background image
background image

Caroline Anderson

Idealna żona i matka?

background image

Rozdział 1

To był ładny ślub.

Ryan  czuł  się  zaskoczony,  bo  trochę  obawiał  się  tej  chwili.  Od  śmierci  Ann 

niezbyt lubił takie uroczystości. Kiedy padły słowa przysięgi małżeńskiej: „dopóki 

śmierć nas nie rozłączy", był bliski załamania.

Ale ku swemu zdziwieniu tym razem zdołał się opanować. Czyżby czas zagoił 

rany?  Może  stało  się  tak  dlatego,  że  Jill  i  Zach  tworzyli  bardzo  dobraną  parę,  a 

może sprawiła to obecność jego niesfornych dzieci, którymi musiał się zajmować? 

Może  też  złożyły  się  na  to  jakieś  inne  okoliczności,  których  nie  potrafił  sobie 

wytłumaczyć?

Niezależnie  od  przyczyny  musiał  przyznać,  że  ślub  był  wspaniały.  Wzruszył 

ramionami,  a  potem  zerknął  na  swoje  odbicie  w  małym,  wiszącym  za  drzwiami 

lusterku, i przesunął palcami po włosach.

Stwierdził,  że  są  zbyt  krótkie,  ale  był  okres  upałów,  więc  ostrzygł  się  na  ten 

ślub. Lekko spłowiałe od słońca, trochę sterczały na tyle głowy. Nie mógł sobie z 

nimi  poradzić,  więc  dał  w  końcu  za  wygraną.  I  tak  nie  wyglądam  na  swoje 

trzydzieści pięć lat, pomyślał, przyglądając się sobie uważnie. Zastanawiał się, czy 

to złudzenie, czy też zmarszczki smutku naprawdę zniknęły.

Najwyższa pora, bo minęły już dwa lata. Dwa długie, bolesne lata samotności. 

Dzieci jakoś pogodziły się ze śmiercią Ann, ale on ciągle miał żal do Boga. To nie 

pomagało. Nadal budził się rano sam.

Może nadszedł czas, by to zmienić, wdać się w jakiś mały romans? Nie w jakąś 

burzliwą przygodę miłosną, tylko w rozsądny układ z kobietą rozumiejącą zasady 

takiego związku?

Uśmiechnął się do siebie i w jego zielonych oczach znów zabłysły jasne ogniki.

Kobieta. Poczuł wewnętrzne napięcie i cicho się zaśmiał. Czy jeszcze pamięta, 

jak postępować z kobietą?

Ginny znalazła izbę przyjęć i rozejrzała się wokół. O wpół do dziewiątej rano 

panował tu już duży ruch.

background image

To  dobrze,  pomyślała.  Nie  lubiła  bezczynności,  dlatego  właśnie  wybrała 

pogotowie. Teraz musi znaleźć swego szefa.

Nie  było  to  trudne.  Idąc  korytarzem  i  rozmyślając,  gdzie  ma  go  szukać,  po 

prostu  na  niego  wpadła.  Nagle  otworzyły  się  drzwi  jakiegoś  gabinetu  i  drogę 

zastąpił jej wysoki, jasnowłosy mężczyzna.

Podniósł  ręce  i  chwycił  ją  mocno  za  ramiona.  W  tym  momencie  poczuła  w 

piersiach  ogień  emocji,  jakiś  nagły  przypływ  energii,  po  prostu  dreszcz 

spowodowany  uściskiem  jego  rąk  i  dotykiem  ciała.  Czuła  się  oszołomiona, 

zażenowana  i  jakby  zahipnotyzowana.  Cofnęła  się  o  krok,  spojrzała  na  niego  i 

dostrzegła najbardziej niezwykłe zielone oczy, jakie kiedykolwiek widziała.

Dziwne,  że  nie  zauważyła  ich  zadziwiającej  barwy  podczas  rozmowy 

kwalifikacyjnej. A teraz zdała sobie sprawę, że jego oczy są nie tylko zielone, lecz 

również niezwykle fascynujące.

–  Doktor  O’Connor?  –  wyszeptała.  –  Nazywam  się  Virginia  Jeffres.  Jestem 

pańską nową asystentką.

Ryan poczuł się, jakby ktoś go uderzył. Jeszcze przed chwilą marzył o kobiecie, 

która rozjaśniłaby mu życie, a teraz już trzyma ją w ramionach.

W  dodatku  jaka  to  wspaniała  kobieta!  Jej  łagodne,  zamglone,  szare  oczy 

okalały długie, czarne rzęsy, a ciemne, lśniące włosy opadały lekko na czoło. Na 

delikatnych, pełnych ustach gościł uśmiech powitania.

Nie  pamiętał,  czy  podczas  rozmowy  kwalifikacyjnej  była  równie  piękna. 

Dziwne,  że  nie  dostrzegł  w  niej  wówczas  kobiety.  Chyba  musiał  być  wtedy 

nieprzytomny!

Opamiętał  się,  wypuścił  ją  z  uścisku,  cofnął  się  na  bezpieczną  odległość  i 

wciągnął głęboko powietrze.

– Tak... dzień dobry – wyjąkał bezmyślnie.

Do  diabła,  czy  rzeczywiście  od  tak  dawna  nie  rozmawiał  z  kobietą,  że  nie 

potrafi  się  zachować?  A  ta  kobieta  w  dodatku  ma  zostać  jego  asystentką  i  nie 

wolno mu o tym zapominać.

– Och, proszę mówić do mnie Ryan. Czy mogę zwracać się do pani Virginia? –

Boże, co za uśmiech!

– Dobrze... Albo po prostu Ginny.

background image

Kiwnął głową. W jego umyśle panował kompletny chaos.

–  No  cóż,  jeśli  pójdziesz  ze  mną,  zobaczymy,  co  da  się  zrobić.  Musisz  mieć 

fartuch...

– Dostałam już w rejestracji.

– A słuchawki?

– Mam przy sobie.

Wyciągnęła w jego stronę stetoskop, a on ponownie kiwnął głową. Boże, jakże 

ona się cudownie uśmiecha!

– W porządku – powiedział. – Chodźmy do pacjentów.

Był czarujący. Okropnie zakłopotany swą reakcją, wyraźnie zafascynowany jej 

urodą i speszony. A ona musiała przyznać, że też jest nim zaintrygowana. Nie był 

konwencjonalnie przystojny, ale miał nieodparty wdzięk i wspaniałe, zielone oczy. 

Mówił  łagodnym,  głębokim  głosem,  lekko  przeciągając słowa,  co  świadczyło,  że 

pochodził zza oceanu, być może z Kanady.

Nie pamiętała brzmienia jego głosu z rozmowy kwalifikacyjnej, ale być może 

nie mówił wiele. Miała wrażenie, że to Jack Lawrence nikomu nie dawał dojść do 

słowa.  Była  pewna,  że  gdyby  Ryan  odzywał  się  wówczas  nieco  częściej,  nie 

zapomniałaby jego głosu...

Szkoda,  że  jest  kolegą  z  pracy...  Nie  lubiła  komplikować  spraw zawodowych 

problemami natury osobistej.

Może jednak dla niego mogłaby zrobić wyjątek?

Wpatrzona w jego plecy, szła za nim korytarzem w kierunku odkażalni. W izbie 

przyjęć  zobaczyła  pacjentów,  którzy  siedzieli  na  wózkach  lub  leżeli  częściowo 

rozebrani na kozetkach, oraz krzątające się wśród nich pielęgniarki.

Jedna z pielęgniarek wskazała jej pokój dla personelu. Ginny zostawiła w nim 

torebkę, włożyła fartuch, a potem zawiesiła na szyi słuchawki lekarskie i ponownie 

wyszła na korytarz.

– Proszę. – Ryan wręczył jej plakietkę z napisem: „Dr Virginia Jeffries", którą 

przypięła do klapy fartucha. Obdarzyła go uśmiechem i rozejrzała się wokół.

– Od czego zaczniemy?

– Chodź ze mną – powiedział.

background image

Jego głos brzmiał teraz pewniej; chyba odzyskał już panowanie nad sobą. Wziął 

z leżącej na stole sterty papierów plik kart choroby pacjentów.

– Na początku trzymaj się blisko mnie i patrz, co robię.

Pogodny nastrój wkrótce ją opuścił, a jego miejsce zajęła frustracja. Przez całe 

przedpołudnie czuła się jak studentka, która stoi biernie obok mistrza i obserwuje 

jego poczynania.

Nie  miałaby  nic  przeciwko  temu,  gdyby  mogła  skoncentrować  się  na 

praktycznych  szczegółach.  Powinna  przecież  wiedzieć,  gdzie  przechowuje  się 

wyniki badań rentgenowskich, kto wykonuje unieruchomienia, a kto zakłada gips!

Ona  tymczasem  nie  mogła  oderwać  wzroku  od  jego  dłoni  i  palców,  którymi 

ostrożnie  i  delikatnie badał  obrażenia  pacjentów.  Wpatrywała  się  w  jego  głowę i 

krótko  przystrzyżone  włosy,  rozjaśnione  przez  słońce.  Słuchała  też  jego  głosu, 

którego ciepłe, melodyjne brzmienie działało oszałamiająco na jej zmysły.

Zmarnowała jednak poranek, ponieważ nie wykonała żadnej pracy, nie zbadała 

żadnego pacjenta.

Ginny nie lubiła trwonić czasu, nawet jeśli poświęcała go na podziwianie Ryana 

O’Connora.  Była  więc  zadowolona,  kiedy  polecono  jej,  by  opatrzyła  pacjentowi 

ranę, w której pozostały odłamki szkła, oraz zbadała jakąś starszą panią z typowym 

złamaniem nadgarstka.

Zamierzała właśnie przeciąć lancetem ropień na palcu młodej kobiety, kiedy do 

gabinetu zabiegowego zajrzała pielęgniarka i poinformowała ją, że karetka wiezie 

na sygnale dwie osoby, więc musi asystować Ryanowi, ponieważ drugi konsultant, 

Jack  Lawrence,  zajmuje  się  właśnie  pacjentem  z  niewydolnym  sercem,  a  Patrick 

Haddon, młodszy asystent, opatruje dziecko z poważnymi oparzeniami.

– Podejrzewam, że ich stan jest krytyczny – ciągnęła pielęgniarka. – Ryan przez 

telefon  udziela  sanitariuszowi  z  karetki  wskazówek  dotyczących  jednego  z 

poszkodowanych. Czy może pani przeprowadzić wywiad w sprawie tego drugiego?

Ginny  ledwo  zdążyła  przeprosić  swoją  pacjentkę,  kiedy  rozległa  się  syrena 

zajeżdżającej pod szpital karetki.

Rozpętało się istne piekło. Otworzono drzwi i pospiesznie wepchnięto przez nie 

dwa wózki z rannymi. Ryan natychmiast zajął się dziewczyną. Ginny zdążyła tylko 

dostrzec  mnóstwo  spienionej  krwi  wokół  jej  twarzy,  kiedy  sanitariusz  postawił 

background image

obok niej wózek z drugim pacjentem i streścił jej przebieg wydarzeń.

–  Wypadek  na  motocyklu.  –  Powiedział  to  niepotrzebnie,  ponieważ  chłopak 

miał na sobie skórzany kombinezon. – Stracił przytomność na miejscu wypadku i 

do tej pory jej nie odzyskał. Lewa noga została unieruchomiona. Jest odkształcona 

w  dolnej  partii  uda,  ale  wygląda  to  na  złamanie  zamknięte.  Nie  umiem  nic 

powiedzieć o uszkodzeniu rdzenia kręgowego, ale nie można tego wykluczyć. Dla 

pewności  położyliśmy  go  na  twardych  noszach.  Kask  musieliśmy  zdjąć,  żeby 

zapewnić drożność dróg oddechowych.

Ginny kiwnęła głową.

– W porządku. Dziękuję.

Przyjrzała  się  pacjentowi  i  zmarszczyła  brwi.  Oddychał  z  trudem,  więc 

zaniepokoiła się o jego klatkę piersiową.

– Czy możemy go rozebrać?

– Połóżcie go na ten wózek, którym można podjechać pod aparat rentgenowski 

– polecił Ryan z drugiego końca sali.

Sanitariusze  przenieśli  chłopca  bardzo  ostrożnie,  a  potem  zdjęli  szynę  z  jego 

nogi i rozcięli ubranie, by odsłonić obrażenia.

–  Jeśli  przeżyje, wniesie  skargę,  że  zniszczyliśmy  mu  kombinezon  –  rzekła  z 

uśmiechem pielęgniarka.

–  Miejmy  nadzieję,  że  przeżyje  –  mruknęła  Ginny,  przyglądając  się  uważnie 

każdej części odsłoniętego ciała chłopca.

Tak  jak  powiedział  sanitariusz,  udo  było  odkształcone  tuż  nad  kolanem, 

niepokojąco  wyglądał  też  prawy  nadgarstek.  Ginny  martwiła  jednak  klatka 

piersiowa  rannego.  Lewa  jej  strona  nie  unosiła  się  w  prawidłowym  rytmie 

oddechowym.  Kiedy  delikatnie  ją  nacisnęła,  wyczuła  pod  palcami  lekkie 

trzeszczenie ocierających się o siebie zakończeń kości.

–  Łuk  żebrowy  przesunął  się  w  lewą  stronę.  Przypuszczalnie  ma  uszkodzone 

płuco – poinformowała Ryana.

–  Obserwuj  go  pod  kątem  wstrząsu  pourazowego.  Śledziona  również  mogła 

zostać uszkodzona – odparł Ryan, a potem cicho zaklął, ponieważ jego pacjentka 

dostała  konwulsyjnych  drgawek.  –  Cholera!  Muszę  znowu  sprawdzić  drożność 

dróg oddechowych.

background image

Ginny  wprowadziła  do  klatki  piersiowej  dwa  dreny,  z  których  jeden  miał 

odprowadzać  powietrze,  a  drugi  –  odciągać  krwiak.  Zastosowała  miejscowe 

znieczulenie. Była zadowolona, że robi taki zabieg nie po raz pierwszy.

–  Tętno  sto  dwadzieścia,  słabo  wyczuwalne,  ciśnienie  krwi  siedemdziesiąt  na 

trzydzieści i nadal spada – informowała ją pielęgniarka.

–  Cholera.  Trzeba  podać  mu  płyny  dożylnie.  Czy  można  już  zrobić 

prześwietlenia?

Otworzyły  się  drzwi  i  wszedł  technik  radiolog.  Przystąpił  do  wykonywania 

zdjęć, ale Ginny nie cofnęła się i nadal podłączała kroplówkę do ręki pacjenta.

– Nie powinna pani stać tak blisko. Jest pani młodą kobietą – skarcił ją technik.

–  Proszę  się  o  mnie  nie  martwić  –  odparła,  pobierając  krew  do  próby 

krzyżowej. – Czy możemy dostać zdjęcia jak najszybciej?

– Oczywiście.

Czekając  na  wyniki  próby  krzyżowej  potrzebnej  do  transfuzji  krwi,  szybko 

podała rannemu plazmę. Ciśnienie nieco wzrosło. Wprowadziła kolejną kroplówkę 

do uszkodzonej prawej ręki.

– Nie mogę wykorzystać jego nóg z powodu obrażeń uda i podejrzeń obrażeń 

wewnętrznych – powiedziała do Ryana. – Nie chcę też wkłuć się w szyję, dopóki 

nie  jesteśmy  pewni,  że  nie  ma  urazów  głowy.  Czy  mogę  więc  wykorzystać  jego 

złamaną rękę?

– Nie masz wyboru. W porządku, wyciągnij krew z tchawicy. Dasz sobie radę, 

Mrginio?

– Chyba tak.

– Przetocz mu cztery jednostki krwi, zanim otrzymasz wyniki próby krzyżowej. 

Zaraz powinniśmy je mieć.

Kiedy  wyniki  nadeszły,  odczuła  ulgę.  Choć  pacjent  nadal  miał  słabo 

wyczuwalne i nierówne tętno, udało im się zwiększyć objętość krwi.

–  Mamy  zrobić  badanie  otrzewnej,  żeby  sprawdzić,  czy  nie  ma  krwotoku 

wewnętrznego? – spytała Ryana.

Potrząsnął głową.

– Nie. Postępuj z nim tak, jakby to było oczywiste. Chirurg jest już w drodze. 

Jeśli  nie  zjawi  się  w  ciągu  pięciu  minut  lub  stan  chłopca  się  pogorszy,  to  zrobię 

background image

próbne nakłucie otrzewnej. Lepiej zajmij się jego wzmocnieniem, zanim odeślemy 

go na salę operacyjną. Czy mamy ich dane?

– Tak, policja próbuje skontaktować się z rodziną.

Wszedł  wysoki,  szczupły  mężczyzna,  którego  siwe  włosy  kontrastowały  z 

gęstymi, czarnymi brwiami.

– Jakiś problem z brzuchem? – spytał z lekkim szkockim akcentem.

– Cześć, Ross. To pacjent Virginii. Ona wszystko ci wyjaśni.

Ginny spojrzała na Rossa i uśmiechnęła się przelotnie.

–  Cześć.  Myślę,  że  ma  uszkodzoną  śledzionę.  Zebra  przebiły  dolną  część 

lewego płuca. Możliwy jest również uraz głowy. Ma też złamane lewe udo i coś z 

prawym nadgarstkiem.

Ross pokiwał głową, potem szybko umył ręce, wbił igłę punkcyjną i delikatnie 

nacisnął brzuch pacjenta. Z małego otworu gwałtownie wytrysnęła krew.

– Cholera. Czy mamy prześwietlenia głowy i kręgosłupa?

– Tak.

Obejrzeli pod sztucznym światłem zdjęcia rentgenowskie.

– Uraz głowy jest sprawą drugorzędną w stosunku do krwotoku wewnętrznego 

–  stwierdził  Ross.  –  Śledziona  wygląda  na  powiększoną,  a  jelita  są  nieco 

przesunięte.  Kiedy  uporam  się  ze  śledzioną  i  klatką  piersiową,  wezwę  personel 

ortopedyczny, żeby unieruchomili mu nogę i rękę. Na ile jest stabilny?

– Nie jest źle – odparła Ginny. – Myślę, że jego stan się poprawia, ale ciśnienie 

nadal jest niskie.

Ross kiwnął głową.

– W porządku. Czy możecie go przysłać do mnie, kiedy będzie stabilny? Pójdę 

się umyć. Co z tą drugą pacjentką?

Ryan odchrząknął.

–  Zmiażdżona  żuchwa,  rozerwany  język...  Właśnie  go  zeszyłem,  żeby 

powstrzymać krwawienie. Poza tym jest nieprzytomna i ma urazy podudzia.

Ross mruknął coś niewyraźnie i wyszedł.

W tym momencie zjawili się rodzice pacjenta Ginny. Uprzedziła ich, że ma on 

podłączoną do tchawicy rurkę oddechową i dreny w klatce piersiowej.

Rodzice chłopca byli wstrząśnięci widokiem syna, ale przynajmniej  wiedzieli, 

background image

że  żyje  i  mogli  go  rozpoznać.  Dziewczyna,  która  siedziała  z  tyłu  motocykla, 

wyglądała  znacznie  gorzej.  Miała  rozległe  urazy  twarzy,  które  wymagały 

interwencji  chirurga  plastycznego.  Ryan  uważał,  że  miała  zbyt  duży  kask,  który 

spadł jej z głowy w chwili wypadku, miażdżąc żuchwę.

Rodzice chłopca byli zrozpaczeni stanem dziewczyny i syna.

–  Czy  mogliby  państwo  wypełnić  formularze,  a  potem  porozmawiać  z 

policjantami i powiedzieć im, gdzie można znaleźć rodziców dziewczyny? – spytał 

Ryan.

– Oczywiście.

Drżącymi  rękami  podpisali  zgodę  na  leczenie  chirurgiczne  syna.  Wkrótce 

potem  ciśnienie  chłopca  wzrosło  na  tyle,  że  można  go  było  przewieźć  do  sali 

operacyjnej.

Pacjentka Ryana nadal budziła jego niepokój. Odłamki kostne złamanej żuchwy 

przebiły  się  do  jamy  ustnej  i  poważnie  uszkodziły  język.  Ryan  nie  był  w  stanie 

udrożnić  dróg  oddechowych,  więc  musiał  zrobić  tracheotomię,  ponieważ  ranna 

krwawiła do gardła, a uszkodzony język zatykał tchawicę.

Rodzice  chorej  jeszcze  się  nie  zjawili,  ale  jej  stan  nie  ulegał  dalszemu 

pogorszeniu. Ginny podeszła do Ryana i spytała go, czy nie mogłaby pomóc.

W jego uśmiechu dostrzegła zmęczenie.

–  Nie,  dziękuję.  Możesz  wrócić  do  pacjentki,  którą  porzuciłaś,  a  ja  zostanę 

tutaj, dopóki nie przewiozą tej dziewczyny na oddział intensywnej terapii.

Ginny zupełnie zapomniała o kobiecie, której miała przeciąć ropień.

– Wydaje się, że to było dawno temu – mruknęła.

– Minęło zaledwie pół godziny.

Ryan  nadal  zajmował  się  swoją  pacjentką.  Ginny  patrzyła,  jak  ponownie 

sprawdza źrenice jej oczu.

– Co z urazem głowy?

–  Niedobrze.  Wprawdzie  źrenice  reagują  na  światło,  ale  ona  jest  nadal 

nieprzytomna. Ma wiele złamań w obu nogach i jednej ręce, ale wyjdzie z tego bez 

trudu, jeśli uraz głowy nie okaże się zbyt poważny. O ile mogę wnioskować, pod 

wpływem siły uderzenia dziewczyna owinęła się wokół gałęzi drzewa. Może mieć 

po  prostu  wstrząs  mózgu,  ale  nie  możemy  wykluczyć  czegoś  groźniejszego.  Ma 

background image

również paskudne rany na nodze. Trzeba zrobić jej zastrzyk przeciwtężcowy.

Ginny dostrzegła długą, postrzępioną ranę na udzie pacjentki.

– Czy ją zszyjesz? – spytała.

– Nie. Przecież jest brudna. Opatrzymy ją i przez kilka dni będziemy podawać 

antybiotyki. Wtedy dopiero będzie można ją zszyć. Gdybyś zrobiła to teraz, w ranie 

zostałby cały brud uliczny i mogłaby się wywiązać paskudna infekcja.

Ginny poczuła nagle otwierającą się pod jej stopami otchłań własnej ignorancji.

– Przepraszam – wybąkała.

Ryan podniósł głowę i spojrzał na nią z uśmiechem.

–  Nie  przepraszaj.  Po  to  pracujesz  ze  mną,  żeby  uczyć  się  takich  rzeczy.  A 

propos, świetnie dałaś sobie radę z tym chłopcem.

Ginny,  widząc  w  jego  oczach  wyraz  uznania,  poczuła  się  tak,  jakby  nagle 

słońce wyszło zza chmur. Odzyskała pewność siebie, odwzajemniła jego uśmiech i 

wyprostowała się.

– Dziękuję. Więc co teraz?

– A twoja pacjentka? – przypomniał jej łagodnym tonem.

– Och, prawda! – odparła z uśmiechem.

Ruszyła w kierunku drzwi, ale zatrzymało ją jego chrząknięcie.

– Zanim stąd wyjdziesz, postaraj się usunąć tę krew – poprosił cicho.

Ginny ze zdziwieniem spojrzała na swój fartuch.

– Rozumiem...

Kiedy  czyściła  plamy,  ranną  zabrano  do  sali  operacyjnej.  Ryan  podszedł  do 

stojącej przy umywalce Ginny. Ich spojrzenia spotkały się w lustrze.

– Czy moglibyśmy zająć się teraz tą biedną kobietą? – spytała.

– Pewnie do tej pory poczuła się już lepiej, ale chyba powinniśmy to sprawdzić.

Wyszli, zostawiając cały bałagan za sobą, a pielęgniarki energicznie zabrały się 

do  sprzątania, by  przygotować  salę na  przyjęcie następnych chorych.  Stwierdzili, 

że  pacjentkę  Ginny  opatrzył  już  inny  lekarz,  więc  skierowali  się  do  pokoju  dla 

personelu. Kiedy parzyli kawę, usłyszeli podjeżdżającą na sygnale karetkę.

Ryan spojrzał na Ginny i wymownie zmarszczył brwi.

– Znów mamy zajęcie – mruknął. – Jeśli chcesz, zostań tu i wypij kawę. Ja to 

załatwię.

background image

– Czy przemawia przez ciebie uprzejmość, czy też zwalniasz mnie z pracy?

Uśmiechnął się szeroko.

– Zwolnić cię z pracy? Chyba żartujesz. Coś ci powiem: ty tam idź, a ja zostanę 

tutaj i wypiję kawę.

Ginny zerwała się na równe nogi.

– Coś ci powiem: pójdziemy tam oboje, a potem razem napijemy się kawy!

Ginny  doszła  do  wniosku,  że  jej  pierwszy  dzień  w  pracy  należy  zaliczyć  do 

pomyślnych.  Była  bardzo  wyczerpana,  więc  zrzuciwszy  pantofle,  opadła  na  swe 

wygodne łóżko, zamknęła oczy i dziękowała Bogu, że nie ma nocnego dyżuru.

Próbowała odtworzyć wydarzenia minionego dnia, ale mogła myśleć jedynie o 

Ryanie. O jego głosie, uśmiechu i dotyku jego dłoni. O jego uścisku. Spojrzała na 

swój wydatny biust i zaczęła Przeszył ją tępy ból. Była zmęczona. Musiało tak być, 

skoro  zaczęła  wyobrażać  sobie  swego  nowego  szefa  w  takiej  sytuacji.  Bądź  co-

bądź,  po  ich  początkowym  zderzeniu  Ryan  zachowywał  się  już  rozważnie  i  z 

rezerwą.

Żadnych aluzji, żadnych sugestii... Nie zrobił nic, co mogłoby ją utwierdzić w 

przekonaniu, że jego zainteresowanie nie było tylko wytworem jej wyobraźni.

No i dobrze, pomyślała. Tak czy owak pewnie jest żonaty.

– Czy miło spędziliście dzień?

Evie kiwnęła głową. W jej szeroko otwartych oczach skrzyły się iskierki.

–  Babcia  znów  zabrała  nas  na  plażę.  Kupiła  nam  lody,  jechaliśmy  małym 

pociągiem, a Gus zjadł za dużo prażonej kukurydzy i wymiotował.

Matka Ann uśmiechnęła się przepraszająco.

– Uważam, że nie ma się czym martwić. Dzieci często miewają mdłości, jeśli za 

bardzo  im  się  dogadza.  Nie  powinnam  była  pozwolić  mu  tak  dużo  jeść,  prawda, 

Angus? Gus potrząsnął głową.

–  W  tym,  co  wyrzygałem,  pełno  było  prażonej  kukurydzy  i  jasnozielonego 

koloru od lizaka...

–  W  porządku,  Gus,  oszczędź  nam  szczegółów  –  poprosił  Ryan  znużonym 

głosem.

background image

Ileż  to  razy  powtarzał  teściowej,  żeby  nadmiernie  nie  rozpieszczała  dzieci. 

Zawsze  za  długo  przebywają  na  słońcu,  zbyt  dużo  jedzą  i  w  ogóle  wszystkiego 

mają w nadmiarze. Wsadził pospiesznie syna i  córkę do  samochodu,  przypiął ich 

pasami i zawiózł do domu.

Dzieci  były  zmęczone,  ale  szczęśliwe.  Ryan doszedł  do  wniosku, że  jest zbyt 

surowy.  No  i  co  z  tego,  że  babcia  je  trochę  rozpieszcza?  Przecież  są  jeszcze 

dziećmi. Niewiele miały w życiu radości.

Kiedy poszły wreszcie spać, wziął prysznic, a potem przebrał się w stare dżinsy 

i  bawełnianą  koszulkę,  zamierzając  popracować  trochę  w  ogrodzie.  Wieczór  był 

jednak  taki  piękny,  że  po  samotnej  kolacji  usiadł  z  piwem  w  jednej  ręce  i 

miejscową gazetą w drugiej, by nacieszyć się ostatnimi promieniami zachodzącego 

słońca.  I...  pomyśleć  o  Virginii.  Zapomniał  już,  jakie  uczucia  budzi  dotyk  ładnej 

kobiety.

Na  to  wspomnienie  serce  zaczęło  mu  bić  mocniej.  Zamknął  oczy,  usiadł 

wygodniej na leżaku i westchnął. Przecież mam prawo pragnąć kobiety, pomyślał. 

Przecież to zupełnie normalne. Przecież Ann już nie żyje.

Czuł wyraźne podniecenie. Tego dnia obudził się z letargu, w jakim tkwił przez 

ostatnie dwa lata. Był pełen życia i gotów na romans.

Przyrzekł  sobie,  że  będzie  to  tylko  seks  bez  zobowiązań.  Żadnych  trwałych 

związków.  Jest  potrzebny  dzieciom,  a  opieka  nad  nimi  nie  pozostawia  mu  wiele 

czasu,  który  mógłby  poświęcić  komu  innemu.  Ale  romans  z  Virginią...  Na  to 

mógłby się zdecydować. Ona zrozumie reguły gry.

Stłumił  głos  sumienia,  który  przypomniał  mu,  że  Virginia  jest  koleżanką  z 

pracy. Doszedł do wniosku, że mogliby razem pracować i razem się bawić.

To byłoby wspaniałe.

Poczuł przyspieszone bicie serca.

Pożądanie.

Nie pamiętał już tego uczucia.

Upłynęło przecież tyle czasu.

–  Trochę  z  nią  poflirtuję,  zaproszę  ją  na  kolację,  do  kina  lub  do  teatru,  i 

przekonam się, czy ma ochotę na przygodę.

Zaczął się zastanawiać, jak zareaguje matka Ann, kiedy poprosi ją, żeby została 

background image

w domu z dziećmi, bo on chce spędzić czas z kobietą.

Doszedł do wniosku, że może powinien raczej poprosić o to sąsiadkę!

background image

Rozdział 2

Może  się  myli?  Może  Ryan  jest  nią  zainteresowany,  a  może  po  prostu  źle 

zrozumiała jego zachowanie?

Nie,  to  niemożliwe.  Przy  każdej  okazji  próbował  ściągnąć  na  siebie  jej 

spojrzenie, a z jego oczu biła jakaś niezwykła ekspresja. Nie miała pewności, czy 

celowo nadawał im taki wyraz, czy też było to niezamierzone, lecz bez wątpienia 

okazywał jej zainteresowanie.

Nadal  nic  o  nim  nie  wiedziała,  ale  na  podstawie  tego,  co  zaobserwowała  w 

pracy,  mogłaby  się  założyć,  że  nie  należy  do  mężczyzn,  którzy  oszukują  żony. 

Oczywiście, najprościej było go o to zapytać, ale tego z oczywistych powodów nie 

chciała robić.

W  końcu  dowiedziała  się  prawdy  od  Patricka  Haddona.  Któregoś  dnia,  kiedy 

wywieziono  wózek  z pacjentem na  oddział,  Patrick  ściągnął  rękawice, wrzucił  je 

do kosza i uśmiechnął się do niej.

–  Brawo.  Rozumiem,  dlaczego  Ryan  ma  o  tobie  tak  pochlebne  zdanie, 

oczywiście poza wyraźną do ciebie sympatią.

Mrugnął  do  niej,  a  Ginny  lekko  się  zaczerwieniła.  Zignorowała  komplement 

dotyczący jej pracy, ale zainteresowała ją druga część jego wypowiedzi.

– Co masz na myśli? – spytała.

Patrick roześmiał się.

– Nie mów, że nie zauważyłaś, w jaki sposób Ryan na ciebie patrzy.

Wzruszyła ramionami, udając obojętność.

– Czy to aż tak bardzo rzuca się w oczy?

–  Owszem.  Dostrzegam  w  nim  zmianę.  Zaczął  zwracać  uwagę  na  płeć 

współpracowników.  Nikt  tego  bynajmniej  nie  krytykuje,  Ginny;  wszyscy  mamy 

słabość  do  ładnych  kobiet.  Tak  czy  owak,  przyjemnie  jest  widzieć,  że  Ryan  się 

kimś zainteresował. Dwa lata to długo.

– Dwa lata? – spytała, usiłując nie okazywać ciekawości.

– Od śmierci żony. Nie sądzę, żeby od tej pory kogoś miał.

Jego słowa nią wstrząsnęły. Poczuła przypływ współczucia.

background image

Jak umarła żona Ryana? Czy była to śmierć powolna, czy nagła? Czy wiedział, 

że to nastąpi? Czy bardzo cierpiał?

Tyle  pytań  bez  odpowiedzi...  Postanowiła  zadać  Patrickowi  tylko  jedno,  na 

które  z  pewnością  mógł  jej  odpowiedzieć,  ale  nawet  ono  z  trudem  przeszło  jej 

przez gardło:

– Czy mieli dzieci?

– Tak, dwoje. Dziewczynkę i chłopca.

Przeszył ją przelotny ból. Nie była pewna, co jest gorsze: mieć dzieci i umrzeć,

czy też żyć i ich nie posiadać.

Jej  życie  mimo  wszystko  jest  pełne.  Ma  odpowiedzialną,  interesującą  i 

pobudzającą pracę. Jej życie prywatne ma właśnie rozkwitnąć, o ile może wierzyć 

oczom Ryana... Wszystko wygląda jak różany ogród.

No cóż, prawie wszystko. W jej duszy istniał mały zakamarek, w którym nic nie 

kiełkowało. I nigdy nie zakiełkuje...

Tak, przyjemnie jest żyć.

Znacznie przyjemniej niż umrzeć.

Albo  owdowieć.  Biedny  Ryan.  Ciekawa  była,  co  i  kiedy  jej  o  tym  powie. 

Zapewne niewiele, skoro nie zrobił tego do tej pory. Instynktownie czuła, że jego 

życie osobiste i zawodowe toczą się zupełnie oddzielnymi torami. Zastanawiała się, 

gdzie umieściłby ją, gdyby została jego kochanką.

A może istnieje trzeci tor, zarezerwowany na specjalne okazje? Ani pierwszy, 

ani drugi? Kategoria trzecia – seks.

–  Nie  mów  hop,  póki  nie  przeskoczysz,  Patrick.  Jestem  pewna,  że  gdyby 

rzeczywiście się mną interesował, zrobiłby już w tej sprawie jakiś ruch.

Ryan  tymczasem nie  robił  żadnego ruchu,  jednakże  pod  pretekstem  szkolenia 

swej asystentki przez cały czas był obok niej. W piątek skończyła  pracę o piątej. 

Kiedy wychodziła z pokoju dla personelu, zderzyła się z nim w drzwiach.

Tym  razem  nie  wypuścił  jej  z  objęć.  Kiedy  spojrzał  na  nią  rozjaśnionym 

wzrokiem, poczuła gwałtowne bicie serca.

Nie  spuściła  oczu, widząc  jego  ciepłe spojrzenie. Kiedy popatrzył na  jej  usta, 

odniosła wrażenie, że chce ją pocałować. Większość mężczyzn tak by postąpiła, ale 

on  najwyraźniej potrafił panować nad  odruchami.  Dużo  by dała,  by  tak  nie  było, 

background image

ale  najprawdopodobniej  jego  powściągliwość  wynikała  również  z  faktu,  że  po 

korytarzu kręciło się wiele osób, które z ciekawością na nich spoglądały.

– Czy czegoś ode mnie chcesz? – spytała cicho, czując, że drgnął pod wpływem 

dotyku jej dłoni.

Ponownie  na  nią  spojrzał,  a  dziwny wyraz  jego  oczu  sprawił,  że  zabrakło  jej 

powietrza.

–  Cóż,  owszem  –  wyjąkał.  –  Zastanawiam  się,  czy  jutro  wieczorem  jesteś 

zajęta.

– A co chcesz mi zaproponować? – spytała z uśmiechem.

Mogłaby przysiąc, że lekko się zaczerwienił.

– Hm... Kolację? Może kino? Grają nowy film, który chciałbym zobaczyć, ale 

się nie upieram.

– Wspaniale. O której?

Przez chwilę wydawał się speszony.

– O której? No tak, o siódmej? Przyjadę po ciebie. Gdzie mieszkasz?

– Tutaj, w szpitalu. Przydzielono mi jeden z tych ciasnych, obskurnych pokoi, 

ale nie ma to większego znaczenia, bo i tak wpadam tam tylko od czasu do czasu. 

Spotkajmy się przy głównym wejściu.

– Wspaniale. Zatem jutro o siódmej.

Zdając sobie w końcu sprawę, że stoi zbyt blisko niej, postąpił krok do tyłu, a 

potem uśmiechnął się i pożegnał. Idąc korytarzem, cicho pogwizdywał, jakby był z 

siebie bardzo zadowolony.

Wróciła  do  swego  małego  pokoju  i  otworzyła  okno,  by  wpuścić  do  środka 

trochę świeżego powietrza. Potem zaczęła przeglądać ubogą zawartość szafy. Nie 

znalazła w niej niczego odpowiedniego, musiała więc wybrać się po zakupy.

Pomyślał,  że  postradał  zmysły.  Najpierw  rzucił  się  na  Ginny  jak  spragniony 

seksu wyrostek, a potem nie wypuścił jej z objęć. Zapach kobiety uruchomił w jego 

pamięci okruchy wspomnień. Jakby tego było jeszcze za mało, zrobił coś, od czego 

starał się przez cały tydzień powstrzymać: zaproponował jej spędzenie wspólnego 

wieczoru.

W  przypływie  rozdrażnienia  gwałtownym  ruchem  zdjął  krawat.  Jest  zbyt 

background image

gorąco, by go wkładać. Jest zbyt gorąco, by cokolwiek na siebie wkładać. A już na 

pewno jest zbyt gorąco na to, czego tak bardzo pragnął.

Zrzucił  z  siebie  resztę  odzieży,  wziął  głęboki  oddech  i  wszedł  pod  prysznic. 

Pomyślał ze złością, że zimna woda ostudzi jego podniecenie. Przecież nie rzuci się 

na Ginny już przy pierwszym spotkaniu. Wykluczone! Ani przy drugim.

Być może nawet nie przy trzecim.

No  cóż,  niech  będzie  przy  trzecim.  Cholera.  Mimo  zimnej  wody  ponownie 

poczuł ogarniające go podniecenie.

Odciągnął  gwałtownym  szarpnięciem  zasłonę  prysznica,  zaklął  i  sięgnął  po 

ręcznik. W tym momencie do łazienki weszła Evie.

– Myślałem, że leżysz już w łóżku, kochanie.

– Leżałam, ale zrobiło mi się za gorąco. Tatusiu, powiedziałeś brzydkie słowo.

Ryan przymknął oczy.

– Wiem. Przepraszam, skarbie. Mnie też jest za gorąco. – No cóż, przynajmniej 

to  nie  jest  kłamstwem.  Przykucnął  i  ujął  jej  ręce  w  dłonie.  –  Chcesz,  żebym 

poczytał ci bajkę?

Kiwnęła potakująco głową.

– Gus już zasnął.

– Tak myślałem. Zmęczył się na spacerze. Co będziemy czytać?

– „Czarną Piękność" – odparła bez chwili wahania.

– Zgoda, niech będzie „Czarna Piękność".

Usadowili  się  na  łóżku  Evie  i  Ryan  sięgnął  po  książkę.  W  dziesięć  minut 

później, kiedy Evie zaczęły opadać powieki, rozległ się dzwonek do drzwi.

– To wasza opiekunka. Obejrzyj sobie teraz obrazki, a ja poproszę ją, żeby ci 

jeszcze trochę poczytała.

–  Dlaczego  nie  mogła  przyjść  babcia?  –  spytała  Evie,  kiedy  Ryan,  nadal 

owinięty ręcznikiem, ruszył w kierunku drzwi.

– Pomyślałem, że damy jej wolny wieczór.

– Czy wychodzisz z jakaś panią?

Co, u diabła, ma jej odpowiedzieć?

–  No,  w pewnym sensie.  Pracujemy  razem,  i  chcemy właśnie  porozmawiać o 

naszej pracy.

background image

Zbiegł  na  dół,  spodziewając  się,  że  grom  z  jasnego  nieba  powali  go  za 

okłamanie sześcioletniego dziecka.

Siedemnastoletnia córka sąsiadów spojrzała z ciekawością na jego nagi tors.

– Czy przyszłam za wcześnie, czy też pan jest już spóźniony? – spytała.

Ryan lekko się zaczerwienił.

–  To  ja  jestem  spóźniony.  Czytałem  Evie.  Wejdź,  Suzannah.  Czy  mogłabyś

dokończyć rozdział, a ja tymczasem coś na siebie włożę? Dziękuję.

Zaprowadził ją do sypialni córki, a potem wpadł do swego pokoju i zaczął się 

pospiesznie  ubierać.  Nie  miał  już  czasu  na  dokonywanie  wyboru  odzieży. 

Ciemnoszare  spodnie,  jasna  koszula,  do  kieszeni  na  wszelki  wypadek  schował 

krawat.  Aha, portfel. Uczesał się, ale niewiele  to dało.  Zamszowe  buty. Jest  zbyt 

gorąco, by wkładać cokolwiek innego.

Pocałował Evie, zajrzał do Gusa, a potem powiedział Suzannah, że wróci około 

jedenastej, podał jej numer telefonu komórkowego i wybiegł z domu.

Ryan się spóźniał. Ginny zerknęła na zegarek, raz jeszcze spojrzała na podjazd, 

a potem usiadła na niskim murku przy głównym wejściu.

Na  szczęście  miała  na  sobie  kolorową  spódnicę,  na  której  trudno  byłoby 

dostrzec  ślady  zabrudzenia.  Po  całym  dniu  spędzonym  na  robieniu  zakupów  w 

okropnym upale nie miała najmniejszej ochoty czekać stojąc.

Dobrze  się  czuła  w  tym  kobiecym  stroju.  Pod  cieniutką  bluzką,  której  poły 

przewiązała  wokół  talii,  miała  dobraną  do  spódnicy  koszulkę.  Podkreślała  ona 

nieco  przesadnie  jej  biust,  ale  co  z  tego?  W  końcu  właśnie  piersi  są  jej 

największym  atutem,  więc  mogła  go  wykorzystać.  Chyba  jej  strój  okaże  się 

odpowiedni  na  ten  wieczór.  Miała  nadzieję,  że  w  planie  Ryana  mieści  się  jakiś 

posiłek, ponieważ od przygotowanego naprędce śniadania nic nie jadła.

Dostrzegła  wreszcie  ciemnoniebieskie  kombi,  które  po  chwili  zatrzymało  się 

przy niej z piskiem opon. Ryan wyskoczył na podjazd.

– Przepraszam za spóźnienie, domowe kłopoty. Wszystko w porządku?

Kiwnęła głową i wstała. Reakcja Ryana była warta pieniędzy, które wydała na 

swój  strój.  Wbił  szeroko  otwarte  oczy  w  jej  biust,  a  potem  z  wyraźnym  trudem 

przeniósł wzrok na jej twarz.

background image

–  Wyglądasz...  bardzo...  hm...  –  wyjąkał.  Zamknął  oczy  i  zaśmiał  się.  –

Przepraszam.  Ten  biały  fartuch  sporo  zasłania.  Wyglądasz  zachwycająco.  Jestem 

naprawdę oszołomiony.

– Ty też nieźle wyglądasz.

Uśmiechnął się szeroko, odzyskując równowagę. Otworzył przed nią drzwiczki 

samochodu, wsunął do  środka zwisający kawałek jej spódnicy, a  potem usiadł  za 

kierownicą.

– No dobrze, co chciałabyś robić? Kino czy może najpierw kolacja?

Ginny przybrała niewinny wyraz twarzy.

– Może kolacja? Umieram z głodu.

– Ja też. Uroczysta czy kameralna?

– Kameralna.

– Wewnątrz czy na powietrzu?

Roześmiała się.

– Wolałabym na powietrzu.

– Załatwione. Niedaleko jest pub, w którym podają doskonałe jedzenie i mają 

położony  nad  rzeką  ogród  pełen  wierzb.  Jest  tam  naprawdę  ładnie,  a  w  dodatku 

chłodno.

– Więc prowadź – powiedziała z uśmiechem, opierając się wygodnie.

Spodobał mu się jej strój. W porządku. A teraz zabierają na kolację. Życie jest 

wspaniałe.

W  ogródku  wszystkie  stoliki  były  zajęte,  ale  kiedy  wyszli  na  zewnątrz  z 

drinkami, jakaś para zwalniała właśnie ustronne miejsce pod drzewem.

Ginny, zadowolona, że na spódnicy nie będzie widać śladów trawy, usiadła na 

ziemi, objęła rękami podkurczone nogi i oparła podbródek na kolanach. Zwisające 

wokół  gałęzie  wierzby  szumiały  cicho  w  lekkich  podmuchach  wiatru.  Choć 

otaczali ich inni goście, czuli się, jakby byli zupełnie sami.

Siedzieli  nad  brzegiem  rzeki,  po  której  leniwie  płynęły  kaczki,  czekając 

wytrwale  na  kawałek  chleba  lub  frytkę.  Ginny  obserwowała  je  przez  chwilę,  a 

potem ze śmiechem odwróciła się do Ryana i zauważyła, że patrzy na nią z jakimś 

dziwnym napięciem.

Myślała, że Ryan zaczerwieni się lub odwróci głowę, on tymczasem szepnął:

background image

–  Jesteś  piękna,  Virginio.  –  Poczuła,  że  się  czerwieni.  –  Piękna,  kobieca  i 

bardzo,  bardzo  pociągająca.  Dziś  wieczorem  dałem  sobie  słowo...  –  Urwał,  po 

czym dodał nienaturalnym głosem: – Przyrzekłem sobie, że nie rzucę się na ciebie. 

Przynajmniej nie przy pierwszym spotkaniu. Ani przy drugim.

– Kiedy będzie trzecie? – spytała bezwstydnie.

Była zgorszona własnym zachowaniem, ale nie mogła powstrzymać tych słów.

– No wiesz?! Nie powinnaś  mówić takich rzeczy! – wykrztusił, dusząc się  ze 

śmiechu.

Ginny  również  się  roześmiała.  Ryan  przysunął  się  do  niej  bliżej  i  musnął 

delikatnie dłonią jej policzek. Potem powiódł ręką po jej szyi i w końcu zatrzymał 

ją na biuście. Po chwili jego wargi zaczęły zbliżać się powoli do jej ust.

Ten pierwszy dotyk jego warg był lekki i delikatny; potem pocałował ją gorąco 

i  świat  wokół  nich  zniknął  we  mgle  ogarniającego  ich  uczucia.  Marzyła,  żeby 

trwało to w nieskończoność, ale miłe rzeczy zawsze zbyt szybko mają swój kres.

– Numer trzydzieści siedem? – zawołała kelnerka.

–  Cholera  –  mruknął  –  nasza  kolacja.  Virginio,  czy  będziesz  tak  dobra?  Nie 

mogę wyjść w tym stanie.

Wydawał się zażenowany, ale było to zupełnie niepotrzebne, ponieważ Ginny 

odczuwała  nie  mniejsze  podniecenie.  Wstała,  schylona  przeszła  pod  gałęziami 

wierzby i odebrała od kelnerki ich dania.

Gdy  wróciła,  Ryan  siedział  z  podkurczoną  nogą,  opierając  rękę  na  kolanie. 

Wydawał  się  zakłopotany  pocałunkiem,  który  Ginny  uznała  za  najpiękniejsze 

doświadczenie swego życia. Usiadła, podała mu kolację i spojrzała w jego smutne 

oczy.

– Nie trzeba, Ryan – powiedziała łagodnie. – To był wspaniały pocałunek. Nie 

wolno ci go żałować.

– Trochę przesadziłem.

– Nie. Po prostu mnie uprzedziłeś.

Spojrzał na nią z zaskoczeniem.

– Wierzę, że mówisz prawdę.

–  Och,  oczywiście  –  przyznała  z  ustami  pełnymi  krewetek  w  majonezie.  –

Zaczęłam już myśleć, że nigdy się na to nie odważysz bez drobnej pomocy z mojej 

background image

strony.

Zakrztusił się sałatką, więc Ginny uderzyła go w plecy.

– Dobrze się czujesz?

– Wspaniale – odparł – tylko nie mów takich rzeczy.

– Jakich? Że również cię pragnę?

Ryan wypuścił z ręki widelec i odsunął talerz.

– Virginio, igrasz z ogniem.

– Taką właśnie mam nadzieję.

Przyjrzał jej się uważnie.

–  Jestem  wdowcem.  Mam  dwoje  dzieci,  które  pochłaniają  cały  mój  czas  i 

energię. To byłby tylko romans.

– W porządku. Ja przecież również tylko tego chcę. Dokąd pojedziemy?

– Teraz? – spytał zduszonym głosem.

– Dlaczego nie?

Patrzył na nią przez dłuższą chwilę, a potem wstał i podniósł ją z ziemi.

–  Moi  przyjaciele  wyjechali  i  zostawili  mi  klucze  od  swojego  domku,  tak  na 

wszelki wypadek. Sądzę, że mamy właśnie wszelki wypadek.

Ginny  roześmiała  się  i  wyszła  za  nim  z  osłoniętej  gałęziami  kryjówki. 

Wydawało się, że dzieli ich od samochodu wiele kilometrów, a jeszcze więcej od 

położonego wysoko na zboczu kotliny wiejskiego domku.

Bez  słowa  weszli  do  środka  i  udali  się  na  górę  do  jedynego  umeblowanego 

pokoju. Tam Ryan odwrócił się i spojrzał na nią z powagą.

– Jesteś pewna?

– Tak. Jestem pewna.

Dotykał  jej  ciała  delikatnie,  niemal  z  szacunkiem.  Rozwiązał  jej  bluzkę  i 

spojrzał na biust rysujący się pod ciasną koszulką.

– Jesteś bardzo kobieca – wyszeptał.

Wsunął dłonie pod koszulkę i dotknął jej nagich piersi, a potem zbliżył do nich

usta. Krzyknęła cicho i  przylgnęła do  niego całym ciałem. Przyciągnął  ją jeszcze 

bliżej i ukrył twarz w zagłębieniu jej szyi.

–  Za  pierwszym  razem to  z  pewnością  będzie  katastrofa, Virginio. Od  dawna 

nie miałem do czynienia z kobietą, ale obiecuję, że wynagrodzę ci to przy następnej 

background image

okazji.

Położył ją na łóżku, uniósł jej spódnicę i zsunął z niej mikroskopijny skrawek 

koronki.  Z  napiętą  pod  wpływem  pożądania  twarzą  ukląkł  między  jej  udami  i 

drżącymi rękami rozpiął spodnie.

– Pomóż mi – szepnął. – Virginio...

Objęła go za szyję i wygięła się w łuk, a potem połączyli się w jedno. Ginny nie 

zdążyła osiągnąć rozkoszy, ale to nie miało znaczenia. Ryan jej potrzebował, a ona 

chciała  czuć  się  potrzebna.  W  porządku,  przecież  to  jest  tylko  przelotny  akt 

fizyczny, a ona wzięła tyle, ile mogła dostać.

Po  jej  twarzy  spływały  łzy,  ale  nie  przejmowała  się  nimi.  Rozkoszowała  się 

zapachem jego ciała, które z taką przyjemnością trzymała w ramionach. Po chwili 

Ryan  poderwał  się,  ubrał  szybko,  a  potem  zbiegł  na  dół  i  wypadł  na  świeże 

powietrze.

Nie  zatrzymywała  go.  Wiedziała,  że  będzie  jeszcze  dość  czasu,  by  z  nim 

porozmawiać. Machinalnie otarła łzy i ubrała się. Uprzytomniła sobie, że Ryan nie 

użył prezerwatywy. Pewnie nawet nie przyszło mu to do głowy. Ale to nie miało 

znaczenia. Przecież i tak nie mogła zajść w ciążę...

Doprowadziwszy do porządku łóżko, zeszła na dół. Ryan stał na małym tarasie, 

wpatrując się nie widzącymi oczami w dolinę. Nie chcąc mu w tym przeszkadzać, 

poszła do  kuchni zaparzyć kawę.  Potem wyszła na  taras i bez słowa  wsunęła mu 

kubek w rękę. Odwrócił się gwałtownie i spojrzał na nią.

– Virginio, przepraszam. Zachowałem się jak zwierzę.

– Nie. Zachowałeś się jak mężczyzna. Czy chcesz o tym porozmawiać?

Ponownie spojrzał na dolinę, a potem zaczął mówić:

–  Ann  umarła  prawie  dwa  i  pół  roku  temu.  Od  tej  pory  nie  miałem  nikogo. 

Teraz po raz pierwszy...

– I czujesz się winny?

– Czuję się winny, bo nie czułem się winny, przynajmniej nie wobec Ann. Ani 

przez  chwilę  o  niej  nie  pomyślałem.  Ona  zasługiwała  na  więcej,  Virginio... 

Podobnie jak ty. – Westchnął i spojrzał na niebo. – Zachowałem się haniebnie.

– Ależ nie...

– Wykorzystałem cię.

background image

Poczuła skurcz serca i szybko zamknęła oczy, by powstrzymać napływające do 

nich łzy.

– Miałeś powód, ale nie rób tego więcej. Dobrze?

Delikatnie odwrócił ją i objął. Widząc jej łzy, cicho westchnął.

– Wybacz mi. Nie chciałem cię zranić.

– Wybaczam ci. Ryan?

– Tak?

– Pokochaj mnie.

Nastąpiła  długa  chwila  ciszy.  Ginny  była  pewna,  że  Ryan  odwróci  się  i 

odejdzie... ale nie zrobił tego. Powoli i delikatnie pocałował ją w usta.

Tym razem kochali  się pod  gołym niebem. Ich głosy zlewały się z odgłosami 

zwierząt  i  szumem  lasu,  a  potem  zanikały  w  szeptach  wieczornego  wiatru.  W 

końcu Ryan uniósł głowę i odgarnął wilgotne włosy z jej czoła.

– Teraz lepiej? – spytał szeptem.

Uśmiechnęła się, ale łzy znów napłynęły jej do oczu.

– Wspaniale – skłamała.

Pod względem fizycznym istotnie było jej wspaniale, ale dobrze wiedziała, że 

pod  względem emocjonalnym  stoi  na  straconej  pozycji.  Popełniła  niewybaczalny 

błąd, zakochując się w nim, i czuła, że nic już nigdy nie będzie wyglądać tak samo 

jak przedtem.

background image

Rozdział 3

Targały nim sprzeczne uczucia. Żal, wyrzuty sumienia, podniecenie i radość na 

myśl o następnym spotkaniu... Lecz przede wszystkim było mu przykro.

Spowodowały  to  łzy  Ginny.  Przypomniał  sobie  jej  łagodne,  szare  oczy,  w 

których dostrzegł rozczarowanie... i stwierdzenie, że nie zachował się jak zwierzę, 

lecz jak mężczyzna.

Czy tego właśnie oczekiwała od kochanka? Rozczarowania? Pośpiechu? Braku 

delikatności, namysłu, rozwagi?

Przecież powinna  mieć męża i  dzieci,  pomyślał. Dlaczego  jest  tak spragniona 

uczucia,  że  oddała  mu  się  bez  wahania,  nie  zważając  na  własne  doznania?  Och, 

Virginio!  Pozornie jesteś  twarda  i  opanowana, a  w  głębi  duszy chyba wrażliwa  i 

bezbronna... Dlaczego musiałem wybrać właśnie ciebie?

Tak czy owak, za drugim razem było  lepiej. Bardzo się o to starał. Tak łatwo 

było  sprawić  jej  przyjemność.  Mógłby  to  osiągnąć  za  pierwszym  razem,  gdyby 

zachował trochę więcej opanowania.

Leżał samotnie w łóżku, patrząc w sufit i zastanawiając się, co pomyślałaby o 

jego  zachowaniu  Ann.  Ich  noce  nigdy  nie  były  tak  gwałtowne.  Czy  Ann 

zrozumiałaby nienasycone pożądanie, jakie odczuwał w stosunku do Virginii?

Chyba nie. Ona była delikatna, łagodna i otwarta. Zgorszyłoby  ją zachowanie 

jego i Virginii. Szczególnie Virginii.

On  też  był  nieco  zgorszony.  Nie  rozumiał  do  końca  postępowania  Virginii. 

Podejrzewał,  że  pod  jej  pozorną  odwagą  i  zuchwałością  kryje  się  jakaś  głęboka 

rana... zbyt bolesna, żeby o niej rozmawiać, rozdrapywać ją i wyciągać na światło 

dzienne jej przyczyny.

Być może któregoś dnia odważy się mu o tym opowiedzieć? Na razie niech to 

będzie romans bez żadnych zobowiązań. Przewrócił się na bok, poprawił poduszkę 

i zamknął oczy. Postanowił, że pomyśli o tym wszystkim w poniedziałek.

Nie  wiedziała,  jak  ma  się  zachować  wobec  Ryana.  Była  pewna,  że  uczucia, 

jakie  do  niego  żywi,  są  wyraźnie  wypisane  na  jej  twarzy,  a  nie  miała  zamiaru 

background image

ujawniać przed nim własnej głupoty. Ostatecznie nie jest to jego wina, że się w nim 

zakochała.

Oczywiście ma wybór. Może zakończyć romans, zanim zostanie zraniona, albo 

pozwolić mu toczyć się własnym torem. Ma spędzić tu rok, a Ryan wyraźnie dał jej 

do  zrozumienia,  że nie chce wiązać się z nią uczuciowo. Zatem wybór należy do 

niej.

Jak więc powinna postąpić? Czy z bólem serca zerwać z nim teraz, czy cieszyć 

się nim i przeżyć przykre rozstanie później?

Włożyła praktyczną, lecz kobiecą suknię z małym dekoltem, zapinaną z przodu 

na guziki. Ma spędzić dzień, udając, że nie zauważa spojrzeń pacjentów w wieku 

od piętnastu do osiemdziesięciu pięciu lat.

I Ryana.

Znalazł ją podczas przerwy i zaprosił do swego gabinetu. Bez żadnych wstępów 

wziął ją w ramiona i obsypał pocałunkami. Potem zapiął guziki jej fartucha.

– Jest za gorąco – zaprotestowała.

– Dlatego właśnie je zapiąłem.

Roześmiała się, a on ujął delikatnie jej podbródek i ponownie ją pocałował.

– Pragnę cię – wyszeptał.

– Hm... W porze lunchu?

Spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami.

– Gdzie?

– W moim pokoju?

Jej propozycja wyraźnie go kusiła.

– Nie będzie czasu – powiedział z żalem.

– Wieczorem?

Potrząsnął głową, a ona odczuła przykre rozczarowanie.

–  Muszę  odebrać  dzieci  od  opiekunki  i  zająć  się  nimi.  Nie  martw  się,  jakoś 

znajdziemy czas. Niebawem.

Zadzwonił telefon, więc podniósł słuchawkę, ale nie oderwał oczu od Ginny.

–  O’Connor.  Tak.  Jestem  na  oddziale.  Już  idę.  –  Odłożył  słuchawkę.  –

Obowiązki wzywają. Nie rozpinaj fartucha.

Uśmiechnęła się i  wyszła za nim na  korytarz.  Przez jakiś czas była posłuszna 

background image

jego poleceniu, ale potem zrobiło się zbyt gorąco, więc zdjęła fartuch.

Później  Ryan  zajrzał  do  pokoju,  w  którym  badała  pacjentkę,  i  spojrzał 

wymownie na jej dekolt. Nie przerywając  swych zajęć, uśmiechnęła się do niego 

wyzywająco, a potem ponownie skupiła uwagę na pacjentce.

– Pani Robson, więc w jaki sposób pani się skaleczyła?

Miał  rację.  W  porze  lunchu  byli  tak  zajęci,  że  nie  mogli  nawet  marzyć  o 

wyrwaniu się do jej pokoju.

Panowała  naprawdę  gorączkowa  atmosfera.  Przywieziono  kobietę,  która, 

upadając,  oparła  się  na  wyciągniętej  ręce  i  złamała  ją.  Bardzo  cierpiała  i  była  w 

szoku.

Zbadawszy  ją,  Ginny  stwierdziła,  że  tętno  w  nadgarstku  jest  ledwo 

wyczuwalne,  a  okolice  kciuka  zdrętwiałe.  Ponieważ  objawy  te  wskazywały  na 

uszkodzenie nerwu i krążenia w ręku, potrzebna była interwencja chirurga. Ginny 

kazała  zrobić  prześwietlenie,  a  kiedy  miała  przed  sobą  zdjęcia,  dostrzegła 

wewnętrzne  uszkodzenia.  Pod  wpływem  upadku  kość  ramienna  złamała  się 

spiralnie. Ostre zakończenie dolnej części uszkodziło nerw i naczynia krwionośne. 

Kobietę należało jak najszybciej operować, by przywrócić odpowiednie krążenie i 

zapobiec powikłaniom wynikającym z ostrego niedokrwienia.

Ginny  wezwała  dyżurnego  ortopedę  i  w  kilka  minut  później  na  korytarzu 

pojawił się przystojny, młody mężczyzna.

– Kto mnie potrzebuje? – spytał z uśmiechem.

– Jesteś żonaty, Zach, więc zachowuj się przyzwoicie – skarciły go pielęgniarki.

Siostra  przełożona  skierowała  go  do  Ginny,  która  pokazała  mu  zdjęcia 

rentgenowskie.

– Ojej! Paskudne złamanie. Czy to pani ramię? – spytał pacjentkę, pochylając 

się w jej stronę.

– Tak. Strasznie boli.

–  Wiem,  ale  proszę  się  nie  martwić.  Szybko  się  z  tym  uporamy.  Kiedy  jadła 

pani po raz ostatni?

– Rano, śniadanie. Jestem na diecie, więc nie jadam lunchu.

– A kiedy ostatnio pani coś piła?

background image

–  Około  jedenastej.  Kiedy  wracałam  do  domu  z  zakupów,  wypadłam  z 

autobusu.

–  Więc  tak  to  się  stało?  –  Delikatnie  badał  jej  rękę,  na  której  widoczne  były 

ślady  skaleczeń i  stłuczeń.  – To  był  paskudny  upadek.  Zabierzemy  parną  na  salę 

operacyjną i  doprowadzimy do  porządku. Czy  jest  pani  na  coś uczulona  albo źle 

znosi znieczulenie?

Kobieta potrząsnęła głową.

–  Dobrze.  Zajmiemy  się  nią,  kiedy  sala  operacyjna  będzie  wolna.  Za  jakieś 

dziesięć minut.

Ginny kiwnęła głową.

– Czy mamy zawieźć ją teraz do anestezjologa?

– Tak. Najpierw ją znieczulimy. Czy mogę zadzwonić na salę operacyjną?

– Oczywiście.

Kiedy zniknął w biurze, Ginny wypełniła formularz, a potem powiesiła historię 

choroby na wózku z pacjentką. Później poszła poszukać Zacha, chcąc dowiedzieć 

się, jaka jest sytuacja. Dostrzegła go w drzwiach gabinetu Ryana.

–  Więc  w  czasie  weekendu  nic  się  nie  zdarzyło?  –  pytał  Zach  z  szerokim 

uśmiechem. – Nie było żadnego pożaru, powodzi ani włamania?

Ryan wydawał się nieco speszony.

– Nie. Pojechaliśmy tam w sobotę wieczorem i wszystko sprawdziliśmy.

Ginny otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. A więc to Zach jest właścicielem 

tego wiejskiego domku... Poczuła, że się czerwieni, więc szybko odeszła. Obawiała 

się,  że  Zach  spyta  o  znaczenie  słowa  „my",  ale  nie  zrobił  tego.  Musiał  więc 

uważać,  że  Ryan  miał  na  myśli  swoje  dzieci.  Odetchnęła  z  ulgą  i  ponownie 

skierowała się w stronę gabinetu Ryana.

– Pacjentka jest już gotowa, Zach – oznajmiła półgłosem i pospiesznie wyszła.

Nie  chciała  zostać  wmieszana  w  dalszą  rozmowę  na  temat  domku.  W  kilka 

minut później Ryan znalazł ją w pokoju dla personelu. Miała wolną chwilę, więc 

odpoczywała z kubkiem kawy w ręku. Przynajmniej przez chwilę mogli być sami. 

Ryan nalał sobie kawy i usiadł obok niej.

– Mogłeś mi powiedzieć, że to jego domek – mruknęła z wyrzutem. – Omal nie 

umarłam.

background image

–  Nie  pomyślałem  o  tym.  Zapomniałem,  że  go  tu  możesz  spotkać.  Tak,  to 

wypadło dość niezręcznie.

– Czy myślisz, że miałby coś przeciwko temu?

– Nie, ale wolałbym zachować dyskrecję.

Znów kategoria trzecia, pomyślała w duchu. No cóż, darowanemu koniowi nie 

zagląda się w zęby.

– Więc – zaczął – co robisz dziś wieczorem?

– Przecież musisz odebrać dzieci.

– To prawda. Ale mogłabyś wpaść do mnie później.

– Do twojego domu?

– Nie, to kiepski pomysł. Mogłyby się obudzić.

– Postaraj się o opiekunkę.

Odchrząknął i kiwnął głową.

– Problem w tym, dokąd  pójdziemy.  Twój pokój w szpitalu  jest za bardzo na 

widoku, Zach i Jilly wrócili, mój dom nie wchodzi w rachubę, a ja jestem za stary, 

żeby zabawiać się w samochodzie.

– Będę musiała postarać się o jakieś mieszkanie.

– Ale dzisiaj nas to nie uratuje, prawda?

– Rzeczywiście nie.

Uśmiechnął się i wstał.

– Mam pewien pomysł. Nie ruszaj się stąd.

Po trzech minutach wrócił z wyrazem zadowolenia na twarzy.

–  Mieszkanie  po  Jilly  jest  nadal  wolne.  Znajduje  się  tuż  obok  szpitala,  więc 

miałabyś blisko do pracy. Jest w każdej chwili do dyspozycji.

– Teraz?

–  W  każdej  chwili.  Szpital  wynajął  je  na  długi  okres.  Administrator  da  ci 

klucze.

– Tak po prostu?

– Tak po prostu.

– A jeśli mi się nie spodoba?

– Spodoba ci się. Jest bardzo przytulne i ma mały ogródek.

– Więc jak to się stało, że jest wolne?

background image

Ryan uśmiechnął się szeroko.

– Jilly oddała klucze dziś rano. Była trochę nieprzytomna, bo mieli wiele spraw 

na  głowie.  Pobrali  się  zaledwie  przed  dwoma  tygodniami.  Czy  chcesz,  żebym 

wieczorem pomógł ci w przeprowadzce?

–  Nie  mam  tego  wiele  – odparła.  –  Dwie  walizki,  pudło  z książkami  i  trochę 

drobiazgów. Żadnych mebli.

– Ono jest umeblowane.

– Tak?

– No dobrze, więc idź do administratora i weź klucze. Jeśli mieszkanie ci się nie 

spodoba, możesz go o tym zawiadomić jutro.

– A co z pracą? Przecież nie mogę tak po prostu wyjść.

– Któż mógłby chcieć donieść na ciebie twojemu szefowi, Virginio?

– Dobrze, idę. Jesteś pewien, że dasz sobie radę?

– Och, znajdę na to jakiś sposób.

–  Oczywiście,  nie  wzięliśmy  pod  uwagę  paru  rzeczy  –  powiedziała  później, 

kiedy rozglądali się po mieszkaniu.

– Na przykład?

– Pościel, ręczniki, jedzenie. Nic ważnego!

Ryan  zerknął  na  zegarek.  Jest  za  kwadrans  ósma.  Mogą  jeszcze  zdążyć  do 

supermarketu.

– Pożyczę ci pościel i ręczniki, a jedzenie możemy zaraz kupić – powiedział.

Zrobili pospieszne zakupy, a potem podjechali pod jego dom po bieliznę. Ginny 

została  w  samochodzie  i  przyglądała  się  oddalonym  od  ulicy  schludnym,  małym 

domkom,  otoczonym  ładnymi,  zadrzewionymi  ogródkami.  Na  podjazdach  stały 

eleganckie samochody. Ciekawa była, jak taki sfrustrowany demon seksu, którego 

odkryła w Ryanie, przystosował się do podmiejskiego życia.

Wrócili  do  jej  mieszkania,  ale  nie  zabrali  się  bynajmniej  do  porządków. 

Schowali pospiesznie zakupy i z grubsza pościelili łóżko, a resztę bielizny Ginny 

położyła na rogu materaca. Potem Ryan wziął ją w ramiona i spojrzał jej w oczy. 

Poczuła przeszywające ją pożądanie.

Musnął  wargami  jej  usta  i  pod  wpływem  ogarniającego  go  podniecenia 

background image

przymknął powieki. Ginny zamknęła oczy i poddała się pocałunkom. Położył ją na 

łóżku i zatrzymał rękę na górnym guziku sukienki.

– Marzyłem o tym przez cały dzień – wyszeptał.

Rozpinał  guziki  i  całował  każdy  skrawek  jej  odsłaniającego  się  ciała.  Kiedy 

dotarł  do  brzucha, wstrzymała  oddech.  Co  powie?  Czy odczuje  wstręt? Przedtem 

kochali się po ciemku, a on był zbyt podniecony, by zwracać uwagę na błahostki.

– Co  ci się stało? – spytał nagle, dotykając plątaniny blizn między jej kośćmi 

biodrowymi.

–  W  wieku  siedemnastu  lat  miałam  wypadek  samochodowy.  Uderzyliśmy  w 

obudowę mostu i balustrada przebiła karoserię.

– Och! Biedne dziecko.

Kiedy pochylił głowę i zaczął całować blizny, zamknęła oczy. Potem uniósł się 

na łokciu i spojrzał na nią.

– Jesteś taka kobieca – wyszeptał.

W pokoju słychać było jedynie jego przyspieszony oddech. W panującej ciszy 

zgrzyt  zamka  błyskawicznego  wydał się  niemal  ogłuszający. Kiedy  Ryan  był  już 

całkiem  nagi,  ogarnęły  ją  dziwne  uczucia:  miłości,  rozpaczy,  pustki  i  pożądania. 

Wyciągnął  do  niej  ręce,  a  ona  przytuliła  się  do  niego  i  z  cichym  westchnieniem 

ukryła twarz w jego ramieniu.

– Virginio?

– Proszę, Ryan – wyszeptała błagalnie. – Proszę...

– Czy mam się jakoś zabezpieczyć? Wtedy zapomniałem cię o to spytać.

– Nie, wszystko w porządku – odparła. – Ryan, proszę...

– Jesteś pewna? Nie chciałbym, żebyś zaszła w ciążę.

– Jestem pewna – wyszeptała z bólem w sercu.

Zacisnęła  powieki,  by  ukryć  napływające  do  oczu  łzy.  Pragnęła  czuć  go  na 

sobie  i  w  sobie.  Ryan  nie  wiedział,  czy  okrzyk,  który  później  się  wyrwał  z  jej 

piersi, był wynikiem spełnienia czy bólu. O tym wiedziała tylko Ginny.

Po  wyjściu  Ryana  miała  wreszcie  czas,  by  dokładnie  rozejrzeć  się  po 

mieszkaniu  i  doszła  do  wniosku,  że  jest  bardzo  przytulne.  Z  przedpokoju  można 

było  wejść  do  salonu  i  do  kuchni.  Z  położonej  od  frontu  sypialni  jedne  drzwi 

background image

prowadziły  do  salonu,  w  którym  stał  zniszczony,  ale  wygodny  komplet  mebli. 

Drugie natomiast wiodły do otoczonego murem ogródka, w którym znajdowało się 

kilka  zaniedbanych  rabatek,  doniczek  i  skrzynek  oraz  wydzielona,  żwirowana 

część.  Mimo  to  ogródek  wyglądał  jak  niewielka  oaza,  a  przy  odrobinie  wysiłku 

można było z niego zrobić przyjemne miejsce. Ginny stwierdziła, że czuje się tu o 

wiele lepiej niż w szpitalnym pokoiku.

Jedne z drzwi kuchennych również wiodły do ogrodu, w którym pod porośniętą 

kapryfolium ścianą stała ławka. W wieczornym powietrzu unosił się słodki zapach 

kwiatów. Ginny zrobiła sobie kawę i z kubkiem w ręku wyszła na dwór. Usiadła na 

ławce i zaczęła rozmyślać o Ryanie.

Wrócił do dzieci, do swych obowiązków i do świata, do którego ona nigdy nie 

będzie miała dostępu.

– Kocham cię – wyszeptała.

Nagle  wskoczył  jej  na  kolana  jakiś  kot,  który  pojawił  się  nie  wiadomo  skąd. 

Ginny, wdzięczna mu za towarzystwo, pogłaskała go czule i podrapała za uszami. 

Być może powinna postarać się o kota, a może już go ma...

– Gdzie mieszkasz, kotku? – spytała, ale on nie odpowiedział, tylko umościł się 

wygodniej na jej kolanach.

Och, no cóż, albo zostanie, albo sobie pójdzie, pomyślała. Może Jilly Samuels 

coś o nim wie. Przy okazji spytam o niego Zacha.

Następnego ranka doszła do wniosku, że mieszkanie jest wspaniałe. Przez całą 

noc  dobrze  spała,  mimo  odejścia  Ryana.  Panował  tu  większy  spokój  niż  w  jej 

szpitalnym  pokoiku.  Poza  dużą  sypialnią  miała  jeszcze  salon,  kuchnię  i  ogród,  a 

wszystko to za naprawdę niezbyt wygórowaną cenę.

Droga do pracy zajmowała jej tylko o trzy minuty więcej, co uważała za dużą 

zaletę.  To  był  jeden  z  powodów,  dla  którego  nie  szukała  mieszkania  wcześniej. 

Kiedy miała nocny dyżur, mogła spać na oddziale, ale mogła też wpaść do domu, 

żeby się przebrać czy coś zjeść, i przez cały czas była w zasięgu pagera. Siedząc na 

ławce  obok  kota  i  jedząc  śniadanie,  doszła  do  wniosku,  że  to  wspaniałe 

rozwiązanie.

Kot wydawał się również zadowolony. Właśnie wskoczył jej na kolana i zanim 

background image

zorientowała się, do czego zmierza, polizał jej grzankę.

– Jesteś zuchwałym zwierzątkiem – skarciła go czule. – Idź stąd.

Niechętnie  usłuchał,  ale  śledził  uważnie  każdy  kęs  jedzenia.  W  końcu  Ginny 

uległa i dała mu ostatni kawałek grzanki. On jednak zlizał z niej tylko masło.

– Jesteś rozkapryszony – powiedziała z wyrzutem.

Kiedy dotarła do szpitala, zadzwoniła na ortopedię, gdzie żona Zacha pracowała 

jako pielęgniarka.

– Och, tak, kot – powiedziała pogodnie. – Jest cudowny! Trochę apodyktyczny, 

ale niezwykle przyjazny. Uważaj na masło. Nie zostawiaj go na stole, boje wyliże. 

Uwielbia  też biszkopty. Jest  również postrachem dla  kur i  krwistych befsztyków. 

Mieszka  za  murem,  na  dole,  ze  starszą  panią,  która  okropnie  go  rozpieszcza.  Co 

sądzisz o mieszkaniu?

– Jest wspaniałe. Cóż za zbieg okoliczności!

–  Miałaś  szczęście.  No  cóż,  myślę,  że  wszystko  ci  się  dobrze  ułoży.  Jeśli 

będziesz chciała jeszcze się czegoś ode mnie dowiedzieć, po prostu pytaj.

Kiedy  Ginny  odkładała  słuchawkę,  zadzwonił  bezpośredni  telefon  z 

dyspozytorni karetek pogotowia.

–  Mamy  wypadek  poparzenia,  kochanie  –  oznajmił  dyspozytor.  –  Pożar  w 

domu.  Mężczyzna  w  średnim  wieku  spał  na  piętrze,  wrócił  z  nocnej  zmiany. 

Przyczyna  pożaru  nie  jest  znana,  ale  zgłoszono  ciężkie  zaczadzenie,  więc 

przygotujcie się na przyjęcie  pacjenta z oparzeniami dróg oddechowych, twarzy i 

głowy. Mogą też zjawić się dwaj strażacy zatruci dymem.

–  Dziękuję.  Postawię  wszystkich  na  nogi –  odparła  Ginny,  a  potem  poszła 

szukać Ryana.

– Pacjent z poparzeniami – poinformowała go, a następnie powtórzyła to, czego 

dowiedziała się od dyspozytora.

–  W  porządku.  Trzeba  zawiadomić  Cambridge,  żeby  czekali  na  niego,  kiedy 

tylko będzie można go przewieźć. Skoro nastąpiło zatrucie dymem oraz oparzenia 

twarzy,  potrzebny  jest  anestezjolog  do  udrożnienia  dróg  oddechowych  i 

podłączenia go do monitora. Musimy sprawdzić zawartość tlenku węgla i cyjanku 

we  krwi.  Trzeba  też  podłączyć  kroplówkę  z  nawilżaniem  salbutamolem  i  podać 

stuprocentowy tlen do oddychania, gdyby zaczął się dusić.

background image

Ginny kiwnęła głową.

– Czy po wezwaniu anestezjologa mam zawiadomić pielęgniarki?

– Tak, proszę. Ja pójdę sprawdzić, czy na erce jest wszystko, czego potrzebuję. 

Przyślij tam pielęgniarkę, może mi się przydać.

Kiedy przyjechał  ambulans, wszystko było  gotowe i  zespół lekarzy przystąpił 

do  działania. Pierwsze czynności  polegały na  ochłodzeniu  oparzeń  i  sprawdzeniu 

drożności  dróg  oddechowych.  Zajął  się  tym  anestezjolog.  Lekarze  mieli  ciężkie 

zadanie,  ponieważ  głęboko  poparzona  skóra  na  twarzy  pacjenta  była  sztywna, 

twarda i pozbawiona czucia. Jego ręce również były w złym stanie, a palce zaczęły 

puchnąć. Jack Lawrence, chirurg, ponacinał skórę na palcach poszkodowanego, na 

grzbiecie dłoni i na szyi, by zabezpieczyć tkankę podskórną przed niedokrwieniem. 

Nie  potrzebował  do  tego  anestezjologa,  ponieważ  skóra  w  tych  miejscach  była 

zupełnie martwa, a nerwy zniszczone.

Mężczyzna oddychał ciężko i  nierówno. Z  pewnością  miał  uszkodzone płuca. 

Ginny  zauważyła,  że  Jack  i  Ryan  wymienili  porozumiewawcze  spojrzenia.  Jack 

potrząsnął głową, a Ryan kiwnął do niego potakująco.

Wynikało z tego, że nie dają mu wielkiej szansy. Ginny skupiła swe wysiłki na 

wprowadzeniu  dożylnego  cewnika  o  dużym  przekroju.  Ręce  pacjenta  były  w 

beznadziejnym stanie,  a  krążenie  tak  słabe, że  miała  wątpliwości,  czy uda  jej  się 

podłączyć to urządzenie nawet do jego nogi.

– Chyba muszę zrobić wenesekcję – powiedziała do Ryana.

– W porządku. Do dzieła. Dasz sobie radę?

W  istocie  nie  było  to  trudne  zadanie.  Znieczuliła  rannego  miejscowo,  ale  nie 

miała pewności, czy jest przytomny. Oczywiście po wprowadzeniu cewnika mogła 

zaaplikować mu morfinę, by zmniejszyć ból w obwodowych częściach ciała, gdzie 

oparzenia nie były tak poważne.

– Czy pan mnie słyszy, Dennis? – spytał Ryan, kiedy mężczyzna zaczął jęczeć. 

– Jest pan w szpitalu, wszystko w porządku. Proszę spróbować się odprężyć i nie 

wyrywać rurki. Czy cewnik został już wprowadzony?

– Prawie... Tak, już jest.

– W porządku, daj mu trochę morfiny, a potem kroplówkę.

Pielęgniarka  wręczyła  jej  strzykawkę.  Ginny  sprawdziła  zawartość,  a  potem 

background image

powoli  wstrzyknęła  morfinę  do  cewnika.  Pacjent  przestał  jęczeć,  ale  nadal  był 

niespokojny.  Wiedziała,  że  może  to  wynikać  z  braku  tlenu  spowodowanego 

oparzeniami w płucach lub z odwodnienia.

– Ile podać płynu?

– Oparzenie obejmuje około dwudziestu pięciu procent ciała. Pomnóż to przez 

jego wagę w kilogramach, a potem podziel przez dwa.

Ginny spojrzała na pacjenta.

– Ile on może ważyć? Osiemdziesiąt kilogramów?

– Coś koło tego.

Ginny szybko policzyła w myślach.

– Więc potrzebuje... tysiąc. Litr na godzinę?

–  Nie,  na  cztery.  Cztery  godziny  od  chwili  wypadku...  więc  tysiąc  mililitrów 

przez następne trzy godziny, potem tysiąc przez kolejne cztery, i tak dalej.

– W porządku. Zwykła sól fizjologiczna?

–  Najpierw  płyn  koloidalny,  a  potem  sól  fizjologiczna.  Podaj  mu  też  lek 

przeciwwymiotny, bo po morfinie może dostać torsji.

Ginny zrobiła domięśniowy zastrzyk w udo pacjenta.

– Co teraz?

–  Trzeba  założyć  opatrunki  na  twarz,  szyję  i  ręce,  a  potem  przewieźć  go  do 

Cambridge na oddział oparzeń.

–  Karetka  stoi  przed  szpitalem  –  oznajmiła  pielęgniarka.  –  Zawiadomiliśmy 

Cambridge. Czekają na twoje polecenia.

–  Dobrze.  Chyba  lepiej  będzie,  jeśli  ktoś  z  nim  pojedzie.  –  Spojrzał  na 

wszystkich po kolei, a potem się uśmiechnął. – Widzę, że mnie spotka to szczęście, 

prawda? W porządku. Czy dacie sobie radę ze strażakami?

– Jedź już – rzekł Jack rzeczowym tonem. – Nawet ty nie jesteś niezastąpiony.

Ryan  wrócił  po  trzech  godzinach  z  wiadomością,  że  kiedy  dotarli  do 

Cambridge, pacjent dostał zapaści i nie ma pewności, czy z tego wyjdzie.

Ginny nie była zaskoczona. Ranny wydawał się poważnie chory, a niewidoczne 

uszkodzenia  płuc  były  najprawdopodobniej  poważniejsze  niż  rany  zewnętrzne.

Strażakom zbadano krew na zawartość cyjanku oraz tlenku węgla i po opatrzeniu 

drobnych oparzeń na rękach wypuszczono ze szpitala.

background image

O godzinie czwartej piętnaście zatelefonowano z Cambridge, że Dennis umarł. 

Jego  płuca  nie  wytrzymały  dymu  i  wysokiej  temperatury,  a  serce  nie  zniosło 

wstrząsu oparzeniowego. Mimo wysiłków nie byli w stanie go zreanimować.

Ta wiadomość sprawiła Ginny dziwną ulgę. Wiadomo było, że gdyby przeżył, 

miałby  paskudne  blizny.  W  dodatku  musiałby  przejść  długi  i  przykry  okres 

rehabilitacji z licznymi przeszczepami skóry oraz innymi operacjami, na przykład 

przykurczów  ścięgien  raje.  Mimo  to  wszyscy  byli  przygnębieni,  więc  Ginny  nie 

zdziwiła się, że Ryan tego wieczora do niej nie przyszedł.

Miała  teraz  okazję  rozpakować  się,  uporządkować  rzeczy  i  przenieść  kilka 

ostatnich drobiazgów z pokoju w szpitalu. Postanowiła kupić parę niezbyt drogich 

grafik, które widziała w antykwariacie.

Kot siedział na łóżku i patrzył, jak Ginny układa ubrania, a potem doszedł do 

wniosku, że jest bardzo nudno, więc zwinął się w kłębek i zasnął.

– Mam nadzieję, że nie masz pcheł – powiedziała z wyrzutem.

Kot  zastrzygł  tylko  uchem,  traktując  uwagę  Ginny  z  należnym  jej 

lekceważeniem.  Kiedy  przygotowywała  sobie  grzankę  i  wyjęła  masło  z  lodówki, 

pojawił się w kuchni.

– To znowu ty – powiedziała.

Kot,  mrucząc,  zaczął  ocierać  się  o  jej  nogi,  a  potem  wygiął  grzbiet  w  łuk, 

żądając, by go pogłaskała.

– Zakochany kocur. Wracaj do domu. Twoja pani na pewno się o ciebie martwi.

Wypchnęła  go  za  drzwi  i  zamknęła  je,  starając  się  nie  zważać  na  żałosne 

miauczenie. Ten kot nie zasługuje na współczucie, powiedziała do  siebie. Jest po 

prostu  nieznośny.  W  końcu  jednak  wpuściła  go  z  powrotem.  Wskoczył  jej  na 

kolana i wpatrywał się w ekran małego telewizora. O dziesiątej wieczorem Ginny 

usłyszała słaby, kobiecy głos:

– Geronimo! Wracaj!

Kot  podniósł  się,  wygiął  grzbiet,  a  następnie  wbił  lekko  pazurki  w  kolano 

Ginny. Zeskoczył na podłogę i miaucząc, pobiegł w stronę drzwi.

– To ciebie wołają? Ty jesteś Geronimo?

Kot  ponownie  miauknął,  więc  wypuściła  go  na  dwór,  a  potem  patrzyła,  jak 

biegnie przez ogród, wskakuje na mur i znika.

background image

–  Tu  jesteś,  niedobry  –  powiedziała  drżącym  głosem  jego  właścicielka.  –

Naprzykrzałeś się komuś? Chodź, czas na kolację.

Ginny usłyszała trzask zamykanych drzwi i uśmiechając się, weszła do domu. 

Geronimo? No cóż, najwyraźniej jest bardzo kochany... Może szanuje swoją panią i 

nie ostrzy sobie pazurków na jej kolanie!

background image

Rozdział 4

Ginny usłyszała krzyki dziecka, jeszcze zanim otworzyły się drzwi na oddział. 

Wyszła z gabinetu i zobaczyła pielęgniarkę, która wprowadzała do pokoju przyjęć 

matkę z wrzeszczącym dzieckiem na ręku.

– W porządku, Frań, zajmę się nim – powiedziała – a ty wypełnij kartę.

Matka spojrzała na nią z wdzięcznością, ale w jej oczach malował się paniczny 

strach.

– Ona cały czas krzyczy. Przez chwilę czuła się lepiej, ale potem znów zaczęła, 

a ja naprawdę nie mogę w żaden sposób jej uspokoić...

Kobieta była bliska łez, więc Ginny położyła dłoń na jej ramieniu i próbowała 

ją pocieszyć.

–  Proszę  pójść  ze  mną.  Zobaczymy,  jak  temu  zaradzić  –  powiedziała 

uspokajającym tonem.

Kiedy szły korytarzem, Ginny poczęła analizować w myślach objawy. Bladość, 

nieregularne krzyki...

– Czy wymiotowała?

– Tak, dwukrotnie. W trakcie tych napadów krzyku.

W  tym  momencie  dziecko  znów  zwymiotowało,  a  potem  zaczęło  krzyczeć 

jeszcze głośniej.

– Biedne maleństwo. Proszę położyć dziecko tutaj. Zaraz je zbadam, dobrze? W 

jakim jest wieku?

– Piętnaście miesięcy. Prawie szesnaście.

– Czy miała przedtem jakieś dolegliwości?

– Nie. Od czasu do czasu dostawała kolki, ale poza tym nie chorowała na nic 

poważnego.

– Dobrze. Kiedy to się zaczęło?

–  Dziś  rano,  około  ósmej.  Musiałam  odprowadzić  do  szkoły  starsze  dzieci  i 

miałam  wrażenie,  że  poczuła  się  lepiej,  ale  przed  dziewiątą  znów  dostała  ataku, 

więc przywiozłam ją prosto tutaj. Pomyślałam, że może to wyrostek.

Ginny  zerknęła  na  zegarek.  Za  kwadrans  dziesiąta.  Delikatnie  pomacała 

background image

brzuszek dziecka i stwierdziła, że po prawej stronie jest miękki.

–  Nie,  nie  sądzę.  Muszę  przeprowadzić  badanie  przez  odbytnicę.  Nie  jest  to 

przyjemne, więc proszę ją potrzymać.

Włożyła rękawice, natłuściła mały palec i delikatnie zbadała odbytnicę dziecka, 

które  krzyczało  i  kręciło  się  niespokojnie.  Na  gumowej  rękawiczce  pozostał  ślad 

przypominający galaretkę z czerwonej porzeczki.

–  Wobec  tego  trzeba  zrobić  prześwietlenia  jamy  brzusznej,  na  stojąco  i  w 

pozycji  leżącej.  Trzeba  też  wezwać  chirurga  dziecięcego.  Podejrzewam 

niedrożność  jelit  spowodowaną  lekkim  skrętem  kiszek,  a  w  takim  przypadku 

należy  jak  najszybciej  przeprowadzić  operację,  bo  biedactwo  bardzo  cierpi.  –

Pogłaskała dziecko czule po główce. – Przepraszam, kochanie. Nie chciałam zrobić 

ci krzywdy. Uspokój się.

Pielęgniarka  wzięła  małą  na  prześwietlenie,  a  Ginny  przeprowadziła  wywiad 

chorobowy, zapewniając zdenerwowaną matkę, że wszystko dobrze się skończy.

Kiedy przyniesiono dziecko z powrotem, Ginny podłączyła kroplówkę, pobrała 

krew do analizy i zaczęła powoli podawać dziecku sól fizjologiczną. Potem zjawił 

się  Ross  Hamilton,  który  zbadał  małą  pacjentkę,  obejrzał  prześwietlenia  i 

potwierdził diagnozę.

– Co teraz? – spytała matka, próbując zachować spokój.

–  No  cóż,  będziemy  musieli  natychmiast  przewieźć  ją  na  oddział  dziecięcy  –

wyjaśnił  Ross.  –  Być  może  uda  nam  się  odkręcić  to  jelito,  robiąc  lewatywę  z 

zawiesiny baru. To oszczędziłoby jej operacji, ale nie możemy zagwarantować, że 

ten zabieg się powiedzie. – Odwrócił się do Ginny. – Załatw formalności związane 

z przyjęciem dziecka, a ja przygotuję wszystko do zabiegu.

Gdy Ross wyszedł, Ginny wręczyła sanitariuszowi historię choroby oraz nerkę 

na wymioty i poprosiła go, by odprowadził matkę z dzieckiem na pediatrię. Kiedy 

odwróciła głowę, dostrzegła Ryana, który bacznie jej się przyglądał.

– Jakieś kłopoty? – spytał łagodnie.

– Niedrożność jelit. Ross chce zrobić lewatywę z baru.

– Biedne maleństwo.

– Biedne. – Wróciła do swego pokoju, wzięła z biurka pióro i zaczęła się nim 

bezmyślnie bawić. Zastanawiała się, co mogłaby odczuwać, trzymając w objęciach 

background image

własne dziecko.

– Virginia?

Stłumiła łzy i podniosła głowę.

– Słucham?

– Dobrze się czujesz?

– Tak. Po prostu jestem trochę zajęta.

Było to oczywiste kłamstwo. Wsunęła pióro do kieszonki fartucha, zostawiając 

na nim niebieski ślad, a potem odwróciła się i obdarzyła Ryana uśmiechem.

– Czy wpadniesz do mnie później?

Przyjrzał  się  uważnie  jej  twarzy,  a  ona  poczuła  wyraźny  niepokój.  Co 

dostrzegł? Tęsknotę? Żal? Miłość?

– Tak – odparł w końcu. – Około wpół do dziewiątej?

Kiwnęła głową.

– Kolacja?

– Niezły pomysł.

Przechodząc obok niego, uśmiechnęła się sztucznie i poklepała go po policzku.

– Nie mów hop... Nie jestem najlepszą kucharką na świecie.

– Kochanie, musiałabyś zadać sobie wiele trudu, żeby gotować gorzej niż ja –

oznajmił półgłosem, ujmując jej rękę.

– Puść mnie – poprosiła cicho. – Nie wiesz, gdzie byłam.

Istotnie  nie  wiedział.  Nie  miał  najmniejszego  pojęcia,  przez  jakie  piekło 

przeszła, ale bardzo chciał wiedzieć, co wypaliło w jej duszy dziurę.

Widział,  z  jaką  troskliwością  trzymała  w  ramionach  dziecko.  Ponownie 

pomyślał, że powinna być  mężatką. Może już kiedyś miała męża? Nigdy jej o to 

nie spytał, bo oboje unikali rozmów na tematy osobiste. Oczywiście, jeśli chodzi o 

ich romans, nie miało to żadnego znaczenia.

– Do diabła – westchnął cicho. – Przecież nie powinno mnie to obchodzić...

Ginny skłamała. Umiała dobrze gotować. Szkoda, że Ryan nie był w nastroju, 

by to docenić.

Postanowił, że nie  rzuci się na  Ginny natychmiast po  przekroczeniu progu  jej 

mieszkania.  Dlatego  też  prowadził  uprzejmą  rozmowę  i  chwalił  jej  potrawy, 

background image

podczas gdy myślał jedynie o tym, by wziąć ją w ramiona i zatracić się w miłości.

Najpierw  dotkliwie  oparzył  sobie  język  i  przełyk  gorącym  ziemniakiem. 

Później,  sięgając  po  szklankę  z  wodą,  wylał  jej  zawartość  na  Ginny.  Gdy  z 

krzykiem zerwała się na równe nogi, przewróciła krzesło i omal nie trafiła nim w 

kota,  który  na  wszelki  wypadek  umknął  przez  otwarte  drzwi.  Ryan  próbował 

wytrzeć papierową serwetką jej przemoczoną do suchej nitki spódnicę.

– Jestem cała mokra – powiedziała bez sensu.

– To lepiej zdejmij to z siebie, zanim śmiertelnie się zaziębisz.

Był duszny, upalny wieczór sierpniowy, ale żadne z nich nie zwróciło uwagi na 

niedorzeczność jego słów.

– Dobry pomysł – mruknęła.

I na tym skończył się ich posiłek.

Leżąc  w  łóżku,  Ginny  obserwowała  śpiącego  Ryana,  którego  skóra  lśniła 

złociście  w  łagodnym  świetle  nocnej  lampki.  Na  jego  twarzy  malował  się  wyraz 

odprężenia, lecz dostrzegła też cień zarostu. Pomyślała, że pewnie nazajutrz będzie 

miała ślady zadrapań na ciele, bo Ryan nie szczędził jej pieszczot.

Był wspaniałym kochankiem: delikatnym, troskliwym i cierpliwym. Było im z 

sobą tak dobrze, że Ginny osiągnęła rozkosz, gdy tylko jej dotknął, a potem razem 

z  nim.  Odgarnęła  włosy  z  jego  czoła  i  patrzyła  na  niego  pełnym  tęsknoty 

wzrokiem.

Wielka  szkoda,  że  tak  się  to  ułożyło,  pomyślała.  Szkoda,  że  nie  będziemy 

razem...

Ze ściśniętym gardłem pochyliła się nad Ryanem i pocałowała go lekko w usta. 

Otworzył oczy i uśmiechnął się do niej leniwie.

– Cześć – powiedział zaspanym głosem.

– Cześć. Musisz już iść, zrobiło się późno.

Zerknął na  zegarek i  mruknął  coś z  niezadowoleniem. Potem  odrzucił  kołdrę, 

wstał  i  zaczął przetrząsać stertę leżących obok łóżka ubrań w poszukiwaniu swej 

garderoby. Podnosząc z podłogi zmięte spodnie, zrobił posępną minę.

– Wyglądam, jakbym wracał z jakiegoś zebrania.

– Powiedz, że ktoś przewrócił szklankę wody. To prawda.

background image

–  To  tylko  jeszcze  jedna  półprawda  –  rzekł  z  niesmakiem,  a  Ginny  poczuła 

przypływ  lęku.  Czyżby  to  wszystko  było  ponad  jego  siły...  kłamstwa,  potajemne 

schadzki?

Przecież  nie  musimy  się  ukrywać,  pomyślała.  Przecież  Ryan  może  otwarcie 

przyznać się do romansu... Ale matka Ann opiekuje się dziećmi, a on najwyraźniej 

nie chce, by wiedziała, że w jego życiu istnieje inna kobieta.

Dlaczego?  Czyżby  myślała,  że  jej  zięć  żyje  jak  mnich?  A  może  to  on  sam 

stwarza problemy? Może naprawdę czuje się winny?

Czy  dlatego  właśnie  nie  dopuszcza  jej  do  swego  życia?  Czy  jego  dom  jest 

świętym miejscem poświęconym wyłącznie Ann?

Miała  wrażenie,  że  nigdy  się  tego  nie  dowie,  ponieważ  Ryan  zawsze 

uporczywie obstawał przy  tym,  by  spotykali się  w jej  mieszkaniu. Ciekawa była, 

czy  kiedykolwiek  pozna  jego  dzieci.  Po  chwili  doszła  do  wniosku,  że  skoro  tak 

silnie zareagowała na cierpienia obcego niemowlęcia, to spotkanie z dziećmi Ryana 

mogłoby okazać się ponad jej siły.

Ryan pochylił się i delikatnie pocałował ją w usta.

– Dobranoc, Virginio. Śpij dobrze.

– Ty również. Jedź ostrożnie.

– Obiecuję. Zawsze staram się uważać.

Odsłoniła  okno  i  patrzyła,  jak  Ryan  przechodzi  przez  ulicę,  zdążając  w 

kierunku samochodu. Odwrócił głowę i pomachał do niej ręką, a potem usiadł za 

kierownicą, uruchomił silnik i powoli odjechał. Ginny opuściła zasłonę i rozejrzała 

się po pokoju. Cóż za bałagan.

Taki sam jak w moim życiu, pomyślała.

Romans  Ginny  i  Ryana  musiał  nieuchronnie  wyjść  na  jaw.  Któregoś  dnia 

Patrick  Haddon  przyłapał  ich  na  ukradkowym  pocałunku.  Przepraszał,  ale  jego 

oczy zabłysły i nie było w nich widać wielkiej skruchy. Na domiar złego, w kilka 

dni później, kiedy byli w kuchni Ginny, rozległ się dzwonek do drzwi.

Ginny miała rozpiętą bluzkę, a Ryan wyciągniętą ze spodni koszulę...

–  Kto  to,  do  diabła,  może  być?  –  wymamrotał  Ryan,  przygładzając  włosy  i 

wpychając koszulę do spodni.

background image

–  Nie  mam  pojęcia  –  odparła  Ginny,  zapinając  bluzkę.  –  Pewnie  jakaś  sekta 

religijna. Zostań tu. Powiem im, żeby sobie poszli.

Poprawiła włosy, odetchnęła głęboko i wyszła do holu. W uchylonych drzwiach 

frontowych  stał  Zach  z  jakąś  kobietą,  której  Ginny  nigdy  przedtem  nie  spotkała. 

Goście spojrzeli na Ryana, potem na Ginny, a później na siebie.

–  Och,  przepraszam  –  powiedział  Zach  i  odchrząknął,  najwyraźniej 

zakłopotany, że  przyłapali  ich niemal in  flagrante delicto. –  Nie  zamierzaliśmy... 

eee, .. przerywać... Po prostu wpadliśmy, żeby zobaczyć, czy u Ginny wszystko w 

porządku.

Ginny  pomyślała,  że  nie  ma  nic  do  ukrycia.  Obdarzyła  gości  wymuszonym 

uśmiechem i wskazała im drzwi do salonu.

– Wejdźcie. Ty pewnie jesteś My, prawda?

Kobieta kiwnęła głową i wyciągnęła rękę na powitanie.

– Cześć. Miło mi cię  w końcu  poznać. – Podeszła do  Ryana i uścisnęła go. –

Cześć, stary nicponiu. Ostatnio nas zaniedbujesz.

Ryan poczerwieniał, ale odwzajemnił jej uścisk.

– Cześć, Jilly. Przepraszam, ale nie miałem zamiaru was zaniedbywać. Ostatnio 

miałem dość gorączkowy okres.

– Rozumiem. Jesteś niezwykle tajemniczy.

–  Och,  do  diabła,  wy  również  powinniście  poznać  prawdę.  Zdaje  się,  że 

wszyscy już o nas wiedzą.

–  Tak  czy  owak,  po  co  ta  cała  mistyfikacja?  –  spytał  Zach. –  Najwyższy  już 

czas, żeby w twoim życiu pojawiła się jakaś kobieta.

–  W  moim  życiu  istnieje  kobieta  –  wymamrotał.  –  Moja  teściowa.  Ona  nie 

pochwaliłaby tego związku.

– A co ona ma z tym wspólnego?

Ryan przesunął dłońmi po włosach i westchnął.

–  Chyba  nic,  z  wyjątkiem tego,  że  jestem zależny od  jej  dobrej  woli.  A  poza 

tym nie chcę, żeby do dzieci dotarły jakieś plotki.

– Jakie plotki? – spytała Jilly. – Że w końcu Ryan O’Connor przestał żyć jak 

mnich? Przecież masz do tego prawo!

– Wiem o tym – westchnął. – Tylko trudno jest wszystko tak ułożyć, żeby nie 

background image

zranić osób, które najmniej na to zasługują.

– Rozumiem – powiedziała cicho Ginny. – Pogadamy o tym później. Tak czy 

owak, istnieją jeszcze inne powody, żeby trzymać to w tajemnicy. Musimy razem 

pracować...

– Sądzisz, że ludzie tego nie zauważą? – spytał Zach. – Mrzonki, moja miła. To 

jest szpital. Nie możesz nawet kichnąć, żeby tego od razu nie skomentowano.

Ginny roześmiała się.

–  Zauważyłam  to.  Pracuję  tu  zaledwie  od  trzech  i  pół  tygodnia,  a  znam 

najdrobniejsze szczegóły dotyczące prywatnego życia całego personelu. A wierzcie 

mi, że o nic nie pytałam! – Sięgnęła po czajnik. – Kawy?

– Z przyjemnością. Zatem dość już o waszym życiu prywatnym. Jak podoba ci 

się mieszkanie?

– Jest wspaniałe. Mam blisko do pracy i cudownie tu odpoczywam.

– Jak się miewa kot? – spytała Jilly.

– To złodziej. Wczoraj zostawiłam na wierzchu kawałek bekonu.

– Wszystko jasne!

Wymieniły uśmiechy, a Ginny doszła do wniosku, że polubiła Jilly... pomimo 

jej smukłej sylwetki i bajecznie jasnych włosów.

Nastawiła czajnik i odwróciła się w stronę gości. Zach zerknął badawczo na jej 

biust.

– Wybacz mi moją poufałość, ale czy twoja bluzka jest zapięta właściwie?

Ginny spojrzała na guziki i zaczerwieniła się.

– Och, do diabła. To jego wina.

Zach roześmiał się.

–  Nic  wątpię.  Powinniście  byli  po  prostu  powiedzieć  nam,  żebyśmy  sobie 

poszli.

– Tak jak zrobiliście to wy, kiedy przyłapałem was pod prysznicem?

Teraz  z  kolei  Jilly  poczerwieniała,  a  Zach,  zupełnie  nie  tracąc  kontenansu, 

uśmiechnął się szeroko.

– Skoro byłeś świadkiem tamtego wydarzenia, mogę równic dobrze przekazać 

ci  najświeższą  wiadomość.  Spodziewamy  się  dziecka,  które  zostało  poczęte 

właśnie wtedy pod prysznicem.

background image

Ryan  roześmiał  się,  najwyraźniej  ucieszony  nowiną  i  rozbawiony  zbiegiem 

okoliczności. Jednakże dla Ginny była to jeszcze  jedna strzała, która trafiła w jej 

serce. Korzystając z okazji, że Ryan ściska ich i składa im gratulacje, wymknęła się 

do kuchni, by przygotować kawę i odzyskać panowanie nad sobą.

I co z tego, że będą mieli dziecko? – pomyślała. Przecież to normalna rzecz.

Dla innych ludzi. Ale nie dla mnie.

Ten wieczór wydawał się punktem zwrotnym ich  związku. Może stało się tak 

na skutek tego, co powiedział Zach, a może Ryan sam podjął takie postanowienie, 

niemniej w piątek spytał Ginny, czy następnego dnia jest wolna.

– Jilly i  Zach wyjechali  na  weekend i  zostawili mi  pod opieką psa,  który jest 

właściwie  psem  siostry  Zacha,  ale  ona  źle  się  czuje  i  ma  małe  dziecko,  więc  na 

razie ten pies jest u nich. Dzieciaki i ja zamierzamy wziąć go na spacer. Chcemy 

zabrać  jedzenie  na  piknik  i  spędzić  dzień  w  lesie.  Czy  miałabyś  ochotę  jechać  z 

nami?

Na myśl o spotkaniu z jego dziećmi zdobyła się na odważny uśmiech.

– To cudowny pomysł. Dziękuję.

W istocie bała się tego spotkania. Jasny i pogodny poranek zapowiadał kolejny 

bezchmurny,  upalny  dzień.  Włożyła  dżinsy,  krótką,  bawełnianą  koszulkę  i 

zawiązywaną  pod  biustem  przezroczystą  bluzkę,  która  miała  chronić  jej  ramiona 

przed słońcem.

Ryan  przyjechał  po  nią  o  dziesiątej.  Kiedy  wsiadła  do  samochodu,  odwróciła 

głowę i po raz pierwszy zobaczyła jego dzieci.

Wszędzie  by  je  rozpoznała.  Były  żywym  odbiciem  swego  ojca.  Miały 

błyszczące oczy i gęste włosy. Były wyraźnie podniecone, podobnie jak olbrzymi, 

czarny, kudłaty pies, który z tylnego siedzenia szczerzył na nią zęby, łypał oczami i 

donośnie szczekał.

– Dziękuję, Scud, to wystarczy – powiedział Ryan.

Kiedy  ruszyli,  pies  usiadł,  ale  z  tyłu  nadal  dobiegały  chichoty  dzieci.  Jechali 

przez jakieś dwadzieścia minut, a potem Ryan skręcił z głównej drogi w kierunku 

wrzosowiska i zaparkował w cieniu kępy sosen.

–  No,  załoga,  wysiadać!  –  rozkazał  wesoło,  a  dzieci  wygramoliły  się  z 

background image

samochodu i podbiegły do bagażnika. Ryan wręczył każdemu z nich mały, barwny 

plecak, a potem zarzucił sobie na ramię znacznie większą torbę.

– Mają tam swoje kanapki – wyjaśnił – a ja całą resztę: napoje, wodę dla psa, 

koc... – Wzruszył ramionami i uśmiechnął się. – Po to właśnie są ojcowie, prawda? 

Hej, Scud, chodź tu!

Ruszyli ścieżką wiodącą przez wrzosowisko. Słońce mocno przypiekało. Ginny 

była zadowolona, że pomyślała o włożeniu bluzki, ponieważ w przeciwnym razie 

spaliłaby się na węgiel. Zanim wyruszyli w dalszą drogę, Ryan posmarował dzieci 

grubą warstwą kremu z filtrem ochronnym.

O godzinie jedenastej Ginny nałożyła trochę kremu na nos Ryana. Stali blisko 

siebie, a on spoglądał na nią wzrokiem bardziej palącym niż słońce.

– Znów masz na sobie tę bluzkę – mruknął.

– Mhm.

– Ona niesamowicie wpływa na bicie mojego serca.

– Nie ruszaj się. Ćwiczenia wydolności układu krążenia są dla ciebie dobre...

– Czy znów mnie prowokujesz?

Ginny wsunęła palce pod jego rozchyloną na piersi koszulę.

– Chciałbyś tego, prawda?

Kiedy Ryan pochylił lekko głowę, usłyszeli dziecięcy głosik:

– Czy chcesz ją pocałować?

Gwałtownie wyprostował się i spojrzał w dół.

– Nie, Evie. Ona po prostu smarowała kremem mój nos.

– To było dawno.

–  Upewniałam  się  tylko,  czy  zrobiłam  to  właściwie  –  oznajmiła  poważnie 

Ginny. – Możemy iść dalej. Odwróć się, to schowam krem do twojego plecaka.

–  Teraz  widzisz,  dlaczego  nie  mogę  sobie  przy  nich  na  wiele  pozwolić  –

szepnął Ryan, kiedy podążali ścieżką za dziećmi. – Są moimi aniołami stróżami.

– To urocze dzieci – powiedziała Ginny pełnym tęsknoty głosem. – Po prostu są 

ciekawe, kim jestem, a ciebie bardzo kochają. Powinieneś być z nich dumny.

Ryan nagle przystanął. Ginny również się zatrzymała i odwróciła głowę w jego 

stronę.

– Co się stało?

background image

– Dziękuję – szepnął.

– To prawda, są wspaniałe. Z pewnością niełatwo ci samemu je wychowywać.

–  Nie  –  przyznał  z  westchnieniem.  –  To  bardzo  trudne  zadanie.  Niekiedy 

uważam je za  zbyt trudne. Przyjeżdżam po  nie spóźniony albo w ostatniej chwili 

zmieniają  mi  terminy  dyżurów,  więc  sama  rozumiesz,  dlaczego  muszę  liczyć  na 

teściową. Przeprowadziliśmy się tu po śmierci Ann, żeby być bliżej dziadków. Są 

jedynymi krewnymi dzieci ze strony ich matki i nie chciałem, żeby straciły z nimi 

kontakt.

– Więc nie mieszkaliście tu za życia Ann?

–  Nie.  Kupiłem  ten  dom  mniej  więcej  półtora  roku  temu.  Przedtem 

mieszkaliśmy w Sussex, a ja pracowałem w Brighton.

Ginny zastanawiała się przez chwilę, a potem spojrzała na niego i spytała cicho:

– Jak ona umarła?

– Zginęła w wypadku samochodowym. W bezsensownym, głupim wypadku, do 

którego w ogóle nie powinno było dojść. Po moim nocnym dyżurze jechaliśmy do 

teściów  na  weekend.  Ann  postanowiła  prowadzić.  Zjechaliśmy  z  autostrady  i 

przejeżdżaliśmy przez skrzyżowanie. Jakiś samochód niespodziewanie wyjechał na 

nas z prawej strony. Musiał nie zauważyć, że ma czerwone światło. Walnął prosto 

w drzwi od strony Ann. Zginęła na miejscu. Wiem o tym, bo uderzenie rzuciło ją 

na moje kolana. Miała wgniecioną czaszkę i zmiażdżoną klatkę piersiową.

Ginny zamknęła oczy i potknęła się. Poczuła, że Ryan mocno ją podtrzymuje.

– Jak to przeżyłeś?

Pogłaskał ją po głowie.

–  To  było  lepsze,  niż  patrzeć,  jak  cierpi.  Dzieci  były  w  szoku,  więc  się  nie 

zorientowały. Wyciągnąłem je z samochodu, zanim zdały sobie sprawę z tego, co 

się wydarzyło. My troje wyszliśmy z wypadku prawie bez szwanku. Byliśmy tylko 

posiniaczeni,  a  dzieci  doznały  lekkiego  wstrząsu.  Ann  wzięła  całe  uderzenie  na 

siebie.

Odetchnął  głęboko,  więc  uniosła  głowę  i  spojrzała  na  niego.  Wydawał  się 

nieobecny, blask jego oczu zmąciły wspomnienia. Dotknęła dłonią jego policzka.

– Przepraszam, Ryan. Nic chciałam ci tego przypominać.

Delikatnie uścisnął jej dłoń.

background image

– Wszystko w porządku, kochanie, to nie twoja wina. Tak czy owak, nadszedł 

czas,  żebym  ci  o  tym  opowiedział.  To  po  prostu  wciąż  jest  dość  żywy  obraz. 

Chodźmy. Dzieciaki zniknęły.

Ruszył za dziećmi, a Ginny podążyła za nim nieco wolniej. Kiedy ich dogoniła, 

siedzieli  już  na  zwalonym  drzewie,  śmiejąc  się  głośno  i  rzucając  psu  patyki. 

Pomachali  do  niej,  a  ona  stwierdziła,  że  pod  wpływem  ich  radości  wewnętrzną 

pustkę, którą ciągle czuła, wypełniło szczęście.

– Przerwa na herbatę? – spytała pogodnie.

Ryan  uśmiechnął  się  i  rzucił  jej  butelkę  coca-coli.  Kiedy Ginny  ją  odkręcała, 

płyn gwałtownie wytrysnął, oblewając dokładnie przód jej bluzki. Ryan zerwał się 

na równe nogi i zaczął wycierać mokre miejsca chusteczką do nosa. W jego oczach 

tańczyły figlarne ogniki.

– Zrobiłaś to celowo – szepnął jej do ucha.

–  Oczywiście  –  odparła  z  zalotnym  uśmiechem.  –  Zniszczysz  mi  bluzkę  –

wyszeptała, chwytając go za rękę.

Spojrzał jej w oczy.

– Wszystko w porządku, Virginio – mruknął, jakby wiedząc, co miała na myśli. 

– Naprawdę. No dobrze, czy chcesz pić, czy też potrząśniesz butelką i oblejesz nas 

wszystkich?

Ginny wahała się przez chwilę z błyskiem w oczach, a potem szybkim ruchem 

odkręciła butelkę i przechyliwszy ją, wypiła kilka łyków.

– Czy chcecie się napić? – zapytał dzieci.

– Tak – odparła Evic.

– Nic chcę coca-coli – oznajmił Gus.

– Wiem. Wziąłem twój sok pomarańczowy.

Pogrzebał w plecaku i wyciągnął z niego małą butelkę.

– Skończyłaś, Evic?

Dziewczynka  kiwnęła  głową,  zakręciła  swoją  butelkę  i  podała  ją  Ryanowi, 

który  odruchowo  sprawdził  zamknięcie,  zanim  włożył  ją  do  plecaka.  Potem 

zarzucił plecak na ramiona i wyciągnął ręce w stronę dzieci.

– Ruszajmy, trzeba poszukać miejsca na piknik. Czy sądzicie, że uda nam się 

znaleźć jakąś rzekę?

background image

Po  dłuższym  marszu  dotarli  do  niewielkiego  strumienia.  Otaczały  go  drzewa, 

wśród  których  dostrzegli  upstrzoną  plamkami  słońca  małą  polankę,  idealnie 

nadającą się na piknik.

–  Co  wy  na  to?  –  spytał  Ryan,  mrugając  porozumiewawczo  do  Ginny.  –

Doskonałe miejsce na lunch, prawda?

–  Bardzo  dobre.  Czy  byłeś  już  tu?  –  spytała  Ginny,  podczas  gdy  dzieci 

wyjmowały z plecaków kanapki.

– Nic, ale Patrick bywa tu dość często. Przychodzi z Anną, Flissy i dzieckiem. 

Powiedział mi o tym wczoraj.

– Więc nie jest to niespodzianka?

– Nic, ale chcę, żeby dzieci myślały, że wspólnie odkryliśmy to miejsce.

Po zjedzeniu kanapek Ryan i dzieci podwinęli nogawki spodni i zaczęli brodzić 

w strumieniu.

– Chodź do nas – zawołał Ryan do Ginny.

Miała  ochotę  pójść  w  ich  ślady,  ale  jej  dżinsy  nie  dały  podwinąć  się  zbyt 

wysoko. Mimo to zdjęła buty oraz skarpetki i weszła do strumienia tylko po kostki. 

Woda była przyjemnie chłodna i wszystko skończyłoby się dobrze, gdyby Ryan nie 

rozpoczął „bitwy morskiej"...

–  Przepraszam,  ze  tak  cię  opryskałem –  wyszeptał,  kiedy  odprowadził  ją  pod 

drzwi mieszkania.

– Czuję się świetnie. Jestem tylko trochę mokra i pomięta.

–  Pozwól,  że  pomogę  ci  zdjąć  te  wilgotne  rzeczy  –  zaproponował,  a  ona 

dostrzegła w jego oczach dziwne błyski.

– W samochodzie są twoje dzieci – przypomniała mu.

– Więc poczekaj na mnie. Wrócę o ósmej.

– Zamienię się w suszoną śliwkę.

– Wobec tego szybko się przebierz i jedź z nami na barbecue.

– Czyżbyś zapraszał mnie do siebie? Przecież uważasz to za niestosowne.

Potrząsnął głową.

– Już nie. Zach miał rację. Mam prawo do własnego życia. Proszę cię, przebierz 

się i jedź z nami.

background image

– Wracajcie sami, a ja przyjadę za jakaś godzinę. Dobrze?

Kiwnął głową i ruszył biegiem w kierunku samochodu. Kiedy odjeżdżali, dzieci 

pomachały do niej przyjaźnie. Ginny weszła do mieszkania, a potem spędziła pół 

godziny w wannie, próbując uporządkować własne myśli.

Jej wysiłki na nic się jednak nie zdały. Włożyła więc długą, obcisłą spódnicę i 

luźny podkoszulek/Wokół ramion przewiązała trykotową bluzę na wypadek, gdyby 

zrobiło się chłodniej.

Kiedy  podjechała  pod  dom  Ryana,  zauważyła,  że  zatrzymał  się  tam  inny 

samochód, z którego wysiadali właśnie jacyś starsi państwo. Ryan otworzył drzwi, 

popatrzył na nich, a potem spojrzał znacząco na Ginny. Wzięła głęboki oddech, z 

lękiem oczekując spotkania z rodzicami Ann.

Evie i Gus wybiegli z domu i ruszyli pędem w kierunku starszej pary.

– Babciu! Dziadku! Byliśmy na pikniku z Ginny i ze Scudem! Było wspaniale!

– Ginny?

Kobiety spojrzały na siebie. Ginny doszła do wniosku, że nie zrobiła niczego, 

czego mogłaby się wstydzić i że nie powinna czuć się jak intruz.

– Dzień dobry – powiedziała z uśmiechem.

Ryan odchrząknął.

– Virginio, chciałbym, żebyś poznała Betty i Douga Powersów, rodziców Ann. 

Betty, Doug, to jest Virginia.

background image

Rozdział 5

Kiedy  Ryan  zaprosił  wszystkich  do  domu,  Ginny  podejrzewała,  że  starsi 

państwo zastanawiają się nad tym, kim ona jest. Co robi tutaj z mężem ich córki? Z 

ich wnukami?

–  Miło  nam  panią  poznać  –  powiedziała  uprzejmie  Betty  Powers  i  obrzuciła 

Ginny  taksującym  spojrzeniem,  jakby  szukając  jakichś  wskazówek,  jakiegoś 

powodu jej obecności w domu zięcia. – Czy od dawna zna pani Ryana? – spytała z 

pozorną obojętnością.

– Od czterech tygodni – odparła Ginny. – Odkąd zaczęłam pracować w szpitalu. 

Jestem nową asystentką Ryana.

–  Aha,  jest  pani  koleżanką  z  pracy  –  powiedziała  Betty,  wrzucając  Ginny  do 

bezpiecznej szufladki.

Ryan mógł pominąć to stwierdzenie milczeniem, ale nie zrobił tego.

– Więcej niż koleżanką z pracy, Betty. Virginia i ja jesteśmy.. . – nastała chwila 

wymownej ciszy – przyjaciółmi. Bliskimi przyjaciółmi.

Betty  i  Doug  wymienili  szybkie  spojrzenia;  atmosfera  stała  się  wyraźnie 

napięta.  Dzieci  nie  rozładowały  sytuacji,  ponieważ  bez  przerwy  opowiadały 

jedynie  o  tym, jak  Ryan  ochlapał  ją  wodą w strumieniu,  a  ona  przewróciła go,  a 

potem usiadła na nim i zaczęła go topić, a w drodze powrotnej on gonił ją przez las.

– Powiedział, że wygrała konkurs mokrych koszulek – obwieścił Gus. – Babciu, 

na czym polega ten konkurs?

–  To  jasne,  trzeba sprawdzić,  kto  ma  najbardziej  mokrą  koszulkę  –  wyjaśniła 

Evie z wyższością.

Ryan omal nie zakrztusił się drinkiem. Betty zaparło dech z przerażenia, Doug 

odkaszlnął z zażenowania, a Ginny nie wiedziała, gdzie się schować.

Państwo Powers dość szybko się pożegnali.

– Ojej – mruknął Ryan, wracając do ogrodu.

– Przepraszam – zaczęła Ginny, ale on skwitował jej próbę usprawiedliwienia 

się machnięciem ręki.

– Nie ma za co. To nie twoja wina. Prędzej czy później musiało do tego dojść.

background image

– Jestem tu po raz pierwszy, a oni gotowi są pomyśleć, że flirtujemy na oczach 

dzieci.

–  Nie.  Wyjaśniłem  im,  że  tak  nie  jest.  Że  nic  się  nie  wydarzy  w  obecności 

dzieci.  Powiedziałem  im  również,  że  nie  jestem mnichem  i  muszą  to  uszanować. 

Powinni zdać sobie sprawę, że nadal żyję. To nie znaczy, że nie kochałem ich córki 

i  nie  boleję  nad  jej  śmiercią,  ale  nie  zostałem  z  nią  pogrzebany  i  nie  widzę 

powodów,  żeby  zachowywać  się  w  taki  sposób.  W  każdym,  razie  to  nie  ma  nic 

wspólnego z Ann. To zupełnie odrębna sprawa.

Cokolwiek by powiedział, jestem kategorią trzecią, pomyślała. Ryan przysiadł 

na poręczy ławki ogrodowej obok Ginny i spojrzał na nią.

– Czy mogę przynieść ci drinka?

– Tak. Dżin bez toniku – odparła poważnym tonem.

– Przecież będziesz prowadzić. Może jednak z tonikiem?

– Cudownie.

Wrócił,  niosąc  dwie  wysokie  szklanki,  w  których  pobrzękiwały  kostki  lodu. 

Usiadł obok Ginny i wyciągnął przed siebie nogi.

– Jak to się stało, że twoje nogi nie są niebieskie? – spytała z oburzeniem.

– Słucham?

Podciągnęła spódnicę do połowy ud, a Ryan zachichotał.

– Nowe dżinsy?

– Niestety. Chciałam, żeby były jak najciemniejsze, bo wtedy nie brudzą się tak 

szybko. Może powinnam była uprać je przed włożeniem.

– Przecież uprałaś je w strumieniu.

Oboje wybuchnęli śmiechem. Kiedy w końcu się opanowali, dostrzegli dzieci, 

które stały przed nimi i patrzyły na nich ze zdziwieniem.

–  Z  czego  się  śmiejecie?  –  spytała  Evie  i  przekrzywiła  głowę,  podświadomie 

naśladując ojca.

– Z niczego, kochanie – wysapał Ryan, ocierając oczy. – To był po prostu taki 

mokry żart.

To  wywołało  kolejny  wybuch  niepohamowanego  śmiechu,  ale  dzieci  nie 

ruszyły się z miejsca, a Gus wyglądał na znudzonego.

– Nie zwracajcie uwagi na waszego ojca – powiedziała Ginny pogodnie. – On 

background image

po prostu ma takie poczucie humoru.

Gus pociągnął Ryana za rękaw.

– Tato?

Ryan opamiętał się.

– O co chodzi?

– Czy coś ugotujesz? Jestem głodny – oznajmił chłopiec płaczliwym głosem.

– Oczywiście. Przepraszam, synku. Zaraz przygotuję grill.

W  ciągu  kilku  minut  wszystko  było  gotowe:  kebaby  z  kurcząt,  skwierczący 

bekon,  ananasowe  bułeczki  i  inne  smakołyki.  Ryan  przydzielił  Ginny 

przygotowanie sałaty.

– Tatuś robi to inaczej – powiedział Gus, przyglądając się podejrzliwie sałacie. 

– Tnie ją na małe kawałki.

– Tak jak robiła to mamusia.

Zapadło pełne napięcia milczenie. Po chwili Ryan odchrząknął i wziął miskę z 

rąk Ginny.

–  Przyjemna  jest  jakaś  odmiana.  Zaczynałem  mieć  już  powyżej  uszu  sałaty 

przyrządzanej stale w ten sam sposób. Kroiliśmy ją na drobne kawałki, bo byliście 

mali,  ale  dorośli  zazwyczaj  jedzą  sałatę  przygotowaną  właśnie  w  taki  sposób. 

Spróbujcie.

Postawił miskę na stole, a dzieci podejrzliwie patrzyły to na sałatę, to na niego.

– Uważam, że taka wygląda ładniej – rzekła w końcu Evie, sięgając po sztućce. 

– Myślę, że Gusowi nadal trzeba kroić ją na małe kawałki.

– Nieprawda! Z tymi też dam sobie radę – zaprotestował brat, a Ginny z trudem 

stłumiła uśmiech.

Jakże  sprytnie  Ryan  zażegnał  tę  niezręczną  sytuację,  pomyślała.  Chyba 

niewiele osób by to potrafiło. A może nikt. Ale pewnie po fiasku z rodzicami Ann 

Ryan nie pozwoli jej się więcej zbliżyć do swych dzieci.

Poniedziałek  w  szpitalu  był  jak  zwykle  gorączkowym  dniem.  Pacjenci,  zbyt 

zajęci  w  czasie  weekendu,  teraz  napływali  masowo  z  różnymi  dolegliwościami, 

które w większości mogli z łatwością sami wyleczyć domowymi sposobami. Mogli 

też  zasięgnąć  porady  rejonowego  lekarza  rodzinnego.  Tylko  nieliczni  naprawdę 

background image

wymagali opieki szpitalnej. Większość z nich powinna była zjawić się wcześniej.

Pewna  kobieta  zgłosiła  się  ze  spuchniętą  prawą  stopą  i  klasyczną  ostrogą 

końską powyżej pięty. Wyjaśniła, że kiedy w piątek rano prowadziła samochód w 

drodze  na  konferencję,  poczuła  okropny  ból  na  grzbiecie  stopy.  Nie  mogła  się 

zatrzymać, ponieważ jechała autostradą.

–  Co  pani  robiła?  –  spytała  Ginny,  przyglądając  się  stopie  pacjentki.  Objawy 

wskazywały na złamanie.

– Naciskałam na pedały, to wszystko.

– Co miała pani na nogach?

– Buty na wysokich obcasach.

– Ciasne?

– Nic bardzo. Choć, owszem, uciskały mnie, kiedy wyginałam nogę w stopie.

– Czy pani dużo chodzi?

Kobieta roześmiała się.

–  Nic  dla  przyjemności.  Nic  mam  na  to  czasu.  Ale  sądzę,  że  tak.  W  każdym 

razie przez cały dzień jestem na nogach.

– Czy odczuwała pani ból poprzedniego dnia?

Pacjentka ponownie się roześmiała.

–  Nic  większy  niż  zwykle,  chociaż,  skoro  już  pani  o  tym  wspomniała, 

przypominam sobie, że  mniej więcej przez ostatni tydzień bolała mnie właśnie ta 

część stopy, ale byłam zbyt zajęta, żeby zwracać na to uwagę.

Ginny kiwnęła głową.

–  Sądzę,  że  trzeba stopę  prześwietlić. Choć  wydaje się  to  nieprawdopodobne, 

może to być złamanie jednej z długich, cienkich kości śródstopia.

– Złamanie? W jaki sposób?

– Często powtarzane czynności. W pani przypadku jest to najprawdopodobniej 

chodzenie.  Mogła  też  pani  zerwać  sobie  wiązadło  podczas  prowadzenia 

samochodu. Zrobimy kilka zdjęć i sprawdzimy.

Okazało  się,  że  jest  to  złamanie.  Ginny  pokazała  pacjentce  pękniętą  kość  na 

prześwietleniu.

–  Och,  tak!  –  zawołała  kobieta.  –  Dokładnie  w  tym  miejscu  mnie  boli!  To 

dziwne.

background image

–  Takie  złamanie  nazywa  się  „marszowym".  To  typowe  złamanie,  którego 

doznawali żołnierze piechoty w wyniku długich marszów. Niestety, pani się też to 

przytrafiło, choć nie służy pani w wojsku.

– Co mi pani radzi?

–  Odpoczynek,  zimne  okłady,  bandaż  elastyczny  i  uniesienie  nogi  do  góry. 

Mniej  więcej  po  dwóch  tygodniach  wszystko  powinno  być  w  porządku,  ale  pod 

warunkiem, że zastosuje się pani do moich zaleceń.

– Ależ nie mogę! Mam mnóstwo  pracy! Dzisiaj  muszę wziąć udział w trzech 

konferencjach, jutro mam kolejne zebranie w Manchesterze, a w piątek spotkanie z 

projektantem na miejscu budowy...

–  W  takim  razie  lepiej  będzie,  jeśli  włożymy  nogę  w  gips  i  damy  pani  kule 

łokciowe. Musi jednak pani możliwie jak najwięcej odpoczywać, żeby nie dopuścić 

do  obrzęku  stopy.  Myślę,  że  założymy  pani  szynę  gipsową  na  wypadek,  gdyby 

noga miała przy tym upale tendencję do puchnięcia, ale musi pani na nią naprawdę 

bardzo  uważać.  Jeśli  zacznie  boleć,  będzie  to  oznaczało,  że  ją  pani  sforsowała. 

Czym się pani właściwie zajmuje?

– Jestem architektem.

–  To  bardzo  interesujący  zawód  –  powiedziała  Ginny,  wypełniając  kartę 

choroby. – Co pani projektuje?

–  Domy,  głównie  mieszkalne.  Pracuję  dla  jednej  z  większych  firm 

budowlanych.  Mam  szczęście,  że  dostałam  tę  pracę.  Naprawdę  nic  mogę  sobie 

pozwolić na chorowanie.

– No cóż, proszę nie forsować nogi i przyjść za tydzień na kontrolę. Proszę mi 

przyrzec, że będzie pani postępować rozważnie.

– Nic mogę – przyznała pacjentka.

Ginny roześmiała się i potrząsnęła głową.

– Przynajmniej jest pani szczera! No cóż, proszę zrobić, co w pani mocy.

Wręczyła  jej  zlecenie  założenia  gipsu  oraz  wydania  kul  i  już  miała  wezwać 

następnego pacjenta, kiedy karetka przywiozła mężczyznę z ostrym bólem brzucha.

– Przynieście go wprost do mnie – poleciła pielęgniarce z sali przyjęć.

Mężczyzna miał około czterdziestu pięciu lat. Najwyraźniej cierpiał i z trudem 

wymawiał słowa.

background image

– Gdzie pana boli? – spytała Ginny. – Czy może mi pan pokazać to miejsce?

Chory wskazał środek brzucha.

– Ból promieniuje aż do pleców – wystękał, a potem zwymiotował.

– W porządku, przyjrzyjmy się temu – powiedziała Ginny.

Brzuch pacjenta nie był napięty, co wykluczało perforację.

Bardziej  prawdopodobny  wydawał  się  tętniak  aorty  lub  zawał  serca.  Ginny 

osłuchała serce; poza przyspieszonym rytmem, pracowało normalnie.

Badając  delikatnie  brzuch,  wyczuła  w  linii  pośrodkowej  ciała  miękką, 

stawiającą lekki opór masę.

– Jakie ma ciśnienie? – spytała pielęgniarkę.

– Niskie. Dziewięćdziesiąt na czterdzieści.

–  Wezwij  szybko  chirurga,  dobrze?  Podejrzewam  pękający  tętniak.  Panie 

Bright, teraz podłączę kroplówkę, żeby podać panu płyny i środki przeciwbólowe. 

Podam również tlen, żeby ułatwić panu oddychanie.

Założyła mu maskę tlenową, a potem błyskawicznie podłączyła kroplówkę. Po 

pobraniu krwi do  analizy oraz do  próby krzyżowej zaczęła przetaczać osocze, by 

zwiększyć objętość krążącej krwi.

Technik radiolog przyniósł przenośny aparat  rentgenowski,  a potem przyszedł 

Ross Hamilton i potwierdził diagnozę Ginny.

– Tom Russell jest teraz na sali operacyjnej. Zawiadomię go, żeby natychmiast 

zajął się panem Brightem. Czy wymiotował?

– Tak. Jego żołądek jest zupełnie pusty.

– Dobrze. Zawieźcie go na górę. Ja zadzwonię na salę operacyjną.

Do pokoju zajrzała pielęgniarka.

– Nadjeżdża karetka na sygnale. Ryan potrzebuje cię szybko na erce.

– Dobrze. Powiedz mu, że zaraz będę – odparła Ginny.

Wypełniła  kartę  choroby  pana  Brighta,  a  potem  odesłała  go  z  pielęgniarką  i 

sanitariuszem na salę operacyjną. Zeszła na reanimację w chwili, gdy przyjechała 

karetka. Sanitariusz zarzucił lekarzy informacjami:

–  Straciła  przytomność  na  miejscu  wypadku,  podejrzenie  urazu  głowy, 

obrażenia brzucha i klatki piersiowej od pasa bezpieczeństwa w chwili zderzenia, 

uszkodzenia nogi. Dwójka małych dzieci wyszła bez obrażeń. Teraz są na policji w 

background image

celu ustalenia tożsamości. Pacjentka ma niskie ciśnienie krwi, więc podłączyliśmy 

ją do kroplówki, pobraliśmy krew do próby krzyżowej i...

Ginny  wzięła  od  niego  cewniki  i  podążyła  za  wózkiem.  Sanitariusz  nadal 

mówił,  ale  do  niej  docierały  tylko  pojedyncze  słowa.  Ranna  potrzebuje 

natychmiastowej  i  wszechstronnej  pomocy,  to  oczywiste,  a  Ryan  musi 

skompletować zespół lekarzy.

Ginny  bezzwłocznie  wysłała  krew  do  próby  krzyżowej  i  szybko  wróciła  do 

Ryana.  Kobieta  miała  unieruchomione  plecy  oraz  szyję.  Ponieważ  istniało 

podejrzenie  uszkodzenia  rdzenia  kręgowego,  Ryan  ostrożnie  włożył  rurkę 

intubacyjną.

ABCD,  pomyślała  Ginny.  A  –  zapewnienie  drożności  dróg  oddechowych  –

załatwione.  Teraz  B  –  oddychanie.  Założyła  na  twarz  pacjentki  maskę  tlenową  i 

zaczęła podawać stuprocentowy tlen.

Następnie C – krążenie. Ciśnienie krwi rannej było niskie.

– Wezwij chirurga, bo istnieje podejrzenie krwotoku – polecił Ryan, pochylając 

się nad pacjentką.

– Ross może jeszcze być tutaj – odparła.

W tym momencie uchyliły się drzwi i zajrzał przez nie Ross.

– Czy przypadkiem mnie nie potrzebujecie, skoro już tu jestem?

–  Och,  w  samą  porę!  Mamy  kobietę  z  podejrzeniem  krwotoku  do  jamy 

brzusznej. Jest nieprzytomna, a ciśnienie krwi gwałtownie spada. Obrażenia klatki 

piersiowej, uszkodzenia nogi. Rzuć na nią okiem, dobrze?

Cofnęli się, by Ross mógł obejrzeć pacjentkę. Ginny z przerażeniem dostrzegła, 

że z jego twarzy odpływa krew.

– Mój Boże, nie! – jęknął. – Lizzi?

Ryan  zaklął  cicho  i  odwrócił  się  do  niego,  ale  nie  był  wystarczająco  szybki. 

Ross wziął głęboki oddech, podszedł do pacjentki i położył dłonie na jej brzuchu. 

Choć drżały mu ręce, badał chorą delikatnie i ostrożnie.

–  Ma  pęknięte  żebra,  ale  ściana  klatki  piersiowej  porusza  się  prawidłowo  –

powiedziała Ginny do Ryana.

–  Wezwijcie  anestezjologa  –  odezwał  się  Ross.  –  Może  będzie  trzeba  ją 

operować,  żeby  sprawdzić,  skąd  pochodzi  ten  krwotok.  Czy  są  jakieś  objawy 

background image

krwiaka opłucnej?

Ginny potrząsnęła głową.

– Na razie nie. – Spojrzała na Rossa, a potem odwróciła się do Ryana. – Kim 

ona jest? – spytała szeptem.

– Jego żoną.

Ginny  popatrzyła  na  rozebraną  kobietę.  Jej  klatka  piersiowa  była  stłuczona  i 

pokryta  siniakami,  twarz  i  skroń  –  opuchnięte,  a  nogi  –  zniekształcone  poniżej 

kolan.

–  Wyczuwam  coś  w  podbrzuszu  –  oznajmił  Ross.  –  Nie  sądzę,  żeby  była  to 

śledziona. Będę musiał operować...

– Nie ma mowy – zaprotestował Ryan stanowczo. – Czy Olivier znajduje się na 

terenie szpitala?

– Jest już w drodze. – ""

Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie i mężczyzna w stroju chirurga chwycił 

Rossa mocno za ramiona i odsunął go od pacjentki.

– Dolny lewy kwadrat – wyjaśnił Ross ochrypłym głosem.

–  Tak  –  przyznał  Olivier.  –  Myślę,  że  to  w  gruncie  rzeczy  sprawa 

ginekologiczna.  Wystąpiło  obfite  krwawienie  z  pochwy;  może  ronić  lub  mieć 

pękniętą ciążę pozamaciczną. Czy to możliwe? Nie sądzę, żeby miała uraz brzucha, 

bo nie widzę oznak uderzenia. Co się stało?

–  Nie  wiadomo  –  odparł  Ryan.  –  W  wypadku  nie  brały  udziału  inne 

samochody.

– Ona jest w ciąży – mruknął Ross, a potem chwycił Ryana kurczowo za ramię. 

– Co z dziećmi? Gdzie są moje dzieci?

Ginny wzięła go za rękę i zaprowadziła do gabinetu lekarskiego.

–  Wszystko  w porządku.  Zajęła się  nimi  policja. Nic  im się  nie  stało.  Chodź, 

dowiemy się, gdzie są teraz.

– Ale Lizzi...

– Jest w dobrych rękach. Nie martw się, wyjdzie z tego.

– Jest nieprzytomna – powiedział, jakby dopiero teraz to do niego dotarło.

Zza wahadłowych drzwi dobiegł do nich głos Ryana:

– Cholera! Brak akcji serca.

background image

Ross zdrętwiał, a potem nagle się załamał.

– Dobry Boże, nie, nie Lizzi...

Wstrząsnęło  nim  ciche  łkanie,  ale  Ginny  nie  dostrzegła  w  jego  oczach  łez. 

Nagle otworzyły się drzwi i weszła pielęgniarka.

– Ryan prosi, żebyś tam wróciła – powiedziała do Ginny.

Ross zerwał się na równe nogi.

– Co z nią? Miała zapaść czy umarła? – spytał, chwytając ją za ramię.

– Nie, żyje. Serce znów zaczęło pracować. Czy zrobić ci herbatę?

Potrząsnął głową.

– Nie, chcę być tam.

– Nie sądzę...

Ginny wróciła do sali reanimacyjnej. Ryan podniósł głowę i spojrzał na nią.

– Co z nim?

– Jest w szoku. A ona?

– Bardzo źle. Miała zapaść.

– Wiemy. Słyszeliśmy cię.

– Cholera. Nie chciałem, żeby martwił się bardziej niż to konieczne. Gdzie on 

jest?

– W gabinecie z pielęgniarką.

–  To  dobrze.  Mam  nadzieję,  że  uda  jej  się  go  tam  zatrzymać.  Zamierzamy 

otworzyć ją i zatamować krwawienie.

– Tutaj? Nie na sali operacyjnej?

– Nie ma czasu. Lada chwila zjawi się zespół ginekologiczny, ale ja potrzebuję 

pomocy z innego powodu. Krwiak opłucnej powiększył się. Pomożesz mi założyć 

dren?

Ginny pracowała niemal machinalnie, przez cały czas myśląc o czekającym w 

gabinecie Rossie.

On  jednak,  mimo  protestów  lekarzy,  wszedł  na  salę,  oparł  się  o  ścianę  i  w 

posępnym milczeniu obserwował ich walkę o życie żony.

Lizzi  ponownie  dostała  zapaści,  ale  udało  się  ją  zreanimować.  Kiedy 

anestezjolog  ją  uśpił,  ginekolodzy  stwierdzili  pękniętą  ciążę  pozamaciczną. 

Zatamowano  krwotok,  odessano  krew,  a  potem  pielęgniarki  przetoczyły krew  do 

background image

żył. Po chwili Lizzi przestała być tak przerażająco blada, ciśnienie krwi wzrosło.

Lekarze usunęli ciążę, potem przepłukali jamę brzuszną i zaszyli cięcie. Potem 

anestezjolog przestał podawać środek znieczulający.

– Sprawdźmy, czy nadal jest nieprzytomna – mruknął Ryan.

– Lizzi? Lizzi, obudź się, czy mnie słyszysz?

– Ja coś powiem – rzekł Ross, odpychając Ryana. – Lizzi, kochanie! Obudź się. 

Pora wstawać. Lizzi? – Uścisnął jej dłoń.

– Lizzi? Obudź się, kochanie.

– Nie – jęknęła, z trudem otwierając poranione usta. – Boli.

Ross  zamknął  oczy,  a  potem  pochylił  się  nad  nią  i  pocałował ją  w  czoło.  Na 

jego spiętej twarzy malowało się wzruszenie.

– Wiem, kochanie. Już wszystko dobrze. Jestem przy tobie.

– Dzieci...

– Nic im się nie stało. Nie martw się.

– Gdzie jestem?

– W szpitalu. Otwórz oczy, kochanie.

– Źrenice reagują na światło – stwierdził Ryan. – Przywróciliśmy ją do życia.

Mówił spokojnym, ale nieco bezbarwnym głosem. Ginny spojrzała na niego po 

raz  pierwszy  od  dłuższego  czasu  i  była  wstrząśnięta  zmianą,  jaka  w  nim  zaszła. 

Miał poszarzałą twarz i zapadnięte, matowe oczy. Bez słowa odwrócił się i wyszedł 

z sali.

Nie  mogła  pójść  za  nim,  ponieważ  była  zbyt  zajęta  pacjentką.  Kiedy  wrócił, 

jego  twarz  odzyskała  już  normalną  barwę,  tylko  oczy  pozostały  bez  wyrazu. 

Pracował niemal mechanicznie.

– W porządku. Skoro najgorsze minęło, czy możemy dostać prześwietlenia nóg, 

klatki  piersiowej,  kręgosłupa,  głowy,  miednicy  i  wszystkiego,  co  pacjentkę  boli? 

Potem przewieziemy ją na ortopedię.

– Ona okropnie cierpi – powiedział Ross, nadal stojąc przy żonie.

– Panujemy nad tym. Ginny, bardzo dziękuję za pomoc. Możesz już iść.

Ginny kiwnęła głową i uścisnęła Rossa za ramię.

– Cieszę się, że z nią wszystko w porządku.

Ross uśmiechnął się blado.

background image

– Dziękuję.

Raz jeszcze spojrzała na spiętą twarz Ryana i wyszła.

Ryan bał się, że zemdleje. Miał mdłości, kręciło mu się w głowie, a dokuczliwy 

szum w uszach utrudniał zebranie myśli.

Ściągnął rękawice i wrzucił je do kosza, a potem zdjął zakrwawiony fartuch i 

ruszył w kierunku drzwi, nie zważając na zdziwione spojrzenia personelu. Musiał 

po prostu stąd wyjść, zanim ściany runą na niego i zwymiotuje.

Było  chłodniej  niż  w  czasie  weekendu,  więc  kiedy  znalazł  się  na  powietrzu, 

wziął kilka głębokich oddechów. Jego samochód stał w pobliżu głównego wejścia 

na miejscu zarezerwowanym dla konsultantów. Otworzył drzwi, usiadł bokiem na 

fotelu kierowcy i ukrył twarz w dłoniach.

Przeraził go widok twarzy Rossa. Mogło to być jego własne odbicie w lustrze. 

Wstrząs, przerażenie, świadomość krytycznego stanu chorej... Z tą różnicą, że żona 

Rossa żyła, a jego zginęła na miejscu.

Nie miał wtedy żadnych wątpliwości. Głowa Ann pękła jak jajko, a jedna strona 

czaszki była wgnieciona. Nikt nie przeżyłby takich obrażeń. Mimo wszystko badał 

jej tętno albo przynajmniej próbował je sprawdzić. Miała zmiażdżony nadgarstek. 

Kiedy wypuścił z dłoni jej rękę, na jego palcach pozostały odłamki kości.

Poczuł palenie w przełyku. Od dłuższego czasu nie dopuszczał do siebie tych 

wspomnień,  ale  sobotnia  rozmowa  z  Virginią  oraz  walka  o  życie  Lizzi 

spowodowały, że wszystko powróciło ze zdwojoną siłą. Nagle padł na niego cień.

– Ryan?

Otworzył  oczy  i  na  tle  nieba  dostrzegł  zarys  sylwetki  Virginii.  Jej  włosy 

tworzyły w promieniach słońca coś w rodzaju aureoli. Czy była świętą? Powinna, 

jeśli chce zrozumieć to wszystko.

– Dobrze się czujesz?

Kiwnął głową.

– Mam lekkie mdłości, ale to przejdzie.

– Wspomnienia?

Ponownie kiwnął głową.

–  Dlaczego  nie  pojedziesz  do  domu?  Jack  jest  na  miejscu.  Damy  sobie  bez 

background image

ciebie radę.

– Może to dobry pomysł. Jesteś pewna, że sobie poradzicie?

– Och, będziemy się starać. Czy możesz prowadzić?

Rozważył w myślach jej pytanie.

– Jeszcze nie. Po prostu posiedzę tu przez chwilę.

– Jeśli chcesz, możesz położyć się w moim mieszkaniu.

Spojrzał w jej oczy.

– Naprawdę?

Delikatnie pogłaskała go po policzku.

– Oczywiście. Masz to.

Kiedy wręczała mu pęk kluczy, gwałtownie chwycił jej dłoń i pocałował ją.

– Dziękuję – wyszeptał. Nie był w stanie mówić głośniej.

Po kilku minutach pojechał do jej mieszkania, zrzucił z siebie ubranie i wśliznął 

się  do  łóżka.  Natychmiast  zapadł  w  sen,  który  przyniósł  mu  błogosławione 

zapomnienie  i  tak  bardzo  potrzebny  jego  udręczonemu  umysłowi  odpoczynek. 

Obudził go odgłos kroków w salonie. Odrzucił pościel, wstał z łóżka i podszedł do 

drzwi.

Ginny  go  nie  usłyszała.  Zajęta  była  porządkowaniem  gazet  i  układaniem 

poduszek.  Po  powrocie  z  pracy  przebrała  się  w  wygodną,  luźną,  bawełnianą 

sukienkę,  pod  którą  widać było  zarys  piersi  i  bioder.  Ryan natychmiast otrząsnął 

się ze snu.

– Virginio – powiedział zmienionym przez sen głosem.

Odwróciła  głowę,  spojrzała  na  niego,  a  potem  bez  słowa  rzuciła  mu  się  w 

ramiona.  Z  łatwością  poradził  sobie  z  jej  sukienką  i  skąpą,  koronkową  bielizną. 

Potem  zatopił  się  w  jej  cudownych  ramionach,  próbując  zapomnieć  o 

okropnościach sprzed kilku godzin.

Ginny  dała  się  porwać  jego  nienasyconej  żądzy.  Jego  pocałunki  stały  się 

brutalne, pieścił ją z zapamiętałą pasją, która obudziła w niej jakieś dzikie uczucia, 

z  których  istnienia  nie  zdawała  sobie  dotąd  sprawy.  Był  nienasycony,  ale  mimo 

wysiłków żadne z nich nie mogło osiągnąć rozkoszy. Stało się to dopiero później. 

Potem Ryan długo milczał, a gdy wreszcie uniósł głowę, w jego oczach dostrzegła 

niepokój.

background image

– Przepraszam. Znowu zachowałem się jak zwierzę. Dobrze się czujesz?

Kiwnęła głową.

– A ty?

– Chyba tak. Domyślam się, że oboje żyjemy.

– Na to wygląda.

Ponownie oparł głowę na jej ramieniu.

–  Czasami  ta  praca  jest  zbyt  stresująca  –  mruknął.  –  Przepraszam,  jeśli 

sprawiłem ci ból.

– Ależ skąd.

Pogłaskała go po wilgotnych plecach.

–  Jesteś  bardzo  wyrozumiała.  Większość  kobiet  powiedziałaby,  żebym  nie 

pokazywał im się na oczy, dopóki nie wezmę się w garść.

– Zatem większość kobiet nie ma wyobraźni.

Uśmiechnął się blado.

– Co z Lizzi?

–  W  porządku.  Nastawili  złamania  w  miejscowym  znieczuleniu.  Termin 

ostatecznej  operacji  wyznaczono  na  jutro.  Chcą,  żeby  się  ustabilizowała  i  trochę 

wzmocniła.

– Uraz głowy?

–  To  tylko  lekkie  stłuczenie.  Przyczyną  wypadku  była  ciąża  pozamaciczna. 

Lizzi poczuła nagle ostry ból i straciła panowanie nad kierownicą.

– Czy Ross odebrał dzieci?

– Tak. Zawiózł je do domu.

Ryan pogłaskał ją delikatnie po policzku.

– Virginio?

– Tak?

– To nie ma nic wspólnego z Ann. Dzisiejszego popołudnia przeżyłem wstrząs, 

ale  teraz...  cieszę  się,  że  żyjemy.  Wciąż  stykamy  się  oko  w  oko  ze  śmiercią  i 

musimy  mieć  pewność,  że  nadal  jesteśmy  gdzieś  tutaj,  że  ta  dzika  bestia  jeszcze 

nas  nie  dopadła. –  Odgarnął  włosy  z  jej  twarzy  i  pocałował  ją  czule  w  czoło.  –

Dziękuję, że tu jesteś.

Nic mogła wydobyć z siebie słowa. Przytuliła się do niego, a on przez chwilę 

background image

trzymał ją mocno w objęciach.

– Muszę odebrać dzieci. Zaczęły dzisiaj szkołę, więc po lekcjach Betty zabrała 

je do siebie, a ja miałem przyjechać po nie po pracy. Zazwyczaj dzwonię do niej, 

jeśli coś mi wypadnie.

– Więc zadzwoń.

–  Słusznie.  –  Spuścił  nogi  z  łóżka  i  zaczął  szukać  części swojej  garderoby, a 

potem  ubrał  się  i  poszedł  do  salonu.  Po  chwili  tłumaczył  matce  Ann,  że  coś  go 

zatrzymało w pracy.

–  Żona  kolegi  miała  poważny  wypadek.  Zajęło  nam  sporo  czasu,  zanim 

uporaliśmy się ze wszystkim. Niedługo przyjadę.

Odłożył słuchawkę i wrócił do sypialni.

– Powiedziała, że nakarmi dzieci, więc nie muszę się spieszyć. – Łóżko ugięło 

się pod jego ciężarem. – Co powiesz na rybę z frytkami?

– Można je kupić tuż za rogiem.

– Wiem.

–  W  porządku.  Ty  pójdziesz  po  jedzenie,  a  ja  wstanę  i  nastawię  wodę  na 

herbatę.

Kiedy wyszedł, Ginny przygotowała dzbanek herbaty i dokończyła sprzątanie.

Z  poduszką  w  ręku  zaczęła  zastanawiać  się  nad  tym,  co  Ryan  powiedział  na 

temat  dzikiej  bestii.  Tak,  pomyślała,  niespodziewana  i  gwałtowna  śmierć  jest 

bestią,  która  zagraża  wszystkim,  zwłaszcza  tym,  którzy  stykają  się  z  nią  na  co 

dzień. Nic dziwnego, że reagują często w sposób nieopanowany.

Trzeba mieć wiele siły, żeby stawić czoło tej bestii i zwyciężyć...

background image

Rozdział 6

Następnego  dnia  jedynym  tematem  na  oddziale  był  wypadek  Lizzi  Hamilton. 

Ginny od samego rana została wciągnięta w nieustający wir dyskusji.

Ross  wydawał  się  wyczerpany,  ale  wyglądał  o  dziesięć  lat  młodziej  niż 

poprzedniego dnia. Powitał Ginny zmęczonym uśmiechem.

–  Cześć  –  zawołała  Ginny  pogodnie,  widząc  Rossa  w  znacznie  lepszym 

nastroju. – Co nowego?

–  Och,  wszystko  w  porządku.  Miała  ciężką  noc.  Boli  ją  klatka  piersiowa  z 

powodu pękniętych żeber i uderzenia Ryana, który chciał przywrócić ją do życia. 

Cięcie  i  nogi  dają  jej  piekielną  szkołę,  ale  uraz  głowy  nie  okazał  się  groźny. 

Oczywiście  jest wytrącona z  równowagi  w  związku  z  utratą dziecka, ale  ta  ciąża 

była  przyczyną  wypadku.  Lizzi  przypomina  sobie,  że  przeszył  ją  okropny  ból  i 

straciła panowanie nad kierownicą. Może i lepiej, że więcej już nic nie pamięta.

– Jak wygląda? – spytała Ginny, przypominając sobie jej posiniaczoną twarz i 

skroń.

– Kolorowo. Jedno oko ma okropnie podbite. Pasuje barwą do reszty ciała.

– A jak dzieci?

Ross westchnął.

–  Och,  chyba  dobrze.  Są  teraz  u  babci.  Przywiozłem  je  wczesnym  rankiem, 

żeby odwiedziły Lizzie, bo były bardzo niespokojne. Młodsze jest za małe, żeby to 

wszytko zrozumieć, a starsze było przestraszone, widząc cewniki i siniaki. Myślę, 

że z ich punktu widzenia nie była to przesadnie udana wizyta. Lizzi ucieszyła się, 

widząc, że są zdrowe i całe, więc chyba w sumie odwiedziny spełniły swoją rolę. 

Tak  czy  owak,  dziękuję  wam  wszystkim  za  to,  czego  wczoraj  dokonaliście. 

Byliście wspaniali.

–  Staraliśmy  się  pomóc  –  oznajmił  Jack  z  szerokim  uśmiechem.  –  Ale  tak 

naprawdę  powinieneś  podziękować  Ryanowi,  który  dziś  jest  nieobecny,  bo 

rozchorowały mu się dzieci.

Ginny  poczuła,  że  dzień  traci  dla  niej  cały  urok.  Zastanawiała  się  wcześniej, 

gdzie też może być Ryan.

background image

Kiedy  zadzwoniła  do  niego  później,  usłyszała  w  słuchawce  pełen  niepokoju 

głos.

–  Oboje  wymiotują,  podobnie  jak  Betty  i  Doug.  Musiało  im  coś  zaszkodzić. 

Próbuję załatwić jakąś opiekunkę, żeby wpaść do szpitala, ale dzieci nie chcą mnie 

puścić.

– Więc zostań. Jack tu  jest, Patrick Haddon również. I ja, więc personelu jest 

pod dostatkiem. Zostań w domu, opiekuj się dziećmi i bądź dobrej myśli.

– Przez cały ranek zmieniałem prześcieradła i wycierałem podłogi.

– Czy przydałabym ci się później? – zaproponowała.

– O której mogłabyś wpaść?

–  Około  wpół  do  szóstej?  Nie będę  jednak  mogła  zostać  zbyt  długo,  bo  jutro 

mam nocny dyżur, więc muszę położyć się wcześnie spać.

–  W  porządku.  Czy  mogłabyś  przywieźć  coś  do  jedzenia?  Lodówka  świeci 

pustkami,  a  ja  nie  mogę  ich  zostawić,  żeby  wyskoczyć  do  sklepu.  Mam  pół 

bochenka chleba, trochę starego sera i zwiędłą sałatę.

Później pożałowała swego optymizmu.  Choć  personelu  medycznego  było pod 

dostatkiem, przez pewien czas nie mieli ani chwili wytchnienia.

–  Czy  sądzisz,  że  istnieje  szansa,  żeby  zjawił  się  tu  Ryan?  –  spytał  Jack, 

przechodząc obok Ginny.

– Raczej nie – odparła. – Chyba że ja go zmienię przy dzieciach, ale widziałam 

je zaledwie jeden raz.

– Trudno. Ciebie również nie chcielibyśmy stracić. Damy sobie jakoś radę.

Istotnie  poradzili  sobie,  ale  nie  było  to  łatwe.  Kiedy  zamierzali  już  wyjść  do 

domu, zaczął się wieczorny ruch.

– Chcesz, żebym jeszcze chwilę została? – spytała Ginny.

– A możesz?

Ginny zadzwoniła do Ryana i zawiadomiła go, że przyjedzie trochę później, a 

potem  zaczęła  się  zastanawiać,  dlaczego  nie  wyszła  ze  szpitala,  kiedy  panował 

niewielki  ruch.  Teraz  musieli  zająć  się  rannymi  z  dwóch  wypadków  drogowych. 

Jeden  z  nich  okazał  się  niestety  śmiertelny,  a  wyniku  drugiego  pacjent  odniósł 

liczne obrażenia. Kiedy uporali się już ze wszystkim, przywieziono chłopca, który 

postanowił  zabawić  się  w  Supermana  wyskoczył  z  okna  swojej  sypialni.  Pech 

background image

chciał, że okno znajdowało się dokładnie nad szklarnią.

Przywieziono go na sygnale. Z karetki przekazano wiadomość, że chłopiec ma 

grupę  krwi  „0"  Rh  minus  i  że  bezzwłocznie  trzeba  zrobić  transfuzję.  Pobrano 

niewielką  dawkę  krwi  do  próby  krzyżowej  i  można  było  zacząć  przetaczanie 

natychmiast po podłączeniu kroplówki.

A to okazało się niełatwym zadaniem. Chłopiec rzucał się niespokojnie i miał 

liczne  rany cięte  na  rękach  oraz  nogach. Do  podłączenia  kroplówki nadawała się 

jedynie żyła na szyi.

–  Będę  potrzebowała  pomocy  –  oznajmiła  Ginny  bladej  jak  ściana  matce 

chłopca i wezwała Jacka, który wreszcie zdołał podłączyć kroplówkę.

Chłopiec  powoli  się  uspokajał.  Stracił  dużo  krwi,  więc  Ginny  zaczęła 

transfuzję, a potem zajęła się najbardziej rozległymi  ranami. Niewiele brakowało, 

by  szkło  przecięło  tętnicę  w  lewym  nadgarstku.  Gdyby  tak  się  stało,  chłopiec 

mógłby umrzeć w ciągu kilku minut.

–  Trzeba  go  przewieźć  na  salę  operacyjną  i  pozszywać  –  powiedział  Jack.  –

Zajmę  się  teraz  tylko  najgorszymi  ranami,  żeby  zatrzymać  upływ  krwi,  a  potem 

przekażemy  go  w  ręce  chirurga.  Trzeba  zrobić  prześwietlenia,  żeby  wykryć 

wszystkie odłamki szkła, które w nim jeszcze pozostały.

Kiedy  chłopca  przewieziono  na  chirurgię,  Ginny  mogła  w  końcu  pójść  do 

domu. Wykąpała się i przebrała, a potem wyruszyła do Ryana, wstępując po drodze 

do supermarketu. Ryan powitał ją z entuzjazmem.

– Jestem taki głodny, że mógłbym jeść korzonki – oznajmił, chwytając torbę z 

zakupami i ruszając z nią w kierunku kuchni.

–  Dobrze  więc,  że  kupiłam  ziemniaki  i  marchewkę,  prawda?  –  spytała 

żartobliwie, całując go w policzek. – Jak dzieci?

Ryan westchnął i przesunął dłonią po włosach.

–  Marnie.  Evie  odzyskała  już  formę  i  żąda,  żeby  się  nią  zajmować,  ale  stan 

Angusa jest nadal zmienny. Jest żarłokiem, więc zjadł wszystkiego więcej niż Evie, 

a przecież jest niniejszy. Najwyraźniej babcia zafundowała im jedzenie na wynos.

– Tatusiu?

Ryan podszedł do stóp schodów. Na jego twarzy malował się wyraz rezygnacji.

– Tak, Evie, o co chodzi, kochanie?

background image

– Kto przyszedł?

– Virginia.

– Chcę bajkę – zawołała Evie po chwili milczenia.

Ryan westchnął i oparł głowę o poręcz.

– Znowu?

– Mogę jej poczytać?

Spojrzał na nią tak, jakby nagle wyrosły jej skrzydła.

–  Naprawdę?  „Czarna  Piękność"  leży  na  jej  nocnym  stoliku.  Przyniosę  ci 

filiżankę herbaty.

Kiedy  Ryan  przyszedł  na  górę,  były  tak  bardzo  zaabsorbowane  bajką,  że  w 

ogóle nie zwróciły na niego uwagi. Ginny doszła właśnie do momentu, w którym 

Ginger umiera. W końcu Evie ogarnęła senność, więc przytuliła się do Ginny, która 

odłożyła  książkę  i  zaczęła  nucić  zapamiętaną  z  dzieciństwa  kołysankę.  Gdy Evie 

zasnęła, nadal siedziała obok niej, zastanawiając się, co by było,  gdyby życie  nie 

spłatało jej tak przykrego figla.

Spojrzała  na  jasną  główkę  dziewczynki  i  odgarnęła  delikatnie  włosy  z  jej 

ślicznej buzi. Cóż za szkoda, że ta mała straciła matkę, pomyślała. Kto przekaże jej 

to wszystko, co przekazują matki swym dorastającym córkom?

Betty?  Ginny  wzdrygnęła  się  na  samą  myśl  o  tym.  Berty  wydawała  się  tak 

bardzo  zamknięta  w  sobie,  taka  poprawna.  Jakże  uporałaby  się  z  szalejącymi 

hormonami nastolatki, będącej w trudnym okresie życia?

Usłyszała, że Ryan krząta się po sąsiednim pokoju, walcząc z kolejnym atakiem 

choroby  Gusa.  Powinien  mieć  żonę,  pomyślała,  choć  jeszcze  nie  jest  na  to 

przygotowany.

Po chwili Ryan stanął w drzwiach. Wydawał się wyczerpany.

– Myślę, że teraz się uspokoi. Zmieniłem prześcieradła, umyłem go i podałem 

płyn elektrolitowy.

–  To  straszne  paskudztwo  –  powiedziała  cicho.  –  Jeśli  tego  nie  zwymiotuje, 

jego stan się poprawi.

Mimo zmęczenia uśmiechnęli się do siebie, a Ryan wyciągnął do niej rękę.

– Chodź, zrobię ci drinka. Czy jadłaś kolację?

– Nie miałam czasu. Przepraszam, że przyjechałam tak późno, ale po telefonie 

background image

do ciebie zaczęło się prawdziwe piekło.

– Zawsze tak jest. – Kiedy schodzili na dół, otoczył ją ramieniem. – Tęskniłem 

za tobą – szepnął, muskając ustami jej włosy.

– Tu też było prawdziwe piekło. Dzieci wymiotowały jak gejzery. Zaczęło się 

około czwartej nad ranem.

– Jak się czują twoi teściowie?

– Chodzi ci o moich byłych teściów? – spytał z uśmiechem, wypuszczając ją z 

objęć i wchodząc do kuchni. – Och, coraz lepiej. Zamierzam jutro zawieźć do nich 

dzieci. Cała czwórka słabeuszy będzie mogła wspólnie spędzić czas. Tak czy owak, 

Betty i Doug przenocują tu jutro, ponieważ ja mam nocny dyżur razem z tobą.

Zasada wyznaczania dyżurów polegała na tym, że każdego młodszego członka 

personelu  medycznego  zawsze  asekurował  jakiś  bardziej  doświadczony  lekarz, 

który spał w czasie dyżuru na terenie szpitala. Zazwyczaj nie zakłócano mu snu, ale 

Ginny niejednokrotnie cieszyła się, że w razie potrzeby może liczyć na pomoc.

– Jesteś moją ostoją moralną – powiedziała z uśmiechem.

–  Masz prawo  mnie obudzić  –  przypomniał  jej  z  szelmowskim  uśmiechem.  –

Mój sen nie jest święty.

–  Ach,  gdybym  przyszła  do  twojego  pokoju,  mogłabym  nie  wydostać  się 

stamtąd przez całe wieki. Lepiej będzie dla pacjentów, jeśli sama się nimi zajmę!

Przyciągnął ją do siebie i wtulił twarz w jej szyję.

– Mógłbym od razu wziąć cię do łóżka. Cudownie pachniesz.

– Czego nie można powiedzieć o tobie – odparła szczerze.

–  Wokół  ciebie  unosi  się  wyraźny  zapach  pokoju  szpitalnego,  ale  chyba  go 

zniosę.

Natychmiast wypuścił ją z objęć.

– Daj mi pięć minut – powiedział i zniknął.

Wprawdzie nie było go przez dziesięć minut, ale w tym czasie wziął prysznic, 

umył głowę i włożył czyste ubranie.

– Teraz lepiej? – spytał z chłopięcym uśmiechem.

– Znacznie lepiej – przyznała. – Teraz mogę cię przytulić.

– A co z kolacją?

– Pewnie lepiej by mi zrobiła, ale pieszczoty są okropnie kuszące.

background image

– Najpierw posiłek, pieszczoty później.

– Później będę musiała wracać do domu.

–  Może  tak  będzie  lepiej.  Przyrzekłem  Betty  i  Dougowi, że  nie  będziemy  się 

bawić, kiedy w domu są dzieci. Wiesz co? Usiądziemy na kanapie i zjemy kolację 

przy telewizji, dobrze? Przy tej okazji będę mógł cię przytulić.

Tak też zrobili. Po kolacji Ryan poszedł do kuchni, by zaparzyć kawę, a Ginny 

po raz pierwszy dokładniej rozejrzała się po pokoju.

Na  stojącym w  kącie  fortepianie dostrzegła fotografię,  na  której Ryan  otaczał 

ramieniem  kobietę  o  jasnych,  lśniących  włosach  i  roześmianych  oczach.  Ginny 

poczuła, że cały jej świat wali się w gruzy.

Nie  pasowała  do  tego  miejsca  i  wiedziała,  że  nigdy  nie  będzie  do  niego 

pasować. Ryan nie chciał widzieć jej w swoim życiu w takiej roli, a ona, choć nie 

liczyła na trwały związek, nadal odczuwała ból.

Przypomniała  sobie,  że  jest  tylko  kategorią  trzecią.  Nie  żoną,  a  już  z  całą 

pewnością nie matką.

I nigdy nią nie będzie.

Ze łzami w oczach zerwała się gwałtownie z kanapy, wpadając w drzwiach na 

Ryana, który właśnie wchodził do pokoju z dwoma kubkami kawy.

– Muszę iść. Jestem zmęczona. Wybaczysz mi?

– Przecież kawa jest już gotowa, więc napij się. To nie zajmie ci nawet pięciu 

minut.

–  Ceduję  ją  na  ciebie  –  oznajmiła  z  wymuszonym  uśmiechem.  –  Muszę  iść. 

Dobranoc, Ryan. Śpij dobrze.

Nic  zaczekała  nawet  na  pożegnalny  pocałunek.  Ryan,  zaskoczony  jej 

zachowaniem, postawił kubki na stoliku i rozejrzał się po pokoju. Co, u diabła, ją 

opętało?  Dostrzegł  fotografię,  przedstawiającą  jego,  dzieci  oraz  Ann,  i  nagle 

zrozumiał.

–  Cholera  –  mruknął  cicho.  Wziął  zdjęcie  do  rąk,  przetarł  szkło  rękawem  i 

spojrzał na uśmiechniętą twarz swojej żony. – Och, Ann – westchnął. – Co ja mam 

z nią począć?

Ginny wracała do domu z rozdartym sercem. Zdała sobie sprawę, że nie należy 

background image

do rodziny Ryana i postępuje nierozsądnie, angażując się w tę niebezpieczną grę. 

Może pozwolić sobie na romans, ale nie ma prawa wystawiać na próbę uczuć jego 

dzieci. Ryanowi nie przyszło zapewne nawet do głowy, że Evic i Gus mogą stać się 

od niej zależne, ale ona była tego świadoma. Czuła też, że ona również może stać 

się zależna od nich.

Kiedy znalazła się u siebie, zapaliła światło i  weszła do  kuchni. Na  parapecie 

czekał na nią Geronimo.

Wpuściła go do środka.

– Chodź i przytul się do mnie – rzekła półgłosem, biorąc go na ręce.

Może sobie pozwolić na miłość do kota. To uczucie jest bezpieczne. Jednakże 

Geronimo miał inne zamiary. Zaczął się nerwowo kręcić, więc Ginny postawiła go 

na  podłodze.  Podszedł  prosto  do  lodówki  i  usiadł  przed  nią,  obserwując  Ginny 

takim wzrokiem, jakby nie  mógł  uwierzyć, że ktoś  może  być aż tak powolny jak 

ona.

– Jesteś głodny? Przecież masz swój dom.

Kot zamiauczał.

– Och, dobrze. Zostało mi trochę tuńczyka. Chcesz?

Geronimo  z  ochotą  zjadł  rybę,  a  potem  mały  kawałek  sera  i  wypił  spodek 

mleka.

Ginny  wypuściła  go  na  dwór  i  patrzyła,  jak  biegnie  przez  ogród,  a  później 

przeskakuje przez mur. Wrócił po pięciu minutach i zaczął niespokojnie ocierać się 

o jej nogi.

To dziwne, pomyślała. Zawsze wraca na noc do domu i zawsze zostaje do niego 

wpuszczony. Ruszyła w głąb ogrodu i próbowała wyjrzeć przez mur, ale była zbyt 

niska. Jej wzrok padł na ławkę. Choć była ciężka, udało jej się przyciągnąć ją do 

muru i wdrapać na górę.

Dom właścicielki kota tonął w ciemności. Ginny dostrzegła jedynie migoczącą 

poświatę bijącą od telewizora, który znajdował się w pokoju na dole.  Wydało  jej 

się dziwne, że sąsiadka nie włączyła żadnego oświetlenia. Zazwyczaj o tej porze na 

piętrze paliła się co najmniej jedna lampa.

Kot  ponownie  zeskoczył  do  swojego  ogrodu  i  zamiauczał  pod  drzwiami,  ale 

gospodyni nie dawała znaku życia. Być może wyszła albo zabrano ją do szpitala, 

background image

pomyślała Ginny. Ale dlaczego zostawiła włączony telewizor?

Nie  można  tego  zlekceważyć.  Wzięła  latarkę  i,  oświetlając  sobie  drogę, 

zeskoczyła  z  muru  do  ogrodu  sąsiadki.  Czuła  się  głupio,  chodząc  po  cudzym 

ogrodzie w środku nocy. Starsza pani najprawdopodobniej po prostu zasnęła przed 

telewizorem, zapominając zapalić światła. Ginny zastanawiała się, jak wytłumaczy 

swoją obecność w jej ogrodzie, jeśli ktoś ją tu zobaczy.

Zapukała nieśmiało do drzwi i zaczęła wołać, ale nie było żadnej odpowiedzi. 

Zapukała więc mocniej i nagle wydało jej się, że słyszy słaby okrzyk. Podeszła do 

okna  tylnego  pokoju  i  oświetliła  jego  wnętrze  latarką,  niczego  jednak  nie 

dostrzegła.

– Halo? – zawołała. – Czy dobrze się pani czuje? Jestem lekarzem.

Każdy  mógłby  to  powiedzieć,  pomyślała,  i  poczuła  się  trochę  nieswojo. 

Usłyszała  jakieś  odgłosy  w  sąsiednim  domu,  a  po  chwili  otworzyło  się  okno  na 

piętrze.

– Hej! Co tam się dzieje?

Ginny  skierowała  światło  latarki  na  siebie,  chcąc,  żeby  sąsiadka  mogła  ją 

zobaczyć.

–  Mieszkam po  drugiej  stronie  muru.  Chciałam  sprawdzić,  czy  nic  jej  się  nie 

stało. Czy pani coś słyszała?

– Nic, proszę poczekać. Zejdę na dół i wpuszczę panią. Mam klucz.

Po  chwili  Ginny  zobaczyła,  jak  zapalają  się  światła  w  mieszkaniu  i  usłyszała 

zgrzyt zamka. Kobieta otworzyła drzwi i wpuściła ją do środka.

– Czy znalazła ją pani?

– Nic. Zajrzyjmy tutaj. Och, Mabel, co ci się stało?

Na  klozecie  siedziała  wątła  i  śmiertelnie  blada  staruszka.  Opierała  plecy  o 

ścianę,  ściskając  kurczowo  zniekształconą  dłonią  umocowany  obok  niej  uchwyt. 

Druga  ręka  spoczywała  bezwładnie  na  jej  kolanach,  jedna  strona  twarzy  była 

sparaliżowana  –  najwyraźniej  w  wyniku  udaru  mózgu.  Staruszka,  widząc 

nadchodzącą pomoc, zaczęła bezgłośnie płakać.

Nie mogła mówić, więc Ginny stwierdziła, że udar zaatakował ośrodek mowy. 

Mebel musiała wszystko słyszeć, ale była w stanie wydawać tylko ciche okrzyki.

– Niech pani z nią zostanie, a ja wezwę karetkę. Czy dobrze słyszałam, że jest 

background image

pani lekarzem? – spytała kobieta. – Mam na imię Dora.

–  Owszem  –  odparła  Ginny  z  roztargnieniem.  –  Mabel,  niech  pani  się  nie 

martwi, dobrze? Dora poszła wezwać karetkę. Położymy panią w wygodnym łóżku 

i sprawdzimy, czy wszystko w porządku. Dobrze?

Mabel kiwnęła smętnie głową. Ginny uklękła na wyłożonej kafelkami podłodze 

łazienki, ujęła w dłonie ręce kobiety i powiedziała jej, że nakarmiła Geronimo i że 

weźmie go na razie do siebie.

– Każdego wieczoru słyszałam, jak pani go woła, ale dzisiaj ciągle kręcił się w 

pobliżu mnie. Dlatego przyszłam sprawdzić, czy nic się pani nie stało. Zrobiłam to 

dzięki  niemu,  więc  powinna  pani  być  mu  naprawdę  wdzięczna.  Mimo  że  jest 

złodziejaszkiem i kradnie mi bekon.

Na twarzy staruszki pojawił się słaby uśmiech.

Niebawem  przyjechała  karetka  i  zabrała  Mabel  do  szpitala.  Ginny  wzięła  na 

ręce zaniepokojonego kota i wróciła do swego mieszkania. Geronimo spędził noc 

na jej łóżku, a rano wypuściła go na dwór. Potem nakarmiła go i wyszła do pracy. 

Postanowiła,  że  jeśli  znajdzie  wolną  chwilę,  dowie  się  o  stan  zdrowia  swojej 

sąsiadki.

Dzień  w  szpitalu  był  piekielnie  gorączkowy.  Wczesnym  wieczorem  Ginny 

wpadła  na  chwilę  do  domu,  wykąpała  się,  przebrała,  naprędce  coś  zjadła  i 

nakarmiła kota. Miała właśnie wyruszyć z powrotem do szpitala, kiedy zapiszczał 

pager. Zadzwoniła więc do centrali, która połączyła ją z Ryanem.

– Gdzie jesteś? – spytał.

– W domu. Musiałam nakarmić kota. Moja sąsiadka miała wczoraj udar mózgu 

i zabrano ją do szpitala. Jakiś problem?

– Nic. Po prostu chciałem z tobą porozmawiać.

–  Czy  mógłbyś  zastąpić  mnie  przez  kilka  minut?  Chciałabym  odwiedzić  po 

drodze Mabel. Powinnam powiedzieć jej, że z kotem wszystko w porządku.

–  Oczywiście.  Jeśli  nie  wydarzy  się  nic  szczególnego,  zastaniesz  mnie  w 

gabinecie.

– Dobrze.

Weszła na oddział geriatryczny i znalazła pielęgniarkę.

– Szukam mojej sąsiadki, Mabel. Została przywieziona wczoraj z rozpoznaniem 

background image

udaru mózgu.

– Ach, tak, Mabel Walsh. Jest u niej jeszcze jedna sąsiadka. Dora?

– Tak, poznałam ją wczoraj wieczorem. No cóż, nie zostanę długo.

–  Z  pewnością  ucieszy  się  z  pani  wizyty,  ale  nie  może  mówić.  Jest  okropnie 

czymś podniecona,  ale  nie  możemy  się  z  nią  porozumieć. Leży  tutaj.  Mabel,  ma 

pani gościa!

Mabel  wyciągnęła  lewą  rękę  i  zacisnęła  ją  kurczowo  na  dłoni  Ginny. 

Bezskutecznie  próbowała  coś  powiedzieć,  a  potem  jej  twarz  skurczyła  się  i  po 

pomarszczonych policzkach zaczęły spływać łzy.

–  Dzień  dobry, Mabel  –  powitała  ją  Ginny,  siadając  na  brzegu  łóżka.  –  O  co 

chodzi? Powiedziano mi, że czymś się pani martwi. Czy chodzi o kota?

Mabel niemal niedostrzegalnie kiwnęła głową, a na jej twarzy pojawił się wyraz 

ulgi. Ginny uśmiechnęła się.

– Podejrzewałam, że będzie się pani o niego martwić, bo wiem, jak bardzo go 

pani kocha. Czuje się świetnie. Zjadł wszystko, co miałam w domu. Noc spędził na 

moim  łóżku  i  wydawał  się  okropnie  zadowolony.  Wie  pani,  spytam  siostrę 

oddziałową, czy mogłabym go tu przynieść, dobrze? Może jutro?

– Uhm – wymamrotała Mabel.

Ginny była pewna, że chciała powiedzieć coś więcej, ale tylko tyle udało jej się 

wykrztusić. Pocałowała ją w policzek.

– O nic się proszę nie martwić. Dora zaopiekuje się domem, ja zadbam o kota, a 

pani niech po prostu wraca do zdrowia.

Zeszła na oddział urazowy. Była zadowolona, że odwiedziła właścicielkę kota, 

że ją uspokoiła i ucieszyła perspektywą odwiedzin. Teraz myślała z niepokojem o 

czekającej ją rozmowie z Ryanem.

On  tymczasem  wciągnął  ją  do  gabinetu,  zamknął  drzwi  i  stał,  patrząc  na  nią 

uważnie swymi cudownie zielonymi oczami.

– Virginio, chciałbym porozmawiać z tobą o wczorajszym wieczorze – zaczął. 

– Wyszłaś tak niespodziewanie. Czy to z powodu Ann?

– Nic pasuję do waszego domu – powiedziała cicho. – Nic jestem twoją żoną 

ani ich matką. Nie jestem niczyją matką i nigdy nią nie będę.

– To nie znaczy, że nie ma tam dla ciebie miejsca. Przy mnie, Virginio.

background image

–  Przecież  ustaliliśmy  to.  Żadnych  zobowiązań,  żadnego  zaangażowania,  po 

prostu zwykły romans. Czyż nie tak to określiłeś?

Spojrzał na nią badawczo.

– Czy nie wolno mi zmienić zdania?

Odwróciła wzrok, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy. Przecież się w niej nie 

zakochał. Mogło mu się tak wydawać, ale kiedy zda sobie sprawę... kiedy nastąpi 

kryzys... sytuacja diametralnie się zmieni.

Nic  miała  odwagi  wyznać  mu  prawdy.  Nie  chciała  zniszczyć  tego,  co  mieli, 

pozbawić się radości, jaką jej dawał.

Więc  zamiast  powiedzieć  Ryanowi  o  wszystkim,  pozwoliła  mu  wziąć  się  w 

ramiona  i  pocałować.  Potem  odwzajemniła  jego  pocałunek.  Nic  zdążyła  jednak 

odpowiedzieć na jego pytanie, ponieważ w tym momencie ktoś zapukał do drzwi i 

znów rozpętało się istne piekło. W ciągu tego wieczora nie spędzili już sam na sam 

ani jednej chwili.

Gorączkowy  ruch  trwał  aż  do  północy.  Potem  zjawił  się  na  oddziale  jakiś 

zdenerwowany młody mężczyzna.

– Mamy w samochodzie Buzz, ona zachowuje się bardzo dziwnie. Nic wiemy, 

co jej jest. Chyba straciła świadomość.

Ginny wezwała pomoc i zeszła do samochodu, w którym dostrzegła kilka osób. 

Na  tylnym  siedzeniu  leżała  mniej  więcej  osiemnastoletnia  dziewczyna.  Ginny 

wystarczył szybki rzut oka, by stwierdzić, że jest nieprzytomna.

– Trzeba wynieść ją z samochodu i zobaczyć przy świetle, co jej dolega. Czy 

któreś z was wie, co mogło się stać?

Rozejrzała  się  po  wnętrzu  pojazdu  i  cicho  westchnęła.  Wszyscy  pasażerowie 

byli  najwyraźniej  pod  silnym  wpływem  narkotyków.  Zastanawiała  się,  czy  Buzz 

zażyła ten sam środek.

Lub kilka środków. Sanitariusze wyciągnęli dziewczynę z samochodu i ułożyli 

na  wózku.  Kiedy  znalazła  się  w  pokoju  przyjęć,  stwierdzono,  że  jest  głęboko 

nieprzytomna.

– Czy mogłabyś sprowadzić Ryana? – poprosiła Ginny pielęgniarkę. – Wrócił 

do swojego gabinetu.

Zbadała ciśnienie krwi chorej i stwierdziła, że jest wysokie. Dziewczyna miała 

background image

normalny oddech, choć nieco płytki.

–  Muszę  wiedzieć  o  niej  wszystko  –  oznajmiła  znajomym  Buzz.  –  Co  brała, 

kiedy  zauważyliście,  że  jest  z  nią  niedobrze,  czy  zachowywała  się  dziwnie, 

wszystko, co uważacie za istotne.

Chłopak, który wszedł jako pierwszy, wzruszył ramionami i bezradnie machnął 

ręką.

– Ona bierze, co tylko jej się trafi, jasne? To wariatka. Łyka ecstasy, kwas i... 

do diabła, tyle było tego dziś wieczorem. Ludzie rzucali się na wszystko.

– Może komuś przyjdzie jeszcze coś na myśl?

Wszyscy potrząsnęli głowami, lecz jedna dziewczyna zacisnęła usta i spuściła 

głowę. Ginny spojrzała na nią uważnie.

–  Czy  coś  wiesz?  Bez  waszej  pomocy  ona  może  umrzeć.  Musimy  dokładnie 

wiedzieć, co zażyła. Jeśli coś podejrzewasz, powiedz nam o tym.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Mogła wziąć ecstasy... Widziałam, jak kupowała coś od tego typa. Wiem, że 

on tym handluje.

– Jakieś problemy? – spytał Ryan, podchodząc do nich.

– Podejrzewamy narkotyki. Nie mamy pewności, co to było. Może ecstasy albo 

jakaś mieszanka.

–  W  porządku.  Pójdziecie  teraz  z  pielęgniarką  i  powiecie  jej,  co  wiecie.  Jen, 

informuj  nas  natychmiast  o  wszystkim,  dobrze?  –  Zrzucił  fartuch  i  włożył 

rękawice. – Zrób test na HIV – polecił Ginny. – Jak głęboko jest nieprzytomna?

– Dość głęboko.

– Czy ma odruch szczękowy?

– Chyba nie. Musimy jej zrobić płukanie żołądka.

– Tak. Trzeba ją przewieźć na erkę i sprawdzić, co ma w żołądku. Należy podać 

jej  pięcioprocentową  glukozę,  a  badania  posłać  do  pracowni  toksykologicznej. 

Wydaje mi się, że ma podwyższone ciśnienie wewnątrzczaszkowe. To typowe po 

zażyciu ecstasy. Za dużo piją, więc wysiadają im nerki i są przesadnie nawodnieni. 

Jakie ma tętno?

– Wolne i nieregularne.

– Cholera. No dobrze, do roboty.

background image

Podłączyli  szybko  kroplówkę,  a  po  przepłukaniu  żołądka  znaleźli  resztki 

białych  tabletek. Żadnych  śladów  jedzenia, xxi  jest typowe  dla narkomanów  i  co 

tłumaczyło chorobliwą chudość dziewczyny.

Jej  przyjaciele  również  byli  wychudzeni  i  mieli  rozbiegane,  błyszczące  oczy. 

Mówili  jednocześnie i  bez przerwy. Nawet  Ginny i  Ryan słyszeli ich podniecone 

głosy.

– Są pod silnym wpływem narkotyków – stwierdził Ryan z goryczą. – Popatrz 

na nią. Trzeba skierować ją na toksykologię. Muszą ją tam natychmiast dokładnie 

zbadać. Nie podoba mi się to wzmożone ciśnienie śródczaszkowe... Jestem pewien, 

że  jej  mózg  wygląda  jak  rozmiękła  gąbka.  Trzeba  monitorować  ciśnienie, 

podłączyć  ją  do  sztucznej  nerki  i  odwodnić  mózg,  ale  potrzebny  jest  do  tego 

nefrolog lub toksykolog. Czy wiemy, kim ona jest?

–  Sądzę,  że  powinniśmy  wezwać  policjantów,  żeby  porozmawiali  z  nimi  i 

dowiedzieli się, kto sprzedał temu dziecku to świństwo. Ja się nią teraz zajmę, a ty 

zadzwoń na toksykologię, żeby byli przygotowani na jej przyjęcie.

Buzz natychmiast zabrano na odtruwanie. Jeden z jej kolegów nagle upadł, ale 

do  czasu  przyjazdu  policjantów  wszyscy  byli  już  na  tyle  przytomni,  że  mogli  z 

nimi rozmawiać.

Dopiero o trzeciej nad ranem opuścili szpital i udali się na komisariat, ale Ginny 

i Ryan nadal nie wiedzieli, kim naprawdę jest Buzz ani kogo należy zawiadomić.

– Jak rodzice mogą pozwolić swoim dzieciom zadawać się z kolegami, którzy 

mają na nie tak okropnie zły wpływ? – powiedział Ryan z gniewem. – Przecież to 

jeszcze dziecko.

– Istnieją dzieci zarówno złe, jak i dobre, Ryan. Być może to właśnie ona ma 

zły wpływ na innych. Nic wydaje się, żeby zdobycie narkotyków było szczególnie 

trudne.  Tak czy owak,  powinieneś  mieć pretensję do  handlarzy,  a  nie  do samych 

dzieci.

–  Masz  rację.  Gdyby to  ode  mnie  zależało,  kara  śmierci byłaby dla  nich  zbyt 

łagodna. To zwykłe szumowiny.

Ginny drżącymi rękami nalała kawę i podała kubek Ryanowi.

– Czy myślisz, że z tego wyjdzie?

–  Nic  wiem.  Być  może.  Jeśli  jej  stan  szybko  się  poprawi,  to  pewnie 

background image

wyzdrowieje. Może na tyle się przestraszy, że rzuci narkotyki, zanim zrujnuje sobie 

życic. Jeśli już nie jest za późno.

– Jeśli... – Ginny wzięła swój kubek z kawą, próbując opanować drżenie rąk.

Miała  poważne  powody,  by  żałować  swego  jedynego  doświadczenia  z 

narkotykami. Kiedy w wieku siedemnastu lat była na przyjęciu, dała się namówić 

na  haszysz.  Wracając  samochodem  z  kolegą,  który  był  pod  silnym  wpływem 

narkotyków  dosiarczonych  przez  jakiegoś  pozbawionego  skrupułów  handlarza, 

wypadli z szosy i uderzyli w balustradę mostu.

To dziwne, pomyślała, że poza bliznami  wydaję się w pełni zdrowa, a jednak 

nie jestem. I wszystko to z powodu kilku minut bezsensownej ciekawości...

background image

Rozdział 7

Rano  Ginny  umyła  się  i  zjadła  śniadanie,  a  potem  zatelefonowała  do  siostry 

przełożonej na oddziale geriatrycznym, by spytać ją, czy może przynieść do Mabel 

kota.

–  Och,  to  wspaniały  pomysł.  Z  pewnością  będzie  wzruszona.  Jest  strasznie 

przygnębiona, biedactwo. To okropne, nie móc się porozumieć.

Mimo napiętego planu zajęć, Ginny wróciła do domu w porze lunchu, by zabrać 

Geronimo do szpitala. Przywiązała kawałek sznurka do jego obróżki na wypadek, 

gdyby próbował uciec. Kot jednak wdrapał się na piersi Mabel i wtulił pyszczek w 

jej szyję. Potem usadowił się wygodnie, podwinął łapki i zaczął lizać ją po twarzy.

Jak można było przewidzieć, Mabel rozpłakała się, czule głaszcząc go sprawną 

ręką. Ginny usiadła obok nich, trzymając koniec sznurka. Była bardzo zadowolona, 

że  wpadła  na  ten  pomysł.  Niebawem  musi  zabrać  go  z  powrotem  do  domu,  ale 

obiecała Mabel, że jeszcze z nim do niej przyjdzie.

Kiedy  wróciła  na  oddział  urazowy,  dowiedziała  się,  że  czekają  tam  dwaj 

dziennikarze, którzy chcą z nią porozmawiać.

– Dlaczego właśnie ze mną i na jaki temat? – spytała rejestratorkę.

– Chodzi o jakąś młodą narkomankę, którą przyjęto wczoraj na toksykologię.

– O Boże – jęknęła Ginny i natychmiast pobiegła do Ryana.

– Łowcy sensacji depczą nam po piętach. Dowiedzieli się o Buzz.

– Do diabła, nie mam czasu. Powiedz im, że nie wolno nam wypowiadać się na 

ten temat.

Ginny  przekazała  dziennikarzom  tę  informację,  ale  oni  nie  poddali  się  tak 

łatwo, bo był to bardzo gorący temat. Sprawie narkotyków nadano dużo rozgłosu, 

ponieważ w ostatnich miesiącach zmarło z przedawkowania kilka młodych osób.

–  Mogę  powiedzieć  tylko  tyle,  że  po  udzieleniu  pierwszej  pomocy 

przewieźliśmy ją na inny oddział – oznajmiła Ginny dziennikarzom.

– Ale przywieziono ją tutaj? Czy była przytomna?

– Co z pozostałymi?

– Kto sprzedał jej narkotyki?

background image

–  Przykro  mi,  ale  nie  mogę  na  to  odpowiedzieć.  Proszę  mi  wybaczyć,  mam 

mnóstwo pracy – odparła Ginny.

–  Czy  ma  pani  coś  do  powiedzenia  na  temat  ludzi,  którzy  sprzedają  tym 

dzieciakom narkotyki?

–  Owszem,  mam.  To  najgorsze  szumowiny.  Są  przyczyną  wielu  nieszczęść  i 

zmartwień.  Żadna  kara  nie  byłaby  dla  nich  wystarczająco  surowa  –  powiedziała 

Ginny i odeszła.

Jej  słowa  zacytowały  wieczorne  wydania  gazet.  Ginny  zamierzała  właśnie 

położyć się spać, gdy przyszedł Ryan.

– Widziałaś to? – spytał, wymachując gazetą.

– Nie. Pokaż.

– „Handlarze narkotyków to najgorsze szumowiny" – przeczytał na głos i podał 

jej gazetę.

Ginny przebiegła wzrokiem artykuł.

– Cholera. No cóż, przynajmniej nie przekręcili moich słów.

– Chyba mówiłem ci, żebyś nie wypowiadała się na ten temat?

– Przecież nie skomentowałam sprawy Buzz,  tylko wyraziłam swoje  zdanie o 

handlarzach narkotyków.

–  No,  już  dobrze.  –  Odłożył  gazetę  i  uśmiechnął  się.  –  Czy  przypadkiem  nie 

wybierałaś się do łóżka?

– Owszem. Czy chciałbyś mi towarzyszyć?

–  Myślałem,  że  nigdy  mnie  o  to  nie  poprosisz  –  mruknął  i  przyciągnął  ją  do 

siebie.

– Nie jesteś zmęczony? – spytała, kładąc dłonie na jego ramionach.

– Padam z nóg, ale i tak cię pragnę. Chyba nigdy nie zabraknie mi sił, żeby cię 

objąć.

Ginny  wyciągnęła  rękę  i  przesunęła  palcami  po  jego  włosach.  Natychmiast 

zapomniała  o  tym,  że  postanowiła  zachować  rezerwę,  i  bez  wahania  poddała  się 

jego pieszczotom.

Kocha go, a on jej potrzebuje, i tylko to się liczy.

–  Jutro  wybieramy  się  na  pokazy  hippiczne  –  oznajmił  jej  Ryan  w  piątek.  –

background image

Dzieciaki bardzo chcą iść. Odbędzie się również wystawa psów. Może być bardzo 

zabawnie, jeśli lubisz zwierzęta.

– Uwielbiam. Z przyjemnością z wami pójdę – odparła, zapominając o tym, że 

postanowiła trzymać  się  z  dala od  jego dzieci. Kiedy patrzył  na  nią tymi swoimi 

zielonymi oczami, zapominała nawet, jak się nazywa.

Przyjechał  po  nią  w  sobotę  o  wpół  do  jedenastej  rano.  Siedząca  w  tyle 

samochodu Evie była najwyraźniej w złym humorze.

–  Usłyszała,  że  impreza  zaczyna  się  o  ósmej  i  chciała  tam  być  od  samego 

początku  –  wyjaśnił Ryan,  mrugając do  Ginny porozumiewawczo.  –  A  ja się  nie 

zgodziłem.  Czy  ta  mała  dziewczynka  musi  się  złościć,  kiedy  nie  postawi  na 

swoim?

– Po prostu poddaje cię próbie – oznajmiła Ginny.

– Ale przekonała się, że ja też jestem nieustępliwy.

Kiedy  dotarli  na  miejsce  i  Evie  dostrzegła  samochód  z  lodami,  natychmiast 

przestała się dąsać.

– Och, tatusiu, proszę – błagała.

Gus przyłączył się do jej nalegań, więc Ryan kupił każdemu po porcji lodów. 

Potem,  obawiając  się,  że  przechodzące  w  pobliżu  konie  mogą  stratować  dzieci, 

posadził  Gusa  na  swoich  ramionach.  Ginny  wzięła  Evie  za  rękę  i  wszyscy 

powędrowali w kierunku terenu pokazów.

–  Jaki  wielki  koń!  –  zawołała  Evie,  patrząc  z  podziwem  na  wspaniałego 

kasztana, który przebiegł kłusem obok nich.

–  Rzeczywiście – przyznał Ryan.  –  Chyba trochę  zbyt narowisty dla  tej  pani. 

Obawiam się, że nie potrafi nad nim panować.

– Czy znasz się na koniach? – spytała Ginny.

– Owszem. Moi rodzice mieli ranczo, więc z konieczności dorastałem w siodle. 

Ona wyraźnie nie radzi sobie z tym koniem.

– Jest bardzo blada. Może źle się czuje?

– Pewnie jest po prostu śmiertelnie przerażona.

Potem  ich  uwagę  przyciągnęły  inne  konie.  Zauważyli,  że  przeszkody 

skonstruowane  z  belek  oraz  słupków  w  naturalnym  kolorze  drewna  i  pokryte 

background image

gałązkami drzew różnią się od barwnych słupków na innym padoku. Dowiedzieli 

się, że jest to tor treningowy dla koni używanych do polowań.

Evie  i  Gus  patrzyli  z  zachwytem  na  konie,  które  pokonywały  ogromne 

przeszkody. Po chwili na torze pojawił się kasztan. Ryan spojrzał na dosiadającą go 

kobietę i zmarszczył brwi.

– Chyba masz rację. Ona nie wygląda dobrze. Może jest chora.

Pierwsze  dwa  skoki  były  udane,  ale  kiedy  koń  pokonał  trzecią  przeszkodę, 

zaczął  nagle  przyspieszać  i  tuż  przed  czwartą  kobieta  opadła  na  jego  szyję. 

Kasztan,  przeskoczywszy  przeszkodę,  zaczął  galopować,  a  potem  gwałtownie 

skręcił w lewo. Kobieta niczym szmaciana lalka spadła z jego grzbietu i potoczyła 

się w kierunku widzów.

Ryan, mrucząc coś niewyraźnie, zdjął Gusa z ramion i postawił go obok Ginny, 

a sam podbiegł do leżącej na murawie kobiety. W tym samym momencie podszedł 

do nich przedstawiciel Czerwonego Krzyża.

– Jestem lekarzem – oznajmił Ryan.

Sprawdził drożność dróg oddechowych poszkodowanej, zbadał, czy nie doznała 

urazu kręgosłupa, a potem podtrzymywał ją, czekając, aż unieruchomią jej szyję.

– Może powinniśmy coś zrobić? – spytała stojąca obok Ginny kobieta.

– Jestem również lekarzem. Gdyby zajęła się pani dziećmi, mogłabym pomóc.

Oddała dzieci pod opiekę nieznajomej i podbiegła do Ryana.

– Co mam robić?

– Sprawdź rdzeń. Ona oddycha, ale jest piekielnie rozpalona i nieprzytomna.

– Może ma wstrząs mózgu – powiedział mężczyzna z Czerwonego Krzyża.

Ryan potrząsnął głową.

– Nie. Obserwowałem ją i zauważyłem, że zemdlała w czasie jazdy. Nie sądzę, 

żeby miała jakiś uraz głowy, ale podczas upadku mogła doznać obrażeń.

Ginny obmacała dokładnie kręgi pacjentki, szukając przemieszczeń, ale niczego 

nie wyczuła.

– Jeśli nastąpiło złamanie, to bez przemieszczeń. Zbadam jej nogi.

– Źrenice reagują na światło – stwierdził Ryan półgłosem. – Chyba odzyskuje 

przytomność.

Ujął dłoń dziewczyny.

background image

– Czy pani mnie słyszy? Jestem lekarzem. Proszę powiedzieć, co się stało.

Pacjentka otworzyła oczy.

– Moje plecy – wykrztusiła urywanym szeptem. – Bolą...

Ryan odgarnął włosy z jej twarzy i spytał:

– Jak się pani nazywa?

– Debbie – wyjąkała. – Debbie McNab. Gdzie jestem?

– Spadła pani z konia. Co się stało?

– Nogi chyba w porządku – rzekła cicho Ginny.

– Dziękuję. Czy wie pani, jak do tego doszło?

Debbie potrząsnęła głową, a Ryan spojrzał na Ginny.

– Dość swobodnie porusza szyją, ale na wszelki wypadek założymy jej kołnierz 

usztywniający. Debbie, czy może była pani ostatnio przeziębiona?

– Tak... Boli mnie głowa – wyszeptała i natychmiast zwymiotowała.

– Niech mi pani powie coś więcej o tym przeziębieniu – poprosił Ryan.

– Grypa. Czuję się okropnie. Gdzie jestem?

– Spadła pani z konia.

– Och! Co się z nim stało?

Ginny rozejrzała się po padoku.

– Chyba ktoś go złapał. Wszystko w porządku.

– Och... – Debbie zamknęła oczy, ale Ryan nie dał jej zasnąć.

– Niech się pani obudzi. Unieruchomimy pani szyję, a potem zaniesiemy panią 

do karetki.

Gdy  ułożono  ją  na  noszach,  Ryan  ostrożnie  zdjął  jej  z  głowy  toczek.  Poza 

niewielkim zasinieniem, nie dostrzegł żadnych śladów urazu głowy.

– Czy ktoś z państwa ją zna? – spytał, rozglądając się wokół.

– Ja – zawołała z tłumu jakaś kobieta.

– Czy możemy skontaktować się z jej rodziną? Z mężem lub narzeczonym?

– Z mężem. Zawiadomimy go. Czy nic jej nie jest?

–  Chyba  nie,  ale  dla  pewności  zabierzemy  ją  do  szpitala.  To  był  paskudny 

upadek. Może pani wie, jak się czuła dziś rano?

– Nie najlepiej. Mówiłam jej, że nie powinna brać udziału w tym pokazie, ale 

się uparła. Aha, nie wiem, czy to ważne, ale ona nie ma śledziony. Straciła ją jakiś 

background image

czas temu w wyniku innego upadku z konia.

Ryan, chcąc dokładniej zbadać Debbie, wsiadł wraz z nią do karetki, a Ginny 

wróciła do dzieci. Znajoma Debbie odwróciła się do Ginny.

– To chyba nic poważnego, prawda? Nie widziałam tego upadku, ale podobno 

poniósł ją koń.

–  Zemdlała,  zanim  z  niego  spadła.  To  chyba  z  powodu  tej  grypy.  Myślę,  że 

wszystko  będzie dobrze, ale trzeba  jej  zrobić kilka  prześwietleń. Czy skontaktuje 

się pani z jej mężem?

– Tak, a mój narzeczony zajmie się  koniem i  odwiezie go  ciężarówką pod jej 

dom. Dziękuję, że udzieliliście jej pomocy.

Ginny podeszła do dzieci.

– Czy tatuś pojedzie karetką? – spytała Evie podnieconym głosem.

– Nie mam pojęcia, ale zaraz się dowiemy.

Po chwili Ryan wysiadł z karetki i podszedł do nich.

–  Wybieram  się  z  nią  do  szpitala.  Czy  mogłabyś  pojechać  za  nami  moim 

samochodem?

– Och, tatusiu, chcemy tu jeszcze zostać! – zawołała Evie płaczliwie.

– Możesz wrócić tu moim samochodem – zaproponowała Ginny.

– Naprawdę? A co z ubezpieczeniem?

– Chyba masz więcej niż dwadzieścia pięć lat, prawda?

Ryan roześmiał się.

– Tylko o dziesięć więcej.

Ginny wyjęła z kieszeni kluczyki i podała je Ryanowi.

– Nie martw się o nas. Gdzieś tu kręci się sprzedawca frytek i hot dogów. Na 

pewno miło spędzimy czas. Do zobaczenia.

Ryan pocałował ją w policzek i odszedł, a dzieci patrzyły na nią z nadzieją w 

oczach.

– Czy możemy zjeść frytki? – spytał Gus.

– Jeśli  dasz  słowo,  że  nie  będziesz  po  nich  chorował.  Ale  nie  dostaniecie 

zielonych lizaków ani prażonej kukurydzy. I nie bierzcie za dużo ketchupu.

– On zawsze bierze za dużo ketchupu – oznajmiła Evie autorytatywnie. – A czy 

potem moglibyśmy zobaczyć kucyki? Nie lubię dużych koni. Są straszne.

background image

Stanęli  w  kolejce  po  frytki  i  hot  dogi,  a  potem  poszli  na  niewielki  padok,  po 

którym  prowadzono  wkoło  kilka  ślicznych  kucyków.  Miały  jedwabiste  grzywy  i 

ogony, a ich sierść lśniła w słońcu. Zwycięzcą został wspaniały kucyk szetlandzki z 

falującą  czarną  grzywą  i  zadem  przypominającym  wypolerowany  kasztan.  Kiedy 

przebiegał kłusem obok  nich, chlubiąc  się swą czerwoną rozetką z wstążek, Evie 

westchnęła.

– Chciałabym mieć takiego – powiedziała – ale tatuś się nie zgadza.

Ginny  doszła  do  wniosku,  że  po  dzisiejszym  wypadku  Ryan  z  pewnością 

jeszcze bardziej uprze się przy swoim zdaniu.

– Macie ochotę na lody? – spytała, chcąc zmienić ten niebezpieczny temat.

– Co, zamiast kucyka?

– Głuptasek. No, chodźmy poszukać czegoś do zjedzenia.

Po drodze do samochodu z lodami natknęli  się na człowieka, który za drobną 

opłatą na cele dobroczynne oferował przejażdżki na kucyku.

– Och, czy mogłabym spróbować? – poprosiła Evie.

Ginny miała ochotę się zgodzić, ale doszła do wniosku, że nie może tego zrobić 

bez pozwolenia Ryana.

– Zaczekajmy na tatę – zaproponowała.

W  tym  momencie  pojawił  się  Ryan,  jakby  Evie  wyczarowała  go  spod  ziemi. 

Dziewczynka  podbiegła  do  ojca,  chwyciła  go  za  rękę  i  zarzuciła  błagalnymi 

prośbami.

– No dobrze, skoro nalegasz – powiedział z pobłażliwym uśmiechem i kupił dla 

dzieci dwa bilety.

Kiedy dopasowano im toczki i wyprowadzono na padok, Ginny spytała:

– Co z pacjentką?

–  Czuje  się  dość  kiepsko,  ale  myślę,  że  to  z  powodu  tej  grypy.  Przyszedł  jej 

mąż, a Jack był na miejscu, więc ich zostawiłem. – Wsunął w dłoń Ginny kluczyki 

od samochodu. – Dzieciaki były grzeczne?

– Owszem. – Spojrzała na niego. – Evie marzy o kucyku.

– Wiem, ale nie możemy brać na siebie tego rodzaju obowiązków. A poza tym 

Evie  jest  jeszcze  za  mała.  Kiedy  trochę  dorośnie,  może  brać  lekcje  jazdy,  a  jeśli 

rzeczywiście to polubi, dostanie kucyka. Ale na razie nie chciałbym narażać jej na 

background image

niebezpieczeństwo.

– Wiedziałam, że to powiesz – zaśmiała się Ginny.

– Zobaczymy, co będziesz czuła, kiedy będziesz matką.

Ginny  zrobiło  się  niedobrze.  Gdybym  tylko  mogła,  pomyślała  ze  łzami  w 

oczach i ściśniętym z bólu sercem.

Dzieci  wróciły  radośnie  szczebiocząc.  Powiedziały,  jak  miały  na  imię  ich 

cudowne kucyki i błagały ojca o jeszcze jedną przejażdżkę. Ryan pokręcił głową.

–  Mam  dla  was  niespodziankę.  W  szpitalu  spotkałem  Jilly  i  Zacha,  którzy 

zaprosili nas na barbecue.

– I Scud też będzie? – zapiszczał radośnie Gus. – Och, tato!

– No to jedziemy? – spytała Evie, zapominając o kucykach.

– Co ty na to, Virginio?

– A jestem zaproszona?

– Oczywiście. Powiedziałem im, że dzisiejszy dzień spędzasz z nami.

– Wobec tego pojadę z przyjemnością. Zapowiada się miłe popołudnie.

I byłoby miło, gdyby nie dociekliwe pytania gospodarzy, których najwyraźniej 

interesowały perspektywy związku Ginny z Ryanem.

– Nie wyobrażajcie sobie o nas zbyt wiele – powiedziała Ginny do Jilly, kiedy 

reszta  towarzystwa  poszła  bawić  się  ze  Scudem.  –  Nasz  związek  nie  ma 

przyszłości.  Od  początku  oboje  zdawaliśmy  sobie  z  tego  sprawę.  Nie  chcę, 

żebyście  poruszali  ten  temat  w  obecności  dzieci,  bo  nie  mogę  zająć  miejsca  ich 

matki. Ryan dał mi to wyraźnie do zrozumienia. Wydaje mi się, że on wciąż kocha 

Ann.

Jilly spojrzała na nią ze zdziwieniem.

– Ależ, Ginny, przecież każdy widzi, że on kocha ciebie!

Ginny potrząsnęła głową.

– Nie. On mnie pożąda, a to co innego. Od śmierci Ann upłynęło sporo czasu i 

w  końcu  pozwolił  sobie  na  romans.  Któregoś  dnia  obudzi  się,  spojrzy  na  mnie  i 

dojdzie do wniosku, że nie jestem osobą, za jaką mnie uważał, ale do tego czasu... 

będę cieszyć się tym, co mam.

–  Wiesz,  sprawiasz  wrażenie  osoby  bardzo  pewnej  siebie,  ale  chyba  to  tylko 

background image

pozory, prawda? Nie zdajesz sobie sprawy z własnej wartości.

– Och, wiem. Jestem tylko kochanką, Jill. Nie żoną.

W tym  momencie wrócili panowie i padli  na ziemię,  z trudem łapiąc  oddech. 

Tuż za nimi przybiegły dzieci i z radosnym śmiechem usiadły im na piersiach.

– Jesteś spocony – oznajmił Gus, klepiąc Ryana po policzku.

– Ty też – mruknął Ryan i zrzucił chłopca na trawę.

Evic podskakiwała na piersiach Zacha, głośno chichocząc.

–  To  dla  ciebie  doskonały  trening  –  powiedziała  Jilly.  –  Masz  czas  tylko  do 

lutego, a musisz się jeszcze sporo nauczyć.

Zach  przewrócił  się  na  bok  i  łaskotał  Evic,  dopóki  nie  zaczęła  go  błagać  o 

litość.

– Kto chciałby zobaczyć szczenięta Scuda? – spytał obojętnym tonem.

Dzieci podskoczyły, piszcząc z radości.

– Tato, tato, musisz pójść z nami – prosiły.

Potem Evic odwróciła się do Ginny i chwyciła ją za rękę.

– Ty też chodź, Ginny!

– No dobrze. Zobaczmy te szczenięta. – Spojrzała na Jilly. – Idziesz?

Jilly  potrząsnęła  głową,  uważnie  jej  się  przyglądając.  Ginny  dostrzegła  w  jej 

oczach współczucie i odwróciła się. Nic potrzebuje litości. Jest wystarczająco silna, 

by dać sobie ze wszystkim radę.

– Zostanę i przygotuję jedzenie – oznajmiła Jilly. – Tylko nie bądźcie tam zbyt 

długo.

Szczenięta były wspaniałe. Wyglądały jak puchate kłębki czarnej sierści. Miały 

krótkie,  grube łapki, różowe  języki i  ostre jak igły zęby. Kiedy Ginny  usiadła na 

kuchennej  posadzce  domu  na  pobliskiej  farmie,  pieski  natychmiast  ją  otoczyły. 

Jedne żuły sznurowadła od jej tenisówek, inne wdrapywały się chwiejnym krokiem 

na  jej  nogi,  a  potem  z  nich  spadały.  Ich  matka  spoglądała  na  nie  z  boku 

pobłażliwym wzrokiem.

– Ten zostanie u nas – oznajmił Zach, unosząc jednego z większych samców. –

Jeszcze nie mamy dla niego imienia. Nazywamy go po prostu Junior. Jest bardzo 

podobny do Scuda, kiedy był szczeniakiem.

– Dwa takie duże psy? – mruknął Ryan. – Przecież to straszny kłopot.

background image

– To już problem Jilly. Ona będzie zostawać z nimi w domu.

– A pan nie chciałby jednego? – spytała siostra Zacha.

Evie i Gus natychmiast podnieśli larum, ale Ryan pozostał nieugięty.

–  Od  czasu  do  czasu  będziemy  pożyczać  Scuda  i  Juniora  –  obiecał  –  ale  to 

niesprawiedliwe, żeby pies był w domu, a ja cały dzień w pracy.

Evic zmarkotniała.

– Gdyby mama żyła, moglibyśmy mieć psa – oznajmiła ze smutkiem.

Ryan przymknął oczy.

–  Chodź,  kochanie.  Uściśnij  Juniora  i  wracajmy  do  Jilly.  Niebawem  będzie 

kolacja.

Ginny  wstała,  ostrożnie  zsuwając  na  ziemię  szczególnie  ambitnego  alpinistę. 

Evie  ucałowała  Juniora  w  nos,  a  potem  położyła  go  obok  rodzeństwa  i  wsunęła 

rękę w dłoń Ginny.

– Czy mogę iść z tobą? – spytała.

Serce Ginny gwałtownie zabiło.

– Oczywiście, kochanie – odparła, ściskając małą rączkę. – Przekonamy się, ile 

jest kroków do domu Jilly?

Było  ich  niemal  sześćset...  wystarczająco  dużo,  żeby  Ginny  zdołała  odzyskać 

panowanie  nad  sobą.  Miała  ochotę  odejść,  uciec,  ale  jej  samochód  został  pod 

domem Ryana. Przybrała więc pogodny wyraz twarzy, który zwiódł wszystkich z 

wyjątkiem  Jilly,  i  zachowywała  się  tak,  jakby  nic  nie  zaszło.  Miała  wrażenie,  że 

kolacja nigdy się nie skończy. Wszyscy jedli bardzo powoli, gawędząc i śmiejąc się 

wesoło. W końcu pożegnali się z gospodarzami i odjechali.

– Wstąp na drinka – zaproponował Ryan, ale Ginny stwierdziła, że to ponad jej 

siły.

Nie była w stanie znów wejść do jego domu, siedzieć w pokoju, w którym stała 

fotografia Ann, i uśmiechać się beztrosko.

–  Nie  mogę  –  odparła.  –  Muszę  zająć  się  kotem, a  poza  tym  dziś  wieczorem 

powinnam jeszcze odwiedzić Mabel.

–  Do  widzenia,  Ginny!  –  zawołała  Evic,  podbiegając  do  jej  samochodu.  –

Dziękuję, że spędziłaś z nami dzień. – Pochyliła się i pocałowała ją w policzek.

Ginny uruchomiła silnik i odjechała, zostawiając za sobą cząstkę swego serca.

background image

– Ona dziś wieczorem była smutna, tato – powiedziała Evie, kiedy Ryan otulał 

ją kołdrą.

– Wiem. Ciekawe dlaczego. Może była po prostu zmęczona?

– Była smutna – upierała się Evie.

Zauważył to. Często jest smutna, pomyślał i znów zaczął się zastanawiać, czy 

Ginny kiedykolwiek zaufa mu na tyle, by wyznać mu przyczynę swego smutku.

– Chciałabym, żeby została naszą nową mamą – oznajmiła Evic po namyśle.

Ryan poczuł ucisk w gardle. Nową mamą? Próbował wyobrazić sobie Virginię 

w tej roli. Ku jego zdumieniu nie wydało mu się to bynajmniej godne potępienia, 

nierozważne czy nieprzyzwoite. Ale czy to w ogóle wchodzi w rachubę? Czy ona 

zechciałaby wziąć na siebie opiekę nad cudzymi dziećmi?

Bez wątpienia ma  z nimi dobry kontakt... Byłyby przy niej  bezpieczne. Może 

potem  przyszłyby  na  świat  inne  dzieci?  Podobne  do  matki  –  istotki  z 

ciemnobrązowymi włosami, szarymi oczami i ustami stworzonymi do uśmiechu...

Doszedł do wniosku, że jest jeszcze za wcześnie, żeby o tym myśleć.

background image

Rozdział 8

Ginny  wróciła  do  domu  z  kilkoma  puszkami  jedzenia  dla  kota  i  znalazła pod 

drzwiami  liścik  napisany  drżącą  ręką.  Zanim  go  przeczytała,  domyśliła  się,  co 

zawiera. Wiadomość, która pochodziła od Dory, była krótka i rzeczowa.

„Z przykrością zawiadamiam, że Mabel zmarła dziś po południu".

Ta  kropla  przepełniła  czarę  goryczy.  Ginny  usiadła  na  kanapie,  wzięła 

Geronimo  na  kolana  i  zaczęła  rozpaczliwie  płakać.  Kot  najwyraźniej  uznał  to  za 

oburzające, więc poszedł do kuchni, usiadł obok lodówki i miauczał, dopóki go nie 

nakarmiła.

–  Chyba  teraz  należysz  już  do  mnie,  staruszku  –  powiedziała.  –  No  cóż, 

przynajmniej nie jestem sama.

Zadzwonił telefon.

– Cześć – powitał ją Ryan. – Co robisz?

Z trudem powstrzymała łzy.

– Tęsknię za tobą – odparła.

– Virginio, czy dobrze się czujesz? – spytał z niepokojem.

Ginny ciężko westchnęła.

–  Dziś  po  południu  umarła  moja  sąsiadka.  Była  właścicielką  Geronimo,  więc 

pewnie go po niej odziedziczyłam.

– Och, Virginio, bardzo mi przykro. Chcesz, żebym przyjechał?  Wydajesz się 

zdenerwowana.

– Naprawdę? Nie martw się. To po prostu reakcja na tę wiadomość.

–  Kochanie,  czy  jesteś  pewna,  że  wszystko  w  porządku?  –  spytał  po  chwili 

milczenia.

Miała ochotę krzyczeć, że nic nie jest w porządku i nigdy nie będzie. Że chce, 

aby ją objął i wyznał jej miłość...

– Oczywiście – odparła pogodnym tonem i zmieniła temat. – To był miły dzień, 

prawda? Dzieci chyba nieźle się bawiły.

–  Owszem.  Dziękuję,  że  się  nimi  zaopiekowałaś,  kiedy  pojechałem  z  tą 

dziewczyną do szpitala.

background image

– To była prawdziwa przyjemność. Nic sprawiły mi kłopotu. Jak ona się czuje?

– Dobrze. Na prośbę męża wypisali ją do domu.

– Więc nie miała urazu głowy?

– Chyba nie, bo Jack nie wypuściłby jej ze szpitala. – Zawiesił głos i dodał z 

rezerwą: – Evic żałowała, że nie mogłaś jej dzisiaj poczytać „Czarnej Piękności". 

Uważa,  że  spodobałoby  ci  się  zakończenie.  Chce,  żebyś  jej  to  ponownie 

przeczytała, a Gus powiedział, że następnym razem masz zająć się nim.

Ginny zaniemówiła. Wciągają ją w swoje życie, nie dbając o jej zgodę. Czy ma 

im na to pozwolić? A co będzie, jeśli wszystko się rozpadnie? Nie, nie może się na 

to zgodzić. Tym razem ma znacznie więcej do stracenia...

– Posłuchaj, muszę kończyć. Kot domaga się spaceru, a ja powinnam zrobić mu 

jakieś stałe legowisko. Na razie zdecydował, że będzie spał ze mną na łóżku.

– Mądry kot. Czy myślisz, że wpuściłby mnie tam na dwie godziny? Mógłbym 

poprosić Suzannah, żeby tu wpadła. Na pewno chętnie by to zrobiła.

To  była  kusząca  propozycja,  ale  Ginny  miała  zbyt  rozstrojone  nerwy,  by  nie 

zepsuć  Ryanowi  jego  romantycznego  nastroju.  Każda  pieszczota  z  jego  strony 

jeszcze bardziej wyprowadziłaby ją z równowagi.

– Myślisz wyłącznie o swoich hormonach – powiedziała.

– To przez ciebie. Tak na mnie działasz, że nie potrafię zapanować nad sobą. 

Przedtem byłem porządnym chłopcem.

– I nadal jesteś – stwierdziła ze śmiechem.

–  Miło,  że  to  mówisz.  –  Zniżył  głos.  –  Pragnę  cię,  Virginio.  Dlaczego,  do 

diabła, nie jesteś teraz ze mną?

–  Bo  obiecałeś  teściowej,  że  nie  będziesz  się  bawił  u  siebie  w  domu  –

przypomniała mu.

– I dlatego wyszłaś tak wcześnie?

–  Przecież  wiesz  dlaczego  –  skłamała.  –  Wybierałam  się  do  Mabel.  Teraz 

muszę zaraz wypuścić kota. Zobaczymy się w poniedziałek.

– A jutro?

– Mam dyżur.

– Cholera. No to trzymaj się. Będziemy za tobą tęsknić.

Kot wcale nie musiał wychodzić, bo już był dziś na dworze.

background image

Kiedy Ginny kładła się spać, leżał zwinięty w kłębek pośrodku jej łóżka.

– Posuń się – zażądała, delikatnie popychając go stopą.

Mruknął  z  niezadowoleniem  i  ułożył  się  wygodnie  nieco  dalej.  Ginny  leżała, 

rozmyślając  o  Ryanie  i  jego  dzieciach.  Po  chwili  kot  wdrapał  się  na  poduszkę  i 

dotknął  pyszczkiem  jej  twarzy.  Przytuliła  się  do  niego  i  zasnęła  przy 

akompaniamencie jego cichych pomruków.

Następnego  dnia  z  chęcią  poszła  do  pracy.  Miała  nadzieję,  że  natłok  zajęć 

pozwoli jej oderwać myśli od Ryana. Kiedy znalazła wolną chwilę, usiadła i wypiła 

kawę w towarzystwie Patricka Haddona, który poinformował ją o stanie Buzz.

– Dzięki dobrej opiece wraca do zdrowia. Nic rozumiem, dlaczego te dzieciaki 

pakują się w takie kłopoty. W czasach naszej młodości było zupełnie inaczej.

– Tak sądzisz? – spytała Ginny sceptycznie. – Ja pamiętam z tego okresu sporo 

niesamowitych wyskoków.

–  Pewnie  wychowywano  cię  mniej  rygorystycznie  niż  mnie.  Mój  ojciec 

obdarłby mnie żywcem ze skóry, gdyby poczuł ode mnie zapach alkoholu!

–  Och,  mnie  spotkałoby  to  samo.  Z  wyjątkiem  jednego  przypadku,  kiedy 

wszystko wymknęło mi się spod kontroli. Wtedy cieszyli się, że w ogóle żyję.

– To wydaje się bardziej ekscytujące niż moje przeżycia z młodości. Opowiedz 

mi o tym.

–  To  nie  było  wcale  ekscytujące,  lecz  głupie  i  przerażające.  Poszłam  na 

przyjęcie z chłopcem, którego prawie nie znałam. Przedawkował. Ktoś wsypał coś 

do  jego  drinka,  a  ja  nie  zwróciłam  na  to  uwagi,  bo  przeprowadzałam  właśnie 

jedyne w swoim życiu doświadczenie z haszyszem.

Patrick spojrzał na nią z zainteresowaniem.

– No i?

–  Roztrzaskał  samochód,  a  ja  wylądowałam  na  balustradzie  mostu.  Miałam 

szczęście, że przeżyłam.

– Och! Pewnie miałaś straszne obrażenia wewnętrzne?

– Tylko lekkie.

– Śledziona?

Potrząsnęła głową.

background image

– Nie. Raczej jelito.

– Miałaś szczęście.

– Szczęście? Być może.

– Lizzi Hamilton też miała szczęście – dodał.

– Owszem. Jak się czuje?

– Powoli wraca  do zdrowia. Jej nogi okazały się  największym zmartwieniem, 

ale  po  operacji  dobrze  się  goją.  Przez  jakiś  czas  nie  będzie  mogła  chodzić,  ale 

uważam,  że  to  niezbyt  wygórowana  cena  za  to,  że  w  ogóle  żyje.  Dziwna  jest 

śmierć. Moja pierwsza żona zginęła podczas trzęsienia ziemi.

–  Och,  Patrick  –  westchnęła  Ginny.  –  Przykro  mi.  Nie  wiedziałam,  że  byłeś 

wcześniej żonaty.

–  Minęło  wiele  lat.  Byliśmy  wówczas  w  małym,  meksykańskim  miasteczku. 

Isobel weszła do szkoły, nagle nastąpił wstrząs i budynek po prostu złożył się jak 

domek z kart. Nie było nadziei na wyciągnięcie stamtąd kogokolwiek żywego, ale 

próbowaliśmy. Okropne było to, że nie mogłem się z nią pożegnać. – Wbił wzrok 

w  swój  kubek.  –  Przez  wiele  lat  nie  dawało  mi  to  spokoju.  Dopiero  dzięki 

ogromnej wyrozumiałości Anny jakoś udało mi się pogodzić ze stratą Isobel.

– To musiał być trudny okres.

– Owszem. To Anna postawiła mnie na nogi i sprawiła, że odzyskałem chęć do 

życia. Nie rozumiem, jak Ryan daje sobie z tym radę, nie mając obok siebie kogoś, 

kto  w  trudnych  chwilach  podtrzymywałby  go  na  duchu.  Jest  oddalony  od  swojej 

rodziny o tysiące kilometrów.

– Nie – zaprotestowała. – Jego rodzina jest przy nim. ' Są nią jego dzieci.

Patrick potrząsnął głową.

–  Nie  o  to  mi  chodzi.  Przecież  nie  możesz  zwierzać  się  dzieciom,  zwłaszcza 

kiedy  są  takie  małe.  Sam  nie  wiem,  czy  mając  dzieci  łatwiej  jest  przeżyć  taki 

wstrząs.

– Myślę, że tak... Wtedy musisz wziąć się w garść i działać. Ale masz też do 

czynienia  z  całym  wachlarzem  ich  uczuć.  Sądzę,  że  łączenie  pracy  zawodowej  z 

prowadzeniem domu musi być dla mężczyzny okropnie trudne.

– Moim zdaniem to pomaga. Bez wsparcia kolegów i nawału pracy ugrzązłbym 

w ponurym bagnie rozpaczy i nigdy się z niego nie wydostał.

background image

– Od jak dawna Ryan tu mieszka?

– Mniej więcej od dwóch lat. W jakieś sześć miesięcy po śmierci Ann zaczął 

pracować w szpitalu.

– Jaki wtedy był?

– Dość gburowaty. Prawie się nie uśmiechał. Po pracy szedł prosto do domu. 

Nigdy się na nic nie skarżył, zupełnie jakby nic nie miało już dla niego znaczenia. 

Początkowo  współpraca  z  nim  była  dość  trudna,  ale  potem  zaczął  się  stopniowo 

uśmiechać, a od twojego przyjazdu po prostu promienieje radością.

Ginny lekko się zaczerwieniła, a Patrick wybuchnął śmiechem.

–  Przepraszam.  Nie  chciałem  wprawiać  cię  w  zakłopotanie,  ale  musielibyście 

mieć sieczkę w głowie, gdybyście się do tej pory nie związali.

– Związali? O co ci chodzi?

–  Dobrze  wiesz,  i  wszyscy  są  ci  za  to  wdzięczni.  Ryan  potrzebował  kogoś 

takiego jak ty.

Słowa  Patricka  podniosły  ją  na  duchu.  Być  może,  dając  Ryanowi  odrobinę 

szczęścia,  przyczyniła  się  do  tego,  że  odzyskał  równowagę  uczuciową  i  chęć  do 

życia.

Wkrótce  po  tej  rozmowie  zalała  ich  fala  pacjentów  z  weekendowymi 

kontuzjami.  Rozpoczął  się  sezon  piłkarski,  obfitujący  w  łatwe  do  przewidzenia 

urazy  nie  wytrenowanych  mięśni,  które  nagle  zostały  nadmiernie  przeciążone  i 

napięte.  Zjawił  się  jakiś  młody  chłopak  z  naciągniętym  ścięgnem,  drugi  z 

naderwanym mięśniem uda, a jeszcze inny ze złamaną nogą w kostce.

Ginny pokazała Patrickowi prześwietlenia.

– Jeszcze jeden sportowiec padł na boisku – powiedziała. – Sądziłam, że sport 

ma służyć zdrowiu.

Patrick roześmiał się głośno.

– Co podsunęło ci taką myśl? Przed chwilą był u mnie amator squasha, który 

dostał  piłką  w  twarz  i  najprawdopodobniej  straci  wzrok  w  jednym  oku. 

Podejrzewam  złamanie  dolnej  ściany  oczodołu,  więc  skierowałem  go  na 

obserwację i badania do okulisty.

– Zdaje się, że Ryan i Zach też niekiedy grają w squasha.

– I zapewne nie używają okularów ochronnych.

background image

– Chyba nie. Wszyscy wierzymy we własną nieśmiertelność.

– Nie wszyscy, ale utrata tej wiary może naprawdę zagrozić zdrowiu.

To  była  prawda.  Mabel  odeszła,  najprawdopodobniej  wcale  się  tego  nie 

spodziewając.  Pierwszy  mąż  Lizzi  Hamilton  umarł,  pierwsza  żona  Patricka 

również,  Jack  Lawrence  stracił  syna,  a  Ann  O’Connor  zginęła  w  kwiecie  wieku. 

Bestia zbiera swe żniwo, gdzie i kiedy tylko zechce, pomyślała Ginny.

W poniedziałek rano Ryan wciągnął Ginny do swego gabinetu, a potem objął ją 

i dokonywał cudów, żeby rozproszyć jej ponury nastrój.

–  Tęskniliśmy  wczoraj  za  tobą  –  powiedział,  przytulając  się  do  niej.  –  Boże, 

Virginio,  jak  ty  pięknie  pachniesz.  Może  w  porze  lunchu  poszlibyśmy  nakarmić 

kota?

– On nie jest głodny.

– Ale poza nami nikt o tym nie wie.

– Nie chciałabym pozbawiać cię złudzeń, ale nikt nie da się nabrać na bajeczkę 

o karmieniu kota.

– Więc niech sobie myślą, co chcą – oznajmił beztrosko. – W końcu jesteśmy 

już dorośli.

–  Oni  uważają,  że  oddałam  im  przysługę,  ponieważ  podobno  odkąd  zacząłeś 

pracować nad hormonami, łatwiej jest z tobą wytrzymać.

– Co? Kto to powiedział?

– Patrick.

–  Naprawdę?  No  cóż,  w  takim  razie  może  nas  zastąpić,  kiedy  będziemy 

poddawać je dalszej gimnastyce!

Klepnęła go w ramię.

– Zabierz ręce! Jak mogę pracować, skoro przy każdej okazji zachowujesz się 

tak jak teraz?

–  Inaczej  byś  się  tutaj  zanudziła,  ale  chyba  masz  rację.  Wiesz  co,  może 

wpadniesz wieczorem i trochę poczytasz dzieciakom przed snem? Potem poproszę 

Suzannah, żeby się nimi zaopiekowała, a ja zabiorę cię gdzieś na kolację, co? Czy 

to bardziej odpowiada twojej romantycznej duszyczce?

– A potem?

background image

– Potem odwiozę cię do domu, kochanie. No więc?

– Pod warunkiem, że nie będę musiała czytać „Czarnej Piękności" od samego 

początku.

Uśmiechnął się.

– Zgoda.

Czytając  ostatni  rozdział,  Ginny  tak  się  wzruszyła,  że  miała  łzy  w  oczach. 

Potem  Evie  objęła  ją  i  pocałowała  na  dobranoc.  Angus  nieśmiało  poszedł  za  jej 

przykładem.

Kiedy zjawiła się Suzannah, natychmiast wyszli z domu. Ryan zabrał Ginny do 

nowej  włoskiej  restauracji.  Panujący  w  niej  półmrok  był  wprost  wymarzony  dla 

zakochanych par.

Po powrocie do domu Ryan od razu wziął Ginny w ramiona i zaczął ją całować. 

Nic tracili czasu na wstępną grę miłosną. Podziałała na nich panująca w restauracji 

atmosfera  oraz  kilkudniowa  przymusowa  wstrzemięźliwość.  Nic  zdołali  nawet 

dotrzeć do sypialni... przynajmniej nie za pierwszym razem.

Kiedy  w  końcu  tam  weszli,  dostrzegli  pośrodku  łóżka  zwiniętego  w  kłębek 

kota.  Był  oburzony,  że  został  wyeksmitowany  ze  swego  legowiska.  Ryan 

wytłumaczył  mu  łagodnie,  lecz  stanowczo,  że  teraz  jest  jego  kolej,  więc  musi 

ustąpić mu miejsca.

–  Chyba  jesteś  zazdrosny  –  powiedziała  Ginny  z  przekąsem,  przesuwając 

palcem po jego nagim torsie.

Chwycił jej dłoń.

–  Jasne,  że  jestem  zazdrosny.  Ten  kot  sypia  w  twoim  łóżku,  a  ja  dotąd  nie 

spędziłem z tobą ani jednej nocy!

Miał  rację,  ale  żeby  mogli  mieć  noc  dla  siebie,  musieliby  znaleźć  jakąś 

opiekunkę  do  dzieci.  Na  przykład  ich  babcię?  Ginny  wyobraziła  sobie  Ryana, 

przekonującego Betty i Douga, żeby zgodzili się wziąć dzieci na weekend, bo on 

zamierza spędzić czas z kochanką!

– Chciałbym spać z tobą – powiedział, tuląc ją czule. – Nigdy nie mamy czasu 

wyłącznie dla siebie. Albo  pracujemy, albo  zabawiamy dzieci,  albo się kochamy. 

Nic  ma  czasu,  żeby porozmawiać. Nic  nie  wiem o  twojej  przeszłości, o  tym,  jak 

wyglądało twoje życie, zanim mnie spotkałaś.

background image

– Uważam, że znamy się całkiem dobrze – odparła wymijająco.

– Nie wiem nawet, czy masz jakąś rodzinę, braci, siostry, rodziców?

– Jestem jedynaczką, mam tylko rodziców. Mieszkają niedaleko stąd.

– Chciałbym ich poznać.

– Może pojechalibyśmy tam wszyscy w czasie weekendu?

– zaproponowała pochopnie i od razu miała ochotę ugryźć się w język. Przecież 

postanowili, że ma ich łączyć jedynie romans.

Ryan odwrócił się i spojrzał jej w oczy.

– Naprawdę?

Cóż mogła odpowiedzieć? Że zaproponowała to bezwiednie?

– Naprawdę – potwierdziła. – Oczywiście – dodała pospiesznie, chwytając się 

ostatniej deski ratunku – rodzice mogą być zajęci.

– Inny termin też będzie dobry – mruknął, całując ją w szyję.

– Virginio, jak ty to robisz, że tak ładnie pachniesz? Mógłbym cię zjeść.

Lekko ugryzł ją w ucho, a ona zaczęła się śmiać i tulić do niego. W ten sposób 

kwestia wizyty u jej rodziców została na jakiś czas odsunięta na dalszy plan.

– Jak, u diabła, udało ci się jeszcze raz tego dokonać? – spytała później, kiedy 

w końcu otworzyła oczy.

Spojrzał na nią niewinnym wzrokiem.

–  Sam  nie  wiem.  Mam  wrażenie,  że  dzieje  się  tak  za  każdym  razem,  kiedy 

jestem blisko ciebie. Co zamierzasz teraz ze mną zrobić?

Ginny zerknęła na zegar.

–  Nic.  Dochodzi  północ.  Suzannah  ma  jutro  zajęcia  w  szkole.  Wstawaj. 

Przecież nie mogę przedstawić mojej matce kogoś tak zepsutego jak ty, prawda?

Minęło  całe  osiem  godzin,  zanim  znów  go  zobaczyła.  Wyglądał  równie 

wspaniale  jak  poprzedniego  wieczoru.  Mieli  mnóstwo  pracy,  więc  udało  im  się 

znaleźć tylko krótką chwilę, by razem wypić kawę.

– Nie mamy żadnych planów na ten weekend  – oznajmił – więc dostosujemy 

się do twojej matki, jeśli jesteś pewna, że można sprawić jej taki kłopot.

– To dla niej żaden kłopot – odparła.

Matka już od kilku tygodni ciągle mówiła, że chce go poznać. Ginny wiedziała, 

background image

że matka ma takt dyplomaty. Niepokoił ją tylko ojciec, który w sposób niezwykle 

bezceremonialny  traktował  rozmówców.  Postanowiła,  że  nie  dopuści  go  do  zbyt 

bezpośredniego kontaktu z Ryanem.

W  szpitalu  znów  zaczął  się  gorączkowy  ruch.  Przywieziono  mężczyznę  po 

trzydziestce, który spacerował z psem, kiedy nagle wypadł na niego zza rogu ulicy 

samochód  terenowy.  Ręka  mężczyzny  ugrzęzła  w  umocowanej  z  przodu  pojazdu 

kratownicy. Na domiar złego ranny upadł i jedno koto przejechało po jego nodze.

Doznał  poważnych  obrażeń  obu  kończyn  i  niezbyt  groźnych  urazów  głowy. 

Stracił  też  dużo  krwi.  W  pierwszej  kolejności  należało  ustabilizować  krążenie  i 

zawiadomić zespół chirurgów o pilnej operacji ręki.

Ginny  i  Ryan  zajęli  się  przygotowaniami  do  transfuzji.  Tętnica  w  ramieniu 

pacjenta była uszkodzona, a ręka zwisała bezwładnie. Miał wyrwany zarówno staw 

barkowy,  jak  i  łokciowy,  oraz  zmiażdżoną  kość  ramienną.  W  złamanej  poniżej 

kolana  nodze  stwierdzono  rozległe  uszkodzenie  tkanek  miękkich.  Kiedy 

pielęgniarka  rozcięła  jego  ubranie,  zauważono  przechodzące  przez  uszkodzoną 

kończynę ślady opony.

Na  szczęście  wypadek  wydarzył  się  w  pobliżu  szpitala,  więc  lekarze  mogli 

natychmiast  przystąpić  do  działania,  co  w  znacznym  stopniu  zwiększyło  szansę 

uratowania jego kończyn.

– Przenośny  aparat  rentgenowski  –  powiedział  Ryan  do  czekającej  na  jego 

polecenia pielęgniarki. – Natychmiast. I cztery jednostki krwi Rh minus. Najpierw 

krew.

Ginny założyła pacjentowi maskę tlenową i zaczęła podawać mu stuprocentowy 

tlen.  Ryan  wkłuł  do  zdrowej  ręki  mężczyzny  wenflon  do  kroplówki  i  podłączył 

pojemnik z krwią.

– Wpompuj mu to szybko – polecił Ginny, podając jej pojemnik.

Jedna pielęgniarka ostrożnie rozcinała ubranie na uszkodzonej ręce pacjenta, a 

druga  podłączała  go  do  monitora  serca.  Pokój  wypełniły  nieregularne,  szybkie 

dźwięki. Wszyscy podświadomie nasłuchiwali, czy nie następują jakieś zmiany w 

rytmie  serca,  świadczące  o  pogorszeniu  stanu  rannego.  Ryan  podłączył  do  nie 

uszkodzonej kostki pacjenta kolejną kroplówkę. Przywieziono aparat rentgenowski 

i zrobiono zdjęcia.

background image

– Jeśli przeżyje, na pewno pozwie ich do sądu – powiedział Ryan. – Założę się, 

że  kierowca,  który  go  uderzył,  jechał  z  prędkością  większą  niż  dwadzieścia 

kilometrów na godzinę. Te kratownice są zabójcze. Ma szczęście, że nie zginął na 

miejscu.

–  Jeśli  przeżyje  –  mruknęła Ginny,  obserwując silny upływ krwi  ze  zranionej 

ręki. Pomyślała, że im szybciej ranny znajdzie się na sali operacyjnej, tym lepiej.

–  Dopóki  się  z  tym  nie  uporamy,  jego  stan  nie  ulegnie  poprawie  –  oznajmił 

Ryan, podążając za jej wzrokiem. – Gdzie, do cholery... Och, jesteś. Zach, mam dla 

ciebie złe wiadomości. Potrzeba co najmniej dwóch lekarzy twojej specjalności.

–  Skontaktuję  się  z  Robertem.  Powinien  jeszcze  być  w  swojej  klinice.  Miał 

właśnie wychodzić.

Zatelefonował do szefa kliniki, a potem odwiesił słuchawkę.

– Jest w drodze. Czy mogę obejrzeć zdjęcia?

– Są tam. – Ryan wskazał ruchem głowy negatoskop.

– Niech to diabli – zaklął cicho Zach. – Zabiorę je. Przywieźcie go na górę za 

jakieś pięć minut. Pójdę się umyć.

Wybiegł z pokoju, a Ryan i Ginny zajęli się przetaczaniem krwi. Wykres pracy 

serca pacjenta był nierówny, ale stabilny, a ciśnienie krwi nieznacznie wzrosło.

– Nic możemy nic więcej zrobić – powiedział Ryan do Ginny, kiedy myli ręce. 

–  Doprowadziliśmy  go  do  takiego  stanu,  że  mogą  przystąpić  do  operacji.  Teraz 

wszystko zależy od nich.

– Tak. Życzę im powodzenia.

Nazajutrz dowiedzieli się, że zespół chirurgów zdołał uratować obie kończyny 

pacjenta.

–  A  więc  warto  było  się  starać  –  rzekł  Ryan  z  uśmiechem.  –  Skoro  przeżył, 

będzie mógł zaskarżyć tego idiotę, który na niego wjechał. To miła myśl.

–  Podobno  psu  nic  się  nie  stało.  Och,  skoro  mowa  o  zwierzętach...  Jutro  jest 

pogrzeb Mabel Walsh. Czy mogę zwolnić się na godzinę?

– Oczywiście. Mogę cię zastąpić.

– Dziękuję.

Przed wieczorną wizytą Ryana Ginny zdążyła zadzwonić do rodziców.

– Dzień dobry, kochanie – powitała ją matka. – Jak twoje sprawy?

background image

– Dobrze. Słuchaj, czy mogę przywieźć Ryana i dzieci w czasie weekendu?

– Oczywiście – odparła matka po chwili wahania. – Kiedy chcecie się zjawić?

– Który dzień bardziej ci odpowiada? Sobota czy niedziela?

– Może przyjedziecie na niedzielny lunch?

– Doskonale. Ale nie rób sobie z tego powodu nadmiernych kłopotów. On jest 

tylko moim kochankiem. Nic mamy żadnych romantycznych planów na przyszłość, 

nie będzie weselnych dzwonów. To zwykły romans, więc powiedz tacie, żeby nie 

wyskakiwał z tym swoim: „Jakie masz zamiary wobec mojej córki, synu?" Dobrze?

– Kochanie, przecież wiesz, że tego nie zrobi – odparła matka nieco urażonym 

tonem.

–  Po  prostu  nie  chcę,  żeby  ojciec  wywierał  na  niego  jakąkolwiek  presję.  O 

której mamy przyjechać?

– O dwunastej? Co przygotować dla dzieci?

– Chyba najlepszy będzie kurczak – poradziła Ginny.

Kiedy Ryan przyszedł, przekazała mu propozycję matki.

– Doskonale – powiedział i gorąco ją pocałował.

Pogrzeb Mabel był skromny i cichy. Uczestniczyło w nim niewiele osób, więc 

Ginny naprawdę była zadowolona, że przyszła. Dora wymieniła z nią kilka miłych 

uwag, a potem spytała o kota.

– Och, miewa się świetnie. Czuje się jak we własnym domu.

– To dobrze – rzekła Dora. – Wzięłabym go do siebie, ale moja wnuczka cierpi 

na  astmę,  więc  nie  mogę  mieć  w  domu  żadnego  zwierzęcia.  –  Położyła  dłoń  na 

ramieniu Ginny. – Cieszę się, że pani przyszła. W ostatnich czasach odwiedzało ją 

niewiele osób, z każdym rokiem coraz mniej. Myślę, że tak już jest, kiedy dożywa 

się  późnej  starości  w  stanie  panieńskim.  Wszyscy  przyjaciele  i  krewni  umierają 

przed tobą. Ale przynajmniej do samego końca była samowystarczalna. Wiedziała, 

że ktoś zaopiekuje się jej kotem. Ogromnie się ucieszyła, kiedy pani przyszła z nim 

do szpitala.

– On też był zadowolony. Oddałby wszystko za odrobinę miłości.

–  To  cały  Geronimo.  Jest  okropnie  interesowny.  Mój  mąż  był  podobny!  –

Wybuchnęły  śmiechem,  a  potem  Dora  pochyliła  się  i  powiedziała 

background image

konfidencjonalnie:  –  Któregoś  wieczora  widziałam  panią  z  narzeczonym.  To 

bardzo przystojny mężczyzna! Gdzie pani go znalazła?

– Pracujemy razem w szpitalu.

– To musi okropnie rozpraszać.

– Owszem, nawet bardzo. Proszę mi wybaczyć, ale muszę wracać do szpitala.

Kiedy powtórzyła Ryanowi słowa Dory, lekko się zaczerwienił i spytał:

– Czy naprawdę moja obecność cię rozprasza?

– Ależ skądże. W pracy skupiam się na tym, co robię.

– To dobrze. Nie chciałbym ponosić odpowiedzialności za to, że coś zawaliłaś z 

mojego powodu.

– Jesteś arogancki. Postaraj się zmienić przed wizytą u mojej matki.

– Nic bój się, zachowam się bez zarzutu – obiecał.

Ryan  był  oczarowany  rodzicami  Ginny.  Evic  i  Gus  natychmiast  ich  polubili. 

Choć starsi państwo nie przywykli – tak jak rodzice Ann – do towarzystwa małych 

dzieci, nie rozpieszczali ich, nie bałamucili ani nie traktowali protekcjonalnie.

Ojciec Virginii, Ron, zabrał je do ogrodu, żeby pokazać im pływającą w stawie 

rybę. W tym czasie Adele obrała marchewkę, a jej córka przygotowała ziemniaki 

do pieczenia. Ryanowi pozwolono zasiąść przy kuchennym stole i sączyć wino.

–  Mężczyźni  nie  są  stworzeni  do  pracy  w  kuchni,  lecz  do  prowadzenia 

towarzyskich  rozmów  –  oznajmiła  Adele,  nie  zgadzając  się  na  jego  propozycję 

pomocy. – Proszę opowiedzieć nam o Kanadzie.

Mówił  więc  o  bezkresnych  przestrzeniach,  ogromnych  górach  i 

oszałamiających  barwach  jesieni,  o  mroźnych  zimach  i  upalnych  latach  oraz  o 

swoim  bracie,  który  służył  w  Królewskiej  Policji  Konnej.  Kiedy  skończył,  lunch 

był już gotowy, więc przywołali Rona i dzieci z ogrodu.

–  Tatusiu,  oni  mają  wielką  rybę  w  stawie  –  oznajmił  Angus  z  błyszczącymi 

oczami. – Czy możemy też mieć staw?

– Tylko taki malutki – dodała Evic.

Virginia  i  Ryan  z  trudem  powstrzymali  uśmiech.  Evic  poznała  już  sztukę 

negocjacji,  więc ograniczyła  do  minimum  swe  żądania,  żeby  łatwiej  postawić  na 

swoim.

background image

Ryan nie dał się zwieść.

– Zobaczymy – odparł.

– To znaczy „nie" – stwierdziła Evic. – On zawsze mówi „zobaczymy", kiedy 

myśli „nie", ale nie może tego powiedzieć, bo nie chce wywołać awantury.

Dorośli  zakrztusili  się,  słysząc  tak  dorosły  komentarz  z  ust  dziecka.  Ryan 

zamierzał zaprzeczyć, ale Evic powiedziała z rozbrajającym uśmiechem:

– To prawda, tato, i dobrze o tym wiesz.

–  Tylko  czasami  –  przyznał  Ryan,  zastanawiając  się,  z  czym  Evic  jeszcze 

wyskoczy, zanim lunch dobiegnie końca.

Od  tego  jednak  momentu  zarówno  Evic,  jak  i  Gus  stali  się  wzorem  dobrych 

manier. Ryan był z nich dumny.

Po posiłku poszukał okazji, by porozmawiać z Ronem.

– Czy mógłby mi pan  pokazać ten staw i wszystko  mi  o  nim opowiedzieć? –

spytał.  –  Skoro  dzieci  tak  bardzo  pragną  mieć  coś  takiego,  może  moglibyśmy  to 

rozważyć. Czy pan sam go wykopał?

Ron roześmiał się i poklepał Ryana po ramieniu.

– Na miły Bóg, nie. Był już, kiedy się tu wprowadziliśmy. Może wzięlibyśmy 

herbatę i usiedli w ogrodzie, a ja wyjaśniłbym panu wszystkie szczegóły?

Ryan  zauważył,  że  Virginia  patrzy  na  matkę  przerażonym  wzrokiem,  więc 

uśmiechnął  się  do  niej  uspokajająco.  Odniósł  jednak  wrażenie,  że  to  nie 

poskutkowało.

–  Tylko  nie  siedźcie  tam  zbyt  długo  –  poprosiła  Ginny.  –  Może  wkrótce 

wszyscy wybierzemy się na spacer.

Ryan miał wrażenie, że Virginia nie chce dopuścić do jego rozmowy z ojcem. 

Czyżby obawiała się, że Ron zdradzi tajemnicę, której tak strzegła? Miał nadzieję, 

że do tego nie dojdzie. Pragnął, aby sama mu wszystko wyznała.

Pijąc  herbatę,  przyglądali  się  rybie.  Po  chwili  Ryan  odwrócił  się  do  swego 

gospodarza.

–  Ściągnąłem  tu  pana  z  innego  powodu  –  zaczął  z  uśmiechem.  –  Chciałem 

porozmawiać  o  Virginii  i  naszym  związku.  Może  mam  do  tego  trochę 

staroświeckie podejście...

–  Nic  nazwałbym  tego  w  ten  sposób  –  odparł  Ron.  –  Widzę,  jak  pan  na  nią 

background image

patrzy. Podobnie jak pan zdaję sobie sprawę, że jest atrakcyjną dziewczyną, więc 

proszę nie udawać, że wasze stosunki ograniczają się do staroświeckich zalotów.

Ryan lekko poczerwieniał, ale zdobył się na uśmiech.

–  Tego  nie  powiedziałem.  Kocham  Virginię,  moje  dzieci  również  za  nią 

przepadają,  więc  doszedłem  do  wniosku,  że  stanowilibyśmy  bardzo  szczęśliwą 

rodzinę.  Virginia  byłaby  idealną  żoną  i  matką.  Chcę  się  z  nią  ożenić.  W  Bogu 

pokładam nadzieję, że się zgodzi, i chciałbym wiedzieć, czy mogę liczyć na pańską 

aprobatę.

– Och, to  wspaniale, mój chłopcze! – zawołał Ron, klepiąc go po ramieniu. –

Nawet nie masz pojęcia, jak się cieszę. Adele i ja straciliśmy już nadzieję na wnuki. 

Ginny zachowywała się trochę nieodpowiedzialnie, a jej kolejni partnerzy zupełnie 

do niej nie pasowali. Martwiliśmy się, że nigdy nie wyjdzie z tego kryzysu, ale po 

tym, co się wydarzyło... To było naprawdę straszne, ale teraz sytuacja się zmieni, 

bo będzie miała twoje dzieci. Zapewniam cię, że będziemy je kochać jak własne. 

Och, Adele okropnie się ucieszy.

Pochylił się w stronę Ryana.

–  Wiesz,  po  tym  wypadku  powiedziano  nam,  że  Virginia  nigdy  nie  będzie 

mogła  mieć  dzieci.  Bałem  się,  że  Adele  tego  nie  przeżyje.  Pomyśl, 

siedemnastoletnia  dziewczyna,  której  przyszłość  przekreślił  tragiczny,  idiotyczny 

wypadek...

Ryan poczuł,  że  robi  mu  się  zimno. Wypadek?  Nigdy nie  będzie  mogła  mieć 

dzieci? Czy to właśnie jest owa tak głęboko skrywana tajemnica?

background image

Rozdział 9

Ginny nie była w stanie znieść tego dłużej. Widziała, że jej ojcu nie zamykają 

się usta, a Ryan poważnieje. O czym on, u diabła, mówi?

–  Mamo,  przecież  obiecałaś,  że  z  nim  porozmawiasz  –  rzekła  półgłosem, 

wyglądając przez okno salonu. – On za chwilę wyciągnie dubeltówkę... Popatrz na 

twarz Ryana!

Adele spojrzała na siedzących w ogrodzie mężczyzn, a potem przeniosła wzrok 

na dzieci, które bawiły się nowymi zabawkami na dywanie obok kominka.

– Rozmawiałam z  nim. Przyrzekł,  że o  niczym nie  powie. Nic martw się, oni 

pewnie gawędzą sobie o czymś innym.

Ginny poderwała się z miejsca.

– Idę po  nich. Nic mogę tego dłużej wytrzymać.  Wybierzemy  się wszyscy na 

spacer.

Otworzyła  drzwi  i  ruszyła  w  ich  kierunku.  Na  Boga,  co  on  mu  powiedział? 

Twarz Ryana była ściągnięta napięciem,  a  jej ojciec wydawał się bardzo  z siebie 

zadowolony.  To  zły  znak.  Pomogła  ojcu  wstać,  obrzucając  Ryana  badawczym 

spojrzeniem.

– Chodź – powiedziała, zdobywając się na promienny uśmiech. – Pójdziemy na 

spacer, zanim doszczętnie wystraszysz Ryana.

Ryan podniósł się sztywno z ławki.

– Virginio, bardzo mi przykro, że przerywam tę wizytę, ale musimy już jechać 

– oznajmił przez zaciśnięte zęby, nie patrząc jej w oczy. – Pęka mi głowa... Źle się 

czuję.

Nic chciał na nią patrzeć. Był tak bardzo zły, że nie mógł spojrzeć jej w oczy. 

Nie  miała  wątpliwości,  że  później  wszystkiego  się  dowie,  ale  teraz  nie  chciała 

załatwiać tej sprawy w obecności innych osób.

–  Dobrze się  czujesz?  –  spytał Ron,  patrząc  na  Ryana z  niepokojem.  –  Może 

Virginia powinna cię odwieźć.

– Wszystko w porządku. Dziękuję za wspaniały lunch. Bardzo nam smakował, 

prawda, dzieci?

background image

– Tak, bardzo – zawołała piskliwie Evic. – Dziękuję za lalkę.

–  I  za  wóz  strażacki  –  dodał  Angus.  –  I  za  pyszny  lunch.  Okropnie  się 

najadłem!

Wszyscy  z  wyjątkiem  Ryana  wybuchnęli  głośnym  śmiechem.  Ginny  źle  się 

poczuła. Huczało jej w głowic i drżała ze strachu.

Ryan  odwiózł  ją  do  domu,  nie  odzywając  się  po  drodze  ani  słowem.  Przez 

resztę dnia czekała na telefon albo na jego wizytę. Kiedy zjawił się w końcu o wpół 

do dziewiątej, była bliska histerii. Otworzyła drzwi, nerwowo wygładzając rękami 

koszulkę.

– Spodziewałam się ciebie wcześniej – powiedziała.

Nic potrafiła zdobyć się na uśmiech, ale i tak niewiele by to pomogło. Przedtem 

Ryan  był  zły,  ale  teraz  wydawał  się  naprawdę  wściekły.  Minął  ją,  wszedł  do 

kuchni, a potem odwrócił się i zaczął mówić, zanim Ginny zdążyła zamknąć drzwi.

–  Odbyłem  niezwykle  interesującą  rozmowę  z  twoim  ojcem  –  oznajmił  i  od 

razu przeszedł do sedna sprawy. – Dlaczego mi nie powiedziałaś? Dlaczego musiał 

to zrobić za ciebie twój ojciec? Wydaje się miłym człowiekiem, ale jest okropnie 

gadatliwym starym głupcem. Nic dziwnego, że tak bardzo zaniepokoiła cię nasza 

rozmowa w ogrodzie.

–  Ryan,  nie  wiem,  o  czym  mówisz  –  zaczęła,  ale  on  obrzucił  ją  chłodnym 

spojrzeniem i natychmiast jej przerwał.

–  Naprawdę?  Więc  pozwól  mi  wyjaśnić.  Oznajmiłem  twojemu  ojcu,  że  cię 

kocham  i  chcę  się  z  tobą  ożenić.  Powiedziałem  mu  nawet,  że  moim  zdaniem 

będziesz  idealną  żoną i  matką.  On  odparł,  że  bardzo  go  to  cieszy,  bo  stracili  już 

nadzieję na wnuki... od czasu twojego wypadku. Ginny gwałtownie zbladła.

– Dlaczego mi nie powiedziałaś, Virginio? – wybuchnął. – Dlaczego przez cały 

czas trzymałaś to w tajemnicy?

– Bo uważałam, że to nie ma dla nas żadnego znaczenia!

–  Nic  ma  znaczenia?  Jak  możesz  tak  mówić?  Kochałem  cię  i  chciałem  się  z 

tobą  ożenić,  a  ty  cały  czas  ukrywałaś  tę  wielką  tajemnicę.  Nic  dziwnego,  że  od 

samego  początku  widziałem  na  twojej  twarzy  poczucie  winy.  Brzemię  oszustwa 

musi być bardzo ciężkie.

– Oszustwa? – wyszeptała. – Nigdy cię nie okłamałam...

background image

– Nie zaufałaś mi. Do diabła, Virginio, ukrywałaś ten sekret przez wszystkie te 

tygodnie, a ja byłem na tyle głupi, żeby się w tobie zakochać. Sądziłem, że ty też 

mnie  kochasz.  Myślałem,  że  pragniesz  stać  się  częścią  mojej  rodziny,  ale  teraz 

zdaję sobie sprawę, że ty chciałaś po prostu nią zawładnąć. W gruncie rzeczy żadne 

z  nas  cię  nie  obchodzi.  Bardzo  starannie  opracowałaś  swój  plan.  Postanowiłaś 

wzbudzić moje uczucia, zdobyć miłość i zaufanie moich dzieci, a potem zacisnąć 

wokół  nas  pętlę...  Pozwól,  że  coś  ci  powiem,  moja  droga.  Nic  masz  prawa  robić 

tego z moją rodziną!

Ginny zdrętwiała z przerażenia.

– Ryan, to nie było tak...

–  Powiedz  mi,  czy  bawiło  cię,  kiedy  udawałaś,  że  tak  bardzo  się  mną 

interesujesz?  Tylko  po  to,  by  zdobyć  moje  dzieci?  Czy  istnieją  jakieś  granice, 

których nie byłabyś gotowa przekroczyć?

– Ale to nie było tak...

–  Nic  okłamuj  mnie!  –  zawołał.  –  Mam  już  dosyć  kłamstw,  Virginio! 

Wykorzystałaś  mnie,  mnie  i  moje  dzieci!  Zachowałaś  się  jak  bezwzględna, 

wyrachowana  kobieta!  Zdobyłaś  naszą  miłość,  wszyscy  kolejno  uwierzyliśmy  w 

twoje kłamstwa. Sądziłem, że mnie kochasz, ale tobie chodziło wyłącznie o dzieci.

– Nie, Ryan, mylisz się...

– Nic sądzę. Czy nie dlatego wybrałaś mnie spośród dziesiątek źle dobranych 

kochanków, którymi przez lata  zadręczałaś  swoich biednych rodziców? Już samo 

to, że tak chętnie poszłaś ze mną do łóżka pierwszego wieczoru, powinno było dać 

mi do myślenia. Żadna uczciwa dziewczyna nie postępuje w taki sposób, ale byłem 

gotów ci wybaczyć, sobie również, bo uważałem, że coś między nami jest. Ale była 

to  tylko  twoja  ambicja.  Nic  wyznałaś  mi  prawdy,  bo  pokrzyżowałoby  to  twoje 

plany,  prawda?  –  Parsknął  drwiąco.  –  Cóż  ze  mnie  za  głupiec!  Samotny, 

spragniony  miłości  wdowiec  z  dwójką  smutnych,  tęskniących  za  matką  dzieci!  I 

pomyśleć, że tak niewiele brakowało, żebyśmy  dali  się nabrać. No cóż,  Virginio, 

nie udało się. Dzięki Bogu, że nigdy nie będziesz matką, bo się do tego zupełnie 

nie nadajesz!

Wyminął ją, szarpnięciem otworzył drzwi i wybiegł na ulicę. Ginny nie mogła 

się poruszyć. Była odrętwiała i zaszokowana, ale wiedziała, że ból nadejdzie. Już 

background image

nieraz  rozdzierał  ją  swymi  nienawistnymi  pazurami,  ale  instynktownie  czuła,  że 

tym razem będzie znacznie bardziej dotkliwy.

Oparła głowę o ścianę i  zamknęła  oczy, czekając, aż nadejdzie. Nic trwało to 

długo. Poczuła, że podstępne macki zaciskają się wokół jej serca i powoli osunęła 

się na podłogę.

Chciała  krzyczeć,  że  to  nie  było  tak,  ale  nie  mogła  wydobyć  głosu.  Z  jej  ust 

wyrwał  się  tylko  jakiś  dziwny,  gardłowy  dźwięk.  Podkurczyła  nogi,  otoczyła  je 

rękami  i  oparła  głowę  na  kolanach.  W  jej  uszach  wciąż  rozbrzmiewały  okrutne 

słowa prawdy.

Miał rację. Pragnęła go od pierwszego wejrzenia i sięgnęła po niego. Bez chwili 

wahania wzięła to, co jej ofiarował. Nic ma żadnego usprawiedliwienia. Zachowała 

się  bezwstydnie,  ale  co  on  miał  na  myśli,  mówiąc  o  dziesiątkach  mężczyzn?  Co 

takiego mógł mu powiedzieć jej ojciec? Przecież nie zadręczała swoich rodziców 

kolejnymi opowieściami o nie udanych związkach.

Teraz  żałowała,  że  nie  wyznała  mu  swej  tajemnicy,  ale  nie  mogła  cofnąć 

wskazówek zegara. Przecież nie porzuciłby jej tylko dlatego, że nie może dać mu 

dzieci.

Jego  oskarżenia  sprawiły  jej  wielki  ból.  Pragnęła  wszystko  mu  wytłumaczyć, 

naprawić  zło,  które  wyrządziło  jej  milczenie.  Wiedziała  jednak,  że  jej  się  to  nie 

uda.  Ryan nie zrozumie,  nie  wysłucha jej wyjaśnień. Utraciła go na zawsze... Od 

początku wiedziała, że to musi kiedyś nastąpić, bo przepaść między nimi była zbyt 

. szeroka, aby przerzucić przez nią most.

Poczuła, że o  jej nogi ociera się  Geronimo. Miaucząc i  mrucząc,  domagał się 

kolacji. Ginny z trudem wstała z podłogi, poszła do kuchni i nakarmiła go.

Rozległ się dźwięk telefonu. Dzwonił jej ojciec, żeby spytać o zdrowie Ryana.

– Nic czuje się jeszcze dobrze – odparła Ginny bezbarwnym głosem. – Co ty, u 

licha, mu powiedziałeś?

– O co ci chodzi?

– O mnie. Co mu powiedziałeś o mnie? A zwłaszcza o wypadku?

– O wypadku? Tylko tyle, że oboje z Adele bardzo to przeżyliśmy i wydawało 

się, że twoja matka nigdy się z tym faktem nie pogodzi. Nic więcej.

– A co z dziesiątkami moich rzekomych kochanków, którymi was zadręczałam?

background image

–  O  czym  ty  mówisz? – spytał  szczerze zdziwiony. –  Powiedziałem tylko,  że 

zachowywałaś się nieodpowiedzialnie...

–  A  on  opacznie  to  zrozumiał.  Ciekawe dlaczego?  –  spytała  z  goryczą.  –  Jak 

mogłeś, tato? Przecież było ich tylko dwóch, i obu poznaliście. Więc dlaczego on 

doszedł do wniosku, że miałam ich tak wielu?

– Nie mam pojęcia!

– A ja mam – powiedziała ze złością, nie zważając na to, że może sprawić mu 

ból. – Uwielbiasz ubarwiać swoje opowieści, żeby wywrzeć większe wrażenie na 

rozmówcach,  i  nie  zdajesz  sobie  sprawy,  jaką  krzywdę  mogą  wyrządzić  twoje 

słowa!

– Krzywdę?

– On uważa mnie za dziwkę! Sądzi, że starałam się o niego z powodu dzieci. 

Nic wiedział, że na skutek tego wypadku nigdy nie będę mogła mieć własnych. Nic 

wiedział,  że  go  kocham.  Nic  wyznał  mi,  że  też  mnie  kocha  i  chce  się  ze  mną 

ożenić.  Gdyby  to  zrobił,  powiedziałabym  mu  o  wszystkim.  Ale  myślałam,  że  on 

chce  tylko  romansu.  A  teraz,  przez  ciebie,  porzucił  mnie  i  nigdy  nie  będę  miała 

okazji, żeby mu to wytłumaczyć...

Odłożyła z trzaskiem słuchawkę i wyciągnęła wtyczkę z gniazdka. Nic chciała z 

nikim rozmawiać. Potem rozebrała się i położyła do łóżka, na którym czekał już na 

nią Geronimo.

– Kocham cię, Ryan – wyszeptała w ciemności. – To nie było tak. Powinieneś 

pozwolić mi wszystko wyjaśnić.

Geronimo cicho zamiauczał i ułożył się obok niej. Ginny mocno go przytuliła i 

głośno załkała. Kot z oburzeniem wyrwał się z jej objęć i czmychnął. Znów została 

sama...

Nazajutrz  rano  zjawiła  się  w  szpitalu  z  silnym  postanowieniem,  że  zachowa 

panowanie nad sobą. Patrick spojrzał na nią i uniósł wysoko brwi.

– Co ci się stało? – spytał, patrząc badawczo na jej strój. Miała na sobie krótką, 

wąską  spódnicę,  obcisły  sweter,  który  uwydatniał  jej  biust,  i  buty  na  wysokich 

obcasach. Twarz zdobił mocny makijaż. – Na kim chcesz wywrzeć wrażenie?

– Przecież wiesz.

background image

– Istotnie. Od ósmej siedzi w gabinecie i obgryza ołówki.

Zastanawiam się, o co chodzi. – Zniżył głos. – Ginny, dobrze się czujesz?

– Owszem. Na miłość boską, nie staraj się być dla mnie miły.

– W takim razie idź do jedynki. Czeka tam pacjent z paskudną opryszczką na 

genitaliach.

To był okropnie ponury poranek. Funkcjonowała tylko dzięki Patrickowi, który 

mrugał do  niej  ciepło i  uśmiechał się ze zrozumieniem. W porze lunchu  wziął ją 

pod swe opiekuńcze skrzydła i zabrał do pobliskiego pubu.

Niestety, w jednej sprawie nie mógł jej pomóc. Musiała spotkać się z Ryanem i 

osobiście  wręczyć  mu  swoje  wymówienie.  Kiedy  weszła  do  jego  gabinetu, 

dostrzegła  na  biurku  stos  połamanych  ołówków  i  pokruszonych  grafitów.  Ryan 

spojrzał na nią z wściekłością.

–  Co  ty,  do  diabła,  masz  na  sobie?  Nie  możesz  pracować  w  takim stroju.  To 

niestosowne.

– Więc mnie zwolnij, O’Connor.

Ryan zacisnął usta.

– Nic prowokuj mnie. Czego chcesz?

– Chcę wręczyć ci to – odparła, upuszczając wymówienie na stos połamanych 

ołówków.

Ryan rozerwał kopertę i zerknął na pismo.

– W porządku. Załatwione. Coś jeszcze?

Jej serce rozpadło się na kawałki.

–  Nic... Nic  takiego, czego chciałbyś wysłuchać –  odparła  cicho. –  Do chwili 

odejścia  muszę  pracować.  Myślę,  że  dobrze  byłoby,  gdybyś  zorganizował  to  tak, 

żebyśmy nie musieli spędzać razem zbyt dużo czasu.

–  Nic  martw  się.  Już  zmieniłem plan dyżurów.  Odtąd pracujesz  z  Patrickiem. 

Ale  pamiętaj  o  jednym...  On  jest  szczęśliwy  w  małżeństwie,  więc  zostaw  go  w 

spokoju.

Ginny zaniemówiła.

– Jesteś podły – powiedziała po chwili, a potem odwróciła sic. i wyszła.

Zanim  zamknęła  za  sobą  drzwi,  usłyszała  trzask  łamanego  ołówka.  Bodaj  go 

diabli, pomyślała. A niech się wścieka.

background image

– Ginny?

Zatrzymała się.

– Och, Patrick – powiedziała z westchnieniem, czując,  że jej oczy wypełniają 

się łzami. Po chwili zaczęły spływać po policzkach, zostawiając na nich pasemka 

tuszu.

Patrick  otoczył  ją  ramieniem,  a  ona  przytuliła  się  do  niego  i  zaczęła  płakać. 

Zaprowadził ją do ich pokoju i zamknął drzwi na klucz. Posadził Ginny w fotelu, a 

sam usiadł na krześle obok niej i ponownie ją objął.

– No, już dobrze – mruknął. – Wypłacz się.

Poszła za jego radą. Kiedy skończyła i uniosła głowę, dostrzegła na jego koszuli 

ślady tuszu.

– Zniszczyłam ci koszulę – powiedziała, pociągając nosem.

– Nic nie szkodzi. Mam bardzo wyrozumiałą żonę.

– Ryan powiedział mi, że jesteś szczęśliwy w małżeństwie, więc mam zostawić 

cię w spokoju.

– Co, do cholery, między wami zaszło?

Ginny westchnęła i zamknęła oczy.

– To długa historia.

– Opowiedz mi ją.

Potrząsnęła głową.

– Nic tutaj i nie teraz.

– Idź do domu. Dochodzi piąta. Dopilnuję tu wszystkiego, a potem zadzwonię 

do Anny i wpadnę do ciebie.

– Nie trzeba...

–  Owszem,  trzeba.  Umyj  się  trochę,  a  potem  idź  do  domu  i  nastaw  czajnik. 

Kiedy przyjdzie wujek Patrick, wszystko mu opowiesz.

Geronimo  czekał  na  nią  w  ogródku,  wygrzewając  się  w  plamic  jesiennego 

słońca,  które  padało  na  stojącą  pod  oknem  kuchennym  ławkę.  Ginny  włączyła 

czajnik, przebrała się w dżinsy i czystą koszulkę, a potem zmyła makijaż.

Słysząc  dźwięk  dzwonka,  poszła  otworzyć  drzwi.  Patrick  podążył  za  nią  do 

kuchni i patrzył, jak zalewa wrzątkiem torebki herbaciane.

–  Okropnie  mi  głupio  –  zaczęła  i  znów  się  rozpłakała.  Odstawiła  czajnik  i 

background image

oparła się o blat kuchenny.

Patrick  wyprowadził  ją  do  ogródka,  posadził  na  ławce  obok  kota  i  wrócił  do 

kuchni. Po chwili pojawił się, niosąc dwie filiżanki herbaty.

– Proszę. Tylko się nie poparz.

Ginny ostrożnie wzięła od niego filiżankę i westchnęła.

– Przepraszam. Rozkleiłam się.

Patrick  zostawił  ją  na  chwilę  samą,  żeby  mogła  się  uspokoić,  a  potem  usiadł 

przy niej.

– No więc opowiedz wszystko wujkowi Patrickowi.

Ginny wzięła głęboki oddech.

– Przypominasz sobie ten wypadek, o którym ci mówiłam?

– Kiedy byłaś nastolatką?

Kiwnęła głową.

– Pamiętasz, że odniosłam wtedy obrażenia wewnętrzne? No więc, kiedy mnie 

otworzyli, doszli do wniosku, że muszą się mną również zająć ginekolodzy.

– Do diabła!

–  Wycięli  mi  macicę.  Jeden  z  jajników  był  zmiażdżony,  a  drugi  poważnie 

uszkodzony.  Usunęli  wszystko,  a  potem  zrobili  porządek  i  ładnie  mnie  zaszyli. 

Więc teraz wyglądam jak prawdziwa kobieta, ale to tylko pozory.

Mówiła  bezbarwnym,  matowym  głosem.  Tej  części  swej  historii  mogła  jakoś 

sprostać. Natomiast ilekroć myślała o sprawach związanych z Ryanem, nie była w 

stanie  stłumić  rozdzierającego  ją  bólu.  Patrick  milczał  przez  dłuższą  chwilę,  a 

potem odstawił na bok filiżankę i wbił wzrok w ziemię.

– Co właściwie zaszło między tobą a Ryanem?

– Och, dowiedział się o tym wczoraj. Mój ojciec się wygadał. Tak czy owak, 

wszystko skończone.

– Ale dlaczego?

Ginny potrząsnęła głową.

– Przepraszam, ale nie jestem w stanie o tym mówić.

– Zerwał z tobą z tego powodu?

– To nie było bynajmniej zaskakujące. Kiedy dowiedział się, że nie mogę dać 

mu dzieci... Przecież mężczyźni tego właśnie pragną, nie?

background image

– Tak sądzisz?

– Oczywiście. Tak było od początku świata.

–  Posłuchaj,  nie  dlatego  pragnąłem  być  z  Anną...  czy  z  Isobel.  Isobel  miała 

rozszczep kręgosłupa i nie było mowy o dzieciach, a mimo to ożeniłem się z nią, 

bo ją kochałem.

– Miała wielkie szczęście.

Położył dłoń na jej ręce.

– Ginny, Ryan ma już dzieci, więc na czym polega problem?

–  Na  tym,  że  mu  o  tym  nie  powiedziałam.  Sądziłam,  że  na  razie  nie  jest  to 

konieczne. Lubiłam, kiedy mówił, że jestem bardzo kobieca, a ja chciałam za taką 

uchodzić.  Potem  mój  ojciec  wygadał  się  i  Ryan  wpadł  w  szał.  Uważa,  że 

polowałam na niego tylko z powodu dzieci.

– To bezsensowne. Przecież każdy widzi, że go kochasz.

– Ale nie Ryan.

– Więc jest głupi.

– Nic. On czuje się zraniony. W każdym razie ja wyjeżdżam.

– Co?!

Ginny wzruszyła ramionami.

– Nie mogę tu zostać... Chyba to rozumiesz.

– Ależ, Ginny, musisz zostać i załatwić tę sprawę do końca.

Potrząsnęła głową.

– Nic. Nie ma już nie do załatwienia. Wszystko skończone, Patrick.

– Ty chyba oszalałaś! A co z twoją przyszłością? Co z karierą?

–  Z  karierą?  W  tej  chwili  nie  jestem  w  stanie  o  tym  myśleć.  Chcę  wyjechać. 

Wiesz,  że  Ryan  zmienił  grafik,  więc  nie  będzie  musiał  ze  mną  pracować.  Mam 

nadzieję, że Annie nie będzie to przeszkadzało.

– Dlaczego miałoby przeszkadzać? Ona ma do mnie pełne zaufanie.

– Jesteś szczęściarzem, prawda?

– Owszem – przyznał. – Ginny, czy mógłbym coś dla ciebie zrobić?

– Tak. Trzymaj go z dala ode mnie i ściskaj moją rękę, dopóki stąd nie ucieknę. 

– Uśmiechnęła się niepewnie. – Jesteś bardzo kochany. Dziękuję ci za wszystko.

Patrick wstał i pocałował ją w policzek, a potem odniósł filiżanki do kuchni.

background image

–  Odpocznij  trochę  –  poradził  jej,  stojąc  w  drzwiach.  –  Aha,  w  tym  stroju 

wyglądasz znacznie lepiej.

– Wiem, ale ten strój nie irytuje go tak bardzo.

Patrick zachichotał.

– Idę. Do zobaczenia jutro rano, a jeśli będziesz czegoś potrzebowała, po prostu 

krzyknij.

– Dziękuję.

Następne  dni  były  istnym  piekłem.  Ryan  wyglądał  okropnie,  a  Ginny 

podejrzewała,  że  ona  również.  Przestała  ubierać  się  wyzywająco  i  usiłowała  nie 

wchodzić mu w drogę. Wymieniali tylko zdawkowe uwagi, a chwile, które musieli 

spędzać razem, stanowiły koszmar.

Każdą  próbę  nawiązania  z  nim  rozmowy  ucinał  z  wyrachowanym 

okrucieństwem.  W  końcu  nie  była  już  pewna,  czy  kiedykolwiek  naprawdę  go 

znała.

Spotkała go w pokoju dla personelu, kiedy weszła tam na kawę. Ryan, milcząc, 

uważnie śledził każdy jej ruch. Chcąc przerwać tę żenującą ciszę, spytała:

– Jak dzieci?

– Są zmartwione – odparł po chwili. – A czego się spodziewałaś? Powiedziałem 

im, że nie chcesz nas więcej widzieć.

– Przecież to kłamstwo! – zawołała.

Była wstrząśnięta  i  zasmucona faktem,  że  mógł  tak  postąpić wobec  własnych 

dzieci.

–  Wiem,  ale  uważam,  że  to  lepsze  niż  prawda.  Przecież  nie  mogłem  im 

powiedzieć,  że  były  tylko  towarem  przetargowym,  że  ja  też  byłem  jedynie 

środkiem  na  drodze  do  celu.  A  ten  seks...  ile  z  tego  było  zwykłym  udawaniem? 

Świetnie grałaś swoją rolę. Może powinnaś dostać Oscara?

Wypuściła kubek z drżącej ręki i ruszyła biegiem w kierunku drzwi, zderzając 

się  po  drodze  z  Patrickiem,  który  chwycił  ją  w  ramiona  i  pomógł  odzyskać 

równowagę. W kilka minut później odnalazł ją w ich pokoju.

– Rzuć okiem na moją wargę, dobrze? – poprosił.

Ginny otarła łzy, odwróciła się do niego i wytrzeszczyła oczy ze zdumienia.

background image

– Och, Patrick, co ci się stało?

– Wpadłem na drzwi – wyjaśnił.

– To bardziej przypomina ślad po pięści. Dlaczego bijesz się o mnie? To może 

zdenerwować Annę.

– Bzdura. Powiem jej, że uderzył mnie jakiś pacjent.

– Nic! – krzyknęła Ginny. – Jeśli nie powiesz jej prawdy, ja to zrobię.

– Ale ty nie znasz prawdy... Tak czy owak, on  nie ma prawa  odzywać się do 

ciebie w ten sposób. Przynajmniej nie w miejscu publicznym.

– Ale żeby aż się bić! Jak on z tego wyszedł?

– To cię naprawdę obchodzi?

– Coś mu zrobiłeś?

– Mam taką nadzieję. Okropnie boli mnie ręka.

Ginny obejrzała jego dłoń i z dezaprobatą pokręciła głową.

– Miałeś szczęście. Mogłeś złamać sobie nadgarstek.

– To by się opłaciło.

Po opatrzeniu Patricka poszła odszukać Jacka.

–  Co  tu  się  dzieje?  –  spytał.  –  Ty  wyglądasz  jak  żywy  trup,  Patrick  krąży  z 

rozciętą  wargą,  a  Ryan  ma  podbite  oko.  Podobno  wręczyłaś  mu  wymówienie. 

Chciałbym wiedzieć, o co chodzi.

– Właśnie próbujemy sobie udowodnić, że łączenie pracy z przyjemnością nie 

jest najlepszym pomysłem – odparła spokojnie. Potem z całą obojętnością, na jaką 

mogła się zdobyć, spytała: – Czy Ryan dobrze się czuje?

–  Będzie  żył.  Poszedł  do  swojego  gabinetu,  biorąc  z  sobą  okład  z  lodu.  Na 

miłość boską, trzymaj się od niego z daleka, zanim ktoś zostanie zamordowany.

Posłuchała jego rady i starała się unikać kontaktów z Ryanem. Niestety, już na 

początku następnego tygodnia okoliczności zmusiły ich do wspólnej pracy. Doszło 

do  wybuchu gazu  w  jednym  z  szeregu  przylegających  do  siebie,  dużych,  starych 

domów mieszkalnych. Z budynków została kupa gruzu, a wicie osób doznało mniej 

lub bardziej poważnych obrażeń.

Władze  szpitala  natychmiast  wprowadziły  w  życic  specjalny  plan  ratunkowy. 

Jack  Lawrence  zwołał  zebranie  całego  personelu  oddziału  urazowego,  od 

pracowników rejestracji aż po anestezjologów i chirurgów.

background image

–  Przede  wszystkim  trzeba  ustalić,  kto  zostaje  w  szpitalu,  a  kto  jedzie  na 

miejsce  wypadku  –  powiedział.  –  Potrzebny  jest  jeden  wykwalifikowany, 

doświadczony zespół, który będzie zajmował się przywożonymi tu rannymi, i drugi 

w  terenie,  decydujący, które  przypadki należy  skierować  do  szpitala  w  pierwszej 

kolejności oraz udzielający niezbędnej pomocy na miejscu.

Ryan,  ty  odpowiadasz  za  akcję  ratunkową.  Musisz  mieć  w  zespole  trzy 

pielęgniarki  i  lekarza.  Nic  mogę  przydzielić  ci  Patricka,  bo  jest  potrzebny  tutaj. 

Weź Ginny. – Spojrzał na Ryana znacząco. – I niech Bóg ma was w swojej opiece, 

jeśli na czas tej akcji nie zdołacie zapomnieć o swoich nieporozumieniach.

background image

Rozdział 10

Kiedy Ginny i Ryan przybyli na miejsce wybuchu, panował tam zorganizowany 

chaos.  Ryan,  po  spotkaniu  ze starszym  komisarzem  policji,  który dowodził  akcją 

ratunkową, został  natychmiast  skierowany do  rannych. Poinformowano  go,  że  na 

miejscu jest kilku lekarzy, którzy czekają na jego polecenia.

–  Właśnie  dostarczono  wszelkiego  rodzaju  wyposażenie:  fartuchy, 

dokumentację i tak dalej – powiedział do grupy lekarzy. – Kiedy otrzymacie sprzęt, 

przystąpimy  do  działania.  Ofiary  wypadku,  niezależnie  od  stopnia  odniesionych 

obrażeń, należy po udzieleniu pierwszej pomocy kierować do szpitala.

Każdemu pacjentowi należy założyć kartę wypadkową i opisać jego stan oraz 

zastosowane  środki.  Musicie  ustalić  stopień  obrażeń:  lekkie,  poważne,  krytyczne 

czy śmiertelne. Potem trzeba wypełnić kartę, włożyć ją do plastikowego pokrowca 

i  przypiąć  do  rannego.  Pacjenci  w  stanie  krytycznym  wymagają,  oczywiście, 

natychmiastowej  pomocy.  Ja  będę  was  nadzorował  i  decydował  o  kolejności 

ewakuacji.  Mamy  cały  niezbędny  sprzęt.  Wszelkie  pytania  proszę  kierować  do 

mnie.

Odwrócił się do Ginny.

– Wiesz, co do ciebie należy.

Kiwnęła głową, wzięła swoje instrumenty medyczne i ruszyła w kierunku dużej 

grupy rannych. Ryan włożył fartuch, który wyróżniał go spośród innych lekarzy, i 

zajął się najcięższymi przypadkami.

–  Virginio,  szybko  podłącz  temu  człowiekowi  kroplówkę  –  polecił  Ryan.  –

Potem odeślij go do szpitala. Ma krwotok wewnętrzny.

Po  odesłaniu  pacjenta  na  oddział  urazowy  Ginny  zajęła  się  kolejnymi 

poszkodowanymi. Niektórzy byli pokaleczeni przez odłamki szkła, inni potłuczeni 

przez  spadające  cegły,  a  jeszcze  inni  doznali  szoku  lub  zostali  ogłuszeni  hukiem 

wybuchu.

Ginny  uspokajała  i  pocieszała  zszokowanych  ludzi  oraz  opatrywała  rany, 

zastanawiając  się,  jak  w  szpitalu  poradzą  sobie  z  taką  liczbą  pacjentów.  Od 

jakiegoś czasu nie widziała Ryana. Pomyślała, że zapewne wszedł do budynku, by 

background image

zająć się ofiarami uwięzionymi w gruzach.

Nagle nastąpił kolejny potężny wybuch.

Ginny  uniosła  głowę  i  z  przerażeniem  patrzyła  na  tumany  opadającego  pyłu. 

Wśród  panującej  na  ulicy  ciszy  słychać  było  jedynie  brzęk  tłuczonego  szkła. 

Dopiero płacz jakiegoś dziecka wyrwał ją z odrętwienia.

–  Ryan? – wyszeptała, ruszając biegiem  w  kierunku  walącego  się  budynku. –

Ryan? Ryan, gdzie jesteś? – wołała.

Wyobraziła go sobie zasypanego i pokaleczonego.

– Muszę go odnaleźć, muszę go stamtąd wyciągnąć...

–  Ryan!  –  zawołała  ponownie  i  zaczęła  grzebać  rozpaczliwie  w  kupie  gruzu, 

szukając jego charakterystycznego fartucha.

Nagle usłyszała za plecami jego głos, więc gwałtownie się odwróciła.

– Virginia! – krzyknął. – Co ty, do cholery, robisz? Uciekaj stamtąd!

Z  wyrazem  przerażenia  na  twarzy  ruszył  biegiem  w  jej  stronę.  W  tym 

momencie rozległ się głuchy huk i świat powoli zwalił im się na głowę.

– Virginio?

Myślała, że śni. Wymówił jej imię, jakby była dla niego najważniejszą istotą na 

świecie.  Odwróciła  głowę,  krztusząc  się  w  kłębach  duszącego  pyłu  i  dymu. 

Poczuła,  że  oddycha  przez  kawałek  jakiejś  tkaniny.  Stopniowo  odzyskiwała 

przytomność.

– Ryan? – wyszeptała.

– Och, Bogu dzięki! – powiedział łamiącym się głosem.

Miała  wrażenie,  że  jest  naprawdę  zaniepokojony...  Pomyślała,  że  chyba  śni. 

Nagle przeszył ją dotkliwy ból. Zamknęła oczy i jęknęła.

– Co cię boli?

– Nogi – odparła, czując, że nie jest w stanie nimi poruszać.

– Chyba będę zmuszona tu przez chwilę zostać.

Zaklął cicho i zaczął obmacywać jej nogi, szukając uszkodzeń. Kiedy dotarł do 

kolan, ponownie zaklął.

– Czy możesz poruszać palcami? – spytał.

–  Nie.  Byłabym  w  stanie  to  zrobić,  ale  stopy  są  przywalone  czymś  ciężkim. 

background image

Mogę jednak napiąć mięśnie.

– Czy bardzo cię boli?

– Trochę – odparła. – Czułam się już w życiu gorzej.

– Po tym wypadku – powiedział i bąknął coś niewyraźnie.

– Posłuchaj, spróbuję znaleźć jakieś wyjście, dobrze?

– Dobrze – odparła, usiłując zachować spokój. Miała ochotę krzyczeć: „Nie, nie 

zostawiaj mnie", ale się powstrzymała.

– Zaraz wracam – obiecał.

– Wspaniale. Przynieś mi aspirynę.

W sączącym się z zewnątrz bladym świetle dostrzegła jego twarz.

– Czy to miał być żart? – spytał z niedowierzaniem.

–  Bynajmniej.  Leżę  tu  pod  tonami  gruzu,  czekając  na  kolejny  wybuch,  więc 

dlaczego miałabym żartować? No, idź już, i wracaj szybko.

Po chwili wahania zaczął się czołgać, ale nie dotarł daleko.

– Widzę światło dzienne i słyszę głosy wołających nas ludzi.

– Odwrócił się w kierunku szczeliny, przez którą wpadała jasna smuga. – Hej! 

Tu jesteśmy! – krzyknął.

– Czy to pan, doktorze O’Connor?

Głos  był  odległy  i  zniekształcony,  ale  przynajmniej  nawiązali  kontakt  ze 

światem.  Ginny  zaczęła  oddychać  regularnie,  starając  się  nie  wpadać  w  panikę. 

Słyszała odgłosy przesuwanych kamieni. Wiedziała, że ich wybawcy usuwają gruz 

wokół szczeliny, przez którą sączy się światło.

Nagle zrobiło się jaśniej.

– Co się dzieje? – spytała.

– Odgruzowują wyjście. Trzymaj się.

Ratownicy  napotkali  jednak  na  przeszkodę.  Zagrodziła  im  drogę  ogromna 

belka, więc nie mogli zrobić wystarczająco szerokiego wykopu.

–  No  cóż,  jeśli  nie  wyniosą  nas  stąd  w  kawałkach,  to  będziemy  tu  tkwić 

niezależnie od tego, czy nam się to podoba, czy nie – powiedziała Ginny.

–  Nie  martw  się,  zaraz  coś  wykombinują.  Wtedy  będę  mógł  swobodnie 

wchodzić i wychodzić.

Zwłaszcza  wychodzić,  pomyślała.  Spróbowała  poruszyć  nogami  i  omal  nie 

background image

krzyknęła  z  bólu.  Odwróciła  głowę  i  dostrzegła  leżący  tuż  obok  jej  twarzy 

olbrzymi, kamienny blok. Zdała sobie sprawę, że cudem uniknęła śmierci, i zaczęła 

drżeć ze strachu. Łzy skleiły jej rzęsy, serce zabiło mocniej. Nagle zwymiotowała.

– Do diabła! – mruknął Ryan.

Otoczył ją ramieniem, a drugą ręką odgarnął włosy z jej twarzy, szepcząc słowa 

pociechy. Ginny stłumiła szloch.

– Przepraszam – wybąkała. – Nic wiem, dlaczego to zrobiłam.

– Szok, ból... Nic przejmuj się tym. Spróbuję zdobyć latarkę i koce. Ułożę cię 

wygodniej i będę mógł obejrzeć twoje nogi.

Znów zaczął się czołgać i krzyczeć przez szczelinę do pracujących na zewnątrz 

ratowników.  Ginny  straciła  na  chwilę  przytomność.  Odzyskała  ją,  kiedy  Ryan 

skierował na jej twarz oślepiający snop światła.

– Razi mnie – powiedziała, odpychając jego rękę.

– Chcę zobaczyć twoje źrenice – wyjaśnił.

– Są w porządku. Lepiej zbadaj moje nogi.

–  Pozwól,  że  ja  o  tym  zadecyduję.  Patrz  przed  siebie...  wspaniale.  A  druga... 

świetnie.

– A nie mówiłam?

– Ale lepiej się upewnić, prawda? Teraz nogi.

Ginny uniosła lekko głowę i spojrzała na miejsce, które Ryan oświetlił latarką. 

Dostrzegła wiszący tuż nad jej stopami ogromny, kamienny blok.

– Tylko niczego nie ruszaj! – zawołała.

– Nic bój się. Widzę nad twoimi nogami jakieś drzwi czy coś w tym rodzaju. 

Leży  na  nich  sporo  gruzu,  więc  zapewne  wyświadczyły  ci  przysługę.  A  stopy 

przygniotła ci chyba jakaś belka. Tak czy owak, wydaje mi się, że krążenie masz 

dobre. Lewa noga najwyraźniej jest złamana, a prawa... chyba też.

– Zauważyłam to. Posłuchaj, żartowałam w sprawie aspiryny, ale czy mógłbyś 

zdobyć jakiś środek przeciwbólowy?

Podczołgał się do jej głowy.

– Najpierw muszę ci zbadać ciśnienie.

– Na miłość boską, mam złamane kości, a nie obrażenia wewnętrzne!

– Tak – mruknął i poczołgał się w stronę szczeliny.

background image

Ginny słyszała, jak głośno  wydaje polecenia, ale  wpadła w  stan odrętwienia i 

nie zwracała uwagi na słowa Ryana. Zamknęła oczy i odwróciła lekko głowę. Po 

raz pierwszy zauważyła, ze ziemia, na której leży, jest bardzo nierówna.

Przypomniała sobie, że przecież zostali przysypani gruzem. Nic więc dziwnego, 

że jest cała pokryta pyłem. Kiedy poruszyła się lekko, poczuła ostry, kłujący ból w 

boku. Wsunęła ostrożnie rękę pod fartuch i wyczuła tuż powyżej talii coś ciepłego i 

lepkiego. Wspaniale, pomyślała. Rana drążąca. Cudownie.

– Ryan?

– Tak?

– Coś się we mnie wbiło.

– Wytrzymaj chwilę. Podłożę ci pod plecy koc, żeby nie uwierał cię gruz.

– Chodzi mi o to, że coś wbiło mi się w ciało.

Ryan znieruchomiał.

– Gdzie? – spytał łagodnie.

– Z lewej strony. Tuż powyżej talii.

Obmacał ostrożnie okolice jej żeber i cicho zaklął.

–  To  gwóźdź.  Najprawdopodobniej  tkwi  płytko  pod  skórą.  Czy  czujesz  ból, 

kiedy się poruszasz lub oddychasz?

– Niezbyt astry – odparła.

Spojrzał jej w oczy.

– Na wszelki wypadek podłączę ci do ręki kroplówkę. Straciłaś sporo krwi.

– Znam się na tym – oznajmiła.

– W tym właśnie tkwi cały problem – mruknął pod nosem.

Ginny chwyciła go za rękę.

– Ryan, rób, co uważasz za stosowne, a ja będę zachowywać się jak wzorowa 

pacjentka,  Tylko  powiedz  im,  żeby  się  pospieszyli  i  jakoś  nas  stąd  wydostali, 

dobrze?

Po raz  pierwszy od  wielu dni nie dostrzegła w jego oczach wyrazu oburzenia 

ani drwiny. Patrzył na nią z troską, a nawet z pewnym uznaniem.

– Pospiesz się – poprosiła, zamykając oczy.

Uścisnął jej dłoń i zniknął. Wydawało jej się, że upłynęły wieki, zanim wrócił. 

Poczuła w ręce ostre ukłucie wenflonu, a po chwili dotkliwy ból minął.

background image

Wprawdzie nadal go jeszcze odczuwała, ale nie zwracała na to uwagi. Była zbyt 

pochłonięta  widokiem  pochylonego  nad  nią  Ryana.  Wyciągnęła  powoli  rękę  i 

pogładziła jego sztywne od kurzu włosy.

– Dziękuję – szepnęła.

Potem nie była już w stanic myśleć.

Ryan  poczuł  mdłości  na  widok  osuwającego  się  budynku.  Nic  pomyślał  o 

własnym bezpieczeństwie ani o dzieciach, które mógł osierocić. Myślał wyłącznie 

o  Virginii, która najwyraźniej szukała  go  w  gruzach,  choć  nad  jej  głową  zwisały 

tony kamiennych bloków.

Czyżby sądziła,  że został zasypany? Istotnie mogło tak się zdarzyć... Przecież 

był w budynku tuż przed wybuchem. Wyszli stamtąd, kiedy poczuli zapach gazu. A 

ona wołała go po imieniu.

Nic  krzyczała  „O’Connor",  lecz  „Ryan",  a  jej  głos  był  pełen  przerażenia  i 

rozpaczy.

Dlaczego?

Przecież go nie kocha, więc skąd ten ból w jej głosie?

Sprawdził podłączenie kroplówki, a potem zaczął powoli podawać roztwór soli 

fizjologicznej.  Ciśnienie  krwi  było  trochę  za  niskie,  ale  utrzymywało  się  w 

granicach normy. Morfina zaczęła działać. Ponownie zbadał okolice rany i wyczuł 

pod skórą jeszcze jeden gwóźdź. Nic mógł przewrócić jej na bok, bo stopy miała 

unieruchomione pod stertą gruzu.

Ponownie obejrzał nogi. Krążenie krwi wydawało siew normie, obie stopy były 

umiarkowanie  ciepłe,  ale  lewa  noga  niebezpiecznie  spuchła  i  wymagała  pilnej 

interwencji chirurga. Ginny odwróciła głowę w jego stronę i otworzyła oczy.

– Ryan? – wyszeptała. – To naprawdę ty?

Ujął jej rękę w dłonie.

– Tak, Virginio.

– Jesteś pewien? Od wieków ze mną nie rozmawiałeś. Skąd tu się wziąłeś?

– Jesteśmy uwięzieni pod stertą gruzu.

– Gruzu? Och, prawda, ten budynek. Ja również?

background image

– Owszem. Jak twoje nogi?

– Jakie nogi? – spytała i zaczęła się śmiać. – Nic mam żadnych nóg. One mnie 

bolą. Już ich nie chcę. Czy mogę dostać twoje? Są bardzo seksowne.

Boże, ona majaczy, pomyślał. Dość tych bredni.

– Zamknij oczy i śpij – powiedział.

Przez  chwilę  leżała  spokojnie,  a  potem  znów  otworzyła  oczy  i  spojrzała  na 

niego.

– Ryan?

– Tak?

– Dziwnie się czuję. Jakbym miała omamy.

– Zaaplikowałem ci trochę morfiny.

– Naprawdę? Dlaczego ludzie biorą to z własnej woli?

– Nic mam pojęcia.

–  Raz  spróbowałam  haszyszu.  Potem  chorowałam.  To  było  wtedy,  kiedy 

miałam ten wypadek. Niewiele z tego wszystkiego pamiętam.

–  Opowiedz  mi  o  tym  –  poprosił,  czując  się  winny,  że  wyciąga  z  niej 

zwierzenia, kiedy jest półprzytomna. – Co ci się stało?

–  Kawałek  mostu  wbił  mi  się  do  brzucha  i  wszystko  przewrócił  do  góry 

nogami. Uszkodził to i owo, więc usunęli różne narządy.

–  Jakie  narządy?  –  W  istocie  wcale  nie  chciał  o  tym  słuchać,  ale  nie  mógł 

powstrzymać się od pytania.

–  Duży  kawałek  jelita  –  powiedziała  śpiewnym  głosem,  wymachując  ręką.  –

Lewą nerkę... i macicę. Pocięli mnie na kawałki... Miałam zmiażdżony jajnik, więc 

usunęli wszystko.

Ryan chwycił ją za rękę, zanim wyrwała dren, a ona zacisnęła palce wokół jego 

dłoni i westchnęła.

– Jak miło – wymamrotała. – Myślałam, że nie będziesz mnie już chciał.

Do diabła, nigdy nie przestał jej pożądać.

– Ryan?

Uniósł powieki i zobaczył jej łagodne, szare  oczy, w których  dostrzegł wyraz 

bólu.

– Słucham?

background image

– Zimno mi.

Podłożył jej pod  plecy  jeden  koc,  a  drugim  ją przykrył.  Potem objął  ją czule. 

Gdyby nie ten gwóźdź, pomyślał. Bał się jednak ją poruszyć. Ginny westchnęła i 

oparła głowę na jego ramieniu. Ryan uniósł rękę i odgarnął włosy z jej twarzy. Nie 

były  jak  zawsze  miękkie  i  lśniące,  lecz  sztywne  i  szorstkie  od  tynku.  Dlaczego 

nadal ją kocha? Po tym, co zrobiła jemu i jego dzieciom?

– Och, Virginio, dlaczego? – spytał głośno.

Ginny poruszyła się i pogłaskała go po policzku.

– Kocham cię – wyszeptała.

Zamknął  oczy.  Ginny  sprawiała  wrażenie  zamroczonej,  a  przecież  nie  wolno 

przywiązywać wagi do słów półprzytomnego człowieka.

– Przykro mi, że nie jestem prawdziwą kobietą – wyjąkała.

– Przy tobie czułam się kobietą, jakby nie miało znaczenia, że to tylko pozory... 

–  Zdusiła  płacz.  –  Myślałam,  że  nie  żyjesz  –  odezwała  się  po  chwili  nieco 

przytomniejszym  głosem.  –  Sądziłam,  że  zginąłeś  w  ruinach  tego  budynku.  Nie 

chciałam dłużej żyć. Proszę, nie umieraj. Kocham cię.

– Nie mam zamiaru umierać – zapewnił ją.

– Przyrzekasz?

– Przyrzekam.

– Wiesz, to nie było tak – zaczęła po chwili milczenia. – Nie przyszło mi nawet 

do  głowy,  że  mnie  pragniesz.  Myślałam,  że  interesuje  cię  tylko  moje  ciało.  Nie 

chciałam zakochać się w tobie. To było takie nierozsądne, prawda? Zwłaszcza że ty 

mnie nienawidzisz.

– To  nieprawda, Virginio. Chciałbym cię  nienawidzić, ale nie mogę. Kocham 

cię niezależnie od tego, co i dlaczego zrobiłaś.

– Ryan?

– Tak, kochanie?

– Powtórz to jeszcze raz.

Westchnął i poddał się.

– Kocham cię.

–  Przecież  mieliśmy  tego  nie  robić,  prawda?  To  znaczy,  zakochiwać  się  w 

sobie.  To  miał  być  tylko  romans.  Żadnych  zobowiązań.  Żadnych  planów  na 

background image

przyszłość. Po prostu zwykła przygoda miłosna. – Uwolniła rękę z dłoni Ryana i 

znów  dotknęła  jego  policzka.  –  Dlatego  ci  nie  powiedziałam.  Nie  musiałeś 

wiedzieć,  że  nie  jestem  prawdziwą  kobietą,  a  mnie  sprawiały  przyjemność  twoje 

względy, których nie okazywałbyś mi, gdybyś znał prawdę.

Westchnęła.

–  A  potem  zepsuliśmy  wszystko,  zakochując  się  w  sobie.  Musiałeś  więc 

dowiedzieć  się  o  tym,  a  teraz  mnie  nienawidzisz.  Zawsze  tak  było.  Simon 

znienawidził  mnie,  kiedy  poznał  prawdę,  Rick  twierdził,  że  go  oszukałam,  a  ty 

myślisz, że robiłam wszystko z powodu twoich dzieci. To zabawne. Nie chciałam 

zbyt  bliskiego  związku,  żeby  nie  zranić  dzieci,  a  ty  twierdzisz,  że  chciałam  je 

zdobyć.  Po  co  miałabym  je  zdobywać,  skoro  chodziło  tylko  o  romans? 

Wiedziałam, że nigdy się ze mną nie ożenisz.

– Skąd mogłaś to wiedzieć?

– Bo nie jestem dla ciebie wystarczająco dobra. Każdy mężczyzna chce mieć za 

żonę stuprocentową kobietę. Zabawnie było bawić się przez chwilę w dom, tylko 

że w grę wchodzili żywi ludzie i wszystko się pogmatwało, prawda? – Pogłaskała 

go  po  policzku.  –  Przepraszam.  Powinnam  była  grać  z  tobą  w  otwarte  karty,  ale 

teraz nic już na to nie poradzę. Bardzo cię pragnęłam, a ty byłeś taki samotny...

Przez chwilę leżała spokojnie, a potem powiedziała:

– Ryan, bolą mnie nogi. Morfina chyba przestała działać.

Ponownie sprawdził jej ciśnienie krwi i stwierdził z niepokojem, że się obniża. 

Nagle przeszył go paraliżujący strach, że Ginny może umrzeć, zanim zdąży z nią 

porozmawiać i wszystko jej wytłumaczyć.

Nic  chciał  robić  tego  teraz,  kiedy  była  pod  wpływem  środków 

halucynogennych. Musiał poczekać, aż oprzytomnieje  i zacznie myśleć logicznie. 

Czuł, że popełnił okropny błąd, fałszywie ją oceniając, a teraz ona może umrzeć, 

zanim zdąży ją przeprosić...

Minęły  dwa  dni,  zanim  Ginny  w  pełni  odzyskała  świadomość.  W  tym  czasie 

Ryan  przeprowadził  z  Ronem  kilka  pouczających  rozmów,  które  wszystko 

wyjaśniły. Ojciec  Ginny  może  i  był  gadatliwym  starym  głupcem, ale  kochał  swą 

córkę do szaleństwa i nie mógł wybaczyć Ryanowi tego, że tak boleśnie ją zranił.

background image

Zdawał  sobie  również  sprawę,  że  to  on  stał  się  przyczyną  całego 

nieporozumienia i starał się wszystko naprawić.

Ryan dowiedział się, że  Ron, mówiąc o nieodpowiedzialności  Ginny, miał  na 

myśli  jej  depresję,  a  nie  szaleńczą  pogoń  za  seksem.  Przecież  miała  tylko  dwie 

przygody miłosne, które zakończyły się katastrofą.

–  Obaj  ci  dranie  twierdzili,  że  kochają  moją  córkę,  a  potem  porzucili  ją, 

ponieważ nie mogła dać im dzieci – powiedział Ron do Ryana, kiedy siedzieli przy 

łóżku szpitalnym śpiącej Ginny. – Myślę, że po takich przeżyciach straciła wszelką 

nadzieję.  Wyznała  Adele,  że  nigdy  już  nie  spojrzy  na  żadnego  mężczyznę,  ale 

potem  poznała  ciebie.  Jestem  zaskoczony,  że  przystała  na  romans,  bo  zawsze 

wystrzegała się takich związków. Może jednak doszła do wniosku, że czas zacząć 

żyć.

Zawsze  znajdowała  wspólny  język  z  dziećmi,  ale  nigdy  nie  widziałem,  żeby 

traktowała je tak jak twoje. Wydaje mi się, że naprawdę je kocha. Musi bardzo was 

lubić, skoro tak chętnie spędzała z wami czas.

Ryan  zamknął  oczy.  Żałował,  że  nie  może  cofnąć  czasu.  Powiedział  jej  tyle 

okropnych, okrutnie bolesnych rzeczy. Teraz był pewny, że się mylił, więc jedynie 

cofnięcie  wskazówek  zegara  i  własnych  słów  mogłoby  uśmierzyć  ból,  którego 

musiała doznać.

Jednakże  nie  był  w  stanic  tego  zrobić.  Mógł  tylko  ponownie  próbować,  ale 

musiał zacząć od przeprosin.

Ginny  strasznie  cierpiała.  Bolały  ją  nogi,  bolał  bok,  ale  najbardziej  bolało  ją 

serce. Zdawała sobie sprawę, że Ryan jest w pobliżu. Wiedziała, że siedzi od wielu 

godzin przy jej łóżku i rozmawia z Ronem.

W  gruzach  zawalonego  budynku  przez  chwilę  wierzyła,  że  ją  kocha.  Teraz 

uświadamiała  sobie,  że  to  był  tylko  sen,  zwykła  halucynacja.  Zastanawiała  się, 

dlaczego nadal tu jest. Przecież od wypadku musiało upłynąć wicie godzin.

– Ryan? – powiedziała zachrypniętym głosem.

Natychmiast się nad nią pochylił. Spojrzała na niego i dostrzegła na jego twarzy 

liczne stłuczenia, zadrapania i skaleczenia.

– Wyglądasz okropnie – stwierdziła. – 'tylko, na miłość boską, nie podawaj mi 

background image

lusterka.

Ryan lekko się uśmiechnął.

– Za to ty wyglądasz wspaniale – skłamał.

– Nic oszukuj mnie – powiedziała z wyrzutem.

Usiadł na brzegu łóżka i ujął jej dłoń.

– Jak się czujesz?

– Cudownie. Która godzina?

– Wpół do szóstej.

–  Myślałam,  że  jest  znacznie  później.  Przecież  wezwano  nas  tam  dopiero  w 

porze lunchu. Wydawało mi się, że tkwiliśmy w gruzach przez wiele godzin.

– To było w poniedziałek, a dzisiaj jest środa.

– Środa? – zawołała. – Co się stało z rannymi?

– Wezwano dwóch lekarzy z najbliższego . szpitala.

– A moje nogi? – spytała po chwili.

– W porządku. Lewa została zespolona, a prawa jest po prostu złamana. Obie są 

w gipsie.

–  Nic  musisz  mi  tego  mówić.  –  Czuła  na  nogach  ciężki  jak  ołów  gips.  –

Dlaczego tu jesteś? – spytała, bojąc się odpowiedzi.

–  Bo  cię  kocham  –  wyznał.  Jego  oczy  lśniły  jak  szmaragdy.  –  Bo  musimy 

porozmawiać.  Bo  jestem  ci  winien  przeprosiny,  ale  myślę,  że  to,  co  mógłbym 

powiedzieć, z pewnością nie wynagrodzi krzywdy, jaką ci wyrządziłem.

Ginny nie mogła uwierzyć własnym uszom.

– Za co chcesz mnie przeprosić? Za to, że mnie śmiertelnie przestraszyłeś? Że 

nie zginąłeś w czasie wybuchu? Że podałeś mi za dużą dawkę morfiny?

– Za to wszystko, co ci powiedziałem – wyjaśnił posępnym tonem, wpatrzony 

w swe ręce. – Po śmierci Ann myślałem, że zawsze już będę sam. Nic wierzyłem, 

że  jakaś  kobieta  zechce  wziąć  na  swoje  barki  odpowiedzialność  za  cudze  dzieci. 

Potem, kiedy wydało mi się, że kogoś takiego znalazłem, wmówiłem sobie, iż tobie 

chodzi wyłącznie o moje dzieci, a nie o mnie.

Spojrzał na nią.

–  Podejrzewałem,  że  chciałaś  zachować  swoją  tajemnicę  aż  do  dnia  ślubu, 

żebym  nie  przejrzał  twojego  planu,  polegającego  na  zdobyciu  gotowej  rodziny. 

background image

Później powiedziałaś, że nie wyznałaś mi prawdy, ponieważ chciałaś uchodzić za 

prawdziwą  kobietę.  Byłaś  pod  silnym  działaniem  morfiny  i  powiedziałaś 

najgłupszą rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałem. Musiała więc to być prawda.

– Bo to prawda – odparła. – Dlatego nic ci nie powiedziałam. Dwóch mężczyzn 

mnie  porzuciło,  bo  postąpiłam  uczciwie.  Mężczyźni  pragną  mieć  przy  sobie 

stuprocentową  kobietę,  więc  starałam  się  zachować  pozory.  Nic  przypuszczałam, 

że  to  może  cię  zranić.  Przecież  dałeś  mi  wyraźnie  do  zrozumienia,  że  chodzi  ci 

tylko o romans.

– Ależ to szaleństwo. W życiu nie spotkałem kobiety bardziej kobiecej niż ty.

Oczy Ginny wypełniły się łzami.

– Ryan, nie okłamuj mnie z litości. Po prostu przyznaj, że się pomyliłeś. Skoro 

znasz  prawdę  i  już  mnie  nie  chcesz,  rozstańmy  się  w  przyjaźni,  dobrze?  Nic 

chciałabym,  żebyś  mnie  nienawidził.  Mogę  żyć  bez  ciebie,  ale  nie  mogę  żyć  ze 

świadomością, że mnie nienawidzisz...

Zamknęła  oczy,  a  po  jej  policzkach  popłynęły  strumienie  łez.  Ryan  położył 

dłonie na jej ramionach i przyciągnął ją do siebie.

– Przestań – wyjąkał. – Nic płacz, kochanie. To nieprawda, że cię nienawidzę. 

Nic potrafiłem cię znienawidzić nawet wtedy, kiedy myślałem, że wykorzystujesz 

moje dzieci, więc jak mógłbym nienawidzić cię za to, że próbowałaś wykraść życiu 

odrobinę szczęścia?

– Powinnam była ci powiedzieć – szepnęła.

–  A  ja  powinienem  był  z  tobą  porozmawiać,  zamiast  wyciągać  pochopne 

wnioski  i  mówić  ci  te  okropne  rzeczy.  –  Wypuścił  ją  z  objęć  i  spojrzał  na  nią. 

Ginny  dostrzegła  w  jego  oczach  poczucie  winy,  ból  i  miłość.  –  Virginio,  czy 

moglibyśmy  zacząć  wszystko  od  nowa?  –  spytał  cicho.  –  Kocham  cię.  To 

nieważne,  że  nie  możesz  mieć  dzieci.  Dla  mnie  liczysz  się  tylko  ty...  Bez  ciebie 

jestem nikim. Moje dzieci też cię kochają i tęsknią za tobą. Wróć do nas, proszę. 

Znów zabawimy się w szczęśliwą rodzinę, którą nie jesteśmy bez ciebie. Błagam 

cię, Virginio. Spojrzała w jego przepełnione miłością oczy.

– Myślałam, że cię straciłam – powiedziała łamiącym się głosem. – Sądziłam, 

że  nie  żyjesz  i  nigdy  więcej  cię  już  nie  zobaczę,  ze  umarłeś,  czując  do  mnie 

nienawiść,  i  też  zapragnęłam  śmierci.  Nic  musisz  mnie  błagać,  Ryan.  Właściwie 

background image

musiałbyś mnie zabić, żeby się mnie pozbyć, bo nie pozwolę ci już nigdy odejść.

Przytulił ją mocniej.

–  Odpocznij  –  szepnął.  –  Nic  mam  zamiaru  cię  zabijać,  ani  teraz,  ani  w 

przyszłości. Należysz do mnie, Virginio, do mnie i do moich dzieci. Miałem rację: 

będziesz idealną żoną i matką. Po prostu zostań ze mną... z nami. To wszystko, o 

co cię proszę.

Do oczu napłynęły jej łzy wzruszenia.

– To nic trudnego – wyjąkała. – Uważaj tę sprawę za załatwioną, Ryan.

I odwracając głowę, czule go pocałowała.