background image
background image

JAYNE  A N N KRENTZ 

Czarodziejka 

Z morskiej piany 

background image

ROZDZIAŁ 1 

Róża,

 przebita igłą, pojawiła się na progu domu Kimberly 

Sawyer pewnego ranka. Darius Cavenaugh, mężczyzna 
o szmaragdowych oczach, zjawił się następnego dnia wieczo­

rem. Oba te zdarzenia miały zmienić życie Kim. 

Początkowo nie widziała w tym nic dziwnego, że ktoś 

podrzucił jej różę... no, może poza jednym drobnym szcze­
gółem: nie zostawiono przy niej żadnego liściku. Znalazła ją, 
kiedy rano otworzyła drzwi, żeby pójść na plażę. Mile zasko­
czona i lekko zaintrygowana - jak to kobieta - podniosła 

szkarłatny kwiat i umieściła go w starej butelce po winie. 
Pomyślała, że będzie się ładnie prezentował na parapecie, za 
maszyną do pisania. 

Następnego ranka, gdy płatki zaczęły się rozchylać, Kim­

berly podniosła wzrok znad klawiatury i dostrzegła cienką 
stalową igłę, przeszywającą sam środek kwiatu. Przemyślnie 

wbita w stulony pąk, miała się odsłonić dopiero wtedy, kiedy 
róża rozkwitnie. 

Wstrząśnięta tak wyrafinowanym aktem okrucieństwa, 

dokonanym na bezbronnej róży, Kimberly zamarła ze wzro-

background image

6 CZARODZIEJKA... 

kiem wbitym w złowieszcze ostrze, czując pełznący po ple­
cach zimny dreszcz. 

A potem pomyślała o Dariusie Cavenaughu. 
Przypomniała sobie jego smagłą twarz o ostrych rysach 

i przenikliwych, szmaragdowych oczach. 

Nie spuszczając wzroku z igły, zaczęła drżącymi rękami 

szukać wizytówki, którą Darius Cavenaugh dał jej przed 
dwoma miesiącami. 

A kiedy ją znalazła, sięgnęła po słuchawkę i bez zastano­

wienia wykręciła numer. 

Dopiero wtedy dotarło do niej, że zachowuje się irracjo­

nalnie. Przecież to śmieszne! Ktoś po prostu zrobił jej głu­
pi kawał, to wszystko. Ale telefon zaczął już dzwonić 
i nim zdążyła się rozłączyć, w słuchawce zabrzmiał kobiecy 
głos: 

- Halo? 
- Przepraszam... to pomyłka... - wyjąkała, usiłując się 

wycofać. - Ja... ja wykręciłam nie ten numer. 

- Ten numer jest zastrzeżony - zimno odparła kobieta. 

- Mogę zapytać, kto go pani dał i kim pani jest? 

- Jeszcze raz przepraszam, pomyliłam się. - Kimberly, 

w panice, rzuciła słuchawkę na widełki. Ale z niej idiotka! Co 
za pomysł, żeby dzwonić do Cavenaugha tylko dlatego, że 
spotkała ją niezbyt miła przygoda! 

W końcu zdołała się jakoś opanować i teraz, patrząc na 

okaleczoną różę, zaczęła się zastanawiać, kto spośród nielicz­
nych sąsiadów mógł być autorem tak niesmacznego dowcipu. 
Szorstki, opryskliwy pan Wilcox, który mieszkał nieco dalej, 
przy plaży? Elwira Eden, podstarzała hipiska, o mentalności 
ukształtowanej przez ideologię dzieci-kwiatów? Elwira ma 

background image

CZARODZIEJKA... 7 

wprawdzie olbrzymi ogród, jednak Kimberly uznała, że to 
absolutnie niemożliwe, aby tej naiwnej, życzliwej całemu 
światu istocie mógł przyjść do głowy równie odrażający po­
mysł. A stary Wilcox, choć nie należał do ludzi szczególnie 
sympatycznych, też by Chyba czegoś takiego nie zrobił. 

Kimberly poderwała się, rozdrażniona, wsunęła ręce do 

kieszeni i podeszła do okna, z którego rozpościerał się rozle­
gły widok na ocean. 

Był to wyjątkowo odludny, dziki zakątek wybrzeża pół­

nocnej Kalifornii. Tłumy turystów z San Francisco pojawiały 
się tu dopiero w sezonie. Wczesną wiosną, wzdłuż skalistego 
wybrzeża na północ od Fort Bragg rezydowała jedynie gar­
stka stałych mieszkańców. 

Kimberly nabrała absolutnej pewności, że żadna z pozna­

nych do tej pory osób nie zdobyłaby się na coś równie przy­
krego, jak ten pseudodowcip z różą. 

- Chyba coś padło ci na mózg, Kimberly - zganiła samą 

siebie, nalewając wody do czajnika i stawiając go na kuchni. 

- To pewnie robota kogoś o wyjątkowo spaczonym poczuciu 
humoru. 

Znowu przypomniała sobie o Cavenaughu. Kim była ko­

bieta, która odebrała telefon? Może jakaś krewna albo ktoś 
z pracowników? Musiał przecież zatrudniać sporo ludzi 
w swojej winnicy. Z tego, co wiedziała od samego Dariusa 
Cavenaugha, w Napa Valley mieszkała z nim jego siostra 
Julia z synkiem Scottem oraz ciotka o imieniu Millicent. 
A może jeszcze ktoś... ? 

Na samą myśl o takiej masie ludzi, z którą człowiek, chcąc 

nie chcąc, jest związany, Kimberly przeszły ciarki. Na jej 
prywatnej liście marzeń, planów i zamierzeń otoczenie się 

background image

8 CZARODZIEJKA... 

wielopokoleniową rodziną znajdowało się na szarym końcu. 
Prawdę mówiąc, jakakolwiek rodzina, bez względu na swą 
liczebność, wydawała jej się czymś wysoce męczącym, wręcz 
niepożądanym. 

W tym momencie, naturalnym biegiem skojarzeń, przypo­

mniała sobie o brązowej kopercie, która nadeszła z pocztą 
poprzedniego dnia, i wciąż leżała na stole w kuchni. To był 
kolejny list, noszący zwrotny adres pewnej kancelarii adwo­
kackiej w Los Angeles. Po przeczytaniu pierwszego, przed 
paroma miesiącami, Kimberly postanowiła, że nie zajrzy już 
więcej do ani jednego. Jednak z jakichś niejasnych przyczyn 
nie mogła się zdobyć na to, żeby je po prostu wyrzucać do 
śmieci. 

Kiedy woda się zagotowała, Kimberly zaparzyła sobie 

olbrzymi kubek herbaty. Powinna znowu zabrać się do pracy. 
Już i tak poświęciła zbyt wiele uwagi temu głupiemu incy­
dentowi z różą. Bohaterowie jej książki zdawali się przywo­
ływać ją do porządku. Zmarszczyła w skupieniu brwi i za­
siadła do maszyny, żeby dokończyć trzeci rozdział. 

Na jakiś czas udało jej się zapomnieć o nieszczęsnej róży. 

Kiedy jednak po godzinie podniosła nieobecny wzrok znad 
klawiatury, przyłapała się na tym, że zamiast głowić się nad 
rozwikłaniem karkołomnych zawiłości intrygi, wpatruje się 
w szkarłatny kwiat. 

Igła została umieszczona między płatkami celowo. Nie 

warto nawet wmawiać sobie, że to czysty przypadek. Fakt, że 
róża znalazła się akurat na progu jej domu, również nie był 
przypadkowy. 

Samotny promień słońca wyłuskał spomiędzy płatków 

ostrze, które na moment zalśniło złotym blaskiem. W chwi-

background image

CZARODZIEJKA.., 9 

lę później niebo zasnuły nadpływające znad oceanu ołowiane 
chmury. Promyk zgasł, ale igła wciąż rzucała stalowe błyski. 

Kimberly pomyślała, że właściwie powinna bez skrupu­

łów pozbyć się i kwiatu, i listu od adwokata. Pytania, które 
zrodziły się wraz z pojawieniem się na progu jej domu tej 
dziwnej róży, natarczywie domagały się odpowiedzi, spra­
wiając, że nie potrafiła przejść do porządku dziennego nad 
całym incydentem. 

Przyłapała się na tym, że znowu spogląda w kierunku 

telefonu. Bez zastanowienia podniosła słuchawkę i pospiesz­
nie -jakby z obawy, że się jeszcze rozmyśli - wykręciła nu­
mer widniejący na wizytówce. 

- To śmieszne - mruknęła, wsłuchując się w cichy syg­

nał. Wzięła głęboki oddech i szybko rozłączyła się, zanim 
ktokolwiek w Napa Valley zdążył odebrać. 

Jednak przez całe popołudnie myśli Kimberly nie przesta­

wały krążyć wokół osoby Dariusa Cavenaugha oraz okale­
czonej róży stojącej na parapecie. Parokrotnie przyłapała się 
na tym, że sięga po słuchawkę, jakby jakaś dziwna siła naka­
zywała jej to uczynić. I za każdym razem, z pogardliwym 
prychnięciem, odkładała słuchawkę na widełki. Przecież nie 
wypada dzwonić do Cavenaugha. Nie z tak błahego powodu. 

Około piątej dobrnęła wreszcie do końca trzeciego roz­

działu. Tego dnia wyjątkowo trudno było jej się skoncentro­
wać. Z uczuciem ulgi nakryła maszynę pokrowcem. Tymcza­

sem nad oceanem zgromadziły się burzowe chmury. Na dwo­
rze gwałtownie pociemniało, a silne podmuchy wiatru zaczę­
ły wściekle atakować mały domek. 

Kimberly włączyła kilka dodatkowych lamp, żeby rozjaś­

nić mrok, po czym rozpaliła ogień w starym, kamiennym 

background image

10 CZARODZIEJKA... 

kominku. Awarie prądu podczas burzy zdarzały się dość czę­

sto, a ona nie miała najmniejszej ochoty szczękać zębami 
w ciemnościach. 

Gdy rozpalała ogień, a także później, kiedy szykowała 

w kuchni kolację, z trudem panowała nad narastającym 
poirytowaniem. 

Przywykła od dawna do braku towarzystwa, Kimberly 

znajdowała zazwyczaj kojącą przyjemność w samotnie spo­
żywanych posiłkach. Nalała sobie kieliszek merlota z winni­
cy Cavenaughow i popijając wino, przygotowała zapiekankę 
z ziemniaków i półmisek sałaty. Po kolacji skończy wreszcie 
to cudownie kiczowate powieścidło, które zaczęła czytać 
ubiegłego wieczoru. 

Nakryła starannie do stołu, po czym wyjęła z pieca swoją 

ulubioną zapiekankę z masą kwaśnej śmietany, tartego sera, 
czarnych oliwek, mielonych orzechów i pieprzu. Idąc po bu­
telkę pikantnego sosu, od którego była mile uzależniona, 
ponownie napełniła kieliszek. 

Butelkę wina Merlot Cavenaugh kupiła przed tygodniem, 

wiedziona jakimś dziwnym odruchem, gdy tylko pojawiło się 
ono na półkach sklepiku w najbliższym miasteczku. Była to 
dość kosztowna zachcianka, a ona rzadko pozwalała sobie na 
dodatkowe wydatki, ograniczając się na ogół do niezbęd­
nych. Pisarze utrzymujący się z tantiem to na ogół koneserzy 
win sprzedawanych w wielkich butlach z blaszaną nakrętką. 
Żeby otworzyć merlota z winnicy Cavenaughow, musiała 

przetrząsnąć wszystkie szuflady w poszukiwaniu korkocią­
gu, którego z reguły nie potrzebowała. Wino okazało się wy­

śmienite, co zresztą wcale jej nie zdziwiło. Wszystko, do 
czego wziął się Darius Cavenaugh, musiało być zrobione 

background image

CZARODZIEJKA... 11 

dobrze. A nawet więcej niż dobrze - doskonale. Od początku 
do końca. Spędziła w towarzystwie Dariusa zaledwie kilka 

godzin, czas ten jednak wystarczył, by Kimberly przekonała 
się, że dążenie do perfekcji to podstawowa cecha charakteru 
tego mężczyzny. 

Miała nadzieję, że dodatkowe pół kieliszka, które zafun­

dowała sobie tego wieczora, pozwoli jej pozbyć się napięcia, 
a jednak się pomyliła. 

Właśnie zamierzała wbić widelec w chrupiącą skorupkę 

smakowicie pachnącej zapiekanki, gdy światło zamigotało, 
a zaraz potem zgasło. 

- Niech to diabli - mruknęła z westchnieniem. - Chyba 

jednak nie skończę dziś tego czytadła. 

W oddalonym rogu pokoju trzasnęło płonące polano. 

Kimberly wzięła talerz, butelkę z sosem oraz kieliszek i ru­
szyła w stronę ognia, zdecydowana dokończyć kolację przy 
kominku. 

Kiedy znalazła się w połowie pokoju, usłyszała warkot 

samochodu na podjeździe. Szum silnika wzbił się na moment 
ponad głuche wycie wiatru, a potem umilkł. Ktoś wybrał 
sobie wyjątkowo niestosowną porę na wizytę. 

Po chwili rozległo się pukanie. Kimberly zdążyła już od­

stawić talerz i podeszła do drzwi, żeby wyjrzeć przez wycięte 
w nich małe okienko. Niestety, ciemność spowiła stojącą na 
ganku postać. 

- Kto tam? - W głosie Kimberly zabrzmiała obawa. 
Wprawdzie okolica uchodziła za bezpieczną, poza pew­

nym zdarzeniem, które miało miejsce dwa miesiące temu, 

jednak tego wieczoru Kimberly była podenerwowana i nie­

spokojna. Incydent z różą wytrącił ją z równowagi bardziej, 

background image

12 CZARODZIEJKA.,, 

niż się tego mogła spodziewać. Za drzwiami panowała cisza. 
Może ten ktoś nie usłyszał pytania? Kimberly, z duszą na 
ramieniu, przekręciła klucz i uchyliła drzwi, zamknięte na 
łańcuch. 

- Kto tam? - zapytała surowym tonem, wyglądając przez 

szczelinę. 

Stojący w ciemnościach mężczyzna odwrócił głowę. Po­

świata padająca z kominka wydobyła na moment z mroku 
twarz wieczornego gościa. Głęboko osadzone oczy, w dzień 
szmaragdowozielone, spojrzały przenikliwie na Kimberly. 

- To ja, Cavenaugh - odpowiedział. 
- Cavenaugh - powtórzyła z ulgą, przypominając sobie 

ich ostatnie spotkanie. Nagle, z niepojętej przyczyny, poczuła 
się wzruszona. 

Patrzyła na niespodziewanego gościa, a wiatr świstał i za­

wodził podobnie jak tamtej nocy dwa miesiące temu, kiedy to 
znalazła się w dramatycznej sytuacji, która doprowadziła 
do ich spotkania. Po chwili otrząsnęła się i uświadomiła so­
bie, że Cavenaugh pewnie już przemarzł na ganku. Otworzy­
ła drzwi z łańcucha i wpuściła go do środka. Gdy wszedł do 
pokoju tonącego w ciepłym blasku ognia, cofnęła się i stała, 
patrząc na niego bez słowa, jakby wciąż dziwiła ją jego 
obecność. 

- Co za zbieg okoliczności, że zjawia się pan właśnie 

dzisiaj - odezwała się w końcu, wskazując mu wygodny fotel 
przed kominkiem. - Myślałam dziś o panu. Co pan robi w tej 
okolicy? Przyjechał pan w sprawie tego zamieszania sprzed 
dwóch miesięcy? Proszę mi dać swoją kurtkę. Nie ma prądu, 
ale rozpaliłam na kominku, więc w domu jest ciepło. Właśnie 
miałam coś zjeść. Jadł pan już kolację? 

background image

CZARODZIEIKA,,. 13 

Kiedy Cavenaugh bez słowa podał jej zamszową kurtkę, 

Kimberiy uświadomiła sobie poniewczasie, że z niewiadomej 
przyczyny paple jak najęta. Przecież to do niej niepodobne. 
Zła na siebie zamilkła i wzięła z jego rąk kurtkę, która zacho­
wała jeszcze w sobie ciepło pochodzące od silnego, szczupłe­
go ciała Dariusa i ślad jego zapachu. W chwili gdy poczuła 
ten specyficzny zapach, Kimberiy pojęła, że musiał on jej 
zapaść głęboko w pamięć. 

Co za żenująco intymne odczucia wzbudzał ten prawie jej 

nie znany mężczyzna! Człowiek, z którym zetknęła się tylko 
raz, z okazji owego wydarzenia sprzed dwóch miesięcy. 

- Sądzę - powiedział spokojnie Cavenaugh, sadowiąc się 

w fotelu - że pani o mnie nie tylko myślała. 

Kimberiy powiesiła w korytarzyku kurtkę i wróciła do 

pokoju. 

- O czym pan mówi, na Boga? - spytała zaskoczona. 
- To pani dzwoniła dziś rano, prawda? Kiedy Julia powie­

działa mi, że telefonowała jakaś kobieta, która upierała się, że 
to pomyłka, odniosłem wrażenie... - Urwał i uśmiechnął się. 
- A później telefon znowu zadzwonił, ale ktoś zrezygnował 
w ostatniej chwili i odłożył słuchawkę, zanim zdążyłem ode­
brać. To była pani, prawda? 

Jasne brwi Kimberiy połączyły się w jedną, długą kreskę. 

Wolnym krokiem poszła do kuchni, wyjęła drugi kieliszek 
i napełniła go winem. 

- Skąd pan to wie? 
- Domyśliłem się. Mój numer jest zastrzeżony, dlatego 

rzadko trafiają się pomyłki. A dwa czy trzy takie przypadki 
w ciągu jednego dnia to już trochę podejrzane. Jakiś wewnę­
trzny głos podpowiedział mi, że to pani. Nie mówiąc już 

background image

14 CZARODZIEJKA.. 

o tym, że nie znam nikogo, kto by się wahał, czy do mnie 
zadzwonić, czy nie. - Usta wykrzywił mu lekki grymas. -
Ludzie na ogół nie mają najmniejszych skrupułów i potrafią 
do mnie wydzwaniać z byle powodu. 

- Ale pan do mnie nie zatelefonował, żeby się upewnić, 

czy to ja - zauważyła spokojnie, wracając na swoje miejsce 
przed kominkiem. 

Wyciągnął rękę po kieliszek, który mu podała, i uniósł go 

pod światło. Ciepły blask ognia rozjaśnił rubinowy płyn. Ca-
venaugh mierzył go przez chwilę oczami znawcy, a potem 
upił mały łyk. 

- Świetne wino - powiedział, patrząc na Kimberly ponad 

szkłem. 

- Powinno być świetne. W końcu to Merlot Cavenaugh 

- zauważyła. - Kosztowało mnie połowę moich wpływów 

z tantiem. 

- Wiem. - Z uśmiechem obrócił w palcach kieliszek. -

Musiała pani wiedzieć, że przyjadę dziś wieczorem. 

Kimberly aż zamrugała ze zdumienia. 
- Niby skąd miałam to wiedzieć? 
- Z tego samego powodu, z jakiego ja domyśliłem się, że 

to pani dzwoniła dziś rano. - Nie spuszczając z niej wzroku, 
upił kolejny łyk. 

- Zbieg okoliczności - zapewniła go sucho. Jego słowa 

znowu obudziły w niej jakieś krępujące skojarzenia. Miała tę 
butelkę w kredensie od kilku dni, obok paru innych. To rze­
czywiście dość dziwne, że otworzyła ją akurat tego wieczora. 
Chociaż... - No, może to coś więcej niż czysty przypadek 
- przyznała. - Rzeczywiście myślałam dziś o panu. Ma pan 
rację. To ja dzwoniłam. A co do wina: pana nazwisko wciąż 

background image

CZARODZIEIKA... 15 

mi chodziło po głowie, więc kiedy wybierałam alkohol, auto­
matycznie sięgnęłam po butelkę Merlot Cavenaugh. 

- Automatycznie - powtórzył, kiwając głową. - To prze­

cież klasyczny przykład oddziaływania na podświado­
mość. Muszę wspomnieć moim konsultantom od reklamy 
o tej technice. 

- A czemu pan do mnie nie zadzwonił, żeby sprawdzić, 

czy to nie ja byłam tą tajemniczą osobą? - zapytała, po czym 
sięgnęła po talerz. - Jest pan głodny? 

- Owszem, chętnie bym coś zjadł. Jestem prosto z drogi. 
- Ma pan ochotę na zapiekankę z ziemniaków i sałatę? 
- Czy to jest to? - Uważnym wzrokiem zlustrował zawar­

tość półmiska, niczym jakąś obcą formę materii. - No cóż, 

jestem na tyle głodny, że mogę zaryzykować. 

Kimberly przyniosła drugi talerz, a potem precyzyjnie po­

dzieliła na dwie części wciąż gorące ziemniaki. 

- No więc? - zapytała. 
- Więc co? - Cavenaugh wziął z jej rąk talerz, a potem 

patrzył zafascynowany, jak obficie skrapiała sosem swoją 
porcję. 

- Czemu nie zatelefonował pan do mnie, żeby się dowie­

dzieć, czy to ja dzwoniłam? 

- Już od tygodnia planowałem sobie, że tu wstąpię. Kiedy 

doszedłem do wniosku, że to była pani, postanowiłem nie 
odkładać wizyty na weekend i przyjechać jeszcze dziś wie­
czorem. - Zdecydowanym ruchem wbił widelec w plasterek 

ziemniaka. - Co jest w tej potrawie? 

- Wszystko, co tylko przyszło mi do głowy. 
- Intrygujące. 
- To zapiekanka według mojego własnego przepisu - po-

background image

16 CZARODZIEJKA... 

wiedziała z uśmiechem. - Jedną z wielu korzyści płynących. 
z życia w samotności jest to, że można jeść, co się chce 
i kiedy się chce. Może trochę sosu? 

Po krótkim zastanowieniu Cavenaugh wziął butelkę. 
- Czemu nie? Jak już iść, to na całego. Lubi pani swoją 

samotność, prawda? - zapytał, patrząc na Kimberly. - Zrozu­
miałem to już wtedy, dwa miesiące temu, kiedy się poznali­
śmy. Jest pani całkowicie samowystarczalna. Zawsze była 
pani sama? 

Potrząsnęła z uśmiechem głową, jakby jego słowa ją roz­

bawiły. 

- Szczerze mówiąc, nie uważam się za samotnicę. Jestem 

po prostu niezależna i przywykłam robić wszystko wedle 
własnego uznania. W ten sposób zostałam wychowana. Przez 
wiele lat byłyśmy z matką tylko we dwie. Panu, otoczonemu 
zawsze rodziną i zatrudniającemu wielu pracowników, pew­
nie wydaje się to dziwne. Z mojego punktu widzenia, tego 

rodzaju nieustanna presja jest nie do przyjęcia. Doprowadzi­
łaby mnie w końcu do szału! 

- Presja? 

Skinęła głową. 

- Liczna rodzina pociąga za sobą szereg zobowiązań. 

A w pańskim przypadku w grę wchodzą też dodatkowe ob­
ciążenia, związane z zarządzaniem winnicą. Część jej pra­
cowników z czasem nabrała pewnie statusu niemal domow­
ników. Mówił mi pan, że winnice Cavenaughow istnieją od 
wielu, wielu lat, więc podejrzewam, że związały się z nimi 
kolejne pokolenia. 

Cavenaugh pokiwał głową, a jego zielone oczy uważnie 

prześlizgnęły się po jej twarzy, oświetlonej blaskiem płomieni. 

background image

CZARODZIEJKA.,, 17 

- Ma pani rację. Człowiek w mojej sytuacji ma pewne 

zobowiązania. 

- No cóż - powiedziała Kimberly po namyśle - przynaj­

mniej jest pan na samym wierzchołku, a nie na dole tej pira­
midy. Jak się już musi żyć wśród takiej masy ludzi, lepiej, jak 
sądzę, być tym, który rządzi. 

- Owszem, ma to swoje zalety - przyznał chłodno. - Jed­

nak odnoszę wrażenie, że nie chciałaby się pani ze mną 
zamienić. 

- Za nic w świecie. - Podobna możliwość przyprawiła 

Kimberly o dreszcz. - Obawiam się, że za bardzo przywy­
kłam do wolności, jaką daje samotność. 

- Może jednak nie miałaby pani nic przeciwko temu, 

żeby dzielić życie z jakimś innym samotnikiem? 

Kimberly zawahała się. 
- Na jakiej podstawie pan tak twierdzi? 
- Przeczytałem dwie pierwsze książki z serii o Amy Soli­

taire. ,Błędne koło" i,Nie dokończona sprawa". 

Kimberly z uśmiechem pokręciła głową. 
- Zaskakuje mnie pan. Nie podejrzewałabym pana o to, 

że znajdzie pan w nich coś dla siebie. 

- Jako dłużnik autorki odczułem pewnego rodzaju cieka­

wość, związaną z jej osobą - odparł z uśmieszkiem Cave-
naugh. - A czytanie pani książek w pewnym sensie tę cieka­
wość zaspokaja. 

- No i czego się pan z nich dowiedział? - zapytała, żałując 

że w ogóle padło między nimi słowo „dłużnik". Choć, prawdę 
mówiąc, tego dnia parokrotnie wspominała jego obietnicę re­
wanżu. Myśl ta nie opuszczała jej od chwili, gdy pomiędzy 
rozchylającymi się płatkami róży ujrzała połyskującą igłę. 

background image

18 CZARODZIEJKA... 

Kimberly doskonale pamiętała słowa, które Darius Cave­

naugh wypowiedział dwa miesiące temu. Powracały do niej 
przez cały dzień: „Niech mi pani da słowo honoru, że jeżeli 
kiedykolwiek będzie pani potrzebowała pomocy, zwróci się 
pani do mnie, a ja zrobię wszystko, żeby się pani odwdzię­
czyć. Zrozumiała mnie pani, Kimberly Sawyer? Przyjadę na 
pewno, choćby na koniec świata". 

Już wtedy, dwa miesiące temu, jego gorejące spojrzenie 

powiedziało jej, że Cavenaugh nie zwykł rzucać słów na 
wiatr. Jednak przez myśl jej nie przeszło, że będzie kiedykol­
wiek zmuszona do niego dzwonić. Co więcej, jakiś wewnę­
trzny głos ostrzegał ją, że jeśli do niego zatelelefonuje, może 

się to okazać dla niej niebezpieczne. To właśnie dlatego wciąż 

odkładała słuchawkę. 

- Z książki „Nie dokończona sprawa" dowiedziałem się, 

że Amy Solitaire jest zdolna do wielkich namiętności, nawet 

jeśli ma pełne ręce roboty w związku ze śledztwem w spra­

wie pewnego wyższego rangą urzędnika, który popełnił mor­

derstwo. A ponieważ nie uśmierciła pani pod koniec książki 
kochanka Amy, Josha Valeriana, rozumiem, że pojawi się on 

jeszcze w kolejnym tomie. 

Kimberly skończyła swoją porcję zapiekanki i z uśmie­

chem odsunęła talerz. 

- Muszę przyznać, że nawet go polubiłam. 
- Amy Solitaire też go lubiła. 
- Hm - niezobowiązująco mruknęła Kimberly. 
- Czy dlatego, że jest taki podobny do niej samej? To on 

w końcu zostanie partnerem pani bohaterki, prawda? Dosko­
nale zgrana para kochanków, zjednoczonych przeciwko całe­
mu światu, całkowicie niezależnych i samowystarczalnych. 

background image

CZARODZIEJKA... 19 

Ludzie, którzy nigdy nie dadzą się wciągnąć w prozaiczne 
kłopoty życia codziennego. 

- Idealny związek, nie uważa pan? - stwierdziła Kimber-

ly wygodnie rozsiadając się w fotelu. - Moim zdaniem Amy 
Solitaire i Josh Valerian osiągnęli ten rzadki stopień porozu­
mienia, w którym słowa nie są im już potrzebne, bo jedno 
potrafi czytać w myślach drugiego. 

- Czy rzeczywiście wierzy pani, że tego rodzaju idealne 

porozumienie między ludźmi jest możliwe? - zapytał cicho 
Cavenaugh. 

- A niby czemu nie? 
- Między mężczyzną a kobietą istnieją fundamentalne 

różnice, jeśli nie zdążyła pani dotąd tego zauważyć. I nie 

mam na myśli jedynie oczywistych różnic biologicznych. 
My... my po prostu myślimy w inny sposób. 

Zerknęła na niego, zdumiona pewnością siebie, z jaką wy­

głaszał swoje sądy. 

- Może w prawdziwym życiu to nierealne i człowiek nie 

powinien się spodziewać tego rodzaju idealnego porozumie­
nia. Ale cała przyjemność bycia pisarką polega na tym, że 
w moich powieściach mogę stworzyć świat fikcji według 
własnych zapatrywań, oczekiwań i poglądów, również w od­
niesieniu do więzi łączącej kobietę i mężczyznę 

Usta Cavenaugha drgnęły w kpiącym uśmiechu. 
- Oto doskonały przykład na to, dlaczego w życiu nie 

może być mowy o idealnym porozumieniu między kobietą 
a mężczyzną. Kiedy mówi pani „idealne porozumienie", 
pierwsza rzecz, jaka przychodzi mi do głowy, to żeby pójść 
z panią do łóżka. Żeby widzieć panią nagą i kompletnie zatra­
coną w namiętności. Ale nie o to pani chodziło, prawda? 

background image

20 CZARODZIEJKA... 

- Nie - odparła, czując, że mimowolnie oblewa się ru­

mieńcem. Zapatrzyła się w ogień. - Nie o to mi chodziło. 

- Pani zdaniem, idealne porozumienie to coś w rodzaju 

telepatii, prawda? To umiejętność czytania w myślach dru­
giej osoby. I jeszcze coś więcej: pełna akceptacja jej po­
glądów. 

- Przyznaję, że jest to model idealny, a nie realistyczny. 

Jak już powiedziałam, na szczęście jestem pisarką i mogę 

stwarzać tak idealne sytuacje. 

- Czy nie obawia się pani, że traci pani w życiu coś napra­

wdę istotnego, zamykając się w kręgu powieściowej fikcji? 

- Wybrałam samotne życie, Cavenaugh, ale to nie ozna­

cza, że spędzam cały mój czas samotnie lub w towarzystwie 
moich powieściowych bohaterów - poinformowała go lodo­
watym tonem. 

- Ale dopóki nie znajdzie pani pokrewnej duszy, nie zde­

cyduje się pani na trwalszy związek z mężczyzną, prawda? 

Kimberly poczuła, że ma już dość tej absurdalnej konwer­

sacji. 

- Myślę, że najwyższa pora zmienić temat. Czemu za­

wdzięczam pańską wizytę? 

- Mało brakowało, a dziś by mnie pani wezwała - powie­

dział. - A poza tym, chciałem panią odwiedzić. Tydzień temu 
doszedłem do wniosku, że nie będę już dłużej odwlekać 
pewnych spraw. 

- Jakich spraw? - W głosie Kimberly zabrzmiała nuta 

niepokoju. 

- Dotyczących ciebie i mnie - odparł po prostu. - Pod­

czas minionych dwóch miesięcy dużo o tobie myślałem, Kim 
- mówił dalej, porzucając oficjalną formę i nie spuszczając 

background image

CZARODZIEJKA... 21 

wzroku z jej twarzy. Malujące się w jego oczach przesłanie 

było zupełnie jednoznaczne. 

Kimberly patrzyła na niego, na jego kruczoczarne włosy, 

rozświetlone blaskiem ognia, na srebrne nitki na skroniach, 
i nie wiadomo dlaczego przyszedł jej na myśl ocean skąpany 
w blasku księżyca. Darius Cavenaugh musiał już dość dawno 
przekroczyć trzydziestkę, a przeżyte lata odcisnęły piętno na 

jego surowych rysach. 

Ciało miał szczupłe, zahartowane ciężką pracą w winni­

cach Cavenaughow. Jednak atrakcyjna powierzchowność to 
nie wszystko, co składało się na magnetyzm tego mężczyzny. 
Darius sprawiał wrażenie człowieka błyskotliwego, inteli­
gentnego, a ponadto zdolnego do wielkich namiętności. Na­
gle zadała sobie pytanie, po co właścicielowi winnic taka nie 
dająca się zakwestionować wewnętrzna siła? 

Biała koszula, dżinsy i znoszone, skórzane buty, które 

miał na sobie tego wieczora, bynajmniej nie świadczyły o for­
tunie, a z pewnością musiał ją posiadać. Natomiast jego pro­
sty strój w jakiś dziwny sposób oddziaływał na zmysły Kim­
berly. 

- O czym myślisz? - zapytał, gdy zapadła cisza. 
- Że nie wyglądasz na producenta win - odparła sucho. 

Cavenaugh zmrużył oczy. 
- Pewnie dlatego, że nie zawsze nim byłem. Ale to już 

inna sprawa. Zapomnijmy o interesach. Dlaczego chciałaś 
dziś do mnie zadzwonić? 

Westchnęła, a jej wzrok mimowolnie powędrował w kie­

runku parapetu, który tonął teraz w mroku. 

- Właściwie to głupstwo. 
- Nie wierzę. Może i masz jakieś dziwne wyobrażenia na 

background image

22 CZARODZIEJKA... 

temat związku między kobietą a mężczyzną, ale przecież nie 

jesteś głupia. Moja rodzina ma wobec ciebie poważny dług 

wdzięczności, który ciężko będzie spłacić. A ja gotów jestem 
zrobić wszystko, żeby te zobowiązania pomniejszyć. 

Kimberly poruszyła się nerwowo w fotelu. 

- Wolałabym, żebyś nie mówił w ten sposób. Zważywszy 

na okoliczności, postąpiłam racjonalnie. Nic ponadto. 

- Uratowałaś życie mojemu siostrzeńcowi. A tak przy 

okazji, Scott przesyła ci pozdrowienia. Kiedy mu powiedzia­
łem, że wybieram się do ciebie nad morze, prosił, by ci 
powtórzyć, iż chciałby którejś nocy pobawić się jeszcze raz 
w „ucieczkę". 

Kimberly z westchnieniem wzniosła oczy do nieba. 
- Powiedz mu, że następnym razem będzie musiał sam się 

w to bawić. Ja już nie mam ochoty na takie przyjemności. 
Szczerze mówiąc, byłam wtedy śmiertelnie przerażona. -
Zbyt dobrze pamiętała tę noc sprzed dwóch miesięcy. Wyj­
rzała wtedy przez okno i zobaczyła światło w domu, oddalo­
nym o kilkaset jardów od jej domku. 

Stary, piętrowy budynek, położony na stromym zboczu, 

był wynajmowany wyłącznie na lato. Kimberly wydało się 
intrygujące, że ktoś zamieszkał w nim poza sezonem, a wy­
darzenia poprzedzające feralną noc tylko tę ciekawość podsy­
cały. Zobaczyła, jak pod dom zajeżdża samochód, z którego 
wysiedli mężczyzna, kobieta i małe, ciemnowłose dziecko. 
Chłopczyk miał na sobie jaskrawopomarańczową kurtkę. Ca­

ła trójka zniknęła w głębi domu i już się więcej nie pojawiła. 
Kimberly uznała to za mocno podejrzane. Po co ktoś wybrał 
się nad morze, żeby potem nie wychodzić na dwór przez bite 
trzy dni? Ludzie, którzy tu przyjeżdżali, chcieli na ogół spa-

background image

CZARODZIEJKA... 23 

cerować po plaży, szukać muszelek i oczywiście podziwiać 
piękne widoki. 

Na trzeci dzień Kimberly postanowiła złożyć sąsiadom 

wizytę, ale już w progu została dość niegrzecznie odprawiona 
przez uderzająco piękną kobietę, która dała jej jasno do zro­
zumienia, że nie życzy sobie, by im przeszkadzano. W drodze 
powrotnej Kimberly przypadkiem spojrzała w górę i w oknie, 
na piętrze, zobaczyła twarz chłopczyka, który także na nią 
patrzył. 

W tym samym momencie uświadomiła sobie, że nigdy 

w życiu nie widziała twarzy tak kompletnie bez wyrazu - czy 
to starej, czy młodej. Kiedy tak stała, patrząc na chłopca, ktoś 
nagle odciągnął dziecko od okna. 

Zaniepokojona, a zarazem zdezorientowana, natychmiast 

po powrocie do domu odszukała w książce telefonicznej nu­
mer agencji nieruchomości, która zajmowała się sprzedażą 
i wynajmem posiadłości na tym terenie. Zadzwoniła i zapyta­
ła, czy wynajmowali komuś sąsiedni dom. 

Kiedy dowiedziała się, że nie, poinformowała ich, że ktoś 

w nim zamieszkał, a oni obiecali skontaktować się z właści­
cielami i zapytać, czy nie wynajęli domu na własną rękę. Gdy 
się okazało, że właściciele wyjechali na Jamajkę i są nie­
uchwytni, agent zdecydował, że sam przyjedzie następnego 
dnia, by sprawdzić, co się dzieje. Najprawdopodobniej ktoś 
się włamał, żeby pomieszkać sobie za darmo. 

Tego dnia Kimberly niemal bez przerwy obserwowała 

sąsiedni dom. Wspomnienie pięknej i opryskliwej kobiety 

budziło niepokój. Czuła, że powinna zareagować, ale nie 
bardzo wiedziała, co właściwie mogłaby zrobić. 

Bezradność wywoływała niejasne poczucie zagrożenia, 

background image

24 CZARODZIEJKA... 

wzmagane dręczącą świadomością wyrazu pustki malującej 
się na twarzy dziecka. 

O porwaniu Kimberly dowiedziała się dopiero z wieczor­

nych wiadomości. Miało miejsce trzy dni temu. Rodzina 
dziecka usiłowała zachować tajemnicę, obawiając się o los 
chłopca, jednak media tylko sobie znanymi kanałami dotarły 
do sensacyjnego wydarzenia. 

Kimberly słuchała rysopisu chłopca z narastającym napię­

ciem, „...ciemnowłosy, a kiedy go po raz ostatni widziano, 
miał na sobie pomarańczową kurtkę". Kiedy komunikat do­
biegł końca, Kimberly miała już pewność, że chłopczyk, 
którego widziała w oknie, to Scott Emery. Jego zamożny wuj, 
Darius Cavenaugh, otrzymał właśnie od porywaczy list z żą­
daniem okupu. 

Ubiegłej nocy, podobnie jak tego wieczora, na morzu 

szalał sztorm. Kimberly próbowała skontaktować się z lokal­
ną policją, ale okazało się, że telefony nie działały. 

W tej sytuacji postanowiła pojechać do najbliższego mia­

steczka, oddalonego o kilka mil. Założyła nieprzemakalną 
kurtkę i kalosze i wyszła na dwór, trzymając w ręku kluczyki. 
Machinalnie spojrzała w stronę sąsiedniego domu i zobaczy­
ła, że na piętrze jest ciemno. Pewnie chłopczyk już spał. 

Wtedy przyszło jej do głowy, żeby zaryzykować i wspiąć 

się na dach werandy. Całkiem niegłupi pomysł. Odgłosy bu­
rzy zagłuszą wszelkie ewentualne hałasy, jakie mogłaby spo­
wodować, wdrapując się po trzeszczących belkach. 

Bez trudu wspięła się na dach werandy i podpełzła do 

okna, w którym ostatnio widziała dziecko. 

Zajrzała do środka i zobaczyła w mroku sylwetkę chłopca. 

Leżał w łóżku. Był w pokoju sam. 

background image

CZARODZIE1KA,., 25 

Kiedy cicho zapukała w szybę, przestraszył się, ale nawet 

nie pisnął, tylko spojrzał na ciemny kształt, rysujący się w ok­
nie. Kimberly ponownie zapukała. 

Scott Emery podszedł powoli do okna. Zobaczył uśmiech­

niętą twarz i rozpoznał kobietę, którą widział już wcześniej tego 
dnia. Bez wahania podporządkował się jej poleceniom. Wspól­
nymi siłami otworzyli stare okno. Ruchy chłopca były powolne 
i jakieś niezborne. Dopiero gdy okno zostało szeroko otwarte, 
Kimberly poczuła dziwny zapach. Pomyślała, że dziecko może 
być pod wpływem narkotyków. Zaczęło ją szczypać w nosie od 
gorzkiego aromatu kadzidła. Wstrzymała oddech i przeciągnęła 
chłopca przez parapet. Miał na sobie jedynie cienką piżamkę. 
Nie było czasu, żeby szukać pomarańczowej kurtki. Szeptem 
wydała mu polecenie, po czym w milczeniu zsunęli się na we­
randę, a potem pobiegli w stronę zaparkowanego samochodu. 
Tym razem krnąbrny na ogół silnik okazał się wyjątkowo uległy 
i od razu zaskoczył. W ciągu paru minut Kimberly dotarła na 
posterunek lokalnej policji. 

Podczas jazdy Scott Emery powiedział jej, że został po­

rwany przez parę czarowników. Kimberly pomyślała, że na­
rkotyczne zioła miały jednak pewien dodatni skutek, łago­
dząc emocjonalny wstrząs, jaki przeżywała większość ofiar 
porywaczy. Chłopczyk nawet nie zdawał sobie sprawy z te­
go, ile czasu minęło, odkąd został uprowadzony. Myślał tylko 
o jednym - żeby jak najprędzej spotkać się z wujkiem. Potem 

nastąpiło wielkie zamieszanie, któremu kres położyło dopie­
ro przybycie Dariusa Cavenaugha. Właściciel winnic w Napa 
Valley przyjechał odebrać siostrzeńca. 

Jeżeli nawet dziecko odurzano narkotycznymi wyziewa­

mi, to otumanienie szybko mijało. Chłopczyk ożywił się i za-

background image

26 CZARODZIEJKA... 

czął paplać o czarownikach, którzy go więzili. Wuj słuchał 
go bardzo uważnie. Policja wysłała patrol pod dom, gdzie 
chłopca przetrzymywano, ale w środku nie było już nikogo. 
Nie znaleziono też żadnych śladów, które mogłyby być po­
mocne w ustaleniu tożsamości porywaczy. Opowieść Scotta 
o tym, że był więziony przez czarowników, potraktowano 
więc jako wytwór dziecięcej fantazji albo efekt narkotycz­
nych majaków. Jedynie Darius Cavenaugh wydawał się wie­
rzyć w opowiadanie siostrzeńca. 

Tamtej nocy Kimberly spędziła kilka godzin z wujem Scotta. 

Przesłuchania i formalności zdawały się ciągnąć bez końca. Ca­
venaugh znosił to wszystko cierpliwie, z powagą, która wiele 
mówiła o nim samym. Wtedy właśnie wyczuła tkwiącą w nim 
siłę, znamionującą człowieka, na którym można polegać. Darius 
Cavenaugh należał do ludzi, którzy zawsze wypełniają swoje 
obowiązki, bez względu na związane z tym koszty. 

- Czemu dziś rano chciałaś do mnie zadzwonić, Kim? 

- powtórzył Cavenaugh. 

Kimberly zaczerpnęła tchu. 

- Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale próbowałam się do 

ciebie dodzwonić, bo ktoś podrzucił mi różę. 

Zapadło milczenie. 
- Ktoś podrzucił ci różę? - powtórzył po chwili, jakby 

chciał się upewnić, czy dobrze ją zrozumiał. 

Kimberly wstała bez słowa i podeszła do okna. Wzięła 

butelkę z tkwiącą w niej różą i wróciła do gościa. 

- Pamiętasz, co wtedy opowiadał Scott? Mówił, że był 

więziony przez czarowników - wyszeptała. 

- Pamiętam - potwierdził, oglądając z uwagą igłę, tkwią­

cą między płatkami. 

background image

CZARODZIEJKA... 27 

Kimberly usiadła. 
- Czy nie uważasz, że poniosła mnie fantazja? - spytała, 

splatając nerwowo palce. 

Cavenaugh spojrzał jej prosto w oczy. 
- Nie. Myślę, że można ten mały podarunek potraktować 

jako pogróżkę. - Znowu przyjrzał się róży. - To dlatego 

dzwoniłaś, prawda? Albo raczej próbowałaś się do mnie do­
dzwonić. Przestraszyłaś się. 

- Tak. - Co za ulga móc to głośno powiedzieć. Dopiero 

potem zwróciła uwagę na ton, jakim zadał jej to pytanie. 
Rzuciła mu podejrzliwe spojrzenie. - W jakim innym celu 
miałabym się z tobą kontaktować? 

Darius z dziwnym uśmiechem zapatrzył się w ogień. 
- Pomyślałem sobie, że może chciałabyś się ze mną spot­

kać z tego samego powodu, z jakiego ja chciałem się z tobą 
zobaczyć. 

Kimberly odniosła nagle wrażenie, że przestrzeń między 

nimi naładowana jest elektrycznością i zaraz eksploduje. 
Oszukując samą siebie, uznała, że to efekt burzowej aury. 

- Czemu chciałeś się ze mną zobaczyć? 
- Nigdy nie miałem pewności co do tego, na ile poważnie 

powinienem był potraktować opowieść Scotta - odparł z na­
mysłem Cavenaugh. - Ale jednego jestem pewien. Tamtej 
nocy, kiedy przyjechałem po niego do biura szeryfa, pozna­
łem najprawdziwszą czarownicę. Nie mogłem o niej zapo­

mnieć przez całe dwa miesiące. Powtarzałem sobie jednak, że 
lepiej będzie poczekać, aż sama zadzwoni w sprawie długu. 
Twój telefon trafił na moment, w którym się poddałem i mia­
łem do ciebie jechać. Idealna synchronizacja, prawda, Kim? 
Powiedziałbym nawet: telepatia. 

background image

ROZDZIAŁ 2 

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy Cavenaugh wyobrażał 

sobie najrozmaitsze okoliczności, w jakich Kimberly Sawyer 
mogłaby prosić go o pomoc. W większości scenariuszy cho­
dziło, rzecz jasna, o pieniądze. Przywykł już do tego, że 
ludzie prosili go głównie o wsparcie finansowe. 

Zresztą nie miałoby to dla niego większego znacze­

nia, gdyby się okazało, że Kimberly tego właśnie od niego 
chce. Na widok jej rozklekotanego chevroleta i zniszczonych 
mebli pomyślał, że taka prośba wcale by go nie zdziwiła. 
A ponieważ szukał jakiegoś pretekstu, który pomógłby mu 
zbliżyć się do niej, uznał, że równie dobrze mogą być to 
i pieniądze. 

W ostatecznym rezultacie chodzi przede wszystkim o to, 

żeby Kimberly Sawyer znowu zjawiła się w jego życiu i po­
została w nim na tyle długo, by mógł bliżej zbadać przyczyny 
tej dziwnej fascynacji, jakiej uległ w jej obecności. Miał trzy­
dzieści osiem lat i wiedział z własnego doświadczenia, że to 
zauroczenie powinno minąć wkrótce po powrocie do Napa 
Valley. Ale tak się nie stało. Coś w niej urzekło go na tyle 

background image

CZARODZIEJKA... 29 

mocno, że nie był w stanie o niej zapomnieć i czuł palącą 
potrzebę, żeby się znowu z nią zobaczyć. 

Nawet mu nie przyszło do głowy, że Kimberly, w ramach 

rewanżu, może go poprosić o coś równie prozaicznego jak 
podtrzymanie na duchu w momencie ewentualnego zagroże­
nia. A teraz, kiedy już poruszyli ten temat, Cavenaugh ze 
zdumieniem stwierdził, że nagle obudził się w nim silny in­
stynkt opiekuńczy. 

Do tej pory przyznawał się sam przed sobą jedynie do 

tego, że pragnie Kimberly. Nagła potrzeba roztoczenia nad 
nią opieki sprawiła, że innymi oczami spojrzał na ich dotych­
czasową znajomość i to, co mogłoby ich połączyć w przy­

szłości. To, co miało być z założenia proste, nieoczekiwanie 
się skomplikowało. 

W gruncie rzeczy doskonale wiedział, na czym polega 

pożądanie. Wiedział też, że czysto fizyczna namiętność szyb­
ko się wypala, a oparte na niej związki bywają z reguły nie­
trwałe. Z czymś takim umiał sobie radzić. Ponieważ w grę 
zaczynały wchodzić bardziej skomplikowane uczucia, po­
czuł się zagrożony. 

Patrząc na Kimberly oświetloną złotą poświatą bijącą od 

kominka, Cavenaugh zadał sobie pytanie, co właściwie tak 
bardzo zafascynowało go w tej kobiecie, która przypominała 
mu jakąś czarodziejkę albo wróżkę. 

Kimberly kojarzyła mu się z bursztynem. Bursztynowego 

koloru były jej długie loki, które spinała na karku w luźny 
kok. To całkiem zrozumiałe, że tej nocy, gdy się poznali, kilka 
falujących pasemek wysunęło się z węzła. Ostatecznie Kim­
berly miała wtedy za sobą burzliwe przeżycia. Ale i teraz jej 
fryzurę można by określić mianem artystycznego nieładu. 

background image

30 CZARODZIEJKA... 

Widocznie taki styl był częścią jej osobowości. Jedno Cave-
naugh wiedział na pewno: miał wielką ochotę wyciągnąć 
spinki przytrzymujące bursztynowy węzeł i patrzeć, jak wło­

sy rozsypują się jej na ramionach. Złotobrązowe czy raczej 

bursztynowe oczy Kimberly lśniły w blasku ognia palącego 

się na kominku. Podczas minionych dwóch miesięcy nieraz 
wyobrażał sobie te oczy zamglone namiętnością. 

I chociaż Kimberly nie odznaczała się oszałamiającą uro­

dą, bił od niej zniewalający, przynajmniej dla niego, urok, 
a spojrzenie znamionowało inteligencję. Pod maską pozorne­
go spokoju wyczuł żelazną siłę woli, jak również ostrożność, 
której przyczyny chętnie by poznał, zwłaszcza że Kimberly 
nie była już młodą dziewczyną. Oceniał ją na jakieś dwadzie­
ścia siedem, osiem lat. 

Sylwetka Kimberly, w miarę smukła, była przyjemnie za­

okrąglona tam, gdzie trzeba. Piersi jakby stworzone po to, by 
wypełnić męską dłoń. Cavenaugh widział ich zarys pod gru­

bym, wełnianym swetrem. A jej pupa, tak ponętna w obci­

słych dżinsach, wręcz prosiła się o to, żeby ją uszczypnąć. 

Mimo że wszystko to tworzyło wielce atrakcyjną całość, 

Cavenaugh nadal nie był w stanie pojąć, dlaczego tak bardzo 
pragnął właśnie Kimberly Sawyer. Musiało tu zadziałać coś 
zupełnie innego. 

- To chyba jakieś czary - mruknął pod nosem. 
- Wygłupiłam się - powiedziała szybko Kimberly, chcąc 

przekonać samą siebie, że Cavenaugh nie miał na myśli tego 
dziwnego napięcia, które nagle zrodziło się między nimi. 
- Chyba grubo przesadziłam z tą różą. To musiał zrobić ktoś 
o spaczonym poczuciu humoru. 

- A jednak do mnie zadzwoniłaś. 

background image

CZARQDZIEIKA... 31 

- Prawie zadzwoniłam - poprawiła go z naciskiem. -

Zmieniłam zdanie, bo doszłam do wniosku, że nie powinnam 
traktować tego tak poważnie. 

Cavenaugh spojrzał jej w oczy. 
- A jednak tu jestem. 
- Dwa miesiące temu wyjaśniłam ci, że nie masz w sto­

sunku do mnie żadnych zobowiązań. 

- Myślałem, że w grę mogą wchodzić pieniądze - powie­

dział po namyśle. 

- Co takiego? - Rzuciła mu ostre spojrzenie. 
- Pomyślałem sobie, że skoro zdecydowałaś się do mnie 

zgłosić, znalazłaś się w trudnej sytuacji materialnej. 

- Nie potrzebuję twoich pieniędzy! - obruszyła się Kim-

berly. 

- Książki o Amy Solitaire dobrze się sprzedają? 
- Dziękuję, wystarczająco. 
- Nie jestem tego taki pewien - rzekł, rozglądając się po 

skromnym wnętrzu. - Mieszkasz na tym wygwizdowie, 
gdzie diabeł mówi dobranoc, jeździsz dziesięcioletnim gru-
chotem, nosisz dżinsy, które muszą być równie stare jak twój 
samochód... - Urwał i wzruszył ramionami. - Skąd mogłem 
wiedzieć, jaki jest stan twoich Finansów? 

- Mieszkam tu, bo mi to odpowiada. Pisarze potrzebują 

izolacji i spokoju, gdybyś o tym też nie wiedział. Co do sa­
mochodu - no cóż, przyznaję, że nie jest to najnowszy model 
cadillaca, ale cadillaki nigdy mi się nie podobały. A dżinsy, 
które mam na sobie, są bardzo wygodne. Pisarze lubią ubie­
rać się wygodnie - dodała ze zjadliwą słodyczą. 

- Martwisz się, prawda? - zapytał nagle Cavenaugh. 

- Co za niezwykła domyślność. 

background image

32 CZARODZIEJKA... 

- Nie mówiąc już o tym, że się boisz - przypomniał jej. 

- Czyli wracamy do punktu wyjścia. - Wyjął różę z butelki 
i uważnie ją obejrzał. - Pewnie wiesz o tym, że jeszcze nie 

schwytali porywaczy, którzy uprowadzili mojego siostrzeńca? 

Kimberly poruszyła się nerwowo. 
- Miałam nadzieję, że coś się w tej sprawie wyjaśniło. 

- Nic. Nie ma żadnych śladów, żadnych poszlak, żadnych 

świadków prócz ciebie i Scotta, który nadal się upiera, że był 
więziony przez czarowników. Nic. - W jego głosie zabrzmiał 
tłumiony gniew. 

- W gruncie rzeczy to bardzo przygnębiające - skonstato­

wała Kimberly. 

Szmaragdowe oczy oderwały się od róży i Kimberly spo­

strzegła, jak bardzo bezlitosny przybrały wyraz. Pomyślała 
sobie, że nie chciałaby się znaleźć w skórze tych porywaczy, 

kiedy ich wreszcie złapią. 

- Przygnębiające to zbyt łagodne określenie na to, co 

odczuwam na samą myśl o tym wszystkim - powiedział su­
cho Cavenaugh. 

- Świetnie cię rozumiem. 
- Prędzej czy później ich znajdą. 
- Tych kidnaperów? Mam nadzieję. Ale jeżeli policja nie 

ma dotychczas nic... 

- Moi ludzie też nad tym pracują. 
- Twoi ludzie! Co to znaczy, na Boga? - zdumiała się 

Kimberly. 

- Nic takiego. - Cavenaugh odstawił butelkę z różą 

i sięgnął po kieliszek merlota. - W tej chwili powinniśmy 
raczej porozmawiać o twoich problemach. Uważam, że nie 
wolno ryzykować. Może ktoś chce zemścić się na tobie za to, 

background image

CZARODZIEJKA,.. 33 

że wmieszałaś się w tamtą sprawę. Mogli się dowiedzieć, że 
to ty pomogłaś Scottowi w ucieczce. Dlatego uważam, że 
tylko u mnie będziesz bezpieczna. Spakuj się i przygotuj do 
drogi. Rano wyjeżdżamy. 

Kimberly omal nie udławiła się łykiem wina. 

- Wykluczone! Nigdzie nie pojadę. Mam do napisania 

jeszcze osiem rozdziałów „Wendety", a terminy naglą. A po­

za tym mój dom jest tutaj i nie zamierzam się stąd wyprowa­
dzać. Nie mogę się tak po prostu spakować i zamieszkać 
u ciebie, a potem czekać nie wiadomo jak długo, aż złapią 
tych porywaczy! Na miłość boską! Ten incydent z różą nie 
ma żadnego związku z tamtą sprawą. 

- Wcale nie jesteś tego taka pewna. Gdyby było inaczej, 

nie próbowałabyś dzisiaj do mnie dzwonić. Nawet jeżeli nie 
wiąże się to z porwaniem, to jednak ewidentnie świadczy 
o czyichś złych intencjach. Naprawdę jestem zdania, że naj­
bezpieczniej będzie zabrać cię do Napa Valley. 

- Nie - kategorycznym tonem oświadczyła Kimberly. -

Twoja propozycja jest bardzo wielkoduszna, ale... 

- Nie chodzi tu o żadną wielkoduszność. Zapomniałaś, że 

mam wobec ciebie dług? - przerwał jej szorstko. 

- Uznajmy ten dług za niebyły! 
- To niemożliwe. Zawsze spłacam moje długi. 
- Przecież cię nie prosiłam, żebyś go spłacał - zaprotesto­

wała gwałtownie. 

- Niestety, w tej sprawie nie masz już nic do powie­

dzenia. 

- O czym ty mówisz, na Boga? - Kimberly zerwała się na 

równe nogi i stanęła twarzą w twarz z Cavenaughem. - Prze­
cież ja cię tu nie zapraszałam! Nikt mi nie będzie mówił, co 

background image

34 CZARODZIEJKA.,. 

mam robić. Jestem już od dawna samodzielna. Takie życie mi 
odpowiada. Ostatnia rzecz, na jaką mam ochotę, to wprowa­
dzić się do jakiegoś zatłoczonego domu, takiego jak twój, 
i siedzieć tam później w nieskończoność. Po paru dniach do­
stałabym szału, nie mówiąc już o tym, że z całą pewnością 
nie napisałabym ani jednej strony. 

Cavenaugh podniósł się z fotela. Blask ognia oświetlił jego 

surową twarz. Malowała się na niej zawzięta determinacja. Kim-
berly podświadomie wyczuła to i zadrżała. Nagle poczuła się 
zagrożona. Zaczęła żałować, że w ogóle próbowała dzwonić. 

- To bez znaczenia. I tak zjawiłbym się tutaj za dzień czy 

dwa - odezwał się spokojnie, jakby czytał w jej myślach. 

- Posłuchaj - wycedziła z naciskiem - nie rozumiesz, że 

twoja propozycja jest mało praktyczna? 

- Możesz przecież zabrać swoją maszynę do pisania oraz 

wszystko, co tylko będzie ci potrzebne. W moim domu jest 
dość miejsca dla wszystkich. 

- Ale ja nie chcę z tobą jechać. 
- To widać. - Cavenaugh wyciągnął rękę i ujął jedno z fa­

lujących pasemek, które wysunęło się z bursztynowego 
węzła. - Powiedz mi, czy to możliwe, że bardziej boisz się 
mnie niż kogoś, kto przysłał ci tę szczególną różę? - zapytał 
cicho. 

Kimberly patrzyła na niego bez słowa, świadoma, że pod­

oba się Dariusowi. Mówiło jej to pełne zachwytu i tęsknoty 
spojrzenie, czuły gest, jakim sięgnął do jej włosów. 

- Pragniesz mnie, prawda? - zapytała wreszcie, ostrożnie 

dobierając słowa. 

- Czy dlatego się mnie boisz? - Cavenaugh puścił bur­

sztynowy kosmyk i delikatnie musnął jej szyję. 

background image

CZARODZIEJKA... 35 

Zadrżała pod dotykiem jego palców. 
- Tak. 
- Jesteś dojrzałą, niezależną, świadomą swych potrzeb 

kobietą. Dlaczego więc moje pożądanie cię przeraża? 

- Podejrzewam, że potrafisz być bardzo nieprzyjemny, 

kiedy nie możesz dostać tego, czego chcesz, a mnie nie bę­
dziesz miał. 

Cavenaugh cofnął rękę, ale Kimberly nadal czuła się za­

grożona. Nagle zapragnęła uciec jak najdalej od tego czło­
wieka. Nigdy dotąd nie doświadczyła tak instynktownego 
pragnienia ucieczki jak teraz. A już na pewno nie z powodu 
mężczyzny. 

- A niby czemu nie będę cię miał, Kim? - zapytał podej­

rzanie słodkim tonem. 

- Może to zabrzmi banalnie - zaczęła, starając się zacho­

wać spokój, żeby go jeszcze bardziej nie rozdrażniać - ale ty 
i ja należymy do dwóch różnych światów. - Odsunęła się 
i stanęła przed kominkiem. - Ty jesteś człowiekiem zamoż­
nym, stoisz wysoko w hierarchii społecznej, masz liczne ro­
dzinne obowiązki. Jesteś związany z winnicą i z ludźmi, któ­
rzy tam mieszkają i pracują, tak samo zresztą jak oni z tobą. 
Dla człowieka w twojej sytuacji są to wszystko bardzo po­
ważne obciążenia. Ja natomiast funkcjonuję inaczej. Jestem 

wolna, a ty nie. Gdyby nawet coś między nami zaszło, nasz 
związek byłby z konieczności krótkotrwały i nie przynoszą­
cy satysfakcji. Przynajmniej z mojego punktu widzenia. Taki 
krótki, namiętny romans bez przyszłości może być tym, co 
tobie najbardziej odpowiada. Ja natomiast nie zamierzam 
odgrywać roli przypadkowej kochanki ani w twoim życiu, 
ani w niczyim. 

background image

3 6 CZARODZIEJKA... 

Cavenaugh ruszył w jej stronę. Czuła na sobie jego palący 

wzrok. Zadrżała, przerażona własną słabością. 

- Boisz się mnie, prawda? I masz przy tym czelność mówić 

o sobie, że jesteś wolna. Chyba w ogóle nie wiesz, co to znaczy. 

Kimberly cofnęła się. 
- Proszę cię, trochę się zagalopowałeś. 
Zawahał się, a potem wzruszył ramionami. 

- Może masz rację. Zostawmy to na razie. Mamy poważ­

niejsze problemy. 

- Chodzi ci o różę? 
- Nie. Chodzi mi o to, gdzie będę dzisiaj spać. Chyba nie 

zamierzasz odesłać mnie do domu w taką noc? 

Na dworze wiatr wzmógł się jeszcze, przechodząc w wi­

churę, a deszcz bębnił wściekle w szyby, jakby chciał dać 
Kimberly do zrozumienia, że byłoby z jej strony okrucień­
stwem, gdyby teraz wskazała swojemu gościowi drzwi. 

Nagle Cavenaugh uśmiechnął się do niej i w tej samej 

chwili odzyskała poczucie rzeczywistości. 

- W taką pogodę nie wyrzuciłabym za drzwi nawet naj­

gorszego wroga. A ty przecież nie zaliczasz się do tej katego­
rii, prawda? 

Potrząsnął głową i spojrzał na nią z powagą. 
- Dobrze wiesz, że nie jestem twoim wrogiem. A poza 

tym, jesteśmy w jakiś sposób ze sobą związani. 

- Bo uważasz, iż jesteś mi coś winien dlatego, że pomo­

głam Scottowi w ucieczce? 

- Po trosze dlatego. Ale kto tak naprawdę potrafi powie­

dzieć, dlaczego mężczyzna i kobieta są ze sobą związani? 
W końcu są różne więzi, które łączą ludzi ze sobą - przypo­
mniał jej cicho. 

background image

CZARODZIEJKA.,. 37 

- No... tak. Więzy rodzinne, powiązania zawodowe i tak 

dalej. Już o tym mówiłam. Między nami nie wchodzi w ra­
chubę żadna z tych możliwości. 

Cavenaugh uniósł brwi, jakby nagle coś go olśniło. 
- Szukasz kogoś takiego jak twój bohater książkowy, 

Josh Valerian, prawda? Samowystarczalnego, niezależnego 

samotnika bez żadnych zobowiązań. 

Kimberly zamilkła na chwilę, porażona jego przenikliwo­

ścią, a potem dumnie uniosła głowę. 

- Każda kobieta ma prawo do marzeń. 
- A ty marzysz o mężczyźnie, który będzie pragnął i po­

trzebował tylko ciebie - szorstko rzucił Cavenaugh. 

- Tak. O mężczyźnie, który potrafi mi zagwarantować 

stuprocentową lojalność - powiedziała szczerze. - O czło­

wieku, który będzie mógł mi ofiarować tyle samo, co ja jemu. 

- Kimberly odwróciła wzrok i lekko się uśmiechnęła. - A te­
raz wróćmy do tego, gdzie będziesz spać tej nocy. 

Cavenaugh sprawiał wrażenie, jakby chciał dalej ciągnąć 

temat „mężczyzny jej marzeń", ale jedno surowe spojrzenie 
bursztynowych oczu sprawiło, że zaniechał dyskusji. Zacis­
nął wargi i skinął głową. 

- Jak już zgodnie stwierdziliśmy, nie zaliczam się do 

twoich wrogów. A ponieważ nie jestem jeszcze twoim ko­
chankiem. .. 

Kimberly okryła się ciemnym rumieńcem. 

- Przyniosę pościel - przerwała mu szybko. - Możesz się 

przespać na kanapie. Ale najpierw musisz mi dać słowo ho­
noru, że nie będziesz mnie w środku nocy nachodził w mojej 
sypialni. 

- Twoja gościnność mnie przytłacza. 

background image

38 CZARODZIEJKA... 

- Wybacz, ale sam jesteś dość przytłaczający - stwierdzi­

ła z kwaśną miną. - A poza tym, miałam dziś trochę zwario­
wany dzień. 

W zielonych oczach Cavenaugha zapaliły się przekorne 

iskierki. 

- Rozumiem, że zwariowane dni to coś, co zdarza ci się 

bardzo rzadko. 

- Szczerze mówiąc, prawie wcale. To jeszcze jednazaleta 

życia w samotności. Moje dni mijają dokładnie tak, jak to 
sobie zaplanuję. 

- Wydaje mi się, że jesteś trochę rozpuszczona, Kim. 
- O, tak, jestem rozpuszczona jak dziadowski bicz -

przytaknęła ze śmiechem. - Możesz mi wierzyć albo nie, ale 
bardzo sobie cenię ten luksus, że mogę być niezależna. A 
teraz, wracając do słowa honoru, dasz mi je czy nie? 

- Że nie wedrę się do twojej sypialni? Wolałbym zostać 

tam zaproszony. 

Puściła jego słowa mimo uszu, uznając je za coś w rodzaju 

obietnicy. W końcu i tak wiedziała, że nie potrafiłaby go 
wyrzucić z domu w taką noc. Z całą pewnością Cavenaugh 
był jej życzliwy, choć w jej oczach uosabiał jakieś pierwotne 
zagrożenie. 

Wyszła na korytarzyk i ze skrytki na pościel wyjęła kilka 

koców i dwa prześcieradła. 

- Ile chcesz poduszek? 
- Jedna mi wystarczy. - Zręcznie schwycił w locie podusz­

kę, którą mu rzuciła. - A teraz, Kim, w sprawie twojej jutrzejszej 
przeprowadzki... - zaczął tonem perswazji. 

- Rano będziesz już w drodze do swojej winnicy - prze­

rwała mu ostro -I to sam. Ile koców? 

background image

CZARODZIEIKA... 39 

- Jeden - odparł z irytacją. - Kim, miałaś rację, że zde­

nerwowałaś się tą różą. Podejmiemy pewne kroki. 

- Pozwól, że sama się tym zajmę. 
- Przecież dzwoniłaś po to, żeby prosić mnie o pomoc 

- przypomniał jej z ponurą miną. 

- Nie, wcale do ciebie nie dzwoniłam. Przez chwilę się 

nad tym zastanawiałam, to prawda, ale ostatecznie o nic cię 
nie poprosiłam. Mam wrażenie, że ciągle o tym zapominasz. 
Znalazłeś się tutaj z własnej i nieprzymuszonej woli, bo mia­
łeś ochotę przejechać się na wybrzeże, a nie dlatego, że błaga­
łam cię o pomoc. 

- Niepotrzebnie się unosisz. Myślę, że do rana ci przej­

dzie, i wtedy zrozumiesz, że mam rację. - Wsunął ręce do 
kieszeni i rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie. 

Ale na Kimberly nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. 

Zbyt długo sama sobie radziła, by dać się teraz zastraszyć 

jakiemuś mężczyźnie. 

- Taką miną możesz sobie straszyć małego Scotta albo 

robotników, którzy spóźniają się do pracy. Na mnie to nie 
działa. 

- Ciekawe, jak Josh Valerian rozwiązałby ten problem? 

- mruknął pod nosem Cavenaugh, kiedy Kimberly przeszła 

obok kuchennego blatu, na którym leżała brązowa koperta 
z kancelarii adwokackiej z Los Angeles. 

- On by wiedział, kiedy trzeba powiedzieć „stop". 
Zwisający róg koca zaczepił o kopertę i strącił ją na po­

dłogę. 

- Rozumiem, że wiedziałby, kiedy przerwać, bo z Amy 

Solitaire łączy go to specyficzne porozumienie. - Cavenaugh 
podszedł, żeby podnieść list. 

background image

4 0 CZARODZIEJKA... 

- Nie musisz się tak złościć. To właśnie dzięki tego rodza­

ju szczególnej więzi między Amy a Joshem moje książki 

będą rozchwytywane. 

- Na pewno nie przez mężczyzn - mruknął Darius, czyta­

jąc adres na odwrocie koperty. 

- Przeważającą większość moich czytelników stanowią 

kobiety - łaskawie zgodziła się z nim Kimberly. -I mogę ci 

już teraz zaręczyć, że będą zachwycone tą atmosferą wręcz 

idealnego porozumienia, zarówno emocjonalnego, jak i in­
tymnego, które łączy Amy i Josha. 

- Jeżeli położysz nacisk na porozumienie intymne, może 

uda ci się także pozyskać czytelników rodzaju męskiego -
powiedział nie bez ironii Cavenaugh. 

- Moich męskich czytelników staram się zainteresować 

scenami przemocy - pouczyła go Kim. - Przecież mężczyźni 
to jedna wielka przemoc. Może w ich oczach jest to substytut 
intymności. - Podniosła wzrok znad kanapy, którą właśnie 
ścieliła, i zobaczyła, że Cavenaugh trzyma w ręku kopertę. 
- Co ty wyrabiasz z tym listem?! - oburzyła się. 

- Zastanawiam się, czemu go nie otworzyłaś. Ludzie na 

ogół od razu otwierają koperty od adwokata. 

Kimberly z goryczą zacisnęła usta. 

- Ale nie ja. Dostałam już od nich dwa listy i wiem, co 

jest w środku. 

Cavenaugh obrzucił ją uważnym wzrokiem. 
- Jakieś kłopoty? - zapytał w końcu. Podrzucił kopertę 

i złapał ją zręcznie w powietrzu. - Masz jeszcze inne proble­
my poza tym, że ktoś przysłał ci różę z igłą? 

- Nie. To raczej ludzie, którzy wynajęli tych głupich ad­

wokatów, mają problemy. Ale ponieważ sami je sobie stwo-

background image

CZARODZIEJKA... 41 

rzyli, ja nie zamierzam im pomóc w ich rozwiązaniu. - Cof­
nęła się o krok i spojrzała na kanapę. - Myślę, że jakoś wy­
trzymasz przez jedną noc. Kanapa jest trochę pozapadana, ale 

to i tak lepiej niż spać na podłodze. 

- Czy podłoga to jedyna alternatywa, jaką mi propo­

nujesz? 

- Obawiam się, że tak - roześmiała się Kimberly. - A po­

nieważ ty tu śpisz, pilnuj ognia. Nie wiem, na jak długo 
wyłączyli prąd, a nad ranem może być bardzo zimno. 

- Dobrze, zajmę się ogniem - zgodził się Cavenaugh, 

spoglądając na trzymaną w ręku kopertę. - Czy jesteś pew­
na, że ten list nie dotyczy czegoś, w czym mógłbym ci po­
móc? 

- To, co jest w tym liście, nie ma żadnego związku z tobą. 

Ani ze mną. I tak też im odpisałam już za pierwszym razem. 
Możesz spokojnie wyrzucić tę kopertę do śmieci. 

Cavenaugh odłożył ją jednak na stół. 
- Czasami potrafisz być bardzo uparta. 
- Coś mi mówi, że ty potrafisz być równie uparty - odcię­

ła się Kimberly. - Tylko że w przypadku mężczyzny upór 
uważany jest na ogół za objaw silnej woli. 

- Rano się przekonamy, co jest silniejsze, moja silna wola 

czy twój kobiecy upór - zaśmiał się. - Dziękuję za pościele­
nie łóżka. 

- Drobiazg. Niestety, nie mam zapasowej szczoteczki do 

zębów i żyletki czy czego tam jeszcze mężczyźni potrzebują, 
kiedy zostają na noc. 

- Nie martw się o to. Mam wszystko w samochodzie. 
- Ach, tak. Widzę, że przygotowałeś się na każdą okazję 

- powiedziała sarkastycznym tonem. 

background image

42 CZARODZIEJKA.,, 

- Użyjesz tego przeciwko mnie? - Spojrzał na nią z uko­

sa, uśmiechając się ironicznie. 

- Dobranoc, Cavenaugh. Nie zapomnij o ogniu. - Kim-

berly z dumnie uniesioną głową przemknęła obok niego do 

swojej przytulnej sypialni. Nie miała zamiaru wdawać się 
w bezsensowną dyskusję dotyczącą tego, gdzie początkowo 
zamierzał spędzić tę noc. 

Minęło pół godziny. W domu panowała głęboka cisza. 

Kimberly leżała w łóżku pod miękką, puchową kołdrą i wpa­
trywała się w sufit. Tak, to zdecydowanie nie był jeden z jej 
zwykłych i możliwych do przewidzenia dni. Na domiar złe­
go, sama nie wiedziała, co o tym wszystkim sądzić. A prze­

cież bez trudu przywykła radzić sobie z takimi problemami 
na kartach swoich książek. 

Przewróciła się na bok, poprawiła poduszkę i zaczęła my­

śleć o mężczyźnie, który spał w sąsiednim pokoju. To dziw­

ne, że zjawił się u niej tego dnia, mimo iż wcale go nie 
wzywała. Widocznie zależało mu, żeby jak najszybciej spła­
cić dług. 

A może po prostu zależało mu na tym, żeby jak najszyb­

ciej pójść z nią do łóżka? 

Kimberly wbiła wzrok w ciemność. Ze swojego doświad­

czenia wiedziała, że mężczyznom rzadko aż tak bardzo na 
tych rzeczach zależy. Zwłaszcza gdy w grę wchodziły zwy­
czajne kobiety, takie jak ona. Zadała sobie w duchu pytanie, 
co naprawdę skłoniło Cavenaugha, by przebył taki szmat 
drogi. 

To całkiem zrozumiałe, że Darius Cavenaugh będzie po­

ważnie traktować swoje zobowiązania. W końcu wychował 
się w domu, w którym szczególną wagę przywiązywano do 

background image

CZARODZIEJKA... 43 

takich pojęć jak obowiązek, lojalność i honor. Hołdowanie 
tym staroświeckim wartościom miał wypisane na twarzy. 
Kimberly przypomniała sobie, jak mały Scott z przejęciem 
opowiadał jej o tym, że całe pokolenia Cavenaughow trudni­
ły się wyrobem win. Mówił jej to wszystko, gdy siedzieli 

w biurze szeryfa, czekając na przyjazd wuja chłopca. Mimo 
że jeszcze dziecko, Scott był już świadom wagi rodzinnych 
tradycji. 

- To właśnie dlatego porwali mnie ci czarownicy - po­

wiedział z dumą. - Bo wiedzieli, że mój wujek zapłaci za 
mnie, ile będą chcieli. Wujek Dare nigdy na to nie powoli, 
żeby zabrał mnie ktoś obcy. 

- Dare? - zapytała Kimberly, zastanawiając się, jak bę­

dzie wyglądać wujek, który był już w drodze po chłopca. 

- Naprawdę nazywa się Darius. Ale my wszyscy mówimy 

na niego Dare. 

Z jakichś dziwnych przyczyn Kimberly nie potrafiła zwra­

cać się tak do tego surowego, władczego mężczyzny, który 
wkrótce pojawił się u szeryfa. A i potem w myślach nazywa­
ła go zawsze Cavenaugh i nawet dzisiejszy wieczór niczego 
nie zmienił. 

- Czy masz jakiegoś wujka, który by zapłacił bardzo dużo 

pieniędzy, żebyś wróciła do domu? - zapytał Scott. Chło­
pczyk siedział obok niej na krześle i energicznie wymachiwał 
nogami. Jeden z ludzi szeryfa owinął go starą, skórzaną kur­
tką, która chłopca wręcz zachwyciła. 

- Nie, obawiam się, że nikt nie dałby złamanego grosza 

- odpowiedziała bez zastanowienia Kimberly. Nie spodzie­

wała się, że jej słowa wywrą takie wrażenie. 

Scott nagle posmutniał. 

background image

44

 CZARODZIEJKA... 

- A mama i tata? 
- Nie znałam mojego taty - odparła Kimberly. - A mama 

umarła parę lat temu. 

- Nie masz nawet wujka tak jak ja? 

Kimberly łagodnym tonem zaprzeczyła istnieniu tak uży­

tecznej osoby w jej życiu. Później, po spotkaniu z Cavenau-
ghem musiała w głębi ducha przyznać, że mało dzieci na tym 
świecie mogło poszczycić się wujkiem takim jak Darius Ca-
venaugh. 

Początkowo myślała, że temat okupu został już raz na 

zawsze zamknięty. Gdy tylko Darius Cavenaugh przekroczył 
próg biura, chłopczyk jakby zapomniał o bożym świecie. Po­
pędził do wuja i objął go za nogi. Cavenaugh podniósł Scotta 
i przyjrzał mu się badawczo, a jego zielonkawe oczy były jak 

kryształy lodu. Kiedy się przekonał, że dziecko jest zdrowe 
i całe, pozwolił, by chłopiec zaprowadził go do Kimberly. 

Podniecony Scott opowiedział mu, w jaki sposób oboje 

uciekli. 

- Przeszliśmy po dachu werandy, a potem zeskoczyli­

śmy na ziemię, a ta czarownica nawet o tym nie wiedziała. 
Prawda? 

- Tak, prawda. - Kimberly uśmiechnęła się do Scotta. 

- Nie miała o tym pojęcia. Uciekliśmy jej zupełnie jak Jaś 

i Małgosia. 

- Powiedziałem Kim, że zapłaciłbyś im bardzo dużo pie­

niędzy, żeby mnie oddali. Zrobiłbyś tak, wujku, prawda? 

- Uczepiony ręki Cavenaugha, chłopiec podniósł na niego 
pytający wzrok. 

- Dałbym im wszystko, co mam - zapewnił go Cavenaugh. 
Wyraz jego oczu utwierdził Kimberly w przekonaniu, że 

background image

CZARODZIEIKA... 45 

nie tylko zapłaciłby każdą sumę, ale i gotów byłby zabić, 
byle tylko odzyskać Scotta. 

- Kim nie ma nikogo, kto by za nią zapłacił, gdyby ją 

porwali - ciągnął dalej Scott, zanim Kimberly zdążyła się 
zorientować, do czego zmierza. - Ale my byśmy zapłacili, 
prawda, wujku Dare? 

Cavenaugh spojrzał wprost w pełne zażenowania oczy 

Kimberly i powiedział z pełnym przekonaniem: 

- Zrobilibyśmy wszystko co w naszej mocy dla panny 

Sawyer. Wystarczy, że o to poprosi. 

Później, po długiej rozmowie z policją, Cavenaugh wziął 

Kimberly na stronę i raz jeszcze powtórzył swoją obietnicę, 
a ona mu przyrzekła, że jeśli kiedykolwiek będzie potrze­
bowała pomocy, natychmiast do niego zadzwoni. Wtedy, 
oczywiście, nie podejrzewała, że taka chwila już wkrótce 
nadejdzie. 

A jednak pierwszą osobą, jaka jej przyszła do głowy, kiedy 

na widok igły tkwiącej w róży poczuła lęk, był właśnie Cave­
naugh. I oto teraz spał w jej domu. 

Jednak w całej tej sprawie pojawiły się pewne nowe ele­

menty. Cavenaugh nie tylko czuł się w stosunku do niej zobo­
wiązany, ale i jej pragnął. Co do tego nie miała najmniejszych 
wątpliwości. 

Kiedy pojawiło się między nimi napięcie zmysłowe, Kim­

berly uświadomiła sobie, że ma do czynienia z czymś równie 
potężnym jak czary. Z drugiej strony świadomość, że Cave­
naugh jest blisko, pomogła jej pokonać lęk. Uspokojona tą 
myślą, wkrótce usnęła. 

Gdy się obudziła parę godzin później, burza nieco osłabła, 

ale na dworze wciąż dął silny wiatr. 

background image

46

 CZARODZIEJKA... 

Kimberly słyszała dochodzące z oddali odgłosy burzy. 

Chciało jej się pić. Widocznie zjadła za dużo czarnych oliwek 
na kolację. Zawieszona między jawą a snem, zaczęła się za­
stanawiać, czy uda jej się zasnąć bez wyprawy do kuchni po 
szklankę wody. 

Ale dręczące pragnienie zrobiło w końcu swoje. Na wpół 

śpiąca odrzuciła kołdrę i boso podeszła do drzwi sypialni. Po 

co właściwie zamykała je tej nocy? Nigdy tego nie robiła. Nie 
było potrzeby. Mieszkała przecież sama w tym domu. 

Wyszła na korytarz i podążyła w stronę kuchni. Z komin­

ka sączył się nikły blask. Wtedy przypomniała sobie, że 
wyłączyli prąd. 

W domu było zimno. Duży męski podkoszulek, w którym 

zazwyczaj sypiała, ledwo przykrywał jej pośladki. Musi pa­
miętać, żeby sobie kupić ciepłą piżamę. Co prawda, w szafie 
wisiał szlafrok, ale nie chciało jej się wyciągać go tylko po to, 
żeby pójść do kuchni. 

Bez trudu trafiła w ciemnościach do szafki i sięgnęła 

po szklankę. Potem po omacku podeszła do zlewu i odkręci­
ła kran. Tej nocy nie zasłoniła okna w kuchni i teraz, popija­

jąc wodę, patrzyła półprzytomnym wzrokiem w ciemność. 

Może uda jej się dotrwać w tym półśnie aż do powrotu do 

łóżka. 

Kończyła już dopijać wodę, kiedy nagle coś poruszyło się 

za oknem. 

Tam, gdzie zazwyczaj rozciągała się pusta przestrzeń po­

między jej domem a morzem, krążyły jakieś cienie. 

Kimberly nagle oprzytomniała. 
W tej samej chwili zagrzmiało, a błyskawica na ułamek 

sekundy oświetliła scenę rozgrywającą się na dworze. Kim-

background image

CZAR0DZ1EIKA... 47 

berly spostrzegła czarną postać w długiej szacie, która stała 
za oknem i też na nią patrzyła. 

Nie zdążyła przyjrzeć się twarzy, bo całą swoją uwagę 

skupiła na srebrnym sztylecie, który zakapturzona postać 
trzymała przed sobą. W nagłym przebłysku świadomości po­

jęła, że sztylet ten przeznaczony jest dla niej. 

Z ust Kimberly wyrwał się okrzyk przerażenia. W pier­

wszej chwili trudno jej było uwierzyć, że to ona tak krzyczy. 
Szklanka wypadła jej z rąk i rozbiła się w zlewie. 

- Kim! 
To Cavenaugh. Zupełnie o nim zapomniała. Odwróciła się 

i zobaczyła, jak zrywa się z kanapy i biegnie w jej stronę. 

- Co się dzieje? 
- Tam, za oknem... - wyjąkała. - Tam stoi ktoś z nożem. 
- Na ziemię! 
Rozkaz zabrzmiał w ciszy jak wystrzał. On ma rację, po­

myślała Kimberly z trwogą. Przecież stanowiła wręcz wyma­
rzony cel na tle szyby. Nie była jednak w stanie ruszyć się 
z miejsca. 

A potem nie było już to potrzebne, bo Cavenaugh zwalił 

się na nią całym ciężarem i pociągnął ją za sobą na podłogę, 
gdzie za zasłoną szafek była bezpieczna i poza zasięgiem 
wzroku kogoś, kto czaił się za kuchennym oknem. 

background image

ROZDZIAŁ 3 

Nie ruszaj się! - powtórzył Cavenaugh, przygniatając 

Kimberly do ziemi. 

- Jak mogłabym się ruszyć, kiedy tak na mnie leżysz? - wy-

sapała, usiłując złapać oddech. - Musisz chyba ważyć tonę! 

Cavenaugh zignorował jej uwagę. Na jego surowej twarzy 

malował się głęboki niepokój. 

- Opowiedz mi dokładnie, co tam widziałaś - polecił 

szeptem. Uniósł głowę i spojrzał w rozwarte szeroko ze stra­
chu oczy Kimberly. 

- Już ci mówiłam. Jakiś człowiek stał za oknem. Miał na 

sobie długą szatę z kapturem. Nie widziałam jego twarzy. 
Kiedy błysnęło, zobaczyłam nóż. Duży, srebrny sztylet. To 
było straszne. Miałam wrażenie, że on chciał, żebym zoba­
czyła ten sztylet. 

- Chciał cię przestraszyć - stwierdził Cavenaugh i uniósł 

się. - Leż spokojnie. Nie ruszaj się, póki nie wrócę, rozu­
miesz? Tutaj, za tymi szafkami, nikt cię nie zobaczy. 

- Póki nie wrócisz! - powtórzyła Kimberly z przeraże­

niem. - Co to ma znaczyć? Gdzie się, na Boga, wybierasz?! 

background image

CZARODZIEJKA...  4 9 

- Idę się rozejrzeć wokół domu. 
- Nie, nie chodź tam! - Kimberly kurczowo chwyciła go 

za nogę, ale on wyszarpnął się z jej uścisku. - Przecież to 
czysta głupota - syknęła, patrząc, jak idzie przez pokój, szu­
kając butów. - Nie możesz tam iść. Kto wie, co tam się dzieje. 
Cavenaugh, wracaj! 

Ale on nawet nie raczył jej odpowiedzieć. Kiedy schylił 

się, żeby włożyć buty, blask żarzącego się w kominku ognia 
oświetlił jego nagie plecy. W chwilę później był już przy 
drzwiach i otwierał je z łańcucha. 

- Nie ruszaj się - rozkazał jej po raz kolejny, a potem 

wymknął się na dwór, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. 

- Cavenaugh, zaczekaj! - zawołała, ale już go nie było. 
Rozgniewana usiadła na zimnej podłodze i objąwszy kola­

na, wpatrywała się w drzwi. Siedziała tak, mając wciąż przed 
oczyma zakapturzoną postać, która groziła jej sztyletem. Na­
gle poczuła, że z zimna drętwieją jej pośladki, i uświadomiła 

sobie, że jest prawie naga. Już miała wstać, kiedy nagle 

przypomniała sobie ostrzeżenie Cavenaugha. 

Zła, że pozwoliła sobą rządzić, poderwała się i wyjrzała 

przez okno. Na myśl o tym, że tam, w ciemnościach, Cave­
naugh musi stawić czoło nieznanemu niebezpieczeństwu, 
a wszystko to przez nią, poczuła przypływ energii. Postano­
wiła działać. 

Odwróciła się od okna i ruszyła do sypialni. Zanim wyj­

dzie na dwór, musi się przecież ubrać. 

Była już w połowie drogi, kiedy nagle drzwi otworzyły się 

i stanął w nich Cavenaugh. 

- Czy nic ci się nie stało? Bałam się o ciebie - zwróciła się 

do niego z niepokojem. 

background image

50 CZARODZIEJKA... 

Cavenaugh patrzył na nią z nieprzeniknionym wyrazem 

twarzy. Miał mokre od deszczu włosy i ramiona, a dżinsy 
zsunięte nisko na biodra. Kimberly widziała połyskujące kro­
pelki wilgoci na jego muskularnym torsie. Pomyślała, że 
w nikłym świetle żarzących się węgli Cavenaugh wygląda 
wręcz groźnie. 

- Mówiłem ci, że masz nie ruszać się z miejsca. - Za­

mknął drzwi na łańcuch i ruszył w jej stronę. 

- Doszłam do wniosku, że to niezdrowo siedzieć na 

zimnej podłodze - odparła, lekko poirytowana. Znowu 
ogarnęło ją to dziwne uczucie zagrożenia, którego powo­
dem nie była wcale czarna postać za oknem. - Nie odpowie­
działeś na moje pytanie, więc rozumiem, że nic ci się nie 
stało. 

- Nic, wszystko w porządku. - Cavenaugh stanął przy 

kanapie i zdjął mokre buty. - Masz ręcznik? Przemokłem
i zmarzłem. 

- Oczywiście. - Kimberly sięgnęła do szafki i wyjęła rę-

cznik. Zrobiła krok w stronę Cavenaugha, żeby mu go podać, 
a potem przypomniała sobie, że ubrana jest tylko w kusy 
podkoszulek. - Masz - powiedziała, rzucając mu ręcznik. 
- Idę włożyć coś na siebie. - Szybko weszła do sypialni. 
- Widziałeś coś na dworze? - zapytała. Otworzyła szafę i wy­

jęła czerwony frotowy szlafrok. 

- Nie, nie znalazłem żadnych śladów. Zresztą nic dziwne­

go. Przy takiej pogodzie. 

Głos Cavenaugha dobiegał spod drzwi sypialni. Widocz-

nie poszedł za nią. Zaczęła się ubierać, ale ciemność nie 
zapewniała odosobnienia. Kimberly czuła, że mimo mroku 
doskonale widać jej gołe nogi i skąpy podkoszulek. A Cave-

background image

CZARODZIEJKA,.. 51 

naugh stał w progu, machinalnie wycierając mokre włosy na 
karku i patrzył na nią tak, jakby miał do tego prawo. 

- Może rano uda nam się coś znaleźć - powiedziała nie-

pewnie, zastanawiając się, czemu tak prosta czynność jak 
założenie szlafroka sprawia jej trudność. Zupełnie jakby 

jej palce nie funkcjonowały prawidłowo. A choć przed chwi-

lą szczękała zębami, teraz całe jej ciało było nienaturalnie 
gorące. 

- Wątpię. - Nie ruszał się z miejsca, tylko wciąż mierzył 

ją rozognionym wzrokiem. - Do kogo należał ten podkoszu-

lek? 

- O co ci chodzi? 
- Zastanawiałem się, co to za mężczyzna zostawił ci ten 

podkoszulek do spania. Czy on tu zamierza wrócić w najbliż-
szej przyszłości? 

Kimberly spłonęła rumieńcem. Mogła tylko mieć nadzie­

ję, że po ciemku tego nie widać. Wreszcie udało jej się 

zawiązać pasek w talii. 

- Zawsze sypiałam w podkoszulkach. Kupuję od razu po 

kilka sztuk. Nikt ich tu nie zostawił. A teraz, jeżeli nie masz 
nic przeciwko temu, proponuję, żebyśmy wrócili do pokoju 
i przedyskutowali obecną sytuację. 

Cavenaugh nawet nie ruszył się z miejsca. Kimberly wzię­

ła głęboki oddech i ruszyła do drzwi, spodziewając się, iż ja 
przepuści. Ale on nawet nie drgnął, zmuszając ją tym samym 
by zatrzymała się tuż przed nim. 

- Przepraszam - powiedziała uprzejmie. - Blokujesz mi 

przejście. 

- Dlaczego nie zostałaś w kuchni, tak jak ci kazałem? 
- Bo było mi cholernie zimno! - wybuchnęła Kimberly. -

background image

52 CZARODZIEJKA,,, 

A poza tym nie wiedziałam, co się dzieje na dworze. Ba­
łam się o ciebie, przecież tam czaił się jakiś zakapturzony 
nożownik. 

Cavenaugh nadal patrzył na nią w ciemnościach. 
- Przepraszam cię, ale naprawdę mi zawadzasz. - Wy­

ciągnęła rękę i z całej siły spróbowała go odepchnąć. Sytu­
acja wymykała jej się spod kontroli, z czego doskonale zda­
wała sobie sprawę. 

Okazało się, że równie dobrze mogłaby pchać granitowy 

blok. Zbyt późno uzmysłowiła sobie, że w tym przypadku 
siłą nic nie zdziała. Zmieszana, szybko cofnęła rękę. Jednak 
nie na tyle szybko, by nie zdążył chwycić jej za nadgarstek. 

- Chyba sama rozumiesz, że wydarzenia tej nocy defini­

tywnie zamykają wszelką dyskusję na temat naszych jutrzej­
szych planów. - Cavenaugh nie ruszył się z miejsca, tylko 
trzymał jej rękę w żelaznym uścisku. - Jutro rano zabieram 
cię do siebie. 

Kimberly żachnęła się w duchu. Czuła bijącą od niego 

siłę, a pewność, z którą zakomunikował jej decyzję i narzucał 
swoją wolę, napawała ją lękiem. Narastający bunt był raczej 
aktem instynktu niż rozumu. Musiała przyznać, tej nocy rze­
czywiście wpadła w panikę. Nie miała już najmniejszej ocho­
ty zostawać sama w domu po tym, co się wydarzyło. Z dru­
giej strony, uległość wobec Dariusa Cavenaugha również 
niosła ze sobą pewne niebezpieczeństwo. 

- Przywykłam sama podejmować decyzje i jak dotąd 

rzadko się myliłam. Bądź łaskaw o tym pamiętać - odparła, 
unosząc wyzywająco podbródek. 

- Ale od tej chwili będziesz musiała się przyzwyczaić do 

tego, że ktoś będzie ci w tym pomagał - powiedział cicho 

background image

CZARODZIEJKA,.. 53 

Cavenaugh, przyciągając ją do siebie. - Czuję się odpowie­
dzialny za twoje bezpieczeństwo. W końcu mam u ciebie 
olbrzymi dług wdzięczności i zamierzam go spłacić. To spra­
wa honoru. 

- Wiem. Należysz do tego typu ludzi, którzy zawsze po­

stępują zgodnie z powszechnymi oczekiwaniami. Poza tym 
przywykłeś wszystkimi rządzić. Ale ja wcale od ciebie nie 
wymagam, żebyś się mną zajmował. A już na pewno nie mam 
zamiaru wykonywać twoich poleceń ani słuchać rozkazów. 

- Kimberly drżała od stóp do głów, i to nie tylko z oburzenia. 
Cavenaugh stał zbyt blisko i wprost ją przytłaczał. 

- Nie bój się, Kim - odezwał się stłumionym głosem. 
Zmrużyła oczy, zła, że tak łatwo ją rozszyfrował. 
- Jeżeli nie chcesz, żebym bała się jeszcze bardziej, to 

mnie puść - powiedziała lodowatym tonem. 

- Chętnie bym cię puścił, gdyby nie to, że widziałem, jak 

biegasz po domu w tej kusej koszulinie - odparł, przyciąga­

jąc ją jeszcze bliżej. -I gdybym tam, w kuchni, nie czuł pod 

sobą twojego niemal nagiego ciała. I gdyby nie to, że musia­
łem po nocy ganiać jakiegoś faceta z nożem. - Przytulił ją 

jeszcze mocniej. - No i wreszcie, gdyby nie to, że od dwóch 

miesięcy nie przestaje dręczyć mnie pytanie, jak by to było 
mieć cię w łóżku... 

- Nie! - Jej bezradny protest nie miał znaczenia. Zahi­

pnotyzowana zmysłową atmosferą, która narastała wokół 
nich, sama nie wiedziała, kiedy położyła głowę na nagim 
torsie Cavenaugha. 

- Chodź tu, moja słodka czarodziejko - szepnął, pochyla­

jąc się, by odszukać jej usta. - Pozwól mi się przekonać, jak 

potężne są twoje czary. 

background image

54 CZARODZIEJKA... 

Ich pocałunek nie był delikatną, nieśmiałą pieszczotą. 

Usta Dariusa z pasją zawładnęły wargami Kimberly, doma­
gając się czegoś więcej niż biernego przyzwolenia. Wyzywa­
ły do oddania pocałunku z równym zapamiętaniem. Ręce 
Cavenaugha podjęły wędrówkę po ciele Kimberly, pieszcząc 
i pobudzając. Czuła, jak ogarnia ją fala gorąca. Wcześniej tej 
nocy uczciwie przyznała się sama przed sobą, że kontrolowa­
ne pożądanie Cavenaugha wywarło na niej pewne wrażenie. 
Teraz z trwogą uświadomiła sobie, że jego nie skrywana na­
miętność zupełnie ją oszołomiła. 

Usta Dariusa były gorące i natarczywe, a przy tym niewia­

rygodnie podniecające. Kiedy wreszcie oderwały się od jej 
ust, Kimberly krzyknęła z żalu, ale niemal natychmiast Cave-
naugh obsypał pocałunkami delikatną skórę jej szyi i sięgnął 
do paska szlafroka. 

- Czy wiesz, jak wyglądałaś w tym podkoszulku? - zapy­

tał schrypniętym głosem. - Wiesz, co czułem, mając cię pod 
sobą tam, w kuchni? 

- Nie wiem. Ja czułam wyłącznie lodowatą podłogę - od­

parła, próbując za ironią skryć emocje. 

- A ja czułem twoje miękkie, aksamitne ciało. Nie było 

wcale zimne. A teraz jesteś jeszcze bardziej rozgrzana. Wie­
działem, że tak będzie. Od dwóch miesięcy wiedziałem... 

- Zaczekaj - głośno westchnęła, kiedy rozsunął poły 

szlafroka. 

- Po co czekać? Przecież wiem, że chcesz tego samego 

co ja. 

Jego słowa podziałały na Kimberly jak kubeł zimnej wo­

dy. Uderzyła go w rękę i spróbowała się odsunąć. 

- Wcale nie jestem pewna, czy tego chcę. Według mnie 

background image

CZAR0DZ1EIKA,... 55 

wszystko dzieje się stanowczo za szybko. A poza tym, mam 
za sobą ciężki dzień. Potrzebuję trochę czasu, żeby się nad 
tym zastanowić. 

- Jeżeli dam ci trochę czasu do namysłu, znajdziesz tysiąc 

powodów, żeby mi odmówić. 

Kimberly odkryła ze zdumieniem, że Cavenaugh potrafi 

czytać w jej myślach. Nie miała jednak czasu dłużej się nad 
tym zastanawiać, bo jego dłoń wślizgnęła się pod jej koszulkę 
i zaczęła z wolna sunąć ku piersi. 

- Ach, proszę cię... - westchnęła, po czym z zażenowa­

niem uświadomiła sobie, że jej słowa są raczej oznaką podda­
nia niż protestu. 

Próbowała sobie wytłumaczyć, że jej reakcja na tego męż­

czyznę to rezultat szoku, który przeżyła, niezwykłych okoli­
czności, w jakich się niespodziewanie znalazła, niecodzien­
nych wydarzeń zakłócających jej spokojny i uregulowany 
tryb życia. W swoich powieściach sama często posługiwała 

się tym chwytem i stawiała swoich bohaterów w takich właś­
nie sytuacjach. 

Ale to zdarzało się tylko w książkach. Przecież naprawdę 

tak być nie może! A skoro w życiu jest inaczej, jak to możli­
we, że tak intensywnie zareagowała na bliskość Cavenaugha, 

jego pocałunki i pieszczoty? 

Poczuła, że kręci jej się w głowie, a nogi miękną jej w ko­

lanach. 

I wtedy nagle rozbłysły światła. Cavenaugh uniósł głowę. 

W jego wzroku odmalowała się irytacja. 

- Musiałaś chyba pozapalać w domu wszystkie lampy, 

zanim wyłączyli prąd - powiedział z wyrzutem. 

- To kolejna zaleta życia w samotności - odparła lekko 

background image

56 CZARODZIEJKA... 

zdyszana. - Nie ma nikogo, kto by mi prawił kazania na 
temat wygórowanych rachunków za prąd. Albo za cokolwiek 
innego. 

Nastrój intymności prysł i oboje doskonale o tym wiedzie­

li. Cavenaugh wypuścił Kimberly z objęć, a jego wzrok spo­
czął na jej zarumienionej twarzy. Zmieszana zaczęła szybko 
wiązać pasek szlafroka. 

Widząc, jak drżą jej palce, zrozumiał, że rzeczywiście jest 

wyprowadzona z równowagi. Zawahał się, a potem postano­
wił dać jej spokój. Bał się, że jeśli posunie się za daleko, rano 
sprawy mogą przybrać niekorzystny dla niego obrót. 

- Przepraszam, trochę się zagalopowałem. W końcu mia­

łem cię chronić, prawda? 

Ku jego zdumieniu, Kimberly cicho odparła: 

- Nie mam do ciebie pretensji. To się czasami zdarza. 
- Naprawdę? - zapytał, lekko rozbawiony. 
- O, tak. W moich książkach często posługuję się tym 

scenariuszem. Sceny wartkiej akcji przeplatają się ze scena­
mi... scenami... 

- Namiętności. 
- No właśnie. Wzmożony poziom adrenaliny i tak dalej. 

To bardzo przydatne. Nie sądziłam, że w realnym życiu też 
tak jest - przyznała z wymuszonym uśmiechem. 

- Wszystko potrafisz tak racjonalnie wyjaśnić? - Cave­

naugh był wyraźnie zdumiony. 

- Tak, to, co zaszło między nami, da się bez trudu wytłu­

maczyć. Widocznie taka już jest natura ludzka. 

Cavenaugh poczuł nagle nieprzepartą chęć, by rzucić ją na 

łóżko i kochać się z nią aż do utraty tchu. Chętnie pokazałby 
tej przemądrzałej pisarce, na czym polega różnica między jej 

background image

CZAR0DZIE1KA... 57 

książkami a prawdziwym życiem. Z goryczą pomyślał, że ma 
teraz ważniejsze sprawy na głowie. Przede wszystkim musi ją 
przekonać, żeby zgodziła się z nim rano wyjechać. Jeżeli 
teraz za bardzo ją zdenerwuje, mogą być z tym kłopoty. 

- Przyjmuję do wiadomości twoją ocenę sytuacji - po­

wiedział z kwaśnym uśmiechem. - Nie pozostaje mi nic inne­
go, jak tylko przeprosić cię za swoje zachowanie. Dziękuję, 
że okazałaś mi tyle zrozumienia. 

Kimberly spojrzała na niego z ulgą, jakby uniknęła jakiejś 

groźnej konfrontacji. Ale czy z nim, czy ze sobą - tego nie 
wiedziała. 

- No cóż, to był dość zwariowany wieczór - stwierdziła 

z westchnieniem. 

- Tak, to prawda - przyznał Cavenaugh. - Zanim położę 

się do łóżka, pójdę sprawdzić wszystkie zamki. I zostaw le­
piej otwarte drzwi do sypialni. 

- Żebyś mógł usłyszeć, jak będą mnie porywać czaro­

wnice? 

- To wcale nie jest takie śmieszne. 
- Wiem - odrzekła, mnąc nerwowo w palcach koniec pa­

ska. - Szczerze mówiąc, byłam śmiertelnie przerażona. Cie­
szę się, że tu jesteś. Bardzo się z tego cieszę. 

Cavenaugh spojrzał na nią uważnie i pomyślał, że Kim­

berly rzeczywiście powinna odpocząć. Może rano zobaczy 

wszystko w innym świetle. 

- Idź się przespać. Wszystko będzie dobrze. Ten ktoś wie 

już, że nie jesteś sama. 

- Dobranoc - mruknęła. 

Spojrzał na nią. Była wyraźnie zdenerwowana, a przy tym 

wyglądała tak intrygująco z tymi swoimi rozrzuconymi 

background image

58 CZARODZIEJKA... 

w nieładzie, bursztynowymi włosami. Nagie stopy, wystają­
ce spod czerwonego szlafroka sprawiały, że wydała mu się 
czarująco bezbronna. Nagle zapragnął ucałować jej roztrzę­
sione palce, które tak nieudolnie usiłowały zawiązać pasek. 
Zrobiło mu się jej żal. Westchnął i ruszył w stronę drzwi. 
A potem coś sobie przypomniał. 

- Jeszcze jedno. 
- O co chodzi? 
- Następnym razem, kiedy wydam ci jakieś polecenie, 

masz je wykonać - powiedział i w tej samej chwili pojął, że 
popełnił błąd. Na twarzy Kim pojawił się uśmiech wyższości. 

- Ponieważ nie spodziewam się, żeby taka sytuacja jak 

dziś zdarzała się zbyt często, nie widzę problemu. Dobranoc, 
Cavenaugh. 

Uznał, że lepiej będzie, jeśli opuści pokój, zanim znowu 

wymknie mu się coś, czym nieopatrznie zirytuje Kimberly. 
Wyszedł bez słowa i ruszył w głąb korytarzyka, gasząc po 
drodze wszystkie światła. 

Kiedy znalazł się w saloniku, przystanął przed kominkiem 

i sięgnął po pogrzebacz, nasłuchując, jak Kimberly kładzie 
się do łóżka. Chwilę później zapadła cisza. 

W domku paliła się jeszcze jedna lampa - w kuchni. Kiedy 

poszedł ją wyłączyć, jego wzrok znowu padł na brązową 
kopertę leżącą na stole. Wziął ją do ręki i zaczął się zastana­
wiać, czemu Kimberly jej nie otworzyła. Może miała jeszcze 

jakieś inne kłopoty prócz tych, których przysporzyli jej „cza­

rownicy" Scotta. 

Od dawna przyzwyczajony radzić sobie z przeciwnościa­

mi, Cavenaugh w okamgnieniu podjął decyzję. Szybko otwo­
rzył kopertę i wyjął z niej list na firmowym blankiecie. Po-

background image

CZARODZIEJKA... 59 

tern, stojąc na bosaka w kuchni, przeczytał go bez najmniej­
szych skrupułów. A kiedy skończył, zrozumiał, że jest jesz­
cze wiele pytań dotyczących Kimberly Sawyer, na które nie 
zna odpowiedzi. 

Złożył starannie list i wsunął go z powrotem do koperty. 

Potem zgasił światło w kuchni i wrócił do saloniku. Stojąc 
przed kominkiem, zdjął wilgotne spodnie i rozwiesił je na 
krześle, żeby wyschły do rana. A w końcu wsunął się pod 
koc, ułożył na niewygodnej kanapie i wsparty na łokciu zapa­
trzył się w migoczące płomienie. 

Kimberly Sawyer była fascynującą kobietą. I bardzo taje­

mniczą. A jego obowiązkiem było otoczyć ją opieką. Należa­
ło jej się to w zamian za to, że ocaliła małego Scotta i udare­
mniła Bóg jeden wie jakie zamiary kidnaperów. Jednak nie 
o poczuciu obowiązku rozmyślał, zanim wreszcie udało mu 
się zasnąć. Nie szukał też odpowiedzi na pytania wynikłe po 
samowolnej lekturze listu, którego Kimberly nie chciała 
otworzyć. 

Tuż przed zaśnięciem myślał o Kimberly. O tym, jak zare­

agowała, kiedy wziął ją w ramiona, jak namiętnie oddawała 
pocałunki. W końcu doszedł do wniosku, że gdyby miał tro­
chę więcej czasu w nieco bardziej sprzyjających okoliczno­
ściach, pewnie udałoby mu się przekonać ją, żeby się kochali. 
Wiedział już teraz na pewno, że byłoby im wspaniale. Po­
krzepiony tą myślą, usnął. 

Następnego ranka Kimberly obudziła się w zdecydowanie 

ponurym nastroju, z przykrą świadomością, że nie jest w sta­
nie spędzić kolejnej samotnej nocy w tym domu. Przecież to 

jasne, że ktoś umyślnie starał się ją zastraszyć. A tam, w salo-

background image

60 CZARODZIEJKA... 

niku, spał mężczyzna, który proponował jej opiekę i gościnę. 
Ściślej rzecz biorąc, narzucał i nie chciał słyszeć o odmo­
wie. Prawdę mówiąc, w sytuacji, w której się znalazła, opusz­
czenie domu i wyjazd do posiadłości Cavenaugha wydawały 
się jedynym racjonalnym rozwiązaniem. Nie miała innego 
wyboru, jak tylko zamieszkać u niego do czasu, aż coś się 
wyjaśni. 

Nie ma co się oszukiwać, pomyślała zaspana, zwlekając 

się z łóżka i idąc do łazienki. Mieszkanie w domu pełnym 
obcych ludzi na pewno nie będzie ani łatwe, ani przyjemne. 
A co z pisaniem? Gonił ją termin i nie mogła odkładać za­
kończenia powieści, ale odpieranie ataków jakichś tajemni­
czych postaci, uzbrojonych w sztylety, to perspektywa rów­
nie skutecznie rozpraszająca twórczą koncentrację. Ciekawe, 

jak zareagowałaby policja, gdyby im opowiedziała, co przy­

darzyło jej się tej nocy. Pewnie uznaliby ją za wariatkę. 
Dobrze, że Cavenaugh nie wypytywał jej zbyt szczegółowo 
o to, co zobaczyła za oknem. 

Widok zamkniętych drzwi do łazienki, zza których dobie­

gał szum wody, trochę ją otrzeźwił. 

- Cavenaugh, jesteś tam? 
- A kogo się spodziewałaś? 
- Przestań - powiedziała ze złością. 

Drzwi otworzyły się po chwili i w progu stanął Cave­

naugh. Ścierał ręcznikiem z policzków resztki mydła do go­
lenia. Widać było, że zdążył się już zadomowić i czuje się 

swobodnie. Może nawet zbyt swobodnie, pomyślała z iryta­
cją Kimberly. Na widok pełnego dezaprobaty spojrzenia, ja­
kim obrzuciła wnętrze łazienki, w jego zielonych oczach po­

jawił się wesoły błysk. 

background image

CZARODZIEJKA... 61 

- Cały problem polega na tym, że nie przywykłaś do 

obecności mężczyzny w domu. Albo w ogóle obecności dru­
giej osoby. Nie przejmuj się, jestem doskonale wytresowany. 
Nie zostawię mokrego ręcznika na podłodze. 

- Skończyłeś? - zapytała, zastanawiając się, czy zostało 

jeszcze trochę ciepłej wody. 

- Prawie. 
- To dobrze. Możesz zająć się śniadaniem - poinformo­

wała go z triumfalną miną, po czym wypchnęła z łazienki 
i sama zajęła jego miejsce. Zanim zamknęła drzwi, zdążyła 

jeszcze dostrzec jego ironiczny uśmiech i usłyszeć: 

- Jakiś mężczyzna będzie miał pełne ręce roboty, próbu­

jąc cię nauczyć sztuki kompromisu. 

- Tam, gdzie w grę wchodzi resztka wody na ciepły pry­

sznic, nie wierzę w żaden kompromis. Zrób jajecznicę, Cave-
naugh. Lubię, żeby była wysmażona. - Już miała definityw­
nie zamknąć drzwi, kiedy coś jej się przypomniało. - A przy 
okazji, postanowiłam przyjąć twoje zaproszenie. Na razie na 

kilka dni. 

Cavenaugh uniósł brwi. 
- Nie zamierzasz się już o to kłócić? 
- Czy twoja propozycja jest nadal aktualna? 
- To nigdy nie była propozycja, Kim - wyjaśnił łagod­

nym tonem. - Nazwałbym to raczej poleceniem. Nie mogę tu 
z tobą zostać, ponieważ mam masę obowiązków i spraw do 
załatwienia. Ciebie też nie mógłbym zostawić samej. Nie po 
tym, co się wydarzyło. Dlatego musisz ze mną pojechać. Nie 
masz innego wyjścia. 

Kimberly przechyliła głowę i zmierzyła go chłodnym 

spojrzeniem. 

background image

62 CZARODZIEJKA... 

- Jeżeli ja mam się nauczyć paru rzeczy dotyczących 

korzystania ze wspólnej łazienki, to coś ci powiem: ty musisz 
nauczyć się dyplomacji. 

- Chodzi o to, że powinienem się nauczyć wydawać roz­

kazy w taki sposób, żeby brzmiały jak prośby? 

Kimberly nie zamierzała wdawać się w żadne dyskusje 

przed poranną filiżanką kawy i w odpowiedzi zatrzasnęła mu 
drzwi przed nosem. 

Kiedy pół godziny później weszła do kuchni, ubrana, 

w czyste dżinsy i beżową bluzkę, powitał ją miły aromat 
kawy. 

- Nieźle, Cavenaugh, całkiem nieźle. - Spojrzała z apro­

batą na jajecznicę, którą właśnie mieszał na patelni. W pie­
karniku rumieniły się grzanki. 

- Robię, co mogę - mruknął. 
Kimberly odpowiedziała mu promiennym uśmiechem. 
- Coś mi mówi, że sam zdążyłeś zgłodnieć. Oczywiście 

nie narzekam. Nawet sobie nie mogę przypomnieć, kiedy po 
raz ostatni ktoś robił mi śniadanie. - Otworzyła lodówkę. 
- Co chcesz do jajecznicy? 

- Cokolwiek, byle nie pikantny sos. 
Kimberly spojrzała na niego z politowaniem. 
- Nie wiesz, co tracisz. Ja uwielbiam jajecznicę na ostro. 
Wyjęła z lodówki butelkę pieprzowego sosu i postawiła ją 

na blacie. Prawdę mówiąc, obecność Dariusa Cavenaugha 
zaczynała być całkiem interesująca. Ciekawe, jak by to było 
gościć go u siebie w domu przez kilka dni? Kiedy się nachy­
liła, by wyjąć serwetki, wzrok jej padł nagle na kopertę od 
adwokata. Była otwarta. To sprawka Cavenaugha- nie potra­
fił się pohamować, musiał wszystko kontrolować! 

background image

CZARODZIEIKA,., 63 

- Co to ma znaczyć? - zapytała, ostentacyjnie podnosząc 

otwartą kopertę. Jej dobry humor wyparował. 

- To raczej ja chciałem cię o to zapytać. 
- Otworzyłeś list adresowany do mnie! 
Cavenaugh nałożył jajecznicę na talerze, wstawił patelnię 

do zlewu, a potem skinął głową bez słowa. 

Kimberly patrzyła na niego w niemym osłupieniu. Nie 

wydawał się ani trochę zażenowany. 

- Otworzyłeś prywatny list! 
- Byłem ciekawy, co jest w środku. 
- Byłeś ciekawy! Coś podobnego! Kto dał ci takie prawo, 

żeby z ciekawości otwierać cudzą korespondencję? - zaata­
kowała go z furią. 

- Z własnego doświadczenia wiem - zaczął Cavenaugh 

ze spokojem - że przesyłki od adwokatów często oznaczają 
kłopoty. A ponieważ odniosłem wrażenie, że ciebie to nie 
interesuje, pozwoliłem sobie otworzyć kopertę i przeczytać 
pismo. 

Kimberly osunęła się na krzesło. Ze wzburzenia zabrakło 

jej słów. 

- Nie przypuszczałam, że stać cię na taką bezczelność 

- wykrztusiła w końcu. 

Cavenaugh spojrzał na nią z ukosa. 
- Kto to są ci Marlandowie, Kim? 
- Jak można otwierać cudzą korespondencję! To nie do 

wiary. To wbrew prawu - ciągnęła oburzona, nie zwracając 
uwagi na jego pytanie. 

- Kim - powtórzył z naciskiem - kto to są ci Marlando­

wie? Po co wynajęli adwokata, który miał się z tobą skonta­
ktować? Dlaczego chcą się z tobą spotkać? 

background image

64 CZARODZIEJKA... 

- Czy tak samo postępujesz z ludźmi, którzy z tobą mie­

szkają i dla ciebie pracują? Bo jeżeli tak, to nie rozumiem, jak 
udaje ci się utrzymać pracowników. Dla rodziny musisz być 
nie do zniesienia. 

- Kim - przerwał jej cierpliwie - odpowiedz na moje 

pytania. 

- A muszę? 
Cavenaugh zaklął pod nosem. 
- Musisz, bo jeżeli tego nie zrobisz, sam skontaktuję się 

z kancelarią adwokacką i dowiem się, o co chodzi. 

- To już jawna groźba i kolejny atak na moją prywatność 

- odparła z wściekłością. 

- Miejże ty zdrowy rozum. Ja staram się tylko dowie­

dzieć, czy nie wpadłaś w prawdziwe kłopoty. Może obecność 
człowieka, którego widziałaś za oknem, wiąże się w jakiś 
sposób z tamtą sprawą? Może mylimy się, sądząc, że ma to 
związek z porwaniem Scotta? 

- Mój Boże, nie! - wyrwało się Kimberly. - Zapewniam cię 

że państwo Marlandowie nigdy nie umoczyliby swoich wyma-
nikiurowanych rączek w czymś tak wstrętnym jak porwanie. 

- Powiedz wreszcie, kim oni są - nalegał Cavenaugh -

i czemu tak bardzo chcą się z tobą skontaktować? 

- To rodzice mojego ojca. - Kimberly doszła do wniosku, 

że nie warto się dłużej kłócić. A poza tym, czemu właściwie 
nie miałaby powiedzieć prawdy? 

- Twoi dziadkowie? - zdumiał się Cavenaugh. 
- Oficjalnie tak - przyznała obojętnie i zaczęła wyciskać 

sos na talerz. - W moim odczuciu nie łączy nas nic prócz 
czysto fizycznego pokrewieństwa. Szczerze mówiąc, nigdy 
w życiu ich nie widziałam. 

background image

CZARODZIEJKA... 65 

- Sądząc po tym liście, im naprawdę zależy na spotkaniu 

z tobą. 

- Jest już trochę za późno, żeby odgrywać rolę kochają­

cych dziadków. 

- Powiesz mi, co się stało? - cicho zapytał Cavenaugh. 
- Śniadanie to nie jest stosowna pora, żeby ekshumować 

rodzinne upiory - prychnęła Kimberly. 

- O ile wiem, na coś takiego żadna pora nie jest stosowna. 

Więc równie dobrze może być i śniadanie - odparł sucho. 

Coś w tonie Cavenaugha zaintrygowało Kimberly. Spoj­

rzała na niego z uwagą. Może próbuje dać do zrozumienia, że 
wpadł na trop jej sekretów? Ale ona nie miała zamiaru nicze­
go mu ułatwiać. Niech najpierw on zdradzi swoje tajemnice. 
Dlaczego, na przykład, swoją przeszłość zbywa półsłówka­
mi? Co on takiego powiedział ubiegłej nocy? Że nie zawsze 
trudnił się wyrobem win? 

- Odpowiedz mi, Kim. - Spokojny głos Cavenaugha 

przerwał jej rozmyślania. 

- To krótka i ponura historia. Z twoim pochodzeniem, 

pewnie łatwiej przyjdzie ci ich zrozumieć. Mój ojciec był ich 

jedynym synem i spadkobiercą. Marlandowie mają liczne 

nieruchomości w Pasadenie, a także prowadzą rozległe inte­
resy w całej Kalifornii. To bardzo szacowna rodzina, dumna 
ze swojego pochodzenia i niebywale zamożna. Mój ojciec 
został wychowany na godnego spadkobiercę nazwiska i for­
tuny. O ile wiem, był doskonale przygotowany do tej roli. 
Ukończył najlepsze prywatne szkoły. Miał wszystko, co tyl­
ko można kupić za pieniądze. Aż tu nagle, któregoś dnia, ten 
wspaniały syn, chluba i nadzieja rodu, popełnił niewybaczal­
ny błąd. Zakochał się w mojej matce. 

background image

66 CZARODZIEJKA... 

- Poczekaj, niech zgadnę - przerwał jej Cavenaugh. -

Twoja matka nie była z dość dobrej rodziny, tak? 

- Moja matka była przepracowaną, źle opłacaną pielęg­

niarką. I do tego nie miała nikogo. Była sierotą. Poznała ojca, 
gdy zgłosił się do szpitala na jakiś drobny zabieg. Wiesz, co 
się mówi o mężczyznach, którzy zakochują się w swoich pie­
lęgniarkach? 

- Nie, nie mam pojęcia. 
- Zauroczenie zazwyczaj mija, kiedy mężczyzna wycho­

dzi ze szpitala. W przypadku mojego ojca tak się nie stało. 
Czując, że nigdy nie dostanie zgody rodziców na ślub z moją 
matką, uciekł z nią którejś upojnej nocy do Las Vegas. 

- Z nadzieją, że rodzice, postawieni wobec faktów doko­

nanych, jakoś się z tym pogodzą, tak? 

- Aha. - Kimberly skinęła głową. - Nie wszystko jednak 

ułożyło się po jego myśli. Marlandowie wpadli w szał i zażą­
dali, by natychmiast się rozwiódł. Przypuszczam, że mój 
ojciec przez jakiś czas się opierał, ale oni nie przestawali go 

urabiać, wypominając mu jego zobowiązania względem ro­
dzinnych tradycji. A na koniec odcięli pieniądze. Wkrótce 
potem moi rodzice się rozeszli. 

- Czy po twoim urodzeniu coś się zmieniło? 
- Absolutnie nic. Nie było żadnych kontaktów z Marlan-

dami. 

- Nie nosisz nawet nazwiska ojca? 
- Nie. Przyjęłam nazwisko matki. 
- Scott mówił mi, że twoja matka umarła parę lat temu. 

- Głos Cavenaugha zabrzmiał łagodnie. 

- Zginęła w wypadku samochodowym na autostradzie 

koło Los Angeles - powiedziała Kimberly głucho. 

background image

CZARODZIEJKA... 67 

Przez chwilę przeżuwał w milczeniu grzankę. Kimberly 

myślała, że ten temat został już zamknięty, ale on po chwili 
zapytał: 

- Dlaczego Marlandowie chcą się z tobą skontaktować po 

tylu latach? 

Kimberly pozwoliła sobie na złośliwy uśmieszek. 
- Ponieważ ich dobrze urodzony syn i spadkobierca, mój 

ojciec, nie miał już więcej dzieci. Ożenił się po raz drugi, i to 
zgodnie z ich oczekiwaniami, ale jego żona okazała się bez­
płodna. Utonął parę lat po śmierci mojej matki. Wiem to 
z listu od adwokatów. - Mówiąc to, przypomniała sobie doj­
mujące uczucie żalu, jakiego, ku swemu zdziwieniu, doznała 
na wieść o śmierci ojca, którego przecież nigdy nie znała. 

- Więc teraz ci Marlandowie nie mają nikogo prócz cie­

bie, tak? 

- Oni mnie nie mają - poprawiła Kimberly. - Nawarzyli 

sobie piwa dwadzieścia osiem lat temu i teraz muszą je sami 
wypić. Wybrali nazwisko i pieniądze, więc niech się nimi 
teraz udławią. Nigdy im nie wybaczę tego, jak postąpili z mo­

ją matką. 

- Ich adwokat sugeruje w liście, że jeśli zgodzisz się spot­

kać z Marlandami, otrzymasz poważny zapis w testamencie. 

- Nie potrzebuję ich pieniędzy. 
- A gdzie poczucie więzi rodzinnej? - zapytał z wyrzu­

tem Cavenaugh. - Przecież jesteś teraz samotna, podobnie 

jak twoi dziadkowie. 

- Nigdy nie byłam szczególną zwolenniczką pielęgno­

wania rodzinnych tradycji - sucho odparła Kimberly. - A już 
zwłaszcza po tym, jak w imię tych tradycji skrzywdzono 
moją matkę. 

background image

68 CZARODZIEJKA... 

- Czy to dlatego szukasz mężczyzny, który byłby równie 

jak ty wolny od wszelkich zobowiązań rodzinnych? 

- Piątka za przenikliwość - odparła nie bez ironii. - Jeże­

li kiedykolwiek zdecyduję się na małżeństwo, to tylko z czło­

wiekiem, na którego lojalność będę mogła liczyć w stu pro­

centach. Z kimś, kogo nie będę musiała dzielić z cieniami 

jego przodków. 

- On, oczywiście, będzie musiał posiadać też tę niezwy­

kłą umiejętność komunikacji pozawerbalnej, prawda? - do­
rzucił Cavenaugh. 

- To cię bawi? - zapytała z wyrzutem. 
- Myślę, że żyjesz w świecie iluzji. Szukasz mężczyzny 

znikąd, który nie miałby nikogo prócz ciebie, a na dodatek 
myślał w taki sam sposób jak ty. 

- Jeżeli nawet to iluzja, to dosyć miła - odparła, wzrusza­

jąc ramionami. 

- Mogłabyś polubić również i prawdziwy świat - zasuge­

rował Cavenaugh. 

- Nie ma mowy. 
- Skąd ta pewność, że nie nadejdzie czas, kiedy za­

pragniesz mężczyzny z krwi i kości zamiast papierowego bo­
hatera? 

- Może i zapragnę, ale nigdy na stałe - mruknęła Kim-

barly. - Podaj mi dżem. 

- Czy dajesz mi w ten sposób do zrozumienia, że chcesz 

zmienić temat? - Cavenaugh wręczył jej słoik dżemu truska­
wkowego. 

- Twoja domyślność mnie zdumiewa. - Obdarzyła go 

promiennym uśmiechem. 

- Mam jeszcze kilka innych umiejętności, ale w tobie jest 

background image

CZARODZIEIKA... 69 

tyle uprzedzeń do mężczyzn z mojej sfery, że pewnie nie 

będziesz chciała się o nich przekonać. 

- Jeżeli mówisz o twoim wczorajszym przyjeździe... 

Cavenaugh niecierpliwie potrząsnął głową. 

- Wczoraj nie było mowy o żadnej telepatii. Zestawiłem 

po prostu kilka faktów i doszedłem do wniosku, że to ty 

musiałaś telefonować. A ponieważ i tak wybierałem się 

w najbliższym czasie na wybrzeże, żeby się z tobą zobaczyć, 

postanowiłem zrobić to od razu. Nie, Kim, nie mówię o żad­

nych nadnaturalnych umiejętnościach. Mówię o rzeczach 

bardziej konkretnych. Chciałbym ci na przykład udowodnić, 

że potrafię zadowolić cię w łóżku. Daj mi tę szansę. 

Kimberly jednym haustem dokończyła kawę i hałaśliwie 

odstawiła filiżankę. 

- Jeżeli sobie wyobrażasz, że pójdę z tobą do łóżka 

w zamian za opiekę, to możesz od razu wyjść. Sama sobie 

poradzę. 

- Kiedy zechcę się z tobą przespać, moja ty czarowni­

co, będzie to na moich warunkach, a nie na twoich - od­

parł Cavenaugh ze złością. - I mogę cię zapewnić - ciągnął 

- że moje warunki nie oznaczają seksu w zamian za opie­

kę. Nie jesteś jedyną osobą, która ma pewne żelazne za­

sady dotyczące układu między dwojgiem ludzi. Za kogo 

ty mnie masz?! Jeżeli zechcę, mogę być bardzo hojny, 

ale nigdy nie będę próbował kupić kobiety - czy to za pienią­

dze, czy za obietnicę opieki. Mam nadzieję, że się dobrze 

rozumiemy. 

Kimberly zamyśliła się na chwilę. 
- Nie chciałam cię urazić - powiedziała w końcu. I na­

prawdę tak myślała. Nie miała ochoty na kłótnię. Cavenaugh 

background image

70 CZARODZIEJKA... 

zdenerwował ją apodyktycznym tonem i narzucaniem swojej 
woli. 

- Miło mi to słyszeć - rzekł z ironią, sięgając po dzbanek 

do kawy, po czym dodał: - Może jednak komunikujemy się 
na tej samej, metafizycznej fali. A przynajmniej wydaje mi 
się, że rozumiesz mnie na tyle dobrze, by wiedzieć, kiedy 
spuścić z tonu. 

background image

ROZDZIAŁ 4 

Imponująca, rozległa posiadłość Cavenaughow wraz z ota­
czającymi ją winnicami mogłaby posłużyć jako wizytówka 
Napa Valley. Wśród łagodnych, ciągnących się niemal po 
horyzont, porośniętych winoroślą wzgórz skryła się rodowa 
siedziba wraz z licznymi przyległymi zabudowaniami. Kim-
berly siedziała obok Cavenaugha w jego eleganckim jagu­
arze. Zjechali właśnie z głównej szosy i mknęli teraz, pośród 
winnic, zadrzewioną aleją w kierunku domu. W miarę jak się 
do niego zbliżali, rosło jej zdenerwowanie. 

- Mam wrażenie, jakby nic się tu nie zmieniło od stu lat 

- odezwała się w końcu, patrząc na dwa największe budynki, 
wzniesione w stylu kolonialnym. 

- Posiadłość nie jest aż taka stara - roześmiał się Cave-

naugh, po czym wyjaśnił: - Mój ojciec założył tę winni­
cę i postawił budynki gospodarcze w latach sześćdziesią­
tych. Jest otwarta dla zwiedzających przez trzy dni w tygo­
dniu. Budowę domu zakończyłem dopiero dwa lata temu. 
To tyle, jeżeli chodzi o niezbyt starożytną historię naszej ro­
dziny. 

background image

72 CZARODZIEJKA... 

- Ale twoja rodzina miała winnice w Kalifornii od kilku 

pokoleń, prawda? 

- Różnie to bywało - odparł wymijająco Darius. 
- Wszystko wskazuje na to, że teraz znakomicie wam się 

powodzi - stwierdziła, patrząc na rozciągające się wokół do­
rodne winnice. 

Cavenaugh uśmiechnął się z satysfakcją. 
- O, tak, chyba tak. 
Rezydencja Cavenaughow położona była na wzgórzu, nad, 

budynkiem winiarni. Przed obcymi chroniły ją kuta brama 
i niski, kamienny mur. 

- Zainstalowałem elektroniczny system alarmowy 

wzdłuż całego ogrodzenia - wyjaśnił Darius, otwierając bra­
mę pilotem. - Nikt się tu nie dostanie bez wiedzy Starke'a. 

- Kto to jest Starke? 
- Mój przyjaciel. Zajmuje się systemami alarmowymi. 

Musieliśmy je założyć z powodu turystów. A po przygodzie 
Scotta zaostrzyliśmy kontrolę. - Cavenaugh zatrzymał wóz 
na podjeździe przed domem i spojrzał z powagą na Kimberly. 
- Na terenie posiadłości będziesz w stu procentach bezpiecz­
na, ale proszę cię, żebyś nie wychodziła poza to ogrodzenie 
bez osoby towarzyszącej. Czy to jasne? 

Kimberly, nie wysiadając z samochodu, rozejrzała się nie­

pewnie po okolicy, która miała stać się jej więzieniem, i za­

częła się zastanawiać, w co się właściwie wpakowała. 
Nie miała przy tym pewności, jak powinna zareagować 
na polecenia Cavenaugha. Dlatego z pewną ulgą spostrzegła, 
że główne drzwi rezydencji otworzyły się i wybiegł z nich 
Scott. 

- Wujku Dare, wujku Dare, przywiozłeś ją! Wiedziałem, 

background image

CZAR0DZ1EIKA... 73 

że ją przywieziesz! - W oknie wozu ukazała się rozradowana 
twarzyczka chłopca. Popatrzył na wuja, a potem na Kimber-
ly. - Dzień dobry - powiedział ciszej, jakby onieśmielony. 
- Czy mnie pamiętasz? 

Kimberly uśmiechnęła się. 
- Możesz mi nie wierzyć, Scott, ale nigdy cię nie za­

pomnę! 

- Kim zostanie z nami przez jakiś czas - wyjaśnił Ca-

venaugh. Otworzył drzwi jaguara i pogładził chłopca po 
głowie. 

- Ale fajnie! Będę mógł jej pokazać moją nową kolejkę! 

Tak się cieszę, że z nim przyjechałaś! Mówiłem Dare'owi, 
żeby bez ciebie nie wracał! 

Nie czekając, aż Cavenaugh otworzy jej drzwi, Kimberly 

sama wysiadła z jaguara. Nagle jakiś nowy głos przerwał 
podnieconą paplaninę Scotta. Podniosła wzrok i zobaczyła 
atrakcyjną, czarnowłosą kobietę o zielonych oczach Cave-
naughów, która szła ku nim od wejścia. 

- Julia? - Kimberly nie miała najmniejszych wątpli­

wości, kto to. Wyciągnęła uprzejmie rękę do siostry Dariusa. 

- Tak bardzo chciałam cię poznać już od chwili, kiedy 

Dare przywiózł Scotta do domu i opowiedział nam, co się 
zdarzyło - zapewniła gorąco Julia. - Jestem pewna, że po­
wiedział ci, jak bardzo jesteśmy wdzięczni za to, co dla nas 
zrobiłaś. Jestem taka szczęśliwa, że udało mu się namówić 
cię, żebyś nas odwiedziła. 

- Bardzo dziękuję - powiedziała niepewnie Kimberly. 
Zaczęła się zastanawiać, czy będzie tu równie mile widzia­

na, kiedy wszyscy domownicy odkryją, że przyjechała na 
czas nieokreślony. Ale zanim zdążyła powiedzieć coś jeszcze 

background image

74 CZARODZIEJKA,.. 

tej ładnej, młodej kobiecie, która była matką Scotta, na szczy­
cie schodów pojawił się mężczyzna. 

- Cześć, Starke. - Cavenaugh skinął głową w jego stronę. 

- Chciałbym, żebyś poznał Kimberly Sawyer. Musimy się nią 
zaopiekować przez jakiś czas. 

Mężczyzna zszedł powoli po schodach. Kimberly uśmie­

chnęła się uprzejmie, choć nie przyszło jej to łatwo. Starke 
wyglądał przerażająco. Miał toporne rysy, zaciętą, ponurą 
twarz, na której chyba nigdy nie pojawiał się uśmiech, a 
w jego małych, świdrujących oczkach czaiła się groźba. 
Skąd, na Boga, Cavenaugh wytrzasnął takiego typa? 

- W samą porę pani tu przyjechała, panno Sawyer - ode­

zwał się chropawym, grubym głosem, chyląc głowę w ukło­
nie. - Cavenaugh pani potrzebuje. 

Zanim Kim zdążyła zareagować na tak zaskakującą uwa­

gę, Starke odwrócił się i ruszył w stronę domu. 

- Nie przejmuj się Starkiem - powiedziała Julia Emery, 

prowadząc Kimberly po schodach. - To dziwak, ale zarazem 
bardzo dobry człowiek. 

- A poza tym, kiedy on tu jest, nikomu obcemu nie uda się 

zbliżyć na krok do Scotta - dodał Cavenaugh, który szedł za 
nimi, niosąc walizkę Kimberly. 

- No właśnie - odezwała się Julia konfidencjonalnym szep­

tem. - Biedny Starke wziął sobie bardzo do serca historię z po­
rwaniem Scotta. Myślę, że czuł się odpowiedzialny. Tymczasem 
nie było w tym jego winy. Scott został uprowadzony w drodze 
ze szkoły. Nieopatrznie pozwoliliśmy mu pojechać na rowerze. 
Oczywiście teraz nie ma o tym mowy. Starke sam go odwozi 
i przywozi. 

- Rozumiem - powiedziała Kimberly. 

background image

CZARQDZIEIKA... 75 

W głębi duszy ucieszyła się, że dziwaczna uwaga Starke'a 

przeszła bez echa. Na wszelki wypadek, żeby zmienić temat, 
zaczęła z zachwytem mówić na temat domu. 

- Co za przepiękny dom, Julio! Wygląda jak zabytkowy 

pałacyk! 

- Ale na szczęście wyposażony jest we wszystkie nowo­

czesne wygody - roześmiała się Julia. - A przy tym jest 

w nim mnóstwo miejsca. Zaprowadzę cię na górę, do twojego 
pokoju. Został już przygotowany, bo mieliśmy nadzieję, że 
Dare jednak cię przekona do złożenia nam wizyty. 

Weszły do domu i gdy Julia poprowadziła Kimberly przez 

rozległy hol ku krętym, szerokim schodom, z zaplecza wy­
łoniła się kolejna postać. Kimberly zaczęła się zastanawiać, 
ile jeszcze osób mieszka w tym domu. Nagle poczuła się 
osaczona. 

- Kim, to jest pani Lawson - zaprezentowała Julia. - Pro­

wadzi nam dom. Nie wiem, co byśmy bez niej zrobili. Pani 
Lawson, to jest Kimberly Sawyer. 

Pulchna, starsza kobieta wyciągnęła rękę z przyja­

znym uśmiechem, a w jej szarych oczach zapaliły się wesołe 
iskierki. 

Kimberly przywitała się, a potem weszły z Julią na piętro. 

Kiedy były już w połowie drogi do pokoju, który miała zaj­
mować, dwie inne kobiety wyjrzały z zalanego słońcem salo­
nu, wydając okrzyki radości. 

- Ach, to na pewno Kim! - zawołała pierwsza z nich. 

- Tak się cieszę, że mogłaś przyjechać, kochanie! Nazywam 

się Milly Cavenaugh i jestem ciotką Dare'a. 

Kimberly uśmiechnęła się do czarującej starszej pani, któ­

ra szła ku niej, wyciągając ręce. Ciotka Milly miała zielone 

background image

76 CZARODZIEJKA... 

oczy Cavenaughow - jak Dare i Julia - a jej czarne niegdyś 
włosy, upięte w ciężki kok, przyprószyła siwizna. Wysoka 
i dobrze zbudowana, miała w sobie wiele dostojeństwa. W jej 
wzroku malowało się ożywienie i życzliwa ciekawość. Kim-
berly wiedziała od Dariusa, że Milly owdowiała wiele lat 
temu, a od śmierci męża poświęciła się realizacji najrozmait­
szych, często fantastycznych projektów. 

Kimberly już od pierwszego wejrzenia poczuła, że polubi 

starszą panią, podobnie zresztą jak jej towarzyszkę w purpu-, 
rowym turbanie i pistacjowozielonej sukni. Przez chwilę 

przyglądała się kolorowo ubranej kobiecie, zapewne w tym 

samym wieku co Milly. Obie panie bardzo się różniły. Ciotka 
Cavenaugha była osobą niezwykle nobliwą i elegancką, nato­
miast jej towarzyszka wyglądała na uroczą, roztrzepaną eks-
centryczkę. Doskonały pierwowzór literacki, pomyślała 
Kimberly. 

- Kim Sawyer, a to Ariel Llewellyn, przyjaciółka mojej 

ciotki. - Julia szybko dokonała prezentacji. - Ariel i ciotka 
Milly są nierozłączne. 

- Nonsens - prychnęła Ariel, entuzjastycznie potrząsając 

ręką Kimberly. - Owszem, przyjaźnimy się z Milly i lubimy 
wspólnie spędzać czas, ale z pewnością nie jesteśmy nieroz­
łączne. Prawda, Milly? 

- Tak, to nędzne oszczerstwo - pogodnie przyznała Mil­

ly. - Jak długo u nas zostaniesz, kochanie? - zwróciła się do 
Kimberly. 

- Pewnie kilka dni - odparła Kimberly z zażenowaniem. 
Nie miała pojęcia, jak długo będzie w stanie znieść ten 

ciągły zamęt. Przyzwyczajona do samotności, już w tej chwi­
li czuła, że zaczyna ją ogarniać panika. Jak Cavenaugh mógł 

background image

CZARODZIEJKA... 77 

wytrzymać w takim tłumie? Ale on przecież dorastał w takich 
warunkach. A poza tym czuł się związany z tymi ludźmi. 

- Czy to już wszyscy? - zapytała z wahaniem Kimberly, 

kiedy siostra Dariusa pociągnęła ją w głąb korytarza. 

- Chwilowo tak - uspokoiła ją Julia. - Oczywiście w cią­

gu dnia jest tu jeszcze większy ruch. Przychodzą pracownicy 
do Dare'a i dostawcy do pani Lawson. No i koledzy do Scot­
ta. A Milly i Ariel uwielbiają wydawać herbatki, więc często 
podejmują gości. 

- Jasno z tego wynika, że bywają u was prawdziwe tłumy 

- stwierdziła Kimberly. 

- Ani się obejrzysz, jak się przyzwyczaisz. 
- Och - westchnęła tylko Kimberly, kiedy Julia wprowa­

dziła ją do ciepłego, słonecznego pokoju, z którego roztaczał 
się piękny widok na winnicę. Przeszła przez pokój i wyjrzała 
przez okno. 

- Mam nadzieję, że będzie ci się tu dobrze mieszkało - po­

wiedziała Julia. - Dare za chwilę przyniesie twoją walizkę. Te­
raz jest zajęty. Rozmawia ze Starkiem w swoim gabinecie. 

Dopiero wtedy Kimberly zauważyła, że Cavenaugh nie 

poszedł za nimi na górę. 

- Nic nie szkodzi. Przecież nie ma pośpiechu. Muszę 

jeszcze tylko przynieść z samochodu moją maszynę do pisa­

nia i neseser. 

- Nie zaprzątaj sobie tym głowy. Starke się wszystkim 

zajmie - zapewniła Julia z uśmiechem. - Wierz mi, że napra­
wdę cieszymy się z twojego przyjazdu. Nigdy nie zdołamy ci 
się odwdzięczyć za to, co dla nas zrobiłaś. 

- Błagam, nie mówmy już o tym - zwróciła się do niej 

Kimberly. - To naprawdę nic wielkiego. 

background image

78 CZARODZIEJKA... 

- Nie zrozumiesz tego, bo nie masz dzieci. Gdyby to twój 

synek został porwany... - Głos Julii załamał się. - Nie masz 
pojęcia, co przeżywałam przez te kilka dni. To był istny 
koszmar! Kiedy przyszedł list z żądaniem okupu, kompletnie 
się załamałam. Do tamtego momentu wmawiałam sobie, że 
porywacz to najprawdopodobniej ojciec Scotta. A Tony prze­
cież nie skrzywdziłby własnego syna. Gdy dostaliśmy ten 
list, zrozumieliśmy, że to jednak prawdziwe porwanie. 

- Podejrzewałaś ojca Scotta? - zdumiała się Kimberly, do 

której dopiero po chwili dotarł sens tej informacji. - Ach, 
rozumiem. Chodzi o opiekę nad dzieckiem, tak? 

- Niezupełnie - odparła Julia cierpkim tonem. - Ostatnią 

rzeczą, na jakiej Tony'emu zależy, to obarczać się dzieckiem. 

Kiedy zaszłam w ciążę, był wściekły. Ale był też wściekły, 

kiedy stąd wyjeżdżał. 

- Rozwiódł się z tobą? 
- Nie z własnej woli. - Julia zacisnęła usta. - Nie miał 

najmniejszej ochoty rozwodzić się z fortuną Cavenaughow. 
Dare wyprowadził go z błędu i poinformował, że to on osobi­
ście wszystko kontroluje, i tak naprawdę żadna fortuna nie 
istnieje. 

Kimberly słuchała tych poufnych informacji z lekkim za­

żenowaniem. Nie była wcale pewna, czy ma ochotę poznać te 
wszystkie szczegóły dotyczące rodziny Cavenaughow. 

- Rozumiem - powiedziała niepewnym tonem, a Julia 

ciągnęła: 

- Mój ojciec ogłosił upadłość trzy lata temu. Wkrótce 

potem oboje rodzice zginęli w katastrofie lotniczej, kiedy 
wracali z Tahoe. Parę miesięcy później zjawił się Dare i ura­
tował nie tylko winnicę, ale i nas wszystkich. 

background image

CZAR0DZ1EHCA... 79 

- A skąd on przyjechał? - zainteresowała się Kimberly. 

Do tej pory sądziła, że Cavenaugh zawsze mieszkał w Napa 
Valley. 

- Prowadził własną firmę, spółkę importowo-eksportową 

z centralą w San Diego. Dużo podróżował w sprawach służ­
bowych, więc widywaliśmy go bardzo rzadko. A kiedy się 
znowu pojawił, był człowiekiem sukcesu. Zgromadził przez 
te lata kapitał, dzięki któremu udało się odnowić winnice 
Cavenaughow. Wyprostował też ścieżki mojego życia i po 
prostu odprawił Tony'ego. 

Kimberly spojrzała na nią z uwagą. 

- Kochałaś męża? 
- Kiedy wyjeżdżał, byłam więcej niż szczęśliwa, że mogę 

się go pozbyć - przyznała Julia ze spokojem. - Wykorzysty­
wał mnie przez całe lata, spodziewając się, że odziedziczy 
pieniądze po moim ojcu. A ja przez cały ten czas myślałam, 
że mu na mnie zależy. Tak perfidnie mną manipulował. Do­

piero Dare go przejrzał. Dare i Starke doskonale znają się na 
ludziach - dorzuciła Julia. - Pracują razem od lat i potrafią 
instynktownie rozpoznać ludzi tego pokroju co Tony Emery. 
To było traumatyczne przeżycie, ale cieszę się, że mam to już 
za sobą. 

Kimberly pomyślała o nieobecnym Tonym i zadała sobie 

pytanie, co tak naprawdę zaszło. Przyszło jej na myśl, że być 
może Tony Emery znalazł się w podobnej sytauacji jak przed 
laty jej matka. To niewykluczone, że Darius, obecnie głowa 
rodu, pozbył się tego człowieka, ponieważ uważał go za nędzne­
go żigolaka, niegodnego przynależeć do czcigodnej rodziny 
Cavenaughow. 

Mimo świadomości, że Cavenaugh potrafi być bezlitosny, 

background image

80 CZARODZIEJKA... 

instynktownie czuła, że musiały istnieć jakieś poważne przy­
czyny, dla których pozbył się szwagra. Darius Cavenaugh nie 
zrobiłby czegoś podobnego bez powodu. Nawet Julia wyda­
wała się zadowolona z takiego obrotu spraw. 

Pozostała część popołudnia minęła w zamęcie, który był 

absolutną nowością dla kogoś, kto jak Kimberly przywykł do 
życia w samotności. Musiała pójść i obejrzeć wspaniałą ko­
lejkę Scotta, przedstawiono jej narzeczonego Julii, Marka 
Taylora, właściciela niewielkiej winnicy w sąsiedztwie, Mil-
ly i Ariel oprowadziły ją po ogrodzie, a na domiar wszystkie­
go wciąż pojawiały się jakieś nowe, nie znane jej twarze. Po 
domu kręcili się też pracownicy Cavenaugha, którzy mieli do 
szefa dziesiątki najrozmaitszych spraw. 

Dariusa zobaczyła dopiero wieczorem, przy kolacji. Była 

już wtedy tak zmęczona, że nie starczyło jej sił nawet na 

uprzejmą konwersację. Ariel Llewellyn została na kolacji, 
podobnie jak Mark Taylor. Mały Scott, niezwykle podnieco­
ny, zdominował całe towarzystwo. Kiedy wreszcie pani 
Lawson uprzątnęła ze stołu resztki deseru, Kimberly kręciło 
się w głowie jak od długiej jazdy na karuzeli. Miała wrażenie, 
że w tym domu panuje nieustanny ruch i harmider. 

Nie mówiąc już o tym, że nie podawano do posiłku pikan­

tnego sosu. Coś okropnego! 

Po kolacji, wymawiając się bólem głowy, zamierzała opuścić 

towarzystwo. Musiała jednak zaczekać, aż Ariel zaparzy jej 
ziołową herbatkę, i uważnie wysłuchać instrukcji, jak należy 

ją pić. 

Kiedy wreszcie zamknęła za sobą drzwi, doznała niewy-

słowionej ulgi. Przyszło jej nawet na myśl, że w tym momen­
cie wolałaby zobaczyć kilka zakapturzonych postaci ze szty-

background image

CZARODZIEJKA...

 81 

letami, jeżeli w zamian mogłaby pobyć przez chwilę sama 
- no, co najwyżej z butelką ulubionego sosu. 

Włożyła wygodną trykotową koszulkę i wyciągnęła się na 

łóżku, popijając ziółka, które miały uleczyć jej migrenę. Na­
par miał gorzki, nieprzyjemny smak, ale z jakichś względów 
czuła się zobowiązana wypić go do końca. W końcu Ariel tak 
bardzo chciała jej pomóc. Nagłe pukanie tak przestraszyło 
Kim, że omal nie wylała resztek herbaty na pościel. 

Nałożyła szlafrok i z westchnieniem podeszła do drzwi, 

spodziewając się Scotta albo Julii. Ale, ku jej zdumieniu, 
w progu stanął Cavenaugh. 

- Mam nadzieję, że jakoś przeżyłaś dzisiejszy dzień - po­

wiedział z lekkim uśmiechem. 

Nie czekając na zaproszenie, wszedł do pokoju i badaw­

czym wzrokiem obrzucił jej postać. 

Kimberly wzięła głęboki oddech i ostrożnie dobierając 

słowa, powiedziała: 

- Posłuchaj, Cavenaugh, nie jestem przyzwyczajona do 

takich tłumów i takiego zamętu. 

- Wiem. Jak myślisz, co czułem, kiedy przyjechałem tu 

dwa lata temu? Na początku zdawało mi się, że zwariuję. 

Kimberly aż zamrugała oczami ze zdumienia. 
- Naprawdę? 
- Mogę ci tylko powiedzieć na pociechę, że szybko się 

przyzwyczaisz. 

- To samo twierdzi Julia - przyznała z uśmiechem Kim­

berly. 

- Prawdę mówiąc, nie mogę się już doczekać dnia, w którym 

Julia wyjdzie za Marka Taylora i przeprowadzi się do niego, 
razem ze Scottem - powiedział Cavenaugh. - Na szczęście cio-

background image

82 CZARODZIEJKA... 

cia Milly i ta zwariowana Ariel wyjeżdżają dość często i wte­
dy nie ma ich przez parę dni. Zapewniam cię, że z radością 
płacę rachunki za te ich eskapady. - Zawahał się, a potem 
dodał: - Będę z tobą szczery aż do bólu. Tak naprawdę nigdy 
nie ma tu spokoju. Już samo to, że prowadzę na miejscu 
interesy, sprawia, że wszystko jest w ciągłym ruchu, jak w 
młynie. 

- Mogę to sobie wyobrazić. - Kimberly odniosła dziwne 

wrażenie, że Cavenaugh chce jej powiedzieć coś innego, coś 
bardzo ważnego, ale była zbyt zmęczona, żeby sobie łamać tym 
głowę. 

Przeszedł przez pokój i jakby od niechcenia sprawdził 

okiennice. 

- Musisz czuć się zmęczona. 
- I to bardzo - podkreśliła. - Scott podobno zaplanował 

mi cały jutrzejszy dzień. Muszę się do tego przygotować. 

Cavenaugh przestał krążyć po pokoju i zatrzymał się 

przed Kimberly. 

- Wiesz chyba, że wszyscy w rodzinie uważają, że my ze 

sobą sypiamy? 

- Co?! 
Cavenaugh pokiwał głową. 
- Obawiam się, że tak właśnie myślą. Oczywiście po­

za Scottem, który jeszcze nie zastanawia się nad takimi spra­

wami. 

- Ale., ja... ty... przecież my się ledwo znamy! - wybu-

chnęła Kimberly. - Jak ktoś może tak myśleć... - Z oburze­
nia zabrakło jej słów. 

- Cóż, wszyscy wiedzieli, że chciałem się znowu z tobą 

zobaczyć. Nie robiłem z tego żadnej tajemnicy. W ostatnich 

background image

CZARODZIEJKA.,. 83 

czasach wyjeżdżałem kilkakrotnie w interesach i podejrze­
wam, że domownicy wyjazdy te tłumaczyli sobie nieco bar­
dziej romantycznie. A ponieważ wiedzą, że ubiegłą noc spę­
dziliśmy pod jednym dachem, mają wszelkie prawo podej­
rzewać, że ze sobą sypiamy. Uznałem za stosowne uprzedzić 
cię o tym. 

- Ach, dzięki - prychnęła z furią Kimberly. - Czy wie­

działeś, że tak się rzeczy mają, kiedy po mnie jechałeś? 

Cavenaugh nawet nie raczył odpowiedzieć na jej pytanie. 
- Nie przejmuj się tak, Kim. Odpocznij sobie. Odpręż się. 

Czy to aż takie straszne? Przecież cała rodzina pragnie, że­
bym się wreszcie ożenił. Co ci przeszkadza, że sobie poma­
rzą. To całkiem nieszkodliwe. 

- Nieszkodliwe? Zależy dla kogo. Nie chcę wyjść na 

idiotkę. 

Cavenaugh zacisnął usta, a w jego oczach zapłonął gniew. 
- Czemu miałabyś wyjść na idiotkę? 
- A jak inaczej można określić kobietę, która sypia z bo­

gatym facetem, licząc na to, że on się z nią w końcu ożeni? 

- Przecież ty nie chcesz wyjść za mąż za kogoś takiego 

jak ja, prawda? - Cavenaugh podszedł do Kimberly i ujął 

w dłonie jej twarz, wykrzywioną z irytacji. 

- Podobnie jak ty nie chciałbyś się ożenić z kimś takim 

jak ja - odcięła się Kimberly. - Ale w tej sytuacji to ja wyjdę 

na idiotkę, nie ty. 

- Bo jesteś kobietą? 
- Wątpię, czy płeć ma tu coś do rzeczy. W końcu sam fakt 

bycia mężczyzną w niczym nie pomógł byłemu mężowi Julii. 
To raczej kwestia pieniędzy, władzy i pychy. A ty to wszy­

stko masz, prawda? 

background image

84 CZARODZIEJKA... 

Cavenaugh puścił ją i wsunął ręce do kieszeni. 
- Co wiesz o mężu mojej siostry? 
- W sumie niewiele. Julia powiedziała mi tylko tyle, że 

wyrzuciłeś go parę lat temu. - Kimberly nie miała ochoty 
rozmawiać na ten temat. W końcu to ich rodzinne sprawy. 

- Tony Emery całymi latami oszukiwał moją siostrę. 

Ani ona, ani Scott w ogóle go nie obchodzili. Poza tym, 
oszukiwał także mojego ojca, który z dobrego serca dał mu 
pracę w księgowości. Był nędznym oszustem i kiedy się zo­

rientował, że to ja kontroluję rodzinne finanse, wyjechał bar­
dziej niż chętnie. Wiedział, że nie będę go sponsorować, tak 

jak mój ojciec. 

- Rozumiem - powiedziała sucho Kimberly, patrząc 

w bok, żeby uniknąć jego palącego wzroku. 

- Naprawdę? Wątpię. Pewnie myślisz sobie, że biedny 

Tony znalazł się w takim samym położeniu jak twoja matka, 
kiedy przyszło jej stawić czoło rodzinie męża. Nic bardziej 
błędnego. Zapewniłbym Emery'emu pracę i dostatnią przy­
szłość, gdybym bodaj przez sekundę wierzył, że zależy mu na 
Julii i dziecku. Niestety, wiem, że tak nie było. 

- Więc się go pozbyłeś. 
- Jak ci już mówiłem, łatwo dał się namówić na wyjazd 

- odparł Cavenaugh. - Kim, nie ma żadnego podobieństwa 
między przypadkiem Emery'ego a historią twojej matki. 

- Masz rację - przyznała z nienaturalnym ożywieniem. 

- No cóż, robi się późno. Nawet jeżeli twoja rodzina podej­
rzewa, że od czasu do czasu ze sobą sypiamy, to na pewno nie 
oczekują, że odbędzie się to pod tym dachem, i to w dzień 
mojego przyjazdu. Nie musisz tu dłużej siedzieć tylko dla 
zachowania pozorów! 

background image

CZARODZIEJKA... 85 

- Może o tym nie wiesz, ale czasami potrafisz być bardzo 

uszczypliwa, moja mała wiedźmo. 

- Tylko kiedy czuję się zagrożona. 
- Chcesz mi powiedzieć, że teraz czujesz się zagrożona? 

- zapytał z przejęciem, o które nigdy by go nie podejrzewała. 

- Tak. 
- Kim, wszystko będzie dobrze. Jesteś tu bezpieczna. 

Mogę za to ręczyć. 

Powiedział to z takim przekonaniem, że Kimberly skinęła 

w milczeniu głową. Owszem, będzie tu bezpieczna, jeżeli 
chodzi o ludzi ze sztyletami, ale nikt nie potrafi zagwaranto­
wać jej ochrony przed Dariusem Cavenaughem. Oboje o tym 
wiedzieli. Ich oczy spotkały się w niemym porozumieniu 
i Kimberly była gotowa przysiąc, że potrafią czytać nawza­

jem we własnych myślach. 

Wreszcie Cavenaugh pokręcił głową. 
- Jeżeli chodzi o nas, niczego nie mogę obiecać, Kim. 

Mogę ci tylko zapewnić ochronę przed innymi. 

Po tych słowach wyszedł, zamykając za sobą drzwi, zanim 

Kimberly zdobyła się na jakąś ciętą odpowiedź. 

Minęły dwa dni. Cavenaugh stał przy oknie w swoim 

gabinecie. Patrzył, jak Kimberly wymyka się z domu i zmie­
rza do ogrodu. Dwa czy trzy razy obejrzała się przez ramię, a 
w słońcu jej włosy zalśniły jak bursztyn. Wiedział, że chciała 
się upewnić, czy ktoś za nią nie idzie. 

Kiedy znalazła się na drugim końcu ogrodu, otworzyła 

furtkę i wyszła na zewnątrz. 

W tym momencie Cavenaugh uświadomił sobie, że Kim­

berly próbuje uciec. Dwa dni ciągłej - cóż że życzliwej - ku-

background image

86

 CZARODZIEJKA... 

rateli doprowadziły ją wreszcie do ostateczności. Był świad­
kiem, jak dzielnie próbowała radzić sobie z przesadną go­
ścinnością Julii, z zaborczością Scotta, który chciał ją mieć 
tylko dla siebie, z zaproszeniami ciotki Milly i Ariel na her­

batki, połączone z czytaniem z fusów, i tak dalej, i tak dalej. 
A jakby tego nie dość, wszyscy pracownicy posiadłości, po­
cząwszy od pani Lawson, a skończywszy na ogrodniku, ży­
wo interesowali się jej osobą, wiedząc, że wyrwała Scotta 
z rąk porywaczy. 

I wszyscy ci ludzie sądzili, że bez trudu potrafią odgadnąć 

rolę, którą miała odegrać w życiu Dariusa Cavenaugha. 

Z zaciśniętymi zębami patrzył w ślad za uciekinierką. 

Kimberly szybkim krokiem zbliżała się do kamiennego muru, 
za który nie powinna wychodzić bez eskorty. 

Cavenaugh odniósł wrażenie, że tym razem Kimberly za­

mierza złamać jego nakazy. Tak bardzo była spragniona ciszy 
i odosobnienia, że zdecydowała się przekroczyć mur, byle 
tylko zapewnić sobie chwilę samotności. 

Spoglądając na kartki rękopisu, które wziął z biurka w po­

koju Kimberly parę minut wcześniej, Cavenaugh przemknął 
wzrokiem po partii całkiem żywego dialogu i równie żywej 
akcji. „Wendeta", kolejna powieść o przygodach Amy Soli­
taire, okaże się na pewno jeszcze jednym sukcesem wydaw­
niczym. 

Szczerze mówiąc, Cavenaugh nawet polubił Amy. Nato­

miast Josha Valeriana chętnie utopiłby w jednej z olbrzymich 
kadzi, przeznaczonych do fermentacji winogron. 

Cholernie ciężko jest konkurować z fikcyjną postacią „te­

go drugiego". Zwłaszcza kiedy „ten drugi" stanowi uosobie­
nie najskrytszych marzeń Kimberly. Właśnie zastanawiał się 

background image

CZARODZIEJKA... 87 

nad doskonałym wyczuciem czasu Valeriana, zarówno 
w sprawach zawodowych, jak i łóżkowych, kiedy do gabine­
tu wszedł Starke. 

- Ona wyszła z domu, Dare. 
- Wiem. 
- Mam za nią iść? 
- Nie. Ja za nią pójdę i sam ją sprowadzę. Wydaje mi się, 

że jest w tej chwili trochę skołowana. - Cavenaugh odwrócił 
się od okna i spojrzał na przyjaciela. - Nie mam do niej o to 
pretensji, bo jestem w stanie zrozumieć, jak się czuje. Masz 
coś nowego w sprawie tego sztyletu? 

Starke pokręcił głową. 
- Szkoda, że nie dysponujemy bardziej precyzyjnym opi­

sem. Cała ta sprawa jest dziwna. Mimo to muszę jeszcze 
sprawdzić kilka źródeł. W Kalifornii nie ma aż tylu miejsc, 

gdzie można by się zaopatrzyć w srebrne sztylety ręcznej 
roboty. Zaczynam odnosić wrażenie, że mamy do czynienia 
z jakąś bandą szajbusów. 

- Chodzi ci o tych czarowników Scotta? 
- Tak. Niestety, policji nie interesuje ten tok rozumowa­

nia. Cranston ma swoje własne, bardziej przyziemne teorie. 
Chyba będziemy musieli sami pójść tym tropem. 

Cavenaugh skinął głową. Obaj ze Starkiem przywykli 

chodzić własnymi drogami. 

- Masz wystarczającą liczbę ludzi, którzy się tym zajmą? 
- Trzech. Ale oni są naprawdę dobrzy - zapewnił Starke. 
- W porządku. - Cavenaugh rzucił okiem na ogród. -

Pójdę teraz po naszego gościa. 

Starke przyjrzał mu się uważnie. 
- Nie spałeś z nią dziś w nocy? 

background image

88 CZARODZIEJKA... 

Cavenaugh zgromił go wzrokiem. 
- Masz mieć oko na cały dom, ale to nie znaczy, że musisz 

jednocześnie być podglądaczem! 

- Przepraszam. - Starke uniósł szyderczo brwi. 
- Za co? - warknął Cavenaugh. 
- Za to, że przekroczyłem linię dzielącą pracodawcę i pra­

cownika - odparł ze spokojem Starke. 

Cavenaugh zaklął i przeczesał palcami włosy. 
- Nie wciskaj mi kitu. Dobrze wiesz, że nie jesteś żadnym 

pracownikiem. 

Posępna twarz Starke'a złagodniała. 
- Wiem, Dare. Odkąd ją tu przywiozłeś, jesteś napięty jak 

struna. Rzecz nie w tym, że wszyscy wokoło są przekonani, 
iż z nią sypiasz. Twój problem polega na tym, że z nią nie 
sypiasz. 

- Zajmij się lepiej czarownicami i sztyletami, Starke. Ja 

nie potrzebuję twoich analiz psychologicznych. - Cavenaugh 
wrócił do okna i patrzył, jak Kimberly znika mu z pola wi­

dzenia. 

Za jego plecami Starke wzruszył ramionami. 
- Jak sobie życzysz, szefie. 
- A niech cię diabli, Starke. Do czego chcesz mnie dopro­

wadzić? Do szału? 

- To nie ja. Widziałem cię już parokrotnie w sytuacji, 

kiedy cię rozsadzało. Zwróć się raczej do panny Sawyer. Coś 
mi mówi, że ona ma na to lekarstwo. Idź do niej i spróbuj 
pozbyć się chociaż części tego napięcia. A ponieważ wszyscy 
w tym domu są pewni, że z nią sypiasz, czemu nie miałbyś 
tego zrobić? 

Cavenaugh spojrzał z furią na przyjaciela. 

background image

CZARODZIEJKA... 89 

- Twoje teorie dotyczące postępowania z kobietą taką jak 

Kim wprawiają mnie w osłupienie. - Złożył kartki „Wende­
ty" i rzucił je na biurko. - Chcesz się dowiedzieć, czego 
kobiety naprawdę szukają w mężczyznach? Masz, poczytaj 
sobie. 

- Co to jest? - Starke sięgnął po rękopis i rzucił okiem na 

gęsto zapisane kartki. 

- To fragment książki, nad którą Kim właśnie pracuje. 

Zwróć szczególną uwagę na osobę Josha Valeriana. 

- Dlaczego? - Starke podniósł wzrok na Cavenaugha. 
- Bo to jest ideał Kimberly. 

Starke uśmiechnął się jednym ze swoich rzadkich, wil­

czych uśmiechów. 

- Rozumiem, że nie pasujesz do roli Josha Valeriana. 
- Valerianowi udało się osiągnąć pełne porozumienie 

z bohaterką książki - stwierdził ponuro Cavenaugh. - Zna jej 
myśli i uczucia. A co więcej, doskonale je rozumie. 

- No to co? Co w tym niemożliwego? Zawsze byłeś do­

bry w rozszyfrowywaniu innych ludzi. Przecież nawet w tej 
chwili potrafisz powiedzieć, o czym myśli Kim. Przynaj­
mniej w przybliżeniu. 

- Tak, ale mały z tego pożytek. - Cavenaugh obszedł 

biurko i sięgnął po zamszową kurtkę. 

- A niby dlaczego? - zainteresował się Starke. 

- Bo nie zawsze się z nią zgadzam. 
- A musisz? - Starke spojrzał na przyjaciela z politowa­

niem. - Jesteś mężczyzną, a ona jest kobietą. To nawet nie­
możliwe, żebyście reagowali w ten sam sposób. 

Cavenaugh włożył kurtkę i gorzko się uśmiechnął. 
- Wiesz, co ci powiem, Starke. Posiadłeś ten rzadki dar 

background image

90 CZARODZIEJKA... 

trafiania w sedno. Masz absolutną rację. Czemu miałbym się 
zamartwiać, że nie jestem Joshem Valerianem? W końcu Kim 

jest dojrzałą kobietą i nie potrzebuje jakiegoś mitycznego 

partnera. Ona potrzebuje mężczyzny. 

- Czyli ciebie. 
- Racja. - Cavenaugh urwał, bo coś zaszeleściło mu pod 

ręką. Sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął brązową kopertę z na­
drukiem kancelarii adwokackiej w Los Angeles. 

- Valerian nie jest jedyną przeszkodą na mojej drodze 

- powiedział, wręczając Starke'owi list. - Dowiedz się cze­

goś w tej sprawie, dobrze? Będę chciał porozmawiać z jed­
nym z tych adwokatów. 

- Idziesz po Kim? - zapytał Starke, chowając kopertę. 
- Pomyślałem sobie, że spróbuję rozładować trochę tego 

napięcia, o którym mówiłeś - odparł Cavenaugh, odwracając 
się w stronę drzwi. 

- Będziesz na nią wrzeszczał czy zaciągniesz ją do łóżka? 
W progu Cavenaugh odwrócił się raz jeszcze. 
- Spróbuję jednego i drugiego i zobaczę, która metoda 

okaże się bardziej skuteczna. 

- Pewnie ta druga - stwierdził z powagą Starke. 
Cavenaugh zamknął z trzaskiem drzwi i przeciąwszy hol, 

poszedł w stronę wyjścia do ogrodu. 

background image

ROZDZIAŁ 5 

Była

 to najzwyklejsza szopa na narzędzia. Stała na uboczu, 

u podnóża wzgórza obrośniętego winoroślą, a przy tym nie­
widoczna z okien głównego budynku, oferowała tak bardzo 
upragnione odosobnienie. Kim zauważyła ją, kiedy tylko 

znalazła się poza murem i natychmiast skierowała tam swoje 
kroki. Temperatura tego dnia, zważywszy na porę roku, wy­

jątkowo sprzyjała spacerom. Wychodząc z domu, Kimberly 

miała na sobie jedynie cienki żakiet, który zdjęła po paru 
minutach marszu. 

Nareszcie sama, pomyślała z bladym uśmiechem. Pchnęła 

drzwi szopy i zajrzała do środka. Owego ranka uświadomiła 
sobie, że jeśli nie wymknie się choć na chwilę z zatłoczonego, 
gwarnego domu, gotowa powiedzieć albo zrobić coś, czego 
będzie potem gorzko żałować. 

A przecież, Bóg jej świadkiem, nie chciała ryzykować. Bo 

choć ciągły ruch w domu Cavenaugha przyprawiał ją o za­
wrót głowy, to jednak szczerze polubiła jego gościnnych 
mieszkańców, włącznie z ekscentryczną Ariel, która nie­
ustannie wróżyła z fusów, stawiała horoskopy i parzyła zio-

background image

92 CZARODZIEJKA... 

łowe herbatki. Ariel wraz z ciotką Milly tworzyły wyjątkowo 
malowniczy duet. Ostatnio postanowiły wydać huczne przy­

jęcie. Zdołały już uzyskać poparcie Julii, ale kiedy Kimberly 

dowiedziała się, że zamierzają prosić ją o aktywny udział 
w przedsięwzięciu, wpadła w panikę. Czuła, że jest bliska 
obłędu i musi bodaj na chwilę zostać sama. 

Wewnątrz szopy panowało miłe ciepło. Kimberly zostawi­

ła otwarte drzwi i zaczęła oglądać stare narzędzia i skrzynki. 
Przez szczeliny w spękanych, drewnianych ścianach wpadały 
złote smugi słońca, rozświetlając mroczne wnętrze. Kimberly 
właśnie oglądała starą skórzaną uprząż, zastanawiając się, co 
się stało z koniem, który ją nosił, kiedy nagle doznała niemi­
łego uczucia, że nie jest sama. 

Przypomniała sobie ostrzeżenie Cavenaugha. Rzeczywi­

ście, nie powinna oddalać się poza ogrodzony teren. Odwró­
ciła się ku drzwiom. Ciemna, masywna sylwetka w obramo­
waniu futryny rysowała się na tle nieba. W pierwszej chwili 
ogarnęło ją przerażenie. A potem ten ktoś się poruszył. 

- To ty! - Kimberly odetchnęła z ulgą. - Mało nie umar­

łam ze strachu. 

Cavenaugh wciąż stał w progu. Z przerzuconą niedbale 

przez ramię zamszową kurtką, w drelichowej koszuli i spod­
niach mógłby uchodzić za jednego ze swoich robotników, 
gdyby nie władcza aura, jaką wokół siebie roztaczał. 

- Może poćwiczymy teraz komunikację pozawerbalną? 

- zaproponował z ironią. - No, spróbuj poczytać w moich 

myślach, Kim. 

Kimberly uśmiechnęła się kwaśno. 

- W tej chwili potrafię czytać w twoich myślach jak 

w otwartej książce. Jesteś wściekły, bo nie posłuchałam two-

background image

CZARODZIEJKA... 93 

ich rozkazów i wyszłam poza obręb muru, prawda? Będziesz 
na mnie krzyczał? 

- Prawdę mówiąc, należy ci się. Ja nie wydaję poleceń ot tak 

sobie. Dobrze wiesz, że chodzi mi o twoje bezpieczeństwo. 

- Wiem - przyznała z westchnieniem i powiesiła z po­

wrotem uprząż na zardzewiałym haku. - Musisz być dla mnie 
bardziej wyrozumiały. Ciężko mi idzie przyjmowanie rozka­
zów od kogoś, kto uważa, że zjadł wszystkie rozumy. A teraz, 
ulżyj sobie i pokrzycz. 

Cavenaugh wszedł do szopy, a jego twarz znalazła się 

w smudze światła. Zielone oczy spojrzały na nią ze zrozu­
mieniem. 

- To i tak nic by nie dało. A poza tym, doskonale wiem, 

dlaczego mnie nie posłuchałaś. I wcale nie mam ci tego za 
złe. Podejrzewam, że przebywanie w moim domu okazało się 
trochę ponad twoje siły. 

Kimberly uśmiechnęła się zmieszana. 

- Twoja rodzina i ci wszyscy ludzie są naprawdę bardzo 

mili, ale... 

- Ale czasami doprowadzają cię do szału. 
Spojrzała na niego z wdzięcznością. 
- Nie jestem przyzwyczajona do życia w dużej rodzinie. 
- W ogóle nie jesteś przyzwyczajona do życia w rodzinie, 

prawda? 

- Chyba tak. Przez wiele lat mieszkałam tylko z mamą, 

a potem zupełnie sama. 

- I to ci odpowiada? 
- Tak. 
- Masz dużo swobody - stwierdził i zrobił krok w przód, 

żeby lepiej widzieć jej twarz. 

background image

94 CZARODZIEJKA... 

- Tak. 
- Myślisz, że nie wiem, jak to jest, kiedy człowiek nie 

musi się martwić o nikogo prócz siebie? Gdy nie musi roz­
wiązywać niczyich problemów? Kiedy może robić, co chce? 
Kiedy nie musi być na każde zawołanie? I to wszystkich 

- począwszy od siostry, a skończywszy na stukniętych przy­

jaciółkach starej ciotki? 

W tym momencie Kimberly uświadomiła sobie, że nie 

tylko ona rozpaczliwie pragnie samotności. Różnica polegała 
na tym, że ona przebywała w tym domu tymczasowo. Cave­
naugh zaś tkwił w kleszczach obowiązków, które dobrowol­
nie zaakceptował. A jako człowiek honoru nie mógł się od 
nich uwolnić. 

- Ach, Cavenaugh - szepnęła, gładząc go delikatnie po 

policzku. - Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak ci ciężko. 
- Jej bursztynowe oczy spoglądały na niego z pełnym współ­
czucia zrozumieniem. 

- Kim - westchnął. Kurtka upadła na podłogę. - Ja... 

- Urwał i owładnięty nagłym pragnieniem wyciągnął ręce, 
żeby wziąć Kimberly w objęcia. 

Doznała wrażenia, że wchłania ją potężny żywioł. Czuła, 

jak Cavenaugh tuli ją w ramionach, jak jego dłonie błądzą 

niecierpliwie po jej ciele, a usta domagają się pocałunku. 
W niemym zaproszeniu rozchyliła wargi. Cavenaugh objął ją 
w pasie i przyciągnął jeszcze bliżej i wtedy przekonała się, 

jak bardzo jej pragnie. Dzielące ich ubrania nie były w stanie 

tego ukryć. 

Nagle obudziło się w niej niemal zwierzęce pożądanie. 

Przez ostatnie trzy dni wmawiała sobie, że nie zna tego 
człowieka na tyle dobrze, żeby myśleć o jakimkolwiek 

background image

CZARODZIEJKA... 95 

związku. A to, co o nim wiedziała, wystarczyło, by nabrała 
pewności, że nie jest to dla niej odpowiedni mężczyzna. 

A tymczasem, tego popołudnia, zrozumiała wreszcie, że 

wcale tak bardzo się nie różnią. Cavenaugh był uwikłany 
w splot okoliczności, jakie ona przez całe życie omijała sze­
rokim łukiem, co jednak wcale nie musiało oznaczać, że nie 

miał podobnych pragnień. Cavenaugh nigdy nie będzie cał­
kiem wolny, ale jego wyrzeczenie zasługiwało na najwyższy 
szacunek. 

- No i co, potrafisz teraz czytać w moich myślach, Kim? 

- zapytał stłumionym głosem, odrywając usta od jej warg. 
Jego dłonie wślizgnęły się pod bawełnianą bluzkę Kimberly 
i odnalazły klamerkę od stanika, a gdy już ją rozpięły, spo­
częły na kształtnych piersiach. - Musisz przecież wiedzieć, 
o czym myślę. Pragnę cię, Kim. Pragnę cię od chwili, kiedy 
cię po raz pierwszy zobaczyłem. Jesteś mi potrzebna. 

- Tak - szepnęła w odpowiedzi na wszystkie jego pyta­

nia, te wypowiedziane i te przemilczane - o, tak, Cavenaugh. 

- Kim, chodź do mnie, moja droga, i pozwól się kochać. 

Tęskniłem za tobą. Nie wiesz nawet, co to za męka mieć cię 
pod swoim dachem, ale nie móc wziąć cię do łóżka. 

Nagle rozwiały się wszystkie jej wątpliwości. Kimberly 

zarzuciła mu ręce na szyję i nie protestowała, kiedy zdjął jej 
bluzkę. Rozpięty stanik upadł na ziemię. Na widok jej nagich 
piersi Cavenaugh głośno westchnął w zachwycie. 

- Są takie jędrne i dojrzałe. - Obwiódł kciukami jej 

twardniejące sutki. - Jak moje winogrona. Tak bardzo cię 
pragnę, najdroższa. 

Kimberly zamknęła oczy i dała się ponieść fali namiętno­

ści. Jak przez mgłę dotarło do niej, że Cavenaugh kładzie ją 

background image

96

 CZARODZIEJKA... 

na ziemię. Rozłożył zamszową kurtkę i delikatnie ułożył na 
niej Kimberly. A potem położył się obok niej i zaczął rozpi­
nać suwak jej dżinsów. 

- Jesteśmy tu sami - wyszeptał. - Tylko ty i ja. To cu­

downe. I ty też jesteś cudowna. 

Uśmiechnęła się do niego i posłała mu promienne spojrze­

nie zza półprzymkniętych powiek. 

- Nie myślałam, że to może się stać... 
- Zdaj się na mnie, Kim. Ja się tobą zaopiekuję. Chcę 

tylko twojego dobra. Przysięgam. - Jednym zręcznym ru­
chem zsunął jej z bioder spodnie razem z majteczkami. 

W chwilę później była już naga, a całe jej ciało płonęło. 

Drżącymi palcami zaczęła mu rozpinać koszulę, a kiedy 

go rozbierała, Cavenaugh gestem posiadacza położył dłoń na 

jej płaskim brzuchu. 

- Trzęsiesz się jak osika - zauważył rozbawiony. 
- Wiem. 
- Boisz się? 
- Czy wyglądam, jakbym była przestraszona? 
Cavenaugh nachylił głowę i dotknął ustami nabrzmiałej sutki. 
- Wyglądasz pięknie. 
- Cavenaugh, nie tylko ja drżę. A może to raczej ty się 

mnie boisz? 

- Pewnie powinienem - mruknął, a jego palce zatrzyma­

ły się w złączeniu jej ud. - Każdy mężczyzna o zdrowych 
zmysłach bałby się czarownicy - dodał, zafascynowany spo­
sobem, w jaki jej ciało instynktownie reagowało na jego 
dotyk. 

Kimberly zdjęła mu koszulę, a potem usiłowała zsunąć 

mu dżinsy. Zniecierpliwiony usiadł, a kiedy skończył się roz-

background image

CZARODZIEJKA... 97 

bierać, Kimberly z zachwytem spojrzała na jego nagie ciało, 
które tak bardzo jej pragnęło. Cavenaugh przygarnął ją do 

siebie tak, że stali się niemal jednością. 

Podniecenie Dariusa udzieliło się Kimberly. Nigdy czegoś 

takiego nie przeżywała. 

- Pragnę cię - wykrztusiła. 
- Czemu mówisz to takim zdumionym tonem? - zapytał, 

rozsuwając jej uda. 

- Bo jestem zdumiona. Nigdy nikogo nie pożądałam 

w ten sposób - przyznała z ujmującą szczerością. 

- Och, Kim. Moja słodka. Czy jesteś już gotowa? 
- Tak, Cavenaugh, tak! 
Zagarnął ją pod siebie i wziął w posiadanie. Ich ciała 

szybko się do siebie dopasowały, jakby nie po raz pierwszy 
się kochali. Rozpaleni, podnieceni i spragnieni siebie zgodnie 
dążyli do spełnienia. 

Wreszcie ciało Kimberly wygięło się w łuk. W oczekiwa­

niu na moment najwyższej rozkoszy wykrzyknęła głośno 

jego imię, a Cavenaugh ukrył twarz na jej piersi. 

- O Boże, Cavenaugh! 
- Teraz, Kim! Teraz! 
Zadrżała, wstrząsana spazmem, a on poszedł w ślad za 

nią, doznając spełnienia z jej imieniem na ustach. 

Kiedy było już po wszystkim, Kimberly popadła w rozko­

szne omdlenie. Zapomniała o tym, że leży na ziemi w raczej 
mało romantycznym otoczeniu. Myślała tylko o tym, że do­
świadczyli przed chwilą intymności w najpełniejszym tego 
słowa znaczeniu. Może to i ulotne doznanie, ale kiedy trwało, 
graniczyło z cudem. 

Ta krótka, cudowna chwila, podczas której Darius Cave-

background image

98 CZARODZIEJKA... 

naugh przeżywał to samo co ona, na zawsze odmieniła ich 
wzajemne relacje. 

Wreszcie Cavenaugh ostrożnie wycofał się i opadł na bok, 

tuląc Kim do siebie. Czuła się taka szczęśliwa i bezpieczna 
w jego silnych, męskich ramionach. 

- Będziesz później na mnie wściekła? - zapytał, zagląda­

jąc jej w twarz. 

Pokręciła głową. 
- Za to, że się ze mną kochałeś? Nie, Cavenaugh. Było mi 

tak dobrze. 

- Wiedziałem, że tak będzie - powiedział, a jego usta 

drgnęły w uśmiechu. 

- Naprawdę? - Przeciągnęła się leniwie w jego obję­

ciach. - Powinieneś podzielić się ze mną tą pewnością. 

- Przecież próbowałem przy kilku okazjach, ale ty nie 

chciałaś słuchać. 

- Ach, Cavenaugh, skąd miałam wiedzieć? - westchnęła. 
Nachylił się i musnął ustami jej wargi. 
- Na przyszłość będziesz musiała mi zaufać. Uwierz mi, 

ja wiem, co jest dla ciebie najlepsze. 

Kimberly uśmiechnęła się zalotnie. 
- Nie śmiałabym obarczać cię tak poważnym obowiąz­

kiem. Już i tak masz ich za dużo. 

- Tak uważasz? 
- Mhm. - Zanurzyła palce w jego przyprószone siwizną 

włosy. - Przez te parę dni miałam okazję zaobserwować, jak 
wszyscy w tym domu zwracają się o pomoc i poradę do cie­
bie, nawet w najbardziej błahych i nieistotnych drobiazgach. 
A ty zawsze ich wysłuchujesz. To cud, że przy tym wszy­
stkim udaje ci się jeszcze prowadzić interesy. 

background image

CZARODZIEJKA... . 99 

Cavenaugh odetchnął głęboko. 

- W pewnym sensie masz rację. Kiedy przyjechałem dwa 

lata temu, panował tu taki chaos, że nie miałem innego wyj­
ścia, jak tylko w pełni zaangażować się w to, co zastałem. 
Wszystko chyliło się ku upadkowi. Małżeństwo Julii to była 
parodia. Scott miał problemy emocjonalne, bo ojciec nie 
chciał go zaakceptować. Ciotka Milly popadła w depresję po 
śmierci mojego ojca. Robotnicy byli przerażeni perspektywą 
utraty pracy. Wina miały wyjątkowo niską cenę na rynku. 
A na domiar złego groziło nam bankructwo. 

- Wtedy ty wkroczyłeś i wziąłeś wszystkie obowiązki na 

swoje barki. Zrobiłeś, co do ciebie należało, a w rezultacie 
znalazłeś się w pułapce. 

Usta Cavenaugha zacisnęły się w zdecydowaną kreskę. 
- To nie całkiem tak, Kim. Zrobiłem to, co uważałem za 

stosowne. 

Kimberly pożałowała swoich nieopatrznie wypowiedzia­

nych słów. 

- Przepraszam, źle się wyraziłam. To nieważne, czy obo­

wiązki wybrały ciebie, czy ty wybrałeś obowiązki. Liczy się 
tylko to, jak zmieniło się twoje życie. Jak żyłeś przedtem, kie­
dy prowadziłeś to przedsiębiorstwo eksportowo-importowe? 

- Na pewno miałem więcej swobody - przyznał. - Dużo 

podróżowałem i było nas tylko dwóch: Starke i ja. A Starke, 
mogę cię zapewnić, potrafi o siebie zadbać. - Mówiąc to, 
głaskał ją machinalnie po ramieniu. 

- Powiedz mi, skąd wziąłeś takie indywiduum jak ten 

Starke? 

- Wpadliśmy na siebie podczas ulicznych zamieszek 

w stolicy pewnego azjatyckiego państewka. Przyjechałem do 

background image

1 0 0 CZARODZIE1KA... 

miasta, żeby kupić dywany, a Starke... też chciał ubić jakiś 
interes. Obaj znaleźliśmy się w niewłaściwym miejscu o nie­
właściwym czasie. W pewnej chwili zrobiło się gorąco, a kie­
dy już było po wszystkim, zostaliśmy wspólnikami. Gdy po 
śmierci ojca zdecydowałem się przejąć winnice, Starke przy­

jechał ze mną. 

- Rozumiem, że zostaliście bliskimi przyjaciółmi. 
- To zależy, co rozumieć przez to określenie. Znam go jak 

mało kogo, ale jest też wiele rzeczy, których nigdy się o nim 
nie dowiem. 

- Jak to się stało, że założyłeś własną firmę? - zapytała 

Kimberly. 

- Winnice mnie nie interesowały. Chciałem robić w życiu 

coś bardziej ekscytującego. Marzyły mi się przygody, ruch, 
wyzwanie. Chciałem sam zbudować swoją przyszłość i zdo­
być majątek. 

- I udało ci się tego dokonać? 
- Tak - przyznał Cavenaugh z tajemniczym uśmiechem. 
- Ale kiedy pojawiły się kłopoty, wróciłeś do domu i do 

obowiązków rodzinnych. 

Ciepły błysk, rozświetlający oczy Cavenaugha, nagle 

zgasł. 

- W twoich ustach „obowiązki rodzinne" brzmią tak, jak­

by to było coś potwornego, czego za wszelką cenę należy 
unikać. 

- Może dlatego, że wiem, jakie wiążą się z tym kompli­

kacje. 

Cavenaugh westchnął. 
- Kim - odezwał się po namyśle - gdyby, twój ojciec 

naprawdę kochał twoją matkę, nie zrezygnowałby z niej, że-

background image

CZARODZIEJKA...  1 0 1 

by zadowolić swoją rodzinę. I nie przeżyłby reszty życia, 
udając, że nie wie o twoim istnieniu. Walczyłby o to, żeby 

jego rodzice uznali twoją matkę i ciebie... Poczucie obowiąz­

ku i rodzinnych więzi nie ma tu nic do rzeczy. On po prostu 
był słabym człowiekiem. 

Kimberly odniosła wrażenie, jakby w szopie nagle powia­

ło chłodem. 

- Zdaje się, że kończy się słoneczne popołudnie - rzuciła 

lekkim tonem, choć wcale nie było jej lekko na sercu. - Za­
czyna się chmurzyć. 

Cavenaugh uniósł się i spojrzał na nią z góry. 
- Nie chcesz rozmawiać o swoich dziadkach, prawda? 
- Zawsze podziwiałam twoją domyślność. 
Ubrał się i pomógł Kimberly wstać, nie spuszczając wzro­

ku z jej biustu, kiedy zapinała bluzkę. 

- Masz w sobie jakąś zdumiewającą moc, czarodziejko. 

Czuję się jak nowo narodzony. 

Jego słowa sprawiły, że wróciło poczucie bliskości. A jed­

nak Kimberly bała się myśleć o tym, co tak naprawdę czuła. 
Bo z pewnością coś więcej niż tylko sympatię czy nawet 
namiętność. Postanowiła, że później się nad tym zastanowi. 

- Chcesz powiedzieć, że okazałam się bardziej skuteczna 

niż jeden z tych napojów, które Ariel tak chętnie serwuje? 
- zapytała z uśmiechem. 

- Ty sama jesteś jak ambrozja, Kim, i dobrze o tym wiesz. 

- Cavenaugh ujął ją za rękę. - Chodź, moja słodka. Nawet 
nie wiesz, jak ciężko mi przerywać tę idyllę, ale obawiam się, 
że pora wracać do domu. Mam jeszcze tysiąc rzeczy do 
zrobienia. 

- Winiarnia? 

background image

1 0 2 CZARODZIEIKA... 

- Tak. Muszę przejrzeć plany z działu marketingu i spra-

wozdanie z księgowości. 

- Myślę, że niełatwo przyszło wyprowadzić interesy na 

prostą. I to w ciągu zaledwie dwóch lat - odezwała się, gdy 
wolno ruszyli w drogę powrotną. 

- To było wyzwanie - sucho stwierdził Cavenaugh. 
Kiedy zbliżyli się do domu, nie puścił ręki Kimberly, tylko 

jeszcze mocniej ją ścisnął i tak doszli aż do drzwi. Ich zaży­

łość nie mogła ujść niczyjej uwagi. I pewnie także wszyscy, 
którzy ich teraz widzieli, mogli się bez trudu domyślić, jak 

ona i Cavenaugh spędzili minioną godzinę. Kimberly uświa­
domiła to sobie z pewnym zażenowaniem. Na widok Julii, 

która kręciła się w holu, zjeżyła się i przybrała obronną pozę, 
ale Julia sprawiała wrażenie, jakby w ogóle nie obchodziło 

jej to, co działo się między jej bratem a jego gościem. 

- Ach, dobrze że jesteś, Dare! - wykrzyknęła z ulgą. -

Szukałam cię. Ciotka Milly i Ariel zamierzają zaprosić masę 
ludzi na to swoje przyjęcie, a ja chciałam się z tobą skonsul­
tować w tej sprawie. 

- Nie zgadzam się na zapraszanie nikogo, kogo ty albo ja 

nie znamy osobiście. Dobrze o tym wiesz, Julio. Nie życzę 
sobie obcych ludzi w tym domu, póki ci porywacze nie zosta­
ną schwytani. 

- To samo im powiedziałam. One przygotowują właśnie 

listę gości. Musisz ją przejrzeć. Ach, i Scott też ma do ciebie 
interes. Chce, żebyś mu pomógł dołączyć nowy segment do 

kolejki. A ja chciałam cię prosić, żebyś porozmawiał w moim 
imieniu z tym dilerem samochodowym. Nie mogę z nim 
dojść do ładu. Podobno moja reklamacja nie podlega gwaran­

cji. Jestem pewna, że z tobą będzie rozmawiał inaczej. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 0 3 

- Wujku Dare, wujku Dare! - Podekscytowany Scott wy­

łonił się nagle zza zakrętu, z miniaturowym tunelem w dłoni. 
- Gdzie byłeś? Musisz mi pomóc. Mam straszny kłopot z ko­
lejką. 

Zanim Cavenaugh zdążył mu odpowiedzieć, w holu poja­

wiła się ciotka Milly z nieodłączną Ariel. 

- Mamy już wstępną listę gości, Dare. Julia mówiła, że 

chciałbyć rzucić na nią okiem. Trzeba jak najprędzej rozesłać 
zaproszenia. Przejrzyj to dziś po południu. 

Cavenaugh, ociągając się, wziął od ciotki listę. 
- Dobrze, ciociu Milly. Chodź tu, Scott, pokaż mi ten 

tunel. Ą ty, Julio, daj mi numer dilera, to... 

W tym momencie Kimberly uznała, że tego już za wiele. 

Od dwóch dni pilnie obserwowała mieszkańców rezydencji 
i zdążyła nabrać pewności, że jeśli ktoś wreszcie nie zainter­
weniuje, Cavenaugh nigdy nie będzie miał ani chwili dla 

siebie. Postanowiła położyć temu kres.- Wysunęła się do przo­
du i wzięła kartkę z rąk Cavenaugha, odpowiadając spokoj­
nym uśmiechem na jego zdumione spojrzenie. 

- Obawiam się, że Cavenaugh nie ma w tej chwili czasu, 

żeby się zajmować takimi sprawami jak lista gości czy samo­
chód. Musi jeszcze przejrzeć sprawozdania i rozliczenia. -
Spojrzała wymownie na zegarek. - Jest środa, trzecia trzy­
dzieści. O tej porze ludzie są w pracy i myślą o interesach. 
I Cavenaugh musi robić to samo. Scott, dopiero co wróciłeś 

ze szkoły. Odłóż kolejkę i pobaw się teraz czymś innym. A ty, 

Julio, możesz chyba sama przejrzeć listę gości, prawda? 
Znasz przecież tych ludzi. Diler też może poczekać do jutra. 

Ciociu Milly, jestem pewna, że nic nie stoi na przeszkodzie, 
byście z Ariel zaczęły wypisywać zaproszenia. Zaadresujecie 

background image

1 0 4 CZARODZIEJKA... 

je później, gdy Julia przejrzy listę gości. - Przerwała i rozej­

rzała się wokoło. Otaczały ją osłupiałe ze zdumienia twarze. 
- No, to na razie wszystko. Wracaj do pracy, Cavenaugh. 
Musisz pilnować swojej winiarni. A reszta domowników 

świetnie sobie poradzi bez ciebie. Do piątej nikt nie ma prawa 
cię niepokoić. A ja - dodała z naciskiem - muszę teraz trochę 

popisać. 

Z wyzywającym uśmiechem czekała na jakiś sprzeciw, ale 

nikt nawet nie mruknął. 

Wszyscy posłusznie się rozeszli. Cavenaugh został sam. 
Stał przez chwilę pośrodku opustoszałego holu, wspomi­

nając chwile spędzone w ramionach Kimberly, a potem wol­
nym krokiem ruszył do gabinetu. Kiedy zamykał za sobą 
drzwi, doznał uczucia cichej satysfakcji. Miał przed sobą 
półtorej godziny niezmąconego spokoju. Przez ten czas moż­
na dużo zrobić. Zwłaszcza gdy ma się świadomość, że nikt już 
nie będzie zaprzątał ci głowy jakimiś drobiazgami. 

Usiadł za biurkiem, za którym niegdyś urzędował jego 

ojciec, i zabrał się do pracy. 

Po trzech kwadransach usłyszał ciche pukanie do okna. 

Podniósł wzrok. To był Starke. Patrzył na niego przez szybę 
i zamierzał właśnie znowu zapukać. Cavenaugh wstał i otwo­
rzył okno. 

- Co ty robisz w ogrodzie? Spacerujesz? 
Ponury grymas wykrzywił twarz Starke'a. 
- Kpisz, stary, czy o drogę pytasz? - Szybko się rozejrzał, 

jakby chciał sprawdzić, czy nikt go nie widzi. - Tylko w ten 

sposób mogłem do ciebie dotrzeć. Nie chciałbym, żeby żyw­
cem obdarła mnie ze skóry. 

- Kim? 

background image

CZARODZIEJKA..,  1 0 5 

- Tak. Wydała kategoryczne polecenie, że do piątej nie 

wolno ci przeszkadzać. Nikt nie ma prawa zbliżyć się do 
twojego gabinetu - no, chyba że w kwestii życia albo śmier­
ci. Co ty właściwie robisz? 

- Pracuję - odparł Cavenaugh z uśmiechem. 
Starke'a nagle olśniło. 
- Ta sprytna osóbka uznała, że potrzebujesz spokoju, tak? 

A my nie dajemy ci pracować. 

- Jak wiesz, jestem tu szefem - drwiącym tonem przy­

pomniał mu Cavenaugh. - A to znaczy, że powinienem usta­
nowić pewne przepisy, dotyczące niepokojenia mnie w go­
dzinach pracy. 

- A niech to! Ta dziewczyna zamierza wprowadzić tu 

pewien dryl. Najwyższy czas. Zawsze ci mówiłem, że wszy­
stkich rozpuściłeś. Sam nie wiesz, jak i kiedy weszli ci na 
głowę. 

Cavenaugh spojrzał na zegarek. , 
- Jeszcze nie ma piątej. 
Starke uniósł brwi. 
- Pewnie chciałbyś wiedzieć, czemu ci przeszkadzam. 

Z dwóch powodów. Po pierwsze, umówiłem cię na rozmowę 
telefoniczną z jednym z tych adwokatów z Los Angeles. Na 

jutro, na dziesiątą. 

- Dzięki. - Na myśl o tym telefonie Cavenaugh uśmiech­

nął się z zadowoleniem. - A co jeszcze sprowadza cię pod 
moje okno? 

Niespodziewanie twarz Starke'a rozjaśniła się w uśmiechu. 

- Chciałem osobiście sprawdzić skutki. 
- Skutki czego? 
- Twoich popołudniowych wysiłków, żeby się pozbyć 

background image

1 0 6 CZARODZIEJKA... 

napięcia. Zdaje się, że wszystko się udało. Świetnie wyglą­
dasz, Dare. Jesteś taki pogodny i odprężony. 

Cavenaugh błysnął zębami w uśmiechu. 
- Zjeżdżaj, Starke, bo naskarżę na ciebie gdzie trzeba 

- mówiąc to, zamknął mu okno przed nosem. 

Nie przestając się uśmiechać, Starke posłusznie zniknął 

w głębi ogrodu. 

Na górze, w swoim pokoju, Kimberly nie przestawała 

wpatrywać się w czystą kartkę papieru. Przez ostatnie trzy 
kwadranse nie udało jej się wystukać ani słowa. Myśli Kim 
krążyły wyłącznie wokół mężczyzny, z którym dopiero co 
spędziła parę tak romantycznych chwil. 

Po co się oszukiwać? Siła jego namiętności sprawiła, 

że wreszcie udało jej się jednoznacznie określić swoje uczu­
cia. Gdyby nie to, że się kochali, pewnie mogłaby nadal 
udawać sama przed sobą, że chodzi jedynie o erotyczną fa­
scynację. 

Teraz jednak wiedziała już na pewno, że jest inaczej. 

Niedawne, tak intymne doświadczenie, zmusiło ją, by wresz­
cie spojrzała prawdzie w oczy. Zakochała się w Danusie 
Cavenaughu. Właśnie tak, a nie inaczej. Koniec. Kropka. 

Wpatrując się zamglonym wzrokiem w białą kartkę, Kim­

berly próbowała zebrać myśli. Dotąd wmawiała sobie, że 
Cavenaugh nie jest dla niej odpowiednim mężczyzną. A jed­

nak z każdą chwilą ich porozumienie stawało się coraz do­
skonalsze. Czasami wręcz odnosiła wrażenie, że potrafią czy­
tać nawzajem w swoich myślach. A po tym, co zaszło w szo­
pie, stali się sobie jeszcze bardziej bliscy. Jak to możliwe, że 
wszystko potoczyło się tak szybko? A jednak fakt pozostawał 

background image

CZARODZIEJKA...  1 0 7 

faktem. Nagle zrozumiała, że miłość nie ma nic wspólnego 
z logiką czy rozsądkiem. 

Z drżeniem w sercu próbowała wyobrazić sobie swoją 

przyszłość. Cavenaugh był na zawsze związany z tym do­
mem i winnicą. Jeżeli zdecyduje się z nim zostać, będzie 
musiała to zaakceptować. 

Po latach unikania wszelkich zobowiązań Kimberly wła­

ściwie nie wiedziała, czy potrafiłaby przystosować się do 
takiej sytuacji. To prawda, że w tętniącym życiem domu 
właśnie Darius podejmował najważniejsze decyzje, mimo to 
nie ulegało wątpliwości, że znalazł się w pułapce. Wystarczy­
ło kilka dni, aby się przekonała, że rodzina obarczyła go 
swoimi sprawami. Kimberly pomyślała, że jeżeli zdecyduje 
się związać z Dariusem, będzie musiała wszystko zreorgani­
zować. 

Dopiero w tym momencie uświadomiła sobie, jak dalece 

się zagalopowała. Wprowadzać się na stałe do tego domu? Co 
za absurdalny pomysł! Przecież nikt jej czegoś takiego nie 
proponował. 

Zaczęła się zastanawiać, co myślał o niej po tym wszy­

stkim, co między nimi zaszło. Nagle nabrała pewności, że jej 
uczucia są odwzajemnione, że dla Dariusa nie będzie to tylko 
przelotny romans. 

Przecież to poczucie bezpieczeństwa i wzajemnego poro­

zumienia między nią a Dariusem musiało być prawdziwe. 
A przy tym tak bardzo przypominało niewidzialne więzy 
łączące Amy Solitaire i Josha Valeriana. 

Podbudowana tą myślą Kimberly dotknęła klawiszy ma­

szyny i już po chwili pisała kolejny rozdział „Wendety". 

background image

1 0 8 CZARODZIEJKA,,. 

Tego wieczora do kolacji nikt nie zasiadł z kwaśną miną. 

Zupełnie jakby wszyscy domownicy, łącznie ze Starkiem, 
uznali prawo Kimberly do wprowadzania zmian. Darius, 

zgodnie z obietnicą, zniknął po posiłku wraz ze Scottem, 
żeby pomóc mu budować kolejkę. Julia powiedziała ciotce, 
że przejrzała listę zaproszonych i w całości ją akceptuje. 

- To cudownie! - ucieszyła się Milly. - Będziemy mo­

gły z Ariel zaadresować koperty jutro rano. Dziś po połud­
niu wypisałyśmy zaproszenia - dodała, patrząc znacząco 
w stronę Kimberly, która jakby nigdy nic popijała herbatę 
przy kominku. 

- Czy planujecie duże przyjęcie? - zapytała. 
- Dość duże. Za życia mojego brata ciągle odbywały się 

przyjęcia. Ale odkąd nastał tu Dare, rzadziej miewamy gości. 

- Po śmierci rodziców nikt nie był w nastroju do wyda­

wania przyjęć - cicho wtrąciła Julia. - A potem ten okropny 

rozwód. - Uśmiechnęła się do Kimberly. - To trwało dość 
długo, zanim nasza rodzina stanęła wreszcie na nogi. Zarów­
no pod względem emocjonalnym, jak i finansowym. Miałaś 
rację, przywołując nas do porządku dziś po południu. Dzięki 

tobie zdałam sobie sprawę, jak bardzo wszyscy przywykli­
śmy polegać na moim bracie. Od dwóch lat Dare musiał 
odgrywać tyle najrozmaitszych ról w życiu każdego z nas! 
Nie wiem, jak mu się to udało. I podziwiam go za to. 

- Myślę, że on nie żałuje poświęconego wam czasu. Wie, 

że było warto - zapewniła ją Kimberly. 

- Pewno, że nie żałuje - dorzuciła ciotka Milly. - W koń­

cu jest głową rodziny. Stanowi łączące nas ogniwo. 

Kimberly milczała, ale nie uszło jej uwagi spojrzenie, 

którym obrzucił ją zza gazety Starke. Chyba właściwie od-

background image

CZARODZIEJKA,.,  1 0 9 

czytała jego przesłanie. Zdawało jej się, że w jego oczach 
malowała się cicha aprobata. 

- Mężczyzna, który ma utrzymać wszystko w ryzach, po­

trzebuje kobiety, która go zrozumie i będzie go od czasu do 
czasu broniła przed nawałem obowiązków - powiedział ni 
z tego, ni z owego, po czym znów zagłębił się w lekturze. 

Zapadła cisza. Trzy kobiety przy kominku z zażenowa­

niem spuściły wzrok. 

Wreszcie ciotka Milly chrząknęła i zaczęła z innej beczki: 

- A przy okazji, Kimberly, Ariel chciałaby ci postawić 

horoskop. Może jutro, dobrze? 

- Chętnie - zgodziła się Kimberly, czując, że nie uda jej 

się od tego wybronić. 

- Ariel świetnie wróży z kart - ciągnęła dalej ciotka Mil­

ly. - Potrafiła, na przykład, przewidzieć, że przyjedziesz tu 
z Dare'em. 

Julia roześmiała się. 
- Każdy mógł to przewidzieć. Dobrze wiedzieliśmy, do­

kąd pojechał i po co. To ja odebrałam tamtego dnia twój 
telefon, Kim. Kiedy mu o tym powiedziałam, od razu domy­
ślił się, że to byłaś ty. Powiedz mi, dlaczego właściwie odło­
żyłaś wtedy słuchawkę? 

- Ogarnęły mnie mieszane uczucia. 
- No cóż, cieszę się, że tu jesteś - odezwała się ciotka 

Milly. - Twoja obecność świetnie wpływa na Dare'a. 

O dziesiątej Kimberly przeprosiła całe towarzystwo, za­

mierzając iść do swojego pokoju. Cavenaugh, który już od 
dawna siedział w salonie i czytał gazetę, uprzejmie odpowie­
dział „dobranoc". Idąc po schodach, czuła na sobie jego 
wzrok i była przekonana, że wie, o czym Darius teraz myśli. 

background image

1 1 0 CZARODZIEJKA.,. 

Pewnie wspomina chwilę namiętności, jaka połączyła ich 
tego popołudnia. Podobnie zresztą jak ona. 

Po godzinie usłyszała skrzypnięcie drzwi. Ten cichy 

dźwięk zabrzmiał dla Kim tak, jakby przeznaczenie przypie­
czętowało jej los. 

Przewróciła się na bok i spojrzała na rysującą się w mroku 

sylwetkę mężczyzny. 

- Wejdź, Cavenaugh - odezwała się szeptem. 
Bez słowa zamknął za sobą drzwi, przeszedł przez pokój 

i stanął przy łóżku. Mimo ciemności Kimberly wydało się, że 

jego oczy płoną szmaragdowym blaskiem. Czuła, że jej pra­

gnie, i sama także go pragnęła. 

Wyciągnęła ręce, a on z głuchym jękiem osunął się na 

łóżko i wziął ją w ramiona. 

background image

ROZDZIAŁ 6 

Darius Cavenaugh patrzył na sączące się zza firanek blade 
światło poranka i leniwie kontemplował przepełniające go 
uczucie męskiej satysfakcji. Czuł się świetnie. A nawet wię­
cej - czuł się fantastycznie. Nie mógł sobie przypomnieć, 
żeby kiedykolwiek w życiu było mu tak dobrze. 

Odnosił wrażenie, jakby do tej pory czegoś mu brakowało. 

Czegoś niezwykle istotnego, co wreszcie miał w zasięgu ręki. 
I byłby głupcem, gdyby po to nie sięgnął. Jednocześnie od­
krył w sobie pewną, dotąd nie uświadomioną cechę - miano­

wicie zaborczość. Nie wystarczało mu już grzać się spokojnie 

przy ogniu, który nazywał się Kimberly. Teraz chciał, żeby 
bez reszty pochłonęły go płomienie. 

Kimberly poruszyła się. Nagą stopą trąciła go w nogę, 

a jej biodra przywarły do niego w nieświadomym zaprosze­
niu. Cavenaugh zawsze uważał, że nie przystoi dojrzałemu 
mężczyźnie budzić się w stanie podniecenia, ale tego ranka 
właśnie coś takiego mu się przydarzyło. Zupełnie jakby miał 
kilkanaście lat. A wszystko to z powodu kobiety tak spokoj­
nie śpiącej u jego boku. 

background image

1 1 2 CZARODZIEJKA,.. 

Mając do seksu podejście praktyczne, postanowił nie ła­

mać sobie głowy nad przyczyną, dla której ta właśnie kobieta 
miała nad nim taką władzę. Pragnął jej i czuł, że jest mu 
potrzebna. A skoro już udało mu się ją posiąść, musiałby być 
skończonym durniem, żeby z niej teraz zrezygnować. 

Wiedział też, co zrobić, żeby i ona go zapragnęła. Myśl ta 

sprawiła mu wielką satysfakcję. W jego ramionach Kimberly 
była jak płynny bursztyn. W chwilach najwyższego podnie­
cenia lgnęła do niego, poddając się ulegle najintymniejszym 

żądaniom ich spragnionych ciał. A on kompletnie się w niej 
zatracił w momencie, kiedy miał nad nią największą władzę. 
Był to paradoks, na rozpatrywanie którego -jako mężczyzna 
- nie zamierzał tracić ani sekundy. Tak po prostu było, a on 
z radością się na to godził. Cavenaugh, dojrzały i wystarcza­

jąco inteligentny, przyznawał, że taka miłość trafia się czło­

wiekowi najwyżej raz w życiu. I trzeba mieć przy tym masę 
szczęścia. 

Jeżeli należało coś rozważyć, to raczej to, co mogłoby 

stanowić przeszkodę dla ich związku. A tam, gdzie w grę 
wchodziło zagrożenie, Cavenaugh potrafił bez końca analizo­
wać i rozważać wszelkie warianty, byle tylko zneutralizować 
ten stan. Podjął już pewne kroki, aby uchronić Kimberly 

przed narastającymi symptomami osaczenia. I to była ta naj­

ważniejsza batalia. 

Istniały też inne przeszkody, bardziej delikatnej natury, 

a przez to znacznie trudniejsze do pokonania. Numerem je­
den na tej liście była niechęć Kim do rodziny jako instytucji. 
Rozumiał, skąd się brała, lecz nie mógł pozwolić, by do­
świadczenia z przeszłości zaciążyły na obecnych wyborach 
Kimberly. Istniała szansa, by ją przekonać, że dziadkowie nie 

background image

CZARODZIEJKA...  1 1 3 

kierowali się wyłącznie egoizmem. Może wówczas zaufałaby 
mężczyźnie lojalnemu wobec rodziny, z którą łączą go więzy 
krwi. 

No i wreszcie był też ten cholerny Josh Valerian, z którym 

będzie musiał się zmierzyć. 

Kimberly znowu poruszyła się sennie, na co jego ciało 

natychmiast zareagowało pełną gotowością. Zatrzepotała 
rzęsami i otworzyła oczy. Na widok jej zmieszanej miny 
Cavenaugh uśmiechnął się z satysfakcją. 

- Nie przywykłaś budzić się obok mężczyzny, prawda? 

- Przewrócił się na bok i mocno ją przytulił. - Ale przywy­
kniesz. W przyszłości czeka cię jeszcze wiele takich poran­
ków. - Pochylił głowę i złożył na jej rozgrzanym od snu 
ramieniu krótki, zaborczy pocałunek. 

- Czyżby? - zapytała, rzucając mu wymowne spojrzenie. 
- O, zdecydowanie tak. - Położył dłoń na jej piersi, czu­

jąc, że z każdą minutą rośnie jego pragnienie. - Zdecydowa­

nie - powtórzył lekko schrypniętym głosem. - A do tego nie 
zamierzam dzielić się tobą z tym drugim facetem. 

- Z jakim drugim facetem? 
- Z tym Valerianem. 
- Z Joshem Valerianem? 
- Tak. - Wsunął kolano między jej uda i dotknął ustami 

pociemniałego sutka. - Dużo o nim myślałem. 

- I co? Doszedłeś do jakichś rewelacyjnych wniosków? 

- zapytała Kimberly. 

- Nie, tylko do tych najzupełniej oczywistych. Myślę, że 

najłatwiej będzie wybić ci jakiegoś faceta z głowy, przypomi­
nając bez przerwy, że inny mężczyzna - czyli ja - posiada 
twoje ciało. - Cavenaugh objął ją zaborczym gestem. 

background image

1 1 4 CZARODZIEJKA... 

- Czy to mają być żarty? - Kimberly spojrzała na niego 

niepewnym wzrokiem. 

Cavenaugh posłał jej zagadkowy uśmiech. 
- A jak myślisz? 
Oblizała wargi czubkiem języka, starając się odgadnąć, 

czy mówił serio. Cavenaugh zauważył to i uznał za dobry 
znak. Widocznie próbowała się wreszcie skoncentrować na 

jego osobie, a nie na jakimś wydumanym ideale mężczyzny. 

- Myślę... myślę, że raczej nie żartujesz. 
W odpowiedzi wniknął w nią powoli, tak by móc spokoj­

nie nacieszyć się rozkosznym uczuciem zespolenia. Była go­
rąca i wilgotna, a gardłowy okrzyk, którym go powitała, 
wzmógł jeszcze jego podniecenie. 

- Masz rację - jęknął, gdy instynktownie uniosła biodra 

ku górze. - Wcale nie żartowałem. Widzisz, jak dobrze się 
ostatnio rozumiemy? 

- Czasami potrafisz być obrzydliwie arogancki, Cave­

naugh - wydyszała, a jej ciało stawało się coraz gorętsze 
i coraz bardziej napięte. Palce Kimberly wpijały mu się w ra­
miona, a uda oplatały jego uda. 

- Jestem za to prawdziwym mężczyzną. A ty potrzebu­

jesz prawdziwego mężczyzny, a nie jakiegoś wydumanego 

amanta, który nigdy nie weźmie cię w ramiona tak jak ja i nie 
obudzi w tobie kobiety. 

- Nie mów w ten sposób o Joshu! 
- Na co ci ten twój Josh? To ja jestem ci teraz potrzebny. 

Powiedz, że tak - nalegał Darius, czując zbliżający się szczyt. 
- Przyznaj, że mnie potrzebujesz! 

- Tak, tak! Jesteś mi potrzebny. Teraz. Chcę cię, ach! 
Znacznie później Kimberly patrzyła z łóżka, jak Cave-

background image

CZARODZIEJKA...  1 1 5 

naugh wkłada dżinsy i narzuca koszulę. Nie chciało mu się 
nawet zapinać guzików, bo miał tylko przemknąć przez hol 
do swojego pokoju. 

- Oczywiście nie łudź się, że w tym domu jest choć jedna 

osoba, która jeszcze nie wie, gdzie spędziłem tę noc - stwier­
dził ze śmiechem, podchodząc do łóżka. - Może jednak ła­
twiej będzie ci zejść rano na śniadanie, jeśli przynajmniej 
zachowamy pewne pozory. 

- To ładnie z twojej strony - powiedziała, spuszczając 

wzrok. - Dla mnie, kobiety, ta sytuacja jest dość krępująca. 

- Moja pani, gdyby to o mnie chodziło, już dziś wprowa­

dziłbym się do twojego pokoju, gwiżdżąc na wszelkie kon­
wenanse. Ale nie jestem człowiekiem gruboskórnym. Zdaję 
też sobie sprawę z tego, że mam cię chronić, a nie wykorzy­
stywać. - Nachylił się nad łóżkiem i oparł dłonie o materac. 
- Dlatego też będę się starał zachowywać przyzwoicie, póki 
nie wyjaśnimy sobie paru spraw. Jeżeli to ci odpowiada, 
proszę, nie kuś mnie zbytnio. 

- Czy to znaczy, że jeżeli w środku nocy przyjdziesz do 

tego pokoju, to będzie wyłącznie moja wina? - zapytała su­
cho Kimberly. 

- Tak jest. - Darius pocałował ją w czoło. - Do zobacze­

nia przy śniadaniu. - Klepnął ją władczo po pupie, a potem 
wyprostował się i ruszył do drzwi. 

Kimberly patrzyła za nim, na poły rozbawiona, na poły 

oburzona jego męską arogancją. Tego ranka był w świetnym 
humorze. A mężczyni, którym tak dopisuje humor, potrafią 
okazać się nieobliczalni. Jednak świadomość, że sama wywo­
łała tę euforię, sprawiła jej wielką satysfakcję. 

background image

116 CZARODZIEJKA... 

Poranne wróżenie z kart zamieniło się w publiczny spe­

ktakl. Ariel pojawiła się z tej okazji w nowym, bordowym 
turbanie oraz kwiecistej sukni w odcieniu zielonego groszku. 

Nim zdążyła odpowiednio rozłożyć karty, Julia, pani Lawson 
i ciotka Milly zebrały się wokół stolika. Kimberly usiadła 
w fotelu naprzeciw Ariel i spokojnie czekała. 

- Ona jest w tym naprawdę dobra - poinformowała ją 

Julia konfidencjonalnym szeptem. - Parę miesięcy temu wy-
wróżyła mi, że zaręczę się z Markiem, no i proszę - wkrótce 

mamy się pobrać. 

- O tak! - entuzjastycznie przytaknęła ciotka Milly. - Ze­

szłego lata przewidziała, że rozchoruję się po kolacji w pew­
nej restauracyjce w Meksyku. I miała rację. 

- Och, ludzie często chorują po zjedzeniu nieznanych 

potraw. Zwłaszcza za granicą - powiedziała Kimberly. - A co 
do Julii i Marka, wystarczy na nich popatrzeć, żeby przewi­

dzieć ich ślub. 

Julia roześmiała się. 

- Nie psuj nam zabawy. 
- Julia ma rację - oświadczyła Ariel, tasując karty. - Jak 

zaczniesz za bardzo analizować, wszystko popsujesz. 

- Dobrze już, dobrze - westchnęła Kimberly. 
- Czy ktoś już kiedyś wróżył ci z kart? - zapytała Ariel. 

- Nie. 
- No więc, na wstępie wyjaśnię ci, iż karty prócz tego, że 

mają indywidualne znaczenie, tworzą też ze sobą pewne 
związki. To bardzo złożona sprawa. Każdy z tych kwadratów 

oznacza pewien aspekt twojego życia. Ten na przykład - for­
tunę. Ten - plany na przyszłość, a tamten - twoje sprawy 
sercowe. 

background image

CZARODZIEIKA...  1 1 7 

- Nie mogę się doczekać, co pokażą mi karty w tym kwa­

dracie - zachichotała Kimberly. 

- Jakbyśmy już teraz tego nie wiedziały - wtrąciła pani 

Lawson znaczącym tonem. 

- Gotowa? - zapytała Ariel. 
- Gotowa. - Kimberly z rezygnacją skinęła głową. 
Ariel spoważniała i zaczęła odkrywać karty. Wydawało 

się, że jest całkowicie pochłonięta tą czynnością. 

- Wspaniale - mruknęła pod nosem, odkrywając kier 

w kwadracie oznaczającym fortunę. - Odniesiesz wielki su­
kces. Pieniądze przestaną być dla ciebie jakimkolwiek pro­

blemem. Następny kwadrat reprezentuje zmiany w twoim 
życiu. Hmm... To już nie wygląda tak dobrze. Pik oznacza 
zmianę na gorsze. Może grozi ci jakieś niebezpieczeństwo? 
Pomoc nadejdzie ze strony króla kier, w kwadracie szczęścia. 

Wróżenie przeciągało się. Kimberly stwierdziła, że jest to 

niezwykle długi i skomplikowany proceder. Ilekroć ukazy­
wała się jakaś karta oznaczająca niepowodzenie, Ariel naty­
chmiast znajdowała w jej sąsiedztwie inną, zapowiadającą 
poprawę losu. Karty obiecywały Kimberly dobre zdrowie, 
zaspokojone ambicje twórcze, a także pieniądze i podróże. 

- Niedawna podróż może spowodować wielkie zmiany 

w twoim życiu - stwierdziła Ariel, odkrywając kartę w kwa­
dracie podróży. 

Kimberly o mały włos nie powiedziała: „Nie żartuj", ale 

w porę podchwyciła spojrzenie Julii i odkryła, że jej towarzy­
szki patrzą na nią z uśmiechem. 

- A teraz kolej na twoje sprawy sercowe - oświadczyła 

z namaszczeniem Ariel. - Otaczające ją kobiety wstrzymały 
oddech i nadstawiły ucha. Kimberly z zakłopotaniem spuści-

background image

1 1 8 CZARODZIEJKA,.. 

ła wzrok, zastanawiając się, czy wszyscy w tym domu już 
wiedzą, jak spędziła tę noc. 

Ariel odkryła kolejną kartę - króla trefl. 
- Hmm - mruknęła, wpatrując się w nią z uwagą. - Przy­

najmniej będzie ci wierny. 

- I co jeszcze? - nalegała Kimberly. - To już wszystko? 
- Niezupełnie. Karta mówi, że choć możesz mu bez re­

szty zaufać, nie będzie on tak całkiem bez wad. 

- Wiadomo, jak to mężczyzna - westchnęła Julia. 
- Prawdę mówiąc - ciągnęła dalej Ariel, odkrywając ko­

lejnego trefla - będzie czasami straszliwie irytujący. 

- Pozwolę sobie powtórzyć za Julią: „Wiadomo, jak to 

mężczyzna" - zbagatelizowała przestrogę pani Lawson. 

Ariel nachyliła się nad stolikiem i zaczęła odkrywać karty 

w sąsiedztwie kwadratu oznaczającego sprawy sercowe. 

- Jest jeszcze coś - dodała po namyśle. - Nowe niebez­

pieczeństwo. Obawiam się, że poznasz, co to prawdziwy 
strach, Kim. 

- Strach? Ale przed czym? 
Ariel nie odpowiedziała, tylko odkryła nową kartę, tym 

razem karo. 

- Ktoś cię oszuka i sprawi ci tym wielki ból. 
- Pewnie znowu chodzi o tantiemy od moich wydawców. 

- Kimberly wzruszyła ramionami. - Dajmy temu spokój. Po­

wiedz mi lepiej, czego mam się bać. 

Ariel wolno pokręciła głową. 
- Nie bardzo wiem. Widzę ciemność, Kim. Ciemność 

i srebro. 

Kimberly zadrżała. Przed oczyma stanęła jej zakapturzona 

sylwetka ze srebrnym sztyletem. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 1 9 

- Mężczyzna? - zapytała, czując, że nagle zaschło jej 

w ustach. 

- Może tak, a może nie. - Ariel zmarszczyła brwi i zajęła 

się kolejną kartą. Wypowiedziała jeszcze kilka dość niezrozu­
miałych zdań, a potem wyprostowała się i zgarnęła karty. 

- Czy to już koniec? - zapytała ciotka Milly. 
- Tak - odparła Ariel. 
- No cóż, Kim, widać z tego, że powinnaś się mieć na 

baczności przed pewnym groźnym, śniadym mężczyzną 
o włosach przyprószonych srebrem - podsumowała ze śmie­
chem Julia. 

- Ale nie zapominaj o tym, że mimo wszystko możesz 

mu zaufać - dorzuciła z naciskiem ciotka Milly. 

- Jestem pewna, że chodzi o kogoś, kogo wszystkie bar­

dzo dobrze znamy - ucieszyła się pani Lawson. 

- Tak, no cóż, to było bardzo interesujące doświadczenie, 

Ariel - odezwała się Kimberly, wstając. - A teraz muszę was 

przeprosić, ale praca czeka. Ten śniady, niebezpieczny typ 
przypomina mi negatywnego bohatera mojej ostatniej powie­

ści. Pójdę lepiej sprawdzić, co tam narozrabiał. 

Panie zaczęły się rozchodzić. Julia i pani Lawson wróciły 

do swoich zajęć. Kimberly była już jedną nogą za drzwiami, 
kiedy Ariel zatrzymała ją gestem ręki. W jej oczach malowała 
się niezwykła powaga. 

- Nie wolno lekceważyć kart, moja droga. To nie jest 

tylko salonowa zabawa. 

Kimberly uśmiechnęła się wyrozumiale. 

- Będę o tym pamiętać, Ariel. Dzięki. A przy okazji, jak 

idą przygotowania do przyjęcia? 

- Wspaniale - odparła z entuzjazmem ciotka Milly. - Za-

background image

1 2 0 CZARODZIEJKA... 

proszenia zostaną rozesłane jeszcze dzisiaj. Planujemy wy­
dać przyjęcie w tę sobotę wieczorem. 

- To chyba dosyć krótki termin? 
- Obdzwoniłyśmy wszystkich dziś rano, żeby im o tym 

powiedzieć. Zaproszenia są już czystą formalnością - zapew­
niła Ariel, kładąc rękę na ramieniu Kim. - Karty mówią, że 
sobota to szczególnie sprzyjający dzień na tę imprezę. Wracaj 
do pracy. Ja i Milly zajmiemy się układaniem menu. 

Ciotka Milly pokiwała głową. 
- Chcemy, żeby wszystko szło jak w zegarku. To specjal­

na okazja. 

- A co takiego specjalnego jest w tej okazji? - zapytała 

Kimberly. 

Ciotka Milly spojrzała na nią lekko rozbawiona. 
- Jak to, co? Ty będziesz na tym przyjęciu. A teraz rób, co 

ci mówi Ariel, i biegnij do siebie, kochanie. 

Kimberly nie trzeba było poganiać. Praca nad „Wendetą" 

szła jej coraz lepiej. 

Wkrótce po dziesiątej, w sobotę wieczorem, Darius rozejrzał 

się po zatłoczonym salonie i wreszcie podchwycił spojrzenie 
Kimberly. Uznał, że ma szczęście. Trudno było porozmawiać 
z nią bodaj przez chwilę. Od pierwszych chwil przyjęcia Kim 
znalazła się w centrum uwagi zaproszonych gości. 

Powodem było nie tylko to, że niektórzy znali już jej 

książki. Cavenaugh szybko się przekonał, że w grę wchodzi 
tu coś więcej. Historia porwania Scotta została szczegółowo 
opisana w lokalnej prasie, a Julia już tego dopilnowała, żeby 
ludzie dowiedzieli się, iż to właśnie Kimberly uratowała jej 
synka z rąk porywaczy. A na dodatek domownicy traktowali 
tę bohaterską młodą kobietę jak członka rodziny. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 2 1 

Nic dziwnego, że wszyscy uznali, iż Kimberly wejdzie 

wkrótce do rodziny Cavenaughow. W ciągu minionej godzi­
ny do uszu Dariusa nie raz, nie dwa dobiegły szeptane speku­
lacje na temat zaręczyn. 

Nie zrobił nic, żeby położyć kres tym plotkom, których 

źródłem były pewnie opowieści pracowników, po tym jak na 
początku tygodnia zabrał Kim na wycieczkę do winnicy. 

Darius nie wątpił, że Kimberly dobrze wie, co zgromadze­

ni w salonie goście myślą na jej temat. Podniosła wzrok, na 
moment ich spojrzenia się spotkały, w jej oczach błysnął 
niepokój, potem upiła łyk wina z winnicy Cavenaughow, po 
czym znowu podjęła konwersację z grupą lokalnych biznes­
menów. Dariusowi wydawało się, że wszyscy słuchają jej 
z najwyższym zainteresowaniem. 

Podszedł do bufetu, nalał sobie wina, a potem stanął z bo­

ku i przez dłuższą chwilę patrzył na Kimberly. Pomijając jej 
lekko spłoszone spojrzenie, wyglądała tego wieczora wspa­
niale. Poczuł, że ogarnia go typowo męska duma. 

Poprzedniego dnia Kimberly i Julia wybrały się pod opie­

ką Starke'a na zakupy. Wróciły z turkusowo-żółtą, jedwabną 
suknią, którą Kimberly miała na sobie tego wieczora. Całości 
dopełniały turkusowe, plecione sandałki i cieniutki złoty łań­
cuszek na szyi. Darius miał ochotę pokryć rachunek za ewi­
dentnie drogą sukienkę, ale rozsądek podpowiedział mu, by 
powstrzymał się przed złożeniem takiej propozycji. Podejrze­
wał, że Kimberly byłaby wściekła. Szanował jej dumę, nawet 

jeżeli czasami doprowadzała go do szału. 

Tego wieczora Kim luźno upięła bujne bursztynowe loki. 

Nagle, aż do bólu, zapragnął wyciągnąć z nich złote szpilki 
i poczuć w dłoniach jedwabisty dotyk tych włosów. Z żalem 

background image

1 2 2 CZARODZIEJKA,,, 

porzucił tę myśl. Uznał, że są sprawy, które musi omówić 
z Kimberly, zanim znowu będzie się z nią kochać. Albo tak 
mu się przynajmniej zdawało. 

Napił się wina i znowu dał się ponieść wyobraźni, marząc, 

jak by to było, gdyby udało mu się pójść z Kimberly do łóżka 

po dzisiejszym balu. Wspomnienie spędzonej z nią nocy nie 
ułatwiało mu panowania nad pragnieniami, ale zbyt wiele 

spraw domagało się wyjaśnienia. Zrozumiał to po rozmowie 
z adwokatem z Los Angeles. 

Zapewne Kimberly sądziła, iż zaprzestał nocnych odwie­

dzin, ponieważ chciał zachować się jak dżentelmen i nie na­
rażać jej na plotki. Pozwolił jej tak myśleć, bo wciąż nie 
wiedział, jak dać jej do zrozumienia, że w grę wchodzi coś 
znacznie poważniejszego. Coraz trudniej przychodziło mu 
trzymać się od niej z daleka. Obiecywał sobie, że wkrótce 
wszystko się wyjaśni, a Kimberly wreszcie uwolni się od 

swojej przeszłości. Właśnie zaczynał snuć marzenia o przy­
szłości, kiedy u jego boku wyrósł Starke. 

- Dobrze sobie radzi - stwierdził, nie spuszczając wzroku 

z Kimberly. 

- Zwłaszcza jak na kogoś, kto przywykł do samotności 

- przyznał Darius. 

- Wszyscy jesteśmy w pewnym sensie samotni. - Starke 

wzruszył ramionami 

- Powiedz, stary, czemu po kilku szklaneczkach whisky 

zaczynasz filozofować? 

- Bo whisky nakręca mój intelekt. 
- Rozumiem. 
- Ona będzie dla ciebie odpowiednia, polubiłem ją. 
- W twoich ustach to już coś, Starke. - Darius uśmiechnął 

background image

CZARODZIEJKA...  1 2 3 

się ironicznie. - Wiem, jak krytycznie podchodzisz do ludzi. 
A jeżeli chodzi o Kimberly - zgadzam się z tobą. 

- Kiedy wobec tego usuniesz z drogi tę drugą przeszkodę 

i przestaniesz udawać? - zapytał Starke, nie spuszczając 
wzroku z Kimberly. 

- Umówiłem się z nimi na spotkanie pojutrze. 
- Na neutralnym gruncie? 
Darius skinął głową. 
- W foyer pewnego hotelu w San Francisco. 
- Jesteś pewny, że postępujesz właściwie? 
- A masz lepszy pomysł? - zapytał Darius z ponurą miną. 
- Nie - westchnął Starke. 
- Chcę, żeby Kim uwolniła się od swojej przeszłości. 

A może zrobić to tylko w jeden sposób - stając z nią oko 
w oko. A poza tym, ci ludzie nie przestaną jej prześladować, 
póki jej nie dopadną. Są absolutnie zdesperowani. Więc jeżeli 

już ma dojść do spotkania, lepiej, żeby odbyło się na naszych 

warunkach. 

- Chcesz to wszystko załatwić za plecami Kim? 
- Ona się nigdy nie zgodzi na spotkanie z dziadkami. 
- Nie wiem, czy postępujesz słusznie. To będzie dla niej 

przykra nispodzianka, a kobiety za takimi nie przepadają. 

- Kim zrozumie, dlaczego to zrobiłem. A kiedy już bę­

dzie po wszystkim, przekona się, że było to jedyne wyjście 
- zapewnił z przekonaniem Darius. 

W przeciwnym rogu sali Kimberly przeprosiła otaczającą 

ją grupkę i wymknęła się do patia. Na dworze było zimno, ale 

po zatłoczonym, przegrzanym salonie chłód wydał jej się 
miłą odmianą i przyniósł ulgę. 

Znowu poczuła się osaczona. Nie miała wątpliwości, co 

background image

1 2 4 CZAR0DZ1EIKA... 

myśleli ci wszyscy ludzie, kiedy na nią patrzyli. Widzieli 
w niej narzeczoną Dariusa Cavenaugha, a nikt z jego rodziny 
nie kwapił się, żeby rozwiać ich złudzenia. Nawet sam zain­
teresowany. 

O co mu właściwie chodzi? - myślała Kimberly, krążąc po 

patiu. Bywały takie chwile, kiedy potrafiła czytać w myślach 
Dariusa. Ale były też i momenty, w których stanowił dla niej 
nie odkrytą kartę. 

Od tamtej spędzonej wspólnie nocy nie pojawił się już, 

więcej w jej pokoju. Po raz setny Kimberly zaczęła analizo­
wać wymowę tego faktu. Czy bawił się tylko w dżentelmena, 

czy może kryło się za tym coś więcej? A może uznał, że 
fizycznie go nie zadowala? 

Zacisnęła palce na żelaznym słupku ogrodzenia i zapa­

trzyła się w ciemność. Przed nią rozciągał się mroczny ogród, 
a za nim kamienny mur, którego nie wolno jej było przekra­
czać. W oddali majaczył budynek, w którym znajdowały się 
kadzie do fermentacji win. Jak sięgnąć okiem, na łagodnych 
pagórkach rozpościerały się winnice. Na niebie wisiał blady 
księżyc. Kimberly pomyślała, że to wyjątkowo piękna, za­
sobna i spokojna okolica. I pewnie bardzo odmienna od 
miejsc, w których przebywał Darius, zanim wrócił do domu. 

- Nie zimno ci tu, Kim? 
Na dźwięk głosu Starke'a odwróciła się z uśmiechem. 

Polubiła tego ponurego dziwaka, choć czasami ciężko było 
go rozgryźć. 

- Chciałam się trochę przewietrzyć. Zaraz wracam - po­

wiedziała. - Dobrze się bawisz, Starke? 

- Nie lubię takich przyjęć. 
- Ja też nie. A Darius? 

background image

CZARODZIEJKA...  1 2 5 

- Mało o nim wiesz, prawda? 

Zdumiona tym pytaniem, Kimberly skinęła głową. 
- Czasami wydaje mi się, że go znam, a potem... - Urwa­

ła, wzruszając ramionami. 

- Mam wrażenie, że on czuje to samo w stosunku do 

ciebie. Taka już jest natura ludzka. 

Jego uwaga rozbawiła Kimberly. 
- Studiujesz naturę ludzką? 
- To jest whisky. - Starke uniósł szklaneczkę. - A whisky 

pobudza mój intelekt. Tłumaczyłem to przed chwilą Dariu-
sowi. 

- To fascynujące. A jakie masz jeszcze spostrzeżenia na 

ten temat? 

- Chodzi ci o ciebie i o niego? Całkiem oczywiste. 
- To znaczy jakie? 
- Że jesteście dla siebie stworzeni - wyjaśnił Starke. -

Darius cię potrzebuje, Kim. 

- Sama nie wiem - odparła cicho. - W jego życiu jest tyle 

innych spraw. Winiarnia, rodzina, i tak dalej. Do czego mia­
łabym mu być potrzebna? 

- Tylko ty potrafisz utrzymać ich wszystkich w ryzach. 

Przecież zawładnęli jego życiem. A ty możesz stworzyć mu 
odrębny świat, w którym będzie mógł odpocząć z kimś, dla 
kogo zawsze będzie na pierwszym miejscu. 

Kimberly zamyśliła się na chwilę. 
- Może ja też tego chcę - szepnęła. - Chcę mieć kogoś, 

dla kogo zawsze będę na pierwszym miejscu. 

- Boisz się, że w przypadku Dariusa będzie inaczej? 
- Jak mężczyzna w jego położeniu może mi to zapewnić? 

- zapytała z rezygnacją w głosie. 

background image

1 2 6 CZARODZIEJKA... 

- Jeszcze go nie znasz, Kim. Daj mu szansę. A poza 

tym... - Starke zawahał się, a potem dokończył prosto z mo­
stu: - bądź dla niego bardziej wyrozumiała w momentach, 
kiedy nie do końca go rozumiesz. Przecież to tylko męż­
czyzna. 

Kimberly uśmiechnęła się ironicznie. 
- Podobnie jak ty. Jesteś pewny, że masz odpowiednie 

kwalifikacje, żeby objaśnić mi zachowanie tego gatunku? 

Starke pociągnął długi łyk whisky. 
- Pewnie nie, ale przynajmniej próbowałem. 
- Starasz się być w stosunku do niego lojalny, prawda? 

- Kimberly obrzuciła Starke'a ciepłym spojrzeniem. 

- Ocalił mi życie. To stare dzieje. Tak się szczęśliwie 

złożyło, że mogłem mu się odwdzięczyć. Wszystko to wy­
tworzyło między nami dość specyficzną więź. 

- W jaki sposób ocalił ci życie? - zainteresowała się Kim­

berly. 

- To nieważne - mruknął Starke, który widocznie poża­

łował, że w ogóle poruszył ten temat. - Miałem pewne kłopo­
ty na Bliskim Wschodzie - dodał niezbyt chętnie. - Chciałem 
się z kimś skontaktować i znalazłem się w samym centrum 
rozruchów. Darius też trafił na te same uliczne zamieszki. 
Byliśmy jedynymi Amerykanami. Kiedy rozpętało się piekło, 
znalazłem się w sytuacji bez wyjścia. Wtedy zadziałał Da­
rius. Znał w sąsiedztwie kogoś, z kim robił interesy. I na tej 
podstawie udało mu się wyrwać mnie z rąk oszalałego tłumu. 
A gdy do nich dotarło, że jego znajomości nie mają tu nic do 

rzeczy, byliśmy już daleko. Darius użył swoich kontaktów 

i załatwił nam wyjazd z kraju, w przeddzień wybuchu regu­
larnej wojny domowej. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 2 7 

Kimberly zaczerpnęła tchu. 
- Nie wiedziałam, że ten interes eksportowo-importowy 

mógł być taki... niebezpieczny. 

- Czasami szedł świetnie - powiedział Starke, podnosząc 

szklaneczkę. Patrzył w nią przez kilka sekund, jakby widział 
coś, czego Kimberly nie mogła dojrzeć. - Darius umie robić 
interesy. 

Kimberly nie była pewna, czy dobrze usłyszała ostatnie 

słowa. 

- A kiedy ty uratowałeś mu życie, Starke? - zapytała 

ostro. 

Nabrała przekonania, że ten człowiek coś przed nią ukry­

wa. Jego lakoniczny sposób wyrażania się i wyważony spo­
sób bycia dziwnie kłóciły się z podejrzaną, wręcz odpychają­
cą powierzchownością. 

- W jednej z uliczek Hongkongu wybuchła bójka na no­

że. Darius próbował walczyć z trzema facetami, którzy na­
padli na niego przed hotelem. Byłem z Dariusem akurat umó­
wiony i już z daleka zobaczyłem, co się święci. A ja umiem 
posługiwać się nożem - wyjaśnił beznamiętnym tonem. 

- Ach tak. - Kimberly zadrżała. 

Starke zmarszczył brwi. 

- Obiecaj mi, że nie zdradzisz Dariusowi, że ci o tym 

powiedziałem. Urwałby mi głowę, gdyby się dowiedział, że 

straszyłem cię takimi historiami. 

- To dlaczego straszysz mnie takimi historiami? 
- Chyba dlatego, żebyś zrozumiała, że Darius to nie tylko 

winnice Cavenaughow. 

- Wiem i bez ciebie - odparła cicho. 

Starke spojrzał na nią i rysy mu złagodniały. 

background image

128 CZARODZIEJKA... 

- Na pewno wiesz. Gdybyś nie wiedziała, nie pokochała­

byś go, prawda? 

Kimberly obruszyła się. W końcu jej uczucia to jej pry­

watna sprawa. Nie miała pojęcia, że tak dla wszystkich oczy­
wista. Postanowiła zaprotestować, ale zanim zdołała otwo­

rzyć usta, Starke zdjął marynarkę. 

- Masz - rzucił szorstko. - Jeżeli zamierzasz pobyć tu jesz­

cze przez chwilę, lepiej coś na siebie włóż, bo zmarzniesz 

- dodał, po czym zrobił w tył zwrot i pomaszerował do salonu. 

Kimberly w westchnieniem zeszła do ogrodu. Nie miała je­

szcze ochoty wracać do domu. Nie była w stanie znieść myśli, 

że wszyscy ci ludzie będą się jej znowu przyglądać, spekulując 
na temat jej relacji z Dariusem, a być może nawet dojdą do tych 
samych wniosków co Starke. Nagle zapragnęła samotności. 

Oczywiście nie uda jej się zbyt długo pobyć na dworze. 

Julia, ciotka Milly, Ariel, pani Lawson, a nawet Darius czy 
Starke szybko zauważą jej nieobecność. Na pewno zaczną jej 
wtedy szukać. Tylu ludzi troszczy się o nią. Niełatwo do 

czegoś takiego przywyknąć. Idąc przez ogród, podniosła 
w pewnej chwili wzrok. W pokoju Scotta zgasło wreszcie 
światło. Parę godzin temu odesłano go do łóżka, choć z po­

czątku bardzo protestował. Jego przyszły ojczym, Mark, pod­

jął się tego niewdzięcznego zadania. Kimberly widziała cie­

płe spojrzenie, jakim Julia obrzuciła narzeczonego, gdy ten 
wziął chłopczyka za rękę, żeby go zaprowadzić do sypialni. 

Kiedy doszła do końca ogrodu, przystanęła i popatrzyła na 

budynek winiarni za kamiennym murem. Zamontowane na 
zewnątrz reflektory oświetlały rozległy dziedziniec, na któ­

rym w ciągu dnia gromadzili się turyści. Tył zabudowań tonął 
w ciemnościach. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 2 9 

Do tego miejsca wolno jej było dochodzić. Jeszcze kilka 

kroków i znajdzie się poza niskim, kamiennym murem. Jeżeli 
to zrobi, uruchomi system alarmowy, przerywając tym sa­
mym świetną zabawę. Ciotka Milły i Ariel nigdy by jej tego 
nie wybaczyły. 

O ile, oczywiście, Starke jest jeszcze na tyle trzeźwy, żeby 

zareagować na włączony alarm. 

A co do Dariusa - tym razem za taki numer pewnie prze­

łożyłby ją przez kolano i raczej wlepił parę klapsów, niż 
kochał się z nią tak jak poprzednio. Raz mógł wybaczyć, ale 
ponowne złamanie zakazów na pewno nie uszłoby jej na 
sucho. 

Z kwaśnym uśmiechem odwróciła się i ruszyła wolno 

w stronę domu. 

Nieruchoma zjawa w długiej szacie czekała na nią pośrod­

ku ścieżki. 

Na jej widok Kimberly osłupiała. Nie była w stanie się 

ruszyć ani podnieść alarmu. Dwie ciemne postacie, zastygłe 
w bezruchu, patrzyły na siebie przez chwilę, a potem ta za-
kapturzona uniosła ręce. W blasku księżyca zalśnił wielki, 
ozdobny sztylet. 

Dopiero wtedy Kimberly udało się wydobyć głos. Nie był 

to jednak przenikliwy krzyk z nocnych koszmarów, tylko 

jakiś cichy, zdławiony jęk, który nie mógł dotrzeć do żadnych 

uszu. Zanim zdążyła ponowić próbę, złowieszcza postać ru­

szyła w jej stronę. 

Tym razem Kimberly udało się krzyknąć, ale i tak nie 

łudziła się, że usłyszy ją ktoś z uczestników hałaśliwego 
przyjęcia. Za bardzo była oddalona od domu. 

Sztylet znowu błysnął w bladym świetle księżyca. Kim-

background image

1 3 0 CZARODZIEJKA... 

berly nagle otrzeźwiała. Podciągnęła rozkloszowany dół je­
dwabnej sukni i popędziła w stronę domu, próbując ominąć 
zakapturzoną zjawę, której obecność stanowiła przykry dyso­
nans na tle tak pięknego ogrodu. 

Złowroga postać przesunęła się i znowu zablokowała Kim 

przejście. Ten ktoś zaczynał mieć nad nią przewagę. Teraz już 

w żaden sposób nie mogła go ominąć, żeby się dostać do 

domu. Kiedy znowu ruszył w jej stronę, pozostało jej już 
tylko jedno - odwróciła się, wypadła z ogrodu i pomknęła 

w stronę muru. 

W biegu obejrzała się przez ramię i zobaczyła, że ścigająca 

ją postać ma pewne kłopoty z długą szatą. Ostrze sztyletu 

rzucało w mroku srebrne błyski. Kimberly przypomniała so­
bie wróżbę Ariel i ogarnęło ją jeszcze większe przerażenie. 

Kiedy przeskakiwała przez mur, marynarka zsunęła się jej 
z ramion i upadła na ziemię. 

Teraz mogła już tylko mieć nadzieję, że włączył się sygnał 

alarmowy, a Starke będzie jeszcze na tyle trzeźwy, by odpo-
wiednio zareagować. 

Kimberly biegła, jakby od tego zależało jej życie, ku 

jedynemu możliwemu schronieniu, jakim był budynek wi­

niarni. Jeżeli zdoła do niego dotrzeć przed swoim prześla­
dowcą, może uda jej się zabarykadować od środka. 

Turkusowe sandałki okazały się niezbyt bezpieczne na 

wysypanej żwirem ścieżce, prowadzącej przez winnicę. Kim 

kilka razy potknęła się i omal nie upadła, mimo to biegła 
dalej, a ślepy strach popychał ją ku rysującej się w mroku 
budowli. 

Z powodu krępującego ruchy stroju zamaskowana postać 

pozostała nieco w tyle. W serce Kimberly zaczęła wstępować 

background image

CZARODZIEJKA...  1 3 1 

otucha. Może jednak pierwsza dotrze do budynku i uda jej się 
zadzwonić do rezydencji Cavenaughow z jednego z telefo­
nów, które zauważyła, gdy przed kilkoma dniami zwiedzała 
winiarnię. 

Ostatkiem sił dopadła bocznego wejścia. Oddech rozsa­

dzał jej płuca. Za plecami słyszała chrzęst ciężkich kroków na 
ścieżce. Tylko ludzka istota mogła tak hałasować. Kimberly 
pocieszyła się myślą, że nie ściga jej jakieś widmo, bo omal 

już uwierzyła, iż ma do czynienia ze złowieszczą, nadprzyro­

dzoną siłą. 

Walcząc o każdy oddech, z sercem łomoczącym z wysiłku 

i strachu, zatrzymała się przed wejściem do budynku. Miała 
chwilową przewagę i wiedziała już, co robić. 

Zdjęła turkusowy sandałek i bez wahania wybiła szybę 

w drzwiach, a potem wsunęła rękę do środka i otworzyła za­

suwkę, jeszcze zanim odłamki szkła upadły na ziemię. 

Ostry ból przeszył jej ramię, ale nawet nie zwróciła na to 

uwagi. Wpadła do środka i zatrzasnęła za sobą drzwi. 

W holu panowały ciemności. Kimberly z konieczności 

zwolniła kroku. Usłyszała odgłos otwierających się i zamy­
kających drzwi. Potem znowu zapadła cisza. Kompletne cie­
mności musiały stanowić takie samo utrudnienie dla jej prze­
śladowcy, jak i dla niej samej. 

Ale Kimberly znała już budynek winiarni i wiedziała, 

gdzie się znajduje. A mężczyzna ze sztyletem mógł kierować 
się jedynie odgłosem jej kroków. 

Szybko zrzuciła sandałki i na palcach ruszyła ku wielkiej 

hali, gdzie znajdowały się olbrzymie kadzie do fermentacji 
oraz półki z rzędami baryłek, w których dojrzewało wino. 

background image

ROZDZIAŁ 7 

Kimberly pchnęła wahadłowe drzwi prowadzące do ol­

brzymiej hali. Powitał ją łagodny szum maszyn i znajomy, 
cierpki zapach wina. W mroku rysowały się kontury kadzi 
z nierdzewnej stali oraz długie rzędy drewnianych regałów 
z baryłkami. Drogą jakichś dziwnych skojarzeń pomyślała 
o dinozaurach drzemiących w ciemności. Na samym końcu 
hali, przy wąskich schodkach, paliło się przyćmione światło. 

Reszta pomieszczenia tonęła w mroku. 

Zawahała się. Hala wydała jej się nagle czymś w rodza­

ju parku jurajskiego, a gigantyczne maszyny żywymi stwo­

rzeniami. Nie, pomyślała w histerii, to nie kadzie są żywe, 
żywe jest wino w ich wnętrzu. Czy nie to mówił jej Cave-
naugh podczas wycieczki? Fermentacja i dojrzewanie win to 
procesy ciągłej ewolucji i zmiany. A kadzie i baryłki są jak 
olbrzymie ciężarne brzuchy, chroniące wino podczas dojrze­
wania. 

Zaczęła nasłuchiwać kroków prześladowcy. Weszła 

w cień i skręciła w lewo. Pod osłoną kadzi postara się dotrzeć 
do schodów. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 3 3 

Darius, ratuj! Na miłość boską, pospiesz się! - błagała 

w duchu, ogarnięta paniką. 

W połowie drogi Kimberly bosą stopą wdepnęła w kałużę 

chłodnego płynu. Zaczerpnęła tchu, cicho zaklęła, a potem 
przygryzła wargi. Może jej prześladowca nie usłyszał stłu­
mionego okrzyku. 

Po omacku przemierzała najciemniejszą część hali, za 

ostatnim rzędem kadzi. Jednostajny warkot pracujących ma­
szyn zagłuszał odgłos jej kroków, ale też i kroków zakaptu-
rzonej postaci. Pomieszczenie na szczycie schodów wydawa­
ło się oddalone o całe mile. Była to probiernia win, ostatni 
przystanek dla zwiedzających. Musi tam dotrzeć za wszelką 
cenę. Tam znajdował się telefon, a także alarm przeciwpoża­
rowy. Stłucze szklaną szybkę i może w ten sposób przyspie­
szy akcję ratunkową. 

Każdy, nawet najcichszy dźwięk za jej plecami stawał się 

nowym źródłem przerażenia. Idąc, oglądała się wciąż za sie­
bie w oczekiwaniu na cios zadany srebrnym sztyletem. 

Stanęła w cieniu ostatniej kadzi i z rozpaczą spojrzała na 

schody. Żeby do nich dotrzeć, musi przebiec odcinek otwartej 
przestrzeni, na dodatek oświetlony blaskiem małej lampki. 
Nie miała podstaw, by podejrzewać, że drzwi u szczytu scho­
dów będą zamknięte, ale gdyby tak, to znajdzie się w pułapce. 

Cavenaugh, gdzie jesteś? Potrzebuję cię. 
Nie było sensu odwlekać tego, co nieuniknione. Swoją 

jedyną szansę upatrywała w tym, by dotrzeć do probierni 

i zabarykadować się w środku, po czym wezwać pomoc. 
Unosząc dół sukni, wybiegła zza kadzi i popędziła ku 

drzwiom na szczycie schodów. 

Instynkt samozachowawczy podpowiedział jej, że jest już 

background image

1 3 4 CZARODZIEJKA... 

za późno. Zostało za mało czasu. Ten ktoś deptał jej niemal po 
piętach. Widocznie odgadł jej zamiary. 

Dłonie Kimberly zacisnęły się na gałce drzwi. Zaczęły nią 

rozpaczliwie szarpać. Zerknęła przez ramię i wtedy go zoba­
czyła. 

Mężczyzna w uniesionej jak do ciosu dłoni trzymał sztylet 

i właśnie dopadał schodów. Za mało czasu, pomyślała w pa­
nice, kiedy drzwi wreszcie ustąpiły. Za mało czasu! 

Zatrzasnęła za sobą drzwi, ale jej prześladowca uderzył 

w nie z taką siłą, że otworzyły się z hukiem. Blade światło 
lampki rozjaśniało mrok panujący w niewielkim pomieszcze­
niu, oświetlając rzędy kieliszków oraz całą baterię butelek 
miejscowego wina. 

Kimberly bez namysłu sięgnęła po pierwszą z brzegu. Nie 

była to zbyt dobra ochrona przed ostrzem sztyletu, ale nicze­
go innego nie miała pod ręką. Złapała butelkę za szyjkę 
i walnęła nią w wypolerowany kant barowej lady. Coś takie­
go widziała na westernach. Może i tutaj okaże się skuteczne. 

Szkło rozprysło się na setki drobnych kawałków. Wi­

no trysnęło na podłogę, mocząc nogi Kimberly, a ona, zde­
terminowana, mocno ścisnęła w ręku szyjkę wyszczerbionej 
flaszki. 

Zakapturzona postać zastygła z uniesionym sztyletem. Już 

tylko kilka kroków dzieliło Kimberly od jej prześladowcy. Po 
raz pierwszy dostrzegła błysk jego oczu spod głęboko nasu­
niętego kaptura. Światło lampki odbiło się od stłuczonej bu­
telki, którą trzymała w wyciągniętej ręce. 

- Spróbuj mnie tknąć, a Cavenaugh cię zabije! - krzyk­

nęła. 

- Ten twój Cavenaugh może sobie iść w diabły. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 3 5 

Głos był niski i szorstki. Pobrzmiewał w nim akcent wiel­

komiejskiej ulicy. Z pewnością nie należał do demonicznego 
sługi złych mocy. Miała przed sobą jakiegoś chuligana. 

- Ty trafisz tam pierwszy. To ci obiecuję. 
- Cavenaugh to nie mój problem. Dziś mam się zająć 

tylko tobą. 

Rzucił się w przód ze sztyletem gotowym do ciosu 

i w ułamku sekundy pokonał dzielącą ich przestrzeń. 

- Darius! - krzyknęła Kimberly, próbując uchylić się od 

ciosu, poniewczasie uświadamiając sobie, że chroniąc się za 
barową ladą, znalazła się w pułapce. 

Mężczyzna musiał czuć pewien respekt przed wyszczer­

bioną butelką, bo kiedy Kim instynktownie go zaatakowa­
ła, odskoczył w bok. Przemknęła obok niego. Mężczyzna 
odwrócił się i dźgnął sztyletem powietrze. Chwyciła kolej­
ną butelkę, nie wypuszczając z ręki tej wyszczerbionej. 
Cisnęła nią w napastnika, który szybko przykucnął. Szkło 
rozbiło się o ladę, tuż obok jego głowy. Wino trysnęło na 
podłogę. 

- Ty szmato! 
Rzucała teraz butelkę za butelką. Wiele z nich trafiło 

w cel, ale żaden z rzutów nie okazał się wystarczająco silny, 
by obezwładnić przeciwnika. 

Rycząc z wściekłości, jej prześladowca rzucił się w przód, 

by zadać ostateczne pchnięcie. 

Kimberly zrobiła w tył zwrot, gdy nagle usłyszała krzyk 

wściekłości. Zakapturzona postać poślizgnęła się na zalanej 
winem posadzce. Rozległ się głuchy łomot i napastnik ciężko 
zwalił się na ziemię. Nie namyślając się wiele, złapała nastę­
pną butelkę i z całej siły wyrżnęła nią w głowę leżącego. 

background image

1 3 6 CZARODZIEJKA... 

- Kim! - W drzwiach pojawił się Cavenaugh. 
Stojąc nad swoją ofiarą, Kimberly dostrzegła błysk meta­

lu. Darius miał broń. Za nim stał Starke i właśnie naciskał 
kontakt. 

Darius dopadł do niej dokładnie w chwili, gdy zapłonęły 

wszystkie światła. Jednym szarpnięciem odciągnął ją od na­
pastnika. Kiedy chwytał ją za ramię, czuła rozsadzającą go 

furię. Następnie przyklęknął nad leżącym mężczyzną i prze­
wrócił go na plecy, żeby zbadać mu tętno. Starke stał nad 
nimi i czekał w napięciu na wyrok. On także był uzbrojony. 
Kimberly pomyślała, że obaj mężczyźni sprawiali wrażenie, 

jakby urodzili się z bronią w ręku. 

Wreszcie Darius podniósł się i wsunął pistolet za pas smo­

kingowy. 

- Zemdlał - stwierdził z pogardą, mierząc Kim bacznym 

spojrzeniem. - Tak mu przyłożyła, że stracił przytomność. 

- Sądząc po upojnym zapachu, poszło na to z pół skrzyn­

ki wina - ocenił Starke po rozejrzeniu się wokoło. - Wszy­
stko zalane. Ale koszmarny bałagan! 

- Nie wiedziałam, że porządek jest w tym przypadku taki 

ważny - oburzyła się Kimberly. 

- Moja pani, w sytuacji jak ta liczy się tylko jedno - kto 

wciąż stoi o własnych siłach, kiedy jest już po wszystkim. 
Mój Boże, kobieto, o mało przez ciebie nie osiwiałem do 
reszty! Nic ci się nie stało? 

Skinęła głową bez słowa. Nie była w stanie ruszyć się 

z miejsca. Stała naprzeciw Dariusa, trzymając w ręku wy­
szczerbioną flaszkę, aż wreszcie z westchnieniem ulgi wy­

ciągnął ręce. Wypuściła szkło z omdlałej dłoni i z jękiem 
padła mu w ramiona. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 3 7 

- Krwawisz! Jeżeli ten łotr... 
- To naprawdę nic poważnego. Zraniłam się w rękę, kie­

dy wybijałam szybę. Och, Darius, myślałam, że nigdy się was 
nie doczekam - szepnęła, nareszcie bezpieczna w jego obję­
ciach. 

- Nie wygląda na to, żebyśmy ci byli aż tak bardzo po­

trzebni - wtrącił Starke. - Świetnie sobie poradziłaś. Nastę­
pnym razem, kiedy będziemy się wybierać na piwo do baru, 
weźmiemy cię ze sobą, tak na wszelki wypadek. 

- Ona już zawsze będzie tam, gdzie ja - powiedział z na­

ciskiem Darius. - Nie spuszczę jej więcej z oczu. 

- Jakim cudem mnie tu znaleźliście? 
- Starke odebrał sygnał, kiedy przeszłaś przez mur. Prze­

prosiliśmy gości i poszliśmy sprawdzić tablicę kontrolną. 
Myśleliśmy, że to jakieś zwierzę uruchomiło alarm. Przy 
okazji zauważyliśmy, że zniknęłaś - wyjaśnił Darius. Deli­
katnie uwolnił się z jej uścisku i odkręcił kran nad małą umy­
walką. A potem podsunął jej krwawiącą rękę pod strumień 
wody. 

- Powiedziałem Dare'owi, że po raz ostatni widziałem cię 

w patiu - odezwał się Starke i przyklęknął, żeby odsłonić 
twarz napastnika. Spod kaptura ukazała się twarz młodego, 
śniadego mężczyzny. 

- Oczywiście żadnemu z nas nie przyszło do głowy, że 

będziesz na tyle nierozsądna, żeby w nocy wypuszczać się 
samotnie poza mur - ciągnął Darius. 

- W ogóle nie miałam zamiaru spacerować za tym choler­

nym murem. Byłam w ogrodzie i właśnie wracałam do do­
mu, kiedy ten potwór zastąpił mi drogę. Wiedziałam, że nie 
uda mi się go ominąć, więc próbowałam przed nim uciec. 

background image

1 3 8 CZARODZIEJKA. „ 

Miałam nadzieję, że w momencie przekraczania muru włączę 
alarm i ktoś przyjdzie mi z pomocą. Auu, to boli. 

Ale on nie zwrócił wagi na jej protesty, tylko obwiązał 

ranę serwetką. 

- Pod murem znaleźliśmy marynarkę Starke'a i domyśli­

liśmy się, że to ty uruchomiłaś alarm, a nie jakaś sarna czy 
zając. Niestety, nie wiedzieliśmy, dokąd poszłaś. Dopiero gdy 
włamałaś się do winiarni, włączyłaś kolejne urządzenie, które 
pomogło nam cię zlokalizować. Byliśmy tam niedługo po 
tobie. A potem usłyszeliśmy, jak rzucasz butelkami. - Darius 

kwaśno się uśmiechnął. - Tak na marginesie, to był mój 
najlepszy Cabernet Sauvignon. Właściwie powinienem przy­

słać ci rachunek. 

- No wiesz, jesteś bezczelny! 
- Jednak po namyśle doszedłem do wniosku, że wystar­

czy, jeśli lepsze roczniki zacznę przed tobą chować. - Darius 

puścił Kimberly i nachylił się nad nieprzytomnym mężczy­
zną. Wsunął mu rękę pod habit i wyciągnął srebrny sztylet. 

- Dzwoń na policję, Starke. I spróbuj złapać tego Cran-

stona, z którym zawsze pracujemy. 

- Już się robi. - Starke podszedł do telefonu, podniósł 

słuchawkę i wykręcił numer. 

Dobiegała druga w nocy, kiedy Kimberly wreszcie poło­

żyła się do łóżka. Po powrocie do domu została otoczona 
troskliwą opieką przez Julię, ciotkę Milly i Ariel, a pani 
Lawson zaparzyła uspokajającą herbatkę, ściśle według 
wskazówek Ariel. Nawet wyrwany ze snu Scott zszedł na dół, 
żeby zobaczyć, co się dzieje. Darius i Starke rozmawiali z po­
licją, a poruszeni goście zadawali Kimberly dziesiątki pytań. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 3 9 

- Może będzie z tego materiał na jedną z twoich książek 

- wtrącił w którymś momencie Mark Taylor. 

- Mark! - ofuknęła go Julia. - To nie jest temat do 

żartów. 

W końcu goście rozeszli się do domów, a policja także 

odjechała, zabierając mężczyznę w szatach mnicha. Napast-
nik odzyskał już przytomność, ale milczał jak zaklęty. 

Kimberly nareszcie została sama. Była skrajnie wyczerpana, 

lecz zbyt roztrzęsiona, by zasnąć. Przebrała się w podkoszulek 
i położyła do łóżka. Leżała długo w ciemnościach, wciąż od 
nowa rozpamiętując dramatyczne wydarzenia tej nocy. Miała 
wrażenie, że upłynie wiele czasu, zanim uda jej się wymazać 

- z pamięci obraz uniesionej ręki ze sztyletem. Gdy tylko zamy-

kała oczy, natychmiast pojawiała się koszmarna wizja. Ciałem 
Kimberly wstrząsnęły dreszcze. Wiedziała, że to reakcja na 
przeżyty szok, ale nie potrafiła się opanować. 

Leżała na boku, zapatrzona w okno, kiedy nagle drzwi do 

sypialni cicho się otworzyły i zaraz potem zamknęły. Tym 

razem nie czuła strachu przed nocnym gościem. 

- Darius? 
- Mówiłem, że nie spuszczę cię więcej z oczu. 
Słyszała, jak rozbiera się po ciemku i odwróciła głowę 

w jego stronę. Bursztynowe włosy rozsypały się na podusz-
kach. Podciągnęła pod szyję prześcieradło. Darius patrzył na 
nią, zdejmując koszulę z plisowanym gorsem. 

- Mieliśmy przecież zachować pozory. A co z moją pozy­

cją. .. gościa... w twoim domu? Gdzie wzgląd na mój niewie­
ści wstyd? - próbowała mówić żartobliwym tonem, ale przez 

jej słowa przebijała prawda, którą Darius powinien w końcu 

usłyszeć. 

background image

1 4 0 CZARODZIEJKA,.. 

- Może byś się trochę posunęła? - odparował, kiedy zdjął 

ostatnią część garderoby. - O ile pamiętam, gdy tu poprze­
dnio nocowałem, nie zdążyłem ci powiedzieć, że wolę spać 
z lewej strony. 

Posłusznie przesunęła się na drugą stronę łóżka. Gdy tylko 

Darius położył się przy niej, przylgnęła do niego z okrzykiem 
ulgi, szukając w jego objęciach bezpiecznego azylu. 

- Ach, nie masz pojęcia, jak się bałam. 
- Wiem, co czułaś, kochanie - szepnął jej do ucha. - Za­

pewniam cię, że wiem. Mój Boże, byłaś taka dzielna. - Za­
czął ją głaskać po włosach. - Kiedy wszedłem do tej hali, 
wyglądałaś jak amazonka. Chciałem z miejsca położyć tru­
pem tego typa. Gdybyś go nie znokautowała, pewnie zastrze­
liłbym go jak psa. Doświadczyłaś straszliwego niebezpie­
czeństwa, Kim. Dlatego nie zostawię cię samej tej nocy. 

- Pewnie miałabym koszmary - wyznała cicho. 
- A myślisz, że ja bym ich nie miał? Ta scena w probierni 

będzie mnie prześladować do końca życia. - Darius nie prze­
stawał kojąco głaskać włosów Kimberly. 

- Nie mogę się uspokoić - wyszeptała drżącym głosem. 

- Czuję się tak, jakby podłączono mnie do wysokiego na­
pięcia. 

- To reakcja na te traumatyczne przeżycia, kochanie. Po­

trzeba więcej czasu, żeby twój system nerwowy mógł się 
uspokoić. 

- Wydaje mi się, że mnie rozumiesz. 
- O tak. Świetnie cię rozumiem. 
Przypomniała sobie, jak wtargnął do hali z bronią w ręku. 
- Przeżyłeś już wcześniej coś takiego, prawda? - zapytała 

cicho. 

background image

CZARODZIEJKA..,  1 4 1 

- Nie, czegoś takiego dotąd nie przeżyłem - głucho za­

przeczył Darius. - Nigdy nie zdarzyło mi się wejść do jakie­
goś pomieszczenia i zobaczyć, jak moja kobieta walczy z uz­
brojonym psychopatą. 

- Trudno właściwie powiedzieć, że „wszedłeś" do 

probierni. Razem ze Starkiem wdarliście się tam niczym ko­
mandosi. 

Darius objął ją jeszcze mocniej. Westchnęła z ulgą, w głę­

bi ducha szczęśliwa, że powiedział o niej „moja kobieta". 

- Nie rób mi więcej czegoś takiego, Kim - poprosił. 
- Możesz mi wierzyć albo nie, ale dzisiejszej nocy nie 

miałam zamiaru robić ci na złość. 

- Nie powinnaś wychodzić sama do ogrodu. 

Kimberly uniosła głowę. 

-

 Ależ, mój drogi - zaprotestowała - nikt mi nie mówił, 

żebym nie wychodziła do patia czy do ogrodu. Jedyną barie-

rą, którą ustanowiono, był ten mur! 

- Teoretycznie masz rację. Praktycznie chodzi o to, żebyś 

nie oddalała się poza zasięg mojego wzroku. Zrozumiano?! 

Kimberly uśmiechnęła się w ciemnościach. 

- Zrozumiano. Nie wiem, czy to naprawdę praktyczne, 

ale rozumiem. 

- A niech cię, Kim. Wcale nie chciałem na ciebie krzy­

czeć tej nocy. 

- Nie? A co? Chciałeś zaczekać do rana? 
- Tak. Szczerze mówiąc, miałem zamiar zaczekać do ra­

na. To nie jest właściwa pora. 

- Czemu nie? 
- Bo jesteś w szoku. Mówiłem ci już, że wiem, jak to jest. 
- A niby skąd tak dobrze orientujesz się w takich spra-

background image

1 4 2 CZARODZIEJKA... 

wach? - zapytała cicho. - Co to była za firma eksportowo-
-importowa, którą prowadziłeś, zanim wróciłeś, żeby przejąć 
winnice Cavenaughow? 

- Całkowicie legalna i przynosząca niezłe zyski. 
Kimberly poczuła, że uśmiechnął się z ustami przy jej 

włosach. 

- Dywany, błyskotki i cacka z całego świata, tak? - za­

pytała. 

- Coś w tym rodzaju - mruknął bez przekonania. 
- Nadal masz tę firmę? 
- Nie, sprzedałem ją dwa lata temu, po powrocie do 

domu. 

- A nie żałujesz swojej decyzji? - nie ustępowała Kim­

berly. - Chodzi mi o te podróże, swobodę i tak dalej. 

Cavenaugh zawahał się. 
- Nie. Ten etap w moim życiu jest już definitywnie za­

mknięty. Lubię to, co teraz robię. Daje mi to masę satysfakcji. 

- Wiem, jak to jest odnosić sukcesy w swoim zawodzie. 

Ja, na przykład, jestem bardzo szczęśliwa, że piszę i wydaję 
książki. 

Znowu wyczula, że Darius się waha. Wreszcie powiedział 

cicho: 

- Któregoś dnia przestanie ci wystarczać. Teraz wydaje ci 

się, że masz wszystko, czego ci trzeba. Ale jesteś zmysłową, 
wrażliwą kobietą. Nie jesteś stworzona do tego, żeby samot­
nie iść przez życie. 

- Kiedy ja wcale nie zamierzam iść samotnie przez życie. 
Jego dłoń zaczęła niecierpliwie błądzić po biodrze Kim­

berly. 

- Wiem. Szukasz kogoś, kto byłby jak ten twój Josh 

background image

CZARODZIEJKA...  1 4 3 

Valerian - mężczyzna idealny, nie obarczony rodziną, bez 
zobowiązań. Ale on nie istnieje poza stronnicami twoich 
książek, Kim. A ty jesteś zbyt namiętna i autentyczna, żeby 

się zadowolić jakimś fikcyjnym kochankiem. 

Mówił to z takim przejęciem, że Kim nawet nie zaprote­

stowała, tylko powiedziała: 

- Masz rację. 
- Co? - Darius zmrużył oczy, a potem przewrócił Kim-

berly na plecy i przygniótł własnym ciałem. 

- Powiedziałam, że masz rację. - Zarzuciła mu z uśmie­

chem ręce na szyję. - Kochaj się ze mną. Jesteś mi bardzo 
potrzebny. 

- Ani w połowie tak bardzo jak ty mnie - szepnął i skło­

nił głowę, żeby dotknąć ustami miękkiej skóry na jej ramie­
niu. - O mój Boże! Ani w połowie tak bardzo jak ty mnie 
- powtórzył. - Dołożę też wszelkich starań, abyś wreszcie 
zrozumiała, że pragniesz mnie bardziej niż kogokolwiek 
i czegokolwiek na tym świecie! 

Podciągnął jej podkoszulek, odsłaniając piersi, które za­

czął delikatnie pieścić ustami i palcami. 

Kimberly czuła jego podniecenie, kiedy przycisnął brzuch 

do jej brzucha. Wziął ją za rękę, którą obejmowała go za 
szyję, i poprowadził w dół, ku swojej męskości. 

- Masz takie delikatne rączki - szepnął Darius. - Dopro­

wadzasz mnie do szaleństwa, najdroższa. 

Zaczął głaskać wnętrze jej ud, aż poczuł, jak jej ciało 

wygina się w łuk pod jego dłonią. Wtedy dotknął źródła jej 
kobiecości, a Kimberly wydała cichy okrzyk rozkoszy. 

Darius uniósł głowę i spojrzał w jej rozpłomienione oczy. 

Kimberly chwyciła go kurczowo za ramiona i przyciągnęła 

background image

1 4 4 CZARODZIEJKA... 

ku sobie. Jej paznokcie zostawiły na jego plecach drobne, 
czerwone ślady. 

- Kochaj mnie! Tak bardzo cię kocham! 
- Kim! - Jego głos był nabrzmiały namiętnością. 
Połączyli się. Ogłuszona siłą jego pożądania, czuła, jak 

porywa ją jakiś potężny żywioł. Tuliła się do Dariusa, jakby 
chciała go w siebie wchłonąć. 

- Powtórz to jeszcze raz, Kim. Powiedz mi, że mnie 

kochasz. 

- Kocham cię. Kocham cię... 
A potem nie trzeba już było słów, bo dał jej najwyższy 

dowód swojej miłości. 

Dopiero po długiej chwili Darius ocknął się, a potem prze­

wrócił się na bok, tuląc do siebie zmęczoną Kimberly. 

- Czy to prawda? - zapytał w końcu, zanurzając palce 

w jej włosy. 

- Kocham cię, Cavenaugh. 
Mruknął coś niezrozumiale, a potem mocniej ją do siebie 

przygarnął. 

- Zapamiętam to sobie, kochanie - dodał. 
- O co ci chodzi? 
- Posłuchaj mnie uważnie. Muszę mieć pewność, że 

wiesz, co mówisz - powiedział po chwili Darius. - Rozu­
miesz? Chcę wiedzieć, że jesteś absolutnie pewna swoich 
uczuć. 

- Nie martw się o to. Zrezygnowałam już z Josha Valeria­

na. Pewnie będzie to dla niego cios, ale jakoś to przeżyje. 

- Kochanie, ja nie żartuję. - Darius otoczył dłońmi jej 

twarz i spojrzał jej w oczy. Minę miał zaciętą, nieprzeniknio­
ną. - Nie chcę, żeby dzieliły nas jakieś bariery. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 4 5 

Kimberly uśmiechnęła się z czułością. 

- Przestań się tym zamartwiać. Wiem, co robię. Przecież 

na ogół potrafisz tak dobrze czytać w moich myślach. Czemu 
nie miałoby ci się to udać tej nocy? 

- Sam nie wiem, czemu. - Spojrzał na nią pociemniałym 

wzrokiem. - Muszę ci coś powiedzieć. Pojutrze jedziemy do 
San Francisco. Zostaniemy tam na noc. 

- Czy to znaczy, że wreszcie będziemy mieli trochę czasu 

tylko dla siebie? - ucieszyła się Kimberly. 

- Mamy tam pewną sprawę do załatwienia, ale potem 

będziemy wolni. - Zawahał się, po czym ostrożnie zapytał: 
- Co ty na to? 

- Świetny pomysł. 
Darius ciężko westchnął. 
- Śpij teraz, kochanie. Miałaś okropne przejścia. 

Kimberly wtuliła się w niego i wkrótce zapadła w sen. Tuż 

przed zaśnięciem przypomniała sobie, że Darius nie powie­
dział jej, że ją kocha, ale zaraz pocieszyła się, iż pewnie 
zwleka z tym, aż będą sami w San Francisco. 

O świcie obudziła się w ramionach ukochanego i długo 

leżała na wpół senna, rozpamiętując dramatyczne wydarzenia 
minionej nocy. 

- Nie śpisz już, kochanie? - wymruczał Darius wprost 

w jej włosy. 

- Myślałam o czymś. 
- U kobiety to nie zawsze dobry znak. 
W odpowiedzi Kimberly uszczypnęła go lekko w pośladek. 
- Mówię serio, Jest coś, o czym nie rozmawialiśmy tej 

nocy - powiedziała i nagle odniosła wrażenie, że Darius za­
marł na chwilę w jej ramionach. 

background image

1 4 6 CZARODZIEJKA... 

- O czym nie rozmawialiśmy? - zapytał. 
- Ten wasz system alarmowy wokół muru został zainsta­

lowany po to, żeby ktoś obcy nie mógł wejść na teren posiad­
łości, prawda? 

- Prawda. 
- A jedyny sygnał, jaki odebraliście ostatniej nocy, włą­

czył się po tym, jak przeskoczyłam przez mur i pobiegłam 
w stronę winiarni. 

- Uhm. 
- A ta zakapturzona postać, która mnie ścigała, znajdowa­

ła się na strzeżonym terenie. Kiedy ją zobaczyłam, była już 
w ogrodzie, blisko patia. Więc w jaki sposób ten ktoś dostał 
się tam, nie uruchamiając alarmu? 

- To jest problem, nad którym łamię sobie głowę przez 

ostatnią godzinę. 

- Może wślizgnął się razem z twoimi gośćmi? 
- Ale jak? Starke śledził na monitorze przyjazd wszy­

stkich zaproszonych, a Julia osobiście witała ich przy 

drzwiach. Po przybyciu ostatniej osoby brama została za­
mknięta. Starke jest w tych sprawach bardzo solidny. 

Starke. Ten dziwny człowiek, który dzielił z Dariusem 

jego przeszłość. Kimberly zadrżała, ale bała się wspomnieć 

o swoich podejrzeniach. Darius i Starke przeszli wspólnie 
długą drogę. Darius na pewno nie byłby jej wdzięczny, gdy­
by zasiała w jego sercu wątpliwości co do uczciwości przy­

jaciela. 

A poza tym nie miała żadnych podstaw, żeby wątpić w lo­

jalność Starke'a. Przecież nieraz dowiódł jej w przeszłości. 

- Co masz na myśli, Kim? 
- Lojalność - przyznała szczerze. 

background image

CZARODZIEJKA... 147 

- To zbyt poważny problem, żeby o nim rozmawiać 

o piątej rano. 

- Owszem. 

- Chce ci się spać? 

- Nie. 

- Chcesz wstać? 

- Nie. 

- Chcesz mi znowu powiedzieć, że mnie kochasz? 

- Wolałabym ci to pokazać. 

- Jestem do twoich usług. 

- Zawsze uważałam, że to cecha mężczyzn uległych. 
- Wiedźma - mruknął stłumionym głosem, pociągając ją 

na siebie. 

W południe tego samego dnia Starke miał już wstępny 

raport dotyczący człowieka, który zaatakował Kimberly 

ostatniej nocy. 

- To są nieoficjalne dane, jak na razie. Cranston dał mi 

kopię. Facet nazywa się Nick Garwood, notowany niemal od 

dzieciństwa. W zeszłym roku przesłuchiwano go dwukrotnie 

w sprawie morderstwa w Los Angeles. Policja uważa, że to 

było zabójstwo na zlecenie. W chwili obecnej Garwood od­

mawia dalszych zeznań, ale prędzej czy później przemówi. 

- Czy wiadomo coś na temat sztyletu? - zapytał Darius ze 

spokojem, jakby rozmawiali o interesach. Kimberly zdumia­

ło ich chłodne podejście do tej sprawy. Zupełnie jakby coś 

takiego nie było dla nich żadną nowością. 

- Jeszcze nie, ale Cranston obiecał się temu przyjrzeć. To 

nie jest jakiś tani, tuzinkowy nóż. Rękojeść ma srebrną, ręcz­

nie rzeźbioną. Egzemplarz kolekcjonerski. Nie ten rodzaj 

background image

1 4 8 CZARODZIEJKA... 

noża, jakiego używa się w ulicznych bójkach albo w zabój­
stwach na zlecenie. To... - rzucił przepraszające spojrzenie 
na Kimberly - to nie jest skuteczny rodzaj broni. 

- Miałam szczęście. 
- Wszyscy mieliśmy, szczęście - poprawił Darius. -

A czy są jakieś koncepcje dotyczące sposobu, w jaki ten czło­
wiek dostał się na teren posiadłości, nie uruchamiając przy 
tym alarmu? 

Starke spojrzał przez okno. 

- Wydaje mi się że mógł tego dokonać tylko jedną drogą 

- dostał się jakoś pomiędzy gośćmi. Nie wiem, jak mu się to 
udało, ale tak musiało być. Przecież tak cholernie uważałem... 

Kimberly zobaczyła, jak bardzo Starke to przeżywa i po­

stanowiła interweniować. 

- Czy to możliwe, że wpuścił go ktoś z gości? 
Darius i Starke odwrócili się i spojrzeli na nią z uwagą. 
- Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co mówisz, Kim? 
- Że stoi za tym ktoś, kogo znacie? Tak, zdaję sobie z tego 

sprawę. To mi tak jakoś przyszło do głowy. - Uśmiechnęła się 

blado. - Może naczytałam się za dużo kryminałów. 

- Nie przepraszaj. - Darius potrząsnął głową. - Trzeba 

będzie wziąć pod uwagę taką możliwość. Rozważaliśmy ją ze 
Starkiem przez całe rano. Wszyscy nasi goście to ludzie 
solidni, godni zaufania. Dobrze znani członkowie lokalnej 
społeczności. 

To prawda, pomyślała Kimberly. A jak się dobrze zastano­

wić, jedyne nowe twarze w tym towarzystwie to Darius 
i Starke. 

- Może policji uda się zmusić Nicka Garwooda do mó­

wienia - powiedziała. - Może to on jest jedynym sprawcą. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 4 9 

- Nie zapominaj o kobiecie, która przetrzymywała Scotta. 
- Rzeczywiście. Jeżeli ona jest przyjaciółką Garwooda, 

to powinni ją znaleźć bez trudu. 

Starke głęboko się zamyślił. 
- To wszystko dziwnie nie trzyma się kupy - głośno my­

ślał Darius. - Róża przebita igłą, srebrny sztylet, szata, którą 
miał na sobie Garwood. Nic z tego nie pasuje do prostego 
przypadku kidnapingu lub próby morderstwa na zlecenie. 

- Wiem - mruknął zgnębiony Starke. 
- Starke, poproś Cranstona o odbitkę fotografii tego szty­

letu. 

- Dobrze, ale po co? 
- Ty i ja sprowadzaliśmy kiedyś różne nietypowe rzeczy, 

bracie. Musieliśmy je też jakoś upłynniać. Mamy rozmaite 
kontakty z ludźmi, którzy się tym zajmują. Trzeba im poka­

zać zdjęcie sztyletu. 

- Zaraz się tym zajmę. - Starke podniósł się i ruszył do 

drzwi. W progu przystanął, odwrócił się i spojrzał na przy­

jaciela. 

- Czy w tej sytuacji nadal wybierasz się jutro z Kim do 

San Francisco? 

Kimberly zdumiała brzmiąca w jego głosie dezaprobata. 

- Tak. Wyjeżdżamy po południu. Zaraz po spotkaniu 

z handlowcami. Masz jakieś obiekcje? 

- Czy to naprawdę ma sens? 
- Ma - odparł ostro Darius. - Wiem, co robię. 
- Zobaczymy się później - rzucił Starke, po czym wy­

szedł. 

Zaskoczona tym nieoczekiwanym dysonansem pomiędzy 

przyjaciółmi, Kimberly spojrzała na Dariusa. 

background image

1 5 0 CZARODZIEJKA... 

- O co wam chodzi? 
- Nie wracajmy do tego, Kim. Jak już mówiłem Starke'o-

wi, wiem, co robię. 

- Nie twierdzę, że nie wiesz, ale... - Nagle coś ją zanie­

pokoiło. - Czy Starke ma coś przeciwko... nam? Czy on 

może chce cię ostrzec, żebyś się nie angażował? 

- Na wypadek gdybyś tego nie zauważyła, już się zaanga­

żowałem. Ale jeżeli poprawi ci to humor, to wiedz, że 
owszem, Starke cię zaaprobował. Jak najbardziej. Podobnie 
zresztą jak wszyscy w tym domu. 

- Och. - Kimberly odetchnęła z ulgą. - Chciałam tylko 

powiedzieć, że wiem, jak wymagająca potrafi być rodzina 

w sytuacji takiej jak ta - zaczęła łagodnie. - Gdyby nie za­
aprobowali... 

- Nie - przerwał jej zimno Darius. - Nie wiesz, jak wy­

magająca potrafi być rodzina w takiej sytuacji. Możesz to 
tylko powiedzieć o jednej konkretnej rodzinie. I zdarzyło się 
to dwadzieścia osiem lat temu. Ciebie nie było jeszcze wtedy 

na świecie! 

Kimberly wstała, zdumiona i zaskoczona jego kąśliwym 

tonem. Ostatnio Darius raczej ją rozpieszczał. 

- Czasami zapominam, że potrafisz być taki nieprzyjem­

ny - stwierdziła chłodno i ruszyła do drzwi. - Zobaczymy się 

przy kolacji. 

- Kim, zaczekaj! 

Odwróciła się z ręką na klamce. 
- O co chodzi, Cavenaugh? - zapytała znużonym tonem. 
- Dobrze wiesz, Kim, że jeśli coś robię, robię to z myślą 

o nas obojgu. Może czasami rzeczywiście sprawiam wraże­
nie tyrana, ale ja naprawdę wiem, co jest dla ciebie najlepsze. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 5 1 

I oczywiście dla mnie też - dodał. - Dlaczego miałbym w tej 
sprawie udawać altruistę? 

- W jakiej sprawie? - zainteresowała się Kim. 
- Nieważne. Pamiętaj tylko, co powiedziałem. Ach, i je­

szcze coś, powiedz pani Lawson, żeby podała do kolacji 

butelkę rieslinga. 

- Oczywiście - przytaknęła uprzejmie, zamykając za so­

bą drzwi. A tak przy okazji, pomyślała, czemu nie miałabym 

jej powiedzieć, że proszę o butelkę pikantnego sosu. Może 

mój status w tym domu jest jeszcze niepewny, ale chyba 
przysługują mi jakieś prawa! 

Darius przyszedł do jej pokoju tej nocy i choć nie robił 

tego ostentacyjnie, widać też było, że nie stara się ukryć ich 
związku przed resztą domowników. Nikomu zresztą w naj­
mniejszym stopniu nie przeszkadzała ich zażyłość. Prawdę 
mówiąc, Kimberly odniosła wrażenie, że wszyscy są z tego 
bardzo zadowoleni. 

Rano Kimberly pomyślała, że Darius kochał się z nią z ja­

kąś nową, szaleńczą energią, jakby chciał pozostawić swoją 
pieczęć na jej zmysłach. A przecież powinien już wiedzieć, 
że udało mu się całkowicie wyprzeć z jej pamięci wizerunek 
idealnego kochanka. Pojęła wreszcie, że teraz do szczęścia 
wystarcza jej już tylko prawdziwa, ludzka miłość Dariusa 
Cavenaugha. 

background image

ROZDZIAŁ 8 

Przemierzali foyer eleganckiego hotelu przy Union Square. 
Kimberly czuła, że ogarnia ją coraz większy niepokój, który 
pojawił się w momencie, gdy Darius powiedział jej, że wszy­
stko co robi, robi dla jej dobra. Kiedy ktoś, a zwłaszcza 
mężczyzna, zaczyna mówić kobiecie, że robi coś dla jej do­
bra, inteligentna niewiasta powinna wziąć nogi za pas i ucie­
kać, póki nie jest jeszcze za późno. Ona jednak ostatnio nie 
grzeszyła bystrością umysłu. Była za to zakochana. A to 
wielka różnica. Prawdę mówiąc, już od wczoraj przeczuwa­
ła, że wyprawa do San Francisco to nie tylko romantyczna 
eskapada. 

Minorowy nastrój Dariusa udzielił się w końcu i Kimber­

ly. Drogę do centrum miasta przebyli w milczeniu. Coś w je­
go spojrzeniu nakazywało jej zaniechać jakichkolwiek prób 
nawiązania rozmowy. 

Kiedy po zameldowaniu się w hotelu poszli na górę, Da­

rius zasugerował, żeby się przebrała na wieczór. Pełna na­
dziei, że jednak wszystko między nimi wyjaśni się jeszcze 
tego wieczoru, podporządkowała się bez sprzeciwu. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 5 3 

Elegancką czarną sukienkę ze złotą lamówką wokół koł­

nierzyka i bufek wypatrzyła Julia, kiedy poprzedniego dnia 

wybrały się na zakupy. Kimberly założyła do niej czarne 
sandałki na wysokich obcasach, a włosy upięła w szykowny 
kok. Spojrzała w lustro i uznała, że może spokojnie stawić 
czoło temu, co przyniesie jej ten wieczór. 

Darius za to ubrał się, jej zdaniem, tak, jakby zamie­

rzał wyruszyć na podbój. W ciemnej wieczorowej marynar­
ce i śnieżnobiałej koszuli wyglądał niebywale atrakcyjnie 
i męsko, a mimo to emanował od niego chłód. Odniosła 
wrażenie, że dystans między nimi z każdą sekundą rośnie. 
Nadzieje na obiecujący miłosny wieczór zaczęły się roz­
wiewać. 

Kiedy w foyer powitała ich uśmiechnięta hostessa, Kim­

berly miała już pewność, że zbliża się katastrofa. Za plecami 

usłyszała spokojny głos Dariusa. 

- Jesteśmy umówieni z państwem Marland. 
Hostessa skinęła uprzejmie głową. Kimberly osłupiała. 
- Czy ty to zaaranżowałeś? - wyszeptała, zdjęta trwogą. 

Spłoszonym wzrokiem spojrzała w jego zimne, nieprzenik­
nione oczy. - Czy wiesz, co to znaczy? 

- Musiałem tak postąpić. Znam cię już na tyle, by wie­

dzieć, że nigdy nie wyraziłabyś zgody na spotkanie z tymi 
ludźmi - odparł z determinacją w głosie. 

Kimberly ukryła twarz w dłoniach i potrząsnęła głową. 
- Od początku wiedziałam, że jesteś apodyktyczny, że 

zwykłeś narzucać swoją wolę i manipulować ludźmi, ale nig­
dy nie przypuszczałam, że mógłbyś mi zrobić takie straszne 
świństwo. 

Darius zacisnął palce wokół jej nadgarstka. 

background image

1 5 4 CZARODZIEJKA... 

- Miejmy już to za sobą, Kim. To nie będzie aż takie 

okropne. Musisz mi tylko zaufać". 

Spojrzała na niego pociemniałymi oczyma. 
- Ja miałabym ci zaufać? Po tym, co teraz zrobiłeś, już 

nigdy nie będę w stanie ci zaufać. 

- Nie wiesz, co mówisz! - wybuchnął. Grymas wściekło­

ści wykrzywił mu twarz. - Nie walcz z tym, Kimberly, i nie 
bój się. Pamiętaj, że jestem z tobą. Nie pozwolę, żeby spotka­
ło cię coś złego. 

- A co gorszego może mnie spotkać? - zapytała łamią­

cym się głosem. - Powiedziałeś mi, że jedziemy do San Fran­
cisco, żeby spędzić trochę czasu tylko we dwoje. A ja głupia 
tak się na to cieszyłam. Myślałam, że ten wieczór będzie miał 
dla nas jakieś szczególne znaczenie. Do tej pory pozwalałam 
sobie na marzenia tylko na kartach moich książek. Tym ra­
zem ośmieliłam się pomarzyć na jawie. 

- Nie jestem jakąś fikcją, do cholery! 
- Ty nie, ale mężczyzna w którym się zakochałam - tak. 
- Później o tym porozmawiamy, po spotkaniu z Marlan-

dami, po tym, jak się przekonasz, że nie warto i nie należy 
odcinać się od swoich korzeni. 

- Cavenaugh... - wyszeptała głucho, kiedy prowadził ją 

przez zatłoczone foyer. 

Było już za późno na odwrót czy ucieczkę, bo oto stanęli 

przed stolikiem, przy którym siedzieli starsi eleganccy pań­
stwo. Muszą być po siedemdziesiątce, doszła do wniosku 
Kimberly, kiedy Wesley Marland wstał i uprzejmie wyciąg­
nął rękę do Dariusa. Podczas gdy wymieniali grzeczności, 
starszy pan i jego wytworna małżonka nie odrywali wzroku 
od swojej wnuczki. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 5 5 

Kimberly spojrzała na Wesleya Marlanda. Miał takie sa­

me jak ona bursztynowe oczy. W młodości musiał być bar­
dzo przystojny, pomyślała, witając go lekkim skinieniem gło­
wy. Darius podsunął jej krzesło. Usiadła bez słowa, nie 
zaszczycając go ani jednym spojrzeniem. Tymczasem on 
zajął miejsce tuż obok niej, jakby chciał ją przed czymś 
chronić. 

Nie, nie chronić. Jego poza mogła oznaczać wyłącznie 

zaborczość. Mężczyzna, którego zamiarem byłoby ją chro­
nić, nigdy nie zrobiłby czegoś takiego, na co pozwolił sobie 
Darius, nie pytając jej o zdanie. 

- Moja kochana Kim - odezwała się Anne Marland -

masz oczy twojego ojca. 

- Czysty przypadek - zimno odparła Kimberly. - To 

wszystko, co po nim odziedziczyłam. 

Anne Marley żachnęła się i cofnęła rękę, którą już wycią­

gała w stronę wnuczki. 

- Kim... - zaczął Darius cichym, ostrzegawczym tonem, 

ale Wesley Marland przerwał mu. 

- Nie, panie Cavenaugh, ona ma prawo czuć się urażona. 

Kimberly dumnie uniosła głowę. 

- Wyjaśnijmy sobie jedno. Nie pozwolę, żeby ktoś trakto­

wał mnie protekcjonalnie. Jestem pewna, że Darius Cave­
naugh zdążył już państwu powiedzieć, iż zostałam postawio­
na wobec faktów dokonanych. Załatwmy, co trzeba, i zakoń­
czmy to podniosłe spotkanie. 

Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, do stolika pode­

szła kelnerka, żeby przyjąć zamówienie. Wszyscy zawahali 
się, skupieni na innych sprawach, tylko Kimberly przemówi­
ła zdecydowanym tonem: 

background image

1 5 6 CZARODZIEJKA... 

- Proszę lampkę wina a la carte, o ile nie pochodzi ono 

z winnicy Cavenaughow. 

- Nie, nie - powiedziała ze zdumieniem kelnerka. - Wino 

Cavenaughow jest o wiele za drogie, żeby je serwować w ten 

sposób. 

- Zaczynam to rozumieć. 
Marlandowie szybko zamówili po kieliszku, a Darius po­

prosił o whisky z lodem. Po odejściu kelnerki Kimberly 
zwróciła się do dziadków: 

- Wróćmy teraz do interesów, żeby mieć to jak najszyb­

ciej za sobą. Mogę zapytać, czego właściwie państwo ode 
mnie oczekują? 

- Kim! - powiedział karcącym tonem Darius. W jego 

oczach zapaliły się gniewne błyski. - Państwo Marlandowie 
chcieli cię tylko poznać, to wszystko. Po co ta agresja? Uspo­
kój się, moja droga. 

- Twój narzeczony ma rację, kochanie - odezwała się 

z wahaniem Anne Marland. - Chcieliśmy cię tylko poznać. 

Kimberly spojrzała na nią z udanym zaskoczeniem. 
- Mój narzeczony? - udała zdziwienie. - O kim pani mó­

wi, na Boga? 

Wesley Marland zmarszczył brwi. 
- Pan Cavenaugh dał nam do zrozumienia, że zamierza 

cię poślubić. 

- Naprawdę? Pierwsze słyszę. - Kimberly z uśmiechem 

skinęła kelnerce, która właśnie przyniosła drinki. 

- O małżeństwie zamierzam pomówić z Kimberly po tym 

spotkaniu - oznajmił Darius. 

- To jeszcze jedna niespodzianka, którą mi naszykowałeś, 

co? Muszę przyznać, że nie brakuje ci tupetu. - Kimberly po-

background image

CZARODZIEJKA...  1 5 7 

ciągnęła łyk wina. Nie było tak dobre jak wino Cavenaughow, 
ale tego wieczora smakowało jej bardziej niż najwytworniejsze 
trunki z jego winnicy. - Hm, niezłe - mruknęła, unosząc kieli­
szek pod światło. - Ma taki czysty, autentyczny smak. 

- Przestalń, Kimberly - powiedział spokojnie Darius. -

Zachowujesz się jak dziecko. 

- Co? - spytała drwiącym tonem. - Czyżby coś poszło 

nie po twojej myśli? Czy wyobrażałeś sobie, że po tych 
wszystkich latach rzucę się w objęcia moich dziadków? Jeżeli 
tak, musisz się czuć mocno rozczarowany. 

Anne Marland posmutniała, a jej mąż odezwał się ugodo­

wym tonem: 

- Doskonale rozumiemy, że nie jest ci łatwo. Tym bar­

dziej, że zostałaś postawiona wobec faktów dokonanych, jak 
sama powiedziałaś. Zapewniam cię, że postąpiliśmy tak, ma­

jąc świadomość, iż nie chciałaś nas widzieć. Adwokaci po­

wiedzieli nam, że kategorycznie odrzuciłaś wszelkie propo­
zycje spotkania. Użyliśmy więc podstępu. 

- Rzeczywiście - przytaknęła Kimberly. 
- Musieliśmy się z tobą zobaczyć, Kim - wyszeptała An­

ne Marland. - Jesteś teraz wszystkim, co nam zostało. Tak 
długo cię szukaliśmy, kochanie. Prawdę mówiąc, przez całe 
lata. Zaczęliśmy już dawno temu, ale dowiedzieliśmy się 
tylko, że twoja matka nie żyje. Nasi adwokaci w żaden spo­

sób nie mogli na ciebie trafić. Udało się to dopiero w ostat-
nich latach, kiedy zaczęły się ukazywać twoje książki. Skon­
taktowaliśmy się wtedy z twoimi wydawcami i z agentem, 
ale oni nie chcieli nam dać twojego adresu, póki nie udowod-
niliśmy, że jesteśmy twoimi jedynymi krewnymi. 

Kimberly spojrzała w twarz kobiety, która niegdyś musia-

background image

1 5 8 CZARODZIEJKA... 

ła być bardzo piękna, i pomyślała o krzywdzie, jaką wyrzą­
dziła ta kobieta jej matce. 

- Spóźniła się pani o całe dwadzieścia osiem lat. 
- Myślisz, że tego nie rozumiemy? - zapytał z goryczą 

Wesley Marland. - Niestety, przeszłości nie da się zmienić. 
Można natomiast wpłynąć na teraźniejszość i przyszłość. 
- Zaczerpnął tchu, a potem dodał: - Chcemy, abyś wiedziała, 
że na mocy testamentu jesteś naszą jedyną spadkobierczynią. 

Kimberly popatrzyła na niego w osłupieniu. 

- Mój Boże! - wybuchnęła. - Czy wyobrażacie sobie, że 

wezmę chociaż centa z waszych pieniędzy? 

Marlandowie popatrzyli po sobie, zaskoczeni jej gwałtow­

ną reakcją. Darius spokojnie sączył whisky, spoglądając na 
Kimberly ponad brzegiem szklaneczki. 

W końcu głos zabrał Wesley: 
- Wybacz mi, moja droga, ale pomyśleliśmy sobie, że... 

no... że trochę potrwa, zanim twoje książki przyniosą ci 
pełną finansową niezależność. Nasze pieniądze mogłyby za­
pewnić lepszą przyszłość twoim dzieciom. Wiem, że teraz 
powoduje tobą duma, ale pomyśl o dzieciach, zanim odrzu­
cisz naszą propozycję. 

- Jakich dzieciach? - uprzejmie zapytała Kimberly. 
Anna spojrzała niepewnie na Cavenaugha. 
- Kiedy pobierzecie się, na pewno będziecie chcieli mieć 

dzieci. 

- Pan Cavenaugh nie tylko nie rozmawiał ze mną o swo­

ich małżeńskich planach, ale i nie wspomniał o żadnych dzie­
ciach. - Kim uśmiechnęła się promiennie do siedzącego przy 
sąsiednim stoliku mężczyzny. - Kolejny przykład komplet­
nego braku porozumienia. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 5 9 

- Kim. - Darius skarcił ją wzrokiem. - Męczysz wszy­

stkich, a siebie najbardziej. Czemu nie potrafisz zachować się 
w tej sytuacji jak mądra, wrażliwa kobieta? Przecież w isto­
cie taka jesteś. 

- A czego właściwie spodziewaliście się po tym ważkim 

spotkaniu? - zapytała Kimberly. 

- Szansy, by poznać naszą jedyną wnuczkę- powiedziała 

cicho Anne. - Po śmierci twojego ojca uświadomiliśmy so­
bie, że nie ma już nadziei na... na... 

- Na spadkobiercę Marlandów, który zaspokoiłby wasze 

wygórowane ambicje, tak? - raczej stwierdziła, niż spytała 
Kimberly. 

- Nie wiesz, jak to było dwadzieścia osiem lat temu -

odezwał się cicho Wesley. - Twój ojciec był młody i niedo­
świadczony, a my sądziliśmy, że jego zauroczenie twoją mat­
ką szybko minie. I szczerze mówiąc, tak się chyba stało. 
Koniec końców, John aż tak bardzo się nie opierał. Kiedy 
załatwiliśmy mu rozwód, przyjął to z ulgą. Wiem, że nie jest 
ci miło tego słuchać, ale to prawda. 

- Czy nigdy nie przyszło państwu do głowy, że nie mieliście 

prawa układać mu życia? - zapytała z wyrzutem Kimberly. 

- Przecież John miał pewne zobowiązania wobec własnej 

rodziny - powiedziała z przekonaniem Anne. - Albo tak nam 
się wtedy wydawało. 

Kimberly pokiwała głową. 

- Całkowicie państwa rozumiem. 
- Naprawdę? - Marlandowie spojrzeli na nią ze zdumie­

niem. 

- Oczywiście, że tak. Obecny tutaj pan Cavenaugh stano­

wi doskonały przykład na to, jak rodzina może całkowicie 

background image

1 6 0 CZARODZIEJKA... 

zapanować nad czyimś życiem. Dlatego naprawdę rozumiem, 
pod jaką presją znalazł się wtedy mój ojciec. - Nagle napo­
tkała wzrok Dariusa i poczuła, że znika gdzieś cała nagroma­
dzona w niej agresja. - Wszyscy tu obecni jesteście ofiarami 

wrodzonego poczucia odpowiedzialności i lojalności. Kiedy 
byłam bardzo młoda, wydawało mi się, że straciłam coś 
bardzo ważnego, bo zostałam odrzucona przez ojca i dziad­

ków. Teraz widzę, że miałam dużo szczęścia. Dorastałam bez 
tej presji, która stała się waszym udziałem. Nauczyłam się 
samodzielności i niezależności. Teraz moi dziadkowie nie są 
mi już do niczego potrzebni. Nikt nie jest mi potrzebny... 
- Urwała i pomyślała o Dariusie. To, co mówiła, niestety, 
przestało być prawdą w chwili, gdy go pokochała. 

Anne wychyliła się w jej stronę. 
- Kim, moja droga, masz szansę zrobić bardzo dobrą 

partię - powiedziała z naciskiem. - Cavenaughowie to stara 
kalifornijska rodzina. Godząc się z nami, możesz wnieść do 
tej rodziny coś naprawdę wartościowego - twoje doskonałe 
pochodzenie. 

Kimberly odstawiła kieliszek. Ręce jej drżały. 

- Ach, więc o to chodzi? - Spojrzała zimno na Dariusa. 

- Chciałeś zapewnić mi odpowiednie pochodzenie, zanim 
wprowadzisz mnie do twojej szacownej rodziny, tak? 

- Dobrze wiesz, że nie takie były moje intencje! - odparł 

z mocą Darius, nie kryjąc gniewu. 

Kim nagle mu uwierzyła. Uwierzyła im wszystkim. Ze 

smutnym uśmiechem zamknęła oczy. 

- Wiem - szepnęła. - Wiem. Zrobiłeś to, co według cie­

bie było dla mnie najlepsze. 

- Nie tylko dla ciebie, ale i dla nas wszystkich - powie-

background image

CZARODZIEJKA...  1 6 1 

dział cicho Wesley. - Uwierz mi, Kim. Ani ja, ani Anne nie 
chcemy cię już więcej ranić. Wyrządziliśmy ci wielką krzyw­
dę. Teraz chcemy ci to wynagrodzić. W tej smutnej historii 

jesteś jedyną niewinną ofiarą. 

- Była też moja matka. 
Anne wymieniła z mężem spojrzenia, a potem zwróciła 

się do Kimberly: 

- Kochanie, twoja matka, bardzo młoda i zdesperowana, 

chciała za wszelką cenę zatrzymać przy sobie Johna. 

- Co to ma znaczyć? 
- Kim, kiedy zaczęła się procedura rozwodowa, twoja 

matka umyślnie zaszła W ciążę - wyjaśnił niechętnie Wesley. 

- Zresztą, sama przyznała się do tego Johnowi. Miała nadzie­

ję, że przyjście na świat dziecka pomoże utrzymać jej małżeń­

stwo. Potem już nigdy więcej o niej nie słyszeliśmy. Prawdę 
mówiąc, sądziliśmy że... że usunęła ciążę, kiedy zdała sobie 
sprawę, iż nic na tym nie zyska. 

- Nie zamierzam się z wami spierać. Może i macie rację. 

Kobietom zdarza się postępować nierozsądnie, kiedy są zako­
chane - mówiąc to, Kimberly czuła na sobie badawczy wzrok 
Dariusa. - Teraz nie ma sensu wskrzeszać przeszłości, bo i po 
co? Nic dobrego z tego nie wyniknie. Co było, minęło. -
Uśmiechnęła się z goryczą do Marlandów. - Obawiam się, że 
będą państwo musieli komuś innemu ofiarować swoje pienią­
dze. Możecie przeznaczcie je choćby na cele charytatywne. 
Moglibyście, na przykład, założyć fundację dla ubogich, nie­
docenianych pisarzy. 

- Panie Cavenaugh, proszę ją namówić, żeby przyjęła 

nasz zapis. - Wesley zwrócił się o pomoc do Dariusa. 

- Wszystko mi jedno, co Kim zrobi z waszym zapisem. 

background image

162 CZAR0DZ1EJKA... 

Przyprowadziłem ją tu dziś, żeby nawiązała z państwem kon­
takt. Chciałem, aby sama się przekonała, że jej dziadkowie to 
nie jakieś potwory i że nie powinna się obawiać rodzin, które 
przywiązują wagę do takich pojęć jak obowiązek i lojalność. 

- Czy rzeczywiście jesteśmy takimi potworami? - zapy­

tała ze smutkiem Anne. - W swoim czasie zrobiliśmy tylko 
to, co wydawało nam się najlepsze. Teraz widzę, że nie mie­
liśmy racji. 

Kimberly potrząsnęła głową i pomyślała, że jej babka dro-, 

go zapłaciła za to, że przed laty wtrąciła się w życie syna. 

- Kimże ja jestem, żeby was teraz karać? Przecież straci­

liście wszystko, na czym wam zależało, prawda? Syna i spad­
kobiercę, wnuczkę, którą mogliście rozpieszczać, nadzieję na 
kontynuację rodziny. Nie, pani Marland, nie uważam was za 
potworów. Życzę państwu wszystkiego najlepszego. I mówię 
to szczerze. Nie mam już do was żalu, ale nie mogę też 
zwrócić wam tego, co odrzuciliście dwadzieścia osiem lat 
temu. 

- Możesz obdarzyć nas prawnukami - zauważył Wesley. 
- Chyba nie zabroniłabyś nam kontaktów z twoimi dzieć­

mi? - zapytała z rozpaczą Anne. 

- Nie mam dzieci, więc jak na razie nie mogę nimi dyspo­

nować - odparła Kimberly. 

- Na razie - zimno wtrącił Darius. 
Nie zamierzała z nim dyskutować. Czuła się kompletnie 

wyczerpana. Perspektywa nowej kłótni odebrała jej resztki 
sił... A poza tym, nie było o czym mówić, bo wszystko zosta­
ło już powiedziane. 

Przy stoliku zapadła cisza. Wszyscy patrzyli na siebie 

w milczeniu. W końcu Wesley ostrożnie zapytał: 

background image

CZARODZIEJKA...  1 6 3 

- Kim, może proszę o zbyt wiele, ale czy ty i Darius 

mielibyście coś przeciwko temu, żeby zjeść teraz z nami 
kolację? 

Czy mieliby coś przeciwko temu? Ci dumni, zamożni 

ludzie u schyłku życia błagają o możliwość spędzenia paru 
chwil z własną wnuczką. Dwadzieścia osiem lat temu na 
pewno nie przypuszczali, że kiedyś mogłoby dojść do takiej 

sytuacji. Dwadzieścia osiem lat temu byli pewni, że za pie­
niądze można kupić wszystko. Życie dało im bolesną naucz­

kę. Teraz wiedzą już, że za żadne pieniądze nie kupią kolacji 
z wnuczką. Mogą co najwyżej błagać, żeby zechciała ją z ni­
mi zjeść. 

Długo czekali na odpowiedź. Darius nie próbował wymu­

szać na Kimberly następnego kroku. 

- Dobrze, zjemy z państwem kolację - odezwała się 

w końcu. 

Wdzięczność i ulga w oczach dumnych Marlandów mó­

wiły same za siebie. Natomiast błysk satysfakcji we wzroku 
Dariusa zirytował Kimberly. 

Co on sobie wyobraża? Za kogo się ma, żeby tak ją trak­

tować? 

Siedząc obok Kim, Darius wyczuwał, ile kosztuje ją ten 

pozorny spokój. Ogarnęły go złe przeczucia. Był taki pewny, 
że wybrał najlepsze rozwiązanie. Zaufał instynktowi, który 

jak dotąd nigdy go nie zawiódł. Teraz zaczął wątpić, czy 

postąpił słusznie. Przecież nawet Starke ostrzegał go, że ko­
biety nie lubią niespodzianek. 

Popatrzył na Kimberly, która usiłowała prowadzić 

z dziadkami zwyczajną rozmowę. Zachowywała się bardzo 
uprzejmie, od czasu do czasu udało jej się nawet uśmiechnąć. 

background image

1 6 4 CZARODZIEJKA... 

Na widok Marlandów, którzy z wdzięcznością przyjmowali 
każdy bardziej przyjazny gest z jej strony, Darius poczuł, że 
ściska mu się serce. 

Dopijając drinka, pomyślał, że nie mogli być bardziej 

wdzięczni niż on sam. Przez chwilę wydawało mu się, że 
podłożył ogieri pod beczkę prochu. Teraz, mimo iż groźba 
wybuchu minęła, nadal czuł, że ma do czynienia z kobietą na 
skraju nerwowego załamania. 

Kiedy wstali, żeby się przenieść do restauracji hotelowej,, 

pomyślał, że Kimberly, tak bardzo niezależna, przywykła 
samodzielnie podejmować wszelkie decyzje, bez udziału lu­
dzi, którym na niej zależało. Nic dziwnego, że tak źle czuła 
się tego wieczoru. A jednak, jako kobieta inteligentna i wra­
żliwa, powinna zrozumieć, że postąpił w jedyny możliwy 
sposób. 

Jedząc mus z łososia, nabrał nadziei, że Kim rozchmurzy 

się w końcu i pogodzi z istniejącą sytuacją. Przecież już 

osiągnięto pewien postęp. Jakby nie było, rozmawiała cał­
kiem uprzejmie, nawet jeżeli dość sztywno, z ludźmi, których 
do niedawna nie chciała widzieć na oczy. 

Mimo iż próbował pocieszyć się tą myślą, nie opuszczało 

go przygnębienie. Kiedy wieczór dobiegł końca, poczuł wiel­
ką ulgę. 

- Gdyby mieli państwo ochotę odwiedzić nas w winnicy, 

bardzo zapraszam - powiedział, żegnając się z Marlandami. 

- Dziękujemy - odparła z wdzięcznością Anne. - Z przy­

jemnością skorzystamy z zaproszenia. - Spojrzała niepewnie 

na Kimberly, nie wiedząc, jak ma się pożegnać ze świeżo 
odnalezioną wnuczką. 

Darius wstrzymał oddech, ale niepotrzebnie się denerwo-

background image

CZARODZIEJKA...  1 6 5 

wał. Kimberly zawahała się, a potem nagle pochyliła się 
i szybko ucałowała babkę w policzek. Anne poklepała ją po 
ręce, a potem odwróciła się ze łzami w oczach. 

- Sprawiłaś jej wielką radość, Kim - powiedział cicho 

Wesley. - Dziękujemy ci za wielkoduszność, którą nam dziś 
okazałaś. 

- Nie mnie dziękujcie - zaprotestowała Kimberly. -

Dziękujcie Cavenaughowi. To jego zasługa. 

Marlandowie pokręcili głowami. 
- On tylko przygotował grunt, ale reszta zależała od cie­

bie. Dobranoc, Kim. - Odwrócił się i ujął żonę pod rękę. 

Darius patrzył w ślad za nimi, kiedy szli przez foyer do 

taksówki. Para tak niebywale dumnych ludzi. Jak wiele mu­
siało ich kosztować przyznanie się do błędu, który popełnili 
przed tylu laty? 

- No cóż, Cavenaugh, udało ci się. Moje gratulacje. 

Kiedy wyjeżdżaliśmy do San Francisco, nie przypuszczałam, 
że masz dla mnie w zanadrzu taką bombę. - Kimberly wzię­
ła małą, wieczorową torebkę i obdarzyła go bladym uśmie­
chem, jaki parokrotnie widział już na jej twarzy tego wie­
czora. 

- Już po wszystkim, Kim - odparł, biorąc ją pod rękę. 

- Świetnie do rozegrałaś. 

- Dzięki Bogu. Nie masz pojęcia, jak okropnie się czuję. 
Darius poczuł, że jego podświadomość zaczyna rejestro­

wać jakieś ostrzegawcze sygnały. Mocno chwycił Kimberly 
za rękę i poprowadził ją do wyjścia. Zaczęło mu się wyda­
wać, że jeżeli fizycznie jej nie zatrzyma, utraci ją tej nocy. 

- Najgorsze masz już za sobą, kochanie. Nawiązałaś kon­

takt i przekonałaś się, że twoi dziadkowie, choć może daleko 

background image

1 6 6 CZARODZIEJKA... 

im do doskonałości, nie są przecież despotami pozbawionymi 
ludzkich uczuć. Nikt nie każe ci, żebyś ich zaakceptowała bez 
reszty, ale żeby ich zrozumieć, musiałaś stanąć z nimi twarzą 

w twarz. 

Nie spodobało mu się niewinne spojrzenie, jakim go ob­

rzuciła. 

- Dlaczego? 
Darius poczuł narastające napięcie. Widocznie to okaże się 

trudniejsze, niż przypuszczał. 

- Pragnąłem, żebyś uwolniła się od strachu przed... przed 

pewnym rodzajem związków rodzinnych. Nie chciałem, że­
byś do końca życia używała rodziny ojca jako koronnego 
argumentu przeciwko mnie. Chciałem uwolnić cię od prze­
szłości, Kim. Nie rozumiesz tego? 

- Byłam wolna od mojej przeszłości. Nie miałam z nią 

żadnego kontaktu. Czy kobieta może być bardziej wolna? 
- zapytała z nienaturalnym spokojem. 

- Akurat! Ona zawsze stała między nami. To z tego po­

wodu od początku się mnie bałaś. Stworzyłaś postać Amy 
Solitaire, osoby niezależnej, lecz emocjonalnie nie spełnio­
nej, bo sama chciałaś być taka. A potem przydzieliłaś jej 
idealnego partnera, tego Josha Valeriana, mężczyznę bez żad­
nych zobowiązań. Czułem, że zanim będę mógł cię zdobyć, 
muszę najpierw przegonić upiory twojej przeszłości. 

Kimberly zatrzymała się na środku foyer. Jej bursztynowe 

oczy patrzyły na niego z zimną niechęcią. 

- Już mnie zdobyłeś, zapomniałeś o tym? I jakoś żadne 

upiory ci w tym nie przeszkodziły. 

- Jak długo masz zamiar znęcać się nade mną za to, co 

zrobiłem? 

background image

CZARODZIEJKA.,.  1 6 7 

- Nie zamierzam się nad tobą znęcać ani cię karać, Cave-

naugh. Nie mam takiej mocy. 

Złapał ją za rękę, ale widząc jej minę, zaraz ją puścił. Nie 

życzył sobie sceny w miejscu publicznym. Kimberly ruszyła 
ku windom. Refleksy z kryształowych kandelabrów igrały 
w jej bursztynowych włosach. Szła z wysoko uniesioną gło­
wą, a z całej jej postaci biła duma, którą dopiero co obserwo-
wał u dwojga innych ludzi. Dogonił Kim w chwili, kiedy 
miała nacisnąć guzik windy. 

- Odziedziczyłaś po dziadku nie tylko oczy, Kim. Masz 

także dumę Marlandów. Wyobraź sobie, co oni czuli tego 
wieczora. 

Reakcja Kimberly kompletnie go zaskoczyła. Spuściła 

głowę i nie patrząc na niego, powiedziała: 

- Wiem, jakie to musiało być dla nich trudne. Dwadzie­

ścia osiem lat temu nie byliby zdolni do czegoś takiego. Jak 
widać, czas wszystko zmienia. 

- Wszystko i wszystkich - podkreślił, kiedy bezszelest­

nie otworzyły się przed nimi drzwi windy. - Ciebie też to 
dotyczy. 

- Zgłoś się do mnie za dwadzieścia osiem lat. Powiem ci 

wtedy, czy to prawda. 

- Nie mam zamiaru czekać aż dwadzieścia osiem lat na 

twoje przebaczenie - zirytował się Darius. - Przemyśl to so­
bie w wolnej chwili, a zrozumiesz, że nie mogłem postąpić 
inaczej. 

- Jesteś tego pewny? - Kimberly wsiadła do windy, a za 

nią podążył Darius. 

- Wiem, że jesteś przygnębiona, kochanie - powiedział, 

starając się zachować cierpliwość - ale do rana ci przejdzie. 

background image

1 6 8 CZARODZIEJKA... 

Jesteś zbyt inteligentna, by nie zdawać sobie sprawy, że to 

wszystko dla twojego dobra. 

Nie odpowiedziała, tylko zapatrzyła się w błyszczące 

drzwi kabiny. Milczała, gdy szli długim korytarzem do jej 
pokoju. Kiedy stanęli pod drzwiami, Darius miał już pew­
ność, iż czeka go ciężka przeprawa. Czuł, że zaczyna ogar­
niać go panika. Nie tak to sobie wyobrażał. Kiedy Kim 
wślizgnęła się do środka, zamknął drzwi, a potem oparł się 
o framugę i popatrzył na nią zaniepokojonym wzrokiem., 
Kimberly podeszła do szafy i wyjęła z niej swoją walizkę. 

- Co ty wyrabiasz? 
- A jak myślisz? 
Oderwał się od drzwi i ruszył w jej stronę. Kimberly cof­

nęła się. 

- Na Boga, nie patrz tak na mnie. 
- Jeżeli chcesz, żebym tak na ciebie nie patrzyła, przestań 

mnie straszyć. 

- Wcale cię nie straszę. Ale też nie pozwolę ci wyjechać. 
- Chcesz, żebym została? A po co? - spytała z podejrza­

nym spokojem. 

- Bo twoje miejsce jest przy mnie! - Darius poczuł, że 

emocje biorą górę. Nagle nabrał przekonania, że tego wieczo­
ra popełnił monstrualne głupstwo. - Twoje miejsce jest przy 
mnie, Kim. Jesteś moja i kochasz mnie, zapomniałaś o tym? 

- Ach - szepnęła z rozpaczą - oczywiście, że pamiętam. 

Cała rzecz w tym, że ty mnie nie kochasz. Dowiodłeś tego 
dzisiejszego wieczora. A ja sama się oszukiwałam, bo chcia­
łam wierzyć, że mnie kochasz. Ale ze mnie idiotka. Przecież 
nie miałam żadnych podstaw, żeby tak myśleć. Kiedy ci 
wyznałam, że cię kocham, nie usłyszałam tego samego z two-

background image

CZARODZIEJKA...  1 6 9 

ich ust. Sądziłam, że dzisiejszego wieczoru zamierzasz mi 
wyznać miłość. Że po to właśnie przyjechaliśmy do San 
Francisco. 

- Kim, teraz, kiedy masz już za sobą to stresujące spotka­

nie z dziadkami, możemy spokojnie porozmawiać o przy­

szłości. 

- Nie widzę przyszłości z człowiekiem, który mnie nie 

kocha - odparła zdławionym głosem. 

- Daj mi szansę. Nie tak miało być. A niech to diabli! 

- Darius bezradnym gestem przeczesał włosy. Cała jego po­

stawa wyrażała gniew i frustrację. Miał ochotę pociągnąć 
Kimberly na łóżko i dać jej jasno do zrozumienia, że należy 
tylko do niego. 

- Mężczyzna, który by mnie naprawdę kochał, nigdy nie 

zrobiłby czegoś takiego, na co ty się odważyłeś. Nie postawił­
by mnie w tak przykrej sytuacji. On by zrozumiał, że mogę 
sama oceniać swoją przeszłość. Uszanowałby fakt, że jestem 
dorosła i mam prawo podejmować decyzje w swoich spra­
wach. Rozumiałby moje uczucia w stosunku do dziadków, 
nawet gdyby uważał, że powinnam się z nimi spotkać. Oczy­
wiście mógłby spróbować mnie przekonać, ale nigdy nie 
zrobiłby nic za moimi plecami, tak jak ty to zrobiłeś. 

- Kim, ja chciałem tylko raz na zawsze z tym skończyć, 

rozumiesz? Chciałem, żebyś wreszcie poczuła się wolna 
i mogła mnie kochać. Tak bardzo cię pragnę! Chciałem, żebyś 
i ty była pewna swoich uczuć. Nie chcę, żeby nas cokolwiek 
dzieliło, a przez cały czas miałem wrażenie, że to właśnie 
twój konflikt z dziadkami jest główną przeszkodą w naszym 
związku. 

- Ach, i dlatego postanowiłeś wziąć sprawy w swoje rę-

background image

1 7 0 CZARODZIEJKA... 

ce, tak? Ten dzisiejszy akt wyjątkowej, niepojętej arogancji 
miał mnie przekonać o twoich uczuciach? Mój Boże, a mnie 

się zdawało, że potrafisz czytać w moich myślach, że zaczy­
namy być sobie wyjątkowo bliscy. Że mnie rozumiesz. 

- Kim, przecież ja jestem mężczyzną! - krzyknął Darius, 

zaciskając pięści w bezsilnej wściekłości. - A mężczyźni wi­
dzą niektóre sprawy inaczej niż kobiety. Czasami popełniamy 
błędy, bo nie potrafimy myśleć tak jak wy. Może dziś wieczo­
rem popełniłem błąd. Nie miałem jednak najmniejszego za-
miaru sprawić ci przykrości. Przysięgam! Chciałem tylko, 
żebyś wreszcie zmierzyła się ze swoją przeszłością. Bo ja tak 
zwykłem postępować, Kim. Stawiam czoło moim proble­
mom. Nie udaję, że ich nie ma. Nie tworzę sobie wydumane­
go świata, który miałby zastąpić mi rzeczywistość. 

- Wydumanego świata! - oburzyła się Kimberly. - Zatem 

wydaje ci się, że żyję w wymyślnej przez siebie fikcji? 

- A nie jest tak? 

Spojrzała na niego tak, jakby widziała go po raz pierwszy 

w życiu. 

- Cavenaugh, przecież ty mnie w ogóle nie znasz. 
- Kim,zaczekaj...! 
Ale ona odwróciła się i zniknęła w łazience. W chwilę 

później pojawiła się ze szczoteczką do zębów i paroma dro­
biazgami, które schowała do neseserka. Na koniec sięgnęła 
do szafy, zdjęła z wieszaka bluzkę, wrzuciła ją do walizeczki 
i zamknęła wieko. 

- Dokąd to się wybierasz? 
Darius był tak wstrząśnięty, że bał się jej nawet dotknąć 

z obawy, iż zachowa się zbyt gwałtownie. Musiał ją jednak 

jakoś powstrzymać. Chwycił ją za rękę. Czuł, że zbyt mocno 

background image

CZARODZIEJKA.,.  1 7 1 

zaciska palce wokół jej nadgarstka, ale Kimberly nawet nie 
zaprotestowała. 

- Idę poszukać jakiegoś miejsca, gdzie będę mogła prze­

spać tę noc - powiedziała po prostu. -I to sama. 

- Nigdzie nie pójdziesz. Zostaniesz tutaj. 
- Nie! 
To krótkie „nie" ugodziło go w samo serce. Wolałby, żeby go 

skrzyczała albo powiedziała coś w rodzaju „nigdy w świecie, 
nawet gdybyś był ostatnim mężczyzną na tej ziemi". Wiedział, 
że potrafiłby przetrzymać jej złość. Ale ten lodowaty spokój? 
Nie miał pojęcia, jak powinien zachować się w takiej sytuacji. 
Puścił Kimberly, czując, że jest zupełnie bezradny. 

Tymczasem ona ruszyła w stronę drzwi. 
- Tego już za wiele. Nie wyjdziesz stąd. Pomyśl o nas 

obojgu. Nie odtrącaj mnie! - W jego głosie zabrzmiało 
ostrzeżenie. 

Kimberly musiała to wyczuć, bo przystanęła w progu i od­

wróciła się, żeby spojrzeć mu w twarz. Głowę wciąż miała 
dumnie uniesioną, ale w oczach czaił się lęk. 

Dobra robota, pomyślał Darius. Brawo, stary. Udało ci się 

ją przestraszyć. Postępujesz jak skończony idiota. 

- Jeżeli zamierzasz mi grozić, Cavenaugh, zagrajmy 

w otwarte karty. Co konkretnie zamierzasz mi zrobić, jeżeli 
opuszczę ten pokój? 

Darius spojrzał na nią przeciągle przez zmrużone powieki. 

Wycofaj się, powiedział sobie w duchu, wycofaj się, zanim 
do reszty wszystko popsujesz. Daj jej trochę czasu. 

- Jeżeli jesteś absolutnie pewna, że chcesz stąd wyjść, 

zamiast zostać ze mną tej nocy - zaczął z wymuszonym spo­
kojem - zadzwonię do recepcji i poproszę o inny pokój 

background image

1 7 2 CZARODZIEJKA... 

w tym hotelu. - Nie czekając na odpowiedź, sięgnął po tele­
fon i podniósł słuchawkę 

Kimberly patrzyła na niego bez słowa. 

Już po paru minutach odprowadzał ją do pokoju na tym 

samym piętrze. Miał wrażenie, że Kimberly nie do końca go 

rozumie. Chyba jednak nie spodziewała się, że bez dalszych 
protestów załatwi jej osobne lokum. Kiedy dotarli na miejsce, 

spojrzał na nią z wyrzutem. 

- Nie tak wyobrażałem sobie tę noc, Kim. Dobrze o tym 

wiesz. 

- Ja też myślałam, że będzie inaczej. Jak już słusznie 

zauważyłeś, żyję w wydumanym świecie, pełnym marzeń. 
Ale te marzenia miały się ziścić w życiu, a nie na kartach 
moich książek. 

- A niech cię! - zaklął i nagle porwał ją w objęcia, nie 

dając najmniejszych szans na opór. 

W jego pocałunku nie zaspokojone pragnienie i bezsilna 

furia stopiły się w jedno. Zaatakował jej usta z pasją, której 
nie zamierzał ukrywać. Może będzie spała sama tej nocy, ale 
pójdzie do łóżka, czując na wargach smak jego pocałunku. 

Kimberly nie broniła się, ale pewnie dlatego, że jej na to 

nie pozwolił. Nie interesowała go jej reakcja. Chciał tylko 
odcisnąć na Kim swoje piętno, które przetrwałoby do rana. 
Prawdę mówiąc, chciał, żeby nie mogła zasnąć, żeby myślała 
o nim tej nocy. Kiedy ją wreszcie puścił, cofnęła się o krok, 
dotykając palcami nabrzmiałych ust. Nigdy jeszcze jej bur­
sztynowe oczy nie były tak szeroko otwarte i tak nieprzenik­
nione. Patrzyli na siebie przez długą chwilę, aż w końcu 
Cavenaugh otrząsnął się z zauroczenia. 

- Dobranoc. Spij dobrze. O ile potrafisz. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 7 3 

Dwie godziny później targany wątpliwościami zrozumiał, 

że musi natychmiast podjąć działanie. Nie udało mu się dotąd 
zasnąć, ale czuł, że jego zdenerwowanie bierze się nie ze 
zmęczenia, lecz z przeczucia, że stało się coś strasznego. 

Nie był już w stanie dłużej znosić tej niepewności. Wysko­

czył z łóżka, włożył spodnie i buty i pobiegł korytarzem 
w stronę pokoju Kimberly. 

Niestety, spóźnił się. Kimberly już opuściła hotel. 

background image

ROZDZIAŁ 9 

Ale ze mnie idiotka, powtarzała sobie z goryczą Kimberly. 
Skończona idiotka. Jak mogła chociaż przez chwilę myśleć, 
że udało się jej nawiązać bliższą duchową więź z Dariusem 

Cavenaughem? Jak mogła być na tyle głupia, żeby dać się 
zwabić na to spotkanie w San Francisco? Jak mogła wierzyć, 
że Cavenaugh choć trochę różni się od innych mężczyzn? 

A przede wszystkim, myślała z żalem, zaciskając dłonie 

na kierownicy wypożyczonego wozu, jak mogła być taka 
głupia, żeby decydować się na samotny powrót na wybrzeże 
o pierwszej nad ranem. Kiedy ucieka się przed własną głupo-
tą, człowiek instynktownie pragnie schronić się w domu, a je-
żeli ten dom jest oddalony o ponad sto pięćdziesiąt mil, trze-
ba jechać tak długo, aż dotrze się do celu. 

Pomimo naprawdę parszywej pogody. 
W drodze nad morze przyszło Kimberly zmagać się nie 

tylko z ulewą, ale i z własnym sumieniem. Świadomość, że 
kategorycznie nie zgodziła się na wspólne spędzenie nocy nie 
wystarczała, żeby ukoić jej stargane nerwy. Czuła, że musi 
być sama, naprawdę sama. Nie miała żadnych złudzeń co do 

background image

CZARODZIEJKA...  1 7 5 

tego, jak potoczyłyby się wydarzenia tej nocy, gdyby została 
w hotelu. 

Rano na pewno zastałaby pod drzwiami Dariusa, który cze­

kałby na nią, żeby sprawdzić, czy przestała się na niego boczyć. 
I póty by ją nękał, przedstawiając swoje argumenty i krytykując 

jej zachowanie, póki nie przyznałaby mu racji. Najbardziej ze 

wszystkiego irytowała ją myśl, że okazała się tak łatwowierna 
i bez cienia podejrzeń dała się zwabić do San Francisco. Powin­
na zawierzyć własnej intuicji. Przecież jeszcze nie dojechali, 
a już wiele drobnych faktów przemawiało za tym, że ta wycie­
czka nie będzie romantyczną eskapadą! Choćby to uporczywe 
milczenie Dariusa, które tak głupio zlekceważyła. 

Kobieta zakochana, skonstatowała ze smutkiem Kimberly, 

widzi świat taki, jaki chciałaby widzieć, a nie taki, jaki jest 
naprawdę. 

W jednym tylko Darius miał rację. Jest mężczyzną i nie 

myśli jak kobieta. A co ważniejsze, nie myśli tak jak Kim. 
Może i czasami potrafi czytać w jej myślach, ale to jeszcze 
nie znaczy, że przeżywa wszystko tak jak ona i podobnie to 
ocenia. 

Darius Cavenaugh nie jest Joshem Valerianem. Kimberly 

nawet nie potrafiła zliczyć, ile razy jej to powtarzał. Może 
chciał ją w ten sposób ostrzec, że to intymne porozumienie 
między nimi ma jednak swoje granice. 

Tymczasem prawda jest taka, że ani przez moment nie 

traktowała go jak papierowego bohatera. Bo Darius Cave­
naugh jest zbyt autentyczny, zbyt dynamiczny i zbyt męski, 
żeby można go pomylić z Joshem Valerianem. 

Wszystko w nim jest wyjątkowe, myślała Kimberly, prze­

bijając się poprzez gęstniejącą ulewę. Smak jego ust, je-

background image

1 7 6 CZARODZIEJKA... 

go upajający zapach, obezwładniający ciężar jego ciała, kie­
dy się kochali. Nigdy nie zapomni jego fascynującej fizycz-
ności. 

Najbardziej będzie jej jednak brakowało tych metafizycz­

nych aspektów ich krótkotrwałego romansu. Bo przecież by­
ły takie chwile, kiedy doskonale się rozumieli. Nie zrodziły 
się wyłącznie w jej wyobraźni. Na przykład ta noc, podczas 
której trzymał ją w ramionach i mówił jej, że wie, jak to jest, 
kiedy człowiek musi stawić czoło przemocy. Pocieszał ją 
i próbował uspokoić, a ona miała pewność, że w pełni rozu­
miał, co przeżyła. 

Były także inne chwile pełnej harmonii. Darius rozumiał 

jej potrzebę odizolowania się, szczególnie dojmującą w do­

mu tak pełnym ludzi. Całym sercem poparł też jej próby 
wprowadzenia pewnej dyscypliny oraz zmuszenia domowni­
ków, by uszanowali godziny jego pracy. 

Jak ktoś, kto zgadzał się z nią w tylu sprawach, mógł 

wyrządzić jej taką krzywdę? 

Odpowiedź jest prosta, pomyślała ponuro Kimberly. On 

sam jej to wyjaśnił. Po pierwsze - jest mężczyzną, a po dru­
gie - nazywa się Cavenaugh. Jego wrodzona, męska arogan­
cja stanowiła nieodłączną część jego natury, podobnie jak 
poczucie odpowiedzialności. Darius instynktownie poczuwał 
się do tego, by sprawować nad wszystkimi i wszystkim kon­
trolę. I ta część jego osobowości nigdy się nie zmieni. 

Skoro zaakceptowała Dariusa jako kochanka, musi także 

zaakceptować go jako człowieka. 

Ta noc była jedną z najcięższych w jej życiu. Spotkanie 

z dziadkami, których poprzysięgła sobie nigdy w życiu nie 
oglądać, okazała się traumatycznym przeżyciem. A potem 

background image

CZARODZIEJKA...  1 7 7 

wszystko potoczyło się inaczej, niż się tego spodziewała. 

Okazało się, że nie potrafi nienawidzić Marlandów. 

Nie umiała jeszcze sprecyzować swoich uczuć do tej ko­

biety i tego mężczyzny, którzy błagali ją, by zechciała spę­
dzić z nimi trochę czasu. Byli to dla niej obcy ludzie. Znała 
ich jedynie z opowieści matki oraz z korespondencji od ad­
wokatów próbujących wyjaśnić całą historię. Mimo spotka­
nia, pod pewnymi względami dziadkowie nadal wydawali się 

jej mało realni 

Tej nocy przekonała się, jak bardzo byli ludzcy w swoich 

próbach naprawienia tego, co tak bezmyślnie odrzucili przed 
laty. Jak więc mogła ich nienawidzić? 

Przygryzła wargi i pomyślała o własnej dumie. Darius 

miał rację, kiedy twierdził, że odziedziczyła ją po dziadkach. 
Miał też rację, gdy zapewniał ją, że niepotrzebnie obawia się 
spotkania z nimi. Z tego wniosek, że często miewał rację. 

Niestety, nie oznaczało to jeszcze, że był dla niej właściwym 

mężczyzną. Jak również wcale nie znaczyło, że po tej nocy 
powinna przestać go kochać. Mimo panującego w jej duszy 
zamętu, Kimberly wiedziała, że nadal kocha tego człowieka. 

Kiedy zajeżdżała przed swój mały domek na wybrzeżu, 

gniew i uraza, które wygnały ją z hotelu w poszukiwaniu 
samotności, dawno już stopniały. Ich miejsce zajął tępy ból 
i uczucie rezygnacji. 

Na dworze szalała burza. Niebo raz po raz przecinały 

błyskawice. Kimberly była już skrajnie wyczerpana długą 

jazdą w bardzo trudnych warunkach. Weszła na ganek i zgra­

białymi palcami usiłowała znaleźć klucze w torebce. Przed 

wyjazdem przebrała się w dżinsy oraz białą bluzkę, którą 
chciała włożyć w drodze powrotnej- do Napa Valley. Nie 

background image

1 7 8

 CZARODZIEJKA... 

wzięła za to parasola i nawet pokonanie krótkiego odcinka 
między samochodem a gankiem wystarczyło, żeby przemok­

ła do suchej nitki. 

W końcu znalazła klucz i drżącymi palcami wsunęła go do 

dziurki. Miała uczucie, jakby ktoś obił ją kijami. Cóż w tym 

zresztą dziwnego, że czuła się tak kompletnie wykończona? Jest 

już czwarta nad ranem, a ona ma za sobą stresujący wieczór, 

a potem długą jazdę w ciężkich warunkach. Teraz potrzebuje już 
tylko kieliszka wina i ciepłego łóżka. Wzięła się w garść, prze­
kręciła klucz i otworzyła drzwi. 

I z miejsca pojęła, że dzisiejszej nocy nie dane jej będzie 

spokojnie położyć się spać. Ogarnięta paniką pomyślała, że 
trafiła w sam środek koszmaru. 

Najpierw dostrzegła pentagram, pośrodku którego paliła 

się świeczka. Ten starożytny, magiczny symbol narysowano 
na podłodze w saloniku. W jego centralnym punkcie usta­
wiono masywny metalowy świecznik, a płonąca w nim świe­

czka rzucała wkoło złowieszczy blask. 

Chybotliwy płomień był jedynym źródłem światła w ca­

łym domu, ale to wystarczyło, by oświetlić zakapturzoną 
postać, siedzącą po turecku na drugim krańcu pentagramu. 

- Wejdź, Kimberly Sawyer. Czekamy na ciebie. 
Wzdrygnęła się. Głos wydał jej się dziwnie znajomy. Za­

nim zdążyła zareagować, z mroku wyłoniły się kolejne dwie 
postacie. Weszły w krąg światła. Miały na sobie długie szaty 

z kapturami. Jedna z postaci wyciągnęła rękę. Coś w niej 
błysnęło. Rewolwer. 

- Zamknij drzwi - rozkazał męski głos dobiegający spod 

głęboko nasuniętego kaptura. 

Kimberly instynktownie spróbowała ocenić swoje szanse. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 7 9 

Były znikome, wręcz żadne. Mogą ją zabić, zanim zrobi dwa 
kroki. Da się uciec przed nożem, ale nie przed kulą. Zrezyg­
nowana, powoli zamknęła za sobą drzwi, zdumiona ich cięża­
rem. To osłabłe mięśnie zaczynały odmawiać posłuszeństwa. 

- Tej nocy wielka jest moc, o pani - wymruczała druga 

postać. - To ona przywiodła ją tu wprost w nasze ręce. -
W jej głosie, także jakby znajomym, brzmiały nabożny po­
dziw i lęk. Kimberly nie mogła się oprzeć wrażeniu, że już 
kiedyś słyszała ten głos. 

- Moc - zaintonowała kobieta, siedząca przy pentagra­

mie - z dnia na dzień staje się potężniejsza. Czy nie tak wam 
mówiłam? - Uniosła głowę. Blask świecy wydobył z mroku 

jej twarz, ukrytą dotąd w cieniu kaptura. - Dobry wieczór, 

Kimberly - powiedziała. 

Kimberly spojrzała jej w oczy. Wiedziała, że jest w sytu­

acji bez wyjścia. Pozostała jej jedynie odziedziczona po 
przodkach duma. I teraz postanowiła jej użyć. 

- Witaj, Ariel - odezwała się z lodowatą ironią. - Widzę, 

że przerzuciłaś się z herbacianych listków na coś większego 
- dodała, zaskoczona uszczypliwym tonem własnej wypo­
wiedzi. Nie znać w nim było paniki, która ją wręcz paraliżo­
wała. Nagle poczuła przypływ odwagi i kurczowo uchwyciła 
się tej drobnej iskierki nadziei. 

Ariel Llewellyn uśmiechnęła się, ale wyraz jej twarzy się 

zmienił. To już nie była ta przyjazna, roztrzepana ekscentry-
czka, która w ciągu minionego roku stała się niemal człon­
kiem rodziny Cavenaughow. W jej oczach pojawił się błysk 
szaleństwa, a usta rozciągnęły się w nienaturalnie wzniosłym 
uśmiechu, jakby właśnie odczytała przyszłość i znalazła 
w niej coś budującego. 

background image

1 8 0 CZARODZIEJKA... 

- Okazałaś się niewiarygodnie głupia, Kimberly Sawyer. 

Teraz musisz za to zapłacić. 

Ciałem Kimberly wstrząsnął dreszcz. Czuła, że Ariel nie 

żartuje. 

- No cóż, wiem, że długa jazda podczas burzy nie jest 

może najlepszym zajęciem o trzeciej w nocy, ale co mogę 
powiedzieć? Znudziłam się w San Francisco i chciałam już 
wracać. 

Ariel pokręciła głową, jakby nie była w stanie pojąć takiej 

głupoty. 

- Durna kobieto! Nawet o tym nie wiesz, ale nie miałaś 

innego wyjścia. Musiałaś odbyć tę jazdę. Zostałaś wezwana. 
To nie jest kwestia twojego wyboru. Błąd popełniłaś już dwa 
miesiące temu, kiedy postanowiłaś się wtrącić w nie swoje 
sprawy. 

- Chodzi o tę głupią aferę z porwaniem? - Kimberly 

przełknęła ślinę. W ustach czuła gorzki smak strachu. Spoj­
rzała na stojącą kobietę. - To ty przetrzymywałaś Scotta 
w tym domu przy plaży, prawda? Tam, skąd go bez najmniej­
szego trudu wykradłam. - Odwróciła się do Ariel. - Wydaje 
mi się, że masz pewne problemy z doborem personelu do 
twojej grupy. Wiem, że trudno o dobrych pomagierów, ale ty 
trafiłaś na wyjątkowych partaczy. Ta idiotka nawet nie usły­
szała, kiedy przyszłam po Scotta. A potem jeszcze ten żałos­
ny kretyn ze sztyletem, który potykał się o swój kostium, 
a teraz siedzi za kratkami. No, a ten tutaj z rewolwerem - za­
łożę się, że zapomniał go załadować. 

Uzbrojony mężczyzna warknął groźnie i wycelował lufę 

w jej stronę. 

- Zapewniam cię, że magazynek jest pełny - powiedziała 

background image

CZARODZIEJKA,,,  1 8 1 

ze spokojem Ariel. - Radzę ci, nie zmuszaj go, by użył broni. 
Mamy w stosunku do ciebie znacznie ciekawsze plany, moja 
droga. 

- To cudownie. No to co robimy? Siadamy na podłodze 

i wróżymy z kart? 

- W dniu, w którym wróżyłam ci z kart, ostrzegałam cię, 

że powinnaś potraktować to poważnie. Oczywiście wiedzia­
łam, że mnie nie posłuchasz. Tej nocy dostałaś nauczkę, 
prawda, Kimberly? 

- Po co ci te kłopoty, Ariel? Mówię o tamtej nocy. Po co 

dałaś tamtemu niedołędze antyczny srebrny sztylet, który 
- zdaniem ekspertów - nie jest groźną bronią. Owszem, jest 
stylowy, ale, jak widać, mało skuteczny. 

Ariel zacisnęła usta, a jej oczy w blasku świec zdawały się 

ciskać błyskawice. 

- Ważne było, żebyś umarła jak należy. Minęło z górą sto 

lat, odkąd ostrze tego sztyletu spłynęło krwią. Ty miałaś 
zostać jego kolej ną ofiarą. 

- Bo popsułam wam szyki i uwolniłam chłopca, prawda? 

- rzuciła lekko Kimberly. - Po co porwaliście Scotta? Czy to 
on miał początkowo być waszą ofiarą? 

- Ach, nie. Scotta porwaliśmy z pobudek czysto finanso­

wych - zapewniła ją Ariel. - Potrzebne nam były pieniądze 
i uznaliśmy, że najłatwiej będzie wyłudzić je od Cavenaugha. 

- Chcesz powiedzieć, że ta twoja magiczna moc nie wy­

starczy, żeby wyczarować coś tak prozaicznego jak karta 
kredytowa? 

Ariel na moment utraciła sztuczną pewność siebie. 
- To moc zadecydowała, że pieniądze powinny pocho­

dzić od Cavenaughow. 

background image

1 8 2 CZARODZIEJKA... 

- Ale nigdy ich nie dostaliście. 
- Nie bój się, dostaniemy je we właściwym czasie - spo­

kojnie zapewniła Ariel. - Będzie tak, jak mówi moc. Wszy­
stko we właściwym czasie. 

Kimberly spojrzała na tonące w cieniu twarze pozostałej 

dwójki. 

- Czy wy też macie tak źle w głowie jak ona? Naprawdę 

wierzycie w ten stek bzdur? Dobrze wiecie, że prędzej czy 
później wszystko się wyda i pójdziecie za kratki. Ten idiota, 

który chciał mnie zabić, na pewno już wszystko wyśpiewał 
policji! 

- On nic nie wie - zapewniła ją postać z rewolwerem. 

- Nie zna ani nazwisk, ani twarzy. Wszystko zostało szczegó­
łowo zaplanowane. Wiedział tylko jedno - że ma dokonać 

morderstwa w ściśle określony sposób, za pomocą sztyletu, 
bo inaczej mu nie zapłacimy. 

- Jesteście szaleni, jeżeli wam się wydaje, że policja nie 

wydobędzie od niego jakichś informacji. Choćby ten sztylet 
- to już poważny ślad. 

- Tylko wybrańcy wiedzą, jaka jest rola i przeznaczenie 

tego sztyletu - powiedziała Ariel. - Jest nas zaledwie kilkoro 
w każdym pokoleniu i pilnie strzeżemy naszych sekretów. 
Zapewniam cię, że policja niczego się nie dowie. 

- Skąd masz ten sztylet, Ariel? - Kimberly za wszelką 

cenę chciała przedłużyć rozmowę, a zdążyła już zauważyć, 
że Ariel potrafi bez końca opowiadać o swojej „mocy". Co 
do pozostałej dwójki - ludzie ci byli całkowicie pod jej 
wpływem. 

Ale zanim Ariel zdążyła odpowiedzieć, zadzwonił telefon. 
Kimberly drgnęła na dźwięk ostrego sygnału. Mężczyzna 

background image

CZARODZIEJKA...  1 8 3 

z bronią aż podskoczył, a młoda kobieta wręcz wpadła w pa­
nikę. 

Kimberly z miejsca domyśliła się, kto dzwoni. 
- To Cavenaugh - powiedziała głośno i wyraźnie. -

Sprawdza, czy bezpiecznie dotarłam do domu. 

- Nie!-ostro krzyknęła Ariel. 
- Oczywiście, że tak - zapewniła ją Kimberly. - Kto 

prócz niego mógłby tu dzwonić o tej porze? No, Ariel, wyj­
mij te twoje karty i sprawdź, czy mówię prawdę. 

Telefon nie przestawał dzwonić. 
- Problem tkwi w tym - ciągnęła Kimberly - że zanim ty 

zdążysz rozłożyć karty, Cavenaugh odłoży słuchawkę i do­
myśli się, że coś jest nie w porządku. Znając go, wiem, że 
natychmiast zadzwoni na policję i każe wysłać kilku ludzi, 
żeby sprawdzili, co się tu dzieje. 

Telefon umilkł, ale po chwili znowu się rozdzwonił. Męż­

czyzna z rewolwerem był coraz bardziej zdenerwowany. 
Spojrzał bezradnie na Ariel. 

- Lepiej niech odbierze, o pani. 

Ariel uniosła rękę. 

- Ja tu decyduję, Emlyn. - Jej oczy, niegdyś pełne życzli­

wości, spoglądały groźnie na Kimberly. - Odbierz. I uważaj, 
co mówisz. Bo jak nie, Emlyn zastrzeli cię bez wahania. 
Powiedz Cavenaughowi, że wszystko w porządku. A potem 

jakoś go spław. Już ty to potrafisz. 

Czując na sobie wrogie spojrzenia trzech par oczu, Kim­

berly podeszła do telefonu. Była taka pewna, że to Darius, iż 

nawet się nie zdziwiła, słysząc jego głos. 

Zdumiał ją natomiast jego mocno zaniepokojony ton. 
- Kim? Wszystko w porządku? 

background image

1 8 4 CZARODZIEJKA... 

- Tak, w porządku. Miałam ciężką drogę, ale już jestem 

w domu. Mówiłam ci, że jakoś sobie poradzę, prawda? 

- Nie byłaś tak uprzejma, żeby pożegnać się choć jednym 

słowem - pożalił się Darius. - Wymknęłaś się cichaczem 
z hotelu, nie zostawiając żadnej wiadomości. 

- Wiesz, jacy są pisarze, najdroższy. Natchnienie nacho­

dzi ich o najdziwniejszych porach. Musiałam szybko wracać, 
żeby dokończyć rozdział. 

Ariel patrzyła na nią w napięciu. 
- Kim, przecież ty wcale tak nie pracujesz. Dobrze wiem, 

że masz stałe godziny, w których zwykłaś pisać. A zresztą, 
o czym my w ogóle mówimy. Nie o to nam poszło. Moim 
zdaniem, powinniśmy raczej porozmawiać o tym, co wyda­
rzyło się tej nocy. 

Kimberly zaczerpnęła tchu, a potem odezwała się niskim, 

stłumionym głosem, który trójce patrzących na nią ludzi 
musiał się wydać zmysłowym szeptem: 

- Dobrze wiesz, że nie mogę się już doczekać. Uwielbiam 

nasze nocne rozmowy do poduszki. Pamiętasz, o czym ostat­
nio mówiliśmy w łóżku? 

- Kimberly, bredzisz kompletnie od rzeczy. Ale tak, oczy­

wiście, pamiętam naszą rozmowę. Mówiłaś mi, że mnie ko­
chasz. Czy chcesz powiedzieć, że to nadal aktualne? 

- Chodzi mi raczej o ten drugi temat, kochanie - powie­

działa znaczącym tonem. Emlyn ostrzegawczo uniósł broń. 
- Pamiętam, jak zapewniałeś mnie, że wszystko rozumiesz. 
A twoje zrozumienie wiele dla mnie znaczy w tej chwili. 

W słuchawce zapadła cisza. Kimberly niemal czuła, jak Da­

rius głęboko rozważa każde jej słowo. Kiedy się znowu ode­

zwał, w jego głosie zabrzmiała dziwna, nie znana jej dotąd nuta. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 8 5 

- Kim, tamtej nocy bałaś się, prawda? 
- Tak, najdroższy - szepnęła. 
- A teraz? 
- Tak samo. A nawet jeszcze bardziej. 

Cavenaugh cicho zaklął. 
- Ile mam czasu? 
- Nie wiem, jak wytrzymam bez ciebie do rana - po­

wiedziała Kimberly po chwili zastanowienia lekko drżącym 
głosem. 

- Ilu ich jest? - zapytał wprost. 
Kimberly zawahała się, po czym odparła: 
- Zostały mi jeszcze trzy rozdziały. A termin się zbliża. 

Muszę już iść do łóżka. Jestem bardzo zmęczona. Uważaj na 
siebie, kochany. Dam ci znać, jak tylko skończę „Wendetę". 
Już się nie mogę doczekać, kiedy się znowu zobaczymy. 
- Odłożyła słuchawkę, żeby dłużej nie drażnić Emlyna. 

Towarzysząca mu młoda kobieta odetchnęła z ulgą i spoj-

rzała na Ariel w oczekiwaniu na dalsze dyrektywy. Ariel 
rozkazująco skinęła głową. 

- Zwiąż ją, Zorah, i zamknij na razie w sypialni. A my 

musimy wszystko przygotować. - Spojrzała chłodno na 
Kimberly. - Dobrze, że miałaś chociaż tyle oleju w głowie, 
żeby nie mieszać w to wszystko Dariusa. Przecież go kochasz 
i na pewno nie chciałabyś, żeby spotkało go coś złego. Em-
lyn, idź pomóc Zorah, a potem tu wróć. Mamy jeszcze masę 
roboty. 

„Przecież go kochasz"... Słowa te dźwięczały w głowie 

Kimberly, kiedy krzyżowała ręce za plecami i bez oporu 
pozwalała je związać. Emlyn stał obok, trzymając ją przez 
cały czas na muszce. 

background image

1 8 6

 CZARODZIEJKA... 

„Przecież go kochasz"... Ta stara wiedźma miała rację, 

pomyślała Kimberly, kiedy Zorah i Emlyn wyszli z pokoju. 
A może Ariel rzeczywiście miała jakąś moc? Napięła mięś­
nie, żeby wypróbować więzy, bo jej prześladowcy zostawili 

ją ze związanymi rękami na łóżku. 

„Przecież go kochasz"... Nie ma sensu temu zaprzeczać, 

mówiła sobie Kimberly, wpatrując się w ścianę obok łóżka. 
W tak tragicznym położeniu mogła się zdobyć na szczerość 
wobec samej siebie. Kochała Dariusa Cavenaugha. A może 

uciekając z hotelu tej nocy, uciekała przed prawdą? 

Wiedziała, że udało jej się przekazać Dariusowi, iż coś jest 

nie w porządku. Nie potrafiła jednak przewidzieć, jaki będzie 

jego następny krok. Prawdopodobnie wciąż był w San Fran­

cisco. Jedyne, co mógł zrobić, to zawiadomić policję i popro­
sić, żeby sprawdzili, co się dzieje w pewnym małym domku. 

Jej los spoczywał w jego rękach. I nikomu innemu nie 

potrafiłaby zawierzyć własnego życia. 

Siedem mil od domku Kimberly w przydrożnym całodo­

bowym sklepie Darius odwiesił słuchawkę, po czym wrócił 
do samochodu. Był już teraz pewny, że dręczący go niepokój 

miał inne źródło niż tylko kłótnia kochanków. Wyjechał z ho­
telu godzinę po Kimberly, ale udało mu się nadrobić trochę 
czasu. Teraz od jej domu dzieliło go już tylko pół godziny. 

Wsiadł do wozu, zatrzasnął drzwi i zaczął rozważać różne 

warianty wyjścia z tej sytuacji. Kim dała mu do zrozumienia, 
że w domku prócz niej były jeszcze trzy osoby. Nie miał zbyt 
wiele czasu, ale z doświadczenia wiedział, że w sytuacjach 
takich jak ta zawsze było go za mało. Musi się jak najlepiej 
przygotować, zanim wkroczy do akcji. Sięgnął pod fotel 

background image

CZARODZIEJKA...  1 8 7 

i wyjął kilka przedmiotów. Nóż wsunął do buta, a płaskie, 
metalowe pudełeczko schował z tyłu za pasek spodni. A po­
tem przekręcił kluczyk w stacyjce i wyjechał na zalaną de­
szczem szosę. 

Uwzględniając złe warunki jazdy, potrzebował jeszcze 

około pół godziny, żeby dotrzeć do domku Kimberly. Jeśli się 
postara, może wystarczy mu dwadzieścia minut. W ten spo­
sób będzie tam znacznie prędzej, niż gdyby próbował namó­
wić lokalną policję do interwencji. 

Powoli, ostrożnie, po cichu, Kimberly przesuwała się 

w poprzek łóżka, próbując zbliżyć się do stojącej u wezgło­
wia lampy z ciężką, szklaną podstawą. Nagle otworzyły się 
drzwi i w progu stanęła kobieta imieniem Zorah. Przed sobą 
trzymała mały piecyk do grilla. 

- Nie wzywałam obsługi - prychnęła drwiąco Kimberly, 

mimo iż była teraz naprawdę przerażona. 

- Nie szydź z tego, czego nie rozumiesz - poinformowała 

ją z wyższością Zorah. Postawiła piecyk na podłodze i uklęk­

ła przed nim. - Już wkrótce będziesz musiała za to zapłacić. 
Twoje życie zostanie złożone w ofierze siłom ciemności, 
Kimberly Sawyer. 

Kimberly z niepokojem patrzyła, jak kobieta podpala wę­

gle na dnie piecyka. 

- Posłuchaj mnie, Zorah, nie wydaje ci się, że dosyć już 

tej zabawy? Nie lepiej się wycofać, zanim was złapią? Wiesz 
dobrze, że prędzej czy później Ariel wpadnie, bo jest na tyle 
głupia, że nie potrafi zacierać za sobą śladów. A po moim 
zniknięciu Cavenaugh poruszy niebo i ziemię, żeby dojść 
prawdy. 

background image

1 8 8 CZARODZIEJKA.., 

- Darius Cavenaugh jest nikim wobec mojej pani - po­

wiedziała z głębokim przekonaniem Zorah. - Ona może 
wszystko. Za nią stoi moc. 

- Jaka moc? Jak dotąd Ariel spartaczyła wszystko, za co się 

wzięła. Nie udało jej się porwać Scotta. Nie zdołała też pozbyć 
się mnie. Więc skąd ta pewność, że tym razem jej się uda? 

Zorah spojrzała na nią gniewnym wzrokiem. 
- Przecież to jej moc sprowadziła cię tu tej nocy, prawda? 
- Niezupełnie. Myślę, że dzisiejsza noc to jeden wielki 

ciąg przypadków, na których ona usiłuje zbić kapitał. Czy 
naprawdę powiedziała wam, że to jej moc mnie tu dziś spro­
wadziła? 

- Powiedziała, że musimy przyjść do twojego domu, aby 

dowiedzieć się, co mamy z tobą zrobić. Twoje fluidy są naj­
silniejsze tutaj, gdzie mieszkasz, a moc także działa najskute­
czniej w takich miejscach. 

- Ale czy ona rzeczywiście wam obiecała, że ja się tu 

pojawię? - nie ustępowała Kimberly. - Czy tylko powiedzia­
ła, że zrobicie małe hokus-pokus, a potem się zobaczy, co 
dalej? 

Zorah wyjęła mały woreczek i wysypała trochę jakiegoś 

proszku na rozżarzone węgle, a potem wstała. 

- Tracisz tylko czas, próbując wzbudzić we mnie wątpli­

wości. Ja wierzę w moc mojej pani i wiem, że któregoś dnia 
ta moc zostanie mi przekazana w spadku. Ariel mi to przy­
rzekła. 

Zorah odwróciła się i wyszła z pokoju, starannie zamyka­

jąc za sobą drzwi. Kimberly leżała na łóżku, wpatrując się 

w rozpalone węgle. Po chwili w pokoju zaczął się rozchodzić 

jakiś dziwny zapach. 

background image

CZARODZIEJKA,..  1 8 9 

Kimberly ostrożnie wciągnęła powietrze do płuc. Od słod-

ko-cierpkiego zapachu zakręciło jej się w głowie. Może miał 
to być jakiś szczególny rytuał? Przewróciła się na bok i zno­
wu zaczęła przesuwać się ruchem robaczkowym w stronę 
lampy. 

Wreszcie dotarła do krawędzi łóżka. Patrząc na lampę, zaczę­

ła się zastanawiać, jak rozbić szklaną podstawę, nie robiąc przy 
tym zbyt wiele hałasu. Chwilę później opadły ją wątpliwości. 
Wzięła głęboki oddech i poczuła, że ogarnia ją jakaś dziwna 
błogość. Pomyślała, że może nie warto aż tak się trudzić. 

O ileż łatwiej byłoby zamknąć oczy i odpocząć, choćby 

przez kilka minut. Może po krótkiej drzemce wpadnie jej do 
głowy pomysł, jak stłuc tę nieszczęsną lampę. 

A właściwie czemu tak bardzo zależy jej na tym, żeby 

zniszczyć piękną lampę? O ile mogła sobie przypomnieć, 
chodziło o to, żeby użyć kawałka ostrego szkła do przecięcia 
więzów. Teraz jednak pomysł ten wydał jej się absolutnie 
nierealny. 

Dym z kadzidła powoli wypełniał cały pokój, rozchodząc 

się po kątach i rozlewając siną chmurką nad łóżkiem. Kim­

berly znowu zrobiła głęboki wdech i nagle uświadomiła so­
bie, że od lat nie czuła się tak odprężona. 

Miała za sobą bardzo ciężką noc. Najpierw to spotkanie 

z dziadkami, potem kłótnia z Dariusem, a wreszcie nocna 

jazda w tak niesprzyjających warunkach. Czy nie ma prawa 

teraz odpocząć? Rozluźnić się? Odetchnąć? 

Za oknami błysnęło. Nad oceanem przetoczył się grzmot. 

Zimne światło na moment oślepiło Kimberly. Miała coś zro­
bić. Coś bardzo trudnego. Szkło. To miało jakiś związek ze 

szkłem. 

background image

1 9 0 CZARODZIEJKA... 

Jak przez mgłę przypomniała sobie, że już kiedyś użyła 

rozbitego szkła. Broniła się wtedy przed jakimś człowiekiem 
w długiej szacie. Człowiek ten miał sztylet... Szkło... Po­
trzebny jej był ostry kawałek szkła. 

Czy to nie śmieszne? Po co komu kawałek szkła? Kimber-

ly wychyliła się poza krawędź łóżka i wbiła wzrok w migo­
czące węgle. Co za piękny widok. A jaki zapach! Szkoda, że 
nie ma tu Dariusa. Mogliby wspólnie rozkoszować się tym 
aromatem. 

Tylko że Darius siedział sobie teraz bezpieczny w San 

Francisco. Ale czy aby na pewno? Jej przymglony umysł 
usiłował rozstrzygnąć ten dylemat. To raczej niepodobne do 
Dariusa Cavenaugha. On nie siedziałby z założonymi rękami, 
gdy ona jest w niebezpieczeństwie. Był człowiekiem honoru, 
który wie, co to odpowiedzialność. A za nią również czuł się 
odpowiedzialny. 

Był przecież jej kochankiem. I poczuwał się do opieki nad 

nią. Jak więc mógłby siedzieć bezczynnie w hotelowym po­
koju? Kiedy się zorientował, że coś jej grozi, na pewno ruszył 

jej na pomoc. Darius Cavenaugh nie mógłby postąpić inaczej. 

Niebezpieczeństwo. Gdzie ono się przyczaiło? Jak trudno 

zebrać myśli... A przecież jeśli ktoś jest w niebezpieczeń­
stwie, powinien się na tym skupić. Tylko dlaczego to aż takie 
trudne? 

Odkąd zaczęła wdychać ten miły zapach, coraz trudniej 

przychodziło jej pamiętać o tym, że w sąsiednim pokoju sie­
dzi ta wariatka Ariel i odprawia swoje czary. Coraz trudniej 
przychodziło uwierzyć, że to ona, Kimberly, miała odegrać 
główną rolę w tym dramacie. 

Ariel... Ariel i dym... Ariel dobrze znała się na ziołach. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 9 1 

Ciągle parzyła wszystkim te swoje ziołowe herbatki. A pew­
ne zioła mają specyficzne działanie, kiedy się je podgrzewa. 

Kimberly przypomniała sobie o paczuszce, z której Zorah 
nasypała coś na węgle. 

Kolejna błyskawica z gniewnym hukiem rozdarła cie­

mność, jakby chcąc zwrócić na siebie uwagę. Kimberly na 
moment posłuchała jej i skierowała wzrok ku oknom. Wkrót­
ce nadejdzie świt, ale z powodu burzy niebo jeszcze niepręd­
ko się rozjaśni. 

Zioła rozsypane na węglach... Darius przebijający się 

przez burzę, żeby do niej dotrzeć... Wiedźmy i sztylety... 
Niemal bezwładnym ciałem Kimberly wstrząsnął lekki 
dreszcz. To wszystko przez ten dym, pomyślała, kręcąc się na 
łóżku. Ten dym jest niebezpieczny. 

Musi wymyślić coś, na czym mogłaby się skupić. Przed 

oczyma zaczęły jej się przesuwać obrazy - Darius kochający 
się z nią, Darius trzymający ją w objęciach, Darius mówiący, 
że ją rozumie, Darius zmuszający ją do spotkania z dziadka­
mi, Darius przy telefonie. Jak on szybko wyczuł, że grozi jej 
niebezpieczeństwo. Naprawdę potrafił czytać w jej myślach, 
choć czasami swoją arogancją doprowadzał ją do szału. 
A ona kochała go, bez względu na wszystko. 

Nagle z przeraźliwą jasnością uświadomiła sobie, że to on 

był przyczyną, dla której usiłowała stłuc lampę. Powinna 
chociaż spróbować. On na pewno tego po niej oczekuje. Ale 
ten dym jest tak paraliżujący... Kimberly podjęła ostatni 
rozpaczliwy wysiłek. Przewróciła się na bok i uderzyła ra­
mieniem w róg nocnego stolika. 

Huk spadającej lampy zlał się w jedno z odgłosem otwie­

ranych drzwi. Teraz, kiedy pękła żarówka, jedynym źródłem 

background image

1 9 2 CZARQDZIEJKA... 

światła były żarzące się w piecyku węgle. W ciemnościach, 

które tak nagle zapadły, rozległy się czyjeś kroki. 

- Co jej zrobiliście, dranie? 
To głos Dariusa, pomyślała sennie Kimberly. Ach, Darius, 

wiedziałam, że mnie tu znajdziesz. Tylko czemu zajęło ci to 
aż tyle czasu? 

Światło z korytarza wpadło przez otwarte drzwi do sypial­

ni. Kimberly zobaczyła, że Darius nie był sam. Za nim stał 
Emlyn. 

- O Boże! Ciebie też złapali - wyszeptała ze smutkiem. 

- Tak mi przykro, Cavenaugh. Myślę, że tej nocy popełniłam 
błąd. 

- Zatruliście ją tym cholernym dymem. - Jak przez mgłę 

słyszała głos Dariusa. 

- Jakoś wytrzyma do jutra. Musieliśmy jej coś dać, żeby 

ją uciszyć. Bo z nią zawsze są jakieś kłopoty. To już taki 

trudny typ. Ciekawe, dlaczego rozbiła tę lampę? A zresztą, 
skoro woli leżeć tu po ciemku, to jej sprawa. Kładź się na 
łóżko, Cavenaugh. Zorah, zwiąż mu ręce i nogi. 

- Myślisz, że to rozsądne zostawiać ich tu razem? - zapy­

tała Zorah. 

- Zapach kadzidła szybko ich uspokoi. A poza tym, gdzie 

moglibyśmy go zamknąć? Ariel nie życzy sobie, żeby ktoś 
podglądał rytualne przygotowania. 

Kimberly poczuła, jak materac się ugina. To Darius poło­

żył się obok niej i bez sprzeciwu dał sobie związać ręce i nogi 
w kostkach. W chwilę później Emlyn i Zorah wyszli z poko­

ju, zostawiając Kimberly oraz jej towarzysza w przesiąknię­

tej cierpkim zapachem ciemności. 

- Kim, dobrze się czujesz? 

background image

CZARODZIEJKA-  1 9 3 

- Tak, tylko ten dym... - wymamrotała sennie. 
- Wiem. - Darius usiadł za jej plecami - Obudź się, ko­

chanie. Jeśli mi pomożesz, wszystko pójdzie prędzej. Bo 
inaczej ten dym mnie zaczadzi. 

- Jak mam ci pomóc? 
- W lewym bucie mam nóż. Obróć się tak, żebyś mogła 

go wyjąć. 

Kimberly ostatkiem sił spróbowała się skoncentrować. 

Wymacała nogi Dariusa i w końcu natrafiła na skórzaną cho­
lewkę. Poruszyła palcami, które były jak z drewna. 

- Czemu dałeś się złapać? - wyszeptała z rozpaczą. - Nie 

chciałam, żeby cię złapali. 

- Musiałem im na to pozwolić. Nie wiedziałem, gdzie cię 

trzymają i co ci zrobili, a tylko w ten sposób mogłem się 
dowiedzieć. Więc przyjechałem tu i jakby nigdy nic zadzwo­
niłem do drzwi. 

- Ale musiałeś się zdziwić, kiedy zobaczyłeś Ariel. -

Z jakiegoś powodu Kimberly nagle wydało się to bardzo 

śmieszne. Zachichotała. Palce ześlizgnęły jej się z cholewki. 

Darius zaklął. 
- Kiedy pomyślę, że przez ostatni rok to babsko jadło i mie­

szkało w moim domu... Kim, uspokój się- rozkazał ostro. 

- Przepraszam - wymamrotała. - Wcale nie chciałam się 

śmiać. Ale to mnie tak strasznie rozśmieszyło. 

- Wyjmij nóż! 
Jego stanowczy głos przebił się przez spowijającą ją mgłę. 

Kimberly na moment odzyskała jasność umysłu. Wsunęła 

palce do buta i wymacała ukryty nóż. 

- Dobrze, kochanie, dobrze - pochwalił ją Darius. - Złap 

go tak mocno, jak potrafisz. I uważaj. Jest bardzo ostry. 

background image

1 9 4 CZARODZIEJKA.,. 

- Nie jestem dzieckiem. Wiem, co to ostry nóż - obruszy­

ła się Kimberly, ale posłusznie chwyciła rękojeść. Obok niej 
Darius obrócił się i zaczął ocierać więzy o ostrze. 

Kimberly nagle przypomniała sobie, że chciała mu coś 

powiedzieć. 

- Posłuchaj, chodzi mi o błąd, który popełniłam tej nocy. 
- Oboje popełniliśmy sporo błędów. Później o tym poroz­

mawiamy. Kim, skup się. Trzymaj mocniej nóż! 

- Ciągle mi mówisz, co mam robić - powiedziała z wes-

tchnieniem, ale instynktownie podporządkowała się jego roz­

kazom i mocniej zacisnęła palce na rękojeści noża. 

- Zdążysz się do tego przyzwyczaić. 
W chwilę później sznur pękł i Darius się od niej odsunął. 

Usłyszała jego kaszel, a potem zobaczyła, że zdejmuje posze­
wkę z jednej z poduszek. Trzymając materiał przy ustach, 
szybko przeciął więzy krępujące mu kostki. Ukląkł na łóżku 

i otworzył okno. 

Strumień świeżego, wilgotnego powietrza wdarł się do 

pokoju i dotlenił mózg Kimberly, rozwiewając otulającą go 
mgłę. Gdzieś ulotniła się nienaturalna wesołość, a jej miejsce 
zajął paniczny strach. Darius ostrożnie przecinał więzy krę­
pujące Kimberly. 

- Co teraz? - szepnęła, dławiąc się świeżym powietrzem 

i wciąż czując lekkie zawroty głowy. 

- Teraz się stąd zmywamy. 
Darius popchnął ją w stronę okna i w tej samej chwili 

otworzyły się drzwi. 

- O pani, oni uciekają! - wrzasnęła Zorah. 

background image

R O Z D Z I A Ł 10 

Idziemy, Kim! - zawołał Darius. - Ona nie jest uzbrojona. 
Pospiesz się! 

Kimberly rozpaczliwie usiłowała wdrapać się na parapet, 

ale nogi miała jak z waty. Trujący dym nie tylko pozbawił 
lotności jej umysł, ale i wyzuł z sił ciało. 

- O pani! -wrzeszczała Zorah. - Oni uciekają! 
- Chodź, Kimberly! Rusz się! - Darius usiłował wywin­

dować ją na okno, ona jednak nie była w stanie wykonać jego 
polecenia. Każdy ruch zdawał się wymagać niewiarygodnego 
wysiłku. 

- Nie potrafię, nie mogę.. 
- A niech cię, Kim! - Darius próbował siłą wypchnąć ją 

przez okno. 

- Tym razem nie uda wam się ujść mocy! - rozległ się 

nagle wściekły krzyk Ariel z korytarza. - Ofiara musi zostać 
spełniona! 

Sekundę później poparł ją Emlyn: 
- Zatrzymaj się, Cavenaugh. Bo jak nie, to zastrzelę tę 

kobietę! 

background image

1 9 6 CZARODZIEJKA... 

- Którą? - zapytał Darius znudzonym tonem. - Bo w tej 

chwili mam kłopoty ze wszystkimi trzema. 

Mówiąc to, puścił jednak Kimberly, zszedł z łóżka i stanął 

na wprost Emlyna. 

Odurzający dym wciąż snuł się po pokoju. Nieco rozrze­

dzony, gdyż okno pozostało otwarte, ale nadal czuć było 
cierpki zapach kadzidła. 

Kimberly siedziała na łóżku i patrzyła na grupkę w kory­

tarzu. Czuła, że cała drży. 

- Chcecie mnie zastrzelić? Nie wystarczy wam ta wasza 

moc? A może macie z nią jakieś kłopoty? - zachichotała. 

- Czy to nie jest najgłupszy wykręt, jaki słyszałeś, Darius? 
- mruknęła sennie. 

- Tak - przyznał Cavenaugh ze wzrokiem wbitym w re­

wolwer Emlyna. - Bardzo nędzny wykręt. Kim, nie ruszaj się 
z miejsca. 

- Wyszydziłaś moc o jeden raz za dużo! - wrzasnęła 

Ariel, wznosząc ręce do góry. Szerokie rękawy opadły w dół, 
odsłaniając masę dziwacznych bransoletek. 

- O pani... - zaczął Emlyn - może powinniśmy odłożyć 

to na później? 

- Dajmy tej dziwce nauczkę! - przerwała z furią Zorah. -

O pani, wezwij moc! Niech ją pochłonie ciemność! Niech 
pozna na własnej skórze potęgę mocy! 

Cholera, pomyślał Cavenaugh, a potem, patrząc na Emly­

na, powiedział: 

- Zdaje mi się, że wszystko wymknęło wam się spod 

kontroli. Może jednak powinniście wypowiedzieć służbę? 
Obawiam się, że jeśli ta wasza pani obiecała wam jakieś 
pieniądze, to możecie się z nimi pożegnać. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 9 7 

Emlyn spojrzał na Cavenaugha, a potem na Ariel, która 

wciąż stała z uniesionymi rękami. Miała zamknięte oczy i gro­
teskowo skupioną twarz. Nagle zaczęła śpiewnie recytować: 

- Niech moc, która mieszka w głębi ciemności, wyjdzie, 

by odpowiedzieć na wezwanie tej nędznej istoty z krainy 

światła. Niech ten, który mieszka na krańcach wszechświata i 
w środku ziemi, powstanie, by zniszczyć to nieroztropne 
stworzenie... 

Zorah, jak zafascynowana, wpatrywała się w śpiewającą 

Ariel. 

- Darius... - zaczęła Kimberly, ale zaraz ugryzła się 

w język. 

Ta kobieta to po prostu wariatka. Wydawała się groźna 

wyłącznie dlatego, że wszyscy wokół byli zaczadzeni dy­
mem. Teraz jedyną osobą, która miała władzę, był ten facet 
z bronią. Zrobił, co prawda, bardzo nieszczęśliwą minę, ale to 

jeszcze nie znaczyło, że stał się przez to choć trochę mniej 

niebezpieczny. 

- O pani - zaczął znowu Emlyn - myślę, że lepiej to 

odłożyć na inną okazję. 

- Zamknij się! - syknęła Zorah. 
Głos Ariel stawał się coraz potężniejszy. 
- Kto mnie słyszy, niech mnie wysłucha, niech tu przyj­

dzie, jak nakazuje starożytny zakon. Niech będzie z nami 
moc! - wołała Ariel. 

- Usłysz ją! - zawtórowała Zorah. W oczach jej zapłonął 

fanatyczny ogień. - Jako jej prawa ręka, ja także wzywam moc! 

Kimberly zadrżała. Może z zimna, a może z powodu śpie­

wu Ariel. Wciąż jednak siedziała na łóżku, tak jak jej kazał 
Darius. 

background image

1 9 8 CZARODZIEJKA.. 

- Zorah - odezwał się Emlyn, wyraźnie zaniepokojony 

- dobrze ci radzę, każ jej przestać. Teraz trzeba się raczej 

zająć tą parą. Powiedz jej, że później przyjdzie pora na czary. 

Zorah odwróciła się z furią i spojrzała na niego rozognio­

nym wzrokiem. 

- Milcz! Jesteś tylko zwykłym śmiertelnikiem. Nigdy nie 

zrozumiesz mocy, której służysz. Zostaw moją panią w spo­
koju! 

Jakby nie słysząc ich kłótni, Ariel ciągnęła dalej: 
- Pradawne magiczne siły, ja, Ariel, wzywam was z głębi 

ciemności, z najdalszych zakątków próżni, wyjdźcie i ukaż­
cie się... 

Darius spojrzał ukradkiem na Kimberly. Siedziała spokoj­

nie na łóżku i sprawiała wrażenie na wpół zahipnotyzowanej 
monotonnym śpiewem Ariel. Całe szczęście, pomyślał. Nie 
chciał, żeby mu przeszkodziła w następnym kroku. 

- Czas nadszedł! - wykrzyknęła w ekstazie Ariel. - Du­

chy przestworzy, wypełnijcie ten dom. Sprowadźcie ogień, 
ciemność i zniszczenie... 

- Zorah - warknął Emlyn - mam już tego dość! Babie 

pomieszało się w głowie. Każ jej przestać! 

- Ty też zapłacisz za brak szacunku i nieposłuszeństwo 

- obiecała mu Zorah. - Tylko ja i moja pani zostaniemy przy 

życiu! 

- Teraz! - krzyczała Ariel. - Teraz! Niech to się stanie 

teraz! 

- Teraz! - zawtórowała w uniesieniu Zorah, wyrzucając 

ręce w górę. 

W tym momencie Emlyn stracił cierpliwość. Wychylił się 

i szarpnął Ariel za rękę. 

background image

CZARODZIEJKA...  1 9 9 

- Zamknij się, głupie babsko! 
- Nie dotykaj jej! - zawyła Zorah. - Nie czujesz, że na­

pływa moc! 

A niech sobie napływa, pomyślał Darius i zobaczył, że 

cała uwaga Emlyna skupiła się na Ariel i Zorah. Podobna 
okazja może się już nie nadarzyć. 

Szybkim ruchem sięgnął za pasek od spodni i wyciągnął 

małe, metalowe pudełeczko, które ukrył tam jeszcze w samo­
chodzie. 

- Nadszedł już czas! - wykrzyknęła Ariel. 
- Niech się stanie moc! - wtórowała Zorah, próbując od­

sunąć na bok Emlyna. 

- Macie, czego chciałyście, moje panie - mruknął Darius. 

Położył pudełeczko na podłodze i popchnął je w kierunku 

stojącej trójki. 

W chwilę później pokój zalała fala oślepiającego światła. 

Wszyscy z krzykiem zakryli oczy. Darius przezornie zdążył 
zrobić to wcześniej. Policzył do pięciu i odsłonił twarz. 

Światło nie było już tak ostre, ale zawarta w pudełeczku 

chemiczna substancja nie przestała świecić. Nie patrząc na 
pudełko, Darius w kilku krokach pokonał odległość dzielącą 
go od oszołomionej trójki. 

Dopadł Emlyna, który wypuścił z rąk rewolwer i wrzeszczał 

jak opętany. Obok stała Zorah i także przeraźliwie krzyczała. 

- Moje oczy! Moje oczy! - wył Emlyn. - Ratunku! Nic 

nie widzę! 

Ariel zastygła bez ruchu, z rękoma wyciągniętymi przed 

siebie w obronnym geście. Chwilowo oślepiona, wpatrywała 
się nie widzącymi oczyma w coś, co - jak sądziła - sama 

rozpętała. 

background image

2 0 0 CZARODZIEJKA... 

Kimberly nadal siedziała nieruchomo na łóżku, z twarzą 

w dłoniach. 

- Cavenaugh! 
- Jestem tu, Kim. Wszystko w porządku. Za chwilę odzy­

skasz wzrok. 

- O mój Boże, co to było? - Kimberly opuściła ręce 

i zwróciła twarz w stronę, z której dochodził jego głos. 

Darius spojrzał na swoją odważną czarodziejkę. 

- Nie bój się, kochanie. W pełni kontroluję sytuację. 

Mam pistolet Emlyna. 

- Nic nie widzę! - Kimberly zamrugała oczami 
- To reakcja na ostre światło. Zaraz ci przejdzie. 

Darius chwycił Emlyna i zaczął krępować mu ręce za 

plecami, używając do tego sznura, którym ten przewiązał się 
w pasie. Jako następną związał oszołomioną Ariel. Właśnie 
wziął się za Zorah, kiedy Kimberly wstała i zrobiła kilka 
chwiejnych kroków. 

- To ci się udało - powiedziała, mrugając oczami. Wciąż 

sprawiała wrażenie lekko oszołomionej. - Moje gratulacje! 

Nie widziałam, że masz taką niesamowitą moc. 

Darius roześmiał się i skończył wiązać Zorah. 
- Dużo się nauczyłem, kiedy prowadziłem moją firmę 

eksportowo-importową. 

- Ach tak. Zdaje mi się, że już raz cię o to pytałam, ale nie 

dostałam odpowiedzi. Mogę wiedzieć, co tak naprawdę im­
portowałeś? 

- Później ci powiem. Jak tam twój wzrok? 
Potrząsnęła głową i podniosła na niego oczy. 
- Chyba już w porządku. O Boże, co to takiego było? 
- Chemiczna substancja, która wchodzi w reakcję z tle-

background image

CZARODZIEJKA...  2 0 1 

nem. Po rozbiciu pudełka następuje wybuch, któremu towa-
rzyszy oślepiający błysk. 

- Coś jakby mała bomba? - zapytała Kimberly z prze­

rażeniem. - Mogłabym wykorzystać ten pomysł w mojej 

książce. 

- Nie mam nic przeciwko temu. A jak się czujesz, ko­

chanie? 

- Dziwnie. 
- To widać. Przynieś wody z łazienki i zalej węgle. Ten 

dym nam wszystkim szkodzi. 

Kimberly spojrzała na piecyk i posłusznie skinęła głową. 

Poszła do łazienki i po chwili wróciła ze szklanką wody, 
którą zalała gorące węgle. Rozległ się głośny syk. Buchnęła 
para. 

- Teraz musimy wezwać policję. 

Kimberly ruszyła w stronę drzwi. Kiedy mijała Ariel, 

przystanęła na chwilę. Oczy starszej kobiety wypełniły łzy. 

- Popatrz, ona płacze. 
- A niech sobie płacze. Chodź, trzeba zadzwonić. 

- Jakie to smutne - mówiła kilka godzin później Kimber­

ly, wyjmując z kredensu butelkę rieslinga z winnicy Cave-
naughów. - Ciotka Milly będzie zdruzgotana, kiedy się do­
wie, że Ariel ją oszukiwała. 

Darius sięgnął po korkociąg. Otworzył butelkę i zaczął 

rozlewać wino do kieliszków. 

- Mnie też jest dość głupio. Jak to możliwe, że nikt z nas 

nie zorientował się, co za ziółko z tej Ariel? - Zaklął pod 
nosem i pociągnął długi łyk wina. - Czuję się jak ostatni 
głupiec. 

background image

2 0 2 CZARODZIEJKA... 

Kimberly spojrzała na niego zza długich rzęs. Nareszcie 

byli sami. Po długich wyjaśnieniach i przesłuchaniach policja 

zabrała Ariel i jej towarzyszy. 

- Wiem, jak się czujesz - powiedziała miękko, podnosząc 

w górę kieliszek. - Ale tak naprawdę nikt się na niej nie 
poznał. 

Darius spojrzał na Kim zgnębionym wzrokiem. 
- Pokpiłem sprawę. Przecież to ja miałem zadbać o bez­

pieczeństwo twoje i mojej rodziny. 

- Bzdura - zaprzeczyła Kimberly, stawiając przed nim 

talerz z serem i pieczywem. - Przecież nas uratowałeś. Je­
stem ci za to bardzo wdzięczna. - Podeszła do foteli ustawio­
nych przy kominku. - Wiesz, co miało mnie spotkać tej no­
cy? Miałam być pierwszą gwiazdą ceremonii ofiarnej, odpra­
wianej przez Ariel. To wątpliwy zaszczyt być królikiem do­
świadczalnym czarownicy. - Otrząsnęła się, a potem z wes­
tchnieniem ulgi usiadła w fotelu. 

Darius dorzucił drew do ognia i stał przez chwilę, wpatru­

jąc się w płomienie. 

- Na pewno dobrze się czujesz? 
- Co? Ach, chodzi ci o to, czy nie odczuwam jakichś 

skutków działania tych ziół, którymi zaczadziła mnie Ariel? 
Wszystko w porządku, naprawdę. Umysł mam trzeźwy jak 
zawsze. 

- Nie wiem, czy to dobra wiadomość. 
- Mój biedny Cavenaugh - westchnęła Kimberly. - Mia­

łeś ostatnio bardzo ciężkie przeżycia, prawda? A wszystko 
przeze mnie. 

- Nie tylko ja miałem dziś kłopoty z kobietami. Muszę 

przyznać, że w pewnym sensie współczuję Emlynowi. 

background image

CZARODZIEJKA...  2 0 3 

- Komu?Emlynowi?! 
- On tylko udawał, że wierzy w te wszystkie czary. Tak 

naprawdę wziął udział w porwaniu Scotta, bo sądził, że plan 
Ariel się powiedzie. A kiedy nic z tego nie wyszło, dał sobie 
wmówić, że ona ma jeszcze inny pomysł. Myślę, że doświad­
czył ciężkiego szoku, kiedy się przekonał, że ma do czynienia 
z wariatką. 

- Ciekawe, gdzie on i Zorah poznali Ariel. 
- Policja też chciałaby to wiedzieć. Obiecali mnie zawiado­

mić, jak tylko wycisną całą prawdę z tej trójki. Pierwsze, co będą 
musieli ustalić, to prawdziwe nazwiska Emlyna i Zorah. 

- Te ich pseudonimy brzmią na mój gust zbyt teatralnie 

- powiedziała Kimberly. - Chciałabym też wiedzieć, jak do­

szło do tego, że Ariel i ciotka Milly tak się zaprzyjaźniły. 

- Poznały się w klubie dla pań. Pamiętam, jak ciotka Mil­

ly zachwycała się Ariel i opowiadała mi o jej wręcz „magicz­
nej" wiedzy zielarskiej. 

- Ariel rzeczywiście zna się na ziołach jak nikt. Podejrze­

wam, że przestudiowała wszystkie księgi na ten temat. Ona 
naprawdę wierzy, że otrzymała magiczną moc i została wy­
brana strażniczką wiedzy tajemnej. Będę musiała opisać ją 
w swojej książce... 

- Tylko nie angażuj się osobiście w jakieś czary - ostrzegł 

Darius z groźną miną. 

W odpowiedzi Kimberly ziewnęła, ledwo zasłaniając usta. 
- O Boże, jestem śmiertelnie zmęczona. Ty pewnie też. 
- Tak. To była jednak zwariowana noc. Nawet jak na 

kogoś takiego jak ja - westchnął. 

Kimberly uśmiechnęła się, a potem spojrzała na niego 

z powagą w oczach. 

background image

2 0 4 CZAR0DZIEJKA... 

- Na szczęście już po wszystkim. Spełniłeś swoją obietni­

cę, a nawet więcej. Byłeś mi coś winny i spłaciłeś swój dług. 
Chcę, żebyś o tym wiedział. Teraz nie masz w stosunku do 
mnie żadnych zobowiązań. Jesteśmy skwitowani - mówiąc 
to, chciała dać mu do zrozumienia, że może czuć się wolny. 
- Spełniłeś obietnicę- powtórzyła raz jeszcze. 

- Obietnicę, że będę o ciebie dbać? Kim, o tym właśnie 

chciałbym z tobą porozmawiać. - Darius podszedł do fotela 
i rozsiadł się w nim wygodnie. 

Kimberly patrzyła na niego w skupieniu. Lubiła go obser­

wować. Miał w ruchach tyle męskiej gracji. Nawet kiedy 
zasiadał w fotelu. 

- O czym tu mówić? - zapytała sztucznie beztroskim to­

nem. - Było, minęło. A ty wywiązałeś się z obietnicy. Ocali­
łeś mi życie. I to praktycznie bez mojej pomocy - dodała 
z westchnieniem. 

- O nie, ty też masz w tym swój udział. 
Kimberly wypiła łyk wina. 

- Dzięki, że przybyłeś mi na pomoc - powiedziała, nie 

patrząc mu w oczy. 

- Przecież ci przyrzekłem, że otoczę cię opieką. I to 

w każdej formie - odparł. 

- Ale dlaczego? 
- Dlaczego? - zdumiał się Darius. - Z wielu powodów. 

Po pierwsze dlatego, że uratowałaś Scotta, a po drugie, bo 

jesteś moją... 

- Nie o to mi chodzi. Chciałam zapytać, czemu przyje­

chałeś za mną z San Francisco. 

- Ach, o to ci chodzi. - Darius zawahał się. - Także 

z wielu powodów. Zeszłej nocy nie mogłem zasnąć. Prawdę 

background image

CZARODZ1EJKA...  2 0 5 

mówiąc, w ogóle nie spałem. Gdzieś tak około drugiej nad 
ranem zacząłem się niepokoić. 

- Znowu telepatia? - roześmiała się Kimberly. 
- To nie była telepatia, tylko rozterki człowieka, który 

doszedł do wniosku, że postąpił źle. 

Kimberly spojrzała na niego podejrzliwym wzrokiem. 
- Masz na myśli sposób, w jaki zaaranżowałeś spotkanie 

z moimi dziadkami? 

- Źle to wymyśliłem, Kim. Przyznaję się bez bicia. I nie 

mam nic na swoje usprawiedliwienie. Może tylko moje dobre 
chęci i przekonanie, że postępuję właściwie. Myślałem... 
myślałem, że kiedy otrząsniesz się z szoku i spojrzysz na to 
z właściwej perspektywy, sama dojdziesz do wniosku, że 
miałem rację. Teraz widzę, że nie powinienem podejmować 
decyzji za ciebie. 

- Czy to było dla ciebie takie ważne, żebym się spotkała 

z dziadkami? - zapytała cicho Kimberly. 

- Tak - odparł Darius. - Wydawało mi się, że oni są 

ostatnią przeszkodą na naszej drodze. 

- Naprawdę tak cię to męczyło, że twoja partnerka seksu­

alna miała blokadę psychiczną tam, gdzie w grę wchodziły 
stare, dostojne rodziny? 

Darius patrzył na nią tak długo, aż wreszcie oderwała 

wzrok od ognia i spojrzała mu w twarz. Jego szmaragdowe 
oczy lśniły gorączkowym blaskiem. 

- Nie obchodziło mnie to, co myśli moja aktualna part­

nerka na temat rodziny. Interesowało mnie wyłącznie to, co 
myśli o tym moja przyszła żona. 

- Twoja przyszła żona! 
- Proszę cię o rękę, Kimberly. Od dawna nosiłem się 

background image

2 0 6 CZARODZIEJKA... 

z tym zamiarem, ale chciałem to zrobić po twoim spotkaniu 
z dziadkami. 

Kimberly westchnęła niepewnie i mocno ścisnęła w pal­

cach kieliszek. Patrzyła teraz na Dariusa szeroko otwartymi 
oczami. 

- Masz przesadne poczucie obowiązku. Nie musisz posu­

wać się aż tak daleko. 

- Wiem, że małżeństwo raczej cię nie interesuje - odparł 

Darius łagodnym tonem. - Przez całe lata świetnie sobie ra­
dziłaś bez tego, co ludzie zwykli nazywać rodziną. Nie spo­
dziewam się, żebyś po tym wymuszonym spotkaniu z dziad­
kami zmieniła nagle zdanie. Zwłaszcza że w grę wchodzi 
małżeństwo z aroganckim, apodyktycznym mężczyzną, któ­
ry czuje się głową rodziny. Wiem, że jeśli dasz nam szansę, 
będzie nam dobrze pod wieloma względami, nie tylko w łóż­
ku. Wiem również, że nie mogę instalować dożywotniej ko­
chanki w swoim domu. Mogę, co prawda, udawać, że jesteś 
moim gościem, ale to tylko chwilowe rozwiązanie, bo wkrót­
ce wszyscy zaczęliby się dopytywać, kiedy mam zamiar się 
z tobą ożenić. A pierwszym domagającym się wyjaśnień był­

by twój dziadek. 

- Nie obchodzi mnie, co sobie pomyślą moi dziadkowie. 
- Chyba jednak trochę cię obchodzi. - Zapadła cisza. -

Kiedyś powiedziałaś mi, że mnie kochasz. Wiem, że po tym, 

jak zmusiłem cię do spotkania z dziadkami, mogłaś nabrać 

wątpliwości. 

- Rozważałam to - przyznała Kimberly. 
Przypomniała sobie, że będąc pod wpływem kadzidła pró­

bowała powiedzieć Dariusowi, że popełniła błąd. On jednak 
miał wtedy inne sprawy na głowie. Dlatego nie zdążyła mu 

background image

CZARODZIEJKA...  2 0 7 

wyznać, że kocha go pomimo tego, co zaszło w San Franci­

sco. A zresztą, może i dobrze się stało. Przecież tak naprawdę 
nadal nie wiedziała, co czuje do niej Darius. 

Stwierdził wprawdzie, że chce się z nią ożenić, ale to 

wcale jeszcze nie musi oznaczać, że ją kocha. Owszem, po-
ciągała go, a także czuł się zobowiązany. A może również 
uznał, że jako dobra organizatorka pomoże mu zapanować 
nad tą jego rozpuszczoną rodziną. Co takiego powiedział 
Starke? Że Darius potrzebuje energicznej kobiety, która od 
czasu do czasu broniłaby go przed jego własnym poczuciem 
obowiązku. 

- Gdy tak tu sobie siedzimy, przychodzi mi na myśl wie­

czór, kiedy to przyjechałem po ciebie, po twoich głuchych 
telefonach - odezwał się Darius. - Byłaś wtedy równie spło­
szona i nieufna jak teraz. 

On ma rację, pomyślała Kimberly. Tym razem także jest 

nieufna. Tyle że z zupełnie innych powodów. Już samo to, że 
zakochała się w Dariusie Cavenaughu, było niebezpieczne. 
Stała się przez to wrażliwa jak nigdy dotąd. I jak nigdy dotąd 
pragnęła zajrzeć w głąb jego duszy. Chciała wiedzieć, o czym 
myśli, co czuje. Kiedy wreszcie się w niej zakocha? I czy to 
w ogóle kiedyś nastąpi? Być może jego uczucia pozostaną na 
zawsze kombinacją poczucia obowiązku, odpowiedzialności 
i czysto fizycznej fascynacji. 

- Sądzę - zaczęła z wahaniem, ostrożnie dobierając sło­

wa - że musimy mieć więcej czasu. 

Ku jej zdumieniu Darius skinął głową i podniósł kieliszek 

do ust. 

- Zgadzam się z tobą. Potrzebujemy czasu, żebyś mogła 

mnie lepiej poznać i zrozumiała, że możesz mi ufać. Niestety, 

background image

2 0 8 CZARODZIEJKA... 

czas to coś, czego nigdy nie mam w nadmiarze, i nie zawsze 
mogę nim dysponować tak, jakbym chciał. Mieszkałaś 
u mnie w domu przez kilka dni. Wiesz, jak to wygląda. Za­
wsze ktoś albo coś domaga się uwagi. Trudno mi będzie 
wyrwać się na weekend, żeby móc się z tobą zobaczyć. A po­
za tym, nie chcę ograniczać naszych kontaktów tylko do 
weekendów. 

- Życie wypełnione obowiązkami - powiedziała Kimber-

ly bardziej do siebie niż do niego. 

- Takie życie wybrałem, Kim. A może raczej to ono mnie 

wybrało. Nie wiem, i nie ma to żadnego znaczenia. Takie jest 
życie. I ja taki jestem. - Jego głos brzmiał szorstko, a zielone 
oczy spoglądały na nią badawczo. 

- I chcesz, żebym dzieliła z tobą to życie? 
- Myślę, że możesz być w tym wszystkim szczęśliwa, 

jeżeli tylko zechcesz spróbować. Wiem, że będzie to dla 

ciebie odmiana i będziesz musiała się przystosować. Udo­
wodniłaś już, że potrafisz sobie poradzić ze wszystkim i ze 
wszystkimi. To ty zapanowałaś nad chaosem w moim domu, 
a nie on nad tobą. Nagle okazało się, że wszyscy potrafią się 
zorganizować. Kiedy Julia i Scott się wyprowadzą, będę miał 
mniej obowiązków, a ty więcej spokoju potrzebnego do pra­
cy. To mogę ci obiecać. Może żądam zbyt wiele, ale kobieta, 

która jest na tyle odważna, żeby szydzić z czarownicy, a tak­
że by stawić czoło uzbrojonemu napastnikowi, znajdzie 
w sobie dość odwagi, by zaryzykować zmianę stylu życia. 

- Myślę, że... 
Darius uniósł rękę, nakazując jej milczenie. 
- Pozwól mi dokończyć, Kim. Jak już mówiłem, rozu­

miem, że potrzebujesz więcej czasu, i zamierzam ci go dać. 

background image

CZARODZIEJKA...  2 0 9 

- Ale jak? Sam mówiłeś, że nie możesz zainstalować 

mnie w swoim domu jako dożywotniej kochanki - przypo­
mniała mu, lekko zirytowana tym określeniem. 

- Proszę cię o rękę. W zamian za to dam ci tyle czasu, ile 

tylko zechcesz. 

Przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu, jakby nie 

dotarło do niej znaczenie jego słów. Aż wreszcie ją olśniło. 

- Ach, rozumiem - powiedziała z zażenowaniem. -

Czy... czy to znaczy, że po ślubie będziemy mieli osobne 
sypialnie? 

Darius napił się wina. Kimberly odniosła wrażenie, że 

zbierał się w sobie. 

- Oczywiście, że tak. W ten sposób oszczędziłbym ci 

niepotrzebnych stresów - powiedział po chwili. - Doskonale 
wiem, że dla ciebie seks jest czymś więcej niż... czystą 

. przyjemnością. 

- Przyjemnością? - powtórzyła słabym głosem, zastana­

wiając się, jak w ogóle można określić pójście do łóżka z Da-
riusem Cavenaughem słowem tak banalnym jak „przyje­
mność". - Czy dla ciebie to znaczy tylko tyle? 

- Nie! - Darius ścisnął w ręku kieliszek tak mocno, że aż 

zbielały mu palce. - Dobrze wiesz, że nie tylko. A teraz po­
zwól mi dokończyć! 

Kimberly uniosła w milczeniu brwi. Było jasne, że Darius 

tracił panowanie nad sobą. Zaczęła się zastanawiać, dlaczego. 
Może miało to coś wspólnego z tym, że przez ostatnią dobę 
nie zmrużył oka. 

- Jak już próbowałem ci powiedzieć - ciągnął - zdaję 

sobie sprawę, że kiedy idziesz ze mną do łóżka, dajesz mi... 
dużą część siebie. Mówiąc szczerze, oddajesz mi się całkowi-

background image

2 1 0 CZARODZIEJKA... 

cie i bez reszty. - Spojrzał jej wyzywająco w oczy, jakby 
chciał ją sprowokować, by mu zaprzeczyła, ale Kimberly 
nadal w milczeniu popijała wino. Wobec tego mówił dalej: 
- Czuję, że gdybym prosił cię, żebyś ze mną sypiała, byłoby 
to dla ciebie dodatkowym stresem w okresie, gdy będziesz 
próbowała urządzić się w moim domu jako żona. Gdybyśmy 
ze sobą sypiali, mogłabyś czuć się zbyt zobowiązana w sytu­
acji, kiedy nie jesteś jeszcze całkiem pewna, czy zechcesz 
zostać ze mną na zawsze. 

- A nie wydaje ci się, że już samo istnienie świadectwa 

ślubu będzie stanowiło dla mnie wystarczającą presję? - za­
pytała Kim podejrzanie uprzejmym tonem. - Chcesz mi po­
wiedzieć, że jeżeli uznam, iż małżeństwo z tobą mi nie odpo­
wiada, będę mogła tak po prostu odejść? Że będzie mi wolno 
to zrobić, bo ze sobą nie sypiamy? 

- Nie przekręcaj moich słów, Kim! - Darius odstawił 

z hałasem kieliszek. 

- Wcale ich nie przekręcam. Próbuję tylko zrozumieć ich 

znaczenie! 

Cavenaugh zerwał się na równe nogi i stanął przed komin­

kiem. 

- Moim zdaniem, nie można wyrazić się jaśniej - powie­

dział, mierząc ją rozognionym wzrokiem. - Proszę cię o rękę. 
Przykro mi, jeżeli robię to nie tak, jak trzeba, ale robię to po 
raz pierwszy w życiu. 

- Masz prawie czterdzieści lat i jeszcze nigdy nie prosiłeś 

żadnej kobiety o rękę? - zapytała z niedowierzaniem Kim­
berly. 

- Do czasu przejęcia winnic nie byłem szczególnie zain­

teresowany małżeństwem. W moim życiu brakowało miejsca 

background image

CZARODZIEJKA...  2 1 1 

dla stałej partnerki. A potem ratowanie majątku pochłonęło 
cały mój czas. 

- A teraz doszedłeś do wniosku, że pora się ustatkować, 

tak? Przecież ciąży na tobie dodatkowy obowiązek zapewnie­
nia rodzinie spadkobiercy i dziedzica. Wszyscy tego po tobie 
oczekują. Będziesz potrzebował żony z odpowiednim pocho­
dzeniem, bo tego wymaga twoja pozycja i twój wizerunek. 
A ja, oczywiście, mam już teraz odpowiednie pochodzenie. 
Dzięki tobie, bo to ty odnalazłeś moich dziadków. 

Darius spojrzał na nią, mrużąc groźnie oczy. 
- Ostrzegałem cię, żebyś nie przekręcała moich słów, 

Kim. 

- Ja tylko próbuję wyjaśnić wszystkie szczegóły - powie-

działa, czując że ogarniają złość. - Wiem już, co ty będziesz 
z tego miał, nie wiem za to, co ja będę z tego miała. 

- Potrzebujesz męża! - krzyknął wzburzony Cavenaugh. 

- Czyli mnie! 

- Doprawdy? 

Podszedł do niej, a w jego wzroku malowała się determi-

nacja. Nachylił się nad Kimberly, chwycił ją za rękę i pociąg­
nął tak, by wstała. Patrząc na niego, pojęła, że posunęła się za 
daleko. 

- Zaczekaj...! 

Objął ją w talii i mocno przytulił. 

- Ty mała wiedźmo - mruknął - nigdy nie wiesz, kiedy 

przestać. Czy wyobrażałaś sobie, że będziesz tak siedzieć 

i bez końca mnie prowokować? 

Zanim zdążyła odpowiedzieć, usta Dariusa opadły na jej 

usta. Stała uwięziona w jego ramionach, a on wyładowywał 
na niej całą swoją frustrację. Determinacja, z jaką ją całował, 

background image

2 1 2 CZARODZIEJKA... 

była bardziej wymowna niż słowa. Kimberly zrozumiała, że 

Darius jest u kresu sił. 

Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że instynkt naka-

zywał Kimberly raczej poddać się, niż opierać. Gdy zapragnął 

zakosztować jej ust, rozchyliła je posłusznie i przylgnęła do

 : 

niego całym ciałem. Darius podniósł ręce i ujął w dłonie jej 

twarz. Jęknął głucho, owładnięty pożądaniem. Pragnął Kimber­

ly, a ona o tym wiedziała z pewnością, która nie potrzebuje słów. 

Całowali się długo i zachłannie. Wreszcie z piersi Kimber­

ly wyrwał się cichy jęk. 

- Posiadłaś szczególny talent doprowadzania mnie do 

szaleństwa - wyszeptał z ustami w zagłębieniu jej szyi. 

- Posłuchaj - zaczęła go błagać resztką sił - to, co robimy 

jest niebezpieczne. Żadne z nas nie jest w tej chwili w stanie 

prowadzić sensownej dyskusji na temat naszej przyszłości, 

Przykro mi, jeżeli cię sprowokowałam. Prawda jest taka, że 

nam obojgu potrzebny jest teraz odpoczynek i... i trochę 

czasu do namysłu. Jesteśmy kompletnie wyczerpani. Ostatnia 

doba obfitowała w dramatyczne przeżycia. 

- Próbowałem rozsądnej rozmowy - zaoponował Darius, 

rozpinając jednocześnie jej bluzkę. - Próbowałem też stwo-

rzyć ci sytuację, w której nie czułabyś się zagrożona. Ale ty 

postanowiłaś iść w zaparte. 

- To nieprawda! 

- Owszem, prawda. Znam jeden sposób na to, żebyś prze-

stała ze mną walczyć. Jak już wcześniej mówiłem, kiedy 

jesteś w moich ramionach, przestajesz stawiać mi opór. Wo­

bec tego będę się z tobą kochać tak długo, póki nie powiesz 

„tak". Aż będziesz rozpalona i bezwolna. Moja i tylko moja. 
- Darius wsunął ręce pod rozsunięte poły jej bluzki. 

background image

CZARODZIEJKA...  2 1 3 

- Czy tego właśnie mogę się spodziewać, jeśli przyjmę 

twoje oświadczyny? Czy jeżeli wyjdę za ciebie za mąż, 

z miejsca zapomnisz o tym, że obiecałeś dać mi trochę czasu 
i zaczniesz egzekwować swoje prawa małżeńskie? 

Zapadła cisza. Kimberly uświadomiła sobie, że czeka, 

wstrzymując oddech. Darius uniósł głowę i spojrzał na nią 

posępnym, zagadkowym wzrokiem. 

- Potrafisz nieźle balansować na linie, moja pani. - Opu-

ścił ręce, cofnął się o krok i stanął przy kominku. - Idź lepiej 
do łóżka, Kim - mówił dalej z nienaturalnym spokojem. - Ja 
prześpię się tutaj, na kanapie. Wiem, gdzie trzymasz pościel. 

Kimberly drżała ze zmęczenia i z podniecenia. Czuła, że 

Darius jest bliski wybuchu, ale ostatkiem sił stara się opano-
wać. Zadała sobie pytanie, co to za uczucia usiłował w sobie 
stłumić i nagle zrobiło jej się go żal. Gorąco zapragnęła go 
pocieszyć. Zaraz jednak odezwał się w niej instynkt samoob­
rony. Darius potrafił ją zranić jak nikt na świecie. A ona wciąż 
nie była pewna, co tak naprawdę do niej czuje. 

Stał teraz zwrócony do niej tyłem. Patrząc na jego plecy, 

pomyślała, że żądał od niej, by wzięła na siebie całe ryzyko. 
Choć może to nie do końca prawda. Jego uczucia do niej nie 
były z pewnością powierzchowne. Podpowiadała jej to intuicja. 
I choć tak naprawdę nie potrafiła czytać w jego myślach, wie­

li działa, że jego intencje są jak najszczersze. Jako mąż Darius 

będzie silny, odpowiedzialny, godny zaufania i honorowy. 

A ona przecież go kocha. 
- Cavenaugh - wyszeptała - zostanę twoją żoną. 
Odwrócił się i przeszył ją przenikliwym wzrokiem, ale nie 

ruszył się z miejsca. Kimberly czuła, jak narasta między nimi 

• jakieś dziwne napięcie. 

background image

2 1 4 CZARODZIEJKA... 

- Jesteś tego pewna, Kimberly? Jeżeli nie, to lepiej się 

zastanów, bo rano nie pozwolę ci już zmienić zdania. 

Kimberly pokręciła głową. 

- Nie bój się, nie zmienię zdania. 
Darius wziął głęboki oddech, a potem lekko skinął głową. 
- Zrobię wszystko, żebyś była szczęśliwa, Kim. 
Mimo zdenerwowania, Kim uśmiechnęła się. 
- Wiem, a ja dołożę wszelkich starań, żeby być dla ciebie 

dobrą żoną. 

Stali przez chwilę w milczeniu, rozważając złożone sobie 

nawzajem obietnice. W pewnym momencie Kimberly od­
wróciła się i wolnym krokiem ruszyła do sypialni. 

- Dobranoc - powiedziała. Nic innego nie przyszło jej do 

głowy. Czuła, że Darius nie zamierza za nią pójść. 

- Dobranoc, Kim. 
Była już przed drzwiami sypialni, kiedy znowu się ode­

zwał. 

- Kim? 
Podniosła głowę. Czyżby zmienił zdanie i chce spędzić 

z nią tę noc? Jeżeli tak, to będzie mile widziany. Bo ona 
powita go całym sercem. 

- Myślę, że powinnaś zaprosić dziadków na ślub. 
Kimberly zacisnęła usta i wzniosła oczy do nieba. 
- Nigdy nie wiesz, kiedy powiedzieć „stop", Cavenaugh 

- stwierdziła, po czym z hukiem zatrzasnęła za sobą drzwi. 

background image

ROZDZIAŁ 11 

Starke zrezygnował z lampki weselnego szampana i przez 

cały wieczór raczył się whisky. Wreszcie Kimberly uznała, że 
wypił już dość, żeby wprawić się w nastrój filozoficzny. 
W pewnej chwili, gdy na moment została sama, postanowiła 
z nim porozmawiać. 

Zebrała fałdy ślubnej sukni i z kieliszkiem szampana w rę­

ku przecięła zatłoczony salon. 

- Dobrze się bawisz? - zapytała z uśmiechem. 

Surową twarz Starke'a rozjaśnił szczery uśmiech. 

- Możesz mi wierzyć albo nie, ale w całym moim życiu 

jest to dopiero drugie wesele na którym się bawię. 

- A czyje było to pierwsze? 
- Moje własne. 
- Ach, tak. - Kimberly zawahała się niepewna, czy wypa­

da dalej go wypytywać. - Prawdę mówiąc, trudno mi sobie 
wyobrazić ciebie w roli małżonka. 

- Mnie też było dość trudno. Byłem wtedy bardzo mło­

dy. Miałem dziewiętnaście lat, a moja dziewczyna powie­
działa mi, że jest w ciąży. - Starke wzruszył masywnymi 

background image

2 1 6 CZARODZlEJKA... 

ramionami. - Więc zrobiłem to, co uważałem za swój obo­
wiązek. 

- No i co, była w ciąży? - odważyła się zapytać Kimberly. 
- Nie. A potem, już jako moja żona szybko doszła do 

wniosku, że małżeństwo to nie jest to, o co jej chodziło. 

Zwłaszcza gdy ma się dziewiętnaście lat i jest się bez grosza. 
Pół roku później rozwiedliśmy się za obopólną zgodą. 

- Rozumiem. 
Starke spojrzał na nią podejrzliwie. 
- Ejże, tylko nie próbuj doszukiwać się tu jakichś ana­

logii. Jeżeli spodziewasz się dziecka, Darius będzie za-, 
chwycony! 

Kimberly poczuła, że rumieniec oblewa jej policzki. Szyb­

ko przeniosła wzrok ze Starke'a na grupkę mężczyzn stoją­
cych w przeciwnym rogu salonu. Darius, niezwykle elegan­
cki w smokingu i stosownej doń koszuli, był duszą rozbawio­
nego towarzystwa. 

Co chwila musiała sobie przypominać, że jest już jego 

ślubną żoną. Związaną z nim przysięgą oraz złotą obrączką. 

Wciąż jednak nie była pewna jego uczuć i myśli. Te wątpli­
wości szczególnie dręczyły ją tego właśnie dnia. 

Nic zresztą dziwnego, że czuła się tak niepewnie. Przez 

ostatnie sześć tygodni widywali się raczej rzadko. Kimberly 
mieszkała w domku nad morzem i kończyła „Wendetę", 
a Darius odwiedzał ją tylko w weekendy. Kiedy zostawał na 
noc, sypiał w salonie na kanapie. A parę razy przy tej okazji 
pocałował ją na dobranoc pod drzwiami sypialni. 

Kimberly nie do końca rozumiała jego wstrzemięźliwość, 

a także pełen szacunku dystans, z jakim ją traktował. Musiało 
to mieć coś wspólnego z jego postanowieniem, by nie wywie-

background image

CZARODZIEJKA...  2 1 7 

rać na nią presji. Wciąż jednak zadawała sobie pytanie, czy 
Darius zamierza spędzić ich poślubną noc sam, w swojej 
własnej sypialni. Trudno stwierdzić, dokąd doprowadzi go 

jego poczucie obowiązku i odpowiedzialność. 

- Kim? - W głosie Starke'a zabrzmiała nuta niepokoju. 

- Nie miej takiej smutnej miny. Zobaczysz, że Darius będzie 

zachwycony. 

- Czym? - Kimberly oderwała wzrok od ostro zarysowa­

nego profilu męża. 

- Tym, że będziesz miała dziecko. 
- Miło mi to słyszeć - powiedziała sztucznie rozradowa­

nym tonem. - Ale tak się akurat składa, że nie jestem w ciąży. 

- Och, jaka szkoda. Darius powinien mieć kupę dzie­

ciaków. 

- Żeby odziedziczyły po nim nazwisko Cavenaugh? - su­

cho zapytała Kimberly. 

- Nie. Dlatego, że byłby fantastycznym ojcem. 
Kimberly znowu spojrzała na męża. 
- Tak uważasz? 
- Tak. A twoi dziadkowie też nie mieliby nic przeciwko 

prawnukom. Popatrz, jak dobrze się dziś bawią. - Starke 
spojrzał z zadowoleniem na Wesleya Marlanda i jego żonę, 
którzy stali na drugim końcu salonu, pogrążeni w ożywionej 
rozmowie z ciotką Milly oraz grupką jej przyjaciół. Starke 

miał rację. Starsi państwo byli zachwyceni ślubem i rozczu­
lająco wdzięczni za zaproszenie. No i to prawda, że marzyli 
o prawnukach. 

- To Darius kazał mi ich zaprosić - wyznała Kim po 

kolejnym łyku szampana. - Albo raczej gorąco mnie nama­
wiał, żebym ich zaprosiła. 

background image

2 1 8 CZARODZIEJKA... 

- Darius zawsze lubi, jak wszystko jest zapięte na ostatni 

guzik - powiedział Starke. - Taki już jest. A jak układają się 
twoje stosunki z Marlandami? 

- Można powiedzieć, że charakteryzuje je ostrożna 

uprzejmość - przyznała szczerze Kimberly. 

- Spójrz na to z innej strony - doradził jej Starke. - Nie­

którzy ludzie nie utrzymują nawet takich stosunków z ro­
dziną. 

- Chyba masz rację. 
- Naprawdę ich nienawidzisz? 
Kimberly zastanowiła się nad tym przez ułamek sekundy, 

a potem zaprzeczyła ruchem głowy. 

- Nie. - I rzeczywiście. Wciąż nie potrafiła powiedzieć, 

co czuje do dziadków, ale jedno wiedziała na pewno: nie 
żywiła do nich nienawiści. Może po prostu była do tego 
stopnia zakochana w Dariusie, że nie zostały jej już żadne 
uczucia, które mogłaby zmarnować na coś równie bezuży­
tecznego jak nienawiść. 

- Mówiłem temu idiocie, mojemu przyjacielowi, że nie 

powinien zmuszać cię do spotkania z tymi ludźmi - poinfor­
mował ją Starke, sącząc whisky. - Może jednak to on miał 
rację. Może to był najlepszy sposób na rozwiązanie waszych 
problemów. W końcu z doświadczenia wiem, że Dariusa 
rzadko zawodzi intuicja. 

- No, jeżeli jeszcze raz zrobi mi taką niespodziankę, udu­

szę go gołymi rękami. 

- Zapewniam cię, że przez dłuższy czas będzie się bał 

zaryzykować - pocieszył ją Starke. - Od sześciu tygodni ob­
chodzi się z tobą jak z jajkiem. 

Kimberly przygryzła wargę. Starke miał rację, a co gor-

background image

CZARODZIEJKA...  2 1 9 

sza, wcale nie była pewna, czy nadal życzy sobie, by Darius 
traktował ją w ten sposób. Postanowiła zmienić temat. 

- Wygląda na to, że ciotka Milly doszła w końcu do siebie 

po tej strasznej aferze z Ariel. Bałam się, że będzie się obwi­
niać o to, że nie poznała się na swojej przyjaciółce. 

- Darius by jej na to nie pozwolił - rzekł z goryczą Star­

­­ - On po prostu wziął na siebie całą winę. 
- Otak, to chodząca odpowiedzialność - westchnęła 

Kimberly. 

- Ma to we krwi - dodał Starke. - To u niego zupełnie 

naturalne. Tacy już są niektórzy mężczyźni. 

Kimberly rzuciła mu ironiczne spojrzenie. 

- Naprawdę? 
- Tak. Ale wszystko ma swoją cenę. 
- Nie rozumiem. 

Starke zawahał się, jakby szukał stosownych słów, by 

wyrazić swoje myśli. 

- Mężczyźni, którzy nie boją się odpowiedzialności, by­

wają też zazwyczaj... jakby tu powiedzieć... asertywni. 

- Asertywni? - powtórzyła Kimberly, przesadnie akcen­

tując każdą sylabę. - Chciałeś chyba powiedzieć aroganc­
cy i bezczelni. To apodyktyczni, zarozumiali samcy, którzy 
po trupach dążą do tego, żeby sobie wszystkich podporząd­
kować. 

Starke z zadowoleniem pokiwał głową. 

- Tak, coś w tym rodzaju. 
- Nie mówmy o asertywności. Powiedz mi lepiej, czego 

dowiedzieliście się o tym sztylecie. 

Starke wzruszył ramionami. 

- Darius miał rację. Kilku naszych dawnych partnerów 

background image

2 2 0 CZARODZIEJKA.,. 

rozpoznało ten sztylet. Wzór pochodzi sprzed paru stuleci. 
Podobnych sztyletów używała swego czasu w Europie sekta, 
której członkowie nazywali siebie czarownikami. 

- A w jaki sposób sztylet dostał się w ręce Ariel? - spyta-; 

ła Kimberly. 

- Ten konkretny egzemplarz to tylko dość wierna kopia. 

Ariel znalazła wzór w jednej ze swoich ksiąg okultystycz­
nych i zaniosła do człowieka, który zrobił jej taki sztylet. 
Myślę, że uda nam się znaleźć tego faceta. W końcu nie ma tu 
zbyt wielu takich specjalistów. 

- Czy policja dowiedziała się, w jaki sposób Zorah i Em-

lyn zetknęli się z Ariel? 

- Zorah naprawdę nazywa się Charlotte Martin, a pra­

wdziwe nazwisko Emlyna brzmi Joseph Williams. 

Kimberly skrzywiła się. 

- Mało kabalistyczne nazwiska. Myślę, że to Ariel wymy­

śliła im te nowe imiona. 

- Ariel poznała ich, kiedy poszukiwała dostawców ziół do 

swoich eksperymentów. Charlotte miała sklep zielarski i chło­

paka, właśnie Josepha. Biedna Charlotte naprawdę wierzyła, że 
Ariel posiada magiczną moc i że jej tę moc przekaże. Joseph był 
w tym wszystkim znacznie bardziej praktyczny. Zawsze intere­

sowało go tylko jedno - jak szybko zrobić pieniądze. Dlatego 
z miejsca przystał na udział w porwaniu Scotta. Kiedy plan 
spalił na panewce, nadal trzymał się Ariel, bo myślał, że tak czy 
owak uda się wyciągnąć trochę pieniędzy od Dariusa. Gdy Ariel 
doszła do wniosku, że trzeba cię usunąć, bo mogłabyś zidentyfi­
kować Charlotte, także zgodził się wziąć w tym udział. W końcu 
tylko ty widziałaś twarz Charlotte i rozmawiałaś z nią w tym 
domu, gdzie przetrzymywali Scotta. 

background image

CZARODZIEJKA...  2 2 1 

Kimberly wzdrygnęła się. 

- To dlatego wynajęli jakiegoś typa, żeby wykonał za 

nich brudną robotę. To pewnie Ariel wpuściła go tamtej nocy 
na teren posiadłości. 

Starke skinął głową. 
- Na szczęście Ariel uparła się, że wszystko musi się 

odbyć z zachowaniem należytego ceremoniału. Powiedziała 
najemnikowi, że nie zapłaci, jeżeli ten nie ubierze się w habit 
i nie weźmie sztyletu. Podobno facet do tej pory narzeka, że 

to mu poważnie utrudniło zadanie. 

- Pewnie dlatego udało mi się ujść z życiem tamtej no­

cy. - Kimberly smętnie pokiwała głową. - Przecież to istna 
parodia. 

- Opiszesz to w swojej książce? 
- Na pewno. 
- Podobają mi się twoje książki - stwierdził z powagą 

Starke. - Te twoje historie są bardzo ciekawe, tylko Josh 
Valerian to jakiś dziwak. 

- Co masz do Josha Valeriana? - obruszyła się Kimberly. 
- To nie jest autentyczna postać - odparł po namyśle 

Starke. - To znaczy nie ma w tym nic dziwnego, że świetnie 
rozumie bohaterkę powieści. Dziwi mnie co innego - facet 
zawsze czuje to samo co ona i widzi wszystko w tym samym 
świetle. To nie jest normalne. 

- Tak uważasz? - zdumiała się Kimberly. 
- Tak. Przecież Valerian miał być idealnym mężczyzną. 

A mężczyźni patrzą na świat inaczej niż kobiety. Doprowa­
dzał Dariusa do szaleństwa, bo jak prawdziwy mężczyzna 

może wygrać z postacią fikcyjną? 

- Mimo to jakoś mu się udało - mruknęła Kimberly. 

background image

2 2 2 CZARODZIEJKA... 

- Czy Darius o tym wie? 
Kimberly spojrzała na niego zagadkowym wzrokiem. 
- Myślę, że tak - powiedziała z powagą. 
- To czemu traktuje cię z takim przesadnym szacunkiem? 
- Zauważyłeś? 
- Kto by nie zauważył. 
- No właśnie, pewnie wszyscy to widzą - westchnęła 

Kimberly i żeby zmienić temat, postanowiła zadać Starke'o-
wi kilka pytań, które dręczyły ją od dłuższego czasu. Jednym 
spojrzeniem oceniła ilość wypitej przez niego whisky, po 
czym przeszła do ataku. - Zastanawiałam się nad czymś - za­
częła sztucznie beztroskim tonem. 

- Hm? 
- Czym handlowaliście z Cavenaughem, kiedy jeszcze 

miał tę swoją firmę? 

Starke zamrugał oczami jak sowa. 

- Różnymi rzeczami. 
- Jakimi? 
- Takie tam śmieci. Ozdóbki, bibeloty, biżuteria, taki 

złom z całego świata. Darius brał wszystko, co mu się spodo­
bało, i co, jego zdaniem, łatwo dało się sprzedać. 

- Starke, mam dziwne wrażenie, że nie jesteś ze mną do 

końca szczery. 

- Uff, zdaje mi się, że Darius cię szuka... 
- Starke... - Kimberly poddała się. - Przynieś mi jeszcze 

jedną lampkę szampana. 

- Popatrz, co za szczęśliwy zbieg okoliczności - ucieszył 

się nagle Starke, - Darius tu idzie i niesie dwie lampki szam­
pana. 

Zielone oczy Cavenaugha zalśniły intensywnym bla-

background image

CZARODZIEJKA...  2 2 3 

skiem, jak zwykle na widok Kimberly. Mimo to, kiedy się 
odezwał, jego ton był uprzejmie obojętny. 

- Jeszcze trochę szampana, Kim? 
Odpowiedziała mu równie chłodnym uśmiechem, odsta­

wiła pusty kieliszek i wzięła z jego rąk pełny. 

- Chyba czytasz w moich myślach. 
- Robię, co mogę. Starke, przed chwilą natknąłem się na 

Ginny Adams. Szukała cię. 

Kimberly ze zdumieniem spostrzegła, że obojętny zazwy-

czaj Starke lekko się zmieszał. Przesunął rękę wzdłuż kołnie-
rzyka, a potem poprawił krawat. 

- Naprawdę? - Skinął Kimberly głową i mruknął: - Prze-

praszam na chwilę. 

Kimberly patrzyła za nim, jak przepycha się przez tłum ku 

atrakcyjnej pani pod czterdziestkę, stojącej przy drzwiach. 

- Czy to jest Ginny Adams? - zapytała. 
- Tak. Będzie z nich dobrana para. Ginny potrzebuje ko­

goś solidnego i odpowiedzialnego. Mąż porzucił ją rok temu. 

- Ach tak? Nigdy bym nie podejrzewała Starke'a o jakie­

kolwiek romantyczne zapędy. 

- Nie było cię tu przez ostatnie półtora miesiąca, więc nie 

wiesz, co się wydarzyło. A jak tam twoja książka? Skończyłaś 

już „Wendetę"? 

- Nie, ale szybko posuwam się do przodu. 

Kimberly przełknęła szampana. Czuła się dziwne skrępowa­

na w towarzystwie męża. Ostatnio większość ich rozmów wy­
glądała bardzo podobnie - rozmawiali ze sobą uprzejmie, lecz 
obojętnie. Kimberly pocieszała się, że kiedy się pobiorą, wszy­
stko wróci do normy. Teraz jednak w jej duszy zaczęło kiełko­
wać podejrzenie, że sama siebie oszukiwała. 

background image

2 2 4 CZARODZIEJKA... 

- Coś jest nie tak, Kim? 
- Prawdę mówiąc, mógłbyś odpowiedzieć mi na pewne 

pytanie - zaczęła, patrząc mu śmiało w oczy. 

- Pewnie na to, na które Starke nie chciał odpowiedzieć? 

Rozumiem teraz, dlaczego miał taką dziwną minę, kiedy tu 
podszedłem. 

- Ja tylko chciałabym się wreszcie dowiedzieć, czym na­

prawdę handlowaliście. Przecież to proste pytanie. I nie mów 
mi, że to był złom. 

Darius zmierzył ją uważnym wzrokiem. 
- Duża część tak. 
- Ale przecież nie wszystko. 
Zawahał się, a potem wzruszył ramionami. 

- Od czasu do czasu zawieraliśmy i inne transakcje. Byli­

śmy w tej korzystnej sytuacji, że często udawało nam się 
zdobyć pożyteczne informacje dla pewnych agencji rządo­
wych. Czy to zadowala twoją ciekawość, właściwą autorkom 
sensacyjnych powieści? 

- Noo, tak, ale powiedz mi... 
Nie dał jej dokończyć, tylko uśmiechnął się z wyższością. 
- To by było na tyle, Kim. Więcej ze mnie nie wyciąg­

niesz na ten temat. Mam też nadzieję, że nie natknę się na nic 
podobnego w twoich książkach. Chyba się dobrze rozumie­
my? - powiedział surowo, ale na widok jej zawiedzionej 
miny dodał już łagodniejszym tonem: - Przepraszam cię, 
Kim, ale naprawdę nie mogę o tym rozmawiać. 

- Jeszcze jeden obowiązek, który wziąłeś na swoje barki? 

- zapytała z ironią. 

Jego łagodność nagle gdzieś się ulotniła. 
- Nazywaj to sobie, jak chcesz. Czy to, że milczę w tej 

background image

CZARODZIEJKA...  2 2 5 

sprawie, ma także zostać użyte przeciwko mnie? Jak wszy­
stko inne? 

- Oczywiście, że nie - obruszyła się Kimberly. - Jestem 

pewna, że obiecałeś zachować w tajemnicy twoje poprzednie 
zajęcie. Wcale nie chcę, żebyś złamał dane słowo. 

Darius Cavenaugh nigdy by tego nie zrobił, pomyślała. 

Będzie się trzymał swoich zobowiązań do końca życia. Wy­
piła łyk szmpana i pomyślała o swojej niepewnej przyszłości. 
Nagle ogarnęła ją panika. A jeśli popełniła błąd? Co będzie, 

jeżeli sprawy między nimi ułożą się źle? A jeżeli to się okaże 
jedną wielką katastrofą? 

- Musisz być bardzo zmęczona - powiedział Darius, 

Wzrok mu złagodniał. - Miałaś bardzo ciężki dzień. 

- Jakoś przeżyję - mruknęła. 
- Nie byłbym tego taki pewien. 

Czy dobrze go usłyszała? Był to pierwszy bardziej ludzki 

odruch na tle uprzejmej obojętności.z jaką traktował ją przez 
ostatnie półtora miesiąca. 

- Przepraszam, nie dosłyszałam, co powiedziałeś. 
- Nic, nic - zapewnił pospiesznie, biorąc ją pod rękę. 

- Chodźmy teraz porozmawiać z twoimi dziadkami. Myślę, 
że chcieliby się tobą pochwalić. 

- Są zachwyceni, że zrobiłam taką dobrą partię - stwier­

dziła sucho Kimberly. 

- Bardziej zachwyceni niż ty. 
W jego słowach wyczuła ukrytą ironię. Do tej pory Darius 

trzymał swój temperament na wodzy, teraz Kimberly nabrała 
podejrzeń, że z jej mężem dzieje się coś złego. Nie mogła 
sobie jednak wyobrazić, co go tak rozjuszyło. 

background image

2 2 6 CZARQDZIEJKA... 

Myślała o tym nadal dwie godziny później, kiedy wreszcie 

znalazła się we własnej sypialni. Ostatni goście wyszli, a do­
mownicy rozeszli się do swoich pokoi. 

Nie tak wyobrażała sobie noc poślubną. Była sama i na­

brała pewności, że Darius nie zamierza do niej przyjść. Od­
prowadził ją na górę, pocałował pod drzwiami na dobranoc, 
po czym udał się do siebie. 

Z oczyma pełnymi łez, zgnębiona i zmęczona, Kimberly 

usiadła na brzegu łóżka i zaczęła się zastanawiać, co dalej. 

Czuła się zlekceważona i gorzko zawiedziona. Nie było 

mowy o podróży poślubnej czy choćby krótkim pobycie 
w domku nad morzem. 

To jakiś obłęd, powiedziała sobie. Zakochana po uszy we 

własnym mężu, zaledwie kilka godzin po ślubie siedzi w sy­
pialni sama jak palec! Czyżby Darius zamierzał do końca 
życia przestrzegać obietnicy złożonej w dniu, w którym po­
prosił ją o rękę? Że da jej tyle czasu, ile tylko zechce, by go 
bliżej poznała. 

W głębi duszy Kimberly miała nadzieję, że Darius nie 

będzie zbyt rygorystycznie przestrzegać tej obietnicy. Zwła­
szcza że wcale jej na tym nie zależało. Jak on mógł w ogóle 
przypuszczać, że można się lepiej poznać, jeśli się wznosi 
między sobą barierę? 

Pomyślała, że dałaby wszystko za odrobinę zdolności tele­

patycznych, które pomogłyby jej odgadnąć, co dzieje się 
w głowie Dariusa Cavenaugha. 

Wstała i zaczęła powoli rozpinać haftki sukni ślubnej. 

Potem ostrożnie powiesiła ją w garderobie i wyjęła eleganc­
ką koszulę nocną, którą kupiła specjalnie na noc poślubną. 

Zgaszonym wzrokiem spojrzała na przyozdobiony koron-

background image

CZARODZIEJKA,..  2 2 7 

kami atłas, a potem z westchnieniem rzuciła koszulę na łóż-
ko. Po co marnować tak drogi strój? Równie dobrze może 
włożyć jedną ze swoich starych trykotowych koszulek. On 

i tak nie przyjdzie, żeby spędzić z nią tę noc, więc nie ma 
nawet komu zaprezentować się w tym wytwornym negliżu. 

Stanęła boso przed lustrem i rozczesała włosy, a potem 

krytycznie przyjrzała się swojej sylwetce w starym podko­

szulku. Nigdy nie wątpiła, że łączy ją z Dariusem szczególnie 

i silna więź fizyczna. Czuła, że on jej pragnie albo przynaj-

mniej, że jej pragnął. Spojrzała na przebijające przez trykot 
piersi i niepewnie oblizała wargi. Co będzie, jeżeli nawet to 
się skończyło? 

Nie, pomyślała, to niemożliwe. W ciągu ostatnich sześciu 

tygodni nieraz przecież widziała w jego szmaragdowych 
oczach z trudem skrywaną namiętność. I była pewna, że mu­
siał się hamować, kiedy brał ją w ramiona, żeby pocałować ją 
na dobranoc. 

Po raz ostatni przeciągnęła szczotką po włosach i rzuciła 

ją na toaletkę. Widocznie Darius nadal zamierza trzymać się 

swojego postanowienia, żeby dać jej „więcej czasu". To jedy­
ne, co tłumaczyło jego dziwne zachowanie. Tylko czego 
w zamian się po niej spodziewa? Co ona ma robić w tym 
czasie? Czekać cierpliwie, aż da jej znak? 

Nagle doszła do wniosku, że sprawy zaszły za daleko. Jest 

przecież mężatką zakochaną w swoim mężu. Może i mąż jej 
nie kocha, ale na pewno jej pragnie i potrzebuje. A to już 
bardzo dużo. Wiele małżeństw nie może się pochwalić nawet 
takim rodzajem więzi. 

Bez zastanowienia odwróciła się i wyjęła z szafy stary 

frotowy szlafrok. Narzuciła go na plecy i pomknęła wzdłuż 

background image

228 CZARODZEKA... 

korytarza. Wokół panowała cisza. Dom tonął w ciemno­
ściach. Spojrzała na drzwi sypialni, którą zajmował Darius, 
ale nie dostrzegła smugi światła pod progiem. Widocznie 
poszedł już spać. 

Pokonanie odległości między własną sypialnią a sypialnią 

męża kosztowało Kim niemal tyle nerwów, co podjęcie walki 
z osobnikiem uzbrojonym w sztylet. Kiedy stanęła pod 
drzwiami, podniosła rękę, żeby zapukać, a potem zmieniła 
zdanie. Wzięła głęboki oddech i nacisnęła klamkę. 

Klamka ustąpiła i drzwi bezszelestnie się otworzyły. Kim-

berly stała przez chwilę w progu, próbując oswoić wzrok 
z ciemnością. Nie byłaby zauważyła Dariusa, gdyby nie to, 
że się nagle poruszył. Siedział w fotelu pod oknem, wyciąg­
nąwszy przed siebie nogi. Obok na stoliczku stała butelka. 
Kimberly spostrzegła go w chwili, gdy po nią sięgał. 

- Darius? 
- Masz do tego szczególny talent, Kim - odezwał się 

schrypniętym głosem. 

- Talent? Do czego? - wyszeptała, zamykając za sobą 

drzwi. 

- Do tego, żeby pakować się w tarapaty, oczywiście. 

Zwłaszcza nocą. Bo przecież większość przygód spotkała cię 
w nocy, prawda? - Z przesadną ostrożnością nalał sobie 
brandy. 

- Upiłeś się? 
- Jeszcze nie, ale już niewiele mi brakuje. Nie poganiaj 

mnie. Ja robię, co mogę, żeby cię nie popędzać, więc bądź tak 
uprzejma i wyświadcz mi tę samą grzeczność. 

Jego postać tonęła w mroku. Widziała tylko zarys ramie­

nia, kiedy nalewał sobie kolejną szklaneczkę brandy i podno-

background image

CZARODZIEJKA...  2 2 9 

sił ją do ust. Nagle zauważyła, że ramię męża jest obnażone. 
Siedział na fotelu, mając na sobie tylko spodnie. 

- Więc to dlatego przez ostatnie sześć tygodni nie wyka­

zywałeś najmniejszego zainteresowania moją osobą? Bo nie 
chciałeś mnie popędzać? - zapytała cichym, drżącym gło­
sem. Serce biło jej szybko i głośno. Ogarnął ją jakiś dziw­
ny lęk. 

- Co to znaczy, że nie wykazywałem najmniejszego zain­

teresowania twoją osobą? Przecież się z tobą ożeniłem, pra­
wda? Mężczyzna raczej nie żeni się z kobietą, o ile się nią nie 
interesuje choćby w małym stopniu. 

Kimberly żachnęła się na tę zgryźliwość. Jeśli wcześniej 

tego wieczora Darius był w nastroju wojowniczym, to teraz 

jakby się poddał. 

- To bardzo pocieszająca odpowiedź - mruknęła. 
- Wracaj do siebie, Kim - powiedział cicho. 
- Ale dlaczego? 
- Bo jeżeli jeszcze trochę tu posiedzisz, w ogóle do siebie 

nie wrócisz. Czy to dla ciebie dość jasne? 

Kimberly odsunęła się od drzwi i ciasno owinęła się szla­

frokiem. 

- Jestem twoją żoną. Nie przyszło ci do głowy, że może 

wcale nie mam ochoty iść sama do łóżka. Ja... ja mam prawo 
być tu z tobą. 

- Nie mów mi o prawach! 
- No to porozmawiajmy o tym, dlaczego boisz się mnie 

poganiać - odcięła się, głęboko dotknięta. - I do czego nie 
chcesz mnie popędzać? Do łóżka? Nie będę się opierać. Chy­
ba zdążyłeś już to zauważyć?! 

Darius odstawił z hałasem szklaneczkę brandy, a potem 

background image

2 3 0 CZARODZIEJKA... 

lekko podniósł się z fotela. Nagi od pasa w górę, z twarzą 
o ostrych, surowych rysach, był przeciwnikiem, jakiego 
strach spotkać po ciemku. Kimberly poczuła, że opuszcza ją 
odwaga. 

Wyciągnęła rękę w błagalnym geście. 
- Powiedz mi, proszę, jak długo jeszcze mamy sypiać 

osobno? 

- Aż mi na tyle zaufasz, by móc mnie znowu pokochać 

- odparł z pasją. - Nie chcę cię widzieć w moim łóżku, póki 
nie będziesz mogła powiedzieć, że kochasz mnie tak jak 
przed tym nieszczęsnym spotkaniem z twoimi dziadkami. 

Kimberly spojrzała na niego z wyrzutem. 
- Coś mi się zdaje, że ostatnio kiepsko ci idzie czytanie 

w moich myślach - stwierdziła w końcu słabym głosem. -
Ręce jej drżały. Żeby to ukryć, mocno ścisnęła węzeł paska. 

- Czytanie w twoich myślach zawsze było dość ryzykow­

nym zajęciem. Może dlatego, że jesteś w swoim rozumowa­
niu niekonsekwentna. Po prostu rozumujesz na sposób kobie­
cy - dodał oskarżycielskim tonem. 

- Czyżby? Chcesz mi powiedzieć, że twój sposób rozu­

mowania jest bardziej zrozumiały? Posłuchaj mnie uważnie. 
Od wielu tygodni nie byłam w stanie pojąć, co dzieje się w tej 
twojej... męskiej głowie. Chciałabym na przykład wiedzieć, 
dlaczego się ze mną ożeniłeś? 

- Bo cię kocham! - wybuchnął. - Gdyby tak nie było, nie 

żeniłbym się z tobą. Bo i po co. 

- Jak to, po co? Dla seksu, dla towarzystwa, żeby mieć 

kogoś, kto uwolni cię od przesadnego poczucia odpowie­
dzialności, ponieważ czułeś się wobec mnie zobowiązany. 
Jest tyle rozmaitych przyczyn. 

background image

CZARODZIEJKA...  2 3 1 

- Ożeniłem się z tobą, bo cię kocham, Kim. 

Kimberly zaczerpnęła tchu. 

- Ja też wyszłam za ciebie, bo cię kocham. Więc dlaczego 

spędzamy naszą noc poślubną w osobnych pokojach? - wy­
szeptała z bólem. 

Cavenaugh drgnął, a potem w ułamku sekundy pokonał 

dzielącą ich przestrzeń i chwycił ją w ramiona. Uniósł ją 
w górę i rzucił na łóżko. A zaraz potem sam leżał na niej, 
wgniatając ją w materac. 

- Kim, jesteś pewna? Jesteś tego absolutnie pewna? A ja 

tak się bałem, że wszystko popsułem. 

Objęła go za szyję i spojrzała na niego z bezgraniczną 

miłością. 

- Nigdy nie przestałam cię kochać. Byłam na ciebie zła 

i czułam się dotknięta. A poza tym sądziłam, że mnie nie 
kochasz, skoro wyciąłeś mi taki numer. Mimo to nigdy nie 
przestałem cię kochać. 

- Zrobiłem to, bo wydawało mi się, że tak będzie dla 

wszystkich najlepiej. Tylko dlatego. Chciałem cię uwolnić od 
przeszłości, żebyś mogła mnie kochać bez żadnych zahamo­
wań. Bo chcę cię mieć całą. I tylko dla siebie. 

- Rozumiem cię, kochany. 
- Naprawdę? - Wpatrywał się w nią z natężeniem. 
Kimberly posłała mu wyrozumiały uśmiech. 
- Nie powiedziałam, że to popieram, tylko że rozumiem. 

A to duża różnica. 

- Wytłumacz mi! - zażądał, po czym niepomny na to 

zaczął ją całować z dziką pasją. Kiedy poczuł, że Kim zaczy­
na oddawać mu pocałunek, uniósł głowę. 

- Wiem, że nie jestem taki, jak byś chciała, bo inaczej 

background image

2 3 2 CZARODZIEJKA... 

wyobrażałaś sobie ideał mężczyzny. Ale tak strasznie cię 
kocham, najdroższa. I wiem, że moja miłość pomoże nam 
pokonać wszelkie przeszkody. Przysięgam ci na wszystko, 
kochanie. 

- Chcesz powiedzieć, że pomoże nam wtedy, kiedy bę­

dziesz miał kłopoty z rozumieniem mojego „niekonsekwen­
tnego" sposobu rozumowania, tak? - zapytała, głaszcząc go 
czule po twarzy. - Muszę ci wyznać, że zamierzam trochę 
przerobić postać Josha Valeriana. 

- Naprawdę? 
- Uhm. Chcę, żeby był bardziej podobny do ciebie, czyli 

może nie tak bardzo zrozumiały dla głównej bohaterki, za to 
zdecydowanie bardziej interesujący. 

- Uwielbiam twój sposób rozumowania - powiedział 

z przekonaniem Darius. Nachylił się i musnął ustami płatek 

jej ucha. 

- W tej chwili w ogóle ciężko mi skupić myśli - wyznała, 

gładząc go po plecach. 

- Tym się nie martw. Ja będę myślał za nas oboje. - Da­

rius uniósł się lekko i rozwiązał pasek jej szlafroka. - Jesteś 
tak piekielnie pociągająca w tym starym podkoszulku. 

- Byłabym jeszcze bardziej pociągająca w mojej nowej 

koszuli nocnej. Gdy zdałam sobie sprawę, że nie przyjdziesz 
do mnie tej nocy ani też nie zamierzasz mnie zaprosić do 

siebie, stwierdziłam, że nie ma sensu niszczyć takiej drogiej 

koszuli - powiedziała ze smutkiem. 

- Więc włożyłaś stary podkoszulek i szlafrok i przybie­

głaś tu, żeby stawić mi czoło, tak? - zapytał, podciągając do 
góry brzeg jej podkoszulka. - Dzięki Bogu, że zdecydowałaś 

się przyjść. Odchodziłem od zmysłów, powtarzając sobie, że 

background image

CZARODZIEJKA...  2 3 3 

muszę uzbroić się w cierpliwość. Prawdę mówiąc, przez 
ostatnie sześć tygodni odchodziłem od zmysłów. Plułem so­
bie w brodę, że byłem takim idiotą i dałem ci tyle czasu, 
żebyś mnie znowu pokochała. 

- A ja odchodziłam od zmysłów, bo wydawało mi się, że 

nigdy mnie nie pokochasz. Ach, Cavenaugh, ale z nas para 
doborowych durniów. 

- Wcale tak nie uważam. Mieliśmy tylko pewne kłopoty 

z porozumieniem się. Zapewniam cię, że to już się więcej nie 
zdarzy. 

- Myślisz, że nie? 
- No cóż, będziemy zawsze musieli brać pod uwagę to, że 

jesteś kobietą... 

- A ty mężczyzną. 
- Tak. Oczywiście będą pewne drobne problemy. - Da­

rius stracił nagle cierpliwość i szybkim ruchem ściągnął jej 

, przez głowę podkoszulek. - Ale myślę, że po to właśnie 

wynaleziono miłość - stwierdził z głębokim przekonaniem. 

- Myślisz, że miłość wynaleziono po to, żeby mężczy­

znom łatwiej było porozumiewać się z kobietami? To nie­
zwykle ciekawa teoria antropologiczna. - Spojrzała na niego 
promiennym wzrokiem, czując bijące od niego ciepło. -

- Więc naprawdę mnie kochasz? - Mocno objęła go za szyję. 

- Bardziej niż kogokolwiek na tym świecie - odezwał się 

ze śmiertelną powagą. - Nigdy w to nie wątp, Kim. Przyjdzie 
taki czas, że będę miał ręce pełne roboty, a głowę zajętą 
rozlicznymi problemami, ale moje serce zawsze będzie prze­
pełnione miłością do ciebie, ukochana. Czy mnie dobrze 
rozumiesz? 

- Tak, doskonale cię rozumiem. Przyjdzie taki czas, że 

background image

2 3 4

 CZARODZIEJKA... 

mój niekonsekwentny umysł będzie zajęty wymyślaniem no­
wych wątków i postaci, ale zawsze będę cię kochała. 

- To dobrze. - Darius szybkim ruchem rozpiął spodnie 

i zrzucił je na podłogę. Potem wsunął się pod kołdrę. 

Kiedy wziął Kim w ramiona, przylgnęła do niego przepeł­

niona głęboką miłością. 

- Kocham cię. 
- Na pewno nie kochasz mnie bardziej niż ja ciebie. Za­

wsze miałem uczucie, że jesteś moja. Już od pierwszego razu, 

kiedy się kochaliśmy. Ale dzisiaj wreszcie dotarłaś do celu. 
Nareszcie jesteś w moim łóżku, tu, gdzie zawsze było twoje 
miejsce. 

Zaczął ją pieścić w uniesieniu, a jego palce zręcznie wy­

szukiwały tajemne miejsca jej ciała, aż wreszcie poczuł, że 
Kimberly pręży się i drży pod dotykiem jego palców. Kiedy 

dotarł do najczulszego punktu, jęknęła z rozkoszy. 

A potem, bardzo powoli, zaczął okrywać jej ciało drobny­

mi pocałunkami - od ponętnych wzgórków jej piersi po 
ciemny wzgórek w złączeniu ud. Kimberly usiłowała zapro­

testować, ale on nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Deli­
katnym, lecz zdecydowanym ruchem rozchylił jej uda i zło­
żył między nimi najintymniejszy z pocałunków. 

Z ust Kimberly wyrwał się cichy okrzyk. Uniosła biodra, 

gdy przeszył ją dreszcz rozkoszy, 

- Darius! 
- Moja ty słodka wiedźmo. Bursztynowa czarodziejko. 

- Jego usta znowu powędrowały w górę jej ciała. Jęknął głu­
cho, bo dłoń Kimberly natrafiła na jego pobudzoną męskość. 

- Kochaj mnie, kochaj mnie! 
- Zawsze będę cię kochać, najdroższa! 

background image

CZARODZIEJKA...  2 3 5 

Zabrzmiało to jak przysięga i Kimberly czuła w głębi du-

szy, że Darius jej dotrzyma. Był takim właśnie człowiekiem. 
Człowiekiem, któremu może ufać do końca życia. 

Kiedy w nią wszedł, przylgnęła do niego z całym odda-

niem. Nad stęsknioną parą kochanków noc rozpostarła swoje 
czary, a jej zaklęcia były słodkie jak miód. Kimberly i Darius 
poddali się im z radością, zjednoczeni w namiętnym porozu­
mieniu, które nie potrzebuje słów.