwoli  jej  się  więcej 

zbliżyć do swych dzieci. 

 

Poniedziałek  w  szpitalu  był  jak  zwykle 

gorączkowym dniem. Pacjenci, zbyt zajęci w czasie 

weekendu,  teraz  napływali  masowo  z  różnymi 

dolegliwościami,  które  w  większości  mogli  z 

łatwością  sami  wyleczyć  domowymi  sposobami. 

Mogli  też  zasięgnąć  porady  rejonowego  lekarza 

rodzinnego.  Tylko  nieliczni  naprawdę  wymagali 

opieki  szpitalnej.  Większość  z  nich  powinna  była 

zjawić się wcześniej. 

Pewna  kobieta  zgłosiła  się  ze  spuchniętą  prawą 

stopą  i  klasyczną  ostrogą  końską  powyżej  pięty. 

Wyjaśniła,  że  kiedy  w  piątek  rano  prowadziła 

samochód  w  drodze  na  konferencję,  poczuła 

okropny  ból  na  grzbiecie  stopy.  Nie  mogła  się 

zatrzymać, ponieważ jechała autostradą. 

– 

Co  pani  robiła?  –  spytała  Ginny,  przyglądając 

się  stopie  pacjentki.  Objawy  wskazywały  na 

złamanie. 

– 

Naciskałam na pedały, to wszystko. 

– 

Co miała pani na nogach? 

  – Buty na wysokich obcasach. 
– Ciasne? 

background image

– 

Nic bardzo. Choć, owszem, uciskały mnie, kiedy 

wyginałam nogę w stopie. 

– 

Czy pani dużo chodzi? 

Kobieta roześmiała się. 
– 

Nic dla przyjemności. Nic mam na to czasu. Ale 

sądzę,  że  tak.  W  każdym  razie  przez  cały  dzień 
jestem na nogach. 

– 

Czy odczuwała pani ból poprzedniego dnia? 

Pacjentka ponownie się roześmiała. 
– 

Nic większy niż zwykle, chociaż, skoro już pani 

o  tym  wspomniała,  przypominam  sobie,  że  mniej 

więcej  przez  ostatni  tydzień  bolała  mnie  właśnie  ta 

część stopy, ale byłam zbyt zajęta, żeby zwracać na 

to uwagę. 

Ginny kiwnęła głową. 
– 

Sądzę,  że  trzeba  stopę  prześwietlić.  Choć 

wydaje  się  to  nieprawdopodobne,  może  to  być 

złamanie jednej z długich, cienkich kości śródstopia. 

– 

Złamanie? W jaki sposób? 

– 

Często  powtarzane  czynności.  W  pani 

przypadku jest to najprawdopodobniej chodzenie. 

Mogła  też  pani  zerwać  sobie  wiązadło podczas 

prowadzenia  samochodu.  Zrobimy  kilka  zdjęć  i 
sprawdzimy. 

Okazało  się,  że  jest  to  złamanie.  Ginny  pokazała 

background image

pacjentce pękniętą kość na prześwietleniu. 

–  Och, tak! – 

zawołała  kobieta.  –  Dokładnie  w 

tym miejscu mnie boli! To dziwne. 

– 

Takie  złamanie  nazywa  się  „marszowym".  To 

typowe  złamanie,  którego  doznawali  żołnierze 

piechoty w wyniku długich marszów. Niestety, pani 

się też to przytrafiło, choć nie służy pani w wojsku. 

– Co mi pani radzi? 
– 

Odpoczynek, zimne okłady, bandaż elastyczny i 

uniesienie n

ogi  do  góry.  Mniej  więcej  po  dwóch 

tygodniach  wszystko  powinno  być  w  porządku,  ale 

pod  warunkiem,  że  zastosuje  się  pani  do  moich 

zaleceń. 

– 

Ależ  nie  mogę!  Mam  mnóstwo  pracy!  Dzisiaj 

muszę  wziąć  udział  w  trzech  konferencjach,  jutro 
mam kolejne zebranie w Ma

nchesterze,  a  w  piątek 

spotkanie z projektantem na miejscu budowy... 

– 

W takim razie lepiej będzie, jeśli włożymy nogę 

w gips i damy pani kule łokciowe. Musi jednak pani 

możliwie  jak  najwięcej  odpoczywać,  żeby  nie 

dopuścić do obrzęku stopy. Myślę, że założymy pani 

szynę gipsową na wypadek, gdyby noga miała przy 

tym upale tendencję do puchnięcia, ale musi pani na 

nią  naprawdę  bardzo  uważać.  Jeśli  zacznie  boleć, 

będzie to oznaczało, że ją pani sforsowała. Czym się 

background image

pani właściwie zajmuje? 

– Jestem architektem. 
– 

To  bardzo  interesujący  zawód  –  powiedziała 

Ginny,  wypełniając  kartę  choroby.  –  Co pani 
projektuje? 

– 

Domy, głównie mieszkalne. Pracuję dla jednej z 

większych  firm  budowlanych.  Mam  szczęście,  że 

dostałam  tę  pracę.  Naprawdę  nic  mogę  sobie 

pozwolić na chorowanie. 

– 

No  cóż,  proszę  nie  forsować  nogi  i  przyjść  za 

tydzień  na  kontrolę.  Proszę  mi  przyrzec,  że  będzie 

pani postępować rozważnie. 

– 

Nic mogę – przyznała pacjentka. 

Ginny roześmiała się i potrząsnęła głową. 
–  Przynajmniej jest pani szczera! No c

óż,  proszę 

zrobić, co w pani mocy. 

Wręczyła  jej  zlecenie  założenia  gipsu  oraz 

wydania  kul  i  już  miała  wezwać  następnego 

pacjenta,  kiedy  karetka  przywiozła  mężczyznę  z 
ostrym bólem brzucha. 

  – 

Przynieście  go  wprost  do  mnie  –  poleciła 

pielęgniarce z sali przyjęć. 

Mężczyzna  miał  około  czterdziestu  pięciu  lat. 

Najwyraźniej cierpiał i z trudem wymawiał słowa. 

–  Gdzie pana boli? – 

spytała Ginny. – Czy może 

background image

mi pan pokazać to miejsce? 

Chory wskazał środek brzucha. 
– 

Ból  promieniuje  aż  do  pleców  –  wystękał,  a 

potem 

zwymiotował. 

– 

W  porządku,  przyjrzyjmy  się  temu  – 

powiedziała Ginny. 

Brzuch  pacjenta  nie  był  napięty,  co  wykluczało 

perforację. 

Bardziej  prawdopodobny  wydawał  się  tętniak 

aorty  lub  zawał  serca.  Ginny  osłuchała  serce;  poza 

przyspieszonym rytmem, pracowało normalnie. 

Badając  delikatnie  brzuch,  wyczuła  w  linii 

pośrodkowej  ciała  miękką,  stawiającą  lekki  opór 

masę. 

– 

Jakie ma ciśnienie? – spytała pielęgniarkę. 

– 

Niskie. Dziewięćdziesiąt na czterdzieści. 

–  Wezwij szybko chirurga, dobrze? Podejrzewam 

pękający  tętniak.  Panie  Bright,  teraz  podłączę 

kroplówkę,  żeby  podać  panu  płyny  i  środki 

przeciwbólowe.  Podam  również  tlen,  żeby  ułatwić 
panu oddychanie. 

Założyła  mu  maskę  tlenową,  a  potem 

błyskawicznie  podłączyła  kroplówkę.  Po  pobraniu 
krwi do analizy oraz do próby 

krzyżowej  zaczęła 

przetaczać  osocze,  by  zwiększyć  objętość  krążącej 

background image

krwi. 

Technik  radiolog  przyniósł  przenośny  aparat 

rentgenowski,  a  potem  przyszedł  Ross  Hamilton  i 

potwierdził diagnozę Ginny. 

–  Tom Russell jest teraz na sali operacyjnej. 

Zawiadomię  go,  żeby  natychmiast  zajął  się  panem 

Brightem. Czy wymiotował? 

– 

Tak. Jego żołądek jest zupełnie pusty. 

– 

Dobrze. Zawieźcie go na górę. Ja zadzwonię na 

salę operacyjną. 

Do pokoju zajrzała pielęgniarka. 
– 

Nadjeżdża karetka na sygnale. Ryan potrzebuje 

cię szybko na erce. 

– 

Dobrze.  Powiedz  mu,  że  zaraz  będę  –  odparła 

Ginny. 

Wypełniła  kartę  choroby  pana  Brighta,  a  potem 

odesłała  go  z  pielęgniarką  i  sanitariuszem  na  salę 

operacyjną.  Zeszła  na  reanimację  w  chwili,  gdy 

przyjechała  karetka.  Sanitariusz  zarzucił  lekarzy 
informacjami: 

– 

Straciła  przytomność  na  miejscu  wypadku, 

podejrzenie urazu głowy, obrażenia brzucha i klatki 

piersiowej  od  pasa  bezpieczeństwa  w  chwili 

zderzenia, uszkodzenia nogi. Dwójka małych dzieci 

wyszła  bez  obrażeń.  Teraz  są  na  policji  w  celu 

background image

ustalen

ia  tożsamości.  Pacjentka  ma  niskie  ciśnienie 

krwi,  więc  podłączyliśmy  ją  do  kroplówki, 

pobraliśmy krew do próby krzyżowej i... 

Ginny  wzięła  od  niego  cewniki  i  podążyła  za 

wózkiem.  Sanitariusz  nadal  mówił,  ale  do  niej 

docierały tylko pojedyncze słowa. Ranna potrzebuje 
natychmiastowej i wszechstronnej pomocy, to 

oczywiste,  a  Ryan  musi  skompletować  zespół 
lekarzy. 

Ginny  bezzwłocznie  wysłała  krew  do  próby 

krzyżowej i szybko wróciła do Ryana. Kobieta miała 

unieruchomione plecy oraz szyję. Ponieważ istniało 
podej

rzenie  uszkodzenia  rdzenia  kręgowego,  Ryan 

ostrożnie włożył rurkę intubacyjną. 

ABCD,  pomyślała  Ginny.  A  –  zapewnienie 

drożności dróg oddechowych – załatwione. Teraz B 
– 

oddychanie.  Założyła  na  twarz  pacjentki  maskę 

tlenową i zaczęła podawać stuprocentowy tlen. 

Następnie  C  –  krążenie.  Ciśnienie  krwi  rannej 

było niskie. 

–  Wezwij chirurga, bo istnieje podejrzenie 

krwotoku  – 

polecił  Ryan,  pochylając  się  nad 

pacjentką. 

– 

Ross może jeszcze być tutaj – odparła. 

W  tym  momencie  uchyliły  się  drzwi  i  zajrzał 

background image

przez nie Ross. 

– Czy przypadkiem mnie nie potrzebujecie, skoro 

już tu jestem? 

– 

Och,  w  samą  porę!  Mamy  kobietę  z 

podejrzeniem krwotoku do jamy brzusznej. Jest 

nieprzytomna,  a  ciśnienie  krwi  gwałtownie  spada. 

Obrażenia klatki piersiowej, uszkodzenia nogi. Rzuć 

na nią okiem, dobrze? 

Cofnęli  się,  by  Ross  mógł  obejrzeć  pacjentkę. 

Ginny  z  przerażeniem  dostrzegła,  że  z  jego  twarzy 

odpływa krew. 

– 

Mój Boże, nie! – jęknął. – Lizzi? 

Ryan zaklął cicho i odwrócił się do niego, ale nie 

był  wystarczająco  szybki.  Ross  wziął  głęboki 

oddech, podszedł do pacjentki i położył dłonie na jej 

brzuchu.  Choć  drżały  mu  ręce,  badał  chorą 

delikatnie i ostrożnie. 

– 

Ma pęknięte żebra, ale  ściana klatki piersiowej 

porusza  się  prawidłowo  –  powiedziała  Ginny  do 
Ryana. 

–  Wezwijcie anestezjologa  – 

odezwał się Ross. – 

Może  będzie  trzeba  ją  operować,  żeby  sprawdzić, 

skąd  pochodzi  ten  krwotok.  Czy  są  jakieś  objawy 

krwiaka opłucnej? 

Ginny potrząsnęła głową. 

background image

–  Na razie nie. – 

Spojrzała  na  Rossa,  a  potem 

odwróciła  się  do  Ryana. –  Kim ona jest? –  spytała 
szeptem. 

– 

Jego żoną. 

Ginny popatrzyła na rozebraną kobietę. Jej klatka 

piersiowa była stłuczona i pokryta siniakami, twarz i 

skroń – opuchnięte, a nogi – zniekształcone poniżej 
kolan. 

– 

Wyczuwam coś w podbrzuszu – oznajmił Ross. 

– 

Nie  sądzę,  żeby  była  to  śledziona.  Będę  musiał 

operować... 

– Nie ma mowy – 

zaprotestował Ryan stanowczo. 

– 

Czy Olivier znajduje się na terenie szpitala? 

– 

Jest już w drodze. – "" 

Nagle  drzwi  otworzyły  się  gwałtownie  i 

mężczyzna w stroju chirurga chwycił Rossa mocno 
za ram

iona i odsunął go od pacjentki. 

– Dolny lewy kwadrat – 

wyjaśnił Ross ochrypłym 

głosem. 

– Tak – 

przyznał Olivier. – Myślę, że to w gruncie 

rzeczy  sprawa  ginekologiczna.  Wystąpiło  obfite 

krwawienie z pochwy; może ronić lub mieć pękniętą 

ciążę  pozamaciczną.  Czy  to  możliwe?  Nie  sądzę, 

żeby  miała  uraz  brzucha,  bo  nie  widzę  oznak 

uderzenia. Co się stało? 

background image

– Nie wiadomo – 

odparł Ryan. – W wypadku nie 

brały udziału inne samochody. 

– 

Ona  jest  w  ciąży  –  mruknął  Ross,  a  potem 

chwycił Ryana kurczowo za ramię. – Co z dziećmi? 

Gdzie są moje dzieci? 

Ginny  wzięła  go  za  rękę  i  zaprowadziła  do 

gabinetu lekarskiego. 

– 

Wszystko  w  porządku.  Zajęła  się  nimi  policja. 

Nic im się nie stało. Chodź, dowiemy się, gdzie są 
teraz. 

– Ale Lizzi... 
– 

Jest w dobrych rękach. Nie martw się, wyjdzie z 

tego. 

–  Jest nieprzytomna – 

powiedział,  jakby  dopiero 

teraz to do niego dotarło. 

Zza  wahadłowych  drzwi  dobiegł  do  nich  głos 

Ryana: 

– Cholera! Brak akcji serca. 

Ross zdrętwiał, a potem nagle się załamał. 
– 

Dobry Boże, nie, nie Lizzi... 

Wstrząsnęło  nim  ciche  łkanie,  ale  Ginny  nie 

dostrzegła  w  jego  oczach  łez.  Nagle  otworzyły  się 

drzwi i weszła pielęgniarka. 

– 

Ryan prosi, żebyś tam wróciła – powiedziała do 

Ginny. 

background image

Ross zerwał się na równe nogi. 
– 

Co  z  nią?  Miała  zapaść  czy  umarła?  –  spytał, 

chwytając ją za ramię. 

  – 

Nie,  żyje.  Serce  znów  zaczęło  pracować.  Czy 

zrobić ci herbatę? 

Potrząsnął głową. 
– 

Nie, chcę być tam. 

– 

Nie sądzę... 

Ginny  wróciła  do  sali  reanimacyjnej.  Ryan 

podniósł głowę i spojrzał na nią. 

– Co z nim? 
– Jest w szoku. A ona? 
– 

Bardzo źle. Miała zapaść. 

– 

Wiemy. Słyszeliśmy cię. 

– 

Cholera. Nie chciałem, żeby martwił się bardziej 

niż to konieczne. Gdzie on jest? 

– 

W gabinecie z pielęgniarką. 

– 

To dobrze. Mam nadzieję, że uda jej się go tam 

zatrzymać.  Zamierzamy  otworzyć  ją  i  zatamować 
krwawienie. 

– Tutaj? Nie na sali operacyjnej? 
– 

Nie  ma  czasu.  Lada  chwila  zjawi  się  zespół 

ginekologiczny,  ale  ja  potrzebuję  pomocy  z  innego 

powodu. Krwiak opłucnej powiększył się. Pomożesz 

mi założyć dren? 

background image

Ginny  pracowała  niemal  machinalnie,  przez  cały 

czas 

myśląc o czekającym w gabinecie Rossie. 

On  jednak,  mimo  protestów  lekarzy,  wszedł  na 

salę,  oparł  się  o  ścianę  i  w  posępnym  milczeniu 

obserwował ich walkę o życie żony. 

Lizzi  ponownie  dostała  zapaści,  ale  udało  się  ją 

zreanimować.  Kiedy  anestezjolog  ją  uśpił, 

ginekolodzy 

stwierdzili 

pękniętą 

ciążę 

pozamaciczną.  Zatamowano  krwotok,  odessano 

krew, a potem pielęgniarki przetoczyły krew do żył. 

Po chwili Lizzi przestała być tak przerażająco blada, 

ciśnienie krwi wzrosło. 

Lekarze  usunęli  ciążę,  potem  przepłukali  jamę 

brzuszną  i  zaszyli  cięcie.  Potem  anestezjolog 

przestał podawać środek znieczulający. 

– 

Sprawdźmy,  czy  nadal  jest  nieprzytomna  – 

mruknął Ryan. 

– 

Lizzi? Lizzi, obudź się, czy mnie słyszysz? 

– 

Ja coś powiem – rzekł Ross, odpychając Ryana. 

– 

Lizzi, kochanie! Obudź się. Pora wstawać. Lizzi? 

– 

Uścisnął jej dłoń. 

– 

Lizzi? Obudź się, kochanie. 

–  Nie  – 

jęknęła,  z  trudem  otwierając  poranione 

usta. – Boli. 

Ross zamknął oczy, a potem pochylił się nad nią i 

background image

pocałował  ją  w  czoło.  Na  jego  spiętej  twarzy 

malowało się wzruszenie. 

– 

Wiem,  kochanie.  Już  wszystko  dobrze.  Jestem 

przy tobie. 

– Dzieci... 
– 

Nic im się nie stało. Nie martw się. 

– Gdzie jestem? 
– W szpitalu. Otwórz oczy, kochanie. 
– 

Źrenice reagują na światło – stwierdził Ryan. – 

Przywróciliśmy ją do życia. 

Mówił spokojnym, ale nieco bezbarwnym głosem. 

Ginny  spojrzała  na  niego  po  raz  pierwszy  od 

dłuższego czasu i była wstrząśnięta zmianą, jaka w 

nim  zaszła.  Miał  poszarzałą  twarz  i  zapadnięte, 

matowe  oczy.  Bez  słowa  odwrócił  się  i  wyszedł  z 
sali. 

Nie 

mogła pójść za nim, ponieważ była zbyt zajęta 

pacjentką.  Kiedy  wrócił,  jego  twarz  odzyskała  już 

normalną  barwę,  tylko  oczy  pozostały  bez  wyrazu. 

Pracował niemal mechanicznie. 

– 

W  porządku.  Skoro  najgorsze  minęło,  czy 

możemy  dostać  prześwietlenia  nóg,  klatki 

piersiowej,  kręgosłupa,  głowy,  miednicy  i 

wszystkiego, 

co 

pacjentkę 

boli? 

Potem 

przewieziemy ją na ortopedię. 

background image

–  Ona okropnie cierpi – 

powiedział  Ross,  nadal 

stojąc przy żonie. 

– 

Panujemy  nad  tym.  Ginny,  bardzo  dziękuję  za 

pomoc. Możesz już iść. 

Ginny ki

wnęła głową i uścisnęła Rossa za ramię. 

– 

Cieszę się, że z nią wszystko w porządku. 

Ross uśmiechnął się blado. 
– 

Dziękuję. 

Raz  jeszcze  spojrzała  na  spiętą  twarz  Ryana  i 

wyszła. 

 

Ryan  bał  się,  że  zemdleje.  Miał  mdłości,  kręciło 

mu  się  w  głowie, a dokuczliwy szum w uszach 

utrudniał zebranie myśli. 

Ściągnął rękawice i wrzucił je do kosza, a potem 

zdjął  zakrwawiony  fartuch  i  ruszył  w  kierunku 

drzwi,  nie  zważając  na  zdziwione  spojrzenia 

personelu.  Musiał  po  prostu  stąd  wyjść,  zanim 

ściany runą na niego i zwymiotuje. 

Było chłodniej niż w czasie weekendu, więc kiedy 

znalazł  się  na  powietrzu,  wziął  kilka  głębokich 

oddechów. Jego samochód stał w pobliżu głównego 

wejścia  na  miejscu  zarezerwowanym  dla 

konsultantów.  Otworzył  drzwi,  usiadł  bokiem  na 
fot

elu kierowcy i ukrył twarz w dłoniach. 

background image

Przeraził  go  widok  twarzy  Rossa.  Mogło  to  być 

jego własne odbicie w lustrze. Wstrząs, przerażenie, 

świadomość krytycznego stanu chorej... Z tą różnicą, 

że żona Rossa żyła, a jego zginęła na miejscu. 

Nie miał wtedy żadnych wątpliwości. Głowa Ann 

pękła  jak  jajko,  a  jedna  strona  czaszki  była 

wgnieciona.  Nikt  nie  przeżyłby  takich  obrażeń. 

Mimo  wszystko  badał  jej  tętno  albo  przynajmniej 

próbował  je  sprawdzić.  Miała  zmiażdżony 

nadgarstek. Kiedy wypuścił z dłoni jej rękę, na jego 

palcach pozostały odłamki kości. 

Poczuł  palenie  w  przełyku.  Od  dłuższego  czasu 

nie  dopuszczał  do  siebie  tych  wspomnień,  ale 

sobotnia  rozmowa  z  Virginią  oraz  walka  o  życie 

Lizzi  spowodowały,  że  wszystko  powróciło  ze 

zdwojoną siłą. Nagle padł na niego cień. 

– Ryan? 

Otworzył  oczy  i  na  tle  nieba  dostrzegł  zarys 

sylwetki Virginii. 

Jej włosy tworzyły w promieniach 

słońca  coś  w  rodzaju  aureoli.  Czy  była  świętą? 

Powinna, jeśli chce zrozumieć to wszystko. 

– 

Dobrze się czujesz? 

Kiwnął głową. 
– 

Mam lekkie mdłości, ale to przejdzie. 

– Wspomnienia? 

background image

Ponownie kiwnął głową. 
–  Dlaczego nie pojedziesz do domu? Jack jest na 

miejscu. Damy sobie bez ciebie radę. 

– 

Może  to  dobry  pomysł.  Jesteś  pewna,  że  sobie 

poradzicie? 

– 

Och,  będziemy  się  starać.  Czy  możesz 

prowadzić? 

Rozważył w myślach jej pytanie. 
– 

Jeszcze nie. Po prostu posiedzę tu przez chwilę. 

– 

Jeśli  chcesz,  możesz  położyć  się  w  moim 

mieszkaniu. 

Spojrzał w jej oczy. 
– 

Naprawdę? 

Delikatnie pogłaskała go po policzku. 
– 

Oczywiście. Masz to. 

Kiedy  wręczała  mu  pęk  kluczy,  gwałtownie 

chwycił jej dłoń i pocałował ją. 

– 

Dziękuję – wyszeptał. Nie był w stanie  mówić 

głośniej. 

Po  kilku  minutach  pojechał  do  jej  mieszkania, 

zrzucił  z  siebie  ubranie  i  wśliznął  się  do  łóżka. 

Natychmiast  zapadł  w  sen,  który  przyniósł  mu 

błogosławione zapomnienie i tak bardzo potrzebny 

jego  udręczonemu  umysłowi  odpoczynek.  Obudził 

go odgłos kroków w salonie. Odrzucił pościel, wstał 

background image

z łóżka i podszedł do drzwi. 

Ginny  go  nie  usłyszała.  Zajęta  była 

porządkowaniem  gazet  i  układaniem  poduszek.  Po 
powroc

ie  z  pracy  przebrała  się  w  wygodną,  luźną, 

bawełnianą  sukienkę,  pod  którą  widać  było  zarys 

piersi  i  bioder.  Ryan  natychmiast  otrząsnął  się  ze 
snu. 

–  Virginio  – 

powiedział  zmienionym  przez  sen 

głosem. 

Odwróciła głowę, spojrzała na niego, a potem bez 

słowa  rzuciła  mu  się  w  ramiona.  Z  łatwością 

poradził  sobie  z  jej  sukienką  i  skąpą,  koronkową 

bielizną.  Potem  zatopił  się  w  jej  cudownych 

ramionach,  próbując  zapomnieć  o  okropnościach 
sprzed kilku godzin. 

Ginny  dała  się  porwać  jego  nienasyconej  żądzy. 

Jego  pocałunki  stały  się  brutalne,  pieścił  ją  z 

zapamiętałą  pasją,  która  obudziła  w  niej  jakieś 

dzikie uczucia, z których istnienia nie zdawała sobie 

dotąd sprawy. Był nienasycony, ale mimo wysiłków 

żadne z nich nie mogło osiągnąć rozkoszy. Stało się 

to dopiero później. Potem Ryan długo milczał, a gdy 

wreszcie  uniósł  głowę,  w  jego  oczach  dostrzegła 
niepokój. 

– 

Przepraszam.  Znowu  zachowałem  się  jak 

background image

zwierzę. Dobrze się czujesz? 

Kiwnęła głową. 
– A ty? 
– 

Chyba tak. Domyślam się, że oboje żyjemy. 

– 

Na to wygląda. 

Ponownie oparł głowę na jej ramieniu. 
– 

Czasami ta praca jest zbyt stresująca – mruknął. 

– 

Przepraszam, jeśli sprawiłem ci ból. 

– 

Ależ skąd. 

Pogłaskała go po wilgotnych plecach. 
– 

Jesteś  bardzo  wyrozumiała.  Większość  kobiet 

powiedziałaby,  żebym  nie  pokazywał  im  się  na 

oczy, dopóki nie wezmę się w garść. 

– 

Zatem większość kobiet nie ma wyobraźni. 

Uśmiechnął się blado. 
– Co z Lizzi? 
– 

W porządku. Nastawili złamania w miejscowym 

znieczuleniu. Termin ostatecznej operacji 

wyznaczono na jutro. Chcą, żeby się ustabilizowała i 

trochę wzmocniła. 

– 

Uraz głowy? 

– 

To tylko lekkie stłuczenie. Przyczyną wypadku 

była ciąża pozamaciczna.  Lizzi poczuła nagle ostry 

ból i straciła panowanie nad kierownicą. 

– 

Czy Ross odebrał dzieci? 

background image

– 

Tak. Zawiózł je do domu. 

Ryan pogłaskał ją delikatnie po policzku. 
– Virginio? 
– Tak? 
–  To nie ma nic wspólnego z Ann. Dzisiejszego 

popołudnia przeżyłem wstrząs, ale teraz... cieszę się, 

że  żyjemy.  Wciąż  stykamy  się  oko  w  oko  ze 

śmiercią i musimy mieć pewność, że nadal jesteśmy 

gdzieś  tutaj,  że ta dzika bestia jeszcze nas nie 

dopadła. – Odgarnął włosy z jej twarzy i pocałował 

ją czule w czoło. – Dziękuję, że tu jesteś. 

Nic mogła wydobyć z siebie słowa. Przytuliła się 

do  niego,  a  on  przez  chwilę  trzymał  ją  mocno  w 

objęciach. 

– 

Muszę  odebrać  dzieci.  Zaczęły  dzisiaj  szkołę, 

więc  po  lekcjach  Betty  zabrała  je  do  siebie,  a  ja 

miałem  przyjechać  po  nie  po  pracy.  Zazwyczaj 

dzwonię do niej, jeśli coś mi wypadnie. 

– 

Więc zadzwoń. 

– 

Słusznie. – Spuścił nogi z łóżka i zaczął szukać 

części swojej garderoby, a potem ubrał się i poszedł 

do salonu. Po chwili tłumaczył matce Ann, że coś go 

zatrzymało w pracy. 

– 

Żona  kolegi  miała  poważny  wypadek.  Zajęło 

nam  sporo  czasu,  zanim  uporaliśmy  się  ze 

background image

wszystkim. Niedługo przyjadę. 

Odłożył słuchawkę i wrócił do sypialni. 
– 

Powiedziała, że nakarmi dzieci, więc nie muszę 

się spieszyć. – Łóżko ugięło się pod jego ciężarem. – 

Co powiesz na rybę z frytkami? 

– 

Można je kupić tuż za rogiem. 

– Wiem. 
  – 

W  porządku.  Ty  pójdziesz  po  jedzenie,  a  ja 

wstanę i nastawię wodę na herbatę. 

Kie

dy  wyszedł,  Ginny  przygotowała  dzbanek 

herbaty i dokończyła sprzątanie. 

Z  poduszką  w  ręku  zaczęła  zastanawiać  się  nad 

tym,  co  Ryan  powiedział  na  temat  dzikiej  bestii. 

Tak, pomyślała, niespodziewana i gwałtowna śmierć 

jest bestią, która zagraża wszystkim, zwłaszcza tym, 

którzy stykają się z nią na co dzień. Nic dziwnego, 

że reagują często w sposób nieopanowany. 

Trzeba mieć wiele siły, żeby stawić czoło tej bestii 

i zwyciężyć... 

 

background image

Rozdział 6 

 

Następnego  dnia  jedynym  tematem  na  oddziale 

był wypadek Lizzi Hamilton. Ginny od samego rana 

została wciągnięta w nieustający wir dyskusji. 

Ross  wydawał  się  wyczerpany,  ale  wyglądał  o 

dziesięć lat młodziej niż poprzedniego dnia. Powitał 

Ginny zmęczonym uśmiechem. 

– 

Cześć  –  zawołała  Ginny  pogodnie,  widząc 

Rossa w znacznie lepszym nastroju. – Co nowego? 

– 

Och,  wszystko  w  porządku.  Miała  ciężką  noc. 

Boli ją klatka piersiowa z powodu pękniętych żeber i 

uderzenia  Ryana,  który  chciał  przywrócić  ją  do 

życia. Cięcie i nogi dają jej piekielną szkołę, ale uraz 

głowy  nie  okazał  się  groźny.  Oczywiście  jest 

wytrącona z równowagi w związku z utratą dziecka, 

ale  ta  ciąża  była  przyczyną  wypadku.  Lizzi 

przypomina  sobie,  że  przeszył  ją  okropny  ból  i 

straciła panowanie nad kierownicą. Może i lepiej, że 

więcej już nic nie pamięta. 

– 

Jak  wygląda?  –  spytała  Ginny,  przypominając 

sobie jej posiniaczoną twarz i skroń. 

–  Kolorowo. Jedno oko ma okropnie podbite. 

Pasuje barwą do reszty ciała. 

– A jak dzieci? 

background image

Ross westchnął. 
– 

Och,  chyba  dobrze.  Są  teraz  u  babci. 

Przywiozłem  je  wczesnym  rankiem,  żeby 

odwiedziły  Lizzie,  bo  były  bardzo  niespokojne. 

Młodsze jest za małe, żeby to wszytko zrozumieć, a 

starsze było przestraszone, widząc cewniki i siniaki. 

Myślę,  że  z  ich  punktu  widzenia  nie  była  to 

przesadnie  udana  wizyta.  Lizzi  ucieszyła  się, 

widząc,  że  są  zdrowe  i  całe,  więc  chyba  w  sumie 

odwiedziny  spełniły  swoją  rolę.  Tak  czy  owak, 

dziękuję  wam  wszystkim  za  to,  czego  wczoraj 

dokonaliście. Byliście wspaniali. 

– 

Staraliśmy  się  pomóc  –  oznajmił  Jack  z 

szerokim  uśmiechem.  –  Ale  tak  naprawdę 
p

owinieneś  podziękować  Ryanowi,  który  dziś  jest 

nieobecny, bo rozchorowały mu się dzieci. 

Ginny  poczuła,  że  dzień  traci  dla  niej  cały  urok. 

Zastanawiała  się  wcześniej,  gdzie  też  może  być 
Ryan. 

Kiedy  zadzwoniła  do  niego  później,  usłyszała  w 

słuchawce pełen niepokoju głos. 

– 

Oboje  wymiotują,  podobnie  jak  Betty  i  Doug. 

Musiało  im  coś  zaszkodzić.  Próbuję  załatwić  jakąś 

opiekunkę,  żeby  wpaść  do  szpitala,  ale  dzieci  nie 

chcą mnie puścić. 

background image

– 

Więc  zostań.  Jack  tu  jest,  Patrick  Haddon 

również.  I  ja,  więc  personelu  jest pod dostatkiem. 

Zostań  w  domu,  opiekuj  się  dziećmi  i  bądź  dobrej 

myśli. 

– 

Przez  cały  ranek  zmieniałem  prześcieradła  i 

wycierałem podłogi. 

– 

Czy  przydałabym  ci  się  później?  – 

zaproponowała. 

– 

O której mogłabyś wpaść? 

– 

Około wpół do szóstej? Nie będę jednak mogła 

zostać zbyt długo, bo jutro mam nocny dyżur, więc 

muszę położyć się wcześnie spać. 

– 

W  porządku.  Czy  mogłabyś  przywieźć  coś  do 

jedzenia? Lodówka świeci pustkami,  a ja nie  mogę 

ich  zostawić,  żeby  wyskoczyć  do  sklepu.  Mam  pół 

bochenka  chleba,  trochę  starego  sera  i  zwiędłą 

sałatę. 

Później  pożałowała  swego  optymizmu.  Choć 

personelu  medycznego  było  pod  dostatkiem,  przez 
pewien czas nie mieli ani chwili wytchnienia. 

– 

Czy sądzisz, że istnieje szansa, żeby zjawił się tu 

Ryan? – 

spytał Jack, przechodząc obok Ginny. 

– Raczej nie – 

odparła. – Chyba że ja go zmienię 

przy dzieciach, ale widziałam je zaledwie jeden raz. 

– 

Trudno.  Ciebie  również  nie  chcielibyśmy 

background image

stracić. Damy sobie jakoś radę. 

Istotnie  poradzili  sobie,  ale  nie  było  to  łatwe. 

Kiedy zamierzali 

już  wyjść  do  domu,  zaczął  się 

wieczorny ruch. 

– 

Chcesz, żebym jeszcze chwilę została? – spytała 

Ginny. 

– 

A możesz? 

Ginny zadzwoniła do Ryana i zawiadomiła go, że 

przyjedzie  trochę  później,  a  potem  zaczęła  się 

zastanawiać, dlaczego nie wyszła ze szpitala, kiedy 

panował  niewielki  ruch.  Teraz  musieli  zająć  się 
rannymi z dwóch wypadków drogowych. Jeden z 

nich  okazał  się  niestety  śmiertelny,  a  wyniku 

drugiego  pacjent  odniósł  liczne  obrażenia.  Kiedy 

uporali się już ze wszystkim, przywieziono chłopca, 
który postan

owił  zabawić  się  w  Supermana 

wyskoczył  z  okna  swojej  sypialni.  Pech  chciał,  że 

okno znajdowało się dokładnie nad szklarnią. 

Przywieziono go na sygnale. Z karetki przekazano 

wiadomość,  że  chłopiec  ma  grupę  krwi  „0"  Rh 

minus  i  że  bezzwłocznie  trzeba  zrobić  transfuzję. 

Pobrano niewielką dawkę krwi do próby krzyżowej i 

można  było  zacząć  przetaczanie  natychmiast  po 

podłączeniu kroplówki. 

A  to  okazało  się  niełatwym  zadaniem.  Chłopiec 

background image

rzucał  się  niespokojnie  i  miał  liczne  rany  cięte  na 

rękach  oraz  nogach.  Do  podłączenia kroplówki 

nadawała się jedynie żyła na szyi. 

– 

Będę potrzebowała pomocy – oznajmiła Ginny 

bladej  jak  ściana  matce  chłopca  i  wezwała  Jacka, 

który wreszcie zdołał podłączyć kroplówkę. 

Chłopiec powoli się uspokajał. Stracił dużo krwi, 

więc  Ginny  zaczęła  transfuzję,  a  potem  zajęła  się 

najbardziej rozległymi ranami. Niewiele brakowało, 

by  szkło  przecięło  tętnicę  w  lewym  nadgarstku. 

Gdyby  tak  się  stało,  chłopiec  mógłby  umrzeć  w 

ciągu kilku minut. 

– 

Trzeba  go  przewieźć  na  salę  operacyjną  i 

pozszywać  –  powiedział  Jack.  –  Zajmę  się  teraz 

tylko  najgorszymi  ranami,  żeby  zatrzymać  upływ 

krwi,  a  potem  przekażemy  go  w  ręce  chirurga. 

Trzeba  zrobić  prześwietlenia,  żeby  wykryć 

wszystkie  odłamki  szkła,  które  w  nim  jeszcze 

pozostały. 

Kiedy  chłopca  przewieziono  na  chirurgię,  Ginny 

mogła  w  końcu  pójść  do  domu.  Wykąpała  się  i 

przebrała,  a  potem  wyruszyła  do  Ryana,  wstępując 

po  drodze  do  supermarketu.  Ryan  powitał  ją  z 
entuzjazmem. 

– 

Jestem taki głodny, że mógłbym jeść korzonki – 

background image

oznajmił,  chwytając  torbę  z  zakupami  i  ruszając  z 

nią w kierunku kuchni. 

– 

Dobrze  więc,  że  kupiłam  ziemniaki  i 

marchewkę,  prawda?  –  spytała  żartobliwie,  całując 
go w policzek. – Jak dzieci? 

Ryan westchnął i przesunął dłonią po włosach. 
– 

Marnie.  Evie  odzyskała już  formę  i  żąda,  żeby 

się  nią  zajmować,  ale stan Angusa jest nadal 

zmienny.  Jest  żarłokiem,  więc  zjadł  wszystkiego 

więcej  niż  Evie,  a  przecież  jest  niniejszy. 

Najwyraźniej  babcia  zafundowała  im  jedzenie  na 
wynos. 

– Tatusiu? 

Ryan podszedł do stóp schodów. Na jego twarzy 

malował się wyraz rezygnacji. 

– Tak, Evie, o co chodzi, kochanie? 
– 

Kto przyszedł? 

– Virginia. 
– 

Chcę bajkę – zawołała Evie po chwili milczenia. 

Ryan westchnął i oparł głowę o poręcz. 
– Znowu? 
– 

Mogę jej poczytać? 

Spojrzał  na  nią  tak,  jakby  nagle  wyrosły  jej 

skrzydła. 

– 

Naprawdę?  „Czarna  Piękność"  leży  na  jej 

background image

nocnym stoliku. Przyniosę ci filiżankę herbaty. 

Kiedy  Ryan  przyszedł  na  górę,  były  tak  bardzo 

zaabsorbowane  bajką,  że  w  ogóle  nie  zwróciły  na 

niego uwagi. Ginny doszła właśnie do momentu, w 

którym  Ginger  umiera.  W  końcu  Evie  ogarnęła 

senność, więc przytuliła się do Ginny, która odłożyła 

książkę  i  zaczęła  nucić  zapamiętaną  z  dzieciństwa 

kołysankę.  Gdy  Evie  zasnęła,  nadal  siedziała  obok 

niej, zastanawiając się, co by było, gdyby życie nie 

spłatało jej tak przykrego figla. 

Spojrza

ła  na  jasną  główkę  dziewczynki  i 

odgarnęła delikatnie włosy z jej ślicznej buzi. Cóż za 

szkoda,  że  ta  mała  straciła  matkę,  pomyślała.  Kto 

przekaże jej to wszystko, co przekazują matki swym 

dorastającym córkom? 

Betty? Ginny wzdrygnęła się na samą myśl o tym. 

Berty  wydawała  się  tak  bardzo  zamknięta  w  sobie, 

taka  poprawna.  Jakże  uporałaby  się  z  szalejącymi 

hormonami  nastolatki,  będącej  w  trudnym  okresie 

życia? 

Usłyszała,  że  Ryan  krząta  się  po  sąsiednim 

pokoju, walcząc z kolejnym atakiem choroby Gusa. 
Powinien 

mieć  żonę,  pomyślała,  choć  jeszcze  nie 

jest na to przygotowany. 

Po  chwili  Ryan  stanął  w  drzwiach.  Wydawał  się 

background image

wyczerpany. 

– 

Myślę,  że  teraz  się  uspokoi.  Zmieniłem 

prześcieradła,  umyłem  go  i  podałem  płyn 
elektrolitowy. 

–  To straszne paskudztwo – 

powiedziała cicho. – 

Jeśli tego nie zwymiotuje, jego stan się poprawi. 

Mimo  zmęczenia  uśmiechnęli  się  do  siebie,  a 

Ryan wyciągnął do niej rękę. 

– 

Chodź, zrobię ci drinka. Czy jadłaś kolację? 

  – 

Nie  miałam  czasu.  Przepraszam,  że 

przyjechałam  tak  późno,  ale  po  telefonie do ciebie 

zaczęło się prawdziwe piekło. 

–  Zawsze tak jest. – 

Kiedy  schodzili  na  dół, 

otoczył ją ramieniem. – Tęskniłem za tobą – szepnął, 

muskając ustami jej włosy. 

– 

Tu  też  było  prawdziwe  piekło.  Dzieci 

wymiotowały  jak  gejzery.  Zaczęło  się  około 
czwartej nad ranem. 

– 

Jak się czują twoi teściowie? 

– 

Chodzi  ci  o  moich  byłych  teściów?  –  spytał  z 

uśmiechem, wypuszczając ją z objęć i wchodząc do 
kuchni.  –  Och, coraz lepiej. Zamierzam jutro 

zawieźć  do  nich  dzieci.  Cała  czwórka  słabeuszy 

będzie mogła wspólnie spędzić czas. Tak czy owak, 

Betty i Doug przenocują tu jutro, ponieważ ja mam 

background image

nocny dyżur razem z tobą. 

Zasada wyznaczania dyżurów polegała na tym, że 

każdego  młodszego  członka  personelu  medycznego 

zawsze  asekurował  jakiś  bardziej  doświadczony 
leka

rz,  który  spał  w  czasie  dyżuru  na  terenie 

szpitala. Zazwyczaj nie zakłócano mu snu, ale Ginny 

niejednokrotnie  cieszyła  się,  że  w  razie  potrzeby 

może liczyć na pomoc. 

– 

Jesteś  moją  ostoją  moralną  –  powiedziała  z 

uśmiechem. 

– 

Masz  prawo  mnie  obudzić –  przypomniał  jej  z 

szelmowskim uśmiechem. – Mój sen nie jest święty. 

– 

Ach,  gdybym  przyszła  do  twojego  pokoju, 

mogłabym  nie  wydostać  się  stamtąd  przez  całe 

wieki.  Lepiej  będzie  dla  pacjentów,  jeśli  sama  się 

nimi zajmę! 

Przyciągnął ją do siebie i wtulił twarz w jej szyję. 
– 

Mógłbym od razu wziąć cię do łóżka. Cudownie 

pachniesz. 

– 

Czego nie można powiedzieć o tobie – odparła 

szczerze. 

– 

Wokół ciebie unosi się wyraźny zapach pokoju 

szpitalnego, ale chyba go zniosę. 

Natychmiast wypuścił ją z objęć. 
– 

Daj mi pięć minut – powiedział i zniknął. 

background image

Wprawdzie nie było go przez dziesięć  minut, ale 

w  tym  czasie  wziął  prysznic,  umył  głowę  i  włożył 
czyste ubranie. 

– Teraz lepiej? – 

spytał z chłopięcym uśmiechem. 

–  Znacznie lepiej – 

przyznała.  –  Teraz  mogę  cię 

przytulić. 

– A co z 

kolacją? 

– 

Pewnie  lepiej  by  mi  zrobiła,  ale  pieszczoty  są 

okropnie kuszące. 

– 

Najpierw posiłek, pieszczoty później. 

– 

Później będę musiała wracać do domu. 

– 

Może  tak  będzie  lepiej.  Przyrzekłem  Betty  i 

Dougowi, że nie będziemy się bawić, kiedy w domu 

są dzieci. Wiesz co? Usiądziemy na kanapie i zjemy 

kolację przy telewizji, dobrze? Przy tej okazji będę 

mógł cię przytulić. 

Tak  też  zrobili.  Po  kolacji  Ryan  poszedł  do 

kuchni, by zaparzyć kawę, a Ginny po raz pierwszy 

dokładniej rozejrzała się po pokoju. 

Na 

stojącym  w  kącie  fortepianie  dostrzegła 

fotografię, na której Ryan otaczał ramieniem kobietę 

o jasnych, lśniących włosach i roześmianych oczach. 

Ginny poczuła, że cały jej świat wali się w gruzy. 

Nie  pasowała  do  tego  miejsca  i  wiedziała,  że 

nigdy nie będzie do niego pasować. Ryan nie chciał 

background image

widzieć jej w swoim życiu w takiej roli, a ona, choć 

nie liczyła na trwały związek, nadal odczuwała ból. 

Przypomniała  sobie,  że  jest  tylko  kategorią 

trzecią. Nie żoną, a już z całą pewnością nie matką. 

I nigdy nią nie będzie. 

Ze  łzami  w  oczach  zerwała  się  gwałtownie  z 

kanapy,  wpadając  w  drzwiach  na  Ryana,  który 

właśnie  wchodził  do  pokoju  z  dwoma  kubkami 
kawy. 

– 

Muszę iść. Jestem zmęczona. Wybaczysz mi? 

– 

Przecież  kawa  jest  już  gotowa,  więc  napij  się. 

To nie zajmie ci nawe

t pięciu minut. 

  – 

Ceduję ją na ciebie – oznajmiła z wymuszonym 

uśmiechem.  –  Muszę  iść.  Dobranoc,  Ryan.  Śpij 
dobrze. 

Nic  zaczekała  nawet  na  pożegnalny  pocałunek. 

Ryan, zaskoczony jej zachowaniem, postawił kubki 

na stoliku i rozejrzał się po pokoju. Co, u diabła, ją 

opętało? Dostrzegł fotografię, przedstawiającą jego, 

dzieci oraz Ann, i nagle zrozumiał. 

– Cholera – 

mruknął cicho. Wziął zdjęcie do rąk, 

przetarł  szkło  rękawem  i  spojrzał  na  uśmiechniętą 

twarz swojej żony. – Och, Ann – westchnął. – Co ja 
mam z n

ią począć? 

 

background image

Ginny  wracała  do  domu  z  rozdartym  sercem. 

Zdała sobie sprawę, że nie należy do rodziny Ryana 

i  postępuje  nierozsądnie,  angażując  się  w  tę 

niebezpieczną grę. Może pozwolić sobie na romans, 

ale  nie  ma  prawa  wystawiać  na  próbę  uczuć  jego 
dzieci. R

yanowi  nie  przyszło  zapewne  nawet  do 

głowy, że Evic i Gus mogą stać się od niej zależne, 

ale  ona  była  tego  świadoma.  Czuła  też,  że  ona 

również może stać się zależna od nich. 

Kiedy  znalazła  się  u  siebie,  zapaliła  światło  i 

weszła  do  kuchni.  Na  parapecie  czekał  na  nią 
Geronimo. 

Wpuściła go do środka. 
– 

Chodź i przytul się do mnie – rzekła półgłosem, 

biorąc go na ręce. 

Może  sobie  pozwolić  na  miłość  do  kota.  To 

uczucie  jest  bezpieczne.  Jednakże  Geronimo  miał 

inne  zamiary.  Zaczął  się  nerwowo  kręcić,  więc 
Ginny p

ostawiła go na podłodze. Podszedł prosto do 

lodówki i usiadł przed nią, obserwując Ginny takim 

wzrokiem,  jakby  nie  mógł  uwierzyć,  że  ktoś  może 

być aż tak powolny jak ona. 

– 

Jesteś głodny? Przecież masz swój dom. 

Kot zamiauczał. 
– 

Och,  dobrze.  Zostało  mi  trochę  tuńczyka. 

background image

Chcesz? 

Geronimo  z  ochotą  zjadł  rybę,  a  potem  mały 

kawałek sera i wypił spodek mleka. 

Ginny  wypuściła  go  na  dwór  i  patrzyła,  jak 

biegnie  przez  ogród,  a  później  przeskakuje  przez 

mur.  Wrócił  po  pięciu  minutach  i  zaczął 
niespokojnie oci

erać się o jej nogi. 

To  dziwne,  pomyślała.  Zawsze  wraca  na  noc  do 

domu i zawsze zostaje do niego wpuszczony. 

Ruszyła  w  głąb  ogrodu  i  próbowała  wyjrzeć  przez 

mur,  ale  była  zbyt  niska.  Jej  wzrok  padł  na  ławkę. 

Choć  była  ciężka,  udało  jej  się  przyciągnąć  ją  do 

muru i wdrapać na górę. 

Dom  właścicielki  kota  tonął  w  ciemności.  Ginny 

dostrzegła  jedynie  migoczącą  poświatę  bijącą  od 

telewizora,  który  znajdował  się  w  pokoju  na  dole. 

Wydało  jej  się  dziwne,  że  sąsiadka  nie  włączyła 

żadnego  oświetlenia.  Zazwyczaj  o  tej  porze na 

piętrze paliła się co najmniej jedna lampa. 

Kot  ponownie  zeskoczył  do  swojego  ogrodu  i 

zamiauczał pod drzwiami, ale gospodyni nie dawała 

znaku  życia.  Być  może  wyszła  albo  zabrano  ją  do 

szpitala,  pomyślała  Ginny.  Ale  dlaczego  zostawiła 

włączony telewizor? 

Nie  można  tego  zlekceważyć.  Wzięła  latarkę  i, 

background image

oświetlając  sobie  drogę,  zeskoczyła  z  muru  do 

ogrodu  sąsiadki.  Czuła  się  głupio,  chodząc  po 

cudzym  ogrodzie  w  środku  nocy.  Starsza  pani 

najprawdopodobniej  po  prostu  zasnęła  przed 

telewizorem,  zapominając  zapalić  światła.  Ginny 

zastanawiała się, jak wytłumaczy swoją obecność w 

jej ogrodzie, jeśli ktoś ją tu zobaczy. 

Zapukała nieśmiało do drzwi i zaczęła wołać, ale 

nie było żadnej odpowiedzi. Zapukała więc mocniej 

i  nagle  wydało  jej  się,  że  słyszy  słaby  okrzyk. 

Podeszła  do  okna  tylnego  pokoju  i  oświetliła  jego 

wnętrze latarką, niczego jednak nie dostrzegła. 

– Halo? – 

zawołała. – Czy dobrze się pani czuje? 

Jestem lekarzem. 

Każdy  mógłby  to  powiedzieć,  pomyślała,  i 

poczuła  się  trochę  nieswojo.  Usłyszała  jakieś 

odgłosy  w  sąsiednim  domu,  a  po  chwili  otworzyło 

się okno na piętrze. 

– 

Hej! Co tam się dzieje? 

Ginny skierowała światło latarki na siebie, chcąc, 

żeby sąsiadka mogła ją zobaczyć. 

– 

Mieszkam  po  drugiej  stronie  muru.  Chciałam 

sprawdzić,  czy  nic  jej  się  nie  stało.  Czy  pani  coś 

słyszała? 

– 

Nic, proszę poczekać. Zejdę na dół i wpuszczę 

background image

panią. Mam klucz. 

Po  chwili  Ginny  zobaczyła,  jak  zapalają  się 

światła  w  mieszkaniu  i  usłyszała  zgrzyt  zamka. 

Kobieta otworzyła drzwi i wpuściła ją do środka. 

– 

Czy znalazła ją pani? 

– 

Nic.  Zajrzyjmy  tutaj.  Och,  Mabel,  co  ci  się 

stało? 

Na  klozecie  siedziała  wątła  i  śmiertelnie  blada 

staruszka.  Opierała  plecy  o  ścianę,  ściskając 

kurczowo  zniekształconą  dłonią  umocowany  obok 

niej uchwyt. Druga ręka spoczywała bezwładnie na 
jej kolana

ch, jedna strona twarzy była sparaliżowana 

– 

najwyraźniej  w  wyniku  udaru  mózgu.  Staruszka, 

widząc  nadchodzącą  pomoc,  zaczęła  bezgłośnie 

płakać. 

Nie mogła mówić, więc Ginny stwierdziła, że udar 

zaatakował ośrodek mowy. Mebel musiała wszystko 

słyszeć,  ale  była  w  stanie  wydawać  tylko  ciche 
okrzyki. 

– 

Niech  pani  z  nią  zostanie,  a  ja  wezwę  karetkę. 

Czy  dobrze  słyszałam,  że  jest  pani  lekarzem?  – 

spytała kobieta. – Mam na imię Dora. 

–  Owszem  – 

odparła  Ginny  z  roztargnieniem.  – 

Mabel,  niech  pani  się  nie martwi, dobrze? Dora 

poszła  wezwać  karetkę.  Położymy  panią  w 

background image

wygodnym  łóżku  i  sprawdzimy,  czy  wszystko  w 

porządku. Dobrze? 

Mabel  kiwnęła  smętnie  głową.  Ginny  uklękła  na 

wyłożonej  kafelkami  podłodze  łazienki,  ujęła  w 

dłonie  ręce  kobiety  i  powiedziała  jej,  że  nakarmiła 

Geronimo i że weźmie go na razie do siebie. 

– 

Każdego wieczoru słyszałam, jak pani go woła, 

ale dzisiaj ciągle kręcił się w pobliżu mnie. Dlatego 

przyszłam  sprawdzić,  czy  nic  się  pani  nie  stało. 

Zrobiłam  to  dzięki  niemu,  więc  powinna  pani  być 

mu  naprawdę  wdzięczna.  Mimo  że  jest 

złodziejaszkiem i kradnie mi bekon. 

Na twarzy staruszki pojawił się słaby uśmiech. 

Niebawem przyjechała karetka i zabrała Mabel do 

szpitala. Ginny wzięła na ręce zaniepokojonego kota 

i  wróciła  do  swego  mieszkania.  Geronimo  spędził 

noc  na  jej  łóżku,  a  rano  wypuściła  go  na  dwór. 

Potem nakarmiła go i wyszła do pracy. Postanowiła, 

że  jeśli  znajdzie  wolną  chwilę,  dowie  się  o  stan 

zdrowia swojej sąsiadki. 

Dzień  w  szpitalu  był  piekielnie  gorączkowy. 

Wczesnym wieczorem Ginny 

wpadła  na  chwilę  do 

domu, wykąpała się, przebrała, naprędce coś zjadła i 

nakarmiła kota. Miała właśnie wyruszyć z powrotem 

do szpitala, kiedy zapiszczał pager. Zadzwoniła więc 

background image

do centrali, która połączyła ją z Ryanem. 

– 

Gdzie jesteś? – spytał. 

–  W domu. Mu

siałam  nakarmić  kota.  Moja 

sąsiadka miała wczoraj udar mózgu i zabrano ją do 

szpitala. Jakiś problem? 

– 

Nic. Po prostu chciałem z tobą porozmawiać. 

– 

Czy  mógłbyś  zastąpić mnie  przez  kilka  minut? 

Chciałabym odwiedzić po drodze Mabel. Powinnam 

powiedzieć jej, że z kotem wszystko w porządku. 

– 

Oczywiście.  Jeśli  nie  wydarzy  się  nic 

szczególnego, zastaniesz mnie w gabinecie. 

– Dobrze. 

Weszła  na  oddział  geriatryczny  i  znalazła 

pielęgniarkę. 

– 

Szukam  mojej  sąsiadki,  Mabel.  Została 

przywieziona wczoraj z rozpoznaniem udaru mózgu. 

  –  Ach, tak, Mabel Walsh. Jest u niej jeszcze 

jedna sąsiadka. Dora? 

– 

Tak,  poznałam  ją  wczoraj  wieczorem.  No  cóż, 

nie zostanę długo. 

– 

Z  pewnością  ucieszy  się  z  pani  wizyty,  ale  nie 

może  mówić.  Jest  okropnie  czymś  podniecona,  ale 

nie możemy się z nią porozumieć. Leży tutaj. Mabel, 

ma pani gościa! 

Mabel  wyciągnęła  lewą  rękę  i  zacisnęła  ją 

background image

kurczowo na dłoni Ginny. Bezskutecznie próbowała 

coś powiedzieć, a potem jej twarz skurczyła się i po 

pomarszczonych policzkach zaczęły spływać łzy. 

– 

Dzień  dobry, Mabel –  powitała  ją  Ginny, 

siadając  na  brzegu  łóżka.  –  O co chodzi? 

Powiedziano  mi,  że  czymś  się  pani  martwi.  Czy 
chodzi o kota? 

Mabel  niemal  niedostrzegalnie  kiwnęła  głową,  a 

na  jej  twarzy  pojawił  się  wyraz  ulgi.  Ginny 

uśmiechnęła się. 

–  Podejrzew

ałam,  że  będzie  się  pani  o  niego 

martwić, bo wiem, jak bardzo go pani kocha. Czuje 

się  świetnie.  Zjadł  wszystko,  co  miałam  w  domu. 

Noc spędził na moim łóżku i wydawał się okropnie 

zadowolony.  Wie  pani,  spytam  siostrę  oddziałową, 

czy mogłabym go tu przynieść, dobrze? Może jutro? 

– Uhm – 

wymamrotała Mabel. 

Ginny  była  pewna,  że  chciała  powiedzieć  coś 

więcej,  ale  tylko  tyle  udało  jej  się  wykrztusić. 

Pocałowała ją w policzek. 

– 

O  nic  się  proszę  nie  martwić.  Dora  zaopiekuje 

się domem, ja zadbam o kota, a pani niech po prostu 
wraca do zdrowia. 

Zeszła  na  oddział  urazowy.  Była  zadowolona,  że 

odwiedziła  właścicielkę  kota,  że  ją  uspokoiła  i 

background image

ucieszyła  perspektywą  odwiedzin.  Teraz  myślała  z 

niepokojem o czekającej ją rozmowie z Ryanem. 

On tymczasem wciągnął ją do gabinetu, zamknął 

drzwi i stał, patrząc na nią uważnie swymi cudownie 
zielonymi oczami. 

– 

Virginio,  chciałbym  porozmawiać  z  tobą  o 

wczorajszym wieczorze – 

zaczął.  –  Wyszłaś  tak 

niespodziewanie. Czy to z powodu Ann? 

– 

Nic  pasuję  do  waszego  domu  –  powiedziała 

cicho.  – 

Nic  jestem  twoją  żoną  ani  ich  matką.  Nie 

jestem niczyją matką i nigdy nią nie będę. 

– 

To nie znaczy, że nie ma tam dla ciebie miejsca. 

Przy mnie, Virginio. 

– 

Przecież  ustaliliśmy  to.  Żadnych  zobowiązań, 

żadnego  zaangażowania,  po  prostu  zwykły  romans. 
C

zyż nie tak to określiłeś? 

Spojrzał na nią badawczo. 
– 

Czy nie wolno mi zmienić zdania? 

Odwróciła  wzrok,  nie  mogąc  uwierzyć  w  to,  co 

słyszy. Przecież się w niej nie zakochał. Mogło mu 

się tak wydawać, ale kiedy zda sobie sprawę... kiedy 

nastąpi kryzys... sytuacja diametralnie się zmieni. 

Nic miała odwagi wyznać mu prawdy. Nie chciała 

zniszczyć tego, co mieli, pozbawić się radości, jaką 

jej dawał. 

background image

Więc  zamiast  powiedzieć  Ryanowi  o  wszystkim, 

pozwoliła  mu  wziąć  się  w  ramiona  i  pocałować. 

Potem  odwzajemniła  jego  pocałunek.  Nic  zdążyła 

jednak  odpowiedzieć  na  jego  pytanie,  ponieważ  w 

tym  momencie  ktoś  zapukał  do  drzwi  i  znów 

rozpętało się istne piekło. W ciągu tego wieczora nie 

spędzili już sam na sam ani jednej chwili. 

Gorączkowy  ruch  trwał  aż  do  północy.  Potem 

zjawił  się  na  oddziale  jakiś  zdenerwowany  młody 

mężczyzna. 

– 

Mamy w samochodzie Buzz, ona zachowuje się 

bardzo dziwnie. Nic wiemy, co jej jest. Chyba 

straciła świadomość. 

Ginny wezwała pomoc i zeszła do samochodu, w 

którym  dostrzegła  kilka  osób.  Na  tylnym  siedzeniu 

leżała  mniej  więcej  osiemnastoletnia  dziewczyna. 

Ginny wystarczył szybki rzut oka, by stwierdzić, że 
jest nieprzytomna. 

– 

Trzeba wynieść ją z samochodu i zobaczyć przy 

świetle,  co  jej  dolega.  Czy  któreś  z  was  wie,  co 

mogło się stać? 

Rozejrzała  się  po  wnętrzu  pojazdu  i  cicho 

westchnęła. Wszyscy pasażerowie byli najwyraźniej 

pod silnym wpływem narkotyków. Zastanawiała się, 

czy Buzz zażyła ten sam środek. 

background image

Lub  kilka  środków.  Sanitariusze  wyciągnęli 

dziewczynę z samochodu i ułożyli na wózku. Kiedy 
znal

azła  się  w  pokoju  przyjęć,  stwierdzono,  że  jest 

głęboko nieprzytomna. 

– 

Czy  mogłabyś  sprowadzić  Ryana?  –  poprosiła 

Ginny pielęgniarkę. – Wrócił do swojego gabinetu. 

Zbadała ciśnienie krwi chorej i stwierdziła, że jest 

wysokie. Dziewczyna miała normalny oddech, choć 

nieco płytki. 

– 

Muszę  wiedzieć  o  niej  wszystko  –  oznajmiła 

znajomym Buzz. – 

Co brała, kiedy zauważyliście, że 

jest  z  nią  niedobrze,  czy  zachowywała  się  dziwnie, 

wszystko, co uważacie za istotne. 

Chłopak,  który  wszedł  jako  pierwszy,  wzruszył 

ramio

nami i bezradnie machnął ręką. 

– 

Ona  bierze,  co  tylko  jej  się  trafi,  jasne?  To 

wariatka. Łyka ecstasy, kwas i... do diabła, tyle było 

tego dziś wieczorem. Ludzie rzucali się na wszystko. 

– 

Może komuś przyjdzie jeszcze coś na myśl? 

Wszyscy  potrząsnęli  głowami, lecz jedna 

dziewczyna  zacisnęła  usta  i  spuściła  głowę.  Ginny 

spojrzała na nią uważnie. 

– 

Czy  coś  wiesz?  Bez  waszej  pomocy  ona  może 

umrzeć.  Musimy  dokładnie  wiedzieć,  co  zażyła. 

Jeśli coś podejrzewasz, powiedz nam o tym. 

background image

Dziewczyna wzruszyła ramionami. 
– 

Mogła wziąć ecstasy... Widziałam, jak kupowała 

coś od tego typa. Wiem, że on tym handluje. 

– 

Jakieś problemy? – spytał Ryan, podchodząc do 

nich. 

– 

Podejrzewamy narkotyki. Nie  mamy pewności, 

co to było. Może ecstasy albo jakaś mieszanka. 

– 

W  porządku.  Pójdziecie  teraz  z  pielęgniarką  i 

powiecie jej, co wiecie. Jen, informuj nas 
natychmiast o wszystkim, dobrze? – 

Zrzucił fartuch i 

włożył  rękawice.  –  Zrób test na HIV –  polecił 
Ginny. – 

Jak głęboko jest nieprzytomna? 

– 

Dość głęboko. 

– 

Czy ma odruch szczękowy? 

– 

Chyba nie. Musimy jej zrobić płukanie żołądka. 

– 

Tak. Trzeba ją przewieźć na erkę i sprawdzić, co 

ma  w  żołądku.  Należy  podać  jej  pięcioprocentową 

glukozę,  a  badania  posłać  do  pracowni 

toksykologicznej.  Wydaje  mi  się,  że  ma 

podwyższone  ciśnienie  wewnątrzczaszkowe. To 

typowe  po  zażyciu  ecstasy.  Za  dużo  piją,  więc 

wysiadają im nerki i są przesadnie nawodnieni. Jakie 

ma tętno? 

– Wolne i nieregularne. 
– Cholera. No dobrze, do roboty. 

background image

Podłączyli  szybko  kroplówkę,  a  po  przepłukaniu 

żołądka  znaleźli  resztki  białych  tabletek.  Żadnych 

śladów jedzenia, xxi jest typowe dla narkomanów i 

co tłumaczyło chorobliwą chudość dziewczyny. 

Jej  przyjaciele  również  byli  wychudzeni  i  mieli 

rozbiegane, błyszczące oczy. Mówili jednocześnie i 

bez  przerwy.  Nawet  Ginny  i  Ryan  słyszeli  ich 

podniecone głosy. 

– 

Są  pod  silnym  wpływem  narkotyków  – 

stwierdził Ryan z goryczą. – Popatrz na nią. Trzeba 

skierować  ją  na  toksykologię.  Muszą  ją  tam 

natychmiast dokładnie zbadać. Nie podoba mi się to 

wzmożone  ciśnienie  śródczaszkowe...  Jestem 
pewien, 

że  jej  mózg  wygląda  jak  rozmiękła  gąbka. 

Trzeba  monitorować  ciśnienie,  podłączyć  ją  do 

sztucznej nerki i odwodnić mózg, ale potrzebny jest 
do tego nefrolog lub toksykolog. Czy wiemy, kim 
ona jest? 

– 

Sądzę,  że  powinniśmy  wezwać  policjantów, 

żeby  porozmawiali  z  nimi  i  dowiedzieli  się,  kto 

sprzedał temu dziecku to świństwo. Ja się nią teraz 

zajmę,  a  ty  zadzwoń  na  toksykologię,  żeby  byli 

przygotowani na jej przyjęcie. 

Buzz natychmiast zabrano na odtruwanie. Jeden z 

jej  kolegów  nagle  upadł,  ale  do  czasu  przyjazdu 

background image

policjantów  wszyscy  byli  już  na  tyle  przytomni,  że 

mogli z nimi rozmawiać. 

Dopiero  o  trzeciej  nad  ranem  opuścili  szpital  i 

udali się na komisariat, ale Ginny i Ryan nadal nie 

wiedzieli, kim naprawdę  jest Buzz ani kogo należy 

zawiadomić. 

–  Jak rodzice mog

ą  pozwolić  swoim  dzieciom 

zadawać  się  z  kolegami,  którzy  mają  na  nie  tak 

okropnie zły wpływ? – powiedział Ryan z gniewem. 
– 

Przecież to jeszcze dziecko. 

– 

Istnieją  dzieci  zarówno  złe,  jak  i  dobre,  Ryan. 

Być może to właśnie ona ma zły wpływ na innych. 
Nic w

ydaje  się,  żeby  zdobycie  narkotyków  było 

szczególnie trudne. Tak czy owak, powinieneś mieć 

pretensję do handlarzy, a nie do samych dzieci. 

– 

Masz  rację.  Gdyby  to  ode  mnie  zależało,  kara 

śmierci  byłaby  dla  nich  zbyt  łagodna.  To  zwykłe 
szumowiny. 

Ginny  drżącymi  rękami  nalała  kawę  i  podała 

kubek Ryanowi. 

– 

Czy myślisz, że z tego wyjdzie? 

– 

Nic  wiem.  Być  może.  Jeśli  jej  stan  szybko  się 

poprawi,  to  pewnie  wyzdrowieje.  Może  na  tyle  się 

przestraszy, że rzuci narkotyki, zanim zrujnuje sobie 

życic. Jeśli już nie jest za późno. 

background image

– 

Jeśli...  –  Ginny  wzięła  swój  kubek  z  kawą, 

próbując opanować drżenie rąk. 

Miała  poważne  powody,  by  żałować  swego 

jedynego  doświadczenia  z  narkotykami.  Kiedy  w 

wieku  siedemnastu  lat  była  na  przyjęciu,  dała  się 

namówić  na  haszysz.  Wracając  samochodem z 

kolegą, który był pod silnym wpływem narkotyków 

dosiarczonych  przez  jakiegoś  pozbawionego 

skrupułów  handlarza,  wypadli  z  szosy  i  uderzyli  w 

balustradę mostu. 

To  dziwne,  pomyślała,  że  poza  bliznami  wydaję 

się w pełni zdrowa, a jednak nie jestem. I wszystko 

to z powodu kilku minut bezsensownej ciekawości... 

 

background image

Rozdział 7 

 

Rano Ginny umyła się i zjadła śniadanie, a potem 

zatelefonowała  do  siostry  przełożonej  na  oddziale 

geriatrycznym, by spytać ją, czy może przynieść do 
Mabel kota. 

– 

Och, to wspaniały pomysł. Z pewnością będzie 

wzruszona.  Jest  strasznie  przygnębiona,  biedactwo. 

To okropne, nie móc się porozumieć. 

Mimo  napiętego  planu  zajęć,  Ginny  wróciła  do 

domu  w  porze  lunchu,  by  zabrać  Geronimo  do 

szpitala.  Przywiązała  kawałek  sznurka  do  jego 

obróżki  na  wypadek,  gdyby  próbował  uciec.  Kot 

jednak wdrapał się na piersi Mabel i wtulił pyszczek 

w jej szyję. Potem usadowił się wygodnie, podwinął 

łapki i zaczął lizać ją po twarzy. 

Jak  można  było  przewidzieć,  Mabel  rozpłakała 

się, czule głaszcząc go sprawną ręką. Ginny usiadła 

obok  nich,  trzymając  koniec  sznurka.  Była  bardzo 

zadowolona,  że  wpadła  na  ten  pomysł.  Niebawem 

musi  zabrać  go  z  powrotem  do  domu,  ale  obiecała 

Mabel, że jeszcze z nim do niej przyjdzie. 

Kiedy  wróciła  na  oddział  urazowy,  dowiedziała 

się, że czekają tam dwaj dziennikarze, którzy chcą z 

nią porozmawiać. 

background image

– 

Dlaczego  właśnie  ze  mną  i  na  jaki  temat?  – 

spytała rejestratorkę. 

– 

Chodzi  o  jakąś  młodą  narkomankę,  którą 

przyjęto wczoraj na toksykologię. 

– 

O Boże – jęknęła Ginny i natychmiast pobiegła 

do Ryana. 

– 

Łowcy  sensacji  depczą  nam  po  piętach. 

Dowiedzieli się o Buzz. 

– 

Do  diabła, nie  mam  czasu.  Powiedz im,  że  nie 

wolno nam wypowiadać się na ten temat. 

Ginny  przekazała  dziennikarzom  tę  informację, 

ale  oni  nie  poddali  się  tak  łatwo,  bo  był  to  bardzo 

gorący  temat.  Sprawie  narkotyków  nadano  dużo 

rozgłosu, ponieważ w ostatnich miesiącach zmarło z 

przedawkowania kilka młodych osób. 

– 

Mogę  powiedzieć  tylko  tyle,  że  po  udzieleniu 

pierwszej pomocy przewieźliśmy ją na inny oddział 
– 

oznajmiła Ginny dziennikarzom. 

– 

Ale przywieziono ją tutaj? Czy była przytomna? 

– 

Co z pozostałymi? 

– 

Kto sprzedał jej narkotyki? 

– 

Przykro  mi,  ale  nie  mogę  na  to  odpowiedzieć. 

Proszę mi wybaczyć, mam mnóstwo pracy – odparła 
Ginny. 

– 

Czy ma pani coś do powiedzenia na temat ludzi, 

background image

którzy sprzedają tym dzieciakom narkotyki? 

– 

Owszem,  mam.  To  najgorsze  szumowiny.  Są 

przyczyną wielu nieszczęść i zmartwień. Żadna kara 

nie  byłaby  dla  nich  wystarczająco  surowa  – 

powiedziała Ginny i odeszła. 

Jej  słowa  zacytowały  wieczorne  wydania  gazet. 

Ginny  zamierzała  właśnie  położyć  się  spać,  gdy 

przyszedł Ryan. 

– 

Widziałaś to? – spytał, wymachując gazetą. 

– 

Nie. Pokaż. 

– 

„Handlarze narkotyków to najgorsze 

szumowiny" – 

przeczytał na głos i podał jej gazetę. 

Ginny przebiegła wzrokiem artykuł. 
– 

Cholera.  No  cóż,  przynajmniej  nie  przekręcili 

moich słów. 

– 

Chyba mówiłem ci, żebyś nie wypowiadała się 

na ten temat? 

– 

Przecież  nie  skomentowałam  sprawy  Buzz, 

tylko  wyraziłam  swoje  zdanie  o  handlarzach 
narkotyków. 

– 

No,  już  dobrze.  –  Odłożył  gazetę  i  uśmiechnął 

się. – Czy przypadkiem nie wybierałaś się do łóżka? 

– 

Owszem. Czy chciałbyś mi towarzyszyć? 

– 

Myślałem,  że  nigdy  mnie  o  to  nie  poprosisz  – 

mruknął i przyciągnął ją do siebie. 

background image

– 

Nie jesteś zmęczony? – spytała, kładąc dłonie na 

jego ramionach. 

– Pada

m z nóg, ale i tak cię pragnę. Chyba nigdy 

nie zabraknie mi sił, żeby cię objąć. 

Ginny  wyciągnęła  rękę  i  przesunęła  palcami  po 

jego  włosach.  Natychmiast  zapomniała  o  tym,  że 

postanowiła  zachować  rezerwę,  i  bez  wahania 

poddała się jego pieszczotom. 

Kocha go

, a on jej potrzebuje, i tylko to się liczy. 

 
– 

Jutro  wybieramy  się  na  pokazy  hippiczne  – 

oznajmił jej Ryan w piątek. – Dzieciaki bardzo chcą 

iść. Odbędzie się również wystawa psów. Może być 

bardzo zabawnie, jeśli lubisz zwierzęta. 

–  Uwielbiam. Z przyjemno

ścią  z  wami  pójdę  – 

odparła, zapominając o tym, że postanowiła trzymać 

się z dala od jego dzieci. Kiedy patrzył na nią tymi 

swoimi zielonymi oczami, zapominała nawet, jak się 
nazywa. 

 

Przyjechał  po  nią  w  sobotę  o  wpół  do  jedenastej 

rano.  Siedząca  w  tyle  samochodu  Evie  była 

najwyraźniej w złym humorze. 

– 

Usłyszała,  że  impreza  zaczyna  się  o  ósmej  i 

chciała  tam  być  od  samego  początku  –  wyjaśnił 

background image

Ryan, mrugając do Ginny porozumiewawczo. – A ja 

się  nie  zgodziłem.  Czy  ta  mała  dziewczynka  musi 

się złościć, kiedy nie postawi na swoim? 

– 

Po prostu poddaje cię próbie – oznajmiła Ginny. 

– 

Ale  przekonała  się,  że  ja  też  jestem 

nieustępliwy. 

Kiedy  dotarli  na  miejsce  i  Evie  dostrzegła 

samochód z lodami, natychmiast przestała się dąsać. 

– 

Och, tatusiu, proszę – błagała. 

Gus przyłączył się do jej nalegań, więc Ryan kupił 

każdemu po porcji lodów. Potem, obawiając się, że 

przechodzące  w  pobliżu  konie  mogą  stratować 

dzieci,  posadził  Gusa  na  swoich  ramionach.  Ginny 

wzięła  Evie  za  rękę  i  wszyscy  powędrowali  w 
kierunku terenu pokazów. 

– 

Jaki  wielki  koń!  –  zawołała  Evie,  patrząc  z 

podziwem na wspaniałego kasztana, który przebiegł 

kłusem obok nich. 

– 

Rzeczywiście – przyznał Ryan. – Chyba trochę 

zbyt  narowisty  dla  tej  pani.  Obawiam  się,  że  nie 

potrafi nad nim panować. 

– Czy znasz si

ę na koniach? – spytała Ginny. 

– 

Owszem.  Moi  rodzice  mieli  ranczo,  więc  z 

konieczności dorastałem w siodle. Ona wyraźnie nie 
radzi sobie z tym koniem. 

background image

– 

Jest bardzo blada. Może źle się czuje? 

– 

Pewnie jest po prostu śmiertelnie przerażona. 

Potem  ich  uwagę  przyciągnęły  inne  konie. 

Zauważyli,  że  przeszkody  skonstruowane  z  belek 

oraz  słupków  w  naturalnym  kolorze  drewna  i 

pokryte  gałązkami  drzew  różnią  się  od  barwnych 

słupków  na  innym  padoku.  Dowiedzieli  się,  że  jest 

to tor treningowy dla koni używanych do polowań. 

Evie i Gus patrzyli z zachwytem na konie, które 

pokonywały  ogromne  przeszkody.  Po  chwili  na 

torze  pojawił  się  kasztan.  Ryan  spojrzał  na 

dosiadającą go kobietę i zmarszczył brwi. 

– 

Chyba  masz  rację.  Ona  nie  wygląda  dobrze. 

Może jest chora. 

Pierwsze dwa 

skoki  były  udane,  ale  kiedy  koń 

pokonał  trzecią  przeszkodę,  zaczął  nagle 

przyspieszać  i  tuż  przed  czwartą  kobieta  opadła  na 

jego  szyję.  Kasztan,  przeskoczywszy  przeszkodę, 

zaczął  galopować,  a  potem  gwałtownie  skręcił  w 
lewo. Kobieta niczym szmaciana lalka 

spadła z jego 

grzbietu i potoczyła się w kierunku widzów. 

Ryan,  mrucząc  coś  niewyraźnie,  zdjął  Gusa  z 

ramion i postawił go obok Ginny, a sam podbiegł do 

leżącej  na  murawie  kobiety.  W  tym  samym 

momencie  podszedł  do  nich  przedstawiciel 

background image

Czerwonego Krzyża. 

– Jestem lekarzem – 

oznajmił Ryan. 

Sprawdził 

drożność 

dróg 

oddechowych 

poszkodowanej,  zbadał,  czy  nie  doznała  urazu 

kręgosłupa,  a  potem  podtrzymywał  ją,  czekając,  aż 

unieruchomią jej szyję. 

– 

Może powinniśmy coś zrobić? – spytała stojąca 

obok Ginny kobieta. 

– 

Jestem również lekarzem. Gdyby zajęła się pani 

dziećmi, mogłabym pomóc. 

Oddała dzieci pod opiekę nieznajomej i podbiegła 

do Ryana. 

– 

Co mam robić? 

– 

Sprawdź rdzeń. Ona oddycha, ale jest piekielnie 

rozpalona i nieprzytomna. 

– 

Może  ma  wstrząs  mózgu  –  powiedział 

mężczyzna z Czerwonego Krzyża. 

Ryan potrząsnął głową. 
– 

Nie.  Obserwowałem  ją  i  zauważyłem,  że 

zemdlała w czasie jazdy. Nie sądzę, żeby miała jakiś 

uraz  głowy,  ale  podczas  upadku  mogła  doznać 

obrażeń. 

Ginny  obmacała  dokładnie  kręgi  pacjentki, 

sz

ukając przemieszczeń, ale niczego nie wyczuła. 

– 

Jeśli  nastąpiło  złamanie,  to  bez  przemieszczeń. 

background image

Zbadam jej nogi. 

– 

Źrenice  reagują  na  światło  –  stwierdził  Ryan 

półgłosem. – Chyba odzyskuje przytomność. 

Ujął dłoń dziewczyny. 
– 

Czy pani mnie słyszy? Jestem lekarzem. Proszę 

powiedzieć, co się stało. 

Pacjentka otworzyła oczy. 
– Moje plecy – 

wykrztusiła urywanym szeptem. – 

Bolą... 

Ryan odgarnął włosy z jej twarzy i spytał: 
– 

Jak się pani nazywa? 

–  Debbie  – 

wyjąkała.  –  Debbie McNab. Gdzie 

jestem? 

– 

Spadła pani z konia. Co się stało? 

– 

Nogi chyba w porządku – rzekła cicho Ginny. 

– 

Dziękuję. Czy wie pani, jak do tego doszło? 

Debbie  potrząsnęła  głową,  a  Ryan  spojrzał  na 

Ginny. 

– 

Dość  swobodnie  porusza  szyją,  ale  na  wszelki 

wypadek  założymy  jej  kołnierz  usztywniający. 

Debbie, czy może była pani ostatnio przeziębiona? 

– 

Tak...  Boli  mnie  głowa  –  wyszeptała  i 

natychmiast zwymiotowała. 

– 

Niech  mi  pani  powie  coś  więcej  o  tym 

przeziębieniu – poprosił Ryan. 

background image

– 

Grypa. Czuję się okropnie. Gdzie jestem? 

– 

Spadła pani z konia. 

– 

Och! Co się z nim stało? 

Ginny rozejrzała się po padoku. 
– 

Chyba ktoś go złapał. Wszystko w porządku. 

– Och... – 

Debbie zamknęła oczy, ale Ryan nie dał 

jej zasnąć. 

– 

Niech  się  pani  obudzi.  Unieruchomimy  pani 

szyję, a potem zaniesiemy panią do karetki. 

Gdy 

ułożono ją na noszach, Ryan ostrożnie zdjął 

jej z głowy toczek. Poza niewielkim zasinieniem, nie 

dostrzegł żadnych śladów urazu głowy. 

– 

Czy ktoś z państwa ją zna? – spytał, rozglądając 

się wokół. 

– Ja – 

zawołała z tłumu jakaś kobieta. 

– 

Czy możemy skontaktować się z jej rodziną? Z 

mężem lub narzeczonym? 

– 

Z  mężem.  Zawiadomimy  go.  Czy  nic  jej  nie 

jest? 

– 

Chyba  nie,  ale  dla  pewności  zabierzemy  ją  do 

szpitala.  To  był  paskudny  upadek.  Może  pani  wie, 

jak się czuła dziś rano? 

– 

Nie najlepiej. Mówiłam jej, że nie powinna brać 

udziału  w  tym  pokazie,  ale  się  uparła.  Aha,  nie 

wiem,  czy  to  ważne,  ale  ona  nie  ma  śledziony. 

background image

Straciła ją jakiś czas temu w wyniku innego upadku 
z konia. 

Ryan,  chcąc  dokładniej  zbadać  Debbie,  wsiadł 

wraz  z  nią  do  karetki,  a  Ginny  wróciła  do  dzieci. 

Znajoma Debbie odwróciła się do Ginny. 

– 

To  chyba  nic  poważnego,  prawda?  Nie 

widziałam tego upadku, ale podobno poniósł ją koń. 

– 

Zemdlała,  zanim  z  niego  spadła.  To  chyba  z 

powodu  tej  grypy.  Myślę,  że  wszystko  będzie 

dobrze, ale trzeba jej zrobić kilka prześwietleń. Czy 

skontaktuje się pani z jej mężem? 

– 

Tak,  a  mój  narzeczony  zajmie  się  koniem  i 

odwiezie  go  ciężarówką  pod  jej  dom.  Dziękuję,  że 

udzieliliście jej pomocy. 

Ginny podeszła do dzieci. 
– 

Czy  tatuś  pojedzie  karetką?  –  spytała Evie 

podnieconym głosem. 

– 

Nie mam pojęcia, ale zaraz się dowiemy. 

Po  chwili  Ryan  wysiadł  z  karetki  i  podszedł  do 

nich. 

– 

Wybieram  się  z  nią  do  szpitala.  Czy  mogłabyś 

pojechać za nami moim samochodem? 

– 

Och,  tatusiu,  chcemy  tu  jeszcze  zostać!  – 

zawołała Evie płaczliwie. 

– 

Możesz  wrócić  tu  moim  samochodem  – 

background image

zaproponowała Ginny. 

– 

Naprawdę? A co z ubezpieczeniem? 

– 

Chyba  masz  więcej  niż  dwadzieścia  pięć  lat, 

prawda? 

Ryan roześmiał się. 
– 

Tylko o dziesięć więcej. 

Ginny  wyjęła  z  kieszeni  kluczyki  i  podała  je 

Ryanowi. 

– 

Nie  martw  się  o  nas.  Gdzieś  tu  kręci  się 

sprzedawca  frytek  i  hot  dogów.  Na  pewno  miło 

spędzimy czas. Do zobaczenia. 

Ryan pocałował ją w policzek i odszedł, a dzieci 

patrzyły na nią z nadzieją w oczach. 

– 

Czy możemy zjeść frytki? – spytał Gus. 

– 

Jeśli  dasz  słowo,  że  nie  będziesz  po  nich 

chorował. Ale nie dostaniecie zielonych lizaków ani 

prażonej kukurydzy. I nie bierzcie za dużo ketchupu. 

– 

On zawsze bierze za dużo ketchupu – oznajmiła 

Evie autorytatywnie. – 

A  czy  potem  moglibyśmy 

zobaczyć  kucyki?  Nie  lubię  dużych  koni.  Są 
straszne. 

Stanęli  w  kolejce  po  frytki  i  hot  dogi,  a  potem 

poszli na niewielki padok, po którym prowadzono 

wkoło  kilka  ślicznych  kucyków.  Miały  jedwabiste 

grzywy  i  ogony,  a  ich  sierść  lśniła  w  słońcu. 

background image

Zwycięzcą  został  wspaniały  kucyk szetlandzki z 

falującą  czarną  grzywą  i  zadem  przypominającym 

wypolerowany  kasztan.  Kiedy  przebiegał  kłusem 

obok  nich,  chlubiąc  się  swą  czerwoną  rozetką  z 

wstążek, Evie westchnęła. 

– 

Chciałabym  mieć  takiego  –  powiedziała  –  ale 

tatuś się nie zgadza. 

Ginny  doszła  do  wniosku,  że  po  dzisiejszym 

wypadku  Ryan  z  pewnością  jeszcze  bardziej  uprze 

się przy swoim zdaniu. 

– 

Macie ochotę na lody? – spytała, chcąc zmienić 

ten niebezpieczny temat. 

– Co, zamiast kucyka? 
– 

Głuptasek.  No,  chodźmy  poszukać  czegoś  do 

zjedzenia. 

Po drodze do samochodu z lodami natknęli się na 

człowieka,  który  za  drobną  opłatą  na  cele 

dobroczynne oferował przejażdżki na kucyku. 

– 

Och,  czy  mogłabym  spróbować?  –  poprosiła 

Evie. 

Ginny  miała  ochotę  się  zgodzić,  ale  doszła  do 

wniosku,  że  nie  może  tego  zrobić  bez  pozwolenia 
Ryana. 

– 

Zaczekajmy na tatę – zaproponowała. 

W  tym  momencie  pojawił  się  Ryan,  jakby  Evie 

background image

wyczarowała go spod ziemi. Dziewczynka podbiegła 

do ojca, chwyciła go za rękę i zarzuciła błagalnymi 

prośbami. 

–  No dobrze, skoro nalegasz  – 

powiedział  z 

pobłażliwym  uśmiechem  i  kupił  dla  dzieci  dwa 
bilety. 

Kiedy dopasowano im toczki i wyprowadzono na 

padok, Ginny spytała: 

– 

Co z pacjentką? 

– 

Czuje  się  dość  kiepsko,  ale  myślę,  że  to  z 

powodu tej grypy. Przyszedł jej mąż, a Jack był na 
miejs

cu,  więc  ich  zostawiłem.  –  Wsunął  w  dłoń 

Ginny kluczyki od samochodu. – 

Dzieciaki  były 

grzeczne? 

–  Owszem.  – 

Spojrzała na niego. – Evie marzy o 

kucyku. 

– 

Wiem,  ale  nie  możemy  brać  na  siebie  tego 

rodzaju obowiązków. A  poza tym Evie jest jeszcze 

za  mała.  Kiedy  trochę  dorośnie,  może  brać  lekcje 

jazdy,  a  jeśli  rzeczywiście  to  polubi,  dostanie 

kucyka.  Ale  na  razie  nie  chciałbym  narażać  jej  na 

niebezpieczeństwo. 

– 

Wiedziałam,  że  to  powiesz  –  zaśmiała  się 

Ginny. 

– 

Zobaczymy,  co  będziesz  czuła,  kiedy  będziesz 

background image

matką. 

Ginny  zrobiło  się  niedobrze.  Gdybym  tylko 

mogła, pomyślała ze łzami w oczach i ściśniętym z 
bólu sercem. 

Dzieci 

wróciły 

radośnie 

szczebiocząc. 

Powiedziały, jak miały na imię ich cudowne kucyki i 

błagały  ojca  o  jeszcze  jedną  przejażdżkę.  Ryan 

pokręcił głową. 

– 

Mam  dla  was  niespodziankę.  W  szpitalu 

spotkałem  Jilly  i  Zacha,  którzy  zaprosili  nas  na 
barbecue. 

– 

I Scud też będzie? – zapiszczał radośnie Gus. – 

Och, tato! 

–  No to jedziemy? – 

spytała Evie, zapominając o 

kucykach. 

– Co ty na to, Virginio? 
– A jestem zaproszona? 
– 

Oczywiście.  Powiedziałem  im,  że  dzisiejszy 

dzień spędzasz z nami. 

– 

Wobec tego pojadę z przyjemnością. Zapowiada 

się miłe popołudnie. 

 

I  byłoby  miło,  gdyby  nie  dociekliwe  pytania 

gospodarzy,  których  najwyraźniej  interesowały 
perspektywy zw

iązku Ginny z Ryanem. 

background image

– 

Nie  wyobrażajcie  sobie  o  nas  zbyt  wiele  – 

powiedziała  Ginny  do  Jilly,  kiedy  reszta 

towarzystwa  poszła  bawić  się  ze  Scudem.  –  Nasz 

związek  nie  ma  przyszłości.  Od  początku  oboje 

zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Nie chcę, żebyście 
porus

zali ten temat w obecności dzieci, bo nie mogę 

zająć miejsca ich matki. Ryan dał mi to wyraźnie do 

zrozumienia.  Wydaje  mi  się,  że  on  wciąż  kocha 
Ann. 

Jilly spojrzała na nią ze zdziwieniem. 
– 

Ależ, Ginny, przecież każdy widzi, że on kocha 

ciebie! 

Ginny potr

ząsnęła głową. 

– 

Nie. On mnie pożąda, a to co innego. Od śmierci 

Ann upłynęło sporo czasu i w końcu pozwolił sobie 

na  romans.  Któregoś  dnia  obudzi  się,  spojrzy  na 

mnie i dojdzie do wniosku, że nie jestem osobą, za 

jaką mnie uważał, ale do tego czasu... będę cieszyć 

się tym, co mam. 

– 

Wiesz, sprawiasz wrażenie osoby bardzo pewnej 

siebie, ale chyba to tylko pozory, prawda? Nie 

zdajesz sobie sprawy z własnej wartości. 

– 

Och,  wiem.  Jestem  tylko  kochanką,  Jill.  Nie 

żoną. 

W tym momencie wrócili panowie i padli na 

background image

ziemię,  z  trudem  łapiąc  oddech.  Tuż  za  nimi 

przybiegły dzieci i z radosnym śmiechem usiadły im 
na piersiach. 

– 

Jesteś  spocony  –  oznajmił  Gus,  klepiąc  Ryana 

po policzku. 

– 

Ty  też  –  mruknął  Ryan  i  zrzucił  chłopca  na 

trawę. 

Evic  podskakiwała  na  piersiach  Zacha,  głośno 

chichocząc. 

– 

To  dla  ciebie  doskonały  trening  –  powiedziała 

Jilly.  – 

Masz  czas  tylko  do  lutego,  a  musisz  się 

jeszcze sporo nauczyć. 

Zach przewrócił się na bok i łaskotał Evic, dopóki 

nie zaczęła go błagać o litość. 

– 

Kto  chciałby  zobaczyć  szczenięta  Scuda?  – 

spytał obojętnym tonem. 

Dzieci podskoczyły, piszcząc z radości. 
– 

Tato, tato, musisz pójść z nami – prosiły. 

Potem Evic odwróciła się do Ginny i chwyciła ją 

za rękę. 

– 

Ty też chodź, Ginny! 

– 

No dobrze. Zobaczmy te szczenięta. – Spojrzała 

na Jilly. – Idziesz? 

Jilly  potrząsnęła  głową,  uważnie  jej  się 

przyglądając.  Ginny  dostrzegła  w  jej  oczach 

background image

współczucie  i  odwróciła  się.  Nic  potrzebuje  litości. 

Jest wystarczająco silna, by dać sobie ze wszystkim 

radę. 

– 

Zostanę i przygotuję jedzenie – oznajmiła Jilly. 

– 

Tylko nie bądźcie tam zbyt długo. 

Szczenięta były wspaniałe. Wyglądały jak puchate 

kłębki  czarnej  sierści.  Miały  krótkie,  grube  łapki, 

różowe  języki  i  ostre  jak  igły  zęby.  Kiedy  Ginny 

usiadła  na  kuchennej  posadzce  domu  na  pobliskiej 
farmie

,  pieski  natychmiast  ją  otoczyły.  Jedne  żuły 

sznurowadła od jej tenisówek, inne wdrapywały się 
chwiejnym krokiem na jej nogi, a potem z nich 

spadały.  Ich  matka  spoglądała  na  nie  z  boku 

pobłażliwym wzrokiem. 

–  Ten zostanie u nas – 

oznajmił  Zach,  unosząc 

jed

nego  z  większych  samców.  –  Jeszcze nie mamy 

dla niego imienia. Nazywamy go po prostu Junior. 

Jest  bardzo  podobny  do  Scuda,  kiedy  był 
szczeniakiem. 

– 

Dwa  takie  duże  psy?  –  mruknął  Ryan.  – 

Przecież to straszny kłopot. 

– 

To  już  problem  Jilly.  Ona  będzie  zostawać  z 

nimi w domu. 

– 

A  pan  nie  chciałby  jednego?  –  spytała  siostra 

Zacha. 

background image

Evie i Gus natychmiast podnieśli larum, ale Ryan 

pozostał nieugięty. 

– 

Od czasu do czasu będziemy pożyczać Scuda i 

Juniora – 

obiecał – ale to niesprawiedliwe, żeby pies 

był w domu, a ja cały dzień w pracy. 

Evic zmarkotniała. 
– 

Gdyby  mama  żyła,  moglibyśmy  mieć  psa  – 

oznajmiła ze smutkiem. 

Ryan przymknął oczy. 
– 

Chodź,  kochanie.  Uściśnij  Juniora  i  wracajmy 

do Jilly. Niebawem będzie kolacja. 

Ginny  wstała,  ostrożnie  zsuwając  na  ziemię 

szczególnie  ambitnego  alpinistę.  Evie  ucałowała 

Juniora w nos, a potem położyła go obok rodzeństwa 

i wsunęła rękę w dłoń Ginny. 

– 

Czy mogę iść z tobą? – spytała. 

Serce Ginny gwałtownie zabiło. 
– 

Oczywiście, kochanie – odparła, ściskając małą 

rączkę. – Przekonamy się, ile jest kroków do domu 
Jilly? 

Było  ich  niemal  sześćset...  wystarczająco  dużo, 

żeby  Ginny  zdołała  odzyskać  panowanie  nad  sobą. 

Miała ochotę odejść, uciec, ale jej samochód został 

pod  domem  Ryana.  Przybrała  więc  pogodny  wyraz 
twarzy, który zwió

dł wszystkich z wyjątkiem Jilly, i 

background image

zachowywała  się  tak,  jakby  nic  nie  zaszło.  Miała 

wrażenie, że kolacja nigdy się nie skończy. Wszyscy 

jedli bardzo powoli, gawędząc i śmiejąc się wesoło. 

W końcu pożegnali się z gospodarzami i odjechali. 

– 

Wstąp  na  drinka  –  zaproponował  Ryan,  ale 

Ginny stwierdziła, że to ponad jej siły. 

Nie  była  w  stanie  znów  wejść  do  jego  domu, 

siedzieć w pokoju, w którym stała fotografia Ann, i 

uśmiechać się beztrosko. 

– 

Nie mogę – odparła. – Muszę zająć się kotem, a 

poza  tym  dziś  wieczorem powinnam jeszcze 

odwiedzić Mabel. 

–  Do widzenia, Ginny! – 

zawołała  Evic, 

podbiegając  do  jej  samochodu.  –  Dziękuję,  że 

spędziłaś z nami dzień. – Pochyliła się i pocałowała 

ją w policzek. 

Ginny  uruchomiła  silnik  i  odjechała,  zostawiając 

za sobą cząstkę swego serca. 

 
– 

Ona  dziś  wieczorem  była  smutna,  tato  – 

powiedziała Evie, kiedy Ryan otulał ją kołdrą. 

– 

Wiem. Ciekawe dlaczego. Może była po prostu 

zmęczona? 

– 

Była smutna – upierała się Evie. 

Zauważył to. Często jest smutna, pomyślał i znów 

background image

zaczął  się  zastanawiać,  czy  Ginny  kiedykolwiek 

zaufa  mu  na  tyle,  by  wyznać  mu  przyczynę  swego 
smutku. 

– 

Chciałabym,  żeby  została  naszą  nową  mamą  – 

oznajmiła Evic po namyśle. 

Ryan  poczuł  ucisk  w  gardle.  Nową  mamą? 

Próbował  wyobrazić  sobie  Virginię  w  tej  roli.  Ku 
jego zdumi

eniu  nie  wydało  mu  się  to  bynajmniej 

godne  potępienia,  nierozważne  czy  nieprzyzwoite. 

Ale  czy  to  w  ogóle  wchodzi  w  rachubę?  Czy  ona 

zechciałaby  wziąć  na  siebie  opiekę  nad  cudzymi 

dziećmi? 

Bez wątpienia ma z nimi dobry kontakt... Byłyby 

przy niej bezpieczne

.  Może  potem  przyszłyby  na 

świat  inne  dzieci?  Podobne  do  matki  –  istotki z 

ciemnobrązowymi  włosami,  szarymi  oczami  i 

ustami stworzonymi do uśmiechu... 

Doszedł do wniosku, że jest jeszcze za wcześnie, 

żeby o tym myśleć. 

 

background image

Rozdział 8 

 

Ginny  wróciła do domu z kilkoma puszkami 

jedzenia  dla  kota  i  znalazła  pod  drzwiami  liścik 

napisany  drżącą  ręką.  Zanim  go  przeczytała, 

domyśliła  się,  co  zawiera.  Wiadomość,  która 

pochodziła od Dory, była krótka i rzeczowa. 

„Z  przykrością  zawiadamiam,  że  Mabel  zmarła 

dz

iś po południu". 

Ta  kropla  przepełniła  czarę  goryczy.  Ginny 

usiadła  na  kanapie,  wzięła  Geronimo  na  kolana  i 

zaczęła rozpaczliwie płakać. Kot najwyraźniej uznał 

to  za  oburzające,  więc  poszedł  do  kuchni,  usiadł 

obok lodówki i miauczał, dopóki go nie nakarmiła. 

– 

Chyba  teraz  należysz  już  do  mnie,  staruszku  – 

powiedziała.  –  No  cóż,  przynajmniej  nie  jestem 
sama. 

Zadzwonił telefon. 
– 

Cześć – powitał ją Ryan. – Co robisz? 

Z trudem powstrzymała łzy. 
– 

Tęsknię za tobą – odparła. 

– 

Virginio,  czy  dobrze  się  czujesz?  –  spytał  z 

niepokojem. 

Ginny ciężko westchnęła. 
– 

Dziś  po  południu  umarła  moja  sąsiadka.  Była 

background image

właścicielką  Geronimo,  więc  pewnie  go  po  niej 

odziedziczyłam. 

–  Och, Virginio, bardzo mi przykro. Chcesz, 

żebym przyjechał? Wydajesz się zdenerwowana. 

– 

Naprawdę? Nie martw się. To po prostu reakcja 

na tę wiadomość. 

– 

Kochanie,  czy  jesteś  pewna,  że  wszystko  w 

porządku? – spytał po chwili milczenia. 

Miała ochotę krzyczeć, że nic nie jest w porządku 

i nigdy nie będzie. Że chce, aby ją objął i wyznał jej 

miłość... 

–  Oc

zywiście  –  odparła  pogodnym  tonem  i 

zmieniła temat. – To był miły dzień, prawda? Dzieci 

chyba nieźle się bawiły. 

– 

Owszem.  Dziękuję,  że  się  nimi  zaopiekowałaś, 

kiedy pojechałem z tą dziewczyną do szpitala. 

– 

To  była  prawdziwa  przyjemność.  Nic  sprawiły 

mi k

łopotu. Jak ona się czuje? 

– 

Dobrze. Na prośbę męża wypisali ją do domu. 

– 

Więc nie miała urazu głowy? 

– 

Chyba  nie,  bo  Jack  nie  wypuściłby  jej  ze 

szpitala.  – 

Zawiesił  głos  i  dodał  z  rezerwą:  –  Evic 

żałowała, że nie mogłaś jej dzisiaj poczytać „Czarnej 

Piękności".  Uważa,  że  spodobałoby  ci  się 

zakończenie.  Chce,  żebyś  jej  to  ponownie 

background image

przeczytała, a Gus powiedział, że następnym razem 

masz zająć się nim. 

Ginny  zaniemówiła.  Wciągają  ją  w  swoje  życie, 

nie dbając o jej zgodę. Czy ma im na to pozwolić? A 

co  będzie,  jeśli  wszystko  się  rozpadnie?  Nie,  nie 

może  się  na  to  zgodzić.  Tym  razem  ma  znacznie 

więcej do stracenia... 

– 

Posłuchaj,  muszę  kończyć.  Kot  domaga  się 

spaceru,  a  ja  powinnam  zrobić  mu  jakieś  stałe 

legowisko.  Na  razie  zdecydował,  że  będzie  spał  ze 

mną na łóżku. 

– 

Mądry kot. Czy myślisz, że wpuściłby mnie tam 

na  dwie  godziny?  Mógłbym  poprosić  Suzannah, 

żeby tu wpadła. Na pewno chętnie by to zrobiła. 

To była kusząca propozycja, ale Ginny miała zbyt 

rozstrojone  nerwy,  by  nie  zepsuć  Ryanowi  jego 
romantycznego n

astroju.  Każda  pieszczota  z  jego 

strony  jeszcze  bardziej  wyprowadziłaby  ją  z 
równowagi. 

– 

Myślisz  wyłącznie  o  swoich  hormonach  – 

powiedziała. 

– 

To  przez  ciebie.  Tak  na  mnie  działasz,  że  nie 

potrafię  zapanować  nad  sobą.  Przedtem  byłem 

porządnym chłopcem. 

– 

I nadal jesteś – stwierdziła ze śmiechem. 

background image

– 

Miło, że to mówisz. – Zniżył głos. – Pragnę cię, 

Virginio.  Dlaczego,  do  diabła,  nie  jesteś  teraz  ze 

mną? 

– 

Bo obiecałeś teściowej, że nie będziesz się bawił 

u siebie w domu – 

przypomniała mu. 

– 

I dlatego wyszłaś tak wcześnie? 

– 

Przecież  wiesz  dlaczego  –  skłamała.  – 

Wybierałam  się  do  Mabel.  Teraz  muszę  zaraz 

wypuścić kota. Zobaczymy się w poniedziałek. 

– A jutro? 
– 

Mam dyżur. 

– 

Cholera.  No  to  trzymaj  się.  Będziemy  za  tobą 

tęsknić. 

Kot wcale nie musiał wychodzić, bo już był dziś 

na dworze. 

Kiedy  Ginny  kładła  się  spać,  leżał  zwinięty  w 

kłębek pośrodku jej łóżka. 

– 

Posuń się – zażądała, delikatnie popychając go 

stopą. 

Mruknął z niezadowoleniem i ułożył się wygodnie 

nieco  dalej.  Ginny  leżała,  rozmyślając o Ryanie i 

jego  dzieciach.  Po  chwili  kot  wdrapał  się  na 

poduszkę i dotknął pyszczkiem jej twarzy. Przytuliła 

się  do  niego  i  zasnęła  przy  akompaniamencie  jego 
cichych pomruków. 

background image

 

Następnego dnia z chęcią poszła do pracy. Miała 

nadzieję, że natłok zajęć pozwoli jej oderwać myśli 

od  Ryana.  Kiedy  znalazła  wolną  chwilę,  usiadła  i 

wypiła  kawę  w  towarzystwie  Patricka  Haddona, 

który poinformował ją o stanie Buzz. 

– 

Dzięki  dobrej  opiece  wraca  do  zdrowia.  Nic 

rozumiem, dlaczego te dzieciaki pakują się  w takie 

kłopoty.  W  czasach  naszej  młodości  było  zupełnie 
inaczej. 

  – 

Tak sądzisz? – spytała Ginny sceptycznie. – Ja 

pamiętam  z  tego  okresu  sporo  niesamowitych 
wyskoków. 

– 

Pewnie wychowywano cię mniej rygorystycznie 

niż  mnie.  Mój  ojciec  obdarłby  mnie  żywcem  ze 
skóry, gdy

by poczuł ode mnie zapach alkoholu! 

– 

Och,  mnie  spotkałoby  to  samo.  Z  wyjątkiem 

jednego  przypadku,  kiedy  wszystko  wymknęło  mi 

się  spod  kontroli.  Wtedy  cieszyli  się,  że  w  ogóle 

żyję. 

– 

To  wydaje  się  bardziej  ekscytujące  niż  moje 

przeżycia z młodości. Opowiedz mi o tym. 

– 

To  nie  było  wcale  ekscytujące,  lecz  głupie  i 

przerażające.  Poszłam  na  przyjęcie  z  chłopcem, 

którego  prawie  nie  znałam.  Przedawkował.  Ktoś 

background image

wsypał coś do jego drinka, a ja nie zwróciłam na to 

uwagi,  bo  przeprowadzałam  właśnie  jedyne  w 

swoim życiu doświadczenie z haszyszem. 

Patrick spojrzał na nią z zainteresowaniem. 
– No i? 
– 

Roztrzaskał  samochód,  a  ja  wylądowałam  na 

balustradzie mostu. Miałam szczęście, że przeżyłam. 

– 

Och!  Pewnie  miałaś  straszne  obrażenia 

wewnętrzne? 

– Tylko lekkie. 
– 

Śledziona? 

Potrząsnęła głową. 
– Nie. Raczej jelito. 
– 

Miałaś szczęście. 

– 

Szczęście? Być może. 

– 

Lizzi Hamilton też miała szczęście – dodał. 

– 

Owszem. Jak się czuje? 

– 

Powoli  wraca  do  zdrowia.  Jej  nogi  okazały  się 

największym zmartwieniem, ale po operacji dobrze 

się goją. Przez jakiś czas nie będzie mogła chodzić, 

ale uważam,  że to niezbyt wygórowana cena za to, 

że w ogóle żyje. Dziwna jest śmierć. Moja pierwsza 

żona zginęła podczas trzęsienia ziemi. 

– Och, Patrick – west

chnęła Ginny. – Przykro mi. 

Nie wiedziałam, że byłeś wcześniej żonaty. 

background image

– 

Minęło  wiele  lat.  Byliśmy  wówczas  w  małym, 

meksykańskim miasteczku. Isobel weszła do szkoły, 

nagle nastąpił wstrząs i budynek po prostu złożył się 

jak domek z kart. Nie było nadziei na wyciągnięcie 

stamtąd  kogokolwiek  żywego,  ale  próbowaliśmy. 

Okropne było to, że nie mogłem się z nią pożegnać. 
– 

Wbił  wzrok  w  swój  kubek.  –  Przez wiele lat nie 

dawało  mi  to  spokoju.  Dopiero  dzięki  ogromnej 

wyrozumiałości  Anny  jakoś  udało  mi  się  pogodzić 
z

e stratą Isobel. 

– 

To musiał być trudny okres. 

– 

Owszem.  To  Anna  postawiła  mnie  na  nogi  i 

sprawiła,  że  odzyskałem  chęć  do  życia.  Nie 

rozumiem, jak Ryan daje sobie z tym radę, nie mając 

obok  siebie  kogoś,  kto  w  trudnych  chwilach 

podtrzymywałby  go  na  duchu.  Jest oddalony od 

swojej rodziny o tysiące kilometrów. 

–  Nie  – 

zaprotestowała.  –  Jego rodzina jest przy 

nim. ' Są nią jego dzieci. 

Patrick potrząsnął głową. 
– 

Nie  o  to  mi  chodzi.  Przecież  nie  możesz 

zwierzać  się  dzieciom,  zwłaszcza  kiedy  są  takie 

małe.  Sam  nie  wiem,  czy  mając  dzieci  łatwiej  jest 

przeżyć taki wstrząs. 

– 

Myślę, że tak... Wtedy musisz wziąć się w garść 

background image

i  działać.  Ale  masz  też  do  czynienia  z  całym 

wachlarzem  ich  uczuć.  Sądzę,  że  łączenie  pracy 

zawodowej  z  prowadzeniem  domu  musi  być  dla 

mężczyzny okropnie trudne. 

–  Moim zdaniem to pomaga. Bez wsparcia 

kolegów  i  nawału  pracy  ugrzązłbym  w  ponurym 

bagnie rozpaczy i nigdy się z niego nie wydostał. 

– Od jak dawna Ryan tu mieszka? 
  – 

Mniej  więcej  od  dwóch  lat.  W  jakieś  sześć 

miesięcy  po  śmierci  Ann  zaczął  pracować  w 
szpitalu. 

– 

Jaki wtedy był? 

– 

Dość  gburowaty.  Prawie  się  nie  uśmiechał.  Po 

pracy  szedł  prosto  do  domu.  Nigdy  się  na  nic  nie 

skarżył,  zupełnie  jakby  nic  nie  miało  już  dla  niego 

znaczenia. Początkowo współpraca z nim była dość 
trudna, ale potem 

zaczął się stopniowo uśmiechać, a 

od twojego przyjazdu po prostu promienieje 

radością. 

Ginny  lekko  się  zaczerwieniła,  a  Patrick 

wybuchnął śmiechem. 

– 

Przepraszam.  Nie  chciałem  wprawiać  cię  w 

zakłopotanie,  ale  musielibyście  mieć  sieczkę  w 

głowie, gdybyście się do tej pory nie związali. 

– 

Związali? O co ci chodzi? 

background image

– 

Dobrze wiesz, i wszyscy są ci za to wdzięczni. 

Ryan potrzebował kogoś takiego jak ty. 

Słowa Patricka podniosły ją na duchu. Być może, 

dając  Ryanowi  odrobinę  szczęścia,  przyczyniła  się 

do  tego,  że  odzyskał  równowagę  uczuciową  i  chęć 

do życia. 

Wkrótce po tej rozmowie zalała ich fala pacjentów 

z  weekendowymi  kontuzjami.  Rozpoczął  się  sezon 

piłkarski, obfitujący w łatwe do przewidzenia urazy 

nie  wytrenowanych  mięśni,  które  nagle  zostały 
nadmiernie pr

zeciążone  i  napięte.  Zjawił  się  jakiś 

młody  chłopak  z  naciągniętym  ścięgnem,  drugi  z 

naderwanym  mięśniem  uda,  a  jeszcze  inny  ze 

złamaną nogą w kostce. 

Ginny pokazała Patrickowi prześwietlenia. 
– 

Jeszcze  jeden  sportowiec  padł  na  boisku  – 

powiedziała.  –  Sądziłam,  że  sport  ma  służyć 
zdrowiu. 

Patrick roześmiał się głośno. 
– 

Co podsunęło ci taką myśl? Przed chwilą był u 

mnie  amator  squasha,  który  dostał  piłką  w  twarz  i 
najprawdopodobniej straci wzrok w jednym oku. 

Podejrzewam złamanie dolnej ściany oczodołu, więc 

skierowałem go na obserwację i badania do okulisty. 

– 

Zdaje się, że Ryan i Zach też niekiedy grają w 

background image

squasha. 

– 

I zapewne nie używają okularów ochronnych. 

– 

Chyba  nie.  Wszyscy  wierzymy  we  własną 

nieśmiertelność. 

– 

Nie wszyscy, ale utrata tej wiary może naprawdę 

zagrozić zdrowiu. 

To 

była 

prawda. 

Mabel 

odeszła, 

najprawdopodobniej 

wcale 

się 

tego 

nie 

spodziewając.  Pierwszy  mąż  Lizzi  Hamilton  umarł, 

pierwsza  żona  Patricka  również,  Jack  Lawrence 

stracił  syna,  a  Ann  O’Connor  zginęła  w  kwiecie 
wieku. Bestia zbier

a swe żniwo, gdzie i kiedy tylko 

zechce, pomyślała Ginny. 

 

W  poniedziałek  rano  Ryan  wciągnął  Ginny  do 

swego  gabinetu,  a  potem  objął  ją  i  dokonywał 

cudów, żeby rozproszyć jej ponury nastrój. 

– 

Tęskniliśmy  wczoraj  za  tobą  –  powiedział, 

przytulając  się  do  niej.  –  Boże,  Virginio,  jak  ty 

pięknie  pachniesz.  Może  w  porze  lunchu 

poszlibyśmy nakarmić kota? 

– 

On nie jest głodny. 

– Ale poza nami nikt o tym nie wie. 
– 

Nie chciałabym pozbawiać cię złudzeń, ale nikt 

nie da się nabrać na bajeczkę o karmieniu kota. 

background image

– 

Więc  niech  sobie  myślą,  co  chcą  –  oznajmił 

beztrosko. – 

W końcu jesteśmy już dorośli. 

– 

Oni  uważają,  że  oddałam  im  przysługę, 

ponieważ  podobno  odkąd  zacząłeś  pracować  nad 

hormonami, łatwiej jest z tobą wytrzymać. 

– 

Co? Kto to powiedział? 

– Patrick. 
– 

Naprawdę?  No  cóż,  w  takim  razie  może  nas 

zastąpić,  kiedy  będziemy  poddawać  je  dalszej 
gimnastyce! 

Klepnęła go w ramię. 
– 

Zabierz  ręce!  Jak  mogę  pracować,  skoro  przy 

każdej okazji zachowujesz się tak jak teraz? 

– 

Inaczej byś się tutaj zanudziła, ale chyba  masz 

rację. Wiesz co, może wpadniesz wieczorem i trochę 

poczytasz dzieciakom przed snem? Potem poproszę 

Suzannah, żeby się nimi zaopiekowała, a ja zabiorę 

cię gdzieś na kolację, co? Czy to bardziej odpowiada 
twojej romantycznej duszyczce? 

– A potem? 
– 

Potem  odwiozę  cię  do  domu,  kochanie.  No 

więc? 

– 

Pod  warunkiem,  że  nie  będę  musiała  czytać 

„Czarnej Piękności" od samego początku. 

Uśmiechnął się. 

background image

– Zgoda. 

Czytając ostatni rozdział, Ginny tak się wzruszyła, 

że  miała  łzy  w  oczach.  Potem  Evie  objęła  ją  i 

pocałowała  na  dobranoc.  Angus  nieśmiało  poszedł 

za jej przykładem. 

Kiedy zjawiła się Suzannah, natychmiast wyszli z 

domu.  Ryan  zabrał  Ginny  do  nowej  włoskiej 

restauracji.  Panujący  w  niej  półmrok  był  wprost 
wymarzony dla zakochanych par. 

Po powrocie do domu Ryan od razu wzi

ął Ginny 

w ramiona i zaczął ją całować. Nic tracili czasu na 

wstępną grę miłosną. Podziałała na nich panująca w 
restauracji atmosfera oraz kilkudniowa przymusowa 

wstrzemięźliwość.  Nic  zdołali  nawet  dotrzeć  do 
sypialni... przynajmniej nie za pierwszym razem. 

Kiedy  w  końcu  tam  weszli,  dostrzegli  pośrodku 

łóżka  zwiniętego  w  kłębek  kota.  Był  oburzony,  że 

został  wyeksmitowany  ze  swego  legowiska.  Ryan 

wytłumaczył mu łagodnie, lecz stanowczo, że teraz 

jest jego kolej, więc musi ustąpić mu miejsca. 

– 

Chyba  jesteś  zazdrosny  –  powiedziała  Ginny  z 

przekąsem,  przesuwając  palcem  po  jego  nagim 
torsie. 

Chwycił jej dłoń. 
– 

Jasne,  że  jestem  zazdrosny.  Ten  kot  sypia  w 

background image

twoim  łóżku,  a  ja  dotąd  nie  spędziłem  z  tobą  ani 
jednej nocy! 

Miał  rację,  ale  żeby  mogli  mieć  noc  dla  siebie, 

musieliby  znaleźć  jakąś  opiekunkę  do  dzieci.  Na 

przykład ich babcię? Ginny wyobraziła sobie Ryana, 

przekonującego  Betty  i  Douga,  żeby  zgodzili  się 

wziąć  dzieci  na  weekend,  bo  on  zamierza  spędzić 

czas z kochanką! 

– 

Chciałbym  spać  z  tobą  –  powiedział,  tuląc  ją 

czule. – 

Nigdy nie mamy czasu wyłącznie dla siebie. 

Albo  pracujemy,  albo  zabawiamy  dzieci,  albo  się 

kochamy. Nic ma czasu, żeby porozmawiać. Nic nie 

wiem  o  twojej  przeszłości,  o  tym,  jak  wyglądało 

twoje życie, zanim mnie spotkałaś. 

– 

Uważam, że znamy się całkiem dobrze – odparła 

wymijająco. 

– 

Nie wiem nawet, czy masz jakąś rodzinę, braci, 

siostry, rodziców? 

– 

Jestem  jedynaczką,  mam  tylko  rodziców. 

Mieszkają niedaleko stąd. 

– 

Chciałbym ich poznać. 

– 

Może  pojechalibyśmy  tam  wszyscy  w  czasie 

weekendu? 

–  za

proponowała  pochopnie  i  od  razu  miała 

ochotę ugryźć się w język. Przecież postanowili, że 

background image

ma ich łączyć jedynie romans. 

Ryan odwrócił się i spojrzał jej w oczy. 
– 

Naprawdę? 

Cóż  mogła  odpowiedzieć?  Że  zaproponowała  to 

bezwiednie? 

– 

Naprawdę  –  potwierdziła.  –  Oczywiście  – 

dodała  pospiesznie,  chwytając  się  ostatniej  deski 
ratunku – 

rodzice mogą być zajęci. 

– 

Inny termin też będzie dobry – mruknął, całując 

ją w szyję. 

– 

Virginio,  jak  ty  to  robisz,  że  tak  ładnie 

pachniesz? Mógłbym cię zjeść. 

Lekko ugryzł ją w ucho, a ona zaczęła się śmiać i 

tulić  do  niego.  W  ten  sposób  kwestia  wizyty  u  jej 

rodziców  została  na  jakiś  czas  odsunięta  na  dalszy 
plan. 

– 

Jak,  u  diabła,  udało  ci  się  jeszcze  raz  tego 

dokonać?  –  spytała  później,  kiedy  w  końcu 

otworzyła oczy. 

Spojrzał na nią niewinnym wzrokiem. 
– 

Sam nie wiem. Mam wrażenie, że dzieje się tak 

za  każdym  razem,  kiedy  jestem  blisko  ciebie.  Co 

zamierzasz teraz ze mną zrobić? 

Ginny zerknęła na zegar. 
– 

Nic.  Dochodzi  północ.  Suzannah  ma  jutro 

background image

zajęcia  w  szkole.  Wstawaj.  Przecież  nie  mogę 

przedstawić mojej matce kogoś tak zepsutego jak ty, 
prawda? 

 

Minęło  całe  osiem  godzin,  zanim  znów  go 

zobaczyła.  Wyglądał  równie  wspaniale  jak 

poprzedniego wieczoru. Mieli mnóstwo pracy, więc 

udało im się znaleźć tylko krótką chwilę, by razem 

wypić kawę. 

– 

Nie  mamy  żadnych  planów  na  ten  weekend  – 

oznajmił  –  więc  dostosujemy  się  do  twojej  matki, 

jeśli jesteś pewna, że można sprawić jej taki kłopot. 

– 

To dla niej żaden kłopot – odparła. 

Matka już od kilku tygodni ciągle mówiła, że chce 

go  poznać.  Ginny  wiedziała,  że  matka  ma  takt 

dyplomaty.  Niepokoił  ją  tylko  ojciec,  który  w 

sposób  niezwykle  bezceremonialny  traktował 

rozmówców. Postanowiła, że nie dopuści go do zbyt 

bezpośredniego kontaktu z Ryanem. 

W  szpitalu  znów  zaczął  się  gorączkowy  ruch. 

Przywieziono 

mężczyznę  po  trzydziestce,  który 

spacerował z psem, kiedy nagle wypadł na niego zza 

rogu  ulicy  samochód  terenowy.  Ręka  mężczyzny 

ugrzęzła  w  umocowanej  z  przodu  pojazdu 

kratownicy.  Na  domiar  złego  ranny  upadł  i  jedno 

background image

koto przejechało po jego nodze. 

Doznał poważnych obrażeń obu kończyn i niezbyt 

groźnych  urazów  głowy.  Stracił  też  dużo  krwi.  W 

pierwszej kolejności należało ustabilizować krążenie 

i  zawiadomić  zespół  chirurgów  o  pilnej  operacji 

ręki. 

Ginny  i  Ryan  zajęli  się  przygotowaniami  do 

transfuzji.  Tętnica  w  ramieniu  pacjenta  była 

uszkodzona,  a  ręka  zwisała  bezwładnie.  Miał 

wyrwany  zarówno  staw  barkowy,  jak  i  łokciowy, 

oraz  zmiażdżoną  kość  ramienną.  W  złamanej 

poniżej  kolana  nodze  stwierdzono  rozległe 

uszkodzenie  tkanek  miękkich.  Kiedy  pielęgniarka 

rozcięła  jego  ubranie,  zauważono  przechodzące 

przez uszkodzoną kończynę ślady opony. 

Na  szczęście  wypadek  wydarzył  się  w  pobliżu 

szpitala,  więc  lekarze  mogli  natychmiast  przystąpić 

do  działania,  co  w  znacznym  stopniu  zwiększyło 

szansę uratowania jego kończyn. 

– 

Przenośny  aparat  rentgenowski  –  powiedział 

Ryan do czekającej na jego polecenia pielęgniarki. – 
Natychmiast. I cztery jednostki krwi Rh minus. 
Najpierw krew. 

Ginny  założyła  pacjentowi  maskę  tlenową  i 

zaczęła  podawać  mu  stuprocentowy  tlen.  Ryan 

background image

wkłuł  do  zdrowej  ręki  mężczyzny  wenflon  do 

kroplówki i podłączył pojemnik z krwią. 

–  Wpompuj mu to szybko – 

polecił  Ginny, 

podając jej pojemnik. 

Jedna pielęgniarka ostrożnie rozcinała ubranie na 

uszkodzonej ręce pacjenta, a druga podłączała go do 
monitora serca. Pokój 

wypełniły  nieregularne, 

szybkie 

dźwięki. 

Wszyscy 

podświadomie 

nasłuchiwali,  czy  nie  następują  jakieś  zmiany  w 

rytmie  serca,  świadczące  o  pogorszeniu  stanu 

rannego. Ryan podłączył do nie uszkodzonej kostki 

pacjenta  kolejną  kroplówkę.  Przywieziono  aparat 
re

ntgenowski i zrobiono zdjęcia. 

– 

Jeśli  przeżyje,  na pewno  pozwie  ich  do  sądu – 

powiedział Ryan. – Założę się, że kierowca, który go 

uderzył, jechał z prędkością większą niż dwadzieścia 

kilometrów na godzinę. Te kratownice są zabójcze. 

Ma szczęście, że nie zginął na miejscu. 

– 

Jeśli  przeżyje  –  mruknęła  Ginny,  obserwując 

silny upływ krwi ze zranionej ręki. Pomyślała, że im 

szybciej ranny znajdzie się na sali operacyjnej, tym 
lepiej. 

– 

Dopóki  się  z  tym  nie  uporamy,  jego  stan  nie 

ulegnie poprawie – 

oznajmił Ryan, podążając za jej 

wzrokiem.  – 

Gdzie, do cholery... Och, jesteś. Zach, 

background image

mam  dla  ciebie  złe  wiadomości.  Potrzeba  co 

najmniej dwóch lekarzy twojej specjalności. 

– 

Skontaktuję  się  z  Robertem.  Powinien  jeszcze 

być w swojej klinice. Miał właśnie wychodzić. 

Zate

lefonował  do  szefa  kliniki,  a  potem  odwiesił 

słuchawkę. 

– 

Jest w drodze. Czy mogę obejrzeć zdjęcia? 

– 

Są  tam.  –  Ryan  wskazał  ruchem  głowy 

negatoskop. 

– Niech to diabli – 

zaklął cicho Zach. – Zabiorę je. 

Przywieźcie go na górę za jakieś pięć minut. Pójdę 
si

ę umyć. 

Wybiegł  z  pokoju,  a  Ryan  i  Ginny  zajęli  się 

przetaczaniem krwi. Wykres pracy serca pacjenta 

był  nierówny,  ale  stabilny,  a  ciśnienie  krwi 

nieznacznie wzrosło. 

– 

Nic  możemy  nic  więcej  zrobić  –  powiedział 

Ryan do Ginny, kiedy myli ręce. – Doprowadziliśmy 

go do takiego stanu, że mogą przystąpić do operacji. 

Teraz wszystko zależy od nich. 

– 

Tak. Życzę im powodzenia. 

Nazajutrz  dowiedzieli  się,  że  zespół  chirurgów 

zdołał uratować obie kończyny pacjenta. 

– 

A  więc  warto  było  się  starać  –  rzekł  Ryan  z 

uśmiechem. – Skoro przeżył, będzie mógł zaskarżyć 

background image

tego idiotę, który na niego wjechał. To miła myśl. 

– 

Podobno psu nic się nie stało. Och, skoro mowa 

o  zwierzętach...  Jutro  jest  pogrzeb  Mabel  Walsh. 

Czy mogę zwolnić się na godzinę? 

– 

Oczywiście. Mogę cię zastąpić. 

– 

Dziękuję. 

Przed  wieczorną  wizytą  Ryana  Ginny  zdążyła 

zadzwonić do rodziców. 

– 

Dzień  dobry,  kochanie  –  powitała  ją  matka.  – 

Jak twoje sprawy? 

– 

Dobrze.  Słuchaj,  czy  mogę  przywieźć  Ryana  i 

dzieci w czasie weekendu? 

– 

Oczywiście – odparła matka po chwili wahania. 

– 

Kiedy chcecie się zjawić? 

– 

Który dzień bardziej ci odpowiada? Sobota czy 

niedziela? 

– 

Może przyjedziecie na niedzielny lunch? 

–  Doskonale. Ale nie rób sobie z tego powodu 

nadmiernych  kłopotów.  On  jest  tylko  moim 

kochankiem.  Nic  mamy  żadnych  romantycznych 

planów  na  przyszłość,  nie  będzie  weselnych 

dzwonów.  To  zwykły  romans,  więc  powiedz  tacie, 

żeby  nie  wyskakiwał  z  tym  swoim:  „Jakie  masz 
zamiary wobec mojej córki, synu?" Dobrze? 

– 

Kochanie,  przecież  wiesz,  że  tego  nie  zrobi  – 

background image

odparła matka nieco urażonym tonem. 

– 

Po  prostu  nie  chcę,  żeby  ojciec  wywierał  na 

niego  jakąkolwiek  presję.  O  której  mamy 

przyjechać? 

– 

O dwunastej? Co przygotować dla dzieci? 

– 

Chyba  najlepszy  będzie  kurczak  –  poradziła 

Ginny. 

Kiedy Ryan przyszedł, przekazała mu propozycję 

matki. 

– Doskonale – 

powiedział i gorąco ją pocałował. 

 

Pogrzeb  Mabel  był  skromny  i  cichy. 

Uczestniczyło  w  nim  niewiele  osób,  więc  Ginny 

naprawdę  była  zadowolona,  że  przyszła.  Dora 

wymieniła z nią kilka miłych uwag, a potem spytała 
o kota. 

– 

Och,  miewa  się  świetnie.  Czuje  się  jak  we 

własnym domu. 

–  To dobrze – 

rzekła  Dora.  –  Wzięłabym  go  do 

siebie,  ale  moja  wnuczka  cierpi  na  astmę,  więc  nie 

mogę mieć w domu żadnego zwierzęcia. – Położyła 

dłoń  na  ramieniu  Ginny.  –  Cieszę  się,  że  pani 

przyszła.  W  ostatnich  czasach  odwiedzało  ją 

niewiele osób, z każdym rokiem coraz mniej. Myślę, 

że  tak  już  jest,  kiedy  dożywa  się  późnej  starości  w 

background image

stanie  panieńskim.  Wszyscy  przyjaciele  i  krewni 

umierają  przed  tobą.  Ale  przynajmniej  do  samego 

końca  była  samowystarczalna.  Wiedziała,  że  ktoś 

zaopiekuje  się  jej  kotem.  Ogromnie  się  ucieszyła, 

kiedy pani przyszła z nim do szpitala. 

– 

On  też  był  zadowolony.  Oddałby  wszystko  za 

odrobinę miłości. 

– 

To  cały  Geronimo.  Jest  okropnie  interesowny. 

Mój mąż był podobny! – Wybuchnęły śmiechem, a 

potem  Dora  pochyliła  się  i  powiedziała 
konfidencjonalnie:  – 

Któregoś  wieczora  widziałam 

panią  z  narzeczonym.  To  bardzo  przystojny 

mężczyzna! Gdzie pani go znalazła? 

– Pracujemy razem w szpitalu. 
– 

To musi okropnie rozpraszać. 

–  Owszem, naw

et  bardzo.  Proszę  mi  wybaczyć, 

ale muszę wracać do szpitala. 

Kiedy powtórzyła Ryanowi słowa Dory, lekko się 

zaczerwienił i spytał: 

– 

Czy naprawdę moja obecność cię rozprasza? 

– 

Ależ  skądże.  W  pracy  skupiam  się  na  tym,  co 

robię. 

– 

To  dobrze.  Nie  chciałbym  ponosić 

odpowiedzialności za to, że coś zawaliłaś z mojego 
powodu. 

background image

– 

Jesteś  arogancki.  Postaraj  się  zmienić  przed 

wizytą u mojej matki. 

– 

Nic bój się, zachowam się bez zarzutu – obiecał. 

 

Ryan  był  oczarowany  rodzicami  Ginny.  Evic  i 

Gus natychmiast ich polub

ili.  Choć  starsi  państwo 

nie przywykli –  tak jak rodzice Ann –  do 

towarzystwa małych dzieci, nie rozpieszczali ich, nie 

bałamucili ani nie traktowali protekcjonalnie. 

Ojciec  Virginii,  Ron,  zabrał  je  do  ogrodu,  żeby 

pokazać im pływającą w stawie rybę. W tym czasie 

Adele  obrała  marchewkę,  a  jej  córka  przygotowała 

ziemniaki do pieczenia. Ryanowi pozwolono zasiąść 

przy kuchennym stole i sączyć wino. 

– 

Mężczyźni nie są stworzeni do pracy w kuchni, 

lecz do prowadzenia towarzyskich rozmów – 

oznajmiła  Adele,  nie  zgadzając  się  na  jego 

propozycję  pomocy.  –  Proszę  opowiedzieć  nam  o 
Kanadzie. 

Mówił  więc  o  bezkresnych  przestrzeniach, 

ogromnych  górach  i  oszałamiających  barwach 

jesieni, o mroźnych zimach i upalnych latach oraz o 

swoim  bracie,  który  służył  w  Królewskiej  Policji 

Konnej. Kiedy skończył, lunch był już gotowy, więc 

przywołali Rona i dzieci z ogrodu. 

background image

– 

Tatusiu,  oni  mają  wielką  rybę  w  stawie  – 

oznajmił  Angus  z  błyszczącymi  oczami.  –  Czy 

możemy też mieć staw? 

– Tylko taki malutki – 

dodała Evic. 

Virginia  i  Ryan  z  trudem  powstrzymali  uśmiech. 

Evic poznała już sztukę negocjacji, więc ograniczyła 

do minimum swe żądania, żeby łatwiej postawić na 
swoim. 

Ryan nie dał się zwieść. 
– Zobaczymy – 

odparł. 

– To znaczy „nie" – 

stwierdziła Evic. – On zawsze 

mów

i „zobaczymy", kiedy myśli „nie", ale nie może 

tego powiedzieć, bo nie chce wywołać awantury. 

Dorośli  zakrztusili  się,  słysząc  tak  dorosły 

komentarz  z  ust  dziecka.  Ryan  zamierzał 

zaprzeczyć,  ale  Evic  powiedziała  z  rozbrajającym 

uśmiechem: 

– To prawda, tato, i dobrze o tym wiesz. 
–  Tylko czasami – 

przyznał  Ryan,  zastanawiając 

się,  z  czym  Evic  jeszcze  wyskoczy,  zanim  lunch 

dobiegnie końca. 

Od tego jednak momentu zarówno Evic, jak i Gus 

stali  się  wzorem  dobrych  manier.  Ryan  był  z  nich 
dumny. 

Po  posiłku  poszukał  okazji,  by  porozmawiać  z 

background image

Ronem. 

– 

Czy mógłby mi pan pokazać ten staw i wszystko 

mi o nim opowiedzieć? – spytał. – Skoro dzieci tak 

bardzo pragną mieć coś takiego, może moglibyśmy 

to rozważyć. Czy pan sam go wykopał? 

Ron roześmiał się i poklepał Ryana po ramieniu. 
– 

Na  miły  Bóg,  nie.  Był  już,  kiedy  się  tu 

wprowadziliśmy.  Może  wzięlibyśmy  herbatę  i 

usiedli w ogrodzie, a ja wyjaśniłbym panu wszystkie 

szczegóły? 

Ryan  zauważył,  że  Virginia  patrzy  na  matkę 

przerażonym wzrokiem, więc uśmiechnął się do niej 
uspok

ajająco.  Odniósł  jednak  wrażenie,  że  to  nie 

poskutkowało. 

– 

Tylko  nie  siedźcie  tam  zbyt  długo  –  poprosiła 

Ginny. – 

Może wkrótce wszyscy wybierzemy się na 

spacer. 

Ryan miał wrażenie, że Virginia nie chce dopuścić 

do jego rozmowy z ojcem. Czyżby obawiała się, że 

Ron  zdradzi  tajemnicę,  której  tak  strzegła?  Miał 

nadzieję, że do tego nie dojdzie. Pragnął, aby sama 

mu wszystko wyznała. 

Pijąc  herbatę,  przyglądali  się  rybie.  Po  chwili 

Ryan odwrócił się do swego gospodarza. 

– 

Ściągnąłem tu pana z innego powodu – zaczął z 

background image

uśmiechem.  –  Chciałem  porozmawiać  o  Virginii  i 

naszym  związku.  Może  mam  do  tego  trochę 

staroświeckie podejście... 

– 

Nic nazwałbym tego w ten sposób – odparł Ron. 

– 

Widzę,  jak  pan  na  nią  patrzy.  Podobnie  jak  pan 

zdaję  sobie  sprawę,  że  jest  atrakcyjną  dziewczyną, 

więc  proszę  nie  udawać,  że  wasze  stosunki 

ograniczają się do staroświeckich zalotów. 

Ryan  lekko  poczerwieniał,  ale  zdobył  się  na 

uśmiech. 

– 

Tego nie powiedziałem. Kocham Virginię, moje 

dzieci również za nią przepadają, więc doszedłem do 
wniosku

,  że  stanowilibyśmy  bardzo  szczęśliwą 

rodzinę. Virginia byłaby idealną żoną i matką. Chcę 

się z nią ożenić. W Bogu pokładam nadzieję, że się 

zgodzi,  i  chciałbym  wiedzieć,  czy  mogę  liczyć  na 

pańską aprobatę. 

– 

Och,  to  wspaniale,  mój  chłopcze!  –  zawołał 

Ron, 

klepiąc  go  po  ramieniu.  –  Nawet nie masz 

pojęcia,  jak  się  cieszę.  Adele  i  ja  straciliśmy  już 

nadzieję  na  wnuki.  Ginny  zachowywała  się  trochę 

nieodpowiedzialnie, a jej kolejni partnerzy zupełnie 

do niej nie pasowali. Martwiliśmy się, że nigdy nie 
wyjdzie z 

tego  kryzysu,  ale  po  tym,  co  się 

wydarzyło...  To  było  naprawdę  straszne,  ale  teraz 

background image

sytuacja  się  zmieni,  bo  będzie  miała  twoje  dzieci. 

Zapewniam cię, że będziemy je kochać jak własne. 

Och, Adele okropnie się ucieszy. 

Pochylił się w stronę Ryana. 
–  Wiesz, p

o  tym  wypadku  powiedziano  nam,  że 

Virginia nigdy nie będzie mogła mieć dzieci. Bałem 

się,  że  Adele  tego  nie  przeżyje.  Pomyśl, 

siedemnastoletnia  dziewczyna,  której  przyszłość 

przekreślił tragiczny, idiotyczny wypadek... 

Ryan  poczuł,  że  robi  mu  się  zimno. Wypadek? 

Nigdy nie będzie mogła mieć dzieci? Czy to właśnie 

jest owa tak głęboko skrywana tajemnica? 

 

background image

Rozdział 9 

 

Ginny  nie  była  w  stanie  znieść  tego  dłużej. 

Widziała, że jej ojcu nie zamykają się usta, a Ryan 

poważnieje. O czym on, u diabła, mówi? 

– 

Mamo,  przecież  obiecałaś,  że  z  nim 

porozmawiasz – 

rzekła półgłosem, wyglądając przez 

okno salonu. – 

On  za  chwilę  wyciągnie 

dubeltówkę... Popatrz na twarz Ryana! 

Adele  spojrzała  na  siedzących  w  ogrodzie 

mężczyzn, a potem przeniosła wzrok na dzieci, które 

bawiły  się  nowymi  zabawkami  na  dywanie  obok 
kominka. 

– 

Rozmawiałam z nim. Przyrzekł, że o niczym nie 

powie. Nic martw się, oni pewnie gawędzą sobie o 

czymś innym. 

Ginny poderwała się z miejsca. 
– 

Idę  po  nich.  Nic  mogę  tego  dłużej  wytrzymać. 

Wybierzemy si

ę wszyscy na spacer. 

Otworzyła  drzwi  i  ruszyła  w  ich  kierunku.  Na 

Boga,  co  on  mu  powiedział?  Twarz  Ryana  była 

ściągnięta  napięciem,  a  jej  ojciec  wydawał  się 

bardzo z siebie zadowolony. To zły znak. Pomogła 

ojcu  wstać,  obrzucając  Ryana  badawczym 
spojrzeniem. 

background image

– 

Chodź  –  powiedziała,  zdobywając  się  na 

promienny  uśmiech.  –  Pójdziemy na spacer, zanim 

doszczętnie wystraszysz Ryana. 

Ryan podniósł się sztywno z ławki. 
– 

Virginio,  bardzo  mi  przykro,  że  przerywam  tę 

wizytę,  ale  musimy  już  jechać  –  oznajmił  przez 

zaciśnięte  zęby,  nie  patrząc  jej  w  oczy.  –  Pęka  mi 

głowa... Źle się czuję. 

Nic  chciał  na  nią  patrzeć.  Był  tak  bardzo  zły,  że 

nie mógł spojrzeć jej w oczy. Nie miała wątpliwości, 

że  później  wszystkiego  się  dowie,  ale  teraz  nie 

chciała  załatwiać  tej  sprawy  w  obecności  innych 
osób. 

– 

Dobrze  się  czujesz?  –  spytał  Ron,  patrząc  na 

Ryana z niepokojem. – 

Może Virginia powinna cię 

odwieźć. 

– 

Wszystko  w  porządku.  Dziękuję  za  wspaniały 

lunch. Bardzo nam smakował, prawda, dzieci? 

–  Tak, bardzo – 

zawołała  piskliwie  Evic.  – 

Dziękuję za lalkę. 

– 

I za wóz strażacki – dodał Angus. – I za pyszny 

lunch. Okropnie się najadłem! 

Wszyscy z wyjątkiem Ryana wybuchnęli głośnym 

śmiechem.  Ginny  źle  się  poczuła.  Huczało  jej  w 

głowic i drżała ze strachu. 

background image

Ryan  odwiózł  ją  do  domu,  nie  odzywając  się  po 

drodze  ani  słowem.  Przez  resztę  dnia  czekała  na 

telefon  albo  na  jego  wizytę.  Kiedy  zjawił  się  w 

końcu  o  wpół  do  dziewiątej,  była  bliska  histerii. 

Otworzyła  drzwi,  nerwowo  wygładzając  rękami 

koszulkę. 

– 

Spodziewałam  się  ciebie  wcześniej  – 

powiedzi

ała. 

Nic  potrafiła  zdobyć  się  na  uśmiech,  ale  i  tak 

niewiele by to pomogło. Przedtem Ryan był zły, ale 

teraz  wydawał  się  naprawdę  wściekły.  Minął  ją, 

wszedł  do  kuchni,  a  potem  odwrócił  się  i  zaczął 

mówić, zanim Ginny zdążyła zamknąć drzwi. 

– 

Odbyłem  niezwykle  interesującą  rozmowę  z 

twoim ojcem – 

oznajmił  i  od  razu  przeszedł  do 

sedna sprawy. – 

Dlaczego  mi  nie  powiedziałaś? 

Dlaczego  musiał  to  zrobić  za  ciebie  twój  ojciec? 

Wydaje  się  miłym  człowiekiem,  ale  jest  okropnie 

gadatliwym  starym  głupcem.  Nic  dziwnego,  że  tak 

bardzo zaniepokoiła cię nasza rozmowa w ogrodzie. 

–  Ryan, nie wiem, o czym mówisz – 

zaczęła, ale 

on  obrzucił  ją  chłodnym  spojrzeniem  i  natychmiast 

jej przerwał. 

– 

Naprawdę?  Więc  pozwól  mi  wyjaśnić. 

Oznajmiłem twojemu ojcu, że cię kocham i chcę się 

background image

z  tobą  ożenić.  Powiedziałem  mu  nawet,  że  moim 

zdaniem  będziesz  idealną  żoną  i  matką.  On  odparł, 

że  bardzo  go  to  cieszy,  bo  stracili  już  nadzieję  na 
wnuki... od czasu twojego wypadku. Ginny 

gwałtownie zbladła. 

– 

Dlaczego  mi  nie  powiedziałaś,  Virginio?  – 

wyb

uchnął. – Dlaczego przez cały czas trzymałaś to 

w tajemnicy? 

– 

Bo  uważałam,  że  to  nie  ma  dla  nas  żadnego 

znaczenia! 

– 

Nic  ma  znaczenia?  Jak  możesz  tak  mówić? 

Kochałem cię i chciałem się z tobą ożenić, a ty cały 

czas  ukrywałaś  tę  wielką  tajemnicę.  Nic  dziwnego, 

że od samego początku widziałem na twojej twarzy 

poczucie  winy.  Brzemię  oszustwa  musi  być  bardzo 

ciężkie. 

–  Oszustwa?  – 

wyszeptała.  –  Nigdy  cię  nie 

okłamałam... 

– 

Nie zaufałaś mi. Do diabła, Virginio, ukrywałaś 

ten sekret przez wszystkie te tygodnie, 

a ja byłem na 

tyle głupi, żeby się w tobie zakochać. Sądziłem, że 

ty też mnie kochasz. Myślałem, że pragniesz stać się 

częścią mojej rodziny, ale teraz zdaję sobie sprawę, 

że  ty  chciałaś  po  prostu  nią  zawładnąć.  W  gruncie 

rzeczy  żadne  z  nas  cię  nie  obchodzi. Bardzo 

background image

starannie  opracowałaś  swój  plan.  Postanowiłaś 

wzbudzić  moje  uczucia,  zdobyć  miłość  i  zaufanie 

moich  dzieci,  a  potem  zacisnąć  wokół  nas  pętlę... 

Pozwól,  że  coś  ci  powiem,  moja  droga.  Nic  masz 

prawa robić tego z moją rodziną! 

Ginny zdrętwiała z przerażenia. 
– 

Ryan, to nie było tak... 

– 

Powiedz mi, czy bawiło cię, kiedy udawałaś, że 

tak  bardzo  się  mną  interesujesz?  Tylko  po  to,  by 

zdobyć  moje  dzieci?  Czy  istnieją  jakieś  granice, 

których nie byłabyś gotowa przekroczyć? 

– 

Ale to nie było tak... 

– Nic o

kłamuj mnie! – zawołał. – Mam już dosyć 

kłamstw,  Virginio!  Wykorzystałaś  mnie,  mnie  i 

moje  dzieci!  Zachowałaś  się  jak  bezwzględna, 

wyrachowana  kobieta!  Zdobyłaś  naszą  miłość, 

wszyscy  kolejno  uwierzyliśmy  w  twoje  kłamstwa. 

Sądziłem,  że  mnie  kochasz,  ale  tobie  chodziło 

wyłącznie o dzieci. 

– 

Nie, Ryan, mylisz się... 

– 

Nic  sądzę.  Czy  nie  dlatego  wybrałaś  mnie 

spośród  dziesiątek  źle  dobranych  kochanków, 

którymi  przez  lata  zadręczałaś  swoich  biednych 

rodziców?  Już  samo  to,  że  tak  chętnie  poszłaś  ze 

mną  do  łóżka  pierwszego  wieczoru,  powinno  było 

background image

dać mi do myślenia. Żadna uczciwa dziewczyna nie 

postępuje  w  taki  sposób,  ale  byłem  gotów  ci 

wybaczyć,  sobie  również,  bo  uważałem,  że  coś 

między  nami  jest.  Ale  była  to  tylko  twoja  ambicja. 

Nic  wyznałaś  mi  prawdy,  bo  pokrzyżowałoby  to 
twoje plany, prawda? – 

Parsknął drwiąco. – Cóż ze 

mnie  za  głupiec!  Samotny,  spragniony  miłości 

wdowiec z dwójką smutnych, tęskniących za matką 

dzieci!  I  pomyśleć,  że  tak  niewiele  brakowało, 

żebyśmy dali się nabrać. No cóż, Virginio, nie udało 

się.  Dzięki  Bogu,  że  nigdy  nie  będziesz  matką,  bo 

się do tego zupełnie nie nadajesz! 

Wyminął  ją,  szarpnięciem  otworzył  drzwi  i 

wybiegł  na  ulicę.  Ginny  nie  mogła  się  poruszyć. 

Była odrętwiała i zaszokowana, ale wiedziała, że ból 

nadejdzie.  Już  nieraz  rozdzierał  ją  swymi 

nienawistnymi pazurami, ale instynktownie czuła, że 

tym razem będzie znacznie bardziej dotkliwy. 

Oparła głowę o ścianę i zamknęła oczy, czekając, 

aż  nadejdzie.  Nic  trwało  to  długo.  Poczuła,  że 

podstępne  macki  zaciskają  się  wokół  jej  serca  i 

powoli osunęła się na podłogę. 

Chciała krzyczeć, że to nie było tak, ale nie mogła 

wydobyć  głosu.  Z  jej  ust  wyrwał  się  tylko  jakiś 

dziwny,  gardłowy  dźwięk.  Podkurczyła  nogi, 

background image

otoczyła je rękami i oparła głowę na kolanach. W jej 

uszach wciąż rozbrzmiewały okrutne słowa prawdy. 

Miał rację. Pragnęła go od pierwszego wejrzenia i 

sięgnęła po niego. Bez chwili wahania wzięła to, co 

jej  ofiarował.  Nic  ma  żadnego  usprawiedliwienia. 

Zachowała się bezwstydnie, ale co on miał na myśli, 

mówiąc o dziesiątkach mężczyzn? Co takiego mógł 

mu  powiedzieć  jej  ojciec?  Przecież  nie  zadręczała 

swoich  rodziców  kolejnymi  opowieściami  o  nie 

udanych związkach. 

Teraz  żałowała,  że  nie  wyznała  mu  swej 

tajemnicy, ale nie mogła cofnąć wskazówek zegara. 

Przecież  nie  porzuciłby  jej  tylko  dlatego,  że  nie 

może dać mu dzieci. 

Jego  oskarżenia  sprawiły  jej  wielki  ból.  Pragnęła 

wszystko  mu  wytłumaczyć,  naprawić  zło,  które 

wyrządziło  jej  milczenie.  Wiedziała  jednak,  że  jej 

się to nie uda. Ryan nie zrozumie, nie wysłucha jej 

wyjaśnień.  Utraciła  go  na  zawsze...  Od  początku 

wiedziała,  że  to  musi  kiedyś  nastąpić,  bo  przepaść 

między  nimi  była  zbyt  .  szeroka,  aby  przerzucić 

przez nią most. 

Poczuła,  że  o  jej  nogi  ociera  się  Geronimo. 

Miaucząc  i  mrucząc,  domagał  się  kolacji.  Ginny  z 

trudem  wstała  z  podłogi,  poszła  do  kuchni  i 

background image

nakarmiła go. 

Rozległ  się  dźwięk  telefonu.  Dzwonił  jej  ojciec, 

żeby spytać o zdrowie Ryana. 

– 

Nic  czuje  się  jeszcze  dobrze  –  odparła  Ginny 

bezbarwnym  głosem.  –  Co ty, u licha, mu 

powiedziałeś? 

– O co ci chodzi? 
– 

O  mnie.  Co  mu  powiedziałeś  o  mnie?  A 

zwłaszcza o wypadku? 

– 

O  wypadku?  Tylko  tyle,  że  oboje  z  Adele 

bardzo  to  przeżyliśmy  i  wydawało  się,  że  twoja 

matka  nigdy  się  z  tym  faktem  nie  pogodzi.  Nic 

więcej. 

– 

A  co  z  dziesiątkami  moich  rzekomych 

kochanków, którymi was zadręczałam? 

–  O czym ty mówisz? – 

spytał  szczerze 

zdziwiony. – 

Powiedziałem tylko, że zachowywałaś 

się nieodpowiedzialnie... 

– 

A on opacznie to zrozumiał. Ciekawe dlaczego? 

– 

spytała  z  goryczą.  –  Jak  mogłeś,  tato?  Przecież 

było  ich  tylko  dwóch,  i  obu  poznaliście.  Więc 
dlac

zego on doszedł do wniosku, że miałam ich tak 

wielu? 

– 

Nie mam pojęcia! 

– A ja mam – 

powiedziała ze złością, nie zważając 

background image

na  to,  że  może  sprawić  mu  ból.  –  Uwielbiasz 

ubarwiać  swoje  opowieści,  żeby  wywrzeć  większe 

wrażenie  na  rozmówcach,  i  nie  zdajesz  sobie 

sprawy, jaką krzywdę mogą wyrządzić twoje słowa! 

– 

Krzywdę? 

– 

On  uważa  mnie  za  dziwkę!  Sądzi,  że  starałam 

się  o  niego  z  powodu  dzieci.  Nic  wiedział,  że  na 

skutek  tego  wypadku  nigdy  nie  będę  mogła  mieć 

własnych. Nic wiedział, że go kocham. Nic wyznał 

mi,  że  też  mnie  kocha  i  chce  się  ze  mną  ożenić. 

Gdyby  to  zrobił,  powiedziałabym  mu  o  wszystkim. 

Ale  myślałam,  że  on  chce  tylko  romansu.  A  teraz, 

przez  ciebie,  porzucił  mnie  i  nigdy  nie  będę  miała 

okazji, żeby mu to wytłumaczyć... 

Odłożyła  z  trzaskiem  słuchawkę  i  wyciągnęła 

wtyczkę z gniazdka. Nic chciała z nikim rozmawiać. 

Potem rozebrała się i położyła do łóżka, na którym 

czekał już na nią Geronimo. 

– 

Kocham cię, Ryan – wyszeptała w ciemności. – 

To nie było tak. Powinieneś pozwolić  mi wszystko 

wyjaśnić. 

Geronimo cicho zamiauczał i ułożył się obok niej. 

Ginny  mocno  go  przytuliła  i  głośno  załkała.  Kot  z 

oburzeniem  wyrwał  się  z  jej  objęć  i  czmychnął. 

Znów została sama... 

background image

 

Nazajutrz  rano  zjawiła  się  w  szpitalu  z  silnym 

postanowieniem,  że  zachowa  panowanie  nad  sobą. 

Patrick spojrzał na nią i uniósł wysoko brwi. 

– 

Co ci się stało? – spytał, patrząc badawczo na jej 

strój. Miała na sobie krótką, wąską spódnicę, obcisły 

sweter,  który  uwydatniał  jej  biust,  i  buty  na 

wysokich obcasach. Twarz zdobił mocny makijaż. – 
N

a kim chcesz wywrzeć wrażenie? 

– 

Przecież wiesz. 

– Istotnie. Od ósmej siedzi w gabinecie i obgryza 

ołówki. 

Zastanawiam  się,  o  co  chodzi.  –  Zniżył  głos.  – 

Ginny, dobrze się czujesz? 

– 

Owszem. Na miłość boską, nie staraj się być dla 

mnie miły. 

– W takim razi

e idź do jedynki. Czeka tam pacjent 

z paskudną opryszczką na genitaliach. 

To  był  okropnie  ponury  poranek.  Funkcjonowała 

tylko dzięki Patrickowi, który mrugał do niej ciepło i 

uśmiechał  się  ze  zrozumieniem.  W  porze  lunchu 

wziął  ją  pod  swe  opiekuńcze  skrzydła  i  zabrał  do 
pobliskiego pubu. 

Niestety,  w  jednej  sprawie  nie  mógł  jej  pomóc. 

Musiała  spotkać  się  z  Ryanem  i  osobiście  wręczyć 

background image

mu  swoje  wymówienie.  Kiedy  weszła  do  jego 

gabinetu,  dostrzegła  na  biurku  stos  połamanych 

ołówków i pokruszonych grafitów. Ryan spojrzał na 

nią z wściekłością. 

– 

Co  ty,  do  diabła,  masz  na  sobie?  Nie  możesz 

pracować w takim stroju. To niestosowne. 

– 

Więc mnie zwolnij, O’Connor. 

Ryan zacisnął usta. 
– Nic prowokuj mnie. Czego chcesz? 
– 

Chcę  wręczyć  ci  to  –  odparła,  upuszczając 

wymówien

ie na stos połamanych ołówków. 

Ryan rozerwał kopertę i zerknął na pismo. 
– 

W porządku. Załatwione. Coś jeszcze? 

Jej serce rozpadło się na kawałki. 
– 

Nic... Nic takiego, czego chciałbyś wysłuchać – 

odparła  cicho.  –  Do  chwili  odejścia  muszę 

pracować.  Myślę,  że  dobrze  byłoby,  gdybyś 

zorganizował  to  tak,  żebyśmy  nie  musieli  spędzać 

razem zbyt dużo czasu. 

– 

Nic  martw  się.  Już  zmieniłem  plan  dyżurów. 

Odtąd  pracujesz  z  Patrickiem.  Ale  pamiętaj  o 

jednym...  On  jest  szczęśliwy  w  małżeństwie,  więc 
zostaw go w spokoju. 

Ginny zaniemówiła. 
– 

Jesteś  podły  –  powiedziała  po  chwili,  a  potem 

background image

odwróciła sic. i wyszła. 

Zanim  zamknęła  za  sobą  drzwi,  usłyszała  trzask 

łamanego  ołówka.  Bodaj  go  diabli,  pomyślała.  A 

niech się wścieka. 

– Ginny? 

Zatrzymała się. 
–  Och, Patrick –  powiedzi

ała  z  westchnieniem, 

czując,  że  jej  oczy  wypełniają  się  łzami.  Po  chwili 

zaczęły spływać po policzkach, zostawiając na nich 
pasemka tuszu. 

Patrick otoczył ją ramieniem, a ona przytuliła się 

do  niego  i  zaczęła  płakać.  Zaprowadził  ją  do  ich 

pokoju i zamknął drzwi na klucz. Posadził Ginny w 

fotelu, a sam usiadł na krześle obok niej i ponownie 

ją objął. 

– 

No, już dobrze – mruknął. – Wypłacz się. 

Poszła  za  jego  radą.  Kiedy  skończyła  i  uniosła 

głowę, dostrzegła na jego koszuli ślady tuszu. 

– 

Zniszczyłam  ci  koszulę  –  powiedziała, 

pociągając nosem. 

– 

Nic  nie  szkodzi.  Mam  bardzo  wyrozumiałą 

żonę. 

– 

Ryan  powiedział  mi,  że  jesteś  szczęśliwy  w 

małżeństwie, więc mam zostawić cię w spokoju. 

– 

Co, do cholery, między wami zaszło? 

background image

Ginny westchnęła i zamknęła oczy. 
– 

To długa historia. 

– 

Opowiedz mi ją. 

Potrząsnęła głową. 
– Nic tutaj i nie teraz. 
– 

Idź  do  domu.  Dochodzi  piąta.  Dopilnuję  tu 

wszystkiego, a potem zadzwonię do Anny i wpadnę 
do ciebie. 

– Nie trzeba... 
– 

Owszem,  trzeba.  Umyj  się  trochę,  a  potem  idź 

do domu i nastaw czajnik. Kiedy przyjdzie wujek 
Patrick, wszystko mu opowiesz. 

Geronimo czekał na nią w ogródku, wygrzewając 

się  w  plamic  jesiennego  słońca,  które  padało  na 

stojącą  pod  oknem  kuchennym  ławkę.  Ginny 

włączyła  czajnik,  przebrała  się  w  dżinsy  i  czystą 

koszulkę, a potem zmyła makijaż. 

Słysząc dźwięk dzwonka, poszła otworzyć drzwi. 

Patrick  podążył  za  nią  do  kuchni  i  patrzył,  jak 

zalewa wrzątkiem torebki herbaciane. 

– 

Okropnie  mi  głupio  –  zaczęła  i  znów  się 

rozpłakała.  Odstawiła  czajnik  i  oparła  się  o  blat 
kuchenny. 

Patrick  wyprowadził  ją  do  ogródka,  posadził  na 

ławce  obok  kota  i  wrócił  do  kuchni.  Po  chwili 

background image

pojawił się, niosąc dwie filiżanki herbaty. 

– 

Proszę. Tylko się nie poparz. 

Ginny  ostrożnie  wzięła  od  niego  filiżankę  i 

westchnęła. 

– Przeprasz

am. Rozkleiłam się. 

Patrick zostawił ją na chwilę samą, żeby mogła się 

uspokoić, a potem usiadł przy niej. 

– 

No  więc  opowiedz  wszystko  wujkowi 

Patrickowi. 

Ginny wzięła głęboki oddech. 
–  Przypominasz sobie ten wypadek, o którym ci 

mówiłam? 

– 

Kiedy byłaś nastolatką? 

Kiwnęła głową. 
– 

Pamiętasz,  że  odniosłam  wtedy  obrażenia 

wewnętrzne? No więc, kiedy mnie otworzyli, doszli 

do  wniosku,  że  muszą  się  mną  również  zająć 
ginekolodzy. 

– 

Do diabła! 

– 

Wycięli  mi  macicę.  Jeden  z  jajników  był 

zmiażdżony, a drugi poważnie uszkodzony. Usunęli 

wszystko,  a  potem  zrobili  porządek  i  ładnie  mnie 

zaszyli.  Więc  teraz  wyglądam  jak  prawdziwa 
kobieta, ale to tylko pozory. 

Mówiła  bezbarwnym,  matowym  głosem.  Tej 

background image

części swej historii mogła jakoś sprostać. Natomiast 

ilekroć  myślała  o  sprawach  związanych  z  Ryanem, 

nie  była  w  stanie  stłumić  rozdzierającego  ją  bólu. 

Patrick  milczał  przez  dłuższą  chwilę,  a  potem 

odstawił na bok filiżankę i wbił wzrok w ziemię. 

– 

Co właściwie zaszło między tobą a Ryanem? 

– 

Och, dowiedział się o tym wczoraj. Mój ojciec 

się wygadał. Tak czy owak, wszystko skończone. 

– Ale dlaczego? 

Ginny potrząsnęła głową. 
–  Przepraszam, ale nie jestem w stanie o tym 

mówić. 

– 

Zerwał z tobą z tego powodu? 

– 

To  nie  było  bynajmniej  zaskakujące.  Kiedy 

dowiedział się, że nie mogę dać mu dzieci... Przecież 

mężczyźni tego właśnie pragną, nie? 

– 

Tak sądzisz? 

– 

Oczywiście. Tak było od początku świata. 

– 

Posłuchaj, nie dlatego pragnąłem być z Anną... 

czy z Isobel. Isobel miała rozszczep kręgosłupa i nie 

było  mowy  o  dzieciach,  a  mimo  to  ożeniłem  się  z 

nią, bo ją kochałem. 

– 

Miała wielkie szczęście. 

Położył dłoń na jej ręce. 
– 

Ginny, Ryan ma już dzieci, więc na czym polega 

background image

problem? 

– 

Na  tym,  że  mu  o  tym  nie  powiedziałam. 

Sądziłam, że na razie nie jest to konieczne. Lubiłam, 

kiedy  mówił,  że  jestem bardzo kobieca, a ja 

chciałam  za  taką  uchodzić.  Potem  mój  ojciec 

wygadał  się  i  Ryan  wpadł  w  szał.  Uważa,  że 

polowałam na niego tylko z powodu dzieci. 

– 

To  bezsensowne.  Przecież  każdy  widzi,  że  go 

kochasz. 

– Ale nie Ryan. 
– 

Więc jest głupi. 

– 

Nic. On czuje się zraniony. W każdym razie ja 

wyjeżdżam. 

– Co?! 

Ginny wzruszyła ramionami. 
– 

Nie mogę tu zostać... Chyba to rozumiesz. 

– 

Ależ, Ginny, musisz zostać i załatwić tę sprawę 

do końca. 

Potrząsnęła głową. 
– 

Nic.  Nie  ma  już  nie  do  załatwienia.  Wszystko 

skończone, Patrick. 

– 

Ty chyba oszalałaś! A co z twoją przyszłością? 

Co z karierą? 

– 

Z  karierą?  W  tej  chwili  nie  jestem  w  stanie  o 

tym myśleć. Chcę wyjechać. Wiesz, że Ryan zmienił 

background image

grafik,  więc  nie  będzie  musiał  ze  mną  pracować. 

Mam  nadzieję,  że  Annie  nie  będzie  to 

przeszkadzało. 

– 

Dlaczego  miałoby  przeszkadzać?  Ona  ma  do 

mnie pełne zaufanie. 

– 

Jesteś szczęściarzem, prawda? 

– Owszem – 

przyznał. – Ginny, czy mógłbym coś 

dla ciebie zrobić? 

– 

Tak. Trzymaj go z dala ode mnie i ściskaj moją 

rękę,  dopóki  stąd  nie  ucieknę.  –  Uśmiechnęła  się 
niepewnie.  – 

Jesteś bardzo kochany. Dziękuję ci za 

wszystko. 

Patrick wstał i pocałował  ją w policzek, a potem 

odniósł filiżanki do kuchni. 

– 

Odpocznij  trochę  –  poradził  jej,  stojąc  w 

drzwiach.  – 

Aha,  w  tym  stroju  wyglądasz  znacznie 

lepiej. 

– Wiem, ale ten strój nie irytuje go tak bardzo. 

Patrick zachichotał. 
– 

Idę.  Do  zobaczenia  jutro  rano,  a  jeśli  będziesz 

czegoś potrzebowała, po prostu krzyknij. 

– 

Dziękuję. 

 

Następne dni były istnym piekłem. Ryan wyglądał 

okropnie,  a  Ginny  podejrzewała,  że  ona  również. 

background image

Przestała  ubierać  się  wyzywająco  i  usiłowała  nie 

wchodzić mu w drogę. Wymieniali tylko zdawkowe 

uwagi,  a  chwile,  które  musieli  spędzać  razem, 

stanowiły koszmar. 

Każdą próbę nawiązania z nim rozmowy ucinał z 

wyrachowanym  okrucieństwem.  W  końcu  nie  była 

już pewna, czy kiedykolwiek naprawdę go znała. 

Spotkała go w pokoju dla personelu, kiedy weszła 

tam na kawę. Ryan, milcząc, uważnie śledził każdy 

jej ruch. Chcąc przerwać tę żenującą ciszę, spytała: 

– Jak dzieci? 
– 

Są zmartwione – odparł po chwili. – A czego się 

spodziewałaś?  Powiedziałem  im,  że  nie  chcesz  nas 

więcej widzieć. 

– 

Przecież to kłamstwo! – zawołała. 

Była  wstrząśnięta  i  zasmucona  faktem,  że  mógł 

tak postąpić wobec własnych dzieci. 

– 

Wiem,  ale  uważam,  że  to  lepsze  niż  prawda. 

Przecież  nie  mogłem  im  powiedzieć,  że  były  tylko 

towarem  przetargowym,  że  ja  też  byłem  jedynie 

środkiem na drodze do celu. A ten seks... ile z tego 

było  zwykłym  udawaniem?  Świetnie  grałaś  swoją 

rolę. Może powinnaś dostać Oscara? 

Wyp

uściła kubek z drżącej ręki i ruszyła biegiem 

w  kierunku  drzwi,  zderzając  się  po  drodze  z 

background image

Patrickiem,  który  chwycił  ją  w  ramiona  i  pomógł 

odzyskać  równowagę.  W  kilka  minut  później 

odnalazł ją w ich pokoju. 

– 

Rzuć okiem na moją wargę, dobrze? – poprosił. 

Gi

nny  otarła  łzy,  odwróciła  się  do  niego  i 

wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. 

– 

Och, Patrick, co ci się stało? 

– 

Wpadłem na drzwi – wyjaśnił. 

– 

To bardziej przypomina ślad po pięści. Dlaczego 

bijesz się o mnie? To może zdenerwować Annę. 

– 

Bzdura.  Powiem  jej,  że  uderzył  mnie  jakiś 

pacjent. 

–  Nic!  – 

krzyknęła Ginny. – Jeśli nie powiesz jej 

prawdy, ja to zrobię. 

– Ale ty nie znasz prawdy... Tak czy owak, on nie 

ma  prawa  odzywać  się  do  ciebie  w  ten  sposób. 
Przynajmniej nie w miejscu publicznym. 

– 

Ale żeby aż się bić! Jak on z tego wyszedł? 

– 

To cię naprawdę obchodzi? 

– 

Coś mu zrobiłeś? 

– 

Mam taką nadzieję. Okropnie boli mnie ręka. 

Ginny  obejrzała  jego  dłoń  i  z  dezaprobatą 

pokręciła głową. 

– 

Miałeś  szczęście.  Mogłeś  złamać  sobie 

nadgarstek. 

background image

– 

To by się opłaciło. 

Po o

patrzeniu Patricka poszła odszukać Jacka. 

– 

Co  tu  się  dzieje? –  spytał.  –  Ty  wyglądasz  jak 

żywy  trup,  Patrick  krąży  z  rozciętą  wargą,  a  Ryan 

ma  podbite  oko.  Podobno  wręczyłaś  mu 

wymówienie. Chciałbym wiedzieć, o co chodzi. 

– 

Właśnie  próbujemy  sobie  udowodnić,  że 

łączenie  pracy  z  przyjemnością  nie  jest  najlepszym 

pomysłem  –  odparła  spokojnie.  Potem  z  całą 

obojętnością,  na  jaką  mogła  się  zdobyć,  spytała:  – 

Czy Ryan dobrze się czuje? 

– 

Będzie żył. Poszedł do swojego gabinetu, biorąc 

z sobą okład z lodu. Na miłość boską, trzymaj się od 

niego z daleka, zanim ktoś zostanie zamordowany. 

Posłuchała  jego  rady  i  starała  się  unikać 

kontaktów  z  Ryanem.  Niestety,  już  na  początku 

następnego  tygodnia  okoliczności  zmusiły  ich  do 

wspólnej pracy. Doszło do wybuchu gazu w jednym 

z szeregu przylegających do siebie, dużych, starych 

domów  mieszkalnych.  Z  budynków  została  kupa 

gruzu,  a  wicie  osób  doznało  mniej  lub  bardziej 

poważnych obrażeń. 

Władze szpitala natychmiast wprowadziły w życic 

specjalny plan ratunkowy. Jack Lawrence zwo

łał 

zebranie  całego  personelu  oddziału  urazowego,  od 

background image

pracowników  rejestracji  aż  po  anestezjologów  i 
chirurgów. 

– 

Przede  wszystkim  trzeba  ustalić,  kto  zostaje  w 

szpitalu, a kto jedzie na miejsce wypadku – 

powiedział. 

– 

Potrzebny jest jeden 

wykwalifikowany, 

doświadczony  zespół,  który 

będzie  zajmował  się  przywożonymi  tu  rannymi,  i 

drugi w terenie, decydujący, które przypadki należy 

skierować  do  szpitala  w  pierwszej  kolejności  oraz 

udzielający niezbędnej pomocy na miejscu. 

Ryan, ty odpowiadasz za akcję ratunkową. Musisz 

mieć w zespole trzy pielęgniarki i lekarza. Nic mogę 

przydzielić ci Patricka, bo jest potrzebny tutaj. Weź 
Ginny. – 

Spojrzał na Ryana znacząco. – I niech Bóg 

ma  was  w  swojej  opiece,  jeśli  na  czas  tej  akcji  nie 

zdołacie zapomnieć o swoich nieporozumieniach. 

 

background image

Rozdział 10 

 
Kiedy Ginny i Ryan przybyli na miejsce wybuchu, 

panował  tam  zorganizowany  chaos.  Ryan,  po 
spotkaniu ze starszym komisarzem policji, który 

dowodził  akcją  ratunkową,  został  natychmiast 

skierowany  do  rannych.  Poinformowano  go,  że  na 

miejscu  jest  kilku  lekarzy,  którzy  czekają  na  jego 
polecenia. 

– 

Właśnie  dostarczono  wszelkiego  rodzaju 

wyposażenie:  fartuchy,  dokumentację  i  tak  dalej  – 

powiedział  do  grupy  lekarzy.  –  Kiedy otrzymacie 

sprzęt,  przystąpimy  do  działania.  Ofiary  wypadku, 
nieza

leżnie od stopnia odniesionych obrażeń, należy 

po  udzieleniu  pierwszej  pomocy  kierować  do 
szpitala. 

Każdemu  pacjentowi  należy  założyć  kartę 

wypadkową  i  opisać  jego  stan  oraz  zastosowane 

środki.  Musicie  ustalić  stopień  obrażeń:  lekkie, 

poważne,  krytyczne  czy  śmiertelne.  Potem  trzeba 

wypełnić  kartę,  włożyć  ją  do  plastikowego 

pokrowca  i  przypiąć  do  rannego.  Pacjenci  w  stanie 

krytycznym 

wymagają, 

oczywiście, 

natychmiastowej pomocy. Ja będę was nadzorował i 

decydował  o  kolejności  ewakuacji.  Mamy  cały 

background image

niezbędny sprzęt. Wszelkie pytania proszę kierować 
do mnie. 

Odwrócił się do Ginny. 
– 

Wiesz, co do ciebie należy. 

Kiwnęła  głową,  wzięła  swoje  instrumenty 

medyczne i ruszyła w kierunku dużej grupy rannych. 

Ryan  włożył  fartuch,  który  wyróżniał  go  spośród 

innych  lekarzy,  i  zajął  się  najcięższymi 
przypadkami. 

– 

Virginio,  szybko  podłącz  temu  człowiekowi 

kroplówkę  –  polecił  Ryan.  –  Potem  odeślij  go  do 

szpitala. Ma krwotok wewnętrzny. 

Po  odesłaniu  pacjenta  na  oddział  urazowy  Ginny 

zajęła  się  kolejnymi  poszkodowanymi. Niektórzy 

byli  pokaleczeni  przez  odłamki  szkła,  inni 

potłuczeni  przez  spadające  cegły,  a  jeszcze  inni 

doznali  szoku  lub  zostali  ogłuszeni  hukiem 
wybuchu. 

Ginny uspokajała i pocieszała zszokowanych ludzi 

oraz  opatrywała  rany,  zastanawiając  się,  jak  w 

szpitalu  poradzą  sobie  z  taką  liczbą  pacjentów.  Od 

jakiegoś  czasu  nie  widziała  Ryana.  Pomyślała,  że 

zapewne  wszedł  do  budynku,  by  zająć  się  ofiarami 

uwięzionymi w gruzach. 

Nagle nastąpił kolejny potężny wybuch. 

background image

Ginny uniosła głowę i z przerażeniem patrzyła na 

tumany opadającego pyłu. Wśród panującej na ulicy 

ciszy  słychać  było  jedynie  brzęk  tłuczonego  szkła. 

Dopiero  płacz  jakiegoś  dziecka  wyrwał  ją  z 

odrętwienia. 

–  Ryan?  – 

wyszeptała,  ruszając  biegiem  w 

kierunku  walącego  się  budynku.  –  Ryan? Ryan, 
gdzie j

esteś? – wołała. 

Wyobraziła go sobie zasypanego i pokaleczonego. 
– 

Muszę  go  odnaleźć,  muszę  go  stamtąd 

wyciągnąć... 

–  Ryan!  – 

zawołała  ponownie  i  zaczęła  grzebać 

rozpaczliwie  w  kupie  gruzu,  szukając  jego 
charakterystycznego fartucha. 

Nagle  usłyszała  za  plecami  jego  głos,  więc 

gwałtownie się odwróciła. 

–  Virginia!  – 

krzyknął.  –  Co ty, do cholery, 

robisz? Uciekaj stamtąd! 

Z wyrazem przerażenia na twarzy ruszył biegiem 

w  jej  stronę.  W  tym  momencie  rozległ  się  głuchy 

huk i świat powoli zwalił im się na głowę. 

 
– Virginio? 

Myślała, że śni. Wymówił jej imię, jakby była dla 

niego  najważniejszą  istotą  na  świecie.  Odwróciła 

background image

głowę,  krztusząc  się  w  kłębach  duszącego  pyłu  i 

dymu.  Poczuła,  że  oddycha  przez  kawałek  jakiejś 

tkaniny. Stopniowo odzyskiwała przytomność. 

– Ryan? – 

wyszeptała. 

– 

Och,  Bogu  dzięki!  –  powiedział  łamiącym  się 

głosem. 

Miała wrażenie, że jest naprawdę zaniepokojony... 

Pomyślała, że chyba śni. Nagle przeszył ją dotkliwy 

ból. Zamknęła oczy i jęknęła. 

– 

Co cię boli? 

– Nogi – 

odparła, czując, że nie jest w stanie nimi 

poruszać. 

– 

Chyba będę zmuszona tu przez chwilę zostać. 

Zaklął  cicho  i  zaczął  obmacywać  jej  nogi, 

szukając  uszkodzeń.  Kiedy  dotarł  do  kolan, 

ponownie zaklął. 

– 

Czy możesz poruszać palcami? – spytał. 

– 

Nie.  Byłabym  w  stanie  to  zrobić,  ale  stopy  są 

przywalone  czymś  ciężkim.  Mogę  jednak  napiąć 

mięśnie. 

– 

Czy bardzo cię boli? 

– 

Trochę  –  odparła.  –  Czułam  się  już  w  życiu 

gorzej. 

–  Po tym wypadku – 

powiedział  i  bąknął  coś 

niewyraźnie. 

background image

– 

Posłuchaj,  spróbuję  znaleźć  jakieś  wyjście, 

dobrze? 

–  Dobrze  – 

odparła,  usiłując  zachować  spokój. 

Miała  ochotę  krzyczeć:  „Nie,  nie  zostawiaj  mnie", 

ale się powstrzymała. 

– Zaraz wracam – 

obiecał. 

– 

Wspaniale. Przynieś mi aspirynę. 

W  sączącym  się  z  zewnątrz  bladym  świetle 

dostrzegła jego twarz. 

– 

Czy  to  miał  być  żart?  –  spytał  z 

niedowierzaniem. 

– 

Bynajmniej. Leżę tu pod tonami gruzu, czekając 

na  kolejny  wybuch,  więc  dlaczego  miałabym 

żartować? No, idź już, i wracaj szybko. 

Po  chwili  wahania  zaczął  się  czołgać,  ale  nie 

dotarł daleko. 

– 

Widzę światło dzienne i słyszę głosy wołających 

nas ludzi. 

– 

Odwrócił się w kierunku szczeliny, przez którą 

wpadała  jasna  smuga.  –  Hej!  Tu  jesteśmy!  – 

krzyknął. 

– Czy to pan, doktorze O’Connor? 

Głos  był  odległy  i  zniekształcony,  ale 

przynajmniej  nawiązali  kontakt  ze  światem. Ginny 

zaczęła oddychać regularnie, starając się nie wpadać 

background image

w  panikę.  Słyszała  odgłosy  przesuwanych  kamieni. 

Wiedziała,  że  ich  wybawcy  usuwają  gruz  wokół 

szczeliny, przez którą sączy się światło. 

Nagle zrobiło się jaśniej. 
– 

Co się dzieje? – spytała. 

– 

Odgruzowują wyjście. Trzymaj się. 

Ratownicy  napotkali  jednak  na  przeszkodę. 

Zagrodziła im drogę ogromna belka, więc nie mogli 

zrobić wystarczająco szerokiego wykopu. 

– 

No cóż, jeśli nie wyniosą nas stąd w kawałkach, 

to  będziemy tu  tkwić  niezależnie  od tego, czy nam 

się to podoba, czy nie – powiedziała Ginny. 

– 

Nie  martw  się,  zaraz  coś  wykombinują.  Wtedy 

będę mógł swobodnie wchodzić i wychodzić. 

Zwłaszcza  wychodzić,  pomyślała.  Spróbowała 

poruszyć  nogami  i  omal  nie  krzyknęła  z  bólu. 

Odwróciła  głowę  i  dostrzegła  leżący  tuż  obok  jej 

twarzy  olbrzymi,  kamienny  blok.  Zdała  sobie 

sprawę, że cudem uniknęła śmierci, i zaczęła drżeć 

ze  strachu.  Łzy  skleiły  jej  rzęsy,  serce  zabiło 

mocniej. Nagle zwymiotowała. 

– 

Do diabła! – mruknął Ryan. 

Otoczył  ją  ramieniem,  a  drugą  ręką  odgarnął 

włosy z jej twarzy, szepcząc słowa pociechy. Ginny 

stłumiła szloch. 

background image

– Przepraszam – 

wybąkała. – Nic wiem, dlaczego 

to zrobiłam. 

– 

Szok,  ból...  Nic  przejmuj  się  tym.  Spróbuję 

zdobyć  latarkę  i  koce.  Ułożę  cię  wygodniej  i  będę 

mógł obejrzeć twoje nogi. 

Znów  zaczął  się  czołgać  i  krzyczeć  przez 

szczelinę  do  pracujących  na  zewnątrz  ratowników. 

Ginny straciła na chwilę przytomność. Odzyskała ją, 

kiedy Ryan skierował na jej twarz oślepiający snop 

światła. 

– Razi mnie – 

powiedziała, odpychając jego rękę. 

– 

Chcę zobaczyć twoje źrenice – wyjaśnił. 

– 

Są w porządku. Lepiej zbadaj moje nogi. 

– 

Pozwól,  że  ja  o  tym  zadecyduję.  Patrz  przed 

siebie... wspaniale. A druga... świetnie. 

– 

A nie mówiłam? 

– 

Ale lepiej się upewnić, prawda? Teraz nogi. 

Ginny uniosła lekko głowę i spojrzała na miejsce, 

które Ryan oświetlił latarką. Dostrzegła wiszący tuż 
nad jej stopami ogromny, kamienny blok. 

– Tylko niczego nie ruszaj! – 

zawołała. 

– 

Nic  bój  się.  Widzę  nad  twoimi  nogami  jakieś 

drzwi  czy  coś  w  tym  rodzaju.  Leży  na  nich sporo 

gruzu, więc zapewne wyświadczyły ci przysługę. A 

stopy  przygniotła  ci  chyba  jakaś  belka.  Tak  czy 

background image

owak, wydaje mi się, że krążenie masz dobre. Lewa 

noga najwyraźniej jest złamana, a prawa... chyba też. 

– 

Zauważyłam  to.  Posłuchaj,  żartowałam  w 

spraw

ie  aspiryny,  ale  czy  mógłbyś  zdobyć  jakiś 

środek przeciwbólowy? 

Podczołgał się do jej głowy. 
– 

Najpierw muszę ci zbadać ciśnienie. 

– 

Na  miłość  boską,  mam  złamane  kości,  a  nie 

obrażenia wewnętrzne! 

–  Tak  – 

mruknął  i  poczołgał  się  w  stronę 

szczeliny. 

Ginny s

łyszała,  jak  głośno  wydaje  polecenia,  ale 

wpadła w stan odrętwienia i nie zwracała uwagi na 

słowa  Ryana.  Zamknęła  oczy  i  odwróciła  lekko 

głowę.  Po  raz  pierwszy  zauważyła,  ze  ziemia,  na 

której leży, jest bardzo nierówna. 

Przypomniała  sobie,  że  przecież  zostali 

przysypani gruzem. Nic więc dziwnego, że jest cała 

pokryta  pyłem.  Kiedy  poruszyła  się  lekko,  poczuła 

ostry,  kłujący  ból  w  boku.  Wsunęła  ostrożnie  rękę 

pod fartuch i wyczuła tuż powyżej talii coś ciepłego 

i  lepkiego.  Wspaniale,  pomyślała.  Rana  drążąca. 
Cudownie. 

– Ryan? 
– Tak? 

background image

– 

Coś się we mnie wbiło. 

– 

Wytrzymaj  chwilę.  Podłożę  ci  pod  plecy  koc, 

żeby nie uwierał cię gruz. 

– 

Chodzi mi o to, że coś wbiło mi się w ciało. 

Ryan znieruchomiał. 
– Gdzie? – 

spytał łagodnie. 

– 

Z lewej strony. Tuż powyżej talii. 

Obmacał ostrożnie okolice jej żeber i cicho zaklął. 
– 

To  gwóźdź.  Najprawdopodobniej  tkwi  płytko 

pod skórą. Czy czujesz ból, kiedy się poruszasz lub 
oddychasz? 

– Niezbyt astry – 

odparła. 

Spojrzał jej w oczy. 
– 

Na  wszelki  wypadek  podłączę  ci  do  ręki 

kroplówk

ę. Straciłaś sporo krwi. 

– 

Znam się na tym – oznajmiła. 

– 

W  tym  właśnie  tkwi  cały  problem  –  mruknął 

pod nosem. 

Ginny chwyciła go za rękę. 
– 

Ryan,  rób,  co  uważasz  za  stosowne,  a  ja  będę 

zachowywać  się  jak  wzorowa  pacjentka,  Tylko 

powiedz  im,  żeby  się  pospieszyli  i  jakoś  nas  stąd 
wydostali, dobrze? 

Po  raz  pierwszy  od  wielu  dni  nie  dostrzegła  w 

jego oczach wyrazu oburzenia ani drwiny. Patrzył na 

background image

nią z troską, a nawet z pewnym uznaniem. 

– 

Pospiesz się – poprosiła, zamykając oczy. 

Uścisnął  jej  dłoń  i  zniknął.  Wydawało  jej  się,  że 

upłynęły wieki, zanim wrócił. Poczuła w ręce ostre 

ukłucie wenflonu, a po chwili dotkliwy ból minął. 

Wprawdzie  nadal  go  jeszcze  odczuwała,  ale  nie 

zwracała  na  to  uwagi.  Była  zbyt  pochłonięta 

widokiem pochylonego nad nią Ryana. Wyciągnęła 

powoli  rękę  i  pogładziła  jego  sztywne  od  kurzu 

włosy. 

– 

Dziękuję – szepnęła. 

Potem nie była już w stanic myśleć. 
 

Ryan  poczuł  mdłości  na  widok  osuwającego  się 

budynku. Nic pomyślał o własnym bezpieczeństwie 

ani  o  dzieciach,  które  mógł  osierocić.  Myślał 
wy

łącznie o Virginii, która najwyraźniej szukała go 

w  gruzach,  choć  nad  jej  głową  zwisały  tony 
kamiennych bloków. 

Czyżby  sądziła,  że  został  zasypany?  Istotnie 

mogło tak się zdarzyć... Przecież był w budynku tuż 

przed  wybuchem.  Wyszli  stamtąd,  kiedy  poczuli 
z

apach gazu. A ona wołała go po imieniu. 

Nic krzyczała „O’Connor", lecz „Ryan", a jej głos 

był pełen przerażenia i rozpaczy. 

background image

Dlaczego? 

Przecież  go  nie  kocha,  więc  skąd  ten  ból  w  jej 

głosie? 

 

Sprawdził podłączenie kroplówki, a potem zaczął 

powoli  podawać  roztwór soli fizjologicznej. 

Ciśnienie  krwi  było  trochę  za  niskie,  ale 

utrzymywało  się  w  granicach  normy.  Morfina 

zaczęła  działać.  Ponownie  zbadał  okolice  rany  i 

wyczuł  pod  skórą  jeszcze  jeden  gwóźdź.  Nic  mógł 

przewrócić  jej  na  bok,  bo  stopy  miała 
unieruchomi

one pod stertą gruzu. 

Ponownie obejrzał nogi. Krążenie krwi wydawało 

siew  normie,  obie  stopy  były  umiarkowanie  ciepłe, 

ale  lewa  noga  niebezpiecznie  spuchła  i  wymagała 

pilnej  interwencji  chirurga.  Ginny  odwróciła  głowę 

w jego stronę i otworzyła oczy. 

– Ryan? – 

wyszeptała. – To naprawdę ty? 

Ujął jej rękę w dłonie. 
– Tak, Virginio. 
– 

Jesteś  pewien?  Od  wieków  ze  mną  nie 

rozmawiałeś. Skąd tu się wziąłeś? 

– 

Jesteśmy uwięzieni pod stertą gruzu. 

– 

Gruzu? Och, prawda, ten budynek. Ja również? 

– Owszem. Jak twoje nogi? 

background image

–  Jakie nogi? – 

spytała i zaczęła się śmiać. – Nic 

mam żadnych nóg. One mnie bolą. Już ich nie chcę. 

Czy mogę dostać twoje? Są bardzo seksowne. 

Boże, ona majaczy, pomyślał. Dość tych bredni. 
– 

Zamknij oczy i śpij – powiedział. 

Przez  chwilę  leżała  spokojnie, a potem znów 

otworzyła oczy i spojrzała na niego. 

– Ryan? 
– Tak? 
– 

Dziwnie się czuję. Jakbym miała omamy. 

– 

Zaaplikowałem ci trochę morfiny. 

– 

Naprawdę?  Dlaczego  ludzie  biorą  to  z  własnej 

woli? 

– 

Nic mam pojęcia. 

– 

Raz spróbowałam haszyszu. Potem chorowałam. 

To było wtedy, kiedy miałam ten wypadek. Niewiele 

z tego wszystkiego pamiętam. 

–  Opowiedz mi o tym – 

poprosił,  czując  się 

winny,  że  wyciąga  z  niej  zwierzenia,  kiedy  jest 

półprzytomna. – Co ci się stało? 

– 

Kawałek  mostu  wbił  mi  się  do  brzucha i 

wszystko przewrócił do góry nogami. Uszkodził to i 

owo, więc usunęli różne narządy. 

– 

Jakie  narządy?  –  W  istocie  wcale  nie  chciał  o 

tym  słuchać,  ale  nie  mógł  powstrzymać  się  od 

background image

pytania. 

– 

Duży  kawałek  jelita  –  powiedziała  śpiewnym 

głosem, wymachując ręką. – Lewą nerkę... i macicę. 

Pocięli  mnie  na  kawałki...  Miałam  zmiażdżony 

jajnik, więc usunęli wszystko. 

Ryan  chwycił  ją  za  rękę,  zanim  wyrwała  dren,  a 

ona zacisnęła palce wokół jego dłoni i westchnęła. 

– 

Jak  miło  –  wymamrotała.  –  Myślałam,  że  nie 

b

ędziesz mnie już chciał. 

Do diabła, nigdy nie przestał jej pożądać. 
– Ryan? 

Uniósł powieki i zobaczył jej łagodne, szare oczy, 

w których dostrzegł wyraz bólu. 

– 

Słucham? 

– Zimno mi. 

Podłożył  jej  pod  plecy  jeden  koc,  a  drugim  ją 

przykrył.  Potem  objął  ją  czule. Gdyby nie ten 

gwóźdź,  pomyślał.  Bał  się  jednak  ją  poruszyć. 

Ginny westchnęła i oparła głowę na jego ramieniu. 

Ryan uniósł rękę i odgarnął włosy z jej twarzy. Nie 

były  jak  zawsze  miękkie  i  lśniące,  lecz  sztywne  i 

szorstkie  od  tynku.  Dlaczego  nadal  ją  kocha? Po 

tym, co zrobiła jemu i jego dzieciom? 

– Och, Virginio, dlaczego? – 

spytał głośno. 

Ginny poruszyła się i pogłaskała go po policzku. 

background image

– 

Kocham cię – wyszeptała. 

Zamknął  oczy.  Ginny  sprawiała  wrażenie 

zamroczonej,  a  przecież  nie  wolno  przywiązywać 

wagi do słów półprzytomnego człowieka. 

– 

Przykro mi, że nie jestem prawdziwą kobietą – 

wyjąkała. 

– 

Przy  tobie  czułam  się  kobietą,  jakby  nie  miało 

znaczenia,  że  to  tylko  pozory...  –  Zdusiła  płacz.  – 

Myślałam,  że  nie  żyjesz  –  odezwała  się  po  chwili 
nieco pr

zytomniejszym  głosem.  –  Sądziłam,  że 

zginąłeś  w  ruinach  tego  budynku.  Nie  chciałam 

dłużej żyć. Proszę, nie umieraj. Kocham cię. 

– 

Nie mam zamiaru umierać – zapewnił ją. 

– Przyrzekasz? 
– Przyrzekam. 
– 

Wiesz,  to  nie  było  tak  –  zaczęła  po  chwili 

milczenia.  – 

Nie  przyszło  mi  nawet  do  głowy,  że 

mnie  pragniesz.  Myślałam,  że  interesuje  cię  tylko 

moje  ciało.  Nie  chciałam  zakochać  się  w  tobie.  To 

było  takie  nierozsądne,  prawda?  Zwłaszcza  że  ty 
mnie nienawidzisz. 

– 

To  nieprawda,  Virginio.  Chciałbym  cię 

nienawidzić,  ale  nie  mogę.  Kocham  cię  niezależnie 

od tego, co i dlaczego zrobiłaś. 

– Ryan? 

background image

– Tak, kochanie? 
– Powtórz to jeszcze raz. 

Westchnął i poddał się. 
– 

Kocham cię. 

– 

Przecież  mieliśmy  tego  nie  robić,  prawda?  To 

znaczy, zakochiwać się w sobie. To miał być tylko 
r

omans.  Żadnych  zobowiązań.  Żadnych  planów  na 

przyszłość.  Po  prostu  zwykła  przygoda  miłosna.  – 

Uwolniła  rękę  z  dłoni  Ryana  i  znów  dotknęła  jego 
policzka.  – 

Dlatego  ci  nie  powiedziałam.  Nie 

musiałeś wiedzieć, że nie jestem prawdziwą kobietą, 

a  mnie  sprawiały  przyjemność  twoje  względy, 

których nie okazywałbyś mi, gdybyś znał prawdę. 

Westchnęła. 
– 

A potem zepsuliśmy wszystko, zakochując się w 

sobie.  Musiałeś  więc  dowiedzieć  się  o  tym,  a  teraz 

mnie  nienawidzisz.  Zawsze  tak  było.  Simon 

znienawidził  mnie,  kiedy  poznał  prawdę,  Rick 

twierdził, że go oszukałam, a ty myślisz, że robiłam 
wszystko z powodu twoich dzieci. To zabawne. Nie 

chciałam  zbyt  bliskiego  związku,  żeby  nie  zranić 

dzieci, a ty twierdzisz, że chciałam je zdobyć. Po co 

miałabym  je  zdobywać,  skoro  chodziło  tylko  o 

romans?  Wiedziałam,  że  nigdy  się  ze  mną  nie 

ożenisz. 

background image

– 

Skąd mogłaś to wiedzieć? 

– 

Bo  nie  jestem  dla  ciebie  wystarczająco  dobra. 

Każdy mężczyzna chce mieć za żonę stuprocentową 

kobietę.  Zabawnie  było  bawić  się  przez  chwilę  w 

dom,  tylko  że  w  grę  wchodzili  żywi  ludzie  i 

wszystko się pogmatwało, prawda? – Pogłaskała go 
po policzku. – 

Przepraszam. Powinnam była grać z 

tobą  w  otwarte  karty,  ale  teraz  nic  już  na  to  nie 

poradzę.  Bardzo  cię  pragnęłam,  a  ty  byłeś  taki 
samotny... 

Przez  chwilę  leżała  spokojnie, a potem 

powiedziała: 

– 

Ryan, bolą mnie nogi. Morfina chyba przestała 

działać. 

Ponownie sprawdził jej ciśnienie krwi i stwierdził 

z  niepokojem,  że  się  obniża.  Nagle  przeszył  go 

paraliżujący  strach,  że  Ginny  może  umrzeć,  zanim 

zdąży  z  nią  porozmawiać  i  wszystko jej 

wytłumaczyć. 

Nic  chciał  robić  tego  teraz,  kiedy  była  pod 

wpływem  środków  halucynogennych.  Musiał 

poczekać,  aż  oprzytomnieje  i  zacznie  myśleć 

logicznie. Czuł, że popełnił okropny błąd, fałszywie 

ją oceniając, a teraz ona może umrzeć, zanim zdąży 

ją przeprosić... 

background image

 

Minęły dwa dni, zanim Ginny w pełni odzyskała 

świadomość.  W  tym  czasie  Ryan  przeprowadził  z 

Ronem kilka pouczających rozmów, które wszystko 

wyjaśniły.  Ojciec  Ginny  może  i  był  gadatliwym 

starym głupcem, ale kochał swą córkę do szaleństwa 

i nie mógł wybaczyć Ryanowi tego, że tak boleśnie 

ją zranił. 

Zdawał  sobie  również  sprawę,  że  to  on  stał  się 

przyczyną  całego  nieporozumienia  i  starał  się 

wszystko naprawić. 

Ryan  dowiedział  się,  że  Ron,  mówiąc  o 

nieodpowiedzialności  Ginny,  miał  na  myśli  jej 

depresję, a nie szaleńczą pogoń za seksem. Przecież 

miała  tylko  dwie  przygody  miłosne,  które 

zakończyły się katastrofą. 

– 

Obaj ci dranie twierdzili, że kochają moją córkę, 

a  potem  porzucili  ją,  ponieważ  nie  mogła  dać  im 
dzieci  – 

powiedział  Ron  do  Ryana,  kiedy siedzieli 

przy łóżku szpitalnym śpiącej Ginny. – Myślę, że po 

takich  przeżyciach  straciła  wszelką  nadzieję. 

Wyznała Adele, że nigdy już nie spojrzy na żadnego 

mężczyznę,  ale  potem  poznała  ciebie.  Jestem 

zaskoczony,  że  przystała  na  romans,  bo  zawsze 

wystrzegała  się  takich  związków.  Może  jednak 

background image

doszła do wniosku, że czas zacząć żyć. 

Zawsze znajdowała wspólny język z dziećmi, ale 

nigdy  nie  widziałem,  żeby  traktowała  je  tak  jak 

twoje.  Wydaje  mi  się,  że  naprawdę  je  kocha.  Musi 

bardzo was lubić, skoro tak chętnie spędzała z wami 
czas. 

Ryan zamknął oczy. Żałował, że nie może cofnąć 

czasu.  Powiedział  jej  tyle  okropnych,  okrutnie 

bolesnych  rzeczy.  Teraz  był  pewny,  że  się  mylił, 

więc  jedynie  cofnięcie  wskazówek  zegara  i 

własnych  słów  mogłoby  uśmierzyć  ból,  którego 

musiała doznać. 

Jednakże nie był w stanic tego zrobić. Mógł tylko 

ponownie  próbować,  ale  musiał  zacząć  od 
przeprosin. 

 

Ginny  strasznie  cierpiała.  Bolały  ją  nogi,  bolał 

bok,  ale  najbardziej  bolało  ją  serce.  Zdawała  sobie 

sprawę, że Ryan jest w pobliżu. Wiedziała, że siedzi 

od wielu godzin przy jej łóżku i rozmawia z Ronem. 

W  gruzach  zawalonego  budynku  przez  chwilę 

wierzyła, że ją kocha. Teraz uświadamiała sobie, że 

to  był  tylko  sen,  zwykła  halucynacja.  Zastanawiała 

się,  dlaczego  nadal  tu  jest.  Przecież  od wypadku 

musiało upłynąć wicie godzin. 

background image

– Ryan? – 

powiedziała zachrypniętym głosem. 

Natychmiast  się  nad  nią  pochylił.  Spojrzała  na 

niego i dostrzegła na jego twarzy liczne stłuczenia, 
zadrapania i skaleczenia. 

– 

Wyglądasz  okropnie  –  stwierdziła.  –  'tylko, na 

miłość boską, nie podawaj mi lusterka. 

Ryan lekko się uśmiechnął. 
– 

Za to ty wyglądasz wspaniale – skłamał. 

– Nic oszukuj mnie – 

powiedziała z wyrzutem. 

Usiadł na brzegu łóżka i ujął jej dłoń. 
– 

Jak się czujesz? 

– Cudownie. Która godzina? 
– Wpó

ł do szóstej. 

– 

Myślałam,  że  jest  znacznie  później.  Przecież 

wezwano nas tam dopiero w porze lunchu. 

Wydawało  mi  się,  że  tkwiliśmy  w  gruzach  przez 
wiele godzin. 

– 

To było w poniedziałek, a dzisiaj jest środa. 

– 

Środa? – zawołała. – Co się stało z rannymi? 

– 

Wezwano  dwóch  lekarzy  z  najbliższego  . 

szpitala. 

– A moje nogi? – 

spytała po chwili. 

– 

W  porządku.  Lewa  została  zespolona,  a  prawa 

jest po prostu złamana. Obie są w gipsie. 

– 

Nic musisz mi tego mówić. – Czuła na nogach 

background image

ciężki jak ołów gips. – Dlaczego tu jesteś? – spytała, 

bojąc się odpowiedzi. 

– 

Bo  cię  kocham  –  wyznał.  Jego  oczy  lśniły  jak 

szmaragdy.  – 

Bo  musimy  porozmawiać.  Bo  jestem 

ci winien przeprosiny, ale myślę, że to, co mógłbym 

powiedzieć,  z  pewnością  nie  wynagrodzi  krzywdy, 

jaką ci wyrządziłem. 

Ginny nie mogła uwierzyć własnym uszom. 
– 

Za  co  chcesz  mnie  przeprosić?  Za  to,  że  mnie 

śmiertelnie przestraszyłeś? Że nie zginąłeś w czasie 

wybuchu? Że podałeś mi za dużą dawkę morfiny? 

– 

Za to wszystko, co ci powiedziałem – wyjaśnił 

posępnym  tonem,  wpatrzony  w  swe  ręce.  –  Po 

śmierci Ann myślałem, że zawsze już będę sam. Nic 

wierzyłem, że jakaś kobieta zechce wziąć na swoje 

barki  odpowiedzialność  za  cudze  dzieci.  Potem, 

kiedy  wydało  mi  się,  że  kogoś  takiego  znalazłem, 

wmówiłem sobie, iż tobie chodzi wyłącznie o moje 
dzieci, a nie o mnie. 

Spojrzał na nią. 
– 

Podejrzewałem,  że  chciałaś  zachować  swoją 

tajemnicę  aż  do  dnia  ślubu,  żebym  nie  przejrzał 

twojego  planu,  polegającego  na  zdobyciu  gotowej 

rodziny.  Później  powiedziałaś,  że  nie  wyznałaś  mi 

prawdy,  ponieważ  chciałaś  uchodzić  za  prawdziwą 

background image

kobietę.  Byłaś  pod  silnym  działaniem  morfiny  i 

powiedziałaś  najgłupszą  rzecz,  jaką  kiedykolwiek 

słyszałem. Musiała więc to być prawda. 

–  Bo to prawda – 

odparła.  –  Dlatego nic ci nie 

powiedziałam. Dwóch mężczyzn mnie porzuciło, bo 

postąpiłam  uczciwie.  Mężczyźni  pragną  mieć  przy 

sobie  stuprocentową  kobietę,  więc  starałam  się 

zachować  pozory.  Nic  przypuszczałam,  że  to  może 

cię  zranić.  Przecież  dałeś  mi  wyraźnie  do 

zrozumienia, że chodzi ci tylko o romans. 

– 

Ależ  to  szaleństwo.  W  życiu  nie  spotkałem 

kobiety bardziej kobiecej niż ty. 

Oczy Ginny wypełniły się łzami. 
– 

Ryan,  nie  okłamuj  mnie  z  litości.  Po  prostu 

przyznaj, że się pomyliłeś. Skoro znasz prawdę i już 

mnie nie chcesz, rozstańmy się w przyjaźni, dobrze? 

Nic chciałabym, żebyś mnie nienawidził. Mogę żyć 

bez  ciebie,  ale  nie  mogę  żyć  ze  świadomością,  że 
mnie nienawidzisz... 

Zamknęła  oczy,  a  po  jej  policzkach  popłynęły 

strumienie łez. Ryan położył dłonie na jej ramionach 

i przyciągnął ją do siebie. 

– 

Przestań  –  wyjąkał.  –  Nic płacz,  kochanie.  To 

nieprawda,  że  cię  nienawidzę.  Nic  potrafiłem  cię 

znienawidzić  nawet  wtedy,  kiedy  myślałem,  że 

background image

wykorzystujesz  moje  dzieci,  więc  jak  mógłbym 

nienawidzić cię za to, że próbowałaś wykraść życiu 

odrobinę szczęścia? 

– 

Powinnam była ci powiedzieć – szepnęła. 

– 

A  ja  powinienem  był  z  tobą  porozmawiać, 

zamiast  wyciągać  pochopne  wnioski  i  mówić  ci  te 
okropne rzeczy. – 

Wypuścił ją z objęć i spojrzał na 

nią. Ginny dostrzegła w jego oczach poczucie winy, 

ból  i  miłość.  –  Virginio,  czy  moglibyśmy  zacząć 
wszystko od nowa? – 

spytał  cicho.  –  Kocham  cię. 

To nieważne, że nie  możesz  mieć dzieci. Dla  mnie 

liczysz się tylko ty... Bez ciebie jestem nikim. Moje 

dzieci też cię kochają i tęsknią za tobą. Wróć do nas, 

proszę.  Znów  zabawimy  się  w  szczęśliwą  rodzinę, 
kt

órą nie jesteśmy bez ciebie. Błagam cię, Virginio. 

Spojrzała w jego przepełnione miłością oczy. 

– 

Myślałam,  że  cię  straciłam  –  powiedziała 

łamiącym  się  głosem.  –  Sądziłam,  że  nie  żyjesz  i 

nigdy więcej cię już nie zobaczę, ze umarłeś, czując 
do mnie nienawi

ść,  i  też  zapragnęłam  śmierci.  Nic 

musisz  mnie  błagać,  Ryan.  Właściwie  musiałbyś 

mnie zabić, żeby się mnie pozbyć, bo nie pozwolę ci 

już nigdy odejść. 

Przytulił ją mocniej. 
–  Odpocznij  – 

szepnął.  –  Nic  mam  zamiaru  cię 

background image

zabijać,  ani  teraz,  ani  w  przyszłości.  Należysz  do 

mnie, Virginio, do mnie i do moich dzieci. Miałem 

rację:  będziesz  idealną  żoną  i  matką.  Po  prostu 

zostań  ze  mną...  z  nami.  To  wszystko,  o  co  cię 

proszę. 

Do oczu napłynęły jej łzy wzruszenia. 
– To nic trudnego – 

wyjąkała. – Uważaj tę sprawę 

za 

załatwioną, Ryan. 

I odwracając głowę, czule go pocałowała. 
 


Document Outline