background image

Kronika wyprzeda

ży Polski 

cykl artykułów Wiesławy Mazur 

w Tygodniku  NASZA POLSKA w Roku 2002

 

  Spis tre

ści: 

Kto co szykuje pod m

łotek? 

Pierwsza dziesi

ątka uznana za godną sprzedaży 

Ci co pomagali – na bruku 

Jak osi

ągnąć efektywność? Likwidując przedsiębiorstwa państwowe! 

ABB przejmuje “Zamech” 

Taczki dla Lisa i Balcerowicza 

Fundamenty ustawy prywatyzacyjnej 

Import zostawi

ł zgliszcza 

Bankructwa i grabie

ż aptek 

Przymiarki do gie

łdy, rozpad PGR-ów 

Fikcje i figi 

Rozbiórka “Uniwersalu” 

Prasa pod m

łotkiem 

Meksyk czy Peru? 

Zabierzmy korytko! 

 

 

 

 

 

 

background image

Jak do tego dosz

ło? 

Na 

łamach “Naszej Polski” przedstawimy krok po kroku proces wyprzedaży 

maj

ątku narodowego. Wpływy z prywatyzacji są "na wykończeniu", warto się 

zastanowi

ć, jakie skutki przyniosły zamiany własnościowe w gospodarce. 

Nie trudno na to odpowiedzie

ć zważywszy, że obecnie ponad 70 proc. sektora 

bankowego zarz

ądzane jest z central znajdujących się poza granicami Polski, a 

uprawiana u nas w 2002 r. polityka bankowa opiera si

ę na globalnej gospodarce. 

O jakiej prawdziwej suwerenno

ści gospodarczej naszego kraju można w tej chwili 

mówi

ć? 

A wszystko si

ę zaczęło wraz z nastaniem nowego ustroju gospodarczego dnia 1 

stycznia 1990 r. 

  

  

Kto co szykuje pod m

łotek? 

 

Przez kilka miesi

ęcy 1990 r. o konieczności prywatyzacji mówiło i pisało się 

codziennie, do znudzenia. Uporczywa akcja propagandowa by

ła niezbędna po to, 

żeby dzisiaj w Ministerstwie Skarbu Państwa mogły istnieć różne departamenty 
nadzoru prywatyzacyjnego: numer jeden, numer dwa i spó

łek strategicznych. 

Du

żo tego, bo zadania są ogromne. I tak departament numer jeden zajmuje się 

prywatyzacj

ą m.in. hutnictwa, chemii ciężkiej, budownictwa, przemysłów 

spirytusowego, farmaceutycznego, elektronicznego, stoczniowego, 
petrochemicznego, metalowego, mi

ęsnego, cukrowni, portów lotniczych, mediów. 

Departament numer dwa prywatyzuje: kopalnie, energetyk

ę, siarkę, surowce 

skalne, transport, przedsi

ębiorstwa handlowe, przemysły – elektrotechniczny, 

drzewny i papierniczy, meblowy, ceramiczny, materia

łów budowlanych. Urzędnicy 

departamentu spó

łek strategicznych i instytucji finansowych zajęli się m.in. 

Telekomunikacj

ą Polską, Ruchem, KGHM Polska Miedź, Polskimi Liniami 

Lotniczymi LOT, Metalexportem, Impexmetalem, PZU, bankami. O rozmiarze 
wyprzeda

ży świadczy, że procesy prywatyzacyjne zostały zakończone lub trwają 

w tej chwili w oko

ło 5 tysiącach przedsiębiorstw. Łatwiej dzisiaj powiedzieć, czego 

jeszcze nie sprzedano ni

ż co sprzedano. 

B

ędą trudne decyzje

bo skala przekszta

łceń strukturalnych nie ma precedensu. Jednak tylko 

dog

łębne przekształcenia własnościowo-strukturalne mogą Polsce zapewnić asekurację ze strony 

Mi

ędzynarodowego Funduszu Walutowego i potęg ekonomicznych. Gdybyśmy się zawahali, czy 

rozpocz

ąć przemiany, czy też nie, pod znakiem zapytania mogłaby stanąć redukcja zadłużenia 

zagranicznego – pisa

ł na początku 1990 r. z Waszyngtonu korespondent “Rzeczpospolitej” 

Aleksander Perczy

ński. Ludzie biedowali, słuchali i wierzyli, że to, co robią “tam, na górze”, będzie 

dla dobra kraju i ich samych.

 

background image

Zapowiadano, 

że Polacy zostaną rzuceni na głęboką wodę. Cofnąć się przed tym 

nie mo

żna - informował rząd – bo wzbudzilibyśmy niezadowolenie nie tylko 

wymienionego wy

żej MFW, ale i Banku Światowego – a do tego dopuścić nie 

wolno, bo Polska nie prze

żyje. Gazety przypominały, że gospodarka finansowa 

przedsi

ębiorstw państwowych jest bardzo zła i proces przekształceń 

w

łasnościowych należy rozpocząć natychmiast. 

  

Pierwsza dziesi

ątka uznana za godną sprzedaży 

 

Tak naprawd

ę mało kto wiedział, co to są te “przekształcenia własnościowe”, 

które maj

ą się rozpocząć. Robotnicy, członkowie “Solidarności” mówili, że z tego, 

co im wiadomo, chodzi o w

łasność akcjonariacką, przy czym większość 

akcjonariuszy maj

ą stanowić pracownicy prywatyzowanego przedsiębiorstwa. Ale 

przede wszystkim liczyli na to, 

że po nędznych zarobkach otrzymywanych “za 

komuny” w ko

ńcu zaczną jakoś zarabiać. Obiecywano utworzenie Rady Majątku 

Narodowego (nigdy nie powsta

ła), czuwającej nad prawidłowością prywatyzacji. 

Rzeczywisto

ść wyglądała czarno: rosło bezrobocie, w przedsiębiorstwach 

pa

ństwowych płacono bardzo marnie, gdyż wicepremier Leszek Balcerowicz 

wprowadzi

ł "popiwek" (podatek od wzrostu płac), obciążając jeszcze państwowe 

przedsi

ębiorstwa dywidendą od posiadanego majątku. Przedsiębiorstwa nie miały 

pieni

ędzy na działalność bieżącą, coraz częściej zdarzały się przestoje. Rynek 

wewn

ętrzny nie kupował, bo nie miał za co, eksport na wschód zanikł, a na 

zachód sta

ł się nieopłacalny, bo wartość dolara głęboko spadła. Przypomnijmy, że 

troch

ę wcześniej, w 1988 r., wzrost cen wynosił ok. 60 proc., a w 1989 r. ceny 

wr

ęcz oszalały: skoczyły aż o 300 proc. Naród został doprowadzony do granic 

wytrzyma

łości. 

Janusz Lewandowski, minister przekszta

łceń własnościowych w rządach Jana 

Krzysztofa Bieleckiego i Hanny Suchockiej, nie kryje dzisiaj ("Gazeta Wyborcza" z 
dnia 12-13 stycznia br.), 

że jego liberalna opcja polityczno-gospodarcza 

wykorzysta

ła ten fakt, dopingując wicepremiera słowami: Balcerowicz, prywatyzuj 

szybciej. Balcerowicz mia

ł szansę, a rząd przeżywał okres miodowy, mógł robić 

co chcia

ł. W połowie stycznia dwanaście lat temu w Ministerstwie Przemysłu 

znajdowa

ło się kilkanaście zgłoszeń podpisanych przez pracowników różnych 

zak

ładów domagających się przyspieszenia działań organizacyjnych i 

legislacyjnych w celu dokonania jak najszybszych przekszta

łceń własnościowych 

w ich fabrykach. W zak

ładach wyczekiwano na werdykt resortu z niecierpliwością, 

ale na razie na pró

żno (i o to chodziło!), bo do rozpoczęcia prywatyzacji potrzebne 

by

ło odpowiednie oprzyrządowanie prawne. Warto przypomnieć, że w 

niecierpliwej kolejce wyczekuj

ącej na “przekształcenie” znalazły się jako pierwsze: 

Dom Mody “Telimena” w 

Łodzi, Fabryka Syntetyków Zapachowych “Aroma” z 

Warszawy, Czechowickie Zak

łady Przemysłu Zapałczanego, Zakłady Wyrobów 

Sanitarnych w Krasnymstawie, 

Żagańskie Przedsiębiorstwo Budowlane, Zakłady 

Tkanin Technicznych w 

Środzie Wielkopolskiej i Jeleniogórska Kopalnia 

Surowców Mineralnych w Szklarskiej Por

ębie. 

background image

Na pocz

ątku lutego 1990 r. “Rzeczpospolita” podała, że w końcu są dobre 

wiadomo

ści - przekształcenia własnościowe ruszą w kilku znaczących 

przedsi

ębiorstwach. Za dwa miesiące w Biurze Pełnomocnika Rządu ds. 

Przekszta

łceń Własnościowych, które powołano, leżało ok. 100 podań z 

zak

ładów, które nie mogły doczekać się prywatyzacji. Opinia publiczna uważała, 

że będą prywatyzowane te przedsiębiorstwa, które mają kłopoty, tymczasem z 
setki zg

łaszających taką chęć wybrano kilka najlepszych. Które to z nich miały być 

- okrywa

ła tajemnica; ale natychmiast pojawił się “przeciek”, że zaszczytu 

dopuszczenia do prywatyzacji mog

ą dostąpić: warszawski “Wedel”, kielecki 

“Exbud”, Zak

łady Przemysłu Odzieżowego z Bytomia, bydgoska "Eltra", Śląskie 

Fabryki Kabli z Czechowic i 

łódzki “Próchnik”. 

  

Ci co pomagali – na bruku 

 

Polska prywatyzacja rozpocz

ęła się i rozwinęła w morzu niejasności i niejasnych, 

nierzadko zadziwiaj

ących informacji. Janusz Lewandowski wkrótce zaczął 

przekonywa

ć, że tak być musi ze względu na tajemnicę handlową, a majątek 

narodowy (takiego okre

ślenia na początku lat 90. używali wszyscy dziennikarze) 

nale

ży sprzedawać nie za tyle, ile on jest rzeczywiście wart, lecz za tyle, za ile 

chc

ą go kupić. 

Tajemniczo

ść na linii rząd – nabywca w transakcjach kupieckich dotyczących 

polskiego maj

ątku narodowego wytworzyła wokół prywatyzacji paskudną aurę. 

Zanim zapa

ł do prywatyzacji zaczął w przedsiębiorstwach i społeczeństwie 

zdecydowanie male

ć, Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów rozpatrzył ramowy 

zestaw dokumentów. W ich tworzenie w

łączył się żwawo, tylko pozornie z trudem 

poruszaj

ący się, minister przemysłu Tadeusz Syryjczyk. Głosił on wtedy, że 

fundament ideologiczny ustawy prywatyzacyjnej to równy dost

ęp dla wszystkich 

do emitowanych udzia

łów przedsiębiorstw, z preferencjami dla akcjonariatu 

pracowniczego i swobod

ą zarówno ich kupna, jak i sprzedaży, a także pełna 

transferowalno

ść akcji. Ponieważ brak zmian własnościowych miał się objawiać 

bankructwami, te zak

łady pracy, które dawały zatrudnienie wielu mieszkańcom 

ma

łych miasteczek, w projekcie ustawy prywatyzacyjnej zezwolono sprzedawać 

ze strat

ą, a nawet dopłatą budżetową. Ministrowie zgodzili się na szybką, 

zdecydowan

ą prywatyzację, nawet jeżeli nie zostanie osiągnięta dobra cena (z 

obrad KERM 3 lutego 1990 r.). Straty mia

ły zostać wyrównane wyższymi 

wp

ływami podatkowymi od przedsiębiorstw zarządzanych już po prywatyzacji 

efektywnie. 

Piotr Aleksandrowicz wówczas zast

ępca redaktora naczelnego “Rzeczpospolitej”, 

wkrótce wojuj

ący liberał - w numerze gazety - z dnia 3-4 lutego 1990 r. domagał 

si

ę przy prywatyzacji kryteriów sprawiedliwości społecznej, gdyż jest to majątek 

niew

ątpliwie wypracowany przez naród. 

Zmieni

ł się Aleksandrowicz i to co najmniej kilka razy. To on przecież nalegał 

m.in., 

żeby państwowa rządowa gazeta najpierw została sprzedana (49 proc. 

background image

udzia

łów) francuskiemu Hersantowi, a potem żeby Francuzom odsprzedano 

jeszcze 2 proc., oddaj

ąc im władzę w spółce, nie oglądając się na żaden naród. 

Kiedy tak si

ę stało, wywianowany w ten sposób Hersant sprzedał 51 udziałów 

koncernowi norweskiemu Orkla. Norwegom Aleksandrowicz si

ę nie spodobał, 

wi

ęc został wyrzucony i dobija się teraz w sądzie o powrót do pracy. 

To jest pouczaj

ąca historia: co dzieje się z tymi, którzy z bielmem na oczach 

zabiegaj

ą o prywatyzację i co z tego dla nich wynika. Takich historyjek można 

przytoczy

ć wiele. Należy do nich historia pani dyrektor ze sprywatyzowanej fabryki 

rzeszowskiej “Alima” produkuj

ącej odżywki dla dzieci. Dyrektorka wspomagała 

prywatyzacj

ę, a gdy fabrykę kupił zachodni koncern Gerber i wyrzucił panią 

dyrektor; zmieni

ła ona zdanie o prawidłowym przekształceniu polskiego, 

nowoczesnego, pa

ństwowego zakładu, przynoszącego wpływy podatkowe, na 

fabryk

ę prywatną, zagraniczną, która takich wpływów nie przynosi, zredukowała 

zatrudnienie i zrezygnowa

ła z usług setek polskich plantatorów owoców i warzyw. 

  

Jak osi

ągnąć efektywność? Likwidując przedsiębiorstwa 

pa

ństwowe! 

Nie ma czasu na prywatyzowanie krok po kroku – namawia

ły media przed 

rozpocz

ęciem wyprzedaży naszego wspólnego mienia. Trzeba szybko, bez 

biurokracji. Operacja powinna mie

ć charakter - choćby w niewielkiej części - 

powszechnego uw

łaszczenia za skromną, czy symboliczną opłatą. Tego wymaga 

absolutny wymóg uzyskania spo

łecznego poparcia. 

Wicepremier Balcerowicz wyst

ąpił w Sejmie i oznajmił, że tworzy gospodarkę 

ludzi zaradnych, zapowiadaj

ąc zniesienie wielu ograniczeń w eksporcie i 

obni

żenie stawek celnych w imporcie. Namawiał do tworzenia małych firm, 

których jest tyle w innych krajach kapitalistycznych. Jednocze

śnie ośmiokrotnie 

podniesiony zosta

ł podatek dla rzemiosła, które łudziło się, że weźmie udział w 

prywatyzacji. Zak

łady rzemieślnicze zatrudniające od kilku do kilkudziesięciu osób 

zosta

ły zaduszone i fiskalnie, i przez konkurencję, kiedy importowi otworzono u 

nas szeroko drzwi. Z blisko 900 tysi

ęcy została ich wkrótce mniej niż połowa i 

dalej likwidowa

ły bądź zawieszały działalność. Te, które zaciągnęły kredyty na 

rozbudow

ę i maszyny, bankrutowały natychmiast, ponieważ kredyt z dnia na 

dzie

ń kilkakrotnie zdrożał. Możliwość wejścia do prywatyzacji kapitału polskiego 

zosta

ła zredukowana do zera. 

Nowe, najcz

ęściej jednoosobowe firmy prywatne powstające jak grzyby po 

deszczu - to by

ł handel z łóżek i tzw. szczęk obsługiwanych przez tych, którzy 

stracili prac

ę. Już bez owijania w bawełnę głoszono wówczas hasło: efektywną 

gospodark

ę będziemy mieć w Polsce wtedy, kiedy zlikwidujemy przedsiębiorstwa 

pa

ństwowe. Rząd zatwierdził, że przedsiębiorstwa państwowe mogą być 

prywatyzowane drog

ą: 1. drogą publicznej oferty akcji; 2. sprzedaży wybranym 

inwestorom krajowym i zagranicznym; 3. sprzeda

ży pracownikom; 3. prywatyzacji 

przez likwidacj

ę; 5. zmieszanie tych czterech metod. 

background image

Jedynym realnym kana

łem finansowania zmian strukturalnych okazał się kapitał 

zagraniczny, wspomagany po

życzkami z Banku Światowego. 

 

 

 

ABB przejmuje “Zamech” 

   

Dyskusja parlamentarna nad rz

ądowym projektem prywatyzacji nabiera 

rumie

ńców i wywołuje emocje, nie ograniczając się do budynku na Wiejskiej 

napisa

ł w ”Rzeczpospolitej” (2 lipca 1990 r.) Hubert Janiszewski. Raczej chodziło 

o gniew i bunt ni

ż o rumieńce, gdyż - jak dalej dowiadujemy się z notatki - różne 

organizacje samorz

ądowców nawołują gromko do odwołania pełnomocnika rządu 

ds. przekszta

łceń własnościowych. Był nim Krzysztof Lis (współautor rządowego 

projektu prywatyzacyjnego) ludzie zarzucali mu, 

że zaplanował powołanie Agencji 

ds. Prywatyzacji, która ma dzia

łać poza wszelką kontrolą społeczną i stać się nie 

znanym dot

ąd nigdzie na świecie superministerstwem do spraw sprzedaży 

pa

ństwowego mienia; groźnym gospodarczym i politycznym państwem w 

pa

ństwie. Janiszewski szydził w gazecie, że w opinii ciemniaczków o zgrozo, 

urz

ąd ten (w ich mniemaniu) w tzw. obcugach przeprowadzi w majestacie prawa 

wyprzeda

ż majątku narodowego, naturalnie w ręce zagranicznych krwiopijców – 

kapitalistów, pewnie 

Żydów, masonów i Niemców. A tymczasem tego rodzaju 

wypowiedzi odnotowuje si

ę skrzętnie na Zachodzie i pozycja Polski, jako kraju, w 

którym mo

żna inwestować traci. Majątek zaś można sprzedać tylko za tyle, za ile 

zechc

ą go kupić – powtórzył (ciemniakom) lansowaną przez liberałów tezę. Radził 

odrzuci

ć przy prywatyzacji demagogię i szowinizm, bo jak Polski nie 

sprywatyzujemy, to b

ędziemy biedni. Jedynie prywatyzacja miała wybić nasz kraj 

na gospodarcz

ą niezależność, poprawę bytu państwa i społeczeństwa. Premier 

Tadeusz Mazowiecki (UD, UW) niezadowolenie z planów wielkiej prywatyzacji 
skwitowa

ł stwierdzeniem, że zaczyna się u nas swojskie piekiełko, w którym 

mo

żemy pozostać bezpowrotnie i na zawsze. Następnego dnia wzrosły ceny 

energii elektrycznej o 80 proc, gazu o 100 proc., energii cieplnej o 100 proc., 
us

ługi pocztowe zdrożały o 60 proc., nie było wiadomo co i o ile może zdrożeć 

jutro. Ludziom na pewien czas odechcia

ło się wystąpień i pyskówek, trzeba było 

my

śleć, jak przeżyć. 

Kongres Liberalno-Demokratyczny sta

ł się partią. Delegaci, którzy jakimś cudem 

po

śród szalejącej polskiej nędzy reprezentowali środowiska biznesu, a więc byli 

zamo

żni, do kierownictwa partii wybrali 24 osoby. Przewodniczącym KLD został 

Janusz Lewandowski, pó

źniejszy ostry prywatyzator naszego wspólnego majątku. 

Trudno nie wspomnie

ć, że zaledwie kilkanaście dni temu w “Gazecie Wyborczej” 

z dnia 12-13 stycznia Lewandowski br., napomykaj

ąc jak to od malowania 

kominów, doszed

ł do teki “solidarnościowego” ministra, opowiada, że w czasach 

"okr

ągłego stołu" uświadomił sobie, że prócz sentymentalnych wspomnień z 

“Solidarno

ścią” nic go już nie łączy. To właśnie Lewandowski walnie się przyczynił 

background image

do tego, 

że po kilku latach wprowadzony został w życie program Narodowych 

Funduszy Inwestycyjnych, którego realizacja okaza

ła się wielkim, oszustwem 

ca

łego narodu (patrz tekst powyżej). W lipcu 1990 r. odbył się też zjazd Ruchu 

Obywatelskiego Akcja Demokratyczna (ROAD), na którego czele stali m.in. Adam 
Michnik, Jan Rokita, Henryk Wujec, W

ładysław Frasyniuk i Zbigniew Bujak. ROAD 

zmieni

ł rychło nazwę i nazwał się Unią Demokratyczną, potem połączył się z KLD 

i znów si

ę przechrzcił - tym razem na Unię Wolności (obecnie wielu członków UW 

jest w Platformie Obywatelskiej; pewna grupa zasili

ła szeregi SLD). Zarówno 

ludzie UW, jak i PO nie kryj

ą dzisiaj tego, że grupują liberałów, którzy na pytanie, 

dlaczego w Polsce w dwunastym roku transformacji dzieje si

ę tak źle, 

odpowiadaj

ą bez zająknienia: bo spowolniona została prywatyzacja.  

A wówczas, w 1990 r., prywatyzacj

ę poparł cały bez mała Obywatelski Klub 

Parlamentarny. Podczas obrad OKP 3 lipca wyst

ąpił wicepremier i minister 

finansów Leszek Balcerowicz i wyg

łosił mowę, której motywem przewodnim było 

to, 

że prywatyzacji niezbędny jest impuls rozruchowy, bo bez tego nic się nie da 

zrobi

ć (w domyśle: ludzie się nie zgodzą). Trzeba narodowi podsunąć jakąś 

kie

łbaskę, nie ważne, czy ją zje, czy nie, aby ją dostrzegł. Proponował wręczenie 

wszystkim obywatelom zamieszka

łym w kraju bonów prywatyzacyjnych o 

znacznej warto

ści. Uważał, że należy powołać ministerstwo zmian 

w

łasnościowych. Poparcie dla prywatyzacji zgłosiła koalicja OKP-PSL-SD w dniu 

11 lipca 1990 r. Dzie

ń wcześniej Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów 

zaaprobowa

ł przejęcie elbląskiego “Zamechu” zatrudniającego wtedy 4300 osób 

(produkcja elektromaszynowa, m.in. turbin) przez mi

ędzynarodowy koncern Asea 

Brown Boven. ABB obj

ęło 76 proc. akcji zakładu. Pani Kux z zurichskiego 

oddzia

łu koncernu wyraziła się, że to jest dla polskiej fabryki z ich strony 

dzia

łalność ratunkowa, czyli jak można było zrozumieć: dobroczynna, dodając, że 

koncern jest zainteresowany tak

że innymi zakładami w Polsce. Widać tak bardzo 

pot

ężny ABB chciał się u nas zaangażować w akcje charytatywne. Ustawy o 

prywatyzacji przedsi

ębiorstw państwowych jeszcze nie było. Wraz z ustawą o 

utworzeniu Ministerstwa Przekszta

łceń Własnościowych została uchwalona 13 

lipca 1990 r. Od jej omówienia zacznie si

ę następny odcinek. 

  

Taczki dla Lisa i Balcerowicza 

  

D

ługo rozbrzmiewały oklaski w sali plenarnej Sejmu 13 lipca 1990 r., kiedy na 

tablicy 

świetlnej ukazał się wynik głosowania ustawy prywatyzacyjnej. Aż 328 

pos

łów było “za”, wstrzymało się od głosu 38, przeciwnych było dwóch. 

Prywatyzacja przedsi

ębiorstw państwowych oraz utworzenie Ministerstwa 

Przekszta

łceń Własnościowych gładko przeszły także w Senacie 26 lipca 

stosunkiem g

łosów: 60 “za”, przeciw 7, przy dwóch wstrzymujących się. 

Prezydent Wojciech Jaruzelski ustaw

ę podpisał. Istnieją siły zainteresowane 

powolnym przebiegiem procesu zauwa

żył w starym stylu Piotr Aleksandrowicz 

“Rzeczpospolitej” z 14-15 lipca 1990 r. Poinformowa

ł, że (te siły) przejawiają 

sk

łonność do wyłączenia spod działań prywatyzacyjnych przemysłu ciężkiego, 

górnictwa, linii lotniczych, telekomunikacyjnych itd. Ale furda, dla procesu zmian 

background image

w

łasnościowych dobrze wróżą oczy Balcerowicza, w których dziennikarz 

zauwa

żył błysk determinacji.  

   

Fundamenty ustawy prywatyzacyjnej 

Realizacj

ę programu sprzedaży majątku narodowego oddano w ręce ministra 

prywatyzacji. Ustalono, 

że przedsiębiorstwa państwowe można będzie 

komercjalizowa

ć, czyli przekształcać w spółki akcyjne, czyli takie, wobec których 

znajd

ą zastosowanie przepisy prawa handlowego. Przedsiębiorstwa będzie też 

mo

żna likwidować, po czym udostępnić lub sprzedać ich mienie, lub jego część. 

W przedsi

ębiorstwie skomercjalizowanym, czyli przekształconym w jednoosobową 

spó

łkę skarbu państwa, jedna trzecia rady nadzorczej mieli wybierać pracownicy. 

Pierwotnie sprzeda

ż akcji skarbu państwa spółki (jest ich po skomercjalizowaniu 

przedsi

ębiorstwa 100 proc.) musiała nastąpić w ciągu dwóch lat po rejestracji 

spó

łki. Zbyt akcji przedsiębiorstw przewidziano, jak już pisaliśmy * w drodze 

przetargu * publicznej oferty * rokowa

ń z nabywcą. Prywatyzację zainicjować mógł 

* dyrektor i rada pracownicza * organ za

łożycielski (tj. minister – jeśli uzyska po 

zapoznaniu si

ę z opinią dyrektora i rady pracowniczej; wojewoda). Decyzję o 

likwidacji przedsi

ębiorstwa przyznano organowi założycielskiemu, który mógł o to 

wyst

ąpić z własnej inicjatywy lub radzie pracowniczej – rada pracownicza mogła 

z

łożyć wniosek prywatyzacyjny po otrzymaniu zgody ministra przekształceń. 

Dzier

żawa mogłaby nastąpić, wówczas gdy większość pracowników wykazałaby 

tak

ą, popartą wniesionym do spółki kapitałem – nie mniejszym niż 20 proc. 

warto

ści likwidowanej firmy. Ministrowi przekształceń własnościowych przyznano 

prawo sprzeciwienia si

ę prywatyzacji, gdyby uznał, że kondycja firmy jest zła i nie 

gwarantuje nabywcom dobrej lokaty kapita

łu. Przed udostępnieniem akcji 

inwestorowi minister powinien wi

ęc zalecić firmom consultingowym ustalenie 

warto

ści przedsiębiorstwa. Szef resortu przekształceń, za zgodą ministra finansów 

móg

ł przejąć w imieniu skarbu państwa część lub całość długów 

przedsi

ębiorstwa. Pracownicy przedsiębiorstwa otrzymali przywilej kupna na 

warunkach preferencyjnych do 20 proc. akcji prywatyzowanej spó

łki, a jeśli chodzi 

o wi

ększą ilość akcji mogli je nabywać po cenie rynkowej. Preferencja zakupu 

polega

ła na tym, że akcje pracownicze sprzedawano po połowie ceny rynkowej w 

pierwszym dniu ich sprzeda

ży na rynku. Wszystko byłoby pięknie, gdyby ludzie w 

Polsce posiadali oszcz

ędności, ale oni ich nie mieli, o czym autorzy ustawy 

musieli dobrze wiedzie

ć, bo wiedziały o tym nawet dzieci w przedszkolach. 

Cz

ęść majątku obiecywano oddać darmo, chociaż jednocześnie wiele się mówiło, 

że prywatyzacja będzie się odbywała na zasadach komercji. “Rozdawnictwu” 
sprzeciwi

ł się ostro m.in. ówczesny lider Unii Pracy Ryszard Bugaj. Sejm na 

wniosek Rady Ministrów, zosta

ł upoważniony do emisji bezpłatnych bonów 

kapita

łowych, którymi można byłoby * płacić za akcje prywatyzowanych 

przedsi

ębiorstw państwowych * nabywać udziały w Towarzystwach Inwestycji 

Wspólnych (nigdy takie nie powsta

ły) albo też * nabywać wystawione na sprzedaż 

zak

łady, albo ich części. Bony miały zostać przydzielone w równej ilości 

wszystkim obywatelom RP zamieszka

łym w kraju. 

background image

W parlamencie na wniosek Rady Ministrów corocznie po uchwaleniu ustawy 
bud

żetowej planowano wyznaczać podstawowe kierunki prywatyzacji oraz 

ustala

ć, na co należy przeznaczyć pieniądze pochodzące ze sprzedaży 

wspólnego maj

ątku. Rada Ministrów miała określić przedsiębiorstwa o 

szczególnym znaczeniu, których prywatyzacja by

łaby ograniczona lub w ogóle 

niemo

żliwa. Niewiele z tego, co obiecywano, ostało się później. 

W tym dniu, w którym Senat zatwierdza

ł ustawę o prywatyzacji przed Sejmem 

odby

ła się demonstracja. Na wielkim transparencie umieszczone zostało hasło 

“Uw

łaszczyć pracowników – tak, ograbić naród – nie”. Ktoś na ulice Wiejską w 

Warszawie przyci

ągnął taczki i umieścił na nich dwa krzesła: jedno – głosił napis – 

przeznaczone by

ło dla pełnomocnika rządu ds. przekształceń Krzysztofa Lisa 

drugie dla wicepremiera i ministra finansów Leszka Balcerowicza. Za plecami 
demonstrantów pe

łną parą odbywała się tzw. mała prywatyzacja. Podlegały jej 

firmy niewielkie zatrudniaj

ące do 15 osób w usługach i do 50 w produkcji oraz 

zak

łady średnie (dla wielu z nich organami założycielskimi byli wojewodowie), w 

których pracowa

ło od 50 do 150 osób. Proces “małej prywatyzacji” rozpoczął się 

za premierowania Mieczys

ława Rakowskiego w PRL, w 1989 r. Najpierw w handlu 

detalicznym. W pierwszej po

łowie 1990 r. w prywatne ręce przeszło ok. 12 tys. 

sklepów, tj. blisko 10 proc. istniej

ących państwowych. Porozumienie Centrum 

wszcz

ęło alarm, że uwłaszcza się nomenklatura. Może to zrazić społeczeństwo 

zrazi

ć do idei gospodarki rynkowej. Trzeba przyspieszyć prywatyzację, ale 

poprzez uw

łaszczenie znacznej części społeczeństwa, nie zaś nomenklatury. 

Rz

ąd przewidywał, że w drugiej połowie roku, w stan likwidacji postawionych 

zostanie ok. 50 pa

ństwowych przedsiębiorstw handlowych m.in. Domy Książki i 

placówki Wojewódzkich Przedsi

ębiorstw Handlu Wewnętrznego. Uzasadnienie 

by

ło następujące: trzeba kasować monopole. Minister transportu i gospodarki 

morskiej razem z ministrem przekszta

łceń przygotowali listę blisko 100 

przedsi

ębiorstw transportowych do prywatyzacji. Minister gospodarki 

przestrzennej i budownictwa z kolei sporz

ądził długi wykaz przedsiębiorstw 

budowlanych do likwidacji i sprzeda

ży. 

“The Economist” zamieszcza

ł artykuły, przeciwstawiając opieszałą prywatyzację w 

Polsce, wartkiej prywatyzacji na W

ęgrzech i w Czechosłowacji, w ciągu roku 

Czesi i W

ęgrzy mieli sprzedać majątek państwowy wart ok. 1 miliard dolarów. 

Szary polski obywatel nadal z najwy

ższym trudem wiązał koniec z końcem. 

Dziennikarka “

Życia Gospodarczego” Irena Dryll opisała szamotaninę kobiet 

zatrudnionych w Zak

ładzie Przemysłu Bawełnianego “Morfeo” w Ozorkowie, które 

dr

żały przed zwolnieniami, co ich od nich nie uchroniło. Dyrektor Zakładów 

Akumulatorowych w Piastowie Jan Wo

źniak wypowiedział się o tragicznej sytuacji 

fabryki, ob

łożonej licznymi podatkami i przygniecionej zwiększonymi kosztami – 

obudowa akumulatorów okaza

ła się droższa dziesięciokrotnie, bo kooperant 

zak

ładu też się zmagał z terapią szokową Balcerowicza. Tak wysoki wzrost 

kosztów produkcji uniemo

żliwił eksport i wyeliminował polskie akumulatory (1/3 

krajowej produkcji) z polskiego rynku. W fabrykach mówiono: je

śli prywatyzacja 

sta

ła się doktryną, tak, jak kiedyś nacjonalizacja o ile umożliwi ludziom 

przetrwanie to niech b

ędzie. Z Urzędem Antymonopolowym zaczęły borykać się 

Zak

łady Mechaniczne “Ursus” za to, że o 10 proc. podniosły ceny na ciągniki. 

Dyrektor “Ursusa” na pró

żno wyjaśniał, że podwyżka podniesie rentowność 

background image

zak

ładu, który tylko w pierwszym półroczu 1990 r., jako fabryka państwowa, 

musia

ł zapłacić 124 miliardy złotych podatku i dywidendy. 

W prasie ameryka

ńskiej ukazały się interesujące ogłoszenia spółki “Korona 

Corporation”, która reklamowa

ła swoje usługi przy zakupie polskich dworków i 

pa

łacyków, sygnowane nazwiskiem Onyszkiewicz. Zrobiło się trochę szumu, 

poniewa

ż Janusz Onyszkiewicz z Unii Demokratycznej otrzymał ministerialne 

stanowisko w rz

ądzie Tadeusza Mazowieckiego, a urzędnicy państwowi mieli 

zakaz udzia

łu w spółkach. Onyszkiewicz łamałby zatem prawo. Wypowiedział się 

wi

ęc w “Gazecie Wyborczej” inny współudziałowiec “Corony Co” Janusz Lipiński 

o

świadczając, że robi interesy z Joanną Onyszkiewicz, żoną wiceministra, więc 

wszystko jest porz

ądku. 

 

Import zostawi

ł zgliszcza 

  

To nie “Solidarno

ść”, ale gabinet Mieczysława Rakowskiego (ostatniego premiera 

PRL) rozpocz

ął reformy gospodarcze, po weryfikacji kontynuowane przez obecny 

rz

ąd – oświadczyła Barbara Blida posłanka z ramienia SdRP (przedtem PZPR) 

podczas debaty parlamentarnej na pocz

ątku sierpnia 1990 r. Wypowiedź Blidy, 

dzisiaj zamo

żnej businesswoman, wywołała na sali gorączkę wielu posłów – 

uwa

żali oni, że rządu Rakowskiego nie wolno porównywać do rządu 

Mazowieckiego, bo to dla rz

ądu Tadeusza Mazowieckiego profanacja. Oliwy do 

ognia dola

ł partyjny kolega Blidy, poseł Bogdan Łukaszewicz, który stwierdził, że 

wizja rozwoju gospodarczego na najbli

ższe lata realizowana przez rząd 

Mazowieckiego wygl

ąda jak plagiat programu Rakowskiego. Rozpalona do 

bia

łości część posłów nie wytrzymała i zaczęła tupać. Riposta z mównicy 

Ryszarda Bugaja by

ła jednak dość spokojna; powiedział on, że tamten rząd nie 

posiada

ł akceptacji społecznej, a temu społeczeństwo ufa i zezwala. To zupełnie 

co

ś innego!  

Dzisiaj wiemy, 

że Bugaj miał stuprocentową rację. Rzeczywiście, większość 

Polaków przygryz

ła wargi i cierpliwie czekała na bieg wydarzeń. 

Libera

ł Janusz Lewandowski w tym czasie brylował w środkach przekazu: 

opowiada

ł w telewizji i w gazetach, że dwa lata wcześniej z Janem Szomburgim 

zaprojektowali prywatyzacj

ę przedsiębiorstw państwowych przy pomocy emisji 

bonów maj

ątkowych. Jak widać, niejeden “wielki mózg” przyznawał się do tej 

koncepcji (patrz poprzedni odcinek “Kroniki wyprzeda

ży”). Oto nadchodzi 

zwyci

ęstwo: to, co do niedawna uważano za sciente fiction (masowa prywatyzacja 

maj

ątku narodowego), o której marzył i którą planował, lada dzień powinna się 

przerodzi

ć w rzeczywistość. Lewandowski informował szeroko o korzyściach 

mutual funds (funduszów inwestycji wspólnych), sposobie prywatyzacji okre

ślanej 

przez niego te

ż po angielsku słowami case by case – to jest takiej, która pozwala 

wybra

ć do sprzedaży kilkanaście dobrych, wyselekcjonowanych zakładów, a 

ludzie tego wszystkiego s

łuchali z otwartymi ustami. Czy wielu z nich wgłębiało się 

w to, o co Lewandowskiemu chodzi

ło - można mieć wątpliwości. A on spokojnym, 

background image

przyciszonym g

łosem nakłaniał m. in. do szybszej małej prywatyzacji, choć – jak 

sam stwierdzi

ł - budzi dużo podejrzeń

I bez nacisków libera

łów “mała prywatyzacja” galopowała naprzód. W Łodzi 

wystawiono na sprzeda

ż 4700 państwowych placówek handlowych i ponad 500 

lokali gastronomicznych. Przejmowa

ł je często kapitał zagraniczny, który już zajął 

bez ma

ła całą ulicę Piotrkowską. Teresa Białecka-Krawczyk, ówczesna dyrektor 

Wydzia

łu Gospodarki w Urzędzie Miasta Łodzi, tak skomentowała obawy łodzian 

z tym zwi

ązane: dobrze się dzieje, ponieważ chodzi nie o zmianę szyldu, ale o 

g

łębokie zmiany jakościowe, podniesienie poziomu handlu, wydźwignięcie go z 

upadku i rozk

ładu. W Gdańsku kierownictwo Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa 

Handlu Wewn

ętrznego uwłaszczało się na zabój. Szatkowano WPHW na spółki, a 

nast

ępnie ich właścicielami zostawali byli dyrektorzy jednostek organizacyjnych 

tego pa

ństwowego przedsiębiorstwa. Kapitał zakładowy do nowopowstałych 

spó

łek wnoszony był wtedy, kiedy wyciśnięto z nich potrzebne pieniądze. Spółki 

cz

ęsto nie prowadziły takiej działalności, jaką zadeklarowały, wiele po prostu 

poddzier

żawiło przejęte obiekty i na tym robiło "kasę". Przy przejmowaniu 

jednostek WPHW zani

żana była wartość składników majątkowych lub też w ogóle 

nie zawracano sobie g

łowy jakąkolwiek wyceną. Spółki wykazywały bezzasadne 

koszty. Po przyjrzeniu si

ę przez Najwyższą Izbę Kontroli “gdańskiej 

przedsi

ębiorczości” okazało się, że “mała prywatyzacja” rysuje się tam “z 

prokuratorem w tle”. 

Wokó

ł przedsiębiorstw państwowych tworzyły się wieńce spółek i spółeczek, 

których w

łaścicielami stawała się była kadra zarządzająca w tych fabrykach. 

Prywatne firmy wykorzystywa

ły państwowe przedsiębiorstwa ile wlezie. Jest 

tajemnic

ą poliszynela, że “pozyskiwały zaopatrzenie” nader tanio, kosztem 

pa

ństwowych fabryk. One też dostarczały spółkom części do maszyn, a nieraz – 

po niezwykle okazyjnych cenach - ca

łe maszyny. Z państwowych zakładów 

prywatne firemki “podbiera

ły” najbardziej uzdolnionych i solidnych pracowników, 

p

łacąc im parę groszy więcej. Musiało potrwać, żeby również z tego powodu 

pa

ństwowe przedsiębiorstwa zaczęły padać – w ten sposób zginęła m.in. jedyna 

w Polsce Fabryka Jedwabiu w Milanówku. 

Życie spółek odciętych od pępowiny 

te

ż nie może trwać wiecznie. Oto także jedna z przyczyn dzisiejszego bezrobocia. 

"Solidarno

ściowy" Marszałek Senatu Andrzej Stelmachowski nie bardzo chyba 

wiedzia

ł, co się dzieje poza gmachem na Wiejskiej. Latem 1990 r. dodawał w 

najlepsze otuchy pracownikom Huty Warszawa, sprzedanej potem W

łochom: tak, 

jak w dziewi

ętnastym wieku uwłaszczano chłopów, należy dzisiaj uwłaszczyć 

pracowników – mówi

ł do nich z wiarą. Wtórował mu prof. Hubert Izdebski: należy 

przygotowa

ć własne koncepcje prywatyzacyjne i je przeforsować. Szef 

zawi

ązanej w Hucie Warszawa organizacji o nazwie Unia Własności Pracowniczej 

Jacek Lipi

ński jęczał: Solidarność” przespała debatę prywatyzacyjną. Rozkradają 

nam Polsk

ę.  

Za

łoga kombinatu “Igloopol” uważała, że przedsiębiorstwo po to tylko 

przekszta

łcono w spółkę, żeby chronić wąską, nomenklaturową grupę. Świadczy 

o tym niezbicie lista akcjonariuszy i podzia

ł akcji – pod takim protestem podpisało 

si

ę siedemnaście komisji zakładowych “Solidarności”. Wpływ załogi i organizacji 

pracowniczych zosta

ł kompletnie zredukowany. O wszystkim decyduje prezes 

background image

spó

łki i były wicepremier oraz minister rolnictwa (w rządzie PRL) pan Kazimierz 

Olesiak przy pomocy ca

łkowicie ubezwłasnowolnionego zarządu i rady 

pracowniczej. Przecie

ż nie tak miało być! 

Przedsi

ębiorstwa państwowe, poza daninami, jakie musiały płacić, przygniotło 

otwarcie granic przed importem. Na mocy rozporz

ądzenie Rady Ministrów do 

ko

ńca 1990 r. zawieszone zostało pobieranie cła na 2600 (sic!) towarów. Od 

marca na przyk

ład zawieszono cła na maszyny i urządzenia dla rolnictwa, środki 

ochrony ro

ślin i pasze, ponieważ w Polsce miała zapanować zdrowa konkurencja

Blady strach ogarn

ął liczne załogi, m. in. Zakładów Mechanicznych Ursus, Fabryki 

Maszyn 

Żniwnych w Płocku. Zawieszono cło na uran zubożony U 235 i tor oraz 

ich zwi

ązki, ulgowo postanowiono clić statki kosmiczne, gdyby ktoś je chciał 

importowa

ć do Polski – mogło to budzić wzruszenie ramion, ale nie budziło już 

u

śmiechu zarządzenie, że całkowicie zwolniony zostaje z cła import pasty do 

obuwia i do pod

łóg – zwłaszcza jeśli ktoś pracował w zakładzie produkującym te 

dobra. Bezc

łowym importem objęto drzwi, okna, żaluzje. Można było sprowadzać 

nie p

łacąc grosza ramy do luster i obrazów (wspaniałe ramy oferowało nasze 

rzemios

ło, ale drożej), palety, skrzynie i pudła, odpadki drewniane i drewno 

opa

łowe. Producenci pieców i kuchni węglowych zaczęli się liczyć z tym, że 

wkrótce nie b

ędą potrzebni, ponieważ kuchnie i piece zezwolono sprowadzać bez 

jakichkolwiek op

łat celnych. Bez cła “szedł” import pralek i lodówek, suszarek do 

r

ąk, a także akumulatorów, młotków, śrubokrętów, hebli, dłut. Za odkurzacze, 

m

łynki do kawy należało uiścić tylko 10 proc. cła, podobne ulgowe cło 

obowi

ązywało na rowery (kilka dni temu syndyk wkroczył do poznańskiego 

“Rometu”). Polskich rowerów ju

ż nie ma - zjadł je import. Guziki, grzebienie, 

wsuwki do w

łosów (też produkcja polskiego rzemiosła) objęte zostały cłem 

“resztówkowym” w wysoko

ści 10,5 proc. Zakłady rzemieślnicze, najczęściej 

rodzinne – pad

ły. Import obrabiarek sterownych numerycznie całkowicie 

zwolniono z c

ła – być może fabryka w Pruszkowie wytwarzała gorsze obrabiarki 

(eksportowane tak

że na Zachód), jednak dlaczego ulgowym, 30 proc. cłem objęto 

import gwo

ździ i najzwyczajniejszych krawieckich szpilek - trudno wytłumaczyć. 

Bardzo interesuj

ące, kto imiennie sporządzał te bonusowe dla importu listy i jak 

si

ę tym ludziom dzisiaj wiedzie... 

Firm zagro

żonych upadłością pojawiało się coraz więcej. W Sanockiej Fabryce 

Autobusów “Autosan” rentowno

ść spadła do 13 proc. Żyrardowskie Zakłady 

Tkanin Technicznych walczy

ły o przetrwanie. Bank Światowy wytypował 30 fabryk 

do restrukturyzacji, deklaruj

ąc w niej swój udział. Do prywatyzacji nadaje się 

ka

żde przedsiębiorstwo – informował w trzeciej dekadzie sierpnia 1990 r. 

pe

łnomocnik rządu ds. przekształceń własnościowych Krzysztof Lis. Dobre 

zak

łady od razu pójdą do sprzedaży, gorsze będą prywatyzowane przez 

likwidacj

ę: w takim przypadku zajmiemy się wyprzedażą zgliszcz po bankrucie. 

  

 

 

background image

Bankructwa i grabie

ż aptek 

  

Tera

źniejszość gospodarcza nie wzięła się znikąd, jest pochodną polityki 

gospodarczej z przesz

łości dawnej i bliższej. Oto polskie sądy na początku br. 

zasypane zosta

ły tyloma wnioskami o upadłość przedsiębiorstw, że grozi im 

parali

ż. Już w połowie 2001 r. napłynęło 2861 wniosków o upadłość, a do 

rozpatrzenia czeka

ło 3835. Ilu należało mieć pracowników, żeby to wszystko dało 

si

ę przerobić? W tym roku wniosków napływa jeszcze więcej. Dlaczego tak wiele 

firm musi bankrutowa

ć i jak temu powinno się przeciwdziałać - nikt sobie nie 

zawraca g

łowy. Trwa natomiast dysputa, w jaki sposób mają się ratować 

niedoinwestowane s

ądy, którym na wszystko tak dramatycznie brakuje pieniędzy, 

że same mogą popaść w bankructwo? Pomysł jest następujący: trzeba jak 
najszybciej we wszystkich s

ądach okręgowych utworzyć wydziały upadłościowo–

uk

ładowe. 

My zastanówmy si

ę natomiast, kiedy sąd gospodarczy ogłasza upadłość 

przedsi

ębiorstwa i kiedy po raz pierwszy w okresie transformacji mieliśmy do 

czynienia z fal

ą zaplanowanych upadłości. 

Upad

łość orzekana jest w chwili, gdy przedsiębiorstwo ma się źle, nie spłaca 

d

ługów, a wierzyciele domagają się ich bezwzględnej regulacji. Sąd orzeka 

upad

łość i na teren przedsiębiorstwa wkracza syndyk, rozpościerając swe czarne 

skrzyd

ła nad tzw. masą upadłościową. Zadaniem syndyka, w pierwszej kolejności 

jest zaspokojenie wierzycieli, rzecz jasna w miar

ę możliwości, kiedy z “masy 

upad

łościowej” zdoła się coś wycisnąć. Syndyk może próbować uratować przed 

zag

ładą przedsiębiorstwo, albo jego część, ale nie zdarza się to często. Syndyk w 

gruncie rzeczy przybywa po to, 

żeby rozważyć, co można sprzedać i tym 

sposobem uregulowa

ć choć część zobowiązań. Pierwsze upadłości 

przedsi

ębiorstw nastąpiły u schyłku lata 1990 r. 

S

ądy gospodarcze żyły jeszcze jak pączki w maśle, bo upadłości było mało, 

chocia

ż nadal trwały naciski, żeby szybciej kończyć z tym polskim złomem, 

przynosz

ącym zamiast zysku straty. Ogłoszono upadłości likwidacyjne, jedną ze 

ścieżek dokonywania prywatyzacji. O nominacjach przedsiębiorstw do czekającej 
ich upad

łości poinformowano w gazetach “z imienia i nazwiska”, to jest podając 

nazw

ę zakładu i kto o taką ścieżkę prywatyzacji dla konkretnego zakładu wystąpił. 

Upad

łość likwidacyjną nazywano upadłością ozdrowieńczą, stosowaną szeroko w 

cywilizowanych krajach. W powy

ższym przypadku organizatorem procesu nie jest 

syndyk, ale likwidator powo

łany przez organ założycielski przedsiębiorstwa (np. 

ministra, wojewod

ę). Likwidator przejmuje obowiązki i uprawnienia wszystkich 

organów przedsi

ębiorstwa. Ogłoszenie list upadłości niemal się zbiegło z 

uroczy

ście obchodzoną pierwszą rocznicą rządu Tadeusza Mazowieckiego 

(powo

łany został 24 sierpnia 1989 r.). Premier frasował się z trybuny: jaka będzie 

ta nowa polska demokracja, któr

ą budujemy? Czy otwarta i tolerancyjna, czy też 

nie? Przesz

łość odkreślmy grubą linią

W Hucie im. Sendzimira pod Krakowem Wojciech Daniel z komisji do spraw 
przekszta

łceń własnościowych huty nawoływał gromko do bogacenia się 

background image

pracowników dobrze prosperuj

ących zakładów przez udział w kupowaniu akcji 

przedsi

ębiorstw, żeby potem przedstawiciele związku zawodowego (bogaci 

robotnicy i in

żynierowie) uczestniczyli w radach nadzorczych spółek po 

prywatyzacji i bronili interesów pracowniczych. Do upad

łości likwidacyjnej 

wyznaczone zosta

ły m.in. następujące fabryki, dla których organem 

za

łożycielskim był minister przemysłu * Zakłady Przemysłu Wełnianego im. A. 

Struga w 

Łodzi * Zakłady Mechaniczno- Budowlane “Zremb” w Warszawie * 

Zak

łady Przemysłu Bawełnianego w Żarach koło Zielonej Góry * Zakłady 

Przemys

łu Obrabiarek “Ponar-Remo” w Tłuszczu * Zakłady Przemysłu 

Odzie

żowego “Bielkan” w Bielsku Białej. 

Zak

łady Przemysłu Bawełnianego to była największa fabryka nie tylko w 

czterdziestotysi

ęcznym mieście, ale i w całej okolicy. Uznano ją za niezdolną do 

egzystencji w dotychczasowej formie, poniewa

ż produkowała tkaniny surowe, a 

na taki towar zbyt si

ę skończył. Wymówienia otrzymało 1507 osób i nie miał to być 

koniec. 

Prawdopodobnie pierwszy wielki p

łacz z powodu nagłego masowego bezrobocia 

mia

ł miejsce w Żarach. Plotka głosiła, że fabrykę kupi pewien Niemiec i 

reaktywuje produkcj

ę, ale Niemiec się ociągał, czekał na niższą cenę. Byli 

pracownicy modlili si

ę, żeby Niemcowi jak najszybciej zakład sprzedano. Niechby 

bra

ł go i za bezcen, byle były dla nich praca i chleb. Likwidator Julian Szafraniec 

chcia

ł robić to, co powinien, ale nie zawsze mógł. Nie wiedział, czy może 

sprzeda

ć budynki, bo ustawa prywatyzacyjna miała liczne dziury i luki. W tej 

sytuacji nie wiadomo, czego cz

łowiek ma się trzymać. Wydaje mi się, że wolno mi 

je sprzedawa

ć. Co też czynił. 

Bielski “Bielkan” natomiast przekszta

łcony został w półkę joint-veture z udziałem 

kapita

łu niemieckiego. “Stronę niemiecką” reprezentowało w spółce czterech 

udzia

łowców Haehnlein, Christopf, Borenebusch i Pam. Spółka zgłosiła 

rozszerzenie dzia

łalności na gastronomię i turystykę. Zdenerwowani ludzie 

“Bielkanu” zastanawiali si

ę, czy to aby nie koniec produkcji? Czuli się 

pokrzywdzeni i oszukani, bo obiecywano im, 

że po sprywatyzowaniu 

przedsi

ębiorstwa będą zarabiać lepiej, tymczasem zarabiali tyle samo co dawniej i 

zacz

ęli żyć w niepewności, co ich może spotkać jutro. 

Minister gospodarki przestrzennej i budownictwa zarz

ądził likwidację “Transbudu” 

w Kielcach i katowickiego “Zrembu” oraz zaproponowa

ł likwidację pięciu dalszych 

firm. 

Minister transportu i gospodarki morskiej wszcz

ął postępowanie w sprawie 

likwidacji O

święcimskich Zakładów Naprawy Samochodów, a także Sądeckich 

Zak

ładów Naprawy Samochodów. W gazetach ukazały się jak zwykle artykuły z 

informacjami, 

że te przedsiębiorstwa nic nie są warte. Znów pytano: kto takie 

firmy, które nie przynosz

ą zysków, w ogóle zechce kupić? Efekt był taki, że 

potencjalni nabywcy, a tacy byli, zacz

ęli rozważać, czy nie warto trochę poczekać 

i przej

ąć zakłady za pół darmo, a kto wie - może im do tej transakcji nawet 

dop

łacą? 

background image

“Ma

ła prywatyzacja” kolejny miesiąc z impetem maszerowała przez kraj. Brano 

apteki. Prywatyzacja aptek rozpocz

ęła się już w sierpniu 1989 r. Trudno było nie 

zauwa

żyć, że pośpiech przy prywatyzowaniu aptek był nadzwyczajny. A jeśli 

nast

ąpiło niezwykłe prywatyzacyjne przyspieszenie, to i z góry założone zostały 

prywatyzacyjne “b

łędy oraz wypaczenia ”. Nikt się nie zdziwił, że Najwyższa Izba 

Kontroli odkry

ła liczne “nieprawidłowości” w przekazywaniu państwowych aptek w 

dyspozycji Przedsi

ębiorstwa Zaopatrzenia Farmaceutycznego “Cefarm” w 

Warszawie w r

ęce prywatne. Zgodzono się, że prywatyzacja aptek była 

prywatyzacj

ą chorą – tyle z tego wynikłoTymczasem była to prywatyzacja 

aferalnaza któr

ą nikomu włos nie spadł z głowy. Po pewnym czasie wybuchły 

wielkie afery, takie jak cho

ćby afera z prywatyzacją Banku Śląskiego czy Domami 

Towarowymi “Centrum”; kto by sobie zaprz

ątał głowę aptekami! 

A dzia

ło się tak: do 21 sierpnia 1990 r. prywatnym osobom przekazano 85 aptek, 

na przekazanie dalszych 14 ju

ż była zgoda. Nikt nie zapytał, czy czasem aptek 

nie chc

ą odzyskać ich byli właściciele (albo ich spadkobiercy), którym apteki 

zabrano prawem kaduka w 1951 r. Nikt nie poda

ł do publicznej wiadomości, że 

apteki w ogóle s

ą do wzięcia. Wnioski o “przydział aptek”, bo tak można nazwać 

t

ę przedziwną prywatyzację, składane były przez wtajemniczoną grupę ludzi, a 

rozpatrywa

ła je jedna osoba – dyrektor stołecznego “Cefarmu”. Nie było zasad 

wyceny mienia ani 

żadnych kryteriów, jakim miałaby ta wycena podlegać - 

dotyczy

ło to zarówno wyceny lokali, jak i ich wyposażenia. Szum związany z 

prywatyzacj

ą aptek trwał krótko, brzydka sprawa szybko przyschła. 

Pe

łnomocnik rządu ds. przekształceń własnościowych zapowiedział prywatyzację 

dwóch du

żych fabryk: Zakładów Radiowych “Eltra” w Bydgoszczy i Śląskiej 

Fabryki Kabli w Czechowicach-Dziedzicach. “Eltra” zatrudnia

ła 5 tys. osób. Dzisiaj 

wiemy, 

że zarządzający gospodarką “szachiści” przygotowywali się do masowego 

bezc

łowego importu elektroniki w określonym ściśle czasie, o którym mieli się 

dowiedzie

ć (i na tym zbić majątki) ludzie wybrani. Po co komuś “Eltra”, jeśli z 

zagranicy sprowadzi si

ę tysiące ton sprzętu elektronicznego i rzuci na rynek? Ale 

w gospodarce nic nie odbywa si

ę z dnia na dzień. Dyrektor do spraw 

ekonomicznych “Eltry” Wies

ław Rożek udzielał wywiadów i informował, że zakład 

zostanie podzielony na mniejsze jednostki. W 

Śląskiej Fabryce Kabli w 

Czechowicach-Dziedzicach przera

żona załoga dopytywała czy nie będą zwalniać 

z pracy, tych, którzy nie wykupi

ą przysługującego im po preferencyjnych cenach 

pakietu akcji. Oni chcieliby te akcje kupi

ć, ale nie mają na to pieniędzy. No proszę, 

jak z takim ekonomicznymi g

łuptasami można zmieniać gospodarkę! – 

denerwowali si

ę politycy. Na seminarium o przekształceniach własnościowych do 

Bielska-Bia

łej dyrektorów fabryk i działaczy “Solidarności” zaprosiła posłanka 

Gra

żyna Staniszewska związana z ROAD (a potem z UW). Powołano Społeczny 

Ruch Inicjatyw Gospodarczych, który mia

ł skupiać ludzi zainteresowanych 

prywatyzacj

ą i mieć swój udział w edukacji ekonomicznej społeczeństwa. 

 

 

 

background image

Przymiarki do gie

łdy, rozpad PGR-ów 

  

- Wszyscy nagle orzekli, 

że trzeba sprywatyzować polską gospodarkę, ale 

dlaczego? - pyta

ł w sierpniu 1990 r. dziennikarz “Życia Gospodarczego” 

Eugeniusz Mo

żejko profesorów Rapaczyńskiego z Uniwersytetu w Nowym Jorku i 

Frydmana: z Uniwersytetu Columbia. Obaj panowie uchodzili za gwiazdy w 
znajomo

ści materii prywatyzacyjnej, wszędzie się na nich powoływano, wszędzie 

ich zapraszano. Rozmow

ę dziennikarza przytaczamy w skrócie, oddając jej sens. 

Rapaczy

ński odpowiedział Możejce: - Bo przedsiębiorstwa będą wtedy 

efektywniej zarz

ądzane. Dziennikarz: - Na świecie istnieją przecież dobrze 

zarz

ądzane przedsiębiorstwa państwoweto dlaczego u nas muszą zniknąć? R: - 

Ale nie s

ą zarządzane doskonale i na świecie przedsiębiorstwa państwowe 

dzia

łają w warunkach rynkowych. Frydman: - Prywatyzacja racjonalizuje procesy 

gospodarcze, prosz

ę to zapamiętać. Dziennikarz (być może przekonany): - A więc 

prywatyzowa

ć! Ale jak? R: - Zorientować się, jakie są przeszkody i je przełamać

Ludzie (Polacy) nie maj

ą pieniędzyPrzedsiębiorstwa państwowe można 

sprzeda

ć inwestorom zagranicznymBarierą jest wycenaJeżeli będzie za niska, 

podniesie si

ę krzyk, jeśli za wysoka - nie kupią. Warunkiem prywatyzacji jest 

obej

ście tego problemu... 

W ostatnim dniu sierpnia agenda Banku 

Światowego – Structural Adjustment 

Loan (SAL) udzieli

ła Polsce błyskawicznego kredytu (na 17 lat z 5-letnią karencją) 

w wysoko

ści 300 mln dolarów m.in. na wsparcie stabilizacyjne i zmiany w 

strukturze gospodarki z informacj

ą, że pieniądze można przeznaczyć na import, 

pomoc w reformowaniu sektora finansowego, a tak

że wzmocnienie systemu osłon 

socjalnych.  

Za par

ę dni gazety podały tekst projektu ustawy o publicznym obrocie papierami 

warto

ściowymi. Bez takiej ustawy i powołania centralnego organu administracji 

rz

ądowej, dopuszczającej emisję papierów wartościowych i ich publiczny obrót, 

prywatyzacja w wielkiej skali nie by

łaby możliwa. Przymierzano się do powołania 

Komisji Papierów Warto

ściowych (dzisiaj jest to Komisja Papierów Wartościowych 

i Gie

łd). W skład zespołu, który przygotował projekt ustawy, a potem go długi czas 

dopasowywa

ł do polskiej rzeczywistości, weszli: G. Domański (przewodniczący), 

D. Pajewska, W. Góralczyk, G. J

ędrzejczak, L. Paga, W. Rozłucki, J. Jonak 

(sekretarz). Korzystali oni z pomocy ca

łej plajady ekspertów zagranicznych. 

Sponsorowa

ły te prace m.in. Międzynarodowy Fundusz Rozwoju Rynku 

Kapita

łowego i Przekształceń Własnościowych w RP, “Centrum Prywatyzacji”, 

George Washington Universyty, International Finance Corporation (IFC) Banku 
Światowego, zaangażowane w procesy prywatyzacyjne we wszystkich krajach 
postkomunistycznych.  

***  

Komisja Likwidacyjna Robotniczej Spó

łdzielni Wydawniczej wyprzedawała 

maj

ątek Wydawnictwa Współczesnego RSW – kiedyś jednej z baz 

propagandowych PZPR. Pod m

łotek szły “Nowe Książki”, “Problemy”, “Wiedza i 

Życie”, “Miesięcznik Literacki”, “Literatura na świecie”. Jeśli już jesteśmy przy 

background image

sprawach wydawniczych i prasowych - nie sposób nie wspomnie

ć, że Komisja 

Krajowa NSZZ “Solidarno

ść” postanowiła - za linię niezgody ze Związkiem - 

odebra

ć znak “Solidarności” “Gazecie Wyborczej”, którą wydawała prywatna 

spó

łka “Agora”, obecny rekin giełdowy. Adam Michnik, redaktor naczelny 

“Wyborczej”, by

ł wtedy w Chile, a jego zastępczyni Helena Łuczywo - to ona 

faktycznie od pocz

ątku po dziś dzień żelazną ręką kieruje gazetą i dobiera 

dziennikarzy - bawi

ła w Nowym Jorku. Od 6 września 1990 r. “Gazeta Wyborcza” 

ukazuje si

ę bez logo “Solidarności” w winiecie.  

***  

W prasie ukaza

ły się liczne informacje o “siedmiu wspaniałych”. Tak nazwano 

siedem przedsi

ębiorstw wyznaczonych tym razem do pilotażowej prywatyzacji. 

Mia

ły to być: walcownia Metali “Warszawa” (kiedyś “Norblin”), Śląska Fabryka 

Kabli w Czechowicach-Dziedzicach, Swarz

ędzkie Fabryki Mebli, Krośnieńskie 

Huty Szk

ła, “Tonsil” Września, “Exbud” Kielce i Fabryka Maszyn Papierniczych 

“Fampa” w Jeleniej Górze. Wszystkim tym przedsi

ębiorstwom udawało się ciągle 

prowadzi

ć opłacalny eksport i były w dobrej sytuacji finansowej. Hutę w Krośnie 

odwiedzi

ł wicepremier i minister finansów Leszek Balcerowicz. Załoga z lękiem 

zadawa

ła znane nam pytania: - Co będzie ze świadczeniami socjalnymi? Czy nie 

strac

ą pracy? A Balcerowicz opowiadał, że Polska jest jak ten okręt na 

wzburzonym morzu. Ugaszony zosta

ł tylko pożar inflacji, a reszta zależy od tych, 

którzy na tym okr

ęcie podróżują. “Ósmym wspaniałym” do wzorcowej prywatyzacji 

mia

ły być Zakłady Przemysłu Cukrowniczego “Wedel”, ale nie znalazły się na 

li

ście, ponieważ przeciwstawiła się temu jak jeden mąż Rada Pracownicza ZPC: 

Mamy dobr

ą sytuację ekonomiczną i stać nas na rozwój. Obecnie realizujemy 

inwestycj

ę za ok. 5 mln dolarówPo co nam prywatyzacja? Ale niedługo pojawiły 

si

ę głosy, że jednak kiedyś trzeba będzie zabiegać o inwestora zagranicznego, bo 

wówczas – za zgod

ą ministra finansów – przez trzy lata zakład mógłby zostać 

zwolniony z p

łacenia podatków dochodowego i od ponadnormatywnych 

wynagrodze

ń (popiwku), którym Leszek Balcerowicz obłożył przedsiębiorstwa 

pa

ństwowe, żeby skruszały do prywatyzacji.  

***  

"Walczono" z monopolami. Któ

żby przypuścił, że monopolistą jest 

Przedsi

ębiorstwo Owocowo-Warzywne “Hortex”. Monopolistów należało 

rozparcelowa

ć, chyba po to, żeby nie stanowili konkurencji dla firm zagranicznych 

na naszym rynku. Decyzj

ę, jak dzielić “Hortex”, miało podjąć Ministerstwo 

Finansów. Zak

ład miał doskonałe wyniki ( w 1989 r. uplasował się na 41 miejscu 

w

śród 500 najlepszych polskich zakładów). Majątek “Hortexu” wyceniono na 4 bln 

st. z

ł. Rok wcześniej “Hortex” jako pierwsze polskie przedsiębiorstwo otrzymał 

zagraniczn

ą pożyczkę w wysokości 29 mln marek, kupując za te pieniądze 

nowoczesn

ą linię produkcyjną. Przedsiębiorstwo miało 10 zakładów 

przetwórczych, m.in. w Górze Kalwarii, Le

żajsku, Rykach, Siemiatyczach, 

przerabia

ło rocznie 400-450 tys. ton warzyw i owoców, 80 proc. produkcji 

kierowane by

ło na eksport. Co z tego majątku pozostało do dzisiaj? Prawie nic.  

Wybuch

ła aferka. Dotyczyła Piotra Baumgarta, prominenta z Agencji Rynku 

Rolnego, cz

łonka Komisji Krajowej “Solidarności”, który kupił (zniszczony) pałac i 

background image

inne budynki oraz 140 ha w Le

śnie Górnym. Majątek wyceniono skromnie na 703 

mln st. z

ł ; Baumgart nabył go za 95 mln. Komisja powołana przez wojewodę 

szczeci

ńskiego stwierdziła zaniżenie wartości. Poprzedni użytkownik majątku - 

Kombinat Pa

ństwowych Gospodarstw Ogrodniczych w Szczecinie - domagał się 

1,4 mld z

ł odszkodowania. Przedstawiciele gmin: Gryfice, Gryfino, Goleniów, 

Nowogard, Parnice, Starogard i Szczecin podj

ęli uchwałę, że Baumgart ma 

ust

ąpić ze stanowiska, bo wykorzystuje związek jako parawan dla osiągania 

osobistych korzy

ści; wytknięto mu rozkradanie kraju. W odpowiedzi Baumgart 

zaatakowa

ł Artura Balazsa, który - jego zdaniem - podejrzewał go o przyczynienie 

si

ę podczas sesji Rady Wojewódzkiej do postawienia wniosku o votum nieufności 

wobec Balazsa i teraz knuje przeciwko niemu. Tak wcze

śnie niektórzy zaczęli się 

bra

ć za głowy. - W tej sprawie w gminie Wolin trwa zbieranie podpisów – ale ja nie 

mam z tym wnioskiem nic wspólnego. To dzi

ęki mnie on został posłem – mówił o 

Balazsu Baumgart 

***  

Trwa

ła dewastacja Państwowych Gospodarstw Rolnych. Eksperci Banku 

Światowego radzili, żeby PGR-ów nie dzielić na mniejsze jednostki. BŚ opracował 
“Strategi

ę rolną dla Polski”, zalecając m.in. odłączenie od własności ziemskiej i 

rozdysponowanie mi

ędzy pracowników byłych PGR-ów mieszkań zakładowych. 

Za co mieli te mieszkania utrzyma

ć, zapłacić za prąd etc., kiedy ci ludzie 

pozbawieni zostali pracy – nie poradzono. Eksperci postulowali ewentualn

ą 

sprzeda

ż chłopom ziemi na obrzeżach PGR, a same PGR-y radzili sprzedawać w 

ca

łości. “Szły” za tzw. psi grosz. Nabywali je spekulanci ziemią, o których 

zapewne nied

ługo usłyszymy, kiedy ziemię orną będą u nas mogli kupować 

cudzoziemcy. Pocz

ątkowo ceny ziemi PGR-ów orz ich majątki (budynki, maszyny) 

by

ły tak niskie, że po sprzedaży maszyn nabywca gospodarstwa o wielkim areale 

ziemi

ę i zabudowania miał darmo. Najwięcej PGR-ów sprzedano w Polsce 

łnocno-zachodniej, królują tam odłogi. Bo też kupiono je nie myślą, żeby siać i 

zbiera

ć, ale po to, żeby sprzedać - jak to się w wielu wsiach na zachodzie kraju 

mówi - kiedy wróci tutaj Niemiec. Przypomnijmy, 

że PGR-y zajmowały w PRL ok. 

18 proc. ogó

łu użytków rolnych. Widać z tego, że polskiego chłopa trudno było 

"sko

łchozować". PGR zatrudniały 470 tys. pracowników, wraz z rodzinami z pracy 

w tych gospodarstwach 

żyły 4 mln ludzi. Mimo że do egzystencji wielu PGR-ów 

pa

ństwo musiało dopłacać, trafiały się i dobrze zarządzane, przynoszące zyski. Z 

PGR pochodzi

ło 24 proc. globalnej produkcji rolnej, 35 proc. produkcji towarowej 

rolnictwa, 25 proc. eksportu rolnego. To by

ł wielki majątek, który został 

zmarnotrawiony. Pracownicy pa

ństwowych gospodarstw uzależnieni byli 

ca

łkowicie od miejsca pracy; to byli ludzie najmniej wykształceni, najbardziej 

bezbronni. Uderzono w nich, niszcz

ąc ich nie tylko finansowo, ale i do końca 

moralnie.  

   

  

 

 

background image

Fikcje i figi 

 

 

We wrze

śniu 1990 r. Barbara Piasecka Johnson za 300 mln dolarów nabyła pałac 

w Pilicy, pragn

ąc przyczynić się do ratowania polskich zabytków. To był zaledwie 

u

łamek zapowiadanego uczestnictwa tej pani w polskiej prywatyzacji. Na 

pieni

ądze Piaseckiej Johnson liczyła załoga Stoczni Gdańskiej, a ona nie 

zaprzecza

ła, że wyłoży swoje wdowie dolary i kupi kolebkę “Solidarności”. Pani 

Barbara przyjecha

ła do nas z USA, dokąd kiedyś wyjechała, żeby zarobić parę 

groszy. Los si

ę do niej uśmiechnął, bo oto w biednej kobiecie, nie żadnej tam 

dzierlatce, zakocha

ł się "na zabój" sędziwy i schorowany amerykański milioner, 

którym si

ę opiekowała. Doszło do sporządzenia testamentu, staruszek zapisał 

ukochanej wielki maj

ątek, ku zaskoczeniu i wściekłości swoich dzieci, wnuków i 

prawnuków. Po 

śmierci ojca, dziadka i pradziadka tzw. zstępni usiłowali zapis 

uniewa

żnić i włóczyli Piasecką Johnson po sądach, ale na próżno, bo w Stanach 

Zjednoczonych prawo jest prawem. 

W pani

ą Johnson na początku transformacji wierzono u nas niczym w anioła 

wyposa

żonego w wór pieniędzy, z którego dolary będą się sączyły przez 

sporz

ądzoną dziurkę, wpadając prosto w ręce potrzebujących. Tak się nie stało. 

Milionerka z USA, owszem za

łożyła Fundację Paderewski Center Inc. ratującą 

zabytki, czy na tym straci

ła, nie wiemy – natomiast z uczestniczenia w 

prywatyzacji Stoczni Gda

ńskiej postanowiła się wycofać. Gdyby nie zmieniła 

zdania, nie by

łoby w niej teraz innego zbawcy - Janusza Szlanty. Zanim wrócimy 

do rejterady Piaseckiej Johnson z Gda

ńska, trudno nie wspomnieć o tym, że 

niedawno przez stoczni

ę przetoczył się strajk (pisaliśmy o nim w “Naszej Polsce”). 

W

łaściciel Stoczni Gdańskiej wchłoniętej przez Stocznię Gdynia, gładko sobie z 

tym strajkiem poradzi

ł. Szlanta przejął Stocznię Gdańską w 1998 r., płacąc 115 

mln z

ł, które pożyczył w banku. Na jednym ze stoczniowych kont znajdowało się 

ponad 42 mln z

ł; tak więc Szlanta kupił Stocznię Gdańską za niespełna 73 mln zł. 

Banki niech

ętnie pożyczają nawet niewielkie pieniądze bez zabezpieczenia, co 

dopiero mówi

ć o takiej kwocie! Trójmiejska Korporacja Stoczniowa, czytaj: 

Szlanta, otrzyma

ła kredyt, ponieważ okazało się, że Szlanta jest godzien takiego 

zaufania! Wcze

śniej, dzięki dobrym układom w Polskim Banku Rozwoju, w którym 

pracowa

ł, Szlanta został prezesem Stoczni Gdynia, a po utworzeniu m.in. z 

Hubertem Kierkowskim dyrektorem departamentu w Ministerstwie Przekszta

łceń 

W

łasnościowych spółki o nazwie Stoczniowy Fundusz Inwestycyjny przy pomocy 

owego SFI przej

ął niemal 40 proc. akcji Stoczni Gdynia, obejmując w niej wkrótce 

pe

łnię władzy. Całkiem po prostu: był biedny, stał się nagle bogaty. Jak się to robi 

– pytaj

ą ciekawscy, ano trzeba być np. Januszem Szlantą. Wkrótce namnożyło 

si

ę stoczniowych spółek, rozpoczął wzajemny handel akcjami. Powstała spółka 

Synergia 99 zwi

ązana ze Stocznią Gdynia (i różnymi m.in. zagranicznymi 

podmiotami), w której udzia

ły wykupił James Halper. Po co? Żeby zarobić, to jest 

jasne. Ale na czym? Ludzie mówi

ą, że w przyszłości wcale nie na budowie 

statków, bo jeszcze troch

ę i w Gdańsku nie będzie stoczni, zyski ma przynieść 

sprzeda

ż 75 ha stoczniowej ziemi w sercu miasta. Tak oto może wyglądać finał 

procesu prywatyzacji historycznego, pot

ężnego przedsiębiorstwa. 

background image

Powró

ćmy do początku tego procesu: w drugiej połowie 1990 r. Barbara Piasecka 

Johnson powiedzia

ła dziennikarzowi agencji Reutera, że miała zamiar kupić 55 

proc. udzia

łów stoczni za 100 mln dolarów, ale dziś jej to nie interesuje, bo od 

momentu podpisania listu intencyjnego przez ca

ły czas negocjacji była źle 

rozumiana, jej s

łowa interpretowano w niewłaściwy sposób, a polska propaganda 

j

ą sabotowała. Wyznała, że na biznes plan i plany rozwoju Stoczni Gdańskiej 

wyda

ła już 7 mln dolarów. A to, że zamierzała płacić polskim robotnikom po 50 

centów za godzin

ę, jak rozpowiadano, nie jest prawdą, miało być po 2,50 dolara. 

Nie planowa

ła również zwolnienia z pracy 10 tys. osób. 

Rozczarowanie Piaseck

ą Johnson zrekompensowane było w pewnej mierze 

przyjazdem do Polski by

łego prezydenta Stanów Zjednoczonych USA Ronalda 

Reagana, który spotka

ł się z posłami w Sejmie 14 września 1990 r. po południu. 

Kiedy wyszed

ł na ulice Warszawy ludzie rzucali mu kwiaty pod nogi. Tego dnia 

przed po

łudniem wybrani zostali trzej ministrowie: rolnictwa, łączności i 

przekszta

łceń własnościowych. Sprawami prywatyzacji, czyli przekształceniami 

w

łasnościowymi, miał się zająć przyjaciel premiera Tadeusza Mazowieckiego – 

libera

ł (ROAD) Waldemar Kuczyński. Dla porządku dodamy, że ministrem 

rolnictwa zosta

ł Janusz Byliński, mimo mocnego oporu Polskiego Stronnictwa 

Ludowego, które forsowa

ło na tę posadę Józefa Zycha, ale on nie kochał 

Mazowieckiego, wi

ęc musiał przepaść. Resort łączności powierzono Jerzemu 

Ślezakowi, zapisanemu złotymi zgłoskami m.in. w firmie Alcatel: minister Ślezak 
fikcji nie lubi

ł. 

W Ministerstwie Przekszta

łceń Własnościowych rozpoczęły się dyskusje o tym, w 

jaki sposób technicznie zd

ążać do wielkiej prywatyzacji w Polsce. Jedną z takich 

wa

żniejszych narad prowadził Richard Wilson z Know How Fund z Wielkiej 

Brytanii. Chcemy prywatyzowa

ć choćby od dziś, ale nie ma realnego kapitału – 

t

łumaczył mu się Kuczyński - być może trzeba się uciec do kapitału nierealnego, 

fikcyjnego. Wilson namawia

ł do uproszczonych technik wyceny majątku, bo 

procedury dok

ładne trwałyby zbyt długo. W różnych gremiach liberalnych, trwały 

nieko

ńczące się dysputy, jak ugryźć prywatyzację. Po pierwszych kęsach się 

rozkr

ęci, ale jest przeszkoda, której lekceważyć nie można – taki wniosek 

wyp

łynął z licznych narad. Chodziło o majątki, których zwrotu domagali się byli ich 

w

łaściciele oraz ich spadkobiercy, głównie Żydzi mieszkający za granicą; choć nie 

tylko oni: nie wolno by

ło stawiać tych majątków pod młotek i ludzie powinni o tym 

wiedzie

ć. 

Ministrem przemys

łu był Tadeusz Syryjczyk (ROAD) obiecał reprywatyzację. Na 

razie opisywano przyk

ład grabieży mienia osobistego w PRL po poecie Witwickim, 

którego zwrot niewiele móg

łby mieć wspólnego z prawdziwą reprywatyzacją, ale 

temat poci

ągnięto i rozciągnięto; wymowa tego była taka: oddać powinniśmy 

wi

ęcej niż zostało. W PRL zagrabiono mianowicie m. in. (znacjonalizowano) 

woreczek z bi

żuterią należącą ongiś do Stefana Witwickiego, potem do jego brata, 

a nast

ępnie do jego syna Jana. To nie było w zgodzie nawet z peerelowskim 

prawem. Syryjczyk kaza

ł szczegółowo prześledzić historię biżuterii. Odnaleziono 

j

ą w 1946 r. na terenie Odlewni Żeliwa i Emalierni w Skarżysku Kamiennej – było 

tego 68 sztuk drogocennych precjozów m.in. z wielkimi brylantami. Bi

żuteria 

znajdowa

ła się na terenie znacjonalizowanej fabryki wzniesionej przez Jana 

Witwickiego, ale przecie

ż musiała stanowić własność osobistą, a ta nie podlegała 

background image

nacjonalizacji, tote

ż nie powinna zostać znacjonalizowana. Ze Skarżyska do Kielc 

cenny woreczek swego czasu wie

źli funkcjonariusze Wojewódzkiego Urzędu 

Bezpiecze

ństwa Publicznego. Ale gdy do niego zajrzano po latach, okazało się, 

że zostało w nim jedynie 5 srebrnych łyżek, 3 widelce, 6 trzonków do noży i 
łyżeczka do herbaty. 

Byli w

łaściciele majątku przejętego niezgodnie z prawem mimo to domagali się 

coraz g

łośniej zwrotu mienia albo rekompensaty. Przypomnijmy, że właściciele 

znacjonalizowanych zak

ładów (mieli wyłączyć z nacjonalizacji zakłady 

zatrudniaj

ące do 50 pracowników na jednej zmianie, ale w 1950 r. i takie przeszły 

pod tzw. przymusowy zarz

ąd państwowy) na podstawie art. 1 ustawy z 3 stycznia 

1946 r. mieli otrzyma

ć odszkodowania od skarbu państwa, płatne w ciągu roku w 

papierach warto

ściowych. Wartość znacjonalizowanego mienia miały ustalić 

komisje na podstawie sprecyzowanych kryteriów z udzia

łem zainteresowanych i 

bieg

łych, zaś wszystkie szczegóły miało określić rozporządzenie Rady Ministrów – 

to Rozporz

ądzenie jednak w ogóle się nie ukazało. Nikt w związku z tym nie 

dosta

ł złotówki. Na wsi tracono majątki na podstawie dekretu PKWN z 6 września 

1944 r. o przeprowadzeniu reformy rolnej. Przejmowana by

ła ziemia, inwentarz 

żywy i martwy oraz przedsiębiorstwa przemysłu rolnego, czyli absolutnie 
wszystko. Grunty warszawskie odbierano na podstawie dekretu z 26 pa

ździernika 

1945 r. – ludziom obiecywano odszkodowania, ale poniewa

ż nie ukazało się 

rozporz

ądzenie wykonawcze do ustawy nie otrzymali ich nigdy. 

Uchwa

ła Senatu z 9 lipca 1990 r. mówiła, że należy się powstrzymać od 

wyprzeda

ży przejętych w przeszłości gospodarczych i handlowych obiektów 

prywatnych, które nale

ży zwrócić ich właścicielom lub prawnym spadkobiercom: z 

tego, co wiemy, nie zawsze stosowano si

ę do niej. Rozpoczęła się dyskusja komu 

zwraca

ć, czy także tym, którzy nie mieszkają od lat w Polsce? Co nam wtedy 

zostanie, przecie

ż ci ludzie tutaj nie wrócą, oddany majątek przehandlują, po 

prostu nie sta

ć biednej Polski na taki szlachetny gest, ale nieobliczalny w 

konsekwencjach. Senat uwa

żał, żeby należy zwracać mienie wyłącznie 

obywatelom polskim mieszkaj

ącym w Polsce, natomiast w projekcie ustawy 

sejmowej zosta

ło zapisane, że trzeba zwrócić majątek także tym, którzy w chwili 

jego przejmowania posiadali obywatelstwo polskie. Dodajmy do tego, 

że gdyby z 

ich maj

ątku, z różnych przyczyn, w tym z powodu wojny, pozostały trzonki od 

no

ży – tak jak to miało miejsce z biżuterią Witwickiego – projektowano posłużyć 

si

ę bonami prywatyzacyjnymi, ważnymi do 10 lat, którymi można byłoby płacić za 

udzia

ły w prywatyzowanych przedsiębiorstwach lub za akcje przedsiębiorstw 

sprzedawane przez skarb pa

ństwa. 

 

 

Rozbiórka “Uniwersalu” 

  

Wszystkie si

ły polityczne liczące się jesienią 1990 r. zapowiadały w swoich 

zamierzeniach prywatyzacj

ę przedsiębiorstw państwowych. Od tego czasu 

background image

kolejne rz

ądy prowadzą program przekształceń własnościowych zakrojony na 

szerok

ą skalę, który miał uzdrowić gospodarkę i przeciwdziałać bezrobociu. 

Bezrobotnych mieli

śmy wtedy w Polsce około miliona. Miała temu zaradzić 

prywatyzacja. W wyniku prywatyzacji – poda

ło 12 marca 2002 r. Ministerstwo 

Skarbu Pa

ństwa, ilość przedsiębiorstw państwowych od 1990 r. zmniejszyła się z 

8453 do 2054. Co si

ę dzieje z bezrobociem każdy widzi – sięga 3,5 miliona.  

W

śród ludzi, którzy najgłośniej domagali się przechodzenia “państwowego” w ręce 

prywatne, czo

łowe miejsce zajmowali członkowie Ruchu Demokratycznego Akcji 

Obywatelskiej (obecnie Unia Wolno

ści). ROAD zbudował 40 struktur 

wojewódzkich. Konstruowali je m.in. Labuda, Wielowieyski, Michnik, Lity

ński, 

Reiff. W 

łonie ROAD zawiązało się Forum Prawicy Demokratycznej z 

Frasyniukiem, Foglerem, Turowiczem, Stomm

ą, Rokitą, Wołkiem – tworząc 

wieniec wokó

ł Tadeusza Mazowieckiego, który – zdaniem FPD – był w stanie, 

jako prezydent, poprowadzi

ć Polskę w kierunku państwa obywatelskiego i 

gospodarki rynkowej. Kazimierz Ujazdowski zastrzega

ł, mówiąc o FDP: 

Jeste

śmy prawicowi. Lewicy, jako spuścizny po PRL i PZPR, naród wówczas 

nienawidzi

ł, wydawało się, że już nigdy nie zdoła w Polsce sięgnąć po władzę. 

Agencje zagraniczne poda

ły, że Mazowiecki jako kandydat na prezydenta po 

g

łębokim namyśle zdecydował się stawić czoła Lechowi Wałęsie.  

Kandydatur

ę Wałęsy wysunął on sam, oświadczając: Nie chcem, ale muszem 

(by

ć prezydentem) w sali sportowo-widowiskowej “Arena” w Poznaniu 12 

pa

ździernika 1990 r. Lecha na prezydenta formalnie forsował Chrześcijański Ruch 

Obywatelski, którego animatorami byli m.in. 

Łopuszański, Bogaczyk, Niesiołowski, 

Rojek, Mikke. Odci

ęcie się Wałęsy od ludzi ROAD było jaskrawe. Widać to było 

cho

ćby po gościach zgromadzonych w katedrze oliwskiej, którzy zostali 

zaproszeni na ceremoni

ę ślubu jego syna - Bogdana Wałęsy - z Agnieszką 

Drozdowicz. Lech Wa

łęsa nie sprzeciwiał się prywatyzowaniu majątku 

narodowego, jednak poproszony o skomentowanie wypowiedzi senatora Andrzeja 
Wajdy (ROAD), który domaga

ł się szybkiej prywatyzacji telewizji powiedział: 

Jestem przeciw. W sonda

żach, kto zostanie prezydentem: - Wałęsa czy 

Mazowiecki, prowadzi

ł Wałęsa 34 do 29. Stana Tymińskiego z Liberation Party of 

Canada licz

ącej 3,5 tys. członków nikt jeszcze nie brał pod uwagę.  

Porozumienie Centrum tak

że opowiadało się za prywatyzacją. W dwa lata. 

Zastrzegaj

ąc, że prywatyzacja nie może doprowadzić do kapitalizmu typu XIX-

wiecznego. PC mia

ło swoje biura w 35 województwach. - Czujemy poparcie – 

mówili bracia Kaczy

ńscy, mając przy boku m.in. Hniedziewicza, Glapińskiego, 

Eysmonta, 

Żmijewskiego, Anusza. Zarówno Wałęsa, jak i działacze PC 

opowiadali si

ę za preferencyjnym traktowaniem sektora prywatnego kosztem 

pa

ństwowego. W “Tygodniku Solidarność” nr 28/90 ukazał się artykuł, którego 

autor argumentowa

ł, że skoro gospodarkę prywatną w Polsce zniszczyło państwo, 

teraz pa

ństwo musi ją odbudować, zasilając środkami z sektora uspołecznionego 

oraz z zagranicznych po

życzek.  

Pracownicy pa

ństwowych fabryk byli innego zdania. Podczas Krajowego Forum 

Samorz

ądu Załogi (KFSZ) reprezentant tego środowiska Andrzej Wieczorek 

stwierdzi

ł, że dzieje się źle. Panowie, którzy “wjechali” na szczyty władzy po 

robotniczych grzbietach, prowadz

ą teraz politykę całkowitego braku zaufania dla 

background image

środowisk pracowniczych i wierzą jedynie w możliwości intelektualne ograniczonej 
elity
Nie mo

żemy zaakceptować jednostronnej, jedynie słusznej filozofii przemian 

gospodarczych, które nie dostrzegaj

ą podmiotowości pracowniczej. Pogardę dla 

samorz

ądów kiedyś wyrażano ze względów ideologicznych, tak samo dzieje się 

teraz. Uczestnicy Forum mówili, 

że arogancka elita mądrali zmierza do likwidacji 

ruchu samorz

ądowego, chociaż sprawnego systemu gospodarczego, po 

zepchni

ęciu pracowników na margines, zbudować nie można. 

Wiceprzewodnicz

ący “Solidarności” Regionu “Mazowsze" Maciej Jankowski 

zauwa

żył: - Program rządu dotyczący prywatyzacji jest utopijny, bo nie 

uwzgl

ędnia cech Polaków ani tego, co się stało w 1980 r.  

Domagano si

ę informacji o planach prywatyzacyjnych, ujawnienia projektów 

rozporz

ądzeń wykonawczych do ustawy po to, żeby przeprowadzić negocjacje na 

reprezentatywnym narodowym forum. Oprotestowano projekt ustawy 
przyspieszaj

ącej prywatyzację przez jednorazowy akt komercjalizacji, czyli 

przekszta

łcenia za jednym zamachem wszystkich przedsiębiorstw państwowych 

w jednoosobowe spó

łki skarbu państwa, uznając podobny pomysł za zbieżny z 

nacjonalizacj

ą tylko w odwrotną stronę.  

Wicepremier i minister finansów Leszek Balcerowicz zaprosi

ł wybranych 

uczestników KFSZ do siebie. Rozmowa mia

ła charakter poufny. Opowiadali 

potem, 

że na razie nie wiedzą, czy Balcerowicza będą kochać, czy nienawidzić, 

przyznaj

ąc, że osią niezgody między nimi i wicepremierem była prywatyzacja. 

Podobno mówili Balcerowiczowi, 

że samorząd mógłby uwiarygodnić rządowy 

projekt prywatyzacji, z czym wicepremier si

ę zgodził.  

Projekt ustawy przyspieszaj

ącej prywatyzację rekomendował Leszek Balcerowicz 

podczas pa

ździernikowego posiedzenia Rady Ekonomicznej. Wicepremier 

o

świadczył wówczas, że kluczem powodzenia programu stabilizacyjnego, który 

wymy

ślił, musi być prywatyzacja. Jej tempo w Polsce powinno być większe niż 

gdziekolwiek na 

świecie. Dokument rekomendowany przez Balcerowicza był 

niewiadomego autorstwa, poinformowano jedynie, 

że jest to praca 

“mi

ędzyresortowa”.  

Plan by

ł następujący: sprywatyzować wszystkie małe i średnie przedsiębiorstwa 

do ko

ńca 1991 r., duże skomercjalizować. W ten sposób w ręce prywatne 

zamierzano odda

ć w ciągu roku 15 proc. majątku narodowego. Marchewką dla 

za

łogi miało być złagodzenie podatku od ponadnormatywnych wynagrodzeń, tzw. 

popiwku. G

łos w sprawie komercjalizacji zabrał Tomasz Gruszecki (późniejszy 

minister przekszta

łceń w rządzie Jana Olszewskiego), odnosząc się krytycznie do 

ca

łego rządowego projektu. Oświadczył: - Z jednego zdefiniowanego właściciela 

przedsi

ębiorstwa i określenia jego pozycji mogą płynąć jakieś korzyści, ale w 

rz

ądowym projekcie takiej jasności brakuje. Właściciel jest w nim wstawiony do 

komiksu, którym zarz

ądzają grupowe interesy.  

Przedsi

ębiorstwa mogły same zgłaszać chęć komercjalizacji, ale gdyby czasem 

liczba takich wniosków by

ła zbyt mała, przewidziano przekształcenie siłowe. 

Prywatyzacja mog

ła się bowiem dokonać również na wniosek organu 

za

łożycielskiego, na przykład na wniosek ministra przekształceń własnościowych. 

Piastuj

ący wymieniony ministerialny fotel Waldemar Kuczyński przestrzegał 

background image

swoich przyjació

ł w rządzie: - Panowie, nie wolno nam s...ć prywatyzacji. Wybierał 

si

ę do doskonale prosperujących Zakładów Przemysłu Odzieżowego “Próchnik” w 

Łodzi (dzisiaj są na skraju bankructwa), które 1 października 1990 r. zostały 
przekszta

łcone w jednoosobową spółkę skarbu państwa. Minister pragnął się 

dowiedzie

ć, jak w “Próchniku” wyglądają przygotowania do emisji akcji. Sprzedaż 

akcji “Próchnika” mia

ła się rozpocząć za dwa-trzy miesiące, przy pomocy 

londy

ńskiego banku Morgan Grenffeel. Pracownicy mieli obiecaną i drugą znaną 

“marchewk

ę” – prawo zakupu taniej 20 proc. akcji spółki.  

Spó

łką było już także Przedsiębiorstwo Handlu Zagranicznego “Uniwersal”, które 

jako pierwsze z tej bran

ży zostało sprywatyzowane. Kapitał akcyjny ”Uniwersalu” 

wynosi

ł 150 mld zł. Podzielony został na 15 mln akcji, z czego ponad 5 mln objęli 

za

łożyciele spółki. To było wtedy silne, zasobne postpezetpeerowskie 

przedsi

ębiorstwo. W składzie jego rady nadzorczej znaleźli się m.in. Bogumił Kott 

– prezes Banku Inicjatyw Gospodarczych (BIG mia

ł rozliczne, nieprzejrzyste 

interesy z “Uniwersalem”), Frederik Bruhn–Petersen z Danii, Richard Rowe z 
Anglii, Eufemia Teichmann profesorka SGPiS. Wojciech Tomaszewski z ramienia 
ministra wspó

łpracy gospodarczej z zagranicą reprezentował skarb państwa. 

Prezesem zarz

ądu “Uniwersalu” został Dariusz Przywieczerski, który jako 

pierwszy przez polityków prawicy zosta

ł nazwany “czerwonym baronem”. Był on 

ci

ągany po sądach, posądzany o różne ciemne sprawy, ale niczego mu nie 

udowodniono – dalej pe

łni funkcję prezesa. Akcje “Uniwersalu” początkowo 

przynosi

ły zysk, ale potem ich cena drastycznie spadła, wielu akcjonariuszy na 

tym straci

ło. “Uniwersalu” od dawna nie ma już na giełdzie, skurczył się 

dziesi

ęciokrotnie. Spółka została wycofana z giełdy m.in. z powodu szwindli w 

bilansach. Gmach w samym centrum Warszawy nale

żący do “Uniwersalu”, przez 

lata symbol tego przedsi

ębiorstwa, został przejęty za długi. Podobno nowy 

w

łaściciel zamierza go wyburzyć i postawić w tym miejscu znacznie większy 

wie

żowiec.  

   

  

Prasa pod m

łotkiem 

 

 

– Jednym z zarzutów stawianych rz

ądowi premiera Mazowieckiego jest to, że 

pozwala on na rozkradanie maj

ątku narodowego. Nie ma w tym cienia prawdy – 

o

świadczyła podczas konferencji prasowej rzeczniczka tego rządu Małgorzata 

Niezabitowska. Pani rzecznik szykowa

ła sobie elegancki gabinet w Urzędzie Rady 

Ministrów, niedaleko gabinetu Tadeusza Mazowieckiego, mia

ł być wyposażony w 

meble z drzewa orientalnego. Na ten temat sporo i d

ługo w URM plotkowano. 

Mniej wi

ęcej w tym samym czasie w kwartalniku „Foreigen Affairs” z podtytułem 

„Lato 1990” ekonomi

ści amerykańscy i doradcy polskiego ministra finansów 

Jeffrey Sachs i David Liton zamie

ścili artykuł, w którym napisali, że prywatyzacja, 

kojarzona w Polsce z nieczystymi machinacjami, okazuje si

ę jedną z najbardziej 

kontrowersyjnych i skomplikowanych kwestii, w obliczu których stan

ął ten kraj. 

G

łówną barierą jest niełatwa odpowiedź, kto naprawdę jest właścicielem 

background image

wchodz

ących w prywatyzacyjną grę firm? Sachs i Liton zauważyli, że oddanie 

znacznej cz

ęści udziałów prywatyzowanych przedsiębiorstw jedynie aktualnie 

pracuj

ącym w nich robotnikom może budzić niezadowolenie reszty 

spo

łeczeństwa, ponieważ siła robocza w polskim przemyśle stanowi 1/3 ogółu siły 

roboczej. Jak

ą „prywatyzacyjną marchewkę” otrzymają inni, żeby wszystko poszło 

g

ładko? Poza tym, niektórzy pracownicy zatrudnieni są w przedsiębiorstwach 

wysokodochodowych, inni w bankrutuj

ących, gratyfikacje za zezwolenie na 

prywatyzacj

ę mogą więc wyglądać różne.  

Pierwszy etap reformy gospodarczej przebiega na szcz

ęście zgodnie z 

harmonogramem – orzekli ameryka

ńscy ekonomiści; przewidywali jednak 

nadci

ągające komplikacje wtedy, kiedy trzeba będzie przystąpić do 

przemieszczenia si

ły roboczej i kapitału w obrębie gospodarki. Należy też zająć 

si

ę szybko likwidacją części przemysłu ciężkiego – to zaś spowoduje nieuchronny 

wzrost bezrobocia. Na krótk

ą metę rząd będzie prawdopodobnie w stanie 

utrzyma

ć jaką taką równowagę makroekonomiczną, ale potem, w kurczących się 

ga

łęziach przemysłu o pracę będzie coraz trudniej. Zagrożeniem dla 

przeprowadzanych reform gospodarczych by

łaby paraliżująca, narodowa debata 

wokó

ł prywatyzacji. Los, jaki spotkał kiedyś Argentynę (Sachs i Liton nie 

spodziewali si

ę wówczas, że za parę lat Argentyna znów się pogrąży) jest dla 

Polski potencjalnym koszmarem na przysz

łość.  

Wicepremier i minister finansów Leszek Balcerowicz spotka

ł się w Urzędzie Rady 

Ministrów, w sali nieopodal gabinetu rzeczniczki Niezabitowskiej, z cz

łonkami 

zespo

łu konsultacyjnego ds. spółdzielczych. Omawiane były sposoby realizacji 

ustawy z 20 stycznia 1990 r. o likwidacji zwi

ązków spółdzielczych. Mówiono m.in. 

o niezb

ędnych zmianach personalnych, gdyby się gdzieś jakaś spółdzielczość 

mia

ła zachować. Majątek spółdzielni stanowił 10 proc. całego majątku 

narodowego, spó

łdzielnie wytwarzały 11 proc. ogólnokrajowego dochodu. To 

wszystko, nie bacz

ąc na koszty, postanowiono zrujnować i przejąć majątek. 

Trzeba by

ło fizycznie zlikwidować stare struktury organizacyjne związków 

centralnych, krajowych, wojewódzkich, regionalnych. Likwidacja obj

ęła 14 

zwi

ązków centralnych i ponad 300 innych struktur stojących ponad spółdzielniami. 

Oficjalnie mówiono, 

że należy uspółdzielczyć spółdzielnie, a ponieważ nie da się 

tego zrobi

ć „oddolnie”, należy „odgórnie”. Prawdą było, że stanowiska w różnych 

zwi

ązkach spółdzielczych zajmowała „stara nomenklatura”, to były świetne 

posady. Prawd

ą jest też, że spółdzielczość okresu PRL nie miała prawie nic 

wspólnego z prawdziw

ą spółdzielczością. Jednakże nie należało tak wielkiego 

maj

ątku niszczyć, a tak się stało. Stare związki spółdzielcze nagle znikły, nowe się 

nie pojawi

ły.  

Kto przejmowa

ł majątek spółdzielczy, jak to się działo, ile na tym straciliśmy, że 

dziecko wylewano z k

ąpielą – na ten temat może ktoś kiedyś przeprowadzi 

badania i wszystko ujawni. Teraz wiadomo tylko tyle, 

że uspółdzielczanie 

spó

łdzielczości okazało się nadzwyczaj kosztowne, a prawdziwej spółdzielczości, 

jak w Polsce nie by

ło, tak nie ma. Zlikwidowane zostały: Centralny Związek 

Spó

łdzielczości „Samopomoc Chłopska”, Centralny Związek „Spółdzielni Pracy”, 

Centralny Zwi

ązek Spółdzielni Mleczarskich, Centralny Związek Spółdzielni 

Produkcyjnych, Centrala Spó

łdzielni Ogrodniczych i Pszczelarskich; słowem – na 

rze

ź szło w ogóle wszystko, co posiadało w nazwie „centralny”. Dlatego pewno 

background image

Centralny Zwi

ązek Rzemiosła Polskiego szybko zmienił nazwę na Związek 

Rzemios

ła Polskiego – i istnieje.  

By

ła nomenklatura wywodząca się z różnych „związków centralnych” przetrwała w 

niez

łej kondycji: można ją znaleźć dzisiaj także w ławach poselskich (SLD), 

zasili

ła również obecny rząd SLD–UP–PSL.  

Rozpocz

ęło się rozbijanie i likwidowanie partyjnego peerelowskiego koncernu 

prasowego Robotniczej Spó

łdzielni Wydawniczej Prasa–Książka–Ruch. Wynik 

finansowy RSW by

ł dobry: po dziewięciu miesiącach 1990 r. wynosił 260 mld zł. 

Koncern p

łacił podatki, spłacał długi, a nawet kontynuował lub zabezpieczał przed 

dewastacj

ą rozpoczęte inwestycje. Samych pism RSW posiadała 179. Ustawa o 

likwidacji RSW nie przewidywa

ła odwołań od decyzji rządu. To jest największy 

projekt likwidacyjny, a w wymiarze ekonomicznym najwi

ększy do tej pory projekt 

prywatyzacyjny – napisa

ła „Rzeczpospolita” 30 października 1990 r. (gazeta nie 

wchodzi

ła w skład RSW; była wtedy gazetą rządową). Będziemy budować zręby 

wolnego rynku prasowego w Polsce, koniec z partyjnym kierowaniem pras

ą. Po 

zaakceptowaniu przez Rad

ę Ministrów planów likwidacji RSW gazety i 

wydawnictwa koncernu mia

ły ulec prywatyzacji. Prywatyzacja miała objąć także 

dystrybutora prasy, czyli „Ruch”. Na rynek dopuszczono od razu zagranicznych 
wydawców i inwestorów. Kapita

ł zagraniczny szczególnie interesował się 

g

łównymi dziennikami centralnymi i lokalnymi, pismami kobiecymi, młodzieżowymi 

i sportowymi. O „

Życie Warszawy” na przykład starała się m.in. grupa „Dziennik 

Polski” Boles

ława Wierzbiańskiego ze Stanów Zjednoczonych, Maxwell i kapitał 

w

łoski. Komisja likwidacyjna RSW zaproponowała inwestorom zagranicznym 

kupno cz

ęści lub całości drukarni. Pojawiły się wypowiedzi, że o przyszłym 

uk

ładzie politycznym prasy będzie zdecydować rynek. Postpartyjne gazety i 

wydawnictwa musz

ą iść pod młotek – argumentowano – żeby umożliwić dostęp 

nowych si

ł społecznych i politycznych do oręża prasowego, tego chce naród. Rola 

pa

ństwa na rynku prasowym miała zostać ograniczona. W ten dziwny sposób w 

Polsce mieli

śmy mieć prasę niezależną.  

Rzecznik Porozumienia Centrum Jacek Maziarski, powo

łując się na gazety 

brytyjskie, tak skomentowa

ł ten burzliwy czas dla polskiej prasy i wykuwającą się 

„niezale

żność”: nawet Anglicy zwracają uwagę, że nasze środki przekazu de facto 

znajduj

ą się w rękach rządu, na którego czele stoi Tadeusz Mazowiecki (a więc w 

r

ękach ROAD, późniejszej Unii Wolności) – PC to potwierdza. W jednych rękach 

jest dzisiaj telewizja, radio, podstawowe gazety, agencje prasowe – wszystko. PC 
i rzecznik tego ugrupowania, stoj

ącego wówczas przy Lechu Wałęsie (jako 

kandydacie na prezydenta) powiedzia

ł, że kontrkandydatowi Mazowieckiego do 

fotela prezydenckiego zosta

ł tylko ”Tygodnik Solidarność”, pismo o ograniczonym 

zasi

ęgu i marginalne. Maziarski dodał, że Michnik czy Frasyniuk (obaj z ROAD) 

bez przerwy pojawiaj

ą się w telewizji. Widać jak na dłoni rażącą asymetrię; 

spo

łeczeństwo odczuwa naruszenie zasad fair play.  

Tymczasem w Walcowni Metali „Warszawa”, czyli w „Norblinie”, a

ż cztery 

konsultingowe firmy brytyjskie wycenia

ły majątek przedsiębiorstwa wskazanego 

do prywatyzacji. By

ły to: Coopers and Lybrand Delotte, Barclays de Zoete Wedd 

Ltd., Baher and Mc Kenzic oraz Central Europe Trust Co Ltd. Eksperci tych firm 
g

łowili podobno się na terenie „Norblina”, jak znaleźć klucz do wyceny majątku 

background image

przedsi

ębiorstw państwowych w całej Europie Wschodniej. – Nie naciskamy 

brytyjskich ekspertów, 

żeby się pospieszyli – mówił Mieczysław A. Blady, prezes 

spó

łki. Dodać należy, że dokument o prywatyzacji „Norblina” zredagowano 

pospiesznie, prawie na kolanie i niedopracowany przed

łożony został w Sądzie 

Rejestrowym m.st. Warszawy. Rzecz jasna 20 proc. akcji po preferencyjnych 
cenach mia

ła objąć załoga. Nie było pracowniczych sprzeciwów, że komuś 

prywatyzacja zak

ładu się nie podoba. „Norblin” bazował na surowcach krajowych: 

miedzi, cynku, o

łowiu, produkcja miała zbyt.  

 

 

Meksyk czy Peru? 

  

Nie twierdz

ę, że prywatyzacja nie jest potrzebna, ale nie taka, jaką nam 

proponuj

ą! Prywatyzacja to nie jest jakieś magiczne zaklęcie. Nie wystarczy, że 

pojawi si

ę prywatny właściciel, a już wszystko gra. Prywatne przedsiębiorstwo jest 

efektywne nie dlatego, 

że jest prywatne, ale jest prywatne bo jest efektywne. 

Gdyby nie by

ło efektywne, nie mogłoby istnieć – mówił w listopadzie 1990 r. prof. 

Stefan Kurowski. Co naprawd

ę da prywatyzacja w najbliższych latach? 

Niew

ątpliwie powstanie elita bogaczy, a sytuacja zdecydowanej większości 

spo

łeczeństwa pogorszy się. Bardzo wzrośnie bezrobocie. Podstawowa masa 

ludno

ści otrzymywać będzie dużo mniej, pozbawiona też zostanie źródła swej siły: 

samorz

ądów pracowniczych – wtórował Kurowskiemu doc. Jan Dziewulski. Antoni 

Potocki, zwi

ązany z ROAD, był tym oburzony. - Co słyszę! Jak możecie twierdzić, 

że prywatna gospodarka nie poprawi efektywności. My jesteśmy za powszechną i 
szybk

ą prywatyzacją. Dziewulski na to: przyspieszenie prywatyzacji to jest 

Meksyk w Polsce. 

Inni ekonomi

ści uważali m.in., że przyspieszenie prywatyzacji jest możliwe na 

drodze swoistej kolonizacji z zewn

ątrz i że to, co się dzieje, jest odreagowaniem 

tragicznej w skutkach próby urzeczywistnienia utopii komunistycznej, prób

ą 

urzeczywistnienia utopii liberalnej. Polska dosta

ła się w ręce liberalnych 

utopistów, jakich 

świat nie widział – stwierdził Ryszard Bugaj. 

A do Polski zawita

ł, na razie, nie Meksyk, lecz człowiek z Peru. Był to Stan 

Tymi

ński, który zabrał ze sobą w podróż swoją żonę Gracielę. Zamierzał zostać u 

nas prezydentem. Cz

łonek warszawskiego sztabu wyborczego Tymińskiego, 

pracownik drugiego programu telewizyjnego Tadeusz Kra

śko, mówił o swoim 

pryncypale, 

że jest człowiekiem trudno dostępnym, ale świetnie się kontroluje. 

Stan utrzymywa

ł, że chce wyznaczać ducha narodu, który bezczelnie okradają. 

Mazowieckiego i Wa

łęsy znaczna część Polaków miała już serdecznie dosyć. 

Zamiast poprawy sytuacji materialnej, transformacja gospodarcza przynios

ła 

obni

żenie stopy życiowej, postępującą likwidację zabezpieczeń społecznych i 

szybkie bogacenie si

ę elity. Liberałowie uważali, że idzie im nieźle. Minister 

przekszta

łceń własnościowych Waldemar Kuczyński wypowiadał się z brawurą o 

tym, 

że podjął się zadania (prywatyzacji gospodarki), które go ekscytuje i 

background image

przera

ża. Mówił: - Mam dobrą ekipę, same “młode wilki”. Pieniędzy nie dostaję 

wielkich, ale przygoda jest niepowtarzalna. Minister uwa

żał, że w roku 1991 jest 

szansa sprywatyzowania 15 proc. maj

ątku narodowego, w 1992 r. – 20 proc., zaś 

rok pó

źniej państwo straciłoby dominującą pozycję w gospodarce. Kuczyński 

przyznawa

ł szczerze, że to, co z tego wyniknie, jest dla niego wielką niewiadomą

Tak wielk

ą, że nawet identyfikacja wszystkich następstw i zagrożeń nie jest dla 

niego jasna. Roznios

ły się pogłoski, że zagraniczne firmy konsultacyjne – 

przygotowuj

ące prywatyzację przedsiębiorstw państwowych - przejmują w nich 

gar

ściami udziały. Na przykład podobno firma konsultacyjna Śląskiej Fabryki Kabli 

mia

ła przejąć 40 proc. udziałów tej fabryki. Dziennikarze pytali ministra: czy to 

prawda? Odpowied

ź składała się z dwóch zdań, pierwszego; - To są wiadomości 

prosto z magla; i drugiego: - Owszem, firmy konsultacyjne bior

ą standardowe 

op

łaty od oszacowanej wartości majątku prywatyzowanych przedsiębiorstw, jako 

wynagrodzenie za us

ługę, to normalne. 

Infantylne peany o prywatyzacji wypisywali niektórzy dziennikarze 
“Rzeczpospolitej”. W rz

ądowej gazecie można było przeczytać coś takiego: na 

scenie pi

ęciu aktorów: “Exbud”, “Tonsil”, Kable”, “Próchnik”. Wszyscy na piątkę. 

Marz

ą o przejściu w prywatne ręce. Kampanie reklamową przygotowywała firma 

“Creapriv” wspólnie z firm

ą “Eurofi”. Kandydaci na kapitalistów stoją w kolejkach, 

tworz

ą listy społeczne i komitety kolejkowe. Wiceminister przekształceń sam 

pragnie kupi

ć po 10 akcji każdej z wymienionych firm, nie wie tylko, czy 

pracownicy ministerstwa b

ędą mieli do tego prawo... Jeśli tak, to minister na ten 

cel przeznaczy 3 mln 762 tys. z

ł. 

Jak grom z jasnego nieba spad

ła wiadomość, że w pierwszej turze wyborów 

przepad

ł Mazowiecki. Nie było wątpliwości: druga odbędzie się w obsadzie 

Wa

łęsa - Tymiński! To było plaśnięcie Polaków na odlew w środowisko ROAD. 

Musia

ło się ono wypowiedzieć za zeszmaconym przez nie w kampanii 

prezydenckiej Wa

łęsą, nie było rady. Zdzisław Najder oświadczył, że propaganda, 

jakoby Wa

łęsa rozbijał “Solidarność” była nieprawdziwa i niepotrzebnie zachwiała 

zaufanie do przewodnicz

ącego. W telewizji z poparciem dla Wałęsy wystąpił 

Adam Michnik, w zwi

ązku z czym notowania Lecha spadły natychmiast o 10 proc. 

Wa

łęsa dla swojego (wyborczego) Komitetu Obywatelskiego z różnych względów 

by

ł kandydatem trudnym. Ludzie domagali się, od niego wymiany rządu i 

odrzucenia planu Balcerowicza, tymczasem "Lechu" usi

łował porozumieć się z 

Mazowieckim. Có

ż z tego, że obiecywał oddać Polakom, jako prezydent III RP już 

w pierwszej kadencji 60 proc. maj

ątku narodowego, jeśli zapowiadał kontynuację 

programu Balcerowicza, z korektami w tych dziedzinach, w których plan nie jest 
akceptowany spo

łecznie? Szanowany publicysta Stefan Kisielewski mocno się 

tym zdenerwowa

ł: Kiedy usłyszałem, że Wałęsa dopuszcza możliwość, że Leszek 

Balcerowicz mo

że zostać premierem poczułem, że już nic nie rozumiem i że 

jestem robiony w konia czy w balona. Zaproponowa

ł, żeby Wałęsa podał 

nazwisko ewentualnego przysz

łego premiera, bo pójście do wyborów z 

Balcerowiczem i ezopowym j

ęzykiem Lecha będzie ryzykowne. 

Balcerowicz niewzruszenie wyja

śniał w grudniu 1990 r. uczestnikom Walnego 

Zgromadzenia Krajowej Izby Gospodarczej w Gda

ńsku, że uciekając przed 

gospodarcz

ą klęską, należy dążyć do trwale stabilnej i sprawnej gospodarki, ale 

background image

żeby ona taka była, musi się opierać na trzech filarach: mocnym, wymienialnym 
pieni

ądzu, dominacji własności prywatnej, otwarciu na świat. Przewodniczącym 

KIG zosta

ł Andrzej Arendarski, napuszony biznesmen z Kongresu Liberalno-

Demokratycznego, który w 1989 r. chodzi

ł w wytartych spodniach. 

Środki przekazu znajdujące się w rękach ROAD podjęły zmasowane zohydzanie 
Stana Tymi

ńskiego, człowieka znikąd. W “Gazecie Wyborczej” wypowiedziała się 

żona (?) psychoterapeuty Andrzeja Samsona w publikacji pt. Czy Tymiński to 
wariat
. Wed

ług niej maskowata twarz, skandowany sposób mówienia i odlotowość 

– to jest to – mówi

ła - co w psychologii określane jest jako mechanizm 

persewerencji, 

świadczący o głębokich zmianach osobowości. Czegóż można się 

spodziewa

ć po kimś, kto w Peru zajmował się oswajaniem dzikich węży? W innym 

numerze tej gazety podano, 

że Tymiński zażywał ayahuasca, wywar z liany, 

halucynogenny narkotyk, którym odurzaj

ą się Indianie nad Amazonką – jest to 

mo

żliwe, ponieważ “Gazeta Wyborcza" wie, że przez pewien czas żył wśród 

plemienia Iivaros. Graciela, któr

ą bije – podała gazeta - nie jest jego pierwszą 

żoną. W 1970 r. Stan ożenił się z Finką Pulmu i rozwiódł z nią w 1984 r. Kiedy 
pozna

ł Gracielę, ona miała męża - Rafaela Elesperu. Tymińscy mają w Iquitos 

restauracj

ę, założyli stację telewizji kablowej i kradną zagraniczne programy. 

Posiadaj

ą niewielką firmę Transduction, w której wytwarzane są urządzenia 

automatyki przesy

łowej – na coś mu się przydała nauka w Technikum Radiowym 

im. Kasprzaka, które uko

ńczył zanim wyjechał z Polski. Ten cały Stan Tymiński - 

to jest taki american dream dla ubogich, ale nie dla ROAD. Dziennikarz “Gazety 
Wyborczej” tak podsumowa

ł swój wywód: Głosuję na Wałęsę, bo nie chcę 

obudzi

ć się w Peru. Ludzie jednak bardziej przejęli się czymś innym. Tym, że 

cz

łowiek z Peru otoczył się starą nomenklaturą oraz licznymi podobno podróżami 

kandydata na polskiego prezydenta do Moskwy i Trypolisu w przesz

łości. Trudno 

by

ło nie zauważyć, kiedy wszystko o nim się wiedziało, że oczy ma jakieś dziwne. 

W Audytorium Maksimum Uniwersytetu Warszawskiego 2 grudnia 1990 r. ROAD 
przyj

ął nazwę Unii Demokratycznej. Władysław Frasyniuk zaproponował 

powo

łanie obozu politycznego UD, którego celem w dziedzinie gospodarki byłaby 

kontynuacja planu Balcerowicza, rzecz jasna, z prywatyzacj

ą na czele. Liderem 

partii zosta

ł Tadeusz Mazowiecki. Do tymczasowej rady UD weszli: Frasyniuk, 

Turowicz, Hall, Rokita, Nowina-Konopka, Wende, Michnik. Przemówi

ł Rokita, 

o

świadczając, że jeżeli chcą odnieść sukces, muszą odpowiedzieć na pytanie: 

interesy jakiej cz

ęści społeczeństwa zamierzają artykułować? Odrzucenie przez 

naród Mazowieckiego, mimo uporczywie i nachalnie lansowanej jego “si

ły 

spokoju” musia

ło boleć, ale nie obnoszono się z tym. Znikła ROAD, wykluła się 

świeżutka UD. 

Wybory prezydenckie 9 grudnia 1990 r. wygra

ł Lech Wałęsa, noblista, urodzony 

29 wrze

śnia 1943 r. w Popowie koło wsi Lipno. Otrzymał 10,5 mln głosów. 

Stanis

ław Tymiński, urodzony 17 stycznia 1948 r. w Pruszkowie koło Warszawy, 

przegra

ł i wyjechał do Peru ze swoją czarną teczką, w której – jak mówił – miał 

zgromadzone kompromituj

ące papiery na Wałęsę. “Gazeta Wyborcza” napisała, 

że jednak nie jest wariatem, a może nawet nie jest esbekiem. Otrzymał 3,5 mln 
g

łosów. Do urn wrzuciło kartki 53 proc. Polaków uprawnionych do głosowania. 

   

background image

  

Zabierzmy korytko! 

  

12 grudnia 1990 r. prezydent-elekt Lech Wa

łęsa żegnał się z członkami Komisji 

Krajowej Niezale

żnego Samorządnego Związku Zawodowego “Solidarność”. Tego 

dnia przyj

ęto jego rezygnację z funkcji przewodniczącego. Już było wiadomo, że 

Jacek Merkel, szef sztabu wyborczego Wa

łęsy, zostanie desygnowany na 

stanowisko szefa Kancelarii Prezydenta RP. Na swoje miejsce w NSZZ “S” 
Wa

łęsa zaproponował związkowcom najpierw Bogdana Borusewicza, a kiedy 

Borusewicz odmówi

ł, Wałęsa wpadł na pomysł, żeby na to stanowisko spróbować 

przesun

ąć jednego z wiceprzewodniczących związku – Lecha Kaczyńskiego. I ta 

propozycja przepad

ła, gdyż Kaczyński oświadczył, że nie chce być przesuwany

Uchwa

ła KK NSZZ “S” uznała zmiany własnościowe za główny kierunek reform. 

Domaga

ła się wprowadzenia bonów prywatyzacyjnych dla obywateli, a wypłaty z 

zysku powy

żej 8,5 proc. miałyby się odbywać w postaci obligacji i akcji. 

Niez

ły nastrój zmąciło oświadczenie, które na ręce Komisji Krajowej “S” złożyli 

przedstawiciele Sekcji W

ęgla Kamiennego, żądając natychmiastowego zajęcia się 

problemami górnictwa i górników – pod rygorem strajku generalnego. Nie 
zwa

żając na fatalne nastroje społeczne, “Rzeczpospolita” 13 grudnia piórem 

redaktora naczelnego Dariusza Fikusa napisa

ła euforycznie, że oto pogrzebana 

zosta

ła stara, zmurszała struktura państwa wszechobecnego i wszechwładnego – 

teraz mamy pa

ństwo cacane funkcjonalne i demokratyczne. “Życie Gospodarcze” 

obiektywniej ocenia

ło rzeczywistość. Dziennikarze tego tygodnika pisali, że wielu 

ludzi nabiera przekonania, 

że nie odzyska utraconego (nędznego) standardu 

życia. Społeczeństwo stało się bierne i zagubione. Po 40 latach rządów 
komunistycznych nie wiadomo ju

ż komu ufać, komu wierzyć. Ludzie mówią “stary 

system pozosta

ł”.  

Gazety opublikowa

ły projekt ustawy o przedłużenia życia podatku od 

ponadnormatywnych wynagrodze

ń, tzw. popiwku. Z podatku miały być zwolnione 

zupe

łnie firmy prywatne, skomercjalizowane, czyli przekształcone w 

jednoosobowe spó

łki skarbu państwa, jako podążające drogą ku prywatyzacji 

zdecydowano ob

łożyć “popiwkiem” 50-proc., natomiast na przedsiębiorstwa 

pa

ństwowe podatek spadał pełnym 100-proc. kamieniem. W fabrykach, które w 

ten sposób zmuszano do prywatyzacji albo do upadku, zawrza

ło. Tadeusz 

Grochowski, dyrektor Warszawskiej Fabryki Pomp, s

łał petycje, że “popiwek” jest 

dra

ństwem, nie ma nic wspólnego z ekonomią ani zasadami zdrowego rynku - to 

ohydny pa

ństwowy kaganiec narzucony na zakłady państwowe. Inni dyrektorzy 

fabryk próbowali dowodzi

ć, że produkcja nie zależy od formy własności, tylko od 

tego, kto i w jaki sposób firm

ą kieruje, że gwałcone są zasady demokracji w 

gospodarce. 

Rych

ło przedstawiciele KK NSZZ “S” przekonali się o tym, że pyskówki i protesty 

s

ą bezskuteczne, kiedy “strona związkowa” zasiadła do rozmów ze “stroną 

rz

ądową” w Sali Kościuszkowskiej Urzędu Rady Ministrów. Związkowcy 

przymierzali si

ę do powiedzenia tego, co myślą o popiwku i rządowych 

background image

poczynaniach w górnictwie. Rz

ąd nie pozwalał ruszyć cen węgla, choć wszystko 

wokó

ł drożało. Siłą rzeczy kopalnie wpadały w coraz większe długi. Jako podmioty 

pa

ństwowe musiały też płacić stuprocentowy “popiwek”. Na czele delegacji 

solidarno

ściowej stanął Lech Kaczyński, po tej samej stronie stołu zasiadł 

skromniutki Marian Krzaklewski – cz

łonek prezydium KK ds. sekcji branżowych, 

za nim nieogolony (dzi

ś się goli i strzyże) Michał Boni reprezentujący w Komisji 

Krajowej Region Mazowsze, za nim niewielki Emil W

ąsacz, przewodniczący 

“Solidarno

ści” w Hucie Katowice, który na pewno nie marzył nawet, że kiedyś 

zasi

ądzie po drugiej stronie stołu w randze ministra. 

Naprzeciwko “strony solidarno

ściowej” konstelacja mężczyzn była równie 

interesuj

ąca. Znajdował się tam wicepremier i minister finansów Leszek 

Balcerowicz, minister–kierownik Centralnego Urz

ędu Planowania Jerzy 

Osiaty

ński, minister pracy Jacek Kuroń wraz ze swoim doradcą w osobie Jana 

Lity

ńskiego, wkrótce supereksperta od spraw reformy emerytalnej. Nie zabrakło 

tuszy ministra przemys

łu Tadeusza Syryjczyka. Ciekawe, czy gdzieś jest rodzinne 

zdj

ęcie z tej narady? Jeśli tak - na pewno wygląda malowniczo. 

Panowie mówili - Kaczy

ński: formuła podatku o nazwie “popiwek” prowadzi do 

powa

żnych napięć. Jak długo może on funkcjonować? Wąsacz: popiwek nie 

sprzyja eksportowi, zmusza do ró

żnych wybiegów. Zatrudniać trzeba w zakładach 

żne obce spółki, bo nie można przez popiwek dać zarobić własnym 

pracownikom. Obcym p

łaci się więcej, więc wypływ pieniędzy na rynek “de facto” 

jest wi

ększy. Osiatyński: formuła podatku jest dobra, napięcia należy łagodzić. 

Balcerowicz: od lipca do pa

ździernika płace wzrosły o 40 proc., w tym płaca 

realna o 20 proc. Wzrost p

łac przekraczający pewien poziom prowadzi do wzrostu 

popytu, wzrostu cen, nast

ępnie do spadku popytu i do bezrobocia. Popiwek w 

przysz

łym roku ma być związany przede wszystkim z formą własności. Gdyby od 

razu go znie

ść, nie byłoby dostatecznego bodźca do prywatyzacji.  

Balcerowicz by

ł szczery, ale nigdy nie udało mu się osiągnąć poziomu lidera Unii 

Polityki Realnej – Janusza Korwin-Mikkego, który po prostu ju

ż taki jest, że 

zawsze mówi to, co my

śli. Szef UPR deklaruje, że Polską gospodarkę przed 

zag

ładą może uratować jedynie program konserwatywno-liberalny. W 

przeciwie

ństwie do Balcerowicza - Mikke był (i jest) przez tłumy lubiany. Ludzie 

patrz

ą na niego chętnie, ale czy go słyszą? Zapamiętują co najwyżej 

najbarwniejsze wypowiedzi, a nie program. I tak w 1990 r. Korwin–Mikke 
nawo

ływał, żeby ograniczyć rządowe korytko, bo wtedy świnek będzie się przy 

nim gromadzi

ło mniej, a jak się korytko zlikwiduje, to nie będzie ich wcale. Czy to 

aby nie wydaje si

ę prawdziwe, analizując ostatnie 12 lat? Ale czy taką ideę można 

wprowadzi

ć w życie? Właśnie rząd SLD-UP-PSL likwiduje wiele urzędów, ale 

zobaczymy za dwa trzy lata, a mo

że i znacznie wcześniej, czy urzędników nie 

b

ędzie więcej? Bo tak to już jest, że gdzie od korytka odpędzają, niedługo 

odp

ędzanie się skończy, a zacznie zapraszanie... swoich - i trzody przybędzie. 

Szef UPR jako konserwatywny libera

ł i legalista oświadczył, że szanuje 

uchwalone prawo, w tym ustaw

ę o prywatyzacji, ale uważa, że należałoby 

upro

ścić struktury systemu gospodarczego, administracji i budżetu. Ministerstw 

powinni

śmy mieć najwyżej pięć: Spraw Zagranicznych, Wojny i Pokoju, 

Gospodarki Terenami i Ochrony 

Środowiska, Skarbu i Sprawiedliwości. Po 

background image

ca

łkowitym sprywatyzowaniu sfery budżetowej, jak i gospodarki, zniesieniu 

zasi

łków dla bezrobotnych i innych – według posła UPR Mikkego – szkodliwych 

wydatków, uproszczeniu uleg

łby budżet. Podatki poseł Mikke proponował 

zredukowa

ć do pogłównego, gruntowego i od wartości nieruchomości. Znikłyby 

obrotowe, dochodowe, od wynagrodze

ń, spadków, kupna-sprzedaży, wartości 

dodanej, konsumpcyjne; nie by

łoby popiwku etc. Do tej pory po raz drugi 

konserwatywno-liberalna UPR w III RP nie zdo

łała wprowadzić do Sejmu ani 

jednego pos

ła. Mimo że Korwin-Mikke obiecywał zadbać o stworzenie funduszu 

rentowego i emerytalnego (deklarowa

ł to w Filharmonii w Krakowie, będąc 

kandydatem na prezydenta) z 30 proc. akcji prywatyzowanych przedsi

ębiorstw. 

Pod koniec 1990 r. Janusz Korwin-Mikke otrzyma

ł nagrodę Stowarzyszenia 

Dziennikarzy Polskich za swoje prowokacyjne, szczere do bólu felietony. Nale

żało 

si

ę. 

Górnicy tymczasem dalej wyk

łócali się z rządem o popiwek nałożony na kopalnie. 

W podatek od ponadnormatywnych wynagrodze

ń wpadło – tak się wówczas 

mówi

ło - 28 kopalń na 71 istniejących. Syryjczyk i Lityński postanowili, że 

górnikom nie popuszcz

ą, szumieli “za komuny”, ale teraz, w demokracji, kiedy 

powalona zosta

ł zmurszała struktura państwa redaktora Fikusa, od destrukcji tego 

pa

ństwa im wara. Z górnikami rozmawiał Syryjczyk, który umiał robić do Kuronia 

(a po kilku latach do Hanny Suchockiej) ma

ślane oczka, ale do ludzi z dołów 

(kopalni) przemawia

ł oschle, w starym stylu jeśli nie ma wniosków 

konstruktywnych, to ko

ńczymy. Delegacja górniczej “Solidarności”, z lekka 

p

łaszcząc się przed ministrem, niezgrabnie oponowała na dywanach: - 

Chcieliby

śmy, żeby wyrażenie woli odbyło się na najwyższym rządowym 

szczeblu. Syryjczyk: - Nie s

ądzę, żeby wymiana osób mogła coś zmienić. Jestem 

upowa

żniony do rozmów. Górnicy: - Ale faksy gdzieś utykają, informacja jest 

blokowana... Syryjczyk: - Do widzenia, do widzenia

Na drugi dzie

ń strajkowało 30 kopalń. Senat nie mógł sobie pozwolić, żeby dalej, 

milcze

ć w sprawie górnictwa i wysmażył epistołę: dając wyraz niepokojom w 

górnictwie, wzywamy rz

ąd do podjęcia niezwłocznych działań zmierzających do 

zlikwidowania opó

źnień w rozliczaniu dotacji oraz przyspieszenia reformy w 

górnictwie. Nie jest bowiem rzecz

ą sprawiedliwą obarczanie górników 

konsekwencjami dzia

łań, na które nie mają żadnego wpływu. Mimo tej mowy-

trawy (tak apel Senatu okre

ślili górnicy) wypłaty tzw. barbórkowe miały miejsce 

tylko w niektórych kopalniach. W kopalni Kazimierz-Juliusz w Sosnowcu 
kontynuowano g

łodówkę.